background image

Elizabeth Hawksley

 

TESTAMENT

1

background image

1

Dyliżans   zaskrzypiał   i   zachwiał   się   na   nierównym   bruku   głównej 

ulicy. Co najmniej dwoje spośród jego pasażerów musiało podtrzymać 
się nawzajem, by nie uderzyć w okno pojazdu. Dyliżans zajechał na 
podwórze przed gospodą i zatrzymał się.

-   Piętnaście   minut,   panie   i   panowie!   -   krzyknął   woźnica.   -   Za 

piętnaście minut ruszamy w dalszą drogę.

Z bocznych drzwi gospody wyszedł stajenny i jego młody pomocnik, 

po   chwili   zajęli   się   spoconymi   końmi.   Ktoś   rozłożył   schodki   przy 
drzwiach powozu, by pasażerowie mogli wyjść na zewnątrz.

- Cirencester, panie i panowie. Kawy? Herbaty? Zapraszam do środka.
Stajenny spojrzał na dwie damy odziane w czerń. Starsza była blada i 

wyglądała   na   ciężko   chorą,   młodsza,   prawdopodobnie   jej   córka, 
rozglądała   się   dokoła   z   zainteresowaniem.   Stary   wyga   nie   musiał 
przyglądać im się długo, by zrozumieć, że stać je ledwie na filiżankę 
kawy, i że nie należy spodziewać się po nich sutego napiwku. Odwrócił 
się do nich plecami, zupełnie tracąc zainteresowanie tą parą.

Tymczasem młodsza dama wysiadła z powozu.
- No to jesteśmy na miejscu, mamo - powiedziała i zwróciła się do 

bagażowego. - Proszę zająć się łaskawie naszymi bagażami. To te dwie 
walizy,   tam   wyżej.   -   Wskazała   na   dwa   mocno   już   podniszczone 
skórzane kufry na dachu dyliżansu.

Mężczyzna odwrócił się, splunął na drogę i przywołał służącego, który 

stał w drzwiach gospody.

- Joe, chodź no tutaj. Zabierz bagaże tych pań.
- Chodźmy, mamo - radośnie zawołała dziewczyna i ruszyła śladem 

służącego   do   wnętrza   gospody.   Młody   służący   ocenił   możliwości 
finansowe dwóch dam tak samo trafnie jak jego zwierzchnik, ale był 
uprzejmym   młodzieńcem   i   szczerze   współczuł   starszej   pani,   która 
wyglądała   na   chorą   i   zmęczoną.   Po   krótkiej   wędrówce   otworzył 
łokciem drzwi do niewielkiego pokoju z kominkiem, w którym wesoło 
trzaskał ogień.

- Nikt nie będzie tutaj paniom przeszkadzał. Czy zechcą panie napić 

się kawy?

2

background image

Starsza   dama   zaczęła   kręcić   głową,   ale   jej   córka   oświadczyła 

stanowczym tonem.

- Tak, proszę przynieść nam kawę. Mamo, usiądź sobie wygodnie, 

wyglądasz na kompletnie wyczerpaną.

Starsza   dama   opadła   z   westchnieniem   na   fotel,   zakasłała   boleśnie, 

przykładając chusteczkę do ust, i oznajmiła słabym głosem:

- Nazywam się Hartfield. Zostałyśmy tu wezwane.
- Zaraz dowiem się, czy nie ma dla pani jakiejś wiadomości - odparł 

Joe i wyszedł z pokoju.

Zapadła   cisza.   Starsza   dama   ściągnęła   czepek   i   po   chwili   grzała 

szczupłe   dłonie   przy   ogniu.   Zaczął   się   już   wrzesień   i   choć   nie   był 
szczególnie   zimny,   pani   Hartfield   wyglądała   na   zmarzniętą.   Pani 
Jonathan Hartfield miała czterdzieści pięć lat. Była wdową, drobną i 
delikatną - łatwo można było się domyślić, że kiedyś była bardzo ładna. 
Jej ciepłe, brązowe oczy - teraz zapadnięte i podkrążone - były duże i 
kształtne. Cierpienie wyżłobiło na jej czole kilka zmarszczek, ale usta 
wciąż zachowały śliczny kształt, zaś dłoni i stóp mogła jej pozazdrościć 
każda młoda piękność,

Córka pani Hartfield, Merab, miała osiemnaście lat, była wyższa od 

matki  i  nieco   za  szczupła,   gdyż   przez  ostatnie   dwa   lata   rosła  zbyt 
szybko,   a   jej   ciało   nie   zaokrągliło   się   jeszcze   odpowiednio   we 
właściwych miejscach. Jej włosy stanowiły ciemną, gęstą i pokręconą 
masę, którą Merab bezskutecznie próbowała ujarzmić, splatając grube 
warkocze. Odziedziczyła również po matce ciemne lśniące oczy, które 
były chyba najładniejszym elementem jej urody. Czarna suknia, niezbyt 
zręcznie przedłużona, nie pasowała do niej ani trochę. Ta zazwyczaj 
wesoła i energiczna dziewczyna, teraz była zdenerwowana, gdyż to 
właśnie ona czuła się odpowiedzialna za tę podróż. Nie miała jednak 
innego wyboru.

Pani Hartfield zawsze była delikatnego zdrowia, a po śmierci męża - 

co   wydarzyło   się   przed   kilkoma   miesiącami   -   stan   jej   zaczął   się 
pogarszać   w   zastraszającym   tempie.   Jonathan   Hartfield   zostawił   im 
zaledwie   tysiąc   funtów,   co   dawało   pięćdziesiąt   funtów   na   rok.   Jak 
mogły z tego wyżyć, skoro wydatki na leczenie wiąż rosły i rosły? 

3

background image

Może   poradziłyby   sobie   jakoś,   gdyby   pani   Hartfield   bardziej 
dopisywało   zdrowie,   gdyż   przed   zamążpójściem   była   nauczycielką 
śpiewu   i   zapewne   mogłaby   znaleźć   sobie   kilka   uczennic.   Merab 
dopiero   niedawno   skończyła   naukę,   a   szkoła   panny   Goodison   była 
ciekawym miejscem, w którym każda dziewczyna mogła zdobyć wiele 
wiadomości   i   umiejętności   przydatnych   w   życiu   dorosłej   kobiety. 
Merab   jednak   doskonale   zdawała   sobie   sprawę,   że   tego   rodzaju 
wykształcenie   pozwalało   jej   jedynie   na   pracę   w   charakterze 
guwernantki.   Zresztą,   nawet   gdyby   zdołała   znaleźć   jakąś   posadę   - 
sądziła, że mogłaby ewentualnie zająć się uczeniem małych dzieci - co 
stałoby się wówczas z jej matką?

Po śmierci męża pani Hartfield, czyniąc zadość dobrym obyczajom, 

napisała   do   swego   teścia,   którego   nigdy   nie   poznała   osobiście. 
Otrzymała uprzejmą, lecz chłodną w tonie odpowiedź. Nie oczekiwała 
zresztą niczego ponad to. Jak powiedziała kiedyś do Merab: „Kiedy się 
pobraliśmy   pan   Hartfield   poprzysiągł,   że   nie   da   twojemu   tacie 
złamanego grosza. I dotrzymał słowa. Nie skontaktował się nawet z 
twoim   tatą,   kiedy  jego   brat   zginął  na   polowaniu.   I  choć   mój   drogi 
Jonathan   nie   przepadał   zbytnio   za   Edmundem,   który   w   istocie   był 
człowiekiem   bardzo   nieprzyjemnym,   możesz   sobie   wyobrazić,   co 
przeżył, kiedy dowiedział się o jego śmierci z gazet. To był dla niego 
prawdziwy szok!”

Szczęśliwie ojciec chrzestny zostawił Jonathanowi tysiąc funtów, toteż 

mógł zapisać  je swej  żonie. Dodatkowe  kilkaset  funtów,   które  pani 
Hartfield uzyskała ze sprzedaży drobnych pamiątek i mebli po mężu, 
pokryły koszty kształcenia Merab. Jonathan nigdy nie żałował decyzji, 
którą podjął przed laty, opuszczając surowego, autokratycznego ojca 
oraz   despotycznego   starszego   brata,   i   żeniąc   się   ze   śliczną   Abigail 
Cooper. Poznał ją na przyjęciu, które uświetniała swym śpiewem.

Niestety,   teraz   sprawy   przybrały   zły   obrót.   Płuca   pani   Hartfield 

zawsze były bardzo delikatne. „Za długo wystawałam w przeciągach, 
w tych zimnych holach”, mawiała często. „A w młodości byłam bardzo 
nierozsądna. Śpiewaczka powinna dbać o swoje gardło, ale ja byłam 
nierozważna i często zapominałam szalika”.

4

background image

Wreszcie, któregoś dnia lekarz wziął Merab na stronę i oznajmił bez 

ogródek:

- Przykro mi, panno Hartfield. Prawe płuco pani matki jest poważnie 

zainfekowane. Musi prowadzić bardzo ustabilizowany tryb życia.

Merab przełknęła ciężko i po chwili milczenia odparła:
- Rozumiem.
Z   przerażeniem   myślała   o   przyszłości.   Jej   matka   potrzebowała 

najlepszej opieki. Skąd jednak miały wziąć pieniądze na cotygodniową 
wypłatę dla lekarza? Pochłonęłoby to wszystkie ich oszczędności.

Tego wieczora Merab napisała do swojego dziadka, którego nawet nie 

znała. Nie było to łatwe. Skoro ten człowiek nie pogodził się z jej ojcem, 
który po śmierci wuja Edmunda był jego jedynym żyjącym synem, i 
skoro nie zaofiarował pomocy jej matce, kiedy ta została sama, trudno 
było liczyć na to, by zechciał pomóc im teraz. Była to bardzo nikła 
nadzieja, jednak Merab wiedziała, że musi spróbować.

Ku swemu zdumieniu dwa tygodnie później otrzymała odpowiedź. 

Nie były to wyrazy radosnego powitania, a pan Hartfield nie przysłał 
im żadnych pieniędzy, jednak zapraszał je do swego majątku, zwanego 
Hartfield Hall, i zgodził się je utrzymywać w zamian za pięćdziesiąt 
funtów rocznie i pomoc Merab przy utrzymaniu domu. Poinformował 
ją, jak dojechać dyliżansem do przystanku Cirencester, gdzie obie panie 
miały się znaleźć po południu, trzeciego września 1809 roku, i skąd 
miał je zabrać służący pana Hartfielda.

W drzwiach pokoju ukazał się Joe; przyniósł na tacy filiżankę kawy i 

mały talerzyk z ciasteczkami. Postawił to wszystko na stoliku obok 
pani Hartfield.

- Mam dla pani wiadomość - oświadczył. - Farmer Willet podwiezie 

panią do Hartfield Hall, kiedy będzie wracał z targu. Przyjedzie tu za 
jakąś godzinę. Może wcześniej, jeśli sprzeda świnie.

Panna Hartfield z trudem stłumiła chichot. Wizja podróżowania na 

jednym wozie ze świniami miała w sobie pewien urok, Merab była już 
jednak dość dorosła, by zrozumieć, jak gruboskórnie zachował się jej 
dziadek, skazując chorą kobietę na takie niewygody.

Kiedy jednak pan Willet przybył już na miejsce, okazało się, że nie 

5

background image

czekają  ich  aż tak  spartańskie  warunki,  jak  się  obawiały.  Ławeczka 
woźnicy   była   obita   miękką   tkaniną,   wszystkie   świnie   na   szczęście 
zostały sprzedane, a pani Hartfield i Merab mogły siedzieć obok pana 
Willeta w całkiem przyzwoitych warunkach i ogrzewać nogi ciepłym 
kocem,   który   zostawiła   tam   zapobiegliwa   pani   Willet.   Sam   farmer 
Willet był uprzejmym mężczyzną około  pięćdziesiątki; miał wesołą, 
czerwoną  twarz.  Merab  poczuła,   że  powoli  wraca  jej  naturalny  op-
tymizm.

Być może wszystko ułoży się znacznie lepiej, niż przypuszczały.

Merab nie wiedziała o tym, że jej list przybył do Hartfield Hal! w 

wyjątkowym   momencie,   gdyż   tego   samego   dnia   pan   Hartfield 
otrzymał zawiadomienie o śmierci swego kuzyna, Marka Sandiforda, 
który zgodnie z jego zamierzeniami miał zostać dziedzicem fortuny 
Hartfieldów. Pan Sandiford skończył niedawno sześćdziesiąt dziewięć 
lat i już od dłuższego czasu miał poważne kłopoty ze zdrowiem, jednak 
pan Hartfield, rześki siedemdziesięciosiedmiolatek, nie przejmował się 
zbytnio   chorobą   swego   kuzyna.   Dlatego   też   wiadomość   o   śmierci 
Marka spadła na niego jak grom z jasnego nieba.

Pan Sandiford, cioteczny kuzyn, był jedynym krewnym, dla którego 

Julian   Hartfield,   czuł   odrobinę   sympatii.   Kiedyś,   dawno   temu, 
dziesięcioletni Julian uratował tonącego dwulatka, Marka, i od tego 
czasu   czuł   się,   w   pewnym   sensie,   jego   właścicielem   i   opiekunem. 
Marek,   jako   dorosły   już   człowiek,   podtrzymywał   ten   kontakt,   nie 
okazując   w   żaden   sposób,   że   chciałby   zawłaszczyć   siedzibę 
Hartfieldów. W rzeczywistości uważał po prostu, że wydziedziczenie 
Jonathana  Hartfielda było zwyczajnym  blefem, i że kuzyn Julian w 
końcu   uczyni   to,   co   uczynić   powinien,   to   znaczy   zostawi   Hartfield 
swojemu jedynemu żyjącemu synowi.

Jednak Marek umarł, a to oznaczało spore kłopoty. Problem polegał na 

tym,   że   syn   pana   Sandiforda,   dwudziestoletni   Rowland,   student 
Oksfordu,   zajął   się   czymś,   czego   Julian   Hartfield   absolutnie   nie 
aprobował.   Nie   chodziło   tu   o   kobiety   czy   hazard   (pan   Hartfield 
uważałby to za normalne, choć godne pożałowania słabostki młodego 

6

background image

człowieka), lecz o politykę. Rowland miał głowę nabitą ideami, które w 
żaden sposób nie licowały z jego statusem społecznym, i zaraził się 
tymi bzdurami o powszechnym prawie do głosowania i podobnymi 
nonsensami.   Kiedy   ten   zarozumiały   szczeniak   pojawił   się   ostatnim 
razem   w   Hartfield   Hall,   miał   czelność   zaproponować   kuzynowi 
Julianowi,   by   założył   w   wiosce   szkołę!   Równie   dobrze   mógłby   go 
namawiać do wzniecenia rewolucji! „Zacznie się od szkoły, a potem 
będą   bunty   i   radykalne   pamflety.   Nie   pozwolę,   by   takie   rzeczy 
kiedykolwiek zdarzyły się w Hartfield. Ucząc niższe klasy czytania i 
pisania, tylko zachęca się je do narzekań i wybujałych żądań”.

Teraz   Marek   nie   żył,   a   Rowland   stał   się   następnym   dziedzicem 

Hartfield - chyba że Julian Hartfield zmieniłby nagle zdanie. Gdy więc 
otworzył   list   od   Merab,   nie   wyrzucił   go   natychmiast   do   kosza   na 
śmieci,   co   zrobiłby   zapewne   zaledwie   kilka   dni   wcześniej.   Wciąż 
planował uczynić Rowlanda spadkobiercą (Julian szczycił się tym, że 
nigdy nie zmienia zdania), ale doszedł do wniosku, że należy utrzeć 
mu   nieco   nosa   i   pokazać,   że   są   inni,   bliżsi   krewni,   którym   może 
zostawić majątek, jeśli tylko zechce.

Tak więc pani Hartfield - bo chyba tak, niestety, musiał ją nazywać - i 

jej córka mogły przyjechać do jego posiadłości. Dziewczyna mogła się 
nawet   okazać   całkiem   przydatna.   Dotychczasowa   gospodyni,   pani 
Barden, była już dosyć stara i coraz częściej mówiła o wyjeździe do 
swojej córki. Gotów był więc pozwolić, by jego synowa i ta Merab - cóż 
to   za   imię!   -   przejęły   obowiązki   gospodyni   i   zarobiły   na   swoje 
utrzymanie.

Wszystko   wskazywało   na   to,   że   pani   Hartfield   nie   pociągnie   już 

długo,   jednak   jej   teść   miał   nadzieję,   że   Rowland   i   tak   zdąży   się 
przekonać, jak wielkie zagrożenie stanowi ona i jej córka.

Pan Hartfield wyprostował się i pociągnął za dzwonek.

Pani Barden nie mogła się wprost doczekać, kiedy znów wróci do 

kuchni.   Gdyby   nie   spora   tusza   i   wrodzona   godność,   zapewne 
pobiegłaby tam co sił w nogach.

-   Pomyśl   tylko!   Przyjeżdża   żona   pana   Jonathana   i   jego   dziecko!   - 

7

background image

zawołała, gdy tylko stanęła w drzwiach. - Och, to był taki miły chłopiec. 
Zawsze miał dla nas dobre słowo.

Poprawiła   niesforny   kosmyk   siwych   włosów   i   położyła   dłoń   na 

falujących gwałtownie piersiach.

Pan   Tilling,   ogrodnik,   który   przyniósł   właśnie   świeże   warzywa, 

spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Ciekawe, dlaczego to zrobił - powiedział, drapiąc się w głowę. - 

Przecież   nie   chciał   mu   przebaczyć   nawet   po   tym,   jak   zginął   pan 
Edmund. To nie ma sensu.

- Teraz też nie wita ich z otwartymi rękami - odparła pani Barden. - 

Kazał mi przygotować wschodni pokój i tę małą klitkę obok.

Farmer Willet skręcił z głównej drogi i wjechał w bogato zdobioną 

żelazną bramę.

- Jesteśmy na miejscu, drogie panie. To jest właśnie Hartfield Hall.
- Wygląda na nieco zaniedbane - zauważyła Merab, rozglądając się 

dokoła. Brama opleciona była bluszczem, a budka dla służby wymagała 
natychmiastowego remontu. Ogród porastała wysoka trawa i chwasty; 
kilka okien było zabitych deskami.

- Pan Hartfield nie jest zbyt rozrzutny, jeśli rozumie pani, co chcę 

przez   to   powiedzieć.   Trzeba   jednak   przyznać,   że   ziemia   nie   leży 
odłogiem, a pan Hartfield nie skąpi na nią grosza. Wszystkie potrzebne 
prace zawsze zrobione są na czas. Ale poza tym nie robi już nic więcej.

Pan Willet zamilkł nagle, przypomniawszy sobie, że mówi do wnuczki 

pana Hartfielda.

Kiedy wyjechali zza zakrętu, ujrzeli dom w całej okazałości. Był to 

skromny   budynek   z   szarego   kamienia,   wzniesiony   jeszcze   w 
poprzednim   stuleciu.   Jego   projektanci   starali   się   zachować   idealną 
symetrię; po obu stronach wysuniętego do przodu portyku znajdowały 
się trzy okna. Do drzwi frontowych prowadziły niewysokie kamienne 
stopnie,   zabezpieczone   półkolistą   balustradą.   Merab   zauważyła,   że 
trawnik przed wejściem jest starannie przystrzyżony. Choć trudno jej 
było znaleźć jakieś jaskrawe przykłady zaniedbania, miała wrażenie, że 
nikt się o ten dom nie troszczy. Być może dlatego, że w pobliżu nie rósł 

8

background image

ani   jeden   krzak   róży,   ani   jedno   kłącze   winorośli   nie   mąciło   szarej 
monotonii surowych kamiennych ścian.

Pan Willet zatrzymał wóz, zeskoczył na ziemię i zapukał do drzwi. 

Potem pomógł obu damom zsiąść z wozu i zdjął ich bagaże.

Drzwi frontowe otworzyły się gwałtownie i na kamiennych schodkach 

ukazała się pani Barden. Merab i pani Hartfield wymieniły zdumione 
spojrzenia. Kim jest ta kobieta? I dlaczego pan Hartfield nie wyszedł się 
z nimi przywitać?

- Jestem Abigail Hartfield - oświadczyła starsza dama z godnością. - A 

to moja córka. Mam nadzieję, że ktoś nas tu oczekuje.

Pani Barden dygnęła z szacunkiem.
- Nazywam się Barden, proszę pani. Jestem tutaj gospodynią. Pana 

Hartfielda nie ma w tej chwili w domu i wróci późno. Proszę wejść.

Odwróciła się do Merab, która przyglądała jej się z zainteresowaniem. 

Gospodyni nie miała wątpliwości, że ta dziewczyna jest córką wdowy 
po Jonathanie.

- Panno Hartfield, zapraszam do środka - powiedziała. - Wszyscy tu 

bardzośmy lubili pana Jonathana, a pani jest do niego taka podobna... - 
Pan Jonathan też był w młodości tak uroczo niezgrabny, pomyślała.

Merab rozpromieniła się.
- Mój ojciec był bardzo przystojny - oznajmiła ze śmiechem. - Wątpię, 

czy kiedykolwiek mu dorównam.

- Kiedy miał mniej więcej tyle lat, co pani, był wysoki i chudy; sama 

skóra i kości, jak źrebak - powiedziała pani Barden, pozwalając sobie na 
lekki uśmieszek.

- W takim razie jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja - odparła Merab. - 

Biedna   Mama   całkiem   się   już   poddała.   Myślała,   że   będę   szczupła, 
delikatna i drobna tak jak ona, a zamiast tego dochowała się takiej 
żyrafy.

- Nonsens, moja droga. - Tym razem uśmiechnęła się pani Hartfield. - 

Jestem bardzo dumna z mojej wysokiej córki. Dziękujemy pani za miłe 
powitanie, pani Barden. Jestem pewna, że nie zrozumie mnie pani źle, 
jeśli powiem, że nie wiedziałyśmy, czego się spodziewać.

Pani Barden zaprowadziła obie damy na górę i pokazała im pokoje. 

9

background image

Nim się pożegnała, zapewniła panią Hartfield, że jedna ze służących 
przyniesie jej kolację na tacy i butelkę z ciepłą wodą do ogrzania łóżka.

- Bo widzę, że jest pani już porządnie zmęczona i pewnie z chęcią 

położyłaby się pani do łóżka. - Potem pani Barden odwróciła się do 
Merab i oświadczyła już mniej radosnym tonem: - Pan Hartfield prosił, 
by zjadła pani z nim dzisiaj kolację, panno Merab. Zazwyczaj jada o 
wpół do siódmej, więc przyjdę tutaj i zaprowadzę panią na dół jeszcze 
przed gongiem.

- Dzię...dziękuję pani, pani Barden - wyjąkała Merab.
- Biedne dziecko - powiedziała pani Barden do pana Tillinga, kiedy 

powróciła już do kuchni. Ogrodnik został tu wezwany, by pomóc przy 
wnoszeniu bagaży obu dam na górę. - Powiadam ci, zbladła jak ściana. 
I wcale się jej nie dziwię.

Tymczasem Merab pomogła matce rozpakować bagaże, a kiedy już 

podała jej krople i była pewna, że niczego jej nie brakuje, przeszła do 
swego pokoju. Obejrzawszy szybko niewielkie pomieszczenie, podeszła 
do małej toaletki, by przejrzeć się w lustrze. To, co ujrzała, wcale nie 
napełniło jej odwagą. Wyglądała blado, miała ciemne kręgi pod oczami 
i - o zgrozo! - krostkę na samy środku brody. Sukienka była pomięta i 
przykurzona po podróży, a pończochy ochlapane błotem.

Przynajmniej temu ostatniemu mogła zaradzić. Pogrzebała w kufrze 

ze swoimi ubraniami i odszukała parę czystych pończoch, pantofle na 
wieczór,   czysty   kołnierzyk   i   parę   mankietów.   W   kącie   pokoju   na 
żelaznej podstawce stała miednica, w której służąca zostawiła trochę 
wody. Merab umyła dłonie i twarz. Woda była zimna, lecz przyjemna i 
dziewczyna   poczuła   się   nieco   pewniej.   Potem   przyczesała   niesforne 
włosy   i   zrobiła   wszystko,   co   w   jej   mocy,   by   wyglądać   schludnie   i 
elegancko. Niestety, nie mogła poradzić nic na tę przeklętą krostkę. Nie 
zdawała sobie sprawy, że jej szczupła twarz zdradzała nieprzeciętną 
inteligencję,   a   wielkie   ciemne   oczy   stanowiły   obietnicę   przyszłej 
piękności.

Zostało jeszcze dziesięć minut do kolacji, więc Merab przysiadła na 

skraju łóżka i rozejrzała się dokoła. Nie miała złudzeń co do tego, że 
traktuje się je tutaj jak ubogie krewne. Co prawda łóżko wyglądało 

10

background image

całkiem przyzwoicie - Merab stwierdziła, że jest dość miękkie i równe - 
lecz   wszystko   inne   przypominało   przypadkową   zbieraninę   starych 
mebli, które dopiero co ściągnięto ze strychu - i tak było w istocie. 
Toaletka, na przykład, z pewnością dni największej świetności miała 
już za sobą. Mahoniowa komoda o zaokrąglonych kształtach musiała 
być niedawno wypolerowana, gdyż dziewczyna czuła jeszcze zapach 
wosku, jednak zaledwie kilka uchwytów pasowało do całości. Zasłony 
z pewnością szyte były na całkiem inne okno, a zniszczony dywan 
został nieudolnie załatany w jednym z rogów.

Z drugiej strony, tłumaczyła sobie Merab, pani Barden traktowała je 

bardzo uprzejmie, a dopóki matka miała odpowiednią opiekę, nie było 
większych powodów do narzekań. Wspominanie tego, co było, albo 
tego,   co   mogło   być,   nie   miało   najmniejszego   sensu.   Dokonała 
najlepszego   z  możliwych   wyborów,  a  teraz  musiała  to  jak   najlepiej 
wykorzystać, na dobre czy na złe. Jak to mawiała panna Goodison w 
szkole?   „Trzeba   być   ponad   to,   dziewczęta!”   No   cóż,   spróbuje   być 
ponad to.

Tuż przed wpół do siódmej pani Barden zapukała do drzwi.
- Zaprowadzę panią na dół, panno Merab - powiedziała. Spojrzała z 

aprobatą na dziewczynę. Zauważyła, że umyła się, wyczyściła ubranie i 
zrobiła wszystko, co w jej mocy, by przypodobać się swemu dziadkowi. 
Nie daj Boże, by pan Hartfield miał jeden z tych swoich okropnych 
humorów. - Pan Hartfield czeka w bibliotece.

Kiedy   Merab   weszła   do   biblioteki,   ujrzała   wysokiego   siwego 

mężczyznę   ubranego   w   skórzane   bryczesy.   Starzec   nosił   przy-
pudrowaną   perukę   z   zeszłego   wieku,   jego   twarz   była   szczupła   i 
pomarszczona, a pod krzaczastymi brwiami lśniły zimne szare oczy. 
Cała twarz była sztywna i ponura, jakby nigdy nie padał na nią blask 
słońca.

Jako dziecko Merab uwielbiała słuchać opowieści ojca z czasów jego 

młodości. Ze szczególną przyjemnością, zmieszaną jednak z odrobiną 
strachu,   wsłuchiwała   się   w   historie   o   atakach   strasznego,   zimnego 
gniewu, w jaki wpadał jej dziadek, Wydawał jej się wtedy straszniejszy 
od trolli, gdyż nie można go było przechytrzyć. Teraz przekonała się, że 

11

background image

jej ojciec ani odrobinę nie przesadzał. Merab poczuła nagle, że opuszcza 
ją   wszelka   odwaga,   jej   dłonie   stały   się   zimne   i   niezręczne.   Wzięła 
głęboki oddech, podeszła bliżej i dygnęła grzecznie.

- Dobry wieczór, sir.
Zimne   oczy   zmierzyły   ją   od   góry   do   dołu.   Jeśli   niezwykłe 

podobieństwo do nieżyjącego syna wzruszyło starca, nie okazał tego w 
żaden sposób.

- Merab. Cudzoziemskie imię. Merab wyprostowała się.
- To imię biblijne - odparła, urażona. - Merab była księżniczką, córką 

króla Saula. Zostałam tak nazwana na cześć siostry mojej mamy, która 
umarła bardzo młodo.

Dziewczyna podniosła dumnie głowę. Postanowiła już wcześniej, że 

będzie   uprzejma   i   miła,   by   dziadek   nie   mógł   zarzucić   niczego   jej 
manierom. Nie znaczyło to jednak, by miała pozwolić się zastraszyć i 
upokorzyć.

Pan Hartfield rzucił jej gniewne spojrzenie, nie powiedział już jednak 

nic, tylko wskazał, by jako pierwsza weszła do jadalni.

Ta   kolacja   była   jednym   z   najdziwniejszych   posiłków,   jakie   Merab 

kiedykolwiek spożyła. Dziadek siedział w absolutnej ciszy i ani razu 
nie   poczęstował   jej   winem,   choć   sam   obficie   się   nim   raczył.   Sama 
jadalnia   była   bardzo   dużym   pomieszczeniem,   a   przy   wielkim   stole 
mogły zasiąść co najmniej dwa tuziny ludzi. Srebrna zastawa opatrzona 
była herbem Hartfieldów, a porcelana była o wiele ładniejsza i lepsza 
od naczyń, z których Merab jadała w domu. Większa część pokoju 
ginęła w ciemnościach, gdyż pan Hartfield najwyraźniej nie zamierzał 
marnować   świeczek.   Używał   tylko   dwóch   świeczników,   z   których 
jeden stał przed Merab, drogi zaś przed nim samym, po drugiej stronie 
stołu.

Pod koniec posiłku pan Hartfield pociągnął za dzwonek; po chwili w 

jadalni ukazała się pani Barden.

- Pani Barden, od dzisiaj panna Hartfield będzie jadać na górze, razem 

ze swoją matką. Mogę się doskonale obejść bez jej towarzystwa. Obie 
panie mogą korzystać ze starego salonu mojej żony. - Starzec odwrócił 
się do Merab i rzekł: - A ty, wymoczku, lepiej nie wchodź mi w drogę.

12

background image

Bohaterki romantycznych powieści w podobnych sytuacjach podbijają 

swym   wrodzonym   wdziękiem   i   czarem   serca   najbardziej   nawet 
antypatycznych   i   gburowatych   krewnych;   jakby   za   dotknięciem 
czarodziejskiej różdżki w pobliżu pojawiają się młodzi mężczyźni, a 
utraceni niegdyś krewni wracają nagle do kraju i obsypują pieniędzmi 
ubogą kuzynkę.

Nic podobnego nie przydarzyło się Merab. Jej matka umarła cichutko 

niecały rok później. Merab zajęła w końcu miejsce pani Barden i przy 
pomocy   pana   Camberwella,   prawnika   rodziny   Hartfieldów,   zdołała 
wynegocjować   roczne   wynagrodzenie   w   wysokości   dwudziestu 
funtów - połowę tego, co jej dziadek płacił pani Barden.

Przez pierwsze osiemnaście lat swego życia Merab była uwielbianym 

przez rodziców, rozpieszczanym dzieckiem. Teraz nagle musiała radzić 
sobie zupełnie sama. Osoba o słabszym charakterze mogła zupełnie 
stracić ducha, mając przed sobą wizję zamknięcia w wielkim wiejskim 
domu, w towarzystwie swarliwego starca. Merab postanowiła jednak - 
czym   dowiodła,   że   jest   nieodrodną   córką   swego   ojca   -   że   pomimo 
niechęci   dziadka   sama   stworzy   sobie   warunki,   które   pozwolą   jej 
prowadzić satysfakcjonujący żywot.

Wciągnęła w swój plan ogrodnika.
- Panie Tilling - powiedziała pewnego dnia, wkrótce po tym, jak pani 

Barden zrezygnowała z posady i wyjechała do swej córki. - Chciałabym 
hodować kury. Mam nadzieję, że będzie mi pan służył radą.

Tilling pokręcił głową.
- Pan Hartfield nie pozwoli na to.
- Nie zamierzam prosić go o pozwolenie - odparowała Merab. - Wie 

pan równie dobrze jak ja, że on nie zgodziłby się na nic, co mogłoby mi 
dać choć odrobinę pieniędzy.

Postanowiła, że jeśli już musi zostać gospodynią, będzie zawsze stać 

po   stronie   służby,   a   to   z   zasady   wykluczało   ślepe   posłuszeństwo   i 
lojalność względem dziadka. Lojalność, w pojęciu Merab, była czymś, 
na co każdy musi sobie zasłużyć.

Tilling spojrzał na nią z respektem.

13

background image

- Stara pani Hartfield trzymała kury - przyznał wreszcie. - Za ogrodem 

od strony kuchni.

- Może mi pan pokazać to miejsce?
Po drodze Merab wyjawiła ogrodnikowi swój plan.
- Wioska znajduje się w opłakanym stanie. Jest tylko jedna studnia. 

Niektóre chaty są okropnie zawilgocone i nie ma tu żadnej szkoły. Coś 
trzeba z tym zrobić, ale zdaję sobie sprawę, że dziadek nie ruszy nawet 
palcem.   Jednak   gdybym   zdołała   zarobić   trochę   grosza   dzięki   tym 
kurom, mogłabym kupić choćby podstawowe lekarstwa.

- Powinna pani porozmawiać z farmerem Willetem - podsunął Tilling. 

-   On   jeździ   co   tydzień   na   targ   i   na   pewno   zgodziłby   się   wziąć 
dodatkowy koszyk jajek czy nawet warzyw.

Ogrodnik mrugnął porozumiewawczo, bo warzywa należały przecież 

do pana Hartfielda.

Merab   uśmiechnęła   się   w   odpowiedzi.   Zamierzała   rozszerzyć   swą 

działalność na tyle, na ile tylko było to możliwe, toteż świadomość, że 
Tilling stoi po jej stronie, napawała ją otuchą.

Dwa tygodnie później, kiedy kurnik został już zreperowany, Merab 

rozpoczęła hodowlę kur i po jakimś czasie zdołała zapewnić sobie stały 
dochód ze sprzedaży jaj. Wszystkie pieniądze przeznaczała na potrzeby 
wioski, szybko jednak odkryła, że wymaga to sporej pomysłowości, 
gdyż jej dziadek, który uważał takie postępowanie za niedopuszczalne 
„rozpieszczanie wieśniaków”, gdyby się o tym dowiedział, na pewno 
stanowczo zabroniłby jej rozdawać pożywne zupy i lekarstwa chorym 
mieszkańcom wioski. Na szczęście oni także byli w pełni świadomi, że 
jej działalność musi pozostać w ukryciu, i pan Hartfield nigdy nawet 
nie podejrzewał, co dzieje się pod jego bokiem.

Dziadek Merab żył jeszcze przez siedem lat i do samej śmierci był 

zimny i nieustępliwy. Przez pierwsze pięć lat, kiedy wciąż mógł się 
ruszać, wyjeżdżał od czasu do czasu do Londynu, gdzie spotykał się na 
lunchu w swoim klubie z młodym kuzynem Rowlandem, wzywanym 
specjalnie na tę okazję ze swojej posiadłości w Wiltshire.

Te   spotkania   nie   sprawiały   jednak   panu   Hartfieldowi   większej 

przyjemności. Co prawda Rowland nie był już tak radykalny w swych 

14

background image

poglądach jak kilka lat wcześniej - a przynajmniej miał na tyle taktu, by 
nie   okazywać   tego   zbyt   ostentacyjnie   -   pozostał   jednak   ma   tyle 
zuchwały,   że   zbudował   szkołę   w   swojej   wiosce   i   wciąż   chciał 
kandydować do parlamentu z listy partii reformatorów.

- Przeklęty głupiec! - powiedział pan Hartfield do Merab, kiedy wrócił 

już do domu. - Na szczęście nie zajdzie zbyt daleko. Posiadłość Merryn 
Park   nie   jest   w   stanie   dać   więcej   niż   tysiąc   pięćset   funtów   zysku 
rocznie,   pomimo   tych   wszystkich   nowomodnych   metod   upraw,   a 
wejście do parlamentu będzie go kosztowało co najmniej kilka tysięcy.

Po śmierci Abigail, pan Hartfield, choć niechętnie, pozwolił Merab 

dołączyć do grona dorosłych i co jakiś czas jadał z nią wspólnie kolację. 
Merab   zauważyła,   że   nigdy   nie   był   specjalnie   zadowolony   z   jej 
towarzystwa, jednak tylko ona mogła spełniać rolę publiczności, której 
skarżył się na bezeceństwa Rowlanda, a przy tym mógł droczyć się z 
nią, wspominając co jakiś czas o dziedzicu posiadłości Hartfield.

-   Może   znajdzie   jakiegoś   mecenasa   -   zauważyła   rozsądnie   Merab. 

Wysłuchiwała opowieści o niegodziwościach Rowlanda od dnia, gdy 
zaczęła jadać przy jednym stole z dziadkiem, i żywiła pewną sympatię 
dla swego nieznanego kuzyna.

- Nie będzie robił tego za moje pieniądze - warknął dziadek. - I nie 

myśl   sobie,   że   to   znaczy,   że   zostawię   je   tobie,   wymoczku.   Oddam 
wszystko na cele dobroczynne.

Merab milczała. Słyszała to już wiele razy, a poza tym nie do końca 

mu wierzyła. Choć starzec ciskał pioruny gniewu na swego kuzyna, 
przy okazji następnej podróży do Londynu znów się z nim spotykał. 
Merab   odważyła   się   kiedyś   zauważyć,   że   chętnie   poznałaby   swego 
kuzyna, jednak pan Hartfield nigdy nie zapraszał Rowlanda do siebie, 
zapewne z czystej złośliwości względem wnuczki.

Jedną   z   jaśniejszych   stron   życia   Merab   była   znajomość   ze   szkolną 

przyjaciółką   Amelią,   która   poślubiła   sir   Thomasa   Wincantona   i 
mieszkała teraz w Bath. Od czasu do czasu Merab mogła ją odwiedzać 
dzięki uprzejmości sir Thomasa, który przysyłał po nią powóz. Kiedy 
Merab po raz pierwszy wybierała się do Bath, pan Hartfield ostro się 
temu sprzeciwiał.

15

background image

-  Masz tutaj   pracę, moja   panno,  nie zapominaj   o tym  -  grzmiał. - 

Wycieczka do Bath, jeszcze czego! Nie, nie ma mowy!

- Lady Wincanton często namawiała mnie, bym u niej zamieszkała, sir 

- odparła Merab. - Teraz, gdy mama już nie żyje, może wolałby pan, 
bym się tam przeniosła?

Było to dość ryzykowne posunięcie ze strony Merab. Choć bardzo 

kochała   Amelię,   nie   chciałaby   wykorzystywać   jej   dobrego   serca,   a 
wiedziała, że sir Thomas na pewno nie zgodziłby się przyjmować od 
niej   jakichkolwiek   pieniędzy.   Dziadek   z   kolei   wolał   się   dobrze 
namyślić, nim dobrowolnie pozbawił się pięćdziesięciu funtów rocznie 
i   dobrej   gospodyni,   której   płacił   zaledwie   dwadzieścia   funtów.   Po 
chwili odburknął więc tylko:

- Zgoda, możesz jechać.
Po powrocie Merab dowiedziała się, że dziadek obniżył jej płacę.
Niechęć   pana   Hartfielda   do   wnuczki   nie   słabła   ani   drobinę   - 

prawdopodobnie   wzmagał   ją   jeszcze   fakt,   że   zawsze   gdy   objeżdżał 
swoją posiadłość, zewsząd słyszał pochwały na cześć Merab.

- Jak się czuje panna Merab? - pytali chłopi.
Pewna  stara  kobieta,  która  od dawna  narzekała na  cieknący  dach, 

powiedziała do pana Hartfielda:

-   Mam   nadzieję,   że   panna   Merab   miewa   się   dobrze,   sir.   Kiedy 

przychodzi tutaj, to tak, jakby samo słońce wchodziło pod mój dach.

Starzec   ignorował   wszystkie   te   pochwały.   Po   powrocie   do   domu 

powiedział do wnuczki:

-   Nie   pozwolę,   żebyś   rozpieszczała   wieśniaków,   moja   panno.   To 

banda nierobów. Co robiłaś u starej pani Lane, hę?

- Czytałam jej Biblię, sir - odparła Merab. Przyniosła także staruszce 

owoce z sadu pana Hartfielda i lekarstwo na reumatyzm, o tym jednak 
nie wspomniała.

Życie na wsi służyło jej dobrze przynajmniej pod jednym względem. 

Kiedy przyjechała do Hartfield Hall, była chudą, kościstą dziewczyną, 
której twarz pokrywały często młodzieńcze pryszcze. W miarę upływu 
lat jej figura stała się pełniejsza. Dzięki długim spacerom po okolicy 
poruszała się lekko i elegancko, a czyste powietrze oczyściło jej cerę.

16

background image

- Taka z niej ładna dziewczyna - mówiła pani Barden do Tillinga. - Ma 

cudowną skórę i piękne oczy. Ale kto ją tutaj widzi?

Kiedy Merab miała dwadzieścia sześć lat, los sam odpowiedział na to 

pytanie. Kilka lat wcześniej pan Hartfield miał wylew, i Merab przy 
pomocy prawnika rodziny Hartfieldów, pana Camberwella, stopniowo 
przejmowała   coraz   więcej   obowiązków   związanych   z   utrzymaniem 
posiadłości. Dziadek wcale nie polubił jej przez to bardziej, ale chcąc 
nie chcąc musiał uznać, że robi to dobrze. Dzięki temu Merab mogła 
przynajmniej   wpłynąć   bardziej   na   poprawę   sytuacji   mieszkańców 
wioski. Niestety, oznaczało to także, że nie mogła odwiedzać Amelii w 
Bath.

Wreszcie szóstego grudnia 1816 roku po drugim wylewie i tygodniu 

bezsennych nocy dla Merab, Julian Hartfield zmarł, nie kochany i nie 
opłakiwany przez nikogo.

Kiedy już było po wszystkim, Merab stała obok łóżka i patrzyła na 

nieruchome ciało, na twarz, która była równie zimna i bezduszna po 
śmierci, jak i za życia. Jestem wolna, pomyślała Merab. Ale te słowa nic 
teraz   dla   niej   nie   znaczyły.   Czuła   jedynie   ogromne   zmęczenie   i 
znużenie.

Pan Camberwell przyjechał do Hartfield Hall jeszcze tej samej nocy i 

dopilnował, by zamieszczono wiadomość o śmierci pana Hartfielda w 
gazetach, a sam napisał do Rowlanda Sandiforda, informując go o dacie 
pogrzebu.

Merab   z   zainteresowaniem   oczekiwała   przybycia   Rowlanda.   Jego 

młodzieńczy   zapał   zawsze   jej   się   podobał   i   zakładała,   że   człowiek, 
który tak bardzo dba o edukację mieszkańców swej wioski i o prawa 
biednych   ludzi,   sam   także   musi   być   sympatyczny.   Kiedy   usłyszała 
nadjeżdżający   powóz,   podekscytowana   wybiegła   na   zewnątrz,   by 
przywitać tak długo oczekiwanego gościa.

Z   karety   wyszedł   wysoki,   elegancki   mężczyzna   w   wieku   około 

dwudziestu dziewięciu lat. Serce Merab zabiło nagle mocniej, gdyż ku 
swemu zdumieniu ujrzała, że młody mężczyzna ma takie same ciemne 
kręcone włosy jak ona. Potem Rowland odwrócił głowę w jej stronę, a 
wtedy ciepłe słowa powitania zamarły na ustach Merab - poza włosami 

17

background image

pan Sandiford był uderzająco podobny do jej dziadka, miał taki sam 
wąski nos i zimne oczy. Spojrzał na nią obojętnie i spytał:

- A kimże pani jest?
- M... Merab Hartfield - wykrztusiła.
- Nie wiedziałem, że Julian miał jakieś nieślubne dzieci.
Merab zaczerwieniła się.
-   Jestem   córką   Jonathana   Hartfielda,   sir,   a   nie   żadnym   bękartem. 

Chyba słyszał pan o mnie?

Rowland zmierzył ją zimnym spojrzeniem.
- Nigdy.
Widziała, jak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Nie czekając na 

odpowiedź,   odwrócił   się   i   wszedł   do   domu.   Merab,   urażona   i 
rozczarowana, powoli ruszyła w jego ślady.

Przez cały dzień sytuacja nie zmieniła się. Rowland traktował ją z 

lodowatą uprzejmością i nie pozwalał sobie niczego wytłumaczyć.

Nim   nadszedł   czas   pogrzebu,   Merab   była   wyczerpana.   Ponieważ 

damy nie chodziły na pogrzeby, Merab została w domu. Przygotowała 
herbatę i ciastka w jadalni i czekała, aż pan Camberwell i jej kuzyn 
wrócą z cmentarza, by oficjalnie odczytać testament.

Merab   starała   się   nie   martwić   zbytnio,   ale   oczywiście   nie   mogła 

przestać myśleć o tym, co stanie się z jej pięćdziesięcioma funtami. W 
chwilach   optymizmu   łudziła   się   nadzieją   na   jakiś   drobny   spadek. 
Kuzyn Rowland naturalnie odziedziczy całą posiadłość, ale czy ona nie 
dostanie   też   jakiejś   drobnej   sumy?   Tysiąc   funtów   zmieniłoby 
nieustanną   walkę   o   utrzymanie   się   na   powierzchni   w   wygodne   i 
bezpieczne życie. Dziadek powiedział kiedyś w przypływie słabości: 
„Dopilnuję, żebyś miała z czego żyć”, i uśmiechnął się posępnie. Merab 
nie ośmieliła się nigdy zapytać, co miał na myśli.

Z   oddali   dobiegł   turkot   kół   powracającej   karety.   Merab   zaczęła 

zapalać świece, gdyż krótki grudniowy dzień zbliżał się już do końca. 
Służąca   poszła   otworzyć   drzwi.   Po   chwili   do   pokoju   wszedł   pan 
Camberwell z walizeczką w dłoni. Tuż za nim szedł Rowland. Prawnik 
powiedział   kilka   słów   o   pogrzebie,   ale   Rowland   milczał.   Nieco 
onieśmielona Merab poprosiła, by obaj panowie usiedli, i zadzwoniła 

18

background image

po herbatę.

Kiedy w drzwiach pojawiła się służąca z tacą, Merab zapytała:
- Herbaty, panie Camberwell? Panie Sandiford? - Nie ośmieliła się 

mówić do niego „kuzynie Rowlandzie”.

-  Dziękuję,  panno  Hartfield  -  odparł pan  Camberwell,  nadaremnie 

czekając,   aż   młodszy   mężczyzna   przemówi   pierwszy.   -   Z 
przyjemnością wypiję filiżankę gorącej herbaty.

Kiedy opróżnili już filiżanki i zjedli kilka owocowych ciasteczek, pan 

Camberwell powiedział:

-   Pani   pozwoli,   panno   Hartfield,   że   przejdę   teraz   do   odczytania 

testamentu.

- Na miłość  boską, miejmy to  już  za sobą - odezwał się Rowland 

chrapliwym głosem.

Merab spojrzała na niego ze zdumieniem. Przecież chyba wiedział, że 

to on ma dziedziczyć?

Pan Camberwell poczekał, aż służąca sprzątnie ze stołu, potem wyjął 

jakieś papiery, założył okulary, odchrząknął i oznajmił:

- Muszę państwa zapewnić, że pan Hartfield sporządził ten testament 

wbrew moim radom. Jednak jest on całkowicie zgodny z prawem i 
ważny.

Nagle w pokoju zrobiło się bardzo zimno. „O mój Boże - pomyślała 

Merab - więc on naprawdę zapisał wszystko na cele dobroczynne”.

Dokument datowany był na zeszły rok, dokładnie kilka dni po tym, 

jak pan Hartfield przeszedł pierwszy wylew. Pierwsza strona dotyczyła 
rutynowych spraw związanych z odprawą służących oraz emeryturą 
dla pana Tillinga i pani Barden. Niewielka kwota została przeznaczona 
na kościół parafialny, a miejscowy pastor i jego żona dostali po dziesięć 
gwinei   każde.   Tysiąc   funtów   Merab   zostało   oddane   do   jej   pełnej 
dyspozycji. Merab przymknęła oczy, dziękując Bogu.

Potem pan Camberwell odchrząknął i przeczytał:
-   Przekazuję   mój   cały   majątek   i   cały   kapitał   mojemu   kuzynowi 

Rowlandowi Sandifordowi z Merryn Park w hrabstwie Wiltshire pod 
warunkiem,   że   w   przeciągu   sześciu   miesięcy   od   daty   mej   śmierci 
poślubi moją wnuczkę, pannę Merab Elizę Hartfield z Hartfield Hall, 

19

background image

hrabstwo Gloucestershire. Jeśli którakolwiek ze stron nie zgodzi się na 
tenże   warunek,   cały   mój   majątek   ma   być   podzielony   pomiędzy 
Towarzystwo   Wspierania   Wdów   i   Sierot   oraz   Fundusz   Królowej 
Charlotte dla Biednych Marynarzy.

Merab czuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
- Czy mój dziadek oszalał? - spytała cicho. - Przecież to jest... to jest 

skandaliczne!

Rowland podniósł się z krzesła.
-   Bardzo   ładnie   -   uśmiechnął   się   szyderczo.   -   Widzę,   że   to   pani 

sprawka. Nie tylko pilnowała pani dla siebie majątku, ale przy okazji 
chciała sobie upolować męża! - Zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem, 
jakby jej pocerowana czarna sukienka, niemodna fryzura i blada cera 
budziły w nim odrazę.

- Jak pan śmie!
-   Panie   Sandiford...   -   zaczął   pan   Camberwell,   skonsternowany.   - 

Naprawdę, nie mogę pozwolić na to, by... 

Rowland przerwał mu gniewnym głosem:
- Och, mam dość odwagi, by mówić prawdę, kiedy jest tak oczywista. - 

Zwrócił   się   do   Merab.   -   Proszę   spojrzeć   na   siebie   -   zaniedbane 
bezguście pod trzydziestkę. Jak inaczej mogłaby pani zdobyć męża? To 
wszystko pani sprawka!

Merab była tak wściekła, że jej głos drżał lekko, gdy przemówiła:
- Gdyby zastanowił się pan choć przez moment, choć nie wiem, czy 

jest   pan   w   stanie   zrobić   cokolwiek,   co   wymaga   myślenia   -   mówiła 
lodowatym tonem - przypomniałby pan sobie z pewnością, że przez 
całe życie mój dziadek nie uczynił nic prócz tego, co sam chciał robić. 
Nie tylko więc po raz pierwszy słyszę o tym niedorzecznym pomyśle, 
ale   powiem   panu   od   razu,   że   nie   chcę   mieć   nic   wspólnego   z   tak 
wstrętnym spiskiem! - Odwróciła się do pana Camberwella. - Myślę, że 
może pan powiadomić obie wymienione instytucje o niespodziewanej 
darowiźnie, jaką otrzymały od mojego dziadka.

To powiedziawszy wstała, odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.

2

Panna Kitty Parminster, jedyna córka sir Johna i lady Parminster z 

20

background image

Parminster   Hall   w   hrabstwie   Wiltshire,   której   błękitne   oczy   i   rude 
loczki doprowadzały do szaleństwa wszystkich młodych mężczyzn w 
promieniu   dwudziestu   pięciu   mil,   wypiła   łyk   porannej   kawy   i 
powiedziała:

- Papo, przez cały ranek milczysz jak zaklęty! Co takiego ciekawego 

widzisz w tej okropnej gazecie?

Sir John złożył gazetę i podał ją córce.
- Tutaj, panno ciekawska. Stary Julian Hartfield nie żyje.
Panna Parminster szeroko otworzyła swe błękitne oczy.
- Stary kuzyn Rowlanda? Ten, który ma mu zostawić majątek?
-   Ten   sam.   -   Pan   Parminster   zmierzył   swą   córkę   surowym 

spojrzeniem. - Posłuchaj, Kitty, wiem, że ten chłopak ci się podoba, a on 
sam dał już dość wyraźnie do zrozumienia, czego chce, ale dopóki nie 
dowiemy się, jak brzmi testament, nie pozwolę, by sprawy posunęły się 
choć o drobinę dalej.

Majątek   Parminsterów   graniczył   z   Merryn   Park,   a   sir   John   znał 

Rowlanda od czasu, gdy ten był dzieckiem, i bardzo go lubił. Jednak 
Sandifordowie nie byli dla niego dość bogaci, gdyż dziadek Rowlanda 
zostawił majątek obciążony sporymi długami.

Kitty wydęła usta.
- Ależ, papo, ja mam swoje pieniądze, wiesz o tym.
- Zrozum, nie mam nic przeciwko Rowlandowi, chociaż jego poglądy 

polityczne   to   stek   bzdur,   ale   z   twoim   posagiem,   z   dziesięcioma 
tysiącami funtów, możesz sięgać znacznie wyżej niż Sandiford. Jego 
majątek nie daje więcej dochodu niż tysiąc pięćset funtów rocznie.

- Ale ja go kocham! - W oczach Kitty natychmiast pojawiły się łzy, 

które zawisły na końcach rzęs.

- To całkiem możliwe. Ale ty, Kitty, jesteś rozrzutną pieszczoszką, a 

gdybyś została żoną Rowlanda Sandiforda, nie mogłabyś żyć dalej w 
ten sposób.

Kitty podniosła dumnie głowę.
- Rowland nie odmówiłby mi niczego!
- Jeśli nie chciałby wylądować na ulicy, musiałby powiedzieć „nie” - 

odparł sir John stanowczo. - Być może mogłabyś sobie pozwolić na 

21

background image

miesięczne wakacje w mieście, ale nie stać by cię było na te wszystkie 
kosztowne drobiazgi, które wyciągasz z mojej kieszeni, moja droga.

Kitty uśmiechnęła się lekko. Mogła sobie owinąć wokół palca każdego 

mężczyznę,   wiedziała   o   tym.   Zawsze   postępowała   tak   ze   swoim 
drogim papą i nie widziała powodu, dla którego nie miałaby zrobić 
tego samego z mężem.

-   Jeśli   majątek   starego   Hartfielda   zostanie   wyceniony   na   jakieś 

dwadzieścia tysięcy funtów i przejdzie w ręce Rowlanda, to co innego - 
mówił dalej sir John. - Oczywiście, połowę musi przepisać na ciebie, a 
resztę może zużyć na poprawianie swojej własnej posiadłości. Zawsze 
mówił   przecież,   ile   to   pieniędzy   trzeba   włożyć   w   Merryn   Park. 
Osobiście uważam, że pobiera o wiele za niskie opłaty za dzierżawę. 
Powinien wycisnąć więcej pieniędzy z tych prostaczków, takie jest moje 
zdanie.   Poza   tym,   chciał   się   zająć   polityką,   to   kosztuje.   Oczywiście 
będzie musiał z tego zrezygnować. No cóż, przekonamy się wkrótce. 
Na razie nie będę się z niczym spieszył.

Kitty zmarszczyła swe śliczne czoło i pochyliła się nad filiżanką z 

kawą. Tato potrafił czasem być taki niemądry. Przecież ona nigdy nie 
pokocha kogoś innego. Rowland był taki przystojny; uwielbiała jego 
ciemne, kręcone i niesforne włosy, uwielbiała gdy patrzył na nią czule 
tymi   swoimi   szarymi   oczami,   a   ze   szczególną   przyjemnością 
wspominała te dwa czy trzy pocałunki, które wydarł jej ukradkiem 
(naturalnie papa o niczym nie wiedział). Przez chwilę lub dwie łzy 
znów napływały jej do oczu, ale potem poweselała. Jechała dzisiaj na 
herbatkę do swojej przyjaciółki, Lavinii Heslop, która miała naprawdę 
wspaniałego brata i który to brat był właśnie na przepustce z wojska. 
Kiedy spotkała go ostatnio, porucznik Heslop był najwyraźniej pod 
wrażeniem i Kitty wprost płonęła z ciekawości, czy i tym razem jego 
reakcja będzie podobna.

Nalała   sobie   jeszcze   trochę   kawy   i   uśmiechnęła   się   do   swych 

wspomnień.

Tymczasem   w   pobliskiej   parafii   wielebny   George   Heslop   także 

dostrzegł wiadomość o śmierci pana Hartfielda i pokazał ją swej żonie.

- Przypuszczam, że Sandiford wkrótce ogłosi swoje zaręczyny z Kitty - 

22

background image

zauważył.

Jego żona parsknęła lekceważąco.
- Przyznam, że nie mogę pojąć, co on w niej widzi - powiedziała. - Na 

pewno   Kitty   jest   śliczniutka,   ale   zawsze   uważałam   Sandiforda   za 
rozsądnego człowieka.

- Sandiford nie będzie pierwszym mężczyzną, który poślubi ładną, ale 

zupełnie nieodpowiednią dla siebie kobietę. Popatrz tylko na Delilah.

- Delilah! - Powtórzyła jego żona z pogardą. - Wszyscy wiemy, że 

Rowland ma polityczne ambicje, a Kitty by wszystko zepsuła! Wątpię, 
czy ona odróżnia jedną partię polityczną od drugiej. Ma zupełnie pusto 
w głowie i po kilku latach doprowadziłaby go do ruiny.

Lavinia, myślała z wdzięcznością żona pastora, na pewno nie jest taka 

ładna, ale ma też znacznie milsze usposobienie.

- Może małżeństwo z Sandifordem pozwoli jej się ustatkować - odparł 

pastor łagodnie.

Pani   Heslop   zauważyła   ze   złością,   że   choć   takie   poglądy   bardzo 

dobrze świadczą o jego chrześcijańskiej miłości do bliźniego, to w jej 
opinii niewiele mają wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Pan Heslop 
rzucił jej zagadkowe spojrzenie znad okularów i powrócił do lektury 
gazety.

Po   odczytaniu   ostatniej   woli   pana   Hartfielda,   Rowland   spędził 

nieprzyjemny wieczór w jego bibliotece, starając się przekonać samego 
siebie, że zaniedbana kuzynka „czyha na męża”. Jednak im dłużej to 
robił, tym bardziej oczywistym stawał się dla niego fakt, że popełnił 
niewybaczalną gafę i zachował się w sposób, jaki nie przystoi żadnemu 
dżentelmenowi - zachował się wręcz skandalicznie.

Julian jakby wciąż był obecny w swej bibliotece. Rowland kilkakrotnie 

już   przyłapał   się   na   tym,   że   rozgląda   się   nerwowo   dokoła,   gdy   w 
kominku obsuwa się kawałek węgla lub gdy zaskrzypi drewno. Książki 
ciągnęły się od podłogi do samego sufitu, zakurzone stare tomiska w 
twardych, popękanych oprawach. Nad kominkiem wisiał portret jego 
kuzyna,   namalowany   jakieś   dwadzieścia   lat   temu,   a   Rowland   miał 
wrażenie,   że   znajome   oblicze   Juliana   uśmiecha   się   posępnie,   jakby 

23

background image

chciało powiedzieć: „Zrobisz to, co ja zechcę”. Rowland zacisnął pięści 
w   napadzie   gniewu   i   wymierzył   potężnego   kopniaka   kracie, 
zamykającej palenisko. Fontanna iskier opadła na zniszczony perski 
dywan.   Klnąc   pod   nosem,   Rowland   zadeptał   ogniki   i   nalał   sobie 
kolejny kieliszek brandy. A niech go... pomyślał po raz kolejny. A niech 
go...

Przed przyjazdem do Hartfield Hall Rowland nie wiedział nawet o 

istnieniu Merab. Co prawda kilka lat temu jego kuzyn wspominał coś o 
bliskich krewnych, mieszkających pod jego dachem, ale Rowland nigdy 
nie wierzył do końca w ich istnienie - przypuszczał, że starzec chce go 
trochę postraszyć i wymusić na nim zmianę poglądów politycznych. 
Później, kiedy spotykał się ze swym starszym kuzynem w mieście, ten 
już   nigdy   nie   poruszał   tematu   „bliskich   krewnych”,   pan   Sandiford 
założył więc, że albo Julian zrezygnował z tego planu, albo jeśli jacyś 
krewni rzeczywiście istnieli, dawno już opuścili Hartfield Hall.

Dlatego też obecność Merab w posiadłości Hartfielda była dla niego 

sporym i niezbyt przyjemnym szokiem. Wnuczka, dziecko Jonathana, 
które   mieszkało   tam   od   ośmiu   lat!   Rowland   nie   był   chciwym 
człowiekiem, ale zawsze dawano mu do zrozumienia, że to właśnie on 
we właściwym czasie stanie się właścicielem Hartfield Hall - a tu nagle 
pojawia się to stworzenie, wątpliwego pochodzenia, i wkrada się w 
łaski starca.

Kiedy wysiadł kilka godzin temu z powozu, ujrzał wysoką szczupłą - 

kobietę w niemodnej, nieco już przyblakłej sukni, o gęstych czarnych 
włosach, nieumiejętnie ściągniętych do tyłu. Oczy - chyba najładniejszy 
fragment jej urody - były niepokojąco ciemne i lśniące. Przypominały 
mu pewną włoską hrabinę, która zostawiła go kiedyś dla bogatszego 
kochanka.

Rowland nie mógł pozbyć się przekonania, że Merab jest oszustką. 

Dlaczego kuzyn nigdy o niej nie mówił? W jaki sposób ona go opętała?

Pod tym wszystkim krył się niepokój  związany z Kitty. Skoro  nie 

odziedziczył   Hartfield   Hall,   może   się   już   pożegnać   z   wszystkimi 
nadziejami na poślubienie Kitty. Nawet gdyby jej ojciec wyraził na to 
zgodę, jak on sam mógłby ożenić się z kobietą, której życzeń nie byłby 

24

background image

w   stanie   spełnić?   Prawdę   powiedziawszy   doskonale   zdawał   sobie 
sprawę, że Kitty nie nadaje się na żonę członka parlamentu, wmawiał 
sobie jednak, że małżeństwo na pewno by ją zmieniło. Kochała go i 
naturalnie wszystko, co było ważne dla niego, stałoby się ważne także 
dla niej.

Rankiem   następnego   dnia   po   nieszczęsnym   odczytaniu   testamentu 

Merab nie pojawiła się w jadalni na śniadaniu.

Obraziła się, pomyślał Rowland. Wciąż było mu trochę głupio i czuł, 

że   wczoraj   zachował   się   nieodpowiednio.   Być   może   rzeczywiście 
ostatnia wola Juliana była dla niej równie wielkim zaskoczeniem. Nie 
wyglądała przecież jak ukochana wnuczka dziadka, nie w tej sukni. I 
bez wątpienia miała rację, kiedy zauważyła, że Julian Hartfield nigdy 
nie ulegał wpływom innych ludzi.

Nie podobała mu się jego nowa kuzynka, lecz, choć niechętnie, musiał 

przyznać, że winien jest jej przeprosiny. Na pewno nie przyniosłoby 
mu to ujmy, a razem może byliby w stanie zrobić coś z tym okropnym 
testamentem. Może uda się go obalić? Może spróbują na przykład udo-
wodnić, że Julian Hartfield był obłąkany? Musi z nią porozmawiać. 
Pociągnął za dzwonek; po chwili w drzwiach ukazała się Mary.

- Proszę przesłać moje pozdrowienia pannie Hartfield - powiedział. - I 

proszę ją spytać, czy byłaby tak dobra i poświęciła mi kilka chwil.

-   Panna   Merab   wyjechała,   proszę   pana   -   odparła   Mary,   nie   bez 

satysfakcji. Plotki rozeszły się po całym majątku lotem błyskawicy, a 
Mery i Jenny uznały, że panna Merab została potraktowana w sposób 
zasługujący na słowa najwyższego potępienia. Biedactwo!

- Wyjechała? Jak to, wyjechała? Dokąd?
- Nie wiem, proszę pana. - Mary uniosła wyżej głowę. - Czy skończył 

pan już śniadanie, sir?

-   To   nieważne.   Gdy   wróci   panna   Merab,   proszę   jej   przekazać 

wiadomość ode mnie.

-   Ona   wyjechała,   proszę   pana   -   powtórzyła   Mery   z   prawdziwą 

satysfakcją. - Wczoraj wieczorem zapakowała swój kufer, a dziś przed 
szóstą zabrał ją stąd farmer Willet.

25

background image

Sir Thomas i Amelia, lady Wincanton, mieszkali przy Pulteney Street, 

dostatecznie daleko od głośnego centrum Bath, a jednocześnie na tyle 
blisko,   by   można   było   dojść   tam   w   dziesięć   minut.   Pradziadek   sir 
Thomasa dorobił się fortuny, kiedy w Bath zdarzył się pierwszy boom 
budowlany. Jeszcze sześć lat temu sir Thomas mieszkał przy Queen’s 
Square, w domu, który kupił jego pradziadek. Jednak Queen’s Square 
nie było już tak modnym placem jak niegdyś i sir Thomas postanowił 
przed   ślubem,   że   Pulteney   Street   stanowi   znacznie   przyjemniejsze 
miejsce dla nowo założonej rodziny.

Ożenił   się   dość   późno,   z   kobietą   młodszą   od   niego   o   dobre 

dwadzieścia   lat.   Był   łagodnym,   miłym   człowiekiem,   nieco 
konserwatywnym   w   swych   przekonaniach.   Wciąż   nie   mógł   się 
nacieszyć   swą   młodą,   ładną   żoną   i   lubił   pobłażać   jej   różnym 
zachciankom. Jednak lady Wincanton doskonale zdawała sobie sprawę, 
że ta pobłażliwość ma swoje granice, i że - choć nigdy nie ośmieliłaby 
się powiedzieć tego głośno - jej mąż odziedziczył po swym pradziadku, 
handlarzu   bydłem,   nie   tylko   fortunę,   ale   również   sporo   ciasnych, 
drobnomieszczańskich poglądów.

Było zimne grudniowe popołudnie, pora herbaty. Amelia Wincanton, 

energiczna dama o rudawych włosach, które kręciły się ładnie nad jej 
czołem,   pomagała   opiekunce   przekonać   młodego   panicza   Charlesa 
Wincantona,   by   zjadł   kawałek   chleba   z   masłem.   Jednocześnie   lady 
Amelia nie spuszczała oka ze starszego syna, Tommy’ego.

-   No   już,   Charlie,   spójrz   tylko,   jakie   smakołyki.   Jedz,   proszę.   No, 

aaam...

- Mamo, ząb mi się rusza - oznajmił z dumą Tommy. - Popatrz!
- Proszę nie mówić z pełnymi ustami, paniczu Tommy - upomniała go 

opiekunka surowym tonem.

- Przepraszam panią, lady Wincanton. - Jedna ze służących zajrzała do 

pokoju dziecinnego. - Właśnie przybyła panna Hartfield.

Amelia wyprostowała się powoli, jedną dłoń trzymając przyciśniętą z 

tym głowy. Merab tutaj? - zdziwiła się. Ciekawe, co się stało?

- Proszę jej powiedzieć, że zaraz zejdę.
- Tak, proszę pani. Panna Hartfield jest w salonie z sir Thomasem.

26

background image

O Boże, pomyślała Amelia w popłochu, sir Thomas na pewno nie 

będzie tym zachwycony. Miała nadzieję, że jej mąż nie ma właśnie 
jednego z tych swoich humorów, kiedy to odnosi się do wszystkich z 
lodowatą wręcz uprzejmością. Szybko przeszła do swego pokoju, zdjęła 
fartuszek, który chronił jej suknię przed poplamieniem herbatą przez 
dzieci, i podniosła z toaletki list od Merab. List napisany został jakiś 
tydzień  wcześniej  i  właściwie  był tylko  krótkim  zawiadomieniem o 
śmierci   jej   dziadka.   Amelia   natychmiast   odpisała   swej   przyjaciółce, 
błagając ją, by przyjechała do Bath i zamieszkała u niej. „Musisz tylko 
powiadomić   nas,   kiedy   byłoby   Ci   najwygodniej   przyjechać”,   pisała 
Amelia. „Sir Thomas wyśle po Ciebie powóz. Wiesz, że przyjmiemy Cię 
tutaj z radością”.

Spodziewała się, że Merab odpowie jej po kilku dniach, kiedy minie 

już zamieszanie związane z pogrzebem pana Hartfielda. Wielokrotnie 
rozmawiała o tym ze swoim mężem i żadne z nich nie mogło do końca 
uwierzyć w opowieści o skąpstwie i podłościach Juliana Hartfielda.

-   W   końcu   to   jego   jedyna   wnuczka   -   mówił   sir   Thomas.   -   Jestem 

pewien, że zapewni jej godziwe życie.

Amelia   ostatni   raz   rzuciła   okiem   na   swe   odbicie   w   lustrze,   w 

zamyśleniu pogładziła brzuch i zeszła do salonu. Gdy tylko spojrzała 
na swego męża, wiedziała, że jest raczej w pogodnym i przychylnym 
nastroju.

- Merab!
- Och, Amelio! - Merab podniosła się z fotela i uściskała przyjaciółkę. - 

Wybacz mi, proszę. Musiałam przyjechać!

Sir Thomas, człowiek bardzo taktowny, wstał ze swego miejsca.
-   Jestem   pewien,   że   macie   sobie   wiele   do   powiedzenia,   kochanie. 

Zobaczymy się przy kolacji. - Ukłonił się grzecznie Merab i wyszedł.

Kiedy   Amelia   usłyszała   opowieść   o   testamencie,   była   zupełnie 

zszokowana.

- To takie niedelikatne! - krzyknęła. - Takie niesmaczne. Skoro nie 

chciał   oddawać   ci   majątku,   mógł   przynajmniej   zostawić   jakąś 
przyzwoitą   sumkę.   Czy   nie   mówiłaś   mi,   że   sama   płacisz   za   swoje 
utrzymanie?

27

background image

- Tak, przynajmniej tak myślałam. Ale pan Camberwell powiedział mi 

wczoraj,   że   przekonał   dziadka,   by   odkładał   dla   mnie   te   pieniądze, 
skoro przejęłam prowadzenie majątku po pani Barden. To znaczy, że 
teraz mam trochę ponad tysiąc czterysta funtów. To jedyna pociecha.

