background image

 
 
 

ANNA GAVALDA 

 

CHCIAŁBYM, ŻEBY 

KTOŚ GDZIEŚ NA MNIE 

CZEKAŁ 

 
 
 
 
 
 
 
Mojej Siostrze Marianne 

background image

Obyczaje Dzielnicy Łacińskiej 

background image

Saint  -  Germain  -  des  -  Pres?!...  Wiem,  co  mi  powiecie: 

„Na  Boga,  kochana,  to  się  przejadło,  Saganka  zrobiła  to  na 
długo przed tobą i o ileż lepiej!". 

Wiem. 
Ale  nic  na  to  nie  poradzę...  wątpię,  żeby  to  mogło  się 

zdarzyć na bulwarze Clichy. Tak to jest. 

Powstrzymajcie  się  z  uwagami  i  posłuchajcie,  ponieważ 

coś mi mówi, że ta historyjka was zabawi. 

Uwielbiacie  te  nagłe  olśnienia.  Uwielbiacie  to  miłe 

łaskotanie  serca  przed  wiele  obiecującym  wieczorem  i  tych 
mężczyzn,  którzy  wam  dają  do  zrozumienia,  że  są  wolni  i 
odrobinę nieszczęśliwi. 

Wiem,  że  to  uwielbiacie.  To  normalne,  przecież  nie 

będziecie  czytać  romansów  Harlequina  przy  stoliku  u  Lippa 
czy w Deux - Magots. Oczywiście, że nie, to nie wypada. 

A  więc  tego  ranka  mijałam  na  bulwarze  Saint  - Germain 

pewnego mężczyznę. 

Ja  szłam  w  górę  bulwaru,  on  szedł  w  dół.  Po  stronie 

parzystej, tej najelegantszej. 

Zauważyłam  go  już  z  daleka.  Nie  wiem,  dlaczego 

zwróciłam na niego uwagę - może szedł nieco nonszalancko, 
może poły jego palta kołysały się jakoś szczególnie... Krótko 
mówiąc, dzieliło nas dwadzieścia metrów, i już wiedziałam, że 
mi nie umknie. 

Udało  się,  kiedy  zrównaliśmy  się, a  on  spojrzał na  mnie. 

Wtedy  wypuściłam  zabójczy  uśmiech,  coś  w  rodzaju  strzały 
Amora, tylko nieco powściągliwie. 

On też się uśmiechnął. 
Idę  więc  dalej,  nadal  się  uśmiecham,  a  po  głowie  chodzi 

mi  wiersz  Do  przechodzącej  Baudelaire'a  (pewnie  już  przy 
Sagance  zauważyliście,  że  mam  w  zanadrzu  sporo  tego,  co 
nazywa  się  odniesieniami  literackimi!!!).  Zwalniam  kroku, 
ponieważ  próbuję  sobie  przypomnieć...  Smukła,  szczupła,  w 

background image

żałobie...  dalej  nie  pamiętam...  a  potem...  Minęła  mnie 
kobieta,  ręką  od  niechcenia  unosząc  tren  i  welon...  i  ten 
koniec...  Ty,  którą  byłbym  kochał,  ty,  coś  to  wiedziała! 
(Charles 

Baudelaire, 

Kwiaty 

zła. 

Przekład 

Jana 

Opęchowskiego,  Wydawnictwo  Literackie,  Kraków  1990,  s. 
245 (przyp. tłum.).) 

Wiersz, który zawsze i z jednakową siłą zwala mnie z nóg. 
Jednocześnie, o cudowna naiwności, przez cały czas czuję 

na  plecach  spojrzenie  mojego  świętego  Sebastiana 
(nawiązanie do strzały, och, rozumiem, że trudno wam za mną 
nadążyć!).  Czuję  cudowne  ciepło  w  łopatkach,  ale  prędzej 
padnę, niż się odwrócę. Cała poezja wzięłaby w łeb. 

Przystanęłam  na  krawężniku  chodnika,  śledząc  gąszcz 

samochodów, żeby na wysokości ulicy Saint - Peres przejść na 
drugą stronę. 

Dla  jasności:  na  bulwarze  Saint  -  Germain  przy 

czerwonych  światłach  szanująca  się  paryżanka  nigdy  nie 
przechodzi  na  pasach.  Szanująca  się  paryżanka  śledzi  gąszcz 
samochodów i wyrywa do przodu, wiedząc, że ryzykuje. 

Gotowa  umrzeć  dla  wystawy  magazynu  Paule'a  Ka.  Jest 

cudowna. 

Wreszcie  rzucam  się  do  przodu,  kiedy  zatrzymuje  mnie 

jakiś  głos.  Nie  sprawię  wam  przyjemności  i  nie  powiem,  że 
głos jest „ciepły i męski", ponieważ w tym przypadku tak nie 
jest. Po prostu głos. 

 - Przepraszam... 
Odwracam  się.  Och,  i  kogo  widzę?...  moją  wspaniałą 

zdobycz sprzed paru minut. 

Od  razu  zaznaczę,  że  od  tej  chwili  kończymy  z 

Baudelaire'em. 

 - Zastanawiałem się, czy nie zjadłaby pani ze mną dzisiaj 

kolacji... 

background image

Pomyślałam  sobie:  Jakie  to  romantyczne...,  ale 

odpowiadam: 

 - Czy nie jest pan aby trochę za szybki? 
A on mi na to z mety, słowo daję, że mówię prawdę: 
 -  Ma  pani  rację.  Ale  widząc,  jak  się  pani  oddala, 

powiedziałem  sobie:  byłoby  głupio  -  oto  mijam  kobietę, 
uśmiecham  się  do  niej,  ona  uśmiecha  się  do  mnie,  niemal 
ocieramy się o siebie, by za chwilę stracić się z oczu... może 
na zawsze? Byłoby głupio, nie, naprawdę, wręcz absurdalnie. 

 - Co pani o tym sądzi? Czy uważa pani, że powiedziałem 

coś zupełnie idiotycznego? 

 -  Nie,  nie,  skądże  znowu!  Zaczynam  się  czuć  trochę 

niezręcznie... 

 -  A  więc?...  Co  pani  na  to?  Tutaj,  dzisiaj  wieczorem,  o 

dziewiątej, dokładnie w tym samym miejscu? 

Spokojnie, moja droga, nie szalej, gdybyś miała umawiać 

się  na  kolację  ze  wszystkimi  mężczyznami,  do  których  się 
uśmiechasz, nie wychodziłabyś z knajpy... 

 -  Proszę  o  choćby  jeden  racjonalny  powód,  dla  którego 

miałabym przyjąć zaproszenie. 

 - Jeden powód... mój Boże... to nie takie proste... 
Patrzę na niego kpiącym wzrokiem. 
A on, bez uprzedzenia, bierze mnie za rękę. 
 -  Myślę,  że  znalazłem  całkiem  niezły  powód... Przesuwa 

moją rękę po nieogolonym policzku. 

 -  Oto  on:  jeśli  się  pani  zgodzi,  będzie  okazja,  żebym  się 

ogolił... Poważnie. Uważam, że prezentuję się znacznie lepiej, 
kiedy jestem ogolony. 

I puszcza moją rękę. 
 - Zgoda - mówię. 
 -  Doskonale!  Przejdźmy  na  drugą  stronę  razem,  proszę, 

nie chciałbym pani teraz stracić. 

background image

Po  chwili  to  ja  patrzę  na  niego,  gdy  odchodzi  w 

przeciwnym  kierunku.  Pewnie  trze  policzki  i  cieszy  się  jak 
chłopak, który ubił dobry interes... 

Nie wątpię, że jest z siebie szczególnie zadowolony. I ma 

rację. 

Przyznaję, że pod koniec popołudnia zaczynam się trochę 

denerwować. 

Nawarzyła  sobie  piwa,  a  teraz  nie  wie,  jak  się  ubrać. 

Najlepsza byłaby czapka niewidka... 

Trochę  zdenerwowana,  jak  debiutantka,  która  wie,  że 

schrzaniono jej fryzurę. 

Trochę zdenerwowana, jak u progu miłosnej przygody. 
Pracuję,  odbieram  telefony,  wysyłam  faksy,  kończę 

makietę  z  ilustracjami  (słuchajcie  uważnie...  Urocza,  pełna 
życia  dziewczyna,  która  wysyła  faksy  z  okolicy  Saint  - 
Germain 

des 

Pres,  obowiązkowo  pracuje  w 

wydawnictwie...). 

Skostniały mi koniuszki palców, z trudem chwytam, co się 

do mnie mówi. 

Oddychaj głęboko, dziewczyno, oddychaj... 
Zrobiło  się  szaro,  ruch  na  bulwarze  zelżał,  samochody 

włączyły postojowe światła. 

Znikają  kawiarniane  stoliki,  na  placyku  przed  kościołem 

czekają  ludzie,  inni  stoją  w  kolejce  przy  Beauregard,  żeby 
zobaczyć ostatniego Woody Allena. 

Oczywiście, nie mogę przyjść pierwsza. Nie. Nawet trochę 

się spóźnię. Lepiej, jeżeli każę na siebie odrobinkę poczekać. 

Pójdę  więc  gdzieś  i  zamówię  coś  lekko  pobudzającego, 

może przy okazji odzyskam krążenie w palcach. 

Nie  do  Deux  -  Magots,  gdzie  wieczorem  robi  się  trochę 

prymitywnie, same grube Amerykanki węszące za atmosferą, 
na  tropie  ducha  Simone  de  Beauvoir.  Pójdę  na  ulicę  Saint  - 
Benoit. Chiquito będzie w sam raz na tę okazję. 

background image

Popycham  drzwi  i  w  jednej  chwili  mam  to  wszystko: 

zapach  piwa  zmieszany  ze  starym  tytoniem,  dzyń,  dzyń 
flipera,  majestatyczną  właścicielkę  o  farbowanych  włosach  i 
w nylonowej bluzce, przez którą widać biustonosz o solidnym 
rusztowaniu, w tle odgłosy wieczornej gonitwy w Vincennes, 
kilku  murarzy  w  poplamionych  kombinezonach,  którzy 
oddalają  jeszcze  trochę  godzinę  samotności,  czy  zrzędzenie 
starej, a także stałych bywalców o pożółkłych palcach, którzy 
zanudzają  wszystkich  dookoła  wysokością  czynszu  z 
czterdziestego ósmego roku. Pełnia szczęścia. 

Ci  przy  kontuarze  odwracają  się  od  czasu  do  czasu  i 

chichoczą między sobą jak uczniacy. Jestem już w przejściu, a 
moje nogi są bardzo długie. Przejście jest dość wąskie, a moja 
spódniczka  bardzo  krótka.  Widzę  ich  wstrząsane  śmiechem 
pochylone plecy. 

Palę  papierosa,  wydmuchując  dym  bardzo  daleko  przed 

siebie.  Wodzę  wzrokiem.  Już  wiem,  że  na  ostatniej  prostej 
wygrał  Beautiful  Day,  na  którego  stawiano  dziesięć  do 
jednego. 

Przypominam sobie, że mam w torbie książkę Kennedy et 

moi, i zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej zostać tutaj. 

Świeżo  peklowana  wieprzowina  z  soczewicą  i  pół 

dzbanuszka różowego wina... Nie byłoby źle... 

Ale biorę się w garść. Czuję, że jesteś blisko i liczysz na 

miłość  (może  na  coś  mniej?  albo  na  więcej?  albo  na  coś 
innego?)  ze  mną,  więc  nie  zostawię  cię  na  lodzie  z 
właścicielką Chiquito. To by była lekka przesada. 

Wychodzę  stąd  z  zaróżowionymi  policzkami,  a  chłodny 

wietrzyk smaga mi nogi. 

Jest  tam,  na  rogu  ulicy  Saint  -  Peres,  już  czeka  na  mnie, 

dostrzega mnie i idzie w moją stronę. 

background image

 -  A  już  się  bałem.  Pomyślałem,  że  nie  przyjdziesz. 

Zobaczyłem  się  w  szybie  wystawy,  zachwyciłem  się  swoimi 
gładkimi, świeżo ogolonymi policzkami i bałem się. 

 -  Przepraszam.  Czekałam  na  wyniki  wieczornej  gonitwy 

w Vincennes i straciłam rachubę czasu. 

 - Kto wygrał? 
 - Grasz na wyścigach? 
 - Nie. 
 - Wygrał Beautiful Day. 
 -  Oczywiście,  tego  można  było  się  spodziewać.  - 

Uśmiechnął się i wziął mnie pod rękę. 

Doszliśmy w milczeniu do ulicy Saint - Jacques. Od czasu 

do  czasu  zerkał  na  mnie  ukradkiem,  oglądał  mój  profil,  ale 
dobrze  wiem,  że  w  takiej  chwili  zastanawiał  się  raczej  nad 
tym, czy mam na sobie pończochy, czy rajstopy. 

Cierpliwości, człowieku, cierpliwości... 
 - Chcę cię zabrać w jedno z moich ulubionych miejsc. Już 

to  widzę...  tych  uniżonych,  udających  luz  kelnerów,  którzy 
uśmiechają  się  do  niego  konspiracyjnie:  „Dobry  wieczór, 
panu...  (a  więc  to  ta  nowa...  no  cóż,  wolałem  tę  poprzednią 
brunetkę...)  ...stolik  w  głębi  sali,  jak  zawsze,  proszę  pana?... 
moje  uszanowanie  (...gdzie  on,  do  licha,  wynajduje  te 
wszystkie  laski?...)  ...Czy  zanieść  ubrania  do  szatni??? 
Dosskonale". 

Wynajduje je na ulicy, głąbie. 
Tymczasem nic z tych rzeczy. 
Przepuścił  mnie  przodem,  przytrzymując  drzwi  małej 

winiarni,  gdzie  zdegustowany  kelner  zapytał  nas  tylko,  czy 
palimy. To wszystko. 

Powiesił nasze rzeczy na wieszaku. Z jego osłupiałej miny 

na  widok  mojego  powabnego  dekoltu  orientuję  się,  iż  nie 
żałuje ranki, którą sobie zrobił pod brodą, kiedy zawiodła go 
ręka. 

background image

Piliśmy  wyborne  wino  w  wielkich  baloniastych 

kieliszkach.  Jedliśmy  raczej  delikatne,  starannie  wybrane 
potrawy,  żeby  się  nie  kłóciły  z  aromatem  naszego  boskiego 
napoju. 

Butelka  Cote  de  Nuits,  Gevrey  -  Chambertin,  rocznik 

tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty. Niebo w gębie! 

Mężczyzna naprzeciwko mnie pije i mruży oczy. 
Teraz znam go już lepiej. 
Ma  na  sobie  szary  golf  z  kaszmirowej  wełny.  Stary  golf. 

Ze  skórzanymi  łatami  na  łokciach,  a  także  małą  dziurką  na 
prawym  mankiecie.  Być  może  prezent  na  dwudzieste 
urodziny...  Jego  mama,  zaniepokojona  zawiedzioną  miną 
syna, mówi: „Nie pożałujesz, zobaczysz...", po czym całuje go 
i gładzi po plecach. 

Bardzo  dyskretna  marynarka,  nic  szczególnego,  ot,  po 

prostu  marynarka  z  tweedu, ale ja,  która  mam  sokoli  wzrok  i 
wszystko  wypatrzę,  wiem  dobrze,  że  to  marynarka  szyta  na 
miarę. Z Old England. Znam się na tym. Gdy towar wychodzi 
prosto  z  pracowni  na  Capucines,  etykietki  są  większe,  co 
dostrzegłam, gdy się pochylił, żeby podnieść serwetkę. 

Serwetkę,  którą  upuścił  specjalnie,  chcąc  wreszcie 

rozstrzygnąć ten dylemat z pończochami. Tak sądzę. 

Mówi o wielu rzeczach, ale nic o sobie. Za każdym razem, 

kiedy przeciągam ręką wzdłuż szyi, traci na chwilę wątek. A 
gdy mnie o coś pyta, ja również nie mówię nic o sobie. 

Czekając na deser, trącam go nogą w kostkę. 
Kładzie  rękę  na  mojej  ręce  i  nagle,  gdy  pojawiają  się 

sorbety, cofa ją. 

Mówi  coś,  a  właściwie  bezdźwięcznie  porusza  wargami, 

więc nic nie słyszę. 

Jesteśmy poruszeni. 
To straszne. Dzwoni jego telefon komórkowy. 

background image

Wszyscy  jak  jeden  mąż  wlepiają  w  niego  oczy,  a  on 

pospiesznie  go  wyłącza.  Z  pewnością  zmarnowało  się 
mnóstwo dobrego wina. Przez  zaciśnięte, podrażnione  gardło 
trudno coś przełknąć. Jedni ludzie się krztuszą, inni zaciskają 
palce 

na 

trzonkach 

noży 

albo 

na 

załamaniach 

wykrochmalonych serwetek. 

Te przeklęte urządzenia! Zawsze znajdzie się takie jedno, 

nieważne gdzie, nieważne kiedy. 

Prostak. 
Jest  zmieszany.  Nagle  robi  mu  się  trochę  za  ciepło  w 

mamusinym sweterku. 

Kiwa  głową  na  prawo  i  na  lewo,  jakby  wyrażał  swoje 

zakłopotanie. Patrzy na mnie, ma lekko opuszczone ramiona. 

 - Przepraszam... - Znowu się uśmiecha, ale, chciałoby się 

rzec, już nie tak przebojowo. 

 -  Nic  się  nie  stało  -  mówię.  -  Nie  jesteśmy  w  kinie. 

Pewnego  dnia  kogoś  zabiję.  Mężczyznę  czy  kobietę.  Kogoś, 
kto  odpowie  na  telefon  w  trakcie  seansu.  A  gdy  będziesz 
czytać  kronikę  wydarzeń,  od  razu  zrozumiesz,  że  chodzi  o 
mnie... 

 - Zrozumiem. 
 - Czytasz kronikę wydarzeń? 
 -  Nie.  Ale  zacznę,  ponieważ  będzie  okazja, żeby cię  tam 

znaleźć. 

Sorbety były, jakby to powiedzieć... wyborne. 
Gdy podano kawę, mój królewicz z bajki, w którego jakby 

wstąpił nowy duch, wstał i usiadł przy mnie. 

Tak  blisko,  że  już  nie  mógł  mieć  wątpliwości.  Mam  na 

sobie pończochy. Wyczuł klamerkę u góry moich ud. 

Wiem, że w tej chwili zapomniał, na jakim świecie żyje. 
Unosi moje włosy i całuje mnie w szyję, z tyłu, w małym 

zagłębieniu. 

background image

Szepcze mi do ucha, że uwielbia bulwar Saint - Germain, 

że  uwielbia  wino  burgundzkie  i  sorbety  z  likierem  z  czarnej 
porzeczki. 

Całuję  go  w  brodę,  w  miejsce  gdzie  się  skaleczył  przy 

goleniu. Przykładam się do tego. 

Kawa, rachunek, napiwek, nasze palta, to już tylko detale, 

detale,  detale.  Detale,  które  nas  tylko  niepotrzebnie 
zatrzymują. 

Pali się nam. Rozsadza nas w środku. 
Podaje mi moje czarne palto i wtedy... 
Podziwiam  mistrzowską  robotę,  chylę  czoło.  Robi  to 

bardzo  dyskretnie,  prawie  niewidocznie.  Nie  ma  co,  świetnie 
to  zaplanował  i  doskonale  wykonał:  nakładając  płaszcz  na 
moje gołe ramiona, ufne i delikatne jak jedwab, znalazł te pół 
sekundy,  żeby  niezauważenie  pochylić  się  w  kierunku 
wewnętrznej kieszeni marynarki i rzucić okiem na informację 
pozostawioną na ekraniku komórki. 

Przytomnieję. W jednej chwili. Zdrajca. 
Niewdzięcznik. 
Coś ty zrobił, nieszczęsny!!! 
Czym ty się zajmujesz? Teraz, gdy moje ramiona są takie 

miękkie,  takie  ciepłe,  a  twoja  ręka  tak  blisko?!  Jakaż  to 
sprawa  wydala  ci  się  ważniejsza  od  moich  wystawionych  na 
twój widok piersi? 

Komu  pozwalasz  zawracać  sobie  głowę,  podczas  gdy  ja 

wyczekuję twojego oddechu na plecach? 

Nie  mogłeś  tego  zrobić  później?  Najpierw  kochać  się  ze 

mną, a dopiero później gmerać przy tym paskudztwie? 

Zapinam palto aż po szyję. 
Na ulicy robi mi się zimno, jestem zmęczona i mdli mnie. 
Proszę  go,  żeby  mi  towarzyszył  do  pierwszego  postoju 

taksówek. 

Jest zaniepokojony. 

background image

Wzywaj  pomocy,  mój  chłopcze,  masz  wszystko,  co 

potrzeba. 

Ale nie. Zachowuje stoicki spokój. 
Jakby  nic  się  nie  stało.  Scenka  w  rodzaju:  odprowadzam 

dobrą  kumpelkę  do  taksówki,  rozcieram  jej  ramiona,  żeby  ją 
rozgrzać, i gawędzę o paryskiej nocy. 

Trzeba  przyznać,  że  zachował  się  z  klasą,  prawie  do 

końca. 

Zanim wsiądę do taksówki (czarny mercedes z rejestracją 

Val - de - Marne), mówi: 

 - Ale... jeszcze się zobaczymy, prawda? Nawet nie wiem, 

gdzie mieszkasz... Zostaw cokolwiek - adres, numer telefonu... 

Wyrywam kartkę z notesu i bazgrzę numer. 
 -  Masz.  Pierwszy  numer  jest  do  mnie,  drugi  to  moja 

komórka, dzięki której zawsze możesz mnie złapać... 

No tak, dalej nie trzeba tłumaczyć. 
 -  Tylko  się  nie  krępuj,  o  każdej  porze,  zgoda?...  Będę 

czekać. 

Proszę  kierowcę,  żeby  mnie  wysadził  na  końcu  bulwaru. 

Muszę się kawałek przejść. 

Kopię wyimaginowane puszki po konserwach. 
Nie cierpię telefonów komórkowych, nie cierpię Saganki, 

nie cierpię Baudelaire'a i tych wszystkich szarlatanów. 

Nie cierpię mojej dumy, mojej ambicji. 

background image

IIG 

background image

Głupie  są  te  kobiety,  które  chcą  mieć  dziecko.  Głupie. 

Ledwie się dowiedzą, że są w ciąży, a natychmiast dają upust 
dzikiej miłości. I tak już zostanie na zawsze. Są głupie. 

Ona  jest  taka  sama  jak  inne.  Wydaje  się  jej,  że  jest  w 

ciąży. Przypuszcza. Wyobraża sobie. Jeszcze nie jest całkiem 
pewna, ale prawie. 

Jeszcze czeka parę dni. Żeby się przekonać. 
Wie,  że  test  ciążowy,  typu  Predictor,  kosztuje  w  aptece 

pięćdziesiąt  dziewięć  franków.  Zapamiętała  to  z  okresu 
pierwszego dziecka. 

Więc mówi sobie: zaczekam jeszcze dwa dni i zrobię test. 
Oczywiście,  nie  czeka.  Czym  jest  pięćdziesiąt  dziewięć 

franków  -  przekonuje  siebie  -  wobec  pewności,  że  jestem  w 
ciąży?  Czym  jest  pięćdziesiąt  dziewięć  franków,  jeżeli  w 
ciągu dwóch minut mogę to sprawdzić? 

Pięćdziesiąt  dziewięć  franków,  by  wreszcie  uwolnić  to, 

czego  już  prawie  nie  może  powstrzymać,  co  w  niej  wrze, 
wiruje, od czego trochę ją mdli. 

Pędzi  do  apteki.  Nie  do  tej  co  zwykle,  do  bardziej 

dyskretnej,  gdzie  jej  nie  znają.  Z  obojętną  miną  prosi  o  test 
ciążowy, ale serce ma w gardle. 

Wraca  do  domu.  Czeka.  Chce,  żeby  przyjemność  trwała 

jak najdłużej. Test jest tam, w torbie na stoliku przy wejściu, a 
ona, ona krząta się trochę. Jest panią sytuacji. Składa bieliznę. 
Idzie do świetlicy po swoje dziecko. Wdaje się w rozmowę z 
innymi mamami. Śmieje się. Jest w dobrym humorze. 

Przygotowuje  podwieczorek.  Starannie  smaruje  kanapki 

masłem.  Zlizuje  z  łyżeczki  konfiturę.  Nie  może  się 
powstrzymać,  żeby  nie  wycałować  swojego  dziecka.  W 
szyjkę. W policzki. W główkę. 

 - Przestań, mamo - niecierpliwi się chłopczyk. 
Sadza  go  przy  pudle  z  klockami  lego  i  kręci  się  trochę 

wokół. 

background image

Schodzi ze schodów. Próbuje nie widzieć swojej torby, ale 

nie wytrzymuje. Zatrzymuje się. Wyjmuje test. 

Denerwuje  się  przy  opakowaniu.  Rozrywa  je  zębami. 

Potem przeczyta sposób użycia. Siusia na to coś. Wkłada to z 
powrotem  do  kapturka,  podobnie  jak  zamyka  się  długopis. 
Trzyma to w ręku. Jest zupełnie ciepłe. 

Odkłada to na bok. 
Bierze  ulotkę  i  czyta  sposób  użycia.  Trzeba  odczekać 

cztery minuty i porównać z okienkami kontrolnymi. Jeżeli oba 
okienka są różowe, proszę pani, pani mocz zawiera dużą ilość 
HCG  (hormon  gonadotropina  kosmówkowa),  jeżeli  oba 
okienka są różowe, proszę pani, jest pani w ciąży. 

Cztery minuty to dużo. Przez ten czas napije się herbaty. 
Nastawia  kuchenny zegar jak  na  jajka  na  miękko. Cztery 

minuty... proszę bardzo. 

Nie dotyka testu. Parzy wargi zbyt gorącą herbatą. 
Rozgląda  się  po  kuchni,  tu  i  ówdzie  dostrzega  rysy  i 

zastanawia się, co by tu zrobić na kolację. 

Nie czeka pełnych czterech minut, nie ma takiej potrzeby. 

Już teraz można odczytać wynik. Jest w ciąży. 

I bez tego wiedziała. 
Wrzuca test  na samo dno kubła na  śmieci. Przykrywa go 

dodatkowo innymi pustymi opakowaniami. Ponieważ na razie 
to będzie jej tajemnica. 

Od razu czuje się lepiej. 
Bierze  dużo  powietrza  w  płuca,  oddycha.  Przecież  i  bez 

tego wiedziała.  

Chciała się  tylko upewnić. No, wreszcie. Teraz może już 

myśleć o innych sprawach. 

Przyjrzyjcie się kobiecie w ciąży: sądzicie, że przechodzi 

na  drugą  stronę  ulicy  albo  że  pracuje,  a  nawet  że  z  wami 
rozmawia. Złudzenie. Ona myśli o swoim dziecku. 

background image

Nie  przyzna  się  do  tego,  ale  w  ciągu  tych  dziewięciu 

miesięcy nie ma minuty, by nie myślała o swoim mającym się 
urodzić dziecku. 

Słucha,  co  do  niej  się  mówi,  to  prawda,  ale  prawie  nie 

słyszy. Kiwa głową, ale tak naprawdę, ma to wszystko gdzieś. 

Wyobraża  je  sobie.  Pięć  milimetrów:  ziarenko  zboża. 

Centymetr:  malusieńka  muszelka.  Pięć  centymetrów:  gumka 
na jej biurku. Dwadzieścia centymetrów, cztery i pól miesiąca: 
jej otwarta dłoń. 

Nie  ma  tam  nic.  Niczego  nie  widać,  a  jednak  często 

dotyka brzucha. 

Ależ nie! Nie dotyka brzucha, dotyka dziecka. Dokładnie 

w taki sam sposób, w jaki kładzie rękę na włosach starszego. 
Bo to jest to samo. 

Powiedziała  o  tym  mężowi.  Chciała  oznajmić  nowinę  w 

jak najładniejszy sposób, wymyśliła ich całą masę. 

Wyobrażała  sobie  scenerię,  intonację  głosu,  jakieś 

grzmiące fanfary. A potem się rozmyśliła. 

Powiedziała mu o tym wieczorem, w ciemnościach, kiedy 

leżeli  ze  splecionymi  ze  sobą  nogami,  ale  tylko  żeby  spać. 
Powiedziała mu: „Jestem w ciąży", a on pocałował ją w ucho. 
„Tym lepiej" - odpowiedział. 

Powiedziała też o tym swojemu synkowi. 
 -  Wiesz,  mamusia  ma  w  brzuszku  dzidziusia.  Braciszka 

albo  siostrzyczkę,  podobnie  jak  mama  Pierre'a.  Ty  też 
będziesz mógł pchać wózeczek, jak Pierre. 

 -  Gdzie  on  jest?  Nie  ma  tutaj  dzidziusia?  -  zapytał, 

zaglądając jej pod sweter. 

Wygrzebała  z  biblioteczki  książkę  Laurence'a  Pernouda 

Spodziewam  się  dziecka.  Była  trochę  zniszczona,  ponieważ 
pożyczała ją szwagierce i koleżance. 

Nie czekając, od razu obejrzy zdjęcia, które są w środku. 

background image

Rozdział  nosi  tytuł:  „Życie  przed  urodzeniem",  od  „jaja 

otoczonego plemnikami" po „szósty miesiąc: płód ssie kciuk". 

Wpatruje  się  w  malusieńkie  rączki,  które  są  tak 

przezroczyste,  że  widać  naczynia  krwionośne,  a  potem  w 
brewki. Tak, na niektórych zdjęciach widać już brewki. 

Następnie  od  razu  przechodzi  do  rozdziału:  „Kiedy 

urodzę?".  Jest  tam  tabela,  z  której  można  odczytać  datę 
urodzenia  z  dokładnością  do  jednego  dnia.  („Cyfry  czarne: 
data  pierwszego  dnia  ostatniej  miesiączki.  Cyfry  kolorowe: 
przewidywana data porodu"). 

Z  tego  wynika,  że  dziecko  przyjdzie  na  świat 

dwudziestego  dziewiątego  listopada.  Co  to  za  data?  Podnosi 
wzrok  i  chwyta  kalendarz  ścienny  wiszący  obok 
mikrofalówki...  dwudziestego  dziewiątego  listopada...  święty 
Saturnin. 

Saturnin,  znowu  coś  nowego!  -  myśli  i  uśmiecha  się  do 

siebie. 

Odkłada  książkę  byle  gdzie.  Jest  mało  prawdopodobne, 

żeby  miała  do  niej  sięgać.  Ponieważ  cała  reszta:  jak  się 
odżywiać,  bóle  krzyża,  plamy  ciążowe,  rozstępy,  stosunki 
płciowe, czy dziecko będzie normalne, jak przygotować się do 
połogu, wszystko o bólu itp. - to dla niej nie nowina, i raczej 
jej to nie interesuje. Wie swoje. 

Popołudniami  zasypia  na  stojąco  i  je  kiszone  ogórki  do 

wszystkich posiłków. 

Pod  koniec  trzeciego  miesiąca  udaje  się  na  pierwszą 

obowiązkową  wizytę  do  ginekologa.  Na  pobranie  krwi,  po 
papiery potrzebne dla ubezpieczalni, po zaświadczenie o ciąży 
dla pracodawcy. 

Idzie tam w porze lunchu. Jest bardziej poruszona, niż na 

to wygląda. 

Dostaje się do lekarza, który odbierał jej pierwsze dziecko. 

background image

Rozmawiają trochę o tym i owym: a jak tam mąż? a pani 

praca  posuwa  się  naprzód?  a  dzieci,  szkoła?  a  czy  to  dobra 
szkoła? 

Obok  biurka  znajduje  się  ultrasonograf.  Kładzie  się  na 

kanapce.  Ekran  jest  jeszcze  wyłączony,  ale  ona  nie  może  się 
powstrzymać, żeby na niego nie patrzeć. 

Najpierw i przede wszystkim lekarz pozwala jej posłuchać 

bicia tego niewidocznego serca. 

Dźwięk nastawiony jest dosyć głośno i uderzenia rezonują 

w  całym  pomieszczeniu:  bum  -  bum  -  bum  -  bum  -  bum  - 
bum. 

Aż głupio, ale łzy same napływają jej do oczu. 
Potem pokazuje jej dziecko. 
Malusieńki  człowieczek  porusza  ramionkami  i  nóżkami. 

Dziesięć  centymetrów  i  czterdzieści  pięć  gramów.  Tak 
wyraźnie widać kręgosłup, że można by policzyć kręgi. 

Patrzy z szeroko otwartymi ustami, ale nie mówi nic. 
Lekarz żartuje: 
 -  No  tak,  na  taki  widok  nawet  największe  gaduły  tracą 

głos! 

Kiedy się ubiera, lekarz sporządza małą dokumentację, ze 

zdjęciami,  które  wyszły  z  maszyny.  A  za  chwilę,  kiedy 
znajdzie się w samochodzie, jeszcze nim ruszy, długo będzie 
oglądała zdjęcia, a ucząc się ich na pamięć, wstrzyma oddech. 

Upłynęły  tygodnie  i  urósł  jej  brzuch.  Także  piersi. 

Zmieniła  biustonosz  na  większy  -  rozmiar  dziewięćdziesiąt 
pięć C. Nieprawdopodobne. 

Udała  się  do  butiku  dla  przyszłych  mam,  żeby  kupić 

ubrania  na  swoją  miarę.  Zaszalała.  Wybrała  bardzo  ładną  i 
dosyć drogą sukienkę na ślub kuzynki, który ma się odbyć w 
końcu  sierpnia.  Z  lnu,  zapinaną  od  góry  do  dołu  na  perłowe 
guziczki.  Długo  się  zastanawiała,  ponieważ  nie  była  pewna, 

background image

czy  zdecyduje  się  na  kolejne  dziecko.  Bo  jeśli  nie,  wydatek 
byłby, oczywiście, ciut, ciut za duży... 

Zastanawia  się  w  przymierzalni,  oblicza,  gubi  się  w 

rachunkach. A kiedy wychodzi z kabiny z przewieszoną przez 
ramię  sukienką  i  z  niepewnym  wyrazem  twarzy, 
sprzedawczyni mówi: 

 -  Ależ  niech  pani  sobie  sprawi  przyjemność!  Zgoda,  nie 

ponosi jej pani długo, ale ile będzie przy tym radości! A poza 
tym  ciężarna  kobieta  powinna  unikać  przykrych  sytuacji. 
Mówi  to  wszystko żartobliwym tonem, co  nie  zmienia faktu, 
że jest dobrą sprzedawczynią. 

Myśli o tym, gdy już jest na ulicy i trzyma w ręku wielką, 

niedorzeczną torbę. Okropnie chce jej się siusiu. To normalne. 

Poza  tym  ten  ślub  jest  dla  niej  ważny,  ponieważ  jej  syn 

będzie drużbą. Zabawne, jak bardzo ją to cieszy. 

Kolejnym  tematem  nieustannych  rozważań  jest  pleć 

dziecka. 

Sprawdzić, czy to będzie dziewczynka, czy chłopiec? 
Zbliża  się  bowiem  piąty  miesiąc  i  drugie  USG,  to,  które 

już może wszystko wyjaśnić. 

W  pracy  załatwia  masę  kłopotliwych,  nieraz  trudnych 

spraw, co chwila podejmuje jakieś decyzje. Za to jej płacą. 

Ale gdy chodzi o tę jedną... naprawdę nie wie. 
Za  pierwszym  razem  poprosiła,  żeby  jej  powiedzieli,  to 

prawda.  Ale  teraz  jest  jej  zupełnie  wszystko  jedno,  czy  to 
będzie dziewczynka, czy chłopiec. Zupełnie. 

Więc nie będzie się dowiadywać. 
 - Jest pani pewna? - pyta ją lekarz. Sama już nie wie. 
 - Umówmy się więc, że nic nie powiem, zobaczymy, czy 

sama pani czegoś nie dostrzeże. 

Długo jeździ sondą po jej brzuchu, wysmarowanym dużą 

ilością  żelu.  Czasami  zatrzymuje  się,  mierzy,  komentuje, 

background image

czasami  przejeżdża  szybko,  uśmiechając  się  przy  tym, 
wreszcie mówi: 

 - W porządku, może pani wstać. No więc? 
Odpowiada  mu  na  to,  że  coś  podejrzewa,  ale  że  nie  jest 

pewna. 

 - A co pani podejrzewa? 
 -  No  więc...  wydało  mi  się,  że  to,  co  zobaczyłam, 

wskazywałoby na chłopczyka, czy tak...? 

 - Och, nie wiem - odpowiada jej na to z tajemniczą miną. 

