background image

Graham Greene

nasz człowiek w Hawanie

Tłumaczyła:

MARIA SKIBNIEWSKA

background image

Instytut Wydawniczy PAX 1975

background image

Tytuł oryginału:
OUR MAN IN HAVANA

Copyright by William Heinemann Limited

Okładkę projektował Andrzej Przedworski

Redaktor Irena Nowicka

Redaktor techniczny Ewa Damrosz

background image

Bajka, jaką jest ta historia rozgrywająca się w 
bliżej nieokreślonym czasie przeszłym, nie 
wymaga chyba zastrzeżenia, że bohaterowie 
jej nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi 
osobami. Pragnę jednak oświadczyć, że ani 
jedna z moich postaci nie jest portretem z 
natury, że na Kubie nie ma dziś takiego oficera 
policji jak kapitan Segura, ani też brytyjskiego 
ambasadora, który by przypominał 
naszkicowanego przeze mnie dyplomatę. Nie 
wyobrażam sobie również, by szef wywiadu 
mógł być podobny do mitycznej osobistości 
występującej w mojej książce.

background image

MOTTO:

I smutny człowiek 
sam płaci
za swe błazeństwa...

GEORGE HERBERT

background image

Część I

Rozdział pierwszy

1

Ten Murzyn, który idzie ulicą — rzeki doktor Hasselbacher, stojąc przed 

kontuarem baru „Wonder" — przypomina mi pana, panie Wormold.

To było właśnie charakterystyczne dla doktora Hasselbachera: po 

piętnastu latach przyjaźni wciąż jeszcze dodawał słówko „pan" przed 
nazwiskiem Wormolda. Przyjaźń postępowała naprzód z wolna i pewnie, jak 
ostrożna diagnoza. Dopiero przy łożu śmierci, badając jego zanikające tętno, 
doktor Hasselbacher nazwałby go zapewne Jimem.

Murzyn był ślepy na jedno oko, miał jedną nogą krótszą od drugiej, a na 

głowie stary filcowy kapelusz; przez podartą koszulę widać mu było żebra 
sterczące jak wręgi rozbieranego statku. W gorącym styczniowym słońcu 
szedł brzegiem chodnika za żółtymi i różowymi filarami kolumnady i liczył 
każdy swój krok. W. chwili gdy idąc ulicą Virdudes mijał bar „Wonder", doliczył 
do tysiąca trzystu sześćdziesięciu dziewięciu; musiał zwolnić kroku, żeby 

background image

mieć czas na tak długie liczby. Tysiąc trzysta siedemdziesiąt. Znano go 
dobrze w okolicy placu Nacional, gdzie niekiedy zatrzymywał się i przerywał 
na chwilę liczenie, żeby sprzedać jakiemuś turyście paczkę pornograficznych 
fotografii. Podejmował później rachunek od liczby, na której go przerwał. 
Niczym energiczny pasażer transatlantyckiego statku, każdego wieczoru 
wiedział zapewne z dokładnością do jarda, ile drogi zrobił w ciągu dnia.

— Joe? — spytał Wormold. — Nie widzę podobieństwa. Chyba tylko to, 

że on także kuleje. — Odruchowo jednak spojrzał w lustro z reklamą piwa 
Cerveza Tropical, jakby uważał za możliwe, że po drodze ze sklepu w starej 
dzielnicy do baru zdążył się tak zgarbić i sczernieć. Ale z lustra odpowiadała 
mu spojrzeniem twarz trochę tylko poszarzała od kurzu wzbijającego się znad 
warsztatów portowych; wyglądała poza tym jak zawsze: zatroskana, 
pobrużdżona twarz czterdziestoletniego mężczyzny; była młodsza od twarzy 
doktora Hasselbachera, a przecież postronny obserwator przepowiedziałby 
bez wahania, że zgaśnie wcześniej niż tamta: leżał już na niej cień, cień 
troski, na którą nie ma lekarstwa. Murzyn kuśtykając zniknął im z oczu za 
rogiem ulicy Paseo. Miasto roiło się od pucybutów.

— Nie o to chodzi, że też kuleje. Nie widzi pan podobieństwa?
— Nie.
— Joe myśli o dwóch rzeczach naraz — wyjaśnił doktor Hasselbacher. 

— O swoich interesach i o liczeniu kroków. Poza tym — jest oczywiście, 
Brytyjczykiem.

— W dalszym ciągu nie rozumiem... — Wormold, jak co rano, odświeżył 

usta kieliszkiem daiquiri. Siedem minut na drogę do baru „Wonder", siedem 
na powrót do sklepu, sześć na życie towarzyskie. Spojrzał na zegarek. 
Przypomniał sobie, że jego zegarek spóźnia się o minutę.

— Joe jest niezawodny, można na nim polegać. Tylko to miałem na 

myśli — rzekł doktor Hasselbacher zniecierpliwiony. — Jak się miewa Milly?

— Cudownie — odparł Wormold. Była to jego niezmienna odpowiedź, 

ale w tym wypadku powiedział to z przekonaniem.

— Siedemnastego zacznie siedemnasty rok, prawda?
— Tak. — Szybko obejrzał się przez ramię, jakby go ktoś ścigał, potem 

znów zerknął na zegarek. — Przyjdzie pan oblać z nami tę uroczystość?

— Nigdy w życiu nie odmówiłem, panie Wormold. Kto będzie poza tym?

background image

— Właściwie chyba tylko my troje. Widzi pan, Cooper pojechał do kraju, 

biedny Marlowe jeszcze leży w szpitalu, a tego nowego towarzystwa z 
konsulatu Milly nie lubi. Myślałem więc, że urządzimy to skromnie, w rodzinie.

— Jestem zaszczycony, że mnie pan zalicza do rodziny, panie Wormold.
— Chcę zamówić stolik w „Nacional"... A może, pana zdaniem, to lokal 

niezupełnie... no, nieodpowiedni?

— To nie Anglia ani Niemcy, panie Wormold. W kraju
tropikalnym dziewczęta wcześnie dojrzewają.
Po drugiej stronie ulicy zaskrzypiała uchylona żaluzja i w lekkim 

powiewie od morza zaczęła postukiwać rytmicznie: tik, tak — jak staroświecki 
zegar.

— Muszę już iść — powiedział Wormold.
— Firma Phastkleaners doskonale się bez pana obejdzie. — Był to dzień 

niemiłych prawd. — Podobnie jak moi pacjenci beze mnie — dodał poczciwie 
doktor Hasselbacher.

— Chorować ludzie muszą, ale nic ich nie zmusza do kupowania 

odkurzaczy.

— Za to pan każe sobie więcej płacić niż ja.
— I dostaję z tego ledwie dwadzieścia procent. Niewiele można odłożyć 

z dwudziestu procent.

— W naszych czasach nie odkłada się pieniędzy, panie Wormold.
— Ja muszę. Dla Milly. Gdyby się ze mną coś stało...
— Nikt z nas nie ma specjalnych perspektyw życiowych, po co więc 

troszczyć się o przyszłość?

— Te wszystkie zamieszki źle wpływają na handel. Co komu po 

odkurzaczu, jeśli elektrownia ustawicznie przerywa dostawę prądu.

— Mógłbym panu pożyczyć jakąś niewielką sumkę, panie Wormold.
— Dziękuję. Nie o to chodzi. Nie mam doraźnych kłopotów na ten rok 

ani nawet na następny, to są kłopoty długoterminowe.

— W takim razie niewarte są nazwy kłopotów. Żyjemy w erze atomowej, 

panie Wormold. Jedno naciśnięcie guziczka — pif, paf! — i gdzie się 
znajdziemy? Poproszę jeszcze o whisky.

— To właśnie jeden kłopot więcej. Wie pan, co teraz zrobiła moja firma? 

Przysłali mi Atomowy odkurzacz.

background image

— Doprawdy? Nie przypuszczałem, że technika doszła już do tego.
— No, oczywiście nie ma w tym nic atomowego prócz nazwy. W 

zeszłym roku lansowali „Odrzutowca", w tym roku — „Atom". Nowy odkurzacz 
działa zresztą tak samo jak poprzedni, po włączeniu wtyczki w gniazdko.

— Po cóż więc troszczyć się o to? — powtórzył jak refren doktor 

Hasselbacher nachylając się nad szklanką whisky.

— Oni sobie nie zdają sprawy, że taka nazwa może ujdzie w Stanach, 

ale nie tutaj, gdzie księża wciąż grzmią z ambon przeciw nadużywaniu 
zdobyczy wiedzy do złych celów. W zeszłą niedzielę byłem z Milly w katedrze 
— pan wie, jak Milly przestrzega chodzenia na mszę, ona zdaje się ma 
nadzieję, że mnie nawróci. Otóż ksiądz Mendez przez pół godziny opisywał 
skutki bomby wodorowej. Ludzie, którzy wierzą w niebo na ziemi — mówił — 
stwarzają na ziemi piekło; bardzo też dobitnie to piekło przedstawił. Niech pan 
sobie wyobrazi, jak się czułem w poniedziałek rano, kiedy musiałem na 
wystawie zareklamować nowy Atomowy odkurzacz. Wcale bym się nie 
zdziwił, gdyby któryś z tych rozhukanych chłopców w naszej dzielnicy wybił mi 
szyby. Akcja katolicka, Chrystus Król i tak dalej. Nie wiem, co z tym fantem 
robić, panie doktorze.

— Niech pan sprzeda jedną sztukę księdzu Mendezowi do sprzątania w 

pałacu biskupim.

— Ksiądz Mendez jest zupełnie zadowolony z modelu Turbo. Bardzo 

dobry aparat. Ten nowy jest zresztą także dobry. Ma udoskonalone szczotki 
do odkurzania półek bibliotecznych. Pan przecież wie, że nie sprzedałbym 
nikomu złego towaru.

— Wiem, panie Wormold. Czy nie mógłby pan po prostu zmienić nazwy?
— Ci z centrali nie pozwolą. Są z niej dumni. Myślą, że to najlepszy 

pomysł od czasu sloganu: „Po co się męczyć, Phastkleaners wyręczy". Jest, 
widzi pan, do typu Turbo taki przyrządzik nazwany „filtrem do oczyszczania 
powietrza". Nikt na niego nie zwracał uwagi, przyrządzik zresztą doskonały, 
aż wczoraj weszła do sklepu jakaś kobieta, popatrzyła na Atomowy odkurzacz 
i pyta, czy filtr tych rozmiarów może naprawdę wchłonąć wszystkie szkodliwe 
promienie. „A jak będzie ze strontem 90?" — spytała.

— Mógłbym panu dać orzeczenie lekarskie — rzekł doktor 

Hasselbacher.

background image

— Pan się nigdy niczym nie martwi?
— Mam tajną broń przeciw zmartwieniom, panie Wormold. Interesuję się 

życiem.

— Ja też, ale...
— Pan się interesuje pewną osobą, nie życiem, a ludzie umierają lub 

porzucają nas... O, przepraszam! Nie chciałem wcale przypominać historii 
pańskiej żony. Jeżeli natomiast interesuje się człowiek samym życiem, ono go 
nigdy nie zawiedzie. Co do mnie, interesuję się pleśnieniem sera. Czy pan 
rozwiązuje krzyżówki, panie Wormold? Bo ja często; krzyżówki są jak ludzie: 
wszystkie się kiedyś kończą. Każdą krzyżówkę rozwiążę w ciągu godziny, ale 
mojego odkrycia w związku z pleśnieniem sera nigdy nie doprowadzę do 
końca... chociaż oczywiście marzy mi się, że może jednak kiedyś... Muszę 
panu przy sposobności pokazać moje laboratorium.

— Czas już na mnie, doktorze.
— Powinien pan więcej marzyć, panie Wormold. Rzeczywistość 

naszego stulecia nie nadaje się do tego, żeby jej trzeźwo patrzeć w oczy.

2

Zbliżając się do swego sklepu przy ulicy Lamparilla, Wormold stwierdził, 

że Milly jeszcze nie wróciła ze szkoły, prowadzonej przez amerykańskie 
zakonnice, i chociaż przez okno wystawowe widział dwie osoby, dom wydał 
mu się pusty. Bardzo pusty. I pusty pozostanie, póki Milly nie przyjdzie. 
Ilekroć Wormold wchodził do sklepu, doznawał wrażenia próżni, nie mającej 
zresztą nic wspólnego z ssącą próżnią odkurzaczy. Nie mógł jej wypełnić 
żaden klient, a już na pewno nie ten, zanadto wymuskany jak na Hawanę, 
który w tej chwili czytał angielską ulotką reklamującą odkurzacz Atomowy i 
manifestacyjnie lekceważył Lopeza — pomocnika Wormolda. Lopez, człowiek 
niecierpliwy, nie lubił tracić czasu i odrywać się od hiszpańskiego wydania 
„Confidential". Patrzał na nieznajomego i nie robił nic, by go zachęcić.

— Buenos dias — powiedział Wormold. Z przyzwyczajenia na 

background image

nieznajomych w sklepie spoglądał podejrzliwie. Przed dziesięciu laty wszedł 
tu udając klienta pewien mężczyzna i bezczelnie sprzedał mu owczą wełnę do 
polerowania karoserii samochodu. Tamten oszust miał przynajmniej łudzące 
pozory, ale tego nikt nie mógł wziąć za nabywcę odkurzacza. Wysoki, 
elegancki, w jasnym tropikalnym ubraniu, w wykwintnym krawacie, wnosił tu 
atmosferę plaży i zapach skórzanych foteli ekskluzywnego klubu. Można było 
oczekiwać, że kiedy się odezwie, powie: „Ambasador przyjmie pana za 
chwilę". O jego czystość dba na pewno ocean i lokaj.

— Niestety, nie kapuję po hiszpańska — odparł nieznajomy. Gwarowe 

słowo raziło przy jego stroju, jak po śniadaniu plama z jajka. — Pan jest 
Brytyjczykiem, jeśli się nie mylę?

— Tak.
— Chodzi mi o to, czy jest pan naprawdę Brytyjczykiem? Czy ma pan 

brytyjskie obywatelstwo i tak dalej.

— Mam. Dlaczego pan pyta?
— Lubię załatwiać interesy z brytyjską firmą. Człowiek wtedy wie, z kim 

ma do czynienia... chyba mnie pan rozumie.

— Czym mogę służyć?
— No, przede wszystkim chciałbym się rozejrzeć. — Mówił to tak, jakby 

się znalazł w księgarni. — Nie mogłem tego wytłumaczyć pańskiemu 
subiektowi.

— Pan szuka odkurzacza?
— No, właściwie nie szukam.
— Miałem na myśli, czy pan chce nabyć odkurzacz?
— Otóż to, jakbyś pan zgadł.
Wormold miał wrażenie, że nieznajomy wybrał ten ton, ponieważ 

wydawał mu się odpowiedni w tym sklepie, jako kolor ochronny obowiązujący 
na ulicy Lamparilla, bo poufałość wcale nie pasowała do jego ubrania. Nie 
można z powodzeniem stosować zaleceń świętego Pawła i być wszystkim dla 
wszystkich, nie zmieniając garderoby.

Wormold powiedział żywo:
— Nie znajdzie pan nic lepszego niż ten model: odkurzacz Atomowy.
— Zauważyłem model, który nazywa się Turbo.
— To także bardzo dobry aparat. Czy pan ma duże mieszkanie?

background image

— No, niezbyt duże.
— Tu, widzi pan, są dwa komplety szczotek: ta do pastowania, a ta do 

froterowania... Ach nie, zdaje się, że odwrotnie... Typ Turbo ma napęd 
powietrzny.

— Co to znaczy?
— Ależ, oczywiście... tak, właśnie to, że ma napęd powietrzny.
— A do czego służy ten śmieszny figiel?
— To jest dysza dwusprawna do dywanów.
— Co pan powie? Bardzo interesujące! A dlaczego dwu-sprawna?
— Bo odkurza zarówno przy ruchu naprzód, jak i wstecz.
— Czego to nie wymyślą! — rzekł nieznajomy. — Pan pewnie bardzo 

dużo tych rzeczy sprzedaje.

— Jestem tutaj jedynym przedstawicielem firmy.
— Myślę, że wszystkie ważniejsze osobistości muszą się zaopatrzyć w 

Atomowy odkurzacz, co?

— Albo w Odrzutowy.
— Na przykład urzędy?
— Oczywiście. Czemu pan pyta?
— No, co jest dobre dla urzędu, wystarczy chyba i mnie.
— A może pan wolałby nasz mały model „Komar Ci ułatwi"?
— Co ułatwi?
— Pełna nazwa brzmi: „Komar Ci ułatwi Życie, Mały Odkurzacz o 

Napędzie Powietrznym do Użytku Domowe-

go".
— Znowu ten napęd powietrzny.
— Nie jestem temu winien.
— Nie indycz się pan.
— Nienawidzę słowa „atom" — powiedział Wormold, nagle wpadając w 

pasję. Był do głębi poruszony. Przyszło mu na myśl, że nieznajomy jest może 
inspektorem przysłanym z centrali firmy, z Londynu lub Nowego Jorku. Jeśli 
tak, nie powinien usłyszeć nic prócz prawdy.

— Rozumiem. Niezbyt szczęśliwie wybrana nazwa. Niech mi pan powie, 

czy do was należy także kontrola aparatów?

— Raz na kwartał. Bezpłatnie w okresie gwarancji.

background image

— Czy pan sam tym się zajmuje?
— Posyłam Lopeza.
— Tego ponurego faceta?
— Ja jestem kiepskim mechanikiem. Byłem dotknął któregoś z 

odkurzaczy, zaraz nie wiadomo czemu przestaje działać.

— Czy pan nie prowadzi samochodu?
— Owszem, ale jak się coś zepsuje, naprawia go moja
córka.
— Ach, tak, córka. Gdzież ona jest?
— W szkole. A teraz może pan pozwoli że pokażę panu to sprzęgło 

zatrzaskowe.

Ale oczywiście, gdy usiłował zademonstrować działanie, sprzęgło nie 

chciało się zatrzasnąć. Naciskał, kręcił — nic.

— Wadliwie dobrane części — powiedział w rozpaczy.
— Może ja spróbuję — rzekł nieznajomy i sprzęgło natychmiast 

zatrzasnęło się gładko.

— Ile lat ma pańska córka?
— Szesnaście — odparł, zły sam na siebie, że odpowiada.
— Ano — odpowiedział nieznajomy — muszę już iść. Miło mi było 

pogadać z panem.

— Czy nie chciałby pan zobaczyć, jak działa nasz odkurzacz? Lopez 

mógłby zrobić mały pokaz.

— Nie, dziękuję, nie w tej chwili. Spotkamy się jeszcze... tu albo gdzie 

indziej — powiedział tamten z niesprecyzowaną, ale impertynencką 
pewnością siebie; wyszedł, nim Wormold zdążył namyślić się i wręczyć mu 
swój bilet firmowy. Na skwerze, u wylotu ulicy Lamparilla pochłonął 
nieznajomego tłum alfonsów i handlarzy losów na loterię, od których Hawana 
roi się w godzinach popołudniowych.

— Nie miał wcale zamiaru nic kupić — odezwał się Lopez.
— Czego w takim razie chciał?
— Bo ja wiem? Długo przyglądał mi się przez szybę. Myślę, że gdyby 

pan się nie zjawił, poprosiłby mnie, żebym mu znalazł jakąś dziewczynkę.

— Dziewczynkę?
Pomyślał o tamtym dniu sprzed dziesięciu lat, a później z niepokojem o 

background image

Milly i pożałował, że odpowiedział na tyle pytań. Pożałował też, że sprzęgło w 
ręku tamtego od razu zaskoczyło z trzaskiem.

background image

Rozdział drugi

Z daleka już rozróżniał sygnał zapowiadający powrót Milly, tak jak z 

daleka słyszy się policyjne auto. Ale o zbliżaniu się Milly ostrzegały zamiast 
syren — gwizdki. Zwykle szła od przystanku autobusowego przez Avenida de 
Belgica, dziś jednak uliczni donżuani, jak mu się zdawało, pogwizdywali od 
strony Compostella. Mimo niechęci musiał przyznać, że nie byli to groźni 
uwodziciele. Owacja, której początki sięgały trzynastej rocznicy urodzin Milly, 
wyrażała hołd, Milly bowiem, nawet w Hawanie, gdzie wybór jest wielki, 
wyróżniała się pięknością. Miała włosy koloru jasnego miodu i ciemne brwi, a 
jej grzywkę przystrzygał najlepszy w mieście fryzjer. Nie zdradzała niczym, że 
słyszy gwizdania, ale stąpała wśród nich tak lekko, że patrząc na jej ruchy 
można było niemal wierzyć w lewitację. Cisza wydawałaby się jej teraz 
zniewagą.

W przeciwieństwie do Wormolda, który nie wierzył w nic, Milly była 

katoliczką: musiał przyrzec to żonie przed ślubem. Dziś matka Milly zapewne 
nie wyznawała żadnej religii, ale na jego opiece zostawiła katoliczkę. Dzięki 
temu Milly zżyła się z Kubą tak, jak nie zdołał nigdy zżyć się jej ojciec. Słyszał, 
że w bogatych rodzinach przetrwał po dziś dzień zwyczaj trzymania dla córek 
duenii, i czasem zdawało mu się, że Milly towarzyszy również duenia, 
niewidzialna dla oczu innych ludzi.

W kościele, gdzie Milly wyglądała jeszcze bardziej uroczo niż w 

jakimkolwiek innym miejscu, otulona lekką jak piórko mantylą haftowaną w 
przeźroczyste jakby zimowe liście, duenia siedziała zawsze u jej boku 
pilnując, żeby trzymała się prosto, zasłaniała twarz w odpowiednich chwilach, 
robiła znak krzyża, jak należy. Dokoła niej mali chłopcy mogli bezkarnie ssać 
cukierki lub chichotać za filarem, Milly siedziała sztywno jak mniszka i czytała 
modlitwy z małego mszalika o złoconych brzegach, oprawnego w safian, 
którego kolor dobrała do koloru swoich włosów. Ta właśnie niewidzialna 
duenia dbała, aby Milly jadała w piątki ryby, pościła w dni krzyżowe i słuchała 
mszy nie tylko w niedzielę i święta kościelne, lecz również w dzień swojej 
patronki. Milly — to było spieszczenie rodzinne, chrzestne imię brzmiało 

background image

Serafina; na Kubie dzień tej patronki obchodzono jako święto rytu zdwojonego 
drugiej klasy — tajemnicze wyrażenie, które Wormoldowi przypominało tor 
wyścigowy.

Przez długi czas Wormold nie orientował się, że duenia nie zawsze trwa 

na swoim stanowisku. Milly zachowywała się wzorowo przy stole i nigdy nie 
zaniedbywała wieczornego pacierza; wiedział o tym aż za dobrze, bo nawet, 
gdy była jeszcze dzieckiem, kazała mu czekać pod drzwiami swojej sypialni 
— wykluczając go jako niekatolika — póki nie skończyła się modlić.

Lampka płonęła nieustannie przed obrazem Matki Boskiej z Gwadelupy. 

Pamiętał, jak podsłuchał modlitwę czteroletniej Milly: „Módl się za nami 
grzesznymi..."

Ale pewnego dnia, gdy Milly miała trzynaście lat, wezwano go do szkoły, 

którą prowadziły amerykańskie klaryski w bogatej białej dzielnicy na 
przedmieściu Vedado. Tam po raz pierwszy dowiedział się, że duenia 
opuszcza Milly, odprowadziwszy ją aż do pobożnej tablicy na żelaznej bramie 
szkolnej. Oskarżenie było poważne: Milly podpaliła chłopczyka, nazwiskiem 
Thomas Earl Parkman, junior. Co prawda, matka przełożona przyznała, że ów 
Earl, znany w szkole z psot, pierwszy pociągnął Milly za włosy, lecz to, 
zdaniem zakonnicy, nie usprawiedliwiało postępku dziewczynki, który mógł 
mieć groźne skutki, gdyby jedna z koleżanek nie zepchnęła Earla do basenu 
pod fontanną. Milly na swoją obronę powiedziała tylko tyle, że Earl jest 
protestantem, jeżeli więc doszłoby kiedyś do prześladowań, katolicy pobiją 
heretyków w tej konkurencji.

— Ale jak Milly to zrobiła?
— Oblała benzyną brzeg jego koszuli.
— Benzyną?
— Do zapalniczki. Potem przytknęła zapałkę. Podejrzewamy, że 

ukradkiem pali papierosy.

— To nie do wiary.
— Widzę, że pan nie zna swojej Milly. Muszę panu powiedzieć, panie 

Wormold, że to dziecko wystawia naszą cierpliwość na ciężką próbę.

Okazało się, że Milly na pół roku przed podpaleniem Earla puściła w 

obieg po klasie serię pocztówek z reprodukcjami najsłynniejszych obrazów 
świata.

background image

— Nie rozumiem, co w tym złego.
— Dwunastoletnie dziewczątko nie powinno ograniczać swoich 

artystycznych upodobań do obrazów nagości, choćby w grę wchodziły 
klasyczne dzieła sztuki.

— Wszystkie te obrazki przedstawiały nagie akty?
— Z wyjątkiem „Mai ubranej" Goyi. Ale „Maja naga" również znajdowała 

się w kolekcji.

Wormold musiał odwołać się do miłosierdzia matki przełożonej: był 

biednym niewierzącym ojcem katolickiego dziecka, w Hawanie prócz 
amerykańskich zakonnic innej katolickiej szkoły nie hiszpańskiej nikt nie 
prowadził, a prywatna nauczycielka byłaby zbyt kosztowna. Siostry nie 
chciałyby przecież, żeby posłać Milly do szkoły Hirama C. Trumana, prawda? 
Oznaczałoby to złamanie obietnicy złożonej niegdyś żonie. Zastanawiał się 
niekiedy w duchu, czy nie jest jego obowiązkiem ożenić się po raz wtóry, ale 
zakonnice pewnie by tego nie aprobowały, zresztą jeszcze wciąż kochał 
matkę Milly.

Oczywiście rozmówił się z Milly, a jej wyjaśnienia cechowała bądź co 

bądź prostota.

— Dlaczego podpaliłaś Earla?
— Diabeł mnie skusił — odparła.
— Proszę cię, Milly, mów rozsądnie.
— Świętych nieraz diabeł kusił.
— Nie jesteś święta.
— Właśnie. Dlatego upadłam.
Epizod był zakończony, a przynajmniej miał być zakończony tego 

samego popołudnia między czwartą a szóstą w konfesjonale. Duefia znów 
znalazła się u boku Milly i jej rzeczą było dopilnowanie reszty. „Gdyby chociaż 
duenia uprzedzała mnie — myślał Wormold — kiedy miewa wychodne!"

Pozostała jeszcze sprawa palenia ukradkiem papierosów.
— Czy palisz papierosy?
— Nie.
Ton jej odpowiedzi skłonił go jednak do powtórzenia pytania w innej 

formie.

— Czy paliłaś już kiedyś w życiu tytoń, Milly?

background image

— Tylko cygara — oświadczyła.
W tej chwili słysząc pogwizdywania, które mu zwiastowały jej powrót, 

zastanawiał się, dlaczego Milly nadchodzi ulicą Lamparilla od strony portu, 
zamiast od Avenida de Belgica. Kiedy ją zobaczył, ujrzał również i powód tej 
zmiany. Młodociany praktykant sklepowy niósł za Milly paczkę tak ogromną, 
że nie było zza niej widać jego twarzy. Wormold markotnie stwierdził, że Milly 
znowu zrobiła jakieś zakupy. Poszedł na piętro do mieszkania nad sklepem i 
w chwilę później usłyszał, jak córka w sąsiednim pokoju kieruje 
rozmieszczaniem swoich nabytków. Coś głucho stuknęło, zagrzechotało, 
brzęknęło metalicznie.

— Proszę to położyć tutaj — mówiła Milly, ale zaraz dodała: — Nie, 

lepiej tam! — Szuflady otwierały się i zamykały. Milly zabrała się do wbijania 
gwoździ w ścianę. Kawałek tynku prysnął nagle do sałaty; przychodnia 
służąca zostawiła na bufecie zimny lunch.

Milly weszła punktualnie. Wormoldowi zawsze trudno było zataić 

wrażenie na widok jej piękności, lecz niewidzialna duenia przewiercała go 
zimnym spojrzeniem, jak gdyby był niepożądanym wielbicielem. Od bardzo 
już dawna duena nie brała urlopu; Wormold niemal ubolewał nad jej 
wytrwałością i niekiedy tęsknił, by znów zobaczyć Earla w płomieniach. Milly 
zmówiła modlitwę przed jedzeniem i przeżegnała się, a póki nie skończyła, 
ojciec siedział w postawie pełnej szacunku ze spuszczoną głową. Tego dnia 
modlitwa trwała dłużej niż zwykle, co prawdopodobnie znaczyło, że Milly nie 
jest bardzo głodna, albo też — że chce zyskać na czasie.

— Dobry dzisiaj miałeś dzień, tatusiu? — spytała grzecznie. W ten 

życzliwy sposób mogłaby się odezwać żona po wielu latach małżeństwa.

— Niezły. A ty?
Kiedy na nią patrzał, oblatywał go tchórz; nie cierpiał sprzeciwiać się 

córce w czymkolwiek, więc usiłował odwlec możliwie jak najdłużej rozmowę o 
jej zakupach. Wiedział, że swoją miesięczną pensję wydała już dwa tygodnie 
temu na kolczyki, które jej wpadły w oko, i na małą figurkę świętej Serafiny.

— Dostałam „celująco" za dogmaty i moralność.
— To pięknie. O co cię pytali?
— Najlepiej mi się udał grzech powszedni.
— Widziałem się dziś rano z doktorem Hassełbacherem — rzekł 

background image

pozornie bez związku.

Odpowiedziała grzecznie:
— Mam nadzieję, że doktor dobrze się miewa.
Wormoldowi wydało się, że duena przesadza: chwalono powszechnie 

katolickie szkoły za naukę dobrych manier, takie maniery jednak 
przeznaczone były chyba na to, by robić dobre wrażenie na obcych. Pomyślał 
ze smutkiem: „Ależ ja właśnie jestem obcy". Nie mógł przecież dotrzymywać 
jej kroku w krainie świec, koronkowych komży, święconej wody i klęczenia. 
Czasem ogarniało go uczucie, że nie ma córki.

— Doktor przyjdzie wypić twoje zdrowie w dzień urodzin. Myślę, że 

potem moglibyśmy się wybrać do jakiegoś nocnego lokalu.

— Do lokalu! — Duena widocznie w tym momencie odwróciła wzrok w 

inną stronę, bo Milly wykrzyknęła: — O, gloria Patri!

— Zwykle mawiałaś: Alleluja.
— To było w czwartej klasie. Do którego?
— Może do „Nacional".
— A nie do „Shanghai Theatre"?

— Na pewno nie do „Shanghai Theatre". Dziwi mnie, że w ogóle coś wiesz o 
tym lokalu.

— W szkole słyszy się to i owo. Wormold powiedział:
— Nie naradziliśmy się jeszcze co do prezentu. Siedemnaste urodziny to 

nie byle co. Zastanawiałem się...

— Z ręką na sercu — odparła Milly. — Nie ma takiej rzeczy na świecie, 

której bym pragnęła.

Wormold z niepokojem przypomniał sobie ogromną paczkę. Czyżby 

rzeczywiście Milly kupiła już wszystko, o czym marzyła? Spróbował perswazji:

— Z pewnością znalazłoby się jeszcze coś co bv ci się przydało.
— Nie. Naprawdę nic.
— Na przykład nowy kostium kąpielowy... — podsunął w desperacji.
— No, jest taka jedna rzecz... Ale tę rzecz moglibyśmy zaliczyć także na 

najbliższą gwiazdkę i na gwiazdkę w przyszłym roku, i jeszcze w następnym.

— Na Boga, cóż to takiego?
— Miałby tatuś spokój z prezentami przez dłuższy czas.
— Czy ty aby nie chcesz dostać Jaguara?

background image

— . Och, nie! To zupełnie skromny prezent. Nie samochód. Ta rzecz 

służyłaby mi długie lata. Szalenie praktyczna. Nawet można by powiedzieć, 
że dzięki niej oszczędzimy na benzynie.

— Oszczędzimy na benzynie?
— Dziś właśnie już kupiłam wszystkie dodatki... Za własne pieniądze.
— Nie masz przecież pieniędzy. Na świętą Serafine musiałem ci 

dopożyczyć trzy pesos.

— Ale mam solidny kredyt.
— Milly, raz na zawsze prosiłem cię, żebyś nic nie kupowała na kredyt. 

Zresztą to jest nie twój, ale mój kredyt, a ten z każdym dniem się kurczy.

— Biedny tatuś! Czy stanęliśmy na krawędzi ruiny?
— No, mam nadzieję, że interesy poprawią się znowu, jak miną te 

rozruchy.

— Na Kubie, o ile mi wiadomo, zawsze są rozruchy. Jeżeli dojdzie do 

katastrofy, mogę wziąć posadę; prawda?

— Jaką?
— Mogłabym zostać guwernantką jak Jane Eyre.
— Któżby cię wziął?
— Senor Perez.
— Milly, co ty wygadujesz? Seńor Perez żyje z czwartą z rzędu żoną, a 

ty jesteś katoliczką.

— Kto wie, może mam szczególne powołanie do współżycia z 

grzesznikami — oświadczyła Milly.

— Milly, nie pleć głupstw. W każdym razie nie jestem zrujnowany. 

Jeszcze nie. O ile mi wiadomo. Powiedz, Milly, coś ty kupiła?

— Niech tatuś zobaczy.
Poszedł za nią do jej pokoju. Na łóżku leżało siodło, uzda i wędzidło 

zwisały z gwoździ, które Milly wbiła w ścianę (obtłukując przy tej robocie 
obcas swoich najlepszych wieczorowych pantofelków); tręzla układała się w 
festony między dwiema konsolkami, szpicruta sterczała nad toaletką. Bez 
nadziei w sercu spytał: — Gdzie koń? — i prawie spodziewał się, że koń 
wysunie łeb z łazienki.

— W stajni klubowej. Zgadnij, jak się nazywa?
— Jakże mogę zgadnąć?

background image

— Serafina. Czy to nie jest wyraźny palec Boży? — Ależ Milly, nie stać 

mnie...

— Nie trzeba za nią płacić od razu wszystkiego. To kasztanka.
— Czy maść ma tu coś do rzeczy?
— Serafina ma rodowód. Po Teresie i ogierze Ferdynandzie 

Kastylijskim. Kosztowałaby dwa razy drożej, ale skacząc przez drut przecięła 
sobie pęcinę. Nic jej to nie zaszkodziło, ale zostało zgrubienie i dlatego nie 
mogą jej wystawiać.

— Choćby nawet sprzedawano ją za ćwierć ceny, nic z tego; interesy źle 

stoją, Milly.

— Przecież tłumaczę tatusiowi, że nie trzeba wszystkiego płacić od razu. 

Można spłacać raty przez kilka lat.

— Nie zdążę tego konia spłacić, nim zdechnie.
— To nie koń, ale klacz. Serafina wytrzyma dłużej niż samochód. Może 

nawet dłużej niż ty.

— Ależ, Milly, twoje dojazdy do stajni i sama opłata za stajnię...
— Wszystko omówiłam z kapitanem Segura. Zaproponował mi najniższe 

ceny. Chciał nawet trzymać Serafine w stajni za darmo, ale wiedziałam, że 
tatuś by nie był zadowolony, gdybym przyjmowała takie prezenty.

— Co to za kapitan Segura?
— Komendant policji w Vedado.
— Gdzieś ty go, u licha, poznała?
— Och, kapitan często podwozi mnie na ulicę Lamparilla swoim 

samochodem.

— Czy matka przełożona wie o tym? Milly odpowiedziała chłodno:
— Każdy musi mieć swoje osobiste życie.
— Słuchaj, Milly, mnie nie stać na konia, a ciebie na te wszystkie... na te 

historie. Trzeba te rzeczy zwrócić do sklepu — Z furią dodał: — Żebyś mi 
nigdy więcej nie pozwalała się wozić kapitanowi Segura!

Niech się tatuś nie martwi, on mnie nawet palcem nigdy nie tknął — 

rzekła Milly. — Siedzi przy kierownicy i śpiewa smutne meksykańskie 
piosenki. O kwiatach i o śmierci. A jedną też o byku.

— Nie życzę sobie tego, Milly. Pomówię z matką przełożoną, będziesz 

musiała mi przyrzec... — Widział, jak pod ciemnymi brwiami zielono 

background image

bursztynowe oczy wzbierają łzami. Był bliski paniki; zupełnie tak samo 
spojrzała na niego żona owego upalnego październikowego popołudnia, gdy 
nagle skończyło się sześć lat ich wspólnego życia. Powiedział:

— Ty się chyba nie zakochałaś w tym kapitanie?
Dwie łzy, jedna po drugiej, opłynęły jakąś wytworną linią wypukłość kości 

policzkowych i błysnęły jak uprząż na ścianie: te łzy stanowiły także składową 
część rynsztunku Milly.

— Gwiżdżę na kapitana Segura — powiedziała Milly. — Zależy mi tylko 

na Serafinie. Ma metr pięćdziesiąt dwa wzrostu, a pysk miękki jak aksamit, 
wszyscy to mówią.

— Milly, kochanie, przecież wiesz, że gdybym mógł...
— Och, przeczuwałam, że tatuś tak odpowie! — zawołała Milly. — 

Wiedziałam w głębi serca. Odprawiłam dwie nowenny na intencję tej sprawy, 
ale nic nie pomogły. A tak się starałam. Przez cały czas byłam w stanie łaski. 
Już nigdy nie będę wierzyła w nowennę. Nigdy. Nigdy. — Głos jej 
rozbrzmiewał takim uporem, jak krakanie kruka w poemacie Edgara Poe. 
Wormold sam nie wierzył, ale za nic nie chciał, żeby z powodu jakiegokolwiek 
jego postępku zachwiała się wiara Milly. Teraz poczuł straszliwą 
odpowiedzialność; lada chwila Milly zaprzeczy istnieniu Boga. Obietnice, które 
niegdyś złożył, wypłynęły z odległej przeszłości, by osłabić jego wolę.

— Milly, tak mi przykro... — powiedział.
— A jeszcze dwa razy dodatkowo poszłam na mszę świętą!
Na jego barki przerzucała ciężar swego rozczarowania do starej, 

swojskiej magii. Łatwo mówić, że łzy dziecka płyną z najbłahszych nawet 
powodów, ale ojciec nie może ryzykować tak, jak nauczycielka w szkole lub 
guwernantka w domu. Kto wie, czy nie ma w dzieciństwie momentów 
przełomowych, w których świat odmienia się raz na zawsze.

— Milly, przyrzekam ci, że jeśli tylko będzie możliwe, to w przyszłym 

roku... Słuchaj, Milly, możesz tymczasem zatrzymać siodło i te wszystkie 
rzeczy.

— Co mi po siodle bez konia? Zresztą powiedziałam kapitanowi 

Segura...

— Do licha z kapitanem... cożeś mu powiedziała?
— Powiedziałam, że jeżeli cię poproszę, na pewno kupisz mi Serafinę. 

background image

Powiedziałam, że jesteś nadzwyczajny. O nowennach nic mu nie mówiłam.

— Ile ta Serafina kosztuje?
— Trzysta pesos.
— Och, Milly, Milly! — Nie miał wyboru, musiał ustąpić. — Za stajnię 

będziesz płaciła z własnej pensji.

— Oczywiście. — Pocałowała go w ucho. — Będę płaciła sama już od 

przyszłego miesiąca. — Oboje wiedzieli, że nigdy się na to nie zdobędzie. 
Milly dodała: — No, widzisz, jednak poskutkowały moje nowenny. Jutro 
zacznę jeszcze jedną, na intencję poprawy twoich interesów. Muszę się 
zastanowić, który święty będzie w tym wypadku najlepszy.

— Słyszałem, że święty Tadeusz Juda jest patronem spraw 

beznadziejnych — rzekł Wormold.

background image

Rozdział trzeci

1

Wormold lubił marzyć, że pewnego dnia obudzi się jako właściciel 

uskładanych oszczędności, książeczki czekowej oraz pliku akcji i że będzie 
otrzymywał stałe dywidendy jak bogacze z przedmieścia Vedado; wówczas 
mógłby zabrać Milly do Anglii, gdzie nie ma kapitana Segura i nikt nie 
zaczepia kobiet na ulicy. Lecz to marzenie rozwiewało się, kiedy wchodził do 
wielkiego amerykańskiego banku przy ulicy Obispo. Przekraczając olbrzymią 
kamienną bramę, zdobną w rzeźbioną czterolistną koniczynę, Wormold 
stawał się z powrotem skromnym handlowcem, którym był w rzeczywistości i 
którego emerytura nigdy nie wystarczy na wywiezienie Milly do bezpiecznej 
strefy.

Podjęcie pieniędzy z rachunku czekowego nie jest w amerykańskim 

banku tak prostą operacją, jak w angielskim. Bankierzy amerykańscy 
przywiązują wagę do osobistej nuty w interesach; kasjer bankowy zachowuje 
się tak, jakby tylko przypadkiem znalazł się na swoim miejscu i cieszył się 
szalenie z miłego a niespodziewanego spotkania. No, wie pan! — zdaje się 
mówić jego promienny serdeczny uśmiech. — Nie do wiary, że widzę właśnie 
pana i właśnie tu, w banku! Po wymianie najświeższych wiadomości o twoim i 
jego zdrowiu, po odkryciu wspólnych zainteresowań dla pięknej zimowej 
pogody, wstydliwie, niemal z przeproszeniem, podsuwasz mu czek (jakaż to 
nudna i błaha sprawa!), ale nim kasjer zdążył rzucić okiem na blankiet, 
odzywa się dzwonek telefonu na jego biurku. „To ty, Henry? — wykrzykuje 
zdziwiony do słuchawki, jak gdyby wszystkiego się spodziewał tego dnia, ale 
nie telefonu Henry'ego. — Co u ciebie słychać?" Odpowiedź zajmuje sporo 

background image

czasu, kasjer porozumiewawczo uśmiecha się do ciebie: trudno, to są 
interesy!

— Trzeba przyznać, że Edith wyglądała wczoraj wieczorem cudownie — 

powiedział kasjer.

Wormold niespokojnie przestąpił z nogi na nogę.
— W ogóle udany wieczór, nie ma co mówić... Ja? Och, doskonale. A 

czym dziś możemy ci służyć?

— …
— Ależ, Henry, oczywiście, dla ciebie zawsze... przecież wiesz... Sto 

pięćdziesiąt tysięcy dolarów na trzy lata... Nie, nie przewiduję żadnych 
trudności, skoro chodzi o taką firmę jak twoja. Musimy uzyskać zgodę 
Nowego Jorku, ale to po prostu formalność. Wstąp do nas, kiedy ci będzie 
dogadzało, żeby pogadać z dyrektorem. Spłaty miesięczne?

Kiedy się ma do czynienia z amerykańską firmą, to niepotrzebne. Sądzę, 

że da się załatwić na pięć procent. A gdyby tak dwieście tysięcy na cztery 
lata? Oczywiście, Henry.

 Czek Wormolda kurczył się i tracił znaczenie w jego palcach. „Trzysta 

pięćdziesiąt dolarów" — własne pismo wydawało mu się równie chwiejne jak 
dochody.

— Czy spotkamy się jutro u pani Slater? Mam nadzieję, że zagramy 

roberka. A nie przynoś asów w rękawie! Ile czasu potrwa uzyskanie zgody 
Nowego Jorku? Och, parę dni, jeśli wyślemy pytanie telegraficznie. Jutro o 
jedenastej? Kiedy sobie życzysz, Henry. Po prostu wpadnij do nas. Uprzedzę 
dyrektora. Ucieszy się szalenie.

— Przepraszam, że dałem panu czekać, panie Wormold. — „Panie 

Wormold — znowu! Może nie jestem wart względów — pomyślał Wormold — 
a może dzieli nas różnica narodowości." — Trzysta pięćdziesiąt dolarów — 
Urzędnik dyskretnie zajrzał w akta, nim przystąpił do odliczania banknotów. 
Zaledwie jednak zaczął liczyć, gdy po raz drugi zadzwonił telefon.

— To pani Ashworth, prawda? Gdzie się pani ukrywała tak długo? W 

Miami? Nie żartuje pani sobie ze mnie? — Kilka minut upłynęło, nim skończył 
rozmowę z panią Ashworth. Podsuwając pieniądze Wormoldowi dołączył do 
nich notatkę: — Pan wybaczy, panie Wormold, ale ponieważ pan życzył sobie 
znać zawsze bieżący stan rachunku... — Notatka stwierdzała, że przekroczył 

background image

kredyt, o pięćdziesiąt dolarów.

— Oczywiście, bardzo to uprzejmie z pana strony — rzekł Wormold — 

Ale nie ma powodu do obaw. — Och! bank się wcale nie obawia. 
Wyjaśniamy, ponieważ pan pytał, to wszystko.

Wormold pomyślał: Gdybym przekroczył kredyt o pięcdziesiąt tysięcy 

dolarów, mówiłby do mnie Jim.

2

Dla pewnych powodów nie miał ochoty spotkać tego dnia doktora 

Hasselbachera przy porannym kieliszku daiquiri. Doktor Hasselbacher 
przesadzał niekiedy w beztrosce, więc Wormold zamiast do baru „Wonder" 
wstąpił do „Sloppy Joe". Nikt ze stałych mieszkańców Hawany nie chodził do 
tego lokalu, ponieważ był on ulubionym miejscem spotkań turystów; ale 
rzesze turystów przerzedziły się bardzo tymi czasy, bo reżym prezydenta 
niebezpiecznie trzeszczał dobiegając końca swych dni. W gmachu Jefatury, z 
dala od oczu ludzkich, zawsze działy się różne nieprzyjemne rzeczy, które nie 
mąciły spokoju turystów bawiących się w „Nacional" albo w „Seville-Biltmore", 
ale w ostatnich dniach zabłąkana kula zabiła jednego z nich w chwili, gdy 
fotografował jakiegoś malowniczego żebraka pod balkonem w pobliżu pałacu; 
wieść o tej śmierci rozbrzmiewała jak podzwonne dla wycieczki „włącznie z 
pobytem na plaży Varadero i poznaniem nocnego życia Hawany". Leica 
zabitego turysty została także strzaskana i ten szczegół lepiej niż wszystko 
inne uświadomił towarzyszom ofiary niszczycielską potęgę kuli karabinowej. 
Wormold słyszał potem ich rozmowy w barze „Nacional":

— Cały aparat rozwalony — mówił któryś. — Pięćset dolarów jak psu w 

gardło.

— Zabiło go na miejscu?
— No, chyba! A na pięćdziesiąt jardów wokoło mogłeś zbierać okruchy 

background image

obiektywu. Popatrz. Biorę ten kawałek szkła z sobą do domu, żeby pokazać 
panu Humpelnickerowi.

Tego ranka długi bar był pusty, tylko u jednego jego końca stał elegancki 

dżentelmen, a u drugiego ćmił cygaro tęgi policjant z oddziału odchrony 
turystów. Anglik zajęty był podziwianiem niezwykłej ilości butelek i upłynęła 
długa chwila, nim zauważył Wormolda.

— A to dopiero! — rzekł. — Pan Wormold, jeśli się nie — Wormold 

zdziwił się, że tamten zna jego nazwisko, bo zapomniał przecież wręczyć mu 
swój firmowy bilet wizytowy. — Osiemnaście różnych gatunków szkockiej 
whisky — mówił nieznajomy — między innymi z czarną nalepką. A nie 
policzyłem jeszcze butelek whisky amerykańskiej — powtórzył zniżając głos z 
szacunkiem — widział pan kiedy w życiu tyle odmian whisky naraz?

— Prawdę mówiąc, widziałem. Kolekcjonuję miniaturowe
butelki i mam ich w domu dziewięćdziesiąt dziewięć.
— Ciekawe. A co pan wybierze na dziś? Może Dimpled
Haig?
— Dziękuję, już zamówiłem daiquiri.
— Nie znoszę tych trunków. Rozstrajają mnie.
— Czy pan już zdecydował się na któryś typ odkurzacza? — spytał 

Wormold, żeby podtrzymać rozmowę.

— Odkurzacza?
— No, tak. Ja przecież handluję tymi rzeczami. — Ach, odkurzacz! Ha, 

ha! Wyrzuć pan to świństwo i napij się szkockiej whisky.

— Nigdy nie pijam whisky przed wieczorem.
— Och, południowcy!
— Nie widzę związku.
— Krew macie rozcieńczoną. Od słońca. Pan się urodził w Nicei, 

prawda?

— Skąd pan to wie?
— Słyszy się to i owo. Tu czy tam... Wystarczy pogadać z tym czy 

owym. No, a z panem właśnie bardzo chciałem zamienić kilka słów.

— Słucham pana.
— Wolałbym pogadać w jakimś spokojniejszym miejscu. Tu wciąż ktoś 

się kręci.

background image

Trudno by mniej trafnie określić sytuację. Nikt nawet nie mignął w 

jaskrawym słońcu ulicy przed drzwiami baru. Policjant z ochrony Jurystów 
zapadł w lubą drzemkę, oparłszy cygaro na popielniczce,- o tej godzinie nie 
było turystów, których miał obowiązek chronić lub pilnować. Wormold 
Powiedział:

— Jeżeli chodzi o odkurzacz, może pan zechce iść ze mną do sklepu.
— Wolałbym nie, rozumie pan. Nie chcą, żeby mnie widziano kręcącego 

się w tamtej okolicy. Bar jest właściwie niezłym miejscem. Spotkał człowiek 
rodaka, wypił z nim jednego, cóż może być bardziej naturalne?

— Nie rozumiem pana.
— No, wie pan przecież, jak to jest.
— Nie wiem.
— Nie wydaje się to panu dość naturalne?
Wormold dał za wygraną. Położył osiemdziesiąt centów na kontuarze i 

powiedział:

— Muszą już wracać do sklepu.
— Dlaczego?
— Nie lubią zostawiać Lopeza samego na tak długo.
— Aha, Lopez. Chciałem z panem porozmawiać o tym Lopezie. — 

Wormoldowi znów nasunęła się, jako najbardziej prawdopodobne 
wyjaśnienie, myśl, że nieznajomy jest dziwacznym inspektorem z centrali; 
lecz tamten przekroczył dopuszczalne granice dziwactwa, kiedy zniżając głos 
dodał: — Niech pan idzie pierwszy do toalety, a ja pójdą

za panem.
— Do toalety? Po co mam tam iść?
— Bo ja nie znam drogi.
Z wariatami lepiej się nie spierać. Wormold poprowadził nieznajomego 

przez drzwi w głębi sali, a potem krótkim korytarzykiem i wskazał wejście do 
toalety:

— To tutaj.
— Idź pan pierwszy.
— Ależ ja nie potrzebuję!
— Nie rób pan trudności — rzekł nieznajomy. Położył ciężką rękę na 

ramieniu Wormolda i pchnął go przed sobą w drzwi. W toalecie były dwie 

background image

umywalnie, krzesło z połamanym oparciem, oraz — jak zwykle — kabinki i 
pisuary.

— Zajmij pan kabinę — powiedział nieznajomy — a ja tymczasem 

odkręcę kurek. — Ale kiedy woda popłynęła z kranu, nie zabrał się wcale do 
mycia rąk. — Tak będzie wyglądało bardziej naturalnie — wyjaśnił (było to, 
jak się zdawało, jego ulubione wyrażenie) — w razie, gdyby ktoś tu wszedł. 
No, i oczywiście plusk zmyli mika.

— Mika?
— Dobrze, że pan o to pyta, bardzo dobrze. W takim miejscu 

prawdopodobnie nie ma mikrofonu, ale chodzi o regulamin, widzi pan. 
Przekona się pan, że zawsze w rezultacie opłaca się przestrzegać 
regulaminu. Szczęście, że tu w Hawanie nie używają automatycznych 
kranów. Można po prostu zostawić kurek odkręcony.

— Może pan jednak, wyjaśni...
— A właśnie przypominam sobie coś, co świadczy, że nawet w klozecie 

nie zawadzi ostrożność: W 1940 roku nasz człowiek w Danii zobaczył z okna 
swojego mieszkania flotę przepływającą przez Kattegat.

— Katte...?
— Kattegat. Oczywiście zorientował się, że bomba poszła
w górę. Zaczął palić papiery. Wysypał popiół do klo i pociągnął za 

łańcuszek. Na nieszczęście były spóźnione przymrozki. Rury zamarzły. Cały 
popiół wypłynął do wanny o piętro niżej. Mieszkanie zajmowała stara panna, 
jakaś tam baronówna. Właśnie wchodziła do kąpieli w swojej łazience. Nasz 
człowiek miał z tym okropne kłopoty.

— To brzmi jak historia szpiegowska.
— Bo też to jest historia szpiegowska, mój panie, a przynajmniej tak się 

to nazywa w powieściach. Właśnie dlatego chciałem pogadać z panem o tym 
pańskim pomocniku, Lopezie. Czy można mu ufać, czy też będzie pan musiał 
go wylać?

— Pan jest z wywiadu?
— Można to tak nazwać.
— Dlaczego miałbym wylewać Lopeza? Pracuje u mnie od dziesięciu lat.
— Moglibyśmy wyszukać panu gościa, który by się znał na 

odkurzaczach. Oczywiście jednak... naturalnie... decyzję pozostawiamy panu.

background image

— Ależ ja nie służę w wywiadzie.
— Zaraz do tego dojdziemy, mój drogi. W każdym razie prześwietliliśmy 

Lopeza: jak się zdaje, czysty. Natomiast co do pańskiego przyjaciela 
Hasselbachera, miałbym pewne zastrzeżenia.

— Skąd pan wie o Hasselbacherze?
— Kręcę się tu od paru dni i zbieram informacje. W takich przypadkach 

to rzecz konieczna.

— W jakich przypadkach?
— A gdzie urodził się Hasselbacher?
— W Berlinie, o ile wiem.
— Sympatyzuje ze Wschodem czy z Zachodem? Nigdy z nim nie 

rozmawiałem o polityce. Hasselbacher nie jest politykiem. To stary lekarz, 
mieszka tu już od

trzydziestu lat.
— . Mimo to, zdziwiłby się pan... Ale zgadzam się z panem, że zerwanie 

stosunków zwróciłoby uwagę. Wystarczy, jeśli pan będzie z nim ostrożny. 
Może nawet okaże się użyteczny, jeśli pan umiejętnie go wylawiruje.

— Nie zamierzam go wylawirować.
— Może to będzie konieczne w pańskiej robocie.
— Nie chcę żadnej roboty. Dlaczego pan mnie wybrał?
— Anglik patriota. Od wielu lat osiadły. Szanowany członek 

Stowarzyszenia Europejskich Kupców. Widzi pan, musimy mieć swojego 
człowieka w Hawanie. Łodzie podwodne potrzebują paliwa. Dyktatorzy łączą 
się, wielcy przyciągają małych.

— Atomowe łodzie podwodne obywają się bez paliwa.
— Słusznie, słusznie, przyjacielu. Ale wojny są zawsze na początku 

trochę zacofane. Trzeba się przygotować również na broń konwencjonalną. 
Poza tym — wywiad gospodarczy: cukier, kawa, tytoń.

— O tym wszystkim dowie się pan z oficjalnego rocznika statystycznego.
— Nie ufamy oficjalnym danym. Wreszcie: wywiad polityczny. Pan ze 

swoim odkurzaczem ma wszędzie wolny wstęp.

— Czy pan chce, żebym analizował kurz?
— Panu się zdaje, że to dowcip, a przecież głównym źródłem informacji 

francuskiego wywiadu w okresie sprawy Dreyfusa była sprzątaczka, która 

background image

zbierała strzępki z kosza na papiery w niemieckiej ambasadzie.

— Nawet nie wiem, jak się pan nazywa.
— Hawthorne.
— Ale kim pan jest?
— Powiedzmy, że organizuję siatkę na Antylach. Chwileczkę! Ktoś idzie. 

Ja myję ręce. Pan zamyka się w kabinie. Nie trzeba, żeby nas widziano 
razem.

— Już nas widziano razem.
— Przypadkowe spotkanie. Dwaj rodacy. — Popchnął Wormolda do 

kabiny tak, jak przedtem do toalety. — Regulamin, mój drogi.

Zapadła cisza, tylko woda pluskała w umywalni. Wormold usiadł. Nie 

miał nic innego do zrobienia. Kiedy siedział, krótkie drzwi nie zasłaniały nóg. 
Skrzypnęła klamka. Czyjeś stopy przesuwały się po kaflach podłogi w stroną 
pisuaru. Woda wciąż pluskała. Wormolda ogarnęło bezgraniczne zdumienie. 
Nie rozumiał, dlaczego nie przerwał tej niedorzecznej rozmowy od początku. 
Nic dziwnego, że Mary go porzuciła. Pamiętał jedną z małżeńskich sprzeczek: 
Dlaczego nic nie robisz, dlaczego nie działasz? Rusz się. Wciąż tylko stoisz w 
miejscu..." „Tym razem — pomyślał — nie stoję, ale siedzę". Ale gdyby nawet 
zdecydował się, cóż mógł powiedzieć? Nie dano mu dojść do słowa. Minuty 
płynęły. Ależ mieli pęcherze ci Kubańczycy! A ręce Hawthorne'a muszą już 
być idealnie czyste! Woda ucichła. Hawthorne pewnie wyciera ręce; ale 
przecież — przypomniał sobie Wormold — w toalecie nie ma ręcznika. Jeden 
więcej problem do rozwiązania dla Hawthorne'a, z pewnością sobie z nim 
poradzi. Wszystko to przewidziano w regulaminie. Wreszcie nogi przesunęły 
się z powrotem, drzwi stuknęły.

— , Czy mogę wyjść? — spytał. Pytanie brzmiało jak kapitulacja. Już był 

pod (rozkazami tamtego.

Usłyszał, że Hawthorne zbliża się na palcach.
— Jeszcze chwilkę, żebym mógł wyjść pierwszy. Wie pan, kto to był? 

Policjant. Trochę podejrzane, co?

— Pewnie poznał moje nogi, wystające spod drzwi. Czy nie sądzi pan, 

że powinniśmy zamienić się spodniami?

— To by nie wyglądało naturalnie — rzekł Hawthorne — ale widzę, że 

pan zaczyna rozumieć, o co chodzi. Zostawiam w umywalni klucz od mojego 

background image

pokoju. Piąte piętro, hotel „Seville-Biltmore". Pan po prostu wejdzie. Dziś 
wieczór, dziesiąta. Szczegóły do ustalenia. Sprawy pieniężne i tak dalej. Nie 
pytać o mnie w recepcji.

— Jak pan się obejdzie bez klucza?
— Ma się wytrych. Do widzenia.
Wormold wstał w porę, by zobaczyć, jak drzwi zamykały się za 

eleganckim dżentelmenem, operującym tak niezwykłym językiem. W 
umywalni leżał klucz. Pokój nr 510.

3

O pół do dziesiątej Wormold wszedł do sypialni Milly, zęby jej 

powiedzieć dobranoc. Duefia była na stanowisku, Wszystko we wzorowym 
porządku: przed figurką świętej Serafiny paliła się świeca, złocisty jak miód 
mszalik leżał na stoliku przy łóżku, ubranie znikło, jakby nigdy go nie było, a 
lekki zapach wody kolońskiej unosił się w powietrzu niby kadzidło.

— Masz jakiś kłopot, prawda? — spytała Milly. — Chyba nie martwisz 

się już tym kapitanem Segura?

— Powiedz, Milly, czy ty mnie nigdy nie nabierasz? : — Nie. Dlaczego 

pytasz?

— Mam wrażenie, że wszyscy inni ludzie to robią.
— A mamusia?
— Chyba także. W pierwszych latach.
— A doktor Hasselbacher?
Przypomniał sobie kulawego Murzyna. Powiedział: — Może i on. 

Czasami.