- Phi! Co to jest? Siedemdziesiąt funtów na rok. Drobniaki! Nie możesz 

z tego wyżyć.

- No cóż, to i tak trochę lepiej niż pięćdziesiąt funtów rocznie - odparła 

Merab.

Amelia spojrzała na nią z ukosa i powiedziała:
- Powiedz mi coś o panu Sandifordzie.
- Jest niegrzeczny, apodyktyczny i nieznośnie protekcjonalny - odparła 

Merab oględnie.

- Och, kochana - roześmiała się Amelia. - Ale czy przystojny?
Merab zastanawiała się przez chwilę.
- Przypuszczam, że tak - burknęła z niechęcią. - Wysoki, ciemne włosy 

i wąski nos - Przerwała na moment, gdyż z jakiegoś powodu nie mogła 
mówić o tej krótkiej, miłej chwili, gdy ujrzała, że jego włosy są równie 
kręcone   i   niesforne   jak   jej.   Zbyt   mocno   przypominało   jej   to   o 
późniejszym rozczarowaniu. - Niewychowany. Przyjechał na dwa dni 
przed pogrzebem i nie odezwał się do mnie prawie ani jednym słowem. 
Jedliśmy   wszystkie   posiłki   w   kompletnej   ciszy.   Do   złudzenia 
przypominał mi dziadka. Po przeczytaniu testamentu nie miałam już 
wątpliwości,   że   to   taki   sam   typ.   -   Skrzywiła   się   odruchowo, 
przypominając sobie upokorzenie, jakiego doznała, gdy mierzył ją z 
pogardą   swymi   zimnymi   szarymi   oczyma.   Przez   ostatnie   osiem   lat 
Merab   nie   nabrała   ani   trochę   pewności   siebie   i   czuła   się   równie 
niezdarna i niezgrabna jak wtedy, gdy była chudą, nazbyt wyrośniętą 
dziewczyną. Fakt, że uroda Rowlanda wywarła także spore wrażenie 
na   dwóch   pokojówkach   z   Hartfield   Hall,   rozchichotanej   Mary   i 
wiecznie   zarumienionej   Jenny,   które   walczyły   ze   sobą   o   to,   która 
zaniesie mu rano wodę do golenia, w niczym nie zmniejszał wstydu i 
smutku   Merab.   Postanowiła   raz   na   zawsze   zapomnieć   o   swym 
przystojnym kuzynie i nie powiedziała Amelii już nic więcej.

-   Szkoda   -   westchnęła   Amelia.   -   Oczywiście,   testament   twojego 

28

background image

dziadka   jest   niewybaczalnie   wręcz   grubiański   i   żadna   przyzwoita 
kobieta nie mogłaby się na to zgodzić. Z drugiej jednak strony byłoby 
to całkiem rozsądne rozwiązanie.

- Nic, ale to nic nie zmusi mnie do poślubienia Rowlanda Sandiforda - 

zawołała Merab. - Czy chciałabyś wyjść za kogoś, kto powiedział, że nie 
masz za grosz gustu, oskarżył cię o to, że próbujesz schwytać go w 
pułapkę i przymusić do małżeństwa?

- Podejrzewam, że nie zrobiłabym tego - przyznała Amelia.
Nie   rozmawiały   już   więcej   na   ten   temat,   a   konwersacja   zeszła   na 

zupełnie   inne   tory.   Lady   Wincanton   mówiła   o   swoich   synkach   i 
różnych drobnych kłopotach związanych z wychowywaniem dzieci. 
Uśmiechnęła   się,   widząc,   jak   Merab   -   patrzy   pytająco   na   jej   lekko 
zaokrąglony brzuch i przyznała, że latem nadejdzie kolejny szczęśliwy 
moment w jej życiu.

Jednak później, w odosobnieniu małżeńskiej sypialni, Amelia nie była 

tak powściągliwa.

-   Co   wiesz   o   Rowlandzie   Sandifordzie?   -   spytała   męża, 

opowiedziawszy mu historię Merab.

- Miły chłopak. Spotkałem go raz czy dwa w moim klubie, w mieście. 

Krążyły słuchy, że kiedy studiował na Oksfordzie, nabił sobie głowę 
ideami radykałów, ale podejrzewam, że od tego czasu zmądrzał już 
nieco. Wiem jeszcze tylko tyle, że chce się dostać do parlamentu i że jest 
po uszy zakochany w córce Parminstera.

- Kitty Parminster!
- Tak, w tej właśnie.
Amelia zamyśliła się na chwilę.
- Czy ja go w takim razie już kiedyś nie poznałam? Tak, zdaje się, że 

tak, jakiś rok temu. Czy jego matka nie mieszka czasem w Bath?

- Chyba tak.
Amelia   usiadła   przed   lustrem   i   zaczęła   rozczesywać   włosy 

grzebieniem   z   kości   słoniowej.   Teraz   przypominała   sobie   już   pana 
Sandiforda, miłego, inteligentnego mężczyznę. Może był nieco szorstki 
w obejściu, ale na pewno nie był gburem. I cokolwiek mówiłaby o nim 
Merab,   na   pewno   był   dość   przystojny,   by   podobać   się   większości 

29

background image

kobiet. Więc zakochał się w śliczniutkiej, głupiutkiej Kitty Parminster? 
Dlaczego   mężczyźni   zawsze   tracą   głowę   dla   takich   bezmyślnych   i 
nudnych lalek? Każdy, kto patrzył na świat trzeźwym okiem, od razu 
widział,   że   panna   Parminster   to   jeden   wielki   wydatek.   Narobi   mu 
kłopotów,   doprowadzi   do   ruiny,   a   po   niecałym   roku   zanudzi   na 
śmierć.

Lepiej, by było, gdyby ożenił się z Merab.
Sir Thomas patrzył na jej odbicie w lustrze i uśmiechał się lekko.
- Czytam w twoich myślach jak w otwartej książce - powiedział. - Nie 

mieszaj się do tego, Amelio, proszę.

- Ja miałabym się mieszać? - krzyknęła zdumiona i obrzuciła męża 

powłóczystym spojrzeniem.

- Trzpiotka! - parsknął sir Thomas z uznaniem. - Chodź do łóżka.

Rowland miał mnóstwo czasu na przemyślenia i na spóźnione żale. 

Szczególnie duże wrażenie wywarło na nim spotkanie z prawnikiem 
Hartfieldów.   Pan   Camberwell,   szczupły,   drobny   mężczyzna   o 
niewielkiej   łysinie   i   ledwo   uchwytnym   szkockim   akcencie   - 
pozostałości po latach dzieciństwa spędzonych w Edynburgu - darzył 
Merab   sympatią   i   ogromnym   szacunkiem.   Podziwiał   cierpliwość   i 
pogodę ducha, z jaką znosiła złośliwości i prowokacyjne zachowania 
dziadka,  sam   zaś  robił   wszystko,   co   w   jego   mocy,   by   poprawić   jej 
niewesołą sytuację. Wybuch gniewu Rowlanda, którego świadkiem był 
poprzedniego wieczora, uważał nie tylko za coś obrzydliwego, ale i 
wielce niesprawiedliwego, o czym zresztą nie omieszkał poinformować 
samego   zainteresowanego.   Oświadczył   także   z   pewną   posępną 
satysfakcją,   że   choć   pan   Hartfield   mógł   uchodzić   za   dziwaka,   z 
pewnością nie był jednak szalony.

- Dlaczego więc wymyślił taki testament? - gorączkował się Rowland. - 

Jeśli chciał, mógł przecież zostawić cały majątek pannie Hartfield, w 
końcu   to   jego   wnuczka.   To   byłoby   zupełnie   zrozumiałe.   Ale 
proponować małżeństwo dwojgu zupełnie sobie obcym ludziom to po 
prostu coś niesłychanego.

- Pan Hartfield nigdy nie okazywał żadnych ciepłych uczuć pannie 

30

background image

Merab - zaczął pan Camberwell ostrożnie. - Sądzę jednak, że szanował 
ją za to, jak sobie radziła z utrzymaniem majątku.  Podjęła się tego 
ciężkiego zadania po jego pierwszym wylewie, i choć pan Hartfield 
nigdy się do tego nie przyznał, musiało mu to ogromnie zaimponować.

- Więc dlaczego nie zostawił jej całego majątku?
- Zapewne dlatego, że rozbudził już pańskie nadzieje. A może uważał, 

że panna Hartfield będzie miała zbawienny wpływ na pańskie poglądy 
polityczne.   -   Pan   Camberwell   pozwolił   sobie   na   lekki   uśmieszek. 
Współczuł Rowlandowi, który rzeczywiście znalazł się w sytuacji nie 
do pozazdroszczenia, z drugiej jednak strony uważał, że nie zaszkodzi 
utrzeć mu trochę nosa.

Rowland podniósł przycisk do papieru z biurka pana Camberwella i 

przez chwilę przyglądał mu się uważnie. Wreszcie powiedział:

- Zabiegałem o względy pewnej młodej damy, panny Parminster, i 

wątpię, czy jej ojciec będzie z tego powodu zachwycony. Nie mogę go 
za to winić. Panna Parminster warta jest znacznie więcej, niż ja mogę jej 
teraz zaoferować.

- Przykro mi to słyszeć. - Pan Camberwell spojrzał na niego znad 

okularów   i   tym   razem   w   spojrzeniu   tym   kryło   się   znacznie   więcej 
współczucia. - Rzeczywiście, odczuje pan to dość dotkliwie. Niemniej 
jednak,   zgodnie   z   ostatnią   wolą   pana   Hartfielda,   musimy   odczekać 
jeszcze sześć miesięcy, nim podejmiemy jakiekolwiek inne kroki.

- Co będzie działo się z majątkiem w tym czasie?
Pan Camberwell wzruszył ramionami.
-   Nie   wiem.   Może   znajdziemy   jakiegoś   tymczasowego   zarządcę. 

Miałem nadzieję, że panna Hartfield pozostanie tutaj przez ten okres. 
Przynajmniej mogłem dopilnować, by uczciwie jej zapłacono.

- Czy wie pan, gdzie ona jest teraz?
- Wiem.
- A gdybym tak postanowił, że to małżeństwo jest jednak możliwe?
- W takim razie - zaczął pan Camberwell uprzejmym, lecz chłodnym 

tonem - oczywiście powiadomię pannę Hartfield o pańskiej decyzji. 
Muszę jednak przypomnieć, że jest pan tylko jedną ze stron, a z tego, co 
powiedziała mi panna Hartfield, wnoszę, iż nie zmieni ona zdania, 

31

background image

nawet jeśli pan zdecyduje się na ten krok.

Rowland zagryzł wargę.
Wyjechał z Hartfield tego samego popołudnia i wrócił do Wiltshire w 

nastroju wyniosłej urazy, które to uczucie wywołane zostało przez pana 
Camberwella. Starszy pan dał Rowlandowi wyraźnie do zrozumienia, 
że jest zdegustowany jego zachowaniem w stosunku do Merab. Teraz 
Rowland   starał   się   zlekceważyć   i   wymazać   z   myśli   szydercze 
spojrzenia   prawnika.   Panna   Hartfield   miałaby   mu   odmówić? 
Niemożliwe! Jego posiadłość nie była może zbyt pokaźna, ale on sam 
był już tak często nagabywany przez troskliwe mamusie, które szukały 
przyszłych   mężów   dla   swoich   córek,   że   doskonale   zdawał   sobie 
sprawę,   iż   stanowi   całkiem   niezłą   partię.   Poza   tym   spotykał   się   z 
przedstawicielkami płci pięknej w bardziej intymnych warunkach już 
wiele razy, i wiedział, że jest atrakcyjnym mężczyzną. Panna Hartfield, 
wysoka, chuda i niezrównoważona, byłaby z pewnością uradowana, 
gdyby tylko zechciał okazać jej swe względy.

Kilka dni później Rowland siedział w bibliotece sir Johna Parminstera. 

Właściwie   pomieszczenie   to   było   biblioteką   tylko   z   nazwy,   gdyż 
mieściło w sobie zaledwie kilka książek. Na ścianach było jednak sporo 
trofeów myśliwskich - lisie pyski i kilka rycin o tematyce myśliwskiej, 
zaś w jednym rogu leżał porzucony bicz do jazdy konnej sir Johna. Pan 
Parminster   przywitał   Rowlanda   całkiem   uprzejmie,   poczęstował   go 
brandy,   wypowiedział   kilka   jowialnych   uwag   na   temat   polowania, 
które ominęło Rowlanda. Jednak gdy chodziło o sprawę ewentualnego 
małżeństwa, był niewzruszony.

-   Przykro   mi,   chłopcze,   że   tak   to   wyszło.   Naprawdę   diabelnie   mi 

przykro,   że   stary   Hartfield   tak   cię   rozczarował.   To   było   zagranie 
niegodne   dżentelmena.   Powinien   był   zostawić   ci   Hartfield   Hall,   co 
zawsze obiecywał, a dla twojej kuzynki przeznaczyć część corocznego 
dochodu z majątku. Albo dać jej kilka tysięcy. Wnuczka, powiadasz, 
hę? Nie wygląda to dobrze.

- Bardziej żal mi Kitty - powiedział Rowland, wpatrując się tępo w 

kieliszek.

- Tak, tak - odparł sir John łagodnym tonem. - Ale teraz to zupełnie nie 

32

background image

wchodzi   w   rachubę.   Musisz   się   z   tym   pogodzić.   -   Spojrzał   na 
przygnębione oblicze Rowlanda i dodał: - Może w tej chwili myślisz 
zupełnie inaczej, ale Kitty to nie jest żona dla ciebie. Wierz mi, ona nie 
odróżnia jednej partii politycznej od drugiej. A przy tym jest rozrzutna. 
Ktokolwiek   poślubi   Kitty,   musi   być   przygotowany   na   to,   że   ona 
zupełnie nie liczy się z pieniędzmi! - Roześmiał się głośno.

Rowland zdobył się na smutny uśmiech.
-   Kitty   zasługuje   na   wszystko,   co   najlepsze   -   powiedział.   -   Nie 

mógłbym jej odmówić niczego. Miałem jednak nadzieję, że jako moja 
żona dzieliłaby moje zainteresowania i być może...

-   Bzdura!   -   Przerwał   mu   sir   John   gwałtownie.   -   Kitty   to   mała 

samolubna   pieszczoszka   i   zapewniam   cię,   że   nie   widziałaby 
najmniejszego   powodu,   dla   którego   miałaby   sobie   kupować   mniej 
sukienek i świecidełek niż dotychczas. Mężczyźni zawsze myślą, niech 
ich Bóg wspomoże, że kobiety można zmienić. To nonsens. Tak samo 
zresztą   jak   w   przypadku   kobiet,   które   myślą,   że   mogą   zmienić 
mężczyznę,   kiedy   go   poślubią.   Nie   mogą.   Trzeba   zaakceptować 
partnera takim, jaki jest. Kompromis, to właśnie jest istota małżeństwa. 
Kompromis i dostosowanie.

Rowland uśmiechnął się smutno.
- Nigdy nie przychodziło mi łatwo zaakceptować rzeczy takimi, jakie 

były. Zawsze chciałem zmieniać świat.

Merab była zdumiona efektem, jaki wywarło na niej zaledwie kilka 

dni   wolnych   od   uciążliwych   obowiązków   w   Hartfield   Hall.   Przez 
pierwszy tydzień pobytu u Wincantonów właściwie tylko spała. Łóżko 
z   baldachimem,   wykonanym   z   ufryzowanego   perkalu   w   kwiatki   i 
wygodny materac wydawały się jej niezwykłym luksusem, którego nie 
miała   okazji   zaznać   nigdy   dotąd.   Co   rano   po   przebudzeniu   z 
przyjemnością odkrywała je na nowo. Wiedziała, że nie wolno jej tu 
zostać dłużej niż kilka miesięcy, a posępna przyszłość groziła jej palcem 
niczym jakaś przerażająca nauczycielka lub guwernantka, jednak na 
razie   mogła   się   jeszcze   cieszyć   wszystkim,   co   ofiarowywał   jej 
uporządkowany,   ciepły   dom   Wincantonów.   Amelia   kilkakrotnie 

33

background image

znalazła ją śpiącą na kozetce w salonie, z otwartą książką przy boku.

-   Nie   wiem,   co   się   ze   mną   dzieje!   -   wykrzyknęła   Merab, 

przebudziwszy się gwałtownie, gdy do pokoju wszedł lokaj z herbatą.

- Po prostu jesteś zmęczona i niewyspana, to wszystko - powiedziała 

Amelia. - Przez tyle lat musiałaś się zajmować tym starym zrzędą, nie 
wspominając   już   o   pracy   w   majątku.   Jestem   pewna,   że   nigdy   nie 
przyszło mu do głowy, że ty też możesz potrzebować odpoczynku. 
Masz sporo do nadrobienia. Napijesz się herbaty?

Merab usiadła prosto i wzięła filiżankę.
- To dziwne. Kiedy jeszcze żyła mama, też miałam mnóstwo pracy i 

zmartwień,   ale   przynajmniej   dostawałam   coś   w   zamian. 
Rozmawiałyśmy o starych dobrych czasach. Mama chciała wiedzieć, 
jak sobie radzę z kwiatkami, które posadził dla mnie Tom Tilling, i 
jeszcze mnóstwo innych rzeczy. Z dziadkiem to zupełnie co innego. Nie 
pamiętam,   by   kiedykolwiek   odezwał   się   do   mnie   z   własnej   woli. 
Zupełnie nie obchodziło go to, co robię i co myślę. To właśnie ten chłód, 
ta   obojętność   były   takie   przygnębiające.   Często   zastanawiałam   się, 
czym sobie na to zasłużyłam. Starałam się robić wszystko jak najlepiej, 
naprawdę Amelio, starałam się jak mogłam. Nawet pod sam koniec... - 
Merab uczyniła bezradny gest i umilkła.

Po chwili Amelia powiedziała:
- Słyszałam to i owo o panu Sandifordzie.
- Na przykład? - spytała ostrożnie Merab.
- Jest po uszy zakochany w pewnej głupiutkiej gąsce, niejakiej Kitty 

Parminster. Oczywiście, teraz to się skończy, jak sądzę. Nie wyobrażam 
sobie, by jej papa zgodził się na ten związek w obecnych warunkach.

- Nie miałam o tym pojęcia. - Merab pociągnęła łyk herbaty. Być może 

to właśnie było przyczyną jego gniewu. „Zaniedbane bezguście”, „pod 
trzydziestkę”, „poluje na męża” - wszystkie lata biedy i, ciężkiej pracy 
pozostawiły swój ślad, i kąśliwe słowa Rowlanda raniły Merab głęboko.

- Jaka ona jest?
-   Kitty   Parminster?   Ma   dziewiętnaście   lat,   jest   piękna,   samolubna, 

leniwa, bezustannie trwoni pieniądze. W zeszłym roku była gwiazdą 
sezonu.

34

background image

- Rozumiem, że nawet nie mam się co porównywać z panną Kitty 

Parminster - powiedziała Merab, uśmiechając się słabo.

- I całe szczęście! - odparła Amelia.

Przez   następnych   kilka   dni   po   spotkaniu   z   sir   Johnem   Rowland 

próbował odpędzić smutne myśli, rzucając się w wir pracy przy swoim 
majątku. Kilkakrotnie spotykał się z zarządcą, odwiedził farmera, który 
miał   kłopoty   z   przeciekającym   dachem,   nadrabiał   zaległą 
korespondencję. W ciągu kilku lat, jakie upłynęły od śmierci jego ojca, 
Rowland zdołał powoli wyciągnąć majątek z długów, a obecny rok 
miał   po   raz   pierwszy   przynieść   skromny   zysk.   W   innych 
okolicznościach   byłby   z   tego   ogromnie   zadowolony,   jednak   teraz 
wszystko wydawało mu się bezsensowne. Kitty nigdy nie będzie jego 
żoną, a plany poprawy sytuacji na wsi - które, jak mniemał, byłyby dla 
Kitty równie interesujące jak dla niego - stały się raczej nieznośnym 
ciężarem, a nie fascynującym przedsięwzięciem.

Sir   John   powiedział,   że   spotkanie   z   Kitty   tylko   wytrąciłoby   ją   z 

równowagi, a Rowland nie miał innego wyjścia, jak zgodzić się z tą 
opinią. Kitty jednak miała całkiem odmienne zdanie w tej kwestii. Po 
niedzielnej mszy rozchichotana służąca Kitty wsunęła mu w dłoń mały, 
pachnący liścik. Teraz właśnie Rowland czekał na nią w ich sekretnym 
miejscu,   małym   zagajniku   na   granicy   posiadłości   Parminsterów   i 
Sandifordów. Na wiosnę cały ten zakątek pokryty był błękitną mgiełką 
dzwonków, jednak teraz tylko czerwone owoce ostrokrzewu ożywiały 
chłodny zimowy poranek. Poprzednia noc była bardzo mroźna i nawet 
w   tej   chwili,   gdy   zbliżało   się   południe,   nagie   gałęzie   leszczyny 
błyszczały   od   szronu.   Rowland   zsiadł   z   konia   i   przywiązał   go   do 
jakiegoś młodego drzewka. Zaczynał marznąć w stopy.

Upłynęło jeszcze dobrych dwadzieścia minut, nim pojawiła się Kitty, 

galopując na pięknym koniu. Rowland wstrzymał oddech. Kitty miała 
na sobie błękitny komplet do jazdy konnej, który idealnie pasował do 
błękitu   jej   oczu.   Błyszczące   kasztanowe   włosy   upięte   były   pod 
kapeluszem ze strusimi piórami. Rowland natychmiast zapomniał o 
przemarzniętych stopach i pomógł jej zsiąść z konia.

35

background image

Kitty nie była w najlepszym nastroju.
- No cóż, drogi panie. Słyszałam, że postanowił się pan ode mnie 

uwolnić.

- Kitty, kochanie! Jakże mógłbym spierać się z twoim ojcem, skoro on 

robi wszystko tylko dla twojego dobra? Najprawdopodobniej nie będę 
ani   trochę   bogatszy   niż   jestem   teraz   -   przynajmniej   przez   kilka 
następnych lat.

- Myślisz, że chodzi mi tylko o to? - Kitty odwróciła od Rowlanda swą 

śliczną główkę. - Mam przecież własne pieniądze.

- Najdroższa, wiesz, że to nie jest możliwe. Nie utrudniaj mi tego 

jeszcze bardziej.

- Nie utrudniać ci! A co ze mną? Zdaje się, że nikt w całym tym 

zamieszaniu nie liczy się z moimi uczuciami. Czy ktokolwiek spytał 
mnie o zdanie? - Kitty próbowała już odegrać przy śniadaniu małą 
scenę rozpaczy i gniewu, jednak rodzice pokrzyżowali jej szyki; ojciec 
natychmiast uciekł do biblioteki, a matka rozkazała stanowczym tonem 
„Nie bądź głupiutka kochanie” i przestała zwracać na nią uwagę. Kitty 
jechała na spotkanie z przyjemną świadomością, że może wyładować 
swoją złość na ukochanym.

- Najdroższa Kitty, proszę, nie płacz. - Rowland bezradnie rozejrzał się 

dokoła. - Na pewno nie chciałabyś być żoną biedaka, prawda? Skąd 
wzięłabyś pieniądze na te modne sukienki każdego lata?

- Papa płaciłby za nie!
- Nie, nie płaciłby! Nie mógłbym zgodzić się na to, by moja żona była 

utrzymywana przez swego ojca.

- Dlaczego? Tata nie jest skąpcem. Gdybyś nie chciał sprzedać jednej z 

tych swoich cennych  krów  czy czegoś tam,  wtedy oczywiście papa 
zapłaciłby za wszystko.

Przez   moment   Rowland   czuł   wszechogarniającą   irytację,   jednak 

szybko się opanował. Kitty miała przecież zaledwie dziewiętnaście lat i 
była wychowywana przez troskliwych rodziców, którzy dbali o to, by 
nigdy niczego jej nie brakowało. Każde dziecko byłoby w podobnych 
warunkach trochę rozpieszczone i zepsute.

- Kitty... - zaczął Rowland.

36

background image

Cofnęła się o krok.
- To niczego nie zmienia, prawda? - powiedziała obrażonym tonem. - 

Tak   czy   inaczej,   nie   możemy   się   pobrać,   prawda?   Uważam,   że   to 
wszystko   twoja   wina!   Powinieneś   był   przypochlebić   się   jakoś   temu 
twojemu kuzynowi i zrobić coś, żebyś to ty wszystko odziedziczył. No 
cóż, muszę już jechać. Cóż cię to obchodzi, że mam złamane serce!

- Chyba nie myślisz tak naprawdę, Kitty!
Panna Parminster podeszła do swego konia i pochwyciła cugle.
- Czy mógłby mi pan pomóc? - spytała oziębłym tonem.
Rowland w milczeniu pomógł jej wsiąść na konia. Choć część jego 

umysłu   zdawała   sobie   sprawę,   że   Kitty   zachowuje   się   jak 
rozpieszczony   bachor,   druga   przepełniona   była   rozpaczą   po   utracie 
ukochanej - bez wątpienia w takim właśnie nastroju chciała go widzieć 
Kitty, której smutna twarz miała wyrażać rozczarowanie tak bezduszną 
postawą  Rowlanda.  Na pożegnanie  panna  Parminster  odwróciła się 
jeszcze i powiedziała:

- Ja wyszłabym za ciebie bez względu na okoliczności. Pamiętaj o tym!
Rowland patrzył na nią, aż całkiem zniknęła mu z oczu, jednak Kitty 

nie odwróciła się ani razu.

Tego wieczora przy herbacie i tostach Kitty opowiedziała o wszystkim 

swojej   przyjaciółce,   Lavinii   Heslop.   Rowland   byłby   zapewne 
niepomiernie   zdziwiony   jej   wersją   wydarzeń,   w   której   on   sam   był 
małodusznym tchórzem, a Kitty nieustraszoną amazonką, i w której jej 
ostatnia   uwaga   urosła   jakimś   cudownym   sposobem   do   rozmiarów 
sporego przemówienia w obronie zniszczonej miłości. Lavinia, szczupła 
dziewczynka o mądrych szarych oczach i drobnej twarzyczce, słuchała 
tej opowieści w niemym podziwie. Zachęcona tak wspaniałą reakcją 
przyjaciółki, Kitty zjadła jeszcze kilkanaście tostów z dżemem, a potem 
obie panienki dyskutowały z ożywieniem o nadchodzącym balu i o 
tym, w jakich sukienkach zamierzają się tam pokazać.

Tymczasem Rowland odwiązał konia i powoli wracał do Merryn Park. 

Kiedy znalazł się w końcu na miejscu, własny dom wydawał mu się 
wyjątkowo pusty i niegościnny. Jego kroki odbijały się zimnym echem 
od marmurowej podłogi, a z portretu spoglądało na niego szyderczo 

37

background image

oblicze dziadka. Gdyby stary Peter Sandiford, którego pamiętał tylko 
jako   wysokiego   mężczyznę   o   czerwonej   twarzy   i   chorej   nodze,   nie 
wydał wszystkich pieniędzy na hazard i nie doprowadził majątku na 
skraj upadku, wtedy on, Rowland, znajdowałby się teraz w zupełnie 
innej sytuacji. Za życia jego dziadka majątek przynosił 5 000 funtów 
zysku rocznie, a stajnie należały do najlepszych w hrabstwie. Teraz 
zostało zaledwie kilka koni do polowań i do pracy przy gospodarstwie.

Rozejrzał się dokoła i westchnął. To miejsce potrzebowało kobiecej - 

ręki.   Kiedyś   miał   nadzieję,   że   to   właśnie   Kitty   wniesie   odrobinę 
kobiecego   ciepła   do   tego   domu,   że   będzie   zostawiać   książki   na 
kanapach, wstawi kwiaty do wazonów, wypełniać ciche popołudnia 
muzyką pianina... Lavinia mogłaby mu powiedzieć, że Kitty rzadko 
czytała cokolwiek poza „Magazynem Mody Dla Pań”, i że ćwiczyła grę 
na pianinie tylko wtedy, gdy zmusili ją do tego rodzice, jednak na razie 
Rowland   pozostawał   w   słodkiej   nieświadomości   i   nadal   żywił   się 
mrzonkami.

Matka Rowlanda rozstała się w przyjaźni ze swoim mężem, kiedy 

wyjechał do Eton. Stwierdziła, że ze względu na delikatne zdrowie nie 
może żyć w tak surowych warunkach. Musiała wyjechać do Bath, by 
uwolnić się od dokuczliwych chorób.

Nie doszło jednak do oficjalnej separacji. Pani Sandiford przyjeżdżała 

do posiadłości męża latem, kiedy Rowland miał wakacje. Pan Sandiford 
odwiedzał żonę co roku w styczniu, kiedy nie miał zbyt wiele pracy w 
majątku. Taki układ całkowicie zadowalał oboje małżonków.

- Jestem szczerze oddana twemu ojcu - wielokrotnie mówiła do syna 

pani Sandiford. - Ale nie żyło nam się ze sobą dobrze. Znacznie lepiej 
jest nam teraz. Cieszymy się z naszych spotkań i jesteśmy zadowoleni z 
tego, że każde z nas ma swoje oddzielne życie. Szczerze mówiąc, nie 
dobraliśmy się zbyt szczęśliwie.

Mimo to pani Sandiford pisała do męża długie czułe listy, w których 

opowiadała o swoim życiu w Bath. On wysyłał jej krótkie, zwięzłe 
sprawozdania o zbiorach zbóż i stanie majątku. Rowland dorastał w 
takiej sytuacji, którą zresztą akceptował bez zastrzeżeń, jednak właśnie 
dlatego miał zupełnie nierealistyczne pojęcie o kobietach, o czym pani 

38

background image

Heslop często wspominała swemu mężowi.

- Zawsze uważałam Elizabeth Sandiford za rozsądną kobietę - mówiła. 

- Gdyby była tutaj, od razu zrozumiałaby, co knuje ta głupiutka Kitty i 
mogłaby   skierować   uczucia   Rowlanda   w   bardziej   odpowiednim 
kierunku.

Pani   Heslop   westchnęła   z   rezygnacją.   Miała   nadzieję,   że   kiedyś 

Rowland spojrzy łaskawym okiem na Lavinię, ale ponieważ jej posag 
był   niewielki,   a   uroda   w   porównaniu   z   Kitty   zaledwie   przeciętna, 
wydawało się to niezbyt prawdopodobne.

Pani Heslop nie była jedyną osobą, która myślała o panu Sandifordzie. 

Rowland nigdy nie wzdragał się przed wypełnieniem nieprzyjemnych 
obowiązków, toteż natychmiast po przyjeździe z Hartfield Hall napisał 
do matki i wyjawił jej swą obecną sytuację. Teraz, gdy spędził smutny 
samotny wieczór przed kominkiem, wypił o kilka kieliszków za dużo 
porto i nie mógł przestać myśleć o Kitty, postanowił napisać do matki 
jeszcze raz i poprosić ją, by zechciała przyjechać do niego chociaż na 
miesiąc.  Albo   by  pozwoliła  mu   przyjechać  do  siebie.  Sądził,  że  nie 
będzie zbytnio zdumiona tym wołaniem o pomoc.

Dziwnym trafem nazajutrz rano Rowland otrzymał od matki list o 

wielce zaskakującej treści. Matka nie wspominała mu o tym wcześniej, 
ale w listopadzie jej przyjaciel, Samuel Bridges, poprosił ją o rękę, a ona 
się zgodziła. Zaledwie dwa tygodnie temu wzięli cichy ślub, a wczoraj 
wrócili z podróży poślubnej z Weymouth. W domu czekał już na nich 
list   od   Rowlanda.   Pani   Bridges   pisała,   jak   przykro   jej   z   powodu 
rozczarowania,   które   przeżył   syn,   i   pytała,   czy   nie   zechciałby   ich 
odwiedzić, by choć na jakiś czas oderwać się od swoich problemów. 
Pod listem od matki widniała także krótka notka skreślona ręką pana 
Bridgesa, który pisał, iż żywi nadzieję, że Rowland wybaczy mu tak 
dziwne i tajemnicze postępowanie, ale ponieważ, jak dobrze wie, jego 
matka zawsze stara się unikać rozgłosu, on tylko uczynił zadość jej 
życzeniom.

Rowland   rzeczywiście   dobrze   znał   charakter   swojej   matki   i   po 

początkowym   zaskoczeniu   gotów   był   nawet   pochwalić   jej 
postępowanie.   Lubił   pana   Bridgesa,   emerytowanego   prawnika   z 

39

background image

całkiem przyzwoitym majątkiem, który przez wiele lat był wiernym 
adoratorem pani Sandiford. Nie był tylko całkiem pewien, czy chce 
jechać tam zaledwie kilkanaście dni po ich ślubie. Nie mógł też jednak 
zostać w Merryn Park.

Minął już  miesiąc od śmierci pana Hartfielda i tych  kilka tygodni 

spokojnego snu, dobrego jedzenia i odpoczynku wywarło zadziwiający 
na ogólny stan Merab. Babette, francuska służąca Amelii, podzieliła się 
tym spostrzeżeniem ze swoją panią:

-   Włosy   panienki   Merab   są   teraz   w   o   wiele   lepszym   stanie   - 

powiedziała któregoś ranka, upinając loki Amelii. - Bardziej lśniące. 
Gdyby tylko panienka pozwoliła mi się nimi zająć...

Babette wzruszyła ramionami. Merab nie chciała korzystać z usług 

służby Amelii, gdyż po pierwsze była na to zbyt dumna, a po drugie 
wstydziła   się   swych   pocerowanych   sukien,   które   w   porównaniu   z 
kreacjami Amelii wyglądały rzeczywiście dość skromnie.

- Cera też jej się poprawiła - zauważyła pani Wincanton. - Znacznie 

czystsza. Wyglądała strasznie kiepsko, kiedy tu przyjechała, biedaczka.

Merab także była zadowolona ze zmian w swoim wyglądzie, choć nie 

popadała w zachwyt. Ponieważ pogoda była dość przyjemna, Merab 
chodziła z Amelią na spacery do Ogrodów Sydney, dzięki czemu jej 
policzki nabrały nieco żywszych kolorów.

Obie panie dyskutowały pewnego razu nad kwestią żałoby. Właściwy 

czas   żałoby   po   dziadku   wynosił   sześć   miesięcy,   jednak   Amelia 
uważała, że Merab wcale nie musi przestrzegać tego zwyczaju. Panna 
Hartfield   bywała   już   wcześniej   w   Bath   i   wszyscy   dobrze   znali   jej 
sytuację.

- Pan Hartfield traktował cię okropnie - powiedziała Amelia. - Jeśli 

będziesz zachowywać się tak, jakbyś była w ciężkiej żałobie, ludzie 
mogą wziąć to za hipokryzję. Uważam, że coś na kształt pełzałoby 
będzie w zupełności wystarczające. Szarości, fiolety, coś w tym rodzaju. 
Oczywiście nie ma mowy o kolorowych klejnotach.

- Wszystko, o czym mówisz, Amelio, i tak nie ma nic wspólnego z 

rzeczywistością   -   odrzekła   lekko   poirytowana   Merab.   -   Nie   mam 

40

background image

pieniędzy na nowe ubrania. A jeśli chodzi o biżuterię, to mam tylko 
klejnoty po mojej mamie.

Kilka godzin później, wieczorem, Amelia rozmawiała na ten temat ze 

swoim mężem. Babette skończyła splatać jej włosy w warkocz i wyszła, 
a sir Thomas wrócił właśnie ze swej garderoby. Amelia zapraszającym 
gestem poklepała łóżko przy swoim boku i po chwili podzieliła się z 
mężem nurtującą ją troską.

- Merab zgodzi się, bym kupiła jej jakiś drobny prezent, szal czy coś w 

tym rodzaju, ale nigdy nie pozwoli, bym sprawiła jej suknię. Och, jakież 
to wszystko skomplikowane!

Sir Thomas pocałował ją w policzek.
- Jesteś bardzo dobrą przyjaciółką - powiedział - ale w tej sytuacji 

można   tylko   podziwiać   ducha   niezależności   panny   Hartfield   i 
przyklasnąć jej poczynaniom.

- Ale gdyby tylko... - zaczęła Amelia.
- Znam cię doskonale - przerwał jej łagodnie sir Thomas - i wiem, że 

chciałabyś   wydać   ją   za   mąż.   Musisz   jednak   pamiętać,   że   ona   ma 
dwadzieścia sześć lat i posag, o którym nie warto nawet wspominać.

- Nie chodzi mi o to, żeby ją wydawać za byle kogo - odparła Amelia. - 

Myślę o wydaniu jej za Rowlanda Sandiforda. A co więcej, słyszałam 
dziś rano w Pijalni, że on przyjeżdża tutaj w odwiedziny do swej matki. 
Rozumiesz teraz, dlaczego ubranie Merab jest takie ważne?

Na chwilę w pokoju zapadła cisza.
-   Nigdy   ci   się   to   nie   uda   -   powiedział   wreszcie   sir   Thomas.   -   Po 

pierwsze,   Rowland   jest   zakochany   w   tej   laleczce   Parminsterów.   Po 
drugie, twoja przyjaciółka, choć przemiła, nie jest żadną pięknością. A 
po trzecie, panna Hartfield wydaje się być młodą damą o nieugiętym 
charakterze. Nie przypuszczam, by zgodziła się wyjść za człowieka, 
który obraził ją w sposób, o jakim mi mówiłaś.

Amelia   spojrzała   nań   z   czułym   politowaniem   dla   jego   męskiej 

naiwności.

- Zobaczymy - powiedziała tylko i zapadła w sen.
Rowland pozostał w Merryn Park nieco dłużej, niż przewidywał i 

niżby tego chciał ze względu na pewne naglące problemy związane z 

41

background image

majątkiem.  Dwaj   mężczyźni,  którzy  wędrowali  pieszo   do  Londynu, 
nieumyślnie podpalili stóg siana, w którym spędzili noc, a powstały w 
ten sposób pożar zagroził pobliskiej stajni. Na szczęście wiatr zmienił 
kierunek i przy pomocy mieszkańców wioski, którzy pospieszyli na 
ratunek z wiadrami i grabiami, udało się zażegnać niebezpieczeństwo. 
Jednak   później   należało   się   zająć   sporządzeniem   wykazu   strat   i 
podobnymi formalnościami.

Lady   Parminster   oczywiście   nic   o   tym   nie   wiedziała.   Nigdy   nie 

przejmowała   się   zbytnio   ewentualnym   małżeństwem   swej   córki   i 
Rowlanda Sandiforda - Kitty mogła przecież znaleźć znacznie lepszego 
męża niż właściciel niezbyt dochodowego majątku. Lady Parminster 
była   pełna   nadziei,   że   nadchodzące   lato   spędzone   w   Londynie 
przyniesie jej córce zabezpieczenie na przyszłe lata w postaci męża z 
jakiegoś znakomitego i bogatego rodu.

Z drugiej jednak strony, nie było żadnych wątpliwości co do tego, że 

Rowland   jest   dość   atrakcyjnym   mężczyzną,   a   co   więcej,   niemal   do 
szaleństwa   kocha   jej   córkę.   Lady   Parminster   przypuszczała,   że 
Rowland   wyjedzie   z   Merryn   Park   najszybciej,   jak   będzie   mógł. 
Tymczasem   on   z   niezrozumiałych   względów   wciąż   pozostawał   na 
miejscu, blady i ponury. Gdy pojawiał się w kościele, Kitty chlipała w 
swoją książeczkę do nabożeństwa i rzucała mu spojrzenia pełne udręki.

Skoro   Rowland   nie   chciał   wyjechać   -   cóż   za   męczący   człowiek!   - 

musiała to zrobić Kitty. Do lata wciąż było jeszcze bardzo daleko, a 
lady Parminster nie chciała patrzeć, jak córka usycha na jej oczach. Nie 
dostrzegała tego, co widział sir John - że Kitty w cudowny sposób 
zapomina   o   swej   rozpaczy   gdy   tylko   w   pobliżu   zjawia   się   młody 
porucznik Heslop, i że tak naprawdę ów smutny nastrój widać tylko w 
kościele.   Kiedy   sir   John   wyjawił   swe   spostrzeżenia,   żona   była 
przerażona.

- W takim razie sprawa jest przesądzona - powiedziała. - Małżeństwo 

z   Rowlandem   nie   wchodzi   w   grę,   a   Heslop   jest   biedny   jak   mysz 
kościelna.   Proponuję   wysłać   Kitty   do   jej   matki   chrzestnej,   do   Bath. 
Posiedzi tam spokojnie aż do lata.

- Co? Do Bath? Przecież młody Sandiford też może pojechać do Bath. 

42

background image

Mieszka tam jego matka.

- Nie sądzę - odparła lady Parminster po chwili namysłu. - Z tego, co 

widzę, Sandiford chce tylko wałęsać się w ponurym nastroju po swoim 
majątku.   Gdyby   chciał   odwiedzić   swoją   matkę,   zrobiłby   to   chyba 
znacznie wcześniej, prawda?

- Czy to nie będzie zbyt wielki kłopot dla pani Banstead? Może nie 

chce się zajmować młodą dziewczyną, która nie usiedzi ani chwili na 
miejscu, i która w dodatku wszędzie potrzebuje przyzwoitki.

-   Nonsens,   pani   Banstead   będzie   zachwycona.   -   Lady   Parminster 

machnięciem   ręki   zbyła   wszelki   wątpliwości   swego   męża.   Pani 
Banstead,   prócz   tego,   że   była   matką   chrzestną   Kitty   -   co   bardzo 
odpowiadało jej rodzicom - uchodziła także za damę niezwykle obytą 
w towarzystwie, która bardzo sobie chwaliła życie w Bath i rozrywki, 
jakie oferowało jej to miasto. Lady Parminster przypuszczała więc, że 
szacowana dama z radością przyjmie do siebie Kitty.

-   Dobrze   byłoby,   gdyby   Lavinia   Heslop   też   tam   pojechała   - 

powiedziała matka Kitty po zastanowieniu. - W ten sposób obie panny 
mogą być dla siebie przyzwoitkami przez cały dzień.

W odpowiedzi na propozycje lady Parminster pani Banstead napisała, 

że z radością będzie gościć obie panienki. Sir John nie sprzeciwiał się 
już więcej, a nawet dał Kitty dziesięć gwinei.

- Kup sobie parę drobiazgów, kotku.
Trzy dni później powóz Parminsterów z Kitty, Lavinia i pokojówką 

wyruszył do Bath.

3

Amelia   siedziała   w   swym   porannym   pokoju   i   ozdabiała   haftem 

dziecięce   ubranka.   Była   już   w   czwartym   miesiącu   ciąży   i   miała 
nadzieję,   że   tym   razem   doczeka   się   wreszcie   upragnionej   córeczki. 
Oczywiście,   kochała   swoich   synów,   ale   dała   już   mężowi   dwóch 
dziedziców i uważała, że ma prawo prosić teraz Boga o dziewczynkę. 
Jednak ta ciąża nie należała do najłatwiejszych; na szczęście przyjazd 
Merab   okazał   się   miłą   odmianą,   która   pozwoliła   oderwać   się   na 
moment   od   własnych  kłopotów.   Amelia  zaczęła   się   już   czuć   lepiej, 
nawet na tyle dobrze, że mogła wybierać się z Merab na krótkie spacery 

43

background image

do Ogrodów Sydney i regularnie odwiedzać Pijalnię, gdzie piła wody 
lecznicze zalecone jej przez doktora.

Merab siedziała w fotelu naprzeciwko i przerzucała stronice jakiegoś 

magazynu   dla   pań.   Widać   było   wyraźnie,   że   myślami   jest   bardzo 
daleko   od   tego   miejsca.   Wreszcie   westchnęła,   odłożyła   książkę   i 
powiedziała:

- Amelio, jestem tutaj już od sześciu tygodni i muszę się wreszcie 

poważnie zastanowić nad moją przyszłością. Powinnam zacząć szukać 
jakiejś posady.

Amelia przeszyła jeszcze dwa ściegi, nim odpowiedziała. Rozmawiały 

już raz na ten temat i zaczęła się tym poważnie martwić. Nie chciała, by 
Merab wyjechała i zrobiła jakieś głupstwo, zanim ona przekona się, czy 
nie jest w stanie skierować jej życia na inne, lepsze tory. Wiedziała, że 
musi postępować bardzo ostrożnie. Merab nie chciała nawet słyszeć o 
tym, by szukać sobie kandydata na męża, Amelia z kolei nie chciała na 
siłę popychać jej do jakiegoś działania.

- Mówisz o pracy w jakiejś szkole dla dziewcząt? - spytała. - Wiesz, że 

bardzo chętnie zrobię dla ciebie, co w mojej mocy, ale czy naprawdę 
dobrze   się   nad   tym   zastanowiłaś?   One   tak   harują,   biedaczki.   I   to 
wszystko za dwadzieścia funtów rocznie.

- Muszę coś robić - oświadczyła Merab stanowczo, po czym odwróciła 

oczy  od  ognia  trzaskającego   wesoło  na  kominku  i  wpatrzyła  się  w 
mroźną, styczniową scenerię za oknem. - Choć może i masz rację, jeśli 
chodzi   o   posadę   nauczycielki.   Wątpię,   czy   jakakolwiek   szkoła   dla 
panienek   w   Bath   byłaby   zachwycona   moimi   umiejętnościami 
zdobytymi   na   stancji   panny   Goodison!   Może   powinnam   zostać 
gospodynią? Mam przecież sporą praktykę, a gospodynie są znacznie 
lepiej opłacane.

- Nigdy! - krzyknęła Amelia, prostując  się w fotelu i zrzucając na 

podłogę   dziecięce   ubranko.   -   Gospodyni!   Pochodzisz   przecież   ze 
szlacheckiego rodu.

- Zdaje się, że moje dobre urodzenie w niczym mi tutaj nie pomoże - 

odparła Merab cierpko. - Teraz już nie wyjdę za mąż, a na pewno 
łatwiej mi będzie żyć jako gospodyni, która dostaje czterdzieści funtów 

44

background image

rocznie, niż jako dobrze urodzona guwernantka za połowę tej sumy.

- Miałam nadzieję, że zostaniesz tutaj - powiedziała Amelia smutno. - 

Przynajmniej do czasu, gdy urodzę dziecko. Nawet nie masz pojęcia jak 
dobrze na mnie działasz. Dopóki nie przyjechałaś, ciągle przeżywałam 
jakieś okropne depresje. Tak czy inaczej, po prostu musisz zostać do 
przyjazdu królowej! Wszyscy mówią, że będzie tu w czerwcu, a na 
pewno nie chciałabyś przegapić takiej okazji.

Merab   miała   dość   sceptyczną   minę.   Amelia   przerwała   na   chwilę 

szycie, poprawiła się i dodała:

- Merab, wiesz, że jesteś dla mnie jak rodzona siostra. Jakże mogłabym 

ci pozwolić wyjechać i uczyć w jakiejś okropnej szkole? Gdybyś tylko 
pozwoliła kupić sobie trochę ładnych ubrań i czasem wyszła ze mną tu 
i ówdzie.

Merab przyjrzała jej się podejrzliwie.
- Rozumiem! Chcesz mnie wydać za mąż. Znam cię.
-   Ależ   Merab,   masz   dwadzieścia   sześć   lat,   a   nie   poznałaś   jeszcze 

nikogo   poza   tym   okropnym   Rowlandem   Sandifordem.   Chciałabyś 
chyba mieć jakichś przyjaciół? I nie zapominaj - dodała chytrze - że 
możesz   poznać   jakąś   odpowiednią   osobę,   która   będzie   szukać 
guwernantki.   Twoje   szansę   znacznie   się   zwiększą,   kiedy   będziesz 
porządnie ubrana. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, wiesz o tym 
przecież.

Merab spojrzała na nią sceptycznie.
- Swatanie - powtórzyła z uporem.
Gdy Amelia później w samotności myślała o tej rozmowie, wzdychała 

głośno. Nie była dość delikatna i teraz Merab wydawała się jeszcze 
bardziej niż dotąd zdecydowana szukać jakiejś okropnej posady. Nawet 
w tej chwili siedziała z pewnością w swoim pokoju i pisała do pani 
Goodison list, w którym prosiła o odpowiednie referencje.

Jednak los, który dotąd traktował Merab dość okrutnie, jakby chciał ją 

skazać na ponury i beznadziejny żywot, z właściwą sobie zmiennością 
postanowił   podarować   jej   niewielki   prezent.   Nazajutrz   rano,   przy 
śniadaniu, Merab otrzymała list.

- Jeśli to od panny Goodison, nie chcę nic o tym wiedzieć - zawołała 

45

background image

Amelia ze złością.

- To od pana Camberwella - powiedziała Merab, szczerze zdumiona. - 

Załączył też weksel na trzydzieści funtów! 

- Cudownie! Ale skąd on wziął te pieniądze?
- Zdołał przekonać innych egzekutorów, że należy mi się trzydzieści 

funtów za moją pracę w majątku po pierwszym wylewie dziadka.

- No i najwyższy czas, stary sknera... - burknęła Amelia. - Ale czy to 

oznacza, że...?

- Tak, będę rozsądna i kupię sobie jakieś ubrania.
Amelia wyprostowała się gwałtownie w krześle.
- Doskonale. Zaraz sporządzimy listę.
-   Wstrzymaj   się   na   minutkę,   Amelio   -   poprosiła   Merab.   -   Nie 

zamierzam   stroić   się   w   piękne   fatałaszki   i   szukać   męża,   to   byłoby 
absurdalne. Chcę kupić jakieś porządne, ciepłe ubrania, buty na zimę i 
tym   podobne   rzeczy.   Nie   wydam   ani   pensa   ponad   te   trzydzieści 
funtów.

- O nic nie musisz się martwić - zawołała Amelia. - Zostaw to mnie.

Była druga w nocy. Merab kucała na macie przed kominkiem w swej 

sypialni   i   próbowała   rozniecić   ogień   w   wygasłych   już   węglach. 
Wrzuciła   do   kominka   dwa   papierowe   papiloty   i   zaczęła   delikatnie 
dmuchać.   Wreszcie   po   chwili   pojawiła   się   wąska   smużka   dymu,   a 
potem maleńki płomyk. Ogień szybko ogarnął drugi papierek i drobne 
szczepionki, które służąca zostawiła na podpałkę. Kiedy Merab była już 
pewna, że płomień nie zgaśnie, usiadła spokojnie i przycisnęła do piersi 
swą starą, pocerowaną sukienkę.

Przed   chwilą   przebudziła   się   z   nocnego   koszmaru   i   próbowała 

strząsnąć z siebie nieprzyjemne uczucie, jakie pozostawił okropny sen. 
Zapaliła   jeszcze   kilka   świec,   ustawiła   je   na   kominku   i  z   powrotem 
usiadła   na   macie.   Śniło   jej   się,   że   była   ubrana   w   najbardziej 
niedorzeczną,   wymyślną,   cudzoziemską   sukienkę,   o   nieprzyzwoicie 
dużym dekolcie, i próbowała wydostać się z Pijalni. Wszyscy gapili się 
na nią, damy chichotały za swoimi wachlarzami, a co najgorsze, był 
tam też Rowland Sandiford, który otwarcie z niej szydził. Wyglądała 

46

background image

jak prawdziwy cudak, a kiedy się obudziła, jej policzki wciąż płonęły 
wstydem.

Przycisnęła   mocniej   starą   sukienkę   i   zamyśliła   się.   Nietrudno   było 

odgadnąć,   co   wywołało   ten   sen.   Dlaczego   jednak   aż   tak   bardzo 
przejmuje   się   nowymi   ubraniami?   Ustaliła   już   z   Amelią   listę 
najpotrzebniejszych rzeczy i nie rozumiała, co niepokojącego może być 
w wygodnym płaszczu i kilku sukienkach dziennych. Choć trzydzieści 
funtów w zupełności wystarczało na kupno podstawowej garderoby, 
na   pewno   nie   pokryłoby   kosztów   zakupu   choćby   jednej 
ekstrawaganckiej kreacji.

Dlaczego więc tak mocno to przeżywała? Być może bała się, że w 

końcu   przestanie   być   niewidzialna,   anonimowa.   Nie   sprawiła   sobie 
żadnej nowej sukni od czasu, gdy zamieszkała w Hartfield Hall; wciąż 
donaszała   te,   które   kupiła   jeszcze   za   życia   ojca.   Po   śmierci   matki 
przerabiała   jej   stare   ubrania,   podłużając   suknie   doszytymi   pasami 
innego materiału.

Pomyślała ze smutkiem, że z dorastającej panienki stała się od razu 

starą panną. W jej życiu nigdy nie było okresu, w którym czułaby się 
dobrze ubrana, młoda i ładna. Nigdy nie obracała się w towarzystwie, a 
jedynymi dżentelmenami, jakich spotykała regularnie, byli jej dziadek, 
pan Camberwell i pastor. Czasami w kościele widywała jakichś obcych 
młodych mężczyzn, gości którejś z sąsiadujących rodzin. Jednak oni 
nigdy   nie   zwracali   na   nią   uwagi,   jakby  była   powietrzem.   A   kuzyn 
Rowland dał jej jasno do zrozumienia, że jako kobieta w ogóle dla niego 
nie istnieje.

I o to właśnie chodziło. Merab siedziała nieruchomo, wpatrując się w 

ogień, i wiedziała już, co ją dręczy. Nie wiedziała dlaczego, bo przecież 
nienawidziła go i pogardzała nim, ale gdy tylko przeczytała list od 
pana   Camberwella,   pomyślała   „Teraz   mu   pokażę!”:   Jednak   zamiast 
rzucić Rowlanda na kolana - a potem odwrócić się od niego wyniośle - 
we śnie to ona stała się obiektem jego szyderstw.

Merab wstała i odszukała małe, oprawne w skorupę żółwia lusterko, 

które   niegdyś   należało   do   jej   matki.   Przyjrzała   się   uważnie   swemu 
odbiciu.   Oto   niesforne   włosy,   z   których   wypadały   już   następne 

47

background image

papiloty - cóż mogła z nimi zrobić? Były o wiele za grube, kręciły się 
zupełnie   nie   tak   jak   powinny,   a   wszelkie   starania,   by   ułożyć   je   w 
regularne loczki, nie przynosiły żadnych efektów. Poza tym była za 
blada.   Jej   skóra,   choć   pozbawiona   już   młodzieńczych   wyprysków   i 
czysta jak kość słoniowa, była aż nazbyt biała. Nigdy nie będzie miała 
białoróżowej cery, jaką szczycą się prawdziwe piękności. Z lusterka 
patrzyły na nią wielkie, ciemnobrązowe oczy,  które nagle, zupełnie 
nieoczekiwanie, napełniły się łzami.

Major Bendick, który zmuszony był niedawno opuścić swój regiment, 

lecz który wciąż szczycił się swą wojskową postawą i powodzeniem u 
dam, stał przed kominkiem i z przyjemnością przyglądał się bibliotece 
należącej teraz wyłącznie do niego. Jego ojciec niedawno umarł, więc 
major   Bendick   odziedziczył   spory   majątek,   wydał   siostrę   za 
dżentelmena,   który   siedział   właśnie   obok   i   popijał   jego   porto,   i 
przekonał matkę, że powinna wyjechać do swej owdowiałej siostry w 
Devonshire i zamieszkać tam na dłużej.

Wszystko to zostało zaplanowane z iście wojskową precyzją. Major 

miał  nadzieję,  że  wciąż  pozostaje  kochającym  i  posłusznym   synem, 
jednak kiedy sześć miesięcy temu powrócił do Bath po śmierci ojca, 
szybko zrozumiał, że synowska miłość ma swoje granice. Jego matka 
miała duszę romantyczki, toteż owinęła się w grubą warstwę czarnej 
krepy i z upodobaniem odgrywała rolę niepocieszonej wdowy. Siostra, 
która kończyła właśnie dwadzieścia cztery lata, niepokojąco zbliżyła się 
do ewangelicyzmu. Major postanowił, że dla spokoju ducha musi coś z 
tym wszystkim zrobić.

Krótkie   rozeznanie   w   sytuacji   upewniło   go,   że   wielebny   Clement 

Hartcourt jest najlepszym kandydatem na męża jego siostry, i że gdyby 
sprzedał   kolekcję   czternastowiecznych   książek   ojca   -   których   i   tak 
nigdy by nie przeczytał, i które wcale go nie interesowały - zarobiłby 
kilka dodatkowych tysięcy funtów. W ten sposób powiększyłby posag 
Elizy   i   zachęcił   nieco   opornego   pastora   do   poczynienia   kroków   w 
odpowiednim   kierunku.   Pan   Hartcourt   wkrótce   poślubił   pannę 
Bendick, a major mógł zająć się matką. Na początku wydawało się, że 

48

background image

nigdy nie ulegnie jego namowom - wdowa nie żyła ze swoim mężem w 
idealnej zgodzie i od wielu już lat z utęsknieniem czekała na chwilę, 
gdy   będzie   mogła   prowadzić   dom   zgodnie   ze   swoimi   własnymi, 
lepszymi, jak mniemała, poglądami. Major, po dokładnym przebadaniu 
pola bitwy, zdecydował się na terapię wstrząsową. Zaprosił do siebie 
pół tuzina rozbrykanych przyjaciół z armii i urządził kilka hucznych 
popijaw połączonych z grą w karty. W następnej kolejności sprowadził 
do   domu   damę   o   wątpliwej   reputacji,   której   włosy   miały   tak 
nieprawdopodobny odcień blond, że pani Bendick obrzuciła je tylko 
jednym   pełnym   przerażenia   spojrzeniem,   po   czym   bez   wahania 
wyraziła chęć wyjazdu do swej siostry, Augusty.

Wówczas   major   wielkodusznie   dorzucił   jeszcze   jedną   setkę   do 

czterystu fantów, jakie rocznie otrzymywała jego matka.

Major Bendick gotów był teraz wcielić w życie swój kolejny plan. Już 

trzydzieści pięć lat cieszył się różnymi przyjemnościami kawalerskiego 
życia   i   uznał   wreszcie,   że   potrzebuje   żony.   To   właśnie   powiedział 
swojemu szwagrowi.

- Mam już trzydzieści pięć lat i najwyższy czas, żebym się ustatkował. 

Potrzebuję   synów,   najlepiej   trzech,   dla   bezpieczeństwa.   Jeden   jako 
dziedzic, drugi do pomocy, a trzeci na wszelki wypadek. Myślę, że to 
by wystarczyło. Najstarszy oczywiście zostanie tutaj i będzie zarządzał 
majątkiem,   drugi   może   iść   do   wojska...   albo   do   marynarki   -   dodał 
wspaniałomyślnie. - Nie Jestem kapryśny. A trzeci może robić karierę 
w Kościele.

Pan Hartcourt zamrugał z niedowierzaniem.
- A jeśli będziesz miał córki? - spytał łagodnie.
Major zbył to nonsensowne przypuszczenie machnięciem ręki.
- Oczywiście, wybiorę sobie odpowiednią kobietę. To musi być ktoś 

rozsądny. Nie interesują mnie te kapryśne panienki prosto ze szkoły. 
Więcej włosów niż rozumu.

- Jak zamierzasz się do tego zabrać? - spytał pastor z ciekawością.
Major   był   wysokim,   dobrze   zbudowanym   mężczyzną   i   nosił   się 

prosto, jak na żołnierza przystało. Miał krótko przystrzyżone proste, 
ciemne włosy, kawaleryjski wąsik i równe białe zęby. Takie atrybuty 

49

background image

zapewne podobałyby się damom, choć żona pastora nie miała o swym 
bracie najlepszego zdania i nazywała go „zarozumiałym bydlakiem”.

W Pijalni znajdowała się lista gości i każdy, kto się tam wpisywał, 

mógł oczekiwać, że wcześniej czy później złoży mu wizytę jeden z 
dwóch Mistrzów Ceremonii z Bath. Major zamierzał przejrzeć tę księgę 
i wybrać stamtąd kandydatki na przyszła panią Bendick.

- Jutro pójdę do Pijalni i zrobię listę - powiedział.
- Listę! - powtórzył jak echo pan Hartcourt.
- Tak. Nazwisko, wiek, status. Nie mam nic przeciwko wdowie, choć 

jeśli będzie miała jakieś bachory, wyślę je do szkoły, gdzieś daleko stąd. 
Przydałby się też jakiś porządny posag, ale nie jestem chciwy. Dwa albo 
trzy tysiące wystarczą.

Pastor wpatrywał się w swój kieliszek z porto. Nigdy nie przepadał 

specjalnie za swoim szwagrem, ale teraz wręcz pragnął szczerze - co 
zupełnie nie szło w parze z chrześcijańską miłością bliźniego - by major 
dostał porządną nauczkę.

- Coś jeszcze? - spytał.
- No cóż, musi być jeszcze dość ładna. I chociaż chciałbym, żeby była 

rozmowna, to znaczy, żeby interesowała się tym co ja, to na pewno nie 
chcę jakiejś intelektualistki. Uważam, że kobieca inteligencja najlepiej 
sprawdza się w domu i przy dzieciach.

- A co z miłością?
- Miłość? - Major roześmiał się. - To sentymentalna bzdura. Nie wierzę 

w nią.

Nazajutrz   rano   Pijalnia   nie   była   specjalnie   zatłoczona   -   być   może 

nienajlepsza   pogoda   odstraszyła   część   bywalców.   Pani   Bridges 
przechadzała się pod rękę ze swym nowym mężem i zatrzymywała się 
co   chwila,   by   porozmawiać   ze   znajomymi.   Grupa   rozchichotanych 
dziewcząt znajdowała się pod baczną obserwacją swoich mam - major 
spojrzał na nie obojętnie i poszedł dalej. Była tam także ładniutka lady 
Wincanton, która coraz wyraźniej nabierała tak przyjemnych dla oka 
kształtów. Major lubił patrzeć na ciężarne kobiety, a szczególnie lubił 
panią Wincanton, która nie tylko była ładna, ale także wypełniła swój 

50

background image

obowiązek,   dając   mężowie   dwójkę   zdrowych   synów,   a   teraz 
przygotowywała   zapewne   trzeciego,   zapasowego.   Lady   Wincanton 
spacerowała z bardzo atrakcyjną damą, której major nie widział nigdy 
dotąd.

Była   wysoka,   szczupła   i   poruszała   się   elegancko,   co   z   aprobatą 

odnotował   major   Bendick.   Ubrana   była   w   jasnoszarą   suknię, 
najwyraźniej uszytą przez dobrą i drogą modystkę. Suknia była prosta, 
bez żadnych zbędnych ozdóbek, jednak talia została lekko obniżona, a 
rękawy poszerzone w stosunku do tych, jakie noszono w Anglii. Major, 
który w czasie swej kariery przebywał wraz z armią w Paryżu, od razu 
rozpoznał francuski krój.

Nieznajoma dama odwróciła się w jego kierunku i major dojrzał Jasną, 

kremową skórę, ładne wargi i wielkie, brązowe oczy. Krótko przycięte 
włosy młodej kobiety kręciły się w niesfornych lokach.

Kim ona jest? Musi się dowiedzieć.
Pigmalion nie mógł być chyba bardziej zadowolony z przemiany swej 

Galatei,  niż   Amelia   z  transformacji,   jaka   dokonała   się  w   wyglądzie 
Merab. Gdy tylko Merab odeszła do stołu z listem pana Camberwella, 
Amelia, zapomniawszy o wszelkich dolegliwościach, wezwała powóz, 
wynalazła   jakąś   książkę   z   biblioteki,   którą   natychmiast   musiała 
wymienić   na   inną,   i   pojechała   prosto   do   salonu   mody   przy   South 
Parade.   Madame   Regnier,   która   była   jego   właścicielką,   kilka   lat 
wcześniej przeszła na emeryturę, jednak pracowała od czasu do czasu 
dla kilku ulubionych klientek, do których z przyjemnością zaliczała 
lady   Wincanton   (była   bogata,   szybko   płaciła   i   ufała   bez   zastrzeżeń 
wyborowi i gustowi madame Regnier). W drodze do salonu umysł 
Amelii   pracował   bez   wytchnienia.   Była   przekonana,   że   madame 
Regnier z przyjemnością obsłuży tak dobrą klientkę jak ona. Była też 
pewna,   że   ta   inteligentna   dama   natychmiast   zauważy,   iż   pod 
okropnymi   ubraniami   i   fryzurą   Merab   kryje   się   prawdziwy   styl   i 
elegancja.

Postanowiła wtajemniczyć madame Regnier w swój plan. Merab nie 

dowie   się   o   rzeczywistych   kosztach   strojów,   gdyby   przekroczyły 
trzydzieści funtów, a wszelkie dodatkowe opłaty zostaną pokryte przez 

51

background image

sir Thomasa. To było doskonałe rozwiązanie. Tego samego wieczora, 
kiedy ubierała się do kolacji, powiedziała o wszystkim Babette.

Mademoiselle musi ściąć włosy, naturellement - zawołała Babette, która 

w chwilach wzruszenia jakby zapominała o angielskim i wracała do 
swego ojczystego języka. Gestykulując energicznie, mówiła dalej: - W 
Paryżu teraz, pisze moja kuzynka, włosy są krótkie, krótkie, krótkie. I 
całe pokręcone. Panienka Merab będzie piękna. Ja ją ostrzygę, zobaczy 
pani. Dżentelmeni będą za nią szaleć.

- Na miłość boską, nie mów jej tego! - przeraziła się Amelia która nie 

miała przed Babette prawie żadnych sekretów.

-   Proszę   się   nie   obawiać,  miladi  -   odparła   Babette   konspiracyjnym 

szeptem. - Panienka nic nie będzie podejrzewać.

Kiedy kilka dni później nadeszły nowe ubrania, a włosy mademoiselle 

zostały   przycięte   mimo   jej   gwałtownych   protestów,   Merab   była 
jednocześnie   oszołomiona,   zadowolona   i   zaniepokojona   zmianami, 
jakie zaszły w jej wyglądzie. Tego wieczora Babette pomogła jej ubrać 
się do kolacji. Przycięte elegancko loki zostały zręcznie podwiązane 
aksamitką,   a   fioletowa   sukienka   podkreślała   delikatny,   kremowy 
odcień jej cery i ogromne, brązowe oczy.

- Proszę bardzo, mademoiselle - zawołała Babette i cofnęła się o krok, by 

podziwiać   dzieło   swych   rąk.   -   Tak   właśnie   powinna   panienka 
wyglądać!  Miladi  będzie bardzo zadowolona, a sir Thomas po prostu 
bouleverse.

- Nie chcę, żeby sir Thomas był  bouleverse  - odparła Merab z lekkim 

przestrachem.

Babette uśmiechnęła się.
- Sir Thomas będzie bouleverse w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Merab roześmiała się głośno.
- Po prostu czarująca - powiedział sir Thomas, kiedy wieczorem Merab 

zeszła do salonu.

Merab spojrzała niepewnie na Amelię, która stała obok z uśmiechem 

zadowolenia na twarzy.

-   Nie   uważasz,   że   ta   sukienka   jest   trochę...hm   za   śmiała   jak   na 

guwernantkę?   -   spytała,   zerkając   na   dekolt,   który   wydawał   jej   się 

52

background image

przerażająco duży.

- Nonsens, panno Hartfield - powiedział sir Thomas, wyręczając swoją 

żonę i potwierdzając to, o czym wcześniej mówiła Babette. - Wygląda 
pani teraz jak prawdziwa dama, czyli wreszcie jest pani sobą, i wydaje 
mi się, że nie ma tu żadnych wątpliwości.

Spojrzał na żonę, która uniosła lekko brew w niemym pytaniu. Sir 

Thomas   nieznacznie   skinął   głową,   wyrażając   w   ten   sposób   swą 
aprobatę. Pomyślał, że Amelia miała rację. Panna Hartfield była bardzo 
atrakcyjną młodą kobietą. Nie była może klasyczną pięknością, jej nos 
był na to nieco za wąski, a ona sama o cal lub dwa za wysoka. Z 
pewnością jednak mogła narobić zamieszania w męskim towarzystwie 
w Bath, a może nawet - pomimo marnego posagu - znaleźć sobie męża. 
Postanowił jednak przestrzec Amelię, by nie robiła sobie za wielkich 
nadziei.

Głośno wyrażany podziw sir Thomasa, a także pochwały Amelii i 

Babette sprawiły, że następnego ranka Merab odważyła się pójść ze 
swą  przyjaciółką na  spacer do  Pijalni. Amelia chodziła tam,  by pić 
wody   lecznicze   przepisane   przez   jej   doktora,   jednak   tym   razem 
zależało   jej   przede   wszystkim   na   tym,   by   ktoś   zauważył   Merab. 
Skończyła właśnie pić swoją porcję i rozejrzała się dokoła. Ach! Idealny 
kandydat.

- Ach, major Bendick! Miło pana widzieć.
Major   skwapliwie   podszedł   do   lady   Wincanton,   ukłonił   się   i 

pocałował jej dłoń.

- Lady Wincanton. Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że przychodzi 

tutaj pić tę wodę.

Amelia zrobiła kwaśną minę.
- Muszę. Ale, ale, Merab, pozwól, że przedstawię ci majora Bendicka. 

Majorze, to moja przyjaciółka, panna Hartfield. Uczyłyśmy się razem w 
szkole.

-   Panno   Hartfield  -   major   ukłonił   się  głęboko.   Do   diabła,   z  bliska 

wydawała się jeszcze ładniejsza. Co za oczy! - Czy zamierza pani zostać 
tutaj na długo?

- Miesiąc, może troszkę dłużej. - Merab podziwiała jego białe zęby, jak 

53

background image

tego zapewne  chciał  sam major,  a  potem  spojrzała  z rezygnacją  na 
Amelię.

- Mam nadzieję, że znacznie dłużej - powiedziała lady Wincanton.
- Ja też mam taką nadzieję - uśmiechnął się major. - Czy mogę paniom 

towarzyszyć, jeśli zechcą panie pospacerować jeszcze kilka chwil?

