background image

 

MARGIT SANDEMO 

 

 

 

 

Tajemnica 

Władcy Lasu 

 

 

 

Z norweskiego przeło

Ŝ

yła 

IWONA ZIMNICKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

POL-NORDICA Publishing Ltd. 

Otwock 1994 

 

 

Przekład elektroniczny przygotował 

JaWa 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ I 

 

Przez wiele lat las krył w swym wnętrzu tajemnicę. 

Kto  czuwał  nad  ludźmi  wyprawiającymi  się  na  jagody,  by  niezawodnie 

znajdowali  powrotną  drogę  do  domu?  Kto  odpędzał  niedźwiedzia,  gdy 

nieostroŜny  wędrowiec  zbytnio  się  zbliŜył  do  tego  groźnego  zwierza?  Kto 

ochraniał  zbłąkane  dzieci  przed  wilkami  i  mrokiem  i  bezpiecznie  wiódł  je  ku 

obrzeŜom  miasteczka, by  całe  i  zdrowe,  choć przemoczone  i zapłakane,  mogły 

podreptać do swych rodziców? 

Początek  tej  historii  łączy  się  z  przyjściem  na  świat  dwojga  dzieci.  Nie 

urodziły się jednak równocześnie – wiekiem znacznie róŜniły się między sobą. 

Jedne narodziny nastąpiły w roku 1832. 

– Ach, nie, nie znów! – zaszlochała akuszerka. 

– Czy z dzieckiem coś nie w porządku? – szepnęła wycieńczona połoŜnica, 

–  To  śliczny,  słodki  chłopczyk.  –  Głos  akuszerki,  przepełniony  rozpaczą, 

wyraźnie drŜał. – Jest piękny i zgrabny. Ale... 

Matka z wysiłkiem otworzyła oczy i popatrzyła na małego. 

– Ach, mój BoŜe! Miej litość nade mną, niczego złego nie zrobiłam! 

–  Ja  o  tym  wiem  rzekła  akuszerka.  –  To  samo  spotkało  siostrę  pani  ojca. 

Nigdy  tego  nie  zapomnę.  Pamiętam,  jakby  to  się  stało  wczoraj,  choć  wtedy 

byłam jeszcze młodą dziewczyną. To charakterystyczne dla waszego rodu, pani. 

Ale obawiam się, Ŝe jaśnie pan nie będzie umiał tego zrozumieć... 

Chłopczyk,  noworodek,  był  rzeczywiście  prześliczny,  miał  czarne  jak 

węgiel włosy i ciemne oczy, dość szeroką buzię i złotobrązową skórę. 

Taki  śliczny,  a  mimo  to  mógł  swym  wyglądem  sprowadzić  jedynie 

tragedię. 

background image

Jego  matka  była  niebieskooką  blondynką  o  podłuŜnej,  delikatnej  twarzy. 

MałŜonek  jej,  rotmistrz,  dziedzic  na  dworze  i  właściciel  ziemski,  Allan  von 

Adelkalk, noszący szlachecki tytuł barona, miał równie jasne włosy jak Ŝona. 

MąŜ  siostry  ojca  wyrzucił  Ŝonę  za  próg,  kiedy  urodziła  ciemnowłosego 

chłopczyka  o  smagłej  cerze.  Christine  von  Adelkalk  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe 

jej mąŜ nie poprzestanie na tym. Jego odwet będzie po stokroć sroŜszy. 

Najtragiczniejsze  jednak  było  to,  Ŝe  na  dworze  jako  zarządca  pracował 

młody, bardzo przystojny męŜczyzna. Przepadał za kobietami i złamał niejedno 

dziewczęce  serce.  Jego  uwodzicielskiemu  czarowi  ulegały  nie  tylko  panny  z 

niŜszych  sfer,  w  szeregach  przez  niego  zdobytych  znalazły  się  takŜe  i  wysoko 

urodzone,  szlachcianki.  Miał  oczy  ciemne  jak  noc,  a  włosy  tak  czarne,  Ŝe 

połyskiwały niemal granatowo... 

Rotmistrza Allana von Adelkalka cechował niepohamowany temperament. 

Lubił batem popędzić zbyt powolnych pracowników czy leniwych chłopów i nie 

tolerował Ŝadnej słabości ani pomyłki. Christine urodziła mu dwie córki, o które 

nie  dbał  ani  trochę,  były  wszak  dziewczętami.  Kiedy  źle  się  zachowały,  nie 

zwlekał  z  przywołaniem  ich  do  porządku  i  im  równieŜ  nie  Ŝałował  bata. 

Christine  doszły  takŜe  opowieści,  jakoby  kiedyś,  zanim  jeszcze  nastał  jej  czas, 

zastrzelił swego rywala. 

–  Dobry  BoŜe  –  załkała.  –  Co  my  zrobimy?  Czy  w  ogóle  moŜemy  coś 

zrobić? 

Akuszerka cięŜko westchnęła. 

–  Znam  jaśnie  pana  niemal  tak  jak  sama  pani.  To  się  nie  moŜe  dobrze 

skończyć. 

Piętnastoletnia  córka  akuszerki  z  przeraŜeniem  przysłuchiwała  się 

rozmowie. Nagle matka odwróciła się w jej stronę: 

– Elin, jedynie ty moŜesz nam pomóc w tej sprawie. 

Dziewczyna postąpiła o krok do przodu. 

background image

–  Jaśnie  pani  –  powiedziała  akuszerka  do  baronowej  leŜącej  w  łóŜku.  – 

Wasz mąŜ nie moŜe ujrzeć dziecka. To od razu sprowadzi nieszczęście. 

Christine z trudem przełknęła ślinę, po czym kiwnęła głową. 

– Czy wolno mi go przez chwilę potrzymać? 

– Oczywiście! CzyŜ nie jest śliczny? 

–  Przepiękny  –  zaszlochała  matka.  –  Ale  zdaję  sobie  sprawę, Ŝe  moŜe  się 

stać  przyczyną  śmierci  niewinnego  człowieka.  Nie  dbam  o  to,  co  stanie  się  ze 

mną, ale nie moŜna dopuścić, by Allan skrzywdził to maleństwo! 

I  ona,  i  akuszerka  doskonale  wiedziały,  Ŝe  jaśnie  pan  za  nic  nie  pozwoli 

synkowi przeŜyć. Kiedy gniew brał nad nim władzę, nie był w pełni świadom, 

co czyni. 

–  Na  nic  się  zdadzą  tłumaczenia  –  stwierdziła  akuszerka.  –  Mogłabym 

próbować  wyjaśnić  panu,  Ŝe  jeden  z  przodków  jaśnie  pani,  pradziad  czy  teŜ 

prababka, taki właśnie mieli koloryt: ciemne włosy i śniadą cerę. Ale kiedy ktoś 

nie chce czegoś zrozumieć, to nie zrozumie tego nigdy. 

–  Wiem  o  tym.  Mój  małŜonek,  niestety,  zawsze  dostrzega  we  wszystkim 

tylko  to,  co  najgorsze.  Ach,  proszę,  ratuj  moje  dziecko!  Spraw,  by  przeŜyło! 

Błagam cię! 

–  Zrobię,  co będę  mogła.  Elin! Zabierzesz  chłopca i wymkniesz się  z nim 

tylnymi drzwiami. Biegnij co sił w nogach do lasu i niech nikt cię nie zobaczy! 

Skryj się w lesie aŜ do zmroku, to nie potrwa długo. Później zabierzemy go do 

nas,  do domu.  Postaram  się  znaleźć  ludzi,  którzy  go  wychowają  gdzieś  daleko 

stąd. A wy, pani, musicie powiedzieć jaśnie panu, Ŝe dziecko przyszło na świat 

martwe. No i Ŝe to była dziewczynka. 

– Czy jeszcze go zobaczę? Muszę go zobaczyć, kiedyś, w przyszłości. 

–  Tak,  kiedy  nadejdzie  taki  czas,  Ŝe  będzie  bezpieczny.  Dopóki  jednak 

będzie Ŝył jaśnie pan, nie moŜecie, pani, uznać dziecka za swoje. 

Matka  przytuliła  chłopczyka  do  siebie,  ucałowała  go  w  czoło  i  bardzo 

niechętnie, z rozpaczą w oczach, oddała akuszerce. 

background image

– Niech Bóg ma cię w swej opiece – szepnęła. 

Wszystkie  trzy  myślały  o  tym  samym:  W  czasie  porodu  towarzyszyła  im 

słuŜąca,  ale  wybiegła  akurat  w  momencie,  gdy  akuszerka  stwierdziła,  Ŝe  na 

ś

wiat  przyszedł  chłopiec.  Opuściła  pokój,  jeszcze  zanim  odkryły  śniadą  cerę  i 

ciemne włosy, które miały zawaŜyć na losach dziecka. 

–  Muszę  pomówić  ze  słuŜącą,  nim  zdąŜy  cokolwiek  o  tym  wspomnieć  – 

zdecydowała akuszerka. – A moŜe jednak powinnyśmy wyznać, Ŝe to chłopiec? 

Christine  tylko  pokiwała  głową.  Elin  wzięła  na  ręce  zawiniątko  z 

maleństwem i wymknęła się z pokoju. 

W  tejŜe  chwili  na  czele  oddziału  Ŝołnierzy  wjechał  na  dziedziniec  baron 

von  Adelkalk.  Dziewka  słuŜąca  wypadła  na  podwórze,  poganiana  chęcią 

przekazania jako pierwsza wielkiej nowiny. 

– Jaśnie panie... Jaśnie pan ma syna! 

Twarz barona rozjaśniła się w uśmiechu. 

– Syn? Nareszcie! 

Zeskoczył  z  konia  i  kilkoma  susami  przebył  schody.  Jego  adiutant  ujął 

wierzchowca  za  uzdę  i  poprowadził  za  główny  budynek  dworu,  ku  stajniom. 

Wtedy  właśnie  ujrzał  młodą  dziewczynę  przemykającą  się  w  stronę  lasu  z 

tobołkiem w objęciach. 

Później zapanował jeden wielki chaos. 

Ryk barona docierał do najdalszych zakątków domu. 

–  MÓJ  SYN!  GDZIE  JEST  MÓJ  SYN?  CHCĘ  GO  ZOBACZYĆ! 

NATYCHMIAST! 

ś

ona  z  płaczem  opowiadała  mu  o  maleństwie,  które  urodziło  się  martwe. 

SłuŜąca  twierdziła,  Ŝe  wyraźnie  słyszała  płacz  dziecka.  Akuszerka  zapewniała, 

Ŝ

e  chłopczyk  Ŝył  ledwie  kilka  minut,  nic  więcej  nie  dało  się  zrobić.  Był  zbyt 

słaby,  za  wcześnie  przyszedł  na  świat,  po  prostu  nie  miał  szans,  by  przeŜyć. 

Lepiej, Ŝe stało się to, co się stało. 

background image

Zaraz  jednak  zjawił  się  adiutant  rotmistrza  i  opowiedział  o  dziewczynie, 

która kryjąc się przed ludzkim wzrokiem biegła do lasu. 

Baron,  nie  przestając  grzmieć,  rozkazał  swoim  ludziom  przeszukać  las. 

Chciał  zobaczyć  syna,  takie  było  jego  prawo,  jemu  na  pewno  uda  się  oŜywić 

chłopczyka! Nikt nie moŜe mu zabronić obejrzenia własnego syna! 

–  Martwego  dziecka  nie  nosi  się  tak  ostroŜnie  –  dolewał  oliwy  do  ognia 

adiutant. 

Barona  ogarnął  jeszcze  straszliwszy  gniew  i  to  utwierdziło  go  w  decyzji: 

Musi  zobaczyć  dziecko.  NiewaŜne,  co  zrobią  z  dziewczyną,  byle  tylko 

przynieśli mu małego. W końcu i on wyruszył w ślad za zbiegłą. 

Dwunastu  męŜczyzn  pognało  na  poszukiwanie  dziewczyny  i  dziecka. 

Akuszerka obserwowała ich z okna na piętrze. 

–  Dobry  BoŜe,  nie  opuszczaj  teraz  mojej  Elin!  Uchroń  ją  przed 

niepohamowanym gniewem rotmistrza! 

Elin  słyszała  swych  prześladowców.  Co  sił  w  nogach  pędziła  przez 

pogrąŜający  się  w  coraz  gęstszym  mroku  las.  Przedzierała  się  przez  zarośla, 

potykała  o  kamienie  i  wystające  z  ziemi  korzenie,  ale  nie  wypuściła  z  rąk 

drogocennego  cięŜaru.  Śmiertelnie  się  bała,  Ŝe  dziecko  nagle  zacznie  płakać. 

Dlatego  takŜe  nie  miała  odwagi  ukryć  się  w  którejś  z  mijanych  skalnych 

szczelin. 

W  końcu  zmęczenie  zaczęło  brać  górę.  Dojmujący  ból  rozsadzał  piersi, 

nogi nie chciały nieść jej juŜ dłuŜej. Musiała odpocząć. 

Znalazła  się  blisko  rzeki,  która  w  tym  miejscu  płynęła  rwącym  nurtem. 

Szum  przelewających  się  mas  wody  sprawił,  Ŝe  nie  słyszała  swych 

prześladowców  wyraźnie.  A  jeśli  ją  zaskoczą?  Spróbowała  ponownie  zagłębić 

się  w  las,  między  drzewa,  ale  teren  był  tu  wyjątkowo  nierówny.  Mogła  się 

przewrócić i zranić. 

Stanęła na wysokiej skarpie nad rzeką i z rozpaczą rozglądała się dokoła. W 

którą stronę iść? Gdzie się ukryć? 

background image

Mrok gęstniał z kaŜdą chwilą. Elin zawsze bała się lasu wieczorem. Pełen 

był  wtedy  nieznanych,  obcych  dźwięków,  zewsząd  wyłaniały  się  tajemnicze 

cienie... 

Ona  i  jej  matka  mieszkały  na  obrzeŜach  maleńkiego  tartacznego 

miasteczka,  przy  samym  skraju  lasu,  i  Elin,  kiedy  zaczynało  się  ściemniać, 

nawet nie śmiała zerknąć między drzewa. Wiedziała, Ŝe las jest ogromny, Ŝe nie 

ma końca. Kiedy człowiek zapuścił się zbyt daleko, nie  miał  szans, by z niego 

wyjść.  Las  ciągnął  się  aŜ  do  granicy  z  Norwegią  i  jeszcze  dalej  w  głąb  tego 

kraju. Podobno  mieszkała  w nim niezwykła  istota.  Leśny boŜek?  A  moŜe Król 

Gór? 

Elin nieustannie była bliska płaczu, ale nie starczało jej oddechu i z gardła 

wyrywał jej się tylko od czasu do czasu jakby zduszony pisk. 

Robiło się coraz ciemniej. Nadal słyszała głosy prześladowców, dochodziły 

jednak  z  daleka,  z  miejsca  poniŜej  wzniesienia,  na  którym  stała.  RozróŜniała 

parskanie koni, kroki męŜczyzn i pobrzękiwanie szabli. 

Nareszcie  zdołała  znaleźć  lepszą  drogę,  prowadzącą  z  otwartej  skarpy  w 

ciemność, w głąb lasu. Nagle jej stopy zapadły się w miękki mech i stanęła tuŜ 

pod  skalną  ścianą.  Była  juŜ  u  kresu  sił.  Nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa. 

Osunęła  się  na  ziemię  w  niewielkim  zagłębieniu  u  stóp  góry,  tam  gdzie  się 

wywróciła  nieduŜa  sosna,  która  nie  zdołała  się  utrzymać  w  płytkiej  warstwie 

gleby. Elin pomacała ręką dookoła, a kiedy poczuła, Ŝe pod korzeniami drzewa 

jest  miękko,  przeczołgała  się  tam  i  skuliła,  starając  się  sprawiać  wraŜenie  jak 

najmniejszej. 

Dopóki  dziecko  było  blisko  niej,  mogła  połoŜyć  rękę  na  buzi  chłopca  i 

stłumić jego płacz. Dopóki była blisko, mogła go chronić. 

Jeśli jednak zostaną odkryci, oboje będą straceni. 

Na  moment  w  lesie  zapadła  cisza.  Nie  trwała  jednak  długo  i  juŜ  znów 

usłyszała kroki i odgłosy rozmów. 

Elin zaczęła się modlić – o Ŝycie chłopca i swoje własne. 

background image

Nagle wejście do jamy pod korzeniami drzewa przesłoniła jakaś postać. O 

mały  włos,  a  przestraszona  dziewczyna  uderzyłaby  w  krzyk.  W  ostatnim 

momencie  jednak  zapanowała  nad  sobą  i  przycisnęła  dłoń  do  ust,  a  z  gardła 

wyrwał się jej tylko stłumiony jęk. 

ChociaŜ właściwie dlaczego miała teraz milczeć? I tak ją przecieŜ znaleźli! 

MęŜczyzna, który stał przed nią, nie był jednak Ŝołnierzem, a przynajmniej nie 

nosił munduru. Kim więc, a moŜe czym, był? 

Ostatnie  błyski dziennego  światła obramowały  jego  sylwetkę  niesamowitą 

poświatą.  Był  rosły,  miał  długie  splątane  włosy,  nosił  obszerną,  ściągniętą 

pasem  kurtkę  ze  zwierzęcych  futer,  a  na  nogach  zamiast  butów  obwiązane 

rzemieniami kawałki skór. 

Przykucnął, a Elin wcisnęła się głębiej między korzenie. 

– Pozwól mi zaopiekować się dzieckiem – rzekł cicho. 

Elin cięŜko dyszała. 

– Ja... nie mogę... go zostawić. 

– Czy chcesz, by umarło? 

– Nie, och, nie! 

–  A  więc  daj  mi  je.  Zajmę  się  nim,  zaufaj  mi!  Będziesz  mogła  wrócić  do 

barbarzyńców,  którzy  cię  ścigają,  i  powiedzieć,  Ŝe  wrzuciłaś  dziecko  do 

wodospadu. 

Jego  słowa  wciąŜ  nie  przekonywały  Elin.  Dziewczyna  oddychała  cięŜko  i 

nierówno,  on  jednak  zauwaŜył,  Ŝe  mimo  wszystko  jest  juŜ  spokojniejsza,  i 

wyciągnął ręce po dziecko. 

– Jego matka dostanie go z powrotem. Kiedy nadejdzie czas. 

– Skąd wiesz... 

–  Słyszałem,  co  do  siebie  wołali.  Ten  zły  człowiek  powiedział,  Ŝe  mogą 

zrobić,  co  tylko  zechcą,  ale  on  musi  dostać  swego  syna.  Wszystko  jedno, 

Ŝ

ywego czy martwego. 

background image

Ku  swemu  zdumieniu  Elin  czuła,  Ŝe  jej  zaufanie  do  niezwykłego 

nieznajomego rośnie. 

–  Chłopiec  nie  jest  podobny  do  Ŝadnego  z  rodziców.  Jeśli  ojciec  go 

zobaczy, zabije i matkę, i dziecko. 

– Domyśliłem się, Ŝe o to właśnie chodzi. Czy matka jest niewinna? 

– Tak. 

– CóŜ, zatem wszystko w porządku. 

– Nie... nie wiem... Tak się boję. Czy... czy ty jesteś Władcą Lasu? 

Uśmiechnął się leciutko. 

– Wiem, o co ci chodzi, ale nie, to nie ja. 

Elin powoli rozprostowała się i podała mu chłopca. 

– Ufam ci – szepnęła. 

Kiwnął tylko głową i w następnej chwili juŜ go nie było. 

Elin  została  sama.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  wszystko,  co  się  tego  dnia 

wydarzyło,  było  tylko  snem.  Noc  jednak  nadchodziła  juŜ  wielkimi  krokami,  w 

jamie  robiło  się  coraz  zimniej  i  w  końcu  wyczołgała  się  ze  swej  kryjówki. 

Otrzepała  spódnicę  i  skierowała  się  ku  głosom,  które  nadal  rozbrzmiewały  w 

lesie. 

Nie musiała iść daleko. 

– Baronie, ona jest tutaj! Nie ma dziecka! 

Otoczyli ją ciasnym pierścieniem, rotmistrz zeskoczył z konia. 

– Co zrobiłaś z moim synem, ty mała dziwko? – wrzasnął. 

Elin starała się zapanować nad głosem. 

–  Odmówiłam  modlitwę  za  jego  małą  duszyczkę  i  wrzuciłam  go  do 

wodospadu, tak jak nakazała mi matka. 

Uderzenie  szpicruty  powaliło  ją  na  ziemię.  Szpicruta  była  twarda,  a 

rotmistrz ciął bezlitośnie. 

– Dlaczego? Jakie miałaś prawo, by... 

background image

–  Dziecko  nie  było  w  pełni  rozwinięte,  jaśnie  panie.  Było  ułomne.  Nie 

chciałyśmy, abyście musieli je oglądać. 

– Ale on Ŝył! 

–  Tylko  przez  kilka  chwil,  łaskawy  panie.  Prawie  od  razu  przestał 

oddychać. Byłam przy tym, na własne oczy to widziałam. 

–  Martwego  dziecka  nie  nosi  się  tak  ostroŜnie,  jak  ty  to  robiłaś  – 

podejrzliwie zauwaŜył adiutant rotmistrza. 

–  AleŜ,  panie!  –  Elin  nie  była  juŜ  w  stanie  ukryć  przeraŜenia.  –  Duszy 

zmarłego naleŜy okazać szacunek! Nawet jeśli widziała światło dnia tylko przez 

krótką chwilę. 

Rotmistrz prawie oszalał z wściekłości. 

–  Zróbcie  z  tą  ladacznicą,  co  chcecie!  Ja  niczego  nie  słyszałem  ani  nie 

widziałem! 

Wskoczył  na  konia  i  ruszył  w  stronę  domu.  Wielu  z  jego  ludzi  poszło  w 

jego  ślady,  ale  trzech  Ŝołnierzy  zostało.  Patrzyli  na  dziewczynę  z  poŜądaniem 

zmieszanym z pogardą. 

Elin  była  świadoma,  Ŝe  z  ich  strony  nie  moŜe  się  spodziewać  bodaj 

odrobiny litości. 

– Chryste, zmiłuj się nad mą biedną duszą – szepnęła zrezygnowana. 

 

Dziecko leŜało pod cięŜkimi świerkami na miękkim posłaniu z mchu nieco 

dalej  w  głębi  lasu.  Kiedy  wybawca  wrócił,  by  sprawdzić,  co  stało  się  z  młodą 

dziewczyną, znalazł ją skuloną na ziemi. Szlochała spazmatycznie, suknię miała 

pokrwawioną i rozdartą, a trzej Ŝołnierze, rozochoceni, z chichotem oddalali się 

od niej. 

Mała  Elin,  niewinna  ofiara  Ŝądzy  władzy  i  nieopanowanej  pychy 

rotmistrza... 

Ubrany w skóry męŜczyzna nie podszedł do dziewczyny, nie dał jej nawet 

poznać, Ŝe znalazł się w pobliŜu. Ruszył natomiast w ślad za Ŝołnierzami. 

background image

Jeden  z  nich  wkrótce  przystanął  pod  wysmukłą,  młodą  brzózką,  by  lepiej 

zasznurować buty. 

– Poczekajcie na mnie! – zawołał wesoło do swych towarzyszy, ale ci, nie 

przerywając rozmowy, szli dalej. 

Cienka, długa linka ze skóry z uwiązanym na końcu kamieniem ze świstem 

przecięła powietrze i okręciła się wokół szyi Ŝołnierza, przywiązując go do pnia 

drzewa.  MęŜczyzna  próbował  krzyczeć,  ale  z  ust  wydobył  mu  się  tylko 

stłumiony  jęk,  którego  jego  kompani  nie  mogli  usłyszeć.  Usiłował  poluzować 

rzemień,  ale  przy  kaŜdym  ruchu  pętla  zaciskała  się  coraz  mocniej.  Wreszcie 

ramiona  opadły  mu  bezwładnie,  w  głowie  zaczęło  szumieć,  miał  wraŜenie,  Ŝe 

powietrze zaraz rozsadzi mu płuca. Stracił przytomność. 

Jeden z jego towarzyszy przystanął. 

–  Hej,  gdzie  ty  się  podziewasz?  –  zawołał.  Nie  usłyszawszy  odpowiedzi, 

wzruszył ramionami i poszedł dalej. 

Niewiele  kroków  zdąŜył  zrobić.  Czyjaś  dłoń  chwyciła  go  za  włosy  i 

odchyliła głowę do tyłu. Czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi. 

Po cichu i niezauwaŜenie Ŝołnierz przeniósł się na ten lepszy ze światów. 

Trzeci z nich uszedł jeszcze kawałek, po czym zatrzymał się, by zaczekać 

na  pozostałych.  Czuł  się  dziwnie  osamotniony,  a  przecieŜ  wyczuwał  czyjąś 

obecność w pobliŜu. 

– Hop, hop! – zawołał krótko stłumionym głosem. 

Nie  usłyszał  Ŝadnego  dźwięku,  ale  był  pewien,  Ŝe  ktoś  jest  przy  nim,  tuŜ 

obok. 

– Nie Ŝartujcie sobie, przestańcie się chować! Głupcy! 

Odpowiedziała mu niezmącona cisza. Z wahaniem postąpił parę kroków w 

kierunku, z którego przyszedł. 

– Hej, wy! Gdzieście się pochowali? 

odpowiedzi 

usłyszał 

jedynie 

rozpaczliwe 

szlochy 

brutalnie 

potraktowanej dziewczyny, co wcale nie nastroiło go łagodniej. 

background image

–  Do  diabła,  co  to  wszystko  ma  znaczyć!  –  wybuchnął.  –  Chodźmy  juŜ 

wreszcie stąd! 

Przeszedł  jeszcze  parę  metrów  i  potknął  się  o  leŜącego  na  ziemi 

towarzysza. 

– Co? Co, u licha...? 

Obmacał  zwłoki  kompana.  śadnych  śladów  krwi...  Ale  kark  wydawał  się 

jakby... złamany? 

PrzeraŜony, zaczął wołać drugiego. Czy coś nie poruszyło się przy tamtym 

pniu  drzewa?  ZbliŜył  się  ostroŜnie.  U  stóp  brzozy,  rzucony  bezwładnie  jak 

worek,  leŜał  drugi  z  kolegów.  Kark  miał  cały,  ale  coś  cienkiego  i  bardzo 

mocnego zaciskało się na jego szyi, przecinając skórę. 

ś

ołnierz  wrzasnął  ze  strachu,  chciał  rzucić  się  do  ucieczki,  lecz  długi nóŜ 

wbił mu się w pierś. Osunął się na ziemię niedaleko swych dwóch towarzyszy. 

MęŜczyzna z lasu ujął Elin za rękę. 

– Chodź – powiedział łagodnie. – Odprowadzę cię do domu. 

Nazajutrz  trzech  Ŝołnierzy  znaleziono  ułoŜonych  równiutkim  rządkiem  na 

schodach dworu rotmistrza. 

Czci  małej  Elin  nie  moŜna  było  jednak  przywrócić.  Nikt  nie  podejrzewał 

jej,  rzecz  jasna,  by  miała  coś  wspólnego  ze  śmiercią  Ŝołnierzy,  ale  jak  mogła 

pozwolić, by ją zgwałcono? To przecieŜ wstyd i hańba! 

Później,  kiedy  w  następstwie  owego  strasznego  przeŜycia  urodziła 

chłopczyka, ludzie odsunęli się od niej jeszcze bardziej. Zrozpaczona akuszerka 

musiała  pogodzić  się  z  myślą,  Ŝe  córka  nigdy  nie  będzie  miała  przyzwoitego 

zalotnika. 

Miasteczko juŜ ją osądziło. 

Elin  i  jej  syna  czekałoby  samotne  Ŝycie  pohańbionych  i  zniesławionych, 

gdyby nie to, co wydarzyło się daleko, daleko w głębi lasu. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ II 

 

Rok 1851, dziewiętnaście lat później. 

Łagodny  zmierzch  zapadał  cicho  nad  wielkimi,  ciągnącymi  się  w 

nieskończoność lasami.  Spowijał  mrokiem leśne wzgórza, otulał  mgłą  polany i 

kolejne  wzniesienia,  przesuwał  się  coraz  dalej  i  dalej  aŜ  po  sam  horyzont,  by 

tam  przejąć  władzę  nad  złotym  zachodem  słońca.  A  pełna  tajemnic  wiosenna 

noc juŜ wyczekiwała, by rzucić swe czary... 

Lasy, wszędzie dookoła lasy... Jak okiem sięgnąć bezludne knieje. 

Tylko jedna jedyna oznaka Ŝycia. 

W  oddali,  na  niewielkiej  równinie  poniŜej  okrągłego  grzbietu  wzgórza, 

migotało  słabe  światełko.  Tu,  w  tej  bezkresnej  głuszy,  wydawało  się  niemal 

patetyczne  w  swej  bezbrzeŜnej  samotności.  MoŜna  by  przypuszczać,  Ŝe  to 

siedziba pierwszych mieszkańców Ziemi, którzy tu właśnie rozpalili ogień przed 

swą  jaskinią  i  skupili  się  wokół  ogniska  otoczonego  ze  wszystkich  stron 

tajemnicami  lasu.  Dzikie  zwierzęta.  Nadprzyrodzone  siły.  Strach,  czający  się 

między  drzewami,  wyczekujący  sposobności,  by  wślizgnąć  się  w  ich  ciała  i 

zawładnąć duszą. 

Ś

wiatełko  pochodziło  z  małej  chaty,  nie  większej  nawet  niŜ  drewniany 

szałas. Zbudowano ją na nieduŜej, lecz Ŝyznej równinie, łagodnie opadającej ku 

małemu jeziorku. 

Piękniejszego miejsca nie było w całym lesie; tak przynajmniej twierdziły 

dzieci, które tu mieszkały. 

Powiadały, Ŝe znają cały las na wylot – kaŜdy porośnięty mchem pagórek, 

wszystkie  tajemne  jamy  i  pieczary.  Wiedziały,  gdzie  rosną  moroszki,  które 

zarośla  kryją  najsłodsze  maliny  i  gdzie  szukać  największych,  najbardziej 

soczystych  jagód.  Nadały  imiona  wszystkim  jeziorkom,  kaŜdemu  oczku 

background image

wodnemu, wspięły się na szczyty okolicznych gór, w kaŜdym razie na te, które 

widać było z domu, dalej bowiem zabroniono im się zapuszczać. 

Oczywiście  wiedziały  takŜe,  gdzie  leŜy  zagroda  –  dom  dzieciństwa  ich 

matki. Nie było do niej daleko, stała jednak opuszczona, popadła w ruinę, bo i 

babcia, i dziadek, rodzice matki, juŜ nie Ŝyli. 

Dzieci dobrze znały takŜe zwierzęta, zarówno te miłe, jak i niebezpieczne. 

Ich zwykły ludzki wzrok zastąpił inny, dzięki któremu umiały dostrzec takŜe to, 

co  nie  istniało...  Nieobce  im  były  historie  o  elfach,  boginkach  i  trollach,  nie 

mówiąc  juŜ  o  tajemniczym  Władcy  Lasu,  który  pokazywał  się  zbłąkanym, 

zagubionym na pustkowiu wędrowcom jedynie jako niewyraźny cień ukryty za 

pniem drzewa. 

Matka  mówiła,  Ŝe  spotkanie  z  Władcą  Lasu  moŜe  być  bardzo 

niebezpieczne. Mógł pojmać wędrowca i uwięzić w jednej z wielu swych grot, 

głęboko  w  skalnych  ciemnościach.  Dzieci  zapytały,  czy  Władca  Lasu  jest  tą 

samą postacią, co Król Gór, o którym matka takŜe im opowiadała. Zrazu matka 

straciła pewność siebie, ale w końcu odparła, Ŝe nie jest to jedna i ta sama istota. 

Król  Gór  mieszkał w  błękitnej  skale,  ale to Król  Lasu był  panem  wszystkiego. 

Wszystkiego, co istnieje jak okiem sięgnąć, a moŜe i jeszcze dalej. Mieszkańcy 

Północy, Lapończycy, nazywali go Tapio, boŜek lasu. 

Kto jednak raz znajdzie się we wnętrzu góry albo w przepastnych grotach 

Króla Lasu, ten nigdy się stamtąd nie wydostanie, tak twierdziła matka. Dlatego 

właśnie dzieciom nie pozwalano oddalać się od domu. 

W lesie było wiele ścieŜek, ale nie naleŜało po nich chodzić, bo mogły być 

ułudnymi droŜynkami elfów i trolli i prowadzić ludzi na manowce. 

Matka  uczyła  dzieci  róŜnicy  między  dobrem  a  złem,  między  tym,  co 

bezpieczne, a tym, co stanowi zagroŜenie. 

Matka była w Ŝyciu dzieci wszystkim co najdroŜsze. 

background image

Tego  wieczoru,  kiedy  szarobłękitny  zmierzch  zapadł  nad  wzgórzami,  a 

drozd  ze  wzgórza  śpiewał  swą  melodyjną  pieśń,  Śmierć  zawitała  do  samotnej 

chaty. 

Kończył  się  pracowity  dzień.  Osiemnastoletni  Jorulv,  najstarszy  z 

rodzeństwa, od świtu pomagał ojcu orać małe spłachetki pola. Z ojcem niełatwo 

się  pracowało,  tak  wiele  wymagał  i  nie  tolerował  Ŝadnej  słabości  u  innych. 

Zamknięty  w  sobie,  mocno  stał  obiema  nogami  na  ziemi,  nie  rozumiał,  co 

znaczą słowa takie, jak „marzenia” czy „fantazje”. 

Był  panem  domu,  głową  rodziny  i  zawsze  domagał  się  respektowania 

swych praw. Pierwszy zasiadał do stołu i brał to, na co mu przyszła ochota, nie 

bacząc,  czy  dla  innych  wystarczy.  Przy  jedzeniu  siorbał  i  mlaskał,  za  to  od 

dzieci  wymagał  bezwzględnej  ciszy.  Jorulv  nigdy  nie  widział,  by  ojciec  się 

ś

miał.  Ojciec  był  niezwykle  małomównym  człowiekiem,  ale  z  pracą  w  polu 

radził  sobie  doskonale,  a  owa  umiejętność  na  takim  pustkowiu  była  niezwykle 

cenna.  Miał  wielkie,  szorstkie  od  pracy  dłonie,  a  naznaczone  znojem  plecy  z 

kaŜdym rokiem stawały się coraz mocniej zgarbione. 

Jorulv, 

dorastając, 

zaczął 

dostrzegać, 

jak 

bardzo 

ojciec 

jest 

niesprawiedliwy. Miał wśród dzieci swoich faworytów, ale była i dwójka, której 

wprost nie znosił. Nie wyraŜał tego, co prawda, słowami, ale gestem i wzrokiem 

umiał wymownie okazać, kogo darzy sympatią. 

Wszyscy traktowali go jak patriarchę. 

A  moŜe  jednak  nie  wszyscy?  Jorulv  niepokoił  się,  bo  dwoje  spośród 

rodzeństwa  zaczęło  zdradzać  pewne  oznaki  buntu.  Będzie  musiał  stłumić  ten 

opór. W ich małej chatynce nie było miejsca na konflikty i niezgodę. 

Tego wieczoru jednak w domu panowała cisza. Grobowa cisza. 

Ś

mierć skosiła juŜ jedno Ŝycie. Nowo narodzone dziecko nie zdąŜyło nawet 

otworzyć  ust  do  krzyku  w  proteście  przeciw  światu.  Było  to  małe,  Ŝałosne 

stworzenie, które ojciec owinął w kawałek płótna i wyniósł z chaty. 

background image

Matka  leŜała  w  łóŜku  bielsza  niŜ  śnieg.  Właśnie  wydała  na  świat 

siedemnaste  dziecko,  ale  tylko  sześciorgu  z  nich  dane  było  przeŜyć.  Zbyt 

wcześnie  się  postarzała.  Siwobrązowe  włosy  kosmykami  rozsypały  się  na 

poduszce. Dłonie miała chude, sękate, z wystającymi, nabiegłymi krwią Ŝyłami. 

Ojciec, jak zwykle, pogrąŜony był w milczeniu. 

Dwie  najstarsze  dziewczynki  siedziały  przy  łóŜku  matki.  Pragnęły  jej 

pomóc,  ulŜyć  cierpieniom,  ale  co  mogły  zrobić?  Miały  dopiero  piętnaście  i 

szesnaście lat. 

Patrzyły bezradnie, jak iskra Ŝycia w ciele matki powoli gaśnie. 

Matka  –  ta,  przy  której  zawsze  wszyscy  się  zbierali!  Taka  dobra.  Ciągle 

zmęczona, ale czujna, gotowa w porę stłumić zarzewie kłótni między dziećmi a 

ojcem. Wyczerpana, ale nieskończenie cierpliwa. 

Wrócił  ojciec  i  spojrzał  na  kobietę  w  łóŜku,  po  czym  odwrócił  się  ku 

najstarszemu  synowi,  Jorulvowi,  stojącemu  w  kącie  razem  z  młodszym 

rodzeństwem. 

–  Nie  widzicie,  Ŝe  ona  umarła?  –  spytał  krótko.  –  Musimy  ułoŜyć  ją  na 

marach. Juliano, ty zamkniesz jej oczy. 

Dziewczyna popatrzyła na niego przeraŜona. W tej samej chwili pięcioletni 

Matti z głośnym krzykiem rzucił się ku łóŜku, ale ojciec zamachnął się na syna i 

chłopczyk  znów  znalazł  się  w  kącie.  Upadł  na  podłogę,  na  próŜno  usiłując 

stłumić płacz. Jorulv kucnął przy nim i zaczął szeptać słowa pociechy. 

Matti był jednym z dwojga dzieci, których ojciec nigdy pnie zaakceptował. 

Chłopiec  bardzo  się  starał,  ale  był  niezdarą  i  rzadko  coś  mu  się  udawało.  Być 

moŜe działo się tak dlatego, Ŝe zbyt wiele wysiłku wkładał w to, co robi, zawsze 

pragnął  wszystkim  się  przypodobać.  Kiedy  matka  broniła  Mattiego,  ojciec 

zwykle powtarzał tylko, Ŝe dzieciak jest brzydki i głupi. 

Teraz matki juŜ nie było. 

Jedenastoletni Ole nie spuszczał wzroku z ojca. Jorulv dostrzegł w oczach 

brata  nienawiść  i  przestraszył  się  nie  na  Ŝarty.  Ole  naleŜał  właściwie  do 

background image

ulubieńców ojca. Bystry, robota wprost paliła mu się w rękach, ale dość mądry, 

by dostrzec niesprawiedliwość. 

Jorulv zerknął na starsze z sióstr. Szesnastoletnia Juliana, ciepła i łagodna, 

obowiązkowa,  nie  myśląca  o  sobie,  była  zupełnie  jak  matka.  I  Rebecka, 

zbuntowana piętnastolatka, która zawsze chciała chodzić własnymi drogami, ale 

ojciec nigdy jej na to nie pozwalał. Rebecka była drugim z dzieci, których ojciec 

nie  tolerował.  Przywoływał  ją  do  porządku  surowym  wzrokiem  i  lodowatym 

milczeniem, zdarzało się nawet, Ŝe ją bił, choć była juŜ przecieŜ prawie dorosłą 

dziewczyną.  Bez  względu  jednak  na  to,  co  robił,  Rebecka  nigdy  nie  stała  się 

pokorna. 

Matti i Rebecka musieli znosić podobny los. Matti jednak nie opierał się tak 

jak jego siostra. Nie mógł pojąć, dlaczego ojciec go nie lubi, przecieŜ tak bardzo 

starał się być grzeczny i robił wszystko, by go zadowolić. 

Szóstym  dzieckiem  była  mała  Linnea,  miała  dopiero  trzy  lata.  Potrafiła 

oczarować  wszystkich  swym  promiennym  uśmiechem  i  była  rozpieszczana 

przez  całą  rodzinę.  Teraz  jednak  siedziała  nic  nie  rozumiejąc,  przytulona  do 

ś

ciany. Usta jej drŜały, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. Dlaczego matka 

nie chce się obudzić? 