Miałaby ochotę złapać go za fartuch i potrząsnąć nim, żeby jej 
powiedział, ale nie. Niech to pozostanie niespodzianką. 

W lecie duży brzuch trzyma ciepło. Nie mówiąc o nocach. 

Źle się sypia, żadna pozycja nie jest wygodna. Ale dobra dla 
dziecka. 

Zbliża  się  data  ślubu.  Napięcie  w  rodzinie  rośnie.  Ona 

mówi,  że zajmie  się  bukietami.  Idealna  praca  dla  takiego  jak 
ona  wieloryba.  Posadzą  ją  pośrodku,  chłopcy  przyniosą  jej 
wszystko,  czego  będzie  potrzebowała,  a  ona  upiększy 
wszystko, co tylko się da. 

A  na  razie  biega  po  sklepach  z  butami  i  szuka  „białych, 

zakrytych sandałków". Panna młoda chciałaby ich wszystkich 
widzieć  w  jednakowych  pantoflach.  Cholernie  praktyczne! 
Jest  koniec  sierpnia  i  o  kupieniu  białych  sandałków  nie  ma 
mowy!  „Ależ,  proszę  pani,  szykujemy  się  już  na  początek 
roku szkolnego". Wreszcie coś znalazła. Urodziwe to nie jest, 
a do tego o numer za małe. 

Przygląda  się  swojemu  dużemu  chłopczykowi,  gdy  ten 

paraduje w sklepie przed lustrem, z drewnianą szablą zatkniętą 
za  bermudy  i  w  nowych  bucikach.  Dla  niego  są  to 
międzygwiezdne  buty  z  laserowymi  sprzączkami,  co  do  tego 
nie ma wątpliwości. Uważa, że jej synek wygląda wspaniale w 
tych ohydnych sandałach. 

background image

Nagle dostaje potężnego kopniaka w brzuch. Kopniaka od 

wewnątrz. 

Odnotowuje  drobne  wstrząsy,  przerywane  uderzenia, 

jakieś ruchy w środku, ale w tym przypadku po raz pierwszy 
ma do czynienia z czymś konkretnym i wyraźnym. 

 - Proszę pani? Proszę pani?... Czy to wszystko?... 
 - Tak, tak, oczywiście, przepraszam. 
 - Ależ nic się nie stało. Chcesz dostać balonik, dziecinko? 
W  niedzielę  jej  mąż  majsterkuje.  Urządza  pokoik  w 

pomieszczeniu, które im służyło do przechowywania bielizny. 
Często korzysta z pomocy brata. Kupiła panom piwo i wciąż 
beszta małego, żeby nie plątał się im pod nogami. 

Przed  snem,  w  poszukiwaniu  inspiracji,  zdarza  mu  się 

kartkować pisma  z projektami  dekoracji  wnętrz. Na razie nie 
ma pośpiechu. 

Nie  rozmawiają  o  imieniu,  ponieważ  mają  różne  zdania, 

on  zaś  doskonale  wie,  że  i  tak  ostatnie  słowo  należeć  będzie 
do niej... więc po co? 

W  czwartek,  dwudziestego  sierpnia,  ma  iść  z  wizytą  do 

lekarza. Szósty miesiąc. Ot i kłopot. 

Właśnie trwają przygotowania do uroczystości ślubnej. A 

narzeczeni, którzy pojechali tego ranka do Rungis, przywieźli 
morze  kwiatów.  Zajęły  dwie  wanny  i  plastikowy  dziecinny 
basen. 

Około drugiej po południu odłożyła sekator, zdjęła fartuch 

i poinformowała ich, że mały śpi w żółtym pokoju. Jeżeli się 
obudzi  przed  jej  powrotem,  niech  mu  dadzą  podwieczorek. 
Nie, nie, nie zapomni przywieźć chleba, kleju Super i rafii. 

Po  wzięciu  prysznica  wślizguje  się  ze  swoim  wielkim 

brzuchem za kierownicę samochodu. 

Włącza  radio  i  dochodzi  do  wniosku,  że  w  końcu  ta 

przerwa nie jest taka zła, bo gdy przy stole siedzi dużo kobiet 

background image

zajętych  jakąś  pracą,  wynikają  z  tego  różne  dziwne  historie. 
Większe lub mniejsze. 

W poczekalni są już dwie inne panie. Cała zabawa polega 

na  tym,  żeby  po  kształcie  brzucha  odgadnąć,  w  którym  są 
miesiącu. 

Czyta przedpotopowy numer „Paris Matcha", gdy Johnny 

Hallyday był jeszcze z Adeline. 

Kiedy wchodzi, następuje  uścisk dłoni, pada  pytanie, czy 

wszystko w porządku? „Tak, dziękuję, a co u pana?" Odstawia 
torbę  i  siada.  Lekarz  wystukuje  jej  nazwisko  na  ekranie 
komputera.  Teraz  wie,  od  ilu  tygodni  nie  ma  miesiączki,  i 
wszystko, co było potem. 

Następnie ona się rozbiera. Kiedy się waży, on rozkłada na 

stole  papiery,  po  czym  mierzy  jej  ciśnienie.  Robi 
ultrasonografię,  tylko  dla  kontroli,  żeby  obejrzeć  serce.  Po 
szybkim badaniu powraca przed swój ekran, by wpisać nowe 
dane. 

Ginekolodzy mają swoje sposoby. Kiedy kobieta zanurzy 

stopy 

strzemiączkach, 

zadają 

jej 

całą 

masę 

nieoczekiwanych pytań, żeby zapomniała, choćby na moment, 
o tej nieprzyzwoitej pozycji. 

Czasami to trochę działa, najczęściej nie. 
W tym przypadku pyta ją, czy czuje ruchy dziecka, a ona 

zaczyna  mówić,  że  na  początku  tak,  a  teraz  rzadziej,  nie 
kończy  zdania,  ponieważ  widzi,  że  on  jej  nie  słucha. 
Najwyraźniej  on  już  zrozumiał.  Dla  zmylenia  porusza 
wszystkimi guzikami swojego aparatu, ale sam już wie. 

Jeszcze  raz  ją  monitoruje,  pod  innym  kątem,  ale  jego 

ruchy  są  szybsze,  gwałtowniejsze,  a  twarz  nagle  jakby  się 
postarzała. Ona podnosi się na łokciach i, choć też zrozumiała, 
pyta: 

 - Co się dzieje? 

background image

 -  Proszę  się  ubrać  -  mówi,  jak  gdyby  nie  usłyszał  jej 

pytania. Więc je powtarza: 

 - Co się dzieje? 
 -  Mamy  problem,  płód  jest  martwy  -  pada  odpowiedź. 

Ona się ubiera. 

Kiedy  znowu  siada,  nie  mówi  nic,  niczego  po  sobie  nie 

pokazuje.  On  wystukuje  i  wystukuje  coś  na  klawiaturze,  nie 
zwracając uwagi na dzwoniący telefon. 

 -  Czekają  nas  mało  zabawne  chwile  -  mówi  do  niej.  W 

pierwszej chwili nie wie, co sądzić o takim zdaniu jak to. 

Mówiąc  o  „mało  zabawnych  chwilach",  mógł  mieć  na 

myśli  liczne  pobierania  krwi,  które  zniszczą  jej  rękę,  albo 
nową ultrasonografię, obrazki na ekranie i te wszystkie zapisy, 
które  pomagają  zrozumieć  to,  czego  on  nigdy  nie  zrozumie. 
Chyba żeby te „mało zabawne chwile" oznaczały nagły poród, 
w  niedzielną  noc,  z  udziałem  dyżurnego  lekarza,  trochę 
zmartwionego tym, że znowu go budzą. 

Tak,  te  „mało  zabawne  chwile"  to  na  pewno  rodzenie  w 

bólach  i  bez  środków  znieczulających,  bo  już  nie  ma  na  to 
czasu.  Tak  straszne  samopoczucie,  że  się  wymiotuje  zamiast 
przeć,  jak  każą.  To  widok  bezsilnego  męża  nieporadnie 
głaszczącego  cię  po  ręku,  aż  do  wydobycia  tego  czegoś 
martwego. 

Albo  też  „mało  zabawne  chwile"  to  leżenie  nazajutrz  w 

szpitalnym  pokoju  z  pustym  brzuchem  i  krzykiem 
niemowlęcia płaczącego w pokoju obok. 

Jedyne, czego nigdy nie zrozumie, to dlaczego powiedział, 

że „czekają nas mało zabawne chwile". 

Na  razie  nadal  wypełnia  jej  dokumentację  i  między 

jednym a drugim kliknięciem mówi o sekcji i badaniu płodu w 
paryskim centrum czegoś tam, ale ona już od dłuższego czasu 
go nie słucha. 

background image

 -  Podziwiam  pani  opanowanie  -  mówi,  a  ona  nie 

odpowiada. 

Wychodzi  małymi  drzwiami  od  tyłu,  ponieważ  nie  chce 

jeszcze raz przechodzić przez poczekalnię. 

Długo płacze w samochodzie, ale jednego jest pewna - nie 

zepsuje  ślubu. Dla  innych  może  poczekać  dwa dni  ze swoim 
nieszczęściem. 

Tak  więc  w  sobotę  wkłada  swoją  lnianą  suknię  z 

perłowymi guziczkami. 

Ubiera  swojego  synka  i  robi  mu  zdjęcie,  ponieważ  wie 

dobrze,  że  takiego  stroju,  stroju  Małego  Lorda  Fauntleroya, 
nie ponosi długo. 

Przed  udaniem  się  do  kościoła  zatrzymują  się  w  klinice, 

gdzie  bierze,  pod  szczególnym  nadzorem,  jedną  z  tych 
straszliwych  pigułek,  które  usuwają  wszystkie  maleństwa, 
chciane i niechciane. 

Posypuje młodożeńców ryżem i z kieliszkiem szampana w 

ręku przechadza się po starannie wygrabionych alejkach. 

Na  widok  swojego  Małego  Lorda  Fauntleroya,  pijącego 

coca  -  colę  z  butelki,  marszczy brwi,  niepokoi  się  też  stanem 
bukietów. Rozmawia o najnowszych wydarzeniach, ponieważ 
tego wymagają miejsce i chwila. 

A tamta podchodzi tak nagle, znikąd - olśniewająca młoda 

kobieta, której nie zna, pewnie ze strony pana młodego. 

Całkowicie  spontanicznym  ruchem  przykłada  ręce  do  jej 

brzucha i pyta: 

 - Mogę?... Podobno przynosi szczęście. 
Co może zrobić? Zdobywa się na uśmiech, oczywiście. 

background image

Ten mężczyzna i ta kobieta  

background image

Ten  mężczyzna  i  ta  kobieta  jadą  zagranicznym 

samochodem.  Ten  samochód  kosztował  trzysta  dwadzieścia 
tysięcy franków, a mężczyzna, o dziwo, zawahał się w salonie 
tylko przy cenie ubezpieczenia. 

Prawa dysza źle działa. To go potwornie drażni. 
W  poniedziałek  powie  sekretarce,  żeby  zadzwoniła  do 

Salomona.  Na  chwilę  zatrzymuje  się  myślami  przy  jej 
piersiach,  bardzo  małych.  Nigdy  nie  sypiał  ze  swoimi 
sekretarkami.  To  prostackie,  a  w  obecnych  czasach  można 
przez  to  także  stracić  masę  pieniędzy.  W  każdym  razie  nie 
zdradza już żony od dnia, kiedy podczas partii golfa obliczyli 
z Antoine'em Sayem, jakie musieliby płacić alimenty. 

Jadą  do  swojego  domu  na  wsi.  Bardzo  ładna  farma  z 

zabudowaniami w pobliżu Angers. Nadzwyczajne proporcje. 

Kupili ją za grosze. Za to koszty remontu i adaptacji... 
Boazerie 

każdym 

pomieszczeniu, 

kominek 

zdemontowany, a następnie zmontowany kamień po kamieniu. 
Wpadł  im  w  oko  u  angielskiego  antykwariusza.  Na  oknach 
pięknie  upięte  ciężkie  zasłony.  Bardzo  nowoczesna  kuchnia, 
adamaszkowe  ściereczki  i  stanowiska  pracy  z  szarego 
marmuru.  Tyle  łazienek,  ile  pokoi,  niewiele  mebli,  ale 
wszystkie  stylowe.  Na  ścianach,  w  za  mocno  złoconych  i  za 
dużych  ramach dziewiętnastowieczne  sztychy, głównie sceny 
z polowań. 

Wszystko  razem  trochę  nowobogackie,  ale  na  szczęście 

nie zdają sobie z tego sprawy. 

Mężczyzna  ma  na  sobie  weekendowe  ubranie  -  nie 

najnowsze  tweedowe  spodnie  i  jasnoniebieski  kaszmirowy 
sweter z golfem (prezent od żony na pięćdziesiąte urodziny) . 
Buty pochodzą od Johna Lobba i za nic w świecie nie zmieni 
tej  firmy.  Do  tego,  oczywiście,  fildekosowe  skarpety, 
przykrywające całą łydkę. Oczywiście. 

background image

Prowadzi  względnie  szybko.  Jest  zamyślony.  Po 

przyjeździe  zobaczy  się  z  obydwoma  dozorcami  i  omówi 
sprawy  związane  z  posiadłością,  sprzątaniem  i  pracami 
porządkowymi,  porozmawia  też  o  okrzesaniu  buków,  o 
kłusownikach... Nienawidzi tego. 

Nie cierpi, kiedy robi się go w konia, a właśnie tak jest z 

tymi  dwoma,  którzy  łapią  się  za  robotę  w  piątek  rano,  tego 
samego  dnia,  kiedy  przyjeżdżają  właściciele  posesji,  i  do 
wieczora udają, że coś robią. 

Powinien ich wywalić na złamany kark, ale akurat obecnie 

nie ma czasu się tym zająć. 

Jest  zmęczony.  Wspólnicy  zawracają  mu  głowę.  Już 

prawie  nie  sypia  z  własną  żoną,  a  przednia  szyba  jest 
upstrzona  muszkami  i  komarami,  do  tego  prawa  dysza 
szwankuje. 

Kobieta nazywa się Matylda. Jest piękna, ale na jej twarzy 

malują się wyrzeczenia całego życia. 

Zawsze  wiedziała,  że  mąż  ją  zdradza,  wie  także,  że  jeśli 

nawet teraz tego nie robi, to tylko ze względu na pieniądze. 

Siedzi na „miejscu samobójcy" i jak zawsze, podczas tych 

niekończących  się  weekendowych  jazd,  jest  bardziej 
melancholijna niż zwykle. 

Myśli o tym, że nigdy nie była kochana, że nie ma dzieci, 

myśli  o  chłopczyku  dozorczyni,  który  ma  na  imię  Kevin  -  a 
który  w  styczniu  skończy  trzy  lata...  Kevin  -  jakie  straszne 
imię.  Ona,  gdyby  miała  syna,  dałaby  mu  imię  Pierre,  po 
swoim  ojcu.  Pamięta  tę  potworną  scenę,  kiedy  zaczęła 
rozmowę  o  adopcji...  Ale  myśli  również  o  zielonym 
kostiumiku,  który  wypatrzyła  na  wystawie  Cerrutiego 
poprzedniego dnia. 

Słuchają  stacji  Fip.  To  jest  to:  muzyka  klasyczna,  którą 

trzeba  umieć  docenić,  muzyka  z  całego  świata,  która  daje 
wrażenie,  że  się  jest  człowiekiem  otwartym,  oraz 

background image

błyskawiczny skrót wiadomości, które biedzie i nieszczęściom 
poświęcają  akurat  tyle,  żeby  nadmiar  złych  informacji  nie 
wywołał uczucia dyskomfortu. 

Właśnie minęli „bramkę" na autostradzie. Nie zamienili ze 

sobą  ani  jednego  słowa,  a  mają  przed  sobą  jeszcze  spory 
kawałek drogi. 

background image

The Opel touch 
 

background image

Tak jak mnie tutaj widzicie, idę ulicą Eugene - Gonon. 
To mówi samo za siebie. 
Co, poważnie? Nie znacie ulicy Eugene - Gonon? No nie, 

chyba robicie mnie w konia? 

To ulica willowa, ulica niedużych domów z piaskowca, z 

trawnikami  w  niedużych  ogrodach,  z  daszkami  z  kutego 
żelaza. Słynna ulica Eugene - Gonon w Melun. 

Ależ tak! Znacie Melun... Tutejsze więzienie, tutejszy ser 

brie,  który  zasługuje  na  lepszą  reklamę,  a  także  tutejsze 
katastrofy kolejowe. 

Melun. 
Szósta  strefa  okresowego  biletu  komunikacyjnego,  tak 

zwanej karty pomarańczowej. 

Kilka razy w ciągu dnia chodzę ulicą Eugene - Gonon. W 

sumie cztery razy. 

Idę  na  uczelnię,  wracam  z  uczelni,  jem,  idę  na  uczelnię, 

wracam z uczelni. 

Pod koniec dnia jestem skonana. 
Oczywiście,  nie  widać  tego  po  mnie,  ale  sama  wiem  to 

najlepiej.  Czterokrotne  pokonanie  ulicy  Eugene  -  Gonon  w 
Melun,  by  dojść  na  wydział  prawa  po  to,  aby  po  dziesięciu 
latach nauki zdać egzaminy i wykonywać zawód, na który nie 
ma  się  ochoty...  Lata  prawa  cywilnego,  prawa  karnego, 
wkuwania  skryptów,  artykułów,  paragrafów  i  całego 
prawodawstwa Dalloza to mało? A wszystko, tylko uważajcie 
dobrze,  po  to,  żeby  wykonywać  zawód,  który  już  teraz  mnie 
nudzi. 

To  mnie  dobija.  Sami  przyznacie,  że  mam  powód. 

Naprawdę pod koniec dnia można mieć wszystkiego dosyć. 

A więc, wracając do tego, do czego zmierzam, odbywam 

moją  trasę  numer  trzy.  Zjadłam  lunch i  teraz  zdecydowanym 
krokiem posuwam się w stronę wydziału prawa w Melun. Palę 
papierosa. No dobrze, obiecuję, że to ostatni. 

background image

Chichoczę pod nosem. To już pewnie tysięczny ostatni w 

tym roku... 

Idę  wzdłuż  domów  z  piaskowca,  mijam  wille  o  różnych 

nazwach  -  Maria  Teresa,  Rozkosz,  Przytulne  Gniazdko.  Jest 
wiosna  i  zaczynam  się  poważnie  załamywać.  Nie  jest  to 
jeszcze  duży  kaliber:  krokodyle  łzy,  środki  farmakologiczne, 
brak apetytu, unikanie towarzystwa, nie. 

To  raczej  ta  podróż  ulicą  Eugene  -  Gonon  cztery  razy 

dziennie dobija mnie. To chyba zrozumiałe. 

„Nie widzę w tym związku z wiosną..." 
Zaraz, zaraz... Wiosna, małe ptaszki, które się awanturują i 

szamoczą wśród pączków topoli. Noc, kocury, które podnoszą 
piekielny raban, kaczory, które gonią kaczki nad Sekwaną, no 
i  zakochani.  Tylko  mi  nie  mów,  że  nie  widać  zakochanych, 
ponieważ  są  wszędzie.  Niekończące  się  pocałunki  z  każdą 
ilością 

śliny, 

nieustające 

wzwody 

pod 

dżinsami, 

wszędobylskie  ręce  i  pozajmowane  wszystkie  ławki.  Wariuję 
od tego. 

Wariuję od tego. Ot, co. 
„Jesteś zazdrosna? Czujesz niedosyt?" 
Ja? Zazdrosna? Niedosyt? Daj spokój... chyba żartujesz. 
(...) 
Pff,  wszystko,  tylko  nie  to.  Jeszcze  by  brakowało,  żebym 

zazdrościła tym gówniarzom, którzy do znudzenia prześladują 
ludzi swoim pożądaniem. Wszystko, tylko nie to. 

(...) 
Ależ  tak,  jestem  zazdrosna!  Może  tego  nie  widać? 

Potrzebujesz okularów? Nie widzisz, że jestem zazdrosna, tak 
bardzo,  że  wszystko  się  we  mnie  przewraca,  nie  widzisz,  że 
cierpię na brak miłłłośśści? 

Nie  widzisz  tego?  No  nie,  zastanawiam  się,  czego  ci 

jeszcze potrzeba... 

background image

Przypominam  jedną  z  bohaterek  komiksów  Claire 

Bretecher: dziewczynę siedzącą na ławce z tabliczką na szyi i 
napisem:  „Szukam  miłości",  zalewającą  się  łzami,  które  jak 
dwie  fontanny  tryskają  z  jej  oczu.  Widzę  siebie  w  tej  roli. 
Niezły obrazek. 

O,  nie,  już  opuściłam  ulicę  Eugene  -  Gonon  (w  końcu 

mam swoją godność), jestem w Pramod. 

Nietrudno  sobie  wyobrazić  Pramod,  takie  same  są 

wszędzie.  Wielki  dom  towarowy  pełen  nie  za  drogich  ubrań 
średniej  jakości,  ale  w  sumie  możliwych  -  gdybym  była 
innego zdania, mogliby mnie jeszcze stąd wylać. 

To moja dorywcza praca, moje pieniądze, moje papierosy, 

moje  ekspresy,  moje  nocne  szaleństwa,  moja  delikatna 
bielizna, mój Guerlain, moje zwariowane cienie i błyszczyki, 
moje  książki  w  miękkich  okładkach,  a  także  moje  kino. 
Właściwie wszystko. 

Nie  cierpię  tej  harówy  w  Pramod,  ale  jeśli  nie  to,  to  co? 

Malowałabym 

się 

tanimi, 

kiepskimi 

kosmetykami, 

wypożyczałabym filmy w tutejszym Klubie Video, a może w 
miejskiej  bibliotece  zapisywałabym  w  zeszycie  sugestii 
najnowszego  Jima  Harrisona?  Nie!  Wolę  raczej  skonać!  Już 
lepiej tyrać w Pramod. 

A  nawet  jeśli  się  dobrze  zastanowić,  lepiej  użerać  się  z 

tymi  puszystymi  kobietami  niż  wąchać  przypaloną  fryturę  w 
McDonaldzie. 

Problemem są moje koleżanki. Powiecie: „Dziewczyno, z 

koleżankami zawsze są problemy". 

OK,  ale  czy  ktoś  z  was  zna  Marilyne  Marchandize?  (nie 

żartuję, to szefowa sprzedawczyń Pramod - Melun - centrum 
miasta, i nazywa się Marchandize (Marchandise - towar.)... O 
losie!). 

background image

Nie, oczywiście, że jej nie znacie, gdy tymczasem to naj... 

naj... ze wszystkich szefowych Pramod we Francji. A do tego 
pospolita, jakże pospolita! Nawet odrobinę wulgarna. 

Nie  potrafię  wam  tego  opowiedzieć.  Chodzi  nie  tyle  o 

sposób  bycia,  chociaż...  jej  czarne  korzenie  i  jej  komórka, 
którą  nosi  na  biodrze,  dobijają  mnie.  Nie,  to  raczej  kwestia 
wrażliwości. 

Pospolitość ducha to coś, czego nie sposób wyrazić. 
Przyjrzyjcie  się  jej.  Popatrzcie,  jak  się  zwraca  do  swoich 

podwładnych.  Ma  je  za  nic.  Ta  jej  odęta  górna  warga.  Musi 
nas  mieć  za  straszne,  ale  to  straszne  frajerki.  Ze  mną  jest 
gorzej,  bo  ja  jestem  ta  wykształcona.  Ta,  która  robi  mniej 
błędów ortograficznych niż ona, a to, to ją naprawdę wkurza. 

 -  Magazyn  będzie  się  zamykać  od  pierwszego  do 

piętnastego sierpnia. 

Hola,  hola,  ważniaczko...  zwróć  uwagę  na  pewien 

problem. 

Czy nie uczono cię nigdy niczego o czasownikach? Chyba 

coś  ci  się  pomieszało!  Nie  rozumiesz?  Przecież  to  nic 
wielkiego!  To  przecież  żadna  filozofia!...  Widzisz?  To 
całkiem proste. To czas przyszły! Czy to nie wspaniałe?!... 

O  rany,  jak  ona  na  mnie  patrzy!  A  jednak  coś  dotarło  do 

jej utlenionej głowy. Przerabia napis: 

TERMIN  ZAMKNIĘCIA  sklepu  -  od  pierwszego  do 

piętnastego sierpnia. 

Nie posiadam się z radości. 
Kiedy mówi do mnie, nie odyma górnej wargi, ale ile ją to 

kosztuje! 

Zauważcie,  że  poza  energią  zużywaną  na  kierowanie 

szefową nieźle sobie radzę. 

Dajcie  mi  jakąkolwiek  klientkę,  a  ubiorę  ją  od  stóp  do 

głów.  Ze  wszystkimi  dodatkami.  Dlaczego?  Ponieważ  ja  na 
nią  patrzę.  Patrzę  na  nią,  zanim  jej  cokolwiek  doradzę. 

background image

Naprawdę  bardzo  lubię  patrzeć  na  ludzi.  Szczególnie  na 
kobiety. 

Nawet  w  najszpetniejszej  można  się  czegoś  dopatrzyć. 

Chociażby chęci, by być ładną. 

 -  Marianne,  czy  mi  się  przyśniło,  że  miałyśmy  jeszcze 

zapas body w magazynie. Może warto by się tym zająć... 

O  wszystkim  trzeba  im  mówić,  wprost  nie  do 

wytrzymania...  Już  tam  idę.  Już  idę.  O  co  chodzi?!  Pragnę 
miłości. 

Sobotni wieczór, the saturday night fever. 
Milton  to  saloon  kowbojów  z  Melun;  jestem  tu  z 

koleżankami. 

To  szczęście,  że  są  tutaj.  Są  urocze,  głośno  się  śmieją  i 

trzymają fason. 

Słyszę chrzęst opon GTI na parkingu, pykanie harleyów i 

pstrykanie zippos. Częstujemy się przesłodzonym powitalnym 
koktajlem - musieli wlać maksymalną ilość syropu z owoców 
granatu, żeby zaoszczędzić na musującym winie, a poza tym, 
wiadomo,  że  dziewczyny  lubią  grenadinę.  Zastanawiam  się, 
po  diabła  tu  przyszłam?  Nie  jestem  w  sosie.  Szczypią  mnie 
oczy. Na szczęście noszę szkła kontaktowe, a przy takiej ilości 
dymu to się jakoś tłumaczy. 

 - Cześć, Marianne, co u ciebie? - dopada mnie taka jedna, 

z którą razem chodziłam do ostatniej klasy liceum. 

 - Cześć!... (buzi na powitanie)... wszystko w porządku. 
Cieszę  się,  że  cię  widzę.  Sporo  czasu...  Gdzieś  się 

podziewała? 

 -  Nie  mówili  ci?  Byłam  w  Stanach,  masz  pojęcie?  Nie 

uwierzyłabyś  nawet,  jaki  miałam  szalony  program!  Los 
Angeles,  chata,  o  jakiej  ci  się  nie  śniło.  Basen,  jacuzzi, 
superwidok na morze. Można zwariować. A ludzie, u których 
mieszkałam? 

Ekstra! 

Nic 

tych 

ograniczonych, 

background image

przyhamowanych  w  rozwoju  Amerykanów,  rozumiesz.  No 
nie, naprawdę, tego się nie da opowiedzieć! 

Potrząsa swoim kalifornijskim balejażem, żeby podkreślić 

bezmiar nostalgii. 

 - Nie spotkałaś George'a Clooneya? 
 - Poczekaj no... co chcesz mi przez to powiedzieć? 
 -  Nic,  nie,  nic.  Myślałam,  że  jeszcze  do  tego  spotkałaś 

George'a Clooneya, to wszystko. 

 - Nie jesteś zbyt miła - stwierdza, by za chwilę oddalić się 

i  ubarwiać  swoją  opowieść  o  harówce  przy  dzieciach  przed 
innymi, bardziej naiwnymi duszyczkami. 

„Eee,  patrzcie,  kogo  tu  przyniosło...  Można  by  rzec 

prawdziwy Buffalo Bill!" 

Chudy,  zbyt  chudy  chłopak,  ze  sterczącym  jabłkiem 

Adama  i  fachowo  utrzymaną  kozią  bródką  -  niczego  tak  nie 
uwielbiam  -  zbliża  się  do  moich  piersi  i  próbuje  nawiązać  z 
nimi kontakt. 

Facet: Czyśmy się już nie spotkali? 
Moje piersi: ... 
Facet:  Ależ  tak!  Teraz  sobie  przypominam.  Nie  byłaś 

przypadkiem w Garażu na imprezie z okazji Halloween? 

Moje piersi: ... 
Facet,  który  się  nie  zraża:  Jesteś  Francuzką?  Do  you 

understand me? 

Moje piersi: ... 
Szybkim ruchem Buffalo podnosi głowę. „Coś takiego!... 

zauważyłeś, że mam także twarz". 

Drapie  się  po  brodzie  i  zdaje  się  pogrążać  w  otchłani 

zadumy. 

 - From where are you from? 
„Uaa,  Buffalo!  Mówisz  tak,  jakbyś  przybył  prosto  z 

wielkiego kanionu!" 

background image

 -  Jestem  z  Melun,  plac  Dworcowy  cztery,  i  wolę  cię  z 

mety uprzedzić, że mój głos nie dobywa się zza stanika. 

Muszę  wyjść,  już  nic  nie  widzę,  co  za  cholerna  rzecz  te 

szkła  kontaktowe,  rzygać  się  chce.  „Poza  wszystkim  jesteś 
ordynarna, moja droga". 

Stoję  przed  Miltonem,  jest  mi  zimno,  płaczę  jak  małe 

dziecko,  chciałabym  być  wszędzie,  tylko  nie  tutaj, 
zastanawiam  się  poważnie  nad  powrotem  do  domu, 
spoglądam  na  gwiazdy,  których  nie  ma.  I  od  razu  beczę  na 
całego. 

W  takich  razach,  gdy  sytuacja  jest  aż  tak  rozpaczliwa, 

najmądrzejsze, co mi przychodzi do głowy... to moja siostra. 

Dzyń, dzyyń, dzyyyń... 
 - Halo... (bezbarwny głos). 
 - Halo, tu Marianne. 
 - Która to godzina? Gdzie jesteś? (poirytowany głos). 
 - Jestem w Miltonie, możesz po mnie przyjechać? 
 -  Co  się  dzieje?  Co  ci  jest?  (zaniepokojony  głos). 

Powtarzam: 

 - Możesz po mnie przyjechać? 
Przywołują mnie reflektory w głębi parkingu. 
 - No wsiadaj, moja ty dorosła - mówi moja siostra. 
 - Przyjechałaś w nocnej koszuli babci!!! 
 -  Zechciej  łaskawie  zauważyć,  że  spieszyłam  się,  jak 

mogłam! 

 - Przyjechałaś do Miltona w przezroczystej nocnej koszuli 

babuni! - drwię sobie. 

 -  Po  pierwsze,  nie  wysiądę  w  tym  z  samochodu,  po 

drugie,  ona  nie  jest  przezroczysta,  ale  ażurowa.  Nie  nauczyli 
cię tego w Pramod? 

 - A jeżeli zabraknie ci benzyny? Nie mówiąc o tym, że w 

pobliżu na pewno znajdą się twoi dawni wielbiciele... 

 - Pokaż... gdzie na przykład? (zainteresowana). 

background image

 -  Popatrz  tam,  czy  to  przypadkiem  nie  Teflonowa 

Patelnia? 

 -  Posuń  się  trochę...  Och,  tak!  Masz  rację...  Mój  Boże, 

jaki  on  brzydki,  jeszcze  brzydszy  niż  dawniej.  Jaką  ma  teraz 
gablotę? 

 - Opla. 
 - Ach! „The Opel touch". Widzę napis na tylnej szybie... 
Spogląda  na  mnie  i  śmiejemy  się  jak  norki.  Jesteśmy 

razem i bawimy się w najlepsze: 

1) z dawnych czasów, 
2)  z  Teflonowej  Patelni  (ponieważ  za  nic  w  świecie  nie 

chciał się przywiązywać), 

3) z jego opla, za którego musiał zapłacić cło, 
4) z futrzaka na kierownicy, 
5) ze skórzanej kurtki, którą wkłada tylko w weekendy, i z 

nieskazitelnych  kantów  jego  levisów,  kantów,  które  jego 
mamusia osiąga, naciskając z całej siły żelazko. 

To nam dobrze robi. 
Moja  siostra  w  swojej  burżujskiej  gablocie  piszczy 

oponami na parkingu Miltona, czym zwraca na siebie uwagę. 

 - Psują się od tego, Jojo mnie zamorduje... - mówi. Śmieję 

się. 

Wyjmuję szkła kontaktowe i przechylam do tyłu fotel. 
Wchodzimy  na  paluszkach,  ponieważ  Jojo  i  dzieci  śpią. 

Moja  siostra  serwuje  mi  dżin  z  tonikiem  bez  schweppesa  i 
mówi: 

 - Co cię boli? 
Więc  jej  opowiadam.  Ale  bez  większego  przekonania, 

ponieważ  moja  siostra  raczej  nie  nadaje  się  do  udzielania 
porad psychologicznych. 

Mówię, że moje serce jest jak wielki pusty worek. Worek 

jest tak mocny, że mógłby pomieścić cały wielki sklep z każdą 
ilością towaru, a tymczasem nic w nim nie ma. 

background image

Powiadam  worek,  nie  mówię  o  tych  nędznych 

plastikowych torbach z supermarketu, które ciągle pękają, nie. 
Mój  worek...  w  każdym  razie  tak  ja  to  widzę...  przypomina 
raczej  coś  wielkiego,  kwadratowego,  w  białe  i  niebieskie 
paski,  co  murzyńskie  mamy  noszą  na  głowach  w  okolicy 
Barbes... 

 - Posłuchaj... w końcu mogłoby być jeszcze gorzej - mówi 

moja siostra, ponownie napełniając kieliszki. 

background image

Ambre 

background image

Pieprzyłem tysiące dziewczyn, a nie pamiętam większości 

twarzy. 

Nie  mówię  ci  tego,  żeby  odgrywać  ważniaka.  Przy  całej 

forsie, jaką zarabiam, i tych lizusach, którzy mnie otaczają, nie 
sądzisz chyba, że potrzebuję na próżno strzępić język. 

Mówię to, bo taka jest prawda. Mam trzydzieści osiem lat 

i  zapomniałem  prawie  wszystko,  co  dotyczy  mojego  życia. 
Dotyczy to dziewczyn, dotyczy też całej reszty. 

Wpadł mi przypadkowo w ręce stary magazyn w rodzaju 

tych, którymi można się podetrzeć, a w nim moja fotografia z 
jakąś laską. 

Czytam  więc  podpis  i  dociera  do  mnie,  że  owa 

dziewczyna  nazywa  się  Letycja  czy  Sonia,  albo  jeszcze 
inaczej,  ponownie  spoglądam  na  fotografię,  jakbym  chciał 
stwierdzić: „Ależ tak, oczywiście, że Sonia, drobna brunetka z 
Villa Barclay, w długich kolczykach, pachnąca wanilią..." 

Ale nie. Co innego chodzi mi po głowie. 
Jak  głupi  powtarzam  w  myśli  „Sonia"  i  odkładam 

magazyn, szukając peta. 

Mam trzydzieści osiem lat i dobrze wiem, czuję wręcz, że 

się sypię. Z wierzchu rozkład następuje powoli, ale wystarczy 
trochę  poskrobać, a  całe  tygodnie  lądują  na  śmietniku.  Dość, 
jeśli ci powiem, że pewnego dnia, słysząc rozmowę o wojnie 
w Zatoce, odwróciłem się i zapytałem: 

 - Wojna w Zatoce, kiedy to było? 
 -  W  dziewięćdziesiątym  pierwszym  -  odpowiedziano  mi, 

jakbym  dla  jasności  potrzebował  jakiegoś  „Who's  who".  Ale 
ja naprawdę, do cholery, nigdy o tym nie słyszałem. 

Pal sześć wojnę w Zatoce. 
Nie  widziałem.  Nie  słyszałem.  Na  tej  zasadzie  mógłbym 

wykreślić cały rok z mojego życia. 

W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym mnie 

tam nie było. 

background image

W  tysiąc  dziewięćset  dziewięćdziesiątym  pierwszym  na 

pewno byłem zajęty szukaniem natchnienia i nie dostrzegłem, 
że  toczy  się  jakaś  wojna.  Powiesz,  że  się  zgrywam.  A  ja 
mówię o wojnie w Zatoce, bo to dobry przykład. 