— Ale to przecież dowód sympatii, prawda?
— Nie zawsze. Pamiętam, jak w szkole... — urwał.
— Co pamiętasz, tatusiu?
— Och, mnóstwo rzeczy.

background image

To w dzieciństwie wylęgła się cała nieufność. Żartowano z ciebie 

okrutnie, a potem ty żartowałeś okrutnie z innych. Zadając ból, pozbyłeś się 
pamięci o własnym bólu. Ale dla Wormolda, bez zasługi z jego strony, nigdy 
sprawa nie wzięła tego zwykłego obrotu. Może na skutek braku charakteru. 
Mówi się, że szkoła kształtuje charakter spiłowując kanty. Jemu spiłowano 
kanty, ale w wyniku tego zabiegu nie powstał charakter, przynajmniej on tak 
uważał, lecz bezkształtna bryła, jak okaz z muzeum nowoczesnej sztuki.

— Milly, czy jesteś szczęśliwa? — spytał.
— O, tak!
— W szkole także?
— Tak. Bo co?
— Nikt cię już teraz nie ciągnie za włosy?
— Pewno, że nie.
— A ty nikogo nie podpalasz?
— To przecie było, kiedy miałam trzynaście lat — odparła z 

lekceważeniem. — Ale czym ty się trapisz, tatusiu?

Siedziała w łóżku w białym nylonowym szlafroczku. Kochał ją, kiedy 

duenia stała u jej boku, kochał ją jeszcze bardziej, kiedy duenii nie było: nie 
mógł sobie pozwolić na stratę choćby chwili miłości. Jak gdyby szedł razem z 
Milly tvlko przez mały odcinek drogi, którą miała później dokończyć już sama. 
Lata rozłąki zbliżały się dla obojga nibv przystanek na dalszej trasie, który ją 
wzbogaci, jego obedrze ze wszystkiego. Ta wieczorna godzina była 
rzeczywista nie Hawthorne, tajemniczy i niedorzeczny, nie okrucieństwa 
policji i rządów, nie uczeni dokonujący na Wyspie Bożego Narodzenia prób z 
bombą wodorową, nie Chruszczow piszący swoje noty — te wszystkie sprawy 
zdawały mu się mniej rzeczywiste od nieudolnych tortur w szkolnej sypialni. 
Gdzie dziś jest ten mały chłopak z mokrym ręcznikiem, kolega, który mu się 
przed chwilą przypomniał? Okrutnicy zjawiają się i przemijają jak miasta, trony 
i potęgi, zostawiając po sobie ruiny. Nie mają trwałości. Ale błazen, którego w 
zeszłym roku widział będąc z Milly w cyrku, ten błazen jest wieczny, bo jego 
numer nigdy się nie zmienia. Tak właśnie powinno się żyć; błazna nie 
wzruszają ani wybryki polityków, ani oszałamiające wynalazki wielkich 
uczonych. Wormold zaczął wykrzywiać twarz przed lustrem.

— Na Boga, tatusiu, co ty robisz?

background image

— Chciałem się rozśmieszyć. Milly zaśmiała się.
— Myślałam, że jesteś smutny i poważny.'
— Właśnie dlatego chciałem się rozweselić. Pamiętasz tego błazna w 

cyrku zeszłego roku, Milly?

— Kiedy doszedł do ostatniego szczebla drabiny, zrobił jeszcze jeden 

krok i wpadł w kubeł z wapnem.

— Wpada w ten kubeł co wieczór o godzinie dziesiątej. Powinniśmy 

wszyscy być błaznami. Milly, nie wyciągaj nigdy nauki z doświadczenia.

— Matka przełożona mówi...
— Nie zwracaj na nią uwagi. Bóg nie wyciąga wniosków z 

doświadczenia, bo inaczej jakżeby mógł spodziewać się czegokolwiek po 
człowieku? To naukowcy, którzy dodają cyfry i otrzymują zawsze te same 
sumy z tych samych składników, są sprawcami kłopotów. Newton, który 
sformułował prawo grawitacji, wnioskował z doświadczenia a potem...

Zdawało mi się, że on wnioskował z jabłka.
— To na jedno wychodzi. Potem już tylko trzeba było pewnego czasu, 

żeby lord Rutherford zjawił się i rozbił atom. I on, i tamci, w Hiroszimie, 
wyciągnęli naukę z doświadczeń. Gdybyśmy mogli urodzić się błaznami, nie 
spotkałoby nas nigdy nic gorszego niż parę siniaków i plam z wapna. Nie 
wyciągaj nauki z doświadczeń, Milly. To burzy spokój i życie.

— Co teraz robisz?
— Usiłuję kiwać uszami. Kiedyś to umiałem. Ale dziś już się ta sztuka 

nie udaje.

— Czy wciąż jeszcze czujesz się nieszczęśliwy z powodu mamusi?
— Czasem tak.
— Czy wciąż jeszcze się w niej kochasz?
— Może. Chwilami.
— Musiała być bardzo ładna, kiedy była młoda.
— Nie jest stara i dziś. Ma trzydzieści sześć lat.
— No, to już stara.
— Nie pamiętasz jej wcale?
— Trochę pamiętam, ale nie bardzo. Często wyjeżdżała z domu, 

prawda?

— Dość często.

background image

— Oczywiście modlę się na jej intencję.
— O co? Żeby wróciła?
— Nie, nie o to! Przecież i bez niej nam dobrze. Modlę się, żeby znów 

stała się dobrą katoliczką.

— Ja nie jestem dobrym katolikiem.
— To co innego. Tatuś jest przykładem niepokonalnej ignorancji.
— Zdaje się, że tak.
— Nie chcę cię obrazić, tatusiu. To tylko teologia moralna. Możesz być 

zbawiony tak, jak dobrzy poganie. Na przykład Sokrates albo Cetewayo.

— Co to za jeden?
— Był taki król Zulusów.
— O co jeszcze się modlisz?
— No, w ostatnich czasach skupiłam się przede wszystkim na sprawie 

konia.

Pocałował ją na dobranoc. Zapytała:
— Dokąd się wybierasz?
— Mam coś do załatwienia w związku z tym koniem.
— Sprawiam ci mnóstwo kłopotów — powiedziała lekko. Westchnęła z 

zadowoleniem i podciągnęła prześcieradło pod brodę. — Prawda, jak to 
cudownie, że człowiek zawsze dostaje to, o co się modli.

background image

Rozdział czwarty

1

Na każdym rogu jacyś mężczyźni pytali na jego widok: ,Taksówka?", jak 

gdyby był cudzoziemcem, a na całej długości ulicy Paseo co parę kroków 
zaczepiali go rajfurzy, proponując automatycznie, bez większej nadziei: 
„Czym mógłbym szanownemu panu służyć?" „Znam ładne dziewczęta", „Nie 
chciałby pan pięknej kobietki?", „Pocztówki?", „Może pan ma ochotę zobaczyć 
nieprzyzwoity film?" Ci ludzie byli dziećmi, kiedy on pierwszy raz przyjechał do 
Hawany, za parę centów pilnowali mu wtedy samochodu, dorośli w jego 
sąsiedztwie, a przecież nigdy się z nim nie oswoili. W ich oczach nie był 
dotychczas tutejszym mieszkańcem; uważali go raczej za stałego turystę i 
dlatego w dalszym ciągu nagabywali, pewni, że wcześniej lub później zechce, 
tak jak wszyscy inni, zobaczyć popisy super-mężczyzny w burdelu „San 
Francisco". Oni przynajmniej, wzorem cyrkowego błazna, mieli ten przywilej, 
że nie wyciągali nauki z doświadczenia.

Na rogu Virdudes z baru „Wonder" zawołał na niego doktor 

Hasselbacher.

— Panie Wormold, dokąd to panu tak pilno? — Umówiłem się z kimś.
— Na jedną szkocką whisky zawsze jest czas.
Ze sposobu, w jaki doktor wymawiał słowo „szkocka", łatwo było 

zgadnąć, że znalazł czas na wypicie niejednej.

Zapóźniłem się już bez tego.
W tym mieście nigdy nie jest późno, a ja mam dla pana prezent.
Wormold skręcił z ulicy Paseo i wstąpił do baru. Uśmiechnął się 

niewesoło do jednej ze swych myśli:

background image

— Czy pana sympatie skłaniają się na Wschód, czy na
Zachód, doktorze?
— Na wschód czy na zachód od czego? Ach, pan mówi o tamtych 

rzeczach! Niech licho weźmie obie strony.

— A jaki prezent ma pan dla mnie?
— Pewien pacjent przywiózł to na moją prośbą z Miami — rzekł 

Kasselbacher. Wyjął z kieszeni dwie miniaturowe buteleczki whisky: Lord 
Calvert i Old Taylor.

— Ma pan już te okazy? — spytał z niepokojem.
— Mam Calverta, ale Taylora mi brakowało. Jak to miło, że pamiętał pan 

o mojej kolekcji, doktorze.

Wormold zawsze się dziwił stwierdzając, że nie przestaje istnieć dla 

innych ludzi, gdy schodzi im z oczu.

— Ile pan ma sztuk razem?
— Włącznie z whisky amerykańską i irlandzką — sto. A szkockiej 

siedemdziesiąt sześć.

— Kiedy pan je wszystkie wypije?
— Może jak dojdę do dwóch setek.
— Wie pan, co ja bym z nimi robił na pańskim miejscu? — powiedział 

Hasselbacher. — Grałbym nimi w warcaby. Kto bierze pionka, ten go wypija.

— Może to i dobry pomysł.
— Najpiękniejsze — rzekł Hasselbacher — że wynika z tego naturalny 

handicap. Lepszy gracz musi więcej wypić. Niech pan się zastanowi, jakie to 
sprytne. Niech pan pozwoli jeszcze jedną whisky.

— Może bym wypił.
— Potrzebuję pańskiej pomocy. Ukłuła mnie dziś rano osa.
— To przecież pan jest lekarzem, nie ja.
— Nie o to chodzi. W godzinę później, kiedy spieszyłem się do chorego 

aż za lotnisko, przejechałem kurczaka.

— Wciąż jeszcze nic nie rozumiem.
— Panie Wormold, panie Wormold, gdzie błądzą pańskie myśli? 

Niechże pan wraca na ziemię. Musimy natychmiast, jeszcze przed 
ciągnieniem, znaleźć szczęśliwy los na loterię. Osa — znaczy dwadzieścia 
siedem. A kurczak — trzydzieści siedem.

background image

— Ależ ja się z kimś umówiłem!
— Ktoś może poczekać. Niech pan wypije whisky. Musimy wytropić na 

rynku ten numer.

Wormold wsiadł z doktorem do jego samochodu. Hasselbacher jak Milly 

— miał wiarę. Rządziły nim liczby, tak jak nią — święci.

Na rynku, na wszystkich murach wisiały niebieskie i czerwone 

szczęśliwe numery. Te, które uchodziły za nieszczególne, spoczywały pod 
kontuarami; zostawiano je dla drobnych płotek albo dawano do rozsprzedaży 
ulicznym przekupniom. Nie liczyły się, nie zawierały wróżebnych cyfr, liczb 
oznaczających zakonnicę, kota, osę czy kurczaka.

— Niech pan patrzy! Tam jest 27483 — wskazał palcem Wormold.
— Na nic osa bez kurczaka — odparł Hasselbacher. Zostawili wóz i 

poszli piechotą. Na rynku nie było rajfurów, loteria to poważny handel, nie 
zdemoralizowany przez turystów. Odpowiedni departament rządowy raz na 
tydzień rozdzielał losy, a każdy polityk dostawał ich tyle, na ile ceniono sobie 
jego poparcie. Płacił rządowi osiemnaście dolarów za sztukę, odsprzedawał 
hurtownikom po dwadzieścia jeden dolarów. Nawet jeśli jego udział nie 
wynosił więcej niż dwadzieścia losów, polityk mógł liczyć na zarobek 
sześćdziesięciu dolarów tygodniowo. Za piękne numery, złożone z cyfr, które 
wedle powszechnego mniemania wróżyły szczęście, kupiec uzyskiwał do 
trzydziestu dolarów. Oczywiście drobny uliczny sprzedawca nie mógł marzyć 
o podobnych zarobkach. Dostawał tylko marne numery, płacąc za nie po 
dwadzieścia trzy dolary, musiał więc dobrze się napracować, żeby wyżyć. 
Dzielił losy na sto części po dwadzieścia pięć centów każda; włóczył się po 
miejscach, gdzie parkowano samochody, póki nie znalazł wozu o tym samym 
numerze, co któryś z jego losów (żaden właściciel samochodu nie oprze się 
pokusie takiego zbiegu okoliczności); wyszukiwał nawet swoje numery w 
książce telefonicznej i ryzykował pięć centów na rozmowę: „Seniora, mam do 
sprzedania los na loterię z tym samym numerem, co parni telefon".

Wormold powiedział:
Niech pan spojrzy, doktorze, trzydzieści siedem i siedemdziesiąt dwa.
— To jeszcze nie to — odparł niewzruszony Hasselbacher
Doktor przerzucał arkusze losów, które uznano za nie dość piękne, by je 

umieścić na wystawie. Nigdy nie wiadomo, każdy w czym innym upatruje 

background image

piękno, może nie dla wszystkich ludzi osa ma takie samo znaczenie. W 
ciemnościach ryk policyjnej syreny obiegł trzy rogi rynku, przemknął 
samochód. Na skraju chodnika siedział jakiś mężczyzna z jednym jedynym 
numerem przypiętym do koszuli, jak więzień. Powiedział:

— Czerwony Sęp.
— Kto to taki?
— Kapitan Segura, oczywiście — wyjaśnił doktor Hasselbacher. — 

Gdzieś się pan uchował? — Dlaczego tak go nazywają?

— Specjalizuje się w torturach i kaleczeniu ludzi. — W torturach?
— Tu nic nie ma — rzekł doktor. — Spróbujmy na Obispo. — Czy nie 

lepiej poczekać do jutra rana?

— Dziś ostatni dzień przed ciągnieniem. Ależ pan ma zimną krew w 

żyłach, panie Wormold! Kiedy fortuna daje człowiekowi tak wyraźny znak: osę 
i kurczaka, należy bez ociągania iść za tą wskazówką. Trzeba zasłużyć na 
uśmiech szczęścia.

Wsiedli znów do samochodu i pojechali na Obispo.
— Ten kapitan Segura... — zaczął Wormold.
— No?
— Nic.
Wybiła jedenasta, nim wreszcie zobaczyli na wystawie los, który 

zadowolił wymagania doktora Hasselbachera, ale wtedy okazało się, że sklep 
jest już zamknięty, i do następnego ranka nie zostawało już nic do zrobienia, 
prócz wypicia dalszych paru whisky.

— Gdzie pan ma to umówione spotkanie? — W hotelu „Seville-

Biltmore".

— Równie dobre miejsce jak każde inne — rzekł doktor.
— Nie sądzi pan, że raczej bar „Wonder"...
— Nie, nie. Odmiana czasem dobrze robi. Jeśli nie umie pan już zmienić 

baru, to dowód, że się pan zestarzał.

Prawie po omacku szli w ciemnościach baru w hotelu „Seville-Biltmore". 

Niejasno wyczuwali obecność kilku innych gości, którzy kulili się w ciszy i 
cieniu, jak spadochroniarze posępnie wyczekujący na sygnał do skoku. Ale 
niezrównany humor doktora Hasselbachera nie dał się przytłumić.

— Jeszcze pan nie wygrał na loterii — szepnął Wormold siłując go 

background image

poskromić, lecz już ten szept wystarczył, żeby

w mroku czyjaś głowa zwróciła się ku nim z wyrzutem. — Dzisiejszego 

wieczora wygrałem — głośno i stanowczo oświadczył doktor Hasselbacher. 
— Jutro może przegram, ale dzisiaj żadna siła nie może wydrzeć mi 
zwycięstwa. Sto czterdzieści tysięcy dolarów, panie Wormold. Szkoda, że już 
jestem za stary dla kobiet. Mógłbym uszczęśliwić jakąś piękną kobietę 
naszyjnikiem z rubinów. A tak, nie wiem, co robić. Na co wydać mój majątek? 
Może wyposażyć

szpital?
— Przepraszam — szepnął jakiś głos z ciemności. — Czy ten facet 

naprawdę wygrał sto czterdzieści kawałków?

— Tak, mój panie, wygrałem — odpowiedział stanowczo
doktor Hasselbacher, uprzedzając Wormolda. — Wygrałem je, to fakt 

równie pewny jak to, że pan istnieje, mój prawie niewidzialny przyjacielu. Nie 
istniałbyś, gdybym ja nie wierzył w pańskie istnienie, podobnie jak w te dolary. 
Wierzę, a więc jesteś.

— Jak to, nie istniałbym?
— Istniejesz wyłącznie w moich myślach, przyjacielu. Gdybym wyszedł 

stąd...

— Pan ma bzika.
— A więc dowiedź mi, że jesteś!
— Mam dowieść? Co to znaczy? Pewnie, że jestem. Mam 

pierwszorzędne przedsiębiorstwo, handluję nieruchomościami; mam żonę i 
dzieci w Miami; przyleciałem tu dziś rano Deltą; piję szkocką whisky. Tak czy 
nie? — Głos brzmiał niemal płaczliwie.

— Biedny człowieku! — rzekł doktor Hasselbacher. — Zasługujesz na 

stwórcę o bogatszej fantazji niż ja. Czemuż nie wymyśliłem dla ciebie czegoś 
lepszego niż Miami i handel nieruchomościami? Czegoś bardziej 
przemawiającego do wyobraźni? Nazwiska godnego pamięci...

Co się panu nie podoba w moim nazwisku? Spadochroniarze przy obu 

końcach baru słuchali z na-Pięciem, oburzeni; nie wolno zdradzić nerwów 
przed skokiem.

— Po chwili namysłu z łatwością dałoby się naprawić. — Niech pan 

spyta pierwszego lepszego człowieka w Miami o Harry'ego Morgana...

background image

— Doprawdy, powinienem był wymyślić coś lepszego. Ale wie pan, co 

zrobię? — rzekł doktor Hasselbacher. — Wyjdę z tego baru na minutę i 
unieważnię pana. Potem wrócę z udoskonaloną wersją.

— Jaką znów wersją?
— Byłby pan szczęśliwszym człowiekiem, gdyby wymyślił pana mój 

przyjaciel, tu obecny Wormold. On by pana obdarzył wykształceniem w 
Oxfordzie i nazwiskiem na przykład: Pennyfeather.

— Dlaczego Pennyfeather? Pan dzisiaj pił.
— Oczywiście, że piłem. Alkohol przytępia wyobraźnię. Dlatego 

wymyśliłem pana w tak banalnym stylu: Miami, handel nieruchomościami, 
przelot Deltą. Pennyfeather przybyłby z Europy KLM-em i piłby swój 
narodowy trunek, różowy dżin.

— Piję whisky i bardzo mi smakuje.
— Zdaje się panu, że pan pije whisky. A raczej, mówiąc ściśle, ja sobie 

wyobraziłem pana pijącego whisky. Zaraz to wszystko zmienimy — oznajmił 
pogodnie doktor Hasselbacher. — Wyjdę na chwilkę do hallu i wymyślę jakąś 
zasadniczą poprawkę.

— Tylko bez głupich żartów — powiedział tamten zaniepokojony.
Doktor Hasselbacher wypił swoją whisky, położył dolara na kontuarze i 

wstał chwiejnie, lecz z godnością.

— Będzie mi pan za to wdzięczny — rzekł. — Cóż na przykład 

wymyślimy? Niech pan polega na mnie i na moim tu obecnym przyjacielu. 
Malarz albo poeta... A może wolałby pan życie pełne przygód, życie 
przemytnika broni lub szpiega.

Od progu skłonił się wzburzonym cieniom.
— Przepraszam za nieruchomości.
Odezwał się głos roztrzęsiony, wyraźnie oczekujący poparcia:
— Albo pijany, albo wariat. Lecz spadochroniarze milczeli. Wormold 

powiedział:

— No, dobranoc, doktorze. Już i tak bardzo się zapóźniłem.
— Należy się panu ode mnie przynajmniej tyle, panie Wormold, żebym 

panu towarzyszył i wytłumaczył, że to ja pana zatrzymałem tak długo. Kiedy 
pański przyjaciel usłyszy o mojej wielkiej wygranej, z pewnością zrozumie 
wszystko

background image

— Nie, nie trzeba, doprawdy nie trzeba — powiedział Wormold. 

Przewidywał, jakie pochopne wnioski wyciągnąłby tego Hawthorne. 
Hawthorne rozsądny — jeśli on bywa w ogóle rozsądny - dość już jest 
przykry, Hawtnor-ne podejrzliwy... Na tą myśl w głowie mu się zakręciło

ze strachu.
Ruszył w stroną windy, a doktor za nim. Nie zważając na czerwone 

światełko i ostrzegawczy napis: „Uwaga, stopień!", doktor Hasselbacher 
potknął się i jęknął:

— Ojej, wykręciłem kostkę!
— Niech pan wraca do domu — prosił Wormold w desperacji. Wszedł do 

windy ale doktor, podrywając się szybko, wszedł także. Powiedział:

— Nie ma takiego bólu, którego by pieniądz nie ukoił. Dawno nie 

przeżyłem równie miłego wieczoru.

— Szóste piętro — rzekł Wormold. — Chciałbym zostać sam, doktorze.
— Dlaczego? O, przepraszam: mam czkawkę.
— To sprawa osobista.
— Piękna kobieta zapewne? Dam panu część wygranej, żeby ułatwić to 

staczanie się w rozpustę.

— Nie ma mowy o żadnej kobiecie. Interesy, nic więcej.
— Osobiste interesy?
— Już panu powiedziałem, że osobiste.
— Co może być tak bardzo osobistego w odkurzaczach, panie 

Wormold?

— Nowe przedstawicielstwo — odparł Wormold. W tej chwili windziarz 

oznajmił:

— Szóste piętro.
Wormold wystartował wcześniej i był trzeźwiejszy niż Hasselbacher. 

Pokoje hotelowe biegły systemem więziennym wokół prostokątnej galerii, na 
parterze dwie łysiny błyskały ku górze niby latarnie uliczne. Wormold 
pokuśtykał w róg galerii, gdzie zobaczył schody, a doktor w ślad za nim, lecz 
Wormold przewyższał go wprawą w kuśtykaniu.

— Panie Wormold — wołał Hasselbacher — z przyjemnością 

zainwestuję sto tysięcy dolarów z mojej wygranej...

Wormold był na piątym piętrze, kiedy doktor szamota! się jeszcze na 

background image

pierwszym stopniu schodów. Numer 510 znajdował się tuż. Wormold otworzył 
drzwi kluczem. W świetle małej stojącej lampki zobaczył pusty salonik. 
Zamknął za sobą drzwi bezszelestnie — doktor nie osiągnął dotychczas 
piątego piętra. Wormold stał i nasłuchiwał: po chwili usłyszał, jak doktor 
kulejąc, podskakując i czkając mija drzwi i oddala się. Pomyślał: „Czuję się jak 
szpieg i zachowuję się jak szpieg. To nonsens. Co powiem jutro 
Hasselbacherowi?"

Drzwi od sypialni były zamknięte, zaczął posuwać się w ich stronę. 

Nagle przystanął. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu. Jeżeli Hawthorne go 
potrzebuje, niech go sam szuka, nie będzie mu w tym pomagał. Ale 
Hawthorne zaciekawiał go, więc przed odejściem chciał rozejrzeć się po tym 
pokoju.

Na biurku leżały dwie książki: dwa identyczne egzemplarze „Opowiadań 

z Szekspira" Lamba, blok, a na pierwszej kartce zapiski, które Hawthorne 
zrobił zapewne przygotowując się do jego wizyty: 1) Wynagrodzenie. 2) 
Wydatki. 3) Przekazywanie wiadomości. 4) Charles Lamb. 5) Atrament. Już 
miał otworzyć „Opowiadania", gdy nagle rozległ się głos:

— Ręce do góry. Arriba los manos!. — Las manos — poprawił Wormold.
Z ulgą stwierdził, że to głos Hawthorne'a.
— Ach, to tylko pan — rzekł Hawthorne.
— Trochę się spóźniłem. Przepraszam. Byłem na mieście z 

Hasselbacherem.

Hawthorne miał na sobie pidżamę różowolila z wyhaftowanym na 

kieszonce monogramem: H. R. H. Nadawało mu to wygląd iście królewski.

— Usnąłem i zbudził mnie szelest pańskich kroków — powiedział. Nie 

używał slangu, zdawało się, że zaskoczony nie zdążył zmienić języka, tak jak 
i ubrania. — Ruszał pan tę książkę — rzekł tonem oskarżycielskim, jakby stał 
na straży kaplicy Armii Zbawienia.

— Przepraszam pana. Rozglądałem się tutaj trochę.
— Nie szkodzi. To właśnie dowód, że ma pan zdrowy instynkt.
— Pan, zdaje się, upodobał sobie tę książkę.
— Jeden egzemplarz przeznaczony jest dla pana.
— Ależ ja to czytałem przed laty — rzekł Wormold — a w ogóle nie lubię 

Lamba.

background image

— Nie będzie pan musiał jej czytać. Nie słyszał pan nigdy o szyfrach 

książkowych?

— Właściwie nie.
— W ciągu minuty wytłumaczę panu, jak to się robi. Ja zatrzymam drugi 

egzemplarz. Porozumiewając się ze mną, musi pan tylko wskazać stronę i 
wiersz, od którego zaczyna pan szyfrować. Oczywiście, to jest łatwiejsze do 
rozszyfrowania niż inne systemy, ale dla takich jak Hasselbacher dostatecznie 
trudne.

— Chciałbym, żeby pan wreszcie wybił sobie z głowy Hasselbachera.
— Kiedy już zorganizujemy pańskie biuro porządnie, z zachowaniem 

wszystkich środków ostrożności, kiedy wyposażymy pana w kasę pancerną z 
kombinowanym zamkiem, w radio, wyszkolony personel i wszelkie rekwizyty, 
wtedy będziemy mogli zarzucić ten prymitywny szyfr: ale dla kogoś, kto nie 
jest w tej dziedzinie specjalistą, jeśli nie zna tytułu i wydania, taki szyfr z 
pewnością będzie dobrą łamigłówką.

— Dlaczego pan wybrał Lamba?
— Bo oprócz „Chaty wuja Toma" tylko tę książkę znalazłem w dwóch 

egzemplarzach. Spieszyłem się, musiałem coś naprędce wziąć w księgarni w 
Kingston przed odjazdem. Ach tak, było jeszcze coś, pod tytułem: „Płonąca 
lampka, zbiorek modlitw wieczornych" — ale sądziłem, że to by raziło na 
półce pańskiej biblioteki, jeżeli nie jest pan człowiekiem religijnym.

— Nie jestem religijny.
— Przygotowałem też dla pana atrament. Czy pan ma imbryk 

elektryczny?

— Mam. Dlaczego pan pyta?
— Przyda się przy otwieraniu kopert. Dbamy, żeby nasi ludzie byli 

odpowiednio wyposażeni na wszelkie okoliczności.

— Po co atrament? Mam w domu dość atramentu. — To jest oczywiście 

atrament sympatyczny. Na wypadek, gdyby pan musiał przesłać coś zwykłą 
pocztą. Pańska córka zapewne ma druty?

— Nie, moja córka nie robi na drutach.
— Więc niech pan kupi druty. Najlepiej z plastyku. Stal zostawia czasem 

ślady.

— Na czym?

background image

— Na kopertach, które się otwiera.
— Po co u licha miałbym otwierać koperty? — Może będzie pan musiał 

kontrolować korespondencję doktora Hasselbachera. Oczywiście, znajdzie 
pan sobie w tym celu agenta wśród urzędników poczty.

— Kategorycznie odmawiam...
— Proszę nie robić trudności. Z Londynu mają mi przysłać informacje o 

doktorze. Zależnie od ich treści rozstrzygniemy sprawę jego korespondencji. 
A teraz pożyteczna rada: gdyby panu zabrakło atramentu, niech się pan 
posłuży ptasim łajnem... ale może ja za prędko mówię?

— Nie odpowiedziałem jeszcze, czy się zasadniczo zgadzam...
— Londyn zgadza się płacić sto pięćdziesiąt dolarów miesięcznie, a 

poza tym drugie tyle na koszta, z których oczywiście musi się pan wyliczyć. 
Wynagrodzenie dla pomocniczych agentów i tym podobne. Wszelkie wydatki 
przekraczające przewidzianą sumę wymagać będą specjalnego 
upoważnienia.

— Niech pan się tak nie spieszy.
— Dochody wolne od podatku, rozumie się — rzekł Hawthorne mrużąc 

chytrze oko; to mrugnięcie jakoś nie pasowało do królewskiego monogramu.

— Proszę mi dać trochę czasu...
— Pański numer jest 59200 łamane przez 5. — I wyjaśnił z dumą: — 

Oczywiście, to ja jestem numer 59200. Pan z kolei będzie oznaczał swoich 
agentów pomocniczych jako 59200 łamane przez 5, łamane przez 1, 2, 3 i tak 
dalej. Rozumie pan?

— Nie rozumiem, w jaki sposób mogę być dla was użyteczny.
— Jest pan Anglikiem, prawda? — spytał żywo Hawthorne.
— Oczywiście. Jestem Anglikiem.
— I odmawia pan służby swemu krajowi?
— Tego nie powiedziałem. Ale odkurzacze zajmują mi dużo czasu.
— Odkurzacze stanowią doskonały pretekst — rzekł Hawthorne. — 

Bardzo dobry pomysł. Pański zawód wygląda zupełnie naturalnie.

— Ależ mój zawód jest naturalny.
— A teraz, jeśli pan pozwoli, zajmiemy się Lambem — powiedział 

stanowczo Hawthorne.

background image

2

— Milly — odezwał się Wormold — nie jadłaś płatków owsianych.
— Wyrzekłam się płatków.
— Wzięłaś do kawy tylko jedną kostkę cukru. Nie przeprowadzasz chyba 

kuracji odchudzającej?

— Nie.
— Może to pokuta?
— Nie.
— Będziesz okropnie głodna do południa.
— Mnie to także przyszło do głowy. Zjem podczas lunchu całą górę 

kartofli.

— Milly, co to znaczy?
— postanowiłam oszczędzać. W ciągu bezsennej nocy nagle sobie 

uświadomiłam, że strasznie duże cię kosztuję, tatusiu. Jakby jakiś głos do 
mnie przemówił. O mało nie spytałam: „Kto to?" — ale bałam się, że odpowie: 
„Twój Pan i Bóg". Przecież właśnie jestem w najodpowiedniejszym wieku.

— Najodpowiedniejszym do czego?
— Do usłyszenia głosów. Święta Teresa była młodsza ode mnie, kiedy 

wstąpiła do klasztoru.

— Milly, ty chyba nie zamierzasz...
— Nie, nie zamierzam. Kapitan Segura ma rację. Mówi, że nie ma we 

mnie materiału na zakonnicę.

— Milly, czy ty wiesz, jak ludzie przezywają tego twojego kapitana?
— Wiem. Czerwony Sęp. On torturuje więźniów.
— Przyznał ci się do tego?
— No, w stosunku do mnie zachowuje się wzorowo, ale Ma papierośnicę 

zrobioną z ludzkiej skóry. Twierdzi, że to skóra cielęca... jakbym nie umiała 
odróżnić na oko!

background image

— Musisz z nim zerwać znajomość.
— Dobrze. Zerwę z czasem, najpierw trzeba załatwić sprawę stajni dla 

Serafiny. To mi znów przypomina tamten głos...

— Cóż ci powiedział?
— Powiedział... ale w ciemnościach nocnych brzmiało to o wiele bardziej 

apokaliptycznie... „Moje dziecko, porwałaś się z motyką na słońce. Co będzie 
z Country Clubem?"

— A co będzie?
— Tylko tam mogłabym nauczyć się porządnie jeździć, ale my do klubu 

nie należymy. Cóż po koniu bez stajni? Kapitan Segura oczywiście jest 
członkiem Country Clubu, ale wiem, że tatuś sobie nie życzy, żebym się od 
niego uzależniała. Więc myślałam, że jeśli poszcząc przyczynię się do 
zmniejszenia kosztów prowadzenia domu...

— Cóż z tego?
— No, wtedy może tatusiowi wystarczy pieniędzy, żeby się zapisać do 

klubu razem z rodziną. Mnie trzeba wpisać jako Serafinę, to brzmi lepiej niż 
Milly.

Wormoldowi zdawało się, że wszystko, co mówi Milly, jest rozsądne; nie 

ona, lecz Hawthorne należał do okrutnego i niepojętego świata dzieciństwa.

background image

Interludium londyńskie

Gdy w suterenie wielkiego gmachu ze stali i betonu w pobliżu Maida 

Vale nad jednymi z wielu drzwi po czerwonym zapaliło się zielone światełko, 
Hawthorne wszedł. Zostawił całą elegancję na Antylach, teraz miał na sobie 
flanelowe ubranie, pamiętające lepsze dni. W kraju nie potrzebował dbać o 
swoją powierzchowność; był cząstką styczniowej londyńskiej szarzyzny.

Szef siedział przy biurku, na którym olbrzymi marmurowy przycisk 

przytrzymywał jeden jedyny arkusik papieru. Nie dopita szklanka mleka, 
flakonik z szarymi pigułkami i paczka ściereczek Kleenex znajdowały się obok 
czarnego telefonu (drugi, czerwony służył do tajnych rozmów); szef, w 
czarnym żakiecie i z czarnym monoklem zasłaniającym lewe oko, wyglądał na 
przedsiębiorcę pogrzebowego, a piwniczny pokój robił wrażenie krypty, 
mauzoleum, grobowca.

— Pan mnie wzywał?
— Po prostu na pogawędkę, Hawthorne, tylko na pogawędkę. — 

Brzmiało to tak, jakby karawaniarz przemówił posępnie, załatwiwszy 
przypadające na ten dzień pogrzeby. — Kiedy wróciłeś, Hawthorne?

— Tydzień temu. W piątek znów lecę na Jamajkę.
— Wszystko w porządku?
— Zdaje się, że na Antylach mamy już siatkę zamkniętą — rzekł 

Hawthorne.

— Co z Martyniką?
— Tam nie ma trudności. Pamięta pan, w Fort de France 

współpracujemy z Deuxieme Bureau.

Chyba tylko w pewnych granicach?
— Oczywiście, w pewnych granicach. Na Haiti problem był nieco 

cięższy, ale 59200 łamane przez 2 okazał się energiczny. Bardziej niepokoił 
mnie początkowo 59200 łamane przez 5.

— Przez 5?

background image

— Nasz człowiek w Hawanie. Nie miałem tam wielkiego wyboru, a ten w 

pierwszej chwili niezbyt się palił do naszej roboty. Trochę uparty.

— Tacy zwykle wyrabiają się najlepiej.
— Słusznie. Nie podobały mi się też trochę jego kontakty z pewnym 

Niemcem nazwiskiem Hasselbacher, o którym dotychczas nie zdobyliśmy 
żadnych informacji, ale teraz, jak się zdaje, nabrał rozpędu. Kiedy 
wyjeżdżałem z Kingston, przyszło od niego zapotrzebowanie na pieniądze w 
związku z nadzwyczajnymi kosztami.

— To zawsze dobry znak.
— Tak jest.
— Dowód, że wyobraźnia pracuje.
— Tak. Chce wstąpić do Country Clubu. Rozumie pan, to ośrodek 

skupiający milionerów. Najlepsze źródło informacji politycznych i 
gospodarczych. Składka członkowska jest bardzo wysoka, niemal dziesięć 
razy wyższa niż w White Clubie, ale przyznałem mu te pieniądze.

— Dobrze pan zrobił. A jakie są jego raporty?
— Prawdę mówiąc, jeszcze nie nadesłał ani jednego; oczywiście musi 

mieć trochę czasu na nawiązanie kontaktów. Może w instrukcjach zbyt wielki 
nacisk położyłem na potrzebę ostrożności.

— W tym nigdy nie można przesadzić. Cóż nam z tego, że linia będzie 

pod prądem, jeśli się spali?

— Dobrze się składa, że ten człowiek ma nadzwyczaj dogodne 

stanowisko. Znakomite stosunki handlowe, przeważnie z dygnitarzami 
rządowymi, z najważniejszymi ministrami.

— Ooo! — powiedział szef. Wyjął czarny monokl z oka i zaczął go 

przecierać ściereczką marki Kleenex. Oko, które odsłonił, było szklane, 
jasnoniebieskie i nieprzekonujące; wyglądało jak pożyczone od lalki, 
umiejącej mówić: „mama". — Czym on się trudni?

— Importem, proszę pana. Maszyny i tym podobne.
Dla dobra własnej kariery jest zawsze wskazane używać jako agentów 

ludzi o solidnej pozycji społecznej. A dane z tajnej kartoteki, w której 
szczegółowo opisano sklep przy ulicy Lamparilla, nie dotrą nigdy do pokoju w 
suterenie, jeśli nie zajdzie nic nadzwyczajnego. — Dlaczego dotychczas nie 
był członkiem Country

background image

— O ile wiem, trzymał się w ostatnich latach trochę na uboczu Kłopoty 

rodzinne.

— Mam nadzieję, że nie ugania się za kobietami.
— O nie, nic podobnego! Żona go porzuciła. Dla jakiegoś Amerykanina.
— Czy on nie jest aby wrogiem Ameryki? W Hawanie
kie przesądy byłyby bardzo nie na miejscu. Musimy z Amerykanami 

współpracować... oczywiście tylko do pewnych granic.

— O, nie, to nie w jego typie. Człowiek bardzo rozsądny, bardzo 

zrównoważony. Zniósł rozwód z całym spokojem, dziecko kształci w 
katolickiej szkole, zgodnie z życzeniem swojej byłej żony. Mówiono mi, że 
posyła jej telegraficznie życzenia na każde Boże Narodzenie. Sądzą, że kiedy 
zaczną napływać od niego raporty, będziemy mogli na nich polegać w stu 
procentach.

— Ta historia z dzieckiem jest dość wzruszająca. Niech
go pan przyciśnie, żebyśmy mogli zdać sobie sprawę z jego możliwości. 

Jeżeli to naprawdę taki człowiek, jak pan go przedstawia, to warto by 
powiększyć mu personel. Hawana może się stać punktem kluczowym. W jaki 
sposób on się z panem porozumiewa?

— Umówiłem się z nim, żeby wysyłał co tydzień przez kuriera do 

Kingston raporty w dwóch egzemplarzach. Jeden zatrzymuję sobie, drugi 
przekazuję do Londynu. Telegramy ma szyfrować, dałem mu szyfr książkowy. 
Depesze ma nadawać za pośrednictwem naszego konsulatu.

— Nie będą temu radzi w konsulacie.
— Powiedziałem im, że to tylko chwilowe.
— Byłbym za tym, żeby mu dostarczyć radiową stację nadawczą, jeśli 

okaże się dobrze pracującym agentem. Mógłby chyba rozszerzyć personel 
swojego przedsiębiorstwa, jak pan myśli?

— No, oczywiście. Przynajmniej w pewnej mierze... bo to niewielkie 

biuro, pan rozumie... Staroświeckie. Wie pan, Jak skromnie urządzają się ci 
pionierzy handlu.

— Znam ten typ, znam. Małe, obdrapane biurko. Sześciu urzędników w 

pokoju, w którym wygodnie zmieściłoby się dwóch. Przestarzałe maszyny do 
liczenia. Sekretarka od czterdziestu lat pełniąca swoje funkcje w firmie.

Hawthorne mógł wreszcie odetchnąć spokojnie: szef przejął jego 

background image

zadanie. Nawet gdyby pewnego dnia przeczytał tajną kartotekę, jej informacje 
nic by mu nie powiedziały. Mały sklep z odkurzaczami utonął bezpowrotnie W 
wezbranych falach literackiej fantazji szefa. Agent 59200/5 został 
zatwierdzony.

— To wszystko charakteryzuje tego człowieka — tłumaczył szef 

Hawthorne'owi tak, jak gdyby to on, a nie Hawthorne przekroczył próg sklepu 
przy ulicy Lamparilla. — Człowieka, który od młodości nauczył się liczyć 
pensy, a ryzykować funty. Dlatego, a nie z powodu rozbicia małżeństwa, nie 
należał do Country Clubu. Romantyk z pana, panie Hawthorne! W jego życiu 
kobiety zjawiały się i znikały, ale podejrzewam, że nigdy nie przywiązywał do 
tych spraw takiej wagi, jak do swojej pracy. Żeby we właściwy sposób 
wykorzystać agenta, trzeba go dobrze rozumieć. Nasz człowiek w Hawanie 
należy, można by rzec, do epoki Kiplinga. Z królami przestawać... jak to dalej 
idzie?... a zachować cnotę... przyjaciół... i rozsądek. Jestem przekonany, że 
gdzieś w jego poplamionym kleksami biurku leży stary, kupiony za pensa 
notesik oprawny w czarną ceratę, notesik, w którym zapisywał pierwsze swoje 
rachunki: trzy tuziny gumek do ołówka, sześć pudełek stalówek...

— Nie sądzę, żeby jego zapiski sięgały tak daleko W przeszłość, aż do 

ery stalówek.

Szef westchnął i z powrotem włożył czarny monokl. Niewinne oko 

zetknąwszy się z tą słabą próbą sprzeciwu wróciło do kryjówki.

— Mniejsza o szczegóły, Hawthorne — rzekł szef z rozdrażnieniem. — 

Jeżeli pan chce kierować nim skutecznie, musi pan odnaleźć ceratowy 
notesik. Mówię to w przenośni.

— Rozumiem.
— Argument, że to z powodu straty żony ten człowiek stronił od ludzi, 

oparł pan na błędnej przesłance, panie Hawthorne. Ten typ reaguje zupełnie 
inaczej. Nie okazuje żalu, nie nosi serca na dłoni. Gdyby pańska ocena była 
słuszna, czym tłumaczyć, że nie należał do klubu, zanim żona mu umarła?

— Porzuciła go.
— Porzuciła? Pan jest tego pewny?
— Najpewniejszy.
— Ano, widać nigdy nie odnalazła ceratowego notesika. Znajdź go, 

Hawthorne, a zdobędziesz sobie tego człowieka na zawsze. O czym to 

background image

mówiliśmy?

— O rozmiarach jego biura. Niełatwo byłoby mu pomieścić liczny 

dodatkowy personel.

— Stopniowo oczyścimy firmę z dotychczasowych pracowników. Stara 

sekretarka przejdzie na emeryturę...

— Prawdę mówiąc...
— Oczywiście, to tylko hipotezy. Może mimo wszystko okaże się, że nie 

jest to odpowiedni dla nas człowiek. Ci starzy królowie handlu są ze 
szlachetnego kruszcu, ale zdarza się, że nie umieją patrzeć szerzej, poza 
własny kantor, i wtedy nie nadają się do takich zadań jak nasze. Osądzimy z 
jego pierwszych raportów, ale dobrze jest planować trochę ma zapas. Niech 
pan pomówi z panną Jenkinson i dowie się, czy ona tam ma w rezerwie kogoś 
znającego hiszpański.

Hawthorne wznosił się w windzie od sutereny w górę, piętro po piętrze: 

spojrzenie na świat z lotu rakiety. Zapadła się pod nim Zachodnia Europa, 
potem Bliski Wschód, Ameryka Łacińska. Skrzynki kartotek piętrzyły się wokół 
panny Jenkinson jak filary świątyni wokół starzejącej się wyroczni. Była 
jedyną osobą znaną tu z nazwiska. Z nieprzeniknionych powodów — dla 
bezpieczeństwa — wszystkich innych bywalców gmachu nazywano imionami 
chrzestnymi.

Kiedy Hawthorne wszedł, panna Jenkinson dyktowała właśnie 

sekretarce: „Notatka dla A. O. Angelikę przeniesiono do C. 5 z podwyżką 
płacy do 8 funtów tygodniowo. Proszę dopilnować, żeby podwyżka została 
wypłacona bez zwłoki. Uprzedzając wszelkie sprzeciwy zwracam uwagę, że 
Angelika będzie w ten sposób zarabiała mniej więcej tyle, co konduktorka 
autobusu".

— Słucham pana? — spytała ostro panna Jenkinson. — Słucham?
— Szef polecił mi z panią pomówić.
— Nie mam ani jednej osoby na zbyciu.
— Nie chcemy nikogo na razie, chodzi tylko o przedyskutowanie 

możliwości.

— Ethel, moja droga, zatelefonuj do D. 2 i powiedz, że nie życzę sobie, 

aby moje sekretarki przetrzymywano po szóstej, chyba żeby ojczyzna była w 
niebezpieczeństwie. Jeśli wojna już wybuchła albo ma lada chwila wybuchnąć 

background image

— chciałabym, żeby powiadomiono o tym mój sekretariat.

— Będzie nam może potrzebna na Antyle sekretarka znająca język 

hiszpański.

— Nie mam ani jednej osoby na zbyciu — mechanicznie powtórzyła 

panna Jenkinson.

— Hawana, mały ośrodek, klimat przyjemny.
— Personel liczny?
— Na razie jeden człowiek.
— Nie prowadzę biura matrymonialnego — powiedziała panna 

Jenkinson.

— To starszy pan, ma szesnastoletnią córkę.
— Żonaty?
— Poniekąd — niejasno odparł Hawthorne.
— Solidny?
— W jakim sensie?
— Godny zaufania, pewny, zrównoważony uczuciowo?
— Ach, tak, może pani być o to spokojna. Typ staroświeckiego kupca — 

rzekł Hawthorne ciągnąc dalej wątek zadzierzgnięty przez szefa. — 
Rozbudował swoją firmę z niczego. Nie interesuje się kobietami. Można by 
rzec, ma już sprawy seksu poza sobą.

— Nikt nigdy nie ma tych spraw poza sobą — powiedziała panna 

Jenkinson. — Ponoszę odpowiedzialność za młode kobiety, które wysyłam za 
granicę.

— Pani zdaje się wspomniała, że nikogo w rezerwie nie ma?
— Hm — powiedziała panna Jenkinson. — Kto wie, czy nie mogłabym, 

jeśli okoliczności pozwolą, dać panu Beatrycze.

— Beatrycze!? — krzyknął ktoś zza skrzynek.
— Powiedziałam Beatrycze, moja Ethel, i powtarzam: Beatrycze.
— Ależ proszę pani...
— Beatrycze przyda się trochę praktyki, jedynie tego jej jeszcze brak. 

Stanowisko dla niej odpowiednie. Nie jest za młoda. Lubi dzieci.

— W tym ośrodku potrzebny jest ktoś, mówiący biegle
po hiszpańsku — rzekł Hawthorne. — Miłość do dzieci nie wydaje się 

niezbędna.

background image

— Beatrycze jest na pół Francuzką. Mówi po francusku lepiej nawet niż 

po angielsku.

— Ja wspomniałem o hiszpańskim.
— To przecież wszystko jedno. Oba języki romańskie.
— Czy nie mógłbym jej zobaczyć, zamienić z nią kilka słów? Czy ona 

przeszła pełne przeszkolenie?

— Bardzo wprawnie szyfruje i skończyła kurs mikrofotografii w Ashley 

Park. Stenografka słaba, ale na maszynie pisze doskonale. Zna się dobrze na 
elektrodynamice.

— Co to takiego?
— Dokładnie nie wiem, w każdym razie korki elektryczne jej nie 

przerażają. — ' A więc poradzi sobie z odkurzaczami.

— Beatrycze jest sekretarką, nie pomocnicą domową. Szufladka 

kartoteki zamknęła się z trzaskiem.

— Może pan ją wziąć albo nie — powiedziała panna Jenkinson. 

Hawthorne miał wrażenie, że panna Jenkinson powstrzymuje się, by nie 
określać Beatrycze zaimkiem: ,,to".

— Nikogo innego pani nam zaofiarować nie może?
— Nikogo.
Znów trzasnęła gdzieś szuflada.
— Ethel! — powiedziała panna Jenkinson — jeżeli nie nauczysz się 

objawiać swoich uczuć mniej hałaśliwie, będę zmuszona odesłać cię z 
powrotem do D. 3.

Hawthorne wyszedł zatroskany. Miał wrażenie, że panna Jenkinson z 

godną uznania zręcznością sprzedała mu coś, w co sama nie wierzyła: może 
tombakowy pierścionek, a może małego pieska... czy raczej suczkę.

background image

Część II

Rozdział pierwszy

1

Wormold wyszedł z konsulatu z depeszą w wewnętrznej kieszeni 

marynarki. Depeszę ciśnięto mu brutalnie, a kiedy próbował coś powiedzieć, 
przerwano ostro:

— Nie chcemy nic wiedzieć o tym wszystkim. Pośredniczymy tylko 

chwilowo. Im prędzej się to skończy, tym lepiej.

— Pan Hawthorne mówił...
— Nie znamy żadnego pana Hawthorne. Proszę to sobie zapamiętać. 

Osobnik tego nazwiska nie jest u nas zatrudniony. Do widzenia!

Poszedł do domu pieszo. Miasto ciągnęło się wzdłuż otwartego 

wybrzeża Atlantyku, fale wdzierały się na Avenida de Maceo i bryzgały na 
szyby samochodów. Różowe, szare i żółte kolumnady tej niegdyś 
arystokratycznej dzielnicy były nadżarte przez erozję jak skały; stary herb, 
poplamiony i zatarty, zdobił wejście do odrapanego hotelu, a żaluzje nocnego 
lokalu polakierowano jaskrawymi, pstrymi farbami dla ochrony od wilgoci i soli 
oceanu. Na zachodzie stalowe drapacze wystrzelały wyżej niż latarnie 

background image

morskie pod jasne lutowe niebo. Było to miasto dobre do zwiedzania, ale nie 
do zamieszkiwania, Wormold jednak w tym właśnie mieście zakochał się po 
raz pierwszy w życiu i przywiązał się do niego jako do widowni swojej klęski. 
Czas stroi poezją pola bitew, może też Milly przypominała trochę kwiat na 
dawnym szańcu, z którego przed laty odparto atak, płacąc ciężkimi stratami. 
Kobiety, które mijały Wormolda na ulicy, miały na czołach smugi popiołu, 
jakby wyszły na słońce z podziemi. Przypomniał sobie, że to Popielec.

Szkoła dzisiaj świętowała, mimo to nie zastał Milly w domu: może była 

jeszcze na mszy, a może jeździła konno w Country Clubie, Lopez 
prezentował model Odrzutowy księżej gospodyni, która nie chciała 
Atomowego. Najgorsze przeczucia Wormolda sprawdziły się, bo dotychczas 
nie udało mu się jeszcze sprzedać ani jednego odkurzacza tego nowego typu. 
Poszedł na górą do mieszkania i otworzył telegram; adresowany był do 
konsulatu brytyjskiego, potem następowały liczby, które wyglądały 
szkaradnie, jak numery losów na loterię nie sprzedane do ostatniego dnia 
przed ciągnieniem. Najpierw było 2674, a dalej szereg pięciocyfrowych liczb: 
42811, 79145, 59200, 80947, 62533, 10605 — i tak dalej. Pierwszy telegram, 
jaki Wormold otrzymał; zauważył, że nadano go z Londynu. Nie był wcale 
pewien (bardzo odległy wydawał się dzień, kiedy Hawthorne udzielał mu 
instrukcji), czy zdoła rozszyfrować tekst, ale wpadła mu w oczy jedna liczba: 
59200 — która wyglądała na surowe napomnienie, jak gdyby w tej chwili sam 
Hawthorne wszedł po schodach z miną oskarżyciela. Wormold markotnie 
sięgnął po „Opowieści z Szekspira" Lamba; od dziecka nie cierpiał Elii i eseju 
o pieczonym prosięciu. Przypomniał sobie, że pierwsza grupa cyfr oznacza 
stronę, wiersz i wyraz, od którego zaczyna się szyfr. ,,Dionizję, przewrotną 
małżonkę Kleona — czytał — spotkał zasłużony koniec..." Zaczął więc 
rozszyfrowywać od wyrazu „koniec". Ku jego zdumieniu wyłonił się z tego 
jakiś sens. Jak gdyby niezwykła odziedziczona w spadku papuga przemówiła: 
„Nr 1 dnia 24 stycznia od 59200 zaczyna się paragraf A".

Pracował przez trzy kwadranse dodając i odejmując, aż rozszyfrował 

całą depeszę z wyjątkiem ostatniego paragrafu, który był niezrozumiały; ktoś 
tu musiał się pomylić, Wormołd albo 59200, albo Charles Lamb. „Od 59200 
zaczyna się paragraf A prawie miesiąc od zgody na wstępie-nie do Country 
Clubu a nie powtarzam nie otrzymałem wiadomości w sprawie angażowania 

background image

pomocniczych agentów stop spodziewam się że nie wciąga pan agentów bez 
uprzedniego zbadania ich przeszłości stop zaczyna się paragraf B 
gospodarcze i polityczne informacje według kwestionariusza który zostawiłem 
należy przesyłać do 59200 stop zaczyna się paragraf C przeklęty warkoczyk 
skierować Kingston początki suchotnicze koniec depeszy."

Ostatni paragraf robił wrażenie gniewnego bełkotu, co zmartwiło 

Wormolda. Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że w oczach tamtych ludzi 
— kimkolwiek są — jest człowiekiem, który wziął pieniądze i nic w zamian nie 
dał. To go zaniepokoiło. Dotychczas wyobrażał sobie, że los obdarzył go 
dziwacznym prezentem, umożliwiając Milly konną jazdę w Country Clubie, a 
jemu samemu sprowadzenie z Anglii kilku książek od dawna pożądanych. 
Reszta pieniędzy leżała w depozycie bankowym. Wormold niemal wierzył, że 
kiedyś będzie mógł zwrócić je Hawthorne'owi.

Pomyślał: „Muszę coś zrobić, podsunąć im jakieś nazwiska, żeby mieli 

kogo tropić, muszę zwerbować agenta, muszę ich czymś zadowolić". 
Wspomniał, jak Milly bawiła się z nim w sklep i dawała mu swoje kieszonkowe 
pieniądze za kupowane na niby rzeczy. Trzeba było się bawić z dzieckiem, 
ale wcześniej czy później Milly zawsze żądała zwrotu pieniędzy.

Nie wiedział, jak się werbuje agentów. Trudno mu było uświadomić 

sobie, jak zrobił to Hawthorne z nim samym, pamiętał tylko, że cała historia 
zaczęła się w toalecie, z pewnością jednak ten szczegół nie był istotny. 
Postanowił na początek spróbować z najłatwiejszym kandydatem.

— Pan mnie wołał, senior Vormell. — Dla niepojętych powodów Lopez 

nie umiał w żaden sposób wymówić nazwiska Wormold, ale że nie mógł też 
zdecydować się na jedną najodpowiedniejszą namiastkę, rzadko chrzcił go 
dwa razy tym samym nazwiskiem.

— Chciałem z panem pogadać, Lopez.
— Si, senior Vormell. .i Wormold powiedział:
— Pracuje pan ze mną od wielu już lat. Ufamy sobie nawzajem.
Lopez dał wyraz pełni swojej ufności kładąc rękę na sercu.
— Czy chciałby pan dostawać co miesiąc trochę więcej pieniędzy?
— No, pewnie... Właśnie miałem panu o tym wspomnieć, senior Vormel. 

Oczekujemy dziecka. Może by tak dwadzieścia pesos?

— To nie ma nic wspólnego z firmą. Handel źle idzie. Chodzi o poufne 

background image

zadanie, dla mnie osobiście, rozumie pan?

— O tak, senior. Rozumiem: osobiste przysługi. Może pan na mnie 

polegać. Jestem dyskretny. Oczywiście nie pisnę ani słówka senioricie.

— Zdaje mi się, że pan nic nie zrozumiał.
— Mężczyzna w pewnym wieku — rzekł Lopez — nie ma już ochoty 

szukać sobie sam kobiety, pragnie odpocząć od kłopotów. Woli rozkazywać: 
„Dzisiaj tak, jutro wieczorem — nie". Woli zdać się na kogoś, komu ufa...

— . Nie chodzi mi o nic w tym rodzaju, panie Lopez. Chciałem panu 

wytłumaczyć... No, że to nie ma nic wspólnego...

— Niech pan się nie krępuje, kiedy pan ze mną rozmawia, senior 

Vormel. Pracuję u pana od tak dawna...

— Pan się myli — rzekł Wormold. — Ja nie zamierzam...
— Dobrze rozumiem, że dla Anglika na pańskim stanowisku takie 

zakłady, jak ,,San Francisco", nie są odpowiednie. Nawet klub „Mamba".
Wormold rozumiał, że cokolwiek powie, nie zdoła już zahamować wymowy 
swego subiekta, skoro ten rozgadał się na najdonioślejszy w Hawanie temat. 
Sprawy płci stanowiły w tym mieście nie tylko główną dziedzinę handlu, ale 
także jedyną raison d'etre życia mężczyzny. Czy sprzedawano, czy kupowano 
seks, mniejsza z tym, w każdym razie nigdy nie za darmo.

— Młodzieńcowi potrzeba urozmaicenia — mówił Lopez — ale 

mężczyźnie w pewnym wieku również. Młodzieńca popycha ciekawość 
pochodząca z nieświadomości, a starszemu panu trzeba odświeżyć apetyt. 
Nikt panu nie usłuży lepiej ode mnie, bo ja pana dobrze poznałem, senior 
Venell. Pan nie jest Kubańczykiem, dla pana mniej znaczy kształt pośladków 
dziewczyny niż jej miłe zachowanie...

— Pan mnie zupełnie fałszywie zrozumiał — rzekł Wormold.
— Senorita idzie wieczorem na koncert.
— Skąd pan wie?
Lopez pominął to pytanie.
— Kiedy jej nie będzie w domu, przyprowadzę panu pewną młodą 

osobę, żeby pan ją sobie obejrzał. Jeżeli się panu nie spodoba, przyprowadzę 
inną.

— Nie będzie pan nikogo tu sprowadzał. Nie życzę sobie usług tego 

rodzaju, Lopez. Życzę sobie... no, żeby pan miał oczy i uszy otwarte i żeby mi 

background image

pan donosił...

— O senioricie?
— Na litość boską! Nie!
— Więc o czym mam donosić, senior Vommold? Wormold powiedział:
— No, o takich rzeczach, jak na przykład...
Ale sam nie miał pojęcia, o czym Lopez mógłby mu donosić. Pamiętał 

ledwie kilka punktów długiego kwestionariusza i żaden z nich nie wydawał mu 
się stosowny. „Możliwość infiltracji komunistów do sił zbrojnych. Dokładne 
liczby produkcji kawy i tytoniu w ostatnim roku." Oczywiście, można by 
wspomnieć o zawartości koszy na papiery w biurach, w których Lopez 
reperował odkurzacze, ale na pewno nawet Hawthorne, mówiąc o sprawie 
Dreyfusa, żartował... jeśli ludzie tego pokroju w ogóle żartują.

— Na przykład co, senior? Wormold powiedział:
— Wytłumaczę panu później. Niech pan teraz wraca do sklepu.

2

Była godzina codziennego daiquiri i w barze „Wonder" doktor 

Hasselbacher rozkoszował się już drugą szklaneczką szkockiej whisky.

— A pan się wciąż jeszcze martwi, panie Wormold? — spytał.
— Tak, martwię się.
— Wciąż z powodu tego odkurzacza, Atomowego odkurzacza?
— Nie, nie z powodu odkurzacza.
Wormold wypił daiquiri i zamówił jeszcze jedno.
— Ostro pan dzisiaj pije.
— Doktorze, czy pan nigdy nie odczuwał braku pieniędzy, prawda? Pan 

przecież nie ma dziecka.

— Wkrótce pan także nie będzie miał dziecka.
— Zapewne tak. — Pociecha była równie zimna jak cocktail daiquiri. — 

Ale kiedy ten czas nadejdzie, chciałbym znaleźć się razem z nią daleko stąd. 
Nie życzę sobie, żeby moją Milly rozbudził ktoś taki jak kapitan Segura.

background image

— To i dla mnie zrozumiałe.
— Jakiś czas temu zaproponowano mi pieniądze.
— Tak?
— W zamian za informacje.
— Jakiego rodzaju?
— Tajne.
Doktor Hasselbacher westchnął. Powiedział:
— Szczęściarz z pana. Tego rodzaju informacji zawsze łatwo udzielać.
— Łatwo?
— Jeżeli są dostatecznie tajne, nikt ich nie zna prócz pana. Wystarczy 

odrobina wyobraźni, panie Wormold.

