background image

Autor: ADAM HOLLANEK
Tytul: Pies musi wystrzelić 

Z "NF" 7/98

   Ściana czerwona, jakby krwią pomalowana. Od podłogi do sufitu. 
I   na   jej   tle   ta   prawie   biała   dziewczyna.   Żeby   być   bielszą, 
dostawała   światło   ostrego   reflektora.   Nie   oświetlał   jej   jedynie 
twarzy.  
     No ruszaj się, ruszaj. Ręce do góry, ręce na boki i głową też 
ruszaj! Mocniej, mocniej!  
 

    Jej   ciało   było   na   tle   tej   czerwieni   i   w   ciągłych 

nieskoordynowanych   ruchach   jeszcze   bardziej   nagie   niż   gdyby 
stała   nieruchomo.   On   ją   poganiał   nieustannie,   czasem 
zatrzymywał okrzykiem. 
     - Tak, tak, jak nad przepaścią, jakbyś upaść miała i boisz się 
tego! 
      Miał   ją   przed   sobą   na   podwyższeniu   pod   tą   ścianą. 
Podwyższenie   dopiero   teraz   spostrzegłem,   mógł   ją   doskonale 
obserwować,   kiedy   się   gięła   na   wszystkie   strony.   Ciągle   inne 
ramiona,  inne dyndające piersi,  inny  brzuch. Włosy na łonie  raz 
były widoczne, to znów znikały, gdy zmieniała pozycję nóg. Tak, 
widział ją doskonale  znad tych swoich kilku płócien. Manewrował 
przy nich wszystkich, wydawało się bez ładu i składu. Popatrzyłem 
- ta dziewczyna była tam jak gdyby w kawałkach, jakby pokrojona 
w każdym swoim ruchu na części. Tylko na jednym znajdowała się 
w całości, ale wyglądała jakby się składała z różnych póz, starała 
poskładać, ale jej nie wychodziło. Śmieszne? To nie jej, lecz jemu 
umyślnie nie wychodziło.
      -   Przepraszam,   przepraszam   -   bąkałem.   Drzwi   źle   widoczne, 
poza zasięgiem reflektora, zauważyłem całkiem przypadkowo. Tu 
w   ogóle   przejścia   z   salki   do   salki   pozakrywano   jakimiś 
dekoracjami, płachtami, kawałkami drewna, stertami kamieni, tu 
się musiało poczuć, po nagłym wstąpieniu do tego labiryntu, jak w 
jakimś   całkiem   nieziemskim   świecie.   Szukałem   profesora   - 
fotografika,   z   którym   mieliśmy   pójść   razem   na   jego   wspaniałą 
wystawę.   Mówiono,   że   jest   tu   bliziutko,   idź   pan   tędy,   no   tędy. 
Szedłem   i   trafiłem   na   tę   rozedrganą   golasę.   I   na   faceta,   co   nią 
rządził jak czymś własnym i to jak własnym. Znienawidziłem go za 
to natychmiast.
   - Nie prostuj się, nieeee! - ryknął.
     Ale ona oderwała się spod ściany, z zasięgu reflektora i jakby 
mnie znała od lat, wzięła mocno pod rękę. Kiedy na siebie zdołała 
narzucić   coś   w   rodzaju   koszulowej   sukienki,   nie   widziałem, 
dalibóg. Błyskawicznie   zlikwidowała swoją nagość. Pociągnęła za 
sobą. Okrążyliśmy stertę kamieni, weszliśmy do półciemnej salki z 

