background image
background image

Salla Simukka

BIAŁE JAK ŚNIEG

przełożył Sebastian Musielak

background image

16 czerwca

CZWARTEK

background image

1

I’m only happy when it rains.

Shirley  Manson  zapewniała  pulsującym  w  uszach  Lumikki  głosem,  że  słucha  tylko

smutnych  piosenek  i  kocha  wyłącznie  złe  wieści,  a  jej  jedyną  pociechą  jest  czarna  noc.
Z  bezchmurnego  nieba  mocno  przypiekało  słońce.  Temperatura  dochodziła  do  dwudziestu
ośmiu stopni w cieniu i po plecach Lumikki lał się pot. Spocone miała też ramiona i łydki.
Gdyby  dotknęła  językiem  dłoni,  poczułaby  w  ustach  słony  smak.  Rzemienie  sandałów
cisnęły niemiłosiernie. Stopy rwały się na wolność.

Lumikki  przysiadła  na  kamiennym  murku  i  zdjęła  buty.  Podkurczyła  nogi  i  kiwała

palcami. Japońscy turyści dziwnie na nią patrzyli. Co, gołych stóp nie widzieliście, czy co?
Dzień dobry państwu, pochodzę z krainy Muminków. One również chodzą boso.

Posucha. Ani kropli deszczu od pięciu dni.
Jestem  szczęśliwa  tylko,  kiedy  pada.  Lumikki  nie  mogła  zawtórować  Shirley,  bo  by

skłamała. Była szczęśliwa, choć świeciło słońce. I nie tęskniła do komplikacji. Wcale nie
było  jej  dobrze  jedynie  wówczas,  gdy  sprawy  przybierały  zły  obrót.  Shirley,  sama  się
nurzaj  w  tych  mrocznych  klimatach.  Lumikki  wyłączyła  muzykę.  Jej  uszy  natychmiast
wypełnił turystyczny zgiełk.

Włoski, hiszpański, angielski z amerykańskim akcentem, niemiecki, francuski, japoński,

rosyjski... Lumikki nie mogła wyłowić z tej językowej kakofonii pojedynczego słowa, tym
bardziej całego zdania. Tak zresztą było lepiej – oszczędzało jej to biernego uczestnictwa
w  jałowych  rozmowach,  w  których  powtarzano  ciągle  te  same  banały.  Lumikki  dobrze
wiedziała, co mówią w tej chwili wszyscy turyści.

„Co za widok!”
Prawda.  Trudno  zaprzeczyć.  Niesamowita  panorama  Pragi.  Czerwone  dachy,  zielone

drzewa,  wieże  kościołów,  mosty,  mieniąca  się  słońcem  Wełtawa.  Widok,  który  zapierał
Lumikki  dech  w  piersiach.  Była  tu  od  pięciu  dni  i  wciąż  nie  miała  dosyć.  Co  dzień
wchodziła na inny punkt widokowy tylko po to, żeby patrzeć z góry na miasto i napawać się
niewytłumaczalnym szczęściem.

Takie  szczęście  bierze  się  z  poczucia  wolności,  oderwania  i  samotności.  Lumikki

przyjechała  do  Pragi  sama.  Nie  musiała  się  nikomu  spowiadać.  Nikt  do  niej  nie  dzwonił
i  nie  pytał  o  rozkład  dnia.  Nie  miała  żadnych  obowiązków.  O  nadchodzącym  roku
maturalnym  i  ewentualnej  pracy  na  resztę  wakacji  pomyśli  po  powrocie  do  Finlandii.
Tymczasem jest tylko ona, lejący się z nieba żar i miasto, które głęboko oddycha historią.

Szesnasty czerwca. Lumikki ma jeszcze tydzień na zwiedzanie Pragi, a potem wróci do

Finlandii na tradycyjny zjazd rodziny ojca w noc świętojańską, organizowany w tym roku
na wysepce niedaleko Turku. Ojciec był przekonany, że Lumikki przyjedzie, więc nie miała

background image

serca  mu  odmówić.  Zdaje  się,  że  nie  ma  żadnych  planów  na  juhannusa?  Nie  wynajęła  na
ten  weekend  domku  z  koleżankami  i  kolegami  z  klasy.  Czy  pojawił  się  ktoś  wyjątkowy
i Lumikki miała w związku z tym jakieś inne plany?

Nie,  nic  takiego.  Najchętniej  jednak  spędziłaby  juhannusa  sama  na  stancji,  wsłuchując

się  w  ciszę.  Nie  tęskniła  za  przyśpiewkami  przy  wódce,  za  młodymi  ziemniakami  ani  za
śledziem. Nie miała najmniejszej ochoty odgrywać roli grzecznej córuni z dobrego liceum,
bez przerwy się uśmiechać, uczestniczyć w pogawędkach o niczym, udzielać wymijających
odpowiedzi na pytania o przyszłość i o chłopaka, odpychać zbyt gorliwie garnących się do
ściskania przyszywanych wujków.

Rozumiała jednak, że ojciec chciałby ją tam widzieć. Matka również. Lumikki wyszła ze

szpitala zaledwie trzy miesiące temu. Została postrzelona, na szczęście kula tylko drasnęła
udo.  Gorsze  były  odmrożenia,  których  nabawiła  się,  leżąc  nieprzytomnie  w  śniegu.
A wszystko przez to, że przypadkowo nadepnęła na odcisk handlarzom narkotyków, gdy na
prośbę  koleżanki  ze  szkoły,  Elisy,  próbowała  wyjaśnić  powiązania  jej  ojca  i  tajemnicę
podrzuconego  do  ich  ogródka  plastikowego  worka  pełnego  zakrwawionych  banknotów.
Sprawa skorumpowanego policjanta z wydziału antynarkotykowego doprowadziła w końcu
Lumikki  na  ekskluzywne  przyjęcie  człowieka  znanego  jako  Biały  Niedźwiedź.  Tam
dowiedziała się, że pod tym pseudonimem ukrywają się w istocie dwie kobiety, identyczne
bliźniaczki. Lumikki musiała uciekać z przyjęcia, bo rozpoznał ją Borys Sokołow, człowiek
Białego Niedźwiedzia.

Dzięki  jej  zeznaniom  Sokołow  i  ojciec  Elisy  trafili  za  kratki,  jednak  na  Białego

Niedźwiedzia policja nic nie miała. Wszystko to działo się na początku marca, a gdy było
już po wszystkim, Lumikki obiecała sobie, że od teraz nie będzie się już nigdy mieszać do
cudzych  spraw.  Ścigano  ją,  strzelano  do  niej  i  o  mały  włos  nie  przerobiono  na
mrożonkę.Dzięki,  wystarczy.  Dosyć  krwi.  Dosyć  nerwów  i  uciekania  po  ubitym  śniegu
w ślizgających się glanach.

Rodzice  chcieli  na  jakiś  czas  zatrzymać  Lumikki  w  domu,  w  Riihimäki.  Zamierzali

nawet  rozwiązać  umowę  wynajmu  jej  kawalerki,  ale  nie  zgodziła  się  na  to.  Wiosną
roznosiła  gazety,  aby  częściowo  pokryć  czynsz  z  własnej  kieszeni,  czym  przekonała
rodziców do zatrzymania stancji „na wszelki wypadek”. Jednak w pierwszych tygodniach
po  wyjściu  ze  szpitala  mogła  jedynie  zaglądać  tam  od  czasu  do  czasu  –  o  samodzielnym
mieszkaniu  w  Tampere  nie  było  mowy.  Przystała  na  to  i  dojeżdżała  do  szkoły  pociągiem.
Później jednak zaczęła zostawać w kawalerce na Tammeli na noc i stopniowo przewoziła
tam  z  powrotem  swoje  rzeczy,  aż  w  maju  oświadczyła  rodzicom,  że  od  tej  pory  będzie
przyjeżdżać do Riihimäki jedynie w odwiedziny. Koniec tematu. Rodzice nie mieli nic do
powiedzenia.  Nie  mogli  przecież  zatrzymać  w  domu  pełnoletniej  córki.  Lumikki  opłacała
czynsz  ze  swoich  oszczędności  i  niewielkiego  stypendium.  W  wakacje  postanowiła  się
gdzieś  wyrwać.  Zarezerwowała  sobie  tani  lot  do  Pragi,  znalazła  przez  internet  niedrogie
schronisko  młodzieżowe,  spakowała  do  plecaka  jedynie  najpotrzebniejsze  rzeczy
i pojechała.

background image

Ledwie samolot wystartował, Lumikki poczuła wielką ulgę. Chociaż na chwilę wyrwie

się z Finlandii. Uwolni od męczącej nadopiekuńczości rodziców. Od nagłych skoków tętna
na widok każdego mężczyzny w ciemnym ubraniu. Lumikki zmagała się ze strachem przez
całe życie. Nie cierpiała się bać. Gdy wysiadała z samolotu na lotnisku w Pradze, czuła, że
ciężkie jarzmo lęku już nieco zelżało. Że się wyprostowała i pewniej stawia kroki.

Dlatego  była  szczęśliwa.  Dlatego  obróciła  teraz  twarz  do  słońca,  zamknęła  oczy

i  z  uśmiechem  delektowała  się  zapachami  środkowoeuropejskiego  miasta.  Wyciągnęła
z  plecaka  widokówkę  z  mostem  Karola  w  nocnej  iluminacji.  Postanowiła  napisać  kilka
słów do Elisy – a w zasadzie do Jenny, bo po wydarzeniach z marca obie z matką zmieniły
dla  bezpieczeństwa  imiona  i  nazwisko.  W  świecie  narkobiznesu  grało  się  o  bardzo
wysokie  stawki  i  ryzyko  było  ogromne.  Jednak  Lumikki  w  myślach  wciąż  nazywała
koleżankę jej dawnym imieniem.

Elisa  z  matką  przeniosły  się  do  Oulu,  gdzie  Jenna  chodziła  do  szkoły  fryzjerskiej.  Od

czasu  do  czasu  pisała,  co  u  niej  słychać.  Zdecydowała  się  wreszcie  odwiedzić  ojca
w więzieniu i podobno nie było wcale tak źle, jak się obawiała. Czuła, że musi zobaczyć
tatę  i  z  nim  porozmawiać.  W  listach  robiła  na  Lumikki  wrażenie  zaskakująco  spokojnej
i  bardziej  dojrzałej  niż  poprzednio.  Po  wydarzeniach  marcowych  Elisa  musiała  szybko
wydorośleć  i  nauczyć  się  odpowiedzialności.  Przestała  być  królową  imprez  i  córeczką
tatusia,  a  najdziwniejsze  w  tym  wszystkim  było  to,  że  nowa  tożsamość  pasowała  jej
znacznie  lepiej  niż  poprzednia.  Lumikki  była  pewna  podziwu,  że  Elisa  tak  dobrze  się
odnalazła w zupełnie nowej dla siebie rzeczywistości.

W zasadzie to ona sfinansowała wycieczkę Lumikki do Pragi, wysyłając jej tysiąc euro

z tych trzydziestu tysięcy, które znalazła w worku na swojej działce. Lumikki powiedziała
rodzicom, że opłaciła wyjazd z własnych oszczędności. Rzeczywiście je miała, ale dzięki
Elisie  nie  musiała  z  nich  korzystać.  Wolała  jak  najszybciej  wydać  pieniądze,  na  których
była ludzka krew. Choć leżały bezpiecznie pod drugim dnem szuflady, nie dawały Lumikki
spokoju.

Coś  przesłoniło  słońce.  Na  zapach  miasta  nałożył  się  nagle  mocny  aromat  kadzidełka

z nutą konopnego mydła. Lumikki otworzyła oczy. Obok niej stała około dwudziestoletnia
dziewczyna  w  białych  lnianych  spodniach  i  luźnej  bluzie  z  długimi  rękawami  z  tej  samej
tkaniny. Kasztanowe włosy związane w dwa warkocze miała upięte na czubku głowy. Jej
szare  oczy  spoglądały  na  Lumikki  niepewnie.  Dziewczyna  nerwowo  międliła  palcami
pasek pociemniałej ze starości skórzanej torebki.

Lumikki poczuła lekkie rozdrażnienie.
Tak,  to  ta  sama  dziewczyna,  którą  dostrzegała  w  tłumie  turystów  już  od  dwóch  dni

i która przyglądała się jej uważnie, sądząc zapewne, że Lumikki tego nie widzi. Ona jednak
zwróciła na to uwagę, bo dziwnym zbiegiem okoliczności dziewczyna zjawiała się w tych
samych  punktach  widokowych  wtedy,  kiedy  ona.  Wyglądała  na  może  dwa  lata  starszą  od
Lumikki i chyba także zwiedzała miasto w pojedynkę. Znudzona samotnym podróżowaniem
hipsterka,  która  szuka  chętnych  na  pójście  do  parku,  żeby  na  kocu  przy  tanim,  ciepłym

background image

winie rozprawiać o głębokiej współzależności wszystkiego we wszechświecie.

Można i tak, ale Lumikki przyjechała do Pragi akurat po to, żeby pobyć sama. Nie miała

ochoty na zawieranie nowych znajomości.

Dziewczyna  otworzyła  usta,  Lumikki  zaczęła  więc  szybko  układać  w  myślach  zwięzły

i uprzejmy, ale chłodny komunikat, żeby ją spławić. Chłód działa zawsze, bez pudła.

Gdy  jednak  z  ust  hipsterki  padło  kilka  szwedzkich  słów,  Lumikki  dostała  gęsiej  skórki

i poczuła na plecach zimny pot, choć z nieba lał się żar.

– Chyba jestem twoją siostrą.

background image

Jestem twoją krwią. Jestem twoim ciałem. Jesteś moją krwią. Jesteś moim ciałem.

Stanowimy jedną rodzinę. Jesteśmy matkami i ojcami, rodzicami i dziećmi, siostrami

i braćmi, ciotkami i wujami, stryjami i krewnymi. Płynie w nas ta sama krew i ta sama
wiara, mocniejsza niż skała i głębsza niż ocean. Bóg wybrał nas na członków tej samej
rodziny, tej samej świętej społeczności.

Chwyćmy się za ręce. Siostry i bracia, nasz czas niedługo nastąpi. Jezus nas wezwie,

a  my  bez  wahania  przyjmiemy  Jego  wezwanie.  Nie  będziemy  się  bać,  gdyż  nasza  wiara
jest silna.

Nasza  wiara  jest  biała  jak  śnieg.  Jest  czysta  i  jasna.  Nie  ma  w  niej  miejsca  na

zwątpienie. Nasza wiara jest światłem, które swą jasnością oślepi grzeszników. Spali ich
swym żarem.

Jesteśmy  rodziną,  która  będzie  zawsze  trzymać  się  razem.  Jesteśmy  Świętą  Białą

Rodziną i wkrótce Bóg nas wynagrodzi za naszą cierpliwość.

background image

2

Dziewczyna  błądziła  spojrzeniem  po  kawiarnianych  stolikach,  tarasowych  parasolach
i  twarzach  turystów.  Szczupłymi,  białymi  palcami  niespokojnie  gładziła  szklankę  wody
z  lodem,  pozostawiając  smugi  na  oszronionej  powierzchni.  Upiła  zaledwie  mały  łyk.
Lumikki w tym czasie zdążyła opróżnić już dwie pełne szklanki, które były dodatkiem do
jej espresso.

Wybrały  tę  strasznie  drogą  kawiarenkę  dla  turystów  na  zamkowym  dziedzińcu,  bo

w  pobliżu  nie  było  innego  przyjaznego  miejsca.  Lumikki  miała  mętlik  w  głowie.  Nie
wiedziała, jak ubrać w słowa dziesiątki kotłujących się w niej pytań.

– Powinnam chyba spróbować jakoś to wytłumaczyć – dziewczyna niepewnie odezwała

się po szwedzku.

Właśnie tak, raz poproszę.
Lumikki nie powiedziała jednak tego na głos, niech dziewczyna sama się wypowie. Nie

zadawaj pomocniczych pytań – upomniała się w myślach.

– Ja... Czy mogę mówić po angielsku? Mój szwedzki jest trochę... kiepski.
Lumikki  skinęła  głową.  Dziewczyna  mówiła  z  silnym  czeskim  akcentem,  szwedzki  nie

był  jej  językiem  ojczystym.  Na  pewno  jednak  nie  bez  powodu  zdecydowała  się  zaczepić
Lumikki akurat w tym języku.

– Jestem Lenka – przedstawiła się po angielsku. – Mam dwadzieścia lat.
Lumikki  spojrzała  na  palce  dziewczyny,  wciąż  nerwowo  obejmujące  szklankę.  Na

prawym  serdecznym  dostrzegła  ledwo  widoczną  pręgę.  Jakby  po  obrączce  albo
pierścionku.  Lenka  powiedziała  jej,  że  mieszka  w  Pradze  od  urodzenia.  Dzieciństwo
i  okres  dorastania  spędziła  z  matką,  która  zmarła,  gdy  dziewczyna  miała  piętnaście  lat.
Matka zginęła w wypadku. Utopiła się nocą w rzece.

Głos Lenki zmienił się i ucichł. Dziewczyna patrzyła chwilę na katedrę ponad głowami

turystów, po czym dokończyła:

– A potem... ktoś się mną zaopiekował. Mam teraz nową rodzinę.
– Masz męża? – spytała Lumikki.
Lenka pokręciła gwałtownie głową.
– Nie, nie, nic z tych rzeczy. Wzięli mnie do siebie dobrzy ludzie. Wierzysz w dobro?
Dziewczyna zadała pytanie tak nieoczekiwanie i z taką powagą, że Lumikki musiała upić

łyk kawy, zanim mogła odpowiedzieć.

– Są dobre postępki. I dobre intencje. – Lenka spojrzała jej prosto w oczy. Lumikki nie

potrafiła  zinterpretować  tego  wyrazu  twarzy.  Zamyślenie  czy  złość?  Wolałaby,  żeby
dziewczyna zaczęła powoli przechodzić do rzeczy, ale nie chciała jej popędzać.

Jakby czytając w jej myślach, Lenka rzekła:

background image

–  Kiedy  byłam  bardzo  mała,  mama  nie  chciała  mi  opowiedzieć  o  ojcu,  chociaż

pytaniami  doprowadzałam  ją  pewnie  do  szału.  Powtarzała  mi  w  kółko,  że  nie  mam  taty.
Wiedziałam, że to kłamstwo. Każdy ma ojca. W dniu moich dziesiątych urodzin posadziła
mnie  na  krześle  i  sama  opowiedziała  mi  o  nim.  Dowiedziałam  się  wtedy,  że  w  wakacje
przed moim urodzeniem mama poznała pewnego turystę. Mężczyzna był Finem i mówił po
szwedzku. Nazywał się Peter Andersson.

Lumikki  znów  poczuła  na  plecach  zimny  dreszcz,  choć  w  kawiarni  było  gorąco  jak

w  piekarniku.  Bezwiednie  zaczęła  szukać  cech  ojca  w  fizjonomii  Lenki.  Czy  jej  prosty,
wąski nos nie przypomina trochę jego nosa? Ciemne brwi? Zarys podbródka? Przez chwilę
miała wrażenie, że zamiast twarzy Lenki widzi twarz ojca, ale iluzja szybko prysnęła.

–  Podobno  romans  był  namiętny,  ale  krótki.  Mężczyzna  miał  żonę  w  kraju,  ciąża  była

oczywistą  wpadką.  Jednak  gdy  matka  zorientowała  się,  że  będzie  miała  dziecko,
postanowiła  je  urodzić.  Nie  zdecydowała  jednak,  aby  o  swojej  decyzji  poinformować
biologicznego  ojca.  Finowi,  czyli  mojemu  ojcu,  postanowiła  o  tym  nie  mówić.  Pierwsze
moje  zdjęcie  posłała  mu,  gdy  miałam  już  dwa  latka.  –  Lenka  przerwała  na  chwilę,  by
łapczywie  napić  się  kilka  łyków  wody.  Lumikki  miała  wrażenie,  że  krzesło,  na  którym
siedzi,  zaczyna  się  zapadać.  Słyszała  słowa  dziewczyny,  ale  nijak  nie  mogła  uformować
z nich treści. Ojciec miał drugą córkę. Tutaj. A ona starszą siostrę. – Ojciec chciał się ze
mną  spotkać,  ale  matka  się  nie  zgodziła.  Przez  lata  przysyłał  listy,  kartki,  zdjęcia,  drobne
prezenty, pieniądze. Matka nie odpisywała, więc odzywał się coraz rzadziej, aż w końcu w
ogóle przestał pisać. Ale wtedy matka opowiedziała mi tylko o ojcu, a nie o jego listach.
Te  znalazłam  sama,  kiedy  miałam  dwanaście  lat.  Matka  trzymała  je  w  szafie,  w  pudle
z pościelą. Zdążyłam przeglądnąć tylko kilka z nich i obejrzeć parę prezentów, nim matka
weszła do pokoju. Wściekła się na mnie, że bez pytania grzebię w jej rzeczach. Wyrwała
mi  pudło  z  rąk  i  wysypała  całą  zawartość  do  piecyka.  Płakałam  cały  wieczór.  –  Lenka
mówiła bezbarwnym, cichym głosem, ale drżące dłonie zdradzały, że tych kilka zdań sporo
ją  kosztowało.  Zamilkła  na  dłuższą  chwilę,  wyraźnie  nie  wiedząc,  co  po  tym  wszystkim
mogłaby jeszcze powiedzieć.

Obok  nich  siedziała  hałaśliwa  grupka  włoskich  licealistów,  którzy  pili  colę  i  robili

zawody,  kto  najgłośniej  beknie.  Para  Amerykanów  otwarcie  narzekała  na  trudności
z  przeliczeniem  cen  na  dolary  i  ustaleniem,  co  opłaca  się  kupić.  Lumikki  rejestrowała  to
wszystko, ale odgłosy zdawały się dobiegać z oddali, jakby z innego wymiaru. Opowieść
Lenki  jak  zaczarowany  puzzel  wypełniła  nagle  białą  plamę  w  życiorysie  Lumikki.  Od
zawsze bowiem czuła, że rodzice coś przed nią ukrywają. Chodziło o jakąś grubą sprawę,
o  której  w  ich  domu  się  nie  rozmawiało,  choć  czasem  powietrze  w  mieszkaniu  gęstniało
tak,  że  ledwie  dawało  się  oddychać.  Drażliwość  ojca.  Smutne,  zapłakane  oczy  matki.
Rozmowy, które się urywały, kiedy Lumikki wchodziła do pokoju.

Mimo to Lumikki nie potrafiła sobie wyobrazić, aby jej ojciec mógł zrobić coś takiego.

Peter  Andersson  był  mężczyzną  nadzwyczaj  powściągliwym,  zawsze  poprawnym
i opanowanym. Wielu ludzi ma dwa oblicza: oficjalne i domowe, które różnią się od siebie

background image

tym, że to drugie nie boi się okazywać smutku, zmęczenia i złości, serdeczności i euforii.
Lumikki zawsze wydawało się, że ojciec ma wyłącznie jedno, oficjalne oblicze. Wszędzie
zachowywał się tak samo. Jak zakuty w twardy pancerz.

Czy mógłby mieć przed laty namiętny romans? Czy był w ogóle zdolny do odczuwania

namiętności?  Nigdy  słowem  nie  wspomniał,  że  był  w  Pradze.  To  dziwne.  Z  pewnością
chciałby podpowiedzieć córce, gdzie warto pójść i co koniecznie powinna tam zobaczyć.
Lenka  opowiadała  jej  o  Peterze  Anderssonie,  którego  Lumikki  nie  znała.  Na  razie  jednak
nic  jej  jeszcze  nie  odpowiedziała.  Bardzo  możliwe,  że  ojciec  miał  cechy  charakteru,
z  których  jego  córka  w  ogóle  nie  zdawała  sobie  sprawy.  Czy  kiedykolwiek  możemy
powiedzieć, że dobrze poznaliśmy drugiego człowieka? Nawet osobę nam najbliższą?

–  Kiedy  mama  zginęła,  bałam  się,  że  już  nigdy  nie  dowiem  się  niczego  o  swoim  ojcu.

W  końcu  wiedziałam  tylko  tyle,  że  to  jakiś  Peter  Andersson,  który  mieszka  w  Finlandii
i mówi po szwedzku. Nazwisko jest tak powszechne, że w sumie niewiele mogło pomóc.
Aż nagle zobaczyłam ciebie.

–  Ale  skąd  wiedziałaś?  –  Lumikki  nie  mogła  powstrzymać  pytania.  –  Przecież  nigdy

wcześniej się nie spotkałyśmy.

Po raz pierwszy w kącikach ust Lenki pojawił się nikły uśmiech.
–  Zanim  mama  spaliła  wszystkie  listy  i  podarunki  od  ojca,  zdążyłam  zobaczyć  twoje

zdjęcie.  Miałaś  na  nim  osiem  lat.  Na  odwrocie  było  napisane  po  szwedzku:  „Twoja
siostrzyczka  Lumikki”.  Tak  mi  to  zdjęcie  zapadło  w  pamięć,  z  najdrobniejszymi
szczegółami,  że  gdy  tylko  cię  zobaczyłam,  od  razu  wiedziałam,  że  to  ty.  Wyglądałaś
dokładnie  tak,  jak  na  tamtej  fotografii.  Chciałam  się  jednak  upewnić,  więc  dwukrotnie
poszłam za tobą, żeby ci się przyjrzeć. Mam nadzieję, że nie jesteś zła?

Lumikki  pokręciła  głową.  Chciała  tym  ruchem  czemuś  zaprzeczyć,  ale  sama  nie  była

pewna, czemu właściwie.

Wiedziała natomiast, że od tej pory nic już nie będzie jak dawniej.

background image

3

Ten  sam  brązowy  odcień  włosów,  który  skłaniał  się  bardziej  ku  chłodnej  szarości  niż
ciepłemu  kasztanowi.  Lenka  miała  długie  włosy.  Gdyby  rozplotła  upięte  na  głowie
warkocze,  włosy  sięgałyby  jej  na  pewno  do  pośladków.  Lumikki  była  ostrzyżona  na
chłopaka,  czy  raczej  na  Carey  Mulligan.  Tylko  że  z  koloru  włosów  nie  należy  wyciągać
żadnych  wniosków.  Tym  bardziej,  gdy  jest  to  najpowszechniejszy  kolor  włosów  kobiet
w Europie Środkowej.

Szare oczy. U Lenki trochę ciemniejsze niż u niej. Górna warga może podobnie miękko

zaoblona,  gdyby  się  bliżej  przyjrzeć.  Jednak  proporcje  twarzy  były  inne.  Lenka  miała
wyraźnie wyższe czoło, a Lumikki krótszy i mniejszy nos.

Wzrost  –  mniej  więcej  jednakowy.  Lenka  była  może  o  centymetr  wyższa.  Stały  obok

siebie  przed  lustrem  w  kawiarnianej  toalecie  i  przyglądały  się  sobie  dokładnie.  Lenka
trzymała ją za ramię i Lumikki czuła się trochę nieswojo. Nie lubiła dotyku obcych. Zresztą
nawet  pośród  znajomych  strzegła  swojej  prywatnej  przestrzeni  i  tylko  nielicznym
pozwalała  na  zbliżenie  czy  dotyk.  Uścisk  Lenki  był  mocny,  kurczowy.  Cera  była  równie
biała jak palce dłoni. Lumikki zdążyła się już trochę opalić.

Z  wyglądu  mogły  uchodzić  za  siostry.  Ale  wcale  nie  musiały.  Żadna  cecha  nie

wskazywała jednoznacznie na genetyczne pokrewieństwo. Poza tym ani jedna, ani druga nie
była szczególnie podobna do Petera Anderssona.

Lumikki  pochyliła  się  i  obmyła  twarz  i  szyję  zimną  wodą.  Orzeźwiona  poczuła,  że  jej

mózg zaczyna znowu pracować. Lenka puściła jej ramię.

– I co powiesz? – spytała dziewczyna.
Patrzyła  na  Lumikki  z  ciekawością  i  wyczekiwaniem.  Niczym  psiak  żebrzący

o pieszczotę. Lumikki najchętniej nic by nie mówiła. Tego było za dużo. Za dużo nowości.
Za dużo sensacji. Nie zdążyła się jeszcze zastanowić, co dalej. Jak się teraz zachować, co
robić.

A nie znosiła sytuacji, w których nie wiedziała, co robić.
–  Jakby  to  powiedzieć...  Całkiem  sporo  tego,  jak  na  jeden  raz  –  rzekła  w  końcu,

wycierając szyję papierowym ręcznikiem. Za kołnierzyk uciekła strużka wody i spłynęła po
plecach niczym złe przeczucie.

– Wiem. Ja miałam wiele lat na przemyślenie sobie tego wszystkiego. Ty usłyszałaś to

dopiero przed chwilą.

–  Właśnie.  Ojciec  nigdy  nie  wspominał...  Nie  wiedziałam,  że  w  ogóle  istniejesz.

Ojciec...  –  Lenka  znów  położyła  rękę  na  ramieniu  Lumikki.  Pewnie  zinterpretowała  jej
wahanie  jako  wzburzenie.  Częściowo  słusznie,  bardziej  jednak  chodziło  o  to,  że  Lumikki
nie  chciała  jeszcze  ujawniać  zbyt  wielu  szczegółów  ze  swojego  życia.  Najpierw  musi

background image

ustalić prawdę.

Zarówno Lenka, jak i jej opowieść, budziły w Lumikki niejasne podejrzenia, biła z nich

jakaś  nerwowość.  Zbiegi  okoliczności  wydawały  się  tak  niesamowite,  że  aż  niemożliwe.
A  jednak  szczegóły  się  zgadzały...  Lumikki  nie  potrafiła  uspokoić  i  uporządkować
kotłujących się w jej głowie myśli.

– Mogę mieć do ciebie prośbę? Nie mów o tym jeszcze swojemu ojcu. Naszemu ojcu.

Nie  chciałabym,  żeby  znów  dowiadywał  się  o  mnie  przez  osoby  trzecie.  Sama  chcę  mu
towszystko powiedzieć, gdy nadejdzie właściwy czas – oznajmiła Lenka.

Lumikki skinęła głową. Na tę prośbę przystała z łatwością. Mówiąc otwarcie, nawet jej

przez myśl nie przeszło, aby zaraz łapać za komórkę i dzwonić do ojca z pytaniem, czy to
prawda,  że  ma  w  Pradze  drugą  córkę.  W  ich  rodzinie  nie  było  takiego  zwyczaju.
Niewygodne  sprawy  nie  były  poruszane,  omijano  je  szerokim  łukiem,  próbując  dociec
prawdy  w  inny  sposób.  Rodzina  z  tajemnicami.  Byłby  to  pewnie  niezły  temat  na
fascynującą  książkę  dla  młodzieży,  rzeczywistość  jednak  ciążyła  im  niczym  wielki  głaz,
który przygniatał ich wszystkich do ziemi i bardzo utrudniał patrzenie sobie w oczy.

– Jak nauczyłaś się szwedzkiego? – spytała Lumikki, przechodząc na ojczysty język ojca.
Lenka uśmiechnęła się nieśmiało i odpowiedziała po szwedzku:
–  Zabrzmi  to  pewnie  głupio,  ale  gdy  się  dowiedziałam,  że  tata  mówi  po  szwedzku,

zaczęłam się go uczyć z internetu i książek. Oglądałam na YouTube fragmenty szwedzkich
programów dla dzieci i smakowałam niektóre słowa. Wydawały mi się dziwnie znajome.
Smultron. Fånig. Längtan. Pannkaka.  Może  jednak  mamy  w  genach  jakiś  ślad  po  języku
rodziców.

Lumikki postanowiła nie komentować, że podobny pogląd mocno trąci jakimiś czarami

w  stylu  new  age,  które  nie  mają  nic  wspólnego  ani  z  genetyką,  ani  z  psychologią
rozwojową człowieka. W końcu Lenka może sobie wierzyć, w co tylko chce.

Do  toalety  weszła  niemiecka  turystka  i  dziwnie  na  nie  spojrzała.  Z  dworu  dało  się

słyszeć  dźwięk  dzwonów  katedry  świętego  Wita.  Zegar  wybił  pełną  godzinę.  Lenka
zamarła.

– Czy to już druga? – spytała.
Lumikki  skinęła  głową.  W  oczach  Lenki  pojawił  się  niepokój,  palce  znowu  zaczęły

nerwowo  skubać  pasek  torby.  Dziewczyna  w  sekundę  przeistoczyła  się  w  zaszczute
zwierzę.  Wyczuwalne  przed  chwilą  ciepło,  zaczątki  jakiejś  swobody  zniknęły
w okamgnieniu.

– Muszę lecieć – stwierdziła Lenka. – Widzimy się jutro. O dwunastej.
– W tym samym miejscu?
Lenka rozejrzała się nerwowo.
–  Nie.  Nie  tutaj.  To  nie  jest  dobry  pomysł.  Wiesz,  gdzie  jest  Zamek  Wyszehradzki?

Dojedziesz metrem. Tam się spotkamy.

Lumikki  nie  zdążyła  odpowiedzieć,  zaproponować  spotkania  gdzieś  bliżej,  nie  zdążyła

także zapytać, dokąd dziewczynie tak się spieszy. Lenka wybiegła z toalety, pozostawiając

background image

Lumikki samą przed lustrem, wpatrzoną w swoje skonsternowane odbicie.

Kobieta bębniła palcami o blat. Dębowy stół, ledwo miesiąc temu odnowiony, wyrównany
i  wylakierowany.  Spojrzeniem  powiodła  po  ścianach  gabinetu.  Dyplomy,  wyróżnienia,
wycinki z gazet, największe osiągnięcia i punkty zwrotne jej kariery w barwnym pakiecie,
którego pozazdrościłby niejeden. Ale jej to nie wystarczyło. Jej było zawsze mało, jednak
nie mogło być inaczej. Nie w tej branży. Tu konieczny jest nienasycony głód. Tu musi być
wszystkiego  ciągle  więcej  i  więcej:  rozmiarów,  jakości,  grozy,  porywu,  wzruszeń,
wściekłości, sympatii. W tej branży człowiek musi wciąż gonić za nowością. Musi trzymać
rękę  na  pulsie,  a  jeszcze  lepiej  –  wyczuwać  go  wcześniej  i  uderzać  wtedy,  gdy  nikt  się
jeszcze niczego nie spodziewa.

Tu trzeba mieć tematy, o których mówią wszyscy. Tu i teraz. I jeszcze jutro.
Kobieta  chwyciła  komórkę,  zdjęła  obudowę,  wyjęła  kartę  SIM  i  na  jej  miejsce

zamontowała  inną.  Ponownie  włączyła  telefon  i  wybrała  numer.  Nikt  nie  może  się  nigdy
dowiedzieć, że kiedykolwiek pod niego dzwoniła.

Mężczyzna odebrał prawie od razu.
– Już jest gotowy? – spytał.
– Jeszcze nie.
– Pamiętaj, że nie może wiedzieć za dużo.
–  Wiem,  wiem,  pamiętam.  Siedzę  w  tym  fachu  od  tak  dawna,  że  doskonale  znam

wszystkie  reguły.  Im  mniej  będzie  wiedział,  tym  jego  reakcje  będą  bardziej  autentyczne.
A tego właśnie chcemy – autentyczności. Chcemy prawdziwych emocji.

–  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  na  jak  wielkie  niebezpieczeństwo  się  naraża?  Może

zrobić sobie krzywdę, może nawet zginąć.

– Musimy pójść na to ryzyko. Ostatecznie męczeńska śmierć to też nie jest wcale taki zły

scenariusz. Przychodzi mi nawet do głowy jedna stara historia, która wlecze się do dzisiaj
właśnie przez to męczeńskie tło.

Śmiech.
– Akurat mnie nie powinnaś mówić takich rzeczy. Mógłbym się jeszcze obrazić.
– Liczę na twoje poczucie czarnego humoru.
– Poza humorem nie mam nic czarnego. A zatem wszystko idzie zgodnie z planem?
– Tak.
– Dobrze. Muszę kończyć. Bóg z tobą.
Kobieta  odłożyła  telefon,  uśmiechając  się  pod  nosem.  Ona  obejdzie  się  bez  Boga.  Są

jednak tacy, którzy będą go niedługo bardzo potrzebować.

background image

Lud  pragnie  opowieści  bohaterskich.  Lud  chce  widzieć,  słyszeć  i  czytać,  że  dobro
triumfuje  nad  złem,  że  Dawid  powalił  Goliata,  Jezus  –  Szatana,  mali  hobbici  –
wszechmocnego  Saurona.  Lud  chce  mieć  dowód,  że  wielki  bohater  pokona
niepokonanego,  pobije  niepobitego,  uśmierci  nieśmiertelnego.  Lud  pragnie  historii,
w których odważny i prawy bohater dokonuje rzeczy niemożliwych.

Bohater  powinien  budzić  sympatię,  by  łatwo  można  było  się  z  nim  utożsamić.

Powinien  być  jednocześnie  blisko  ludzi  i  trochę  ponad  nimi.  Nie  może  być
wszechpotężny.  Bohater  musi  walczyć,  musi  się  zmagać,  doświadczać  bólu  i  trudności.
Powinien otrzeć się o śmierć i przystąpić do finałowej walki, silniejszy niż kiedykolwiek.
Nie może być również odporny na ciosy – musi mieć słabe punkty, w które będzie mierzył
jego przeciwnik.

Adwersarz jest chyba jeszcze ważniejszy od samego bohatera. Zło. Potężne, niepojęte,

okrutne,  ohydne  ucieleśnienie  zła,  które  niczym  magnes  przyciąga  uwagę  słuchaczy
i  widzów.  Lud  chciałby  doczekać  definitywnego  końca  zła,  a  jednocześnie  jest  nim
zafascynowany. Lud łaknie go do nieprzytomności. I dlatego chce, aby ktoś pokonał zło.
Dlatego chce bohatera.

Jednak  dobra  opowieść  bohaterska  nie  może  się  obejść  bez  ofiar.  Bez  ludzi,  którzy

muszą zginąć, aby ocaleni wydali się jeszcze cenniejsi.

Dopiero śmierć czyni prawdziwą opowieść bohaterską.

background image

16 czerwca

CZWARTEK noc

background image

4

Sufit  wydawał  się  wielką  dziurą.  Ślepił  w  Lumikki  niczym  czarne,  niewidzące  oko.
Dziewczyna nie odwracała wzroku. Była zupełnie rozbudzona.

Przez  cienkie  zasłony  do  pokoju  sączyło  się  żółte  światło  latarni.  W  pobliskim  parku

poszczekiwał  pies.  Była  druga  w  nocy.  Duchota  nie  odpuszczała  nawet  po  zmroku,
prześcieradło  było  mokre  od  potu.  Lumikki  wstała,  żeby  otworzyć  okno.  Dopiero  gdy
mocno szarpnęła za klamkę, wypaczona futryna ustąpiła z trzaskiem. Z dusznym powietrzem
do  pokoju  wtargnął  równomierny  szum  ulicy.  Ktoś  ruszył  z  piskiem  opon.  Wychodząca
z baru ekipa próbowała coś śpiewać. Ich pijacki bełkot przypominał język francuski.

Lumikki wsparła się na parapecie. Choć na zewnątrz było równie parno jak w środku,

delikatny  podmuch  wiatru  osuszył  spoconą  skórę.  Najchętniej  poszłaby  pod  prysznic,  ale
rano  i  tak  będzie  musiała  się  znowu  wykąpać.  Poza  tym  nie  chciała  budzić  innych  gości
schroniska.  Chwilę  rozważała,  czy  czegoś  nie  przekąsić,  zaraz  jednak  odrzuciła  tę  myśl.
Mogła  zjeść  kupione  poprzedniego  dnia  ciastka  francuskie.  Wyglądały  apetycznie,  ale
oblepiały język i podniebienie obrzydliwym tłuszczem.

Lumikki nie wiedziała, czy obudziła ją duchota, czy raczej zły sen. Może jedno i drugie.

Koszmar  mogła  sprowokować  nieprzyjemnie  wilgotna,  klejąca  się  do  ciała  pościel.
Dziewczyna znała ten sen, ale nie śnił się jej od lat. W podstawówce zastąpiły go złe sny
o  jej  prześladowczyniach.  Koszmary,  które  nie  kończyły  się  z  nadejściem  dnia,  lecz
powtarzały wciąż od nowa, aż jawa i sen zlały się ze sobą.

Jednak  ten  koszmar  był  starszy  od  tamtych.  Śnił  jej  się  w  czasach,  gdy  jeszcze  się  nie

bała.

Stoi przed wielkim lustrem. Jest jeszcze mała, ma może ze dwa lata. Z początku widzi

w  lustrze  tylko  siebie  i  swój  ciemny  pokój.  Podnosi  rękę,  jej  odbicie  robi  to  samo.
Uśmiecha  się,  krzywi.  Odbicie  powtarza  każdą  jej  minę.  Aż  nagle  Lumikki  za  swoimi
plecami  widzi  w  lustrze  dziewczynkę.  Trochę  starszą  od  niej  i  bardzo  do  niej  podobną.
Ubrana jest w taką samą białą sukienkę.

Dziewczynka  kładzie  obie  ręce  na  ramionach  Lumikki.  Dłonie  ma  ciepłe,  bezpieczne.

Potem pochyla się i po szwedzku szepcze jej do ucha:

– Będziesz moją siostrą na zawsze, na zawsze, na zawsze...
Lumikki  odwraca  się  do  niej.  Po  jaką  cholerę  zawsze  się  odwraca  w  tym  koszmarze,

choć wie, że nic dobrego z tego nie wyniknie? Do tamtej pory było jej dobrze i czuła się
bezpiecznie. Teraz jednak robi jej się zimno. Za nią nie ma nikogo. Jest w ciemnym pokoju
zupełnie sama. Odwraca się i znowu patrzy w lustro. Dziewczynka stoi za nią. Gładzi ją po
włosach, Lumikki czuje ciepło jej dłoni. Chce ją odtrącić, ale ręka trafia w próżnię.

– Nie chcesz się ze mną bawić? – pyta ze smutkiem dziewczynka z lustra.

background image

Lumikki  kręci  energicznie  głową.  Chce  tylko  jednego:  żeby  ta  druga  zniknęła.  Nie  jest

prawdziwa i Lumikki się boi.

– Będę bardzo smutna – mówi tamta.
I  zaczyna  płakać.  Lumikki  nie  chce  na  to  patrzeć.  Najchętniej  zacisnęłaby  mocno

powieki.  Ale  nie  może,  musi  patrzeć.  Choć  dobrze  wie,  że  nie  chce  widzieć  łez
dziewczynki  z  lustra.  Te  łzy  są  czerwone.  To  ogromne  krople  krwi,  które  spływają
dziewczynce po policzkach  i brodzie, kapią  na białą sukienkę,  plamiąc materiał. Lumikki
wreszcie  odrywa  od  nich  wzrok  i  patrzy  w  dół,  na  swoją  sukienkę,  która  też  nie  jest  już
biała, lecz w całości upstrzona plamami krwi.