— Oni chcą, żebym werbował agentów. Niech mi pan powie, jak się 

werbuje agenta.

— Agentów także może pan wymyślić.
— Mówi pan tak, jakby pan miał pewne doświadczenie.
— Medycyna dała mi doświadczenie, panie Wormold. Czy pan nigdy nie 

czytał ogłoszeń o tajemniczych lekach? Woda na porost włosów, której sekret 
zdradził przed śmiercią pewien wódz indiańskiego plemienia. Tajemnicze leki 
sprzedaje się bez podania składu na recepcie. A w każdej tajemnicy tkwi coś, 
co budzi w ludziach wiarę... może to są szczątki magii. Czytał pan Jamesa 
Frazera?

— Czy pan coś słyszał o szyfrach książkowych?
— Niech mi pan nie mówi za wiele, mimo wszystko. Tajemniczość nie 

jest moją specjalnością, nie mam dzieci. Bardzo proszę, niech pan mnie nie 
przedstawia jako swego agenta.

— Nawet bym nie mógł. Oni patrzą niechętnie na moją przyjaźń z 

panem, doktorze. Domagają się, żebym się trzymał od pana z daleka. 
Szukają informacji o panu. Jak pan myśli, w jaki sposób oni tropią człowieka?

— Nie wiem. Niech pan będzie ostrożny, panie Wormold. Niech pan 

bierze od nich pieniądze, ale nic im w zamian nie daje. Segurowie mogliby 
pana dosięgnąć. Niech pan kłamie i zachowa wolność. Oni nie zasługują na 
prawdę.

— Kto: oni?
— Królestwa, republiki, mocarstwa. — Doktor wysączył whisky do dna. 

background image

— Muszę już iść i spojrzeć na moją hodowlę bakterii, panie Wormold.

— Nic się jeszcze nie zdarzyło?
— Na szczęście nic. Dopóki nic się nie stało, wszystko jest możliwe, 

prawda? Szkoda, że na loterii odbywają się ciągnienia. Co tydzień tracą sto 
czterdzieści tysięcy dolarów i jestem biedakiem. — Nie zapomni pan o 
urodzinach Milly?

— Kto wie, jeśli informacje o mojej osobie okażą się niepomyślne, może 

pan sam będzie wolał, żebym nie przychodził. Ale niech pan pamięta, że 
dopóki pan kłamie, nie szkodzi pan nikomu.

— Biorę od nich pieniądze.
— Oni nie mają innych pieniędzy prócz tych, które odbierają ludziom 

takim jak pan i ja.

Pchnął drzwi i wyszedł. Doktor Hasselbacher nigdy nie używał 

argumentów moralnych; moralność nie leżała w granicach jego 
zainteresowań, zainteresowań lekarza.

3

Wormold znalazł listę członków Country Clubu w pokoju Milly. Wiedział, 

gdzie jej szukać, między najnowszym „Kalendarzem amazonki" a powieścią 
pod tytułem „Siwa klacz" pióra panny Pony Traggers. Zapisał się do klubu, 
żeby w nim znaleźć odpowiednich agentów, i oto miał ich przed oczyma 
spisanych w podwójnych kolumnach na dwudziestu przeszło stronach. Wzrok 
Wormolda padał na anglosaskie nazwisko: Vincent C. Parkman. Zapewne 
ojciec Earla. Wydawało się rzeczą wskazaną zatrzymanie Parkmanów w 
rodzinie.

Nim zasiadł do szyfrowania depeszy, wybrał jeszcze dwa nazwiska: 

inżynier Cifuentes i profesor Luis Sanchez. Kimkolwiek był w rzeczywistości 
ów profesor, wyglądał na bardzo odpowiedniego kandydata do wywiadu 

background image

gospodarczego, inżynier mógł dostarczać informacji technicznych, a pan 
Parkman — politycznych. Otworzywszy na biurku „Opowieści z Szekspira" 
(jako tekst kluczowy wybrał akapit zaczynający się od słów: „Oby to, co 
nastąpi, było radosne...") zaszyfrował: „Nr 1 dnia 25 stycznia zaczyna się 
paragraf A zwerbowałem mojego subiekta określam go symbolem 59200/5/1 
stop proponuję wynagrodzenie piętnaście pesos miesięcznie stop zaczyna się 
paragraf B proszę zebrać dane o następujących osobach..."

Rozbijanie tekstu na paragrafy wydawało się Wormoldowi niepotrzebną 

stratą czasu i pieniędzy, ale Hawthorne oświadczył, że dyscyplina tego 
wymaga, podobnie jak Milly, bawiąc się w sklep, żądała, by każdą rzecz 
owijać w bibułkę, choćby chodziło o jeden szklany koralik. „Zaczynam 
paragraf C gospodarczy raport zgodnie z życzeniem wyślę wkrótce przez 
kuriera."

Nie zostało teraz nic do roboty, prócz oczekiwania na odpowiedź i 

opracowania raportu gospodarczego. Miał z tym wiele kłopotu. Posłał Lopeza 
po wszystkie dostępne rządowe publikacje na temat cukru i tytoniu — była to 
pierwsza misja Lopeza — i spędzał co dzień długie godziny czytając 
miejscowe gazety, żeby zaznaczyć wiadomości, które by się nadawały do 
raportów profesora i inżyniera; nie przypuszczał, by ktokolwiek w Kingston lub 
w Londynie studiował codzienną prasę Hawany. Nawet Wormold odkrywał na 
tych brzydko zadrukowanych łamach nowy świat; może dotychczas nazbyt 
polegał na takich gazetach, jak „New York Times" czy „Herald Tribune" 
czerpiąc z nich obraz świata. W przecznicy za barem „Wonder" 
zasztyletowano dziewczynę, „męczennicę miłości". Hawana roiła się od 
męczenników rozmaitego pokroju. Pewien człowiek przehulał w jedną noc 
cały majątek w „Tropicanie", wbiegł na scenę, ucałował murzyńską 
śpiewaczkę, po czym rozpędziwszy samochód runął z nim do morza w porcie 
i utonął. Inny udusił się wyszukanym sposobem za pomocą własnych szelek. 
Nie brakowało też cudów: pewna święta figura płakała słonymi łzami, a przed 
obrazem Matki Boskiej z Gwadelupy świeca płonęła nadnaturalnie długo, 
przez cały tydzień — od piątku do piątku. Z tego obrazu gwałtów, namiętnych 
porywów i miłości wykluczone były jedynie ofiary kapitana Segura: te cierpiały 
i umierały bez reklamy w prasie.

Raport gospodarczy kosztował go wiele mozołu, bo Wormold nie umiał 

background image

pisać na maszynie inaczej niż dwoma najwyżej palcami i nie nauczył się nigdy 
posługiwać tabulatorem. Musiał też trochę zmieniać oficjalne dane, na 
wypadek, gdyby komuś w centrali przyszło do głowy porównać dwa 
sprawozdania, i niekiedy zapominał, że zmienił którąś cyfrę. Dodawanie i 
odejmowanie nigdy nie było jego specjalnością. Jeden przesunięty znak 
dziesiętny zmusił go do tropienia błędu w dwunastu kolumnach. Przypominało 
to kierowanie miniaturowym samochodzikiem w automatycznej grze 
zręczności.

Po tygodniu zaczął się niepokoić brakiem odpowiedzi. Czyżby 

Hawthorne coś wywęszył? Chwilowej pociechy dostarczyło wezwanie do 
konsulatu, gdzie urzędnik z kwaśną miną wręczył mu zapieczętowaną kopertę 
zaadresowaną nie wiedzieć czemu do pana Luke Penny. Wewnątrz była 
druga koperta opatrzona napisem: Henry Learbetter, „Prawnicze Biuro 
Studiów", a dopiero w trzeciej, ze znakiem 59200/5, znajdowało się 
trzymiesięczne wynagrodzenie oraz pieniądze na dodatkowe koszty, w 
walucie kubańskiej. Wormold zaniósł te pieniądze do banku przy ulicy Obispo.

— Na konto firmy, panie Wormold?
— Nie, na rachunek prywatny.
Ale czuł się jak winowajca, kiedy kasjer przeliczał banknoty; zdawało mu 

się, że sprzeniewierzył pieniądze firmy.

background image

Rozdział drugi

1

Minęło dziesięć dni bez słowa odpowiedzi. Wormold nie mógł wysłać 

swojego raportu gospodarczego, dopóki zwierzchnicy nie zbiorą informacji i 
nie zatwierdzą urojonego agenta, który miał uchodzić za autora tego 
sprawozdania. Nadszedł czas dorocznego objazdu punktów detalicznej 
sprzedaży odkurzaczy poza Hawaną, w Matanzas, Cienfu-egos, Santa Clara i 
Santiago. Zazwyczaj objeżdżał te miasta swoim starym samochodem marki 
Hillman. Przed wyruszeniem w drogę zadepeszował do Hawthorne'a: ,,Pod 
pretekstem odwiedzin u sprzedawców odkurzaczy proponuję zbadać 
możliwości werbunku w porcie Matanzas ośrodku przemysłowym Santa Clara 
bazie morskiej Cienfuegos i w gnieździe rebeliantów Santiago przewiduję 
koszta podróży pięćdziesiąt dolarów dziennie". Ucałował Milly, wziął od niej 
przyrzeczenie, że nie będzie podczas jego nieobecności korzystała z 
samochodu kapitana Segura, i wypił strzemien-nego z doktorem 
Hasselbacherem w barze „Wonder".

2

Raz do roku, i zawsze podczas tego objazdu prowincji, Wormold pisał do 

background image

swojej młodszej siostry, zamieszkałej w Northampton. (Może list do Mary był 
lekiem kojącym doraźnie uczucie samotności, którego doznawał z dala od 
Milly.) Zawsze też załączał najnowsze kubańskie znaczki pocztowe dla 
siostrzeńca. Chłopiec zaczął zbierać znaczki, kiedy miał sześć lat; czas 
żwawym truchtem biegł naprzód, a Wormold nie zdawał sobie sprawy, że jego 
siostrzeniec od dawna przekroczył siedemnasty rok życia i zapewne od kilku 
lat już zaniedbał swoją kolekcję. W każdym zaś razie na pewno był zbyt 
dorosły, żeby pisać do niego w tym, stylu, w jakim wuj redagował liściki 
towarzyszące przesyłce; nawet dla Milly byłyby one zanadto już dziecinne, a 
przecież kuzyn był od niej dużo starszy.

Kochany Marku — pisał Wormold — posyłam ci kilka znaczków do Twego 
albumu. Musisz już mieć teraz piękne zbiory! Niestety, w dzisiejszej przesyłce 
nie ma nic szczególnie interesującego. Szkoda, że na Kubę nie drukują 
znaczków 
ptakami, zwierzętami i motylami, jak na ślicznych znaczkach 
Gwatemali, które mi kiedyś pokazywałeś!
Twój kochający wuj
P. S. Mam przed sobą widok na morze i jest bardzo gorąco.

Do siostry pisał obszerniej:

Siedzę nad zatoką Cienluegos, temperatura ponad dziewięćdziesiąt stopni 
Fahrenheita, chociaż słońce zaszło przed godziną. W kinie wyświetlają film z 
Marilyn Monroe, a 
porcie stoi statek nazwany dość dziwacznie: „Juan 
Belmonte". (Czy pamiętasz zimę w Madrycie, kiedy razem byliśmy na walce 
byków?) Pierwszy mechanik 
— bo wydaje mi się, że to jest pierwszy 
mechanik 
— pije przy sąsiednim stoliku hiszpańską wódkę. Nie ma tu nic 
innego do roboty, chyba iść do kina. To zapewne najcichszy z portów świata. 
Nic prócz różowych i żółtych ulic, paru szynków i ogromnego komina 
cukrowni, a u wylotu porosłej chwastami ścieżki 
— „Juan Belmonte". Może 
dobrze by było popłynąć tym statkiem razem z Milly, ale 
czy ja wiem... 
Odkurzacze nie znajdują wielkiego popytu, prąd elektryczny zbyt jest 
zawodny w obecnych niespokojnych czasach. Wczoraj wieczorem w 
Matanzas trzy razy gasły światła, za pierwszym razem byłem właśnie w 
wannie. Ale to jakoś niemądrze pisać o takich błahostkach aż do 
Northampton.

background image

Nie wnioskuj z tego, że jestem nieszczęśliwy. Można by wiele dobrego 
powiedzieć o tej wyspie. Czasem ze strachem myślę o powrocie do kraju, do 
Bootsa i Woolwoortha, do cafeterii; nawet „Pod Białym Koniem" będę się czuł 
obco. Pierwszy mechanik przyprowadził 
sobą dziewczynę; Matanzas 
pewnie ma drugą. Wlewa jej wódkę w gardło, jakby dawał kotu lekarstwo. 
Oświetlenie tu jest cudowne, zwłaszcza przed samym zachodem słońca: 
strugi złota, i ptaki morskie jak ciemne plamy na cynowej lali. Olbrzymi biały 
posąg na Paseo, który za dnia przypomina królową Wiktorię, teraz zmienił się 
w bryłę ektoplazmy. Czyściciele butów już spakowali swoje skrzynki i wsunęli 
je pod fotele rozstawione w różowej kolumnadzie; siedzisz wysoko nad 
chodnikiem jakby na drabince bibliotecznej, i opierasz stopy na grzbietach 
dwóch małych morsów z brązu, przywiezionych tu może kiedyś przez jakiegoś 
Fenicjanina. Dlaczego tak się poddaję nostalgii? Pewnie dlatego, że 
odłożyłem trochę pieniędzy i wkrótce będę musiał zdecydować się wyjechać 
na zawsze. Zastanawiam się, jak Milly zniesie kursy dla sekretarek i szare 
ulice północnych dzielnic Londynu.
Jak się miewa ciotka Alicja i jej sławetna woskowina w uszach? Co słychać u 
wuja Edwarda? A może on już nie żyje? Doszedłem do wieku, kiedy śmierć 
krewnych uchodzi uwagi.

Zapłacił i spytał o nazwisko pierwszego mechanika; przyszło mu do 

głowy, że musi przed powrotem do domu zanotować parę nazwisk, żeby 
usprawiedliwić koszty podróży..

3

W Santa Claira stary Hillmain klapnął pod nim jak zmęczony muł. We 

wnętrznościach samochodu działo się naprawdę coś niedobrego, tylko Milly 
wiedziałaby, na czym to polega. Mechanik w garażu oświadczył, że naprawa 
potrwa kilka dni — więc Wormold postanowił jechać dalej do Santiago 
autobusem. A nawet był to chyba szybszy i pewniejszy sposób podróży, bo w 
prowincji Oriente, gdzie jak zawsze rebelianci panowali w górach, a wojska 

background image

rządowe na szosach i w miastach, często przeprowadzano kontrolę 
samochodów; autobusy mniej były narażone na stratę czasu niż prywatne 
wozy.

Wormold przybył do Santiago wieczorem, o bezludnej, niebezpiecznej 

porze po nieoficjalnej godzinie policyjnej.

Na piazzy wszystkie sklepy tulące się do murów katedry już 

pozamykano. Jedna jedyna para spieszyła przez plac przed hotelem; noc była 
wilgotna i gorąca, zieleń zwisała ciemna i ciężka w nikłym, na pół 
przygaszonym świetle latarń. W hotelu przyjęto Wormolda nieufnie, jakby 
podejrzewając w nim szpiega tego czy innego obozu. Czuł się jak oszust, bo 
to był hotel prawdziwych szpiegów, prawdziwych konfidentów i prawdziwych 
emisariuszy rebelii. Jakiś pijak bez przerwy gadał coś w ciemnym kącie baru, 
jakby stylem Gertrudy Stein powtarzając: „Kuba to Kuba, to Kuba".

Wormold zjadł na obiad suchy płaski omlet, pożółkły i wystrzępiony na 

brzegach niby stary rękopis, i popił go kwaśnym winem. Jedząc napisał na 
pocztówce z widoczkiem kilka słów do doktora Hasselbachera. Zawsze, gdy 
przebywał poza Hawaną, posyłał Milly, doktorowi, a czasem nawet Lopeziowi 
kiepskie fotografie kiepskich hoteli, znacząc krzyżykiem jedno okno, jak w 
detektywistycznych powieściach znaczy się miejsce, gdzie dokonano zbrodni. 
„Samochód mi nawalił. Poza tym cisza. Spodziewam się wrócić we 
czwartek." Kartka z widoczkiem to sygnał samotności.

O dziesiątej Wormold ruszył na poszukiwanie swego komisanta. 

Zapomniał, jak opuszczone bywają ulice Santiago po zmroku. Za żelaznymi 
sztachetami żaluzje były pospuszczane, a domy, jak w okupowanym mieście, 
odwracały się plecami do przechodniów. Trochę światła padało od drzwi kina, 
ale widzów nie było; zgodnie z przepisami kino musiało być otwarte, lecz nikt 
prócz żołnierzy albo policjantów nie zjawiał się tam wieczorami. W głębi, 
jakiejś przecznicy Wormold dostrzegł przechodzący patrol wojskowy.

Rozmawiał ze swym sprzedawcą w ciasnym, gorącym pokoiku. Drzwi 

zostawiono otwarte na patio, palmę i kutą żelazną fontannę, lecz na dworze 
było równie parno, jak we wnętrzu domu. Siedzieli naprzeciw siebie w fotelach 
na biegunach, kołysząc się to ku sobie, to od siebie, i wywołując nikły ruch 
powietrza.

Interesy szły marnie... buj, buj... nikt w Santiago nie kupuje 

background image

elektrycznych przyrządów... buj, buj... bo i po co? Jakby dla zilustrowania tych 
słów światło zgasło i bujali się teraz w ciemnościach. W pewnej chwili wypadli 
z rytmu i zderzyli się lekko głowami.

— O, przepraszam.
— To moja wina.
Buj, buj, buj.
W patio ktoś skrzypnął krzesłem.
— Pańska żona? — spytał Wormold.
— Nie. Nikogo nie ma. Jesteśmy sami.
Wormold kiwnął się z fotelem naprzód, w tył, i znów naprzód, 

nasłuchując ukradkowych szmerów z patio.

— Oczywiście.
To było Santiago. W każdym domu mógł się ukrywać człowiek tropiony. 

Lepiej nic nie słyszeć; nic nie widzieć było bardzo łatwo, nawet gdy druciki w 
żarówkach znów rozżarzyły się nieprzekonującym, słabym żółtym światłem.

W drodze powrotnej do hotelu zatrzymali go dwaj policjanci. Chcieli się 

dowiedzieć, co robi o tak późnej godzinie na ulicy.

— Dopiero dziesiąta — powiedział. — Co pan robi na ulicy po 

dziesiątej?

— Nie obowiązuje przecież godzina policyjna, prawda? Nagle, bez 

ostrzeżenia, jeden z policjantów uderzył go

w twarz. Wormold był bardziej zaskoczony niż rozgniewany. Należał do 

klasy szanującej prawo, policjantów z natury rzeczy uważał za swoich 
obrońców. Podniósł rękę do policzka i spytał:

— Na miłość boską, co pan sobie myśli...?
Drugi policjant pchnął go w plecy tak, że Wormoid omal nie przewrócił 

się odskakując w bok. Kapelusz mu spadł w nieczystości rynsztoka. 
Powiedział:

— Proszę podnieść mój kapelusz — i poczuł drugiego kuksańca. Zaczął 

mówić coś o konsulu brytyjskim, a wtedy tamci okręcili nim i pchnęli przez 
jezdnię na drugą stronę ulicy. Tym razem przeleciał przez jakieś drzwi i 
wylądował w pokoju, przed biurkiem, za którym drzemał z głową opartą na 
ramionach mężczyzna w mundurze. Zbudził się i wrzasnął na Wormolda; 
najłagodniejszym wyrazem w jego słowniku była „świnia".

background image

Wormold oświadczył:
— Jestem obywatelem brytyjskim, nazywam się Wormold, mieszkam w 

Hawanie przy ulicy Lamparilla numer 37. Lait czterdzieści pięć, rozwiedziony. 
Chcę zatelefonować do konsula.

Mężczyzna, który mu nawymyślał od świń i który miał na rękawie 

naszywki sierżanta, zażądał okazania dowodu osobistego.

— Wykluczone. Dowód zostawiłem w teczce, w hotelu. Jeden z jego 

pogromców stwierdził z satysfakcją.

— Ujęty na ulicy bez dokumentów.
— Obszukać mu kieszenie — rzekł sierżant. Wyciągnęli portfel, kartkę 

pocztową napisaną do doktora Hasselbache-ra, którą Wormold zapomniał 
wrzucić do skrzynki, oraz miniaturową butelkę whisky marki Old Granddad, 
nabytą w hotelowym barze. Sierżant obejrzał uważnie butelkę i pocztówkę. 
Zapytał:

— Dlaczego pan nosi przy sobie tę butelkę? Co w niej jest?
— Jak pan myśli?
— Rebelianci z butelek robią granaty.
— Na pewno nie z takich małych.
Sierżant odkorkował butelkę, powąchał, wylał kilka kropel na dłoń.
— Wygląda na whisky — rzekł i zajął się pocztówką. — Dlaczego pan 

zrobił krzyżyk na tym właśnie oknie?

— To okno mojego pokoju.
— W jakim celu wskazał pan okno swojego pokoju?
— A dlaczegóżby nie? Po prostu... no... Taki jest zwyczaj, kiedy się 

podróżuje.

— Czy pan spodziewał się, że ktoś wejdzie do pana przez okno?
— Skądże znowu! Nie.
— Kto to jest doktor Hasselbacher?
— Dawny przyjaciel.
— Czy ma przyjechać do Santiago?
— Nie.
— Dlaczego w takim razie zależało panu na wskazaniu mu swego 

pokoju?

Wormold zaczynał rozumieć to, co wszyscy przestępcy dobrze wiedzą: 

background image

że nie można nic wytłumaczyć człowiekowi, który ma władzę.

Odpowiedział zuchwale:
— Doktor Hasselbacher to kobieta.
— Kobieta doktor! — mruknął sierżant ze zgorszeniem.
— Doktor filozofii. Bardzo piękna kobieta. — I Wormold zakreślił w 

powietrzu dwa krągłe łuki.

— Ma tu do pana przyjechać?
— Nie, nie. Ale wie pan przecież, jakie są kobiety, sierżancie. Lubią 

wiedzieć, gdzie śpi ich wielbiciel.

— Pan jest jej kochankiem? — Atmosfera poprawiła się

znacznie. — To jednak nie usprawiedliwia włóczenia się nocą po ulicach.

— Nie ma zakazu.
— Zakazu nie ma, ale ostrożni ludzie siedzą w domu. Wałęsają się tylko 

rozrabiacze.

— Myśl o Emmie nie dawała mi usnąć.
— Co to za jedna?
— Doktor Hasselbacher. Sierżant powiedział z namysłem:
— Coś tu jest nie w porządku. Czuję to nosem. Pan nie mówi prawdy. 

Jeśli pan się kocha w Emmie, po co pan przyjechał do Santiago?

— Jej mąż powziął pewne podejrzenia.
— Ona ma męża? No es muy agradable. Pan jest katolikiem?
— Nie.
Sierżant wziął ze stołu kartkę i raz jeszcze ją przestudiował.
— Ten krzyżyk na oknie... to też nieładnie, nie... Jak ona to wytłumaczy 

mężowi?

Wormold zastanawiał się błyskawicznie.
— Jej mąż jest ślepy.
— To także nieładnie, wcale nieładnie.
— Dać mu raz jeszcze w pysk? — spytał jeden z policjantów.
— Nic pilnego. Najpierw go wypytam. Od jak dawna zna pan tę kobietę 

Emmę Hasselbacher?

— Od tygodnia.
— Od tygodnia? Wszystko, co pan mówi, wygląda nieładnie. Protestant i 

cudzołożnik. Gdzie pan spotkał tę kobietę po raz pierwszy?

background image

— Poznał mnie z nią kapitan Segura.
Ręka sierżanta wraz z kartką zawisła w pół drogi w powietrzu. Wormold 

usłyszał, jak policjant za jego plecami głośno przełknął ślinę. Długą chwilę nikt 
się nie odzywał.

— Kapitan Segura?
— Tak.
— Pan zna kapitana Segura?
— To przyjaciel mojej córki.

A więc ma pan córkę. Jest pan żonaty. — Zaczął znowu — To nie... — lecz 
policjant przerwał mu:

— On zna kapitana Segura.
— Skąd mogą wiedzieć, czy pan mówi prawdę?
— Proszę zatelefonować do kapitana i sprawdzić.
— Na połączenie z Hawaną trzeba by czekać kilka godzin.
— Nie mogę przecież wyjechać w nocy z Santiago. Poczekam na pana 

w hotelu.

— Albo tu u nas w celi.
— Nie sądzę, żeby to się spodobało kapitanowi Segura.
Sierżant długo rozważał zagadnienie, a dumając przeglądał zawartość 

portfelu. Wreszcie kazał jednemu z policjantów odprowadzić Wormolda do 
hotelu i tam sprawdzić jego dowód osobisty (najwyraźniej łudził się, że tym 
sposobem uratuje swój autorytet). Pomaszerowali więc we dwóch w 
kłopotliwym milczeniu i dopiero w łóżku Wormold przypomniał sobie, że 
pocztówka do doktora Hasselbachera została na biurku sierżanta. Wydało mu 
się to drobnostką, mógł przecież nazajutrz wysłać drugą kartkę. Ileż trzeba 
czasu, nim człowiek zrozumie, że w zawiłym wątku jego życia każdy drobiazg 
— choćby pocztówka — może stanowić ważną cząstkę i że nie wolno 
pochopnie lekceważyć nawet najbłahszych szczegółów. W trzy dni później 
wrócił autobusem do Santa Clara; samochód był już naprawiony, droga do 
Hawany nie przedstawiała trudności.

background image

Rozdział trzeci

Przybył do Hawany późnym popołudniem i zastał mnóstwo telegramów. 

Była też kartka od Milly: ,,Cóż tam zdziałałeś? Ktoś, wiesz kto (ale Wormold 
nie wiedział), bardzo natarczywy, ale nie ma złych zamiarów. Doktor 
Hasselbacher ma do tatusia jakiś pilny interes. Całuję. P. S. Jestem w klubie, 
fotograf zrobił zdjęcie Serafiny do prasy. Czy to już sława? Hej, każ 
żołnierzom strzelać!"

Doktor Hasselbacher może poczekać. Dwa spośród telegramów 

opatrzone były uwagą: „Pilne".

,,Nr 2 dnia 5 marca zaczyna się paragraf A informacje o Hasselbacherze 

niewyraźnie stop zachować ostrożność w stosunkach i ograniczyć je do 
minimum koniec wiadomości."

Kandydaturę Vincenta C. Parkmana na agenta odrzucono 

bezapelacyjnie: „Nie powtarzam nie nawiązywać kontaktu stop 
prawdopodobnie już zatrudniony przez Amerykanów".

Następny telegram — nr 1 z dnia 4 marca — brzmiał oschle: „Proszę w 

przyszłości zgodnie z instrukcją ograniczać się do jednego tematu w każdej 
depeszy".

Nr 1 z dnia 5 marca był raczej pocieszający: „Nie ma zastrzeżeń co do 

profesora Sanchez i inżyniera Cifuentes stop można ich zwerbować stop 
prawdopodobnie ludzie na takich stanowiskach nie zażądają wynagrodzenia 
prócz zwrotu wydatków".

Ostatni telegram przynosił dość niespodziane odprężenie: „Zatwierdza 

się nominację 59200/5/1 — to znaczy Lopeza — zwracamy uwagę, że 
proponowane wynagrodzenie niższe od ustalonych norm europejskich należy 
podnieść do 25 powtarzam 25 pesos miesięcznie koniec wiadomości".

Z pierwszych stopni schodów Lopez krzyknął w górę:
— Doktor Hasselbacher przy telefonie!

background image

— Proszę powiedzieć, że jestem zajęty. Zadzwonię później.
— Doktor prosi, żeby pan zszedł zaraz. Jest bardzo zdenerwowany.
Wormold zbiegł do telefonu. Nim się odezwał, usłyszał roztrzęsiony, 

starczy głos. Nigdy dotychczas nie zdawał sobie sprawy, że doktor 
Hasselbacher jest stary.

— To pan Wormold?
— Tak. O co chodzi?
— Proszę, niech pan zaraz przyjedzie do mnie. Coś się stało.
— Gdzie pan jest?
— U siebie, w mieszkaniu.
— Czy zdarzyło się coś złego, doktorze!
— Nie mogę o tym mówić przez telefon.
— Może pan chory... albo ranny?
— Gdybyż tylko tyle! — powiedział Hasselbacher. — Proszę, niech pan 

przyjedzie.

W ciągu długich lat znajomości Wormold ani razu nie był u doktora w 

jego domu. Spotykali się w barze „Wonder", a w dzień urodzin Milly — w 
jakiejś restauracji. Kiedyś, gdy Wormold miał dużą gorączkę, doktor odwiedził 
go w mieszkaniu przy ulicy Lamparilla. Zdarzyło się też ongi, że Wormold 
płakał siedząc na ławce w Paseo i opowiadając doktorowi, iż matka Milly 
odleciała tego ranka samolotem do Miami; na ogół jednak przyjaźń ich 
wspierała się na bezpiecznym fundamencie dystansu — zawsze przecież 
najbardziej narażone na rozbicie są przyjaźnie najpoufalsze. Teraz więc 
Wormold musiał spytać Hasselbachera o dokładny adres.

— To pan nie wie? — zdumiał się doktor.
— Nie.
— Proszę, niech się pan pospieszy — rzekł Hasselbacher. — Nie chcę 

tu być sam.

Ale pośpiech był niemożliwy o tej wieczornej porze. Ulicę Obispo 

tarasował zwarty mur pojazdów i upłynęło pół godziny, nim Wormold dotarł do 
pospolitej kamienicy, w której mieszkał Hasselbacher, dwunastopiętrowego 
bloku z sinego kamienia. Dwadzieścia lat temu dom ten był nowoczesny, 
teraz jednak najnowsza stalowa architektura zachodnich dzielnic 
przewyższyła go i zaćmiła. Należał do epoki krzeseł budowanych z rur, toteż 

background image

takie właśnie krzesło rzuciło się Wormoldowi przede wszystkim w oczy, kiedy 
doktor otworzył mu drzwi. Prócz krzesła — stary barwny sztych 
przedstawiający jakiś zamek nad Renem.

Doktor Hasselbacher — tak samo jak jego głos — nagle się zestarzał. 

Nie była to sprawa kolorytu, Pobrużdżona, krwista cera jak skorupa żółwia nie 
podlegała zmianom, nie mogły też bardziej zbieleć włosy, białe już od wielu 
lat, Zmienił się tylko wyraz; zburzono gwałtownie postawę życiową tego 
człowieka: doktor Hasselbacher już nie był optymistą. Przywitał go pokornie:

— To bardzo poczciwie, że pan przyszedł.
Wormold przypomniał sobie ów dzień, kiedy stary doktor wyprowadził go 

z Paseo, napoił w barze „Wonder", gadając cały czas, kojąc jego cierpienie 
alkoholem i śmiechem, i niezachwianą nadzieją. Spytał:

— Co się stało, doktorze?
— Niech pan tu wejdzie — rzekł Hasselbacher. Gabinet przedstawiał 

okropny nieład, jak gdyby złośliwe

dziecko, posłuszne jakimś irracjonalnym odruchom, bawiło się 

przesuwaniem metalowych foteli, otwieraniem szuflad i przewracaniem 
sprzętów, rozbijając jedne, a nie wiedzieć czemu oszczędzając inne. 
Fotografię grupy młodzieńców wznoszących kufle piwa wyrwano z ramki i 
podarto; reprodukcja „Śmiejącego się kawalera" wisiała spokojnie na ścianie 
nad kanapą, ale z trzech poduszek jedną rozpruto. Zawartość jakiejś szafki — 
stare listy i rachunki — poniewierała się na podłodze, a pośród szczątków, jak 
ryba wyrzucona na piasek, leżało pasmo bardzo jasnych włosów przewiązane 
czarną wstążką.

— Dlaczego? — spytał Wormold.
— Mniejsza o to wszystko — powiedział Hasselbacher — ale niech pan 

zajrzy tutaj.

Mały pokoik, który doktor przerobił na laboratorium, ktoś z kolei 

przeobraził w chaos. Wśród ruin palił się jeszcze płomyk gazu. Doktor 
Hasselbacher przekręcił kurek, podniósł probówkę — jej zawartość była 
rozsmarowana na dnie zlewu. Powiedział:

— Pan tego nie rozumie. Usiłowałem wyhodować... ale nie ma o czym 

mówić. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie. To było tylko marzenie.

Usiadł ciężko na składanym taborecie z rur, ale taboret pod jego 

background image

ciężarem nagle opadł i doktor siadł na podłodze. Zawsze się znajdzie ktoś, 
kto podrzuci skórkę banana na scenę tragedii. Hasselbacher wstał i otrzepał 
spodnie.

— Kiedy się to stało?
— Otrzymałem telefoniczne wezwanie do chorego. Czułem, że coś jest 

nie w porządku, ale musiałem iść. Nie mogłem zaryzykować odmowy. A kiedy 
wróciłem, tak tu już wyglądało.

— Kto to zrobił?
— Nie wiem. Przed tygodniem odwiedził mnie pewien człowiek. 

Nieznajomy. Prosił o pomoc. Ale nie chodziło o pomoc lekarską. Odmówiłem. 
Spytał mnie, czy moje sympatie są po strome Zachodu czy też Wschodu. 
Spróbowałem wykpić się żartem. Powiedziałem, że pośrodku. — Doktor 
Hasselbacher dodał z wyrzutem: — Parę tygodni temu pan mi zadał to samo 
pytanie.

— Ja tylko żartowałem, doktorze.
— Wiem. Przepraszam. Najgorsze, że z ich winy wszystko stało się 

jakieś podejrzane. — Popatrzył na zlew. — Dziecinne marzenie. Oczywiście, 
wiem to dobrze. Fleming wynalazł penicylinę dzięki natchnionemu 
przypadkowi. Ale przypadek bez natchnienia nic nie da. Staremu 
drugorzędnemu doktorowi nie mogło się coś podobnego przytrafić. Ale 
przecież im nic do tego... prawda?... że mnie się chciało pomarzyć.

— Nic nie rozumiem. Co się za tym kryje? Jakaś afera polityczna? Jakiej 

narodowości był ów nieznajomy?

— Mówił po angielsku obcym akcentem, jak ja. Teraz na całym świecie 

ludzie mówią obcym akcentem.

— Telefonował pan do policji?
— O ile się orientuję — rzekł doktor Hasselbacher — on właśnie był z 

policji.

— Czy coś panu stąd zabrali?
— Tak. Pewne papiery.
— Ważne?
— Nie powinienem był ich trzymać. Mam je od trzydziestu z górą lat. Za 

młodu człowiek daje się wciągnąć w różne rzeczy. Niczyje życie nie jest wolne 
od skaz, panie Wormold. Ale myślałem, że przeszłość to przeszłość. Byłem 

background image

zbyt wielkim optymistą. Pan i ja nie mamy jak tutejsi ludzie konfesjonałów, 
gdzie można pogrzebać złą przeszłość.

— Pan chyba ma na to jakiś pogląd... Czego się pan po nich teraz 

spodziewa?

— Że wpiszą mnie do swojej kartoteki — rzekł doktor Hasselbacher. — 

Muszą dbać o swój autorytet. Może na tej ich karcie zaawansuję na badacza 
atomu.

— Czy pan może zacząć swoje doświadczenia na nowo?
— O, tak, tak, chyba tak. Ale, widzi pan, nigdy właściwie nie wierzyłem w 

nie, a teraz popłynęły do ścieków. — Odkręcił kran, żeby umyć zlew. — 
Zostanie mi w pamięci tylko ten brud. Tamto było marzenie, a to jest 
rzeczywistość. — Coś jak gdyby strzęp muchomora utknęło w rurze 
spustowej. Przepchnął to palcem. — Dziękuję, że pan przyszedł. Jest pan 
prawdziwym przyjacielem.

— Niewiele mogę pomóc.
— Pozwoli mi się pan wygadać. Już się czuję lepiej. Jeszcze tylko boję 

się kłopotów z powodu tych papierów. Może to przypadek, że ich nie znajduję. 
Może nie zauważyłem ich w tym śmietnisku.

— Niech pan pozwoli, pomogę panu szukać.
— Nie, panie Wormold. Nie chciałbym, żeby pan zobaczył coś, czego się 

wstydzę.

W rozbitym gabinecie wypili po dwie szklaneczki whisky, potem 

Wormold wyszedł. Doktor Hasselbacher klęcząc przed „Śmiejącym się 
kawalerem" wymiatał szczątki spod kanapy. Wormolda, gdy wsiadł do 
samochodu, obiegły wyrzuty sumienia jak myszy więźnia w zamkniętej celi. 
Wkrótce prawie oswoi się z nimi i będą mu jadły z ręki. A więc tak wygląda 
robota ludzi jego pokroju, ludzi, którzy dają się werbować w toaletach knajp, 
którzy cudzymi kluczami otwierają cudze pokoje hotelowe, których nauczono 
posługiwać się tajnym atramentem i „Opowieściami z Szekspira" Lamba. 
Każdy żart jak medal ma odwrotną stronę: stronę ofiary.

W Santo Christo biły dzwony, gołębie frunęły z dachu w złote niebo 

wieczorne i krążyły nad kolekturami loterii przy ulicy O'Reilley i nad bankami 
przy ulicy Obispo; z gmachu szkoły pod wezwaniem Świętych Młodzianków 
wybiegła gromada dzieci, ale trudno było odróżnić chłopców od dziewcząt, jak 

background image

w stadzie ptaków samiczki od samców, bo wszystkie miały czarno-białe 
mundurki i małe czarne tornistry. Dziecięcy wiek odgradzał je od świata 
dorosłych, od świata 59200, a ich łatwowierność była zupełnie innego 
gatunku. Pomyślał z rozczuleniem, że Milly wkrótce już będzie w domu. Rad 
był, że Milly jeszcze wierzy w czarodziejskie bajki, w dziewicę, która urodziła 
dziecko, w obrazy, które płaczą albo przemawiają w ciemnościach słowami 
miłosierdzia. Hawthorne i jemu podobni byli równie łatwowierni, ale oni dawali 
sobie wmawiać koszmarne, groteskowe historie, jakby wyjęte z naukowo-
fantastycznych powieści.

Skoro podjęło się grę, trzeba grać na całego. Trzeba tamtym ludziom 

przynajmniej dostarczyć uciechy za ich pieniądze, dać im coś lepszego niż 
raport gospodarczy do schowania między akta. Szybko zredagował notatkę: 
„Nr 1 dnia 8 marca zaczyna się paragraf A podczas ostatniej podróży do 
Santiago słyszałem z różnych źródeł że w górach prowincji Oriente 
rozpoczęto budowę urządzeń wojskowych stop urządzenia na tak wielką 
skalę nie mogą być przeznaczone tylko do walk z małymi oddziałami 
rebeliantów jakie tu istnieją stop pogłoski o trzebieniu rozległych terenów pod 
pozorem ochrony od pożarów leśnych stop chłopi z wielu wsi zatrudnieni 
przymusowo w transporcie kamienia na budulec stop zaczyna się paragraf B 
w barze hotelu w Santiago spotkałem Hiszpana pilota z kubańskiej linii 
lotniczej w stanie silnego podniecenia alkoholowego stop twierdził że podczas 
przelotu Hawana — Santiago widział ogromną betonową platformę za wielką 
na jakikolwiek zwykły budynek zaczyna się paragraf C 59200/5/3 
towarzyszący mi do Santiago podjął niebezpieczne zadanie w pobliżu 
wojskowej bazy w Bayamo i zrobił szkice niezwykłych maszyn przewożonych 
do lasu stop rysunki prześlę przez najbliższego kuriera paragraf D czy 
upoważniacie mnie do wypłacenia mu nagrody ze względu na poważne 
ryzyko i do przerwania na czas jakiś pracy nad raportem gospodarczym ze 
względu na niepokojący i doniosły charakter wiadomości z Oriente paragraf E 
czy macie jakieś informacje o Raulu Dominguez lotniku kubańskim którego 
proponuję zwerbować jako 59200/5/4".

Ochoczo zaszyfrował tekst. Pomyślał z dumą: ,,Sam nie wiedziałem, że 

mam taki talent. 59200/5 zna swój fach". Starczyło mu dobrego humoru nawet 
dla Lamba. Wybrał akapit na stronie 217 od wiersza dwunastego: „Ale 

background image

odsłonię kurtynę i pokażę wam obraz. Czyż nie jest wspaniały?"

Wywołał Lopeza ze sklepu. Wręczył mu dwadzieścia pięć pesos. 

Powiedział:

— Oto pańska pierwsza miesięczna pensja, płatna z góry.
Za dobrze znał Lopeza, żeby spodziewać się podziękowania za 

dodatkowe dwadzieścia pięć pesos, mimo to był trochę zaskoczony, kiedy 
Lopez rzekł:

— Żeby wyżyć, trzeba by dostawać trzydzieści pesos.
— Jak to: żeby wyżyć? Przecież firma poza tym płaci panu bardzo 

przyzwoicie.

— Ale to znaczy, że będzie ciężka praca — odparł Lopez.
— Będzie? O jakiej pracy pan mówi?
— O usługach osobistych.
— Jakich?
— Na pewno będzie ciężka praca, bo inaczej nie dawałby mi pan 

dwudziestu pięciu pesos.

Wormold nigdy nie mógł pokonać Lopeza w dyskusji o sprawach 

finansowych.

— Proszę mi przynieść ze sklepu odkurzacz Atomowy — rzekł Wormold.
— Mamy tylko jeden na składzie.
— Więc ten jeden chcę mieć tu, w mieszkaniu. Lopez westchnął:
— Czy to się liczy za usługę osobistą?
— Tak.
Kiedy został sam, poodkręcał śrubki i rozłożył odkurzać?, na części. 

Potem siadł przy biurku i zaczął starannie rysować jeden szkic po drugim. 
Odchylając się w krześle i podziwiając własne rysunki rozpylacza, 
odczepionego z końca gumowego węża, inżektora igłowego, dyszy i 
teleskopowej rury, zastanawiał się: „Czy ja się czasem nie zagalopowałem?" 
Przyszło mu do głowy, że zapomniał oznaczyć skalę. Nakreślił więc poziomą 
kreską i zrobił na niej podziałkę: każdy cal równał się w rzeczywistości trzem 
stopom. Dla tym lepszego uzmysłowienia proporcji narysował obok dyszy 
człowieczka wysokości dwóch cali. Ubrał go porządnie w ciemny garnitur, 
dodał melonik i parasol.

Kiedy Milly wróciła wieczorem do domu, Wormold jeszcze pracował nad 

background image

swoim pierwszym raportem, mając rozłożoną na biurku dużą mapę Kuby.

— Co tatuś robi?
— Stawiam pierwszy krok na nowej drodze.
Milly zajrzała mu przez ramię.
— Czy tatuś chce zostać pisarzem?
— Tak. Autorem fantastycznych opowieści.
— Zarobisz na tym mnóstwo pieniędzy?
— Osiągnę skromne dochody, jeśli dołożę starań i będę pisywał 

regularnie. Zamierzam komponować szkice tego rodzaju co sobotę.

— I będziesz sławny?
— Wątpię. W przeciwieństwie do większości pisarzy odstąpię całą 

chwałę swoim murzynom.

— Jakim murzynom?
— Tak się nazywa ludzi, którzy odrabiają całą pracę, podczas gdy autor 

tylko bierze pieniądze. W moim przypadku ja będę pracował, a zasługę 
przypisze się murzynom.

— Ale pieniądze weźmie tatuś?
— O, tak.
— W takim razie mogę sobie kupić ostrogi, co?
— Oczywiście.
— Tatusiu, czy ty się na pewno dobrze czujesz?
— Nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Wyobrażam sobie, jak ci ulżyło, 

kiedy podpaliłaś Tomasza Earla Parkmana juniora.

— Dlaczego to wciąż przypominasz, tatusiu? To przecież było już 

dawno.

— Ponieważ podziwiam ten twój wyczyn. Czy nie mogłabyś go 

powtórzyć?

— Oczywiście, że nie. Jestem za duża. Zresztą w starszych klasach nie 

ma chłopców. Tatusiu, chciałam jeszcze o coś zapytać. Czy mogę sobie kupić 
myśliwską manierkę?

— Wszystko, co zechcesz... Ale... chwileczkę! Co ty masz zamiar nalać 

do tej manierki? — Lemoniadę.

— Bądź taka dobra, córeczko, i przynieś mi jeszcze jeden arkusz 

papieru. Inżynier Cifuentes ma bardzo wiele do powiedzenia.

background image
background image

Interludium londyńskie

— Lot miał pan pomyślny? — spytał szef.
— Trochę nas kołysało nad Azorami. — odparł Hawthorne.
Tym razem nie zdążył się przebrać i był wciąż w jasno-popielatym 

tropikalnym ubraniu; w Kingston otrzymał wezwanie bardzo naglące, a w 
Londynie na lotnisku już go oczekiwał samochód. Hawthorne usiadł możliwie 
blisko kaloryfera, mimo to nie mógł od czasu do czasu opanować drżenia.

— Co to za dziwny kwiat ma pan przypięty? Hawthorne zapomniał o tym 

kwiecie. Podniósł rękę do

klapy marynarki.
— Wygląda, jakby kiedyś był orchideą — powiedział szef tonem nagany.
— Dyrekcja linii Pan American ofiarowała pasażerom te kwiaty wczoraj 

wieczorem razem z obiadem — wyjaśnił Hawthorne. Wyjął z butonierki 
zwiędły różowawy strzęp i wrzucił go do popielniczki.

— Razem z obiadem? Cóż za dziwaczny pomysł — rzekł szef. — 

Wątpię, żeby jedzenie było dzięki temu lepsze. Co do mnie, to nie cierpią 
orchidei. Kwiat dekadentów. Był taki pan, który stale nosił zieloną orchideę, 
prawda?

— Wetknąłem ją do butonierki po prostu po to, żeby zrobić miejsce na 

tacy. I tak ledwie się na niej mieściły te wszystkie dania, gorące grzanki, 
szampan, słodka sałatka, zupa pomidorowa, kurczę po maryłandzku i lody...

— Okropne zestawienie. Powinien pan był podróżować angielskim 

samolotem.

— Nie dał mi pan dość czasu na zamówienie biletu w BOAC.
— No tak, sprawa jest dość pilna. Nasz człowiek w Hawanie wystąpił 

ostatnio z alarmującą historią.

— To dobry agent — rzekł Hawthorne.
— Nie przeczę. Obyśmy takich mieli więcej. Ale nie rozumiem, jakim 

background image

cudem Amerykanie nie wykryli tam tych rzeczy.

— Czy pan ich pytał?
— Oczywiście, że nie. Nie ufam ich dyskrecji.
— Może oni nie ufają naszej.
— Czy pan przestudiował te rysunki? — spytał szef.
— Nie znam się na tego rodzaju sprawach. Przesłałem je wam 

niezwłocznie.

— Więc niech się pan teraz dobrze przyjrzy.
Szef rozłożył rysunki na biurku. Hawthorne niechętnie rozstał się z 

kaloryferem i natychmiast wstrząsnął nim dreszcz.

— Panu coś dolega?
— W Kingston było wczoraj dziewięćdziesiąt dwa stopnie Fahrenheita 

powyżej zera.

— Upał rozcieńcza krew. Trochę chłodu dobrze panu zrobi. Co pan o 

tym myśli?

Hawthorne spojrzał na rysunki. Coś mu przypominały. Sam nie wiedział 

dlaczego, ale ogarnęło go dziwne zakłopotanie.

— Pamięta pan treść raportu załączonego do tych szkiców? — spytał 

szef. — Informator oznaczony po kresce trójką. Kto to jest?

— Zdaje się, że inżynier Cifuentes.

— No, proszę, i nawet dla niego te rzeczy są zagadką. Mimo całej wiedzy 
technicznej. Maszyny te przewożono na ciężarówkach z bazy wojskowej w 
Bayamo na skraj lasów. Dalej przejęły transport muły. Skierowano je, jak się 
zdaje, w stronę tych betonowych platform o nie rozpoznanym przeznaczeniu.

— Jakie jest zdanie Ministerstwa Lotnictwa?
— W lotnictwie przejęli się bardzo. Zainteresowali się też oczywiście.
— A rzeczoznawcy spraw atomowych?
— Im dotychczas nie pokazaliśmy rysunków. Pan wie, co to za typy. 

Będą krytykowali drobne szczegóły, powiedzą, że cała maszyna nie budzi 
zaufania, że rura ma wadliwe proporcje, albo że jest odwrócona w 
niewłaściwą stronę Trudno żądać od agenta rysującego z pamięci 
dokładności we wszystkich szczegółach. Muszę dostać fotografie, panie 
Hawthorne. — To niemałe żądanie.

— Musimy je dostać. Za wszelką cenę. Czy pan wie, co powiedział 

background image

Savage? Przyznam się panu, że mi spędził sen z powiek. Powiedział, że 
jeden z tych rysunków przypomina mu olbrzymi odkurzacz.

— Odkurzacz! — Hawthorne pochylił się i raz jeszcze wpatrzył w szkice, 

a zimne ciarki znów mu przeszły po krzyżu.

— Aż pan zadrżał, co?
— Ależ to niemożliwe! — Miał takie uczucie, jakby bronił własnej kariery. 

— To nie może być odkurzacz. Wszystko, tylko nie odkurzacz!

— Piekielne, co? — rzekł szef. — Pomysłowość, prostota, szatańska 

wyobraźnia. — Zdjął czarny monokl, a światło, odbijając się w jego 
niemowlęco błękitnym oku, zamigotało na ścianie ponad kaloryferem. — 
Niech pan się przyjrzy tej rurze, sześć razy wyższej od człowieka. Jak gdyby 
olbrzymi rozpylacz. A to znowu... co panu to przypomina?

Hawthorne odpowiedział żałośnie:
— Dwusprawną dyszę.
— Co to takiego?
— Są takie urządzenia w niektórych odkurzaczach.
— Znowu odkurzacz! Panie Hawthorne, zdaje mi się, że wpadliśmy na 

trop jakiegoś wynalazku tak potężnego, że w porównaniu z nim bomba 
wodorowa stanie się bronią konwencjonalną.

— Czy to aż tak ważne?
— Oczywiście, że tak. Nikt się już nie przejmuje bronią konwencjonalną.
— Ale co pan właściwie ma na myśli?
— Nie jestem naukowcem — rzekł szef — niech się pan jednak 

przypatrzy temu ogromnemu zbiornikowi, mniej więcej wysokości drzew. U 
szczytu wielki rozwarty wylot i rurociągi — ledwie zaznaczone na szkicu. Kto 
wie, może ciągną się milami, od gór aż po brzeg oceanu. Słyszał pan? Mówi 
się, że Rosjanie podobno pracują nad tymi zagadnieniami... coś w związku z 
energią słoneczną i parowaniem mórz. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale 
wiem, że tu mamy do czynienia z jakąś doniosłą sprawą. Niech pan powie 
naszemu człowiekowi w Hawanie, że musi dostarczyć fotografii.

— Nie wyobrażam sobie, jakim sposobem będzie mógł podejść dość 

blisko do tych urządzeń.

— Każe mu pan wynająć samolot, który zabłąka się w tę strefę. 

Oczywiście niech nie leci sam, raczej niech pośle numer drugi albo trzeci. Kto 

background image

jest numerem drugim u niego?

— Profesor Sanchez. Ale zestrzelą go. Wojskowe samoloty stale 

patrolują nad tą okolicą.

— Sądzi pan?
— Tropią rebeliantów.
— Tak się mówi. Wie pan, Hawthorne, co ja przeczuwam?
— Co takiego?
— Rebelianci w ogóle nie istnieją. To fikcja. Wymyślono ich, żeby rząd 

miał pretekst do roztoczenia ścisłego nadzoru nad całą tą okolicą.

— Cieszyłbym się, gdyby pan miał rację.
— Byłoby lepiej dla nas wszystkich — rzekł szef rozpromieniony — 

gdybym się mylił. Boję się tych rzeczy, panie Hawthorne, boję się ich. — 
Włożył znów monokl i światełko zniknęło ze ściany. — Za poprzednią swoją 
bytnością rozmawiał pan z panną Jenkinson o sprawie sekretarki dla 59200/5, 
prawda?

— Rozmawiałem. Panna Jenkinson nie ma kandydatki spełniającej 

wszystkie warunki, ale sądzi, że może nadałaby się niejaka Beatrycze.

— Beatrycze? Nie cierpię tych wszystkich imion. Przeszkolona?
— Tak.
— Pora już dać naszemu człowiekowi w Hawanie jakąś pomoc. Za 

wielkie sprawy dla jednego niefachowego agenta pracującego bez 
pomocników. Niech pan razem z sekretarką wyśle również radiooperatora.

— Czy nie byłoby wskazane, żebym najpierw sam poleciał i porozumiał 

się z nim? Mógłbym się rozejrzeć w sytuacji i pogadać z tym człowiekiem.

— To zbyt ryzykowne. Nie możemy teraz narażać go na wsypę. Za 

pomocą radia będzie mógł nawiązać bezpośrednią łączność z Londynem. 
Pośrednictwo konsulatu nie dogadza ani mnie, ani im.

— A jak będzie z raportami?
— Musi sobie zorganizować coś w rodzaju służby kurierskiej między 

Hawaną a Kingston. Użyje do tego na przykład któregoś ze swoich 
komiwojażerów. Pan prześle mu instrukcje przez sekretarkę. Czy pan ją już 
widział?

— Nie.
— Niech pan się zaraz z nią zapozna. Trzeba się. upewnić, czy to 

background image

odpowiednia osoba. Czy da sobie radę z technicznymi zagadnieniami. Trzeba 
ją poinformować o charakterze jego przedsiębiorstwa. Stara sekretarka 
będzie musiała natychmiast odejść. Niech pan uzgodni z wydziałem 
finansowym jakąś przyzwoitą miesięczną pensję, którą będziemy jej płacić, 
dopóki nie przyjdzie czas normalnej emerytury.

— Dobrze — powiedział Hawthorne. — Czy mógłbym jeszcze raz 

spojrzeć na te rysunki?

— Zdaje się, że szczególnie zainteresował pana ten szkic. Co to, pana 

zdaniem, może być?

— Wygląda — markotnie odparł Hawthorne — na sprzęgło zatrzaskowe.
Hawthorne był już przy drzwiach, kiedy szef odezwał się znowu.
— Pan sobie zdaje sprawę, panie Hawthorne, że w dużej mierze panu 

zawdzięczamy to odkrycie. Kiedyś mówiono mi, że pan nie umie sobie 
dobierać ludzi, ale ja polegałem na swoim osobistym sądzie. Dobra robota, 
Hawthorne!

— Dziękuję panu. — Trzymał już rękę na klamce.
— Hawthorne!
— Słucham pana?
— Czy odnalazł pan ceratowy notesik?
— Nie, proszę pana.
— Może Beatrycze go znajdzie.

background image

Część III

Rozdział pierwszy

Ten wieczór miał Wormold zapamiętać na całe życie. Zdecydował się w 

dzień urodzin Milly zaprowadzić ją do „Tropicany". Był to lokal znacznie 
przyzwoitszy niż „Nacional", chociaż po drodze do kabaretu goście musieli 
przechodzić przez salę ruletki. Scena i parkiet do tańca znajdowały się pod 
gołym niebem. Girlsy paradowały na estradzie wzniesionej wśród wielkich 
palm, a różowe i liliowe światła reflektorów omiatały parkiet. Mężczyzna w 
błękitnym smokingu śpiewał z amerykańska po angielsku piosenkę o Paryżu. 
Potem fortepian wytoczono pomiędzy zarośla, a spośród gałęzi tancerki 
sfrunęły w dół, niby niezgrabne ptaki.

— To wygląda jak Las Ardeński — powiedziała Milly w ekstazie. Duefia 

zniknęła, opuściła posterunek po pierwszej szklaneczce szampana.

— Zdaje się, że w Lesie Ardeńskim nie było palm. Ani girlasek.
— Tatuś wszystko bierze tak dosłownie.
— Lubisz Szekspira, Milly? — spytał doktor Hasselbacher.
— Ej, nie. Za dużo poetyczności. Wie pan, w tym guście: „Wchodzi 

poseł: — Pan mój i książę tutaj nadciąga od prawej. Serca nam do bitwy 
wyrwą się tym żwawiej".

— Czy to Szekspir?
— Nie, ale coś w jego stylu. — Głupstwa pleciesz, Milly.

background image

— Las Ardeński to jednak Szekspir, o ile mi wiadomo — rzekł doktor 

Hasselbacher.
 Owszem, ale czytałam o nim tylko w „Opowieściach z Szekspira" Lamba. 
Lamb opuszcza wszystkich posłów, diuków, całą poetyczność.

— Uczą was tego w szkole?
— Ach, nie. Znalazłam tę książkę w pokoju tatusia.
— To pan czyta Szekspira w tej postaci, panie Wormold? — zdziwił się 

trochę doktor Hasselbacher.

— Nie, nie, oczywiście że nie. Kupiłem Lamba dla Milly.
— To dlaczego tatuś tak się gniewał parę dni temu, kiedy sobie 

pożyczyłam „Opowieści"?

— Nie gniewałem się wcale. Tylko nie lubię, jak wści-biasz nos w 

sprawy... no, w rzeczy, które do ciebie nie należą.

— Tatuś tak mówi, jakbym była szpiegiem.
— Milly, moja droga, nie sprzeczaj się w dzień urodzin. Zaniedbujesz 

pana doktora.

— Czemu pan dziś taki milczący, panie doktorze? — spytała Milly, 

nalewając sobie drugą szklaneczkę szampana.

— Musisz mi kiedyś pożyczyć Lamba, Milly. Bo mnie także Szekspir 

wydaje się za trudny.

Bardzo mały człowieczek w bardzo obcisłym mundurze machał ręką 

patrząc w stronę ich stolika.

— Gzy pan się czymś martwi, doktorze?
— Czymże miałbym się martwić w dzień twoich urodzin, kochanie. 

Chyba tylko tym, że czas płynie.

— Siedemnaście lat, czy to tak dużo?
— Dla mnie te lata przeminęły za prędko.
Niski człowiek w obcisłym mundurze stanął przy ich stoliku i złożył ukłon. 

Twarz miał pocętkowaną i zniszczoną jak filary nad brzegiem morza. Taszczył 
krzesło niemal wyższe od siebie.

— Pan kapitan Segura, tatusiu.
— Czy wolno się przysiąść? — Nie czekając na odpowiedź Wormolda 

intruz wcisnął się między Milly a doktora Hasselbachera. — Cieszę się, że 
poznałem ojca Milly. — Był w swej bezczelności tak swobodny i szybki, że 

background image

nim ktoś zdążyłby się oburzyć, kapitan już dawał nowy powód do urazy: — 
Przedstaw mnie swojemu przyjacielowi, Milly.

— Doktor Hasselbacher.
Kapitan, nie zwracając uwagi na doktora, nalał Milly szampana. Zawołał 

kelnera:

— Proszę przynieść jeszcze jedną butelkę.
— My już właśnie wychodzimy, panie kapitanie — rzekł Wormold.
— Nie ma mowy. Teraz ja zapraszam. Przecież ledwie minęła północ.
Wormold zaczepił rękawem o szklankę. Spadła i rozprysła się — jak cały 

ten urodzinowy wieczór.

— Kelner, proszę dać inną szklankę. — Segura zanucił z cicha: „Róża 

zerwana w ogrodzie..." pochylając się ku Milly i odwracając plecami do 
doktora Hasselbachera.

— Pan jest niegrzeczny — powiedziała Milly.
— Niegrzeczny? Dla pani?
— Dla nas wszystkich. Dziś są moje siedemnaste urodziny i przyjęcie 

urządza mój ojciec, a nie pan.

— Siedemnaste urodziny? W takim razie musi pani być koniecznie moim 

gościem. Zaproszę do naszego stolika tancerzy.