 

W  maleńkiej  leśnej  zagrodzie  nastała  cisza.  NieduŜe  budynki,  wzniesione 

przez rodziców ojca w cięŜkich latach głodu, jakby zapadły się jeszcze bardziej 

w  ziemię.  Wszystkie  stłoczone  były  w  zbitą  gromadkę:  chata,  obora  i  stodoła, 

owczarnia, warzelnia  i spichlerz... Wszystkie  zbyt  małe,  zbyt ciasne. PoniewaŜ 

w miasteczku nad rzeką nie było dość miejsca, niektórzy jego mieszkańcy przed 

laty  przenieśli  się  do  lasu,  tam  załoŜyli  nowe  siedziby  i  znaleźli  pastwiska  dla 

zwierząt. Tak powstała i ta zagroda. 

Wiosna stała w pełnej krasie, ale nikt się nią nie radował. 

Nawet  zwierzętom  najwyraźniej  brakowało  gospodyni.  Z  obory  dobiegały 

Ŝ

ałosne  ryki  krowy,  byka  i  cielęcia,  a  kozy  i  owce  smutno  beczały  w  swej 

background image

zagrodzie.  Matka  stale  się  niepokoiła,  Ŝe  mogą  utracić  któreś  ze  zwierząt,  i 

zawsze zatrzymywali samca z kaŜdego gatunku, by zapewnić przychówek. 

Smutek,  spowodowany  odejściem  matki,  dręczył  nie  tylko  dzieci, 

odczuwały go takŜe zwierzęta. 

Melancholijne  dźwięki  piosenki  drozda  niosły  się  między  wzgórzami. 

Strumyk szemrał tak dziwnie Ŝałośnie. Wszystko nagle posmutniało, poszarzało. 

 

Pogrzeb  był  dla  dzieci  koszmarem.  Ojciec  i  Jorulv  zbili  dla  matki  prostą 

trumnę z desek i pochowano ją na wzgórzu u skraju lasu, tam gdzie spoczywały 

wszystkie  zmarłe  dzieci  i  gdzie  znaleźli  miejsce  wiecznego  spoczynku 

dziadkowie, rodzice matki i ojca. 

Niestety, ojciec zmusił do udziału w pogrzebie wszystkie dzieci, takŜe i te 

najmłodsze. 

Z  namaszczeniem  przytoczył  odpowiedni  fragment  z  Biblii,  kiedy  jednak 

na  trumnę  posypały  się  pierwsze  grudki  ziemi,  dzieci  nie  zdołały  juŜ  nad sobą 

zapanować.  Wybuchnęły  płaczem,  a  Matti  usiłował  rzucić  się  w  dół  do  grobu. 

Ojciec  wpadł  w  gniew,  tak  Ŝe  Jorulv  i  Juliana  musieli  go  uspokajać.  Linnea 

uciekła do domu i gdzieś się schowała. 

Wszyscy rozumieli, Ŝe od dnia śmierci matki ich Ŝycie całkiem się odmieni. 

Nic juŜ nie będzie takie jak przedtem. 

NajcięŜej było Mattiemu. Wiedział, Ŝe nie ma juŜ nikogo, kto zdołałby go 

ochronić przed trudną  do  zrozumienia  niechęcią  ojca.  I  bez  względu  na to,  jak 

długo  chłopczyk  się  nad  tym  zastanawiał,  nie  mógł  dociec,  w  czym  zawinił. 

Pomagał  przecieŜ  w  pracy  ile  tylko  miał  sił,  zawsze  okazywał  ojcu 

posłuszeństwo. A mimo to wszystko było źle. 

Rebecka powiedziała mu, Ŝe mama jest teraz w niebie. Nie, wcale nie leŜy 

w ziemi w tej okropnej trumnie. W nocy, kiedy Matti spał, przyszli aniołowie i 

zabrali ją do siebie. 

background image

Chłopczyk  wiele  o  tym  rozmyślał.  Tak  bardzo  tęsknił  za  dobrymi  dłońmi 

matki,  które  czule  gładziły  go  po  lnianozłotych  włosach.  Mama  nigdy  się  nie 

gniewała. Mama mówiła, Ŝe Matti jest ładnym i grzecznym chłopcem. 

Matti  wiedział,  gdzie  jest  niebo.  Jorulv  mu  o  tym  powiedział,  a  przecieŜ 

Jorulv wiedział wszystko. Kiedyś Matti wyglądał przez okno. Wskazał wówczas 

ręką na najwyŜszą górę, Jorulv zaś wyjaśnił mu, Ŝe to Niebiańska Góra. Jest tak 

wysoka, Ŝe z jej szczytu moŜna się wdrapać prosto do nieba, dlatego tak właśnie 

się nazywa. 

Znajdowała  się  co  prawda  daleko,  ale  Matti  był  przeświadczony,  Ŝe 

aniołowie  przebyli  całą  tę  drogę  przez  las  piechotą  specjalnie  po  to,  by  zabrać 

matkę. 

Tylko dobrzy ludzie idą do nieba, tak mówił ojciec, kiedy czytał Biblię. A 

przecieŜ matka była najlepsza na świecie... 

Tydzień  później  Matti  usłyszał,  jak  ojciec,  ściągając  z  nóg  cięŜkie  buty, 

mamrocze  coś  do  siebie  pod  nosem.  Matti  niewiele  z  tego  rozumiał,  ale 

wydawało mu się, Ŝe ojciec gniewa się na matkę za to, Ŝe jej juŜ nie ma. 

– ... a zresztą, jako Ŝona i tak do niczego się nie nadawała, nie ma to więc 

Ŝ

adnego znaczenia. Ciągle tylko rodziła dzieci. MęŜczyzna nie został stworzony 

do  Ŝycia  w  samotności,  tak  mówi  Pan.  Muszę  postarać  się  o  jaką  porządną 

kobietę,  bo  dłuŜej  tak  być  nie  moŜe.  Potrzebna  mi  taka,  która  będzie  umiała 

zająć  się  domem.  Dzieciaki  z  niczym  nie  potrafią  sobie  poradzić.  Chcę  mieć 

młodą,  mocną dziewuchę, a  nie  podstarzałą,  umęczoną, chudą kobiecinę, która 

na nic nie ma siły. 

Ojciec nie wiedział, Ŝe Matti go słyszy, a słowa te poruszyły wiele czułych 

strun w sercu chłopca. 

 

Następnego  wieczoru  Juliana  rozbierała  najmłodszą  siostrzyczkę,  Linneę. 

Ubranko  jej  było  za  ciasne  i  postrzępione  –  matka  zdąŜyła  tylko  dla  Olego  z 

nowym  ubraniem,  musiała  przecieŜ  zgręplować,  uprząść  i  utkać  zeszłoroczną 

background image

owczą wełnę. Dziewczęta pomagały jak mogły, ale na ogół co roku starczało na 

nowe ubranie tylko dla jednego dziecka. Mieli przecieŜ tak mało zwierząt. 

Najmłodsza  dziewczynka  przez  cały  dzień  była  niewyspana  i 

rozgrymaszona.  Pewnie  i  ona,  tak  jak  wszystkie  dzieci,  tęskniła  za  matką. 

Juliana  zmusiła  ją  do  wypicia  kubka  mleka,  bo  mała  nie  chciała  jeść  kolacji. 

Linnea nie była silnym dzieckiem, tak często się przeziębiała... 

Juliana rozejrzała się po izbie z uczuciem rezygnacji. Mieli tylko trzy łóŜka. 

Największe  z nich, najszersze,  zajmował  ojciec.  Dziewczynki  gnieździły  się  w 

drugim  łóŜku,  a  chłopcy  w  trzecim.  Było  im  tak  ciasno,  Ŝe  Ŝadne  nie  mogło 

obrócić  się  na  drugi  bok,  nie  poruszając  przy  tym  pozostałych.  Pół  izby 

zajmowały krosna. 

Juliana  i  Rebecka  robiły  wszystko,  by  utrzymać  izdebkę  w  czystości,  ale 

nigdy nie potrafiły osiągnąć takiego stanu jak za Ŝycia matki. Ojciec spluwał na 

podłogę i rzucał zabłocone buty gdzie popadło. Ole, choć mądry i pracowity, był 

niestety  okropnym  bałaganiarzem.  A  doprawdy  mały  nieporządek  wystarczył, 

by w izbie zapanował straszny rozgardiasz, mieszkali wszak tak ciasno. 

Kolacja  stanęła  na  stole.  Rebecka  rzuciła  drewniane  łyŜki,  aŜ echo  poszło 

po izbie. 

– JuŜ. Mogą teraz przyjść i zjeść, póki jedzenie gorące. 

Dym  wydobywający  się  z  pieca  snuł  się  po  izbie  jak  welon,  ale  pachniał 

przyjemnie, brzozowym drewnem. 

Wrócili męŜczyźni: ojciec, Jorulv i Ole, brudni i zmęczeni, ale zadowoleni 

z wykonanej w ciągu całego dnia pracy. 

Ojciec jednak był poirytowany, czuł się niepewnie. Z Jorulvem jakoś do tej 

pory  dawał  sobie  radę,  chłopak  robił,  co mu  polecono,  ale  i  on  ostatnio  zaczął 

okazywać  niechęć  wobec  narzuconego  mu  bezwarunkowego  posłuszeństwa. 

Wysuwał nawet róŜnorakie propozycje, po prawdzie czasami zupełnie słuszne, i 

to  takie,  które  ojcu  nie  przyszłyby  do  głowy.  NaleŜało  coś  z  tym  zrobić,  nie 

wolno utracić kontroli nad własnymi dziećmi. 

background image

Jeszcze  gorzej  sprawy  się  miały  z  Olem,  jego  ulubieńcem.  Ole  zaczął 

spoglądać  na  ojca  z  wyrazem,  jak  mu  się  wydawało, pogardy!  Taki  szczeniak, 

czyŜby usiłował przywoływać ojca do porządku? 

Prawdą jednak  było,  Ŝe  Ole był  mądrzejszy  od  ojca.  Wiedział wszystko  o 

zwierzętach i  lesie,  o  drzewach  i  roślinach, o  wiatrach  i pogodzie.  Zbyt  często 

teŜ pytał o to, co znajdowało się za lasem. 

To naprawdę nie wróŜyło dobrze. 

Gniewnie  ściągnął  z  nóg  zabrudzone  buty  i  rzucił  je  byle  jak.  Rebecka 

podniosła je z podłogi i demonstracyjnie wyniosła do sionki. 

W kaŜdym razie, Bogu dzięki, jest Juliana. Ona była posłuszna i grzeczna, 

nigdy  nie  narzekała,  Ŝe  ma  za  duŜo  pracy,  ani  na  to,  Ŝe  na  jej  barkach  –  była 

wszak  najstarszą  dziewczynką  w  gromadce  rodzeństwa  –  spoczęła  tak  wielka 

odpowiedzialność. 

Z  Rebecka  za  to  wybuchały  ciągłe  awantury.  Przeklęta  dziewucha,  nigdy 

nie powinna była się urodzić! Bez końca tylko spory. 

Tak, musi jak najprędzej się stąd wynieść. To nie jest Ŝycie dla męŜczyzny, 

w  samotności,  z  gromadą  bachorów,  Tyle  od  niego  wymagały!  Ubrania, 

jedzenia,  ciepła.  Co  sobie  wyobraŜały,  ile  właściwie  moŜe  znieść  samotny 

wdowiec? 

Takie były rozpieszczone, wszystkie co do jednego! 

– A gdzie jest Matti? – przerwał nagle ciszę Jorulv. 

Juliana rozejrzała się dokoła. 

– Myślałam, Ŝe jest z wami – powiedziała. 

– Nie, nie widzieliśmy go od obiadu – zdumiał się Jorulv. 

– Ale wyszedł przecieŜ zaraz za wami – wtrąciła się Rebecka. – Widziałam, 

jak drepcze przez łąkę w stronę lasu. 

Popatrzyli po sobie z niepokojem. 

Ciepła  kurtka  Mattiego  zniknęła.  Nigdzie  nie  było  teŜ  jego  ukochanego 

drewnianego konika, którego wystrugał mu Jorulv. 

background image

Matti uciekł. Wybrał się do wielkiego lasu całkiem sam. A przecieŜ w tych 

okolicach moŜna było spotkać niedźwiedzia. Zdarzało się, Ŝe przechodziło tędy 

stado wilków, choć ostatnio dawno juŜ ich nie widziano. Ryś takŜe mógł okazać 

się  niebezpieczny  dla  małego  dziecka.  Moczary.  Urwiska.  Bezkresne  lasy,  w 

których tak łatwo zabłądzić. 

Niepokój  zmienił  się  w  strach,  w  przeraŜenie,  nawet  ojciec  pobladł.  Ale 

słowa, które wypowiedział, zabrzmiały surowo: 

–  Kiedy  dopadnę  tego  łobuza,  porządnie  złoję  mu  skórę,  to  jedno  jest 

pewne! 

Dzieci  unikały  jego  wzroku.  Nie  rozumiały,  Ŝe  pod  gniewem  skrywał 

głęboki niepokój, dlatego właśnie wszystkie odwróciły się do niego tyłem. 

Ojcu po plecach przebiegł dreszcz strachu, jakiego nigdy dotąd jeszcze nie 

doświadczył.  Przyzwyczajony  był  do  nieposłuszeństwa  Rebecki  i  jej 

pogardliwie nadętej miny. Reakcja Olego teŜ nie była Ŝadną niespodzianką. 

Ale Jorulv? I Juliana? 

– Idziemy go poszukać – rzekł krótko. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ III 

 

Matti stwierdził, Ŝe w lesie zrobiło się nieprzyjemnie. 

Jak  to  daleko!  śeby  mieć  lepszy  widok,  wdrapał  się  na  pagórek,  ale 

Niebiańska Góra nie przybliŜyła się ani odrobinę. 

Najgorsze,  Ŝe  nie  widział  juŜ  ani  domu,  ani  nawet  tego  duŜego  jeziora 

poniŜej zagrody. 

Poczuł się naprawdę nieswojo. 

Popłakując podreptał dalej. A tak dobrze zapowiadała się ta wyprawa! Był 

najedzony i wypoczęty, bez trudu wędrował po okolicy. Wkrótce jednak dotarł 

do  bagniska  i  musiał  je  okrąŜyć.  Potem  natrafił  na  spore  jezioro,  nie  to  koło 

domu, lecz zupełnie inne. Wcale mu się nie spodobało. Obchodził je brzegiem, a 

wszędzie dookoła było tak pusto... A jeŜeli zabłądził? 

No  i  przecieŜ  matka  go  oczekiwała!  Co  się  stanie,  jeśli  nie  będzie  mogła 

dłuŜej czekać? 

Matti  zaczął  szybciej  przebierać  nóŜkami.  Bał  się  coraz  bardziej,  ale 

odpędzał od siebie wszystkie strachy. 

Nie wolno mu myśleć o łosiu czy teŜ niedźwiedziu, o wilku ani rysiu. A juŜ 

na pewno  nie o tym, co  mogło być  jeszcze  groźniejsze! Musi  tylko  iść,  iść  jak 

najszybciej przed siebie. Niedługo juŜ będzie na miejscu. 

Po  pewnym  czasie  jednak  spostrzegł,  Ŝe  zaczyna  się  ściemniać.  Czy 

naprawdę  do  Niebiańskiej  Góry  było  aŜ  tak  daleko?  A  na  dodatek  z  głodu 

burczało mu w brzuchu. 

I taki był zmęczony! 

Nie mógł usiąść i odpocząć, bo wtedy napadłyby go wilki. 

Wiedział, Ŝe musi iść dalej. 

background image

Mrok wokół niego gęstniał z kaŜdą chwilą. Matti juŜ nie potrafił wskazać, 

gdzie jest Niebiańska Góra. 

A nikt nie wiedział, dokąd się wybierał! 

Łzy zaczęły płynąć mu po policzkach. Potknął się i wpadł na drzewo. 

Nie  chciał  juŜ  nigdzie  iść,  nie  miał  sił.  Musiał  usiąść  i  choć  chwilę 

odpocząć. 

– Mamo! Boję się! 

Przycisnął  do  piersi  drewnianego  konika,  skulił  się  na  mchu  i  poczuł,  Ŝe 

oczy same mu się zamykają. Nie zdołał juŜ jednak unieść w górę powiek. 

 

Zapadła noc. 

– Zrobiło się zbyt ciemno – ze złością parsknął ojciec, kiedy on i czwórka 

najstarszych  dzieci  zebrali  się  na  skraju  lasu.  –  Wyruszymy  na  poszukiwania 

jutro rano, jak tylko się rozwidni. 

Jorulvowi nadal w uszach dzwoniło echo rozpaczliwego wołania w lesie: 

– Matti! Maaattiii! 

Wołania, które nigdy nie doczekało się odpowiedzi. 

–  To  prawda,  w  lesie  jest  juŜ  za  ciemno  –  przyznał.  –  Ale  moglibyśmy 

przesondować  jeziorko.  Nad  wodą  jest  jeszcze  dość  widno  i  jeśli  weźmiemy 

pochodnie... 

Juliana zadrŜała na samą myśl. 

–  Muszę  sprawdzić,  co  z  Linneą  –  rzuciła  przez  ramię  i  pobiegła  w 

kierunku domu. 

– A więc dobrze, jak chcecie – westchnął ojciec. 

Z  drŜącym  lękiem  w  sercach  zaczęli  schodzić  ku  jeziorku.  Dopóki  byli  w 

lesie,  pozostawała  wciąŜ  iskierka  nadziei,  jeśli  jednak  znaleźliby  Mattiego  w 

wodzie, na dnie... 

Pocieszało  ich  jedynie,  Ŝe  Matti  zabrał  ze  sobą  kurtkę  i  drewnianego 

konika. 

background image

 

Matti nie obudził się, gdy ktoś pochylił się nad nim, a potem podniósł go do 

góry. Dopiero gdy wetknięto mu w rączkę ulubioną zabawkę, drgnął i otworzył 

oczy. 

Nocny wiatr szeleścił w koronach drzew, ale nie było juŜ tak ciemno. Matti 

spojrzał  w  twarz  osobie,  która  go  niosła,  i  w  jednej  chwili  na  dobre  się 

przebudził. 

– Czy ty jesteś aniołem? 

– Dlaczego tak uwaŜasz? – uśmiechnął się męŜczyzna. 

–  Bo  miałem  iść  do  mamy.  MoŜe  to  ona  wysłała  anioła,  Ŝeby  mnie 

sprowadził? 

Na chwilę zapadło milczenie. 

– Mieszkasz w tym małym domku nad jeziorem, prawda? 

– Tak – kiwnął głową Matti. – Ale chciałem iść do Niebiańskiej Góry, bo 

mama poszła do nieba, a tam najłatwiej się dostać właśnie z Niebiańskiej Góry. 

–  Nie  znajdziesz  swojej  mamy  na  Górze  –  uśmiechnął  się  męŜczyzna 

przyjaźnie,  lecz  ze  smutkiem.  –  Ale  ona  towarzyszy  ci  przez  cały  czas.  Jest  u 

twego boku, chociaŜ jej nie widzisz. 

– Naprawdę?! 

– Tak. To ona prosiła, bym ci pomógł. 

Jaka cudowna wiadomość! Matti odetchnął z ulgą. 

– Dokąd idziemy? – zapytał po chwili. 

–  Do  domu,  tam  gdzie  mieszkasz.  Bardzo  się  o  ciebie  niepokoją.  Szukali 

cię  przez  cały  wieczór  i  przez  całą  noc.  Nawoływali.  Bo  to  ty  masz  na  imię 

Matti, prawda? 

– Tak. 

– A więc wołali właśnie ciebie. 

Matti dość długo nad tym rozmyślał. Najwidoczniej znów zrobił coś złego. 

– Ojciec mnie nie lubi – wyznał wreszcie cichutko. 

background image

– To znaczy, Ŝe jedziemy na tym samym wózku. 

– Na jakim wózku? 

– To tylko takie powiedzenie, Matti. Mój ojciec takŜe mnie nie lubi. 

– Naprawdę? Dlaczego? PrzecieŜ ty jesteś taki piękny! Czy on cię bije? 

– Nigdy mnie nie widział. 

Tego  Matti  nie  potrafił  objąć  swoim  rozumem.  Jak  ojciec  tego  człowieka 

mógł wiedzieć, Ŝe  go nie lubi, skoro nigdy  go  nie  widział? Nagle przyszło  mu 

do  głowy  co  innego.  Rebecka  zawsze  powtarzała,  Ŝe  jest  juŜ  za  cięŜki,  by  go 

nosić. 

– Mogę iść sam – oznajmił. 

– Tak? To bardzo dobrze. 

MęŜczyzna  postawił  Mattiego  na  ziemi  i  chłopczyk  mógł  mu  się  lepiej 

przyjrzeć.  Jego  tajemniczy  opiekun  miał  na  sobie  skórzane  ubranie,  buty  z 

kawałków  skór  obwiązanych  wokół  nóg  rzemieniem.  Długie  włosy  miękkimi 

falami spadały na ramiona. 

Nie miał jednak skrzydeł, a więc chyba mimo wszystko nie był aniołem. 

W  niczym  to  Mattiemu  nie  przeszkadzało.  Powiedział  przecieŜ,  Ŝe  mama 

jest razem z nimi, a to było najwaŜniejsze. 

Chłopczyk  w  jednej  rączce  trzymał  swego  ulubionego  konika,  a  drugą 

mocno ujął męŜczyznę za rękę. Czuł się bezpiecznie. Bardzo podobała mu się ta 

dłoń. 

 

Promienie  słońca  przedarły  się  przez  opary  porannej  mgły  i  oświetliły 

wycieńczonych,  zdesperowanych  ludzi  nad  jeziorem.  Podnieśli  głowy  i 

nasłuchiwali w napięciu! 

– Hop! Hop! Co robicie tak wcześnie nad wodą? 

Matti, ucieszony, tryskający radością, biegł w ich stronę. 

Wszyscy pospieszyli mu na spotkanie, ojciec szedł jako ostatni. Był zły na 

malca,  ale  wyczuwał,  Ŝe  najmniejsza  nawet  reprymenda  moŜe  wywołać 

background image

prawdziwą  burzę.  Dlatego  mocno  zacisnął  zęby,  tłumiąc  gniewne  słowa,  i 

maszerował za dziećmi. 

Matti z zapałem odpowiadał na wszystkie pytania: 

–  Chciałem  dojść  do  Niebiańskiej  Góry,  do  mamy,  ale  okazało  się,  Ŝe  to 

bardzo  daleko,  i  bardzo  się  zmęczyłem,  no  i  zasnąłem.  Nocą  w  lesie  jest 

strasznie, moŜna zobaczyć to, czego nie ma naprawdę w dzień... 

– Tak, tak – przerwał mu Jorulv. – Ale co się stało potem? 

–  Nie  wiedziałem,  Ŝe  zasnąłem.  Na  początku  płakałem,  ale  tylko 

troszeczkę. A potem on przyszedł i zaprowadził mnie do domu. 

On? Jaki on? Kto taki? Kto cię odprowadził? – zdumieni pytali jedno przez 

drugie. 

–  Najpierw  myślałem,  Ŝe  to  anioł,  ale  nie  miał  skrzydeł,  a  wiec  to 

niemoŜliwe. Powiedział, Ŝe mamy nie ma na Niebiańskiej Górze. Powiedział, Ŝe 

mama cały czas chodzi koło mnie, chociaŜ jej nie widzę. Powiedział, Ŝe czuwa 

nad nami wszystkimi, Ŝeby ojciec... 

Matti urwał w pół słowa i ze spuszczoną głową szybko dokończył: 

–  ...  Ŝeby  nic  się  nam  nie  stało.  To  mama  wysłała  go  do  lasu,  Ŝeby  mnie 

odnalazł. 

–  Matti  –  odezwała  się  Juliana  surowo.  –  O  kim  ty  właściwie  mówisz? 

Wiesz przecieŜ, Ŝe w lesie nie ma Ŝadnych ludzi! 

– Tak, wiem. Ale jego ojciec teŜ go nie lubi i właśnie dlatego on mieszka w 

lesie. 

Ojciec  Mattiego  poczuł  nieprzyjemne  ukłucie  wyrzutów  sumienia  na 

dźwięk słów „teŜ go nie lubi”. 

– I on jest bardzo piękny – zakończył relację Matti. 

Rodzeństwo jednak nie było w pełni usatysfakcjonowane jego opowieścią. 

– Na pewno wszystko tylko ci się przyśniło – skwitował Ole. – Coś mi się 

widzi, Ŝe przez cały czas siedziałeś schowany między drzewami na brzegu lasu, 

bo chciałeś nas wystraszyć. 

background image

Matti popatrzył na niego uraŜony. 

– Wcale nie. Zobacz, bucik mi się rozleciał, a on obwiązał go rzemieniem! 

Dokładnie obejrzeli rzemyk i orzekli, Ŝe rzeczywiście nigdy podobnego nie 

widzieli. 

–  No  dobrze,  ale  jak  on  miał  na  imię?  I  jak  wyglądał?  –  dopytywała  się 

Rebecka. – Był młody czy stary? Taki jak ojciec? 

Matti  badawczo  przyjrzał  się  ojcu,  ale  zaraz  odwrócił  się  do  najstarszego 

brata. 

Nie,  nie  był  taki  jak  ojciec.  Jak  Jorulv,  tylko  ciemniejszy.  Miał  całkiem 

czarne włosy. 

–  Młody  chłopak?  – rzekł ojciec  z niedowierzaniem.  –  Nic  więcej o sobie 

nie powiedział? 

–  Zapytałem,  czy  jest  Władcą  Lasu,  i  on  odparł,  Ŝe  nie,  nie  jest.  Ale 

powiedział,  Ŝe  go  zna.  I  dodał  jeszcze:  „Jeśli  ktoś  będzie  dla  ciebie  niedobry, 

Matti, poproszę Króla Lasu, Ŝeby się z nim rozprawił!” 

Czy jedynie przypadkiem wszystkie dzieci jak na komendę odwróciły się i 

popatrzyły na ojca? Ojciec zagryzł wargi i dopiero  po chwili mruknął, Ŝe teraz, 

kiedy Matti nareszcie raczył wrócić do domu, mogą chyba iść coś zjeść i trochę 

się zdrzemnąć. 

Kiedy wracali do chaty, Jorulv połoŜył najmłodszemu braciszkowi rękę na 

karku i powiedział: 

– Dobrze, Ŝe jesteś juŜ w domu, Matti! 

 

Miesiące  jakoś  upływały.  Ojciec  rzadko  rozmawiał  z  dziećmi,  a  i  one 

nauczyły  się  unikać  niepotrzebnych  scysji.  Dwoje  najmłodszych,  które  zawsze 

baraszkowały na łąkach zanosząc się radosnym śmiechem, przycichło, zamknęło 

się  w  sobie.  Starsze  pracowały  jeszcze  bardziej  zawzięcie,  jak  gdyby  chciały 

zagłuszyć myśli. 

background image

Zima  tego  roku  okazała  się  wyjątkowo  łagodna,  radzili  więc  sobie  nieźle. 

DuŜo czasu mogli spędzać w lesie, poza chatą, i nie musieli tłoczyć się w ciasnej 

izbie. Wieczory były i tak dostatecznie nieprzyjemne. 

Gdy zbliŜała się wiosna, Juliana zaczęła odczuwać niepokój we krwi. 

Nigdy nie zdołała zapomnieć o tajemniczym wybawcy Mattiego, stał się on 

bohaterem jej marzeń. 

Człowiek, który  mieszka w lesie? O którym nigdy dotąd nie słyszeli? Czy 

mogło to mieć jakiś związek z tym, o czym czasami któreś z nich wspominało? 

Zdarzało  się,  Ŝe  dostrzegali  jakieś  niezwykłe  poruszenie,  jakby  błysk  między 

drzewami, kiedy zbierali w lesie jagody albo chrust i mech. 

Juliana postanowiła wziąć na siebie wszystkie tego typu prace i krąŜąc po 

lesie otaczającym dom, ukradkiem rozglądała się dokoła. 

Niczego jednak nie widziała, czuła jedynie wiosenną gorączkę we krwi. 

Coś  się  wydarzyło  dopiero  w  pewien  przepiękny  majowy  dzień,  kiedy 

wyprawiła  się  do  lasu  razem  z  Olem.  Ole  chciał  znaleźć  kawałek  drewna  na 

nowy ubijak, a Juliana zbierała brzozowe gałązki na nową miotłę. 

Poprzedniego dnia pasła kozy. Nigdy nie wypuszczano zwierząt samych do 

lasu,  któreś  z  dzieci  zawsze  musiało  pełnić  funkcję  pastuszka.  Juliana  zagnała 

stadko  do  małej  dolinki,  połoŜonej  na  uboczu,  i  właśnie  wtedy  nagle  doznała 

niezwykłego wraŜenia, Ŝe w pobliŜu znajduje się jakaś Ŝywa obca istota. 

M

 o g ł o  to  być  zwierzę.  Wychowana  w  lesie  dziewczyna  znała  jego 

tajemnice i potrafiła wyczuć bliskość zwierzęcia. Tym razem jednak było w tym 

coś dziwnego. 

Odczuła to szczególnie wyraźnie, kiedy stanęła na wzniesieniu, na którym 

sosny i skalne bloki walczyły ze sobą o miejsce. 

Dzisiaj  skierowała  się  równieŜ  ku  dolince.  Ole  nie  miał  nic  przeciwko 

temu,  po  prostu  szedł  za  siostrą.  Kiedy  jednak  dotarli  do  dolinki,  Ole 

powędrował dalej w las i Juliana została sama. 

Jak cicho dokoła! 

background image

I dzisiaj nawiedziło ją podobne uczucie, ale moŜe wywołało je tylko gorące 

pragnienie, by naprawdę ktoś był w pobliŜu? 

Nasłuchiwała  skupiona,  niemal  kaŜdym  nerwem,  a  stopy  odruchowo 

poniosły ją ku wzniesieniu, na którym stała poprzedniego dnia. 

Sama nie wiedziała, czego tam szuka, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał 

jej  kierunek  wędrówki.  Niczego  teŜ  szczególnego  nie  znalazła,  ale  czy  tak 

naprawdę czegoś się spodziewała? 

Działała całkiem podświadomie. Prawie nie zdając sobie sprawy z tego co 

robi,  wyszukała  dwa  patyczki  i  ułoŜyła  je  skrzyŜowane  na  płaskim  bloku 

skalnym. Zdumiona przyjrzała się własnemu dziełu i zbiegła w dolinę. Co teŜ jej 

przyszło do głowy? 

– Ole? Ole, gdzie jesteś? 

– Tutaj – dobiegł ją głos z oddali. Co sił w nogach popędziła do brata. 

 

Następnego  dnia  dobrowolnie  podjęła  się  pasienia  kóz.  Nie  była  to  wcale 

jej kolej, powinna zostać w domu i zająć się pieczeniem chleba, ale udało jej się 

zamienić z Rebecką. Bracia ostro protestowali, bo rzadko kiedy smakowało im 

pieczywo Rebecki. 

Ale Juliana postawiła na swoim. 

Kiedy zbliŜała się do dolinki, serce mocno jej biło z przejęcia. 

W  dolince  przystanęła,  a  kozy  łapczywie  rzuciły  się  na  młodą  wiosenną 

trawę, z zachwytem skubały pączki i zielone gałązki z okolicznych krzaków. 

– Zostańcie tutaj – poleciła, jakby rozumiały, co do nich mówi. A moŜe tak 

teŜ i było? 

Wspięła  się  po  zboczu  ku  porośniętemu  sosenkami  wzniesieniu.  Nie 

wiedzieć  czemu, kryła  się  między krzakami, jak gdyby dopuszczała  się czegoś 

zakazanego. 

background image

Szła ze wzrokiem utkwionym w wierzchołki drzew, starając się za wszelką 

cenę  nie  patrzeć  tam,  gdzie  tak  bardzo  chciała  spojrzeć.  Pewnie,  Ŝe  było  to 

niemądre, ale tak strasznie obawiała się rozczarowania. 

Rozczarowania?  Ale  z  jakiego  powodu?  Surowo  zganiła  samą  siebie.  Jak 

moŜna być aŜ tak głupią? 

Matti  po  prostu  fantazjował,  to  przecieŜ  całkiem  jasne.  W  lesie  nie  było 

nikogo poza nimi. I chociaŜ, być moŜe, wówczas naprawdę ktoś mu pomógł, nie 

miała Ŝadnych podstaw, by przypuszczać, Ŝe jej wytęskniony bohater wędrował 

po lesie jeszcze przez wiele miesięcy. 

Jest głupia, głupia, głupia! 

Nagle serce jej zamarło, jakby zapomniało uderzyć przynajmniej dwa razy. 

Na płaskim głazie leŜały dwa inne patyczki ułoŜone w znak krzyŜa. Obok 

tych, które ona zostawiła poprzedniego dnia. 

 

Juliana poczuła, Ŝe zakręciło jej się w głowie. 

Wiedziała na pewno, Ŝe nie mógł tu przyjść nikt z rodziny. Przez cały czas 

pilnowała rodzeństwa i ojca, baczyła, by przypadkiem nie odkryli jej niemądrej 

tajemnicy. 

Ale dwa krzyŜe, które miała przed oczami, były prawdziwe, rzeczywiste! 

Rozejrzała się dokoła, ale nie dostrzegła niczego nowego. Las był pusty jak 

zawsze. To tylko wiosna obudziła jej tęsknotę. 

A zatem przypadek. Tamten krzyŜ musiał leŜeć tam juŜ wczoraj, choć ona 

zwyczajnie  go  nie  zauwaŜyła.  NiemoŜliwe,  by  ktoś  inny  tu  był.  śadną  miarą 

niemoŜliwe. 

Postanowiła spróbować raz jeszcze. 

Zbiegła  kawałek  w  dół  i  zebrała  nieduŜy  bukiecik  konwalii.  Owinęła 

łodyŜki wilgotnym mchem, by szybko nie zwiędły, i połoŜyła bukiecik między 

dwoma krzyŜami z patyczków. Potem szybko wróciła do kóz, które, znudzone, 

zaczynały juŜ się rozchodzić. 

background image

Wieczorem postarała się znaleźć wymówkę, by na chwilę pójść nad jezioro. 

Uklękła na brzegu, wpatrując się w ciemną, przejrzystą wodę. 

Och,  nie  było  na  co  patrzeć!  Doprawdy,  daleko  jej  do  Rebecki,  ślicznej, 

ciemnookiej, o szerokim uśmiechu i wesołym piegowatym nosku. 

Ona była taka nijaka, przypominała kępkę zwiędłej trawy, tak przynajmniej 

sama uwaŜała. 

Bo  przecieŜ  woda  w  jeziorku  nie  mogła  odbić  ciepła  bijącego  z  jej 

wielkich,  błękitnych  oczu,  piękna  ust  i  łagodnie  zarysowanego  czoła.  Juliana 

podobna była do matki jak dwie krople wody. Stanowiłaby wymarzoną zdobycz 

dla  despotycznego  męŜczyzny,  który  dręczyłby  Ŝonę,  bo  tacy  zawsze  potrafią 

upatrzyć  sobie  ofiarę.  Matka  często  martwiła  się  o  przyszłość  Juliany, 

pocieszając  się  tylko,  Ŝe  prawdopodobnie  córka  nie  spotka  nikogo,  z  kim 

mogłaby dzielić Ŝycie. W lesie mieszkali przecieŜ tylko oni. 

Juliana skończyła właśnie siedemnaście lat. Czy było więc coś dziwnego w 

tym, Ŝe wraŜliwa dziewczyna śniła o bohaterze Mattiego? 

 

Kiedy  następnego dnia  wróciła na  wzgórze, konwalie  zniknęły.  LeŜał  tam 

teraz bukiecik najpiękniejszych dzwonków. 

Juliana  westchnęła  głęboko,  cała  drŜąc.  Twarzyczkę  jej  rozpromieniła 

radość. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ IV 

 

Tej wiosny ojciec nie mógł wytrzymać juŜ dłuŜej. Milczenie dzieci było tak 

wymowne, Ŝe w końcu się poddał. 

Pewnego  dnia,  kiedy  niemy  opór  dał  się  odczuć  jeszcze  wyraźniej  niŜ 

zwykle, cisnął swym kapeluszem z szerokim rondem o podłogę i wrzasnął: 

–  Doprawdy,  jesteście  juŜ  dostatecznie  dorośli,  by  radzić  sobie 

samodzielnie!  śaden  męŜczyzna  nie  zniósłby  takiego  Ŝycia.  To  mój  dom,  nie 

wasz, ja go zbudowałem... 

– Nie, dziadek – wtrącił Ole. 

Ojciec  popatrzył  na  niego  spode  łba,  ale  nic  więcej  na  ten  temat  nie 

powiedział. 

– Ja takŜe mam prawo do własnego Ŝycia – burknął, spuszczając z tonu. – 

MęŜczyzna  nie  został  stworzony  do  Ŝycia  w  samotności,  takie  są  słowa  Pana. 

Wyprawię się w doliny i znajdę sobie dziewczynę, która będzie umiała zająć się 

gospodarstwem. Dom przypomina juŜ chlew! Sami zobaczcie, jak wygląda stół! 

–  Nie  miałam  czasu,  by  po  tobie  posprzątać,  ojcze  –  odparła  Rebecka. 

Odszedłeś od wieczerzy jako ostatni. 

– Milcz, dziewucho! 

Nie  odezwał  się  więcej,  a  wiele  miał  im  jeszcze  do  powiedzenia.  Choćby 

to, Ŝe są juŜ na tyle duzi, by samodzielnie wyruszyć w świat, bo on przecieŜ nie 

ma  wcale  obowiązku  karmienia  ich  przez  całe  Ŝycie.  Najchętniej  pozostawiłby 

w  domu  jedynie  Linneę  i  Olego,  a  reszcie  nakazał  się  wynosić,  i  to  jak 

najprędzej. 

Teraz jednak postanowił milczeć. Mimo wszystko nadal byli mu potrzebni. 

Trudno przewidzieć, jak zakończy się wyprawa w dolinę, no a Ole i Linnea nie 

mogli zostać sami, to nie wchodziło w grę. 

background image

Gdyby tylko udało mu się znaleźć robotną kobietę, to... Wyrzuciłby ich w 

jednej chwili, zrobił juŜ dla nich to, co do niego naleŜało. 

Dzieci  popatrzyły  na  siebie  spłoszone.  Matka  czasami  wspominała  o 

ś

wiecie  za  lasem,  one  jednak  tak  naprawdę  nic  o  nim  nie  wiedziały,  w  głębi 

duszy przekonane, Ŝe grasują w nim same złe moce. 

Ojciec  miał  zamiar  sprowadzić  tu,  do  domu,  jakąś  dziewczynę  z  tamtego 

ś

wiata, która w dodatku miałaby zająć miejsce matki? 

– Kiedy mnie nie będzie, macie się trzymać blisko chałupy, zrozumiano? – 

warknął  ojciec.  –  Pilnujcie  porządku  w  gospodarstwie  i  dbajcie  o  zwierzęta. 

Kiedy  wrócę  z  nową  Ŝoną,  wszystko  ma  lśnić!  Inaczej  nie  będzie  chciała  tu 

zostać. 

Nic na to nie umieli odpowiedzieć. Słowa ojca odebrały i im mowę. 

Ubranie ojca naleŜało wyprać i połatać. Dwa dni później wyruszył. Patrzyli 

za nim, jak okrąŜał jeziorko, aŜ wreszcie zniknął za wzgórzami po drugiej jego 

stronie. 

A więc dobrze wiedział, jak dojść do doliny, którą płynęła rzeka, pomyślał 

Jorulv  z  uczuciem  wewnętrznej  pustki.  Wiedział,  ale  nie  wspomniał  o  tym  ani 

słowem. 

Wyprawa  ojca  sprawiła,  Ŝe  Juliana  przez  wiele  dni  nie  miała  czasu,  by 

pójść  do  lasu.  Ale  kiedy  Rebecka  spróbowała  wyrzucić  bukiecik  zwiędłych 

dzwonków,  stojący  w  kubeczku  na  oknie,  Juliana  gwałtownie  zaprotestowała. 

Wyrwała naczynko z rąk siostry, zostawiając Rebeckę oniemiałą ze zdziwienia. 

Po co komu zwiędłe kwiaty pod poduszką? 

Wreszcie jednak  Juliana  znalazła  czas, by  skupić  się  na  swoich sprawach. 

Pomknęła do lasu jak wiatr, przestraszona, Ŝe przybędzie za późno. 

Za późno na co? 

