background image

Courths Mahler Jadwiga 

 
 
 

Odzyskany Klejnot

background image

A  zatem,  moi  państwo  wznieśmy  kielichy  i  wypijmy  za  zdrowie 

młodej,  szczęśliwej  pary,  którą  połączył  węzeł  dozgonnej  miłości! 
Niech żyje! 

Michał  von  Rodenfels  wzniósł  kieliszek  i  kłaniał  się  z  daleka 

wszystkim  biesiadnikom.  Na  końcu  pochylił  głęboko  głowę  przed 
swoją 

sąsiadką i podjął lekką, dowcipną rozmowę. 
Przy  stole  panował  gwar  i  zamęt.  Odsuwano  krzesła,  trącano  się 

kieliszkami. Słychać było śmiech, wesołe okrzyki. Powstał zgiełk, jak 
zwykle  po  każdym  toaście  wygłoszonym  w  dużym  a  wesołym 
towarzystwie 

gości  weselnych.  Wszyscy  chwalili  wesołe 

przemówienie  Rodenfelsa.  Jego  toast  był  stanowczo  najlepszy  ze 
wszystkich,  jakie  wygłoszono  podczas  uczty  weselnej.  Wprawił  on 
całe towarzystwo w wesoły humor. 

— Wesoły chłop z tego Rodenfelsa — rzekł w chwilę później baron 

Hardersleben do pułkownika von Massenbach, ojca panny młodej. — 
Jego  przemówienie  było  doskonałe,  tryskało  dowcipem  i  subtelnym 
humorem. W ogóle on sam jest pełen temperamentu i radości życia. 

Massenbach potakująco skinął głową. 
—  Tak,  tak,  był  zawsze  przemiłym  kompanem,  posiadał  wielkie 

zalety towarzyskie, trzeba mu to przyznać. Zawsze wesoły, zawsze w 
dobrym  humorze!  A  jak  dziś  wspaniale  wygląda,  chociaż  liczy  już 
pięćdziesiąt pięć lat! 

— Niepodobna! Chyba nie może być w tym wieku... 
— Ależ, na pewno, proszę mi wierzyć! Ósmego kwietnia skończył 

pięćdziesiąt  pięć  lat.  Bawiliśmy  się  razem,  kiedy  byliśmy  dziećmi. 
Michał jest o rok starszy ode mnie! 

 

background image

— Do licha! Ależ on się wspaniale trzyma! Nie dałbym mu więcej niż 

czterdziestkę. Zdawało mi się, że jego żona jest starsza od niego. 

Massenbach  obrzucił  spojrzeniem  panią  von  Rodenfels,  która 

siedziała  w  pewnym  oddaleniu,  gawędząc  z  kilkoma  starszymi 
paniami. Wyglądała na cierpiącą i bardzo znużoną. Mówiąc, pochylała 
nieco swoją wysoką, szczupłą postać. Na jej bladej twarzy czas wyrył 
głębokie  bruzdy,  które  rysowały  się  ostro,  zwłaszcza  wokół  ust  i 
podbródka.  Głęboko  osadzone  szare  oczy  były  bez  blasku,  niby 
zamarłe. 

Massenbach upił trochę wina ze swego kieliszka, po czym odparł: 
—  Bez  wątpienia,  niedobrana  para!  Wprawdzie,  między  nami 

mówiąc, ten poczciwy Michaś konserwuje trochę swój wygląd sztucz-
nymi środkami, lecz mimo to odbija się korzystnie obok swej żony. Żal 
mi tej biednej kobiety. Życie jej nie było usłane różami. 

Hardersleben spojrzał pytająco na pułkownika. 
— Mówiono mi, że Rodenfels miał ogromne powodzenie u kobiet. 

Zapewne żona jego wiedziała o tym. Takie sprawy bywają zazwyczaj 
przyjemniejsze dla męża niż dla żony. 

Massenbach w zadumie pochylił się nad kieliszkiem. 
— Ach, gdyby tylko chodziło o to... Sądzę, że Ulryka Rodenfels pod 

tym  względem  już  od  dawna  pogodziła  się  z  losem.  Ale  Rodenfels 
stracił  moc  pieniędzy  na  kobiety  i  karty,  szastał  pieniędzmi  jak 
piaskiem...  I  to  zapewne  jest  jej  największą  troską.  Wiem  z 
wiarygodnego źródła, że Rodenfels jest bliski ruiny. Z początku żona 
jego z zaciekłą energią przeciwstawiała się temu upadkowi, walczyła o 
majątek dla syna. Obecnie jest znużona, zobojętniała. Obawiam się, że 
Rodenfels zostanie wkrótce sprzedany na licytacji. 

— To chyba niemożliwe! Pan Michał nie wygląda wcale, jakby miał 

troski. Nie mógłby przecież być w tak doskonałym humorze, gdyby mu 
coś groziło... 

Massenbach skinął głową. 
— Nie zna go pan tak dobrze, jak ja. Michał będzie się śmiał jeszcze 

w trumnie. 

Panowie zamilkli. Milcząco spojrzeli na Michała Rodenfelsa. W za-

cisznym kąciku sali zgromadziło się kilka pań i panów. Zdawało się, że 
się doskonale bawią. Wśród nich stał Michał Rodenfels, rozbawiony, w 
doskonałym nastroju. Muskał ręką wąsiki, nie spuszczając oczu 

background image

z pięknej kobiety, która była jego sąsiadką przy stole. Była to żona 

znanego architekta, profesora Hardenberga. 

Profesor Hardenberg stał obok krzesła żony, zatopiony w rozmowie z 

jakimś  siwym  panem.  Opowiadał  mu  o  kościele,  którego  budowę 
niedawno ukończył. Zawezwano go do Drezna, aby wybudował w tym 
mieście nową, piękną świątynię. Córka pułkownika Massenbacha i jej 
mąż  —  byli  pierwszą  młodą  parą,  której  związek  został  pobłogos-
ławiony właśnie tutaj. Dlatego też profesor przyjął zaproszenie na ślub 
i uroczystość weselną. 

Profesor  Hardenberg  był  wysokim,  postawnym  mężczyzną.  Miał 

szerokie ramiona, interesującą rasową twarz o ostrych rysach i piękne 
wyraziste oczy. 

Od  czasu  do  czasu  spoglądał  na  żonę,  ona  zaś  odpowiadała  mu 

serdecznym spojrzeniem. Widać było na pierwszy rzut oka, że kochają 
się  bardzo.  Małżeństwo  to  znane  było  ze  zgodnego,  harmonijnego 
pożycia. Rozumieli się doskonale i ufali sobie bez granic. Martwili się 
tylko jednym: — byli bezdzietni. 

Rodenfels z żoną mieszkali w tym samym hotelu co Hardenbergowie. 

Ledwie  Michał  poznał  piękną  profesorową,  gdy  zbudził  się  w  nim 
instynkt  zdobywcy.  Miał  naturę  Don  Juana  i  nie  potrafił  przejść 
obojętnie  obok  pięknej  kobiety.  A  pani  Pola  Hardenberg  była  bez 
wątpienia  czarująca,  chociaż  zapewne  musiała  już  przekroczyć  trzy-
dziestkę. 

Z  uprzejmym  chłodem  słuchała  jego  komplementów,  co  podsycało 

jego zainteresowanie. Podniecało go, że pani Pola kocha bezgranicznie 
swego  męża.  Michał  nigdy  nie  lubił  łatwych  zwycięstw.  Kobiety 
posiadały dla niego urok, dopóki się opierały. 

Dziś także asystował gorliwie pani Poli. Zdawało się, że zapomniał 

zupełnie  o  istnieniu  swej  żony.  Nie  spuszczał  swych  pięknych, 
niebezpiecznych  oczu  z  subtelnej,  delikatnej  twarzy  profesorowej. 
Urządził  się  tak  zręcznie,  że  został  jej  sąsiadem  podczas  uczty 
weselnej. Po obiedzie także nie odstępował jej ani na krok. 

Niestety, wszystkie te pochlebstwa i słodkie słówka nie robiły na pani 

Poli wrażenia. Odpowiadała mu uprzejmie, lecz patrzyła nań chłodno, 
nie reagując na jego ogniste spojrzenia. Ale Rodenfels nie ustępował. 
Czynił wszystko, by usidlić „tę śliczną, małą kobietkę". 

 

background image

Obydwaj  panowie  obserwowali  go  przez  chwilę.  Wreszcie 

Hardersleben zauważył: 

—  Zdaje  się,  że  Don  Juan  chciałby  nawiązać  mały  flircik  z  panią 

profesorową! 

— Daremne trudy! Ta kobieta nie ulegnie! 
— Zapewnie jest szczęśliwa w małżeńskim pożyciu? Co? 
—  Tak,  to  bardzo  szczęśliwe  małżeństwo.  Niezwykle  mili  ludzie. 

Żałuję, że nie  mieszkają w naszym  mieście. Przydałoby nam się tak 
interesujące towarzystwo w tym nudnym garnizonie. 

— Chyba nie jest tak źle, jak pan twierdzi. Towarzystwo, zebrane na 

cześć zaślubin pańskiej córki jest wyjątkowo miłe i ciekawe. 

Massenbach roześmiał się z zadowoleniem. 
— Tak, drogi przyjacielu, dlatego, że zaprosiliśmy sobie miłych gości 

z  różnych  stron  kraju.  Przebywaliśmy  w  wielu  miastach 
garnizonowych, w każdym poznało się kilka osób, z którymi połączyła 
nas  przyjaźń.  Najlepszych  i  najciekawszych  ludzi  zaprosiliśmy  na 
wesele córki, tak, że nasi dzisiejsi goście — to prawdziwa elita. 

Hardersleben zaśmiał się serdecznie. 
— Elita! A to dobre sobie! Czyżby  pan  i  mnie zaliczał do elity? .,     

— Ma się rozumieć! W pierwszym rzędzie pana! 

,,    — Ho! Ho! A więc wypijmy drogi przyjacielu! Na zdrowie! 
— Na zdrowie! Niech żyje miłość —jak to powiedział przed chwilą 

Rodenfels.  Miłość  w  każdej  postaci,  choćby  tylko  w  formie 
przywiązania  do  naszych  dobrych  wiernych  przyjaciół.  Życie 
rozłączyło nas z nimi, lecz myślimy o nich nieraz z gorącą sympatią. 

Wychylił kieliszek do dna. Massenbach rzekł po chwili: 
— Oto mówimy znowu o Rodenfelsie. Człowiek ten ma wiele wad, 

lecz mimo to zawsze mnie interesował. Wiem, że jest lekkomyślny i 
niesolidny, ale ma w sobie tyle życia, tyle ognia, że przebacza mu się 
chętnie jego błędy. Niech pan spojrzy na niego! Te błyszczące oczy, te 
młodzieńcze ruchy... Rozumiem doskonale, że żadna kobieta nie może 
mu się oprzeć, gdy stara się zdobyć ją... 

— No, tak — wiadomo. Świat należy do śmiałków! Czy syn jego jest 

podobny do niego? 

— Nie, wcale! Ani zewnętrznie, ani pod względem charakteru. Jest 

wprawdzie wysoki i szczupły jak ojciec, lecz poza tym nie mają ani 
jednej 

background image

wspólnej  cechy.  Zdaje  się,  że  uroda  Michała  przeszła  na  jego 

córeczkę, o ile można już dziś wydać sąd o ośmioletniej dziewczynce... 

— Więc Rodenfels ma tak małą córeczkę? 
—  Tak!  Przybyła  trochę  późno  na  świat,  a  rodzice  nie  byli  zbyt 

zadowoleni  z  jej  urodzenia.  Jej  brat  ma  już  dwadzieścia  osiem  lat. 
Wstępował właśnie do marynarki, gdy się urodziła. 

—  To  rzeczywiście  wielka  różnica  wieku  między  rodzeństwem. 

Dlaczego  młody  Rodenfels  wstąpił  do  marynarki?  Przecież  mógł 
pracować w posiadłości ojca? 

— Mam wrażenie, iż pragnął opuścić dom rodzinny. Matka musiała 

zapewne także wpłynąć na niego, gdy przekonała się, że majątku nie 
można  będzie  utrzymać.  Życie  rodzinne  nie  upływa  tam  w  zbyt 
wielkiej harmonii, co jest bardzo przykre. Jerzy Rodenfels wie za dużo 

sprawkach swego ojca, aby mógł go w pełni akceptować. O ile go 

znam,  jest  młodzieńcem  solidnym,  poważnym,  ma  szlachetny 
charakter 

1  głębokie  poczucie  honoru.  Nie  posiada  zrozumienia  dla  płytkiej 

natury  ojca.  Podobno  nie  zgadzają  się  ze  sobą  i  najchętniej  schodzą 
sobie z drogi. 

—  To  rzeczywiście  nieprzyjemne!  Zapewne  syn  cierpi  nad  tym 

bardziej niż ojciec. 

— Stanowczo! Żal mi Jerzego Rodenfelsa. Byłbym dumny z takiego 

syna!  Ale,  mój  drogi  baronie,  zagadałem  się...  Muszę  opuścić  ten 
zaciszny kącik i zobaczyć, co tam porabia moja żona. Córka z mężem 
wyruszyli w podróż poślubną, żona pewno się martwi. Nic dziwnego, 
mamy tylko tę jedynaczkę... Wrócę za chwilę, tymczasem przepraszam 
pana! 

Hardersleben z uśmiechem skinął głową. 
—  Ależ  naturalnie,  proszę  się  nie  krępować.  Posiedzę  chwilę  sam 

przy tym doskonałym winku. 

Michałowi  Rodenfelsowi  nie  udało  się  podbić  serca  ślicznej  pani 

profesorowej. Pozostała uprzejma, lecz chłodna. Ponieważ małżonek 
skarżył  się  na  silny  ból  głowy,  przeto  wraz  z  mężem  pożegnała 
gospodarzy i wróciła z nim do hotelu. 

 

background image

Michał  Rodenfels  stracił nieco na humorze.  Gniewało  go to niepo-

wodzenie.  Wypił  duszkiem  kilka  kieliszków  wina.  Poszedł  szukać 
żony  i  wreszcie  znalazł  ją  w  towarzystwie  jakiejś  starej,  głuchej 
matrony. 

— Pójdziemy już, Ulryko, jestem zmęczony! 
Po chwili wyszli oboje. Na ulicy Michał ziewnął i oświadczył: 
— Ach, jaka nudna uroczystość! 
Pani Rodenfels uśmiechnęła się pogardliwie. 
— Miałam wrażenie, że przy stole bawiłeś się znakomicie! Michał 

wzruszył ramionami. 

— Tak, póki jeszcze byli Hardenbergowie! Jedyni ciekawi goście w 

tym nudnym gronie gości. 

— Przecież tobie chodziło tylko o żonę! Michał obrzucił drwiącym 

spojrzeniem nieładną twarz żony. 

—  Pani  Poła  jest  rzeczywiście  ładną  i  ciekawą  kobietą.  Ma  wiele 

wrodzonego dowcipu i wdzięku. 

Ulryka  nie  odpowiedziała.  Zacisnęła  jeszcze  mocniej  wargi  i  przy-

mknęła na chwilę oczy. Na jej twarzy zastygł jakby wyraz goryczy. 

Po  przybyciu  do  hotelu  udała  się  natychmiast  do  swojego  pokoju. 

Michał  przywołał  jeszcze  numerowego  i  zapytał,  czy  państwo 
Hardenberg  udali  się  już.  na  spoczynek.  Służący  oznajmił,  że  pan 
profesor  po  powrocie  do  hotelu  czuł  się  bardzo  źle.  Pani  chciała 
koniecznie zawezwać lekarza, lecz profesor nie zgodził się na to. 

Zły i zawiedziony udał się pan Michał na górę, do swego pokoju. Był 

podniecony.  Opór  pani  Poli  podsycił  jego  namiętność.  Nie  potrafił 
nigdy rezygnować ze swoich pragnień i zachcianek. 

Wypił szybko szklankę wody. 
— Czy wyjedziemy jutro rano? — zapytała żona, przystając w progu 

sąsiedniego pokoju. 

— Nie... To znaczy... Jeszcze na pewno nie wiem... Czemu pytasz o 

to? 

— Nie chciałabym się teraz na dłuższy czas oddalać z Rodenfelsu. 

Wiesz, jak niechętnie zgodziłam się na ten wyjazd. 

— Wiadomo! Ty wszystko robisz niechętnie! Zdaje mi się, że nawet 

niechętnie przyszłaś na świat! 

Westchnęła.  Spojrzała  na  niego  tylko  z  niemym  wyrzutem.  Michał 

mimo woli spuścił wzrok. 

background image

— Moja droga, nie zaczynaj znowu opowiadać tych samych rzeczy. 

Znam to już na pamięć. Czy wyjedziemy dziś, czy jeszcze później — to 
naprawdę  nie  ma  znaczenia.  Tak  czy  inaczej  —  nie  utrzymamy  już 
Rodenfelsu. 

Ulryka znowu westchnęła. Stała w milczeniu, niby kamienny posąg 

— jak uosobienie troski i rozpaczy. 

— Wielki Boże! Przestańże już wzdychać i połóż się. Czy sądzisz, że 

mnie  jest  lekko  na  duszy?  Ale  nie  zatruwaj  mi  goryczą  tych  kilku 
miłych godzin... 

— Przecież mówiłeś, że było tak nudno — zauważyła z ironią. 
—  Nie  o  to  chodzi.  Nie  mogłem  odmówić  mojemu  najlepszemu 

przyjacielowi,  gdy  zaprosił  mnie  na  ślub  swej  jedynej  córki.  Tego 
chyba nie możesz wymagać! 

— Niczego nie wymagam od ciebie. Od dawna odwykłam od tego. W 

przyszłości  sam  los  zmusi  cię  do  różnych  rzeczy,  których  mnie  nie 
wolno było żądać. 

— Dobrze, dobrze! Kraczesz jak kruk! A teraz daj mi święty spokój! 

Kładę się, dobranoc! 

 
Nazajutrz po całym hotelu rozeszła się przerażająca wieść. Profesor 

Hardenberg  zachorował  na  tyfus.  Zachorowało  również  kilka  osób  z 
personelu.  Policja  przysłała  komisję  sanitarną,  która  zbadała  wodę. 
Okazało się, że jedna ze studzien hotelowych była zakażona. Goście 
mieszkający w hotelu rzucili się na oślep do ucieczki. 

Michał  von  Rodenfels  był  jednym  z  pierwszych,  gotowych  do 

wyjazdu. Obawa przed chorobą była tak wielka, iż wobec niej zapom-
niał nawet o pięknej sąsiadce z weselnego przyjęcia. 

Ulryka von Rodenfels zachowała spokój. Napisała kilka słów do pani 

Poli, wyrażając swoje ubolewanie z powodu choroby jej męża. 

Rodenfelsowie wstąpili przed wyjazdem do państwa von Massenbach 

i  pożegnali  się  z  nimi.  Massenbachowie  wiedzieli  już  o  chorobie 
profesora  Hardenberga.  Lękali  się  bardzo  o  różnych  krewnych  i 
znajomych, którzy mieszkali w tym samym hotelu. 

Michał von Rodenfels odetchnął, gdy usiadł wreszcie w przedziale. 
 

background image

W dwie godziny później przybył z żoną do Rodenfelsu. Czuł się źle i 

położył  się  zaraz,  podczas  gdy  jego  żona  powróciła  do  swych 
zwykłych zajęć i obowiązków.   

 
W dwa dni później Michał von Rodenfels siedział sam na werandzie. 

Na  dworze  świeciło  słońce.  Przed  domem  bawiła  się  ze  swoim 
jamnikiem mała Ewa, prześliczna złotowłosa dziewczynka. 

Michał wyglądał bardzo źle. W ostatnich czasach prawie wcale nie 

sypiał. Trapiła go myśl o nieuniknionej, zbliżającej się ruinie mająt-
kowej. Wiedział, że nie zdoła już uratować Rodenfelsu. 

Na  werandę  weszła  Ulryka.  Trzymała  w  ręku  kopertę  z  czarną 

obwódką. 

— Co to takiego? — zawołał Michał z przestrachem. 
— Profesor Hardenberg nie żyje! — odparła bezdźwięcznie. Michał 

pobladł. 

— Czy podobna? Ten  silny, zdrowy człowiek... I to w ciągu kilku 

dni... Nie do pomyślenia... 

— Przekonaj się sam... 
Michał wszedł do pokoju. Nalał sobie kieliszek koniaku i wychylił go 

duszkiem. Czuł się bardzo źle. Pani von Rodenfels odeszła. Po chwili 
usłyszał z daleka jej głos. Wołała Ewunię. 

— Biedne dziecko — pomyślał Michał. — Teraz ją wołają na lekcję 

arytmetyki. I po co jej te wiadomości? Z pustego w próżne nie nalejesz, 
rachunek jest prosty... Przeklęta dola! Gwiżdżę na ten cały kram, mam 
dość całego życia... 

Zerwał się z krzesła i zaczął biegać po pokoju. Ogarnął go nastrój 
okropnego  przygnębienia,  z  którego  nie  mógł  się  otrząsnąć. 

Zatrzymał  się  nagle,  gdyż  usłyszał  jakieś  kroki.  Do  pokoju  wszedł 
stary służący. 

— Czego chcesz Gustawie? 
—  Jakiś  pan  przyjechał  i  prosi  o  chwilę  rozmowy  z  wielmożnym 

panem. 

Podał  Rodenfelsowi  na  tacy  wizytówkę.  Michał  spojrzał  na  nią  i 

rzekł: 

— Nie przyjmuję dziś nikogo... 
 

background image

—  Mówiłem  to  już  temu  obcemu  panu.  Ale  on  nie  chce  odejść. 

Powiada, że przyjechał w bardzo pilnej sprawie... 

— Pewnie chce ode mnie pieniędzy — pomyślał ze złością, patrząc 

na kartę. 

— Fryderyk Coulmann? Nie znam go. Mniejsza o to, niech wejdzie, 

skoro ta sprawa jest taka pilna. 

Gustaw  wyszedł,  aby  wprowadzić  nieznajomego.  Gość  wcisnął 

służącemu monetę do ręki, mówiąc: 

— Proszę się postarać, abym mógł spokojnie porozmawiać z panem 

Rodenfelsem. 

Stary Gustaw ucieszony schował monetę do kieszeni. Hojne napiwki 

stały się ostatnio rzadkim zjawiskiem w Rodenfelsie. 

Fryderyk Coulmann wszedł do gabinetu Michała Rodenfelsa. Był to 

mężczyzna  niski,  barczysty,  elegancko  ubrany.  Mógł  być  w  tym 
samym wieku co Michał. 

— Czemu zawdzięczam zaszczyt pańskich odwiedzin? — spytał pan 

von Rodenfels, wskazując gościowi krzesło. 

Coulmann jednak nie usiadł. Postąpił tylko kilka kroków naprzód, po 

czym wpił się badawczym spojrzeniem w twarz Michała, który poczuł 
się nagle dziwnie nieswojo. 

— O, to żaden zaszczyt, panie Rodenfels. Moja wizyta sprawi panu 

raczej przykrość. Przyszedłem, aby panu oznajmić, iż wszyscy pańscy 
wierzyciele  odstąpili  mi  swoje  wierzytelności,  ciążące  na  pańskim 
majątku. Tym samym jest mi pan winien trzysta osiemdziesiąt siedem 
tysięcy marek. Przybyłem, aby upomnieć się u pana o tę sumę. 

Rodenfels zbladł i cofnął się o krok. 
— Kiepski żart, mój panie! — rzekł niepewnie. 
— Pan się myli, ja mówię serio! Rodenfels starał się zapanować nad 

sobą. 

—  Nie  rozumiem  o  co  chodzi.  Dlaczego  nabył  pan  te  wszystkie 

wierzytelności? Ja przecież nie znam pana... 

Oczy Coulmanna zabłysły nienawistnie. 
— Dlaczego to zrobiłem? Dajmy na to, iż zależało mi, aby mieć pana 

całkowicie w szachu. 

Rodenfels spoglądał na niego, nie rozumiejąc ani słowa. 
— Co to znaczy? Czego pan chce ode mnie? Kim pan jest...? 
 

background image

—  Nazywam  się  Coulmann  —  Coulmann  —  czy  to  nazwisko  nic 

panu nie mówi? 

— Nie znam tego nazwiska. Coulmann zaśmiał się ironicznie. 
— Tak, tak! Więc nawet i nazwisko wyszło panu z głowy? Trzeba 

przyznać, że ma pan bardzo krótką pamięć! A Helena Coulmann? Czy 
w  związku  z  tym  imieniem  także  nie  pamięta  pan  mego  nazwiska? 
Helena  Coulmann, niech pan trochę  pomyśli, panie  von  Rodenfels... 
Była to biedna, bezbronna dziewczyna, która wierzyła w pana jak w 
Boga...  Przyrzekał  jej  pan  małżeństwo,  stała  się  pańską  ofiarą,  jak 
zapewne  wiele  innych...  Od  tej  pory  minęło  już  wprawdzie 
dwadzieścia  dwa  lata,  lecz  może  mimo  to  przypomni  pan  sobie  tę 
dziewczynę... Pragnąłbym odświeżyć pańską pamięć... 

Rodenfels otarł chustką zroszone czoło. 
— Takie stare dzieje, po co mówić o tym? 
Na twarzy Coulmanna pojawił się wyraz bolesnej ironii. 
— Stare dzieje, stare dzieje... Dla mnie ta sprawa pozostaje na wieki 

nowa. Wydaje mi się, że to się stało zaledwie wczoraj, gdy moja biedna 
siostra, zrozpaczona pańskim łotrostwem szukała śmierci... 

— Panie! Pan mnie obraża w moim własnym domu! 
—  Więc  pan  to  uważa  za  obrazę?  A  jak  nazwać  pańskie  po-

stępowanie? Człowiek z dobrej rodziny, człowiek żonaty, ojciec syna, 
zwabia naiwną, skromną dziewczynę, zwodzi ją obietnicami małżeń-
stwa, choć od wielu lat nie jest pan wolny. Jak to nazwać? Przecież to 
czyste łajdactwo! Moja siostra była niewinną dziewczyną! Musiał pan 
użyć całego swojego uwodzicielskiego kunsztu, aby uległa! Nie było to 
łatwe  zwycięstwo!  Siostra  moja  zgrzeszyła  zbytnim  zaufaniem. 
Kochała pana, ufała i wreszcie zapomniała o całym świecie, zgodziła 
się poświęcić dla pana jedyny skarb, jaki posiadała — swoją cześć! I 
dopiero  wtedy,  gdy  wyznała  swemu  uwodzicielowi,  że  miłość  ta 
będzie miała następstwa, gdy prosiła go, by się z nią teraz ożenił... tak, 
wtedy oznajmił jej, że jest żonaty! 

Coulmann  mówił  stłumionym  głosem,  lecz  każde  jego  słowo 

brzmiało jak ciężkie oskarżenie. 

Rodenfels osunął się na krzesło. 
— Kochałem pańską siostrę — to jedyne moje usprawiedliwienie! 
 

background image

— Kochał pan? Niech pan nie nadużywa tego słowa! Ładna miłość! 

Gdyby pan istotnie kochał moją siostrę, to nie zapomniałby pan o niej 
tak prędko. A przede wszystkim... nie dałby pan jej tylu następczyń. 
Wiem o pańskim życiu znacznie więcej, niż panu się zdaje. Na każdym 
kroku  prześladowała  pana  moja  nienawiść...  Kochałem  moją  siostrę 
ponad wszystko na świecie, nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, 
dopóki nie poznała pana. Wymusił  pan od niej przyrzeczenie, iż nie 
powie nikomu o tym, co was łączy... Urządził się pan bardzo sprytnie, 
to prawda! Oboje z siostrą straciliśmy wcześnie rodziców, powodziło 
nam się źle. Wreszcie otrzymałem posadę w pewnym banku i mogłem 
ulżyć  Helenie,  która  zarabiała  lekcjami  muzyki.  Zbyt  późno 
dowiedziałem się, iż poznała pana na jakimś balu dobroczynnym... Nie 
odstępował pan jej na krok, starał się pan tak długo o jej względy, aż 
wreszcie wpadła w pańskie sidła. 

Rodenfels  z  przestrachem  spojrzał  na  drzwi.  Coulmann  mówił 

wprawdzie  stłumionym  głosem,  lecz  w  słowach  jego  brzmiało 
wzburzenie. 

— Moja siostra, dowiedziawszy się, że pan ma żonę, uciekła od pana. 

Wybiegła  jak  oszalała  z  rozpaczy,  chciała  sobie  odebrać  życie.  Po 
drodze straciła przytomność i zemdlona upadła na ulicy. Przyniesiono 
ją  do  domu.  Byłem  wtedy  niedawno  po  ślubie.  Moja  młodziutka 
małżonka  pojęła  od  razu,  co  się  stało.  Zajęła  się  serdecznie  Heleną. 
Przecież  pan  przestał  się  zupełnie  interesować  swoją  nieszczęśliwą 
ofiarą. Wstała wreszcie po długiej chorobie, mizerna, słaba  — istota 
złamana na duszy i ciele... Wysłałem ją w towarzystwie mej żony do 
małej  wioski  szwajcarskiej.  Spodziewałem  się,  że  tam  odzyska 
zdrowie,  a  przy  tym  chciałem  ukryć  jej  hańbę  przed  naszymi 
znajomymi. Tam  właśnie urodziła się jej córeczka, podczas gdy pan 
zdążył się już uwikłać w nowy romans. W kilka dni później moja żona 
również  powiła  córkę.  Dzieci  do  dnia  dzisiejszego  uchodzą  za 
bliźnięta,  za  moje  córki.  Nikt  nie  wie  o  tym.  Nieliczni  świadkowie, 
mieszkańcy owej wioski od dawna nie żyją. Żonę straciłem kilka lat 
temu. Dzieci nic nie wiedzą. Moja siostra umarła wkrótce po urodzeniu 
dziecka. Pragnęła śmierci — życie wydało się jej nie do zniesienia... z 
pańskiej winy. Przysięgłem przy jej zwłokach, że nie spocznę, dopóki 
nie pomszczę jej krzywdy. 

Dwadzieścia dwa lata przygotowywałem się do wykonania moich 

background image

planów  zemsty.  W  ciągu  tego  czasu  nie  zapomniałem  ani  przez 

chwilę mojej przysięgi, złożonej przy zwłokach Heleny. Wówczas nie 
wiedziałem jeszcze w jaki sposób zemszczę się na nikczemniku, który 
stał się przyczyną jej śmierci. Cóż znaczył skromny urzędnik bankowy 
wobec możnego pana von Rodenfels? Nienawiść dodała mi jednak sił. 
Pracowałem  bez  wytchnienia.  Po  śmierci  Heli  zaczęło  mi  się  lepiej 
powodzić.  Otrzymałem  duży  majątek.  Udało  mi  się,  dzięki  moim 
stosunkom,  zbadać  sytuację  w  Rodenfelsie.  Teraz  już  wiem,  jak  się 
zemścić! Dopiąłem celu! Mogę dziś uwodziciela mej siostry wypędzić 
jak żebraka z własnego domu! Córka Heli zostanie panią Rodenfelsu, 
podczas  gdy  pańskie  dzieci  będą  musiały  opuścić  wraz  z  panem 
ojczyste progi! Oto moja zemsta!!! 

Rodenfels  spoglądał  szklistym,  osłupiałym  wzrokiem  przed  siebie. 

Już od dawna zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł utrzymać swej 
ojcowizny. Nie przewidział jedynie, że katastrofa nastąpi tak nagle i w 
sposób  tak  upokarzający.  Czoło  jego  pokryło  się  kroplami  potu. 
Spojrzał na zawziętą twarz Coulmanna. 

—  Uważa  mnie  pan  za  gorszego,  niż  jestem  w  istocie.  Chciałem 

dopomóc Heli, obiecałem, że zajmę się jej losem. Nie chciała jednak 
słyszeć  o  tym,  nie  pomogły  żadne  prośby  ani  perswazje  z  mojej 
strony... 

—  Wiem,  wiem  —  odparł  gniewnie  Coulmann.  —  Był  pan  tak 

bezwstydny,  by  zaproponować  jej  odszkodowanie  pieniężne.  Moja 
siostra jednak, chociaż zgrzeszyła z miłości, była osobą dumną. Gdy 
tylko dowiedziała się, że pan jest żonaty, miłość jej umarła, ustępując 
miejsca rozpaczy i pogardzie. Wstrętem napełniała ją myśl, że pan chce 
naprawić swą winę pieniędzmi. Nie mówmy jednak o tym. Wyjaśniłem 
panu, w jaki sposób zostałem pańskim jedynym wierzycielem. Musi 
pan  liczyć  się  tylko  z  faktami.  Albo  pan  zapłaci  swój  dług,  albo 
wystąpię przeciw panu na drogę sądową. 

Bolesny uśmiech wykrzywił twarz Michała. 
— Skoro pan tak dobrze orientuje się w mojej sytuacji, to powinien 

pan wiedzieć, że nie mogę zapłacić długu. 

—  Tak,  wiem  o  tym.  Zakończyłem  tu  moje  sprawy.  Uprzedziłem 

pana. Teraz pan będzie wiedział, co pana czeka. 

— Niech pan udzieli mi przynajmniej kilkumiesięcznej zwłoki. Nie 

proszę o to dla siebie, lecz dla mojej rodziny... 

background image

— A cóż  mnie obchodzi pańska rodzina? Wiem zresztą, że pańska 

siostra  zapisała  pańskiemu  synowi  nietykalną  rentę  roczną  w 
wysokości trzech tysięcy marek. Mądra kobieta! Znała dobrze swego 
braciszka i chciała zapewne w ten sposób uchronić przed najgorszym 
jego rodzinę. Jak pan widzi, wiem wszystko! 

Rodenfels otarł czoło z potu.   
—  Mój  syn  potrzebuje  rentę  dla  siebie.  Coulmann  uśmiechnął  się 

szyderczo. 

— Ponieważ jest synem takiego ojca, więc zapewne zużyje wszystko 

dla  siebie.  Nie  zatroszczy  się  o  losy  swych  najbliższych,  pozostanie 
obojętny  na  ich  nędzę.  Cóż,  trudno!  Będzie  pan  musiał  zarabiać  na 
chleb  dla  siebie  i  rodziny!  Może  pan  zrozumie  wtedy  nareszcie,  jak 
mocne są takie więzy rodzinne! Jeśli o mnie chodzi, to niech pan nie 
liczy na najmniejsze względy! Czekałem przeszło dwadzieścia lat na 
ten dzień odwetu! Pańskie dalsze losy nie obchodzą mnie, choćby pan 
miał  jak  żebrak  zginąć  pod  płotem!  Będzie  to  zasłużona  kara  za 
krzywdę mej nieszczęśliwej siostry! 

Powiedziawszy te słowa, Coulmann odwrócił się i wyszedł z pokoju. 
Rodenfels  osunął  się  na  fotel.  Nieprzytomnym  wzrokiem  śledził 

wychodzącego  Coulmanna.  Pragnął  podejść  do  biurka,  wziąć  z 
szuflady nabity pistolet. Skończyć z sobą... Położyć kres temu wszyst-
kiemu...  Czuł  jednakże,  że  nie  zdoła  postąpić  kroku.  Był  jakby 
obezwładniony. 

Zaszumiało  mu  w  głowie,  w  uszach.  Przed  oczyma  zawirowały 

ciemne kręgi. Doznał uczucia przerażającego strachu. 

— Mam tyfus — pomyślał nagle, na pół świadomie. — Teraz na mnie 

kolej. Ale ja nie chcę, nie chcę... Lepiej umrzeć zaraz... Trzeba podejść 
do biurka... 

Ostatkiem  sił  ruszył  chwiejnym  krokiem  w  kierunku  biurka.  W  pół 

drogi jednak zatrzymał się, wykonał rękami kilka bezładnych ruchów, 
jakby szukał oparcia w powietrzu, po czym osunął się nieprzytomny na 
posadzkę. 

W kilka chwil później stary Gustaw ujrzał swego pana nieprzytom-

nego,  miotającego  się  w  silnej  gorączce.  Michał  von  Rodenfels  za-
chorował na tyfus! 

 

background image

— Czy jesteś tu Ulryko? 
Blada, smutna kobieta pochyliła się nad chorym. 
— Jestem Michale! Czy ci czegoś trzeba? 
Uniósł się niespokojnie na poduszkach. Po chwili ujął rękę żony. 
— Zawiniłem wobec ciebie. Przebacz mi Ulryko... > Zarumieniła się 

lekko. 

— Przestań, Michale, nie mów o tym. 
Poprawiła mu poduszki, po czym znowu usiadła obok łóżka. 
—  Jesteś  zmęczona.  Doglądasz  mnie  w  dzień  i  w  nocy,  to  bardzo 

wyczerpujące... 

Wargi Ułryki drgnęły. Czyż dawniej mąż pytał kiedykolwiek o to, czy 

jest zmęczona, albo czy jej coś odpowiada lub nie? Teraz w głosie jego 
brzmiała  troska,  która  Ulryce  sprawiała  przykrość,  bo  była  czymś 
niezwykłym. 

—  Lekarz  zamówił  już  pielęgniarkę,  która  wkrótce  powinna  tu 

przybyć. 

Przez  chwilę  w  pokoju  panowała  cisza.  Potem  chory  głęboko 

westchnął. Oczy jego płonęły gorączką. 

—  Czy  zadepeszowałaś  do  Jerzego?  Powinien  się  pośpieszyć,  jeśli 

pragnie mnie jeszcze zastać przy życiu. 

— Zadepeszowałam, że jesteś chory i pragniesz go zobaczyć. Jerzy 

obecnie  przebywa  w  Kilonii,  sądzę  więc,  że  przyjedzie  jutro 
wieczorem. 

Rodenfels niespokojnie rzucał się na łóżku. Po chwili z ust jego dobył 

się głuchy jęk bólu. Na pół przytomny począł szeptać: 

—  Jak  to  dobrze,  że  zbliża  się  koniec.  Źle  gospodarowałem, 

zmarnowałem  ojcowiznę.  Ulryko,  będziesz  musiała  wyjechać  z 
Rodenfelsu...  Tak,  Coulmann  nie  ma  zmiłowania...  Czy  wiesz 
dlaczego?  Nie,  nie,  nie...  Nie  trzeba,  abyś  wiedziała...Coulmann  ma 
rację...  Co  się  z  wami  stanie?  Nie  widzę  ratunku...  Jerzy  zajmie  się 
wami...  Jerzy,  Jerzy!  Muszę  z  nim  pomówić...  On  was  nie  opuści... 
będzie waszym opiekunem... twoim i Ewy... 

Rodenfels zaczął się miotać w gorączce. Znękana kobieta wlała mu 

do ust łyżeczkę lekarstwa. Chory uspokoił się nieco. 

 

background image

— Nie denerwuj się Michale. Poczekaj, aż wyzdrowiejesz... 
—  Nie  wyzdrowieję  nigdy,  wcale  nie  pragnę  tego...  Och,  gdybym 

miał pistolet. Gdybym go miał... Już dawno byłoby po wszystkim... 

— Proszę cię, uspokój się. 
— Nie, pozwól mi mówić. Teraz jestem przytomny i pragnę zrzucić 

ten ciężar z duszy. Później znowu zacznie się gorączka i nie będę mógł 
powiedzieć  tego,  co  pragnę...  Ulryko,  nieraz  cierpiałaś  przeze  mnie! 
Czytałem  w  twym  sercu  i  w  oczach  wyrzuty,  a  nie  chciałem  ich 
widzieć... Żałuję całym sercem, przebacz mi Ulryko! 

Znękana twarz kobiety skurczyła się nagłym bólem. Nie patrzyła na 

męża, utkwiła płonące oczy w przestrzeni. 

— Przebaczyłam ci wszystko! Pęta ciążyły ci, zerwałeś je... 
—  Tak,  zerwałem  je,  zniszczyłem...  I  zniszczyłem  przy  tym  twoje 

życie. Ach, ta moja gorąca krew... Skrzywdziłem ciebie i wiele innych 
kobiet... Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, ale teraz... O, Boże mój! 
Ulryko, kochałaś mnie niegdyś, wyszłaś za mnie z miłości... A ja? Złe 
odpłaciłem ci za twoje uczucie, byłem niewdzięcznikiem... 

Ulryka zatkała uszy rękami. Twarz jej miała jakby obłąkany wyraz. 
—  Zamilknij!  O  Boże,  zamilknij!  —  krzyknęła  boleśnie.  Chory 

drgnął. Wlepił w żonę osłupiałe spojrzenie. Zrozumiał, jakie męczarnie 

znosiła ta kobieta w swoim małżeńskim pożyciu. 
Zaczął palcami szarpać kołdrę. Po chwili znowu stracił przytomność. 

Zaczął majaczyć. Trapiły go jakieś okropne zmory i widziała Ulryka 
załzawionymi oczami wpatrywała się w męża. Czuła się bardzo źle. W 
niej  kiełkowała  już  złośliwa  choroba,  której  ofiarami  padli  Michał, 
profesor Hardenberg, a poza tym jeszcze dwanaście osób. 

Gdy  na  miejsce  przybyła  pielęgniarka,  musiała  się  zająć  dwojgiem 

chorych zamiast jednego. 

Nazajutrz przyjechał Jerzy Rodenfels. Zastał oboje rodziców złożo-

nych  ciężką  chorobą.  Małą  Ewunią  zajęła  się  poczciwa  klucznica, 
panna Wollmann. Przestraszona, spłakana dziewczynka przytuliła się 
tkliwie. 

Dla  Jerzego  nastąpił  bardzo  cię/ki  okres  czasu.  W  ciągu  kilku  dni 

śmierć zabrała mu rodziców. 

Jednocześnie  otrzymał  wiadomość  od  adwokata,  który  donosił,  że 

majątek  Rodenfels  przeszedł  w  obce  ręce.  Ta  ostatnia  nowina  nie 
zaskoczyła Jerzego, był na nią od iła^n^pr?)gotowany. 

background image

Jerzy  von  Rodenfels  był  oficerem  marynarki.  Już  od  wielu  lat 

przebywał poza domem i tylko urlopy spędzał w rodzinnej posiadłości. 
Wiedział,  że  na  majątku  ojca  ciążą  wielkie  długi.  Matka  w  swoim 
czasie  wyznała  mu  prawdę;  wiedziała,  że  syn  nie  będzie  mógł 
utrzymać rodowego majątku, toteż chciałaby oswoił się z tą myślą. 

Chłopiec nigdy nie czuł się  dobrze  w domu. Przede wszystkim nie 

zgadzał się z ojcem. Jako syn nie miał prawa potępiać go, lecz ojciec 
nie  potrafił  również  wzbudzić  w  nim  poczucia  miłości  i  szacunku. 
Michał von Rodenfels ze swej strony nie starał się nigdy zbliżyć do 
syna i nie okazywał mu ojcowskich uczuć. Nazywał Jerzego mrukiem i 
zrzędą.  Jerzy  nie  zasługiwał  jednak  na  to.  Był  tylko  zamkniętym  w 
sobie,  nad  wiek  poważnym  młodzieńcem,  do  czego  przyczyniły  się 
stosunki domowe. Nic nie mogło go łączyć z lekkomyślnym i żądnym 
uciech  ojcem.  Matka znowu była bardzo surową  kobietą i nigdy nie 
okazywała  dzieciom  swej  miłości  z  obawy,  aby  ich  nie  rozpieścić. 
Lękała się zawsze, iż syn odziedziczy lekkomyślne usposobienie ojca i 
jak najszybciej starała się temu zapobiec. A tymczasem młody chłopiec 
na próżno łaknął odrobiny ciepła i tkliwości. 

Jerzy  wstąpił  do  marynarki.  Z  początku  pragnął  ukończyć  studia 

rolnicze, aby móc później zarządzać swoim majątkiem. Lubił życie na 
wsi. Matka jednak wykazała mu z ołówkiem w ręku, że nie ma na co 
liczyć.  Jerzy  musiał  zrezygnować  ze  swoich  planów  i  wyjechał  z 
domu. 

Ponieważ  dorastał  w  atmosferze  ciągłych  trosk  i  kłopotów,  przeto 

dojrzał przedwcześnie. Miał jednak tkliwe i szlachetne serce, zdolne do 
gorących porywów i uczuć. Wiedziała o tym tylko jedna osoba: jego 
młodsza siostrzyczka Ewunia. 

Gdy  Jerzy  przyjeżdżał  na  urlop  do  Rodenfelsu,  nie  rozstawał  się  z 

dziewczynką. Pieścił ją, bawił się z nią, był najczulszym towarzyszem i 
opiekunem. Dziewczynka także uwielbiała starszego brata. Każdy jego 
przyjazd uważała za święto. Ojciec kochał po swojemu dziewczynkę, 
lecz  nie  potrafił  się  z  nią  obchodzić.  Matka  była  surowa  i  poważna. 
Kochała więc Ewunia Jerzego, a on darzył ją także najczulszą miłością. 

Malutka Ewa miała prócz brata jedną jeszcze oddaną osobę; była to 

panna  Wollman,  która  od  wielu  lat  służyła  w  Rodenfelsie,  pełniąc 
obowiązki  klucznicy.  Poczciwa  kobieta  lubiła  niezmiernie  śliczne, 
miłe 

background image

dziecko.  Nie  szczędziła  dziewczynce  dobrych  słów  i  pieszczot, 

chowała  dla  niej  łakocie,  opowiadała  jej  bajki.  Pokoik  panny 
Wollmann  był  ulubionym  miejscem  Ewuni.  Tutaj  Jerzy  zastał 
siostrzyczkę  po  przyjeździe  do  domu.  Tutaj  też  zaprowadził  ją  po 
śmierci obojga rodziców. 

Jerzy napisał do swego zwierzchnika, prosząc o przedłużenie urlopu. 

Szybko załatwił wszelkie formalności z adwokatem Coulmanna. Nowi 
właściciele mieli się wkrótce sprowadzić do Rodenfelsu. 

Najwięcej  trosk  sprawiała  Jerzemu  przyszłość  Ewy.  Nie  miał 

środków,  aby  oddać  ją  na  pensję.  Postanowił  ją  umieścić  u  dalekiej 
krewnej swojej matki. Osoba ta była wdową po kapitanie i mieszkała 
stale w Strassburgu. Jerzy napisał do niej, lecz na razie nie otrzymał 
odpowiedzi.  Postanowił,  nie  zwlekając,  pojechać  z  Ewą  do 
Strassburga.  Należało  tylko  wytłumaczyć  dziecku  konieczność  tej 
podróży  i  rozstania  się  z  domem  rodzinnym.  Ewunia  uważnie 
wysłuchała brata. 

—  Musimy  stąd  wyjechać,  malutka.  Czy  bardzo  martwisz  się 

wyjazdem z Rodenfelsu? 

— Nie, Jurku. Przecież ty także nie będziesz tu więcej przyjeżdżał, 

więc i ja nie chcę tu zostać. Ach, w Rodenfelsie jest teraz tak smutno! 
Boję się, Jurku! 

Ukryła  twarzyczkę  na  ramieniu  brata.  Jerzy  wziął  siostrzyczkę  na 

kolana. 

— Musisz być dzielną dziewczynką, Ewuniu! Mnie także jest bardzo 

smutno! Dziewczynka stłumiła łzy. 

— Czy panna Wollmann nie mogłaby pojechać z nami? 
— Nie, kochanie. Panna Wollmann musi tu pozostać, będzie służyła u 

nowych właścicieli, tak samo jak nasz stary Gustaw. 

— A czy będę ją mogła później odwiedzić? 
— Zobaczymy, Ewuniu. Na razie pojedziemy do cioci. Będę cię tam 

zawsze odwiedzał, maleńka. 

— Ach tak, przyjeżdżaj jak najczęściej. Czy ciocia będzie dla mnie 

dobra? 

— Naturalnie, Ewo. A ty musisz być zawsze grzeczna i posłuszna. 
— Byłoby o wiele lepiej, gdybyś  mnie zabrał na swój duży statek! 

Jerzy uśmiechnął się do siostrzyczki. 

— Ach, ty głuptasie, cóż byśmy poczęli na okręcie z taką małą 

background image

dziewczynką.  Przecież  opowiadałem  ci,  jakie  życie  prowadzą 

marynarze na takim okręcie wojennym. 

— Tak, pamiętam. Wiem, że nie mogę jechać z tobą. Ale to byłoby 

cudowne! 

Jerzy westchnął głęboko. 
— Chodź, Ewciu, poprosimy pannę Wollmann, by spakowała twoje 

rzeczy i zabawki. Jutro rano wyjeżdżamy do Strassburga. 

Nazajutrz  rano  po  czułym  pożegnaniu  z  panną  Wollmann  i  Gus-

tawem,  rodzeństwo  wyjechało  na  dworzec.  Ewunia  cichutko 
popłakiwała, Jerzy również nie  mógł powstrzymać łez. W tej chwili 
dopiero  uświadomił  sobie  w  całej  pełni,  że  utracił  dom  rodzinny. 
Pozostał na świecie sam, opuszczony — on i to rozpłakane dziecko! 

— Trudno, damy sobie radę! — pomyślał z ciężkim westchnieniem, 

po czym zaczął pocieszać i uspokajać Ewę. 

Zastanawiał się bezustannie nad przyszłością  Ewy. Pamiętał trochę 

kuzynkę  matki.  Była  to  małostkowa,  ograniczona  i  gderliwa  osoba. 
Czy  będzie  mógł  powierzyć  jej  opiece  siostrzyczkę?  A  przede 
wszystkim: czy ciotka zechce ją przyjąć? Co się stanie, jeśli odmówi? 
Ach, lepiej nie myśleć o tym! 

 
Powóz zatrzymał się na małej stacji. Za chwilę miał przybyć pociąg, 

odjeżdżający do Drezna. Jerzy nadał bagaże Ewy, po czym wszedł z 
nią  na  peron.  Z  daleka  ujrzał  jakąś  wytworną  panią  w  żałobie,  roz-
mawiającą z kierownikiem stacji. 

Jerzy zauważył, że kierownik wskazuje nieznajomej właśnie jego. Po 

chwili pani w żałobie zbliżyła się do młodego człowieka. 

— Przepraszam, czy to pan von Rodenfels? 
Spojrzał  zdziwiony  na  nieznajomą;  spod  żałobnego  kapelusza 

wymykały się siwe włosy, które stanowiły dziwny kontrast z młodą, 
piękną twarzą. 

Jerzy ukłonił się uprzejmie. 
— Tak, to ja. 
— Nazywam się Paulina Hardenberg. 
Jerzy ukłonił się ponownie, lecz widać było, że nie wie kogo ma przed 

sobą. Nieznajoma spostrzegła to i dodała, wyjaśniając: 

 

background image

— Mężem moim był profesor Hardenberg. Czy pan nigdy nie słyszał 

o nim od rodziców? Rodzice pana byli razem z nami na weselu panny 
von Massenbach. 

Teraz Jerzy przypomniał sobie, że słyszał już to nazwisko. Wiedział, 

iż mąż nieznajomej zmarł na tyfus, podobnie jak jego rodzice. Matka, 
opisując  mu  uroczystość  weselną,  wspomniała  o  tym  okropnym 
wypadku. 

Nie wiedział, że podczas owej uroczystości piękna pani Pola miała 

jeszcze ciemne włosy. Osiwiała ze zmartwienia po śmierci ukochanego 
męża.  Oczy  Jerzego  spoczęły  na  jej  pobladłej  twarzy.  W  wielkich 
ciemnych oczach pani Poli malował się wyraz głębokiego cierpienia; w 
sercu Jerzego zbudziło się do niej ogromne współczucie. 

— Ja także słyszałam o bolesnej stracie, jaka dotknęła pana i pańską 

siostrzyczkę.  Z  tym  właśnie  łączy  się  mój  przyjazd.  W  chwili,  gdy 
nadjechał  pański  powóz,  dowiadywałam  się  właśnie  o  drogę  do 
Rodenfelsu. 

— Może pani powrócić do Rodenfelsu tym samym powozem. Zaraz 

dam instrukcję stangretowi. 

—  Nie,  mnie  nie  chodzi  o  sam  Rodenfels.  Chciałam  się  widzieć  z 

panem. 

— Zechce mi pani w takim razie prędko powiedzieć, czym mógłbym 

służyć.  Za  kilka  minut  podjedzie  mój  pociąg,  którym  udaję  się  do 
Drezna. 