— Nie potrzeba nam tancerzy — odparła Milly.
— Czy jestem w niełasce?
— Tak.
— Aha! — ucieszył się kapitan — to pewnie dlatego, że dzisiaj nie 

czekałem na panią z samochodem przed szkołą. Wybaczy pani, panno Milly, 
czasem muszę dawać pierwszeństwo obowiązkom służbowym. Kelner, 
proszę powiedzieć dyrygentowi, żeby orkiestra zagrała tusz na cześć 
solenizantki.

— Wypraszam sobie wszelkie manifestacje — powiedziała Milly. — 

Dlaczego pan jest taki... taki wulgarny?

— Ja? Wulgarny? — Kapitan Segura wybuchnął serdecznym śmiechem. 

— Figlarka z tej Milly — zwrócił się do Wormolda. — Ale ja także lubię żarty. 
Dlatego właśnie tak się z nią dobrze zgadzamy.

— Milly mówiła mi, że pan ma papierośnicę z ludzkiej skóry.
— Zawsze się ze mną droczy o tę papierośnicę. Ja powiadam, że z jej 

background image

skóry byłaby prześliczna...

Doktor nagle wstał.
— Pójdę popatrzeć na ruletkę — powiedział.
— Doktor, zdaje się, nie czuje do mnie sympatii? — spytał Segura. — 

Może to stary wielbiciel Milly? Rzeczywiście bardzo stary wielbiciel, ha, ha, 
ha!

— Stary przyjaciel — rzekł Wormold.
— Ale pan i ja, obaj dobrze wiemy, że między kobietą
a mężczyzną nie bywa przyjaźni.
— Milly nie jest jeszcze kobietą.
— Pan mówi jako ojciec, panie Wormold. Ojcowie nie
znają nigdy swoich córek.
Wormold popatrzył na butelkę szampana, a potem na głowę kapitana. 

Ręka go świerzbiła, żeby te dwa przedmioty zetknąć z sobą. Przy sąsiednim 
stoliku, tuż za plecami kapitana, młoda kobieta, którą Wormold widział po raz 
pierwszy w życiu, z powagą skinęła mu głową, jakby zachęcając do czynu. 
Dotknął butelki, młoda kobieta powtórzyła swój gest. Pomyślał, że jest nie 
tylko ładna, lecz również inteligentna, gdyż nieomylnie odgadła jego pokusę. 
Zazdrościł jej towarzystwu: dwóm pilotom i stewardessie z linii KLM.

— Niech pani ze mną zatańczy, Milly — rzekł kapitan Segura — na 

dowód, że mi pani przebaczyła.

— Nie mam ochoty tańczyć.
— Przysięgam, że jutro będę czekał przed bramą klasztorną.
Wormold wzdrygnął się, jakby mówiąc: „Nie wytrzymam dłużej. Pomóż 

mi!" Młoda kobieta obserwowała go w skupieniu. Miał wrażenie, że 
nieznajoma rozważa całą sytuację i że za chwilę poweźmie nieodwołalną 
decyzję, wymagającą doraźnej akcji. Nalała sobie z syfonu trochę wody 
sodowej do whisky.

— Zatańczymy, panno Milly. Niech mi pani nie psuje zabawy.
— To nie pańska zabawa. To zabawa mojego ojca.
— Taka jest pani zawzięta w gniewie. Trzeba zrozumieć, że czasem 

nawet moja kochana maleńka Milly musi zrezygnować z pierwszeństwa na 
rzecz pracy.

Młoda nieznajoma za plecami kapitana odwróciła syfon kranikiem w jego 

background image

stronę.

— Nie! — odruchowo powiedział Wormold. — Nie! Dziobek syfonu był 

wycelowany prosto w kark kapitana.

Nieznajoma trzymała palec na cynglu, gotowa do strzału. Wormolda 

zabolało, że osoba tak śliczna patrzy na niego z taką pogardą. Powiedział: — 
Tak. Proszę, tak. — I młoda kobieta nacisnęła spust. Strumień wody sodowej 
trysnął na szyję kapitana i ściekł mu za kołnierz, na plecy. Gdzieś między 
stolikami doktor Hasselbacher zawołał: — Brawo! — Kapitan Segura krzyknął. 
— Cońo!

— Bardzo przepraszam — odezwała się nieznajoma. — Celowałam w 

swój kieliszek whisky.

— W swój kieliszek?!
— Tak. To whisky Dimpled Haig — powiedziała młoda pani. Milly 

parsknęła śmiechem.

Kapitan Segura skłonił się sztywno. Niebezpieczeństwa, jakie 

przedstawiał, nie można było mierzyć miarą jego wzrostu, podobnie jak nie 
należy lekceważyć mocy trunku w małym kieliszku.

Doktor Hasselbacher powiedział:
— Pani zużyła cały syfon, jeśli wolno, postaram się o nowy.
Holendrzy przy sąsiednim stoliku szeptali coś między sobą z 

zaniepokojeniem.

— Nie wiem, czy bezpiecznie będzie powierzyć mi pełny syfon — 

odparła młoda pani.

Kapitan Segura zdobył się na uśmiech. Ten uśmiech zdawał się na jego 

ustach nie na miejscu, jak pasta do zębów wydobywająca się bokiem z 
pękniętej tuby.

— Pierwszy raz w życiu dostałem postrzał w plecy — powiedział. — 

Cieszę się, że z rąk kobiety. — Opanował się w sposób godny podziwu; woda 
wciąż jeszcze kapała mu z włosów, a kołnierz zmiękł od wilgoci. — 
Zaproponowałbym pani rewanż, gdyby nie to, że czekają na mnie w 
koszarach. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy?

— Zostaję w Hawanie.
— Wakacje?
— Nie. Praca.

background image

— Gdyby pani miała jakieś kłopoty z zezwoleniem na pobyt — rzekł 

dwuznacznie — proszę się zwrócić do mnie. Dobranoc, panno Milly. 
Dobranoc, panie Wormold. Powiem kelnerowi, że państwo są moimi gośćmi. 
Niech państwo zamawiają, co zechcą.

— Piękny odwrót — powiedziała nieznajoma.
— Strzał był piękny.
— Dać mu po głowie butelką szampana wydawało mi się lekką 

przesadą. Co to za jeden?

— Ludzie przeważnie nazywają go Czerwonym Sępem.
— On torturuje więźniów — oznajmiła Milly.
— Zyskałam sobie, jak się zdaje, przyjaciela.
— Nie radziłbym na to liczyć — rzekł doktor Hasselbacher.
Zsunięto oba stoliki. Dwaj piloci ukłonili się i przedstawili niemożliwymi 

do wymówienia nazwiskami. Doktor Hasselbacher zwracając się do 
Holendrów stwierdził ze zgrozą:

— Panowie piją coca-colę!
— Takie przepisy. O pół do czwartej startujemy do Montrealu.
— Skoro kapitan Segura płaci — odezwał się Wormold — napijemy się 

jeszcze szampana. I coca-coli.

— Nie przełknę już więcej coca-coli. A ty, Hans?
— Napiłbym się koniaku.
— Nie dostaniesz koniaku — stanowczo odpowiedziała mu stewardessa 

— aż w Amsterdamie.

Młody lotnik szepnął na ucho Wormoldowi:
— Chcę się z nią ożenić.
— Z kim?
— Z panną Pfunk — odparł pilot, a w każdym razie tak to nazwisko 

zrozumiał Wormold.

— A ona nie chce?
— Nie.
Starszy Holender mówił:
— Mam żonę i troje dzieci. — Odpiął kieszeń munduru na piersi. — 

Noszę przy sobie ich fotografie.

Podał Wormoldowi kolorową pocztówkę, która przedstawiała dziewczynę 

background image

w obcisłym żółtym sweterku i kąpielowych spodenkach przypinającą do butów 
łyżwy. Na sweterku widniał napis: „Mamba Club", a pod obrazkiem Wormold 
przeczytał: „Zapewniamy pierwszorzędną zabawę. Pół setki pięknych 
dziewcząt. Nie będzie pan osamotniony".

— Zdaje się, że to nie ta fotografia — rzekł Wormold. Młoda nieznajoma, 

która miała kasztanowate włosy, oczy

zaś, o ile można było stwierdzić w złudnych światłach „Tropicany", 

orzechowe — powiedziała:

— Może zatańczymy?
— Nie jestem dobrym tancerzem.
— A cóż to szkodzi?
Zaczął z nią dreptać w kółko.
— Teraz rozumiem, co pan miał na myśli. To przecież jest rumba! Czy ta 

panienka to pana córka?

— Tak.

!

— Śliczna.
— Pani dopiero dzisiaj przyjechała?

!

— Tak. Załoga postanowiła tą noc przehulać, więc przyłączyłam się do 

kompanii. Nie znam tutaj nikogo.

Głową sięgała do jego brody i gdy tańczyli, czuł zapach jej włosów, które 

muskały mu usta. Z niejasnym rozczarowaniem zauważył obrączką na jej 
palcu. Oznajmiła:

— Nazywam się Beatrycze Severn.
— A ja Wormold.
— W takim razie jestem pańską sekretarką.
— Jak to? Nie mam sekretarki.
— Ależ tak, ma pan! Czy nie zapowiedzieli panu mojego
przyjazdu?
— Nie. — Bez pytania wiedział, kim byli ci „oni".
— Przecież sama wysłałam telegram!
— Dostałem w zeszłym tygodniu jakiś telegram, ale ani w ząb nie 

mogłem z niego nic zrozumieć.

— Jakie wydanie „Opowieści" Lamba ma pan tutaj?
— Serię Everymana.

background image

— Do licha! Dali mi niewłaściwe wydanie. Mój telegram musiał 

rzeczywiście brzmieć bzdurnie. No, ale na szczęście spotkałam pana.

— Ja też się z tego cieszę. Chociaż oczywiście jestem trochę 

zaskoczony. Gdzie się pani zatrzymała?

— W hotelu „Inglaterra" na dziś, jutro zamierzałam się przeprowadzić.
— Dokąd?
— Do pańskiego biura, rzecz jasna. Nie wymagam luksusowej kwatery. 

Mogę sypiać w którymś z biurowych pokoi.

— Nie mam wielu pokoi. To małe biuro.
— Bądź co bądź jest pokój sekretarki.
— Nigdy w życiu nie miałem sekretarki, proszę pani.
— Niech pan mówi mi: Beatrycze. To podobno bezpieczniej.
— Bezpieczniej?
— Jeśli nie ma pokoju sekretarki, sprawa się trochę komplikuje. Siądźmy 

na chwilę.

Mężczyzna w nienagannym czarnym smokingu pośród drzew dżungli — 

jak angielski urzędnik w koloniach — śpiewał:

Mój obłęd wszystkich dziwi,
Przyjaciół i rodzinę.
Tłumaczą mi życzliwi,
Że jabłko ma łupinę,
I że ziemia jest kulą, i że drzewo rzuca cień,
I że zima bywa zwykle po jesieni.
A ja im mówię, że noc to dzień
I że nie chcę piec własnej pieczeni.

Siedzieli przy pustym stole w głębi sali gry. Słyszeli stuk małych 

kuleczek. Beatrycze przybrała znów wyraz powagi — trochę nienaturalnie, jak 
podlotek po raz pierwszy ubrany w długą suknię.

— Gdybym zawczasu wiedziała, że jestem pańską sekretarką, bez 

rozkazu nie kąpałabym tego policjanta w wodzie sodowej.

— Niech się pani tym nie martwi.
— Przysłano mnie, żebym panu ułatwiała życie, a nie utrudniała.
— Kapitan Segura się nie liczy.
— Wie pan, przeszłam pełne przeszkolenie. Znam szyfry i 

background image

mikrofotografię. Mogę od pana przejąć kontakty z agentami.

— Och!
— Ponieważ pan spisuje się nadzwyczajnie, oni tam nie chcą, żeby pan 

ryzykował wpadkę. Mniejsza będzie strata, jeśli ja wpadnę.

— Och, za nic nie chciałbym, żeby pani wpadła.
— Oczywiście, skoro telegram był zniekształcony, pan nic nie wie o 

radiotechniku.

— Nie wiem.
— Został w hotelu „Inglaterra". Chorował w samolocie. Musimy dla niego 

także znaleźć jakiś pokój.

— Jeśli jest chory, to może...
— Mógłby go pan przyjąć jako młodszego księgowego. On się na tym 

zna.

— Ależ nie potrzebuję młodszego księgowego! Nie mam nawet 

starszego.

— Niech się pan nie kłopocze. Już ja to wszystko zaraz jutro załatwię. 

Po to przyjechałam.

— W pani jest coś, co mi przypomina moją córkę — rzekł Wormold. — 

Czy pani też odmawia nowenny?

— A co to takiego?
— Nie wie pani? Chwała Bogu.
Śpiewak w smokingu kończył piosenkę:

A ja im mówię, że zima to maj, I że nie chcę piec własnej pieczeni.

Niebieskie światła zmieniły się w różowe, a tancerki wróciły pomiędzy 

palmy. Przy stołach gry grzechotały sztony Milly z doktorem Hasselbacherem 
wesoło torowa a sobie drogę na parkiet. Rozbita urodzinowa zabawa kleiła się 
na nowo.

background image

Rozdział drugi 

1

Nazajutrz Wormold wstał wcześniej. Po szampanie miał lekki ból głowy, 

a ułuda nocy w „Tropicanie" wtargnęła w powszedni biurowy dzień. Beatrycze 
mówiąc mu, że spisywał się doskonale, powtarzała opinię Hawthorne'a i 
tamtych ludzi. Wormold z odrobiną rozczarowania pomyślał, że Beatrycze tak 
samo jak Hawthorne należy do urojonego świata jego agentów. Jego agenci...

Usiadł przed swoją kartoteką. Należało tym dokumentom nadać możliwe 

pozory wiarogodności, nim nadejdzie Beatrycze. Niektórzy agenci wydawali 
mu się teraz mało prawdopodobni. Profesor Sanchez oraz inżynier Cifuentes 
byli zbyt poważnie zaangażowani, by się mógł ich pozbyć; pobrali około 
dwustu pesos na koszty swej działalności. Lopez także miał pozycję ustaloną 
solidnie. Pilot-alkoholik z kubańskiej linii lotniczej otrzymał okrągłą sumę 
pięciuset pesos za raport o urządzeniach wojskowych w górach, ale może 
uda się go wyrzucić za burtę jako osobnika nie dość pewnego. Był jeszcze 
pierwszy mechanik ze statku ,,Juan Belmonte", którego Wormold zauważył 
przy kieliszku w Cienfuegos; ten typ jednak wyglądał dość wiarygodnie i 
pobierał zaledwie sześćdziesiąt pięć pesos miesięcznie. Natomiast co do 
innych postaci Wormold miał poważne obawy, że nie wytrzymają próby 
ściślejszego badania: na przykład Rodriguez, mianowany w kartotece królem 
nocnych lokali, i Teresa, tancerka z „Shanghai Theatre", którą zarejestrował 
jako kochankę dwóch naraz dygnitarzy: ministra Obrony i dyrektora Poczt i 
Telegrafów (nic dziwnego, że londyńska centrala nie zdobyła żadnych 
informacji ani o Rodriguezie, ani o Teresie). Wormold był zdecydowany 

background image

wykreślić Rodrigueza, bo każdy, kto by się rozejrzał w Hawanie, prędzej czy 
później musiałby zwątpić o jego istnieniu. Ale z Teresą nie miał siły się 
rozstać. To była jego jedyna kobieta-szpieg, jego Mata Hari. Nie przypuszczał 
też, by nowa sekretarka zechciała odwiedzić „Shanghai Theatre", gdzie co 
noc w antraktach między popisami nagich tancerek wyświetlano trzy 
pornograficzne filmy.

Milly usiadła obok niego.
— Co to za karty? — spytała.
— Klienci.
— A ta młoda pani wczoraj w „Tropicanie"? Kto to jest?
— Ta pani będzie moją sekretarką.
— Jaki tatuś robi się ważny!
— Podobała ci się?
— Bo ja wiem... Nie dał mi tatuś sposobności do rozmowy. Wciąż tatuś z 

nią tańczył i flirtował.

— Nie flirtowałem.
— Może ona chce za tatusia wyjść za mąż?
— Nie, na Boga! Nie.
— A tatuś chce się z nią ożenić?
— Nie pleć głupstw, Milly. Przecież dopiero wczoraj ją poznałem.
— Marie, moja francuska koleżanka z klasztoru, twierdzi, że prawdziwa 

miłość zawsze spada jak coup de foudre.

— To wy w klasztorze rozmawiacie o takich rzeczach?
— Pewnie! Chodzi o naszą przyszłość, prawda? Nie możemy rozmawiać 

o przeszłości, bo jej nie mamy. Ale siostra Agnieszka ma przeszłość.

— Co to za siostra Agnieszka?
— Opowiadałam już o niej tatusiowi. Jest smutna i śliczna. Marie mówi, 

że siostra Agnieszka w młodości przeżyła bardzo nieszczęśliwy coup de 
foudre.

— Zwierzyła się z tym owej Marie?
— Nie, oczywiście że nie. Ale Marie i tak wie. Sama już miała dwa coup 

de foudre. Spadły na nią znienacka, z jasnego nieba.

— Mnie już to nie grozi, za stary jestem.
— Oj nie! Pewnego starca — miał prawie pięćdziesiąt lat! — trafił coup 

background image

de foudre na widok matki Marie. A był żonaty, tak samo jak tatuś.

— No, moja nowa sekretarka jest zamężna także, więc wszystko będzie 

w porządku.

— Naprawdę ma męża, czy może jest uroczą wdową?
— Nie wiem. Nie pytałem jej o to. Uważasz, że jest
urocza?
— No, tak. Na swój sposób.
Z dołu Lopez zawołał:
— Przyszła jakaś pani. Mówi, że pan jej oczekuje.
— Poproś ją na górę.
— Ja tu zostanę — ostrzegła ojca Milly.
— Beatrycze, pozwól sobie przedstawić moją córkę
Milly.
Stwierdził, że włosy i oczy Beatrycze mają w dzień ten sam kolor co w 

nocy; nie było to więc złudzenie wywołane szampanem i cieniem palm. 
Pomyślał: „Ona, zdaje się, jest rzeczywista".

— Dzień dobry. Mam nadzieję, że pani odpoczęła przez noc — 

powiedziała Milly głosem swojej duenii.

— Miałam okropne sny. — Beatrycze spojrzała na Wormolda, potem na 

kartotekę, potem na Milly. — Świetnie się bawiłam wczoraj wieczorem.

— Sztuka z syfonem udała się pani wspaniale — przyznała 

wielkodusznie Milly — panno...

— Pani Severn. Ale proszę mnie nazywać Beatrycze.
— O, to pani jest mężatką? — spytała Milly udając zaciekawienie.
— Byłam.
— Mąż pani umarł?
— O ile mi wiadomo — nie. Rozwiał się w powietrzu.
— Och!
— To się często zdarza ludziom tego typu.
— A jaki to był typ?
— Milly, czas iść do szkoły. Nie powinnaś pani Severn... Beatrycze... 

wypytywać w ten sposób.

— W moim wieku — powiedziała Milly — trzeba się uczyć z cudzych 

doświadczeń.

background image

— Bardzo słusznie. Jaki typ? Można by go zaliczyć do wrażliwych 

intelektualistów. Wydawał mi się bardzo piękny, jego twarz przypominała 
pisklę wyglądające z gniazda na filmie przyrodniczym, a dokoła jabłka Adama 
— dość wydatnego — porastał mu jakby puch. Niestety, dożywszy do 
czterdziestki w dalszym ciągu był podobny do pisklęcia. Wszystkie dziewczęta 
kochały się w nim. Jeździł na konferencje UNESCO do Wenecji, do Wiednia i 
tak dalej. Czy pan ma kasę pancerną, panie Wormold?

— Nie mam.
— I co się stało? — spytała Milly.
— Ano przejrzałam go na wylot. Nie w przenośnym i brzydkim 

znaczeniu, ale dosłownie. Był bardzo chudy, wklęsły i stał się przeźroczysty. 
Kiedy patrzałam na niego, widziałam między jego żebrami wszystkich 
delegatów i mówcę, który wstawał i oświadczał: „Wolność jest niezbędna dla 
twórców". Przy rannym śniadaniu robiło to niesamowite wrażenie.

— Pani nawet nie wie, czy on żyje?
— W zeszłym roku na pewno żył, bo czytałam w prasie, że wygłosił w 

Taorminie odczyt na temat: „Intelektualiści a bomba wodorowa". Pan powinien 
mieć kasę pancerną, panie Wormold.

— Po co?
— Nie można zostawiać tych różnych papierów na wierzchu. Zresztą 

tego się wymaga od staroświeckiego wielkiego kupca.

— Kto nazwał mnie staroświeckim wielkim kupcem?
— Takie wrażenie zrobił pan w Londynie. Zaraz pójdę na miasto i kupię 

dla pana tę kasę.

— Ja też muszę już iść — powiedziała Milly. — Bądź rozsądny, 

pamiętaj, tatusiu! Rozumiesz przecież, o co mi chodzi.

2

Był to dzień bardzo męczący. Najpierw Beatrycze nabyła ogromną kasę 

background image

z szyfrowym zamkiem. Nie można jej było przewieźć inaczej niż ciężarówką i 
z pomocą sześciu tragarzy. Tragarze dźwigając kasę na piętro połamali na 
schodach barierę i zrzucili ze ściany obraz. Przed sklepem zgromadził się 
tłum złożony z wagarujących z sąsiedniej szkoły uczniaków, dwóch pięknych 
Murzynek i jednego policjanta. Kiedy Wormold ubolewał, że ta historia ściąga 
na niego uwagę całej dzielnicy, Beatrycze odparła, że naprawdę podejrzany 
staje się człowiek, który usiłuje żyć niepostrzeżenie.

— Na przykład ten syfon — powiedziała. — Każdy mnie zapamięta jako 

kobietę, która wykąpała policjanta w wodzie sodowej, i nikt już nie zapyta, kim 
jestem. Wszyscy z góry znają odpowiedź.

Jeszcze nie uporali się z kasą, gdy przed sklep zajechała taksówka i 

wysiadł z niej młody człowiek, taszcząc największą walizę, jaką Wormold 
widział w życiu.

— To Ruddy — rzekła Beatrycze.
— Co za Ruddy?
— Pański młodszy księgowy. Mówiłam panu o nim tej nocy.
— Dzięki Bogu — odparł Wormold — zdołałem, jak widzę, zapomnieć 

pewnych szczegółów tej nocy.

— Chodź no tu, Ruddy, i odpocznij.
— Nie ma sensu zapraszać go — rzekł Wormold. — Gdzież wejdzie? 

Nie mamy tu dla niego miejsca.

— Może sypiać w pańskim gabinecie — powiedziała Beatrycze.
— Nie zmieści się tam łóżko, ta kasa i moje biurko.
— Postaram się dla pana o mniejsze biurko. Jak się czujesz, Ruddy? To 

jest pan Wormold, nasz szef.

Ruddy był bardzo młody i bardzo blady, palce miał żółte — jakby od 

nikotyny albo od kwasów. Powiedział:

— Wiesz, Beatrycze, wymiotowałem w nocy dwa razy. Połamali rurki 

Roentgena.

— Mniejsza z tym. Na razie trzeba pomyśleć o rzeczach zasadniczych. 

Idź i kup polowe łóżko.

— Idę — rzekł Ruddy i zniknął.
Jedna z Murzynek przysunęła się do Beatrycze i oświadczyła:
— Ja jestem Brytyjką.

background image

— Ja też — odparła Eeatrycze. — Miło mi panią poznać.
— To pani oblała wodą kapitana Segura?
— Mniej więcej. Właściwie tylko go spryskałam.
Murzynka odwróciła się i po hiszpańsku wyjaśniła sprawę całemu 

zbiegowisku. Ten i ów klasnął w ręce. Policjant oddalił się z zakłopotaną miną.
Murzynka powiedziała:

— Ładna z pani dziewczyna.
— Pani też jest ładna — odwdzięczyła się Beatrycze. — Niech mi pani 

pomoże wnieść tę walizę.

We dwie zaczęły się borykać z walizą ciągnąc i popychając.
— Przepraszam — odezwał się jakiś mężczyzna, torując sobie łokciami 

drogę przez tłum — proszę mnie przepuścić.
— Czego pan sobie życzy? — spytała Beatrycze. — Widzi pan chyba, że 
jesteśmy zajęci. Proszę przyjść później.

— Chciałem tylko kupić odkurzacz.
— Och, odkurzacz! W takim razie niech pan lepiej wejdzie do sklepu. 

Czy potrafi pan przeskoczyć przez tę walizę?

Wormold zawołał Lopeza.
— Zajmij się pan klientem. Na litość boską, niech pan mu wpakuje 

Atomowca. Nie sprzedaliśmy jeszcze ani jednej sztuki.

— Czy pani tu będzie mieszkać? — pytała Murzynka.
— Będę tu pracowała. Bardzo dziękuję za pomoc.
— My, Brytyjczycy, musimy trzymać się razem — odparła Murzynka.
Mężczyźni, którzy ustawili kasę, zeszli ze schodów spluwając w dłonie i 

ocierając je o spodnie, żeby dać do zrozumienia, jak ciężka była ta robota. 
Wormold dał im na piwo. Poszedł na górę i ponuro rozejrzał się po swoim 
gabinecie. Najbardziej zmartwiło go stwierdzenie, że zostało w sam raz dość 
miejsca na polowe łóżko. Stracił więc ostatni argument. Powiedział jednak:

— Ruddy nie będzie miał gdzie trzymać ubrań.
— Ruddy jest przyzwyczajony do niewygód. Zresztą stoi tu przecież 

pańskie biurko. Można przenieść do kasy pancernej wszystkie rzeczy z 
szuflady, a Ruddy pomieści w nich swój dobytek.

— Nigdy nie miałem do czynienia z szyfrowym zamkiem. — To bardzo 

proste. Wybiera pan trzy grupy cyfr, które

background image

pan bez trudu może zapamiętać. Który numer ma ten dom?
— Nie wiem.
— No to numer telefonu... chociaż nie, to nie byłoby bezpieczne. 

Włamywacz przede wszystkim próbowałby pewnie tej kombinacji. Niech pan 
powie datę swego urodzenia.

— Tysiąc dziewięćset czternasty.
— A dzień?
— Szósty grudnia.
— A więc wybieramy 19 — 6 — 14.
— Nie zapamiętam tego.
— Ależ zapamięta pan z pewnością. Nie można zapomnieć daty 

własnych urodzin. Niech się pan teraz przyjrzy, co ja robię. Obracam gałkę 
cztery razy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, potem 
naprzód do dziewiętnastu, potem trzy razy w kierunku zgodnym z ruchem 
wskazówek zegara, potem naprzód do dziewiętnastu, potem trzy razy do 
czternastu, jeszcze jeden pełny obrót i kasa jest zamknięta. Otwiera się tym 
samym sposobem: 19 — 6 — 14 — hop! Kasa otwarta.

We wnętrzu kasy leżała zdechła mysz.
— Towar wybrakowany, powinnam dostać rabat — powiedziała 

Beatrycze.

Zabrała się do wypakowywania walizy Ruddy'ego wyciągając z niej 

części i kawałki aparatu radiowego, baterie, sprzęt fotograficzny, jakieś 
tajemnicze rurki owinięte w skarpetki.

— Jakim cudem przewieźliście to wszystko przez komorę celną? — 

spytał Wormold.

— Nie my. 59200 kreska 4 kreska 5 dostarczył nam to z Kingston.
— Co to za jeden?
— Przemytnik. Kreol. Szmugluje kokainę, opium i marihuanę. 

Oczywiście ma na cle swoich ludzi. Byli przekonani, że tym razem chodzi o 
ten sam towar, co zwykle.

— Sporo by trzeba narkotyków, żeby wypełnić tę walizę.
— Tak. Toteż zapłaciliśmy dość słono.
Szybko i porządnie poukładała wszystko w szufladach biurka, 

przeniósłszy ich zawartość do kasy.

background image

— Koszule Ruddy'ego trochę się zgniotą — powiedziała — ale tym się 

nie warto przejmować.

— Ja się też nie przejmuję.
— A to co? — spytała biorąc do ręki akta z kartoteki, którą Wormold 

rano przeglądał.

— Moi agenci.
— Czy to znaczy, że pan trzyma ich stale tak na wierzchu?
— No, zamykam ich na noc.
— Nie ma pan pojęcia o elementarnych zasadach ostrożności. — 

Rzuciła okiem na kartę: — Co to za Teresa?

— Teresa tańczy nago.
— Zupełnie nago?
— Tak.
— Dla pana to zapewne bardzo interesująca osoba. Londyn życzy sobie, 

żebym przejęła kontakty z agentami. Zechce mnie pan chyba zapoznać z 
Teresą w jakimś momencie, kiedy będzie miała na sobie suknię?

— Wątpię, czy Teresa zgodzi się pracować dla kobiety — odparł 

Wormold. — Wie pani, jak to jest z dziewczętami tego typu.

— Nie wiem. To pan wie. Aha, inżynier Cifuentes. W Londynie bardzo go 

cenią. O nim nie będzie pan mógł powiedzieć, że nie zgodzi się na 
współpracę z kobietą.

— Inżynier nie mówi po angielsku.
— Może ja nauczę się po hiszpańsku. To by nawet był niezły pretekst: 

lekcje hiszpańskiego. Czy inżynier jest równie przystojny, jak Teresa?

— Ma okropnie zazdrosną żonę.
— Och, poradzę sobie z nią.
— Zazdrość zresztą niedorzeczna, biorąc pod uwagę wiek inżyniera.
— Ileż on ma lat?
— Sześćdziesiąt pięć. Poza tym żadna kobieta na świecie nie spojrzy 

nawet na niego, bo jest okropnie pękaty. Jeśli pani sobie życzy, spytam go, 
czy chciałby dawać pani lekcje hiszpańskiego.

— Nie ma gwałtu, na razie z tym poczekamy. Mogę zacząć od tego 

drugiego. Profesor Sanchez. Mój małżonek oswoił mnie z intelektualistami.

— Profesor także nie umie po angielsku.

background image

— Zapewne zna francuski. Moja matka była Francuzką, mówię obu 

językami równie dobrze.

— Nie wiem, czy on mówi po francusku, czy nie. Dowiem się.
— Proszę pana, nie powinien pan tych nazwisk wypisywać en clair w 

kartotece. Przypuśćmy, że kapitan Segura zrewiduje pańskie papiery. Drżę na 
myśl, że inżynierowi Cifuentes zdarto by z brzucha skórę na papierośnice. 
Wystarczy zanotować symbol i jakiś rys charakterystyczny ułatwiający 
zapamiętanie, na przykład: 59200 kreska 5 kreska 3 — zazdrosna żona i 
brzuch. Wypiszę panu nowe karty, a te stare spalę... O, do licha! Gdzie są 
płytki celuloidowe?

— Jakie płytki?
— Celuloidowe. Ułatwiają szybkie palenie papierów. Mam nadzieję, że 

Ruddy schował je między koszulami.

— Ileż to różnych rekwizytów wozicie państwo z sobą. — Teraz trzeba 

będzie urządzić ciemnię.

— Nie mam tutaj ciemni.
— Nikt w dzisiejszych czasach nie ma ciemni. Byłam na to 

przygotowana. Mam zasłony na okna i czerwoną żarówkę. Mikroskop 
oczywiście także.

— Na co nam mikroskop?
— Do mikrofotografii. Widzi pan, gdybyśmy mieli do zakomunikowania 

coś bardzo pilnego, czego nie można powierzyć telegrafowi, Londyn każe 
nam przesyłać informację bezpośrednio. Krótszą drogą niż przez Kingston. 
Mikrofotografię można przesłać w zwykłym liście. Przylepia ją pan do papieru 
zamiast kropki na końcu zdania, a tam już oni wymoczą list w wodzie i odkleją 
tę kropkę. Chyba pan pisuje czasem do kraju? Prowadzi pan jakąś 
korespondencję handlową?

— Z Nowym Jorkiem.
— A z krewnymi? z przyjaciółmi?
— W ciągu ostatnich dziesięciu lat pozrywałem z wszystkimi. Z 

wyjątkiem siostry. Posyłam oczywiście życzenia na Boże Narodzenie.

— Może się zdarzyć coś, z czym nie będzie można czekać do Bożego 

Narodzenia.

— Czasem też posyłam małemu siostrzeńcowi znaczki pocztowe.

background image

— Świetnie! W razie potrzeby umieścimy mikrofotografię na odwrocie 

któregoś znaczka.

Ruddy wszedł ciężko po schodach wlokąc łóżko polowe, i po raz drugi 

tego dnia ramy obrazu zostały rozbite. Beatrycze i Wormold wycofali się do 
sąsiedniego pokoju, żeby Ruddy miał więcej miejsca, i usiedli na łóżku 
Wormolda. Zza ściany dochodził łoskot, stuk, brzęk, coś się tam stłukło.

— Ruddy nie ma zbyt zręcznych rąk — powiedziała Bea-trycze. Wzrok 

jej błądził wkoło. — Ani jednej fotografii. Czy pan w ogóle nie ma spraw 
osobistych?

— Zdaje się, że niewiele, tylko Milly. I doktora Hasselbachera.
— Londynowi nie podoba się doktor Hasselbacher.
— Do diabła z Londynem — odparł Wormold. Nagle zapragnął 

opowiedzieć jej o rozbiciu mieszkania doktora i o unicestwieniu jego naiwnych 
doświadczeń. — Tacy właśnie ludzie, jak ci z Londynu... O, przepraszam. 
Pani przecież jest ich człowiekiem.

— Pan także.
— Oczywiście, ja także.
Ruddy zawołał z drugiego pokoju:
— Już rozstawiłem łóżko.
— Wolałbym, żeby pani nie była.
— Trzeba żyć.
— Ale to nie jest prawdziwe życie. Szpiegowanie! I o co chodzi? Tajni 

wywiadowcy odkrywają rzeczy, które wszyscy i bez nich wiedzą.
— Odkrywają albo zmyślają — powiedziała. Wormold milczał, a Beatrycze nie 

zmieniając tonu ciągnęła dalej:

— Jest mnóstwo innych zajęć równie jak to nierzeczywistych. 

Projektowanie nowych wzorów mydelniczek z plastyku, wypalanie na drzewie 
głupich dowcipów dla zabawy klientów w knajpach, układanie sloganów 
reklamowych, posłowanie do Izby Gmin, wygłaszanie przemówień w 
UNESCO. Ale pieniądze są rzeczywistością. Rzeczywiste jest to, co się dzieje 
po godzinach pracy. Na przykład pańska córka i jej siedemnaste urodziny — 
to rzeczywistość.

— A co pani robi po godzinach pracy?
— Teraz prawie nic, ale kiedy byłam zakochana, chodziliśmy do kina, 

background image

piliśmy czarną kawę z expresów w barach, przesiadywaliśmy w letnie 
wieczory w parku...

— Cóż się więc stało?
— Żeby gra była rzeczywista, trzeba mieć rzeczywistego partnera. Mój 

ciągle tylko udawał. Zdawało mu się, że jest wspaniałym kochankiem. Nieraz 
myślałam, że może by dobrze było, gdyby na jakiś czas stał się impotentem, 
bo wtedy straciłby też tę swoją pewność siebie. Kto naprawdę kocha, nie 
może być tak pewny siebie, jak on był. Kto kocha, ten lęka się, czy zachowa 
miłość, prawda?... Ale po co ja to panu opowiadam! Zabierzmy się lepiej do 
mikrofotografii i szyfrów. — Zajrzała do sąsiedniego pokoju. — Ruddy leży na 
łóżku. Pewnie znów się źle czuje. Czy to możliwe, żeby choroba powietrzna 
trwała tak długo? Czy nie ma pan tu jakiegoś pokoju bez łóżka? Łóżko 
zawsze nastraja człowieka do zwierzeń. — Otworzyła drugie drzwi. — stół 
nakryty do lunchu. Zimne mięso i sałata. Dwa nakrycia. Kto to zrobił? 
Krasnoludki? — Co dzień rano przychodzi na dwie godziny posługaczka.

— A ten następny pokój?
— To pokój Milly. Tam także stoi łóżko.

background image

Rozdział trzeci

1

Z jakiegokolwiek punktu widzenia przyglądał się sytuacji, zawsze była 

kłopotliwa. Wormold przyzwyczaił się już do inkasowania pewnych sum na 
doraźne wydatki inżyniera Cifuentes i profesora, prócz miesięcznego 
wynagrodzenia dla siebie, dla pierwszego mechanika z „Juana Belmonte" i 
dla nagiej tancerki Teresy. Pijanemu lotnikowi płaciło się zazwyczaj w naturze 
— alkoholem. Gromadzące się pieniądze składał na rachunku depozytowym 
w banku i miał to być posag Milly. Żeby usprawiedliwić te wszystkie pobory, 
musiał oczywiście w zamian dostarczać regularnie raporty. Za pomocą dużej 
mapy, tygodnika „Time", który w dziale poświęconym zachodniej półkuli 
obszernie omawiał sprawy Kuby, rozmaitych rządowych publikacji 
gospodarczych, a nade wszystko za pomocą własnej fantazji zdobywał się co 
najmniej na jedno sprawozdanie tygodniowo i aż do przyjazdu Beatrycze 
przeznaczał na tę pracę sobotnie wieczory spędzane w domu. Profesor był 
rzeczoznawcą zagadnień gospodarczych, inżynier Cifuentes zajmował się 
tajemniczymi robotami budowlanymi w górach Oriente (kubański lotnik 
niekiedy potwierdzał jego doniesienie, a niekiedy je podważał — pewne 
sprzeczności dodawały raportom posmaku autentyzmu). Pierwszy mechanik 
pisał o stanie zatrudnienia w Santiago, Matanzas i Cienfuegos oraz o 
wzrastającym wciąż wzburzeniu wśród marynarzy. Naga tancerka dostarczała 
pikantnych szczegółów z prywatnego życia i plotek o wybrykach seksualnych 
ministra Obrony i dyrektora Poczt i Telegrafów. Jej raporty powtarzały niemal 
dosłownie artykuły z pisma „Confidential" o sekretach gwiazd filmowych, 
ponieważ w tej dziedzinie wyobraźnia nie dopisywała Wormoldowi.

background image

Odkąd zjawiła się Beatrycze, Wormold miał na głowie mnóstwo innych 

spraw, trudniejszych niż te sobotnie wypracowania. Nie tylko musiał poddać 
się gruntownemu szkoleniu w zakresie mikrofotografii, której Beatrycze uparła 
się go nauczyć, lecz również zmuszony był wymyślać telegramy, żeby 
zadowolić Ruddy'ego, a im więcej telegramów wysyłał, tym więcej też ich 
otrzymywał. Co tydzień Londyn dopominał się o fotografie urządzeń 
zainstalowanych w Oriente, z każdym tygodniem bardziej natarczywie 
Beatrycze żądała przekazania jej kontaktów z agentami. Tłumaczyła mu, że 
przepisy nie dopuszczają, by kierownik placówki osobiście stykał się ze 
swoimi informatorami. Pewnego wieczora zaprosił ją na obiad do Country 
Clubu i pech chciał, że z sali głośno wywołano do telefonu inżyniera 
Cifuentes. Od sąsiedniego stolika wstał na to wezwanie bardzo wysoki, chudy 
i zezowaty pan.

— To jest Cifuentes? — żywo spytała Beatrycze.
— Tak.
— Pan mi przecież mówił, że on ma sześćdziesiąt pięć lat.
— Wygląda bardzo młodo jak na swój wiek.
— I mówił pan, że on jest pękaty.
— Nie pękaty, ale pąchaty. To takie gwarowe tutejsze określenie zeza.
Tym razem się wymigał.
Potem Beatrycze zaczęła interesować się bardziej romantycznym 

tworem wyobraźni Wormolda: lotnikiem z linii Cubana. Z zapałem 
przyczyniała się do uzupełnienia jego charakterystyki w kartotece i żądała 
najbardziej nawet osobistych szczegółów. Raul Dominguez był rzeczywiście 
postacią wzruszającą. Stracił żonę podczas wojny domowej w Hiszpanii i 
rozczarował się do obu stron, a zwłaszcza do swoich komunistycznych 
przyjaciół. Im gorliwiej wypytywała Wormolda, tym bardziej rozwijał się Raul i 
tym bardziej Beatrycze niecierpliwiła się, aby go poznać. Niekiedy Wormold 
ukłuty zazdrością próbował dodawać czarnych farb do portretu:

— On wypija butelkę whisky dziennie — powiedział kiedyś.
— To dla niego jedyna ucieczka od samotności i wspomnień — rzekła 

Beatrycze. — Czy pan nigdy nie ma ochoty uciec?

— Wszyscy chyba miewamy takie chwile.
— Dobrze wiem, czym jest samotność — powiedziała ze współczuciem 

background image

Beatrycze. — Czy on pije całymi dniami?

— Nie. Najgorsza godzina dla niego to druga nad ranem. Jeśli się wtedy 

zbudzi, myśli nie dają mu już zasnąć, więc pije.

Wormold zdumiewał się, że tak łatwo znajduje odpowiedź na wszystkie 

pytania dotyczące tych urojonych osób; jak gdyby żyły na progu jego 
świadomości, wystarczyło skierować na nie snop światła, by je zobaczyć 
zastygłe w jakimś charakterystycznym geście. Wkrótce po przyjeździe 
Beatrycze wypadały urodziny Raula, zaproponowała więc, żeby mu posłać 
skrzynkę szampana.

— Nie tknie tego — odparł Wormold, sam nie wiedząc dlaczego. — 

Cierpi na nadkwasotę. Po szampanie dostaje wysypki. Natomiast profesor nie 
uznaje żadnego innego trunku.

— Kosztowny gest.
— Zdeprawowany — bez namysłu odpowiedział Wormold. — Woli 

szampana hiszpańskiego od francuskiego.

Czasem wręcz z przerażeniem stwierdzał, że te postacie rosną w 

ciemnościach bez jego wiedzy. Co też poza jego plecami robiła Teresa? 
Wolał o tym nie myśleć. Gorszyły go często jej bezwstydne zwierzenia z 
pożycia z dwoma kochankami. Ale Raul stał się palącym problemem. 
Chwilami Wormoldowi przychodziło do głowy, że wszystko byłoby może 
łatwiejsze, gdyby zwerbował prawdziwych agentów.

Zawsze najlepiej mu się myślało w wannie. Pewnego ranka, gdy skupiał 

myśli ze wszystkich sił, doszły do jego świadomości okrzyki oburzenia, 
wielokrotne bębnienie pięścią w drzwi, potem szybki tupot na schodach, lecz 
przeżywał właśnie moment twórczy i nie zwracał uwagi na świat znajdujący 
się poza obłokiem pary. Dyrekcja linii lotniczej Cu-bana wyrzuciła Raula za 
pijaństwo. Raul był w rozpaczy; nie miał pracy; doszło do przykrej wymiany 
zdań między nim a kapitanem Segura, który groził...

— Co si-,. z panem dzieje? — zawołała z pokoju Beatrycze. — Może 

pan umiera? Czy mam wyważyć drzwi?

Owinął biodra ręcznikiem i ukazał się w swej sypialni, która teraz służyła 

mu również za gabinet.

— Milly wybiegła wściekła — powiedziała Beatrycze. — Musiała obejść 

się bez kąpieli.

background image

— Oto jedna z tych chwil — rzekł Wormold — które zmieniają bieg 

dziejów. Gdzie jest Ruddy?

— Przecież zwolnił go pan na weekend.
— Nie szkodzi. Wyślemy w takim razie depeszę za pośrednictwem 

konsulatu. Niech pani da książkę szyfrów.

— Leży w kasie. Jaką to przyjęliśmy kombinację liczb? Pańskie 

urodziny, prawda? Szósty grudnia.

— Zmieniłem wszystko.
— Zmienił pan datę urodzin?
— Nie, nie, zmieniłem oczywiście kombinację. I dodał sentencjonalnie: 

— Im mniej osób zna szyfr, tym lepiej dla nas wszystkich. Wystarczy Ruddy i 
ja. To jest, proszę pani, regulamin.

Przyszedł do pokoju Ruddy'ego i zaczął kręcić gałkę: cztery razy w lewo, 

trzy z namysłem w prawo. Ręcznik usuwał mu się wciąż z bioder.

— Zresztą datę mego urodzenia każdy może znaleźć choćby w karcie 

meldunkowej. Bardzo ryzykowne. Z pewnością tych liczb próbowaliby przede 
wszystkim.

— No, dalej — powiedziała Beatrycze — jeszcze jeden obrót.
— A tej kombinacji nikt się nie domyśli. Całkowicie tajna.
— Na co pan czeka?
— Musiałem się omylić. Trzeba zacząć od początku. — Kombinacja, jak 

widzę, rzeczywiście bardzo tajna.

— Niech pani na mnie nie patrzy. To mnie peszy. Beatrycze odsunęła 

się i stanęła twarzą do ściany.

— Proszę mi powiedzieć, jak już będę mogła się odwrócić.
— Dziwna rzecz. Coś się chyba zepsuło w tym przeklętym zamku. Niech 

pan zatelefonuje do Ruddy'ego.

— Niemożliwe. Nie wiem, gdzie się zatrzymał. Wybierał się na plażę 

Varadero.

— Diabli nadali.
— Gdyby mi pan powiedział, jak pan zapamiętał numer, jeśli to można 

nazwać zapamiętaniem... — To był numer telefonu mojej ciotecznej babki.

— Gdzie ta pani mieszka?
— W Oxfordzie, przy Woodstock Road nr 95.

background image

— Dlaczego przyszła panu do głowy cioteczna babka?
— A dlaczego by nie?
— Trzeba by połączyć się z Oxfordem i spytać w biurze informacyjnym 

Dyrekcji Telefonów.

— Wątpię, czyby to coś pomogło.
— Jak się nazywa pańska babka?
— Zapomniałem.
— Kombinacja naprawdę tajna!
— Zawsze ją nazywaliśmy po prostu babcią Kasią. Zresztą nie żyje od 

piętnastu lat, więc numer chyba zmieniono.

— Nie pojmuję, dlaczego pan wybrał właśnie jej telefon.
— Czy pani nie wie, że pewne numery bez żadnych wyraźnych 

powodów tkwią człowiekowi w mózgu przez całe życie?

— Ten numer nie utkwił panu mocno w mózgu.
— Przypomnę sobie za chwilę. Coś jakby 7, 7, 5, 3, 9.
— O, Boże, telefony w Oxfordzie mogą rzeczywiście mieć pięciocyfrowe 

numery.

— Będziemy próbowali po kolei wszystkich możliwych kombinacji tych 

cyfr.

— A wie pan, ile ich może być? Co najmniej sześćset, jak mi się zdaje. 

Mam nadzieję, że pańska depesza nie jest bardzo pilna.

— Nie mam wątpliwości co do innych cyfr, prócz siódemki.
— To świetnie. O którą siódemkę chodzi? W takim razie zostaje do 

wypróbowania około sześciu tysięcy możliwości. Nie jestem matematyczką.

— Ruddy na pewno gdzieś to zanotował.
— Prawdopodobnie na nieprzemakalnym papierze, który wziął z sobą do 

kąpieli. Nasz personel pracuje wzorowo.

— Może lepiej — rzekł Wormold — posłużyć się starym szyfrem?
— Nie jest to najbezpieczniejszy system. No, ale...
Znaleźli wreszcie Lamba na stoliku przy łóżku Milly; zawinięty róg kartki 

świadczył, że Milly doczytała do połowy „Dwóch panów z Werony".

— Proszę notować tekst — rzekł Wormold. — Puste miejsce na datę, 

marzec...

— To pan także zapomniał, którego dziś mamy?

background image

— „Następująca wiadomość od 59200 kreska 5 zaczyna się paragraf A 

59200 kreska 5 kreska 4 wyrzucony za pijaństwo podczas służby stop obawia 
się deportacji do Hiszpanii gdzie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo 
stop".

— Biedny Raul!
— „Zaczyna się paragraf B 59200 kreska 5 kreska 4..."
— Po co pan to powtarza?
— No dobrze. A więc: „paragraf B oczekuje wobec tych
okoliczności większej sumy oraz obietnicy azylu na Jamajce jeśli ma 

prywatnym samolotem odbyć lot nad miejscem tajnych robót i zrobić zdjęcia 
stop zaczyna się paragraf C wyleciałby z Santiago i lądował w Kingston jeżeli 
59200 zapewni tam przyjęcie stop".

— . Nareszcie działamy naprawdę, co? — powiedziała Be-atrycze.
— . „Zaczyna się paragraf D czy zgadzacie się zapłacić pięćset dolarów 

za wynajęcie prywatnego samolotu dla 59200 kreska 5 kreska 4 stop ponadto 
dwieście dolarów może być niezbędne na przekupienie załogi lotniska w 
Hawanie stop zaczyna się paragraf E wynagrodzenie dla 59200 kreska 5 
kreska 4 powinno być wysokie ze względu na poważne niebezpieczeństwo 
spotkania samolotów patrolujących nad górami Oriente stop proponuję tysiąc 
dolarów stop".

— Piękna sumka — powiedziała Beatrycze.
— Koniec wiadomości. Niechże pani szyfruje. Na co pani czeka?
— Szukam odpowiedniego zdania. Nie przepadam za Lambem i jego 

„Opowieściami". A pan?

— Tysiąc siedemset dolarów — powiedział rozmarzony Wormold.
— Powinien pan dociągnąć do dwóch tysięcy. Wydział finansowy lubi 

okrągłe cyfry.

— Nie chcę się wydać rozrzutny — rzekł Wormold. — Tysiąc siedemset 

dolarów z pewnością wystarczy na roczny pobyt w szwajcarskiej szkole dla 
dorastających panien.

— Ma pan taką minę, jakby pan był z siebie bardzo zadowolony — 

powiedziała Beatrycze. — A czy nie przyszło panu do głowy, że może wysyła 
pan tego człowieka na śmierć?

Wormold pomyślał: „Właśnie to chcę osiągnąć". Odpowiedział:

background image

— Niech pani w konsulacie zażąda, żeby tę depeszę nadali przed 

wszystkimi innymi.

— Długi tekst — zauważyła Beatrycze. — Jak panu się podoba to 

zdanie: „Przedstawił Polidora i Cadwala królowi jako jego zaginionych synów, 
Guideriusa i Arviragusa". Szekspir bywa czasami trochę nudny, prawda?

2

W tydzień później zaprosił Beatrycze na kolację do restauracji w pobliżu 

portu. Londyn zaakceptował jego projekt, jakkolwiek koszty obcięto o dwieście 
dolarów, tak że w rezultacie Wydział Finansowy uzyskał zaokrąglenie sumy. 
Wormold myślał o Raulu spieszącym już na lotnisko, żeby wystartować w 
niebezpieczny lot. Ta historia nie była jeszcze zamknięta. Podobnie jak w 
prawdziwym życiu, mogły zajść różne przypadki; bohater mógł wziąć ster 
spraw we własne ręce. Może Raula aresztują przed startem, może samochód 
policyjny zatrzyma go w drodze na lotnisko. Może Raul zniknie w izbach tortur 
kapitana Segury. Żadna wzmianka nie ukaże się w prasie. Wormold wówczas 
musiałby ostrzec Londyn, że przerywa nadawanie wiadomości, bo kto wie, 
czy tamci nie wymuszą z Raula zeznań. Aparat radiowy należy rozebrać po 
nadaniu ostatniego komunikatu, cełuoidowe płytki zaś mieć pod ręką gotowe 
na moment całopalenia... Albo może Raul odleci szczęśliwie i nigdy świat się 
nie dowie, co właściwie stało się z lotnikiem nad górami Oriente. Jedno tylko 
było w tej historii pewne: Raul nie przybędzie na Jamajkę i nie dostarczy 
fotografii.

— O czym pan myśli? — spytała Beatrycze.
— Myślałem o Raulu.
Wiatr dął od Atlantyku. Zamek Moro sterczał nad przystanią jak 

zapędzony burzą statek.

— Pan się niepokoi? — Oczywiście.
Jeżeli Raul wystartował o północy, będzie uzupełniał paliwo przed 

background image

samym świtem w Santiago, gdzie znajdzie życzliwych ludzi wśród załogi 
lotniska, bo w prowincji Oriente wszyscy w głębi serca są rebeliantami. 
Następnie doczeka godziny, gdy będzie dość już jasno na dokonanie zdjęć 
fotograficznych, lecz jeszcze za wcześnie na patrole powietrzne, i rozpocznie 
lot wywiadowczy nad górami i puszczą.

— Czy pił ostatnio?
— Przyrzekł mi nie pić. Trudno jednak przewidzieć.
— Biedny Raul.
— Biedny Raul.
— Niewiele użył na tym świecie, prawda? Powinien by pan zapoznać go 

z Teresą.

Wormold spojrzał na nią badawczo, ale Beatrycze była, jak się zdawało, 

bardzo zajęta langustą.

— To by była nieostrożność.
— Do diabła z ostrożnością — odparła.
Po kolacji wracali pieszo przez Avenida de Maceo chodnikiem od strony 

lądu. Ani przechodniów, ani pojazdów nie było wiele w ten wieczór wilgotny i 
wietrzny. Fale Atlantyku rozbijały się o podmurowany brzeg. Pył wodny 
bryzgał przez całą szerokość ulicy nad poczwórną jezdnią i jak deszcz siekł 
wyszczerbione filary kolumnady, pod którą szli. Chmury mknęły od wschodu, 
a Wormold czuł, że jego także, jak całą Hawanę, nadżera powolna erozja. 
Piętnaście lat, spory szmat czasu.

— Jedno z tych światełek tam, w górze, to może Raul. Jak bardzo musi 

czuć się samotny.

— Mówi pan jak powieściopisarz — powiedziała Beatrycze.
Przystanął pod filarem i popatrzył na nią podejrzliwym, spłoszonym 

spojrzeniem.

— Co pani przez to rozumie?
— Och, nic szczególnego. Czasem mam wrażenie, że pan traktuje 

swoich agentów jak manekiny, jak bohaterów powieści. A przecież tam, w 
górze, jest żywy człowiek.

— Niezbyt miła dla mnie uwaga.
— Niechże pan o niej zapomni. Proszę mi lepiej opowiedzieć o kimś, kto 

pana naprawdę obchodzi. O swojej żonie. Proszę mi coś o niej opowiedzieć.

background image

— Była bardzo ładna.
— Tęskni pan do niej?
— No, tak. Jeśli o niej myślę.
— A ja wcale nie tęsknię do Piotra.
— Piotr?
— Mój małżonek. Działacz UNESCO.
— W takim razie jest pani szczęśliwa. Jest pani wolna. — Spojrzał na 

zegarek, potem na niebo. — Teraz powinien być nad Matanzas. Chyba, że go 
coś zatrzymało.

— Pan mu wyznaczył taką marszrutę?
— Nie, sam wybiera sobie własną drogę.
— I sam wybiera jej koniec?
Coś w głosie Beatrycze — jakaś wroga nuta — znowu go spłoszyło. 

Czyżby już zaczęła go podejrzewać? Przyspieszył kroku. Mijali bar „Carmen" i 
klub „Cha Cha" — jaskrawe reklamy na starych okiennicach w 
osiemnastowiecznej fasadzie. Z mrocznych wnętrz wyglądały śliczne twarze 
Hiszpanek i Mulatek, ciemne oczy, czarne włosy, piękne uda oparte o kontuar 
baru czekały na kogoś, kto mógł nadejść obryzgiwaną przez ocean ulicą. W 
Hawanie żyło się jak w fabryce produkującej taśmowo ludzką piękność. 
Wormold nie pragnął piękna. Przystanął pod latarnią i spojrzał prosto w 
szczere oczy. Pragnął uczciwości.

— Dokąd idziemy?
— Nie wie pan? To nie zostało zaplanowane równie ściśle, jak lot 

Raula?

— Szedłem po prostu przed siebie.
— Nie ma pan ochoty posiedzieć przy radioodbiorniku? Ruddy dyżuruje.
— Przed rankiem nie dostaniemy żadnych wiadomości.
— Nie przewiduje pan nocnego komunikatu... O katastrofie w Santiago?
Wormordowi wargi zaschły od soli i ze strachu. Był przekonany, że 

Beatrycze domyśliła się całej prawdy. Czy oskarży go przed Hawthornem? Co 
wtedy zrobią „tamci"? Nie mogli przedsięwziąć żadnych kroków prawnych, ale 
Wormold obawiał się, że nie pozwolą mu już nigdy wrócić do Anglii. Pomyślał: 
„Ona odleci najbliższym samolotem i życie znowu potoczy się tak, jak 
przedtem". Ale tak było lepiej. Jego życie należało do Milly. Powiedział:

background image

— Nie rozumiem, o co pani chodzi. — Olbrzymia fala roztrzaskała się o 

mur Avenidy i wzbiła się w górę niby choinka osypana szronem z plastyku. 
Opadła, ale zaraz drugie drzewo wyrosło nieco dalej, przy drodze do 
„Nacionalu". — Pani przez cały wieczór jest dzisiaj taka dziwna. — Po co 
odwlekać? Jeżeli gra musi już się skończyć, niech się to stanie jak najprędzej. 
— Co miało znaczyć to pytanie?

— A więc nie będzie katastrofy na lotnisku ani po drodze?
— Skądże to mogę wiedzieć?

— Przez cały wieczór zachowywał się pan tak, jakby pan z góry wiedział. Nie 

mówił pan o nim tak, jak się mówi o żywym człowieku. Układał pan elegię na 
jego cześć, jak marny powieściopisarz przygotowujący końcowy efekt. — 
Wiatr pchnął ich ku sobie. Beatrycze powiedziała:

— . Czy nie uprzykrzyła się panu myśl, że inni ludzie tak się narażają? I 

po co? Dla gry z „Gazetki dla Chłopców"?

— Pani w tej grze bierze udział.
— Ale w nią nie wierzę tak jak Hawthorne — odparła z furią. — Wolę być

oszustką niż naiwnym podlotkiem czy sztubakiem. Dość chyba zarabia pan 
na swoich odkurzaczach, żeby nie mieszać się do tych spraw.

— Nie dość. Jest przecież Milly.
— A gdyby Hawthorne nie natknął się na pana? Wormold zażartował 

żałośnie.

— Może bym się ożenił po raz wtóry, dla pieniędzy.
— Czy pan chciałby się ożenić? — Beatrycze była niewzruszenie 

poważna.

— Właściwie — odparł — sam nie wiem, czy bym chciał. Milly nie 

uznałaby tego za małżeństwo, a nie wolno gorszyć własnego dziecka. Może 
pójdziemy do domu i posłuchamy radia?

— Przecież pan nie oczekuje żadnych nowin? Tak pan przed chwilą 

mówił.

Odpowiedział wymijająco.
— Nie oczekuję w ciągu trzech najbliższych godzin. Ale spodziewam się, 

że on przed wylądowaniem nada jakąś wiadomość przez radio.

Najdziwniejsze, że Wormolda naprawdę ogarniał niepokój. Niemal 

spodziewał się, że spod wietrznego nieba dotrze do niego jakaś wieść.

background image

— Niech pan mi da słowo, że pan nie zorganizował z góry jakiegoś... no, 

niczego.

Wykręcił się od odpowiedzi, odwracając się w stronę pałacu prezydenta; 

okna były ciemne, bo prezydent tam nie nocował od czasu ostatniego 
zamachu na jego życie. Ulicą szedł doktor Hasselbacher z głową spuszczoną, 
żeby uniknąć bryzgów fal. Zapewne wracał do domu z baru „Wonder".

— Doktorze! — zawołał Wormold.
Stary doktor podniósł głowę. Przez sekundę Wormoldowi zdawało się, 

że Hasselbacher zawróci bez słowa.

— Co się stało, doktorze?
— Ach, to pan. Właśnie o panu myślałem. O wilku mowa... — starał się 

zbyć go żartem, ale Wormold mógłby przysiąc, że doktor naprawdę boi się 
wilka.

— Przypomina sobie pan moją sekretarkę, panią Severn? — Pamiętam 

urodzinowy wieczór i syfon. Co pan robi

tak późno na mieście, panie Wormold? — Byliśmy na kolacji... trochę 

spacerowaliśmy... a pan?