Wtedy się budzi. Zawsze w tym samym momencie.
Lumikki  nigdy  nie  odkryła,  jakie  zdarzenie  mogło  zrodzić  ten  koszmar.  Może  kiedyś

przez przypadek zobaczyła fragment horroru? Może starsze dziecko w przedszkolu albo na
podwórku opowiedziało jej jakąś przerażającą historię?

Nie  miała  natomiast  wątpliwości,  dlaczego  koszmar  powrócił  właśnie  teraz.  Po

odpowiedź  nie  musiała  zwracać  się  do  psychoterapeuty.  Odbicie  jej  i  Lenki  w  lustrze.
Informacja, że mają tego samego ojca. Że są siostrami. Podobieństwa były tak uderzające,
że musiałaby być ślepa, aby ich nie widzieć. Lumikki nie przerażało to, że po latach wrócił
tamten koszmar. Przerażała ją myśl, że to może wcale nie był zły sen.

Tylko  że  to  zupełnie  nie  trzymało  się  kupy.  Jeśli  opowiadanie  Lenki  było  prawdziwe,

czego  Lumikki  nie  chciała  jeszcze  przyjąć  do  wiadomości,  to  nigdy  wcześniej  się  nie
spotkały.  Dwuletnia  Lumikki  po  prostu  nie  mogła  zapamiętać  żadnej  sceny  z  siostrą  przy
lustrze.

Lumikki nie wierzyła w prorocze sny. Ciemnota i zabobon.
Musiał to być zatem czysty przypadek. Albo może Lumikki wyłowiła kiedyś z doskonale

wyciszonych  kłótni  rodziców  parę  słów  na  krzyż  i  zbudowała  sobie  z  nich  ulotny  obraz,
który wyobraźnia dziecka przekształciła w plastyczny koszmar. Ta ostatnia hipoteza wydała
się Lumikki najbardziej wiarygodna.

Powoli i głęboko Lumikki wciągała w płuca ciepłe powietrze. Wspomnienie koszmaru

słabło. Nocna Praga pachniała nadziejami i niespełnionymi obietnicami, historią i ulicznym
kurzem. Zapach był zarazem słony i słodki.

Lumikki  nie  zamknęła  okna  i  próbowała  zasnąć  mimo  hałasu.  Zrobiła  krok  w  stronę

łóżka, gdy nagle ktoś zaczął wściekle dobijać się do jej pokoju. Przestraszyła się, że stare
drzwi ustąpią i zaraz ktoś je wyważy.

Była  naga,  więc  szybko  owinęła  się  ściągniętym  z  łóżka  prześcieradłem  i  chwyciła

pierwszy  z  brzegu  przedmiot,  który  jako  tako  nadawał  się  do  obrony.  Niedopita  butelka
wody.  Niezgorszy  rynsztunek  bojowy,  nie  ma  co.  Sprężyła  się  jak  do  skoku,  ze  wzrokiem
utkwionym  w  drzwi.  Otwierały  się  do  środka,  a  to  dawało  jej  pewną  przewagę.  Na
dodatek mogła działać z zaskoczenia. Jeśli intruz zdoła wtargnąć do środka, kopnie z całej
siły drzwi i roztrzaska mu nimi nos.

Trwała  w  bezruchu.  To  potrafiła  najlepiej.  Była  w  tym  mistrzynią.  Ktoś  znowu  zaczął

background image

walić w drzwi, tym razem jeszcze głośniej niż poprzednio, jakby chciał je przebić pięścią
na wylot.

Lumikki  wiedziała,  że  uderzenie  butelką  w  odpowiednie  miejsce  może  przynieść

piorunujący  efekt.  Najpierw  drzwi,  a  potem  butelka.  Miała  strategię  dopiętą  na  ostatni
guzik.

Wtedy  z  korytarza  usłyszała  chrapliwy  rechot  młodych  mężczyzn,  jeden  z  nich  zaczął

głośno fałszować:

– We like to party, party! We like to party! Dalej, gościu! Nie czas teraz na spanie!
Lumikki rozluźniła mięśnie. Ręka z butelką opadła do boku. Rozpoznała sytuację, zanim

zza drzwi dobiegł głos:

– O kurwa! To nie te drzwi! To 208, a nie 206!
Lumikki  powlokła  się  do  łóżka,  a  młodzi  imprezowicze  zaczęli  dobijać  się  do

sąsiedniego  pokoju  i  pod  kolejnymi  drzwiami  śpiewać  zaproszenie  do  wspólnej  zabawy.
Kakofonia  dźwięków  z  ulicy  i  korytarza  podziałała  na  Lumikki  usypiająco.  Zamknęła
powieki i od razu zapadła w głęboki, twardy sen, bez koszmarów.

Mężczyzna  nie  spał.  Często  budził  się  o  świcie,  gdy  pozostali  domownicy  jeszcze  leżeli
w  łóżkach.  Pasterz.  Tak  właśnie  o  nim  myśleli  i  było  w  tym  wiele  racji.  Tworzyli  jego
stadko,  które  wychowywał  i  którego  doglądał  od  dawna,  już  ponad  dwadzieścia  lat.  Był
cierpliwy  i  wyrozumiały.  Wielokrotnie  powtarzał  sobie,  że  jeśli  tylko  zaczeka  na
odpowiedni moment, jego wytrwałość zostanie wynagrodzona.

Mężczyzna  chodził  po  pomieszczeniach  miękko  i  bezszelestnie.  W  pokojach  czuć  było

kurz  i  stęchliznę,  powietrze  było  gęste  od  oddechów  i  snów.  Patrzył  na  spokojne  twarze
śpiących. Ktoś miał rozchylone wargi, kto inny obejmował poduszkę jak ukochaną osobę.
Sprawiali  wrażenie  małych  i  kruchych  istot,  nawet  dorośli  mężczyźni.  Byli  jak  motyle
w  jego  dłoniach.  Miał  nad  nimi  pełną  władzę  –  mógł  ich  wszystkich  rozgnieść,  przekłuć
szpilką i wstawić do gablotki, poobrywać im skrzydła, opalić nad płomieniem albo odciąć
im tlen.

Ich życie było w jego rękach.

background image

17 czerwca

PIĄTEK

background image

5

Jiři Hašek wycisnął do szklanki sok z dwóch pomarańczy i wypił go duszkiem. Jego usta
wypełniły  się  orzeźwiającym,  słodkim  smakiem  i  mężczyzna  niemal  poczuł,  jak  witaminy
przenikają  do  krwi  i  dodają  mu  energii.  Spojrzał  przez  okno  na  budzące  się  przed
porannym  szczytem  miasto.  Taka  temperatura  o  tej  porze  wróżyła  kolejny  skwarny  dzień.
Okrywający  niebo  cienki  woal  chmur  pierzastych  był  jak  welon  na  twarzy  oblubienicy,
który nie zatrzyma bijącego z jej oczu żaru miłości.

Jiři  uśmiechnął  się  pod  nosem  na  myśl,  jak  by  go  ocenił  postronny  obserwator.  Młody

mężczyzna  w  ciemnych,  prostych  spodniach  i  białej  koszuli,  niczego  sobie  brunet
o włosach przyciętych z klasyczną elegancją. Siedzi w kuchni swojej mansardy i pije sok
ze  świeżo  wyciśniętych  pomarańczy.  Jakby  żywcem  wyjęty  z  reklamy.  Ucieleśnienie
sukcesu i energii.

Jiři o mało nie parsknął śmiechem. Miał dopiero dwadzieścia pięć lat. I pracę swoich

marzeń.  Wszystkie  znaki  na  niebie  i  ziemi  wskazywały  na  to,  że  jego  kariera  wchodzi
właśnie w fazę oszałamiającego rozwoju. Jiři był dziennikarzem śledczym i miał otwartą
drogę  na  sam  szczyt.  Niewykluczone,  że  jeszcze  przed  trzydziestką  doczeka  się  własnego
programu telewizyjnego. Nie miał stałej partnerki, nie wynikało to jednak z braku chętnych
kandydatek,  lecz  z  wyboru.  Na  tym  etapie  życia  nie  zamierzał  się  wiązać  z  nikim  na
poważnie.  Chciał  jeszcze  poflirtować,  wyszumieć  się,  nacieszyć  bogactwem  odmiany.
Uspokoi się i ustatkuje może za parę lat, gdy spotka wystarczająco interesującą, seksowną
kobietę.

Jiři  Hašek  żył  tak,  jak  sobie  wymarzył,  czyli  rozkoszował  się  każdą  chwilą  bez

zahamowań i wstydu. Nie do końca był pewny, czy zasłużył sobie na takie życie i na taką
pozycję, nie zamierzał jednak za to przepraszać.

Jako  najmłodszy  z  pięciorga  rodzeństwa  nauczył  się  upominać  o  swoje  i  nie  odrzucać

dobrych  propozycji.  Już  w  podstawówce  uznał,  że  nie  jest  może  najzdolniejszy  w  klasie,
odczuwa  za  to  najsilniejszy  głód  wiedzy  –  i  wie,  skąd  czerpać  akurat  te  najbardziej
potrzebne  informacje.  Niektóre  pomagały  mu  w  życiu,  bo  mogły  komuś  zaszkodzić.
Pewnego  razu,  gdy  Jiři  ostatecznie  upewnił  się  w  swoich  podejrzeniach,  że  historyk
romansuje z matematyczką, wchodząc do pokoju nauczycielskiego w chwili zdecydowanie
niekorzystnej dla nich, za to nadzwyczaj sprzyjającej dla siebie, nie wahał się ani chwili.
Zażądał podniesienia ocen z obu przedmiotów i jego żądanie zostało spełnione.

Właściwe informacje otwierają te drzwi, które zazwyczaj zamknięte są na cztery spusty.

Jiři  bardzo  szybko  zrozumiał,  że  ma  dobrego  nosa  i  potrafi  wyczuć  materiał  na  newsa,
a nawet na pierwsze strony gazet. Postanowił zostać dziennikarzem.

Wrócił  myślami  do  sprawy,  nad  którą  właśnie  pracował.  Po  plecach  przeszedł  mu

background image

dreszcz emocji. Wiedział, że to będzie duża rzecz. Przełom w jego karierze. Jego nazwisko
i twarz ludzie zapamiętają na zawsze.

To  będzie  coś  zupełnie  innego  niż  trochę  już  ograne  i  robione  z  poczucia  obowiązku

reportaże o manifestacjach antyrządowych, o wpływie kryzysu strefy euro na życie szarego
obywatela  i  wzrostu  cen  żywności  na  drobny  handel,  o  błędach  przy  rekonstrukcji
zabytkowych budynków i tym podobnych tematach. Jiři zawsze przygotowywał reportaże,
o  które  go  proszono.  Przykładał  się  do  nich,  był  pomysłowy  i  próbował  przedstawiać
sprawę  z  takiej  perspektywy,  z  jakiej  nikt  jeszcze  na  nią  nie  patrzył.  Jednak  żadne
dotychczasowe  zlecenie  nie  obudziło  w  nim  tak  palącej,  autentycznej  fascynacji,  jak  ten
reportaż.

Szykowała się duża rzecz. Poruszająca, ludzka. Przerażająca i warta nagłośnienia.
Jiři nie udawał świętego i przyznawał otwarcie, że poza głodem wiedzy – i może nawet

bardziej od niego – motywuje go pragnienie bycia docenionym i zauważonym, chęć bycia
bohaterem.  Jiři  nie  należał  do  bezimiennych  tytanów  pracy,  którym  wystarczy,  że  prawda
wyjdzie  na  jaw.  On  musiał  być  widoczny.  Pragnął  całej  chwały  dla  siebie.  Chciał,  żeby
jego  nazwisko  i  twarz  zapadły  ludziom  w  pamięć  nie  mniej  głęboko  niż  ujawniony  przez
niego skandal. Jiři uważał, że prawda i sława nie muszą się wcale wykluczać. Są jak dwie
strony monety. Głoszenie prawdy czyni sławnym. A pragnienie zdobycia sławy doskonale
motywuje do pracy, której celem jest dotarcie do prawdy.

Pierwszy  raz  w  życiu  Jiři  pracował  nad  reportażem,  który  poruszał  naprawdę  ważne

zagadnienia  –  i  właśnie  dlatego  zostanie  dostrzeżony  przez  szeroką  publiczność.  Już  od
paru  miesięcy  ślęczał  nad  księgami  kościelnymi  i  genealogią.  W  kółko  czytał  raporty
policyjne, wyłapując w nich błędy i nowe tropy. Rozmawiał z osobami, które bały się tak
bardzo,  że  za  nic  nie  chciały  pokazać  swojej  twarzy.  Jiři  wiedział,  że  ma  w  rękach
prawdziwą bombę, materiał niezwykle cenny, lecz cholernie niebezpieczny.

„Bosko!”,  mógłby  rzec  ktoś  na  jego  miejscu.  „Wręcz  odwrotnie”,  odpowiedziałby  mu

Jiři. „To robota samego diabła”.

Teraz  musi  podejść  jeszcze  bliżej  jądra  ciemności,  i  to  dosłownie.  Musi  przekonać

pewną osobę, żeby zgodziła się mówić do kamery, jako anonimowa postać o zmienionym
głosie. I jeszcze tylko musi zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Niemiłosierny  upał  nie  odpuszczał.  Parne  powietrze  zwiastowało  deszcz,  może  nawet

burzę, ale nic na niebie nie zapowiadało pogorszenia pogody.

Jiři  przeciągnął  się,  włożył  marynarkę  i  zarzucił  sobie  na  ramię  pachnący  jeszcze

nowością,  stylowy  czarny  plecak,  do  którego  wsadził  cieniutki  laptop  i  tradycyjny  notes.
Wiedział,  że  kajecik  i  długopis  przydają  dziennikarzowi  wiarygodności  w  oczach
niektórych  rozmówców,  tworzą  atmosferę  obopólnego  zaufania.  Takim  osobom  stukający
w klawiaturę dziennikarz wydaje się zbyt odległy. Dlatego tak ważna jest sztuka właściwie
pojętej,  autentycznej  obecności.  Nie  wolno  się  narzucać  i  nadmiernie  emocjonować.
Trzeba umieć spokojnie słuchać. Zadawać właściwe pytania i okazywać zainteresowanie,
ale unikać poufałości.

background image

Sztuka dobrego wywiadu ma wiele wspólnego ze sztuką podrywania kobiet.
Jiři  spostrzegł,  że  nuci  coś  pod  nosem.  Irytująco  zaraźliwa  sieczka  w  wykonaniu

niejakiej Carly Rae Jepsen.

Hey, I just met you. And this is crazy. But here’s my number. So call me, maybe?
Po  ciężkim  dniu  chyba  trzeba  będzie  usiąść  w  ogródku  jakiejś  restauracji.  Przepłukać

gardło  zimnym  piwem,  popatrzeć  na  chichoczące  turystki  i  sprawdzić,  co  zdołałby
z  dziewcząt  wyciągnąć  po  zastosowaniu  odpowiednich  technik  dziennikarskich.  Jiři
obiecał sobie to piwo, jeśli tego dnia robotę nad reportażem pchnie do przodu.

Reguły  budują  poczucie  bezpieczeństwa.  Reguły  budują  dom.  Dzięki  regułom

powszedni  dzień  rodziny  przebiega  bez  zakłóceń.  Bez  reguł  bylibyśmy  jedynie  istotami
zdanymi wyłącznie na łaskę swoich zachcianek, zafascynowanymi mrokiem i chaosem.

Dlatego potrzebujemy reguł. To one chronią nas niczym anioł stróż.
Najważniejsza  reguła  brzmi:  Rodzina  jest  świętością.  Sprawy  rodzinne  są  święte.

Sprawy  rodzinne  nie  powinny  obchodzić  nikogo  poza  jej  członkami.  Dlatego  nie  wolno
o  nich  nikomu  mówić.  Przy  osobach  z  zewnątrz  należy  milczeć.  Pytania  o  wewnętrzne
sprawy rodziny należy zbywać milczeniem.

Wszyscy bowiem wiemy, że jeśli ktoś złamie którąś z najważniejszych naszych zasad,

występując przeciwko świętej rodzinie, nie ominie go kara. Uciszymy każdego, kto będzie
mówił za dużo. Zdławimy słowa, które kalają naszą świętą biel.

Wystarczy,  że  jeden  z  nas  zacznie  mówić,  a  wszyscy  znajdziemy  się

w niebezpieczeństwie.

Wola jednostki nie może być nigdy stawiana ponad wolą rodziny.

background image

6

Lumikki  sądziła,  że  panorama  miasta  w  końcu  się  jej  znudzi  i  przestanie  jej  za  każdym
razem  zapierać  dech  w  piersiach,  ale  się  pomyliła.  Praga  z  tej  wysokości  oferowała
niesamowity  widok.  Zresztą  wszystko  wygląda  piękniej  z  lotu  ptaka,  gdy  wzrok  bez
przeszkód  mknie  po  krajobrazie  aż  po  horyzont.  Lumikki  marzyła,  że  kiedyś  zamieszka
w miejscu, z którego będzie mogła podziwiać całe miasto. Co to będzie za miasto, tego nie
potrafiła  jeszcze  powiedzieć.  Wycieczka  do  Pragi  uzmysłowiła  jej,  że  docelowe  miasto
wcale  nie  musi  leżeć  w  jej  ojczystym  kraju.  Europa  Środkowa  wydawała  się  bardzo
kuszącą  alternatywą.  Tutaj  ulice  oddychają  historią,  inaczej  niż  w  Finlandii.  W  krokach
przechodniów  wybrzmiewa  spokojniejszy  rytm,  łatwiej  tu  zniknąć  w  ludzkiej  masie,
wtopić się w tłum.

Lumikki  uważała  Zamek  Wyszehradzki  za  jedno  z  najpiękniejszych  miejsc  w  całej

Pradze.  Szybko  więc  przestała  złościć  się  na  Lenkę,  która  zaproponowała  spotkanie
właśnie tam. Na wzgórze nie ściągały takie tłumy turystów jak do centrum miasta albo na
Hradczany. Nie docierał tu uliczny zgiełk. Panował spokój, było przyjemnie i świeżo.

Lumikki  usiadła  na  drewnianej,  ciepłej  od  słońca  ławce  i  mocno  wciągnęła  powietrze

w  płuca,  otwierając  się  wszystkimi  zmysłami  na  otoczenie.  Zamknęła  oczy.  Czas  mógłby
się  teraz  zatrzymać,  trochę  sobie  odsapnąć  –  aby  ona  mogła  po  prostu  być,  uchwycona
w  letnim  kadrze,  wolna  od  myśli,  które  mogłyby  zbudzić  tęsknotę  za  innym  miejscem,
innym człowiekiem. Niechby tak godziny przepływały niepostrzeżenie obok siebie, niechby
tak  dzień  przeszedł  w  popołudnie,  a  popołudnie  w  wieczór.  Mogłaby  się  na  chwilę
zdrzemnąć,  by  po  przebudzeniu  znów  mieć  przed  sobą  ten  widok,  którym  jeszcze  się  nie
zmęczyła, odnajdując w nim bez przerwy nowe szczegóły.

Lumikki wyczuła nadejście Lenki, zanim dziewczyna zdążyła się odezwać, zanim jeszcze

usłyszała chrzęst żwiru pod jej stopami. Lumikki rozpoznała tę samą mieszaninę zapachów,
co poprzedniego dnia, tym razem jednak wyczuła coś więcej. Pot? To też, ale w taki upał
pot leje się z człowieka strumieniami i nie ma aż tak mocnego zapachu. To było coś innego.

Od Lenki bił niepokój.
Dziewczyna  usiadła  obok  niej  na  ławce.  Lumikki  nie  otworzyła  oczu,  a  i  Lenka

tymczasem  się  nie  odzywała.  Lumikki  analizowała  swój  wewnętrzny  stan.  Czy  ma
poczucie,  że  siedzi  obok  rodzonej  siostry?  Czy  czuje,  że  łączy  je  jakaś  głęboka,  intymna
więź? Czy siedzenie obok niej w milczeniu przychodzi Lumikki łatwo i naturalnie?

Nie.  Lenka  była  przestraszona  i  zdenerwowana.  Lumikki  również  czuła  się  spięta,

wiedziała jednak, że to jeszcze o niczym nie świadczy. Spotkały się dopiero drugi raz. Poza
tym  Lumikki  nie  wierzyła  w  to,  że  genetyczne  pokrewieństwo  można  wyczuć  zmysłowo.
A dziewczyny były sobie praktycznie obce.

background image

W życiu Lumikki była tylko jedna osoba, która tak szybko wydała się znajoma i bliska,

że ciągle jeszcze nie przestawało jej to dziwić.

– Nie byłam pewna, czy przyjdziesz – odezwała się Lenka.
Lumikki otworzyła oczy. Przez parę sekund raziło ją słońce.
– Przecież wiadomo było, że przyjdę – odrzekła.
Zazwyczaj  Lumikki  broniła  się  przed  mieszaniem  w  nie  swoje  sprawy.  Ta  jednak  była

swoja. I to bardzo.

–  Powinnam  ci  opowiedzieć  o  mojej  obecnej  rodzinie  –  powiedziała  Lenka,  starannie

dobierając  słowa,  jakby  walczyła  ze  wstrętem  albo  bólem,  jak  gdyby  miała  w  ustach
rozżarzone węgle.

Rozglądała  się  przy  tym  jeszcze  częściej  niż  poprzedniego  dnia.  Przypominała

spłoszonego zająca, który tylko czeka, aż dopadnie go lis lub myśliwy. Albo sam wpadnie
w sidła. Oczami wyobraźni Lumikki widziała już, jak pętla zaciska się na łapce zwierzątka
i na białe futerko tryska krew. Przypomniała sobie swój sen. Mimo skwaru zimny dreszcz
przebiegł jej po plecach.

– Dopiero po śmierci matki dowiedziałam się, że miałam w Pradze krewnych. Ona sama

nigdy mi o nich nie wspominała. Nie wiem dlaczego. To dobrzy ludzie.

Znów  te  same  słowa.  „Dobrzy  ludzie”.  Dziwnie  zabrzmiały  w  uszach  Lumikki,  ale  nie

potrafiła rozgryźć, co jej właściwie w nich nie gra.

– Jak ich znalazłaś? – spytała.
Lenka pokręciła głową i uśmiechnęła się nieznacznie.
–  Nie  znalazłam.  To  oni  mnie  znaleźli.  Przyszli  do  mnie  zaraz  następnego  dnia  po

wypadku  i  powiedzieli,  że  się  mną  zaopiekują  i  że  wszystkim  się  zajmą.  I  dotrzymali
słowa. Dopilnowali formalności związanych z pogrzebem matki i całej papierkowej roboty
w urzędach. Zawiadomili człowieka, który wynajmował nam mieszkanie, urząd podatkowy
i wszystkie inne urzędy, o których sama bym nawet nie pomyślała. Nie poradziłabym sobie
bez nich. Uratowali mnie.

Uśmiech Lenki stał się bardziej eteryczny. Dziwnie rozświetlony. Lumikki przeszła przez

głowę myśl, że jest świadkiem jakiegoś ponadnaturalnego zjawiska. Z drugiej strony wcale
nie  wątpiła,  że  po  takich  przeżyciach  człowiek  może  mieć  poczucie  boskiej  interwencji.
Lenka miała wtedy parę lat mniej niż ona teraz. Lumikki próbowała sobie wyobrazić, jak
by  się  czuła,  gdyby  jej  rodzice  nagle  zginęli,  jednocześnie.  A  potem  do  jej  drzwi
zapukałaby  osoba,  która  obiecałaby  wszystkim  się  zająć.  Pewnie  i  ona  by  ją  uwielbiała.
Przynajmniej przez jakiś czas.

– Czy to jakieś małżeństwo? – spytała Lumikki.
Nadal  nie  potrafiła  stwierdzić,  ile  osób  kryje  się  pod  używaną  przez  Lenkę  liczbą

mnogą.

–  Nie,  to...  –  Lenka  urwała  w  pół  zdania,  a  eteryczny  uśmiech  starł  z  jej  twarzy

zaskoczenie  i  przerażenie.  Dziewczyna  patrzyła  ponad  ramieniem  Lumikki,  więc  ta
obróciła 

głowę. 

Dostrzegła 

brodatego 

mężczyznę 

ciemnych 

okularach

background image

przeciwsłonecznych  i  w  białym  lnianym  ubraniu.  Nie  zdążyła  mu  się  jednak  lepiej
przyjrzeć,  bo  Lenka  ujęła  ją  mocno  za  ramię  i  zerwała  się  z  ławki,  pociągając  ją
gwałtownie za sobą.

– Uciekamy! – syknęła jej do ucha i rzuciła się pędem przed siebie.
Lumikki  bez  pytania  pobiegła  za  nią.  Pędziły  brukowaną  uliczką  w  stronę  bazyliki

świętych  Piotra  i  Pawła  w  centrum  fortecy.  Kocie  łby  były  bardzo  zdradliwe,  Lumikki
kilka  razy  o  mało  nie  upadła.  Zerknęła  szybko  za  siebie.  Nikt  ich  nie  gonił.  Lenka  gnała
z  zadziwiającą  szybkością,  jakby  uciekała  nie  pierwszy  raz.  Lumikki  z  trudem  za  nią
nadążała.

Pod kościołem dziewczyna wreszcie się zatrzymała i dopiero wtedy Lumikki udało się

ją dogonić. Lenka dyszała z wysiłku, z jej oczu wyzierał paniczny strach.

– To na pewno nie był on... – wysapała. – On pobiegłby za nami. Pewnie ktoś inny. Te

ciemne okulary i w ogóle. Trudno powiedzieć.

Lumikki była zupełnie zdezorientowana.
–  Fajnie  byłoby  wiedzieć  przed  kolejnym  treningiem  interwałowym,  o  co  w  tym

wszystkim chodzi – rzekła.

Lenka wytarła pot z czoła.
–  W  końcu  nie  ma  w  tym  nic  złego.  Nie  chciałam  tylko,  żeby  się  dowiedział  w  taki

sposób... Bo może trudno byłoby mu zrozumieć. Ale to nie był on, więc... – Lenka mówiła
pod  nosem,  chyba  sama  do  siebie.  Lumikki  czuła  się  sfrustrowana.  Nie  nadążała  za  tą
huśtawką nastrojów.

– Co ty bredzisz? – spytała dziewczynę nieco obcesowo.
Podziałało. Lenka otrząsnęła się, powracając do rzeczywistości.
–  Chyba  najlepiej  będzie,  jak  poznam  cię  z  rodziną.  Otwartość  to  najwłaściwsze

rozwiązanie. Oni będą wiedzieli, co robić.

Lumikki wcale się nie spodobał wydźwięk tych słów.

background image

7

W oślepiających promieniach czerwcowego słońca stał ponury drewniany dom. Sprawiał
wrażenie pogrążonego w głębokim śnie. Stary, dwupiętrowy budynek z doczepioną wieżą.
Zaskakująco podobny do makiety domu Muminków autorstwa Tuulikki Pietili. Nie do tego
prostego  ze  stożkowatym  dachem,  znanego  z  japońskich  bajek  czy  Muminkowego  Świata
w  Naantali,  tylko  do  kanciastej,  labiryntowej  bryły  z  wypustkami,  którą  Lumikki  wprost
uwielbiała  oglądać,  gdy  w  dzieciństwie  odwiedzała  przylegające  do  biblioteki  głównej
w Tampere muzeum Muminków.

Jeśli  jednak  tajemniczy  dom  Muminków  pobudzał  dziecięcą  fantazję  zaskakującymi

zakamarkami  i  obiecywał  przygodę,  dom  rodziny  Lenki  miał  w  sobie  dziwną  posępność.
Zapewne  częściowo  było  to  spowodowane  złym  stanem  budynku:  łuszcząca  się  farba,
zardzewiałe  rynny,  pozapadane  balkony  i  nieumyte,  popękane  tu  i  ówdzie  okna.
W Finlandii tego typu domy po prostu przeznaczano do rozbiórki. Ściany, oblepione po sam
dach zachłannym, zdziczałym bluszczem, kiedyś prawdopodobnie były kremowobiałe, ale
teraz  pokrywała  je  nierówna  szarość.  Obejście  również  nie  było  zadbane.  Trawę  co
prawda  krótko  przycięto,  ale  była  wyblakła  i  miejscami  zupełnie  skarlała.  Jedynym
elementem mogącym pretendować do miana ozdoby były białe róże przy domu, choć część
z nich straciła już płatki, a kilka żałośnie spuściło główki. Za budynkiem stał dziwny mały
domek z cegły. Lumikki nie potrafiła sobie wyobrazić, jaką funkcję mógł pełnić. Za wąski
na narzędzia gospodarcze, na wychodek także nie wyglądał.

Dom  i  obejście  absolutnie  nie  zachęcały  do  wkroczenia  na  teren  posesji.  Wrażenie  to

potęgowało  solidne,  żeliwne  ogrodzenie,  które  mierzyło  przybysza  groźnym  spojrzeniem
z  wysoka.  Ostre  iglice  mówiły  wyraźnie:  „Nawet  nie  próbuj”.  Duża,  ciężka  furtka  była
zamknięta.

Dom rzeczywiście leżał dość daleko od centrum Pragi. Najpierw jechały metrem, potem

autobusem, a na koniec musiały jeszcze podejść spory kawałek na piechotę. Budynek stał
na  uboczu.  Sąsiednie  działki  nie  były  zabudowane.  Lenka  spojrzała  na  Lumikki
z wahaniem.

– Wierzysz, że jestem twoją siostrą? – spytała.
Lumikki się zmieszała.
–  Nie  wiem  –  odrzekła  uczciwie.  –  Wszystko,  co  mi  powiedziałaś,  brzmi

prawdopodobnie i wiele tłumaczy, ale...

–  Nie  możesz  pójść  na  spotkanie  z  rodziną,  jeżeli  nie  wierzysz.  –  Lenka  przerwała  jej

bezceremonialnie w pół słowa.

A to niby co za heca? Czyżby Lumikki wlokła się taki kawał drogi na próżno?
–  Mamy  taką  regułę,  że  przez  tę  furtkę  mogą  przechodzić  jedynie  nasi  krewni  –

background image

wyjaśniła Lenka. – Od tej reguły nie ma wyjątków.

Dziewczyna  patrzyła  teraz  na  Lumikki  z  zaskakującą  stanowczością,  jakby  odnalazła

nagle gdzieś zagubioną pewność siebie. Jak gdyby bliskość domu dodała jej sił: trochę się
wyprostowała i mówiła spokojniej.

Lumikki  ważyła  w  myślach  odpowiedź.  Nie  mogła  powiedzieć,  że  stuprocentowo

wierzy w historię Lenki. Za dużo tego było jak na jeden raz. Poza tym Lumikki słyszała już
w  życiu  tyle  bardzo  wiarygodnie  brzmiących  kłamstw,  że  stała  się  podejrzliwa.
Doświadczenie  nauczyło  ją,  że  każdy,  kto  dziś  z  serdecznym  uśmiechem  zapewnia
o wielkiej przyjaźni, jutro może plunąć w twarz.

Dręczące ją w podstawówce koleżanki z klasy nieraz jej mówiły, że jeśli zrobi to, co jej

każą,  przestaną  ją  bić  i  poniżać.  Ale  nigdy  nie  przestały.  Wciągały  nawet  w  swoje
rozgrywki inne osoby z klasy i przekupstwem namawiały je do okłamywania Lumikki. Że
jutro  nie  będzie  wuefu  albo  że  wzywa  ją  do  siebie  dyrektorka  szkoły.  Poczucie
upokorzenia,  gdy  Lumikki  zdawała  sobie  sprawę,  że  została  nabita  w  butelkę,  głęboko
zapadło jej w pamięć.

Nie wierz w nic, czego nie jesteś pewna na sto procent.
Okna  domu  wpatrywały  się  w  Lumikki  jak  zamglone  oczy.  Dotknęła  żeliwnej  furtki,

która  nagrzała  się  w  słońcu  i  nieprzyjemnie  parzyła.  Lumikki  czuła,  że  jeszcze  nigdy  nie
była bliżej rozwiązania tajemnicy swojej rodziny. Czy jeśli teraz przyzna, że nie do końca
wierzy Lence, na zawsze straci szansę na poznanie prawdy?

– Sama... – zaczęła.
Urwała jednak, bo w oknie na pierwszym piętrze pojawił się jakiś mężczyzna i spojrzał

na nie. Mógł mieć koło pięćdziesiątki, był szczupły i drobnej budowy ciała. Czoło znaczyły
głębokie bruzdy, a ciemne oczy patrzyły przenikliwie i gniewnie. Lumikki bezwiednie się
wzdrygnęła.  Teraz  i  Lenka  uniosła  głowę.  Mężczyzna  szybko  zniknął.  Czeszka  wyjęła
z kieszeni klucz do furtki i ważyła go w dłoni. Czekała na odpowiedź Lumikki.

Wtedy  drzwi  domu  otworzyły  się  gwałtownie  i  wymaszerowała  z  nich  energiczna,  na

oko sześćdziesięcioletnia kobieta w takim samym białym, lnianym stroju, jaki miała Lenka.
Prosta, długa spódnica i koszula z długimi rękawami. Siwe włosy upięte w schludny kok.
Już od progu zaczęła podniesionym głosem mówić coś po czesku. Z jej oczu wyzierała ta
sama  złość,  z  jaką  patrzył  na  nie  mężczyzna  w  oknie.  Z  tonu  odpowiedzi  Lenki  Lumikki
zrozumiała,  że  dziewczyna  próbuje  się  bronić,  że  się  tłumaczy.  Dziewczyna  chwyciła  ją
mocno za rękę i uniosła ich złączone dłonie, jak gdyby chciała zasygnalizować kobiecie, że
łączą  je  więzy  krwi.  Lumikki  najchętniej  wyrwałaby  rękę  z  uścisku  Lenki.  Nie  znosiła
sytuacji, w których stawała się przedmiotem sporu.

Kobieta nie ustępowała. Mówiła coraz głośniej. Otworzyła furtkę i szarpnęła Lenkę za

ramię tak mocno, że dziewczyna krzyknęła z bólu i puściła Lumikki.

– Nie możesz dzisiaj wejść – zdążyła jeszcze szepnąć.
Lumikki  sama  to  doskonale  pojęła.  Nie  przyjęto  jej  chłodno.  Przyjęto  ją  w  ten  upalny

dzień po prostu lodowato.

background image

Kobieta  ponownie  pociągnęła  Lenkę  i  zatrzasnęła  furtkę  przed  samym  nosem  Lumikki.

Następnie  odegnała  ją  ruchem  dłoni  i  syknęła  jakieś  słowo,  które  zabrzmiało  jak  zbitka
spółgłosek. Nie trzeba było aż tak się trudzić. Lumikki doskonale wiedziała, kiedy nie jest
mile widziana. Lenka zwiesiła głowę i potulnie szła za kobietą, która ciągnęła ją do domu,
trzymając  za  ramię  w  żelaznym  uścisku.  Czeszka  wyglądała  jak  mała  dziewczynka,  która
wie,  że  bura  to  dopiero  początek  i  za  chwilę  czeka  ją  jeszcze  surowsza  kara.  Nie
odwróciła się nawet. Lumikki aż się wzdrygnęła. Cała ta scena wydawała jej się strasznie
dziwna. Dorosła kobieta w mgnieniu oka pokornieje jak cielę i nie protestuje, choć została
potraktowana jak nastolatka. Co prawda Lumikki zdążyła już wcześniej spostrzec, że pod
wieloma  względami  Lenka  odbiega  od  stereotypu  dwudziestolatki,  niemniej  tak
bezwzględne posłuszeństwo musiało być wynikiem nadużywania przemocy w tym domu.

Lumikki  nie  mogła  ścierpieć  widoku  poniżonego  człowieka.  Przed  oczami  od  razu

pojawiały jej się czerwone plamy.

–  Jutro  o  siedemnastej  w  ogrodzie  przy  zamku!  –  krzyknęła  Lumikki  po  szwedzku,

z wielką nadzieją, że starsza kobieta nie okaże się nagle skandynawistką. Lenka już się nie
odwróciła,  ale  trochę  wyprostowała  plecy.  A  więc  usłyszała.  Gdy  drzwi  zatrzasnęły  się
z  hukiem  za  kobietą  i  Lenką,  Lumikki  jeszcze  raz  obrzuciła  dom  spojrzeniem.  Pierwsze
wrażenie tylko się ugruntowało. Lumikki postanowiła, że zanim wyjedzie z Pragi, przejdzie
przez furtkę ogrodzenia i przekroczy próg tego domu, aby poznać jego tajemnice.

background image

18 czerwca

SOBOTA nad ranem

background image

8

Lumikki  poczuła  na  ramionach  obejmujące  ją  od  tyłu  dłonie.  Nie  drgnęła,  nawet  nie
jęknęła. To była ich zabawa, którą nazwali „jakby cię nie było”. Zabawa polegała na tym,
aby  jak  najdłużej  zachować  bierność,  wytrzymać  bez  odwracania  się,  bez  wydawania
żadnego  dźwięku.  Można  było  poddać  się  ruchom  dłoni,  ale  samemu  nie  wykazywać
inicjatywy. Dopóki nie dało się już dłużej zachować bierności.

Ciepłe  ręce  gładziły  jej  barki.  Zsuwały  się  powoli  na  ramiona  i  znów  przesuwały

w górę. Lumikki czuła ciepło wędrujące po jej ciele razem z dłońmi. Teraz przesunęły się
na  odsłoniętą  szyję  i  delikatnie  ją  pieściły.  Lumikki  odczuwała  na  przemian  fale  zimna
i  gorąca.  Najchętniej  odwróciłaby  się  już  teraz,  ale  zmusiła  się  do  bezruchu.  Dreszcze
przeszły  w  palące  strumienie,  gdy  wargi  musnęły  jej  kark.  Miała  już  na  ustach  tęskne
westchnienie, ale stłumiła je, zaciskając zęby.

Dłonie  zsuwały  się  teraz  po  bokach,  ale  wargi  wciąż  spoczywały  na  szyi  z  bolesną

lekkością  piórka.  Dłonie  niespodziewanie  zanurkowały  pod  bluzkę  i  znieruchomiały  na
chwilę na brzuchu Lumikki, jakby zastanawiały się nad dalszą marszrutą.

Jeszcze, poprosiłaby najchętniej Lumikki. W górę albo w dół. Nieważne, byle jeszcze.
Po  chwili  bezruchu  dłonie  ruszyły  w  górę,  dotykając  nagich  piersi  Lumikki.

Jednocześnie poczuła na karku najpierw delikatne, a potem trochę mocniejsze szczypnięcia
warg.  Musiała  się  teraz  bardzo  pilnować,  żeby  nie  przerwać  zabawy.  Ale  nie  chciała  się
jeszcze  poddawać.  Wiedziała,  że  im  dłużej  wytrzyma,  tym  bardziej  podniecająca  będzie
nagroda.

Dłonie powiodły najpierw po konturze piersi, a potem objęły je całe i zaczęły ugniatać,

mocno  i  zachłannie.  Palce  dotknęły  sutków,  których  twardość  wyraźnie  zdradzała
podniecenie Lumikki. Usta zsunęły się z karku i całowały, ssały i szczypały teraz bok szyi.
Lumikki  czuła,  że  zmieniła  się  w  czyste,  upłynnione  pożądanie,  które  paruje  i  pulsuje
światłem.

Dłonie  się  rozdzieliły  i  gdy  jedna  pozostała  na  piersi,  a  druga  spłynęła  w  dół  przez

brzuch i wsunęła się pod majtki pomiędzy uda, Lumikki wymknął się w końcu jęk rozkoszy.
Przegrała.

Jak rozkoszna i cudowna była to przegrana.

Lumikki  obudziła  się  zlana  potem.  Była  cała  mokra,  wszędzie.  Spojrzała  na  zegarek,
pokazywał  trzecią  nad  ranem.  Odrzuciła  wilgotną  kołdrę  na  bok.  Niewiele  to  pomogło.
Parne nocne powietrze i gorąca atmosfera snu trzymały ją mocno w swoich objęciach.

Dlaczego to się nie kończy? Dlaczego nie odchodzi w zapomnienie?
Lumikki nie narzekała na pogodę. Upał to upał. Nic się na to nie poradzi. Ale dlaczego

background image

wspomnienia  wciąż  nie  odpuszczają?  Dlaczego  prześladują  ją  te  sny?  Dlaczego  nadal
wzdycha  z  tęsknoty,  choć  to  zupełnie  bezcelowe?  Minął  już  przecież  rok,  a  wszystko
rozegrało  się  w  wakacje.  Czy  wspomnienia  jednego  lata  nie  powinny  już  dawno
wyblaknąć? Stać się choćby trochę mniej natrętne, łatwiejsze do zniesienia?

Jednak gdy zrobiło się cieplej i do drzwi zapukało lato, wszystko się pogorszyło. Ciepło

rozbudziło  ciało,  odżyła  pamięć  skóry.  Muśnięcie  wiatru  na  nagim  ramieniu  było  jak
pieszczota,  a  słońce  jak  spojrzenie  ukochanej  osoby.  Rozbudzone  latem  ciało  tęskniło  za
dotykiem, który rok wcześniej był na wyciągnięcie ręki, niczym chleb powszedni.

Tęsknota  to  uczucie,  z  którym  niełatwo  ułożyć  sobie  życie.  Tęsknota  nie  pyta  o  zgodę,

nie dba o czas i miejsce. Jest nieskromna i zaborcza, wymagająca i samolubna. Mąci myśli
lub  nazbyt  je  rozjaśnia,  wyostrza  do  przesady.  Tęsknota  żąda  bezwarunkowej  kapitulacji.
Lumikki próbowała z nią walczyć, jednak przegrała. Nie chciała tęsknić, ale tęskniła. Nie
chciała pamiętać, ale jej sny i ciało pamiętały za nią. Pamiętały bez przerwy.

Ta pamięć miała wymiar fizyczny. Zamroczenie. Kamień w żołądku. Potrzeba owinięcia

się ramionami w łóżku, bo nie miała przy sobie tego kogoś, kto mógłby to zrobić. Miałatę
pamięć  w  opuszkach,  które  pragnęły  gładzić,  dotykać,  pieścić.  Pod  jej  wpływem  palce
stawały się niespokojne, zaczynały bawić się suwakiem płaszcza albo ściągaczem kaptura,
obracać  w  dłoni  drobne  przedmioty.  Zęby  przygryzały  dolną  wargę,  która  pękała
i  krwawiła.  Lumikki  wiedziała,  że  zachowuje  się  głupio.  Wiedziała,  że  tęskni  na  próżno,
zupełnie na próżno.

Tęsknię za krajem, którego nie ma.

1

Właśnie tak. Lumikki tęskniła za czymś, czego nie było, za miejscami bez prawa wstępu.

Tęskniła za człowiekiem, który nie chciał być jej. Który twierdził, że nie może być jej. Za
człowiekiem,  który  odszedł  z  jej  życia,  jak  wychodzi  się  z  mieszkania,  nie  oglądając  się
nawet za siebie. Po co tęsknić za czymś, czego nie ma? Lumikki wciąż pragnęła bliskości,
ufności  i  dzielenia  się  sobą,  chociaż  powinna  już  w  pełni  zdawać  sobie  sprawę,  że
człowiek, za którym tak tęskni, nie może jej tego dać – i chyba nigdy nie mógł.