Potykając się, biegła zdyszana w górę zbocza. 

background image

W  tym  samym  miejscu  co  poprzednio  leŜał  bukiecik  najpiękniejszych 

wiosennych  kwiatków.  Niestety,  zdąŜył  juŜ  zwiędnąć,  nie  zabrała  go  stąd  na 

czas. 

Juliana  przysiadła  na  kamieniu  i  wybuchnęła  płaczem  z  Ŝalu  za  czymś, 

czego właściwie nigdy nie miała, a jednak utraciła. 

W końcu odetchnęła głęboko parę razy i otarła oczy rąbkiem fartucha. 

PrzecieŜ nic nie wiedziała o tej tajemniczej osobie, która kładła tu kwiaty. 

Mógł to być kaŜdy, na przykład jakiś stary dziad albo mała dziewczynka. 

A moŜe Władca Lasu? 

Opowiedziana  przez  Mattiego  historia  o  młodym,  pięknym  chłopcu 

zawróciła jej w głowie. PrzecieŜ dobrze wiedziała, Ŝe w lesie nikt nie mieszka, 

nie było tu ani starych dziadów, ani młodych panienek, ani... 

Westchnęła cięŜko i wstała, postanawiając wracać do domu. 

Zmieniła jednak zdanie, na chwilę przystanęła zamyślona. 

Chcę się przekonać, kto tu przychodzi, mówiła do siebie w duchu. Ale jak 

mam przekazać wiadomość? Nie mogę tu przecieŜ siedzieć cały dzień! A moŜe 

on w ogóle nie przyjdzie, dlatego Ŝe nie zabrałam kwiatów? 

Napisać  nic  nie  mogła,  bo  pisać  nie  umiała.  Ale  moŜe  przyjdzie  jej  do 

głowy jakiś znak, który mogłaby zostawić? 

Upłynęła dobra chwila, zanim wymyśliła, co zrobi. Nie była pewna, czy ten 

ktoś  zrozumie,  o  co  jej  chodzi,  ale  umieściła  najpierw  kwiat  mlecza,  który 

wyobraŜać  miał  słońce,  a  potem  ułoŜyła  patyczki  na  kształt  dwojga  ludzi  i 

zaznaczyła, Ŝe słońce stoi na niebie tuŜ nad ich głowami. 

Juliana  postała  chwilę,  podziwiając  swoje  dzieło,  uzupełniła  kilka 

szczegółów i pobiegła do domu. Była tak przejęta, Ŝe serce omal nie wyskoczyło 

jej z piersi. 

Rodzeństwo dopytywało się, gdzie się podziewała tak długo. 

– Poszłam się trochę przejść – odparła lekko. 

 

background image

Rotmistrzowi  von  Adelkalkowi  w  rok  po  przyjściu  na  świat  syna,  po 

którym wszelki ślad zaginął, urodziła się córeczka, a pięć lat później – nareszcie 

chłopczyk,  tym  razem  jasnowłosy  jak  jego  siostry.  Rotmistrz  przelał  na  synka 

całą miłość, do jakiej był zdolny, a dziewczynki zaniedbywał jak przedtem. 

Najmłodsza  córka  miała  naprawdę  na  imię  Elisabeth,  ale  nazywano  ją 

krótko  Lisen.  Była  bystrą,  Ŝywą  dziewczynką,  niezwykle  pogodną  i  obdarzoną 

poczuciem  humoru.  Mogło  się  jej  to  bardzo  przydać,  jeśli  miała  czymś  się 

wyróŜnić  w  gromadce  rodzeństwa,  składającej  się  z  trzech  zaszczutych, 

zgnębionych dziewcząt i jednego rozpieszczonego chłopaka. Matka, co prawda, 

nie  zaniedbywała  Ŝadnego  ze  swych  dzieci,  była  jednak  do  tego  stopnia 

zastraszona przez męŜa, Ŝe ogarniało ją drŜenie juŜ na sam dźwięk głosu pana i 

władcy. 

Kiedy  rotmistrza  nie  było,  Lisen  ośmielała  się  mówić  najokropniejsze 

rzeczy  o  swoim  ojcu,  co  matkę  wprawiało  w  stan  wielkiego  wzburzenia. 

„Przebrzydły  nadęty  dziad”  –  to  jedno  z  bardziej  eleganckich  wyraŜeń 

dziewczynki. 

Upłynęło  juŜ  tak  wiele  lat,  a  rotmistrz,  choć  moŜna  było  tego  oczekiwać, 

nie  awansował.  Winny  był  temu  przykry  incydent  związany  z  Ŝołnierzami, 

których  znaleziono  martwych  na  stopniach  jego  dworu.  Zwierzchnikom 

rotmistrza  bardzo  się  to  nie  spodobało.  Nigdy  nie  wykryto  ani  sprawcy 

przestępstwa,  ani  teŜ  motywów,  i  rotmistrz  dalej  krzykiem  rządził  wszystkimi, 

którzy  nawinęli  mu  się  pod  rękę.  Grzechem  byłoby  twierdzić,  Ŝe  powszechnie 

go lubiano. 

Matka Lisen często bywała zasmucona. Zdarzało się, Ŝe godzinami stała w 

oknie  spoglądając  w  stronę  lasu,  a  po  policzkach  nieprzerwanym  strumieniem 

płynęły jej łzy. 

Lisen nie mogła się dowiedzieć, co gnębi matkę. 

Dopiero  pewnego  dnia,  gdy  została  wysłana  do  szwaczki  po  odbiór 

haftowanego stanika dla matki, poznała tajemnicę. 

background image

Szwaczka,  nosząca  imię  Elin,  samotnie  wychowywała  dziecko,  które 

przyszło  na  świat  poza  małŜeństwem.  Fakt  ten  zdawał  się  jednak  nie 

przeszkadzać  matce  Lisen,  która  najwyraźniej  Ŝywiła  słabość  do  tej  kobiety. 

Elin doskonale opanowała swoje rzemiosło, a dzięki łaskawemu odnoszeniu się 

do  niej  baronowej  i  inne  panie  w  mieście  skłonne  były  przez  palce  patrzeć  na 

przeszłość Elin i korzystać z jej usług. 

Elin była córką miejskiej akuszerki. Jej syn miał tyle lat co Lisen, ale z nim, 

naturalnie, dziewczynie nie wolno było rozmawiać. 

Lisen, z natury otwarta i szczera, paplała tak,  Ŝe usta jej się nie zamykały, 

podczas gdy Elin kończyła ostatnie szwy przy staniku. 

– Taka jestem zła na mego brata – westchnęła Lisen. – Jest taki wyniosły, 

Ŝ

e trudno z nim wytrzymać. Twierdzi, Ŝe wolno mu robić to, co chce, bo to on 

odziedziczy dwór i cały majątek. 

– Źle, Ŝe tak mówi – mruknęła Elin. – To bardzo niestosowne. 

– Oczywiście, Ŝe nie! Nie powinien tak się wywyŜszać! 

–  Nie  to  wcale  miałam  na  myśli  –  cicho  powiedziała  Elin.  –  Wszystko  to 

razem wstyd i hańba, i tak bardzo, bardzo Ŝal mi jaśnie pani... Niczym sobie na 

to nie zasłuŜyła! 

–  Co  takiego?  O  co  ci  chodzi?  –  dopytywała  się  Lisen.  CzyŜby  nagle 

nadarzyła  się  okazja,  by  dowiedzieć  się,  dlaczego  matka  zawsze  jest  taka 

smutna? 

Elin nie  miała ochoty  zdradzić nic więcej, ale Lisen nalegała, postanowiła 

poznać prawdę. Wreszcie szwaczka ustąpiła. 

– No cóŜ, jestem zdania, Ŝe prędzej czy później cała rzecz powinna wyjść 

na  jaw  –  rzekła  zdecydowanie,  odkładając  szycie  na  bok.  –  Panna  Lisen  jest 

dobrą, rozumną dziewczynką. Ale nie wolno wspomnieć o tym ojcu, ani jednym 

słowem! 

– Temu krzykaczowi? Nigdy w Ŝyciu! 

background image

–  Kiedyś  zdarzyło  się  coś  naprawdę  strasznego  –  zaczęła  Elin  i 

opowiedziała  baronównie  całą  tragiczną  historię  o  dziecku  niepodobnym  do 

Ŝ

adnego z rodziców, o tym, jak właśnie jej zlecono ukrycie noworodka w lesie, 

o  ścigających  Ŝołnierzach.  Powiedziała,  Ŝe  dzieckiem  zaopiekowała  się 

tajemnicza  postać,  która  obiecała  zwrócić  dziecko  matce,  gdy  nastąpi  po  temu 

czas,  to  znaczy  kiedy  rotmistrz  juŜ  umrze.  Nie  taiła  teŜ  prawdy  o  Ŝołnierzach, 

gwałcie  i  śmierci  nikczemników,  którą niechybnie  spowodował  ów  tajemniczy 

ktoś,  kto  zabrał  dziecko  z  jej  rąk.  Wspomniała  teŜ  o  swoim  synku,  owocu 

gwałtu, i pogardzie, jaką wobec nich Ŝywiło całe miasteczko. 

Lisen  siedziała  w  milczeniu,  zaciskając  dłonie,  aŜ  kostki  jej  bielały. 

Patrzyła przed siebie, niczego jednak nie widząc. Wreszcie wykrztusiła: 

–  A  więc  tak  to  wszystko  wygląda!  Teraz  nareszcie  rozumiem.  Śmierć 

Ŝ

ołnierzy,  twój  wypadek.  Tak,  bo  to  był  wypadek,  i  jeśli  kiedykolwiek  źle  cię 

potraktowałam, to bardzo proszę, wybacz mi. 

– Panna Lisen nigdy źle się do mnie nie odnosiła – szepnęła Elin. – Ale tak 

bardzo Ŝal mi mego synka. 

–  Rozumiem.  Ojciec  zabrania  mi  rozmawiać  z  nim  pod  jakimkolwiek 

pozorem, ale teraz z wielką radością przestanę go słuchać! – Na chwilę zapadło 

milczenie,  ale  zaraz  Lisen  z  głębi  serca  wyrwało  się:  –  I  pomyśleć,  Ŝe  mam 

starszego brata... 

– Nie jest wcale pewne, czy on Ŝyje – hamowała jej podniecenie Elin. 

– No tak, to prawda. Czy nigdy nie miałaś o nim Ŝadnej wiadomości? 

– Nie słyszałam ani słowa. Ale matka panienki okazuje mi wielką dobroć. 

Lisen odchodząc miała łzy w oczach. 

– Matce takŜe nic o tym nie powiem – obiecała. – Ale bardzo dziękuję, Ŝe 

zechciałaś  mi  o  tym  opowiedzieć,  tak  wiele  pomogłaś  mi  zrozumieć.  – 

Uśmiechnęła  się  smutno.  –  Teraz  pewnie  i  ja  będę  stać  przy  oknie  i  z  Ŝalem 

wyglądać na las... 

 

background image

Przybył do miasteczka, by znaleźć sobie Ŝonę. 

Wiele czasu upłynęło od chwili, gdy odwiedził je po raz ostatni. Więcej niŜ 

czterdzieści lat. Był wtedy  małym chłopcem, którego ojciec zabrał ze sobą. Od 

tamtego czasu ogromnie duŜo się tu zmieniło, osada rozrosła siej rozciągnęła po 

obu stronach rzeki. Zbudowano nawet most, łączący obie części miasteczka. 

Z  trudem  poznawał  okolice,  zauwaŜył  jednak,  Ŝe  nie  jest  wcale  gorzej 

ubrany  niŜ  pracownicy  tartaczni,  chłopi  czy  bezrobotni  szwendający  się  po 

uliczkach  przy  rynku.  Stroje  kobiet  były  natomiast  mniej  podarte  i 

schludniejsze. 

Kobieta. Na pewno nie będzie trudno jakąś złowić. Nie miał szczególnych 

kłopotów  ze  zdobyciem  tej,  która  została  matką  jego  dzieci.  Oddała  mu  serce, 

kiedy tylko oboje do tego dojrzeli, a dziecka spodziewała się juŜ po pierwszym 

razie, gdy obcowali ze sobą jak mąŜ z Ŝoną. 

Nie, nie miał trudności ze zdobyciem kobiety. 

Zapomniał,  Ŝe  ona,  młodziutka  dziewczyna,  wychowana  w  lesie,  na 

odludziu,  nie  miała  Ŝadnej  moŜliwości  wyboru.  On  był  jedynym  chłopakiem, 

jakiego spotkała. 

Nie  pamiętał  teŜ,  Ŝe  upływające  lata  zostawiają  na  człowieku  bezlitosne 

ś

lady. 

Teraz  uwaŜnie  przyglądał  się  kaŜdej  napotkanej  niewieście,  ze  wzgardą 

patrzył na chude i bardziej podeszłe  w latach,  bezwstydnie gapił się na  młode. 

Niestety,  te,  które  podobały  mu  się  najbardziej,  młode,  ładne  i  okrągłe, 

wydawały się juŜ zajęte. 

Postanowił, Ŝe skoro juŜ tu przyszedł i trafiła mu się taka okazja, to napije 

się piwa. Wiedział wszak, jak naleŜy się zachować, przecieŜ raz kiedyś był juŜ z 

ojcem  w  miasteczku.  Ojciec  zabrał go do  pięknej gospody,  zasiadł  przy  stole i 

pił piwo z kufla, aŜ piana osiadła  mu na wąsach... Wspaniałej gospody nigdzie 

jednak nie mógł znaleźć. Chyba Ŝe... CzyŜby to ta nędzna knajpa tam dalej? No 

tak, rzeczywiście to właśnie tu. 

background image

Zawahał się  przez moment, ale  w końcu wszedł do  małej, obskurnej izby. 

Na pewno go tu rozpoznają. 

Rzecz jasna nikt nie zwrócił nań uwagi. Pieniądze, niewielka sumka, którą 

Ŝ

ona zdołała odłoŜyć z myślą o przyzwoitym pogrzebie, wyszły juŜ z obiegu, ale 

karczmarz  zgodził  się  je  przyjąć.  Dostał  kufel  piwa  i  zasiadł  przy  jednym  z 

kulawych stołów. W pomieszczeniu cuchnęło, a pozostali goście, siedzący przy 

sąsiednich  ławach,  sprawiali  wraŜenie  mocno  podpitych.  Ale  jemu  to  nie 

przeszkadzało,  zadowolony  wyglądał  przez  okno,  pił  swoje  piwo,  starając  się, 

by jak najwięcej piany osiadło mu na wąsach, i cieszył się, Ŝe taki z niego pan 

pełną gębą. 

Po  pewnym  czasie  przysiadł  się  do  niego  karczmarz,  zainteresowany 

nieznajomym.  Chłop  wyjaśnił,  z  jaką  to  sprawą  przybył  do  miasteczka,  a 

karczmarzowi  z  trudem  udało  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Ten  człowiek 

najwyraźniej miał bardzo wygórowane ambicje i nie zastanawiał się ani trochę, 

co sam ma do zaoferowania. 

–  No,  nie  będzie  łatwo  znaleźć  kobietę,  jakiej  szukacie  –  powiedział 

karczmarz  z  udawaną  powagą.  –  Baby  są  teraz takie  wymagające,  chcą,  by  im 

obiecywać złote góry. I na dodatek z sześciorgiem dzieci...? 

Chłop pomyślał, Ŝe gór moŜe zapewnić pod dostatkiem, gorzej z takimi, co 

dałyby złoto... 

–  Ale  wiem  o  jednej,  co  jeszcze  jest  dość  młoda  i  nieźle  wygląda,  a  i 

wybrzydzać nie powinna, przypuszczam, Ŝe skłonna będzie wziąć byle co. 

Wzdrygnął  się  chłop,  słysząc  te  słowa,  rozwaŜył  w  myślach,  czy  nie 

napomknąć by o tym, co posiada, ale postanowił zmilczeć i słuchać dalej. 

– Chowa co prawda syna bękarta, ale... 

– O, nie, nie chcę więcej Ŝadnych bachorów! 

–  Ale  chłopak  jest  juŜ  prawie  dorosły  i  podobno  robota  pali  mu  się  w 

rękach! 

background image

– A, to co innego! Muszę ją obejrzeć, sprawdzić, czy warto ją brać. Gdzie 

mieszka? 

Karczmarz  wyjaśnił,  jak  szukać  domku  owej  niewiasty,  i  chłop,  nie 

czekając dłuŜej, pokrzepiony piwem, zaraz tam wyruszył. 

Doprawdy,  pięknie  mieszkała  ta  Elin!  Mogliby  się  tu  osiedlić,  ten  dom 

wyglądał  na  o  wiele  wygodniejszy  niŜ  jego  nędzna  chałupa  w  lesie.  Nie 

zawadza nawet, Ŝe kobieta ma bękarta. 

Z tym większą radością przyjmie jego propozycję. 

U Elin jednak czekała go niespodzianka. 

Popatrzyła  ze  zdziwieniem  na  podstarzałego,  zaniedbanego  męŜczyznę. 

Taki był niezgrabny, brakowało mu wielu zębów, a brud wrósł mocno w skórę, 

widać było, Ŝe czystość jest mu sprawą najzupełniej obojętną. 

W czym mogła mu pomóc? 

Chłop  uderzył  w  ton  przechwałek,  chełpił  się  wspaniałym  majątkiem, 

ciągnącymi  się  na  mile  lasami,  których  był  właścicielem.  Była  to  naturalnie 

gruba przesada, uznał jednak, Ŝe moŜe sobie na nią pozwolić. CzyŜ lasy nie były 

dostępne  dla  wszystkich?  A  przecieŜ  on  tam  mieszkał,  tym  samym  uwaŜał,  Ŝe 

ma  największe  prawo,  by  z  nich  korzystać!  Owszem,  ma  sześcioro  dzieci,  ale 

nimi  nie  naleŜy  się  przejmować.  Potrzebna  im  matka,  ot  i  wszystko,  a  i  jemu 

przyda się kobieta w domu. 

Łakomym  wzrokiem  obrzucił  jej  łóŜko,  które  stało  w  izdebce  w  głębi 

domu. Zorientował się, Ŝe Elin jest szwaczką, świadczyły o tym nie dokończone 

części  garderoby  i  skrawki  materiałów.  Musiała  być  niezłą  partią,  no  i  wcale 

niebrzydka.  Nie  była,  co  prawda,  chodzącą  pięknością,  ale  jeszcze  względnie 

młoda  i  miała  okrągłe,  wdzięczne  kształty.  Dokładnie  taka,  jaką  chciał.  Tak, 

powziął juŜ decyzję. 

–  Nie przeszkadza  mi,  Ŝe chowasz bękarta  –  rzekł  wielkodusznie. – MoŜe 

iść  razem  z  tobą,  przyda  się  na  gospodarstwie.  A  najlepiej  będzie,  jak 

zamieszkamy tu, u ciebie, dzieciaki same sobie poradzą. 

background image

Elin uniosła dłoń, by mu przerwać. Jednoznacznie dała do zrozumienia, Ŝe 

jego  propozycja  wcale  to  a  wcale  jej  nie  interesuje.  Policzki  jej  płonęły, 

zachowywała się, jakby uraził jej godność. CóŜ za bzdury! Kobieta taka jak ona 

nie mogła sobie przecieŜ pozwolić na pielęgnowanie własnej dumy! 

–  MoŜemy  później  o  tym  pomówić  –  stwierdził  wreszcie.  –  Potrzebujesz 

nieco  czasu,  by  przywyknąć  do  tej  myśli,  długo  przecieŜ  Ŝyłaś  samotnie.  Nie 

spodziewałaś  się  tak  świetnej  propozycji,  pewnie  spadła  na  ciebie  jak  grom  z 

jasnego nieba,  co?  Ale nie  mam dziś gdzie  przenocować,  moŜesz więc przyjąć 

mnie w gościnę, prawda? Mam ochotę spędzić noc u boku kobiety, a ty przecieŜ 

nie musisz dbać o swoje dobre imię. Pewnie teŜ ci tęskno do męŜczyzny? Takiej 

jak ty niełatwo znaleźć kogoś porządnego. 

Z ust płynął mu potok słów. Chciał odegnać z jej twarzy ten dziwny wyraz 

napięcia, ale im więcej mówił, tym bardziej tęŜały rysy Elin. 

Zacisnęła  usta  w  wąską  kreskę  i  wreszcie  udało  jej  się  wypchnąć  go  za 

drzwi. 

Kiedy  tak  nagle  znalazł  się  z  powrotem  na  ulicy,  czuł  się  kompletnie 

zdezorientowany. 

– Piekielne babsko – mruknął pod nosem. – Nic nie warta. Nie chciałbym 

jej  dotknąć  nawet  obcęgami.  No  i  nieślubne  dziecko,  właściwie  od  razu  było 

wiadomo, z kim ma się do czynienia. 

Dzień  miał  się  ku  końcowi.  Oburzony,  z  kwaśną  miną,  poszedł  spać  do 

lasu. Zasnął pod krzakiem, obraŜony na cały świat. 

Tam  właśnie  znalazł  go  włóczęga-rzezimieszek.  PoniewaŜ  chłop, 

wybierając  się  do  miasta,  włoŜył  czyste,  starannie  pocerowane  ubranie,  rabuś 

doszedł  do  wniosku,  Ŝe  przejezdny  musi  mieć  przy  sobie  i  pieniądze.  Nie 

wahając się długo, wbił nóŜ w plecy śpiącego i obrabował z tych paru marnych 

rzeczy, które przedstawiały sobą jakąś wartość – kilku drobnych monet, ubrania 

i butów. 

background image

Elin usłyszała o morderstwie kilka dni później. Zaraz zrozumiała, kim była 

ofiara,  i zapłakała ze  współczucia.  Elin  była  bowiem  kobietą o  gorącym  sercu, 

tyle Ŝe nie miała ochoty wiązać się z nieokrzesanym obcym przybyszem. 

Myślała  jednak  przede  wszystkim  o  sześciorgu  dzieciach,  o  których 

wspomniał  ten  człowiek.  Wiedziała  o  nich  tak  niewiele,  nie  miała  pojęcia  ani 

gdzie mieszkają, ani w jakim są wieku. 

Dlatego właśnie tak bardzo się o nie martwiła. 

 

Dzieciom jednak wiodło się nie najgorzej, przynajmniej z początku. 

Nigdy nie miały tyle spokoju. Przed nimi było całe ciepłe, cudowne lato, a 

na  łąkach  znów  dzwonił  wdzięczny  dziecięcy  śmiech.  Starsze  wiedziały,  Ŝe 

upłynie jeszcze wiele dni, zanim ojciec powróci, i radowały się nagłą wolnością. 

Gorliwie  wypełniały  swoje  obowiązki,  troszczyły  się  o  zwierzęta  i  ani  przez 

chwilę nie zatęskniły za ojcem. 

Z  twarzyczki  Juliany  w  tym  czasie  dosłownie  bił  blask.  Kiedy  któreś  z 

rodzeństwa dopytywało się, co ją tak cieszy, kręciła tylko głową. Strzegła swej 

tajemnicy, jakby była z najszczerszego złota. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ V 

 

Dzień  po  tym,  jak  Juliana  zostawiła  na  kamieniu  wiadomość,  niebo  było 

zachmurzone. Skąd więc mogła wiedzieć, kiedy dokładnie nastanie południe? 

W  domu  nigdy  nie  mieli  zegara  –  czas  odmierzali  według  słońca  i 

zmieniających się pór roku. Będąc jednak dzieckiem natury, Juliana jakby przez 

skórę  wyczuła  zbliŜające  się  południe.  Udała  przed  rodzeństwem,  Ŝe  ma  coś 

jeszcze  do  zrobienia  w  oborze,  w  rzeczywistości  jednak  okrąŜyła  zagrodę  i 

pobiegła  do  lasu.  Istniało  pewne  ryzyko,  Ŝe  któreś  z  pozostałych  dzieci  ją 

dostrzeŜe,  ale  nie  miała  innego  wyjścia,  musiała  wszystko  postawić  na  jedną 

kartę. 

Niewielkie  wzgórze  leŜało  pogrąŜone  w  ciszy  pod  szarym,  cięŜkim  od 

deszczu  niebem  bez  najmniejszego  choćby  znaku  Ŝycia.  Jakby  całkiem 

opuszczone.  Kiedy  ujrzała  swój  pieczołowicie  wykonany  obrazek  nietknięty, 

rozczarowanie niby kamień legło jej na duszy. 

Najwyraźniej nikt nie odwiedził tego miejsca. Juliana miała wielką ochotę 

jednym  ruchem  zniszczyć  swoje  dzieło.  Ale  czego  właściwie  się  spodziewała? 

Maleńki bukiet polnych kwiatków, który tajemniczy nieznajomy zebrał dla niej, 

takŜe przecieŜ leŜał i wiądł przez wiele dni, dlatego Ŝe jej nie udało się wyrwać 

z domu. 

Postanowiła więc, Ŝe da swemu obrazkowi jeszcze jedną szansę. 

Czy nie powinna przysiąść na chwilę i poczekać? Słońce skryło się wszak 

za chmurami, moŜe mimo wszystko nie trafiła na właściwy moment? 

Ale,  jeśli  nie  chciała  wzbudzić  podejrzeń  rodzeństwa,  nie  wolno  jej  było 

dłuŜej zwlekać. Musiała wracać do domu. 

Tego  dnia  nie  umiała  dzielić  z  rodzeństwem  radości  i  dobrego  humoru. 

Przez całe popołudnie i wieczór chodziła milcząca i zamyślona. 

background image

A jednak... Kiedy wstał kolejny dzień, Juliana obudziła się z nową nadzieją. 

Matti  i  Linnea  baraszkowali  w  łóŜku,  tocząc  bitwę  na  poduszki  z  grubego 

płótna.  Zwykle  nie  pozwalano  im  na  taką  zabawę,  ale  tego  dnia  wyjątkowo 

Juliana  postanowiła  nie  łajać  malców.  Nie  miała  ochoty  sprawiać  nikomu 

przykrości, sama wszak czuła, Ŝe radość i nadzieja omal nie rozsadzą jej piersi. 

Najwspanialsze ze  wszystkiego było  to,  Ŝe wiatr  rozpędził grubą  pokrywę 

chmur. 

Poweselała,  z  ochotą  zabrała  się  do  pracy.  Zmiotła  sieczkę  z  podłogi  i 

pomogła Olemu reperować zrobioną przez ojca sieć. Udał im się ostatni połów 

w jeziorku, obiady mieli więc zapewnione na wiele dni. 

Przedpołudnie upływało spokojnie. 

Kiedy słońce stanęło w najwyŜszym punkcie, Juliana tak jak poprzedniego 

dnia chyłkiem wymknęła się z domu. Moment był ku temu akurat odpowiedni, 

wszyscy właśnie się najedli i teraz odpoczywali po posiłku. Kiedy ojca nie było, 

mogli pozwolić sobie nawet na krótką drzemkę. 

–  Dobry  BoŜe  –  modliła się  w duchu Juliana. –  Spraw,  by  się okazało,  Ŝe 

ktoś tam był! 

Julianie nigdy nie przyszło  do głowy,  Ŝe  ten,  z którym  nawiązała kontakt, 

mógł  okazać  się  niebezpiecznym  złoczyńcą,  bawiącym  się  w  chowanego  z 

naiwną dziewczyną i wyczekującym okazji, by pewnego dnia rzucić się na nią. 

Kiedy  powoli,  krok  za  krokiem,  wspinała  się  na  wzgórze,  nabierała 

pewności, Ŝe jest zupełnie sama. Pozostała jej juŜ tylko jedna jedyna nadzieja i... 

– Tak! – szepnęła do siebie. 

Rzeczywiście, ktoś był tu przed nią. 

Zdumiona  wpatrywała  się  w  wiadomość,  którą  sama  zostawiła.  Była 

nietknięta, ale znaków przybyło. Pod jej rebusem, przedstawiającym dwoje ludzi 

i słońce, ułoŜono wiele nowych znaków. 

Juliana nie mogła jednak zrozumieć, co miały przedstawiać. 

background image

Ze  strachu,  Ŝe  mogłaby  coś  zniszczyć,  nie  śmiała  niczego  dotknąć, 

przyglądała się im tylko ze wszystkich stron. Wreszcie jednak pojęła, czym były 

tajemnicze znaki: literami! 

– Och, nie! – jęknęła zgnębiona. 

Juliana nie znała ani jednej litery. 

Co miała począć? Kto mógł jej pomóc? 

Nagle odetchnęła głęboko i szeroko otworzyła oczy. Ole! 

Ole zapytał kiedyś matkę, co oznacza napis na jedynej księdze, jaka była w 

domu, opasłym tomie odziedziczonym po rodzicach matki. „Nie wiem – odparła 

matka – ale moŜe napisano tam «Biblia»?" 

Przez  wiele  dni  Ole  z  ogromnym  zainteresowaniem  studiował  te  litery. 

„Tak  właśnie  musi  być  –  stwierdził  w  końcu.  –  Bo  dwie  z  tych  liter  są  takie 

same, a w słowie «Biblia» są teŜ dwa takie same dźwięki. B.” 

Z  taką  wiedzą  daleko  jednak  nie  zaszedł.  Dopiero  w  dniu,  kiedy  ojciec, 

który znał na pamięć spore urywki Biblii, zdradził, Ŝe wie, jak się ona zaczyna, 

nieco rozjaśniło mu się w głowie. Pierwsze zdanie miało brzmieć: „Na początku 

Bóg stworzył niebo i ziemię”. 

Najpierw  Olemu  wydało  się  to  wszystko  niesłychanie  zagmatwane,  sądził 

bowiem,  Ŝe  napis  „Księgi  MojŜeszowe”  jest  właśnie  początkiem.  Po  długich 

staraniach  pojął  wreszcie  związek.  Rozpoznał  literę  I,  no  i  oczywiście  B,  stąd 

„Bóg”...  Dalej  poszło  juŜ  znacznie  łatwiej.  Przyjmując  te  kilka  słów  za  punkt 

wyjścia,  zdołał  poskładać  i  dalszy  ciąg.  Niektóre  słowa  były  bardzo  trudne, 

nauczył się jednak czytać, niezbyt dobrze, ale wystarczyło. 

Juliana nie mogła po prostu przepisać wiadomości pozostawionej na skale, 

uwaŜnie jednak przyglądała się kaŜdemu znakowi tak długo, Ŝe aŜ wryły się jej 

w pamięć, a potem jak najprędzej pobiegła do domu i zasypała Olego pytaniami. 

Wyciągnęła  zza  pieca  wiązkę  cienkich  patyczków  i  ułoŜyła  na  stole  wzór 

moŜliwie najdokładniej odpowiadający temu, który zastała na kamieniu. Linnea 

i  Matti,  z  zaciekawieniem  przepychający  się  jedno  przez  drugie,  zostali 

background image

wyproszeni  od  stołu.  Pokazała  swą  pracę  tylko  Olemu,  no,  ale  on  przecieŜ 

musiał to zobaczyć. 

– Gdzie ty to widziałaś? – zapytał Ole zaskoczony, kiedy siostra skończyła 

juŜ układać swój wzór. 

– NiewaŜne! Powiedz mi tylko, co to znaczy! 

Chłopiec  wyprostował  jeden  z  patyczków,  który  najwyraźniej  musiał  się 

ześlizgnąć z kamienia. 

–  Hmm...  Tu  napisano...  Tych  kresek  nie  rozumiem.  Ale  napisano:  TAK 

WSZYSCY  ZASNĄ  ZA  III  DNI.  Czy  te  trzy  patyczki  mają  znaczyć  „trzy”? 

Czy ty coś z tego pojmujesz? 

Juliana  uczyniła  coś,  co  prawie  nigdy  nie  zdarzało  się  wśród  rodzeństwa: 

zarzuciła  Olemu  ramiona  na  szyję  i  uścisnęła  tak  mocno,  Ŝe  z  trudem  mógł 

oddychać. 

– Och, przestańŜe juŜ, przecieŜ nie  ma za co dziękować! Ale powiedz mi, 

co to ma znaczyć? Gdzie to znalazłaś? 

–  O,  w  Ŝadnym  szczególnym  miejscu  –  Juliana  starała  się  odpowiedzieć 

wymijająco. – Ole... naucz mnie czytać! 

– Czytać? Ciebie? No, mogę spróbować! 

Teraz  Juliana  zaczęła  zastanawiać  się  nad  sensem  przekazanej  jej 

wiadomości.  Po  długich  rozmyślaniach  doszła  do  wniosku,  Ŝe  nieznajomy 

pragnie zobaczyć się z nią wieczorem, kiedy wszyscy będą spać. Najwidoczniej 

opuścił  słowo  „kiedy”,  pewnie  ze  względu  na  to,  Ŝe  na  głazie  niewiele  było 

miejsca. Jakie to proste! 

Przez  dwa  następne  dni  chodziła  jakby  opromieniona  wewnętrznym 

ś

wiatłem.  Zamęczała  Rebeckę  pytaniami,  jak  wygląda  i  czy  będzie  mogła 

poŜyczyć chustę matki? A czy jej sukienka nie jest juŜ okropnie, ale to okropnie 

zniszczona? 

Bracia i siostry niczego nie rozumieli, cieszyli się jednak, widząc Julianę w 

tak dobrym humorze. 

background image

Jorulv  miał  swe  własne  troski.  I  on  takŜe  zaczął  odczuwać  niepokój  we 

krwi,  podobnie  jak  Juliana.  W  głębi  duszy  przeczuwał,  Ŝe  musi  gdzieś  istnieć 

inny  świat,  wielki,  wspaniały  świat  wspólnoty  z  drugim  człowiekiem. 

Pragnienie  poznania  tej  tajemnicy  na  razie  jeszcze  nie  było  w  nim  takie 

intensywne, zwłaszcza Ŝe martwiło go co innego. Ojca nie było juŜ od wielu dni. 

Jorulv wiedział, Ŝe zejście w dolinę, którą płynie rzeka, moŜe potrwać długo, ale 

Ŝ

eby  aŜ  tak  się  przeciągało?  Ojciec  zdecydowanie  powinien  wrócić  juŜ  do 

domu. 

A jeśli miał zamiar na zawsze pozostać w dolinie? 

Nie, takim egoistą nie okazałby się chyba nawet on. W dodatku ojciec był 

tak dumny ze swej górskiej zagrody, naleŜała do niego, była wszystkim, co miał 

tu na ziemi. Jego królestwo. 

Z pewnością nigdy nie wyrzeknie się go dobrowolnie. 

Właśnie dlatego Jorulv tak bardzo się niepokoił. 

Lato powinno minąć spokojnie, na razie całkiem nieźle radzili sobie sami. 

ś

ycie  w  lesie,  na  takim  pustkowiu,  wiele  ich  nauczyło.  Ale  co  zrobią,  jeśli 

przyjdzie cięŜka zima, jedna z tych, które naprawdę potrafiły dać się we znaki? 

Cała  odpowiedzialność  spocznie  na  barkach  Jorulva,  a  chłopak  czuł,  Ŝe 

jeszcze  do  tego  nie  dojrzał.  Podjęcie  decyzji,  które  zwierzęta  pozostawić  przy 

Ŝ

yciu,  a  które  zabić.  Zimno  i  głód.  Brak  paszy.  Głód  taki,  Ŝe  aŜ  piszczało, 

przeŜyli juŜ wcześniej, i nigdy go nie zapomnieli. 

JuŜ  teraz,  choć  słońce  mocno  grzało,  Jorulv  zadrŜał  na  myśl  o  tym,  jak 

bardzo waŜne jest odpowiednie rozplanowanie prac na polu i w obejściu w lecie, 

tak by mroźna, śnieŜna zima zbytnio im nie dokuczyła. śeby chociaŜ tylko chata 

była  bardziej  szczelna!  Pamiętał,  jak  nocą  włosy  dzieci  przymarzały  do  ścian 

przy szparach, którymi sączyła się wilgoć... 

Czy powinien wyruszyć na poszukiwanie ojca? 

background image

I  zostawić  rodzeństwo  samo?  Wszak  nie  znał  drogi  wiodącej  w  dolinę, 

gdzie  najpewniej  mieszkali  inni  ludzie.  Mógł  zabłądzić  i  nigdy  nie  odnaleźć 

powrotnej drogi do ich zagrody. 

MoŜe to właśnie przydarzyło się ojcu? 

Jeszcze  jedna  myśl  dręczyła  Jorulva,  nie  dając  mu  spokojnie  spać  po 

nocach. ŚcieŜka, którą odszedł ojciec była jedną z tych, po których  Ŝadnemu z 

dzieci nigdy nie wolno było chodzić. Mogła to być droŜyna podziemnego ludku, 

a on lubił płatać ludziom nieprzyjemne figle. Ojciec sam nie raz to powtarzał. 

Jorulv  nie  był  juŜ jednak  taki tego pewien.  MoŜe  ojciec  pragnął po prostu 

przytrzymać  dzieci  jak  najbliŜej  zagrody?  Nie  chciał,  by  znalazły  drogę  do 

zamieszkanych okolic, o których matka kilkakrotnie wspominała? Ona takŜe nie 

była  w  pełni  przekonana  o  ich  istnieniu,  ale  słyszała  o  niebezpiecznych 

okolicach poza lasem. 

 

Upłynęły trzy dni. Juliana wyszorowała się do czysta, tak Ŝe bardziej się juŜ 

nie dało, ubranie miała wyprane, choć sama musiała przyznać, Ŝe nie było ładne. 

Nosiła  długą  prostą  sukienkę,  bez  Ŝadnych  ozdób,  tylko  na  ramiona  zarzuciła 

matczyną  chustę.  ŚwieŜo  umyte,  lśniące  włosy  rozczesała  tak,  Ŝe  były  gładkie 

jak jedwab. Buty poŜyczyła od Rebecki w zamian za gotowanie dla wszystkich 

przez  cały  tydzień.  Siostra  nie  mogła pojąć,  na  co Julianie jej buty, ale  jeśli  to 

dla niej takie waŜne, zgodziła się na korzystną, bądź co bądź, zamianę. 

Wszyscy ułoŜyli się juŜ do snu. Na szczęście Julianie przypadało miejsce z 

samego  brzegu  posłania,  ale  akurat  tego  wieczoru  miała  wraŜenie,  Ŝe  noc 

upłynie,  a rodzeństwo nie  zapadnie  w sen.  A jeśli nieznajomy  nie będzie  mógł 

czekać tak długo? Jeśli po prostu odejdzie? 

No  tak,  zakłada,  Ŝe  musi  to  być  męŜczyzna,  a  tymczasem  wcale  nie 

wiadomo, czy to jakiś „on”, czy „ona”. Miała jednak gorącą nadzieję, Ŝe to on, 

wybawca Mattiego. To musi, musi, musi być tajemniczy opiekun najmłodszego 

braciszka, nie moŜe być nikt inny! 

background image

Nareszcie! Nareszcie wszyscy zasnęli! 

Juliana  po  cichutku  wyślizgnęła  się  z  łóŜka  i  ubrała,  chowając  się  za 

krosnami, by nikt jej przypadkiem nie usłyszał. Teraz drzwi... nie skrzypcie, tak 

bardzo proszę! 

Znalazła się na dworze, w świecie, który był jej najzupełniej obcy. 

Juliana  nie  spodziewała  się  nocnej  mgły.  CięŜko  pracujący  ludzie  zwykle 

nocą spali twardym snem sprawiedliwych i niewiele wiedzieli o tym, co dzieje 

się w przyrodzie o tej porze. Nieprzespane noce zdarzały się tylko wtedy, gdy na 

przykład cielić się miała krowa, ale wtedy zawsze ojciec albo matka byli z nimi. 

Teraz było zupełnie inaczej. 

Choć  noce  o  tej  porze  roku  powinny  być  jasne,  nie  widziała  dalej  niŜ  do 

obory. Miała nadzieję, Ŝe mgła przerzedzi się trochę, kiedy wejdzie nieco głębiej 

w las. 

Wszystko  wydawało  się  jakby  zaczarowane!  Krzyk  nocnych  ptaków 

niezwykłym dźwiękiem niósł się po wodzie w jeziorze, a kiedy przemykała się 

po łące, dostrzegła kątem oka sylwetki jakichś sporych zwierząt. Mogły to być 

renifery, przynajmniej taką miała nadzieję. One nie były groźne. 

W wysokiej trawie buty, na domiar złego buty Rebecki, przemokły od rosy. 