— Wobec tego powrócę z panem do Drezna. Mojej sprawy nie można 

przedstawić w kilku słowach. Czy pan zatrzyma się w Dreźnie? 

—  Nie,  jadę  dalej  z  moją  siostrzyczką.  Odwożę  ją  do  Strassburga. 

Pani Pola pochyliła się nad dziewczynką i obrzuciła badawczym 

wzrokiem śliczną twarzyczkę dziecka. 
— Jak na imię pańskiej siostrzyczce? 
— Ewa, proszę pani. 
Pani  Hardenberg  pieszczotliwie  pogładziła  policzki  dziewczynki, 

potem spojrzała na Jerzego. Młody człowiek spostrzegł, że nieznajoma 
ma  łzy  w  oczach.  Zbudziła  się  w  nim  nagła  sympatia  do  tej  młodej 
smutnej kobiety. 

—  Przed  kilkoma  dniami  odwiedziła  mnie  pani  von  Massenbach. 

Mówiła mi, że pan wkrótce wyjedzie z Rodenfelsu, który przestanie 
należeć do pana. Czy to prawda? 

background image

— Rodenfels przestał już należeć do mnie. Przeszedł w ręce innego 

właściciela... 

Spojrzała z gorącym  współczuciem  na  młodzieńca.  W tej  chwili  w 

oddali ukazał się pociąg. Jerzy kupił prędko bilet dla pani Hardenberg. 
Gdy pociąg zatrzymał się na stacji,  Jerzy  pomógł  wsiąść  pani  Poli i 
Ewuni  do  pustego  przedziału,  wskoczył  sam  za  nimi  i  zamknął 
drzwiczki. 

Mała  Ewa  przyglądała  się  ze  zdziwieniem  obcej  pani.  Potem 

przytuliła się w milczeniu do ramienia brata. 

— Pan musi bardzo kochać siostrzyczkę? — spytała po chwili pani 

Pola. 

— O, tak! Cierpię ogromnie nad tym, że właśnie teraz muszę się z nią 

rozstać. 

— Rozumiem to doskonale. Dokąd odwozi pan siostrzyczkę? Niech 

pan nie posądza mnie o natrętną ciekawość. Rozmawiałam jednak na 
ten temat z panią von Massenbach i dowiedziałam się, że nie posiada 
pan  żadnych  bliższych  krewnych,  którym  mógłby  pan  bez  obawy 
powierzyć dziecko. 

Żal ścisnął serce młodzieńca. Ogarnęła go nagła potrzeba zwierzenia 

się  jakiejś  współczującej  duszy.  Pragnął  się  z  kimś  podzielić  swoją 
troską  o  przyszłość  Ewy.  A  pani  Pola  wydawała  mu  się  dobrą, 
szlachetną i budzącą bezgraniczne zaufanie. Doznawał uczucia, że ją 
zna od dawna. Opowiedział jej szczerze wszystkie swoje przeżycia z 
ostatnich  tygodni.  Nie  zataił  też,  iż  lęka  się  ogromnie  o  przyszłość 
siostry. Gdy zamilkł, pani Pola odezwała się serdecznie: 

— Powiem panu zatem, co sprowadziło mnie do Rodenfelsu. Pańskie 

zwierzenia  skłaniają  mnie  do  wypowiedzenia  wielkiej  prośby.  Pani 
von  Massenbach  opowiedziała  mi  wiele  o  panu  i  małej  Ewie.  Toteż 
proszę pana gorąco: niech pan odda mi dziecko! Będę kochać Ewunię 
jak własną córeczkę! 

Jerzy zerwał się z miejsca. 
— Ależ proszę pani... 
—  Nie,  nie  żądam  w  tej  chwili  ostatecznej  odpowiedzi.  Niech  pan 

mnie najpierw wysłucha do końca. Otóż, jak panu wiadomo, straciłam 
męża po nagłej, krótkiej chorobie. Mój mąż był dla mnie wszystkim, 
prócz niego nie miałam nikogo na świecie. Mam duży majątek, nie 

 

background image

zbywa mi na niczym, a jestem przy tym najnieszczęśliwszą kobietą. 

Życie  moje  straciło  treść  i  wartość,  stałam  się  niepotrzebnym  czło-
wiekiem.  Gdy  doszła  mnie  wieść  o  śmierci  pańskich  rodziców,  nie 
zwróciłam  na  to  w  pierwszej  chwili  uwagi.  Byłam  zbyt  pochłonięta 
własnym bólem. Dopiero wizyta pani von Massenbach otworzyła mi 
oczy. Zrozumiałam, że nie należy zasklepiać się samolubnie w swoich 
cierpieniach. Massenbachowie są zrozpaczeni, że właśnie wesele ich 
córki  stało  się  przyczyną  tylu  nieszczęść.  Chcieliby  jakoś  pomóc, 
naprawić,  nieść  ulgę  w  niedoli...  Usłyszałam  o  pańskim  ciężkim 
położeniu.  Pani  von  Massenbach  pokazała  mi  fotografię  Ewuni, 
mówiąc:  ,,To  dziecko  straciło  rodziców  w  tych  samych 
okolicznościach, w jakich pani utraciła męża! Jerzy nie wie zapewne, 
gdzie  umieścić  małą.  My  sami  jesteśmy  już  starzy,  nie  możemy  się 
opiekować  małym  dzieckiem.  Pani  Polu,  niech  pani  przygarnie 
sierotkę, a znajdzie pani cel w życiu!" Wtedy doznałam olśnienia. Mąż 
prosił  mnie  przed  śmiercią,  bym  nie  zatracała  się  w  rozpaczy,  bym 
starała się nadać memu życiu jakąś treść. Wiedział, czego mi trzeba. 
Dlatego proszę raz jeszcze: niech pan powierzy mi siostrę! Wydaje mi 
się, że nasze losy są podobne, że wspólne nieszczęście zbliżyło nas. 
Ewa  będzie  moją  pociechą,  a  ja  uczynię  wszystko,  by  zastąpić  jej 
matkę.  Może  pan  spokojnie  pozostawić  dziecko  pod  moją  opieką. 
Posiadam  piękną  willę  pod  Dreznem  oraz  duży  majątek.  Nie  mam 
krewnych,  toteż  zabezpieczę  także  przyszłość  Ewy.  Niech  pan  się 
namyśli.  Za  dwie  godziny  będziemy  w  Dreźnie.  Możemy  spokojnie 
rozważyć jeszcze raz tę sprawę. 

Jerzy  z  dziwnym  uczuciem  słuchał  tych  słów.  Ze  wzruszeniem 

spoglądał  na  piękną  kobietę.  Nie  przeczuwał,  że  to  ona  wzbudziła 
ostatnią silną namiętność w jego ojcu. Doznawał wrażenia, że stał się 
cud, że sama Opatrzność czuwała nad nim i nad Ewą w chwili, gdy 
sądził, że nie ma już wyjścia i ratunku. 

Ach,  jaka  dobra  przyszłość  czekała  małą  Ewunię!  Ta  szlachetna 

kobieta, która tak mężnie starała się pokonać własny ból, zastąpi jej 
matkę!  Ewie  nie  będzie  zbywać  na  niczym!  Będzie  wzrastać  w 
dostatku, pod okiem czułej i kochającej opiekunki! 

Jerzy  westchnął  głęboko,  po  czym  spojrzał  z  niezmierną 

wdzięcznością na panią Polę. 

 

background image

—  Jestem  wstrząśnięty  i  niezmiernie  wzruszony...  Trudno  mi 

powiedzieć, co czuję... Słowa są za ubogie, aby to wszystko wyrazić... 

— Więc pan odmawia? 
—  Droga,  kochana  pani!  Nie  pytałaby  pani  o  to,  gdyby  pani 

wiedziała, czym jest dla mnie w tej chwili szlachetna propozycja pani! 
Zdjęła  mi  pani  ciężar  z  duszy!  Jechałem  z  Ewą  do  krewnych,  nie 
wiedząc  nawet,  czy  zechcą  dziecko  przyjąć...  I  wątpiłem,  czy  mała 
będzie  się  dobrze  czuła  u  tych  ludzi...  Byłem  niespokojny,  pełen 
niepewności...  A  teraz...  Jeżeli  nie  wyrażam  natychmiast  zgody,  to 
jedynie  przez  wzgląd  na  panią.  Czy  pani  zastanowiła  się,  ile  trosk  i 
kłopotów  sprawia  taka  mała  dziewczynka?  Czy  obowiązek  ten  nie 
okaże się ponad siły pani? 

—  Przecież  tego  mi  właśnie  trzeba,  drogi  panie  von  Rodenfels! 

Pragnę mieć jakieś obowiązki, które wypełniłyby mi życie. Im więcej 
pracy, trudu i obowiązków, tym lepiej... Tylko w ten sposób będę w 
stanie  znosić  mój  smutny  los.  Skoro  pan  nie  ma  żadnych  innych 
skrupułów, to... 

—  Nie,  innych  nie  mam.  Wierzę  święcie,  że  Ewuni  będzie  u  pani 

bardzo  dobrze.  Tylko  to  takie  dziwne,  że  obca  osoba  okazuje  tyle 
dobroci i życzliwości... Nie wiem, czy mam prawo przyjąć tę łaskę... 

Pani Pola uśmiechnęła się smutno. 
—  Czyż  naprawdę  jesteśmy  sobie  obcy?  Mnie  się  zdaje,  że  nasze 

nieszczęście związało nas mocniej, niż zwykła długoletnia znajomość. 
Poza  tym  mam  wiele  sympatii  dla  pana  i  Ewuni.  Wyznam  panu 
zupełnie szczerze, że nie wypowiedziałabym mojej prośby, gdyby mi 
się Ewa nie podobała. Muszę przecież kochać dziecko, któremu pragnę 
zastąpić matkę, a sądzę, że prędko pokocham malutką Ewunię... 

— Uważam to za największe szczęście dla Ewy! Ewa ma takie tkliwe 

serduszko,  jest  spragniona  miłości  i  ciepła.  Dotychczas  nie  miała 
właściwie nikogo, kogo mogłaby darzyć dziecięcym przywiązaniem. 
Będę z panią szczery jak z przyjacielem. Moi rodzice żyli ze sobą źle. 
Ja sam będąc małym chłopcem, cierpiałem bardzo nad stosunkami w 
domu. Niestety, u nas panowała zawsze mroźna atmosfera. Ewa... 

Przytulił  dziewczynkę  do  serca  i  pogładził  tkliwie  jej  włosy.  Ewa 

zarzuciła bratu rączki na szyję. Widok ten był tak rozrzewniający, że 
oczy pani Poli zwilgotniały. Po chwili Jerzy zaczął mówić dalej: 

— Mnie najbardziej kochała, chociaż bardzo rzadko bywałem 

background image

w  domu.  Sądzę,  że  uda  się  pani  z  łatwością  pozyskać  jej  małe 

serduszko.  Dziecku  trzeba  tylko  trochę  miłości  i  zrozumienia.  Pani 
Pola wyciągnęła rękę do Ewy. 

—  Czy  chcesz  zamieszkać  u  mnie  i  pozostać  ze  mną  na  zawsze, 

malutka? 

Dziecko  spojrzało  najpierw  na  brata.  Potem  przeniosło  wzrok  na 

panią Połę. Powoli, z wahaniem, Ewa uścisnęła rękę pani Hardenberg. 

— A czy pozwolisz, żeby Jurek przyjeżdżał do mnie? 
— Tak, Ewuniu, może przyjeżdżać do nas jak najczęściej, kiedy tylko 

będzie miał czas i ochotę. , 

— Na Gwiazdkę także? 
— Ma się rozumieć! 
—  Bo  ja  bardzo  kocham  mego  brata  Jurka  —  rzekła  Ewunia  z 

dziecinną powagą, a słowa te brzmiały dziwnie wzruszająco. 

Pani Pola miała łzy w oczach. Pomyślała sobie: 
— Czy też Ewa i do mnie powie w przyszłości: kocham cię bardzo! 

Dziewczynka spostrzegła, że pani Pola płacze. Szybko zbliżyła się do 

niej i dotknęła rączką jej twarzy. 
—  Nie  smuć  się,  nie  płacz,  przecież  ja  pojadę  z  tobą!  —  szepnęła 

pocieszająco i przytuliła się do nowej znajomej. 

Dotknięcie  małych  dziecięcych  rączek  wywołało  dziwne  tkliwe 

uczucie w sercu osamotnionej kobiety. Otoczyła Ewunię ramieniem i 
zapytała: 

— Czy chcesz być moim ukochanym dzieckiem? Ewunia energicznie 

skinęła jasną główką. 

— Tak, chcę. Ale Jurek będzie musiał przyjechać na Gwiazdkę! 
— Przyjedzie na pewno! Prawda, panie Jerzy? 
—  Jeżeli  tylko  otrzymam  urlop,  a  przede  wszystkim,  jeżeli  pani 

pozwoli. 

— Ach, naturalnie! Pan wcale nie zdaje sobie sprawy, jakie pan mi 

wyświadczy  dobrodziejstwo.  Cieszę  się,  że  pan  spędzi  z  nami 
Gwiazdkę. Cóż to będzie dla mnie za radość, że będę mogła wyprawić 
święta dla pana i Ewuni! Proszę przyjeżdżać jak najczęściej, aby Ewa 
nie tęskniła za panem! 

Ucałował jej ręce. 
— O, jakaż pani dobra! Nigdy nie potrafię okazać swej wdzięczności 

w takim stopniu, jakbym tego pragnął. 

background image

—Nie ma za co dziękować! To pan obdarza mnie czymś wspaniałym 

i bezcennym. Ja powinnam być wdzięczna, proszę mi wierzyć! 

 
Pani Hardenberg zajechała wraz z Ewą i Jerzym do swojej podmiejs-

kiej willi „Zacisze". Willa znajdowała się dość daleko od miasta. Stała 
w lesie i wyglądała jak zaklęty pałac z bajki. 

Willę  wybudowano  i  urządzono  według  projektu  profesora 

Hardenberga.  Odznaczała  się  ona  przepychem  i  wykwintnym 
smakiem. 

Paulina  Hardenberg  pochodziła  z  bardzo  zamożnej  kupieckiej 

rodziny.  Gdy  przed  dziesięcioma  laty  wychodziła  za  mąż,  wniosła 
mężowi  oprócz  licznych  przymiotów  serca  i  umysłu,  także  znaczny 
majątek.  Pola  była  sierotą  i  nie  miała  żadnej  rodziny.  Hardenberg, 
żeniąc  się  z  nią,  był  sam  majętnym  człowiekiem.  Pokochał  piękną, 
uroczą dziewczynę najczystszą miłością. Pożycie ich upływało w har-
monii i idealnej zgodzie. Żałowali tylko, że nie mają dzieci. 

Okrutny los zniszczył to wielkie szczęście. Pola dowiedziawszy się, 

że dla męża nie ma ani ratunku, ani nadziei, straciła grunt pod nogami. 
Była zupełnie zdruzgotana. Lecz szlachetny człowiek, nawet w obliczu 
śmierci, nie utracił hartu duszy. Nie przestawał myśleć o  losie żony, 
wiedząc że nie potrafi ona nigdy przeboleć jego śmierci. Starał się wlać 
w jej serce pociechę, prosił, by się nie załamała. Musiała mu przyrzec, 
że znajdzie sobie jakiś cel w życiu, że nie zasklepi się w beznadziejnym 
bólu. 

—  Dusze  nasze  pozostaną  zespolone  na  wieki!  Wiem  o  tym, 

najdroższa moja! Nie poddawaj się rozpaczy, moja ukochana! Myśl o 
mnie! 

Takie były jego ostatnie słowa przed śmiercią. 
Z początku Pola nie mogła oswoić się z myślą o wielkiej stracie, jaką 

poniosła.  Nieszczęście  ścięło  ją  z  nóg.  Potem  jednak  postanowiła 
walczyć  ze  sobą,  aby  odtąd  rozpocząć  nowe  życie  i  spełnić  ostatnie 
życzenie zmarłego. 

Mała Ewa zamieszkała od razu u swojej dobrodziejki. Jerzy spędził w 

Dreźnie  jeszcze  trzy  dni.  Mógł  się  osobiście  przekonać,  jak  dobrze 
będzie jego siostrzyczce pod opieką zacnej, szlachetnej kobiety. 

Podczas tych trzech dni zaprzyjaźnił się bardzo z panią Połą. Łączyła 
 

background image

ich szczera, gorąca sympatia. Jerzy czcił i wielbił panią Połę, ona zaś 

polubiła go jak brata. Ceniła wielce jego prostotę, szczerość i prawość. 
Wyczuła, że Jerzy posiada tkliwe i gorące serce. Rozstali się jak para 
dawnych przyjaciół i przyrzekli sobie, że będą pisywać do siebie. 

Jerzy  wyjechał  z  lekkim  sercem  do  Kilonii.  Wiedział,  że  Ewa  nie 

mogła znaleźć lepszej, bardziej oddanej przyjaciółki. 

 
Ewa szybko przywykła do nowego otoczenia. Pokochała panią Połę 

jak  matkę.  Zwierzała  się  jej  ze  swoich  drobnych  trosk  i  radości. 
Spostrzegła  wkrótce,  że  jej  wesoły  szczebiot  działa  dobrze  na  jej 
przybraną matkę. Ilekroć zastawała panią Połę we łzach, zaczynała ją 
ganić dziecinnymi, śmiesznymi słowami. Nie odstępowała jej, dopóki 
uśmiech nie pojawiał się znowu na ustach smutnej, poważnej kobiety. 
Ewa czuła się wtedy dumna, jakby dokonała wielkiego dzieła. 

Służba z początku sarkała na małego intruza. Dziecko przysparzało 

wiele  pracy  w  domu.  Ewa  jednak  podbiła  wszystkich  swoją  urodą  i 
wdziękiem. Już po krótkim czasie wszyscy w domu dogadzali jej na 
wyścigi  i  starali  się  pozyskać  jej  względy.  Mała  sierotka  znalazła 
prawdziwe ognisko domowe i kochające serca. 

Tymczasem Fryderyk Coulmann wprowadził się nareszcie do zamku 

w  Rodenfelsie.  Gdy  dowiedział  się  o  chorobie  i  rychłej  śmierci 
Michała  Rodenfelsa,  w  oczach  jego  zamigotał  triumf.  Doznawał 
uczucia żywej satysfakcji, myśląc o tym, że zdążył jeszcze zakończyć 
porachunki z człowiekiem, który zgubił jego siostrę. 

Fryderyk Coulmann nigdy w życiu nie czuł do nikogo nienawiści. Był 

z  natury  dobrym  i  łagodnym  człowiekiem.  Michała  Rodenfelsa 
nienawidził jednak z całej duszy. Z biegiem lat nienawiść ta wzmagała 
się,  przepełniała  całe  jego  jestestwo,  zniszczyła  wiele  szlachetnych 
odruchów serca. 

Póki żyła jego żona, miał przynajmniej kogoś, z kim mógł mówić na 

ten  temat.  Anna  Coulmann  kochała  bardzo  swego  męża.  Równie 
boleśnie  odczuła  hańbę  nieszczęśliwej  Heleny.  Córka  Heleny  wy-
chowywała  się  w  ich  domu,  stała  się  jakby  żywym  wspomnieniem 
dawnych, ciężkich dni, kiedy to  małżonkowie drżeli o życie biednej 
Heli. 

 

background image

Anna Cullmann umarła przed dwoma laty. Fryderyk musiał samotnie 

dźwigać  brzemię  żalu  i  nienawiści.  Rozmowa  z  Rodenfelsem 
przyniosła mu ulgę. Odetchnął dopiero po zakończeniu porachunków 
ze  swoim  wrogiem.  Dzień,  w  którym  wraz  z  córką  oraz  dzieckiem 
Heleny  przybył  do  Rodenfelsu,  był  największym  szczęściem  w  jego 
życiu. Coulmann rozpogodził się. Śmierć Heleny została pomszczona, 
jej  córka  mieszkała  w  Rodenfelsie,  co  się  jej  należało.  Michał  von 
Rodenfels  nie  żył,  jego  ślubne  dzieci  nie  miały  domu.  Fryderyk 
Coulmann nie pomyślał o tym, że dzieci Rodenfelsa nie zawiniły i że 
właściwie zasługują na współczucie. Zazwyczaj bardzo sprawiedliwy, 
był  w  tym  wypadku  twardy  i  nieubłagany.  Nienawidził  dzieci 
Rodenfelsa, ponieważ nosiły nazwisko jego wroga. 

Pełen  dumy  i  radości  wprowadził  obie  panienki  do  zamku 

Rodenfelskiego,  gdzie  zamierzał  spędzać  większą  część  roku. 
Coulmann  z  biegiem  lat  stał  się  bardzo  bogatym  człowiekiem. 
Pracowity,  dzielny  i  przezorny  dążył  zawsze  wytrwale  do  celu,  aż 
wreszcie  dorobił  się  wielkiego  majątku.  Został  dyrektorem  w  tym 
samym  banku,  w  którym  zaczął  pracować  jako  skromny  urzędnik. 
Bank  doszedł  dzięki  niemu  do  nadzwyczajnego  rozkwitu.  Od  roku 
Coulmann  wycofał  się  zupełnie  ze  wszystkich  interesów;  pragnął 
wreszcie  odpocząć.  Postanowił  wreszcie  urzeczywistnić  swoje 
najgorętsze  marzenie,  udać  się  w  daleką,  piękną  podróż  dla 
przyjemności. Od dawna już nosił się z takim planem, lecz nie mógł go 
dotąd wprowadzić w czyn. Stała mu na przeszkodzie zarówno praca, 
jak i pragnienie zemsty. Teraz był już wolny. Córki pozostawiał pod 
dobrą  opieką  pani  Amelii  Werner  owej,  która  po  śmierci  jego  żony 
prowadziła  mu  dom  i  opiekowała  się  panienkami.  Ona  to  razem  z 
panną  Wollmann  miała  obecnie  zarządzać  gospodarstwem  w 
Rodenfelsie. Coulmannowie mieszkali dawniej w Berlinie. Po śmierci 
żony Fryderyk Coulmann przeniósł się z córkami do Drezna. Wynajął 
tam eleganckie mieszkanie, gdzie miał zamiar spędzać całą zimę. Nie 
chciał  pozbawiać  swoich  dziewcząt  dobrego  teatru,  opery  i 
przyjemności  karnawałowych.  W  lecie  natomiast  cała  rodzina  miała 
mieszkać w Rodenfelsie. 

Rodenfels jaśniał kwietnym przepychem lata, gdy przybyli tam nowi 

właściciele.  Okienko  narożnego  pokoiku  panny  Wollmann  znikało 
niemal wśród czerwonych kwiatów geranii. 

background image

Stara panna ze ściśniętym sercem oczekiwała nowych państwa. Jak 

też ułoży się teraz życie w starym zamku? Jak tu będzie wyglądało po 
upływie roku? Pewno wszystko do gruntu się zmieni... 

Szybko  zbiegła  na  dół,  aby  powitać  rodzinę  Coulmannów.  Białe 

wstęgi jej czepca powiewały niespokojnie w powietrzu... 

Nowi  właściciele  sprawili  pannie  Wollmann  miłą  niespodziankę. 

Zarówno pan Coulmann, jak i obie panienki powitali starą klucznicę 
bardzo  uprzejmie.  Pani  Werner  podała  jej  rękę  i  wspomniała  coś  o 
„dobrym koleżeństwie i wspólnym spełnianiu obowiązków." 

Brzmiało to wcale zachęcająco. Panna Wollmann szepnęła później do 

starego Gustawa: 

— Zdaje się, że to zupełnie znośni ludzie... 
W kilka dni później obydwie panienki stały na tarasie  zamkowym. 

Uchodziły one zawsze za bliźniaczki i nie wiedziały wcale o tym, że 
nie są rodzonymi siostrami. 

Obie  dziewczyny  były  smukłe,  zgrabne,  pełne  młodzieńczego 

wdzięku. Miały na sobie białe, jednakowo uszyte sukienki z miękkiej 
wełny. Od dzieciństwa ubierano je zawsze jednakowo. Włosy czesały 
również  w  jednakowy  sposób.  Ponieważ  były  prawie  tego  samego 
wzrostu, więc na pierwszy rzut oka można było wziąć je za bliźniaczki. 
Przy bliższej obserwacji rzekome podobieństwo zacierało się. 

Renata  była  nieco  szczuplejsza,  miała  wdzięczne,  spokojne  ruchy. 

Twarz miała delikatną, lecz niezbyt regularną. Cera jej przypominała 
płatki białych z lekka zaróżowionych róż. Ślicznie zarysowany owal 
twarzy  okalały  gęste,  bujne,  lśniące  kasztanowe  włosy.  Największą 
ozdobą Renaty były jej oczy, podobne do gwiazd, wielkie, brązowe, 
pełne  złocistych  iskier.  Renata  Coulmann  należała  do  tej  kategorii 
kobiet, które szybko wzbudzają sympatię i których nigdy nie  można 
zapomnieć. Ponieważ jej miła powierzchowność harmonizowała z jej 
usposobieniem, przeto wywierała nieświadomie wielki czar na swoje 
otoczenie. 

Inną  zupełnie  była  Marynia.  Wydawała  się  na  pierwsze  wejrzenie 

piękniejsza, bardziej efektowna niż siostra. Uroczą twarzyczkę o wiel-
kich  błękitnych  oczach  otaczały  złotoblond  loki.  Była  tęższa  od 
Renaty,  lecz  weselsza  i  żywsza.  Lubiła  zabawę,  śmiech.  Nikt  nie 
potrafił oprzeć się jej urokowi. 

background image

Miły dla oka obrazek stanowiły obie śliczne dziewczyny na tarasie. 

Toteż nic dziwnego, że pan Coulmann, który w tej chwili wyszedł na 
ganek, spojrzał z dumą i radością na swoje dziewczęta. 

Marynia powitała go pierwsza. 
—  Tatusiu  —  rzekła,  wskazując  wielki  trawnik  przed  gankiem  — 

tutaj powinno się założyć dwa duże barwne kwietniki, aby ożywić tę 
jednostajną zieleń. 

—  Zrobi  się,  moja  blondyneczko.  A  na  razie  postarajcie  się,  żeby 

podano nam herbatę. Jestem głodny i spragniony. 

Renata  zadzwoniła.  Po  chwili  stary  Gustaw  wniósł  nakrycie  do 

herbaty. 

— No, dziewczęta, jak wam się tu podoba? — spytał pan Coulmann. 
—  Szalenie!  Nie  zwiedziłam  wprawdzie  jeszcze  wszystkich  zakąt-

ków, ale tu jest naprawdę przepięknie — odparła żywo Marynia. 

— A ty co powiesz, Renato? 
—  O,  tatusiu,  Rodenfels  jest  cudowny.  Wiesz  przecież,  że  zawsze 

marzyłam o życiu na wsi. Jedna tylko myśl zatruwa mi moją radość... 

— Jaka? 
— Myśl o dzieciach dawnego właściciela... Biedacy, zostali wygnani 

z tego raju, utracili dom rodzinny... 

—  Cóż  cię  obchodzą  ci  ludzie?  Mnie  ta  myśl  naprawdę  nie  zdoła 

zepsuć  radości.  Rodenfels  —  to  piękna  posiadłość.  Trzeba  tylko 
włożyć  dużo  pieniędzy  w  inwestycje,  aby  doprowadzić  majątek  do 
rozkwitu. Zwłaszcza zabudowania gospodarskie są bardzo zaniedbane. 
Powiedziałem  już  rządcy,  że  zaraz  po  żniwach  trzeba  się  zabrać  do 
remontu.  W  zamku  również  trzeba  zaprowadzić  różne  zmiany. 
Niektóre pokoje należy świeżo wytapetować i wstawić nowe meble. 

— Ach, te stare sprzęty są takie piękne! — rzekła Renata. 
— I ja tak sądzę — dodała Marynia. — W zamku panuje prawdziwa 

feudalna  atmosfera.  Zapewne  ci  Rodenfelsowie  muszą  być  starym 
rodem. 

Coulmann  spojrzał  w  zadumie  na  kamienną  tarczę  herbową, 

wmurowaną nad drzwiami. Oczy jego płonęły dumą. 

— Postaramy się zachować wszystko w dawnej postaci, trzeba jednak 

zamek trochę odświeżyć. Na przykład pokoje na parterze. 

background image

Przecież tam  tapety prawie spadają  ze ścian. No, ale  zaczekajmy z 

tym do zimy. Ja wyjadę, wy powrócicie z panią Werner do miasta, a 
przez ten czas można będzie przeprowadzić remont. 

— Muszę przyznać, że chętnie spędziłabym raz zimę w Rodenfelsie 

— rzekła Marynia. 

— Ty? — roześmiał się ojciec. — Czy umiałabyś spędzić zimę, nie 

będąc na balach ani na koncertach? Nie wytrzymałabyś tego. 

— Mogę spróbować. 
Dobrze, na przyszły rok spróbujemy. Tej zimy muszą tu przyjechać 

rzemieślnicy i odświeżyć cały zamek. 

Po chwili Coulmann zwrócił się do pani Werner. 
— Co pani sądzi o tutejszej służbie, pani Amelio? 
—  Jestem  z  niej  zadowolona.  Zwłaszcza  z  panny  Wollmann  i  z 

Gustawa.  Na  ogół  mamy  tu  wyszkolonych,  uczciwych  służących,  a 
klucznica trzyma ich mocno w karbach. 

—  My  bardzo  lubimy  pannę  Wollmann.  Gotuje  znakomicie  i  jest 

bardzo miła. Rodenfels nie miałby swego uroku, gdyby jej tu nie było 
— rzekła filuternie Marynia. 

— Tak, to prawda — potwierdziła Renata. — Musi być bardzo dobra. 

Widziałam jak wczoraj pielęgnowała chorego ptaszka. 

Coulmann pogładził włosy Renaty. 
— Aha, a to się spodobało mojej małej samarytance! 
—  Tobie  to  się  także  podoba,  tatusiu.  Znam  cię  dobrze,  udajesz 

groźnego, a masz miękkie serce! 

— Tylko dla tych, których kocham!  — odparł ojciec z powagą. Po 

herbacie Coulmann udał się do swego gabinetu. Marynia wyszła 

do  parku,  aby  obejrzeć  kort  tenisowy.  Renata  pozostała  w  domu. 

Poszła  do  panny  Wollmann  i  poprosiła  ją,  by  otworzyła  jej 
ekskluzywne pokoje w zachodnim skrzydle zamku. 

— Tutaj zapewne od dawna nikt nie mieszkał? — zapytała Renata. 
— Nie, panienko. Nasza nieboszczka pani kazała zamknąć te pokoje, 

bo nie mieliśmy dość służby, aby tu utrzymać ład i porządek. Ostatnio 
nie  wyprawiano  u  nas  większych  spotkań  towarzyskich,  goście  nie 
przyjeżdżali.  A  gdy  nasz  panicz  przyjeżdżał  na  urlop,  to  mieszkał 
naprzeciwko w swoim dawnym pokoju. 

— Czy często przyjeżdżał? — zapytała grzecznie Renata. 
 

background image

— Raz do roku  — odpowiedziała stara panna z westchnieniem.  — 

Wiedział, że nie  będzie  mógł pozostać  w Rodenfelsie, nie chciał się 
przywiązać  do  tego  domu.  A  mimo  to  żegnał  te  kąty  z  ciężkim 
sercem... 

— Pani musi bardzo żałować dzieci dawnego właściciela, które teraz 

nie mają domu... 

Panna Wollmann rozpłakała się. 
—  Ach,  panienko,  przecież  znałam  je  od  maleńkości!  Nasz  panicz 

miał  zaledwie  pięć  latek,  gdy  tu  nastałam.  A  Ewunia  urodziła  się 
znacznie później. Nasz pan Jerzy bardzo kochał swą siostrzyczkę. Miał 
ją teraz odwieźć do Strassburga, do jakiejś krewnej. 

Czy też dziecku będzie dobrze u starej kobiety? Pan Jerzy  był taki 

niespokojny  o  los  dziecka.  Nigdy  nie  zapomnę  jego  spojrzenia,  gdy 
stąd  wyjeżdżał...  Kochał  przecież  te  kąty,  niełatwo  mu  przyszło 
rozstanie... 

—  I  ja  tak  sądzę!  Myśl  o  tym  zatruwa  mi  radość  z  posiadania 

Rodenfelsu... 

— Panienka jest bardzo dobra, ale nie powinna się panienka martwić. 

Bo tak czy inaczej, nie można już było uratować  majątku. Nasz pan 
bardzo  źle  gospodarował.  Co  się  też  nasza  biedna  pani  namartwiła! 
Toteż  było  u  nas  zawsze  cicho  i  smutno!  Gdy  teraz  słyszę  śmiech 
panienki i panny Maryni, to mi się dusza raduje!. 

— Niech pani nie zamyka drzwi — rzekła po chwili Renata — moja 

siostra  zechce  pewnie  później  obejrzeć  te  apartamenty.  Sądzę,  że 
trzeba będzie odnowić te pokoje. Pomówię o tym z ojcem. 

— Panienka ma słuszność, to najpiękniejsze pokoje w całym zamku. 

Proszę  tylko  spojrzeć  na  te  wspaniałe  parkiety.  Może  doczekam  się 
chwili, że będzie się tańczyło w tej sali balowej... 

— Ma się rozumieć, panno Wollmann, zaraz zobaczy pani tańczącą 

parę  —  zawołała  Marynia,  wbiegając  do  sali.  Pochwyciła  siostrę, 
otoczyła ramieniem i zaczęła z nią tańczyć, pogwizdując wesoło walca 
z „Zemsty nietoperza". Wreszcie zmęczona zatrzymała się. 

— Ach, Reniu, jak tu ślicznie! Każdy pyłek opowiada o wspaniałej 

przeszłości i błękitnej krwi! Czy w tym feudalnym zamczysku nie ma 
galerii z portretami przodków? 

— Jest, panienko! Portrety wiszą w małej wąskiej salce, zaraz za tymi 

drzwiami. 

background image

— Chodź Reniu, obejrzymy sobie portrety. Lubię takie stare obrazy, 

każdy opowiada ciekawą historię. 

Pociągnęła  siostrę  za  sobą.  Panna  Wollmann  z  uśmiechem  śledziła 

obie panienki. Podobały jej się te młode, piękne dziewczęta. 

 
Nazajutrz podczas śniadania Coulmann rzekł do córek: 
— Mam dla was niespodziankę! Zaprosiłem gości, a dziś otrzymałem 

odpowiedź,  że  przyjmują  zaproszenie.  Jutro  przyjadą  na  kilka  dni 
młodzi Trautmannowie. 

Marynia zaczerwieniła się mocno i bez przyczyny schyliła się nagle, 

aby  ukryć  rumieńce.  Na  twarzy  Renaty  pojawił  się  natomiast  wyraz 
niechęci.  Widać  było,  że  ta  wiadomość  na  każdą  z  sióstr  podziałała 
inaczej. 

Marynia opanowała się szybko i zawołała: 
—  Kochany  z  ciebie  człowiek,  tatusiu!  Będziemy  mogli  pograć 

trochę  w  tenisa!  Trzeba  tylko  uporządkować  kort.  Może  powiesz 
ogrodnikowi, żeby się zabrał do tego. 

—  Dobrze,  Maryniu,  zrobię  to  zaraz,  inaczej  wpadnę  u  ciebie  w 

niełaskę. A ty, Renato, czy nie masz żadnych życzeń. 

—  Nie,  ojcze.  A  szkoda,  bo  widzę,  że  jesteś  w  dobrym  humorze! 

Uważam w ogóle, że Rodenfels wywiera na ciebie zbawienny wpływ. 
Dawno już nie byłeś tak wesoły jak ostatnio. 

—  Coulmann  odetchnął  głęboko.  Tak,  czuł  się  teraz  dobrze,  był 

wesoły  i  pogodny,  bo  nareszcie  zaspokoił  pragnienie  zemsty.  Przez 
wiele  lat  nienawiść  do  Rodenfelsa  ciążyła  mu  na  duszy.  Obecnie 
zrzucił z siebie to brzemię. 

Uśmiechnął się tkliwie do Renaty. 
—  Widocznie  służy  mi  wiejskie  powietrze,  moje  dziecko!  —  od-

powiedział. 

 

background image

Bracia Trautmann byli synami starego przyjaciela pana Coulmanna. 

Rodzice  ich  mieszkali  w  pobliżu  Drezna.  Starszy  Edmund  był 
lekarzem  i  praktykował  w  Dreźnie,  młodszy  Bernard  studiował  w 
Lipsku, lecz na każdą niedzielę przyjeżdżał do domu. 

Obie  rodziny  żyły  w  przyjaźni  i  bywały  często  u  siebie.  Edmund 

Trautmann nie ukrywał wcale, że pragnie poślubić Renatę, ona jednak 
nie była tym zachwycona. Uważała Edmunda za człowieka zimnego i 
wyrachowanego, sądziła, że zależy mu nie tyle na jej osobie, co na jej 
majątku. 

Renata  nie  myliła  się  w  swoich  przypuszczeniach.  Wprawdzie 

podobała się Edmundowi, lecz nie starałby się o jej rękę, gdyby była 
ubogą  panną.  Młody  lekarz  był  karierowiczem  i  zależało  mu  przede 
wszystkim na korzyści materialnej. 

Pomimo  młodego  wieku  uchodził  za  dobrego  lekarza  i  miał  dużą 

praktykę.  Coulmann  byłby  mu  chętnie  oddał  córkę  za  żonę.  Renata 
jednak wyraźnie dawała Edmundowi do zrozumienia, że jego wszelkie 
starania  są  daremne.  Zarozumiały  młodzieniec  nie  chciał  jej 
zrozumieć. Był przekonany, że nie oprze mu się żadna kobieta. 

Bernard,  młodszy brat miał zgoła inne usposobienie. Był wesołym, 

dobrym  chłopcem,  a  przy  tym  dzielnym  i  pracowitym.  Studiował 
chemię.  Po  ukończeniu  studiów  miał  objąć  stanowisko  kierownika 
laboratorium w fabryce ojca. 

Od  pierwszego  wejrzenia  zakochał  się  w  Maryni.  Uczucie  to  z 

biegiem lat zmieniało się w gorącą, czystą miłość. Bernard byłby się 
już dawno oświadczył, lecz poprzysiągł sobie w duchu, że nie uczyni 
tego,  dopóki  nie  otrzyma  dyplomu.  Bywał  często  u  Coulmannów,  a 
poza  tym  spotykał  Marynię  na  lodowisku,  w  teatrze  lub  na  balach. 
Dziewczyna  odwzajemniała  jego  uczucie.  Renata  wiedziała  o  tym  i 
bardzo ceniła Bernarda. 

Renata nigdy jeszcze nie kochała. Była idealistką i uważała miłość za 

uczucie wzniosłe i święte, które przychodzi nagle jak objawienie. Nie 
brakło  jej  wielbicieli,  a  nawet  konkurentów  —  ona  jednak  dotąd 
nikomu nie oddała serca. 

 

background image

Lato  w  Rodenfelsie  upłynęło  bardzo  przyjemnie.  Rodzina 

Coulmannów  pozostała  tam  do  połowy  października.  W  Dreźnie 
panienkom  nie  brakowało  rozrywek  i  przyjemności.  Fryderyk 
Coulmann  postanowił  wyjechać  w  końcu  grudnia.  Święta  Bożego 
Narodzenia pragnął spędzić z córkami. 

Pewnego  zimowego  dnia  siostry  wybrały  się  na  lodowisko,  gdzie 

spotkały  się  z  Bernardem  Trautmannem.  Renata,  nie  chcąc  prze-
szkadzać zakochanym, udawała zmęczenie i co chwila przysiadała na 
małej  ławeczce.  Marynia  ślizgała  się  ź  Bernardem.  Rozmawiali 
wesoło, a oczy ich zdradzały wzajemną sympatię. Zwłaszcza Bernard 
nie mógł doczekać się tej chwili, gdy Marynia zostanie jego żoną. 

Renata śledziła wzrokiem młodą parę. Nie spostrzegła wcale, że obok 

niej  usiadła  na  ławeczce  jakaś  pani  w  żałobie.  Była  w  towarzystwie 
małej prześlicznej dziewczynki. 

Była  to  profesorowa  Hardenberg  z  Ewą.  Pani  Pola  ubrała  dziecku 

buty  z  łyżwami,  po  czym  wzięła  Ewunię  za  rączkę  i  zaczęła  ją 
prowadzić.  Renata  z  uśmiechem  patrzyła  na  zabawne  ruchy 
dziewczynki, która nie potrafiła utrzymać się na lodzie. Jej opiekunka z 
trudem dotrzymywała jej kroku, bo była bez łyżew. 

Nagle Ewa zachwiała się i byłaby upadła, gdyby jej Renata w porę nie 

przytrzymała.  Dziewczynka  grzecznie  podziękowała  za  pomoc,  a  i 
pani  Pola  powiedziała  kilka  uprzejmych  słów.  Wyraziła  przy  tym 
ubolewanie, że trudno jej prowadzić dziecko, bo sama nie ślizga się. 
Renata chętnie zastąpiła panią Połę i ślizgała się razem z Ewunią. 

Po  chwili  spotkały  się  z  Bernardem  i  Marynią.  Marynia  szybko 

zawarła  przyjaźń  z  Ewunią.  Siostry  wzięły  dziewczynkę  pomiędzy 
siebie. 

—  Ach,  mateczko!  Teraz  już  ślizgam  się  zupełnie  dobrze!  — 

zawołała Ewa do pani Poli. 

Bernard Trautmann znał panią Hardenberg. Edmund leczył Ewunię 

kilka miesięcy temu i bywał w willi „Zacisze". Nawiązała się ożywiona 
rozmowa. Postanowiono nazajutrz spotkać się znowu na lodowisku. 

Po odejściu pani Poli Marynia zawołała: 
—  Jakież  to  słodkie,  śliczne  dziecko  z  tej  Ewuni!  Polubiłam  ją 

serdecznie od pierwszego wejrzenia! 

 

background image

Bernard obrzucił ją gorącym spojrzeniem. On uważał, że nie ma na 

świecie milszej i słodszej istoty od Maryni. 

— Zdaje się, że pani Hardenberg jest wdową? — zapytała Renata. 
— Tak, o ile wiem, owdowiała tego lata. 
— Czy Ewunia jest jej jedynym dzieckiem? 
— Nie wiem na pewno. Mój brat  może panią poinformować lepiej 

ode mnie. 

— Interesująca kobieta. Jak dziwnie wyglądają siwe włosy przy tej 

młodej, smutnej twarzy. 

— Tak, mnie to również uderzyło. Pani Hardenberg wygląda bardzo 

oryginalnie i musi zwracać uwagę każdego. 

—  Cieszę  się,  że  jutro  zobaczymy  znowu  Ewunię!  —  zawołała 

Marynia. 

—  Pani  bardzo  lubi  dzieci,  panno  Maryniu  —  zauważył  Bernard, 

wpatrując się z zachwytem w zaróżowioną twarzyczkę dziewczyny. 

—  Owszem,  ale  muszą  być  ładne.  Brzydkich  dzieci  nie  znoszę  — 

odparła ze śmiechem. 

Ślizgali się jeszcze przez chwilę. Potem Bernard odprowadził siostry 

do domu. 

Nazajutrz spotkano się znowu z panią Połą i Ewunią. Tym razem pan 

Coulmann towarzyszył córkom. Podczas gdy dziewczęta ślizgały się z 
Ewą,  rozmawiał  on  z  profesorową.  Wywarła  na  nim  jak  najlepsze 
wrażenie. 

Odtąd codziennie spotykano się na lodowisku. Między panią Połą i 

dziewczętami nawiązała się serdeczna nić przyjaźni. Zwłaszcza Renata 
i pani Pola czuły do siebie głęboką sympatię. Młoda wdowa czuła w 
Renacie pokrewną duszę. 

Po kilku dniach nastąpiła odwilż. O ślizgawce nie mogło być mowy. 

Profesorowa  zaprosiła  siostry  do  willi  „Zacisze".  Renata  podziwiała 
nagromadzone tu dzieła sztuki, a Marynia bawiła się z Ewą jakby sama 
była dzieckiem. 

Ewa nazywała panią Połę „mateczką", toteż siostrom nie przyszło na 

myśl, że dziewczynka jest córką dawnego właściciela Rodenfelsu. Pani 
Pola  wiedziała  wprawdzie  z  opowiadań,  że  pan  Coulmann  posiada 
majątek na wsi, lecz nie wymieniano nazwy „Rodenfels". 

Przed świętami odwiedzano się rzadziej. Pan Coulmann miał 
 

background image

wyjechać dwudziestego siódmego grudnia. Umówił się już z jednym 

ze swoich przyjaciół, który miał odbyć z nim podróż. 

Przed  wyjazdem  wstąpił  jeszcze  raz  do  pani  Poli  i  prosił,  aby       

podczas  jego  nieobecności  zajmowała  się  trochę  jego  dziewczętami.       
Pani  Pola  przyrzekła  mu  z  wielką  ochotą  spełnić  to  życzenie.  W 
przeddzień Wigilii siostry pojechały jeszcze raz do „Zacisza". 

Ewa powitała je radośnie. Oczy jej błyszczały. 
— Wyobraź sobie ciociu Maryniu, że dziś wieczorem przyjeżdża mój 

brat Jurek! — oznajmiła. 

Panienki  spojrzały  zdumione  na  panią  Połę.  Pani  Hardenberg  pod 

jakimś pozorem wyprawiła Ewę z pokoju. Potem dopiero wyjaśniła: 

— Ewunia jest moją przybraną córeczką. Niech panie jednak nigdy 

nie  poruszają  tego  tematu  w  obecności  dziecka.  Nie  chcę,  by  Ewa 
przypominała sobie o śmierci rodziców. Pragnę, by czuła się u mnie jak 
w domu. 

Dziewczęta  nie  posiadały  się  ze  zdumienia,  lecz  pani  Pola  szybko 

zmieniła temat rozmowy. 

Powracając do domu, siostry rozmawiały wiele o Ewuni i pani Poli. 

Wydawały im się o wiele bardziej interesujące, niż dotąd. Wyobrażały 
sobie zresztą, że brat Ewuni to mały chłopczyk, o kilka lat starszy od 
niej. 

Po południu przybyli młodzi Trautmannowie. Chcieli się pożegnać z 

panem Coulmannem. Ten jednak nie poprzestał na tym, lecz zaprosił 
braci na drugi dzień świąt, na uroczystość pożegnalną. 

— Napijemy się przy tej okazji, nie mogę przecież tak po cichu i na 

sucho wyjeżdżać z kraju — oznajmił swoim gościom. 

 
Jerzy przybył do „Zacisza". Ze szczerą radością zauważył, że Ewę i 

panią Połę łączą więzy prawdziwej serdeczności. Ewunia cieszyła się z 
przyjazdu  brata,  lecz  całe  młode  serduszko  wypełniała  „mateczka". 
Jerzy przekonał się, że pani Pola dba o dziecko i wychowuje Ewę jak 
najczulsza  matka.  Uczucie  bezgranicznej  wdzięczności  przepełniło 
serce chłopca. 

Wieczorem pani Pola poprosiła Jerzego, by zaczekał na nią w gabi- 
 

background image

necie. Sama chciała położyć Ewunię do łóżeczka, bo nigdy nie pozos-

tawiała  jej  pod  opieką  służących.  Dlatego  też  mała  coraz  bardziej 
przywiązywała się do swej mateczki. 

Jerzy  rozmyślał  wiele  o  pani  Poli.  Była  bez  wątpienia  piękną  i 

ciekawą  kobietą.  Odnosił  wrażenie,  że  w  ciągu  tych  kilku  miesięcy 
poweselała. Wydawała się bardziej spokojną i zrównoważoną. 

Po chwili pani Pola weszła do gabinetu. 
— Jakże się panu podoba Ewunia, panie Jerzy? Czy pan jest ze mnie 

zadowolony? — zapytała z uśmiechem. 

—  Brak  mi  słów,  droga  pani  —  doparł  chłopiec.  —  Nie  potrafię 

wyrazić mej wdzięczności. 

—  Nie  ma  pan  za  co  dziękować,  to  ja  powinnam  być  wdzięczna. 

Przecież Ewa pozwoliła mi pogodzić się na nowo z życiem. 

— Czyż tak jest naprawdę? 
— Tak — odparła z przekonaniem. — Pokochałam to dziecko i tylko 

ono stanowi treść mego życia! 

— Wielkie to szczęście dla Ewy. Ale dla pani to za mało! 
— Nie oczekuję już nic więcej od życia. 
—  Po  co  ta  rezygnacja?  Pani  ma  prawo  żądać  od  życia  czegoś 

większego i lepszego.   

Machnęła ręką. 
— Mam siwe włosy. W takich warunkach człowiek staje się skromny. 
—  Młoda  twarz  pani  zadaje  kłamstwo  tym  siwym  włosom. 

Potrząsnęła poważnie głową. 

— Nie, nie, jest inaczej niż pan sądzi. Czuję się o wiele starsza, niż 

wyglądam...  Szczęście  moje  spoczywa  w  przeszłości.  Było  wielkie, 
jasne  i  gorące,  toteż  zapewne  tak  krótko  trwało.  Muszę  się  z  tym 
pogodzić, bo wiem, że umarło na wieki. Gdyby pan znał mego męża, 
byłby  pan  mnie  zrozumiał.  Nie  mam  już  teraz  żadnych  marzeń, 
żadnych pragnień. Tylko dzięki Ewuni znoszę to życie. Ona stała się 
moją osłodą i pociechą. Nadała wartość memu istnieniu. 

—  Ewę  spotkało  wielkie  szczęście,  droga  pani  Polu.  Na  razie  nie 

potrafi ona tego docenić, nie wie ile ma pani do zawdzięczenia. 

— Ewa już dziś odpłaca mi stokrotnie za wszystko, bo mnie kocha. 
—  Tak,  stwierdziłem  to  z  niekłamaną  radością.  Przestała  prawie 

kochać swego dużego brata. 

 

background image

— Czy pan jest zazdrosny? 
—  Ależ  nic  podobnego!  Czymże  ja  mogę  być  dla  Ewy?  Pani 

zastępuje jej matkę. 

—  Pan  jednak  jest  jej  bratem,  za  panem  przemawiają  więzy  krwi. 

Myli się pan, przypuszczając, że Ewunia przestała pana kochać. Ona 
tylko ma obecnie więcej wspólnych zainteresowań ze mną, ponieważ 
spędzamy ze sobą całe dni. Cieszyłyśmy się obie, dowiedziawszy się o 
przyjeździe pana. 

—  Doprawdy?  Pani  także?  A  ja  myślałem,  że  zaprosiła  mnie  pani 

tylko przez wzgląd na Ewę. 

— Czy za mało okazywałam panu serdeczności? A nasza korespon-

dencja? Powinien pan był wiedzieć, że darzę pana wielką przyjaźnią. 

— Dziękuję pani za te słowa, jestem dumny z przyjaźni pani. Mało 

jest na świecie tak szlachetnych i dumnych kobiet... 

—  Pan  mi  prawi  komplementy,  mój  drogi  dzielny  marynarzu! 

Pomówmy  o  czymś  innym.  Czy  mi  pan  pomoże  jutro  przygotować 
Gwiazdkę dla Ewy i dla mojej służby? 

—  Bardzo  chętnie.  Dawniej  pomagałem  zawsze  mojej  matce. 

Pochylił głowę i zamilkł. Ogar go smutek. Przypomniał sobie 

matkę,  zawsze  zaniedbaną,  zmęczoną,  zgorzkniałą!  Nie  pieściła  go 

nigdy,  żałowała  mu  dobrego  słowa.  Ach,  jakże  musiała  cierpieć  w 
pożyciu  z  lekkomyślnym  ojcem!  Nieraz  chciał  się  do  niej  zbliżyć, 
pocieszyć  ją,  ona  jednak  zamknięta  w  sobie,  pełna  tajonego  bólu, 
odwracała się od niego. 

Kto wie, czy nie by'o szczęściem dla Ewy, że tak wcześnie straciła 

rodziców? Wesołe tkliwe dziecko cierpiałoby na pewno w  chłodnej, 
przykrej atmosferze domu. A tymczasem w osobie pani Poli znalazła 
nie tylko dobrą opiekunkę, lecz prawdziwą matkę... 