Ona tylko tak myślała. Tak sobie wyobrażała. Chciała, żeby tak właśnie było.

Liekki. Tak jej odpowiedział, gdy spytała go o imię. „Płomień”.

– Wszyscy mnie tak nazywają.
– Wszyscy?
– Wszyscy.
A  zatem  kwestia  imienia  została  wyjaśniona.  Liekki  pasował  do  niego  lepiej  niż

prawdziwe imię. O którym trudno zresztą powiedzieć cokolwiek pewnego. Bo i ta sprawa
nie  była  ani  taka  prosta,  ani  jednoznaczna.  Liekki  był  rzeczywiście  jak  płomień.  Jaśniał
i  gorzał,  zawsze  w  ruchu,  wiecznie  rozchwiany,  bezustannie  zmieniał  postać,  rozgrzewał
i palił. Nie można było oderwać od niego wzroku, choć wyczuwało się w nim potencjalne
zagrożenie.

background image

–  Tylko  mi  nie  mów,  że  masz  jakiś  ekstremalnie  osobisty  i  niepowtarzalny  tatuaż

płomienia albo ognia. – Lumikki próbowała wziąć go pod włos na ich pierwszej randce.

– Gorzej.
– Nie mów.
– No, mówię ci. Kazałem sobie wytatuować prawdziwy deszcz ognistych kul.
Liekki  uważnie  wpatrywał  się  w  Lumikki  znad  filiżanki  z  kawą.  Spojrzenie

lodowatobłękitnych oczu było tak intensywne, że poczuła, jak się czerwieni, choć nie miała
ku temu żadnych powodów. Czy raczej – żadnych innych poza tym, że zaczęła się właśnie
zastanawiać, gdzie też te ogniste tatuaże mogą się znajdować, skoro nigdzie ich nie widać
na  odkrytych  częściach  ciała.  Koszula  odsłaniała  ramiona,  tam  ich  nie  było.  Więc  na
plecach, na brzuchu...

Liekki uśmiechnął się szeroko, ale nic nie powiedział.
– Co znowu? – Lumikki nie mogła powstrzymać pytania.
– Twoja mina.
Poczuła, że czerwieni się jeszcze bardziej. Nic nie mogła na to poradzić, choć okropnie

ją to wkurzało.

Liekki niemal położył się na stole i pochylił głowę. Lumikki spojrzała na jego kark i od

razu zrozumiała.

– Bliźnięta – stwierdziła.
Liekki wyprostował się i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Skąd wiesz?
– To mój ulubiony gwiazdozbiór – odpowiedziała.
Po tych słowach oboje zamilkli. Jak gdyby poczuli nagle delikatny dotyk przeznaczenia

i  usłyszeli  głos  oznajmiający,  że  właśnie  dzieje  się  coś  wyjątkowego,  coś  szczególnego.
I  nie  chodziło  wyłącznie  o  to,  że  nic  o  sobie  nie  wiedząc,  oboje  zamówili  dużą  czarną
kawę  czy  upodobali  sobie  czerwone  tenisówki  i  tę  samą  konstelację.  Już  wtedy  Lumikki
przeczuwała, że Liekki może być człowiekiem, z którym będzie rozumieć się bez słów.

Pierwszy taki ktoś w jej życiu.
Przeczucie jej nie zawiodło.
Praktycznie z marszu zaliczyli wszystkie zwyczajowe etapy zapoznania i od razu przeszli

do tak głębokiej i intensywnej relacji, że Lumikki aż zaparło dech w piersiach. Gdyby tylko
miała  na  to  czas,  z  pewnością  by  spanikowała.  Ale  nie  zdążyła.  Sprawy  rozegrały  się
błyskawicznie.  Liekki  skruszył  jej  mur  obronny  w  mgnieniu  oka.  Miała  wrażenie,  że
zmiotła go jakaś eksplozja. Czuła się przy Liekkim zupełnie naga i bezbronna, a każdy jego
gest  czy  słowo  docierało  do  niej  z  siłą  pocisku,  który  natychmiast  wnikał  w  nią  głęboko
i eksplodował fajerwerkiem radości, ciepła i światła. Nigdy wcześniej nie doświadczyła
niczego podobnego. Niczego tak zdumiewającego, porażającego i irytującego.

Wiedzieli  o  sobie  rzeczy,  których  jeszcze  nie  zdążyli  sobie  powiedzieć.  Wiedzieli

bezwiednie. Odgadywali ulubione potrawy. Potrafili wymienić ulubione książki. Wiedzieli,
co wywołuje łzy  radości i smutku.  Wypowiadali jednocześnie te  same słowa, uzupełniali

background image

zdania, myśleli o tym samym, słyszeli tę samą piosenkę. Nadawali na tych samych falach,
choć Lumikki wcześniej nie wierzyła, że to możliwe. I dlatego widziała w tym coś niemal
nadnaturalnego. Cud.

A przecież nie było to wcale aż takie nadprzyrodzone, myślała teraz. Po prostu podczas

pierwszego  spotkania  rozpoznali  w  sobie  głębokie  podobieństwa  charakterów  –
i pozwolili im się przyciągnąć. Z mimiki, gestów i stanów duszy wyciągali wnioski, które
wtedy  nie  dawały  się  jeszcze  zapisać  werbalnie  w  pamięci,  lecz  wypalały  im  się
w  świadomości,  pogłębiając  tę  podskórną  wiedzę  o  drugiej  osobie.  Wszystko,  czego
w życiu doświadczyli – wszystko, co widzieli, słyszeli, czuli, czytali, smakowali i wąchali
–  pozostawiało  w  nich  ślad,  odkładało  się  warstwami  pod  skórą.  Właśnie  dzięki  niej
dostrzegali w sobie podobieństwa, wyczuwali jedność i głębię relacji. Gdy człowiekowi
przydarzy się coś takiego, nie ma już ucieczki. Wpada jak śliwka w kompot.

Tak  myślała  Lumikki.  I  już  nawet  nie  próbowała  się  zasłaniać.  Otworzyła  się  przed

Liekkim. Dopuściła go do siebie, aby ogrzał ją swoim żarem. Miała świadomość, że może
się sparzyć, ale zaryzykowała. Bez chwili wahania.

Z  początku  sądziła,  że  najwięcej  problemów  w  tym  związku  będzie  jej  przysparzać

bliskość fizyczna. Przemoc, której doświadczała przez całą niemal podstawówkę, utrwaliła
w  niej  lęk  przed  dotykiem.  Brzydziła  się  go  wręcz  i  nie  cierpiała  obcych  w  swojej
prywatnej  przestrzeni.  Znajomych  zresztą  też  nie  znosiła  za  dobrze.  Chciała  sama
decydować  o  tym,  kiedy  i  jak  można  ją  dotykać.  Sama  nadzwyczaj  rzadko  odczuwała
potrzebę, aby kogoś dotknąć. Dlatego bała się, że nie będzie w stanie z nikim się spotykać,
nikogo  pokochać  –  bo  perspektywa  dopuszczenia  kogoś  do  siebie,  choćby  na  krótki
pocałunek, wcale nie była kusząca.

Gdy jednak dystans emocjonalny z Liekkim praktycznie w jednej chwili zniknął, dystans

fizyczny  Lumikki  szybko  zaczęła  odczuwać  jako  nieznośny  ciężar.  Szokowało  ją,  że
pragnienie  bycia  blisko  drugiego  człowieka,  przylgnięcia  do  niego,  może  być  tak
niepohamowane.  Trzeci  raz  spotkali  się  u  Lumikki  i  znowu  pili  kawę,  co  będą  robić
jeszcze  tyle  razy  później,  siedząc  przy  stole  w  kuchni  i  wesoło  gawędząc.  Zanim  zdążą
dopić  kawę,  będzie  już  całkiem  zimna.  To  właśnie  podczas  trzeciego  spotkania  Lumikki
musiała  mocno  skupić  się  na  trzymaniu  swojego  kubka,  żeby  nie  wyciągnąć  ręki  i  nie
dotknąć ramienia Liekkiego, nie pogładzić go po policzku, nie wsunąć dłoni w jego krótkie
ciemnoblond włosy. Niemal zagryzała zęby na brzegu kubka, choć najchętniej wpiłaby się
ustami  w  usta  chłopaka.  Nigdy  wcześniej  nie  doświadczyła  podobnych  emocji.  Puls
osiągał absurdalne wartości. Starała się nie zdradzić, że w środku cała dygocze.

Usiłowała  kontynuować  swobodną  pogawędkę,  jak  gdyby  nigdy  nic.  W  pewnym

momencie zdała sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia, o czym on mówi. Myślała już
wyłącznie  o  tym,  żeby  go  pocałować.  Ująć  za  brodę  czule,  ale  zdecydowanie,  wejrzeć
głęboko  w  te  jego  lodowatobłękitne  oczy  i  pocałować.  Lumikki  jeszcze  nigdy  nikogo  nie
całowała,  teraz  jednak  potrzeba  była  tak  silna,  że  dziewczyna  nie  zastanawiała  się  nawet
nad technikami i czy w ogóle umiałaby je zastosować.

background image

Jej uczucie nie miało nic wspólnego z techniką. Paliło ją żywym ogniem.
Liekki  nagle  poczerwieniał.  Poczochrał  się  po  włosach  i  uśmiechnął  po  chłopięcemu,

jak  to  on.  Tego  było  za  wiele.  Odstawiła  kubek  na  stół.  Kawa  w  naczyniu  zachybotała
i  kilka  kropel  rozlało  się  na  blat.  Chwilę  później  byli  już  wczepieni  w  siebie,  najpierw
niezdarnie  na  krześle,  potem  na  stojąco.  Krzesło  przewróciło  się  z  rumorem.  Lumikki
przylgnęła  do  Liekkiego  dosłownie  każdym  kawałkiem  ciała.  Ich  usta  zlały  się  w  jedno.
Palili  się  nawzajem  swoim  żarem.  Ich  dłonie  szukały  nowych  miejsc  dotyku,  nowych
punktów pieszczoty.

To się po prostu stało. Lumikki znalazła się w samym centrum wydarzeń, brała w nich

udział, a zarazem stała gdzieś z boku. Nie kontrolowała ani swoich ruchów, ani pragnienia.
Nie  potrafiła  zmusić  się  do  nabrania  dystansu.  Nie  byłaby  w  stanie  oderwać  się  od
Liekkiego,  choćby  świat  nagle  eksplodował.  Tak  się  jednak  nie  stało.  To  Lumikki
eksplodowała od środka.

Spieszyło  im  się,  a  jednocześnie  czas  się  dla  nich  zatrzymał.  Wiedzieli  bez  słów,  jak

daleko  chcą  się  posunąć.  Nie  mogli  się  sobą  nasycić,  a  jednocześnie  potrafili  zostawić
część  siebie  na  później.  Odłożyć  trochę  doświadczeń  na  następny  raz.  I  kolejną  część  na
kolejny  raz.  Wyruszyli  na  ekspedycję  bez  map  i  kompasu,  ponieważ  nie  chcieli,  by
odkrycia skończyły się za wcześnie. Wszystko ma swój czas.

Gdy  leżeli  potem  obok  siebie  na  materacu  i  łapali  oddech,  Lumikki  pomyślała,  że  ta

podróż dopiero się zaczyna. I że to cudowne – nie wiedzieć, dokąd ich zaprowadzi.

Później  uznała  to  za  wielką  niesprawiedliwość  losu.  Że  nie  dane  im  było  dokończyć

wspólnej podróży. Lumikki była przekonana, że mogli sobie jeszcze tak wiele pokazać, tyle
się nawzajem nauczyć, a jeszcze więcej razem przeżyć.

background image

9

Oczywiście  Lumikki  wiedziała.  Od  samego  początku.  Już  od  pierwszego  spotkania,  gdy
zatonęła  w  jego  lodowatobłękitnych  oczach  na  niezręcznie  długą  chwilę.  Nie  potrafiła
jednak  wskazać  żadnej  cechy,  która  by  o  tym  świadczyła.  Zaoblenie  podbródka?  Mocno
umięśnione,  choć  niezbyt  szerokie  barki?  Głęboki  i  przyjemny,  lecz  niezbyt  niski  głos?
Piękne, szczupłe palce? Przesadnie swobodny, chłopięcy sposób chodzenia?

Nic  nie  wskazywało  na  to  wprost.  Liekki  rzeczywiście  wyglądał  na  chłopaka.  Był

chłopakiem.

Ale  nie  do  końca.  Jeszcze  nie.  Jego  fizyczność  zmierzała  ku  pełnej  zgodności

z wnętrzem. Lumikki wiedziała to od razu. I nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Liekki
był dla niej od pierwszego wejrzenia Liekkim, a nie chłopakiem czy kimś, kto właśnie się
nim staje. Nie był żadną formą pośrednią, był po prostu sobą – człowiekiem w całej pełni.

Między  innymi  dlatego  tak  się  zdziwiła,  gdy  z  trudem  dobierając  słowa,  Liekki  zaczął

jej o tym opowiadać. Chciała wtedy, żeby nic nie mówił, bo przecież nie ma się z czego
tłumaczyć, nie było tu żadnej tajemnicy, nie musiał się jej do niczego przyznawać. Słowa
„transseksualny”,  „zmiana  płci”  czy  „operacja”  brzmiały  w  jej  uszach  obco.  Nie  dlatego,
że  ją  przerażały  czy  brzydziły,  nie  w  tym  rzecz.  Ich  źródło  było  po  prostu  poza  nimi,
w  określeniach  wymyślonych  przez  innych  ludzi,  w  ich  potrzebie  szufladkowania
i diagnozowania, określania granic i przyczepiania etykietek.

Dla  Lumikki  Liekki  był  Liekkim.  I  jednocześnie  Laurą,  uśmiechniętą  od  ucha  do  ucha

siedmiolatką  ze  zdjęć,  które  Lumikki  znalazła  w  domku  letniskowym  rodziców  Liekkiego
ubiegłego lata, gdy byli tam cały tydzień tylko we dwoje.

Na widok tych fotografii Liekki się zezłościł.
– Możesz je gdzieś schować? Nie jest mi wcale fajnie, kiedy sobie przypomnę, jak mi

na siłę zaplatali te kretyńskie kitki. Nie cierpiałem ich. Chciałem mieć krótkie włosy.

– Ślicznie wyglądasz na tych zdjęciach.
– Akurat. Równie naturalnie jak kanapowy pudelek z kokardką na głowie. Poniżające.
Lumikki schowała fotografie. Mimo to zapadły jej w pamięć i dlatego Liekki był dla niej

również siedmioletnią Laurą z rozjaśniającym buzię szerokim uśmiechem.

I tak samo był dla niej Laurim, bo tak oficjalnie miało zmienić się jego imię po operacji.

Te trzy osoby bez trudu mieściły się w jednej, bez żadnego konfliktu. Lumikki nie widziała
w tym nic dziwnego, nie było to dla niej ani niezręczne, ani problematyczne. Dla Liekkiego
jednak sprawa nie była aż tak prosta.

– Już od dziecka czułem, że coś jest ze mną nie w porządku. Że mam nie takie imię, nie

takie rzeczy i że w ogóle wyglądam nie tak. Zachowuję się nie tak. Albo że ludzie patrzą na
mnie i coś tam sobie o mnie myślą, a ja wcale nie czuję się taki, za jakiego mnie biorą.

background image

– Przecież nie musisz się przejmować tym, co myślą inni.
– Wiadomość z ostatniej chwili, Lumikki: Tak się składa, że na tym świecie są także inni

ludzie.  I  jakoś  trzeba  z  nimi  żyć.  Pracować.  Przestawać.  Mieszkać.  A  nie  wszyscy  są  tak
wspaniałomyślni jak ty. Sądziłem, że to wiesz. Kto jak kto, ale ty na pewno.

Liekki odwrócił wzrok. Z napiętych mięśni szczęki Lumikki odczytała, że zacisnął zęby.

Uznała,  że  poruszanie  w  tej  dyskusji  problemu  przemocy,  jakiej  doświadczała
w podstawówce, byłoby trochę nietaktowne. Poza tym tam nigdy nie chodziło o zbyt ciasne
spojrzenie na świat czy brak tolerancji. Nie miało znaczenia, co Lumikki powiedziała czy
zrobiła  –  jej  prześladowczyniom  nigdy  nic  się  nie  podobało.  Padła  ofiarą  ich  okrutnego
kaprysu,  a  przemoc  była  po  prostu  przemocą,  pragnieniem  zrobienia  krzywdy  drugiemu
człowiekowi, złamania jego woli.

Ich rozmowy na te tematy przeradzały się w polemiki, a polemiki w kłótnie. Schemat był

zawsze taki sam. Liekki twierdził, że Lumikki go nie rozumie albo że podchodzi do sprawy
zbyt obojętnie, że patrzy na niego z góry. Ona zapewniała go, że zawsze będzie przy nim, by
go wspierać bez względu na wszystko. On jednak uważał, że Lumikki nigdy nie pojmie tego
piekła bólu, cierpienia i pustki, przez które musiał przejść.

– Twoje ciało było zawsze twoje, zupełnie naturalnie. Nie musiałaś się z nim zmagać –

upierał się Liekki.

Lumikki  przyznawała,  że  tak  rzeczywiście  mogło  być.  Tylko  dlaczego  miałoby  to

uniemożliwić im bycie razem?

–  Prawdopodobnie  tuż  po  operacji  będę  naprawdę  wkurwiającym  gościem.  Mówiąc

szczerze, nie wiem nawet, czy będę w stanie sam siebie znieść. Wiem jednak na pewno, że
nie dam rady dźwigać jeszcze na swoich barkach odpowiedzialności za szczęście i dobre
samopoczucie  drugiego  człowieka.  Lepiej,  żebym  był  sam.  Niepotrzebnie  bym  cię  tylko
ranił.

Jej kontrargumenty na nic się nie zdały. Lumikki szybko to zrozumiała. Liekki podjął już

decyzję, dokonał wyboru. I wybrał życie bez niej.

Lumikki  przekręciła  się  w  łóżku  na  brzuch  i  uderzyła  pięścią  w  schroniskową  poduszkę,
która  straciła  kształt  i  miękkość  już  całe  wieki  temu.  Z  mrocznych  zakamarków  umysłu
dziewczyny  znów  zaczęły  wypełzać  czarne  myśli,  choć  sądziła,  że  poupychała  je  tam
głęboko i zrobiła z nimi porządek raz na zawsze.

Gdzie jest teraz Liekki? Z kim? Czy ma już nową dziewczynę, której pozwala leżeć nago

na pomoście przy domku, z dala od spojrzeń sąsiadów? Do której się podkrada, kładzie jej
delikatnie  swoją  miękką,  ale  silną  dłoń  na  brzuchu  i  patrzy,  jak  dziewczyna  najpierw  się
uśmiecha, nie otwierając oczu, potem zaczyna powoli przygryzać dolną wargę i oddychać
coraz szybciej? Choć Liekki tylko trzyma dłoń na jej gładkim brzuchu.

Czy  właśnie  teraz  ta  inna  sprawia,  że  Liekki  się  śmieje?  Zapala  w  jego

lodowatobłękitnych  oczach  błysk,  tę  skondensowaną  w  świetle  radość?  Lumikki  ciężko

background image

było wytrzymać tę myśl. Nie mogła jej znieść, to było niemożliwe. Darła jej wnętrzności
i powodowała paskudny niesmak w ustach. Lumikki zdawała sobie sprawę, jak absurdalne
są jej emocje, ale i tak nie mogła nic na nie poradzić.

To  ją  męczyło  najbardziej.  Że  odczuwa  zazdrość  o  człowieka,  który  wykluczył  ją  ze

swojego  życia.  Że  szaleje  z  zazdrości  o  Liekkiego,  choć  nawet  nie  wie  na  pewno,  czy
w jego życiu w ogóle jest ktoś inny. Właśnie ta niepewność była najgorsza. Gdyby Lumikki
nie  miała  wątpliwości,  mogłaby  być  zła,  rozgoryczona  czy  nawet  smutna,  a  tak  może
jedynie przewracać się w łóżku z boku na bok, walić pięścią w poduszkę i myśleć ciągle,
że może jeszcze kiedyś...

Potrafiła  wyobrazić  sobie  najgorszy  scenariusz.  Najpiękniejszą  dziewczynę  pod

słońcem,  której  żadna  nie  dorówna  w  płynności  ruchów,  przenikliwości  i  sposobie
argumentowania  ani  opowiadania  zabawnych  historii.  I  która  aż  tak  zawróci  Liekkiemu
w  głowie,  że  ze  szczęścia,  pragnienia  i  miłości  nawet  nie  będzie  pamiętał,  że  był  kiedyś
z inną.

Lumikki  wiedziała,  że  zupełnie  na  próżno  zadręcza  się  myślami  i  wyobrażeniami.  Do

rana  czerń  wyblaknie,  pozostawiając  po  sobie  bezbarwną,  żenującą  pustkę.  Nie  miała
pojęcia, po co w ogóle traci czas na roztrząsanie tak bezsensownych kwestii. Postanowiła,
że nie będzie już nigdy zazdrosna o osobę, która przestała być częścią jej życia.

A  jednak  wiedziała,  że  przyjdą  jeszcze  takie  noce,  kiedy  nic  nie  zatrzyma  lawiny

czarnych myśli, która spadnie jej na głowę i bez reszty pochłonie.

Ostatni  raz  spotkali  się  w  parku  Näsinkallio.  Zwiastujący  jesienne  chłody  wiatr  targał
korony  drzew.  Część  liści  już  pożółkła.  O  skalisty  brzeg  Särkänniemi  uderzały  spienione
fale.

„Mamy wietrzne lato”.
Słowa  Birka  z  Ronji,  córki  zbójnika  kotłowały  się  w  głowie  Lumikki.  Lato  nie  było

wietrzne.  Lato  dogasało.  Zbliżało  się  ku  końcowi.  Wiatr  targał  także  włosy  Liekkiego,
czochrał  je  na  wszystkie  strony.  Lumikki  uświadomiła  sobie  z  bólem,  że  nie  może  już
wyciągnąć ręki i poprawić mu włosów. Odebrano jej prawo do dotykania. Pomiędzy nimi
był  już  dystans  zimniejszy  od  skały,  na  której  siedzieli,  i  większy  od  jeziora,  na  które
patrzyli. Lumikki nie miała na to żadnego wpływu. Nie umiała zniwelować tego dystansu.
Nie potrafiła ogrzać Liekkiego tym ciepłem, które wciąż dla niego miała. Chłopak zamknął
się na nią. Nie przyjmował już nawet jej spojrzenia.

Na  tym  ostatnim  spotkaniu  zamienili  nawet  kilka  słów,  jednak  Lumikki  najlepiej

zapamiętała  wspólne  milczenie.  Nie  było  to  dobre,  spokojne  milczenie,  w  którym  dwoje
ludzi  czuje  się  bezpiecznie.  A  było  i  takich  milczeń  między  nimi  niemało.  To  ostatnie
milczenie jednak było puste i głuche, miażdżyło płuca. Niemym krzykiem wołało o słowa,
żądało zapełnienia tej lodowatej próżni, ale wtedy nie było to już możliwe.

Zużyli już wszystkie słowa. Przejedli. Niewypowiedziane obietnice, które związały ich

background image

ze sobą, nie doczekały się spełnienia.

Tamtego  dnia  Liekki  niespodziewanie  wyciągnął  rękę  i  ujął  Lumikki  za  dłoń.

Bezwiednie  się  wzdrygnęła.  Z  palców  rozbiegły  się  przez  ramię  miliony  impulsów
elektrycznych  do  każdej  cząstki  jej  ciała.  Najwięcej  do  podbrzusza.  Cholera.  Dlaczego
Liekki  miał  tak  wielką  władzę  nad  nią,  nad  jej  emocjami?  Automatycznie  zamknęła  oczy
i  wypowiedziała  w  myślach  życzenie,  aby  Liekki  zrobił  to,  co  dawniej.  Aby  uniósł  jej
dłoń, obrócił wnętrzem ku górze i przywarł do niej ustami czule i namiętnie. Nic tak szybko
i skutecznie nie wprawiało Lumikki w totalne pomieszanie.

Nie zrobił tego. Poczuła za to na skórze dotyk metalu. Liekki zacisnął jej palce w pięść

i  cofnął  rękę.  Rozwarła  dłoń  i  otworzyła  oczy.  Srebrna  broszka  ze  zjawiskowo  pięknym,
zwiniętym w kłębek smokiem.

–  To  dla  ciebie.  Każdy  powinien  mieć  własnego,  osobistego  smoka  –  wyjaśnił  cicho

Liekki.

Do  oczu  Lumikki  napłynęły  łzy.  Nie  odezwała  się.  Nie  była  w  stanie  wypowiedzieć

słowa. Nawet nie podziękowała.

Ciągle  miała  tę  broszkę.  Tylko  nigdy  nie  mogła  się  przemóc,  aby  na  nią  spojrzeć.

A  przecież  pamiętała  każdy  jej  szczegół,  nawet  jej  ciężar,  delikatne  smocze  łuski
i metaliczny chłód, który stopniowo topniał w jej ciepłej dłoni.

Jej własny, osobisty smok.
Tylko na co jej smok, skoro w jej życiu brakuje ognia?

background image

18 czerwca

SOBOTA

background image

10

Nie  ma  przyjemnych  sekt.  Do  takiego  wniosku  doszedł  Jiři  Hašek  w  trakcie  swojego
długiego  dochodzenia,  spędziwszy  wiele  bezsennych  nocy  na  lekturze  sprawozdań,
raportów,  relacji  świadków,  autobiografii  i  forów  dyskusyjnych  w  sieci.  Każda  sekta  ma
w sobie coś szemranego i niepokojącego. Wyjątkiem nie są nawet te, które opowiadają się
za  miłością,  kwiatkami,  kosmatymi  zwierzątkami  i  pokojem  na  świecie.  Podobno.  Jednak
kulisy zawsze coś skrywają: żądzę władzy, nadużycia seksualne, narkotyki, niebezpieczne
rytuały, co najmniej osobliwe zwyczaje żywieniowe czy niehigieniczny tryb życia.

Jiři  poznał  charakterystyczne  cechy  potencjalnie  groźnej  sekty  czy  związku

wyznaniowego:  czarno-biały  ogląd  świata  z  guru  w  centrum  oraz  izolowanie  się  od
społeczeństwa.  Niewiele  sekt  daje  sobie  radę  bez  silnego,  charyzmatycznego  przywódcy
i  sztywnych  podziałów  na  dobre  i  złe,  słuszne  i  niesłuszne.  Właśnie  owa  pewność
posiadania monopolu na prawdę jest największym spoiwem sekty, gdyż ugruntowuje w jej
członkach  przekonanie,  że  czeka  ich  lepsza  przyszłość  –  czy  to  po  śmierci,  czy  to,  na
przykład, na innej planecie. Wybrani. Wyjątkowi. Ci, którzy nie trafią do piekła.

Zbierając materiały do swojego reportażu, Jiři przestudiował między innymi działalność

sekty  Heaven’s  Gate,  która  łączyła  chrześcijaństwo  z  wiarą  w  UFO.  Założył  ją  w  latach
siedemdziesiątych i kierował nią Marshall Applewhite. Członkowie sekty nazywali siebie
braćmi i siostrami, wynajmowali duży dom w Kalifornii, który był ich „klasztorem”, i nie
utrzymywali prawie żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym. Po tym, jak Applewhite
kazał się wykastrować, pięciu mężczyzn poszło w jego ślady. Członkowie sekty wierzyli,
że istoty pozaziemskie zagwarantują im spokojne życie na innej planecie.

Nic w tym złego. Niech sobie ludziska wierzą, w co chcą, i robią ze swoimi narządami,

co  im  się  podoba.  Jednak  historia  sekty  miała  tragiczny  finał,  bo  Applewhite  wmówił
swoim wyznawcom, że za kometą Hale’a-Boppa leci statek kosmiczny, który zabierze ich
dusze.  Pod  wpływem  Applewhite’a  w  ciągu  trzech  dni  marca  1997  roku  niemal
czterdziestu członków sekty popełniło samobójstwo.

Niestety  Heaven’s  Gate  nie  była  wcale  niechlubnym  wyjątkiem.  Jonestown,  Gałąź

Dawidowa,  Ordre  du  Temple  Solaire...  Przyjazne  nazwy  o  pięknym  niekiedy  brzmieniu,
jednak historie tych sekt kończyły się zawsze tragedią i śmiercią. Były też grupy, którym nie
wystarczało  mordowanie  własnych  członków,  szukały  więc  ofiar  na  zewnątrz.  W  1995
roku  sekta  o  nazwie  Aum  –  Najwyższa  Prawda  –  zaplanowała  i  przeprowadziła  atak
gazowy w tokijskim metrze. Zginęło wówczas dwanaście osób, a tysiące odniosło rany.

Im  więcej  informacji  Jiři  zdobywał  o  sektach  religijnych,  tym  większą  napawały  go

odrazą. Gdyby zdołał pokrzyżować plany choćby jednej z nich, jego praca nie poszłaby na
marne.

background image

Patrzył na siedzącego przed sobą mężczyznę i próbował zgadnąć, kiedy ten stracił wiarę

w  swoją  sektę  i  postanowił  złamać  regułę  milczenia.  Facet  przywodził  na  myśl
zabiedzonego, bitego codziennie kundla. Był chudy i zgarbiony, przez co jego wątłe barki
wydawały  się  jeszcze  węższe  niż  w  rzeczywistości.  Ciemne  oczy  bezustannie  lustrowały
siedzących  w  kawiarni  ludzi,  Jiři  nie  mógł  uchwycić  jego  spojrzenia  na  dłużej  niż  dwie
sekundy.  Mężczyzna  wyglądał  na  pięćdziesiąt  lat,  choć  prawdopodobnie  miał  dopiero
czterdzieści kilka. Czy ten człowiek kiedyś rzeczywiście sądził, że jest wybrańcem Boga?
Musiał. Inaczej nie zostałby w sekcie tyle lat.

Opowiedział mu o sobie bardzo niewiele. Oczywiście nie przedstawił się i Jiři wcale

tego  nie  oczekiwał.  Dziennikarz  dostał  cynk  od  szefowej,  że  być  może  zdoła  nakłonić
mężczyznę do anonimowego wywiadu przed kamerą. Kobieta nie zdradziła, w jaki sposób
zdobyła namiary na tego człowieka, a Jiři nie pytał. Nauczył się już, że lepiej nie zadawać
zbyt  wielu  pytań.  Kiedy  podają  ci  na  złotej  tacy  świadka  o  zasadniczym  znaczeniu  dla
twojego reportażu, to nie zaczynasz się dopytywać, skąd się facet wziął, tylko robisz z nim
wywiad. Nadarza ci się okazja – łap ją i nie wnikaj. Tak brzmiała życiowa dewiza Jiřiego.

–  Czyli  nikt  mnie  nie  rozpozna?  –  Już  nie  wiadomo  po  raz  który  chciał  wiedzieć

mężczyzna.

Jiři stłumił w sobie prychnięcie i wyjaśnił cierpliwie:
– Właśnie taka jest zasada wywiadu anonimowego. Będziesz siedział tyłem do kamery,

możemy nawet rozmazać twoje kontury, żeby nikt cię nie rozpoznał, albo założysz na głowę
duży kaptur. Zniekształcimy też twój głos.

Siedzieli  w  mrocznym  kąciku  narożnej  kafejki.  Dłonie  mężczyzny  szukały  oparcia.  To

składał je nerwowo jak do modlitwy, to znów rozłączał, pocierał lewym kciukiem grzbiet
prawej  dłoni,  skubał  paznokcie.  Jiři  zauważył,  że  są  zupełnie  suche.  Pewnie  w  sekcie
obowiązywał zakaz stosowania zbytecznych kosmetyków, takich jak krem do rąk.

– Jest nas w sumie dwadzieścia osób. Mieszkamy poza centrum, na obrzeżach miasta –

rzekł cicho mężczyzna.

– Gdzie dokładnie? – spytał Jiři.
Chudy potrząsnął energicznie głową.
– Nie mogę powiedzieć.
Na  razie,  pomyślał  Jiři.  Był  jednak  przekonany,  że  jego  rozmówca  nabierze  do  niego

zaufania, a wtedy sam poda mu adres. Na tym etapie jednak lepiej za bardzo nie naciskać
i zmienić temat.

– Od dawna z nimi jesteś?
–  Od  samego  początku.  Dwadzieścia  lat.  Z  początku  było  nas  niewielu,  ale  potem

stopniowo odnajdywaliśmy nowych członków rodziny.

– Z czego się utrzymujecie? Chodzicie do pracy?
– Część pracuje. Wszystkie nasze zarobki są wspólne i wykorzystywane dla dobra całej

rodziny. Nikt nie dostaje więcej od pozostałych. Wchodząc do rodziny, oddaliśmy jej cały
swój majątek.

background image

– Czyli taki komunizm? – podsumował Jiři, chcąc trochę rozładować atmosferę.
Mężczyzna spojrzał na niego przeciągle i poważnie. Żart nie trafił na podatny grunt.
– Żyjemy ascetycznie. Potrzeby mamy niewielkie. Dobra doczesne to próżność i zbytek.

– W głosie mężczyzny zabrzmiały jednocześnie smutek i duma. Jak gdyby właśnie dotarło
do niego, że najlepsze lata swojego życia zmarnował w nieludzkich warunkach bytowych,
choć nadal uważał, że swego czasu dokonał słusznego wyboru.

Jiři  nie  chciał  go  popędzać,  ale  po  cichu  liczył  na  więcej  konkretów.  Na  razie  nie

usłyszał  jeszcze  niczego  szczególnie  niepokojącego,  niczego,  co  wskazywałoby,  że  ma
w  ręku  materiał  na  reportaż  śledczy  dekady.  Ludzie  mają  przecież  prawo  mieszkać
w komunach i dzień w dzień modlić się do Boga. Z tego nie będzie sensacji. Nie wystarczy
powiedzieć:  „Ej,  patrzcie,  w  tym  domu  mieszka  banda  oszołomów”.  Nie  będzie  z  tego
szokującego reportażu, pomimo że ludzie lubią podglądać takich narwańców. Co najwyżej
„historia z życia wzięta”, ale nie wielka sensacja na pierwsze strony gazet.

–  Macie  tam  również  dzieci?  –  spytał  w  końcu  Jiři.  –  Jakie  kary  stosujecie  wobec

niesubordynowanych członków sekty?

– My nie używamy słowa „sekta” – odparł szybko mężczyzna. – Jesteśmy rodziną.
– Niech będzie „rodzina”. W końcu nazwa nie ma większego znaczenia – stwierdził Jiři.
–  Ma  znaczenie  –  odrzekł  dobitnie  chudy.  –  Bo  my  naprawdę  jesteśmy  rodziną.  Białą

Rodziną.

Jiři  zapisał  jego  słowa  w  notesie.  Nazwa  faktycznie  może  się  czasem  przydać.  Jednak

w  tym  momencie  Jiři  liczył  na  zdobycie  zaufania  chudego,  pokazując  mu,  że  szanuje  jego
słowa.

–  Czy  ktoś  z  was  mówił  kiedykolwiek  o  konkretnym  wrogu?  I  nie  myślę  tu  o  szatanie,

tylko o wrogu tutaj, na ziemi – spytał jeszcze Jiři.

Musiał być powód, dla którego kazano mu przyjrzeć się właśnie tej, a nie innej sekcie.

Jakaś mroczna i prawdopodobnie niebezpieczna tajemnica, którą będzie musiał rozwikłać.

Mężczyzna rozejrzał się, po czym pochylił się nad blatem i ściszając głos, rzekł:
–  W  zasadzie  to  jest  tak,  że  tutaj,  na  ziemi...  –  zaczął,  ale  w  tej  samej  chwili  ktoś

przeszedł obok ich stolika i chudy nerwowo podskoczył, jakby przy jego uchu nagle pękł
balonik. Jiři uniósł głowę. Młoda dziewczyna przeciskała się do toalety. Krótkie brązowe
włosy  i  czarny  top  bez  rękawów.  W  normalnych  okolicznościach  nie  spojrzałby  na  nią
drugi  raz.  Wyglądała  na  turystkę,  więc  nie  musieli  się  martwić,  że  mogła  podsłuchać
fragment ich rozmowy.

Jednak klimat do zwierzeń prysł jak bańka mydlana. W oczach chudego pojawił się lęk,

którego Jiři nie zdołał już odegnać. Domyślił się, że tego dnia już nic więcej od niego nie
usłyszy. Facet się spłoszył i zamknął na dobre w swojej skorupie.

– Ale mamy umowę, że zrobimy ten wywiad? – spytał Jiři. – Jutro?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Wahał się.
Kurwa  mać.  Jiři  starał  się  nie  okazać  zniecierpliwienia.  Jeśli  za  mocno  go  teraz

przyciśnie, może go w ogóle stracić. Jeśli ucieknie, to Jiři już go nigdy nie zobaczy i cały

background image

reportaż diabli wezmą.

– O dwunastej w tym samym miejscu. Stąd przejdziemy do studia, w którym nie będzie

nikogo poza mną.

Jiři  mówił  cicho  spokojnym,  sugestywnym  głosem.  Nie  pytał  i  nie  proponował,  lecz

stwierdzał  oczywiste  fakty.  Jego  słowa  i  głos  podziałały  na  mężczyznę.  Uspokoił  się
i skinął głową. Co prawda powoli, ale jednak. Jiři wyciągnął dłoń. Chudy długo się w nią
wpatrywał, zanim w końcu ją ujął. Jiři musiał się powstrzymać, żeby nie wzdrygnąć się od
dotyku suchej i szorstkiej skóry. Uścisnęli sobie mocno ręce, przypieczętowując umowę.

Mężczyzna  wyszedł  pierwszy,  tak  jak  się  umówili.  Jiři  wstał  od  stolika  po  pięciu

minutach.  Na  skąpanej  w  słońcu  ulicy  poczuł  się  jak  w  innym  świecie.  Widząc  ubranych
w letnie stroje, uśmiechniętych ludzi, miał ochotę skakać i krzyczeć z radości. Będzie miał
ten  wywiad!  A  był  pewny,  że  jego  rozmówca  ma  mu  coś  naprawdę  ważnego  do
powiedzenia.

Kobieta  wytarła  spocone  czoło  chusteczką  higieniczną.  Upalne,  parne  powietrze  już  od
paru  dni  zwiastowało  burzę.  Pierwsze  strony  gazet  krzyczały  o  fali  rekordowych  upałów
i  suszy,  choć  w  rzeczywistości  pogoda  wcale  zanadto  nie  odbiegała  od  normy.  Zwykły
sezon ogórkowy w mediach. Zazwyczaj ją denerwował, tym razem jednak było inaczej. Im
dłuższa cisza przed burzą, tym głośniejsze krzyki, gdy coś naprawdę zacznie się dziać.

Kobieta spojrzała na bezchmurne niebo. Właśnie odebrała telefon, zleceniobiorca chciał

się upewnić, że dobrze zrozumiał polecenie. Potwierdziła. Przeciek był już wystarczający.
Źródło przestało być potrzebne.

W opowieści bohaterskiej nie może zabraknąć grozy i śmierci.
Kobieta  spojrzała  na  stylową  szachownicę.  Lubiła  trzymać  ją  na  biurku,  chociaż  nie

umiała  grać.  Pogładziła  czubek  białego  pionka  i  przewróciła  go  pstryknięciem  palca.
Trzeba uprzątnąć z szachownicy parę bierek, aby gra mogła się toczyć zgodnie z planem.

Promienie  słońca  pieściły  Wełtawę,  połyskujące  światło  odbijało  się  od  tafli  wody.

Piękny dzień na śmierć.

Przygarbiony mężczyzna nerwowym krokiem przemierzał ulicę, co chwila rozglądając się
dokoła. Sprawiał wrażenie człowieka, który nie lubi być zaskakiwany. Przechodził właśnie
przez  wąską  boczną  uliczkę,  gdy  zza  rogu  jak  spod  ziemi  wystrzelił  szary  samochód.
Mężczyzna go zauważył, ale już nie zdążył odskoczyć.

Przez  głowę  przebiegło  mu  jeszcze  kilka  myśli.  Jakie  to  niesprawiedliwe,  że  musi

umrzeć właśnie teraz, gdy w końcu zdobył się na odwagę i zaczął mówić. I że żal mu tych
wszystkich, którzy będą go opłakiwać.

Naoczni  świadkowie  złożą  później  sprzeczne  zeznania.  Jedni  powiedzą,  że  samochód

hamował, inni – że nie. Tak czy owak pojazd wjechał w mężczyznę z boku z taką siłą, że
ten  przeleciał  kilka  metrów  w  powietrzu,  zanim  upadł  na  trotuar,  uderzając  głową

background image

o  krawężnik.  Chwilę  później  zaczęła  się  pod  nią  zbierać  ciemnoczerwona  kałuża  krwi.
Pierwsza osoba, która znalazła się przy poszkodowanym, stwierdziła, że mężczyzna zginął
na miejscu.

Kierowca szarego samochodu zbiegł z miejsca wypadku i nikt nie zdążył zapisać numeru

rejestracyjnego.  Jeden  ze  świadków  zeznał  nawet,  że  auto  w  ogóle  nie  miało  tablic.  Nikt
nie  zapamiętał  wyglądu  kierowcy  ani  nie  potrafił  określić,  czy  był  nim  mężczyzna,  czy
kobieta.

background image

11

Lenka  podeszła  do  okna,  ten  widok  znała  już  od  pięciu  lat.  Lipy.  Liście,  które  żółkły  na
jesień  i  ulatywały,  targane  porywistym  wiatrem.  Nagie  gałęzie,  które  zimą  bielały  od
szadzi,  a  wiosną  pokrywały  się  pąkami.  I  znów  powoli  porastały  listkami.  Teraz  drzewa
były trochę prześwietlone,  bo poprzedniego dnia  Jaro obciął piłą  spalinową kilka gałęzi.
Okaleczone  lipy  wydały  się  Lence  smutniejsze  niż  zwykle.  Kopczyk  z  gałęzi  na  ziemi
przypominał  jej  mogiłę.  Dziewczyna  powiodła  spojrzeniem  po  podwórzu,  otoczonym
koszmarnie  posępnym  ogrodzeniem  zwieńczonym  ostrymi  iglicami.  W  zamyśleniu
przeciągnęła  palcem  po  framudze.  Biała  farba  złuszczyła  się  i  popękała.  Szyb  już  dawno
nikt nie mył. Jaskrawe promienie słońca uwidaczniały kurz i ślady palców. Ale nie warto
było ich myć. Już nie.

Nagle pokój wydał jej się za mały, a widok z okna za ciasny. Lenka chciałaby zobaczyć

coś  więcej.  Charakterystyczny,  nieco  stęchły  zapach  domu  z  domieszką  słodkiej  woni
kadzidła stał się nagle duszny, choć zawsze go lubiła. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa.
Lenka nie rozumiała, co się stało. Przez ostatnie pięć lat była szczęśliwsza, niż potrafiłaby
sobie wyobrazić. Mimo że opłakiwała matkę, tęskniła do niej i czuła się niekiedy sama jak
palec,  była  zadowolona  z  życia.  Nie  żądała  od  niego  niczego  więcej.  Tyle  już  dostała.
Ludzi, którzy zatroszczyli się o nią i dali jej dach nad głową. I wiarę, większą i mocniejszą
od niej samej. Lenka wiedziała, jaka czeka ją za to nagroda.