— Tak samo.
Spod rozkołysanego, szerokiego nieba dobiegł spazmatyczny szum 

silnika, najpierw rosnący, potem cichnący znowu, aż zagłuszyły go wiatr i 
morze. Doktor Hasselbacher powiedział:

— Samolot z Santiago, ale bardzo dzisiaj spóźniony. W Oriente pewnie 

zła pogoda.

— Pan doktor kogoś oczekuje? — spytał Wormold.
— Nie, nie. Nie oczekuję. Może by państwo zechcieli zajść do mnie? 

Napijemy się. czegoś.

Przemoc dokonała swego i odeszła. Obrazy wisiały z powrotem na 

miejscach, metalowe fotele stały półkolem niby onieśmieleni goście. 
Mieszkanie uładzono jak nieboszczyka przed pogrzebem. Doktor 
Hasselbacher nalał whisky do szklanek.

— Jak to ładnie, że ma pan teraz sekretarkę, panie Wormold — 

powiedział. — A pamiętam, że jeszcze niedawno martwił się pan. Interesy 
szły źle. Ten nowy model odkurzacza...

— Czasem wszystko się zmienia, nie wiadomo dlaczego.

background image

Teraz dopiero zauważył fotografię młodego doktora Hasselbachera w 

staroświeckim mundurze oficera z lat pierwszej wojny światowej; może ten 
obrazek napastnicy również zerwali wtedy ze ściany?

— Nie wiedziałem, że pan był w wojsku, doktorze.
— Nie zdążyłem skończyć studiów medycznych, kiedy wybuchła wojna. 

Leczenie ludzi po to, żeby tym prędzej zostali zabici, wydało mi się okropnie 
głupim zajęciem. Chciałem raczej leczyć ich, żeby dłużej żyli.

— Kiedy pan wyjechał z Niemiec? — spytała Beatrycze.
— W 1934 roku. Mogę więc udowodnić swoją niewinność, jeśli chodzi o 

sprawy, o których pani myśli!

— Wcale nie o tym myślałam.
— W takim razie przepraszam. Niech pani spyta Wormolda. Nie zawsze 

byłem taki podejrzliwy. Może posłuchamy muzyki?

Puścił płytę z „Tristana". Wormold myślał o swojej żonie; była jeszcze 

mniej rzeczywista niż Raul. Nie miała nic wspólnego z miłością ani ze 
śmiercią, tylko z kobiecymi pismami, z brylantem w zaręczynowym 
pierścionku, z pół-snem. Poprzez szerokość pokoju spojrzał na Beatrycze 
Severn: ona należała do tego samego świata, co magiczny napój, 
beznadziejna podróż z Irlandii, poddanie się w lesie. Nagle doktor 
Hasselbacher wstał i wyrwał wtyczkę z kontaktu w ścianie.

— Państwo wybaczą. Oczekuję telefonu. Ta muzyka jest za głośna.
— Wezwanie do chorego?
— Niezupełnie. — Doktor znów nalał whisky.
— Czy pan wznowił swoje doświadczenia, panie doktorze?
— Nie. — Rozejrzał się bezradnie. — Przepraszam, nie ma już wody 

sodowej.

— Lubię czystą whisky — powiedziała Beatrycze. Podeszła do półki 

bibliotecznej. — Czyta pan coś prócz książek z zakresu medycyny?

— Bardzo mało. Heinego, Goethego. Niemieckich autorów. Pani zna 

niemiecki?

— Nie. Ale pan ma także angielskie książki.
— To prezent od pacjenta zamiast honorarium. Niestety, nie 

przeczytałem tego. Proszę, to pani whisky.

Odsunęła się od biblioteki i wzięła kieliszek do ręki.

background image

— Czy to pana rodzinne miasto, panie doktorze? Patrzyła na kolorową 

litografię w wiktoriańskim stylu, wiszącą obok wizerunku młodego kapitana 
Hasselbachera.

— Tam się urodziłem. Tak. Małe miasteczko, stare mury, ruiny zamku.
— Odwiedziłam je przed wojną — powiedziała Beatrycze. — Ojciec 

mnie tam zawiózł. To blisko Lipska prawda?

— Tak, proszę pani — rzekł doktor Hasselbacher przyglądając jej się 

chłodno — blisko Lipska.

— Mam nadzieję, że Rosjanie nie zniszczyli miasteczka. W hallu 

zadzwonił telefon. Doktor Hasselbacher zawahał

się na sekundę.
— Przepraszam panią — rzekł.
Wyszedł do hallu i zamknął za sobą drzwi.
— Na zachodzie czy na wschodzie — powiedziała Beat-rycze — 

ojczyzna jest zawsze ojczyzną.

— Przypuszczam, że pani zechce o tym donieść Londynowi? Ale ja 

znam doktora od piętnastu lat, on zresztą mieszka tu od dwudziestu lat z 
górą. To zacny, stary człowiek, najlepszy przyjaciel...

Drzwi otworzyły się, wszedł doktor i powiedział:
— Bardzo mi przykro. Czuję się trochę niedobrze. Może państwo 

przyjdą posłuchać muzyki któregoś innego wieczoru.

Usiadł ciężko, podniósł szklankę z whisky, ale odstawił ją zaraz z 

powrotem. Pot wystąpił mu kropliście na czoło, co prawda noc była parna.

— Złe nowiny? — spytał Wormold.
— Tak.
— Czy mógłbym jakoś pomóc?
— Pan? — rzekł doktor Hasselbacher. — Nie. Pan nie może tu pomóc. 

Ani też pani Severn.

— To pacjent?
Doktor potrząsnął przecząco głową. Wyciągnął z kieszeni chustkę i otarł 

czoło.

— A któż nie jest pacjentem?
— Lepiej pójdziemy już sobie.
— Tak, niech państwo idą. Potwierdza się, co mówiłem; doktor powinien 

background image

mieć możność leczenia ludzi po to, żeby dłużej żyli.

— Nie rozumiem.
— Czy nigdy nie istniał pokój? — spytał doktor Hasselbacher. — 

Wybaczcie państwo. Mówi się, że lekarze oswajają się ze śmiercią. Ale ja nie 
jestem dobrym lekarzem.

— Kto umarł?
— Zdarzył się wypadek — rzekł doktor Hasselbacher. — Po prostu 

wypadek. Nic innego. Samochód rozbił się na szosie w pobliżu lotniska. 
Pewien młody człowiek... — z wściekłością dokończył: — Zawsze przecież 
zdarzają się wypadki, zawsze i wszędzie. To musi być z pewnością wypadek. 
On zbyt chętnie zaglądał do kieliszka.

Beatrycze spytała:
— Czy może miał na imię Raul?
— Tak — odparł doktor Hasselbacher. — Raul.

background image

Część IV

Rozdział pierwszy

1

Wormold otworzył kluczem drzwi. W świetle latarni, palącej się po 

drugiej stronie ulicy, zamajaczyły odkurzacze rozstawione w krąg niby 
grobowce. Wormold ruszył ku schodom.

— Uwaga! — szepnęła Beatrycze. — Zdaje mi się, że coś
słyszę...
Były to pierwsze słowa, które padły między nimi od chwili, gdy zamknęli 

za sobą drzwi mieszkania doktora Hasselbachera.

— Co takiego?
Beatrycze wyciągnęła rękę i chwyciła z kontuaru jakąś metalową część 

odkurzacza; trzymając ją niby maczugę, powiedziała:

— Boję się.
„Na pewno mniej niż ja'" — pomyślał. Czy można piórem powołać 

ludzkie istoty do życia? I do jakiego życia? Czy Szekspir czekał w gospodzie 
na wieść o śmierci Duncana? Czy słyszał pukanie do drzwi swojej sypialni, 
kiedy skończył pisać „Makbeta"? Zatrzymując się w sklepie, Wormold zanucił, 
zęby dodać sobie ducha:

background image

I że ziemia jest kulą...
Mój obłęd wszystkich dziwi.
— Cicho! — powiedziała Beatrycze. — Ktoś poruszył się tam na piętrze.
Wormold pomyślał, że boi się tylko tworów własnej wyobraźni, a nie 

żywych ludzi, pod którymi trzeszczy podłoga. Wbiegł na górę i nagle cień jakiś 
zastąpił mu drogę. Miał ochotę krzyknąć głośno, wywołać wszystkie urojone 
postacie naraz i pozbyć się za jednym zamachem Teresy, pierwszego 
mechanika, profesora i inżyniera.

— Jak późno tatuś wraca — odezwał się głos Milly. To ona stała w 

korytarzu między łazienką a swoją sypialnią.

— Byliśmy na spacerze.
— Tatuś przyprowadził ją do domu? — spytała Milly. — Dlaczego?
Beatrycze ostrożnie wspięła się po schodach dzierżąc zaimprowizowaną 

maczugę w pogotowiu.

— Czy Ruddy nie śpi?
— Chyba śpi.
— Gdyby odebrał jakąś wiadomość — powiedziała Beatrycze — z 

pewnością czekałby na pana.

Jeśli twory wyobraźni miały w sobie dość życia, żeby umierać, były też 

pewnie dość rzeczywiste, żeby nadsyłać komunikaty. Wormold otworzył drzwi 
do swojego gabinetu. Ruddy poruszył się.

— Były jakieś wiadomości, Ruddy?
— Nie.
— Ominęła was sensacja — powiedziała Milly.
— Jaka sensacja?
— Policja szalała po całym mieście. Czy nie słyszeliście syren? 

Myślałam, że wybuchła rewolucja, więc zatelefonowałam do kapitana Segura.

— No i co?
— Ktoś usiłował zamordować kogoś wychodzącego z Ministerstwa 

Spraw Wewnętrznych. Wziął go pewnie za ministra, ale to nie był minister. 
Strzelił z okna samochodu i zwiał.

— Kto to był?
— Jeszcze go nie złapali.
— Pytam o tego drugiego... ofiarę zamachu?

background image

— Nikt z ważnych osobistości. Tyle tylko, że podobny do ministra. Gdzie 

jedliście kolację?

— W „Victorii".
— Pewnie faszerowaną langustę?
— Tak.
— Strasznie się cieszę, że tatuś nie jest podobny do prezydenta. 

Kapitan Segura opowiadał, że biedny doktor Ci-fuentes miał ze strachu mokre 
spodnie, a potem upił się w Country Clubie.

— Doktor Cifuentes?
— Wie tatuś, ten inżynier. — To do niego strzelali?
— Mówiłam przecież, że to była pomyłka.
— Siądźmy gdzieś — rzekła Beatrycze. Przemówiła w imieniu swoim i 

Wormolda.

— Może w jadalni — zaproponował.
— Nie chcę twardego krzesła. Chcę siąść na czymś miękkim. Możliwe, 

że będę płakała.

— No, jeżeli pani nie ma nic przeciw sypialni — powiedział niepewnie, 

patrząc na Milly.

— Pani znała doktora Cifuentes? — spytała Milly współczującym tonem.
— Nie. Wiem tylko, że jest pąchaty.
— Co to znaczy, pąchaty?
— Ojciec pani wytłumaczył mi, że to gwarowa tutejsza nazwa zeza.
— Tak pani powiedział? Biedny tatuś — rzekła Milly. — Więc aż tak z 

nim źle!

— Słuchaj, Milly, może byś położyła się do łóżka, dobrze? My z 

Beatrycze mamy jeszcze trochę roboty na dziś.

— Roboty?
— Tak, roboty.
— Okropnie późna pora na pracę.
— Dostanę wynagrodzenie za godziny dodatkowe — rzekła Beatrycze.
— Czy pani chce gruntownie zaznajomić się z odkurzaczami? — spytała 

Milly. — To, co pani trzyma w ręku, nazywa się rozpylacz.

— Czyżby? Chwyciłam to na chybił trafił, na wypadek, gdyby trzeba było 

kogoś kropnąć.

background image

— Rozpylacz niezbyt się do tego nadaje — objaśniła Milly. — Ma rurę 

teleskopową.

— No to co z tego?
— Może się w nieodpowiednim momencie nagle skurczyć.
— Proszę cię, Milly — rzekł Wormold. — Dochodzi druga godzina.
— Nie martw się, tatusiu. Już idę. Pomodlę się za doktora Cifuentes. To 

nie żarty, taki strzał. Kula przebiła mur na wylot. Pomyśl, co by to było, gdyby 
trafiła w niego!

— Pomódl się, Milly, także za człowieka imieniem Raul — powiedziała 

Beatrycze. — Jego trafili.

Wormold położył się na wznak na łóżku i przymknął oczy.
— Nic z tego nie rozumiem — rzekł. — Nic a nic. To przypadkowy zbieg 

okoliczności. Nie może być nic innego.

— Tamci... kimkolwiek są... zaczynają działać brutalnie.
— Ale dlaczego?
— Szpiegostwo to niebezpieczny zawód.
— Przecież Cifuentes wcale nie... Chciałem powiedzieć, że nie odgrywał 

ważnej roli.

— Instalacje wojskowe w Oriente odgrywają ważną rolę. Pańscy agenci 

jakoś wpadają jeden po drugim. Ciekawa jestem, jak się to dzieje. Sądzę, że 
powinien pan ostrzec profesora Sancheza i tę dziewczynę.

— Jaką dziewczynę?
— Nagą tancerkę.
— Jak to zrobić? — Nie mógł jej wyjaśnić, że nie ma żadnych agentów, 

że w życiu nie zetknął się ani z Cifuente-sem, ani z Sanchezem, że ani 
Teresa, ani Raul nie istnieli nigdy. Raul ożył tylko po to, by zginąć.

— Jak Milly nazwała ten przyrząd?
— To rozpylacz.
— Gdzieś, kiedyś, widziałam coś bardzo podobnego.
— Z pewnością. Większość odkurzaczy jest w to zaopatrzona.
Wyjął jej z ręki rozpylacz. Na próżno usiłował sobie przypomnieć, czy 

włączył go między rysunki przesłane Hawthorne'owi.

— Co teraz począć?
— Myślę, że pańscy ludzie powinni na jakiś czas się ukryć. Nie tutaj 

background image

oczywiście. Za wielki byłby ścisk, no i niebezpiecznie. Gdzie się obraca ten 
pański pierwszy mechanik? Czy nie mógłby ich przemycić na pokład swojego 
statku?

— Jest na morzu, w drodze do Cienfuegos.
— Zresztą on pewnie już także spalony — powiedziała z namysłem. — 

Ciekawe, dlaczego pozwolili panu i mnie wrócić tu spokojnie.

— O czym pani mówi?
— Łatwo było zastrzelić nas tam, na wybrzeżu. Może oni nas chcą użyć 

jako przynęty. Oczywiście, jeżeli przynęta okazuje się nieprzydatna, wyrzuca 
się ją.

— Ależ pani dziś ponuro przemawia.
— O, nie. Po prostu wróciliśmy w krainę „Gazetki dla
Chłopców". Może pan zresztą uważać się za szczęśliwca.
— Dlaczego?
— Mogłaby to być kraina takiego tygodnika, jak „Sunday Mirror". Świat 

kształtuje się w naszej epoce według popularnych czasopism. Mój mąż 
wyszedł żywcem z „En-countera". Trzeba teraz rozstrzygnąć pytanie, do jakiej 
gazety należą tamci.

— Tamci?
— Przypuśćmy, że są także z „Gazetki dla Chłopców". Czy to agenci 

Rosji, Niemiec, Ameryki? Najprawdopodobniej — Kuby. Te betonowe 
fundamenty muszą być finansowane przez rząd, prawda? Biedny Raul. Mam 
nadzieję, że zginął na miejscu.

Wormolda ogarnęła pokusa, żeby jej wyznać całą prawdę; ale jaka była 

cała prawda? Sam już tego nie wiedział. Raul został zabity. Tak powiedział 
Hasselbacher.

— Zacznijmy od „Shanghai Theatre" — oznajmiła Bea-trycze. — Chyba 

jeszcze będzie otwarty?

— Nie skończył się pewnie drugi spektakl.
— Jeżeli policja nas nie ubiegła. Rzecz jasna, że przeciw inżynierowi 

Cifuentes nie użyli policji. Zbyt ważna osobistość. Mordując trzeba unikać 
skandalu.

— Nie widziałem tego dotychczas w takim świetle. Beatrycze zgasiła 

lampę przy łóżku i podeszła do okna. — Nie ma tu kuchennego wyjścia? — 

background image

spytała.

— Nie ma.
— Trzeba to będzie zmienić — powiedziała lekko, jakby między innymi 

była też budowniczym. — Czy pan zna kulawego Murzyna?

— Jest taki jeden, Joe.
— Przechodzi wolniutko ulicą.
— Joe sprzedaje pornograficzne pocztówki. Teraz wraca po prostu do 

domu.

— Oczywiście, za bardzo utyka, żeby mogli go użyć do tropienia pana. 

Ale może służy im jako łącznik. W każdym razie musimy zaryzykować. Jasne, 
że dzisiaj robią w mieście czystkę. Przede wszystkim ratujmy kobiety i dzieci. 
Profesor zaczeka.

— Ależ ja nigdy nie widziałem się z Teresą w teatrze. Prawdopodobnie 

występuje tam pod innym nazwiskiem.

— Chyba ją pan pozna, nawet bez sukni, co? Chociaż zdaje się, że 

nago jesteśmy wszystkie podobne do siebie jak Japończycy.

— Uważam, że pani tam chodzić nie powinna. — Muszę. Jeżeli złapią 

jedno z nas, drugie może zdoła przeprowadzić operację do końca.

— Widzi pani, ten „Shanghai" nie jest instytucją z „Gazetki dla 

Chłopców".

— Podobnie jak małżeństwo — odparła Beatryczę — i to nawet w 

UNESCO.

2

„Shanghai" mieścił się w ciasnej uliczce za Zanja, oddzielony od 

chodnika barierą. Plakat zapowiadał „Posiciones", a bilety, nie wiadomo 
dlaczego, sprzedawano przed wejściem, na chodniku. Może zabrakło miejsca 
na kasę, ponieważ cały hali zajmowała pornograficzna księgarnia 
dostarczająca amatorom rozrywki na czas antraktów. Czarni uliczni 

background image

naganiacze przyglądali się Wormoldowi i Beatrycze z zaciekawieniem. Nie 
widywali tu zazwyczaj europejskich kobiet.

— Czuję się bardzo daleko od domu — powiedziała Beatrycze.
Wszystkie miejsca kosztowały jednakowo: peso dwadzieścia pięć — i w 

dużej sali niewiele ich pozostało wolnych. Portier, który im wskazał drogę, 
zaproponował Wormoldowi paczkę pornograficznych pocztówek za peso. 
Kiedy Wormold odmówił, portier wyciągnął z kieszeni inną serię.

— Niech pan kupi, jeśli pan ma ochotę — rzekła Beatrycze. — Gdyby to 

pana krępowało, będę patrzała wyłącznie na przedstawienie.

— Nie ma wielkiej różnicy — odparł Wormold — między 

przedstawieniem a tymi pocztówkami.

Portier spytał, czy pani nie życzy sobie papierosów z marihuany.
— Nein, danke — odpowiedziała Beatrycze, której pomyliły się obce 

języki.

Po obu stronach sceny plakaty zachwalały nocne lokale w sąsiedztwie i 

piękne dziewczęta. Ogłoszenie po hiszpańsku i kiepską angielszczyzną 
prosiło publiczność o nie zaczepianie tancerek.

— Która z nich jest Teresa? — zapytała Beatrycze.
— Zdaje się, że ta gruba, w masce — powiedział na chybił trafił 

Wormold.

Gruba tancerka właśnie schodziła ze sceny kołysząc ogromnymi nagimi 

pośladkami, a widzowie klaskali i gwizdali. Potem światła pogasły i 
spuszczono ekran. Zaczął się film, z początku dość niewinny. Na tle leśnego 
krajobrazu ukazał się cyklista, zepsuł mu się rower, nastąpiło przypadkowe 
spotkanie, dżentelmen uchylił słomkowego kapelusza; obraz migotał i był 
zamazany.

Beatrycze siedziała w milczeniu. Dziwnie poufny nastrój złączył ich, gdy 

tak oboje patrzyli na ten czarno-biały schemat miłości. Podobne ruchy ciała 
znaczyły dla nich niegdyś więcej niż wszystko, co może ofiarować świat. Akt 
rozpusty i akt miłości jest identyczny, tego nie można sfałszować tak jak 
uczuć.

Światła się zapaliły. Siedzieli chwilę bez słowa.
— Wargi mi zaschły — rzekł Wormold.
— Mnie też zabrakło śliny. Czy nie moglibyśmy teraz iść za scenę do 

background image

Teresy?

— Zaraz będzie drugi film, a potem znów występ tancerek.
— Nie wytrzymam drugiego filmu — powiedziała Beatrycze.
— Nie wpuszczą nas za kulisy, póki nie skończy się spektakl.
— Możemy poczekać na ulicy. Przynajmniej w ten sposób upewnimy 

się, czy nie jesteśmy śledzeni.

Wyszli, gdy zaczynał się drugi film. Nikt prócz nich nie opuścił sali, a 

więc jeżeli ktoś ich tropił, musiał czatować przed teatrem, wśród szoferów 
taksówek i stręczycieli, nikt jednak nie wyglądał na kandydata odpowiedniego 
do tej roli. Jakiś mężczyzna spał oparty o słup latarni, z biletem loteryjnym 
zawieszonym na bakier u szyi. Wormoldowi przypomniała się pamiętna noc, 
kiedy spotkał doktora Hasselbachera. To owej nocy poznał nowe 
zastosowanie „Opowieści z Szekspira" Lamba. Biedny Hasselbacher był 
bardzo pijany. Wormold przypomniał sobie, że gdy po wizycie u Hawthorne'a 
zszedł do hallu, zastał tam doktora zupełnie oklapłego w fotelu. Zwrócił się do 
Beatrycze z pytaniem:

— Czy łatwo jest rozszyfrować tekst, jeżeli się ma w ręku książkę, która 

stanowi klucz?

— Dla fachowca to nic trudnego — powiedziała. — Wystarczy trochę 

cierpliwości. — Podeszła do sprzedawcy losów i poprawiła mu numer na szyi. 
Nie obudził się wcale. — Trudno odczytać numer, jak wisi tak krzywo.

Czy miał Lamba pod pachą, w kieszeni, czy też w teczce? Czy odłożył 

książkę, pomagając doktorowi wstać? Nie pamiętał, a podejrzenia tego 
rodzaju były nieszlachetne.

— Uderzył mnie pewien zbieg okoliczności — powiedziała Beatrycze. — 

Doktor Hasselbacher czyta „Opowieści" Lamba. W tym samym co pan 
wydaniu.

Czyżby gruntowne przeszkolenie zawodowe obejmowało również 

telepatię?

— Widziała pani tę książkę w jego mieszkaniu?
— Tak.
— Ależ byłby ją ukrył — argumentował Wormold — gdyby coś w tym 

tkwiło.

— Może chciał pana ostrzec. Pamięta pan, sprowadził nas wtedy do 

background image

siebie. Zawiadomił o wypadku Raula.

— Nie mógł z góry wiedzieć, że nas spotka.
— Czy pan jest tego pewny?
Chciał krzyknąć, że nie ma w tym źdźbła sensu, że Raul nigdy nie istniał, 

że nie istnieje Teresa, ale opamiętał się; jeśli to powie, Beatrycze spakuje 
manatki i wyjedzie, a wtedy wszystko straci sens.

— Publiczność już wychodzi — powiedziała Beatrycze. Znaleźli boczne 

drzwi prowadzące do ogromnej wspólnej

garderoby. Korytarzyk oświetlała mała żarówka, zmęczona najwidoczniej 

świeceniem od zbyt już wielu dni i nocy. Przejście zagradzały skrzynie na 
śmiecie, a Murzyn, uzbrojony w szczotkę, zamiatał kłęby waty, poplamionej 
pudrem i szminką, oraz inne podejrzane szczątki; pachniało tu landrynkami. 
Mogło okazać się w końcu, że nie ma w tym lokalu żadnej osoby imieniem 
Teresa, ale Wormold żałował, że wybrał tak popularną patronkę. Pchnął 
jakieś drzwi i ujrzeli jakby obraz średniowiecznego piekła, pełnego dymu i 
nagich kobiet. Odezwał się do Beatrycze:

— Czy nie byłoby lepiej, gdyby pani poszła do domu?
— To nie ja, ale pan potrzebuje tutaj opieki — odparła.
Nikt na nich nie zwrócił uwagi. Gruba tancerka, z maską zawieszoną na 

jednym uchu i jedną stopą opartą o krzesło, wychylała właśnie szklankę wina. 
Inna, bardzo chuda, z żebrami sterczącymi jak klawisze fortepianu, naciągała 
pończochy. Piersi falowały, pośladki wypinały się, na pół wypalone papierosy 
dymiły na spodeczkach od filiżanek; powietrze było gęste od zapachu palącej 
się bibułki. Jakiś mężczyzna stał na drabince ze śrubokrętem w ręku i coś 
majstrował.

— Gdzie ona jest? — spytała Beatrycze.
— Chyba jej tu nie ma. Może zachorowała albo gdzieś wyszła ze swoim 

kochankiem.

Owionął ich ciepły powiew: w pobliżu któraś z dziewcząt wkładała 

suknię. Drobny pył pudru opadał jak popiół.

— Niech pan spróbuje wywołać ją po imieniu. Krzyknął bez zapału: — 

Teresa! — Nikt się na to nie

odezwał. Powtórzył próbę, a wtedy mężczyzna ze śrubokrętem spojrzał 

na niego z wysokości drabiny.

background image

— Pasa algo? — spytał.
Wormold odpowiedział po hiszpańsku, że szuka dziewczyny, która ma 

na imię Teresa. Tamten wyraził nadzieję, że Maria zaspokoi również wszelkie 
wymagania. Śrubokrętem wskazał grubą tancerkę.

— Co on mówi?
— Nie zna, jak się zdaje, Teresy.
Mężczyzna ze śrubokrętem siadł na szczycie drabiny i rozpoczął dłuższe 

przemówienie. Powiedział, że lepszej dziewczyny niż Maria nie znajdą w całej 
Hawanie. Maria waży sto kilo — bez ubrania.

— Teresy najwidoczniej tu nie ma — wyjaśnił z ulgą Wormold.
— Teresa! Teresa! Czego pan chce od Teresy?
— No właśnie. Czego pan chce ode mnie? — spytała chuda tancerka 

wysuwając się naprzód z pończochą w ręku. Miała piersi drobne jak gruszki.

— A kto ty jesteś?
— Soy Teresa. Beatrycze powiedziała:

— Więc to jest Teresa? Mówił pan, że ona jest gruba, jak tamta dziewczyna w 

masce.

— Nie, nie — odparł Wormold. — To nie Teresa. To siostra Teresy. Soy 

* znaczy siostra. Poślę przez nią wiadomość Teresie.

Ujął chude ramię dziewczyny i odciągnął ją trochę na bok. Usiłował jej 

po hiszpańsku wytłumaczyć, że musi zachować wielką ostrożność.

— Kto pan jest? Nic nie rozumiem.
— Zaszła pomyłka. To długa historia. Pewni ludzie będą, być może, 

próbowali cię skrzywdzić. Proszę cię, posiedź kilka dni w domu. Nie 
przychodź do teatru.

— Ależ muszę tu przychodzić. Tutaj spotykam klientów. Wormold 

wyciągnął plik pieniędzy.

— Masz rodzinę? — spytał.
— Matkę tylko.
— Idź do niej.
— Matka przecież mieszka w Cienfuegos.
— Tych pieniędzy starczy ci na podróż.
Teraz wszyscy przysłuchiwali się z zainteresowaniem. Cisnęli się 

dokoła. Mężczyzna ze śrubokrętem zlazł z drabiny. Wormold dostrzegł poza 

background image

kręgiem ciekawych Beatry-cze, która przysuwała się jak najbliżej i usiłowała 
zrozumieć, o czym tych dwoje mówi. Mężczyzna ze śrubokrętem powiedział:

— Ta dziewczyna należy do Pedra. Nie może pan jej tak zabrać stąd. 

Musi pan najpierw pogadać z nim.

— Wcale nie chcę jechać do Cienfuegos — powiedziała tancerka.
— Będziesz tam bezpieczna.
Dziewczyna zwróciła się do mężczyzny ze śrubokrętem.
— Ten gość mnie straszy. Nie wiem, czego ode mnie chce. — Pokazała 

banknoty. — To przecież za dużo, tyle pieniędzy. Ja jestem porządna 
dziewczyna.

— Od przybytku głowa nie boli — stwierdziła z powagą tłusta koleżanka.
— Gdzie się podział twój Pedro? — spytał mężczyzna.
— Zachorował. Dlaczego ten gość wpycha mi taką kupę forsy? Ja 

jestem porządna dziewczyna. Wiesz dobrze, nie biorę więcej niż piętnaście 
pesos. Nie naciągam klientów.

— Im chudszy kundel, tym więcej ma pcheł — powiedziała tłusta. Miała, 

jak się zdawało, na każdą okazję przysłowie w zanadrzu.

— Co się dzieje? — spytała Beatrycze. Ktoś syknął: — Pst! Pst!
To Murzyn zamiatający korytarz ostrzegł: — Policja!
— Diabli nadali! — zaklął Wormold. — Ale to rozstrzyga sprawę, muszę 

cię stąd wyciągnąć.

Nikt zresztą nie zdradzał zbytniego niepokoju. Gruba kobieta wysączyła 

do dna wino i włożyła majtki; dziewczyna zwana Teresą wciągnęła drugą 
pończochę.

— Mniejsza o mnie — rzekła Beatrycze — ale ją musi pan stąd 

wyprowadzić.

— Czego tu szuka policja? — spytał Wormold mężczyzny na drabinie.
— Dziewczyn — odparł cynicznie.
— Tę dziewczynę chcę wyprowadzić — rzekł Wormold. — Czy nie ma 

jakiegoś bocznego wyjścia?

— Kiedy ma się do czynienia z policją, zawsze jest wyjście.
— Gdzie?
— Masz pan pięćdziesiąt pesos na zbyciu?
— Mam.

background image

— Daj mu je pan. Ej, Miguel! — zawołał na Murzyna. — Powiedz im, 

żeby się zdrzemnęli na trzy minuty. A teraz, kto wybiera wolność?

— Ja tam wolę komisariat — oświadczyła gruba kobieta. — Tylko trzeba 

się przyzwoicie ubrać — i zapięła biustonosz.

— Chodź ze mną — powiedział Wormold do Teresy.
— Ale dlaczego?
— Nie rozumiesz. Oni ciebie szukają.'
— Wątpię — wtrącił się mężczyzna ze śrubokrętem. — Za chuda. Niech 

się pan pospieszy. Pięćdziesiąt pesos nie starczy na wieki.

— Masz, włóż mój płaszcz — powiedziała Beatrycze. Otuliła płaszczem 

ramiona dziewczyny, która miała na sobie pończochy, lecz nic ponadto.

— Kiedy ja chcę zostać — upierała się dziewczyna. Mężczyzna ze 

śrubokrętem trzepnął ją po pośladku

i szturchnął w bok.
— Wzięłaś pieniądze — rzekł. — Idź z gościem. Wprowadził ich do 

małej obskurnej ubikacji, a stamtąd

wypchnął przez okno. Znaleźli się na ulicy. Policjant stojący na straży 

przed teatrem ostentacyjnie odwrócił głowę.

Jeden ze stręczycieli gwizdnął i wskazał samochód Wormolda. 

Dziewczyna powtórzyła swoje: „Ja chcę zostać" — ale Beatrycze pchnęła ją 
na tylne siedzenie wozu i sama wsiadła za nią.

— Będę wrzeszczeć — ostrzegła dziewczyna i wytknęła głowę przez 

okno.

— Nie bądź idiotką — rzekła Beatrycze wciągając ją do wnętrza. 

Samochód ruszył.

Dziewczyna krzyknęła, ale bez przekonania. Policjant, odwrócony 

plecami, patrzał w przeciwną stronę. Pięćdziesiąt pesos widocznie wciąż 
jeszcze działało skutecznie. Skręcili w prawo, ku wybrzeżu. Dziewczyna, nie 
mając teraz już wyboru, zawinęła się skromnie w płaszcz i oparła wygodnie o 
poduszki. Powiedziała:

— Hay mucha corriente.
— Co ona mówi?
— Skarży się na przeciąg — rzekł Wormold.
— Niewdzięczna istota. Gdzie jest jej siostra?

background image

— Z dyrektorem Poczt i Telegrafów w Cienfuegos. Oczywiście mógłbym 

ją tam odwieźć. Będziemy w sam raz na pierwsze śniadanie. Ale jest przecież 
Milly.

— Jest ktoś więcej prócz Milly. Zapomniał pan o profesorze Sanchez.
— Sanchez może zaczekać.
— Tamci, kimkolwiek są, szybko działają. — Nie wiem, gdzie mieszka 

Sanchez.

— Ja wiem. Zajrzałam do spisu członków Country Clubu, nim wyszliśmy 

z domu.

— Pani z tą dziewczyną zostanie w domu i tam na mnie zaczeka.
Wyjechali na bulwar nadbrzeżny. — Teraz w lewo — powiedziała 

Beatrycze.

— Odwożę panią do domu.
— Lepiej trzymać się razem.
— Milly...
— Nie chce pan chyba jej skompromitować, co?
Wormold, choć niechętnie, ale skręcił w lewo.
— Dokąd?
— Do Vedado — powiedziała Beatrycze.

3

Drapacze nowoczesnej dzielnicy sterczały przed nimi w blasku księżyca 

niby sople lodu. Ogromne litery H. H. jaśniały na niebie jak monogram 
wyhaftowany na kieszonce pidżamy Hawthorne'a, ale i w tym wypadku nie 
oznajmiały królewskiego majestatu, lecz tylko reklamowały koncern hotelowy 
Hiltona. Wiatr szarpał samochodem, a rozpylone fale bryzgały nad jezdnią i 
zasnuwały mgiełką szyby od strony oceanu. Upalna noc miała smak soli. 
Wor-mold skręcił oddalając się od morza. Dziewczyna powiedziała:

— Hace demasiado calor.

background image

— Co ona mówi?
— Że bardzo gorąco.
— Wymagająca osoba — rzekła Beatrycze. — Może opuścimy szybę?
— A jeśli znów zacznie krzyczeć?
— To ją trzepnę.
Byli w nowej części Vedado, wśród małych kremowo-białych domów 

bogaczy. Im większy majątek, tym mniejsza była ilość pięter. Tylko milioner 
mógł pozwolić sobie na zajęcie pod willę parceli, na której zmieściłby się 
drapacz. Kiedy Beatrycze otworzyła okno, poczuli zapach kwiatów. Kazała 
Wormoldowi zatrzymać wóz przed bramą w białym murze.

— W patio się pali. Tu chyba wszystko w porządku. Popilnuję pańskiego 

cennego kąska, a pan niech tymczasem pójdzie do profesora.

— Bogaty człowiek, jak na profesora.
— Ale nie za bogaty, żeby żądać zwrotu wydatków, sądząc z pańskich 

rachunków.

— Niech pani mi da kilka minut czasu. Proszę się stąd nie ruszać.
— Czy wyobraża pan sobie, że umknę? Radzę panu pospieszyć się 

teraz. Jak dotąd tamci zdobyli jeden punkt na trzy, niewiele zresztą brakowało 
do drugiego.

Pchnął lekko żelazną furtkę. Nie była zamknięta na klucz. Znalazł się w 

bardzo głupiej sytuacji. Jak wytłumaczy swoją wizytę? „Pan, nic o tym nie 
wiedząc, jest moim agentem. Grozi panu niebezpieczeństwo. Musi się pan 
ukryć."

Nie miał nawet pojęcia, jaką dziedziną nauki zajmuje się Sanchez.
Krótka alejka między dwiema palmami prowadziła do drugiej furtki, za 

którą leżało małe, oświetlone patio. Gramofon grał cichutko, a dwie przytulone 
do siebie twarzami postacie obracały się milcząc w takt muzyki. Kiedy Wor-
mold utykając minął drugą furtkę, zadźwięczał ukryty dzwonek alarmowy. 
Tańczący zatrzymali się w miejscu. Mężczyzna wyszedł na ścieżkę 
zastępując drogę Wormol-dowi.

— Kto tam?
— Pan profesor Sanchez?
— Tak.
Spotkali się w kręgu światła. Profesor, w białym smokingu, miał białe 

background image

włosy i na brodzie białą szczecinę, która zdążyła odrosnąć po rannym 
goleniu; w ręku trzymał rewolwer wymierzony prosto w Wormolda. Wormold 
stwierdził, że kobieta, którą osłania profesor, jest bardzo młoda i bardzo 
ładna. Schyliła się i zatrzymała gramofon.

— Przepraszam, że pozwoliłem sobie odwiedzić pana o tak późnej 

godzinie — rzekł Wormold. Nie miał pojęcia od czego zacząć, a rewolwer 
denerwował go. Profesorowie nie powinni nosić przy sobie broni palnej.

— Daruje pan, ale nie przypominam sobie pańskiej twarzy. — Profesor 

mówił tonem grzecznym, ale lufa rewolweru wciąż celowała w brzuch 
Wormolda.

— Nie może pan sobie mnie przypominać. Chyba, że pan ma 

odkurzacz.

— Odkurzacz? Prawdopodobnie mam. Dlaczego pan o tym mówi? Moja 

żona będzie wiedziała na pewno.

Młoda kobieta podeszła z głębi patio i stanęła obok nich. Była boso. 

Pantofle jej stały pod gramofonem, jak dwie pułapki na myszy.

— Czego on chce? — spytała nieuprzejmie.
— Przepraszam, że niepokoję panią, seniora Sanchez.
— Powiedz mu, że nie jestem seniora Sanchez — rzekła młoda kobieta.
— Temu panu chodzi o jakiś odkurzacz — wyjaśnił profesor. — Jak 

myślisz, może Maria przed wyjazdem...

— Ale dlaczego zjawia się o pierwszej po północy?
— Pan daruje — rzekł profesor z zakłopotaniem — pora jest 

rzeczywiście niezwykła. — Opuścił nieco lufę rewolweru. — Na ogół nie 
oczekuje się o tej godzinie gości...

— A jednak pan, zdaje się, kogoś oczekiwał.
— Ach, to! Prosta ostrożność. Mam, widzi pan, parę cennych Renpirów.
— On tu nie przyszedł po obrazy. To Maria go nasłała. Pan jest 

szpiegiem, prawda — spytała wzburzona młoda kobieta.

— No, w pewnym sensie, tak.
Młoda kobieta załkała głośno, bijąc się pięściami po smukłych udach. Na 

jej rękach zadzwoniły i zalśniły bransolety.

— Cicho, kochanie, cicho. Z pewnością rzecz się wyjaśni.
— Ona zazdrości nam szczęścia — powiedziała młoda kobieta. — 

background image

Najpierw przysyła kardynała, a teraz tego człowieka... Czy pan jest księdzem? 
— spytała.

— Kochanie, to na pewno nie ksiądz. Popatrz na jego ubranie.
— Ty co prawda jesteś profesorem porównawczego wychowania — 

powiedziała młoda kobieta. — Ale pierwszy lepszy może cię nabrać. Czy pan 
jest księdzem? — powtórzyła pytanie.

— Nie.
— A kim pan jest?
— Właściwie handluję odkurzaczami.
— Przyznał się pan, że jest szpiegiem. — Tak. W pewnym sensie, 

chyba tak. — Po co pan tu przyszedł?

— Żeby ostrzec pana profesora.
Młoda kobieta zawyła dziwnym psim skowytem. — Widzisz — 

powiedziała do profesora — ona teraz nam grozi. Najpierw kardynał, a dziś 
znowu...

— Kardynał po prostu spełnił swój obowiązek. Bądź co bądź jest 

kuzynem Marii.

— Ty się go boisz. Chcesz mnie porzucić.
— Kochanie, wiesz przecież, że to nieprawda. — Zwrócił się do 

Wormolda: — Gdzie teraz przebywa Maria?

— Nie wiem.
— Kiedy widział się pan z nią ostatnio?
— Nigdy w życiu jej nie widziałem.
— Pan sam sobie zaprzecza.
— Łże jak pies — powiedziała młoda kobieta.
— Nie wiadomo jeszcze, kochanie. Pewnie jest na służbie którejś 

agencji. Lepiej siądźmy sobie i posłuchajmy spokojnie, co ten pan ma do 
powiedzenia. W gniewie zawsze łatwo o fałszywy krok. Ten pan spełnia swój 
obowiązek... czego nie można powiedzieć o nas.

Profesor cofnął się w głąb patio. Rewolwer schował do kieszeni. Młoda 

kobieta poczekała, póki Wormold nie poszedł w ślad za gospodarzem, i 
dopiero wtedy ruszyła się z miejsca zamykając pochód jak pasterski pies. 
Wormold był niemal przygotowany, że ugryzie go w łydkę. Pomyślał: „Jeżeli 
nie powiem wszystkiego zaraz, nigdy się na to nie zdobędę".

background image

— Proszę, niech pan usiądzie — rzekł profesor. Co u licha znaczy 

„porównawcze wychowanie"? — pomyślał Wormold. — Napije się pan 
czegoś?

— Niech się pan nie trudzi.
— Nie pije pan w czasie pełnienia obowiązków, co?
— Obowiązki! — powiedziała młoda kobieta. — Mówisz do niego jak do 

człowieka. Jakie on tam zna obowiązki? Chyba wobec swoich podłych 
pracodawców.

— Przyszedłem ostrzec pana, że policja...
— Niechże pan da spokój — przerwał mu profesor. — Cudzołóstwo nie 

jest przestępstwem. O ile wiem, nigdy za przestępstwo nie było poczytywane, 
chyba w koloniach amerykańskich w XVII wieku. No i w prawie Mojżeszowym, 
oczywiście.

— Cudzołóstwo nic tu nie ma do rzeczy — powiedziała młoda kobieta. 

— Jej wcale nie o to chodzi, że z sobą śpimy, tylko o to, że przebywamy z 
sobą.

— Jedno z drugim idzie w parze — powiedział profesor — chyba że 

masz na myśli Nowy Testament. Cudzołóstwo w głębi serca.

— A ty nie masz serca, jeżeli nie wyrzucasz tego człowieka za drzwi. 

Siedzimy tu i rozmawiamy, jakbyśmy byli starym małżeństwem. Jeżeli nie 
życzysz sobie niczego więcej, tylko pogawędki przez całą noc, to dlaczego 
nie trzymasz się Marii?

— Kochanie, to przecież ty chciałaś trochę potańczyć przed pójściem do 

łóżka.

— Ty nazywasz tańczeniem te swoje wyczyny?
— Obiecałem ci, że wezmę parę lekcji.
— . Aha, żeby się pobawić z dziewczętami!
Wormold zauważył, że rozmowa wymyka się poza dostępne mu 

horyzonty. Zdesperowany powiedział:

— . Strzelono dzisiaj do inżyniera Cifuentes. Panu grozi
to samo.
— Kochanie, gdyby mi się zachciewało dziewcząt, miałbym ich dość na 

uniwersytecie. Pchają się na moje wykłady. Niewątpliwie dobrze o tym wiesz, 
bo sama przychodziłaś.

background image

— Czy mi to wymawiasz?
— Odbiegamy od tematu, kochanie. A mieliśmy zastanowić się, co może 

z kolei przedsięwziąć teraz Maria.

— Powinna była wyrzec się mącznych potraw dwa lata temu — 

powiedziała młoda kobieta, uciekając się do niewybrednych argumentów. — 
Znała cię przecież. Ty cenisz tylko ciało. Wstydziłbyś się, w tym wieku!

— Jeżeli nie życzysz sobie mojej miłości...
— Miłości, miłości! — Młoda kobieta zaczęła biegać po patio 

gestykulując z rozmachem, jak gdyby rozbierała miłość na części składowe.

Wormold powiedział:
— Nie Marii powinni się państwo obawiać.
— Ty łgarzu! — wrzasnęła. — Przecież twierdziłeś, żeś jej nigdy nie 

widział.

— Bo też nie widziałem.
— To dlaczego mówisz o niej po imieniu? — krzyknęła i zrobiła kilka 

tryumfalnych obrotów w objęciach urojonego tancerza.

— Pan coś wspomniał o inżynierze Cifuentes?
— Strzelano do niego dzisiaj wieczorem.
— Kto strzelał?
— Nie wiem dokładnie. Ale to są poszczególne epizody tej samej 

obławy. Dość trudno mi jest bliżej wyjaśnić, naprawdę jednak sądzę, że grozi 
panu wielkie niebezpieczeństwo, panie profesorze. Oczywiście, wszystko 
polega na omyłce. Policja była dziś także w „Shanghai Theatre".

— Cóż ja mam wspólnego z tym lokalem?
— A właśnie, co? — krzyknęła melodramatycznie młoda kobieta. — Oto 

mężczyźni — powiedziała. — Mężczyźni! Biedna Maria. A więc nie jedną 
jedyną rywalkę ma do usunięcia. Będzie musiała przedsięwziąć masową rzeź.

— Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z żadną osobą
z „Shanghai Theatre".
— Maria jest lepiej poinformowana. Pewnie tam poszedłeś w śnie 

lunatycznym.

— Słyszałaś, co ten człowiek mówił. Wszystko polega na omyłce. Bądź 

co bądź strzelano do Cifuentesa. Nie możesz tym obciążać Marii.

— Cifuentesa? O Cifuentesie była mowa? Ach, ty hiszpański durniu! 

background image

Dlatego tylko, że raz ze mną porozmawiał w klubie, przez tę chwilę, kiedy ty 
poszedłeś wziąć natrysk, przekupiłeś zbirów, żeby go zabili!

— Kochanie, zastanów się rozsądnie. Nie wiedziałem o niczym, póki ten 

dżentelmen...

— Jaki tam dżentelmen. To wstrętny kłamczuch.
Krąg konwersacji zamknął się znowu w punkcie wyjściowym.
— Jeżeli kłamie, nie trzeba zważać na jego słowa. Może on oczernia 

Marię.

— Aha, ty jej zawsze bronisz.
Wormold w desperacji spróbował ostatniego już argumentu:
— Cała ta sprawa nie ma nic wspólnego z Marią... chciałem powiedzieć: 

z sefiorą Sanchez.

— A cóż tu znów ma seniora Sanchez do roboty? — spytał profesor.
— Myślałem, że państwo myślą, że to Maria...
— Młody człowieku, pan chyba nie zechce mi wmówić, że Maria knuje 

coś przeciw mojej żonie, podobnie jak przeciw mojej... mojej tu obecnej 
przyjaciółce? To już zbyt niedorzeczne!

Dotychczas nieporozumienie wydawało się Wormoldowi dość łatwe do 

rozwikłania. Teraz jednak sytuacja przedstawiała się tak, jakby pociągnąwszy 
za jedną luźną nitkę zaczął pruć całą suknię. Czy na tym polega „wychowanie 
porównawcze"? Powiedział:

— Myślałem, że oddam panu przysługę zjawiając się z ostrzeżeniem, 

ale widzę, że może śmierć byłaby dla pana najlepszym wyjściem.

— Jest pan bardzo tajemniczy, młody człowieku.
— Nie jestem młody. To pan, profesorze, jest młody, sądząc z tego, co 

tu słyszę. — I w zdenerwowaniu pomyślał głośno: — Gdybyż tu ze mną była 
Beatrycze!

Profesor powiedział skwapliwie:"
— Daję ci słowo, kochanie, że nie znam osoby imieniem Beatrycze. Nie 

znam żadnej Beatrycze!

 Młoda kobieta zaśmiała się jak tygrysica.
— Pan, jak się zdaje — rzekł profesor — przyszedł tutaj wyłącznie w tym 

celu, by wetknąć kij w mrowisko. — Była to pierwsza wymówka, jaką zrobił 
gościowi, trzeba przyznać, że dość łagodna w danych okolicznościach. — Nie 

background image

pojmuję, jakie korzyści ma pan nadzieję z tego wyciągnąć. — Z tym słowami 
profesor wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi.

— Potwór — powiedziała kobieta. — Potwór. Potwór erotyczny. Satyr.
— Pani nie rozumie...
— Znam tę śpiewkę: wszystko zrozumieć to wszystko przebaczyć. Ale 

nie w tym przypadku, co to, to nie. — Zdawało się, że przestała traktować 
Wormolda jak wroga. — Maria, ja, Beatrycze... nie liczę już jego żony, 
biedaczki. Nic nie zarzucam żonie. Pan ma rewolwer?

— Oczywiście, że nie. Przyszedłem tylko po to, żeby ocalić profesora — 

rzekł Wormold.

— Niech mu pan strzela w brzuch — powiedziała młoda kobieta. — W 

dół brzucha.

I ze zdecydowanym wyrazem twarzy weszła do domu. Wormold nie miał 

tu nic więcej do roboty. Kiedy szedł w stronę furtki, niewidzialny dzwonek 
znów zadźwięczał, lecz w białym domku nikt się nie poruszył. Zrobiłem, co 
mogłem — pomyślał Wormold. Profesor był chyba przygotowany na wszelkie 
niebezpieczeństwa, a zjawienie się policji okaże się być może dla niego 
ratunkiem. Łatwiej poradzi sobie z policjantami niż z tą młodą osobą.

4

Idąc wśród zapachów rozkwitających nocą roślin marzył tylko o tym 

jednym, żeby wyznać Beatrycze całą prawdę: „Nie jestem w służbie wywiadu, 
jestem oszustem, żaden z tych ludzi nie jest moim agentem, nie rozumiem nic 
z tego, co się dzieje. Jestem zgubiony, jestem przerażony". Beatrycze z 
pewnością opanowałaby jakoś sytuację. Przecież to fachowiec. Ale wiedział, 
że nie zwróci się do niej o pomoc. To by znaczyło przekreślić bezpieczną 
przyszłość Milly. Wolał już zginąć jak Raul. Czy w tej służbie płacono rentę 
sierotom? Ale kim był Raul?

Nim doszedł do drugiej furtki, Beatrycze zawołała:

background image

— Jim! Uwaga! Nie podchodź tutaj!
Mimo napięcia, zdążył w tym momencie pomyśleć: „Nazywam się 

Wormold, pan Wormold, senior Vomel, nikt nie mówi do mnie Jim". Potem — 
kuśtykając — pobiegł w stronę, skąd dochodził jej głos, i wpadł na ulicę, na 
radiowóz policyjny, na trzech policjantów i na drugi rewolwer, wycelowany 
prosto w jego żołądek. Beatrycze stała na chodniku, a u jej boku Teresa 
usiłowała zgarnąć na przodzie poły płaszcza, którego krój wcale się do tego 
nie nadawał.

— O co chodzi?
— Nie rozumiem ani słowa z tego, co oni mówią. Jeden z policjantów 

zaprosił Wormolda do policyjnego

samochodu.
— A co będzie z moim wozem?
— Dostarczymy pański samochód do komisariatu. Nim wsiadł, obmacali 

mu piersi i boki, czy nie ma broni.

Powiedział do Beatrycze:
— Nie wiem, o co chodzi, ale wygląda mi to na kres świetnej kariery.
Ten sam policjant odezwał się znowu.
— Oni chcą, żeby pani także wsiadła do ich samochodu.
— Niech pan im powie — odparła Beatrycze — że zostanę z siostrą 

Teresy. Nie ufam tym ludziom.

Dwa wozy jechały między willami milionerów, cicho, starając się nie 

zakłócić nikomu spokoju, jakby wzdłuż ulicy stały szpitale: bogacze potrzebują 
snu. Drogę mieli niedaleką — minęli dziedziniec, brama zamknęła się za nimi, 
ogarnął ich zapach komisariatu, charakterystyczny jak woń amoniaku we 
wszystkich ogrodach zoologicznych świata. Na bielonych ścianach korytarza 
wisiały portrety poszukiwanych przestępców podobne do falsyfikatów 
brodatych starych mistrzów. W pokoju na końcu korytarza kapitan Segura grał 
w warcaby.
— Chuch! — powiedział i wziął dwa pionki. Podniósł wzrok na przybyłych. — 
Pan Wormold! — zdziwił się, a na widok Beatrycze wstał, prężąc się jak mały 
zielony wąż. Spojrzał nad jej ramieniem na Teresę; płaszcz rozchylił się 

znowu, może nie przypadkiem. — Kto, na miłość boską?... — po czym zwrócił 

się do policjanta, partnera gry: — Andal

background image

— Co to wszystko znaczy, panie kapitanie?
— Mnie pan pyta, panie Wormold?
— Tak.
— Chciałbym, żeby pan mi na to pytanie odpowiedział.
Nie oczekiwałem wcale, że ujrzę tu pana, ojca Milly. Otrzymaliśmy od 

profesora Sancheza wiadomość, że jakiś człowiek napastuje go w domu 
niezbyt zrozumiałymi pogróżkami. Profesor podejrzewał, że chodzi o jego 
kolekcję obra-zów — ma bardzo cenne płótna. Posłałem natychmiast 
radiowóz, no i przywieziono tu pana wraz z senoritą, którą miałem 
przyjemność już poznać, i z tą gołą dziewczyną. — Podobnie jak przedtem 
sierżant policji w Santiago, kapitan dodał: — Nieładnie, panie Wormold.

— Byliśmy w „Shanghai Theatre".
— To również nieładnie.
— Znudziło mi się słuchać narzekań policjantów, że im się nie podobam.
— Dlaczego pan odwiedził profesora Sancheza?
— Przez omyłkę.
— Dlaczego wziął pan do swego samochodu gołą dziewczynę?
— Chciałem ją podwieźć do domu.
— Ona nie ma prawa chodzić goła po ulicach. — Jeden policjantów 

nachylił się nad biurkiem i coś szepnął kapitanowi. — Aha! — powiedział 
Segura. — Zaczynam coś rozumieć. W „Shanghai Theatre" była dzisiaj 
kontrola policyjna. Dziewczyna pewnie zapomniała dokumentów i chciała 
uniknąć noclegu w komisariacie. Prosiła więc pana...

— Było zupełnie inaczej.
— Lepiej, panie Wormold, żeby było właśnie tak. — Zwrócił się po 

hiszpańsku do dziewczyny: — Masz dokumenty? Nie masz!

— Si, yo tengo! — odparła oburzona. Schyliła się i wyciągnęła zmięte 

papierki zza pończochy. Kapitan Segura wziął je do ręki, obejrzał, westchnął 
głęboko:

— Panie Wormold, panie Wormold, ona ma papiery w porządku. 

Dlaczego obwozi pan po nocy samochodem gołą dziewczynę? Dlaczego 
wdziera się pan do domu profesora Sancheza, mówi mu różne rzeczy o jego 
żonie i grozi?

Co pana łączy z jego żoną? — Ostro krzyknął do dziewczyny: — Idź 

background image

stąd!

Zawahała się i zaczęła zdejmować płaszcz.
— Niechże ona zatrzyma lepiej ten płaszcz — powiedziała Beatrycze.
Kapitan Segura siadł ciężko przed warcabnicą.
— Panie Wormold, dla pańskiego dobra radzę panu: niech pan się nie 

zadaje z żoną profesora Sancheza. To nie jest osoba, którą by można 
lekceważyć.

— Ja się z nią nie zadaję.
— Gra pan w warcaby?
— Owszem. Niestety dość słabo.
— Na pewno lepiej niż te osły z mojego komisariatu. Musimy zagrać 

kiedyś partyjkę. Ale z warcabami trzeba bardzo ostrożnie, zupełnie jak z żoną 
profesora Sancheza.

Na chybił trafił przesunął pionka na szachownicy i powiedział:
— Dziś wieczorem był pan u doktora Hasselbachera.
— Byłem.
— Czy to rozsądnie, panie Wormold? — Nie patrzał na niego, suwał 

krążkami warcabów to tu, to tam, grając sam ze sobą.

— Rozsądnie?
— Doktor Hasselbacher obraca się w dość dziwnym towarzystwie.
— Nic mi o tym nie wiadomo.
— Dlaczego wysłał pan do niego z Santiago pocztówkę i naznaczył na 

niej okno swojego pokoju?

— Ileż bezwartościowych wiadomości posiada pan, kapitanie.
— Mam powody, żeby się panem interesować, panie Wormold. Nie 

życzę sobie, żeby się pan w coś wplątał. Cóż to chciał panu dziś wieczorem 
powiedzieć doktor Hasselbacher? Jego telefon, jak pan się domyśla, jest pod 
kontrolą.

— Chciał nam zagrać płytę z „Tristana".
— A może opowiedzieć o tym? — kapitan Segura odwrócił leżącą na 

biurku fotografię: zdjęcie zrobione przy sztucznym świetle, charakterystyczny 
blask na białych twarzach skupionych nad stosem roztrzaskanego żelastwa, 
które było niegdyś samochodem.

— I o tym? — Twarz młodego mężczyzny nieczuła na blask światła, 

background image

puste tekturowe pudełko po papierosach, zmiażdżone jak życie tego 
człowieka; czyjaś noga butem trącała jego ramię. — Pan go znał?

— Nie.
Kapitan Segura nacisnął jakiś guzik i z pudła na jego biurku odezwał się 

głos mówiący po angielsku:

— Halo, halo, tu Hasselbacher.
— Pan ma gości, panie H-Hasselbacher?
— Tak. Przyjaciół.
— Kogo mianowicie?
— Jeśli koniecznie chce pan wiedzieć, jest tu pan Wormold.
— Niech mu pan powie, że Raul nie żyje.
— Nie żyje? Pan mi przecież obiecał...
— Nie zawsze można kierować przypadkiem, panie H-Hasselbacher.
Głos zacinał się lekko na przydechowym h.
— Pan mi dał słowo...
— Samochód przekoziołkował kilka razy.
— Mówił pan, że to będzie tylko ostrzeżenie.
— To jest ostrzeżenie. Niech mu pan powie, że Raul zginął.
Przez chwilę słychać było tylko szum taśmy, potem trzaśniecie drzwi.
— Czy w dalszym ciągu twierdzi pan, że nic nie wie o Raulu? — spytał 

Segura.

Wormold spojrzał na Beatrycze. Nieznacznie zaprzeczyła ruchem głowy. 

Wormold rzekł:

— Daję panu słowo honoru, kapitanie, że do dzisiejszego wieczora nic 

nie wiedziałem o jego istnieniu.

Segura znowu przesunął krążek na warcabnicy.
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— Pan jest ojcem Milly. Muszę przyjąć pańskie słowo. Ale niech pan 

unika gołych dziewczyn i pani profesorowej. Dobranoc, panie Wormold.

— Dobranoc.
Kiedy już byli przy drzwiach, kapitan odezwał się znowu:
— A b tej partyjce warcabów, panie Wormold, proszę, niech pan nie 

zapomni.

background image

Stary Hillman czekał na ulicy. Wormold rzekł:
— Zostawię panią z Milly.
— Pan nie wraca do domu?
— Za późno już na spanie.
— Gdzie pan chce iść? Czy nie mogłabym pójść z panem?
— Wolę, żeby pani była z Milly na wszelki wypadek. Widziała pani tę 

fotografię?

— Nie.
Nie mówili nic więcej, dopiero przed domem przy ulicy Lamparilla 

Beatrycze powiedziała:

— Wolałabym, żeby pan nie dawał słowa honoru. Nie było konieczne 

posuwać się aż do tego.

— Nie?
— Och, zawodowy obowiązek, rozumiem przecież. Niech mi pan 

wybaczy. To była głupia uwaga. Ale jest pan zawodowcem bardziej 
wytrawnym, niż mi się zdawało.

Otworzyła drzwi sklepu. Patrzał za nią, gdy szła między odkurzaczami, 

jak żałobnica przez cmentarz.

background image

Rozdział drugi

Przy wejściu do kamienicy, w której mieszkał doktor Hasselbacher, 

Wormold nacisnął dzwonek nieznajomego lokatora z drugiego piętra, gdzie 
jeszcze świeciło się w oknach. Automat zabrzęczał i drzwi się otworzyły. 
Winda stała na parterze, wsiadł w nią i pojechał na górę, do mieszkania 
doktora Hasselbachera. Doktor najwidoczniej również nie mógł usnąć, bo 
spod jego drzwi sączyło się światło. Czy był sam, czy może naradzał się z 
właścicielem głosu schwytanego na taśmę kapitana?