Zapominam niemal wszystko. 
Sonia, wybacz, ale to prawda. Już ciebie nie pamiętam. 
A potem spotkałem Ambre. 
Wystarczy, że wypowiem to imię, i zaraz czuję się dobrze. 

Ambre. 

Po raz pierwszy zobaczyłem cię w studiu nagrań na ulicy 

Guillaume  -  Tell.  Od  tygodnia  mieliśmy  urwanie  głowy, 
harowaliśmy,  a  wszyscy  truli  nam  o  jakiś  zawrotnych 
pieniądzach, gdyż nie wyrabialiśmy się z terminem. 

Wszystkiego  nie  można  przewidzieć.  Nigdy.  W  tym 

wypadku  nie  można  było  przewidzieć,  że  mikser,  którego  za 
krocie  sprowadzono  ze  Stanów,  żeby  się  przypodobać 
amerykańskim rekinom z wytwórni płyt, nawali już na samym 
początku. 

 -  Nie  posłużyły  mu  zmęczenie  i  zmiana  czasu  - 

powiedział lekarz. 

Oczywiście  to  bzdury,  zmiana  czasu  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego. 

Nasz  jankes  zwyczajnie  się  przeżarł  -  popie  oczy,  wilcze 

gardło - i ma to, na co zasłużył. Teraz wygląda jak kretyn ze 
swoim kontraktem na „wzięcie w obroty Francuzików". 

To był parszywy okres. Nie oglądałem światła dziennego 

od  wielu  tygodni  i  nawet  bałem  się  przeciągnąć  rękami  po 
twarzy,  ponieważ  czułem,  że  zaraz  trzaśnie  albo  pęknie  mi 
skóra albo jeszcze coś w tym rodzaju. 

Pod  koniec  nie  mogłem  już  nawet  palić,  ponieważ  za 

bardzo bolało mnie gardło. 

Fred  nawijał  mi  od  pewnego  czasu  o  jakiejś  kumpelce 

swojej siostry. Fotografce, która chciała wziąć udział w moim 

background image

tournee.  Jako  free  lance,  ale  nie  po  to,  żeby  sprzedawać 
później zdjęcia. Tylko tak sobie. 

 - Fred, odczep się... 
 -  Posłuchaj,  co  ci  szkodzi,  jeżeli  ją  przyprowadzę  tutaj 

któregoś wieczoru? No, co ci szkodzi? 

 -  Nie  lubię  fotografów,  nie  lubię  kierowników 

artystycznych,  nie  lubię  dziennikarzy,  nie  lubię,  kiedy  mi  się 
depcze  po  piętach,  i  nie  lubię,  kiedy  się  na  mnie  gapią.  Nie 
możesz tego zrozumieć? 

 -  Cholera,  uspokój  się,  chodzi  tylko  o  jeden  wieczór,  o 

dwie  minuty.  Nie  musisz  z  nią  rozmawiać,  może  się  nawet 
okazać,  że  nie  będziesz  jej  wcale  oglądać.  Zrób  to  dla  mnie, 
do cholery. Od razu widać, że nie znasz mojej siostry. 

Mówiłem ci przed chwilą, że wszystko zapomniałem, ale 

nie to, jak sam widzisz. 

Weszła  małymi  drzwiami  z  prawej  strony,  patrząc  od 

strony konsoli mikserskiej. Wyglądała, jakby przepraszała, że 
żyje.  Szła  na  palcach,  ubrana  w  biały  podkoszulek  na 
cieniutkich ramiączkach. Z miejsca, gdzie byłem - za szybą - 
nie  zobaczyłem  od  razu  jej  twarzy,  ale  kiedy  usiadła, 
zauważyłem jej drobne piersi i już miałem ochotę ich dotknąć. 

Po  jakimś  czasie  uśmiechnęła  się  do  mnie.  Nie  jak 

dziewczyny,  które  zwykle  się  do  mnie  uśmiechają,  ponieważ 
cieszą się, że na nie patrzę. Nie. 

Uśmiechnęła  się  do  mnie  tak  sobie,  żeby  mi  zrobić 

przyjemność.  I  jeszcze  żadne  nagranie  nie  wydawało  mi  się 
tak długie jak właśnie tego dnia. 

Kiedy  wyszedłem  z  mojej  szklanej  klatki,  jej  nie  było. 

Powiedziałem do Freda: 

 - To kumpelka twojej siostry? 
 - Taa. 
 - Jak się nazywa? 
 - Ambre. 

background image

 - Już wyszła? - Nie wiem. 
 - Cholera! 
 - Co? 
 - Nic. 
Ponownie  przyszła  ostatniego  dnia.  Paul  Ackermann 

zorganizował  w  studiu  imprezę.  „Żeby  uczcić  twoją  kolejną 
złotą  płytę"  -  powiedział  ten  baran.  Wyszedłem  spod 
prysznica, goły do pasa, w trakcie wycierania głowy za dużym 
ręcznikiem, kiedy Fred nas sobie przedstawił. 

Z  trudem  cokolwiek  wybełkotałem,  tak  jakbym  miał 

piętnaście lat. Za sobą wlokłem ręcznik po podłodze. 

Znowu  uśmiechnęła  się  do  mnie,  podobnie  jak  za 

pierwszym razem. 

Pokazując na kontrabas, powiedziała: 
 - To pana ulubiona gitara? 
A  ja,  czy  to  z  powodu  jej  kompletnej  niewiedzy,  czy 

dlatego,  że  zwróciła  się  do  mnie  per  „pan",  podczas  gdy 
wszyscy  mówili  do  mnie  „ty",  klepiąc  mnie  przy  tym  po 
brzuchu, miałem ochotę ją wycałować... 

Od prezydenta Republiki po ostatniego bęcwała wszyscy, 

wszyscy oni mówią mi „ty", jakbyśmy razem pasali świnie. 

Tak już jest w tym środowisku. 
 - Tak - odpowiedziałem jej - tę lubię najbardziej. 
I zacząłem się rozglądać za czymś, co by można wsadzić 

na grzbiet. 

Trochę  rozmawialiśmy,  ale  to  było  trudne,  ponieważ 

Ackermann sprowadził dziennikarzy, czego zresztą można się 
było po nim spodziewać. 

Zapytała  mnie  o  tournee,  a  ja  odpowiadałem  „tak"  na 

wszystkie jej słowa, zerkając przy tym dyskretnie na jej piersi. 
Później powiedziała mi „do widzenia", a ja szukałem wszędzie 
Freda  albo  Ackermanna,  albo  pierwszą  lepszą  osobę,  żeby 
kogoś natłuc po gębie, ponieważ rozsadzało mnie w środku. 

background image

Tournee  przewidywało  dziesiątki  występów.  Prawie 

wszystkie poza Francją. Daliśmy dwa występy w paryskiej la 
Cigale, a cała reszta już mi się miesza. Była Belgia, Niemcy, 
Kanada i Szwajcaria, ale nie żądajcie ode mnie chronologii, bo 
nie jestem w stanie jej podać. 

Tournee,  jestem  zmęczony.  Gram,  śpiewam,  staram  się 

maksymalnie być clean i śpię w pulmanie. 

Nawet  gdybym  miał  tyłek  ze  szczerego  złota,  nie 

przestalibyśmy 

moimi 

muzykami 

podróżować 

klimatyzowanym  wagonem  pulmanowskim.  W  dniu,  kiedy 
mnie  zobaczysz  wsiadającego  do  samolotu  bez  nich  i  nie 
ściskającego  nikomu  graby  tuż  przed  wyjściem  na  scenę, 
uprzedź mnie, ponieważ ten dzień będzie znaczył, że nie mam 
już nic do powiedzenia i że pora szukać sobie innej roboty. 

Ambre  pojechała  z  nami,  ale  dowiedziałem  się  o  tym 

trochę później. 

Robiła  swoje  zdjęcia,  nie  rzucając  się  w  oczy.  Trzymała 

się z chórzystkami. Słyszałem czasami, jak gadały i chichotały 
na  hotelowych  korytarzach,  gdy  Jenny  wróżyła  im  z  kart. 
Kiedy  ją  dostrzegałem,  podnosiłem  głowę  i  starałem  się 
trzymać prosto, ale nigdy podczas tych wszystkich tygodni nie 
zrobiłem kroku w jej stronę. 

Nie mieszam już pracy z seksem, zestarzałem się. 
Nasz  ostatni  występ  wypadał  w  niedzielę.  Byliśmy  w 

Belfort, ponieważ postanowiliśmy zakończyć z fasonem, dając 
specjalny koncert z okazji dziesiątej rocznicy Eurocka. 

Podczas pożegnalnej kolacji usiadłem przy niej. 
To 

prawie 

nasz 

kultowy 

wieczór, 

do 

którego 

przywiązujemy  wielką  wagę  i  który  rezerwujemy  wyłącznie 
dla  siebie:  muzycy,  obsługa  techniczna  i  ci  wszyscy,  którzy 
nam pomagali podczas tournee. Nie po to się zbieramy, żeby 
się  wkurzać  jakąś  gwiazdeczką  czy  miejscowymi 
dziennikarzami,  rozumiesz...  Nawet  Ackermannowi  nie 

background image

przyszłoby na myśl dzwonić do Freda na jego komórkę i pytać 
o  nowiny,  i  jeszcze  raz  kazać  sobie  powtarzać  liczbę 
sprzedanych biletów. 

Trzeba  przy  tym  podkreślić,  że  na  ogół  nie  służy  to 

naszemu wizerunkowi. 

Między sobą nazywamy to nudnymi wieczorami, co mówi 

samo za siebie. 

Tony  stresu,  który  stopniowo  znika,  satysfakcja  z 

zakończenia roboty, te jeszcze cieplutkie szpule z nagraniami 
w pudełkach  i mój  menażer, który wreszcie, po raz pierwszy 
od  miesięcy,  zdobywa  się  na  uśmiech  -  za  wiele  tego  jak  na 
jeden raz i człowiek się łatwo wynaturza... 

Oczywiście  próbowałem  na  początku  zbałamucić  Ambre, 

a  gdy  zrozumiałem,  że  za  bardzo  zmierzam  w  kierunku 
zwykłego pieprzenia, odpuściłem sobie. 

Nie  dała  tego  po  sobie  poznać,  ale  wiem,  że  zrozumiała 

sytuację. 

W  pewnej  chwili,  będąc  w  restauracyjnym  kiblu, 

wypowiedziałem powoli jej imię do lustra nad umywalką, ale 
zamiast wziąć głęboki oddech i spryskać gębę zimną wodą, a 
potem  pójść  do  niej  i  powiedzieć:  „Kiedy  na  ciebie  patrzę, 
wszystko  się  we  mnie  przewraca,  jakbym  występował  przed 
dziesięciotysięcznym  tłumem,  zrób  coś  z  tym,  obejmij 
mnie...", no więc zamiast tak zrobić, wykonałem w tył zwrot i 
za dwa tysiące franków kupiłem bilet powrotny. 

Minęły  miesiące,  ukazał  się  album...  Nic  ci  więcej  nie 

powiem.  Coraz  gorzej  znoszę  ten  okres:  gdy  już  nie  potrafię 
być sam na sam z tymi wszystkimi bezużytecznymi pytaniami 
i z moją muzyką. 

I  to  znowu  Fred  przyjechał  po  mnie  swoją  czarną 

superyamahą Vmax, żeby mnie do niej zabrać. 

Chciała nam pokazać swoje prace z tournee. 

background image

Czułem  się  dobrze.  Cieszyłem  się  ze  spotkania  z  Vickie, 

Nath i Franceską, które śpiewały ze mną on live. Teraz poszły 
własnymi  drogami.  Francesca  chciała  nagrać  swój  własny 
album,  a  ja  po  raz  kolejny  obiecałem  na  kolanach,  że 
skomponuję dla niej niezapomniane kawałki. 

Jej  mieszkanie  było  malutkie  i  tłoczyliśmy  się 

niemiłosiernie.  Piło  się  jakiś  rodzaj  różowej  tequili,  którą 
sporządził sąsiad z tego samego piętra. To był Argentyńczyk, 
który miał co najmniej dwa metry i bez przerwy się uśmiechał. 

Zamurowało mnie na widok jego tatuaży. 
Wstałem z miejsca. Wiedziałem, że ona jest w kuchni. 
 - Przyszedłeś mi pomóc? - zapytała. Odpowiedziałem, że 

nie. 

 - Chcesz obejrzeć zdjęcia? 
Znowu  miałem  ochotę  odpowiedzieć,  że  nie,  ale  zamiast 

tego powiedziałem: 

 - Taak, nawet bardzo. 
Poszła do swojej sypialni. Kiedy wróciła, zamknęła drzwi 

na  klucz i  jednym ruchem ręki  zwaliła  na  podłogę  wszystko, 
co  było  na  stole.  Aluminiowe  tacki  narobiły  niezłego 
harmidru. 

Ułożyła równo swoją teczkę i usiadła naprzeciw mnie. 
Otworzyłem owoc jej pracy i zobaczyłem tylko moje ręce. 
Setki czarno - białych zdjęć, wyłącznie z moimi rękami. 
Moje  ręce  na  strunach  gitar,  moje  ręce  obejmujące 

mikrofon,  moje  ręce  spuszczone  wzdłuż  ciała,  moje  ręce 
pozdrawiające  tłum,  moje  ręce  ściskające  inne  ręce  za 
kulisami, moje ręce trzymające papierosa, moje ręce, którymi 
dotykam twarzy, moje ręce podpisujące i rozdające autografy, 
moje  rozgorączkowane  ręce,  ręce,  które  proszą,  moje  ręce, 
które  przesyłają  pocałunki,  a  także  moje  ręce,  które  się 
szprycują. 

Wielkie i szczupłe ręce o żyłach jak małe rzeczki. 

background image

Ambre zabawiała się kapslem. Rozgniatała okruszki. 
 - To wszystko? - zapytałem. 
Po raz pierwszy patrzyłem jej w oczy dłużej niż sekundę. 
 - Zawiedziony? 
 - Nie wiem. 
 - Sfotografowałam twoje ręce, ponieważ tylko one jeszcze 

się w tobie nie rozsypały. 

 - Tak uważasz? 
Przytaknęła  kiwnięciem  głowy,  a  ja  poczułem  zapach  jej 

włosów. 

 - A moje serce? 
Uśmiechnęła się do mnie i pochyliła nad stołem. 
 -  Czyżby  twoje  serce  nie  było  w  rozsypce?  -  zapytała  z 

grymasem wyrażającym powątpiewanie. 

Słychać było śmiechy i lekkie uderzenia pięścią w drzwi. 

Poznałem  głos  Luisa,  który  wrzeszczał:  „Potrzebne  są  kostki 
lodu!". 

Powiedziałem: - Trzeba by się przekonać... 
Można  było  odnieść  wrażenie,  że  od  tych  ich  wygłupów 

rozwalą się drzwi. 

Położyła  ręce  na  moich  rękach  i  przyglądała  im  się  tak, 

jakby  je  po  raz  pierwszy  ujrzała.  -  Tak  też  zrobimy  - 
powiedziała. 

background image

Przepustka 

background image

Ilekroć coś robię, myślę o moim bracie, a ilekroć myślę o 

moim bracie, mam świadomość, że on zrobiłby to lepiej. 

I tak już trwa dwadzieścia trzy lata. 
Nie  można  powiedzieć,  żebym  był  przez  to  zgorzkniały, 

nie, po prostu jestem tego świadomy. 

Na przykład teraz: jadę pociągiem numer tysiąc czterysta 

pięćdziesiąt  osiem  z  Nancy.  Jestem  na  przepustce,  pierwszej 
od trzech miesięcy. 

No  i  choćby  taki  fakt:  odbywam  służbę  wojskową  w 

charakterze  zwykłego  szeregowca,  podczas  gdy  mój  brat, 
który  miał  dyplom  szkoły  średniej,  jadał  zawsze  przy 
oficerskim  stole  i  przyjeżdżał  do  domu  na  wszystkie 
weekendy. Ale machnijmy na to ręką. 

No  więc  wracam  pociągiem.  Kiedy  przychodzę  na  swoje 

miejsce  (zarezerwowałem  bilet  zgodnie  z  kierunkiem  jazdy 
pociągu),  zastaję  siedzącą  tam  kobietę  z  rozłożonym  na 
kolanach  całym  majdanem  do  haftowania.  Nie  mam  odwagi, 
żeby  jej  zwrócić  uwagę.  Więc  wrzucam  wielki  płócienny 
worek na półkę i siadam naprzeciwko niej. W przedziale jest 
jeszcze dziewczyna, dość ładniutka, która czyta jakąś bzdurną 
powieść.  Ma  krostkę  w  kąciku  ust.  Szkoda,  gdyby  nie  to, 
byłaby całkiem do rzeczy. 

Kupiłem w wagonie restauracyjnym sandwicza. 
A oto jakby to się odbyło, gdyby na moim miejscu był mój 

brat:  uśmiechnąłby  się  szeroko,  jak  przystało  na  czarusia,  do 
kobiety,  pokazując  jej  swój  bilet:  „Przepraszam  panią, 
niewykluczone, że jestem w błędzie, ale mam wrażenie, że..." 
A ona tłumaczyłaby się i przepraszała jak jakaś chora, pakując 
wszystkie nici do torby i czym prędzej ustępując mu miejsca. 

W  sprawie  sandwicza  podniósłby  rwetes,  przekonując 

chłopaków,  że,  co  jak  co,  za  dwadzieścia  osiem  franków 
mogliby  włożyć  trochę  grubszy  kawałek  szynki,  a  kelner  w 
idiotycznej  czarnej  kamizelce  natychmiast  wymieniłby  mu 

background image

sandwicza. Wiem, co mówię, ponieważ już nieraz widywałem 
go w akcji. 

Z  dziewczyną  zagrałby  jeszcze  bardziej  nieczysto. 

Spoglądałby  na  nią  w  taki  sposób,  iż  bardzo  szybko  by  się 
zorientowała, że jest nią zainteresowany. 

Ale  jednocześnie  miałaby  świadomość,  że  zauważył  jej 

wrzodzik.  Więc  trudno  byłoby  jej  się  skupić  na  tej  bzdurnej 
książce i już by się tak nie zgrywała. 

Ponieważ,  jakkolwiek  by  było,  podoficerowie  podróżują 

pierwszą  klasą,  a  w  pierwszej  dziewczyny  niekoniecznie 
muszą mieć pryszcze. 

Osobiście  nie  miałem  okazji  się  przekonać,  jak  ta 

ślicznotka  reaguje  na  moje  szamerunki  i  moją  łysą  palę, 
ponieważ  prawie  od  razu  zasnąłem.  Znowu  nas  obudzili  o 
czwartej  nad  ranem,  żeby  nam  urządzić  te  kretyńskie 
manewry. 

Marc,  mój  brat,  odbył  swoją  służbę  po  trzech  latach 

kursów  przygotowawczych,  a  przed  rozpoczęciem  wyższej 
szkoły inżynieryjnej. Miał dwadzieścia lat. 

Co  do  mnie,  odbywam  ją  po  dwóch  latach  szkoły 

zawodowej  i  przed  rozpoczęciem  poszukiwań  pracy  w 
elektronice. Mam dwadzieścia trzy lata. 

Zresztą jutro są moje urodziny. 
Matka nalegała, żebym przyjechał. Nie przepadam aż tak 

bardzo za urodzinami, jestem już na to za dorosły. Ale niech 
będzie, robię to dla niej. 

Mieszka sama, odkąd mój ojciec w dniu ich dziewiętnastej 

rocznicy  ślubu  ulotnił  się  z  sąsiadką.  Patrząc  na  to 
symbolicznie, można powiedzieć, że uderzenie było mocne. 

Długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie ułożyła sobie 

nowego  życia  z  kimś  innym.  Przecież  mogła,  nawet  jeszcze 
teraz,  ale...  sam  nie  wiem.  Tylko  jeden  raz  rozmawialiśmy  o 
tym  z  Markiem  i  doszliśmy  do  wniosku,  że  ona  się  boi.  Nie 

background image

chce  ryzykować,  że  znowu  zostanie  porzucona.  Był  taki 
moment,  kiedy  żartem  namawialiśmy  ją,  by  zapisała  się  do 
czegoś  takiego,  gdzie  można  kogoś  spotykać,  ale  ona  nigdy 
nie chciała. 

Od tego czasu zdążyła przygarnąć dwa psy i jednego kota, 

a  z  taką  menażerią  po  prostu  nie  sposób  znaleźć  porządnego 
faceta, to zrozumiałe. 

Mieszkamy  w  1'Essonne  obok  Corbeil,  nieduży  pawilon 

przy National siedem. W porządku, to spokojne miejsce. 

Mój brat nie mówi nigdy pawilon, mówi dom. Uważa, że 

słowo pawilon brzmi wsiowo. 

Mój  brat  nie  daruje  sobie  nigdy,  że  nie  urodził  się  w 

Paryżu. 

Paryż.  To  słowo  nie  schodzi  mu  z  ust.  Myślę,  że 

najpiękniejszy dzień w swoim życiu przeżył wtedy, gdy kupił 
sobie pierwszą kartę pomarańczową na pięć stref. Tymczasem 
dla mnie Paryż czy Corbeil to to samo. 

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką zapamiętałem ze szkoły, 

jest  teoria  jakiegoś  wielkiego  filozofa  starożytnego,  który 
powiadał,  że  nieważne  jest  miejsce,  w  którym  przebywamy, 
ale stan ducha, w jakim się znajdujemy. 

Pamiętam, iż pisał to do jednego ze swoich kumpli, który 

miał  chandrę  i  chciał  podróżować.  Więc  tamten  powiedział 
mu z grubsza, że nie warto i że szkoda fatygi, bo gdziekolwiek 
pojedzie,  i  tak  będzie  wlókł  za  sobą  cały  ten  swój  bagaż 
gówna.  W  dniu,  w  którym  belfer  nam  to  opowiedział, 
zmieniło się moje życie. 

To  jeden  z  powodów,  dla  których  zdecydowałem  się  na 

manualną pracę. O ileż to prostsze! 

W  armii  spotykasz  się  z  kupą  tępaków.  Przebywam  z 

facetami, o jakich wcześniej nie miałem nawet pojęcia. Razem 
śpimy,  razem  się  myjemy,  ubieramy,  żremy,  zdarza  się,  że 
wygłupiamy  się  razem,  gram  z  nimi  w  karty,  a  jednak 

background image

wszystko w nich mnie mierzi. Nie dlatego, żebym był snobem 
czy  coś  w  tym  rodzaju,  chodzi  po  prostu  o  to,  że  w  tych 
facetach  nic  nie  ma.  Nie  mówię  o  wrażliwości,  nie,  to  by 
zabrzmiało jak obelga, mówię o jakimkolwiek ciężarze. 

Widzę, że źle to tłumaczę, ale wiem, o co mi chodzi: jeśli 

weźmiesz takiego faceta i postawisz go na wadze, dowiesz się 
oczywiście, ile on waży, ale tak naprawdę to przecież on nic 
nie waży... 

Nie ma w nich nic, co mógłbyś potraktować jako materię. 

Są  jak  duchy,  fantomy,  możesz  włożyć  rękę  w  ich  ciało,  na 
wylot, i natkniesz się tylko na pełną zgiełku próżnię. Oni ci na 
to powiedzą, że gdybyś włożył rękę w ich ciało, oberwałbyś, i 
to nieźle. Łubudu. 

Na początku, z powodu tego ich zachowania i tego całego 

nieprawdopodobnego  słownictwa,  cierpiałem  na  bezsenność, 
ale już się przyzwyczaiłem. Mówi się, że wojsko zmienia, ale 
ja osobiście stałem się w wojsku jeszcze większym pesymistą 
niż dawniej. 

Nie jestem w stanie uwierzyć w Boga czy w jakąś wyższą 

istotę, bo przecież jest niemożliwe, by ktoś celowo stworzył to 
coś, co na co dzień widuję w koszarach Nancy - Bellefond. 

Zabawne, ale dotarło do mnie, że kiedy jestem w pociągu 

albo  w  szybkiej  kolei  podziemnej,  więcej  rozmyślam...  Pod 
tym względem wojsko ma jednak swoje dobre strony... 

Dojeżdżając do paryskiego Dworca Wschodniego, liczę w 

duchu,  że  ktoś  po  mnie  wyjdzie.  Nic  głupszego.  I  chociaż 
dobrze wiem, że o tej godzinie matka jest jeszcze w pracy, a 
Marc nie należy do tych, co by pruli przez całą dzielnicę po to 
tylko, żeby mi ponieść torbę, nie opuszcza mnie ta kretyńska 
nadzieja. 

I  choć jest tak,  jak  przypuszczałem,  po  raz  ostatni,  przed 

opuszczeniem  ruchomych  schodów  i  wejściem  do  metra, 
rozglądam się na wypadek, gdyby jednak ktoś... 

background image

Chciałbym,  żeby  ktoś,  gdzieś  na  mnie  czekał...  W  końcu 

to nie takie skomplikowane. 

No dobrze, najwyższy czas udać się do domu i ponaparzać 

z Markiem, ponieważ już zaczynam za dużo myśleć i jeszcze 
chwila, a puszczą mi nerwy. Na razie zapalę sobie na peronie. 
Wiem,  że  to  zabronione,  ale  niech  no  tylko  ktoś  zaszura,  to 
machnę mu przed nosem legitymacją wojskową. 

Bo ja, proszę pana, pracuję na rzecz pokoju! Od czwartej 

rano jestem na nogach, dla Francji, proszę pani. 

Nikogo  na  dworcu  w  Corbeil...  tego  już  trochę  za  wiele! 

Może zapomnieli, że przyjeżdżam dzisiaj wieczorem... 

Pójdę  tam  pieszo.  Mam  już  dość  zbiorowych  środków 

transportu.  Właściwie,  jak  sądzę,  mam  dość  wszystkiego,  co 
masowe. 

Mijam  facetów  z  dzielnicy,  z  którymi  chodziłem  do 

szkoły. Nie wyrywają się, żeby mi uścisnąć dłoń, oczywiście, 
zwykły szeregowiec to wręcz krępujące. 

Zachodzę  do  kawiarni  na  rogu  mojej  ulicy.  Gdybym 

spędzał w niej mniej czasu, prawdopodobnie nie groziłoby mi, 
że  po  sześciu  miesiącach  zostanę  powołany  do  odbycia 
zasadniczej  służby  wojskowej.  W  pewnym  okresie  więcej 
czasu  spędzałem  przy  tutejszym  fliperze  niż  w  ławce 
szkolnej... Czekałem pięć godzin i kiedy inni, ci, którzy przez 
cały  dzień  słuchali  bzdurnych  gadek  belfrów,  zlatywali  się, 
odsprzedawałem im moje darmowe gry. Dla nich to był dobry 
interes: płacili pół ceny i mieli okazję umieścić swoje inicjały 
na honorowym miejscu. 

Wszyscy byli zadowoleni, a ja kupowałem swoje pierwsze 

paczki petów. Przysięgam, że w tamtym czasie uważałem się 
za króla. Króla pacanów, tak. 

 - No jak?... wciąż w wojsku? - pyta mnie właściciel. 
 - Taak. 
 - To dobrze! 

background image

 - Taak... 
 - Więc zajrzyj do mnie któregoś wieczoru po zamknięciu, 

to sobie we dwóch pogadamy... bo widzisz, ja byłem w Legii, 
a  jednak  to  co  innego...  Tam  by  nam  nigdy  nie  pozwolili 
wyjść, ot tak, z byle powodu... możesz mi wierzyć. 

I  znowu  zanurzyłem  się  w  tym  klimacie  alkoholowych 

wspomnień. Legia... 

Jestem zmęczony. Czuję ciężar worka, który przepiłowuje 

mi ramię, a bulwar zdaje się nie mieć końca. Kiedy wreszcie 
docieram do siebie, brama jest zamknięta. Cholera, tego już za 
wiele. Jeszcze trochę, a zacznę wyć. 

Jestem  na  nogach  od  czwartej  rano,  przemierzyłem 

połowę  kraju  w  wagonach,  które  cuchną,  a  teraz  mam 
grzecznie odejść z kwitkiem! 

Przynajmniej  psy  na  mnie  czekają.  Bozo,  który  wyje  do 

upadłego  i  szczeka  z  radości,  i  Micmac,  który  wyskakuje  do 
góry  na  trzy  metry...  ale  mają  uciechę.  To  rozumiem,  to  jest 
powitanie! 

Przerzucam  worek  na  drugą  stronę  i  jak  za  dawnych 

czasów,  kiedy  jeździło  się  motorowerami,  przeskakuję  mur. 
Oba moje psy skaczą do góry, a ja po raz pierwszy od tygodni 
czuję  się  lepiej.  A  jednak  istnieją  żywe  istoty,  które  mnie 
kochają  i czekają  na  mnie na tej małej planecie. Chodźcie tu 
do  mnie,  moje  skarby.  No  tak,  jesteś  dobry  i  piękny,  no  już 
dobrze, dobrze... 

Dom tonie w ciemności. 
Stawiam  worek  przy  wycieraczce,  otwieram  go  i 

zaczynam szukać  kluczy, które są na  samym dnie, pod stertą 
brudnych skarpet. 

Psy biegną przede mną, chcę zapalić światło w korytarzu... 

nie ma prądu. 

 - Cholera! Niech to jasna cholera! 
W tej samej chwili słyszę głos tego kretyna Marca: 

background image

 -  Mógłbyś  się  grzeczniej  zachować  wobec  swoich  gości. 

Nadal panuje ciemność. 

 - Po co te wygłupy? - pytam go. 
 -  No  nie,  jesteś  niepoprawny,  szeregowcu  Bricard.  I  nie 

wyrażaj  się  brzydko.  Nie  jesteś  w  koszarach,  więc  pilnuj 
słownictwa, bo nie zapalę światła. 

W końcu je zapala. 
Tylko mi tego brakowało. Wszyscy, kumple i rodzina, są 

tutaj, w salonie, pod girlandami kwiatów, i wznosząc kieliszki, 
śpiewają mi Sto lat. 

 - Odłóż wreszcie ten worek, mój ty duży chłopaku - mówi 

do mnie matka. 

I podaje mi kieliszek. 
Po  raz  pierwszy  urządzają  mi  coś  takiego.  Chyba  nie  za 

mądrze wyglądam z tą osłupiałą miną. 

Zaraz potem ściskam dłonie wszystkich zebranych, całuję 

też moją babkę i ciotki. 

Wreszcie docieram do Marca i mam ochotę strzelić go w 

pysk, ale on jest z dziewczyną. Obejmuje ją w pasie. A ja od 
pierwszego wejrzenia wiem, że już się w niej zakochałem. 

Daję  mu  kuksańca  w  ramię  i,  pokazując  na  nią  brodą, 

pytam go: 

 - Czy to prezent dla mnie? 
 - Nie rozmarzaj się, trąbo - odpowiada mój braciszek. 
Patrzę  na  nią  jeszcze  raz.  Coś  się  dzieje  z  moim 

żołądkiem. Jakby mi się tam wszystko przewracało. Cierpię, a 
ona jest piękna. 

 - Nie poznajesz jej? 
 - Nie. 
 - Przecież to Marie, koleżanka Rebeki... 
 - ??? 
 -  Byliśmy  razem  na  koloniach.  W  Glenans,  nie 

pamiętasz? - pyta mnie Marie. 

background image

 - Przykro mi, ale nie. - Potrząsam głową i zostawiam ich. 

Koniecznie muszę się czegoś napić. 

Czy ją pamiętam! Też pytanie! Kurs żeglarski, po którym 

dotąd  jeszcze  miewam  koszmarne  sny.  Mój  brat  zawsze  i 
wszędzie pierwszy, pupilek opiekunów, opalony, muskularny, 
na  luzie.  W  nocy  czytał  książkę,  a  gdy  tylko  znalazł  się  na 
pokładzie,  od  razu  wszystko  rozumiał.  Mój  brat,  który 
wyczyniał akrobacje i, wyjąc z radości, wyskakiwał nad fale. 
Mój brat, który robił wszystko na całego i niczego się nie bał. 

Te  wszystkie  dziewczyny,  które  przewracały  oczami, 

dziewczyny  o  małych  piersiach,  których  myśli  krążyły  już 
wokół zabawy ostatniego wieczoru. 

Te  wszystkie  dziewczyny,  które  jeszcze  w  autokarze 

wypisywały mu flamastrem na ramieniu swoje adresy, gdy on 
udawał,  że  śpi.  I  te,  które  płakały  w  obecności  swoich 
rodziców, widząc, jak się oddala w stronę naszego familijnego 
renault 4L. 

A ja... Ja cierpiałem na morską chorobę. 
Doskonale 

pamiętam 

Marie. 

Pewnego 

wieczoru 

opowiadała innym, jak zaskoczyła na plaży parę zakochanych 
w  trakcie  całowania  się  i  że  słyszała  dźwięk  pstrykającej 
gumki od kąpielowych majteczek dziewczyny. 

 -  Jaki  to  był  dźwięk?  -  zapytałem,  chcąc  ją  wprawić  w 

zakłopotanie. 

A ona, patrząc mi prosto w oczy, dwoma palcami chwyta 

majtki przez materiał swoich spodni, odciąga gumkę i puszcza 
ją. 

Klik. 
 -  O  tak  -  odpowiada,  wciąż  patrząc  mi  w  oczy.  Miałem 

jedenaście lat. 

Marie. 
Jak mogę jej nie pamiętać. Klik. 

background image

Wieczór się rozkręcał, a ja miałem coraz mniejszą ochotę 

na  powrót  do  wojska.  Im  rzadziej  patrzyłem  na  Marie,  tym 
bardziej chciałem jej dotykać. 

Popijałem za dużo. Matka rzuciła mi złe spojrzenie. 
Poszedłem  do  ogrodu  z  dwoma  czy  trzema  kumplami  z 

zawodówki.  Gadaliśmy  o  kasetach,  które  zamierzaliśmy 
wypożyczyć,  i  o  samochodach,  których  nigdy  nie  mogliśmy 
sobie  kupić.  Michael  zainstalował  superaparaturę  dźwiękową 
w swoim peugeocie 106. 

Prawie  dwa  tysiące  franków,  żeby  słuchać  muzyki 

techno... 

Usiadłem  na  metalowej  ławce.  Tej  samej,  którą  matka 

każe  co  roku  na  nowo  malować.  Powiada,  że  to  jej 
przypomina ogród Tuileries. 

Paliłem papierosa, patrząc na gwiazdy. Większości z nich 

nie znam. Więc ilekroć mam okazję, szukam ich. Znam cztery. 

Jeszcze  jedna  z  tych  rzeczy  z  książki  z  Glenans,  których 

nie zapamiętałem. 

Widziałem  z  daleka,  jak  się  zbliża.  Uśmiechała  się  do 

mnie. Podziwiałem jej zęby i kształt kolczyków w uszach. 

Usiadła obok i powiedziała: 
 - Mogę? 
Z  trudem  odpowiedziałem,  bo  znowu  coś  było  nie  tak  z 

moim brzuchem. 

 - To prawda, że mnie nie pamiętasz? 
 - Nie, nieprawda. 
 - A więc pamiętasz? 
 - Tak. 
 - A co pamiętasz? 
 -  Pamiętam,  że  miałaś  dziesięć  lat  i  sto  dwadzieścia 

dziewięć  centymetrów  wzrostu,  ważyłaś  dwadzieścia  sześć 
kilo,  że  zachorowałaś  na  świnkę  i  że  trzeba  było  wzywać 
lekarza. Pamiętam, że mieszkałaś w Choisy - le - Roi i że w 

background image

tamtym czasie musiałbym zapłacić czterdzieści dwa franki za 
pociąg,  żeby  cię  zobaczyć.  Pamiętam,  że  twoja  matka 
nazywała  się  Catherine,  a  twój  ojciec  Jacques.  Pamiętam,  że 
miałaś  żółwia  wodnego,  który  nazywał  się  Candy,  a  twoja 
najlepsza  koleżanka  świnkę  morską  o  imieniu  Anthony. 
Pamiętam, że wkładałaś zielony opalacz w białe gwiazdki i że 
matka  uszyła  ci  szlafroczek,  na  którym  wyhaftowała  twoje 
imię.  Pamiętam,  że  pewnego  ranka  płakałaś,  ponieważ  nie 
dostałaś  listów.  Pamiętam,  że  na  imprezę  pożegnalną 
przykleiłaś  sobie  na  policzki  pajetki  i  że  razem  z  Rebeką 
urządziłyście przedstawienie do muzyki Grease... 

 - No, no, ale ty masz pamięć! Niewiarygodną!!! Kiedy się 

śmieje, jest jeszcze piękniejsza. Przechyla się do tyłu. Pociera 
rękami ramiona, żeby je rozgrzać. 