Pierwsze  piętnaście  lat  jej  życia  wydawało  się  teraz  snem,  z  którego  została  nagle

wybudzona.  Pobudka  była  okrutna  i  bezlitosna,  a  więc  tym  bardziej  potrzebna.  Przedtem,
gdy  Lenka  była  mała,  sądziła,  że  życie  to  sprawy  powszednie,  chodzenie  do  szkoły,
wieczorne  oglądanie  telewizji  z  mamą,  marzenia  o  przyjaźni,  miłości,  chłopakach,  którzy
nawet  na  nią  nie  patrzyli,  o  podróży  do  Nowego  Jorku,  pracy  fotografa  i  nauczycielki.
Życie  było  wtedy  powierzchowne,  zależne  od  dóbr  materialnych  i  spraw  doczesnych.
Lenka  zdecydowanieza  bardzo  przejmowała  się  tym,  czy  jest  ładna  i  modna.  Gapiła  się
w  lustro  całymi  godzinami,  ubolewając  nad  niedoskonałościami  urody  i  cery,  usiłując
poprawić  je  makijażem,  by  stać  się  bardziej  pożądaną.  Choć  w  towarzystwie  była  raczej
nieśmiała  i  cicha,  przez  co  nikt  nie  zwracał  uwagi  na  jej  niesamowicie  długie,  pięknie
podkręcone  rzęsy.  Lence  strasznie  brakowało  pewności  siebie.  I  żyła  jak  lunatyczka  we
śnie. Zupełnie nie dostrzegała boskiej światłości, którą emanował cały świat, każdy pejzaż.
Dopiero Biała Rodzina otworzyła jej oczy i to dzięki niej zrozumiała, że wobec tej Prawdy
cała doczesna otoczka jest bezwartościową błahostką. Że bez świętości i Boga ona, Lenka,
jest po prostu nikim. Jej życie na tej ziemi, tak jak życie wszystkich pozostałych ludzi, to
mozolne  wchodzenie  po  schodach.  Drzwi  do  prawdziwego  domu  otworzą  się  dopiero
później.  Po  co  więc  martwić  się  tym,  że  schody  są  skromne  i  niekiedy  strome,  skoro  to

background image

drobnostka w porównaniu z czekającą ją później wiecznością?

A jednak Lenka przypominała sobie teraz wszystko, co podczas ich ostatniego spotkania

Lumikki  powiedziała  jej  o  sobie  i  o  Finlandii.  Myślała  o  zorzy  polarnej  i  nocy  bez
ciemności.  Myślała  o  pływaniu  w  przerębli.  Wszystko  to  brzmiało  tak  pasjonująco,  tak
wyjątkowo. Jak z bajki. Od pięciu lat Lenka nie marzyła o podróżach. Teraz spostrzegła, że
ukradkiem, niemal w tajemnicy przed sobą, marzy o tym, aby wsiąść z Lumikki do samolotu
i  polecieć  do  dalekiej  Finlandii,  wybrać  się  do  sauny,  wykąpać  w  czystym  jeziorze
i poczuć zapach brzóz, o którym Lumikki tak pięknie jej opowiadała. Finka obudziła w niej
pragnienie, aby choć raz w życiu zakosztować w pełni wszystkich doznań zmysłowych.

Próżne, głupie myśli.
Lenka rozejrzała się po pokoju, popatrzyła na stojące pod ścianami łóżka. Spały tu we

trójkę.  Na  drewnianej  podłodze  nie  było  dywanu.  Ścian  nie  zdobił  ani  jeden  obraz.  Nie
było  tu  biurka,  lampy,  krzeseł.  Żadnych  zbytecznych  przedmiotów.  Niczego,  co  mogłoby
zwieść człowiecze myśli na manowce. Nie potrzebowali tu rozrywek. W wolnym czasie po
obiedzie wystarczała im modlitwa. Kto nie tkwi z korzeniami w doczesności, ten zbliża się
do Boga.

Lenka złożyła dłonie. Miała grzeszne myśli. Zaczęła pragnąć rzeczy, których pragnąć nie

powinna. Powinna za to przeprosić.

Trzeba poprosić Boga, aby dał jej więcej siły. Lenka nie potrafiła opędzić się od myśli,

że  niedługo  zegar  wybije  wpół  do  czwartej.  Jeśli  chce  zdążyć  na  spotkanie  z  Lumikki
o  piątej  w  Zamku,  powinna  zaraz  wychodzić.  Postąpiłaby  właściwie,  gdyby  nie  poszła.
W zasadzie miała areszt, bo złamała zasady, przyprowadzając Lumikki pod dom bez zgody
rodziny.  Lenka  wiedziała,  że  nikt  nie  może  wejść  do  środka  ot  tak  sobie.  Rodzina  musi
najpierw ustalić, czy Lumikki jest osobą, której można zaufać. Nawet gdyby Finka okazała
się jej siostrą, to jeszcze nie wystarczy. Lenka spytała członków rodziny, czy powątpiewają
w  jej  historię.  Podobno  nie  w  tym  rzecz.  Chodziło  o  to,  że  wszyscy  muszą  się  nawzajem
ochraniać i dbać o świętą jedność rodziny. Nikomu nie wolno jej naruszyć. Palcami lewej
dłoni  Lenka  potarła  lekko  prawy  palec  serdeczny.  Przez  długie  lata  nosiła  na  nim
pierścionek,  który  dostała  od  matki  na  piętnaste  urodziny.  Zaledwie  kilka  tygodni  później
matka  już  nie  żyła.  Lenka  dotykała  go  zawsze,  gdy  czuła,  że  opada  z  sił  lub  potrzebuje
pociechy.

Jednak w ubiegłym tygodniu zdjęła pierścionek. Adam jeszcze nigdy nie powiedział jej

tak dobitnie, że jej matka straciła wiarę i odtrąciła rodzinę, więc noszenie pierścionka od
niej mógłby poczytać za zdradę. Lenka wrzuciła pierścionek do rzeki. Niech idzie na samo
dno, tak jak matka.

Siłę i pociechę trzeba czerpać z innych źródeł – z wiary w Boga.
Modlitwa Lenki urwała się nagle, gdy na parterze rozległ się zbolały, płaczliwy krzyk:
– Jaro nie żyje!
Lenka  rozplotła  dłonie.  Z  głową  ciężką  jak  wyrzut  sumienia  rzuciła  się  w  stronę

schodów. Czy to nie Bóg dostrzegł jej grzeszne, ziemskie marzenia i postanowił ją ukarać?

background image

Unaocznić jej, że nagła śmierć kładzie kres wszystkim ludzkim planom?

Lumikki  siedziała  w  zamkowym  ogrodzie  i  patrzyła  na  fontannę,  która  wyrzucała  lśniące
żywym  złotem  krople  wody.  Po  krótkim  tańcu  w  powietrzu  spadały  i  rozbijały  się
o  powierzchnię  wody.  Lumikki  wyobraziła  sobie,  że  kropelki  unoszą  się  ku  niebu  niczym
maleńkie,  błyszczące  baloniki  i  niesione  wiatrem  odpływają  w  dal.  A  potem  fruną  aż  do
Finlandii i ciepłym deszczem spływają na twarz Liekkiego.

Liekki. Znów o nim myśli. Czy to przez dzielącą ich odległość? Czy za granicą łatwiej

sobie przyzwolić na tęsknotę? Czy w innym kraju żal jest bardziej znośny?

Logika  podpowiadała  Lumikki,  że  powinna  teraz  myśleć  wyłącznie  o  dziwnej  Lence,

o  jej  jeszcze  dziwniejszej  rodzinie  i  o  tych  dwu  ważnych  pytaniach:  Czy  rzeczywiście  są
z  Lenką  siostrami?  Czy  ojciec  Lumikki  ma  nieślubne  dziecko  w  Pradze?  Jednak  tęsknota
nie  stosowała  się  do  prawideł  tradycyjnej  logiki.  Chadzała  własnymi  ścieżkami,  których
Lumikki nie mogła zmienić.

Lumikki spojrzała w dół na miasto. Poczuła nagle dziwną obcość i inność. To nie jest jej

miejsce. Przyjechała tylko na jakiś czas jako turystka i wyjedzie, zanim Praga zacznie być
dla niej jak dobra znajoma. Nie tutaj jest jej dom. Ale gdzie on tak naprawdę jest?

Na  pewno  nie  w  Riihimäki,  w  domu  rodziców.  I  raczej  też  nie  w  Tampere,  mimo

wszystko,  przynajmniej  na  razie.  Lumikki  nie  znalazła  jeszcze  miejsca,  w  którym  czułaby
się naprawdę jak w domu.

Gorący podmuch wiatru pogładził ją po włosach. Pomyślała zaraz o dłoni, o tej jedynej

dłoni, która umiała dotykać jej tak, że Lumikki pragnęła czuć ją do końca świata. Jej dom
był  w  objęciach  Liekkiego.  W  jego  ciepłym  spojrzeniu  czuła,  że  jest  bezpieczna,  żywa
i  cała.  Przy  Liekkim  mogła  być  po  prostu  sobą,  nie  musiała  niczego  udawać,  niczego
ukrywać,  niczego  zatajać,  niczego  sobie  odejmować.  Była  szczęśliwa.  I  czuła,  że  jest
kochana.

Przyniesiony  z  wiatrem  zapach  kwiatów,  drzew  i  lata  był  tak  odurzający,  że  Lumikki

musiała usiąść. Uczucie wyobcowania i bezdomności zaczęło ją oplatać gęstym kokonem.
Najpierw  spętało  jej  nogi,  potem  biodra  i  pas,  skrępowało  ramiona  wzdłuż  boków,
owinęło szyję, zakneblowało usta.

A może bez Liekkiego już nigdzie nie znajdzie sobie domu?
Może już nigdy nie pokocha nikogo innego?
Może straciła tego jedynego człowieka, z którym mogła być naprawdę szczęśliwa?
Lipcowy  świt.  Długo  rozmawiali,  nie  chciało  im  się  spać.  Przesączone  przez  brzozę

przy domku promienie wschodzącego słońca spłynęły na nich przez okno sypialni i spowiły
ich  bezpiecznym  ciepłem.  Leżeli  na  wąskim  łóżku,  na  boku,  twarzami  do  siebie.  Liekki
uważnie  się  jej  przyglądał,  jak  to  on.  Spojrzenie  nie  było  krytyczne.  Było  ciepłe,
przepełnione miłością.

– Mam pytanie i chcę otrzymać szczerą odpowiedź, Lumikki – odezwał się Liekki.

background image

– Słucham.
– Jak często myślisz o sobie, że jesteś piękna?
Lumikki zamyśliła się na chwilę.
– Szczerze? Nigdy.
To  była  prawda.  Wyzywano  ją  od  brzyduli  przez  tyle  lat,  że  przestało  ją  to  już

obchodzić.  I  czasem  rzeczywiście  myślała,  że  jest  brzydka.  I  że  może  to  właśnie  jest
przyczyną  wszystkiego.  Jest  tak  szkaradna,  że  jej  prześladowczynie  po  prostu  muszą  pluć
jej  w  twarz,  muszą  ją  bić.  Jej  wygląd  brzydził  je  tak  bardzo,  że  nie  potrafiły  się
powstrzymać. Później jednak zrozumiała, że to nie tak.

I  dlatego  uważała,  że  nie  jest  brzydka,  tylko  najzupełniej  przeciętna.  I  w  sumie  jej

wygląd  nie  ma  większego  znaczenia.  Nie  tęskniła  do  wyznania,  że  dla  kogoś  jest  piękna.
Do czasu, gdy poznała Liekkiego.

–  Trochę  się  tego  bałem  –  powiedział  Liekki.  –  Dlatego  opowiem  ci  teraz,  ile  masz

w sobie piękna.

Wypowiedział te słowa głosem tak poważnym i oficjalnym, że się roześmiała.
Liekki uniósł dłoń i bardzo delikatnie pogładził ją palcem ponad brwiami.
– Twoje czoło. Masz takie czoło, po którym od razu widać, że w głowie kipi cała masa

niesamowitych  myśli.  –  Pieszczotliwie  zsunął  palec  na  jej  brwi.  –  Twoje  brwi  i  oczy,
razem i osobno. Masz bardzo jasne oczy o idealnym kształcie. I tak intensywne spojrzenie,
że prawie odebrało mi mowę, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy.

Serce Lumikki zaczęło bić mocniej, do oczu napłynęły łzy. Słowa Liekkiego działały na

nią tak, jak jego dotyk. Odnajdywały i rozpalały w niej tajemne miejsca.

Dotyk na policzku. Delikatny jak muśnięcie piórkiem.
– Podbródek. Ślicznie zaokrąglony i wyrazisty zarazem.
Palcem  pogładził  jej  usta.  Jego  dotyk  zaczął  promieniować  na  całe  ciało  Lumikki.  Na

brzuch. Niżej.

– Twoje wargi. Nie widziałem nigdy piękniejszych. I nie całowałem bardziej miękkich.
Lumikki  od  razu  zapragnęła,  aby  ją  wtedy  pocałował,  ale  jego  palec  zsunął  się  już  po

szyi na obojczyk.

– Niewiarygodnie piękna szyja. To, jak się łączy z ramionami. I twoje obojczyki, które

przypominają skrzydła.

Oddech  Lumikki  przyspieszył.  Była  zdumiona  odkryciem,  że  czułość  i  pożądanie  mogą

iść  ze  sobą  w  parze.  Słowa  Liekkiego  wzbudzały  w  niej  zakłopotanie,  zdziwienie,
wzruszenie i wdzięczność, a jego dotyk – przemożną, niemal zwierzęcą potrzebę. Nie była
w  stanie  pojąć,  że  ktoś  potrafi  dostrzec  w  niej  tyle  piękna.  Liekki  postrzegał  ją  zupełnie
inaczej  niż  wszyscy  ludzie,  których  w  życiu  spotkała.  Uświadomiła  to  sobie  z  niemal
bolesną rozkoszą.

Dłoń  Liekkiego  zsunęła  się  jeszcze  niżej.  Jego  oddech  też  już  nie  był  równomierny

i spokojny, gdy wyszeptał jej do ucha:

– Twoje piersi...

background image

Potem słowa zamarły. Dalej mówiły już tylko dłonie.

Mieli  jeszcze  inną  zabawę.  Nazwali  ją  „mapą  skarbów”.  Występowała  zasadniczo
w dwóch wariantach: mapa skarbów umysłowych i mapa skarbów fizycznych.

W wariancie umysłowym kartograf zapisywał na kartce słowa albo kreślił rysunki, które

przedstawiały najważniejsze pojęcia w jego życiu. Potem łączył je ze sobą. Podróżnik sam
wybierał,  którymi  ścieżkami  chciałby  pójść,  a  wtedy  kartograf  opowiadał,  jak  leżące  na
niej słowa i rysunki łączą się i jaką narrację wspólnie tworzą.

W ten sposób Lumikki i Liekki otwierali się powoli przed sobą. Opowiadali o swoich

lękach,  snach,  marzeniach.  O  tajemnicach,  których  nigdy  nie  wyjawili  nikomu  innemu.
O nadziejach tak kruchych, że prawie niemożliwych do wypowiedzenia na głos.

Umysłowa  mapa  skarbów  otwierała  drzwi,  które  do  tej  pory  pozostawały  zamknięte.

Dawali sobie nawzajem klucze do nich ze słowami: „Otwórz. Ufam ci bez reszty”.

Zabawa  w  mapę  fizyczną  również  wymagała  zaufania.  Kartograf  rysował  kontur

swojego ciała i zaznaczał na nim miejsca, z którymi podróżnik miał coś zrobić. Ten zaś sam
decydował, które z nich odwiedzi i w jakiej kolejności. Kiedy podróżnik dokonał wyboru,
kartograf  mówił  mu,  czy  wybrane  miejsce  należy  dotknąć,  pocałować,  ugryźć  czy  może
tylko obejrzeć. Podróżnik musiał bezwzględnie stosować się do życzeń kartografa.

Zabawa  w  mapy  nie  była  sztuką  dla  sztuki,  lecz  czułą  grą,  którą  mogli  przerwać

w dowolnym momencie. Podróżnik mógł odsunąć mapę ze słowami i rysunkami na bok, by
skupić się na kontemplacji naturalnej i niewymuszonej przemiany jednej sytuacji w drugą.

Był taki czas, że wszystko między Lumikki i Liekkim było właściwe, oczywiste, dobre

i  naturalne.  Lumikki  często  śnił  się  tamten  czas.  I  przebudzenie  zawsze  było  dla  niej
brutalne i złe.

Dlaczego trzeba się budzić, gdy rzeczywistość snu jest lepsza i właściwsza?

background image

Skłamała. Powiedziała to, co mogło być prawdą, ale nie było. I tak starannie zbudowała
dla siebie dobrą historię, że nic się nie wyda.

Czy  kłamstwo  jest  ostatecznie  aż  tak  złe?  A  jeśli  nieprawda  jest  piękniejsza  od

rzeczywistości? Jeśli daje obu stronom coś więcej od prawdy?

Kłamstwo stało się historią, a historia prawdą.
Nie żałowała.
Chciała doczekać końca tej historii, zobaczyć jej ostatnią stronę. Liczyła się z tym, że

zakończenie może być tragiczne. Dla niej.

background image

12

Lumikki  spojrzała  na  wyświetlacz  komórki.  Już  piąta.  Lenki  nie  było  widać.  Równie
dobrze  mogła  nie  przyjść  wcale.  Telefon  ciążył  w  dłoni.  Jak  gdyby  ją  podpuszczał:
„Zadzwoń  do  ojca.  Zapytaj  go  wprost”.  Lumikki  zaczynała  się  nad  tym  poważnie
zastanawiać.  Atak  z  zaskoczenia.  Pobajdurzą  sobie  chwilę  o  pogodzie  i  tym  podobnych
bezpiecznych  tematach,  a  potem  Lumikki  wypali  z  grubej  rury  –  czy  to  prawda,  że  ojciec
ma  tu,  w  Pradze,  drugą  córkę.  Po  głosie  od  razu  pozna,  czy  kłamie.  Tak  przynajmniej
zakładała. Nie będzie mieć przecież stuprocentowej pewności. Może ojciec potrafił lepiej
kłamać, niż przypuszczała.

Gdyby  Lenka  rzeczywiście  okazała  się  jego  córką,  a  opowiedziana  przez  nią  historia

prawdziwa, Lumikki musiałaby przyznać, że wie o swoim ojcu znacznie mniej, niż do tej
pory  sądziła.  Ale  czy  dzieci  znają  swoich  rodziców?  Tak  naprawdę,  na  wylot?  Przecież
zazwyczaj  widzą  ich  jedynie  fragmentarycznie,  cząstkowo.  Nie  wiedzą,  jacy  byli
w  dzieciństwie  ani  o  czym  marzyli  jako  nastolatkowie.  Nie  mogą  wiedzieć,  bo  choćby
nawet rodzice im o tym mówili, ich opowieści zawsze są przerysowane – właśnie dlatego,
że opowiada się je dzieciom.

Ale  jej  rodzice  niczego  o  sobie  nie  opowiadali.  Nie  mieli  takiego  zwyczaju.  Czasem

Lumikki  miała  wrażenie,  że  pierwsze  szesnaście  lat  życia  spędziła  z  ludźmi  zupełnie  jej
obcymi, lub co najwyżej z przygodnymi znajomymi.

Była  piąta  pięć.  Lumikki  podniosła  się  z  białej  drewnianej  ławki,  żeby  rozprostować

nogi. Sporo się dziś nałaziła. Lubiła chodzić. Na piechotę lepiej poznawało się miasto, niż
jeżdżąc  tramwajem,  autobusem  czy  metrem.  Zaczęła  się  zastanawiać,  czy  po  prostu  sobie
nie pójść. Była już bardzo głodna.

Zważyła  komórkę  w  dłoni.  Może  nadeszła  już  pora,  by  przerwać  milczenie  milczenia.

Ojciec  był  w  kontaktach  pod  literą  „T”.  T  jak  „tata”.  Lumikki  wcisnęła  przycisk
połączenia, nim zdążyła się rozmyślić.

Ojciec odebrał prawie od razu. Nie, to nie ojciec, to matka.
– Peter poszedł pobiegać i, widzisz, zostawił komórkę w domu – powiedziała. – Masz

do niego jakąś pilną sprawę? Każę mu od razu oddzwonić, gdy tylko...

Na dźwięk zatroskanego głosu matki Lumikki natychmiast rozbolała głowa.
– Nie trzeba... Tak sobie tylko próbowałam przypomnieć, kiedy ojciec był w Pradze –

rzuciła szybko.

W słuchawce na chwilę zapanowała cisza. Oczywiście zaraz matka wyda kategoryczne

sprostowanie,  że  Peter  nigdy  nie  był  w  Pradze.  Byłaby  to  zresztą  jedyna  logiczna
odpowiedź, ponieważ ojciec nawet słowem o tym nie napomknął przez ten cały czas, gdy
Lumikki planowała swój wakacyjny wyjazd.

background image

– Rozmawialiście o tym? A ja sądziłam, że Peter... Że ojciec nie chce tego wspominać.

Tyle już czasu minęło. To były... bardzo złe lata.

Głos  matki  dziwnie  się  zmienił.  Lumikki  nigdy  nie  słyszała,  żeby  mama  mówiła  takim

głosem. Wydawała się smutna, ale uczciwa, powściągliwa i otwarta zarazem. Jak gdyby na
chwilę  zapomniała,  z  kim  rozmawia,  i  chciała  powiedzieć  dużo  więcej.  Zdawało  się,  że
w  tym  momencie  dystans  między  nimi  stopniał  niczym  lód.  Lumikki  trafiła  pytaniem
w dziesiątkę.

–  Coś  tu  się  wydarzyło?  –  Postanowiła  kuć  żelazo,  póki  gorące.  Nie  może  się  teraz

wycofać, kiedy matka zdołała uchylić rąbka tajemnicy.

– Nie, to nie dlatego... – odrzekła matka z ociąganiem.
Wtem Lumikki usłyszała, że ktoś biegnie żwirową alejką. Lenka. Zdyszana i zapłakana.

Wyglądała na bardzo czymś wstrząśniętą.

–  Dobra,  muszę  kończyć.  Zdzwonimy  się  później,  na  razie.  –  Lumikki  szybko  ucięła

rozmowę  i  rozłączyła  się.  Tragiczna  synchronizacja.  Tajemnica  zaczęła  się  rozwiązywać
z obu końców jednocześnie, ale wyznania wpadły na siebie i powstały zakłócenia.

– Jaro nie żyje – rzuciła przerażona Lenka na powitanie.
– Jaro?
–  Członek  naszej  rodziny.  Potrącił  go  samochód,  zginął  na  miejscu.  Widziałaś  go  na

pewno wczoraj w oknie.

Z oczu Lenki płynęły łzy. Lumikki podała jej wyjętą z kieszeni zmiętą chusteczkę, którą

dziewczyna  wzięła  od  niej  posłusznie  naturalnym  gestem,  jak  dziecko  biorące  chusteczkę
z rąk rodzica.

Lumikki  rzeczywiście  pamiętała  mężczyznę,  jego  wąskiebarki  i  przenikliwe,  złe

spojrzenie.  I  gdy  jego  twarz  jak  żywa  stanęła  jej  przed  oczami,  Lumikki  przypomniała
sobie,  gdzie  widziała  go  jeszcze  tego  dnia  przed  południem.  W  kawiarni.  Rozmawiał
z młodym mężczyzną, który zapisywał coś w notesie. Minęła ich stolik, gdy szła do toalety.
Przebiegła  jej  wtedy  przez  głowę  myśl,  że  ktoś  przeprowadza  wywiad  w  kawiarni,  ale
dopiero teraz uświadomiła  sobie, że widziała  już wcześniej twarz  starszego mężczyzny –
w oknie domu Lenki.

Wywiad  i  śmierć  w  wyniku  potrącenia  przez  samochód,  tego  samego  dnia.  Lumikki

przeczuwała, że to nie mógł być przypadek.

background image

13

Wzrost około metra osiemdziesięciu. Włosy bardzo ciemne, prawie czarne. Oczy brązowe.
Jasne,  trochę  znoszone  dżinsy,  wyglądające  na  znoszone  w  ten  szczególny  sposób,  po
którym  od  razu  widać,  że  musiały  być  drogie  i  były  takie  już  w  chwili  zakupu.  Jasna
koszula  w  kratkę.  Może  jednak  w  paski?  Lumikki  nie  była  pewna.  Wiek  w  przedziale  od
dwudziestu dwóch do trzydziestu lat. Trudno określić u takich dużych chłopców jak on.

Lumikki  siedziała  nad  rzeką  i  gryzła  batonik  serowy,  starając  się  przywołać  z  pamięci

więcej szczegółów. Wiedziała, że sam rysopis nie wystarczy. Z tak skąpymi informacjami
nie ma najmniejszych szans na odnalezienie w Pradze faceta, który robił wywiad z Jarem.

Zresztą – po co jej to? Jakiś zupełnie obcy dla niej gość zginął pod kołami samochodu.

Nie  powinno  jej  to  w  żaden  sposób  obchodzić.  A  jednak.  Jeśli  bowiem  śmierć  Jara  nie
była  przypadkowa,  również  Lence  groziło  niebezpieczeństwo.  A  przecież  dziewczyna
mogła być jej siostrą.

Lumikki  słowem  nie  wspomniała  Lence  o  tym,  że  przed  południem  widziała  Jara

w  towarzystwie  mężczyzny,  który  najprawdopodobniej  przeprowadzał  z  nim  wywiad.
Lepiej,  żeby  Lenka  o  tym  nie  wiedziała,  przynajmniej  na  razie.  Po  co  wzbudzać  w  niej
dodatkowy niepokój. Lumikki spostrzegła, że dziewczyna i bez tego się boi. Zdążyły pobyć
ze sobą niecałe pół godziny, a Czeszka już musiała iść. A i tak prawie przez cały ten czas
Lumikki tylko ją pocieszała, bo Lenka płakała i klepała w kółko bez ładu i składu, że Jaro
nie miał jeszcze umierać i że tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, ale i tak wszystko
poszło  nie  tak,  jak  trzeba.  Lumikki  nie  zdołała  wyciągnąć  z  niej  żadnych  sensownych
informacji. Lenka przepraszała ją też za to, że nie potrafiła wpłynąć na swoją rodzinę, żeby
ta  przyjęła  Lumikki  z  większą  przychylnością.  Ale  to  się  jeszcze  zmieni.  Lenka  działała
nazbyt  pochopnie,  za  bardzo  chciała,  żeby  wszystko  przyszło  od  razu,  choć  powinna  się
nauczyć  większej  cierpliwości.  Wszystko  w  swoim  czasie.  Rodzina  jeszcze  przyjmie
siostrę  z  otwartymi  ramionami.  Lumikki  wolała  nie  wspominać  Lence,  że  na  samą  myśl
o tym przeszywa ją zimny dreszcz.

Znów  niczego  nie  ustaliły,  bo  Lenka  musiała  już  wracać.  Podobno  nie  powinna  nawet

wychodzić  z  domu,  ale  bardzo  chciała  się  z  nią  zobaczyć.  Kiedy  Lumikki  zapytała,  czy
dziewczyna nie ma telefonu komórkowego, który znacznie ułatwiłby im kontaktowanie się
ze sobą, Lenka odrzekła krótko:

– Oczywiście, że nie. Telefon to próżność.
Umówiły się na spotkanie następnego dnia na wzgórzu Petřín. Lumikki zdziwiła się, że

codziennie  zmieniają  miejsce  spotkania,  na  co  Lenka  odpowiedziała  rzeczowo,  że  lepiej
się nie przywiązywać do żadnego miejsca. Lumikki więcej nie drążyła tematu. Zdążyła się
już przyzwyczaić do tego, że Czeszka zachowuje się dziwnie, i była pewna, że ma swoje

background image

powody. Które ona prędzej czy później pozna.

Dzień  zaczął  się  chylić  ku  końcowi.  Powietrze  nadal  było  gorące  i  Lumikki  poczuła

delikatną woń potu spod koszulki. W schronisku trzeba będzie przynajmniej przepłukać ją
i wywiesić na noc, żeby wyschła. Lumikki wybrała opcję lekkiego bagażu i teraz to się na
niej zemściło – zabrakło jej ubrań na zmianę. Jednak myśl o dołączeniu do tysięcy turystów
przewalających się przez praskie sklepy bynajmniej nie kusiła. Ta podróż przestała już być
zwyczajnym, luźnym wyjazdem wakacyjnym.

Lumikki zaczęła rozważać różne możliwości. Nie mogła pójść na policję, bo co by im

powiedziała?  „Słuchajcie,  jeden  facet  wpadł  pod  samochód  i  zginął,  ale  przedtem
widziałam go w kawiarni z drugim facetem, który może być dziennikarzem. Nie, nie wiem
o nim nic poza tym, że ma na imię Jaro i że mieszkał w dużym drewnianym domu. Razem
z grupą innych ludzi. Jeszcze nie wiem, co to za jedni, ale mieszka też z nimi taka młoda
kobieta,  która  może  być  moją  siostrą,  to  znaczy  –  siostrą  przyrodnią”.  Przecież  by  ją
wyśmiali. I zatrzymali, dopóki nie przestanie bredzić, albo odesłali z powrotem na ulicę,
tak jak wszystkich nieszkodliwych postrzeleńców.

Mogłaby  zatelefonować  do  domu,  wyjaśnić  rodzicom  całą  sytuację  i  poprosić  ich

o radę. Każdy normalny człowiek na pewno właśnie tak by postąpił. Ale Lumikki nie była
normalna i jej rodzice też nie. U nich tak się po prostu nie robiło. Poza tym Lumikki była
przekonana, że po ich ostatniej rozmowie matka wzięła się w garść i dotarło do niej, że się
wygadała.  W  najgorszym  razie  rodzice  zmuszą  ją  do  powrotu  do  domu,  a  wtedy  Lumikki
nie rozwikła tej tajemnicy.

Nie  pozostało  jej  nic  innego,  jak  tylko  ruszyć  szare  komórki  i  spróbować  dojść  z  tym

wszystkim do ładu samodzielnie. W końcu tak właśnie robiła prawie całe życie.

Lumikki  wytężyła  pamięć.  Musi  sobie  przypomnieć  jakąś  szczególną  cechę,  która

pomoże jej odnaleźć dziennikarza. Wiedziała, że jej mózg bezustannie rejestruje wszystko
w  najdrobniejszych  szczegółach.  Trzeba  tylko  umieć  z  niego  wydobyć,  co  trzeba.  Nie,
dziennikarz  nie  miał  obrączki.  A  więc  kawaler.  Tylko  że  to  informacja  zupełnie  bez
znaczenia. Trzymał notes pewnie, rutynowo. To nie był jego pierwszy wywiad. Musiał być
doświadczonym dziennikarzem.

Lumikki zamknęła oczy i wróciła myślami do chwili, kiedy wyszła z toalety. Przeszła tuż

obok ich stolika. Spojrzeniem musnęła kartkę w notesie. Pomyślała wtedy, że choćby nawet
znała  czeski,  nie  odczytałaby  ani  słowa,  bo  dziennikarz  pisał  bardzo  niechlujnie.  Myśl
przemknęła  i  Lumikki  zaraz  o  niej  zapomniała.  Jednak  bazgroły  dziennikarza  miały  na
kartce jakąś przeciwwagę, coś innego, wyraźniejszego. Zwróciła na to coś uwagę właśnie
przez ten kontrast. Co to było?

Myśl,  myśl!  –  dopingowała  się  w  duchu.  Obok  niej  przeszła  grupka  roześmianych

turystów.  Lumikki  mocno  zacisnęła  powieki.  Akurat  teraz  nie  może  sobie  pozwolić  na
rozluźnienie,  bo  z  sygnałów  zarejestrowanych  przez  mózg  zaczynał  się  właśnie  wyłaniać
jakiś obraz.

Nagłówek  kartki  w  notesie.  Jakiś  drobiazg.  Logo.  Oczywiście.  A  więc  notes  firmowy.

background image

Lumikki przypomniała sobie, że było pomarańczowe i okrągłe. Coś jeszcze? Jakiś symbol?
Cyfra, tak jest. Ósemka. Logo wydawało się znajome, gdzieś je już widziała, tylko gdzie?

Otworzyła oczy.
Pomarańczowa ósemka. Widziała już ją w myślach bardzo wyraźnie, ale nie potrafiła jej

z niczym skojarzyć. Pociągnęła długi łyk z butelki z wodą i podniosła się z miejsca. Może
ósemka wskoczy we właściwy kontekst, gdy Lumikki kawałek się przejdzie. Z nabrzeża po
stopniach  wydostała  się  na  most.  Na  balustradzie  dostrzegła  obrotową  reklamę.  Właśnie
znikała  kobieta,  która  z  uśmiechem  na  twarzy  polecała  nowy  dezodorant  o  przedłużonym
działaniu, i na jej miejscu pojawiła się reklama serialu policyjnego. Widać ludziom wciąż
jeszcze  nie  znudziło  się  dzień  w  dzień  patrzeć,  jak  ktoś  kogoś  zabija,  a  potem  ktoś  inny
wyjaśnia, jak do tego doszło.

Lumikki już miała pójść dalej, gdy jej spojrzenie zatrzymało się na małym logo u dołu

planszy. Pomarańczowe kółko z ósemką w środku.

No jasne. Ósmy kanał telewizji.
Wiedziała już, gdzie pracuje poszukiwany przez nią dziennikarz.

background image

14

Budynek miał tyle szyb, że wyglądał niemal jak z innej rzeczywistości. Wieczorne słońce
odbijało  się  w  nich  różem,  purpurą  i  oranżem,  który  wydawał  się  jaśniejszy
i  intensywniejszy  niż  na  znaku  firmowym.  Odnalezienie  gmachu  spółki  medialnej  Super8
w centrum Pragi  nie sprawiło najmniejszych  problemów. Obrotowe logo  na dachu widać
było  z  daleka.  Lumikki  zajrzała  przez  szklaną  ścianę  do  holu.  Recepcjonistka  właśnie
malowała sobie paznokcie. Na pewno mieli tu także nocną zmianę.

Zanim  tam  doszła,  szybko  przeprowadziła  mały  research  i  wyguglowała  firmę  na

komórce. Dowiedziała się, że Super8 to w istocie cały koncern medialny, który posiada nie
tylko kanały telewizyjny i informacyjny, lecz także jedną popołudniówkę, kilka czasopism
i mnóstwo portali w internecie. Pasowało to do nazwy. Super8 miał spory wpływ na opinię
publiczną.

Lumikki  zawahała  się.  Nie  miała  właściwie  żadnego  planu.  Po  chwili  namysłu

postanowiła  przyjąć  strategię,  która  najlepiej  sprawdzała  się,  kiedy  nie  była  pewna,  jak
postąpić.  Granie  pewniaka  dawało  mniej  więcej  dziewięćdziesięcioprocentowe  szanse
powodzenia. Lumikki wyprostowała się i weszła w obrotowe drzwi.

Kobieta  za  biurkiem,  której  przerwała  malowanie  paznokci,  wcale  nie  wyglądała  na

zachwyconą  widokiem  dziewczyny  z  plecakiem,  w  ubraniu  zalatującym  całodniowym
potem. Jej mina mówiła sama za siebie: „Dziewczyno, wracaj tam, skąd przyszłaś”. Jednak
Lumikki nie dała za wygraną.

– Przepraszam, szukam kogoś – zaczęła po angielsku.
Kobieta  za  biurkiem  zrobiła  taką  minę,  jakby  chciała  powiedzieć:  „A  która  z  nas  nie

szuka, kochanie?”.

–  Mężczyzna,  niestety  nie  pamiętam  jego  nazwiska,  ale  wiem,  że  tu  pracuje.  Mamy

umówione spotkanie – podjęła Lumikki pewnym głosem.

Kobieta  zmierzyła  ją  od  stóp  do  głów,  zastanawiając  się  pewnie,  czy  nie  wezwać

ochrony. Po chwili jednak westchnęła i rzekła:

– Musi mi pani podać więcej szczegółów. W tym budynku pracuje wielu mężczyzn.
Lumikki  bardzo  dokładnie  opisała  wygląd  dziennikarza.  Recepcjonistka  zmarszczyła

czoło. Kobieta mogła mieć dwadzieścia pięć, najwyżej trzydzieści lat i choć nie bywała na
randkach tak często, jak by tego chciała, zwracała uwagę na przystojnych facetów. I na ich
stan  cywilny.  Lumikki  przygryzła  więc  dolną  wargę,  pochyliła  się  nad  biurkiem  i  rzekła
cicho konfidencjonalnym tonem:

– Powiem tak: niezłe z niego ciacho. I nie nosi obrączki.
Twarz recepcjonistki od razu się rozjaśniła.
–  Teraz  sprawa  jasna,  to  musi  być  Jiři!  Tyle  że  na  pewno  skończył  już  dziś  pracę

background image

i poszedł do domu. Jest pani pewna, że... No proszę, właśnie tu idzie! Jiři, masz gościa.

Lumikki dostrzegła młodego mężczyznę, który właśnie wyszedł z windy. Tak, to ten sam

facet,  którego  widziała  przed  południem  w  kawiarni.  Zdziwiony  mężczyzna  spojrzał  na
recepcjonistkę  i  na  Lumikki.  Powiedział  coś  po  czesku,  kobieta  skinęła  na  Lumikki.
Dziennikarz  był  wyraźnie  zaskoczony.  Lumikki  zrozumiała,  że  musi  szybko  coś  zrobić,
zanim ochrona rzeczywiście wyprosi ją z budynku.

– Mam dla ciebie informację o mężczyźnie, z którym robiłeś dziś wywiad. On nie żyje –

zwróciła się do Jiřiego.

Trafiła w dziesiątkę. W oczach dziennikarza pojawił się błysk.
– Chodźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać – odrzekł mężczyzna, ujmując ją

za ramię.

Recepcjonistka powiodła za nimi smutnym spojrzeniem i westchnęła, po czym wzruszyła

ramionami i wróciła do malowania paznokci.

Mężczyzna uniósł telefon do ucha. Musi jak najszybciej zadzwonić. Takie dostał instrukcje.
Kobieta odebrała niemal natychmiast.

– Właśnie przed chwilą przyszła po niego do redakcji jakaś młoda dziewczyna.
– Młoda dziewczyna?
– Tak. Mówiła po angielsku. Wyglądała na turystkę.
– Nie była to jedna z tych jego panienek na jedną noc?
–  Nie  wyglądała  na  taką.  Poza  tym  powiedziała,  że  wie  coś  o  śmierci  obiektu  numer

jeden.

Po drugiej stronie linii zaległa cisza.
– Idziesz za nimi? – usłyszał po chwili.
– Oczywiście.
–  To  dobrze.  Daj  jej  powiedzieć,  co  ma  do  powiedzenia.  Na  tym  etapie  może  to  być

całkiem dobre zagranie.

– A potem?
–  Nie  wiemy,  co  to  za  jedna.  Nie  możemy  dopuścić  do  tego,  żeby  ktoś  nam  teraz

pokrzyżował plany. Jak się rozejdą, wyeliminujesz ją.

– Przyjąłem.
Mężczyzna już miał się rozłączyć, gdy usłyszał w słuchawce jeszcze jedną instrukcję.
– Jak skończymy rozmawiać, zrób jej zdjęcie i wyślij je do mnie oraz do Ojca. Tak na

wszelki  wypadek,  gdybyś  przypadkiem  stracił  ją  dziś  z  oczu.  Żebyśmy  wiedzieli,  jak
wygląda.

Kobieta  rozłączyła  się,  zanim  zdążył  cokolwiek  powiedzieć.  Stłumił  w  sobie

niezadowolenie. „Tak na wszelki wypadek, gdybyś przypadkiem stracił ją dziś z oczu”. Nie
miał  w  zwyczaju  nikogo  tracić  z  oczu.  Taką  miał  robotę  –  gdy  zleceniodawca  chciał
wyeliminować  obiekt,  on  go  eliminował.  Reputacja  najbardziej  profesjonalnego  płatnego

background image

zabójcy w mieście zobowiązywała.

Jego  profesjonalizm  wyrażał  się  też  w  tym,  że  nie  tracił  nerwów,  gdy  jego

zleceniodawca się denerwował. Każdą instrukcję wypełniał co do joty. Dlatego też uniósł
komórkę  i  udając,  że  fotografuje  zabytkowe,  fantazyjnie  zdobione  kamienice,  zrobił  kilka
zdjęć krótkowłosej dziewczynie. Trzy dobre, łatwo rozpoznawalne profile.

Była  jeszcze  bardzo  młoda  i  choć  wyglądała  na  zdecydowaną,  nie  sprawiała  wcale

wrażenia  niebezpiecznej.  Ale  profesjonalista  nie  wchodzi  w  dyskusje  ze  zleceniodawcą.
Nie  użala  się  nad  obiektem,  nie  odczuwa  wobec  niego  współczucia  ani  litości.
W przeciwnym razie szybko musiałby szukać sobie nowej pracy.

Wysłał  po  jednym  zdjęciu  do  zleceniodawczyni  i  mężczyzny,  którego  nazywali  Ojcem.

Będą mogli później popatrzeć, jak wyglądała dziewczyna, gdy była jeszcze żywa. Niedługo
nie będzie po niej śladu.

Gdy  dwie  godziny  później  Lumikki  usiadła  na  swoim  łóżku  w  schronisku,  głowę  miała
ciężką od myśli i pytań, a przepocone rzeczy chciała jak najszybciej z siebie zrzucić. Czuła,
że musi iść pod prysznic, i to natychmiast. W strugach chłodnej wody łatwiej przetrawi to
wszystko, co usłyszała od Jiřiego Haška, i zastanowi się, co robić dalej.

Ściągnęła  szorty,  top,  majtki  i  stanik.  Lekko  zardzewiałym  metalowym  korkiem  zatkała

umywalkę,  wrzuciła  do  niej  rzeczy  i  puściła  wodę.  Dodała  do  niej  mydła  z  dozownika.
Złagodzi trochę woń potu.

Lumikki  wiedziała,  że  woda  pod  prysznicem  ledwo  poleci.  Nic  nie  szkodzi.  Zimna

przyjemnie schłodzi skórę. I rozjaśni myśli.

Jiři powiedział, że...
Nagle  usłyszała  jakiś  dziwny  dźwięk.  Zakręciła  kran  i  wytężyła  słuch.  Jak  gdyby  ktoś

próbował  otworzyć  drzwi  do  jej  pokoju  niewłaściwym  kluczem.  Znów  jakiś  napity  albo
porażony słońcem zapomniał, gdzie mieszka? Z korytarza niedobiegały jednak sapania ani
przekleństwa.  Lumikki  szybko  owinęła  się  ręcznikiem  i  już  miała  wyjść  z  łazienki,  żeby
powiedzieć  intruzowi  kilka  ciepłych  słów,  gdy  usłyszała,  że  zamek  ustąpił  i  ktoś  powoli
uchylił drzwi. Zamarła w miejscu i nadstawiła uszu.