1

background image

jasno   oświetlonym,   aż   pod   sufitem,   łożem.   To   był   raczej   rodzaj 
kanapy czy szezlongu. Szczęśliwy z nieustannego czucia skrawka 
jej   ciała   i   na   widok   łóżka   wyobrażający   sobie   coraz   więcej, 
myślałem, patrząc na nie. Jak my się tam, do diabła, dostaniemy, 
po czym się wdrapiemy? Za tym łóżkiem i za dekoracją za nim, 
przedstawiającą kiczowate, rozfalowane, ale przecież nieruchome, 
morze,   znajdowało   się   zwyczajne   okno,   a   pod   nim   mnóstwo 
zaparkowanych z tamtej strony samochodów.
      -   To   też   do   malowania   -   powiedziała   swym   miękkim,   jakby 
pełnym wahania i obawy głosikiem.
      Teraz  widziałem   wreszcie  jej   buzię.  Jej  poddańcze   niebieskie 
spojrzenie,   dzięki   któremu   zrozumiałem,   czy   zdało   mi   się,   że 
rozumiem,   jej   bezwzględne   podporządkowanie   artyście.   Tam   na 
tle   czerwieni,   tam   na   golasa.   Ale   mu   uciekła.   Miała   trochę   za 
szeroki podbródek. Popatrzyła na mnie do góry. 
     - Pocałuj - powiedziała, czekając pewnie na wykonanie przeze 
mnie jej rozkazu. Dwa razy ją w usta ciumknąłem. Na trzeci nie 
zezwoliła.
   - Przecież przyszedłeś tu z jamniczkiem. Tam u mnie go pewnie 
zgubiłeś.
   - Jezus, Maria - zdenerwowałem się - rzeczywiście. Pociągnąłem 
ją z powrotem.
   - Sam, sam tam przejdź, chcę ochłonąć.
     Wysunęła się spod mej ręki. I leciutko popchnęła w kierunku 
drzwi, domniemanych jak się zaraz okazało, dopiero z boczku za 
nimi   były   prawdziwe,   ukryte.   Obejrzałem   się,   już   jej   nie   było. 
Odeszła czy została. Będzie czekać czy nie?
     - Klara - zacząłem wołać na moją jamniczkę, wabiła się Klara, 
kochałem ją, sypialiśmy wszyscy z tą suczką. Zdawało mi się, że 
słyszę jej dalekie szczekanie. Tu przecież chyba nie  można było 
znaleźć   innej   niż   moja?   Krążyłem   chwilę,   dobrą   chwilę   między 
kilkoma salkami. W jednej trzy nagie modelki. Stały nieruchomo 
także   pod   czerwoną     (jakaś   obsesja)   ścianką   i   strasznie 
chichotały,   najwyraźniej   na   to   moje   "Klara,   no   chodź,   chodź". 
Malujący chyba nie był tym, który nakazywał zmianę póz tej, co ze 
mną   uciekła.   Przez   nią   zgubiłem   mego   pieska.   Na   mój   okrzyk 
kotara   z   prawej   mej   strony,   dokąd   podążałem,   rozchyliła   się   i 
znany mi rozkazujący głos zawołał:
     - Nie mogę tego psa pomalować, a ma takie cudowne ruchy, 
cudowne wygięcia ciała.
      Mimo   mojej   miłości   do   Klary   trochę   mnie   ubodło,   że   tak 
zachwyca   się   teraz   mojej   własności   zwierzęcym   modelem   i   nim 
stara   się   kierować,   jak   przedtem   tą   biedną   dziewczyną.   Klara 
warczała na niego i szczekała. Próbował ją nakłonić do leżenia i 
stania w różnych pozach - nadaremnie.
   - Pomóż, człowieku! 