 - Masz - mówię i zdejmuję swój gruby sweter. 
 - Dziękuję... a ty? Nie zmarzniesz? 
 - Mną się nie przejmuj. 
Przygląda  mi  się  innym  wzrokiem.  Każda  dziewczyna 

zrozumiałaby to, co ona zrozumiała w tej chwili. 

 - Co jeszcze pamiętasz? 
 -  Pamiętam,  że  pewnego  wieczoru  powiedziałaś  przed 

namiotem Optymistów, że mój brat jest pozerem... 

 -  Tak,  to  prawda,  że  tak  powiedziałam,  na  co  ty 

odpowiedziałeś, że tak nie jest. 

 -  Ponieważ tak nie  jest.  Marc  robi  wiele  różnych  rzeczy, 

jakby go to nic nie kosztowało, ale nie jest pozerem. Robi je, i 
już. 

 - Zawsze go broniłeś. 
 -  W  końcu  to  mój  brat.  Poza  tym  chyba  ty  też  nie 

znajdujesz już w nim teraz tylu wad, nie? 

Wstała i zapytała, czy może zatrzymać mój sweter. 
Ja też się do niej uśmiechnąłem. Pomimo że przeżywałem 

katusze, nigdy jeszcze nie byłem taki szczęśliwy. 

background image

Jeszcze się uśmiechałem głupawo, kiedy podeszła  matka. 

Oznajmiła,  że  idzie  spać  do  mojej  babki,  że  dziewczęta 
powinny spać na parterze, a chłopcy na piętrze... 

 - Ależ, mamo, nie jesteśmy już dziećmi, to dobre dla... 
 -  A  przed  zamknięciem  domu  nie  zapomnij  sprawdzić, 

czy psy są w środku, a także... 

 - Ale, mamo... 
 - Mam prawo się niepokoić, pijecie wszyscy jak idioci, a 

ty, ty wyglądasz, jakbyś był kompletnie pijany... 

 -  W  takim  przypadku  nie  mówi  się  pijany,  mamo,  mówi 

się „popłynął". No więc popłynąłem... 

Oddalając się, wzruszyła ramionami. 
 - Przynajmniej włóż coś na grzbiet, bo przeziębisz się na 

śmierć. 

Wypaliłem dodatkowe trzy papierosy, dając sobie czas na 

zastanowienie, po czym poszedłem szukać Marca. 

 - Hej... 
 - Co? 
 - Marie... 
 - Co? 
 - Zostaw mi ją. 
 - Nie. 
 - Rozkwaszę ci pysk. 
 - Nie. 
 - Dlaczego? 
 - Bo za dużo wypiłeś, a ja muszę mieć w poniedziałek w 

pracy gębę niewiniątka. 

 - Dlaczego? 
 -  Ponieważ  wygłaszam  referat  na  temat  zachowania  się 

cieczy na powierzchni ciała stałego. 

 - Ach, tak? 
 - Taak. 
 - Szkoda. 

background image

 - Nie przejmuj się. 
 - A co do Marie? 
 - Marie? Jest dla mnie. 
 - Jeszcze zobaczymy. 
 - Co ty możesz wiedzieć? 
 - A jak!... Mówi mi to szósty zmysł żołnierza, który służy 

w artylerii. 

 - Akurat. 
 - Posłuchaj, jestem tu unieruchomiony, niczego sobie nie 

załatwię.  Wiem,  wiem,  że  jestem  durniem.  Znajdźmy 
przynajmniej jakieś rozwiązanie na ten wieczór, okay? 

 - Zastanawiam się... 
 -  Pospiesz  się,  bo  jeszcze  trochę,  a  będę  całkiem  do 

niczego. 

 - W minifutbol... 
 - Co? 
 - Zagramy o nią w minifutbol. 
 - To niezbyt eleganckie. 
 -  To  zostanie  między  nami,  ty  mój  pseudodżentelmenie, 

który podrywa cudze panienki. 

 - Niech będzie. Ale kiedy? 
 - Teraz. W piwnicy. 
 - Teraz?! 
 - Yes, sir. 
 - Zaraz tam będę, tylko zrobię sobie kawy. 
 - Mnie też, jeśli łaska... 
 - Nie ma sprawy. Mogę w nią nawet nasiusiać. 
 - Koszarowy idiota. 
 - Idź potrenuj i pożegnaj się z nią. 
 - Spadaj. 
 - To nic strasznego, idź, a ja już ją pocieszę. 
 - Nie licz na to. 

background image

Wypiliśmy  dymiącą  kawę  nad  zlewem.  Marc  zszedł 

pierwszy.  W  tym  czasie  zanurzyłem  ręce  w  torbie  z  mąką. 
Pomyślałem  o  matce  i  o  tym,  jak  nam  robiła  panierowane 
eskalopy! 

Teraz,  jak  na  złość,  zachciało  mi  się  sikać.  Z  takimi 

rękami? Znam bardziej praktyczne sposoby... 

Przed  zejściem  na  dół  odszukałem  ją  wzrokiem,  żeby 

dodać  sobie  sił,  ponieważ  o  ile  w  grze  we  flipera  jestem 
marny,  o  tyle  minifutbol  jest  raczej  specjalnością  mojego 
brata. 

Grałem jak noga. Z mąki, która miała zapobiec poceniu się 

rąk, porobiły mi się na końcach palców białe kuleczki. 

A  do  tego  Marie  i  inni  zeszli  do  nas,  kiedy  mieliśmy  po 

sześć punktów, i od tej chwili wypuściłem grę. Czułem, jak się 
rusza  za  moimi  plecami,  a  moje  dłonie  ślizgały  się  na 
dźwigienkach.  Czułem  jej  zapach  i  zapomniałem,  że  muszę 
atakować. Słyszałem dźwięk jej głosu i przegrywałem gol po 
golu. 

Kiedy  mój  brat  zdobył  dziesięć  punktów,  mogłem 

wreszcie wytrzeć ręce o uda. Moje dżinsy były całe białe. 

Marc popatrzył na mnie wzrokiem współczującego drania. 
Udane urodziny - pomyślałem. 
Dziewczęta  powiedziały,  że  chcą  spać,  i  zażądały,  by 

wskazać  im  pokój.  Powiedziałem,  że  prześpię  się  na  kanapie 
w salonie, aby spokojnie dopić resztki z butelek i żeby już nikt 
nie zawracał mi głowy. 

Marie  spojrzała  na  mnie.  Pomyślałem,  że  gdyby  w  tej 

chwili miała metr dwadzieścia dziewięć i ważyła dwadzieścia 
sześć kilo, mógłbym ją sobie włożyć pod bluzę i wszędzie ją 
nosić z sobą. 

A potem w domu zrobiło się cicho. Gasły jedno po drugim 

światła i tylko od czasu do czasu tu i ówdzie ktoś chichotał. 

background image

Wyobraziłem  sobie,  że  Marc  z  kumplami  robią  z  siebie 

durni i skrobią do drzwi dziewczyn. 

Gwizdnąłem  na  psy  i  przekręciłem  klucz  we  frontowych 

drzwiach. 

Nie mogłem zasnąć. Nic dziwnego. 
Paliłem  w  ciemności  papierosa.  W  pokoju  widać  było 

jedynie czerwony punkt, który poruszał się od czasu do czasu. 
A  potem  usłyszałem  dźwięk.  Jakby  ktoś  miął  papier. 
Pomyślałem najpierw, że to któryś z psów. Zawołałem: 

 - Bozo?... Micmac?... 
Żadnej  odpowiedzi,  a  dźwięk  się  nasila  i  jeszcze  słychać 

skrzyp. Skrzyp, jakby ktoś odklejał przylepiec. 

Podniosłem się i wyciągnąłem rękę, żeby zapalić światło. 
To  chyba  sen!  Pośrodku  pokoju  stoi  naga  Marie  i 

przykrywa ciało papierami po prezentach. Niebieski papier na 
lewej  piersi,  srebrny  na  prawej,  a  ramiona  okręcone 
kolorowym sznurkiem. Mocny, pakowy papier, w który moja 
mama zawinęła kask, służy jej za opaskę. 

Półnaga, kroczy wśród opakowań, pełnych popielniczek i 

brudnych kieliszków. 

 - Co robisz? 
 - To, co widzisz. 
 - No nie... nie, naprawdę... 
 -  Czy  jeszcze  niedawno,  zaraz  po  przyjeździe,  nie 

mówiłeś, że chcesz dostać prezent? 

Wciąż  się  uśmiechała  i  zawiązywała  czerwony  sznurek 

wokół talii. Podniosłem się błyskawicznie. 

 - Hej, nie pakuj się w to - powiedziałem. 
Mówiąc  „nie  pakuj  się",  zastanawiałem  się  jednocześnie, 

czy  chciałem  powiedzieć:  nie  zakrywaj  ciała,  zostaw  je  dla 
mnie, proszę. 

Czy  też  mówiąc:  „Nie  pakuj  się",  chciałem  powiedzieć: 

„Nie  spiesz  się",  ja  nie  tylko  cierpię  na  morską  chorobę,  ale 

background image

ponadto  jutro  wracam  do  Nancy  jako  zwykły  szeregowiec, 
więc sama rozumiesz... 

background image

Wydarzenie dnia 

background image

Byłoby lepiej, gdybym poszedł spać, ale nie mogę. 
Drżą mi ręce. 
Uważam,  że  powinienem  napisać  coś  w  rodzaju 

sprawozdania. 

Mam  w  tym  wprawę.  Sporządzam  jedno  co  tydzień,  w 

piątki po południu, dla Guillemina, mojego szefa. 

To tutaj będzie dla mnie. 
Rozumuję  następująco:  „Jeśli  opowiesz  wszystko  ze 

szczegółami, jeżeli się do tego przyłożysz, to na koniec, gdy to 
przeczytasz,  może  przez  chwilę  uwierzysz,  że  w  tej  całej 
historii  nie  ty  jesteś  największym  bałwanem,  ale  jakiś  inny 
facet,  może  nawet  będziesz  go  mógł  obiektywnie  osądzić. 
Może". 

Więc  jestem  tutaj.  Siedzę  przed  moim  małym  laptopem, 

którym  zwykle  posługuję  się  w  pracy,  z  dołu  dochodzą 
odgłosy maszyny do zmywania naczyń. 

Żona  i  dzieciaki  od  dawna  są  w  łóżkach.  Wiem,  że 

dzieciaki  śpią,  żona  z  pewnością  nie.  Pilnuje  mnie.  Próbuje 
poznać prawdę. Sądzę, że się boi, ponieważ już wie, że mnie 
straciła.  Kobiety  wyczuwają  takie  rzeczy.  A  przecież  nie 
położę się przy niej i nie zasnę, i ona o tym dobrze wie. Teraz 
muszę  opisać  to  wszystko,  dla  tych  paru  chwil,  które  mogą 
stać się takie ważne, jeśli to zrobię. 

Zacznę od początku. 
Zostałem  zatrudniony  u  Paula  Pridaulta  pierwszego 

września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. 
Wcześniej pracowałem dla konkurencji, ale nagromadziło się 
zbyt wiele irytujących spraw - na przykład rachunki płacone z 
sześciomiesięcznym  opóźnieniem  -  więc  podjąłem  szaloną 
decyzję i rzuciłem to wszystko. 

Byłem bezrobotny prawie przez rok. 

background image

Wszyscy wkoło uważali, że mi odbije od tego kręcenia się 

po  domu  i  czekania  na  telefon  z  urzędu  pośrednictwa  pracy, 
gdzie się zgłosiłem. 

Tymczasem  to  był  okres,  który  będę  zawsze  dobrze 

wspominać.  Wreszcie  mogłem  wykończyć  dom.  Zrobić  to, 
czego  od  tak  dawna  domagała  się  Florence:  zamocowałem 
wszystkie  karnisze  do  zasłon,  wygospodarowałem  klitkę  i 
zainstalowałem prysznic, wypożyczyłem ciągnik jednoosiowy 
i przeorałem cały ogród pod nowy, piękny gazon. 

Odbierałem  Lucasa  od  opiekunki,  potem  razem 

odbieraliśmy  jego  starszą  siostrę  ze  szkoły.  Szykowałem  im 
solidne  podwieczorki  z  gorącą  czekoladą.  Nie  żadne  tam 
nesquik,  ale  prawdziwe  kakao,  od  którego  robiły  się  im 
fantastyczne  wąsy.  Później,  zanim  je  zlizały,  przyglądaliśmy 
się im w łazience. 

W  czerwcu,  kiedy  zdałem  sobie  sprawę,  że  mały  już  nie 

pójdzie  do  pani  Ledoux,  ponieważ  jest  w  wieku 
przedszkolnym,  zacząłem  poważnie  rozglądać  się  za  pracą. 
Znalazłem ją w sierpniu. 

W  firmie  Paula  Pridaulta  jestem  przedstawicielem 

handlowym  na  cały  zachodni  region  Francji.  Jest  to  wielkie 
przedsiębiorstwo  specjalizujące  się  w  wyrobach  mięsnych. 
Coś jak masarnia, jeśli ktoś woli, tylko na skalę przemysłową. 

Szczytem  geniuszu  ojczulka  Pridaulta  jest  jego  szynka 

owinięta w ściereczkę w czerwono - białą kratkę. Oczywiście, 
szynka  jest  produkowana  w  fabryce,  a  świnie  hodowane 
metodą  przemysłową,  nie  mówiąc  o  sławnej  wiejskiej 
ściereczce  made  in  China,  ale  co  szkodzi,  skoro  jest  znana,  i 
teraz - dowodzą tego wszystkie badania rynku - jeśli zapytacie 
jakąś gospodynię domową pchającą swój wózek z zakupami, z 
czym jej się kojarzy Paul Pridault, natychmiast odpowie, że „z 
szynką  w  ściereczce",  a  gdybyście  ją  bardziej  przycisnęli, 
usłyszelibyście,  że  szynka  w  ściereczce  jest  zdecydowanie 

background image

najlepsza  ze  wszystkich  z  powodu  swojego  autentycznego 
smaczku. 

Moje ukłony dla mistrza. 
Rocznie osiągamy trzydzieści pięć milionów netto. 
Ponad  połowę  tygodnia  spędzam  za  kierownicą 

służbowego samochodu. Czarny peugeot 306 z łbem figlarnej 
świni po obu stronach karoserii. 

Ludzie  nie  mają  zielonego  pojęcia,  jak  żyją  faceci  na 

drogach,  kierowcy  dalekobieżnych  autokarów  i  ciężarówek  i 
wszyscy przedstawiciele handlowi. 

To  tak  jakby  na  autostradzie  istniały  dwa  światy:  tych, 

którzy wybrali się na przejażdżkę, i nas, którzy pracujemy. 

Na  całość  składa  się  wiele  spraw.  Przede  wszystkim 

istnieje związek człowieka z jego pojazdem. 

Począwszy od clio 1L2 po olbrzymie naczepy niemieckie - 

kiedy się wsiada, jest się u siebie. Tu jest nasz smrodek, nasz 
bałagan,  nasze  siedzenie,  które  przybrało  kształt  naszego 
tyłka, i niech nikt nie stroi sobie na ten temat żartów. Że nie 
wspomnę  o  CB  -  radiu  -  tym  królestwie  tajemnym  i 
bezkresnym, z całym systemem kodowym, zrozumiałym tylko 
dla  nielicznych.  Za  często  go  nie  używam,  a  od  czasu  do 
czasu, kiedy się przegrzeje, całkiem je wyciszam. 

Do  tego  dochodzi  to  wszystko,  co  wiąże  się  z  żarciem. 

Oberże pod Białym Rumakiem, przydrożne restauracje, różne 
okolicznościowe  promocje.  Specjalności  dnia,  dzbanuszki 
wina, papierowe obrusy. I te wszystkie twarze, które się mija, 
a których więcej się nie zobaczy... 

No  i  tyłeczki  kelnerek,  które  są  skatalogowane, 

oszacowane  i  wyeksponowane  lepiej  niż  przewodnik 
Michelina. (Nazywają to przewodnikiem Michaliny). 

Do  tego  zmęczenie,  długie  trasy,  samotność,  nachodzące 

myśli. Zawsze te same, obracające się w próżni. 

Stopniowo pojawia się brzuch, a także prostytutki. 

background image

Cały wielki świat, który tworzy barierę nie do pokonania 

między tymi, którzy są w drodze, a tymi, którzy nie są. 

Z grubsza moja praca polega na objeżdżaniu terenu. 
Kontaktuję  się  z  szefami  zaopatrzenia  średnich  i  dużych 

marketów. 

Wspólnie 

określamy 

strategie 

reklamy, 

perspektywy sprzedaży, organizujemy spotkania informacyjne 
o naszych produktach. 

Dla  mnie  to  trochę  tak,  jakbym  przechadzał  się  z  piękną 

dziewczyną,  zachwalając  jej  wdzięki  i  wszystkie  zalety. 
Jakbym szukał dla niej dobrej partii. 

Ale nie wystarczy oddać jej w dobre ręce, jeszcze trzeba o 

nią  zadbać,  więc  kiedy  mam  czas,  sprawdzam,  czy  moje 
sprzedawczynie  wykładają  towar  z  przodu,  czy  nie  próbują 
sprzedawać niemarkowego towaru, czy ściereczka jest dobrze 
złożona, jak w telewizji, czy kiełbaski wieprzowe pływają we 
własnym  sosie,  czy  pasztety  znajdują  się  w  prawdziwych 
kamionkach na starą modłę, czy kiełbasy wiszą tak, jakby się 
właśnie suszyły, i czy, czy... 

Nikt  nie  zwraca  uwagi  na  takie  drobiazgi,  a  przecież  to 

właśnie  one  wyróżniają  produkty  Paula  Pridaulta  spośród 
innych. 

Wiem, że rozgadałem się na temat mojej pracy i że to nie 

ma nic wspólnego z tym, co zamierzam napisać. 

Tak  się  składa,  że  to  wieprzowina,  ale  równie  dobrze 

mógłbym  sprzedawać  szminkę  do  ust  czy  sznurowadła  do 
butów. Najbardziej w tym wszystkim lubię kontakty, fachowe 
rozmowy i poznawanie kraju. Byle tylko nie dać się zamknąć 
w biurze i nie mieć szefa na karku przez cały boży dzień. Już 
kiedy o tym mówię, przechodzą mnie ciarki. 

W poniedziałek dwudziestego dziewiątego września tysiąc 

dziewięćset  dziewięćdziesiątego  siódmego  roku  wstałem  za 
kwadrans  szósta  rano.  Nie  robiąc  hałasu,  żeby  żona  nie 
zrzędziła,  pozbierałem  swoje  rzeczy.  Następnie  niemal  w 

background image

biegu wziąłem prysznic, ponieważ wiedziałem, że mam pusty 
bak, a chciałem też skorzystać z okazji i sprawdzić ciśnienie w 
oponach. 

Na  stacji  benzynowej  Shella  wypiłem  kawę.  Nienawidzę 

tego.  Smród  silników  diesla  zmieszany  z  zapachem  kawy  z 
cukrem przyprawia mnie zawsze o lekkie mdłości. 

Pierwsze spotkanie miałem o wpół do dziewiątej w Pont - 

Audemer.  Pomagałem  magazynierom  Carrefouru  urządzić 
nową  gablotę  dla  naszych  paczkowanych  specjałów.  To 
nowość,  którą  właśnie  wypuściliśmy  z  udziałem  sławnego 
szefa  kuchni.  (Trzeba  widzieć  marże,  jakie  bierze  za 
pokazywanie  swojej  gęby  w  czapce  kucharskiej  na 
opakowaniu, ale w końcu...). 

Drugie spotkanie, w strefie przemysłowej Bourg - Achard, 

przewidziano na godzinę dziesiątą. 

Było  już  późno  i  musiałem  się  spieszyć,  zwłaszcza  że 

autostrada tonęła we mgle. 

Wyłączyłem  radio,  ponieważ  musiałem  sobie  to  i  owo 

przemyśleć. 

Czekała  mnie  trudna  rozmowa,  wiedziałem,  że  mamy  do 

pokonania poważnego konkurenta, i to było dla mnie wielkie 
wyzwanie.  Na  domiar  wszystkiego  niewiele  brakowało, 
żebym utknął na drodze wyjazdowej z miasta. 

O trzynastej zadzwoniła zdenerwowana żona: 
 - To ty, Jean - Pierre? 
 - A niby kto? 
 - Dobry Boże!... Wszystko w porządku? 
 - Dlaczego pytasz? 
 - Z powodu tego wypadku! Od dwóch godzin próbuję się 

dodzwonić  na  twoją  komórkę,  ale  w  kółko  powtarzają,  że 
wszystkie linie są przeciążone! Sterczę tak od dwóch godzin i 
umieram  ze  zdenerwowania!  Już  co  najmniej  dziesięć  razy 

background image

dzwoniłam  do  twojego  biura!  Do  jasnej  cholery!  Mogłeś 
jednak do mnie zadzwonić zamiast mnie wkurzać... 

 -  Chwileczkę,  o  czym  ty  właściwie  mówisz...  o  czym 

mówisz? 

 - O wypadku, który wydarzył się dzisiaj rano na trasie A - 

trzynaście. Nie miałeś nią jechać? 

 - Ale jaki wypadek? 
 - Ja chyba śnię! Przecież to TY bez końca słuchasz France 

Info!  O  niczym  innym  nie  mówią.  Nawet  w  telewizji.  O 
straszliwym wypadku, do którego doszło dziś rano w pobliżu 
Rouen. 

 -  Dobra,  wyłączam  się,  mam  masę  roboty...  Od  rana  nic 

nie  zrobiłam,  już  myślałam,  że  zostałam  wdową.  Widziałam 
już  siebie,  jak  wrzucam  garść  ziemi  do  dołu.  Dzwoniła  do 
mnie twoja matka, moja zresztą także... Co za ranek! 

 - No, przestań już! Przykro mi bardzo... ale to jeszcze nie 

tym razem! Musisz jeszcze trochę  zaczekać, żeby się  pozbyć 
mojej matki. 

 - Idiota. 
 - Hej, Flo... 
 - Co? 
 - Kocham cię. 
 - Nigdy mi tego nie mówisz. 
 - A to? Niby co teraz robię? 
 - No to już jedź... zobaczymy się wieczorem. Zadzwoń do 

matki, bo jeszcze gotowa wykorkować. 

O  dziewiętnastej  obejrzałem  wiadomości  regionalne. 

Horror. 

Osiem osób zabitych i sześćdziesiąt rannych. 
Samochody zgniecione jak puszki po piwie. 
Ile? 
Pięćdziesiąt? Sto? 

background image

Wielkie  lory  przechylone  i  doszczętnie  spalone. 

Dziesiątki,  dziesiątki  karetek  pogotowia.  Policjant,  który 
mówi o niezachowaniu ostrożności, o nadmiernej prędkości, o 
zapowiedzianej  poprzedniego  dnia  mgle  i  o  ciałach,  których 
jeszcze nie udało się zidentyfikować. Zagubieni, błąkający się 
ludzie. Ludzie milczący, ludzie tonący we łzach. 

O  dwudziestej  wysłuchałem  skrótu  wiadomości  TF  -  1. 

Tym  razem  dziewięć  śmiertelnych  ofiar.  Florence  krzyczy  z 
kuchni: 

 - Skończ już z tym! Skończ! Chodź tu do mnie. 
Stuknęliśmy  się  kieliszkami  w  kuchni.  Zrobiłem  to,  żeby 

jej  sprawić  przyjemność,  ponieważ  myślami  byłem  gdzie 
indziej. 

Dopiero teraz zacząłem się bać. Nie mogłem jeść. Byłem 

ogłuszony jak bokser o zwolnionym refleksie. 

Ponieważ nie mogłem zasnąć, żona przytuliła się do mnie, 

no i pokochaliśmy się trochę. 

O północy znowu byłem w salonie. Włączyłem telewizor 

bez głosu i szukałem wszędzie papierosa. 

O  wpół  do  pierwszej  puściłem  głos,  żeby  posłuchać 

ostatnich  wiadomości.  Nie  mogłem  oderwać  wzroku  od 
rozrzuconej  i  rozwleczonej  po  obu  stronach  autostrady  sterty 
blach. 

Co za bezmyślność! 
Mówiłem sobie: jednak ludzie są strasznie bezmyślni. 
A  potem  na  ekranie  pojawił  się  kierowca  jakiejś 

ciężarówki.  Miał  na  sobie  podkoszulek  z  napisem  Le 
Castellet. Nigdy nie zapomnę jego twarzy. 

Tego wieczoru, w moim salonie, ten facet powiedział: 
 -  Zgoda,  była  mgła,  a  ludzie  jechali  za  szybko,  ale  nie 

doszłoby  nigdy  do  takiej  marmolady,  gdyby  tamten  skurwiel 
nie  cofał  się  tyłem,  żeby  się  dostać  z  powrotem  do  drogi 
wyjazdowej  z  Bourg  -  Achard.  Oczywiście,  widziałem  to 

background image

wszystko  z  kabiny.  Obok  mnie  zwolniły  dwa  samochody,  a 
potem  usłyszałem,  jak  inne  wchodzą  w  siebie  jak  w  masło. 
Możecie mi wierzyć albo nie, ale we wstecznym lusterku nie 
było  nic  widać.  Nic.  Jedna  biel.  Mam  nadzieję,  że  nie 
zmrużysz oka, ty draniu. 

Tak powiedział. O mnie. 
O  mnie,  Jean  -  Pierre  Farecie,  gdy  siedziałem  goły  w 

salonie. 

To było wczoraj. 
Dzisiaj  kupiłem  wszystkie  gazety.  We  wtorkowym 

„Figaro"  z  trzydziestego  września  przeczytałem  na  stronie 
trzeciej: 

NIEPRZEPISOWY MANEWR? 
Nieprzepisowy 

manewr 

kierowcy, 

który 

najprawdopodobniej  cofał  się  tyłem  do  drogi  wyjazdowej  z 
Bourg  -  Achard  (Eure),  mógł  być  przyczyną  wypadku,  w 
wyniku  którego,  w  serii  karamboli  na  autostradzie  A  -  l3, 
zginęło  wczoraj  rano  dziewięć  osób.  Ten  błąd  mógł 
spowodować  pierwszy  karambol  na  trasie  do  Paryża  i  pożar 
cysterny  z  benzyną,  który  nastąpił  wskutek  zderzenia. 
Zaalarmowana widokiem płomieni... 

I na stronie trzeciej „Parisien": 
PRZERAŻAJĄCA  HIPOTEZA  O  NIEPRZEPISOWYM 

MANEWRZE 

Nieostrożność, a wręcz brak odpowiedzialności kierowcy, 

mogła  być  przyczyną  dramatu,  którego  tragicznym  żniwem 
jest ta nieopisana masa zgniecionej blachy. Spod niej wczoraj 
rano  na  autostradzie  A  -  13  wydobyto  co  najmniej  dziewięć 
ofiar.  Policja  uzyskała  bowiem  przerażające  zeznanie,  z 
którego  wynika,  że  jeden  z  samochodów  miał  się  wycofać 
tyłem, żeby wrócić do drogi wyjazdowej z Bourg - Achard, w 
odległości około dwudziestu kilometrów od Rouen. Wtedy to 
właśnie, chcąc ominąć ten samochód, inne... 

background image

I jakby jeszcze tego było za mało...: 
Dwie inne osoby, chcące przeciąć autostradę i pospieszyć 

z  pomocą  rannym,  zostały  zabite,  dosłownie  skoszone  przez 
inny samochód. W ciągu niecałych dwóch minut setki aut, trzy 
ciężarówki... 

(„Liberation", z tego samego dnia). 
To nawet nie było dwudziestu metrów, ledwie zahaczyłem 

o białe pasy. 

To  trwało  zaledwie  kilka  sekund.  Nawet  o  tym  nie 

pamiętałem. 

Mój Boże... 
Ja nie płaczę. 
Florence  przyszła  po  mnie  do  salonu  o  piątej  nad  ranem. 

Oczywiście wszystko jej opowiedziałem. 

Długo  siedziała  bez  ruchu,  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach. 

Odwróciła  się  w  prawo,  potem  w  lewo,  jakby  szukając 
powietrza, a potem powiedziała: 

 - Posłuchaj mnie uważnie. Nie powiesz ani słowa. Dobrze 

wiesz,  że  w  przeciwnym  razie  oskarżą  cię  o  nieumyślne 
zabójstwo i że pójdziesz do więzienia. 

 - Tak. 
 - No i co? I co? Czy to coś zmieni? Przywróci im życie? 

Rozpłakała się. 

 -  Tak  czy  inaczej  jestem  załatwiony.  Spieprzyłem  swoje 

życie. 

Nagle zaczęła krzyczeć: 
 - Może ty, ale nie dzieci! I dlatego nie powiesz ani słowa! 
Mnie krzyk nie przechodził przez gardło. 
 -  Dobrze,  porozmawiajmy  o  dzieciach.  Popatrz  na  tego 

tutaj. Dobrze mu się przyjrzyj. 

I  podałem  jej  gazetę  z  płaczącym  małym  chłopcem  na 

autostradzie A - 13. 

background image

Chłopcem,  który  się  odsuwa  od  zmienionego  nie  do 

poznania samochodu. 

Po  prostu  zdjęcie  w  gazecie.  W  rubryce  „Wydarzenia 

dnia". 

 - ... On jest w wieku Kamila. 
 -  Na  miłość  boską,  przestań!!!  -  wrzeszczy  moja  żona, 

chwytając  mnie  za  szyję...  -  Przestań,  do  jasnej  cholery! 
Zamilknij!  Zadam  ci  jedno  pytanie.  Tylko  jedno.  Co  komu 
przyjdzie  z  tego,  że  taki  facet  jak  ty  pójdzie  siedzieć?  No?! 
Powiedz! Czemu to posłuży? 

 - To ich pocieszy. 
Odchodzi roztrzęsiona. 
Słyszę, jak zamyka się w łazience. 
Tego ranka, przy niej, trzymałem wysoko głowę, ale teraz, 

wieczorem, w domu, w którym panuje taka cisza, gdzie tylko 
w oddali słychać maszynę do zmywania naczyń... 

Jestem zgubiony. 
Zejdę na dół, wypiję szklankę wody i zapalę papierosa w 

ogrodzie.  Potem  wrócę  na  górę  i  przeczytam  wszystko,  co 
napisałem,  jednym  tchem,  żeby  się  przekonać,  czy  to  mi 
pomoże. 

Ale nie sądzę. 

background image

Katgut

background image

Na  początku  na  nic  takiego  się  nie  zanosiło. 

Odpowiedziałam  na  ogłoszenie  zamieszczone  w  „Tygodniku 
Weterynaryjnym"  w  sprawie  dwumiesięcznego  zastępstwa  - 
na  sierpień  i  wrzesień.  A  potem  facet,  który  mnie  zatrudnił, 
zabił  się  na  szosie,  wracając  z  wakacji.  Na  szczęście  w 
samochodzie nikogo więcej nie było. 

I  zostałam.  Nawet  odkupiłam  interes.  To  dobra  klientela. 

Normandczycy płacą z trudem, ale płacą. 

Normandczycy  są  nieokrzesani,  kurczowo  trzymają  się 

utartych pojęć, skoro już raz, tam w górze, zostały ustalone... a 
kobieta  do  zwierząt  to  się  nie  godzi.  Może  je  karmić,  doić  i 
sprzątać łajno, to jest w porządku. Ale gdy chodzi o zastrzyki, 
porody,  zaparcia  i  ropne  zapalenia  macicy,  to  się  jeszcze 
okaże. 

I  okazało  się.  Po  paru  miesiącach  przymierzania  się 

zaczęli płacić za moją ciężką pracę. 

Oczywiście  rano  jakoś  to  idzie.  Przyjmuję  w  gabinecie. 

Przyprowadzają  mi  głównie  koty  i  psy.  Różne  przypadki: 
przynoszą  mi  je  na  zastrzyk,  bo  ojciec  sam  nie  może  się 
zdecydować,  a  z  kolei  inny  cierpi  za  bardzo,  przynoszą  je, 
żeby  leczyć,  ponieważ  ten  tutaj  dobrze  spisuje  się  na 
polowaniu albo, rzadziej, przynoszą je na szczepienie, a wtedy 
to już jest paryżanin. 

Problemy zaczynały się po południu. Wizyty. Stajnie. I to 

uporczywe  milczenie.  Niech  pokaże,  jak  pracuje,  wtedy 
porozmawiamy. Ile nieufności, a także, wyobrażam sobie, ile 
kpin  za  plecami.  Już  widzę,  jak  w  kawiarni  nabijają  się  z 
moich  praktyk  lekarskich  i  z  wysterylizowanych  rękawiczek. 
Ponadto nazywam się Golonka. Doktor Golonka. Muszą mieć 
naprawdę niezłą zabawę! 

Skończyło  się  na  tym,  że  cisnęłam  w  kąt  uniwersyteckie 

skrypty  wraz  z  całą  teorią  i  czekałam  w  milczeniu,  aż 

background image

właściciel  sypnie  garścią  informacji,  które  mi  pomogą  w 
ulżeniu zwierzęciu. 

A poza tym, co ważne i co sprawiło, że jeszcze tu jestem i 

żyję - kupiłam sobie hantle. 

Teraz,  gdybym  miała  radzić  (po  tym  wszystkim,  co  się 

stało,  nie  zdziwię  się,  gdy  mnie  będą  o  to  pytać)  komuś 
młodemu,  chcącemu  pracować  na  wsi,  powiedziałabym  mu: 
najważniejsze są mięśnie, dużo, dużo mięśni. Krowa waży od 
pięciuset  do  ośmiuset  kilo,  koń  od  sześciuset  do  jednej  tony. 
Więcej chyba nie muszę wyjaśniać. 

Wyobraźcie  sobie  krowę,  która  nie  może  urodzić. 

Oczywiście dzieje się to w nocy, jest bardzo zimno, szopa jest 
brudna i prawie nieoświetlona. 

No i co dalej? 
Krowa  cierpi,  chłop  jest  smętny  -  krowa  to  jego 

żywicielka.  Jeżeli  weterynarz  ma  go  kosztować  więcej  niż 
cena  mięsa,  które  ma  się  urodzić,  trzeba  się  zastanowić... 
Mówię więc: 

 - Cielak jest źle ułożony. Trzeba go odwrócić, wtedy sam 

wyjdzie. 

Obora  się  ożywia,  wyciągnięto  starszego  z  łóżka,  mała 

przyszła za nim. Wreszcie coś się dzieje. 

Wiążecie  zwierzę.  Krótko.  Żeby  nie  wierzgało. 

Rozbieracie  się  do  podkoszulka.  Naraz  robi  się  zimno. 
Odnajdujecie  kran  i  kawałkiem  mydła,  które  gdzieś  tam  się 
zawieruszyło,  myjecie  porządnie  ręce.  Nakładacie  rękawice, 
które  wam  sięgają  prawie  do  pach.  Lewą  rękę  opieracie  o 
potężny srom i zaczynacie. 

W  głębi  macicy  odnajdujecie  ważącego  sześćdziesiąt  lub 

siedemdziesiąt kilo cielaka i odwracacie go. Jedną ręką. 

To  trwa,  ale  musicie  to  zrobić.  Później,  popijając  w 

domowym ciepełku szklaneczkę calvadosa, żeby się odprężyć, 
błogosławicie hantle. 

background image

Kiedy  indziej  cielak  nie  może  przejść  i  trzeba  ciąć,  a  to 

kosztuje drogo. Facet przygląda wam się uważnie i dopiero na 
podstawie waszego spojrzenia podejmie decyzję. Jeżeli macie 
spojrzenie  ufne  i  jeżeli  wykonujecie  ruch  w  kierunku 
samochodu, jakbyście chcieli wyjąć sprzęt, powie: „Tak". 

Jeżeli wasze spojrzenie zwraca się ku innym zwierzętom, 

które są w pobliżu, i jeżeli wykonujecie ruch, jakbyście chcieli 
odejść, powie: „Nie". 

Może się jeszcze zdarzyć, że ciele jest już martwe i że nie 

można  uszkodzić  jałówki,  wtedy  kroi  się  je  na  kawałki  i 
wydobywa jeden po drugim, po kolei, wciąż w rękawicach. 

Potem wraca się do siebie, ale z ciężkim sercem. 
Minęły lata, a mnie jeszcze daleko do spłacenia pożyczki, 

ale wszystko idzie, jak należy. 

Po  śmierci  starego  Villemeuxa  odkupiłam  jego  fermę  i 

trochę ją urządziłam. 