"Wormold już się poduczył ostrożności i wybiegów swego nierealnego 

rzemiosła. Z podestu schodów wysokie okno wychodziło na niedorzeczny 
balkonik, zbyt wąski, by do czegokolwiek służyć. Stąd Wormold mógł dostrzec 
światło w mieszkaniu doktora i jednym krokiem przedostać się na sąsiedni 
balkon. Nie patrząc w dół, zrobił ten krok. Zasłony nie były porządnie 
zaciągnięte. Zajrzał przez szczelinę do wnętrza.

Doktor Hasselbacher siedział, zwrócony twarzą do okna, w pikielhaubie, 

pancerzu, długich butach i białych rękawiczkach — niewątpliwie w starym 
ułańskim mundurze. Oczy miał przymknięte, zapewne spał. Z szablą u boku 
wyglądał jak statysta ze studia filmowego. Wormold zapukał w szybę. Doktor 
otworzył oczy i spojrzał prosto na niego.

— Panie doktorze...
Doktor wzdrygnął się jak gdyby w panice. Spróbował zrzucić z głowy 

pikielhaubę, ale zapięty pod brodą rzemień nie puścił.

— To ja, Wormold.
Doktor z pewnym ociąganiem podszedł do okna. Spodnie miał o wiele 

za ciasne; uszyto je dla młodszego Hasselbachera.

— Co pan tam robi, panie Wormold?
— A co pan robi, doktorze?
Hasselbacher otworzył okno i wpuścił Wormolda do pokoju. Była to 

sypialnia. W ogromnej, na oścież otwartej szafie wisiały dwa białe ubrania, 

background image

niby ostatnie zęby w szczękach starca. Doktor zaczął ściągać rękawiczki.

— Był pan może na balu kostiumowym, panie doktorze?
Z zawstydzeniem w głosie, Hasselbacher odpowiedział:
— Pan tego nie może zrozumieć. — Zrzucał z siebie kolejno wszystkie 

rekwizyty maskarady — rękawice, hełm, pancerz, w którym niby w krzywym 
zwierciadle odbijał się zniekształcony obraz Wormolda i mebli. — Po co pan 
tu znów przyszedł? Dlaczego nie zadzwonił pan do drzwi?

— Chcę się dowiedzieć, kim był Raul.
— Już pan wie.
— Nie mam pojęcia.
Doktor usiadł i zaczął ściągać buty.
— Czy jest pan wielbicielem Lamba, panie doktorze?
— To Milly pożyczyła mi Lamba. Czy pan nie pamięta, jak o nim wtedy 

mówiła...? — Siedział żałosny, w rozepchanych bryczesach. Wormold 
zauważył, że szwy były z boku rozprute, inaczej współczesny Hasselbacher 
nie zmieściłby się w nogawkach. Oczywiście, przypomniał sobie wieczór w 
„Tropicanie".

— Myślę — rzekł Hasselbacher — że co do tego munduru należy się 

panu pewne wyjaśnienie.

— Co do innych spraw tym bardziej.
— Byłem oficerem ułanów... och, dawno, czterdzieści lat temu.
— Widziałem pańską fotografię w sąsiednim pokoju. Ale ma pan na niej 

inny mundur. Tamten wygląda... praktyczniej.

— Tamto zdjęcie zrobiono już po wybuchu wojny. Niech pan spojrzy na 

inne, tu, nad toaletką. Rok 1913, manewry czerwcowe, cesarz dokonuje 
przeglądu pułku. — Stara brązowa fotografia, z wypukłą pieczątką fotografa 
odciśnięta w rogu, przedstawiała długi szereg kawalerzystów prezentujących 
szable i drobną figurkę cesarza z uschniętą ręką, galopującego przed frontem 
na białym koniu. — To były takie cudownie spokojne czasy — rzekł doktor 
Hasselhacher.

— Spokojne?
— Póki nie nadeszła wojna.
— Myślałem, że pan był lekarzem.
— Nie powiedziałem panu prawdy. Lekarzem zostałem dopiero później. 

background image

Po wojnie. Po zabiciu człowieka. Zabijać jest tak łatwo. Nie wymaga to 
szczególnej umiejętności. Wiesz z całą pewnością, coś zrobił, możesz 
rozpoznać śmierć, ale żeby ocalić człowieka, na to trzeba sześciu z górą lat 
nauki, a w końcu i tak nie wiadomo na pewno, czy to ty rzeczywiście go 
ocaliłeś. Jedne bakterie niszczą inne. Organizm po prostu przezwycięża 
chorobę. Co do żadnego z moich pacjentów nie mógłbym przysiąc, że to ja go 
uratowałem, ale kiedy zabiłem człowieka, nie miałem wątpliwości. To był 
Rosjanin, okropnie chudy. Jego kości zachrzęściły mi pod szablą. Aż mnie 
chwycił kurcz w szczękach. Dokoła nic prócz bagien; nazywało się to miejsce 
Tannenberg. Nienawidzę wojny, panie Wormold.

— Dlaczego więc przebiera się pan za żołnierza?
— Kiedy zabijałem tamtego człowieka, byłem inaczej ubrany. Ten 

mundur to czasy pokoju. Kocham je. — Dotknął pancerza leżącego na łóżku. 
— Ale potem oblepiło nas błoto bagien. Czy pan, panie Wormold, nigdy nie 
marzy o powrocie pokoju? Ale nie. Zapominam, że pan jest młody, nigdy pan 
tego nie zaznał. To były ostatnie lata pokoju dla nas wszystkich. Spodnie już 
na mnie teraz nie pasują.

— Dlaczego właśnie dzisiaj zachciało się panu tego przebrania, 

doktorze?

— Z powodu śmierci pewnego człowieka.
— Raula?
— Tak.
— Pan go znał?
— Tak.
— Niech mi pan o nim opowie.
— Nie chcę o tym mówić.
— Lepiej wszystko powiedzieć.
— Obaj jesteśmy odpowiedzialni za jego śmierć, pan i ja — rzekł 

Hasselbacher. — Nie wiem, kto i jak wciągnął pana w ten potrzask, ale ja nie 
mogłem im odmówić pomocy pod grozą deportacji z Kuby. Cóż bym począł 
gdzie indziej? Mówiłem już panu, że straciłem pewne dokumenty.

— Jakie?
— Mniejsza z tym. Czyż wszyscy nie mamy za sobą jakiejś kłopotliwej 

przeszłości? Dzisiaj już wiem, dlaczego przetrząśnięto wówczas moje 

background image

mieszkanie. Ponieważ przyjaźniłem się z panem. Proszę, niech pan sobie 
stąd pójdzie, panie Wormold. Kto wie, czego oni by ode mnie zażądali, gdyby 
wiedzieli, że pan był tutaj.

— Oni? Kto?
— To pan wie lepiej niż ja, panie Wormold. Nie mają zwyczaju się 

przedstawiać.

Coś poruszyło się w sąsiednim pokoju.
— To tylko mysz, panie Wormold. Zostawiam jej zawsze kawałek sera 

na noc.

— A więc to Milly pożyczyła panu Lamba?
— Cieszę się, że pan zmienił szyfr — rzekł doktor Hasselbacher. — 

Może teraz dadzą mi spokój. Nie będę im już mógł nic pomóc. Zaczyna 
człowiek od łamigłówek, krzyżówek i matematycznych zagadek, a potem, nim 
się spostrzeże, już dał się wciągnąć... Nawet z wyborem rozrywek trzeba w 
naszych czasach być ostrożnym.

— Ale Raul... Nigdy nie istniał. Pan radził mi kłamać i kłamałem. To 

wszystko były postacie zmyślone, panie doktorze.

— A Cifuentes? Nie powie mi pan, że Cifuentes nigdy nie istniał.
— Z nim inna sprawa. Raula wymyśliłem sam.
— A więc wymyślił go pan za dobrze. Mają dziś wszystkie akta Raula w 

komplecie.

— Nie był bardziej rzeczywisty niż bohaterowie powieści.
— Czy tacy bohaterowie zawsze są tylko zmyśleniem? Nie wiem, jak 

pracują powieściopisarze. Ani jednego prócz pana nie spotkałem w życiu.

— Nie było alkoholika-pilota w kubańskiej linii lotniczej.
— Och, przyznaję panu, że ten szczegół pan zmyślił. Nie mam pojęcia, 

dlaczego.

— Skoro pan rozszyfrował moje depesze, musi pan sobie zdawać 

sprawę, że nie było w nich słowa prawdy. Pan przecież zna to miasto. Pilot 
wyrzucony za pijaństwo, przyjaciel posiadający samolot — to wszystko bajka.

— Nie wiem, czym się pan kierował, panie Wormold. Może chciał pan go 

zamaskować na wypadek rozszyfrowania pańskich raportów. A może pańscy 
przyjaciele nie chcieliby mu płacić tak słono, gdyby wiedzieli, że ma własny 
samolot i osobisty majątek. Ile z tego poszło do jego kieszeni, ciekaw jestem, 

background image

a ile do pańskiej?

— Nic z tego nie rozumiem.
— Czytuje pan gazety. Wie pan przecież, że przed miesiącem odebrano 

mu prawo pilotowania samolotu, ponieważ wylądował po pijanemu w ogródku 
dziecięcym.

— Nie czytuję miejscowej prasy.
— Nigdy? On oczywiście wyparł się współpracy z panem. Proponowano 

mu grube pieniądze, żeby przeszedł na służbę drugiej strony. Oni także 
chcieliby mieć fotografie tych betonowych fundamentów, które pan odkrył w 
górach Oriente.

— Nie ma żadnych fundamentów.
— Niech pan nie liczy zbytnio na moją łatwowierność, panie Wormold. W 

jednej z depesz wspominał pan o planach przesłanych do Londynu. Oni 
również potrzebują fotografii.

— Pan musi wiedzieć, kim oni są.
— Cui bono?
— I jakie mają zamiary w stosunku do mnie.
— Początkowo przyrzekli mi nie ruszać pana w ogóle. Był pan dla nich 

użyteczny. Od pierwszej chwili wiedzieli o panu, ale nie traktowali pana 
poważnie. Nawet podejrzewali, że pan może zmyśla swoje raporty. Później 
jednak zmienił pan szyfr i powiększył swój personel. Brytyjski wywiad nie 
dałby się przecież tak łatwo oszukać, prawda? — Jakaś dziwna lojalność 
wobec Hawthorne'a zamykała Wor-moldowi usta. — Panie Wormold, panie 
Wormold, po co pan się w to wszystko wdawał?

— Pan wie dobrze, po co. Potrzebowałem pieniędzy. — Stwierdził, że 

prawda działa jak środek uspokajający.

— Byłbym panu pożyczył, proponowałem to panu.
— Potrzebowałem więcej, niżby pan mógł mi pożyczyć.
— Dla Milly?
— Tak.
— Niech pan jej strzeże pilnie, panie Wormold. W tym zawodzie 

niebezpiecznie jest kogoś albo coś kochać. Oni wiedzą, w co uderzyć. 
Pamięta pan moją hodowlę bakterii?

— Pamiętam.

background image

— Gdyby nie zniszczyli mojej chęci do życia, może nie namówiliby mnie 

tak łatwo na współpracę.

— Czy pan naprawdę przypuszcza...
— Mówię tylko, że trzeba zachować ostrożność.
— Pozwoli pan, że zatelefonuję?
— Proszę.
Wormold zatelefonował do domu. Czy to było złudzenie, czy też cichutki 

szczęk w słuchawce świadczył, że na linii był podsłuch? Odezwała się 
Beatrycze.

— Czy w domu spokojnie? — spytał.
— Tak.
— Niech pani czeka na mnie. Milly w domu?
— Spi smacznie.
— Zaraz wracam.
Doktor Hasselbacher powiedział:
— Nie powinien pan był zdradzać tonem głosu swojej miłości. Nie 

wiemy, kto pana słuchał. — Odprowadził Wor-molda do drzwi z trudem, bo 
ciasne spodnie go uwierały. — Dobranoc, panie Wormold. Proszę wziąć z 
sobą Lamba.

— Już mi niepotrzebny.
— Milly może zechce go poczytać. Czy będzie pan tak dobry, żeby nie 

opowiadać nikomu o tym... o tej mojej maskaradzie? Wiem, że jestem 
śmieszny, ale kochałem tamto życie. Raz cesarz do mnie przemówił.

— Co powiedział?
— Powiedział: „Pamiętam pana, panie rotmistrzu. Pan się nazywa 

Miiller".

background image

Interludium londyńskie

Kiedy szef podejmował gości, urządzał obiad w domu i gotował 

osobiście, ponieważ żadna restauracja nie mogła zadowolić jego 
drobiazgowych i romantycznych wymagań. Opowiadano, że pewnego razu, 
gdy się rozchorował, nie chciał mimo to odwołać zaproszenia — chodziło o 
dawnego przyjaciela — z łóżka kierował przez telefon przyrządzaniem potraw. 
Miał na stoliku zegarek i przerywał pogawędkę, żeby we właściwych 
odstępach czasu wydawać służącemu rozkazy: „Halo, halo, Brewer, wyjmij 

kurczę z piecyka podlej masłem".

Krążyła też anegdotka, że kiedyś, zatrzymany do późna w biurze, 

próbował stamtąd dyrygować gotowaniem, lecz obiad się nie udał, bo szef z 
przyzwyczajenia użył czerwonego telefonu i do uszu służącego doszły jedynie 
tajemnicze dźwięki, jakby ktoś bardzo szybko mówił po japońsku.

Obiad, którym szef przyjął stałego podsekretarza stanu, był prosty i 

znakomity: pieczyste z delikatnym zapachem czosnku. Na bufecie stał ser 
Wensleydale, a cisza jak śnieg wyścielała dzielnicę Albany. Po pracy w kuchni 
sam szef pachniał lekko sosem od pieczeni.

— Doprawdy znakomite. Znakomite.
— Stary przepis z Norfolk. Pieczeń babci Brown.
— Mięso doskonałe, rozpływa się w ustach.
— Nauczyłem Brewera sztuki zakupów, ale kucharza nie da się z niego 

zrobić. Trzeba go nieustannie pilnować.

Przez chwilę jedli w nabożnym milczeniu. Jedynie stuk kobiecych 

obcasów dobiegający z Rope Walk mącił ciszę.

— Dobre wino — rzekł wreszcie stały podsekretarz.
— Rocznik 35 zaczyna już dochodzić. Ale trochę jeszcze za młody.
— Nie powiedziałbym tego.
Przy serze odezwał się z kolei szef.
— A ta nota rosyjska? Co tam o niej myślano w ministerstwie?

background image

— Zdziwiła nas wzmianka o bazach na Antylach. — Chrupnęły biszkopty 

„Rosemary". — Nie chodzi im chyba o Bahamy. Te są warte mniej więcej tyle, 
ile nam Jankesi za nie zapłacili; parę starych kontrtorpedowców. Zawsze 
przypuszczaliśmy, że te urządzenia budowane na Kubie to sprawka 
komunistów. Nie sądzi pan, że to może być mimo wszystko również 
amerykańska robota?

— Czyż nie bylibyśmy w takim razie o niej poinformowani?
— Nie jest to zupełnie pewne, niestety. Od czasu afery Fuchsa oni 

twierdzą, że my także sporo rzeczy trzymamy pod korcem. A co mówi wasz 
człowiek z Hawany?

— Zażądam od niego pełnego raportu. Jak panu ten ser smakuje?
— Wyśmienity.
— Pozwoli pan kieliszek porto?
— To Cockburn rocznik 35, prawda?
— Rocznik 27.

— Sądzi pan, że oni rzeczywiście dążą do wojny? - — spytał szef.

— Tyle o tym wiem, co i pan.
— Na Kubie rozwijają bardzo żywą działalność, prawdopodobnie przy 

współpracy policji. Nasz człowiek w Hawanie przeżył ciężkie chwile. Jak pan 
już słyszał, najlepszy jego agent został zabity, oczywiście w wypadku, tuż 
przed startem do lotu, podczas którego miał fotografować te urządzenia... 
Strata dla nas bardzo dotkliwa. Ale za te fotografie dałbym coś więcej niż 
życie jednego człowieka. I tak kosztowało nas to tysiąc pięćset dolarów. Do 
drugiego agenta strzelano na ulicy i wycofał się ze strachu. Trzeci zdecydował 
się ukryć. Przesłuchiwano pewną kobietę, chociaż to kochanka dyrektora 
Poczt i Telegrafów. Naszego człowieka jak dotąd zostawiają w spokoju, być 
może po to, żeby go śledzić. W każdym razie to ostrożny facet.

— Musiał jednak popełnić jakąś nieostrożność, skoro stracił wszystkich 

agentów?

— Jesteśmy zawsze przygotowani na pewne straty z początku; tamci 

odczytali jego szyfr. Nigdy nie ufałem tym książkowym szyfrom. Jest tam jakiś 
Niemiec, zdaje się, że to główny ich filar i specjalista od kryptografii. 
Hawthorne ostrzegał przed nim naszego człowieka, ale pan przecież wie, jacy 
sa ci staroświeccy kupcy, niewzruszeni w swej lojalności. Może nawet opłacą 

background image

się te drobne straty, jeżeli otworzą mu oczy. Cygaro?

— . Dziękuję. Czy on będzie mógł zacząć robotę na nowo po tych 

wsypach?

— Wpadł na nieoceniony pomysł. Uderzył w samo serce obozu 

przeciwników. Zwerbował w głównej kwaterze policji agenta, który służy teraz 
obu stronom.

— Tacy agenci zwykle są trochę niepewni. Nigdy nie można mieć 

pewności, którą stronę oszukują bardziej.

— Ufam naszemu człowiekowi, że mu zawsze potrafi dać chucha — 

rzekł szef. — Mówię: „chucha", bo oni obaj są amatorami warcabów. To 
właśnie daje im pretekst do spotkań.

— Nie znajduję dość mocnych słów, żeby wyrazić, jak bardzo jesteśmy 

zaniepokojeni tymi robotami w Oriente. Co za szkoda, że tamten agent nie 
zdążył dostarczyć fotografii, nim go zabili. Premier domaga się, żebyśmy 
zawiadomili o tej sprawie Jankesów i poprosili ich o pomoc.

— Nie wolno wam do tego dopuścić. Nie można zbytnio polegać na ich 

kontrwywiadzie.

background image

Część V

Rozdział pierwszy

Chuch — powiedział kapitan Segura. Spotkali się w klubie „Hawana". W 

klubie „Hawana", który wcale nie był klubem i należał do konkurenta 
Baccardiego, rum dawano bezpłatnie, dzięki czemu Wormold mógł 
powiększać swoje oszczędności, bo oczywiście nadal doliczał trunki do 
kosztów służbowych; zbyt uciążliwe, a może nawet wręcz niemożliwe byłoby 
wyjaśnienie Londynowi, że rum nic nie kosztował. Bar mieścił się na 
pierwszym piętrze siedemnastowiecznego domu, okna wychodziły na katedrę, 
w której niegdyś spoczywały zwłoki Krzysztofa Kolumba. Przed katedrą stał 
jego posąg wyciosany z szarego kamienia i wyglądający tak, jakby go 
ukształtowała — niby rafę z korala — wielowiekowa praca podwodnych 
żyjątek.

— Wie pan — rzekł kapitan Segura — dawniej zdawało mi się, że pan 

nie ma do mnie sympatii.

— Grywa się w warcaby z różnych powodów, niekoniecznie przez 

sympatię.

— Tak, ja też grywam z różnych powodów — odparł kapitan. — Niech 

pan uważa! Robię damkę.

— A ja mówię chuch trzy razy.
— Myśli pan, że tego nie spostrzegłem, ale przekona się pan, że ten 

ruch wypadnie na moją korzyść. No, proszę, biorę pańską jedyną damkę. Po 
co pan jeździł do Santiago, Santa Clara i Cienfuegos przed dwoma 
tygodniami?

background image

— Zwykle o tej porze roku odwiedzam swoich detali-stów.
— Pozory przemawiają za tym, że naprawdę pańska podróż miała ten, a 

nie inny cel. Zatrzymał się pan w Cienfuegos w nowym hotelu. Obiad zjadł 
pan samotnie w restauracji na wybrzeżu. Poszedł pan do kina i wrócił prosto 
do hotelu. Nazajutrz...

— Czy pan poważnie myśli, że jestem agentem wywiadu?
— Zaczynam o tym wątpić. Sądzę, że nasi przyjaciele się pomylili.
— Któż to taki: nasi przyjaciele? — No, powiedzmy, przyjaciele doktora 

Hasselbachera.

— To znaczy, kto?
— Mam obowiązek wiedzieć, co się dzieje w Hawanie — rzekł kapitan 

Segura — ale nie mam obowiązku opowiadać się po czyjejkolwiek stronie ani 
też udzielać informacji.

Posunął damkę naprzód na warcabnicy.
— Czy tu, na Kubie, dzieją się rzeczy tak doniosłe, żeby mogły 

zainteresować czyjś wywiad?

— Oczywiście, to mały kraj, ale sąsiadujemy z wybrzeżem 

amerykańskim. Niemal dotykamy do waszej angielskiej bazy na Jamajce. 
Kraj, okrążony tak jak Rosja, zwykle usiłuje wybić dziurę od wewnątrz.

— Jakiż byłby pożytek dla światowej strategii ze mnie... czy z doktora 

Hasselbachera? Człowiek handlujący odkurzaczami. Stary lekarz bez 
praktyki...

— W każdej grze są mało ważne pionki — rzekł kapitan Segura. — Jak 

na przykład ten. Zabieram go, a pan nie martwi się stratą. Doktor 
Hasselbacher rzeczywiście ma talent do rozwiązywania krzyżówek.

— Co mają tu do rzeczy krzyżówki?
— Taki człowiek nadaje się na dobrego kryptologa. Ktoś mi kiedyś 

pokazał pańską depeszę przez niego odczytaną... a raczej nie pokazał, ale 
podsunął. Może spodziewali się, że pana wypędzę z Kuby. — Kapitan 
roześmiał się. — Ojca Milly! Dobry pomysł!

— O czym mówiła ta depesza?
— Twierdził pan, że zwerbował inżyniera Cifuentesa. To oczywiście 

bzdura.. Znam go dobrze. Może dlatego strzelali do inżyniera, żeby nadać 
depeszy większe pozory prawdopodobieństwa. Może sami ją napisali, żeby 

background image

się pana stąd pozbyć. A może są bardziej ode mnie łatwowierni.

— Niesłychana historia. — Wormold przesunął pionek. — A dlaczego 

pan jest taki pewny, że Cifuentes nie może być moim agentem?

— Dlatego, że pan kiepsko gra w warcaby, panie Wormold, a także 

dlatego, że przesłuchałem inżyniera.

— Czy pan go brał na tortury? Kapitan Segura roześmiał się.
— Nie. Inżynier nie należy do klasy, którą można torturować.
— Nie wiedziałem, że w torturach rozróżnia się klasy.
— Drogi panie, zdaje pan sobie oczywiście sprawę, że pewni ludzie 

spodziewają się tortur, a inni oburzaliby się na samą myśl o nich. Nie torturuje 
się nigdy ludzi, jeśli nie istnieje pewnego rodzaju obustronna zgoda.

— Są różne tortury. Kiedy zniszczono laboratorium doktora 

Hasselbachera, była to także tortura...

— Trudno coś przewidzieć w amatorskiej robocie. Policja nie miała z tym 

nic wspólnego. Doktor Hasselbacher nie należy do klasy podlegającej 
torturom.

— A kto do niej należy?
— Biedacy w mojej ojczyźnie i we wszystkich krajach Ameryki 

Łacińskiej. Biedacy z Europy Środkowej i ze Wschodu. Oczywiście, wy, w 
waszych bogatych państwach, nie macie nędzarzy, tam nikt nie nadaje się do 
torturowania. Policja na Kubie może robić, co jej się podoba z emigrantami z 
Ameryki Łacińskiej lub z krajów bałtyckich, ale nie z gośćmi z Wielkiej Brytanii 
albo krajów skandynawskich. Obie strony instynktownie to rozumieją. Katolicy 
bardziej nadają się do tortur niż protestanci, są też częściej przestępcami. 
Widzi pan, miałem rację, że zrobiłem damkę, teraz chuch po raz ostatni.

— Zawsze pan wygrywa, co? Bardzo interesująca ta pańska teoria.
— Nikogo nie obchodzi, co się dzieje w naszych więzieniach albo w 

więzieniach Lizbony czy Caracas, ale Hitler zbyt już jaskrawo naruszał 
uświęcony porządek. To tak, jakby na przykład w pańskiej ojczyźnie szofer 
spał z żoną lorda.

— Dziś to już nas nie gorszy.
— Wielkie niebezpieczeństwo grozi światu, kiedy zaczyna się gorszyć z 

innych niż dawniej przyczyn.

Wypili jeszcze po jednym bezpłatnym kieliszku daiquiri, tak 

background image

zamrożonym, że musieli sączyć po kropelce, żeby uniknąć bólu w przełyku.

— Jak się miewa Milly? — spytał kapitan Segura.
— Dobrze.
— Bardzo lubię to dziecko. Doskonale wychowane. — Cieszy mnie 

pańska opinia.

— To właśnie dodatkowy powód, że nie życzę panu kłopotów, które by 

mogły pociągnąć za sobą cofnięcie prawa pobytu na Kubie. Hawana wiele by 
straciła, gdyby nie było tu pańskiej córki.

— Nie sądzę, by mi pan uwierzył, panie kapitanie, ale Cifuentes nie był 

moim agentem.

— Wierzę panu. Kto wie, może ktoś chciał pana użyć jako dymnej 

zasłony, albo zamiast malowanej kaczki, którą się puszcza na wabia dla 
prawdziwych dzikich kaczek. — Kapitan skończył swoje daiquiri. — To 
zresztą i mnie bardzo na rękę. Ja także lubię obserwować przylot dzikich 
kaczek z Rosji, z Ameryki, z Anglii, a nawet znów — z Niemiec. One sobie 
lekceważą biednego tutejszego myśliwego, ale przyjdzie kiedyś dzień, że 
usadowią się spokojnie, a ja wtedy pokażę, jak umiem strzelać.

— Zawiłe sprawy tego świata. Łatwiej, jak widzę, sprzedawać 

odkurzacze.

— Interesy idą pomyślnie, mam nadzieję?
— O tak, tak.
— Zauważyłem z zainteresowaniem, że pan powiększył swój personel. 

Urocza sekretarka z syfonem, w płaszczu, którego poły nie schodzą się z 
przodu. I młody człowiek.

— Potrzebowałem kogoś do sprawdzania rachunków. Na Lopezie nie 

można polegać.

— Aha, Lopez. To także pański agent — roześmiał się kapitan Segura. 

— Tak mi przynajmniej doniesiono.

— Tak. Dostarcza mi tajnych informacji o policji.
— Niech pan będzie ostrożny, panie Wormold, Lopez należy do klasy, 

którą się torturuje.

Zaśmiali się obaj pijąc daiquiri. Nietrudno śmiać się z tortur w słoneczny 

dzień.

— Czas już na mnie, panie Wormold.

background image

— W celach więziennych zapewne pełno moich szpiegów.
— Zawsze możemy zrobić miejsce dla nowych, wystarczy kilka 

egzekucji.

— Któregoś pięknego dnia zwyciężę pana w warcabach, panie 

kapitanie.

— Wątpię, panie Wormold.
Z okna patrzał, jak kapitan Segura po drodze do swego urzędu mija 

szary, jakby z pumeksu wyciosany pomnik Kolumba. Potem wypił jeszcze 
jedno bezpłatne daiquiri. A więc klub „Hawana" i kapitan Segura zajął miejsce 
baru „Wonder" i doktora Hasselbachera; życie doszło do punktu zwrotnego, 
musiał się z tym pogodzić. Nie można cofnąć wskazówek zegara. Doktor 
Hasselbacher został w jego oczach poniżony, a przyjaźń nie wytrzymuje 
próby poniżenia. Od tamtego wieczora nie widział się z doktorem. W klubie, 
podobnie jak w barze „Wonder", czuł się obywatelem Hawany; elegancki 
młody człowiek, który podawał daiquiri, nie próbował mu sprzedać którejś z 
butelek rumu stojących na stoliku. Starszy siwobrody pan czytał ranne gazety, 
jak zwykle o tej porze; jak co dzień też listonosz przerywając obchód 
służbowy wstąpił na kieliszek; ci wszyscy ludzie także byli tutejszymi 
obywatelami. Czterej turyści opuszczali bar niosąc w rafiowych koszykach 
butelki rumu; zaczerwieniem, rozweseleni, łudzili się, że wypili w klubie za 
darmo. Wormold pomyślał: „Cudzoziemcy. Tych się oczywiście nie torturuje".

Wypił swoje daiquiri zbyt szybko i wyszedł z klubu „Hawana" z bólem w 

oczach. Turyści nachylali się nad siedemnastowieczną studnią i wrzucali do 
niej dwa razy więcej monet, niż były warte wypite trunki: w ten sposób 
zapewniali sobie szczęśliwy powrót. Kobiecy głos zawołał na Wormolda; 
zobaczył Beatrycze między słupkami kolumnady wśród dyń, grzechotek, 
murzyńskich lalek i miejscowych osobliwości.

— Co pani tu robi?
— Zawsze się niepokoję, kiedy pan przebywa w towarzystwie kapitana 

Segura — wyjaśniła. — Chciałam się tym razem upewnić...

— O czym?
Zastanawiał się, czy zaczęła wreszcie podejrzewać, że on wcale nie ma 

agentów. Może z Londynu albo od 59200 z Kingston dostała rozkaz śledzenia 
go. Razem ruszyli ku domowi.

background image

— Chciałam się upewnić, czy to nie jest pułapka, czy nie czeka tu na 

pana policja. Z agentem pracującym na dwie strony trzeba być bardzo 
ostrożnym.

— Pani się zanadto przejmuje.
— A pan ma za mało doświadczenia. Niechże pan sobie przypomni, co 

się zdarzyło Raulowi i inżynierowi Cifuentes.

— . Cifuentesa policja brała na przesłuchanie — odparł
z ulgą. — Jest spalony, nie może już być dla nas użyteczny.
— Czy to nie znaczy, że pan także jest spalony?
— Nic nie wygadał. Badał go kapitan Segura, a to przecież nasz 

człowiek. Sądzę, że czas byłby wypłacić mu premię. Stara się zestawić dla 
nas pełną listę obcych agentów na Kubie, zarówno amerykańskich, jak 
rosyjskich. Nazywa ich „dzikimi kaczkami".

— To byłby sukces. A co z tą budową w górach?
— Na razie trzeba to zostawić trochę na uboczu. Nie
mogę od niego żądać, żeby działał przeciw własnemu krajowi.
Przechodząc przed katedrą, jak zawsze rzucił pieniądz ślepemu 

żebrakowi siedzącemu na schodach u wejścia, Bea-trycze powiedziała:

— W takim słońcu ślepota wydaje się niemal przywilejem.
Instynkt twórczy ocknął się w Wormoldzie.
— Wie pani — rzekł — on wcale nie jest naprawdę ślepy. Wszystko 

widzi.

— A więc jest świetnym aktorem. Przyglądałam mu się przez cały czas 

pana rozmowy z kapitanem.

— On też się pani przyglądał. To jeden z moich najcenniejszych 

informatorów. Zawsze go tu umieszczam, kiedy mam spotkanie z kapitanem. 
Elementarna ostrożność. Nie jestem taki lekkomyślny, jak pani sądzi.

— Nic pan o tym nie wspominał centrali.
— Bo nie ma o czym. Nie znaleźliby przecież żadnych danych o 

przeszłości ślepego żebraka, a zresztą nie używam go nigdy jako 
wywiadowcy. Mimo to, gdyby mnie aresztowano, dowiedziałaby się pani o tym 
w ciągu dziesięciu minut. Co by pani wówczas zrobiła?

— Spaliłabym wszystkie notatki i odwiozłabym Milly do ambasady.
— A co z Ruddy'm?

background image

— Kazałabym mu nadać przez radio do Londynu wiadomość, że 

placówka zwinięta, a personel schodzi w podziemie.

— Jak się schodzi w podziemie? — Nie spodziewał się odpowiedzi. 

Powoli, w miarę jak ta historia narastała w jego wyobraźni, mówił: — Żebrak 
ma na imię Miguel. Służy mi z wdzięczności. Bo kiedyś, proszę pani, ocaliłem 
mu życie. — Jakim sposobem?

— Och, drobiazg. Wypadek na promie. Po prostu ja umiem pływać, a 

Miguel nie.

— Dostał pan za to medal?
Spojrzał na nią żywo, ale w jej twarzy nie dostrzegł nic prócz niewinnej 

ciekawości.

— Nie. Nie zyskałem chwały. Prawdę mówiąc, zapłaciłem grzywnę, 

ponieważ wyciągnąłem go na brzeg w strefie obronnej.

— Ależ to romantyczna przygoda! Teraz oczywiście Miguel gotów za 

pana oddać życie.

— No, to może przesada.
— Niech mi pan powie, czy pan ma gdzieś w szufladzie mały stary 

notatnik w czarnej ceratowej oprawie, kupiony ongiś za pensa?

— O ile pamiętam, nic takiego nie mam. Dlaczego pani pyta?
— Z rachunkami pierwszych zakupów stalówek i gum?
— Dlaczego, na Boga, miałbym kupować stalówki?
— No, tak sobie tylko myślałam.
— Nie ma książek handlowych w cenie jednego pensa i nikt nie używa w 

dzisiejszych czasach stalówek.

— Niechże pan o tym więcej nie myśli. Przypomniałam sobie po prostu 

coś, co Henry mówił. Po prostu pomyłka.

— Co za Henry?
— 59200 — wyjaśniła. Wormolda ukłuła dziwna zazdrość: jego, wbrew 

przepisowej ostrożności, Beatrycze ledwie jeden jedyny raz nazwała po 
imieniu, Jimem.

Dom zastali jak zwykle pusty. Wormold uświadomił sobie, że nie 

odczuwa już braku Milly, i poznał smutną pociechę, jaka jest udziałem 
człowieka, który spostrzega, że przynajmniej jedna miłość przestała mu ranić 
serce.

background image

— Ruddy wyszedł — powiedziała Beatrycze. — Pewnie po jakieś 

przysmaki. Za dużo jada. Nie tyje, więc widocznie zużywa ogromne ilości 
energii, ale nie mam pojęcia, na co.

— Weźmy się lepiej do roboty. Trzeba wysłać depeszę. Segura udzielił 

mi cennych wiadomości o infiltracji komunistów w szeregi policyjne. Może 
pani nie zechce uwierzyć...

— Gotowa jestem uwierzyć niemal we wszystko. Niech pan spojrzy; 

wykryłam coś zachwycającego w księdze szyfrów. Czy pan wie, że jest tu 
symbol słowa „eunuch"? Jak pan myśli, czy to często trafia się w tekście 
depesz?

— . Placówce w Stambule zapewne ten symbol bywa potrzebny.
— Szkoda, że my nie możemy go użyć. A gdyby tak spróbować?
— Czy pani zamierza wyjść powtórnie za mąż?
— Pańskie swobodne skojarzenia — odparła Beatrycze — są niekiedy 

dość przejrzyste. Czy pan myśli, że Ruddy prowadzi podwójne życie? Nie do 
wiary przecież, żeby tyle energii spalał w pracy?

— A co o podwójnym życiu mówią przepisy? Czy trzeba prosić Londyn o 

pozwolenie, zanim się człowiek w nie zapłacze?

— No, oczywiście, że nie należy posuwać się zbyt daleko przed 

zbadaniem kartoteki. Londyn woli, żeby personel załatwiał te sprawy w 
obrębie wydziału.

background image

Rozdział drugi

1

— Widocznie staję się ważną osobistością — rzekł Wormold. — 

Proszono mnie o wygłoszenie mowy.

— Gdzie? — spytała Milly, grzecznie odrywając wzrok od „Kalendarza 

Amazonki". O tej wieczornej godzinie praca dnia była ukończona, a ostatnie 
złote promienie kładły się poziomo na dachach domów, rozbłyskując we 
włosach koloru miodu i w szklance z alkoholem.

— Na dorocznym lunchu Stowarzyszenia Kupców Europejskich. Prezes, 

doktor Braun, zwrócił się do mnie, jako do najstarszego z członków. 
Honorowym gościem będzie amerykański konsul generalny — rzekł Wormold 
z dumą. Bardzo niedawny wydał mu się dzień, kiedy przybył do Hawany i w 
barze hotelu „Floridita" spotkał w towarzystwie rodziców młodą dziewczynę, 
późniejszą matkę Milly; a teraz był najstarszym tutejszym kupcem. Wielu się 
wycofało; niektórzy wyjechali do kraju — do Anglii, Niemiec, Francji — żeby 
walczyć w ostatniej wojnie, ale Wormolda nie chciano wziąć do wojska z 
powodu kalekiej nogi. Żaden z tamtych nie wrócił na Kubę.

— O czym będziesz mówił? Odpowiedział ze smutkiem:
— Nie będę mówił. Nie wiedziałbym, co powiedzieć. — Na pewno nikt 

nie będzie umiał przemówić tak dobrze, jak tatuś.

— Och, nie. Jestem co prawda najstarszym członkiem stowarzyszenia, 

ale też najskromniejszym. Eksporterzy rumu czy cygar — to są rzeczywiście 
wielcy kupcy.

— Ale ty jesteś sobą.
— Szkoda, że nie wybrałaś sobie mądrzejszego ojca.
— Kapitan Segura powiada, że tatuś dobrze gra w warcaby.

background image

— Nie tak jednak, jak on.
— . Niech się tatuś zgodzi przemawiać — powiedziała Milly. — Będę z 

ciebie okropnie dumna.

— Ośmieszyłbym się tylko.
— Na pewno nie. Zrób to dla mnie!
— Dla ciebie gotów byłbym nawet fikać kozły. Dobrze. Przyjmę 

zaproszenie.

Ruddy zapukał do drzwi. O tej porze ostatni raz odbierał komunikaty, w 

Londynie biła północ. Powiedział:

— Pilny telegram z Kingston. Czy zawołać Beatrycze?
— Nie, sam sobie poradzę. Beatrycze wybiera się do kina.
— W interesach, jak widzę, ruch — rzekła Milly.
— Tak.
— Ale tatuś przecież nie sprzedaje wcale więcej odkurzaczy niż 

przedtem.

— To takie długoterminowe zamówienie — odparł Wormold.
Poszedł do sypialni, żeby rozszyfrować depeszę. Telegrafował 

Hawthorne. Wormold miał pierwszym możliwym samolotem udać się do 
Kingston i zgłosić u niego. Pomyślał: A więc nareszcie wiedzą wszystko.

2

Spotkanie wyznaczono w hotelu „Myrtle Bank". Wor-mold od wielu lat 

nie był na Jamajce i przeraził go tutaj brud i upał. Jak wytłumaczyć sobie 
nędzą posiadłości brytyjskich? Hiszpanie, Francuzi i Portugalczycy, tam gdzie 
się osiedlali, budowali miasta, Anglicy tylko pozwalali miastom rosnąć. 
Najuboższa ulica Hawany miała więcej godności niż to dzikie budownictwo w 
Kingston — budy ze starych baniek po nafcie, kryte metalowymi łatami 
pościąganymi z cmentarzyska samochodów.

Hawthorne siedział na leżaku na werandzie hotelowej i pił przez słomkę 

background image

poncz. Miał na sobie ubranie tak samo nieskazitelne jak w dniu pierwszego 
spotkania z Wormoldem; jedynym widomym skutkiem upału była odrobina 
pudru zlepionego pod lewym uchem.

— Siadaj pan — powiedział.
A więc gwarą także sobie przypomniał.
— Dziękuję.
— Jak się leciało?
— Dziękuję, dobrze.
— Chyba się pan cieszy, że znów jest w kraju.
— W kraju?
— To znaczy tutaj, daleko od tych wszystkich latyńców. Z powrotem na 

brytyjskim terytorium.

Wormold pomyślał o ruderach, które widział w dzielnicy portowej, o 

bezradnym starcu śpiącym w skąpym cieniu, o obdartym dziecku tulącym w 
objęciach kawałek drewna wyrzucony przez fale. Odparł:

— W Hawanie nie jest najgorzej.
— Niech się pan napije ponczu. Tu mają dobry poncz.
— Dziękuję.
— Wezwałem pana, bo są pewne kłopoty — rzekł Hawthorne.
— Tak? — Wormold przypuszczał, że prawda wyszła na jaw. Czy mogą 

go aresztować, skoro znalazł się na brytyjskim terytorium? O co go oskarżą? 
O wyłudzanie pieniędzy pod oszukańczymi pretekstami, czy może o jakieś 
inne bardziej ponure przestępstwo, które bywa sądzone przy drzwiach 
zamkniętych na mocy ustawy o tajemnicy państwowej?

— Z tymi instalacjami w Oriente.
Chciał wyjaśnić, że Beatrycze o niczym nie wie, że nie miał innego 

wspólnika prócz łatwowierności ludzkiej. — O cóż chodzi? — spytał.

— Szkoda, że panu nie udało się zdobyć fotografii. — Próbowałem. Pan 

wie, jak się to skończyło.

— Tak. Rysunki są trochę wątpliwe. — Nie robił ich zawodowy kreślarz.
— Niech pan mnie źle nie zrozumie, drogi panie. Dokonał pan cudów, 

ale widzi pan, w swoim czasie miałem pewne podejrzenie.

— Jakie?
— No, niektóre z tych przyrządów wydały mi się podobne — mówmy 

background image

szczerze — podobne do części odkurzacza.

— Tak, ja także to zauważyłem.
— Więc przyszły mi na myśl, wie pan, te różne części, w pańskim 

sklepie.

— Myślał pan, że zakpiłem sobie z całego wywiadu?
— . Oczywiście, teraz to brzmi nieprawdopodobnie, wiem. A jednak 

odetchnąłem, kiedy dowiedziałem się, że tamci postanowili pana 
zamordować.

— Zamordować? Mnie?
— Widzi pan, to właśnie najlepszy dowód, że rysunki są autentyczne.
— Jacy tamci?

— Przeciwnicy. Na szczęście nikomu się nie zwierzyłem tych moich głupich 

podejrzeń.

— W jaki sposób chcą mnie zamordować?
— Zaraz i o tym pomówimy: chcą pana otruć. Otóż, w braku fotografii, 

trudno o lepsze potwierdzenie pańskich raportów. Trochę je 
przetrzymywaliśmy w swoich szufladach, ale teraz puściliśmy w obieg po 
wszystkich resortach. Posłaliśmy je także do Instytutu Badań Atomowych. Ale 
niewiele nam pomogli. Oni twierdzą, że to nie ma nic wspólnego z rozbijaniem 
atomu. W tym cała bieda, że daliśmy się tym atomowym specjalistom 
obałamucić i zapomnieliśmy o istnieniu broni naukowej w innych, lecz 
niemniej groźnych postaciach.

— Jakim sposobem otrują mnie?
— Wszystko po kolei, drogi panie. Nie wolno pomijać gospodarczych 

zagadnień wojny. Kuby nie stać na produkcję bomb wodorowych, ale kto wie, 
może wynaleźli coś równie skutecznego choć o mniejszym zasięgu, a 
zarazem taniego? To właśnie najważniejsze: taniego.

— Przepraszam, czy nie zechciałby pan jednak powiedzieć mi, jak 

zostanę zamordowany? To przecież mnie osobiście dotyczy.

— Ależ powiem panu, powiem. Chciałem tylko najpierw naszkicować tło 

i oświadczyć panu, że wszyscy bardzo cieszymy się... to znaczy, że cieszymy 
się, oczywiście, z potwierdzenia pańskich raportów. Oni zamierzają otruć 
pana podczas jakiegoś oficjalnego bankietu.

— Podczas lunchu Stowarzyszenia Europejskich Kupców?

background image

— Zdaje mi się, że tak brzmiała nazwa.
— Skąd pan wie?
— Mamy swoich informatorów w ich tutejszej organizacji. Zdziwiłby się 

pan, jak. dużo wiemy o wszystkim, co się dzieje na pańskim terenie. Mogę na 
przykład powiedzieć panu, że śmierć czwórki była przypadkowa. Chcieli go 
tylko nastraszyć, tak jak trójkę, do którego strzelano. Pana pierwszego 
naprawdę postanowili zgładzić.

— To pocieszające.
— W pewnym sensie jest to, proszę pana, komplement. Stał się pan 

niebezpieczny. — Hawthorne cmoknął przeciągle, wysysając resztkę trunku 
spomiędzy warstw lodu, pomarańcz, ananasów i wiśni.

— Zdaje się — rzekł Wormold — że najlepiej zrobię nie idąc tam wcale. 

— Ku swemu zdumieniu odczuł to jako zawód. — Po raz pierwszy od 
dziesięciu lat nie wezmę udziału w lunchu Stowarzyszenia. W dodatku prosili 
mnie o zabranie głosu. Firma zawsze zalecała mi uczestnictwo. Dla prestiżu.

— Ależ pan musi tam pójść, oczywiście.
— I dać się otruć?
— Może pan nic nie jeść, prawda?
— Czy pan kiedy próbował być na oficjalnym wspólnym lunchu i nie brać 

nic do ust? Jest poza tym problem trunków.

— Nie mogą zatruć wina w butelce. Niech pan udaje alkoholika, 

nałogowca, który nic nie je, tylko pije.

— Dziękuję, to świetnie wpłynie na moje stanowisko w firmie.
— Ludzie są pobłażliwi dla alkoholików — rzekł Hawthorne. — Zresztą 

gdyby pan się wcale nie zjawił, wzbudziłby pan podejrzenia. Mój informator 
mógłby się znaleźć w niebezpieczeństwie. Należy chronić informatorów.

— To pewnie regulamin?
— Właśnie, właśnie, drogi panie. Po wtóre: wiemy o spisku, nie znamy 

jednak spiskowców z nazwiska, tylko pseudonimy. Jeżeli wykryjemy tych 
ludzi, będziemy mogli zażądać przymknięcia ich. Rozbijemy całą organizację.

— Ach, tak, zakładamy, że nie są to mordercy doskonali, co? Założę się, 

że przy sekcji wyjdą na jaw dowody rzeczowe, na których podstawie będzie 
można kapitana Segura skłonić do działania.

— Chyba pan się nie boi? To niebezpieczny zawód. Nie trzeba się do 

background image

niego brać, jeśli nie jest się gotowym...

— Przemawia pan jak matka-Spartanka. Wracaj zwycięzcą albo zostań 

pod stołem.

— . Wcale niezły pomysł. Mógłby pan w odpowiednim momencie osunąć 

się pod stół. Mordercy będą przekonani, że pan nie żyje, a reszta towarzystwa 
pomyśli, że się pan po prostu upił.

— Europejscy kupcy nie walą się pod stół.
— Nigdy?
— Nigdy. Pan uważa, że ja się niesłusznie przejmuję, czy tak?
— Sądzę, że na razie nie ma powodu do zmartwienia. Nie będą panu 

przecież nakładali na talerz. Sam pan będzie nabierał z półmiska.

— Oczywiście. Z tym zastrzeżeniem, że w hotelu „Nacional" podają 

zawsze kraby na przekąskę. To danie jest z góry przygotowane.

— Niech pan tego nie je. Mnóstwo ludzi nie jada krabów. Przy 

następnych daniach niech pan nigdy nie bierze pierwszej z brzegu porcji z 
półmiska. Tak jak przy sztukach z kartami, kiedy sztukmistrz podsuwa kartę. 
Ją właśnie trzeba odsunąć.

— Ale sztukmistrz zawsze jakoś umie narzucić tę kartę, którą chce.
— Coś panu powiem. Wspomniał pan, że lunch odbędzie się w 

„Nacional"?

— Tak.
— Czemużby więc nie użyć siódemki?
— Siódemki? Co to za jeden?
— Nie pamięta pan własnych agentów? Przecież to starszy kelner z 

„Nacional". Już on dopilnuje, żeby nikt nie płatał figlów na pańskim talerzu. 
Pora nawet, żeby coś zrobił za pieniądze, które bierze. Nie przypominam 
sobie ani jednego raportu od niego.

— Czy nie mógłby pan określić jakoś człowieka, który będzie na tym 

lunchu... tego, który zamierza mnie... — potknął się na słowie „zabić" — 
zamierza to zrobić?

— Nic nie wiem o nim. Po prostu niech pan się wystrzega wszystkich. A 

teraz proponuję jeszcze jeden poncz.

background image

3

W drodze powrotnej na Kubę samolot miał niewielu pasażerów: jakąś 

Hiszpankę z gromadą dzieciaków, z których część wrzeszczała, a część 
zachorowała natychmiast po starcie; Murzynkę z żywym kogutem zawiniętym 
w szal; Kubańczyka, eksportera cygar, znanego Wormoldowi z widzenia; 
wreszcie — Anglika w tweedowym ubraniu, który palił fajkę, póki mu 
stewardessa nie poleciła jej zgasić. Do końca podróży ostentacyjnie ssał 
cybuch i pocił się obficie w swoich tweedach. Miał kwaśną minę człowieka, 
który jest zawsze w porządku.

Gdy podano lunch, cofnął się o kilka miejsc i usiadł obok Wormolda. 

Powiedział:

— Nie mogę ścierpieć wrzasku tych bachorów. Pan pozwoli? — Zerknął 

na papiery rozłożone na kolanach Wormolda. — Pan pracuje w 
Phastkleaners?

— Tak.
— A ja w Nucleaners. Nazywam się Carter.
— Ooo.
— Drugi raz dopiero jadę na Kubę. To podobno wesoły kraik — rzekł 

wydmuchując fajkę i odkładając ją, żeby się zająć lunchem.

— Może — odparł Wormold. — Jeśli ktoś lubi ruletę albo burdele.
Carter klepnął woreczek z tytoniem, jakby to był psi łeb — „mój wierny 

piesek dotrzyma mi towarzystwa".

— Nie o to mi chodzi... jakkolwiek nie jestem purytaninem, trzeba panu 

wiedzieć. Spodziewam się, że życie będzie tu interesujące. Postępujmy jak 
Rzymianie. — Zmienił temat: — Dużo pan sprzedaje tych swoich maszyn?

— Handel idzie niezgorzej.
— My wypuszczamy nowy model, który zrobi sensację na rynku.
Połknął spory kęs różowego ciastka, a potem odkroił sobie kawałek 

kurczęcia.

— Doprawdy?

background image

— Silniczek jak przy maszynce do strzyżenia trawy. Oszczędza żonusi 

wysiłku. Nie trzeba wlec węża po całym mieszkaniu.

— Hałasuje bardzo?
— Jest specjalny tłumik. Model cichszy od waszego. Nazywamy go 

Szeptanka. — Pociągnął łyk zupy żółwiowej i zabrał się do sałatki z owoców, 
miażdżąc głośno pestki winogron między zębami. — Wkrótce otworzymy na 
Kubie przedstawicielstwo. Zna pan doktora Brauna?

— Spotykam go w Stowarzyszeniu Kupców Europejskich. Jest naszym 

prezesem. Importuje przyrządy precyzyjne z Genewy.

— Ten sam. Udzielił nam cennych rad. Właśnie dlatego jadę, że zaprosił 

mnie na tę waszą doroczną majówkę. Wyżerka będzie, jak się patrzy?

— No, wie pan, jaki może być lunch w hotelowych restauracjach.
— W każdym razie lepszy niż ten — rzekł wypluwając skórkę winogrona. 

Przegapił dotychczas szparagi w majonezie i teraz się do nich zabrał. Potem 
sięgnął do kieszeni: — Proszę, oto mój bilet. — Na kartoniku napisane było: 
„William Carter, dypl. inż. (Nottwich)", w rogu zaś: „Nucleaners Sp. Akc."

— Zatrzymam się na tydzień w hotelu „Seville Biltmore" — powiedział.
— Niestety nie zabrałem biletów. Nazywam się Wormold.
— Zna pan niejakiego Davisa?
— Nie przypominam go sobie.
— Wkuwaliśmy razem w szkole. Dostał posadę w firmie Gripfix i 

wylądował gdzieś w tych okolicach. Prawdziwa heca, wszędzie człowiek 
spotyka kolegów z Nottwich. Pan tam przypadkiem nie był także?

— Nie.
— Kończył pan w Reading?
— Nie mam wyższych studiów.
— Nigdy bym tego po panu nie psznał — rzekł łaskawie Carter. — 

Miałem iść do Oxfordu, ale, wie pan, oni tam są okropnie zacofani w 
technologii. W sam raz dla belfrów, moim zdaniem. — Pociągnął pustą fajkę, 
jak dziecko smoczek, aż powietrze gwizdnęło między zębami. Nagle 
przemówił znowu tak, jak gdyby odrobina gorzkiego osadu dostała mu się na 
język: — Starzyzna, zabytki żyjące przeszłością. Ja bym to wszystko zwalił.

— Co by pan zwalił?
— Oxford i Cambridge. — Wziął z tacy ostatni jadalny przedmiot, 

background image

kromkę chleba, i skruszył ją, tak jak czas lub bluszcz kruszy kamienie.

Na komorze celnej Wormold rozstał się z nim. Carter miał trochę kłopotu 

z modelem Nucleaners, a Wormold nie widział powodu, żeby przedstawiciel 
firmy Phastkleaners pomagał w przewiezieniu konkurencyjnego odkurzacza. 
Beatrycze przyjechała Hillmanem na lotnisko. Po raz pierwszy od bardzo 
wielu lat kobieta znów witała Wormolda wracającego z podróży.

— Wszystko w porządku? — spytała.
— Tak, o tak. Mam wrażenie, że są ze mnie zadowoleni. — Przyglądał 

się jej rękom na kierownicy; nie włożyła rękawiczek — było zbyt gorąco; miała 
piękne, sprawne ręce. — Nie nosi pani już obrączki?

— Nie przypuszczałam, że ktokolwiek to zauważy. Milly także 

spostrzegła. Spostrzegawczość jest widać cechą rodzinną.

— Ale nie zgubiła jej pani?
— Zdjęłam ją wczoraj przy myciu i zapomniałam włożyć z powrotem. Nie 

ma sensu nosić obrączki, o której się zapomina, prawda?

Wtedy powiedział jej, co go czeka na koleżeńskim lunchu.
— Nie pójdzie pan tam? — spytała.
— Hawthorne oczekuje, że jednak pójdę. Żeby ochronić jego 

informatora.

— Do diabła z jego informatorem.
— Jest jeszcze drugi, bardziej przekonujący powód, coś, co mi 

powiedział Hasselbacher. Oni uderzają w to, co człowiek kocha. Jeżeli nie 
pójdę na lunch, wymyślą coś innego. Coś gorszego. Coś nieprzewidzianego. 
Następny zamach mógłby być wymierzony nie przeciw mnie... bo siebie 
chyba nie kocham dość czule, żeby ich zadowolić... ale przeciw Milly. Albo 
przeciw pani.

Pełny sens tych słów uświadomił sobie dopiero w chwilę później, kiedy 

wysiadł przed drzwiami sklepu, a Beatrycze pojechała dalej.

background image

Rozdział trzeci

1

Nie wziąłeś do ust nic prócz filiżanki kawy — powiedziała Milly. — Nie 

zjadłeś nawet jednej grzanki.

— Nie mam jakoś ochoty.
— Pójdziesz głodny na ten dzisiejszy lunch i przejesz się, a wiesz 

dobrze, że twój żołądek nie znosi krabów.

— Obiecuję ci, że będę bardzo, bardzo ostrożny.
— Lepiej byś zjadł porządne śniadanie. Przydałyby się płatki owsiane, 

żeby alkohol, który będziesz pił, miał w co wsiąknąć.

Tego dnia dueńa najwidoczniej była na posterunku.
— Nie gniewaj się, Milly, ale naprawdę nie mogę jeść. Mam co innego 

na głowie. Nie męcz mnie. Dzisiaj mnie nie męcz.

— Przygotowałeś swoją mowę?
— Zrobiłem, co mogłem, ale nie jestem mówcą. Nie wiem, dlaczego do 

mnie się z tym zwrócili.

Ale niepokoiło go właśnie to, że wiedział; ktoś do tego namówił doktora 

Brauna, ktoś, kogo należało zidentyfikować za wszelką cenę. Pomyślał: ,,Tę 
cenę stanowię ja sam".

— Założę się, że zrobisz sensację.
— Bardzo będę się starał nie wywołać swoją osobą sensacji na tym 

lunchu.

Milly poszła do szkoły, a Wormold został przy stole. Firma, którą 

popierała Milly, ozdabiała pudełka płatków owsianych obrazkami z serii 
przygód małego krasnoludka Doodoo. Krasnoludek spotkał szczura, 
ogromnego jak pies świętego Bernarda, i spłoszył go, udając kota i miaucząc. 

background image

Była to bardzo prosta historyjka. Trudno by ją uznać za właściwe 
przygotowanie do życia. Firma obiecywała premię w postaci strzelby-
wiatrówki w zamian za dwanaście pokrywek ze swoich pudełek. Pudełko było 
już prawie puste, więc Wormold zaczął wycinać pokrywkę, starannie 
prowadząc ostrze noża wzdłuż podziurkowanych linii. Dojechał do ostatniego 
zakrętu, kiedy nadeszła Beatrycze.

— Co pan robi? — spytała.
— Przyszło mi na myśl, że wiatrówka przyda się w naszym sklepie. 

Brakuje mam już tylko jedenastu pokrywek.

— Nie mogłam usnąć tej nocy. — Za dużo kawy?
— Nie. Coś, co panu powiedział doktor Hasselbacher, a co pan wczoraj 

mi powtórzył. O Milly. Niech pan nie idzie na ten lunch.

— Muszę tam pójść. Przynajmniej tyle muszę zrobić.
— Robi pan dość i bez tego. Londyn jest z pana zadowolony. Świadczy 

o tym ton ich depesz do pana. Cokolwiek mówi Henry, Londyn na pewno nie 
życzy sobie, żeby pan ryzykował tak głupio.

— Doktor powiedział prawdę: jeżeli tam nie pójdę, znajdą na mnie inny 

sposób.

— Niech pan się nie boi o Milly. Będę jej strzegła jak oka w głowie.
— A kto będzie strzegł pani?
— Ja podjęłam się tego rodzaju roboty. Z własnej woli. Nie powinien pan 

czuć się odpowiedzialny za mnie.

— Była już pani kiedy w podobnej sytuacji?
— Nie, ale też nigdy dotychczas nie miałam takiego zwierzchnika jak 

pan. Pan ich rozruszał. Zwykle, proszę pana, cała robota odbywa się przy 
biurku, polega na teczkach z aktami i nudnych telegramach. Morderstwo to 
nie nasz dział. I wcale nie chcę, żeby pana zamordowano. Pan jest 
prawdziwy. Pan nie jest postacią z „Gazetki dla Chłopców". Na litość boską, 
niechże pan odłoży to głupie pudełko i słucha, co mówię.

— Czytałem sobie na nowo historyjkę o krasnoludku Doodoo.
— Więc niech pan zostanie dzisiaj w domu z krasnoludkiem Doodoo. 

Pójdę na miasto i kupię panu całą serię od początku, żeby pan poznał jego 
przeszłość.

— Wszystko, co mówił Hawthorne, wydaje się rozsądne. Wystarczy, jeśli 

background image

będę ostrożny w jedzeniu. To naprawdę bardzo ważne, żeby wykryć, kto za tą 
sprawą stoi. W ten sposób przynajmniej coś zrobię w zamian za te wszystkie 
pieniądze.

— Już pan zrobił dość. Nie ma powodu, żeby pan brał udział w tym 

przeklętym lunchu.

— Owszem, jest powód. Ambicja.
— Komu pan chce zaimponować?
— Pani.

2

Przeszedł przez hall hotelu „Nacional" między witrynami pełnymi 

włoskiego obuwia, duńskich popielniczek, szwedzkiego szkła i brytyjskich 
wyrobów włóczkowych w kolorze lila. Wejście do sali, gdzie zazwyczaj 
spotykali się europejscy kupcy, znajdowało się tuż za fotelem, w którym 
siedział doktor Hasselbacher, najwidoczniej na kogoś czekając. Wormold 
zbliżył się zwalniając kroku; nie widział go od owej nocy, gdy siedząc na łóżku 
swojej sypialni w ułańskim mundurze doktor wspominał przeszłość. 
Członkowie stowarzyszenia po drodze do jadalni zatrzymywali się i 
zagadywali do Hasselbachera, ale on nie odpowiadał.