Kraj  sukienki  równieŜ  aŜ  poczerniał  od  wilgoci.  OstroŜnie  uniosła  odrobinę 

spódnicę, tak bardzo chciała ładnie wyglądać tej nocy! 

Nieprzyjemnie  było  zagłębiać  się  w  las  o  tak  późnej  porze.  Mgła  jeszcze 

bardziej  zgęstniała  i  Juliana  musiała  dotykać  dłońmi  pni  drzew,  by  przekonać 

się,  czy  są  rzeczywiste.  Na  szczęście  ona  sama  zdąŜyła  w  ostatnim  czasie 

pozostawić  na  trawie  tak  wiele  śladów,  Ŝe  wydeptała  nawet  wąziutką  ścieŜkę, 

która teraz prowadziła jej stopy. 

Ku  czemu  właściwie  zmierzam?  myślała  z  niepokojem.  Ku  marzeniu  o 

kimś? Ku marzeniu o tym, co nieosiągalne? 

Szła  jednak  na  spotkanie  i  ani  jej  było  w  głowie  zawrócić,  choćby  nawet 

serce miało jej wyskoczyć z piersi, a drŜące nogi nie chciały dalej nieść. 

background image

Dostrzegła  pierwszą  w  tym  roku  niezapominajkę;  bardzo  ją  to  ucieszyło. 

Uznała, Ŝe  to dobry  znak, kochała  bowiem  tę jasną barwę kwiatu i jego  czyste 

linie.  Rzadko  je  jednak  zrywała,  wolała  oglądać  je  tam,  gdzie  rosły. 

Najpiękniejsze były w naturze, to ich właściwe miejsce. 

Choć,  musiała  przyznać,  nie  znała  nic  piękniejszego  od  duŜego  bukietu 

niezapominajek  w  ciemnym  wazonie  na  wyszorowanym  niemal  do  białości 

stole. Zwykle Rebecka dbała o takie szczegóły. Juliana była zdania, Ŝe Rebecka 

jest jak obcy ptak w ich rodzinie. Umiała tworzyć tak wiele piękna wokół siebie, 

nie znosiła codziennych domowych zajęć... 

Juliana  drgnęła  i  powróciła  do  rzeczywistości.  Gdzie  się  właściwie 

znalazła? CzyŜby zabłądziła, podczas gdy jej myśli krąŜyły własnym torem? 

Nie,  doszła  właśnie  do  swojej  dolinki.  Poznała  niski  kamień  wtopiony  w 

dywanik kędzierzawego mchu. 

Mgła nie  zalegała  tu  juŜ  moŜe  aŜ  tak  gęstą  zasłoną,  ale nadal  przesłaniała 

ś

wiat. Rozbawione kłębki mgły wirowały wokół dziewczyny. Gdyby Juliana nie 

znała  tak  dobrze  okolicy,  mgła  juŜ  dawno  sprowadziłaby  ją  na  manowce. 

Wydawało się, Ŝe z niej drwi, kusi i woła, chcąc zwieść na zaczarowane ścieŜki. 

Julianę  ogarnął  nagle  nastrój  tak  niezwykły,  Ŝe  musiała  na  chwilę 

przystanąć, poczuć, Ŝe pod stopami ma prawdziwą ziemię. Słyszała, jak wali jej 

serce. 

Kiedy wielka  dłoń zakryła usta Juliany,  dziewczyna  podskoczyła do góry. 

Ktoś mocno przytrzymywał ją od tyłu. Gdyby nie ręka tłumiąca jej głos, Juliana 

wybuchnęłaby głośnym krzykiem. 

– Ciiicho – szepnął jej ktoś prosto do ucha. – Puszczę cię, jeśli obiecasz, Ŝe 

nie będziesz krzyczeć ani nie uciekniesz. 

Juliana skinęła głową. Czuła, Ŝe ciało oblewa jej zimny pot, ale z całych sił 

starała się zachować spokój. 

Dłoń zniknęła. Dziewczyna odwróciła się powoli. 

background image

Nie  było  powodu  do  krzyku,  ale  bezładną  plątaninę  uczuć,  jakie  nią  teraz 

owładnęły, trudno wprost opisać. Zdumienie. PrzeraŜenie. I rozczarowanie, tak, 

przede wszystkim rozczarowanie. I... szacunek? 

Ukłoniła się głęboko. Matka nauczyła ją, Ŝe powinna się kłaniać wszystkim 

dorosłym,  ale  Juliana  dopiero  po  raz  pierwszy  miała  moŜliwość  zastosowania 

się do tej nauki. 

– Leśny boŜek? – szepnęła z czcią. 

Uśmiechnął się, ale nic na to nie powiedział. 

CzyŜby to on pomógł wrócić Mattiemu do domu? 

Wszystkie  jej  tak  długo  pielęgnowane  marzenia  zniknęły  jak  rosa  pod 

wpływem promieni słonecznych. 

Był  starszym  męŜczyzną,  w  brodzie  i  długich  ciemnych  włosach  widać 

było  pasma  siwizny.  Nosił  ubranie  ze  skór  zwierząt,  starannie  pozszywanych 

cieniutkimi  rzemieniami.  Niesłychanie  przystojny,  ale,  niestety,  zdecydowanie 

za stary. 

– Chciałem cię zobaczyć – rzekł stłumionym głosem. – Sprawdzić, czy się 

nadajesz. 

Juliana przeraziła się. Czy się nadaje? Do czego? PrzecieŜ ona do niczego 

się nie nadawała, ojciec nieustannie to powtarzał. Do niczego! 

–  Tak  –  powiedział  wysoki,  prosty  jak  strzała  męŜczyzna.  –  W  twoich 

oczach widzę niewinność i ciepło. Jesteś naiwna, ale mądra. Tak, nadajesz się. – 

Dłonią wykonał gest w stronę pagórka. – Idź tam! 

W oka mgnieniu skrył się w lesie. 

Juliana  stała  i  zmieszana  patrzyła  za  nim.  Starała  się  zebrać  myśli,  ale 

bezładnie wirowały jej w głowie. 

Odwróciła  się  i  niepewnie  zerknęła  na  wzgórze.  Po  co  miałaby  tam  iść? 

PrzecieŜ  wszystko  się  juŜ  skończyło,  marzenie  się  rozwiało,  jej  uczucia  i 

nadzieje okazały się płonne, śmieszne i bezsensowne. 

Nagle poczuła, Ŝe fala gorąca zalewa jej policzki. 

background image

Ktoś  stał  tam  na  szczycie!  Jakaś  inna,  szczuplejsza  postać.  MęŜczyzna! 

Zaczął schodzić w dół, w jej stronę. 

Przez moment widziała go dość wyraźnie między dwiema smugami mgły. 

Policzki  jej  płonęły.  To  był  wybawca  Mattiego,  nie  miała  co  do  tego 

najmniejszej wątpliwości. 

Zaczęła  iść  mu  na  spotkanie.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  stopy  same  ją  niosą,  nie 

zwaŜając na jej zawstydzenie i nieśmiałość. 

Stanął  przed  nią.  Młody  człowiek,  tak  piękny,  Ŝe  na  jego  widok  łzy 

zakręciły jej się w oczach. 

Z Ŝalem pomyślała o swym nędznym ubraniu i o tym, jak bardzo ona sama 

jest zwyczajna. 

Nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Miał włosy czarne jak noc, ciemnobrązowe oczy okolone długimi, gęstymi 

rzęsami.  Twarz  była  regularna,  o  szerokim  czole  i  mocno  zarysowanych 

kościach policzkowych. I najwaŜniejsze ze wszystkiego: wydawał się taki miły, 

taki dobry. 

Włosy  miękkimi falami opadały  mu na ramiona. Juliana nigdy jeszcze nie 

widziała tak pięknych włosów. 

Uśmiechnął się do niej, ale wyraz jego oczu świadczył o tym,  Ŝe on takŜe 

znajduje się na nieznanym i dość niepewnym gruncie. 

To  właśnie  wypełniło  ją  tak  bezgraniczną  czułością,  Ŝe  dwie  łzy  spłynęły 

jej po policzkach. 

Juliana bezpowrotnie oddała swe serce. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VI 

 

Cisza, jaka zapadła w pełnym mgły lesie, była przytłaczająca. 

To on zdecydował się przerwać kłopotliwe milczenie. 

– Jak masz na imię? – zapytał cicho. 

– Juliana – odparła, ale przy pierwszej próbie głos jej się załamał i musiała 

przedstawić się raz jeszcze. Ach, jakŜe się wstydziła! 

– Juliana! – powtórzył z uniesieniem. – CóŜ za piękne imię! 

Czy  naprawdę,  naprawdę  tak  myślał?!  Odchrząknęła  kilkakrotnie,  nim 

wreszcie zdobyła się na pytanie: 

– A ty? Jakie imię nosisz? 

Uśmiechnął się. 

– Nie mam imienia. Mój przybrany ojciec nazywa mnie po prostu Czarny. 

Julianie przyszło na myśl,  Ŝe brzmi to  trochę tak jak  Zły  lub Kusy,  ale na 

głos, rzecz jasna, tego nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko i rzekła: 

– To bardzo do ciebie pasuje. 

I znów zapadła cięŜka cisza. 

–  Chodź  –  odezwał  się  wreszcie  Czarny.  –  Usiądziemy  na  naszym 

kamieniu! 

Na naszym kamieniu! Jak to pięknie zabrzmiało! 

Zaczęli piąć się pod górę. 

Moja  sukienka  jest  trochę  mokra  –  wyznała  zakłopotana.  –  Ale  tylko 

mokra, nie brudna. 

Co  ona  wygaduje!  Ale  on  jedynie  pokiwał  głową  i  powiedział,  Ŝe 

wieczorem trawa mokra jest od rosy. 

– Tak – odrzekła Juliana, wdzięczna za jego wyrozumiałość. 

background image

Kiedy  doszli  do  kamienia,  Czarny  jednym  ruchem  ręki  zgarnął  resztki 

zostawianych przez nich wiadomości i zdjął kurtkę. Nosił pod nią białą koszulę 

z  duŜym  kołnierzem  i  szerokimi  rękawami.  W  ciemnościach  wydawała  się 

wprost  oślepiająco  biała,  bielsza  niŜ  jakiekolwiek  do  tej  pory  widziane  przez 

Julianę płótno. Zdumiała się, Ŝe moŜna osiągnąć aŜ taką biel. 

Głośno jednak powiedziała tylko: 

– Zmarzniesz! 

–  Nie,  przywykłem  chodzić  w  samej  koszuli  –  odparł,  rozścielając  kurtkę 

na  kamieniu,  i  gestem  wskazał,  by  usiadła.  Zawahała  się  przez  moment,  ale 

zrobiła jak prosił. A on usadowił się tuŜ obok niej. 

Znów milczeli i znów to on musiał przerwać ciszę. Julianie nic rozsądnego 

nie przychodziło do głowy. 

– Myślałem, Ŝe nigdy juŜ tu nie wrócisz – odezwał się niskim, melodyjnym 

głosem, który przenikał ją do głębi i przepełniał rozkosznym drŜeniem. 

–  Przez  kilka  dni  nie  mogłam  wyrwać  się  z  domu...  Ale  znalazłam  twoje 

kwiaty  i  zasuszyłam  je,  Ŝeby  zachowały  się  jak  najdłuŜej.  To  samo  zrobiłam  z 

pierwszym bukiecikiem, z dzwonkami. 

Jego twarz rozjaśniła się uśmiechem. 

I  ja  mam  twoje  konwalie. Mój  przybrany  ojciec  mówił,  Ŝe powinienem je 

wyrzucić, ale nie chciałem. Czy wiedziałaś, kim jestem? 

–  Nie,  miałam  tylko  nadzieję,  Ŝe  jesteś  wybawcą  Mattiego.  Matti  to  mój 

mały braciszek, bardzo pięknie mówił o tobie. 

– Zawiodłaś się, gdy mnie ujrzałaś? 

– Ach, nie! Przeciwnie! 

Znów się wygłupiła. 

Przez cały czas starali się wzajemnie nie dotykać, ale teraz siedzieli juŜ tak 

blisko siebie, Ŝe Juliana czuła ciepło bijące od jego ciała. Wywoływało to w niej 

przedziwny niepokój, aŜ wreszcie musiała odsunąć się od niego odrobinę, choć 

starała się uczynić to niepostrzeŜenie. 

background image

Niestety, on takŜe momentalnie się przemieścił i Julianie zrobiło się bardzo 

przykro na myśl, Ŝe być moŜe poczuł się uraŜony. Nie śmiała jednak przysunąć 

się na powrót bliŜej. 

Nareszcie  zdołała  przejąć  inicjatywę  i  podtrzymać  rozmowę.  Sama  była 

sobą zdziwiona, Ŝe udało jej się zadać takie chytre pytanie: 

– Gdzie mieszkasz? 

Wskazał  dłonią  kierunek  przeciwny  do  tego,  w  którym  zniknął  ojciec 

Juliany. 

–  W  następnej  dolinie,  niedaleko  granicy  z  Norwegią.  Byłem  tam  zresztą 

wiele razy z moim ojcem. 

– Z przybranym ojcem? 

– Tak. Jestem z nim spokrewniony. 

– Tak teŜ sądziłam. Jesteście bardzo do siebie podobni. Tacy ciemni. 

– To prawda. 

–  Matti  twierdził,  Ŝe  powiedziałeś  mu,  jakoby  twój  ojciec  nigdy  cię  nie 

widział? 

– Bo to prawda. Chodziło mi o mego prawdziwego ojca. 

–  Rozumiem  –  odparła  Juliana,  choć,  szczerze  mówiąc,  nie  pojmowała  z 

tego nic. – Daleko masz tutaj. 

Roześmiał się głośno i serdecznie. 

–  Owszem,  ale  jeŜdŜę  konno.  Zostawiłem  konia  w  pobliŜu  na  pastwisku. 

Ojciec takŜe tam czeka. 

– To znaczy, Ŝe niedługo powinieneś iść? 

–  Obiecałem  wrócić  jak  najprędzej.  Muszę  ci  powiedzieć,  Juliano,  Ŝe  nie 

będę  mógł  tu  przyjść  przez  dość  długi  czas.  Dlatego  bardzo  się  cieszę,  Ŝe 

mogłem się z tobą zobaczyć dziś wieczorem. 

Ach,  tyle  wraŜeń  wirowało  jej  w  głowie,  tyle  uczuć  nią  miotało!  I  te 

wszystkie  pytania,  jakie  chciała  mu  zadać!  Na  myśl,  Ŝe  długo  nie  będzie  go 

widziała, płacz omal nie rozsadził jej piersi. 

background image

Zrozumiał,  Ŝe  dziewczyna  nie  moŜe  znaleźć  słów,  i  kiedy  się  podniósł, 

zapytał uroczyście: 

– Czy zechcesz się jeszcze ze mną spotkać? 

– Tak – odparła stłumionym głosem i takŜe wstała. 

–  Nie  chcę,  byś  musiała  co  dzień  przychodzić  aŜ  tutaj,  by  sprawdzić,  czy 

nie  ma  jakichś  wiadomości  ode  mnie  –  powiedział  z  troską.  –  Nie  wiem,  jak 

długo mnie nie będzie, ale zawieszę... co by tu wymyślić? Małą gałązkę jałowca 

przy drzwiach obory? Co ty na to? 

– Dobrze – wyszeptała bez tchu. – Postaram się kaŜdego ranka wychodzić 

pierwsza, aby nikt przede mną jej nie zerwał, no, bo jak bym wtedy wiedziała, 

Ŝ

e juŜ jesteś? 

– Mogę połoŜyć gałązkę ha daszku nad drzwiami obory. Wtedy na pewno 

nie zniknie. 

–  Tak,  tak  będzie  lepiej.  A...  co ty  masz  zamiar...  A  moŜe  nie  wolno  ci  o 

tym mówić? 

Zapatrzył  się  w  mroczną  dal  gdzieś  ponad  jej  głową.  Było  jasne,  Ŝe  nie 

czeka  go  nic  przyjemnego.  Ach,  tyle  chciałaby  się  o  nim  dowiedzieć,  ale 

najwidoczniej juŜ nie miał czasu, a i ona nie chciała okazać się zbyt natrętna. 

– Mam wiele obowiązków – odparł wymijająco. 

– Czy to właśnie ty dbasz o cały las? 

– I tym takŜe się zajmuję – zaśmiał się. – Ojciec wiele mnie nauczył. 

–  Czy  to  on  jest  Władcą  Lasu?  Tym,  którego  Finowie  nazywają  leśnym 

boŜkiem, Tapiola? 

Czarny śmiał się teraz w głos. 

–  Nie,  ale  twierdzi,  Ŝe  widział  Władcę  Lasu.  Nie  wiem,  czy  to  prawda. 

Juliano, czy twojego ojca nie ma? 

–  Nie  ma.  Powiedział,  Ŝe  ma  zamiar  iść  w  dolinę,  by  sprowadzić  sobie 

nową kobietę, i jeszcze nie wrócił do domu. 

Czarny się zamyślił. 

background image

–  Nigdy  nie  byłem  w  dolinie  –  powiedział  po  chwili.  –  Mój  przybrany 

ojciec mi nie pozwala. Bardzo chciałbym wam pomóc, bo odnoszę wraŜenie, Ŝe 

jesteście samotni. Ale nie będę miał ani chwili czasu, zanim... 

– Zanim nastanie jesień? – podpowiedziała. 

–  Nie,  nie  to  chciałem  powiedzieć.  Zanim  to  się  s

 k o ń c z y.  Ktoś, kogo 

znam, jest bardzo chory. 

– Ach, a więc musisz być przy tej osobie! – zawołała wzburzona. 

– Tak, ona bardzo wiele znaczy dla mnie i dla mego przybranego ojca. 

Zeszli  juŜ  w  dolinkę,  nieubłaganie  zbliŜała  się  chwila  poŜegnania.  Juliana 

tak  bardzo  pragnęła,  by  Czarny  został  z  nią  dłuŜej,  ale  nie  odwaŜyła  się 

wypowiedzieć tego głośno. Co by sobie o niej pomyślał? 

–  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  mały  Matti  boi  się  swego  ojca?  –  po  chwili 

wahania zapytał Czarny. 

Juliana odwróciła twarz. 

– Tak. Nie chcę o nikim mówić nic złego, ale właściwie nigdy nie było nam 

tak wspaniale jak teraz, kiedy ojca nie  ma. To znaczy za Ŝycia  matki wszystko 

układało  się  dobrze.  No...  prawie  wszystko  –  dodała  po  chwili.  –  Ojciec  i  dla 

niej nie był dobry. Biedna mama! Tak bardzo nam jej brakuje! 

Zaczęła  mówić  o czym  innym,  jakby  próbując  za wszelką cenę  zatrzymać 

go bodaj na jedną jeszcze małą chwilę. 

– Mój najstarszy brat, Jorulv, obawia się zimy, ja zresztą teŜ. Ojciec nie jest 

moŜe  najlepszym  z  ojców,  ale  świetnie  sobie  ze  wszystkim  umiał,  to  znaczy 

nadal umie, poradzić. 

–  Oczywiście.  Wasze  małe  gospodarstwo  jest  bardzo  zadbane.  Oglądałem 

je, co prawda, z daleka, ale... 

– Od dawna juŜ nas obserwujesz? 

–  Od  jakiegoś  czasu  –  odparł  wymijająco,  jakby  co  nieco  zakłopotany. 

Prawie  jakby...  jakby...  Nie,  Juliana  nie  śmiała  Ŝywić  takiej  nadziei,  ale  miała 

background image

wraŜenie, jak gdyby chciał powiedzieć, Ŝe zaczął się nimi interesować, odkąd ją 

ujrzał. 

– Odprowadzę cię na skraj lasu – powiedział. – Nie będziesz musiała sama 

błądzić w ciemnościach. Chodź! 

Dziewczynę  cieszył  kaŜdy  ułamek  chwili,  jaki  mogła  spędzić  w  jego 

towarzystwie. Teraz pragnęła tylko jednego: wymyślić coś takiego, powiedzieć 

coś,  co  zatrzymałoby  go  jeszcze  na  trochę,  co  przedłuŜyłoby  ich  spotkanie  o 

kilka drogocennych minut. 

Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. 

Rebecka o wiele lepiej by sobie z tym poradziła, pomyślała Juliana. Bystra, 

ś

miała  Rebecka,  niczego  nie  owijała  w  bawełnę,  zawsze  umiała  mówić  o 

wszystkim  wprost.  Szczęśliwie  jednak  to  nie  młodszej  siostrze  przypadło  w 

udziale wieczorne tajemnicze spotkanie, ale jej, Julianie! 

Wprost trudno było uwierzyć w takie szczęście. 

Doszli  do  skraju  lasu,  zanim  Juliana  zdąŜyła  cokolwiek  powiedzieć, 

mądrego czy głupiego. Tu Czarny się zatrzymał. 

–  Muszę  juŜ  iść  –  stwierdził  zasmucony.  –  Ojciec  czeka  zbyt  długo.  – 

Uroczyście  ujął  ją  za  rękę.  –  Proszę,  tylko  mi  nie  zniknij  –  powiedział  cicho, 

wzruszony. 

Juliana czuła, Ŝe łzy zakręciły jej się w oczach. 

– Och, nie, nie zniknę – obiecała. – Będę tutaj. 

Uśmiechnął się do niej ciepło i odszedł, jakby rozpływając się we mgle. 

„Tylko mi nie zniknij...” Jakie piękne słowa! 

Juliana pospieszyła  przez  łąkę  do domu.  Po  cichu  wemknęła  się do  izby  i 

zrzuciwszy przemoczone ubranie, wślizgnęła się do łóŜka. OstroŜnie ułoŜyła się 

pod  przykryciem,  pochłonięta  rozpamiętywaniem  wraŜeń,  jakich  dostarczył  jej 

wieczór. Tak, będzie na niego czekać. Oczywiście, będzie czekać! 

 

background image

Mijało lato, a na daszku nad drzwiami obory nie pojawiła się Ŝadna gałązka 

jałowca. 

Jorulv  chodził  zdenerwowany  i  niepewny.  Coraz  częściej  moŜna  go  było 

dostrzec  wpatrzonego  w  ścieŜkę  biegnącą  wzdłuŜ  jeziora.  Jego  niepokój 

zaraźliwie działał i na innych. Ulga, jaką odczuli z początku, zaraz po odejściu 

ojca, przerodziła się w głęboki lęk. 

Co się stało z ojcem? Dlaczego nie wracał? 

Jorulv  powoli  zaczął  oswajać się  z  myślą,  Ŝe być  moŜe będą musieli sami 

dawać  sobie  radę  przez  zimę.  Dlatego  teŜ  rozdzielił  obowiązki  między 

wszystkie dzieci, zatrudnił nawet  Mattiego i  małą  Linneę. Matti  miał  juŜ sześć 

lat, a Linnea cztery, i mogli pomóc na wiele sposobów. 

Ole i Jorulv skosili kaŜdy spłachetek łąki, jaki tylko udało im się znaleźć w 

okolicy,  by  zgromadzić  jak  najwięcej  paszy  dla  zwierząt.  Skrzętnie  zebrali 

zboŜe  z  maleńkiego  poletka  i  wszystkie  warzywa  z  przydomowego  ogródka. 

Dziewczęta  kaŜdą  wolną  chwilę  spędzały  przy  krosnach,  bo  dzieci  rosły, 

wydawało się, z dnia na dzień, darły i wyrastały ze wszystkiego co miały. KaŜda 

za  mała  część ubrania  była natychmiast  przerabiana  na  odzienie  dla któregoś z 

młodszych, tak aby nic się nie zmarnowało. 

Dokładnie  załatali  wszystkie  dziury  w  zabudowaniach  gospodarczych, 

naprawili,  co  trzeba.  Z  doświadczenia  wiedzieli,  Ŝe  jeśli  przyjdą  ostre  mrozy, 

będą musieli zabrać najmniejsze zwierzęta do domu, by nie zamarzły na śmierć. 

Pracy  mieli  tak  duŜo,  Ŝe  Jorulv  wieczorami  siadywał  z  Juliana  i  wspólnie 

planowali  rozkład  zajęć  na  następny  dzień.  Nie  mogli  opanować  lęku,  Ŝe  o 

czymś  zapomną,  wiedzieli,  Ŝe  skutki  niedopatrzenia  mogą  być  po  prostu 

katastrofalne. 

Liście na drzewach zaczęły Ŝółknąć. Niedługo juŜ miały opaść, a wówczas 

kaŜdego dnia naleŜało spodziewać się śniegu. 

– Być moŜe nie poradzimy sobie ze wszystkim – stwierdził Jorulv pewnego 

wieczoru,  kiedy  siedzieli  przy  stole.  Izbę  oświetlała  łojowa  świeca.  Właśnie 

background image

odkryli,  Ŝe  zapomnieli o  odlaniu  większej  liczby  świec.  Co  się  stanie,  jeśli  ich 

nie  starczy?  –  MoŜe  jednak  najlepiej  będzie,  jeśli  opuścimy  gospodarstwo  i 

spróbujemy  odnaleźć  ścieŜkę,  którą  powędrował  ojciec?  Chyba  powinniśmy 

przedostać się do ludzi? 

– Och, nie! – przeraŜona Juliana zaprotestowała tak gwałtownie, Ŝe Jorulv 

nie posiadał  się  ze  zdumienia.  –  Nie,  ja...  my  nie  moŜemy  opuścić  zagrody.  A 

jeśli ojciec wróci i nie zastanie nas tutaj? 

Nie chodziło jej wcale o ojca, ale przecieŜ nie mogła się do tego przyznać. 

Nikomu nie zdradziła swojej tajemnicy. 

Nagły  wybuch  Juliany  obudził  Rebeckę.  Młodsza  siostra  wstała  z  łóŜka  i 

wraz z nimi usiadła przy stole. 

–  Ale  musimy  jak  najprędzej  podjąć  decyzję  –  stanowczo  rzekł  Jorulv.  – 

Jeśli mamy się stąd wynieść, trzeba to zrobić, zanim spadnie śnieg. Inaczej nie 

zdołamy zabrać zwierząt. 

Juliana z rozpaczą potrząsnęła głowa, ale nie mogła wydusić z siebie tego, 

co  tak  bardzo  chciała  powiedzieć:  Ŝe  ona  m

 u s i  tu  zostać.  „Tylko  mi  nie 

zniknij”, tak przecieŜ powiedział... 

Zniecierpliwiona Rebecka westchnęła. 

–  Och,  mój  BoŜe,  jak  bardzo  bym  chciała  się  stąd  wydostać!  Kocham  to 

miejsce tak samo jak i wy, ale czuję, Ŝe jeśli tu zostanę, to coś we mnie pęknie. 

– Pęknie? Nie rozumiem – powiedział Jorulv. 

Rebecka wzruszyła ramionami. 

–  To  takie  trudne,  Jorulvie.  Sam  wiesz,  Ŝe  staram  się  wywiązać  z 

obowiązków,  które  mnie  przypadają,  ale  tak  naprawdę  marne  są  tego  efekty. 

Wszystko, czego się tknę, jest źle zrobione, nie tak porządnie i ładnie jak to, co 

robi Juliana. 

Juliana patrzyła na siostrę zdumiona. 

background image

–  Ale  przecieŜ  nikt  z  nas  nie  umie  robić  tak  pięknych  rzeczy,  jak  ty, 

Rebecko! To właśnie ty potrafisz tak zestawić kolory, Ŝe aŜ się serce raduje, to 

ty... 

–  Tak,  tak,  tak.  Umiem  robić  to,  co  nikomu  niepotrzebne.  Potrafię  ułoŜyć 

kwiaty  w  wazonie,  wycinać  z  drewna  figurki,  z  których  nie  ma  Ŝadnego 

poŜytku. Wiem, jak chciałabym, by wyglądały moje ubrania, ale nigdy mi takie 

nie  wyszły.  I  to  wcale  nie  dlatego,  Ŝe  nie  mam  odpowiedniego  materiału,  ale 

poniewaŜ nigdy nie  udało  mi się jeszcze uszyć choćby jednego prostego szwu. 

Nienawidzę  wykonywania  tych  samych  czynności  dzień  w  dzień.  Chcę  robić 

coś  nowego,  tworzyć  coś,  co  będzie  piękne,  co  sprawi  radość  oczom! 

Powszednie zajęcia są takie nudne! 

Brat  i  siostra  wpatrywali  się  w  nią  wielkimi,  szeroko  otwartymi  ze 

zdumienia oczami. śadne z nich nie wiedziało nic o zdolnościach twórczych czy 

o  duszy  artysty.  Owszem,  mieli  świadomość,  Ŝe  Rebecka  nie  lubi  swych 

codziennych  obowiązków  i  prawdę  powiedziawszy,  nie  umie  ich  właściwie 

wykonać. Natomiast ozdobić ciasto czy pięknie nakryć do stołu – o, tak, nikt nie 

umiał zrobić tego lepiej niŜ ona. 

Rebecka znów westchnęła. 

–  A,  zapomnijcie  o  tym,  to  nie  jest  takie  istotne.  Bardziej  przejmuję  się 

tobą,  Juliano,  zastanawiam  się,  co  się  z  tobą  dzieje.  Raz  jesteś  rozradowana, 

wprost bije od ciebie szczęście, to znów płaczesz przez cały dzień. Co ci jest? 

Juliana uśmiechnęła się niepewnie. 

– Bardzo trudno mi to wyjaśnić. Wiem jedynie, Ŝe ja  muszę tu zostać bez 

względu na to, co postanowicie. 

– Nie moŜesz przecieŜ zostać sama! – zaprotestował Jorulv. 

Juliana  odwróciła  twarz,  by  ukryć  łzy.  Rebecka  zrozumiała,  Ŝe  naleŜy 

rozmowę  skierować  na  inny  temat,  wskazała  więc  palcem  kilka  znaczków, 

narysowanych węgielkiem na brzegu stołu. 

– Czy to twoje dzieło, Juliano? 

background image

Siostra rozjaśniła się w jednej chwili. 

– Tak, Ole mnie nauczył. Tu jest napisane „JULIANA”, a tu „OLE”. 

–  Wspaniale!  –  wykrzyknęła  Rebecka,  której  zaimponowała  nowa 

umiejętność siostry. – A gdzie „Rebecka”? 

– Na razie jeszcze nigdzie, ale jeśli chcesz, jutro napiszę. 

– Tak! I wiesz co? Myślę, Ŝe poproszę Olego, by i mnie nauczył pisać. 

– I mnie takŜe – oznajmił Jorulv. – Świetnie ci to wyszło, Juliano. A co jest 

napisane tutaj, pod twoim imieniem? 

– „CZARNY” – odparła Juliana, rumieniąc się. 

– Czarny? A co to znaczy? Dlaczego to napisałaś? – zapytała Rebecka. 

– To nic nie znaczy, nic w ogóle, to... To tylko słowo, które akurat wpadło 

mi do głowy, kiedy rozmawiałam z Olem. 

Rebecka nadal miała na twarzy zdumienie, ale nie drąŜyła tematu. 

– Ole powinien się uczyć – stwierdziła tylko. – On jest taki mądry, tak duŜo 

wie. 

–  Tak  –  odparł  Jorulv  zamyślony.  –  Teraz,  kiedy  wiemy  na  pewno,  Ŝe  są 

ludzie... Bo tak powiedział ojciec! Tak wynikało z jego słów! 

– Ach, oczywiście, Ŝe są jeszcze inni ludzie! – wykrzyknęła Juliana. 

Popatrzyli  na  nią  oszołomieni,  dziewczynka  nerwowo  zaczęła  skubać 

węgielek, którego uŜywała do pisania. 

Jorulv wyjrzał przez okno. 

– Zobaczcie, jak ciemno jest na dworze! I wieczór zapada z kaŜdym dniem 

coraz  wcześniej.  Niedługo powinniśmy  wyruszyć. Śmiertelnie boję się  zimy.  – 

Wyprostował się. – Ale poczekajmy jeszcze trochę, moŜe ojciec jednak wróci. 

Juliana odetchnęła z ulgą. 

 

W miasteczku młodziutka panna Lisen sprawiała coraz więcej kłopotów. 

background image

Nie  przestawała  wypytywać,  chciała  wiedzieć  wszystko,  absolutnie 

wszystko  o  lesie,  którego  tajemnicze,  mroczne  królestwo  rozciągało  się  za 

miasteczkiem. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VII 

 

W  małym  przytartacznym  miasteczku  Ŝycie  toczyło  się  zwykłą  koleją,  w 

kaŜdym  razie  dla  większości  mieszkańców.  Z  bystrą  i  niezaleŜną  Lisen  von 

Adelkalk było inaczej. 

Bardzo się zmieniła ostatnio. Snobizm ojca wyraźnym piętnem odcisnął się 

na  jej  dzieciństwie, temu nie dało  się zaprzeczyć. Choć  Lisen nie  znosiła ojca, 

snobizm wyssała z mlekiem matki, mieszkała wszak w najokazalszym domu w 

całym  mieście,  przyjaciół  dobierano  jej  odpowiednio  do  statusu  i  majątku 

rodziców, wpojono w nią, Ŝe ludzie niŜej urodzeni nie mają Ŝadnego znaczenia. 

Istnieją tylko po to, by łatwiej było Ŝyć tym lepszym, mają świadczyć niezbędne 

usługi i wykonywać cięŜkie prace, mówiło się do nich, nie rozmawiało z nimi. 

Podobne  nastawienie  panowało  w  kręgu  jej  znajomych,  Ŝadnego  innego  nie 

znała. 

Z czasem jednak, kiedy zaczął w niej narastać coraz silniejszy bunt przeciw 

ojcu,  podwaŜała  i  negowała  jego  opinie,  wielokrotnie  czyniła  próby  wyrwania 

się spod jego wpływu. 

Po  rozmowie  ze  szwaczką  Elin  Ŝycie  nagle  nabrało  dla  Lisen  innych 

wymiarów.  Złamała  wszelkie  nakazy  ojca  i  rozmawiała  z  kim  tylko  jej  się 

podobało. 

Niczym  uparta  pszczoła  w  poszukiwaniu  nektaru  krąŜyła  wokół 

wszystkich, którzy, jak podejrzewała, mogli wiedzieć coś o lesie. Wypytywała i 

nauczyciela,  i  starych  pracowników  tartacznych.  U  leśniczego  przestudiowała 

mapy,  ale  nic  z nich nie  mogła zrozumieć,  takie były nieprecyzyjne.  Czytała  o 

zwierzętach,  zamieszkujących  bory  po  tej  stronie  gór,  rozpytywała  o  sąsiednie 

miasteczka  i  wioski.  Wszystkich,  do  których  udało  jej  się  dotrzeć,  zasypywała 

gradem pytań. 

background image

Do matki jednak na razie jeszcze się nie zwróciła. Wolała poczekać. 

Najpierw chciała wybadać wszystko na własną rękę. 

Matka  stała  się  zbolałym,  cichym  stworzeniem,  całkowicie  pozostającym 

pod  władczą  kuratelą  ojca.  Nie  śmiała  niczego  uczynić  ani  powiedzieć,  nie 

zapytawszy  go  najpierw  o  zgodę.  Lisen  zrozumiała,  Ŝe  z  rozmowy  z  matką  na 

razie i tak nic by jej nie przyszło. Dopóki nie wiedziała nic pewnego, nie mogła 

wyłoŜyć  Ŝadnej  karty  na  stół,  powracanie  do  smutnych  wydarzeń  z  odległej 

przeszłości byłoby jedynie niepotrzebnym sypaniem soli na jątrzące się rany. 

Ze  słów  Elin  wynikało,  Ŝe  matka  i  tak  nic  nie  wie,  nic  poza  tym,  co  Elin 

opowiedziała  dziewczynce:  Ŝe  jej  pierworodnego  syna  wziął  pod  opiekę 

tajemniczy męŜczyzna z lasu. 

Za  kaŜdym  razem,  gdy  Lisen  myślała  o  apatycznym  zachowaniu  matki, 

ogarniało  ją  oburzenie.  Gdyby  ta  sprawa  dotyczyła  jej  samej,  juŜ  dawno 

poruszyłaby  niebo  i  ziemię,  by  się  dowiedzieć,  co  się  stało  z  zaginionym 

dzieckiem.  Nigdy  nie  zaznałaby  spokoju  i  nie  zadowoliła  się  niejasnym 

zapewnieniem,  Ŝe  odzyska  utracone  dziecko,  kiedy  jej  męŜa  nie  będzie  wśród 

Ŝ

ywych. 

Matka  Elin,  akuszerka,  osiągnęła  juŜ  sędziwy  wiek,  ale  umysł  nadal 

zachowała jasny. Lisen odwiedziła takŜe ją, chcąc poznać więcej szczegółów o 

narodzinach brata, ale i od staruszki nie dowiedziała się niczego nowego. 

Tego lata Lisen często przychodziła w gościnę do Elin. Dom szwaczki stał 

się  dla  dziewczynki  zbawczym  schronieniem,  kiedy  wyniosłe  zachowanie  ojca 

zbyt juŜ ją draŜniło. Wiele razy spotkała tu syna Elin. Benjamin, bo takie nosił 

imię,  był  miłym,  nieśmiałym  chłopcem  mniej  więcej  w  jej  wieku.  Od 

najwcześniejszego  dzieciństwa  doświadczał  ludzkiej  pogardy,  wyśmiewany 

przez  plotkarki  z  miasteczka i  niedobre  dzieci,  które  miały  ojców.  On przecieŜ 

ojca nie miał. Okazał się na tyle bezczelny, by przyjść na świat jako bękart, i za 

to naleŜało go ukarać. 

background image

Potem  jednak  panna  Lisen  ze  dworu  zaczęła  z  nim  rozmawiać.  Tak, 

zdarzało się nawet, Ŝe szła ulicą, zatopiona w rozmowie z nim. Jego Ŝycie nagle 

się zmieniło. Z początku drwiono z niego niemiłosiernie, Ŝe pokazuje się razem 

z  dworską  panienką,  ale  kiedy  Lisen  przypadkowo  była  świadkiem  jednego  z 

takich  epizodów,  szyderstwa  szybko  ustały.  Lisen  potrafiła  błyskawicznie 

wypowiedzieć słowa, które całkowicie zgnębiły dręczyciela Benjamina, miała w 

sobie  wrodzony  autorytet,  umiała  budzić  respekt.  Była  to  chyba  jedyna 

pozytywna  cecha,  jaką  odziedziczyła  po  ojcu  i,  doprawdy,  umiała  ją 

wykorzystać. 

Benjamin  dobrze  znał  las.  Wielokrotnie  krył  się  w  nim,  uciekając  przed 

złośliwymi uwagami innych dzieci i w samotności wypłakując łzy upokorzenia. 

Teraz  zabierał  tam  Lisen,  która  chciała  poznać  wszystkie  tajemnice  lasu.  Raz 

nawet zdołała namówić Elin, by przyłączyła się do nich i opisała jej dokładnie, 

co wydarzyło się tutaj przed dwudziestoma laty. 

Elin pokazała dziewczynie, w którym miejscu ukryła się przed Ŝołnierzami 

i gdzie potem ujrzała postać, jak jej się wydawało, Władcy Lasu, rysującą się na 

tle wieczornego nieba. Wyciągnął do niej ręce, by zabrać dziecko, zaginionego 

starszego brata Lisen... 

Ale co wydarzyło się później? Dokąd poszedł ów człowiek? 

Elin potrafiła jedynie wskazać ogólnie kierunek, była zdania, Ŝe zagłębił się 

w  las.  Nie  mógł  jednak  odejść  daleko,  musiał  gdzieś  zostawić  dziecko,  bo 

przecieŜ  wrócił,  by  jej  pomóc.  Okazało  się  jednak,  Ŝe  było  juŜ  za  późno, 

tragedia stała się faktem. A potem... uśmiercił tych trzech Ŝołnierzy. 

–  Kim  innym  powinien  był  się  zająć  –  mruknęła  Lisen  z  goryczą.  –  Ale, 

Elin, czy Benjamin to tragedia? 

Na  twarzy  Elin,  kiedy  na  nowo  przeŜywała  koszmar  sprzed  lat,  malowała 

się udręka i ból. Ale na dźwięk słów dziewczynki rysy jej złagodniały w czułym 

uśmiechu. 

background image

–  Nie, Benjaminie,  ty  nigdy  nie  byłeś  moją tragedią, jesteś radością  mego 

Ŝ

ycia. 