Spotkałam  kogoś,  kto  potem  odszedł.  Chyba  z  powodu 

moich rąk, które są jak maczugi. 

Przygarnęłam dwa psy, pierwszy przyszedł do mnie sam i 

polubił dom, drugi poznał najgorsze, zanim go adoptowałam. 
Oczywiście  rządzi  ten  drugi.  W  okolicy  krążą  jeszcze  liczne 
koty.  Nigdy  ich  nie  widuję,  ale  miski  są  puste.  Lubię  mój 
ogród,  trochę  bez  składu  i  ładu,  ale  jest  w  nim  parę  starych 
krzaków  róż,  które  tu  były  przede  mną  i  które  niczego  ode 
mnie nie wymagały. Są bardzo piękne. 

W  ubiegłym  roku  kupiłam  ogrodowe  meble  z  tekowego 

drewna. Bardzo drogie, ale które, jak mi powiedziano, ładnie 
się zestarzeją. 

Gdy  nadarza  się  okazja,  wychodzę  z  Markiem  Pardinim, 

który  jest  wykładowcą  czegoś  tam  w  pobliskim  gimnazjum. 
Jedziemy  do  kina  albo  do  restauracji.  Odgrywa  przede  mną 
intelektualistę,  a  mnie  to  bawi,  ponieważ,  szczerze  mówiąc, 
okropnie  schłopiałam.  Pożycza  mi  książki  i  płyty 

background image

kompaktowe.  Kiedy  nadarza  się  okazja,  sypiam  z  nim.  Nie 
narzekam. 

Wczoraj  w  nocy  zadzwonili  od  Billebaude'ów  -  z  fermy 

przy  drodze  do  Tianville.  Facet  powiedział,  że  mają  kłopot  i 
że nie można z tym czekać, że liczy się każda chwila. 

Już  nie  powiem,  ile  mnie  to  kosztowało.  W  ubiegły 

weekend  miałam  dyżur  i  pracowałam  już  trzynaście  dni  bez 
przerwy.  Pogadałam  trochę  z  moimi  psami.  O  byle  czym, 
ważne, żeby usłyszały dźwięk mojego głosu, i zrobiłam sobie 
kawę czarną jak atrament. 

Już  kiedy  wyciągnęłam  kluczyk  ze  stacyjki,  wiedziałam, 

że  coś  jest  nie  tak.  Światła  w  domu  były  pogaszone,  a  w 
oborze panowała cisza. 

Narobiłam  piekielnego  rabanu,  waląc  w  pofalowaną 

blachę  drzwi,  żeby  obudzić,  kogo  trzeba,  ale  było  już  za 
późno. 

 - Tyłek mojej krowy ma się dobrze - powiedział do mnie 

facet - ale co z twoim? A czy ty w ogóle masz to, co trzeba? 
Mówią na wsi, że chyba masz jaja, że tak naprawdę nie jesteś 
kobietą,  tak  mówią.  Więc  im  powiedzieliśmy,  że  sami  się 
przekonamy. 

Kiedy to mówił, dwóch pozostałych ryczało ze śmiechu. 
Wpatrywałam  się  uporczywie  w  ich  obgryzione  do  krwi 

paznokcie.  Myliłby  się  ten,  kto  sądzi,  że  dałam  się  wziąć  na 
wiązce  słomy!  Nie,  byli  zbyt  pijani,  żeby  się  schylić  i  nie 
upaść.  W  zlewni  mleka  przy  oborze  przyparli  mnie  do 
lodowatej kadzi. Miała jakąś wygiętą rurę, która miażdżyła mi 
plecy.  Jacy  byli  żałośni,  kiedy  tak  nerwowo  szarpali  swoje 
rozporki. 

Wszystko było żałosne. 
Strasznie się ze mną obeszli. To może niewiele mówi, ale 

powtarzam  na  użytek  tych,  którzy  mogliby  mnie  źle 
zrozumieć: „Strasznie się ze mną obeszli". 

background image

Powracając  do  facetów  od  Billebaude'ów  -  po  wytrysku 

otrzeźwieli w jednej chwili. 

„O  co  chodzi,  doktorko,  czy  już  nie  można  się  zabawić? 

Tutaj  nieczęsto  się  zabawiamy,  poza  tym  trzeba  też  nas 
zrozumieć,  mój  szwagier,  ten  tutaj,  żegna  się  ze  swoim 
dziewictwem, no nie, Manu?" 

Manu już spał, a kumpel Manu znów dorwał się do butelki 

i żłopał. 

 - Oczywiście, oczywiście - powiedziałam facetom. Nawet 

trochę  z  nimi  pożartowałam,  do  tego  stopnia,  że 
zaproponowali mi flaszkę. To była słodka wódka na śliwkach. 

Alkohol  sprawił,  że  stali  się  nieszkodliwi,  a  jednak,  na 

wszelki  wypadek,  każdemu  z  nich  zaaplikowałam  dawkę 
ketaminy.  Wolałam,  żeby  nie  drgnęli.  Zatroszczyłam  się  o 
własny komfort. 

Włożyłam  sterylne  rękawiczki  i  wszystko  dokładnie 

zdezynfekowałam betadiną. 

Następnie  odciągnęłam  skórę  moszny.  Ostrzem  skalpela 

wykonałam  nieduże  nacięcie.  Wyjęłam  jądra.  Ucięłam. 
Podwiązałam najądrze i naczynie krwionośne katgutem numer 
trzy  i  pół.  Włożyłam  to  wszystko  z  powrotem  do  moszny  i 
zaszyłam. Bardzo czysta robota. 

Temu,  który  telefonował  i  był  najbardziej  brutalny, 

ponieważ był  na swoim terenie, przeszczepiłam jaja  powyżej 
jabłka Adama. 

Była  prawie  szósta,  kiedy  zajrzałam  do  mojej  sąsiadki. 

Pani Brudet, siedemdziesiąt dwa lata, już od dawna na nogach, 
wysuszona i cała pokręcona, ale nieustraszona i dzielna. 

 -  Jest  więcej  niż  pewne,  że  nie  będzie  mnie  przez  jakiś 

czas,  pani  Brudet,  potrzebuję  więc  kogoś,  kto  zaopiekuje  się 
moimi psami i kotami. 

 - To chyba nic poważnego? 
 - Nie wiem. 

background image

 -  Co  do  kotów,  proszę  bardzo,  choć  nie  uważam,  żeby 

trzeba  je  było  aż  tak  paść.  Mają  polować  na  myszy,  ot  co. 
Gorzej będzie z psami, bo są wielkie, ale jeśli nie na długo, to 
je wezmę do siebie. 

 - Zostawię pani czek na ich jedzenie. 
 -  Dobrze.  Proszę  go  położyć  za  telewizorem.  To  chyba 

nic poważnego? 

 - Pff... - mówię i uśmiecham się. 
Teraz  siedzę  przy  stole  w  mojej  kuchni.  Zaparzyłam 

świeżą kawę i palę papierosa. Czekam na wóz policyjny. Mam 
tylko nadzieję, że nie włączą syreny. 

background image

Junior

background image

Nazywa  się  Aleksander  Devermont.  Jest  różowiutkim 

blondasem. 

Wychowany  pod  kloszem.  Najdelikatniejsze  mydełko  i 

colgate  bifluor,  a  także  koszulki  w  paseczki  i  dołeczek  na 
brodzie. Milusi. Czyściutki. Prawdziwy prosiaczek. 

Wkrótce będzie miał dwadzieścia lat. To wiek zwątpienia, 

trudny wiek, gdy jeszcze wszystko wydaje się możliwe. Tyle 
prawdopodobieństw  i  tyle  złudzeń.  A  ile  jeszcze  razy  można 
oberwać po twarzy! 

Ale  nie  nasz  różowiutki  młodzieniec,  o  nie.  Życie  go 

jeszcze nie doświadczyło. Nikt go nie wytargał za uszy, żeby 
naprawdę poczuł ból. To dobry chłopiec. 

Jego mama zadziera nosa i rżnie wielką damę. 
 -  Halo,  tu  Elisabeth  Devermont  -  mówi,  oddzielając 

pierwszą  sylabę  nazwiska  (przecież  de  Vermont  brzmi 
szlachetniej).  Jakby  liczyła  na  to,  że  jeszcze  kogoś  oszuka. 
Tatata... Możesz sobie kupić jeszcze całą masę rzeczy, ale co 
to, to nie. 

Tego rodzaju  dumy nie  kupisz. Z  tym trzeba się urodzić. 

Co  nie  przeszkadza,  że  nosi  sygnet  z  wygrawerowanym 
herbem. 

Jaki  to  herb?  To  nawet  ciekawe.  Jakieś  dziwaczne 

połączenie  korony  i  kwiatów  lilii  na  tle  tarczy  herbowej. 
Spółka  Wędliniarsko  -  Cateringowa  wybrała  taki  sam  na 
nagłówek swojego firmowego papieru, ale o tym ona nie wie. 
Ha, ha. 

Jego  tata  przejął  rodzinny  interes.  Produkcja  mebli 

ogrodowych  malowanych  białą  żywiczną  farbą.  Meble 
Rofitex. 

Gwarancja, że nie zżółkną, niezależnie od klimatu, opiewa 

na dziesięć lat. 

Oczywiście  biała  żywiczna  farba  kojarzy  się  trochę  z 

typowym,  sztampowym  podmiejskim  kempingiem  albo 

background image

piknikiem. Szykowniejsze byłoby drewno tekowe - klasyczne 
ławki,  które  z  czasem  nabierają  pięknej  patyny  i  tu  i  ówdzie 
pokrywają  się  porostami  pod  stuletnim  dębem  posadzonym 
przez któregoś pradziada pośrodku posiadłości... Tak ma być, 
człowiek  jest  zobligowany  do  przejęcia  tego,  co  mu 
pozostawiono, no nie? 

A  propos  mebli,  przed  chwilą  trochę  przesadziłam, 

mówiąc, że życie jeszcze nie doświadczyło juniora. Tak, tak. 
Pewnego  dnia,  akurat  gdy  tańczył  z  młodą  dziewczyną  z 
dobrego  domu,  rasową  jak  prawdziwy  angielski  seter, 
otrzymał swoją porcję emocji. 

Działo  się  to  podczas  jednego  z  tych  mniej  hucznych 

rautów  towarzyskich,  które  mamy  organizują  za  duże 
pieniądze dla swoich pociech, chcąc je ustrzec przed ryzykiem 
wylądowania  na  łonie  jakiejś  Leili  czy  Hannah  albo  innej 
pierwszej  z  brzegu  dziewczyny  przesiąkniętej  zapachem 
ubogiej arabskiej kuchni. 

No więc był tam, z przegiętą szyją i ze spoconymi rękami. 

Tańczył  z  tą  dziewczyną  i  pilnował  się,  żeby  jej  nie  trącać 
rozporkiem. Próbował kołysać się w biodrach, wybijając takt 
podkutymi butami. Rozumiesz, facet na luzie. Żółtodziób. 

I wtedy ta lalunia zapytała go: 
 -  Co  robi  twój  ojciec?  (Pytanie,  które  dziewczęta  zadają 

na tego rodzaju imprezach). 

Odpowiedział  jej,  udając  roztargnienie,  wywijając  nią 

dookoła: 

 - Jest naczelnym prezesem Rofitexu, nie wiem, czy znasz 

tę firmę... Zatrudnia dwustu pracow... 

Nie zdążył skończyć, kiedy mu przerwała. Nagle przestała 

tańczyć i otworzyła szeroko te swoje oczy setera: 

 -  Zaczekaj...  mówisz  Rofitex?...  Chodzi  o...  o... 

prezerwatywy Rofitex?!! 

No nie, coś podobnego! 

background image

 -  Nie,  o  ogrodowe  meble  -  odpowiedział,  ale  naprawdę 

wszystkiego  by  się  spodziewał,  tylko  nie  tego.  No  nie, 
naprawdę,  co  za  durna  dziewczyna.  Beznadziejnie  durna.  Na 
szczęście  kawałek  się  skończył  i  można  było  udać  się  do 
bufetu,  żeby  wypić  trochę  szampana  i  spłukać  nim  ten 
niesmak. No nie, naprawdę! 

Jak się później okazało, dziewczyna nie należała nawet do 

kręgu, tylko jakoś się wcisnęła. 

Dwadzieścia lat. Mój Boże. 

Mały  Devermont  dwukrotnie  podchodził  do  matury,  ale 

egzamin na prawo jazdy zdał za pierwszym razem. 

Nie tak jak jego brat, który powtarzał trzykrotnie. 
W  czasie  kolacji  wszyscy  są  w  świetnych  humorach. 

Sprawa  ważyła  się  do  ostatniej  chwili,  jako  że  tutejszy 
inspektor  to  kompletny  kretyn.  Do  tego  pijaczek.  Jesteśmy 
bowiem na wsi. 

Aleksander,  podobnie  jak  jego  brat  i  kuzyni  przed  nim, 

zrobił  prawo  jazdy  podczas  szkolnych  wakacji  w  posiadłości 
swojej  babki,  ponieważ  na  prowincji  ceny  są  niższe  niż  w 
Paryżu. Różnica wynosiła prawie tysiąc franków. 

Najważniejsze,  że  pijaczek  był  prawie  trzeźwy  i 

nagryzmolił mu, co trzeba, nie wdając się w szczegóły. 

Aleksander  będzie  mógł  korzystać  z  golfa  swojej  matki, 

pod  warunkiem,  że  nie  będzie  go  potrzebowała,  w 
przeciwnym razie weźmie starego peugeota 104, który stoi w 
szopie. Podobnie jak inne. 

Jest  jeszcze  w  dobrym  stanie,  ale  czuć  od  niego  kurzymi 

odchodami. 


Jest  koniec  wakacji.  Niedługo  trzeba  będzie  wrócić  do 

dużego  apartamentu  przy  alei  Mozarta  i  zacząć  naukę  w 
prywatnej Szkole Handlowej przy alei de Saxe. Uczelni, której 

background image

dyplom nie jest jeszcze uznawany przez państwo, ale która ma 
skomplikowaną  nazwę,  z  każdą  liczbą  inicjałów:  ISERP  czy 
IRPS albo IPMT, albo jeszcze coś w tym rodzaju. (Instytut - 
pocałuj - mnie - w - tyłek). 

Nasz różowiutki prosiaczek wyraźnie się zmienił podczas 

tych letnich miesięcy. Zszedł na złą drogę i nawet zaczął palić. 

Marlboro light. 
To  z  powodu  nowych  znajomości:  ma  bzika  na  punkcie 

syna  bogatego  farmera  tego  regionu  -  Francka  Mingeauta. 
Gdzie  mu  do  niego!  Gość  jest  nadziany,  pewny  siebie, 
wyzywający, efekciarsko ubrany, zwracający na siebie uwagę 
i  hałaśliwy.  Mówi  „dzień  dobry"  babce  Aleksandra  i 
jednocześnie łakomie zerka na jego kuzyneczki. Fiu, fiu... 

Franck  Mingeaut  cieszył  się,  że  poznał  juniora.  Dzięki 

niemu zyskał okazję wejścia w świat, poznawania eleganckich 
ludzi,  bywania  na  uroczystościach,  gdzie  dziewczęta  są 
szczupłe i śliczne, gdzie zamiast szampana na użytek domowy 
podawany jest  valstar.  Instynkt  mu  podpowiadał,  że tą  drogą 
może się nieźle urządzić. Ustronne miejsca na tyłach kawiarni, 
lekkie, bezpretensjonalne panienki, bilard i wystawy rolnicze - 
ujdzie na jakiś czas. A gdy chodzi o przyjęcie u córki Kogoś 
Tam w zamku Jakimś Tam, można powiedzieć, że energia nie 
poszła na marne. 

Junior  Devermont  cieszył  się  ze  znajomości  ze  swoim 

nowobogackim.  Dzięki  niemu  z  poślizgiem  zajeżdżał 
sportowym  kabrioletem  na  wyżwirowane  podwórza,  ciskał 
gaz  do  dechy  na  lokalnych  drogach  Touraine,  pogardliwym 
gestem  pokazywał  prostakom,  żeby  zaparkowali  swoje 
renówki,  i  wkurzał  swojego  ojca.  Rozpiąwszy  dodatkowy 
guzik w koszulce z krótkimi rękawami, zaczął nosić  medalik 
od  chrztu  na  sposób  małego  twardziela,  który  jeszcze  nie 
stracił wrażliwości. Dziewczęta to uwielbiały. 

background image

Tego  wieczoru  miała  się  odbyć  najważniejsza  impreza 

lata.  Hrabia  i  hrabina  de  La  Rochepoucaut  wydawali  bal  na 
cześć  najmłodszej  córki  Eleonory.  Przybyć  miała  cała 
śmietanka. Od Mayenne po najdalszy zakątek du Berry. Same 
świetności.  Młode  spadkobierczynie,  jeszcze  dziewice,  w 
wielkiej obfitości. 

I  duże  pieniądze.  Nie  jakieś  tam  odpryski  pieniędzy,  ale 

cała  ich  masa.  Wręcz  czuło  się  ich  zapach.  Dekolty, 
olśniewająco  białe  cery,  kolie  z  pereł,  ultralekkie  papierosy i 
nerwowy śmiech. Dla Francka fasoniarza i Aleksandra - jego 
pojętnego ucznia - to wielki wieczór. 

Nie ma mowy, żeby przepuścić taką okazję. 
Dla  tych  typów  bogaty  farmer  na  zawsze  pozostanie 

wieśniakiem, a przemysłowiec dostawcą. Dodatkowy powód, 
żeby  spijać  ich  szampana  i  przelecieć  ich  córki  w  krzakach. 
Nie  wszystkie  pannice  są dzikie. Pochodzą w linii prostej od 
Godfryda  z  Bouillon  (Organizator  i  uczestnik  pierwszej 
wyprawy krzyżowej (przyp. tłum.).) i nie mają nic przeciwko 
temu, by nieco dalej posunąć ostatnią krucjatę. 

Franck  nie  ma  zaproszenia,  ale  Aleksander  zna 

wpuszczającego  lokaja,  więc  nie  ma  problemu,  wsuwasz  mu 
stówkę,  a  on  przymyka  oczy,  a  nawet,  jeśli  ci  tylko  na  tym 
zależy,  może  gromkim  głosem  wywołać  twoje  nazwisko,  tak 
jak to robią w salonach automobilklubu. 

Bardzo  ważny  jest  samochód.  Dzięki  samochodowi 

dogadasz  się  z  tymi,  które  nie  są  wielkimi  zwolenniczkami 
kłujących krzaków. 

Ślicznotka,  która  nie  zamierza  zbyt  wcześnie  wracać, 

odprawia swojego tatusia i musi sobie znaleźć kawalera, który 
ją  odwiezie.  W  okolicy,  gdzie  ludzie  mieszkają  dziesiątki 
kilometrów od siebie, brak samochodu oznacza, że albo jesteś 
zrujnowanym facetem, albo prawiczkiem. 

background image

Tymczasem  sytuacja  staje  się  krytyczna.  Franck  nie  ma 

swojej  lukstorpedy:  jest  na  przeglądzie,  a  Aleksander  nie  ma 
auta swojej matki: wróciła nim do Paryża. 

Co więc pozostaje? Jasnoniebieski peugeot 104 z kurzymi 

odchodami  na  fotelach  i  nadprożach.  Do  tego  słoma  na 
podłodze  i  naklejka  z  napisem:  „Polowanie  jest  zgodne  z 
naturą", na przedniej szybie. Dobry Boże, co za zgroza! 

 - A twojego ojca? Gdzie on jest? 
 - W podróży. 
 - A jego gablota? 
 - No... jest tutaj, dlaczego pytasz? 
 - Dlaczego jest tutaj? 
 -  Ponieważ  Jean  -  Raymond  musi  ją  dokładnie  umyć. 

Gean - Raymond to stróż). 

 -  E  tam,  jest  w  idealnym  stanie!!!  Pożyczymy  jego 

gablotę na ten jeden wieczór, a potem ją odstawimy. Fruuu, ni 
widu, ni słychu, nikt się nie dowie, nikt nie zobaczy! 

 - Nie, nie, Franck, to niemożliwe. 
 - Niby dlaczego? 
 -  Posłuchaj,  gdyby  coś  się  stało,  musiałbym  się  chyba 

zabić. Nie, nie, to niemożliwe. 

 - A niby co miałoby się stać, mięczaku? No co?! 
 - Nie, nie... 
 -  Zamknij  się  z  tym  „nie,  nie",  to  mi  nic  nie  mówi. 

Musimy przejechać piętnaście kilometrów w jedną i piętnaście 
w  drugą  stronę.  Droga  jest  prosta,  o  tej  porze  nie  będzie  na 
niej żywej duszy, więc o co chodzi? 

 - Wystarczy byle gówno... 
 - Ale  JAKIE  gówno? No, JAKIE  gówno,  co?! Od trzech 

lat  mam  prawo  jazdy  i  jeszcze  nigdy  nic  mi  się  nie 
przydarzyło, słyszysz? Też coś! 

Przykłada  mały  palec  do  siekacza,  jakby  chciał  go 

rozruszać. 

background image

 - Nie, nie zgadzam się. Tylko nie jaguar mojego ojca. 
 - Cholera, przecież nie jesteś durniem! A jednak... 
 -  Więc  co  robimy?  Jedziemy  do  La  Roche  -  tra  -  la  -  la 

tym twoim zasranym kurnikiem na kółkach? 

 - Na to wygląda... 
 -  Czekaj,  czy  nie  mieliśmy  zabrać  twojej  kuzynki  i 

wstąpić po drodze do Saint - Chinan po jej koleżankę? 

 - Chyba tak... 
 -  No  właśnie!...  Pożyczamy  wózek  twojego  ojca, 

jedziemy  spokojniutko  i  po  kilku  godzinach  odstawiamy  go 
grzecznie tam, skąd go wzięliśmy, i po krzyku. 

 - Nie, nie jaguara... (milczenie)... nie jaguara... 
 - Wiesz co? Chyba zabiorę się z kimś innym, bo ty jesteś 

zbyt  durny,  zwyczajnie  durny.  Szykuje  się  impreza  sezonu,  a 
ty  chcesz,  żebyśmy  się  tam  tłukli  twoim  gruchotem  do 
przewozu bydła. Nie ma mowy. Poza tym czy on w ogóle jest 
na chodzie? 

 - Pewnie, że jest. 
 - O kurczę, kto by pomyślał... Wydyma policzki. 
 - W każdym razie beze mnie tam nie wejdziesz. 
 - Uff,  już sam  nie wiem, co  lepsze -  jechać tam tą twoją 

śmieciarką  czy  wcale  nie  jechać...  Ty,  uważaj  tylko,  żeby  ci 
się tam nie zaplątała jakaś kura! 

W  drodze  powrotnej.  O  piątej  rano.  Dwaj  chłopcy, 

ponurzy i zmęczeni, od których jedzie petami i potem, ale nie 
seksem (świetna impreza, marny podryw, to się zdarza). 

Dwaj  milczący  chłopcy  na  drodze  D  -  49,  między 

Bonneuil  i  Cisse  -  le  -  Duc  w  departamencie  Indre  -  et  - 
Loire... 

 -  No  i  zobacz...  Nie  rozwaliliśmy  jej...  Hę?... 

Niepotrzebnie  gadałeś  to  swoje  „nie,  nie".  Ten  bęcwał  Jean - 
Raymond od rana będzie mógł pucować samochód tatusia... 

 - Na to, co wskóraliśmy, wystarczyłby ten drugi... 

background image

 - Masz rację. Od tej strony nie wypaliło. Zero. Maca się w 

kroku. 

 -  Nic  sobie  nie  użyłeś,  no  nie?...  Ja  przynajmniej 

umówiłem  się  na  jutro  na  tenisa  z  taką  jedną  blondynką  z 
wielkimi cyckami... 

 - Która to? 
 - No wiesz, ta, która... 
To  zdanie  nigdy  nie  zostało  dokończone,  ponieważ  dzik, 

świnia  ważąca  najmniej  sto  pięćdziesiąt  kilo,  postanowił 
przejść  drogę  akurat  w  tym  momencie,  nawet  nie  patrząc  na 
prawo czy na lewo, kretyn. 

Spieszący  się  dzik,  który  być  może  również  wracał  z 

imprezy, w strachu, że zostanie ochrzaniony przez rodziców. 

Najpierw usłyszeli pisk opon i zaraz potem potężne „bum" 

z przodu. 

 -  O  cholera!  -  powiedział  Aleksander  Devermont. 

Zatrzymali się, zostawili otwarte drzwiczki i poszli zobaczyć. 
Świnia  była  martwa,  prawy  przedni  błotnik  załatwiony 
doszczętnie:  skasowany  zderzak,  chłodnica,  reflektor  i 
karoseria. Nawet znaczek jaguara. 

 - O cholera! - powtórzył Aleksander Devermont. Był zbyt 

zawiany i zbyt zmęczony, żeby wymówić jedno słowo więcej. 
A  jednak  dokładnie  w  tej  chwili  zdał  sobie  jasno  sprawę  z 
tarapatów, w jakie się wpakował. Miał jasną tego świadomość. 
Franck zdzielił kopniakiem kałdun dzika i powiedział: 

 -  Chyba  go  tak  nie  zostawimy.  Jeżeli  go  zabierzemy, 

przynajmniej będzie sporo żarcia... 

Stopniowo Aleksandra zaczęło to bawić: 
 - A jak, pieczeń z dzika, niezła rzecz... 
To  wcale  nie  było  śmieszne,  sytuacja  była  nawet 

dramatyczna, ale  ogarnął  ich  dziki  śmiech.  Pewnie  z  powodu 
zmęczenia i zdenerwowania. 

 - Ale się twoja matka ucieszy! 

background image

 - Ba, jeszcze jak, nawet cholernie się ucieszy! 
I te dwa małe durnie ryczały ze śmiechu, aż ich rozbolały 

bebechy. 


 - Już wiem... wrzucimy go do bagażnika, nie?... 
 - Taak. 
 - O cholera! 
 - Co znowu? 
 - Jest załadowany. 
 - Eee? 
 - Przecież słyszysz, w bagażniku jest pełno rzeczy!... Jest 

tu  torba  golfowa  twojego  ojca  i  pełno  skrzynek  jakiegoś 
sikacza... 

 - Cholera! 
 - Co więc robimy? 
 - Wrzućmy go z tyłu, na podłogę... 
 - Tak uważasz? 
 -  Taa,  zaczekaj.  Podłożę  coś  pod  spód,  żeby  nie  uświnić 

obicia. Zajrzyj do kufra, czy nie ma tam pledu... 

 - Czego? 
 - Pledu. 
 - Co to takiego? 
 - ... Takie coś w zielono - niebieską kratę, zajrzyj w głąb. 
 - Ach! Koc... paryski koc... 
 - Jak wolisz... No, ruszaj się. 
 -  Czekaj,  zaraz  ci  pomogę.  Przykro  by  było  do  tego 

wszystkiego poplamić jeszcze jego skórzane fotele... 

 - Masz rację. 
 - Kurcze, jaki on ciężki! 
 - Co ty powiesz! 
 - I do tego śmierdzi. 
 - Ech, Alex... jesteśmy na wsi... 
 - Wkurzasz mnie tą wsią. 

background image

Wsiedli z powrotem do samochodu. Z ruszeniem nie było 

żadnego problemu, widać motor był w porządku. Dobre i to. 

Po  kilku  kilometrach:  przerażenie,  potworne  przerażenie. 

Najpierw z powodu harmidru i chrząkania z tyłu. 

 -  Cholera,  to  ścierwo  żyje!  -  powiedział  Franck. 

Aleksander nic mu na  to  nie odpowiedział. Tego już było  za 
wiele, naprawdę za wiele. 

Świnia zaczęła się podnosić i wiercić na wszystkie strony. 
Franck nie wytrzymał i wrzasnął: 
 - Ty, nawiewajmy, i to już! Był blady jak kreda. 
Trzasnęły  drzwiczki,  a  oni  wysiedli  z  auta.  To,  co 

zostawili za sobą, w środku, to był jeden wielki burdel. Wielki 
burdel. 

Fotele  z  kremowej  skóry  staranowane.  Kierownica 

staranowana.  Dźwignia  zmiany  biegów  z  rączką  z  drewna 
wiązu  staranowana,  podgłówki  staranowane.  Całe  wnętrze 
gabloty staranowane, staranowane, staranowane. 

Devermont junior unicestwiony. 
Zwierzę  miało  ślipia  na  wierzchu  i  białą  pianę  wokół 

potężnych, zakrzywionych zębisk. Widok był przerażający. 

Postanowili otworzyć drzwi, chowając się z tyłu, a potem 

wdrapać  się  i  schronić  na  dachu.  Czy  to  była  dobra  taktyka, 
nigdy  się  nie  dowiedzieli,  ponieważ  w  tym  czasie  świnia 
zamknęła  się  w  aucie,  depcząc  po  przycisku  centralnego 
zamka. 

A klucz został na desce rozdzielczej. 
No nie... można powiedzieć, że gdy wszystko się sypie, to 

już na całego. 

Z wewnętrznej kieszeni bardzo stylowej marynarki Franck 

Mingeaut  wyjął  telefon  komórkowy  i  cały  w  nerwach 
wystukał osiemnaście. 

Kiedy  przyjechali  strażacy,  zwierzę  trochę  się  uspokoiło. 

Z trudem. Właściwie nie miało już nic do zniszczenia. 

background image

Szef straży obszedł ze wszystkich stron samochód. Nie ma 

co,  był  pod  wrażeniem.  Nie  mógł  się  powstrzymać,  żeby  nie 
powiedzieć: 

 - Taki piękny pojazd, jaka szkoda! 
Ciąg  dalszy,  dla  ludzi,  którzy lubią  ładne  rzeczy,  jest  nie 

do przyjęcia. 

Jeden  ze  strażaków  poszedł  po  ogromny  karabin  typu 

bazuka.  Kazał  się  wszystkim  oddalić  i  wycelował.  Świnia  i 
szyby eksplodowały jednocześnie. 

Wnętrze samochodu miało nowy kolor: czerwony. 
Krew  była  nawet  w  głębi  schowka  na  rękawiczki,  nawet 

między przyciskami samochodowego telefonu. 

Aleksander  Devermont  osłupiał.  Można  by  sądzić,  że 

przestał myśleć. O wszystkim. O czymkolwiek. Może jedynie 
świtała  mu  myśl  o  pochowaniu  się  żywcem  albo  o 
skierowaniu lufy bazuki strażaka na siebie. 

Ale  nie,  Aleksander  Devermont  myślał  o  wszystkich 

dwuletnich dzikach w kraju i o wielkiej gratce, jaka się trafia 
ekologom... 

Przy okazji trzeba bowiem powiedzieć, że jego ojciec miał 

nie  tylko  wspaniałego  jaguara,  ale  również  wielkie  aspiracje 
polityczne i że był strasznie zawzięty na Zielonych. 

Ponieważ Zieloni, chcąc za wszelką cenę doprowadzić do 

furii  wielkich  właścicieli  ziemskich,  domagali  się  zakazu 
polowań  i  chcieli  stworzyć  Park  Narodowy  i  Bóg  wie  co 
jeszcze. 

Ojciec przywiązywał do tej walki ogromne znaczenie i był 

na dobrej drodze, żeby ją wygrać. Jeszcze wczoraj wieczorem, 
przy stole, dzieląc dziką kaczkę, mówił: 

 -  No!  Oto  kolejna  sztuka,  której  Grolet  i  banda  jego 

opryszków  już  nie  wypatrzą  przez  swoje  lornetki!!!  Ha,  ha, 
ha! 

background image

Ale  w  tej  sytuacji...  dzik,  który  eksplodował  na  tysiąc 

kawałków  w  jaguarze  władyki,  przyszłego  radnego  regionu, 
mieszał trochę szyki. Trochę? 

Kawałki sierści poprzyklejały się nawet do szyb. 
Straż  odjechała,  gliny  odjechały.  Jutro  pomoc  drogowa 

zabierze...  Co  zabierze?...  ten  złom  w  kolorze  szarego 
metaliku, który blokuje drogę. 


Nasi dwaj kompani idą poboczem szosy, z przerzuconymi 

przez ramiona smokingowymi marynarkami. Nie mają nic do 
powiedzenia.  Przynajmniej  na  obecnym  etapie  nawet  nie 
warto o czymkolwiek myśleć. 

 - Chcesz papierosa? - pyta Franck. 
 - Taak, chętnie - odpowiada Aleksander. 
Idą tak dobrą chwilę. Nad polami wschodzi słońce, niebo 

różowieje  i  tylko  jeszcze  zwleka  parę  gwiazd.  Cicho,  jak 
makiem zasiał. Tylko gdzieś daleko szemrze trawa za sprawą 
królików, które biegną miedzą. 

A  potem  Aleksander  Devermont  odwraca  się  w  stronę 

swojego przyjaciela i mówi: 

 -  No  więc?...  Ta  blondynka,  o  której  wspomniałeś...  ta  z 

wielkimi cyckami... kto to taki? 

Przyjaciel uśmiecha się do niego. 

background image

 
Przez te wszystkie lata 

background image

Przez  te  wszystkie  lata  sądziłem,  że  ta  kobieta  pozostaje 

poza moim życiem, być  może nie bardzo  daleko, ale p o z  a 
nim. 

Albo że już nie istnieje, że żyje gdzieś daleko, że nigdy nie 

była aż tak piękna, że należy do świata z przeszłości. Świata z 
okresu,  kiedy  byłem  młody i  romantyczny,  kiedy  wierzyłem, 
że miłość trwa wiecznie i  że nie  ma  nic większego  od mojej 
miłości do niej. I temu podobne bzdury. 

Miałem dwadzieścia sześć lat i stałem na peronie dworca. 

Nie  rozumiałem,  dlaczego  ona  tak  płacze.  Tuliłem  ją  i 
całowałem jej szyję. Byłem przekonany, że jest nieszczęśliwa 
z  powodu  mojego  wyjazdu  i  że  okazuje  swój  smutek.  A 
później,  po  kilku  tygodniach,  gdy  podeptałem  swoją  dumę, 
czy  to  przez  telefon,  czy  skamląc  w  zbyt  długich  listach, 
zrozumiałem wreszcie. 

Że tamtego dnia stchórzyła, bo wiedziała, że ogląda moją 

twarz po raz ostatni, że opłakuje moją powłokę cielesną. I że 
widok 

rozbebeszonych 

patrochów 

nie 

sprawia 

jej 

przyjemności. 

Całymi miesiącami tłukłem się jak potępieniec. 
Nie zwracałem na nic uwagi i wszystko sprawiało mi ból. 

Im był większy, tym bardziej się tłukłem. 

Byłem zdrowo nadszarpnięty, ale na  zewnątrz trzymałem 

się nad podziw dobrze: całymi dniami, które były jedną wielką 
pustką, myliłem pościg. Wstając z łóżka, pracując aż do stanu 
kompletnego  ogłupienia,  odżywiając  się  i  nie  robiąc  z  tego 
problemu,  popijając  piwo  z  kolegami  i  nadal  pękając  ze 
śmiechu  z  moimi  braćmi,  podczas  gdy  najmniejszy  przytyk 
najmniejszego  z  nich  wystarczyłby,  żeby  mnie  na  dobre 
złamać. 

Ale  nie  łudźmy  się.  To  nie  było  męstwo,  ale  zgrywanie 

się: ponieważ wierzyłem, że ona wróci. Naprawdę wierzyłem. 

background image

Nie  widziałem  przed  sobą  przyszłości,  a  od  tamtego 

niedzielnego  wieczoru  na  peronie  dworca  moje  serce 
znajdowało  się  w  stanie  kompletnej  rozsypki.  Nie  potrafiłem 
wziąć się w garść i, obolały, rzucałem się na prawo i lewo. 

Kolejne  lata  nie  przyniosły  poprawy.  Bywały  dni,  kiedy, 

zaskoczony, myślałem: 

 -  Co?...  to  dziwne...  zdaje  się,  że  wczoraj  o  niej  nie 

myślałem... - I zamiast sobie pogratulować, zastanawiałem się, 
jak to jest możliwe, że udało mi się przeżyć cały jeden dzień, 
nie  myśląc  o  niej.  Miałem  szczególną  obsesję  na  punkcie  jej 
imienia.  I  dwa  czy  trzy  bardzo  wyraźne,  powtarzające  się  jej 
obrazy. 

To  prawda.  Rano  stawiałem  na  podłodze  stopy,  jadłem, 

myłem się, wciągałem na siebie ubranie i pracowałem. 

Niekiedy  widywałem  gołe  ciała  jakichś  dziewczyn. 

Niekiedy, ale bez czułości. 