2

background image

      Cmoknąłem,   Klara   pobiegła   za   mną.   W   tych   ciemnościach   i 
półciemnościach znów straciłem ją z oczu. Na pewno nie wracała 
się   do   tamtego,   musiała   pomknąć   na   swoich   krzywych   łapkach 
dalej. Była widać zadowolona ze spaceru, bo przestała szczekać, 
psiakrew, przestała. Pomyślałem sobie, że może łatwiej byłoby mi 
zlokalizować   zwierzątko   przy   pomocy   tamtej,   tej   dziewczyny, 
której ciało natychmiast poczułem przy sobie, choć go już przecież 
nie   było.   Aha,   za   nią   chcesz   iść,   nawet   pieska   ukochanego 
porzucić.   Za   nią.   Za   tym   poddańczym   spojrzeniem,   za   tą 
rozwiązłością modelki, bo tak czy owak jest w jej zawodzie jakiś 
seksualny przechył, na pewno. Przecież nie każda zgadza się na 
rolę modelki. Miałem jej za złe.
     Ale łażąc bez przerwy po tych salach i pokojach z wzywaniem 
swej   zapodzianej   psiny,   mijając   góry   i   lasy   dekoracji,   wciąż 
miałem nade wszystko   tej dziewczyny pocałunki na swych ustach 
i jej ciało prawie nagie do mego przytulone. Lecz najważniejsze 
było to jej poddańcze niebieskie spojrzenie.
   Za takie warto nawet zginąć. Człowiek podejmuje każdą decyzję 
w   mgnieniu   oka,   już   teraz,   to   może   straszne,   ale   najbardziej 
ludzkie.   Wcale   się   nie   zmienia.   Pozostaje   sobą,   bardziej   niż   był 
wczoraj, przed godziną, przed chwilą. Tylko TERAZ w nim zwycięża 
w mgnieniu oka. Już tak raz było... Żona, dziecko, jakieś rodzinne 
życie   może   złe,   może   najgorsze.   Kierowniczka   pensjonatu 
powiedziała mi przyciszonym głosem, choć nikt tego nie słuchał, 
że dziecko się drze całe noce i budzi innych, bo żonka baluje po 
lokalach. 
   - Z dwoma starymi Żydami - wyświszczała kierowniczka.
   Dla mnie nieważne były żadne starości czy żydostwa, choć u nas 
zwłaszcza to drugie jeszcze się ciągle w ludzkich rozrachunkach 
liczy.   Mnie   szlag   trafiał   nawet   nie   dlatego,   że   balowała,   nie 
wiadomo zresztą, jak balowała i gdzie dokładnie. Wściekałem się o 
biedne   opuszczane,   zostawiane   wciąż   dziecko.   Alem   się   jeszcze 
zastanawiał, czy nie utrzymać tego wszystkiego.
    Przecież to banały i kicze, prawie wszyscy wpadają w podobne 
pułapki.   Idiotyzm,   ale   to   idiotyzm   mnie   dotyczący,   nie   obcych. 
Byłem   już   w   jakiś   sposób   w   tej   pułapce,   choć   często   wtedy 
wydawała mi się śmieszna. Dwaj starzy Żydzi.
     Gdy mój przyjaciel wyjeżdżał, taką miał posadę, chodziłem na 
noce do jego żonki. To wszystko ta sama pułapka. Tylko ciągle z 
kim   innym.   No   i   potem   było   nowe   małżeństwo   z   kimś   całkiem 
innym. Nie umiałem inaczej egzystować. A teraz w mgnieniu oka 
pocałunki w labiryncie i niebieskie spojrzenia, modelka. Stanąłem 
pod jedną z dekoracji i zacząłem rzewnymi łzami płakać za tym, co 
jeszcze trwa, ale może zostać porzucone. Nasze piękne   wakacje, 
z masą zdjęć i filmów, nasze wspaniałe dzieciaki już dorastające, 
już same wpadające w pułapki. Ściskało mnie w krtani. Zaczynać 
to samo na nowo? Pogardzałem natychmiast tą swoją rozpaczą. 