Pani Pola przyglądała się uważnie Jerzemu. Spostrzegła na jego twa 

rzy wyraz bólu. Znała całe jego dotychczasowe życie. Domyślała się co 
go gnębi. Podeszła do Jerzego i położyła mu rękę na ramieniu. 

— Widzę, że pan pogrążył się w smutnych wspomnieniach. 
— Tak, myślałem o utraconym domu. 
—  Domyśliłam  się  tego.  Tak,  nas  obojga  nie  oszczędził  los, 

straciliśmy bardzo wiele. Trzeba jednak zapomnieć o tym. Jutro, gdy 
zapłoną światła na choince będziemy się oboje cieszyć radością Ewuni. 
Nie, nie trzeba spoglądać w przeszłość... 

background image

W ostatnich jej słowach brzmiała głęboka boleść, która wstrząsnęła 

Jerzym.  Zrozumiał,  że  pani  Pola  nie  pokonała  jeszcze  rozpaczy  po 
śmierci ukochanego męża. Jakże musiała go kochać! Czyż naprawdę 
istnieje na świecie tak wielkie potężne uczucie — miłość, która sięga 
poza grób? 

Pani  Pola  opanowała  się.  Podeszła  do  Jerzego,  podała  mu  rękę  i 

rzekła: 

— Będziemy zawsze przyjaciółmi, prawda panie Jerzy? 
— O, pani Polu! Pragnąłbym dowieść pani kiedyś jak bardzo jestem 

pani oddany! Najbardziej kocham Ewę, pani zajmuje drugie miejsce w 
mym sercu. 

— Doprawdy? Czyż nie ma na świecie kobiety, droższej i bliższej ode 

mnie, a nawet od Ewy? 

Jerzy zarumienił się, lecz mimo to spojrzał pani Poli prosto w oczy. 
—  Nie,  dotychczas  nie  spotkałem  tej  jedynej,  wybranej,  którą 

uważałbym  za  dopełnienie  własnej  duszy.  Może  nie  znajdę  nigdy. 
Zdaje się, że pod tym względem jestem bardzo wymagający. 

—  A  jakie  zalety  powinna  posiadać  „ona"?  Przepraszam  za 

niedyskretne pytanie... ' 

— Przed panią nie mam tajemnic. Kobieta, którą mógłbym pokochać, 

musi posiadać dwie rzadkie zalety: szlachetne serce i wielkoduszność. 

Pani Pola spojrzała w zadumie na młodego człowieka. 
— Jaki pan dziwny, panie Jerzy... Inny, niż ogół mężczyzn w pańskim 

wieku.  Życzę  panu,  aby  pan  spotkał  taką  kobietę  na  swojej  drodze 
życia... Mam wrażenie, że to niełatwa sprawa... My kobiety jesteśmy 
przeważnie małostkowe... 

— Pani stanowi wyjątek. Spodziewam się, że nie jest pani jedynym 

wyjątkiem. 

— Ach, pan znowu zaczyna mówić o mojej doskonałości. Nie mogę 

tego słuchać. Uciekam, zwłaszcza, że przywykłam kłaść się wcześnie 
spać.  Niech  pan  zadzwoni  na  służącego  i  każe  sobie  podać  butelkę 
wina.  A  teraz  dobranoc!  Jutro  przed  południem  jedziemy  z  Ewą 
sankami  do  Moritzburga.  Przyrzekłam  jej  od  dawna  tę  wycieczkę. 
Mam nadzieję, że pan zechce nam towarzyszyć... 

Podała mu rękę, którą z czcią pocałował. Po chwili wyszła z pokoju. 
 

background image

Jerzy pozostał sam. Myślał o pani Poli. Mało jest takich kobiet jak 

ona.  Musiała  bardzo  kochać  swojego  męża!  Czy  naprawdę  serce  jej 
znalazło upragniony spokój? 

—  Chciałbym  spotkać  dziewczynę,  która  kochałaby  mnie  tak,  jak 

pani Pola swego męża  —  myślał  Jerzy.  —  Nie  ma nic gorszego jak 
niedobrane małżeństwo... 

Przypomniał  sobie  swoich  rodziców!  O,  Boże!  Lepiej  przez  całe 

życie pozostać samotnym, niż prowadzić takie życie jak oni... 

Mimo to Jerzy łaknął miłości i ciepła! Tęsknił za kochającą i kochaną 

kobietą. Nie znosił flirtów i przelotnych miłostek. Przecież pogardzał 
za to właśnie swoim ojcem, który jak motyl przelatywał z kwiatka na 
kwiatek. Wolał raczej tęsknić za miłością, niż zadawalać się szychem 
zamiast szczerego złota wzniosłych uczuć! 

Nazajutrz Jerzy pojechał z panią Połą i Ewą do Moritzburga. Pogoda 

sprzyjała.  Sanki  mknęły  po  gładkim  śniegu.  Ewa  była  w  świetnym 
humorze i szczebiotała o Gwiazdce i różnych niespodziankach. 

Wszyscy troje zjedli śniadanie w małym zajeździe. Potem przeszli do 

parku, gdzie Ewunia zaczęła obrzucać brata śnieżkami. Rozpoczęła się 
prawdziwa  bitwa,  w  której  nawet  pani  Pola  brała  udział.  Śmiała  się 
wesoło  razem  z  Ewą,  a  Jerzy  cieszył  się,  widząc,  że  na  chwilę 
zapomniała o swoim bólu. 

Gdy Jerzy w godzinę później wsiadał do sanek i naciągał rękawice, 

spostrzegł, że zgubił swój sygnet. Zapewne musiał się zsunąć z palca i 
ugrząść w śniegu. 

Sygnet ten przechowywano od wieków w rodzinie Rodenfelsów. Był 

to staroświecki klejnot z masywnego złota, ozdobiony dużym kamie-
niem z wizerunkiem św. Jerzego. Jeden z przodków Jerzego, również 
Jerzy, nosił go zawsze na palcu jako talizman. 

Chłopiec zmartwił się bardzo. Sygnet był jedyną pamiątką z dawnych 

czasów, jedynym ostatnim łącznikiem z dawnym majątkiem. Pani Pola 
spostrzegła, że Jerzy nagle zasmucił się. 

— Co się stało? — zapytała.   
— Zgubiłem sygnet.   
— Ten stary, oryginalny sygnet?   
— Tak! 
—  Niech  pan  wróci  do  parku  i  poszuka  sygnetu.  My  z  Ewą 

poczekamy w zajeździe. 

background image

Jerzy odszedł, spoglądając uważnie na drogę. Ale ani na drodze, ani w 

parku nie znalazł sygnetu. Zasmucony powrócił do pani Poli. 

— Niech się pan tak nie martwi, drogi przyjacielu — starała się go 

pocieszyć profesorowa. — To przecież tylko martwy przedmiot. 

—  Wiem  o  tym.  Ale  to  była  jedyna,  ostatnia  pamiątka  z  dawnych 

czasów. 

— Mimo to nie należy się tym przejmować. Pozostała panu jeszcze 

jedna żywa i lepsza pamiątka — pańska siostrzyczka... 

Jerzy rozchmurzył się. 
—  O  tak,  przekonała  mnie  pani.  Nie  będę  sobie  psuł  nastroju  z 

powodu tej zguby. 

Wieczór  wigilijny  upłynął  rzeczywiście  w  uroczystym  i  pogodnym 

nastroju. Ewa cieszyła się swymi podarkami, a pani Poła i Jerzy starali 
się nie myśleć o przeszłości. Po raz pierwszy od śmierci męża podeszła 
pani Pola do fortepianu. Spod jej palców popłynęła piękna pieśń: 

— Chwała Panu na wysokościach i pokój ludziom dobrej woli... Gdy 

odeszła od fortepianu, poczuła w sercu nowe siły i otuchę. 

 
W drugi dzień świąt Coulmann wyprawił dla swoich gości pożegnal-

ny wieczór. Wszyscy byli w doskonałych humorach, a pan domu bez 
przerwy opowiadał o swojej zamierzonej podróży. 

Bernard  Trautmann  siedział  podczas  kolacji  obok  Maryni.  Prze-

komarzali  się,  jak  zwykle,  potem  rozmowa  weszła  na  poważniejsze 
tory.  Bernard  zaczął  opowiadać  Maryni  o  swoich  rodzicach.  Nagle 
stuknął się palcem w czoło. 

—  Byłbym  zapomniał  o  najważniejszej  sprawie.  Przecież  rodzice 

prosili,  aby  panie  wraz  z  panią  Werner  spędziły  u  nas  wieczór 
sylwestrowy. Czy pani przyjdzie do nas? 

— Bardzo chętnie! Słyszysz, Renato, państwo Trautmann zapraszają 

nas na Sylwestra. 

— To bardzo dobrze, zwłaszcza, że w tym roku będziemy same, bo 

tatuś wyjeżdża. Niech pan podziękuje rodzicom, panie Bernardzie. 

— W moim imieniu również — powiedział Coulmann. Cieszę się, że 

spędzicie ten wieczór u moich starych przyjaciół. 

 

background image

Obrzucił zadowolonym spojrzeniem czworo młodych ludzi. Pragnął 

bardzo,  aby  Renata  została  żoną  Edmunda,  a  Marynia  poślubiła 
Bernarda. Uważał jednak, że nie ma powodu do pośpiechu, nie chciał 
się jeszcze rozstawać ze swymi dziewczętami. 

Nazajutrz Coulmann wyjechał. Gdy pociąg ruszył, siostry wsiadły do 

samochodu, który czekał przed dworcem. Marynia kasłała trochę, bo 
była  przeziębiona.  Renata  prosiła  nawet,  by  nie  odprowadzała  ojca, 
lecz Marynia nie zgodziła się na to. Teraz oświadczyła, że wybiera się 
na ślizgawkę. 

— To nie ma sensu — tłumaczyła Renata. — Przeziębisz się jeszcze 

bardziej i na Sylwestra nie będziesz mogła wyjść z domu. 

— Tyranizujesz mnie, Reniu! 
— Ale tylko dla twojego dobra. 
Zapanowała chwila milczenia. Po chwili Marynia odezwała się cicho: 
— Reniu! 
— Co takiego nieznośna pacjentko? 
— Myśmy się przecież umówiły na lodowisku z Trautmannami... 
— Ja się z nikim nie umawiałam—odparła siostra, tłumiąc uśmiech. 

— Może ty się umówiłaś? Bardzo nieprzyjemna sprawa. Edmund nie 
przyjdzie, bo przed południem odwiedza chorych, chyba jego brat... 

— Wobec tego powinnyśmy pójść. 
—  Ty  w  żadnym  razie  nie  możesz  pójść,  byłaby  to  wielka 

lekkomyślność  z  twojej  strony.  Pomyśl  co  by  się  stało,  gdybyś 
zachorowała  podczas  nieobecności  ojca.  Ja  natomiast  pójdę,  bo  nie 
chcę, aby Bernard nadaremnie czekał na nas. 

— No, tak... Idź, skoro ja nie będę mogła... 
— Pójdę! Bądź jednak przygotowana, że Bernard cię odwiedzi. Jak 

usłyszy, że się źle czujesz, wpadnie by dowiedzieć się o twoje zdrowie. 

Marynia udała obojętność, lecz mimo to zarumieniła się mocno. Po 

chwili spojrzała na zegarek. 

— Pośpiesz się, Reniu, jest już po jedenastej. Zdaje się, że Bernard 

miał być na lodowisku o wpół do dwunastej. 

Dobrze, kochanie. Może pani Pola z Ewcią będą także. Pokłoń się ode 

mnie.  Bernarda  możesz  też  pozdrowić.  Wspomnij,  że  nie  przyszłam 
dziś na lodowisko, bo chcę być zdrowa na Sylwestra. 

 

background image

— Dobrze, powiem mu to. A ty bądź grzeczna i pij wodę emską z 

mlekiem! 

Przed  ślizgawką  spotkała  Renata  Bernarda  Trautmanna.  Na  twarzy 

młodzieńca malował się wyraz zawodu.   

— Pani jest sama? 
—  Niestety!  Marynia  została  skazana  na  areszt  domowy,  bo  jest 

zaziębiona. 

— Czy to coś poważnego? — zapytał z przestrachem. 
—  O,  nie!  Katar  i  trochę  kaszlu.  Została  w  domu,  bo  chce  być 

zupełnie zdrowa na Sylwestra. Mam pana pozdrowić. Biedna Marynia 
nudzi się okropnie. Gdybym nie wiedziała jak bardzo lubi pan łyżwy, 
prosiłabym, aby pan wstąpił do Maryni i rozerwał ją trochę. 

— Och, jeżeli o to chodzi — odparł skwapliwie młody człowiek — to 

chętnie  zrezygnuję  z  łyżew.  Byłem  przeszło  godzinę  na  lodzie  i 
właściwie  '  miałem  zamiar  wrócić.  Ale  czy  nie  będę  przeszkadzał 
pannie Maryni? 

— Bynajmniej! Niech pan wstąpi do nas, ja za godzinkę wrócę do 

domu. 

— A zatem do widzenia! Renata uśmiechnęła się do siebie. 
—  Odkrywam  w  sobie  nadzwyczajne  zdolności  dyplomatyczne  — 

pomyślała, wjeżdżając na lód. 

Okrążyła kilka razy lodowisko. Nagle spostrzegła z daleka Ewunię. 

Tym razem pani Pola nie towarzyszyła dziewczynce. Ewa ślizgała się z 
jakimś wysokim, przystojnym młodzieńcem. Był to Jerzy Rodenfels, 
który zastąpił dziś panią Hardenberg. 

Renata zdziwiła się i chciała niepostrzeżenie przejechać obok nich, 

ponieważ nie znała towarzysza Ewuni. Nie przypuszczała, że może to 
być brat dziewczynki, wyobrażała sobie zawsze brata Ewy jako małego 
chłopca. Ewa spostrzegła Renatę i z radością zbliżyła się do niej: 

— Ciociu Reniu! Ciociu Reniu! — zawołała wesoło. 
Renata musiała się zatrzymać; z miłym uśmiechem pochyliła się ku 

dziewczynce.  W  uśmiechu  tym  było  tyle  wdzięku,  że  Jerzy  z 
zainteresowaniem spojrzał na młodą dziewczynę. 

—  To  mój  brat  Jurek,  cioteczko!  Zobacz,  Jurku  —  to  jest  ciocia 

Renia! To właśnie ona razem z ciocią Marynią nauczyły mnie jazdy na 
lodzie...  —  opowiadała  z  zapałem  Ewunia,  pośrednicząc  w  zawarciu 
znajomości między Renatą a Jerzym. 

background image

Jerzy przedstawił się Renacie, wymieniając swoje nazwisko, którego 

jednak  Renata  nie  dosłyszała.  Była  zbyt  zaskoczona  faktem,  że  brat 
Ewy jest dorosłym, przystojnym mężczyzną. Ona sama nie wymieniła 
swego  nazwiska.  Sądziła,  że  Jerzy  musiał  je  znać  przez  panią  Połę. 
Myliła  się  jednak.  Pani  Hardenberg  wspominała  Jerzemu  o 
sympatycznych siostrach, lecz nie powiedziała, jak się nazywają. 

Oboje  nie  wiedzieli,  że  łączy  ich  coś  wspólnego,  a  mianowicie 

Rodenfels. 

— Słyszałem już od pani profesorowej i od mojej siostrzyczki, że to 

pani tak uprzejmie zajęła się tą początkującą sportsmenką — odezwał 
się Jerzy. 

Renata podniosła na niego swoje piękne, złotobrązowe oczy. 
— Robiłam to bardzo chętnie, z przyjemnością uczyłam Ewunię — 

odparła z prostotą. 

— A gdzie jest ciocia Marynia? — dopytywała się Ewa. 
— Została w domu, jest chora. 
— O, jaka szkoda! A ty jesteś sama? 
— Tak, Ewuniu. 
—  O,  w  takim  razie  musisz  poślizgać  się  z  nami.  Jurek  ślizga  się 

świetnie. Będziecie mnie oboje prowadzili. 

— Ależ, Ewo, przecież pani nie „musi"... 
— Ciocia Renia jest bardzo dobra i na pewno się zgodzi. 
—  Jeżeli  ją  o  to  bardzo  grzecznie  poprosisz  —  upomniał  Jerzy, 

spoglądając z upodobaniem na Renatę. 

i

 

— Zgodzisz się cioteczko, prawda? Bardzo cię o to proszę. Renata 

zawahała się. Nie wiedziała czy młodemu człowiekowi miłe 

będzie jej towarzystwo. 
—  Przyłączam  się  do  prośby  mojej  siostrzyczki!  —  dodał  Jerzy. 

Prośba  jego  płynęła  z  głębi  serca.  Renata  spodobała  mu  się  od 
pierwszego wejrzenia i pragnął ją poznać bliżej. 

Renata z uśmiechem ujęła rączkę Ewy. 
— No to chodź, maleńka! 
Ślizgali się we trójkę. Ewa wydawała okrzyki radości, śmiejąc się do 

brata i Renaty. Jerzy z ożywieniem rozmawiał z dziewczyną. Później 
Ewunia zaczęła opowiadać, jakie śliczne prezenty przyniósł jej Święty 
Mikołaj. Chciała się też konieczne dowiedzieć, co Renata otrzymała na 
gwiazdkę. 

background image

Renata  z  uśmiechem  odpowiadała  na  pytania  dziecka.  Jerzy  nie 

odrywał od niej oczu. 

Później  zaczęto  rozmawiać  o  pani  Poli.  Oboje  mieli  szacunek  i 

podziw dla tej niezwykłej kobiety. 

Czas szybko mijał. Wreszcie Renata spojrzała na zegarek. 
— Muszę już  wracać do domu!  —  oznajmiła. 

Jerzy  i  Ewa  wyszli 

razem z nią. Dziewczynka poprosiła, aby ciocia 

jutro  przyszła  także  na  lód.  Jerzy  poparł  tę  prośbę  gorącym, 

błagalnym  spojrzniem.  Renata  zapłoniła  się  lecz  przyrzekła,  że 
przyjdzie. 

—  A  więc  do  jutra!  —  powiedział  Jerzy,  podając  jej  rękę  na 

pożegnanie. 

— Do widzenia! — odparła cicho, po czym śpiesznie odeszła. Jerzy 

śledził wzrokiem smukłą, wdzięczną postać w granatowej 

sukience i zgrabnym futrzanym żakieciku. 
— Ciocia Renia jest bardzo miła, prawda Jurku? 

— Tak, Ewuniu. 
— Ciocia Marynia jest także strasznie miła, tylko jeszcze weselsza. 
— Może poznam ją także. A teraz wsiadaj, kochanie, do samochodu. 

Czy ci ciepło? 

— Ależ tak! Ach, jak cudownie było dziś na lodzie. Ale teraz trzeba 

się spieszyć, bo mateczka na nas czeka. 

 
Renata  zastała  Bernarda  w  towarzystwie  Maryni  i  pani  Werner. 

Pacjentka pogodziła się już z losem i była w dobrym humorze. 

Renata nie wspomniała o tym, że poznała brata Ewy. Stało się to być 

może przypadkiem. Nazajutrz jednak odczuwała już od samego rana 
dziwny niepokój, spoglądała często na zegarek, aż wreszcie wyszła z 
domu, nie mówiąc nic Maryni, że umówiła się z kimś na lodowisku. 

Tego nie można już było nazwać przypadkiem. Umyślnie zataiła ten 

fakt  przed  siostrą.  Nie  zdawała  sobie  zresztą  sprawy,  dlaczego  tak 
postąpiła.  Szybko  pożegnała  się  z  siostrą.  Marynia  nie  zapytała  o 
przyczynę tego pośpiechu. 

Obie siostry wiedziały, że Bernard dziś także przyjdzie, aby dowie-

dzieć się o zdrowie Maryni. Dawniej Renata myślałaby o tym z pobłaż-
liwym uśmiechem. Dziś zaczynała rozumieć uczucie siostry. 

 

background image

Czuła  w  sobie  dziwny  niepokój.  Ochłonęła  dopiero  wtedy,  gdy 

ujrzała  z  daleka  Jerzego  Rodenfelsa.  Ale  i  teraz  serce  jej  waliło  jak 
młotem. 

Jerzy powitał ją bardzo serdecznie. Oczy jego zabłysły radośnie na 

widok pięknej dziewczyny. Obawiał się, że może nie dotrzyma swego 
przyrzeczenia. 

Myślał  bardzo  wiele  o  Renacie.  Rozmawiał  o  niej  również  z  panią 

Połą. Wypytywał się z takim zainteresowaniem o rozmaite szczegóły, 
dotyczące  nowej  znajomej,  że  dało  to  wiele  pani  Poli  do  myślenia. 
Wyrażała się zresztą o Renacie z wielkim uznaniem. 

Profesorowa dowiedziała się od Ewy, że Renata zamierza nazajutrz 

przyjść  na  łyżwy.  Posłała  więc  znowu  Ewunię  samą  pod  opieką 
Jerzego. 

Z początku ślizgano się w milczeniu. Od czasu do czasu spotykały się 

tylko spojrzenia obojga młodych, a oczy ich mówiły więcej niż słowa. 
Renata odwracała w takich chwilach głowę, rumieniąc się gwałtownie. 
Jerzy nie spuszczał jednak oczu z jej pięknego, delikatnego profilu. 

Później nawiązała się rozmowa. Mówili dziś o poważnych sprawach, 

poruszali tematy głębsze. 

Renata  zauważyła,  że  Jerzy  kocha  bardzo  siostrzyczkę,  a  Ewunia 

odpłaca  mu  równą  tkliwością.  Chętnie  dowiedziałby  się  bliższych 
szczegółów  o  losach  rodzeństwa,  nie  śmiała  jednak  pytać.  Nie 
domyślała się, że Ewa i Jerzy są dziećmi dawnego zamku Rodenfelsu. 

Aż  do  Sylwestra  spotykali  się  codziennie  na  łyżwach.  Mróz  trwał. 

Marynia czuła się lepiej, lecz nie wychodziła jeszcze z domu. W ostatni 
dzień  roku  bracia  Trautmann  mieli  pojechać  do  Coulmannów  i 
odwieźć siostry wraz z panią Werner do Loschwitz. 

Tego  samego  dnia  po  południu  Renata  wybrała  się  znowu  na  lód. 

Jerzy  czekał  na  nią,  pełen  gorączkowego  niepokoju.  W  zachowaniu 
jego zaszła ostatnio wielka zmiana.  Całe  jego  zachowanie zdradzało 
niepokój.  Ujrzawszy  z  daleka  smukłą  postać  Renaty,  zarumienił  się 
mocno. Ujął rękę Ewy i pośpieszył jej na spotkanie. 

Po chwili Jerzy odezwał się lekko stłumionym głosem: 
—  Mój  urlop  dobiega  końca,  panno  Renato...  Drugiego  stycznia 

muszę wyjechać do Kilonii... 

Zaskoczona tymi słowami podniosła oczy. 
— Już tak prędko? 

background image

—  Niestety,  panno  Renato.  Chętnie  pozostałbym  dłużej,  lecz  nie 

zależy to ode mnie. Służba nie drużba. 

Obrzucił  ją gorącym  spojrzeniem. Dziewczyna spuściła  oczy. Wie-

działa zaledwie od wczoraj, że Jerzy służy w maranarce. 

— Ewunia zmartwi się ogromnie — szepnęła. 
— Tak, siostrzyczka chciałaby, abym pozostał z nią jeszcze. Pocieszy 

się jednak prędko, bo ma przecież swoją ukochaną mateczkę. 

— A pan? Jerzy westchnął głęboko. 
—  My  marynarze  przenosimy  się  wciąż  z  miejsca  na  miejsce  i 

przywykliśmy  do  pożegnań.  Tym  razem  jednak  i  mnie  jest  bardzo 
ciężko na sercu, ciężej niż zwykle... 

— Ale pan pewno wkrótce znów zawita do Drezna? 
W  słowach  Renaty  słychać  było  palący  niepokój.  Jerzy  ogarnął 

rozkochanym spojrzeniem jej uroczą twarz. 

— Jeżeli tylko dostanę urlop. Kto wie, kiedy to nastąpi. Zależy to od 

tego, jaki kurs weźmie nasz okręt. 

Przez  chwilę  milczeli,  patrząc  sobie  głęboko  w  oczy.  Dostrzegli  u 

siebie  nawzajem  smutek  z  powodu  bliskiego  rozstania,  lecz  zarazem 
serca obojga przenikało uczucie cichego, głębokiego szczęścia. 

Rozmowa  urywała  się  co  chwila.  Tylko  Ewunia  szczebiotała  bez 

przerwy.  Wreszcie  trzeba  było  się  pożegnać.  Spojrzeli  na  siebie  z 
żalem.  Na  pożegnanie  Jerzy  przytrzymał  w  swojej  dłoni  maleńką 
drżącą rękę Renaty. 

— Czy pani jutro przed południem przyjdzie na łyżwy? — zapytał. — 

To przecież już ostatni dzień... — dodał błagalnie. 

Renata  wyczuła,  że  słowa  Jerzego  nie  są  zwykłym  błagalnym 

frazesem. Wciąż jeszcze trzymał jej dłoń. Spojrzał jej głęboko w oczy. 
Dziewczyna  zapomniała  w  tej  chwili  o  całym  świecie.  Ona  również 
utknęła wzrokiem w jasnych, szczerych oczach Jerzego. Przez chwilę 
spoglądali tak na siebie w milczeniu. I oto nagle Renata poczuła, że 
oblewa ją fala niewysłowionego szczęścia. Uczuła, że ta jedna krótka 
chwila  zaważyła  na  jej  całej  przyszłości,  rozstrzygnęła  jej 
przeznaczenie.  —  Jutro...  jutro  zapewne  nie  będę  mogła  przyjść... 
Musimy z siostrą złożyć kilka wizyt noworocznych... 

Jerzy zmartwił się i obrzucił Renatę spojrzeniem pełnym smutku. 
—  A  zatem  widzę  panią  dzisiaj  po  raz  ostatni...  Kto  wie,  kiedy 

zobaczymy się znowu... — szepnął. 

background image

Przytuliła mufkę do rozpalonej twarzy. 
— Jutro w południe przyjdę z siostrą do „Zacisza", aby powinszować 

pani profesorowej z okazji Nowego Roku... 

Jerzy  uścisnął  mocno  jej  rękę.  Oczy  jego  zajaśniały  radością. 

Zrozumiał, że słowa te miały znaczyć: 

— Zobaczę cię jeszcze! . . Pochylił się nad jej ręką i przycisnął do niej 

usta. 

— Wobec tego: do widzenia! ! 
— Do widzenia. 
Renata skinęła głową i oddaliła się śpiesznie. Niby we śnie powracała 

do domu. Twarz dziewczyny płonęła, serce biło mocno i głośno, duszę 
przepełniało uczucie szalonego, nieznanego dotąd szczęścia. 

Od czasu do czasu przymykała oczy, aby przywołać w pamięci obraz 

Jerzego.  Widziała  jakby  na  jawie  wysoką,  wysmukłą  postać, 
energiczną twarz o ostrych rysach i jasne, szczere oczy wlepione w nią 
z wyrazem gorącej prośby. 

Po  powrocie  do  domu  nie  mogła  zaznać  spokoju.  Marynia  ze 

zdumieniem  patrzyła  na  siostrę.  Chciała  się  właśnie  zapytać,  co  jej 
właściwie dolega, gdy Renata odezwała się niby od niechcenia: 

— Wiesz, zapomniałam ci powiedzieć, że poznałam brata Ewuni. 
— Brata Ewuni? Czy dzieci były z panię Połą na ślizgawce? Renata 

roześmiała się i odparła z rumieńcem. 

—  Maryniu,  byłyśmy  w  błędzie.  Brat  Ewy  liczy  na  pewno  koło 

trzydziestu lat... 

Marynia zdziwiła się ogromnie. 
— Co? Już taki dorosły? Ale opowiedz mi coś o nim. Czy jest miły, 

uprzejmy? No powiedz. 

— Jest oficerem marynarki. Marynia klasnęła w dłonie. 
— Ach, to doprawdy pech! Musiałam się przeziębić właśnie w takiej 

chwili!  I  nie  było  mnie  przy  tym,  gdyś  ty  zawierała  tak  interesującą 
znajomość! Może poznam go jutro, gdy będziemy u pani profesorowej. 
Chyba jeszcze nie wyjeżdża? 

— Wyjeżdża pojutrze! 
Renata  umilkła  i  powiodła  przed  siebie  rozmarzonym  wzrokiem. 

Marynia przyglądała się siostrze ze wzrastającym zdumieniem. 

 

background image

— Opowiedz, jak to było? To pani Pola was poznała, prawda? 
— Nie, pani Poli nie było wcale na lodzie. Tylko on i Ewa... 
— Hm! Hm! Tylko on i Ewa. 
Marynia obserwowała Renatę przenikliwie jak sędzia śledczy. Renata 

zaczęła w milczeniu przechadzać się po pokoju. W każdym jej ruchu 
wyczuwało  się  dziwny  niepokój.  Po  chwili  wzięła  z  półki  książkę, 
usiadła w fotelu i udawała, że czyta. Nie mogła się skupić. Wzrok jej 
błąkał  się  w  dali  ponad  kartkami  książki,  Rozmyślała  nad  czymś 
głęboko i zdawało się, że zapomniała zupełnie o obecności siostry. 

Marynia przypomniała sobie w tej chwili, że Renata właściwie już od 

kilku dni zachowuje się inaczej, niż zazwyczaj. Tak, stanowczo zaszła 
w niej jakaś zmiana... 

—  Reniu!  Kiedy  ty  poznałaś  tego  młodzieńca?  Dzisiaj?  Renata 

zarumieniła się mocno. 

— Nie, już przed kilkoma dniami... 
— Aha! — pomyślała Marynia. 
Na  ustach  jej  pojawił  się  filuterny  uśmiech.  Czyżby  jej  poważna, 

skryta  siostra  zakochała  się?  Czyżby  odkryła,  że  i  ona  ma  serce 
dostępne  dla  ludzkich  słabości?  Marynia  znowu  uśmiechnęła  się  do 
siebie, udając, że nie domyśla się niczego. Wreszcie z niewinną miną 
zapytała:. 

— Znasz go od kilku dni i nie powiedziałaś mi o tym ani słowa? 
— Zapomniałam powiedzieć ci o tym. 
— Czy wiesz o nim coś więcej? 
— Nie, wiem tylko, że służy w marynarce. Kocha ogromnie Ewunię. 

—Jak on się właściwie nazywa? Nie znamy przecież nawet nazwiska 
Ewy? — Nie wiem. Przedstawił mi się wprawdzie, ale jak zwykle nie 
dosłyszałam nazwiska... 

Marynia roześmiała się. 
— A więc jakiś bezimienny! Powiedz mi przynajmniej, czy to jakiś 

krewny pani profesorowej. 

— Kiedy tego także nie wiem. Nigdy nie mówiliśmy o tym. 
— No, mam nadzieję, że go jutro poznam. Spodziewam się, że będzie 

mi  się  przynajmniej  w  połowie  tak  podobał  jak  Ewa.  Czy  będzie  w 
domu podczas naszej wizyty? 

— Na pewno... to jest właściwie... nie wiem dokładnie... W każdym 

razie wie, że przyjdziemy... 

background image

Oczy Maryni zabłysły filuternie. 
— Wobec tego na pewno będzie w domu! — orzekła stanowczo. 
— Dlaczego? — spytała Renata, zakłopotana. Marynia wybuchnęła 

śmiechem. 

— Przecież nie przepuści okazji, aby poznać tak doskonałą osobę jak 

ja!  A  teraz  pomówmy  o  innych  sprawach.  Jak  się  ubierzemy  na 
dzisiejszy wieczór? 

Renata była wdzięczna, że może zmienić temat rozmowy. Zaczęła się 

gorliwie naradzać z Marynią nad wyborem sukien. 

 
Państwo  Trautmann  przyjęli  bardzo  serdecznie  obie  siostry.  Pani 

Anna Trautmann była żywą, wesołą kobietką, zawsze przedsiębiorczą i 
dbającą o dobro swojej rodziny. Z wielką starannością przygotowały 
wszystko  do  uroczystości  sylwestrowej.  Nie  brakło  ani  bakalii,  ani 
pączków, ani wina. 

Bernard  był  właściwie  ulubieńcem  matki,  chociaż  kochała  także 

Edmunda i była z niego bardzo dumna. „Moi chłopcy" — od tych słów 
rozpoczynała się każda rozmowa. Wszystko obracało się dookoła jej 
chłopców. Nie miała życzeń ani zainteresowań, nie związanych z syna-
mi. Ojciec Trautmann był miłym, starszym panem. Był także bardzo 
dumny ze swoich synów, lecz nigdy nie okazywał im tego. 

W jasnej staroświeckiej jadalni stał odświętnie nakryty stół. Piękne 

kryształowe  naczynia  i  srebrna  zastawa  lśniły  na  białym  obrusie, 
przystrojonym girlandami zielonej świerczyny. 

Marynia i Renata często bywały tu dawniej i zawsze czuły się dobrze 

w  tym  domu.  Staruszkowie  z  żywą  radością  spoglądali  na  wesołą 
młodzież. 

Panią  Werner  posadzono  wygodnie  w  rogu  kanapy.  Marynia  i 

Bernard odśpiewali kilka duetów. Renata akompaniowała im. Edmund 
stał obok niej przy fortepianie i odwracał kartki nut. 

Miło i pogodnie upływał wieczór... 
W pewnej chwili Renata stanęła przy oknie. Zatopiona w marzeniach 

spoglądała  w  otchłań  cichej  nocy.  Myśl  jej  biegła  w  dal,  okrążając 
„Zacisze".  Jak  spędzają  ten  wieczór  pani  Pola  i  jej  gość?  Zapewne 
siedzą  w  pięknym  cichym  pokoju  i  prowadzą  poważną,  serdeczną 
rozmowę. Ewunia na pewno już od dawna śpi... 

 

background image

W  sercu  Renaty  obudziła  się  nagle  tęsknota.  Ach,  jakże  byłoby 

dobrze  siedzieć  tam  z  nimi,  spędzić  w  ich  towarzystwie  ostatnie 
godziny  roku!  Jaka  rozkosz  patrzeć  w  piękne,  szczere  oczy  chłopca, 
czytać  w  nich  najskrytsze  uczucie...  A  potem?  Zegar  wybija 
dwunastą... Dłonie obojga łączą się w mocnym, serdecznym uścisku, 
tak jak dziś przy pożegnaniu. 

— O czym pani tak duma, panno Renato?— zapytał nagle Edmund, 

przystając tuż obok Renaty. 

Drgnęła i spojrzała na niego zdumiona, jakby obudzona ze słodkiego 

snu. Potem opanowała się i odparła: 

— Pod koniec roku myśli się o różnych sprawach. 
— Pani jest dziś taka milcząca. Jeszcze poważniejsza niż zwykle — 

szepnął Edmund poufale i zbliżył się jeszcze bardziej do dziewczyny. 
Oczy  jego  pełne  niepokoju,  spoczęły  badawczo  na  twarzy  Renaty. 
Jakaż  ona  dziś  piękna,  jak  uroczo  wygląda  w  tej  białej,  skromnej 
sukience! Chłód Renaty podsycał namiętność Edmunda. 

— Zdaje się panu, panie doktorze — powiedziała spokojnie, po czym 

podeszła  do  stołu.  Edmund  szedł  za  nią.  W  jego  zimnych  oczach 
zapłonął  ogień.  Powściągliwość  Renaty  drażniła  go  i  podniecała. 
Trzeba mieć wiele cierpliwości, by przełamać ten cichy, bierny opór! 
Szkoda, że Renata nie jest podobna do Maryni. Bernardowi powodzi 
się lepiej niż jemu. Oczy Maryni mówiły wyraźnie, że serce jej należy 
do  Bernarda.  Bernard  czuł  się  też  bardzo  szczęśliwy  tego  wieczora. 
Przed  chwilą  przeglądał  z  Marynią  albumy  w  sąsiednim  saloniku. 
Wtedy to nawiązała się między nimi rozmowa. 

— Czy pani czuje się już zupełnie dobrze? — spytał tkliwie Bernard. 
— Zupełnie. Skończył się nareszcie mój areszt domowy! 
— Właściwie to wielka szkoda... 
— Ładny z pana przyjaciel! Czy miałam dłużej chorować? 
— Nie, nie, wyraziłem się źle. Miałem tylko na myśli areszt domowy. 

Wtedy mogłem przynajmniej dotrzymywać pani towarzystwa. 

Roześmiała się cichutko. 
— Przecież pan nadal może mnie odwiedzać. .  — Doprawdy? Czy 

mogę przyjść jutro? 

— Jutro  składamy wizyty.  To  jest...  właściwie... popołudnie  mamy 

wolne... 

— Więc przyjadę po południu. 

background image

— Skoro pan nie ma nic lepszego do roboty... 
Uścisnął ukradkiem jej rączkę. 

M

 

— Panno Maryniu! — zawołał głosem pełnym wyrzutu. 
—Co  się  stało?  Czemu  pan  obrzuca  mnie  takim  karcącym 

spojrzeniem? 

— Ależ nie... Nie potrafiłbym wcale w ten sposób patrzeć na panią. 

Przecież pani wie, że nie ma dla mnie nic milszego jak przebywać z 
panią. 

Marynia wzruszyła ramionami. Udawała obojętną. 
— Ha, być może! Ale są na świecie ważniejsze sprawy. 
— Na przykład? 
— Na przykład pański egzamin. Westchnął głęboko. 
— Teraz mam wakacje, muszę z nich korzystać. Później zabiorę się 

znów  raźno  do  roboty.  Przecież  pani  wie,  że  mi  się  bardzo  śpieszy. 
Chciałbym jak najprędzej mieć ten dyplom... 

— Dlaczego? 
Obrzucił ją spojrzeniem.   
— Muszę mieć dyplom, aby otrzymać stałą posadę. A poprzysiągłem 

sobie, że nie zaręczę się, póki nie będę miał stanowiska. 

— Czy pan zamierza zaręczyć się? 
Ujął znowu jej rękę i spojrzał jej głęboko w oczy. 
— Czy pani o tym nie wie, panno Maryniu? Marynia poczuła mocne 

bicie serca. 

— Tak... wiem... nie... skądże ja mam wiedzieć...? 
— Ach, panno Maryniu, najmilsza, najdroższa panno Maryniu... Tak 

się  czasem  lękam,  taki  mnie  ogarnia  strach...  Bo  widzi  pani,  zanim 
osiągnę  mój  cel...  Upłynie  jeszcze  pół  roku...  A  ja  kocham  pewną 
młodą  panienkę.  I  boję  się,  że  straci  cierpliwość...  Ach,  gdybym 
przynajmniej  wiedział,  czy  zechce  przynajmniej  poczekać  na  mnie! 
czy pani sądzi, że nie będzie za późno? 

Marynia spojrzała na Bernarda. W pierwszej chwili chciała go zbyć 

żartem,  aby  w  ten  sposób  ukryć  swoje  zmieszanie.  Później  jednak 
spostrzegła  w  jego  wzroku  niepokój  i  namiętną  prośbę.  Wtedy 
spoważniała, a oczy jej zabłysły szczerym najtkliwszym uczuciem. 

—  Nie,  na  pewno  nie  będzie  za  późno!  —  odparła  cicho,  lecz 

stanowczo.   

Ucałował gorąco jej rączki.   

background image

— Dziękuję, ach dziękuję pani! Teraz już to czekanie nie wydaje mi 

się taki straszne. 

Powrócili  do  jadalni.  Twarze  ich  opromieniał  jakby  cichy  blask 

szczęścia.  Zauważył  to  Edmund  i  w  skrytości  ducha  pozazdrościł 
bratu. 

Wybiła dwunasta. Trącono się wesoło kieliszkami. Marynia i Bernard 

spojrzeli sobie głęboko w oczy. Spojrzenia ich wyrażały milczącą, lecz 
niezłomną obietnicę. 

Renata  stanęła  przy  otwartym  oknie.  Przysłuchiwała  się  dźwiękom 

dzwonów, które obwieszczały narodziny nowego roku. W pięknych, 
jasnych  oczach  pojawił  się  dziwny  wyraz:  zdawała  się  pytać  los  o 
swoją przyszłość... 

Edmund  Trautmann  był  znowu  bardzo  niezadowolony  z  przebiegu 

wieczoru. Renata zręcznie unikała jego towarzystwa, nie mógł z nią ani 
na  chwilę  pozostać  sam  na  sam.  Wreszcie  pocieszył  się  myślą,  że 
podczas  nieobecności  pana  Coulmanna  nie  może  być  mowy  o 
zaręczynach. Coulamnn powróci za kilka miesięcy. W ciągu tego czasu 
uda się mu na pewno przełamać upór Renaty. 

 
Profesorowa Hardenberg i Jerzy spędzili wieczór sylwestrowy w taki 

sposób, jak sobie to wyobrażała Renata. Długo i poważnie rozmawiali 
ze sobą. Mówiono także o Renacie. Subtelna kobieta wyczuła od razu, 
że Jerzy interesuje się Renatą. 

Pomyślała,  że  dla  Jerzego  związek  z  tą  uroczą  dziewczyną  byłby 

wielkim szczęściem. Szkoda tylko, że urlop Jerzego dobiega już końca. 
W ciągu tych kilku dni oboje młodzi nie zdążą się poznać i zbliżyć do 
siebie.  W  duchu  rozważała  sytuację.  Ojciec  Renaty  był  zamożnym 
człowiekiem.  Pani  Pola  znała  dobrze  Jerzego  i  wiedziała,  że  nie 
ożeniłby się nigdy tylko i wyłącznie dla posagu. Zdawała sobie jednak 
sprawę,  że  Jerzy  w  obecnych  swoich  warunkach  nie  może  poślubić 
ubogiej  dziewczyny.  Przypomniała  sobie  słowa,  jakie  powiedział 
Jerzy, mówiąc o swej przyszłej żonie. Szukał w kobiecie dwóch zalet: 
dobroci  i  wielkoduszności.  Pani  Pola  była  przekonana,  iż  Renata 
posiada te dwa przymioty. 

Opowiadając Jerzemu o młodej pannie, nie ukrywała swego uznania i 

sympatii  dla  niej.  Spostrzegła,  z  jaką  przyjemnością  chłopiec  słucha 
tych pochwał. 

background image

Dowiedziała się od Ewy, że siostry mają zamiar złożyć jej wizytę w 

dzień  Nowego  Roku.  Toteż  nie  dziwiła  się,  że  Jerzy  nie  ma  ochoty 
wyjść  z  domu.  Podchodził  on  co  chwila  do  okna  i  zdradzał  wielki 
niepokój. 

Ewa przypomniała mu, że obiecał jej pójść z nią do ogrodu i ulepić 

bałwana  ze  śniegu.  Z  początku  chciał  odmówić  Ewie,  ona  jednak 
upierała się wciąż, tak że w końcu uległ. 

Pani Pola domyśliła się przyczyny jego początkowej odmowy. 
— Słuchaj, Ewuniu — powiedziała —jeżeli później poślę po was do 

ogrodu,  to  masz  zaraz  wrócić  do  domu.  Wiesz  przecież,  że  panna 
Marynia i panna Renata mają nas odwiedzić. 

— Tak, mateczko, przyjdziemy zaraz. Prawda Jurku? 
—  Naturalnie,  myszko.  Chodź  prędko,  żebyśmy  zdążyli  ulepić 

bałwana. 

Po upływie godziny siostry przybyły do „Zacisza". Pola powitała je 

bardzo serdecznie i z wielką radością. Marynia zaczęła rozglądać się 
wokoło, podczas gdy Renata zdradzała jawne zaniepokojenie. 

— Gdzież jest Ewunia? Nie widziałam jej cały tydzień i stęskniłam 

się za nią — odezwała się Marynia. 

— Poszła z bratem do ogrodu, lepią bałwana. Każę ich zaraz zawołać. 
Pani Pola zadzwoniła na służącego. 
— Proszę zejść do ogrodu i poprosić Ewunię i pana von Rodenfels. 

Siostry spojrzały na siebie zaskoczone. Renata zerwała się z miejsca, 

pytając: 
—  Pana  von  Rodenfels?  Czy  tak  się  nazywa  brat  Ewy?  Pani  Pola 

spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

— Tak, panno Renato. Czyżby pani tego nie wiedziała? 
— Gdy  mi się  przedstawiał, nie dosłyszałam nazwiska. Niech  pani 

powie mi jeszcze jedno, czy to syn zmarłego Michała von Rodenfels? 

— Tak, moje drogie dziecko. Widzę, że pani jest bardzo wzburzona. 

Dlaczego? Co panią łączy z tym nazwiskiem? 

— O mój Boże! Że też nie domyśliłam się tego od razu... Sądziłam 

jednak, że Ewunia mieszka u ciotki w Strassburgu... 

—  Pan  Jerzy  zamierzał  po  śmierci  rodziców  umieścić  siostrę  u 

krewnej. Później jednak ja wzięłam ją do siebie. Czemu pani jest taka 
zaniepokojona? 

 

background image

—  Ach,  wspomniałam  pani  przecież,  że  mój  ojciec  nabył  latem 

pewien majątek. Ta posiadłość — to właśnie Rodenfels... 

— I to tak bardzo przestraszyło panią? Oczy Renaty zwilgotniały. 
— Będzie nas teraz uważał za intruzów, pomyśli, że przez nas utracił 

dom rodzinny. 

Pani Pola potrząsnęła głową. 
—  Nie  sądzę.  Michał  von  Rodenfels  zadłużył  ten  majątek.  Jerzy 

wiedział  od  dawna,  że  nie  utrzyma  rodzinnej  posiadłości.  Nie  może 
mieć pretensji do pani, przecież pani nie jest temu winna. 

— Będzie nas pewnie nienawidzieć — szepnęła Renata. 
Marynia  z  zainteresowaniem  śledziła  przebieg  tej  sceny.  Z  za-

chowania  Renaty  pojęła,  że  Jerzy  nie  jest  jej  siostrze  obojętny.  Ze 
zdwojonym napięciem oczekiwała nadejścia Jerzego. 

Pani Pola także zrozumiała, że nie tylko Jerzy interesuje się Renatą, 

ale ona nim także. 

— Droga panno Renato — rzekła — pani nie zna Jerzego Rodenfelsa. 

Nie  jest  on  tak  niesprawiedliwy,  jak  pani  sądzi.  On  sam  potwierdzi 
moje słowa, bo oto właśnie nadchodzi. 

Renata  usiadła.  Spojrzała  na  Jerzego  z  takim  lękiem,  że  to  go 

zaniepokoiło.  Ewa  i  Marynia  powitały  się  bardzo  serdecznie.  Jerzy 
podał rękę Renacie. Zmierzyła wzrokiem jego wysoką postać. A więc 
to jest wygnany dziedzic Rodenfelsu! — pomyślała. 

Renata współczuła mu całym sercem! 
Pani Pola przedstawiła Marynię. 
— Panna Maria Coulmann. 

Jerzy zdziwił się nieco, usłyszawszy to 

nazwisko. 

—  Po  raz  pierwszy  słyszy  nazwisko  pani.  Obecnym  właścicielem 

Rodenfelsu jest niejaki pan Coulmann. Czy to może krewny pani? — 
zwrócił się do Maryni. 

— To mój ojciec. My zresztą także dopiero przed chwilą usłyszeliś-

my po raz pierwszy pańskie nazwisko. Moja siostra nie dosłyszała go, 
gdy pan się jej przedstawił. 

Jerzy spojrzał na Renatę, która wciąż jeszcze walczyła ze wzrusze-

niem. Profesorowa przyszła jej z pomocą. 

— Drogi przyjacielu, proszę uspokoić pannę Renatę. Usłyszawszy 
 

background image

pańskie nazwisko, przelękła się ogromnie. Wyobraża sobie straszne 

rzeczy. 

Jerzy podszedł    do Renaty i ujął jej rękę. 
—  Czy  to  prawda?  Pani  przestraszyła  się?  Byłbym  niepocieszony, 

gdyby to się stało z mego powodu. Może  mógłbym uspokoić panią? 
Proszę mi przynajmniej powiedzieć, o co chodzi... 

Renata uśmiechnęła się blado. 
— Sądziłam, że pan znienawidzi nas, dowiedziawszy się, że miesz-

kamy w Rodenfelsie... Pewno uważa nas pan za intruzów... 

Pocałował ją w rękę. 
—  Ależ,  panno  Renato!  Wiem  od  dawna,  że  Rodenfels  nie  będzie 

mógł  pozostać  w  rękach  naszej  rodziny.  Obecnie  zupełnie  już 
pogodziłem się z tą myślą, a co mnie najbardziej cieszy, to wiadomość, 
że właśnie pani tam zamieszka. 

Ewa zaprowadziła tymczasem Marynię do swego pokoju. Pragnęła jej 

pokazać  nowe  lalki,  które  dostała  na  gwiazdkę.  Pani  Pola  niepo-
strzeżenie wymknęła się za nimi. 

Renata, trochę onieśmielona, lecz pełna szczęścia, podniosła oczy na 

Jerzego. 

— Więc pan doprawdy nie ma do nas żalu? 
— Byłoby to z mojej strony bardzo niemądre. Ojciec pani zapłacił za 

Rodenfels  taką  cenę,  jakiej  nie  osiągnąłby  nigdy  w  drodze  licytacji. 
Dzięki  temu  wszystkie  długi  zostały  spłacone,  a  ja  mogę  śmiało 
każdemu patrzeć w oczy, jestem uczciwym człowiekiem. Tak bardzo 
wiele mam do zawdzięczenia pani ojcu. Mam nadzieję, że go kiedyś 
poznam. 

Renata nie  miała w tej chwili czasu pomyśleć o tym, jak ojciec jej 

będzie się zapatrywać na znajomość z synem tego człowieka, o którym 
wyrażał się zawsze tak pogardliwie. Pochłaniała ją całkowicie radosna 
świadomość, że Jerzy nie czuje do niej żalu. To było najważniejsze! 

Młody człowiek spostrzegł, że są sami w salonie. 
— Nowy rok zaczął się dla mnie pod szczęśliwą gwiazdą! — odezwał 

się po chwili. 

Renata opanowała się.       
— Dlaczego? 
—  Ponieważ  przed  wyjazdem  mogłem  raz  jeszcze  zobaczyć  panią. 

Czy pani zachowa o mnie dobre wspomnienie? 

background image

— Z całą pewnością! — odparła poważnie. 
— A czy wolno mi będzie przesyłać ukłony za pośrednictwem pani 

Poli? 

— Sprawi mi to wielką przyjemność. 
— Czy nie mówi pani tego przez uprzejmość? — spytał stłumionym 

głosem. 

Spojrzała na niego wilgotnymi oczami. 
— Nie, to prawda! 
— A zatem mogę powiedzieć: do widzenia!? 
— Do widzenia! — szepnęła. 

:

 — Będę wciąż myślał o tych miłych słowach — rzekł wzruszony. 

Znowu zatonął wzrokiem w cudnych, złocistych oczach dziewczyny 

z których przenikała piękna i bogata dusza. Serce jego zabiło, zdawało 
się rozsadzać piersi. 

Cofnął  się  o  kilka  kroków  i  spytał  spokojnym  tonem,  jak  Renata 

spędziła wieczór sylwestrowy. 

Opowiedziała  mu  tym  samym  tonem.  Oboje  czuli,  że  spędzili 

niezapomnianą chwilę, o której pamiętać będą jeszcze bardzo długo. 

Później powróciła pani Pola z Ewą i Marynią. Profesorowa zbliżyła 

się do Renaty. 

—  No  i  cóż,  moje  drogie  dziecko?  Czy  pan  Rodenfels  przekonał 

panią? 

Renata zdobyła się na uśmiech. 
— Niech pani mi wierzy, że naprawdę przestraszyłam się ogromnie. 
— Spostrzegłam to od razu. Ale teraz już wszystko w porządku? 
— O tak! 
—  To  świetnie!  A  jakie  panie  mają  zamiary?  Czy  wizyty  już 

skończone? 

— Tak. Najmilszą wizytę zatrzymałyśmy sobie na deser. 
— Wobec tego zapraszam panie na obiad. 
Renata  spojrzała  pytająco  na  Marynię.  Pomyślały  sobie,  że  po 

obiedzie ma przyjść Bernard Trautmann. 