Żadnych emocji. 
Aż  w  końcu  los  się  do  mnie  uśmiechnął.  Podczas  gdy 

mnie było już wszystko jedno. 

Spotkała  mnie  inna  kobieta.  Zupełnie  inna  kobieta 

zakochała  się  we  mnie,  kobieta  o  innym  imieniu,  a  która 
chciała  postawić  mnie  na  nogi.  Nie  pytając  o  moje  zdanie, 
przywróciła mnie do postawy pionowej i po niecałym roku od 
naszego  pierwszego  pocałunku  wymienionego  w  windzie 
podczas kongresu poślubiła mnie. 

Kobieta  nieoczekiwana. Trzeba przyznać, że strasznie się 

bałem.  W  nic  nie  wierzyłem  i  często  musiałem  ją  ranić. 
Pieściłem jej brzuch, a duchem byłem gdzie indziej. Unosiłem 
jej włosy, a szukałem pod nimi innego zapachu. 

Nigdy  mi  nic  nie  powiedziała.  Wiedziała,  że  moje  życie 

pełne  urojeń  nie  potrwa  długo.  Z  powodu  jej  śmiechu,  z 
powodu  jej  skóry  i  z  powodu  tej  elementarnej  i 
bezinteresownej  miłości,  którą  miała  mi  do  ofiarowania.  Nie 

background image

pomyliła  się.  Te  moje  urojenia  odeszły  i  pozwoliły  mi  żyć 
szczęśliwie. W tej chwili ona jest w pokoju obok. Zasnęła. 

Pod  względem  zawodowym  odniosłem  większy  sukces, 

niżbym mógł się tego spodziewać. Można by sądzić, że pewna 
szorstkość popłaca, że znalazłem się w odpowiednim miejscu 
w  odpowiednim  momencie,  że  stać  mnie  było  na  podjęcie 
pewnych decyzji, że... Sam już nie wiem. 

W każdym razie widzę po wzroku, równie zdumionym, co 

podejrzliwym,  moich  dawnych  kolegów  ze  studiów,  że 
wszystko  to  razem  zbija  ich  z  tropu:  ładna  kobieta,  ładna 
wizytówka  i  szyte  na  miarę  koszule...  przy  tak  niedużych 
środkach na starcie. To daje do myślenia. 

Za dawnych czasów byłem z całą pewnością tym, który w 

głowie ma tylko dziewczyny... a właściwie... t ę dziewczynę, 
który  na  zajęciach  magisterskich  pisze  listy,  który  w 
kawiarnianych  ogródkach  nie  rozgląda  się  za  tyłkami,  nie 
wpatruje się ani w piersi, ani w oczy. Który co piątek wsiada 
do  pierwszego  pociągu  w  kierunku  Paryża  i  który  w 
poniedziałek  rano  wraca  smutny,  z  podkrążonymi  oczami, 
przeklinając  odległość,  a  także  nadgorliwość  kontrolerów. 
Bardziej Arlekin niż złoty młodzieniec, to prawda. 

Ponieważ  ją  kochałem,  zaniedbywałem  studia,  olewałem 

je,  miotałem  się  między  sprzecznościami,  więc  mnie 
porzuciła. Pewnie uważała, że przyszłość z takim typem jak ja 
wygląda niezbyt... pewnie. 

Przeglądając  dzisiejsze  wyciągi  bankowe,  dochodzę  do 

wniosku, że życie potrafi sobie nieźle zakpić. 

Żyłem więc jak gdyby nigdy nic. Oczywiście, uśmiechając 

się do siebie, zdarzało się nam rozmawiać, mojej żonie i mnie, 
albo z przyjaciółmi, o naszych studenckich latach, o filmach i 
książkach, które nas ukształtowały, i o naszych młodzieńczych 
miłościach,  o  zapomnianych  twarzach,  które  nam 
przypadkowo  przychodziły  do  głowy.  O  cenach  kawy  i  o 

background image

wszystkich  tego  rodzaju  drobiazgach  wywołujących 
nostalgię...  To  część  naszego  życia  wystawiona  na  pokaz. 
Nawet  już  trochę  obrosła  kurzem.  Ale  nigdy  nie  zapuściłem 
się głębiej. O, nie. 

Pamiętam taki czas, kiedy codziennie przejeżdżałem obok 

tablicy  z  nazwą  miasta,  w  którym  mieszkała,  z  liczbą 
kilometrów dzielącą mnie od tego miejsca. 

Każdego ranka, w drodze do biura, a także co wieczór, w 

drodze  powrotnej,  rzucałem  okiem  na  tę  tablicę.  Rzucałem 
okiem, to wszystko. Nie pojechałem tam nigdy. Nawet o tym 
myślałem,  ale  już  sam  pomysł  włączenia  kierunkowskazu 
byłby obelgą wobec mojej żony. 

Niemniej rzucałem nań okiem, to prawda. 
A potem zmieniłem pracę. I koniec z tablicą. 
Ale  zawsze  znajdowały  się  jakieś  inne  powody,  inne 

preteksty.  Zawsze.  Ile  to  razy  odwracałem  się  na  ulicy  ze 
ściśniętym  sercem,  ponieważ  byłem  pewny,  że  dostrzegam 
fragment  sylwetki,  która...  albo  głos,  który...  albo  fryzurę, 
jak... 

Ile to razy! 
Sądziłem,  że  już  przestałem  o  tym  myśleć,  ale 

wystarczyło,  żebym  przez  chwilę  był  sam,  we  względnie 
cichym pomieszczeniu, żeby ją przywołać. 

Pewnego dnia, na tarasie restauracji, co najmniej pół roku 

temu, czekając na  klienta, który nie przychodził, odszukałem 
ją  we  wspomnieniach.  Rozluźniłem  kołnierzyk  i  posłałem 
kelnera  po  paczkę  papierosów.  Tych  mocnych  i  cierpkich, 
jakie  paliłem  w  dawnych  czasach.  Wyciągnąłem  nogi  i  nie 
pozwoliłem usunąć nakrycia z przeciwka. 

Zamówiłem dobre wino, chyba Gruaud - Larose, i podczas 

gdy paliłem z na  wpół przymkniętymi  oczami, delektując się 
promykiem słońca, patrzyłem, jak się zbliża. 

background image

Patrzyłem  na  nią  bez  końca.  Nie  przestawałem  o  niej 

myśleć ani o tym, co robiliśmy, kiedy byliśmy razem i kiedy 
spaliśmy w jednym łóżku. 

Nigdy  nie  zadałem  sobie  pytania,  czy  jeszcze  ją  kocham 

ani  co  dokładnie  do  niej  czuję.  To  by  się  na  nic  zdało.  Ale 
cieszyłem  się,  gdy  mogłem  ją  przywołać  w  chwilach 
samotności. Mówię to, bo to prawda 

Na szczęście dla mnie życie nie dawało mi wielu okazji do 

samotności.  Trzeba  aż  było,  żeby  jakiś  zdesperowany  klient 
kompletnie o mnie zapomniał albo żebym był sam, w nocy, w 
samochodzie, a przy tym bez trosk, żeby to mogło się zdarzyć. 
A zatem prawie nigdy. 

A  nawet  jeśli  miałbym  ochotę  pogrążyć  się  w  chandrze, 

oddać  się  nostalgii,  pożartować  z  tobą  i  na  przykład 
spróbować zdobyć numer twojego telefonu, wiem teraz, że to 
wykluczone,  ponieważ  od  kilku  lat  mam  swoją  przyboczną 
straż. Najbardziej zawziętą i tyranizującą: moje dzieci. 

Jestem  zwariowany  na  punkcie  moich  dzieci.  Mam  ich 

troje:  siedmioletnią  Marie,  Josephine,  która  niebawem 
skończy  cztery  lata,  i  w  końcu  Yvana,  który  jeszcze  nie  ma 
dwóch lat. Zresztą to ja ubłagałem żonę, żeby dała mi trzecie 
dziecko, pamiętam, że mówiła wtedy o trudach i o przyszłości, 
ale  ja  tak  uwielbiam  niemowlaki,  ich  szczebiot  i  ich  słodkie 
pieszczoty... „Proszę - powiedziałem jej - daj mi jeszcze jedno 
dziecko".  Nie  opierała  się  długo  i  już  choćby  przez  sam  ten 
fakt wiem, że jest moją jedyną przyjaciółką i że się od niej nie 
odsunę.  Nawet  jeżeli  z  uporem  ocieram  się  o  cienie  z 
przeszłości. 

Dzieci to jest to najlepsze, co mi się kiedykolwiek trafiło. 

W  porównaniu  z  tym  stara  historia  miłosna  jest  niczym. 
Niczym. 

background image

Tak  oto  w  ogólnych  zarysach  wyglądało  moje  życie, 

dopóki  w  zeszłym  tygodniu  nie  powiedziała  przez  telefon 
swojego imienia: 

 - Mówi Helena. 
 - Helena? 
 - Nie przeszkadzam ci? 
Trzymałem  na  kolanach  mojego  chłopczyka,  który, 

kwiląc, próbował złapać słuchawkę. 

 - Och... 
 - To twoje dziecko? 
 - Tak. 
 - Ile ma lat? 
 - ...Dlaczego ni stąd, ni zowąd dzwonisz? 
 - Ile ma lat? 
 - Rok i osiem miesięcy. 
 - Dzwonię, bo chciałabym się z tobą zobaczyć. 
 - Chcesz się ze mną zobaczyć? 
 - Tak. 
 - Co to za wygłupy? 
 -  Po  prostu  tak  sobie.  Tak  postanowiłaś!...  „Mam  ochotę 

go zobaczyć"... 

 - Prawie. 
 -  Ale  dlaczego?...  To  znaczy,  dlaczego  teraz?...  Po  tylu 

la... 

 - ...Po dwunastu. To już dwanaście lat. 
 -  No  dobrze.  I co  z  tego?...  Czy coś  się  stało? Obudziłaś 

się nagle? Potrzebujesz czegoś? Chcesz się dowiedzieć, ile lat 
mają  moje  dzieci,  albo  zapytać,  czy  nie  wyłysiałem,  albo... 
przekonać się, jakie robisz na mnie wrażenie, albo... po prostu, 
tak sobie, porozmawiać o dobrych, dawnych czasach?! 

 -  Posłuchaj,  nie  sądziłam,  że  tak  to  przyjmiesz,  zaraz  się 

rozłączę. Jest mi przykro. Przepraszam. Ja... 

 - Skąd wzięłaś mój numer? 

background image

 - Od twojego ojca. 
 - Co?! 
 - Zadzwoniłam przed chwilą do twojego ojca i poprosiłam 

o twój numer, to wszystko. 

 - Pamiętał ciebie? 
 - Nie. Prawdę mówiąc, nie powiedziałam mu, kim jestem. 
Zdejmuję  syna  z  kolan,  a  on  dołącza  do  sióstr  w  ich 

pokoju. Mojej żony nie ma w domu. 

 -  Zaczekaj,  nie  rozłączaj  się.....Marie,  bądź  tak  dobra  i 

włóż mu z powrotem buciki, dobrze?" ...Halo? Jesteś tam? 

 - Tak. 
 - No więc?... 
 - Co więc?... 
 - Chcesz, żebyśmy się zobaczyli. 
 - Tak. Nie na długo. Tylko tyle, żeby napić się wina albo 

pospacerować troszeczkę, rozumiesz... 

 - Po co? Czemu to ma służyć? 
 -  Po  prostu  mam  ochotę  jeszcze  raz  cię  zobaczyć 

Troszeczkę z tobą pogadać. 

 - Helena? 
 - Tak. 
 - Dlaczego to robisz? 
 - Dlaczego? 
 - Tak, dlaczego do mnie dzwonisz? Dlaczego tak późno? 

Dlaczego teraz? Nawet się nie zastanowiłaś, czy przypadkiem 
tym  telefonem  nie  wprowadzisz  zamieszania  w  moje  życie... 
Wykręcasz mój numer i... 

 - Posłuchaj, Pierre. Ja niedługo umrę. 
 -  Dzwonię  do  ciebie  teraz,  bo  niedługo  umrę.  Nie  wiem 

dokładnie kiedy, ale to nie potrwa zbyt długo. 

Odsunąłem  słuchawkę  od  twarzy,  jak  bym  chciał  nabrać 

trochę powietrza, i próbowałem się podnieść, ale bez rezultatu. 

 - Niemożliwe. 

background image

 - Kiedy to prawda. 
 - Co ci jest? 
 - Och... to skomplikowane. W skrócie można powiedzieć, 

że  moja  krew...  nie,  właściwie  już  nie  wiem,  co  jest  teraz, 
ponieważ diagnozy są mętne, ale to jakaś dziwna sprawa. 

 - Jesteś pewna? 
 -  Co  takiego?  A  co  myślałeś?  Że  opowiadam  jakieś 

melodramatyczne  bujdy,  bo  szukam  pretekstu,  żeby 
zadzwonić do ciebie?!! 

 - Przepraszam. 
 - Nie szkodzi. 
 - Może się mylą. 
 - Tak... Może. 
 - Nie? 
 - Nie. Nie sądzę. 
 - Jak to możliwe? 
 - Nie wiem. 
 - Cierpisz? 
 - Eee... 
 - Cierpisz? 
 - Prawdę mówiąc, troszeczkę. 
 - Chcesz się ze mną zobaczyć po raz ostatni? 
 - Tak. Można tak powiedzieć. 
 -  Nie  boisz  się  rozczarowania?  Może  wolisz  zachować... 

dobry obraz? 

 -  Kiedy  byłeś  piękny  i  młody?  Słyszałem,  jak  się 

uśmiecha. 

 -  Właśnie.  Kiedy  byłem  piękny  i  młody,  i  jeszcze  nie 

miałem siwych włosów... 

 - Masz siwe włosy? 
 - Chyba znajdzie się z pięć. 
 -  Ach!  W  porządku,  już  się  przestraszyłam!  Masz  rację. 

Nie  wiem,  czy  to  jest  dobry  pomysł,  ale  myślę  o  tym  od 

background image

pewnego  czasu...  i  tak  sobie  mówię,  że  to  byłaby  jedna  z 
rzeczy, która sprawiłaby mi prawdziwą przyjemność... 

A  ponieważ  niewiele  jest  rzeczy,  które  w  ostatnich 

czasach  sprawiają  mi  przyjemność...  więc...  zadzwoniłam  do 
ciebie. 

 - Od dawna o tym myślisz? 
 -  Od  dwunastu  lat!  Nie...  Żartuję.  Od  kilku  miesięcy.  A 

dokładnie od ostatniego pobytu w szpitalu. 

 - Jesteś pewna, że chcesz się spotkać? 
 - Tak. 
 - Kiedy? 
 - Kiedy chcesz. Kiedy możesz. 
 - Gdzie mieszkasz? 
 - Tam gdzie zawsze. Sto kilometrów od ciebie. 
 - Heleno? 
 - Tak? 
 - Nie, nic. 
 -  Masz  rację.  Nic.  Tak  to  już  jest.  Takie  jest  życie  i  nie 

telefonuję  do  ciebie,  żeby  wałkować  przeszłość,  czy 
zastanawiać się, co by było, gdyby... Ja... Dzwonię do ciebie, 
bo  mam  ochotę  zobaczyć  znowu  twoją  twarz.  To  wszystko. 
Tak  jak  ludzie,  którzy  wracają  na  wieś,  gdzie  spędzili 
dzieciństwo,  albo  do  domu  swoich  rodziców...  albo  w  byle 
jakie miejsce, które coś w ich życiu znaczyło. 

 - To jak pielgrzymka. 
Zdałem sobie sprawę, że zmienił mi się głos. 
 -  Właśnie  tak.  To  jak  pielgrzymka.  I  pomyśleć,  że  twoja 

twarz jest miejscem, które odcisnęło piętno na moim życiu. 

 - Pielgrzymki zawsze są smutne. 
 -  Dlaczego  tak  mówisz?  Chyba  nigdy  na  żadnej  nie 

byłeś?! 

 - Nie. Tak. W Lourdes... 

background image

 -  No  tak...  no  tak,  Lourdes,  oczywiście...  Siliła  się  na 

ironiczny ton. 

Z pokoju dzieci dobiegły mnie odgłosy bijatyki, straciłem 

ochotę na dalszą rozmowę. Chciałem się rozłączyć. 

 - Kiedy? - wydusiłem. 
 - To ty mi powiedz. 
 - Jutro? 
 - Może być. 
 - Gdzie? 
 -  W  połowie  drogi  między  naszymi  miastami.  Na 

przykład w Sully... 

 - Możesz prowadzić? 
 - Tak. Mogę prowadzić. 
 - Co jest w Sully? 
 -  Nic  wielkiego,  jak  sądzę...  okaże  się  na  miejscu. 

Wystarczy, że się umówimy przed merostwem... 

 - W porze lunchu? 
 - O, nie. Jedzenie ze mną jest mało zabawne, rozumiesz... 
Zmusiła się do śmiechu. 
 - ...Lepiej będzie po lunchu. 

Nie  mógł  zasnąć  tej  nocy.  Wpatrywał  się  w  sufit, 

otwierając szeroko oczy. Chciał, żeby były suche. Żeby tylko 
nie płakać! 

I nie z powodu tej kobiety. Bał się, że zamiast jej śmierci 

będzie  opłakiwać  coś,  co  umrze  w  nim.  Wiedział,  że  gdy 
zacznie, nie potrafi się opanować. 

Nie  dać  upustu żalowi.  Tylko  nie  to.  Przecież  od  tylu  lat 

chlubił  się  swoim  opanowaniem  i  ganił  słabość  innych. 
Innych.  Tych,  którzy  nie  wiedzą,  czego  chcą,  i  którzy  wloką 
za sobą całą swoją przeciętność. 

Od  tylu  lat  spoglądał  z  pogardliwą  tkliwością  na  czasy 

swojej młodości. Zawsze, ilekroć myślał o Helenie, wszystko 

background image

wydawało mu się względne, wspominał swoją młodość, dając 
do  zrozumienia,  że  coś  z  tego  rozumie.  Podczas  gdy  tak 
naprawdę nigdy niczego nie pojął. 

Doskonale  wiedział,  że  nikogo  poza  nią  nie  kochał  i  że 

sam był kochany tylko przez nią. Że była jego jedyną miłością 
i że nic tego nie zmieni. Że go rzuciła jak coś zawadzającego i 
bezużytecznego.  Że  nigdy  nie  wyciągnęła  do  niego  ręki,  nie 
napisała  słówka,  zachęcając  go, by  się  pozbierał.  Przyznając, 
że  nie  była  aż  tak  bardzo  w  porządku.  Że  się  pomylił.  Że 
zasłużył  na  kogoś  lepszego  od  niej.  Albo  że  popełniła 
pomyłkę  życiową  i  w  skrytości  ducha  żałowała  tego. 
Wiedział, jaka jest dumna. Jednak powiedziała, że i ona gryzła 
się przez dwanaście lat, a teraz to już wkrótce umrze. 

Nie chciał płakać i dlatego opowiadał sobie byle co. Tak, 

właśnie. Byle co. Odwracając się, żona położyła rękę na jego 
brzuchu,  a  on  natychmiast  pożałował  tych  wszystkich 
majaków.  Oczywiście,  że  kochał  i  był  kochany  przez  inną, 
oczywiście.  Spogląda  na  jej  twarz  obok  siebie  i  całuje  ją  w 
rękę. A ona uśmiecha się przez sen. 

Nie,  nie  ma  co  się  użalać.  Ani  oszukiwać.  Romantyczna 

namiętność  jest  dobra  na  krótko.  Ale  teraz  już  dość.  Co 
więcej, z  powodu spotkania  z  facetami z  Sygma II jutrzejsze 
popołudnie  nie  bardzo  mu  odpowiada.  Będzie  musiał 
wciągnąć  w  to  Marcherona,  a  to  już  go  naprawdę  nie  bawi, 
ponieważ gdy chodzi o Marcherona... 

Nie mógł zasnąć tej nocy. Myślał o tylu sprawach. 
Chyba  tylko  w  ten  sposób  mógłby  wytłumaczyć  swoją 

bezsenność,  poza  tym,  że  lampa  marnie  świeci  i  że  nic  nie 
widać,  i  że,  jak  w  okresie  wielkiej  rozpaczy,  czuje  się 
kompletnie rozbity. 


Nie  mogła  zasnąć  tej  nocy,  ale  do  tego  już  przywykła. 

Prawie  wcale  nie  sypia.  To  dlatego,  że  się  nie  przemęcza  w 

background image

ciągu dnia. Taka jest teoria i zalecenie lekarza. Synowie są u 
ojca, a ona nie robi nic innego, tylko płacze. 

Płacze, płacze, płacze. 
Rozkleja  się,  zrzuca  z  siebie  cały  balast  i  szlocha  na 

całego.  Ma  to  gdzieś,  uważa,  że  teraz  jest  tak,  jak  powinno. 
Należy pójść o krok dalej i zaprzestać walki, bo choć tamten 
powiedział, by się nie przemęczała, to przecież widać jasno, iż 
pomimo swojej schludnej lekarskiej bluzy i skomplikowanych 
słów  on  nic  nie rozumie.  Naprawdę  jest  wyczerpana.  Bardzo 
wyczerpana. 

Płacze,  ponieważ  w  końcu  zadzwoniła  do  Pierre'a.  Jakoś 

zawsze  umiała  zdobyć  numer  jego  telefonu  i  wielokrotnie 
zdarzało  się  jej  wykręcać  dziesięć  cyfr,  które  ją  od  niego 
dzieliły.  Czekała,  aż  usłyszy  jego  głos,  i  natychmiast 
odkładała  słuchawkę.  Raz  nawet  chodziła  za  nim  przez  cały 
dzień, bo chciała wiedzieć, gdzie mieszka i jaki ma samochód, 
gdzie  pracuje,  jak  się  ubiera  i  czy  ma  zatroskaną  twarz. 
Śledziła  także  jego  żonę.  Musiała  przyznać,  że  jest  ładna  i 
wesoła i że ma z nim dzieci. 

Płakała, ponieważ dzisiaj jej serce zaczęło na nowo bić, w 

co  już  od  dawna  przestała  wierzyć.  Jej  życie  okazało  się 
trudniejsze,  niż  przypuszczała.  Przede  wszystkim  poznała 
smak  samotności.  Uważała,  że  jest  za  późno,  by  cokolwiek 
odczuwać,  że  to,  co  najlepsze, ma  już  za  sobą.  Zwłaszcza  od 
dnia,  kiedy  Tamci  narobili  szumu  przy  pobieraniu  krwi, 
rutynowym  badaniu,  zrobionym  przez  czysty  przypadek, 
ponieważ  nie  czuła  się  w  formie.  Wszyscy,  zwykli  lekarze  i 
wielcy  profesorowie,  mieli  swoje  zdanie  na  ten  temat,  ale 
niewiele do powiedzenia, jak z tego wyjść. 

Płacze  z  tylu  powodów,  że  woli  o  tym  nie  myśleć.  Całe 

życie staje jej przed oczami. Więc żeby się przed tym trochę 
uchronić, wmawia w siebie, że płacze dla samej przyjemności 
płakania, i już. 

background image


Była  już  tam,  kiedy  przyjechałem,  i  uśmiechnęła  się  do 

mnie. Powiedziała, że chyba pierwszy raz nie każe mi czekać - 
„a widzisz! niepotrzebnie rozpaczałeś i traciłeś nadzieję" - na 
co  jej  odpowiedziałem,  że  nie  rozpaczałem  i  nie  traciłem 
nadziei. 

Nie  pocałowaliśmy  się  na  przywitanie.  Powiedziałem  jej, 

że  się  nie  zmieniła.  Idiotyczna  uwaga,  ale  tak  właśnie 
pomyślałem, poza tym, że wydała mi się jeszcze piękniejsza. 
Była bardzo blada, wokół oczu, na powiekach i na skroniach 
było widać wszystkie maleńkie niebieskie żyłki. Schudła i jej 
twarz  była  bardziej  pociągła  niż  dawniej.  Wyglądała  na 
zrezygnowaną,  gdy  tymczasem  ja  pamiętałem  jej  ruchliwą 
mimikę  i  żywy  wyraz  twarzy.  Wpatrywała  się  we  mnie.  To 
prosiła,  żebym  do  niej  mówił,  to  żebym  zamilkł.  I  nie 
przestawała  się  do  mnie  uśmiechać.  Chciała  mnie jeszcze  raz 
zobaczyć, a ja nie wiedziałem, co zrobić z rękami, czy mogę 
zapalić albo dotknąć jej ramienia. 

Miasteczko  było  ponure.  Przeszliśmy  aż  do  położonego 

trochę dalej parku miejskiego. 

Opowiadaliśmy  o  swoim  życiu.  Dość  chaotycznie  i 

wyrywkowo.  Zachowywaliśmy  dla  siebie  nasze  sekrety. 
Szukała  słów.  W  pewnej  chwili  zapytała  mnie  o  różnicę 
między  rozterką  a  brakiem  woli  życia.  Nie  znałem  już 
odpowiedzi. Wykonała  ruch, oznaczający, iż to i  tak jest  bez 
znaczenia. Mówiła, że przez to wszystko stała się zbyt gorzka, 
a może zbyt surowa, w każdym razie inna, niż była z natury. 

Prawie  nie  wspomnieliśmy  o  jej  chorobie,  aż  do  chwili, 

kiedy opowiedziała o swoich dzieciach, mówiąc, iż takie życie 
jest nie dla nich. Niedawno chciała im ugotować makaron i nie 
dała  rady  z  powodu  rondla  wody,  który  był  za  ciężki  do 
uniesienia,  i  że  nie,  naprawdę,  to  już  nie  jest  życie.  Obecnie 

background image

mają więcej niż zwykle powodów do smutku. A przecież już i 
tak dość się nacierpieli. 

Namówiła mnie na rozmowę o żonie i dzieciach, o pracy. 

A  nawet  o  Marcheronie.  Chciała  wiedzieć  wszystko,  chociaż 
widziałem, że właściwie nie słucha tego, co mówię. 

Siedzieliśmy  na  łuszczącej  się  ławce  naprzeciwko 

fontanny,  która  od  dnia  swojej  inauguracji  nie  miała  czym 
tryskać. Wszystko było brzydkie. Smutne i brzydkie. Od ziemi 
zaczęło  ciągnąć  wilgocią,  więc  trochę  przycisnęliśmy  się  do 
siebie,  żeby  się  ogrzać.  W  końcu  wstała,  jej  czas  dobiegł 
końca. 

Poprosiła,  żebym  wyświadczył  jej  łaskę,  tylko  jedną. 

„Chciałabym  cię  powąchać".  A  kiedy  nie  odpowiadałem, 
wyznała,  że  przez  te  wszystkie  lata  miała  ochotę  mnie 
powąchać,  poczuć  mój  zapach.  Trzymałem  ręce  w  głębi 
kieszeni palta, w przeciwnym bowiem razie... 

Stanęła  za  mną  i  pochyliła  się  ku  moim  włosom.  Trwała 

tak  przez  długą  chwilę,  a  ja  czułem  się  strasznie.  Następnie 
przejechała  nosem  wokół  zagłębienia  mojej  szyi,  wokół 
głowy,  zatrzymała  się  tam,  po  czym  zjechała  w  dół  w 
kierunku  kołnierzyka  koszuli.  Wdychała  i  trzymała  ręce  na 
plecach.  Następnie  poluzowała  mi  krawat  i  rozpięła  dwa 
pierwsze guziki koszuli, a ja poczułem zimny czubek jej nosa 
w miejscu, gdzie zaczyna się obojczyk, i..., i... 

Wykonałem  dość  gwałtowny  ruch.  Oparła  się  o  mnie  i 

położyła  obie  ręce  na  moich  ramionach.  Powiedziała:  „Już 
odchodzę.  Chciałabym,  żebyś  się  nie  ruszał  i  nie  odwracał. 
Błagam cię o to. Błagam". 

Nie  poruszyłem się. Nawet nie miałem ochoty, ponieważ 

nie  chciałem  pokazywać  się  jej  ze  spuchniętymi  oczami  i  z 
wykrzywioną gębą. 

Odczekałem dłuższą chwilę i wróciłem do samochodu. 

background image

Klik 

klak 

background image

Od  pięciu  i  pół  miesiąca  mam  ochotę  na  Sarę  Briot, 

kierowniczkę działu sprzedaży. 

Czy  nie  powinienem  raczej  powiedzieć:  od  pięciu  i  pół 

miesiąca jestem zakochany w Sarze Briot, kierowniczce działu 
sprzedaży? Sam nie wiem. 

Przez  cały  czas,  kiedy  o  niej  myślę,  mam  gigantyczną 

erekcję, a jako że zdarza mi się to pierwszy raz, nie wiem, jak 
nazwać to uczucie. 

Sara Briot domyśla się tego. Nie, nie miała okazji dotknąć 

moich spodni ani czegoś wyczuć, ale się domyśla. 

Oczywiście, nie wie, że to trwa od pięciu i  pół miesiąca, 

ponieważ  nie  interesuje  się  aż  tak  bardzo  liczbami  jak  ja 
(jestem wysoko wykwalifikowanym księgowym, więc ma się 
rozumieć...). Ale wiem, że ona wie, bo to spryciara. 

Na  początku  szokował  mnie  sposób,  w  jaki  rozmawia  z 

mężczyznami. Teraz przyprawia mnie tym o rozpacz. Robi to 
tak,  jakby  miała  specjalne  okulary  (w  rodzaju  promieni  X 
Supermana),  co  jej  pozwala  dojrzeć  dokładnie  wielkość 
przyrodzenia rozmówcy. 

Mam  na  myśli  wielkość  w  stanie  spoczynku.  Nic 

dziwnego, że w firmie panują osobliwe stosunki. Nietrudno to 
sobie wyobrazić. 

Ściska wam rękę, odpowiada na wasze pytania, uśmiecha 

się do was, nawet pije z wami kawę z plastikowego kubeczka 
w kafeterii, gdy tymczasem wy, jak ten dureń, myślicie tylko o 
tym,  by  ścisnąć  kolana  albo  skrzyżować  nogi.  To  naprawdę 
nie do zniesienia. 

Najgorsze, że przez cały czas nie przestaje wam patrzeć w 

oczy. I tylko w oczy. 

Sara Briot nie jest piękna. Jest śliczna, a to nie to samo. 
Nie  jest  zbyt  duża,  ma  blond  włosy,  ale  nie  trzeba  być 

jasnowidzem, by wiedzieć, że to nie jest jej prawdziwy kolor, 
że to są pasemka. 

background image

Jak  wszystkie  dziewczyny,  często  chodzi  w  spodniach,  a 

jeszcze częściej w dżinsach. Szkoda. 

Sara Briot jest odrobinę przy kości. Dość często rozmawia 

przez  telefon  z  koleżanką  o  diecie  odchudzającej  (ponieważ 
mówi głośno, a ja jestem w pokoju obok, słyszę wszystko). 

Mówi,  że  musi  schudnąć  cztery  kilo,  żeby  ważyć 

pięćdziesiąt.  Rozmyślam  o  tym  przez  cały  dzień,  ponieważ, 
kiedy rozmawiała, zanotowałem w notesie: „54!!!" 

W  ten  sposób  dowiedziałem  się,  że  już  wypróbowała 

metodę Montignaca i „...że żałuje stu franków", że wyrwała z 
kwietniowego  numeru  „Biby"  specjalny  dodatek  poświęcony 
odchudzaniu  się  ze  wszystkimi  przepisami  i  zaleceniami 
Estelle  Hallyday,  że  w  swojej  mikroskopijnej  kuchni 
powiesiła  olbrzymi  plakat  z  zaznaczonymi  kaloriami 
wszystkich  potraw  i  że  nawet  kupiła  małą  kuchenną  wagę, 
typu Weight Watchers, żeby to wszystko ważyć... 

Często  rozmawia  ze  swoją  koleżanką  o  imieniu  Marie, 

która,  jak  się  zdążyłem  zorientować,  jest  wysoka  i  szczupła. 
(Swoją drogą uważam, że to idiotyzm, ponieważ nie sądzę, by 
ta koleżanka mogła rozwiązać jej problem...). 

Na  podstawie  mojego  opisu  różni  kretyni  mogliby  mnie 

zapytać: „Co ty właściwie widzisz w tej dziewczynie?". 

„Och... lepiej byście się zamknęli!!!" 
Później  usłyszałem,  jak  Sara  Briot  śmieje  się  z  całego 

serca i opowiada (być może Marie?), że skończyła z tym i że 
przekazała  wagę  matce,  żeby  jej  robiła  „dobre  niedzielne 
ciasta", przy czym, opowiadając to, świetnie się bawiła. 

Z  drugiej  strony,  Sara  Briot  nie  jest  wulgarna,  jest 

pociągająca. Wyzwala czułość, a to także nie to samo. „Więc 
się zamknijcie". 

Na tydzień przed świętem matki, korzystając z przerwy na 

lunch,  włóczyłem  się  po  dziale  bielizny  Galerii  Lafayette. 

background image

Sprzedawczynie, każda z czerwoną różą w butonierce, stały w 
pogotowiu i czyhały na niezdecydowanych klientów. 

Wetknąłem teczkę pod pachę i zabawiałem się w co - by - 

było - gdybym - był - mężem - Sary - Briot - i - chciał - jej - 
coś - kupić. 

Lou,  Passionata,  Simone  Perele,  Lejaby,  Aubade  -  od 

samych tych nazw już mi się kręci w głowie. 

Niektóre rzeczy wydają mi się zbyt wyuzdane (w końcu to 

przecież  święto  matki),  inne  mają  kolor,  którego  nie  lubię, 
albo  nie  podoba  mi  się  sprzedawczyni  (makijaż,  proszę 
bardzo, ale istnieją jednak pewne granice). 

Nie  mówiąc  o  tych  wszystkich  modelach,  których 

przeznaczenia nie rozumiem. 

Nie  bardzo  się  widzę  w  trakcie  rozpinania  tych 

mikroskopijnych  guziczków  zatrzasków  w  samym  środku 
akcji, podobnie jak nie mogę zrozumieć sposobu użycia paska 
do podwiązek (czy należy je zostawić, czy zdjąć?). 

Uff, robi mi się gorąco. 
Wreszcie,  w  dziale  dla  przyszłych  matek,  znalazłem 

komplet  Christiana  Diora  -  majteczki  i  stanik  z  bladoszarego 
jedwabiu. Klasa! 

 -  Jaki  rozmiar  staniczka  nosi  pani?  Stawiam  teczkę 

między nogi. 

 -  Mniej  więcej  taki...  -  mówię,  zaokrąglając  dłonie  w 

odległości piętnastu centymetrów od klatki piersiowej. 

 -  Nie  wie  pan,  choćby  w  przybliżeniu?  -  pyta  nieco 

ozięble sprzedawczyni. - Ile ma wzrostu? 

 -  No,  sięga  mi  mniej  więcej  dotąd...  -  odpowiadam, 

wskazując na ramię. 

 - Rozumiem (grymas skonsternowania)... Więc może dam 

panu  rozmiar  dziewięćdziesiąt  C.  Jeśli  będzie  za  duży, 
klientka może go w każdej chwili zamienić. Tylko proszę nie 
zgubić kwitu, dobrze? 

background image

 -  Dziękuję.  Bardzo  dobrze  -  mówię  tonem  faceta,  który 

we  wszystkie  niedziele  zabiera  swoje  dzieciaki  do  lasu, 
pamiętając o manierkach i nylonowych pelerynkach. 

 -  A  co  do  majteczek?  Model  klasyczny  czy  figi?  Mam 

także stringi, ale nie sądzę, żeby to było to, czego pan szuka... 

W  co  się  mieszasz,  pani  Wszechwiedząca  z  Galerii 

Lafayette? 

Widać nie znasz Wspanialej Sary Briot z firmy Chopard & 

Minont. Tej, która nie ma nigdy oporów przed pokazywaniem 
kawałka  pępka  i  która  wchodzi  do  gabinetu  innych  bez 
pukania. 

Ale  kiedy  mi  pokazała  model,  spuściłem  z  tonu.  Nie, 

czegoś  takiego  naprawdę  nie  da  się  włożyć.  To  niemal 
graniczy  z  narzędziem  tortur.  Wziąłem  więc  figi,  które  „...w 
tym roku mają wszystkie cechy brazylijskiego modelu, tyle że 
są  mniej  podkrojone  na  biodrach,  jak  pan  widzi.  Czy 
zapakować to jako prezent, proszę pana?" 

No cóż, niech będą figi. 
Uff. 
Wepchnąłem paczuszkę między dwa dossier i plan Paryża 

i wróciłem przed ekran mojego komputera. 