3

background image

Boże,   wszyscyśmy   jednakowi,   jednakowo   postępujemy, 
jednakowo rozpaczamy, bośmy podzieleni. Nie ma innego świata.
   - Klarcia, Klarcia - wołałem za zaginioną, gdzieś błądzącą suczką, 
pewnie   przerażoną.   Jej   odnalezienie   by   mi   na   pewno   pomogło. 
Prułem ciałem te dekoracje, zniszczyłem kilka obrazków. I nagle, 
nie wiem jak, znalazłem się w salce z tym łóżkiem pod sufitem. 
      Tam   na   nim   ktoś   był.   Poruszało   się   podejrzanie   miarowo, 
rzęsiście oświetlone. Może tam, Boże co ja już wymyślam? Może 
tam? Jak tam się dostać? Wtedy weszło za mną kilka par. Jedna z 
nich, to niemożliwe, ale jedna wstąpiła na boczną ścianę, ostrożnie 
stąpała następnie po suficie, to niemożliwe, aż znalazła się koło 
łóżka.
   Nasza kolejka - kobiecy głos to ze śmiechem powiedział.
     - Zaraz zejdziemy - rozległo się przyduszonym mocno pościelą 
pewnie - okrzykiem.
     Nie wytrzymałem. Zwróciłem się do     dwóch pozostałych par, 
niecierpliwie   przestępujących   z   nogi   na   nogę.   Panie   były   w 
koszulkach, panowie tylko w gatkach.
   - Jak to jest. Po ścianie się tam włazi?
   Spojrzeli na mnie, jakby mnie dopiero dostrzegli. Taaakie oczy.
     - Pan, pan jesteś sam tu? Pierwszy raz? My wejdziemy tam na 
rękach, do góry nogami.
   Śmichy, chichoty.
     Dopiero w tym momencie zauważyłem, jak ci z łóżka schodzą 
obydwoje   golutcy.   Wszystkie   łachy   walały   się   na   ziemi,   w   rogu 
salki. Nie zdołałem zidentyfikować tej  pary. Nie miałem pojęcia, 
czy   to   "moja   niebieskooka"   ze   swym   artystą,   czy   obcy.   Raczej 
obcy. Obcy, obcy. Zniknęli za dekoracjami. Znów zacząłem ryczeć 
rozpaczliwie: "Klarcia, Klarcia". Ale dalej nie poszczekiwała nawet. 
Byłem jak porażony. Brnąłem jakimś nie oświetlonym kompletnie, 
okropnie długim tunelem. Z cudnym i wielkim pomnikiem na końcu 
widocznym   w   wysokiej,   kopulastej   hali.   Za   halą   silny   gwar. 
Wszedłem do baru. I pierwsze, co zobaczyłem, to skąpo ubraną 
niebieskooką   bawiącą   się   z   moją   Klarą.   Dlatego   bestia   nie 
szczekała. Aportowała jakąś szyszkę czy coś podobnego, bo skąd 
by tu szyszka?
     Piesek mnie pierwszy zauważył, podbiegł merdając ogonkiem i 
szczekając.   Wtedy   spotkałem   niebieskooki   poddańczy   wzrok. 
Wstała, zgrabna w tej swej króciutkiej sukience-koszulce, szybko 
przeszła między stolikami. Objęła mnie. Co ja czułem w tej chwili, 
com poczuł. 
Całowała   delikatnie   w   usta   raz   po   raz.   Nikt   na   to   nie   zwracał 
najmniejszej   uwagi.   Tego   jej   artysty-goryla,   tak   goryla,   teraz 
wiedziałem,   do   czego   go   porównać   -   nie   było   na   pewno. 
Odetchnąłem.
    - Przekąsimy coś, nie? Taka jestem głodna i spragniona po tym 
malowaniu. Zjesz ze mną, ja funduję.