—  Dobrze,  ale  o  czwartej  musimy  być  w  domu,  bo  mają  przyjść 

goście  —  powiedziała  wreszcie  Renata.  Wyraz  lęku  i  napięcia  znikł 
natychmiast z twarzy Maryni. 

 

background image

— O, mamy jeszcze dużo czasu przed sobą! A zatem panie zostają? 
— Bardzo chętnie. Zechce pani tylko zawiadomić panią Werner, że 

przyjdziemy trochę później. 

— Zaraz każe do niej zatelefonować. 
Siostry  pozostały.  Marynia  była  w  świetnym  humorze,  a  Jerzy 

kilkakrotnie  śmiał  się  głośno  z  jej  zabawnych  uwag.  Przy  stole 
Marynia siedziała obok Ewy. Obydwie bawiły się doskonale. Marynia 
sporządzała  z  owoców  i  skórek  od  chleba  rozmaite  figury,  które  na 
obrusie odgrywały cały dramat. 

Jerzy  i  Renata  siedzieli  naprzeciw  siebie.  Od  czasu  do  czasu 

wymieniali znaczące spojrzenia. 

Zdawało się, że nikt nie spostrzega tego. Później Jerzy zaczął pytać o 

pannę Wollmann i starego Gustawa. Prosił, aby ich pozdrowić. 

Zbyt szybko minęły miłe chwile. Siostry musiały się pożegnać. 
Jerzy  i  Renata  nie  powiedzieli  ani  słowa  na  pożegnanie,  tylko 

spojrzeli sobie głęboko w oczy. Chłopiec podał Renacie dłoń. Poczuł 
wówczas, że jej drobna ręka drży i odwzajemnia uścisk. 

Siostry  wsiadły  do  samochodu.  Przez  chwilę  milczały.  Wreszcie 

Marynia rzekła z uśmiechem. 

— Wiesz, Renato, ten Jerzy to szalenie miły chłopiec! Spodobał mi 

się bardzo. A tobie? 

Renata ocknęła się z zadumy. 
— Co mówisz? Marynia zaśmiała się. 
— Reniu, czy ty śpisz z otwartymi oczami? Pytałam się, czy ci się 

podoba Jerzy. 

— O tak! 
— Odpowiedź krótka i budująca. A ja żałuję, że już jutro wyjeżdża. 

Ciebie to zapewnie wcale nie obchodzi? 

Uśmiechnęła się swawolnie do Renaty, której oczy zasnuły się mgłą. 

Dobre  serce  Maryni  wzięło  natychmiast  górę.  Nie  mogła  patrzeć 
spokojnie na smutek siostry. Objęła Renatę ramieniem i pocałowała ją. 

— Jestem wstrętną dziewczyną, Reniu! 
— Dlaczego? 
— Bo cię tak dręczę. Renata spłonęła rumieńcem. 
 

background image

— Ty mnie? Ależ nie, Maryniu. Siostra wzięła ją za rękę. 
—  Renato,  przecież  dotychczas  dzieliłyśmy  się  każdą  radością, 

każdym smutkiem. Zwierzałam ci się ze wszystkiego, opowiadałam o 
moich  różnych  flircikach.  Dlatego  wyznam  ci  teraz,  że  kocham 
Bernarda Trautmanna. Nasze zaręczyny odbędą się, gdy tylko Bernard 
otrzyma posadę w laboratorium. 

— Kochanie, wiedziałam o tym, chociaż tym razem nie powierzyłaś 

mi swojej tajemnicy, jak to zwykle bywało. 

—  Ach,  nie  wspominaj  mi  o  tych  dawnych  głupstwach!  Byłam 

naprawdę bardzo niemądra. Teraz to zupełnie coś innego! Kocham go 
naprawdę! Nie chciałam o tym mówić, bo nie byłam zupełnie pewna... 
Obecnie jednak wiem, że i on mnie kocha. 

— Tak? Czy oświadczył ci się? 
— Nie tak wyraźnie, ale dał  mi to jasno do zrozumienia. Nie chce 

prosić o moją rękę, póki nie osiągnie swego celu. 

— Muszę ci bowiem wyznać, że Edmund ubiega się o moje względy, 

co  mi  sprawia  wielką  przykrość.  Dotychczas  nie  dałam  mu  ostrej 
odprawy. 

Marynia spoważniała. 
—  Ach,  moja  kochana  siostrzyczko,  zachowaj  na  razie  tę  samą 

taktykę.  Nie  chciałabym,  aby  przed  naszymi  zaręczynami  doszło  do 
zerwania  z  rodziną  Trautmannów.  Powiem  ci  w  zaufaniu,  że  nie 
uważam Edmunda za szlachetnego człowieka. Rada jestem, że go nie 
chcesz. Gdyby z wiadomych powodów przestał u nas bywać, gotów 
byłby podburzyć brata przeciwko mnie... 

— Nie bój się, Maryniu. O ile znam Bernarda, to nie usłuchałby nigdy 

brata, zwłaszcza w tej sprawie. 

—  Zapewne,  ale  w  każdym  razie  byłoby  to  bardzo  przykre.  Czy 

rozumiesz? 

— Naturalnie, kochanie. Będę się starała, aby Edmund nie otrzymał 

ode mnie kosza. Musisz mi jednak pomóc, by nie doszło do tego. Nie 
zostawiaj mnie z nim nigdy sam na sam. Może mogłabyś napomknąć 
przy okazji Bernardowi, że Edmund łudzi się próżną nadzieją. Nigdy 
nie  wyjdę  za  niego.  Może  Bernard  mógłby  go  powstrzymać  od 
oświadczyn. 

Marynia z ożywieniem skinęła główką. 
 

background image

— Doskonała myśl! Wiesz co mu powiem? 

— Co takiego? 
— Że twoje serce nie jest już wolne. 
— Ależ Maryniu! — zawołała Renata zmieszana. 
— Siostrzyczko, przecież ja nie skłamię. To rzecz pewna, tak pewna 

jak to, iż całym sercem życzę, byś  wkrótce  zobaczyła znów Jerzego 
Rodenfelsa.  No,  przyznaj  się  szczerzę,  zaufaj  mi...  Jerzy  nie  jest  ci 
obojętny? 

Renata odwróciła się od okna. Po chwili odpowiedziała cicho. 
—  Nie,  Maryniu.  Jest  to  bardzo  miły,  szlachetny  młodzieniec. 

Współczuję  mu,  bo  utracił  Rodenfels.  Ale  nie  powinnaś  wyciągać  z 
tego romantycznych wniosków... 

— Nie, nie! Ale ty jesteś zawsze taka chłodna, taka spokojna, że to co 

powiedziałaś o nim brzmi niemal jak wyznanie miłosne. Zobaczymy, 
jak się ta rzecz rozwinie w przyszłości. Mimo to uważam, że należy 
wspomnieć Edmundowi, że jesteś zajęta kimś innym. Może to uleczy 
go z jego beznadziejnej miłości. 

— Miłości? Nie wierzę, że mnie kocha. Nie jest taki czuły i zdolny do 

uniesień jak jego brat. Mam wrażenie, iż zależy  mu  raczej na  moim 
majątku, niż na mnie samej. 

—  Zdaje  się,  że  się  nie  mylisz.  Chwała  Bogu,  że  bracia  nie  są  do 

siebie  podobni,  bo  inaczej...  Ach,  Reniu  byłabym  bardzo 
nieszczęśliwa... 

—  Dziecko,  gdyby  Bernard  był  podobny  do  swego  brata,  to  nie 

mogłabyś go pokochać. Nie zatruwaj sobie szczęścia takimi myślami. 
Oby  Bóg  zachował  ci  je  na  zawsze.  Wierzę,  że  Bernard  kocha  cię 
szczerze  i  prawdziwie.  Jemu  wszystko  jedno,  czy  jesteś  uboga  czy 
bogata. — Za te słowa muszą cię pocałować. A poza tym — gdyby ci 
kiedykolwiek potrzebna była sojuszniczka — możesz liczyć na mnie... 

— Czy mam się zaraz zwrócić do ciebie? — Chętnie! 
—  Nie  pisz  ojcu  nic  o  naszej  znajomości  z  panem  Jerzym.  Nie 

wspominaj także jak się nazywa Ewa! 

—  Dobrze,  nie  wspomnę  o  tym,  chociaż  nie  rozumiem,  dlaczego 

chcesz  to  zataić  przed  tatusiem.  Przecież  zawsze  mówimy  mu  o 
wszystkim. 

—  Masz  słuszność.  Odnoszę  jednak  wrażenie,  że  tatuś  czuje  jakiś 

ukryty żal do rodziny Rodenfelsów. Zawsze wpadał w dziwny gniew, 

background image

gdy była mowa o dawnych właścicielach Rodenfelsu. Wyrażał się o 

nich  z  pogardą.  Obawiam  się,  że  zabroni  mi  bywać  u  pani 
profesorowej, gdy się dowie kim jest Ewa. 

Marynia z niedowierzaniem potrząsnęła głową. 
— A może wmawiasz sobie to wszystko? Starszy pan von Rodenfels 

musiał być człowiekiem lekkomyślnym i niesumiennym. Tatuś zawsze 
ma  prawy  charakter  i  jest  solidny.  Nic  dziwnego,  że  nie  pochwala 
postępowania  pana  von  Rodenfels.  Nie  sądzę,  żeby  tatuś  miał 
przenieść  swą  antypatię  z  ojca  na  dzieci.  Przecież  nie  jest 
niesprawiedliwy. 

—  Może  masz  rację,  może  mi  się  tylko  zdawało.  Odnoszę  jednak 

wrażenie, że się nie mylę. Dlatego też proszę cię, spełń moje życzenie. 
Tatuś zdąży się dowiedzieć prawdy po przyjeździe. 

— Zrobię jak zechcesz, przyrzekam ci Renato. 
Zima  dobiegła  końca.  Bernard  Trautmann  zdał  świetnie  egzamin, 

otrzymał dyplom i zamieszkał stale  w Dreźnie. Po  Wielkanocy  miał 
rozpocząć pracę w laboratorium. Liczył, że gdy Fryderyk Coulmann 
powróci z podróży, będzie go mógł poprosić o rękę Maryni. 

Marynia cieszyła się, ponieważ widywała częściej Bernarda. Potrafił 

się  tak  zręcznie  urządzić,  aby  się  z  nią  codziennie  spotykać.  Renata 
była aniołem opiekuńczym tej młodej miłości. 

Marynia dała Bernardowi do zrozumienia, że jego brat nie powinien 

liczyć  na  wzajemność  Renaty.  Młodzieniec  nie  zdziwił  się  wcale. 
Zauważył od dawna, iż Renata unika jak może Edmunda. 

Raz  nawet  zwrócił  Edmundowi  uwagę  na  to.  Powiedział  bratu,  iż 

musi się pożegnać z nadzieją zdobycia Renaty. Edmund jednak obraził 
się.  Oświadczył  szorstko,  że  sam  wie  najlepiej,  jak  się  ma 
zachowywać. 

Bernard znał dobrze brata. Wiedział jak trudno będzie przekonać go o 

daremności  jego  starań.  Braci  łączył  niezbyt  serdeczny  stosunek. 
Mimo to Bernardowi było przykro na myśl o tym, iż Edmund otrzyma 
od Renaty kosza. 

On  sam  czuł  się  szczęśliwym,  wiedział  przecież,  że  Marynia  go 

kocha.  Pragnął  oszczędzić  bratu  upokorzenia.  Toteż  dowiedziawszy 
się od Maryni, że Renata jest zajęta kimś innym, postanowił pomówić 
raz jeszcze z Edmundem. 

 

background image

Zaledwie jednak poruszył ten temat, Edmund wybuchnął gniewem. 

Oświadczył ostro Brenardowi, by raz na zawsze przestał się mieszać w 
jego sprawy. Bernard odparł spokojnie, że jest to ostatnie ostrzeżenie z 
jego  strony.  Nie  będzie  się  już  nigdy  starał  powstrzymać  brata  od 
niebacznego kroku, który narazi go tylko na przykrość. 

Edmunda jednak podniecały przeszkody. Z nieugiętym uporem dążył 

do swego celu. Chłód i obojętność Renaty zbudziły w nim pożądliwą 
namiętność,  którą  uważał  za  miłość.  Nie  było  to  jednak  czyste 
szlachetne uczucie prawdziwej miłości. 

Bernard  miał  zbyt  dobre  serce,  aby  brać  Edmundowi  za  złe  jego 

postępowanie.  Uczynił  wszystko,  co  było  w  jego  mocy  i  miał  teraz 
spokojne sumienie. 

Renata zauważyła, że Edmund nie zmienia swej taktyki. Jego starania 

o  jej  względy  sprawiały  jej  przykrość.  Była  szlachetna  i  dobra, 
cierpiała nad tym, że zrani Edmunda stanowczą odmową. Dawniej nie 
lubiła tylko Edmunda za jego zimne wyrachowanie, obecnie zbudziło 
się w niej uczucie wstrętu. Nie mogła bez odrazy patrzeć w te oczy, w 
których płonął niespokojny płomień żądzy. Unikała go jak mogła, a w 
jego obecności czuła się nieswojo. 

 
Piękny wiosenny dzień marcowy kusił do wycieczki. Obydwie siostry 

w towarzystwie pani Werner i świeżo upieczonego doktora Bernarda 
Trautmanna wybrały się do Moritzburga. Edmund miał przybyć nieco 
później. 

Słońce stopiło śnieg. Na drzewach rozkwitały pierwsze pąki. Świat 

powracał  do  życia.  Wybrano  się  na  przechadzkę  po  parku.  Renata  z 
panią  Werner  szły  za  Marynią  i  Bernardem.  Młoda  para  milczała, 
ciesząc się wiosną i swą miłością. 

Renata  rozmawiała  także  niewiele  ze  swoją  towarzyszką.  Myśli  jej 

były daleko, krążyły nad oceanem, szukały tam jedynego, wybranego, 
któremu  oddała  serce.  Od  pani  Poli,  która  stale  korespondowała  z 
Jerzym,  wiedziała  jak  mu  się  powodzi.  Jerzy  za  każdym  razem 
przesyłał  pozdrowienia  dla  Renaty,  na  które  zawsze  odpowiadała 
serdecznym ukłonem. Siostry bywały często w „Zaciszu". Marynia 

 

background image

bawiła  się  i  dokazywała  z  Ewą,  Renata  zaś  prowadziła  długie, 

poważne  rozmowy  z  profesorową.  Młoda  wdowa  polubiła  ją 
serdecznie. Rozumiały się doskonale i nawzajem się ceniły. 

Pola myślała wiele o Renacie i Jerzym. Zdawała sobie sprawę, że to 

co czują do siebie jest czymś więcej niż zwykłą sympatią. Uważała, iż 
są stworzeni dla siebie. Pragnęła, aby połączyła ich głęboka prawdziwa 
miłość. 

— Może to przeznaczenie, że się spotkali—myślała—może los chce 

w  ten  sposób  wynagrodzić  Jerzemu  te  krzywdy,  które  wycierpiał  za 
cudze winy. 

Zdarzało się jednak, że pani Pola śmiała się serdecznie z tych myśli. 
—  My  kobiety  musimy  zawsze  kogoś  swatać  —  mówiła  sobie  w 

duchu. 

W każdym razie pragnęła gorąco szczęścia Renaty i Jerzego. 
Renata nie miała pojęcia o życzeniach i planach starszej przyjaciółki. 

Wyczuła jednak, że pani Pola życzy jej jak najlepiej. A przy tym nikt 
nie rozumiał Renaty tak dobrze, jak ona. 

Renata zatopiona w myślach doszła do tego samego miejsca, gdzie 

podczas  zimy  Jerzy  zgubił  swój  sygnet.  Aż  do  tej  pory  pierścionek 
spoczywał pod grubą warstwą śniegu. Obecnie wskutek odwilży leżał 
na drodze. Słońce mocno świeciło, toteż pierścień błyszczał z daleka. 
Renata zauważyła jakiś świecący przedmiot pośrodku drogi. Zdumiona 
schyliła się i podniosła pierścień. 

— Pani Amelio! Niech pani zobaczy, co znalazłam! 
— Pierścień! 
—  Tak,  i  to  ogromnie  oryginalny.  Niech  pani  się  przyjrzy  tej 

kunsztownej oprawie. Jaka piękna robota złotnicza! Nie jest to z pew-
nością modny klejnot! 

— Kto to mógł zgubić? 
— Postaramy się dowiedzieć o to. Tutaj przecież spaceruje codzien-

nie wiele osób. Na razie schowam go. 

—  Mam  wrażenie,  że  leży  tu  nie  od  dzisiaj.  Niech  pani  zobaczy, 

panno Renato, ile brudu osiadło w tych arabeskach. 

— Ale jak znaleźć właściciela? 
— Przede wszystkim podamy w zajeździe nasz adres i powiemy, że 

pani znalazła pierścień. Następnie damy ogłoszenie do gazet. 

 

background image

Renata  wciąż  jeszcze  oglądała  ciekawy  sygnet.  Potem  przywołała 

siostrę i Bernarda, aby pokazać im co znalazła. Bernard przyglądał się 
figurze wyrytej w kamieniu. 

— Czy pani wie, co to za figura? — zapytał. 
— Nie, nie mogłam rozpoznać. Sygnet odznacza się bardzo misterną 

robotą. 

—  Tak,  bo  to  piękny  staroświecki  klejnot.  Mam  wrażenie,  że  w 

kamieniu wyryty jest patron rycerstwa, święty Jerzy. 

Marynia z filuternym uśmiechem wzięła pierścień do ręki. 
— Muszę zobaczyć, mam doskonały wzrok. Przyjrzała się uważnie 

kamieniowi. 

— Rzeczywiście! Święty Jerzy! Pomyśl tylko Renato... 
Renata zarumieniła się; w milczaniu schowała pierścień do torebki. 
—  W  domu  obejrzymy  sygnet  przez  lupę.  Sprawdzimy,  czy  to 

naprawdę  święty  Jerzy.  Podajęc  taki  szczegół  w  ogłoszeniu, 
znajdziemy prędzej prawego właściciela. 

Bernard wstąpił do zajazdu, pytając, czy nikt nie zgubił pierścienia. 

Nikt jednak nie zawiadomił o takiej zgubie. Nikt nie zgłosił się także na 
zawiadomienie, podane w gazetach. 

W  domu  Marynia  stwierdziła,  że  figura  przedstawia  rzeczywiście 

świętego Jerzego. 

—  Renato,  to  dobry  omen!  Oznacza  to  na  pewno,  że  znajdziesz 

kiedyś innego Jerzego! 

Renata schowała sygnet do srebrnej kasetki ze swoją biżuterią. 
 
W  końcu  kwietnia  Ewunia  zachorowała  nagle  na  szkarlatynę. 

Ciężkie,  pełne  troski  dni  nastąpiły  dla  pani  Poli.  Podczas  choroby 
przekonała się na dobre, jak bardzo kochała Ewę. 

Obie siostry przyjeżdżały codziennie do „Zacisza", aby dowiadywać 

się  o  zdrowie  małej.  Pani  Pola  nie  napisała  do  Jerzego  o  chorobie 
siostry. Uważała, że będzie na to czas, gdy mała wyzdrowieje. Na razie 
nie chciała go niepokoić. 

Na  początku  maja  siostry  miały  pojechać  do  Rodenfelsu.  Marynia 

jednak oświadczyła zdecydowanie, że nie ruszy się z miejsca, póki nie 
zobaczy Ewy. 

 

background image

Wreszcie  minęło  szczęśliwie  przesilenie.  Uradowana  pani  Pola 

zawiadomiła siostry, że nie ma już niebezpieczeństwa. Obie cieszyły 
się bardzo! 

Teraz  dopiero  pani  Pola  zawiadomiła  Jerzego.  Z  listu  jej  mógł  się 

przekonać,  jak  bardzo  pokochała  Ewę.  Dziewczynka  również  całym 
sercem przylgnęła do przybranej matki. 

Pani  Pola  pozwoliła  nareszcie  siostrom  odwiedzić  małą  pacjentkę. 

Renata i Marynia poprosiły profesorową, aby wraz z Ewą przyjechały 
do Rodenfelsu. 

— W zasadzie nie mam nic przeciwko temu — odpowiedziała pani 

Pola. — Nie chcę jednak, aby Ewunia już teraz zobaczyła dawny dom. 
W  Rodenfelsie  zbudziłyby  się  w  dziecku  pewne  wspomnienia, 
zaczęłaby może tęsknić za zmarłą matką. A ja pragnę, by zapomniała 
zupełnie o przeszłości i zaczęła mnie uważać za matkę. Przywiązała się 
do mnie jeszcze bardziej podczas choroby, ja zaś kocham ją jak własne 
dziecko. Czy panie mnie rozumieją? 

Renata uścisnęła jej rękę a Marynia powiedziała: 
— Rozumiem panią, ale żałuję, że pani się nie zgadza. Cieszyłybyś-

my się bardzo z tak miłych odwiedzin. 

—  Później  może  skorzystam  z  tego  zaproszenia.  Niech  tylko  Ewa 

zupełnie oswoi się z nowymi warunkami. Ja sama żałuję, że przez tak 
długi  czas  nie  zobaczę  pań.  Będzie  mi  brakowało  tak  miłego 
towarzystwa. 

—  Nam  będzie  jeszcze  bardziej  brakowało  pani  —  rzekła  z  żalem 

Renata. 

—  Wobec  tego  pozwolę  sobie  coś  zaproponować.  W  połowie 

czerwca  wyjadę  z  Ewą  nad  morze.  Pozostaniemy  tam  do  końca 
sierpnia. Ponieważ panie mają zamiar także spędzić kilka tygodni nad 
morzem,  więc  mogłybyśmy  umówić  się  w  jakiejś  miejscowości. 
Spędziłybyśmy przynajmniej krótki czas. 

— To cudowna myśl! Zgadzamy się! Prawda Renato? 
— Ależ naturalnie! 
— A kiedy panie wyjeżdżają na wieś? 
— Pojutrze. Jutro wstąpimy jeszcze do pani. 
Nazajutrz nadszedł list  od Jerzego. Prosił, aby pani Pola serdecznie 

pozdrowiła panny Coulmann. Gdy siostry przybyły do domu, Marynia 
odezwała się do Renaty. 

background image

—  Musiałam  jednak  zrobić  wrażenie  na  panu  Jerzym,  bó  zawsze 

przysyła mi serdeczne pozdrowienia. Co sądzisz Renato? 

— Sądzę, że jesteś nieznośną dziewczyną. 
— A ja sądzę, że nie masz racji. Gdybym z tobą nie mówiła ciągle o 

Jerzym, to zapomniałabyś o jego istnieniu. 

— Tak myślisz? 
—  Na  pewno!  Szkoda,  że  Jerzy  jest  tak  daleko.  Jemu  powierzę 

chętnie moją siostrzyczkę. Lubię go bardzo i gdyby nie to, że jestem po 
uszy  zakochana  w  moim  doktorku,  to  kto  wie...?  Proszę  cię  tylko  o 
jedno: jak Jerzy przyjedzie następnym razem na urlop, to nie bądź taka 
lodowata jak zazwyczaj. Chłód zachowaj dla Edmunda. Traktujesz go 
zresztą tak zimno, iż dziwię się po prostu, że się jeszcze nie zniechęcił 
do ciebie. 

Renata westchnęła. 
— Marzę o tym, by mi wreszcie dał spokój. Chwała bogu, dzięki tej 

epidemii szkarlatyny, jest bardzo zajęty. Mam nadzieję, że nie będzie 
mógł przyjechać do Rodenfelsu. Liczę za to na naszego doktorka. 

— Obiecał, że będzie nas odwiedzał co niedziela. 
— Byłam na to przygotowana! — rzekła filuternie Renata. 
 
W Rodenfelsie wszystko zostało przygotowane na przyjazd panienek. 

Zamek  odnowiono,  odświeżono  pokoje  na  parterze  i  uzupełniono 
wszelkie braki. Panna Wollmann napiekła taki zapas ciast, jakby się 
spodziewała zgłodniałego pułku żołnierzy. 

Po  południu  Renata  zapukała  do  pokoiku  starej  panny.  Panna 

Wollmann ucieszyła się bardzo z tych odwiedzin. 

— Przychodzę do pani z dobrą nowiną — rzekła Renata. — Przyno-

szę pani wiadomości o Ewuni Rodenfels i jej bracie. 

— Ach, Boże! Tak często myślę o nich! Jak im się powodzi? Każdej 

nocy śni mi się Ewunia. A jak tylko jem jakiś smaczny kąsek, to myślę 
o tym czy dziecku na niczym nie zbywa. 

— Może pani spać spokojnie. Poznałam tej zimy pana Jerzego. Prosił, 

aby panią pozdrowić. 

Oczy panny Wollmann zwilgotniały. 
 

background image

— Ach, nasz dobry, kochany panicz! Co u niego słychać? Czy mówił 

coś o Ewuni? 

— Ewunia mieszka w Dreźnie, widuję ją bardzo często. Pewna dobra, 

zacna osoba wzięła ją na wychowanie. 

Panna Wollmann klasnęła w ręce. 
—  Mieszka  w  Dreźnie?  Przecież  panicz  miał  ją  zawieźć  do 

Strassbur-ga! Moje biedactwo najmilsze! Takie miała zapłakane oczka, 
gdy powóz ruszał na stację. Czy zdrowa? Czy jej tam dobrze? 

Renata  opowiedziała  poczciwej  klucznicy  wszystkie  szczegóły  o 

Ewie.  Panna  Wollmann  słuchała  ze  łzami  w  oczach.  Wreszcie 
uścisnęła rękę Renaty. 

—  Bóg  zapłać,  panienko!  Kamień  spadł  mi  z  serca.  Chwała  Bogu, 

wiem przynajmniej co się z nią dzieje. Mogę spokojnie spać. Widzę, że 
Ewci jest dobrze. Stokrotnie dziękuję panience. 

—  Nie  ma  za  co.  A  teraz  nich  pani  odpocznie  po  obiedzie  Renata 

wyszła do parku. Wszędzie kwitły już drzewa i kwiaty. 

— Czy też Jerzy często przechadzał się po tym parku? — dumała. — 

Czy naprawdę pokonał już ból z powodu utraty rodzinnego majątku? 
Cóż on teraz porabia? Czy płynie wśród morskich odmętów, czy też 
znalazł schronienie w bezpiecznej przystani? Czy też myśli o mnie, jak 
ja o nim? Czy mnie wspomina? 

Serce  Renaty  zabiło  mocniej.  Tutaj  w  Rodenfelsie  wszystko 

przypominało jej Jerzego. Doznawała wrażenia, że stał się jej bliższym 
niż w Dreźnie. 

— Reniu! Reniu! 
Głos Maryni zbudził ją ze słodkich marzeń. 
— Gdzie ty się ukrywasz? Szukam cię wszędzie. 
— Byłam u panny Wollmann, opowiadałam jej o Ewuni. 
— Pewno się poczciwina ucieszyła. A teraz chodź, przejdziemy się 

po parku. 

Siostry poszły w głąb parku. Pełną piersią wdychały ciepłe majowe 

powietrze. Ach, jaki piękny, jaki cudowny jest świat! — myślały obie. 

 
Fryderyk Coulmann często i obszernie pisywał do córek. Adresował 

listy na przemian do Renaty i Maryni. Nawet w tym nie czynił żadnej 
różnicy między własną córką a dzieckiem swej nieszczęśliwej siostry. 

 

background image

Był bardzo zadowolony z podróży. Z zachwytem opisywał wszystkie 

piękne  miejsca,  jakie  zwiedzał.  Listy  nadchodziły  kolejno  z  Kairu, 
Mekki, Bombaju i Kalkuty. 

Renata  i  Marynia  cieszyły  się  bardzo  z  tych  listów.  Rade  były,  że 

ojciec nareszcie pozwolił sobie na zasłużone wakacje. Pragnęły jednak 
jego powrotu, bo czuły się trochę osamotnione, zwłaszcza tutaj, na wsi. 

Pani Werner starała się rozerwać panienki, lecz i jej w końcu zabrakło 

pomysłu.  Złożono  już  wizyty  wszystkim  sąsiadom  i  przyjęto  ich  u 
siebie.  W  najbliższej  okolicy  Rodenfelsu  nie  było  interesującego 
towarzystwa. 

Najbliżej położoną posiadłością był Leukendorf, własność niejakiego 

pana Dallerta. 

Panna  Wollmann  opowiadała  już  kiedyś  Renacie  o  tych  sąsiadach, 

przedstawiając ich w mało korzystnym świetle. 

Pan  Dallert  posiadał  niegdyś  wielką  fabrykę  czekolady,  na  której 

dorobił  się  znacznego  majątku.  Miał  dwie  córki  w  wieku  lat 
dwudziestu  dwóch,  szesnastu  oraz  dwunastoletniego  syna.  Cała 
rodzina  puszyła  się  świeżo  zdobytym  bogactwem.  Dzieci  były 
zarówno  brzydkie,  jak  i  źle  wychowane.  Matka  i  córki  były  zawsze 
wystrojone, nadęte i zachowywały się głośno. 

Renata poczuła od pierwszej chwili antypatię do tej rodziny. Marynia 

natomiast  kpiła  z  nich  cichaczem.  Dallertowie  złożyli  wizytę  w 
Rodenfelsie. Panią Amelię traktowali z góry, dając jej odczuć swoją 
rzekomą  wyższość.  Ojciec  Dallert  głośno  i  bez  ceregieli  krytykował 
„kiepskie odświeżenie zamku". 

— Szkoda, że panie nie widziały jeszcze mego Leukendorfu. Każdy 

pokoik na nowo urządzony, ale jak! Nowiuteńkie mebelki, wszystko aż 
się  świeci,  wszystko  według  ostatniej  mody!  Te  stare  graty  powy-
rzucałem  i  sprzedałem  handlarzowi.  Po  co  panie  zostawiły  tyle  tych 
starych  rupieci?  —  mówił,  spoglądając  lekceważąco  na  piękne, 
antyczne sprzęty. 

W oczach Maryni zamigotały figlarne iskierki. 
— Tak pan sądzi, panie Dallert? Kto wie, może powinniśmy zwrócić 

się do pana o rady i wskazówki? 

Dallert  nie  zrozumiał  ukrytej  ironii.  Uderzył  się  ręką  w  kolano  i 

zawołał: 

 

background image

— Dalibóg! Ja bym paniom na pewno dobrze poradził! Znam się na 

tym! Ot, na przykład ten salon! Wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby 
miał „modernistyczne" urządzenie! 

Marynia skrzywiła się. Renata rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. 
— Modernistyczne, powiada pan? — spytała z niewinną minką. 
— Oczywiście! Prawda, Rozalindo? 
Pani  Rozalia  Dallert  została  przez  męża  nazwana  „Rozalindą", 

ponieważ  to  lepiej  brzmiało.  Skinęła  potakująco  głową,  na  której 
chwiał się niegustowny kapelusz, ozdobiony całą masą piór i kwiatów. 

—  Panie  muszą  nas  koniecznie  odwiedzić!  U  nas  nauczą  się  panie 

dobrego smaku. Moja Mela sama ślicznie maluje i zna się na sztuce — 
rzuciła protekcjonalnym tonem. 

— Mamo, nie wspominaj o tym! Już ci tyle razy mówiłam, żebyś o 

mojej sztuce nie mówiła laikom — rzekła Mela. 

Dallertowa uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
— Nie lubi, gdy się podziwia jej talent. Taka jest skromna! Ale jak 

panie  nas  odwiedzą,  pokażę  paniom  jej  obrazy.  Wiszą  wszystkie  w 
naszym salonie. 

Marynia  spuściła  oczy.  Przypomniała  sobie  galerię  „okropnych 

kiczów",  jakie  widziała  w  Leukendorfie  podczas  pierwszej  wizyty. 
Teraz przynajmniej dowiedziała się „kto psuje płótno". 

Pani Amelia próbowała dalej prowadzić rozmowę i odezwała się: 
— To bardzo pięknie, jeśli ktoś posiada talent i kocha sztukę. Będzie 

pani miała jeszcze wiele pociechy ze swej córki. 

Pani Rozalindą przyłożyła do oczu binokle. Była przekonana, że to 

dodaje  jej  dystynkcji.  Zmierzyła  panią  Amelię  od  stóp  do  głów  i 
odpowiedziała: 

— Przecież pani się na tym i tak nie zna! 
Pani  Werner uśmiechnęła się  z lekką ironią. Renata jednak zaczer-

wieniła  się  z  gniewu.  Oburzył  ją  zarozumiały  ton  pani  Dallert. 
Podeszła do pani Amelii i otoczyła ją ramieniem. 

Pożegnanie  wypadło  bardzo  chłodno.  Po  drodze  pani  Dallert 

oznajmiła córkom: 

—  Panny  Coulmann  są  źle  wychowane.  Nie  pozwoliłabym  wam 

nigdy na takie poufałości z podwładną. Widać, że nie mają matki. 

A tymczasem Renata zbliżyła się do panny Werner i prosiła ją, by 
 

background image

zechciała wybaczyć, że nie przywołała do porządku pani Dallertowej. 

Nie chciała jednak we własnym domu sprzeczać się z gośćmi. 

— Niech panią o to głowa nie boli, panno Renato! Tacy ludzie nie 

mogą mnie obrazić ani dotknąć — odparła ze śmiechem pani Amelia. 

— Ależ Reniu — zawołała Marynia — takich łudzi nie można brać na 

serio! To prawdziwe okazy! Niech tylko Trautmannowie przyjadą do 
nas!  Zaprosimy  Dallerów,  aby  i  oni  poznali  tę  galerię  typków!  To 
dopiero  będzie  zabawa!  Muszę  sobie  koniecznie  zafundować  takie 
binokle. To wygląda niezmiernie wytwornie! 

I Marynia zaczęła po kolei przedrzeźniać całą rodzinę Dallerów. Pani 

Werner i Renata nie mogły się powstrzymać od śmiechu. 

— Nie wiedziałam, że potrafisz być taką złośliwą, Maryniu! — rzekła 

wreszcie Renata. 

—  Nie  gderaj,  Reniu!  Ci  ludzie  zasługują  na  to,  żeby  się  z  nich 

pośmiać.  Inaczej  nie  można  by  było  z  nimi  wytrzymać!  Państwo 
Dallert  nie  zepsują  mi  dobrego  humoru.  A  teraz  chodźmy  do  panny 
Wollmann! Zamówimy sobie świeże wafle do herbaty. Idziesz? 

— Z przyjemnością! 
 
W  niedzielę  przyjechał  do  Rodenfelsu  Bernard  Trautmann.  Wraz  z 

nim przyjechał jego przyjaciel, Ullrich, młody prawnik. Pan Ullrich już 
od  kilku  lat  był  potajemnie  zaręczony.  Po  złożeniu  egzaminu 
adwokackiego  miał  się  ożenić.  Długie  oczekiwanie  nie  psuło  mu 
jednak humoru. Był miłym towarzyszem i wesołym chłopcem. Siostry 
lubiły go bardzo i zaprosiły go na następną niedzielę. 

W  tydzień  później  młodzi  ludzie  przyjechali  znowu.  Tym  razem 

niestety  nastrój  został  zepsuty  wizytą  mamy  Dallert  i  jej  trzech 
córeczek.  Melania  od  razu  przysiadła  się  do  Bernarda  i  zaczęła  mu 
opowiadać o swych dziełach. 

Marynia,  pragnąc  go  uwolnić  od  męki,  zaproponowała  grę  na 

fortepianie.  Okazało  się,  że  druga  córka  Dallertów  ma  wielki  talent. 
Panna Hilly usiadła przy fortepianie i z wielką brawurą odśpiewała arię 
z „Tristana i Izoldy". Najmłodsza siostra, Toni,akompaniowała jej. 

Na  słuchaczach  cierpła  skóra.  Hilly  nie  odchodziła  od  fortepianu. 

Popisywała  się  jeszcze  przez  godzinę.  Pani  Dallert  promieniała  z 
dumy. 

 

background image

 
Wreszcie panie pożegnały się. 
—  Panowie  muszą  nas  koniecznie  odwiedzić  —  nalegała  mama 

Dallert — mój mąż potrafi świetnie bawić gości.. A nasz kucharz  — 
nie chcę obiecywać zbyt wiele — ale przekonacie się panowie, jak on 
gotuje! Do widzenia! Do widzenia! 

Melania czule uścisnęła rękę Bernarda i szepnęła: 
— Niech pan przyjedzie... Pokażę  panu  moje obrazy! Pannie  Hilly 

spodobał się młody prawnik. 

— Zaśpiewam panu najnowsze pieśni! Tutaj nie miałam wszystkich 

nut! — oznajmiła tajemniczo. 

Po odjeździe gości całe towarzystwo gruchnęło śmiechem. 
—  Już  w  zeszłym  tygodniu  stwierdziłem,  że  Rodenfels  to  uroczy 

zakątek.  Ale  to  sąsiedztwo  jest  najpiękniejsze!  —  zawołał  młody 
prawnik. 

Marynia ze śmiechem skinęła głową. 
— Prawda, że to rozkoszni ludzie? Można się przynajmniej ubawić 

ich kosztem. Renata z początku brała ich na serio i, ma się rozumieć, 
gniewało ją takie zachowanie. Później przekonała się, że nie warto się 
gniewać.  W  każdym  razie  pojedziemy  w  przyszłą  niedzielę  do 
Leukersdorfu.  Musi  pan  koniecznie  obejrzeć  obrazy  panny  Melanii. 
Prawda, panie Bernardzie? 

Bernard spojrzał w jej roześmiane oczy. 
— A co się stanie, jeżeli stracę panowanie nad sobą? Jeżeli arcydzieła 

panny Melanii są tak piękne jak śpiew jej siostry, to nie ręczę za nic. 

— Trzeba w takiej chwili myśleć o czymś poważnym. To ogromnie 

pomaga. 

Uśmiechnął się do Maryni. 
—  Doprawdy?  A  kto  to  przed  chwilą  uciekał  z  pokoju,  gdy  panna 

Hilly śpiewała „Pieśń o fiołku"? Czemu to pani nie zastosowała tego 
skutecznego środka? 

Marynia, podczas  popisów Hilly rzeczywiście wyszła na chwilę do 

przyległego pokoju, aby się wyśmiać do woli. Teraz odparła skruszona. 

— Nie mogłam wytrzymać... 
Po  kolacji  panowie  odjechali.  Ponieważ  zaczął  padać  deszcz,  więc 

panienki nie odwiozły gości na stację. 

 

background image

Profesorowa Hardenberg pisywała długie i szczegółowe listy, dono-

sząc  o  stanie  zdrowia  Ewuni.  Dziecko  mogło  już  wychodzić  i 
poprawiało się szybko na świeżym powietrzu. Mimo to pani Pola nie 
chciała  zwlekać  z  wyjazdem.  W  połowie  czerwca  miała  zamiar 
wyjechać z Ewą nad morze. 

Najczęściej odpisywała na jej listy Renata. Marynia dopisywała tylko 

na końcu ukłony dla Ewy i jej przybranej matki. 

W ten sposób nawiązała się ożywiona korespondencja między panią 

Połą  a  Renatą.  Ta  częsta  wymiana  myśli  zbliżyła  je  do  siebie  i 
zacieśniła ich przyjaźń. W listach jej często była mowa o Jerzym. W 
jednym  z  nich  Renata  donosiła,  że  poza  koniecznym  remontem 
niektórych  apartamentów,  szata  zewnętrzna  nie  zmieniła  się  wcale. 
Dziewczyna  opisywała  szczegółowo  zamek  i  najbliższe  okolice, 
wspomniała nawet 

pannie Wollmann i jej zacisznym pokoiku. 
List  był  napisany  tak  miło  i  obrazowo,  że  pani  Pola  po  namyśle 

przesłała go Jerzemu. 

Trudno opisać jak głębokie wrażenie wywarły na Jerzym miłe słowa 

Renaty.  Nie  wspomniał  o  tym  pani  Poli,  lecz  podziękował  jej  tak 
gorąco za przesłanie tego listu, że postanowiła od czasu do czasu być 
niedyskretna. 

Posunęła się jeszcze dalej: przesłała Renacie jeden z listów Jerzego. 

Powtarzało się to coraz częściej. 

Pani Pola zdawała sobie sprawę, że w ten sposób zbliża ku sobie dwa 

młode  serca.  Wiedziała  wprawdzie  z  własnego  doświadczenia,  jak 
słaby 

1 bezradny jest człowiek wobec losu, jak nikłe i bezskuteczne są jego 

starania, jeżeli chodzi o stworzenie lub utrzymanie szczęścia. 

Tak,  wiedziała  o  tym...  Mimo  to  pragnęła  gorąco,  aby  jej  własne 

życie,  pozbawione  wartości  —  nabrało  treści.  Chciała  mieć  jakiś 
piękny, jasny cel, dla którego warto było żyć... 

Ewa  i  Jerzy  stanowili  w  jej  oczach  jakby  jedną  całość.  Ponieważ 

kochała  Ewę  jak  własne  dziecko,  przeto  i  Jerzego  ogarnęła  tym 
macierzyńskim uczuciem. Uważała go niemal za syna. 

A czyż jest matka, która potrafiłaby pozostać spokojna, jeżeli chodzi 
 

background image

o szczęście dziecka? Pani Pola także pragnęła działać, aby zapewnić 

szczęście Jerzemu! 

Dlatego  też  doniosła  Jerzemu,  że  siostry  Coulmann  przyjadą  w 

sierpniu do Z., dokąd i ona wybiera się z Ewunią. W następnym liście 
zapytała go, pozornie bez związku, czy okręt nie zawinie do Kilonii. 
Jerzy  mógłby  wtedy,  przynajmniej  na  kilka  dni,  przyjechać  do  Z.  I 
przekonać się osobiście, że Ewa jest zdrowa i czuje się dobrze. 

Jerzy  odpowiedział,  że  niestety  nie  będzie  mógł  skorzystać  z  za-

proszenia. Przypuszcza, że jego okręt dopiero w październiku zawinie 
do macierzystego portu. 

Pani  Pola  wyjechała  do  Z.  Po  kilku  tygodniach  otrzymała  nie-

spodziewaną  wiadomość  od  Jerzego.  Pisał,  że  jego  okręt  wymaga 
gruntownego remontu maszyn i odpływa wkrótce do kraju. Ponieważ 
remont potrwa kilka tygodni, przeto nie jest wykluczone, że kapitan 
udzieli oficerom urlopu. O ile tak będzie, wówczas Jerzy spędzi urlop 
w Z. 

Pani Pola ucieszyła się niezmiernie z tej wiadomości. 
W Z. było bardzo ładnie. Profesorowa zamieszkała z Ewą i swymi 

służącymi w willi „Gwiazda Morska", położonej tuż nad morzem. Z 
okien  roztaczał  się  wspaniały  widok  na  morze.  W  słotne  dni 
przesiadywała z Ewunią na werandzie, osłoniętej i zabezpieczonej od 
wiatru. 

Zamówiła  już  dla  sióstr  i  dla  pani  Wernerowej  pokoje  w  tej  samej 

willi. Cieszyła się bardzo, że przyjadą, a Ewa podzielała tę radość. 

Pani Pola nie powiedziała nic dziewczynce o zamierzonym przyjeź-

dzie Jerzego. Obawiała się,  że  młodemu oficerowi  może w ostatniej 
chwili  stanąć  coś  na  przeszkodzie.  Nie  chciała  sprawiać  Ewuni 
zawodu. Ewunia prawie przez cały dzień bawiła się na plaży. Opaliła 
się na brązowo i wyglądała świeżo i kwitnąco. Jej wesoły dziecinny 
śmiech świadczył najlepiej o doskonałym stanie zdrowia. 

Niekiedy  przerywała  zabawę,  podnosiła  główkę  i  patrzyła  na  swą 

przybraną  mateczkę.  Jeżeli  pani  Pola  zapadała  w  dawny  smutek  i  z 
bezgraniczną rozpaczą patrzyła w morze, wówczas Ewunia porzucała 
swą łopatkę i foremki. Biegła do pani Poli, obejmowała ramionami jej 
szyję i wołała do osamotnionej kobiety: 

— Mateczko, masz znowu smutną minę! Nie wolno, ja nie pozwalam. 

Masz być wesoła, bo ja tak chcę!   

background image

Słowa  te  brzmiały  tak  zabawnie,  że  pani  Pola  ulegała  woli  małej 

tyranki i zaczynała się śmiać. 

Ach,  przecież  ta  czuła  tyrania  Ewy  sprawiała  jej  tyle  rozkoszy! 

Poddawała jej się tak chętnie! Z bezgraniczną tkliwością tuliła dziew-
czynkę i całowała jej śliczną buzię. 

Ewunia, pewna zwycięstwa, zaprzęgała wtedy matkę do roboty. Pani 

Pola musiała pomagać wtedy przy budowie fortecy z piasku. Czasami 
pracowała niedbale. Wtedy Ewa surowo upominała mateczkę i burzyła 
małymi rączkami budowlę z piasku. 

Rzecz  jasna,  że  nie  sposób  było  odegnać  i  pokonać  wszystkich 

smutnych myśli. Budziły się słodkie, bolesne wspomnienia... Ilekroć 
Ewunia  krytykowała  pracę  pani  Poli,  tyle  razy  przypominał  się  jej 
zmarły mąż. 

Zdarzało się dawniej, że pani Pola próbowała wykonać jakiś rysunek. 

Mąż wyjmował jej wtedy zawsze ołówek z ręki, mówiąc ze śmiechem: 

— Najdroższa, porzuć te bezowocne wysiłki. Nie potrafisz przecież 

nawet narysować prostej kreski... Daj spokój! Lepiej spójrz mi w oczy! 
Szkoda każdej chwili, gdy jestem przy tobie. Kochaj mnie, życie jest 
takie krótkie! 

Życie jest krótkie! 
O tak, krótkie, zbyt krótkie było jego najdroższe życie. Natomiast jej 

życie jest długie, beznadziejnie długie. Ciągnie się niby pusty, samotny 
gościniec, nie widać wcale końca... 

Pani  Pola  popadała  znowu  w  rozpacz.  W  takich  chwilach  trudno 

pogodzić  się  z  losem.  Przypominała  sobie  jednak  wówczas  ostatnie 
słowa męża: 

— Nie poddawaj  się  rozpaczy,  ukochana! Myśl o  mnie! Myślała  o 

nim! Właściwie nie przestawała myśleć o tym jedynym, 

najdroższym, którego tak okrutnie wydarła jej śmierć. 
Nie  poddawać  się  rozpaczy!  Uchwyciła  się  tych  słów  jak  ostatniej 

deski  ratunku!  Przecież  taka  była  jego  ostatnia  wola!  Trzeba  żyć! 
Trzeba, bo on tego pragnął! Ostatnie życzenie męża stanowiło ostoję i 
podporę dla pani Poli. Ono stało się teraz jej myślą przewodnią. Ono, w 
pierwszych dniach po śmierci, uchroniło ją od samobójstwa. 

Sądziła wówczas, że nie potrafi żyć bez niego. Nie poddawać się 
 

background image

rozpaczy)Ach, jakże często powtarzała sobie te wyrazy. Nie załamać 

się, wytrwać... Jakże trudno jest jednak pozostać silną i wytrwać, gdy 
się widzi, że jedyne szczęście nagle rozpada się w gruzy... 

Najgorsze już minęło! Jego słowa uratowały ją, pokrzepiły na duchu. 

Stworzyła sobie cel życia. Zastępowała matkę osieroconemu dziecku, 
pomagała strapionemu i potrzebującemu opieki, niosła pomoc nędza-
rzom. Tym zapełniała życie. 

Postępowała w myśl życzenia męża. Każdy jej czyn był natchniony 

jego  duchem.  Zdawało  się  jej  niekiedy,  że  on  kieruje  każdym  jej 
krokiem, że ją prowadzi i czuwa nad nią. 

Powoli spłynęło na nią ukojenie. Zbolałe serce przycichło, przepeł-

niał ją spokój, pełen rezygnacji. Pani Pola przestała myśleć o sobie i 
swoim  nieszczęściu.  Postanowiła  żyć  dla  innych,  budować  dla  nich 
inną i lepszą przyszłość. 

 
Renata,  Marynia  i  pani  Werner  przybyły  do  Z.  Pani  Pola  z  Ewą 

odwiozły je do „Gwiazdy Morskiej". 

Powozy wjechały między wydmy. Zatrzymały się przed fasadą willi. 

Z tego miejsca roztaczał się przepiękny widok na morze. 

Nad  horyzontem  zebrały  się  tego  dnia  ciężkie,  fioletowe  chmury, 

zwiastujące bliską burzę. Zachodzące słońce złociło ich brzegi, prze-
świecające  jaskrawożółtą  barwą.  Rysowały  się  wyraźnie  na  jasnym, 
bladozielonym niebie, podobne do potężnych gór. 

Na morzu panowała cisza. Zdawało się, że odmęty wód przyczaiły się 

na chwilę w oczekiwaniu burzy. Woda wyglądała jak roztopiony brąz. 
Na Renatę — jak na wszystkich wrażliwych subtelnych ludzi - morze 
wywierało za każdym razem nowy urok. Siedząc obok pani Poli, jak 
urzeczona wpatrywała się w dal. 

Poła milczała również. Ujęła rękę dziewczyny i uściskała ją, jakby w 

milczącym porozumieniu. 

Za to w drugim powozie panowała wielka wesołość. Jechała w nim 

Marynia z Ewą i panią Wernerową. Ewa i Marynia miały sobie bardzo 
wiele do opowiedzenia i nie przestawały się śmiać. 

Po wspólnym posiłku udały się na plażę i na pomost. Groźne, 
 

background image

ołowiane  chmury  opuszczały  się  coraz  niżej  nad  wodą.  Powietrze 

było parne. Potem zerwał się silny wiatr, zaczął pędzić chmury przed 
siebie. Burza zbliżała się. Trzeba było powrócić do domu. 

Mała Ewunia leżała już pogrążona w głębokim śnie, gdy rozległ się 

pierwszy  huk  gromu.  Siostry,  pani  Pola  i  pani  Werner  usiadły  na 
werandzie. Otulone ciepłymi pledami śledziły wspaniałe choć groźne 
widowisko. 

Wichura  szalała  nad  morzem,  zdawała  się  smagać  fale.  Jaskrawe 

błyskawice przecinały niebo. Wreszcie spadły pierwsze, ciężkie krople 
deszczu. 

Marynia wstała nagle i udała się po cichu do pokoju Ewuni. Dziecko 

spokojnie spało. 

Dziewczyna pochyliła się nad łóżeczkiem swej małej ulubienicy. Na 

jej twarzy malował się wyraz rozrzewnienia. Złożyła lekki pocałunek 
na pulchnej rączce śpiącej dziewczynki. Potem skinęła głową służącej, 
która czuwała w pokoju Ewy i wyszła. 

 
Profesorowa Hardenberg nie wiedziała, czy ma powiedzieć siostrom, 

że Jerzy von Rodenfels wybiera się do Z. 

Kilka  dni  temu  otrzymała  od  niego  list,  w  którym  donosił,  że  na 

pewno przyjedzie w drugiej połowie sierpnia. Pani Pola postanowiła 
wreszcie, że nie powie nic ani siostrom Coulmann, ani Ewie. Cieszyła 
się już myślą o niespodziance, jaką im sprawi. 

Następne dni upłynęły w błogiej bezczynności, jak to zwykle bywa 

nad  morzem.  Panie  chodziły  na  krótkie  wycieczki,  spacerowały  po 
pięknym bukowym lesie, wiosłowały lub pływały żaglówką. 

Tak schodził czas. 
Renata i Marynia doskonale pływały. Prawie codziennie kąpały się w 

morzu i używały ulubionego sportu. Ponieważ zaczęły się upały, więc i 
Ewunia  mogła  się  kąpać.  Siostry  uczyły  ją  pływania.  Dziewczynka 
okazywała  uzdolnienie  i  odwagę,  cieszyła  się  bardzo,  gdy  wreszcie 
naprawdę nauczyła się pływać. Pani Pola leżała na plaży i śledziła z 
uwagą każdy jej ruch. 