Ładna mi przerwa na lunch! 
Przynajmniej,  kiedy  będą  dzieciaki,  wybór  będzie 

łatwiejszy. Wystarczy, że  im powiem: „Nie, dzieci, tylko  nie 
wata szklana... kto to widział..." 


Mercier,  kolega  z  działu  eksportu,  powiedział  któregoś 

dnia: 

 - Podoba ci się, no nie? 
Byliśmy  u  Mario  i  właśnie  liczyliśmy  nasze  bony  do 

restauracji,  a  ten  kretyn  zgrywa  się  raptem  na  kumpla  z 
sąsiedniej  pryczy  i  odzywa  się  do  mnie  w  stylu:  „no,  gadaj 
wszystko, bo dostaniesz kuksańca". 

background image

 - Można powiedzieć, że masz gust! 
Nie  miałem  ochoty  wdawać  się  z  nim  w  rozmowę. 

Najmniejszej ochoty. 

 -  Podobno  jest  dobra,  no  wiesz...  (natrętne  mrugnięcie 

okiem). 

Potrząsam głową na znak dezaprobaty. 
 - Wiem to od Dujoignota... Chodził z nią! Pogubiłem się 

w liczeniu. 

 -  Nawet  nie  wiesz,  o  jakich  rzeczach  dowiedział  się  od 

Movarda! Bo Movard ją miał, i powiem ci, bracie, że... 

No  i  macha  mi  tu  palcami,  jakby  je  chciał  wysuszyć, 

układając usta w świńskie O. 

 -  O  rany,  gorąca  babka...  to  nawet  widać  po  oczach... 

Numery, o jakich nawet nie potrafię ci opowiedzieć... 

 - Więc nie opowiadaj. Kto to taki ten Movard? 
 -  Pracował  w  dziale  reklamy,  ale  odszedł,  zanim  ty 

przyszedłeś. Byliśmy dla niego zbyt małą firmą, rozumiesz... 

 - Rozumiem. 
Biedny  Mercier.  Tak  by  chciał  pogadać.  Pewnie  chodzą 

mu po głowie najprzeróżniejsze erotyczne pozycje. 

Biedny  Mercier.  Wiem,  że  moje  siostry  brzydko  cię 

przezywają  i  dotąd  pękają  ze  śmiechu,  gdy  wspominają 
twojego forda taunusa. 

Biedny  Mercier,  który  próbował  wziąć  na  piękne  słówka 

Myriam, choć przecież nosi złoty sygnet z  nakładającymi się 
na siebie inicjałami. Dobry żart - Myriam i sygnet!!! 

Biedny  Mercier,  który  jeszcze  się  łudzi,  że  istnieją 

inteligentne dziewczyny, i który udaje się na pierwsze randki z 
laptopem  w  pokrowcu  zawieszonym  na  pasku  i  z 
samochodowym radiem pod pachą. 

Biedny Mercier. Gdybyś wiedział, co o tobie mówią moje 

siostry... o ile w ogóle mówią. 

background image

Niczego  z  góry  nie  można  przewidzieć.  Ani  jak  potoczą 

się  sprawy, ani dlaczego coś  najprostszego  rozrasta  się  nagle 
do chorobliwych rozmiarów. Na przykład moje życie, które z 
powodu  pięciuset  gramów  szarego  jedwabiu  zmieniło  się  w 
jednej chwili. 


Od  pięciu  lat  i  prawie  ośmiu  miesięcy  mieszkam  z 

siostrami  na  stu  dwudziestu  metrach  kwadratowych  w 
apartamencie w pobliżu stacji metra Convention. 

Na samym początku mieszkałem tylko z jedną - z Fanny. 

Tą, która jest ode mnie o cztery lata młodsza i która studiuje 
medycynę  na  wydziale  Paryż  V.  To  był  pomysł  naszych 
rodziców  -  chcieli  zaoszczędzić  i  mieć  pewność,  że  mała  nie 
zginie  w  Paryżu,  ona,  która  znała  tylko  Tulle,  swoje 
gimnazjum, swoje kawiarnie i swoje zmajstrowane domowym 
sposobem motorowery. 

Z Fanny dobrze się rozumiemy, ponieważ mówi niewiele. 

I zawsze na wszystko się zgadza. 

Na  przykład  kiedy  wypada  jej  tydzień  gotowania,  a  ja 

przynoszę,  powiedzmy,  solę,  ponieważ  mam  na  nią  ochotę, 
Fanny nie gdera i nie jęczy, że rozwalam jej wszystkie plany. 
Łatwo się adaptuje. 

Inaczej jest z Myriam. 
Myriam  jest  najstarsza.  Między  nami  nie  ma  nawet  roku 

różnicy,  ale  wystarczy  na  nas  popatrzeć  -  aż  trudno  sobie 
wyobrazić,  że  jesteśmy  rodzeństwem.  Myriam  bez  przerwy 
mówi.  Sądzę  nawet, że  jest  trochę  narwana,  ale  to  normalne, 
to artystka naszej rodziny... 

Po  Akademii  Sztuk  Pięknych  zajmowała  się  fotografią, 

kolażem  z  włókna  konopnego  i  opiłków  żelaza,  filmikami 
składającymi się z samych kolorowych plam, robiła przeróżne 
rzeczy  ze  swoim  ciałem,  instalację  przestrzenną  z  Loulou  de 

background image

La Rochette (?), happeningi uliczne, zajmowała się też rzeźbą, 
tańcem i już nie pamiętam czym. 

Obecnie  maluje  coś,  co  z  trudem  rozumiem,  nawet  gdy 

maksymalnie  zmrużę  oczy,  ale  zdaniem  Myriam  jestem 
nieczuły na sztukę i nie umiem patrzeć na to, co piękne. Niech 
będzie. 

Ostatni  raz  nawymyślaliśmy  sobie,  będąc  razem  na 

wystawie  Boltanskiego  (swoją  drogą,  co  za  pomysł,  żeby  mi 
to  kazać  oglądać?  Musiałem  głupkowato  wyglądać,  gdy 
usiłowałem dociec sensu ściągnięcia mnie tutaj!). 

Myriam kocha się, w kim popadnie, co sześć miesięcy w 

kimś innym, od piętnastego roku życia (a więc w sumie, jeśli 
się  nie  mylę,  około  trzydziestu  ośmiu  razy),  przyprowadza 
nam  mężczyznę  swojego  życia.  Dobry,  Prawdziwy,  Białe 
Małżeństwo,  Ten  to  już  na  pewno,  Ostatni,  Niezawodny, 
Ostatni z ostatnich. 

Europa  u  jej  stóp:  Yoann  był  Szwedem,  Giuseppe 

Włochem, Erick Holendrem, Kiko Hiszpanem, a Laurent był z 
St  -  Quentin  -  en  -  Yvelines.  Oczywiście  pozostaje  jeszcze 
tych trzydziestu trzech... W tej chwili ich imiona wyleciały mi 
z głowy. 

Kiedy  wyprowadziłem  się  z  mojego  studia,  żeby 

zamieszkać  z  Fanny, Myriam była z  Kiko. Przyszły genialny 
twórca. 

Początkowo  nie  za  często  się  pokazywała.  Od  czasu  do 

czasu  wpraszali  się  oboje  na  kolację,  a  Kiko  przynosił  wino. 
Zawsze  bardzo  dobre  (na  szczęście,  jako  że  to  było  jego 
jedyne zadanie w ciągu dnia: wybrać wino). 

Bardzo  lubiłem  Kiko.  Patrzył  na  moją  siostrę  zbolałym 

wzrokiem,  po  czym  dolewał  sobie  wina  i  kiwał  głową.  Kiko 
palił  dziwne  rzeczy  i  zawsze  nazajutrz  musiałem  popsikać 
mieszkanie wiciokrzewem, żeby zlikwidować zapach. 

background image

Upłynęły miesiące i Myriam przychodziła coraz częściej, i 

prawie  zawsze  sama.  Zamykały  się  z  Fanny  w  pokoju  i 
słyszałem  ich  śmiech  do  późna  w  nocy.  Pewnego  wieczoru, 
kiedy  wszedłem,  żeby  zapytać,  czy  nie  chciałyby  ziołowej 
herbaty  albo  czegoś  innego,  zobaczyłem  je  obie  wyciągnięte 
na  podłodze  i  słuchające  starej  kasety  Jeana  -  Jacques'a 
Goldmana: „Ponieważ odchodzisz... la, la, la". 

Wzruszające. 
Czasami Myriam wychodziła. Czasami nie. 
W  łazience  w  szklance  z  duraleksu  pojawiła  się 

dodatkowa szczoteczka do zębów, a w nocy często rozkładało 
się kanapę. 

Aż  w  końcu  któregoś  dnia,  wskazując  na  telefon, 

powiedziała nam: 

 - Jeśli to Kiko, powiedzcie, że mnie tu nie ma... 
A  potem,  a  potem,  a  potem...  Pewnego  ranka  zapytała 

mnie: 

 -  Nie  miałbyś  nic  przeciwko  temu,  gdybym  trochę 

pomieszkała  z  wami?...  Oczywiście,  będę  partycypować  w 
kosztach... 

Uważałem, żeby nie złamać grzanki, ponieważ jest to coś, 

czego nie znoszę. 

 - Nie ma sprawy - powiedziałem. 
 - To miło. Dzięki. 
 - Tylko jedna rzecz... 
 - Co? 
 -  Wolałbym,  żebyś  paliła  na  balkonie...  Uśmiechnęła  się 

do  mnie,  podniosła  z  miejsca  i  zafundowała  mi  potężnego, 
artystycznego całusa. 

Oczywiście,  złamałem  grzankę  i  natychmiast  mruknąłem 

pod  nosem:  „Zaczyna  się...",  mieszając  czekoladę,  żeby 
wyłowić okruszki, ale w sumie byłem zadowolony. 

background image

A  jednak  nie  dawało  mi  to  spokoju  przez  cały  dzień,  i 

wieczorem ustaliłem zasady gry: za czynsz każde z nas płaci 
tyle,  na  ile  go  stać,  organizujemy  się  w  sprawie  zakupów, 
gotowania  i  sprzątania,  ale  wy,  dziewczyny,  rzućcie  czasem 
okiem  na  drzwi  lodówki,  tam  jest  kalendarz  z  dyżurami:  ty, 
Fanny,  jesteś  zapisana  różowym  flamastrem,  Myriam 
niebieskim,  a  ja  żółtym...  Będę wdzięczny,  jeżeli  dacie  znać, 
że jecie kolację poza domem, a gdybyście zapraszały gości, i a 
propos  gości,  jeżeli  sprowadzacie  do  domu  mężczyzn,  z 
którymi  macie  zamiar  się  przespać,  będę  wdzięczny,  jeżeli 
same ze sobą porozumiecie się w tej sprawie... 

 -  Ej,  już  dobrze...  dobrze...  nie  ekscytuj  się...  - 

powiedziała Myriam. 

 - No właśnie... - dodała jej siostra. 
 -  A  ty?  Gdy  przyprowadzisz  jakąś  laskę,  uprzedź  nas, 

proszę,  żebyśmy  zdążyły  pochować  nasze  kabaretki  i  stare 
prezerwatywy... 

No i chichoczą w najlepsze. Zgroza. 
Nasze  małe  przedsięwzięcie  funkcjonowało  zupełnie 

nieźle.  Przyznaję,  że  nie  bardzo  w  to  wierzyłem,  ale  nie 
miałem racji... Kiedy dziewczyny chcą, żeby wszystko grało, 
to gra. Po prostu. 

Gdy  teraz  o  tym  myślę,  uświadamiam  sobie,  do  jakiego 

stopnia przybycie Myriam było ważne dla Fanny. 

Jest przeciwieństwem siostry, taka romantyczna i wierna. I 

wrażliwa. 

Zawsze  zakochuje  się  w  nieosiągalnym  typie  z  jakiejś 

Pierdziwólki.  Od  piętnastego  roku  życia  co  rano  wypatruje 
listonosza i podskakuje na każdy dzwonek telefonu. 

To nie jest życie. 
Był  więc  Fabrice,  który  mieszkał  w  Lille  (pochodził  z 

Tulle, orientujesz się w sytuacji...) i który ją zalewał stertami 

background image

namiętnych  listów.  Mówił  w  nich  wyłącznie  o  sobie.  Cztery 
lata miłości młodzieńczej i pełnej napięcia. 

Następnie był Paul, który wyjechał jako lekarz bez granic 

w  okolice  Burkina  -  Faso,  zaszczepiając  w  niej  powołanie, 
wyzwalając  energię  na  zrzędzenie  na  powolną  pocztę  i  na  te 
wszystkie  wypłakane  łzy...  Pięć  lat  miłości  egzotycznej  i 
pełnej napięcia. 

A  teraz  mamy  całkiem  nowy  pasztet:  z  ich  nocnych 

rozmów  i  aluzji  przy  stole  wywnioskowałem,  że  Fanny  jest 
zakochana w żonatym lekarzu. 

Były w łazience, gdy Myriam, myjąc zęby, zapytała: 
 - Czy on ma dzieci? 
Wyobraziłem sobie, że Fanny siedzi na klapie kibla. 
 - Nie. 
 - To już wolę... (pluje)... bo z dziećmi musi być straszna 

katorga, rozumiesz. W każdym razie ja bym nie mogła. 

Fanny  nie  odpowiedziała,  ale  dałbym  głowę,  że  w  tym 

czasie  obgryzała  końce  włosów,  wpatrując  się  w  łazienkowy 
dywanik albo w palce u stóp. 

 - Ale ich sobie wynajdujesz... 
 -  Męczysz  nas  tymi  swoimi  facetami  pod  tytułem  szukaj 

wiatru  w  polu.  A  poza  tym  lekarze  to  straszni  nudziarze. 
Potem odda się golfowi i będzie tkwić na kongresach w Club 
Med w Marrakeszu czy gdzie indziej, a  ty? Zawsze będziesz 
sama... 

 - A poza tym, posłuchaj mnie... To na wypadek, gdyby się 

jednak  udało,  ale  kto  ci  zaręczy,  że  się  uda?...  Nie  sądzisz 
chyba,  że  Tamta  tak  łatwo  go  puści.  Przecież  zależy  jej  na 
opalaniu  się  w  Marrakeszu,  żeby  wkurzyć  żonę  dentysty  z 
Klubu Rotariańskiego. 

Fanny powinna się uśmiechać, słyszę to po jej głosie. 
 - Chyba masz rację - mówi półgłosem. 
 - No oczywiście, że mam rację! 

background image

Sześć miesięcy miłości cudzołożnej i pełnej napięcia. (Być 

może). 

 -  Więc  pójdź  ze  mną  do  Galerii  Delaunay  w  sobotę 

wieczorem, po pierwsze znam osobę, która zapewnia catering 
na wernisaż, a poza tym nie będzie najgorzej. Jestem pewna, 
że  Marc  tam  będzie...  Koniecznie  muszę  ci  go  przedstawić! 
Zobaczysz, facet jest super! Poza tym ma fantastyczny tyłek. 

 - Pff, coś takiego! Co to za wystawa? 
 - Nawet nie pamiętam. Ojej, podaj mi, proszę, ręcznik. 
Myriam często wzbogacała nasze proste menu, przynosząc 

różne  danka  od  samego  Fauchona,  a  także  dobre  trunki. 
Trzeba  przyznać,  że  znowu  przyszedł  jej  nowy  pomysł  do 
głowy:  przez  wiele  tygodni  wertowała  i  wkuwała  na  blachę 
sterty książek i magazynów piszących o Dianie (nie ma mowy 
o  przejściu  przez  salon,  żeby  nie  stąpać  po  nieboszczce...)  i 
wprawiła  się  w  rysowaniu  jej  portretów.  I  we  wszystkie 
weekendy  rozstawiała  swój  sprzęt  pod  mostem  Alma  i 
szkicowała płaczki z całego świata u boku ich idolki. 

Za  niewiarygodnie  duże  pieniądze  („w  głowie  się  nie 

mieści, ile oni płacą") każda japońska turystka, których jest na 
pęczki,  może  poprosić  moją  siostrę,  by  ją  narysowała  obok 
Diany,  która  się  śmieje  (podczas  uroczystości  w  szkole 
Harry'ego),  albo  Diany,  która  płacze  (z  chorymi  na  aids  w 
Belfaście), albo Diany, która współczuje (z chorymi na aids w 
Liverpoolu),  albo  Diany,  która  marszczy  czoło  (z  okazji 
pięćdziesiątej rocznicy lądowania aliantów). 

Gratuluję  artystce  i  zabieram  się  do  roboty.  Muszę 

doprowadzić wino do temperatury pokojowej. 

Tak  więc  nasze  przedsięwzięcie  funkcjonowało  zupełnie 

nieźle. Z Fanny nie rozmawialiśmy częściej niż przedtem, ale 
za  to  śmieliśmy  się  bez  porównania  więcej.  Myriam  nie 
uspokoiła  się  ani  trochę,  ale  przynajmniej  malowała.  Dla 

background image

moich sióstr byłem ideałem mężczyzny, ale nie z tych, których 
chciałyby mieć za męża. 

Nigdy nie próbowałem zgłębiać tego odkrycia, zbywałem 

je  tylko  wzruszeniem  ramion,  doglądając  drzwiczek 
piekarnika. 


Trzeba zatem było garstki bielizny, żeby doszło do strajku. 
Koniec  z  wieczorami,  które  spędzałem  na  podłodze, 

oparty  o  kanapę  i,  wzdychając, spoglądałem  na  moje  siostry. 
Koniec  z  koktajlami  Fanny  rodem  ze  stróżówki,  od  których 
przewracają się bebechy i powracają wspomnienia całej masy 
lubieżnych historyjek. Koniec z ochrzanianiem: 

 - Więc sobie przypomnij, do cholery! To ważne! Nazywał 

się Lilian czy Tristan? 

 - Sam już nie wiem. Ten twój facet miał złą wymowę. 
 -  To  się  w  głowie  nie  mieści!  Robisz  to  naumyślnie  czy 

co? Spróbuj sobie przypomnieć! 

 - „Czy mogę mówić z Myriam, tu Ltfrgzqan". Coś z tego 

rozumiesz? 

I wychodziła do kuchni. 
 -  Bądź  tak  uprzejma  i  nie  trzaskaj  drzwiami  lod... 

PRASK. 

 -  ...I  znajdź  mu  adres  dobrego  specjalisty  od  poprawnej 

wymowy... 

 - Z...sss...rany palant. 
 - No nie, tobie też by się taki przydał! PRASK. 
Koniec  z  pojednaniami  przy  moim  słynnym  kurczaku  w 

czosnkowym  serze  („no  co?...  nie  uważasz,  że  jest  ci  tutaj 
lepiej  z  nami  zamiast  z  Ltfrgzqanem  w  byle  barze,  gdzie  nic 
się nie dzieje?"). 

Koniec  z  wypisanymi  flamastrem  dyżurami,  koniec  z 

zakupami  na  targu  w  sobotę  rano,  koniec  z  „Galą",  która 
zalega  toaletki,  a  każdy  numer  otwarty  na  stronie  z 

background image

horoskopami, koniec z artystami różnej maści, którzy nas uczą 
rozumieć  tę  niepojętą  gmatwaninę  Boltanskiego,  koniec  z 
czytaniem  komiksów  na  miękkiej  wykładzinie  w  niedzielę, 
koniec z orgią cukierków Haribo przed telewizorem, koniec z 
nigdy  nie  zakręconą  tubą  pasty  do  zębów,  która  wysycha  i 
doprowadza mnie do szału. 

Koniec z młodością. 
Egzaminy  Fanny  uczciliśmy  kolacją.  Fanny  zaczynała 

dostrzegać światełko w tunelu... 

 - Uff, ponad dziesięć lat... - mówi, uśmiechając się. 
Wokół niskiego stołu siedział jej internista (bez obrączki, 

tchórz!  -  przyszły  gracz  w  golfa  w  Marrakeszu,  podtrzymuję 
to przypuszczenie), jej koleżanki ze szpitala, w tym sławetna 
Laura,  z  którą  moje  siostry  chciały  mnie  skojarzyć,  knując 
niezliczoną  ilość  spisków,  jeden  żałośniejszy  od  drugiego, 
utrzymując  na  przykład,  że  pewnego  dnia  Laura  mówiła  o 
mnie  drżącym  głosem  (ach!...  numer,  jaki  mi  wycięły, 
umawiając  mnie u sławetnej Laury na imprezie urodzinowej, 
na  której  znalazłem  się  pewnego  wieczoru  całkiem  sam  z  tą 
harpią,  żeby  wspólnie  z  nią  szukać  szkieł  kontaktowych  na 
dywanie  z  koziej  sierści,  jednocześnie  strzegąc  swoich 
pośladków...). 

Był też Marc (skorzystałem z okazji, żeby zobaczyć, co to 

jest „fantastyczny tyłek"). 

Byli  przyjaciele  Myriam,  których  nigdy  dotąd  nie 

widziałem. 

Zastanawiałem  się,  skąd  wytrzasnęła  podobne  dziwadła, 

facetów  wytatuowanych  od  stóp  do  głów  i  dziewczyny  na 
potwornie  wysokich  szczudłach,  które  śmiały  się  z  byle 
powodu, potrząsając tym, co im służyło za fryzurę. 

 -  Przyprowadź  kolegów,  jeśli  chcesz...  Właściwie  to  ty 

nigdy nikogo nam nie przedstawiasz - powiedziały. 

background image

I dobrze, moje drogie..., pomyślałem później, podziwiając 

dzicz,  która  zjadała  moje  słone  orzeszki,  rozwalając  się  na 
kanapie  Cinna  -  prezent  od  mamy  po  otrzymaniu  dyplomu 
księgowego, i dobrze... 

Było już dość późno i byliśmy mocno sfatygowani, kiedy 

Myriam - udała się do swojego pokoju po świece zapachowe - 
wróciła,  gulgocząc  jak  indyczka  w  rui,  z  biustonoszem  Sary 
Briot między kciukiem i palcem wskazującym. 

O bogowie! 
Trzeba przyznać, że dostałem za swoje. 
 -  Hej,  a  co  to  takiego?  Wyobraź  sobie,  Olivierze,  że  w 

twoim pokoju znajdują się akcesoria z sex - shopu! Przy takiej 
ilości  cała  męska  populacja  Paryża  mogłaby  latać  z  erekcją. 
Nie powiesz chyba, że nic o tym nie wiesz?! 

I dała popis! 
Podryguje, naśladuje striptiz, wącha majteczki, chwyta się 

lampy  halogenowej  i  pada  na  wznak.  Straciła  kontrolę. 
Pozostali pokładają się ze śmiechu. Nawet mistrz golfa. 

 - Znakomicie. Ale już wystarczy - mówię. - Oddaj mi to. 
 - Dla kogo to? Najpierw powiesz nam, dla kogo... hej, wy 

tam, mam rację? 

I  natychmiast  ci  wszyscy  durnie  zaczynają  gwizdać  na 

palcach,  ich  zęby  brzęczą  o  szkło,  a  przede  wszystkim  robią 
chlew z mojego salonu! 

 -  A  do  tego,  czy  widziałaś,  jakie  ma  cycki?!  No  nie,  to 

jest  co  najmniej  dziewięćdziesiątka  piątka!!!  -  rechocze  ta 
kretynka Laura. 

 -  Chyba  się  nie  nudzisz...  -  szepnęła  mi  Fanny, 

wykrzywiając nieludzko usta. 

Wstałem.  Wziąłem  kluczyki  od  samochodu,  kurtkę  i 

trzasnąłem drzwiami. PRASK. 

Spałem w hotelu Ibis tuż przy Porte de Versailles. Nie, nie 

spałem. Rozmyślałem. 

background image

Sporą  część  nocy  spędziłem,  stojąc  z  czołem  opartym  o 

szybę  okna,  patrząc  na  teren  Parku  Wystawowego.  Ale  to 
szpetne. 

Do  rana  podjąłem  decyzję.  Nawet  nie  miałem  kaca  i 

wrąbałem potężne śniadanie. 


Wybrałem się na Pchli Targ. 
Rzadko  kiedy  znajduję  chwilę,  żeby  sobie  sprawić 

przyjemność. 

Czułem  się  jak  prawdziwy  turysta  w  Paryżu.  Trzymałem 

ręce w kieszeniach i pachniałem dobrym płynem po goleniu - 
Nina  Ricci  for  Men,  dostarczanym  do  wszystkich  hoteli  Ibis 
na świecie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby na jednej z 
alejek wpaść na moją koleżankę z pracy: 

 - O, Olivier! 
 - O, Sara! 
 - Och, Olivier, jak ładnie pachniesz... 
 - Och, Saro... 
Na  tarasie  Cafe  des  Amis  pławiłem  się  w  słońcu  przy 

piwie z beczki. 

Był  szesnasty  dzień  czerwca,  okolice  południa,  pogoda 

była piękna, podobnie jak moje życie. 

Kupiłem klatkę dla ptaków, całą z listewek, z mnóstwem 

metalowych bajerów. 

Facet,  który  mi  ją  sprzedał,  zapewniał,  że  pochodzi  z 

dziewiętnastego  wieku,  że  należała  do  znamienitej  rodziny, 
ponieważ  znaleziono  ją  w  prywatnej  rezydencji  w 
nienaruszonym stanie i tralala, i jak by pan wolał uregulować 
rachunek? 

Już mu chciałem powiedzieć: nie wysilaj się, staruszku, to 

na mnie nie robi wrażenia. 

Kiedy  wróciłem,  zapach  Mister  Muscle  czuć  już  było  na 

parterze. 

background image

Mieszkanie  błyszczało.  Ani  pyłku  kurzu.  A  w  kuchni  na 

stole bukiet i parę słów: „Jesteśmy w Ogrodzie Botanicznym, 
do zobaczenia wieczorem. Całusy". 

Zdjąłem zegarek i  położyłem go na  nocnej szafce. Obok, 

jak  gdyby  nigdy  nic,  leżała  paczuszka  z  bielizną  Christiana 
Diora. 

Ho, ho!!! moje drogie... 
Przyrządzę  wam  na  kolację  nie  -  za  -  pom  -  nia  -  nego 

kurczaka w serze czosnkowym! 

Ale najpierw trzeba wybrać wino... i, oczywiście, włożyć 

fartuch. 

A na deser legumina z kaszki z dużą ilością rumu. Fanny 

to uwielbia. 

Nie powiem, że padliśmy sobie w ramiona, że ściskaliśmy 

się  co  sił  i  że  potrząsaliśmy  głowami,  jak  to  robią 
Amerykanie. Właściwie, przekraczając  próg domu, nieśmiało 
się  uśmiechały  i  ujrzałem  w  wyrazie  ich  twarzy  wszystkie 
kwiatuszki Ogrodu Botanicznego. 

Choć  raz  nikt  się  nie  spieszył  ze  sprzątaniem  stołu.  Po 

wczorajszej  rozpuście  nikt  nie  zamierzał  nigdzie  wychodzić, 
więc Mimi podała nam miętową herbatę na stole w kuchni. 

 - Co to za klatka? - zapytała Fanny. 
 -  Kupiłem  ją  rano  na  Pchlim  Targu.  Od  faceta,  który 

handluje wyłącznie starymi klatkami... Podoba ci się? 

 - Tak. 
 - Więc jest wasza. 
 - O rany! Dzięki. Ale z jakiej okazji? 
 -  Ponieważ  zachowałyśmy  się  niezwykle  taktownie  i 

delikatnie  -  zażartowała  Myriam,  kierując  się  w  stronę 
balkonu z paczką cravenów. 

 -  To  pamiątka  po  mnie.  Wystarczy  tylko  powiedzieć,  że 

ptak wyfrunął... 

 - Dlaczego tak mówisz?! 

background image

 - Odchodzę, dziewczyny. 
 - Dokąd odchodzisz??? 
 - Zamieszkam gdzie indziej. 
 - Z kim??? 
 - Sam. 
 -  Ale  dlaczego?  Z  powodu  wczorajszego  wieczoru? 

Słuchaj, przepraszam cię, wiesz, że za dużo wypiłam i... 

 - Nie, nie przejmuj się. To nie ma nic wspólnego z tobą. 
Fanny wyglądała jak porażona i aż żal było na nią patrzeć. 
 - Masz nas dosyć? 
 - Nie, nie w tym rzecz. 
 -  No  więc  dlaczego?  -  Czuło  się,  że  jeszcze  chwila,  a 

zaleje się łzami. 

Myriam  usadowiła  się  między  stołem  i  oknem  z  petem, 

który smętnie zwisał jej z ust. 

 - Olivier, powiedz wreszcie, o co chodzi?  
 - Zakochałem się. 
Od razu trzeba tak było mówić, kretynie! 
A dlaczego nam jej nie przedstawiłeś? Co? Bałeś się, że ją 

wypłoszymy! To znaczy, że nas nie znasz... Tak? Znasz nas aż 
za dobrze?... Ach, tak? 

Jak się nazywa? 
Jest miła i ładna? Tak? O, cholera... 
Co? Prawie z nią nie rozmawiałeś! Zgłupiałeś czy co? Nie, 

no dureń z ciebie! 

Ależ skąd, jaki znowu dureń. 
Prawie  z  nią  nie  rozmawiałeś  i  wyprowadzasz  się  z  jej 

powodu? Nie uważasz, że zaczynasz od końca? Można i tak... 
oczywiście... 

Kiedy  z  nią  porozmawiasz?  Któregoś  dnia?  No,  już  to 

widzę...  Ma  poczucie  humoru?  Ach,  całe  szczęście,  całe 
szczęście. 

Naprawdę ją kochasz? Nie chcesz powiedzieć? 

background image

Zamęczamy cię? 
Lepiej to powiedz od razu. 
Zaprosisz  nas  na  ślub?  Pod  warunkiem,  że  obiecamy,  iż 

będziemy grzeczne? 

Kto  mnie  będzie  pocieszał,  kiedy  mi  będzie  ciężko  na 

sercu? 

A ja? Kto ze mną powtórzy wykłady z anatomii? 
Kto nas teraz będzie rozpieszczać? 
Kto nam zrobi kurczaka w czosnkowym serze? 
Wiesz, jak nam będzie ciebie brakować. 

Aż  dziw,  że  zabrałem  tak  mało  rzeczy.  Wynająłem 

bagażówkę i skończyło się na jednym kursie. 

Nie wiedziałem, czy to dobrze, na zasadzie: oto dowód, iż 

nie  jesteś  zbyt  przywiązany  do  dóbr  tego  świata,  drogi 
przyjacielu,  czy  też  całkiem  źle,  na  zasadzie:  dobiegasz 
trzydziestki, drogi przyjacielu, a wszystko, co masz, mieści się 
w jedenastu kartonach... to nie za wiele, nie sądzisz? 

Zanim opuściłem dom, usiadłem ostatni raz w kuchni. 

Przez  pierwsze  tygodnie  spałem  na  materacu  na  gołej 

podłodze. Wyczytałem w pewnym piśmie, że to bardzo dobre 
na kręgosłup. 

Po  siedemnastu  dniach  znalazłem  się  w  Ikei:  za  bardzo 

bolał mnie krzyż. 

Bóg  mi  świadkiem,  że  chwyciłem  byka  za  rogi.  Nawet 

wyrysowałem plany na kratkowanym papierze. 

Sprzedawczyni  przychyliła  się  do  mojego  zdania:  do  tak 

„skromnego"  i  tak  nieporęcznego  (można  by  pomyśleć,  że 
wyjąłem  trzy  korytarzyki...)  mieszkania  najlepsza  będzie 
kanapa. 

I najtańsza, która działa na prostej zasadzie klik - klak. 
Niech będzie klik - klak. 

background image

Kupiłem też zestaw kuchenny (sześćdziesiąt pięć sztuk za 

trzysta  dziewięćdziesiąt  dziewięć  franków,  włącznie  z 
wirówką i tarką do sera), świece (nigdy nie wiadomo...), pled 
(nie wiem, ale uznałem, że szykownie jest kupić pled), lampę 
(phi), wycieraczkę do butów (przezornie), regały (siłą rzeczy), 
zieloną  roślinę  (okaże  się...)  i  tysiąc  innych  drobiazgów 
(nieuniknione w tym wielkim sklepie). 


Myriam  i  Fanny  nagrywały  się  regularnie  i  zostawiały 

wiadomości  typu:  Tuuuut  „Jak  się  zapala  piecyk?"  tuuuuut 
„Zapaliłyśmy piecyk, ale teraz nie wiemy, jak zmienić korek, 
bo  wszystko  wysiadło..."  tuuuuut  „Chciałybyśmy  to  zrobić 
tak,  jak  nam  powiedziałeś,  ale  nie  wiemy,  gdzie  schowałeś 
latarkę?..." tuuuuut „Ej, jaki jest numer do straży?..." tuuuuut... 

Podejrzewam,  że  trochę  przesadzały,  ale  jak  każdy,  kto 

mieszka  sam,  nauczyłem  się  wypatrywać,  a  nawet  śledzić 
mrugające, czerwone światełko sekretarki. 

Sądzę, że każdego to czeka. 
I  nagle  wasze  życie  gwałtownie  przyspiesza.  A  gdy 

przestaję panować nad sytuacją, zaczynam wpadać w panikę. 
To głupie. 

Co to znaczy „przestać panować nad sytuacją"? 
Przestać panować nad sytuacją? To bardzo proste. Dzieje 

się tak wówczas, gdy Sara Briot pakuje się pewnego ranka do 
pokoju, w którym w pocie czoła zarabiacie na życie, i siada na 
brzegu waszego biurka, podciągając spódnicę. 

I kiedy mówi: 
 - Czy przypadkiem nie zabrudziłeś sobie okularów, co? I 

kiedy  wyciąga  spod  spódnicy  skrawek  różowej  bluzki  i 
wyciera ci tym okulary, jak gdyby nigdy nic. 

A  tobie  tak  staje,  że  mógłbyś  podnieść  stół  (oczywiście 

przy pewnym treningu). 

 - To prawda, że się przeprowadziłeś? 

background image

 - Tak, paręnaście dni temu. 
(Pfff, oddycha... wszystko idzie, jak trzeba...). 
 - Gdzie teraz mieszkasz? 
 - W dziesiątej dzielnicy. 
 - O! Zabawne, bo ja też. 
 - Poważnie? 
 -  To  dobrze,  w  ten  sposób  będziemy  razem  jeździć 

metrem. 

(Tak jest zawsze na początku). 
 - Nie urządzisz parapetówy albo czegoś w tym guście? 
 - Ależ tak! Oczywiście! (Pierwsza wiadomość). 
 - Kiedy? 
 - Właściwie to jeszcze nie wiem... No wiesz, dopiero dziś 

rano dostarczono mi meble... 

 - Więc dlaczego nie dzisiaj wieczorem? 
 -  Dzisiaj  wieczorem?  Och,  nie,  to  niemożliwe.  Taki 

bałagan i... A poza tym nie przewidziałem nikogo i... 

 -  Wystarczy,  że  mnie  zaprosisz.  Bo  ja,  no  wiesz,  mam 

gdzieś  bałagan,  a  poza  tym  na  pewno  nie  jest  większy  niż  u 
mnie!... 

 - No... ale... skoro chcesz. Tylko nie za wcześnie! 
 -  Doskonale.  Wpadnę  więc  jeszcze  do  siebie  i  przebiorę 

się... Dziewiąta ci odpowiada? 

 - Dwudziesta pierwsza, doskonale, pa, pa! 
 - Dobra, pa, pa! 
Oto  dokładnie  to,  co  nazywam  „niepanowaniem  nad 

sytuacją". 

Wyszedłem  wcześniej  i  po  raz  pierwszy  w  życiu  nie 

zrobiłem porządku na biurku przed zgaszeniem światła. 

Po powrocie czyhała na mnie konsjerżka. 
 -  Tak,  dostarczyli  pańskie  meble,  ale  nie  wyobraża  pan 

sobie,  co  się  działo  przy  kanapie,  zanim  ją  wnieśli  na  szóste 
piętro! - poinformowała mnie. 

background image

. - Dziękuję pani, pani Rodriguez, dziękuję. (Nie zapomnę 

o napiwkach, pani Rodriguez...). 

Trzy  małe  korytarze  wyglądające  jak  pobojowisko  mogą 

mieć swój urok... 