Ktoś wszedł do pokoju.
Kroki stawiał pewnie i cicho. Jak osoba, która wie, po co przyszła, i nie chce przy tym

robić hałasu.

Sprzątaczka?  Nie  o  tej  porze.  Poza  tym  sprzątaczki  przed  wejściem  do  pokoju

zapowiadają się zawsze głośno, krzycząc przez drzwi: „Cleaning!” albo „Room service!”.

Włamywacz?  Ta  wersja  wydawała  się  najbardziej  prawdopodobna.  Żeby  zabrał  tylko

pieniądze i zostawił jej paszport.

Łazienka  nie  miała  okna.  Ślepy  zaułek.  Lumikki  mogła  więc  już  tylko  liczyć  na  to,  że

złodziej  zabierze  to,  po  co  przyszedł,  i  szybko  zniknie.  Nadzieja  okazała  się  płonna,  gdy
chwilę później Lumikki dostrzegła opadającą klamkę.

background image

Drzwi  otwarły  się  gwałtownie  i  do  łazienki  wtargnął  dobrze  zbudowany,  wysoki

mężczyzna o opalonej twarzy, prawie potykając się o leżący na podłodze ręcznik. Odsunął
zasłonę  prysznica,  dotknął  leżących  w  umywalce  rzeczy.  Jego  ciało  wydzielało  przykrą
mieszaninę taniej wody po goleniu i kwaśnego potu.

Lumikki wpatrywała się w czubek głowy włamywacza. Zaczynał łysieć. Pewnie nawet

nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy,  bo  prześwit  był  jeszcze  bardzo  mały.  Lumikki  nie
wstrzymała  oddechu.  Wiedziała,  że  prędzej  czy  później  bezdech  zemści  się
niekontrolowanym prychnięciem, znacznie głośniejszym od spokojnego oddechu.

Tkwiła nieruchomo w przebiegającym nad łazienką kanale wentylacyjnym. Na szczęście

w  praskim  schronisku,  któremu  dała  na  oko  półtorej  gwiazdki,  inwestycje  w  remont
łazienkowego  sufitu  ograniczyły  się  do  prowizorycznego  zakrycia  wlotu  kanału  dwiema
deskami. Lumikki jakoś zmieściła się między nimi.

Mężczyzna  rozejrzał  się  po  pomieszczeniu.  Opukał  każdą  ścianę.  W  górę  jeszcze  nie

spojrzał.

Co to w ogóle za gość i czego szuka w jej pokoju?
Lumikki  poczuła,  że  z  mokrych  włosów  spływa  jej  po  czole  strużka  wody.  Zatrzymała

się  na  czubku  nosa  i  uformowała  kroplę,  która  jakimś  cudem  na  chwilę  znieruchomiała.
Lumikki  nie  miała  jak  jej  wytrzeć.  Gdy  kropla  spadnie,  trafi  w  głowę  mężczyzny,  prosto
w to łysiejące gniazdko. Wtedy facet spojrzy w górę.

Ramiona  i  nogi  Lumikki  drżały  z  wysiłku.  Ciężko  było  wytrwać  nieruchomo.  Ale  nie

miała wyjścia.

Nagle w korytarzu rozległy się znajome okrzyki. Imprezowicze z sąsiedniego pokoju.
Mężczyzna odwrócił się i wyszedł z łazienki. Kropla wody spadła bezgłośnie na leżący

na ziemi ręcznik.

Gdy hałaśliwa ekipa minęła jej pokój, intruz wyszedł.
Lumikki odczekała, aż kroki mężczyzny zupełnie ucichną. Chciała mieć pewność, że na

pewno poszedł. Z trudem opuściła się z sufitu na podłogę i osunęła na ręcznik.

Kwaśny odór mężczyzny wciąż unosił się w powietrzu, paląc jej nozdrza.
Gdy  opanowała  drżenie  nóg  i  zdołała  się  wreszcie  podnieść,  poszła  sprawdzić,  czego

brakuje. Nic nie zginęło. Intruz nie był więc złodziejem. Nie szukał łatwego zarobku, tylko
jej.

Lumikki wiedziała, że w tym schronisku nie jest już bezpieczna.

background image

18 czerwca

SOBOTA noc

background image

15

Kap, kap, kap.

Krople  uderzały  o  bruk.  Najwyraźniej  cienki  plastikowy  worek  był  dziurawy  albo

rozdarty.  Lumikki  wcisnęła  do  niego  mokre  rzeczy  z  umywalki,  a  resztę  bagażu
błyskawicznie  spakowała  do  plecaka.  Zajęło  jej  to  pięć  minut.  Teraz  stała  na  ulicy
i zastanawiała się, co robić.

Mogłaby  spróbować  znaleźć  inne  schronisko,  ale  gdzie  wpuszczą  ją  do  środka  o  tej

porze?  Było  już  po  jedenastej.  Myśl  o  błąkaniu  się  po  tanich  hotelikach  w  poszukiwaniu
wolnego  pokoju  nie  była  zbyt  kusząca.  Tak  samo  perspektywa  szukania  jakiegoś  noclegu
przez internet.

Nagle  Lumikki  poczuła  wielkie  zmęczenie.  Najchętniej  zadzwoniłaby  teraz  do  domu

i poprosiła rodziców, aby wykupili jej bilet powrotny, najlepiej jeszcze na dziś. Wiedziała
jednak, że nie może tego zrobić, bo pogrzebie tym resztki swojej niezależności. Udowodni,
że jest bezradnym dzieckiem, które nie umie samo sobie poradzić.

Część  Lumikki  chciała  być  właśnie  takim  bezradnym  dzieckiem  i  chciała  usłyszeć  od

rodziców,  że  ma  natychmiast  zadzwonić  po  taksówkę,  pojechać  na  lotnisko  i  polecieć  do
domu.  Chciała  zapomnieć  o  tej  całej  Pradze.  Zapomnieć  o  Lence.  Zapomnieć  o  tym,  że
jakiś  facet  wtargnął  do  jej  pokoju,  aby  ją  dopaść.  Zapomnieć  o  Jiřim  Hašku  i  o  tym
wszystkim, co jej powiedział.

Jiři. Cholera.
Lumikki  wyciągnęła  z  worka  mokre  szorty  i  wepchnęła  dłoń  w  lewą  kieszeń.  Jest.

Wizytówka  była  już  mocno  wymoczona,  jednak  numer  telefonu  komórkowego  wciąż  dało
się odczytać. To był dobry znak.

„Zadzwoń, gdyby coś się działo. Cokolwiek. O każdej porze dnia i nocy”.
Tak jej powiedział. Raczej nie miał na myśli akurat takiej godziny, ale Lumikki uznała,

że nie ma wielkiego wyboru. Na powrót do domu nie była jeszcze gotowa. Równałoby się
to poddaniu partii, a ona nie miała zwyczaju się poddawać. Poza tym przedwczesny powrót
do  Finlandii  oznaczałby  rodzinne  przesłuchanie  i  zdecydowanie  za  dużo  pytań,  na  które
Lumikki sama nie znała odpowiedzi.

Wystukała na klawiaturze numer Jiřiego i wcisnęła przycisk połączenia. Miała nadzieję,

że  facet  nie  ma  dziewczyny.  Że  nie  położyli  się  już  spać  i  że  to  nie  jej  poirytowany  głos
usłyszy zaraz w słuchawce. Na spotkaniu z dziennikarzem Lumikki doszła do wniosku, że
Czech  jest  singlem,  ale  mogła  się  przecież  pomylić.  Poza  tym  kto  powiedział,  że  single
muszą spędzać wieczory w pojedynkę?

Jiři odebrał po trzecim sygnale.
– Tu Lumikki Andersson – przedstawiła się po angielsku.

background image

A  potem  musiała  się  chwilę  zastanowić,  jak  mu  to  wszystko  wytłumaczyć,  bo  pytanie:

„Czy mogę przyjść do ciebie na noc?” mogłoby zostać opacznie zrozumiane.

W  drodze  do  mieszkania  Jiřiego  Lumikki  wciąż  myślała  o  ich  wcześniejszym  spotkaniu.
Dziennikarz  zaprowadził  ją  do  popularnej,  głośnej  kawiarni,  postawił  colę  i  kazał  jej
opowiedzieć  najpierw  wszystko  o  sobie,  a  potem  o  Jarze  i  jego  nagłej  śmierci.  Lumikki
starała  się  możliwie  najogólniej  przedstawić  siebie  jako  zwyczajną  turystkę  z  Finlandii,
która  zupełnie  przypadkowo  poznała  niejaką  Lenkę.  Słowem  nie  wspomniała  mu
o przekonaniu Czeszki, że są siostrami. Nic facetowi do tego. W każdym razie nie na tym
etapie znajomości. Ostatecznie wiedziała o nim zbyt mało. Nie miała pewności, czy może
mu zaufać.

Wyjaśniła  dziennikarzowi,  że  widziała  Jara  tylko  przelotnie  w  oknie,  a  potem

przypadkiem znalazła się w tej samej kawiarni, w której Jiři przeprowadzał z nim wywiad.
I że gdy potem usłyszała od Lenki o śmierci Jara, zaczęła podejrzewać, że to wcale nie był
nieszczęśliwy wypadek.

– Odnoszę wrażenie, że coś bardzo mało wierzysz w przeznaczenie jak na dziewczynę,

która wplątała się w tę sprawę zupełnie przypadkowo – skomentował Jiři.

Nic  mu  na  to  nie  odpowiedziała.  Jiři  opróżnił  szklankę  wody  jednym  haustem

i stwierdził:

–  Ale  masz  rację.  Jestem  niemal  pewny,  że  śmierć  Jara  nie  była  ani  zbiegiem

okoliczności, ani nieszczęśliwym wypadkiem.

Dziennikarz wpatrywał się w nią badawczo, rozważając zapewne, czy może jej zaufać.

Lumikki zobaczyła siebie jego oczami, dziewczynę z plecakiem w przepoconych rzeczach,
która  ni  z  gruszki,  ni  z  pietruszki  zjawia  się  w  jego  miejscu  pracy  z  co  najmniej  dziwną
opowieścią.  Niekoniecznie  typ  osoby,  której  człowiek  miałby  ochotę  się  z  czegokolwiek
zwierzać.  Jednak  sytuacja  była  niecodzienna  dla  obu  stron,  a  poza  tym  Jiři  był  wyraźnie
zafascynowany, że potrafiła go odnaleźć na podstawie tak skąpych danych.

I pewnie dlatego uznał, że może jej zaufać.
– Ile tak naprawdę wiesz o Białej Rodzinie? – spytał.
Biała  Rodzina.  Lumikki  słyszała  tę  nazwę  po  raz  pierwszy.  Lenka  mówiła  zawsze

jedynie  o  „rodzinie”.  Ale  gdy  Jiři  powiedział  jej,  że  to  sekta  religijna,  którą  już  od
pewnego  czasu  próbuje  rozgryźć,  Lumikki  miała  ochotę  uderzyć  głową  o  blat  stołu.  Jak
mogła  być  aż  tak  głupia?  Jak  mogła  nie  wyczytać  tego  z  aluzji  Lenki,  z  jej  wyglądu
i zachowania? Przecież to było oczywiste! Kiedy Jiři ubrał to w odpowiednie słowa, nagle
wszystko stało się jasne.

– Członkowie tej sekty najwyraźniej wierzą, że wywodzą się w linii prostej od Jezusa,

a  zatem  wszyscy  są  rzekomo  spokrewnieni.  Należą  nie  tylko  do  tej  samej  rodziny
duchowej, lecz także biologicznej.

Oczywiście. To też się idealnie zgadzało.

background image

–  Jest  jednak  małe  ale  –  podjął  po  chwili  Jiři.  –  W  ostatnich  miesiącach  bardzo

zajmowała  mnie  genealogia  i  odnoszę  wrażenie,  że  pewna  część  rodziny  ma  dość  słabe
powiązania  z  resztą.  I  nie  mówię  tu  wcale  o  ich  relacji  do  Jezusa,  która  jest  oczywiście
całkowitą bzdurą, lecz o więzach krwi łączących obecnie żyjących członków rodziny.

– A dlaczego tak bardzo zainteresowała cię właśnie Biała Rodzina? – spytała odważnie

Lumikki.

Jiři zmrużył oczy i zamyślił się, ważąc słowa.
– Zasugerowano mi, że ci ludzie mają groźne zamiary i mogą chcieć je urzeczywistnić

w niedalekiej przyszłości. Nie wiem jeszcze, co to za zamiary. To właśnie usiłuję cały czas
ustalić. Jaro zgodził się udzielić anonimowego wywiadu przed kamerą i dlatego trudno mi
uwierzyć, że jego śmierć to jedynie nieszczęśliwy wypadek. Zwłaszcza że nie był to wcale
pierwszy  tajemniczy  zgon  w  tej  sekcie.  Zawał  serca  u  młodego  człowieka.  Zupełnie
trzeźwa kobieta wpada nocą do rzeki. Samochód zjeżdża na drodze prosto pod ciężarówkę.
Mężczyzna  traci  nagle  równowagę  i  wpada  pod  koła  metra.  Tragiczne,  nieszczęśliwe
wypadki. Dochodzenia umarzane z braku dowodów.

Oboje  umilkli.  Spowił  ich  kawiarniany  gwar.  Głosy  docierały  do  nich  z  innej,

radośniejszej  i  jaśniejszej  rzeczywistości,  jak  gdyby  siedzieli  wewnątrz  czarnej  dziury
pełnej mrocznych widm.

– Wielu z nich się boi, Lumikki – odezwał się Jiři, wypowiadając jej imię zaskakująco

poprawnie. – Wielu z nich bardzo się boi.

Lumikki  skinęła  głową  i  powiedziała,  że  młoda  Czeszka,  którą  poznała,  także  się  boi.

Obiecała dokładniej wypytać Lenkę o jej rodzinę. Jiři zaproponował, że może spotkają się
i wymienią nowymi informacjami. Lumikki przystała na tę propozycję.

A  teraz  stała  pod  drzwiami  jego  domu  i  wciąż  nie  była  pewna,  czy  to  rzeczywiście  taki
dobry  pomysł.  Co  prawda  Jiři  powiedział  przez  telefon,  że  Lumikki  może  zatrzymać  się
u  niego  nawet  do  końca  swojego  pobytu  w  Pradze.  Ona  jednak  nie  miała  w  zwyczaju
nocować u nieznajomych mężczyzn.

Nie  ufaj  nikomu.  Tak  brzmiała  jedna  z  jej  życiowych  zasad.  W  ciągu  minionego  roku

musiała je kilkakrotnie złamać i nie była wcale pewna, czy wychodzi jej to na dobre.

Lumikki  odszukała  przycisk  domofonu  obok  nazwiska  „Hašek”,  wcisnęła  go

zdecydowanie i chwilę przytrzymała.

Palący wicher drzewami kołysze,
Drogi skrajem hula palący wicher.
Głos twój powiedział mi to od razu:
Spalę cię na popiół,
Pęknie serce z głazu.

2

background image

Lumikki  podciągnęła  kołdrę,  starając  się  wyciszyć  w  myślach  natrętny  głos  Anny  Puu.

Nie była w stanie. Leżała na podłodze w kuchni Jiřiego na cienkim materacu i wiedziała,
że dzisiejszej nocy szybko nie zaśnie.

Jiři nalegał, żeby spała w łóżku, a on na podłodze, ale się nie zgodziła.
– Możemy też spać oboje w łóżku – palnął mężczyzna, kładąc jej rękę na plecach.
Lumikki  zamarła,  gotując  się  do  błyskawicznego  kopnięcia  go  w  krocze,  złapania

w  przelocie  swoich  rzeczy  i  ucieczki  na  ciemną  praską  ulicę.  Jiři  wyczuł,  że  się  spięła,
więc szybko cofnął rękę i wybuchnął śmiechem.

–  Ej,  żartowałem.  Przecież  nawet  się  nie  znamy,  a  poza  tym  dzieciak  jeszcze  z  ciebie.

Nic się nie bój. Nie jestem takim facetem.

Lumikki  obróciła  się  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Jiři  mówił  prawdę.  I  był  trochę

zażenowany.  Lumikki  już  wcześniej  podejrzewała  go  o  to,  że  jest  playboyem,  ale  na
gwałciciela nie wyglądał. Widział w niej wciąż małą dziewczynkę.

Rozmawiali  do  późnej  nocy  o  mężczyźnie,  który  włamał  się  do  pokoju  Lumikki

w schronisku. Jiři uważał, że mógł być to nasłany przez Białą Rodzinę płatny zabójca.

–  Chcą  się  ciebie  pozbyć  –  stwierdził.  –  Najlepiej,  gdybyśmy  trzymali  się  razem  do

końca  twojego  pobytu  w  Pradze.  To  się  robi  dla  ciebie  niebezpieczne.  A  w  zasadzie  już
jest. I to śmiertelnie.

Potem oboje szeroko ziewnęli, spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Co za absurd.

Mówić  o  śmiertelnym  niebezpieczeństwie  i  ziewać,  jak  gdyby  chodziło  o  rzecz  równie
zajmującą jak wczorajsza owsianka. Było już naprawdę późno. Oboje mieli za sobą długi
dzień.  Postanowili  wrócić  do  rozmowy  rano,  z  wypoczętymi  głowami.  Lumikki  czuła,  że
zaraz zaśnie i nawet się nie obudzi, gdy walnie głową o kuchenny blat.

Poszła  do  łazienki  umyć  twarz  i  zęby,  a  Jiři  w  tym  czasie  przygotował  jej  posłanie.

Z trudnością powstrzymała chęć podejrzenia zawartości szafek w łazience. Wystarczająco
już zakłóciła facetowi normalne życie, więc nie powinna jeszcze szperać mu po kątach.

Sądziła, że zaśnie, gdy tylko położy głowę na poduszce. Pomyliła się.

Białe gwiazdy na niebie
Dla nas tylko świeciły,
Tylko w nas wpatrzone.

Żartobliwa  uwaga  Jiřiego  o  spaniu  w  jednym  łóżku  wywołała  lawinę  myśli.  Może

Lumikki  już  nigdy  nie  zakocha  się  w  nikim  innym?  Przez  to,  że  nadal  tak  wiele  myśli
o Liekkim? Prawda była taka, że Lumikki wciąż go kochała. Dlatego tęsknota nie chciała
odpuścić. Dlatego wciąż dręczył ją żal. Czy kiedykolwiek jeszcze odpowie na flirt? Zaufa
komuś i pozwoli mu zbliżyć się do siebie, otworzy się na pełny kontakt?

Lumikki nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na te pytania.
Była  rozgwieżdżona  sierpniowa  noc,  gdy  siedzieli  na  tammelańskim  ryneczku  na

background image

drewnianych straganach i wszystko jeszcze było dobrze. Lumikki gładziła delikatnie tatuaż
na  karku  Liekkiego,  szukając  zarazem  gwiazdozbioru  Bliźniąt  na  niebie.  Kiedy  już  go
znalazła, poczuła nagły przypływ spokoju, pewności i radości.

– Kocham cię – powiedziała.
Słowa  wypłynęły  z  niej  łatwo  i  naturalnie.  Lekko.  A  przecież  ich  sens  był  cięższy  od

wszystkiego, co Lumikki do tej pory w życiu powiedziała.

– Ja ciebie też – odrzekł Liekki równie naturalnie.
Niebo  nad  nimi  było  ciemne  i  pełne  gwiazd.  I  każda  z  nich  w  tamtej  chwili  jaśniała

wyłącznie dla nich.

Jeszcze bym więcej znaczyła
Dla ciebie znacznie więcej.

background image

19 czerwca

NIEDZIELA

background image

16

Lumikki zdążyła natknąć się w życiu na wiele dziwnych słów, ale „funikular” zaliczyła do
zdecydowanie najfajniejszych. Funikular. Funikular. Funikular. Miała ochotę powtarzać to
na  głos  w  rytm  poruszania  się  wagonika.  „Kolejka  linowo-szynowa”  nie  działała  już  tak
podniecająco  na  wyobraźnię,  mimo  że  chodziło  o  ten  sam  rodzaj  transportu  publicznego.
Kolej napędzana stalowymi linami, używana na stromych zboczach. Lumikki zastanawiała
się,  czy  nie  pójść  na  wzgórze  Petřin  na  piechotę,  ale  gdy  rano  spytała  Jiřiego,  co  o  tym
sądzi,  mężczyzna  przekonał  ją,  że  warto  przejechać  się  funikularem,  skoro  nadarza  się
sposobność.  Tym  bardziej  że  jakimś  cudem  atrakcja  nie  była  jeszcze  zainfekowana
cennikiem  sezonowym  i  na  szczyt  można  było  wjechać  na  normalny  bilet  komunikacji
miejskiej.

Rano  Lumikki  i  Jiři  ustalili,  co  następuje:  on  wróci  do  swoich  poszukiwań,  a  Lumikki

spróbuje rozmówić się z Lenką i ustalić, co zamierza Biała Rodzina. Po południu spotkają
się  znów  u  niego  i  wymienią  nowymi  informacjami.  Jiři  uparł  się,  że  dla  własnego
bezpieczeństwa Lumikki powinna nocować u niego. Zgodziła się.

Teraz oglądała bujne zbocza, a wagonik funikularu powoli, lecz pewnie wspinał się na

szczyt.  Nie  mogła  nasycić  oczu  krajobrazem  tak  różnym  od  tego  w  rodzinnej  Finlandii.
Doliny, pagórki i zbocza, schody i dachy domów. Urzekała ją zmienność pejzażu. Na Petřin
wjeżdżali  z  nią  głównie  turyści,  którzy  co  chwila  wstawali  z  miejsc  i  głośno  się
emocjonując,  wskazywali  sobie  co  ciekawsze  widoki.  Kilkoro  miejscowych  siedziało  ze
skwaszonymi minami, zupełnie jak Finowie w autobusie miejskim w listopadzie. Lumikki
zdążyła już zauważyć, że prażanie wcale nie są gadatliwi i nie tryskają szczególną radością
życia. Nie miała nic przeciwko temu. Kasjerka w sklepie się do niej nie uśmiecha, to i ona
nie musi silić się na grymas.

Biznes to biznes, a uśmiech to uśmiech. Nie mieszajmy pojęć.
Nie  było  jeszcze  dziesiątej,  a  słońce  już  doskwierało.  Na  zboczu  wzgórza  powiewał

jednak przyjemny zefirek, który wpadając przez otwarte okna, chłodził wnętrze wagonika.
Lumikki miała przez chwilę złudzenie, że robi właśnie to, po co pierwotnie przyjechała do
Pragi. Że jest zwykłą turystką, której nikt tu nie zna i która nie zna tu nikogo. Zajęta sobą
i swoimi myślami. Najchętniej zapomniałaby, że jedzie na spotkanie z Lenką.

Naprzeciw niej siedział ojciec z dwiema córkami. Jedna z dziewczynek mogła mieć ze

trzy  latka,  a  druga  z  pięć  i  było  widać,  że  są  siostrami.  Obie  miały  warkocze.  Młodsza
nosiła je zakręcone w ładne rogaliki nad uszami, starsza miała uplecioną na głowie koronę.
Tak  samo  jak  Lenka.  Lewe  kolano  młodszej,  zaklejone  plastrem  Hello  Kitty,  dotykało
prawego kolana starszej.

Lumikki  przypomniała  sobie  nagle  miękkie  i  trochę  niezdarne,  ale  troskliwe  dłonie,

background image

które przyklejały jej na kolano plaster z Myszką Miki.

I głos, który wyszeptał:
– Siostrzyczka podmucha ci na ałka, dobrze? – Zaraz potem mała Lumikki poczuła silne

dmuchnięcie. Na skórę prysnęło trochę śliny i Lumikki się roześmiała.

Jednak to wspomnienie nie mogło być prawdziwe. Oczywiście ktoś mógł przykleić jej

plaster.  Starsza  koleżanka  albo  kuzynka.  Ale  nie  starsza  siostra.  Lumikki  i  Lenka  nigdy
wcześniej się nie spotkały. Pewnie widok dwóch dziewczynek rozbudził głęboko zakopane
wspomnienie z dzieciństwa, do którego mózg Lumikki dorobił nieprawdziwe elementy. Tak
już  działa  ludzki  umysł.  I  dlatego  każdego  można  zmanipulować  i  wmówić  mu
wspomnienia,  które  nie  mogą  być  prawdziwe.  Ludzie  pamiętają,  że  w  dzieciństwie  byli
bici i wykorzystywani, a w rzeczywistości nic takiego nigdy nie miało miejsca.

Do  świadomości  Lumikki  przebijał  się  jednak  jeszcze  bardziej  niepokojący  obraz.

Scena z koszmaru, której nie ma ochoty oglądać. Ta, w której próbuje sama zakleić sobie
skaleczenie,  ale  krwi  jest  tyle,  że  cały  plaster  od  razu  robi  się  czerwony.  Za  dużo  krwi.
Lumikki zaczyna płakać, bo nie rozumie, dlaczego ałka nie goi się od plastra.

Wagonik  zgrzytnął  i  stanął.  W  samą  porę.  Szarpnięcie  rozproszyło  dziwaczne  obrazy

kłębiące się w głowie Lumikki. I przyniosło od razu inne wspomnienie – tak wyraźne, że
nie mogło być wyłącznie dziełem wyobraźni.

Postacie matki i ojca unoszące się gdzieś w górze, prawdopodobnie nad jej łóżeczkiem.

Ona  sama  leży  w  pościeli  i  czuje  się  bardzo  ciężka,  jak  słoń  zmniejszony  do  rozmiarów
piłki. Pamięta, że tak właśnie o sobie wtedy myślała. Bardzo ciężka piłka, której kontury
gdzieś się zamazały. Twarze rodziców są szare, zmęczone i smutne.

– Twoja siostra... – mówią.
Każde z osobna i razem. Z jakiegoś powodu oboje urywają po tych dwóch słowach.
Ludzie przeciskali się obok niej do wyjścia. W końcu i ona ruszyła się z miejsca, choć

ołowiany  ciężar  wspomnień  unieruchomił  jej  nogi.  To  wspomnienie  było  prawdziwe,
Lumikki poczuła to nagle wyraźnie i mocno.

Miała starszą siostrę.

Nakreślone  na  kartce  drzewo  genealogiczne  wyglądało  tak,  jakby  ktoś  trochę  nazbyt
gorliwie je przerzedził.

– Naprawdę nie wiesz nic więcej? – dopytywała Lumikki.
Lenka pokręciła głową.
Drzewo  składało  się  z  Lenki,  jej  matki  Hany  Havlovej,  jej  rodziców:  Marii  Havlovej

i Franza Havla, jego brata, Klausa, i syna Klausa, Adama Havla.

– I ten Adam jest głową waszej rodziny? – upewniła się Lumikki.
Pilnowała się, żeby nie powiedzieć „waszej sekty”, uznała bowiem, że Lenka mogłaby

nabrać podejrzeń.

–  Adam  jest...  –  Lenka  się  zawahała.  –  Adam  jest  ojcem.  Wszyscy  tak  go  nazywamy,

background image

ponieważ troszczy się o nas jak prawdziwy ojciec. Jest nim zwłaszcza dla mnie, bo nigdy
nie miałam prawdziwego taty.

– Ile ma lat?
– Nie jestem pewna. Myślę, że około sześćdziesięciu. Dlaczego pytasz? – zdziwiła się

Lenka.

Lumikki wzruszyła ramionami. Najchętniej odpytałaby ją jeszcze trochę z tego Adama,

ale  z  nerwowych  gestów  dziewczyny  i  jej  napiętego  głosu  wyczytała,  że  balansują  już  na
krawędzi i Lenka w każdej chwili może zakończyć rozmowę.

Siedziały  na  szczycie  wzgórza  i  przyglądały  się  tabunom  wędrujących  turystów,

zachwycających  się  żelazną  wieżą  na  Petřinie.  Budowla  była  łudząco  podobna  do  wieży
Eiffla, jednak zdecydowanie mniejsza i wydawała się Lumikki bardziej sympatyczna.

Od  czasu  do  czasu  Lumikki  spoglądała  na  szczupłe  palce  Lenki.  Czy  to  właśnie  one

przyklejały kiedyś plaster do jej kolana? A może dziewczyny już się kiedyś spotkały, tylko
Lumikki  tego  nie  pamięta?  Może  Lenka  skłamała,  że  widziała  ją  wcześniej  jedynie  na
zdjęciu? Tylko po co miałaby to robić? To nie miało sensu.

Przez  głowę  Lumikki  przemknęła  myśl,  że  siedzą  właśnie  obok  siebie  tak  blisko,  że

mogłyby  się  zetknąć  kolanami,  a  przecież  odgradza  je  mur  tajemnic.  Lumikki  nie
powiedziała  jej  nic  o  Jiřim,  o  nasłanym  na  nią  zabójcy  ani  o  sprawach,  o  których
opowiedział jej dziennikarz. Dlatego była przekonana, że i Lenka sporo przed nią ukrywa.

Była sobie raz dziewczynka, która miała tajemnicę.
Były sobie raz dwie dziewczynki, które miały swoje tajemnice – i nie powiedziały sobie

o nich.

Rodzinna skłonność do niedopowiedzeń. Lumikki niemal roześmiała się na głos.
– I twoja mama nigdy nie opowiadała ci o Adamie? – spytała Lenkę.
– Nie. Już ci mówiłam. Nigdy nie byłam u nikogo z rodziny. Dziadkowie ze strony matki

umarli,  zanim  się  urodziłam.  Nawet  nie  wiedziałam,  że  mój  dziadek  miał  brata,  a  cóż
dopiero,  że  ten  miał  syna.  Nie  wiem,  dlaczego  matka  nigdy  o  nich  nie  mówiła.  Przecież
mieszkała z nimi.

Lumikki aż podskoczyła.
– Mieszkała z nimi? Przed twoim urodzeniem?
– Tak. Ale potem odeszła. Nie potrafię sobie tego inaczej wytłumaczyć, jak tylko tak, że

coś  ją  omroczyło.  Bo  z  jakiego  innego  powodu  mogłaby  odejść  od  tak  dobrych  ludzi?  –
Lenka  wpatrywała  się  w  Lumikki  szeroko  otwartymi  oczami,  jak  gdyby  oczekiwała,  że
usłyszy od niej odpowiedź na to pytanie.

Lumikki  przeszedł  dreszcz.  Jeśli  matka  Lenki  odeszła  od  sekty  i  zerwała  wszelkie

stosunki  z  Białą  Rodziną,  musiała  mieć  poważne  powody.  I  zaraz  po  jej  śmierci  Havel
wyciągnął łapy po jej córkę i wziął ją sobie jak dojrzałe jabłko z koszyka.

– Kiedyś spytałam o to Adama, ale odpowiedział mi wtedy, że nie ma sensu wracać do

przeszłości  i  że  powinnam  zapomnieć  o  matce.  Miał  rację.  Matka  to  część  mojego
poprzedniego życia. A najważniejsza jest nie przeszłość, tylko przyszłość.

background image

Lenka  odwróciła  głowę  w  stronę  słońca,  zamknęła  oczy  i  uśmiechnęła  się.  Jej  twarz

znów  przybrała  ten  eteryczny  wyraz,  który  wprawiał  Lumikki  w  zakłopotanie.
W duchowym świecie Lenki nie było dla niej miejsca.

–  Czy  w  przyszłości  należy  się  spodziewać  czegoś  szczególnego?  –  spytała  ostrożnie

Lumikki. – Może nawet w najbliższej przyszłości?

Lenka otworzyła oczy i spojrzała przenikliwie na Lumikki.
– Prawdę znają jedynie członkowie rodziny i ci, którzy wierzą. Ty jeszcze nie wierzysz.

Nie wierzysz, że jesteś moją siostrą. Ty w ogóle w nic nie wierzysz.

Lumikki myślała przez sekundę. W drugiej rozważyła możliwości. W trzeciej cofnęła już

podjętą  decyzję.  Jednak  jeszcze  nie  powie  Lence,  nie  tak  wprost,  choć  teraz  miała
wrażenie,  że  dziewczyna  lada  chwila  wstanie  i  nie  oglądając  się  za  siebie,  zniknie  z  jej
życia na zawsze. Nie mogła do tego dopuścić. Przeżyła już zbyt wiele takich rozstań.

Głos Lenki mimo upału był lodowaty.
–  Może  będzie  lepiej,  jeśli  już  nigdy  więcej  się  nie  spotkamy.  Niedługo  wrócisz  do

domu, do swojej matki. I do ojca, twojego ojca. Byłam głupia, myśląc, że mógłby być także
moim. Ja już mam dobrego ojca, Adama. Mam już wszystko. Nie potrzeba mi nic więcej.

Nie,  nie,  nie,  nie!  W  głowie  Lumikki  tłukło  się  echo  wykrzyczanego  jej  głosem

trzyliterowego  słowa.  To  nie  może  się  tak  skończyć.  Nie  powinno.  Nie  znowu.  Nie  może
pozwolić, by z jej życia znikały ważne dla niej osoby.

Lumikki zrobiła coś zupełnie dla siebie nietypowego: chwyciła Lenkę za rękę i ścisnęła

ją w swoich dłoniach. Spojrzała jej prosto w oczy. Lodowaty dystans od razu zniknął.

– Wierzę, że jesteś moją siostrą.
Lumikki  obserwowała,  jak  sens  jej  słów  zapada  powoli  w  świadomość  Lenki.  Dłoń

dziewczyny  zaczęła  drżeć.  Do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  Lumikki  sama  musiała  dwukrotnie
przełknąć  ślinę.  Poczuła  się  tak,  jakby  ktoś  zdjął  z  jej  piersi  czarną,  ciężką  obręcz.
Wreszcie. Odpowiedź. Prawda. Tu i teraz.

Mijali je hałaśliwi turyści, ale one nawet ich nie spostrzegły. Obie były spocone, włosy

przyklejały  się  im  do  szyi,  nie  czuły  jednak  skwaru.  Trwały  jak  w  zamkniętej  bańce,  we
własnej rzeczywistości, która istniała wyłącznie dla nich. Lenka mocno objęła Lumikki. Ta
odpowiedziała  na  uścisk  równie  intensywnie.  Lumikki  poczuła,  że  jest  niewymownie
szczęśliwa. Ostatnim razem tego stanu doświadczyła, będąc z Liekkim.

Przyjechać  do  Pragi  i  tu  odnaleźć  siostrę.  To  był  cud.  To  był  dar.  Lumikki  musiała  go

przyjąć, bo drugiej szansy z pewnością już nie dostanie.

Gdy Lenka wypuściła ją z uścisku, Lumikki przyłapała się na tym, że czułym, naturalnym

gestem  wyciera  siostrze  łzy  grzbietem  dłoni.  I  znów  opanowało  ją  dziwne  wrażenie,  że
robiła  to  już  kiedyś,  choć  dobrze  wiedziała,  że  to  niemożliwe.  A  może  te  same  geny,
płynąca  w  ich  żyłach  ta  sama  krew  tak  na  nią  wpływały?  Lumikki  nigdy  nie  wierzyła
w  podobne  historie,  ale  może  przyszedł  czas  zweryfikować  przekonania.  Tyle  się
wydarzyło. Tak wiele ważnych rzeczy.

– Chcę, żebyś poznała moją rodzinę – rzekła Lenka.

background image

Lumikki też tego chciała. Nie ze względu na nich, lecz ze względu na nią – chciała się

upewnić,  że  Lence  nic  nie  grozi.  I  jeśli  uzna,  że  Biała  Rodzina  rzeczywiście  jest
niebezpieczna, uratuje siostrę.

Miała siostrę, którą chciała uratować. Ta myśl wydała się Lumikki zaskakująco miła.
– Tylko czy zgodzą się mnie przyjąć? – spytała.
– Nie damy im wyboru – odrzekła Lenka z uśmiechem.
Lumikki jeszcze nie widziała na jej twarzy tak szerokiego i radosnego uśmiechu. Lenka

wyglądała, jakby jej ulżyło.

background image

Była sobie raz kobieta, która miała tajemnicę.

Tajemnice mają jedną ważną cechę, a mianowicie przestają być tajemnicami, gdy się

je  wyjawi  osobie  postronnej.  Tajemnica  to  świętość.  Tajemnicy  nie  wolno  pokalać,
dzieląc się nią z kimś, kto jej nie zrozumie.

Kobieta  wyjawiła.  Zachciało  się  jej  żyć  bez  rodziny.  Uciekła.  Zataiła  przed  rodziną

swoje  nowe  nazwisko  i  miejsce  zamieszkania.  Ukryła  przed  nią  swoje  dziecko.  Takie
tajemnice są złe. Grzeszne. A grzeszne tajemnice zawsze wychodzą na jaw, wcześniej czy
później.

Dlatego kobieta zginęła w odmętach rzeki. Woda wciągnęła ją na samo dno. Obeszła

się z nią jak zachłanny kochanek, który całuje i zmusza do otwarcia ust. Wdziera się jej
do gardła i nosa, wyciska powietrze z płuc. Woda chciała ją mieć wyłącznie dla siebie,
zamknąć  w  swym  zimnym  królestwie,  gdzie  cichym,  śpiewnym  głosem  opowiada  ponure
bajki.

Kobieta  nie  znalazła  się  w  rzece  z  własnej  woli  ani  przez  przypadek.  Została  tam

zepchnięta. Grzeszni nie utrzymują się na powierzchni, tylko toną.

I zabierają ze sobą na dno złe tajemnice.

background image

17

Na białym talerzu leżały dwa ugotowane ziemniaki, dwie ugotowane marchewki, plasterek
mięsa  i  kromka  nieposmarowanego  ciemnego  chleba.  Nic  nie  wskazywało  na  użycie
jakichkolwiek przypraw czy ziół, nikt nie zadał sobie trudu, aby nadać jedzeniu przyjemny
smak lub wygląd. Niezupełnie tak Lumikki wyobrażała sobie niedzielny obiad w rodzinnym
gronie.

Posiłek  podano  w  dużej  jadalni  na  parterze,  obok  kuchni.  Obie  dziewczyny  od  razu

zaprowadzono do stołu, ale Lumikki zdążyła spostrzec, że na dole są jeszcze trzy inne duże
pokoje.  Na  piętro  prowadziły  rachityczne  drewniane  schody.  Sypialnie  znajdowały  się
najprawdopodobniej  właśnie  tam.  Lumikki  miała  nadzieję,  że  zdąży  jeszcze  dokładniej
obejrzeć dom, tymczasem jednak nikt się nie garnął, żeby ją oprowadzić.

– Obiad nie będzie czekał – szepnęła Lenka.
Lumikki  omiotła  spojrzeniem  pozostałe  osoby  siedzące  przy  długim  stole.  Było  ich

około  dwudziestu.  Najstarsi  podchodzili  na  pewno  pod  osiemdziesiątkę,  najmłodsi  mogli
być  co  najwyżej  kilka  lat  starsi  od  Lumikki.  Bardzo  możliwe,  że  Lenka  była  najmłodsza
z całej rodziny. Wszystkie głowy były pochylone do modlitwy, którą odmawiał po czesku
siedzący w szczycie stołu Adam Havel. Tekst był długi i Lumikki nie zrozumiała ani słowa.
Skorzystała  ze  sposobności  i  przyjrzała  się  członkom  sekty.  Wszyscy  nosili  trochę
nieświeże i sfatygowane szaty z białego lnu. Byli szczupli, nawet chudzi, co nie powinno
wcale  dziwić,  skoro  tak  wyglądał  ich  najbardziej  wystawny  posiłek  tygodnia.  Nie
dostrzegła  w  nich  uderzającego  podobieństwa  –  na  pierwszy  rzut  oka  trudno  było
stwierdzić, że są spokrewnieni. Wszyscy za to mieli ten sam wyraz twarzy, spokojny i może
nieco apatyczny. Modlili się w skupieniu, z zamkniętymi oczami.

Wnętrze  domu  przypominało  ich  szaty  –  było  nieświeże  i  sfatygowane.  Stare,  podarte

i  wyblakłe  tapety.  Popękana  farba  na  deskach  podłogowych.  Okna  zakurzone  i  dawno
niemyte.  Liczne  sprzęty  wymagały  naprawy.  Na  ścianach  nie  było  obrazów  i  ozdób  ani
żadnych  bibelotów,  co  prawda  zasadniczo  niepotrzebnych,  lecz  tworzących  przecież
domową  atmosferę.  Nic  nie  dawało  tu  mocnego  świadectwa,  że  dom  jest  zamieszkany.
Lumikki  miała  wrażenie,  że  trafiła  do  opuszczonej  rudery.  Zrobiła  sobie  wycieczkę  do
squotu.

Adam Havel miał brodę i krzaczaste brwi i najlepiej pasowało do niego słowo „szary”.

Jego  włosy  miały  szarosiwy  kolor,  skóra  była  ziemista.  Lumikki  nie  umiałaby  dokładnie
określić  wieku  mężczyzny,  mógł  być  jednak  po  sześćdziesiątce,  tak  jak  przypuszczała
Lenka.  Patrząc  na  niego,  Lumikki  nie  mogła  oprzeć  się  dziwnemu  wrażeniu,  że  ta  jego
myszowata szarość jest wyłącznie pozą. Z mężczyzny emanowały bowiem żelazna siła woli
i bezwzględność, przejawiające się w celowości wszystkich jego ruchów. On również był

background image

szczupły,  lecz  dobrze  umięśniony.  Złożone  do  modlitwy  dłonie  przypominały  łapska
zapaśnika, którymi mógł bez trudu skręcić człowiekowi kark.

Adam  Havel  nieoczekiwanie  uniósł  głowę  podczas  modlitwy  i  wbił  w  dziewczynę

świdrujące spojrzenie szarych oczu. Lumikki szybko spuściła wzrok. Lepiej niepotrzebnie
nie wzbudzać podejrzeń samego guru.

Cud,  że  w  ogóle  wpuścili  ją  do  środka.  Gdy  stanęły  z  Lenką  przy  furtce,  podeszła  do

nich  ta  sama  kobieta,  która  ostatnim  razem  nie  wpuściła  Lumikki  nawet  za  ogrodzenie.
Lenka ponownie wdała się z nią w ożywioną wymianę zdań i Lumikki sądziła już, że znów
przebyła  taki  szmat  drogi  na  próżno,  ale  wtedy  z  domu  wyszedł  Adam  Havel,  spojrzał
badawczo na Lumikki i zamienił kilka słów z Lenką, po czym, voilà,  furtka  stanęła  przed
nimi otworem.

– Co im powiedziałaś? – wyszeptała Lumikki do Lenki, gdy szły w kierunku domu.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Tylko tyle, że jesteś moją siostrą i chcesz zjeść z nami obiad. Adam uznał, że to dobry

pomysł.

Lumikki  spojrzała  na  niego.  Adam  Havel  szedł  przed  nią  zdecydowanym  krokiem,

wyprostowany jak struna. W tym momencie przez głowę przebiegła jej myśl, że lepiej na
niego uważać.