Amelia nagle odkryła, że jest bardzo zmęczona i opadła na jedno ze 

złoconych   krzeseł,   ustawionych   pod   ścianami   pomieszczenia.   Była 
jednak   pewna,   że   Merab   ma   ochotę   na   dłuższy   spacer.   Major 
oświadczył, że będzie zachwycony, mogąc jej towarzyszyć.

Żyjąc w Hartfield Hall niemal jak w zamknięciu, Merab nie miała 

okazji być obiektem męskiej galanterii. Dlatego też na początku była po 
prostu   oszołomiona   komplementami,   jakie   bez   ustanku   prawił   jej 
major. Co właściwie miała mu na to odpowiedzieć? Po chwili doszła do 
wniosku, że major Bendick jest z siebie bardzo zadowolony, o wiele za 
bardzo. Pod wygładzoną i ugrzecznioną powierzchownością krył się 
mężczyzna, który postrzegał damy tylko jako lalki lub anioły, i nie 
dopuszczał   do   siebie   myśli,   by   mogło   istnieć   coś   pomiędzy   tymi 
skrajnościami. Major spacerował powoli, kłaniając się na lewo i prawo 
różnym   znajomym,   jakby   chciał   pochwalić   się   wszystkim   swoją 
zdobyczą.

-   Widzę,   że   moje   komplementy   nie   robią   na   pani   wrażenia   - 

powiedział, kiedy doszli do końca sali, a Merab nie odezwała się ani 
słowem.

- Panie majorze - przemówiła w końcu oszołomiona dziewczyna. - 

Ostanie osiem lat spędziłam na wsi w domu mojego dziadka. Nieczęsto 
miałam   okazję   wysłuchiwać   komplementów.   -   Ze   smutkiem 
przypomniała sobie, że dziadek obdarzał ją jedynie epitetami w rodzaju 
„głupi wymoczek” i prędzej odgryzłby sobie język, niż powiedział jej z 
własnej woli coś miłego.

Cudownie, pomyślał major. Jaka świeżość. No i stąd ta półżałoba.
-   Ale   teraz,   kiedy   jest   pani   w   Bath,   musi   pani   poznać   wszystkie 

przyjemności, jakie oferuje nam to miasto. Na przykład muzyka. Jestem 
pewien,   że   lubi   pani   muzykę.   W   Bawialni   co   środę   odbywają   się 
koncerty. To oczywiście nic ważnego, bo przede wszystkim staramy się 

54

background image

zadowolić nasze młode damy.

Merab spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Czy damy nie mogą lubić poważnej muzyki?
Wychowywano ją w ogromnym poszanowaniu dla muzyki i zawsze 

traktowała   ją   poważnie.   Jednym   z   jej   pierwszych   wspomnień   było 
słuchanie matki, która ćwiczyła gamy.

- Moja droga panno Hartfield! - Major roześmiał się głośno. - Chyba 

nie chce mi pani powiedzieć, że jest intelektualistką?

- Rzeczywiście, nie. - Merab pomyślała przelotnie o pannie Goodison, 

dla której idealny model kobiecej edukacji zawierał w sobie niezbyt 
głęboką   analizę   jednego   z   esejów   Addsona,   naukę   kaligrafii,   z 
mniejszym naciskiem na ortografię, i nie kończącą się naukę szycia.

- Miło mi to słyszeć! Najwspanialszy talent damy to czarujące maniery, 

którymi potrafi tak łatwo podbić serce każdego mężczyzny.

Merab uśmiechnęła się uprzejmie.
-   Majorze,   ta   rozmowa   do   niczego   nie   prowadzi.   Mogę   tylko 

powtórzyć, że nie przywykłam do komplementów. Szkoła, w której 
wraz z lady Wincanton spędziłam kilka cudownych lat, nie zachęcała 
kobiet do intelektualnego wysiłku. Uczono nas za to, że prawdziwym 
damom przystoi powściągliwość i małomówność. Teraz więc poproszę 
pana, by odprowadził mnie do lady Wincanton.

Zachwycająca skromność, pomyślał major. W dodatku uwagi panny 

Hartfield były całkiem inteligentne - jak na kobietę. Major był ciekaw, 
jaki posag ma ta dama.

-   Jak   mogłaś!   -   zawołała   Merab,   kiedy   major,   wypowiedziawszy 

jeszcze kilka pochlebnych uwag, oddalił się od obu pań.

Amelia roześmiała się.
- Biedak tak bardzo chciał z tobą porozmawiać, że musiałam mu dać 

po temu okazję, to wszystko. Czy to było aż takie straszne? On jest 
bardzo przystojny, chyba zauważyłaś?

- Tak, podejrzewam, że tak. - Nagle przypomniała sobie zimne, szare 

oczy Rowlanda. - Przynajmniej jest lepiej wychowany.

- Lepiej wychowany niż kto? - spytała Amelia. Zanim jednak mogła 

otrzymać odpowiedź na to pytanie, została przywołana przez panią 

55

background image

Tiverton, która rozmawiała z jakimiś przyjaciółmi przy oknie. Amelia i 
Merab ruszyły w jej stronę.

-   Moja   kochana   Amelia!   -   Pani   Tiverton   ucałowała   ją   gorąco   i 

przedstawiła swoim przyjaciołom, panu i pani Bridges. Merab także 
została przedstawiona trójce nieznajomych i znalazła się nagle obok 
pani Bridges, miłej kobiety około pięćdziesiątki z siwiejącymi włosami 
związanymi w elegancki kok i parą uśmiechniętych orzechowych oczu. 
Wydawała   jej   się   dziwnie   znajoma,   ale   ponieważ   pani   Bridges   nie 
wspominała o tym ani słowem, Merab pomyślała, że musi się mylić. Bo 
właściwie kiedy mogły się poznać? Na pewno nie w ciągu ostatnich 
ośmiu lat.

Rozmowa już po raz drugi tego dnia dotyczyła muzyki.
-   Muszę  wyznać,   że   moja   wielka   miłość   to   Mozart   -   mówiła   pani 

Bridges. - Oczywiście, to już trochę niemodne, ale...

-   Nie   uważam,   by   wielka   muzyka   naprawdę   podlegała   kaprysom 

mody - powiedziała Merab z naciskiem.

- Ach, więc zgadza się pani ze mną?
-   Całkowicie.   Moja   matka,   która   śpiewała   naprawdę   pięknie, 

uwielbiała Mozarta. Zawsze mnie uczyła, że muzyk i śpiewak są po to, 
by prezentować dzieła kompozytora, a nie po to by się popisywać. 
„Mozart jest większy od nas wszystkich” powtarzała. I miała rację.

- Więc w pierwszej kolejności czci pani Mozarta - powiedziała pani 

Bridges z uśmiechem. - Mam nadzieję, że będzie pani mogła uczynić 
nam tę przyjemność i wybrać się z nami na Jakiś koncert.

Merab przyjęła tę propozycję ze znacznie większą przyjemnością niż 

pożegnalne słowa majora Bendicka, w których ten wyrażał nadzieję na 
kolejne spotkanie. Doszła do wniosku, że lubi panią Bridges - była to 
miła, nieafektowana kobieta. Chętnie pozna ją trochę lepiej. A jej mąż 
wydawał się bardzo uprzejmy. Przynajmniej nie będzie musiała znosić 
tego nudnego majora.

Amelia   powróciła   do   domu   bardzo   zadowolona   z   tej   niewielkiej 

wyprawy. Merab  zaczęła swe życie towarzyskie bardzo efektownie. 
Major był bez wątpienia pod jej urokiem. Pani Bridges należała do 
najpopularniejszych osób w Bath, a już po cichu pogratulowała Amelii 

56

background image

jej „czarującej przyjaciółki”. Państwo Bridges byli bardzo miła parą, a 
znajomość z nimi z pewnością pozwoli Merab poznać wielu ciekawych 
ludzi.

Reakcja pani Bridges zdumiałaby zarówno Amelię, jak i Merab, gdyby 

któraś z nich mogła ją słyszeć.

- Więc to była Merab Hartfield - powiedziała do swego męża, kiedy 

powolnym spacerem wracali do domu. - Przyznam, że spodziewałam 
się   czegoś   zupełnie   innego.   Rowland   wyrażał   się   o   niej   niezbyt 
pochlebnie.

- Bardzo miła młoda kobieta - zgodził się jej mąż. - Inteligentna i 

atrakcyjna.

- Najwyraźniej nie miała bladego pojęcia, kim jestem - powiedziała 

pani Bridges, marszcząc lekko czoło.

- Powiesz jej?
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę.
- Nie, nie sądzę. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Chciałabym, żebyśmy 

poznały się lepiej bez żadnych uprzedzeń.

Lavinia Heslop przyjęła propozycję wyjazdu w towarzystwie Kitty do 

Bath z wdzięcznością graniczącą z zachwytem. Pani Heslop była niemal 
równie zadowolona. Pastor i jego rodzina żyli bardzo skromnie i nie 
byli w stanie wysłać córki na całe lato do Londynu. Czterech synów 
pani   Heslop   musiało   znaleźć   sobie   miejsce   w   świecie,   a   to   sporo 
kosztowało, więc potrzeby Laivinii musiały zaczekać. Lecz choć pani 
Heslop godziła się z tą koniecznością, nie chciała, by Lavinia została 
starą   panną   tylko   z   powodu   braku   okazji.   Tak   więc   nie   mogła 
zmarnować szansy wysłania córki na kilka miesięcy do Bath, nawet 
jeśli nie do końca pochwalała fanaberie Kitty.

Kareta Parminsterów, wioząca Kitty, Lavinię i służącą Kitty, zajechała 

przed dom pani Banstead pewnego zimnego popołudnia w połowie 
lutego. Dziewczynki zostały uprzejmie powitane przez panią Banstead, 
która zachwycała się głośno urodą Kitty i zapewniała, że wokół pięknej 
panienki   będzie   aż   tłoczno   od   adoratorów.   Potem   obie   przyjaciółki 
zostały zaprowadzone do ładnej sypialni wybitej tapetą o delikatnym, 

57

background image

zielonym wzorze i kilkoma figurkami pastuszków na kominku. Dwaj 
służący wnieśli ich bagaże, pokojówka przyniosła ciepłą wodę, i pani 
Banstead wreszcie je opuściła, mówiąc na odchodnym:

-   Najdroższa   Kitty,   zabiorę   cię   jutro   do   mojej   modystki!   Wróciła 

właśnie z Paryża i wie wszystko o najnowszej modzie. Jestem pewna, 
że   będziesz   nią   zachwycona.   Pani   też,   panno   Heslop   -   dodała   po 
namyśle.

Wszelkie obawy pani Parminster o stan ducha jej córki okazały się 

bezpodstawne.   Kitty   na   początku   rzeczywiście   próbowała   przybrać 
udręczoną pozę i wzbudzić w ten sposób zainteresowanie otoczenia już 
pierwszego   wieczora   w   Bawialni,   jednak   widok   innych   dziewcząt, 
roztańczonych i spoglądających na nią ze współczuciem, sprawił, że 
szybko zapomniała o swym postanowieniu. Pani Banstead oczywiście 
znała   wielu   ciekawych   ludzi,   toteż   Kitty   i   Lavinia   zostały 
przedstawione towarzystwu i przy następnym tańcu obie panny miały 
już partnerów.

Major   Bendick   także   tam   był,   wciąż   uzupełniając   swoją   listę. 

Nazwisko   Merab   zostało   tam   już   zapisane,   jej   przyjaźń   z   lady 
Wincanton była wystarczającym świadectwem dobrej reputacji, Jednak 
niepokój majora budziło wciąż puste miejsce przy rubryce „posag”. 
Przy   nazwisku   Parminster   miejsce   to   zostało   już   wypełnione.   Pani 
Banstead dyskretnie powiadomiła majora o rychłym przyjeździe swej 
chrześnicy, a ten wpisał kwotę 10 000 funtów. Lavinia w ogóle nie 
znalazła się na tej liście.

Major świadom był swoich atutów i doskonale rozumiał się z panią 

Banstead. Wysoki, przystojny mężczyzna, którego stan posiadania nie 
wzbudzał żadnych wątpliwości, obdarzony pewną nieuchwytną aurą 
męskości właściwą tylko żołnierzom, zawsze spotykał się z akceptacją 
dam. Pani Banstead z uśmiechem pozwoliła, by ich wspólny przyjaciel 
przedstawił go pannie Parminster.

Choć pierwsza reakcja Kitty, wyrażająca pełne uznanie dla jego zalet, 

bardzo mu pochlebiała, major nie był do końca przekonany.

- Czy będzie pani chodzić na koncerty, panno Parminster? - Spytał, 

kiedy zajęli miejsce w szeregu innych par.

58

background image

- Koncerty? - Powtórzyła Kitty z przerażeniem.
- Tak, koncerty. Odbywają się w każdą środę. Czy lubi pani muzykę?
Kitty roześmiała się perliście.
- Muszę wyznać, że choć śpiewam jedną czy dwie piosenki, jak to 

musi robić każda młoda dama, na samą myśl o siedzeniu w jednym 
miejscu przez cały koncert chce mi się spać. - Widząc posępną minę 
majora, spytała; - A czy pan, w takim razie, lubi muzykę?

-   Naturalnie.   Pod   warunkiem,   że   jest   naprawdę   melodyjna.   Nie 

przepadam za tymi nowoczesnymi wymysłami. Beethoven na przykład 
w ogóle nie jest melodyjny.

Duch  przekory  owładnął nagle panną  Parminster. Uśmiechnęła się 

najpiękniej, jak potrafiła, do swego partnera.

- A ja uważam, że muzyka Beethovena jest naprawdę cudowna.
Brwi majora jak na rozkaz zbiegły się razem.
- Jestem starszy od pani, panno Parminster. Musi pani uznać, że mam 

rację.

- Och, a to dlaczego? - spytała Kitty, otwierając szeroko oczy.
Później,   w  karecie  odwożącej  trójkę   dam  do  domu,   pani  Banstead 

zapytała:

- Czym wprawiłaś majora w takie zdenerwowanie, Kitty?
Panna wzruszyła tylko ramionami.
- To bardzo dobra partia - przypomniała jej pani Banstead. - Poza 

całkiem   przyzwoitym   majątkiem   ma   co   najmniej   cztery   tysiące 
rocznego dochodu.

Kitty nie odpowiedziała. Później, kiedy obie dziewczynki kładły się 

spać, powiedziała do Lavinii:

-   Myślał,   że   musi   tylko   powiedzieć   mi,   co   jemu   się   podoba,   a   ja 

natychmiast się z tym zgodzę.

Rzuciła się ze złością na łóżko. Przywykła do tego, że to mężczyźni 

ulegali   jej,   a   nie   ona   mężczyznom.   Rowland   zawsze 
podporządkowywał się jej życzeniom.

Lavinia uważnie splotła warkocz i powiedziała:
- Ale zrobiłaś na nim ogromne wrażenie, Kitty. Ciągle prosił cię o 

następny taniec.

59

background image

Mówiła   o   tym   ze   smutkiem,   gdyż   major   był   jednym   z   naj-

przystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziała, a on nawet na nią 
nie spojrzał.

-   Rzeczywiście,   chyba   tak   było,   prawda?   -   spytała   Kitty   z 

zadowoleniem.

W   miarę   upływu   dni   Kitty   miała   coraz   więcej   powodów   do 

samozadowolenia.  Co  prawda  major  odsunął  się  od niej,  lecz Kitty 
miała teraz już całe kółko adoratorów, a najważniejszym z nich był 
wicehrabia Claydon, mężczyzna, którego Kitty skłonna była traktować 
całkiem poważnie.

Lavinia przyjechała do Bath, spodziewając się samych przyjemności, 

szybko   jednak   odkryła,   że   życie   w   mieście   wcale   nie   wygląda   tak 
różowo. W domu, gdzie krąg ich znajomych ograniczał się do kilku 
dobrze im znanych osób, nie miała poczucia rywalizacji. Zawsze była 
pokorną wielbicielką Kitty i była wdzięczna za każdy okruszek, który 
spadł z jej stołu. Co więcej, wszyscy wiedzieli, że jej posag jest bardzo 
skromny, i dlatego też nikt nie kwapił się, by ją adorować.

Tutaj,   w   Bath,   wzbudzała   całkiem   spore   zainteresowanie,   które   w 

opinii Kitty należało się tylko jej.

- Nie rozumiem, dlaczego pan Corbett tańczył z tobą aż dwa razy - 

powiedziała   któregoś   wieczora   w   drodze   powrotnej   do   domu.   Pan 
Corbett był przystojnym młodym mężczyzną, o którym mówiono, że 
zostanie   spadkobiercą   majątku   starego   pana   Fincha,   swojego   ojca 
chrzestnego, zaś ten oceniano na co najmniej 5 000 funtów rocznego 
zysku.   Czego   on   mógł   chcieć   od   tej   biednej   Lavinii   z   jej   dwoma 
marnymi tysiącami?

Lavinia, która siedziała na przednim siedzeniu, spostrzegła, że pani 

Banstead patrzy na nią z dezaprobatą i szybko odrzekła:

-  Szczerze  mówiąc,  nie  wiem.  Na pewno   chciał  przede wszystkim 

rozmawiać o tobie.

Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale Kitty uśmiechnęła się ze 

zrozumieniem,   a   pani   Banstead   najwyraźniej   się   uspokoiła.   Lavinia 
odwróciła głowę do okna i patrzyła na płomienie gazowych latarni, 
które rzucały pomarańczowy blask na chodnik i rozpraszały ciemności 

60

background image

zimowej nocy. Po raz pierwszy w życiu zaczęła odczuwać niechęć do 
swej   przyjaciółki.   Czy   ona,   Lavinia,   nie   mogła   mieć   swoich 
adoratorów?   Nagle   zatęskniła   do   swej   przytulnej   sypialni   w   domu 
rodzinnym i do towarzystwa mamy.

Rowland   przyjechał   do   Bath   dopiero   pod   koniec   lutego.   Złożył 

kurtuazyjną wizytę swej matce i jej nowemu mężowi, jednak stanowczo 
odmówił, gdy poprosili, by zamieszkał w ich domu.

- Nie, naprawdę dziękuję, mamo - mówił. - Zatrzymam się w hotelu. 

Nie wiem jeszcze, jak długo tutaj zostanę i nie chciałbym wam robić 
kłopotu.

Jego   matka,   widząc,   że   nic   nie   wskóra,   nie   namawiała   go   dłużej. 

Wiedziała, że jej powtórne małżeństwo była dla Rowlanda pewnym 
szokiem, choć od wielu lat znał i lubił jej obecnego męża. Jednak choć 
mógł bez zastrzeżeń tolerować Samuela jako jej cichego wielbiciela, nie 
potrafił   od   razu   w   pełni   zaakceptować   go   jako   jej   małżonka.   Lady 
Bridges zdawała sobie sprawę, że damy w jej wieku - miała pięćdziesiąt 
sześć lat - nie powinny zajmować się rzeczami odpowiednimi raczej dla 
ludzi młodych.

Zrozumiawszy, że na razie nie osiągnie nic więcej, powiedziała tylko:
- Mam nadzieję, że zostaniesz przynajmniej na kolację. Mamy dzisiaj 

dziczyznę. Brat Samuela przysłał nam spory kawałek.

- Dziękuję, z przyjemnością.
Rowland oczywiście słyszał wcześniej, że Kitty jest w Bath. Wiedział 

bardzo dobrze, że prawdziwemu dżentelmenowi nie przystoi w takiej 
sytuacji wybierać się do damy i igrać z jej uczuciami. Z drugiej jednak 
strony bardzo chciał ją zobaczyć i być może liczył po cichu na jakiś cud. 
Wyobrażał sobie, jak rodzina na siłę wyciągają do Bawialni. Czyż nie 
widział   wtedy,   w   niedzielę,   jak   płakała   rozpaczliwie   w   swoją 
koronkową chusteczkę?

W  końcu   przekonał  sam   siebie,  że  uprzejmość   wymaga,   by  złożył 

wizytę swej matce i osobiście złożył jej gratulacje z okazji ślubu. Potem 
zobaczy, co dalej. Po krótkim namyśle postanowił, że zostanie w Bath 
jeszcze kilka tygodni. Będzie próbował zachowywać się w stosunku do 

61

background image

Kitty przyjaźnie, lecz z chłodną uprzejmością. Gdyby tylko mógł liczyć 
na   to,   że   ona   jeszcze   poczeka...   Ale   nie,   musi   to   zrozumieć.   Musi 
pogodzić się z faktem, że jego plany życiowe uległy nieodwracalnej 
zmianie. Musi zdać sobie wreszcie sprawę, że nie dostanie Kitty ani też 
majątku Hartfieldów.

Rowland jeszcze wielokrotnie myślał o kłótni z Merab i doszedł do 

satysfakcjonującego wniosku, że ma to już za sobą. Co!? Miał się ożenić 
z takim kocmołuchem, zaniedbaną starą panną bez ogłady, i w dodatku 
niezbyt ładną? Pewnie do tego wszystkiego była okropną jędzą. Gdyby 
miała jakiekolwiek zalety, to czy kuzyn Julian już dawno nie poznałby 
ich ze sobą? Wybuch gniewu wywołany był szokiem, jakiego doznał po 
odczytaniu testamentu - nikt nie byłby w stanie powstrzymać się w 
takich okolicznościach i nikt nie mógł go winić za to, co się stało.

Następnego   wieczora   wybrał   się   do   Bawialni.   Był   poniedziałek   i 

odbywał się właśnie bal. Rowland postanowił udzielać się towarzysko. 
Mistrz   Ceremonii   z   pewnością   przedstawi   go   wielu   atrakcyjnym 
damom, a on spróbuje się zrelaksować i zabawić.

Dotarł na miejsce dosyć późno i kiedy szedł przez salę, by złożyć 

swoje uszanowanie Mistrzowi Ceremonii, znalazł się nagle twarzą w 
twarz z... Kim ona była? Przecież na pewno skądś ją znał!

Rowland   wpatrywał   się   osłupiały   w   wysoką,   szczupła   kobietę   o 

pięknych,   ciemnych   włosach,   które   delikatnymi   loczkami   okalały 
czarującą twarz. Jej skóra miała bardzo jasny, oliwkowy odcień, który 
pokrywał się właśnie delikatnym rumieńcem, kiedy i ona patrzyła na 
niego. Oczy miała ciemnobrązowe, wielkie i lśniące. Nieznajoma nosiła 
elegancką, jedwabną suknię wieczorową w kolorze głębokiego fioletu, 
który cudownie podkreślał jej wspaniałą kremową karnację.

Serce Rowlanda podskoczyło gwałtownie. Kto to jest?
Nieznajoma dama była poruszona równie głęboko jak on.
- Pan... pan Sandiford...
- Panna Hartfield! - Rowland poczuł, jak ogarnia go wielki gniew. - Co, 

u diabła, pani tutaj robi?

4

Towarzystwo w Bath nie było tak ekskluzywne i zamknięte jak modny 

62

background image

świat Londynu. Chorych i rekonwalescentów, którzy przyjeżdżali tutaj 
się leczyć, łączyła prawdziwa sympatia. Nowo przybyli pacjenci szybko 
odkrywali,   że   towarzysze   ich   niedoli   chętnie   dzielą   się   wszelkimi 
wiadomościami na temat najlepszych lekarzy i sposobów terapii. Ta 
przyjacielska   atmosfera   ogarniała   także   Pijalnię   i   Bawialnię.   Dama, 
która w londyńskim towarzystwie nie znalazłaby nigdy miejsca, była 
ciepło przyjmowana w Bath, pod warunkiem, że była dość miła i dość 
bogata, by pozwolić sobie na pobyt w tym mieście.

Dlatego też wiele osób wydawało spore sumy na wizyty w Bath, w 

nadziei, że właśnie w ten sposób uda im się wejść do towarzystwa. Nikt 
nie był w tych wysiłkach równie wytrwały jak pani Dinah Hamson, 
bogata wdowa tuż po pięćdziesiątce. Towarzyszył jej syn, Joseph.

Pani Hamson była dość korpulentną osobą o ciemnych włosach, teraz 

lekko już przyprószonych siwizną, ciemnych oczach i niezbyt miłym 
charakterze. Była wdową  po  pastorze z bogatej parafii, i jako  żona 
pastora przywykła do tego, by traktowano ją z uległością i należnym 
szacunkiem.   Zaproszenie   na   herbatkę   do   pani   Harrison   było 
prawdziwym zaszczytem, niemal królewskim rozkazem. Niestety, jej 
władcze zapędy i sztywne maniery nie pozwoliły jej znaleźć swego 
miejsca w nieco bardziej wyszukanym towarzystwie.

Życie w Bath było bardzo upublicznione: nowy gość przyjeżdżał do 

miasta, wpisywał się do księgi wyłożonej w Pijalni, przyjmował wizytę 
dwóch Mistrzów Ceremonii, a potem, jeśli był w stanie opłacić wcale 
niemałą składkę za wstęp do Bawialni i różnych modnych miejsc, w 
których   pokazywał   się   „wielki   świat”,   wtedy   dopiero   zostawał 
dopuszczony do towarzystwa. Co działo się potem, zależało już od 
samego   zainteresowanego.   Pani   Harrison   była   w   towarzystwie 
tolerowana, ale tylko tolerowana. Lady Mandersby i czcigodna pani 
Tiverton,   dwie   seniorki  societe  Bath,   kłaniały   jej   się   uprzejmie,   gdy 
zdarzyło im się spotkać w przejściu, jednak pani Harrison nigdy nie 
została oficjalnie przedstawiona ich znajomym i nie należała do ich 
kręgu.

Joseph był krępym, młodym mężczyzną o starannie pokręconych i 

wypomadowanych włosach. Był równie uparty jak jego matka, a w 

63

background image

dodatku   dość   ograniczony.   Z   zawodu   był   prawnikiem   i   pracował 
głównie   dla   pewnego   kupca   w   Bristolu,   a   ponieważ   świetnie   znał 
najdrobniejsze tajniki handlu, doskonale nadawał się do tego rodzaju 
profesji. „Nikt jeszcze nie przechytrzył Josepha Hamsona”, mawiał z 
upodobaniem do swoich kolegów.

On   także   nie   mógł   pogodzić   się   z   tym,   że   wciąż   nie   należy   do 

towarzystwa   w   Bath.   Rozumiał   doskonale,   że   ożenek   z   kobietą   z 
wyższych   sfer   znacznie   powiększyłby   jego   szansę   na   zasobną 
przyszłość. Gdy jego zaloty do córki zwierzchnika zostały pogardliwie 
odrzucone, przyjechał do Bath, by tutaj popróbować szczęścia.

Był   częścią   zewnętrznego   kręgu   satelitów,   otaczających   pannę 

Parminster.

- Zobacz tylko, tutaj jest na co popatrzeć - powiedział do matki, kiedy 

oboje siedzieli w sali balowej Bawialni, czekając na muzykę. Głową 
wskazał na Kitty.

- Tak, a przy tym na pewno warta jest niezłą fortunkę - dodała pani 

Harrison, wydymając usta. - Uważam jednak, że jej sukienka jest po 
prostu nieprzyzwoita. Prawie zupełnie przezroczysta. Można niemal 
bez trudu zobaczyć jej... kończyny. - Pani Harrison chciała właściwie 
powiedzieć „nogi”, ale uznała, że to byłoby zbyt niedelikatne.

Joseph spojrzał na Kitty z uznaniem. Szukała męża, bez wątpienia, a 

obcisła   suknia   jeszcze   podkreślała   jej   wdzięki.   Po   ślubie   naturalnie 
nosiłaby   coś   znacznie   skromniejszego.   Joseph   nie   miał   zamiaru 
pozwalać, by jego żona była obiektem zalotnych spojrzeń wszystkich 
mężczyzn.

W końcu doczekał się na swój taniec z Kitty i pochlebiał sobie, że 

udało   mu   się   zrobić   na   niej   pewne   wrażenie.   Właśnie   zamierzał 
spróbować swego szczęścia po raz drugi i poprosić ją o do tańca, kiedy 
dojrzał, że jego matka wykonuje jakieś dziwne, energiczne gesty.

- Cóż takiego się stało, mamo? - spytał z irytacją, kiedy stanął u jej 

boku.

- Widzisz tę damę z lady Wincanton? - syknęła pani Harrison.
Joseph   spojrzał;   wysoka   elegancka   kobieta,   przy   tym   całkiem 

atrakcyjna.

64

background image

- Tak, no i co?
- Słyszałam, jak lady Wincanton mówiła do niej „Merab”!
- No i co z tego?
- Moja siostra nazywała się Merab.
- Moja droga matko, czy przywołałaś mnie tutaj tylko po to, by mi to 

powiedzieć? - Joseph zaczął już oddalać się od matki.

- Joseph! Czy ty nic nie rozumiesz? Być może ona jest córką Abby!
- Abby?
-   Abby,   ty   tępaku.   Mojej   zniesławionej   siostry,   tancerki   operowej. 

Mówiła, że wychodzi za jakiegoś arystokratę. Nie mogę przypomnieć 
sobie   jego   nazwiska,   jakiś   Hartshom   czy   coś   takiego.   Oczywiście, 
wszyscy wiedzieliśmy, o co naprawdę jej chodzi. Wyszła za mąż, na 
pewno! Czy to było w ogóle możliwe?

Joseph znów spojrzał na nieznajomą kobietę. Prowadziła ożywioną 

rozmowę z lady Wincanton i majorem  Bendickiem. Dobrze ubrana, 
pewna siebie... pieniądze. Jego myśli biegły znów tym samym, dobrze 
mu znanym torem. Zmrużył oczy.

- Chcesz powiedzieć...
- Oczywiście. Jeśli rzeczywiście ona jest córką Abby, to właściwie nie 

trzeba nam już niczego więcej. Spójrz tylko na nią. To jasne, że nie 
brakuje jej pieniędzy. I obraca się w odpowiednim towarzystwie. - Tak 
jak   Abby,   pomyślała   ze   złością.   Zajęła   się   tylko   sobą   i   nawet   nie 
pomyślała o siostrze. Przez te wszystkie lata nie dostali od niej żadnej 
wiadomości.

- Ale myślałem, że ona już nie należy do rodziny - powiedział Joseph.
-   Oczywiście,   że   wyrzekliśmy   się   jej,   kiedy   została   śpiewaczką 

operową.   Pokazywała   na   scenie   nogi,   zresztą   pewna   jestem,   że   i 
znacznie więcej też. I nigdy, ani przez chwilę, nie wierzyłam w to jej 
„małżeństwo”.   Jeśli   jednak   rzeczywiście   udało   jej   się   do   tego 
doprowadzić,   to   jej   obowiązkiem   było   poinformować   o   tym   swoją 
siostrę. - Pani Harrison nie zastanawiała się nad dziwaczną logiką tego 
rozumowania. Parsknęła tylko gniewnie i spojrzała ze złością na Merab.

- Może ona wcale nie będzie chciała nas poznać - powiedział Joseph, 

udowadniając, że nie na darmo skończył studia prawnicze.

65

background image

- Nie będzie miała wyboru - warknęła jego matka. - Idź tam i dowiedz 

się, kim ona jest.

Merab wpatrywała się z niedowierzaniem w Rowlanda. Na chwilę 

ogarnął   ją   lęk.   Znów   była   w   Hartfield   Hall,   znów   czuła   na   sobie 
pogardliwy wzrok kuzyna, znów wstydziła się swych pocerowanych 
ubrań, bladej cery, niemodnej fryzury. Po chwili strach zamienił się w 
złość.   Przebywała   tutaj   jako   przyjaciółka   lady   Wincanton,   została 
zaakceptowana   przez   towarzystwo   w   Bath.   Lady   Mandersby,   która 
była tu wyrocznią w sprawach towarzyskich, chwaliła głośno jej styl. 
Major  Bendick  najwyraźniej   uważał  ją   za  atrakcyjną   kobietę.  Czego 
miałaby się bać?

Podniosła wyżej głowę i zmierzyła kuzyna zimnym spojrzeniem.
- Przyjechałam w odwiedziny do mojej przyjaciółki, lady Wincanton.
- W poszukiwaniu dobrej partii, jak sądzę - burknął Rowland.
Merab   uniosła   jedną   brew   i   spojrzała   przelotnie   na   Kitty,   nim 

odpowiedziała:

- Mogłabym to samo powiedzieć o panu, sir.
Przez chwilę Rowland nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa.
- Jak pani śmie! - wykrztusił w końcu.
- Panie Sandiford - odparła Merab lodowatym tonem. - Nie muszę się 

panu z niczego tłumaczyć. Mam takie samo prawo przebywać w Bath, 
jak i pan. - Kątem oka dostrzegła, że kilka osób, w tym pani Bridges, 
przygląda im się z zainteresowaniem, i dodała. - Zdaje się, że robimy z 
siebie widowisko.

Rowland rozejrzał się dokoła niecierpliwie.
- Lepiej chyba będzie, jeśli się już rozstaniemy, nie sądzi pan? - Merab 

dygnęła grzecznie i odeszła.

Rowland wciąż stał w miejscu, patrząc ze złością na oddalającą się 

pannę Hartfield.

Amelia   z   rosnącą   konsternacją   przysłuchiwała   się   rozmowie   swej 

przyjaciółki. Dojrzała Rowlanda znacznie wcześniej, jednak nie mówiła 
o tym Merab. Żywiła romantyczną nadzieję, że Rowland tylko spojrzy 
na Merab i natychmiast straci dla niej głowę. Tymczasem on kłócił się z 

66

background image

nią praktycznie na oczach całego towarzystwa. Nawet jeśli nie wszyscy 
się im przyglądali, to z pewnością i tak dostarczyli tematu do wielu 
plotek.

-   Och,   kochanie   -   westchnęła   w   końcu,   wiedząc,   że   wszystko,   co 

powie, i tak będzie brzmiało niezręcznie. - Myślę, że przyjechał tutaj dla 
Kitty Parminster.

- Pewnie tak. - Merab, jeszcze przed chwilą uradowana odwetem, jaki 

wzięła   na   swym   niedawnym   oprawcy,   poczuła   nagle   ogromne 
przygnębienie. - Co mam teraz robić, Amelio?

Przyjaciółka pokręciła głową.
- Nie możesz tak całkiem się od niego odsunąć. W końcu to twój 

kuzyn.   I   na   pewno   nie   chcesz,   żeby   ktoś   dowiedział   się   o   tym 
okropnym testamencie.

Merab   wzdrygnęła   się.   Wciąż   boleśnie   odczuwała   upokorzenie   z 

tamtego dnia.

-   Teraz   pewnie   będzie   starał   się   nie   wchodzić   mi   w   drogę   - 

powiedziała   po   chwili.   -   Myślę,   że   zwykły   ukłon   i   kilka   słów 
przywitania w zupełności wystarczy.

Ach ci mężczyźni, pomyślała Amelia.

Kitty wolała nie wspominać przy swej matce chrzestnej ani słowem o 

swojej   zażyłej   znajomości   z   Rowlandem   Sandifordem   i   poleciła,   by 
Lavinia także pomijała ten temat milczeniem. Martwiła się jedynie, że 
jej matka mogła kiedyś wymienić to nazwisko przy pani Banstead. Na 
szczęście lady Parminster była dość rozważna, by nie mówić głośno o 
niedorzecznych   fanaberiach   córki.   Kitty   zadziwiająco   szybko 
zapomniała o swoim rozczarowaniu, nie widziała jednak powodu, dla 
którego Rowland nie miałby jeszcze trochę ją poadorować. Był jednym 
z   najprzystojniejszych   mężczyzn   w   Bath   i   jego   zaloty   mogły   tylko 
dodać jej splendoru w oczach innych.

- Biedny pan Sandiford - litowała się Lavinia, która miała miękkie 

serce.   -   Czy   on   nie   popadnie   w   jakąś   straszną   depresję,   kiedy   ty 
będziesz go tak traktować? On tak bardzo cię kocha, Kitty.

- Więc powinien być bogatszy - odrzekła Kitty bez cienia współczucia.

67

background image

- Ale to nie jego wina, skoro kuzyn postanowił nie zostawiać mu tych 

pieniędzy!

- Oczywiście, że jego - warknęła panna Parminster. - Powinien się 

przypochlebiać temu kuzynowi. Pisać do niego miłe listy, zgadzać się z 
nim we wszystkim. Wiedział przecież, jak bardzo potrzebuje majątku 
Hartfieldów, jeśli chciał się ze mną ożenić.

- Co się stało z tymi pieniędzmi? - spytała Lavinia, zaciekawiona.
Kitty wzruszyła ramionami.
- Pewnie poszły na jakieś cele dobroczynne. No cóż, Rowland miał już 

swoją   szansę.   -   Z   zadowoleniem   przyjrzała   się   swemu   odbiciu   w 
lustrze. Lord Claydon przyrównał ją do ślicznej czarodziejki - i miał 
rację. Tyle tylko, że lord Claydon jeszcze jej się nie oświadczył.

- Co zamierzasz zrobić?
- Będę bardzo miła dla pana Sandiforda - odrzekła Kitty słodko. - Będę 

z nim tańczyć, pozwolę, żeby mnie adorował, przynosił wino i tak 
dalej. I postaram się robić to zawsze, kiedy lord Claydon będzie w 
pobliżu.

- A co z innymi? Z panem Hamsonem i... majorem Bendickiem? - 

spytała Lavinia z wystudiowaną obojętnością.

- Interesuje cię major Bendick?
Lavinia starannie wygładziła brzeg sukienki.
- Jestem pewna, że on w ogóle o mnie nie myśli. Tańczy ze mną tylko 

wtedy, kiedy nie może tańczyć z tobą.

Major  Bendick  to  mój  drugi  typ   -  powiedziała  Kitty,  z  satysfakcją 

obserwując   przygnębioną   minę   Lavinii.   Mężczyzna   z   czterema 
tysiącami   funtów   rocznego   dochodu   zasługiwał   na   poważne 
traktowanie. Kitty nie zamierzała pozwolić, by Lavinia sprzątnęła go jej 
sprzed nosa. - Możesz mieć pana Hamsona, jeśli chcesz.

- Dziękuję ci - odparła Lavinia beznamiętnym tonem.

Kitty zachowywała się w stosunku do Rowlanda niezwykle, boleśnie 

wręcz   uprzejmie,   a   jednocześnie   wciąż   mu   się   wymykała, 
doprowadzając   go   tym   niemal   do   szaleństwa.   Przez   cały   następny 
tydzień Rowland wytrwale ją adorował. Kitty nigdy nie podarowała 

68

background image

mu   więcej   niż   dwóch   tańców   jednego   wieczora,   jednak   czułe 
spojrzenia,   jakie   bezustannie   rzucała   w   jego   kierunku,   zdawały   się 
obiecywać   znacznie   więcej.   Kiedy   w   końcu   Rowland   spotkał   ją   za 
zasłoną   liści   wielkich   palm   i   pocałował   delikatnie,   gwałtownie 
zareagowała.

- Co ty wyprawiasz?
- Ale Kitty...
- Nie mów do mnie „Kitty”!
- Więc panno Parminster...
- To już lepiej. - Kitty uśmiechnęła się uroczo i podała mu dłoń.
Rowland pocałował czubki jej palców.
- Kitty, posłuchaj...
- Ja mówiłam poważnie, panie Sandiford. Nie ma pan prawa zwracać 

się do mnie po imieniu. To nie wypada. Co by ludzie powiedzieli?

- Więc tak szybko mnie już zapomniałaś? - spytał Rowland gorzko.
Kitty   zrozumiała,   że   jej   towarzysz   potrzebuje   jednak   kilku   słów 

zachęty.

- Nie zapomniałam - powiedziała miękko, spoglądając na niego ze 

smutkiem swymi błękitnymi oczyma. - Ale jeśli będziemy za bardzo się 
spoufalać, pani Banstead napisze o tym do mamy i taty, a oni przyjadą 
tutaj i zabiorą mnie do domu. A tego nie mogłabym znieść. - Kitty 
pomyślała o nadziejach, jakie wiązała z wicehrabią Claydonem.

- Ja też nie mogłem znieść tego, że nie pozwalano mi rozmawiać z tobą 

w domu - powiedział Rowland cicho. 

Kitty uśmiechnęła się słodko.
- Rozumiesz więc, że musimy przestrzegać etykiety. - Rozejrzała się 

dokoła. Jej matka chrzestna i Lavinia stały po drugiej stronie sali. Lord 
Claydon prawdopodobnie gdzieś wyszedł. Kitty wsunęła się ponownie 
za palmy.

- No dobrze - powiedziała. - Jeden pocałunek.
Pozwoliła, by na kilka sekund przywarł do jej ust, a potem odsunęła 

się od niego.

- Drogi panie Sandiford - powiedziała z uśmiechem. - Przypuszczam, 

że zechce pan poczęstować mnie kieliszkiem ratafii.

69

background image

Zawiedziony, lecz zarazem zupełnie oszołomiony, Rowland pozwolił 

zaprowadzić się do sali jadalnej.

Następnego dnia po nieoczekiwanym spotkaniu Merab i Rowlanda 

pogoda była wyjątkowo nieprzyjemna. Obie damy postanowiły nigdzie 
nie wychodzić i siedziały wygodnie w pokoju Amelii, rozmawiając o 
Kitty Parminster.

- Nie mogę zrozumieć, co mężczyźni w niej widzą - mówiła Amelia ze 

złością. Wciąż czuła się wytrącona z równowagi, nie tylko z powodu 
niezbyt   miłego   spotkania   Merab   z   kuzynem,   ale   także   dlatego,   że 
Rowland wciąż nadskakiwał Kitty.

-   Jest   bardzo   ładna   -   podsunęła   Merab,   która   postanowiła   być 

wielkoduszna.

- Jak lalka!
- Mężczyźni lubią lalki. Spójrz tylko na majora Bendicka.
- Nonsens, Merab. Przecież wczoraj wieczorem major wychwalał twoją 

inteligencję.

- On będzie ją z chęcią wychwalał - odparła Merab. - Dopóki nie będę 

jej   za   bardzo   okazywać.   Major   Bendick   uważa,   że   kobieta   jest 
inteligentna tylko wtedy, kiedy we wszystkim się z nim zgadza.

- Myślałam, że go trochę lubisz - zdziwiła się Amelia.
Merab   obrzuciła   ją   sceptycznym   spojrzeniem.   Doskonale   zdawała 

sobie   sprawę   z   tego,   że   Amelia   uważa   majora   za   doskonałego 
kandydata na męża.

- Oczywiście, że go lubię - odrzekła chłodno. - Jest miłym, dobrze 

wychowanym mężczyzną, dlaczego miałabym go nie lubić? Poza tym, 
ma   do   mnie   słabość.   Na   pewno   zgodzisz   się,   ze   mną,   że   to   także 
świadczy o wysokim stopniu inteligencji.

-   Jesteś   niemożliwa   -   powiedziała   Amelia,   kręcąc   głową   z 

rozbawieniem.

W tym momencie w drzwiach pojawił się lokaj - przyniósł na tacy 

dwie karty wizytowe i podał je Merab. Podniosła je powoli. Któż to 
składał   jej   wizytę?   „Pani   Eli   Harrison”   głosił   napis   na   jednej   i   „J. 
Harrison” na drugiej. Odwróciła obie karty na drugą stronę. Na jednej z 

70

background image

nich   dopisano   ołówkiem   dwa   słowa:   „Z   domu   Cooper”.   Merab 
pobladła.

- Co się stało? - Amelia przestała wyszywać ubranko młodszego syna.
Merab podała jej karty.
-   Cooper   to   panieńskie   nazwisko   mojej   matki.   -   Gestem   nakazała 

Amelii, by obejrzała karty z drugiej strony.

- Gdzie ich zostawiłeś, Gregg? - spytała Amelia.
- W żółtym salonie, proszę pani - odparł lokaj. - Sir Thomas jest w 

bibliotece i zapewne nie życzy sobie, by mu przeszkadzano.

-   Będę   musiała   spotkać   się   z   nimi   -   powiedziała   Merab,   nieco 

przestraszona. Myślała teraz niezwykle szybko. To była bez wątpienia 
jej ciotka Dinah, a z tego, co mówiła jej mama, wynikało, że była to 
złośliwa, zazdrosna kobieta, z którą Abigail miała niewiele wspólnego.

- Powiedz pani Harrison i jej synowi, że zaraz do nich zejdziemy - 

poleciła Amelia. - I poczęstuj ich czymś.

- Tak jest, proszę pani. - Drzwi zamknęły się za lokajem bezgłośnie.
- Nie podoba mi się to - powiedziała Merab. - Dlaczego nagle chce 

mnie poznać? Wyrzekła się mojej matki, kiedy ta zajęła się śpiewem. 
Nigdy nie odpowiedziała na list, w którym mama zawiadamiała ją o 
ślubie z tatą. Czego oni mogą ode mnie chcieć?

- A dlaczego mieliby chcieć czegoś więcej niż po prostu cię poznać?
- Mama zawsze mówiła mi, że Dinah to okropna egoistka, w dodatku 

uparta jak osioł.

- Merab - zaczęła Amelia łagodnie. - To musiało być jakieś trzydzieści 

lat   temu.   Przecież   wszystko   mogło   się   zmienić.   Chodźmy   na   dół   i 
przekonajmy się. Chyba że wolisz spotkać się z nimi sama?

Merab energicznie potrząsnęła głową.
Pani   Harrison   ubrała   się   na   to   spotkanie   dość   ostrożnie,   gdyż   nie 

wiedziała, jakie są oczekiwania jej siostrzenicy. Bardzo chciała uzyskać 
wreszcie wstęp do towarzystwa, w jakim obracała się Merab, i dlatego 
postawiła przede wszystkim na dyskrecję i powściągliwość. Z drugiej 
strony nie uważała wcale, że powinna okazywać córce Abigail - która 
była tylko owocem mezaliansu pomiędzy tancerką operową (by nie 
powiedzieć gorzej) i nieudacznikiem Jonathanem Hartfieldem - jakieś 

71

background image

specjalne względy. Chciała także podkreślić wyraźnie swoją wartość. 
Znajdowała   się   więc   w   dosyć   trudnej   i   złożonej   sytuacji.   Chciała 
wszelkich korzyści, jakie mogła jej dać znajomość z Merab, z drugiej zaś 
strony nie zamierzała jej za nic dziękować.

Po długich namysłach włożyła więc czarny wełniany kostium, obszyty 

foczym futrem, z bardzo skromnym dekoltem. Na głowie miała turban, 
znany   jako   pruski   hełm,   który   jeszcze   bardziej   podkreślał   surowy 
wizerunek. Całości dopełniał parasol.

Joseph   także   starannie   dobierał   swą   garderobę.   Włożył   spodnie   z 

cielęcej skóry, buty z cholewami i dwurzędowy surdut, a do tego fular, 
który po wielu nieudanych próbach udało mu się związać na sposób 
amerykański,   które   to   wiązanie,   w   jego   mniemaniu,   dodawało   mu 
pewnej   nieuchwytnej   aury   nowoczesności.   Obserwował   Merab 
uważnie i w pełni aprobował to, co widział. Przemknęła mu nawet 
przez głowę myśl, że choć wolałby za żonę Kitty Parminster, jego nowa 
kuzynka także byłaby całkiem odpowiednią towarzyszką dla młodego 
prawnika   pnącego   się   po   szczeblach   kariery.   Znała   odpowiednich 
ludzi, odznaczała się pewną dyskretną elegancją, a jej posag z pew-
nością przydałby się młodemu człowiekowi takiemu jak on i pomógłby 
mu zdobyć odpowiednią pozycję w świecie.

Gdy   tylko   pani   Harrison   ujrzała   Merab,   od   razu   zrozumiała,   jak 

bardzo jej nie lubi. Jej siostrzenica była wyższa od swej matki, ale miała 
te same oczy, które mogły podbić serce każdego mężczyzny. Poruszała 
się także bardzo podobnie. Joseph mógł sobie nazywać to „elegancją”, 
ale pani Harrison i tak dobrze wiedziała, że Merab chce po prostu 
okazać w ten sposób swoją wyższość, dokładnie tak samo, jak robiła to 
jej matka. Gdy Merab dopytywała się uprzejmie, gdzie pani Harrison 
zatrzymała   się   po   przyjeździe   do   Bath,   ta   uznała   to   za   bezczelną 
impertynencję. Uważała też, że Merab udaje tylko przyjaciółkę lady 
Wincanton, by się jej przypochlebić.

-   A   czy   ty   zamierzasz   jeszcze   długo   pozostać   w   Bath?   -   spytała 

niegrzecznie pani Harrison.

- Niezbyt długo, proszę pani. Muszę szukać posady nauczycielki.
- Nauczycielki! - powtórzył Joseph z przerażeniem.

72

background image

- Tak, niestety - przytaknęła Merab. Jej kuzyn był młodym mężczyzną 

o grubych rysach twarzy; nosił się dość elegancko. Merab pomyślała, że 
jeśli przyszedł tutaj wraz ze swoją okropną matką, by wyciągnąć z niej 
jakieś  pieniądze,  to  powinna  jak  najszybciej  pozbawić  go  wszelkich 
złudzeń. - Dziadek nie zostawił mi żadnych pieniędzy. Sama muszę 
zarabiać na życie.

Pani Harrison spojrzała na poranną suknię Merab z delikatnej szarej 

wełny i doszła do wniosku, że jej siostrzenica mija się z prawdą.

- Jestem pewna, że lady Wincanton nie pozwoli na to - powiedziała 

głośno.

- Wolę być niezależna.
- Ale dopóki jest pani tutaj, zagląda pani czasem do Bawialni, prawda? 

- wtrącił się Joseph, który tak jak i jego matka nie wierzył w ubóstwo 
Merab i czuł, że kolejna szansa wymyka mu się z rąk. - Mam nadzieję, 
że mogę liczyć na jeden lub dwa tańce, droga kuzynko?

-   Niestety,   nie   tańczę,   panie   Harrison.   Wciąż   jestem   w   żałobie   po 

moim dziadku.

Pani Harrison nie mogła już znieść tego ani chwili dłużej.
- Ho, ho! - parsknęła. - Pomyślałby kto. Nie bądź taka zarozumiała, 

moja   panno.   Twoja   matka   była   taka   sama,   udawała   wielką   damę. 
Myślisz,   że   jesteś   taka   wspaniała   i   ważna,   że   nie   możesz   nawet 
zatańczyć z własnym kuzynem? Pozwól sobie powiedzieć, że...

- Mamo! - Joseph podniósł głos o pół tonu.
Pani Harrison przerwała w pół zdania.
- Może lepiej puścić w niepamięć urazy z przeszłości - powiedziała z 

wysiłkiem. - Choć źle się dzieje na świecie, kiedy siostrzenica uważa, że 
wolno jej pogardzać własnymi krewnymi.

Merab   spojrzała   bezradnie   na   Amelię,   która   odwróciła   głowę   i 

wpatrywała się obojętnie w krajobraz za oknem.

- Wcale nie chcę się wywyższać, proszę pani - powiedziała cicho. - Nie 

chcę   też   odrzucać   swoich   krewnych.   Ale   mój   dziadek,   z   którym 
mieszkałam   przez   ostatnie   osiem   lat,   umarł   zaledwie   dwa   miesiące 
temu  i  gdybym  już  teraz  brała  udział  w  tańcach,   uznano  by  to  za 
wysoce niestosowne.

73

background image

- Osiem lat! I ty chcesz mi powiedzieć, że zostawił cię bez środków do 

życia?   Wiem   dobrze,   że   miał   całkiem   niezły   mająteczek,   którego 
niejeden by mu pozazdrościł! - Pani Harrison nie omieszkała przed tą 
wizytą dowiedzieć się czegoś więcej o rodzime Hartfieldów z Kroniki 
rodów szlacheckich Zjednoczonego Królestwa.

- Mamo! - powtórzył błagalnym tonem Joseph. - Przecież to nie twój 

interes.

-   Nonsens,   Josephie.   Czyż   nie   jestem   jej   ciotką?   A   jej   matka   była 

dokładnie   taka   sama,   nigdy   nie   odpowiedziała   ci   wprost   na   żadne 
pytanie.

Nic dziwnego, pomyślała Merab. Nikt nie chciałby mówić za wiele 

przy takiej wścibskiej osobie.

-   Mój   dziadek   był   ekscentrykiem   -   powiedziała   w   końcu.   -   Wolał 

przeznaczyć   swoje   pieniądze   na   cele   dobroczynne.   -   Zamilkła   na 
moment i dodała z leciutką ironią. - Zdaje się, że jego opinia o mnie i 
mojej matce była bardzo podobna do tej, jaką pani zdążyła już wyrazić.

- Bardzo przepraszam za zachowanie mojej mamy - wtrącił Joseph z 

desperacją. - To spotkanie wytrąciło ją z równowagi.

Pani Harrison podniosła się ze swego miejsca.
-   Będziemy   musiały   się   już   pożegnać,   siostrzenico   Merab   - 

oświadczyła. - Widzę, że uczucia rodzinne niewiele dla pani znaczą. 
Ale   jako   chrześcijanka   wciąż   wyciągam   do   pani   rękę   na   znak 
pojednania. Josephie, wstań, musimy już iść.

Merab i Amelia także wstały ze swych foteli i czekały uprzejmie przy 

drzwiach, aż powóz gości zniknie im z oczu.

- Co za okropna kobieta! - wykrzyknęła Merab. - Najdroższa •Amelio, 

mam tylko nadzieje, że nie wyprzesz się mnie teraz.

Amelia pocałowała ją w policzek.
-   Wszyscy   mamy   jakichś   okropnych   krewnych   -   powiedziała. 

Powinnaś   zobaczyć   moją   kuzynkę,   Caroline.   Odrażająca   kobieta. 
Spędza całe życie na hulankach; pijaństwo, hazard, tuziny kochanków. 
Zawsze żyje na skraju bankructwa. Nie mów mi nawet o krewnych.

- Ona przynajmniej nie mieszka w Bath! - Merab uśmiechnęła się z 

wysiłkiem,   wciąż   zdenerwowana.   -   Czy   naprawdę   byłam   taka 

74

background image

niegrzeczna?

- Oczywiście, że nie. Byłaś bardzo uprzejma. Jeśli ona nie wierzy w to 

co mówisz, to już nie twoja wina.

-   Nie   powinnam   była   kupować   tych   nowych   ubrań.   Mogą 

wprowadzić kogoś w błąd.

-   Nonsens.   Twoja   ciotka,   o   ile   się   nie   mylę,   ma   spore   ambicje 

towarzyskie. Po prostu nie może pogodzić się zmyślą, że tym razem nic 
z tego nie wyszło - stanowczo oznajmiła Amelia.

Choć Amelia udawała pewną siebie, w rzeczywistości była bardzo 

zmartwiona. Obawiała się między innymi opinii swego męża. Choć 
pani Harrison i jej syn nie byli prostakami, z pewnością nie należeli też 
do   osób,   jakie   powinny   znajdować   się   w   towarzystwie   Merab.   Na 
pewno nie znaleźliby uznania w oczach towarzystwa. Major Bendick 
wyraził już pewne zainteresowanie Merab i Amelia obawiała się, że w 
tym   momencie   krewni   pokroju   pani   Harrison   mogła   przyjaciółce 
bardzo zaszkodzić.

Czy rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uważała majora Bendicka, 

chciałby mieć cokolwiek wspólnego z tego rodzaju kobietą? Nawet jeśli 
w   tej   chwili   pani   Harrison   uwierzyła   Merab   i   straciła   dla   niej 
zainteresowanie, z pewnością chciałaby odnowić tę znajomość, gdyby 
jej siostrzenica została żoną majora!

Sir Thomas, gdy jego żona odważyła się porozmawiać z nim na ten 

temat, także wyrażał swoje obawy.

- Na pewno znacznie zmniejszyli jej szansę - oświadczył z pewnością. - 

Widziałem   tę   kobietę.   Przeklęta,   namolna   metodystka.   Znam 
podobnych ludzi.

- Rzeczywiście jest aż tak źle? - przeraziła się Amelia. - Nie próbowała 

mnie nawracać ani nie namawiała do modlitwy.

- Hm. Ale na pewno ma bardzo surowe poglądy na temat teatru, 

hazardu i Bóg wie czego jeszcze. Dla panny Hartfield byłoby najlepiej, 
gdyby   ci   dwoje   wynieśli   się   z   powrotem   do   Bristolu,   nim   w   Bath 
rozniesie się wieść o ich pokrewieństwie.

Amelia westchnęła.
- Obawiam się, że pan Harrison należy do kręgu adoratorów Kitty 

75

background image

Parminster. Wątpię, czy zechcą wyjechać już teraz.

- W takim razie dobrze byłoby dla panny Hartfield, gdyby zajął się nią 

ktoś inny - powiedział w końcu sir Thomas. Wciąż uważał, że jego żona 
była zbyt optymistycznie nastawiona do planów wydania przyjaciółki 
za mąż, jednak nie mógł spokojnie patrzeć na jej przygnębioną minę. 
Nie   pozwoli   co   prawda,   by   kontaktowała   się   z   tymi   Harrisonami, 
jednak dopóki panna Hartfield zdoła trzymać się od nich z daleka, nie 
będzie interweniował.

Jakby   w   odpowiedzi   na   modlitwy   Amelii,   następnego   dnia 

Wincantonowie i panna Hartfield otrzymali zaproszenie na przyjęcie 
wydawane przez Bridgesów przy okazji zbliżającego się koncertu w 
Bawialni.

- Zechcesz tam pójść, Merab? - spytała Amelia.
- Bardzo chętnie. - Merab lubiła panią Bridges.
Przed koncertem goście zaproszeni zostali na herbatę. Pani Bridges 

zaplanowała poczęstunek na wpół do siódmej, zaś koncert rozpoczynał 
się godzinę później.

Merab ubrała się na tę okazję bardzo starannie. Miała na sobie jedną z 

dwóch nowych sukien wieczorowych z szarego jedwabiu i delikatny 
szal z czarnej koronki, którym Amelia przyozdobiła jej ramiona. We 
włosy wpięła hebanowy grzebień, a w dłoni trzymała czarny wachlarz. 
Jej skóra zawsze była troszeczkę za blada, jednak czarny szal zdawał się 
zacierać to wrażenie, co Amelia odnotowała z satysfakcją.

Jednak zaraz przy wejściu do Bawialni oczekiwał Merab spory szok. 

Obok pani Bridges, która witała wszystkich przybywających gości, stał 
nie kto inny jak Rowland Sandiford!

- Panie Sandiford - zachłysnęła się Merab, mocniej przyciskając do 

siebie szal. - Skąd pan się tu wziął?

Rowland uniósł lekko brwi.
- Dlaczego miałoby mnie tu nie być? - spytał zimno. - Pani Bridges jest 

moją matką?!

- Pana matką?
-   Więc   stąd   się   znamy   -   powiedziała   Amelia,   podchodząc   bliżej   i 

podając   dłoń   pani   Bridges.   -   Byłam   pewna,   że   gdzieś   już   panią 

76

background image

widziałam, ale nazwisko wydawało mi się obce. Proszę mi wybaczyć.

Pani   Bridges   uśmiechnęła   się   ciepło,   wybaczając   Amelii   to   nagłe 

wtargnięcie. Domyślała się, że przede wszystkim miało ono wybawić 
Merab z opresji.

- Wyszłam za pana Bridgesa dopiero w listopadzie - odpowiedziała. - 

Przypuszczam,   że   spotkałyśmy   się   jeszcze   nim   pani   Tiverton 
przedstawiła nas sobie, ale to było tylko jakieś skromne przyjęcie wiele 
lat temu.

- Oczywiście - zgodziła się Amelia. - Teraz już sobie przypominam.
Pani Bridges zwróciła się z uśmiechem do osłupiałej Merab. Rowland 

zdążył się już oddalić, więc powiedziała:

-   Mój   syn   potrafi   być   czasem   nieznośny,   panno   Hartfield.   Mam 

nadzieję, że jego obecność nie zepsuje pani wieczoru.

- Nie, nie! - Czyżby pani Bridges wiedziała o wszystkim? - w głowie 

Merab kłębiły się setki myśli.

- Liczę też na to, że będziemy mogły poznać się trochę lepiej. - Pani 

Bridges zauważyła, że Merab wciąż jest nieco oszołomiona, uścisnęła 
więc jej dłoń i pozwoliła odejść.

- Panie Bridges - zawołała do swego męża. - Jestem pewna, że panna 

Hartfield chętnie się czegoś napije.

W   pierwszej   chwili   Rowland   chciał   oskarżyć   Merab,   że   celowo 

zaznajomiła się z jego matką, żeby... No właśnie, żeby co? Zastawić na 
niego pułapkę? Na szczęście tym razem dobry anioł stróż powstrzymał 
nierozważne słowa, które cisnęły mu się na usta.

Wiedział doskonale, że Merab właściwie nie ma ani pensa, zauważył 

jednak z pewnym zakłopotaniem, że wielu mężczyzn w Bath uważało 
ją za całkiem interesująca partię, godną ich zabiegów. To spostrzeżenie 
wytrąciło go zupełnie z równowagi. Kto by pomyślał, że ta koścista 
kobieta potrafi tak bardzo się przeobrazić?

Nagle zorientował się, że stoi w pobliżu miejsca, w którym Merab 

toczy właśnie dyskusję z panem Bridges.

-   Czasami   śpiewam   wieczorami   -   mówiła   panna   Hartfield.   -   Sir 

Thomas   bardzo   lubi   stare   piosenki,   takie   jak  Pewnego   ranka  i   temu 
podobne. Państwo Wincanton mają cudowny fortepian. Co za ton!

77

background image

Merab śpiewa, pomyślał z rozbawieniem Rowland. Niech Bóg broni! 

Kitty   to   zupełnie   co   innego.   Kitty   miała   słodki   głosik   i   potrafiła 
cudownie   nim   operować.   Ale   ona   odebrała   solidne   wykształcenie. 
Wolał nie myśleć o tym, jak brzmi śpiew jego kuzynki.

- Tak bardzo cieszę się na ten koncert - kontynuowała Merab. - Już od 

tak dawna nie słuchałam muzyki w dobrym wykonaniu.

-   Jaki   jest   pani   ulubiony   kompozytor,   kuzynko?   -   spytał   nagle 

Rowland, zaskakując sam siebie.

Merab odwróciła się powoli.
- Mozart, bez wątpienia. - Rowland jak zawsze mówił lekko kpiącym 

cynicznym tonem, jednak Merab zauważyła, że tym razem nazwał ją 
„kuzynką”. - Uważam, że muzyka Mozarta zawiera w sobie wszystko. 
Kiedy  byłam  mała,  mama   śpiewała  mi  przed  snem  Se  wuol  ballare, 
signior contino
, i od tego czasu już na zawsze pokochałam Mozarta.

Rowland   zauważył   z   konsternacją,   że   Merab   mówiła   z   całkiem 

dobrym włoskim akcentem.

- Musiała pani mieć niezwykłe dzieciństwo, kołysana do snu muzyką 

Mozarta. Większość dzieci słucha piosenki o dwóch kotkach.

Merab uśmiechnęła się lekko.
- Och, ja też jej słuchałam. Tyle że po prostu wolałam Mozarta.
Rowland nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Nagle w jego głowie 

pojawiły się setki pytań. Jak wyglądało dzieciństwo tej kobiety? Co się z 
nią   działo,   nim   przyjechała   do   Hartfield   Hall?   I   nagle,   zupełnie 
niespodziewanie, zadał sobie pytanie najważniejsze: dlaczego kuzyn 
Julian zachowywał się z taką wrogością w stosunku do swej wnuczki?

Merab odstawiła kieliszek i spojrzała na niego niepewnie.
- To bardzo miło ze strony pańskiej matki, że zechciała mnie tutaj 

zaprosić   -   powiedziała   z   lekkim   wahaniem.   -   Nie   zdawałam   sobie 
sprawy, że wie o mnie wszystko.

Chciała przez to powiedzieć tylko tyle, że docenia wielkoduszność 

pani Bridges, która zaprosiła ją tutaj, choć w pewnym sensie pozbawiła 
ona jej syna sporej fortuny.

Rowland jednak zrozumiał to całkiem opacznie.
- Chce pani powiedzieć, że moja matka celowo spotkała nas ze sobą? - 

78

background image

spytał gniewnie. - Zapewne zastanawia się Pani teraz, czy aby nie za 
szybko wyrzekła się majątku Hartfieldów.

Merab   zbladła   jak   ściana.   Czy   jej   kuzyn   chciał   w   ten   sposób 

zasugerować, że ona celowo sprokurowała to spotkanie, by nakłonić go 
do   małżeństwa?   Przez   moment   była   tak   wściekła,   że   miała   ochotę 
sięgnąć powtórnie po kieliszek i chlusnąć jego zawartością prosto w 
twarz Rowlanda, Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył.

- Jeśli rzeczywiście tak pan myśli, to chyba powinien był pan ostrzec 

swoją matkę przede mną, prawda? Kto wie, może pomyślała, że jednak 
nie ja byłam winna takiej treści testamentu i chciała po prostu poznać 
mnie jako zwykłego człowieka? - Uśmiechnęła się chłodno i dodała. - 
Nie   mogę   zrozumieć,   dlaczego   uważa   się   pan   za   tak   niezwykle 
atrakcyjną   partię.   Przepraszam,   widzę,   że   przybył   właśnie   major 
Bendick. - Z tymi słowy Merab oddaliła się od swego kuzyna.

Koncert zagrany był cudownie, jednak Merab nie mogła się skupić na 

muzyce.   Jak   on   śmiał?   Czy   naprawdę   przypuszczał,   że   ona 
kiedykolwiek   zgodziłaby   się   przyjąć   jego   oświadczyny?   Musiałaby 
chyba być szalona, by zgodzić się na coś podobnego. Przez osiem lat 
spędzonych   pod   jednym   dachem   ze   swym   dziadkiem   Merab 
zrozumiała, że nigdy więcej nie chce być już pomiatana i pogardzana 
przez innego człowieka. Nauczanie w szkole dla panienek na pewno 
było ciężką pracą, jednak dawało poczucie niezależności, a przy tym 
zawsze   można   było   liczyć   na   szacunek   i   sympatię   uczennic.   Lepiej 
prowadzić  spokojne  życie  ubogiej  nauczycielki,  niż być bezustannie 
poniżaną przez jakiegoś aroganta.

Jednak   przypuszczenia   Rowlanda   nie   były   wcale   takie   dalekie   od 

rzeczywistości, jak to wyobrażała sobie Merab. Jego matka tego samego 
wieczora w rozmowie z mężem dała wyraz swej rosnącej irytacji.

-   Czasami   zupełnie   nie   rozumiem   Rowlanda.   Uważam,   że   panna 

Hartfield   jest   naprawdę   cudowna.   Inteligentna,   atrakcyjna,   o 
wspaniałych manierach, czegóż więcej on chce?

-   Może   Kitty   Parminster   -   powiedział   jej   mąż,   wyjmując   spinki   z 

rękawów koszuli i kładąc je ostrożnie na kominku.

- Kitty Parminster! - Parsknęła jego żona pogardliwie. - Przecież ona 

79

background image

zanudziłaby go na śmierć po kilku miesiącach.

Pan Bridges rozumiał, dlaczego jego pasierb stracił głowę dla Kitty; te 

cudowne   dołeczki   w   policzkach,   czarujące   spojrzenia,   jakie   rzucała 
mężczyznom   spod   rzęs.   Był   jednak   rozsądnym   mężczyzną   i   nie 
powiedział ani słowa.

Lord Claydon wziął głęboki oddech i zapukał do drzwi domu pani 

Banstead.   Ubrany   był   w   sposób   odpowiedni   na   tak   niecodzienną 
okazję. Jego włosy były elegancko wypomadowane, lokaj przez cały 
ranek  dobierał  mu   odpowiedni   krawat,   a   nowy   płaszcz  dopiero   co 
przyniesiono od krawca.

Wewnątrz domu Kitty ubierała się w pośpiechu. Służąca już trzy razy 

układała jej włosy, a Lavinia, która siedziała na łóżku i zapewniała swą 
przyjaciółkę, że wygląda naprawdę przepięknie, próbowała stłumić w 
sobie uczucie zazdrości. Poprzedniego wieczora lord Claydon spytał, 
czy może tego ranka złożyć Kitty wizytę w bardzo ważnej sprawie. Ani 
Kitty, ani Lavinia, ani też pani Banstead nie miały wątpliwości co do 
jego zamiarów. Zaledwie dwa dni wcześniej pani Banstead napisała do 
lady Parminster list, w którym donosiła jej z radością, że lord Claydon 
obdarza Kitty coraz większym zainteresowaniem.

Wreszcie Kitty była zadowolona ze swego wyglądu. Służąca mogła 

odejść.

- Czy on bardzo cię kocha? - spytała Lavinia żałośnie..
- Och tak. - Kitty uśmiechnęła się z satysfakcją do własnego odbicia. - 

Szaleje za mną. A ja nie pozwoliłam mu nawet potrzymać się za rękę.

- Biedny pan Sandiford będzie zdruzgotany.
- I bardzo dobrze! - odrzekła Kitty, wyraźnie zadowolona.

Rowland nie dowiedział się o zaręczynach jeszcze przez cały następny 

tydzień. Lord Claydon natychmiast wyjechał do Wiltshire, by uzyskać 
zgodę sir Johna, i wówczas dopiero ojciec Kitty wysłał wiadomość do 
„The   Morning   Post”   i   „The   Times”.   Rowland   nie   trudził   się   zbyt 
dokładnym przeglądaniem gazet, a ponieważ poprzedniego wieczora 
Kitty była dlań wyjątkowo przychylna i nawet pozwoliła sobie ukraść 

80

background image

całusa, nie podejrzewał, co się święci.

Dopiero   gdy   spotkał   swoją   matkę   w   Pijalni,   dowiedział   się   o 

wszystkim.

- Tak mi przykro, mój drogi - powiedziała. - Wiem, że to musi być dla 

ciebie prawdziwy cios.