Zakłopotany syn się zapłonił. Był tak nieśmiały i niepewny siebie, jak moŜe 

stać  się  chłopiec,  który  przez  całe  Ŝycie  doświadcza  ludzkiej  pogardy  i 

upokorzeń. 

Lisen zapatrzyła się w las. 

– Ciekawa jestem, co się tu kryje – powiedziała cicho. 

– Drzewa – naiwnie odparł Benjamin. 

– Tak, oczywiście masz rację. Ale co jest wśród drzew? 

Podniosła wzrok i wpatrywała się w czubki strzelistych świerków, ale zaraz 

zakręciło jej się w głowie i prędko musiała spojrzeć w dół. 

Elin przygryzła wargi. 

– Bardzo niepokoję się o dzieci – powiedziała wreszcie. 

–  Mówiłaś  juŜ  o  nich,  o  sierotach...  –  W  głosie  Lisen  zadźwięczała 

nadzieja. – MoŜe one coś wiedzą? 

Elin jej nie słuchała. 

– Jest juŜ jesień. Niedługo nadejdzie zima. 

–  Elin,  Benjaminie,  słuchajcie!  –  mówiła  Lisen  z  zapałem.  –  MoŜe 

spróbujemy  odnaleźć  ich  zagrodę?  Tym  samym  jednocześnie  załatwimy  dwie 

sprawy!  PomoŜemy  dzieciom  i  od  razu  zapytamy  je  o  Władcę  Lasu,  moŜe 

akurat coś o nim wiedzą? I o niemowlęciu, które zaginęło dwadzieścia lat temu? 

Popatrzyli na nią z powątpiewaniem. 

– Mam akurat tak duŜo zamówień – powiedziała Elin niepewnie. 

–  To  na  pewno  daleko  –  sprzeciwił  się  Benjamin.  –  I  nie  wiemy  nawet, 

gdzie ich szukać. MoŜemy zabłądzić. A w lesie są drapieŜniki. 

Lisen jednak nie pozwoliła zbić się z tropu. 

– W tartaku nie mogą juŜ znieść mojego widoku, tak długo zadręczam ich 

pytaniami. Ale znalazł się wśród nich jeden drwal, który słyszał o jakiejś małej 

zagrodzie  połoŜonej  całkiem  na  odludziu,  oddalonej  stąd  o  jakieś  dwa  dni 

background image

marszu. Nigdy tam nie był i nie wie, czy nadal Ŝyją w niej ludzie, ale w kaŜdym 

razie  kiedyś  tam  mieszkali.  Potrafi  mniej  więcej  wskazać  kierunek,  gdzie  leŜy 

chata. MoŜemy poprosić, by nas tam zaprowadził. Pójdziemy zapytać od razu! 

– A jeśli opuścił juŜ miasteczko? – oponowała Elin. Nie mogła pozbyć się 

strachu  przed  uczynieniem  czegoś  tak  niekonwencjonalnego,  a  jednocześnie 

bardzo  chciała  pomóc  samotnym  dzieciom.  Myśl  o  ich  niepewnym  losie 

dręczyła ją we dnie i w nocy od chwili, gdy usłyszała o śmierci ojca. 

Stanęło, rzecz jasna, na tym, Ŝe poddali się Lisen. 

Drwala  nie  było  w  tartaku,  ale  znaleźli  go  w  domu,  w  małej,  nędznej 

chatynce zaraz za miastem. 

Nie,  nie  zgodził  się  na  wyruszenie  w  las  przez  pustkowia,  czuł  się 

zmęczony, a i wiek porządnie mu juŜ ciąŜył. Ale znał myśliwego, polującego na 

niedźwiedzie, który obeznany jest z lasem jeszcze lepiej niŜ on. Choć on pewnie 

wyruszył na polowanie, niełatwo będzie go odszukać... 

To i lepiej, pomyślała Lisen, bo nie miała ochoty, by myśliwy towarzyszył 

im  w  wyprawie.  Nie  lubiła  myśliwych.  „Myśliwy  to  człowiek,  który  lubi 

patrzeć,  jak  umierają  Ŝywe  stworzenia”  –  powiedziała  kiedyś  ojcu.  Wpadł 

oczywiście  w  gniew i  za  bezczelność  wymierzył  jej  siarczysty  policzek,  aŜ  się 

zatoczyła. Sam lubił polować... 

Lisen  popatrzyła  na  dwoje  swych  „sprzymierzonych”  i  zaśmiała  się  z 

rezygnacją. 

– My troje nie mamy czego szukać w leśnych ostępach. Ktoś jeszcze musi 

iść  z  nami,  inaczej  całą  sprawę  z  góry  moŜna  uwaŜać  za  przegraną.  Myślę 

jednak,  Ŝe  najpierw  powinnam  zebrać  się  w  sobie  i  porozmawiać  wreszcie  z 

matką. 

– Czy dobrze to przemyślałaś? – ostroŜnie zapytała Elin. 

–  Ona  nie  moŜe  przez  całe  Ŝycie  chować  głowy  w  piasek  –  oświadczyła 

Lisen.  –  Ma  zobowiązania  chyba  nie  tylko  wobec  tego  potwora,  który  jest  jej 

męŜem? 

background image

–  Moim  zdaniem  panna  Lisen  powinna  wyraŜać  się  z  większym 

szacunkiem  o  właścicielu  dworu  –  surowo  upomniała  ją  Elin,  ale  Benjamin 

musiał odwrócić głowę, by ukryć uśmiech. 

–  Ciekawe,  co  byś  powiedziała,  gdybyś  usłyszała  moje  myśli  –  mruknęła 

Lisen.  –  Rodzice  nie  mogą  po  prostu  Ŝądać,  by  dzieci  ich  kochały.  Muszą 

jeszcze na to zasłuŜyć! 

Rebecka i Lisen wiele miałyby sobie do powiedzenia, gdyby się spotkały. 

Ustalili,  Ŝe  wyruszą  za  cztery  dni.  Elin  zdąŜy  wykończyć  najpilniejsze 

zamówienia,  a  Lisen  będzie  miała  dość  czasu,  by  namówić  kogoś,  by  ich 

eskortował, jakiegoś silnego męŜczyznę znającego las. 

Najpierw jednak postanowiła porozmawiać z matką. 

 

Na  schodach  prowadzących  na  piętro  Lisen  spotkała  swego  młodszego 

brata  Hannibala.  To  ojciec  nalegał,  by  syn  nosił  dumne  imię  bohatera 

wojennego,  ale  Lisen  zawsze  uwaŜała,  Ŝe  powinni  wybrać  coś  mniej 

pretensjonalnego. 

Mój  BoŜe,  jaki  śmieszny  jest  ten  chłopak,  myślała.  JuŜ  chodzi  dumny  i 

napuszony jak oficer, choć taki z niego kurczak, gołowąs jeszcze! 

Z  wyglądu  Lisen  i  Hannibal  byli  do  siebie  bardzo  podobni,  mieli  ładne, 

regularne rysy  i  wyjątkowo  ciemne rzęsy. Naturą  jednak  róŜnili  się  jak  dzień i 

noc. 

Hannibal na widok siostry przystanął. 

– CóŜ to ja o tobie słyszę? 

– Czy mogę prosić cię, byś przestał małpować ojca? Co takiego strasznego 

słyszałeś, smarkaczu? 

– Nie mów do mnie takim tonem – odparł zimno. – Pewnego dnia jeszcze 

tego poŜałujesz. 

– Masz zamiar mnie stąd wyrzucić? Nie zdąŜysz, Durnybalu, nie zamyślam 

skończyć jako mumia schowana w tym grobie. 

background image

– Mam na imię Hannibal, nie Durnybal! Nie wolno ci tak mnie przezywać! 

– Hannibal akurat przechodził mutację i zakończył zdanie falsetem. – Mogę cię 

wydziedziczyć! 

– Hurra! – wykrzyknęła Lisen. – Dalej, szczeniaku, zabieraj się do tego! 

–  Nie  będę  tolerować...  –  zaczął  wyniośle,  ale  głos  znów  odmówił  mu 

posłuszeństwa  i  chłopiec  tylko  groźnie  popatrzył  na  siostrę.  –  Podobno 

pokazujesz się w miasteczku z tym bękartem Benjaminem. Czy juŜ kompletnie 

oszalałaś? Masz zamiar okryć hańbą dobre imię naszej rodziny? 

–  To  zdołaliście  osiągnąć  juŜ  dawno,  twój  podły  ojciec  rotmistrz  i  ty, 

rozpieszczony  głupku,  Durnybalu  –  gniewnie  odparła  Lisen.  –  Ludzie 

naśmiewają się z was, nie ze mnie. A poza tym rozmawiam z tym, z kim chcę. 

Elin i jej syn to porządni, uczciwi ludzie. Nie ma powodu, by się ich wstydzić. 

A teraz zejdź mi z drogi, bo inaczej cię przewrócę! 

Uśmiechnęła się kpiąco i pobiegła dalej po schodach. Dobrze wiedziała, Ŝe 

zachowuje  się  paskudnie  i  w  głębi  duszy  Ŝal  jej  było  brata,  ale  ktoś  przecieŜ 

musiał sprowadzić go na ziemię, zanim ojciec zdąŜy całkiem go zepsuć! 

– Powiem o wszystkim ojcu! 

– Bardzo proszę! MoŜe nareszcie dostrzeŜe, Ŝe ma takŜe córki. 

Christine  von  Adelkalk  jak  zwykle  stała  przy  oknie  i  wyglądała  na  świat. 

Drgnęła  przestraszona,  kiedy  weszła  Lisen,  widać  było  wyraźnie,  Ŝe  znów 

płakała. 

–  Tak,  mamo,  właśnie  o  tym  chcę  z  tobą  mówić  –  oznajmiła  Lisen. 

Postanowiła od razu przystąpić do rzeczy. 

Christine ze zdumieniem popatrzyła na najmłodszą córkę. 

–  Chcesz  ze  mną  rozmawiać  o  swej  siostrze  Margrethe?  Ale  skąd  moŜesz 

wiedzieć... 

Lisen ugryzła się w język. 

– Margrethe? A co z nią? 

background image

– I ja się nad tym zastanawiam. Tak bardzo się cieszyłam, Ŝe mój pierwszy 

wnuk przyjdzie na świat, a to się tak przeciąga! Czy myślisz, Ŝe mogło się stać 

coś złego? 

–  MoŜe  to  po  prostu  bardzo  niezdecydowane  dziecko,  nie  ma  śmiałości 

wyjrzeć  na  świat.  Ale  zobaczysz,  kiedy  będzie  mu  za  ciasno,  na  pewno  się 

pokaŜe.  Ale  nie  o  tym  chciałam  z tobą  mówić, choć o  czymś  równie  waŜnym. 

Mamo... dlaczego nigdy nic mi nie powiedziałaś o moim najstarszym bracie? 

Christine  oszołomiona  wpatrywała  się  w  swą  nieokiełznaną  córkę.  Twarz 

jej najpierw spłonęła rumieńcem, a zaraz potem pobladła jak kreda. 

–  Rozmawiałam  z  Elin  –  spokojnie  wyjaśniła  Lisen.  –  Ona,  jej  syn 

Benjamin  i  ja  mamy  zamiar  wyprawić  się  na  poszukiwanie  mego  zaginionego 

brata. 

Matka  bez  sił  opadła  na  najbliŜsze  krzesło.  Widać  było,  Ŝe  oddycha  z 

trudem. 

– Ach, nie, nie moŜecie! Co powie na to twój ojciec? 

–  Czy  tchórzostwo  zawsze  musi  wygrywać  z  twoim  smutkiem?  –  ostrym 

głosem zapytała Lisen. 

– O co ci chodzi? 

–  Przepraszam,  być  moŜe  źle  się  wyraziłam.  Czy  wolisz  przez  całe  Ŝycie 

zamartwiać się dlatego, Ŝe jesteś zbyt tchórzliwa, by dowiedzieć się, co się stało 

z  dzieckiem?  Tak,  wiem,  Ŝe  się  martwisz,  wiem,  jak  bardzo  boli  cię  ta  strata. 

Zorientowałam  się  juŜ  dawno,  tylko  nie  mogłam  zrozumieć,  co  jest  tego 

powodem. 

Christine wybuchnęła płaczem, Lisen padła na kolana przy matce. 

– JuŜ dobrze, mamo, nie płacz juŜ, zobaczysz, jakoś sobie z tym poradzimy. 

Matka leciutko uścisnęła dłoń córki. 

–  Nie  mogłam  postąpić  inaczej,  nie  mogłam!  Ale  potem  tak  bardzo  tego 

Ŝ

ałowałam...  Tak,  Lisen,  jeśli  tylko  moŜesz,  to  zrób  coś!  Dowiedz  się,  co  się 

background image

stało z  moim synkiem!  Przywykłam  juŜ  do  myśli,  Ŝe najpewniej  od  dawna  nie 

Ŝ

yje, ale gdybym tylko mogła zapłakać nad jego grobem... 

–  Nie  wolno  dzielić  skóry  na  niedźwiedziu  przed  zachodem  słońca  – 

odparła rezolutnie Lisen, której często mieszały się przysłowia. – Ale potrzebna 

mi twoja pomoc, mamo. 

– Co takiego? Zrobię wszystko, co tylko będę mogła. 

Lisen  wyjaśniła,  Ŝe  ich  wyprawa  nie  będzie  wcale  niedzielną  majówką. 

Opowiedziała  o  sześciorgu  dzieciach,  mieszkających  gdzieś  w  lesie  na 

pustkowiu,  których  los  tak  bardzo  niepokoi  Elin,  Ŝe  pragnie  je  odszukać  i 

dowiedzieć się, jak sobie radzą. 

– Tak wiele samotnych dzieci – szepnęła Christine. 

– Owszem – rzekła Lisen z goryczą, bo zrozumiała tę wypowiedź bardziej 

ogólnie. Pomyśleć tylko, co przeŜyć musiał Benjamin i sama Lisen, i jej siostry. 

Siostry  były  juŜ  zamęŜne,  kaŜda  poślubiła  oficera,  jakŜeby  inaczej.  Ale  Lisen 

była  zadowolona  ze  swych  szwagrów,  darzyła  sympatią  zwłaszcza  męŜa 

Margrethe, miłego, porządnego młodzieńca. 

O, tak, gdy się baczniej rozejrzeć dokoła, na świecie jest wiele samotnych 

dzieci! 

Lisen wzięła się w garść i zaczęła perorować z oŜywieniem: 

–  My  troje  jesteśmy  słabi  i  bezradni,  a  mamy  zamiar  zapuścić  się  w 

otchłanie  lasu.  Czy  znasz  kogoś,  kto  mógłby  wskazać  nam  drogę?  Jakiegoś 

silnego, godnego zaufania człowieka, obeznanego z lasem. 

– PrzecieŜ ja nikogo nie znam... – zaczęła matka oszołomiona. 

– Nie chcemy kogoś, kto zjada młode dziewczęta na śniadanie. 

– AleŜ, Lisen! 

– Och, dobrze juŜ. Zapomnij o moim pytaniu. Powinnam była pamiętać, Ŝe 

masz kontakt jedynie z salonowymi lwami. 

– Lisen, doprawdy, jak ty się wyraŜasz! Ale mogę wam dać pieniądze. 

– Pieniądze – westchnęła Lisen. – Na co nam pieniądze w lesie? 

background image

– ChociaŜ... poczekaj chwilę – matka zamyśliła się. – Mój ojciec miał mapę 

okolicznych lasów, sam ją narysował, duŜo jeździł po tym dystrykcie. Ale twój 

ojciec  nigdy  nie  interesował  się  jego  dziełem,  polegał  jedynie  na  oficjalnych 

wydaniach. 

Christine odnalazła starą, ale bardzo dobrze zachowaną mapę. Narysowano 

ją z godną podziwu dokładnością. Przyglądały jej się wspólnie. 

– To naprawdę fantastyczne! – wykrzyknęła Lisen. – Zobacz tutaj! Widzisz 

te  dwa  punkciki  na  górze,  niedaleko  rzeki?  To  na  pewno  właśnie  ta  zagroda! 

Kiedyś  musiały  być  dwie,  ale  teraz  tylko  jedna  jest  zamieszkana.  Jeśli  ktoś  w 

ogóle nadal tam mieszka – dokończyła ze smutkiem. 

–  CóŜ  za  wielkie  obszary  –  westchnęła  matka.  –  Jak  moŜna  Ŝyć  na  takim 

odludziu? Czy naprawdę macie zamiar wyprawić się aŜ tak daleko? 

– Nie ma innego wyjścia, mamo. Sześcioro dzieci, pozostawionych samym 

sobie. I jeszcze siódme, o którym nic nam nie wiadomo: mój brat. 

–  Niech  Bóg  błogosławi  waszą  wyprawę,  moje  dziecko  –  powiedziała 

Christine wzruszona. 

 

Lisen  w  ostatniej  chwili  znalazła  człowieka,  który  mógł  im  towarzyszyć. 

Pogodziła się juŜ z myślą, Ŝe będą musieli wyruszyć sami, kiedy nieoczekiwanie 

w  parku  natknęła  się  na  obu  swych  szwagrów.  Patrik  i  Lars  powitali  ją  z 

radością i zaprosili na lemoniadę do małej parkowej cukierni. Dzień był piękny, 

jakby  lato  po  raz  ostatni  próbowało  wziąć  górę  nad  smutkiem  jesieni.  Słońce 

ś

wieciło, ale liście połyskiwały złotem i czerwienią, a osy łakomie krąŜyły nad 

słodkim napojem i ciastkami. 

Matka Lisen nie mogła słuŜyć dziewczynce zbyt wielką pomocą, ale młodzi 

oficerowie, kto wie? Lisen postanowiła zdradzić im rodzinną tajemnicę. 

Szwagrowie  z  zainteresowaniem  słuchali  opowieści  młodziutkiej 

powinowatej. 

background image

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął Lars, kiedy Lisen opisała strach matki 

przed gniewem ojca wtedy, gdy narodził się chłopiec. 

– Właśnie ze względu na dziecko postanowiły je ukryć – podkreśliła Lisen. 

– Zająć się nim miała akuszerka, lecz, niestety, chłopczyk przepadł bez wieści. 

Kiedy  Lisen  skończyła  snuć  swą  opowieść,  przez  chwilę  siedzieli  w 

milczeniu rozmyślając o tym, czego się dowiedzieli. 

–  Oczywiście,  moŜemy  ci  pomóc,  Lisen  –  oświadczył  wreszcie  Lars.  – 

Osobiście nie mogę nic zrobić, bo Margrethe juŜ w kaŜdej chwili moŜe urodzić. 

Rozumiesz,  mam  nadzieję,  Ŝe  nie  chciałbym  jej  opuszczać  akurat  teraz.  Ale 

znam pewnego dobrego człowieka, to jeden z moich Ŝołnierzy. 

Drugi szwagier, Patrik, włączył się do rozmowy: 

– Ja mogę pójść z tobą, Lisen, wezmę parę dni urlopu. Wiem, kogo masz na 

myśli,  Larsie,  i  jego  takŜe  zabierzemy  ze  sobą.  My  dwaj  zatroszczymy  się  o 

broń,  tak,  tak,  broń  takŜe  musimy  zabrać,  bo,  jak  sama  powiedziałaś,  to  nie 

majówka.  Zajmiemy  się  wszystkim.  Spotkamy  się  z  tobą,  Elin,  i  z  tym 

Ŝ

ołnierzem  na  rynku  jutro  rano  o  siódmej.  Tylko  ubierzcie  się  rozsądnie, 

pamiętajcie, Ŝe moŜe padać. Czy jesteś zadowolona? 

– Och, chyba nie moŜe być lepiej! – odparła uszczęśliwiona Lisen. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

W  górach  zima  nadeszła  wcześnie.  Pewnego  ranka  Linnea  wyjrzała  na 

ś

wiat i zobaczyła, Ŝe ziemię pokrył szron. 

– Hurra! – zawołała uradowana. – Matti, idziemy się bawić! 

Czworo  starszych  wcale  się  jednak  nie  cieszyło.  Jorulv  z  troską  popatrzył 

na Julianę. 

– Twoje prośby juŜ na nic się nie zdadzą – oświadczył. – Musimy wyruszyć 

stąd jak najprędzej! 

– AleŜ, Jorulvie, dlaczego nie mielibyśmy poradzić sobie jakoś i przetrwać 

zimy? – słabo zaprotestowała Juliana. Tak długo juŜ walczyła o to, by pozostali 

tutaj choćby jeszcze przez kilka dni, a później jeszcze kilka, i jeszcze. 

–  Bo  wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  zimę  w  tym  roku  będziemy  mieć 

wyjątkowo cięŜką. 

Na to Juliana nie znalazła Ŝadnej odpowiedzi. Wiedziała, Ŝe brat ma rację. 

Rzeczywiście,  dla  nich,  Ŝyjących  od  lat  w  bliskim  kontakcie  z  naturą, 

zapowiadające surową zimę oznaki były aŜ nadto wyraźne. 

Ach, dlaczego nie ma sprawiedliwości na tym świecie? 

Właściwie  juŜ  dawno  powinna  była  spojrzeć  prawdzie  w  oczy:  on  nie 

wracał. Powiedział, Ŝe ma mu nie zniknąć, i ona zrobiła juŜ, co mogła. 

Z  kaŜdym  upływającym  dniem  zawód,  jaki  odczuwała,  stawał  się  coraz 

trudniejszy do zniesienia. Teraz juŜ nie było na co czekać. 

Jorulv załoŜył nosidło na szerokie bary i zaczął schodzić w dół, do źródła. 

Kiedy  był  juŜ  w  połowie  drogi,  przystanął  i  rozejrzał  się  po  łąkach 

rozciągających się nad jeziorem. 

Jak bardzo bolała myśl, Ŝe będą musieli się rozstać z tą okolicą; Ŝal gnębił 

go  juŜ  teraz,  nim  poŜegnanie  stało  się  faktem.  Za  kilka  dni  znajdą  się  daleko 

background image

stąd, o ile, rzecz jasna, wszystko potoczy się szczęśliwie. MoŜe dotrą do innych 

ludzi? 

Na samą myśl zadrŜał z przeraŜenia. 

Smutek  dręczył  go  nieustannie,  nie  dawał  chwili  spokoju.  W  tym  miejscu 

zwykle stawał w urokliwe wiosenne wieczory, czując pulsującą w Ŝyłach radość 

Ŝ

ycia.  Wsłuchiwał  się  w  dochodzące  z  łąki  beczenie  jagniąt,  słyszał  rŜenie 

starego  konia,  stąd  patrzył  na  matkę  krzątającą  się  wokół  domu  z  robótką 

przypiętą do paska, zawsze trzymającą małe dziecko na ramieniu. 

Jorulv  wspominał  wczesne  poranki,  tak  jasne  i  przejrzyste,  Ŝe  dawało  się 

odróŜnić  kaŜdy  listek  na  drzewach  porastających  wzgórze  po  drugiej  stronie 

jeziorka.  Przypominał  sobie  łosia,  który  o  zmierzchu  pojawiał się  u  wodopoju. 

Później stratował ich małe poletko zboŜa i ojciec wpadł w złość. Jorulv był rad, 

Ŝ

e  łoś  mógł  się  najeść,  ale  kiedy  zimą  oni  sami  musieli  głodować,  zrozumiał 

gniew ojca. 

Skierował wzrok ku cmentarzykowi, na którym spoczywał niemal cały jego 

ród. Matka, dziadkowie, zmarłe rodzeństwo... 

Jeśli  opuścimy  dom,  matka  pozostanie  tu  taka  samotna.  Nikt  nie  będzie 

przynosił  kwiatów  na  jej  grób,  nikt  nie  przysiadzie  i  nie  porozmawia  z  nią  w 

najgłębszym zaufaniu. Wiedział, Ŝe inne dzieci tak robią. On sam takŜe. 

A moŜe mimo wszystko powinni spróbować jakoś przetrwać zimę? 

Nie,  Linnea  tego  lata  tak  często  się  przeziębiała.  Potrzebowała  troskliwej 

opieki. Tak, matka mówiła przecieŜ, Ŝe są na świecie mądre baby, a i męŜczyźni 

potrafią leczyć choroby. 

Inni ludzie? 

Skąd weźmie tyle odwagi? Jorulv czuł, Ŝe odpowiedzialność za rodzeństwo 

przygniata mu barki strasznym cięŜarem. 

Ta  myśl  sprawiła,  Ŝe  przypomniał  sobie  o  nosidłach.  Musi  wziąć  się  do 

roboty. 

background image

Kiedy wracał od źródła, natknął się na zmierzającą do obory Julianę. To na 

nich  dwoje  tego  ranka  przypadło  obrządzanie  zwierząt.  Jorulv  szedł  kilka 

kroków  przed  siostrą,  wsłuchując  się  w  delikatne  pobrzękiwanie  cieniutkiej 

warstewki lodu w wiadrze. 

–  KtóŜ,  u  licha,  rzuca  na  dach  kawałki  jałowca?  –  mruknął  nagle  pod 

nosem.  Sięgnął  po  nieduŜą  iglastą  gałązkę  i  juŜ  miał  cisnąć  ją  na  ziemię,  gdy 

podbiegła Juliana. 

– Zostaw! – zawołała i wyrwała mu z dłoni kłujący pęd. 

–  Czy  widziałeś  juŜ  kiedyś  podobne  w  tym  miejscu?  MoŜe  jakieś 

wyrzuciłeś? 

– Nie – odparł Jorulv zaskoczony. – Powiedz mi, co się z tobą dzieje? 

Nie  słuchała,  co  brat  do  niej  mówi,  wzrokiem  cal  po  calu  badała  ziemię 

przy wejściu do obory. 

–  Nie  ma  Ŝadnych  śladów  –  szepnęła  do  siebie.  –  To  znaczy,  Ŝe  gałązka 

musiała tu leŜeć od wczorajszego wieczoru. Mój BoŜe! 

– Juliano, co się z tobą dzieje? – powtórzył Jorulv surowo. 

Dziewczynka  mocno  złapała  brata  za  ramię  i  zaczęła  nim  potrząsać,  aŜ  z 

wiader chlusnęła woda. 

– Czy nie moŜemy poczekać jeszcze do jutra rana? Tak bardzo, bardzo cię 

proszę, Jorulvie! 

– Wcale nie miałem zamiaru wyruszać juŜ dzisiaj. Ale chciałbym, Ŝebyś mi 

wyjaśniła... 

–  Dziękuję!  Ach,  dziękuję!  –  powtarzała  ze  łzami  w  oczach.  –  Oby  tylko 

nie było za późno! Jorulvie, czy przez chwilę moŜesz sam zająć się obrządkiem? 

Zaraz wrócę, tylko... tylko... po prostu coś zgubiłam... w lesie. 

Zniknęła za węgłem, nie czekając na odpowiedź. Słychać było jedynie, jak 

łopoczą jej spódnice. 

Jorulv  patrzył  za  siostrą  i  ze  zdumieniem  kręcił  głową.  Co  mogło  się  stać 

Julianie?  Od  wczesnej  wiosny  zachowywała  się  jak  niespełna  rozumu.  Tak, 

background image

najlepiej będzie, jeśli wyniosą się stąd, zanim na powaŜnie dopadnie ją polarna 

choroba. 

O polarnej chorobie wiele słyszał. To cięŜki, dławiący smutek, nachodzący 

tych,  którzy  zbyt  długo  przebywają  na  odludziu.  Matka  mówiła,  Ŝe  od  tego 

moŜna dostać pomieszania zmysłów. 

Zamyślony  popchnął  w  bok  jałówkę,  by  zrobić  sobie  więcej  miejsca  i 

zabrać  się  do  pracy.  CóŜ  za  straszliwy  dylemat.  Tyle  juŜ  zdołali  zgromadzić  z 

myślą o zimie. Czy cała robota ma pójść na marne? Mają to zostawić tutaj, czy 

moŜe  raczej  zabrać  ze  sobą?  Ale  jak  poradzą  sobie  z  przetransportowaniem 

zboŜa,  warzyw  i  całej  reszty?  A  zostawić  tak,  by  zmarniało?  PrzecieŜ 

potrzebowali zapasów, nawet jeśli mieli przezimować w jakimś innym miejscu! 

W innym  miejscu, w innym świecie... JakŜe przeraŜające wydawało się to 

jemu, który znał tylko las! 

Z  domu  wyszedł  Ole,  nachmurzony  i  zbuntowany.  Taki  nastrój  nie 

opuszczał go juŜ od kilku dni. 

– Co masz zamiar zrobić z bykiem? – spytał zaczepnie. 

Wielkie nieba! Byk! Jorulva oblał zimny pot. 

– I jak wyjaśnisz to Mattiemu? – bezlitośnie ciągnął Ole. 

Byk  był  ukochanym  przyjacielem  Mattiego.  Pozostawali  nierozłączni  od 

czasu,  gdy  zwierzę  było  jeszcze  słabym,  nowo  narodzonym  cielątkiem,  a 

karmienie go butelką naleŜało do obowiązków Mattiego. Za kaŜdym razem, gdy 

chłopiec wchodził do obory, byczek witał go radosnym rykiem. 

Cielątko  jednak  z  czasem  zamieniło  się  w  olbrzyma.  Wielki  byk  nadal 

przyjaźnie  traktował  Mattiego,  ale  wobec  pozostałych  dzieci  okazywał 

najprzeróŜniejsze humory. Bywał nieobliczalny. 

Jorulv zerknął na Olego. 

–  Nie  moŜemy  zabrać  byka  –  stwierdził  bezdźwięcznym  głosem. 

Zdenerwował się tak bardzo, Ŝe pobielały mu wargi. 

– A więc musisz wytłumaczyć to Mattiemu – orzekł krótko Ole. 

background image

Jorulv  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  z  nich  wszystkich  na  myśl  o  opuszczeniu 

zagrody  najbardziej  cierpi  Ole.  Na  nic  się  nie  zdały  podejmowane  przez  nich 

próby  pocieszenia  chłopca,  rozbudzanie  nadziei,  Ŝe,  być  moŜe,  jeśli  trafią  do 

ludzi,  będzie  mógł się uczyć.  Ole był  takŜe  bardzo związany  z  matką, ostatnio 

codziennie przesiadywał samotnie przy jej grobie. 

Jorulv bezradnie popatrzył na brata. 

– Ole! Co my zrobimy? 

Ole wzruszył ramionami. 

– To ty chcesz się wyprowadzić! 

 

Juliana, biegnąc przez las, czuła, Ŝe ma serce w gardle. Jakie to niemądre, 

nie ustalili Ŝadnej, choćby przybliŜonej pory następnego spotkania. PrzecieŜ ona 

nie  mogła  siedzieć  na  kamieniu  od  rana  do  północy,  zwłaszcza  teraz,  gdy  tyle 

mieli pracy. 

Głaz... To tam na górze. 

Nie oczekiwała wcale, Ŝe go zobaczy, spodziewała się jednak, Ŝe znajdzie 

jakąś wiadomość. 

Juliana umiała juŜ czytać, w kaŜdym razie prawie umiała. 

I on wrócił, to w tej chwili najwaŜniejsze, tylko to miało znaczenie. Będzie 

mogła się z nim zobaczyć, zanim wyruszą w drogę. 

Na kamieniu rzeczywiście widniały jakieś znaki, długi rząd zawiłych figur. 

CzyŜby zaplątała się tu wiewiórka i zostawiła po sobie taki bałagan? 

Nie, to prawdziwe słowa. Ale jakie trudne! Z wysiłkiem odczytywała litery, 

składała  je,  sylabizowała.  Czuła,  Ŝe  płacz  uwiązł  jej  w  gardle.  Były  teŜ  dwa 

znaki,  które  widziała  chyba  po  raz  pierwszy,  musiała  domyślać  się  ich 

znaczenia. 

Po  długiej  chwili  odgadła  wreszcie,  jak  brzmi  pozostawiona  dla  niej 

wiadomość: 

„DZIŚ WIECZOREM PO OBRZĄDKU W OBORZE”. 

background image

Juliana  odetchnęła  z  ulgą.  ZłoŜyła  ręce  i  z  wdzięcznością  promiennie 

uśmiechnęła się ku niebu. 

– Dziękuję – szepnęła cichutko. – Dzięki ci, dobry BoŜe! 

Musiała  teŜ  ułoŜyć  odpowiedź,  by  on  się  dowiedział,  Ŝe  zrozumiała  jego 

wezwanie. Z dumą, Ŝe umie takŜe coś napisać, ułoŜyła z patyczków słowo: 

„PSZYJDE”. 

Gnana radością lekko pomknęła do obory. 

 

Z  początku  ścieŜka  prowadząca  wzdłuŜ  rzeki  była  wydeptana  i  wyraźna, 

nieduŜa  ekspedycja  ruszyła  więc  odwaŜnie,  w  dobrym  nastroju.  Lisen, 

przeświadczona,  Ŝe  bierze  udział  w  nieopisanie  fascynującej  przygodzie,  szła 

przodem aŜ  do chwili,  gdy  droga nagle  zaczęła  stromo  piąć się  w górę wzdłuŜ 

spadającego  z  hukiem  wodospadu.  Wówczas  prowadzenie  objął  jej  szwagier 

Patrik i jego dzielny, silny Ŝołnierz. 

Lisen oddychała coraz cięŜej, z Ŝalem stwierdzając, Ŝe marną ma kondycję. 

Na szczęście zauwaŜyła, Ŝe Elin takŜe męczy się w słońcu, a i Benjaminowi pot 

zalewa oczy. 

ś

ołnierz  nosił  nazwisko  Gustafsson  i  był  naprawdę  porządnym,  godnym 

zaufania  człowiekiem.  Od  dawna  pełnił  Ŝołnierską  słuŜbę,  ale  urodził  się  w 

górach i wiedział, czego wymaga Ŝycie w leśnych ostępach. Oprócz tego, Ŝe Ŝuł 

tabakę  i  nie  błyszczał  zbytnio  inteligencją,  Lisen  nie  miała  do  niego  Ŝadnych 

zastrzeŜeń.  Był  dobrym,  porządnym  człowiekiem,  a  ona  umiała  to  docenić  i 

bardzo go polubiła. 

Jesienne  powietrze  było  ostre,  las  pachniał  świeŜo,  przyjemnie.  Po  wielu 

godzinach marszu zatrzymali się, by odpocząć i coś zjeść, i znów ruszyli. Coraz 

bardziej  czuła  w  nogach  przebytą  drogę.  Nastrój  przestał  juŜ  być  tak 

entuzjastyczny. 

– Jak to właściwie daleko? – wysapał Benjamin. 

– Nie mamy za sobą nawet połowy drogi – odparł Gustafsson. 

background image

To ci dopiero pociecha! 

Przed  wyruszeniem  w  drogę  Patrik  rozmawiał  ze  swą  Ŝoną  Tildą,  siostrą 

Lisen, o zaginionym bracie. Patrik opowiedział później Lisen, Ŝe Ŝona nie była 

wcale tak bardzo zaskoczona nowiną, jakby się mogło zdawać. Powiedziała mu, 

Ŝ

e  dawno  juŜ  przeczuwała,  iŜ  musiało  się  wówczas  wydarzyć  coś 

nadzwyczajnego,  ale  była  wtedy  za  mała,  by  pojąć,  co  właściwie  zaszło.  Z 

całego serca Ŝyczyła powodzenia ich wyprawie. 

–  To  dobrze  wiedzieć  –  cichym  głosem  powiedziała  Lisen.  –  Wiesz, 

niewiele  miałam  wspólnego  z  moimi  siostrami,  kiedy  jeszcze  mieszkały  w 

domu.  Są  przecieŜ  o  wiele  starsze  ode  mnie.  Ale  nie  mogłam  pogodzić  się  z 

tym,  Ŝe  ojciec  nigdy  ich  nie  dostrzegał.  Nawet  przy  obiedzie  udawał,  Ŝe  po 

prostu  nie  ma  ich  przy  stole.  Mnie  traktował  podobnie,  ale  to  nie  było  takie 

straszne.  Ja  jestem  silna,  jakby  ulepiona  z  innej  gliny.  One  obie  są  znacznie 

bardziej miękkie, wraŜliwsze. 

– Masz rację – kiwnął głową Patrik. – Cicho! 

Wszyscy przystanęli i zaczęli nasłuchiwać. 

– Nie dochodzi juŜ szum rzeki – szepnęła Lisen. 

– JuŜ dawno odbiliśmy w bok – odparł Gustafsson. – Jeszcze tam, przy tej 

stromej ścianie, pamiętacie? 

– Ale to znaczy, Ŝe niedługo będziemy na miejscu? 

– O, nie, przed nami jeszcze spory kawałek. Tylko na  mapie wygląda tak, 

Ŝ

e przez cały czas moŜna trzymać się rzeki. Co takiego usłyszałeś, Patriku? 

– Nie wiem. Teraz jest juŜ cicho. 

Kiedy jednak znów podjęli wędrówkę, ponownie doszedł ich jakiś dziwny 

dźwięk – coś niby trzask łamanych gałęzi, jak gdyby ktoś przedzierał się przez 

gęstwinę świerków. 

Przysunęli  się  ku  sobie.  MęŜczyźni  zdjęli  strzelby  z  ramion,  a  potem  nikt 

się juŜ nie poruszał. Lisen czuła, Ŝe nerwy ma napięte do ostatnich granic. 

background image

I znów hałas, ale tym razem dobiegł od strony kilku sosen, które nie rosły 

juŜ  tak  gęsto.  Ujrzeli  łosia,  co  sił  w  nogach  oddalającego  się  od  nich, 

prawdopodobnie równie przestraszonego jak oni sami. Odetchnęli z ulgą. 

– Wcale, ale to wcale się nie bałam! – zapewniła Lisen, 

– Za to ja, owszem – oświadczył Benjamin. 

– Jeśli ty jesteś taki szczery, to i ja mogę sobie na to pozwolić – roześmiała 

się Lisen. – Myślałam, Ŝe ze strachu oszaleję! 

 

Zmierzch  zastał  ich  na  wzgórzu  ze  wszystkich  stron  otoczonym  lasami. 

Miasteczko  dawno  juŜ  zniknęło  im  z  oczu,  nie  widzieli  nawet  odbicia  łuny 

ś

wiateł na niebie. 

Odwrócili się i popatrzyli w przeciwną stronę. 

W  oddali,  daleko  przed  nimi,  niewyraźną  kreską  znaczyły  się  góry.  U  ich 

stóp,  w  miejscu  gdzie  krajobraz  nie  był  tak  zwarty  jak  otaczający  ich  las, 

dostrzegli maleńkie światełko. 

– Wielkie nieba! – jęknęła Elin. – Czy to moŜliwe? 

Wszyscy poczuli, jak wzruszenie ściska im gardła na ten niezwykły widok: 

leśne pustkowie, wokół dzikie knieje, rozciągające się daleko jak okiem sięgnąć. 

I w samym środku jedno jedyne maleńkie światełko. 

–  Sześcioro  małych  dzieci  –  mruknął  Patrik  niewyraźnie.  –  Sześcioro 

opuszczonych, pozostawionych samym sobie dzieci. 

Lisen otarła łzy. 

– W kaŜdym razie Ŝyją. To przynajmniej pociecha. 

– Ale do nich daleko! – z powątpiewaniem w głosie stwierdził Benjamin. -

Cały jutrzejszy dzień przejdzie nam z pewnością na wędrówce. 

Kiedy  tak  rozprawiali,  światełko  zgasło.  Dookoła  zapanowały  ciemności. 

Dzieci z chaty na pustkowiu poszły spać. 

background image

W milczeniu, zamyśleni, zajęli się rozbijaniem obozu na szczycie wzgórza. 

Chcieli  zapewnić  sobie  dobry  widok  na  wszystkie  strony,  na  wypadek  gdyby 

pokazały się drapieŜniki. 

 

Zbudził ich dokuczliwy chłód. 

Ranek  był  jeszcze  bardzo  wczesny.  Cały  las  pokrywał  szron.  Piękny  to 

widok  na  tle  czerwieniejącego  od  wschodu  nieba,  zapowiadającego  rychłe 

pojawienie się słońca. Okoliczne doliny zakrywała mgła. Było strasznie zimno. 

Tego właśnie ranka Juliana nareszcie znalazła gałązkę jałowca rzuconą na 

dach obory. 