Wormold doszedł wreszcie do fotela. Hasselbacher przemówił:
— Niech pan tam nie idzie, panie Wormold. — Powiedział to nie zniżając 

głosu, słowa odbiły się echem o szklane witryny, ściągając powszechną 
uwagę.

— Dzień dobry, doktorze.
— Powtarzam: niech pan tam nie wchodzi.
— Słyszałem.
— Zabiją pana, panie Wormold. — Skąd pan to wie, doktorze?
— Zamierzają pana otruć w tej sali.
Paru gości przystanęło patrząc na nich z uśmiechem. Któryś z nich, jakiś 

background image

Amerykanin, powiedział:

— Więc kuchnia jest aż tak podła? — i wszyscy się roześmiali.
— Niech pan tu nie siedzi, doktorze — prosił Wormold. — Zwraca pan 

na siebie uwagę.

— Więc pan tam pójdzie?
— Oczywiście. Mam przemawiać.
— Milly. Niech pan nie zapomina, że istnieje Milly.
— Niech się pan nie martwi o Milly, wyjdę z tej sali na własnych nogach. 

Proszę iść do domu, doktorze.

— Dobrze. Zrobiłem, co mogłem — rzekł Hasselbacher. — Będę czekał 

przy telefonie.

— Zatelefonuję do pana po wyjściu stąd.
— Do widzenia, Jim.
— Do widzenia, doktorze.
Doktor zwrócił się do niego po imieniu. To zaskoczyło Wormolda. 

Przypomniał sobie, co zawsze myślał żartem: że Hasselbacher nazwie go po 
imieniu dopiero przy łożu śmierci, gdy straci resztę nadziei. Nagle ogarnął 
Wormolda strach, poczuł się bardzo samotny i bardzo daleko od domu.

— Wormold! — zawołał ktoś. Wormold odwracając się zobaczył Cartera, 

przedstawiciela firmy „Nucleaners", ale w tym momencie Carter znaczył dla 
niego tyle, co angielska ziemia, angielski snobizm, angielska pospolitość, 
poczucie braterstwa krwi i bezpieczeństwo — wszystko, co w jego pojęciu 
mieściło słowo Anglia.

— Carter! — wykrzyknął, jakby spośród wszystkich ludzi w Hawanie 

tego jednego właśnie najbardziej pragnął spotkać. W tym momencie była to 
prawda.

— Szalenie się cieszę, że pana widzę — powiedział Carter. — Nie znam 

tu żywej duszy. Nawet mojego... nawet doktora Brauna.

Kieszeń miał wypchaną, trzymał w niej fajkę i woreczek z tytoniem; 

poklepał się po niej, jakby także potrzebował otuchy, jakby także czuł się 
bardzo daleko od domu.

— Pozwoli pan, Carter, to mój stary przyjaciel, doktor Hasselbacher.
— Dzień dobry, panie doktorze. — Zwrócił się do Wormolda: — Wczoraj 

wieczorem szukałem pana po całym mieście. Ale widocznie nie trafiłem do 

background image

właściwego lokalu.

Przeszli razem do sali jadalnej. Ufność, jaką w nim budził rodak, nie 

miała żadnych rozumowych podstaw, ale Wormold czuł się zupełnie 
bezpieczny od strony, od której osłaniał go Carter.

3

Salę na cześć konsula generalnego udekorowano dwiema ogromnymi 

flagami Stanów Zjednoczonych, a małe papierowe chorągiewki wyznaczały 
miejsca przedstawicielom różnych narodów, jak w restauracji na lotnisku. U 
szczytu stołu tkwiła chorągiewka szwajcarska dla prezesa, doktora Brauna, 
nie brakowało nawet barw księstwa Monaco, bo konsul tego kraju był jednym 
z najpoważniejszych eksporterów hawańskich cygar. Wyznaczono mu 
miejsce po prawej ręce amerykańskiego konsula generalnego przez szacunek 
dla książęcej przyjaźni. Kiedy Wormold i Carter weszli, cocktaile już krążyły 
po sali. Kelner podbiegł do nowo przybyłych. Czy to było przywidzenie, czy 
też kelner naprawdę obrócił tacę tak, że jedyny pozostały na niej kieliszek 
daiquiri znalazł się tuż pod ręką Wormolda?

— Nie. Dziękuję.
Carter wyciągnął rękę, ale kelner już się oddalał ku drzwiom służbowym.
— Szanowny pan może woli kieliszek Martini? — spytał ktoś. Wormold 

odwrócił się, za nim stał starszy kelner.

— Nie, nie. Nie lubię Martini.
— W takim razie szkocka whisky? Kseres? Old Fashioned? Może być 

wszystko, co pan rozkaże.

— Nie piję w ogóle — rzekł Wormold i starszy kelner zajął się innymi 

gośćmi. To był zapewne siódemka. Zabawna ironia losu, jeżeli to on właśnie 
miał być jego mordercą. Wormold obejrzał się na Cartera, lecz Carter odszedł 
w głąb sali, żeby się przywitać z prezesem.

— Radzę panu pić jak najwięcej — odezwał się ktoś szkockim 

background image

akcentem. — Nazywam się MacDougall. O ile wiem, siedzimy obok siebie 
przy stole.

— Nigdy jeszcze pana tutaj nie spotkałem, jeśli się nie mylę.
— Przejąłem stanowisko Mclntyre'a. Znał go pan chyba?
— O, tak, tak.
Doktor Braun, pozbywając się mało ważnego gościa, Cartera, którego 

zapoznał z innym Szwajcarem handlującym zegarkami, oprowadzał wokół sali 
amerykańskiego konsula i przedstawiał mu co wybitniejszych członków 
Stowarzyszenia. Niemcy tworzyli osobną grupę, ustawiwszy się dość trafnie 
pod zachodnią ścianą; duma z powodu wartości niemieckiej marki piętnowała 
ich twarze jak szramy po pojedynkach: honor narodowy, który przetrwał obóz 
Belsen, zależał dziś od kursu walut na giełdzie. Wormold zastanawiał się, czy 
to jeden z nich zdradził tajemnicę lunchu doktorowi Hasselbacherowi. 
Zdradził? Może nie było to potrzebne. Może za pomocą szantażu zmuszono 
doktora do dostarczenia trucizny. W każdym razie Hasselbacher, przez 
wzgląd na starą przyjaźń, wybrałby z pewnością jakiś bezbolesny środek — o 
ile istnieje trucizna bezbolesna.

— Mówiłem — ciągnął MacDougall głosem dziarskim jak szkockie tańce 

— że radzę panu pić teraz, ile wlezie. Nie będzie więcej alkoholu.

— Podadzą chyba wino.
— Niech pan spojrzy na stół. — Przed każdym nakryciem stała butelka z 

mlekiem. — Czy pan nie czytał zaproszenia? Na cześć naszych potężnych 
amerykańskich sprzymierzeńców ma to być lunch na amerykańską modłę.

— Co to znaczy?
— Naprawdę pan nie wie? Podsuwają panu pod nos wszystkie dania już 

przygotowane na talerzu: indyk pieczony z sosem borówkowym, kiełbaski z 
marchewką i frytkami po francusku. Nie cierpię frytek po francusku, ale przy 
tym systemie nie ma wyboru.

— Nie ma wyboru?
— Trzeba jeść, co dają. To się nazywa, mój panie, demokracja.
Doktor Braun wezwał zebranych do stołu. Wormold miał nadzieję, że 

rodacy zasiądą obok siebie i że Carter będzie jego drugim sąsiadem, ale 
miejsce po lewej ręce zajął jakiś zupełnie mu nieznany Skandynaw, który 
skrzywił się na widok butelki z mlekiem. Wormold pomyślał: „Ktoś to bardzo 

background image

sprytnie zorganizował. Niczego nie mogę tknąć bez ryzyka, nawet mleka". 
Kelnerzy już kręcili się roznosząc kraby. Wormold z ulgą stwierdził, że Carter 
siedzi naprzeciw niego. W pospolitości tego człowieka było coś, co budziło 
zaufanie. Można było szukać u niego pomocy jak u angielskiego policjanta, bo 
znało się treść jego myśli.

— Nie — odpowiedział kelnerowi. — Nie będę jadł krabów.
— Bardzo rozsądnie z pańskiej strony — rzekł MacDougall. — Ja też 

dziękuję. To nie idzie w parze z whisky.

A teraz, jeżeli pan upije trochę wody ze swojej szklanki i potrzyma 

szklankę pod stołem, znajdzie się w mojej kieszonkowej buteleczce dość 
whisky dla nas obu.

Nie zastanawiając się Wormold sięgnął po szklankę, lecz nagle ogarnęły 

go wątpliwości. Co to za jeden ten MacDougall? Widział go pierwszy raz w 
życiu, nie słyszał nic o wyjeździe Mclntyre'a. Może zatruto wodę albo whisky 
w butelce?

— Dlaczego Mclntyre wyjechał? — spytał z ręką na szklance.
— Tak się złożyło — rzekł MacDougall. — Wie pan, jak
to bywa. Niech pan wleje trochę wody. Nie chce pan chyba roztopić całej 

whisky. To pierwszorzędna szkocka.

— Za wcześnie dla mnie na alkohol. Bardzo panu dziękuję.
— Ma pan rację, że nie ufa pan wodzie — powiedział dwuznacznie 

MacDougall. — Ja też wolę czystą whisky. Jeżeli pan nie ma nic przeciw piciu 
z kubeczka od mojej manierki...

— Nie, doprawdy. Nie pijam o tej godzinie.
— To Anglicy wymyślili jakieś godziny na picie alkoholi. Szkoci nie mają 

takich przesądów. Anglicy nawet na umieranie gotowi wyznaczyć właściwe 
godziny.

Carter odezwał się poprzez stół:
— Mnie wszystko jedno. Nazywam się Carter.
Wormold odetchnął widząc, że MacDougall nalewa Car-terowi whisky; w 

ten sposób jedno przynajmniej podejrzenie odpadło, nikt przecież z 
pewnością nie chciał otruć Cartera. „Mimo to — pomyślał — coś jest 
niezupełnie w porządku z tą szkockością MacDougalla. Zalatuje fałszem jak 
od Ossjana".

background image

— Svenson — oświadczył żywo Skandynaw zza swojej szwedzkiej 

chorągiewki; Wormold zresztą przypuszczał, że to szwedzkie barwy, nigdy nie 
umiał rozróżnić flag poszczególnych państw skandynawskich.

— Wormold — przedstawił się nawzajem.
— Co to za głupi pomysł z tym mlekiem?
— Zdaje się — rzekł Wormold — że doktor Braun jest trochę zbyt 

pedantyczny.

— Albo dowcipny — rzekł Carter.
— Nie sądzę, żeby miał tak wiele poczucia humoru.
— A czym się pan zajmuje, panie Wormold? — spytał Szwed. — Nie 

spotkaliśmy się chyba dotychczas, chociaż z widzenia znam pana od dawna.

— Odkurzaczami. A pan?
— Szkłem. Jak wiadomo, nie ma na świecie lepszego szkła niż 

szwedzkie. Ten chleb jest bardzo smaczny. Nie je pan chleba? — Mówił tak, 
jakby sobie z góry przygotował zdania według podręcznika konwersacji.

— Wyrzekłem się chleba. Od tego się tyje.
— Panu chyba przydałoby się utuczenie — Svenson zarżał śmiechem 

ponurym jak hulanki podczas długich polarnych nocy. — Przepraszam. 
Wyraziłem się tak, jakby pan był gęsią.

U szczytu stołu, gdzie siedział konsul generalny, zaczęto już roznosić 

talerze. MacDougall pomylił się przepowiadając indyka: główne danie 
stanowiły kurczęta. Trafnie natomiast przewidział marchewkę, frytki po 
francusku i kiełbaski. Doktor Braun nieco się zapóźnił w porównaniu z innymi 
biesiadnikami: dłubał jeszcze kraba. Zapewne przeszkodził mu konsul 
generalny powagą swych wypowiedzi i uporczywością spojrzeń zza 
wypukłych okularów. Dwaj kelnerzy obchodzili wkoło stół, jeden zbierał 
szczątki krabów, drugi stawiał talerze z następnym daniem. Spośród 
wszystkich gości tylko konsul generalny wpadł na pomysł otwarcia butelki z 
mlekiem. Od góry stołu doleciało do uszu Wor-molda nazwisko Dullesa. 
Zbliżył się kelner niosąc dwa talerze, jeden postawił przed Skandynawem, 
drugi był przeznaczony dla Wormolda. Błysnęła mu w głowie myśl, że może 
cała ta historia o grożącym jego życiu niebezpieczeństwie jest po prostu 
głupim żartem. Może Hawthorne lubił takie dowcipy, a doktor Hasselbacher... 
Przypomniał sobie, że niedawno Milly spytała go, czy doktor Hasselbacher 

background image

próbował kiedykolwiek z niego zakpić. Czasem wydaje się łatwiej 
zaryzykować śmierć niż śmieszność. Zapragnął zwierzyć się Carterowi i 
usłyszeć jego rozsądną odpowiedź. Nagle spojrzawszy na swój talerz 
zauważył coś dziwnego: nie było na nim marchewki. Szybko powiedział:

— Pan woli bez marchewki, prawda? I przesunął talerz przed 

MacDougalla.

— Nie, to frytek nie znoszę — rzekł MacDougall i prędko podał talerz 

konsulowi Luksemburga. Konsul Luksemburga, zajęty żywą rozmową z 
jednym z siedzących naprzeciwko Niemców, z roztargnioną uprzejmością 
oddał talerz sąsiadowi. Wszyscy nie obsłużeni dotychczas goście zarazili się 
kurtuazją i talerz pomknął w stronę doktora Brauna, którego właśnie w tym 
momencie uwolniono od resztek kraba. Starszy kelner widząc, co się dzieje, 
puścił się w pogoń za talerzem, lecz zbieg stale wyprzedzał pościg dosłownie 
o głowę. Wormold tymczasem zatrzymał kelnera wracającego z kuchni z 
nowymi dwoma talerzami i wziął sobie jeden z nich. Kelner zmieszał się, a 
Wormold z apetytem zabrał się do jedzenia.

— Doskonała marchewka — powiedział. Starszy kelner kręcił się koło 

doktora Brauna.

— Przepraszam, panie doktorze — odezwał się. — Nie włożono panu 

marchewki.

— Nie lubię marchwi — odparł doktor Braun krając kurczaka.
— Najmocniej przepraszam — rzekł starszy kelner i porwał mu talerz 

sprzed nosa. — Omyłka w kuchni.

Z talerzem w ręku jak zakrystian ze skarbonką przeszedł przez całą 

długość sali aż do drzwi służbowych. MacDougall pociągnął łyk własnej 
whisky.

— Teraz chyba zaryzykuję — powiedział Wormold. — Dla uczczenia 

chwili.

— Racja! Z wodą czy też czystą?
— Czy mógłbym wziąć pańską szklankę? Do mojej wpadła mucha.
Wormold upił dwie trzecie wody i podstawił szklankę pod manierkę 

MacDougalla.

— Musi pan zaraz zarepetować, żeby nas dogonić — powiedział 

MacDougall; Wormold wrócił do krainy zaufania. Ogarnęło go jakby 

background image

rozczulenie w stosunku do sąsiada, którego przed chwilą podejrzewał. Rzekł 
więc:

— Musimy się umówić na następne spotkanie.
— Po cóż by się urządzało takie zebrania, jeśli nie po to, żeby ludzie się 

do siebie zbliżyli.

— Gdyby nie ten lunch, nie poznałbym pana ani też Car-tera.
Wszyscy trzej wypili znowu.
— Chciałbym was obu przedstawić mojej córce — powiedział Wormold, 

na którym skorupa tajała pod wpływem whisky.

— Jak panu idą tutaj interesy?
— Nieźle. Rozbudowuję biuro.
Doktor Braun zastukał w stół prosząc o ciszę.
— Murowane — odezwał się Carter donośnym, nieposkromionym 

głosem wychowanka Nottwich, głosem rozgrzewającym serce nie gorzej niż 
whisky — że do toastów podadzą jakiś trunek.

— Nie, bracie — rzekł MacDougall. — Przemówienia i owszem będą, ale 

bez toastów. Musimy wysłuchać nudziarzy bez alkoholowej pociechy.

— Jednym z nudziarzy będę ja — powiedział Wormold.
— Pan ma przemawiać?
— Jako najstarszy członek stowarzyszenia.
— Cieszy mnie, że pan tego dożył — rzekł MacDougall.
Na zaproszenie doktora Brauna zabrał głos najpierw amerykański konsul 

generalny. Mówił o duchowej więzi łączącej demokracje — Kubę, jak się 
zdaje, zaliczał także do demokracji. Handel ma doniosłe znaczenie, ponieważ 
bez handlu nie byłoby więzi duchowej... czy może na odwrót. Mówił o 
amerykańskiej pomocy dla krajów cierpiących niedostatek, która to pomoc 
umożliwi im zakup większych ilości towarów a przez to wzmocnienie 
duchowej więzi...

Gdzieś z głębi helowego pustkowia dobiegł skowyt psa i starszy kelner 

gestem nakazał zamknięcie drzwi.

Amerykański konsul generalny cieszył się, że zaproszono go na ten 

lunch, że mógł zapoznać się z czołowymi przedstawicielami europejskiego 
handlu i w ten sposób jeszcze bardziej wzmocnić duchową więź... Wormold 
wychylił znów dwie whisky.

background image

— A teraz — powiedział doktor Braun — udzielam głosu najstarszemu 

członkowi stowarzyszenia. Oczywiście nie mam na myśli jego wieku, lecz 
długie lata służby dla sprawy europejskiego handlu w tym pięknym mieście, w 
którym, panie ministrze — tu skłonił się swemu sąsiadowi po lewej ręce, 
smagłemu zezowatemu brunetowi — mamy zaszczyt i szczęście być 
pańskimi gośćmi. Wszyscy panowie domyślają się oczywiście, że chodzi o 
pana Wormolda. — Doktor Braun zerknął do notesu... — pana Jamesa 
Wormolda, reprezentującego w Hawanie firmę Phastkleaners.

— Whisky się skończyła — rzekł MacDougall. — No, proszę! Właśnie w 

tym momencie, kiedy najbardziej przydałoby się panu wypić dla kurażu.

— Ja byłem też dobrze zaopatrzony — powiedział Carter — ale wypiłem 

prawie wszystko jeszcze w samolocie. Została mi ledwie jedna szklaneczka w 
manierce.

— Rzecz jasna, że ostatnia szklaneczka należy się naszemu 

przyjacielowi — rzekł MacDougall. — Jemu bardziej tego potrzeba niż nam.

Doktor Braun mówił:
— Możemy wskazać na pana Wormolda jako na uosobienie tego, co 

znaczy nasza służba: skromności, spokoju, wytrwałości i sprawności. Nasi 
wrogowie często przedstawiają kupca jako chełpliwego krzykacza, który 
zabiega jedynie o to, żeby narzucić światu jakiś towar bezużyteczny, 
niepotrzebny, a nawet szkodliwy. To fałszywy portret...

— Pięknie z pańskiej strony, Carter — powiedział Wor-mold. — 

Rzeczywiście, przydałby się jeszcze łyk.

— Peszy pana przemawianie?
— Nie tylko przemawianie. — Pochylił się nad stołem ku pospolitej 

twarzy wychowanka z Nottwich, przeświadczony, że od niego może 
oczekiwać sceptycyzmu, otuchy, beztroskiej pogody, wynikającej z braku 
doświadczenia. Car-terowi mógł zaufać. — Wiem, że pan nie zechce uwierzyć 
w to, co powiem — rzekł, ale właśnie chciał, żeby Carter nie uwierzył. Chciał 
od niego dowiedzieć się, że nie trzeba wierzyć. Coś otarło się >o jego nogę, 
spojrzał w dół i zobaczył czarnego jamnika, pysk między obwisłymi frędzlami 
uszu wzniesiony błagalnie po jakiś kęs; pies musiał wśliznąć się 
niepostrzeżenie dla kelnerów przez drzwi służbowe i teraz, na pół zasłonięty 
obrusem, pędził pod stołem żywot tropionej zwierzyny.

background image

Carter podał Wormoldowi przez stół niewielką manier-kę.
— Dla dwóch nie starczy. Niech pan to wypije sam.
— Bardzo dziękuję. — Odkręcił kubeczek i wlał całą zawartość manierki 

do swojej szklanki.

— To Johnnie Walker. Najzwyklejsza marka. Doktor Braun ciągnął dalej.
— Właśnie więc pan Wormold spośród tu obecnych ma większe niż 

ktokolwiek prawo mówić w imieniu nas wszystkich o długich latach wytrwałej 
służby kupca dla społeczeństwa. Oddaję głos panu Wormoldowi.

Carter mrugnął i podniósł do ust rękę, jak gdyby w niej trzymał kieliszek.
— H-hop! — rzekł. — Dalejże, h-hop!
Wormold odstawił szklankę.
— Co pan powiedział, panie Carter?
— Powiedziałem, żeby się pan pospieszył.
— O, nie, pan to inaczej wyraził.
Dlaczego wcześniej nie zauważył, że Carter zacina się na 

przydechowych głoskach? Może Carter wiedząc o tej wadzie swojej wymowy 
umyślnie unikał głoski h na początku wyrazów, 'i zapominał o ostrożności 
tylko wtedy, kiedy był podniecony strachem albo nadzieją?

— O co chodzi, panie Wormold?
Wormold spuścił pod stół rękę, żeby pogłaskać psa, i jak gdyby 

przypadkiem strącił ze stołu szklankę.

— Pan udawał, że nie zna doktora.
— Jakiego doktora?
— Pan by go nazwał H-Hasselbacherem.
— Prosimy, panie Wormold! — zawołał od szczytu stołu doktor Braun.
Wormold wstał na trochę niepewnych nogach. Pies w braku lepszego 

poczęstunku chłeptał z podłogi rozlaną whisky.

Wormold zaczął:
— Cenię sobie ten zaszczyt, że wyznaczono mnie na mówcę, 

niezależnie od powodów, jakie do tego skłoniły naszego prezesa... — Zdziwił 
się słysząc uprzejme śmiechy na sali. Nie zamierzał powiedzieć nic 
zabawnego. Mówił dalej: — Jest to w moim życiu pierwszy publiczny występ, 
a przed chwilą jeszcze zdawało mi się, że będzie zarazem ostatni... — 
Spotkał wzrok Cartera. Carter zmarszczył brwi. Wormold czuł się tak, jakby 

background image

żyjąc popełnił okropny nietakt, nie mniejszy, niż gdyby się upił w towarzystwie. 
Może zresztą upił się rzeczywiście. Powiedział: — Nie wiem, czy mam w tym 
gronie przyjaciół. Na pewno mam wrogów. — Ktoś szepnął: „Hańba!", wielu 
obecnych roześmiało się. Jeśli tak dalej pójdzie, zdobędzie sobie sławę 
dowcipnego mówcy. Mówił znów: — Dużo dziś słyszy się o zimnej wojnie, ale 
każdy kupiec powie wam, że między dwoma wytwórcami tego samego towaru 
nieraz się toczy wręcz gorąca wojna. Na przykład: Phastkleaners i 
Nucleaners. Między wyrobami tych dwóch firm nie ma większej różnicy niż 
między dwoma ludźmi — między Rosjaninem a Niemcem czy Brytyjczykiem. 
Nie byłoby rywalizacji ani wojny, gdyby nie ambicja kilku ludzi z obu firm. 
Garstka ludzi narzuca współzawodnictwo, wymyśla trudności, a mnie i pana 
Car-tera zmusza, żebyśmy sobie skakali do gardeł.

Teraz nikt się już nie śmiał. Doktor Braun szepnął coś do ucha konsulowi 

generalnemu. Wormold podniósł w górę manierkę Cartera i rzekł:

— Przypuszczam, że pan Carter nawet nie zna nazwiska człowieka, 

który go przysłał, żeby mnie otruł dla dobra swojej firmy.

Śmiech wybuchnął znowu i zabrzmiała w nim nuta odprężenia. 

MacDougall powiedział:

— Znieślibyśmy bez szkody większą dozę tej trucizny. Nagle pies 

zaskomlał. Wyszedł z ukrycia i wlókł się w

stronę drzwi służbowych.
— Max! — krzyknął starszy kelner. — Max!
Zapadła cisza, potem ten i ów zaśmiał się niepewnie. Pies chwiał się na 

nogach. Skowyczał i zębami szarpał własną pierś. Starszy kelner dopadł go 
pod drzwiami i wziął na ręce, ale jamnik wył, jakby z bólu, i wyrywał się z 
objęć pana.

— Zalał się czy co? — powiedział z zaniepokojeniem
MacDougall.
— Wybaczy pan, panie prezesie — rzekł Wormold. — Przedstawienie 

skończone. — Pobiegł za starszym kelnerem przez drzwi służbowe.

— Stój!
— Czego pan szanowny sobie życzy?
— Życzę sobie informacji, co się stało z moim talerzem.
— Nie rozumiem, proszę pana. O jaki talerz panu chodzi?

background image

— Pan usilnie zabiegał, żeby mój talerz nie dostał się nikomu innemu.
— Nie rozumiem...
— Czy pan wiedział, że to była trucizna?
— Pan szanowny chce przez to powiedzieć, że jedzenie było niedobre?
— Chcę przez to powiedzieć, że potrawy zatruto i że pan starał się 

ocalić życie doktorowi Braunowi, a mnie — nie.

— Niestety, nic z tego nie rozumiem, proszę szanownego pana. 

Przepraszam, ale mam pilną robotę. — Z długiego korytarza od strony kuchni 
doszło ich uszu wycie psa, przeciągły, rozpaczliwy skowyt, przerywany co 
chwila ostrzejszymi atakami bólu. Starszy kelner krzyknął: — Max! — i 
rozpaczliwie rzucił się w głąb korytarza. Pchnął drzwi kuchni. — Max!

Jamnik, skulony pod stołem, uniósł smutny pysk i zaczął z wysiłkiem 

pełzać ku starszemu kelnerowi. Mężczyzna w czapce kuchmistrza powiedział:

— Nic tutaj nie jadł. Z tamtego talerza wszystko zaraz wyrzuciłem.
Pies upadł u nóg starszego kelnera i leżał wyciągnięty jak szmata. 

Kelner ukląkł nad nim. — Max, mein Kind, mein Kind! — powtarzał. Czarny 
tułów jamnika wyglądał jak przedłużenie czarnego kelnerskiego fraka. Ci dwaj 
nie mieli wspólnego ciała, ale zdawali się skrojeni z tej samej sztuki sukna. 
Personel kuchenny otoczył ich kołem.

Czarna rura drgnęła, z jej wnętrza jak pasta z tuby wymknął się różowy 

język i przylgnął do podłogi. Kelner położył rękę na głowie psa i podniósł 
wzrok na Wormolda. Załzawione oczy spojrzały na niego z takim wyrzutem, iż 
Wormold przez chwilę miał szczerą ochotę przeprosić za to, że pies umarł, a 
on żyje; rozmyślił się jednak, zawrócił i odszedł. Z końca korytarza raz jeszcze 
obejrzał się za siebie. Czarna postać klęczała tuż przy czarnym psie; biały 
kuchmistrz stał nad nią, a służba kuchenna pochylała się niby żałobnicy nad 
grobem z warząchwiami, ścierkami i półmiskami zamiast wieńców. ,,Moja 
śmierć — pomyślał — byłaby mniej wzruszająca."

background image

4

— Wróciłem — powiedział do Beatrycze. — Nie zostałem pod stołem. 

Wróciłem zwycięzcą. Zamiast mnie zdechł pies.

background image

Rozdział czwarty

1

Cieszę się, że zastaję pana samego — rzekł kapitan Segura. — Bo pan 

jest sam, prawda?

— Zupełnie sam.
— Z pewnością nie weźmie mi pan tego za złe: postawiłem przed 

wejściem dwóch ludzi, żeby nam nikt nie mógł przeszkodzić.

— Czy jestem aresztowany?
— Nie, cóż znowu!
— Milly i Beatrycze są w kinie. Zdziwiłyby się, gdyby ich nie wpuszczono 

do domu.

— Nie zajmę panu wiele czasu. Przyszedłem, żeby załatwić z panem 

dwie sprawy. Jedna z nich jest ważna. Druga — to tylko formalność. Pozwoli 
pan, że zacznę od ważniejszej?

— Słucham.
— Chcę prosić pana, panie Wormold, o rękę pańskiej
córki.
— Czy do tego potrzebni są dwaj policjanci pod drzwiami?
— Dla wygody wolałem mieć pewność, że nikt nam nie
przerwie.
— Czy pan już rozmawiał o tym z Milly?
— Nie ośmieliłbym się rozmawiać z nią wcześniej niż z panem.
— Sądzę, że nawet w tym kraju, wobec prawa potrzebne
byłoby moje pozwolenie.
— Nie chodzi mi o kwestię prawną, tylko o zwykle dobre wychowanie. 

Czy wolno mi zapalić?

background image

— Czemużby nie? Czy ta papierośnica naprawdę zrobiona jest z ludzkiej 

skóry?

Kapitan Segura roześmiał się głośno.
— Ach, Milly, Milly! Cóż to za figlarka! — I odpowiedział wymijająco: — 

Czy pan poważnie wierzy w tę historię? — Może wzdragał się przed 
wyraźnym kłamstwem, niewykluczone, że był dobrym katolikiem.

— Milly jest o wiele za młoda na małżeństwo, panie kapitanie.
— Nie w tym kraju.
— Jestem pewien, że nie ma jak dotąd wcale ochoty wychodzić za mąż.
— Pan by ją mógł namówić.
— Pana tu nazywają Czerwonym Sępem, prawda?
— Tak, ale na Kubie to jest w swoim rodzaju komplement.
— Pańskie życie wydaje się niezbyt bezpieczne. Ma pan, o ile mi 

wiadomo, wielu wrogów.

— Odłożyłem dość pieniędzy, żeby zabezpieczyć wdowę. Pod tym 

względem, panie Wormold, jestem pewniejszą podporą niż pan. To 
przedsiębiorstwo nie przynosi panu chyba dużych dochodów, a zresztą może 
pan być każdej chwili zmuszony do zwinięcia sklepu.

— Mogę być zmuszony?
— Jestem pewien, że pan tego nie chciał, ale wokół pańskiej osoby 

dzieją się wciąż różne przykre rzeczy. Jeśliby pan musiał opuścić ten kraj, czy 
nie czułby się pan spokojniejszy, gdyby córka miała byt zabezpieczony?

— O jakich przykrych rzeczach pan mówi, kapitanie?
— Rozbił się pewien samochód... mniejsza o to, dlaczego. Był zamach 

na życie biednego inżyniera Cifuentesa, który jest przyjacielem ministra 
Spraw Wewnętrznych. Profesor Sanchez uskarża się, że pan wtargnął do 
jego domu i groził mu. Krąży nawet pogłoska, że pan otruł psa.

— Ja otrułem psa?
— To brzmi oczywiście niedorzecznie. Ale starszy kelner z hotelu 

„Nacional" twierdzi, że pan napoił jego psa zatrutą whisky. Dlaczego pan w 
ogóle dawał psu alkohol? Nie pojmuję. Kelner także tego nie rozumie. 
Przypuszczam, że pan to zrobił, ponieważ chodziło o niemieckiego psa. Nic 
pan nie mówi, panie Wormold?

— Brak mi słów.

background image

— Tylko dlatego, że biedak był okropnie roztrzęsiony, nie wyrzuciłem go 

za drzwi za takie głupie gadanie. Powiedział mi, że pan wszedł do kuchni, 
żeby się naigrawać z nieszczęścia, którego pan był sprawcą. Wcale to do 
pana niepodobne, panie Wormold. Zawsze wydawał mi się pan bardzo ludzki. 
Wystarczy, jeżeli pan mnie zapewni, że w tej historii nie ma słowa prawdy.

— Pies został rzeczywiście otruty wódką z mojej szklanki. Ale ta wódka 

była przeznaczona dla mnie, a nie dla psa.

— A dlaczegóż by ktoś chciał pana truć?
— Nie wiem.
— Dwie dziwaczne wersje nawzajem się znoszą. Przypuśćmy, że nie 

było żadnej trucizny, a pies zdechł z przyczyn naturalnych. Był podobno stary. 
Musi pan jednak przyznać, panie Wormold, że wokół pana mnożą się przykre 
wypadki. Może z panem jest taka historia, jak z tymi niewinnymi dziećmi 
angielskimi, co przyciągały do siebie złośliwe duchy *.

— Może. A czy pan zna nazwiska duchów?
— Znam nazwiska wielu z nich. Myślę, że pora zacząć egzorcyzmy. 

Opracowuję właśnie raport dla prezydenta.

— A ja w tym raporcie będę też figurował?
— Nie jest to jeszcze przesądzone. Powinien bym również powiedzieć 

panu, panie Wormold, że mam oszczędności, tyle pieniędzy, że wystarczy dla 
Milly na wygodne życie, gdyby mnie się coś przydarzyło. Wystarczy 
oczywiście także na to, żebym się razem z Milly mógł osiedlić w Miami, gdyby 
wybuchła rewolucja.

— Niepotrzebnie mi pan to wszystko mówi. Nie wątpię o pańskich 

finansowych możliwościach.

— Taki już zwyczaj, panie Wormold. A co do mojego zdrowia — w 

porządku, mogę przedstawić świadectwo lekarskie. Nie będzie też trudno o 
potomstwo. To zostało w pełni udowodnione.

— Rozumiem.
— Ale pańska córka nie miałaby z tego powodu żadnych kłopotów. 

Dzieci są zaopatrzone. Osoba, z którą na razie jestem związany, nie będzie 
robiła trudności. Wiem, że protestanci są dość skrupulatni w tego rodzaju 
sprawach.

— Nie jestem, ściśle mówiąc, protestantem.

background image

— A pańska córka jest na szczęście katoliczką. To byłoby doprawdy 

nadzwyczaj dobrane małżeństwo.

— Milly ma zaledwie siedemnaście lat.
— Najlepszy wiek, kobieta w tym wieku najlżej rodzi. Czy pan mnie 

upoważnia do oświadczenia się Milly?

— Czy panu potrzebne moje upoważnienie?
— Tak wypada.
— A gdybym odpowiedział: nie?
— No, oczywiście próbowałbym pana przekonać.
— Powiedział mi pan kiedyś, że nie należę do klasy ludzi, których wolno 

torturować.

Kapitan Segura serdecznym gestem położył rękę na ramieniu 

Wormolda.

— Pan ma takie samo poczucie humoru jak Milly. Ale, mówiąc 

poważnie, warto zawsze pamiętać o pańskim pozwoleniu na pobyt tutaj.

— Pan jest, jak widzę, zdecydowany. Dobrze. Niech pan z nią pomówi. 

Będzie pan mógł skorzystać ze sposobności odwożąc ją ze szkoły do domu. 
Ale Milly jest rozsądna. Nie przypuszczam, żeby pan miał duże szansę.

— W takim razie może później poproszę pana o użycie swego 

ojcowskiego wpływu.

— Pan ma poglądy bardzo wiktoriańskie, panie kapitanie. W dzisiejszych 

czasach ojcowie nie mają wpływu na córki. Wspomniał pan o jakiejś ważnej 
sprawie...

Kapitan Segura odpowiedział tonem wyrzutu:
— Ależ to właśnie była ta ważna sprawa. Druga jest tylko formalnością. 

Zechce pan pojechać ze mną do baru „Wonder"?

— Po co?
— Sprawa służbowa. Nie ma pan powodu do niepokoju. Proszę pana o 

grzeczność, nic ponadto, panie Wormold.

Pojechali szkarłatnym otwartym samochodem kapitana, w asyście 

dwóch policjantów na motocyklach. Wormold miał wrażenie, że wszyscy 
czyściciele butów w Paseo zgromadzili się na ulicy Virdudes. Po obu stronach 
wahadłowych drzwi baru stali policjanci, a ciężkie słońce wisiało wprost nad 
ich głowami.

background image

Policjanci zeskoczyli z motocykli i zaczęli rozpędzać pucybutów. Inni 

policjanci wybiegli z baru i otoczyli kapitana. Wormold poszedł za nimi. Jak 
zwykle o tej porze dnia żaluzje nad kolumnadą skrzypiały w lekkim podmuchu 
od morza. Barman stał nie za kontuarem, jak zwykle, ale po stronie klientów. 
Był blady i wystraszony. Z potłuczonych butelek jeszcze kapały pojedyncze 
krople, ale właściwie cała zawartość dawno już z nich wypłynęła. Na podłodze 
leżał ktoś, zasłonięty przez policjantów, widać było buty: grube, wiele razy 
zelowane buty niezbyt zamożnego starego mężczyzny.

— Chodzi o formalne stwierdzenie tożsamości — powiedział kapitan 

Segura. Wormold nie potrzebował nawet spojrzeć na twarz: z góry wiedział 
wszystko, lecz policjanci rozstąpili się przed nim i zobaczył doktora 
Hasselbachera.

— To jest doktor Hasselbacher — rzekł. — Pan go zna równie dobrze, 

jak ja.

— W tych wypadkach musimy przestrzegać formalności — odparł 

Segura. — Potrzebne jest stwierdzenie przez postronnego świadka.

— Kto to zrobił?
— Któż to wie? — powiedział Segura. — Niech pan wypije szklaneczkę 

whisky. Barman!

— Nie. Proszę mi dać daiquiri. Zawsze z nim piłem daiquiri.
— Ktoś tu wszedł z rewolwerem w ręku. Dwa strzały chybiły. Oczywiście 

powiemy, że zabójstwa dokonali rebelianci z Oriente. Skorzystamy ze 
sposobności, żeby wpłynąć na opinię za granicą. Może to zresztą naprawdę 
byli rebelianci.

Z podłogi patrzyła na nich twarz bez wyrazu. Tej obojętności nie da się 

określić takimi pojęciami, jak spokój albo męka. Jak gdyby nic się jeszcze 
nigdy nie stało: twarz nie narodzona.

— Kiedy go będziecie chowali, połóżcie mu na trumnie hełm.
— Hełm?
— W jego mieszkaniu znajdzie pan stary mundur. On był sentymentalny.
Dziwna rzecz. Doktor Hasselbacher przeżył dwie wojny światowe i umarł 

wreszcie w czasie tak zwanego pokoju tą samą śmiercią, od której mógł był 
zginąć nad Sommą.

— Pan dobrze wie, kapitanie, że rebelianci nie mają z tym nic wspólnego 

background image

— rzekł Wormold.

— Wygodniej będzie jednak mówić, że to oni.
— Znowu duchy.
— Za wiele win chce pan brać na siebie.
— Doktor ostrzegł mnie, żebym nie brał udziału w tym lunchu. Słyszał go 

Carter, słyszeli inni, no i zabili.

— Inni? Kto?
— Pan kapitan ma listę.
— Nazwiska Cartera na niej nie ma.
— Niech więc pan spyta kelnera, właściciela psa. Jego z pewnością 

można wziąć na tortury. Nie będę protestował.

— To Niemiec, ma przyjaciół ustosunkowanych w świecie politycznym. 

Dlaczegoż by ten kelner chciał pana otruć?

— Ponieważ wydaję im się aiiebezpieczny. Ja? Grubo się mylą... Proszę 

jeszcze jedno daiquiri. Zawsze piłem dwa kieliszki przed powrotem do sklepu. 
Czy pan mi pokaże swoją listę, kapitanie?

— Pokazałbym pewnie swojemu teściowi, bo do niego mógłbym mieć 

zaufanie.

Cóż z tego, że drukowane statystyki liczą ludność miast w setkach 

tysięcy, dla każdego człowieka miasto składa się tylko z kilku ulic, kilku 
domów, kilku osób. Jeżeli tych kilku zabraknie, miasto przestaje istnieć, 
zostaje po nim jedynie ból w pamięci — podobnie jak po amputacji trwa ból w 
nie istniejącej nodze. „Czas — pomyślał Wormold — spakować manatki i 
opuścić gruzy Hawany."

— Widzi pan, panie Wormold — rzekł kapitan Segura — mam jeden 

więcej dowód, że miałem rację. Przecież to mogło spotkać pana. Trzeba Milly 
zabezpieczyć od takich przypadków.

— Tak — powiedział Wormold. — Będę musiał to zrobić.

2

background image

Kiedy wrócił do sklepu, nie było już policjantów. Lopez wyszedł, 

Wormold nie miał pojęcia, dokąd. Słyszał, że Ruddy majstruje koło swoich 
przyrządów; od czasu do czasu z radioodbiornika rozlegał się na całe 
mieszkanie jakiś trzask. Wormold siadł na łóżku. Trzy śmierci: nieznajomy 
imieniem Raul, czarny jamnik Max i stary doktor nazwiskiem Hasselbacher, a 
przyczynił się do tego on sam — i Carter. Carter nie planował śmierci Raula 
ani psa, ale doktorowi nie zostawił szansy ratunku. To był odwet: śmierć za 
życie — odwrotnie niż w prawie Mojżeszowym. Z sąsiedniego pokoju słyszał 
głosy Milly i Beatrycze. Mimo uchylonych drzwi docierała do niego ledwie 
połowa tego, co mówiły. Stanął na granicy przemocy, dziwnego kraju, do 
którego dotychczas nigdy się nie zapuszczał; miał w ręku swój paszport. 
Zawód: szpieg. Znaki szczególne: brak przyjaciela. Cel przybycia: zabójstwo. 
Obejdzie się bez wizy. Dokumenty w porządku.

Po drugiej stronie granicy toczyła się rozmowa w znanym mu języku.
Beatrycze mówiła:
— Nie, tego ciemnego karminu nie radziłabym ci, Milly. To nie na twój 

wiek.

— Powinni w ostatnim semestrze wprowadzić lekcje makijażu — odparła 

Milly. — Już słyszę, jak siostra Agnieszka mówi: „Kropelkę «Nuit d'Amour» za 
uszy..."

— Spróbuj tej jaśniejszej pomadki. Nie, nie zamazuj konturu ust. 

Pozwól, ja ci pokażę.

Wormold myślał: „Arszeniku ani cyjanku nie mam. Zresztą nie będę miał 

okazji pić z nim razem. Szkoda, że wtedy nie wlałem mu gwałtem tej jego 
whisky do gardła. Ale łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, chyba że na scenie w 
elżbietańskim dramacie, a i tam trzeba było jeszcze zatrutej szpady na 
dodatek".

— No, tak. Rozumiesz, o co mi chodzi?
— A co będzie z różem?
— Róż ci niepotrzebny.
— Jakich ty perfum używasz, Beatrycze?
— „Sous le Vent."
„Hasselbachera zastrzelili, ale ja nie mam rewolweru" — myślał 

background image

Wormold. Rewolwer powinien należeć do wyposażenia placówki, tak samo jak
kasa pancerna, celuloidowe płytki, mikroskop i elektryczny imbryk. Co prawda 
Wormold nie miał nigdy w życiu rewolweru w ręku, ale to nie stanowiło 
nieprzezwyciężonej przeszkody. Byle znalazł się tak blisko Cartera, jak tych 
drzwi, zza których dochodzą głosy.

— 'Pójdziemy razem po zakupy. Myślę, że spodoba ci się zapach 

„Indiscret", firmy Lanvin.

— Nie brzmi to zbyt namiętnie — powiedziała Milly.
— Jesteś młodziutka. Obejdziesz się bez namiętności za uszami.
— Mężczyznę trzeba zachęcić — rzekła Milly.
— Wystarczy, jak na niego spojrzysz.
— Na przykład tak?
Wormold usłyszał śmiech Beatrycze. Ze zdumieniem popatrzył na drzwi. 

Myślami zapędził się tak daleko, że wręcz zapomniał, iż jest jeszcze wciąż 
razem z nimi.

— Aż tak wiele zachęty nie należy im udzielać — powiedziała Beatrycze.
— Czy byłam omdlewająca?
— Powiedziałabym, że byłaś raczej ognista.
— Czy tęsknisz do męża? — spytała Milly.
— Jeżeli chodzi ci o to, czy tęsknię do Piotra — nie.
— Wyszłabyś drugi raz za mąż, gdyby Piotr umarł?
— Nie zdaje mi się, żebym chciała czekać tak długo. Piotr ma dopiero 

czterdzieści lat.

— Ach, tak. Ty byś mogła zawrzeć drugie małżeństwo... jeżeli to 

uważasz za małżeństwo.

— Uważam.
— Ale ja jestem w okropnym położeniu, wiesz, bo jeśli wyjdę za mąż, to 

już raz na zawsze.

— Większość kobiet wychodząc za mąż myśli, że to już na zawsze.
— Lepiej by mi się powodziło, gdybym została czyjąś kochanką.
— Twój ojciec pewnie by tego sobie nie życzył.
— Nie rozumiem dlaczego. Przecież jeśli on drugi raz się ożeni, zrobi 

coś bardzo podobnego. Ta druga będzie właściwie jego kochanką, musisz 
przyznać. Ojciec chciał na zawsze zostać przy mamusi. Wiem, sam mi to 

background image

mówił. To było prawdziwe małżeństwo. Nawet uczciwy poganin nie może 
zaprzeczyć.

— Ja tak samo myślałam o Piotrze. Milly, Milly, nie pozwól, żeby ci 

znieczuliły serce.

— Kto?
— Zakonnice.
— Och, one mi takich rzeczy nie mówią. Nie w ten sposób.
Pozostawał oczywiście nóż. Ale żeby użyć noża, trzeba by podejść do 

Cartera bardzo blisko, a na to nie mógł liczyć.

Milly zapytała:
— Czy ty kochasz mojego ojca?
Wormold myślał: „Przyjdzie taki dzień, że wrócę i zajmę się tymi 

sprawami, ale teraz mam do rozstrzygnięcia ważniejszy problem. Muszę 
odkryć, jak się zabija człowieka. Chyba są podręczniki, z których można się 
tego nauczyć? Istnieją z pewnością jakieś broszurki o metodach walki bez 
broni". Spojrzał na swoje ręce, ale nie miał do nich zaufania.

— Dlaczego mnie o to pytasz? — powiedziała Beatrycze.
— Bo zauważyłam, jak na niego patrzałaś.
— Kiedy?
— Jak wrócił z tego lunchu. Może po prostu cieszyłaś się, że wygłosił 

przemówienie?

— Tak.
— Ale nic z tego — rzekła Milly. — Nie trzeba, żebyś go kochała.
Wormold mówił sobie: Gdybym mógł go zabić, zabiłbym przynajmniej z 

uczciwych pobudek. Zabiłbym, żeby dowieść, że nie wolno zabijać bezkarnie. 
Nie zabiłbym dla ojczyzny. Ani dla kapitalizmu czy komunizmu, czy 
socjaldemokracji, czy dla ogólnego dobrobytu... Czyjego dobrobytu? Zabiłbym 
Cartera, ponieważ on zabił Hasselbachera. Zwada rodowa była lepszym 
powodem do morderstwa niż patriotyzm albo przekonanie o wyższości 
jednego systemu gospodarczego nad drugim. Jeżeli kocham albo nienawidzę, 
niech to będzie miłość czy też nienawiść człowieka. Nie chcę być numerem 
59200/5 w niczyjej totalnej wojnie.

— Gdybym go kochała, cóż by w tym było złego?
— On jest żonaty.

background image

— Milly, Milly kochana, strzeż się formułek. Jeżeli istnieje Bóg, nie jest 

Bogiem formułek.

— Więc go kochasz?
— Tego nie powiedziałam.
Jedyny sposób to rewolwer. Skąd wziąć rewolwer? Ktoś wszedł, ale 

Wormold nie podniósł nawet głowy. W sąsiednim pokoju rurki Ruddy'ego 
pisnęły przenikliwie. Głos Milly przemówił.

— Nie wiedziałyśmy, że tatuś wrócił.
— 'Chciałbym cię o coś poprosić, Milly — odpowiedział.
— Tatuś słyszał naszą rozmowę? Usłyszał teraz głos Beatrycze:
— Czy stało się coś złego? Co się stało?
— Zdarzył się wypadek, szczególny wypadek.
— Kto?
— Doktor Hasselbacher.
— Poważny wypadek?
— Tak.
— Pan nas przygotowuje na najgorsze?
— Tak.
— Biedny doktor Hasselbacher.
— Tak.
— Poproszę kapelana, żeby odprawił tyle mszy, ile lat znaliśmy doktora.
Uświadomił sobie, że jeśli chodziło o Milly, niepotrzebne były 

ostrożności, by nie przerazić jej nowiną o czyjejś śmierci. Dla niej każda 
śmierć była śmiercią szczęśliwą. Kto wierzy w niebo, nie domaga się zemsty. 
Ale on nie wierzył. Chrześcijanin nie ma wielkiej zasługi okazując miłosierdzie 
i odpuszczając winy: za łatwo mu to przychodzi.

— Był tu kapitan Segura — powiedział. — Chce się z tobą ożenić.
— Ten staruch! Nigdy już nie wsiądę do jego samochodu.
— Chciałbym, żebyś jeszcze wsiadła jeden jedyny raz, jutro. Powiedz 

mu, że chcę z nim porozmawiać.

— Dlaczego?
— Zagramy w warcaby. O dziesiątej. Ty i Beatrycze musicie się ulotnić 

na ten czas z domu.

— Ale kapitan będzie mnie zanudzał.

background image

— Nie. Powiedz mu tylko, że proszę go o wizytę i rozmowę. Powiedz, 

żeby przyniósł listę. On zrozumie.

— A potem?
— Pojedziemy do kraju. Do Anglii.
Kiedy został sam na sam z Beatrycze, rzekł:
— No, więc tak. Koniec naszej roboty.
— Co pan zamierza?
— Być może, wrócimy tam w chwale, wioząc nareszcie cenny raport: 

listę agentów działających w Hawanie.

— Włącznie z nami?
— Nie. Myśmy nigdy nie działali.
— Nie rozumiem.
— Nie mam agentów, Beatrycze. Ani jednego. Hasselbacher zginął nie 

wiadomo za co. W górach Oriente nikt nic nie buduje.

Rzecz znamienna: Beatrycze nie zdradziła niedowierzania. Przyjęła tę 

informację jak każdą inną, którą należy dołączyć do akt. „Ocena wartości 
należy oczywiście do centrali" — pomyślał Wormold i powiedział:

— Rozumiem, że pani ma obowiązek natychmiast zawiadomić o tym 

Londyn, ale byłbym wdzięczny, gdyby pani poczekała dwa dni. Wtedy może 
będziemy mogli dodać do tego raportu jakąś autentyczną wiadomość.

— Jeżeli pan będzie wtedy żył jeszcze.
— Oczywiście, że będę żył.
— Pan ma jakiś plan.
— Segura ma listę agentów.
— Nie na tym polega pański plan. Ale jeżeli pan nie będzie żył... — 

powiedziała jak gdyby z gniewem — de mortuis...

— Gdyby ze mną coś się takiego zdarzyło, nie chciałbym, żeby pani 

dopiero z tych sfałszowanych dokumentów dowiedziała się, jakim byłem 
oszustem.

— Ale Raul... Raul przecież naprawdę istniał.
— Biedaczysko. Musiał być bardzo zdumiony tym, co go spotkało. 

Wybrał się jak zwykle na wycieczkę dla przyjemności. Może pijany był także 
jak zwykle. Mam nadzieję, że tak było.

— Istniał jednak.

background image

— Jakieś imię trzeba było wybrać. Może o nim kiedyś słyszałem i 

przyszło mi na myśl jego imię, choć nie pamiętałem, skąd je znam.

— A te rysunki?
— Sam je zrobiłem biorąc jako model odkurzacz Atomowy. Skończyła 

się zabawa. Czy zechce pani przygotować tekst oświadczenia, które później 
podpiszę? Dobrze chociaż, że nie wyrządzili żadnej poważniejszej krzywdy 
Teresie.

Beatrycze wybuchnęła śmiechem. Trzymała się oburącz za głowę i 

śmiała się głośno.

— Ach, jak ja cię kocham — powiedziała.
— Pewnie wydaję się pani bardzo głupi.
— To Londyn wydaje mi się bardzo głupi. I Henry Hawthorne. Czy 

myślisz, że porzuciłabym Piotra, gdyby on bodaj jeden jedyny raz zakpił sobie 
z UNESCO? Ale UNESCO było nietykalne. Konferencje o kulturze były 
nietykalna. Piotr nigdy się nie śmiał... Pożycz mi chustkę do nosa.

— Płaczesz?
— Nie, śmieję się. Te szkice...
— Jeden przedstawiał rozpylacz, drugi dwusprawne sprzęgło. Nie śniło 

mi się nawet, że specjaliści uwierzą w tę bajkę.

— Specjaliści nie widzieli tych rysunków. Zapominasz, że w grę wchodzi 

ściśle tajny wywiad. Musimy chronić naszych informatorów. Nie możemy 
dopuścić, żeby tego rodzaju dokumenty dostawały się w ręce ludzi, którzy 
naprawdę coś wiedzą. Kochanie...

— Powiedziałaś: kochanie...
— To tylko taki utarty zwrot. Czy pamiętasz „Tropicanę" i występ 

śpiewaka? Nie wiedziałam jeszcze, że jesteś moim zwierzchnikiem a ja twoją 
sekretarką, byłeś po prostu miłym panem z uroczą córeczką; zgadłam, że pod 
wpływem szampana masz ochotę popełnić jakieś szaleństwo, a tak mi się już 
okropnie znudził rozsądek... „Mój obłęd wszystkich dziwi, przyjaciół i 
rodzinę..."

— Nie sprzedawałbym odkurzaczy, gdybym był skłonny do szaleństw.
— ,,A ja im mówię, że noc to dzień i że nie chcę piec własnej pieczeni."
— Więc ty masz równie mało poczucia lojalności, jak ja?
— Ty jesteś lojalny.

background image

— Wobec kogo?
— Wobec Milly. Nie cenię wcale ludzi służących lojalnie tym, którzy im 

płacą, organizacjom... Zdaje mi się, że nawet ojczyzna nie ma dla mnie aż tak 
wielkiego znaczenia. Mamy we krwi mnóstwo krajów, ale tylko jedną osobę. 
Nie byłoby tyle zamętu na świecie, gdybyśmy byli wierni miłości, a nie krajom.

Wormold powiedział:
— Przypuszczam, że mogą mi odebrać paszport.
— Niech spróbują.
— Tak czy owak — rzekł — oboje tracimy posady.

background image

Rozdział piąty

1

— Proszę wejść, panie kapitanie.
Kapitan Segura błyszczał. Błyszczał skórzany pas, błyszczały guziki, 

lśniły świeżo wypomadowane włosy. Wyglądał jak doskonale utrzymana broń.

— Ogromnie się ucieszyłem, kiedy Milly powtórzyła mi pańskie 

zaproszenie — rzekł.

— Mamy do omówienia mnóstwo spraw. Ale może najpierw zagramy 

partyjkę. Dzisiaj ja pana pobiję.

— Wątpię, panie Wormold. Jeszcze nie jestem obowiązany traktować 

pana z synowskim szacunkiem.

Wormold rozłożył warcabnicę. Potem ustawił na niej dwadzieścia cztery 

miniaturowe buteleczki whisky: na jednym polu dwanaście szkockich, na 
drugim dwanaście amerykańskich — Bourbonów.

— Co to znaczy, panie Wormold?
— Pomysł doktora Hasselbachera. Myślę, że moglibyśmy rozegrać te 

partię dla uczczenia jego pamięci. Kto bierze pionka, wypija.

— Chytry pomysł, panie Wormold. Jako mocniejszy gracz, wypiję więcej 

od pana.

— Dorównam panu, w piciu także.
— Wolałbym zwyczajne krążki.
— Boi się pan porażki, kapitanie? Może pan ma słabą głowę?
— Głowę mam nie słabszą niż inni, ale czasem po wypiciu wpadam w 

gniew. A nie chciałbym gniewać się na przyszłego teścia.

— Milly nie wyjdzie za pana.
— O tym jeszcze pogadamy.

background image

— Pan zagra Bourbonami. Amerykańska whisky jest mocniejsza od 

szkockiej. W ten sposób daję panu fory.

— To niepotrzebne. Będą grał szkocką. Segura obrócił warcabnicę i 

siadł.

— Może pan zdejmie pas, kapitanie. Będzie panu wygodniej.
Segura położył pas i futerał z rewolwerem u swoich nóg na posadzce.
— Będę z panem walczył bez broni — zażartował.
— Nosi pan rewolwer nabity?
— Oczywiście. Ten typ wrogów, jakich ja mam, nie zostawia czasu na 

nabijanie broni.

— Czy pan wykrył zabójcę Hasselbachera?
— Nie. To nie był zawodowy kryminalista.
— Carter?
— Wobec tego, co pan mi powiedział, sprawdziłem. Carter był w tym 

czasie u doktora Brauna. Nie możemy przecież podawać w wątpliwość 
świadectwa prezesa Stowarzyszenia Europejskich Kupców, prawda?

— Więc Braun figuruje na pańskiej liście.
— Oczywiście. Ale teraz grajmy.
Jak wiadomo wszystkim graczom w warcaby, istnieje umowna linia, 

przekreślająca warcabnicę ukośnie i biegnąca z jednego narożnika w drugi. 
To linia obrony. Kto opanuje tę linię, do tego należy inicjatywa; po 
przekroczeniu linii zaczyna się atak. Z zuchwałą swobodą Segura zajął 
pozycję do natarcia i przesunął jedną buteleczkę na drugą połowę 
warcabnicy. Grał bez wahania, prawie nie patrzał na warcabnicę, za to 
Wormold pauzował i namyślał się przed każdym ruchem.

— Gdzie jest Milly? — spytał Segura.
— Wyszła.
— A pańska czarująca sekretarka?
— Razem z Milly.
— Już się pan znalazł w kłopotliwym położeniu — rzekł Segura. — 

Zaatakował obronną bazę Wormolda i zdobył buteleczkę Old Taylor. — 
Pierwszy łyk — powiedział i wypił. Wormold zareplikował nierozważnym 
posunięciem i niemal natychmiast stracił drugą buteleczkę, tym razem Old 
Forester. Kilka kropel potu wystąpiło kapitanowi na czoło i odchrząknął 

background image

wychyliwszy whisky. Powiedział: — Pan gra nieostrożnie, panie Wormold. — 
Wskazał warcabnicę: — Powinien pan był wziąć tego pionka.

— Ma pan prawo wziąć chucha — odparł Wormold. 

Po raz pierwszy 

Segura się zawahał.

— Nie — rzekł. — Wolę, żeby pan zabrał mój kamień.
Była to mało znana whisky marki Cairngorm, której Wormold jeszcze 

nigdy nie próbował. Zapiekło go w język. Chwilę grali z przesadną uwagą i 
żaden nic nie zdobył.

— Czy Carter w dalszym ciągu mieszka w hotelu „Seville-Biltmore"? — 

spytał Wormold.

— Tak.
— Pan go ma stale na oku?
— Nie. Na cóż by się to zdało?
Wormold trzymał się brzegu warcabnicy resztą kamieni, które mu 

zostały po odpartym manewrze oskrzydlającym, ale stracił bazę. Zrobił jeden 
fałszywy ruch i umożliwił kapitanowi wysunięcie chronionego pionka na pole 
22; nie było już ratunku dla butelki Wormolda stojącej na polu 25 i Segura 
nieuchronnie musiał dotrzeć do ostatniego rzędu, zdobywając damkę.

— To była nieostrożność — rzekł Segura.
— Mam kamienie na wymianę.
— Ale ja zrobiłem damkę.
Segura wypił Four Roses, a Wormold z drugiego krańca warcabnicy 

wziął Haiga.

— Gorący wieczór — powiedział Segura. Ukoronował damkę strzępkiem 

papieru.

— Jeżeli ją wezmę, będę musiał wypić dwie butelki. Mam zapas w 

bufecie.

— O wszystkim pan pamiętał — rzekł Segura. Zabrzmiało to trochę 

kwaśno. Grał teraz bardzo ostrożnie. Coraz trudniej było skusić go do bicia: 
Wormold zaczynał rozumieć zasadniczą słabość swojego planu: dobry gracz 
może pobić przeciwnika nie biorąc jego pionków. Sam sprzątnął kapitanowi 
jeszcze jeden kamień i znalazł się w pułapce. Nie mógł już zrobić żadnego 
ruchu.