- Jaki cios? - spytał Rowland, spojrzeniem szukając w tłumie Kitty. 

Kiedy jednak odwrócił się i zobaczył jej twarz, natychmiast domyślił się 
wszystkiego.

5

Sir Thomas i lady Wincanton pili właśnie poranną kawę, kiedy sir 

Thomas wydał z siebie okrzyk zdumienia i podał swej żonie gazetę.

- Tu! - wskazał palcem właściwe miejsce.
Amelia odłożyła filiżankę i spojrzała na gazetę.
„Lucius,   wicehrabia   Claydon   i   panna   Catherine   Mary   Parminster 

ogłosili oficjalnie swe zaręczyny...”

- Pomyślałem, że cię to zainteresuje - zauważył sir Thomas.
Amelia   jeszcze   raz   przeczytała   wiadomość   i   uśmiechnęła   się   z 

zadowoleniem.

-   Bo   rzeczywiście   mnie   interesuje,   i   to   bardzo.   W   takim   razie,   tę 

przeszkodę ma już za sobą.

- Chyba nie myślisz ciągle o tym, żeby wyswatać Sandiforda i pannę 

Hartfield? Przecież oni kłócą się przy każdej okazji.

- Ano właśnie! Więc nie są sobie obojętni - wyjaśniła Amelia, nieco 

poirytowana tą męską krótkowzrocznością swego małżonka.

Sir Thomas roześmiał się głośno.
- Jesteś niemożliwa, moja droga. Zapewniam cię, że w mojej opinii 

byłoby to na pewno wspaniałe rozwiązanie, dzięki któremu pieniądze i 
majątek Hartfieldów wróciłyby do rodziny. Tyle tylko, że nie bardzo 
chce mi się wierzyć, by do tego doszło.

Ta sama wiadomość poruszyła także Merab, lecz w nieco inny sposób. 

Choć dotąd zamieniła z Kitty ledwie dwa słowa, od razu poczuła do 
niej   ogromną   niechęć.   Jak   dalece   było   to   związane   ze   stosunkiem 
Rowlanda do tej młodej damy, Merab nie potrafiła określić, jednak o ile 
większość ludzi była oczarowana jej urodą, radosnym szczebiotem i 

81

background image

aurą młodości, o tyle ona odczuwała przemożną chęć, by uderzyć ją w 
twarz i potrząsnąć nią tak mocno, by usłyszeć szczękanie jej zębów.

W pierwszej chwili ucieszyła się, choć nie wiedziała dlaczego. Potem 

pojawiła się ponura satysfakcja. Merab pomyślała, że Rowland wreszcie 
zrozumie, że obdarzył uczuciem próżną egoistkę i kokietkę.

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co stało się potem.
Padał deszcz. Po ciężkim marcowym niebie pędziły gnane wiatrem 

chmury. Krople deszczu monotonnie bębniły w szyby. Merab czytała 
właśnie  Moll Flanders, książkę, której z pewnością nie powinna nawet 
dotknąć.   Była   tak   pochłonięta   pikantnymi   przygodami   tytułowej 
bohaterki, że nie usłyszała pukania do frontowych drzwi, i gdy kilka 
chwil później Gregg wszedł do pokoju, podskoczyła z przerażenia.

- To pan Sandiford, panno Hartfield - oświadczył. - Prosi, by zechciała 

pani poświęcić mu kilka minut.

- Pan... pan Sandiford? - Merab upuściła książkę i wpatrywała się w 

niego, osłupiała ze zdumienia. Cieńmy rumieniec wypełzał powoli na 
jej policzki.

Aha, pomyślał Gregg.
Merab próbowała pozbierać myśli. Po cóż on chciał się z nią zobaczyć? 

To musiało mieć coś wspólnego z Hartfield. Może zdarzył się tam jakiś 
pożar? Albo odnaleziono inny, sporządzony później testament?

- Wprowadź tu pana Sandiforda, Gregg - powiedziała w końcu. Gdy 

tylko   lokaj   zniknął   za   drzwiami,   Merab   wepchnęła   książkę   pod 
poduszkę   i   podbiegła   do   lustra,   by   poprawić   włosy.   Kiedy   chwilę 
później Rowland wszedł do pokoju, Merab siedziała z ręką opartą na 
poręczy fotela, w wystudiowanej pozie, którą można by postawić za 
wzór każdej dobrze wychowanej damie.

- Kuzynko Merab...
Merab   uniosła   lekko   brwi   i   poczuła,   że   ogarnia   ją   lekka   panika. 

„Kuzynko   Merab”?   Dlaczego   tak   otwarcie   przyznawał   się   do 
wiążącego ich pokrewieństwa, choć w zeszłym tygodniu na przyjęciu u 
pani Bridges nie chciał mieć z nianie wspólnego?

- Sir. - Potrafiła się zdobyć tylko na tyle. - Proszę usiąść..
Rowland   zignorował   jej   zaproszenie   i   zaczął   chodzić   nerwowo   po 

82

background image

pokoju. Merab obserwowała go z rosnącym zdumieniem.

-   Przypuszczam,   że   wie   pani,   dlaczego   tutaj   przyszedłem?   - 

powiedział wreszcie nienaturalnie chrapliwym głosem.

- Ja? Nie. - Głos Merab drżał. - Może otrzymał pan jakieś wieści z 

Hartfield?

- Wieści z Hartfield? - powtórzył Rowland, zaskoczony.
- Myślałam... myślałam, że to mogłoby wyjaśnić, dlaczego pan tutaj 

przyszedł.

Rowland odwrócił się do niej.
- Pani doskonale wie, po co tu przyszedłem.
- Nie, nie mam pojęcia.
- Przestańmy owijać rzeczy w bawełnę, panno Hartfield. Wie pani, że 

panna Parminster zaręczyła się z lordem Claydonem?

Merab skinęła głową.
- Przykro mi z powodu rozczarowania, jakie musiał pan przeżyć.
Rowland zbył to oświadczenie machnięciem ręki.
- Dla pani jest to jednak bardzo pomyślna wiadomość - powiedział.
- Dla mnie?
- Proszę porzucić już tę pozę, kuzynko - odrzekł Rowland zimno. - Nie 

pasuje   do   pani.   Teraz   już   nic   nie   stoi   na   przeszkodzie   naszemu 
małżeństwu. Dopóki Kitty była wolna, żyłem nadzieją, że... ale teraz to 
już skończone. Podejrzewam, że kiedy już się pobierzemy, zechce pani 
wrócić do Hartfield Hall i nie mam nic przeciwko temu. Oddam pani 
jedną trzecią majątku, uważam, że to uczciwa propozycja. Reszta i tak 
wystarczy mi na pokrycie kosztów kandydowania do parlamentu. - 
Odwrócił się i spojrzał na Merab, która wcale nie reagowała tak, jak 
sobie wcześniej wyobrażał.

- No już - żachnął się zniecierpliwiony. - Postawiła pani na swoim. 

Mogę panią nawet przeprosić za to, jak się zachowałem po odczytaniu 
testamentu. Przyznaję, że byłem nieco popędliwy.

- To znaczy, że nie posądza pan mnie już o to, że namówiłam dziadka 

do napisania takiego właśnie testamentu, żeby zdobyć męża? - Głos 
Merab był niebezpiecznie cichy.

-   Byłem   zdenerwowany   -   odparł   krótko   Rowland.   Wciąż   czuł 

83

background image

zakłopotanie,   gdy   myślał   o   tamtym   dniu,   dlatego   też   wolał   nie 
pamiętać zbyt wiele. - A teraz wygląda pani zupełnie inaczej. Całkiem 
przystojnie.

- Dziękuję.
- Oczywiście, ma pani dwadzieścia sześć lat i wciąż pozostaje panną. 

Przynajmniej pozostałaby nią pani, gdyby nie miała wyjść za mnie. Ale 
jest pani o wiele bardziej, hm... atrakcyjna, niż przypuszczałem. I teraz 
nie mam już nic przeciwko temu związkowi.

- Ale ja mam!
-   Oczywiście,   będziemy   musieli   zrobić   to   po   cichu...   Co   pani 

powiedziała?

Merab   podniosła   się   z   fotela   i   stanęła   twarzą   w   twarz   ze   swoim 

kuzynem.

-   Panie   Sandiford,   postawmy   sprawę   jasno,   by   nie   było   żadnych 

wątpliwości.   Nie   zamierzam   wyjść   za   pana   nigdy,   pod   żadnym 
pozorem.

Rowland roześmiał się krótko.
- Och, daj spokój...
- To, co chce mi pan zaoferować, jest dla mnie obrazą. Chce pan tych 

pieniędzy i uważa pan, że jestem jednak dosyć przystojna, więc usiłuje 
pan przekupić mnie jedną trzecią majątku, żeby za resztę realizować 
swoje polityczne ambicje.

-   Nie   rozumiem,   co   w   tym   jest   obraźliwego.   -   Rowland   podjął 

przerwany marsz po salonie. Czuł, że coś jest nie w porządku, doszedł 
jednak do wniosku, że to wina Merab. - Jak każda kobieta - powiedział 
w końcu. - Nielogiczna, emocjonalna. Na miłość boską, oferuję pani 
poważanie w towarzystwie, finansowe zabezpieczenie, czegóż więcej 
pani chce. W porządku, w takim razie podzielimy się po połowie.

- Proszę się stąd wynosić! - krzyknęła nagle Merab. - Nie chcę słyszeć 

pańskich przeklętych propozycji. Jeśli o mnie chodzi, cały ten spadek 
przyniósł mi jedynie upokorzenie i łzy. Im wcześniej dotrze do jakichś 
biednych   sierot   czy   wdów,   tym   lepiej.   Nie   wyszłabym   za   pana, 
Rowlandzie Sandiford, nawet gdyby był pan ostatnim mężczyzną na 
ziemi! A teraz proszę stąd wyjść!

84

background image

Gdy tylko Rowland wyszedł z salonu, Merab usiadła i wybuchnęła 

płaczem. Musiała być szalona, żeby dobrowolnie wyrzec się siedmiu 
tysięcy funtów. Ale jakież to życie oferował jej Rowland? Byłaby żoną i 
nie żoną? Mieszkałaby sama, opuszczona, w tym okropnym miejscu? 
Gdyby przyjechała do Bath - porzucona żona - byłaby tematem plotek, 
a być może nawet nie dopuszczano by jej do towarzystwa.

Było jednak jeszcze coś innego, co czaiło się gdzieś w zakamarkach jej 

umysłu. Nie chodziło o to, by kochała Rowlanda - broń Boże, żadna 
kobieta nie chciałaby oddać serca tak samolubnemu mężczyźnie - ale o 
to,   że   życie,   jakie   mogłaby   wieść   u   jego   boku,   bardzo   by   jej 
odpowiadało. Byłaby panią rozwijającego  się majątku,  żoną członka 
parlamentu, no i mogłaby też pomagać mu w reformowaniu wsi.

Merab   czytała   gazety,   wiedziała,   że   świat   pełen   jest   nie-

sprawiedliwości   i   ludzkiej   krzywdy.   Możliwość   choćby   drobnego 
uczestnictwa w naprawie tego stanu rzeczy godna była rozważenia. 
Wiedziała,   że   potrafi   zajmować   się   domem,   mogła   też   nauczyć   się 
zabawiać gości. Małżeństwo z politykiem pozwoliłoby jej prowadzić 
ciekawsze życie, poznawać na bieżąco wydarzenia i opinie z szerokiego 
świata.

Gdyby Rowland zaoferował jej normalny udział w swym życiu, jako 

gospodyni jego domu, czy zgodziłaby się na to? Wówczas musiałby być 
zupełnie innym człowiekiem, kimś, kto zdolny jest postrzegać świat 
także i z jej punktu widzenia. Mężczyzna, który uważałby, że ona może 
mu   zaoferować   coś   naprawdę   cennego,   nie   traktowałby   jej   tak 
arogancko, nie oczekiwałby od niej, że dostosuje się bez sprzeciwu do 
jego planów. Merab wysiąkała energicznie nos i przetarła oczy. Moll 
Flanders   nie   wytrzymałaby   z   Rowlandem   Sandifordem   ani   przez 
moment! I miałaby rację.

Joseph Harrison wpatrywał się z niedowierzaniem w poranną gazetę. 

Ach tak, podstępna mała lisica, pomyślał z gniewem. Kitty była dla 
niego bardzo miła na balu w Bawialni zeszłego tygodnia, oddała mu 
dwa tańca i pozwoliła nawet pocałować czubki swoich palców. Więc to 
wszystko miało na celu zupełnie co innego, niż przypuszczał. Joseph 

85

background image

przypomniał sobie, że wicehrabia wciąż kręcił się w pobliżu Kitty, a on 
sam czuł nawet pewną satysfakcję, że może cieszyć się względami, 
których   lord   Claydon   nie   doznawał.   Ale   teraz   zrozumiał   wreszcie 
wszystko. Panna Parminster prowadziła podwójną grę - była dla niego 
wyjątkowo miła, bo chciała w ten sposób zmusić Claydona do szybkich 
oświadczyn. I udało jej się, tej małej krętaczce.

No   cóż,   jaki   rozsądny   mężczyzna   chciałby   mieć   za   żonę   taką 

podstępną   flirciarę?   Na   pewno   była   też   rozrzutna,   a   to   by   mu   nie 
odpowiadało. Myśli Josepha zwróciły się ku Merab. Nie spotkali się od 
czasu tego fatalnego popołudnia, wymieniali tylko uprzejme ukłony w 
Pijalni,   zaś   komentarze   jego   matki   na   temat   niewdzięczności 
siostrzenicy były długie i głośne.

Joseph   jednak   zapatrywał   się   na   to   nieco   inaczej.   Kilkakrotnie   już 

analizował w myślach całą tę sytuację i doszedł do wniosku, że jego 
matka   lekkomyślnie   pozwoliła,   by   oburzenie   wzięło   górę   nad 
rozsądkiem. Zasadniczo skłonny był zgodzić się z nią, że Merab wcale 
nie jest tak uboga, jak próbowała im wmówić, podejrzewał jednak, iż 
nie życzy sobie, by adorowano ją tylko dla jej pieniędzy. Być może 
rozsądniej byłoby udawać, że wierzy się w jej opowieść i zaznajomić się 
z nią nieco lepiej, by poznać prawdę.

Choć Joseph darzył swą matkę ogromnym szacunkiem, czuł, że tym 

razem mężczyzna powinien zająć się tą sprawą sam. Zgodnie z tym 
postanowieniem posłał swej kuzynce list, w którym przepraszał ją za 
zachowanie   swej   matki   i   sugerował,   że   ze   względu   na   swe 
pokrewieństwo powinni jednak darzyć się wzajemnym szacunkiem i 
sympatią.  Jak Pani wie, droga kuzynko, kończył, jestem prawnikiem, i jeśli 
kiedykolwiek potrzebowałaby Pani mojej pomocy, na przykład w związku - z 
majątkiem   Pani   dziadka,   może   Pani   bez   wahania   zwrócić   się   do  mnie.   Z 
przyjemnością   będę   pani   służył   w   miarę   moich   możliwości.   Pani   oddany 
kuzyn, J. Harrison.

Przy śniadaniu Merab pokazała ów list Amelii.
- Hm... - powiedziała Amelia, sceptycznie nastawiona do gorących 

przeprosin   i   zapewnień   Josepha.   -   Chce   wiedzieć,   jakie   są   twoje 
oczekiwania.

86

background image

- Przecież już mu powiedziałam - zdziwiła się Merab.
- Ale on w to nie wierzy.
- O mój Boże, co ja mam teraz zrobić? - Merab nie wspominała swej 

przyjaciółce   o   wizycie   Rowlanda,   a   teraz   w   dodatku   wszystko 
wskazywało na to, że będzie miała problemy także z Josephem. - Pani 
Harrison   wydaje   się   być   osobą   bardzo   pobudliwą.   Wolałabym   nie 
wchodzić jej więcej w drogę.

- Wyślij mu uprzejmy liścik i podziękuj za troskę. Możesz wspomnieć 

o panu Camberwellu. I dodaj jeszcze, że zawsze będziesz darzyć ich 
oboje głębokim szacunkiem.

- A cóż by to miało znaczyć?
- Zupełnie nic!
-   Prawdę   mówiąc,   Amelio,   wolałabym,   żeby   pani   Harrison   nie 

wspominała głośno, że jest moją krewną. - Merab nie powiedziała, że z 
jakiegoś nie znanego jej powodu zależało jej szczególnie na tym, by o jej 
pokrewieństwie z panią Harrison nie dowiedział się Rowland.

- Zgadzam się z tobą. Właściwie miałam nadzieję, że oboje wyjadą 

wkrótce z Bath.

- To dziwne. - Merab sięgnęła po jabłko. - Przez całe życie prawie w 

ogóle nie miałam krewnych, a teraz nagle mam ich całe mnóstwo. Co 
gorsza wszyscy są okropni!

- No, nie całkiem. Lubisz przecież panią Bridges.
- To prawda, ale nie łączą jej ze mą więzy krwi. A jej syn jest po prostu 

wstrętny.

Joseph   otrzymał   odpowiedź   od   Merab   i   od   razu   zrozumiał,   że   to 

ubrana w gładkie słówka odmowa. Pomyślał, że panna Hartfield nie 
chce,   by   poznał   wielkość   jej   majątku.   W   takim   razie   musiała   mieć 
naprawdę sporą fortunę. Posiadłość Hartfieldów należała przecież do 
całkiem dochodowych. Merab mogła być warta nawet 20 000 funtów, a 
to była suma warta zachodu i najwyższej uwagi.

Od razu zrozumiał, że matka na pewno nie pomoże mu w tej sprawie. 

Zbyt   szybko   wypowiadała   na   głos   swe   opinie   w   sytuacjach,   gdy 
powinna w ogóle nie otwierać ust. Będzie musiał zabrać się do tego z 

87

background image

wielką ostrożnością. Pani Harrison dwa razy w tygodniu brała gorącą 
kąpiel, a potem spędzała popołudnie w Pijalni, gdzie piła herbatę i jadła 
tosty   w   towarzystwie   znajomych.   Musi   dowiedzieć   się,   co   Merab 
porabia właśnie w te dni i pogłębić znajomość z nią. Nie będzie działał 
zbyt ostentacyjnie, postara się z uwagą słuchać jej życzeń, może pośle 
jakiś   niewielki   bukiet   kwiatów,   jakiś   drobny   upominek,   w   którym 
gustują młode damy. Był pewien, że w końcu panna Hartfield wyzna 
mu prawdę o rzeczywistym stanie swego majątku.

Rowland był do tego stopnia poruszony odmową Merab, że zrobił coś, 

czego   nie   uczynił   nigdy   dotąd   -   poprosił   o   radę   swą   matkę. 
Opowiedział   jej   całą   historię,   jak   sądził   całkiem   wiernie;   mówił   o 
wielkoduszności,   jaką   przejawił,   oferując   Merab   połowę   majątku,   o 
tym, że pozwolił jej zamieszkać w Hartfield, i o tym, jak w końcu 
stanowczo mu odmówiła, wręcz wyrzuciła z domu.

Pani   Bridges   siedziała   w   swoim   przytulnym   salonie   z   zatroskaną 

miną. W pewnym momencie uniosła oczy ku górze. Wreszcie Rowland 
skończył swą opowieść.

- Co więcej mogłem jej zaoferować, mamo? - zakończył pytaniem.
Pani   Bridges   pomyślała   co   najmniej   o   kilku   rzeczach.   Powiedziała 

jednak tylko:

- Zauważyłam, że ostatnio major Bendick darzy pannę Hartfield coraz 

większym zainteresowaniem.

- Ten cymbał! - Rowland zaczerwienił się ze złości.
-   Nonsens.   To   inteligentny,   dobrze   wychowany   człowiek.   Mógłby 

zaoferować pannie Hartfield bardzo wygodny dom.

- Ja zaproponowałem jej Hartfield.
- Sądząc po tym, co mi opowiadałeś, wnoszę, że Hartfield to miejsce, z 

którego każdy chciałby jak najszybciej uciec - zauważyła pani Bridges.

-   No   cóż,   rzeczywiście,   dla   mnie   tak   to   wygląda.   Przygnębiające 

miejsce, a do tego niewygodne.

- Nie widzę powodu, dla którego panna Hartfield miałaby być nim 

zachwycona. W dodatku dla niej wiąże się ono z niezbyt przyjemnymi 
wspomnieniami ośmiu lat wspólnego życia ze zrzędliwym dziadkiem. 

88

background image

Na jej miejscu nie chciałabym już nigdy więcej widzieć tego miejsca.

Rowland poprawił się w fotelu, skonsternowany.
- Major Bendick mógłby jej podarować prawdziwy dom - mówiła dalej 

pani   Bridges,   powracając   do   szycia.   -   Domyślam   się,   że   uznał,   iż 
nadszedł czas, by się ustatkować, ożenić, założyć rodzinę. Ośmielę się 
też twierdzić, że panna Hartfield także chciałaby mieć męża i dzieci. - 
Celowo   mówiła   głosem   zupełnie   wypranym   z   emocji.   Podniosła 
nożyczki i obcięła ostrożnie jakąś nierówną nitkę.

- Dzieci! - powtórzył Rowland, oszołomiony.
- Większość kobiet pragnie mieć dzieci - odparła cicho matka.
Rowland wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju. Choć sam nie 

wiedział   dlaczego,   przypuszczenia   jego   matki   sprawiły   mu   wielką 
przykrość.   Nie,   major   nigdy   się   z   nią   nie   ożeni,   pomyślał.   Bez 
pieniędzy. Nie najmłodsza. Brzydula. Jednak choć bardzo się starał, nie 
mógł przywołać obrazu wychudzonej, bladej istoty, która powitała go 
na   schodach,   gdy   przyjechał   do   Hartfield   Hall   -   obrazu   chudej 
dziewczyny, w starej, nie dopasowanej sukni, z włosami ściągniętymi 
w ciasny kok.

Zamiast tego ujrzał roześmianą kobietę o pięknych brązowych oczach, 

spacerującą   z   majorem   Bendickiem   po   Pijalni.   Jej   szczupła   figura 
doskonale prezentowała się w obcisłej szarej sukni.

Nagle ujrzał też inny obraz - Merab ustawiającej wazony z kwiatami w 

Merryn Park. Gwałtownie potrząsnął głową. Przecież chciał Kitty, to 
Kitty miała być radością jego domu, nie Merab. Co też mu przychodzi 
do głowy? Jeśli nie może mieć Kitty, nie chce nikogo.

- Jak możesz przypuszczać, że chciałbym związać się z kimś innym niż 

Kitty... - zaczął.

- Kitty to głupiutka, pozbawiona skrupułów kokietka, i żal mi lorda 

Claydona, który tak łatwo dał się jej usidlić.

- Mamo!
-   A   ty   -   kontynuowała   spokojnie   pani   Bridges   -   mój   synu,   jesteś 

patentowanym głupcem.

Gdy   Joseph   przestał   już   interesować   się   panną   Parminster,   ze 

89

background image

zwiększoną uwagą obserwował Merab. Z ogromnym niezadowoleniem 
spostrzegł, że major Bendick wytrwale pielęgnował znajomość z jego 
kuzynką i starał się jej towarzyszyć przy każdej okazji. Nie wiedział, że 
ten borykał się właśnie z pewnym trudnym problemem - major lubił 
Merab i podziwiał jej wdzięk oraz elegancję, jednocześnie podejrzewał 
jednak, że ona po cichu śmieje się z niego. Wszyscy wiedzą, że kobiety 
mają pusto w głowach, jednak tym razem major nie mógł oprzeć się 
wrażeniu,   że   Merab   jest   znacznie   inteligentniejsza,   niż   przystoi   to 
jakiejkolwiek damie.

Poprzedniego   wieczoru,   na   przykład,   poinformował   ją,   jaki   jest 

właściwy punkt widzenia na bzdurny pomysł przyznania mężczyznom 
z niższych klas społecznych prawa do głosowania.

- To nonsens, oczywiście - mówił. - W następnej kolejności kobiety 

zaczną domagać się prawa głosu!

- Zupełnie absurdalne - zgodziła się Merab, pochylając lekko głowę, by 

ukryć  ironiczny  błysk  w   oku.   -  Gdyby  kobiety  miały  prawo   głosu, 
mogłyby się domagać, by pieniądze z podatków wydawano na Bóg wie 
jakie głupstwa. Bezpieczeństwo w miastach, oświetlenie ulic, obniżenie 
podatku na zboże i podobne niedorzeczności.

Major spojrzał na nią. Nie mówiła chyba poważnie?
-   Właściciele   ziemscy   muszą   utrzymywać   cenę   zboża   na   wysokim 

poziomie. Obniżenie jej byłoby wielką nieodpowiedzialnością.

- Zwłaszcza, że to ich głosy utrzymują torysów przy władzy.
- Mój Boże, panno Hartfield. - Major wybałuszył na nią oczy. - Jeszcze 

chwila, a pomyślę, że jest pani radykałem!

-   Chodzi   mi   przede   wszystkim   o   to,   by   najbiedniejsi   mieszkańcy 

naszego kraju mieli co jeść - odparła Merab. - Dopóki cena zboża jest 
tak wysoka, trudno o tym marzyć.

Major zbył biedaków niedbałym machnięciem ręki.
-   Jest   pani   zbyt   piękną   damą,   by   zaprzątać   tę   śliczną   główkę 

podobnymi problemami, panno Hartfield. - Podał jej rękę. - Czy mogę 
poczęstować panią szklanką lemoniady?

Merab dojrzała Josepha, który obserwował ich z drugiego końca sali.
- Owszem. Dziękuje panu, majorze.

90

background image

Dopiero   znacznie   później   Joseph   mógł   zająć   uwagę   Merab.   Major 

pozostał przy niej tak długo, aż przekonał ją (w jego mniemaniu), jak 
bardzo   mylne   są   jej   poglądy   na   temat   prawa   zbożowego.   Dopiero 
wtedy,   usatysfakcjonowany,   pozostawił   pannę   Hartfield   w 
towarzystwie Amelii i jej męża.

- Ten człowiek to straszny nudziarz - oświadczyła Merab, kiedy major 

oddalił się już na bezpieczną odległość.

-   Więc   dlaczego   jesteś   dla   niego   taka   miła?   -   spytała   Amelia 

poirytowana. Przyglądała się tym dwojgu, którzy zdawali się stanowić 
doskonałą parę, i teraz została zupełnie zbita z tropu.

Merab wskazała na Josepha, który zmierzał właśnie w ich kierunku.
- O mój Boże - jęknęła Amelia. - Co za okropny człowiek.
Sir Thomas spojrzał na Merab z pewnym rozbawieniem. Wyglądało na 

to,   że   po   zaniedbanym   stworzeniu,   które   pojawiło   się   nagle   w   ich 
domu, nie pozostał już żaden ślad. Nowa panna Hartfield - modnie 
ubrana, dumna i elegancka - wyglądała tak, jakby gotowa była stawić 
czoło niezliczonej liczbie niechcianych adoratorów. 

Tymczasem   Joseph   stał   już   przed   nimi.   Ukłonił   się   uprzejmie   sir 

Thomasowi i jego żonie, po czym zwrócił się do Merab.

-   Wiem,   że   pani   nie   tańczy,   panno   Hartfield,   czy   jednak   nie 

zechciałaby pani pospacerować trochę w moim towarzystwie?

- Oczywiście, panie Harrison - odparła Merab z rezygnacją.
- Pani list sprawił mi ogromną przyjemność - oświadczył Joseph po 

chwili.

- Doprawdy?
-   Powiedziałem   do   matki:   „Kuzynka   Merab   udowodniła,   że   jest 

prawdziwą damą”.

Merab uniosła lekko brwi.
- Moja matka nie do końca jest w stanie zrozumieć, choć generalnie 

radzi   sobie   z   podobnymi   problemami   doskonale,   jak   na   kobietę 
oczywiście... więc nie potrafi zrozumieć, jak wygląda pani sytuacja.

- Panie Harrison. - Merab szybko zbierała myśli. - Ponieważ jest pan 

moim kuzynem, i ponieważ był pan tak uprzejmy i zainteresował się 
moimi   problemami,   jestem   pewna,   że   zatrzyma   pan   dla   siebie 

91

background image

wszystko,   co   teraz   powiem   panu   o   testamencie   mojego   dziadka.   - 
Merab nie zamierzała oczywiście zdradzać wszystkich upokarzających 
szczegółów,   liczyła   jednak   na   to,   że   jeśli   nakreśli   ogólne   warunki, 
namolny kuzyn straci dla niej zainteresowanie.

- Zamieniam się w słuch. - Oczy Josepha zapłonęły jaśniej. Był pewien, 

że udało mu się zdobyć zaufanie Merab.

- Wie pan zapewne, że dziadek wydziedziczył mego ojca, kiedy ten 

ożenił się z moją matką.

Joseph skinął głową.
- Słyszałem coś o tym - przytaknął ostrożnie. - Później chyba jednak 

zmienił zdanie?

- Niestety, nie. Nawet kiedy zmarł starszy brat mego ojca, który miał 

odziedziczyć   cały   majątek,   nie   doszło   do   pojednania.   Dziadek 
postanowił   zostawić   wszystko   kuzynowi   w   drugim   stopniu 
pokrewieństwa.

- Z pewnością jako jego wnuczka miała pani jednak jakieś prawa do 

majątku?

- Dziadek ich nie uznawał. Ale stało się coś jeszcze gorszego. Mój 

dziadek był człowiekiem skorym do gniewu i w końcu któregoś dnia 
pokłócił   się   także   z   kuzynem.   Wtedy   zmienił   testament   tak,   że 
praktycznie wszystko musi zostać przeznaczone na cele dobroczynne.

Boże, pomyślał Joseph, co za pech.
-  Ale  pani  nie  została  zupełnie  bez  pieniędzy,  prawda?   -  spytał  z 

zatroskaną miną.

-  Na  szczęście  nie  było  aż  tak   źle  -  odparła  Merab.  -  Mam   około 

siedemdziesięciu funtów rocznie na swoje potrzeby.

Joseph wypuścił z uścisku jej ramię.
- Ależ to okropne, panno Hartfleld. Czy nie można podważyć jakoś 

tego testamentu? Może zakwestionować stan umysłu pani dziadka?

- Mogę pana zapewnić, panie Harrison, że dziadek był compos mentis 

aż do samej śmierci. Jak już mówiłam wcześniej, zamierzam pozostać u 
lady Wincanton do czasu rozwiązania, a potem będę szukać posady 
nauczycielki.

- Mówi pani o tym z zadziwiającym spokojem. - Joseph spojrzał na nią 

92

background image

z nagłą podejrzliwością.

-   Musiałam   wysługiwać   się   mojemu   dziadkowi   przez   osiem 

okropnych   lat,   panie   Harrison.   Mogę   pana   zapewnić,   że   wszystkie 
upokorzenia, jakich doznałam w tym czasie, na zawsze pozostaną w 
mojej   pamięci.   Mam   nadzieję,   że   mój   skromny   spadek   pozwoli   mi 
zachować choć trochę niezależności.

Kiedy Joseph powrócił już do domu, jeszcze raz przemyślał całą tę 

rozmowę. Tym razem wierzył już w to, co mówiła Merab - słyszał to i 
owo o okropnym charakterze pana Hartfielda. Przyszła mu jednak do 
głowy   jeszcze   jedna   myśl   -   Merab   zachowała   co   prawda   zaledwie 
siedemdziesiąt funtów rocznie, jednak prócz tego miała coś znacznie 
cenniejszego, mianowicie pozycję społeczną. Gdyby machnął ręką na 
posag, a przyjrzał się bliżej koneksjom Merab, to czy nie okazałoby się, 
że znajomość z Wincantonami, z państwem Bridges i wielu innymi 
rodzinami zwraca mu tę stratę z nawiązką?

Jeśli człowiek nie pochodzi z dobrej, uznanej rodziny, to powinien 

szukać przede wszystkim dobrych koneksji, a tego Merab na pewno nie 
brakowało. Nazajutrz podzielił się swoimi spostrzeżeniami z matką.

- No wiesz, żeby w ogóle myśleć o małżeństwie z kobietą, która ma 

siedemdziesiąt funtów rocznie! - wykrzyknęła pani Harrison. - Przecież 
to żebraczka. Nawet Sarah Mills ma więcej.

- Ale Sarah Mills nie jest przyjaciółką Wincantonów.
- Ona chce cię opętać, ot co - mówiła dalej pani Harrison, nie zważając 

na uwagi syna. - Widzi, że nie może już liczyć na majora Bendicka, wie, 
że ty masz całkiem niezłe dochody, i myśli, że uda się jej przyczepić do 
ciebie. Och, chytra dziewucha.

- Ależ mamo...
- Nie przerywaj mi! Teraz już wszystko rozumiem. Chce cię wzruszyć 

tymi historyjkami o dziadku i już prawie ma cię na haczyku. Można 
robić z siebie głupca za dwadzieścia tysięcy, ale starać się o rękę córki 
Abigail, która prawie nic nie ma, to zupełny nonsens!

- Ależ mamo, przecież ja wcale nie podjąłem jeszcze decyzji.
- Mam nadzieję! - Pani Harrison parsknęła.

93

background image

Pogoda,   która   dotąd   była   zdecydowanie   nieprzyjemna,   zimna   i 

wilgotna, nagle jakby postanowiła nadrobić stracony czas i przez cały 
tydzień nad Bath świeciło piękne wiosenne słońce. W Ogrodach Sydney 
pojawiły się pierwsze żonkile, a pani Tiverton zaprosiła sir Thomasa, 
Amelię i Merab na przyjęcie. Tivertonowie mieszkali niecałą milę za 
miastem, w Widcombe. Kiedy Merab jechała tam wraz z przyjaciółmi, 
nagle uświadomiła sobie, ile czasu minęło od jej przyjazdu do Bath.

-   Minęło   już   trzy   i   pół   miesiąca   od   śmierci   mojego   dziadka   - 

powiedziała rozglądając się dokoła, gdy powóz toczył się po nierównej 
drodze. - Pogoda była taka okropna, i całkiem zapomniałam, że zbliża 
się już wiosna.

-   W   Bath   zawsze   pada   -   westchnęła   Amelia   i   położyła   dłoń   na 

brzuchu. Dziecko już mocno kopało i nagle kołysanie karety stało się 
dla   Amelii   bardzo   nieprzyjemne.   Trzy   i   pół   miesiąca,   pomyślała,   i 
wciąż nie wiadomo, co dalej będzie z Merab. W duchu przeklęła jeszcze 
raz Juliana Hartfielda. Gdyby zostawił swej wnuczce choćby drobną 
część majątku, kilka tysięcy, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Co 
ją teraz czekało? Na razie Amelia była w stanie przekonać ją, by została 
w Bath do narodzin dziecka, jednak pod koniec lata nie będzie już 
mogła   dłużej   używać   tego   argumentu,   a   majątek   Hartfieldów 
przepadnie na zawsze. Merab zmuszona będzie stawić czoło niepewnej 
przyszłości   i   wszelkim   kłopotom,   jakie   wiązały   się   z   życiem   źle 
opłacanej, przepracowanej nauczycielki.

Merab też nie była w najlepszym nastroju, nie martwiła się jednak 

upływem czasu. Postanowiła już szukać posady nauczycielki, gdy tylko 
urodzi się dziecko Amelii, i wolała na razie nie zastanawiać się nad tym 
dłużej. Co więc tak bardzo ją niepokoiło? Zapewne przypuszczenie, że 
Tivertonowie zaprosili także Bridgesów i Rowlanda, a ona nie widziała 
się z nim od czasu tych nieszczęsnych oświadczyn.

Wkrótce dotarli do pięknie zdobionej bramy, która otwierała im drogę 

do posiadłości Tivertonów. Powóz wjechał do parku, w którym pasło 
się stadko saren. Tivertonowie kupili tę posiadłość kilkanaście lat temu 
i   od   razu   zaczęli   ją   remontować   i   poprawiać.   Wykopali   niewielkie 
jeziorko, nad którym przerzucili drewniany mostek i postawili obok 

94

background image

śliczną   pagodę.   Pan   Tiverton   zajął   się   także   sadzeniem   drzew   i 
tworzeniem miejsc widokowych.

Pani Tiverton nie chciała, by jej przyjęcia były zbyt oficjalne, i zaraz po 

przywitaniu   gości   zaproponowała,   by   nie   bawili   się   w   zbędne 
ceremonie i jeszcze przed lunchem odbyli krótki spacer. Była pewna, że 
spodoba im się ogród z kwiatami, i że z przyjemnością wybiorą się nad 
jezioro. Ci zaś, którzy woleli zostać na miejscu, mieli do swej dyspozycji 
oranżerię.

-   Lady   Wincanton   -   dodała   -   poprosiłam,   by   specjalnie   dla   pani 

zniesiono na dół sofę mojej mamy. Myślę, że chętnie wypocznie pani 
przez chwilę.

Amelia z wdzięcznością przyjęła tę propozycję. Bolały ją plecy, a jazda 

powozem   po   głębokich   koleinach   nie   wpłynęła   dobrze   na   jej 
samopoczucie.

- Panie Sandiford - mówiła dalej pani Tiverton. Ku przerażeniu Merab 

z sąsiedniego pokoju wyszedł Rowland. - Może zaprowadzi pan pannę 
Hartfield nad jezioro? Można tam oglądać naprawdę piękne widoki, a 
poza tym zobaczycie państwo naszą Pagodę.

Merab, która już otwierała usta, by oświadczyć, że chętnie zostanie z 

Amelią, nagle została wymanewrowana przez energiczną gospodynię. 
Z   rezygnacją   wsunęła   rękę   pod   ramię   pana   Sandiforda   i  pozwoliła 
poprowadzić się w stronę jeziora.

Przez kilka chwil szli w zupełnym milczeniu. Merab robiła wszystko, 

co w jej mocy, by nie okazywać zdenerwowania. Tłumaczyła sobie w 
duchu, że to w końcu nie ona źle się zachowała, i nie ma sobie nic do 
zarzucenia. Wreszcie Rowland przemówił:

- Pani Tiverton jest być może nieco apodyktyczna, ale to przemiła 

osoba. Cieszę się, że moja matka ma tak czarującą znajomą w Bath.

Był to dosyć neutralny temat do rozmowy, więc Merab podjęła go bez 

większych oporów.

- Bath nie jest zbyt dużym miastem - zaczęła z pewnym trudem. - 

Podejrzewam,   że   człowiek   zmuszony   jest   tutaj   obracać   się   w 
niewielkim kręgu znajomych. Kilka niemiłych osób może tu komuś 
zaszkodzić   w   znacznie   większym   stopniu   niż,   powiedzmy,   w 

95

background image

Londynie.

Merab   była  z siebie bardzo  zadowolona.  Wymienili  kilka  zupełnie 

niewinnych uwag i wciąż oboje stali na neutralnym gruncie.

Rowland   najwyraźniej   postanowił   zachowywać   się   tego   dnia   jak 

przystało na prawdziwego dżentelmena.

- Czy tęskni pani za Londynem, panno Hartfield?
-   Tęsknię   za   moimi   rodzicami,   za   szczęśliwym   życiem,   jakie 

pędziliśmy razem. - Merab spojrzała na jezioro i poczuła nagle, jak do 
oczu   napływają   jej   łzy.   -   I   chyba   rzeczywiście   brakuje   mi   trochę 
atmosfery wielkomiejskiego życia. Mój ojciec zachęcał mnie do czytania 
gazet i do wyrabiania sobie poglądów na bieżące sprawy. Teraz czuję, 
że mi tego brak.

-   Rzeczywiście   zachęcał   panią   do   tego?   -   Rowland   był   szczerze 

zdumiony.

- Papa uważał, że kobiety mają rozum i powinny też mieć prawo do 

tego, by się nim posługiwać - odparła Merab z nutką złośliwości. - 
Dyskutowaliśmy na przykład o wojnie na półwyspie. Papa uważał, że 
należy udzielić wsparcia lordowi Wellingtonowi.

- A pani tak nie uważała?
-   Och,   zgadzałam   się   z   papą   -   uśmiechnęła   się   Merab.   -   Ale   on 

uwielbiał   się   spierać,   więc   próbowałam   być   dla   niego   godnym 
przeciwnikiem.

-   Czy   pani   dziadek   kiedykolwiek   wspominał   przy   pani   o   moich 

poglądach politycznych? - spytał Rowland z wahaniem. A potem, jakby 
uznał, że powiedział nieco za dużo, wykrzyknął; - Ach, oto i pagoda.

Merab   spojrzała   przelotnie   na   pagodę,   a   potem   nieco   baczniej   na 

Rowlanda. Ich rozmowa wkraczała na śliski grunt, a ona nie miała 
najmniejszej ochoty wywoływać kolejnej kłótni. Kiedy jednak odważyła 
się spojrzeć mu w oczy, dojrzała tam iskierki humoru.

Roześmiała się.
- Oczywiście. Musi pan chyba wiedzieć, że to bzdury, duby smalone i 

zupełnie   idiotyczne   pomysły,   które   mogły   przyjść   do   głowy   tylko 
radykałom.

- A gdyby zdecydowano się wcielić je w życie, kraj zszedłby na psy?

96

background image

- Naturalnie. Dziadek nie uznawał żadnych półśrodków. Nie zgodził 

się nawet na wybudowanie szkoły we wsi. Uważał, że nie należy uczyć 
prostych ludzi czytania i pisania. Jego zdaniem doprowadziłoby to do 
buntu.

- A co pani sądzi na ten temat? - spytał Rowland z zaciekawieniem.
- Ja? Ja jestem tylko kobietą, panie Sandiford, jakież znaczenie może 

mieć moja opinia? - Jej głos przepełniony był ironią.

- Ale pani ojciec miał wielkie poważanie dla pani poglądów, więc 

może i ja mógłbym je poznać?

- Dziadek oczywiście miał rację. Gdyby tylko dać prostym ludziom 

dostęp do szerszej wiedzy, na pewno chcieliby zmian. Czy należy to 
uznać za bunt, czy też nie, zależy już od pańskiego punktu widzenia.

- A jakie jest pani zdanie? - naciskał Rowland.
- Uważam, że potrzebujemy zmian - odparła Merab cicho. - Oddanie 

zbyt wielkiej władzy w ręce oligarchii prowadzi do stagnacji i korupcji.

Oligarchia, pomyślał Rowland. Nie wyobrażał sobie, by Kitty w ogóle 

znała to słowo. Wbrew samemu sobie zaczął darzyć swą kuzynkę coraz 
większym szacunkiem.

Doszli już do brzegu jeziora i przez chwilę stali tam w milczeniu, 

wpatrując się w swoje odbicia w wodzie. Ich postacie zwrócone były ku 
sobie,   Rowland   pochylał   się   lekko,   by   lepiej   słyszeć   wypowiadane 
przez  Merab  słowa.   Oboje  poczuli  się  nagle  zakłopotani  i  jakby  na 
komendę zawrócili w stronę domu.

Gdy już tam wrócili, ujrzeli nowo przybyłych gości, między innymi 

Kitty i lorda Claydona. Kitty prezentowała się cudownie w delikatnej 
różowej sukni i z kilkoma różyczkami wpiętymi we włosy. Na lewej 
ręce nosiła piękny pierścionek z szafirem. Od czasu do czasu wyciągała 
rękę tak, by każdy mógł podziwiać ten cudowny klejnot.

-   Będziemy   mieli   dom   w   najlepszej   dzielnicy   Londynu,   prawda 

Claydon? - powiedziała Kitty.

Lord Claydon uśmiechał się głupawo. Wyglądało na to, że zupełnie 

stracił głowę dla swej narzeczonej.

- Będę chodziła na wszystkie bale i będę tańczyła przez całą noc, a na 

każdy bal będę wkładać nową suknię.

97

background image

Merab zastanawiała się, co też Rowland mógł widzieć w tej kreaturze. 

Zauważyła, że jej kuzyn wycofał się pod okno i stamtąd spoglądał na 
jezioro, znad którego właśnie wrócili.

- Och, pan Sandiford, nie zauważyłam pana - szczebiotała Kitty.
Rowland wyprostował ramiona i podszedł się przywitać.
- Zna pan lorda Claydona? - Kitty doskonale się bawiła spoglądając na 

przemian   na   swego   obecnego,   to   znów   na   byłego   narzeczonego. 
Rowland   miał   ponurą   minę,   a   lord   Claydon   był   uprzejmy,   lecz 
najwyraźniej nie rozumiał, co się wokół niego dzieje. - To jest Rowland 
Sandiford, kochanie. Stary przyjaciel, a niegdyś i adorator. Bo chyba 
mogę tak pana nazywać, prawda, panie Sandiford? Nasze posiadłości 
graniczą   ze   sobą   i  znamy   się   z   panem   Sandifordem   od   wczesnego 
dzieciństwa.

Lord Claydon ukłonił się uprzejmie. Merab spostrzegła, że Rowland 

nagle pobladł. Kącik jego ust drgał niebezpiecznie. Kitty wzięła lorda 
Claydona pod ramię i pocałowała go w policzek.

- Claydon zabiera mnie do domu w przyszłym tygodniu, żeby omówić 

z papą jakieś finansowe sprawy. Okropna rzecz, no, ale w końcu trzeba 
z czegoś żyć. Czy mam przekazać papie pańskie pozdrowienia?

Rowland nie odpowiedział. Merab, która przyglądała mu się skrycie, 

dojrzała w jego oczach najpierw wyraz najwyższego zdumienia, szoku 
niemalże, potem gniew i coś jeszcze - czyżby to była ulga? W tym 
momencie   rozległ   się   dźwięk   gongu   i   pani   Tiverton   zaczęła 
wprowadzać swych gości do jadalni.

Merab była tak zajęta obserwowaniem Kitty, że nie zauważyła nawet 

przybycia   kolejnego   gościa.   Dopiero   gdy   pan   Tiverton   dotknął   jej 
ramienia i powiedział, że pragnie jej kogoś przedstawić, zauważyła 
stojącego obok Josepha Harrisona.

- Pan... pan Harrison - wyjąkała.
- Och, więc państwo się znacie? - zdumiał się pan Tiverton. - Pan 

Harrison   zajmował   się   w   moim   imieniu   pewnymi   sprawami, 
związanymi z moją posiadłością w Indiach. Kiedy dowiedziałem się, że 
przebywa w Bath, zaprosiłem go tutaj.

-  Jestem  zachwycony,   widząc,  że  panna   Hartfield  wygląda  równie 

98

background image

pięknie jak Ceres, bogini wiosny - powiedział pan Harrison. - Czy mogę 
pani towarzyszyć? - Wskazał na jadalnię.

Merab powstrzymała cisnącą jej się na usta uwagę, że Ceres nie była 

boginią wiosny, i z ociąganiem wsunęła dłoń pod ramię kuzyna. Joseph 
najwyraźniej był w doskonałym nastroju. Nie przypuszczał nigdy, że 
zostanie zaproszony do Tivertonów, i rzeczywiście, gdyby zależało to 
od   pani   Tiverton,   na   pewno   takiego   zaproszenia   by   nie   otrzymał. 
Zawsze skarżyła się, że jej mąż jest zbyt pobłażliwy. Na szczęście pan 
Harrison nie przyprowadził ze sobą swej okropnej matki.

- Ślicznie tu, prawda - powiedział Joseph, rozglądając się dokoła. W 

myślach oceniał już wartość mebli i sreber. - Przypuszczam jednak, że 
Hartfield Hall jest znacznie większe?

- Wcale nie - zaprzeczyła Merab. - Jest mniejsze i z pewnością znacznie 

uboższe. Mój dziadek uważał, że nie należy wyrzucać pieniędzy na 
wystrój wnętrz, do których rzadko się zagląda.

-  Więc  pan   zna  Hartfield  Hall,  sir?  -  spytał  Rowland,  który   nagle 

znalazł   się   za   ich   plecami.   Kim   był   ten   mężczyzna   o   zbyt   mocno 
wypomadowanych włosach i w błyszczącej kamizelce? Skąd Merab go 
znała?

Merab szybko przedstawiła sobie obu panów, przeklinając los, który 

sprowadził ich w to samo miejsce. Nie miała czasu, by długo się nad 
tym zastanawiać, czuła jednak, że Rowland nie powinien dowiedzieć 
się, kim jest Joseph. Było już jednak za późno.

- Nigdy nie byłem tam osobiście - odparł Joseph. Spojrzał na stojącego 

przed   nim   mężczyznę   i   wyczuł   niebezpieczeństwo.   Jak   dobrze   ten 
człowiek   znał   Merab,   skoro   ośmielił   się   wtrącić   do   ich   rozmowy? 
Joseph nie życzył sobie, by ktoś obcy wkraczał na jego terytorium. - Ale 
oczywiście słyszałem wiele o Hartfield Hall. Panna Hartfield jest moją 
kuzynką, więc to chyba zrozumiałe. - Lekko uścisnął ramię Merab.

- Kuzynką! - Rowland osłupiał ze zdumienia.
Merab czuła, że zaraz zemdleje.
- Poznałam pana Harrisona zaledwie kilka dni temu - oświadczyła 

słabo. - Jest krewnym ze strony mojej matki.

- Kuzynem pierwszego stopnia. Bardzo bliskie pokrewieństwo - dodał 

99

background image

Joseph.

6

Pani Harrison siedziała przy stoliku ze śniadaniem, z trudem hamując 

przepełniającą   ją   złość.   Joseph   nie   powiedział   jej   o   przyjęciu   u 
Tivertonów, jednak dowiedziała się o tym od swej służącej, która znała 
dobrze ich stangreta. I dlaczego nie została zaproszona? Tivertonowie 
wiedzieli przecież, że Joseph przebywa w Bath ze swoją matką. Na 
domiar złego to ladaco, Merab Hartfield, też tam była.

Pani Harrison przez całe życie pielęgnowała wrogie uczucia do swej 

siostry   Abigail   i   nie   mogła   znieść   myśli,   że   córka   Abby   była   mile 
widzianym   gościem   w   domu,   do   którego   ona   sama   nie   została 
zaproszona. Abby była zawsze tą ładniejszą, młodszą siostrą, a ona, 
Dinah,   tą   zwyczajną,   domową.   To   Abby   wyjechała   do   Londynu   i 
zrobiła tam karierę w operze - choć pewnie wcale na tym dobrze nie 
wyszła - podczas gdy Dinah została w domu, z matką. Abby wyszła za 
mąż   za   młodego   szlachcica,   podczas   gdy   ona   musiała   zostać   żoną 
starego Eli Harrisona.

Nalała sobie jeszcze jedną filiżankę kawy i wpatrywała się z niechęcią 

w   duszone   cynaderki,   które   stygły   na   jej   talerzu.   Drzwi   do   jadalni 
otworzyły się powoli.

- Dzień dobry, mamo. - Joseph ubrany w oszałamiającą, czerwono-

żółtą kamizelkę, złożył obowiązkowy pocałunek na zimnym policzku 
swej matki i usiadł przy stole. - Ach, kawa! Doskonale.

- Zdaje się, że jesteś dzisiaj w wyśmienitym humorze - zauważyła pani 

Harrison, jeszcze bardziej rozgniewana.

John uśmiechnął się protekcjonalnie.
- Chyba tak.
- Mogę spytać, z jakiej to przyczyny?
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł powiadomić cię o pewnym 

radosnym wydarzeniu. - Joseph westchnął z satysfakcją. Na przyjęciu u 
Tivertonów pozbył się niewygodnego przeciwnika. Ten pan Sandiford 
ustąpił mu pola, a Merab przez całe przyjęcie słuchała go z uwagą. 
Wiedział, że zrobił na niej wrażenie. Wspomniał o swoich interesach i 
dał   jej   do   zrozumienia,   że   jest   człowiekiem,   który   często   bywa   w 

100

background image

odpowiednich miejscach i u właściwych ludzi. Przy najbliższej okazji 
zamierzał poprosić ją o rękę. Skoro już chciał skorzystać z jej koneksji - 
sir   Wincanton   z   pewnością   podsunie   mu   jakiś   drobny   interes   -   to 
musiał jej pokazać, że nie chce nic za darmo. „Mój klient, sir Thomas 
Wincanton”, to brzmiało naprawdę imponująco.

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz oświadczyć się Merab Hartfield? - 

wykrzyknęła pani Harrison, odsuwając od siebie talerz.

- A czemuż by nie? - Uśmiech Josepha zniknął bez śladu.
- Choćby dlatego, że nie ma nawet złamanego pensa.
- Ma około tysiąca czterystu funtów - poprawił ją Joseph. - I ma też 

koneksje.

-   Koneksje!   -   Powtórzyła   pani   Harrison   z   pogardą.   -   Matka, 

śpiewaczka   operowa,   żeby   nie   powiedzieć   gorzej,   a   ojciec   zwykły 
urzędnik i do  tego nieudacznik. A  jeśli  rzeczywiście się  pobrali,  to 
dlaczego rodzina nigdy ich nie uznała?

- W końcu pan Hartfield uznał Merab i ciotkę Abby.
- Jako co? - Pani Harrison prychnęła pogardliwie. - Merab pracowała 

tam jako gospodyni! Pomyśl tylko, gospodyni!

- Pan Hartfield był ekscentrykiem - warknął Joseph. - Oświadczę się jej 

i tyle. Przykro mi, że tego nie pochwalasz.

- Pochwalam! - wrzasnęła przeraźliwie pani Harrison. - Abby była 

dziwką i nie sądzę, by twoja droga Merab była lepsza od niej. Wiem 
dobrze, o co tu naprawdę chodzi. Zostałeś uwiedziony na tym całym 
przyjęciu. Tak, dobrze to znam, ci wszyscy uprzejmi ludzie, bogate 
wnętrza i miłe słówka. Czy ty w ogóle pomyślałeś, dlaczego zostałeś 
tam zaproszony? Ty ich prawie nie znasz, ale Merab zna. Uknuła to 
wszystko tak, żeby mogła cię uwieść! Oto cała prawda!

Joseph   opadł   na   oparcie   krzesła   i   mieszał   kawę,   zamyślony. 

Oczywiście! Teraz wszystko nabierało sensu. Zrozumiała, że ten cały 
major nie ma zamiaru prosić jej o rękę, więc urządziła wszystko tak, by 
Joseph domyślił się, że będzie mile widziany jako narzeczony. Na jego 
usta   wypełzł   powoli   szeroki,   zadowolony   uśmiech.   Złoży   wizytę 
Wincantonom jeszcze tego samego popołudnia.

101

background image

Po przyjęciu u Tivertonów Rowland wrócił do miasta razem ze swoją 

matką   i   ojczymem.   Zajął   w   powozie   państwa   Bridges   przednie 
siedzenie.   Pani   Bridges   przyglądała   się   dyskretnie   swemu   synowi, 
kiedy miął w palcach zasłonkę przy oknie i wpatrywał się niewidzącym 
wzrokiem w mijane krajobrazy. Chyba nie pokłócił się znowu z Merab? 
Pani Bridges z pewną cichą przyjemnością obserwowała spacer tych 
dwojga nad Jeziorem i wymieniła konspiracyjne spojrzenia z Amelią, 
która odpoczywała na sofie przy oknie. Żadna z dam nie powiedziała 
ani słowa.

Czyżby chodziło o Kitty? Pani Bridges uważała, że Kitty zachowywała 

się naprawdę okropnie. Co prawda nie słyszała ich rozmowy, jednak 
sposób, w jaki panna Parminster wdzięczyła się do lorda Claydona i 
pyszniła   się   przed   Rowlandem   swoimi   zaręczynami,   z   pewnością 
zdegustowałby każdego rozsądnego człowieka. Pani Bridges nie była 
tylko   całkiem   pewna,   czy   może   uważać   swego   syna   za   człowieka 
rozsądnego.

Jednak kiedy Rowland w końcu się odezwał, wcale nie mówił o Kitty.
- Wiedziałaś, że ten Harrison to bliski kuzyn panny Hartfield?
- Harrison? - zdziwił się pan Bridges. - Ten typ w jaskrawej kamizelce? 

To chyba niemożliwe?

- No cóż, powiedział to przy pannie Hartfield, a ona nie zaprzeczyła.
- O mój Boże - westchnęła matka Rowlanda. - Biedna panna Hartfield. 

Ma prawdziwego pecha. - Nieszczęścia chodzą parami, pomyślała. - 
Podejrzewam, że pani Harrison jest siostrą jej matki.

-   To   okropna   kobieta   -   stwierdził   Rowland.   -   Grubiańska   i 

zarozumiała. Nic dziwnego, że kuzyn Julian nie chciał ich uznać.

- Jednak panna Hartfield wcale nie jest do niej podobna - zauważyła 

pani Bridges. - Uważam, że jest czarująca i nie chce mi się wierzyć, by 
jej matka była inna. Przecież wszyscy wiemy, że pani Hartfield uciekła 
od swojej rodziny, prawda?

- Która kobieta postąpiłaby w ten sposób? - Wypowiadając te słowa, 

Rowland pociągnął z całej siły za zasłonkę. Okno otworzyło się nagle, 
wpuszczając   do   środka   powozu   zimne   powietrze.   Nim   Rowland 
zamknął   okno   i   przeprosił   towarzyszy   podróży,   zdążył   się   już 

102

background image

uspokoić.   Kiedy   wrócił   ze   spaceru   z   Merab,   przepełniała   go   jakaś 
dziwna   radość.   Nawet   nieoczekiwane   spotkanie   z   Kitty   nie 
wyprowadziło go zupełnie z tego stanu. Jednak wiadomość o tym, że 
pan   Harrison   jest   krewnym   Merab,   pozbawiła   go   resztek   dobrego 
humoru.

-   Twój   ojciec   spotkał   kiedyś   w   Londynie   Jonathana   i   jego   żonę   - 

oświadczyła nagle pani Bridges.

Rowland odwrócił się do niej.
- Kiedy?
- Jakieś dziesięć czy dwanaście lat temu. Wpadł na Jonathana na ulicy i 

poszedł do niego na obiad. Panna Hartfield była wtedy poza miastem, 
w szkole. Mark mówił, że pani Hartfield była cudowna. Włoski typ 
urody,   drobna,   delikatna   i   bardzo   ładna.   Gdyby   była   choć   trochę 
podobna do pani Harrison, na pewno by o tym wspomniał.

Rowland poczuł, że robi mu się nieco lżej na duszy.
-   Panna   Hartfield   była   dla   niego   bardzo   miła.   Pozwoliła   mu 

zaprowadzić się na lunch.

- A co innego mogła zrobić? - spytała rozsądnie pani Bridges.

Joseph,   starannie   ubrany,   pachnący   i   wypomadowany,   wręczył 

Greggowi swą kartę wizytową. Po dłuższej chwili, którą spędził na 
podziwianiu swego odbicia w lustrze, został zaprowadzony na górę, 
gdzie w żółtym salonie czekała na niego Merab. Właściwie wcale nie 
miała ochoty się z nim widzieć i to właśnie powiedziała przed chwilą 
Amelii.

- To pewnie tylko jakaś grzecznościowa wizyta - powiedziała Amelia, 

która poprzedniego dnia nie mogła towarzyszyć Merab przy lunchu. 
Czuła się dość niepewnie i wolała pozostać na sofie, w oranżerii. - Nie 
będziesz miała nic przeciwko temu, żeby zostać z nim sama na kilka 
minut? Opiekunka dzieci chciała ze mną porozmawiać, zaraz wrócę.

- Oczywiście. - Merab co prawda miała zamiar prosić przyjaciółkę, by 

jej towarzyszyła, jednak w tej sytuacji zmieniła zdanie i z rezygnacją 
czekała na niechcianego gościa.

Joseph wszedł do salonu i z zadowoleniem rozejrzał się dokoła. Byli 

103

background image

sami! Z pewnością panna Hartfield specjalnie to zaplanowała. Pochylił 
się, by ucałować jej dłoń.

- Kuzynko Merab...
-   Witam,   sir.   Proszę   usiąść.   Lady   Wincanton   prosi   o   wybaczenie, 

będzie tutaj za chwilę.

- Właściwie przyjechałem tutaj do pani, a nie do lady Wincanton - 

oświadczył radośnie Joseph.

Serce Merab zamarło na moment.
- Pani musi już wiedzieć, dlaczego tu jestem.
- W rzeczy samej, nie mam pojęcia, sir.
- Ach te kobiety! - Joseph pogroził jej żartobliwie palcem. - Bardzo 

panią proszę, niech pani nie będzie taka bojaźliwa.

-   Bojaźń   jest   w   tej   chwili   zupełnie   obcym   mi   uczuciem   -   odparła 

Merab, lekko już poirytowana.

- Och, kuzynko, wydaje mi się, że bardzo wyraźnie określiła pani 

swoje życzenia i przyszedłem tutaj, by je spełnić. Czyż to nie dzięki 
pani namowom znalazłem się na przyjęciu w domu pani Tiverton? 
Proszę się przyznać!

- Z pewnością nie znam pani Tiverton na tyle dobrze, by zrobić coś 

podobnego!

- Ale nie omieszkała pani wspomnieć, że czuje do mnie pewną hm... 

słabość? - spytał Joseph, uśmiechając się szeroko.

- Panie Harrison - zaczęła Merab stanowczym tonem. - Nie będę dłużej 

udawać, że pana nie rozumiem. Myli się pan jednak, sądząc, że czuję 
do pana jakąkolwiek „słabość”.

- Nigdy nie zdoła pani zaciągnąć majora Bendicka przed ołtarz, chyba 

wie pani o tym. - Joseph nie był już tak uprzejmy, a jego głos stał się 
znacznie ostrzejszy niż przed chwilą.

- Jestem pewna, że się pan nie myli, sir.
- Więc dlaczego, do diabła, nie wyjdzie pani za mnie? Mogę zapewnić 

pani całkiem przyzwoite życie. A pani koneksje mogłyby być dla mnie 
bardzo użyteczne.

Ach, więc o to chodzi, pomyślała Merab. Koneksje. Powinnam była się 

domyślić.   Jedyne,   co   mogła   uczynić   w   tej   sytuacji,   to   zakończyć   tę 

104

background image

rozmowę jak najszybciej i to w taki sposób, by Joseph nie miał choćby 
cienia wątpliwości co do jej odpowiedzi.

- Wydaje mi się, że zazwyczaj męża i żonę łączy jakieś uczucie. Ja nie 

żywię do pana żadnych uczuć i nie sądzę, by pan czuł dla mnie choćby 
cień   sympatii.   -   Jeszcze   wypowiadając   te   słowa,   wstała   z   fotela   i 
sięgnęła po dzwonek.

Joseph zdążył ją uprzedzić.
- Na Jowisza, rzeczywiście nic tam nie ma? - krzyknął, doskoczył do 

Merab, wziął ją w ramiona i próbował pocałować w usta.

- Proszę przestać! - krzyczała Merab, wykręcając się i próbując uwolnić 

się   z   uścisku   Josepha.   -   Panie   Harrison!   Proszę   mnie   natychmiast 
wypuścić!

- Taka z ciebie twarda sztuka, co? - powiedział Joseph chrapliwym 

głosem i zatopił zęby w jej szyi.

Merab krzyknęła przeraźliwie.
Za drzwiami słychać było pospieszne kroki, a po sekundzie do pokoju 

wpadła Amelia.

- Bogu dzięki! - Merab wyrwała się wreszcie z objęć kuzyna.
- Panie Harrison! - Amelia stanęła obok przyjaciółki.
- Proszę stąd wyjść! - Głos Merab drżał niebezpiecznie. - Proszę się 

stąd wynosić, panie Harrison, i nigdy więcej tu nie wracać!

Joseph wyprostował się, poprawił krawat.
- Pożałujesz tego - warknął. - Najpierw mnie kusisz, a potem udajesz 

świętoszkę. Wiesz, jak nazywa się taką kobietę? Zdzira! Tak samo jak 
twoja matka.

Pan Harrison pozbierał resztki swojej godności i wyszedł z salonu.

Dopiero tydzień później Amelia zaczęła zdawać sobie sprawę, że po 

mieście krążą jakieś dziwne plotki. Jeśli nawet zauważyła, że w Pijalni 
coraz   mniej   ludzi   podchodzi,   by   przywitać   się   z   nią   i  z   Merab,   to 
przypuszczała, że po prostu ich nie zauważają. Poza tym ostatnio nie 
czuła się najlepiej i raczej z ulgą przyjmowała mniejsze zainteresowanie 
towarzystwa. Jednak gdy lady Mandersby, która wraz z panią Tiverton 
była niekwestionowaną liderką towarzystwa w Bath, przestała w ogóle 

105

background image

odzywać   się   do   Merab,   Amelia   zrozumiała,   że   dzieje   się   coś 
niedobrego. Nawet pani Tiverton, choć nie posunęła się aż tak daleko, 
by zerwać z nimi wszelkie kontakty, z wyraźną rezerwą odniosła się do 
propozycji wspólnej wycieczki do Lansdown.

Choć   niechętnie,   któregoś   wieczora   Amelia   podzieliła   się   swymi 

spostrzeżeniami z mężem. Wolałaby tego nie robić, z drugiej jednak 
strony sądziła, że lepiej będzie, jeśli sir Thomas dowie się o tym od niej, 
niż od kogoś obcego. Sir Thomas wysłuchał jej uważnie i powiedział:

- Postaram się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Ale jeśli to 

rzeczywiście coś poważnego, twoja przyjaciółka będzie musiała stąd 
wyjechać.   Przykro   mi,   jednak   nie   mogę   pozwolić,   by   moja   żona 
obracała się w złym towarzystwie.

Amelia wzięła do ręki świecę i postawiła ją na swym nocnym stoliku.
-   Biedna   Merab,   to   nie   jej   wina.   Na   pewno   nie   zrobiła   nic 

niewłaściwego.

-   Jestem   o   tym   przekonany   -   zgodził   się   sir   Thomas,   przenosząc 

własną świecę. - Ale ci Harrisonowie to dość nieprzyjemni ludzie, i 
należy   się   ich   wystrzegać.   Gdyby   rzeczywiście   znali   jakieś 
kompromitujące fakty związane z panną Merab, mogłoby to zrujnować 
nie tylko jej, ale i nasze życie. Obawiam się, że musisz zacząć szukać dla 
niej jakiejś posady. Co z twoim kuzynostwem w Dublinie?

- Pewnie masz rację. - Amelia weszła do łóżka, zdmuchnęła świecę i 

wybuchnęła płaczem.

Amelia   nie   była   jedyną   osobą,   która   zauważyła   nagłą   zmianę   w 

zachowaniu   towarzystwa   względem   Merab.   Pan   i   pani   Bridges 
dyskutowali kiedyś na ten temat przy popołudniowej herbacie.

- Uwagi pani Tiverton były bardzo nieprzyjemne - stwierdziła pani 

Bridges.

- Pani Harrison mówiła tak, jakby chciała się na kimś zemścić - zgodził 

się jej mąż.

- Więc to jej sprawka?
- A kto inny mógłby rozpowiadać, że Abigail Cooper uciekła z domu, 

by   zostać   śpiewaczką   operową,   a   potem   kochanką   Jonathana 
Hartfielda?

106

background image

- Ona tak powiedziała!? - zawołała pani Bridges. - Pani Tiverton nie 

była aż tak bezpośrednia. Stwierdziła tylko, że słyszała, iż małżeństwo 
rodziców panny Hartfield nie było zupełnie hm... „prawidłowe”, tak, 
zdaje   się,   że   użyła   właśnie   tego   słowa,   i   że   wolałaby   raczej   nie 
utrzymywać z nią znajomości.

- Czy ona wie, że jesteś spokrewniona z panną Hartfield?
Pani Bridges pokręciła głową.
- Rowland postanowił nie uznawać tego pokrewieństwa, więc czułam 

się zobowiązana poprzeć  go w tym  względzie. Oczywiście, miałam 
nadzieję, że jednak zastanowi się nad tym jeszcze...

- Podejrzewam, że nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o treści 

tego okropnego testamentu.

Pani Bridges westchnęła.
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała swego męża.
- A cóż ja mogę zrobić? Dopóki Rowland jest tak wrogo nastawiony do 

panny  Hartfield,  nie  jestem  w  stanie  nic  zmienić.  Oczywiście,  będę 
kontynuował znajomość z nią, ale to wszystko, co mogę teraz zrobić. 
Gdybym uznał ją jako kuzynkę, a Rowland nadal by tego nie uczynił, 
tylko pogorszyłbym jej sytuację.

Od   czasu   przyjęcia   u   Tivertonów   Rowland   miał   mieszane   uczucia 

względem   Merab.   Kilkakrotnie   był  już   niemal  gotów   złożyć   wizytę 
Wincantonom, jednak w ostatniej chwili wycofywał się z tego zamiaru. 
Fakt,   że   co   najmniej   połowa   jego   duszy   gorąco   życzyła   sobie 
kontynuowania znajomości z Merab, ogromnie go niepokoił. Kilka razy 
wybrał się rano na dłuższą przejażdżkę konną, by ochłonąć.

Przestał także chodzić do Pijalni. Nie chciał spotkać Kitty, która wciąż 

jeszcze przebywała w Bath. Zgodnie z przypuszczeniami jego matki, to 
właśnie   epizod   na   przyjęciu   u   Tivertonów   pozbawił   go   wreszcie 
złudzeń i pozwolił mu poznać prawdziwy charakter Kitty. Teraz zdał 
sobie sprawę, że jej zachowanie było okrutne i wcale nie wymuszone 
przez okoliczności. Zdecydowała się poślubić lorda Claydona z własnej 
woli, nikt jej nie zmuszał do tego kroku. Poza tym wcale nie musiała się 
afiszować ze swym nowym narzeczonym w jego obecności. Zrozumiał 
teraz, że bawiła się z nim, droczyła i kusiła ewentualnymi zaręczynami. 

107

background image

Rowland   najpierw   czuł   się   skrzywdzony   i   zszokowany,   potem   zaś 
ogarnął go gniew i oburzenie.

Kitty wiedziała bardzo dobrze, jak mocno przeżywał ich rozstanie, a 

jednak   w   Bath   świadomie   dawała   mu   jeszcze   nadzieję,   zachęcała   i 
pozwalała na potajemne uściski dłoni i pocałunki. Nagle pomyślał, że 
Merab nigdy by się tak nie zachowała.