Niewielka  druŜyna  Lisen  znów  podjęła  wędrówkę.  Czasami  musieli 

zbaczać z drogi i wdrapywać się na wzniesienia, by sprawdzić, czy posuwają się 

we  właściwym  kierunku.  Dawno  juŜ  stracili  z  oczu  to,  co  z  trudem  dało  się 

nazwać  ścieŜką.  Teraz  mogli  korzystać  jedynie  z  podpowiedzi  natury,  z  jej 

znaków:  ze  słońca,  z  charakterystycznego  wyglądu  drzew  od  północnej  i 

wschodniej strony, zwróconych zawsze na południe mrowisk. 

Późnym  popołudniem  wspięli  się  na  kolejne  pasmo  wzgórz  i  wówczas po 

raz pierwszy ujrzeli samotną górską zagrodę. Bez wątpienia znacznie się do niej 

zbliŜyli,  jednakŜe  mocno  zboczyli  z  kursu.  Zagroda  znajdowała  się  spory 

kawałek na lewo od miejsca, w którym stali. 

Jeśli im się powiedzie, dotrą do niej przed zapadnięciem ciemności. 

 

Ś

wiatło  dnia  zaczęło  juŜ  powoli  przygasać,  gdy  zaszły  nieprzewidziane 

wydarzenia. 

Gustafsson przystanął nagle i zaczął głośno wciągać nosem powietrze. Jego 

towarzysze  równieŜ  się  zatrzymali,  Lisen  natychmiast  zrozumiała,  co  zwróciło 

uwagę Ŝołnierza. Ostry, przenikliwy zapach... 

–  DrapieŜniki  –  cicho  oznajmił  Gustafsson.  –  Gdzieś  w  pobliŜu  musi  być 

legowisko. 

background image

Z prawej strony coś poruszyło się w zaroślach, rozległy się dziwne odgłosy. 

Benjamin,  ogarnięty  panicznym  lękiem,  rzucił  się  do  ucieczki  w  przeciwnym 

kierunku. Elin pospieszyła za synem. 

– Stójcie! – wrzasnął Gustafsson. – Musimy trzymać się razem! Słyszycie? 

W zaroślach przed nimi rozległy się kolejne trzaski. 

– Sprowadzę Elin i Benjamina z powrotem – szybko powiedziała Lisen. 

Nie wiedziała, czy poganiał ją strach, czy teŜ chęć niesienia pomocy; na to 

pytanie  wolała  nie  odpowiadać.  Czuła,  Ŝe  jest  juŜ  bardzo  zmęczona  – dwa  dni 

marszu  przez  nieznany  teren  to  wielki  wysiłek,  zarówno  fizyczny,  jak  i 

psychiczny. 

Zobaczyła, Ŝe wystraszona Elin próbuje wspiąć się na drzewo, a Benjamin 

przedziera się dalej do przodu przez gęste zarośla. Zaraz usłyszała głos Patrika, 

dobiegający z tyłu, z daleka: 

– Wracajcie, to tylko rosomaki! 

Lisen  przystanęła  na  moment,  wstydząc  się  własnej  reakcji,  ale  zaraz 

usłyszała  pełen  przeraŜenia  okrzyk  Benjamina  kawałek  dalej  i  pobiegła,  by 

zatrzymać chłopaka. Nagle, w jednej chwili, zapanowała wokół niej niczym nie 

zmącona cisza. 

– Benjamin? – zawołała niepewnie. 

Nikt jej nie odpowiedział. 

– Patrik? Gustafsson? Elin? 

Jedyne, co usłyszała, to swój własny oddech. 

Zdała sobie sprawę, Ŝe zbytnio oddaliła się od towarzyszy. Co mogła teraz 

zrobić? Czy powinna dalej szukać Benjamina? MoŜe raczej zawrócić i dołączyć 

do pozostałych? 

Ostatnia myśl wydała jej się najrozsądniejsza. 

Starała się zorientować, z której strony nadeszła, ale las był tu taki gęsty, Ŝe 

nie dostrzegła nic takiego, co mogłoby ją naprowadzić na ślad. 

background image

–  Mój  BoŜe,  chyba  się  nie  zgubiłam?  –  szepnęła  do  siebie  przeraŜona.  – 

Jestem przecieŜ tak wysoko, nie powinnam... 

OstroŜnie  postąpiła  kilka  kroków  naprzód,  ale  zaraz  poślizgnęła  się  na 

wilgotnym  mchu  i  zanim  się  obejrzała,  juŜ  spadała  po  zboczu  kończącym  się 

prawie pionową skalną ścianą. 

ParaliŜował ją strach, ale nie miała czasu o tym myśleć. Drzewo! Kawałek 

niŜej rosło nieduŜe, wątłe drzewko. NajwaŜniejsze, by zachować zimną krew... 

Kiedy ześlizgiwała się obok drzewka, mocno chwyciła się jego pnia. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ IX 

 

Wieczorny obrządek był juŜ zakończony. 

Nic na to nie poradzę, Ŝe czuć ode mnie oborą, myślała Juliana wymykając 

się do lasu. 

Spuściła  wzrok,  by  popatrzeć  na  siebie,  i  gwałtownie  się  zatrzymała.  Jak 

teŜ  ona  wygląda!  Fartuch  aŜ  sztywny  od  gnojówki!  Co  robić?  Co  robić?  Tak 

przecieŜ  nie  moŜe  się  pokazać!  Błyskawicznie  zdjęła  fartuch  i  powiesiła  na 

gałęzi.  Pobiegła  dalej.  Sukienka,  którą  nosiła  do  pracy  w  oborze,  nie  była 

pewnie duŜo lepsza, ale jednak wyglądała trochę porządniej. 

Czekał  juŜ  na  nią!  Dostrzegła  go  z  daleka,  stał  w  dolince  i  patrzył  w  jej 

stronę. 

Juliana  nie  mogła  opanować  drŜenia.  Widzieli  się  juŜ  tak  dawno  temu, 

ledwie mogła przypomnieć sobie jego twarz. Na pewno juŜ o nią nie dbał... Co 

mogła mu powiedzieć? Co mogła zrobić? 

Czy naprawdę był taki przystojny, taki piękny? A na niej przecieŜ nie warto 

nawet oka zawiesić, taka jest zwyczajna, szara. 

Ale  z  twarzy  biło  jej  oddanie  i  szczęście,  niepewność  i  zawstydzenie. 

Juliana  miała w sobie coś, co sprawiało,  Ŝe „warto było na niej zawiesić oko”, 

choć sama nie zdawała sobie z tego sprawy. 

–  Przybiegłam  tak  szybko  jak  mogłam  –  wysapała.  –  Czy  długo  juŜ  tu 

jesteś? 

–  Niedługo,  a  poza  tym  z  przyjemnością czekam  na  ciebie, Juliano.  To  ty 

musiałaś mnie wyglądać tyle czasu. Bardzo  mi przykro z tego powodu, ale nie 

mogłem zjawić się wcześniej. 

Kiwnęła głową. 

background image

– Dobrze, Ŝe jesteś, bo jutro albo pojutrze opuszczamy zagrodę. Tak bardzo 

się  bałam,  Ŝe  się  o  tym  nie  dowiesz,  a  przecieŜ  obiecałam,  Ŝe  ci  nie  zniknę, 

pamiętasz? 

Gdy usłyszał jej słowa, na twarzy odmalowała mu się powaga. 

– Przenosicie się? Dokąd? I dlaczego? 

–  Nie wiemy,  podobno idąc  w  dół, wzdłuŜ  rzeki,  moŜna  dotrzeć do ludzi. 

Ojciec tamtędy poszedł. 

– Nie wrócił jeszcze? 

– Nie, a my boimy się zostać tu sami przez zimę. Wszystko wskazuje na to, 

Ŝ

e mróz w tym roku moŜe wyjątkowo dać się we znaki. 

–  Tak,  zima  na  pewno  będzie  surowa  –  rzekł  Czarny  w  zamyśleniu.  – 

Doskonale was rozumiem, ale mimo wszystko... Jak zamierzacie poradzić sobie 

ze  zwierzętami  podczas  tak  długiej  wędrówki?  I  przecieŜ  nie  znacie  Ŝadnego 

miejsca, gdzie moglibyście się zatrzymać, zamieszkać. 

Juliana nie mogła dać mu na to odpowiedzi. Przez chwilę stali w milczeniu, 

wpatrując  się  w  oszronione  drzewa.  Dziewczynka  nie  czuła  przenikliwego 

chłodu, tak rozgrzewała ją radość z ponownego spotkania. 

Zachodzące  słońce  zabarwiło  ognistą  czerwienią  niebo  za  jego  głową, 

tworząc  jakby  płomienną  glorię  wokół  długich  czarnych  włosów.  Juliana 

przyglądała mu się z nieskrywanym podziwem. 

– Czy nie zginęło wam kilka owiec? – zapytał nagle. 

– Owiec? – powtórzyła zdumiona Juliana. – Nie, nic o tym nie wiem. 

– Widziałem trzy kawałek stąd, w okolicy tej opuszczonej zagrody. 

–  Naprawdę?  W  starej  zagrodzie  babci?  To  bardzo  dziwne,  musimy  to 

sprawdzić. 

–  Niedobrze,  Ŝeby  błąkały  się  same.  –  Jego  oczy  śmiały  się  do  niej, 

delikatnie ujął ją za rękę. 

Juliana nie wiedziała, jak powinna zareagować na taką poufałość, ale nawet 

nie  próbowała  juŜ  dłuŜej  skrywać  swych  uczuć.  Całkowicie  pochłonął  ją  cud, 

background image

który  stał  się  jej  udziałem  –  zetknięcie  dwóch  dusz,  które  przeŜywają  pełną 

harmonię. 

Z Czarnym mogła być całkiem szczera, a to dawało jej niezwykłe poczucie 

bezpieczeństwa. Wiedziała teraz, o co chce go zapytać. 

– A co jest z tą osobą, która była taka chora? 

Rozjaśnił się. 

–  Z  moją  przybraną  matką?  Dziękuję,  przetrwała  kryzys  i  teraz  czuje  się 

znacznie lepiej. 

– Obawiałeś się, Ŝe umrze, prawda? – cicho spytała Juliana. 

–  Tak,  bardzo  się  o  nią  baliśmy.  Wymagała  bezustannej  opieki  i  właśnie 

dlatego nie mogłem wcześniej spotkać się z tobą. Wiesz, jest nas tylko dwóch. 

Juliana pokiwała głową. Potrafiła zrozumieć tę sytuację. 

– Twoja przybrana matka... To oczywiście Ŝona twego przybranego ojca? 

– Nie, to jego matka. 

Dziewczynka przypomniała sobie spotkanego uprzednio w lesie męŜczyznę 

z siwą brodą. 

– Och, więc musi być juŜ bardzo stara. 

–  Nie,  nie  tak  bardzo.  Po  prostu  stara.  I  jest  najlepszym  człowiekiem  na 

ziemi.  –  Czarny  odetchnął  głęboko.  –  Juliano...  Obiecałem  ojcu,  Ŝe  wrócę, 

zanim zapadnia zmrok. Ale bardzo się zaniepokoiłem na wieść, iŜ macie zamiar 

opuścić  dom.  Właściwie  mieliśmy  wracać  juŜ  dziś  wieczorem,  ale  poproszę 

ojca, byśmy wstrzymali się do jutra. On z wami porozmawia i być moŜe udzieli 

wam kilku rad. 

–  O,  tak!  –  rozpromieniła  się  Juliana.  –  Naprawdę  byłoby  to  moŜliwe? 

Myślę,  Ŝe  mogłoby  to  nam  bardzo  pomóc,  bo  szczerze  mówiąc  nie  mamy 

pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzić. 

– Porozmawiam z ojcem, ale teraz muszę juŜ iść. 

background image

Na poŜegnanie znów ujął ją za rękę i spojrzał wzrokiem, z którego dało się 

wyczytać wszystkie uczucia,  jakie  dla  niej  Ŝywił.  Drugą dłonią pogładził  ją po 

policzku. Juliana przytuliła twarz do jego dłoni. 

– UwaŜaj na siebie, Czarny – szepnęła. 

– I ty takŜe! Jeszcze się zobaczymy. 

Rozstali się, Juliana wracała do zagrody oszołomiona szczęściem. 

 

Dzieci niechętnie sposobiły się do opuszczeniu domu. 

Najstarsi chłopcy nadal nie zdecydowali, co zrobić z bykiem, pracowali bez 

Ŝ

adnego planu, a niechęć i lęk przed przeprowadzką jeszcze bardziej utrudniały 

robotę. 

Rebecka  chyba  jako  jedyna  chętnie  zabrała  się  za  przygotowania,  ale  traf 

chciał, Ŝe to właśnie ona wieczorem wstrzymała całą akcję. 

–  Jorulvie  –  powiedziała  ze  strachem,  spotkawszy  brata  koło  obory.  – 

Brakuje trzech owiec, tej matki z dwoma jagniętami. Wszystkie trzy zniknęły. 

Jorulv poczuł, Ŝe oblewa go zimny pot. 

– Co takiego? Nie ma ich za ogrodzeniem? 

– Nie, najwyŜszy drąg w bramie spadł. 

–  Och,  nie!  –  westchnął  Jorulv.  –  Akurat  dzisiaj!  Albo...?  MoŜe  to 

zrządzenie  losu?  Znak,  Ŝe  mimo  wszystko  nie  powinni  opuszczać 

gospodarstwa? 

–  To  Matti  zamykał  dziś  owce  –  powiedziała  Rebecka  Ŝałośnie.  –  Wiesz 

dobrze, Ŝe nie potrafię na niego krzyczeć. 

– Tak, tak – pokiwał głową Jorulv. – A gdzie Juliana? 

–  Nie wiem.  –  Rebecka  wzruszyła ramionami.  –  Zniknęła  zaraz, jak  tylko 

skończyła  obrządek.  MoŜe  poszła  się  przejść,  poŜegnać  ze  wszystkimi 

miejscami. 

Jorulv znów pokiwał głową. Wszyscy wybierali się na podobne wycieczki, 

kaŜde z osobna. Zaczynało się jednak robić coraz ciemniej. 

background image

– MoŜe powinnam zadąć w piszczałkę? – zapytała Rebecka. 

Jorulv wahał się przez chwilę. 

–  To  krowy  słuchają  piszczałki,  nie  owce.  CóŜ,  będę  musiał  iść  ich 

poszukać. Ale gdzie? 

W  tej  samej  chwili  przez  łąkę  nadbiegła  ku  nim  Juliana.  Wyszli  jej  na 

spotkanie, by przekazać przykrą nowinę o zaginionych owcach. 

–  Wiem,  gdzie  one  są  –  powiedziała  głosem  pełnym  radości.  –  Są  przy 

starej zagrodzie babci i dziadka, 

– Co takiego? Skąd to wiesz? Byłaś aŜ tak daleko? 

– Nie – Juliana zaczęła się plątać. – Weszłam na wzgórze i... 

Jorulv przerwał siostrze. 

– Przynieś powróz, Rebecko. Sprowadzę je od razu, zanim jeszcze zapadnie 

noc. 

Wkrótce potem szedł juŜ przez las. 

ś

ałował,  Ŝe  nie  zabrał  ze  sobą  Olego.  Tu,  między  drzewami,  zmrok 

wydawał  się  jakby  gęściejszy,  choć  właściwie  nie  było  jeszcze  ciemno.  Miał 

sporo czasu. 

Nagle przystanął i zaczął nasłuchiwać. CzyŜby doszło go beczenie owcy? 

Nie, to na pewno nie głos owcy ani teŜ jagnięcia. 

Przyspieszył  kroku.  Kiedy  nareszcie  wyszedł  na  polanę,  na  której 

dziadkowie  mieli  kiedyś  swe  gospodarstwo,  natychmiast  zauwaŜył  owieczki. 

Wystraszone tuliły się do ściany walącej się chałupy. 

Jorulv podszedł do nich i łagodnie, uspokajająco przemawiając, przywiązał 

matkę.  Starannie  sprawdził  węzły  i  w  tej  samej  chwili  znów  usłyszał  Ŝałosne 

wołanie. 

Nawet owce uniosły głowy, nasłuchując. 

–  Spokojnie,  tylko  spokojnie  –  szepnął  do  zwierząt.  Na  wszelki  wypadek 

uwiązał takŜe jagnięta. Zwykle trzymały się blisko matki, ale przeraŜone mogły 

popędzić przed siebie, na nic nie zwaŜając. 

background image

Wołanie  dochodziło  od  skalnej  ściany  po  drugiej  stronie  rzeki.  Jorulv  nie 

mógł tego zrozumieć. Nie mogło to być Ŝadne zwierzę. Czyj to więc głos? 

Król Gór? 

W takim razie wołał dziwnie słabo. 

– Pomocy! 

Jorulvowi  zaparło  dech  w  piersiach.  To  człowiek!  To  na  pewno  kobiecy 

głos! 

Omiótł wzrokiem skalną ścianę i teraz ją dostrzegł. 

– JuŜ idę! – odkrzyknął. 

– Szybko! JuŜ nie mam sił... nie utrzymam... 

Zamknął owce w zrujnowanym domu, tu przynajmniej wilki nie będą miały 

do nich dostępu, i odwaŜnie wszedł do lodowatej wody. Rzeka nie była głęboka, 

ale chłód wbijał się w ciało tysiącem ostrych igieł. 

Jorulv zdawał sobie sprawę, Ŝe osoba, która zawisła nad groźną przepaścią, 

nie mogła być ani Julianą, ani Rebecką. To na pewno obca kobieta, chyba Ŝe...? 

Leśna boginka? A moŜe elf, z rodu Czarnych Elfów? 

Nie miał jednak czasu długo się nad tym zastanawiać, nie miał czasu nawet 

na  strach.  Jeśli  to  kobieta  z  krwi  i  kości,  to  potrzebowała  pomocy,  i  to 

natychmiast. 

 

Lisen  pomimo  zapadającego  zmierzchu  widziała,  jak  nadchodził.  Zwinnie 

wspinał  się  po  stromym  zboczu  i  wkrótce  znalazł  się  tuŜ  przy  niej  na  skalnej 

półce. Ona nie miała Ŝadnego podparcia dla nóg, trzymała się jedynie cienkiego 

pnia wątłego drzewka. 

Choć  sytuacja,  w  jakiej  znalazła  się  Lisen,  była  naprawdę  niebezpieczna, 

dziewczyna nie mogła się powstrzymać od okrzyku podziwu na widok Jorulva. 

CóŜ  za  m

 ę Ŝ c z y z n a!  No,  moŜe  nie  był  wcale  taki  dorosły, 

prawdopodobnie  tylko  o  parę  lat  starszy  od  niej,  ale  taki  wysoki,  mocno 

background image

zbudowany  i  niewiarygodnie  wprost  przystojny,  ze  złotoblond  czupryną  i 

niebieskimi jak niezapominajki oczyma. 

Jorulv wyciągnął w jej stronę wielką, silną dłoń. 

– Teraz, złap mnie za rękę! 

Bardziej niŜ chętnie usłuchałaby jego polecenia, ale zwyczajnie nie  mogła 

się  na  to  odwaŜyć.  Bała  się,  Ŝe  poleci  w  dół  bezwładnie  jak  worek  z  mąką,  a 

zapragnęła nagle, by on zapamiętał ją sobie jako piękną, elegancką, pełną gracji 

pannę. Worek z mąką nie miał przecieŜ Ŝadnej z tych cech! 

Młody człowiek nagle jakby zrozumiał jej dylemat i ostroŜnie podsunął się 

do niej. Jego dłoń znalazła się teraz o wiele bliŜej. 

– Nie bój się – powiedział głębokim, ciepłym głosem. 

Och, nie, Lisen nie mogła teraz spaść, pragnęła Ŝyć, by móc poznać lepiej 

tego chłopaka z baśni, który tak nieoczekiwanie znalazł się przy niej. Ale skąd 

się wziął? 

– UwaŜaj! – nakazał. – Spróbuj uchwycić moją rękę! 

Lisen zamknęła oczy i rzuciła się do przodu. Poczuła mocny uścisk silnej, 

pewnej dłoni. Czując, Ŝe leci w dół, uczepiła się jej ze wszystkich sił. Maleńka 

sosna niepokojąco zatrzeszczała, ale na szczęście Jorulv powoli, lecz pewnie juŜ 

ś

ciągał dziewczynę na występ skalny. 

Nareszcie znów poczuła pod stopami stały grunt! 

– JuŜ dobrze — rozległ się jego Ŝyczliwy głos. – Teraz moŜesz się puścić, 

trzymam cię mocno. 

Lisen  puściła  pień  drzewa.  Ledwie  mogła  wyprostować  zdrętwiałe  palce, 

tak  długo  przecieŜ  kurczowo  je  zaciskała.  Jorulv  otoczył  ją  ramieniem  i 

ostroŜnie poprowadził w dół urwiska, starannie wybierając drogę. śadne z nich 

nie odezwało się ani słowem, dopóki nie stanęli nad brzegiem rzeki. 

Tam zatrzymali się i badawczo sobie przyjrzeli. 

Jorulv  uśmiechnął  się  z  zakłopotaniem,  a  jego  uśmiech  do  końca  juŜ 

rozbroił Lisen. A potem powiedział coś dziwnego: 

background image

– Czy ty jesteś prawdziwa? 

– Prawdziwa? O co ci chodzi? 

– Noo... czy jesteś człowiekiem? A moŜe boginką, która chce mnie skusić? 

Co  do  tego  ostatniego,  to  jeszcze  zobaczymy,  pomyślała  Lisen,  głośno 

jednak powiedziała: 

– Jestem ludzką istotą, mam na imię Elisabeth, ale wszyscy nazywają mnie 

Lisen. Ale kim ty jesteś i skąd przyszedłeś? 

Jorulv palcem wskazał kierunek. 

– Mieszkam tam razem z rodzeństwem. 

Lisen ze zdziwienia otworzyła usta. 

–  Czy  ty  jesteś  jednym  z  tych  biednych,  samotnych  małych  dzieci?  W 

takim  razie  jesteś  niezwykle  wyrośniętym  dzieckiem!  –  Faktycznie,  by  móc 

spojrzeć mu w twarz, musiała postąpić o kilka kroków do tyłu. 

I znów jego nieśmiały  uśmiech sprawił,  Ŝe serce w piersi Lisen kilka razy 

podskoczyło. 

–  Tylko  Matti  i  Linnea  są  mali  –  wyjaśnił.  –  Ale  ja  nigdy  jeszcze  nie 

widziałem obcego człowieka. 

–  Nie  widziałeś...–  zaczęła,  ale  urwała  w  pół  zdania.  Trudno  było  w  to 

uwierzyć. – Jak masz na imię? 

– Jorulv. 

– Jorulv? To niezwykłe imię – stwierdziła. 

– Nie wiedziałem – odparł przepraszająco, jakby przykro mu było, Ŝe nosi 

imię,  którego  dotychczas  nie  słyszała.  Głową  wskazał  ruiny  chłopskich 

zabudowań, połoŜone nie opodal. – Zamknąłem tam kilka owiec. Właśnie po nie 

szedłem, kiedy usłyszałem twoje nawoływanie. 

Lisen wzięła się w garść. 

–  Ach,  oczywiście,  nie  mogę  cię  zatrzymywać.  Ogromnie  jestem  ci 

wdzięczna,  bo  przecieŜ  uratowałeś  mi  Ŝycie.  Zwykle  nie  bywam  tak 

background image

nieuprzejma,  ale...  to  wszystko  stało  się  tak  nagle  –  dokończyła  zdławionym 

głosem. 

– Czy jesteś tu sama? – zapytał, gdy szli w stronę zabudowań. – I dlaczego 

tu jesteś? Zabłądziłaś? 

–  Nie.  I  tak,  i  nie.  Właściwie  nie  zabłądziłam.  Jest  nas  tu  pięcioro. 

Przestraszyły nas jakieś drapieŜniki, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, 

Ŝ

e to tylko rosomaki. 

– Tak, na wzgórzu są rosomaki. Mają tam gniazdo. 

–  Ale  Benjamin  zląkł  się  nie  na  Ŝarty,  Elin  pobiegła  za  nim.  Ja  miałam 

sprowadzić ich z powrotem, ale za bardzo się oddaliłam. – Zorientowała się, Ŝe 

mówi  prosto,  po  dziecinnemu,  tak  jak  on,  choć  zwykle  starała  się  wysławiać 

bardzo elegancko. 

Jorulv  przyprowadził  owce,  Lisen  pomogła  mu  lepiej  przywiązać  jedno  z 

jagniąt. 

– A co robicie tu w lesie? – zapytał Jorulv. 

– Przyszłam tu, by odszukać mego brata – wyjaśniła dziewczyna. 

– Brata? 

Lisen uśmiechnęła się zawstydzona. 

– To moŜe zabrzmieć niemądrze, bo mój brat zniknął w lesie mniej więcej 

dwadzieścia  lat  temu.  Najprawdopodobniej  więc  juŜ  nie  Ŝyje.  Ale  tak  bardzo 

chciałabym się dowiedzieć, co się z nim stało. Czy potrafisz to zrozumieć? 

– Och, tak, oczywiście. Ale my nigdy nikogo tu nie widzieliśmy. Nigdy. 

W  tym  momencie  w  Lisen  nagle  jakby  coś  umarło.  Marzenie,  Ŝe  będzie 

mogła uradować matkę. 

–  Rozumiem  –  powiedziała  cicho.  –  Właściwie  od  samego  początku 

nadzieje były płonne. 

Zapadła cisza. Lisen wpatrywała się w szerokie bary chłopaka, które miała 

przed  oczami.  ZauwaŜyła,  Ŝe  okrywająca  je  koszula  była  za  ciasna  i  w  wielu 

miejscach  przetarta  tak,  Ŝe  przez  materiał  prześwitywało  nagie  ciało. 

background image

Obserwowała  miękkie  po  kociemu  ruchy  Jorulva,  troskliwe  dłonie,  delikatnie 

kierujące owcę we właściwą stronę... 

Powinnam być choć trochę ranna, pomyślała. Nic powaŜnego, tylko jakieś 

drobne skaleczenie, wtedy mogłabym się na nim opierać. To musi być cudowne 

poczuć jedwabiście gładką, ciepłą skórę przy swojej... 

– Czy nie czujesz się tu samotny? – odwaŜyła się spytać po chwili. 

– Owszem – odparł zamyślony. Nie patrzył na nią, wzrok utkwił gdzieś w 

oddali,  a  mimo  to  nikt  nigdy  nie  mówił  do  niej  bardziej  wprost  niŜ  on  teraz. 

Najwidoczniej  dotknął  jakiejś  czułej  struny,  głęboko  ukrytej  w  duszy  Lisen.  – 

Tak,  czasami  czuję  się  bardzo  samotny.  Zwłaszcza  ostatnio,  kiedy  zacząłem 

dorastać.  Wiosną,  gdy  wszystko  wokół  burzy  się  i  pulsuje,  kiedy  cała  natura 

wprost tętni Ŝyciem... Wtedy samotność dokucza mi tak, Ŝe o mało nie krzyczę z 

bólu. 

– By to przeŜywać, wcale nie trzeba mieszkać głęboko w lesie – mruknęła 

cierpko. – Choć być moŜe tu na pustkowiu takie uczucie jest silniejsze. 

Lisen stała blisko niego i nagle doznała wraŜenia, Ŝe sama staje się częścią 

czegoś  wielkiego:  niebo,  las,  góry,  nawet  mech,  zwierzęta,  wystraszone  i 

bezbronne, i ona stanowią jedno. I jeszcze on, tutaj, razem z nią. 

Jorulv popatrzył na dziewczynę i uśmiechnął się leciutko. 

– Prawda? Jesteśmy tacy mali, a mimo to nosimy w sobie coś wielkiego. 

– O tym samym właśnie myślałam. 

– Ściemnia się. Chcesz trzymać mnie za rękę? 

Lisen  podniosła  oczy  i  popatrzyła  Jorulvowi  w  twarz.  Ujrzała  szczere, 

pogodne oblicze, oczy lśniące łagodnym, nieco naiwnym blaskiem. 

– To najmilsza dłoń, jaką miałam okazję trzymać – stwierdziła. 

Jorulv  roześmiał  się  i  uścisnął  ją  za  rękę  aŜ  do  bólu.  Lisen  jednak  nie 

powiedziała o tym ani słowa. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ X 

 

Rebecka  plątała  się  po  podwórzu  i  usiłowała  co  nieco  ogarnąć.  Wkrótce 

jednak nad jeziorkiem dostrzegła jakiś ruch. Drgnęła i zmruŜyła oczy, by lepiej 

widzieć w gęściejącym zmierzchu. 

–  Jorulv?  –  zawołała  zdumiona.  –  Czyś  ty  oszalał?  Nie  wolno  chodzić po 

tej stronie, pomyśl, co będzie, jak wpadniesz w bagno! 

Postać w dole nad brzegiem jeziora odwróciła się i bezradnie popatrzyła na 

nią. Ale...  To przecieŜ  nie  Jorulv!  Zresztą  jak  mógłby  się  tam  znaleźć, poszedł 

przecieŜ do lasu! 

Rebecka  powoli  i  niezdecydowanie  zaczęła  schodzić  w  dół.  Jeśli  to  nie 

Jorulv... No to kto? Wodnik? 

Głupstwa. Wodnik nie wyglądałby na takiego zagubionego! 

– Wyjdź dalej na brzeg, ty głuptasie, bo inaczej zapadniesz się w bagno! – 

zawołała. 

Wydawało  się,  Ŝe  młody  chłopiec  pojął  wreszcie,  Ŝe  grozi  mu 

niebezpieczeństwo.  Niezgrabnie  wyciągając  nogi  z  grzęzawiska  przedostał  się 

na suchy ląd. 

Zaciekawiona  i  przejęta  Rebecka  zbiegła  nad  jezioro.  CzyŜby  naprawdę 

jakiś człowiek zabłąkał się tu do lasu? 

Przemoczony chłopak patrzył na nią niepewnie. 

–  Chciałem  tędy  przejść  na  drugi  brzeg,  ale  nie  znalazłem  właściwego 

miejsca... 

–  Musisz  zawrócić  i  okrąŜyć  jeziorko!  Spotkam  cię  po  tamtej  stronie.  – 

Rebecka wskazała mu kierunek i dokładnie wytłumaczyła, którędy ma iść, a on 

usłuchał  bez  słowa  sprzeciwu.  Człowiek,  człowiek,  śpiewała  w  duchu 

podniecona dziewczynka. Czy to mógł być bohater Mattiego? 

background image

Nie,  do  tej  roli  wydawał  się  zbyt  bezradny  i  zagubiony.  Ale  był  młodym 

chłopakiem i ta myśl napełniła Rebeckę nadzieją. 

Kiedy  dotarł  we  wskazane  miejsce,  ona  juŜ  czekała.  Teraz  mogła  mu  się 

dokładniej  przyjrzeć.  Był  wysoki  i  chudy,  miał  brązowe  włosy  i  miłe,  teraz 

nieco wystraszone oczy. 

– Co z ciebie za kukułcze pisklę? – wypaliła Rebecka. 

Uśmiechnął się niepewnie. 

– Jestem kukułka Benjamin. 

Bystry, uznała Rebecka. 

– A ja mam na imię Rebecka. 

Zachowywała  się  tak  bezpośrednio,  Ŝe  Benjamin  odwaŜył  się  na  jeszcze 

jeden Ŝarcik. 

– Benjamin i Rebecka... To juŜ prawie pół Biblii. 

Rebecka wybuchnęła śmiechem. 

–  Jesteś  przemoczony  i  zmarznięty,  chłopcze.  Ale  zaraz  cię  wysuszymy. 

Chodź ze mną. I powiedz mi, co ty tu robisz. 

–  No,  widzisz...  Czy  ty  jesteś  jednym  z  tych  sześciorga  samotnych, 

opuszczonych dzieci? 

– Co takiego? Tak, właściwie moŜna tak powiedzieć. 

– Właśnie dlatego tutaj jestem. Przybyłem, by was odszukać. 

– Jesteś sam? 

– Nie, jest nas więcej, ale się pogubiliśmy. 

–  To  bardzo  z  waszej  strony  nieostroŜne.  –  Rebecka  zatrzymała  się  na 

zboczu  prowadzącym  ku  zabudowaniom  i  popatrzyła  na  chłopca.  –  Sprawiasz 

wraŜenie  trochę  bezradnego,  ale  poza  tym  jesteś  całkiem  w  porządku.  Masz 

takie dobre oczy. 

Bezpośredniość Rebecki sprawiła,  Ŝe Benjamin ośmielił się wypowiedzieć 

na głos swe myśli: 

– A ty jesteś bardzo ładna. 

background image

– Co takiego? Nie myślisz tak chyba naprawdę. 

– Owszem. Spotkałem wiele dziewcząt, ale Ŝadna nie była taka ładna jak ty. 

Widział, jak bardzo ucieszyły ją jego słowa. Rebecka nigdy nie próbowała 

skrywać własnych uczuć. Znów zaczęli iść. 

– Jak tu pięknie – stwierdził Benjamin, rozejrzawszy się dokoła. 

Rebecka rozpromieniła się. 

– O, tak! To najpiękniejsze miejsce w całym lesie! 

Z  dumą  w  głosie  opowiadała  mu  o  Ŝałosnych,  niskich  zabudowaniach. 

Benjamin  spoglądał  raczej  na  nią  niŜ  na  to,  co  mu  pokazywała,  aŜ  wreszcie 

spojrzenia  ich  się  spotkały.  Na  jej  zarumienionej  od  radości  buzi  pokazał  się 

wyraz  zdumienia  i  gadatliwa  z  natury,  nie  dająca  zwykle  zbić  się  z  tropu 

Rebecka nagle umilkła zmieszana. 

Benjamin  drŜał  z  zimna  w  chłodzie  jesiennego  wieczoru.  Rebecka  wzięła 

się w garść. 

–  Wejdźmy  do  środka  –  zaproponowała.  –  Na  pewno  jesteś  głodny. 

Spróbujesz  chleba  Juliany,  jest  taki  pyszny!  Ja  w  ogóle  nie  umiem  piec,  za  to 

Juliana... umie to... świetnie... 

Głos jej zamarł. 

Juliana!  Najstarsza  córka.  Matka  powtarzała  zawsze,  Ŝe  najstarsza  córka 

wyjdzie za mąŜ jako pierwsza, jeśli w ogóle kiedykolwiek będzie to realne. 

Czuła,  jak  serce  ściska  się  jej  w  piersi.  Tak  bardzo  się  cieszyła,  taka  była 

dumna,  Ŝe  moŜe  pokazać  wszystko  temu  obcemu  chłopcu.  On  przecieŜ  w 

pewien sposób naleŜał do niej, wszak to ona go znalazła! A teraz Juliana miała 

mieć  do  niego  większe  prawo...  Dobra,  opiekuńcza  Juliana  o  gorącym  sercu  i 

łagodnym głosie... 

JuŜ nie tak chętnie Rebecka wprowadziła Benjamina do środka. 

Kiedy chłopak wszedł do izby, znajdujące się tam dzieci aŜ podskoczyły ze 

strachu. Mała Linnea schowała się za Mattim. 

background image

–  To  jest  Benjamin  –  zdrętwiałymi  wargami  wyszeptała  Rebecka.  – 

Znalazłam go w jeziorku. Jest kompletnie przemoczony. 

Nie spuszczali wzroku z obcego przybysza. Olemu na podłogę wypadło to, 

co trzymał w rękach, a Linnea ze strachu przed nieznaną istotą uderzyła w płacz. 

Jedyną osobą, która w tej niecodziennej sytuacji zachowała się normalnie, była 

Juliana. 

– Wejdź, proszę, i siadaj – powiedziała Ŝyczliwie. – Zaraz znajdę ci suche 

ubranie. Nie, siadaj tutaj, przy ogniu, i zaraz zdejmij buty! 

Benjamin usłuchał. Rozejrzał się po izbie i poczuł, Ŝe serce ściska mu się z 

Ŝ

alu. Jak tu ubogo! I jak ciasno! Ale wszyscy najwyraźniej dobrze się tu czuli. 

Juliana  przeszła  za  krosna,  by  poszukać  czegoś,  czym  Benjamin  mógłby 

wytrzeć stopy, Rebecka wślizgnęła się tam za nią. 

–  Juliano...  Wiem,  Ŝe  on  powinien  przypaść  tobie,  i  tak  się  oczywiście 

stanie,  bo  zasługujesz  na  wszystko,  co  najlepsze,  zawsze  jesteś  taka  dobra  dla 

mnie i dla innych. Ale bądź dla niego miła, dbaj o niego, bo... bo ja tak bardzo 

go lubię. 

Upłynęła  dość  długa  chwila,  zanim  Juliana  zrozumiała,  o  co  chodzi 

siostrze. Uśmiechnęła się z czułością. 

– Najmilsza Rebecko... Ja wcale nie chcę ci odbierać Benjamina. Jeśli tak 

go lubisz i on lubi ciebie, nie będę się w to wtrącać. Ale czy to nie za wcześnie o 

tym myśleć? 

CóŜ Juliana wie o miłości? pomyślała Rebecka. Skąd moŜe wiedzieć, jakie 

to  uczucie,  kiedy  w  człowieka  nagle  jakby  piorun  strzelił,  wstrząsając  duszą  i 

ciałem, tak Ŝe potem nic, ale to absolutnie nic juŜ nie jest takie jak przedtem? 

Rozległo się pukanie do drzwi. 

CóŜ za niezwykły wieczór, zdumiały się dzieci, nadal przeraŜone. 

– Nie zaprosicie do środka? – spytał zaskoczony Benjamin. 

Pierwsza opanowała się, rzecz jasna, Juliana. 

– AleŜ oczywiście! Proszę wejść! 

background image

W  drzwiach  stanęli  Patrik,  Gustafsson  i  Elin.  Benjamin  pospiesznie 

przedstawił swych towarzyszy. 

W małej izdebce zapanowała niebywała ciasnota. 

–  A  więc  juŜ  tu  jesteś,  Benjaminie  –  ucieszył  się  Patrik.  –  Wobec  tego 

brakuje nam jedynie Lisen. Musimy iść... 

Nie  zdąŜył  powiedzieć  nic  więcej,  bo  w  tej  samej  chwili drzwi  otworzyły 

się jeszcze raz i Jorulv wprowadził Lisen. 

Kiedy  ucichł  juŜ  rozgardiasz  i  kaŜdy  zdołał  jakoś  znaleźć  sobie  miejsce, 

Juliana przyniosła garnek z mlekiem, z którego wszyscy pili po kolei, a Rebecka 

wystawiła  na  stół  chleb.  Posilili  się  nieco,  Juliana  zapaliła  świecę,  bo  w  izbie 

zrobiło się ciemno. W imieniu gości mówił Patrik: 

–  Z  pewnością  zastanawiacie  się,  czego  tu  szukamy.  A  więc  dobrze, 

słuchajcie.  Są  dwa  powody  naszego  przybycia.  Po  pierwsze  uznaliśmy,  Ŝe 

powinniście dowiedzieć się, co się stało z waszym ojcem... 

Widać było, Ŝe dzieci z ubogiej chaty zamarły w oczekiwaniu. 

– Rozumiem, Ŝe najpierw powinienem wyjaśnić tę sprawę – zorientował się 

Patrik. – A moŜe ty chcesz mówić, Elin? 

–  Dobrze  –  spokojnie  powiedziała  Elin.  –  Spotkałam  raz  waszego  ojca  w 

miasteczku.  To  właśnie  on  opowiedział  mi  o  was.  Potem,  kilka  dni  później, 

dowiedziałam się, Ŝe nie Ŝyje. 

W izbie rozległo się westchnienie, westchnienie zdumienia, strachu i  Ŝalu. 

Nie popłynęła jednak ani jedna łza, od dawna juŜ przywykli do tej myśli. 

–  Ogromnie  mi  przykro  –  mówiła  dalej  Elin.  –  Ale  miał  godny  pogrzeb, 

moje dzieci. A ja później nie mogłam przestać  myśleć o was, zupełnie samych 

na  odludziu,  nie  wiedzących  o  niczym.  Muszę  jednak  przyznać,  Ŝe  pomyliłam 

się  co  do  waszego  wieku,  sądziłam,  Ŝe  jesteście  młodsi  –  zakończyła  z 

uśmiechem. 

Jorulv przemówił tak dostojnie, jak umiał. 

background image

–  Jesteśmy  ogromnie  wdzięczni,  Ŝe  wyprawiliście  się  w  tak  długą  i 

niebezpieczną  drogę  ze  względu  na  nas.  Przynieśliście  odpowiedź  na  wiele 

pytań. Jak umarł ojciec? 