Wreszcie  modlitwa  dobiegła  końca  i  Adam  dał  znak,  że  można  zacząć  jeść.  Przy  stole

panowała  prawie  kompletna  cisza,  słychać  było  tylko  postukiwanie  noży  i  widelców
o talerze. Do picia dostali letnią wodę. Lumikki ukroiła sobie kawałek ziemniaka i mięsa
i powoli wsadziła do ust. Ani grama soli.

Adam musiał spostrzec minę Lumikki, bo odezwał się do niej po angielsku:
– Dziwisz się może, dlaczego nasze pożywienie jest tak ascetyczne. Czy w ogóle nasze

życie.  Wyznajemy  czystość  i  jak  największą,  pierwotną  prostotę.  Im  mniej  zbytecznych
bodźców  wpływa  na  człowieka,  tym  bardziej  może  się  on  zbliżyć  do  Boga.  Dlatego  nie
mamy  telewizorów,  telefonów,  żadnych  urządzeń  elektronicznych  ani  książek.  Nie
przyprawiamy jedzenia. Czasem palimy kadzidełka, ale głównie po to, aby oczyścić zmysł
powonienia.  Wierzymy,  że  umysł  człowieka  wtedy  jest  najbardziej  gotów  na  przyjęcie
świętości, kiedy jest czysty i biały jak śnieg.

Lumikki  spojrzała  na  pozostałych,  którzy  po  słowach  Adama  pokiwali  głowami.  Nie

wyglądali na nieszczęśliwych ani poniżonych. Sprawiali wrażenie ludzi spokojnych, którzy
tworzą  silną  wspólnotę.  Najwyraźniej  rzeczywiście  wierzyli,  że  mają  coś,  czego  nie  ma
nikt inny. Przez ułamek sekundy Lumikki zdawało się, że im zazdrości.

Zebrani przy stole zaczęli rozmawiać ze sobą przyciszonymi głosami.
– O czym mówią? – Lumikki spytała Lenkę.
–  Opowiadamy  sobie,  jak  spędziliśmy  ten  dzień.  Ci,  którzy  pracują,  mówią,  jak  było

w pracy, a reszta opowiada, co robiła w domu.

Lumikki  wsłuchiwała  się  w  spokojny  szmer  czeskiej  mowy  i  uważnie  przyglądała

twarzom członków sekty. Nie potrafiła z nich niczego wyczytać. Nikt się nie uśmiechał, nikt

background image

nie  sprawiał  wrażenia  podminowanego.  Czy  nieokazywanie  emocji  było  dla  nich
przejawem świętości? A może ich zupełny brak?

Gdy wszyscy opowiedzieli już sobie, jak spędzili dzień, posiłek dobiegł końca i zapadła

cisza. Nikt o nic nie spytał Lumikki, nikt w żaden sposób nie skomentował jej obecności.
Nastrój  w  pomieszczeniu  był  nierzeczywisty  i  senny,  a  jednocześnie  w  niejasny  sposób
irytujący.  Lumikki  próbowała  parokrotnie  uchwycić  spojrzenie  Lenki,  jednak  siostra
uparcie wpatrywała się w swój talerz.

– Co się dzieje? – syknęła Lumikki.
–  Spowiedź  –  odparła  Lenka.  –  Wszyscy  będziemy  teraz  wyznawać  po  kolei  swoje

grzechy z całego tygodnia.

Lumikki  nie  zdążyła  odpowiedzieć,  bo  zaczęły  już  padać  pierwsze  wyznania.  Jeśli

modlitwa przed posiłkiem wydawała się długa, spowiedź trwała całą wieczność. Lumikki
nie mogła pojąć, jakim cudem ludzie żyjący w czystości i ascezie zdążyli popełnić w ciągu
jednego  tylko  tygodnia  aż  tyle  grzechów,  ile  wynikałoby  z  czasu,  jaki  poświęcali  na  ich
wyznanie.  Na  zakończenie  każdej  indywidualnej  spowiedzi  wszyscy  unosili  na  chwilę
złączone dłonie. Być może miało to symbolizować odpuszczenie grzechów.

Gdy  po  dłuższym  czasie  kolejka  dotarła  do  Lumikki,  ta  uśmiechnęła  się  uprzejmie

i pokręciła głową. Nie było jednak mowy o wymiganiu się od spowiedzi.

–  Każdy  musi  wyznać  swoje  grzechy  –  powiedział  łagodnie  Adam  i  wbił  spojrzenie

w Lumikki.

Przemknęło  jej  przez  głowę,  że  facet  mówi  zdumiewająco  dobrze  po  angielsku.  Bez

cienia czeskiego akcentu.

– Nie wydaje mi się, żebym popełniała grzechy – odrzekła.
– Wszyscy je popełniają. Codziennie. – W głosie Adama nie było już łagodności.
– Jeśli nawet, to jest to moja prywatna sprawa. I nie mam ochoty z nikim na ten temat

rozmawiać.

Młody  mężczyzna  o  pięknych  rysach  twarzy  powiedział  coś  po  czesku.  Adam  wbił

w Lumikki swoje świdrujące spojrzenie i dodał:

– Nie mamy tu prywatnych spraw. Mówimy sobie o wszystkim, bez wyjątku.
Atmosfera  przy  stole  stała  się  nagle  złowroga.  Wszystkie  spojrzenia  skupiły  się  na

Lumikki.  Lenka  patrzyła  na  nią  przepraszająco,  ściskając  ją  za  rękę,  jak  gdyby  chciała
dodać jej odwagi.

Po karku Lumikki spłynęła strużka potu. Przestało jej się to podobać. Poczuła, że chce

wyjść. Zaraz, od razu.

– Dziękuję za obiad, ale muszę już iść – powiedziała i wstała.
Jednak  siedzący  obok  niej  starszy  mężczyzna  złapał  ją  za  rękę  z  zaskakującą  siłą

i  sprowadził  z  powrotem  na  krzesło.  W  tym  czasie  Adam  zdążył  się  podnieść  i  w  paru
krokach doskoczył do Lumikki.

–  Jeśli  nie  chcesz  wyznać  swoich  grzechów  tutaj,  zrobisz  to  w  karcerze  –  oznajmił

spokojnym głosem, kładąc jej na barkach swoje ciężkie, silne dłonie.

background image

– Gdzie? – spytała Lumikki i zerknęła na Lenkę, która tylko pokręciła głową.
– Karcer to dobre miejsce dla tych, którzy odczuwają potrzebę głębszego przemyślenia

swoich grzechów – powiedział Adam.

Lumikki  nie  podobał  się  ten  jego  łagodny  ton.  Zerwała  się  na  równe  nogi,  ale  w  tym

samym momencie jak na rozkaz wczepiło się w nią kilka par rąk.

– Tylko nie do karceru! – wykrzyknęła Lenka.
Lumikki zdążyła jeszcze zobaczyć jej zapłakane oczy, gdy pochwycono ją za ręce i nogi

i wyniesiono z jadalni, choć wyrywała się i szarpała jak szalona. Miała wrażenie, że Lenka
patrzy na nią przepraszająco.

Adam  Havel  odszukał  w  swoim  smartfonie  zdjęcie,  choć  i  bez  tego  wiedział,  że  się  nie
pomylił.  Tak,  to  ta  dziewczyna.  Te  same  krótkie  włosy  i  trochę  twarde,  niemal  wyniosłe
spojrzenie.  Nie  spodziewał  się  tylko,  że  Finka  będzie  się  aż  tak  wyrywać.  Potrzeba  było
kilku mężczyzn, aby ją wreszcie unieruchomić. Gdy tylko zobaczył ją przy furtce, wiedział,
że  Lumikki  ma  zostać  wysłana  na  tamten  świat.  Sam  oczywiście  nie  mógł  tego  zrobić,
zszokowałby  tylko  niepotrzebnie  rodzinę.  Zaprosił  więc  Finkę  do  domu,  a  ona  sama,
potulnie  jak  jagnię,  weszła  do  jaskini  lwa.  Adam  wiedział,  że  prędzej  czy  później
dziewczynie  coś  się  nie  spodoba,  a  wtedy  będzie  miał  dobry  pretekst,  żeby  ją  zamknąć
w karcerze.

Czy  naprawdę  była  siostrą  Lenki?  W  zasadzie  było  mu  to  zupełnie  obojętne.  Dostał

wyraźne  polecenie,  że  dziewczynę  trzeba  wyeliminować,  a  w  takich  momentach  nie  pyta
się  o  krewnych.  Poza  tym  Lenka  zawsze  była  trochę  inna  od  reszty,  żyła  bardziej
w wyobrażeniach niż w realnym świecie. Nie żeby mu to przeszkadzało. Wręcz odwrotnie
– Lenka była łatwiejsza w prowadzeniu niż jej matka, która po zajściu w ciążę uciekła od
nich  i  próbowała  wieść  normalne  życie.  Nie  mogli  przymknąć  oczu  na  taki  wybryk.  Od
rodziny  się  nie  odchodzi.  Bo  gdy  o  jej  sprawach  dowiadują  się  postronni,  rodzina  jest
w niebezpieczeństwie.

Odnalezienie  kobiety  okazało  się  zaskakująco  trudne,  choć  mieszkała  w  tym  samym

mieście.  Zajęło  to  Adamowi  niemal  piętnaście  lat.  W  końcu  jednak  zdołał  ją  namierzyć
i  kobieta  zapłaciła  za  swoje  grzechy.  Utonięcie  było  dla  niej  idealną  karą.  Poza  tym
wyglądało na nieszczęśliwy wypadek i tak też jej zgon zapisano w aktach policyjnych.

Adam zamknął się ze swoim smartfonem w piwnicy, zawsze tak robił. Zakaz korzystania

z  urządzeń  elektronicznych  jego  oczywiście  nie  dotyczył,  ale  pozostali  nie  musieli  o  tym
wiedzieć. Ich wiara powinna pozostać niezachwiana i czysta.

Napisał SMS, że dziewczynę można zabrać z niewielkiej ceglanej komórki w ogrodzie,

a  klucz  znajduje  się  pod  schodami  przy  tylnych  drzwiach  domu.  Dobrze  byłoby
upozorować ucieczkę, bo inaczej zniknięcie dziewczyny wzbudzi w rodzinie niepotrzebne
zaniepokojenie.  Adam  zobowiązał  się,  że  przez  następną  godzinę  zajmie  wszystkich
modlitwą  w  sali  po  drugiej  stronie  domu.  Wiadomość  wysłał  do  kobiety,  a  ona  miała

background image

przekazać zlecenie zabójcy. Tak się umówili. Lepiej, żeby polecenia wydawała tylko jedna
osoba.

Adam zastanawiał się, co by było, gdyby wyznał kiedyś przed rodziną swoje prawdziwe

występki. Czy przyniosłoby mu to ulgę? Raczej nie. Trzeba zacząć od tego, że nie uznawał
w  ogóle  pojęcia  „grzechu”.  Był  pewny,  że  ulży  mu  dopiero  po  wykonaniu  zadania,  kiedy
będzie już daleko stąd.

Szara  szmata,  którą  zakneblowano  Lumikki,  z  każdą  minutą  cuchnęła  coraz  obrzydliwiej.
Smakowała  dokładnie  tak,  jak  wyglądała:  zakurzona,  brudna,  ohydna,  zjełczała.  Szorstki
sznur, którym ją skrępowano, boleśnie uciskał kostki i nadgarstki.

Karcer był godny swojej nazwy. Zbudowana w głębi działki za domem ceglana komórka

o powierzchni niecałych trzech metrów kwadratowych. Nic do siedzenia. Tylko krucyfiks
na ścianie. A na gwoździu obok niego plecak Lumikki – akurat tak wysoko, by nie mogła go
chwycić  skrępowanymi  rękoma.  Tuż  pod  sufitem  okienko,  przez  które  mogła  podziwiać
błękitne niebo. Drzwi zamykane na klucz od zewnątrz.

Już od pewnego czasu Lumikki usiłowała poluzować więzy, rozglądała się też za czymś,

czym mogłaby przetrzeć krępujący ją sznur. Bezskutecznie. Wparła głowę mocno w ścianę
i zaczęła poruszać nią na wszystkie strony. Knebel był ciasno zawiązany i nie przesunął się
w  żadną  stronę  nawet  o  milimetr.  Lumikki  robiła,  co  mogła,  żeby  nie  myśleć  o  ohydnym
smaku szmaty.

Zerwała się na równe nogi, choć nie było to łatwe ze skrępowanymi kostkami. Skoczyła

w miejscu raz i drugi, chciała sprawdzić, jak wysoko zdoła dosięgnąć. Dwadzieścia, może
trzydzieści centymetrów. Nic jej to nie da. Po trzecim skoku straciła równowagę i upadła,
uderzając boleśnie kością ogonową o ceglaną posadzkę. Oczy zaszły jej łzami.

Siedziała  przez  chwilę,  zbierając  siły.  Już  dość  ich  straciła,  zupełnie  niepotrzebnie.

Z  trudem  panowała  nad  narastającą  paniką.  Wyszła  cało  z  niejednej  opresji,  raz  przecież
udało jej się uwolnić nawet z zamrażarki, teraz jednak coś jej podpowiadało, że z tego się
już nie wywinie. Z karceru nie ucieknie.

Uniosła  wzrok  na  drewniany  krucyfiks.  Jezus  patrzył  na  nią  dużymi,  smutnymi  oczami.

Jeśli był kiedyś w jej życiu dobry moment na modlitwę, to na pewno teraz. Lumikki jednak
nie zdecydowała się na nią, bo nie wierzyła, by ktokolwiek mógł ją usłyszeć.

Skrawek nieba w okienku pod sufitem był wzruszająco piękny.
Poczuła, że zjedzony przed chwilą, jałowy posiłek podchodzi jej do gardła. Zmusiła się

do  przełknięcia,  choć  przez  to  poczuła  silniej  odór  knebla.  Nie  wolno  jej  myśleć
o  mdłościach,  bo  to  tylko  pogorszy  sprawę.  Trzeba  coś  zrobić,  żeby  opanować  paniczne
myśli.

Wstała.  Mocno  zaparła  się  plecami  o  ścianę,  wybiła  z  obu  nóg  i  kopnęła  w  drzwi.

Solidne wrota nawet nie drgnęły. Po trzech daremnych próbach Lumikki znów usiadła, żeby
zebrać siły i pomyśleć.

background image

A  gdyby  tak  spróbować  wywindować  się  powolutku  w  górę,  zapierając  się  plecami

o  jedną  ścianę,  a  nogami  o  przeciwległą?  Centymetr  po  centymetrze  wspiąć  się  aż  do
plecaka, może nawet do okna? Może zdołałaby je wybić albo otworzyć?

Nie zastanawiała się nawet nad szansą powodzenia, bo rachunek prawdopodobieństwa

był  przeciwko  niej.  Poza  tym  matematyka  nigdy  nie  pomogła  jej  wydostać  się  z  opresji.
Jeśli Lumikki udawało się uciec, to dzięki temu, że była uparta, cierpliwa i nie dawała za
wygraną.

Nie chciała też myśleć o tym, co Adam Havel zamierza z nią zrobić. Ale myślała. Nie

ufała mu w najmniejszym stopniu. Jeśli śmierć Jara nie była przypadkowa, czego Lumikki
była niemal pewna, Havel raczej nie ma powodu, aby ją oszczędzić. Czy przyjdzie udusić
ją  własnoręcznie?  Czy  przyśle  kogoś  innego?  Zabiją  ją  w  karcerze  czy  wywiozą  ją  na
egzekucję w inne miejsce?

Śmierć w ceglanej komórce. Lumikki nie mogła się zgodzić na takie poniżenie.
Oparła  się  mocno  o  ścianę,  poczuła  jej  ceglaną,  bezlitosną  twardość.  Teraz  będzie  jej

przyjaciółką,  która  da  jej  wsparcie.  Z  całych  sił  wparła  związane  nogi  w  przeciwległą
ścianę.  Wiedziała,  że  wspinaczka  będzie  mozolna  i  bardzo  męcząca.  Prawdopodobnie
Lumikki  nie  będzie  miała  siły,  aby  ją  powtórzyć,  musi  więc  dać  radę  za  pierwszym
podejściem.

Wybicie. Złapała równowagę, uspokoiła się i przez nos nabrała pełne płuca powietrza.

Trzeba dobrze dotlenić organizm.

Stopy pięły się w górę centymetr po centymetrze. Nacisk pleców i nóg na ściany musiał

być równy. Gdy palce stóp znalazły się tak wysoko, że środek ciężkości zbytnio przesunął
się ku barkom i szyi, Lumikki zaczęła windować w górę plecy. Szło jej to zdecydowanie
gorzej niż unoszenie nóg.

Dwa centymetry. Trzy.
Nie przerywała jednak przerażająco powolnej wspinaczki.
Smak szmaty w ustach coraz bardziej ją mdlił.
Jeszcze  kilka  centymetrów  i  głowa  znajdzie  się  na  wysokości  plecaka.  Ściągnie  go

z gwoździa. W środku miała nożyk do obierania warzyw, którym spróbuje jakoś przeciąć
więzy.

Właśnie  wtedy  usłyszała  kroki  na  ścieżce  prowadzącej  do  karceru.  Ktoś  stanął  przed

drzwiami.  Lumikki  zbyt  gwałtownie  poruszyła  nogami,  straciła  równowagę  i  runęła  na
ziemię.

Usłyszała zgrzyt klucza przekręcanego w zamku i ogarnął ją paniczny strach.

background image

18

Najlepszy  i  najskuteczniejszy  w  całej  Pradze  płatny  zabójca  powtórzył  otrzymane  przed
chwilą instrukcje.

Ma  pojechać  do  domu  rodziny.  Pod  schodami  na  tyłach  posesji  znajdzie  klucz  do

komórki  za  domem.  Zabierze  zamkniętą  tam  bezbronną,  skrępowaną  dziewczynę
i upozoruje jej samodzielną ucieczkę.

Sprawa jasna. Nie ma możliwości pomyłki ani niepowodzenia misji.
Obiekt już raz mu uciekł. Drugiego razu nie będzie.

Lumikki  patrzyła  na  przeraźliwie  wolno  otwierające  się  drzwi.  Próbowała  myśleć  jasno.
Czy  zdołałaby  w  jakiś  sposób  zmylić  wchodzącego?  Udać,  że  straciła  przytomność?
Zyskałaby moment zaskoczenia. Co prawda znikomy, ale musiała coś wymyślić. Nigdy nie
poddawała się bez walki i teraz też nie będzie inaczej.

Zamknęła oczy i położyła się bezwładnie na ziemi.
Ktoś wszedł do środka.
Pogładził jej włosy.
– Lumikki... – usłyszała szept. Otworzyła oczy. Lenka.
Siostra  szybko  i  sprawnie  rozwiązała  supły  i  wyjęła  szmatę  z  ust  Lumikki.  Ta  się

rozkaszlała i dopiero po chwili mogła zaczerpnąć świeżego powietrza. Niebo w gębie.

– Musisz uciekać. Natychmiast. Czasu jest mało.
Lenka była zdenerwowana i przerażona.
Lumikki ściągnęła plecak z gwoździa.
– Nie bez ciebie.
Lenka  zamrugała  oczami.  Wyglądała,  jakby  przez  sekundę  wahała  się,  co  powinna

zrobić. Potem obejrzała się przez ramię na dom.

– Nie mamy czasu się teraz spierać. Reszta modli się w domu, ale nie wiem, jak długo to

jeszcze potrwa. Adam mimo oporów zgodził się, żebym modliła się sama w swoim pokoju.
Wiem,  gdzie  chowa  zapasowy  klucz  do  karceru.  W  kominku.  Muszę  odnieść  go
z powrotem, zanim ktoś spostrzeże, że go tam nie ma.

– Ale przecież cię złapią! Adam cię ukarze.
–  Nie  złapią.  Tak  to  urządzę,  żeby  wyglądało,  że  uciekłaś.  Biegnij  już.  Dalej!  –  Lenka

patrzyła na nią błagalnie, cała dygotała z nerwów.

Lumikki  rzeczywiście  najchętniej  rzuciłaby  się  do  ucieczki.  Przerażała  ją  jednak  myśl

o tym, że mogłaby zostawić siostrę na łasce tych szaleńców. Jeśli teraz ucieknie, może już
nigdy nie zobaczy Lenki?

–  Tu  jest  niebezpiecznie.  Lenka,  ty  nie  wiesz...  Sądzę,  że  nie  znamy  całej  prawdy

background image

o Adamie... – Lumikki próbowała ją przekonać.

Lenka zrobiła krok w tył. Natychmiast stała się bardziej odległa.
– Już ja znam prawdę. Adam jest dla mnie dobry.
– To dlaczego pomagasz mi uciec?
– Bo on potrafi być bezwzględny dla tych, którzy nie widzą prawdy. A nie chcę, żebyś

cierpiała.

Nielogiczność w rozumowaniu Lenki doprowadzała Lumikki do szewskiej pasji, miała

ochotę  wrzeszczeć.  Czuła,  że  siostra  oddala  się  od  niej  coraz  bardziej  i  że  Lumikki  nie
zdoła przemówić jej do rozsądku. Między nimi nagle wyrósł mur.

– Ale ta prawda... – zaczęła jeszcze raz Lumikki.
–  Wkrótce  nawet  ludzie  spoza  rodziny  zobaczą  prawdę,  która  porazi  ich  oczy.  Miałam

nadzieję, że będziesz już wtedy w rodzinie, siostro, ale wygląda na to, że twoje serce nie
jest jednak wystarczająco otwarte. Musisz już iść.

Słowa Lenki ugodziły Lumikki niczym sztylet wbity w serce. Najchętniej objęłaby Lenkę

i wyznała jej, że bardzo się o nią boi, że grozi jej niebezpieczeństwo. I że zaczęło jej na
niej bardzo zależeć. Mogła to zrobić, ale nie zrobiła. Powstrzymała ją nieśmiałość, strach,
a może przyzwyczajenie.

Nigdy się za nikim nie uganiaj. Nigdy nie błagaj o miłość, przyjaźń ani zaufanie.
Lumikki  musnęła  więc  tylko  dłoń  Lenki,  jakby  chciała  jej  podziękować,  po  czym

podbiegła  do  ogrodzenia  za  domem  i  uważając  na  ostre  iglice,  przedostała  się  na  drugą
stronę. Dopiero gdy biegła już tak długo, że powrót byłby czystym szaleństwem, przeklęła
swoje  zasady.  Niewykluczone,  że  właśnie  straciła  przez  nie  kontakt  z  siostrą.  A  może
nawet straciła siostrę.

Zatrzymała się na chwilę, żeby złapać oddech, i wyjęła z plecaka kartkę, na której Lenka

narysowała jej swoje niepozorne, słabo rozgałęzione drzewo genealogiczne.

Skoro nie potrafi rozmawiać z żywymi, najwyższa pora iść porozmawiać z umarłymi.

Lenka zasłoniła przedramieniem głowę i z całej siły uderzyła krucyfiksem w okno. Szyba
stłukła się z trzaskiem. Brzęk z pewnością usłyszano w domu, więc Lenka miała tylko kilka
sekund. Na szczęście reszta modliła się w pokoju po drugiej stronie domu, gdzie nie było
okien  wychodzących  na  karcer.  Okno  komórki  było  nieduże,  a  wybita  przez  nią  dziura
jeszcze  mniejsza,  ale  przy  odrobinie  fantazji  można  było  przyjąć,  że  Lumikki  zdołała  się
przez  nią  przecisnąć  i  tak  właśnie  uciekła.  Lenka  rzuciła  krucyfiks  na  posadzkę  obok
przeciętych sznurów. Miała wrażenie, że Jezus patrzy na nią z rozczarowaniem.

„Panie, odpuść mi wszystkie moje grzechy”, poprosiła w myślach.
Serce waliło jej jak młot, gdy zamykała drzwi na klucz. Musiała się powstrzymać, żeby

co rusz nie patrzeć przez ramię. Straciłaby tylko cenne sekundy. Ręce okropnie jej drżały,
ale jakoś zdołała przekręcić klucz w zamku. Rzuciła się przed dom, słysząc, że pozostali są
już przy tylnych drzwiach.

background image

Modliła  się  w  myślach,  żeby  nikomu  nie  przyszło  do  głowy  sprawdzić,  czy  ciągle  jest

w swoim pokoju. Wiedziała, że o takie rzeczy nie wolno prosić w modlitwach, ale akurat
teraz na to nie zważała.

Za  domem  usłyszała  podniesione  głosy.  Lenka,  błagając  Stwórcę  o  siły  w  drżących

nogach,  wspięła  się  po  drabinie  do  okna  swojego  pokoju.  Zajrzała  ostrożnie  do  środka.
Nikogo nie ma. Drzwi zamknięte. Dobrze. I co najważniejsze, okno wciąż jest otwarte na
oścież,  tak  jak  je  zostawiła.  Wgramoliła  się  do  środka  i  dopiero  teraz  spostrzegła,  że
skaleczyła sobie rękę o rozbite szkło: z długiego rozcięcia na grzbiecie dłoni ciekła krew.
Przyssała  się  ustami  do  rany.  Smak  był  obrzydliwy,  ale  teraz  nie  mogła  okazać  słabości.
Rozcięcie  zaraz  zaczęło  od  nowa  broczyć.  Lenka  wsunęła  dłoń  pod  kołdrę  i  przycisnęła
ranę  do  prześcieradła.  Jeśli  ktoś  ją  spyta  o  krew,  zawsze  będzie  mogła  powiedzieć,  że
w nocy dostała przedwczesnej miesiączki.

Krwawienie prawie ustało. Lenka otworzyła drzwi i zbiegła po schodach na parter.
Kominek.  Musi  zdążyć  do  kominka.  Jak  najszybciej  pozbyć  się  zapasowego  klucza,

zanim Adam czy ktoś inny z rodziny zdąży rzucić na nią choćby cień podejrzenia.

Spojrzała  szybko  przez  okno  dużego  pokoju,  żeby  sprawdzić,  co  dzieje  się  za  domem.

Wszyscy stali przy karcerze, Adam zaglądał do środka przez otwarte drzwi. Z kilku słów
zdziwienia,  które  do  niej  dotarły,  Lenka  zorientowała  się,  że  wszyscy  się  zastanawiają,
jakim  cudem  Lumikki  zdołała  uciec  z  karceru.  Dziewczyna  wsunęła  rękę  do  kominka,
namacała ukryte wgłębienie i wsunęła tam zapasowy klucz.

Właśnie wtedy zawołał ją Adam. Wpadła na niego przy tylnych drzwiach.
– Ta twoja tak zwana siostra zniknęła – rzekł Adam.
– Co takiego?!?
Lenka  usiłowała  zawrzeć  w  swoim  głosie  odpowiednią  dozę  zdumienia,  gniewu

i  strachu.  Adam  zajrzał  jej  głęboko  w  oczy.  Dziewczyna  wytrzymała  jego  spojrzenie  bez
mrugnięcia  powiek.  Po  raz  pierwszy  w  życiu.  Adam  zmarszczył  czoło,  ale  oczy  Lenki
patrzyły na niego szczerze i niewinnie.

– Chodź sama zobaczyć, jeśli nie wierzysz – powiedział.
Odwrócił  się  na  pięcie  i  ruszył  pierwszy  w  stronę  komórki.  Lenka  wsunęła  rękę  do

kieszeni  spodni,  ukrywając  przed  spojrzeniami  innych  zarówno  zadrapanie  na  grzbiecie
dłoni, jak i brudne od sadzy palce.

Szła za Adamem i znów pomyślała, jak zdumiewająco łatwo jest kogoś okłamać.

Telefon poinformował o nowej wiadomości. Zabójca był już prawie pod domem rodziny.
SMS od zleceniodawcy.

„Dobra robota”.
Mężczyzna zdziwił się. Przecież nawet jeszcze go tam nie ma. Zaklął pod nosem. Zdał

sobie sprawę, że będzie się musiał zniżyć do wyjaśniającej rozmowy telefonicznej. Przez
głowę  przebiegła  mu  niepokojąca  myśl,  że  dziewczyna  mogła  mu  jednak  uciec.  Po  raz

background image

drugi.

background image

19

Anioł  opierał  ciężką  głowę  na  dłoni.  Lewe  skrzydło  miał  mocno  nadłamane,  a  jego  oczy
wyglądały  tak,  jakby  od  setek  lat  ronił  ogromne,  czarne  łzy.  Pewnie  wypominał  sobie
gorzko,  że  nie  wywiązał  się  z  powierzonego  mu  zadania.  Bluszcz  spętał  mu  nogi  niczym
kajdany.  Anioł  o  ułamanym  skrzydle  już  nigdy  nie  wzleci  do  nieba.  Dostał  dożywocie
i będzie ronić czarne łzy, i cierpieć za grzechy niepowodzenia po kres czasu, tu, na ziemi.

Lumikki  patrzyła  na  smutną  rzeźbę.  Czuła  się  dokładnie  tak  samo.  Czarna  rozpacz

i  beznadzieja.  Na  co  właściwie  liczyła?  Przecież  cmentarz  Vinohradzki  to  jedna
z największych praskich nekropolii. Znalezienie igły w stogu siana byłoby fraszką wobec
zadania, którego się podjęła.

Lenka wspomniała Lumikki, że jej dziadkowie leżą właśnie na tym cmentarzu. I że nigdy

nie  była  na  ich  grobie.  Adam  twierdził,  że  nie  należy  myśleć  o  umarłych,  tylko  o  tych,
którzy  jeszcze  żyją,  ale  zdaniem  Lumikki  Havel  po  prostu  nie  chciał,  żeby  ktokolwiek
z  jego  sekty  za  bardzo  interesował  się  historią  swojej  rodziny.  Dlatego  postanowiła
przyjechać na Vinohrady i sprawdzić, czy nagrobki nie naprowadzą ją na jakiś trop.

Gdyby znalazła w bajeczce Adama jakąś sprzeczność, może zdołałaby przekonać Lenkę,

że powinna zmienić miejsce zamieszkania. Gdyby udało się jej wykazać, że Adam skłamał,
może Lenka przestałaby wierzyć także w inne jego „prawdy”. Lumikki wiedziała, że ma na
to nikłe szanse, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy.

Musi wyrwać siostrę spod wpływu Adama Havla i jego sekty.
Lumikki postanowiła iść na cmentarz piechotą ze stacji metra w centrum, jednak nie był

to  dobry  pomysł.  Od  rana  chodziła  w  trampkach,  a  trzeba  było  pomyśleć  o  sandałach.
Stopy miała przepocone, pięty poobcierane, a palce rozgotowane na purée. Butelkę wody,
którą zabrała na prowiant, opróżniła już pół godziny temu. Nie miała wątpliwości, że jest
odwodniona. Za chwilę rozboli ją głowa.

Tych  nieprzyjemnych  odczuć  nie  złagodziła  wcale  konstatacja,  że  znalezienie  grobu

dziadków  Lenki  zakrawa  na  fantastykę.  Pomijając  to,  że  cmentarz  był  po  prostu  ogromny
i  Lumikki  nie  potrafiła  dostrzec  w  układzie  grobów  żadnego  porządku,  nawet  w  tak
słoneczny  i  upalny  dzień  nekropolia  wyglądała  jak  scenografia  żywcem  wyjęta  z  gothic
party.  Stare,  sięgające  wysoko  drzewa  rzucały  na  nagrobki  dziwaczne  cienie.
Wyszczerbione kamienie, krzyże, rzeźby i mury, karykaturalnie wyglądające anioły, raz bez
jednej  ręki,  raz  bez  dwóch,  niekiedy  nawet  bez  głowy.  Zatarte  napisy  na  grobach  trudno
było odczytać. Na dodatek w wielu miejscach ziemię, drzewa i nagrobki pokrywał gruby
dywan bluszczu.

Lumikki  odnalazła  mnóstwo  Franzów  i  Marii,  jeszcze  więcej  Havlów  i  dziesiątki

grobów  Franza  Havla  lub  Marii  Havlovej.  Nie  zgadzały  się  jednak  daty.  Havlów

background image

z osiemnastego wieku mogła sobie śmiało darować.

Czuła,  że  ból  głowy  z  odwodnienia  zaczyna  promieniować  z  potylicy  ku  skroniom.  Za

chwilę ogarnie płat czołowy i może się nawet skończyć nudnościami. Choć zdołała jakoś
wypłukać z ust obrzydliwy smak knebla, ciążył jej jeszcze na żołądku niedzielny rodzinny
obiadek. Nie chciała jednak wymiotować na cmentarzu. Co prawda umarli nie zwróciliby
na to najmniejszej uwagi, ale byłoby to nietaktem wobec osób odwiedzających cmentarz.

Lumikki przysiadła na ławeczce w cieniu drzew, żeby wziąć parę głębokich wdechów.

Nie  było  sensu  dłużej  szukać.  Lepiej  zrobi,  jak  pójdzie  do  najbliższego  sklepu,  kupi  coś
zimnego  do  picia,  a  potem  zadzwoni  do  Jiřiego  i  spyta  go,  czy  ma  jakieś  informacje
o dziadkach Lenki. W końcu dokładnie przebadał księgi kościelne.

Wypad  na  cmentarz  nie  przyniósł  oczekiwanych  efektów.  Lumikki  uznała,  że  będzie  to

dla  niej  lekcja  na  przyszłość.  Nie  planuj  niczego  na  kolanie.  Najpierw  zbadaj,  czy  warto
w ogóle działać.

Właśnie  wtedy  zadzwonił  telefon.  Ojciec.  Najchętniej  odłożyłaby  tę  rozmowę  na

później,  wiedziała  jednak,  że  najrozsądniej  będzie  odebrać  od  razu.  Jeśli  tego  nie  zrobi,
rodzice zaczną się jeszcze niepotrzebnie martwić.

–  Rozmawiałaś  przed  południem  z  Kaisą  i  zdaje  się,  że  coś  wam  przerwało.  Ale

w sumie to ze mną chciałaś porozmawiać – zaczął ojciec.

– No tak. Chciałam tylko spytać, jak ci tu było w Pradze – odrzekła Lumikki.
Jej  spojrzenie  spoczęło  na  stojącym  naprzeciw  ławki  nagrobku.  Całkowicie  zarósł

bluszczem.  Mimo  wszystko  Lumikki  nie  żałowała,  że  wybrała  się  na  tę  bezowocną
wyprawę. Nastrój cmentarza miał w sobie coś ze snu, koszmaru i gotyckiego wiersza. Było
tu po prostu przepięknie i warto było przyjść choćby dla samego klimatu.

–  Skąd  wiedziałaś,  że  byłem  kiedyś  w  Pradze?  –  Głos  ojca  zabrzmiał  jak  na

przesłuchaniu, niemal obcesowo.

Zastanowiła się. Nie chciała zdradzać ojcu wszystkiego od razu, jeszcze nie teraz.
– Od wspólnej znajomej. Czy powiedzmy może: od znajomej z przeszłości.
– Dziwne, że ktoś może mnie tam jeszcze pamiętać po tylu latach...
Lumikki nie pozwoliła ojcu dokończyć myśli, tylko przeszła od razu do rzeczy.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że tu byłeś?
W słuchawce zaległa cisza. Trwało to tak długo, że Lumikki bała się już, że połączenie

zostało przerwane.

–  Mówiąc  szczerze,  byłem  wtedy  w  dość  kiepskim  stanie  psychicznym.  To  był  bardzo

smutny czas i niechętnie go wspominam. W zasadzie nie mam z Pragi żadnych wspomnień –
odrzekł w końcu ojciec stłumionym głosem.

Lumikki była o włos, by krzyknąć do słuchawki: „Nie pamiętasz, że spłodziłeś tu swoją

starszą córkę!?”.

– No i... dlatego ci nie powiedziałem. Nie było o czym.
Lumikki  patrzyła  przed  siebie  z  nieukrywaną  złością.  Nie  było  o  czym.  Zrobił  dziecko

i mówi, że nie było o czym. Dziecko to przecież drobiazg.

background image

– To właśnie w tej sprawie do ciebie dzwoniłam – powiedziała sucho Lumikki. – A tak

to nic poza tym.

– Wszystko dobrze? Masz jeszcze pieniądze? Schronisko przyzwoite?
Ojciec zmienił ton głosu, znów był zatroskanym i trochę zdystansowanym rodzicem.
– Wszystko dobrze, nie martw się. Za parę dni będę z powrotem.
„Możliwe, że z siostrą”, dodała w myślach. Ojciec będzie mógł zaktualizować kategorię

„nie ma o czym mówić”.

Lumikki  nieraz  dochodziła  do  wniosku,  że  w  jej  rodzinie  każdy  odgrywa  tylko

przypisaną sobie rolę. Matka odgrywa rolę matki, ojciec rolę ojca, a ona – rolę ich córki.
Wszyscy  zachowywali  się  jak  na  planie  filmowym,  przy  ciągle  włączonych  kamerach.
Lumikki  długo  sądziła,  że  tak  jest  we  wszystkich  domach,  ale  jeszcze  nim  skończyła
dziesięć lat, zaczęła się przyglądać innym rodzinom, tatom i mamom z dziećmi w sklepie,
parku  czy  na  zjazdach  rodzinnych.  Oni  zachowywali  się  inaczej.  Kłócili  się,  śmiali,  byli
obecni, byli dla siebie. W domu Lumikki nie mówiło się tego, co miało się na myśli, tylko
to, co zapisano w scenariuszu.

To  sprawiało,  że  w  ich  domu  panował  osobliwy  nastrój,  który  utrudniał  szczerą

rozmowę.  Teoretycznie  ojciec  biznesmen  i  matka  informatyk  z  biblioteki  należycie
wywiązywali  się  ze  swoich  ról.  Lumikki  miała  jednak  wrażenie,  że  wciąż  wypowiadają
słowa, które ktoś włożył im w usta. Nie wydawali się prawdziwymi ludźmi z krwi i kości,
lecz cieniami. A ona nie wiedziała, jak ich spod tych cieni wyłuskać.

Pod  zielonymi,  trójdzielnymi  listkami  na  nagrobku  naprzeciwko  Lumikki  dostrzegła

pierwszą literę imienia – F. Sprawdzi jeszcze ten grób. Tylko ten jeden i koniec.

Wstała  z  ławki  i  podeszła  bliżej.  Z  trudem  rozgarnęła  bluszcz  i  pnącza  pokrywające

napis. Franz. Havel. Było i drugie imię. Maria Havlová. Serce Lumikki zaczęło walić jak
szalone. Daty się zgadzały.

– W razie czego dzwoń – przykazał jeszcze ojciec.
– Jasne, dzięki. Na razie!
Lumikki zakończyła rozmowę trochę w stylu zbuntowanej nastolatki, ale całą jej uwagę

przykuł nagrobek. Znalazła na nim jeszcze jedno imię. Drżącymi dłońmi obrywała bluszcz.

Klaus Havel. Urodzony w 1940 roku. Zmarł w 1952.
Lumikki chwilę wpatrywała się w daty, zanim jej ociężała głowa odkryła wreszcie, co

w nich jest nie tak.

Klaus  Havel  umarł  w  wieku  dwunastu  lat.  Było  zatem  bardzo,  bardzo  mało

prawdopodobne,  aby  mógł  być  ojcem  Adama  Havla.  Nie  było  to  oczywiście  absolutnie
niemożliwe,  jednak  na  tyle  nieprawdopodobne,  że  Lumikki  byłaby  gotowa  przysiąc,  że
Adam okłamał Lenkę. Wysupłała z kieszeni komórkę i zrobiła zdjęcie. Pokaże je siostrze.
Może wtedy zrozumie, że jej „rodzina”, a zwłaszcza będący jej głową „ojciec”, to wcale
nie tacy poczciwcy, jak sobie wyobraża.

Lumikki wsuwała właśnie komórkę z powrotem do kieszeni, gdy poczuła zapach, który

z łatwością mógł zamienić ból głowy w paskudną migrenę. Przykra mieszanina taniej wody

background image

po goleniu i kwaśnego potu. Ta sama, którą ubiegłego wieczoru poczuła w swoim pokoju
w schronisku.

Nie  traciła  cennego  czasu  na  rozglądanie  się,  tylko  zaczęła  uciekać.  Ani  trochę  za

wcześnie. Natychmiast usłyszała, że ktoś biegnie za nią.

Żwir chrzęścił pod nogami, a prześladowca dosłownie deptał jej po piętach.
„Miejcie w opiece chociaż mnie”, prosiła Lumikki w myślach upadłe kamienne anioły,

które martwym wzrokiem przypatrywały się jej ucieczce. „Rozłóżcie skrzydła i wzniećcie
burzę, która zatrzyma moich wrogów”.

Skwarne powietrze nawet nie drgnęło.
Facet biegł szybko. Z pewnością miał więcej siły niż ona i nie był tak odwodniony jak

Lumikki, która po kilku zaledwie godzinach snu i wyczerpującym spacerze w upale pociła
się tak intensywnie, że dawno już powinna wyschnąć na wiór.

Przez  cmentarną  bramę  wypadła  na  ulicę.  Tuż  obok  była  stacja  metra.  Lumikki

błyskawicznie  podjęła  decyzję  i  rzuciła  się  w  stronę  schodów.  Zejście  pod  ziemię
z zabójcą depczącym jej po piętach nie wydawało się najlepszą z możliwości, ale Lumikki
liczyła na to, że na stacji będzie jakaś ochrona i mężczyzna najprawdopodobniej nie zrobi
jej  nic  złego  w  metrze  wypełnionym  ludźmi.  Ciężkie  kroki  na  schodach  mówiły  jednak
wyraźnie, że facet nie zrezygnował z pościgu.

Na stację właśnie wjechał pociąg. Rzuciła się do środka z pierwszą grupą pasażerów.

Mężczyzna  musiał  omijać  wysiadających,  ale  nie  spowolniło  go  to  za  bardzo.  Lumikki
przebiegła  do  sąsiedniego  wagonu.  Widziała,  że  mężczyzna  z  determinacją  przepycha  się
do środka i jest coraz bliżej.

I  właśnie  wtedy  na  przeciwległy  tor  wjechał  pociąg  z  naprzeciwka.  Drzwi  tamtego

pociągu  otworzyły  się  i  pasażerowie  zaczęli  przechodzić  do  wagonu,  w  którym  stała
Lumikki.  Na  szczęście  rozdzielały  ich  ciągle  dziesiątki  osób.  Jednak  poirytowany
prześladowca  wciąż  przepychał  się  w  jej  stronę.  Najwyraźniej  publiczność  mu  nie
przeszkadzała.  Wyglądał  tak,  jakby  zamierzał  udusić  Lumikki  gołymi  rękami  na  oczach
wszystkich pasażerów.

Lumikki starała się zachować spokój. Liczyła sekundy. Musi przesiąść się do drugiego

pociągu w ostatniej chwili.

Zabójca był coraz bliżej. Drzwi się zamknęły. Wagony składu po drugiej stronie peronu

były jeszcze otwarte. Gdy Lumikki dostrzegła, że zaczynają się zamykać, wcisnęła szybko
przycisk  otwierania  i  wyskoczyła  na  peron,  przesadziła  go  kilkoma  susami,  w  biegu
ściągając plecak z ramion i unosząc go w górę. Bokiem wbiła się między zamykające się
drzwi wagonu. Zdążyła.