Przypomniał sobie rozmowę nad jeziorem i jeszcze raz starannie ją 

przeanalizował.   Jego   kuzynka   okazała   się   inteligentną   i   rozsądną 
kobietą. Czy Julian Hartfield wiedział, jakie są jej poglądy? Musi ją o to 
zapytać.

Rowland z niechęcią przypomniał sobie o Josephie. Jak to się stało, do 

diabła, że Merab jest tak blisko spokrewniona z tym typem? Przecież on 
tylko czekał na okazję, żeby wkręcić się do towarzystwa! Rowland nie 
mógł patrzeć, jak Joseph przypochlebia się pani Tiverton. Ze złością 
pomyślał,   że   Merab   najwyraźniej   była   w   dobrej   komitywie   z   tym 
człowiekiem. Oczami wyobraźni znów ujrzał, jak Joseph wprowadza ją 
do jadalni państwa Tiverton.

Odruchowo zacisnął pięści. Potem uspokoił się nieco. Dlaczego miałby 

się przejmować tym, że panna Hartfield okazuje względy jakiemuś źle 
wychowanemu prawnikowi z Bristolu? Cóż go to obchodzi?

Mimo to Rowland był w tak fatalnym nastroju, że najpierw zrugał 

służącego,   który   odważył   się   zapytać,   czy   pan   Sandiford   zamierza 
wychodzić gdzieś wieczorem, a potem ofuknął młodą pokojówkę, która 
mijając go na schodach życzyła mu miłego dnia.

Kilka   następnych   wieczorów   spędził   w   kawiarni,   gdzie   grał   bez 

opamiętania w karty, wygrał pierwszego dnia ponad siedemset funtów 
i stracił wszystko w ciągu kolejnych wieczorów.

Trzeciego dnia natknął się tam na Josepha. Pan Harrison siedział przy 

oknie i przeglądał gazetę. Podniósł na moment wzrok, gdy do kawiarni 
wszedł   Rowland,   i   uśmiechnął   się   do   siebie.   Rowland   widząc   go 
uprzejmie skinął głową.

- Harrison.
Joseph cieszył się, że jego były oponent zapamiętał to nazwisko. Po 

przyjęciu u Tivertonów zainteresował się bliżej jego stanem posiadania 

108

background image

i wiedział już, że Sandiford ma całkiem niezły majątek w Wiltshire.

-  Sandiford.  Czy  mogę   zaproponować   panu   filiżankę  kawy?   -  Nie 

czekając na odpowiedź, strzelił palcami na kelnera. Rowland wzruszył 
ramionami; usiadł obok.

- Czy mogę spytać, jak poznał pan pannę Hartfield? - spytał Joseph, 

kiedy wypili już kawę. - Może jeszcze filiżankę?

-   Nie,  dziękuję.   Poznałem   pannę  Hartfield  za   pośrednictwem   lady 

Wincanton - skłamał gładko Rowland. - Nie miałem pojęcia, że jest z 
panem spokrewniona. Lady Wincanton, jak pan wie, była w tej samej 
szkole co panna Merab, i o ile mi wiadomo, obie miały bardzo niewielu 
krewnych.

-   Panna   Hartfield   nie   jest   już   moją   krewną   -   oświadczył   Joseph 

spokojnie. - Moja matka wyjawiła mi, jaki jest prawdziwy stan rzeczy.

- To znaczy? - Rowland zmrużył oczy.
- Jej matka, Abigail Cooper, była wielce podejrzaną osobą. Pracowała 

jako śpiewaczka operowa, pod nazwiskiem Rosalba Bersanelli, i może 
pan   sobie   chyba   wyobrazić,   co   to   naprawdę   oznacza!   Tuziny 
kochanków, bez wątpienia. Potem poznała Jonathana Hartfielda. Ale 
małżeństwo? O nie! Nie było żadnego małżeństwa, może pan być tego 
pewny. Przecież jego własny ojciec właśnie dlatego go wydziedziczył. 
Więc panna Hartfield nie ma żadnego prawa do tytułu. Powinna się 
nazywać po prostu Merab Cooper i tyle.

Rowland   zmierzył   go   zimnym,   pogardliwym   spojrzeniem.   Ten 

człowiek przez cały poprzedni tydzień nie odstępował jej na krok.

- Odmówiła panu, co?
Twarz Josepha spurpurowiała.
- Odmówiła mi! Chciałbym to widzieć. Nie, to ona próbowała mnie 

uwieść. Przypuszczam, że wyczuła szansę na korzystne małżeństwo. - 
Joseph spojrzał na swe odbicie w lustrze i poprawił fular. - Oczywiście, 
od razu jej powiedziałem, co o tym myślę.

Biedna   Merab   miała   pewnie   okropny   tydzień,   pomyślał   nagle 

Rowland i uśmiechnął się ze smutkiem. Że też musiała się natknąć na 
tego typa.

- Dlaczego mówi mi pan o tym wszystkim?

109

background image

Joseph zmitygował się nieco.
-   Och,   nie   chcę   psuć   jej   dobrego   imienia   -   odparł   łagodnie.   - 

Pomyślałem   tylko,   że   powinienem   pana   ostrzec.   Mam   nadzieję,   że 
zachowa pan to dla siebie?

Poprosił   już   kilka   osób,   by   zachowały   jego   rewelacje   dla   siebie,   i 

rezultaty były bardzo zadowalające.

Merab   musiała   się   sporo   natrudzić,   nim   Amelia   wyjawiła   jej   treść 

coraz liczniejszych plotek. W końcu poskutkowała dopiero groźba, że 
spyta   o   nie   sir   Thomasa.   Obie   panie   siedziały   w   buduarze   Amelii, 
czarującym pokoju o ścianach wyłożonych tapetą w kolorze delikatnej 
zieleni.   Na   wygodnych   meblach   ułożone   były   przytulne   miękkie 
poduszki. Amelia siedziała przy kominku, trzymając stopy na małym 
stołku obitym miękką tkaniną. Merab usadowiła się naprzeciwko niej i 
grzała dłonie przy ogniu. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno.

-   To   musiał   być   kuzyn   Joseph   albo   ciotka   Dinah   -   stwierdziła 

znużonym głosem, kiedy Amelia opowiedziała jej wszystko.

- A nie pan Sandiford? - Amelia dowiedziała się od Gregga o wizycie 

Rowlanda,   a   ponieważ   Merab   nawet   jej   o   tym   nie   wspomniała, 
obawiała się najgorszego.

-   Kuzyn   Rowland?   No   cóż,   nie   przepadam   za   nim,   to   prawda   - 

odpowiedziała   Merab   spokojnie.   -   Ale   wątpię,   czy   kiedykolwiek 
zrobiłby coś równie podłego.

Amelia uniosła lekko brwi.
- Zdaje się, że ostatnio sporo zyskał w twych oczach.
Merab zaczerwieniła się.
- Przynajmniej jest dżentelmenem - odparła wymijająco. - Joseph nim 

nie jest.

Amelia westchnęła. Cóż z tego, że Merab darzyła pana Sandiforda 

coraz większą sympatią, skoro musiała wkrótce wyjechać, czego po 
cichu życzył sobie sir Thomas.

- Muszę wracać do Hartfield - powiedziała Merab po chwili milczenia.
-   Nie!   -   zawołała   Amelia.   -   Och   Merab,   nie   możesz   tego   zrobić! 

Przecież to oznaczałoby przyznanie się do winy, nie rozumiesz?

110

background image

- Jak mogłabym tu zostać? Myślisz, że nie widzę, co się wokół mnie 

dzieje? Nie mogę pozwolić, by plotki na mój temat psuły ci opinię. 
Jestem pewna, że sir Thomas zgodziłby się ze mną.

Amelia znów westchnęła.
-   Jestem   przekonana,   że   się   zgadza   -   kontynuowała   Merab.   -   Jaki 

mężczyzna i jaki mąż nie przyznałby mi racji? Tak czy inaczej muszę 
tam pojechać, by znaleźć jakiś dowód na to, że moi rodzice zawarli 
legalne małżeństwo. Myślisz, że łatwo mi znosić myśl, że mój ojciec 
mógł tak okropnie wykorzystać mamę?

- Oczywiście, rozumiem to, kochana Merab. - Oczy Amelii pełne były 

łez.   -   Jestem   pewna,   że   twój   ojciec   był   uczciwym   i   honorowym 
człowiekiem. A co do...

Amelia nie dokończyła zdania, gdyż do pokoju wszedł Gregg.
- Pan Sandiford prosi o kilka minut rozmowy, proszę pani.
Amelia spojrzała szybko na Merab, która zbladła nagle jak ściana.
- Wprowadź go, Gregg - odparła. - I nie ma nas w domu dla innych 

gości.

- Oczywiście, proszę pani.
Rowland   wmaszerował   do   salonu,   blady   i   stanowczy.   Amelia 

zauważyła   również,   że   wygląda   bardzo   przystojnie   w   ciemno-
niebieskim, dwurzędowym surducie, dopasowanym do jego sylwetki. 
Im częściej go widywała, tym bardziej była przekonana, że on i Merab 
doskonale do siebie pasują. W duchu przeklinała los, który zetknął ich 
ze sobą w tak przewrotny i okrutny sposób.

Rowland od razu przeszedł do rzeczy.
- Przyszedłem tutaj z powodu tych plotek - powiedział, usiadłszy na 

wskazanym przez Amelię miejscu. - Wiem dobrze, kto je rozsiewa, i 
chciałem spytać, czy mogę być pani pomocny w jakikolwiek sposób.

Amelia spojrzała na Merab i podniosła się ze swego fotela.
-   Jesteśmy   paro   bardzo   wdzięczne   za   wsparcie   -   oświadczyła   z 

uśmiechem. - Zostawię pana z Merab, by omówił pan z nią szczegóły. 
Pan wybaczy, ale muszę pójść do dzieci.

Rowland   otworzył   przed   nią   drzwi.   Kiedy   usiadł   z   powrotem, 

opowiedział Merab pokrótce o swej rozmowie z Josephem.

111

background image

- Podejrzewam, że nie przyjęła pani jego oświadczyn - zakończył.
-   Rzeczywiście   tak   było.   -   Merab   zarumieniła   się   znowu.   Nagle 

przypomniała sobie, że odmówiła także Rowlandowi, choć dzięki Bogu 
miało to miejsce w innym pokoju. - On... on był po prostu okropny. 
Chodziło mu o moje „koneksje”, jak to sam ujął. Przypuszczam, że 
teraz robi wszystko, bym nie miała już żadnych. - Dodała jeszcze, że 
zamierza   wyjechać   do   Hartfield   Hall,   by   odnaleźć   przynajmniej 
świadectwo ślubu swoich rodziców. - Przypuszczam, że jest gdzieś w 
kufrze mamy - dokończyła. - Po jej śmierci nie miałam dość sił, by do 
niego zajrzeć, więc po prostu zostawiłam go tam, gdzie był.

Rowland   nie   miał   wątpliwości   co   do   tego,   że   małżeństwo   było 

prawdziwe   -   znacznie   bardziej   martwił   się   drugą   częścią 
rozpuszczanych przez Josepha plotek. Rozumiał doskonale, że Merab 
musiała   być   wychowywana   w   przeświadczeniu,   iż   jej   matka   była 
nauczycielką śpiewu. Nie był to zawód chwalebny, ale przynajmniej 
mieścił się w kanonach dobrego smaku. Jednak pogłoski o tym, że pani 
Hartfield była śpiewaczką operową, mogły narobić jej córce sporych 
kłopotów, a Rowland wiedział dobrze, że plotki takie krążą w rodzinie 
Hartfieldów już od długiego czasu. Jak jednak miał powiedzieć Merab, 
że jej rodzice okłamywali ją przez tyle lat?

- Czym zamierza pani podróżować? - spytał w końcu.
- Nie zastanawiałam się nad tym jeszcze. Pewnie powozem.  Może 

napiszę do pana Camberwella, by zabrał mnie z Cirencester, wracając z 
targu.

-   To   nie   jest   dobry   pomysł.   Prawdziwej   damie   nie   wypada 

zatrzymywać się w byle jakiej tawernie!

- Więc może wozem pocztowym? Naprawdę, nie chciałabym kłopotać 

sir   Thomasa.   -   Merab   pomyślała   z   niepokojem   o   kosztach.   Wóz 
pocztowy był znacznie droższy.

- Nie, ja panią zabiorę.
- Pan? - Merab spojrzała na niego z przerażeniem.
Rowland uniósł lekko brew.
- Już od dłuższego czasu myślę o tym, że powinienem sprawdzić, co 

dzieje się w majątku.

112

background image

- Ależ to nie wypada - wybuchnęła Merab. Podróżować w karecie 

wyłącznie   w   towarzystwie   mężczyzny!   Nie,   żadna   dama,   która 
chciałaby zachować choćby resztki reputacji, nie mogła sobie pozwolić 
na coś podobnego.

- Obiecuję, że nie będę się oświadczał - powiedział Rowland cierpko.
Merab   zaczerwieniła   się   po   czubki   uszu;   milczała.   Właśnie   wtedy 

wróciła Amelia.

- Doskonały pomysł - oświadczyła ciepło, kiedy dowiedziała się o 

planach Rowlanda. - Merab może wziąć ze sobą Lottie, a wtedy nic nie 
zagrozi jej dobremu imieniu. - Lottie była pokojówką, która zajmowała 
się Merab podczas jej pobytu w domu Amelii. Gospodyni wspomniała 
ostatnio   swej   pani,   że   Lottie   okazuje   nieprzyzwoite   wręcz 
zainteresowanie pewnym młodym kapralem, więc wyjazd za miasto 
był w jej przypadku jak najbardziej wskazany. A poza tym należało 
przecież popierać wszelkie pomysły, które pozwalałaby Merab i panu 
Sandifordowi przebywać w swym towarzystwie. Amelia rozsiadła się 
wygodnie w fotelu i uśmiechnęła promiennie do swej przyjaciółki i jej 
kuzyna.

Merab i Amelia rozstały się wśród łez i głośnego pochlipywania.
- Oczywiście, wkrótce tu wrócisz - mówiła przez łzy Amelia. - Wiem, 

że wszystko będzie dobrze.

Merab ucałowała ją gorąco.
- Oczywiście.
Wiedziała jednak, że to nieprawda, Sir Thomas był bardzo uprzejmy, 

nawet   starał   się   ją   pocieszać,   jednak   bez   wątpienia   przyjmował   jej 
wyjazd z wielką ulgą. Merab nie wróciłaby do Amelii bez zaproszenia, 
a   sir   Thomas   na   pewno   nie   pozwoliłby   swej   żonie,   by   w   tych 
okolicznościach znów gościła ją u siebie. Merab nie mogła mieć do 
niego pretensji. Który mężczyzna dobrowolnie zgodziłby się na to, by 
jego żona została wykluczona z towarzystwa?

Rowland nie powiedział swej matce nic poza tym, że wyjeżdża z Bath. 

Pani Bridges zakładała więc, że jej syn wybiera się do Merryn Park, i 
tylko   dzięki   przypadkowemu   spotkaniu   z   Amelią   dowiedziała   się 

113

background image

prawdy.

- Odwozi pannę Hartfield do domu?! - wykrzyknęła zdumiona.
- Tak, nie powiedział pani o tym?
- Nie.
Obie   panie   zamilkły,   i   choć   obie   uważały,   że   takie   zachowanie 

Rowlanda było wielce interesujące, zarazem czuły, że nie znają się dość 
dobrze, by o tym rozmawiać.

Rowland zabrał Merab i Lottie bardzo wcześnie, jeszcze przed siódmą 

rano, gdyż podróż mogła im zabrać nawet cały dzień. Kufer Merab i 
walizka   Lottie   dołączyły   do   bagażu   Rowlanda   na   dachu   powozu. 
Lottie,   popłakując   cicho,   weszła   do   środka,   a   potem   z   głośnym 
szlochem zarzuciła sobie fartuszek na głowę. Merab wzniosła oczy ku 
niebu, natomiast Rowland uśmiechnął się pod nosem.

- Proszę wejść, kuzynko - powiedział tylko. Potem wspiął się za nią, 

postukał laską w sufit, i powóz ruszył w drogę.

Początkowo podróż przebiegała wyjątkowo spokojnie. Merab, która ze 

strachem   myślała   o   tym,   jak   przez   cały   dzień   wytrzyma   tylko   w 
towarzystwie   Rowlanda,   zaczęła   się   powoli   uspokajać.   Być   może 
obecność Lottie powstrzymywała go od nieprzyjemnych uwag, a może 
po   prostu   nieco   polubił   swą   kuzynkę.   Tak   czy   inaczej   rozmawiali 
spokojnie o zmianach, jakie Rowland zamierzał wprowadzić w swoim 
majątku, a Merab wtrąciła kilka całkiem interesujących uwag.

-   Czytałam   gdzieś   o   korzyściach,   jakie   daje   nawóz   rybny   - 

powiedziała.   -   Choć   podejrzewam,   że   mieszka   pan   zbyt   daleko   od 
morza, by tego rodzaju nawóz był dla pana łatwo dostępny.

Rowland spojrzał na nią i uniósł brwi, rozbawiony.
- A co pani wie na temat nawozu z ryb, kuzynko?
Merab roześmiała się.
-   Nic.   Prócz   tego,   że   wzbogaca   glebę.   Przyznaję   jednak,   że   nie 

rozumiem, dlaczego gleba miałaby tego potrzebować. Natura chyba nie 
chciała, by ryby w jakikolwiek normalny sposób lądowały na suchej 
ziemi.

-   Natura   nie   pozwala   też   używać   tylko   jednego   rodzaju   zboża,   i 

114

background image

wiadomo powszechnie, że używanie tego samego zboża rok po roku 
źle wpływa na żyzność ziemi.

- Natura preferuje różnorodność?
-   Tak   by   się   wydawało.   Oczywiście,   nie   potrafimy   tego   jeszcze 

wyjaśnić, ale...

Rozmowa   została   gwałtownie   przerwana   przez   nagłe   szarpnięcie, 

które   rzuciło   Lottie   na   przeciwległe   siedzenie.   Potem   rozległy   się 
strzały   i   rżenie   wystraszonych   koni.   Lottie   wrzasnęła   przeraźliwie. 
Rowland rzucił się po pistolety.

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego. - Drzwi powozu otworzyły się 

gwałtownie i stanął w nich potężnie zbudowany mężczyzna w masce 
na twarzy. Rozbójnik przystawił lufę pistoletu do piersi Rowlanda.

- No już, dawaj pieniądze.
- A skąd wiesz, że mamy jakieś pieniądze?
Lufa pistoletu wbiła się mocniej w pierś Rowlanda.
- Nie próbuj się ze mną bawić. Twoja sakiewka. I tej pani. - Ruchem 

głowy wskazał na wyjście. - Wyskakuj.

Rowland z ociąganiem wykonał jego polecenie. Gdy tylko zasłonił 

drzwi, Merab bez namysłu sięgnęła po pistolet wiszący na ścianie. Na 
Boga,   był   załadowany!   Odciągnęła   cyngiel   i   wymierzyła.   Widziała 
rozbójnika bardzo wyraźnie. Rowland wciąż próbował się opierać, a 
rozzłoszczony   zbój   pochwycił   go   za   ramię   i   ściągnął   na   ziemię. 
Rowland upadł, i w tym momencie Merab wypaliła. Rozbójnik upadł, a 
wystraszone konie zaczęły szarpać się w uprzęży. Lottie piszczała.

Merab   przerażona,   że   powóz   przejedzie   Rowlanda,   zeskoczyła   na 

ziemię i krzyknęła do woźnicy:

- Na Boga, przytrzymaj je!
W tym momencie rozległ się drugi strzał i Merab poczuła piekący ból 

w ramieniu. Wypuściła z dłoni pistolet. Czerwona plama na sukience 
zaczęła się gwałtownie powiększyć. Drugi rozbójnik, z bronią gotową 
do strzału, podjechał bliżej i mierzył w Merab. Zanim jednak zdążył 
pociągnąć za cyngiel, Rowland pochwycił pistolet i wypalił do niego z 
drugiej lufy. Mężczyzna zaklął głośno, złapał się za nogę, zawrócił i 
odjechał galopem.

115

background image

Na   moment   zapadła   cisza,   przerywana   tylko   wrzaskami   Lottie   i 

pojękiwaniami rannego zbója. Rowland powoli podniósł się z ziemi. 
Spojrzał na Merab. Ona również popatrzyła na niego, po czym nagle 
pobladła i osunęła się na ziemię.

Nie bardzo zdawała sobie sprawę z tego, co działo się potem, gdyż 

wciąż   odzyskiwała   i   traciła   przytomność.   Ktoś   bezceremonialnie 
rozerwał jej suknię na ramieniu i odsłonił ranę.

- To tylko powierzchowna rana - rozbrzmiał czyjś głos. Czyżby to 

Rowland mówił  o  niej  z  taką troską?  Potem  przyszła Jej  do  głowy 
zupełnie absurdalna myśl, że na szczęście włożyła na podróż jedną ze 
swych starszych sukien. Potem znów straciła przytomność.

Kiedy doszła wreszcie do siebie, początkowo nie mogła zrozumieć, 

gdzie jest i co się z nią dzieje. Była oszołomiona i ogłupiała. Okropnie 
bolało ją ramię. Głowę opierała o czyjąś twardą pierś. Przestraszona, 
wyprostowała się gwałtownie. Rowland odsunął rękę. W dłoni trzymał 
jej czepek i szpilki do włosów.

-   Nie   wiedziałem   dotąd,   że   kobiety   potrzebują   aż   tylu   szpilek   - 

powiedział, siląc się na normalny ton. - Gubiła je pani przez całą drogę.

Merab   wpatrywała   się   w   niego   przez   moment,   marszcząc   brwi   i 

próbując sobie przypomnieć, co zaszło. Nagle krew napłynęła jej do 
twarzy.

- Zostaliśmy napadnięci - powiedziała.
- Tak było, w istocie - zgodził się Rowland.
- Och, panno Hartfield, była pani taka dzielna! - wtrąciła z ożywieniem 

Lottie, która najwyraźniej zapomniała już o swym zmartwieniu.

- Naprawdę?
- Strzeliła pani do niego. Dobrze mu tak.
Merab spojrzała pytająco na Rowlanda.
- Postrzeliła pani jednego z bandytów - wyjaśnił. - Był też drugi, który 

zranił panią. A ja postrzeliłem jego.

- Nie zabiłam go, prawda? - Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku 

chwil stanęły Merab przed oczami.

- Nie. Na szczęście byliśmy niedaleko od wioski. Opowiedziałem o 

wszystkim miejscowemu  sędziemu,  a on zamknął zbója w areszcie. 

116

background image

Złożyłem zeznania w pani imieniu, nie musi się pani już o to kłopotać - 
zapewnił ją Rowland.

Merab siedziała przez chwilę w milczeniu, po czym powiedziała:
- To mogła być jedna z moich nowych sukienek.
Potem nagle wybuchnęła płaczem. Rowland objął ją mocno ramieniem 

i   podał   jej   swoją   chusteczkę.   Po   chwili   Merab   wysunęła   się   z   jego 
uścisku, wyprostowała i energicznie wysiąkała nos.

- Przepraszam. Płaczę nad sukienką, której nawet nie nosiłam. To takie 

głupie.

- Odreagowanie - stwierdził Rowland.
- Jest pan ranny?
Rowland wzruszył ramionami.
- Jakiś siniak czy zadrapanie. A pani wkrótce będzie zdrowa, dzięki 

Bogu   to   tylko   powierzchowna   rana.   Przez   tydzień   czy   dwa   ramię 
będzie trochę sztywne, ale na pewno się zagoi.

Odwrócił   się   i   spojrzał   za   okno.   Bez   wahania   zerwał   suknię   z   jej 

ramienia,   ale   teraz   wspomnienie   tej   delikatnej   skóry,   przeoranej 
czerwonym pasmem rany, paliło go żywym ogniem. Merab, leżąca na 
siedzeniu powozu, wydawała się taka delikatna i bezbronna. Gdyby nie 
było tam Lottie, czułby nieodpartą chęć, by...

Otrząsnął się szybko z tych dziwnych myśli. Lottie tam była. Merab, 

jego   kuzynka,   której   istnienie   pozbawiło   go   oczekiwanego   spadku, 
została lekko ranna, to wszystko. Dlaczego miałby sądzić, że cokolwiek 
się zmieniło?

7

Gdy przyjechali do Hartfield, majątek był niemal całkiem opustoszały. 

Większość   służby   dostała   już   odprawę   i   opuściła   dom.   Na   miejscu 
pozostały tylko Mary i Jenny oraz jeden mężczyzna do cięższych prac 
fizycznych.   Służące   zostały   powiadomione   wcześniej   o   przyjeździe 
Merab   i   przygotowały   dla   niej   pokój,   jednak   pozostawał   problem 
Rowlanda. Zgodnie z zasadami dobrego wychowania pan Sandiford 
nie powinien był zostać w Hartfield Hall, jeśli Merab nie towarzyszyła 
jakaś   przyzwoitka.   Dlatego   też   jeszcze   przed   wyjazdem   Rowland 
zamierzał zamieszkać w gospodzie we wsi i przyjeżdżać do Hartfield w 

117

background image

razie potrzeby.

Nie   mógł   jednak   z   czystym   sumieniem   zostawić   swej   kuzynki   na 

pastwę dwu rozchichotanych służących i Lottie, która wcale nie była 
lepsza od nich. Merab przez ostatnie pół godziny podróży milczała. 
Rowland   podejrzewał,   że   rana   mocno   daje   jej   się   we   znaki.   Kiedy 
dotknął jej czoła, przekonał się, że ma także sporą gorączkę. Nie było w 
tym   nic   niepokojącego,   jednak   Merab   nie   mogła   być   pozostawiona 
sama sobie.

Doszedł więc do wniosku, że musi zostać w Hartfield przynajmniej na 

tę   noc.   Lottie   mogła   spać   w   pokoju   Merab   na   składanym   łóżku, 
zastępując w ten sposób normalną przyzwoitkę, on zaś postanowił, że 
nazajutrz skontaktuje się z panem Camberwellem, by sprowadzić tu na 
tydzień lub dwa jakąś szacowną starszą damę.

Powóz   skręcił   w   aleję   prowadzącą   do   Hartfield   Hall   i   po   chwili 

zatrzymał się przed domem. Rowland wyskoczył z kabiny; rozłożył 
schodki. Jednak Merab nie była w stanie iść o własnych siłach, więc 
Rowland, nie zważając na jej protesty, wziął ją na ręce i zaniósł do 
domu, starając się nie zwracać uwagi na Jenny i Mary, które chichotały 
za jego plecami. Zaniósł Merab do salonu, otworzył ramieniem drzwi, 
po czym zawołał Lottie i kazał jej zdjąć pokrowce z sofy.

Merab otworzyła oczy.
- Gorąco mi - szepnęła.
- Ma pani lekką gorączkę - odparł Rowland krótko. - Poprawię pani 

opatrunek,   a   potem   położy   się   pani   do   łóżka.   Lottie   przyniesie 
laudanum, proszę je zażyć. Jest pani głodna?

Merab pokręciła głową.
Rowland położył ją ostrożnie na sofie i poszedł przygotować nowy 

opatrunek.   Po   chwili   powrócił   z   Mary,   która   niosła   na   tacy   płótno 
opatrunkowe,   rolkę   bandaża,   nożyczki,   butelkę   z   ciepłą   wodą, 
flanelową szmatkę i parujący okład.

- Boisz się widoku krwi? - spytał Rowland Mary.
- Nie, sir.
- To dobrze. Lepiej tu zostań, możesz się przydać.
-   Jeśli   zechce   pan   odrobinę   poczekać,   przyniosę   jeszcze   jedno 

118

background image

prześcieradło   -   powiedziała   Mary,   patrząc,   jak   Rowland   odwija 
prowizoryczny bandaż. - Nie ma sensu brudzić wszystkiego.

Rowland   wziął   flanelową   szmatkę   i   ostrożnie   zamoczył   bandaż   w 

miejscu, gdzie zakrzepła krew przykleiła go do rany. Merab zagryzła 
mocno dolną wargę.

- Postaram się być bardzo delikatny.
- Nic mi nie będzie - odparła krótko.
Po odwinięciu bandaży oboje ujrzeli ranę, która okazała się być długą, 

niezbyt   głęboką   bruzdą.   Choć   w   kilku   miejscach   znów   zaczęła 
krwawić,   Rowland   z   ulgą   stwierdził,   że   nie   ma   żadnych   śladów 
zakażenia. Przemył ranę ostrożnie, wysuszył i powiedział do Mary:

- Podaj mi, proszę, ten okład.
- A to po co? - Merab przyglądała się podejrzliwie okładowi.
- To na wypadek, gdyby do rany dostał się jednak jakiś brud. To tylko 

woda i chleb.

- Hm...
- Mój tato używał tego do leczenia koni - wtrąciła Mary. - To bardzo 

dobre, panno Hartfield, naprawdę.

Merab   zaczęła   się   śmiać,   lecz   zaraz   skrzywiła   twarz   w   bolesnym 

grymasie.

Rowland przyłożył szarą papkę do rany.
- Płótno - zaordynował. - Bandaż. - Wprawnie obwiązał ramię chorej. - 

Nie za mocno?

- Nie, bardzo dobrze. Dziękuję - dodała po chwili milczenia.
- Lottie! - zawołał Rowland. - Pójdziesz z Mary i przygotujesz łóżko 

dla panny Hartfield. Zaniosę ją tam za jakieś dziesięć minut.

- Tak jest, proszę pana.
Pozostawieni tylko we dwoje, kuzyni siedzieli w milczeniu. Rowland 

poprawił jeszcze węzeł na opatrunku i wziął chorą za nadgarstek, by 
zbadać jej puls.

Merab uświadomiła sobie nagle, że ma odkryte ramię; zaczerwieniła 

się. Serce, które jeszcze przed momentem było zupełnie spokojne, teraz 
zaczęło bić jak szalone. Rowland podniósł głowę i ich spojrzenia nagle 
się spotkały. Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy; milczeli. Świat 

119

background image

zatrzymał   się   w   miejscu.   Merab   słyszała   tylko   nienaturalne,   jakby 
nieziemskie tykanie zegara. Zauważyła, że oczy Rowlanda, choć szare, 
kryły w sobie ciemniejsze iskierki, a jego rzęsy były długie i czarne. 
Potem Rowland wypuścił jej rękę i powiedział głosem wypranym z 
wszelkich emocji:

- Przypuszczam, że Lottie przygotowała już pokój. Zaniosę panią na 

górę.

Merab nie odpowiedziała ani słowa, jednak gdy Rowland wynosił ją 

na górę, słyszała, że jego serce również bije głośno i szybko.

Nazajutrz Merab obudziła się dość późno. Przez moment nie mogła 

sobie przypomnieć, gdzie jest - okno było w niewłaściwym miejscu, 
zasłony przy łóżku całkiem inne niż w domu Amelii. Potem wszystko 
zrozumiała. Usiadła ostrożnie i dotknęła ramienia. Wciąż było sztywne 
i obolałe, jednak poza tym wydawało się sprawne.

Po chwili jej myśli zwróciły się ku Rowlandowi. Przypomniała sobie, 

że sam opatrzył jej ranę i że był przy tym bardzo miły i delikatny. W 
niczym nie przypominał aroganckiego, szorstkiego mężczyzny, którego 
tak znienawidziła w dzień odczytania testamentu. A potem wieczorem, 
w   ciszy   salonu,   nastąpił   ten   moment...   Merab   przelękła   się   nagle 
własnych myśli. Nie, była nieprzytomna, to wszystko musiało jej się 
przyśnić.

Usiadła nieco wyżej i rozejrzała się dokoła. W rogu stało składane 

łóżko,   a   przy   nim   leżała   torba   Lottie,   więc   zostały   przynajmniej 
zachowane   pozory   przyzwoitości.   Merab   doskonale   zdawała   sobie 
sprawę z tego, że ten epizod może pogrążyć ją ostatecznie, jeśli tylko 
dowie się o nim towarzystwo w Bath. Potem otrząsnęła się z takich 
myśli. Najważniejszy jest przecież szacunek, jaki miała sama dla siebie.

Po chwili stwierdziła, że nie ma sensu rozmyślać dłużej o tym, co się 

stało i o jej kuzynie. Musi wziąć się w garść. Powinna zajrzeć do kufra 
matki i dowiedzieć się prawdy. Zadzwoniła na Lottie.

Rowland był w bibliotece, kiedy Merab zeszła na parter.
Wydawało jej się, że słyszy w jego głosie dziwne napięcie, kiedy spytał 

ją uprzejmie, jak jej się spało i czy dobrze się czuje.

120

background image

-   Lepiej   -   odrzekła   Merab   krótko.   Potem   zmusiła   się,   by   dodać   z 

udawaną swobodą. - Muszę panu podziękować za opiekę. Wątpię, czy 
biedna Lottie wiedziałaby, co ze mną zrobić.

Rowland zbył to machnięciem ręki.
- Chyba powinienem obejrzeć ranę. Jadła już pani śniadanie?
- Lottie przyniosła mi kawę i tosta.
Rowland wstał; sięgnął po dzwonek.
- Przywołam Mary.
Rana Merab była czysta i goiła się jak należy. Tym razem Rowland nie 

zajmował się nią osobiście, lecz kierował poczynaniami Mary, kiedy ta 
przemywała ranę i bandażowała na nowo.

- No proszę! - powiedział, kiedy Mary skończyła. - Teraz Mary może 

się panią zajmować. Spodziewam się, że za tydzień będzie pani zdrowa 
jak ryba.

- Dziękuję ci. - Merab uśmiechnęła się słabo do służącej i z ulgą opadła 

na oparcie skórzanego fotela.

- Za pani pozwoleniem, kuzynko - zaczął Rowland - pojadę dzisiaj 

złożyć wizytę panu Camberwellowi.

- Oczywiście. Ale, panie Sandiford, nim pan pojedzie, czy mogłabym 

prosić, by zajął się pan zniesieniem kufra mojej mamy? Chciałabym, 
żeby przeniesiono go do mojego starego salonu. Muszę przejrzeć jego 
zawartość.

- Jest pani pewna, że ma na to dość sił? Wygląda pani bardzo blado.
- Jestem pewna. Muszę poznać prawdę.
Rowland przez chwilę przyglądał jej się badawczo, po czym odrzekł:
- Oczywiście, zajmę się tym.
Jakieś pół godziny później Rowland ubrany w płaszcz, z kapeluszem 

w dłoni, wszedł do biblioteki, gdzie wciąż siedziała Merab.

- Kufer jest w salonie, kazałem też napalić tam w kominku.
Merab otworzyła oczy.
- Dziękuję, kuzynie.
Rowland uśmiechnął się i wyszedł.
Kufer był bardzo ciężki, okuty żelaznymi sztabami i obity miedzią. 

Merab   trzymała   kluczyk   do   kufra   w   swojej   szkatułce   z   klejnotami. 

121

background image

Teraz siedziała przed nim i próbowała otworzyć. Ktoś naoliwił zawiasy 
i zamek, zapewne na polecenie Rowlanda, więc nie było to trudne.

Na samym wierzchu leżały ubrania matki, których Merab po prostu 

nie była w stanie wyrzucić: wieczorowy płaszcz z aksamitną krezą, 
który dni swej największej świetności dawno już miał za sobą, kilka par 
rękawiczek,   za   małych   na   Merab,   i   torebka   wyszywana   drobnymi 
paciorkami. Merab z nabożną czcią przeniosła te ubrania na sofę. Pod 
spodem   znajdowały   się   buty   i   pantofle,   parasolka,   kilka   wielkich, 
staromodnych   mufek   oraz   nieco   pognieciony   kapelusz,   ze   smętnie 
obwisłymi sztucznymi kwiatami. Te rzeczy Merab także odłożyła na 
bok.

Na dnie kufra leżała Biblia matki i książeczka do nabożeństwa, różne 

pudełeczka   i   plik   jakichś   papierów   owiniętych   w   ceratę   i 
przewiązanych wstążeczką. Merab pamiętała, że jedno z mahoniowych 
pudełek zawierało dokumenty matki. Ostrożnie wyjęła je ze skrzyni, 
krzywiąc przy tym twarz z bólu, gdyż musiała posługiwać się obiema 
rękami.

Usiadła   na   sofie,   odsunęła   mufki,   położyła   pudełko   na   kolanach   i 

otworzyła je powoli. Na samym wierzchu leżał list, który pastor napisał 
do   niej   po   śmierci   matki.   Nazywał   matkę   „łaskawą   damą”   i   miał 
zupełną rację. Nawet gdy była już śmiertelnie chora, pani Hartfield 
zachowywała się z niewymuszonym wdziękiem i godnością. Merab 
wyjęła świadectwo śmierci matki i jej pogrzebu. Potem przejrzała kopię 
świadectwa swego chrztu i wreszcie dotarła do złożonego we czworo 
kawałka papieru. Rozłożyła go drżącymi rękami.

Było to potwierdzenie małżeństwa zawartego przez jej rodziców. Ślub 

odbył   się   w   kościele   pod   wezwaniem   św.   Pankracego,   w   dniu   14 
kwietnia 1789 roku. Świadkami ślubu byli Theodore Bamfather i pani 
Eliza O’Riley.

Pana Bamfathera pamiętała jeszcze z dzieciństwa, jako schorowanego 

staruszka, który zmarł, gdy ona miała jakieś sześć lat. Zawsze witał się 
z jej rodzicami po niedzielnej mszy i zawsze wciskał jej do kieszeni jakiś 
smakołyk. Zapewne to właśnie on prowadził jej matkę do ołtarza.

Ale Eliza O’Riley? Podpis był zamaszysty, z dziwacznie pokręconym E 

122

background image

i R. Kim ona była? Merab miała przecież na drugie imię Eliza. Czyżby 
została tak nazwana właśnie na cześć owej damy? Wiedziała, że jej 
pierwsze   imię   ma   związek   z   ukochaną   siostrzyczką   mamy,   która 
umarła   bardzo   młodo,   i   zawsze   zakładała,   że   ta   siostrzyczka   także 
nazywała się Merab Eliza, tak samo jak ona. Ale czy tak było w istocie?

Przez długą chwilę siedziała w zupełnej ciszy. Pudełko było już puste, 

a   ona   nie   miała   ochoty   przeglądać   pozostałych.   Była   prawowitym 
dzieckiem swoich rodziców. Przecież to było dla niej najważniejsze. 
Nagle zdała sobie sprawę, że w głębi serca nigdy w to nie wątpiła - to 
dziwne,   jak   złośliwe   plotki   mogą   doprowadzić   człowieka   do 
zwątpienia.   Nigdy   nie   przyszło   jej   do   głowy,   by   była   okłamywana 
przez   własnych   rodziców,   a   jednak   Joseph   zasiał   w   jej   sercu 
niepewność, uczynił ją tak nieufną, że musiała na własne oczy ujrzeć 
dowód.

Postanowiła na razie pozostawić pudełka w spokoju, musiała jednak 

zająć się ubraniami. Większość z nich nie nadawała się już do noszenia, 
Lottie   mogła   jednak   coś   jeszcze   z   nimi   zrobić.   Torebkę   i   parasolkę 
zatrzymała dla siebie. Zadzwoniła po Lottie.

Młoda   służąca   w   zadziwiającym   wprost   tempie   wracała   do 

równowagi po tym straszliwym przeżyciu, jakim było dla niej rozstanie 
z kapralem. Z zapałem opowiadała wszystkim o napadzie, który już nie 
wydawał   jej   się   wcale   taki   przerażający,   a   Jenny   i   Mary   stanowiły 
bardzo   wdzięczną   publiczność.   Teraz   wciągnęła   z   zachwytem 
powietrze, patrząc na rozłożone przed nią skarby. Rzeczy wyrzucane 
przez   panie   należały   się   prawnie   ich   służącym,   a   każda   służąca 
wiedziała, że jeśli nawet nie chce ich nosić, może je zawsze sprzedać.

- Dziękuję, panno Hartfield - szepnęła i oczy jej rozbłysły. - Och, to już 

prawie pora lunchu, proszę pani. Pan Sandiford właśnie wrócił.

- Zejdę za moment.
Lunch nie był zbyt wyszukany; trochę szynki, kawałek sera, chleb i 

ciasto ze śliwkami.

- Kuzynko? - Rowland wskazał na szynkę.
- Tak, poproszę. A także kromkę chleba i plasterek sera.
Rowland spełnił jej życzenie, a potem pokroił szynkę i ser na plasterki, 

123

background image

tak by Merab mogła się nimi częstować.

- Proszę - powiedział, smarując kromki masłem i z uśmiechem podał je 

Merab.

- Dziękuję. - Merab także odpowiedziała uśmiechem. - Nie jadłam tak 

od   czasów   dzieciństwa.   Jakie   wieści   przywiózł   pan   od   pana 
Camberwella?

Rowland wzruszył ramionami.
-   Nic   interesującego   poza   tym,   że   pan   Camberwell   uważa,   iż 

powinniśmy uzyskać jakieś sto funtów ze sprzedaży mebli. Mówi, że 
testament o nich nie wspomina, a więc prawnie należą do nas. Spytał, 
czy jest wśród nich coś, co chcielibyśmy zatrzymać, pani lub ja.

Merab   pokręciła   głową.   Większość   mebli   była   ciemna   i   ciężka, 

utrzymana w stylu poprzedniego stulecia. Nawet wówczas nie były 
one   zresztą   specjalnie   wyszukane,   ot,   zwykły   komplet   ciężkich, 
wiejskich mebli. Dywany, które niegdyś przedstawiały zapewne sporą 
wartość, teraz były już zniszczone i wytarte. Poza tym, gdzie miałaby je 
przechowywać?

-   Przypuszczam,   że   srebra   są   dosyć   cenne,   prawda?   -   spytała   z 

nadzieją.

Rowland podniósł swój widelec i przez chwilę przyglądał mu się z 

uwagą.

- Wątpię. Ale możemy poprosić kogoś, by ocenił wartość książek. - 

Potem   dodał:   -   W   drodze   powrotnej   wstąpiłem   do   pani   Barden. 
Zgodziła się pomieszkać tutaj przez tydzień lub dwa. To rozwiązuje ten 
irytujący problem przyzwoitki i dobrych obyczajów.

- Pani Barden! - Merab rozpromieniła się. - Kochana pani Barden. Ależ 

ona musi mieć już ponad osiemdziesiąt lat. Czy dobrze się czuje?

- Wydawała mi się wyjątkowo żwawa. Mówiła, że ma dwójkę bardzo 

hałaśliwych   wnuków,   dwunaste   i   czternastolatka,   i   że   odrobina 
spokoju i ciszy bardzo by jej się przydała. Pojadę po nią około czwartej. 
- Rowland dokończył swoją porcję szynki i podał Merab kawałek ciasta. 
-   Hm,   wygląda   smakowicie.   Proszę   mi   opowiedzieć,   co   pani   dziś 
porobiła?

Merab sięgnęła do kieszeni i wręczyła mu złożony kawałek papieru.

124

background image

Rowland szybko przebiegł wzrokiem treść dokumentu.
-   Nigdy   nie   wątpiłem   w   to,   że   małżeństwo   pani   rodziców   było 

całkowicie legalne. Pani ojciec na pewno nie zostałby wydziedziczony z 
powodu utrzymywania kochanki! O ile wiem, pani wuj Edmund nigdy 
nie żałował sobie tego typu rozrywek.

Merab gwałtownie podniosła na niego wzrok; na jej twarzy malowała 

się podejrzliwość i zwątpienie.

- Ale... ale pan powiedział... - Merab pamiętała każde słowo: „Nie 

wiedziałem, że Julian miał jakieś nieślubne dzieci”.

Przez   dłuższą   chwilę   Rowland   dziobał   bezmyślnie   swój   kawałek 

ciasta.

- Zdaję sobie sprawę - przemówił wreszcie - że jestem pani winien 

przeprosiny, kuzynko. Zachowałem się wyjątkowo grubiańsko, kiedy 
spotkaliśmy się po raz pierwszy. Była to tylko i wyłącznie moja wina. 
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. - Rozłożył ręce. - Kuzyn 
Julian wspomniał tylko raz, jakieś osiem lat temu, że pani i pani matka 
zamieszkałyście w Hartfield. Przyznaję, że nie chciałem mu wierzyć. 
Wydawało   mi   się,   że   została   pani   „wymyślona”,   żeby   mnie 
przestraszyć i żebym dostosował się do wymagań pani dziadka. Pani 
obecność tutaj była więc dla mnie ogromnym zaskoczeniem i obawiam 
się, że pochopnie wyciągnąłem z tego całkowicie mylne wnioski.

- Pan mnie przeprasza? - spytała Merab ostrożnie.
- Tak. Z całego serca.
Merab   spojrzała   na   swój   talerz.   Była   nieco   zmieszana.   Rowland   ją 

przepraszał? Czy robił to naprawdę szczerze, czy też była to tylko część 
planu, który miał na celu przekonać ją do wygodnego małżeństwa? 
Wygodnego przynajmniej dla Rowlanda.

- Dlaczego? - Nie potrafiła opanować podejrzliwego tonu brzmiącego 

w jej głosie.

-   Bo   nie   miałem   racji.   A   także   dlatego,   Merab,   że   musiałem   cię 

naprawdę zranić, skoro traktujesz mnie z taką podejrzliwością.

Nastąpiła chwila ciszy.
- Muszę powiedzieć, że to bardzo dziwne uczucie mieć krewnego, z 

którym jestem w normalnych stosunkach - powiedziała Merab, starając 

125

background image

się ukryć zmieszanie, wywołane faktem, że Rowland zwrócił się do niej 
po imieniu.

W atmosferze ostrożnej sympatii podzielili między siebie pozostałą 

część ciasta.

Choć   pani   Harrison   przyjęła   wiadomość   o   wyjeździe   Merab   z   nie 

ukrywaną  radością, reakcja Josepha była całkiem odmienna. Jeszcze 
jako   uczeń   uwielbiał   tyranizować   mniejsze,   słabsze   dzieci   i   zawsze 
niecierpliwie wyczekiwał chwili, kiedy będzie mógł dopaść upatrzoną 
ofiarę i dręczyć ją do woli. Uwielbiał napawać się poczuciem siły i 
władzy, kiedy widział jak jakieś dziecko kuli się ze strachu na jego 
widok,   uwielbiał,   gdy   jego   ofiary   próbowały   zjednać   sobie   jego 
przychylność,   oferując   mu   przeróżne   słodycze   i   smakołyki,   z 
satysfakcją   patrzył  na   ich  radość,   kiedy  przyjmował   te   podarunki   i 
zostawiał je w spokoju. Oczywiście cieszył się, że Merab zapłaciła za to, 
iż   ośmieliła   się   mu   odmówić,   jednak   pozbawiony   został   radości 
oglądania jej cierpienia.

Zdawał  sobie sprawę,  że nie można  mieć wszystkiego,  postanowił 

więc   na   razie   zająć   się   umacnianiem   swej   pozycji   towarzyskiej.   Po 
pewnym czasie stwierdził ze złością, że Merab cieszyła się powszechną 
sympatią, i że atakując ją zbyt otwarcie może wzbudzić podejrzenia i 
niechęć   towarzystwa.   Dlatego   też   mówił   o   niej   z   fałszywym 
współczuciem.

-   Ach,   moja   biedna   kuzynka   -   wzdychał   do   pani   Tiverton.   -   To 

naprawdę nie jej wina i trudno winić ją za to, że chciała zachować 
wszystko w tajemnicy...

-   Moja   matka   okropnie   się   tym   przejęła   -   poinformował   lady 

Mandersby.

- To z pewnością dobrze o niej świadczy - odparła szacowna dama, z 

powątpiewaniem przyglądając się swemu rozmówcy przez lorgnon. - 
Towarzystwo   w   Bath   stało   się   ostatnio   zbyt   pobłażliwe   i   trzeba 
wreszcie położyć temu kres.

Joseph nie był do końca zadowolony z tej odpowiedzi i wolał nie 

wypytywać lady Mandersby, co właściwie ma na myśli.

126

background image

Pani   Harrison   nie   była   równie   rozsądna.   Uradowana   wyjazdem 

Merab, nie przepuściła żadnej okazji, by dodać coś jeszcze do opowieści 
o haniebnej karierze Abigail Cooper. Tancerka w chórze operowym, 
szalone   noce   spędzane   w   różnych   klubach   o   wątpliwej   reputacji, 
niezliczona  liczba kochanków  - rewelacje pani Harrison stawały się 
coraz mniej prawdopodobne.

Któregoś   dnia   po   spotkaniu   z   panią   Harrison   pani   Bridges 

powiedziała do swego męża:

-   Ciekawe,   co   będzie   dalej.   Może   sekretne   małżeństwo   z   księciem 

Walii?

- Co najmniej - odparł pan Bridges z uśmiechem. - Wiesz, kochanie, 

chyba nie powinnaś się tym zbytnio martwić. Coraz mniej ludzi wierzy 
w te bzdury. A jeśli tylko panna Hartfield pokaże świadectwo ślubu 
swych rodziców, nie będzie już chyba żadnego powodu, dla którego 
nie można by przyjąć jej z powrotem do towarzystwa.

-   Ale   ci   wstrętni   Hamsonowie   wciąż   będą   jej   kuzynami.   Gdybyż 

wreszcie stąd wyjechali...

Merab i pani Barden przywitały się z ogromną radością.
- Panno Merab! Wygląda pani cudownie! Zawsze mówiłam, że kiedyś 

będzie pani piękna jak pani świętej pamięci matka. Ach, to pani biedne 
ramię. Co za nikczemni zbóje, łotry z piekła rodem.

Pani   Barden   z   przyjemnością   przyglądała   się   Merab.   Teraz   jest 

prawdziwą damą, pomyślała. Pan Sandiford chyba pójdzie wreszcie po 
rozum do głowy. Opowieści o jego grubiaństwie szybko rozeszły się po 
okolicy, choć pani Barden musiała przyznać, że w stosunku do niej 
zachowywał się niezwykle uprzejmie, oferując jej koc do przykrycia 
kolan, kiedy jechała z nim powozem.

- Pani Barden! Jakże się cieszę, że panią widzę! - Merab ucałowała ją w 

policzek. - Doskonale pani wygląda.

- Teraz nie musi się już pani o nic martwić, panno Merab - powiedziała 

pani Barden, kiedy zdjęła już czepek i płaszcz. - Po drodze wstąpiliśmy 
do rzeźnika i pan Sandiford kupił bardzo ładny kawałek wołowiny. Już 
ja dopilnuję, żeby pani nie głodowała.

127

background image

- Ależ pani Barden! - zawołała Merab. - Pani nie przyjechała tutaj 

pracować. Jestem pewna, że mój kuzyn wytłumaczył już, że chodzi o te 
śmieszne zasady.

- I bardzo dobrze. - Pani Barden rozpromieniła się w uśmiechu. - Ale 

pobyt   tutaj   i   trochę   ruchu   bardzo   dobrze   mi   zrobi,   proszę   się   nie 
martwić, panno Merab. Moja córka jest dla mnie bardzo dobra, ale nie 
pozwala mi nawet ruszyć palcem, i między nami mówiąc, zaczynam się 
już trochę nudzić. No dobrze, kochanie, co by pani powiedziała na 
filiżankę herbaty?

- Tak, poproszę. - Merab poddała się. - Kuzynie Rowlandzie, przyłączy 

się   pan   do   mnie?   Nie   skończyłam   jeszcze   przeglądać   rzeczy   mojej 
mamy,   ale   jeśli   nie   przeszkadza   panu   bałagan,   to   w   salonie   jest 
przynajmniej ciepło.

- Nie ma pani nic przeciwko temu?
- Nie - odparła Merab po krótkiej chwili wahania.
Później, kiedy Jenny przyniosła im już herbatę, Merab wyznała:
- Wiem, że to głupie, ale jakoś nie mogę tego otworzyć - wskazała na 

papiery owinięte w ceratę. - Wydaje mi się, że naruszam w ten sposób 
sanktuarium mojej mamy.

Rowland   spojrzał   na   wskazane   przez   Merab   paczki   i   powiedział 

ostrożnie:

- Jestem pewien, że pani matka była rozsądną kobietą. Miała dość 

czasu, by zniszczyć rzeczy, których nie chciała nikomu pokazać. Skoro 
jednak pozostawiła je tutaj, to widocznie zgadzała się na to, by pani 
kiedyś do nich zajrzała.

- Tak, ma pan chyba rację. Nie pomyślałam o tym. Ale co jeśli... jeśli?
- Jeśli okaże się, że ten paskudny Joseph miał rację?
Merab nie była w stanie odpowiedzieć.
- Merab, są różne tancerki operowe. Choć to prawda, że nie cieszą się 

zbyt dobrą reputacją, głupotą byłoby zakładać, że nie ma między nimi 
uczciwych i cnotliwych dziewcząt.

- Dzię... dziękuję, kuzynie.
- No już, odwagi. Którą chce pani otworzyć najpierw?
- Tę małą.

128

background image

- Proszę bardzo.
-   Och!   -   W   środku   znajdowały   się   dwa   pakiety   listów.   Jeden 

przewiązany czerwoną wstążeczką, drugi - niebieską. Listy pisane ręką 
ojca   zaadresowane   były   do   panny   A.   Cooper.   -   To   pismo   moich 
rodziców.

Rowland uśmiechnął się ciepło.
- Listy miłosne?
- Tak przypuszczam. Przeczytam je później. - Mogła to zrobić tylko w 

samotności. - Kuzynie, poproszę teraz ten duży pakunek.

Rowland wykonał jej polecenie.
Merab   powoli   rozwiązała   wstążeczkę   i  ściągnęła   ceratę.   Wewnątrz 

znajdowały   się   afisze,   programy   i   plakaty   operowe.   Merab   szybko 
przejrzała ich treść. Znajome jej już nazwisko O’Riley powtarzało się 
tam   kilkakrotnie,   nie   zauważyła   jednak,   by   w   którymkolwiek 
przedstawieniu występowała Abigail Cooper.

- Bogu dzięki! Nie ma tu nazwiska mojej matki! - zawołała Merab i 

dyskretnie otarła oczy. - Ale jest ta Eliza O’Riley, która była świadkiem 
na ślubie moich rodziców. Kim ona jest?

Rowland, który dotąd zajmował miejsce na krześle, teraz wstał, usiadł 

obok swej kuzynki i delikatnie wziął ją za rękę.

-  Merab   -  powiedział  łagodnie.  -  Pani  matka  śpiewała  pod   innym 

nazwiskiem.

- Pod innym nazwiskiem! - Merab patrzyła na niego swymi wielkimi, 

pełnymi łez oczyma. - Skąd... skąd pan wie?

- Ten okropny Joseph.
- Jakie to było nazwisko?
Rowland powoli wskazał na afisz.
- Rosalba Bersanelli.
Afisz   był   już   nieco   zniszczony.   Dwa   uskrzydlone   aniołki 

podtrzymywały u góry wiązankę róż, zaś napis pod spodem głosił:

Teatr Królewski przy Haymarket prezentuje:
„La Finta Principessa” autorstwa signiora Luigi Cherubini

129

background image

Na   końcu   listy   aktorów,   pod   nagłówkiem   „W   rolach   służących”, 

widniało   nazwisko   signiora   Rosalba   Bersellini.   Przedstawienie 
odbywało się w kwietniu 1784 roku.

-   Pani   matka   musiała   być   wówczas   bardzo   młoda   -   zauważył 

Rowland. Wciąż trzymał Merab za rękę.

- Miała dziewiętnaście lat.
Następny   plakat   wydrukowany   został   rok   później   i   zapraszał   na 

kolejną operę Cherubiniego, zatytułowaną  Giulio Sabino. Tym razem 
nazwisko matki Merab znajdowało się znacznie wyżej. Elena: signorina 
Rosalba Bersanelli
.

- Muszę pani powiedzieć, kuzynko - zaczął Rowland, spoglądając na 

Merab z troską - że te przedstawienia, w których występowała pani 
matka, były dobre. Widzę, że występowali tylko w Teatrze Królewskim 
i w Covent Garden. Żeby w wieku dwudziestu lat dostać tam jedną z 
głównych ról, trzeba było być prawdziwą profesjonalistką.

- Jest pan bardzo uprzejmy - odparła Merab głucho. Wpatrywała się 

tępym wzrokiem w plakaty, potem wysunęła rękę z dłoni Rowlanda i 
wstała.

- Proszę mi wybaczyć, kuzynie, ale chciałabym teraz zostać sama. - 

Skłoniła głowę i wyszła z pokoju.

Rowland zwinął plakaty i włożył je z powrotem do kufra. Po krótkim 

namyśle podszedł do sekretarzyka, odszukał pióro, atrament i papier, 
po czym zasiadł do pisania.

Pani Bridges siedziała w swym przytulnym salonie z widokiem na 

plac św. Jakuba i z przyjemnością przyglądała się czerwonemu bukowi, 
rosnącemu pośrodku ogrodu na tymże placu. Drzewko zaczęło właśnie 
wypuszczać liście, co wprawiało panią Bridges w dobry nastrój. Lubiła 
mieszkać  wysoko  i  z  dala  od  samego  centrum  -  powietrze  było  tu 
czystsze, a jeśli nawet nie miała wspaniałego widoku na plac Royal 
Crescent, to nie musiała także znosić hałasu, jaki zawsze wypełniał to 
miejsce.   Mogła   korzystać   ze   wszystkich   przywilejów,   jakie   dawało 
mieszkanie   przy   centrum   miasta,   korzystając   jednocześnie   z   ciszy   i 
spokoju rzadko w takim miejscu spotykanych.

130

background image

Oczywiście, spacer do Pijalni był dosyć długi i nieco męczący, ale 

zarówno   pan,   jak   i   pani   Bridges,   z   przyjemnością   pokonywali   tę 
odległość, co zresztą doskonale wpływało na ich zdrowie. Zaś przy 
brzydkiej pogodzie zawsze mogli wynająć powóz.

Pani Bridges została nagle wyrwana z tych rozmyślań, gdyż do pokoju 

weszła służąca, niosąc na srebrnej tacy jakiś list.

Rowland,   to   był   list   od   Rowlanda.   Szybko   rozerwała   pieczęć. 

Przeczytała list dwa razy i poszła szukać męża.

-   To   dziwne   -   powiedział   pan   Bridges   jakieś   dwadzieścia   minut 

później. - Zgadzam się z tobą, że prawowite urodzenie panny Hartfield 
ma spore znaczenie, ale ta historia z operą... Nie bardzo wiem, jak 
moglibyśmy sobie z tym poradzić.

- Po prostu zaprzeczyć wszystkiemu - odparła jego żona. - W końcu 

kto może przedstawić jakieś dowody? Zapewne sprawa wyglądałaby 
inaczej,   gdyby   Abigail   Cooper   nie   występowała   pod   innym 
nazwiskiem, ale skoro to zrobiła, to kto jest w stanie udowodnić, że 
Rosalba Bersellini i ona to jedna i ta sama osoba? Na Boga, minęło 
przecież ponad trzydzieści lat!

- Myślisz, że potrafiłabyś przekonać panią Tiverton i lady Mandersby?
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę.
-   Rowland   przynajmniej   uznaje   teraz   pannę   Hartfield   za   swoją 

krewną, choć gdyby zrobił to wcześniej, oszczędziłby nam wszystkim 
wiele kłopotów. Czy możemy się tym posłużyć?

- Lady Mandersby będzie chciała wiedzieć, dlaczego panna Hartfield 

nie została uznana wcześniej.

- Testament?
-   Dobry   Boże,   Liz,   przecież   nie   możesz   jej   powiedzieć   o   tym 

testamencie!

- Nie o tym prawdziwym, oczywiście. Powiedzmy, że został obalony, 

pojawiły się jakieś techniczne problemy. Dopiero teraz prawda wyszła 
na jaw. Pan Hartfield uznał pannę Hartfield, ale ponieważ był starym, 
zrzędliwym   sknerą,   nie   zostawił   majątku   ani   jej,   ani   Rowlandowi. 
Wszystko zostało oddane na cele dobroczynne.

Pan Bridges, prawnik, widział tu co najmniej kilka problemów, nie 

131

background image

wspomniał jednak o tym. Zdawał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy 
rehabilitacja Merab zależy raczej od humoru lady Mandersby niż od 
prawdziwego stanu rzeczy. A lady Mandersby miała już zdecydowanie 
dość Harrisonów.

- Ale czy Bath będzie przychylnie traktować młodą damę, która ma co 

prawda tytuł, ale żadnych pieniędzy? - martwiła się pani Bridges.

- Ma to, co zostawił jej ojciec. Nie trzeba rozgłaszać, jaka to suma. Tak 

czy inaczej, kochanie, ponieważ, jak przypuszczam, chcesz ją wydać za 
Rowlanda, sprawa posagu jest nieistotna. Jeśli się pobiorą, Hartfield 
będzie należeć do nich.

- Jeśli do tego dojdzie - odparła posępnie pani Bridges. - Rowland 

potrafi być taki nierozsądny. Zakochuje się w tej głupiutkiej lalce, Kitty 
Parminster, i zupełnie nie zwraca uwagi na cudowną kuzynkę, którą 
ma przecież pod nosem. Czasami mam ochotę załamać nad nim ręce!

- Sądząc po tym liście, zmienił już nieco zdanie.
- Tak - przyznała pani Bridges z nadzieją w głosie. - To prawda.
Merab   nie   wspomniała   ani   słowem   o   profesji   swej   matki   ani   tego 

wieczora,   ani   przez   następnych   kilka   dni.   Czytała   listy   miłosne   i 
płakała nad nimi w zaciszu swej sypialni. Początkowo jej matka była 
nieubłagana i nie godziła się na małżeństwo w obawie, że zrujnuje 
życie ukochanego. Jonathan błagał ją; nie chciał, by była jego kochanką, 
twierdził, że jest warta czegoś więcej. Wreszcie - listy krążyły pomiędzy 
parą zakochanych ponad rok - Abigail poddała się i doszło do ślubu. 
Listy kończyły się krótką notką, napisaną ręką matki i dołączoną do 
listów męża.

Tak wiać mój ukochany Jonathan i ja pobraliśmy się w końcu, a teraz mamy 

cudowne dziecko. Jednak tylko dobry Bóg, który wciąż ma nas w swej opiece, 
wie, jaką cenę zapłacił za to mój ukochany.

Notka,   opatrzona   dokładną   datą,   została   napisana   kilka   dni   po 

urodzinach Merab.

Czy warto było? - zastanawiała się Merab. Tak, gdyż jej rodzice byli ze 

sobą szczęśliwi. Może to lepiej, że umarli całkiem młodo. Nigdy nie 
zaznali upokarzającej biedy, która kiedyś mogła stać się ich udziałem. 
Merab wiedziała już teraz, że dziadek nigdy nie wybaczyłby jej ojcu.

132

background image

Ale   jak   jej   matka   mogła   zostać   śpiewaczką   operową?   Jak   mogła 

okłamywać swą córkę! To było już zupełnie co innego. Merab słyszała 
w szkole sporo o śpiewaczkach operowych. Kobiety, które same sobie 
zasłużyły na swój haniebny los, które pokazywały się na scenie, często 
bardzo   skąpo   odziane!   Jak   matka   mogła   robić   coś   podobnego? 
Nauczanie   śpiewu,   czy   nawet   występy   na   jakichś   zamkniętych 
przyjęciach,   to   jedna   rzecz,   ale   odgrywanie   scen   namiętności   dla 
wszystkich tych Tomów, Dicków i Harrych, to coś zupełnie innego!

Merab wybrała się na spacer do ogrodu. Jej myśli krążyły ciągle wokół 

tego samego tematu. Mama! Jej łagodna, skromna mama występująca 
na   scenie.   Merab   sama   nigdy   nie   była   w   operze,   ale   dobrze   znała 
libretta. Mama opowiedziała jej pokrótce fabułę  Wesela Figara  i wielu 
innych.   Śpiewać   opery   Cherubino!   Pokazywać   się   publicznie   w 
spodniach! Występować w roli Suzanny i kochać się na scenie! Merab 
zaczerwieniła się po czubki uszu na myśl o lubieżnych spojrzeniach, 
gwizdach, natarczywych zalotach różnych dandysów i adoratorów w 
garderobie po przedstawieniu... Jak ona mogła to robić?

Nie mogła jeść i tylko przesuwała jedzenie widelcem po talerzu. Nie 

mogła   też   spać   i   leżała   z   szeroko   otwartymi   oczami,   zmęczona   i 
upokorzona, podczas gdy Lottie chrapała smacznie na łóżku w rogu 
pokoju.

Wreszcie, któregoś wieczora po kolacji, Rowland powiedział.
- Merab, tak dalej być nie może.
- O czym pan mówi? - próbowała się bronić.
- Chodzi o pani matkę, prawda?
Nie odpowiedziała.
- Chodźmy do salonu na górę. Czas już, byśmy o tym porozmawiali.
Merab wykonała jego polecenie bez słowa sprzeciwu.
Rowland otworzył kufer, który został wcześniej odsunięty pod ścianę, 

wyjął   paczkę   zawiniętą   w   ceratę,   rozpakował   ją   i   ułożył   wszystkie 
afisze, plakaty i programy na podłodze, w porządku chronologicznym. 
Potem podprowadził Merab do sofy i zmusił ją, by usiadła obok niego.

- Proszę mnie posłuchać - powiedział, - Musi pani przestać myśleć o 

swojej   matce,   jakby   była   ona   jakąś   dziwką,   tak!   Wiem,   że   nie 

133

background image

powinienem używać tego słowa w obecności tak delikatnej i łagodnej 
kobiety, jak pani, ale musi pani to zrozumieć. Ona nie była dziwką. 
Proszę tylko spojrzeć tutaj i tutaj - wskazał na odpowiednie miejsca. - 
Pani matka pracowała bardzo ciężko. Proszę tylko spojrzeć na to! - 
Otworzył małą, oprawną w skórę książeczkę. - To musiał być jakiś 
notatnik   związany   z   jej   pracą.   Proszę   popatrzeć:   „Lekcje   śpiewu”. 
„Ćwiczenia”. „Nauczanie pani Blackstone”. I znów „Lekcje śpiewu”. - 
Przewrócił kartki na stronę oznaczoną datą „marzec 1784”. Na całej 
stronie  zapisane  były   wyłącznie   próby  śpiewu.   -   Merab,   to   nie   jest 
notatnik ladacznicy. To dzienniczek młodej kobiety, która jest całym 
sercem oddana swej pracy.

- Ale... - wyjąkała Merab. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona nie 

potrafiła   ich   powstrzymać.   -   Tu   nie   chodzi   o   śpiewanie,   tylko   o 
aktorstwo.   Pokazywanie   się   na   scenie,   tam   gdzie   wszyscy,   a   w 
większości jacyś prostaccy robotnicy, mogli na nią patrzeć do woli. Jak 
ona mogła to robić?

Rowland zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział:
- Przypominam  sobie, jak powiedziała pani kiedyś, że pani matka 

uważała, iż gdy śpiewa Mozarta, robi to po to, by wychwalać Mozarta, 
a nie samą siebie. Czy mam rację?

Merab skinęła głową. Wyjęła z kieszonki chusteczkę.
Rowland spojrzał jeszcze raz na afisze.
- Nie znam oper Cherubiniego - powiedział. - Nie wiem też, jakie role 

odgrywała pani matka, jestem jednak pewien, że robiła to doskonale, 
chcąc   jak   najlepiej   przedstawić   dzieło   kompozytora.   To   nie   Abigail 
Cooper była na scenie, ani nawet Rosalba Bersanelli. To była Elena. 
Rozumie mnie pani?

Merab milczała. Przypomniała sobie nagle małe przedstawienie, które 

odgrywała z koleżankami w szkole panny Goodison. Było to krótkie 
interludium   z   morałem,   napisane   przez   starszą   pannę   Goodison,   a 
Merab została wybrana do roli złoczyńcy, gdyż była wysoka. Nosiła 
spodnie i przechadzała się po prowizorycznej scenie, grożąc głównej 
bohaterce, ładnej dziewczynce o płowych, kręconych włosach, znanej 
Merab i jej przyjaciółkom pod przezwiskiem „muślinowa Dora”.

134

background image

-   Chyba...   chyba   tak   -   powiedziała   w   końcu.   Z   przyjemnością 

odgrywała nikczemnego sir Rodrigo, ale zawsze wiedziała, że to tylko 
teatralna rola. - Dziękuję panu. Jest pan bardzo miły.

Nastąpiła   chwila   ciszy.   Rowland   pochylił   się,   zebrał   rozrzucone 

papiery, zawinął je z powrotem w ceratę i włożył do kufra.

Merab siedziała nieruchomo, wpatrując się w ogień. On miał rację. 

Musiał mieć rację. Nie wiedziała, czy zniosłaby tę świadomość, gdyby 
nie miał racji. Czyż jej matka nie zachowywała się zawsze w sposób, 
który przystoi cnotliwej i skromnej damie? Czy kiedykolwiek widziała 
coś lub słyszała o czymś, co mogłoby świadczyć o czymś przeciwnym? 
Wcale nie podobało jej się to, co robiła matka, ale musiała nauczyć się to 
akceptować.

Po chwili uświadomiła sobie, że Rowland siedzi tuż obok niej. Uznał ją 

za swą krewną. Najwyraźniej wcale nie przeszkadzało mu to, że znał 
prawdziwą profesję jej matki. I na pewno był z nią szczery. Merab 
poczuła się nagle znacznie lepiej.

W rogu pokoju stało stare pianino. Należało niegdyś do jej prababki, a 

Merab kazała je nastroić tuż przed śmiercią dziadka. Odwróciła się do 
Rowlanda.

-   Chciałam   panu   podziękować   -   powiedziała,   i   powziąwszy   nagłą 

decyzję,   podniosła   się   z   miejsca.   Rowland   wyglądał   na   lekko 
zaniepokojonego. - Proszę się nie martwić - uśmiechnęła się do niego 
Merab. - To nie będzie bolało.