Siostry, jak dotychczas, nie brały jeszcze udziału w żadnej zabawie, 
 

background image

chociaż  w  modnej  miejscowości  nadmorskiej  nie  brakowało 

rozrywek.  Przesiadywały  najchętniej  na  werandzie  u  pani  Poli, 
prowadząc z nią długie rozmowy. 

Spotkano  kilka  znajomych  rodzin  z  Drezna  i  Berlina,  toteż  nie 

uskarżano się na brak towarzystwa. 

W jednym z ostatnich listów Jerzy naznaczył wreszcie dokładną datę 

swego  przyjazdu.  Pani  Pola  oznaczyła  mu  numery  koszyków 
plażowych  i  napisała  w  którym  miejscu  najłatwiej  je  znaleźć. 
Zamówiła też dla Jerzego pokój w hotelu. 

Wreszcie  nadszedł  dzień,  w  którym  miał  przybyć  Jerzy.  Pani  Pola 

siedząc  na  plaży,  spoglądała  raz  po  raz  na  drogę,  wijącą  się  między 
wydmami. 

Renata  siedziała  obok  niej  i  parasolką  rysowała  na  piasku  jakieś 

figury,  które  wiatr  zasypywał.  Marynia  i  Ewa  z  wielkim  zapałem 
budowały  z  wilgotnego  piasku  wielką  fortecę  z  wieżami  i  szańcem. 
Praca ta pochłaniała je całkowicie. Pani Werner haftowała. 

Nikt  prócz  Poli  nie  zauważył  Jerzego,  który  ukazał  się  między 

wydmami. Stojąc na wzgórzu, zorientował się natychmiast, gdzie ma 
szukać znajomych. Po chwili już ruszył w stronę kosza pani Poli. 

Profesorowa zwróciła się do Renaty. 
—  Pani  wciąż  kreśli  jakieś  tajemnicze  znaki  na  piasku.  Mam 

wrażenie, że to daremny trud — rzekła z uśmiechem. 

Renata roześmiała się i przestała rysować. 
—  Trzeba  coś  robić.  Nie  mam  zdolności,  nie  mogę  więc  pomagać 

przy budowie tej skomplikowanej twierdzy. Zresztą Ewcia i Marynia 
nie potrzebują mnie wcale. 

— I dlatego pani się nudzi! Renata przecząco potrząsnęła głową. 
— Bynajmniej. Nie istnieje dla mnie pojęcie nudy. nigdzie i nigdy się 

nie nudzę, a tym bardziej w towarzystwie pani, droga pani Polu. 

—  A  ja  mimo  wszystko  mam  wyrzuty  sumienia,  że  sprowadziłam 

panie  do  Z.  Dla  młodych  dziewcząt  nie  ma  tu  zbyt  wielkiego  uroz-
maicenia. Daje się odczuwać brak panów. 

— Protestuję, pani Polu — zawołała Marynia. — Mnie tutaj nie brak 

rozrywek  ani  miłego  zajęcia.  O  braku  panów  nie  wspominam.  Ewa 
zastępuje  mi  wszystko.  Mamy  moc  roboty  i  nie  nudzimy  się  wcale, 
prawda słodka dziecinko? 

— Ja również nie uskarżam się ani na brak towarzystwa, ani też na 

background image

brak  rozrywek  —  oświadczyła  Renata.  Rzeczywiście,  czuła  się 

najlepiej w towarzystwie pani Poli, z którą mogła rozmawiać o Jerzym. 
Pani Pola starała się o to, by temat ten nie wyczerpał się. 

Tymczasem do kosza zbliżył się Jerzy. Pani Pola ukłoniła mu się z 

daleka, po czym rzekła do sióstr: 

— Mimo to czułam się w obowiązku sprowadzić paniom przynajm-

niej jednego młodzieńca. Pokażę paniom czarnoksięską sztukę. Raz... 
dwa... trzy... a oto i on we własnej osobie. 

Ostatnie  słowa  wypowiedziała  tak  głośno,  że  Jerzy  je  usłyszał. 

Wyszedł zza kosza i z uśmiechem ukłonił się paniom. 

Renata  spojrzała  i  drgnęła.  Pani  Pola  uśmiechnęła  się  z  zadowole-

niem.  Zauważyła  zdradzieckie  rumieńce  na  twarzy  Renaty. 
Spostrzegła również, iż Jerzy pobladł ze wzruszenia. Oboje na krótką 
chwilę  zapomnieli  o  otaczającym  ich  świecie.  Oczy  Renaty 
promieniały  cichym  szczęściem.  Jerzy  nie  mógł  oderwać  oczu  od 
cudnej dziewczęcej twarzy. Pojął, że serce Renaty bije dla niego, że 
dziewczyna odwzajemnia jego uczucie. 

Nagle Ewunia spostrzegła brata. Krzyknęła z radości i nie zważając 

na to, że depcze kunsztowną twierdzę z piasku, pobiegła do Jerzego i 
rzuciła mu się na szyję. 

Jerzy wziął dziewczynkę na ręce i przytulił ją mocno. Mimo to ponad 

złocistą główką Ewy, spojrzenie jego goniło Renatę. 

Marynia,  oniemiała  ze  zdumienia,  klęczała  jeszcze  na  piasku  przed 

zniszczoną twierdzą. Z napięciem obserwowała siostrę. 

Jerzy ostrożnie postawił Ewunię na piasku, po czym przywitał się z 

paniami. Ucałował ręce pani Poli mówiąc: 

— Oto więc jestem, droga pani. Spodziewam się, że moja obecność 

nie zakłóci tej plażowej sielanki. 

Pani Pola uścisnęła jego dłoń. 
—  Witam  pana  serdecznie!  Będzie  pan  mile  widziany.  Mówię  to 

również w imieniu pozostałych pań. 

Jerzy pochylił głowę, po czym zwrócił się do Renaty: 
— Czy to prawda? 
— Tak, naturalnie! — odparła cicho. Uśmiech tkliwego rozmarzenia 

nie zszedł jej jeszcze z ust. 

Marynia wstała i otrząsnęła piasek z sukienki. 
 

background image

—  Widzę,  że  przerwałem  pani  bardzo  ważne  zajęcie  —  zauważył 

Jerzy żartobliwie. Marynia podała mu rękę. 

—  Tak,  pański  niespodziewany  przyjazd  zniweczył  dzieło  całego 

dnia. Ale to nic! Cieszę się, że pan przyjechał. 

— Chętnie pomogę przy odbudowie twierdzy, zwłaszcza, że posia-

dam zapas niespożytych sił. 

— Bardzo chwalebny zamiar! Ewciu, ty nieznośny łobuzie, zobacz 

coś ty zrobiła! Stratowałaś wszystko, zachowałaś się jak nieprzyjaciel. 
Gniewam się... 

— Nieprawda , cioteczko, wiem, że tylko żartujesz. Nie gniewasz się 

wcale. 

Marynia ucałowała Ewunię. 
— Pewno, że na ciebie nie potrafię się gniewać, ty słodki bąku. Wiesz 

o tym i korzystasz z mojej pobłażliwości. 

Tymczasem  Renata  przedstawiła  Jerzego  pani  Wernerowej.  Pani 

Amelia zdziwiła się nieco, usłyszawszy jego nazwisko. Jerzy zamienił 
z nią kilka uprzejmych słów, po czym zwrócił się do Renaty. 

Spotkanie  z  Renatą  stało  się  dla  niego  spełnieniem  marzeń. 

Uświadomił sobie, że kocha Renatę i nie może bez niej żyć. Pojął, że 
podczas tych długich miesięcy rozłąki uczucie jego spotęgowało się, 
zapuściło mocne korzenie w jej sercu. 

Dusza  Renaty  ulatywała  ku  niemu,  rozpływając  się  w  błogości. 

Wyczytała  w  oczach  Jerzego,  że  i  on  ją  kocha.  Od  tej  chwili 
postanowiła nie ukrywać swojej miłości. Okazywać jawniej ak wielką 
radość sprawił jej swym niespodziewanym przyjazdem. 

Potoczyła się żywa rozmowa. Oczy Jerzego i Renaty spotykały się co 

chwila, opowiadając sobie nawzajem tysiące słodkich tajemnic. Ach, 
jakie piękne wydawało się obojgu życie! Fala błogości zalewała dwa 
młode kochające się serca. 

Pani  Pola  miała  możność  przekonania  się,  ile  szczęścia  sprawiła 

swoją udaną niespodzianką. 

Wieczorem  Jerzy  usiadł  obok  pani  Poli  na  werandzie.  Po  chwili 

milczenia odezwał się serdecznie. 

— Droga moja przyjaciółko! Jakże mam pani wiele do zawdzięcze-

nia.  Dziś  czuję  to  znowu!  Nie  wyobraża  pani  sobie,  jakie 
dobrodziejstwo wyświadczyła mi pani swoim zaproszeniem. 

 

background image

Uśmiechnęła się subtelnie i spojrzała znacząco na Jerzego. 
— Wiem o tym.  My kobiety  chętnie odgrywamy  rolę Opatrzności, 

zwłaszcza jeżeli chodzi o ludzi drogich i bliskich. Mam nadzieję, że 
naprawdę wyniknie stąd coś dobrego. Tego bowiem nigdy nie można z 
góry przewidzieć... 

— Droga pani Polu! Jaka pani dobra! Z dnia na dzień wzrasta moja 

cześć i uwielbienie dla pani. 

Pani Pola machnęła ręką. 
— To egoizm z mojej strony. Albo też instynkt samozachowawczy. 

Mniejsza o to. Muszę przecież coś robić, aby móc na nowo pokochać 
życie. Przecież pan najlepiej wie o tym... 

— Wiem i podziwiam szlachetne serce mojej przyjaciółki. 
— Nie mówmy o tym. Jak długo może pan tu pozostać? 
— Czternaście dni. Spojrzała na niego z powagą. 
— Kochany przyjacielu, proszę dobrze wykorzystać ten krótki okres! 
Jerzy wytrzymał to przeciągłe spojrzenie. 
— Więc pani wie, że pokochałem Renatę Coulmann? 
— Tak! 
Westchnął głęboko. 
— Mój los spoczywa w jej rękach. Tylko od niej zależy, czy będę 

szczęśliwy... 

Pani Pola wsparła głowę na dłoni. 
— Czułam to, panie Jurku. Dlatego też zawezwałam pana. Sądzę, że 

pan pozyskał serce Renaty... 

— Doprawdy? 
— Znam dobrze Renatę. Przypomina mi czyste, kryształowe źródło. 

Teraz  na  dnie  tego  źródła  widać  obraz  pana.  Jeżeli  tylko  inne 
przeszkody nie staną wam na drodze, Renata zostanie pańską żoną. Z 
jej strony nie lękam się odmowy... 

Jerzy  złożył  gorące  pocałunki  na  ręce  pani  Poli.  Wzruszona 

uśmiechnęła się do niego. 

— Proszę przestać, przecież ja nie jestem Renatą — zażartowała. W 

ciągu najbliższych dni Marynia i pani Pola zawarły milczące 

porozumienie.  Obydwie  zajmowały  się  bardzo  gorliwie  Ewunią  i 

panią 

 

background image

Amelią.  Toteż  Jerzy  i  Renata  wiele  przebywali  ze  sobą.  Mogli 

swobodnie  rozmawiać,  wymieniając  najskrytsze  myśli.  Dusze  ich 
jeszcze bardziej zbliżyły się do siebie. 

W innych warunkach pani Werner czuwałaby może troskliwiej nad 

swoją  pupilką.  W  tym  wypadku  jednak  uważała,  że  może  polegać 
całkowicie  na  pani  profesorowej.  Była  zresztą  spokojna,  gdyż 
wiedziała, że wkrótce ma przyjechać pan Coulmann. Spodziewano się 
jego  przybycia  około  26-go  sierpnia.  Pozostawało  zatem  zaledwie 
dziesięć dni... 

Pewnego dnia całe towarzystwo zebrało się na piasku. Nagle ukazała 

się z daleka gromada Cyganów. Wszczął się gwar i wielki ruch. Dzieci 
z radością  przywitały dwa ogromne  niedźwiedzie, które pokazywały 
rozmaite  sztuki.  Wielką  wesołość  wywoływała  również  maleńka 
zabawna  małpka,  która  tańczyła  na  głowie  i  ramionach  małego 
cygańskiego chłopca. Rzucano Cyganom wiele monet, lecz trzymano 
się od nich z daleka, ponieważ byli bardzo brudni. 

Cyganie  dbali  jednak  nie  tylko  o  rozrywki  dla  dzieci.  Piękna, 

malowniczo ubrana Cyganka o demonicznie płonących oczach niosła 
skrzynkę,  na  której  siedział  jakiś  egzotyczny  ptak  o  różnobarwnym 
upierzeniu. Ptak  wyciągał ze skrzynki tajemnicze koperty, z których 
każda  zawierała  przepowiednię  przyszłości.  Za  kilka  groszy  każdy 
mógł się dowiedzieć czegoś o swym losie. 

Cygance  powodziło  się  doskonale.  Znalazło  się  wielu  chętnych, 

którzy  pragnęli  uchylić  rąbka  swej  przyszłości.  Jedni  robili  to  serio, 
inni dla żartu. 

Ewa z przyjemnością przypatrywała  się  tańczącym niedźwiedziom. 

Dorośli  podziwiali  tymczasem  malownicze  szaty  Cyganów.  Teraz 
zbliżyła się do nich również młoda, piękna Cyganka, proponując, że 
przepowie przyszłość. 

Jerzy  zerwał  się  z  piasku  i  rzucił  jej  monetę,  którą  pochwyciła. 

Obrzuciła Jerzego przeciągłym spojrzeniem ognistych oczu i podeszła 
do  niego.  Na  skrzynce  siedział  ptak,  trzymając  w  dziobku  liścik, 
przeznaczony dla Jerzego. 

Młodzieniec  machnął  ręką  i  rzucił  Cygance  drugą  monetę.  Wtedy 

wróżka  wzięła  liścik  i  podała  go  Jerzemu.  Urzekł  go  niesamowity 
błysk jej oczu. Wbrew woli wziął kopertę do ręki. Cyganka oddaliła się 
natychmiast, znikła za rzędem koszy, stojących na plaży. 

background image

Marynia roześmiała się wesoło. 
— O, panie Jerzy, wygląda pan w tej chwili budująco. Szkoda, że pan 

siebie nie widzi! 

Pozostałe panie także zaczęły się śmiać. Jerzy spoglądał bezradnie na 

kopertę,  nie  wiedząc  co  ma  z  nią  począć.  Wreszcie  roześmiał  się 
również, proponując, że chętnie podaruje swoją przepowiednię którejś 
z pań. 

—  Szanowne  panie!  Która  z  pań  pragnie  przeniknąć  wzrokiem 

tajemnicze mroki przyszłości? 

— Kiedy to nas nie dotyczy! — powiedziała pani Poła. 
—  Ma  się  rozumieć  —  dodała  Renata  —  przepowiednia  jest 

przeznaczona wyłącznie dla pana. 

Pani Werner i Marynia uważały tak samo. 
Jerzy zmiął karteczkę i rzucił ją na piasek. Marynia szybko podniosła 

liścik. 

— Protestuję, panie Jerzy, trzeba korzystać ze sposobności. Kto wie, 

czy  zdarzy  się  jeszcze  raz  taka  okazja  poznania  przyszłości.  Co  do 
mnie,  to  wierzę  w  czarodziejską  moc  tej  Cyganki.  Wyglądała  tak 
demonicznie... 

Wygładziła  starannie  kopertę  i  podała  ją  Jerzemu.  Młodzieniec  z 

głębokim ukłonem wziął ją z rąk dziewczyny. 

— Trudno! Choćby ta przepowiednia miała zawierać nawet śmierć, z 

rąk pani, panno Mario, wszystko jest miłe. Pozwolą panie jednak, że 
usiądę.  Nie  czuję  się  na  siłach  aby  stojąc,  dowiadywać  się,  co  mi 
przeznacza los — powiedział żartobliwie. 

Usiadł, po czym ceremonialnie zaczął otwierać kopertę. Śmiejąc się, 

spojrzał  na  twarze  obecnych.  Wszystkie  wyrażały  pełne  napięcia 
oczekiwanie.  Wyjął  z  koperty  wąski  skrawek  papieru  i  odczytał  po 
cichu wypisane na nim słowa. 

Niechaj wzrok Twój się obróci   
Ku dziewczęcej drobnej dłoni,   
Co Ci pewno wkrótce zwróci   
Drogi klejnot utracony.   
nią Twe szczęście jest związane 
Tak w Twym losie zapisane. 
Jerzy spoważniał. Niby na jawie ujrzał przed sobą Rodenfels. Do tej 
 

background image

pory  nie  myślał  nigdy  o  tym,  że  Renata  jest  córką  właściciela 

Rodenfelsu.  Dopiero  kartka,  którą  trzymał  w  ręku,  przypomniała  mu 
ten fakt. 

Utracony  klejnot?  Czyż  Rodenfels  nie  jest  drugim  utraconym 

klejnotem? 

Spojrzał na Renatę, oczy ich spotkały się. Jerzy ocknął się z zadumy. 

Rozejrzał się wokoło, jakby zbudzony ze snu. 

Marynia  śmiała  się.  Przez  cały  czas  obserwowała  twarz  Jerzego,, 

widziała,  jak spojrzał na Renatę. Domyśliła się, że słowa zawarte w 
przepowiedni muszą mieć jakiś związek z jej siostrą. 

—  Przepraszam  najmocniej,  lecz  nie  mogę  paniom  powiedzieć,  co 

mnie czeka w przyszłości. 

— Ach, dlaczego? — zawołała Marynia.   
— To tajemnica!   
— I co pan uczyni z tą kartką? 
— Na razie schowam ją do portfela.   
— A potem? 
—  Potem  będę  każdego  ranka  i  wieczora  odczytywał  wieszcze 

wyrazy, aby na wieki wryły mi się w pamięć! 

—  O  Boże!  Jakież  to  straszliwe  i  tajemnicze!  Dreszcz  mnie  przej-

muje... 

— Tak, tak! W takich sprawach nie należy żartować... 
—  Wobec  tego  i  ja  muszę  się  czegoś  dowiedzieć  o  przyszłości. 

Przepraszam państwa, ale to dla mnie sprawa nie cierpiąca zwłoki. 

— Kiedy naszej wróżki już nie ma. Odeszła! 
— Właśnie ją widzę. O, tam! Po drugiej stronie, za koszykami. Muszę 

dogonić tajemniczą Sybillę! 

Marynia  przeskoczyła  kopiec  z  piasku  i  pobiegła  za  Cyganami. 

Dogoniła ich wkrótce i zdyszana stanęła przed młodą Cyganką. 

Podała jej monetę i palcem wskazała ptaka. 
Cyganka spojrzała na śliczną, złotowłosą, biało ubraną dziewczynę i 

zaśmiała  się  do  niej.  Ptak  wyciągnął  ze  skrzynki  kopertę  i  podał  ją 
Maryni. 

Dziewczyna ważyła z wahaniem liścik na dłoni. Wreszcie przecisnęła 

się przez tłum otaczający Cyganów. 

Przystanęła na uboczu, otworzyła kopertę i miała właśnie przeczytać 

słowa wróżby, gdy tuż za sobą usłyszała dobrze znany, męski głos: 

background image

— Dzień dobry, droga panno Maryniu! 
Drgnęła przestraszona i odwróciła się. Za nią stał Bernard Trautmann 

i  spoglądał  na  nią  wzrokiem,  promieniejącym  radością.  Marynia 
zaczerwieniła się. 

— To pan, panie doktorze? Złożył jej głęboki ukłon. 
— Tak jest! We własnej osobie! 
— Skąd się pan tu nagle wziął? 
—  Przyjechałem  na  kilka  dni,  pragnę  odetchnąć  morskim  powiet-

rzem! 

Marynia zmieszała się i zaczęła się śmiać. Potem pokazała mu liścik, 

objaśniając: 

— Widzi pan, chciałam przekonać się, co mnie czeka w przyszłości, i 

właśnie w takiej chwili... 

— Właśnie w takiej chwili spotkała pani mnie. Mam nadzieję, że nie 

uważa pani tego za zły znak? 

— Nie... Tylko nie widziałam wcale, jak pan nadchodził... 
—  A  ja  już  od  kilku  chwil  obserwuję  panią.  Widziałem,  jak  pani 

podchodziła do Cyganki z tym kolorowym ptaszkiem... 

— Doprawdy? 
—  Tak!  A  teraz  niech  mi  pani  powie,  co  ta  piękna  wróżka 

przepowiedziała pani. 

— Kiedy jeszcze sama nie wiem. Nie zdążyłam zajrzeć do koperty. 
— Trzeba to koniecznie zrobić. 
Marynia  wciąż  jeszcze  trochę  oszołomiona  niespodziewanym  przy-

jazdem Bernarda, otworzyła wreszcie kopertę. Oboje pochylili się nad 
wąską karteczką: 

Szczęście Twoje jest tak blisko,   
  Schwyć je prędko, szkoda chwili... 
—  Ależ  to  bardzo  rozumna  przepowiednia  —  zawołał  Bernard.  — 

Jak pani sądzi, panno Maryniu? 

Spojrzała na Bernarda i głęboko westchnęła. 
— Twoje szczęście jest tak blisko — powtórzyła w zadumie. 
— Panno Maryniu! Najdroższa Maryniu! Czy pani wie, że mam już 
 

background image

kontrakt  w  kieszeni?  Od  pierwszego  października  zaczynam 

pracować jako kierownik laboratorium... 

— Ach, Boże! 
— Dlatego właśnie przyjechałem! Musiałem pani koniecznie oznaj-

mić tę nowinę. Nareszcie jestem u celu! 

—  Chwała  Bogu!  —  zawołała.  Potem,  zawstydzona  tym  wykrzyk-

nikiem, spuściła oczy i dodała: 

— Życzę panu szczęścia na tym nowym stanowisku! Bernard spojrzał 

z czułością na ukochaną dziewczynę. 

— Tak, chwała Bogu! To wyczekiwanie było okropne, po prostu nie 

do wytrzymania. 

— Więc pan się tak męczył? 
— O tak! Czyż tego pani nie wie, panno Maryniu? Ale teraz zacznie 

się  nowe  życie!  „Twoje  szczęście  jest  tak  blisko!"  Słowa  tej 
przepowiedni 

dotyczą także mnie... 
Zanim Marynia zdążyła odpowiedzieć, podszedł do nich Jerzy. 
—  Panno  Mario,  zostałem  wydelegowany  przez  siostrę  pani.  Mam 

panią  odszukać  i  wziąć  pod  moje  opiekuńcze  skrzydła.  Nie  wracała 
pani tak długo, że panna Renata była już zaniepokojona co się z panią 
stało. Marynia odpowiedziała głośnym śmiechem. 

— Naprawdę? Renata myśli zapewne, że Cyganie mnie porwali. 
— Prawdopodobnie! — odparł Jerzy żartobliwie. 
—  Spóźnił  się  pan  trochę,  panie  Jerzy.  Znalazłam  już  innego 

rycerskiego obrońcę, który mnie wziął pod opiekę. 

Przedstawiła  obu  panów,  po  czym  wszyscy  troje  ruszyli  w  stronę 

plaży. 

— No, a jak tam wygląda przyszłość? — zapytał Jerzy z uśmiechem. 

— Czy pani zadowolona ze swej przepowiedni? 

Marynia z powagą skinęła głową. 
—  Bardzo.  Mam  nadzieję,  że  pan  jest  tak  zadowolony  ze  swojej 

wróżby, jak ja z mojej. A może pan żałuje, że pan przeczytał kartkę? 

— O nie! Przeciwnie... 
Pozostałe panie ucieszyły się bardzo, ujrzawszy Bernarda Trautman-

na. Powitały go z radością, jako drugiego rycerza i opiekuna. Renata, 
spostrzegłszy  z  daleka  Bernarda  idącego  z  Marynią,  nie  mogła  się 
powstrzymać od śmiechu. 

background image

—  Maryniu,  zdaje  się,  że  sprawa  twojej  przyszłości  została  bardzo 

prędko, wyczerpująco i dobrze rozwiązana. — szepnęła do siostry. 

Marynia nie odpowiedziała. Uścisnęła tylko mocno rękę Renaty. 
— Kiedyż pan przybył, panie doktorze? — spytała Renata. 
— Przed godziną. 
— Czy pan już ma mieszkanie? 
— Tak. W hotelu „Plaża". 
— Mieszkamy więc pod jednym dachem, panie doktorze — powie-

dział Jerzy. 

— Bardzo mi miło, panie Rodenfels. 
— Czy pan przyjechał sam? — zapytała pani Pola. 
— Tak, proszę pani. 
— A pański brat? 
— Nie mógł się niestety zwolnić. 
— Jaka szkoda! 
— On również bardzo żałował, ale tak się złożyło. Zdaję się tedy na 

łaskę pań i mam nadzieję, że wolno mi będzie przyłączyć się do tak 
miłego grona. 

— Tak, jeżeli pan będzie grzeczny — zażartowała Marynia. Bernard 

przycisnął rękę do serca i zrobił niewinną minę. 

— Zrobię co będzie w mojej mocy, panno Maryniu. Ale pani musi mi 

powiedzieć, jak się trzeba zachowywać, by zasłużyć na miano grzecz-
nego. Właściwie jest to dość względne pojęcie. 

—  Po  pierwsze  musi  pan  zbudować  nowy  szaniec  wokoło  naszej 

twierdzy  z  piasku,  aby  w  ten  sposób  uzyskać  na  plaży  prawo 
obywatelstwa. 

Bernard z zapałem pochwycił łopatkę i chciał od razu zabrać się do 

roboty. Marynia, śmiejąc się, odebrała mu łopatkę. 

— Przecież nie zaraz, jutro będzie na to dość czasu. 
— Dobrze, jak pani każe.   
— Cieszę się, że pan taki posłuszny.. 
— Przecież mam być grzeczny. Co mam uczynić poza tym? 
— Dziś wieczorem odbędzie się bal w Domu Zdrojowym... 
— To wspaniale! 
— Proszę mi nie przerywać! Spodziewam się, że pan położy zasługi 

dla  ojczyzny,  jako  gorliwy  tancerz.  Pan  Jerzy  także  idzie  z  nami  i 
obiecał, że nie spocznie ani chwili. 

background image

— I ja pójdę z wielką przyjemnością. Zwłaszcza, że tej zimy, ani razu 

nie  tańczyłem.  Wyobrażałem  sobie,  że  to  o  wiele  trudniej  być 
grzecznym, a przede wszystkim nie sądziłem, że to takie przyjemne. 

— Ha, podobno, to nie zawsze taka łatwa sprawa. Prawda, Ewuniu? 
— zawołała Marynia, zwracając się do dziewczynki. 
Ewa dąsała się trochę, czuła się opuszczona przez wszystkich. Nawet 

ukochana cioteczka zapomniała o niej na chwilę. 

— Słuchaj, ciociu, ale teraz musisz się znowu pobawić ze mną 
— oznajmiła stanowczo. 
— Słusznie, kochanie moje. Będziemy się bawić. Panie doktorze, pan 

się  nam  teraz  przyda.  Budujemy  wspaniały  zamek  nad  morzem, 
prawdziwy  zamek  z  bajki.  W  zamku  zamieszka  cudowna  królowa 
syren. Potrzeba nam jeszcze jednego budowniczego, prawda Ewuniu? 

— Niech przyjdzie, ale musi robić to wszystko, co mu każemy i musi 

porządnie pracować. 

Bernard  zaczął  obiecywać  złote  góry,  aby  tylko  zjednać  sobie 

względy Ewy. Przyrzekł, że uczyni wszystko, byle tylko ją zadowolić. 

Z  zapałem  zabrał  się  do  roboty.  Starał  się  wprawdzie  bardzo,  lecz 

patrzył  wciąż  na  smukłe,  białe  rączki  Maryni,  zamiast  na  zamek  z 
piasku.  Dlatego  też  kilka  razy  popełniał  błędy  i  trzeba  było  go 
przywoływać do porządku. 

Ewa gniewała się na niego. Co chwila zwracała mu uwagę i krytyko-

wała jego robotę. Bernard ze skruszoną miną słuchał upomnień Ewuni, 
a Marynia zaśmiewała się, patrząc na nich oboje. 

Wszyscy  bawili  się  obserwując  wesołych  budowniczych.  Jerzy 

milczał. Pochłaniał wzrokiem twarz Renaty. Zarazem myślał wciąż o 
dziwnych słowach przepowiedni. 

Niechaj wzrok Twój się obróci Ku dziewczęcej drobnej dłoni Co Ci 

pewno  wkrótce  zwróci  Drogi  klejnot  utracony.  Z  nią  Twe  szczęście 
jest związane Tak w Twym losie zapisane. 

Nie wychodziły  mu z pamięci te dziwne wyrazy, wydrukowane na 

wąskiej kartce, którą demoniczna Cyganka niemal przemocą wcisnęła 

 

background image

mu do ręki. Drwił w duchu z samego siebie. Jak można myśleć o tym, 

a tym bardziej przywiązywać wagę do takiej wróżby! Czyż mogła mieć 
jakiekolwiek znaczenie? 

„Drogi  klejnot  utracony..."  Ależ  to  tylko  przypadek,  nic  poza  tym! 

Cyganka  posiadała  na  pewno  duży  zapas  kartek  z  takim  samym 
wierszykiem. Nie tylko on wyciągnął karteczkę, zawierającą właśnie tą 
przepowiednię. Dziwne jest tylko, że słowa te mają pewne znaczenie i 
pewien szczególny sens w związku z jego osobą. 

Tak,  przypadek...  Ale,  czyż  przypadek  nie  bywa  czasem  ważnym 

czynnikiem w losach ludzi, czyż nie rozstrzyga nieraz o ich życiu? 

Spojrzał na białą rękę Renaty, spoczywającą na poręczy koszyka. „Z 

nią  Twe  szczęście  jest  związane.."  Tak,  to  prawda.  Jego  szczęście 
zależy od Renaty. 

Westchnął  głęboko  i  zatonął  wzrokiem  w  pięknych  oczach  dziew-

czyny. W sercu jego wezbrała gorąca tęsknota. Co też Renata myśli o 
nim?  Czy  kocha  go?  Czy  zostanie  jego  żoną?  Pani  Pola  zapewniła 
wprawdzie, że pozyskał jej wzajemność, ale pani Pola także mogła się 
mylić... 

—  Renata  zgodzi  się  na  pewno.  Jeżeli  nie  napotkacie  na  inne 

przeszkody,  będziecie  mogli  się  pobrać  —  powiedziała  niedawno 
profesorowa. 

Inne  przeszkody?  Cóż  ich  właściwie  dzieli?  Prawda,  Renata  jest 

majętną panną, a on sam ubogim oficerem marynarki. Czyżby majątek 
Renaty miał się stać zaporą, odgradzającą ich od szczęścia? 

Jerzy kochał Renatę, miłość jego była tak wielka, że wszystko inne 

bladło  wobec  tego  uczucia.  Majątek?  Ubóstwo?  Przecież  to  tylko 
sprawy uboczne, nieważne, czysto materialne. 

Do tej pory nie  myślał nigdy o swych warunkach materialnych, ani 

też o pozycji Renaty. Nie przyszło mu wcale do głowy, że to mogłoby 
wpłynąć na ich  wzajemny stosunek. Pochłaniała go  wyłącznie jedna 
myśl: 

— Czy Renata kocha mnie tak, jak ja ją kocham? Czy darzy mnie tym 

wielkim uczuciem, o jakim zawsze marzyłem? Czy mogę być pewny 
jej wzajemności? 

To była sprawa zasadnicza, najważniejsza. Wszystko inne wydawało 

się takie błahe, tak znikome, że nie warto było rozmyślać nad tym. 

 

background image

Dziś  po  raz  pierwszy,  po  przeczytaniu  przepowiedni  Cyganki, 

przyszło  mu  na  myśl,  że  wraz  z  ręką  Renaty  mógłby  otrzymać  z 
powrotem „utracony klejnot" — Rodenfels. 

Niedługo jednak zaprzątała go ta myśl. Dręczyły go wątpliwości, czy 

zdobył rzeczywiście serce Renaty. 

Dziewczyna okazuje mu jawnie swoją przychylność, tak, to prawda. 

Ale sympatia, to jeszcze nie miłość. Może myli się, biorąc życzliwość 
Renaty za gorętsze uczucie i tłumacząc sobie jej zachowanie na swoją 
korzyść? 

Jerzy zdawał sobie sprawę, że gdyby Renata była uboga, kochałby ją 

tak samo jak teraz. Bez względu na okoliczności, poprosiłby o jej rękę i 
zapytałby czy zechce podzielić z nim jego skromne życie. 

Nie przywiązywał wagi do bogactwa. Wcześnie nauczył się żyć bez 

zbytku, poprzestawać na małym. 

Słyszał, że ojciec Renaty jest bardzo zamożny. Rad był z tego jedynie 

przez  wzgląd  na  Renatę,  która  nie  będzie  się  musiała  wyrzec 
dobrobytu. 

Różnica majątkowa nie może przecież mieć wpływu na prawdziwe, 

gorące uczucie. Jerzy sądził, że Renata podziela ten pogląd. Wierzył, 
że  jeżeli  go  naprawdę  pokochała,  to  i  dla  niej  sprawy  materialne 
pozostaną bez znaczenia. 

Chodzi tylko o to, czy go kocha... Właściwie wszystko świadczy za 

tym, że tak jest. Renata na jego widok rumieni się gwałtownie, zbyt 
czysta, zbyt szlachetna, by udawać... Tak, nie ulega wątpliwości, kocha 
go... 

Jerzy zadrżał. Serce jego zalała fala bezgranicznego szczęścia. Nie, 

nie zawiedzie się na Renacie. Ona jest jego ideałem, tą kobietą, o której 
zawsze śnił i marzył. Którą kochał i wielbił, zanim ją jeszcze poznał. I 
dlatego właśnie wierzył niezbicie, że nic nie zdoła ich rozłączyć. 

 
Po obiedzie Marynia z Bernardem poszli grać w tenisa. Jerzy i Renata 

odprowadzili ich na kort, po czym udali się z powrotem na plażę, gdzie 
oczekiwała ich Pola Hardenberg. Ewa i pani Werner zażywały zwykłej 
poobiedniej drzemki. 

 

background image

Wracali  właśnie  przez  pomost  na  plażę,  gdy  nagle  zatrzymali  się 

oboje.  Uderzył  ich  dziwny  widok.  Gromada  ludzi  otaczała  jakiegoś 
rybaka.  Człowiek  ten  odgrodził  za  pomocą  kołków  i  sznurów  część 
plaży. W ręku trzymał duże sito, przez które przesiewał piasek. Czynił 
to powoli, uważnie, ani na chwilę nie przerywając żmudnej pracy. 

Jerzy zaciekawiony zapytał jakiegoś przechodnia, co to ma znaczyć. 

Okazało  się,  że  jakiś  pan  zgubił  na  plaży  kosztowny  pierścień  z 
brylantem.  Polecił  więc  od  razu  odgrodzić  miejsce,  gdzie  jak 
przypuszczał, zguba mogła się znaleźć. Miał nadzieję, że odzyska swój 
pierścień. 

Młodzi  ludzie  przyglądali  się  przez  chwilę  pracy  rybaka,  wreszcie 

zeszli z pomostu i skręcili na drogę wśród wydm, kierując się w stronę 
wybrzeża. 

— Taka strata to bardzo nieprzyjemna rzecz — rzekła Renata. 
— O tak — potwierdził Jerzy — wiem o tym z własnego doświad-

czenia. 

— Co też pan mówi? 
—  Tak,  niech  pani  sobie  wyobrazi,  że  w  ubiegłym  roku,  zimą, 

zgubiłem także pierścień. Niestety, mój sygnet ugrzązł w śniegu i nie 
znalazłem  go  nigdy.  A  śnieg,  to  nie  to  co  piasek.  Nie  można  go 
przecież przesiewać przez sito. 

Renata z uwagą słuchała tego opowiadania. 
— Więc i pan zgubił pierścień? A gdzie to było i kiedy? 
— W okresie Bożego Narodzenia. Byliśmy wtedy na przejażdżce, a 

potem  spacerowaliśmy  w  parku,  w  Moritzburgu.  Musiał  mi  się 
ześlizgnąć z palca — odparł z uśmiechem, ubawiony trochę zapałem 
Renaty. 

Dziewczyna zbladła i podniosła oczy na Jerzego. 
—  Czy  to  był  staroświecki  sygnet,  który  odznaczał  się  ogromnie 

oryginalną  formą  oprawy  i  piękną  złotniczą  robotą?  —  spytała  z 
napięciem. 

— Tak, w istocie... 
—  A  w  kamieniu  jest  wyryty  święty  Jerzy?  —  opisywała  dalej 

Renata, patrząc badawczo na Jerzego. 

Młodzieniec zdziwił się nieco. 
— Rzeczywiście, pani opisuje go bardzo dokładnie. Widzę po prostu 

w tej chwili ten sygnet przed oczyma. Jakież to dziwne... 

background image

— To ten sam — szepnęła do siebie Renata. 
— Czy pani go widziała? A może pani profesorowa wspominała pani 

o tej zgubie i opisała pani wygląd sygnetu? 

— Nie, nigdy nie mówiłam z nią o tym... 
— Więc skąd pani zna tak dobrze ten pierścień? 
— Dlatego, że to ja go znalazłam. 
— Doprawdy? A gdzie? 
— Tej wiosny pojechałyśmy na wycieczkę do Moritzburgu. Space-

rowaliśmy po parku. Nagle spostrzegłam na drodze jakiś błyszczący 
przedmiot. Podniosłam go. To właśnie był ten sygnet. 

— A to nadzwyczajna historia! Istny cud! 
—  Starałam  się  wtedy  odszukać  prawego  właściciela,  ale  nikt  nie 

zgłosił się po odbiór sygnetu. 

— I co się z nim stało? 
— Posiadam go jeszcze. 
Jerzy  obrzucił  dziwnym  wzrokiem  jej  zarumienioną  twarz. 

Przypomniała mu się przepowiednia Cyganki. 

  Niechaj wzrok Twój się obróci 
Ku dziewczęcej drobnej dłoni.   
Co Ci pewno wkrótce zwróci   
Drogi klejnot utracony.   
Z nią Twe szczęście jest związane   
Tak w Twym losie zapisane. 
Znowu  zabrzmiały  w  jego  uszach  te  słowa.  Jakie  to  dziwne,  jakie 

niepojęte!  Przypomniał  sobie  Cygankę,  która  niemal  przemocą 
wcisnęła  mu  kartkę  do  ręki.  Czyżby  była  jasnowidząca  i  naprawdę 
potrafiła czytać w losach ludzi? 

Z początku Jerzy myślał tylko o odzyskaniu Rodenfelsu. Teraz jednak 

wróżba  nabrała  innego  znaczenia,  większego  i  trafniejszego.  Zimą 
zgubił  swój  sygnet,  a  teraz  oto  okazuje  się,  że  znalazła  go  Renata. 
Otrzyma  go  z  drobnej  dziewczęcej  dłoni,  z  którą  związane  jest  jego 
szczęście... 

Czy  to  zwykły  przypadek?  A  może  siła  wyższa,  może  moc  prze-

znaczenia? 

Jerzy  milczał  długą  chwilę,  pochłonięty  swymi  myślami.  Wreszcie 

odetchnął głęboko. 

 

background image

— To naprawdę bardzo dziwne! — odezwał się wreszcie. 
— Prawda? Zabawny przypadek, że to ja właśnie znalazłam pański 

sygnet — odparła z uśmiechem Renata. 

— Człowiek zaczyna wierzyć w cuda! 
—  Nie  przesadzajmy,  panie  Jerzy!  W  każdym  razie  cieszę  się,  że 

nareszcie mogę zwrócić sygnet prawemu właścicielowi. 

— A ja cieszę się, że go otrzymam z powrotem. Przestałem wierzyć, 

że go kiedykolwiek odzyskam. Posiadał dla mnie wielką wartość. 

— Tak, to piękny pierścień i taki oryginalny. 
—  Nie  tylko  dlatego.  Ten  sygnet  —  to  jedyna  pamiątka,  jaka  mi 

pozostała  z  rodzinnego  domu.  Z  dawnej  wspaniałości,  jaka  niegdyś 
panowała w Rodenfelsie, nie pozostało mi nic... oprócz właśnie tego 
sygnetu. Teraz będzie dla mnie podwójnie cenny. 

— Dlaczego? 
— Dlatego, że to właśnie pani zwraca mi tę drogą pamiątkę. Renata 

spłonęła rumieńcem. 

— Myślę sobie nieraz, że panu musi być przykro, naprawdę nie czuje 

pan  do  nas  żalu?  Czy  widok  nasz  nie  wywołuje  w  panu  smutnych 
bolesnych wspomnień? — zapytała niemal szeptem, patrząc na Jerzego 
trwożnie i nieśmiało. 

-  —  Nie,  przeciwnie  panno  Renato.  Przez  panią  właśnie  pozdrawia 

mnie jakby moja dawna utracona ojczyzna. Przeszłość wydaje mi się 
pięknym snem, zapominam o bólu i ciężkich strapieniach, których mi 
nie brakowało... Ach, jak często myślę o pani! Widzę wtedy jakby na 
jawie  Rodenfels,  widzę  jak  pani  przechadza  się  po  tych  wszystkich 
dobrze znanych, ulubionych miejscach i zakątkach... Cieszę się wtedy, 
że to nie jacyś obcy ludzie mieszkają w Rodenfelsie, ale właśnie pani... 
I myśląc o tym doznaję uczucia spokoju, a nawet żywego zadowolenia. 

Renata  zmieszała  się.  Milczała  przez  chwilę,  potem  zaś,  chcąc 

zmienić temat rozmowy, zapytała: 

— Czy mam zaraz przynieść sygnet? 
— Czy pani przywiozła go tutaj? . 
— Tak, przechowuję go w mojej szkatułce z biżuterią. 
— To bardzo pewny schowek, może tam na razie pozostać. 
— A kiedy mam go oddać? 
— Może dziś wieczorem. Spotkamy się przecież na balu. Wtedy pani 

będzie mogła zwrócić mi zgubę. 

background image

Oboje szli zatopieni w myślach. Nie mówili do siebie, lecz rozumieli 

się bez słów. Dwa młode serca biły w takt tej samej melodii. 

Wreszcie ujrzeli z daleka panią Połę. Mimo woli przyśpieszyli kroku. 

Zdawało  się,  że  oboje  pragną  opieki  dobrej,  doświadczonej 
przyjaciółki. 

Usiedli  obok  niej  na  plaży.  Jerzy  opowiedział  pani  Poli,  że  Renata 

znalazła jego sygnet, którego zimą na próżno szukał w śniegu. 

Profesorowa słuchała z wielkim zaciekawieniem jego opowieści. 
—  To  rzeczywiście  dziwny  i  nadzwyczajny  przypadek  —  rzekła 

wreszcie, gdy Jerzy zamilkł. 

—  A  ja  tak  długo  starałam  się  odnaleźć  właściciela  —  wtrąciła 

Renata. 

—  Pierścień  ugrzązł  w  śniegu,  zapewne  został  przydeptany  przez 

pana albo Ewunię. Ale doprawdy, jeżeli pomyśleć o tym, że pan przed 
wieloma  miesiącami zgubił sygnet i że właśnie pośród wielu innych 
ludzi znalazła go panna Renata, to zaczyna się wierzyć w cuda. 

— Bywają jeszcze większe cuda. Dziś właśnie Cyganka przepowie-

działa  mi,  że  odzyskam  drogi  utracony  klejnot,  a  w  kilka  godzin 
później dowiaduję się, że otrzymam go z rąk Renaty  — uzupełnił w 
duchu Jerzy, po czym odezwał się na głos: 

—  Pani  ma  słuszność,  zaczynam  w  ogóle  na  nowo  wierzyć,  że 

szczęście powróci do mnie. 

Oczy mu zabłysły, spojrzał pytająco i błagalnie w oczy Renaty. 
Dziewczyna wytrzymała spokojnie jego spojrzenie. W jej ciemnych 

oczach  zapaliły  się  złociste  iskierki.  Kochała  Jerzego  i  nie  chciała 
ukrywać swego uczucia. Była zbyt uczciwa, aby się maskować. A on 
spoglądał  tak  błagalnie,  tak  tkliwie...  Wobec  tego  spojrzenia  nie 
potrafiła udawać obojętności i chłodu. 

 
Wieczorem zjawili się w willi „Gwiazda Morska" obydwaj panowie, 

aby  zabrać  panienki  do  Domu  Zdrojowego  na  bal.  Naturalnie,  że 
towarzyszyła im, jak zwykle, pani Werner. 

Obydwie  siostry  wyglądały  prześlicznie  w  jednakowych,  białych 

sukniach  wieczorowych.  Pani  Pola  stała  na  tarasie  i  długo  jeszcze 
śledziła dziewczęta wzrokiem, przesyłając im ręką pozdrowienia. 

 

background image

Na  przewiewnej  werandzie,  przylegającej  do  sali  balowej  Domu 

Zdrojowego, znaleziono zaciszny kącik. Orkiestra przygrywała już do 
tańca, budząc w młodzieży ochotę do zabawy. 

Bernard  wstał  i  poprosił  Marynię  o  pierwszy  taniec.  Obejmując 

ramieniem smukłą kibić dziewczyny, spojrzał z zachwytem na jej jasne 
włosy. 

Zabrzmiały fantazyjne tony walca.   
Szczęście Twoje jest tak blisko,   
  Schwyć je prędko, szkoda chwili... 
Bernard przypomniał sobie nagle te słowa. Zmogło go nagle uczucie 

miłości, zalało niby potężna fala jego duszę. Serce rozsadzało mu pierś. 
W milczeniu przycisnął do siebie mocniej Marynię. Ujrzał przed sobą 
jej czerwone, ponętne, rozchylone usta. Wzbudziło się w nim szalone 
pragnienie złożenia pocałunku na tych kuszących wargach. 

— Schwyć twe szczęście, szkoda chwili — szepnęła nagle Marynia, 

zdając się zapominać o całym świecie. 

Wówczas Bernard przestał panować nad sobą. 
— Ty moje szczęście! Moja cudna Maryniu! 
— Najdroższy! 
— Schwyciłem szczęście, trzymam je w ramionach. Czy pozwolisz 

mi zatrzymać się na zawsze? — szepnął namiętnie. 

Marynia  bez  słów  przytuliła  się  mocno  do  ukochanego,  czuł,  że 

dziewczyna drży na całym ciele. 

— Kochasz mnie, najmilsza moja?   
— Kocham nad życie! 
Potężna fala szczęścia wypełniła dwa serca. Oboje zatonęli w słodkiej 

rozkoszy, zapomnieli o rzeczywistości, zapomnieli o wszystkim, co nie 
było ich miłością. 

Jerzy poprosił Renatę o pierwszy taniec. 
—  Przede  wszystkim  muszę  panu  zwrócić  sygnet,  przyniosłam  go 

tutaj — rzekła dziewczyna z uśmiechem i podała mu klejnot. 

Wziął go z jej ręki, nie odrywając przy tym oczu od tej pięknej, białej 

dziewczęcej dłoni. Renata ze zdziwieniem patrzyła na Jerzego. 

 

background image

— Nigdy jeszcze nie patrzył na mnie w ten sposób — pomyślała, nie 

mając  pojęcia,  że  Jerzy  znowu  myśli  o  tajemniczej  a  tak  trafnej 
wróżbie. 

Wreszcie  Jerzy  opamiętał  się.  Szybko  włożył  sygnet  na  palec,  po 

czym podał Renacie ramię, aby poprowadzić ją do tańca. 

— Dziękuję pani. Całym sercem dziękuję! — szepnął. 
— Nie ma za co, panie Jerzy! 
— O, pani tego nie rozumie... 
— Czego? 
— Widzi pani, ja mam wrażenie, że wraz z tym sygnetem powrócił do 

mnie mój patron, który będzie mnie strzegł do końca życia. 

Uśmiechnęła się słodko. 
—  Miejmy  nadzieję,  że  to  potężny  patron.  Oby  usuwał  z  pańskiej 

drogi wszelkie przeciwności i przynosił panu tylko szczęście. 

— Wypróbuję to niedługo — szepnął znacząco. 
Przystanęli  na  progu  sali,  gdzie  wirowało  już  mnóstwo  par.  Jerzy 

zatrzymał na chwilę Renatę. Spojrzała pytająco w jego oczy. Chłopak 
nie spuszczał  z niej wzroku, lecz milczał. Wzruszenie tamowało  mu 
mowę. 

Stała  przed  nim  w  całej  krasie,  młoda,  piękna,  pełna 

niewysłowione-go  uroku.  Jej  drobna  ręka  spoczywała  na  jego 
ramieniu,  czuł,  że  lekko  drży.  Nie  wypuszczając  Renaty  z  ramion, 
sięgnął ręką po portfel i wyjął z niego małą karteczkę. 

—  Panno  Renato!  Pani  chciała  wiedzieć,  co  mi  przepowiedziała 

Cyganka... 

— Tak... — odparła zmieszana. 
— Proszę, niech pani przeczyta. 
Renata zaczęła po cichu czytać wierszyk. Jerzy śledził ją wzrokiem. 

Widział, jak ręce jej drżą, widział, jak płomienny rumieniec zalewa jej 
policzki. 

W milczeniu zwróciła mu kartkę. Nie mogła w tej chwili powiedzieć 

ani  słowa.  Tylko  jej  rozpłomienione  oczy  zdradzały,  że  zrozumiała 
dokładnie sens przepowiedni. 

Jerzy milczał również. Czuł, że serce Renaty należało do niego. Objął 

ją  mocno  ramieniem  i  wkrótce  oboje  zawirowali  w  tańcu.  Nie  roz-
mawiali,  lecz  oczy  obojga  były  wymowniejsze  od  słów  i  zaklęć 
miłosnych. 

background image

Wreszcie muzyka zamilkła. W sali zrobiło się gorąco i duszno. Wiele 

osób wychodziło śpiesznie, aby ochłonąć na świeżym powietrzu. Jerzy 
ujrzał przy wyjściu Bernarda Trautmanna, który uprowadzał Marynię. 

Ujął swoją tancerkę pod ramię i wkrótce wmieszali się oboje w tłum. 

Porwał ich jakby prąd. Posuwali się naprzód razem z innymi. 

Renata szła w milczeniu obok Jerzego. Oczy jej błyszczały, policzki 

płonęły. Nie robiła w tej chwili nic z własnej woli, po prostu dążyła za 
ukochanym,  wiedziona  jakąś  ślepą,  nieznaną  siłą,  niby  urzeczona. 
Byłaby tak szła za nim aż na koniec świata... 

Przystanęli dopiero na wybrzeżu. Zatrzymali się tuż nad wodą. Fale 

cicho pluskały, przepływały leniwie, sennie aż do ich stóp. Panowała tu 
pustka i cisza, nie widać było żywej duszy. Z daleka rysowały się w 
mroku kontury koszyków plażowych, rzucając ogromnie fantastyczne 
cienie na piasek. 

Renata wciąż jeszcze milczała. Jerzy patrzył na nią, nie mógł oderwać 

wzroku  od  tej  smukłej  postaci  w  białej  sukience,  posrebrzonej 
promieniami księżyca. 

Serce  dziewczyny  waliło  jak  młotem.  Powoli  podniosła  na  Jerzego 

gorące brunatne oczy, w których zastygło niespokojne pytanie. 

— Renato! 
Błagalnie, z namiętną czułością zawołał jej imię. Dziewczyna drgnęła 

lekko.  Jerzy  ujął  w  obie  dłonie  jej  drżące  rączki  i  przyciągnął  ją  ku 
sobie. 

— Renato, czy mogę zatrzymać na zawsze tę najdroższą ukochaną 

rękę z którą związane jest moje szczęście? 

Spojrzała na niego szczerze, otwarcie, nie ukrywając swych uczuć. 

Oczy jej wyrażały bezgraniczną miłość i żarliwe oddanie. 

— Przecież jestem twoja... Od dawna już... Czyż nie wiedziałeś? — 

rzekła cichutko. 

Wtedy porwał ją w objęcia i przytulił mocno do piersi. Czuła głośne 

bicie jego serca. 

— Ukochana... ty moje szczęście... Moja słodka, urocza dziewczyno, 

moja królowo... Jedyna, najmilsza... Ach, jakże ja cię kocham... 