Pociągi ruszyły jednocześnie. Lumikki widziała czerwoną twarz prześladowcy, który na

próżno  walił  pięścią  w  zamknięte  drzwi.  Drugi  pociąg  błyskawicznie  zabrał  go
w przeciwną stronę.

Lumikki osunęła się na siedzenie i drżącą dłonią wytarła spocone czoło. Tuż obok około

dziesięcioletni  chłopiec  wpatrywał  się  w  nią  z  uwielbieniem.  W  dłoni  trzymał  puszkę

background image

fanty, którą podsunął Lumikki, unosząc brwi. Nie zamierzała odmówić.

Jeszcze nigdy ciepła i trochę już zwietrzała oranżada nie smakowała jej tak jak teraz.

background image

20

Postanowiłaś wziąć udział w ultramaratonie? Czy gdzie się tak urządziłaś?

Po  tym  pytaniu  Lumikki  zdała  sobie  sprawę,  że  w  ciągu  jednego  tylko  dnia  zyskała

siostrę,  została  pojmana  przez  sektę  i  uciekła,  zostawiając  krewną  na  łasce  szaleńców,
a potem wałęsała się po cmentarzu, gdzie znalazła dowód na to, że Adam Havel kłamie, na
koniec zaś uciekała na złamanie karku przed facetem, którego najprawdopodobniej nasłano,
żeby ją zabił. Nie przyszło jej więc do głowy nic dowcipnego.

Ponieważ nie wyglądała na rozbawioną jego żartem, Jiři od razu spoważniał.
– Co się stało? – spytał z niepokojem w głosie.
– Wejdźmy do środka, to ci opowiem – odrzekła.
Uzgodnili  rano,  że  spotkają  się  u  Jiřiego  o  piątej  po  południu.  Lumikki  dotarła  tam  za

pięć, ale Jiřiego jeszcze nie było. Czekała, rozglądając się niespokojnie.

Sprowokowana sytuacją w metrze Lumikki jeździła po całym mieście różnymi środkami

komunikacji,  aż  nabrała  całkowitej  pewności,  że  zgubiła  prześladowcę.  Potem  poszła  do
sklepu,  kupiła  sobie  półtoralitrową  butelkę  wody  i  opróżniła  ją  niemal  duszkiem.  Ból
głowy zelżał, a obrzydliwy smak knebla wreszcie zniknął.

Teraz marzyła o prysznicu i przebraniu się. Chciała zmyć z siebie ślady tego dnia, który

jeszcze na długo pozostanie w jej pamięci.

Jiři  szybko  otworzył  bramę,  w  milczeniu  weszli  po  schodach.  Lumikki  nie  chciała

opowiadać o swoich  przeżyciach na dudniącej  echem klatce schodowej,  a dziennikarz na
szczęście  o  nic  nie  pytał.  Zrozumiał,  że  stało  się  coś  poważnego.  Gdy  weszli  na  piętro
Jiřiego, Lumikki pierwsza dostrzegła uchylone drzwi.

– Zapomniałeś rano zamknąć? – spytała.
Jiři w paru krokach znalazł się pod drzwiami.
– Nie, na pewno nie.
W  mieszkaniu  panował  kompletny  chaos.  Poprzewracano  meble,  zawartość  wszystkich

szaf  leżała  na  podłodze,  wszystkie  szuflady  były  otwarte,  wszystkie  książki  zostały
zrzucone z regału, przeczesano teczki i dokumenty. Natomiast cienki telewizor HD, laptop
i profesjonalny aparat fotograficzny Jiřiego były na swoich miejscach. Włamanie nie było
dziełem zwykłych złodziei, bo te rzeczy wynieśliby w pierwszej kolejności.

Jiři rzucił wiązankę czeskich przekleństw.
– Coś zginęło? – spytała Lumikki, zbierając w jedno miejsce swoje rzeczy.
Zostawiła  u  Jiřiego  tylko  trochę  ubrań  i  kosmetyczkę.  W  swoim  plecaku  miała

sfatygowane  wydanie  kryminału  Jo  Nesbø  i  portfel,  w  którym  trzymała  też  paszport.
Książkę  nosiła  niepotrzebnie  –  na  tej  wyprawie  w  zasadzie  jeszcze  nie  miała  czasu,  by
poczytać. Z rzeczy Lumikki również nic nie zginęło. Dziwne było tylko to, że ktoś rozpruł

background image

jej  stanik.  Czyżby  włamywacz  sądził,  że  Lumikki  ukrywa  we  wkładkach  jakieś  tajemnice
państwowe?

–  W  tym  bałaganie  trudno  stwierdzić,  czy  coś  zginęło  –  odburknął  Jiři.  –

Prawdopodobnie czegoś tu szukali. Ale czego – nie wiem.

Dziennikarz cisnął na  podłogę dużą torbę,  do której zaczął  bezładnie wrzucać ubrania,

teczki i dokumenty.

– Nie możemy tu zostać, to zbyt niebezpieczne – wyjaśnił, gdy zobaczył zaskoczoną minę

Lumikki. – Człowiek, który tu był, może w każdej chwili przyjść ponownie.

– Gdzie w takim razie powinniśmy iść? – spytała Lumikki.
Zdążyła już spakować swój skromny dobytek do plecaka.
– Do miejsca, które jest pilnowane nawet w nocy.

Lumikki  stała  ukryta  za  drzewem  i  czekała.  Stała  tak  już  dwie  godziny,  ale  jeśli  będzie
trzeba,  postoi  jeszcze  dłużej.  Pociągnęła  łyk  wody  z  butelki.  Na  szczęście  pod  drzewami
było  trochę  cienia.  Gdy  rano  uciekała  z  tego  domu,  nie  przypuszczała  nawet,  że  wróci  tu
jeszcze tego samego dnia.

Czarne  żeliwne  ogrodzenie  przywodziło  na  myśl  kraty.  Więzienie.  Czy  Adam  Havel

więził  Lenkę?  Lumikki  nie  miała  całkowitej  pewności,  ale  niestety  wszystko  na  to
wskazywało.  Dziewczyna  nie  mogła  przecież  wychodzić  z  domu,  kiedy  tylko  chciała,  nie
mogła  studiować  ani  pracować,  zadawać  się  z  innymi  ludźmi,  ani  robić  tego,  na  co  ma
ochotę.  A  jeśli  to  prawda,  że  Biała  Rodzina  zabrała  ją  do  siebie  na  podstawie
sfałszowanych dowodów pokrewieństwa, jest to niewola tym bardziej dotkliwa.

Lumikki opowiedziała Jiřiemu o swoim znalezisku na cmentarzu, gdy szli do biurowca

Super8, gdzie zdaniem dziennikarza powinni spędzić przynajmniej dwie najbliższe noce.

–  Z  moich  ustaleń  wynika,  że  Adam  Havel  urodził  się  w  1950  roku.  Dwunastoletni

Klaus  Havel  nie  mógł  być  jego  ojcem  –  powiedział  Jiři.  –  Takich  niemożliwości  jest
mnóstwo  w  metrykach  członków  Białej  Rodziny.  Dla  mnie  jednak  najważniejsza  jest
informacja,  że  to  właśnie  Adam  Havel  stoi  na  czele  sekty.  Próbowałem  to  wyciągnąć  od
osób, z którymi rozmawiałem, ale do tej pory nikt nie odważył się zdradzić imienia Ojca.
Wiedziałem oczywiście, że Adam Havel należy do rodziny, nie wiedziałem jednak, jaką ma
w niej pozycję. Będę musiał wziąć jego historię pod lupę.

– A ja muszę przekazać wiadomość Lence.
– Widzę, że bardzo ci zależy na tej młodej damie?
Lumikki  tylko  skinęła  głową.  Tak,  zależało  jej  na  Lence.  Odnalazła  w  Pradze  siostrę

i nie zamierzała z niej rezygnować.

Dlatego też zostawiła Jiřiego w jego biurze, żeby mógł w spokoju rozgryźć przeszłość

Adama Havla, a sama wybrała się pod dom Białej Rodziny. I teraz czatowała na Lenkę.

Dotychczas  z  domu  wyszła  jedynie  kobieta  w  średnim  wieku.  Podlała  białe  róże  na

podwórzu z dużej, mocno już pordzewiałej konewki. Lumikki wycofała się głębiej w cień

background image

drzew.  Kobieta  uniosła  głowę,  jakby  nasłuchiwała,  ale  po  chwili  skupiła  się  znów  na
podlewaniu kwiatów.

Nogi Lumikki już cierpły od długiego stania w miejscu. Przenosiła ciężar ciała z jednej

na  drugą  i  ostrożnie  się  przeciągała.  Przecież  prędzej  czy  później  Lenka  musi  wyjść  na
dwór. Tak przynajmniej przekonywała się w duchu Lumikki.

W  końcu  w  tylnych  drzwiach  domu  rzeczywiście  dostrzegła  znajomą  fryzurę.  Lenka.

Sprawiała  wrażenie  smutnej  i  zrezygnowanej.  Lumikki  cicho  gwizdnęła.  Czeszka  uniosła
głowę i zobaczyła ją. Lumikki szybko przystawiła palec do ust. Nikt nie może wiedzieć, że
tu  jest.  Lenka  rozejrzała  się  i  z  pewnym  ociąganiem  zbliżyła  się  do  ogrodzenia.  Skinęła
nieznacznie  w  stronę  domu,  a  potem  niemal  niezauważalnie  pokręciła  głową.  Lumikki
zrozumiała, że Czeszka nie może wyjść za płot.

Na  szczęście  Lumikki  była  na  to  przygotowana.  Pokazała  jej  kartkę,  na  której  napisała

do niej wiadomość, a potem zgniotła ją i przerzuciła przez ogrodzenie. Kulka upadła metr
od nóg Lenki.

Wtem tylne drzwi domu otwarły się i wyszedł z nich młody mężczyzna. Lenka postąpiła

krok w bok i nie patrząc na ziemię, spokojnie nakryła stopą papierową kulkę. Młodzieniec
coś  do  niej  krzyknął.  Lenka  odpowiedziała,  mężczyzna  jakby  się  zniecierpliwił,  ale  ona
tylko wzruszyła ramionami, więc ten westchnął, powiedział jeszcze coś ostro i wrócił do
środka.  Lenka  pochyliła  się  szybko  i  wsadziła  papierową  kulkę  do  kieszeni.  Potem
zerknęła jeszcze na Lumikki i weszła do domu.

Lumikki odetchnęła głęboko. Mimowolnie w takich sytuacjach wstrzymywała oddech.
Napisała  Lence,  że  chciałaby  się  z  nią  spotkać  następnego  dnia  o  dwunastej  w  tym

samym  miejscu,  gdzie  rozmawiały  pierwszy  raz.  Lumikki  liczyła,  że  do  tego  czasu  Lenka
wymyśli, jak wymknąć się do miasta.

Gdy  Lumikki  ruszyła  z  powrotem  w  stronę  centrum,  nogi  miała  jak  z  ołowiu.  Po  jej

plecach strumieniami lał się pot. Gdy oblizała wargi, poczuła na języku słony smak. Była
wykończona.

Niebo pociemniało, miało teraz atramentowy kolor. Światła miasta odbijały się w wielkich
szklanych  oknach  biurowca.  Z  ósmego  piętra  roztaczał  się  widok  na  całe  centrum  i  jasno
oświetlony  zamek.  Lumikki  musiała  walczyć  z  ciężkimi  jak  ołów  powiekami.  Była
okropnie zmęczona, bała się, że zaśnie na siedząco.

W kącie biura Jiři rozłożył dwie karimaty, zorganizował im nawet śpiwory.
– Na coś się przydała firmowa sekcja wspinaczkowa. – Uśmiechnął się.
Z jego miny Lumikki wywnioskowała, że nie był to jednak żart.
Komputer  Jiřiego  jarzył  się  niebieskim  światłem.  Dziennikarz  przesiedział  przy  nim

ostatnie trzy godziny prawie bez przerwy. Wstał od monitora tylko na chwilę, żeby odebrać
przyniesione  przez  kuriera  tekturowe  pudełka  z  chińskim  jedzeniem.  Lumikki  analizowała
drzewa  genealogiczne,  pełne  nagryzmolonych  długopisem  przez  Jiřiego  oznaczeń,  znaków

background image

zapytania i strzałek. Dokumenty nie wyjawiły jej jednak nowej, dramatycznej tajemnicy.

Pomyślała  sobie,  że  zamknie  oczy  tylko  na  chwileczkę.  Da  im  odpocząć.  Dzień  był

przecież  bardzo  długi  i  ciężki.  Gdyby  tak  opuściła  powieki  na  sekundę  albo  dwie...
Ocknęła się, gdy uderzyła głową o stertę papierów. Jiři spojrzał na nią zatroskany.

– Idź się połóż.
– Nie muszę – odrzekła, choć ziewnięcie omal nie rozdarło jej ust.
– To zjedz tofu z chili. Ożywisz się trochę.
Jiři przesunął pudełko na drugi koniec stołu.
–  Zimne  tofu?  Dzięki  za  poczęstunek,  ale  tym  razem  podaruję  sobie  to  wyjątkowe

przeżycie kulinarne – odparła. – Poza tym jestem obżarta. Zamówiłeś tego jedzenia chyba
na dziesięć osób.

– Jak chcesz. Tylko potem nie mów, że... Mam!
Jiři wykrzyknął ostatnie słowo tak głośno, że Lumikki aż podskoczyła na krześle.
– Zobacz!
Lumikki  podeszła  do  komputera.  Na  zdjęciu  było  widać  około  trzydziestoletniego

mężczyznę w eleganckim stroju z białego lnu. Długie włosy miał związane w koński ogon.
Lumikki  rozpoznała  świdrujące  spojrzenie  szarych  oczu  i  krzaczaste  brwi  sowy,  mimo  że
mężczyzna na zdjęciu był dużo młodszy niż obecnie.

– Adam Havel – stwierdziła.
– A właściwie Adam Smith alias nasz przyjaciel Adam Havel. To zdjęcie z 1980 roku,

ale i ja poznaję tę twarz – wyjaśnił rozentuzjazmowany Jiři.

– Nebraska – odczytała Lumikki z tekstu pod zdjęciem.
–  Zgadza  się.  Działała  tam  wtedy  sekta  o  nazwie  Biali  Bracia.  Należeli  do  niej

wyłącznie  młodzi  mężczyźni,  którzy  wierzyli,  że  są  potomkami  Jezusa.  Na  jej  czele  stał
Adam  Smith,  który  potem  zniknął.  Jak  widać,  nie  na  zawsze,  bo  później  objawił  się
w  Pradze  z  bardzo  podobną  ideą.  Z  tą  małą  różnicą,  że  teraz  dopuszczał  do  sekty  także
kobiety.

– Dlaczego zniknął? – spytała Lumikki.
–  Przekonał  swoich  braci,  że  powinni  mu  oddać  cały  swój  majątek,  który  on  miał

później  przekazać  na  cele  dobroczynne.  Wszystko  po  to,  aby  jak  najgłębiej  oczyścić  się
przed spotkaniem ze śmiercią.

Jiři spoważniał i spojrzał na Lumikki.
–  Biali  Bracia  postanowili  popełnić  zbiorowe  samobójstwo.  Na  czele  z  Adamem

Smithem.  Jednak  ktoś  ostrzegł  policję  i  większość  członków  sekty  zdołano  uratować.
Mężczyźni leżeli w niewielkim domku i niewiele brakowało, a zostaliby zaczadzeni. Adam
Smith zniknął. Razem z pieniędzmi.

Lumikki natychmiast zapomniała o senności.
– Biała Rodzina nie planuje ataku na nikogo z zewnątrz – powiedziała wolno.
Jiři pokręcił głową.
Nie  musieli  mówić  tego  na  głos,  jednak  te  dwa  niewypowiedziane  słowa  zmroziły  ich

background image

do szpiku kości. Zbiorowe samobójstwo.

background image

20 czerwca

PONIEDZIAŁEK

background image

21

Lumikki spojrzała na zegarek. Za piętnaście dwunasta. Jeśli się pospieszy, zdąży na czas na
umówione miejsce.

Rano uzgodnili z Jiřim, że Lumikki pójdzie na spotkanie z Lenką i spróbuje nakłonić ją,

żeby opuściła sektę i od razu uciekła z siostrą. Postara się też dowiedzieć, czy ustalono już
dzień, w którym członkowie Białej Rodziny mają odebrać sobie życie. Jiři natomiast miał
umówione spotkanie w sprawie sekty z szefową Super8, która zamówiła u niego reportaż
o Białej Rodzinie.

Lumikki  za  późno  zrozumiała,  co  się  dzieje.  Nim  zdążyła  zareagować,  silne  ramiona

wciągnęły ją do samochodu i niemal wdusiły w tylne siedzenie. Na szyi poczuła zimną lufę
pistoletu.

– Żadnych sztuczek, żadnych odgłosów, bo zginiesz – wychrypiał jej do ucha mężczyzna.
Lumikki po raz pierwszy była tak blisko swojego prześladowcy. Bynajmniej nie tęskniła

do  tego  spotkania.  Kątem  oka  dostrzegła,  że  mężczyzna  drugą  ręką  sięga  po  rolkę  taśmy
izolacyjnej. Czyli chciał ją zakneblować i skrępować, a potem wywieźć gdzieś z dala od
ludzi i zrobić to, co zamierzał.

Lumikki  wcale  nie  chciała  poznać  tych  zamiarów.  Poczuła,  że  narasta  w  niej  paląca

wściekłość. Znowu wciągnięto ją w historię, która w zasadzie guzik ją obchodzi. Nikt się
nawet nie spytał, czy ma na to ochotę.

Nie  miała  czasu  do  stracenia.  Musiała  działać  natychmiast.  Moment  zaskoczenia  trwa

zawsze tylko moment.

Zaczęła  kiwać  głową  na  znak,  że  zrozumiała  i  że  nie  będzie  próbowała  uciekać,

wykorzystała  jednak  ten  ruch  do  wyprowadzenia  błyskawicznego  ciosu  głową  w  nos
mężczyzny.  Krew  trysnęła  na  jej  biały  top  i  chyba  bardziej  ze  zdumienia  niż  z  bólu
mężczyzna poluźnił uścisk.

Lumikki  wyszarpnęła  się,  otworzyła  drzwi  i  wyskoczyła  na  ulicę.  Rzuciła  się  przed

siebie i dopiero po gęstniejących tłumach domyśliła się, że musi być blisko mostu Karola,
który  przyciągał  turystów  niczym  magnes.  Przy  wejściu  na  most  panował  tłok.  Lumikki
usiłowała  wmieszać  się  w  tłum,  ale  ludzie  stali  nieruchomo  w  miejscu,  z  zadartymi
głowami. Na co oni czekają?

Spojrzała w górę i zrozumiała. Na balkonie stał trębacz i właśnie zaczynał grać hejnał.

Plac  przed  mostem  był  pełen  turystów.  Lumikki  spojrzała  za  siebie.  Czyżby  udało  się  jej
zgubić  prześladowcę?  Mężczyzny  nigdzie  nie  było  widać.  Lumikki  przeciskała  się  dalej,
chciała się ukryć jak najgłębiej w tłumie. Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi.

Nagle  za  sobą  usłyszała  głos.  Spojrzała  przez  ramię.  Prześladowca  mignął  jej  przez

chwilę  w  pewnej  odległości  za  nią,  ale  zdecydowanie  za  blisko.  Musiał  ją  dostrzec

background image

i  właśnie  przedzierał  się  w  jej  stronę,  spychając  z  drogi  kilka  starszych  kobiet,  które
obrzuciły go wiązką francuskich przekleństw.

Musiała  błyskawicznie  podjąć  decyzję.  Przeciskać  się  przez  zatłoczony  most  czy

uciekać dalej nabrzeżem, po tej samej stronie rzeki? Szybkie poruszanie się na moście było
właściwie  niemożliwe.  Ale  przecież  jej  prześladowca  będzie  miał  ten  sam  problem.
I może nie odważy się w takim miejscu strzelać ani zrobić Lumikki krzywdy. Nie przy tylu
świadkach.

Nie  było  już  odwrotu.  Lumikki  zanurkowała  pod  ramieniem  Japończyka,  który  unosił

właśnie  komórkę,  aby  sfotografować  trębacza.  Nie  zobaczyła,  ale  usłyszała,  jak  kilka
sekund później zabójca szturchnął Japończyka i jego telefon poszybował w górę, po czym
spadł  na  bruk.  Po  gniewnej  powodzi  japońskich  słów  jasne  było,  że  upadek  komórki
zakończył jej życie.

Mostu  strzegło  trzydzieści  figur  świętych  rozmieszczonych  po  jego  obu  stronach.  Jan

Nepomucen, Wit, Ludgarda, Jan Chrzciciel, Wacław, Zygmunt, Tadeusz Apostoł, Franciszek
z  Asyżu.  Wyczytane  w  przewodniku  imiona  tłukły  jej  się  w  głowie  w  rytm  pospiesznych
kroków.  Kamienny  Most.  Dawna  nazwa  mostu  Karola.  Trzeba  przyznać,  że  jej
pomysłodawca błysnął fantazją.

Pot szczypał ją w oczy. Obtarła czoło grzbietem dłoni. Z zamkniętymi oczami daleko nie

ucieknie.  I  bez  tego  lawirowanie  między  turystami,  ulicznymi  sprzedawcami,  artystami
i grajkami nie było wcale łatwe. Stopy miała poobcierane do krwi. Sandały to jednak nie
buty  do  biegania,  a  bawełniany  top  całkiem  już  mokry  od  potu  to  nie  koszulka  sportowa.
Dwudziestodziewięciostopniowy upał też nie był najlepszą pogodą do biegania, ale tak się
złożyło,  że  Lumikki  nie  miała  większego  wyboru,  jeśli  chodzi  o  warunki  do  treningu.
Mogła  jedynie  pędzić  przed  siebie,  próbować  uciec  depczącemu  jej  po  piętach
prześladowcy.

Trzymał się tuż za nią, ledwie parę metrów.
Pościg zwrócił już uwagę turystów, którzy sądzili, że to zainscenizowany spektakl. Jedni

kibicowali Lumikki, inni znów dopingowali goniącego ją mężczyznę.

Muzykom  kwintetu,  który  dość  przeciętnie  grał  jakiś  dramatyczny  utwór  operowy,

pomyliły się nuty, gdy Lumikki przemknęła im przed nosem. Usłyszała jeszcze, że zmieniają
w locie utwór na coś lżejszego. Beatlesi.

You better run for your life if you can little girl...
Dzięki.  To  właśnie  robię,  uciekam  przed  śmiercią,  zdążyła  jeszcze  pomyśleć,  nim

zderzyła się z korpulentną Niemką, która zrobiła właśnie zdecydowany krok w bok, prosto
pod nogi Lumikki.

– Mein Gott! – wykrzyknęła kobieta.
– Entschuldigung! – Lumikki zdołała wydusić z siebie właściwe słowo.
Na  szczęście  Niemka  spowolniła  również  mężczyznę.  Ten  jednak  odtrącił  ją  na  bok

brutalnie i bez słowa przeprosin.

Lumikki chciała przyspieszyć, ale pot lał się z niej strumieniami i nie mogła już omijać

background image

tłoczących się na moście turystów tak skutecznie, jak jeszcze chwilę wcześniej.

Na środku mostu fotografowano właśnie wystrojoną japońską pannę młodą. Lumikki nie

wiedziała,  czy  to  prawdziwa  sesja  zdjęciowa,  czy  tylko  inscenizacja.  Kobieta  miała
zupełnie niepraktyczny, strasznie długi tren, który Lumikki zdołała przeskoczyć dosłownie
w  ostatniej  chwili.  Odgłos  dartej  satyny,  który  usłyszała  parę  sekund  później,  sugerował
wyraźnie, że jej prześladowca nie okazał się już tak zwinny jak ona.

Lumikki znów zyskała chwilę przewagi.
Teraz na drodze wyrosła jej grupa amerykańskich turystów z przewodnikiem. Spojrzała

z  przerażeniem  na  ten  ludzki  mur,  ale  dostrzegła  w  nim  lukę  i  zdołała  się  jakoś  przebić
dalej.

– And as you can see, here we have a statue of a... running girl... I mean...
Lumikki  nie  słyszała  już,  czy  przewodnik  zdołał  podjąć  chwilowo  urwany  wątek.  Jej

prześladowca  przedarł  się  przez  falangę  Amerykanów  taranem.  Lumikki  zdawała  sobie
sprawę,  że  jej  przewaga  maleje  z  każdą  sekundą.  I  że  w  każdej  chwili  mogą  przyjść
omdlenie i zamroczenie. Jedyne, czego w tym momencie pragnęła, to choć jeden łyk wody.

Nogi jej drżały. Zahaczyła łokciem o rękę karykaturzysty akurat w chwili, gdy rysował

nos  jakiegoś  brodacza.  Nic  strasznego,  trochę  odważniejsza  kreska  nada  karykaturze
wyrazistości.  Tłum  zepchnął  Lumikki  na  skraj  mostu.  Musiała  chwycić  się  tablicy  pod
figurą, żeby nie uderzyć boleśnie bokiem o balustradę. Tablica lśniła od dotyku tysięcy rąk.
Figura świętego Jana Nepomucena.

Czeski męczennik, którego stracono, zrzucając z mostu do rzeki.
Nie  do  wiary,  ile  człowiekowi  zostaje  w  pamięci  po  lekturze  przewodnika.  Lumikki

zapamiętała także, że dotknięcie figury ma przynosić szczęście i wróżyć rychły powrót do
Pragi.

Akurat  tego  potrzebowała  teraz  najbardziej  –  szczęścia.  Aż  za  dobrze  słyszała  za

plecami  sapanie  prześladowcy.  Nie  była  natomiast  pewna,  czy  zechce  kiedyś  wrócić  do
Pragi, jeśli zdoła wyjechać z niej żywa.

Dotarła już niemal do drugiego końca mostu. Serce waliło jej jak oszalałe, próbowało

pompować  tlen  do  mięśni  zbliżających  się  do  granic  całkowitego  wyczerpania.  Miała
wrażenie, że zaraz się zagotuje.

Uliczny  grajek.  Jeszcze  tego  brakowało.  Lumikki  dostrzegła  przed  sobą  zgarbionego

staruszka, który grał w skupieniu na szklankach, kruchych i delikatnych jak on sam. Miał ich
przed  sobą  kilka  tuzinów  w  trzech  rzędach.  Lumikki  zebrała  resztki  sił,  ominęła  dziadka
z lewej strony, nie potrącając go i nie tłukąc ani jednej szklanki.

Staruszek, sam jakby zrobiony z delikatnego szkła, uniósł dłoń w geście podziękowania.

Jego wdzięczność okazała się przedwczesna.

Lumikki  usłyszała  za  sobą  ciężkie  kroki  prześladowcy,  wrzask  staruszka,  brzdęk

tłuczonej szklanki, drugiej, trzeciej, czwartej. Upadające naczynia potrącały kolejne niczym
płytki domina. Prześladowca krzyknął i zaklął. Sam nie wyszedł z tego cało.

Lumikki zbiegła z mostu i poprzysięgła sobie w duchu, że już nigdy nie przejdzie mostem

background image

Karola z własnej woli.

Świadomość,  że  mężczyzna  już  nie  ma  szans,  aby  ją  dogonić,  od  razu  przyniosła  ulgę.

Powoli  wracały  siły  w  nogach,  gorące  powietrze  nie  szarpało  płuc,  otarcia  na  stopach
przestały palić, strugi potu na plecach i udach wydały się nagle przyjemną ochłodą.

Wbiegła  na  schody  prowadzące  do  katedry  Świętego  Wita,  pokonując  po  dwa  stopnie

naraz. Radość z udanej ucieczki niosła ją jak na skrzydłach. Spóźni się na spotkanie kilka
minut, ale stawi się na miejscu cała i zdrowa. Jeszcze chwilę temu nie było to wcale takie
pewne.

– Go, go, go! – dopingowali Lumikki siedzący na schodach chłopcy.
Spojrzała jeszcze za siebie, choć nie było wątpliwości. Nikt jej nie gonił.
Teraz miała już tylko nadzieję, że Lenka będzie na nią czekać w umówionym miejscu.

background image

22

Z  lustra  spoglądały  dwie  dziewczynki.  Jedna  wyższa  od  drugiej.  Siostry.  Trzymały  się  za
ręce.

Widok  się  rozmył.  Teraz  Lumikki  widziała  w  lustrze  siebie  i  Lenkę.  Weszły  do  toalety

w  tej  samej  kawiarni,  w  której  spotkały  się  po  raz  pierwszy.  Lumikki  uznała,  że  jej
prześladowca  raczej  nie  będzie  ich  szukał  akurat  tam,  choć  z  jakiegoś  powodu  zdołał
wyśledzić  ją  w  pobliżu  mostu.  I  pewnie  nie  będzie  chciał  zwrócić  na  siebie  uwagi
wtargnięciem do damskiej toalety.

Bluzka  Lumikki  wyglądała  żałośnie.  Czerwone  plamy  na  białym  tle.  Jakby  właśnie

wyszła z rzeźni. Kobieta za ladą uniosła brwi na jej widok, jednak widząc poważną minę
Lumikki, nie odezwała się ani słowem.

Lenka kręciła głową, po policzkach ciekły jej łzy.
– Nie mogę odejść – rzekła.
Powtarzała  to  cały  czas,  chociaż  Lumikki  przekonywała  ją,  że  jeśli  teraz  z  nią  nie

pójdzie, może zginąć.

– Ryzykujesz życie, wracając tam. Ten szaleniec Adam zamierza zabić was wszystkich.
Lumikki starała się zachować spokój, mimo że miała ochotę krzyczeć.
– Dostaniemy w nagrodę życie wieczne – odrzekła z przekonaniem Lenka.
Sfrustrowana  Lumikki  uderzyła  pięścią  w  łazienkowy  blat.  Jak  rozmawiać

z oszołomami, którym wyprano mózgi? Jak przemówić takim do rozumu?

– Na pewno dostaniesz to swoje życie wieczne, skoro tak w nie wierzysz. – Westchnęła.

–  Ale  nie  trzeba  się  chyba  z  tym  tak  bardzo  spieszyć.  Zdążysz  odebrać  swoją  nagrodę  za
kilkadziesiąt lat, kiedy będziesz mieć już za sobą szczęśliwe życie na ziemi i umrzesz sobie
spokojnie ze starości.

– Nie mogę decydować o tym, kiedy umrę. Muszę pogodzić się z tym, co jest nam dane

z nieba. – Lenka wypowiadała słowa machinalnie, jak z wielokrotnie odtwarzanej taśmy.

– Nie musisz. Możesz zdecydować sama.
– Jeśli odejdę, nic mi nie zostanie. Nie mam nic. Nie mam nikogo.
Lumikki ujęła Lenkę za dłoń. Spojrzała jej prosto w oczy.
–  Masz  mnie.  Członkowie  sekty  nie  są  nawet  z  tobą  spokrewnieni.  A  ja  jestem  twoją

siostrą. Pomogę ci.

Lenka wciąż tylko kręciła głową i gorzko płakała.
– Nie. To nieprawda – wychlipała.
– Ależ tak, zapewniam cię.
– Nie. Okłamałam cię. Wymyśliłam całą tę historię z siostrami. To bajka.
Lumikki  puściła  dłoń  Lenki.  Poczuła,  jakby  nagle  uszło  z  niej  powietrze.  Tego  się

background image

zupełnie nie spodziewała. Ani tego, że Lenka ją okłamie, ani tym bardziej tego, że sama tak
źle to zniesie. Zaledwie paroma słowami najważniejszy puzzel zagadki przeszłości został
brutalnie  wyrwany  z  obrazka.  Pozostawiał  po  sobie  dziurę  większą  i  głębszą  niż
poprzednia. Lumikki dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo chciała, żeby to Lenka
była rozwiązaniem tej zagadki.

Zabrano jej siostrę.
– Śledziłam cię – wyznała Czeszka.
– Dlaczego? – spytała machinalnie Lumikki. Jej myśli zasnuła już dziwna mgła, jednak

aparat mowy wciąż generował sensowne zdania.

–  Wiedziałam,  że  mój  ojciec  mówił  po  szwedzku.  Tyle  wiedziałam  od  matki.  Ale  już

więcej nie chciała mi o nim powiedzieć. Nie wyjawiła mi nawet jego imienia. Usłyszałam
przypadkiem, jak rozmawiasz po szwedzku z jakimiś turystami.

Lumikki  przypomniała  sobie  nagle  tamtą  scenę.  Grupka  szwedzkich  emerytów

próbowała  wypytać  ją  o  drogę  dość  słabym  angielskim,  więc  zlitowała  się  nad  nimi
i odpowiedziała im po szwedzku. Tak to ich uradowało, że w ramach wdzięczności chcieli
jej zafundować loda. Odmówiła. Jeszcze musiałaby ich potem oprowadzać po mieście.

–  Poszłam  za  tobą  do  schroniska  i  tam  dowiedziałam  się,  jak  się  nazywasz.

Podsłuchałam  cię,  gdy  rozmawiałaś  przez  telefon.  Najpierw  powiedziałaś  do  kogoś
„Peter”, a potem nazwałaś go „tatą”.

Lumikki  przypomniała  sobie  i  tę  rozmowę.  Zadzwoniła  do  ojca,  który  odebrał  tak

oficjalnie,  przedstawiając  się  imieniem  i  nazwiskiem,  że  Lumikki  postanowiła  się  trochę
z niego ponatrząsać i powtórzyła to jego „Peter Andersson” dokładnie takim samym tonem.
Ojciec wytłumaczył, że w pełnym słońcu nie dostrzegł na wyświetlaczu, kto dzwoni.

– Ale dlaczego? – wydusiła z siebie Lumikki, choć słowa prawie więzły jej w gardle.
Nie  pamiętała,  kiedy  ktoś  ostatnio  tak  doskonale  ją  okłamał.  Czyżby  aż  tak  bardzo

chciała zaufać Lence, żeby znaleźć ów brakujący puzzel?

– Bo nie mam w Białej Rodzinie nikogo tak naprawdę bliskiego. Każdy ma kogoś, kto

jest bardziej „swój” niż reszta. A ja zawsze chciałam mieć siostrę. Myślałam sobie, że nie
byłabym  wtedy  taka  samotna.  Choćby  to  nawet  była  tylko  siostra  wymyślona.  Pisałam
w  myślach  tę  opowieść  o  siostrze,  już  od  wielu  lat.  Wydawała  mi  się  tak  prawdziwa,  że
w  końcu  prawie  sama  zaczęłam  w  nią  wierzyć.  Więc  kiedy  cię  zobaczyłam,  od  razu
wiedziałam, że to ty będziesz moją siostrą z bajki.

Lumikki słyszała słowa Lenki i rozumiała je, ale czuła w sobie lodowaty chłód. Myślała

w kółko tylko o tym, że została oszukana.

Nie powiedziała ani słowa. Lenka też zamilkła.
Dwie młode kobiety w lustrze. Zupełnie sobie obce.
– Rozumiesz więc, że naprawdę nie mam nikogo ani niczego. Nie mam nic poza Białą

Rodziną i swoją wiarą.

Lumikki nie miała już siły się z nią spierać. Nie miała siły o nią walczyć. Niech robi, co

chce. To już nie jej sprawa. Nigdy zresztą nie była.

background image

Lenka dotknęła delikatnie jej ramienia i wyszła. Lumikki nawet się nie obejrzała.
Stała  wciąż  przed  lustrem  i  patrzyła  na  swoje  odbicie,  na  zakrwawiony  top.

Przypomniała sobie sen. Krwawe łzy. „Jesteś moją siostrą”. Czy to też była tylko fantazja,
koszmar, kłamstwo?

Kobieta chwyciła komórkę. Nie było czasu do stracenia. Gdy rozmówca odebrał, od razu
przeszła do rzeczy.

– Dziewczyny nie udało się wyeliminować. W najgorszym razie może nam pokrzyżować

plany. Musimy zmienić harmonogram. Trzeba to zrobić dzisiaj.

– Dzisiaj? Nie jestem pewny, czy to się uda...
–  Musi  się  udać.  My  jesteśmy  gotowi.  Mam  wszystko  zapięte  na  ostatni  guzik.  Teraz

tylko  ty  musisz  zrobić  swoje.  Możesz  im  powiedzieć,  że  dostałeś  bezpośredni  rozkaz
z góry. Nawet za bardzo nie skłamiesz.

– Nigdy nie miałem z tym problemu.
–  Pod  tym  względem  się  różnimy.  Ja  nie  chcę  kłamać.  Ja  chcę  opowiadać  prawdziwe

historie, bo one najbardziej wzruszają ludzi.

– A ja kłamię, żebyś ty mogła mieć tę swoją prawdziwą historię.
– Nie robisz tego za darmo.
– Może w tym życiu, ale co będzie po śmierci?
– Kto chciałby myśleć o takich sprawach?
– No dobrze. A więc dzisiaj. Teoretycznie wszystko jest przygotowane. Wystarczy mała

iskra...

– ...i wszystko stanie w ogniu. Właśnie tak ma być. Punkt dziewiętnasta?
– Brzmi dobrze.
Vera  Sováková  pogładziła  blat  biurka.  W  myślach  widziała  już,  że  w  wiadomościach

wieczornych  będzie  tylko  i  wyłącznie  o  tym.  Najpierw  i  najwięcej  na  jej  kanale.  Na  jej
kanale  najgłębiej  i  najdokładniej.  I  następnego  dnia  w  gazetach,  w  jej  gazetach.  Przez
wiele tygodni. Duże zdjęcia, łzy, obszerne wywiady, analizy ekspertów. Niepojęta tragedia,
ale za to z iskierką nadziei. Historia bohatera.

Nie rozważała kwestii, czy nie postępuje czasem niemoralnie. Oczywiście, że tak. Ale

moralność nie idzie w parze ze sprzedażą gazet, a tym bardziej powierzchni reklamowych.
Im  więcej  czytelników  i  widzów,  tym  więcej  reklam,  a  co  się  z  tym  wiąże  –  tym  więcej
pieniędzy  na  coraz  lepsze  wiadomości.  Jeszcze  bardziej  wstrząsające  i  wzruszające
historie dla widzów i czytelników spragnionych emocji i łez. Nie tych wyciskanych przez
wymyślone bajeczki, lecz opisujących prawdziwe historie. Samo życie.

Vera  Sováková  wiedziała,  że  nie  ona  jedna  w  branży  ma  tak  elastyczne  podejście  do

etyki.  Kupowane  wiadomości,  podsłuchy,  zwalnianie  niewygodnych  redaktorów,
podbijanie bębenka politykom i wpływowym osobistościom świata biznesu. W tej branży
to  chleb  powszedni.  Może  ona  wychodziła  trochę  przed  szereg.  Choć  skąd  mogła

background image

wiedzieć?  Vera  Sováková  nie  była  zwolenniczką  teorii  spiskowych,  niekiedy  jednak
wielkie newsy i tragedie ludzkie z zaskakującą precyzją zgrywały się w czasie z kłopotami
finansowymi tego czy innego koncernu medialnego.

Czy  przypadek  zawsze  jest  tylko  przypadkiem?  Czy  może  za  kulisami  jest  ktoś  jeszcze

i pociąga za sznurki?

– Jak zamierzasz przypilnować swojego bohatera, żeby nie strzeliła mu do głowy jakaś

solowa akcja? – spytał mężczyzna. – Żeby nie wkroczył do akcji za wcześnie?

Vera  od  początku  wiedziała,  że  jej  kukiełkowy  bohater  to  największy  znak  zapytania

w tym całym przedstawieniu. Manipulowała jego krokami i emocjami bardzo precyzyjnie
i  delikatnie.  Podsuwała  mu  osoby  do  wywiadów  i  podawała  na  tacy  informacje.  Potem
kazała zrobić nalot na jego mieszkanie i zostawić w nim – jak się wyraziła – „możliwie jak
największy  bałagan”.  Dla  ścisłości,  dla  niej  nie  był  nawet  „mężczyzną”,  lecz  chłopcem,
któremu mogła wmówić wszystko. Papierowym bohaterem, który jest święcie przekonany,
że  wszystko  sam  odkrył,  choć  w  rzeczywistości  zdobywał  kolejne  informacje  dokładnie
wtedy, kiedy ona tego chciała.

– Dostanie dokładne wskazówki. I możesz mi wierzyć: rozpiera go zawodowa ambicja

i  zrobi,  co  mu  każę.  Zapewnię  go,  że  policja  i  służby  ratownicze  przybędą  na  miejsce
w  odpowiednim  czasie.  To  spragniony  przygód  chłopiec.  Aż  się  rwie,  żeby  osobiście
wystąpić  w  swoim  wielkim  dziennikarskim  śledztwie  i  zostać  jego  bohaterem.  Muszę
kończyć, bo właśnie nadchodzi.

Vera Sováková rozłączyła się. W drzwiach jej gabinetu stanął Jiři Hašek. Przyszedł na

naradę z szefową.

background image

23

Zrobiło  się  zupełnie  ciemno.  Lumikki  miała  przed  oczami  czerń  absolutną  i  tak  było
dobrze. Miała nadzieję, że tak już zostanie i będzie mogła po prostu oddychać tym mrokiem
spokojnie  i  głęboko,  nie  myśląc  o  niczym,  nawet  o  ludziach  wokół.  Po  chwili  jednak  na
scenie zapaliły się światła i oczom widowni ukazał się cień gęstego, niezmierzonego boru,
pięknego i przerażającego zarazem. Zaczynała się bajka.

Gdy  Lenka  wyszła  z  kawiarni,  Lumikki  przez  jakiś  czas  siedziała  bez  ruchu,  jak
sparaliżowana.  Potem  wyciszyła  komórkę,  bo  nie  chciała,  żeby  ktokolwiek  jej
przeszkadzał. W końcu wyszła na ulicę i jak lunatyczka ruszyła przed siebie.

Lenka ją okłamała.
Nie była jej siostrą.
Tajemnica się nie wyjaśniła, zagadka przeszłości nie znalazła rozwiązania. Lumikki po

prostu padła ofiarą urojeń chorej psychicznie kobiety. Prawda była porażająca. Lumikki nie
potrafiła nawet rozzłościć się na Lenkę. Nie czuła też żalu. Tylko obojętność i pustkę.

Wszystko  jej  jedno.  Wszystko  jej  jedno,  choćby  nawet  już  nigdy  nie  zobaczyła  Lenki.

I  choćby  nawet  cała  sekta  popełniła  samobójstwo.  Co  z  tego?  Ta  sprawa  już  jej  zupełnie
nie obchodzi. Dosyć bycia pionkiem w chorej grze czyjejś wyobraźni.

Lumikki jak w transie dotarła na starówkę, otworzyła pierwsze lepsze drzwi i zeszła po

schodach  do  piwnicy.  Trafiła  do  teatru  lalkowego,  gdzie  właśnie  zaczynało  się
przedstawienie teatrzyku cieni.