Przy   pianinie   leżał   mały   pulpit   z   nutami.   Merab   przejrzała   nuty, 

wzięła świecznik z kominka i przeniosła go na pianino. Potem usiadła 
przed klawiaturą. Cieszyła się, że Rowland nie widzi jej twarzy, gdyż 
to dodawało jej pewności siebie.

Wybrała   arię   Cherubino   -  Voi,   che   sapete   che   cosa   a   amor.   Z   jej   ust 

popłynęły czyste, piękne dźwięki. Rowland słuchał w zdumieniu. Nie 
zastanawiając się długo, wstał i podszedł do pianina, by widzieć jej 
twarz.

8

Kolejne dni mijały w spokoju. Rana Merab goiła się jak należy i kuzyni 

trwali w stanie ostrożnej przyjaźni. Merab stwierdziła ze zdumieniem, 

135

background image

że właściwie nawet lubi Rowlanda. Jeśli czasami bywał zgryźliwy, to 
nigdy w stosunku do niej. Traktował ją z ogromną uprzejmością, a 
nawet   pewną   sympatią.   Dyskutował   z   nią   o   swych   politycznych 
aspiracjach   i   okazało   się,   że   oboje   chcieliby   szerszego   prawa   do 
głosowania,   choć   Merab   dosyć   złośliwie   zauważyła,   że   nie   widzi 
powodu, dla którego prawo to nie miałoby objąć również kobiet.

Właściwie   nigdy   dotąd   podobna   myśl   nie   przyszła   jej   do   głowy   i 

początkowo chciała tylko sprowokować w ten sposób dyskusję, jednak 
im dłużej o tym rozmawiała, tym bardziej była przekonana do tego 
pomysłu. Bo czy istniał jakiś rozsądny argument przeciwko takiemu 
projektowi?   Właściwie   nie   znajdowała   żadnego   prócz   siły 
przyzwyczajenia i tradycji. Czy nie uważała, że jest równie inteligentna 
jak jej kuzyn Joseph? Albo jak sam Rowland, jeśli już o tym mowa?

- Ależ jestem przekonany, kuzynko,  że nie chciałabyś stykać się z 

jakimiś   handlarzami.   Polityka   jest   zbyt   brutalna   i   gwałtowna   dla 
delikatnych dam.

- Gdyby głosowanie było tajne, nie musiałabym z nikim się stykać - 

odparła Merab. - A poza tym, co złego jest w handlarzu?

-   I   mówi   to   kobieta,   która   martwi   się   tym,   że   jakiś   handlarz   czy 

robotnik patrzy na śpiewaczkę występującą na scenie?

- To co innego.
- Och, ten nielogiczny kobiecy umysł. Dlaczego?
Merab była nieco zażenowana.
-   No   cóż,   śpiewaczka   może   być   prawdziwą   profesjonalistką,   ale 

handlarz, który na nią patrzy, może myśleć zupełnie o czym innym niż 
jej śpiew - powiedziała wreszcie, nieco nieśmiało. Właściwie myślała o 
czymś jeszcze gorszym, ale czuła się zbyt skrępowana, by o tym mówić.

- To znaczy, że jej myśli mogą być czyste, a jego lubieżne?
Merab zaczerwieniła się.
- Tak.
- Więc to śpiewaczka jest odpowiedzialna za myśli handlarza?
- Nie, oczywiście, że nie! - Merab zamilkła na moment, analizując po 

cichu ten problem. Potem powiedziała. - Więc zgadza się pan ze mną, 
kuzynie, że ludzie, czy to kobiety, czy mężczyźni, są odpowiedzialni za 

136

background image

swe własne myśli i czyny? A zatem dorosły człowiek, niezależnie od 
płci, jest racjonalną istotą ludzką?

- Tak.
- Więc - zaczęła Merab triumfalnie - dlaczego nie chce pan przyznać 

kobietom prawa do głosowania? Skoro my także jesteśmy myślącymi 
istotami   ludzkimi,   to   nie   widzę   żadnego   rozsądnego   powodu,   dla 
którego mielibyście odmawiać nam tych wszystkich praw, które chcecie 
zatrzymać tylko dla własnej płci.

Rowland zaczął się śmiać.
- Och, Merab! Dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej? Uwielbiałbym 

dyskutować z panią podczas moich studiów w Oksfordzie. Proszę mi 
powiedzieć, czy kuzyn Julian wiedział, że ma pani radykalne poglądy?

- Oczywiście, że nie! Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zapytał 

mnie o zdanie w jakiejś kwestii. Ale nie odpowiedział pan na moje 
pytanie.

-  Nie odważyłem  się -  odparł  Rowland, rozkładając  ręce w  geście 

kapitulacji. - Zapędziła mnie pani w kozi róg, i wie pani o tym! Ma pani 
zupełną   rację,   a   ja   nie   mogę   pani   odpowiedzieć   niczym   prócz 
uprzedzeń.

- Ach! - Merab siedziała w fotelu i uśmiechała się szeroko. Była z siebie 

ogromnie zadowolona.

- Wygląda pani jak kot, który dobrał się do śmietanki - powiedział 

Rowland. Oboje wybuchnęli śmiechem.

-   Chyba   wypogodziło   się   już   na   dworze   -   zauważył   Rowland   po 

chwili. - Może wybralibyśmy się na spacer?

Tej   idylli   nie   było   jednak   dane   trwać   zbyt   długo.   Nazajutrz   do 

Hartfield Hall przybył pan Camberwell, w czasie gdy Rowland akurat 
wybrał   się   na   konną   przejażdżkę.   Najwyraźniej   poczciwy   prawnik 
postanowił, że dopilnuje, by na ile pozwoli prawo, wydobyć z majątku 
każdego pensa, który należy się Merab. Poinformował ją też, że pan 
Sandiford zrzekł się wszelkich roszczeń do książek i mebli.

- To bardzo miło z jego strony - oświadczyła Merab. Jak mogli się 

oboje tak okropnie pomylić przy pierwszym spotkaniu?

137

background image

-   Chce   przysłać   tutaj   pewnego   księgarza   z   Londynu,   żeby   ocenił 

wartość książek i być może od razu je kupił.

- Tak, wspomniał o tym.
Pan Camberwell spojrzał na nią znad okularów. Pomyślał, że tych 

kilka miesięcy spędzonych w Bath bardzo dobrze jej zrobiło. Wyglądała 
zdrowo i znacznie bardziej atrakcyjnie niż dotychczas.

- Ciekaw jestem, panno Hartfield, czy... ee... nie myślała pani o tym, że 

małżeństwo z panem Sandifordem byłoby wam obojgu bardzo na rękę? 
Proszę   mi   wybaczyć,   że   o   tym   wspominam,   ale   jak   pani   wie,   z 
przykrością patrzę, jak marnuje się ten majątek.

- Czy pan Sandiford mówił panu coś na ten temat? - Merab poczuła, że 

krew napływa jej do twarzy.

Pan Camberwell wbił wzrok w swoje dłonie.
- Nie powiedział niczego wprost, domyślam się jednak, że złożył pani 

pewną propozycję, a pani mu odmówiła. Zastanawiam się tylko, czy 
nie uważa pani teraz, że była to nieco pochopna decyzja?

Merab zaczerwieniła się jeszcze bardziej, tym razem jednak z gniewu, 

a nie z zakłopotania.

- Pan Sandiford zaproponował mi jedną trzecią z dwudziestu tysięcy, 

pod warunkiem, że będę trzymać się od niego z daleka i zamieszkam 
tutaj. Odmówiłam.

-   Przykro   mi.   -   To   haniebne,   pomyślał.   I   jak   nieprawdopodobnie 

grubiańskie.   -   Pan   Sandiford   nie   wyjaśniał   tego   tak   dokładnie. 
Przepraszam, że w ogóle poruszyłem ten temat.

Kiedy pan Camberwell opuścił już majątek, Merab wyszła do ogrodu, 

by nieco ochłonąć. Cała złość i niechęć, jakie żywiła do swego kuzyna, 
powróciły   teraz   z   nową   siłą.   Jak   on   śmiał   uczynić   jej   tę   obraźliwą 
propozycję, a potem dodać do tego kolejną obrazę, pozwalając, by pan 
Camberwell myślał, że to on zrobił wszystko, co należy, zaś cała wina 
za obecny stan rzeczy spoczywa na niej? Merab podejrzewała, że zrzekł 
się na jej korzyść zysków ze sprzedaży książek i mebli tylko po to, by 
ulżyć swemu sumieniu.

Choć bardzo chciała to zrobić, nie potrafiła się zdobyć na rzucenie mu 

tyci pieniędzy w twarz. Kilkaset dodatkowych funtów mogło znaczyć 

138

background image

bardzo wiele dla jej przyszłości, dla niego zaś tyle co nic. Miała ochotę 
powiedzieć mu, że dowiedziała się o jego haniebnym postępowaniu, 
ale tego oczywiście także nie mogła zrobić. Rowland mógłby wtedy 
przypuszczać, że chce, by jeszcze raz złożył jej propozycję. Na samą 
myśl o takim upokorzeniu Merab oblała się rumieńcem.

Najmądrzej będzie więc trzymać język za zębami i udawać, że do 

rozmowy   z   panem   Camberwellem   nigdy   nie   doszło.   Ponad   pół 
godziny przechadzała się po ogrodzie, by się uspokoić. Wcale jednak 
nie pomogło jej to na nowo polubić kuzyna.

Na Crescent Fields zebrała się mała grupka plotkujących dam - na 

ławce   usiadła   lady   Mandersby,   pani   Tiverton,   pani   Bridges   i   lady 
Wincanton. Lady Mandersby i pani Tiverton spotkały się wcześniej w 
bibliotece przy Milsom Street i wyszły właśnie na krótki spacer przed 
udaniem się do Bawialni. Rozmawiały o pani Harrison.

-   Mam   już   serdecznie   dość   wysłuchiwania   kolejnych   rewelacji   o 

haniebnym życiu biednej Abigail Cooper - mówiła pani Tiverton. - Te 
opowieści   stają   się   coraz   bardziej   wymyślne   i   coraz   mniej 
prawdopodobne.   Nie   mogę   też   zrozumieć,   dlaczego   pani   Harrison 
rozpowiada takie rzeczy o własnej siostrze.

-   Trudno   winić   pannę   Cooper,   że   chciała   się   od   niej   wyrwać   - 

powiedziała   lady   Mandersby.   -   Oczywiście,   jeśli   rzeczywiście   nie 
poślubiła pana Hartfielda, to byłoby dosyć szokujące...

- Ależ poślubiła - wtrąciła się Amelia. - Jak pani wie, lady Mandersby, 

byłam w jednej szkole z panną Hartfleld. Nie mogę uwierzyć, by panny 
Goodison,   dwie   bardzo   szacowne   i   surowe   damy,   przyjmowały 
uczennice, co do pochodzenia których miały jakieś wątpliwości.

Pani Bridges dostrzegła swoją szansę.
-   Panna   Hartfield   jest   dzieckiem   z   prawego   łoża   -   oświadczyła 

stanowczo. - Wiem to na pewno, ponieważ jest kuzynką mego byłego 
męża.

Zgromadzone wokół niej damy były zdumione.
- Dlaczego nie mówiłaś o tym wcześniej, droga Elizabeth? - spytała 

pani  Tiverton.   Choć   nie   odcięła  się   zupełnie  od   panny   Hartfield,   z 

139

background image

pewnością traktowała ją z rezerwą.

- Ze względu na skomplikowaną sytuację rodzinną. Nie ma to nic 

wspólnego z Harrisonami, o istnieniu których do niedawna nie miałam 
nawet pojęcia. Nie, ta sprawa związana jest z testamentem starego pana 
Hartfielda.

-   Musi   nam   to   pani   wyjaśnić,   pani   Bridges   -   powiedziała   lady 

Mandersby. Ona też czuła się trochę niezręcznie i podobnie jak pani 
Tiverton, miała poczucie winy.

Pani Bridges z nie ukrywaną radością opowiedziała pokrótce swym 

towarzyszkom wymyśloną wersję dziejów testamentu pana Hartfielda. 
Według niej, Merab i jej matka żyły w ogromnej przyjaźni z panem 
Hartfieldem. Nigdy nie słyszały o Rowlandzie Sandifordzie, kuzynie 
panny   Hartfield.   Rowland   natomiast,   zawsze   był   przekonany,   że 
zostanie   dziedzicem   majątku.   Słyszał   oczywiście   o   nieszczęśliwym 
małżeństwie (to ostatnie słowo zostało wypowiedziane ze szczególnym 
naciskiem) Jonathana Hartfielda, nie miał jednak pojęcia, że w końcu 
doszło do ugody. Jednak stary pan Hartfield nie bez powodu  miał 
opinię trudnego człowieka. Nie zostawił majątku ani swej wnuczce, ani 
Rowlandowi. Przekazał wszystko na cele dobroczynne.

-   Mój   syn   był   bardzo   rozgniewany   -   zakończyła   pani   Bridges.   - 

Uważał, że to wina panny Hartfield, co oczywiście było nieprawdą, i 
nie chciał jej uznać.

Na chwilę zapadła cisza, a zgromadzone panie jeszcze raz przeżywały 

zasłyszaną przed chwilą historię.

- Więc panna Hartfield jest bez posagu - powiedziała w końcu pani 

Tiverton. Lubiła Merab, a teraz w dodatku zrobiło jej się żal tej miłej 
dziewczyny, nie wiedziała jednak, czy rzeczywiście chce utrzymywać 
znajomość z kimś, kto nie ma żadnego majątku.

Amelia,   która   siedziała   z   boku   na   ławce   i   z   ogromnym 

zainteresowaniem   słuchała   opowieści   pani   Bridges,   postanowiła 
włączyć się do rozmowy:

- Majątek panny Hartfield jest dosyć skromny, ale bez wątpienia nie 

jest   całkiem   pozbawiona   pieniędzy.   -   Wymieniła   porozumiewawcze 
spojrzenie z panią Bridges. Nie wiedziała do końca, co knuje ta dama, 

140

background image

jednak   bardzo   tęskniła   za   Merab   i   gotowa   była   przyłączyć   się   do 
każdego planu, który pozwoliłby przyjaciółce odzyskać dobre imię i 
powrócić do Bath.

- Co  pani o tym wie, lady Wincanton?  - spytała lady Mandersby, 

wracając do swej roli liderki towarzystwa.

-   Całkiem   sporo.   -   Amelia   w   duchu   triumfowała.   -   Jednak   pani 

Hartfield, co chyba zrozumiałe, wolała, by nie dyskutowano publicznie 
o jej sprawach. Nie wiedziała, czy jej krewni ze strony Hartfieldów 
zechcą ją uznać, a nie chciała nikomu się przypochlebiać.

Pani Tiverton uśmiechnęła się z aprobatą.
- Godna pochwały skromność.
- Skromność, której nie możemy się jakoś dopatrzyć u Harrisonów - 

wtrąciła pani Bridges cierpkim tonem.

- Ale dlaczego mówisz o tym akurat teraz, Elizabeth? - kontynuowała 

pani Tiverton, zwracając się do swej przyjaciółki. - Zapewne chcesz, by 
dziewczyna została uznana?

-   Uważam,   że   nie   zrobiła   nic,   czym   mogłaby   sobie   zasłużyć   na 

kalumnie Harrisonów - odparła pani Bridges ostrożnie. - Nie znam jej 
zbyt dobrze, ale teraz, kiedy mój syn zmądrzał wreszcie i chce ją uznać, 
zastanawiam się, czy nie zaprosić jej do siebie. Co pani o tym sądzi, 
lady Mandersby? Zastosuję się do pani rady.

Było to sprytne posunięcie i lady Mandersby, która właśnie chciała 

sprzeciwić się temu pomysłowi, teraz przybrała bardziej pojednawczy 
ton.

- Z pewnością - odrzekła. - Dlaczego nie? Panna Hartfield to bardzo 

dobrze wychowana młoda dama. Co więcej, nie widzę powodu, dla 
którego miałybyśmy przedkładać słowa Harrisonów nad opinię innych 
osób!

Wszystkie panie zgodziły się co do tego, a pani Bridges w duchu 

odetchnęła z ulgą.

- A najważniejsze - mówiła Amelia do pani Bridges, gdy pozostałe 

damy już się rozeszły - że ci Harrisonowie wreszcie wrócą tam, gdzie 
ich miejsce.

Obie panie wymieniły konspiracyjne spojrzenia. Potem pani Bridges 

141

background image

powiedziała:

- Lady Wincanton, pani wybaczy, ale nie wygląda pani najlepiej. Pani 

pozwoli, że przywołam powóz.

- Dziękuję - odrzekła Amelia. - To dlatego, że tak się martwię o Merab. 

Mam   wrażenie,   że   ją   zawiodłam.   Ale   naprawdę,   pani   Bridges,   nie 
mogłam nic na to poradzić. - Amelia była zbyt lojalna, by wspomnieć, 
że kilka razy omal nie pokłóciła się o to z mężem. Jej oczy napełniły się 
łzami,   więc   odwróciła   dyskretnie   głowę.   -   Proszę   mi   wybaczyć.   To 
dlatego, że jestem w takim stanie.

- Oczywiście, moja droga. - Na Royal Crescent pojawił się powóz. Pani 

Bridges podniosła rękę. - Tutaj proszę.

Harrisonowie   nadal   mieszkali   w   wynajmowanych   pokojach   przy 

Queen’s   Square.   Pani   Harrison   rozkoszowała   się   tym,   co   w   jej 
mniemaniu   od   dawna   już   jej   się   należało   -   towarzystwo   w   Bath 
wiedziało   wreszcie,   z   kim   ma   do   czynienia.   Jeśli   nawet   nie   była 
zapraszana na prywatne przyjęcia, to cóż z tego, Bath było przecież 
miejscem publicznym i każdy, kto był tylko dość bogaty, by opłacić 
wstęp   do   różnych   miejsc   i   udział   w   imprezach   towarzyskich,   miał 
prawo w nich uczestniczyć. Teraz była już uznana przez wszystkich, a 
lady Mandersby podała jej nawet kiedyś rękę na pożegnanie.

Joseph nie był równie zadowolony. Życie wydawało mu się okropnie 

nudne, kiedy zepsuł już reputację Merab i kiedy panna wyjechała z 
Bath. Kitty Parminster także wyjechała, a przecież nie mógł poważnie 
zainteresować się panną Heslop, która była co prawda dość miła, ale i 
bardzo   biedna.   Joseph   poważnie   zastanawiał   się   nad   powrotem   do 
Bristolu.

Pewnego ranka jednak zdarzyło się coś, co kazało mu zmienić plany. 

Jego   matka   jak   zwykle   wyszła   do   Pijalni.   Joseph   odwiózł   ją   tam   i 
zostawił.   Spędził   dzień   jeżdżąc   po   Lansdown   i   powrócił   do   swego 
mieszkania dopiero późnym popołudniem.

Już w drzwiach został przywitany przez panią Harrison, która była 

czymś ogromnie podekscytowana.

- Joseph! Bogu dzięki, że już jesteś! Ona wróciła!

142

background image

- Kto wrócił? Panna Parminster?
- Panna Parminster! - powtórzyła pani Harrison, opadając na krzesło i 

wachlując się energicznie. - Nie, ta kreatura, Merab Hartfield!

- Co!? - Joseph obrócił się gwałtownie.
Pani   Harrison   patrzyła   na   niego   z   pewnego   rodzaju   ponurą 

satysfakcją.

- Widziałam ją na Milsom Street z panią Bridges. Wychodziły właśnie 

z biblioteki.

Joseph   zmrużył   oczy.   Na   moment   wściekłość   odebrała   mu   mowę. 

Wróciła!   I   zamieszkała   u   pani   Bridges!   Nie   mógł   spokojnie   na   to 
pozwolić.

- Jesteś pewna? - spytał wreszcie.
- Myślisz, że nie poznaję własnej siostrzenicy?
Joseph zagryzł wargę i zastanawiał się przez chwilę. Wyglądał tak 

groźnie, że pani Harrison spytała z niepokojem:

- Nie zrobisz niczego głupiego, prawda Joseph?
- Głupiego... nie - odparł Joseph szorstko. - Tylko skutecznego.

Pani Bridges była przykładną matką, co przejawiało się również i w 

tym, że choć kochała swego syna, opierała się pokusie popychania go w 
jakimkolwiek kierunku. Przez cały okres jego buntowniczej młodości 
wysłuchiwała   pełnych   oburzenia   przemówień   na   temat   nadużyć 
dokonywanych   przez   Kościół   i   państwo,   czytała   pamflety,   które   jej 
przynosił, i popierała go w miarę swych sił. Dała mu jednak wyraźnie 
do   zrozumienia,   że   oczekuje,   iż   w   swym   dążeniu   do   równości   i 
demokracji   będzie   dbał   w   równym   stopniu   o   ciężko   pracujących 
robotników, co o różne nudne starsze damy, znane im i nieznane. Nie 
znosiła źle wychowanych młodzieńców, którzy krzyczeli o demokracji, 
a   jednocześnie   uwodzili   pokojówki   i   odnosili   się   grubiańsko   do 
rodziców swych przyjaciół.

Jednak   obecna   sytuacja   stanowiła   dla   niej   pewien   problem.   Jeśli 

Rowland   miał   zmienić   swój   dotychczasowy   stosunek   do   panny 
Hartfield, musiał pozostać w Bath. Cóż z tego, że Merab była wspaniałą 
i   czarującą   towarzyszką,   skoro   Rowland   wyjechał   i   nie   mógł   tego 

143

background image

docenić? A jak matka mogła sprawić, by został, nie domagając się tego 
wprost i nie zrażając go w ten sposób do siebie? Gdyby udała nagłą 
chorobę,   to   Merab   musiałaby   wyjechać.   Wszystko   to   było   bardzo 
skomplikowane.

Rowland   przywiózł   Merab   do   Bath   w   czwartek   (po   drodze 

zostawiając   Lottie  w   domu   Wincantonów),   a  nazajutrz   wyjechał   do 
Merryn Park. Jednak, ku uldze pani Bridges, powrócił w następnym 
tygodniu, wynajął kilka pokoi przy Gay Street i regularnie towarzyszył 
obu damom w wyprawach na różne koncerty i wykłady.

Pani   Bridges   miała   ochotę   zapytać,   dlaczego   to   robi,   postanowiła 

jednak nie ryzykować. Zresztą nawet gdyby odważyła się to uczynić, 
Rowland i tak nie potrafiłby jej odpowiedzieć, znajdował się bowiem w 
tym   dziwnym   stanie   umysłu,   kiedy   to   robi   się   pewne   rzeczy,   nie 
wiedząc nawet dlaczego.

Przyjechał do swego majątku o tej porze roku, kiedy wszyscy pracują 

od rana do nocy. Strzyżono właśnie owce, obsiewano pola i sadzono 
nowe rośliny. Zwykle spędzał wtedy całe dnie w polu, pilnując, by 
wszystko zostało wykonane jak należy, ciesząc się z postępów pracy i 
pomagając w razie potrzeby.

Tym   razem   jednak,   choć   wyszedł   na   pola   następnego   dnia   po 

przyjeździe,   nie   czuł   tej   samej   radości   co   zawsze.   Cieszył   się, 
oczywiście, że tak wiele z jego owiec miało młode, jednak myślami był 
zupełnie gdzie indziej.

Merryn   Park   także   wydawało   mu   się   inne.   Hol   wyglądał   na 

zaniedbany i opuszczony, kiedy wszedł tam wieczorem, przerywając 
martwą ciszę głośnym stukaniem butów. Nawet butelka ulubionego 
porto ojca nie poprawiła mu humoru.

Niedziela była jeszcze gorsza. Rowland poszedł do kościoła tylko po 

to, by znosić widok lorda Claydona i Kitty siedzących obok siebie na 
ławce i pochylonych nad tą samą książeczką do nabożeństwa. Rowland 
wątpił, czy Kitty rzeczywiście kocha lorda Claydona. Nie uszło też jego 
uwagi,   że   gdy   tylko   miała   po   temu   okazję,   posyłała   mu   tęskne 
spojrzenia,   a   to   odwracając   się,   by   podać   tacę,   a   to   podnosząc 
upuszczoną przypadkiem rękawiczkę.

144

background image

Rowland nie był jedyną osobą, która to spostrzegła. Pani Heslop także 

widziała to wyraźnie. A sir John Parminster, który siedział w ławce za 
plecami   swej   córki,   pomyślał,   że   młody   Sandiford   byłby   głupcem, 
gdyby kręcił się w pobliżu Kitty w przededniu jej ślubu. Sir John był 
szczęśliwy, jak zresztą byłby każdy ojciec na jego miejscu, że jego córka 
zostanie   wicehrabiną,   jednak   zawsze   lubił   Rowlanda   i   uważał,   że 
zachowanie jego córki jest po prostu głupie i irytujące.

Pogoda zrobiła się zimna i dżdżysta. Rowland został jeszcze przez 

chwilę w kościele, by przywitać się z niektórymi spośród farmerów z 
jego wsi i zaczekać, aż Parminsterowie odjadą. Kiedy w końcu dotarł 
do wyjścia, zaczął padać deszcz. Przygnębienie, które nie opuszczało go 
od chwili, gdy wyjechał z Bath, jeszcze mocniej dało mu się we znaki. 
Otulił się płaszczem i wyszedł na zewnątrz.

- Pan Sandiford, jak miło pana widzieć - powitała go żona pastora.
Rowland uchylił kapelusza.
- Witam, pani Heslop. - Rozejrzał się dokoła. - Nie ma tu Lavinii?
- Nie. Pani Banstead była taka uprzejmą i pozwoliła jej zatrzymać się 

na dłużej w Bath. Przywiezie ją tutaj jadąc na ślub. Lavinia ma być 
druhną.

Rowland wziął się w garść.
-   Szkoda,   że   nic   o   tym   nie   wiedziałem   -   powiedział   uprzejmie.   - 

Przejeżdżałem teraz przez Bath, ale zatrzymałem się tam tylko na jedną 
noc. Gdybym był nieco dłużej, spytałbym Lavinię, czy nie chce przez 
okazję przesłać państwu listu. - Po chwili milczenia dodał. - A kiedy ma 
odbyć się ślub?

- W czerwcu. - Pani Heslop przyglądała mu się ukradkiem. Łączyły ich 

dobre,   choć   niezbyt   bliskie   stosunki,   a   państwo   Heslop   rzadko 
zaglądali do Merryn Park. Tym razem jednak jakaś drobna zmiana w 
wyglądzie   Rowlanda,   jakaś   nowa   jakość,   której   pani   Heslop   nigdy 
dotąd u niego nie widziała, kazała jej dodać: - Panie Sandiford, czy nie 
miałby   pan   ochoty   zjeść   z   nami   lunchu?   To   tylko   zimny   posiłek, 
rozumie pan, dzisiaj niedziela, ale mógłby pan nam powiedzieć, co 
dzieje się w Bath i przeczekać ten okropny deszcz. Jestem pewna, że 
mój mąż przyjmie pana z radością.

145

background image

-   Och,   dziękuję.   Z   przyjemnością.   -   Rowland   był   zaskoczony,   ale 

zadowolony.

Podczas lunchu Rowland rozluźnił się nieco. Heslopowie byli miłymi 

gospodarzami i dbali o to, by gość czuł się u nich dobrze. Rozmawiali o 
kłopotach w parafii, o tym, co porabia Lavinia w Bath, interesowali się 
uprzejmie   zdrowiem   pani   Bridges.   Pani   Heslop   pozwoliła   sobie 
zauważyć, że Rowland musi się teraz czuć okropnie, gdy zbliża się ślub 
Kitty i lorda Claydona.

- Dostałem zaproszenie - przyznał Rowland. - Ale chyba nie chcę tam 

iść.

-   Iść   tam!   Oczywiście,   że   nie!   -   wykrzyknęła   pani   Heslop.   -   Ale 

dlaczego nie wróci pan do Bath? Przecież tak chyba byłoby najlepiej.

- Majątek... - zaczął Rowland.
- Och, niech pan da spokój, Sandiford - wtrącił się pan Heslop. - Ma 

pan   dobrego   zarządcę,   wiem   o   tym.   A   owce   będą   rodzić   i   rośliny 
rosnąć bez względu na to, czy będzie pan tutaj, czy gdzie indziej.

- Niech pan wraca do Bath, mój drogi - powiedziała pani Heslop z 

matczyną troską w głosie. - Mój mąż ma rację. Majątek poradzi sobie 
jakoś bez pana przez ten czas.

Twarz Rowlanda pojaśniała.
- Pomyślę o tym.
Dwa dni później był już w Bath.

Zaproszenie pani Banstead do pozostania w Bath nie sprawiło Lavinii 

aż tak wielkiej radości, jak sądziła jej matka. Dopóki mieszkała z nią 
Kitty, Lavinia czuła się jak bardzo biedna krewna, której zadaniem było 
tworzenie   odpowiedniego   tła   dla   triumfów   panny   Parminster.   Była 
także dodatkową służącą dla pani Banstead, która posyłała ją po szal na 
piętro,   albo   kazała   jej   głośno   czytać,   dopóki   nie   zapadła   w 
popołudniową drzemkę. Pani Banstead bardzo zależało na tym, by pod 
jej egidą Kitty znalazła odpowiednią partię, zaś Lavinia nauczyła się 
szybko,   że   lepiej   będzie   dla   niej   samej,   jeśli   wszelkie   nadzieje   i 
problemy zachowa wyłącznie dla siebie.

Przeżyła   też   sporo   rozczarowań.   Obdarzyła   zbyt   wielkim 

146

background image

zainteresowaniem majora Bendicka. Na sam widok tego prostego jak 
struna   mężczyzny,   z   elegancko   przyciętymi   wąsami   i   olśniewająco 
białymi, równymi zębami, robiło jej się słabo. Nie trwało to jednak 
długo. Major prawie jej nie dostrzegał. A potem Kitty, która zauważyła 
być   może   dziwne   zachowanie   przyjaciółki,   złośliwie   powtórzyła   jej 
zasłyszaną plotkę:

-   On   szuka   żony,   wiesz?   Ma   wszystko   zaplanowane.   Żona   z 

odpowiednimi pieniędzmi, która potem ma mu dać trzech synów.

- A co z miłością? - spytała Lavinia żałośnie.
- Miłość! - Kitty roześmiała się. - Miłość przychodzi z posagiem.
Początkowo Lavinia nie wierzyła jej. Jednak była całkiem inteligentną 

dziewczyną i wkrótce zauważyła, że major rozmawia tylko z pannami, 
które   mają   przyzwoite   posagi.   Przysłuchiwała   się   także   jego 
rozmowom i z żalem stwierdziła, że major (który mimo wszystko wciąż 
był bardzo przystojny) traktuje kobiety protekcjonalnie i wmawia im, 
co mają myśleć.

Przelała kilka łez w zaciszu swego pokoju, doszła jednak do wniosku, 

że major nie jest w końcu taki wyjątkowy, i że może się z nim spotkać, 
nie czerwieniąc się przy tym po czubki uszu. Był to jednak dla niej 
bardzo   trudny   okres,   a   nie   mogła   się   z   nikim   podzielić   swymi 
problemami.

Po wyjeździe Kitty żyło jej się nieco łatwiej, bo choć pani Banstead 

koncentrowała się wyłącznie na sobie, należała też do osób, które czują 
się dobrze w towarzystwie ludzi równie szczęśliwych jak ona. Pani 
Banstead lubiła więc zabierać Lavinię na tańce, a nawet kupiła jej dwa 
kupony   muślinu   i   poprosiła   własną   krawcową,   by   uszyła   dla   niej 
suknię.

Kiedy   Rowland   tuż   po   powrocie   do   Bath   odwiedził   Lavinię, 

przynosząc list od jej matki i dwie gwinee od ojca, sprawił jej ogromną 
radość. Był przecież kimś z domu, mogła z nim porozmawiać o swoich 
rodzicach i o Merryn Park, co teraz wydawało jej się prawdziwym 
luksusem. Rowland był poruszony tym spotkaniem. Oczywiście znał 
Lavinię przez całe życie, ale dopóki Kitty również przebywała u pani 
Banstead, trzymał się od tego miejsca z daleka i prawie w ogóle jej nie 

147

background image

widywał.

Rowland   nabrał   ostatnio   więcej   zrozumienia   dla   sytuacji   młodych 

kobiet z małym posagiem i skromnymi perspektywami, dlatego też 
zauważył nagle, że sytuacja Lavinii nie jest wcale łatwa. Podczas jego 
półgodzinnej wizyty Lavinia została dwa razy wywołana z pokoju, by 
wykonać jakieś drobne polecenie. Rowland zawsze ją lubił i dlatego z 
przyjemnością przedłużył tę rozmowę. Wyraził także nadzieję, że na 
czwartkowym balu Lavinia zarezerwuje dla niego kilka tańców.

Gdy tylko wyszedł, pani Banstead wzięła Lavinię w krzyżowy ogień 

pytań. Jak duży jest jego majątek? A roczny dochód? Czy ma kogoś na 
utrzymaniu? Jacyś krewni, na których musi łożyć? (To takie ogromne 
wydatki.) Wszystkie odpowiedzi były po jej myśli i pani Banstead czuła 
się w pełni usatysfakcjonowana.

Idealny mąż dla Lavinii, pomyślała. Nie na tyle bogaty, by Kitty była o 

niego zazdrosna, i bez tytułu. Dochód dosyć skromny, ale ponieważ 
Lavinia miała tylko dwa tysiące, byłaby to dla niej i tak doskonała 
okazja. Lavinia wiedziała oczywiście, do czego prowadzą te wszystkie 
pytania,   wolała   jednak   nie   mówić   swej   opiekunce,   że   jeszcze   do 
niedawna Rowland liczył na ślub z Kitty.

Nieoczekiwanym rezultatem tych odwiedzin było spotkanie Lavinii i 

Merab. Rowland poprosił swą matkę, by przedstawiła je sobie podczas 
balu. Lavinia przyglądała się dotąd Merab z daleka i podziwiała jej 
elegancję - niezwykły styl, do którego, jak sądziła, sama nie mogła 
nigdy aspirować. Ale panna Merab kuzynką Rowlanda? Lavinia była 
zdumiona.

- Kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu - wyjaśniła Merab z 

uśmiechem.   -   Poznaliśmy   się   dopiero   przed   pogrzebem   mojego 
dziadka, więc słabo go znam.

- Co to znaczy „kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu”? - 

spytała Lavinia ostrożnie.

- To dosyć skomplikowane - roześmiała się Merab. - Kuzyn Rowland 

wyjaśnił mi to, i zapewniam panią, że wtedy rozumiałam to doskonale! 
Ale teraz, oczywiście, wszystko wyleciało mi z głowy.

-   Wiem,   o   czym   pani   mówi.   -   Lavinia   pokiwała   głową   ze 

148

background image

zrozumieniem. - Jeden z moich braci próbował mi wyjaśnić, co to jest 
prąd   elektryczny,   i   wyglądało   to   dokładnie   tak   samo.   To   jednak 
dziwne, że byliście państwo kuzynami, a poznaliście się dopiero teraz. 
A ja znam pana Sandiforda przez całe życie.

Serce Merab przeszył nagły, niezrozumiały ból.

Pani   Bridges   obserwowała   z   rozbawieniem,   a   zarazem   z   irytacją 

rosnącą z dnia na dzień sympatią pomiędzy Merab a jej synem. Co do 
uczuć swego gościa, nie była całkiem pewna;

Merab   zachowywała   się   w   stosunku   do   Rowlanda   uprzejmie   i 

przyjaźnie, trudno jednak było odgadnąć, co kryje się za tą zasłoną, jeśli 
w ogóle coś tam się kryło. Natomiast rozszyfrowanie Rowlanda nie 
sprawiło jej większych trudności. Co prawda on także skrywał wszelkie 
uczucia pod maską uprzejmej sympatii, jednak pani Bridges szybko 
zauważyła, że jej syn zaraz po wejściu do pokoju zawsze rozgląda się z 
napięciem dokoła i odzyskuje spokój dopiero wtedy, gdy dojrzy Merab.

Kiedy Merab śpiewała, a czyniła to czasem w zaciszu mieszkania przy 

placu św. Jakuba, Rowland nie spuszczał z niej wzroku, choć gdy tylko 
spojrzała w jego stronę, natychmiast odwracał głowę.

- On jest w niej zakochany - powiedziała pani Bridges któregoś ranka 

do swego męża.

- Jesteś pewna, kochanie?
- Nie wierzysz mi?
- Szczerze mówiąc, nie. Czy posyła jej kwiaty, czy zaleca się do niej w 

jakikolwiek   inny   sposób?   Ja   przynajmniej   tego   nie   widziałem.   Nie 
zaprasza jej na przejażdżki, choć mógłby to przecież robić, nie łamiąc 
zasad dobrego wychowania.

- Właśnie to mnie martwi - odparła. - Byłam taka uradowana, kiedy 

wrócił   do   Bath.   Myślałam...   No   cóż,   musisz   jednak   przyznać,   że 
widujemy go codziennie. A on przygląda się jej przez cały czas, kiedy 
myśli, że nikt tego nie widzi.

- Więc dlaczego nic nie zrobi? - spytał rozsądnie pan Bridges.
- Nie wiem - zawołała. - I z pewnością nie zapytam go o to.
Merab   także   była   świadoma   tego,   że   Rowland   ją   obserwuje, 

149

background image

interpretowała to jednak inaczej. Sądziła, że Rowland pilnuje, by nie 
została   przez   nikogo   źle   potraktowana.   Chciał   nadrobić   swoje 
dotychczasowe   zaniedbania,   demonstrując   przy   każdej   okazji,   że 
uznaje ją za swoją krewną. Tak jakby uzyskała pieczęć aprobaty od 
pana Sandiforda.

Sama nie wiedziała, dlaczego ją to przygnębia.
Rowland prawie co wieczór odprowadzał je do Bawialni na bale i 

koncerty,   i   z   widoczną   przyjemnością   oddawał   się   życiu 
towarzyskiemu. Gdy tylko Mistrz Ceremonii przedstawiał go jakiejś 
młodej damie, Rowland natychmiast prosił ją do tańca. Merab miała 
wrażenie,  że nagle pojawiły  się  w  Bath  całe  stada dziewcząt,  które 
obserwowały go zza swych wachlarzy, i których oczy błyszczały jaśniej, 
gdy zbliżał się do nich. Żadna z nich jednak nie obdarzała Rowlanda aż 
tak wielkim zainteresowaniem jak Lavinia Heslop - przynajmniej tak 
wydawało się Merab.

Pan Sandiford bardzo dobrze tańczył, co nie umknęło uwagi Merab, 

kiedy   siedziała   na   swym   pozłacanym   krześle   obok   Amelii   i   pani 
Bridges,   i   starała   się   zapomnieć   o   tym,   że   jest   w   towarzystwie 
przyzwoitek.   Był   wysoki   i   przystojny,   poruszał   się   z   lekkością   i 
wdziękiem, a gdy tylko Merab dojrzała, że jego oczy zwrócone są ku 
jakiejś   dobrze   urodzonej   i   posażnej   pannie,   natychmiast   szybko 
odwracała wzrok.

Wprawiało ją to w zakłopotanie, nie rozumiała tego, i wcale jej się to 

nie podobało. Jesteś głupia, powtarzała sobie w myślach. Co się z tobą 
dzieje? Przychodzi do ciebie, rozmawia z tobą, zabiera cię na herbatę. 
Przechadzasz   się   z   majorem   Bendickiem,   Tivertonowie   witają   cię   z 
zadowoleniem. Pomyśl tylko, jakie masz szczęście, przywoływała się 
do porządku.

Ale to nic nie pomagało.
Pozostawała   w   takim   właśnie   dziwacznym   stanie   bolesnego 

niezdecydowania aż do pewnej środy. Jak zwykle spotkali się wtedy 
wszyscy w Bawialni, by wysłuchać koncertu i napić się herbaty. Pani 
Bridges   pojechała   do   domu   nieco   wcześniej;   Rowland   obiecał,   że 
odprowadzi Merab do domu.

150

background image

O jedenastej Bawialnia została zamknięta, goście odebrali płaszcze, 

wezwali powozy i pożegnali się. Noc była wyjątkowo pogodna i ciepła, 
toteż Roland i Merab postanowili się przespacerować. Księżyc był w 
pełni, i gdy dotarli do Royal Crescent, wychynął właśnie zza chmury. 
Niebo usiane było gwiazdami i przecięte ogromną białą wstęgą Drogi 
Mlecznej.   Poniżej   rozciągało   się   Bath,   doskonale   widoczne   na   tle 
nocnego nieba.

- Jak pięknie! - Merab zatrzymała się, by podziwiać ten widok.
- Tak - odparł Rowland. Ale wcale nie patrzył na gwiazdy.
Wszystkie zmysły Merab jakby zamarły na moment. Powietrze wokół 

nich wypełnione było jakąś tajemnicą, czymś niewypowiedzianym.

- Co to za dźwięki? - spytała ni z tego, ni z owego.
- Jakie dźwięki? - zdziwił się Rowland.
- Taki dziwny chrzęst.
- To krowy. Jeszcze się pasą.
Merab wbiła wzrok w ciemności, zalegające u podnóża wzniesienia, i 

w końcu dojrzała sylwetki kilku zwierząt.

- O tej porze? - Jej głos był pełen oburzenia.
Rowland roześmiał się głośno.
Oboje poczuli się znacznie swobodniej i nie wiadomo, jak zakończyłby 

się ten wieczór, gdyby nagle za ich plecami nie rozległ się krzyk i brzęk 
tłuczonego   szkła.   Natychmiast   odwrócili   się.   Zobaczyli   jakiegoś 
mężczyznę,   który   uciekał   w   przeciwną   stronę   i   wkrótce   zniknął   w 
ciemnościach nocy. Drugi siedział oszołomiony w rynsztoku, trzymając 
w dłoni rozbitą lampkę.

- Nic panu nie jest? - Rowland pomógł nieznajomemu podnieść się z 

ziemi. Szybko zorientował się, że nie jest to nikt z towarzystwa, które 
bywa   w   Bawialni.   Był   to   jakiś   oberwaniec,   pochodził   zapewne   z 
dzielnicy biedoty rozciągającej się nad kanałem. Co robił w tej okolicy? 
Jednym  z  największych  uroków   Bath było to,  że  w mieście  bardzo 
dbano   spokój   i   porządek   na   ulicach.   Ten   włóczęga   zapewne   nie 
przyszedł tutaj w dobrych zamiarach. Rowland trzymał nieznajomego 
za ramię, na wypadek, gdyby zechciał zaatakować Merab.

Mężczyzna był pijany i rozłoszczony.

151

background image

- Pilnuj swojego nosa! - wrzasnął. Podniósł się powoli. Przechodząc 

między nimi niespodziewanie zatoczył się na Merab.

Krzyknęła   i   złapała   się   za   ramię.   Rowland   spojrzał   na   nią, 

zaniepokojony. Była blada jak ściana.

- Merab!
- Wszystko... wszystko w porządku. Uderzył mnie w ramię, to nic 

takiego. Zaraz mi przejdzie.

Płaszcz   dziewczyny   zsunął   się   na   ziemię.   Rowland   podniósł   go, 

narzucił   jej   na   ramiona   i   wciągnął   ją   delikatnie   w   mrok   pobliskiej 
bramy, gdzie objął ją mocno i przytulił. Przez chwilę oboje milczeli. 
Rowland gładził ją po włosach i uspokajał. Merab oparła głowę o jego 
ramię. Właśnie tego pragnęłam, pomyślała, czując się jak we śnie.

- Masz takie cudowne ramię - mruczał Rowland. Odsunął delikatnie 

rękaw jej sukni, odsłonił bliznę i przywarł do niej ustami.

Nie był to lekki, pocieszający pocałunek.
Później, w zaciszu swego pokoju, Merab zastanawiała się, co by się 

stało,   gdyby   nie   to,   że   usłyszeli   wtedy   jakieś   głosy,   i   Rowland 
delikatnie wypuścił ją z objęć. Drżącymi palcami naciągnęła suknię na 
ramię. Rowland poprawił płaszcz na jej ramionach i podał jej rękę.

Pozostałą część drogi przeszli w zupełnym milczeniu.

Joseph   nie   potrafił   wymyślić   od   razu   planu,   który   ostatecznie 

skompromitowałby   Merab,   a   jednocześnie   upokorzył   Rowlanda. 
Pomyślał jeszcze raz o rozmowie, jaką odbył z Rowlandem w kawiarni, 
i zdał sobie sprawę, że ów dżentelmen musiał być świadom, iż także 
jest kuzynem panny Hartfield i musiał o niej wiedzieć równie dużo, a 
może i więcej, niż on. Miał też dziwne przeczucie, że triumfalny powrót 
Merab ze świadectwem ślubu jej rodziców był sprawką Rowlanda.

Joseph był wściekły na swą matkę za to, że rozpuściła plotki, wściekły 

na  Rowlanda  o  to,   że  pozwolił  mu  nadal  trwać   w  przekonaniu,   iż 
Merab jest bękartem, wreszcie był wściekły na Merab, że okazała się 
jednak dzieckiem z prawego łoża i powróciła do łask towarzystwa. 
Próbował   teraz   nadrabiać   wszystkie   swoje   gafy,   obwieszczając 
wszystkim, iż niezmiernie się cieszy z takiego zakończenia sprawy, 

152

background image

jednak   gdy   wstąpił   kiedyś   do   Bridgesów,   by   odwiedzić   Merab, 
dowiedział się, że „panny Hartfield nie ma w domu”.

Gdyby nie Rowland, Joseph spróbowałby zapewne jeszcze raz zalecać 

się do Merab, tym razem znacznie ostrożniej. Pozwolił sobie nawet na 
chwilę słabości - marzył o lekcji pokory i posłuszeństwa, jaką dałby 
Merab po ślubie. Rowland wcielił się jednak w rolę strażnika i pilnował 
swej kuzynki jak oka w głowie, zwłaszcza gdy w pobliżu kręcił się 
Joseph,   który   w   tych   warunkach   wolał   nie   wywoływać   skandalu. 
Jedyną   jaśniejszą   stroną   tej   nowej   sytuacji   był   fakt,   że   Merab 
najwyraźniej   nie   kłamała,   gdy   mówiła   mu,   że   nie   ma   pieniędzy. 
Zauważył, że choć jego kuzynka cieszy się ogólnym poważaniem, nie 
ma zbyt wielu adoratorów. Sandiford był dla niej bardziej uprzejmy niż 
nadskakujący,   choć   major   Bendick   wciąż   nie   stracił   dla   niej 
zainteresowania.

Joseph zagryzł wargę i zamyślił się. Pewną sposobność do zemsty 

nastręczała niezwykła sympatia, jaką Merab żywiła do lady Wincanton, 
która   ostatnio   nie   czuła   się   przecież   najlepiej.   Joseph   rozważył   w 
myślach różne możliwości. Gdyby Merab dostała wiadomość, w której 
lady Wincanton prosiłaby ją o natychmiastowe przybycie, to czy nie 
pospieszyłaby zaraz na pomoc przyjaciółce? Pewnie wzięłaby powóz. 
A   gdyby   tak   wówczas   pozbawić   ją   przytomności   za   pomocą 
chloroformu?

Tak,   powoli   rysował   mu   się   w   głowie   pewien   plan,   potrzebował 

jednak czegoś  lepszego. Czegoś,  co  upokorzyłoby  także  Sandiforda. 
Tylko jak to zrobić?

Major   Bendick   przechadzał   się   po   swej   bibliotece,   zatopiony   w 

myślach. Własne emocje i uczucia zupełnie wymykały mu się spod 
kontroli, co nie zdarzyło mu się nigdy dotąd. Jedyne, co mógł teraz 
zrobić,   to   maszerować   z   jednego   końca   biblioteki   w   drugi   i 
wymachiwać od czasu do czasu niewidzialną szablą, wrzeszcząc przy 
tym:

- Do diabła!
Stała się rzecz straszna. Major się zakochał. Nie zrobił tego, co zrobiłby 

153

background image

każdy rozsądny mężczyzna na jego miejscu - nie znalazł odpowiedniej, 
dobrze   urodzonej   damy   z   przyzwoitym   posagiem,   której   mógłby 
złożyć właściwą propozycję. Przekonał się za to, że nie może przestać 
myśleć o Merab Hartfield. Nawet kiedy pani Harrison zapewniła go 
(oczywiście   w   tajemnicy),   że   panna   Hartfield   jest   biedna   jak   mysz 
kościelna,  i  że  jej   matka  była  niewiele  lepsza  od  prostytutki,   major 
wcale nie przestał jej adorować.

Zrobił nawet coś, co nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy; 

podzielił  się swymi  kłopotami   ze  szwagrem,  wielebnym  elementem 
Hartcourt.

-   No,   mówię   ci!   -   krzyczał.   -   Po   prostu   nagle   przestało   mnie   to 

obchodzić! Do diabła, co się ze mną dzieje? Mówią mi, że być może jest 
bękartem, a ja myślę tylko o tym, że wyjechała!

- Być może - zasugerował łagodnie pan Hartcourt - odkryłeś właśnie, 

że kochasz kogoś bardziej niż samego siebie?

- Co? - huknął major. - Kochać ją?! Ale jak ja mogę to robić? Nie 

słyszałeś,  co  ci  przed  chwila  powiedziałem?   Ona  jest   bękartem  bez 
grosza przy duszy.

- A jak inaczej nazwałbyś to uczucie? - spytał szwagier.
Major spojrzał nań ze złością.
Kiedy Merab wróciła do Bath, major znalazł się w jeszcze Większej 

rozterce.   Przez   całe   życie   wydawał   rozkazy,   które   natychmiast 
wykonywano.   Jego   ordynans   spełniał   bez   szemrania   wszelkie 
polecenia; podwładni gotowi byli wykonać każdy nakaz; służący w 
domu byli równie zdyscyplinowani jak żołnierze - nie mógł jednak 
rozkazać niczego Merab. Z niechęcią musiał w końcu przyznać przed 
samym   sobą,   że   tutaj   akurat   role   zostały   odwrócone,   i   że   to   on 
natychmiast spełnia wszelkie życzenia panny Hartfield. Co gorsza, zdał 
sobie sprawę, że chce je spełniać.

Zaczynał rozumieć, że w jego życiu pojawiło się coś, o czym dotąd nie 

miał pojęcia, i musi się temu poddać, czy tego chce, czy nie.

Pan Hartcourt przyglądał się temu z daleka przez kilka tygodni, i 

któregoś dnia z pewnym wahaniem powiedział do żony:

- Wiesz co, zaczynam wierzyć, że twój brat nie jest aż takim upartym 

154

background image

głupcem, za jakiego zawsze go miałem.

-   Pha!   -   parsknęła   tylko.   -   Jest   ohydnym   bufonem   i   zawsze   nim 

pozostanie.

- Nawet bufoni czasami się zakochują - odparł pan Hartcourt.

Jedną   z   największych   przyjemności,   jakie   Merab   czerpała   z 

towarzystwa pani Bridges, były chwile, gdy obie panie siedziały razem 
w salonie. Merab czytała książkę, a pani Bridges szyła, i żadna z nich 
nie czuła się zobligowana do prowadzenia konwersacji. Merab mogła 
być sama ze swoimi myślami. Nawet kiedy pani Bridges widziała, że jej 
towarzyszka od dłuższej już chwili nie przewraca kart książki, nigdy 
nie dręczyła jej zbędnymi pytaniami. Merab mogła mieć tyle spokoju, 
ile tylko chciała.

A potrzebowała go bardzo. Poprzedniego wieczora zdała sobie nagle 

sprawę, że nie tylko ona zakochała się w Rowlandzie, ale i on czuł coś 
do   niej.   Jednak   bezustanne   wspominanie   tych   cennych   chwil   było 
czymś w rodzaju słodkiej tortury, bo jeśli naprawdę ją kochał, dlaczego 
nie   powiedział  jej   o   tym?   Przebywali  razem   w   Bath   już   niemal  od 
dwóch tygodni, zaczął się kwiecień, i choć Rowland był dla niej bardzo 
miły, nie dał jej wyraźnie do zrozumienia, że to właśnie ona jest tą 
jedyną.

Kiedy myślała jeszcze raz o tym, co zdarzyło się w ciągu ostatnich 

kilku tygodni, odnajdywała wiele drobnych momentów, podobnych do 
błyszczących pereł nanizanych na nić naszyjnika, które teraz wydawały 
jej   się   znaczące   -   chwile   milczenia,   czułe   spojrzenia   skrywane 
wstydliwie, gdy tylko go na nich przyłapała, a ostatnio jego niezwykła 
troska.

Lecz czy mogła się mylić? Czy ten pocałunek, który wciąż palił jej 

ramię,   czułe   objęcia,   czy   to   był   tylko   nieistotny   epizod,   chwilowe 
zauroczenie   wywołane   romantycznym   światłem   księżyca   i   jej 
słabością?

Merab   nigdy   dotąd   nie   była   zakochana   -   jak   zresztą   mogła   kogoś 

pokochać, skoro żyła tak długo w zamknięciu? - i cuda nowego świata, 
w którym teraz zamieszkiwała, gdzie kolory były bardziej jaskrawe, a 

155

background image

emocje silniejsze, na nim mogły wcale nie wywierać takiego wrażenia. 
Może   mężczyźni   zupełnie   inaczej   to   odczuwają?   Rowland   mówił 
otwarcie   o   kochankach   jej   wuja   Edmunda,   wydawało   się,   że   wie 
wszystko o świecie cheres amies, od opery do teatru.

Nagle   przyszła   jej   do   głowy   okropna   myśl.   O   Boże,   czyżby   on 

przypuszczał, pomimo wszystkich uprzejmości, jakie jej prawił, że ona 
także   należy   do   takich   kobiet?   Że   może   ją   bezkarnie   całować   i 
obejmować? Przez moment zrobiło jej się zimno z przerażenia. Boże 
drogi, niech to będzie nieprawda! Rowland nie może przecież myśleć, 
że jest kobietą łatwą, tak jak to mówił o jej matce Joseph.

- Merab. - Głos pani Bridges przerwał te rozważania.
- Tak, pani Bridges. - Merab wzięła głęboki oddech i zamknęła książkę.
- Może chciałaby pani przejść się do Pijalni? Mój mąż powinien był już 

skończyć pisanie listów.

Poranne   wizyty   w   Pijalni   były   modne   w   Bath.   Panie   i   panowie 

spotykali się z przyjaciółmi, pili wody i umawiali się na popołudnie.

- Tak, oczywiście, pani Bridges.
Pijalnia była teraz mniej zatłoczona niż kilka tygodni wcześniej, gdyż 

zbliżał się już koniec sezonu zimowego i wiele rodzin wyjeżdżało na 
lato do Londynu lub wracało do swych majątków na wsi. Państwo 
Bridges   poszli   więc   pić   wody   lecznicze   i   odrobinę   poplotkować,   a 
Merab,   która   nie   bardzo   wiedziała,   co   ze   sobą   zrobić,   postanowiła 
przejrzeć listę gości. Opasłe tomisko spoczywało na stoliku pod oknem 
i wpisywał się tam każdy, kto chciał poinformować przyjaciół o swym 
przyjeździe,   a   także   zasygnalizować   jednemu   z   dwóch   Mistrzów 
Ceremonii, że spodziewa się ich wizyty i że chętnie opłaci wstęp na 
wszelkie imprezy towarzyskie.

Merab przeglądała powoli kolejne stronice. Nie spodziewała się ujrzeć 

tam żadnych znajomych nazwisk. Usiadła w tym miejscu tylko po to, 
by znaleźć się poza zasięgiem wzroku Bridgesów, gdyby do Pijalnia 
przyjechał  Rowland   i  chciał  się   z  nią  przywitać.   Jednak   to,   co   tam 
zobaczyła, sprawiło, że jej serce na moment zamarło, a potem zaczęło 
bić jak szalone.

Na dole stronicy, przy adresie Green Park Buildings, znajdował się 

156

background image

dobrze jej znany, zamaszysty podpis: E. O’Riley.

9

Joseph   spędził   kilka   następnych   dni   analizując   w   myślach   różne 

wersje   planu   porwania.   Jednak   powoli   i   z   pewną   niechęcią 
uświadamiał  sobie, że o  ile  podobne  wydarzenia mogły  być  czymś 
całkiem   zwyczajnym   -   a   nawet   nieodzownym   -   w   powieściach 
gotyckich, o tyle w konkretnej rzeczywistości szacownego angielskiego 
miasteczka   dokonanie   podobnego   wyczynu   napotkałoby   wiele 
trudności. Nocni stróże w Bath mieli fatalny zwyczaj patrolowania ulic 
i nie wahali się skorzystać z gwizdka, kiedy potrzebowali pomocy. 
Ojcowie miasta doskonale zdawali sobie sprawę, że Bath będzie nadal 
prosperowało   tylko   wtedy,   gdy   zapewnią   gościom   absolutne 
bezpieczeństwo i ochronę. Joseph przypuszczał też, że niełatwo będzie 
przekupić   stangreta,   a   potem   być   pewnym,   że   nie   wyda   go   w 
śledztwie. Wiele nieprzewidzianych wypadków mogło pokrzyżować 
mu plany.

Początkowo nie zdawał sobie sprawy, że los podsuwa mu doskonałą 

okazję,   kiedy   pewnego   wieczora   spotkał   spacerującą   przy   opactwie 
Lottie. Młoda służąca od powrotu ze wsi nudziła się w Bath. Kapral 
wymaszerował z miasta wraz ze swym oddziałem, koleżanki miały już 
dość jej  opowieści  o napadzie, a  ze  względu  na  stan  zdrowia  lady 
Wincanton   w   domu   musiała   panować   idealna   cisza.   Co   więcej, 
gospodyni, surowa metodystka, twierdziła, że szatan tylko czyha na 
dusze   bezczynnych   panienek   i   wynajdywała   Lottie   coraz   to   nowe 
zajęcia,   aby   dziewczyna   nie   miała   choćby   jednej   wolnej   chwili. 
Uważała, że Lottie już raz upadła, zadając się z żołnierzem - a wszyscy 
znają reputację tych łajdaków - i nie zamierzała pozwolić, by znów 
przydarzyło jej się coś podobnego.

Jednak   tego   akurat   wieczora   Lottie   zdołała   uśpić   jej   czujność   i 

wymknąć się z domu. Wybrała się na Pump Yard i przechadzała się 
powoli tam i z powrotem, czekając na jakiegoś młodego mężczyznę, 
który   skłonny   byłby   postawić   jej   drinka   i   zabawiać   ją   przez   cały 
wieczór. Lottie była ładną dziewczyną - miała dołeczki na policzkach i 
niebieskie oczy, i wiedziała, że wygląda wyjątkowo korzystnie w swej 

157

background image

różowej sukience. Dlaczego nie mogła się zabawić, kiedy jeszcze była 
młoda?

Joseph   także   odczuwał   potrzebę   spotkania   z   jakąś   miłą 

przedstawicielką   płci   przeciwnej.   Przyglądał   się   Lottie   okiem 
doświadczonego podrywacza i doszedł do wniosku, że dziewczyna nie 
jest prostytutką. Bath miało swoją dzielnicę pod czerwoną latarnią, w 
starej   części   miasta,   przy   kanale.   Było   to   miejsce   brzydkie   i 
niebezpieczne   -   ojcowie   miasta   nigdy   nie   pomyśleli   o   tym,   by   tam 
również   patrolować   nocą   ulice.   Nie,   ta   dziewczyna   była   zapewne 
służącą   albo   sprzedawczynią,   która   szukała   jakiejś   wieczornej 
rozrywki.

Zatrzymał   się   obok   niej   i   uchylił   kapelusza.   Lottie,   zrozumiawszy 

natychmiast   ten   gest,   upuściła   wdzięcznie   rękawiczkę.   Wkrótce 
wywiązała   się   między   nimi   rozmowa,   a   po   chwili   Joseph 
zaproponował, że odprowadzi Lottie do Ogrodów Sydney, jednego z 
najpiękniejszych   zakątków   Bath,   w   którym   znaleźć   można   było 
wszystko,   co   tworzy   nastrój   romantycznego   spaceru   -   migotliwe 
światła latarń, muzykę, labirynt ścieżek i urokliwe zakątki.

Lottie była tym ogromnie przejęta. Prawdziwy dżentelmen zabierał ją 

na spacer do Ogrodów Sydney, a to znaczyło, że nie musi płacić sześciu 
pensów za wstęp. Być może kupi jej coś do picia, a jeśli poprosi o 
całusa, to cóż, jest przecież miłym dżentelmenem, czemu miałaby mu 
żałować zwykłego pocałunku?

Joseph postarał się o to, by jego towarzyszka dobrze się bawiła. Lottie 

szalała na huśtawkach, zabłądziła w labiryncie i z zachwytem oglądała 
kolorowe światła.

- Och, to takie śliczne! - wykrzykiwała. - Moja pani będzie niedługo 

rodzić i w ogóle nie wychodzi z domu. Strasznie tam teraz nudno, 
nawet sobie pan nie wyobraża!

- A kim jest ta niedobra pani? - Joseph położył rękę na oparciu ławki 

za plecami Lottie i delikatnie gładził ją po karku.

- Lady Wincanton. - Palce Josepha znieruchomiały. Lottie kręciła się 

niecierpliwe, chcąc zachęcić go do dalszych poczynań. - Byłam na wsi z 
panną Hartfield, to jej przyjaciółka, przez tydzień, może trochę dłużej, i 

158

background image

to było takie ciekawe, a kiedy tu wróciłam, to nic tylko praca i nuda.

-   Doprawdy?   -   Dłoń   Josepha   zaczęła   błądzić   wokół   wstążek 

podtrzymujących jej gorset. - Proszę mi o tym opowiedzieć.

Kiedy  jakąś  godzinę  później  Joseph  odprowadzał   zaczerwienioną   i 

rozchichotaną Lottie do domu, miał już wszystkie informacje, których 
potrzebował.   Pocałował   ją   na   dobranoc,   wsunął   jej   w   dłoń   pięć 
szylingów i ruszył z powrotem w stronę Queen’s Square zatopiony w 
myślach.

Sprawa dziedzictwa Hartfieldów nie wyglądała więc do końca tak, jak 

przedstawiła ją Merab, myślał z gniewem. Opowiadanie Lottie było 
trochę nieskładne, ale najważniejsze punkty przedstawiały się całkiem 
jasno.   Jeśli   Sandiford   ożeni   się   z   Merab   przed   wyznaczoną   datą, 
majątek   będzie   należał   do   nich;   jeśli   nie,   wszystko   pójdzie   na   cele 
dobroczynne.   Joseph   zastanawiał   się,   co   do   diabła   knuje   Rowland, 
skoro nie zabezpieczył majątku od razu. Czy testament przewidywał 
jakąś   inną   możliwość?   Jego   prawniczy   umysł   pracował   na   pełnych 
obrotach.   Co   stałoby   się   na   przykład,   gdyby   Merab   umarła   przed 
upływem sześciu miesięcy? Czy Sandiford odziedziczyłby od razu całą 
fortunę? Należało poważnie zbadać tę sprawę.

Nazajutrz rano Joseph wsiadł do dyliżansu pocztowego i wyjechał do 

Hartfield.

Merab nie była w stanie odwiedzić Elizy O’Riley jeszcze tego samego 

dnia,   na   co   wcześniej   liczyła,   gdyż   pani   Bridges   przeziębiła   się   i 
musiała   leżeć   w   łóżku.   Kilka   następnych   dni   Merab   poświęciła 
wyłącznie opiece nad swą chorą gospodynią. Pani Beidges zazwyczaj 
cieszyła się doskonałym zdrowiem i jej nagła choroba wprawiła cały 
dom w nieopisany chaos, co z kolei wyraźnie złościło matkę Rowlanda 
i nie wpływało dobrze na jej stan. Merab, dziękując teraz opatrzności, 
że potrafi zajmować się domem, robiła, co w jej mocy. Nadzorowała 
służbę,   pocieszała   panią   Bridges,   zamawiała   wizyty   lekarskie. 
Przygotowywała lemoniadę i kleik jęczmienny dla chorej, chłodziła jej 
czoło wodą kolońską i pilnowała, by nikt nie zakłócał jej spokoju.

Rowland przychodził każdego popołudnia, by zobaczyć się z matką. 

159

background image

Pewnego   razu   zaproponował   Merab,   że   zabierze   ją   do   Bawialni. 
Pokręciła głową.

- Nie mogłabym bawić się dobrze, wiedząc, że pani Bridges jest chora.
- Więc czy mogę przynajmniej przychodzić tutaj? Obiecuję, że nie będę 

pani przeszkadzał.

Merab przyjrzała mu się ze smutkiem. Był nadzwyczaj uprzejmy i 

zatroskany,   jednak   zdawało   się,   iż   zależy   mu   bardziej   na   tym,   by 
dopilnować porządku, niż by wykorzystać okazję na małe tête-à-tête ze 
swą kuzynką.

- Oczywiście, kuzynie. To bardziej pański dom niż mój.
Właściwie   Merab   miała   ogromne   skrupuły,   czy   sama   powinna   tu 

zostać. Przed wyjazdem powstrzymywała ją jednak pani Bridges, która 
często powtarzała:

- Merab, jak to dobrze wiedzieć, że pani tu jest, i że dopilnuje pani 

wszystkiego.

Zdawało się, że te cudowne chwile w bramie znikły bezpowrotnie. 

Rowland nie czynił żadnych gestów w jej kierunku, nawet kiedy byli 
sami w salonie, nie mówił nic, co mogłoby świadczyć o tym, że żywi do 
niej jakieś specjalne uczucia. Czasami łudziła się, że słyszy jakąś nutkę 
czułości w jego głosie, czasami zdawało jej się, że patrzy na nią, kiedy 
nikt tego nie widzi, ale potem zawsze ogarniało ją zwątpienie. Tamtego 
wieczora wierzyła, że jest kochana. Lecz czy to w ogóle było możliwe? 
Wiedziała,  jak   bardzo   przywiązany   był  do   Kitty,  choć   jego   uczucia 
potraktowane zostały z wyjątkowym okrucieństwem. Czy naprawdę 
mogła pozwolić sobie na przypuszczenie, że teraz darzy podobnym 
uczuciem właśnie ją?

Setki myśli i pytań kłębiły się w jej głowie. Jeśli rzeczywiście ją kocha, 

to   dlaczego   jej   o   tym   nie   powie?   Co   powinna   teraz   zrobić?   Kitty 
doskonale znała mechanizmy damsko-męskiego flirtu i wiedziała, jak 
zachęcić nieśmiałego adoratora do bardziej otwartych działań, jednak 
Merab była w tych sprawach zupełnie nieobyta. Wiedziała tylko, że 
jeżeli   chce   zachować   szacunek   dla   samej   siebie,   musi   skrywać   swe 
uczucia.   Mogła   się   przecież   mylić   -   gdyby   otworzyła   serce   przed 
Rowlandem, a okazałoby się, że jest dla niego jedynie ubogą krewną, 

160

background image

która   wkrótce   zniknie   z   jego   życia,   doznałaby   straszliwego 
upokorzenia, najgorszego, jakie mogło ją spotkać.

A jednak zdarzały się chwile, kiedy Rowland jakby zapominał o swej 

sztywnej   pozie.   Wtedy   znów   łączyła   ich   jakaś   niewidzialna   nić 
sympatii. Pewnego dnia Rowland z rozbawieniem odkrył, że Merab 
czyta Moll Flanders.

- Znalazła pani tę książkę u lady Wincanton! - wykrzyknął. - Muszę 

przyznać, że jestem zdumiony. Myślałem, że lady Wincanton uważa 
podobną literaturę za wysoce niestosowną.

- Znalazłam ją w bibliotece sir Thomasa - sprostowała Merab. - Nie 

wiem nawet, czy sir Thomas wiedział o jej istnieniu. Była wciśnięta 
między   Cycerona   i   Herodota,   a   kiedy   ją   otworzyłam,   ze   środka 
wyleciały kłęby kurzu.

- Przeczytałem to pewnego lata, kiedy przyjechałem do domu z Eton - 

powiedział Rowland. - Pamiętam, że wydawało mi się wtedy, iż Moll 
jest niepokojąco męska.

-   Nie,   dlaczego?   Ona   chce   tylko   przetrwać,   to   wszystko.   A   tylko 

przechytrzając społeczeństwo mogła spokojnie żyć.

- Ale chyba nie zaprzeczy pani, że łamie wszelkie zasady kodeksu 

moralnego uznanego przez mężczyzn?

-   Ale   nie   wszystkie   zasady   kodeksu   uznanego   przez   kobiety   - 

odparowała Merab.

- A czy one się czymś różnią?
-   Czasami   społeczeństwo   wymusza   takie   różnice   -   odparła   Merab 

poważnie.   -   Gdybym   była   mężczyzną,   mogłabym   wykorzystać   mój 
skromny   posag   i   zająć   się   jakimś   rzemiosłem   lub   handlem,   żeby 
poprawić swoją sytuację.  Ponieważ jednak jestem kobietą, nie mam 
dostępu do takich możliwości i skazana jestem na biedę. Gdybym była 
Moll,   przekonałabym   się   sama,   jak   atrakcyjne   może   być   życie   z 
kradzieży i nieuczciwych dochodów.

- Zaczynam podejrzewać - mówił Rowland z uśmiechem, - że pani 

poglądy są znacznie bardziej radykalne od moich! Kiedy studiowałem 
w Oksfordzie, kilka razy omal nie zostałem wyrzucony z uczelni za 
pisanie radykalnych pamfletów, ale pani pomysły są znaczne bardziej 

161

background image

rewolucyjne niż moje.