Usta  ich  złączył  namiętny  pocałunek  pierwszej  miłości,  pocałunek 

pełen szczęścia i rozkoszy. Długo stali bez słowa, w gorącym uścisku. 
Renata ocknęła się pierwsza z błogiego upojenia i delikatnie 

 

background image

uwolniła się z objęć Jerzego. On nie odrywał wzroku od jej twarzy. 

Dłonie ich splotły się namiętnie. Wzrokiem wyznawali sobie miłość, 
pragnienie, tęsknotę... 

Rozumieli się bez słów. Nie potrzeba im było wyjaśnień, wyznań, ani 

zaklęć.  Miłość  przyszła  do  nich  niby  objawienie,  opanowała  oboje, 
wznieciła w duszach święty ogień. Wiedzieli, że wybiła godzina ich 
przeznaczenia. Nie dziwili się, że się tak stało, wierzyli oboje, że są 
stworzeni dla siebie, że połączył ich sam Bóg. I zdawali sobie sprawę, 
że muszą razem przejść przez życie i należeć do siebie, że nie rozłączy 
ich żadna moc na ziemi. 

Powoli ruszyli z powrotem do sali. Szli, mocno przytuleni do siebie. 

Zanim  weszli  w  krąg  światła,  otaczający  rozjarzony  lampami  Dom 
Zdrojowy, odwrócili się raz jeszcze i spojrzeli na ciche morze, zalane 
poświatą miesiąca. Jerzy pochylił się nad Renatą. 

—  Chciałbym  w  tej  chwili  popłynąć  z  tobą  w  morze.  W  małym 

czółenku, tylko my dwoje... Czy zgodziłabyś się popłynąć ze mną? 

—  Pójdę  za  tobą,  dokąd  mnie  powiedziesz  —  odparła  cicho,  z 

bezgraniczną czułością. 

Przytulił mocniej jej ramię. Dziewczyna uśmiechnęła się do ukocha-

nego. Był to uśmiech czarujący, słodki i tkliwy. Jerzy poczuł znowu 
przyśpieszone  bicie  serca.  Odwrócił  szybko  głowę,  aby  nie  ulec 
ponownie urokowi Renaty. Z trudem zapanował nad sobą. 

— Muszę cię odprowadzić do sali — szepnął z westchnieniem. 

s

.

— Szkoda... 
—  Wielka  szkoda,  ale  trzeba  nam  wracać.  Mogą  spostrzec  naszą 

nieobecność i niepokoić się o nas. A poza tym... Przecież nie wolno mi 
jeszcze nazwać cię moją narzeczoną... 

— Dlaczego? 
— Bo nie oświadczyłem się jeszcze twemu ojcu. 
— Czyż to jest najważniejsze? 
—  Dla  nas  nie,  ale  dla  świata.  Jak  sądzisz,  czy  ojciec  zgodzi  się? 

Zbliżyli się do Domu Zdrojowego. Panował tu zgiełk, gwar i wesołość. 
Mnóstwo ludzi spacerowało, rozmawiało, śmiało się... 

—  Ojciec  kocha  mnie.  Czemu  miałby  się  sprzeciwić  memu 

szczęściu? 

— Na razie, przez tych kilka dni będziemy musieli zachować nasze 

szczęście w tajemnicy. 

background image

— Tak... 
— Czy bardzo będzie ci ciążyć ta tajemnica?   
— Nie, bo ty dzielisz ją ze mną.   
Zbliżyli  się  do  otwartych  drzwi  sali  balowej.  Tu  natknęli  się 

niespodziewanie na Bernarda i Marynię. Oni także wyglądali inaczej 
niż zwykle, tak jakoś poważnie i uroczyście. Zdawało się, że twarze ich 
opromienia utajony blask szczęścia. 

Siostry  w  milczeniu  spojrzały  sobie  w  oczy.  Potem  nagle  obydwie 

opuściły  swoich  partnerów,  wzięły  się  pod  rękę  i  weszły  do  sali. 
Panowie  obrzucili  się  nawzajem  badawczym  spojrzeniem.  Potem 
podążyli za paniami. 

Pani Werner zaczynała się  już trochę niepokoić i szukała wszędzie 

swoich pupilek. Ujrzawszy, że dziewczęta powróciły całe, zdrowe i na 
pozór zupełnie spokojne, odetchnęła z ulgą. 

Rzecz  jasna,  że  obydwie  zakochane  pary  nie  przepuściły  tego 

wieczoru  ani  jednego  tańca.  Niekiedy  panowie  zmieniali  się,  lecz 
przeważnie każdy tańczył ze swą wybranką serca. 

Ach, jakże pięknym wydawało się życie! Jakież to cudowne uczucie 

trzymać  w  objęciach  ukochaną  dziewczynę,  wirować  z  nią  w  takt 
melodii, tulić ją  mocno, szeptać jej  na ucho słowa  miłości! Jakaż to 
rozkosz  milczeć  i  spoglądać  tylko  w  oczy  ukochanego.  Jerzy  byl 
oszołomiony  swoim  szczęściem,  bliskość  Renaty  upajała  go.  Czy  to 
prawda?  Czy  rzeczywiście  ucieleśniły  się  jego  najtajniejsze, 
najcudowniejsze sny? Czy Renata także jest tak szczęśliwa, czy czuje 
to samo, co on? 

— Renato — szepnął — czy jesteś szczęśliwa? 
— Bez granic. A ty? 
— Słowa są zbyt ubogie. Nie potrafię wyrazić tego, co czuję. 
— Mam do ciebie prośbę, Jurku. 
— Spełnię każde twoje życzenie, najmilsza. 
— Podaruj mi kartkę z przepowiednią. 
— Chętnie, ale co zamierzasz z nią zrobić? 
— Będę ją nosić zawsze na sercu.   
— Och, Renato...   
— Tak, bo to ona utorowała nam drogę do szczęścia. 
— Ta wróżba?   
— Tak, ona przywiodła cię do mnie.   

background image

— Czy sądzisz, że bez niej nie przyszedłbym do ciebie? Uśmiechnęła 

się promiennie. 

— Może i tak, ale jeszcze nie tak prędko, jeszcze nie dziś...   
— No to innego dnia. 
— To nie to samo. 

 

— Dlaczego? 
—  W  takim  wypadku  każda  minuta  wydaje  się  wiekiem,  mój 

kochany. 

— Doprawdy? 
Renata spuściła oczy, rumieniec zabarwił jej policzki. 
— Ach, wy mężczyźni wcale tego nie rozumiecie. Od was przecież 

zawsze zależy decyzja. Kobiety muszą czekać... Och, Jerzy, ty tego nie 
możesz pojąć, nie wiesz wcale jaka to udręka takie wyczekiwanie... 

—  Kochanie  moje,  więc  tak  trudno  ci  było  czekać?  —  Zapytał, 

spoglądając jej w oczy. 

Renata zaczerwieniła się, lecz wytrzymała jego spojrzenie. 
— Bardzo trudno — przyznała. 
Przytulił  ją  mocniej  do  siebie.  Tańczyli  zapatrzeni  w  siebie,  za-

słuchani w rytm pieśni, którą śpiewały ich serca. 

— Renato, czy długo czekasz na mnie? — zapytał po chwili. 
— O, długo! 
— Od kiedy mnie kochasz? 
— Zdaje się, że od naszego pierwszego spotkania. Wtedy, gdym cię 

ujrzała po raz pierwszy. 

— Najdroższa Renato! — szepnął wzruszony tym wyznaniem. 
— Jerzy... — odezwała się nieśmiało dziewczyna — A ty? Od kiedy 

mnie kochasz? 

— Pokochałem cię zanim cię jeszcze poznałem. Jesteś tym ideałem 

kobiety,  o  której  marzyłem  w  moich  najskrytszych  snach.  Nie 
widziałem  cię,  nie  wiedziałem  o  tobie,  ani  nie  słyszałem,  ale  serce 
moje  poznało  cię  od  razu.  Zabiło  mi  na  twój  widok  tak  mocno,  tak 
głośno, jakby chciało mi powiedzieć: To właśnie ona! 

Zmęczeni i rozgrzani tańcem, zaczęli się dla ochłody przechadzać po 

sali.  Jerzy  wyjął  z  portfela  małą  karteczkę  z  wróżbą  i  wręczył  ją 
ukochanej  dziewczynie.  Renata  spojrzała  na  niego  z  wdzięcznością. 
Potem zdjęła złoty medalionik, który nosiła stale na szyi. Otworzyła 
medalion i schowała do niego kartkę. 

background image

—  W  tym  medalionie  przechowuję  pasmo  włosów  mojej  zmarłej 

matki.  Teraz  dołożę  tu  tę  karteczkę.  Będę  miała  wrażenie,  że  moja 
ukochana mama błogosławi nasz związek. 

— Kochana! — szepnął Jerzy rozrzewniony. 
Musnęła ukradkiem jego rękę. Dotknęła przy tym sygnetu. 
— Jerzy, oto jeszcze jeden sprzymierzeniec. 
— Sygnet? 
— Nasz święty Jerzy! On również błogosławi i sprzyja nam. Twój 

patron także przyczynił się do naszego szczęścia. On połączył nas ze 
sobą. 

— Odtąd będzie naszym wspólnym patronem i opiekunem — rzekł 

Jerzy z przekonaniem. 

Zbyt  szybko  minął  ów  cudowny  wieczór  dla  zakochanych.  Bal 

skończył  się,  trzeba  było  powrócić  do  domu.  Panowie  odprowadzili 
panie.  Po  drodze  mogli  ukradkiem  zamienić  kilka  czułych  słówek  i 
uścisków dłoni. 

Wreszcie nastąpiła chwila rozłąki. Tego wieczoru pożegnanie wyda-

wało  się  zakochanym  parom  bardzo  ciężkie.  Rozstano  się  wreszcie 
przed „Gwiazdą Morską". 

Panowie w milczeniu powracali do hotelu. 
Nagle Bernard zatrzymał się, westchnął głęboko i oznajmił: 
— Nie mam jeszcze ochoty położyć się do łóżka. 
— Ja także nie! — odpowiedział lakonicznie Jerzy. 
— Chodźmy jeszcze na godzinkę na pomost. 
— Dobrze, wypalimy sobie w spokoju cygaro. 
— Zwłaszcza, że księżyc tak pięknie świeci. 
— Zgoda, idziemy. 
Podążyli z wolna w kierunku pomostu. Nie było tu już żywej duszy. 

Panowała błoga cisza, której łaknęli obaj młodzieńcy. Zapalili cygara, 
po czym usiedli na jednej z ławek. 

Milczeli,  każdy  z  nich  myślał  o  swojej  ukochanej  dziewczynie.  Z 

daleka  widać  było  „Gwiazdę  Morską".  W  jednym  z  okien  paliło  się 
jeszcze światło. Był to właśnie pokój obu sióstr... 

Myśli  obydwu  młodych  ludzi  pobiegły  w  dal,  ku  temu  oknu.  Nie 

rozmawiali  ze  sobą,  pogrążeni  we  wspomnieniach  niedawno 
minionych chwil i w rozkosznych marzeniach o przyszłości. Żaden z 
nich nie 

background image

zwrócił  uwagi  na  małomówność  towarzysza.  Milczenie  bywa 

niekiedy 

dobrodziejstwem. 

Jerzy 

Bernard 

tym 

niemym 

porozumieniem dawali sobie dowód wzajemnego zaufania. 

Następne  dni  przeminęły  szybko,  jak  na  skrzydłach.  Zakochani 

spotykali się ciągle, czerpiąc niewysłowioną rozkosz z obcowania ze 
sobą.  Nie  byli  wprawdzie  sami,  lecz  zawsze  zdarzała  się  okazja,  by 
zamienić kilka słów, gorący uścisk ręki, lub przynajmniej spojrzenie. 

Marynia i Renata zaraz po balu udały się do swego pokoju. Ani jedna, 

ani druga nie wspominały o swoich zaręczynach. Bez słów padły sobie 
w objęcia i uściskały się gorąco. 

W  oczach  obydwu  młodych  dziewczyn  lśniły  łzy  szczęścia. 

Wiedziały, że dzisiejszego wieczoru  rozstrzygnął się ich los, że brak 
tylko ojca, aby pobłogosławił związki dziś zawarte. 

W  ciągu  następnych  dni  jedna  drugiej  starała  się  utorować  drogę. 

Zawsze  kochały  się  ogromnie,  teraz  jednak  rozumiały  się  lepiej  niż 
dawniej. 

Obecnie każda z nich czyniła wszystko, aby ułatwić siostrze krótkie 

sam na sam z ukochanym. Jedna czuwała nad miłością drugiej. 

Pani Pola wiedziona iście kobiecą intuicją spostrzegła nazajutrz, że 

poprzedniego wieczoru musiało zajść coś ważnego. Następnego dnia 
spotkała  się  jak  zwykle  z  siostrami  i  z  wrodzoną  sobie  subtelnością 
wyczuła w nich nieokreśloną zmianę. 

Gdy  zapytała,  jak  się  bawiły  wczoraj  na  balu,  obie  zmieszały  się 

bardzo i odpowiedziały wymijająco. Podczas rozmowy starały się też 
unikać tego tematu. 

Później  nadeszli  panowie.  Oni  także  czuli  się  trochę  nieswojo.  To 

pierwsze powitanie odbyło się trochę dziwnie. Panienki i młodzieńcy 
starali się ukryć zakłopotanie, wszyscy byli skrępowani. 

Pani  Pola  uśmiechnęła  się  smętnie.  Znała  dobrze  ten  nastrój, 

następujący po chwilach pierwszych wyznań i upojeń. Pokierowała tak 
zręcznie rozmową, że wkrótce młodzi pokonali zmieszanie i odzyskali 
swobodę. 

W  kilka  chwil  później  tak  się  złożyło,  że  Jerzy  został  sam  z  panią 

Połą. Po pewnym czasie odezwał się do niej: 

background image

— Muszę się pani zwierzyć, droga przyjaciółko. Wczoraj nareszcie 

szczęście moje zostało odwzajemnione. 

 

— Tak? Jakże się cieszę! 
— Na razie cała ta sprawa musi pozostać tajemnicą. Nikt jeszcze nie 

wie o tym, czekamy przecież na przyjazd pana Coulmanna i na jego 
zezwolenie. 

Pola serdecznie uścisnęła jego rękę. 
— A zatem i ja także nie składam jeszcze oficjalnych życzeń. Mimo 

to jednak pragnę całym sercem, aby pan był szczęśliwy. 

Ucałował ze czcią ręce profesorowej. 
W  ciągu  tych  ostatnich  dni  pani  Pola  okazywała  Renacie  jeszcze 

więcej życzliwości, niż zazwyczaj. Spoglądała z podziwem na uroczą 
dziewczynę, która wypiękniała jeszcze bardziej pod wpływem miłości. 
Jej złocisto - brązowe oczy promieniały, jak gdyby oświetlone jakimś 
wewnętrznym blaskiem. Z ust nie schodził wyraz słodkiej zadumy. 

Nawet i Marynia zmieniła się ostatnio. I ona spoważniała, stała się 

milcząca i rozmarzona. 

Pani Werner również spostrzegła, że w pupilkach zaszła jakaś zmiana 

i zaczęła się głębiej zastanawiać nad jej przyczyną. Dziękowała Bogu, 
że  wkrótce  ma  przyjechać  pan  Coulmann.  Nie  mogła  się  po  prostu 
doczekać tej chwili jego powrotu. Rada była, że nareszcie pozbędzie 
się wielkiej odpowiedzialności, jaka dotychczas ciążyła na niej. 

 
Coulmann był bardzo zadowolony ze swojej podróży. Z prawdziwą 

przyjemnością zwiedzał najpiękniejsze i najciekawsze zakątki świata. 
Z młodzieńczym zapałem potrafił się zachwycać przyrodą i sztuką. 

Z  wielką  łatwością  znosił  trudy  długiej  podróży.  Ponieważ  zawsze 

prowadził życie proste i wstrzemięźliwe, przeto zachował mimo swego 
wieku  doskonałe  zdrowie  i  niespożyte  siły.  W  młodości  pracował 
ciężko, odmawiając sobie owoców swej pracy. 

Dawniej  nie  odpoczywał  nigdy,  żałował  sobie  każdej  chwili  wy-

tchnienia. Z gorączkową gorliwością dążył do celu, wspinał się coraz 
wyżej.  Lubił  pracę,  nie  znosił  bezczynności,  a  jednocześnie 
najważniejszym  bodźcem  w  jego  dążeniach,  stało  się  pragnienie 
zemsty. 

 

background image

Odkąd  dowiedział  się  o  ciężkiej  sytuacji  materialnej  Michała  von 

Rodenfels, wpadł niejako w szał pracy. Widział przed sobą jeden tylko 
cel: zdobyć jak największy majątek i zniszczyć Rodenfelsa. 

Szczęście sprzyjało mu. Pokonał wszystkie trudności, stanął u celu. 
Mógł swobodnie odetchnąć: pieniądze pracowały za niego. Zaspokoił 

zemstę, myśl o siostrze przestała go gnębić, nie zatruwała już każdej 
chwili. Resztę życia postanowił spędzić w pięknej posiadłości, którą 
odebrał Rodenfelsowi. Sprawiedliwości stało się zadość. 

Renata i Marynia cieszyły się bardzo, że ojcu tak miło upływa czas. 

Mimo to i one pragnęły jego rychłego powrotu, zwłaszcza teraz, gdy od 
ojca  zależała  ich  cała  przyszłość.  Coulmann  zapowiedział  swój 
przyjazd na koniec sierpnia. Wreszcie nadszedł od niego list, w którym 
oznaczył datę przybycia. 

Coulmann punktualnie przyjechał do Z. Córki omal nie poznały go, 

tak dobrze i świeżo wyglądał. Opalił się, był wesoły i ożywiony jak 
jeszcze nigdy. 

Jerzy i Bernard odprowadzili siostry na dworzec, lecz nie zaczekali aż 

pociąg przyjedzie, bo nie chcieli przeszkadzać przy powitaniu. 

Coulmann  cieszył  się  bardzo  z  doskonałego  wyglądu  córek.  Teraz 

dopiero odczuł, że mu bardzo brakło ukochanych jego dziewcząt i że 
tęsknił za nimi. 

Bernard  i  Jerzy  mieli  następnego  dnia  spotkać  się  z  Coulmannem. 

Tak zostało umówione między młodymi. Dziewczęta chciały pierwszy 
dzień spędzić same z ojcem i przygotować go trochę. Młodzi ludzie 
postanowili później oświadczyć się ojcu. 

Coulmann  zamieszkał  w  „Gwieździe  Morskiej".  Przebrał  się,  do-

prowadził do porządku po podróży, po czym udał się z wizytą do pani 
profesorowej  Hardenberg.  Chciał  jej  podziękować  za  opiekę  nad 
córkami. 

Przyjęła go natychmiast bardzo uprzejmie i zaczęła rozmawiać o jego 

podróży. Coulmann zawsze bardzo chętnie obcował z panią Połą. I tym 
razem  stwierdził  znowu  w  duchu,  że  jest  ona  niezmiernie 
wykształconą, miłą i wyjątkowo dobrą kobietą. Podziwiał zarówno jej 
umysł, jak i szlachetne serce. 

Zauważył,  że  córki  jego  łączyła  szczera  przyjaźń  z  panią  Połą. 

Coulmann  był  z  tego  rad,  uważał,  że  jego  dziewczęta  mogą  wiele 
skorzystać w towarzystwie tak inteligentnej i czarującej kobiety. 

background image

Nazajutrz  wybrał  się  Coulmann  w  towarzystwie  córek,  pani  Poli  i 

małej Ewuni na plażę. Rozmawiano z wielkim ożywieniem. Od czasu 
do czasu ojciec spoglądał uważnie na córki. Wydawały mu się poważ-
niejsze, bardziej milczące i mniej swobodne, niż zwykle. Przypisywał 
to długiej rozłące, nie szukając innych przyczyn tej zmiany. 

Nagle Marynia ujrzała w oddali Bernarda Trautmanna. Zaczerwieniła 

się i ukradkiem dała znak Renacie. Siostra pojęła od razu o co chodzi. 
Wzięła ojca pod rękę, mówiąc: 

— Zastaniesz tu dobrego znajomego, kochany tatusiu. 
— Kogo? 
—  Pana  Bernarda  Trautmanna,  a  raczej  doktora  Trautmanna, 

ponieważ otrzymał już dyplom... 

—  Ależ  to  świetnie!  —  ucieszył  się  Coulmann.  —  Czy  przyjechał 

sam? 

— Tak!   
— A jego brat?   
— Nie mógł mu towarzyszyć, bo ma ostatnio wiele pracy. 
—  Szkoda!  Ten  Edmund  to  dzielny  człowiek,  przepowiadam  mu 

wielką przyszłość, przekonacie się, dziewczęta. 

W tej chwili Bernard zbliżył się do pana Fryderyka, który powitał go 

z  wielką  radością.  Powinszował  mu  z  okazji  otrzymania  dyplomu  i 
ucieszył się wiadomością, że Bernard ma już zapewnioną posadę. 

Poklepał młodzieńca po ramieniu i rzekł z uznaniem: 
—  Dalibóg,  mój  stary  przyjaciel  Trautmann  może  być  dumny  ze 

swoich synów! 

Zaczął się szczegółowo wypytywać o rodziców Trautmanna. Żałował 

ogromnie, że Edmund nie mógł przyjechać z bratem do Z. 

Podczas tej rozmowy Renata wypatrywała wciąż Jerzego. Powinien 

był nadejść. Wreszcie ujrzała z daleka jego wysoką postać. 

Jerzy  szedł  w  kierunku  plażowych  koszy.  Renata  już  z  oddali 

pozdrowiła  go  spojrzeniem,  pełnym  miłości.  Czuła  się  trochę 
nieswojo. Czy też Jerzy spodoba się ojcu? Czy ojciec zgodzi się na ich 
związek?  I  jak  przyjmie  wiadomość,  że  Jerzy  jest  synem  Michała 
Rodenfelsa? 

Ewunia podbiegła do Jerzego i z dziecinną powagą oznajmiła mu, że 

przyjechał tatuś cioci Maryni i cioci Renaty. Wszyscy powitali się z 
nim bardzo serdecznie. 

background image

Wreszcie Renata zwróciła się do ojca i rzekła, trochę niepewnie: 
— Pozwól tatusiu! Oto pan Jerzy Rodenfels, syn dawnego właściciela 

Rodenfelsu. 

Pan  Coulmann  w  pierwszej  chwili  spojrzał  z  upodobaniem  na 

wysokiego,  przystojnego  młodzieńca.  Usłyszawszy  jednak  jego 
nazwisko, zmienił wyraz twarzy. 

Drgnąłjakby  pod  wpływem  nagłego  przestrachu.  W  oczach  jego 

pojawił się wyraz okrutnej zawziętości. Pochylił się, zgarbił, pobladł 
na twarzy śmiertelnie. Wyglądał ponuro i wrogo. 

Z trudem odzyskał wreszcie panowanie nad sobą. Nie podał jednak 

Jerzemu ręki, lecz poprzestał na krótkim, zimnym ukłonie. 

Nikt, prócz Renaty i Jerzego, nie zauważył tej gwałtownej zmiany. 

Młodzi  ludzie  stali  przed  Coulmannem,  zasłaniając  go  przed  spoj-
rzeniami innych osób. Zachowanie Coulmanna zaskoczyło ich oboje. 
Nie wiedzieli o co chodzi, lecz jakieś złe przeczucie ścisnęło ich serca. 
Wydało  im  się,  że  groźny  cień  padł  niespodziewanie  na  ich  cudne 
słoneczne szczęście. 

Coulmann  z  trudem  podźwignął  się  z  ławki.  Postarzał  się  nagle  o 

wiele lat. Oznajmił zebranym, że się niezbyt dobrze czuje i powolnym 
ociężałym krokiem podążył w stronę domu. 

Trudno  opisać  co  się  działo  w  duszy  Coulmanna.  Nazwisko  jego 

wroga  zbudziło  w  nim  wspomnienia,  które  uważał  za  pogrzebane. 
Teraz  na  nowo  przypomniał  sobie  nieszczęście  jedynej  siostry, 
przypomniał sobie ile przecierpiał w ciągu długich lat, które upłynęły 
od jej śmierci.  Widział ją bladą i znękaną, gdy  wyznawała  mu swój 
upadek.  Słyszał  jej  cichą  skargę,  gdy  opowiadała  mu  historię  swej 
miłości i swego grzechu. 

A  w  miarę  jak  w  duszy  Coulmanna  odżywały  wspomnienia, 

odżywała i dawna nienawiść. Otworzyły się zabliźnione rany, brocząc 
świeżą  krwią.  Na  cóż  zdały  się  jego  wysiłki  i  starania?  Czym  była 
zaspokojona  zemsta?  Oto  zjawił  się  nagle  syn  jego  wroga,  zapewne 
podobny  do  ojca.  Wtargnął  w  jego  życie,  kto  wie,  jakie  ma  zamiary 
względem jego córek... 

Renata z daleka śledziła pochyloną postać ojca. Potem rzekła: 
— Pójdę za tatusiem. Mam wrażenie, że poważnie zaniemógł. 
— Czy pozwoli pani, że ją odprowadzę? — zapytał Jerzy.   
— Proszę! 

background image

Podążyli za Coulmannem. Po drodze Jerzy zapytał: 
— Co to było, Renato? Twój ojciec zachowywał się tak dziwnie... 
— Nie wiem, co się stało — szepnęła. 
— Renato, jakaś ty blada!   
— To nic, to nic! Mam takie złe przeczucia... Wydaje mi się, że coś 

zagraża naszemu szczęściu...   

— Uspokój się, kochana! Odpocznij chwilę!         
— Nie, nie! Muszę natychmiast pomówić z ojcem... 
—  Twój  ojciec  wyglądał  na  chorego.  Poczekaj,  pomówisz  z  nim 

później... 

— Kiedy nie zniosę dłużej tego niepokoju. Dowiem się o co chodzi, a 

wtedy otrzymasz ode mnie wiadomość... 

— Renato, jedyna moja! Uśmiechnęła się słodko do ukochanego. 
— Należymy do siebie, Jerzy! Pamiętaj o tym! I nic nas nie rozłączy, 

oprócz śmierci! 

Ucałował gorąco jej ręce. 
—  Nic,  oprócz  śmierci,  ukochana!  Dziękuję  ci  za  te  słowa!  Teraz 

jestem spokojny! 

Spojrzeli sobie w oczy, głęboko, z bezgraniczną tkliwością.   
— Idź już, najdroższa. Później się zobaczymy! Do widzenia! 
— Do widzenia, kochany! 
Uścisnęli sobie ręce, po czym Renata weszła do domu. ii; 
Coulmann  siedział  w  swoim  pokoju,  starając  się  pokonać  szalone 

zdenerwowanie.  Nie  potrafił  jednak  zapanować  nad  nim  ,  nazwisko 
Jerzego wywołało burzę w jego duszy.  Oto upłynął rok w spokoju i 
zadowoleniu, przeszłość zdawała się nie istnieć, aż tu nagle zjawił się 
syn znienawidzonego człowieka i wszystko rozpadło się w gruzy. 

Fryderyk Coulmann drżał na całym ciele. Wyjechał w przekonaniu, 

że  dokonał  dzieła  swego  życia,  że  osiągnął  upragniony  cel,  a  prze-
znaczenie okazało się silniejsze od niego. Znowu ujrzał upiora z daw-
nych, zapomnianych lat, znowu ścigało go to straszne widmo, budząc 
w sercu najboleśniejsze wspomnienia. 

Gdzie też córki jego mogły poznać młodego Rodenfelsa? Co robił w 

ich towarzystwie? Po co, w jakim celu zbliżył się do jego niewinnych 
dziewcząt?  Mógł  mieć  tylko  złe  zamiary,  Fryderyk  Coulmann  był  o 
tym 

background image

przekonany.  Czegóż  można  się  spodziewać  po  synu  Michała 

Rodenfelsa, po synu niebezpiecznego uwodziciela? 

Nie  wpadło  mu  na  myśl,  że  córki  poznały  Jerzego  Rodenfelsa 

przypadkiem,  za  pośrednictwem  małej  Ewuni.  O  nie!  Taki  człowiek 
ma na pewno jakieś określone zamiary, jakiś z góry upatrzony cel. 

Z całą pewnością musiał wiedzieć, że Coulmann ma córki, a wtedy 

postarał się o nawiązanie z nimi znajomości. Jego cel? O, to przecie 
jest jasne jak na dłoni! Ten sprytny ptaszek chce się ożenić z jedną z 
jego córek, aby w ten sposób odzyskać utraconą posiadłość rodzinną! 

— Nigdy... Nigdy nie dałbym mego zezwolenia! — szepnął do siebie 

stłumionym głosem Fryderyk Coulmann. 

Potem  znowu  zapadł  w  posępną  zadumę.  Jak  się  pozbyć  tego 

człowieka, jak uratować córki przed jego wpływem? Czy ostrzec je? 
Nie  może  im  przecież  powiedzieć  prawdy...  Więc  co  począć,  co 
uczynić? 

Coulmann doszedł wreszcie do wniosku, że uczyni najlepiej, wyjeż-

dżając  stąd  natychmiast  z  Marynią  i  Renatą.  Nie  powinny  widywać 
więcej Jerzego Rodenfelsa. 

Syn Michała Rodenfelsa... Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Michał 

był  człowiekiem  bez  sumienia,  żył  wyłącznie  dla  własnej 
przyjemności,  nie  licząc  się  z  nikim  i  niczym.  Miał  szalone 
powodzenie  u  kobiet  i  korzystał  z  tego  przy  każdej  sposobności. 
Bałamucił  dziewczęta,  uwodził  mężatki,  gonił  wciąż  za  nowymi 
przygodami miłosnymi. Zimny, okrutny, wiarołomny, nie oszczędzał 
własnej żony, którą zdradzał bez najmniejszych skrupułów. 

Syn na pewno wdał się w ojca. On także będzie udawał miłość, aby 

później  kłamać'  i  oszukiwać.  I  jedna  z  jego  córek  miałaby  zostać 
małżonką niecnego uwodziciela? Miałaby zająć miejsce Ulryki, zdra-
dzanej i opuszczonej żony? Przecież jemu chodzi tylko i wyłącznie o 
Rodenfels.  Odzyskawszy  majątek,  zacznie  zaniedbywać  żonę,  może 
nawet  ją  porzuci...  —  Nie,  mój  panie  —  myślał  z  bolesną  ironią 
Fryderyk  Coulmann.  —  Pan  się  tym  razem  przeliczył!  Przybyłem  w 
porę! Coulmann zadrżał, zdjęty nagłym lękiem. 

A  może  już  jest  za  późno?  Może  nie  zdoła  już  zapobiec  złu?  Tak 

długo przebywał poza krajem... O, Boże! Nie  wiadomo przecież jak 
długo  córki  znają  tego  człowieka...  Może  nieszczęście  już  się  stało? 
Jeżeli 

background image

to  dawna  znajomość,  to  Jerzy  von  Rodenfels  miał  dość  czasu,  aby 

zatruć  serce  jednej  z  jego  dziewcząt!  Którą  też  postanowił  zdobyć? 
Marynię czy Renatę? 

Nagle  Fryderyk  Coulmann  zerwał  się  z  krzesła.  W  oczach  jego 

odmalował się straszliwy lęk. Drżącymi rękami wyciągnął z kieszeni 
chusteczkę  i  otarł  nią  zroszone  czoło.  Przypomniało  mu  się  coś,  co 
zamroziło krew w żyłach... Na Boga! Przecież jedna z jego dziewcząt 
jest siostrą tego Jerzego! 

Potem z trudem opanował się. Precz z tą myślą! To wszystko skutki 

szalonego  zdenerwowania,  które  zamąciło  umysł,  naprowadzając  na 
tak okropne przypuszczenia. Nie, doprawdy, to przecież niedorzeczne! 
Dziewczęta są rozsądne, nie dadzą się tak łatwo zbałamucić i opętać! 
Nie wspominały nigdy o tym panu, zapewne znają go od niedawna. 

— Muszę się uspokoić — pomyślał — odzyskać jasność myślenia! 

Jutro  odjadę  z  dziewczętami.  Zobaczymy  co  powie  ten  pan  von 
Rodenfels!  Ależ  sobie  sprytnie  obmyślił  cały  plan!  Syn  godny 
ojczulka!  Korzysta  z  mej  nieobecności,  by  zagarnąć  łatwą  zdobycz. 
No, aleja ci już pokażę, ty nicponiu! 

W tej chwili zapukano do drzwi. 
— Tatusiu, kochany tatusiu! Wpuść mnie! 
To  głos  Renaty!  Dobrze,  że przyszła.  Dowie się jak  sprawy  stoją i 

zyska pewność. Po chwili do pokoju weszła Renata. 

— Co ci jest, tatusiu? Jestem niespokojna o ciebie!   
— Nic, już mi lepiej, drogie dziecko. Usiądź obok mnie! 
— Czy to naprawdę nic poważnego? Zachowałeś się tak dziwnie, gdy 

ci przedstawiłam pana von Rodenfels... 

— Aha, właśnie! Ten pan von Rodenfels... Czy od dawna bawi tutaj? 

Od kiedy go znacie? 

— Pan Jerzy przebywa tutaj od tygodnia. Poznałyśmy go w Dreźnie, 

w okresie Bożego Narodzenia, zaraz po twoim wyjeździe. 

Fryderyk Coulmann przeląkł się. 
—  Już  tak  dawno?  Nigdy  nie  wspominałyście  o  nim  w  waszych 

listach. 

— Bo wtedy zaraz po Nowym Roku wyjechał — odparła z rumień-

cem Renata — Dopiero tutaj spotkałyśmy się z nim znowu. 

— A po co tu przyjechał? 

background image

—  Przede  wszystkim,  aby  odwiedzić  siostrzyczkę  i  panią 

profesorową! 

— Ach, prawda! Wspominałaś mi, że Ewa to jego siostra. Skąd się ta 

mała wzięła u pani Hardenberg? 

Renata opowiedziała ojcu, jak się to stało. Coulmann rzekł po chwili. 
— Aha! Czy często przebywałyście w towarzystwie tego młodzień-

ca? 

— Tak, widywałyśmy go codziennie. 
Fryderyk  Coulmann  westchnął  ciężko.  Renata  otoczyła  go  ramie-

niem. 

—  Co  cię  gnębi,  tatusiu?  Powiedz  mi  prawdę!  Widzę,  że  cierpisz! 

Machnął ręką, po czym spojrzał przenikliwie na córkę. 

— Pewno jest bardzo uprzejmy, co? Nadskakuje tobie i Maryni? 
—  Tak,  to  bardzo  miły  człowiek,  a  przy  tym  szlachetny  i  prawy... 

Coulmann roześmiał się sarkastycznie. 

—  No  tak,  nieodrodny  syn  swego  ojca...  A  więc  jest  szlachetny  i 

prawy? Zapewne polubiłyście już bardzo tego młodzieńca? 

W oczach jego malował się przestrach. Renata oniemiała z przeraże-

nia. 

—  Tatusiu  —  rzekła  po  chwili  —  nie  wyrażaj  się  takim  tonem  o 

Jerzym, to mnie bardzo boli. 

—  Cóż  cię  obchodzi  ten  pan?  —  krzyknął  Coulmann  ochrypłym 

głosem. 

Renata  zbladła,  lecz  spojrzała  ojcu  prosto  w  oczy  i  oznajmiła  z 

powagą: 

—  Kocham  go  nad  życie  i  przyrzekłam,  że  zostanę  jego  żoną! 

Coulmann zachwiał się i na pół przytomny osunął się na krzesło. 

Renata przyklękła u stóp ojca. 
— Co ci jest, tatusiu? Ja go przecież tak kocham! 
Odepchnął  dziewczynę.  W  oczach  jego  pojawiła  się  dzika 

zawziętość. 

—  Wybij  to  sobie  z  głowy!  Niemądre,  dziewczęce  mrzonki!  Nie 

zgodzę się nigdy! Słyszysz, Renato? Nigdy nie dam zezwolenia na to 
małżeństwo! 

Renata powoli wstała.   
— Ojcze, co masz przeciw niemu?         
Roześmiał się z ironią. 

background image

— Co mam przeciw niemu? Tylko to, że jest synem swego ojca. 
Renata milczała. W sercu Fryderyka wezbrała nagle fala bezgranicz-

nej czułości. Przyciągnął ku sobie córkę i odezwał się drżącym głosem: 

— Renato, czy jeszcze nie pojmujesz o co chodzi? Czy nie rozumiesz, 

że ten pan starał się o twoje względy, aby w najwygodniejszy sposób 
odzyskać  Rodenfels?  Moje  drogie,  ukochane  dziecko,  musisz 
zapomnieć  o  nim.  Znałem  jego  ojca.  Był  to  skończony  łajdak.  Syn 
prawdopodobnie  wrodził  się  w  niego.  Musisz  pogodzić  się  z  losem, 
Renato. Nigdy nie pozwolę, byś została żoną tego awanturnika. 

Renata wyprostowała się dumnie. Była blada, lecz spokojna. 
—  Nie  obrażaj  go,  ojcze!  Kocham  go  nad  wszystko!  Nie  wiem  co 

uczynił jego ojciec, nie wiem czy był łotrem. Wierzę w to, skoro ty tak 
twierdzisz.  Mimo  to  Jerzy  jest  człowiekiem  honoru.  Kocha  mnie 
gorąco i szczerze. 

— Zapewniał cię o swej miłości, być może! Ale nie kocha cię. Bądź 

zadowolona,  że  przybyłem  w  porę,  aby  cię  powstrzymać  od 
niebacznego kroku. Byłabyś w przyszłości bardzo nieszczęśliwa. 

— Wszystko mi jedno! Nie wyrzeknę się nigdy Jerzego! 
— Renato, posłuchaj  mnie! Przecież ja pragnę twego  dobra! Jeżeli 

żądam od ciebie posłuszeństwa, to z bardzo ważnych powodów. Ten 
człowiek przyniesie ci nieszczęście. 

—  Nie,  tatusiu.  Tylko  z  nim  mogę  być  szczęśliwa!  Wierzę  mu! 

Tatusiu, nie można być tak niesprawiedliwym. Potępiasz Jerzego, a nie 
znasz go wcale. Ale ja go nie opuszczę! Nie chcę i nie mogę! 

— Będziesz musiała być posłuszna! — rzekł surowo Coulmann. — 

Byłem zawsze kochającym i pobłażliwym ojcem. Nie dręczyłbym się 
nadaremnie, gdybym nie był przekonany, że to małżeństwo zniszczy 
twoje życie. Renato, opamiętaj się! 

Przycisnęła dłonie do serca. 
— Ojcze, do końca życia nie przestanę kochać Jerzego. Przysięgliśmy 

sobie wierność aż do śmierci! 

— On bardzo prędko złamałby tę przysięgę, możesz mi wierzyć! Jego 

ojciec  także  niegdyś  przysiągł  swej  żonie  przy  ołtarzu  miłość  i 
wierność, ale już wkrótce po ślubie zaczął ją zdradzać. A zdradzał ją 
bardzo często! Panowie von Rodenfels to ród krzywoprzysięzców! 

background image

Renata zakryła twarz rękami. 
— A ja jednak wierzę Jerzemu! Możesz mi zabronić małżeństwa z 

nim, ale nie uda ci się zachwiać nigdy mej miłości i mego zaufania! 
Nigdy nie poślubię innego mężczyzny, daję ci słowo. 

Coulmann z bólem spojrzał na córkę. Słowa Renaty tchnęły dziwną 

powagą  i  mocą.  Pocieszał  się  jednak  myślą,  że  wiele  młodych 
dziewcząt mówiło to samo, a później były bardzo szczęśliwe z kimś 
innym. 

Wstał, wyprostował się. Wyglądał spokojnie, lecz bardzo stanowczo. 

Wiedział, że w tej chwili nie zdoła przekonać Renaty i że nic u niej nie 
wskóra. Nie czuł do niej żalu, za to że nie chciała poddać się jego woli. 
Była  po  prostu  zaślepiona,  Jerzy  Rodenfels  odurzył  ją  słodkimi 
słówkami i swoim uwodzicielskim kunsztem. Renata ocknie się jednak 
prędzej, czy później. Przekona się, że ojciec pragnął ją ustrzec przed 
nieszczęściem. 

Trzeba pogadać z tym panem von Rodenfels! Jedno słowo wystarczy, 

aby się cofnął. A gdy odejdzie z własnej woli, wówczas miłość Renaty 
zostanie stłumiona w zarodku. 

Postanowił  nie  mówić  już  więcej  o  tej  sprawie  z  Renatą.  Aby  jej 

wszystko wytłumaczyć, należałoby odsłonić przed nią przeszłość. Po 
co Renata ma wiedzieć o grzechu i hańbie? Po co ma poznać tę smutną 
tajemnicę rodzinną? 

Renata  w  milczeniu  obserwowała  ojca.  Podniosła  nagle  błagalnie 

ręce, mówiąc: 

—  Tatusiu,  bądź  dobry,  nie  odbieraj  mi  nadziei!  Poznaj  lepiej 

Jerzego,  wybadaj  go,  doświadcz!  Ja  przecież  nie  chcę  zwątpić  w 
dobroć i sprawiedliwość mego ojca! 

— O, moje najdroższe dziecko! Nigdy nie kochałem cię tak gorąco, 

jak w tej chwili, gdy lękam się o twoje szczęście. Nie chcę byś uważała 
mnie za niesprawiedliwego, nie chcę tracić twego zaufania. Uczynię, o 
co mnie prosisz. Niech pan von Rodenfels przyjdzie do mnie, pomówię 
z nim. — Dziękuję ci, tatusiu. 

—  Nie  obiecuj  sobie  zbyt  wiele!  Mam  wrażenie,  że  nie  wyjdzie 

zwycięsko z tej próby. Jestem bardziej doświadczony od ciebie. 

— Przekonasz się, że Jerzy kocha mnie szczerze i bezinteresownie. 

Nie wyrzekłby się mnie, choćbym nawet była żebraczką! 

— Dobrze, wybadam go. Ale on nie wytrzyma próby! 

background image

— A jeżeli sie mylisz? Czy wtedy zgodzisz się na nasz ślub? 
— Obietnica za obietnicę. Jeżeli okaże się, że ja miałem rację, czy 

pogodzisz się z losem? Bo Jerzy von Rodenfels cofnie się na pewno, 
dowiedziawszy  się,  że  małżeństwo  z  tobą  nie  jest  tak  dobrym 
interesem, jak przypuszczał... Czy wtedy zapomnisz o nim? 

Renata odetchnęła z ulgą. 
—  Przyrzekam  ci,  tatusiu!  Jeżeli  von  Rodenfels  nie  dochowa  mi 

wiary,  jeżeli  wyrzeknie  się  mnie  ze  względów  materialnych,  to 
postaram  się  go  zapomnieć.  Bo  to  już  nie  będzie  wtedy  człowiek, 
którego  kocham,  lecz  jakiś  inny,  obcy...  Wiem  jednak,  że  Jerzy  nie 
zrezygnuje z małżeństwa ze mną. Za żadną cenę! 

— Poczekaj, aż się sama przekonasz. A teraz zejdź na dół i przyślij mi 

tu pana von Rodenfels. 

Renata uściskała ojca. 
— Przebacz mi, tatusiu! Nie mogłam postąpić inaczej! 
—  Nie  gniewam  się  na  ciebie.  A  teraz  idź  już  i  zaufaj  mi!  Pragnę 

twego dobra. 

— Wiem, tatusiu, ale przecież i ojcowie mogą się mylić. 
Z wolna podeszła do drzwi. Nagle zatrzymała się, mówiąc: 
—  Tatusiu,  przyrzeknij  mi  jeszcze  jedno.  Nie  obrażaj  Jerzego,  nie 

zmuszaj go obelgami do odejścia. 

— Przyrzekam! 
Renata  szybko  wyszła  z  pokoju.  Odniosła  połowiczne  zwycięstwo, 

które jej wcale nie cieszyło. Było jej bardzo ciężko na duszy. 

Coulmann śledził wzrokiem wychodzącą. Huczało mu w głowie, nie 

mógł zebrać myśli. Wreszcie powiedział głośno: 

— Za nic w świecie nie dopuszczę do tego! 
Po chwili wyjął z portfela jakiś złożony list o pożółkłych brzegach. 

Przeczytał  go  uważnie,  słowo  za  słowem.  W  oczach  jego  zabłysła 
nienawiść. Schował papier, wypił szklankę wody i uspokoił się nieco. 

Renata  spotkała  Jerzego  przed  domem.  Ze  smutkiem  spojrzała  na 

ukochanego. 

—  Ojciec  jest  bardzo  zdenerwowany.  Nie  wiem,  o  co  mu  chodzi. 

Zdaje się, że poróżnił się kiedyś z twoim ojcem i że byli wrogami. 

— Co też ty mówisz? Nie miałem pojęcia o tym! Czy twój ojciec w 

ogóle znał mego ojca? 

background image

— Zapewne! W każdym razie nie chce mi wierzyć, że mnie kochasz i 

że uczynisz mnie szczęśliwą. 

— A ty, kochanie? Czy także wątpisz w to? Rzuciła mu spojrzenie 

pełne miłości i zaufania. 

— Nie, Jerzy! Ja ci wierzę i nie wyrzeknę się ciebie. Powiedziałam to 

zresztą ojcu.  Teraz on sam chce pomówić z  tobą. Masz  natychmiast 
pójść  do  niego.  Nie  zrażaj  się  zachowaniem  mego  ojca.  Jest  bardzo 
wzburzony, może ci powiedzieć coś przykrego. Panuj nad sobą, myśl o 
tym, że chodzi o moje... o nasze szczęście! 

— Bądź spokojna, kochanie, nie martw się. Nie wyrzeknę się ciebie, 

bo tylko ty jesteś moim szczęściem. A gdyby twój ojciec odmówił mi 
dziś,  to  w  przyszłości  zwyciężymy  wszystkie  przeszkody.  Odwagi, 
Renato! 

Jerzy wszedł do willi. Renata powróciła na plażę. 
— Jak się czuje tatuś? — zawołała Marynia. 
— Teraz mu lepiej. Pan von Rodenfels poszedł do niego — odparła 

Renata, a siadając obok siostry, dodała szeptem: 

— Nie pytaj teraz o nic, postaraj się zmienić temat rozmowy. Jerzy 

jest u ojca. Chodzi o moją przyszłość... 

Marynia  wyczuła  w  głosie  Renaty  niepokój.  Zaczęła  prędko  roz-

mawiać  o  czymś  innym,  aby  odwrócić  uwagę  obecnych  od  Renaty. 
Pani Pola spojrzała na pobladłą twarz dziewczyny, lecz nie pytała o 
nic. Przypuszczała, że Jerzy udał się do Coulmanna, by oświadczyć się 
o rękę jego córki. Była głęboko przekonana, że Jerzy zostanie przyjęty. 

 
Fryderyk  Coulmann  pokonał  zdenerwowanie.  Wziął  w  nim  górę 

chłodny, opanowany i stanowczy człowiek interesu. Postanowił, że tak 
czy  inaczej  przeprowadzi  to,  czego  chce.  Ta  stanowczość  i  szybka 
decyzja  pomagały  mu  zawsze  w  jego  przedsięwzięciach.  Obecnie 
miały  się  stać  bronią  w  walce  z  zakochaną  i  zaślepioną  dziewczyną 
oraz z łowcą posagowym najgorszej kategorii. 

Coulmann uważał Jerzego za awanturnika i łowcę posagowego, gdyż 

był  przekonany,  że  musiał  odziedziczyć  po  ojcu  wszystkie  złe 
skłonności. A nawet jeżeli się myli — nawet, gdyby się okazało, że 

background image

-niesłusznie potępia Jerzego — to także nie zezwoli na ten związek. 

Nie  chce  zięcia  z  tej  rodziny,  od  której  dzieli  go  przepaść  nie  do 
przebycia. 

Jerzy  zapukał  i  po  chwili  wszedł  do  pokoju.  Fryderyk  Coulmann 

zmierzył go zimnym, surowym spojrzeniem. 

Młody  człowiek  spokojnie  i  z  wielką  powagą  wytrzymał  to  spoj-

rzenie. 

— Moja córka powiedziała mi, że pan stara się o jej rękę — rozpoczął 

Coulmann bez ogródek. 

Jerzy ukłonił się z szacunkiem. 
—  Tak,  proszę  pana.  Nie  chciałem  wprawdzie  zakłócać  pańskiego 

spokoju  podczas  pierwszego  dnia  bytności  nad  morzem,  lecz 
okoliczności złożyły się tak, że nie mogę dłużej zwlekać. Dlatego też 
proszę pana o rękę pańskiej córki Renaty — powiedział z prostotą. 

Coulmann nie poprosił Jerzego, aby usiadł. Obydwaj mężczyźni stali 

naprzeciw siebie. 

— A ja panu odmawiam! 
— Spodziewam się, że to jeszcze nie ostatnie słowo. Czy pan chce 

zniszczyć szczęście pańskiej córki? Renata i ja kochamy się bardzo. 

— Nie uważam tego małżeństwa za szczęście dla Renaty. Pokona ona 

prędko tę dziecinną skłonność! 

— Renata nie należy do tego rodzaju kobiet, które zmieniają uczucia 

jak suknie. Znam ją i wierzę, iż dochowa mi wiary. Proszę pana bardzo, 
niech pan oszczędzi nam długich walk! Nie zerwiemy ze sobą! 

— Zobaczymy! Nie mówmy o mojej córce. Potrafię ją uleczyć z tej 

beznadziejnej  miłości.  To  już  moja  sprawa!  W  tej  chwili  mam  do 
czynienia  z  panem.  Pan  stara  się  o  moją  córkę,  licząc  na  to,  że  pan 
odzyska w ten sposób Rodenfels. Prawda? 

Jerzy drgnął, lecz nie stracił panowania nad sobą. 
— Bynajmniej nie liczyłem na to — odpowiedział. 
— Jak to? Więc pan nigdy nie myślał o tym, że przez małżeństwo z 

Renatą odzyska pan utracony majątek rodzinny? Czy może pan dać mi 
na to słowo honoru? 

Jerzy zarumienił się. Nie mógł Coulmannowi dać tego słowa honoru, 

bo  przypomniał  sobie,  że  przed  kilkoma  dniami,  gdy  Cyganka 
wręczyła  mu  kartkę,  pomyślał,  że  to  Rodenfels  mógłby  być  owym 
„utraconym klejnotem", o którym była mowa w przepowiedni. 

background image

— Nie mogę panu dać słowa honoru. Mimo to zapewniam pana, że 

myślałem o tym przelotnie i w związku z inną sprawą. Nie ma to nic 
wspólnego z moim uczuciem dla Renaty. 

Coulmann  uśmiechnął  się  triumfująco.  Aha,  złapał  jednak  tego 

„człowieka honoru"! Nie może dać słowa  — no, tak!  — to przecież 
było do przewidzenia. 

— A czy pan zastanowił się nad tym, z czego pan utrzyma żonę? 
—  Mam  rentę,  trzy  tysiące  marek  rocznie.  Wiem,  że  to  skromny 

dochód,  lecz  na  moje  potrzeby  wystarczy.  Jeżeli  myślałem 
kiedykolwiek  o  tym,  że  Renata  ma  zamożnego  ojca,  to  jedynie  ze 
względu na Renatę. 

—  Więc  dla  siebie  nie  chciał  pan  moich  pieniędzy?  —  zapytał 

Coulmann z niedowierzaniem. 

—  Nie,  ja  mogę  się  obejść  bez  nich.  Coulmann  uśmiechnął  się 

ironicznie. 

—  Tak,  czy  inaczej  będzie  się  pan  musiał  obejść  bez  nich.  Nawet 

gdyby  pan  poślubił  Renatę!  Bo  jeżeli  wyjdzie  za  pana,  to  ją  wy-
dziedziczę. 

— To nie zmieni w niczym mego postanowienia. Poproszę Renatę, by 

podzieliła  mój  skromny  byt.  Przykro  mi  tylko,  że  wniosę  niezgodę 
między nią a pana. Mam nadzieję, że uda mi się pana przejednać. 