Elin nie miała zamiaru wyjawiać prawdy. 

– Serce nie wytrzymało, tak przypuszczam – odparła wymijająco. 

Dalej opowieść znów podjął Patrik. 

–  Sprowadza  nas  tutaj  jeszcze  jedna  sprawa  –  powiedział.  –  Dotyczy 

głównie  Lisen.  Dwadzieścia  lat  temu  zaginął  w  lesie  jej  nowo  narodzony  brat. 

Być moŜe wy będziecie mogli naprowadzić nas na jakiś trop? 

– Pytałam juŜ Jorulva – cicho wyznała Lisen. – Oni o niczym me słyszeli. 

– Jak mi przykro! – z Ŝalem wykrzyknęła Elin. 

Ale oczy Juliany zapłonęły niezwykłym blaskiem. 

–  Dwadzieścia  lat  temu?  Powiedzcie  coś  więcej!  Jak  wyglądał  twój  brat, 

Lisen? 

– Podobno był bardzo ciemny – wyjaśniła Lisen. – Ale to Elin była z nim 

wtedy, gdy zniknął, ona wie najlepiej. 

– Był rzeczywiście prześlicznym dzieckiem – podjęła Elin. – Znalazłam się 

w bardzo cięŜkiej sytuacji, musiałam na krótką chwilę wynieść dziecko do lasu. 

Nagle  pojawił  się  przede  mną  jakiś  męŜczyzna,  którego  wzięłam  za  Władcę 

Lasu, i  oddałam  mu  noworodka.  Potem  nic  więcej nigdy  juŜ  nie  słyszeliśmy  o 

dziecku, a jego matka ogromnie rozpacza nad jego stratą. Chłopiec na pewno juŜ 

nie Ŝyje... 

Juliana wstała i przycisnęła obie dłonie do piersi. 

–  Rebecko  –  powiedziała  bez  tchu.  –  Myślę,  Ŝe  znam  odpowiedź.  Ty 

najlepiej  z  nas umiesz  grać na piszczałce.  Czy  mogłabyś  wyjść  na  podwórko i 

zagwizdać sygnał „niebezpieczeństwo”? 

– Teraz? W takich ciemnościach? – zdumiała się Rebecka. 

– Pójdę z tobą – pospiesznie rzekł Benjamin. 

Uśmiechnęła się i szybko odnalazła długą piszczałkę z kory. 

background image

– Mam nadzieję, Ŝe zbytnio nie przeschła – mruknęła, płonąc z ochoty, by 

pokazać  Benjaminowi,  co  potrafi.  Obydwoje  wyszli  przed  chatę.  Wkrótce 

popłynęły piękne, przepojone smutkiem tony. 

– Ta dziewczyna naprawdę umie wabić – rzekł z podziwem Gustafsson. 

– Tak, Rebecka potrafi to jak nikt. 

Tony piszczałki umilkły, podjęli rozmowę. 

–  Macie  więc  zamiar  wyprawić  się  w  dolinę?  –  zwrócił  się  Patrik  do 

Jorulva. – A gdzie zamierzacie się osiedlić? 

– Nie wiemy – rzekł z rezygnacją Jorulv. – Chcieliśmy po prostu wyruszyć 

w ślad za ojcem. Nie mamy Ŝadnego konkretnego celu i nie wiemy, jak poradzić 

sobie z bykiem. 

–  Z  bykiem  ja  wam  pomogę  –  obiecał  Gustafsson.  –  Zwyczajny  jestem 

bydła.  Ale  to  nie  takie  proste  przybyć  do  miasteczka  z  całym  dobytkiem,  nie 

mając  gospodarstwa,  które  by  na  was  czekało.  Nie  moŜecie  przecieŜ  razem  z 

owcami zatrzymać się w hotelu! 

– Ale zwierzęta nie mogą tu zostać – wtrąciła się Lisen. 

– Tak, to prawda. Zobaczymy, co się da zrobić – powiedział Patrik. 

Wróciła Rebecka z Benjaminem. Obydwojgu płonęły policzki. 

– Słyszeliście mnie? – zapytała dziewczynka. 

– Oczywiście – odparł Jorulv. – Ale po co to wszystko, Juliano? 

– Wkrótce się przekonacie – odparła zagadkowo. 

–  Nie  chcę  się  stąd  wynosić!  –  wybuchnął  nagle  Ole.  –  Ojciec  zawsze 

powtarzał, Ŝe to ja odziedziczę kiedyś tę zagrodę. 

Jorulv, wstrząśnięty i uraŜony, popatrzył na brata. 

– Naprawdę ojciec tak mówił? 

Ole spuścił wzrok. Zrozumiał, Ŝe nie powinien był o tym wspominać, i juŜ 

Ŝ

ałował swego wybuchu. 

– Ojciec był straszliwie niesprawiedliwy – wyjaśniła Rebecka. 

– O, świetnie znam niesprawiedliwych ojców! – zapewniła ją Lisen. 

background image

– Ojciec nie mógł znieść mnie i Mattiego – mówiła dalej Rebecka. – Za to 

Ole  był  jego  oczkiem  w  głowie,  choć  ostatnio  zacząłeś  mu  się  opierać,  Ole, 

musisz to przyznać. 

–  To  prawda.  –  Chłopiec  kiwnął  głową  z  zawstydzeniem.  –  Ojciec  nigdy 

nie chciał przyznać się do błędu. Jasne jest, Jorulvie, Ŝe zagroda tobie się naleŜy. 

Ja po prostu nie chcę stąd odchodzić. 

–  AleŜ,  Ole  –  próbowała  go  przekonać  Juliana.  –  Jesteś  przecieŜ  z  nas 

wszystkich najmądrzejszy, będziesz mógł iść do szkoły! 

–  Cicho!  Ktoś  nadjeŜdŜa!  –  rzuciła  Rebecka,  zanim  brat  zdąŜył 

odpowiedzieć. 

Ole poderwał się z miejsca i wyjrzał przez okienko. 

– Dwa konie... I dwaj jeźdźcy. CóŜ, na miłość boską...? 

Juliana rzuciła się do drzwi. Otworzyła je i z szacunkiem w głosie poprosiła 

nowo przybyłych, by weszli do izby. 

– To bardzo waŜne, musicie usłyszeć, co do powiedzenia mają nasi goście. 

Do  środka  weszli  dwaj  wysocy  męŜczyźni.  Obydwaj  ubrani  w  zwierzęce 

skóry,  obaj  równie  ciemni,  choć  jednemu  włosy  i  brodę  przyprószyła  juŜ 

siwizna.  Matti  natychmiast  podbiegł  do  młodszego,  uradowany  ponownym 

spotkaniem  ze  swym  bohaterem.  Pozostali  szeroko  otwartymi  ze  zdumienia 

oczami wpatrywali się w niezwykle przystojnych przybyszów. 

Elin  nie  mogła  oderwać  oczu  od  młodego  Czarnego,  aŜ  w  końcu 

wybuchnęła: 

– To ty wziąłeś wtedy dziecko! Poznaję cię! 

–  Nie, nie –  roześmiał  się starszy  z  męŜczyzn.  –  Czas  przecieŜ  nie  stoi  w 

miejscu. To ja zabrałem chłopczyka. „Dziecko” to on! 

Lisen oszołomiona przenosiła wzrok z jednego na drugiego. 

– Czy to jest mój brat? – spytała zaskoczona. 

– Tego nie wiem, bo nie wiem, kim ty jesteś, panienko. 

background image

Wtedy  znowu  zabrał  głos  Patrik  i  jeszcze  raz  wyjaśnił,  jaka  sprawa 

sprowadza ich w te okolice. Opowiedział o Ŝalu, przez tyle lat dręczącym jego 

teściową, i o niepokoju, który gnębił Elin. 

–  Lisen  usiłuje  odszukać  brata  juŜ  od  chwili,  gdy  dowiedziała  się  o  jego 

istnieniu – zakończył. – A teraz moŜe wy opowiecie nam waszą historię? 

Czarny i Lisen przyjrzeli się sobie. RóŜnili się od siebie jak dzień i noc, a 

mimo to czuli, Ŝe istnieje między nimi jakaś więź. 

– Witaj, siostrzyczko – powiedział Czarny. 

– Miło cię poznać, braciszku – odparła Lisen schrypniętym głosem. 

MęŜczyźni popatrzyli po sobie i Czarny dał znak swemu przybranemu ojcu, 

by mówił. 

– Słuchajcie więc – rozpoczął starszy. – Czarny i ja jesteśmy krewniakami. 

– Czy on naprawdę ma na imię Czarny? – spytała zaciekawiona Rebecka. 

– Nie, ale tak go nazywam. Ja mam na imię Martin. Kiedy przyszedłem na 

ś

wiat, ojciec mój rozgniewał się na matkę za to, Ŝe urodziła dziecko niepodobne 

do nikogo z rodziny. Wygnał ją z domu, a później nigdy nie zapytał ani o nią, 

ani o mnie. Matka osiedliła się w sąsiedniej dolinie, po drugiej stronie wzgórz. 

Cierpieliśmy wielka biedę, bo zamieszkać mogliśmy tylko w nędznym szałasie. 

Z  czasem,  gdy  trochę  podrosłem,  zacząłem  krąŜyć  po  lesie  i  zdobywać  tam 

jedzenie.  Zdołaliśmy  wybudować  takŜe  większy  dom,  choć  nie  jest  on 

szczególnie okazały. 

–  Teraz  ja  coś  powiem  –  wtrąciła  się  Elin.  Martin  skinął  głową,  a  ona 

opowiadała:  –  Byłam  obecna  przy  narodzinach  Czarnego.  Baronowa  von 

Adelkalk  wiedziała,  Ŝe  jej  ciotka,  czyli  twoja  matka  –  Elin  zwróciła  się  do 

Martina  –  Ŝe  twoja  matka  została  tak  niegodziwie  potraktowana  przez  męŜa. 

Zdawała  sobie  takŜe  sprawę,  Ŝe  gniew  barona  von  Adelkalk  mógł  być  po 

stokroć  straszniejszy  niŜ  twego  ojca.  Obawiała  się,  Ŝe  mógłby  zastrzelić 

niewinnego  ciemnowłosego  męŜczyznę,  który  w  owym  czasie  pracował  we 

dworze,  mógł  takŜe,  ogarnięty  ślepą  złością,  skrzywdzić  lub  nawet  zabić 

background image

dziecko.  Dlatego  musiałam  co  sił  w  nogach  biec  z  tobą  do  lasu,  młody 

człowieku. 

– Dobrze cię pamiętam, mała Elin – ze smutkiem uśmiechnął się Martin. – 

Tamtej  nocy  pomściłem  twój  los  na  trzech  Ŝołnierzach  i odtąd  nie  mogłem  się 

juŜ pokazywać w miasteczku. 

–  Od  tamtych  wydarzeń  upłynęło  juŜ  ponad  dwadzieścia  lat  –  stwierdził 

Patrik. – Przestępstwo uległo przedawnieniu. Z waszej opowieści wynika, Ŝe w 

rodzinie istnieje pewna cecha dziedziczna, pojawiająca się u niektórych: ciemne 

włosy i brązowe oczy. 

–  To  prawda  –  odpowiedziała  Lisen.  –  Zbadałam  to.  Jedna  z  naszych 

praprababek  przebywała  z  męŜem  w  Indiach  Zachodnich  i  nie  była  wówczas 

zanadto cnotliwa. 

–  Musimy  pomówić  o  czymś  jeszcze  –  stwierdził  Patrik.  –  Słuchajcie, 

dzieci,  czy  chcecie  wraz  z  nami  pójść  do  miasteczka?  PomoŜemy  wam,  na  ile 

będziemy mogli. 

Dzieci z małej górskiej zagrody popatrzyły na siebie z powątpiewaniem. 

–  Gdybyście  widzieli  to,  co  my  ujrzeliśmy  wczoraj  wieczorem,  bez 

wahania  poszlibyście  z  nami  –  stwierdził  Gustafsson.  –  Wędrowaliśmy  cały 

dzień,  a  wszędzie  dookoła był  tylko  las.  Mila  za  milą  rozciągały  się  knieje,  aŜ 

wreszcie w środku pustkowia ujrzeliśmy w oddali małe, samotne światełko. To 

było  światło  z  waszego  domu.  Jeszcze  jeden  cały  dzień  zszedł  nam  na 

wędrówce, zanim dotarliśmy tutaj. 

–  UwaŜam,  Ŝe  najmądrzej  postąpicie  przenosząc  się  stąd  –  zgodził  się 

Patrik.  –  Zima  naprawdę  moŜe  być  cięŜka,  długa  i  śnieŜna.  Co  zrobicie,  jeśli 

któreś z małych zachoruje? 

– Linnea od dawna juŜ jest przeziębiona – kiwnął głową Jorulv. – Jestem za 

tym, by się stąd wyprowadzić. Co ty na to, Ole? 

background image

– Hmm – zamyślił się Ole. – Jeśli ktoś nam pomoŜe, cała sprawa wygląda 

inaczej.  Bałem  się  wyruszać  w  nieznane i  opuszczać  miejsce, które tak bardzo 

kochamy. Ale zgadzam się, powinniśmy się stąd wynieść. 

Powiedział to zdecydowanie, lecz musiał się odwrócić, by ukryć łzy, które 

stanęły mu w oczach. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XI 

 

Kiedy  decyzja  o  przeprowadzce  nareszcie  zapadła,  sprawy  potoczyły  się 

szybko. Wszyscy włączyli się w przygotowania do wyprawy. 

A Gustafsson wystąpił ze zbawienną propozycją: 

– Jestem, co prawda, zawodowym Ŝołnierzem, ale tak naprawdę urodziłem 

się na  wsi.  Mam  nieduŜą  zagrodę pod lasem,  zaraz  za  miasteczkiem, stoi teraz 

pusta, bo  moi  rodzice  juŜ nie  Ŝyją.  MoŜe  spróbowałbym  wystarać się o roczny 

urlop.  Pomieszkałbym  z  wami  przez  jakiś  czas,  zanim  na  dobre  się  nie 

zagospodarujecie. 

Patrik  uznał  to  za  świetny  pomysł  i  obiecał  dopomóc  w  załatwieniu 

niezbędnych formalności. Dzieci od razu poczuły się bardziej bezpieczne. Teraz 

juŜ wiedziały, Ŝe będą miały się gdzie podziać. 

Dziwna to była  noc.  Czworo  najstarszych  spośród  rodzeństwa przez  długi 

czas nie mogło zasnąć, trudno było im pojąć wszystkie te nagłe wydarzenia. Nie 

dawała  im  spokoju  świadomość,  Ŝe  w  izbie  śpią  zupełnie  obcy  ludzie.  Juliana 

nie przestawała myśleć o Czarnym. Niewiele rozmawiali, ale ciepło jaśniejące w 

ich  oczach,  kiedy  na  siebie  spoglądali,  wystarczało  za  wszystkie  słowa. 

Dziewczyna  czuła  się  tak  szczęśliwa,  Ŝe  nie  mogła  zapanować  nad  łzami 

radości,  choć jednocześnie  smutno  jej było,  Ŝe  juŜ  wkrótce opuszczą las i dom 

ich dzieciństwa. 

Jorulv  rozmyślał  o  burzy  uczuć,  jaka  nawiedzała  go  podczas  samotnych 

wiosennych  wieczorów,  o  dręczącym  niepokoju,  którego  przyczyn  nie  znał. 

Teraz  uświadomił  sobie,  za  czym  tęsknił.  Lisen  postawiła  na  głowie  całe  jego 

dotychczasowe  Ŝycie.  Sprawiła,  Ŝe  patrzył  na  świat  w  oszołomieniu  i  ze 

strachem,  lecz  jednocześnie  z  bezmiernym  zachwytem.  Ale  ona  przecieŜ  była 

damą. Czy kiedykolwiek ośmieli się wyznać jej, co do niej czuje? 

background image

Myśli Lisen takŜe błądziły daleko. Dziewczyna przede wszystkim cieszyła 

się  z  tego,  Ŝe  odnalazła  zaginionego  brata,  ale  ani  na  chwilę  nie  przestawała 

myśleć o Jorulvie. Nigdy dotąd nie spotkała kogoś takiego jak on – tak miłego, 

prostodusznego, a jednocześnie tak męskiego... 

Uczucia  Rebecki  i  Benjamina  były  znacznie  mniej  skomplikowane. 

Radowali  się  po  prostu  ze  spotkania  bratniej  duszy,  kogoś,  z  kim  moŜna 

porozmawiać  bez  obaw,  z  kimś,  kto  zrozumie.  Oboje  mieli  wraŜenie,  Ŝe  ich 

znajomość moŜe kiedyś przerodzić się w coś więcej niŜ przyjaźń. 

Ś

witem, kiedy wyszli z chaty, ujrzeli cienką warstewkę śniegu pokrywającą 

ziemię.  Cały  świat  wydawał  się  taki  czysty  i  odświeŜony.  Najpierw,  z  samego 

rana, poszli na groby i okryli je starannie pachnącymi świerkowymi gałęziami. 

Odmówili cichą modlitwę, Ŝegnając się z tymi, którzy tu spoczywali, zwłaszcza 

z matką. 

Później zabrali się za pakowanie. 

Największym problemem były świnie: olbrzymi wieprz, maciora i trzy dość 

spore juŜ prosięta. Na pewno nie zdołałyby przejść całej długiej drogi do miasta. 

Kury  moŜna transportować w klatkach lub w jukach  na  którymś  z trzech koni: 

Czarnego, Martina lub na własnym koniu dzieci. Krowy i owce pójdą same, ale 

ś

winie...? 

– Naprawdę nie macie Ŝadnego wózka? – westchnął Gustafsson. – A w jaki 

sposób znosiliście siano do zagrody? 

– Na własnych plecach – zgodnie z prawdą odparł Jorulv. 

Martin stwierdził, Ŝe nie opłaca im się wracać do miasteczka tą samą drogą, 

którą  przybyli  tu  Gustafsson  z  towarzyszami.  Wybierając  drogę  prowadzącą 

przez  dom  jego,  Martina,  i  Czarnego,  mogli  oszczędzić  nawet  całą  dobę.  Tam 

rodzeństwo będzie  mogło się zatrzymać i wypocząć, a później oni odprowadzą 

dzieci do miasteczka. 

background image

– Ale wtedy trzeba będzie przejść przez bezleśne góry – podkreślił. – Tym 

bardziej musimy mieć coś, w czym moŜna transportować świnie. Niestety, i tak 

bagaŜu będzie więcej, niŜ konie same zdołają unieść. 

Olemu nagle wpadło coś do głowy. 

– Jorulv zrobił kiedyś saneczki dla Mattiego i Linnei. Gdzie one mogły się 

podziać? 

Matti  zmarszczył  czoło,  ale  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  za  to  Linnea 

okazała się bystrzejsza. 

–  Zeszłej  zimy  zjeŜdŜaliśmy  z  tamtego  pagórka  –  powiedziała  z 

oŜywieniem. – I tam je chyba zostawiliśmy... 

– Tak, tak właśnie było! – ucieszył się Matti. – Ole, chodź, pomóŜ mi! 

Chłopcy poszli przez łąkę, Linnea na krótkich nóŜkach podreptała za nimi. 

Pozostali czekali cierpliwie, ale nie mieli zbyt wielkich nadziei. 

–  Wszystko,  co  nie  będzie  wam  potrzebne  teraz,  zimą,  zostawimy  tutaj  – 

rzekł  Patrik  do  Jorulva.  –  Wrócimy  po  to  wiosną.  Czy  jesteś  zadowolony  z 

takiego rozwiązania? 

Jorulv,  Juliana  i  Rebecka  pokiwali  głowami  na  zgodę  i  zaczęli  się 

zastanawiać, co moŜe zostać. 

Wróciły najmłodsze dzieci, ciągnąc coś za sobą z wysiłkiem. 

–  AleŜ...  –  Martin  był  naprawdę  zdumiony.  –  To  przecieŜ  nie  są  Ŝadne 

saneczki, to całe sanie! 

– Rzeczywiście, wyszły mi jakieś wielkie – zawstydził się Jorulv. 

–  MoŜesz  za  to  dziękować  Stwórcy  –  orzekł  Patrik.  –  To  nasz  jedyny 

ratunek. Czy znajdziecie jakieś dyszle, Ŝeby zaprząc do nich któregoś konia? 

Wszyscy z zapałem zabrali się do pracy. KaŜdy starał się pomóc jak umiał. 

Znad  jeziora  przyniesiono  przybory  rybackie,  jedzenie  zapakowano  w  garnki  i 

węzełki, załadowano juki. 

– Jak myślicie, uporamy się z tym dzisiaj? – zastanawiał się Patrik. 

Martin popatrzył na niebo. 

background image

– Powinniśmy juŜ wyruszać. Niedługo spadnie więcej śniegu. Zima juŜ się 

czai i jutro moŜe być za późno. 

Poprosił  wszystkich,  by  spieszyli  się  jak  mogą,  bo,  jak  stwierdził, 

najpóźniej za godzinę powinni wyprawić się w drogę. 

Wreszcie wszystko było gotowe. Kury siedziały w koszach umocowanych 

po bokach konia Martina, głośnym  gdakaniem dając znać, jak bardzo czują się 

uraŜone. Dla świń Jorulv zbił naprędce dwie duŜe skrzynie, które ustawiono na 

saniach.  Najmłodsze  dzieci  miały  opiekować  się  owcami  i  kozami, 

obowiązkiem  starszych  było  zajęcie  się  krową,  jałówką  i  cielakiem.  Kozioł, 

uparty,  jak  to  zwykle  z  kozłami  bywa,  opierał  się  z  całych  sił,  ale  Matti 

łagodnością i z nim potrafił dać sobie radę. 

Nadeszła chwila, kiedy wyprowadzić mieli wielkiego byka. 

Gustafsson  przywiązał  gruby  powróz  do  kółka  umocowanego  w  nosie 

zwierzęcia  i  wspólnie  z  Jorulvem  zdołali  wyciągnąć  je  z  obory.  Oni  właśnie 

mieli  otwierać  cały  pochód,  bo  nikt  przecieŜ  nie  chciał  znaleźć  się  przed 

bykiem,  gdyby  przypadkiem  się  rozgniewał.  Przy  obłaskawianiu  zwierzęcia,  z 

którego  oczu  wprost  biła  dzikość,  znów  nie  obyło  się  bez  pomocy  Mattiego. 

Malec łagodnie i dobrotliwie przemawiał do olbrzyma. 

– On się boi – stwierdził wreszcie i miał w tym sporo racji. 

Zaraz  za  bykiem  szedł  Martin,  bo  to  on  właśnie  znał  drogę,  którą  mieli 

podąŜać. Prowadził cięŜko objuczonego konia. Za nim kroczył stary Kasztanek 

z zagrody, z wysiłkiem ciągnąc sanie. Obok postępował Ole, nie mógł bowiem 

dosiąść konia, który dodatkowo niósł na grzbiecie całą piramidę sprzętów. Obok 

niego  szła  Elin  z  pokaźnym  workiem  na  plecach,  w  dłoniach  taszcząc  dwa 

węzełki. Następne w kolejności wędrowały najmłodsze dzieci, prowadząc kozy i 

owce, a za nimi Rebecka, Benjamin i Juliana z bydłem. 

Pochód zamykali Lisen, Czarny i jego koń. 

Pozostawał  jeszcze  bagaŜ  do  niesienia:  na  kaŜdego przypadało  go tyle,  Ŝe 

ledwie  zdołali  udźwignąć.  Droga  przez  las  okazała  się  bardzo  mozolna,  juki 

background image

zaczepiały  o  gałęzie,  jagnięta  i  koźlęta  zbaczały  z  drogi  i  trzeba  było  je 

zawracać.  Najmłodsze  dzieci  prędko  się  zmęczyły  i  marudziły,  Ŝe  chcą 

odpocząć.  Ładunek  przesuwał  się  nieustannie,  bez  końca  mocowano  go  od 

nowa. 

Byk sprawował się właściwie przyzwoicie. Od czasu do czasu zapierał się 

albo  nagle  rzucał  w  bok,  ale  Gustafsson  naprawdę  świetnie  umiał  sobie  z  nim 

poradzić. Krowa natomiast wyraźnie zaczęła kuleć. Zbadali ją jak umieli ale nie 

znaleźli  Ŝadnej  innej  przyczyny  niedomagania  poza  tym,  Ŝe  nienawykłe  do 

długiej  wędrówki  zwierzę  zmęczyła  długa  droga.  A  przecieŜ  tak  daleko  mieli 

jeszcze do celu... 

–  Jak  sądzisz,  czy  będziemy  zmuszeni  nocować  pod  gołym  niebem?  – 

szepnął Patrik do Martina w momencie, kiedy w pobliŜu akurat nie było nikogo 

innego. 

– Za wszelką cenę musimy tego uniknąć – odparł Martin. – Ale posuwamy 

się bardzo powoli. Wiatr się wzmaga, w powietrzu czuć juŜ śnieg. Obawiam się, 

Ŝ

e przeprawa przez bezleśne góry moŜe okazać się niezwykle trudna. 

– A czy musimy iść właśnie tamtędy? 

– To najkrótsza droga. Gdybyśmy szli naokoło, musielibyśmy nocować na 

otwartej przestrzeni. 

– Wobec tego ruszamy przez góry. 

Martin  zwrócił  się  do  Juliany  z  prośbą,  by  dla  wszystkich  znalazła  ciepłą 

odzieŜ,  rękawice  i  szale.  Zatrzymali  się  i  Juliana  zaraz  zaczęła  myszkować  po 

bagaŜu. 

– Czy kurom takŜe zawiąŜemy szaliki? – Ŝartobliwie zapytała Rebecka. 

Martin roześmiał się. 

–  Nie,  ale  powinniśmy  nakryć  czymś  klatki.  A  gdyby  udało  się  wam 

znaleźć  coś  dostatecznie  duŜego  do  osłonięcia  skrzyń  ze  świniami,  byłoby 

naprawdę wspaniale. 

background image

Ś

winie gwałtownie protestowały, gdy tak nagle zapadły ciemności, ale nikt 

nie  zwaŜał  na  ich  uraŜone  chrząkanie.  Wędrowcy  znów  podjęli  marsz,  tym 

razem juŜ przez bardziej otwarty teren. 

Martin  starał  się  nie  myśleć  o  wszystkich  trudnościach,  jakie  jeszcze  ich 

czekały,  pocieszał  się  myślą,  jak  to  dobrze  będzie,  gdy  nareszcie  znajdą  się  u 

celu.  Jego  matka  miała  kota,  Linnea  z  pewnością  będzie  zachwycona 

zwierzątkiem,  z  taką  troską  zajmowała  się  przecieŜ  młodymi  kózkami  i 

jagniętami. Matti powinien dostać psa... 

Martin  nigdy  się  nie  oŜenił.  Zajmował  się  matką,  a  potem  opiekował 

jeszcze niemowlęciem, Czarnym. Tak upływały lata – w  wiecznym trudzie, by 

nie wpuścić biedy za próg. 

Sanie  się  wywróciły,  spadła  skrzynia  ze  świniami.  Zaniosły  się  kwikiem, 

cała  piątka,  jakby  co  najmniej  obdzierano  je  ze  skóry.  Martin  oderwał  się  od 

swych  rozmyślań  i  pospieszył  z  pomocą  Elin  i  Olemu,  którzy  usiłowali 

zaprowadzić porządek. 

Elin  świetnie  wygląda  mimo  upływu  lat,  pomyślał  Martin,  wspominając 

zrozpaczoną  piętnastolatkę,  którą  dawno  temu  spotkał  w  lesie.  Teraz  miała  lat 

trzydzieści  pięć,  ale  jej  oczy  zachowały  nadal  tamten  czysty,  niewinny  wyraz. 

Sprawiała  wraŜenie  zmęczonej,  a  na  twarzy  wyryła  jej  niezatarty  ślad 

bezustanna troska o syna. Oprócz tego jednak niewiele się zmieniła. 

Kiedy  umieścili  juŜ  na  miejscu  obie  skrzynie,  Martin  delikatnie  uścisnął 

Elin  za  rękę.  Podniosła  głowę  zdumiona,  napotkała  jego  ciepły  uśmiech  i 

odpowiedziała  mu  uśmiechem,  choć  wargi  jej  drŜały.  Władca  Lasu,  tak  go 

nazwała, kiedy odebrał dziecko z jej rąk, a on odpowiedział, Ŝe nim nie jest, lecz 

miał okazję go spotkać... 

Bo czyŜ tak w istocie nie było? Władca Lasu był wszędzie, w szumie kniei 

w  jasne  wiosenne  wieczory,  w  ogromie  natury  i  w  ludzkiej  bezradności,  w 

pięknie,  które  go  otaczało,  gdy  wędrował  pod  koronami  drzew  i  radował  się 

bogactwem kolorów letnich kwiatów. 

background image

Znajdował  się  we  wszystkim,  czego  Martin  mógł  nauczyć  dziecko, 

Czarnego, we wszystkim, co opowiadał mu o Ŝyciu roślin i zwierząt... 

Tak, spotkał leśnego boŜka. 

Ś

nieŜna zamieć uderzyła w nich z całej siły. 

– Trzymajmy się razem! – krzyknął Martin. – Mówcie zaraz, gdy z zimna 

stracicie  czucie!  Teren  jest  tu  tak  otwarty,  Ŝe  moŜemy  iść  w  zwartej  grupie 

zamiast długim, rozciągniętym rzędem. UwaŜajcie, byśmy po drodze nikogo nie 

zgubili, człowieka ani zwierzęcia! 

Byk  przeciągłym  rykiem  wyraŜał  swoje  niezadowolenie.  Krowa  i  jałówka 

odpowiadały mu, strasząc pozostałe zwierzęta. 

–  UwiąŜcie  je  wszystkie  –  nakazał  Gustafsson.  –  Nie,  Matti,  nie  sadzaj 

Linnei na sanie,  cieplej  jej  będzie  w ruchu. Czarny, pilnuj, by nikt nie został z 

tyłu! 

Zamieć  gęstniała  z  minuty  na  minutę.  Uderzenia  wiatru  stawały  się  coraz 

silniejsze,  lodowate  bicze  śniegu  bezlitośnie  cięły  policzki,  nie  pozwalały 

otwierać  oczu.  Benjamin  widział,  Ŝe  kozy  są  przeraŜone.  Mała  Linnea  zaczęła 

szlochać z wycieńczenia. Próbowała iść tyłem, ale okazało się to niemoŜliwe, bo 

prowadziła  przecieŜ  na  sznurku  owcę.  Owce  beczały,  odpowiadały  im 

wystraszone  jagnięta.  Jedna  z  kóz  chciała  połoŜyć  się  na  ziemi,  odmawiając 

dalszej wędrówki, ale Elin zaraz ją popędziła. Potem objęła Linneę ramieniem, 

by choć trochę osłonić dziewczynkę przed zimnem. 

Niektóre  zwierzęta  długo  juŜ  stały  pod  dachem,  pomyślał  Jorulv.  Nie 

nawykły do takiego chłodu. Uspokajająco pogładził po grzbiecie byka, którego 

prowadził  z  Gustafssonem.  KaŜdy  z  nich  trzymał  mocno  w  dłoniach  koniec 

powrozu przywiązanego do kółka w nosie zwierzęcia; w ten sposób udawało im 

się jakoś zapanować nad kolosem. 

Czarny  objął  Julianę.  Jasna,  delikatna  skóra  dziewczyny  gorzej  znosiła 

zacinający  śnieg  niŜ  jego  osmagane  wichrami  policzki.  Juliana  usiłowała  teraz 

osłonić  twarz  połą  jego  kurtki,  nie  spuszczając  jednak  z  oczu  krowy,  którą 

background image

prowadziła. Krowa kulała coraz bardziej i Julianie na ten widok krwawiło serce. 

Stara wierna Gwiazdula, oby tylko nic powaŜnego jej się nie stało! 

Lisen  czuła  się  nieco  osamotniona.  Wszyscy  inni  szli  razem  ze  swymi 

szczególnymi  przyjaciółmi,  ale  ona  nie  mogła  teraz  przeszkadzać  Jorulvowi. 

Uczucie, jakie do niego Ŝywiła, z kaŜdą chwilą stawało się bardziej intensywne, 

nabierało blasku. Nigdy jeszcze nie odczuwała w duszy takiego ciepła i oddania 

jak teraz. 

Chyba  naprawdę  zaczynam  dorastać,  pomyślała.  Ojciec  z  pewnością 

wyrzuciłby  Jorulva  z  wielkim  hukiem,  gdyby  tylko  zorientował  się,  co  on  do 

niej czuje. Ale juŜ wkrótce nastąpi koniec ojcowskiej tyranii. Gdy tylko wrócą, 

ostatecznie się z nim rozprawią... 

Jeśli  wkrótce  nie  wydostaniemy  się  spod  władania  zamieci,  źle  się  to 

skończy,  myślał  Czarny.  Mniejsze  zwierzęta  długo  juŜ  nie  wytrzymają  i  Matti 

jest  tak  strasznie  zmęczony.  Biedny  mały...  Przyspieszył  kroku  i  przejął  od 

Mattiego  koziołka.  Chłopczyk  i  tak  z  trudem  radził  sobie  z  opieką  nad  jedną 

kozą, widać było wyraźnie, Ŝe ledwie idzie na zesztywniałych z zimna nogach. 

– Jak się czujesz, Matti? – zapytał cicho. 

Malec uśmiechnął się blado, ale nie odpowiedział ani słowem. 

–  Najgorsze  juŜ  wkrótce  będzie  za  nami  –  pocieszył  go  Czarny.  –  Ale 

pamiętaj, daj znać, jak tylko poczujesz, Ŝe nie masz juŜ więcej sił. 

Matti kiwnął głową i z wysiłkiem poczłapał dalej. 

Jedna z owiec padła na ziemię i za nic nie dała się podnieść. Zatrzymała się 

cała gromada. Patrik wziął na ramię skrzynkę z prosiętami, a na jej miejscu na 

saniach ułoŜono biedną owcę i starannie okryto ją sianem. Ruszyli dalej. 

Na  policzkach  Elin  pojawiły  się  oznaki  odmroŜenia,  Martin  mocno  natarł 

jej twarz, a Rebecka wyŜej podciągnęła rękawice Linnei. Z lękiem zauwaŜyli, Ŝe 

Gustafssonowi i Jorulvowi grozi odmroŜenie nadgarstków, ale Ŝaden z nich nie 

mógł puścić byka. 

background image

Wreszcie zamieć, która zdawała się nie mieć końca, zaczęła się uspokajać, 

przycichać. Płatki śniegu nie padały juŜ tak gęsto. 

– Teraz będziemy schodzić w dół! – zawołał Martin. – JuŜ niedługo drzewa 

nas osłonią! 

Z  wielką  ulgą  przyjęli  tę  wiadomość.  Wędrowali  przecieŜ  cały  dzień,  nie 

zatrzymując  się  nawet,  by  coś  zjeść.  Wszyscy  byli  wycieńczeni,  głodni  i 

przemarznięci. 

Jak cudownie było znów znaleźć się w lesie! 

– Idziemy dalej, prawda? – zapytał Martin. – A moŜe ktoś woli zatrzymać 

się i odpocząć tutaj? 

O odpoczynku marzyli wszyscy, ale nikt nie chciał przystanąć. 

Ś

miertelnie zmęczeni ludzie i zwierzęta resztkami sił, potykając się, wciąŜ 

szli do przodu, byle tylko jak najprędzej znaleźć się pod dachem. Zapadł zmrok. 

Martin od czasu do czasu przystawał, by się rozejrzeć, zanim dał znak do dalszej 

wędrówki. 

Jakąś godzinę później w oddali zabłysło światełko. Było dla nich jak bajka. 

– Jesteśmy na miejscu – powiedział z ulgą Martin. – Zaraz poznacie moją 

matkę, wypijecie coś ciepłego i pójdziecie spać. Zwierzęta teŜ się pomieszczą. 

Matti,  słysząc  to,  poddał  się.  Nogi  odmówiły  mu  posłuszeństwa  i  Czarny 

musiał wziąć go na swe troskliwe ręce. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XII 

 

Charlotta,  matka  Martina,  z  wielką  Ŝyczliwością  i  czułą  troską  powitała 

zmarzniętą gromadę. 

–  Ach,  biedacy,  jacy  jesteście  wyziębieni,  przemarzliście  na  kość!  Ty 

musisz być Linnea – zwróciła się do najmłodszej dziewczynki, która rozglądała 

się dookoła wielkimi oczami. – Czarny opowiadał mi o was wszystkich i dlatego 

wydaje mi się, Ŝe znam was juŜ od dawna. Długo was obserwował, by udzielić 

wam  pomocy,  gdyby  okazało  się  to  niezbędne.  Potem  jednak  musiał  was 

opuścić,  bo  ja  zachorowałam...  Kochane  dzieci,  podejdźcie  tu,  bliŜej  pieca, 

rozgrzejcie się! 

Dzieci  patrzyły  i  patrzyły,  i  nie  mogły  się  nadziwić  białej  porcelanie, 

doniczkom z kwiatami stojącym na parapetach, pięknym meblom... I tyle świec 

wszędzie! 

Charlotta zaczęła odwijać Linneę z szali i kaftanów. Dziewuszka z zimna i 

zmęczenia  była  całkiem  zobojętniała  i  tylko  ze  zdumieniem  wpatrywała  się  w 

damę o tak łagodnym głosie. 

– Czy ty jesteś Bogiem? – zapytała z powagą. – Bo moja mama mówiła, Ŝe 

Bóg jest taki dobry... 

–  Nie,  Bóg  jest  o  wiele,  wiele  lepszy  ode  mnie  –  odparła  Charlotta  z 

uśmiechem. – Ale staram się być tak dobra, jak potrafię. 

Lisen podeszła, by się przedstawić. 

– Jestem Lisen, siostra Czarnego – powiedziała. – Znam historię jego Ŝycia. 

A  to  jest  Elin,  którą Martin spotkał  w lesie dwadzieścia  lat temu. To  syn  Elin, 

Benjamin.  Mój  szwagier  Patrik  i  Gustafsson,  a  to  pozostałe  dzieci  z  leśnej 

zagrody:  Ole,  Rebecka,  Juliana  i  Jorulv.  Matti  juŜ  zasnął...  to  ten,  którego 

Czarny trzyma na rękach. 

background image

Charlotta troskliwie zajęła się gośćmi. 

–  Zaraz  zobaczymy,  czym  mogę  was  poczęstować.  Co  myślisz  o 

czekoladzie ze śmietanką, Martinie? 

– Brzmi pysznie, mamo. Czarny i Juliana pomogą ci ją przyrządzić. My w 

tym czasie znajdziemy jakieś schronienie dla zwierząt. Na podwórzu aŜ tłoczno 

od  zziębniętych,  wycieńczonych  stworzeń.  MoŜe  powinniśmy  porozmawiać  z 

sąsiadem? 

– Nie o tej porze, a poza tym to za daleko dla tych biedactw. Najmniejsze 

przyprowadźcie  tu,  do  domu,  a  większe  umieśćcie  w  oborze,  tam  będzie  im 

ciepło. Czy macie krowy albo kozy? Trzeba je wydoić? 

Postarano się załatwić wszystko jak najszybciej i jak najlepiej. Wkrótce w 

oborze  zrobiło  się  gorąco.  Od  wielu  zwierząt,  zgromadzonych  w  jednym 

miejscu, wprost biło ciepło. Dwa konie umieszczono w jednej przegrodzie i tym 

samym  miejsca  starczyło  takŜe  dla  byka.  Było  ciasno,  ale zwierzęta  wydawały 

się zadowolone. 

Kozy  zostawiały  za  sobą  małe  czarne  bobki  na  wyszorowanej  przez 

Charlottę podłodze kuchni, a świnie i owce musiały podzielić się pralnią. Kury 

znalazły  w  oborze belki, które  zastąpiły  im  grzędy,  a  kogut,  któremu  pomyliły 

się pory dnia, piał na wpół śpiąc. 

Linnea,  dokładnie  tak  jak  przewidział  Martin,  zasnęła  z  kotkiem  w 

objęciach.  Rozgrzała  się  i  najadła,  w  buzi  czuła  wspaniały,  nie  znany  dotąd 

smak czekolady. 