- Naprawdę? - Tym razem Merab uśmiechnęła się lekko. Pomyślała o 

długich latach spędzonych u boku dziadka. - Miałam mnóstwo czasu 
na myślenie - powiedziała, po czym niespodziewanie dla samej siebie 
dodała: - Często myślałam też o panu, to znaczy... bo pan był jedynym 
członkiem rodziny, o którym dziadek kiedykolwiek wspominał. Nigdy 
nie mówił o moim ojcu ani o wuju Edmundzie. Zawsze tylko o panu i 
pańskich   szalonych   poglądach.   -   Roześmiała   się.   -   Dlatego   bardzo 
chciałam   pana   poznać.   -   Zamilkła,   przestraszona,   że   być   może 
powiedziała za dużo.

- Naprawdę? - Głos Rowlanda był zadziwiająco łagodny. - Szkoda, że 

nie wiedziałem. Uniknęlibyśmy wtedy wielu nieporozumień.

- Wątpię, czy dziadek chciał, byśmy się dobrze rozumieli - odparła 

Merab cierpko.

-   Pewnie   nie   -   zgodził   się   Rowland.   -   Ale   gdybym   znał   panią 

wcześniej, nie robiłbym z siebie takiego głupca wobec Kitty.

Serce   Merab   zaczęło   walić   jak   szalone.   Czyżby   coś   wreszcie   się 

zaczynało?

- Och? - wykrztusiła z nadzieją w głowie, ale Rowland, nie powiedział 

już nic więcej.

Pomimo tych szczęśliwych chwil spędzonych z Rowlandem, był to dla 

Merab trudny czas. Z ulgą przyjęła powrót do zdrowia pani Bridges, 
gdyż to oznaczało, że jej gospodyni znów będzie mogła przesiadywać z 
nią w salonie.

Życie   powoli   wracało   do   normy.   Pani   Bridges   mogła   z   powrotem 

przejąć wszelkie obowiązki związane z prowadzeniem domu. Umówiła 
Merab na spacer z Lavinią Heslop. Powiedziała jej, że Lavinią to dobra 
dziewczyna, i że nie może już patrzeć, jak pani Banstead wysługuje się 
nią na każdym kroku. Merab wyświadczy jej więc przysługę, wycią-
gając ją z domu na spacer.

- Za długo musiała pani siedzieć tu ze mną - zakończyła. - Spacery 

dobrze pani zrobią. Może wybierzecie się na Lansdown? Podejrzewam, 
że   jeszcze   pani   tam   nie   była,   a   można   tam   pooglądać   naprawdę 
wspaniałe widoki.

162

background image

Lavinia z radością przyjęła zaproszenie. Przez całe życie mieszkała 

przecież na wsi i przyzwyczajona do długich spacerów, nie mogła już 
znieść zamknięcia w czterech ścianach domu pani Banstead.

- Och, panno Hartfield! - wykrzyknęła z zachwytem, kiedy po raz 

pierwszy wybrały się na przechadzkę i wyszły wreszcie poza miasto. - 
Jak tu pięknie. Nawet sobie pani nie wyobraża, jak okropnie się czułam, 
siedząc całymi dniami w domu. Choć oczywiście pani Banstead jest dla 
mnie bardzo miła - dodała sumiennie.

Merab nadaremnie próbowała wcześniej stłumić w sobie niechęć do 

wspólnego spaceru z Lavinia. Jednak i ona poczuła się znacznie lepiej, 
gdy   wyszła   wreszcie   na   otwartą   przestrzeń,   a   młodzieńczy   zapał 
Lavinii   był   tak   zaraźliwy,   że   nie   mogła   mu   się   oprzeć.   Próbowała 
zapomnieć   o   tym,   że   związek   Rowlanda   i   panny   Heslop   byłby   z 
pewnością mile widziany przez obie rodziny.

Jednak choć Lavinia często wspominała o Rowlandzie - opowiadała, 

jak pomógł jej wsiąść na jej pierwszego kucyka, jak kiedyś pośliznęła się 
niebezpiecznie, a on podtrzymał ją i uratował przed kąpielą w zimnym 
strumyku - to traktowała go raczej jak starszego brata, a nie adoratora.

Merab nie mogła się powstrzymać, by nie spytać o Kitty Parminster.
- Zdaje się, że pan Sandiford żywił kiedyś ciepłe uczucia do pani 

przyjaciółki, panny Parminster - zaczęła niewinnie. Lavinia wyglądała 
jednak   na   mocno   zaniepokojoną,   więc   Merab   dodała   szybko:   - 
Wspomniała o tym pani Bridges, a poza nią wie o tym jeszcze tylko 
kilka osób.

Lavinia westchnęła.
- Jestem pewna, że ponieważ należy pani do rodziny, mogę z panią 

spokojnie rozmawiać na ten temat. Och, panno Hartfield, było mi tak 
bardzo szkoda pana Sandiforda. Nawet kiedy mieszkałyśmy w Bath, 
Kitty pozwalała mu się adorować, potajemnie oczywiście. Jest moją 
przyjaciółką, ale wydaje mi się, że to było trochę nieuczciwe z jej strony. 
Kiedyś... - Zamilkła nagle.

- Kiedyś? - zachęcała ją Merab.
- Kiedyś widziałam, jak całują się za palmami.
Serce Merab zamarło na moment, a potem zalała ją fala ogromnej, 

163

background image

niezrozumiałej zazdrości.

-   To   było   zaledwie   dzień   przed   oświadczynami   wicehrabiego 

Claydona   -   mówiła   dalej   Lavinia.   -   A   kiedy   wypominałam   jej   to, 
roześmiała   się   i   powiedziała,   że   pan   Sandiford   powinien   się   sam 
pilnować.

Dobrze   mi   tak,   myślała   Merab.   Nie   powinnam   była   o   nic   pytać. 

Pocałunek Rowlanda, wtedy w bramie, nabrał nagle innego, zupełnie 
zwykłego wymiaru, i trudno jej było to znieść. Myliła się. A więc to nie 
miało   żadnego   znaczenia,   ot,   przyjacielski   pocałunek,   który   miał   ją 
pocieszyć i uspokoić.

Kiedy   wróciła   do   domu,   pani   Bridges   była   zaczerwieniona   i 

podekscytowana.

- Merab! - wykrzyknęła. - Bogu dzięki, że pani wróciła.
- A cóż takiego się stało, kochana pani Bridges? O Boże, mam nadzieję, 

że to nie złe wieści od Wincantonów?

-   Nie,   nic   podobnego.   Była   tu   pani   Tiverton.   Obawiam   się,   że   w 

towarzystwie znów krążą plotki.

- Ale o czym? O... mojej mamie?
- Nie. O testamencie.
- O testamencie?
Pani Bridges przyłożyła dłoń do czoła.
- O mój Boże, to takie okropne. - I ku przerażeniu Merab wybuchnęła 

płaczem.

- Och, proszę pani. - Merab podbiegła i objęła ją mocno. - Proszę nie 

płakać. Proszę powiedzieć mi, co mówiła pani Tiverton.

Pani Bridges sięgnęła po chusteczkę, lecz dopiero po dłuższej chwili 

mogła   normalnie   mówić.   Pokrótce   wyglądało   to   tak:   pani   Tiverton 
mówiła, że zgodnie z testamentem, który oddawał majątek Merab i 
Rowlandowi, jeśli pobiorą się w określonym czasie, Rowland przejmie 
całość   w   wypadku,   gdyby   Merab   umarła   przed   upływem   sześciu 
miesięcy. Mówiła także - choć zaznaczyła wyraźnie, że uważa to za 
niedorzeczność - iż w plotkach powtarza się wiadomość o tym, jak 
panna Merab omal nie zginęła z rąk „rozbójnika”.

Merab zbladła jak ściana.

164

background image

-   To   znaczy,   że   ludzie   przypuszczają,   że   Row...   pan   Sandiford 

próbował mnie zabić?

Zimny dreszcz wstrząsnął panią Bridges.
- Rowland będzie zrujnowany - zapłakała. - Przepadną wszystkie jego 

nadzieje na miejsce w parlamencie. Kto poprze kandydaturę człowieka 
podejrzanego o morderstwo? Oczywiście, zaprzeczyłam wszystkiemu. 
Ale skąd pani Tiverton mogła się o tym wszystkim dowiedzieć? I w 
dodatku te kłamstwa.

- Czy aby na pewno kłamstwa? - powiedziała Merab powoli. - Ja z 

pewnością nigdy nie słyszałam o tej dodatkowej klauzuli.

- Merab! - Pani Bridges aż wyprostowała się z przerażenia. - Chyba nie 

myśli pani, że Rowland mógłby...

- Nie, oczywiście że nie - odparła Merab niecierpliwie. - Ale mimo to 

zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem prawda, mam na myśli tę 
dodatkową możliwość. A jeśli tak, to skąd się o tym dowiedzieli? Bo to 
oznacza, że ktoś oprócz nas miał dostęp do testamentu!

Merab nie mogła opędzić się od myśli, że najlepszym rozwiązaniem 

dla nich obojga byłby teraz natychmiastowy ślub. Jak jednak mogła to 
zaproponować?  Raz już kategorycznie odmówiła Rowlandowi, a on 
wcale nie był skłonny powtórzyć swej oferty. Co zrobi, kiedy ta plotka 
dotrze   do   jego   uszu?   Merab   podejrzewała,   że   jest   zbyt   dumny,   by 
prosić ją o rękę tylko po to, by ratować swą reputację.

To musi być Joseph, pomyślała. Ten plan nosi wszelkie znamiona jego 

chorego umysłu. Skoro sam nie może się z nią ożenić i uzyskać dostępu 
do majątku Hartfieldów, postanowił stworzyć taką sytuację, w której 
ani ona, ani Rowland również nie będą mogli dostać tych pieniędzy. 
Rowland nie oświadczy się jej  po raz  drugi  i będzie musiał znosić 
wszelkie kalumnie i oskarżenia. Pani Bridges miała zapewne rację - jego 
przyszłość malowała się teraz w ciemnych barwach. Chyba że ktoś 
znalazłby sposób, by położyć kres tym plotkom raz na zawsze.

Jak jednak udowodnić, że to Joseph jest wszystkiemu winien? Jak go 

zdemaskować?

Budynki Green Park, gdzie wynajęła pokoje Eliza O’Riley, znajdowały 

165

background image

się   w   niżej   położonej   części   miasta.   Z   okien   usytuowanych   tam 
mieszkań roztaczał się piękny widok na łąki Kingsmead i rzekę Avon. 
Było to miłe miejsce, niezbyt odległe od Pijalni i łaźni, a wystarczająco 
oddalone   od   głośnego   i  zatłoczonego   centrum   miasta.   Pani   O’Riley 
wynajęła   cztery   pokoje   dla   siebie,   służącej,   i   młodego   mężczyzny, 
którego nazywała siostrzeńcem.

Eliza była zadbaną kobietą dobrze już po pięćdziesiątce, choć sama 

utrzymywała, że ma lat trzydzieści osiem - co robiła już od dłuższego 
czasu. Wiek nie był zresztą jedyną sporną kwestią, gdy chodziło o Elizę 
O’Riley - równie podejrzany był tytuł „pani” przed jej nazwiskiem i jej 
„siostrzeniec”, który w razie potrzeby przemianowywany był na jej 
prawnika, kolegę z Royal Opera, a czasami nawet na woźnicę.

Eliza już na początku swej kariery nauczyła się, że sama musi dbać o 

swoje sprawy, i że to, co świat nazywał „przyzwoitością”, stanowiło 
tylko środek, za pomocą którego kobiety takie jak ona utrzymywane 
były   w   poddaństwie.   Zawsze   starała   się   zachowywać   pozory 
przyzwoitości na tyle, na ile tylko było to możliwe. W odróżnieniu od 
wielu   dziewcząt   z   opery   nie   chadzała   więc   na   dzikie,   całonocne 
przyjęcia, zaś wybierając sobie kochanków miała na względzie nie tylko 
rozwój swej kariery, lecz również dyskrecję.

Unikała   zepsutych   i   zamożnych   arystokratów,   wiedząc,   że   zbyt 

zależało   im   na   reputacji   wspaniałych   i   pożądanych   kochanków,   by 
umieli dochować tajemnicy. Częściej spotykała się z niezadowolonymi, 
żonatymi mężczyznami z klasy średniej, którzy chętnie utrzymywali 
kochanki, woleli jednak uniknąć wszelkich kłopotów małżeńskich. Byli 
wyrozumiałymi   i   miłymi   ludźmi,   z   chęcią   sponsorowali   opery,   w 
których Eliza otrzymywała jakąś dobrą rolę, a kiedy ją opuszczali, byli 
dla niej niezwykle hojni.

Taki   styl   życia   okazał   się   na   tyle   dochodowy,   że   Eliza   mogła 

zrezygnować z opery i z rocznym dochodem ponad czterystu funtów 
cieszyć się owocami swej ciężkiej pracy. Jednym z tych owoców była 
znajomość   z   niestrudzonym   Timem   Heardem.   Tim,   nieślubny   syn 
jednego   ze   stolarzy,   którzy   przygotowywali   scenografię   w   Teatrze 
Królewskim, całe dzieciństwo spędził w tym właśnie i innych teatrach. 

166

background image

Eliza poznała go jako podrostka, gdy rozsypywał trociny na podłodze 
Teatru Królewskiego, by w ten sposób zebrać wszystkie krople parafiny 
i tłuszczu ze świec. Natychmiast poczuła do niego sympatię. Podobała 
jej się energia chłopca i jego spryt. Później, kiedy już dorósł, kilka-
krotnie   ratował   ją   przed   jakimiś   namolnymi   arystokratami,   którzy 
chcieli   spenetrować   jej   garderobę,   gdyż   Tim   jako   młodzieniec 
wszechstronnie   uzdolniony   był   także   pierwszorzędnym   bokserem   i 
aktorem.

Należał   do   ludzi,   których   wieku   nie   można   określić   tylko   po 

wyglądzie, i mógł równie dobrze mieć lat trzydzieści, jak i pięćdziesiąt. 
W rzeczywistości miał trzydzieści osiem i przez ostatnie dwadzieścia 
lat cieszył się względami Elizy, gdy sprzyjały temu okoliczności. Teraz 
właśnie   Tim   miał   ważne   powody,   by   znaleźć   się   poza   Londynem 
(jakieś nie całkiem uczciwe interesy) i z radością gotów był spędzić 
kilka miesięcy w Bath. Przemienił się w siostrzeńca Elizy, odprowadzał 
ją codziennie do Pijalni i otaczał ją wszelką opieką. To, co działo się w 
zaciszu wynajmowanych przez nich pokojów, nie powinno było nikogo 
interesować.

To właśnie Tim znalazł kiedyś przerażoną Abigail Cooper, ukrywającą 

się w pomieszczeniu dla stolarzy na tyłach sceny, gdzie skryła się przed 
jakimś natrętnym i lubieżnym adoratorem. Tim zaprowadził ją do Elizy 
i przedstawił w następujący sposób;

- Patrz, Liza, następne pisklę dla ciebie, chyba nawet nie do końca 

wyklute.

Eliza wzięła Abby pod swe skrzydła, chroniła ją, wtajemniczyła w 

tajniki zawodu i pilnowała, by nikt jej nie molestował. A nie należało to 
do łatwych zadań. Abby była bardzo ładna, a do tego roztaczała wokół 
siebie aurę kruchości i niewinności, co przyciągało do niej całe stada 
zalotników.   Niewielu   spośród   zarozumiałych   przedstawicieli 
arystokracji skłonnych było uwierzyć, że ta dziewczyna poświęcała się 
wyłącznie swej pracy. Stawiano zakłady, kto pierwszy zdobędzie tę 
dziewiczą fortecę.

Choć nie brakowało jej talentu - Eliza przyznawała, że głos Abigail był 

niezwykle czysty - z pewnością nie pasowała do zgiełku i ciężkich 

167

background image

warunków teatralnego życia. Eliza była więc bardzo zadowolona, kiedy 
pojawił się Jonathan Hartfield.

- Kocham Jonathana, naprawdę go kocham - chlipała Abby. - Ale moje 

życie to śpiew! Elizo, urodziłam się, by śpiewać.

- Może - odpowiadała wtedy Eliza. - Ale żyjąc w ten sposób, wkrótce i 

tak nie będziesz mogła śpiewać. Posłuchaj tylko, jak okropnie kaszlesz 
od czasu, gdy musiałaś uciekać w deszczu przed tym... kto to był? Lord 
Penrith?

- Jonathan nie pozwoli mi nadal śpiewać - powiedziała Abby.
- Nie - zgodziła się Eliza. - To nie dość przyzwoite. - Skrzywiła się 

wymownie.

W końcu jednak zwyciężyła miłość i Eliza odprowadziła przyjaciółkę 

do ołtarza. Później ich przyjaźń powoli słabła, co było nieuniknione. 
Eliza   zdawała   sobie   sprawę,   że   choć   Jonathan   zawsze   był   dla   niej 
uprzejmy i bez końca dziękował jej za opiekę, jaką otaczała jego żonę, 
wolał, by tak właśnie się stało. Abby była zbyt lojalna, by sprzeciwiać 
się jego życzeniom, toteż składała jej tylko krótkie wizyty raz na kilka 
miesięcy lub pisała listy. Ostatni Eliza otrzymała na Boże Narodzenie 
po śmierci Jonathana. Abby pisała, że wraz z Merab przeprowadziła się 
do   Hartfield   Hall.   Stan   jej   zdrowia   był   bardzo   kiepski.   Oba   płuca 
zostały już zainfekowane i teraz była to już tylko kwestia czasu. Jak 
zawsze serdecznie ją pozdrawiała.

Po przyjeździe do Bath Eliza dziwnie często myślała o Abby. Być może 

dlatego, że tak wielu było tutaj schorowanych ludzi, a być może, jak 
pomyślała później, dała o sobie znać niezwykła intuicja odziedziczona 
po   irlandzkich   przodkach.   Nie   była   więc   bardzo   zdumiona,   kiedy 
pokojówka przyniosła jej kartę z nazwiskiem „Panna Merab Hartfield”. 
Eliza siedziała właśnie w salonie z Timem i bez słowa podała mu kartę. 
Tim gwizdnął przeciągle.

- Córka Abby?
-   Tak   myślę.   Chyba   nie   ma   na   świecie   drugiej   Merab   Hartfield.   - 

Skinęła na służącą. - Poproś pannę Hartfield, by weszła tutaj.

Tim podniósł się ze swego miejsca.
- Lepiej poradzisz sobie sama, moja droga. Wrócę później.

168

background image

Eliza   nie   odpowiedziała.   Z   obawą   wpatrywała   się   w   kartkę.   Co 

wiedziała   ta   Merab   Hartfield?   Nie   daj   Boże,   by   musiała   wyjaśniać 
szczegóły kariery Abby jakiejś napuszonej damulce!

Jednak zarówno Eliza, jak i Merab zostały mile zaskoczone tym, co 

ujrzały. Eliza była wzruszona podobieństwem swego gościa do matki. 
Merab   miała   te   same   lśniące   ciemne   oczy,   jednak   siła   charakteru   i 
determinacja upodabniały ją raczej do pani O’Riley, niż do matki. Eliza 
podziwiała śmiałość i zdecydowanie, z jakim Merab opowiadała jej o 
swych problemach.

Merab z kolei odniosła wrażenie, że jej rozmówczyni jest sympatyczna 

i  tolerancyjna.   Właściwie  po   raz   pierwszy   od   śmierci  matki   została 
przez kogoś w pełni zaakceptowana taka, jaka jest. Eliza pozwoliła 
sobie ujawnić, jaką rolę odegrała w życiu Abby, natomiast nietrudno 
było domyślić się, że jej życie dalekie było od konwencjonalnych norm 
przyzwoitości. Merab ze zdziwieniem stwierdziła, że wcale jej to nie 
przeszkadza.   Nagle   wszystkie   te   utarte   normy   i   zasady   zaczęły   ją 
denerwować. Czym było dobre pochodzenie w porównaniu z dobrym 
sercem? A tego pani O’Riley z pewnością nie brakowało.

Eliza była tak sympatyczna i miła, że Merab z rozpędu opowiedziała 

jej o całym swoim dzieciństwie, o śmierci ojca i ostatnich okropnych 
latach spędzonych z dziadkiem.

- Moje ty biedactwo! - zawołała Eliza. - Szkoda, że nic nie wiedziałam. 

Obawiam   się   jednak,   że   i   tak   niewiele   mogłabym   pomóc.   Zanim 
zrezygnowałam   ze   śpiewania,   prowadziłam   bardzo   nieustatkowane 
życie. Chyba nie wyszłoby to na zdrowie, młodej panience.

- Nie mogę przestać myśleć - mówiła Merab cierpkim tonem - że bycie 

tak   zwaną   „damą”   ma   wiele   poważnych   wad.   Przed   końcem   lata 
muszę znaleźć sobie posadę nauczycielki za trzydzieści funtów rocznie, 
jeśli będę miała szczęście, oczywiście. To dla mnie jedyne wyjście, jeśli 
nadal   chcę   być   porządną,   zasługującą   na   szacunek   damą. 
Powiedziałam kiedyś mojej przyjaciółce, że znacznie lepsza byłaby dla 
mnie posada gospodyni, która jest z pewnością lepiej płatna, ale ona tak 
się przeraziła, że nie wspomniałam o tym już więcej!

Eliza roześmiała się i przyjrzała Merab z ciekawością. Dlaczego ona 

169

background image

musi   pracować,   zastanawiała   się   w   duchu.   Była   dobrze   ubrana   i 
najwyraźniej nie brakowało jej niczego.

- Proszę mi powiedzieć, dlaczego musi pani zostać guwernantką - 

poprosiła, po czym dodała szybko, widząc wahanie Merab. - Mogę 
panią   zapewnić,   że   potrafię   być   dyskretna.   Swego   czasu   musiałam 
dochować wielu tajemnic.

Po   chwili   milczenia   Merab   zdecydowała   się   spełnić   jej   prośbę. 

Powiedziała jej o wszystkim; o testamencie, o Josephie Harrisonie, o 
swojej   sytuacji.   Choć   zmusiła   się   do   tego,   by   wyjaśnić   dokładnie 
warunki testamentu, nie znalazła dość sił, by wspomnieć o Rowlandzie.

Eliza przez całe życie wysłuchiwała zwierzeń różnych ludzi i była 

dość   doświadczona,   by   od   razu   zorientować   się,   że   Merab   omija 
starannie   temat   swego   tajemniczego   kuzyna.   Doszła   jednak   do 
wniosku, że to może jeszcze poczekać. A Tim z pewnością zdobędzie 
wszelkie informacje  dotyczące tego człowieka, jeśli tylko będzie ich 
potrzebować. Tim nie miał równych sobie, kiedy chodziło o zbieranie 
potrzebnych informacji.

-   Poznałam   kiedyś   panią   Harrison,   wówczas   nazywała   się   zresztą 

Dinah Cooper - powiedziała Eliza, kiedy Merab umilkła. - Przyjechała 
do Londynu, żeby przywołać do porządku pani matkę. Między nami 
mówiąc,   była   zazdrosna.   Myślała,   że   Abby   prowadzi   wygodne, 
luksusowe   życie,   przynajmniej   tak   jej   się   wydawało,   i   nie   widziała 
powodu, dla którego i ona nie miałaby z niego skorzystać. Spoglądała 
łaskawym okiem na wielu spośród adoratorów Abby.

- Muszę przyznać, że jestem zdumiona - powiedziała Merab. - Pani 

Harrison jest teraz bardzo surową i pobożną damą.

Po chwili Eliza przypomniała sobie jeszcze coś. Otóż Dinah Cooper 

związała   się   na   dosyć   krótko   z   niejakim   sir   Walterem   Tullochem, 
rozpustnym fircykiem, który zalecał się do Abby. Eliza nie wiedziała, 
co dokładnie wydarzyło się między nimi, ale był to krótki romans - jeśli 
rzeczywiście   można   to   nazwać   romansem.   Wkrótce   potem   Dinah 
wyjechała z Londynu. Przed wyjazdem robiła jeszcze gorzkie wyrzuty 
siostrze, która nic z tego nie rozumiała i przez kilka następnych dni 
była całkiem przybita. Teraz Dinah pojawiała się znowu, w tej samej 

170

background image

aurze złośliwości i zazdrości, a jej syn najwyraźniej w niczym jej nie 
ustępował.

- Cała ta historia z Josephem Harrisonem brzmi bardzo niesmacznie - 

powiedziała pani Eliza. - Zdaje się, że będę musiała zainteresować się 
tym bliżej. Och proszę się nie niepokoić, nikt się o tym nie dowie. Mam 
dostęp do pewnych ludzi i informacji...

-   Dziękuję,   że   zechciała   mnie   pani   przyjąć   -   powiedziała   Merab, 

zbierając   się   do   wyjścia.   -   Bardzo   się   cieszę,   że   mogłam   z   panią 
porozmawiać. Tak bardzo brakowało mi kontaktu z kimś, kto znał moją 
mamę.

- Musi pani odwiedzić mnie znowu - poprosiła Eliza. - Ale lepiej niech 

się pani nie przyznaje publicznie do znajomości ze mną, moja droga. 
Jeśli się pani zgodzi, utrzymamy naszą przyjaźń w tajemnicy.

- Chciałabym móc przedstawić panią moim znajomym - powiedziała 

Merab   z   żalem.   Nie   była   naiwna   -   zdawała   sobie   sprawę,   że   w 
przeszłości Elizy kryło się zapewne wiele zdarzeń, o których lepiej było 
nic nie wiedzieć, i że ze względu na jej wątpliwą reputację najlepiej 
zrobiłaby „zapominając” o tej teatralnej przyjaźni swej matki. Jednak 
polubiła   Elizę,   podziwiała   jej   bezkompromisowość,   a   jej   szczerość 
działała na nią odświeżająco.

- Lepiej nie - odparła Eliza szorstko. - Może kiedyś.
Merab musiała się tym zadowolić.

Był   wieczór.   Amelia   miała   wkrótce   się   położyć.   Babette   czesała 

właśnie włosy swej pani. Musiała jeszcze nawinąć je na papiloty, a 
potem   przykryć   nocnym   czepkiem.   Służąca   i   pani   rozmawiały   o 
plotkach na temat Rowlanda i Merab.

- Pewnie oboje okropnie się tym martwią - kończyła Amelia. - Muszę 

przyznać, że prawie nie spałam ostatniej nocy, kiedy lady Mandersby 
powiedziała mi o wszystkim. Oczywiście, nikt nie przyznaje otwarcie, 
by wierzył w te pogłoski, a ja powiedziałam lady M., że nie ma w nich 
krzty prawdy, ale rzeczywiście wygląda to tak, jakby biedna Merab 
zaplątana była w same skandale. Skąd, do licha, biorą się te wszystkie 
historie?

171

background image

Babette   wzięła   jeden   z   papilotów,   nawinęła   nań   kosmyk   włosów, 

zawiązała umiejętnie i dopiero wtedy odparła:

- Zastanawiam się, miladi, czy pytała pani o to Lottie?
- Lottie?
-   To   jedyna   osoba,   która   była   tam   z   panną   Hartfield   i   panem 

Sandifordem.   A   ostatnio   nic   nie   je.   Tylko   skubie   to,   co   podaje   jej 
gospodyni.

-   Ale   dlaczego   miałaby   rozsiewać   takie   plotki?   Była   zachwycona 

ubraniami,   które   podarowała   jej   panna   Hartfield.   Dlaczego   miałaby 
utrudniać jej życie?

Babette wzruszyła ramionami. Czasami zachowanie Anglików było 

dla niej zupełnie niezrozumiałe.

-   Przywołaj   ją   tutaj,   Babette   -   powiedziała   Amelia,   kiedy   służąca 

skończyła zaplatać jej włosy. - Czekam na nią w buduarze.

Kiedy   Lottie   stawiła   się   we   wskazanym   pokoju,   nerwowo   skubiąc 

fartuszek, lady Wincanton od razu zrozumiała, że dziewczyna ma coś 
na sumieniu. Minęło sporo czasu, nim Amelia zdołała z niej wyciągnąć 
całą historię, ale w końcu dowiedziała się wszystkiego o wieczornej 
wyprawie   i   wycieczce   z   nieznajomym   adoratorem   do   Ogrodów 
Sydney.

- Ja nie chciałam, żeby tak wyszło, proszę pani - wykrztusiła Lottie, 

zalewając   się   łzami.   -   Za   nic   w   świecie   nie   chciałabym   skrzywdzić 
panny Merab.

Amelia   stukała   palcami   w   blat   stołu,   próbując   zebrać   myśli   i 

zapomnieć o dokuczliwym bólu w plecach.

- Kim był ten mężczyzna? - spytała w końcu.
Lottie   nie   wiedziała.   Nie   przedstawił   się.   Opis   mógł   pasować   do 

każdego. W Bath byłe mnóstwo wysokich, ciemnowłosych mężczyzn, z 
których   większość   z   przyjemnością   poflirtowałaby   sobie   z   ładną 
służącą.

- Ale zauważyłam, że miał ładny zegarek kieszonkowy, proszę pani, 

ze swoimi inicjałami. To było zdaje się I.H. albo J.H.

Amelia wyprostowała się nagle. J.H. O mój Boże, pomyślała. To musiał 

być Joseph Harrison.

172

background image

Poderwała się gwałtownie ze swego miejsca.
- Moje przybory do pisania, szybko! - zawołała. - Nie, sama je sobie 

przyniosę.

Obróciła się w miejscu, zrobiła krok naprzód, lecz nagły atak bólu 

zgiął ją wpół. Upadła ciężko na podłogę.

Krzyk Lottie wypełnił cały dom.

Lavinia stwierdziła, że nauczyła się już bardzo wiele, od czasu, gdy 

przyjechała do Bath. Wcześniej nie wiedziała nic o szerokim świecie, a 
towarzystwo znała tylko z opowiadań Kitty. Gdy Kitty opowiadała jej o 
swej   pierwszej   wyprawie   do   Londynu,   o   wszystkich   cudownych 
zalotnikach i liścikach miłosnych, Lavinia słuchała tego jak jakiejś bajki. 
Jak to cudownie, myślała wtedy, być taką piękną i adorowaną Kitty, 
chodzić   na   romantyczne   spotkania   przy   księżycu,   tańczyć   z 
zakochanymi   zalotnikami   i   oglądać   przeróżne   piękne   jedwabie   i 
muśliny, które prezentowali jej pomocnicy sprzedawcy tekstyliów, i z 
których mogła wybrać sobie, co tylko zechciała.

Wierzyła każdemu jej słowu i naiwnie przyjmowała opowieści o jej 

przewagach i triumfach tak, jak oceniała je sama Kitty.

Teraz  widziała,   że   rzeczywistość   wygląda   nieco   inaczej.   Nie   miała 

wątpliwości,   że   dla   Kitty   jej   pobyt   w   Bath   był   kolejnym   z   takich 
triumfów  - czyż nie została narzeczoną wicehrabiego? Lecz Lavinia 
podejrzewała, że było tu także wielu rozsądnych mężczyzn, którzy nie 
ulegli jej urokowi i którzy nie traktowali jej poważnie - na przykład 
major Bendick.

I tu znowu Lavinia napotykała na kolejną zagadkę. Od czasu, gdy 

zaprzyjaźniła się z Merab, poznała majora nieco lepiej. Kiedy zobaczyła 
go po raz pierwszy, gotowa była obdarzyć go wszelkimi możliwymi 
cnotami. Potem odkryła jednak, że nie jest on wcale bohaterem bez 
skazy, a rozmowy z nim stawały się coraz bardziej nużące. Teraz, ku 
swemu zdumieniu, odkryła, że po raz kolejny zmienia o nim zdanie. A 
może to sam major się zmienił? Może coś się z nim stało? Już kilka razy, 
kiedy wybrały się z panną Hartfield na spacer, spotykały po drodze 
majora, który zazwyczaj przyłączał się do nich. Lavinia zauważyła, że 

173

background image

major nie był już tak arogancki jak niegdyś. Nie pouczał ich, nie mówił, 
co mają myśleć, ani nie był już taki pewny, że i tak wie, co i jak myślą 
kobiety. Ba! Coraz częściej pytał je o zdanie w różnych sprawach i 
interesował się tym, co naprawdę myślą, a nie tym, co myśleć powinny.

Czyżby   zakochał   się   w   jej   nowej   przyjaciółce?   Im   baczniej   go 

obserwowała, tym bardziej była o tym przekonana. Była także bardzo 
zadowolona, że sama to spostrzegła, zaś jeszcze większą radość sprawił 
jej   fakt,   że   zniknęło   jej   bezmyślne   uwielbienie   dla   przystojnego 
bohatera.

To właśnie major przekazał Lavinii najnowsze plotki, kiedy spotkał ją 

pewnego ranka w Pijalni.

- To znaczy, że pan Sandiford próbował zamordować pannę Hartfield? 

- zawołała zdumiona.

- Obawiam się, że tak.
- Ależ to absurd!
-   No   cóż,   dobrze   wychowanej   młodej   damie   trudno   uwierzyć   w 

podłość tego świata - odparł major protekcjonalnie.

- Nonsens, majorze - żachnęła się Lavinia. - Znam pana Sandiforda 

przez całe życie. Jego majątek należy do parafii mego ojca!

Major   był   nieco   zaskoczony.   Nie   zastanawiał   się   nigdy   nad 

pochodzeniem Rowlanda - wiedział tylko, że ten przeklęty szlachcic 
pozostaje z panną Hartfield w bliskich stosunkach, o wiele za bliskich 
jak na kuzyna, który podobno ledwo ją zna.

-   Oczywiście   to   tylko   plotka   -   odparł   major,   nieoczekiwanie   dla 

samego siebie.

- Więc dlaczego pan ją rozpowiada? - upomniała go ostro Lavinia. - 

Pan wybaczy, woła mnie pani Banstead.

Ukłoniła mu się najmniej uprzejmie, jak to było możliwe, i odeszła. 

Dopiero później zdała sobie sprawę, że porządnie utarła mu nosa, lecz 
wcale się tym nie przejęła.

Major patrzył za oddalającą się Lavinia z nowym szacunkiem.
Pani   Banstead   chrapała   smacznie   podczas   swej   popołudniowej 

drzemki,   a   Lavinia   wciąż   nie   mogła   przestać   myśleć   o   tym,   co 
powiedział   jej   major.   Choć   trzymała   w   dłoniach   przybory   do 

174

background image

haftowania,   nie   potrafiła   skupić   się   na   pracy;   patrzyła   w   okno   i 
zastanawiała się, co powinna zrobić.

Sama nie chciała rozpuszczać plotek, a ponieważ w tej materii nie 

miała zbyt dobrej opinii o pani Banstead, wolała nie zwierzać się jej ze 
swoich problemów. Z drugiej jednak strony, jeśli Rowland nie wiedział 
jeszcze o niczym, powinien był jak najszybciej poznać prawdę. Pani 
Bridges była jeszcze zbyt chora, by mogła ją odwiedzić, nie znała zaś 
Merab na tyle dobrze, by rozmawiać z nią o podobnej sprawie - poza 
tym,   trudno   było   oczekiwać,   by   panna   Hartfield   zechciała   poinfor-
mować   własnego   kuzyna   o   jego   rzekomych   morderczych   zakusach. 
Tak czy inaczej, Rowland musiał się o wszystkim dowiedzieć, tego była 
pewna.

Pani   Banstead   wciąż   spała.   Lavinia   przeszła   na   palcach   do 

sekretarzyka i zasiadła do pisania. Najpierw  zepsuła całkiem dobre 
pióro,   obgryzając   jego   końcówkę,   później   zmarnowała   kilka   kartek 
papieru,  które kompletnie pomięte wylądowały w koszu na śmieci, 
wreszcie zdołała zredagować krótki list. Był on wyjątkowo lakoniczny i 
z   pewnością   nie   znalazłby   uznania   w   oczach   guwernantki   Lavinii, 
która niegdyś uczyła ją, jak powinien wyglądać list napisany przez 
prawdziwą damę. Spełniał jednak swoje zadanie, a w tej sytuacji to było 
najważniejsze.  Plotki mówią, że napad na Pański powuz był pana dziełem, 
zakończyła.   Piszę   do   pana,   bo   chcę   Pana   ostszec.   Jacyś   złoczyńcy   chcą  
wyrządzić Panu krzywdę. Z powarzaniem, L. Heslop.

Złożyła list, zalakowała go i zaadresowała. Spojrzała jeszcze raz na 

panią   Banstead   i   postanowiła   zaryzykować.   Nie   chciała,   by   list 
dostarczył służący  - młode damy zazwyczaj  nie pisują  do młodych 
mężczyzn, a poza tym na pewno wkrótce dowiedziałaby się o tym jej 
gospodyni. Nie, będzie musiała zająć się tym sama.

- Pani wychodzi, panno Heslop? - spytał zdumiony lokaj, kiedy kilka 

minut   później   Lavinia   w   płaszczu   i   czepku   stanęła   w   drzwiach 
wyjściowych.

-   Potrzebuję   trochę   nici   do   haftowania   -   skłamała   Lavinia.   -   Mam 

nadzieję, że wrócę, nim pani Banstead się obudzi.

Po przeczytaniu wiadomości, Rowlanda ogarnął ogromny gniew. List 

175

background image

Lavinii   pełen   był   błędów   ortograficznych,   ale   treść   pozostawała 
całkiem   jasna.   Rowland   nie   miał   najmniejszych   trudności   ze 
zidentyfikowaniem „złoczyńcy”. To musiał być Joseph.

Kiedy przechadzał się nerwowo po pokoju, po raz pierwszy zaczął się 

zastanawiać   nad   tym,   w   jaki   sposób   testament   Hartfielda   dotykał 
Merab. Początkowo postrzegał go tylko jako złośliwe zrządzenie losu, 
które   niszczyło   jego   nadzieje.   Teraz   zrozumiał,   że   Merab   została 
potraktowana równie okrutnie, i że wkrótce może się stać obiektem 
niewybrednych żartów i kpin. Zgodnie z testamentem, została swego 
rodzaju towarem przetargowym. Co gorsza, zdał sobie sprawę, że to 
jego zachowanie, fakt, że początkowo nie chciał jej uznać, mógł uczynić 
z niej przedmiot okrutnych żartów - złośliwcy twierdziliby zapewne, że 
nie była godna jego oświadczyn. A cóż on mógł na to odpowiedzieć? 
Gdyby oznajmił, że poprosił ją o rękę i został odrzucony, nikt by mu nie 
uwierzył.

Wreszcie zrozumiał także, że oferta, jaką złożył Merab, była dla niej 

upokarzająca.   Jak   mógł  zaproponować   jej   coś   podobnego?  Zupełnie 
jakby   uważał,   że   Merab   nie   ma   nic,   co   mogłaby   zaoferować 
mężczyźnie. Rowland poczuł nagle ogromny wstyd. Jakże był ślepy, 
jakże   arogancki!   Najgorsze   jednak,   że   zmarnował   wszystkie   szansę 
naprawy tej sytuacji.

Nie   zapominał   jednak   o   własnym   położeniu.   Ta   plotka   mogła 

pozbawić go wszelkich widoków  na miejsce w parlamencie. Joseph 
skutecznie pomniejszył jego szansę na zrobienie politycznej kariery, a 
do tego postawił go w bardzo niezręcznej sytuacji względem Merab. 
Nawet gdyby go polubiła, gdyby wysłuchała jego oferty, jakże mogłaby 
zgodzić   się   na   małżeństwo,   które   miało   na   celu   ratowanie   kariery 
politycznej jej przyszłego męża? Jakże mogłaby uwierzyć w jego bezin-
teresowne uczucie?

Pozostawało jeszcze pytanie najgorsze - jak daleko gotów był posunąć 

się   Joseph?   Czy   będzie   próbował   spreparować   kolejny   „wypadek”? 
Rowland   zatrzymał   się   w   pół   kroku,   porażony   myślą,   która 
przyprawiła go o zimny dreszcz.

Czy życie Merab było w niebezpieczeństwie?

176

background image

10

Major Bendick przyglądał się swemu odbiciu w lustrze z mniejszym 

niż   zazwyczaj   zadowoleniem.   Nie   widział   już   wysokiej,   szczupłej 
figury ani elegancko przyciętych żołnierskich wąsików, lecz martwił się 
coraz rzadszą fryzurą  i coraz gęstszą siecią zmarszczek w kącikach 
oczu. Czy panna Hartfield go zechce? Wiedział, że z punktu widzenia 
towarzystwa   byłby   to   związek   daleko   wykraczający   poza   to,   na   co 
mogła kiedykolwiek liczyć. Jednak major zmuszony był już nauczyć 
się, że choć jego sytuacja finansowa budzi powszechne uznanie, nie 
oznacza   to   wcale,   iż   kobieta   godna   miłości   automatycznie   go 
zaakceptuje.

Skonsultował się ze swym szwagrem, który udzielił mu odpowiedzi 

świadczącej w opinii majora o zupełnym braku wyczucia i delikatności:

- Dlaczego po prostu jej nie zapytasz?
Major   krępował   się   mówić   mu,   że   obawia   się   odmowy,   która 

definitywnie położyłaby kres jego nadziejom.

- Nie sądzę, by ci odmówiła - ciągnął pan  Hartcourt,  prawidłowo 

interpretując milczenie majora. - W końcu jest chyba w dość trudnej 
sytuacji, prawda? Jeśli te plotki są prawdziwe, nie ma żadnego majątku, 
zdana jest na łaskę i niełaskę bezwzględnego kuzyna. Choć ja osobiście 
w to nie wierzę. Dla mnie ta intryga szyta jest zbyt grubymi nićmi.

- Ale ten napad!
- Phi! - parsknął pan Hartcourt. - Ja też zostałem napadnięty przez 

jakiegoś zbója, kiedy adorowałem twoją siostrę, chyba pamiętasz, że ci 
o tym mówiłem. Czy też mam przypuszczać, że to twoja sprawka?

-   Więc   myślisz,   że   powinienem   zaryzykować?   -   pytał   major 

zatroskany.

Teraz stał właśnie przed lustrem, gotując się do tego niecodziennego 

wydarzenia.   Wcześniej   już   przygotował   sobie   grunt   z   dokładnością 
właściwą jego wojskowej naturze. Major lubił przestrzegać wszelkich 
konwenansów   i   w   tej   sprawie   skonsultował   się   wcześniej   z   panem 
Bridgesem, jako najodpowiedniejszym krewnym panny Hartfield płci 
męskiej.   (Przecież  nie  prosiłby   o   pozwolenie   tego   Sandiforda!).   Pan 
Bridges obiecał, że Merab będzie sama następnego ranka, jeśli tylko 

177

background image

major chce złożyć jej wizytę.

- Panna Hartfield jest dorosłą osobą - zakończył pan Bridges. - Ani ja, 

ani pani Bridges nie mamy prawa stanowić o jej życiu. Decyzja będzie 
należeć wyłącznie do niej.

Pan Bridges w przeciwieństwie do żony nie bardzo wierzył, by Merab 

i Rowland związali się w końcu ze sobą. Uważał, że major, pomimo 
całej swej pedantem, byłby doskonałą partią dla panny Hartfield. Poza 
tym   taki   związek   usunąłby   wszelkie   wątpliwości   związane   z   jej 
przyszłością i zapewnił jej ogromne poważanie ze strony towarzystwa.

Kiedy nazajutrz rano pan Bridges oświadczył, że zgodnie z zaleceniem 

lekarza  wynajął   dwukołowy  powóz,  by  zabrać   swą  żonę  na  krótką 
przejażdżkę, Merab natychmiast postanowiła zostać w domu - zgodnie 
z oczekiwaniami pana Bridgesa, który wiedział, że panna Hartfield jest 
osobą bardzo  taktowną.  Powiedziała, że  dwukołówka  przeznaczona 
jest dla dwóch osób, a pani Bridges doskonale poradzi sobie i bez niej.

Nie   miała   pojęcia,   że   los   szykuje   jej   niespodziankę,   i   kiedy   lokaj 

oznajmił, iż przyjechał major Bendick, była kompletnie zaskoczona.

- Och, panie majorze! - wykrzyknęła. - Pan Bridges zabrał właśnie 

panią Bridges na przejażdżkę. Będzie im tak przykro, że się z panem 
nie spotkali.

Major, który zapomniał podać swój kapelusz lokajowi, teraz szybko 

ściągnął go z głowy i z uporem wpatrywał się w jego rondo.

- Pan Bridges nie wspomniał o mojej wizycie?
- Nie.
Nagle  Merab   zrozumiała,  jaki  jest  cel  wizyty   majora.   Wzruszona   i 

zasmucona jednocześnie, wstała szybko ze swego miejsca i podeszła do 
okna. Gdyby tylko mogła oszczędzić mu upokorzenia, jakie niosła ze 
sobą odmowa. Gdyby tylko mogła pokazać jakoś, co do niego czuje, nie 
raniąc jednocześnie jego uczuć.

- O mój Boże, co za niezręczna sytuacja - mruknęła.
Major podszedł bliżej. Już sama poza panny Hartfield, jej odwrócone 

spojrzenie, pozwalały mu domyślić się, jaka jest odpowiedź. Jednak jak 
prawdziwy żołnierz zacisnął zęby i przygotował się na to, co przyniesie 
los.

178

background image

- Nic z tego nie będzie, prawda? - spytał. - Pani mnie nie zechce.
Merab odwróciła się do niego.
-   Tak   mi   przykro   -   oświadczyła   ze   szczerym   żalem.   Jego 

bezpośredniość,   brak   zwykłej   junackiej   pozy   sprawiły,   iż   po   raz 
pierwszy prawie go polubiła. - Jestem ogromnie zaszczycona, ale to 
niemożliwe.

Major skłonił się i wyraził swe ubolewanie. Potem poprosił jeszcze o 

przekazanie pozdrowień dla pana i pani Bridges i wyszedł. Całe to 
zajście nie trwało dłużej niż trzy minuty. Merab opadła bezsilnie na 
sofę, nie wiedząc, czy się śmiać, czy też płakać. Czy całkiem oszalała, 
żeby mu odmawiać? To nie Rowland, ale przecież major z pewnością 
był miłym człowiekiem, nawet jeśli nieco sztywnym. Mógł jej zapewnić 
wspaniały, wygodny dom. Nie musiałaby być guwernantką. Po jakimś 
czasie pewnie by go polubiła.

Ale wyjść za mężczyznę, którego nie kocha? I to w dodatku takiego, z 

którym prawie nic ją nie łączyło. Nie, miała rację nie przyjmując tych 
oświadczyn.   Nauczanie   było   ciężką   i   wymagającą   pracą,   ale 
przynajmniej dawało niezależność. Mogła sobie myśleć, co zechce, bez 
obawy,   że   nie   idzie   to   w   parze   z   wymaganiami   i   wyobrażeniami 
małżonka.

W   końcu   jednak   Merab   popłakała   się.   Major   Bendick   miał   dość 

odwagi, by machnąć ręką na jej niepewną reputację i zaproponować jej 
uczciwe   małżeństwo.   Jakiż   to   gorzki   kontrast   w   porównaniu   z 
Rowlandem,   który   zaproponował   jej   tylko   namiastkę   prawdziwego 
małżeństwa.   Merab   zdała   sobie   sprawę,   że   wbrew   wszelkim 
racjonalnym   przesłankom   wciąż   ma   nadzieję,   iż   Rowland   w   końcu 
zaoferuje jej to, czego pragnęło jej serce. Ale minęła już połowa maja. 
Pozostawały zaledwie trzy tygodnie do dnia, w którym upływało pół 
roku od śmierci jej dziadka.

Zmusiła   się   do   spojrzenia   prawdzie   w   oczy;   pomimo   oficjalnych 

zaręczyn Kitty z lordem Claydonem, pomimo tego, że Rowland uznał 
ją za swą kuzynkę, rozmawiał z nią o swej przyszłości, z przyjemnością 
spędzał czas w jej towarzystwie, wciąż nie chciał jej pojąć za żonę. Nie 
kusiła go nawet myśl o dwudziestu tysiącach funtów.

179

background image

Oświadczyny   majora   Bendicka   tylko   ukazały   jej   rzeczywiste 

położenie, w jakim się znajdowała. Nawet teraz, gdy zmienił się ich 
stosunek   do   siebie   nawzajem,   gdy   przejęcie   majątku   pozwoliłoby 
Rowlandowi   zająć   miejsce   w   parlamencie   i   spełnić   swe   polityczne 
ambicje,   wciąż   nie   uznawał   jej   za   kobietę   godną   zainteresowania   i 
oświadczyn. Do oczu Merab napłynęły gorzkie łzy i przesłoniły jej cały 
świat.

Ku zaskoczeniu Merab major wcale nie unikał teraz jej towarzystwa. 

Wprost przeciwnie, jeszcze rzadziej ją odstępował, jakby przyjmując na 
siebie rolę jej  strażnika.  Gdy tylko  Merab   z Lavinią wychodziły  na 
spacer, co robiły kilka razy w tygodniu, spotykały majora, który sam 
także spacerował lub jeździł konno po Lansdown. Spotkania te zawsze 
zaczynały się od wyrazów zaskoczenia i zdumienia, po czym major 
dołączał do obu pań.

Minął   kolejny   tydzień,   zbliżał   się   już   koniec   maja.   Korony   drzew 

pokryły się wreszcie świeżą zielenią, a czerwony buk na placu św. 
Jakuba   zmienił   jasnozielony,   wiosenny   płaszcz   na   cudowny   letni 
burgund.   Tego   wieczora   Lavinią   przyszła   do   domu   państwa 
Bridgesów, kiedy Merab nie zeszła jeszcze z pierwszego piętra, gdzie 
zmieniała buty. Lavinią ucięła sobie w tym czasie miłą pogawędkę z 
gospodynią.

- Pewnie znowu spotkamy majora - mówiła Lavinią zrezygnowanym 

tonem. - Zawsze go spotykamy.

-   Naprawdę?   -   Pani   Bridges   wiedziała   od   męża,   że   major 

prawdopodobnie oświadczył się Merab i został odrzucony, choć sama 
zainteresowana nie wspomniała o tym ani słowem.

- Och tak. Ale ostatnio wydaje  się jakiś przygnębiony. Rzadko się 

odzywa, co zresztą bardzo mi odpowiada, i ma ciągle taką posępną 
minę - mówiła dalej Lavinią, której nagle żal się zrobiło majora.

-   Może   przeżył   jakieś   rozczarowanie   -   taktownie   podsunęła   pani 

Bridges.

- Przypuszczam, że ma pani rację. - Nagle wszystko ułożyło się w 

zrozumiałą   całość.   Więc   na   tym   polega   bycie   dorosłym,   pomyślała 

180

background image

Lavinią. Pani Bridges mówi mi właśnie, że major oświadczył się pannie 
Hartfield   i   nie   został   przyjęty   -   choć   przecież   wcale   o   tym   nie 
wspomniała.   Pomysł   przekazywania   informacji   w   sposób   wielce 
oględny,   bez   nazywania   rzeczy   po   imieniu,   był   dla   Lavinii 
prawdziwym odkryciem. Uśmiechnęła się do pani Bridges promiennie i 
powiedziała.   -   Bardzo   lubię   te   spacery   z   Merab   -   panna   Hartfield 
pozwoliła mi tak się do siebie zwracać. To taka miła osoba, prawda?

- Tak, to bardzo kochana dziewczyna. - Pani Bridges westchnęła cicho, 

bo czas płynął nieubłaganie, a Rowland jakby zaciął się w swym uporze 
i nie próbował podbić serca kuzynki. Mimo to pani Bridges nie mogła 
oprzeć się wrażeniu, że jej syn jest znacznie bardziej zaangażowany w 
ten związek, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Codziennie składał 
Merab wizyty, a jego szare zimne oczy jakby łagodniały, kiedy na nią 
patrzył. Pani Bridges była co prawda w bardzo dobrych stosunkach ze 
swym synem, nie wierzyła jednak, by tak często odwiedzał jej dom 
tylko ze względu na nią!

- Wiesz co - zaczęła Merab, kiedy obie panny wyszły kilka minut 

później na spacer. - My chyba jesteśmy niewolnicami przyzwyczajenia. 
Zawsze   przechodzimy   obok   kaplicy,   idziemy   za   Lansdown   Place   i 
wracamy przy górze Beacon. Nie miałabyś ochoty choć raz wybrać inną 
trasę? Na przykład nigdy nie byłyśmy na bukowym urwisku.

- Wiem - przyznała Lavinią. - Ale podoba mi się tutaj. Poza tym po 

drodze   zawsze   mogę   popatrzeć   na   wystawy   sklepów   przy   Milsom 
Street. Kiedy jestem z panią Banstead, ona nigdy nie ma ochoty oglądać 
dwa razy tych samych rzeczy, a ja jestem przecież jej gościem i muszę 
dostosowywać się do jej życzeń.

-   W   takim   razie   może   poszłybyśmy   do   Charlocombe.   Co   o   tym 

myślisz, Lavinio?

- Och tak. Słyszałam, że to śliczna wioska.
Tymczasem doszły już do wzgórza Beacon i odwróciły się, by spojrzeć 

na Bath. Minęła szósta po południu i słońce zaczęło powoli chylić się ku 
zachodowi,   rzucając   złote   światło   na   centrum   miasta.   Choć   do 
zapadnięcia zmroku miało upłynąć Jeszcze kilka godzin, skończył się 
już najgorętszy okres dnia.

181

background image

Spacer   po   tym   terenie   nie   nastręczał   żadnych   trudności.   Trawa 

wyjedzona przez owce była bardzo niska, a w okolicy nie brakowało 
drzew, które dawały cień w chwilach odpoczynku. Lavinia i Merab 
zbliżały się właśnie do Gloucester, kiedy nagle za ich plecami rozległ 
się krzyk:

- To ona!
Zza   pobliskich   krzaków   wyskoczyło   dwóch   zamaskowanych 

mężczyzn.   Lavinia   zaczęła   krzyczeć,   a   Merab   próbowała   bronić   się 
parasolką,   szybko   jednak   obie   zostały   obezwładnione.   Bandyci 
wepchnęli im w usta chusteczki.

Mężczyzna, który trzymał Merab, syknął jej do ucha:
- Bądź tylko cicho, a nic ci się nie stanie.
Jednak Merab nie poddawała się tak łatwo. Z całych sił kopnęła swego 

oprawcę   obcasem.   Bandyta   zaklął,   pochwycił   ją   za   gardło   i   mocno 
ścisnął. Więc to tak, pomyślała jeszcze, nim czerwona mgła przesłoniła 
jej świat.

Lavinia zdołała wypluć chusteczkę z ust i znów zaczęła krzyczeć.
-   A   niech   cię!   -   zaklął   drugi   z   bandytów.   -   Będziesz   mi   się   tu 

wydzierać, co? - I uderzył Lavinię w twarz.

Nagle dobiegł ich tętent końskich kopyt i głośne rżenie. Major jak 

zwykle wybrał się na przejażdżkę i usłyszał krzyki Lavinii. Stosunek sił 
wynosił co prawda dwa do jednego, jednak żaden z bandytów nie był 
w   nastroju   do   walki.   Kilka   uderzeń   karzącej   prawicy   majora,   kilka 
kopniaków,   i   było   już   po   wszystkim.   Zbóje   podnieśli   się   z   ziemi   i 
uciekli co sił w nogach.

Merab oparła się o drzewo; trzymając się jedną ręką za gardło, ciężko 

łapała powietrze. Lavinia, nie zważając na guz rosnący na jej czole, 
podskakiwała rozwścieczona.

- Jak oni śmieli! - wrzeszczała, wymachując parasolką niebezpiecznie 

blisko oka majora. - Tchórze!

- Panno Hartfield! - zawołał major. - Nic pani nie jest?
Merab nie mogła mówić, ale skinęła głową.
- Pojadę po pomoc.
- Nie! - zdołała wyszeptać. - Niech pan tego nie robi!

182

background image

- Ale... - Major zachłysnął się z gniewu i zdumienia. - Zostały panie 

napadnięte w biały dzień!

Lavinia spojrzała na Merab. Nie rozmawiały dotąd na ten temat, lecz 

Lavinia, podobnie jak Merab, nie wierzyła w złe zamiary Rowlanda. 
Gdyby wieść o tym incydencie rozniosła się w towarzystwie, nikt nie 
byłby już w stanie położyć kresu oszczerstwom i plotkom.

- Przypuszczam, że panna Hartfield nie życzy sobie, by ktokolwiek 

dowiedział się o tym, co tu zaszło - powiedziała Lavinia.

Merab przytaknęła jej skinieniem głowy.
- Nonsens, panno Heslop. - Major poczuł, że czas już, by przemówił 

jego męski autorytet.

- Nie, majorze - szepnęła Merab, chwytając go za rękaw. - To nie ma 

nic wspólnego z panem Sandifordem.

- Pewnie on to pani powiedział - parsknął major sarkastycznie.
- Pan nic o tym nie wie - wyszeptała Merab. Oparła się o pień drzewa i 

zamknęła oczy. Odsłoniła wreszcie swe obolałe gardło, a wtedy major i 
Lavinia z przerażeniem ujrzeli tam wielki siniak.

- Majorze Bendick - zaczęła Lavinia, spoglądając z troską na Merab. - 

Proszę   się   tylko   zastanowić.   Czy   pan   Sandiford   naprawdę   chciałby 
skrzywdzić własną kuzynkę, która w dodatku jest gościem jego matki? 
Panna Hartfield była już obiektem kilku niewymyślnych plotek, które, 
jak się potem okazało, nie miały żadnego uzasadnienia. Dlaczego więc 
te ostatnie pogłoski miałyby być prawdziwe?

Major milczał. Nie mógł przecież powiedzieć, że sam chętnie skręciłby 

kark Rowlandowi, i że dlatego gotów jest uwierzyć w jego złe zamiary.

-   Myślę,   że   powinniśmy   odprowadzić   pannę   Hartfield   do   domu   - 

stwierdziła w końcu Lavinia. - Merab, jesteś w stanie iść o własnych 
siłach?

Przez dobrych kilka dni po upadku Amelii obawiano się poważnie o 

jej   zdrowie.   Niemal   natychmiast   zaczął   się   poród,   minęło   jednak 
czterdzieści   osiem   godzin,   nim   na   świat   przyszło   dziecko,   maleńka 
kruszyna,   która   nie   miała   nawet   dość   sił,   by   płakać,   tylko   kwiliła 
cichutko.   Trudno   było   uwierzyć,   by   to   delikatne   stworzenie, 

183

background image

dziewczynka, mogło przeżyć. Wyszukano dla niej mamkę, pospiesznie 
odprawiono chrzciny. Dziecko zostało nazwane imieniem swej matki.

Merab codziennie pukała do drzwi domu Wincantonów i codziennie 

otrzymywała tę samą odpowiedź:

- Dziękujemy bardzo za pani troskę, ale lady Wincanton jest jeszcze 

zbyt słaba, by podejmować gości.

Merab zostawiała jej kwiaty i odchodziła z ciężkim sercem i cichym 

żalem. Była przekonana, że Amelia z radością przyjęłaby jej wizytę, i że 
miałoby to tylko korzystny wpływ na jej zdrowie. Czuła, że po prostu 
nie jest już mile widziana w tym domu.

Sir Thomas stał przy oknie w sypialni żony i patrzył na oddalającą się 

pannę Hartfield.

- Tak bardzo chciałabym zobaczyć się z Merab - szepnęła Amelia.
- Nie, moja kochana. Nie czujesz się jeszcze dość dobrze - stanowczo 

odparł mąż. Uważał, że już czas, by ta niefortunna przyjaźń z panną 
Hartfield   znalazła   swój   kres.   Od   jej   przyjazdu   Amelia   miała   same 
kłopoty. Sir Thomas przyznawał, że to nie Merab jest temu winna, 
jednak, jak często sobie powtarzał, obecny stan Amelii przynajmniej 
częściowo był wynikiem kłopotów  jej przyjaciółki. Poprzednie ciąże 
jego   żony   wyglądały   zupełnie   inaczej   -   ta   omal   nie   zakończyła   się 
katastrofą, a to ze względu na zdenerwowanie i smutek, z jakim Amelia 
reagowała na problemy Merab. I choć ona sama wyszła z tego obronną 
ręką, dziecko najprawdopodobniej nie będzie miało tyle szczęścia.

Tymczasem   Amelia   nie   mogła   się   pogodzić   z   przymusową 

bezczynnością i gryzła się tym, że nie jest w stanie pomóc Merab.

- Gdyby tylko pozwolił mi się z nią zobaczyć - mówiła do Babette. - 

Wiem, że sir Thomas chce tylko mego dobra, ale jakaż by to była ulga, 
gdybym mogła z nią porozmawiać choć przez kilka minut.

-  Mogłabym  poprosić  pannę  Hartfield,  by  przyszła  tutaj,   kiedy sir 

Thomas   będzie   poza   domem   -   zaproponowała   Babette,   choć   nie 
wierzyła, by pomysł ten spotkał się z uznaniem jej pani.

Amelia pokręciła głową.
- Któraś ze służących na pewno by mu o tym powiedziała, a ja nie 

chciałabym stawiać Merab w niezręcznej sytuacji.

184

background image

- Może wolałaby pani, bym podała jej wiadomość, miladi? Mogłabym 

przekazać jej, że to ten pan Harrison winien jest wszystkiemu, prawda?

Oczy Amelii wypełniły się łzami.
- Och, Babette, zrobiłabyś to? Poczułabym naprawdę ogromną ulgę, 

wiedząc, że Merab zna całą prawdę.

Merab   siedziała   sama   w   salonie   domu   pani   Bridges.   Ułożyła   się 

wygodnie na kozetce, podłożyła pod głowę poduszkę, a szyję owinęła 
szalikiem, który zakrywał siniaki. Właśnie wtedy zjawiła się Babette.

Merab   bacznie   wysłuchała   wszystkiego,   co   Babette   miała   jej   do 

powiedzenia, jednak znacznie bardziej martwiła się stanem zdrowia 
Amelii niż perfidią pana Harrisona.

- Bogu dzięki, że czuje się lepiej! - wykrzyknęła. - Bo czuje się lepiej, 

prawda Babette?

- W rzeczy samej, mademoiselle. Dzisiaj rano usiadła już sama i napiła 

się czekolady. - Babette cieszyła się, że Merab przede wszystkim myśli 
o jej pani. - Bardzo się martwi tym, że nie może pani przyjąć.

- Nie mogę mieć o to pretensji do sir Thomasa - westchnęła Merab. - 

Wygląda   to   tak,   jakbym   sprowadzała   na   nich   wszelkie   możliwe 
nieszczęścia.

Babette   parsknęła   cicho.   Wcale   jej   się   nie   podobały   kaprysy   sir 

Thomasa.

- A więc to pan Harrison - mówiła dalej Merab. - Muszę przyznać, że 

nie jestem zaskoczona. - Powiem o tym Elizie, pomyślała od razu. Nie 
wiedziała dlaczego, czuła jednak, że Eliza ma w tym wszystkim ważną 
rolę do odegrania. - A co z dzieckiem, Babette? Jak sobie radzi?

-   Żyje   -   odparła   krótko   służąca.   -   Ale   to   takie   pomarszczone 

stworzonko, mademoiselle, że ledwie przypomina człowieka.

- Biedne maleństwo.
- Pielęgniarka mówi, że to twarda sztuka. Może uda jej się przeżyć.
- Mam nadzieję. Amelia zawsze chciała mieć córkę.
Kiedy Babette wychodziła, zabrała ze sobą napisany w pośpiechu list 

do Amelii i obiecała zostawić po drodze krótką wiadomość u pani 
O’Riley.

185

background image

- Bardzo tęsknię za Amelią - westchnęła Merab. - Jest jedyną osobą, 

której mogę się ze wszystkiego zwierzyć i która mnie rozumie. Bardzo 
lubię panią Bridges, ale to taka niezręczna sytuacja. - Merab zrobiła 
jakiś nieokreślony gest ręką.

Babette włożyła oba listy do kieszeni.
Miladi z dnia na dzień czuje się coraz lepiej - zapewniła. - Myślę, że 

niedługo wybierze się do Pijalni, a wtedy znów będzie pani mogła się z 
nią spotkać.

- Babette, przekaż jej moje najserdeczniejsze pozdrowienia.
Jakąś godzinę później do salonu wszedł lokaj, niosąc na tacy kartę 

wizytową.

-   Jakiś   mężczyzna   chce   się   z   panią   widzieć,   panno   Hartfield   - 

powiedział lokaj. Z jego tonu łatwo było wywnioskować, że nie darzy 
gościa sympatią.

Merab   wzięła   do   ręki   kartę.  Pani   E.   O’Riley  głosił   napis   na   jednej 

stronie. Na drugiej zaś widniała krótka wiadomość: Proszą przyjąć pana 
Tima   Hearda,   który   przywiezie   Panią   tutaj
.   Merab   wstała   z   sofy, 
zapominając o chorym gardle.

- Proszę powiedzieć panu Heardowi, że będę na dole za kilka minut.
Przy pomocy Babette przekazała Elizie liścik, w którym prosiła ją o 

wysłuchanie w pewnej pilnej sprawie, a Eliza jej nie zawiodła. Merab 
zarzuciła na ramiona swą starą pelisę, zmieniła buty i zeszła na parter.

Od razu zrozumiała, dlaczego lokaj był tak podejrzliwy względem 

gościa. Pan Heard, odziany w jaskrawy szal, z pewnością nie należał do 
wyższych   sfer,   z   drugiej   jednak   strony   wyglądał   tak,   jakby   mógł 
obronić ją przed bandą krwiożerczych bandytów. Był niezbyt wysokim, 
ale krępym mężczyzną o szerokich ramionach, krótkich szpakowatych 
włosach  i  krzywym   nosie,  który   zapewne  nie  raz  był  już  złamany. 
Kiedy   jednak   pochylił   się   nad   jej   dłonią,   Merab   zauważyła   wesołe 
błyski w jego oczach, a uśmiech, choć odsłaniał kilka nadłamanych 
zębów, z pewnością wzbudzał zaufanie.

-   Jak   to   miło,   że   zechce   pan   mnie   odprowadzić,   panie   Heard   - 

powiedziała Merab.

- Dostarczę panią na miejsce całą i zdrową, proszę się nie obawiać - 

186

background image

odparł   pan   Heard.   Na   pożegnanie   mrugnął   jeszcze   łobuzersko   do 
lokaja, który udał, że niczego nie widzi, i oboje wyszli z domu.

Merab postanowiła włożyć swój stary płaszcz i czepek z woalką, gdyż 

nie   była   to   wyprawa,   podczas   której   chciałaby   stać   rozpoznana.   Z 
zadowoleniem stwierdziła, że pan Heard ma na ten temat podobne 
zdanie, gdyż prowadził ją zachodnią stroną Crescent Fields, a potem 
przez Trakt Bristolski.

Pan   Heard   potrafił   szybko   zjednać   sobie   sympatię   każdej   kobiety. 

Jeszcze zanim powiedział Merab, że znał jej matkę i opowiedział kilka 
anegdotek z jej życia, już zdążyła go polubić.

Eliza przywitała ją z nie udawaną radością.
- Proszę usiąść sobie wygodnie, moja droga. Nie będzie pani miała nic 

przeciwko temu, że pan Heard zostanie z nami, prawda? - Było to 
najwyraźniej pytanie retoryczne. - Czasami bywa bardzo pomocny.

Merab   mruknęła   coś   uprzejmego.   Przyszłam   tutaj   po   pomoc, 

upominała się w duchu. Poza tym pan Heard wyglądał na człowieka, 
który potrafi trzymać język za zębami. Zdjęła więc pelisę i czepek, a w 
tym czasie szalik wokół jej szyi odwinął się na moment. Eliza miała tak 
przerażoną minę, że Merab poczuła się w obowiązku wyjaśnić, co jej się 
przytrafiło.

- Wygląda to okropnie, wiem - zakończyła. - Ale zapewniam panią, że 

jest   znacznie   mniej   dokuczliwe   niż   na   początku.   Pani   Bridges 
posmarowała mi szyję arniką.

- Pan Heard zebrał trochę informacji na temat pana Harrisona. - Eliza 

przeszła   do   sedna   sprawy.   -   Znalazł   coś,   co   chyba   może   nam   się 
przydać. Pamięta pani, jak opowiadałam o wizycie Dinah w Londynie?

- Tak, pamiętam.
-   Miała   wtedy   romans   z   sir   Walterem   Tullochem,   jednym   z 

adoratorów   pani   matki.   Oczywiście,   on   nigdy   nie   miał   uczciwych 
zamiarów, ale Dinah najwyraźniej uwierzyła, że chce się z nią ożenić.

Merab   otworzyła   szeroko   oczy.   Trudno   jej   było   wyobrazić   sobie 

surową,   pruderyjną   ciotkę   Dinę   ogarniętą   jakąś   nieprzyzwoitą 
namiętnością.

- Pojechała do domu, gdy sir Walter zerwał z nią ostatecznie i niemal 

187

background image

natychmiast wyszła za Eli Harrisona, dokładnie trzeciego lipca tysiąc 
siedemset   dziewięćdziesiątego   trzeciego   roku.   W   lutym 
dziewięćdziesiątego czwartego urodził się pani kuzyn, Joseph.

- Mój Boże! - Wykształcenie w szkole panny Goodison obejmowało 

zaledwie   podstawy   arytmetyki,   ale   Merab   bez   trudu   zrozumiała 
znaczenie tego, co mówiła Eliza.

- No właśnie. Jednak oryginalny zapis w księgach parafialnych został 

wykreślony, a dzień urodzin Jospeha przeniesiony na maj tego samego 
roku.

Przez moment umysł Merab nie mógł objąć tego wszystkiego. Potem 

jednak   przyszła   jej   do   głowy   pewna   myśl.   Ciotka   Dinah   wiedziała 
doskonale,   że   w   jej   przeszłości   kryje   się   wstydliwa   tajemnica, 
okrywająca hańbą całą rodzinę, próbowała jednak w pewien sposób 
przenieść winę na Merab. Podzieliła się tą refleksją z Eliza.

- Jest pani bardzo bystra, moja droga - odparła Eliza, zadowolona, że 

jej gość nie popada w histerię typową dla rozpieszczonych damulek.