— Próżna nadzieja, nie zgodzę się nigdy! 
— Mimo to, nie zerwiemy ze sobą. 
— A, pan zapewne liczy na moją śmierć! Lecz i wtedy niewiele pan 

zyska.  Pozostawię  odpowiednie  zarządzenie  w  testamencie.  Renata 
straci prawo do spadku, o ile zostanie pańską żoną.   

— To  mnie nie odstrasza. Ożenię się z Renatą. Coulmann zmrużył 

oczy. 

— Już wiem czego się pan spodziewa! Sądzi pan, że po mojej śmierci 

Renacie przypadnie w spadku część obowiązkowa, co stanowi również 
wcale pokaźną sumę. O, ale pan się pomylił! Renata nie dostałaby ani 
grosza, bo nie jest moją córką. 

Jerzy spojrzał na niego ze zdumieniem. Był zaskoczony tą wiadomo-

ścią. 

— Nie jest pańską córką? Co to znaczy? 
— To, co powiedziałem! Nikt o tym nie wie, nawet Renata. Tylko 

okoliczności zmuszają mnie do wyjawienia panu tej tajemnicy. Renata 

background image

jest  córką  mojej  zmarłej  siostry  i  jest  zupełnie  ubogą  dziewczyną. 

Chyba  teraz  przekonałem  już  pana,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  pan  się 
cofnie i dobrowolnie zrezygnuje z małżeństwa z Renatą. 

— Nie przekonał mnie pan wcale. Przeciwnie, teraz jeszcze bardziej 

kocham Renatę. 

Coulmann  cofnął  się  o  krok.  Nie  spodziewał  się  takiego  obrotu 

sprawy. Mimo to nie wierzył i nadal w miłość Jerzego. Uważał go po 
prostu  za  sprytnego  komedianta,  który  nie  chciał  dać  za  wygrane. 
Pienił się ze złości. 

—  A  zatem  muszę  się  uciec  do  ostatniego  środka,  aby  przekonać 

pana, że to małżeństwo jest niemożliwe. Otóż, mój panie, Renata jest 
pańską siostrą!!! 

Jerzy zachwiał się z przerażenia. Cała krew uciekła mu z twarzy. 
—  To  niemożliwe!  To  niemożliwe!  —  wyszeptał,  a  jednocześnie 

zbudziło  się  w  jego  sercu  okropne  przeczucie,  że  Coulmann  mówi 
prawdę. 

Fryderyk Coulmann wyjął z portfela pożółkły list. 
— Czy pan zna ten charakter pisma? — zapytał zimno. 
— To pismo mego ojca! 
— Niech pan przeczyta! 
Jerzy pochylił się nad arkuszem i przeczytał list.                 
Kochana Helenko! Odeszłaś ode mnie na pół przytomna, nie chciałaś 

mnie wysłuchać do końca. Wierz mi, że i ja boleję nad tym, iż nasza 
miłość  ma  mieć  następstwa.  Kochałem  Cię  do  szaleństwa  i  dlatego 
zataiłem  przed  Tobą,  że  od  wielu  lat  jestem  związany  z  niekochaną 
kobietą. Moja słodka, najdroższa dziewczyno, kocham Cię bez granic, 
lecz nie mogę Cię poślubić. Nie wspominałem o moim małżeństwie z 
obawy, że Cię utracę. A teraz spadło na nas takie nieszczęście! 

Uspokój się, Kochane Serduszko, pomogę Ci, zabezpieczę przyszłość 

dziecka. Niestety, muszę teraz wyjechać i nie będę mógł zobaczyć się z 
Tobą.  Mój  mały  synek  ciężko  zachorował,  jadę  więc  do  niego  i  do 
tamtej, do niekochanej żony. Napisz do mnie na ,,poste restante", chcę 
wiedzieć jak się czujesz. Przebacz mi, Najdroższa, Helenko! 

Twój kochający Cię 
Michał 

background image

Jerzy  po  przeczytaniu  listu  długo  jeszcze  spoglądał  na  pożółkły 

arkusik papieru. Straszliwy ból ściskał  mu serce. Po chwili podniósł 
wzrok na Coulmanna. 

— Niech mi pan wyjaśni to wszystko! — poprosił. 
— Helena — to moja zmarła nieszczęśliwa siostra. Renata jest córką 

jej i pańskiego ojca. 

Jerzy oszołomiony osunął się na fotel. 
— Przepraszam pana... ja tylko na chwilę... Muszę to objąć myślą... 

Osłupiałe spojrzenie wlepił w przestrzeń. Zimny pot zrosił jego czoło. 

Powoli wstał i z rozpaczą spojrzał na Coulmanna. 
— Renata... moja siostra... Boże miłosierny... Jakże mam to znieść? A 

ona? Moja biedna ukochana dziewczyna! 

Wstrząśnięty do głębi stał, zakrywszy oczy rękami. Coulmann także 

stał bez ruchu. 

Wreszcie w Jerzego wstąpiło jakby życie. Wyprostował się, mówiąc: 
—  Widzę,  że  nie  ma  dla  nas  nadziei.  Pan  ma  słuszność!  Wyjadę 

natychmiast, nie mogę zobaczyć Renaty, to ponad moje siły! 

— Tak będzie najlepiej! — rzekł chłodno Coulmann. 
— Mam do pana prośbę — szepnął Jerzy. — Niech pan Renacie nie 

mówi prawdy. Nie chcę, aby miała przeżywać to, co ja przeżywam w 
tej chwili. Byłby to dla niej zbyt wielki cios, mógłby ją zabić! Sądzę, że 
pan znajdzie jakiś pretekst —ja w tej chwili nie potrafię myśleć jasno... 
Niech  pan  jej  powie,  że  jestem  nędznym  łowcą  posagowym,  że 
zrezygnowałem z małżeństwa, bo się przeliczyłem... Może to wpłynie 
na nią... może wydrze z serca tę nieszczęsną miłość... Renata wszystko 
inne zniesie łatwiej, niż prawdę... Żegnam pana... 

Zanim  Coulmann  zdążył  odpowiedzieć,  Jerzy  wybiegł  z  pokoju. 

Czuł,  że  lada  chwila  przestanie  panować  nad  sobą.  Wyszedł  z  willi 
przez boczną furtkę, nie chcąc, aby Renata go spostrzegła. Duszą jego 
targała głęboka rozpacz. 

Coulmann  przez  okno  śledził  go  wzrokiem.  A  więc  wszystko 

skończone, zwyciężył! Rodenfels nie zobaczy się już nigdy z Renatą, 
ona zapomni... 

Rzecz  dziwna!  Coulmann  czuł  się  mimo  to  dziwnie  nieswojo. 

Zbudziły  się  w  nim  pewne  skrupuły.  Może  jednak  był 
niesprawiedliwy, może fałszywie osądził Jerzego? 

background image

Jerzy cierpiał, nie ulegało to wątpliwości. Ból jego był zbyt szczery, 

aby  przypuszczać,  że  odgrywał  komedię.  Czyż  syn  zawsze  musi 
odziedziczyć złe skłonności ojca? 

Fryderyk  Coulmann  szybko  odegnał  tę  myśl.  Był  zły  na  siebie 

samego.  Cóż  go  obchodzi  ten  młody  człowiek?  Najważniejsze,  jak 
sobie teraz poradzić z Renatą. Co uczynić, by zapomniała o pierwszym 
miłosnym zawodzie? 

Co jej powie, gdy zapyta czemu Rodenfels odjechał? Może najlepiej 

zastosować się do rady Jerzego? Wytłumaczyć Renacie, że Jerzy nie 
chciał się z nią ożenić, dowiedziawszy się, że ojciec ją wydziedziczy? 
To uleczy ją najprędzej z tej nieszczęsnej miłości. 

Rodenfels  nigdy  nie  stanie  na  drodze  życia  Renaty.  Dziewczyna 

opamięta się i szybko zapomni. Potem wyjdzie za mąż, będzie szczęś-
liwa, puści w niepamięć tę przelotną skłonność. 

Tak  rozmyślał  Coulmann,  lecz  bynajmniej  nie  czuł  zadowolenia. 

Wiedział,  że  będzie  musiał  sprawić  córce  ból  i  cierpiał  nad  tym. 
Ogarnęła go nagle złość. Zacisnął pięści i szepnął ochryple: 

— Gorycz tej godziny i jej następstwa mam także do zawdzięczenia 

tobie, panie Michale! Och, przeklinam twoją pamięć! 

Powolnym krokiem zbliżył się do okna. Był znużony, wyczerpany, 

poczuł  się  bardzo  staro.  Po  chwili  spostrzegł  ją,  przechadzała  się 
niespokojnie  po  pomoście.  Zatrzymała  się  nagle,  podniosła  oczy... 
Coulmann wyjął chusteczkę i dał jej znak. 

Renata natychmiast pobiegła w stronę domu. Na jej twarzy malował 

się wyraz napięcia i oczekiwania. 

Biedne, kochane dziecko! Czemu to musiała się zakochać właśnie -w 

tym człowieku? Czy nie lepiej by została żoną Edmunda Trautmanna? 
Może  jeszcze nie  za późno,  może kiedyś  spełni się  to życzenie, gdy 
Renata zapomni o swojej nieszczęsnej miłości. 

Usłyszał na schodach jej kroki. Po chwili weszła do pokoju i z lękiem 

rozejrzała się wokoło. 

— Gdzie Jerzy? — spytała z lękiem. 
— Nie ma go, wyjechał. 
Spojrzała na ojca, nie rozumiejąc jego słów. Zbladła jak opłatek. 
— Wyjechał? To chyba niemożliwe? Nie, nie... Jerzy miałby wyje-

chać, nie powiedziawszy mi ani słowa? 

background image

Podbiegła do Coulmanna i ujęła go za rękę. 
— Tatusiu, co się stało? — krzyknęła. 
— Uspokój się, drogie dziecko. Pan von Rodenfels wyrzekł się myśli 

o małżeństwie z tobą. Nie chciał cię więcej widzieć... 

Błędny uśmiech zaigrał na jej zbielałych wargach. 
— Ojcze, żartujesz... — szepnęła bezdźwięcznie. 
— Renato, nie jestem w tej chwili usposobiony do żartów. Jest tak, 

jak  ci  powiedziałem.  Rodenfels  zrozumiał,  że  nie  może  się  ożenić  z 
tobą.  Zwrócił  ci  słowo,  i  jesteś  wolna.  A  teraz  bądź  moją  dobrą, 
rozsądną córeczką i postaraj się go zapomnieć, tak jak przyrzekłaś. 

Przetarła oczy ręką, jakby pragnęła zbudzić się z jakiegoś okropnego 

snu. Potem usiadła. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Podniosła na 
ojca oczy pełne niepokoju. 

— Ojcze, czy powiedziałeś prawdę? Więc Jerzy miałby wyjechać, nie 

pożegnawszy się ze mną? Wyrzekł się mnie tak prędko, tak łatwo — 
bez walki? Nie, nie wierzę ci, nie mogę w to uwierzyć. 

—  Będziesz  musiała  w  to  uwierzyć,  Renato  —  odparł  niepewnym 

głosem. Serce krajało mu się na widok jej bólu. 

— Będę musiała uwierzyć? — powtórzyła jak nieprzytomna. — Będę 

musiała uwierzyć, że Jerzy porzucił mnie spokojnie, bez słowa...? 

0 Boże! 
Zdawało się, że zaczyna wreszcie pojmować. Zerwała się nagle 
1 spytała z bolesnym wyrzutem: 
— Coś ty mu zrobił, ojcze? 
— Nic nie uczyniłem. Zażądałem, by dał słowo honoru, że starając się 

o ciebie, nie myślał nigdy o odzyskaniu Rodenfelsu. Nie mógł mi na to 
dać słowa. Później oznajmiłem, że cię wydziedziczę, jeśli zostaniesz 
jego żoną. Wtedy cofnął się... 

— Drgnęła, jakby ją ktoś uderzył. Coulmann przytulił ją do siebie. 
— Pokonasz to uczucie, zapomnisz go, moje biedne dziecko. Renata 

wyprostowała się i rzekła z przygasłymi oczami. 

— Zapomnieć? Ja mam zapomnieć Jerzego? O, mój ojcze! Tak samo 

jak nie wierzę, iż Jerzy wyrzekł się mnie ze względów materialnych, 
tak samo nigdy go nie zapomnę! 

— Więc mi nie wierzysz? 
— Nie, ojcze, nie mogę! Nie uwierzę nikomu! Chyba, że sam Jerzy 

background image

przyjdzie i powtórzy mi te słowa. On nie mógł tak odejść bez słowa, 

bez  pożegnania...  Powinien  wrócić  i  wyznać  mi,  jakich  argumentów 
użyłeś,  aby  nas  rozdzielić.  Wiem,  że  chciałeś  tylko  mego  dobra,  ale 
mimo  to  zostanę  żoną  Jerzego,  nawet  bez  twojego  zezwolenia.  Gdy 
mnie zawoła, pójdę za nim! 

Zuchwałe słowa Renaty zbudziły gniew w jej ojcu. 
—  Zamilknij,  Renato!  Zapominasz  z  kim  mówisz.  A  zresztą  po-

czekaj,  czy  da  znak  życia!  Wie  dobrze,  że  nie  ma  się  czego 
spodziewać!  —  A  zatem  uciekłeś  się  do  jakiegoś  przymusu!  Ojcze, 
kochany ojcze! Ty przecież nie pragniesz mego nieszczęścia! 

—  Przeciwnie,  pragnę  cię  uchronić  przed  nieszczęściem,  niemądre 

dziecko. Muszę być surowy, skoro sama nie chcesz tego pojąć. 

— Nie znasz mnie, ojcze! Kocham Jerzego całym sercem, nie potrafię 

się go wyrzec. Pozwól, że napiszę do niego. Niech powie mi sam, że 
dobrowolnie rezygnuje z małżeństwa. 

— Uczyń to, jeżeli uważasz za stosowne. Ale przecież nie możesz mu 

się narzucać. 

Renata  wlepiła  wzrok  w  ojca.  Nie  ma  żadnej  nadziei,  skoro  ojciec 

pozwala napisać do Jerzego. Mimo to starała się zwalczyć zwątpienie i 
uczepiła się cienia nadziei. 

— Napiszę! Pani Hardenberg poda mi jego adres. 
—  A  jeśli  odpowie,  że  wszelka  nadzieja  jest  próżna?  Czy  wtedy 

opamiętasz się? Czy będziesz rozsądna? 

—  Rozsądna?  Nie  wiem  czy  można  być  jednocześnie  tak 

bezgranicznie  nieszczęśliwą  i  rozsądną?  A  teraz  pozwól  mi  odejść, 
ojcze.  Źle  się  czuję.  Podszedł  do  Renaty,  ruchem  pełnym  troski, 
pochylił się nad córką. — Renato, czy straciłaś zaufanie do ojca? Czy 
przestałaś wierzyć w moją miłość do ciebie? 

Nie patrzyła na ojca. 
— Ty także nie jesteś nieomylny, tatusiu! Muszę się najpierw trochę 

uspokoić,  muszę  odzyskać  zdolność  myślenia.  Wierzę,  że  pragnąłeś 
mego dobra. Nie zawsze jednak wola i życzenia ojcowskie mają taką 
moc,  że  potrafią  dziecku  utorować  drogę  właściwą  do  szczęścia. 
Mogłeś również omylić się. Pozwól mi odejść, ojcze. Czuję się bardzo 
źle... 

Znużona  wyszła  z  pokoju.  Na  twarzy  Coulmanna  odmalował  się 

wyraz głębokiej troski. 

background image

— Przezwycięży to, jest jeszcze taka młoda. Życie przedstawia dla 

niej  tyle  innych  możliwości.  Bierze  to  zbyt  tragicznie.  Musiałem 
przecież  tak  postąpić...  Musiałem!  Byłby  ją  ciągle  zdradzał,  byłaby 
nieszczęśliwa. Zrobiłem dobrze! 

Tak pocieszał siebie samego.   
 
Jerzy,  na  pół  przytomny  z  rozpaczy,  udał  się  wprost  do  hotelu. 

Postanowił  odjechać  natychmiast,  aby  nie  widzieć  więcej  Renaty. 
Ponowne spotkanie z nią byłoby ponad jego siły. 

W  hotelu  poinformował  się,  kiedy  odchodzi  następny  pociąg. 

Okazało się, że za godzinę. Jerzy szybko spakował walizkę, zapłacił 
rachunek i pojechał na dworzec. 

Pogrążony  w  ponurej  zadumie,  spoglądał  w  przestrzeń.  Renata! 

Renata jest jego siostrą! Okropna myśl, która sprawiała mu nieopisane 
katusze!  Nie  potrafił  myśleć  spokojnie  o  Renacie,  nie  potrafił  jej 
kochać jak brat! Przeciwnie! Teraz, gdy miał się jej wy rzec, przyłączy 
la się do jego czystej, głębokiej miłości płomienna, pełna nieukojonej 
tęsknoty namiętność. Widział niby na jawie słodką twarzyczkę Renaty, 
jej smukłą uroczą postać! Zjawa ta kusiła go, nęciła, rozpalała zmysły. 
Krew  burzyła  się  w  nim,  nie  mogąc  jednak  przytłumić  szalonej 
beznadziejnej rozpaczy. 

Później pomyślał o bólu Renaty, pomyślał jak bardzo musi cierpieć 

ukochana dziewczyna. Zacisnął zęby, z ust wyrwał się głuchy jęk. 

— Najdroższa, jedyna... Moja cudna dziewczyno... Och, to przecież 

szaleństwo... Nie potrafię myśleć o tobie inaczej, niż dotąd... nigdy nie 
będę miał dla ciebie braterskich uczuć... — myślał z bólem. 

Przypomniał mu się ojciec i wezbrała w nim głucha nienawiść. Z jego 

powodu przeżył wiele ciężkich chwil, a teraz jeszcze po latach musi 
odpokutować za winy ojca. 

Nienawidził zmarłego. Uświadomiwszy to sobie, zaśmiał się gorzko: 

—  Nienawidzę  ojca...  kocham  moją  siostrę  pożądliwą,  grzeszną 
miłością... O, mój Boże! Przecież można oszaleć! 

Przypomniał sobie, że nie zawiadomił pani Poli o swoim wyjeździe. 

Na karcie wizytowej skreślił do niej kilka słów: 

 

background image

Droga Przyjaciółko! 
Okropny a niespodziewany cios zburzył wszystkie moje nadzieje. W 

tej chwili nie mogę nic wyjaśnić, jestem w rozpaczy, nie potrafię zebrać 
myśli!  Muszę  wyjechać,  nie  wolno  mi  zobaczyć  Renaty!  Gdy  się 
uspokoję, napiszę do Pani. 

    Serdecznie oddany 
Jerzy 
 
Włożył kartkę do koperty i posłał ją przez służącego hotelowego do 

pani Poli. 

W kilka minut później siedział wciśnięty w kąt przedziału, blady, z 

przymkniętymi  oczami.  Koła  pociągu  turkotały  miarowo,  unosząc 
Jerzego daleko, coraz dalej od Renaty Coulmann, od jego siostry, którą 
namiętnie kochał uczuciem grzesznym i niedozwolonym. 

 
Udana wesołość Maryni ustąpiła wkrótce miejsca niewytłumaczonej 

obawie. Ojciec nie powracał, nie powróciła także Renata. Co się stało, 
czemu  nie  pokazują  się?  Gdzie  jest  Jerzy?  Bernard  również  był 
zaniepokojony. Z troską spoglądał na Marynię. 

Pani Pola wyczuła, że tam na górze sprawa nie poszła tak gładko, jak 

się tego spodziewała. Panowała jednak nad sobą i rozmawiała na pozór 
swobodnie z panią Werner. 

Marynia  nie  mogła  wytrzymać  tego  niepokoju.  Zerwała  się,  by 

zobaczyć co się dzieje z ojcem i siostrą. Bernard wstał i poszedł za nią. 

— Co ci jest, Marysieńko? — zapytał czule. 
—  Sama  nie  wiem...  czuję  się  dziwnie  nieswojo...  Pan  Rodenfels 

poszedł  do  tatusia.  Zauważyłeś  przecie,  że  on  i  Renata  kochają  się. 
Renata była zdenerwowana, a teraz nikt się nie pokazuje... 

— Nie przejmuj się, kochanie. Zastaniesz na górze szczęśliwą parę 

narzeczonych.  Ja  zaczekam  przed  drzwiami,  dasz  mi  znak...  Później 
my zgłosimy się do ojca po błogosławieństwo. Prawda, maleńka? 

— Daj Boże, żebyś się nie mylił! Dobrze, poczekaj, zawołam cię... 
 

background image

Marynia  szybko  pobiegła  na  górę.  Zastała  ojca  w  jego  pokoju. 

Siedział sam przy stole z głową opartą na dłoniach. 

— Czego chcesz, dziecinko? 
— Szukam Renaty. Gdzież ona jest? Czy nie było jej u ciebie? 
—  Jest  w  swoim  pokoju,  ale  nie  wchodź  do  niej  teraz,  nie 

przeszkadzaj jej. Renata czuje się niedobrze. 

— A pan Rodenfels? Przecież on także miał być u ciebie... 
—  Więc  wiesz  o  tym?  —  spytał  Coulmann,  patrząc  badawczo  na 

Marynię. — A zatem powinnaś wiedzieć po co tu był. 

— Tak, tatusiu, wiem. 
— Odmówiłem mu, Maryniu. Wyjechał. 
— Tatusiu! — zawołała Marynia z przestrachem. 
— Czego chcesz? 

 

— Ach, moja biedna Renia! Czy to było konieczne? 
— Tak, Maryniu! 
— W takim razie pójdę do Reni, nie mogę jej w takiej chwili zostawić 

samej. 

Coulmann pogładził pieszczotliwie złotowłosą główkę Maryni. 
—  Renata  chce  być  sama.  Daj  jej  spokój,  zejdź  na  plażę.  Dziś 

wieczorem pomówimy o tej sprawie. A teraz odejdź, kochanie, ja także 
pragnę odpocząć. 

Marynia zasmucona wyszła z pokoju. 
Na  schodach  spotkała  służącego,  który  szukał  pani  profesorowej 

Hardenberg.  Powiedział  Maryni,  że  ma  list  dla  pani  Poli.  Marynia 
wzięła list i obiecała, że doręczy go pani profesorowej, która jest na 
plaży. 

Przed  drzwiami  czekał  Bernard.  Przestraszył  go  widok  jej  smutnej 

twarzyczki. 

— Co się stało, najmilsza Maryniu? 
—  Ach,  zdaje  się,  że  stało  się  coś  złego.  Ojciec  jest  rozstrojony, 

Renata siedzi sama w swoim pokoiku, nie wpuszczono mnie do niej. A 
pan von Rodenfels wyjechał, tatuś odmówił mu... 

Bernard  starał  się  ją  pocieszyć.  Pojął,  że  w  takiej  chwili  nie  może 

oświadczyć się Coulmannowi o rękę Maryni.  Dziewczyna przyznała 
mu  rację.  Zakochana  para  udała  się  tedy  na  plażę  do  profesorowej  i 
pani Werner. 

Marynia wręczyła list pani Poli. Profesorowa, wiedziona złym 

background image

przeczuciem, otworzyła go natychmiast. Po przeczytaniu tych kilku 

wierszy, uświadomiła sobie w jakim okropnym stanie ducha znajduje 
się Jerzy. 

— Pan von Rodenfels donosi mi, że musiał natychmiast wyjechać — 

rzekła do Maryni. 

— Tatuś powiedział mi to samo. A jaki powód wyjazdu podaje pan 

Jerzy? 

— Niech pani przeczyta! 
Marynia po przeczytaniu kartki, potrząsnęła głową. 
— Doprawdy, nic a nic nie rozumiem. 
—  Później  dowiemy  się  szczegółów.  Na  razie  nie  pozostaje  nic 

innego, jak zaczekać. 

Pani Werner stropiła się nagle. Teraz i ona zaczęła się orientować, że 

zaszło coś ważnego i przykrego. 

—  Droga  pani  Polu  —  rzekła  Marynia  —  obawiam  się  bardzo  o 

Renatę. Może pani zajrzałaby do niej? Pani ma duży wpływ na Renię... 

— Dobrze, spróbuję z nią pomówić. Może pani tymczasem zaopie-

kuje się Ewą. 

Pola  Hardenberg  cichutko  zapukała  do  pokoju  Renaty.  Nikt  nie 

odpowiadał. Wówczas zawołała. 

— To ja, Renato. Proszę, niech pani mi otworzy! 
Renata otworzyła drzwi. Była tak zmieniona, że pani Pola zadrżała na 

jej widok. Zamknęła za sobą drzwi i rzekła serdecznie: 

—  Ależ,  dziecko,  jak  pani  wygląda!  Jak  można  tak  zaraz  tracić 

otuchę! Przecież Jerzy nie umarł, a gdzie jest życie, tam jest i nadzieja! 

Dziewczyna wybuchnęła płaczem, a łzy przyniosły jej ulgę. 
—  Och,  że  też  nie  mam  już  matki  —  załkała.  —  Ona  nigdy  nie 

pozwoliłaby mi tak cierpieć... 

— Drogie dziecię, słowa te zawierają oskarżenie skierowane przeciw 

ojcu pani. Niech pani wystrzega się niesprawiedliwości! Matka także 
nie jest wszechmocna i ona nie zawsze potrafi uchronić dziecko przed 
nieszczęściem.  Czy  pani  ma  do  mnie  zaufanie?  Czy  zechce  mi  pani 
powiedzieć, co się stało? Może potrafię zastąpić pani utraconą matkę. 
Przecież pani wie, droga Renato, jak bardzo panią pokochałam. 

Renata powtórzyła to, co wiedziała sama. Paulina uważnie słuchała, 

wreszcie odezwała się: 

 

background image

— Zdaje się, droga Renato, że ojciec musiał mieć poważne powody, 

które skłoniły go do tej odmowy. 

Dziewczyna spojrzała błagalnie na panią Połę. 
—  Ale  pani  chyba  nie  wierzy,  że  względy  materialne  wpłynęły  na 

Jerzego?  Czy  sądzi  pani,  że  zrezygnował  z  małżeństwa, 
dowiedziawszy  się  o  moim  rzekomym  ubóstwie?  Przecież  to 
niemożliwe! Pani Polu, pani dobrze zna Jerzego! Nie postąpiłby w ten 
sposób, nie byłby do tego zdolny! 

— Nie, i ja mam to przeświadczenie! Jerzy jest uczciwym człowie-

kiem, posiada szlachetne, prawe serce. Przypuszczam, że musi istnieć 
jakaś inna przeszkoda. Niech pani przeczyta, co mi napisał. 

Renata  przeczytała  kartkę,  po  czym  żarliwie  przycisnęła  ją  do  ust. 

Oczy jej zabłysły. 

—  Wiedziałam,  że  nie  odszedł  dobrowolnie,  lecz  został  do  tego 

zmuszony. Ojciec musiał użyć jakiejś okropnej broni. Droga, kochana 
pani  Polu,  proszę  mi  podać  jego  adres.  Napiszę  do  niego  zaraz, 
zapytam, dlaczego wyjechał bez pożegnania. 

— Czy nie lepiej, aby pani poczekała, aż Jerzy napisze do mnie? 
—  Nie,  nie,  on  jest  w  takiej  rozpaczy!  Nie  mogę  go  zostawić  bez 

słowa pociechy. 

— A czy ojciec pozwoli na to? 
—  Ojciec  pozwolił.  Ach,  mój  Boże,  ojciec  ma  takie  złe  zdanie  o 

Jerzym. Nie wiem dlaczego... Obawia się o moje szczęście i dlatego 
jest taki surowy... 

— To dobrze, że pani rozumie pobudki ojca. Na pewno pragnie dobra 

pani. Może chce was tylko doświadczyć, może później zgodzi się na 
wasze małżeństwo. Nie należy tracić otuchy, wszystko może jeszcze 
przybrać pomyślny obrót, a taka próba pogłębi tylko i wzmocni wasze 
uczucie. 

Renata ucałowała panią Połę. 
— Droga, miła pani Polu! Już mi teraz o wiele lżej na duszy. Dziękuję 

pani za te słowa pociechy, pokrzepiły mnie bardzo. 

— Doskonale, Renato, to mi się podoba. 
— I proszę panią bardzo, niech pani przy sposobności powie memu 

ojcu, co pani myśli o Jerzym. Pani uwierzy prędzej niż mnie. 

— Chętnie, moje dziecko. Znajdzie pani we mnie wierną sojusznicz- 
 

background image

kę. A tymczasem niech pani uzbroi się w cierpliwość i nie drażni ojca 

sprzeciwem. W chwilach smutku może pani przyjść do mnie i wyżalić 
się. A oto wizytówka Jerzego — zawiera jego adres. Przypuszczam, że 
powróci do Kolonii. 

Renata  uspokoiła się  trochę.  Po  wyjściu  pani  Poli  zaczęła  pisać  do 

Jerzego: 

Mój ukochany Jerzy! 
Pragnę  Ci  powiedzieć,  że  wierzę  w  Ciebie  i  nie  przestałam  Cię 

kochać.  Wiem,  że  nie  jesteś  materialistą  i  że  nie  z  tych  powodów 
wyrzekłeś  się  myśli  o  naszym  związku.  To  nie  może  być  prawdą!   
Nawet rodzonemu ojcu nie wierzę! Jeżeli mam w to uwierzyć, to Ty sam 
musiałbyś mi to napisać. O, mój najdroższy, czemu opuściłeś 

Twoją  Renatę?  Co  Ci  uczynił  mój  ojciec?  Musiał  Cię  dotknąć  do 

żywego, skoro odszedłeś bez słowa!? A ja tak pragnę pociechy z Twych 
ust. Serce mi pęka, Jerzy! 

Powiedziałam  ojcu,  że  dobrowolnie  nigdy  nie  zerwę  z  Tobą!  Nie 

wierzę w tę bajeczkę o Twojej rzekomej chciwości. Znam Cię przecież, 
ukochany. Jesteś szlachetny i prawy, nikt nie powinien Cię posądzać o 
zimne wyrachowanie! Cokolwiek  się zdarzy, nie  opuszczę  Cię  nigdy. 
Będziemy  odważnie  walczyć  o  nasze  szczęście,  aż  zwyciężymy!  Jeśli 
ojciec nie ustąpi, zostanę Twoją żoną wbrew jego woli. 

Odpowiedz mi prędko! Jestem śmiertelnie smutna z powodu Twego 

nagiego wyjazdu. Szkoda, że nie zostałeś, walczylibyśmy ,.,      razem o 
naszą  przyszłość.  Żegnaj,  najukochańszy  Jerzy!  Zostanę  Twoja  na 
zawsze. 

Renata 
Wrzuciła  sama  list  do  skrzynki,  po  czym,  po  powrocie  do  domu 

oznajmiła  ojcu,  że  napisała  list  do  Jerzego.  Przyjął  to  spokojnie  do 
wiadomości, wiedział bowiem, że starania Renaty są daremne. Potem 
zapytał, czy Renata pragnie dłużej pozostać nad morzem. Jeżeli nie, to 
chciałby odbyć jeszcze jakąś ładną podróż z nią i z Marynią. 

 

background image

—  Dziękuję  —  odparła  Renata  —  Chciałabym  tu  pozostać  jeszcze 

kilka  dni,  dopóki  nie  otrzymam  odpowiedzi  od  Jerzego.  Później 
powróciłabym najchętniej do Rodenfelsu. 

— Dobrze — zgodził się Coulmann. Postanowił spełniać wszystkie 

życzenia  córki,  byleby  zapomniała  o  swoim  zawodzie  i  nabrała 
rozsądku. 

Wieczorem wszyscy, jak zwykle, siedzieli na werandzie u pani Poli. 

Wszyscy  udawali,  że  nic  się  nie  stało.  Rozmawiano  z  ożywieniem, 
starając  się  rozproszyć  nieprzyjemny  nastrój  napięcia.  Najmniej 
mówiła Marynia. 

Przed kolacją zobaczyła się nareszcie z siostrą. Z płaczem rzuciła się 

Renacie na szyję. 

— Moje ty kochane biedactwo! — zawołała. — O, gdybym ci mogła 

pomóc... 

— Maryniu, nie rozczulaj mnie, muszę zachować spokój i siły, aby 

walczyć o  moją przyszłość. Nie straciłam nadziei. A ty nie zatruwaj 
sobie  twego  szczęścia  myślą  o  moim  cierpieniu.  Nie  zwlekaj  z 
zaręczynami.  Ojciec  jest  obecnie  pobłażliwie  usposobiony,  można  u 
niego  wszystko  uzyskać,  a  to  dlatego,  że  nie  spełnił  mego 
najgorętszego pragnienia. Powinnaś z tego skorzystać. Bernardowi nie 
odmówi na pewno, marzył zawsze o takim zięciu. 

—  Ach,  sama  nie  wiem,  co  począć...  Jakżeż  ja  mogę  myśleć  o 

własnym szczęściu, gdy wiem, że ty tak cierpisz... 

— Jesteś niemądra, siostrzyczko. Po cóż masz się martwić, czy mi to 

pomoże? Przeciwnie, twoje szczęście sprawi mi wielką radość. 

— Doprawdy, Reniu? 
— Z pewnością! Pomyśl, co uczyniłabyś, będąc na moim miejscu? 

Czy czułabyś się lepiej, wiedząc, że i ja jestem nieszczęśliwa? 

— 0,nie! 
—  A  widzisz!  Bądź  rozsądna  i  nie  dręcz  niepotrzebnie  twego 

Bernarda. Przecież i tak dość długo się naczekał! 

Marynia westchnęła z ulgą. 
—  Ach,  tak!  Bernard  niecierpliwi  się  ogromnie.  Więc  powiadasz, 

żeby go posłać do tatusia? 

— Ależ tak, ty niemądra kochana Maryniu! 
— Wobec tego każę mu jutro pomówić z ojcem. 
 

background image

Nazajutrz  u  Fryderyka  Coulmanna  stawił  się  znowu  konkurent  i 

poprosił o rękę jego córki Marii. Jemu nie odmówiono, został przyjęty 
chętnie  i  całym  sercem.  Marynia  Coulmann  została  wreszcie 
szczęśliwą narzeczoną swego Bernarda. . 

 
Trudno  opisać  uczucia,  jakie  wywołał  w  sercu  Jerzego  list  Renaty. 

Zapomniał o własnym bólu i rozpaczy, pochłonęła go wyłącznie troska 
o ukochaną dziewczynę. Jakże ma jej wytłumaczyć, że ich małżeństwo 
jest niemożliwe? 

Nie może napisać prawdy, bo prawda zabiłaby Renatę. Nie wolno jej 

wiedzieć, że ich miłość jest występkiem, że oboje bezwiednie popełnili 
grzech. Wszystko inne zniesie łatwiej od tej okropnej wiadomości... 

Renata  powinna  nim  pogardzać,  wtedy  najprędzej  zapomni.  Tylko 

pogarda uleczy ją z tej miłości. 

Ostatnie dni Jerzy spędził w stanie ciężkiej apatii. Wyrwał go z niej 

list  Renaty.  Zrozumiał,  że  powinien  działać,  aby  zapewnić  Renacie 
spokój  duszy.  Musi  zniweczyć  od  razu  wszelkie  nadzieje,  musi  ją 
boleśnie zranić, sprawić jej cierpienie, aby raz na zawsze położyć kres 
tej miłości... 

Usiadł przy biurku, chcąc napisać do Renaty. Niszczył jednak jeden 

list  za  drugim,  żaden  nie  wydawał  mu  się  odpowiedni.  Wreszcie 
skreślił kilka słów: 

Szanowna Pani! 
Bardzo mi przykro wyznać, iż muszę się wyrzec myśli poślubienia Jej. 

Wszystko  co  ojciec  powiedział  o  mnie  —  to  prawda!  Proszę  mu 
uwierzyć!  Nie  jestem  godny  wielkiego  uczucia,  jakim  Pani  mnie 
darzyła. Niech Pani zapomni o mnie! 

Z poważaniem 
Jerzy von Rodenfels 
Włożył  list  do  koperty  i  natychmiast  wysłał  to  pismo  na  pocztę. 

Potem napisał do Pauliny Hardenberg: 

 

background image

Droga Moja Przyjaciółko! 
Grzechy ojców mszczą się na dzieciach! Zdanie to wydawało mi się 

dawniej  niezrozumiałe,  uważałem,  że  nie  ma  sensu.  Bo  i  czemu 
dobrotliwy, wszechmogący Bóg miałby karać niewinne dzieci za winy 
ojców? 

Niestety,  ja  sam  muszę  pokutować  za  grzech  mego  ojca.  Ja  —   

Renata! Czyż to nie straszne? 

Moja biedna najdroższa dziewczyna! Nie jest ona córką Coulmanna, 

lecz jego zmarłej siostry i... mego ojca! Renata jest moją siostrą! Czy 
pojmuje Pani tę okropną tragedię? A co najgorsze, że kocham moją 
siostrę, kocham ją namiętniej, goręcej niż dawniej. Kocham, pomimo 
świadomości, że ta miłość jest grzechem. I Renata kocha mnie także, 
ale  to  dla  mnie  żadna  pociecha!  Muszę  uczynić  wszystko,  by  nie 
dowiedziała się prawdy. Nie chcę, aby i ona doznała tego potwornego 
uczucia,  które  zmusiło  mnie  do  ucieczki.  Renata  musi  zapomnieć  o 
mnie,  o  naszej  miłości!  Nie  wolno  jej  wiedzieć,  że  kocha  mnie 
grzesznym uczuciem, że jej miłość była występna. 

Droga  Pani  Polu,  niech  Pani  mi  pomoże.  Niech  Pani  przekona 

Renatę,  że  powinna  szukać  zapomnienia.  Niech  Pani  ją  uspokoi  i 
pocieszy!  Napisała  do  mnie  czuły  Ust,  ja  odpowiedziałem  bardzo 
chłodno. Bóg tylko wie, ile mnie ten chłód kosztował! 

Lękam się bardzo o Renatę i liczę na pomoc Pani! 
Za  kilka  dni  odpływa  nasz  okręt,  udajemy  się  w  daleką  drogę. 

Nieprędko  zobaczę  Panią,  Droga  Pani  Polu.  Może  ochłonę  po  tym 
okropnym wstrząsie, gdy znajdę się wreszcie na pełnym morzu. 

Niech  Pani  powie  panu  Coulmannowi,  że  wtajemniczyłem  Panią. 

Może  Pani  razem  z  nim  ułoży  jakiś  plan  działania,  aby  uspokoić 
Renatę. O Boże! Czemu jedyna kobieta, którą pokochałem, okazała się 
moją siostrą? 

Żegnam  Panią,  Droga  Przyjaciółko!  Niech  Pani  ucałuje  moją 

maleńką Ewcię. Zasklepiony w samolubnym bólu, zapomniałem o niej, 
lecz  wiem,  że  u  Pani  jest  pod  dobrą  opieką.  Niech  Pani  napisze  do 
mnie, pragnę wiedzieć, co słychać. 

Całuję ręce Pani 
wdzięczny i oddany 
Jerzy von Rodenfels 
 

background image

 
Renata  spędziła  kilka  następnych  dni  w  gorączkowym  niepokoju, 

choć starała się panować nad sobą.  Cieszyła się szczęściem  Maryni, 
lecz  najchętniej  przebywała  w  towarzystwie  pani  Poli,  która  w  tych 
ciężkich  chwilach  zastępowała  jej  matkę.  Coulmann  zezwalał  na 
wszystko,  zwłaszcza,  iż  wiedział  jak  dobroczynny  wpływ  wywiera 
pani Pola na Renatę. 

Pewnego dnia profesorowa siedziała w ogródku przed willą i czekała 

na Renatę. Nagle nadszedł listonosz i podał jej list od Jerzego. 

Spostrzegła, że trzyma w ręku jeszcze jeden list. — Czy to do panny 

Renaty Coulmann? — zapytała. 

— Tak — potwierdził listonosz. 
— Niech pan zostawi mnie ten list.   
  
— Dobrze, proszę pani. 
Pani Pola przede wszystkim odczytała list Jerzego, wysłany do niej. 

Zdjęło  ją  ogromne  współczucie.  O  mój  Boże!  Jakże  bezradny  jest 
człowiek  wobec  przeznaczenia!  Sprzyjała  miłości  tych  dwojga 
młodych,  sądziła,  że  będzie  mogła  radować  się  ich  szczęściem  —  a 
tymczasem... 

Schowała  prędko  swój  list,  po  czym  udała  się  na  górę  do  pokoju 

Renaty. Serce jej biło mocno, łzy kręciły się w oczach. Biedna Renata, 
biedne dziecko! 

Renata stała już ubrana do wyjścia. Ze stłumionym okrzykiem wzięła 

list z rąk pani Poli, po czym podeszła do okna, by go przeczytać. 

Paulina  z  bólem  spoglądała  na  pobladłą,  przerażoną  twarz  dziew-

częcia.  Już  sam  nagłówek  listu  podziałał  na  Renatę  jak  uderzenie  w 
twarz.  W  osłupieniu  spoglądała  na  kilka  wierszy,  napisanych  ręką 
Jerzego. 

Przeczytała  list  jeszcze  kilka  razy,  jakby  nie  chcąc  uwierzyć,  że  to 

prawda. Potem papier wypadł z jej drżących rąk. Niby martwa osunęła 
się na fotel. 

—  Biedne,  kochane  dziecko!  —  rzekła  pani  Pola,  otaczając  ją 

ramieniem. 

Renata podniosła na nią przygasłe, błędne oczy. Potem schyliła się, 

by podnieść list, który w milczeniu podała pani Poli. 

 

background image

Profesorowa szybko przebiegła oczyma krótką treść. Potem spojrzała, 

pełna  troski  na  Renatę.  Twarz  dziewczyny  była  blada,  jakby 
skamieniała z bólu. 

— Moja biedna droga Renato... Niech pani go zapomni... to najlepiej 

dla pani... on jest... on jest... O Boże, jakież to smutne! 

—  Czemu  pani  nie  kończy  zdania?  Jest  niegodny  mej  miłości, 

prawda? To pani chciała przecież powiedzieć! 

— Dziecko, proszę się uspokoić! Po cóż ta gorycz? 
— Czy pani wierzy w to, co napisał Jerzy? — spytała Renata. Paulina 

spuściła oczy. 

—  Renato,  skoro  to  sam  napisał...  Dziecko  moje...  Proszę  się 

zastanowić... Jerzy jest ubogi, nie ma środków by utrzymać żonę... Nie 
mógł  poślubić  panny  bez  majątku...  Ojciec  pani  powiedział,  że  nie 
zechce  wam  pomóc,  toteż  Jerzy  pojął,  że  trzeba  być  rozsądnym  i 
zrezygnował... 

Renata wstała nagle, odsunęła się od przyjaciółki i spojrzała na ńią 

obco, niemal wrogo. 

— Pani także... Ha, skoro tak... Ja... 
Nie dokończyła i zemdlona padła na posadzkę. 
 
Po  owym  dniu  nastąpiły  tygodnie  ciężkie  i  pełne  troski.  Renata 

poważnie zachorowała. Paulina Hardenberg i Marynia pielęgnowały ją 
z największym oddaniem. 

Lekarz  stwierdził  ciężką  grypę,  mimo  to  Coulmann  był  bardzo 

przygnębiony. Doznawał uczucia, jakby to on sam stał się przyczyną 
choroby córki. 

Okropny wstrząs duchowy wpłynął bez wątpienia na stan jej zdrowia. 

Paulina doniosła Jerzemu o chorobie Renaty i obiecała mu, że będzie 
czuwać nad nią. 

Owego pamiętnego dnia, gdy Renata zaniemogła, odbyła się poważna 

rozmowa  między  panią  Połą  i  Coulmannem.  Profesorowa  oznajmiła 
Coulmannowi,  że  Jerzy  wyznał  jej  z  jakiego  powodu  Coulmann 
odmówił mu ręki Renaty. 

Fryderyk Coulmann nie był w pierwszej chwili zachwycony tą 
 

background image

wiadomością. Paulina jednak posiadała tyle taktu i pocieszała go tak 

serdecznie,  że  uspokoił  się  zupełnie.  Mógł  liczyć  na  dyskrecję 
profesorowej. 

— Rozumiem, jak pan musiał cierpieć, drogi panie Fryderyku! Jakże 

bolesna jest świadomość, że zniszczyło się szczęście dwóch młodych 
serc — powiedziała pani Hardenberg ze współczuciem. 

Coulmann zarumienił się i spuścił oczy. 
— Tak czy inaczej... Renata nigdy nie byłaby z nim szczęśliwa. 
— Dlaczego? 
— Wiadomo! Syn takiego ojca... 
— Owszem, jest synem Michała Rodenfelsa, ale nie w tym sensie jak 

pan sądzi. Jest zupełnie do ojca niepodobny. 

— Pani ma do niego słabość. 
— Tak, wzbudził we mnie wielki szacunek. 
Coulmann  zamilkł.  Ten  Jerzy  na  pewno  nauczył  się  od  ojca  jak 

zamydlać  oczy  niedoświadczonym  kobietom.  Nie  podzielał  zdania 
pani  Poli,  uważał  Jerzego  za  awanturnika.  Nienawidził  go  teraz  za 
cierpienie, jakie sprawił Renacie. 

Renata wstała dopiero pod koniec września. Coulmann nie pojechał 

jednak z córkami do Rodenfelsu, lecz na Riwierę. Spodziewał się, że 
Renata uspokoi się w nowym otoczeniu, że świeże wrażenia uleczą jej 
ranę. 

Paulina nie wierzyła w dobroczynny wpływ tej podróży. Znała dobrze 

Renatę,  a  poza  tym,  będąc  kobietą,  lepiej  rozumiała  ją  niż  ojciec. 
Czuła,  że  Renata  cierpi  okrutnie,  ponieważ  pogardza  Jerzym.  A  cóż 
może  być  straszniejszego  dla  kochającej  kobiety?  Jakież  to  bolesne, 
gdy w sercu budzi się pogarda dla człowieka, którego się kochało. 

W  przeddzień  wyjazdu  zwróciła  się  raz  jeszcze  do  Coulmanna. 

Postanowiła pomówić z nim w sprawie córki. 

—  Drogi  panie  —  rzekła  —  czy  nie  byłoby  najlepiej,  gdyby  pan 

Renacie powiedział prawdę? 

Coulmann przeląkł się. 
—  Nie,  nie,  za  nic  w  świecie!  Renata  nigdy  nie  powinna  się 

dowiedzieć, w jaki sposób przekonałem pana von Rodenfelsa, że jego 
starania są beznadziejne. 

—  Rzecz  jasna,  że  nie  mogę  się  sprzeciwiać  pańskiej  woli.  Sądzę 

jednak, że Renata, znając prawdę, prędzej pogodziłaby się z losem. 

background image

— Ona się i tak uspokoi, zobaczy pani! Najlepszym lekarstwem na 

zawód miłosny jest nowa szczęśliwa znajomość. 

—  Oby  się  pan  nie  mylił,  pragnę  tego  całym  sercem.  Kobiety 

odczuwają  inaczej  niż  mężczyźni.  Gdyby  Renata  wiedziała,  że 
Rodenfels jest jej bratem,  cierpiałaby  mniej, niż teraz, gdy  musi nim 
pogardzać. To samo zresztą napisałam Jerzemu. 

— Pani się tą całą sprawą niepotrzebnie przejmuje. Nie jest to wcale 

taka tragedia, jak się pani zdaje. Nikt jeszcze nie umarł z nieszczęśliwej 
miłości. Renata jest młoda, i całe życie ma przed sobą. W ciągu roku 
zapomni o tej całej sprawie, przekona się pani... 

Pani Pola nie miała jednak tej nadziei. Gdyby Renata głośno dawała 

wyraz swojej rozpaczy, gdyby płakała i narzekała, wtedy uwierzyłaby 
w  proroctwo  Coulmanna.  Ale  Renata  zasklepiła  się  w  swoim  bólu, 
znosiła go bez słowa, bez skargi, lecz z cichą beznadziejną rezygnacją. 

Zmieniła się również w stosunku do pani Poli. Była jej wdzięczna za 

tyle dowodów dobroci i życzliwości, lecz nie darzyła jej zaufaniem jak 
dawniej. Nie rozmawiała z nią też nigdy o Jerzym. 

Raz pani Pola spróbowała mówić z Renatą na ten temat. Dziewczyna 

zbladła i spojrzała przygasłym wzrokiem na przyjaciółkę. 

— Proszę nie wspominać o nim... nie mogę... nawet z. panią nie mogę 

o nim mówić... Proszę nie wymieniać tego imienia. 

Słowa jej tchnęły cichym, lecz wielkim bólem. Pola wyczuwała, że 

coś kryje się za nimi, coś — czego i ona nie zdoła zrozumieć. 

Napisała do Jerzego, że Renata wyzdrowiała i że obecnie wyjeżdża na 

południe w towarzystwie ojca i siostry. 

Jerzy odpisał wkrótce, dziękując serdecznie pani Poli za opiekę nad 

Renatą. Podał jej także kurs okrętu. Nie wspominał nic o sobie, ani też 
o swoim stanie ducha. Mimo to Paulina wyczytała między wierszami, 
że Jerzy ugina się pod brzemieniem swego nieszczęścia. 

 
Coulmann  aż  do  końca  grudnia  pozostał  z  córkami  na  Riwierze. 

Renata odzyskała zdrowie, nikt jednak nie wiedział co się dzieje w jej 
duszy. Spoważniała nieco i przycichła, lecz nie rzucało się to w oczy, 
ponieważ  zawsze  była  znacznie  spokojniejsza  od  żywej,  wesołej 
Maryni. 

 

background image

Coulmann  sądził,  że  Renata  zaczyna  już  zapominać  o  doznanym 

zawodzie.  Nikt  nigdy  nie  poruszał  tej  sprawy.  Marynia  lepiej 
rozumiała  siostrę.  W  jej  obecności  Renata  nie  ukrywała  swego  bólu 
tak, jak wobec ojca. Marynia wiedziała, że siostra cierpi nie mniej, niż 
dawniej, lecz nie okazuje tego. 

Siostry  kochały  się  teraz  jeszcze  goręcej.  Marynia  otaczała  siostrę 

najczulszą opieką i staraniem, dobroć jej nieraz rozrzewniała Renatę. 
Siostry między sobą także nigdy nie mówiły o Jerzym. Marynia miała 
wielki żal do młodego Rodenfelsa, chociaż niegdyś bardzo go lubiła. 
Jak mógł człowiek wyrzec się z tak niskich pobudek tak wartościowej 
dziewczyny jaką jest jej siostra? 

Marynia  czuła  także  trochę  żalu  do  ojca.  Czemu  był  taki  surowy? 

Dlaczego  zaraz  zagroził  Jerzemu  wydziedziczeniem  Renaty?  Czemu 
zmusił go do odejścia? Co prawda  —  myślała Marynia — porządny 
człowiek nie uląkłby się takich pogróżek i nie dał odstraszyć... 

Marynia  nie  mogła  mieć  innego  sądu,  gdyż  nie  znała  faktycznego 

stanu sprawy. 

Nikt nie wiedział co Renata sądzi o swym ojcu i czy jej stosunek do 

niego  uległ  zmianie.  Dziewczyna  była  zawsze  skryta  i  zamknięta  w 
sobie. Na pozór nic się nie zmieniło. Coulmann mógł być zadowolony 
ze „swojej rozsądnej posłusznej córeczki", jak nazywał Renatę. Mimo 
to stała między nimi jakaś niedostrzegalna zapora. Brakowało dawnej 
serdeczności i zaufania. Od Renaty płynął jakiś dziwny, nieuchwytny 
chłód... 

Coulmann zdawał się nie odczuwać tego. Zasypywał Renatę licznymi 

dowodami miłości, pragnąc jej okazać swoje niezmierne przywiązanie. 
Starał się spełniać każde jej życzenie. 

Z Riwiery pojechali wprost do Rodenfelsu, bo tak chciała Renata. W 

Rodenfelsie  postanowiono  obchodzić  Święta  Bożego  Narodzenia  i 
wyprawić  wesele  Maryni.  Pewnego  dnia  Renata  zapytała  ojca,  czy 
pozwoliłby  jej  zaprosić  do  Rodenfelsu  panią  Hardenberg  i  Ewunię. 
Coulmann, mimo pewnych skrupułów, zgodził się na to. 