Włożyć  taramę  do  lodówki,  odgrzać  duszonego  w  winie 

kapłona,  na  małym  ogniu,  dobrze,  teraz...  otworzyć  butelki, 
nakryć  do  stołu,  zlecieć  piorunem  do  Araba  po  papierowe 
serwetki  i  butelkę  wody  Badoit,  przygotować  ekspres  do 
kawy,  wziąć  prysznic,  spryskać  się  wodą  (Eau  Sauvage), 
wyczyścić  uszy,  znaleźć  najmniej  wygniecioną  koszulę, 
opuścić  halogen,  wyłączyć  telefon,  nastawić  muzykę  (album 
Pirates  Rickiego  Lee  Jonesa,  wszystko  to  może  się  zdarzyć... 
ale  nie  za  głośno),  poprawić  pled,  zapalić  świece  (no,  no...), 
zrobić wdech, wydech, nie przeglądać się więcej w lustrze. 

A prezerwatywy? (w szufladzie nocnego stolika, czy to nie 

za blisko?... i w łazience, czy to nie za daleko?...). 

Dzyń, dzyń. 
Czy  można  z  ręką  na  sercu  powiedzieć,  że  sytuacja  jest 

opanowana? 

Sara  Briot  weszła  do  mojego  mieszkania.  Piękna  jak 

marzenie. 

Później,  wieczorem,  gdy  już  pośmialiśmy  się  zdrowo, 

zjedliśmy,  i  oddali  się  kilku  marzycielskim  chwilom 
milczenia,  było  jasne,  że  Sara  Briot  spędzi  noc  w  moich 
ramionach. 

Tylko  ciągle  było  mi  trudno  podjąć  pewne  decyzje,  a 

tymczasem naprawdę trzeba już było odstawić kieliszek i coś 
zainicjować. 

To  tak  jakby  piękna  żona  Królika  Rogera  siedziała  obok 

was,  a  wy  byście  opracowywali  w  myślach  strategię 
inwestowania pieniędzy w budownictwo... 

Mówiła coś, nawet nie wiem co, i zerkała ukradkiem. 

background image

I  nagle...  nagle...  pomyślałem  o  tej  kanapie,  na  której 

siedzieliśmy. 

Zacząłem się zastanawiać poważnie i intensywnie, jak się 

otwiera takie klik - klak. 

Pomyślałem,  że  najlepiej,  jeśli  zacznę  ją  całować 

zapalczywie,  a  potem  ją  zręcznie  przekręcę  i  bezpiecznie 
położę. 

No tak, ale potem... co z tym klik - klak? 
Widziałem już siebie, jak w milczeniu wychodzę ze skóry 

przy  jakiejś  malej  zasuwce,  podczas  gdy  jej  język  łaskocze 
mnie w migdałki, a jej ręce szukają mojego paska... 

W  końcu...  na  razie  jeszcze  do  niczego  nie  doszło... 

zaczęła z trudem powstrzymywać ziewanie... 

No i masz tu Don Juana. Aż litość bierze. 
A potem pomyślałem o siostrach i zaśmiałem się w duchu 

na myśl o tych dwóch harpiach. 

Użyłyby  sobie,  gdyby  mnie  zobaczyły  w  tej  chwili,  z 

udem  Miss  Świata  przy  moim  udzie,  główkującego,  jak 
otworzyć kanapę z Ikei. 

I właśnie w tej chwili Sara Briot odwróciła się ku mnie i 

powiedziała:  -  Jesteś  milutki,  kiedy  się  uśmiechasz.  Całując 
mnie przy tym. 

Tak  oto,  dokładnie  w  tym  momencie,  z  pięćdziesięcioma 

czterema  kilogramami  kobiecości,  słodyczy  i  pieszczot  na 
kolanach,  odrzuciłem  do  tyłu  głowę  i  pomyślałem  bardzo 
głośno: „Dziękuję wam, dziewczęta". 

background image

Epilog 

background image

 - MARGUERITE! Kiedy będziemy jeść? 
 - Odwal się! 
Odkąd  piszę  nowele,  mój  mąż  nazywa  mnie  Marguerite 

(Aluzja  do  znanych  pisarek  francuskich  o  tym  imieniu  - 
Jouicenar  i  Duras  (przyp.  tłum.).),  poklepując  mnie  przy  tym 
po  tyłku,  a  w  czasie  towarzyskich  kolacji  opowiada 
znajomym,  że  dzięki  moim  prawom  autorskim  wkrótce 
przestanie pracować. 

 -  Jeszcze  zobaczycie!  Nie  ma  sprawy,  niech  tylko  sypną 

groszem, a zaraz pojadę po dzieci do szkoły jaguarem XK - 8. 
To już przesądzone... Oczywiście, że będę jej musiał od czasu 
do  czasu  masować  ramiona  i  znosić  drobne  kryzysy 
zwątpienia,  ale  czemu  nie...  za  taki  samochód?...  Wezmę 
jaskrawą zieleń. 

Zwracają  się  do  mnie  takim  tonem,  jakby  mieli  do 

czynienia  z  przypadkiem  choroby  przekazywanej  drogą 
kontaktów płciowych. 

 - To prawda, że piszesz? 
Więc wzruszam ramionami, wskazując panu domu na mój 

kieliszek.  Mruczę  pod  nosem,  że  nie,  że  to  nic  poważnego, 
takie prawie nic. A ten, za którego wyszłam w chwili słabości, 
dalej wciska swoje kretynizmy: 

 -  No  nie...  naprawdę  nic  wam  nie  powiedziała?  Skarbie, 

nie powiedziałaś im o nagrodzie, jaką ci przyznano w Saint - 
Quentin? Tak!..., co jak co, dziesięć tysięcy!!! Dwa wieczory 
przy  komputerze,  który  za  pięćset  franków  kupiła  na 
wyprzedaży na cele charytatywne, i wpada jej dziesięć tysięcy 
franków!...  Każdy  by  tak  chciał!  Że  nie  wspomnę  wam  o  jej 
wszystkich  innych  nagrodach...  prawda,  Skarbuniu,  nie 
będziemy się chwalić. 

Prawda  jest  taka,  że  w  podobnych  chwilach  mam  ochotę 

go zabić. 

Ale tego nie zrobię. 

background image

Najpierw dlatego, że waży osiemdziesiąt dwa kilo (mówi, 

że  osiemdziesiąt,  ale  to  czysta  kokieteria),  a  poza  tym  ma 
jednak rację. 

Ma  rację.  Co  by  się  stało,  gdybym  się  wszystkim  za 

bardzo przejęła i jeszcze w to uwierzyła? 

Rzucam  pracę?  Wywalam  nareszcie  całą  gorzką  prawdę 

mojej koleżance Micheline? Kupuję sobie szpanerski notes, w 
którym robię zapiski na później? Czuję się taka samotna, taka 
odsunięta,  taka  bliska,  taka  inna?  Oddaję  się  kontemplacji 
przy  grobie  Chateaubrianda?  Mówię:  „Nie  dzisiaj,  proszę, 
głowa  mi  pęka  od  pomysłów"?  Zapominam  odebrać  dzieci  z 
przedszkola, ponieważ muszę skończyć rozdział? 

Trzeba widzieć te dzieciaki, gdy przyjeżdżasz tam o wpół 

do szóstej! Dzwonisz, a one wszystkie rzucają się do drzwi z 
bijącym  sercem,  a  to,  które  wam  otwiera,  jest  wyraźnie 
zawiedzione, bo nie po niego przychodzicie, ale już po chwili, 
gdy  mija  rozczarowanie  (wykrzywione  usteczka,  opuszczone 
ramionka i przytulanka wleczona po podłodze), odwraca się w 
stronę waszego synka (stojącego tuż za nim) i krzyczy na całe 
gardło: 

 - LOUIS, TWOJA MAMA!!!!!! Na co słyszycie: 
 - No pssecies wiem. 

Ale Marguerite potrafi zamęczyć swoimi kaprysami. Chce 

mieć  pewność.  Jeśli  ma  już  jechać  do  Combourg,  lepiej 
przekonać się od razu. 

Wybrała  kilka  nowel  (dwie  nieprzespane  noce), 

wydrukowała  je  na  swojej  lichej  maszynie  (sto  trzydzieści 
cztery  stronice  i  aż  bite  trzy  godziny!),  przycisnęła  kartki  do 
serca  i  zaniosła  je  do  odbicia  na  ksero  w  pobliżu  wydziału 
prawa.  Stanęła  w  kolejce  za  hałaśliwymi  i  tyczkowatymi 
studentkami (Marguerite poczuła się jak stara wieśniaczka). 

background image

 -  Biała  okładka  czy czarna ?  -  zapytała  sprzedawczyni.  I 

oto  kolejna  udręka  (biała?  to  trochę  jak  do  komunii, 
nieprawdaż?... ale czarna może świadczyć o zbytniej pewności 
siebie,  nadaje  się  bardziej  do  pracy  doktorskiej,  no  nie?...  o 
nieszczęście!). Wreszcie smarkula niecierpliwi się: 

 - Ale o co właściwie chodzi? 
 - O opowiadania... 
 - O jakie opowiadania? 
 - Nie jakieś tam opowiastki prasowe, rozumie pani? To są 

opowiadania  literackie...  Chodzi  o  to,  że  chcę  je  wysłać  do 
wydawcy... 

 -  Ach,  tak...  ale  to  i  tak  niewiele  nam  mówi  o  kolorze 

okładki... 

 - Niech pani sama wybierze, zdaję się na panią (alea iacta 

est). 

 -  To  w  takim  razie  dam  pani  turkus,  w  tej  chwili 

sprzedajemy  go  po  promocyjnej  cenie:  trzydzieści  franków 
zamiast  trzydziestu  pięciu...  (Turkusowa  oprawa  na 
szykownym  biurku  eleganckiego  wydawcy  na  lewym  brzegu 
Sekwany... no, no!). 

 - Zgoda, niech będzie turkus (nie sprzeciwiaj się Losowi, 

moja droga). 

Tamta  podnosi  pokrywę  wielkiej  kserokopiarki  i  obraca 

tym tak, jakby to były jakieś zwykłe skrypty prawa cywilnego, 
i ciach - pokręcę ci tym we wszystkie strony, i znowu ciach - 
porobię ci ośle uszy na kartkach. 

Artystka cierpi w milczeniu. 
Inkasując  drobne,  znowu  sięga  po  peta,  którego  położyła 

na kasie, i trochę łagodnieje: 

 - O czym są te rzeczy? 
 - O wszystkim. 
 - Aha. 
 - ... 

background image

 - ... 
 - Ale głównie o miłości. 
 - Aha! 
Kupuję 

wspaniałą 

kopertę 

szarego 

papieru. 

Najsolidniejszą,  najpiękniejszą,  najdroższą,  z  wyściełanymi 
rogami  i  klapką,  której  żadna  siła  nie  otworzy.  Prawdziwy 
rolls - royce wśród kopert. 

Idę  na  pocztę,  proszę  o  znaczki  z  najpiękniejszej  serii,  z 

reprodukcjami  obrazów  sztuki  współczesnej.  Oblizuję  je  z 
lubością,  przyklejam  z  gracją, wrzucam  swój  los  do  koperty, 
błogosławię ją, robię nad nią znak krzyża i wykonuję jeszcze 
parę innych zaklęć, które mają pozostać tajemne. 

Zbliżam  się  do  otworu  z  napisem:  „Paryż  i  okolice",  po 

raz ostatni ściskam swój skarb, odwracam oczy i wrzucam go. 

Naprzeciwko  poczty  jest  bar.  Staję  tam,  opieram  się 

łokciami i zamawiam jednego calvadosa. Nie, aż tak bardzo za 
nim  nie  przepadam,  ale  cóż,  muszę  zapracować  na  statut 
przeklętej artystki. Zapalam papierosa i, od tej chwili, można 
powiedzieć, że czekam. 

Nikomu nic nie powiedziałam. 
 -  Po  co  zawiesiłaś  sobie  kluczyk  od  skrzynki  na  listy  na 

piersiach? 

 - Po nic. 
 - Na co ci te wszystkie reklamy Castoramy? 
 - Po nic. 
 - Hej? Co ty wyprawiasz z torbą listonosza? 
 - Nic, naprawdę nic!... 
 -  Czekaj...  zakochałaś  się  w  nim,  czy  co?!  Milczę.  Nie 

doczekasz się, żebym odpowiedziała: „Czekam na odpowiedź 
od pewnego wydawcy". Wstydzę się. 

A swoją drogą... ta liczba reklam, jaką teraz dostajemy, to 

istne wariactwo. 

background image

A  poza  tym  praca,  a  poza  tym  Micheline  i  jej  źle 

przyklejone sztuczne paznokcie, a poza tym pelargonie, które 
trzeba  wnieść  z  dworu,  a  poza  tym  kasety  Walta  Disneya, 
mała  kolejka  elektryczna  i  pierwsza  w  sezonie  wizyta  u 
pediatry,  a  poza  tym  pies,  który  linieje,  a  poza  tym  Eureka 
Street, która mówi o tym, co niewymierne, a poza tym kino i 
przyjaciele, i rodzina, a poza tym jeszcze inne emocje (ale nic 
wielkiego w porównaniu z Eureka Street, naprawdę). 

Nasza Marguerite postanowiła zapaść w zimowy sen. 
Trzy miesiące później. 
ALLELUJA! 
ALLELUJA! ALLELU - U - U - U - JA! 
Przyszedł. 
List. 
Jest bardzo lekki. 
Wsuwam go pod sweter i wołam na całe gardło: 
 - Hurrra!!! 
Przeczytam  go  w  samotności,  w  ciszy  i  w  skupieniu,  w 

lasku  obok,  który  służy  za  miejsce  schronienia  i  spotkań 
wszystkim  psom  z  okolicy.  (Zauważcie,  że  nawet  w  takich 
chwilach nie tracę głowy). 

Madame  tralala,  z  wielkim  zainteresowaniem  tralala 

pragnąłbym się umówić na spotkanie tralala nawiązać kontakt 
przez  moją  sekretarkę  tralala  w  nadziei,  że  tralala  szanowna 
pani tralala... 

Delektuję  się.  Delektuję  się.  Delektuję  się.  Nadeszła 

chwila zemsty Marguerite. 

 - Kochanie? Kiedy coś zjemy? 
 - Dlaczego o to pytasz? Stało się coś? 
 -  Nie,  nic,  tylko  że  nie  będę  miała  zbyt  wiele  czasu  na 

zajmowanie  się  kuchnią.  Przy  tych  wszystkich  listach  od 
wielbicieli, którym trzeba będzie odpowiedzieć, nie mówiąc o 
festiwalach, 

salonach, 

targach 

książki... 

tym 

background image

przemieszczaniu  się  po  całej  Francji,  nie  mówiąc  o 
departamentach  zamorskich...  Chryste  Panie!  A  no  właśnie! 
Wkrótce  zaczną  się  regularne  wizyty  u  manikiurzystki,  bo 
wiesz...  przy  podpisywaniu  książek  bardzo  ważne  są  ręce... 
nieskazitelne,  nienagannie  utrzymane...  nawet  nie  wiesz,  jak 
bardzo ludziom potrzebne są złudzenia... 

 - O czym ty bredzisz? 
Marguerite jakby niechcący upuszcza list od eleganckiego 

wydawcy  na  lewym  brzegu  Sekwany.  List  spada  na 
zaokrąglony  brzuch  męża,  który  czyta  drobne  ogłoszenia 
motoryzacyjne. 

 - Poczekaj! Dokąd ty znowu idziesz? 
 -  Nic,  nic,  to  nie  potrwa  długo.  Muszę  tylko  powiedzieć 

parę słów Micheline. Zrób się na bóstwo, bo zabieram cię do 
restauracji „Pod Czarnym Orłem"... 

 - Pod „Czarnym Orłem"? 
 -  Tak.  Tam,  gdzie  Marguerite  powinna  przyprowadzić 

swojego Yanna. 

 - Kto to jest Yann? 
 - Pff, daj spokój... Nie wiesz nic ze świata literatury. 
Więc  skontaktowałam  się  z  sekretariatem.  To  był  bardzo 

dobry  kontakt,  jak  sądzę,  ponieważ  młoda  kobieta  była 
bardziej niż czarująca. 

Może przed  oczami  miała różowy, fluoryzujący  post - it: 

„Być  BARDZO  czarującą,  gdy  zatelefonuje  A.G."  - 
podkreślone dwa razy. 

Może... 
Naiwni! Chyba sądzą, że także do innych wysłałam moje 

nowele...  Boją  się,  żeby  ich  nie  ubiegli.  Inny  wydawca, 
jeszcze  elegantszy,  na  jeszcze  szykowniejszej  ulicy  lewego 
brzegu  Sekwany,  z  jeszcze  bardziej  czarującą  sekretarką,  o 
jeszcze ładniejszym tyłeczku. 

Och, nie, to by było krzywdzące dla nich. 

background image

Wyobrażasz  sobie  nieszczęście,  gdybym  to  wszystko 

włożyła  w  inną  okładkę,  ta  Pszczółka  nie  miałaby  przed 
oczami różowego, fluoryzującego post - it!? 

Aż strach pomyśleć. 
Spotkanie  zostało  umówione  za  tydzień.  (Już  i  tak  dość 

długo z tym zwlekaliśmy). 

Pierwsze 

przeszkody 

natury 

praktycznej 

zostały 

pokonane: wzięcie wolnego popołudnia (Micheline, nie będzie 
mnie  tutaj  jutro!);  powierzenie  dzieci,  ale  nie  byle  komu,  w 
miejsce,  gdzie  będą  szczęśliwe;  uprzedzenie  mojego 
najdroższego. 

 - Jadę jutro do Paryża. 
 - Po co? 
 - W pewnej sprawie. 
 - Randka miłosna? 
 - Tak jakby. 
 - Kto to taki? 
 - Listonosz. 
 - A! powinienem był się domyślić... 
... Jest tylko jeden poważny problem: jak się ubrać? 
Czy  jak  przyszła  pisarka,  pozbawiona  cienia  elegancji, 

ponieważ  jej  prawdziwe  życie  jest  gdzie  indziej?  „Nie 
kochajcie mnie za mój  wielki biust;  kochajcie  mnie za  głębię 
intelektualną". 

Czy  jak  prawdziwa,  przyszła  kura  znosząca  złote  jajka, 

przyszła autorka bestsellerów, z trwałą ondulacją, ponieważ to 
jest samo życie? „Nie kochajcie mnie za mój talent; kochajcie 
mnie za moje rewelacyjnie żywe i oryginalne postacie". 

Czy  jak  pożeraczka  serc  eleganckich  mężczyzn  z  lewego 

brzegu  Sekwany,  do  natychmiastowego  skonsumowania, 
ponieważ  prawdziwe  życie  jest  na  waszym  biurku?  „Nie 
kochajcie  mnie  za  mój  rękopis;  kochajcie  mnie  za  moją 
umiejętność dotarcia do jądra życia". 

background image

Ech,  zamilcz,  Atala  (Bohaterka  opowieści  poetyckiej 

Chateaubrianda (przyp. tłum.).). 

Koniec końców, jestem zbyt zestresowana, i nic dziwnego, 

ponieważ w taki dzień nie można się koncentrować na ładnym 
poruszaniu  się  i  nie  zauważać  zsuniętej  do  połowy  łydki 
pończochy. To z całą pewnością najtrudniejszy dzień w całej 
mojej mizernej egzystencji, nie chcę więc ryzykować i stawiać 
na efektowne, ale całkowicie krępujące ubranie. 

(O, tak! Minispódniczka jest krępującym strojem). 
Pojadę  tam  w  dżinsach.  Ni  mniej,  ni  więcej.  Moje  stare 

levisy,  wytarte,  stone  washed  wraz  z  miedzianymi  nitami  i 
czerwoną  etykietką  na  prawym  pośladku,  spodnie,  które 
przejęły mój kształt i mój zapach. Prawdziwe równiachy. 

A swoją drogą darzę ciepłym uczuciem tego eleganckiego 

i  błyskotliwego  mężczyznę,  który  przerzuca  delikatnymi 
palcami  mój  maszynopis,  spekulując  nad  moją  przyszłością 
(wydać to? nie wydać?). Trzeba przyznać, że dżinsy są trochę 
toporne. 

Ach... ile zmartwień, ile problemów. 
No,  wreszcie  kres  tej  gonitwy  myśli!  Wskoczę  zaraz  w 

dżinsy,  ale  pod  spód  włożę  bieliznę,  która  naprawdę  może 
rzucić na kolana. 

Powiecie,  że  on  tego  nie  zobaczy...  Mówcie  to,  komu 

chcecie, ale nie mnie:  nie  zostaje się Wielkim Wydawcą, nie 
mając  specjalnego  daru  do  wykrywania  najbardziej 
nieprawdopodobnej, oszałamiającej bielizny. 

Nie, tacy mężczyźni to wiedzą. 
Wiedzą, czy kobieta, która siedzi naprzeciwko nich, ma na 

sobie jakiś bawełniany, sięgający do pępka drobiazg, czy figi z 
Monoprix, różowe i całkowicie zdeformowane, czy też jedno 
z tych małych szaleństw, przy których kobiety się rumienią (z 
powodu  ceny,  jaką  płacą),  a  mężczyźni  czerwienieją  (z 
powodu sumy, jaką będą musieli za nie uiścić). 

background image

Oczywiście, że wiedzą. 
A  muszę  przyznać,  że  zapłaciłam  krocie  (płatne  dwoma 

czekami). Idealnie leżące, komplet - majteczki i stanik - istny 
obłęd! 

Mój Boże!... 
Supertowar,  supermateriał,  superfason,  czysty  jedwab  w 

kolorze  kości  słoniowej,  do  tego  z  kaletańskimi  koronkami 
ręcznie  wykonanymi  przez  rzemieślniczki  francuskie,  gdyby 
ktoś  miał  jeszcze  jakieś  wątpliwości.  A  jakie  to  delikatne, 
śliczne,  szlachetne,  subtelne,  coś  z  tych  rzeczy,  które 
rozpływają się w ustach, a nie w ręku. 

Losie, oto jestem. 
Przeglądając  się  w  lustrze  butiku  (szczwane  lisy  -  mają 

specjalne  oświetlenie,  które  sprawia,  że  jest  się  szczupłym  i 
opalonym, halogeny podobne do tych, które oświetlają martwe 
ryby w supermarketach dla bogatych), powiedziałam sobie po 
raz pierwszy, odkąd zaistniała Marguerite: „Więc dobrze, nie 
żałuję tego całego czasu spędzonego na obgryzaniu paznokci, 
egzemy, której się nabawiłam przed mikroskopijnym ekranem 
mojego  komputera.  A  więc,  nie!  Nie  żałuję  żelaznej 
dyscypliny  i  drakońskich  chwytów  stosowanych  w  chwilach 
największego strachu i braku wiary w siebie, tych wszystkich 
przestojów  i  pustki  w  głowie,  także  tego  wszystkiego,  co 
straciłam,  o  czym  zapomniałam,  ponieważ  na  przykład 
myślałam o Klik - klak..." 

Nie  mogę  podać  dokładnej  ceny,  albowiem  razem  z 

politically  correct,  mostkiem  mojego  męża,  ubezpieczeniem 
samochodu,  spłatą  kredytu  i  całą  resztą  mogłabym  kogoś 
zaszokować,  ale  wiedzcie,  że  to  jest  coś  oszołamiającego;  a 
jeszcze biorąc pod uwagę, ile to waży, nie mówmy o cenie za 
kilogram. 

background image

W końcu nie ma nic za darmo, nie należy się roztkliwiać 

nad sobą, nie wydrukuje się książki, nie dając czegoś z siebie, 
prawda? 

Jesteśmy na miejscu. Szósta dzielnica Paryża. 
Dzielnica,  gdzie  można  spotkać  tyle  samo  pisarzy,  co 

zbierających  mandaty  za  złe  parkowanie.  W  samym  sercu 
życia. 

Tchórzę. 
Boli  mnie  brzuch,  boli  mnie  wątroba,  bolą  mnie  nogi, 

zalewam się potem, a moje majtki za xxx franków wpijają mi 
się w pośladki. 

Piękny obrazek. 
Gubię się, nigdzie nie widzę nazwy mojej ulicy, za to roi 

się  od  galerii  sztuki  afrykańskiej,  a  nic  tak  nie  przypomina 
afrykańskiej  maski  jak  afrykańska  maska.  Zaczynam 
nienawidzić afrykańskiej sztuki. 

Wreszcie znajduję. 
Każą mi poczekać. 
Chyba  zaraz  zemdleję.  Oddycham  tak,  jak  nas  uczono 

przy porodzie. No więc... spokojnie... spokojnie... 

Wyprostuj  się.  Obserwuj.  To  zawsze  może  się  przydać. 

Wdychaj. Wydychaj. Wdech. Wydech. 

 - Dobrze pani się czuje? 
 - Eee... tak, tak... w porządku. 
 - Szef jest na spotkaniu, ale to nie potrwa długo, wkrótce 

powinien być... 

 - Może kawy? 
 - Nie, dziękuję. (Hej, Pszczółko, nie widzisz, że zbiera mi 

się na wymioty? Pomóż mi, Pszczółko, daj mi klapsa, wiadro, 
wanienkę,  aviomarinę,  szklankę  bardzo  zimnej  coca  -  coli... 
cokolwiek. Błagam). 

Uśmiech. Częstuje mnie uśmiechem. 

background image

Właściwie to była ciekawość. Ni mniej, ni więcej. Chciał 

mnie  zobaczyć.  Chciał  zobaczyć,  jaką  minę  zrobię,  jak 
zareaguję. To wszystko. 

Nie  chcę  opowiadać  o  tym  spotkaniu.  W  tej  chwili  leczę 

egzemę  dziegciem  i  naprawdę  nie  warto  tu  już  niczego 
dodawać,  biorąc  pod  uwagę  kolor  mojej  wanny.  Więc  nie 
opowiem. 

A  może  jednak  choć  trochę:  w  pewnym  momencie  kot 

(więcej  szczegółów,  patrz  Lucyfer  w  Kopciuszku),  który 
przyglądał się myszy ciskającej się na wszystkie strony w jego 
szponiastych  łapach,  kot,  który  się  zabawiał  „...jakaż  ona 
prowincjonalna...",  kot,  który  się  nie  spieszył,  wreszcie 
wyrzucił z siebie: 

 -  A  zatem,  nie  będę  ukrywał,  że  w  pani  rękopisie 

znalazłem  wiele  interesujących rzeczy i  uważam,  że  ma  pani 
pewien  styl,  ale  (następuje  ciąg  rozważań  na  temat  ludzi, 
którzy, ogólnie mówiąc, piszą, i o ciężkim fachu wydawcy w 
szczególności)...  Na  obecnym  etapie  i  z  przyczyn,  które  z 
pewnością  pani  rozumie,  nie  możemy  wydać  pani  rękopisu. 
Chciałbym natomiast z  bliska śledzić  pani pracę i, proszę mi 
wierzyć, że zawsze będę to robić z największą uwagą. Otóż to. 

Otóż to. Kretyn. 
Nie ruszam się z miejsca. A właściwie nie znajduję na to 

innego określenia. 

Tymczasem  on  wstaje  (swobodne  i  cudowne  ruchy), 

zbliża  się  do  mnie,  robi  minę,  jakby  chciał  się  ze  mną 
pożegnać...  Nie  widząc  reakcji  z  mojej  strony,  robi  minę, 
jakby  chciał  wyciągnąć  do  mnie  rękę...  Nie  widząc  reakcji  z 
mojej  strony,  robi  minę,  jakby  chciał  ująć  moją  rękę...  Nie 
widząc... 

 -  Co  się  stało?  No...  proszę  się  nie  załamywać,  przecież 

prawie  nigdy  się  nie  zdarza,  by  ktoś  opublikował  drukiem 
swój  pierwszy  rękopis.  Pokładam  w  pani  nadzieję, 

background image

powiedziałem  to  pani.  Czuję,  że  razem  dokonamy  jeszcze 
wielkich rzeczy. A nawet, nie będę ukrywał, że liczę na panią. 

Zatrzymaj swój rydwan, Ben Hurze. Nawet nie widzisz, że 

jestem unieruchomiona. 

 -  Mnie  jest  naprawdę  przykro.  Nie  wiem,  co  to  jest,  ale 

nie  mogę  się  podnieść.  Tak  jakbym  utraciła  siły.  To 
idiotyczne. 

 - Czy często pani to miewa? 
 - Nie. Pierwszy raz. 
 - Czy to bardzo boli? 
 - Nie. Może trochę, ale to nie o to chodzi. 
 - Proszę poruszać palcami. 
 - Nie mogę. 
 - Jest pani pewna? 
 - No... tak. 
Długa  wymiana  spojrzeń,  z  gatunku:  bawimy  się  w  „kto 

kogo przetrzyma". 

 - (zdenerwowany) Pani to robi naumyślnie, czy jak? 
 - (bardzo zdenerwowana) Ależ skąd!!! 
 - Chce pani, żebym wezwał lekarza? 
 - Nie, nie, to minie. 
 -  No  tak,  być  może,  tyle  że  ja  mam  kolejne  spotkanie... 

Nie może pani tu zostać. 

 - Proszę jeszcze raz spróbować... 
 - Nic. 
 - O co tu chodzi? 
 -  Nie  wiem...  co  mogę  panu  więcej  powiedzieć?...  Może 

to  atak  artretyczny,  a  może  to  z  powodu  bardzo  silnego 
przeżycia. 

 - Jeżeli powiem: „Tak, zgoda, drukuję panią"... podniesie 

się pani? 

 -  Oczywiście,  że  nie.  Za  kogo  pan  mnie  bierze?  Czy 

wyglądam aż na taką debilkę? 

background image

 - Nie, ale gdybym naprawdę wydał pani książkę? 
 -  Po  pierwsze,  nie  uwierzyłabym  panu...  ej!  panie!  nie 

przyszłam tutaj prosić o laskę, jestem sparaliżowana, to nie to 
samo, nie widzi pan? 

 -  (pocierając  wykwintnymi  dłońmi  twarz)  I  że też  akurat 

musiało się to zdarzyć u mnie... dobry Boże! 

 -  (patrzy  na  zegarek)  Zaraz,  chwilę,  przetransportuję 

panią  stąd  razem  z  fotelem,  bo  naprawdę  potrzebuję  mojego 
gabinetu... 

No  i  pcha  mnie  na  korytarz,  jakbym  siedziała  na 

inwalidzkim  wózku,  tyle  że  ja  nie  siedzę  na  inwalidzkim 
wózku  i  że  jemu  to  musi  sprawiać  cholerną  różnicę... 
Rozsiadam się wygodnie. 

Cierp, przyjacielu. Cierp. 

 - Może teraz podać kawy? 
 - Tak. Chętnie. To miło z pani strony. 
 - Czy na pewno nie chce pani, żebym wezwała lekarza? 
 - Nie, nie. Dziękuję. Samo przyszło, samo przejdzie. 
 - Pani jest zbyt spięta. 
 - Tak. 
Pszczółka  nigdy  nie  miała  różowego  post  -  it 

przyklejonego  do  telefonu.  W  pierwszej  rozmowie  ze  mną 
była czarująca, ponieważ jest czarującą dziewczyną. 

Nie wszystko miałam dzisiaj stracić. 
To prawda. Nieczęsto zdarza się okazja, by patrzeć przez 

wiele godzin na taką jak ona dziewczynę. 

Lubię jej głos. 
Co jakiś czas dawała mi drobne znaki, żebym nie czuła się 

taka samotna. 

A  potem  zamilkły  komputery,  włączono  automatyczne 

sekretarki, pogaszono lampy i miejsce opustoszało. 

background image

Widziałam  ich  wszystkich,  jak  wychodzili  jeden  po 

drugim, a wszyscy sądzili, że jestem tutaj, bo mam spotkanie. 
Akurat. 

Na  koniec  i  Sinobrody  wynurzył  się  ze  swojej  jamy,  w 

której wyciskał krwawe łzy z oczu pisarczyków. 

 - A pani wciąż tutaj!!! 
 - Ale co mogę dla pani zrobić? 
 - Nie wiem. 
 -  Ależ  tak,  już  wiem.  Wezwę  karetkę  pogotowia  albo 

strażaków, którzy panią stąd ewakuują w ciągu pięciu minut! 
Chyba nie zamierza pani spędzić tu nocy? 

 -  Nie,  ale  proszę  nikogo  nie  wzywać...  To  się  odklinuje, 

czuję to... 

 - Z pewnością, ale ja muszę zamknąć lokal, czy pani tego 

nie może zrozumieć? 

 - Proszę mnie znieść na ulicę. 
Jak  łatwo  się  domyślić,  nie  on  mnie  zniósł  na  dół. 

Przywołał  dwóch  gońców,  którzy  byli  akurat  w  pobliżu. 
Dwóch dużych i pięknych chłopców, wytatuowanych lokajów 
do niesienia mojej lektyki. 

Każdy  z  nich  chwycił  za  jedno  oparcie  i  uprzejmie 

ponieśli mnie na dół. 

Zbytek uprzejmości. 
Mój  niedoszły  przyszły  wydawca,  ten  subtelny 

mężczyzna, który liczy na mnie w przyszłości, ukłonił mi się z 
pełną galanterią. 

Oddalając  się,  odwracał  się  jeszcze  kilka  razy  i  potrząsał 

głową, jak gdyby się chciał otrząsnąć ze złego snu. Po prostu 
przerastało to jego wyobraźnię. 

Przynajmniej  będzie  miał  oryginalną  historyjkę  do 

opowiadania podczas kolacji. 

Także  żona  będzie  zadowolona!  Nie  będzie  jej  dzisiaj 

wieczorem zanudzać tragiczną kondycją wydawnictwa. 

background image


Po raz pierwszy w ciągu dnia było mi dobrze. 
Przyglądałam  się  kelnerom  z  restauracji  naprzeciwko, 

którzy  krzątali  się  przy  adamaszkowych  obrusach,  mieli  styl 
(jak moje opowiadania - pomyślałam, śmiejąc się szyderczo), 
musiałam  nawet  taktownie  wyhamować  zapędy  jednego  z 
nich. 

Klasyczny przykład french garcon de cafe, który rozpętuje 

burzę w hormonach grubych Amerykanek w reebokach. 

Paliłam  cudownie  dobrego  papierosa,  wypuszczając 

powoli dym i obserwując przechodniów. 

Prawie  pełnia  szczęścia  (z  drobnymi  wyjątkami,  jak  na 

przykład obecność parkometru po mojej prawej stronie, który 
cuchnął psimi siuśkami). 

Jak  długo  tutaj  siedziałam  i  rozwodziłam  się  nad  swoim 

nieszczęściem? Nie wiem. 

Restauracja  pękała  w  szwach,  widziało  się  pary  siedzące 

przy  stolikach  na  tarasie,  śmiejące  się  przy  baloniastych 
kieliszkach różowego wina. 

Nie mogłam się oprzeć myśli: 
...może w innym życiu mój wydawca zaprosiłby mnie na 

lunch, „ponieważ tak jest praktyczniej", i też by mi opowiadał 
śmieszne  rzeczy,  i  zaproponował  wino  znacznie  lepsze  od 
Coteaux  de  Provence,  które  tu  piją...  nalegałby,  żebym 
skończyła tę powieść „zadziwiająco dojrzałą jak na tak młodą 
osobę...",  a  potem  wziąłby  mnie  pod  ramię  i  odprowadził  do 
postoju taksówek. Trochę by się do mnie zalecał... 

...oczywiście, w innym życiu. 

No, ale... świat nie kończy się na Marguerite, natomiast na 

mnie czeka prasowanie... 

background image

Poderwałam się, obciągnęłam dżinsy i skierowałam się w 

stronę  olśniewającej  młodej  kobiety,  siedzącej  na  cokole 
posągu Augusta Comte'a. 

Przyjrzyjcie się jej. 
Piękna,  zmysłowa,  rasowa,  o  bezbłędnych  nogach  i 

delikatnych kostkach, lekko zadartym nosie, wypukłym czole, 
o wojowniczej i dumnej postawie. 

Cała w sznurkach i tatuażach 
Usta i paznokcie pomalowane na czarno. 
Niewiarygodna dziewczyna. 
Zerkała  regularnie  i  z  niesmakiem  w  stronę  sąsiedniej 

ulicy. Przypuszczam, że jej kochanek się spóźniał. 

Wręczyłam jej mój rękopis. 
 - Proszę - powiedziałam - to prezent. Żeby czas tak się nie 

dłużył. 

Chyba  mi  podziękowała,  choć  nie  jestem  tego  pewna, 

ponieważ  nie  była  Francuzką!...  Zmartwiona  tym  drobnym 
faktem,  omal  jej  nie  odebrałam  wspaniałego  daru,  ale 
właściwie... po co mi on - powiedziałam do siebie i oddalając 
się, byłam nawet zadowolona. 

Od  tej  chwili  mój  rękopis  znajduje  się  w  rękach 

najpiękniejszej dziewczyny na świecie. 

Zawsze to jakaś pociecha. 
Maleńka.