- Jakież to jednak ryzyko - kontynuowała Merab. - Z pewnością lepiej 

byłoby   dla   ciotki   Diny,   gdyby   trzymała   język   za   zębami.   Gdyby 
prawda wyszła na jaw, zarówno ona, jak i Joseph, byliby zrujnowani. 
Ciekawe, czy on o tym wie?

- Nie sądzę, by małomówność należała kiedykolwiek do zalet Diny - 

odparła Eliza. - Choć wątpię, czy powiedziała Josephowi całą prawdę.

- Ale wówczas trudno znaleźć wytłumaczenie dla animozji, jaką żywi 

do mnie Joseph - sprzeciwiła się Merab.

- Harrison jest zazdrosny o to, co uważa za pani niezasłużony sukces, 

panno Hartfield - wtrącił się Tim Heard. - Jest dobrym prawnikiem i 
doskonale sobie radzi, jednak został odtrącony przez kilka młodych 
dam ze sfer, do których sam aspiruje, a to... hm... uraziło głęboko jego 
dumę. - Uśmiechnął się szeroko. - O ile wiem, został także odrzucony 
przez szanowną panią.

Merab zaczerwieniła się.
-   Jest   pan   bardzo   dobrze   poinformowany,   panie   Heard   -   zdołała 

wykrztusić.

Tim skłonił lekko głowę.

188

background image

-   Będzie   pani   musiała   przyzwyczaić   się   do   tego,   moja   droga   - 

powiedziała Eliza. - Nie ma takiej rzeczy, o której Tim nie umiałby 
wszystkiego się dowiedzieć.

Merab uśmiechnęła się słabo. Obrażanie się z pewnością nie miałoby 

sensu.

- Tak, rzeczywiście oświadczył mi się - przyznała. - Chodziło mu o 

moje koneksje.

- Zdaje się, że nie najlepiej przyjął tę odmowę - zauważyła Eliza. - Jest 

jednak jeszcze jedna sprawa, której Tim, jak dotąd, nie zdołał wyjaśnić. 
Skąd Joseph dowiedział się o testamencie.

-  Mogę to  państwu  powiedzieć  -  oświadczyła  Merab   i  powtórzyła 

wszystko, co usłyszała od Babette na temat Lottie.

Eliza spojrzała na Tima, a ten skinął głową i podniósł się ze swego 

miejsca.

- Mam pewną sprawę do załatwienia, panno Hartfield - powiedział. - 

Wrócę za jakąś godzinę i zabiorę panią do domu. - Wyszedł z pokoju.

-   Merab   -   zaczęła   Eliza,   kiedy   Tim   zniknął   za   drzwiami.   -   Mam 

nadzieję, że pozwolisz, bym mówiła do ciebie po imieniu? Jeżeli chcesz, 
by ta sprawa zakończyła się szczęśliwie, musisz mi zaufać.

- Ależ ja pani ufam! - odparła Merab, zdumiona.
- Nie do końca, moja droga. Bo przypuszczam, że bardzo ważną rolę 

odgrywa tu jeszcze jeden mężczyzna.

Merab wpatrywała się w dywan.
Eliza spojrzała na nią z uśmiechem.
- Merab, kiedy młoda dama gotowa jest zrobić wszystko, byle tylko 

nie wypowiedzieć pewnego imienia, można być pewnym, że to imię 
jest wyjątkowo bliskie jej sercu.

Merab z przerażeniem poczuła, że do oczu napływają jej łzy.
- Musisz opowiedzieć mi o tym Rowlandzie Sandifordzie, bo przecież 

kochasz go bardzo, prawda?

-   Tak   -   przełknęła   ciężko   Merab.   Powoli,   wśród   pochlipywań   i 

ocierania   oczu,   Merab   opowiedziała   Elizie   o   wszystkim.   I   poczuła 
ogromną ulgę. - Nigdy nie myślałam, że go pokocham - kończyła. - Ale 
czuję, że w pewien sposób jesteśmy sobie bardzo bliscy. Lubię z nim 

189

background image

rozmawiać, wydaje mi się interesujący. Chciałabym być częścią jego 
życia i dzielić jego aspiracje.

- Mam nadzieję, że odczuwasz też inne, mniej przyzwoite pragnienia! - 

powiedziała Eliza żartobliwym tonem.

Merab zaczerwieniła się po koniuszki uszu. Mimo to była przekonana, 

że Eliza wcale nie czułaby się zaszokowana uczuciami, o których sama 
bała się myśleć.

-   Wystarczy,   że   na   niego   spojrzę...   -   Nie   potrafiła   powiedzieć   nic 

więcej. - Ale nie widzę żadnej nadziei - zakończyła z westchnieniem. - 
Czasami wydaje mi się, że on coś do mnie czuje, ale jeśli tak jest, to 
dlaczego   nie   oświadczy   się   jeszcze   raz?   Gdybyśmy   się   pobrali,   nie 
byłoby   już   tematu   do   plotek,   a   on   odzyskałby   dobre   imię.   Nie, 
obawiam się, że wcale go nie obchodzę albo że w gruncie rzeczy, choć 
mnie lubi, uważa, że jestem ladacznicą.

- Interesujące - mruknęła Eliza. - Radykał. Podejrzewam, że ten twój 

młodzieniec to kolejny Don Kichot.

- Don Kichot? - Merab wyprostowała się i spojrzała na Elizę z nadzieją.
- Idealista, jeśli wolisz. Rozumie, że obraził cię przedtem i głęboko 

zranił, a teraz nie chce, byś myślała, że chodzi mu tylko o spadek. Nie 
zdziwiłabym się wcale, gdyby poprosił cię o rękę dzień po upływie 
owych sześciu miesięcy.

Merab zastanawiała się nad tym przez moment, analizując wszystko, 

co wiedziała o swym kuzynie.

- To możliwe - przyznała. - Ale jakże idiotyczne! Jakże głupie!
-   Mężczyźni   potrafią   być   czasami   wyjątkowo   uparci,   gdy   w   grę 

wchodzi ich honor - odparła Eliza z uśmiechem.

- Lecz co ja mogę teraz zrobić? - zawołała Merab, zdesperowana. - 

Przecież nie zmuszę go do oświadczyn.

- Przychodzi mi do głowy pewien pomysł... - zaczęła Eliza powoli.

Mieszkanie wynajęte przez Rowlanda przy Gay Street było typowym 

dwupokojowym   apartamentem,   jaki   oferowano   samotnym 
dżentelmenom   w   Bath.   Składało   się   z   sypialni,   w   której   stało 
nowoczesne   łóżko   z   baldachimem,   i   salonu   z   dwoma   fotelami, 

190

background image

sekretarzykiem i stolikiem ustawionym przy oknie. Nad marmurowym 
kominkiem wisiało lustro w złoconej ramie, za którą Rowland zatknął 
kilka   zaproszeń   na   różne   okazje,   a   obok   widniały   dwie   niezbyt 
interesując ryciny o tematyce myśliwskiej.

Rowland siedział w fotelu, trzymając głowę w dłoniach. Przez ostatnie 

dwa   tygodnie   czuł   się   tak,   jakby   postawiono   go   pod   pręgierzem. 
Zawsze, gdy odprowadzał Merab do Pijalni, lub gdy siedział obok niej 
na koncercie w Bawialni, czuł, jak wrogie spojrzenia wwiercają mu się 
w   czaszkę.   Większość   spośród   przyjaciół   jego   matki   traktowała   go 
dosyć   chłodno,   lecz   uprzejmie,   nie   mógł   jednak   nie   zauważyć 
prowadzonych szeptem rozmów, które natychmiast przycichały, gdy 
przechodził obok.

Co najgorsze, czuł, że brakuje mu bliższych kontaktów z Merab. Być 

może była to jego wina, gdyż nie miał dość odwagi, by powiedzieć jej o 
wiadomych plotkach, a to już tworzyło między nimi pewien dystans. W 
Hartfield poznali się nieco  lepiej,  a Rowland coraz  bardziej  zdawał 
sobie sprawę, jak bardzo pomylił się na początku w ocenie tej kobiety. 
Gdyby tylko zechciał dowiedzieć się o niej czegoś wcześniej! Gdyby 
tylko nie był tak próżny, arogancki i pewny siebie! Te wielkie brązowe 
oczy,   cudowna   kremowa   skóra   i   szczupła   postać   coraz   częściej 
pojawiały się w jego snach - ale wszystko za późno.

Joseph wygrał, a on nie mógł zrobić nic, by zmienić tę sytuację.
W końcu podniósł głowę, przeciągnął dłonią po włosach i wstał. Pokój 

wydawał mu się zimny i niegościnny, pomimo ognia płonącego na 
kominku. Zrozumiał nagle, że bardzo nie chce spędzić kolejnego dnia 
w samotności i zgryzocie. Postanowił wypożyczyć konia i wybrać się 
na   poranną   przejażdżkę,   zostawiając   za   sobą   wszystkie   kłopoty. 
Właśnie   wtedy   przyszła   pokojówka,   niosąc   list   na   tacy.   Rowland 
spojrzał   nań   ze   zdumieniem,   marszcząc   brwi.   Charakter   pisma 
wydawał mu się znajomy, nie potrafił jednak skojarzyć go z konkretną 
osobą.

Jednak prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero wtedy, gdy wyjął z 

koperty list i przeczytał jego treść.

191

background image

Drogi panie Sandiford!

Gdyby zechciał Pan uczynić mi ten zaszczyt i złożyć mi wizytą dzisiejszego  

ranka, zapewne byłabym w stanie pomóc Panu w jego obecnych kłopotach.

Z poważaniem

E. O’Riley

Najpierw Rowland poczuł ogromny żal do Merab, że nie powiedziała 

mu nic o spotkaniu z Eliza, bo przecież musiała się z nią spotkać. Kiedy 
to się stało? Co Merab jej powiedziała? Dlaczego nie wspomniała mu o 
tym   ani   słowem?   Był   tylko   jeden   sposób,   by   się   tego   wszystkiego 
dowiedzieć. Rowland pochwycił kapelusz i wyszedł.

Eliza   z   zaciekawieniem   oczekiwała   wizyty   pana   Sandiforda. 

Wysłuchawszy   opisu   Merab,   spodziewała   się   ujrzeć   nieco 
napuszonego,   sztywnego   mężczyznę,   i   była   mile   zaskoczona,   gdy 
stanął   przed   nią   wysoki,   przystojny   dżentelmen,   o   rozwichrzonej 
fryzurze i pogodnych, szarych oczach. Podobał jej się sposób, w jaki 
pocałował   jej   dłoń   i   wyraził   radość   ze   spotkania   z   nią.   Mógł   być 
przecież jednym z tych nadętych, wyniosłych paniczyków, którzy nie 
uważają   za   stosowne   okazywać   zbytniej   uprzejmości   kobietom   jej 
profesji.

- Zaoszczędzimy wiele czasu, panie Sandiford - powiedziała, kiedy 

usiedli na miejscach - jeśli pominiemy zbędne wstępy. Powiem więc 
krótko, że panna Hartfield odwiedziła mnie kilka razy i zwierzyła mi 
się   ze   swych   problemów.   Razem   zdołałyśmy   ustalić   źródło   plotek, 
które rujnują panu opinię, a ja znalazłam środki, dzięki którym może 
się pan pozbyć obojga Harrisonów.

Rowland uniósł lekko brwi.
- Zdaje się, że sporo pani o mnie wie - powiedział.
- Może się pan obrażać, jeśli pan zechce - odparła spokojnie Eliza. - 

Sądzę jednak, że rozsądniej byłoby wysłuchać tego, co mam panu do 
powiedzenia.

Rowland roześmiał się.
-   W   porządku,   chętnie   posłucham,   najpierw   jednak   musi   mi   pani 

powiedzieć, jak poznała pani pannę Hartfield. Byłem przekonany, że 

192

background image

jeszcze kilka tygodni temu nie znała nawet pani nazwiska. - Pomyślał, 
że nie zniósłby chyba świadomości, że Merab go oszukiwała.

Eliza   nie   przeoczyła   faktu,   że   Rowland   interesował   się   przede 

wszystkim Merab, i wyciągnęła własne wnioski z tego spostrzeżenia.

-   Panna   Hartfield   zobaczyła   moje   nazwisko   w   księdze   osób 

odwiedzających Pijalnię.

- Nic mi o tym nie powiedziała - wymknęło się Rowlandowi. Nie 

potrafił ukryć żalu, wywołanego tym właśnie faktem. - Myślałem, że mi 
ufa. Teraz widzę, że się myliłem.

-   Panna   Hartfield   znajduje   się   w   bardzo   trudnej   sytuacji,   którą 

pogarsza jeszcze fakt, że dwa dni temu została napadnięta.

- Co?!
- O ile wiem, spacerowała ze swą przyjaciółką po Lansdown i została 

zaatakowana przez dwóch zamaskowanych mężczyzn.

Rowland spojrzał na swe dłonie.
- Pewnie myśli, że to ja zorganizowałem ten napad. Przecież w innym 

wypadku powiedziałaby mi o tym, prawda?

-   Nie   -   odparła   Eliza   zniecierpliwiona.   Doprawdy,   zakochani 

młodzieńcy potrafią być czasami tak niedomyślni! - Ma nawet dowód, 
że wmieszany jest w to pan Harrison. Myślę, że nadszedł czas, by i pan 
wziął   udział   w   tej   rozgrywce.   Zakładam,   że   nie   będzie   się   pan 
wzbraniał?

- Chciałbym go udusić - odparł Rowland krótko.
Eliza roześmiała się.
-   Tego   nie   może   pan   zrobić!   -   powiedziała.   -   Dam   panu   jednak 

znacznie skuteczniejszą broń. - Wstała, podeszła do swego sekretarzyka 
i wyjęła z niego dwie kartki. Jedna z nich była kopią wpisu ślubu pani 
Harrison w księgach parafialnych; druga - kopią świadectwa urodzenia 
Josepha, na którym ktoś nieudolnie próbował przerobić datę.

Rowland wpatrywał się w nie z niedowierzaniem.
-   Pani   Harrison   wplątana   w   potajemnym   romans!   -   wykrzyknął. 

Przypomniał sobie napuszoną, sztywną postać z wydętymi ustami i 
mocno   ściągniętym   gorsetem   pod   czarną   bombazyną.   -   Muszę 
przyznać, że trudno mi w to uwierzyć.

193

background image

- Przyjechała do Londynu, by zobaczyć się ze swoją siostrą - wyjaśniła 

Eliza. - Mogę pana zapewnić, że pokusa łatwego życia wydawała jej się 
wówczas bardzo atrakcyjna. Joseph - wskazała na dokumenty - jest tego 
owocem. Myślę, że jeśli wymieni pan moje nazwisko, pani Harrison 
będzie chciała jak najszybciej opuścić Bath.

- Powiedziała pani, że Merab... panna Hartfield ma jakiś dowód, że to 

Harrisonowie rozpuścili te plotki?

Eliza powiedziała mu o Lottie.
- Ach, Lottie - powtórzył Rowland w zamyśleniu. - Tak, rozumiem. - 

Ostrożnie złożył dwie kartki i wsunął je do kieszeni. - Dziękuję pani. - 
Podniósł   się   do   wyjścia.   -   Jestem   pani   bardzo   wdzięczny.   Mam 
nadzieję,   że   będę   mógł   panią   jeszcze   odwiedzić,   kiedy   ta   sprawa 
dobiegnie końca?

- Będę zaszczycona, mogąc kontynuować naszą znajomość - odparła 

Eliza oficjalnie.

Joseph   czerpał   ogromną   przyjemność   z   obserwowania   wysiłków 

Rowlanda, który próbował się uwolnić od bagażu podejrzeń i niemych 
oskarżeń.   Kiedy   major   Bendick   niemal   zupełnie   go   zignorował   w 
Bawialni, Joseph z trudem ukrył swą radość. Zauważył też, że kuzyni, 
choć   byli   dla   siebie   uprzejmi,   nie   czuli   się   dobrze   w   swym 
towarzystwie. Jego matka, która grała od czasu do czasu w pikietę z 
lady   Mandersby   i   jej   przyjaciółkami,   donosiła   mu,   że   towarzystwo 
odnosi   się   do   Rowlanda   z   coraz   większą   niechęcią.   Pani   Harrison 
byłaby   co   prawda   bardziej   zadowolona,   gdyby   to   Merab   została 
wykluczona z lepszych sfer, ale tłumaczyła sobie, że nie można mieć 
wszystkiego.   Starała   się   też   nie   przepuścić   żadnej   okazji,   by   w 
rozmowach wbić kolejną szpilkę Merab lub Rowlandowi.

Joseph uczył się na własnych błędach i dlatego tym razem sam nie 

rozsiewa   plotek,   lecz   powierzył   to   swojemu   lokajowi.   Na   tyłach 
jednego z hoteli znajdował się szynk, odwiedzany często przez lokajów 
i   stangretów,   który   zawsze   uchodził   za   siedlisko   wszelkich   plotek. 
Joseph wiedział już, że jakakolwiek wiadomość, puszczona w obieg w 
tymże szynku, błyskawicznie trafia do wszystkich niemal ważniejszych 

194

background image

rodzin w Bath. Stangreci dzielili się nią ze służącymi swych pań, lokaje 
ze swoimi panami. W ciągu jednego lub dwóch dni wszyscy znali ją już 
na pamięć.

Pewnego dnia plotka rozpuszczona przez Josepha dotarła z powrotem 

do niego samego. Przekazał mu ją, w tajemnicy oczywiście, pewien 
znajomy,   z   którym   pijał   kawę.   Joseph   udał   najwyższe   zdumienie   i 
oburzenie.

-   To   już   naprawdę   przekracza   wszelkie   granice!   -   wykrzyknął.   - 

Oczywiście, żal mi panny Hartfield. Moja matka i ja próbowaliśmy jej 
pomóc,   kiedy   przyjechaliśmy   do   Bath,   ale   nie,   ona   wolała   swych 
możnych krewnych.

- Pożałuje tego teraz - podsunął jego towarzysz.
- Oczywiście, to tylko plotka - dodał Joseph sumiennie. Pomyślał, że 

lada moment rozejdzie się pogłoska o napadzie, a wtedy dopiero się 
zacznie! Był nieco zaskoczony, że jeszcze nic o tym nie słychać. Jego 
dwaj wspólnicy zapewniali go, że obie dziewczyny zostały uratowane 
przez pewnego mężczyznę, w którym Joseph natychmiast rozpoznał 
majora   Bendicka,   a   ten   raczej   nie   pominąłby   takiego   zdarzenia 
milczeniem.

Joseph miał nadzieję, że gdy już wszyscy dowiedzą się o napadzie, 

Sandiford publicznie go obrazi. On sam gotów był zrobić wszystko, by 
Rowlanda sprowokować, a potem oskarżyć o zniesławienie. Tak więc 
przyszłość malowała mu się w różowych barwach. Wspomniał o tych 
planach swej matce.

- Co!? - wykrzyknęła pani Harrison. - Przecież on może wyzwać cię na 

pojedynek!

- Ależ skąd - odparł Joseph spokojnie. - Gdyby to zrobił, bez wahania 

powiadomiłbym   sędziego.   Nie,   ja   chcę   tylko   łatwego,   zyskownego 
procesu   o   zniesławienie,   rozumiesz?   Nawet   gdyby   został 
uniewinniony, będzie to dla niego klęska. Z opinią oszczercy nie ma już 
co marzyć o miejscu w parlamencie.

Pani Harrison nie była specjalnie zainteresowana klęską Rowlanda. Jej 

złość była niemal w całości zarezerwowana dla Merab.

-   Chciałabym,   żeby   ktoś   porządnie   utarł   jej   nosa.   Zrobiła   z   siebie 

195

background image

szlachciankę,   patrzcie   no   tylko!   I   tak   wszyscy   wiemy,   kim   była   jej 
matka.

- Kuzynka Merab - mówił Joseph jedwabistym głosem - już niedługo 

przestanie  obnosić  się  ze  swoim  szlachectwem,   uwierz  mi.  Za  dwa 
tygodnie przepadną wszelkie nadzieje na majątek Hartfieldów i kto ją 
wtedy zechce? Nie ma przecież grosza przy duszy, a niedługo skończy 
dwadzieścia   siedem   lat.   Pozostaje   jej   tylko   szkoła   dla   młodych 
panienek. I życzę jej tego z całego serca!

Po wyjściu od Elizy, Rowland udał się do Pijalni, gdzie miał nadzieję 

zobaczyć Josepha i jego matkę, i jak się wkrótce przekonał, nie były to 
płonne nadzieje. Kupił „The Bath Chronicie” i usiadł z boku, by zza 
zasłony gazety przyglądać się dwójce swych wrogów. Przeczytał co 
najmniej trzy razy artykuł o zbliżającej się wizycie królowej Charlotte i 
przygotowaniach do jej przyjęcia, nim Harrisonowie wreszcie wyszli. 
Minęło już południe i po spacerze w Pijalni, który jak wiadomo należał 
tutaj do dobrego tonu, większość gości wybierała się do domu, by zjeść 
lunch, przygotować się na wieczór lub zrobić jakieś zakupy. Rowland 
złożył gazetę i cicho podążył za swoimi ofiarami.

Szli   do   domu.   Dobrze.   Da   im   jeszcze   godzinę,   a   potem   złoży 

nieoczekiwaną wizytę. Wreszcie skończył się długi okres bezczynności. 
Wreszcie mógł coś zrobić.

Kiedy  Rowland   obmyślał   strategię,  Joseph   i  jego   matka   dotarli  do 

domu, gdzie postanowili odpocząć przez jakąś godzinę. Joseph strącił 
ze stóp buty, zdjął surdut i nałożył szlafrok suto zdobiony oliwkowymi 
guzikami. Pani Harrison przywołała pokojówkę, kazała jej rozwiązać 
sznurówkę gorsetu i pozwoliła sobie choć przez chwilę pooddychać 
swobodnie.   Włożyła   wielki,   luźny   szlafrok   i   związała   włosy   pod 
porannym czepkiem. Później mieli jeszcze iść do Bawialni, ale na razie 
mogła zapomnieć o niewygodzie ciasnego gorsetu i fiszbinach.

Służąca   przyniosła  lunch  -  szynkę,  pasztet  cielęcy  i resztki  łopatki 

baraniej. Joseph i matka pozwolili sobie na małą ucztę, po czym pani 
Harrison   zasiadła   w   fotelu   z   najnowszą   książką   z   wypożyczalni   i 
egzemplarzem Biblii, na wypadek gdyby ktoś złożył im wizytę. Joseph 

196

background image

w zamyśleniu wydłubywał scyzorykiem brud zza paznokci. Spędził 
niemal   całe   przedpołudnie   w   towarzystwie   pani   Tiverton,   a   ta   nie 
wspomniała ani słowem o napadzie na Merab, choć był pewien, że 
dziesięć minut wcześniej widział, jak rozmawia z majorem Bendickiem. 
Co się stało, do diabła? Musi przykazać swemu lokajowi, żeby wypytał 
służącego majora o wszelkie plotki, kiedy wybierze się dziś wieczorem 
do szynku.

Nagle ciszę przerwało delikatne pukanie do drzwi i do salonu weszła 

służąca z kartą wizytową na tacy.

- Ach! - Oczy Jospeha zapłonęły mocniej. Podał kartę swej matce.
- Pan Sandiford! - krzyknęła pani Harrison. - Czy jest uzbrojony?
- Mamo! - Joseph spojrzał na nią z politowaniem. - Myślisz, że służąca 

wpuściłaby go tutaj i przyniosła jego kartę?

-   Nie   wychodzę   -   oświadczyła   pani   Harrison,   zawiązując   mocniej 

pasek szlafroka wokół swej obfitej talii.

-   A   dlaczego   miałabyś   wychodzić?   -   odparł   Joseph.   -   Zostań,   jak 

najbardziej. Będziesz się dobrze bawić.

Rowland wszedł do pokoju,  ukłonił się nieznacznie w stronę  pani 

Harrison i oznajmił bez zbędnych wstępów:

- Przychodzę tutaj w bardzo nieprzyjemnej sprawie.
- Och, doprawdy? - Joseph pozwolił sobie rzucić triumfalne spojrzenie 

w stronę swej matki. - Mogę spytać, o co dokładnie chodzi?

- O moje dobre imię.
- A jakiż to ma związek ze mną? - Joseph naprawdę świetnie się bawił.
-   Rozpuszczał   pan   złośliwe   plotki   najpierw   o   pannie   Hartfield,   a 

potem o mnie. Przyszedłem tutaj, by położyć temu kres. - Odwrócił się 
do pani Harrison. - Pani, madame, powinna była przynajmniej starać się 
ratować reputację swej siostrzenicy. Nie pamiętam jednak, aby choć raz 
stanęła pani po jej stronie.

- Stanąć po jej stronie! - Pani Harrison omal nie zachłysnęła się z 

oburzenia. - Takiej ladaco! Dlaczego miałabym jej pomagać? Lepiej nie 
wspominać, kim była jej matka! A ta bezczelna dziewucha próbowała 
przyczepić się do mojego syna!

Rowland uniósł brwi w wyrazie niedowierzania.

197

background image

Joseph   postanowił   iść   za   ciosem   i   jeszcze   bardziej   sprowokować 

Rowlanda.

- Skoro reputacja panny Hartfield jest, jak pan twierdzi, bez skazy - 

zaczął   słodkim   głosem,   -   to   dlaczego   pan   się   jej   nie   oświadczył? 
Podobno wiele mógłby pan zyskać?

-   Dosyć!   -   Przerwał   Rowland   chrapliwie.   -   Nie   pozwolę,   by   ktoś 

szargał przy mnie dobre imię panny Hartfield, a to, jak się układają 
stosunki między mną a moją kuzynką, to już nie pański interes.

- Właśnie w ten sposób sprawił pan, że zrobił się z tego mój interes - 

powiedział Joseph. - I nie widzę powodu, dla którego nie miałbym 
opowiedzieć o naszej rozmowie zainteresowanym osobom. A jestem 
pewien, że wiele osób będzie tym zainteresowanych!

Rowland spojrzał na niego z pogardą i podał mu dwie kartki.
-   Przypuszczam,   że   to   może   pana   zainteresować   -   powiedział.   -   I 

ostrzegam, że istnieją jeszcze inne kopie tych dokumentów.

Joseph   ze   zmarszczonym   czołem   wpatrywał   się   w   przekazane   mu 

kartki. Potem w milczeniu opadł na najbliższe krzesło. Po chwili podał 
obie kopie swej matce.

Pani Harrison tylko rzuciła na nie okiem, poderwała się z fotela w 

ataku histerii i wrzasnęła piskliwie:

- To kłamstwo!
- Czyżby? - odparł Rowland spokojnie. - Może powinienem wymienić 

tu nazwisko pani Elizy O’Riley. Od kilku dni mieszka w Bath i była mi 
wielce pomocna. Jestem pewien, że chętnie potwierdzi te informacje, 
jeśli tylko zajdzie potrzeba.

- Kim jest pani O’Riley? - spytał Joseph posępnie.
Szloch pani Harrison stał się jeszcze głośniejszy.
- Zdaje się, że pańska matka wolałaby o tym nie mówić - odrzekł 

Rowland.

- Czego pan chce? - spytał Joseph. Spojrzał na matkę, a potem odwrócił 

wzrok.

-   Chcę,   by   oświadczył   pan   na   piśmie,   iż   to   pan   rozpuszczał 

nieprawdziwe i złośliwe plotki o pannie Hartfield i o mnie. Napisane 
pod   moje   dyktando   i   datowane   dzisiaj   w   mojej   obecności.   I   oboje 

198

background image

musicie wyjechać z Bath tak szybko, jak to tylko możliwe.

- A jeśli napiszę takie oświadczenie?
- Wówczas zachowam milczenie w tej sprawie. - Rowland wskazał na 

dokumenty.

- Nie mam wyboru.
- Żadnego - zgodził się Rowland.

11

Rowland odkrywał szybko, że istnieje pewna strona jego natury, o 

którą nigdy wcześniej by się nie podejrzewał. Jako chłopiec zawsze 
starał się być miły dla słabszych od siebie i nienawidził jakiejkolwiek 
formy przemocy. To właśnie brutalne zachowania, jakich świadkiem 
był   w   Eton,   po   raz   pierwszy   pchnęły   go   w   stronę   radykalnych 
zapatrywań   politycznych.   Teraz   skonstatował,   że   z   przyjemnością 
oczekuje   chwili,   gdy   Joseph   zostanie   ostatecznie   upokorzony.   Ten 
bękart   próbował   zniszczyć   życie   Merab   i   Rowland   z   prawdziwą 
radością pokrzyżował mu szyki. Gdyby mógł wychłostać go na oczach 
całego miasta i wygnać poza jego obręb, uczyniłby to z jeszcze większą 
ochotą. Jednak nie mógł mieć wszystkiego i musiał skoncentrować się 
nie na zemście, lecz na tym, by jak najszybciej pomóc Merab odzyskać 
dobre imię i jej zapewnić społeczną akceptację.

Rowland przeanalizował w myślach różne możliwości i postanowił 

odwiedzić lady Mandersby. Jej wpływy sięgały wszędzie i z pewnością 
poczułaby   się   obrażona,   gdyby   nie   była   jedną   z   najszybciej 
poinformowanych osób.

Lady Mandersby bez entuzjazmu przyjęła jego kartę wizytową, jednak 

krótka notka na jej odwrocie, w której Rowland stwierdzał, że bardzo 
zależy mu na opinii tej właśnie damy w pewnej sekretnej sprawie, 
przyniosła zamierzony efekt. Lady Mandersby przywitała go ze sporą 
rezerwą.

- Pan Sandiford. Więc w czym mogę panu pomóc?
Rowland wyjął oświadczenie Josepha i podał je szacownej damie.
Rzuciła najpierw okiem na podpis, po czym powiedziała krótko:
- Proszę, niech pan spocznie - otworzyła z trzaskiem swój lorgnon. - 

No cóż, młody człowieku - powiedziała, przeczytawszy uważnie całe 

199

background image

oświadczenie. - To zdaje się wszystko wyjaśniać. Jestem pewna, że to 
ogromna ulga nie tylko dla pana, ale i dla pańskiej wielce szanownej 
matki, która musiała być ogromnie zatroskana całą tą sprawą.

-   Pomyślałem,   że   pani   jest   osobą,   która   najlepiej   mi   doradzi,   lady 

Mandersby, przyszedłem więc prosto do pani. Oczywiście zamierzam 
odwiedzić moją matkę najszybciej jak to możliwe, ale ona wierzyła mi 
tak czy inaczej.

- A ja nie? - spytała lady Mandersby z uśmiechem.
-   Droga   lady   Mandersby   -   odparł   Rowland,   demonstrując   talent 

dyplomatyczny,  który dobrze wróżył jego karierze politycznej. - To 
naturalne,   że   kobieta   tak   inteligentna   jak   pani   miała   pewne 
wątpliwości. Jednak plotki nie biorą się z niczego i po prostu musiała 
pani być ostrożna.

- Zostaw to mnie, mój drogi chłopcze - lady Mandersby stała się nagle 

bardzo serdeczna. - Już ja się tym zajmę. Nigdy nie przepadałam za 
tymi Harrisonami,  nigdy. I jestem  prawie pewna,  że  pani  Harrison 
zdolna jest nawet oszukiwać w kartach. W końcu kim oni są? Phi! 
Prawnik   z   Bristolu!   Ale   towarzystwo   w   Bath   stało   się   teraz   tak 
pobłażliwe, że gotowe jest przyjąć niemal każdego. Tak, pan pozwoli, 
że rzucę jeszcze okiem... Mam nadzieję, że zamierza pan pojawić się 
dziś wieczorem w Bawialni?

- Tak, przyjdę tam z moją matką, panem Bridges i panną Hartfield, 

jeśli będzie miała na to ochotę.

- Tak byłoby najlepiej. Proszę dopilnować, by panna Hartfield także 

przyszła. I proszę zabrać ze sobą tę karteczkę.

Zbliżał się już koniec sezonu i Bawialni świeciłaby zapewne pustkami, 

gdyby   nie   zapobiegliwość   lady   Mandersby,   która   rozesłała   do 
odpowiednich osób krótkie notki i ściągnęła spory tłum gości. Byli tam 
między innymi Tivertonowie i major Bendick. Przyszła Lavinia i pani 
Banstead, pojawił się nawet sir Thomas Wincanton.

Oświadczenie Josepha było przedmiotem wszystkich niemal rozmów, 

toczonych w Bawialni. Nagle nikt nie potrafił znaleźć dlań dobrego 
słowa.   Joseph,   który   jeszcze   kilka   dni   temu   był   obiektem   sporego 
zainteresowania   matek   z   córkami   na   wydaniu,   nagle   stał   się 

200

background image

„podejrzanym   indywiduum”   i   „podłym   krętaczem”.   Wiele   matek 
odkryło też nieoczekiwanie, że w jego fizjonomii kryło się coś, co od 
razu im się nie podobało.

Podczas   gdy   pani   Bridges   uwolniła   się   wreszcie   od   zmartwień,   i 

bezustannie była zapewniana przez kolejnych przyjaciół, że ani przez 
chwilę nie wierzyli w oszczerstwa Harrisonów, Merab wcale nie czuła 
się tak radośnie, gdyż znowu omal nie pokłóciła się z Rowlandem.

Wcześniej   pani   Bridges   zostawiła   ją   z   Rowlandem,   by   we   dwójkę 

przedyskutowali   ostatnie   wydarzenia,   gdyż   ona   sama   musiała   się 
spotkać ze swą krawcową.

- Możesz opowiedzieć Merab, jak tego dokonałeś. Wybaczcie, ale pani 

Preston jest zawsze tak zajęta, że po prostu muszę się z nią zobaczyć, 
kiedy już tu przyjdzie.

Gdy tylko wyszła, Rowland powiedział:
-   Przykro   mi,   panno   Hartfield,   że   nie   mogła   pani   obdarzyć   mnie 

zaufaniem i powiedzieć mi o spotkaniu z panią O’Riley. - Rowland 
chciał tylko, by Merab zapewniła go o swym zaufaniu, jednak jego 
słowa zabrzmiały jak oskarżenie, zimne i pozbawione cienia sympatii.

- Pan się z nią widział? - O Boże, co powiedziała mu Eliza? Chyba nie 

zdradziła mu, że...

- A jak pani myśli, w jaki inny sposób mógłbym zdobyć informacje, 

dzięki którym zmusiłem Harrisona do napisania tego oświadczenia?

Merab w duchu odetchnęła z ulgą.
- Myślałam... myślałam, że zagroził mu pan, to znaczy fizycznie.
Rowland pokręcił głową.
-   Zostałbym   wtedy   oskarżony   o   napaść.   Nie,   to   był   szantaż. 

Zagroziłem,   że   ujawnię   publicznie   prawdę   o   jego   nieprawym 
pochodzeniu.

- Och! - Merab nie wiedziała, co powiedzieć. Prócz tej krótkiej chwili w 

świetle księżyca nie zdarzyło się nic, co wzmocniłoby łączącą ich więź 
sympatii i pozwoliło jej przypuszczać, że Rowland żywi dla niej jakieś 
cieplejsze   uczucia.   -   Po...   powiedziałabym   panu   -   zdołała   w   końcu 
wyjąkać. - Ale zdawałam sobie sprawę, że moja osoba była przyczyną 
wszystkich pańskich problemów. Szczególnie ostatnio.

201

background image

- Nonsens - powiedział Rowland, bardziej szorstko niż zamierzał.
- Gdyby mnie nie było, pan odziedziczyłby Hartfield i mógłby ożenić 

się z panną Parminster.

Przecież to nie jej chce moje serce, wołało coś w duszy Rowlanda.
-   Nie   bardzo   rozumiem,   panno   Hartfield,   co   mogą   mieć   z   panią 

wspólnego moje stosunki z panną Parminster.

- Tak, ma pan rację - wyszeptała Merab. - Przepraszam.
Co innego mogła powiedzieć? „Chciałam wiedzieć, bo pana kocham”? 

I „nie chciałam mówić o Elizie, bo bałam się, co pan na to powie”? 
Wszystko to wydawało jej się beznadziejne.

Merab   dość   niechętnie   wybrała   się   tego   wieczora   do   Bawialni. 

Rowland   odzyskał   równowagę   na   tyle,   że   nazywał   ją   „kuzynką 
Merab”,   ale   jego   zachowanie,   choć   całkiem   poprawne,   było   dość 
chłodne. Wyglądało to tak, jakby wycofał się za szklaną szybę.

Lecz   i  tak  sytuacja   wyglądała   lepiej,   niż   obawiała  się  Merab.  Gdy 

spotkała Lavinię, przyjaciółka rozłożyła szeroko ręce, by serdecznie ją 
uściskać.

- Och, Merab, tak się cieszę, że to wszystko dobrze się skończyło. 

Teraz możesz być już spokojna.

Merab starała się wyglądać na uspokojoną i zrelaksowaną.
- Przynajmniej możemy teraz chodzić na dalekie spacery i nie obawiać 

się napadów! - zdobyła się na żart.

- Major Bendick nie będzie miał już pretekstu, żeby ciągle nas spotykać 

- dodała Lavinia z szelmowskim uśmiechem.

Tymczasem   major   zdobył   się   na   uprzejmy   gest   i   podszedł   do 

Rowlanda,   by   mu   pogratulować   i   wyrazić   swą   radość   z   takiego 
zakończenia sprawy.

-   O   ile   wiem,   uratował   pan   moją   kuzynkę   i   pannę   Heslop   przed 

haniebnym   atakiem   -   powiedział   Rowland,   ściskając   dłoń   majora.   - 
Muszę podziękować panu za powściągliwość i milczenie w tej sprawie.

- Panna Hartfield prosiła mnie o to - odparł major krótko. Wkrótce 

jego uprzejmość się wyczerpała i opuścił Rowlanda.

- Myślę, że major zadurzył się w pańskiej kuzynce, panie Sandiford - 

zauważyła z uśmiechem pani Tiverton.

202

background image

-   Major   Bendick!   -   Rowland   był   bardzo   niemile   zaskoczony   tą 

wiadomością.   Czy   Merab   wyszłaby   za   tego   człowieka?   Przecież   to 
tępak!

- Oczywiście. Na pewno uznałaby go za dobrą partię, gdyby poprosił 

ją o rękę. Jego majątek przynosi co najmniej cztery tysiące rocznego 
dochodu.

Rowland obdarzył majora chmurnym spojrzeniem.
Sir Thomas podszedł do Merab uzbrojony w liczne komplementy i 

zaproszenie od swej żony.

- Byłaby zachwycona, gdyby zechciała pani ją odwiedzić - powiedział, 

dość niezdarnie starając się okazać jej swą gościnność. - Czuje się już 
znacznie lepiej.

-   Och,   zrobię   to   z   największą   radością!   -   wykrzyknęła   Merab.   - 

Kochana Amelia! Tak bardzo za nią tęskniłam.

- Pan Harrison zachował się skandalicznie - zauważył następnie sir 

Thomas. - Żeby próbować zniszczyć dobre imię dżentelmena, i pani 
także, moja droga. To doprawdy haniebne!

Sir   Thomas,   jak   zauważyła   Merab,   starał   się   naprawić   swe 

dotychczasowe zachowanie.

- Bardzo się cieszę, że dobre imię mojej matki zostało oczyszczone z 

wszelkich  podejrzeń  -   powiedziała  cicho.   -  A  jeśli  Amelia  czuje   się 
wystarczająco dobrze, chciałabym odwiedzić ją i jej dziecko jutro rano.

- Powiadomię ją o tym - obiecał sir Thomas.

Amelia   leżała   na   kozetce   w   swoim   buduarze,   gdy   nazajutrz   rano 

przyszła do niej Merab. Dwie przyjaciółki uściskały się serdecznie, a 
Amelia uroniła kilka łez.

-   Najdroższa   Merab   -   chlipała.   -   Przepraszam,   że   witam   cię   jak 

fontanna. Wiesz, jak łatwo się wzruszam!

Merab usiadła obok niej i przyjrzała się uważnie swej przyjaciółce. 

Kiedy widziała ją po raz ostatni, w zaawansowanej ciąży, Amelia miała 
ciemne obwódki pod oczami, a jej oblicze naznaczone było wysiłkiem i 
cierpieniem. Teraz wyglądała znacznie lepiej, choć na jej twarzy wciąż 
malowała się pewna bladość.

203

background image

- Jak się czujesz, Amelio?
- Lepiej, naprawdę. To nie była łatwa ciąża, od samego początku.
- Tak, pamiętam, że ciągle coś ci dolegało. Jak się miewa dziecko?
Amelia usiadła prosto i uśmiechnęła się.
- Sądzimy, że będzie zdrowa. Kiedy się urodziła, była taka maleńka, że 

nikt nie wierzył, iż przeżyje choćby kilka dni. Ale teraz właściwie tylko 
je i śpi, a jej opiekunka mówi, że zaczyna przybierać na wadze. - Sir 
Thomas wyszukał dla dziecka mamkę, hożą żonę poborcy myta, która 
właśnie  utraciła  swe  dziecko  i  gotowa  była  opiekować   się  maleńką 
panną Wincanton.

- Mogę ją zobaczyć?
Amelia uśmiechnęła się i pociągnęła za dzwonek. Po chwili do pokoju 

wniesiono dziecko, które Merab podziwiała z należytym zachwytem.

-   Nigdy   nie   widziałam   takiego   maleńkiego   dziecka   -   dziwiła   się 

Merab. - Ale jest naprawdę śliczna. Spójrz tylko na te paluszki!

Kiedy   opiekunka   zabrała   dziewczynkę   z   powrotem,   Amelia 

powiedziała:

- No, kochana Merab, teraz opowiedz mi o sobie. Te okropne plotki! 

Tak bardzo było mi ciebie żal!

- To było straszne - przyznała Merab. - Zaczęłam już czuć się jak jakiś 

wyrzutek. Gdziekolwiek poszłam, w ślad za mną pojawiały się jakieś 
skandale i plotki. Tym razem to było nawet gorsze, bo mieszkam u pani 
Bridges, a te pogłoski dotyczyły przecież jej syna.

Rozmawiały   przez   chwilę   o   wydarzeniach   ostatniego   tygodnia,   aż 

wreszcie Amelia zauważyła nieśmiało:

- Podobno major jest tobą coraz bardziej zainteresowany. Nie myśl 

sobie, że jestem ciekawska! - Merab rzuciła jej zagadkowe spojrzenie. 
Amelia roześmiała się, lecz dodała: - Wiesz, że chciałabym tylko, byś 
znalazła dobrego męża.

- Odmówiłam mu.
- Och... rzeczywiście - wyjąkała Amelia, osłupiała ze zdumienia.
- Nie mogłabym go pokochać.
- Ale mimo to mogłabyś być szczęśliwa - odparła Amelia, jak zawsze 

praktyczna.   Pomyślała,   że   gdyby   tylko   nie   była   tak   bardzo   chora, 

204

background image

mogłaby doradzić majorowi, jak najlepiej podbić serce jej przyjaciółki. 
Nim   sama   wyszła   za   sir   Thomasa,   naprawdę   bardzo   go   lubiła,   ale 
„miłość”? To coś dla niepoprawnych romantyków. Merab chyba była 
na   tyle   rozsądna,   by   poważnie   zastanowić   się   nad   ofertą   majora? 
Amelia spojrzała uważnie na przyjaciółkę.

Merab wpatrywała się w dywan, a na jej twarzy pojawił się smutek, 

jakiego   Amelia   nigdy   wcześniej   tam   nie   widziała,   wyraz   cichego 
cierpienia kogoś, kto utracił to, na czym najbardziej mu zależało.

- Merab! Ty kochasz kogoś innego!
- On o mnie nie myśli - odparła Merab, nim zdążyła się zastanowić 

nad tym, co mówi.

-   Ale...   kto   to   jest?   -   Amelia   przeanalizowała   szybko   wszystkie 

możliwości. - Mój Boże, to Rowland Sandiford, prawda?

Merab wybuchnęła płaczem.
- Och, najdroższa Merab! Ale chyba nie jesteś mu całkiem obojętna? 

Mówiłaś mi przecież, że starał się nadrobić to, co zepsuł, kiedy byliście 
w Hartfield.

- Też tak myślałam. Ale nie polubił mnie na tyle, by chciał mnie za 

żonę - odparła Merab, pogrążona w beznadziejnym smutku. - Pozostał 
tylko tydzień do upływu sześciu miesięcy od śmierci dziadka, Amelio. 
Za późno już na zapowiedzi.

- Musiałby udać się do biskupa po specjalne pozwolenie - odrzekła 

Amelia w zamyśleniu. - Och, moja kochana Merab. Tak mi przykro. 
Zawsze   uważałam,   że   to   odpowiedni   mężczyzna   dla   ciebie.   Jesteś 
pewna, że on ciebie nie chce? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, 
by mógł być tak nieczuły!

Merab wyszła od lady Wincanton nieco podniesiona na duchu. Co 

prawda   Amelia   nie   mogła   niczego   zmienić,   ale   szczera   rozmowa   z 
przyjaciółką, jej wsparcie i dobre słowo przyniosły Merab sporą ulgę. 
Oprócz Elizy, która właściwie wyciągnęła od niej wszystkie tajemnice, 
Merab   nie   miała   innej   powiernicy   -   nie   wypadało   jej   przecież 
rozmawiać na podobne tematy z panią Bridges, a Lavinii nie znała dość 
dobrze.

Ponieważ nie mogła się jeszcze całkiem uspokoić po wzruszeniach 

205

background image

ostatniej godziny, postanowiła w drodze do Pijalni wstąpić do opactwa 
i posiedzieć chwilę w ciszy.

Weszła do chłodnego wnętrza kościoła i usiadła na brzegu ławki w 

pobliżu stalli chóru. Miała nadzieję, że nikt jej tutaj nie dostrzeże, i że 
będzie mogła spędzić kilka chwil w zupełnym spokoju, nie siląc się na 
jakąś uprzejmą rozmowę. Kościół był raczej pustawy. Dwie kobiety 
czyściły pulpit, a zmęczony kanonik rozmawiał z mężczyzną, w którym 
Merab rozpoznała dziekana. Fragmenty ich rozmowy docierały do jej 
uszu.

- Więc biskup przyjedzie tutaj na zebranie kapituły w przyszłą środę? - 

pytał kanonik.

- Tak. Prosił, żeby zebranie zaczęło się dokładnie o trzeciej.
-   Och,   przecież   w   tym   samym   czasie   odbędzie   się   zebranie 

archidiakonatu w sprawie wizyty królowej.

-   Nic   na   to   nie   poradzimy.   Poza   tym,   biskup   także   chciałby 

porozmawiać o wizycie Jej Wysokości. Może powinienem spotkać się 
wcześniej z archidiakonem.

- Byłbym bardzo wdzięczny.
- Biskup przyjedzie tutaj około południa. Podam mu lunch, a potem 

zaprowadzę   na   zebranie.   Wszystko   musi   się   skończyć   najpóźniej   o 
wpół do piątej, bo potem zaczyna się zebranie komitetu budowlanego.

-   A   co   będzie   wtedy   robił   biskup?   Czy   zamierza   zostać   tutaj   na 

wieczór?

- Tak sądzę. Nie wiem, czy ma jakieś konkretne plany. Przekonamy się 

wkrótce.

Dziekan odszedł w stronę wyjścia, a po chwili kanonik podążył jego 

śladem.

Merab zdała sobie sprawę, że prawie przestała oddychać. Biskup miał 

przyjechać do Bath w środę. Będzie wolny o wpół do piątej. To, co 
przychodziło   jej   do   głowy,   było   tak   niepokojące,   że   serce   omal   nie 
wyskoczyło   jej   z   piersi.   Musiała   wziąć   kilka   głębokich   oddechów   i 
uspokoić się nieco.

Wcześniej nie chciała nawet myśleć o rewolucyjnym pomyśle Elizy - 

na pewno nie odważyłaby się wspomnieć o tym Amelii - lecz teraz los 

206

background image

zdawał   się   decydować   za   nią.   Pozostała   w   kościele   przez   następne 
dziesięć minut, a potem wyszła do Pijalni, by tam spotkać się z panem i 
panią Bridges.

Pani Bridges patrzyła na swego syna z irytacją. Za kilka dni miał na 

własne   życzenie   stracić   20   000   funtów,   tylko   dlatego,   że   nie   chciał 
poślubić cudownej młodej kobiety, którą lubił, która była inteligentna, 
piękna i pod każdym względem stanowiła idealną kandydatkę na jego 
żonę.

Oczywiście cieszyła się, że usunięto wreszcie wszelkie skazy z jego 

dobrego imienia i że Harrisonowie zniknęli raz na zawsze z ich życia, 
ale   zdawało   się,   że   wszyscy,   poza   Rowlandem   właśnie,   znajdowali 
doskonałe partie. Kitty, na przykład, miała zostać wicehrabiną, choć 
wcale na to nie zasłużyła; nawet Lavinia, której posag wynosił zaledwie 
dwa   tysiące,   cieszyła   się   coraz   większym   zainteresowaniem   majora 
Bendicka - major ostatnio coraz częściej przebywał w jej towarzystwie, 
czując zapewne, że musi poskromić swe uczucia dla Merab.

- Wiem - odrzekła Merab, kiedy pani Bridges wspomniała Jej o tym w 

sobotę (Merab powiedziała jej w końcu o oświadczynach majora). - I 
cieszę się z tego. Naprawdę uważam, że nie byłabym odpowiednią 
żoną dla majora. Ale Lavinia! Nie wiem, czy ona w pełni zdaje sobie 
sprawę z jego zamiarów i często ruga go bez litości.

-   Tak,   przyznam,   że   przyglądam   się   temu   z   przyjemnością   - 

uśmiechnęła się pani Bridges. - Major jeszcze niedawno był bardzo 
zarozumiały, ale pani i Lavinia sprowadziłyście go na ziemię.

- Wydaje mi się, że Lavinia traktuje go raczej jak starszego brata - 

stwierdziła Merab z powątpiewaniem.

- Młode damy rzadko traktują starszych przystojnych mężczyzn jak 

braci! - zauważyła pani Bridges.

Merab roześmiała się.
- Pewnie ma pani rację. Lavinia nie zwierza mi się ze swych tajemnic, 

ale nie zauważyłam, by czuła jakąś słabość do majora.

-   No   cóż,   na   pewno   doskonale   się   bawi   przy   każdej   okazji   - 

powiedziała pani Bridges. - Co mnie bardzo cieszy. Przedtem żyła w 

207

background image

cieniu   Kitty   Parminster.   Bogu   dzięki   Kitty   zeszła   nam   już   z   drogi. 
Trudno mi sobie wyobrazić, by mogła zostać moją synową!

- Myślę jednak, że kuzyn Rowland wciąż żywi dla niej ciepłe uczucia - 

powiedziała Merab z wahaniem. Rozmawianie o Rowlandzie było dla 
niej bolesną przyjemnością i rzadko decydowała się poruszać ten temat, 
a już na pewno nie w obecności jego matki.

- Jestem pewna, że nie! - Odparła pani Bridges z przekonaniem. - 

Zaledwie   kilka   dni   temu   powiedział   mi,   że   całkiem   już   o   tym 
zapomniał.

- Och! - powiedziała tylko Merab.
Pani Bridges spojrzała na nią badawczo. Zaczynała podejrzewać, że jej 

syn nie jest całkiem obojętny pannie Hartfield i pomimo sceptycyzmu 
męża była przekonana, że jest to uczucie odwzajemnione.

- Rowland potrafi być bardzo uparty i nierozsądny - oświadczyła, 

starając się ukryć wszelkie emocje. - Jest zupełnie niepraktyczny, gdy w 
grę wchodzi jego honor. Omal nie został kiedyś wyrzucony z Eton, bo 
nie chciał wydać kolegi i wolał wziąć całą winę na siebie. Na szczęście 
ten drugi chłopiec opamiętał się i wyznał prawdę.

- Och! - powtórzyła Merab.
Pani   Bridges   zajęła   się   szyciem   i   udawała,   że   jest   tym   całkiem 

pochłonięta. Nie mogła zrobić już nic więcej. Uczyniła wszystko, by 
podpowiedzieć Merab, że to ona powinna przejąć inicjatywę, i że ludzie 
sami muszą decydować o swoim losie. Teraz mogła tylko postarać się, 
by umożliwić im spotkanie we dwoje, gdyby sobie tego życzyli.

Zdawało   się   jednak,   że   Rowland   za   wszelką   cenę   unika   takiego 

właśnie spotkania. Pokazał się na niedzielnej mszy w kościele, szybko 
jednak   pożegnał   się   z   obiema   paniami   i   ojczymem.   Nie   przyjął 
zaproszenia na wspólną kolację tego samego wieczoru, twierdząc, że 
otrzymał   właśnie   list   od   zarządcy   swego   majątku   i   musi   nań 
natychmiast odpowiedzieć. Jeśli jego matka lub kuzynka zorientowały 
się   nawet,   że   poczta   nie   dostarcza   listów   w   niedzielę,   nie 
wypowiedziały głośno tej uwagi. Rowland najwyraźniej nie chciał też 
umówić się z nimi na poniedziałek.

- Chyba wybiorę się na przejażdżkę - oznajmił. - Nie wiem, kiedy 

208

background image

wrócę.

We wtorek wieczorem Merab nie mogła już znaleźć sobie miejsca. 

Wciąż myślała o rozmowie z panią Bridges i doszła do wniosku, że jej 
gospodyni na tyle, na ile było to możliwe, starała się zachęcić ją, by 
wzięła   sprawy   w   swoje   ręce.   Ale   jeśli   zawiedzie?   Jeśli   Rowland   ją 
odrzuci? Czy będzie w stanie to znieść?

Spała   bardzo   źle   i   obudziła   się   w   środę   rano   zmęczona   i 

zdesperowana,   choć   także   zrezygnowana.   Miała   tylko   dwa   wyjścia; 
pozostać   bierną   i   czekać,   aż   Rowland   się   jej   oświadczy   -   jeśli 
kiedykolwiek   miałby   to   zrobić,   albo   wziąć   sprawy   w   swoje   ręce   i 
dowiedzieć   się   najgorszego.   Jeśli   on   uważa,   że   jest   mało   kobieca   i 
niewarta jego uczuć, niech i tak będzie. Nie mógł chyba mieć o niej 
gorszej opinii, niż wyraził to niecałe pół roku temu.

Tym razem mogła przynajmniej liczyć na słowa pocieszenia ze strony 

Amelii, pani Bridges i pani O’Riley. Będzie musiała zająć się poważnie 
szukaniem posady nauczycielki, ale to akurat mogło jej sprawić pewną 
ulgę. Ciężka praca na pewno pozwoliłaby jej zapomnieć o złamanym 
sercu.   Rowland   wróciłby   do   Merryn   Park,   a   ona   już   nigdy   nie 
musiałaby   go   oglądać.   Nie   żyłaby   też   w   skrajnej   nędzy.   Dzięki 
tysiącowi funtów zostawionych jej przez ojca i dzięki wysiłkom pana 
Camberwella mogła liczyć na roczny dochód w wysokości około 80 
funtów. Wiele rodzin uważałoby się na jej miejscu za bogaczy.

Blada, zmęczona, lecz zdeterminowana, Merab wstała z łóżka i usiadła 

przy małym sekretarzyku w rogu sypialni. Pani Bridges zaopatrzyła 
swego   gościa   w   pióro,   atrament   i   papier.   Merab   wzięła   kartkę   i 
napisała:

Drogi kuzynie Rowlandzie!
Byłabym Panu ogromnie wdzięczna, gdybym mogła zamienić z Panem kilka 

słów na osobności dzisiejszego popołudnia. Czy zechciałby Pan spotkać się ze 
mną przy schodach na Gravel Walk o wpół do trzeciej?

Z poważaniem

M. Hartfield

209

background image

Nie był to idealny list, ale w tych okolicznościach musiał wystarczyć. 

Merab złożyła go, zapieczętowała i podpisała. Kiedy już była ubrana, 
zeszła na parter i nim miała czas się rozmyślić, wręczyła list jednemu ze 
służących.

- Proszę dostarczyć to panu Sandifordowi - rozkazała krótko, nie chcąc 

okazywać   przerażenia,   jakie   ją   nagle   ogarnęło.   I   dała   posłańcowi 
szylinga.

- Oczywiście, proszę pani. Czy mam czekać na odpowiedź?
- Nie... albo tak, proszę poczekać. - Merab pomyślała, że nie chce 

spędzić całego przedpołudnia zastanawiając się nad tym, czy Rowland 
otrzymał jej list i czy zechce się z nią spotkać.

Stało się. Teraz nie mogła już zrobić nic, by to powstrzymać.

Merab jeszcze raz przyjrzała się dokładnie swemu odbiciu w lustrze i 

poprawiła niesforny lok. Z lustra patrzyły na nią wielkie, ciemne oczy 
osadzone   w   bladokremowej   twarzy.   Westchnęła   cicho.   No   cóż,   tak 
musi   być.   Spojrzała   jeszcze   w   większe   zwierciadło.   Widziała   tam 
wysoką,   smukła   postać   odzianą   w   fioletową   spacerową   suknię   z 
delikatnym szalem z czarnej koronki narzuconym na ramiona. Założyła 
lekki słomiany czepek z fioletowymi wstążkami i wzięła rękawiczki.

Rowland   czekał   już   przed   domem,   kiedy   Merab   schodziła   po 

stopniach.   Jej   list   wprawił   go   w   spore   zakłopotanie,   gdyż   nie   miał 
pojęcia, co mogło to oznaczać. Czyżby przyjęła posadę guwernantki, 
nie informując go o tym wcześniej? Czy też, broń Boże, chciała mu 
przekazać jakieś kolejne rewelacje dotyczące swej przeszłości? Rowland 
był blady i nieco oficjalny. Merab wcale nie poczuła się pewniej, gdy go 
ujrzała.

Podali sobie dłonie. Rowland zauważył, że Merab drży, i jego obawy 

wzrosły jeszcze bardziej.

- Powiedziała pani, że chce ze mną porozmawiać na osobności - zaczął 

oficjalnie.

- Tak - szepnęła Merab. Jakże miała powiedzieć mu to, co powiedzieć 

musiała? Już teraz dłonie trzęsły się jej ze zdenerwowania. Przełknęła 
ciężko. - Może usiądziemy na którejś ławeczce - zaproponowała.

210

background image

Kilka kroków dalej, pod gałęziami drzew, kryła się pojedyncza ławka. 

Było   to   miejsce   dość   odosobnione,   gdyż   od   alejki   oddzielał   je 
dodatkowo krzak wawrzynu.

- Dobrze. - Rowland w milczeniu ruszył w stronę ławki. Znajdował się 

teraz   w   stanie   najwyższego   napięcia.   Cokolwiek   chciała   mu 
powiedzieć, było to na pewno coś, co sprawiało jej wielką trudność. 
Usiedli obok siebie. Na długą chwilę zapadła pełna napięcia i bólu 
cisza. Merab wpatrywała się w swe dłonie i zastanawiała się, od czego 
zacząć.

- Czy może chce pani powiedzieć mi coś o swej matce? - podsunął 

Rowland łagodnie.

Merab potrząsnęła głową. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się do 

niego.

- Rowlandzie - zaczęła.
Rowland poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Merab nigdy dotąd 

nie zwracała się do niego po imieniu, co nasunęło mu nagle pewne 
przypuszczenie.

- Tak?
- Zostały już tylko dwa dni do upływu sześciu miesięcy od śmierci 

dziadka.

- Wiem.
- Och! - szepnęła skonsternowana. - Więc... zastanawiałam się... to 

znaczy... - Nagle zdała sobie sprawę z kolejnego niebezpieczeństwa. 
Nie chciała, żeby Rowland myślał, iż chodzi jej tylko o pieniądze. - No 
cóż, to nie jest takie istotne - dodała pospiesznie. - Ważne jest to, to 
znaczy ważne dla mnie, ale wcale nie musi być ważne dla ciebie... - 
zaplątała się.

- Tak - powtórzył Rowland i wziął ją za rękę.
Merab pochwyciła ją konwulsyjnie i wyrzuciła z siebie w pośpiechu:
- Kocham cię. Wiem, że ty pewnie wcale nie czujesz tego samego...
- Ależ tak.
Merab jak ogłuszona podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. To, co 

tam ujrzała, sprawiło, iż serce zaczęło jej bić jak oszalałe.

-   Merab,   kochanie   -   powiedział   Rowland   z   uśmiechem.   -   Czyżbyś 

211

background image

próbowała mi się oświadczyć?

- Tak! - zawołała, zdesperowana. - Och, wiem, że postępuję okropnie, i 

że żadna szanująca się kobieta nie zrobiłaby czegoś podobnego, ale nie 
wiedziałam już, co zrobić.

- Zapewne myślisz, że powinniśmy się pobrać na tyle wcześnie, by nie 

stracić majątku Hartfieldów?

Skinęła głową.
- Tylko jeśli ty tego chcesz - dodała poważnie.
-   Oczywiście,   że   chcę   -   odparł   Rowland   niecierpliwie.   -   Nie 

wspominałem o tym dotąd, bo narobiłem wcześniej takiego bałaganu i 
nie wiedziałem, czy zechcesz mi teraz uwierzyć. Chciałem poczekać do 
soboty. Chciałem, żebyś wiedziała, że zależy mi bardziej na tobie, niż 
na przeklętym majątku kuzyna Juliana.

- Mógłbyś mieć i to, i to - zauważyła Merab.
- Kochanie, jest już za późno. - Rowland trzymał teraz już obie jej 

dłonie.

- Nie, nie jest - odparła Merab. - Dzisiaj w Bath przebywa... biskup. 

Teraz jest właśnie na spotkaniu kapituły. Będzie wolny około wpół do 
piątej.   -   Odwróciła   głowę,   tak   iż   Rowland   mógł   widzieć   tylko   jej 
zaróżowiony policzek.

Rowland spojrzał na nią z rozbawieniem i podziwem jednocześnie.
- Chcesz powiedzieć, że powinniśmy pójść teraz do niego, uzyskać 

specjalne pozwolenie i pobrać się natychmiast?

- Wiem, że to trochę za szybko... - zaczęła Merab.
- Za szybko?! Kochanie, to szaleństwo! - Spojrzał na Merab i roześmiał 

się głośno. - Zrobimy to! - Rozejrzał się dokoła, rozwiązał tasiemkę od 
jej czepka, zsunął go do tyłu i przyciągnął Merab do siebie. - Wiem, że 
na   to   nie   zasługuję   -   wyszeptał.   -   Ale   przysięgam   na   Boga,   że   cię 
kocham. Pocałuj mnie, Merab.

Minęła szósta. Pani Bridges i jej mąż wypili już herbatę i siedzieli 

razem w salonie, zastanawiając się, gdzie jest Merab. Wszyscy mieli się 
wybrać wieczorem na koncert do Bawialni.

-   Wyszła   z   domu   zaraz   po   drugiej   -   mówiła   pani   Bridges.   - 

212

background image

Przypuszczam, że poszła tylko na zakupy, ale żeby się tak spóźniać... 
To do niej niepodobne.

W tym momencie z holu dobiegły jakieś dźwięki.
- To ona - odetchnęła z ulgą pani Bridges. - I zdaje się, że jest z nią 

Rowland.

Chwilę później Merab i Rowland weszli do salonu. Merab była bez 

czepka. Trzymali się za ręce i uśmiechali radośnie.

- Mam nadzieję, że nie będzie to dla ciebie zbyt wielkim szokiem, 

mamo - powiedział Rowland. - Ale zamierzamy się pobrać za jakieś 
półtorej godziny.

- Ślubu udzieli nam biskup - dodała Merab.
-   Jesteśmy   bardzo   zmęczeni   -   zakończył   Rowland.   -   Czy   możemy 

dostać filiżankę herbaty?

Dopiero   po   dłuższej   chwili   wszystko   zaczęło   się   uspokajać.   Pani 

Bridges wróciła do siebie po pierwszym szoku i z ulgą opadła na fotel. 
Oczywiście, małżeństwo zawarte w takim pośpiechu musiało wywołać 
sporo plotek, ale po pewnym czasie nikt nie będzie już o tym pamiętał. 
Takie rzeczy szybko odchodziły w niepamięć, a obecność matki przy 
ślubie z pewnością uciszy podejrzliwych. Ważne też, że biskup okazał 
tyle zrozumienia.

- Był cudowny - mówiła Merab. - Oczywiście, zajęło trochę czasu, nim 

wyjaśniliśmy mu wszystko, ale w końcu stwierdził, że najlepiej będzie, 
jeśli   sam   udzieli   nam   ślubu.   Kiedyś   znał   dobrze   dziadka   i   jego 
reputację, więc uwierzył nam bez trudu.

Przepraszam, że wróciliśmy tak późno - powiedział Rowland. - Merab 

chciała   napisać   do   lady   Wincanton   i   do   pewnej   przyjaciółki   swojej 
matki,   która   przebywa   właśnie   w   Bath,   a   którą   także   chcielibyśmy 
zaprosić. A potem musieliśmy jeszcze kupić obrączki.

- Czy zechce pan poprowadzić mnie do ołtarza? - spytała Merab pana 

Bridges.

- Będę zaszczycony. Mogę spytać, co zamierzacie zrobić później?
- Będziemy musieli jak najszybciej wyjechać do Hartfield - powiedział 

Rowland.   -   Przypuszczam,   że   nim   zapadnie   zmrok,   zdążymy 

213

background image

przejechać jakieś dziesięć mil.

- O nie! Na pewno nie - sprzeciwiła się stanowczo pani Bridges. - Nie 

możecie zaczynać małżeńskiego życia w jakiejś ponurej gospodzie przy 
trakcie do Gloucester. Poza tym,  nie sądzę, by któreś z was zjadło 
dzisiaj jakiś porządny posiłek. Merab tylko skubnęła lunch. Już teraz 
oboje   wyglądacie   na   wyczerpanych.   Merab   zostanie   tutaj   na   noc   i 
wyśpi   się   porządnie,   bo   z   pewnością   tego   właśnie   potrzebuje, 
zwłaszcza jeśli macie przed sobą cały dzień jazdy. A ty, mój synu, 
prześpisz się jeszcze ten raz przy Gay Street.

Rowland spojrzał na Merab, która mówiła mu wcześniej, że prawie nie 

spała poprzedniej nocy, denerwując się czekającą ją rozmową. On także 
był zmęczony, musiał się spakować i uregulować rachunek w hotelu.

- Dobrze - powiedział w końcu. - Chyba powinniśmy być rozsądni.
I on i Merab mieli bardzo oburzone miny, kiedy pan i pani Bridges 

wybuchnęli głośnym śmiechem.

- O której godzinie zaczyna się ślub? - spytał pan Bridges.
-   Wpół   do   siódmej,   po   wieczornym   nabożeństwie.   W   kaplicy 

Najświętszej Panienki.

Początkowo sir Thomas nie chciał się zgodzić, by Amelia poszła na 

ślub   i   zmienił   zdanie   dopiero   wtedy,   gdy   żona   pokazała   mu 
zaproszenie,   na   którym   napisano,   że   ceremonię   poprowadzi   sam 
biskup.

- Znów będzie sporo plotek - powiedział posępnym tonem.
- Będzie ich mniej, jeśli my tam pójdziemy - zauważyła rozsądnie jego 

żona.

- Ale ja nie chcę, żeby obmawiano i ciebie.
- Moja najlepsza przyjaciółka ze względu na obowiązującą. ją żałobę 

bierze   cichy   ślub,   tylko   w   gronie   najbliższej   rodziny   i   przyjaciół   - 
powiedziała Amelia. - Kto może wiedzieć, czy nie przygotowywała się 
do niego od dłuższego czasu? Jeśli sam biskup udziela im ślubu, to 
naprawdę nie widzę żadnego powodu do plotek.

- No dobrze - westchnął ciężko sir Thomas. - Ja też pójdę.
- Jestem pewna, że to im bardzo pomoże - odparła Amelia poważnym 

tonem.

214

background image

Dwadzieścia   minut   po   siódmej   w   opactwie   zebrała   się   niewielka 

grupka ludzi. Pan i pani Bridges z Merab i Rowlandem, Eliza O’Riley w 
ekstrawaganckim kapeluszu z różowymi strusimi piórami, Tim Heard i 
sir Thomas z lady Wincanton. Po chwili podszedł do nich kościelny.

- Proszę tędy - powiedział, wskazując drogę. - Biskup już czeka.

Pan Camberwell siedział w swoim biurze i z ponurą miną patrzył na 

kalendarz. Piątek. W poniedziałek będzie musiał napisać do dwóch 
organizacji wymienionych w testamencie i zawiadomić je o darowiźnie 
Juliana Hartfielda. Westchnął ciężko. Stary Hartfield potrafił po śmierci 
być równie złośliwy i uparty jak za życia. Dwoje miłych, młodych ludzi 
zostało   pozbawionych   majątku,   który   według   wszelkich   prawideł 
powinien stać się ich własnością.

W tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi i w pokoju 

pojawił się podekscytowany urzędnik.

- Panie Camberwell! - zaczął z podnieceniem. - Pan i pani Sandiford 

czekają na dole i chcą się z panem zobaczyć.

- Pan i pani... Przyprowadź ich tu natychmiast.
W środę wieczorem Merab i Rowland byli emocjonalnie i fizycznie 

wycieńczeni po wszystkich niepokojach i wydarzeniach poprzedniego 
tygodnia. Jednak w piątek rano, po nocy spędzonej w Cirencester, czuli 
się zupełnie inaczej. Policzki Merab były lekko zaróżowione, a Rowland 
wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie.

Nowożeńcy przywitali się z panem Camberwellem, który wyraził swą 

ogromną radość.

- Pobraliśmy się w środę - powiedział Rowland, kiedy Merab sięgnęła 

do swej torebki i wyjęła złożony kawałek papieru, który wręczyła panu 
Camberwellowi.   -   Więc   przyjechaliśmy   tu,   by   przejąć   majątek 
Hartfieldów. Domyślam się, że chce pan zobaczyć świadectwo ślubu.

215


Document Outline