Uznała,  że  przez  te  dwa  ostatnie  dni  pobytu  w  Pradze  może  pobawić  się  w  turystkę,

obejrzeć parę wystaw i sztuk. W końcu po to tu przyjechała. Żeby w pojedynkę odkrywać
miasto,  pobyć  sama  ze  sobą  i  robić  to,  co  w  danej  chwili  wydaje  się  zajmujące.  Jednak
Lumikki  wiedziała,  że  chce  po  prostu  uciec  od  natłoku  myśli  i  od  chaosu,  w  którym  się
znalazła. Chociaż przez chwilę doświadczyć czegoś innego, poobcować z pięknem.

Kupiła  bilet  i  usiadła  w  ostatnim  rzędzie  na  drewnianym  krześle  obitym  wytartą  już

satyną. Widownia była wypełniona tylko w połowie, Lumikki siedziała więc z tyłu sama.
I  bardzo  dobrze.  Kto  chciałby  siedzieć  w  teatrze  obok  spoconej  dziewczyny
w zakrwawionej bluzce?

Przedstawienie było nieme. Historię opowiadały widzom wyłącznie cienie i muzyka.

Dawno  temu  żyły  sobie  dwie  księżniczki,  które  były  najlepszymi  przyjaciółkami  na

świecie.  Razem  uciekały  w  lesie  przed  dzikimi  zwierzętami  i  potworami.  Wstawiały  się
nawzajem  za  siebie  i  ratowały  sobie  życie.  Czesały  sobie  nawzajem  długie  włosy

background image

i opowiadały sobie bajki. Nikt i nic na świecie nie mogło ich rozdzielić.

Lumikki patrzyła na grę cieni: księżniczki to się śmiały, to znów skakały przez strumień.

Wyglądały  jak  żywe,  choć  były  to  przecież  tylko  czarne  formy  na  białym  tle.  Lumikki
opróżniła  umysł  z  myśli  i  dała  się  zaabsorbować  opowieścią  cieni.  Zapomniała  o  Lence,
Jiřim, zabójcy, sekcie i o całej Pradze. Zapomniała nawet o reszcie widowni.

W teatrze była tylko ona – i cienie.
Pewnego  dnia  jedna  księżniczka  przepadła.  Przyjaciółka  wszędzie  jej  szukała,

przeczesała cały las wzdłuż i wszerz, płakała i lamentowała. Ale tamta zniknęła bez śladu.
Minął  rok  i  drugi,  minęło  siedem  długich  lat.  Słońce  i  księżyc  przewędrowały  po  niebie
tysiące  razy.  Księżniczka  już  się  nie  śmiała.  Całe  dnie  spędzała  w  lesie,  nucąc  smutną
piosenkę, którą dawniej śpiewała radośnie ze swoją najlepszą przyjaciółką.

Aż  pewnego  razu  dowiedziała  się,  że  hen  daleko,  za  siedmioma  górami  i  siedmioma

rzekami jest wieża, w której dzika smoczyca więzi księżniczkę, lecz nikomu nie udało się
jej uratować. Usłyszawszy to, od razu wyprawiła się w podróż za siedem gór i rzek, żeby
przekonać się, czy potwór nie zamknął w wieży jej zaginionej przyjaciółki.

Gdy  stanęła  pod  wieżą,  smoczyca  siedziała  właśnie  na  dachu  i  ziała  białym  ogniem,

który  wypalił  ziemię  dokoła  wieży  na  węgiel.  Księżniczka  postanowiła  cierpliwie
poczekać,  aż  potwór  zaśnie.  Wreszcie  niebo  pociemniało  i  pokazały  się  gwiazdy.
Księżniczka dzielnie walczyła ze snem, w końcu jednak mu się poddała.

Obudziła  ją  ta  sama  smutna  piosenka,  którą  śpiewała  przez  ostatnie  siedem  lat.

Spojrzała  w  górę  i  w  oknie  wieży  zobaczyła  przyjaciółkę,  która  od  razu  ją  poznała.
Księżniczki  zakrzyknęły  z  radości.  Pierwsza  zawołała,  że  uwolni  przyjaciółkę  z  wieży.
Druga odpowiedziała, że nie warto nawet próbować, bo smoczyca może w każdej chwili
wrócić i spalić ją na popiół. Pierwsza przypomniała jednak, że przysięgły sobie kiedyś, że
będą się zawsze ratować w potrzebie. I zaczęła wspinać się na szczyt budowli.

Na wieży przyjaciółki padły sobie w ramiona, długo się ściskały i uśmiechały do siebie.

Ale  wtem  spojrzenie  uwięzionej  księżniczki  zaczęło  się  zmieniać,  podobnie  jak  oczy
i  ręce.  Jej  włosy  zmieniły  się  w  łuski,  poła  sukni  w  długi  ogon,  a  jedwabne  kokardy  we
włosach  –  w  skrzydła.  Po  chwili  księżniczka,  która  przybyła  na  ratunek  przyjaciółce,
zrozumiała, że zagląda w oczy smoczycy.

Nie przestraszyła się  jednak. Dotknęła delikatnie  czoła smoczycy i  powiedziała jej, że

w środku jest księżniczką. A może jest księżniczką, która w środku jest smoczycą. Potwór
spojrzał na przyjaciółkę i zrozumiał. Z jego oczu pociekły wielkie, czarne łzy i spłynęły po
ścianach  wieży  na  zwęgloną  ziemię,  która  zaczęła  na  powrót  ożywać.  Smoczyca  płakała,
bo  wiedziała,  że  ludzie  nigdy  jej  nie  zaakceptują.  Ani  smoki,  dla  nich  bowiem  była
człowiekiem.

Wtedy  przyjaciółka  zarzuciła  jej  ramiona  na  szyję  i  przysięgła,  że  zostanie  z  nią  do

końca  życia.  Razem  nie  potrzebują  nikogo  innego.  Znajdą  dla  siebie  taki  kraj,  w  którym
księżniczki i smoki żyją ze sobą w zgodzie, nawet gdy stanowią jedną osobę.

W  ostatniej  scenie  przedstawienia  smoczyca  leci  w  stronę  księżyca  z  przyjaciółką  na

background image

grzbiecie.

Lumikki  się  ocknęła.  Policzki  miała  mokre  od  łez.  Wytarła  je  ze  zdumieniem.  Czyżby
płakała? Na to wyglądało. Nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, kiedy zdarzyło się to jej
po raz ostatni. Sądziła, że od dawna już nie pamięta, co to płacz.

Przedstawienie wciągnęło ją tak bardzo, że zapomniała na chwilę o sobie. Z jej głowy

zniknęły  wszystkie  myśli.  Na  pierwszy  plan  wybiły  się  emocje  i  podświadomość.  Bajka
podziałała na jej wyobraźnię i w głowie Lumikki wirowały teraz przeróżne obrazy.

Ona i Liekki.
Ona i Lenka.
Ona  i  ktoś,  z  kim  odgrywała  w  dzieciństwie  bajkę  o  dwóch  dziewczynkach,  Śnieżce

i  Różyczce.  Nagle  przypomniała  sobie  bardzo  wyraźnie  i  bajkę,  i  zabawę,  w  której
pomagał  im  książę  zaklęty  w  niedźwiedzia.  Lumikki  uwielbiała  tę  historię,  choć  nie  za
bardzo rozumiała, o co w niej chodzi. Jej towarzyszka była trochę starsza od niej i przez
cały  czas  zabawy  opowiadała  jej  o  przygodach  Śnieżki  i  Różyczki.  Dziewczynki  były
nierozłączne  i  pomagały  sobie  nawzajem  w  trudnych  sytuacjach,  zupełnie  jak  księżniczki
z przedstawienia teatrzyku cieni.

Lenka ją uratowała. I choćby Lumikki nie wiadomo jak brzydziła się jej kłamstwem, nie

mogła  zaprzeczyć,  że  Lenka  uratowała  jej  życie.  Świadomie  zdecydowała  się  dla  niej  na
ogromne ryzyko. Pomogła jej uciec, choć wiedziała, że tak naprawdę Lumikki nie jest jej
siostrą i że naraża dla niej własne życie.

Wszyscy  już  wyszli.  W  drzwiach  sali  stanęła  bileterka,  chrząkając  znacząco.  Lumikki

podniosła  się  z  krzesła.  Na  chwilę  zakręciło  się  jej  w  głowie,  ale  zacisnęła  zęby
i zdecydowanym krokiem ruszyła do wyjścia.

Nie  cierpiała  być  komukolwiek  dłużna.  A  teraz  właśnie  czuła,  że  ma  wobec  Lenki

ogromny dług wdzięczności. Bo zawdzięcza jej życie.

Na  dworze  popołudniowe  słońce  zapiekło  ją  w  oczy.  Skwarne  powietrze  paliło  jeszcze
z  każdej  strony.  Lumikki  sprawdziła  komórkę.  Jiři  próbował  się  do  niej  dodzwonić  pięć
razy. Ostatnio przed dziesięcioma minutami. Nagrał się także na pocztę głosową. Lumikki
najpierw  do  niego  zadzwoniła,  ale  nie  odebrał,  więc  odsłuchała  nagraną  wiadomość.
Dziennikarz powiedział, że jedzie do domu Białej Rodziny kończyć reportaż, bo podobno
członkowie  sekty  zamierzają  popełnić  samobójstwo  właśnie  tego  wieczoru.  Policja
i służby ratownicze zostały już powiadomione.

Lumikki  nie  zastanawiała  się  długo,  tylko  puściła  się  pędem  przed  siebie.  Może  zdąży

jeszcze złapać Jiřiego pod biurowcem Super8 i zabrać się z nim.

Dobiegła na miejsce za kwadrans szósta. Recepcjonistka w holu zlustrowała ją od stóp

do głów z politowaniem i stwierdziła:

– Ciężki dzień, co?

background image

– Jeszcze się nie skończył. Czy Jiři wciąż tu jest?
– Nie, właśnie wyszedł. I nie powiedział, dokąd idzie, ale...
Przerwała,  bo  z  windy  wyszła  na  oko  czterdziestoletnia  kobieta.  Na  widok  Lumikki

wyraźnie wzdrygnęła się, jakby skądś ją znała, choć Lumikki nie przypominała sobie, aby
kiedykolwiek się spotkały. Kobieta miała w spojrzeniu coś tak przerażającego, że Lumikki
dostała  gęsiej  skórki.  Kobieta  przyspieszyła  kroku,  uniosła  do  ucha  telefon  i  wychodząc
z budynku, jeszcze raz przeszyła ją ostrym spojrzeniem.

– Kto to był? – spytała Lumikki recepcjonistkę. Ta spojrzała na nią wielkimi oczami.
– Nie wiesz? Przecież to Vera Sováková, prezes całej Super8.
Lumikki tylko uniosła rękę w podziękowaniu i wybiegła z budynku.
Musi dotrzeć do domu Białej Rodziny, zanim dojdzie do tragedii.

background image

24

Jiři  z  początku  poczuł  smród,  przenikliwy,  intensywny  i  duszący.  Nie  poznał  go  od  razu,
a  dopiero  wtedy,  gdy  odór  przypasował  idealnie  do  obrazu  sprzed  dziesięciu  lat.  Letni
obóz i wieczory przy ognisku. Lato było deszczowe i wilgotny chrust nie chciał się zająć
od samych tylko gazet. Wylali tamtego lata całe litry benzyny.

Tutaj też ktoś wylał benzynę. Więcej niż oni wtedy. Dziesiątki, może nawet setki litrów.

Jiři musiał uważać, żeby nie potknąć się o leżące na podłodze szmaty. Wszystkie nasączone
benzyną.

Nie widział nikogo. Nie słyszał żadnych odgłosów.
Uznał  to  za  zły  omen.  Bardzo  zły.  Ani  przez  chwilę  nie  wierzył,  że  członkowie  sekty

zdecydują  się  na  ucieczkę  albo  zrezygnują  ze  swoich  samobójczych  planów.  Nikt  nie
traciłby  tyle  czasu,  sił  i  benzyny  wyłącznie  po  to,  żeby  puścić  z  dymem  stary  drewniany
dom.  Członkowie  Białej  Rodziny  na  pewno  nadal  przebywają  w  środku.  Gdzieś  w  głębi
domu.

Parter  był  opustoszały.  Drzwi  między  pokojami  stały  otwarte  na  oścież.  Nasączone

benzyną  szmaty  porozrzucano  bezładnie,  porozwieszano  na  nielicznych  tu  sprzętach.
Wystarczy  jeden  płomień,  a  cały  dom  w  jednej  chwili  stanie  w  ogniu.  Jiři  nie  miał
wątpliwości, że właśnie taki był plan.

Pewnie  trzymając  kamerę,  nakręcił  ogólny  obraz  parteru,  po  czym  wszedł  na  schody

prowadzące  na  piętro.  W  domu  wciąż  panowała  śmiertelna  cisza.  Jiři  miał  wielką
nadzieję, że nie przybył na miejsce za późno.

Lenka myślała o matce.

O  jej  dłoniach,  gdy  gładziła  ją  po  włosach  i  zaplatała  warkocze.  Miękkich  i  mocnych.

Ich siłę Lenka odczuwała jako zdecydowanie, lecz nigdy jako brutalność. Matka potrafiła
nimi  dużo  zrobić.  Uformować  piękny  rogalik,  przetkać  zapchaną  kanalizację,  naprawić
zepsute drzwi.

Włosy,  które  łaskotały  ją  po  twarzy,  gdy  matka  pochylała  się  nad  nią  i  całowała  na

dobranoc. Upierała się przy tym zwyczaju nawet wtedy, gdy Lenka się broniła, że jest już
za  duża  na  całusa  przed  snem.  Jako  nastolatka  protestowała  i  naciągała  kołdrę  na  głowę,
chowała  się  przed  matką,  która  cierpliwie  dawała  jej  całusa  przez  pościel.  Lenka
odczuwała go jako delikatny, miękki ucisk. Później jednak zaczęła znów sama nadstawiać
policzek albo czoło do pocałunku i w głębi serca cieszyła się, że matka nie przejmowała
się wcześniej jej nastoletnim buntem.

Lenka  wiedziała,  że  nie  powinna  myśleć  o  matce.  Powinna  myśleć  o  Chrystusie.

Powinna  myśleć  o  raju,  do  którego  wkrótce  wszyscy  pójdą.  O  domu,  w  którym  cała  jej

background image

rodzina wreszcie będzie mogła być razem, w bliskim kontakcie z Bogiem. Matka nie należy
już do rodziny. Zdradziła ją.

Dziewczyna czuła, że ogarnia ją zamroczenie, że lek nasenny działał coraz mocniej. Za

chwilę  przekroczy  granicę  świadomości  i  zapadnie  w  sen.  Nie  będzie  już  czuła  odoru
benzyny,  który  buchał  z  jej  białej  sukienki.  Nie  będzie  słyszała  szeptanych  bełkotliwie
modlitw leżących obok niej ludzi. Wkrótce i oni ucichną, zasną. Lenka się nie modliła. Nie
musiała.  Ona  wierzyła.  A  wiara  przenosi  nad  myślami  wypełnionymi  czarnym  lękiem.
Lenka miała tylko nadzieję, że gdy płomienie zaczną lizać jej skórę, będzie już pogrążona
w tak głębokim śnie, że tego nie poczuje. Nie poczuje najmniejszego nawet bólu, bo już nic
nie zdoła się przedrzeć przez grubą warstwę snu.

Matka.  Myśli  Lenki  uparcie  wokół  niej  krążyły.  Może  to  nie  aż  taka  znów  myślowa

fanaberia  i  Lenka  po  śmierci  spotka  także  ją?  Lenka  wierzyła  w  łaskę  i  przebaczenie
bardziej  niż  członkowie  Białej  Rodziny.  Nie  chciała  myśleć  o  Bogu,  który  odrzuciłby  jej
matkę  tylko  dlatego,  że  zbłądziła.  Bóg  Lenki  tak  nie  robił.  Rodzina  nie  znała  prawdy.  Ich
twardy,  bezlitosny  i  wymagający  Bóg  dopuszcza  do  siebie  jedynie  nieliczne  grono
wybranych i wyjątkowych.

W śmierci życie wieczne.
Tak mówili w rodzinie. Że po śmierci rozpocznie się ich nowe, prawdziwe życie.
Lenka  już  nie  czuła  nóg.  Ani  rąk.  Jej  ciało  pogrążało  się  we  śnie,  ale  umysł  dryfował

jeszcze na granicy jawy.

Życie.
To tak wyglądało jej życie tu, na ziemi? I nic więcej? Lenka nigdy nie była za granicą.

Nigdy  nikogo  nie  pocałowała.  Nie  przegadała  nocy  z  przyjaciółką.  Nie  wrzeszczała  i  nie
płakała ze złości. Nigdy się nie upiła. Nie wybrała się na wycieczkę do innego miasta. Nie
śmiała się nigdy do rozpuku, do utraty tchu.

Zapadając już w głęboki sen, Lenka chwyciła się kurczowo ostatniej świadomej myśli:

Nie chcę jeszcze umierać. Chcę żyć.

Chcę żyć.
Chcę...

Lumikki  próbowała  sforsować  wysokie  żeliwne  ogrodzenie.  Nogi  trzęsły  jej  się
niemiłosiernie ze zmęczenia, a spocone dłonie ślizgały po metalowych prętach. Nie miała
jednak czasu, żeby się tym martwić. Musiała dostać się do domu możliwie najszybciej.

Ogrodzenie  było  najeżone  ostrymi  iglicami.  Lumikki  postanowiła  chwycić  oburącz  jak

najwyżej, a następnie spróbować płynnym ruchem przesadzić płot. Jednak w decydującym
momencie spocona dłoń nie utrzymała ciężaru i Lumikki poczuła, że iglica szarpnęła ją za
udo.  Dziewczyna  straciła  równowagę  i  runęła  na  ziemię.  Nauczyła  się  już  jednak  upadać
jak najmniej boleśnie.

Przeturlała się parę metrów po ziemi i w końcu znieruchomiała na chwilę, żeby nabrać

background image

powietrza w płuca. Bok miała obolały, brocząca krwią długa rana na udzie szczypała, poza
tym  jednak  Lumikki  była  cała.  Niczego  sobie  nie  złamała,  obyło  się  też  bez  większych
sińców.  Śmiało  mogła  stwierdzić,  że  bywało  gorzej.  Nieraz  utykała,  wracając  ze  szkoły,
bardziej sponiewierana, a w domu udawała, że nic się nie stało.

Wstała na równe nogi. Ledwo mogła utrzymać pion i trochę kręciło się jej w głowie, ale

była w stanie iść. Prawdopodobnie najdotkliwiej odczuwała ubytek płynów. Pot wciąż lał
się z niej strumieniami, choć była przekonana, że z jej ciała nie dałoby się już wycisnąć ani
kropli wody.

Przed domem nie było nikogo. Może jeszcze zdąży.
Nie  była  pewna  swojej  teorii,  ale  gdy  zobaczyła  Verę  Sovákovą,  poczuła  mocno

w  kościach,  że  ta  kobieta  wie  więcej  o  samobójczych  planach  sekty  niż  ktokolwiek  inny.
Niewykluczone  nawet,  że  w  jakiś  sposób  maczała  palce  w  tym  procederze.  Kto  tak
naprawdę  zyskiwał  najwięcej  na  takiej  historii  Białej  Rodziny?  W  pierwszej  kolejności
Adam Havel vel Smith, który w ostatniej chwili oczywiście ucieknie. Bez wahania porzuci
swoją „rodzinę”, która z pewnością bardzo mu ciąży, bo nie da się już z niej wycisnąć tyle
kasy,  co  kiedyś.  W  drugiej  kolejności  –  media,  bo  poużywają  sobie  na  sensacyjnych
szczegółach  tragedii.  Sektę  bada  od  dawna  wschodząca  gwiazda  dziennikarstwa
dochodzeniowego  Super8  –  Jiři  Hašek.  Jego  szefowa  wysłała  go  samego  na  kręcenie
bardzo  niebezpiecznych  scen  do  reportażu.  Zadziwiające,  że  to  właśnie  Super8  zdobyła
skądś informacje o planowanym przez sektę samobójstwie...

Lumikki  podbiegła  do  bocznych  drzwi  i  stwierdziła,  że  ktoś  wyłamał  zamek  od

zewnątrz.  W  progu  poczuła  znajomy  zapach.  Woda  po  goleniu  Jiřiego.  A  więc  też  już  tu
dotarł, i to niedawno. Ta myśl dodała Lumikki otuchy. Razem dadzą radę. Chyba że...

Lumikki przeszło przez głowę paskudne słowo. Wyrosło już w zdanie, w myśl. Chyba że

Jiři też jest w to wszystko zamieszany! Wydawało się to najzupełniej możliwe. Co więcej –
całkiem  prawdopodobne.  Po  co  wysyłać  w  taką  misję  faceta,  który  nie  wie,  o  co  w  tym
wszystkim biega?

A jeśli to prawda, Lumikki już sama nie wiedziała, kogo w tym domu powinna się teraz

obawiać najbardziej. Nie miała jednak czasu na myślenie. Ani na analizy. Weszła do domu.
Powitał ją duszący smród benzyny.

background image

25

Vera  Sováková  zrobiła  kilka  głębokich  wdechów.  Rozkoszowała  się  chwilą.  Zaraz  się
zacznie. Przygotowywała ten medialny spektakl długo i cierpliwie. Adam Havel nawiązał
z nią kontakt już kilka lat temu i zaproponował – oczywiście
nie  za  darmo  –  wyłączne  prawa  do  nakręcenia  reportażu  o  Białej  Rodzinie.  Vera  uznała
jednak, że ludzie potrzebują czegoś więcej. Zaplanowali więc wspólnie tragiczny spektakl
– wystarczająco wielki, by przykuć uwagę całej opinii publicznej.

Vera  wyobrażała  sobie  moment,  gdy  w  praskich  kawiarniach  i  knajpkach  zalegnie

grobowa cisza. Ktoś będzie rozmawiał, ale wnet zostanie uciszony. W domach ludzie przed
telewizorami  ze  zdumieniem  zobaczą,  że  w  połowie  teleturnieju  telewizja  przełącza  na
wiadomości z relacją na żywo. Rozdzwonią się telefony. „Włącz telewizor, coś się dzieje”.

Na  ekranie  ze  znajomym  logo  w  dolnym  rogu  pojawiają  się  nagle  kręcone  z  ręcznej

kamery  ujęcia  starej  drewnianej  rudery.  W  tle  rozlegnie  się  rzeczowy  kobiecy  głos,
w  którym  niektórzy  nie  bez  zdziwienia  rozpoznają  głos  szefowej  kanału  Super8,  niegdyś
świetnej  dziennikarki  Very  Sovákovej.  Reporter  śledczy  Jiři  Hašek  wdarł  się  do  domu
niebezpiecznej sekty o nazwie Biała Rodzina. Podejrzewał, że jej członkowie zamierzają
popełnić  zbiorowe  samobójstwo,  które  planowane  było  na  dziś.  Jako  pierwszy  dotarł  na
miejsce zdarzenia i z narażeniem życia przystąpił do ratowania ofiar.

Verze ciarki przeszły po plecach na myśl o przyklejonych do telewizorów widzach. Nie

mogą  oderwać  oczu  od  ekranu,  bo  wiedzą,  że  oglądają  relację  na  żywo  z  dramatu,  który
rozgrywa się naprawdę – nikt jeszcze nie wie, jaki będzie jego finał.

Wystarczyłaby  na  pewno  zwykła  zapałka.  Jednak  Adam  Havel  wolał  nie  ryzykować.
Zważył  w  dłoni  ciężką  butelkę  z  koktajlem  Mołotowa  i  cisnął  ją  w  okno.  Brzęknęła
tłuczona szyba. Chwilę później buchnęły płomienie.

Idioci.  Uwierzyli  mu,  że  kiedy  wszyscy  zapadną  w  głęboki  sen,  podpali  dom  i  się

zastrzeli.  Częściowo  dotrzymał  słowa.  Upewnił  się,  że  śpią.  A  potem  zamknął  drzwi  na
klucz i wyszedł z domu. Zaczekał jeszcze na przybycie tego żałosnego reportera. Widział,
jak włamał się do środka przez boczne drzwi.

Adam z chęcią zostałby popatrzeć, jak brzydki, stary dom płonie niczym pochodnia. Jak

ogień pochłania ludzką głupotę i naiwność. Odczuwał niejakie zadowolenie, że tym razem
nie spartaczył sprawy, tak jak przed laty w Nebrasce. Tym razem był cierpliwy i budował
swoją  grupę  długo,  aż  zyskał  jej  bezwarunkowe  zaufanie.  Wierzyli  więc  w  jego  bajki
o oczyszczającym ogniu, który uniesie ich dusze prosto do Nieba – tam, gdzie niewierzący
nie mają prawa wstępu.

Rozkoszował  się  władzą,  jaką  miał  nad  nimi.  Czasami  nawet  myślał  o  tym,  żeby

background image

zostawić wszystko po staremu. Prawił im o wierze i rodzinie tak przekonująco, że zaczynał
sam  wierzyć  w  swoje  słowa.  Jednak  to  duszpasterstwo  już  go  męczyło,  miał  w  końcu
przecież swoje lata. Dzięki umowie z Sovákovą mógł uwolnić się od tego ciężaru i zniknąć
jako bogaty człowiek.

Nie  mógł  zostać,  żeby  popatrzeć  na  płonący  dom.  Z  lotniska  za  niedługo  odleci  jego

samolot,  który  miał  zabrać  go  daleko,  tam  gdzie  pieniądze  od  Sovákovej  i  paszport  na
nowe  nazwisko  zapewnią  mu  bezpieczne  życie.  Już  najwyższy  czas  zapisać  w  nim  nową
kartę. Czystą i białą jak śnieg.

Adam  Havel  obrócił  się  na  pięcie  i  zamknął  na  klucz  żeliwną  furtkę.  Zatrzyma

policjantów i strażaków chociaż na chwilę. Prawdopodobnie tę rozstrzygającą.

Lumikki  zdążyła  przykucnąć,  zasypały  ją  odłamki  szkła.  Chwilę  potem  poczuła  na
ramionach uderzenie fali gorąca od płonących szmat. Rzuciła się do schodów. Tam natknęła
się na schodzącego z piętra Jiřiego z kamerą w ręku.

– Co ty robisz? – syknęła Lumikki i zakryła dłonią obiektyw kamery.
Jiři szarpnął kamerę w swoją stronę.
– Filmuję.
Przełknęła ślinę. Napięła wszystkie mięśnie.
– Ty też jesteś w to zamieszany?
– Co ty opowiadasz?!?
Głos  i  spojrzenie  Jiřiego  wyrażały  szczere  zdumienie.  Jeśli  jednak  ten  cholerny  pobyt

w Pradze czegoś nauczył Lumikki, to tego, że wcale nie jest takim dobrym wykrywaczem
kłamstw, za jaki się dotychczas uważała.

Nie było czasu na chytre zagrywki. Lumikki postanowiła zagrać w otwarte karty.
– Vera poleciła mi, żeby... – zaczął Jiři.
– Sądzę, że to właśnie pani Sováková stoi za tym wszystkim. Wydaje mi się, że już od

dawna  wiedziała,  jak  to  się  skończy.  To  prawdopodobnie  ona  nasłała  na  mnie  zabójcę.
Niewykluczone nawet, że całe to zbiorowe samobójstwo to jej dzieło.

Lumikki  mówiła  szybko  i  cicho.  Parter  wypełniał  się  gorącym,  ciemnoszarym  dymem,

było już słychać trzask płomieni. Zaczęli kaszleć. Lumikki widziała, że Jiři zastanawia się
nad  jej  słowami.  Przypomina  sobie  wszystkie  zdarzenia,  spotkania  i  informacje,  które
doprowadziły  go  do  tego  domu.  Jakby  się  ocknął  z  zamroczenia.  Najwyraźniej  uznał,  że
Lumikki może mieć rację. Wyłączył kamerę.

– Nie ma ich na piętrze ani na parterze. Muszą być w piwnicy – powiedział w końcu.
Lumikki rzuciła się schodami w dół.
–  Zaczekaj!  Tu  nie  jest  bezpiecznie!  Musisz  natychmiast  wyjść  na  zewnątrz!  Strażacy

przyjadą tu lada chwila, dostali wcześniej cynk! – krzyknął Jiři. – Vera powiedziała,że...

Nie dokończył zdania. Sam zrozumiał.
–  Straż  o  niczym  nie  wie  –  ucięła  Lumikki.  –  Dla  pewności  wstąpiłam  po  drodze  do

background image

jednej  remizy.  Nie  dostali  żadnego  zgłoszenia  o  planowanym  zbiorowym  samobójstwie
w  tym  domu.  Nie  wiem,  czy  mi  uwierzyli.  Raczej  wzięli  mnie  za  wariatkę.  Nie  miałam
czasu na dyskusje. Możliwe, że dopiero teraz dzwoni do nich ktoś, kto zobaczył dym.

– Zadzwonię na ratunkowy – powiedział Jiři i wyjął z kieszeni komórkę.
Płomienie wspinały się po ścianach na piętro. Nasączone benzyną szmaty już się zajęły,

teraz  ogień  pożerał  także  drewno.  Temperatura  stawała  się  nie  do  zniesienia.  Ogień  wbił
swoje lśniące zęby w szczyt schodów, które zaczęły powoli ustępować.

– Nie ma czasu! – krzyknęła Lumikki.
Zbiegli ze schodów na parter.
Jiři porzucił kamerę. Nie będzie mu już potrzebna.
–  Tędy!  –  krzyknęła  Lumikki  i  pobiegła  slalomem  między  płomieniami  jedynym

korytarzem, który nie wyglądał jeszcze jak morze ognia.

Usłyszała  za  sobą  trzask  dartego  materiału.  Jiři  darł  koszulę  na  strzępy.  Jeden  podał

Lumikki.

– Masz, trzymaj to przy ustach.
Dobiegli  do  schodów  prowadzących  do  piwnicy.  Schodzenie  poniżej  poziomu  gruntu

było  oczywiście  czystym  szaleństwem,  pakowaniem  się  w  śmiertelną  pułapkę.  Wszędzie
dokoła trzeszczało płonące drewno i gdzieś z góry dobiegł ich huk walącej się konstrukcji.
Prawdopodobnie schody na piętro. Nie mieli jednak czasu zastanawiać się nad tym, co jest
szaleństwem, a co nie. Pędem zbiegli do piwnicy.

Schowki.  Spiżarnia.  Zamknięte  na  klucz  pomieszczenie.  Spojrzeli  po  sobie,  skinęli

głowami  i  jednocześnie  kopnęli  drzwi.  Trochę  się  ugięły,  ale  nie  pękły.  Kopnęli  raz
jeszcze. Drewno jęknęło, ale nie puściło.

Temperatura  powietrza  w  piwnicy  rosła  w  zatrważającym  tempie.  Piec.  Morze  ognia.

Piekło.

Z  oczu  Lumikki  ciekły  łzy.  Jak  przez  mgłę  zobaczyła,  że  przygarbiony  Jiři  wbiega  do

sąsiedniego  magazynku.  Po  trwającej  wieczność  chwili  wrócił  na  korytarz  z  ciężką  piłą
spalinową.

Kilkakrotnie  pociągnął  za  rączkę  rozrusznika,  ale  silnik  nawet  nie  drgnął.  Lumikki  od

razu  poznała,  że  Jiři  nigdy  wcześniej  nie  trzymał  w  rękach  piły  spalinowej.  Sama
obsługiwała  ją  wielokrotnie,  bo  niejedne  wakacje  spędziła  z  rodzicami  w  domku
letniskowym  należącym  do  ich  krewnych  z  Wysp  Alandzkich.  Podbiegła  do  Jiřiego
i bezceremonialnie wyrwała mu narzędzie z rąk. Płonący dom to nie salon.

Miała  nadzieję,  że  piła  była  niedawno  używana,  bo  łatwiej  ją  będzie  włączyć.

Unieruchomiła urządzenie na ziemi, wsuwając stopę do połowy w tylny uchwyt i ujmując
mocno  lewą  ręką  za  kabłąk.  Prawą  ręką  chwyciła  rękojeść  rozrusznika  i  pociągnęła
najpierw kilka razy krótko, a na koniec raz długo, do samego końca.

Nic.
Odpalaj! Odpalaj!
Spróbowała  drugi  raz.  Trzy  krótkie  pociągnięcia,  żeby  wpompować  mieszankę  do

background image

cylindra. I potem długie, mocne szarpnięcie.

Silnik zaskoczył.
Maszyna była ciężka i Lumikki z trudem uniosła ją z ziemi. Mięśnie ramion zadrżały jej

z wysiłku, gdy zęby piły wgryzły się w drewno. Odwróciła twarz, by kawałki drewna nie
pryskały  jej  do  oczu.  Potworny  hałas  świdrował  w  uszach.  Sił  starczyło  jej  na  wycięcie
w drzwiach pionowej linii.

– Odsuń się! – krzyknął z tyłu Jiři.
Odstąpiła na bok, dziennikarz wziął parę kroków rozbiegu i kopnął w nacięte miejsce.

Drzwi przełamały się na pół.

Na podłodze pokotem leżeli ludzie. Lumikki szybko ich przeliczyła, siedemnaście osób.

Wyglądali na martwych, ale gdy Lumikki dotknęła szyi leżącej z brzegu staruszki, wyczuła
tętno.

– Uśpieni! – krzyknęła.
Trzask i huk ognia nad głowami stał się już tak ogłuszający, że nie słyszeli, co do siebie

mówią.

– Nie ma Adama Havla! – odkrzyknął Jiři.
– Pies go drapał! Pomóż mi uratować Lenkę!
Lumikki odszukała Lenkę w grupie nieprzytomnych ludzi i oboje z trudem ją podnieśli.

Ciało dziewczyny było bezwładne i ciężkie. Lumikki przerzuciła sobie ramię dziewczyny
przez głowę, żeby pomóc ją nieść.

Wolno i ostrożnie wchodzili po wąskich schodach na parter. Gryzący dym cisnął się do

oczu, nosa i płuc. Buchnęło gorące powietrze.

Całe piętro stało w ogniu, jednak do bocznych drzwi można się było jeszcze przedostać.

Lumikki  wydostała  się  spod  ramienia  Lenki,  klepnęła  w  plecy  dziennikarza  i  starając  się
przekrzyczeć huk szalejącej pożogi, ryknęła do Jiřiego:

– Leć z nią!
Jiři  pobiegł.  Lumikki  biegła  tuż  za  nim.  Nagle  z  dachu  oberwała  się  płonąca  deska.

Lumikki  w  ostatniej  chwili  zdążyła  uskoczyć  do  tyłu.  Jiři  z  Lenką  bezpiecznie  dotarł  do
bocznych drzwi i wydostał się na zewnątrz.

Wszędzie  dokoła  Lumikki  huczały  płomienie.  Gdy  poczuła  pieczenie  na  plecach,

domyśliła się, że ogień zajął jej bluzkę.

Rzuciła  się  przed  siebie  i  przebiegnąwszy  płomienie,  wypadła  na  dwór,  rzuciła  się  na

trawę.  Turlała  się  po  trawniku  tak  długo,  aż  pieczenie  na  plecach  ustało.  Dostrzegła
kaszlącego  Jiřiego,  który  z  trudem  próbował  złapać  oddech.  Obok  niego  leżała  Lenka,
pogrążona w głębokim, spokojnym śnie.

Płomienie strzelały już pod niebo.
Przez huk pożogi przebijał jęk syren strażackich.

background image

23 czerwca

CZWARTEK

background image

EPILOG

We are difficult to understand
It was hard to make the simple plan work
Difficult, that’s what made it burn.

3

Lumikki patrzyła na białe kłębki waty, czapy bitej śmietany na szczytach i błękitną głębię za
oknem  samolotu.  W  uszach  rozbrzmiewał  jej  głos  Shirley  Manson,  która  śpiewała
o  wielkim,  błyszczącym  świecie.  Wyjątkowo  optymistyczny  kawałek  Garbage,  ale  akurat
dziś Lumikki się podobał.

Widok działał na nią kojąco. Odpoczynek. Tego właśnie potrzebowała teraz najbardziej.

Najchętniej  zamknęłaby  się  w  domu  i  spała  przez  tydzień.  Ale  nic  z  tego.  Przed  nią
juhannus w rodzinnym gronie. Będzie musiała opowiadać, jak było w Pradze.

Całkiem fajnie.
Tak środkowoeuropejsko.
Masa kultury. Mają tam nawet teatrzyki cieni.
Odpoczęła.
No i opowie im o praskich wzgórzach i parkach, o licznych mostach, o skwarze, który

w  nocy  łagodniał  i  pieścił  ciepłym  powietrzem,  o  zaułkach  starego  miasta,  o  pomnikach
i  kawiarniach.  Opowie  o  tych  wszystkich  dobrych,  łatwych  sprawach.  A  gdy  ją  zapytają,
czy  chciałaby  jeszcze  kiedyś  pojechać  do  Pragi,  z  ręką  na  sercu  będzie  mogła
odpowiedzieć, że w każdej chwili. Nie wspomni tylko o tym, że spotkała tam dwie osoby,
które mogłaby nawet nazwać przyjaciółmi.

Przez  ostatnie  dni  pobytu  w  Pradze  byli  z  Jiřim  i  Lenką  praktycznie  nierozłączni.  Po

samobójczej  próbie  Białej  Rodziny  Vera  Sováková  najwyraźniej  odwołała  rozkaz
wyeliminowania  Lumikki.  Dziewczyna  nie  była  już  dla  niej  zagrożeniem.  Nie  miała
żadnego znaczenia. Lumikki mogła odetchnąć z ulgą.

Wiedziała jednak, że wszyscy będą ją wypytywać tylko o pożar i jej bohaterski wyczyn.

Wszystkie lokalne media chciały przeprowadzić wywiad z „niezwykłą dziewczyną”, która
przypadkiem znalazła się w pobliżu domu Białej Rodziny, gdy członkowie sekty próbowali
popełnić  samobójstwo,  i  pomogła  w  ich  ratowaniu.  I  choć  Lumikki  starała  się  podczas
wywiadów  mówić  jak  najmniej  i  zwrócić  uwagę  dziennikarzy  na  Jiřiego,  to  właśnie  nią
media  interesowały  się  najbardziej.  Czesi  dostrzegli  w  niej  typ  bohatera  sympatycznego,
mocnego i delikatnego zarazem, a za takimi opinia publiczna po prostu przepada. Lumikki
znalazła  się  we  wszystkich  wiadomościach,  wszędzie  pokazywano  jej  usmoloną  twarz
i podarte ubrania.

I teraz dostrzegła, że siedzący po drugiej stronie przejścia biznesmen czyta gazetę sprzed

background image

dwóch  dni,  z  jej  zdjęciem  na  pierwszej  stronie.  Lumikki  ma  na  nim  brudne  włosy,  oczy
czerwone  i  załzawione  od  dymu,  a  na  lewym  policzku  zadrapanie  od  drzazgi,  która
wystrzeliła  z  przecinanych  drzwi.  Wiedziała,  że  na  kolejnej  stronie  gazety  mężczyzna
znajdzie także zdjęcie piły spalinowej i opowieść o sforsowaniu piwnicznych drzwi przez
„dzielną dziewczynę z Finlandii, wychowaną pośród lasów, na łonie natury”.

Gdy  mężczyzna  uniósł  wzrok,  Lumikki  odwróciła  głowę  i  znów  przywarła  nosem  do

okienka. Może nawet by jej nie rozpoznał, bo miała teraz czystą twarz i porządne ubranie.
Wolała  jednak  nie  ryzykować.  Nie  chciała  po  raz  kolejny  wałkować  tematu  pożaru
z zupełnie obcym jej człowiekiem.

I tak zostanie jeszcze porządnie przepytana przez rodziców i krewnych, choć najchętniej

zapomniałaby  już  o  całym  zdarzeniu.  Chociaż  udało  się  zapobiec  katastrofie,  Lumikki
brzydziła się medialnym szumem wokół tej ukartowanej tragedii.

No  właśnie.  Vera  Sováková  miała  swoje  pięć  minut,  choć  na  pewno  nie  były  tak

dramatyczne i głośne, jak się spodziewała. Bez śmierci nie ma wielkich nagłówków. Bez
niej  nie  ma  opowieści  o  bohaterach.  Straż  pożarna  dotarła  na  miejsce  zdarzenia  za
wcześnie.  Poparzenie  starej  kobiety  to  dużo  gorszy  materiał  na  wiadomość  z  ostatniej
chwili niż śmierć połowy tajemniczej sekty.

Adama  Havla  nie  zdołano  zatrzymać.  Policja  wystawiła  list  gończy,  ale  Jiři

przypuszczał, że mężczyzna nigdy nie zostanie ujęty. Nawet nazwisko „Adam Smith” było
fałszywe, a nikt  nie miał informacji  o jego prawdziwych  personaliach. Przywódca Białej
Rodziny  mógł  być  teraz  w  każdym  miejscu  na  kuli  ziemskiej.  I  niewykluczone,  że  znowu
zacznie gromadzić wokół siebie kolejnych naiwnych.

Oczywiście  nie  było  też  żadnych  dowodów  na  udział  Very  Sovákovej  w  całej  tej

historii.  Kiedy  Jiři  spróbował  trochę  ją  przycisnąć,  usłyszał  w  odpowiedzi,  że  pod  jej
drzwiami stoi kolejka chętnych na dziennikarzy kanału Super8. Jiři powiedział Lumikki, że
pewnego dnia powie Sovákovej, żeby z tej kolejki wybrała sobie kogoś na jego miejsce.
Ale jeszcze nie teraz, kiedy ma na utrzymaniu dodatkową osobę i nie może sobie pozwolić
na utratę pracy.

Kiedy  kogoś  uratujesz,  stajesz  się  za  niego  odpowiedzialny.  Tak  stwierdził  Jiři

i pozwolił Lence zamieszkać u siebie. Przynajmniej na jakiś czas. Dopóki dziewczyna nie
zacznie układać sobie życia od nowa.

Na lotnisku Lenka wzięła Lumikki w ramiona i wyściskała ją serdecznie.
– Gdybym miała siostrę... – zaczęła Lenka.
Lumikki uśmiechnęła się i potaknęła głową.

Inside this big, bright world
Inside this big, bright world
Inside this big, bright world

background image

Lumikki znów spojrzała na jaskrawe słońce i białe chmury. I pomyślała, że choć pobyt

w  Pradze  nie  przyniósł  odpowiedzi  na  pytanie  o  przeszłość,  dał  jej  przynajmniej  pewne
wskazówki.  Nabierała  większej  pewności,  że  zmyślona  bajeczka  Lenki  zdumiewająco
blisko  otarła  się  o  prawdę.  Zbudzone  przez  nią  sny  i  wspomnienia  były  prawdziwe.
Lumikki wiedziała, że nie wymyśliła sobie ani zabawy w Śnieżkę i Różyczkę, ani obrazów
ze snu. To wszystko się kiedyś wydarzyło.

Miała kiedyś siostrę.

background image

1

 Fragment wiersza Landet som icke är Edith Södergran w przekładzie Ryszarda Mierzejewskiego.

2

 Fragmenty piosenki Palava tuuli [„Palący wicher”] Anny Puu w przekładzie Sebastiana Musielaka.

3

 Fragmenty piosenki Big Bright World zespołu Garbage.


Document Outline