Segura otarł pot z czoła.

background image

— Widzi pan — rzekł — nie może pan wygrać.
— Musi pan dać mi rewanż.
— Ta amerykańska «whisky jest bardzo mocna. Osiemdziesiąt pięć 

procent.

— Zamienimy się butelkami.
Tym razem Wormold grał szkocką. Przyniósł nowe butelki na miejsce 

trzech szkockich, które sam wypił, i trzech amerykańskich. Zaczął od otwarcia 
Old Fourteenth, co prowadziło do długiej, przeciągającej się rozgrywki, 
została mu bowiem jedna tylko nadzieja, że wreszcie kapitanowi sprzykrzy się 
ostrożność i zacznie grać na wybicie. Znów starał się narazić na chucha, ale 
Segura nie dał się w to wciągnąć. Jak gdyby zorientował się, że naprawdę 
groźnym przeciwnikiem jest nie Wormold, lecz własna głowa. Poświęcił nawet 
jeden pionek, który nie miał większego taktycznego znaczenia, zmuszając 
Wormolda do zabicia go; była to buteleczka Hiram Walker. Wormold 
uświadomił sobie, że jego głowie również zagraża niebezpieczeństwo. 
Mieszanka szkockiej whisky z amerykańską działała zabójczo. Powiedział:

— Niech mnie pan poczęstuje papierosem.
Segura wychylił się, by podać ogień, i Wormold zauważył, ile wysiłku 

kosztowało kapitana opanowanie drżenia rąk. Płomyczek nie chciał się 
ukazać, Segura zaklął z niespodziewaną wściekłością. Jeszcze dwie 
buteleczki, a będzie gotów — pomyślał Wormold.

Ale równie trudno jest wbrew woli przeciwnika stracić pionka, jak wziąć. 

Na przekór chęciom Wormolda walka przechylała się na jego stronę. Wypił 
buteleczkę Harpera i zrobił damkę. Z udaną wesołością rzekł:

— Moja gra, kapitanie. Chce pan się poddać?
Segura spode łba przyglądał się warcabnicy. Najwidoczniej był w 

rozterce między żądzą zwycięstwa a wolą zachowania trzeźwej głowy, lecz 
już zamroczyła go zarówno złość, jak whisky.

— To świństwo tak grać w warcaby — powiedział. Teraz, kiedy 

przeciwnik miał damkę, Segura nie mógł już walczyć o bezkrwawe 
zwycięstwo, damka bowiem miała swobodę ruchów. Toteż poświęcając 
buteleczkę Kentucky Tavern składał naprawdę ofiarę i przeklinał te dziwaczne 
pionki: — Co za cholerny kształt — mówił. — Każda inna. Słyszał kto, żeby 
pionek był z szlifowanego szkła?

background image

Wormold zdawał sobie sprawę, że jego mózg także przyćmiewa mgła 

alkoholu, lecz nadszedł moment zwycięstwa i klęski.

— Pan dotknął mojego kamienia — rzekł Segura.
— Nie, to przecież Red Label. Mój.
— Jak, u Boga Ojca, mam odróżniać szkocką od Bourbona? I to, i to 

butelka.

— Pan się złości, bo przegrywa.
— Nigdy nie przegrywam.
Wtedy Wormold zrobił dobrze przemyślany błąd i odsłonił swoją damkę. 

W pierwszej chwili zdawało mu się, że Segura tego nie zauważył, potem — że 
Segura umyślnie rezygnuje z szansy, byle uniknąć dalszego picia. Ale pokusa 
zabrania damki była potężna, ten ruch prowadził do miażdżącego zwycięstwa. 
Segura mógłby z własnego pionka zrobić damkę i nastąpiłaby rzeź 
przeciwnika. Mimo to jeszcze się wahał. Od żaru whisky i upalnej nocy twarz 
mu topniała jak woskowej lalce; w oczach się ćmiło.

— Co takiego?
— Traci pan damkę i przegrywa.
— O, do diabła. Ale gapa ze mnie. Chyba jestem pijany.
— Pan pijany?
— Trochę.
— Ja też. Pan wie, że jestem pijany. Pan się postarał mnie spoić. 

Dlaczego?

— Niech pan nie mówi głupstw, kapitanie. Po cóż bym chciał pana 

spoić? Przerwijmy grę. Uznajmy ją za nierozstrzygniętą.

— Diabli tam nierozstrzygnięta. Wiem, dlaczego pan mnie spoił. Chciał 

pan pokazać tę listę... właściwie, żebym ja panu pokazał listę.

— Jaką listę?
— Mam was wszystkich w sieci. Gdzie jest Milly?
— Powiedziałem panu, wyszła.
— Jeszcze tej nocy pójdę do szefa policji. Zamkniemy sieć.
— Z Carterem w środku?
— Jaki Carter? — Pogroził palcem Wormoldowi. — Z panem w środku, 

ale wiem, że pan nie jest agentem. Pan jest oszustem.

— Może by się pan przespał trochę, kapitanie. Partia nie-rozegrana.

background image

— Nie zgadzam się na remis. Niech pan patrzy. Biorę pańską damkę. — 

Otworzył buteleczkę Red Label i wypił duszkiem.

— Za damkę dwie butelki — rzekł Wormold i podał mu Dunosdale 

Cream.

Segura ciężko rozparł się w fotelu, broda mu drżała.
— Niech pan przyzna, że pobiłem pana — powiedział. — Nie gram na 

sztuki.

— Nic nie przyznaję. Mam mocniejszą głowę od pana. Proszę, biorę 

panu chucha. Powinien pan był grać dalej. — Między whisky zaplątała się 
kanadyjska żytniówka, Lord Calvert, i Wormold wychylił ją. „To już musi być 
ostatnia — pomyślał. — Jeżeli Segura nie wykończy się teraz, ja dłużej nie 
wytrzymam. Będę zanadto pijany, żeby nacisnąć spust. Czy on mówił, że 
broń jest nabita?"

— Wszystko jedno — szepnął Segura. — Pan w każdym razie leży. — 

Poruszał ręką nad warcabnicą tak wolno, jakby trzymał na łyżeczce jajko. — 
Widzi pan? — Wziął jedną butelkę, drugą, trzecią...

— Niech pan pije, kapitanie.
George IV, Queen Anne, gra kończyła się paradą monarchów, Highland 

Queen...

— Pan gra dalej, kapitanie, czy też mam panu znowu porwać chucha? 

Niech pan pije. — Vat 69. — Jeszcze jedną. Niech pan pije. — Grant's 
Standfast. Old Argyll. — Pij pan, Segura, kapituluję.

Ale skapitulował Segura. Wormold odpiął mu kołnierz, żeby ułatwić 

oddech, i ułożył głowę na oparciu fotela. Pod nim samym nogi także się 
chwiały, kiedy szedł ku drzwiom. W kieszeni miał rewolwer kapitana Segura.

2

W hotelu „Seville-Biltmore" zadzwonił z wewnętrznego telefonu do 

Cartera. Musiał przyznać, że Carter miał mocne nerwy, o wiele mocniejsze niż 

background image

on sam. Carterowi niezbyt dobrze powiodła się jego misja na Kubie, a mimo 
to został tutaj jako wyborowy strzelec albo może jako wabik.

— Dobry wieczór, panie Carter — powiedział Wormold.
— O, to pan, dobry wieczór, panie Wormold. — Głos brzmiał chłodno. 

Carter miał prawo do urazy.

— Chciałem pana przeprosić. Za tę głupią historię z pańską whisky. 

Byłem chyba pijany. Teraz też jestem trochę wstawiony. Nie mam wprawy w 
przepraszaniu.

— Dobrze, już dobrze, panie Wormold. Niech pan idzie spokojnie do 

łóżka.

— Nabijałem się z pańskiego jąkania. To była granda. — Zauważył, że 

mówi jak Hawthorne. Fałsz jest widocznie chorobą zawodową.

— Nie rozumiem, o co panu chodzi.
— Już teraz wiem, że się myliłem. Pan w tym wcale palców nie maczał. 

Ten przeklęty kelner struł własnego psa. Psisko było stare, to prawda, ale 
żeby dać tak trutkę... w ten sposób się nie usypia psów.

— A więc to tak było? Dziękuję za wiadomość, ale już bardzo późno. 

Właśnie się kładłem do łóżka.

— Najwierniejszy przyjaciel człowieka...
— Co pan mówi? Nie dosłyszałem?
— Cezar, przyjaciel króla... A tamten ostrowłosy terrier, co to zatonął 

przy Jutlandii... Ostatni raz widziano go na mostku u nogi pana...

— Pan jest pijany, panie Wormold.
Wormold stwierdził, że wcale nietrudno udawać pijanego, po... po ilu 

właściwie?... buteleczkach whisky, szkockiej i amerykańskiej. Pijanemu 
można ufać: in vino veritas. Z pijanym łatwiej też się rozprawiać. Carter byłby 
głupcem, gdyby nie skorzystał z okazji.

— Mam ochotę na małą rundkę po budach — powiedział Wormold.
— Po jakich budach?
— Ano, po tych, które pan chciał w Hawanie poznać.
— Już późno.
— Najlepsza pora. — Drut telefoniczny przekazał mu wahanie Cartera. 

Powiedział więc: — Niech pan weźmie z sobą spluwę. — Czuł niepojętą 
odrazę do zabójstwa bezbronnego zabójcy... Ale czy Carter ryzykowałby 

background image

rozstanie z bronią?

— Rewolwer? Po co?
— W tych budach czasem próbują człowieka okraść.
— A pan ma przy sobie broń?
— Nie mam w ogóle własnej spluwy.
— Ja też nie. — Wormoldc»wi wydało się, że usłyszał w słuchawce 

metaliczny szczęk, jakby ktoś sprawdzał magazynek rewolweru. „Trafiła kosa 
na kamień" — pomyślał i uśmiechnął się. Ale uśmiech jest niebezpieczny dla 
aktu nienawiści, podobnie jak dla aktu miłości. Musiał przypomnieć sobie, jak 
wyglądał Hasselbacher, kiedy spod kontuaru barowego jego oczy spojrzały 
mu w twarz. Staremu doktorowi nie dano żadnej szansy ratunku, on Carterowi 
dawał równe szansę. Zaczynał już żałować, że wypił tak dużo.

— Spotkamy się na dole w barze — powiedział Carter.
— Niech pan nie marudzi.
— Muszę się ubrać.
Tym razem Wormold był rad z ciemności w barze. Carter pewnie 

telefonował teraz do swoich przyjaciół, może umawiał się z nimi, ale w barze 
w żadnym wypadku nie mogli kropnąć Wormolda, zobaczyłby ich pierwszy. 
Były tylko dwa wejścia: z ulicy i z hotelu, a w głębi coś w rodzaju balkonu; 
poręcz nadawała się do oparcia rewolweru, gdyby zaszła potrzeba. Kto tutaj 
wchodził, przez długą chwilę nic nie widział w ciemnościach, tak jak Wormold 
właśnie. Gdy wszedł do baru, nie mógł przez jakiś czas zorientować się, czy 
zastał jednego, czy dwóch gości, bo jakaś para tuliła się na kanapce przy 
drzwiach od ulicy.

Zamówił whisky, ale nie tknął jej, siadł na balkonie pilnując wzrokiem 

obu drzwi. Po chwili wszedł ktoś; Wormold nie widział twarzy, ale po geście, 
jakim tamten poklepał fajkę w kieszeni, poznał Cartera.

— Carter!
Carter podszedł do niego.
— Chodźmy — rzekł Wormold.
— Niech pan najpierw wypije tę whisky, ja też zamówię szklaneczkę, 

aby panu dotrzymać kompanii.

— Wypiłem dziś dużo. Trzeba mi świeżego powietrza. Napijemy się w 

którejś budzie.

background image

Carter usiadł.
— Niech pan mi powie, gdzie pan mnie chce zaprowadzić.
— Do któregoś ze stu burdelów. Wszystkie są zresztą jednakowe, panie 

Carter. W każdym tuzin dziwek do wyboru. Zrobią dla pana rewię. Chodźmy. 
Po północy wszędzie tam bywa tłok.

— Wolałbym najpierw coś wypić — powiedział Carter zaniepokojony. — 

Nie sposób iść na taką zabawę z całkiem trzeźwą głową.

— A może pan tu na kogoś czeka, co?
— Nie. Skąd panu to przyszło na myśl?
— Zdawało mi się, bo patrzył pan na drzwi.
— Nie znam w tym mieście żywej duszy. Mówiłem to panu.
— Z wyjątkiem doktora Brauna.
— No, tak, oczywiście. Doktora Brauna znam. Ale on chyba nie należy 

do ludzi, których by można zaprosić na spacer po burdelach.

— Proszę, pan pierwszy.
Carter z ociąganiem się wstał. Najwyraźniej szukał pretekstu, żeby 

zostać w hotelu. Powiedział:

— Muszę zostawić wiadomość u portiera. Spodziewam się telefonu.
— Od doktora Brauna?
— Tak. — Zawahał się. — Będzie niegrzecznie, jeśli wyjdę, zanim on 

zatelefonuje. Czy nie zechciałby pan poczekać pięć minut, panie Wormold?

— Niech pan powie portierowi, że będzie pan z powrotem o pierwszej... 

Chyba że zechce pan hulać do rana.

— Lepiej byłoby poczekać.
— No, to idę bez pana. Co, u licha, panie Carter, myślałem, że pan chce 

zwiedzić miasto.

Szybko wyszedł z baru. Samochód stał po drugiej stronie ulicy. Nie 

obejrzał się ani razu, lecz słyszał za sobą kroki. Carter nie chciał go stracić z 
oczu tak samo, jak on nie chciał stracić z oczu Cartera.

— Ależ pan w gorącej wodzie kąpany, panie Wormold.
— Przepraszam. Alkohol działa na mnie w ten sposób.
— Mam nadzieję, że jest pan dość trzeźwy, żeby nie wywalić 

samochodu.

— Wolałbym, żeby pan prowadził wóz, panie Carter. — Pomyślał: „Nie 

background image

będzie mógł trzymać rąk w kieszeni". — Pierwsza przecznica w prawo, potem 
w lewo.

Wyjechali na bulwar nad Atlantykiem. Smukły biały statek właśnie 

wypływał z portu, pewnie odwoził turystów do Kingston albo do Port-au-
Prince. Widać było pary oparte o burtę, romantyczne w świetle księżyca, 
orkiestra grała już trochę przestarzały przebój: „Przetańczę całą noc".

— Ten widok budzi we mnie tęsknotę do domu — powiedział Carter.
— Do Nottwich?
— Tak.
— W Nottwich przecież nie ma morza.
— Ale stateczki spacerowe na rzece wydawały mi się równie wielkie, 

kiedy byłem mały.

Morderca nie ma prawa tęsknić do domu. Morderca powinien być 

maszyną, ja też powinienem stać się maszyną — pomyślał Wormold 
wymacując w kieszeni chustkę do nosa, która mogła mu być potrzebna we 
właściwym czasie do starcia śladu palców. Ale jak wybrać właściwy czas? 
Którą uliczkę, którą bramę? A jeśli tamten strzeli pierwszy...

— Czy pańscy przyjaciele to Rosjanie, panie Carter? Czy Niemcy? 

Amerykanie?

— Jacy przyjaciele? — i dodał po prostu: — Nie mam przyjaciół.
— Nie ma pan?
— Nie.
— W lewo teraz, panie Carter. Potem w prawo. — Sunęli wolniutko 

przez wąską uliczkę, przy której po obu stronach ciągnęły się rzędem nocne 
lokale. Orkiestry odzywały się spod ziemi jak duch ojca Hamleta, albo jak 
muzyka kamieni w Aleksandrii, gdy bóg Herkules opuszczał Antoniusza. Dwaj 
Kubańczycy w liberiach klubowych ryczeli coś do nich przekrzykując się 
nawzajem.

— Zatrzymajmy się — rzekł Wormold. — Muszę koniecznie coś wypić, 

nim pojedziemy dalej.

— Czy to wszystko burdele?
— Nie. Do burdelu pójdziemy później. — Pomyślał: „Gdyby tak Carter 

zechciał puszczając kierownicę chwycić za rewolwer, byłoby mi łatwiej 
strzelić".

background image

— Zna pan ten lokal? — spytał Carter.
— Nie. Ale znam melodię. — Dziwne, że grali właśnie tę piosenkę: „Mój 

obłęd wszystkich dziwi".

Przed wejściem wisiały kolorowe fotografie nagich kobiet, a w klubie 

„Esperanto" tylko jeden wyraz błyszczał neonami: „Striptease". Po schodach 
malowanych w paski na wzór taniej pidżamy zeszli do piwnicy, pełnej dymu z 
hawańskich cygar. Na egzekucję miejsce równie dobre, jak każde inne. Ale 
najpierw Wormold musiał coś wypić.

— Niech pan prowadzi, panie Carter.
Carter wahał się. Otworzył usta i zająknął się na pierwszej zgłosce. 

Nigdy jeszcze w obecności Wormolda nie zaciął się tak męcząco jak tym 
razem.

— Ch-ch-chciałbym...
— Czego pan chce, panie Carter?
— Nie, nic.
Siedli i przyglądając się popisom wypili obaj brandy z wodą sodową. 

Między stolikami krążyła dziewczyna rozbierając się stopniowo. Zaczęła od 
zdjęcia rękawiczek. Któryś z widzów wziął je od niej z miną zrezygnowaną, 
jakby to była biurowa korespondencja. Potem podsunęła plecy Carterowi 
prosząc, żeby rozpiął czarny koronkowy stanik. Carter daremnie szukał haftek 
i czerwienił się, a dziewczyna śmiała się i ocierała o jego palce.

— Przepraszam — powiedział — nie mogę znaleźć... Dokoła przy 

stolikach siedzieli ponurzy mężczyźni i patrzyli na Cartera. Nikt się nie 
uśmiechnął.

— Nie miał pan okazji nabrać wprawy w Nottwich. Zastąpię pana.
— Niech mi pan da spokój, dobrze?
Wreszcie rozpiął stanik, dziewczyna przeciągnęła ręką po jego głowie i 

potargała rzadkie, proste włosy. Przygładził je zaraz kieszonkowym 
grzebykiem.

— Nie podoba mi się ten lokal — rzekł.
— Pan jest nieśmiały wobec kobiet. — Ale jak zastrzelić człowieka, z 

którego tak łatwo się śmiać?

— Nie lubię brutalnych żartów — odparł Carter.
Wyszli po schodach do góry. Carter miał kieszeń na biodrach wypchaną. 

background image

Oczywiście mógł tam mieć fajkę. Siadł znów przy kierownicy i mruknął:

— Takie przedstawienie wszędzie można zobaczyć. Po prostu dziwka 

się rozbiera.

— Niewiele jej pan pomógł.
— Szukałem zamka błyskawicznego.
— Bardzo mi był potrzebny ten kieliszek.
— Brandy także obrzydliwa. Kto wie, czy nie dodają do niej jakiegoś 

narkotyku.

— W pańskiej whisky było coś gorszego niż narkotyk, panie Carter. — 

Wormold usiłował rozjątrzyć w sobie na nowo gniew, zapomnieć o tym, jak 
jego nieefektowna ofiara szamotała się z damskim stanikiem i oblewała 
rumieńcem, nie mogąc wybrnąć z tego zadania. *

— Co pan mówi?
— Niech pan zatrzyma wóz.
— Dlaczego?
— Chciał pan zwiedzić dom publiczny. To tutaj.
— Ależ nikogo nie widać.
— Wszystkie takie domy bywają zamknięte i mają spuszczone żaluzje w 

oknach. Niech pan wysiądzie i zadzwoni do drzwi.

— Co pan powiedział o mojej whisky?
— Mniejsza z tym na razie. Wysiadaj pan i dzwoń. Miejsce było równie 

odpowiednie, jak piwnica (ślepy

mur służył przecież często do tego celu): szara fasada, ulica, w którą 

nikt się nie zapuszcza, chyba w złych zamiarach. Carter z wolna wyciągnął 
nogi spod kierownicy, a Wormold czujnie patrzał mu na ręce, na te jego 
niezgrabne ręce. „To uczciwy pojedynek — mówił sobie — on ma większą 
ode mnie wprawę w zabijaniu, szansę są wyrównane. Nie mam nawet 
pewności, czy mój rewolwer jest nabity. Dałem mu w każdym razie większą 
szansę niż on Hasselbache-rowi."

Z ręką na drzwiczkach wozu Carter znów się zatrzymał.
— Może raczej któregoś innego wieczoru... — powiedział. — Wie pan, ja 

ch-ch-ch-ciałbym...

— Pan się boi, co?
— Nigdy nie byłem w takim domu. Prawdę mówiąc, panie Wormold, nie 

background image

palę się za bardzo do kobiet.

— Samotnik z pana, jak widać.
— Mogę się bez kobiet obejść — odparł wyzywającym tonem. — Są dla 

mężczyzny rzeczy ważniejsze niż uganianie się za...

— Więc dlaczego pan życzył sobie odwiedzić burdel? Znowu zaskoczył 

Wormolda prostą prawdą.

— Staram się ich pragnąć, ale jak przyjdzie co do czego... — Zawahał 

się w ostatniej sekundzie, potem wyznał: — Nie udaje się ta sztuka. Nie mogę 
zadowolić ich życzeń.

— Wysiadać.
„Muszę to zrobić — myślał Wormold — zanim usłyszę dalsze 

zwierzenia." Z każdą sekundą ten człowiek stawał się bardziej ludzki, stawał 
się istotą podobną do innych, nad którą można się litować, którą można 
pocieszać, ale której nie można zabić. Kto wie, jakie usprawiedliwienie kryje 
się na dnie każdej zbrodni? Wormold wyciągnął rewolwer kapitana Segura.

— Co?
— Wysiadać.
Carter stał przed drzwiami burdelu, na twarzy miał wyraz ponurego 

rozżalenia raczej niż strachu. Bał się kobiet, nie zamachu. Powiedział:

— Pan się myli. Tę whisky dostałem od Brauna. Ja nie jestem ważną 

osobą.

— Nie chodzi mi o whisky. Ale to ty zabiłeś Hasselbachera, tak?
Raz jeszcze Carter zadziwił Wormolda prawdą. W tym człowieku tkwiła 

swoista uczciwość.

— Działałem na rozkaz. Ch-ch-chciałem...
Wywinął się tak, że łokciem sięgnął do dzwonka, i teraz, gdy oparł się o 

drzwi, dzwonek rozdźwięczał się głośno w głębi domu, wzywając do czynu.

— Nie jestem pańskim wrogiem, Wormold. Po prostu stał się pan zbyt 

niebezpieczny. Obaj jesteśmy tylko szeregowcami...

— Ja niebezpieczny? Ależ z was głupcy! Nie mam żadnych agentów.
— Ależ ma ich pan, to pewne. A te instalacje wojskowe w górach? 

Mamy kopie pańskich rysunków.

— Części odkurzacza. — Kto mógł im dostarczyć kopii? Lopez? A może 

kurier Hawthorne'a, albo ktoś z konsulatu?

background image

Carter wsunął rękę do kieszeni i Wormold strzelił. Carter krzyknął 

przenikliwie.

— Omal mnie pan nie zabił — rzekł i wyjął z kieszeni rękę zaciśniętą na 

roztrzaskanej fajce. — Moja fajka. Rozbił mi pan fajkę.

— Nowicjusz ma zawsze szczęście - — powiedział Wormold.
Zebrał siły, żeby zabić, ale drugi raz strzelić nie mógł. Drzwi za plecami 

Cartera zaczęły się uchylać. Wionęła zza nich muzyka.

— Tam się już panem zaopiekują. Teraz może będzie pan potrzebował 

kobiety.

— Ty... ty błaźnie!
Carter miał rację. Wormold położył rewolwer na siedzeniu i wsunął się 

na miejsce przy kierownicy. Nagle ogarnęło go uczucie szczęścia. Mógł był 
zabić człowieka. Sam sobie udowodnił niezbicie, że nie jest z rasy sędziów, 
nie ma powołania do aktów przemocy. I wtedy strzelił Carter.

background image

Rozdział szósty

1

— Właśnie pochyliłem się w przód — opowiadał Beatry-cze — żeby 

włączyć silnik. To mi chyba ocaliło życie. Oczywiście, miał prawo 
odpowiedzieć strzałem na strzał To był prawdziwy pojedynek, ale mnie 
przysługiwał trzeci strzał.

— Co się później stało?
— Zdążyłem odjechać, zanim mnie zemdliło.
— Zemdliło pana?
— Myślę, że gdyby nie ominęła mnie wojna, zabicie człowieka nie 

wydawałoby mi się tak doniosłym faktem. Biedny Carter.

— Dlaczego pan się nad nim rozczula?
— Był człowiekiem. Dowiedziałem się o nim mnóstwa rzeczy. Nie umiał 

rozpiąć kobiecego stanika. Bał się kobiet. Lubił swoją fajkę, a kiedy był małym 
chłopcem, spacerowe stateczki na rzece w rodzinnym mieście wydawały mu 
się okrętami. Może był romantykiem. Romantycy zwykle obawiają się, żeby 
rzeczywistość nie zawiodła ich nadziei. Obiecują sobie za wiele.

— Co było dalej?
— Starłem z rewolweru odciski moich palców i odwiozłem go do domu. 

Segura oczywiście stwierdzi brak dwóch naboi. Wątpię jednak, czy się do 
tego przyzna. Wyjaśnienie sprawy byłoby dla niego dość kłopotliwe. Kiedy 
wróciłem, spał jeszcze. Przerażenie mnie ogarnia na myśl, w jakim jest teraz 
stanie. Ze mną zresztą też jest nie najlepiej. Ale przy fotografowaniu 
usiłowałem zastosować dokładnie pani instrukcje.

— Co pan fotografował?
— Kapitan miał przy sobie listę obcych agentów, którą zamierzał 

background image

doręczyć szefowi policji. Sfotografowałem ją, a potem włożyłem znów do jego 
kieszeni. Cieszy mnie, że przed wycofaniem się posłałem przynajmniej jeden 
prawdziwy raport.

— Trzeba było poczekać z tym na mnie.
— Jakże było czekać? On mógł się zbudzić każdej chwili. Ale to 

skomplikowana sztuka z tą mikrofotografią.

— Dlaczego, na Boga, wziął się pan do mikrofotografii?
— Nie mogę zaufać żadnemu kurierowi z Kingston. Mocodawcy Cartera 

— kimkolwiek są — mają kopie szkiców z Oriente. To znaczy, że któryś agent 
pracuje na dwie strony. Może to jest ten człowiek, który wam przemycił sprzęt 
razem z narkotykami. Zrobiłem więc mikrofotografię tak, jak mnie pani 
nauczyła, i przylepiłem ją na odwrocie znaczka pocztowego, dołączając go do 
całej kolekcji pięciuset znaczków z kolonii brytyjskich, zgodnie z tym, co 
ustaliliśmy kiedyś na wszelki wypadek.

— Trzeba będzie zawiadomić ich telegraficznie, na którym znaczku jest 

fotografia.

— Na którym znaczku?
— Nie żąda pan chyba od nich, żeby szukali małej czarnej kropeczki na 

pięciuset znaczkach?

— Nie pomyślałem o tym. A to kłopot.
— Pan przecież wie, na którym...
— Nie przyszło mi do głowy obejrzeć drugiej strony znaczka. Zdaje się, 

że był na nim Jerzy V i że znaczek miał kolor zielony... albo może czerwony.

— Nadzwyczaj cenna wskazówka. Czy pan zapamiętał jakieś nazwisko 

z tej listy?

— Nie! Nie miałem czasu na przeczytanie jej uważnie. Wiem, Beatrycze, 

że jestem w tej grze durniem.

— Nie. To oni wyszli na durniów.
— Ciekawe, kto się teraz pierwszy odezwie. Doktor Braun... Segura...
Ale odezwał się ktoś trzeci.

background image

2

Wyniosły urzędnik konsulatu zjawił się w sklepie nazajutrz o piątej po 

południu. Stał wśród odkurzaczy sztywno, jak zgorszony turysta w muzeum 
symboli fallicznych. Oznajmił Wormoldowi, że ambasador życzy sobie z nim 
rozmawiać.

— Jutro rano wystarczy?
Wormold był zajęty redagowaniem ostatniego raportu, w którym 

zawiadamiał o śmierci Cartera i zgłaszał swoją dymisję.

— Nie, to za późno. Ambasador telefonował z domu. Ma pan udać się 

tam niezwłocznie.

— Nie jestem jego podwładnym.
— Czyżby?
Wormold pojechał znów do Vedado, między małe białe domy bogaczy 

tonące w bougainviliach. Zdawało mu się, że dużo czasu upłynęło od wizyty u 
profesora Sancheza. Minął jego willę. Jakie też spory toczyły się teraz za tymi 
ścianami lalczynego domku? Miał wrażenie, że w siedzibie ambasadora 
oczekiwano na niego i że przezornie usunięto z hal-lu i ze schodów wszelkich 
świadków. Na pierwszym piętrze jakaś kobieta odwróciła się plecami i 
zniknęła w którymś pokoju: Wormold przypuszczał, że to żona ambasadora. 
Dwoje dzieci wyjrzało szybko zza balustrady na drugim piętrze i uciekło 
stukając małymi obcasami po kafelkach podłogi. Lokaj wprowadził go do 
pustego salonu i ukradkiem zamknął za nim drzwi. Przez wielkie okna 
Wormold widział długi zielony trawnik i wysokie podzwrotnikowe drzewa. Ale i 
stamtąd ktoś umykał pospiesznie.

Pokój był podobny do wielu innych salonów w innych ambasadach, 

gdzie ciężkie odziedziczone po poprzednikach meble zwykle spotykały się z 
osobistymi drobiazgami nazbieranymi na poprzednich placówkach. Wormold 
znajdował ślady pobytu w Teheranie (fajka dziwnego kształtu, kafelek), w 
Atenach (jedna, druga ikona), ale zaintrygowała go w pierwszej chwili 
afrykańska maska. Czyżby Monrovia?

Wszedł ambasador, wysoki, powściągliwy pan w krawacie gwardzistów; 

background image

wyglądał mniej więcej tak, jak Hawthorne chciałby wyglądać. Powiedział:

— Proszę, niech pan usiądzie. Może papierosa?
— Dziękuję, nie.
— Ten fotel jest wygodniejszy. Nie ma co owijać w bawełnę, panie 

Wormold. Pan znalazł się w kłopotliwej sytuacji.

— Tak.
— Oczywiście nie wiem nic, nic a nic, o pana tutejszej działalności.
— Sprzedaję odkurzacze, proszę pana.
Ambasador spojrzał na niego z nietajonym obrzydzeniem.
— Odkurzacze? Nie to miałem na myśli.
Odwrócił wzrok od Wormolda ku perskiej fajce, greckiej ikonie, 

liberyjskiej masce. Te przedmioty były niejako autobiografią, w której człowiek 
dla dodania sobie otuchy zapisał wyłącznie pomyślniejsze dni.

— Wczoraj rano odwiedził mnie kapitan Segura — rzekł ambasador. — 

Podkreślam, że nie wiem, skąd policja uzyskała tę informację, to nie moja 
sprawa, ale kapitan powiedział mi, że pan wysłał do kraju mnóstwo raportów, 
niezgodnych z rzeczywistością. Nie wiem, komu pan te raporty przesyłał: to 
również do mnie nie należy. Kapitan powiedział mianowicie, że pan brał 
pieniądze udając, że rozporządza źródłami informacji, nie istniejącymi w 
rzeczywistości. Uznałem za swój obowiązek powiadomić o tym natychmiast 
Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Sądzę, że otrzyma pan rozkaz powrotu 
do kraju i zgłoszenia się... nie mam zresztą pojęcia, do kogo, bo tego rodzaju 
sprawy nie wchodzą w zakres moich zainteresowań.

Wormold spostrzegł dwie małe główki wyglądające zza jednego z drzew. 

Popatrzył na nie, a one nawzajem popatrzyły na niego, jak mu się wydało, 
dość przyjaźnie.

— Słucham, panie ministrze — powiedział.
— Odniosłem wrażenie, że kapitan Segura uważa pana za przyczynę 

mnóstwa przykrych wydarzeń. Myślę, że gdyby pan odmówił powrotu, 
spotkałyby pana poważne nieprzyjemności ze strony miejscowych władz, a w 
danych okolicznościach nie mógłbym oczywiście udzielić panu żadnej 
pomocy. Żadnej. Segura nawet podejrzewa pana o sfałszowanie dokumentu; 
wedle jego słów pan twierdzi, jakoby ów dokument u niego właśnie odkrył. 
Cała ta historia budzi we mnie wielki niesmak, panie Wormold. Nie znajduję 

background image

słów, żeby wyrazić, jak wielki. Właściwymi źródłami informacji zagranicznych 
są ambasady. Od tego mamy swoich attaches. Tak zwana służba 
wywiadowcza przyczynia tylko mnóstwa kłopotów każdemu ambasadorowi.

— Tak jest, panie ministrze.

— Nie wiem, czy pan o tym słyszał... nie podano tej wiadomości do prasy... 
ale przedwczorajszej nocy zastrzelono tu pewnego Anglika. Kapitan Segura 

napomknął, że nie był on całkowicie panu obcy.

— Spotkałem go raz na lunchu.

— Niech pan lepiej wraca do kraju, panie Wormold, możliwie 

najwcześniejszym samolotem — im prędzej, tym dla mnie lepiej — i 
przedyskutuje te sprawy ze swoimi przyjaciółmi... oczywiście, nie wiem, kim 
są pańscy przyjaciele.

— Tak zrobię, panie ministrze.

3

Samolot KLM do Amsterdamu przez Montreal miał wystartować o 

trzeciej trzydzieści. Wormold nie chciał podróżować przez Kingston, gdzie 
może kazano Hawthorne'owi oczekiwać go na lotnisku. Placówka została 
zwinięta po nadaniu ostatniej depeszy, a Ruddy'ego wraz z walizą Wormold 
wyprawił na Jamajkę. Beatrycze miała wyjechać razem z Ruddy'm. Lopez 
przejmował opiekę nad odkurzaczami. Wszystkie rzeczy osobiste, 
przedstawiające dla niego jakąś wartość, Wormold spakował do jednej 
skrzyni, którą wysłał statkiem. Klacz kupił kapitan Segura.

Beatrycze pomagała mu przy pakowaniu, ostatnim przedmiotem 

włożonym do skrzyni była figurka świętej Serafiny.

— Milly pewnie bardzo się martwi — zauważyła Beatrycze.
— Jest zadziwiająco zrezygnowana. Mówi, jak sir Humphrey Gilbert, że 

Bóg jest równie blisko w Anglii, jak na Kubie.

— Gilbert niezupełnie tak powiedział.

background image

Został stos rupieci, nie tajnych, ale również przeznaczonych do spalenia.
— Ileż jej fotografii pan przechował — rzekła Beatrycze.
— Dawniej zdawało mi się, że zniszczenie fotografii to prawie zabójstwo. 

Teraz oczywiście wiem, że to coś zupełnie innego.

— Co to za pudełeczko?
— Dostałem kiedyś od niej w prezencie spinki. Skradziono mi je, ale 

zatrzymałem pudełko. Nie wiem dlaczego. W pewnym sensie rad jestem, że 
się tego wszystkiego pozbywam.

— Koniec jakiegoś życia.
— Koniec życia dwojga ludzi.
— A to co?
— Stary program.
— Nie tak bardzo stary. Z „Tropicany". Czy mogą to sobie wziąć?
— Jest pani za młoda na zbieranie pamiątek — rzekł Wormold. — Zbyt 

wiele się tego gromadzi. Wkrótce by pani stwierdziła, że nie ma miejsca na 
życie wśród mnóstwa rupieci.

— Zaryzykuję. To był cudowny wieczór.
Milly i Wormold odprowadzili ją na lotnisko. Ruddy zniknął dyskretnie w 

ślad za tragarzem taszczącym olbrzymią walizę. Popołudnie było gorące, 
ludzie dokoła popijali daiquiri.

Od dnia oświadczyn kapitana Segura, duenia opuściła Milly, lecz mimo 

jej zniknięcia dziecko, które Wormold tak pragnął znów ujrzeć, dziecko, które 
podpaliło ongi Thomasa Earla Parkmana, juniora — nie powróciło. Milly jak 
gdyby wyrosła jednocześnie z obu swoich poprzednich wcieleń. Taktownie, 
dorośle powiedziała:

— Postaram się o jakieś pisma ilustrowane dla Beatrycze na drogę — i 

zajęła się wybieraniem pism w kiosku, odwróciwszy się plecami do sali.

— Przepraszam panią — rzekł Wormold. — Zaraz po przyjeździe 

oświadczę im, że pani o niczym nie wiedziała. Ciekawe, dokąd teraz panią 
wyślą.

— Pewnie nad Zatokę Perską. Do Basra.
— Dlaczego nad Zatokę Perską?
— Zgodnie z ich wyobrażeniem o czyśćcu. Odrodzenie w pocie i łzach. 

Czy firma Phastkleaners ma przedstawicielstwo w Basra?

background image

— Obawiam się, że firma nie zechce mnie zatrzymać. — Co pan będzie 

robił?

— Dzięki temu biedakowi Raulowi mam dość pieniędzy, żeby wysłać 

Milly na rok do Szwajcarii. A potem? Nie wiem.

— Mógłby pan otworzyć sklep z rekwizytami do płatania figlów; wie pan: 

zakrwawiony paluch, kleks z atramentu, mucha na kostce cukru. Jaka to 
okropna rzecz wyjazdy. Proszę pana, niech pan dłużej tutaj nie czeka.

— Czy zobaczymy się jeszcze?
— Postaram się uniknąć posady w Basra. Może uda mi się zostać w 

rezerwie sekretarek, razem z Angeliką, z Ethel, z panną Jenkison. Jeżeli złoży 
się szczęśliwie, będę od szóstej wolna i spotkamy się wtedy w „Corner 
House", zjemy taniutki obiad, a potem pójdziemy do kina. Będziemy pędzić 
żywot równie obrzydły, jak ci, co pracują w UNESCO lub uczestnicy zjazdów 
nowoczesnych pisarzy, prawda? Tutaj, z panem, było zabawnie.

— Tak.
— Niech pan już idzie.
Podszedł do kiosku z czasopismami i odnalazł Milly.
— Idziemy — rzekł.
— Ale Beatrycze... nie dałam jej tych pism.
— Beatrycze nie chce pism. 

:

— Nie pożegnałam się z nią.
— Teraz już za późno. Przeszła już przez kontrolę dokumentów. 

Zobaczysz ją w Londynie. Może ją zobaczysz.

4

Właściwie cały ostatni dzień spędzili na lotniskach. Teraz już nadszedł 

czas startu holenderskiego samolotu, była trzecia nad ranem, niebo różowiło 
się odblaskiem neonów, oświetlających kioski, i reflektorów, a rolę 
odprowadzającego przyjaciela grał kapitan Segura. Starał się temu 

background image

służbowemu obowiązkowi nadać możliwie najbardziej prywatne pozory, ale 
mimo wszystko wyjazd wyglądał trochę na deportację. Segura powiedział 
tonem wyrzutu:

— Pan mnie do tego zmusił.
— Stosuje pan łagodniejsze metody niż Carter albo doktor Braun. A co 

pan zrobi z doktorem Braunem?

— Okazało się, że musi wrócić do Szwajcarii w związku z interesami 

przedstawicielstwa przyrządów precyzyjnych.

— Z biletem do Moskwy?

— Niekoniecznie. Może do Bonn. Albo do Waszyngtonu. Czy nawet do 
Bukaresztu. Nie wiem. Dokądkolwiek się wybierze, przyjmą go mile, jak 

sądzę, gdy pokaże pańskie rysunki.

— Rysunki?
— Rysunki tych maszyn z Oriente. Przypisze również sobie zasługę 

usunięcia stąd niebezpiecznego agenta.

— Mnie? .
— Tak. Na Kubie będzie spokojniej bez was obu, ale ja odczuję brak 

Milly.

— Milly nigdy by za pana nie wyszła. Ona naprawdę nie lubi papierośnic 

z ludzkiej skóry.

— Czy pan wie, czyja to skóra?
— Nie wiem.
— Pewnego oficera policji, który na śmierć zamęczył mojego ojca. Widzi 

pan, mój ojciec był biedakiem. Należał do klasy ludzi, których wolno 
torturować.

Zbliżyła się do nich Milly niosąc „Time", „Life", „Paris Match" i „Quick". 

Było już piętnaście po trzeciej, nad oświetlonym reflektorami pasem 
startowym pokazała się na niebie szara smuga przedświtu. Dwaj piloci poszli 
do samolotu, stewardessa za nimi. Znał tę trójkę z widzenia. To oni przed 
wielu tygodniami siedzieli w „Tropicanie" przy stoliku razem z Beatrycze. 
Głośnik po angielsku i po hiszpańsku oznajmił rejs 396 do Montrealu i 
Amsterdamu.

— Mam dla obojga państwa podarki — rzekł Segura. Wręczył im dwie 

małe paczuszki. Otworzyli je, gdy samolot zataczał koło nad Hawaną. Sznur 

background image

świateł nadbrzeżnej promenady zakołysał się i zniknął, morze zapadło jak 
kurtyna na całą tę przeszłość. W paczuszce Wormolda była miniaturowa 
butelka whisky Grant's Standfast i kula wystrzelona z policyjnego rewolweru. 
W poczuszce Milly — mała srebrna podkowa z jej monogramem.

— Co ma znaczyć ta kula? — spytała Milly.
— Och, to żart, w dość wątpliwym zresztą guście. Mimo wszystko to nie 

był zły chłopak — rzekł Wormold.

— Ale nieodpowiedni na męża — odpowiedziała dorosła Milly.

background image

Epilog w Londynie

1

Kiedy powiedział swoje nazwisko, popatrzyli na niego ciekawie, a potem 

zaprowadzili do windy, która — ku jego zdumieniu — zamiast w górę, 
zawiozła go w dół. Siedział teraz w długim piwnicznym korytarzu obserwując 
czerwone światełko nad pewnymi drzwiami; pouczono go, że kiedy światełko 
zmieni się na zielone, będzie mógł wejść, ale dopiero wtedy. Inne osoby nie 
zważając na kolor światła wchodziły i wychodziły z pokoju, niektóre miały z 
sobą jakieś papiery, inne — teczki, a jeden z wchodzących był w mundurze 
pułkownika. Na Wormolda nikt nie patrzał; wyczuwał, że jest dla tych ludzi 
kłopotliwą postacią. Udawali, że go nie widzą, jak omija się wzrokiem kalekę. 
Ale nie przypuszczał, by powodem była jego kulawa noga.

Hawthorne nadszedł z głębi korytarza, od strony windy. Wydawał się 

cały zmięty, jakby spał w ubraniu, może przyleciał nocnym samolotem z 
Jamajki. On także chciał zignorować Wormolda, ale Wormold go zagadnął:

— Halo, Hawthorne.
— Ach, to pan, panie Wormold.
— Czy Beatrycze przybyła szczęśliwie na miejsce?
— O, tak. Naturalnie.
— Gdzie jest?
— Nie mam pojęcia.
— Co się tutaj dzieje? To mi wygląda na sąd wojenny.
— Bo to jest sąd wojenny — rzekł lodowatym tonem Hawthorne i wszedł 

do pokoju z światełkiem. Zegar wskazywał jedenastą dwadzieścia pięć. 
Wormolda wezwano na jedenastą.

Zastanawiał się, co mogą mu zrobić prócz tego, że go wyleją — co 

background image

prawdopodobnie już się stało. Pewnie właśnie ten sam problem starano się 
rozstrzygnąć w tamtym pokoju. Nie uda im się chyba oskarżyć go na mocy 
ustawy o tajemnicy państwowej. Nie zdradzał przecież tajemnic, ale je' 
zmyślał. Z pewnością mogą mu przeszkodzić, gdyby szukał pracy poza 
krajem, a w kraju człowiekowi w jego wieku niełatwo będzie znaleźć posadę. 
W każdym razie nie zamierzał zwracać im pieniędzy. Przeznaczył je dla Milly. 
Miał przeświadczenie, że je zarobił, narażając się na truciznę Cartera i później 
na jego kulę.

O jedenastej trzydzieści pięć pułkownik opuścił pokój, zgrzany i zły, 

skierował się do windy. Oto sędzia, który posyła na szubienicę — pomyślał 
Wormold. Następny wyszedł mężczyzna w tweedowej marynarce. Miał 
niebieskie, głęboko osadzone oczy i nawet bez munduru wyglądał 
niewątpliwie na marynarza. Przypadkiem spojrzał na Wormolda i prędko 
odwrócił wzrok, jak przystało człowiekowi bez skazy. Zawołał: — Niech pan 
na mnie zaczeka, pułkowniku! — i pospieszył w głąb korytarza krokiem lekko 
rozkołysanym, jakby wracał na mostek kapitański przy burzliwej pogodzie. Z 
kolei wyszedł Hawthorne, rozmawiając z jakimś bardzo młodym mężczyzną, i 
w tej samej chwili Wormoldowi nagle zabrakło tchu w piersiach, ponieważ nad 
drzwiami błysnęło zielone światło, a przed nim stanęła Beatrycze.

— Niech pan tam wejdzie — powiedziała.
— Jaki wyrok?
— Nie mogę z panem rozmawiać. Gdzie pan mieszka? Podał jej adres.
— Przyjdę o szóstej. Jeżeli będę mogła.
— Czy mam być rozstrzelany o świcie?
— Niech się pan nie martwi. Proszę już iść. On nie lubi czekać.
— Co się stanie z panią? Odpowiedziała: — Dżakarta.
— Gdzie to jest?
— Na końcu świata. Dalej niż Basra. Proszę, niech pan już idzie.
Mężczyzna z czarnym monoklem w oku siedział sam za biurkiem.
— Proszę siadać, panie Wormold.
— Wolę stać.
— To, zdaje się, cytat, prawda?
— Cytat?
— Jestem pewien, że słyszałem te słowa kiedyś ze sceny... na jakimś 

background image

amatorskim przedstawieniu. Wiele lat temu, oczywiście.

Wormold usiadł.
— Nie macie prawa wysyłać jej do Dżakarty — rzekł.
— Kogo wysyłamy do Dżakarty?
— Beatrycze.
— Co to za jedna? Ach tak, pańska sekretarka. Nie cierpię tego 

zwyczaju nazywania ludzi po imieniu. W tej sprawie niech się pan zwróci do 
panny Jenkinson. To ona rozporządza rezerwami, nie ja, dzięki Bogu.

— Ona nie miała z tym wszystkim nic wspólnego.
— Z tym wszystkim? Niech pan posłucha, panie Wormold. 

Postanowiliśmy zwinąć pańską placówkę i nasuwa się pytanie, co wobec tego 
zrobić z panem. — A więc teraz się dowie. Wnioskując z twarzy pułkownika, 
który był jednym z jego sędziów, Wormold przeczuwał, że nie dowie się 
niczego dobrego. Szef wyjął czarny monokl i Wormold zdumiał się na widok 
błękitnego jak niezapominajka oka. Szef mówił: — Uznaliśmy, że w danych 
okolicznościach będzie dla pana najlepiej, jeśli zostanie pan w kraju, w 
naszych kadrach instruktorskich. Będzie pan miał wykłady. Jak prowadzić 
placówkę za granicą. Te rzeczy... — zrobił pauzę, jakby przełykał coś bardzo 
nieprzyjemnego, potem dokończył; — Oczywiście, jak zawsze, kiedy ktoś z 
naszych ludzi wycofuje się z placówki zagranicznej, przedstawimy pana do 
odznaczenia. W pańskim przypadku... pracował pan niezbyt długo... nie 
możemy proponować nic więcej niż Order Imperium Brytyjskiego.

2

Przywitali się oficjalnie w pustce między zielonymi krzesłami w tanim 

hotelu w pobliżu Gower Street, nazwanym „Pendennis".

— Zdaje się, że nie będę mógł pani poczęstować żadnym trunkiem — 

powiedział. — Lokal bezalkoholowy.

— Dlaczego więc pan go wybrał?

background image

— Tutaj zatrzymywali się moi rodzice, kiedy byłem dzieckiem. Nie 

zauważyłem wtedy braku alkoholu. Wtedy nie robiło mi to różnicy. Co się 
dzieje? Gzy oni powariowali?

— Wściekają się na nas. Uważają, że powinnam była wy» kryć od razu, 

co się święci. Szef zwołał istny wiec. Wezwał wszystkich swoich łączników, z 
Ministerstwa Wojny, z admiralicji, z lotnictwa. Rozłożyli na biurku wszystkie 
pańskie raporty i jeden po drugim studiowali dokładnie. Co do infiltracji 
komunistycznej w rządzie — to nikt się nie przejął, że trzeba wysłać do Spraw 
Zagranicznych notkę, anulującą tę wiadomość. Sprawozdania gospodarcze 
postanowili także unieważnić. Co najwyżej w Ministerstwie Handlu będą mieli 
kłopot. Żaden z tych panów nie brał sprawy do serca, póki nie wypłynęły 
informacje wojskowe. Potem zaczęli omawiać raport o fermencie wśród 
marynarzy i ten drugi o bazach zaopatrzenia dla łodzi podwodnych. Wtedy 
komandor powiedział: „W tym musi być coś z prawdy". Ja się odezwałem: 
,,Niech pan zauważy, kto dostarczył tych wiadomości. Nie istniejący 
informator". „Wyjdziemy na durniów — rzekł komandor. — W wywiadzie 
marynarki uśmieją się niczym w cyrku." Ale dopiero jak zaczęli dyskutować o 
tych urządzeniach w Oriente, rozszaleli się na dobre.

— Czy naprawdę wzięli te rysunki za dobrą monetę?
— Wsiedli wtedy wszyscy na biednego Henry'ego.
— Wolałbym, żeby go pani nie nazywała biednym Henrym.
— Przede wszystkim wyrzucali mu, że nigdy ich nie poinformował, iż pan 

handluje odkurzaczami, ale przedstawiał pana jako króla kupców. Szef nie 
przyłączył się do tej nagonki. Nie wiem dlaczego, ale miał minę zakłopotaną, 
zresztą Henry... to znaczy Hawthorne wyciągnął akta, w których figurowały 
wszelkie dane o panu. Oczywiście, te akta nigdy nie dotarły dalej niż do 
kartotek panny Jenkinson. Potem mówili, że Hawthorne powinien był od 
pierwszego rzutu oka poznać części odkurzacza. Odpowiedział, że, owszem, 
poznał, ale wydało mu się możliwe, że ta sama zasada konstrukcyjna 
znalazła zastosowanie w konstrukcji jakiejś broni. Po tej odpowiedzi wszyscy 
po prostu ryczeli domagając się pańskiej głowy. Z wyjątkiem szefa. Chwilami 
miałam wrażenie, że on dostrzega humorystyczną stronę tej historii. Oznajmił 
im: „Pozostaje nam bardzo proste wyjście. Zawiadomimy admiralicję oraz 
Ministerstwo Wojny i Lotnictwa, że wszystkie raporty dostarczone w ciągu 

background image

ostatniego półrocza z Hawany są całkowicie niezgodne z prawdą".

— Ależ, Beatrycze, oni przecież ofiarowali mi pracę.
— Nietrudno to wyjaśnić. Najpierw załamał się komandor. Pewnie 

dlatego, że na morzu ludzie nabywają daleko-wzroczności. Stwierdził, że takie 
załatwienie sprawy unicestwi autorytet wywiadu, w każdym razie w admiralicji. 
Odtąd będą tam polegać wyłącznie na wywiadzie marynarki. Na to odezwał 
się pułkownik: „Jeżeli powiemy prawdę Ministerstwu Wojny, możemy 
pakować manatki". Utknęli na martwym punkcie, aż wreszcie szef powiedział, 
że chyba najprościej będzie rozesłać wszędzie nowy raport agenta 59200/5 z 
wiadomością, iż urządzenia, których montaż rozpoczęto w Oriente, zawiodły 
oczekiwania i roboty wstrzymano. Pozostawał jeszcze problem pańskiej 
osoby. Szef wyraził opinię, że pan zdobył cenne doświadczenie, które należy 
wykorzystać we własnym zakresie zamiast rozpowszechniać w prasie. Zbyt 
wiele osób drukowało ostatnimi czasy swoje wspomnienia z pracy w 
wywiadzie. Ktoś napomknął o ustawie chroniącej tajemnicę państwową, ale 
szef uznał, że to niezupełnie stosuje się do pańskiego przypadku. Trzeba ich 
było widzieć, kiedy stwierdzili, że ofiara im się wymyka. Oczywiście wtedy 
zwrócili się przeciw mnie, ale ja nie miałam ochoty poddać się krzyżowemu 
ogniowi pytań tej bandy. Wolałam sama powiedzieć od razu wszystko.

— Na Boga, co pani im powiedziała?
— Że choćbym wiedziała, co się święci, nie przeszkadzałabym panu. Że 

pan pracował dla naprawdę ważnej sprawy, a nie dla czyjegoś wyobrażenia o 
wszechświatowej wojnie, której może nigdy nie będzie. Głupiec przebrany za 
pułkownika powiedział coś o „ojczyźnie". A wtedy ja spytałam: „Co pan 
nazywa jego ojczyzną? Flagę, którą ktoś wymyślił dwieście lat temu? Radę 
biskupów rozprawiającą na temat rozwodów, Izbę Gmin przerzucającą się 
obelgami z jednego końca sali na drugi? A może kongres Związków 
Zawodowych, Brytyjskie Koleje czy Towarzystwo Spółdzielcze? Pan może po 
zastanowieniu się powie, że ojczyzną jest dla pana pański pułk, ale my, on i 
ja, nie mamy pułku". Próbowali mi przerwać, ale ja powiedziałam: „Ach, 
zapomniałam. Jest coś jeszcze ponad ojczyzną, prawda? Uczyliście nas tego, 
była Liga Narodów, jest Pakt Atlantycki, NATO, Narody Zjednoczone i 
SEATO. Ale to wszystko nie znaczy dla nas więcej niż inne litery, USA czy 
ZSRR. I nie wierzymy wam już wcale, kiedy głosicie, że pragniecie pokoju, 

background image

sprawiedliwości i wolności. Jaka to ma być wolność? Pragniecie własnej 
kariery". Powiedziałam, że rozumiem francuskich oficerów, którzy w 1940 
roku zajmowali się swoimi rodzinami; przynajmniej nie stawiali kariery na 
pierwszym miejscu. Ojczyzna to raczej rodzina niż ustrój parlamentarny.

— O Boże! powiedziała pani to wszystko?
— Tak. Wygłosiłam całe przemówienie.
— I pani w to wierzy?
— Nie we wszystko. Nie zostawili nam wiele do wierzenia — prawda? — 

nawet niewiary. Nie mogę wierzyć w nic większego od rodzinnego domu ani w 
nic mniej jasno określonego niż człowiek.

— Każdy człowiek?
Nie odpowiadając odsunęła się szybko od niego między 

szczawiowozielone krzesła i Wormold spostrzegł, że słowa poniosły ją aż na 
granicę łez. Dziesięć lat temu pobiegłby za nią, ale po czterdziestce człowiek 
wstępuje w erę smutnej przezorności. Patrzył, jak szła przez ponury pokój, i 
rozmyślał: To się tak mówi: najmilsza. Czternaście lat różnicy. Milly... Nie 
wolno gorszyć własnego dziecka, ani obrażać wiary, chociaż się jej nie 
podziela.

Beatrycze doszła do progu, nim ją dopędził.
— Odnalazłem Dżakartę w kilku encyklopediach — powiedział. — Nie 

może pani tam jechać. To okropne miejsce.

— Nie mam wyboru. Próbowałam zostać w rezerwie. — Ma pani ochotę 

pracować u panny Jenkinson?

— Moglibyśmy od czasu do czasu spotykać się w „Corner Hause" i 

chodzić razem do kina.

— Obrzydliwe życie, sama pani tak mówiła.
— Ale pan byłby cząstką tego życia.
— Beatrycze, jestem o czternaście lat starszy od ciebie.
— Co to szkodzi? Wiem, co naprawdę pana gnębi. Nie różnica wieku, 

ale Milly.

— Milly musi dowiedzieć się, że jej ojciec jest też człowiekiem.
— Powiedziała mi kiedyś, że nie powinnam pana kochać.
— Ale musisz. Miłość nie może być ruchem jednokierunkowym. Tylko z 

mojej strony.

background image

— Niełatwo będzie jej powiedzieć.
— Za kilka lat może jeszcze trudniej będzie ci zostać przy mnie.
— Najmilszy, nie martw się o to, nie będziesz drugi raz w życiu 

porzucony.

Całowali się, kiedy weszła Milly. Wyręczając pewną starszą panią, niosła 

jej ogromny koszyk z przyborami do szycia. Miała minę niezwykle cnotliwą, 
prawdopodobnie ślubowała poświęcić się dobrym uczynkom. Starsza pani 
pierwsza ich spostrzegła i kurczowo chwyciła Milly za ramię.

— Chodźmy stąd, kochanie — powiedziała. — Co za pomysł! Tu, gdzie 

każdy może ich zobaczyć!

— W porządku, proszę pani — odparła Milly. — To przecież mój ojciec.
Na dźwięk jej głosu odskoczyli od siebie. Starsza pani spytała:
— A więc to twoja matka?
— Nie. To sekretarka tatusia.
— Oddaj mi koszyczek — powiedziała starsza pani zgorszona.
— Proszę — rzekła Milly.
— Strasznie mi przykro, Milly — odezwał się Wormold.
— Och! — powiedziała Milly. — Najwyższy czas, żeby staruszka 

poznała trochę życia.

— Nie o nią się martwię. Wiem, że w twoim pojęciu nie będzie to 

prawdziwe małżeństwo...

— Cieszy mnie, że chcecie się pobrać. W Hawanie zdawało mi się, że to 

po prostu tylko romans. Oczywiście, że to na jedno wychodzi, skoro oboje już 
raz braliście ślub z kim innym, ale mimo wszystko więcej w tym będzie 
godności. Tatusiu, czy wiesz może, gdzie tu jest ujeżdżalnia?

— W Knigthsbridge, o ile pamiętam, ale o tej porze pewno jest 

zamknięta.

— Chciałabym tylko zbadać drogę.
— Nie masz żalu, Milly?
— Och, poganom niemal wszystko wolno, a wy jesteście oboje 

poganami. Szczęśliwcy! Wrócę na obiad.

— No, widzisz — powiedziała Beatrycze. — Poszło bardzo gładko.
— Tak. Umiałem ją dobrze usposobić, przyznaj. Jednakże pewne rzeczy 

mi się udają. Ale, ale, jak było z listą obcych agentów? Ten raport na pewno 

background image

im się spodobał.

— Niezupełnie. Bo widzisz, najmilszy, laboratorium stra-' ciło półtorej 

godziny na kąpanie każdego znaczka z osobna w wodzie i poszukiwanie 
czarnej kropki.

Znaleźli go na czterysta osiemdziesiątym drugim znaczku, ale kiedy 

spróbowali powiększyć zdjęcie — nic z tego nie wyszło. Albo prześwietliłeś 
film, albo odwróciłeś mikroskop niewłaściwym końcem.

— I mimo to chcą mi przyznać order?
— Tak.
— I dadzą mi posadę?
— Wątpię, czy się na niej długo utrzymasz.
— Wcale nie zamierzam. Powiedz, Beatrycze, kiedy po raz pierwszy 

przyszło ci do głowy, że mnie...

Położyła mu ręce na ramionach i zmusiła go do paru posuwistych 

kroków między szkaradnymi krzesłami. Zanuciła troszkę fałszywie, jakby 
zdyszana po długiej pogoni za nim.

Mój obłęd wszystkich dziwi,
Przyjaciół i rodzinę^
Tłumaczą mi życzliwi,
Że jabłko ma łupinę,
I że ziemia jest kulą,
I że drzewo rzuca cień,
I że zima bywa zwykle po jesieni.

— Z czego będziemy żyli? — spytał Wormold.
— We dwoje jakoś sobie poradzimy.
— Jest nas troje — rzekł Wormold, a Beatrycze uświadomiła sobie, co 

stanie się głównym problemem ich przyszłości: że on nigdy nie będzie 
dostatecznie szalony.