Pani Pola przyjęła zaproszenie. Ewa oswoiła się zupełnie z nowym 

otoczeniem  i  kochała  całym  sercem  przybraną  matkę.  Nie  było  już 
obawy, że pobyt w Rodenfelsie mógłby mieć dla niej ujemne skutki. 

Profesorowa cieszyła się, że spędzi kilka tygodni z Renatą. Widziała 
 

background image

dziewczynę przez krótką chwilę, gdy Coulmannowie przejazdem za-

trzymali  się  w  Dreźnie.  Uważała,  że  w  Renacie  zaszła  ogromna 
zmiana, że spoważniała i bardzo posmutniała. Pani Pola była bardziej 
przenikliwą niż Coulmann, a nawet Marynia. Czuła, że dla Renaty nie 
ma zapomnienia. 

W  Rodenfelsie  przyjęto  ją  z  wielką  radością.  Panna  Wollmann 

ucieszyła się ogromnie na widok Ewuni. Z prawdziwą wdzięcznością 
spoglądała na tę piękną i dobrą panią, która przygarnęła małą Ewę. 

Ze  łzami  w  oczach  przyglądała  się  swojej  ulubienicy.  Jak  ślicznie 

rozwinęła się dziewczynka, jak zdrowo wygląda. A jaki ma na sobie 
elegancki płaszczyk, po prostu jak mała księżniczka! 

Ewa  w  pierwszej  chwili  była  trochę  odurzona.  Dawno  zapomniane 

obrazy odżyły w pamięci dziewczynki. Nie potrafiła ich jakoś uporząd-
kować. 

Nagle ujrzała pannę Wollmann w szarej sukni, w białym fartuszku i w 

czepcu z powiewającymi wstęgami. Poznała ją od razu i ucieszyła się 
bardzo. 

— Kochana Mańciu — tak nazywała zawsze staruszkę. — Czy masz 

u siebie w kominku pieczone jabłuszka? 

— Ma się rozumieć, Ewuniu — zawołała uradowana staruszka. 
— Więc pamiętasz to jeszcze? 
—  Tak,  Mańciu,  wszystko  sobie  przypomniałam,  kiedym  Ciebie 

zobaczyła. A to jest moja droga mateczka! 

Pani Pola podała rękę starej gospodyni. 
— Ewunia często wspominała panią i pieczone jabłuszka. Zdaje się, 

że to jej najmilsze wspomnienia z domu. 

— Dziękuję pani! Tak cieszę się, że Ewa zostanie u nas kilka tygodni. 
— Tak, będzie pani mogła rozpieszczać ją do woli! 
Marynia  uprowadziła  Ewę  do  jej  pokoiku,  chciała  przebrać  dziew-

czynkę.  Po  obiedzie  udała  się  z  nią  do  parku,  gdzie  obwoziła  ją  w 
małych dziecinnych saneczkach. 

Coulmann uda! się do swego gabinetu na konferencję z rządcą. Pani 

Werner przy pomocy panny Wollmann układała w kufrach wyprawę 
Maryni. 

Pola i Renata pozostały same w pięknym zacisznym saloniku. Przez 
 

background image

długą chwilę obydwie milczały. Nagle profesorowa wstała, podeszła 

do dziewczyny i wzięła ją w objęcia. 

Był  to  impuls,  któremu  nie  potrafiła  się  oprzeć.  Na  widok  tych 

smutnych,  przygasłych  oczu,  krajało  się  jej  serce.  Spoglądała  na 
pobladłą  twarz  Renaty,  na  jej  zaciśnięte  usta,  które  bez  słów 
opowiadały dzieje wielkiego cierpienia. 

Pola nie wierzyła w pozorny spokój Renaty. Wiedziała z własnego 

doświadczenia, że bywają głębokie wewnętrzne tragedie, które ukrywa 
się przed ludźmi, aby ich nie znudzić. 

Renata położyła głowę na ramieniu przyjaciółki i przymknęła oczy. 

Doznała  wrażenia,  że  po  długich  dniach  udręki  przyszła  i  dla  niej 
chwila spoczynku i wytchnienia. 

Pola gładziła pieszczotliwie jej policzki: 
— Droga kochana Renato, moje biedne dziecko! Jakżeś się zmieniła 

— powiedziała cicho. 

Renata  podniosła  na  nią  oczy,  w  których  malował  się  przestrach  i 

błagalna prośba. 

— Proszę nie mówić o tym... nie dotykać tej rany... 
—  Dziecinko,  byłoby  ci  o  wiele  lżej  na  duszy,  gdybyś  mogła  się 

komuś zwierzyć. Nie wiedziałam w pierwszej chwili, czy powinnam 
przyjąć zaproszenie do Rodenfelsu. Przyjechałam, bo dręczył mnie lęk 

0

 

ciebie...  Ale  co  będzie  jeśli  Ewunia  wymieni  imię,  którego  nie 

chcesz  słyszeć?  Ona  przecież  nie  wie,  że  tego  nie  wolno...  Co  się 
stanie, gdy zacznie mówić o swoim bracie...? , 

— Nie odpowiem jej... To przecież dziecko, nie zwróci na to uwagi... 
— Ale to zbudzi w tobie bolesne wspomnienia... Renata uśmiechnęła 

się smętnie. 

— Nie trzeba we mnie budzić wspomnień, droga pani Polu. Nikt 
1 nic nie mówi mi tak często o przeszłości, jak moje własne serce. 
Zarzuciła nagle ręce na szyję przyjaciółki i rzekła błagalnie: 
— Droga, kochana moja... Pani go zna, pani go kocha jak  matka... 

Niech pani mi powie... Czy uważa go pani za zdolnego do popełnienia 
nikczemności? 

Paulina  przelękła  się.  O  Boże,  cóż  ma  odpowiedzieć  Renacie? 

Dziewczyna uśmiechnęła się do niej. 

— Nie, pani także nie wierzy, że Jerzy mógł popełnić taki czyn. 
 

background image

Milczy  pani,  bo  to  kłamstwo  nie  chce  pani  przejść  przez  usta.  Nie 

kochałabym pani tak bardzo, gdyby było inaczej... O, pani Polu! Jerzy 
kochał mnie niegdyś, a ja kocham go dziś jeszcze. Dlatego też jestem 
przekonana, że nas rozdzieliło co innego, ale nie jego wina! Nie wiem 
tylko,  co  to  może  być!  Jerzy  nie  chce,  abyśmy  należeli  do  siebie, 
trudno, muszę się poddać jego woli. Ale to nie zmieni mojej miłości. 
Chciał  się  poniżyć  w  moich  oczach,  nie  wiem  z  jakiego  powodu... 
Dotychczas wierzyłam mu, teraz przestałam... Bo nigdy nie uwierzę, że 
jest zły, nigdy... Napisał do mnie, gdyż prosto w oczy nie potrafiłby 
skłamać...  Zgodziłam  się  na  rozłąkę,  lecz  nie  straciłam  nadziei... 
Zobaczy pani, że kiedyś jeszcze zniknie zapora, która nas rozdzieliła. 
Gdybym nie miała tej nadziei, odebrałabym sobie życie. Oto wszystko! 
Pani jednej musiałam się zwierzyć, teraz mi lżej na duszy! 

Wyznanie  Renaty  poruszyło  Połę  do  głębi.  Jak  wielka  musi  być 

miłość  dziewczyny,  jeżeli  wybaczyła  Jerzemu  ucieczkę  i  nie 
uwierzyła, że postąpił podle. 

Czy nie lepiej powiedzieć jej prawdę? Czy ojciec i Jerzy postępują 

właściwie, pozostawiając ją wciąż w niepewności? 

Tego  wieczora  Pola  napisała  do  Jerzego  i  opisała  mu  położenie 

Renaty. Prosiła, by napisał Renacie prawdę, gdyż inaczej obawia się 
czegoś strasznego. Wtedy może biedna dziewczyna najprędzej pokona 
swój ból i pogodzi się z losem. 

Powyższy list doszedł do Jerzego dopiero po kilku miesiącach. Okręt 

jego nie zawinął do tego portu, gdzie początkowo miał przycumować. 
Pola  długo  czekała  na  odpowiedź,  aż  wreszcie  zapytała  czy  nie 
otrzymał tego listu. Odpowiedział odmownie. 

W  kilka  dni  później  profesorowa  siedziała  sama  z  Coulmannem. 

Naprowadziła  zręcznie  rozmowę  na  temat,  który  ciążył  jej  na  sercu. 
Poprosiła, by Coulmann odsłonił Renacie prawdę. 

Fryderyk Coulmann skrzywił się. 
—  Nie  rozumiem  po  co  raz  jeszcze  poruszać  tę  sprawę.  Przecież 

wszystko  jest  w  porządku.  Renata  uspokoiła  się,  zachowuje  się 
rozsądnie,  zapewne  ta  niemądra  miłość  wywietrzała  jej  z  głowy. 
Reszta smutku pierzchnie na weselu Maryni, gdy nareszcie zaręczy się 
ze  swoim  dawnym  a  gorącym  adoratorem.  Mam  na  myśli  doktora 
Edmunda Trautmanna. To bardzo porządny i mądry człowiek. Jestem 
przekonany, że moja córka będzie z nim szczęśliwa. 

background image

—  Obawiam  się,  że  pan  łudzi  się  zwodniczą  nadzieją.  Renata  nie 

złoży  przysięgi  przed  ołtarzem,  mając  w  sercu  miłość  dla  innego 
mężczyzny. 

—  Ależ  kochana  pani  profesorowo,  pani  to  bierze  zbyt  tragicznie. 

Pierwsze  dziewczęce  miłości  —  to  jak  marcowe  śniegi.  Renata  jest 
znacznie rozsądniejsza niż pani sądzi. Pogodziła się z losem. Czemu ją 
teraz na nowo denerwować tym wyznaniem? 

Pani Pola potrząsnęła głową. 
— Renata nie jest tak spokojna, jak się panu zdaje. Ostrzegam pana! 

My  kobiety  rozumiemy  się  lepiej.  Niech  pan  usłucha  mojej  rady  i 
powie jej prawdę. Kocham serdecznie Renatę, chciałabym by odzys-
kała spokój wewnętrzny. 

Coulmann  zmarszczył  czoło.  Nie  podobał  mu  się  projekt  pani 

Hardenberg. Owszem, pani Pola to bardzo inteligentna, mądra kobieta i 
szczerze  przywiązana  do  jego  dziewcząt...  Czemu  jednak  dręczy  go 
ciągle tą niedorzeczną prośbą? Jakżeż on ma powiedzieć Renacie: 

— Nie jesteś moją córką, a Jerzy Rodenfels to twój brat! 
Nie,  nie,  nie!  Przecież  ta  sprawa  w  ogóle  przestała  być  aktualną. 

Renata przestała myśleć o Jerzym, uwierzyła, że chodziło mu tylko ojej 
posag! A teraz pani Pola wymaga, żeby... Nie, nie powie tego Renacie! 

Zresztą  wkrótce  odbędzie  się  wesele  Maryni.  Edmund  poprosi 

Renatę,  by  została  jego  żoną.  Ona  zgodzi  się  i  będzie  bardzo 
szczęśliwa. Z wdzięcznością będzie myśleć o ojcu, który uchronił ją 
przed małżeństwem z Jerzym. 

Coulmann wstał i oznajmił stanowczo: 
—  Nie,  nie  zrobię  tego,  nie  chcę...  Proszę  mi  nie  brać  za  złe  tej 

odmowy,  ważne  powody  skłaniają  mnie  do  tego.  Pani  jest  mądrą  i 
taktowną kobietą, a przy tym lubi pani moje dziewczęta. Jestem pani 
bardzo wdzięczny za tę życzliwość dla nich. Renata bardzo panią ceni i 
liczy  się  ze  zdaniem  pani.  Proszę  niech  pani  użyje  swego  wpływu, 
niech  pani  ją  przekona,  że  uczyni  najmądrzej,  wychodząc  za 
Trautmanna. Mówiłem już z Edmundem, to rozsądny człowiek, uczyni 
wszystko,  by  uszczęśliwić  Renatę.  Oświadczy  się  jej  na  weselu 
Maryni.  Może  uda  się  pani  namówić  moją  córkę,  by  przyjęła  jego 
oświadczyny.  Dobre,  harmonijne  pożycie  małżeńskie  —  to 
najskuteczniejszy lek na nieszczęśliwą miłość.   

Paulina cicho westchnęła.   

background image

— Mam wrażenie, że to pańskie pragnienie nie zostanie spełnione. 

Chyba...  chyba,  że  Renata  dowie  się  prawdy.  Uczynię  jednak 
wszystko, co będzie w mojej mocy. Niestety, nie mam wielkiej nadziei, 
by  moje  starania  cokolwiek  zmieniły.  Obawiam  się,  że  i  pan  dozna 
zawodu. 

Coulmann ucałował jej ręce. 
—  Nie  obawiam  się  niczego,  skoro  pani  przyrzeka  mi  pomoc  — 

powiedział z wdzięcznością. 

 
Święta  Bożego  Narodzenia  upłynęły  cicho,  lecz  bardzo  miło. 

Profesorowa  otrzymała  od  Jerzego  list  z  życzeniami  na  Gwiazdkę  i 
Nowy  Rok.  Prosił  ją  o  dalsze  wiadomości,  nie  wspominał  jednak 
imienia Renaty. List jego tchnął bolesną rezygnacją. 

Mówiło to pani Poli więcej, niż powiedziałyby głośne skargi. Jakież 

to wszystko smutne! Porównywała swoje życie z losem tych dwojga 
młodych  nieszczęśliwych  ludzi.  Ach,  przecież  w  porównaniu  z  nimi 
była  istotą  godną  zazdrości!  Przeżyła  ze  swoim  ukochanym  mężem 
przynajmniej  kilka  lat  szczęścia!  A  oni?  Im  —  nawet  i  to  nie  było 
sądzone! 

Drugiego stycznia miał się odbyć ślub Maryni. Przygotowania do tej 

uroczystości przysparzały wiele pracy i pochłaniały dużo czasu. Pani 
Hardenbergowa postanowiła po weselu pozostać jeszcze kilka tygodni 
w  Rodenfelsie,  aby  Renata  nie  czuła  się  zbyt  samotna  po  wyjeździe 
Maryni. 

Renata w ostatnich dniach wydawała się bardziej ożywiona i wesel-

sza. Brała żywy udział w przygotowaniach do wesela. 

W przeddzień wesela przybyli do Rodenfelsu państwo Trautmann z 

synami.  Zjechało  się  też  mnóstwo  gości.  Edmund  nie  odstępował 
Renaty na krok. Dziewczyna zachowywała się chłodno i obojętnie. Nie 
próbowała teraz wcale zataić swojej antypatii do niego. 

Dawniej  starania  Edmunda  sprawiały  jej  przykrość,  dziś  przestał  ją 

obchodzić. Nie miała potrzeby liczyć się z Edmundem, ponieważ jutro 
miał  odbyć  się  ślub  Maryni  z  Bernardem.  Nawet  jeżeli  Edmund 
oświadczy  się  i  otrzyma  kosza,  to  nie  będzie  mógł  się  mścić  na  jej 
siostrze. 

Renata nie miała pojęcia, że zarówno Edmund jak i ojciec tłumaczą 

sobie mylnie jej pozorny spokój i pokładają w nim pewne nadzieje. 

background image

Nadszedł dzień ślubu. 
Wielką salę zamieniono w kaplicę. Została ona pięknie przystrojona, 

stosownie do okoliczności. Ustawiono ołtarz, ozdobiony koronkami i 
wspaniałymi  haftami.  Kaplicę  udekorowano  zielenią,  w  której 
przeważał  mirt.  Ścianę,  stanowiącą  tło  ołtarza,  obito  białym 
aksamitem. Na ścianie tej wisiał wyhaftowany na atłasie werset: 

,,A co zwiążecie na ziemi, to będzie związane w niebie!" 
Podczas ślubu Renata nie odrywała wzroku od tych słów. Powtarzała 

je w duchu, spoglądając wciąż na ołtarz. Nagle kapłan powiedział: 

— Co Bóg złączył, tego nie powinni rozłączać ludzie! 
Renata  spojrzała  na  ojca.  Na  twarzy  Coulmanna  malowało  się 

głębokie wzruszenie. Musiał przecież także usłyszeć te słowa. Czyż nie 
wyrażały wyrzutu i oskarżenia? Czyż on nie usiłował rozłączyć dwóch 
młodych serc, które połączył Bóg? 

Dziewczyna  zacisnęła  kurczowo  ręce.  Myśli  jej  pobiegły  w  dal. 

Goniły ukochanego, który płynął gdzieś po nieznanych wodach... 

Marynia była prześliczną panną młodą. Po raz pierwszy w życiu nie 

miały  siostry  jednakowych  sukien.  Ślubny  strój  i  długi  biały  welon 
spowijały jej smukłą postać. Jej śliczna twarz promieniała najwyższym 
szczęściem. 

Bernard wyglądał poważniej niż zazwyczaj. Z bezgraniczną czułością 

spoglądał na swoją złotowłosą Marysieńkę. Przed ślubem rozmawiał 
długo z Fryderykiem Coulmannem. Po tej rozmowie wyszli obydwaj z 
gabinetu  Coulmanna  bardzo  poważni  i  wzruszeni.  Bernard  wziął 
Marynię w objęcia i z bezmierną tkliwością przytulił ją do serca. 

Obecnie  połączyli  się  na  całe  życie.  Po  poważnej  uroczystości 

nastąpiła  wesoła.  Podczas  kolacji  wznoszono  liczne  toasty  na  cześć 
młodej pary. 

Edmund  siedział  obok  Renaty.  Coulmann  rzucał  mu  ukradkiem 

porozumiewawcze  spojrzenia.  Spoglądał  także  od  czasu  do  czasu 
badawczo na Renatę, lecz z twarzy jej nie mógł nic wyczytać. 

Sąsiadką Coulmanna była Paulina Hardenberg. Wyglądała pięknie, a 

żadna z obecnych pań nie mogła się z nią równać, ani wdziękiem, ani 
dystynkcją. Pan Fryderyk w pewnej chwili zwrócił uwagę na Renatę i 
Edmunda. 

 

background image

— Czyż to nie piękna para? — zapytał. 
Paulina  spojrzała  na  nich  także.  Przyglądała  się  to  Renacie,  to 

Edmundowi. Zastanawiała się czy Edmund byłby dobrym mężem dla 
Renaty.  Bez  wątpienia,  jest  zdolnym  lekarzem  i  człowiekiem 
wzbudzającym zaufanie. Tak, to prawda! Czy wystarczy to jednak by 
uszczęśliwić  Renatę?  Chyba  nie...  Pani  Pola  wątpiła  w  to,  choć 
przyznawała  Edmundowi  duże  zalety,  widziała,  że  jest  bardzo 
przystojnym i eleganckim młodzieńcem. 

Na pytanie Coulmanna odpowiedziała wymijająco. 
Po  kolacji  młoda  para  usunęła  się  dyskretnie,  aby  się  przebrać  do 

wyjazdu.  Renata  wymknęła  się  za  nimi.  Chciała  się  jeszcze  raz 
pożegnać z Marynią. 

Siostry bez słowa padły sobie w objęcia i gorąco się ucałowały. 
— Moja ukochana, złota Maryniu! Bądź szczęśliwa, bądź szczęśliwa! 

— szepnęła Renata. 

Na  dole  w  holu  czekał  Bernard,  rozmawiając  z  bratem.  Renata 

pożegnała  się  ze  szwagrem,  po  czym  wróciła  do  salonu,  do  gości. 
Edmund podążył za nią. 

Z  salonu  dobiegały  dźwięki  tanecznej  muzyki.  Panował  wesoły 

nastrój. Rozmawiano, trącano się kieliszkami, tańczono. Renatę raziła 
ta gwarna wesołość. Miała wielką ochotę ukryć się w swoim pokoju i 
odpocząć. Rozumiała jednak, że powinna się zająć gośćmi, toteż udała 
się do salonu. 

W  małym  zacisznym  gabinecie,  przylegającym  do  sali,  Edmund 

zatrzymał się nagle przed Renatą i zapytał: 

—  Czy  mógłbym  poprosić  o  kilka  chwil  rozmowy,  panno  Renato? 

Renata lekko westchnęła. Nastąpiła ta chwila, której się zawsze 

obawiała.  Usiadła  na  krzesełku  i  poprosiła  Edmunda,  by  spoczął 

także. Edmunda zaniepokoił trochę jej spokój, lecz nadrabiając miną, 
rzekł: 

— Droga Renato, powinna pani od dawna wiedzieć, że panią kocham. 

Dzień  dzisiejszy  wzbudził  we  mnie  na  nowo  wszystkie  pragnienia  i 
nadzieje. Tęsknię za własnym ogniskiem domowym, chciałbym mieć 
miłą,  dobrą  żonę,  jak  mój  brat.  Nie  umiem  pięknie  przemawiać, 
Renato!  Proszę  jednak  gorąco,  by  zechciała  pani  zostać  moją  żoną! 
Chwila jest odpowiednia, moglibyśmy zaraz oznajmić gościom o na-
szych zaręczynach! 

background image

Renata spokojnie wysłuchała go do końca, potem spojrzała na niego z 

powagą. 

— Drogi Edmundzie, nie starałam się nigdy budzić w panu nadziei. 

Przeciwnie, unikałam pana jak mogłam, wiedząc, że nie będę mogła 
spełnić  pańskiego  życzenia.  Byłabym  panu  chętnie  oszczędziła 
przykrości,  boli  mnie  bardzo,  że  muszę  panu  odmówić.  Nie  mogę 
jednak  postąpić  inaczej.  Oddałam  serce  innemu,  sądziłam  nawet,  że 
Bernard uprzedził pana o tym. Przecież nie zechce pan chyba poślubić 
kobiety, której serce nie jest wolne! 

—  Nie  zraża  mnie  to  wcale.  Ojciec  pani  wspominał  mi  o  tej  , 

beznadziejnej miłości. Postarałbym się uleczyć serce pani i zdobyć je 
dla siebie. Ojciec wie, że mam się oświadczyć, zgodził się chętnie na 
nasz  związek.  Uważa  mnie  za  odpowiedniego  i  pożądanego  zięcia. 
Renato,  niech  pani  mi  nie  odmawia.  Uczynię  wszystko  co  będzie  w 
mojej mocy, byleby uczynić panią szczęśliwą! 

Na  wspomnienie  ojca  Renata  sposępniała.  W  oczach  zapalił  się 

ponury błysk, wargi drgnęły, na twarzy osiadł wyraz goryczy. Wstała. 

—  Nie,  nie!  Szkoda  pańskich  słów!  Niech  pan  przestanie  dręczyć 

siebie i  mnie! Nigdy nie wyjdę za  mąż! Nigdy nie będę należała do 
mężczyzny, którego nie kocham! 

Edmund podniósł się również. 
— Czy to ostatnie słowo, Renato? 
— Ostatnie! 
— Wobec tego pozwoli pani, że ją pożegnam. Powrócę najbliższym 

pociągiem do domu. Moi pacjenci czekają na mnie. Niech pani powie 
rodzicom, że musiałem nagle wyjechać. Zechce pani także pozdrowić 
swego ojca. 

Renata  w  milczeniu  skinęła  głową,  a  Edmund  szybko  wybiegł  z 

pokoju. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Usiadła znowu, zadowolona z 
chwili  samotności.  Teraz  przynajmniej  będzie  mogła  odpocząć  i 
podumać  w  spokoju,  nikt  jej  nie  przeszkodzi.  Renata  pomyliła  się 
jednak, gdyż w kilka minut później wszedł do gabinetu jej ojciec. 

— Ty tutaj, Renato? Sama? Czy nie bawisz się, moje dziecko? 
— Przed chwilą pożegnałam się właśnie z Marynią i Bernardem, a 

teraz odpoczywam. Młoda para wyjechała, prosili, żeby cię jeszcze raz 
serdecznie pozdrowić. 

 

background image

Fryderyk  Coulmann  usiadł  obok  córki.  Po  twarzy  jego  przemknęło 

rozrzewnienie. 

— Nasza blondyneczka opuściła nas, zostaliśmy sami, Renato! Kto 

wie! Zapewne i ty porzucisz mnie już wkrótce. 

Spojrzała z powagą na ojca. 
— Nie obawiaj się, tatusiu, zostanę z tobą. Poza tym mam cię także 

pożegnać w imieniu Edmunda Trautmanna. On również wyjechał. 

Coulmann spojrzał zaskoczony na córkę. 
— Wyjechał? - 
— Tak! 
— A czy... czy rozmawiał z tobą? 
Renata zarumieniła się i boleśnie zmarszczyła czoło. 
—  Chcesz  wiedzieć  ojcze,  czy  oświadczył  się  o  moją  rękę?  Czy 

powiedział mi, że pragnie mnie poślubić, chociaż kocham innego? Tak, 
ojcze, Edmund prosił, bym została jego żoną. 

— A ty odmówiłaś mu? 
— Tak, ojcze! Czy cię to dziwi? 
Spuścił oczy, pragnąc uniknąć spojrzenia córki. 
—  Moje  dziecko,  przecież  Edmund  to  naprawdę  wyjątkowy  czło-

wiek... 

Uśmiechnęła się gorzko. 
— Wstawiasz się za nim, chociaż wiesz dobrze, iż zależy mu bardziej 

na  moim  majątku  niż  na  mnie  samej.  A  tamtego,  którego  kocham 
całym sercem, wypędziłeś! Chcąc go poniżyć w moich oczach, starałeś 
się  wmówić  mi, że jest  zimnym wyrachowanym  materialistą!  Ale ja 
znam go lepiej! Wiem, że jest czysty, szlachetny i prawy, że posiada 
znacznie większą wartość od tego Edmunda Trautmanna, którego tak 
zachwalasz. 

Coulmann zerwał się i w osłupieniu spoglądał na córkę. 
— Renato! — zawołał niemal z pogróżką w głosie. Spojrzała na niego 

bez obawy i spokojnie. 

— Tak, ojcze, raz muszę ci powiedzieć, co myślę o tobie; wyrządziłeś 

mi wielką krzywdę! Zaślepiła cię nienawiść do Michała Rodenfelsa! 
Byłeś  niesprawiedliwy  dla  jego  syna!  Wiem,  że  użyłeś  jakiegoś 
okrutnego  argumentu,  którym  zmusiłeś  Jerzego  do  ucieczki. 
Wmawiałeś we mnie, że Jerzy działał z niskich pobudek, bo chciałeś, 
aby moja miłość 

background image

dla niego zamieniła się w pogardę. Lecz ja nie wierzyłam, ani tobie, 

ani nawet jemu samemu. Bóg jeden wie, ile musiała go kosztować ta 
ofiara  ile  wycierpiał,  starając  się  poniżyć  samego  siebie.  Dla  mnie 
jednak  nie  ma  to  znaczenia!  Kocham  Jerzego,  cenię  go  wysoko  jak 
nigdy,  wierzę  w  niego,  wierzę  na  przekór  całemu  światu!  Wiem,  że 
muszę  podporządkować  się  twojej  woli.  Twoja  nienawiść  jest 
silniejsza, niż twoja miłość dla własnego dziecka. Wielką też musisz 
mieć  moc,  skoro  Jerzy  uległ  bez  walki.  Możesz  mi  nie  pozwolić  na 
małżeństwo z Jerzym, wiedz jednak, że nigdy nie wyjdę za innego. Nie 
zmusisz mnie nigdy, to ci się nie uda! 

Renata  mówiła  tonem  spokojnym,  beznamiętnym,  spoglądając  z 

powagą  na  ojca.  Lecz  właśnie  to  samoopanowanie,  ten  spokój, 
podziałały  przekonywująco  na  Coulmanna.  Pojął  nagle,  że  Paulina 
Hardenberg  miała  słuszność,  że  okazała  się  bardziej  przenikliwa  od 
niego.  Spokój  i  rezygnacja  Renaty  były  pozorne.  W  duchu  ostro 
potępiała ojca. 

On także nie stracił panowania nad sobą. Z przyległej sali dobiegały 

wesołe  melodie  walca,  odgłosy  ożywionej  rozmowy,  śmiechy. 
Fryderyk  Coulmann  zarumienił  się,  oczy  jego  spoglądały  groźnie, 
surowo. 

— Jak śmiesz przemawiać w ten sposób do twego ojca? Co ci wpadło 

do  głowy?  Uczepiłaś  się  jakiegoś  urojenia  i  trwasz  w  uporze! 
Sądziłem,  że  nareszcie  opamiętałaś  się,  a  tymczasem  buntujesz  się 
przeciwko mnie? 

—  Nie  buntuję  się,  ojcze!  Powiedziałam  ci,  że  nie  mogę  się 

przeciwstawić  twojej  woli  i  że  pogodzę  się  z  losem.  Ulegam,  bo 
muszę!  Chciałam  ci  tylko  wytłumaczyć,  że  sądziłeś  mnie  fałszywie. 
Nie znasz mnie i nie rozumiesz. Inaczej nie przypuszczałbyś nigdy, że 
poślubię Edmunda Trautmanna. 

Coulmann przygryzł wargi, spoglądając ponuro przed siebie. Po raz 

pierwszy  ogarnęły  go  wątpliwości,  nie  wiedział  jak  ma  postąpić. 
Wreszcie popatrzył na córkę długo, przeciągle, z bolesnym wyrzutem. 

— Nie mogę się z tobą spierać, nie zrozumiemy się nigdy, zbyt różnie 

zapatrujemy  się  na  tę  sprawę.  A  teraz  chodź,  musimy  wrócić  do 
naszych gości. 

Oboje bez słowa weszli do sali.   
 

background image

 
Coulmann unikał rozmowy z Renatą. Nie chciał poruszać z nią tak 

drażliwego tematu. 

Goście weselni wyjechali z Rodenfelsu. Pozostały tylko pani Pola i 

Ewa.  Profesorowa  poświęcała  wiele  czasu  Renacie.  Domyśliła  się 
wszystkiego,  gdy  Edmund  Trautmann  tak  prędko  wyjechał. 
Spostrzegła również, że Coulmann jest  rozstrojony i że stracił jakby 
pewność siebie, zwłaszcza wobec córki. Nieraz ukradkiem patrzył na 
Renatę. W oczach jego pojawiała się troska i jeszcze inny wyraz, coś 
nieokreślonego, czego Paulina nie potrafiła zrozumieć. 

W  zachowaniu  Renaty  nie  można  było  spostrzec  na  pozór  żadnej 

zmiany.  Otaczała  ojca  troskliwą  opieką,  oddawała  mu  te  wszystkie 
drobne  usługi,  do  których  przywykł.  Spełniała  swój  obowiązek 
względem  ojca,  lecz  w  postępkach  tych  brakło  dawnej,  radosnej 
ochoty.  Na  pozór  nic  się  nie  zmieniło,  a  jednak  bystry  obserwator 
musiał zauważyć zmianę. 

Coulmann stał się ostatnio takim bystrym obserwatorem. Rozmowa, 

jaką miał z Renatą na weselu Maryni, otworzyła mu oczy. Renata po 
raz pierwszy odsłoniła mu, co się naprawdę dzieje w jej duszy. Teraz 
dopiero  zauważył,  że  córka  wygląda  smutno,  że  miewa  często 
zaczerwienione  powieki  z  płaczu,  że  na  twarzy  jej  maluje  się 
cierpienie. 

Ogarnął go niepokój. Nieraz przesiadywał sam w swoim gabinecie i 

myślał o Renacie. W uszach brzmiały mu wciąż jej słowa: 

—  Wyrządziłeś  mi  krzywdę...  Twoja  nienawiść  jest  silniejsza  niż 

twoja miłość dla własnego dziecka... 

Czy ten zarzut jest pozbawiony słuszności? Czyż i w tym wypadku 

nie działał pod wpływem szalonej nienawiści, która zatruła mu życie? 
Utracił  miłość  i  zaufanie  córki...  A  sprawcą  tego  wszystkiego  jest 
wciąż  Michał  Rodenfels,  którego  pamięć  przeklina,  którego 
nienawidzi teraz jeszcze! 

Nie  mógł  zapomnieć  sceny  z  Renatą.  Uczyniłby  wszystko,  byleby 

mogła  być  szczęśliwą.  Nie  potrafił  spokojnie  patrzeć,  jak  cierpi  w 
milczeniu.  Jej  cicha  rezygnacja  bolała  go  bardziej,  niż  wszelkie 
wyrzuty i skargi. 

 

background image

Zima  skończyła  się.  W  początkach  lutego  Paulina  Hardenberg 

wyjechała. Ojciec z córką widywali się tylko podczas posiłków. 

Z  chwilą,  gdy  Marynia  wyjechała  z  Rodenfelsu,  zdawało  się,  że 

uciekło  stąd  słońce.  Renata  i  Coulmann  rozmawiali  o  sprawach 
obojętnych, nie poruszali nigdy najważniejszego tematu, który wciąż 
zaprzątał myśli obojga. 

 
Marynia powróciła kwitnąca i rozpromieniona z podróży poślubnej. 

Zamieszkała w Dreźnie, lecz niekiedy przyjeżdżała na jeden dzień do 
Rodenfelsu.  Wnosiła  ze  sobą  atmosferę  pogody  i  radości.  Była 
szczęśliwa i  zdawało się, że udziela całemu otoczeniu coś  ze swego 
nastroju. 

Renata ożywiła się i poweselała. Coulmann, przebywając z Marynią, 

która  okazywała  mu  serdeczną  tkliwość,  odczuł  dopiero,  jak  bardzo 
obca i daleka stała się Renata. 

Gdy Marynia wieczorem wyjeżdżała — Bernard nie mógł obejść się 

bez niej dłużej, niż jeden dzień — robiło się znowu smutno i ponuro w 
Rodenfelsie. 

Nastąpiła  wiosna.  Coulmann  często  wyjeżdżał  w  pole  ze  swoim 

rządcą. Praca dawała mu zapomnienie. Renata kilka  razy jeździła do 
Drezna; odwiedzała wtedy siostrę oraz panią Połę. Niekiedy Coulmann 
towarzyszył córce. Niepokoił się zawsze, kiedy Renata wyjeżdżała na 
kilka  dni.  Za  każdym  razem  nie  mógł  się  doczekać  jej  powrotu  i 
przeczuwał coś złego. Wreszcie przestał ją samą puszczać do Drezna. 

Zaczęły  się  piękne  i  ciepłe  dni.  Marynia  i  Bernard  spędzali  każdą 

niedzielę  w  Rodenfelsie.  Niekiedy  przyjeżdżała  również  pani  Pola. 
Sąsiedzi także często odwiedzali Coulmannów. Nie odczuwało się już 
w  Rodenfelsie  samotności.  Mimo  to  stosunek  Renaty  do  ojca  nie 
zmienił  się.  Przeciwnie  obojętniała  coraz  bardziej.  A  Coulmann 
pragnął  gorąco  odzyskać  przywiązanie  swego  ukochanego  dziecka... 
Co uczynić, by wyrwać ją z tej apatii, by przywołać ją do życia? 

Pani Pola nie rozumiała Coulmanna. Czyż nie widzi, że Renata niknie 

w oczach? Czemu ją tak okrutnie dręczy, czemu nie chce powiedzieć 
jej prawdy? 

Jerzy także nie odpowiedział na list, w którym go prosiła, by wyjaśnił 
 

background image

wszystko Renacie. Pani Pola nie wiedziała, że Jerzy wcale jeszcze nie 

otrzymał tego listu. Zapytała go przy okazji, czy nie chce na ten list 
odpowiedzieć.  Jerzy  jednak  dopiero  w  maju  dowiedział  się,  że  pani 
Pola pisała do niego w ważnej sprawie. Zawiadomił urząd pocztowy w 
odnośnym porcie, prosząc by przesłano mu ten list. Doniósł o tym pani 
Poli. Na końcu dodał, że o ile ten list, którego nie otrzymał, zawierał 
jakieś ważne wiadomości, to prosi, aby mu przesłała telegram. 

Paulina jednak doszła do wniosku, że Coulmann pragnie za wszelką 

cenę zataić prawdę przed Renatą. Dlatego też sprawa, jaką poruszała w 
owym  liście,  przestała  być  pilną.  Napisała  to  wszystko  Jerzemu,  nie 
ukrywając  tym  razem,  że  duchowy  stan  Renaty  wzbudza  w  niej 
poważne obawy. 

 
I znowu nastało lato, znowu roztoczyło wokoło przepych kwiatów i 

zieleni.  Marynia  obiecała,  że  spędzi  w  Rodenfelsie  razem  z  mężem 
kilka  'tygodni,  gdy  tylko  Bernard  otrzyma  urlop.  Przedtem  jednak 
zaprosiła ojca i siostrę na parę dni do Drezna. 

Coulmann  miał  zamiar  zlikwidować  swoje  mieszkanie  w  Dreźnie. 

Było  za  duże  dla  niego  i  Renaty.  Pani  Werner  pojechała  z  nimi, 
ponieważ urządzenie miało przebiegać pod jej dozorem. W ciągu tych 
kilku dni można było mieszkać u Maryni, lub w „Zaciszu". 

Marynia  była  czarująca  w  roli  gospodyni.  Pieściła  ojca,  dogadzała 

mu  we wszystkim. Czułość jej cieszyła niezmiernie Coulmanna. 

Nazajutrz po przyjeździe do Drezna Coulmann z Renatą pojechali do 

„Zacisza", by odwiedzić panią Hardenberg. Pola nie wiedziała jeszcze 
o  ich  przyjeździe.  Nie  zastali  jej  w  domu,  miała  jednak  wkrótce 
powrócić z Ewunią ze spaceru. 

Postanowili zaczekać na nią. Coulmann usiadł na wygodnym fotelu w 

narożnej  wnęce  przy  oknie.  Był  to  miły  i  zaciszny  kącik,  ulubione 
miejsce Coulmanna. Tutaj siadywał zawsze, ilekroć odwiedzał panią 
Połę. Otworzył jakąś książkę, by trochę poczytać. 

Renata usiadła przed kominkiem. Wsparła głowę na dłoni i zatonęła 

w smutnej zadumie. Coulmann mógł ją obserwować niepostrzeżenie. 

 

background image

Ze  smutkiem  i  troską  patrzył  na  jej  znużoną,  bladą  twarz.  Co  się 

zrobiło  z  jego  pogodnej  córki?  Jest  jeszcze  piękna,  właściwie 
piękniejsza  niż  dawniej,  ale  na  jak  długo...?  Wkrótce  przekwitnie, 
zestarzeje się... I przez kogo? Przez takiego Jerzego von Rodenfelsa. 

A może ten Jerzy posiada naprawdę większą wartość, niż się zdaje? 

Przecież pani Hardenberg wyraża się o nim z wielkim szacunkiem. Czy 
mówiłaby tak o nim, gdyby na to nie zasługiwał? 

Ach, gdybyż Renata odzyskała dawną pogodę! Coulmann był gotów 

do każdej ofiary, byle by zapewnić dziecku szczęście! 

Renata  siedziała  wciąż  w  milczeniu.  .Myśli  jej  błądziły  w  dali,  w 

jakiejś niezwykłej krainie marzeń. Nagle ktoś nacisnął klamkę. Drzwi 
otworzyły  się,  ktoś  wszedł...  Renata  zerwała  się  z  miejsca  i  niby 
olśniona wlepiła oczy w przybyłego. 

Na progu pokoju stał Jerzy von Rodenfels. 
Ujrzawszy Renatę, zbladł. Oczy jego płonęły, nie odrywał wzroku od 

jej zbolałej twarzy. Oboje patrzyli na siebie, zapomniawszy o całym 
świecie.  Jedno  tylko  pozostało  w  ich  świadomości:  że  kochają  się 
bezgranicznie, niezmiennie i że nic nie zdoła zniszczyć ich miłości. 

Jerzy przestał panować nad sobą. Wyciągnął ku Renacie stęsknione 

ramiona. Krzyknęła cicho i podbiegła ku ukochanemu. Złączyli się w 
uścisku  mocnym,  namiętnym,  rozpaczliwym...  Spragnione  wargi 
zwarły  się  w  płomiennym  pocałunku.  Potęga  ich  miłości,  błoga 
pewność, że serca ich biją dla siebie w dawnej wierności i tęsknocie 
zerwały  wszystkie  zapory.  Po  chwili  jednak  Jerzy  opanował  się. 
Padłszy przed Renatą na kolana, objął ramionami jej postać. Ucałował 
jej ręce, po czym krzyknął w rozpaczy: 

— Renato! Renato! Przebacz! 
Wstał i cofnął się o kilka kroków. Zakrywając twarz rękami, jęknął: 
— Boże miłosierny! Boże! Boże! 
Renata na pół omdlała, oparła się o stolik. Spojrzała  przed  siebie i 

spostrzegła ojca, który stał się świadkiem tej sceny. 

—  Ojcze!  —  wykrzyknęła  głosem  pełnym  rozpaczy.  —  Czyż  nie 

widzisz jak Jerzy mnie kocha? Czy nie widzisz jak cierpi? A ja? Zmiłuj 
się nad nami, ja nie mogę patrzeć na jego ból, ja tego nie przeżyję... 

— Moje biedne dziecko — rzeki Coulmann wzruszony  — uspokój 

się, zaufaj mi, będziesz jeszcze bardzo szczęśliwa! 

 

background image

—  Słyszysz,  Jerzy?  Ojciec  zlituje  się  nad  nami!  Chciał  zapewne 

wypróbować naszą miłość... Będziemy szczęśliwi, czy słyszysz, Jerzy? 

Jerzy milczał. Przyjechał niespodziewanie, bo otrzymał nareszcie list 

pani  Poli i chciał się z nią naradzić. Nie zastał  w domu przyjaciółki, 
zamiast  niej  spotkał  Renatę,  a  to  nagłe  i  niespodziewane  spotkanie 
wytrąciło go z równowagi. 

— Byłem surowy i nieugięty — powiedział Coulmann do Renaty — 

ale  dlatego  tylko,  że  pragnąłem  twego  szczęścia.  Zbłądziłem,  lecz 
naprawię  mój  błąd.  Idź  teraz  do  przyległego  pokoju,  zostaw  mnie  z 
Jerzym,  muszę  z  nim  pomówić.  Odpocznij,  moje  ukochane  dziecko, 
wszystko będzie dobrze. 

Renata posłusznie udała się do małego saloniku. Po jej wyjściu Jerzy 

rzekł ponuro: 

— Po co to wszystko? Po co budzić w niej nowe nadzieje? Coulmann 

zmierzył go badawczym spojrzeniem. 

— Więc pan tak bardzo kocha Renatę, że mógł się pan do tego stopnia 

zapomnieć? 

— Och, ja chyba oszaleję... Nie mówmy jednak o mnie, lecz o niej. 

Jak powiedzieć jej prawdę? 

— Widzę, że pomyliłem się, panie Rodenfels... Pan nie wdał się w 

swego lekkomyślnego ojca... 

—  Niech  pan  nie  wspomina  mego  ojca.  Nie  mogę  o  nim  myśleć, 

przeklinam  jego  pamięć.  Przez  niego  stałem  się  przestępcą, 
pokochałem  własną  siostrę  pożądliwym,  grzesznym  uczuciem,  które 
mnie zabija... Mniejsza o to! Mówmy o Renacie! 

Twarz Coulmanna skurczyła się z bólu. Po chwili rzekł cicho, lecz 

wyraźnie: 

— Panie Rodenfels! Okłamałem pana! To Maria jest pańską siostrą, 

nie Renata! 

— Co? Co takiego? 

— Renata nie jest pańską siostrą! 
—  Boże  drogi!  Jeżeli  to  prawda,  jeżeli...  Panie,  pan  popełnił 

zbrodnię! 

—  Proszę  się  uspokoić!  Niech  pan  mnie  nie  potępia,  nie  znając 

wszystkich okoliczności. Pański ojciec uwiódł i unieszczęśliwił moją 
siostrę, chciałem uchronić moje dziecko przed losem, jaki spotkał 

 

background image

pańską matkę. Nie wierzyłem w pańską miłość, sądziłem, że pan z 

wyrachowania stara się o Renatę, aby ją później zdradzać lub porzucić. 
Dlatego  okłamałem  pana.  Ale  Renata  nie  zapomniała  pana  i  nie 
wierzyła mi. Czuła, że zmusiłem pana do odejścia, choć nie domyślała 
się jakiej użyłem broni. Nic nie zdołało zachwiać jej miłości i wiary! 
Pani Pola męczyła mnie, by wyjawić Renacie prawdę. Lecz wobec niej 
kłamstwo  nie  chciało  mi  przejść  przez  usta.  Jak  to?  Miałem 
powiedzieć,  że  pan  jest  jej  bratem,  miałem  utracić  moje  dziecko? 
Później  ogarnęły  mnie  wątpliwości.  Zacząłem  się  zastanawiać,  czy 
dobrze  postąpiłem,  czy  nie  zaślepiła  mnie  nienawiść...  Od  dawna 
myślałem w jaki sposób naprawić mój błąd, lecz wstydziłem się tego 
kłamstwa.  Dopiero  ta  scena  przed  chwilą,  pozwoliła  mi  wyzbyć  się 
obawy. Pokonaliście mnie waszą miłością. A jeżeli pan pragnie nadal 
zostać  moim  zięciem,  to  nie  mam  nic  przeciwko  temu...  Niech  pan 
idzie do swojej narzeczonej. Niech pan jej powie wszystko, niech pan 
mnie nie oszczędza. Renata jest dobra i szlachetna, ona mi przebaczy. 
Przecież zawiniłem z miłości do niej... 

Jerzy,  pełen  napięcia,  wysłuchał  tej  spowiedzi.  Gdy  Coulmann 

skończył,  pojął  wreszcie  wszystko.  Bez  słowa  podążył  do  saloniku. 
Upadł  na  kolana  przed  krzesłem  Renaty,  objął  ją  i  szepnął  głosem 
drżącym ze szczęścia: 

— Jesteś moja! Moja! Moja! 
Ujęła w obie dłonie jego głowę i w upojeniu spojrzała mu w oczy. 
—  Jerzy,  jedyny,  ukochany  mój!  Nareszcie  przyszedł  kres  naszej 

niedoli! — powiedziała z bezgraniczną tkliwością. 

Coulmann spoglądał na nich wilgotnymi od łez oczami, ciesząc się 

ich  szczęściem.  Potem  zamknął  za  sobą  drzwi  i  powrócił  na  dawne 
miejsce. Tu postanowił zaczekać na Paulinę Hardenberg, aby wyznać 
jej swoją winę. Przestał się już lękać wyznania, bo naprawił swój błąd. 

Pani  Pola  wkrótce  nadeszła,  a  Fryderyk  Coulmann  opowiedział  jej 

wszystko. Mądra, wyrozumiała i szlachetna kobieta nie potępiła go. Ze 
łzami w oczach uścisnęła jego dłoń. 

Długo nie było widać pary narzeczonych. Wreszcie weszli do ojca i 

pani Poli. Renata podbiegła do ojca i rzuciła mu się na szyję. 

— Najdroższy tatusiu! 
— Czy mam prosić o przebaczenie, Renato? 
— Nie, nie, nie! Przecież pragnąłeś mego dobra! 

background image

Pocałowała ojca, potem uściskała serdecznie panią Połę. Coulmann 

wyciągnął rękę do Jerzego: 

—  Mój  synu,  jeżeli  możesz,  to  mi  przebacz!  Jerzy  był  zbyt 

szczęśliwy, aby chować żal w sercu. 

—  Ojciec  mój  skrzywdził  pana  okropnie,  ja  postaram  się  Renacie 

wynagrodzić tę krzywdę i pańskie cierpienie. 

—  Mów  do  mnie  „ty",  pragnę  być  twoim  ojcem,  Jerzy.  I  złóż  jak 

najprędzej podanie o dymisję, nie chcę, by moja Renata musiała wciąż 
lękać  się  o  swego  męża.  Będziesz  zarządzał  Rodenfelsem,  ja 
zamieszkam  z  wami.  Przecież  w  zamku  jest  dosyć  miejsca.  Pragnę 
nareszcie  odpocząć  i  widzieć  wkoło  siebie  ludzi  kochających  się, 
zadowolonych, pogodnych... 

 
Marynia z zarumienionymi policzkami biegała po pokoju. 
— Nie wiem co się stało — rzekła do Bernarda — obiad gotów od 

dawna, kucharka zrzędzi, a Renaty ani ojca nie widać. 

— Niech sobie kucharka zrzędzi, a ja cię najpierw muszę pocałować. 

Zresztą,  uspokój  się,  samochód  zatrzymał  się  przed  domem.  To  na 
pewno oni. 

Wraz z ojcem i Renatą wszedł do pokoju Jerzy. Marynia widząc ich 

rozpromienione twarze, domyśliła się wszystkiego. 

— Reniu! — zawołała. 
— Tak, przyszłam na obiad z moim narzeczonym — rzekła Renata, 

całując ją. 

— Byłam na pana strasznie zła — zwróciła się Marynia do Jerzego. 

— Jak można uciec od takiej kobiety jak Renata! 

Jerzy spojrzał ze wzruszeniem na jej śliczną twarzyczkę. A więc to 

jest jego siostra! Ucałował jej ręce, po czym odpowiedział: 

— Uciekłem, bo nie mogłem jej dostać! Teraz powróciłem, proszę mi 

więc przebaczyć! 

— Chętnie to uczynię, bo zawsze lubiłam pana. A teraz opowiedzcie 

mi wszystko od początku. Jak to się stało? 

Coulmann objął Marynię i zwrócił się do Bernarda: 
— Pamiętasz, że w dniu waszego ślubu powiedziałem ci pewną 
 

background image

tajemnicę. Marynia nie miała się nigdy dowiedzieć prawdy, uważam 

jednak, że i jej należy się wyjaśnienie. Odbieram jej wprawdzie ojca, 
lecz za to zyska brata. 

Bernard przytulił do serca przestraszoną Marynię. 
— Nie lękaj się, kochanie moje! 
Coulmann wyjawił Maryni tajemnicę jej pochodzenia. Zmartwiła się 

trochę i trochę popłakała, lecz Bernard potrafił ją pocieszyć. Uspokoiła 
się wkrótce. 

— Więc ty wiedziałeś o tym? — spytała męża. 
— Wiedziałem tylko, że nie jesteś siostrą Renaty . Tatuś nie wyjawił 

mi nazwiska twego ojca, toteż nie wiedziałem, że pan Jerzy jest twoim 
bratem. 

Wtedy Marynia zerwała się nagle i podbiegła do Jerzego. Rzuciła mu 

się na szyję i ucałowała go: 

— Braciszku! — zawołała śmiejąc się i płacząc zarazem.  — Teraz 

przynajmniej wiem, dlaczego cię zawsze tak bardzo lubiłam. 

Jerzy  nie  zdążył  odpowiedzieć.  Marynia  szybko  podbiegła  do 

Fryderyka Coulmanna i przytuliła się do niego. 

— Pozostaniesz na zawsze moim ukochanym, najdroższym tatusiem! 
Przycisnął Marynię do serca. 
—  Tak,  córeczko,  nie  przestaniesz  nigdy  być  moim  ukochanym 

dzieckiem. 

Dużo jeszcze mówiono na ten temat. Sypały się pytania i wyjaśnienia. 

Śmiano  się  z  radości  i  płakano  z  rozrzewnienia.  Kucharka  długo 
jeszcze gderała, zanim pozwolono jej podać obiad. 

Gdy wniesiono wreszcie zupę, Marynia zerwała się i krzyknęła: 
— Ach, Boże! 
— Co się stało, Maryniu? 
—  Ach,  czyście  już  o  tym  pomyśleli,  że  Ewunia  jest  moją 

siostrzyczką? Renata roześmiała się. 

—  Ma  się'  rozumieć,  Maryniu,  pomyślałam  o  tym.  Za  godzinę 

przyjedzie tu pani Pola z Ewą. Będziemy dziś wszyscy twymi gośćmi... 

Jerzy wystąpił z marynarki. W końcu września odbył się jego ślub z 

Renatą Coulmann. Młoda para miała wyjechać na krótko, gdyż oboje 
uważali, że najlepiej będzie im w Rodenfelsie. 

 

background image

Podczas ślubu ustawiono ten sam ołtarz, co na weselu Maryni. Renata 

wpatrywała się w ten ołtarz promiennym wzrokiem i pełna szczęścia 
słuchała słów: „Co Bóg złączył, tego nie powinni rozłączać ludzie." 

 
KONIEC