4

background image

   - Coś takiego.
   - Mam kupę forsy, tak, tak. Ze mną nie ma kłopotu.
   Przyglądała mi się, odstępując krok do tyłu.
   - Masz buźkę cholernie pooraną. Tego tam, w atelier, nie było tak 
widać.
      Przeraziłem   się.   Wiedziałem,   żem   od   niej   kilkadziesiąt   lat 
starszy, ale dopiero teraz to mnie strasznie poruszyło. Nic z moich 
dzikich   planów.   Figa   z   makiem.   Ta   moja   parszywa   poorana   jak 
pługiem gęba.
   Zbliżyła się, przytuliła i znów pocałowała.
   - Nie szkodzi, przeciwnie, nie lubię mydłków dwudziestoletnich z 
damskimi buziakami.
   Oszalałem z radości.
   - Nie znosisz swojej pracy? - zapytałem niewinnym głosikiem.
      Już   siedzieliśmy,   już   ktoś   postawił   przed  nami   kawę,   wodę   i 
kieliszek czerwonego wina.
   - Tylko prędko - ten ktoś powiedział i odszedł.
   - No i co? - zapytałem głupio.
    - Ja wiem - powiedziała kiwając ramionami - ja wiem. Może nie 
lubię.
   - No pewnie - ucieszyłem się.
      Piła   błyskawicznie   kawę   i   wino,   na   zmianę.   W   strasznym 
pośpiechu.
     - Jaki kochany jesteś. A ta twoja Klarcia to fajny psiunio, no 
masz.   -   Klarcia   łapczywie   sięgnęła   po   kawał   podawanego   jej 
ciastka.   -   Patrz,   jak   się   to   z   nami   dziwnie   zawsze   dzieje   - 
powiedziała, pochyliła się i pocałowała przez stolik.
    Wtedy rozległ się wielki szum, miałem uczucie, że się cała sala 
barowa obraca razem z nami. Ale chyba nie. Wszyscy siedzący i 
masa innych wysypywali się teraz na wielką werandę. Za nią był 
duży ogród, zamknięty murem. Klarcię miałem posłuszną u nogi. A 
niebieskookiej   nie   dostrzegłem.   Może   w   ogóle   jej   nie   było, 
pomyślałem   z   rozpaczą.   W   murze       szeroka   brama   na   oścież 
otwarta.   Szliśmy   wszyscy,   niektórzy   zajmowali   zaparkowane 
samochody. Chciałem wrócić.
   - Chodź, Klarcia - zawołałem. 
   Zatrzymał mnie ubrany na biało portier.
   - Już nie można - powiedział stanowczo. - Nie.
   Próbowałem go odepchnąć. Zaraz na pomoc mu zjawił się drugi.
    - Pospacerujemy, Klarcia. Proszę panów, a drugim wyjściem tu 
nikt nie wychodzi, ja czekam...
   - Nie, tamtędy się tylko wchodzi, już zamknięte, 
tylko tędy.
   - To poczekamy. 
     Szybki tam i z powrotem spacer pod gmachem. Raz, dwa, raz, 
dwa. Nie daremny.

5

background image

      Widzę   doskonale   tę   parę.   Wątpliwości   identyfikacyjne   trwają 
sekundy.   Niestety   -   oni.   "Moja"   niebieskooka   i   ten   jej   goryl-
artysta.   Schodzą   wielkimi   schodami   i   są   tuż,   tuż.   Umyślnie 
podchodzę im od jej strony, pod sam nos. Obojętny i jej, i jego 
rzut oczami w moim kierunku.
   - Przepraszam - jeszcze im mówię.
    On już tylko skinął na to głową. Ona nic. Więc mnie wściekłość 
ogarnia i uciekam od nich na ten kolosalny plac z rzadka na nim 
posadzonymi   kioskami.   Jak   kępki   włosów   na   łysinie.   Nagle, 
choroba, jakieś krzyki   ze wszystkich stron tego pustego w środku 
placu. Odwracam głowę. Goryl z niebieskooką wymachują rękoma 
i też coś wrzeszczą. I leżę w białym łóżku. Kto mnie tu i po co 
wsadził? Ruszyłem głową, próbując dokładniej rozeznać ten obcy 
teren.   A   tu   ten   łeb   mój   jakiś   ciężki.   Wyraźnie   czymś   grubym 
zawinięty. Coś mi jest chyba, bo i nogi w bandażach i jedna ręka. 
Czymkolwiek próbuję ruszyć, boli.
   - Halo! - zawołałem. 
      Ale   to   wypadło   jakbym   stracił   swój   zwykły   głos.   Jakieś 
skrzeczenie.
   - Halo - powtórzyłem.
     Ciągle byłem jeszcze sam, a jedna ręka, lewa, była podłączona 
do   wiszącej   nade   mną   butelki   z   jakąś   brunatną   sałamachą. 
Kroplówka?   -   pomyślałem.   Wtem   posłyszałem   jakby   z   boku   tej 
salki otwierano okno. Istotnie przez otwarte wdrapywał się ktoś, 
widziało się jego ręce. Następnie przeskoczył parapet i już był koło 
mnie.   To   ten   goryl   od   mej   niebieskookiej,   na   którego   rozkaz 
musiała   goła   idiotycznie   pląsać   na   tle   czerwieni.   Natychmiast 
stanęło mi przed oczami to jej pląsanie. Więc chciałem się zerwać, 
z całych sił wołając - na pomoc. 
   Przytrzymał mnie, siłę miał wielką.
   - Przestań, człowieku, bo rozprujesz się na nowo.
   - Czego chcesz ode mnie?
   - Chcę zbadać.
   - Nieeee! 
   - Marysiu - odwrócił się ku oknu. - Marysiu - powtórzył.
    W oknie zobaczyłem, choć ruch głową bardzo mnie bolał, drugą 
przeskakującą   parapet   postać.   Trochę   jej   to   niezdarnie 
wychodziło.   Przeskoczyła   nareszcie.   Za   oknem   zostało   jedynie 
niebo - nic innego - niebo.
   - Marysiu!
   Podeszła. Boże, to była moja niebieskooka. On buszował teraz po 
moim   pozawijanym   ciele,   a   ona   mu   w   tym   pomagała.   Każdy 
najmniejszy nawet dotyk jej palców, paluszków odczuwałem jako 
błogość.   Tylko   dlatego   nie   wrzeszczałem.   On   zaraz   odszedł   do 
umywalki   umyć   łapy.   Wpatrzyłem   się   w   jej   poddańcze   oczy, 
oczęta.
   - Masz więc dwa zawody. I to tak różne - wyjąkałem.