Gdy zgaszono świece, kaŜdy  najmniejszy nawet kącik przytulnego domku 

zajęty  był  przez  śpiących  ludzi,  nieprawdopodobnie  zmęczonych,  ale 

zadowolonych, Ŝe nareszcie znaleźli bezpieczne schronienie. 

Tylko  Charlotta  nie  mogła  zasnąć.  Tuliła  do  siebie  Linneę  z  kociakiem  i 

bezczelnego  młodego  koziołka,  który  uznał,  Ŝe  w  jej  łóŜku  będzie  mu 

najwygodniej.  Miała  o  czym  rozmyślać.  Nareszcie  poznała  Julianę,  o  której 

Czarny tyle jej opowiadał. CóŜ za czarujące stworzenie, myślała sobie, usiłując 

background image

okryć  się  bodaj  skrawkiem  kołdry.  Czarny  nie  mógł  chyba  wybrać  lepszej  i 

milszej dziewczyny. 

A  jej  ukochany  syn,  Martin...  Czy  tylko  sobie  wmawiała,  czy  teŜ 

rzeczywiście  między  nim  a  Elin  istniała  jakaś  szczególna  nić  porozumienia? 

Delikatna, nieśmiała czułość, która mogła przerodzić się w coś więcej? 

Charlotta miała taką szczerą nadzieję. 

 

Tyle śniegu! Juliana zadrŜała z zimna, kiedy nazajutrz szła przez podwórze 

do  obory  na  poranne  dojenie.  Myślą  powróciła  do  samotnej  chaty  leŜącej 

głęboko, głęboko w lesie. Nie, nie wolno jej teraz o tym myśleć! 

W małej, zatłoczonej obórce niełatwo było się poruszać, ale Juliana zdołała 

wydoić  krowy.  Kiedy  cedziła  mleko,  zauwaŜyła  nagle,  Ŝe  ktoś  za  nią  stoi. 

Odwróciła się. 

Czarny. Serce natychmiast podskoczyło jej  w piersi, poczuła, Ŝe pałają jej 

policzki. 

Popatrzył na nią z uśmiechem. 

– Nigdy nie moŜemy zostać sami. 

– Czuć ode mnie oborą – cicho powiedziała zawstydzona Juliana. 

– A czy moŜe być inaczej, skoro jesteś w oborze? – roześmiał się. – To nic 

nie szkodzi, przywykłem do tego zapachu. – Ujął jej twarz w dłonie. – Juliano... 

Nigdy nie mówiłem ci, co do ciebie czuję. 

Nie mogła odpowiedzieć. Czuła, jak ściska ją w gardle, i nie pomogło ani 

przełykanie śliny, ani chrząkanie. 

–  Kocham  cię,  Juliano  –  szepnął.  –  Od  dawna  juŜ  cię  kocham.  Od  czasu, 

kiedy  dawno  temu  ujrzałem  cię  na  bagnach.  Ty  mnie  nie  widziałaś,  ale 

wystraszyłaś się, bo wyczułaś, Ŝe ktoś jest w pobliŜu. Pamiętasz? 

–  Tak  –  odparła  schrypniętym  głosem.  –  I  ja...  –  Znów  musiała 

odchrząknąć.  –  Ja  o  tobie  marzyłam.  WyobraŜałam  sobie,  Ŝe  jesteś  leśnym 

background image

boŜkiem,  o  którym  Matti  tyle  mi  opowiadał.  I  taka  zresztą  jest  prawda  – 

stwierdziła z promiennym uśmiechem. 

I  wówczas  on  uczynił  coś  dla  niej  nieoczekiwanego.  Juliana,  naiwna  i 

niewinna, nie wiedziała nic o miłości i pieszczotach. Czarny pochylił się nad nią 

i delikatnie, czule pocałował w same usta. 

Gdy  ją  puścił,  Juliana  popatrzyła  mu  prosto  w  oczy  i  westchnęła  długo  i 

drŜąco, a potem szepnęła prosto do ucha: 

– Czuję do ciebie to samo, co ty czujesz do mnie. 

Zorientowała  się,  jak  niemądrze  to  zabrzmiało,  ale  Czarny  wyraźnie  się 

ucieszył. Mocno przytulił ją do siebie, objął i jeszcze raz pocałował. Tym razem 

był  bardziej  namiętny,  a  Juliana  mu  się  poddała.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  Czarny 

takŜe  nie  ma  zbyt  duŜego  doświadczenia.  To  uradowało  ją  i  dodało  pewności 

siebie. 

Usłyszeli,  Ŝe  ktoś  wyszedł  na  podwórze.  Popatrzyli  na  siebie  z  miłością  i 

zrozumieniem, i powrócili do swych zajęć. 

Podczas  gdy  Juliana  i  Czarny  wstępowali  na  ścieŜki  miłości  ostroŜnie, 

sytuacja między Jorulvem a Lisen rozwijała się znacznie prędzej. 

Lisen była właściwie bardzo wyzwoloną panną. Wielokrotnie wysłuchiwała 

zwierzeń  przyjaciółek  o  miłosnych  podbojach  i  chwilach  spędzonych  sam  na 

sam  z  rozmaitymi  kawalerami.  Na  tej  podstawie  wyrobiła  sobie  błędne 

mniemanie,  iŜ  kaŜda  zakochana  młoda  dziewczyna  natychmiast  powinna 

posmakować  miłości  z  chłopcem,  który  stanowi  obiekt  jej  westchnień.  Nie 

przypuszczała, Ŝe to, co słyszała, w większości było przechwałkami, a nieliczne 

panny, które zbyt daleko posunęły się w eksperymentowaniu, często musiały za 

to  płacić  długimi  tygodniami  niepokoju  i  rozpaczy.  Zdarzało  się,  Ŝe  niektóre  z 

przyjaciółek Lisen nagle, bez Ŝadnego, jak się wydawało, konkretnego powodu, 

wyjeŜdŜały  na  kilka  miesięcy,  ale  to  nigdy  Lisen  specjalnie  nie  obchodziło. 

Dlatego wobec Jorulva nie miała Ŝadnych zahamowań. 

background image

Po  raz  pierwszy  w  swym  młodym  Ŝyciu  była  szczerze  zakochana  i  nie 

miała wątpliwości, Ŝe Jorulv odwzajemnia jej uczucie. Jego nieśmiałe spojrzenia 

towarzyszyły  jej  wszędzie,  ale  wśród  tłumu  ludzi  tak  trudno  im  było  znaleźć 

chwilę, którą mogliby spędzić tylko we dwoje. 

Wreszcie jednak nadarzyła się okazja. 

Lisen  musiała  wracać  do  miasteczka,  ze  względu  na  matkę  nie  mogła  juŜ 

dłuŜej  pozostawać  poza  domem.  Inni  nadal  mieli  pełne  ręce  roboty  przed 

przetransportowaniem całego dobytku dzieci do zagrody Gustafssona. Trzy dni 

po  przybyciu  do  domu  Charlotty  pewien  wieśniak,  który  miał  załatwić  w 

miasteczku  jakiś  interes,  obiecał  podwieźć  Lisen.  Dziewczyna  musiała  jednak 

sama przejść nad brzeg rzeki, nad którą rozłoŜyła się maleńka wioska. 

Jorulv zaofiarował się, Ŝe ją odprowadzi. 

Wyszli wcześniej, niŜ było trzeba, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Pierwszy  śnieg  zdąŜył  juŜ  stopnieć.  Nad  sosnami,  porastającymi  piaski, 

znów  ciepło  zaświeciło  słońce.  Z  początku  Ŝadne  z  nich  nie  odzywało  się  ani 

słowem,  obydwojgu  spokoju  nie  dawała  myśl:  Jak  mam  to  powiedzieć?  Jak 

zacząć? 

Minęli  sosny  na  piaskach  i  weszli  na  wzgórze,  z  którego  roztaczał  się 

widok na wioskę. Lisen zatrzymała się na szczycie stromego zbocza. 

– Mamy duŜo czasu – powiedziała. 

–  Tak  –  odparł  Jorulv  i  rozejrzał  się  dokoła.  –  MoŜe  przysiądziemy  na 

chwilę? Tam, w słońcu, ziemia jest na pewno nagrzana. 

Lisen  kiwnęła  głową.  Jorulv  wskazał  na  kępę  młodych  sosenek.  Z  tego 

miejsca mieli świetny widok, a jednocześnie nikt nie mógł ich dostrzec. Zresztą 

i tak nikt tu nie chodził – tędy wiódł skrót od domu Charlotty do wioski. 

Jorulv ściągnął z grzbietu wytartą kurtkę, Ŝeby Lisen miała na czym usiąść. 

Lisen zatroszczyła się, by i on się zmieścił. Blisko niej, bardzo blisko. 

ś

adne  z  nich  nie  pamiętało  później,  o  czym  rozmawiali.  Ot,  taka  sobie 

obojętna rozmowa o niczym. Zapamiętali jedynie, Ŝe ich dłonie nagle splotły się 

background image

ze  sobą,  dziewczynie,  kiedy  pochyliła  głowę,  włosy  opadły  na  twarz,  a  on 

delikatnie je odsunął. Nie zdjął ręki z jej karku, a jej usta powoli zbliŜyły się do 

jego ust. 

Jorulv  wiedział  o  pocałunkach  i  pieszczotach  jeszcze  mniej  niŜ  Juliana. 

Kiedy poczuł wargi Lisen na swoich, nagle jakby cały skamieniał. Zaraz jednak 

zareagował jak dziecko natury, którym przecieŜ był. Mocno przylgnął ustami do 

ust  dziewczyny,  a  ona  wcale  się  o  to  nie  pogniewała,  przeciwnie,  objęła  go  i 

przytuliła  się  do  niego.  Jego  ciało  zareagowało  rozpaloną  niecierpliwością. 

Przypuszczał,  iŜ  być  moŜe  nie  postępuje  właściwie,  i  gdyby  Lisen 

zaprotestowała  przeciw  temu,  na  co  się  ośmielał,  wstrzymałby  się  w  jednej 

chwili. Ale Lisen nie protestowała. 

Jorulv  dobrze  znał  realia  Ŝycia.  Przy  nim  przyszło  na  świat  szesnaścioro 

młodszego rodzeństwa, a brutalny ojciec, kiedy tylko przyszła mu ochota, nigdy 

nie oglądał się na nic, a juŜ zwłaszcza na matkę. On sam na co dzień przebywał 

z ogierami i buhajami, nic więc dziwnego, Ŝe wiele o tym wiedział. 

Teraz nagle znalazł się w samym środku oszałamiających, podniecających 

doznań.  Zapomniał,  do  czego  to  prowadzi,  nie  potrafił  myśleć  trzeźwo.  Lisen 

odwzajemniała się pieszczotami równie gorącymi jak te, którymi ją obsypywał, i 

kiedy wsunęła dłonie pod koszulę, by pogładzić jego jedwabiście gładką skórę, 

całkowicie dał się ponieść uczuciom. 

Później działał juŜ tylko instynktownie. 

Ogarnęło  go  niezwykłe  wraŜenie,  Ŝe  spoczywają  oboje  w  wielkiej  dłoni 

leśnego  boŜka.  Nagle  porwał  go  przecudowny,  oszałamiający  sen.  Choć 

przymknął powieki, nadal miał przed oczami ciemną zieleń mchu i jasny błękit 

nieba.  Siła  leśnego  boŜka  poderwała  go  z  ziemi  i  poniosła  ku  ostatecznej 

granicy... 

Później  długo  leŜeli  przytuleni  do  siebie,  patrząc  w  chmury.  Jorulv  nigdy 

dotąd  nie  zaznał  takiego  szczęścia  i  wiedział,  Ŝe  Lisen  takŜe  podziela  jego 

uczucia,  choć  nie  zamienili  ani  słowa  na  ten  temat.  Głowa  dziewczyny 

background image

spoczywała  na  jego  ramieniu,  czuli  się  tak  dobrze,  tak  bezpiecznie,  jakby 

zawsze tak było i zawsze miało tak być. 

Dotknął palcami jej policzków i poczuł, Ŝe są mokre od łez. Lisen wtuliła 

twarz w zagłębienie jego szyi i mocno przycisnęła się do jego ciała. Objęła go w 

pasie  i  gdyby  nie  obowiązki,  które  na  nich  czekały,  zasnęliby  oboje.  Czuli  się 

przy sobie tak bezpiecznie... 

 

Ku wiosce schodzili w milczeniu. 

Nie  odczuwali  wstydu.  Wędrowali,  napawając  się  urokiem  nowej  więzi, 

która połączyła ich ze sobą przed kilkoma godzinami. 

Lisen  wiedziała,  Ŝe  kocha  młodego  chłopaka,  który  trzyma  jej  rękę  w 

mocnym, szczerym uścisku. Obiecał, Ŝe nigdy jej nie zawiedzie bez względu na 

to,  co  się  stanie,  nawet  jeśli  jej  ojciec  sprzeciwi  się  ich  związkowi.  A  Lisen 

zapewniła go, Ŝe po tym, co wydarzyło się między nimi, nikt nigdy nie zdoła ich 

rozdzielić. 

Stała się teraz prawdziwą kobietą. Jego kobietą. 

Znalazła  przyjaciela,  człowieka,  z  którym  pragnęła  dzielić  swoje  Ŝycie. 

Miał  w  sobie  wszystko,  co  mogła  sobie  wymarzyć:  czułość,  wyrozumiałość, 

troskliwość wobec samotnych i nieszczęśliwych, miłość do zwierząt... a przede 

wszystkim  miłość  dla  niej.  Jorulv  był  męŜczyzną,  któremu  mogła  zaufać  na 

dobre i na złe. 

Rozstanie obojgu sprawiło ból. Jorulv obiecał przybyć tak szybko, jak tylko 

będzie to moŜliwe, a i Lisen miała zamiar wybrać się jak najprędzej do zagrody 

Gustafssona.  KaŜda godzina, którą  musieli przeŜyć z  dala od siebie,  wydawała 

im się dłuŜsza niŜ rok. 

 

Na  szczęście  więź,  jaka  wytworzyła  się  między  Benjaminem  a  Rebecką, 

miała  nieco  inny  charakter.  Oboje  byli  jeszcze  stanowczo  zbyt  młodzi,  a 

Benjamin  miał  dość  rozumu,  by  powstrzymać  Rebeckę,  kiedy  jej  pragnienia 

background image

nabierały  zbyt  intensywnych  barw.  Dziewczyna  była  inteligentna,  w  lot 

pojmowała jego nieme protesty i całkowicie mu się podporządkowywała. 

Zostali najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Nareszcie mogli rozmawiać o 

wszystkim,  co  przez  długi  czas  nie  dawało  im  spokoju,  o  czym  w  samotności 

rozmyślali przez długie godziny. To, Ŝe znaleźli bratnie dusze, wydawało im się 

cudem. 

Charlotta  wciąŜ  miała  nadzieję,  Ŝe  między  Martinem  i  Elin  nawiąŜe  się 

głębsze  porozumienie,  ale,  niestety,  choć  bardzo  tego  pragnęła,  zauwaŜała 

jedynie oznaki, Ŝe dobrze im się ze sobą pracuje. 

Kiedy  gromada  niezwykłych  gości  opuściła  jej  zagrodę,  Charlotta  nie 

wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Dom wydał się nagle taki pusty, choć, 

trzeba przyznać, miała teraz o wiele mniej zajęć. 

Charlotta  zamierzała  przybyć  do  miasteczka  za  kilka  dni,  wiele  spraw 

bowiem musiała omówić ze swymi krewniakami. 

Jej  noga  nie  postała  w  miasteczku  od  dnia,  kiedy  to  wraz  z  dopiero  co 

urodzonym  Martinem  została  wygnana  z  domu  przez  rozgniewanego  oficera, 

wówczas jej małŜonka. 

Teraz  juŜ  nie  Ŝył,  wiedziała  o  tym,  ale  nawet  na  jeden  dzień  nie 

przywdziała po nim Ŝałoby. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

Silny  mróz  ostatnich  jesiennych  dni  zbudował  własny  most  przez  rzekę. 

Chłód przenikał ściany i migotliwym welonem z kryształowych okruchów otulał 

ziemię. Ludzie w miasteczku czynili ostatnie przygotowania do długiej, surowej 

zimy. 

Gustafsson  troskliwie  zajął  się  swymi  młodymi  podopiecznymi. 

Starzejącemu  się  Ŝołnierzowi  nagle  otworzyły  się  oczy  i  dostrzegł,  Ŝe  istnieje 

ś

wiat  takŜe  poza  regimentem.  Zajęcie  wieśniaka,  którym  w  czasach  młodości 

pogardzał, okazało się bardziej interesujące niŜ przypuszczał, z rozrzewnieniem 

wspominał dni, kiedy jeszcze tu mieszkał. Teraz codziennie omawiał z Jorulvem 

i Juliana, co powinni zrobić. NaleŜało przede wszystkim doprowadzić wszystkie 

zabudowania do stanu uŜywalności, zaplanować prace polowe na wiosnę, mieli 

więc pełne ręce roboty. 

Jorulv  ze  wszystkiego  był  zadowolony  i  w  głębi  ducha  kaŜdego  dnia 

dziękował Bogu, Ŝe zdołali dotrzeć do ludzi, zanim nie było na to za późno. 

 

–  A  cóŜ  to  znowu  za  fanaberie!  –  warknął  Allan  von  Adelkalk,  ze 

wszystkich  stron  przeglądając  się  w  lustrze  w  swym  mundurze  rotmistrza.  – 

Dlaczego tak nagle, w środku tygodnia, mamy odwiedzić Tildę i Patrika? 

–  Czy  to  nie  przyjemność?  –  spokojnym  tonem  zapytała  Christine.  W 

ostatnim  czasie  w  jej  zachowaniu  pojawiła  się  jakaś  godność,  co  bardzo 

niepokoiło małŜonka i budziło jego podejrzenia. – Chcą nas przedstawić swoim 

nowym przyjaciołom. 

– Jakim nowym przyjaciołom? Znam wszystkich z regimentu i... 

– To nikt z regimentu. 

background image

– Jak śmiesz mi przerywać! – wrzasnął baron, poczerwieniały z gniewu. – 

CóŜ za nieposłuszeństwo! 

Jeszcze  tydzień  wcześniej  Christine  skuliłaby  się  w  sobie  ze  strachu  i 

błagała o wybaczenie za takie zachowanie. Teraz odwróciła się do męŜa plecami 

i przeczekała wybuch. 

– Czy jesteś juŜ gotów? 

– To ja decyduję o tym, kiedy pójdziemy! – obruszył się baron. Miał ochotę 

trzepnąć  Ŝonę  w  twarz  rękawiczką,  ale  obok  była  pokojówka,  uznał  więc,  Ŝe 

najmądrzej  będzie  zapanować nad  sobą.  –  Nie podoba  mi  się ton, jaki ostatnio 

pojawił  się  w  naszej  rodzinie.  To  wina  Lisen.  Od  czasu  gdy  wróciła,  sprawuje 

się wręcz nieznośnie. Jest bezczelna i uparta, zarówno wobec swego ojca, jak i 

brata.  Moim  zdaniem  naleŜy  zastanowić  się  nad odesłaniem  jej z  domu.  Znam 

pewną szkołę dla oficerskich córek, nauczyciele są tam bardzo surowi. 

–  Tak,  tak,  kogoś  z  tego  domu  niewątpliwie  naleŜy  odesłać  –  szepnęła 

Christine do siebie. 

Serce biło jej mocno. Ten dzień... Jak zdoła przez to przejść? Na szczęście 

nie była sama. 

Dom  Tildy,  siostry  Lisen,  i  jej  męŜa  Patrika  był  pełen  gości.  Rotmistrza 

ogarnęła  irytacja,  jak  to  często  bywa,  gdy  człowiek  czuje  się  niepewnie.  Nie 

znał  tych  młodych  ludzi,  ale  wszyscy  bez  wyjątku  wyglądali  na  nędznych 

chłopów.  Och,  była  wśród  nich  takŜe  Elin,  szwaczka,  i  jej  nieślubny  syn!  Z 

jakimiŜ to ludźmi przestaje jego córka? 

Rotmistrz  zesztywniał.  Co  na  miłość  boską...?  Gustafsson?  Zwykły 

szeregowy?  Nie,  teraz  posunęli  się  juŜ  za  daleko!  Chcą  go  zmusić,  by  obracał 

się w towarzystwie takiego motłochu? Wzburzenie barona nie  miało granic. O, 

Patrik nie uniknie surowej, bardzo surowej reprymendy! 

Christine  siedziała  zatopiona  w  rozmowie  z  jakąś  starszą  damą.  Miał 

wraŜenie,  Ŝe  juŜ  gdzieś  ją  widział,  nie  mógł  sobie  tylko  przypomnieć  gdzie. 

Zresztą wszystko jedno, i tak zaraz zrobi z tym porządek. 

background image

– Christine – syknął. – Nie pozwolę, by dłuŜej obraŜano mnie w ten sposób. 

Idziemy. Natychmiast! 

Christine juŜ otwierała usta, by odpowiedzieć, ale w tejŜe chwili rotmistrz 

kątem oka dostrzegł dwie znajome twarze. Rozjaśnił się momentalnie. 

– Pułkownik Staderberg! I pan burmistrz! Jak przyjemnie spotkać! 

Ochota, by opuścić towarzystwo, minęła mu od razu. 

Obydwaj wysoko postawieni panowie przywitali się z nim powściągliwie i 

zanim  zdąŜyli  wymienić  jakiekolwiek  uwagi,  Patrik  zaprosił  wszystkich  do 

jadalni. 

Nie  nakryto  tam  jednak  do  Ŝadnego  posiłku,  ale  wszystkim  wskazano 

miejsca  przy  stole.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  zanosi  się  jakby  na  konferencję! 

Rotmistrz  zwrócił  uwagę,  Ŝe  starsza  dama  zajęła  poczesne  miejsce  u  boku 

burmistrza. 

Patrik  przywitał  wszystkich  zgromadzonych.  Rotmistrz  z  obrzydzeniem 

przyglądał  się  gościom  i  nic  z  tego  nie  mógł  pojąć.  Co  robią  tu  te  wszystkie 

dzieci i młodzieŜ? 

I  Lisen  usiadła  między  nimi!  Doprawdy,  ostatnimi  czasy  zrobiła  się 

zupełnie  niemoŜliwa.  Przeniósł  wzrok  na  Hannibala,  swego  jedynego  syna  i 

wielką dumę. Dzięki Bogu, Ŝe wreszcie obdarzył go synem po tych wszystkich 

całkiem  zbędnych  córkach.  Hannibal  siedział  skrzywiony  i  nie  krył,  Ŝe  jemu 

takŜe  nie  odpowiada  towarzystwo,  w  jakim  się  znalazł.  To  świetnie,  widać 

chłopak ma dobre wyczucie, umie ocenić, co właściwe, a co nie! 

Ale jak Patrik  mógł posadzić swego  teścia  i pułkownika  przy  tym  samym 

stole,  co  tego  bękarta  Benjamina  i  jego  rozpustną  matkę?  Ach,  była  tu  takŜe 

stara matka Elin, akuszerka, która przyjmowała wszystkie jego dzieci. CóŜ to za 

zwierzyniec? 

Pierwszy przemówił burmistrz. 

– Pułkownik i ja, a takŜe nasz młody przyjaciel Patrik, znaleźliśmy się tutaj, 

by  wyjaśnić  pewną  niezwykle  powaŜną  sprawę.  Dopuszczono  się  wielkich 

background image

niegodziwości  i  pragniemy,  by  sprawiedliwości  stało  się  zadość,  choć  nie 

chcemy  załatwiać  tego  oficjalnie.  Nie  chcielibyśmy  równieŜ  mieszać  w  to 

władz,  o  ile  da  się  tego  uniknąć.  –  Urwał  na  chwilę  i  rozejrzał  się  po 

zgromadzonych,  zanim  zadał  niewinne  z  pozoru  pytanie:  –  Baronie  von 

Adelkalk, ciekaw jestem, czy pamięta pan pewien epizod, który miał miejsce juŜ 

wiele,  wiele  lat  temu?  Chodzi  mi  o  kobietę  z  dobrej  rodziny,  która  wydała  na 

ś

wiat  dziecko  o  niezwykle  ciemnej  karnacji  i  którą  mąŜ  wraz  z  dzieckiem 

wygnał za to z domu. 

Rotmistrz usłyszał, Ŝe drzwi za nim otwierają się i na powrót zamykają, ale 

nie  miał  czasu,  by  obejrzeć  się  i  sprawdzić,  kto  wchodzi,  zbyt  przejęty  był 

udzielaniem  odpowiedzi  na  pytanie.  O,  tak,  dobrze  znał  tę  historię,  jej 

wspomnienie zawsze budziło w nim gniew i oburzenie. 

–  Oczywiście  –  skinął  głową.  –  To  wydarzyło  się  w  rodzinie  mojej  Ŝony. 

Niebywały skandal! 

–  Chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  skandalem  był  fakt,  iŜ  przed  ową  kobietą 

zamknięto drzwi do własnego domu? 

–  Nie, rzecz jasna, nie!  Skandalem było,  Ŝe  urodziła  dziecko niewątpliwie 

będące  owocem  grzechu.  MałŜonek,  wyrzucając  ją,  postąpił  w  jedyny  słuszny 

sposób. 

–  Gdyby  więc  pańska  Ŝona  wydała  na  świat  takie  dziecko,  ją  takŜe 

wygnałby pan z domu? 

Na samą myśl rotmistrzowi krew gorącą falą napłynęła do twarzy. 

– Naturalnie! Batem wypędziłbym ją za drzwi, a nawet, tak, nie wahałbym 

się uŜyć słuŜbowego pistoletu! 

– A co z dzieckiem? 

–  Wolałbym,  Ŝeby  umarło!  Nie  mówiąc  juŜ  o  męŜczyźnie,  który  dopuścił 

się cudzołóstwa. 

Burmistrz pokiwał głową. Przy stole zapadła cisza. 

background image

– Baronie von Adelkalk, czy poznaje pan tę kobietę? – Burmistrz wskazał 

na starszą damę, siedzącą tuŜ koło niego. 

Rotmistrzowi spadła z oczu zasłona. 

– Oczywiście! – wykrzyknął i zerwał się z krzesła tak gwałtownie, Ŝe omal 

się  nie  wywróciło.  –  To  ona  została  wygnana  z  domu!  I  pozwalacie,  bym  ja  i 

mój syn siedział przy stole razem z taką... Nie chcę wypowiadać tego słowa! 

Jakiś  człowiek  postąpił  o  kilka  kroków  do  przodu  i  stanął  za  krzesłem 

damy.  Był  to  przystojny,  ciemnowłosy  męŜczyzna  w  wieku  około  czterdziestu 

pięciu lat, ze srebrnymi pasmami we włosach i brodzie. 

– To ja jestem owym dzieckiem, odepchniętym z powodu ciemnej karnacji 

– rzekł cicho. 

–  Co  to  znowu  za  przedstawienie?  –  warknął  rotmistrz.  –  Jak  moŜecie 

dopuścić... 

–  Baronie von Adelkalk – chłodno przerwał  mu burmistrz. – Czy  pamięta 

pan jeszcze jedno wydarzenie, które miało miejsce dwadzieścia lat temu? Kiedy 

mała Elin uciekła do lasu wraz z waszym synem, który dopiero co przyszedł na 

ś

wiat? 

–  Z  moim  synem,  który  urodził  się  martwy.  Owszem,  pamiętam.  Ta  mała 

dziwka! Nie pozwoliła mi nawet zobaczyć własnego dziecka! 

–  Dziecko  nie  urodziło  się  martwe.  Chłopca  naleŜało  ukryć,  by  uratować 

Ŝ

ycie  jego  matki  i  prawdopodobnie  jego  własne,  a  być  moŜe  takŜe  Ŝycie 

niewinnego człowieka. 

Zza  pleców  rotmistrza  wyłonił  się  jeszcze  jeden  męŜczyzna,  rosły, 

przystojny młodzieniec o uderzająco ciemnych włosach i oczach. 

– Oto najstarszy syn pana, rotmistrzu. 

–  Co  takiego?  –  pisnął  Hannibal,  podrywając  się  z  miejsca.  –  To  jakiś 

oszust!  Ja  jestem  jedynym  synem  i  jedynym  dziedzicem,  ojciec  zawsze  tak 

mówił! 

Baronowi krew omal nie trysnęła z policzków. 

background image

– Christine... Ty bezwstydna ladacznico! Przez tyle lat ukrywałaś to przede 

mną! Zdradziłaś mnie... 

– Nie, nigdy cię nie zdradziłam – odparła Christine drŜącym głosem. – Czy 

nie pamiętasz, jak mówiłam ci, Ŝe w moim rodzie jest domieszka obcej krwi? 

– To kłamstwa! Puste wymysły! Chcesz, bym uwierzył w takie bzdury? 

– Owszem, to prawda – wtrąciła się Lisen. – Dokładnie to sprawdziłam. 

–  Zamknij  się!  –  wrzasnął  ojciec.  –  Pohańbiłyście  mnie  na  oczach 

wszystkich  tych  obcych  ludzi!  Nie  mówiąc  juŜ  o  burmistrzu  i  pułkowniku!  – 

Spojrzał na Czarnego wzrokiem pełnym pogardy. – Jak ośmielacie się twierdzić, 

Ŝ

e  ten  czarnuch  jest  moim  synem!  Został  spłodzony  w  grzechu!  CóŜ  za 

obrzydlistwo! 

–  Chwileczkę,  teściu  –  Patrik  powstrzymał  go  od  dalszych  wybuchów.  — 

Mamy  dzisiaj  jeszcze  więcej  gości.  Lars!  Margrethe!  Teraz  moŜecie  się  juŜ 

pokazać! 

Do  jadalni  weszła  druga  z  sióstr  Lisen  i  jej  mąŜ.  Margrethe  w  objęciach 

trzymała maleńkie, tygodniowe dziecko. 

–  To  nasza  córeczka  –  z  dumą  oznajmił  Lars.  Allan  von  Adelkalk  z 

niedowierzaniem przypatrywał się dziecku, oczy ze zdumienia omal nie wyszły 

mu  z  orbit.  Maleńka  była  doprawdy  czarującą  istotką,  lecz,  o  ile  to  w  ogóle 

moŜliwe, jeszcze ciemniejszą niŜ Martin i Czarny. 

–  Nigdy  nie  podawałem  wierności  Margrethe  w  wątpliwość  –  powiedział 

Lars.  –  Byłoby  to  niesprawiedliwe  wobec  tak  wspaniałej  kobiety  jak  ona. 

Margrethe jest równie czysta i godna szacunku jak jej matka i cioteczna babka 

Charlotta. 

– To prawda – włączyła się akuszerka. – Mogę to przysiąc, bo przy mnie te 

dzieci przyszły na świat. 

Rotmistrz  kilkakrotnie  otwierał  i  zamykał  usta,  nie  mogąc  znaleźć 

właściwych słów. Christine wstała i objęła swego najstarszego syna, za którym 

background image

tak  gorzko  tęskniła  przez  dwadzieścia  lat.  Spotkali  się  juŜ  poprzedniego 

wieczoru, lecz nie mogła ukryć radości, Ŝe znów go widzi. 

W ciszy, jaka zapadła, rotmistrz zdał sobie sprawę, Ŝe dzisiejsze spotkanie 

zostało  starannie  przygotowane,  omówione  z  góry.  Tylko  on  i  Hannibal  o 

niczym  nie  wiedzieli.  Nie  chciał  się  jednak  przyznać  do  klęski.  Postanowił 

uderzyć od innej strony: 

–  A  co  robią  tutaj  ci  wszyscy...  Ŝebracy?  Te  szczenięta  przy  tym  samym 

stole co ja, pułkownik i... 

I znów burmistrz przerwał mu zimno: 

–  Ci  „Ŝebracy”  i  ich  zmarła  matka  doświadczyli  podobnego  losu,  jak 

pańska  małŜonka  i  córki.  Dzieci  miały  ojca  tyrana,  który  faworyzował  jedne  i 

nie znosił drugich... Zadręczał matkę... 

Urwał,  by  te  słowa  głęboko  zapadły  w  serce  rotmistrza,  ale  von  Adelkalk 

zacisnął tylko usta w wąską kreskę. 

– Te dzieci jednak miały sporo szczęścia – podjął burmistrz. – Gustafsson 

udzielił  im  schronienia  w  swojej  zagrodzie.  Charlotta  zajęła  się  najmłodszą 

dziewuszką,  która  wymaga  opieki  lekarza,  a  pańska  małŜonka  pomaga 

finansowo  w  przeprowadzeniu  kuracji  i  zakupie  medykamentów.  Elin  przyjęła 

pod  swój  dach  Rebeckę,  bo  dziewczynka  ma  talent  artystyczny,  musi  się 

rozwijać.  Ole  pójdzie  do  najlepszych  szkół,  jest  bardzo  zdolny.  Miasto 

postanowiło  opłacić  jego  wykształcenie.  A  dwoje  najstarszych...  No  cóŜ,  oni 

mają swoje własne plany – uśmiechnął się burmistrz. 

Rotmistrz  popatrzył  za  jego  wzrokiem  i  ujrzał,  Ŝe  jasnowłosy  wiejski 

chłopak  trzyma  za  rękę  jego  własną  córkę,  Lisen.  Poczuł,  Ŝe  znów  wzbiera  w 

nim gniew. Nic go nie obchodziło, Ŝe jego domniemany syn obejmuje najstarszą 

z wieśniaczek, ale Lisen? Nie, nigdy do tego nie dopuści! 

–  Jeśli  wydaje  ci  się,  Ŝe  uwodząc  moją  córkę,  uzyskasz  dostęp  do 

pieniędzy, to... 

background image

–  Baronie  von  Adelkalk,  pozostaje  jeszcze  jedna  powaŜna  sprawa  do 

omówienia. 

–  Co  znów  takiego?  –  mruknął  baron  zniecierpliwiony.  –  Kolejny  spisek 

przeciwko mnie? 

– Tym razem chodzi o los Elin. Mamy wielu świadków na to, Ŝe pozwolił 

pan  swoim  ludziom,  by  „robili,  na  co  tylko  im  przyjdzie  ochota”  z 

piętnastoletnią dziewczynką. To pan jest odpowiedzialny za jej nieszczęście, za 

wstyd i hańbę, jako Ŝe młody Benjamin jest owocem wstrętnego gwałtu. 

Baron  nie  wiedział,  co  ma  odpowiedzieć.  To  było  gorsze  od 

najstraszniejszego koszmaru. 

– Ale to nie ja zabiłem Ŝołnierzy! – wyrzucił wreszcie z siebie. 

–  Owszem,  w  pewnym  sensie  tak,  choć  nie  bezpośrednio.  Ale  to 

przestępstwo uległo juŜ przedawnieniu. 

– A więc i to niby-przestępstwo wobec Elin takŜe jest przedawnione. 

– To prawda – zgodziła się Christine. – Nikt teŜ nie ma zamiaru karać cię 

za nie. Ale ja chcę ci oznajmić, Allanie, Ŝe z tobą skończyłam. Chcę, by na nasz 

dwór dostało się wreszcie świeŜe powietrze. Pragnę, by wszystkie  moje dzieci, 

nie  tylko  Hannibal,  czuły,  Ŝe  są  tu  mile  widziane.  Nie  jesteś  nam  do  niczego 

potrzebny.  W  naszej  przyszłości  nie  ma  dla  ciebie  miejsca.  Straciłeś  je  juŜ 

dawno temu. Z powodu twego okrucieństwa Ŝądam rozwodu. 

– Czego Ŝądasz? 

– Rozwodu – powtórzyła Christine stanowczo. – Zawsze powtarzałeś, Ŝe to 

miasteczko  jest  nędzną  dziurą,  pełną  niewykształconych  chamów  i  prostaków. 

Nareszcie  będziesz  mógł  spełnić  swe  marzenie  i  zamieszkać  w  Sztokholmie, 

dokąd tęskni twój niecodzienny intelekt. Hannibal sam zdecyduje, czy będzie ci 

towarzyszył,  czy  teŜ  zostanie  tutaj.  Naturalnie  ja  i  jego  rodzeństwo  gorąco 

pragniemy, by został z nami. 

Baron dyszał cięŜko jak ryba wyjęta z wody. 

background image

–  Z  wykształcenia  jestem  adwokatem  –  powiedział  burmistrz.  – 

Przygotowałem  projekt ugody  między  wami.  Tartak  zapisany  jest  na  nazwisko 

pani, to jej dziedzictwo, tak samo zresztą jak dwór. Rotmistrz dostanie niewielką 

część  majątku,  wystarczającą,  by  mógł  się  z  tego  utrzymać.  Pani  Christine 

zaŜyczyła sobie, by  przepisać  tartak  na jej  najstarszego  syna,  który  do  tej  pory 

nie  otrzymał  od  rodziców  niczego,  i  na  jego  przyszłą  Ŝonę  Julianę.  Dwór 

przypadnie w udziale Hannibalowi, kiedy osiągnie juŜ odpowiedni do tego wiek. 

Do tego czasu dworem zarządzać będzie panna Lisen, która ma zamiar poślubić 

Jorulva, brata Juliany, a on zna się na gospodarstwie. 

Hannibal  siedział  z  oczami  wbitymi  w  stół.  Nie  mógł  znieść  takiego 

upokorzenia ojca. 

Miało być jednak jeszcze gorzej. 

Ś

miertelny cios zadał pułkownik. 

–  Allanie  von  Adelkalk.  Zostaje  pan  usunięty  z  regimentu,  w  hańbie.  Nie 

Ŝ

yczymy sobie tyrana w szeregach naszych oficerów. Przez wiele lat zadręczał 

pan  Ŝonę  i  córki.  To  niegodziwość,  o  której  mówi  całe  miasteczko. 

Despotycznie rządził pan swymi podwładnymi i nie skłamię twierdząc, Ŝe cała 

kompania nienawidzi pana z całego serca. 

Baron  parsknął  pogardliwie  i  postąpił  kilka  kroków  w  stronę  drzwi. 

Hannibal uniósł głowę i ze łzami w oczach patrzył za ojcem. 

–  Allanie  –  cicho  powiedziała  Christine.  –  A  co  z  twoim  synem 

Hannibalem? 

Chłopiec  gwałtownie  pokręcił głową. Ojciec  w  takiej  chwili  nie poświęcił 

mu ani jednej myśli! To wystarczyło, by Hannibal podjął decyzję. 

Allan von Adelkalk z hałasem zatrzasnął drzwi za sobą. 

Czarny podszedł do skamieniałego brata. 

–  CóŜ,  braciszku...  Myślę,  Ŝe  powinniśmy  poznać  się  bliŜej  –  powiedział 

Ŝ

yczliwie. 

Lisen ze współczuciem patrzyła na Hannibala. 

background image

– Przykro mi, ale nie mogliśmy uprzedzić cię wcześniej. Mógłbyś donieść 

ojcu. 

Mały Matti wyciągnął swego ukochanego drewnianego konika. 

– Jak chcesz, to mogę ci go poŜyczyć. Twoja mama i Lisen powiedziały, Ŝe 

ja teŜ mogę mieszkać we dworze. Wiem, jak się teraz czujesz. Mój ojciec mnie 

nie lubił i kiedy mama umarła, chciałem pójść za nią. Ale tobie się poszczęściło, 

bo masz taką dobrą mamę. Mojej mamy juŜ nie ma i bardzo za nią tęsknię. Ojca 

teŜ nie ma, ale to nie szkodzi. 

I wtedy Hannibal, pomimo swoich całych czternastu lat, załamał się. Kiedy 

matka podeszła do niego, objął ją i wybuchnął głośnym płaczem. Gdy wreszcie 

się uspokoił, otarł łzy i nieśmiało uśmiechnął się do Mattiego. 

–  Dziękuję,  Ŝe  chcesz  mi  poŜyczyć  konika!  Cieszę  się,  Ŝe  z  nami 

zamieszkasz. – Wyciągnął rękę do malca, a ten uścisnął ją z całą powagą. 

Charlotta z radością patrzyła, jak Martin i Elin przysiedli razem w kąciku i 

w  zaufaniu  o  czymś  ze  sobą  szepczą.  Wydawało  się,  Ŝe  wszyscy  nareszcie 

zawinęli  do  bezpiecznego  portu.  Miłość  i  przyjaźń  odegna  złe  wspomnienia. 

Wszystkich czekała jasna, szczęśliwa przyszłość.