6

background image

   Nie wiem, czy słyszała mój charkot i co z niego pojęła.
     - Coś nie tak. Od pięciu lat jestem tu pielęgniarką. Jestem w 
szpitalu.
   - Kukuryku - powiedziałem. 
    I przypomniała mi się cała scena przed tym wielkim gmachem, 
gdzie ich razem dojrzałem. Koło nich się przecież przemknąłem. 
Musiała   mnie   zobaczyć,   ale   w   ogóle   na   mnie   nie   zareagowała. 
Byłem   dla   niej   jak   obcy.   Nie   poznała,   teraz   nie   rozpoznaje? 
Pamiętałem,   jakem   wtedy   zrozpaczony   walił   przez   pustkę   tego 
placu,   jak   ludziska   coś   na   mnie   krzyczeli.   Ich   dwoje   także 
widziałem wymachujących rękami. Dodałem gazu. To był dla mnie 
odruch strasznego żalu. I już dalej, aż do tego łóżka, nic 
nie   pamiętałem   więcej.   Patrzyła   na   mnie   obojętnie   i   teraz, 
poprawiając bandaże.
   - Coś nie tak - ona jeszcze raz to samo.
   I obydwoje tak szybko, jak się zjawili, wymknęli się znów przez 
okno i zniknęli za parapetem. Został błękit nieba. Przypomniało mi 
się, jak tam, w labiryncie, do wiszącego w powietrzu pod sufitem 
łóżka wdrapywały się jedna po drugiej pary golasów. Gdy jedna 
zeszła,   druga   zajmowała   jej   miejsce.   A   szło   się   na   to   łóżko   po 
ścianie i schodziło identycznie. Oni, oni musieli tam też przebywać.
   - Na pomoc! - wrzasnąłem.
   Skrzypiącymi, jak nie powinno być w szpitalu, drzwiami wcisnęła 
się pielęgniarka. Ledwo ją widziałem. Była jakby we mgle, jakby ją 
ta mgła niosła ku mnie.
   - Co jest? - ledwo ją usłyszałem.
   - Czemu tu jestem?
   - Jak to, naprawdę pan nic nie pamięta? Tam na placu, skąd pana 
przytaszczyli,   coś   nagle   wybuchło.   A   pan   w   to   wleciał,   jakby 
umyślnie.   Tak   piszą   w   gazetach,   zobaczy   pan.   Wezwać   pana 
doktora?
   - I przyjdzie ten goryl?
   - E, on bardziej do aniołka podobny, za niski na goryla.
   Zaśmiała się.
   - Z Marysią przyjdzie?
   Popatrzyła ze zdziwieniem, znów się zaśmiała.
   - Może i z Marysią.
      -  Więc  coś   wybuchło   -  wróciłem  nagle  wzburzony  do   tematu 
sceny   na   placu.   -   Wybuchło,   ale   tam   byłem   nie   sam,   nie   sam. 
Byłem z moją Klarcią, z jamniczką.
   - Nareszcie wiadomo, jak jej na imię. Zanim przyjdą do pana dziś 
krewniaki, jest dla pana niespodzianka. Ale na kilka minut tylko. 
Na momencik, no! 
   Wybiegła.
   Rozbrzmiało naraz znajome szczekanie. To wpadła do salki moja 
Klarcia i koniecznie chciała mi wskoczyć na pościel.

7

background image

      -   Nie   wolno,   nie   wolno   -   mówiła   pielęgniarka,   przytrzymując 
zwierzątko.   Przemagając   ból   dotykałem   swą   zabandażowaną 
dłonią   liżącego   koniuszki   moich   palców   języczka   i   mokrego, 
zimnego noska. A Klarcia szalała, tak merdała ogonem i skakała 
jak   nigdy   jeszcze.   Ja   także   jakbym   oszalał.   Nie   było   bólu,   nie 
istniały rany. Strasznie, strasznie ją kochałem. I to, że mogę ją 
widzieć i pieścić. Że żyję! Patrzyłem na tę jej piszczącą do mnie 
mordkę.   Mój   Boże,   przysiągłbym,   że   w   jej   oczkach   dostrzegłem 
także niebieską poddańczość. 

 Warszawa, 29 stycznia 1998 r.
                                         Adam Hollanek

                        ADAM HOLLANEK
   Pisarz, poeta, popularyzator nauki. Urodzony we Lwowie w 1922 
r. Pięćdziesiąt lat pracy twórczej. Laureat wielu nagród krajowych 
i   zagranicznych,   m.in.   Polskiej   Akademii   Nauk,   Profesjonalistów 
World   SF,   Europejskiego   Stowarzyszenia   SF   (za   redagowanie 
czasopisma "Fantastyka", które założył w 1982 r. i redagował do 
1990   r.).   Członek   ZAiKS,   Rady   Powierniczej   World   SF   i   innych 
organizacji   krajowych   i   zagranicznych,   m.in.   współzałożyciel   i 
wiceprezes   Warszawskiego   Oddziału   Towarzystwa   Miłośników 
Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Autor ponad 30 książek, 
w tym około 20 beletrystycznych. Łączy często pisarstwo z kultem 
rodzinnego miasta.  
      Studia:   teatralne   -   Lwów,   humanistyka   -   Uniwersytet 
Jagielloński,   Studium   Scenariuszy   Filmowych   -   Warszawa.   Autor 
scenariusza   "Portret   z   Cieniem"   (o   Grottgerze),   scenariuszy 
radiowych oraz scenariusza "Mudrahela" (na podstawie powieści 
pod   tym   samym   tytułem,   wyd.   w   1997   r.).   Wiele   jego   książek 
przetłumaczono   (na   niemiecki,   węgierski,   czeski,   słowacki, 
rosyjski, bułgarski). Wspomienia: "Ja z Łyczakowa", "I zobaczyć 
miasto   Lwów"   (napisane   z   żoną   Ewą),   "Pacałycha".   Powieści 
fantastyczne:   "Katastrofa   na   ŻSłońcu   Antarktydy®",   "Jeszcze 
trochę   pożyć",   "Kochać   bez   skóry",   "Olśnienie",   "Zbrodnia 
wielkiego człowieka". Powieści współczesne: "Topless", "Księżna z 
Florencji",   "Deska   ratunku",   "Mudrahela".   Zbiory   nowel 
fantastycznych:   "Ukochany   z   Księżyca",   "Skasować   drugie   ja". 
Zbiory   nowel   współczesnych:   "Plaża   w   Europie",   "Bandyci   i 
policjanci".   Trzy   tomiki   wierszy.   Setki   artykułów,   felietonów   (w 
tym   szesnatoletni   bez   mała   "3...2...1")   i   liczne   eseje   (m.in.   o 
Lemie - "Geniusz na miarę epoki").  
     Drukowane obecnie opowiadanie to przykład modnej i nośnej 
dziś   w   prozie   metody   "mieszania"   rzeczywistości   realnej   i 
fantastycznej.   Użył   jej   także   Adam   Hollanek   w   z   pozoru   tylko 
wyłącznie realistycznej "Księżnej z Florencji" i "Toplessie".

8