background image

 

 

JENNY  CARROLL

background image

 

 

ym razem kiedy to się zaczęło, byłam kompletnie zaskoczona. 

Na tym etapie powinnam zauważyć, że coś się dzieje. Tyle 

czasu  minęło.  Ale  nie.  Chyba  mimo  wszystko  jestem  taką  samą 

idiotką jak zawsze. 

Tym razem nie zaczęło się od telefonu czy listu. Tym razem to 

był  dzwonek  do  drzwi.  Zadzwonił  dokładnie  w  środku  uroczystego 

obiadu z okazji Święta Dziękczynienia. 

Nie  było  w  tym  nic  niezwykłego.  To  znaczy,  jeśli  chodzi  o 

dzwonek. Wręcz przeciwnie, odzywał  się ostatnio bardzo często. A 

to dlatego, że parę miesięcy temu jedna z restauracji należących do 

moich  rodziców  doszczętnie  spłonęła  i  sąsiedzi  -mieszkamy  w 

małym  miasteczku  -  okazywali  nam  współczucie,  przynosząc 

befsztyki albo jakieś ciasto. 

Poważnie. Jakby ktoś umarł. Ludzie zawsze przynoszą prezenty 

w postaci jedzenia, kiedy ktoś umrze, bo sądzą, że rodzina w żałobie 

nie czuje się  na siłach  gotować i zagłodziłaby się  na śmierć, gdyby 

przyjaciele i sąsiedzi nie przychodzili na okrągło z babką cytrynową 

czy czymś takim. 

T

background image

 

Jakby nie istniało coś takiego jak pizzeria. 

A  w  naszym  wypadku  nie  chodziło  o  zmarłego  człowieka. 

Chodziło o Mastrianiego, elegancką restaurację - idealne miejsce na 

kolację  przed  balem  na  zakończenie  roku  szkolnego  czy  wesele  - 

która  spłonęła  ze  szczętem  za  sprawą  paru  młodocianych 

przestępców pragnących mi unaocznić, jak bardzo nie odpowiada im 

fakt, że wtykam nos w ich sprawy. 

Tak. Rodzinna restauracja sfajczyła się z mojej winy. 

Nieważne,  że  próbowałam  powstrzymać  mordercę.  Nieważne, 

że ludzie, których ten  facet próbował  wykończyć, nie byli  mi obcy, 

bo chodzili do tej samej szkoły, co ja. 

Czy miałam stać z boku i pozwolić, żeby wyekspediował moich 

przyjaciół na drugą stronę? 

No  cóż.  Gliny  w  końcu  przyskrzyniły  drania,  Mastriani  był 

ubezpieczony,  no  i  mamy  dwie  inne  restauracje,  które  nie  obróciły 

się w popiół. 

Nie mówię, że to nie była okropna strata. Mastriani był oczkiem 

w  głowie  mojego  taty,  no  i  najlepszą  restauracją  w  mieście.  Chcę 

tylko  powiedzieć,  że  ciasto  z  persymoną  nie  było  nam  wcale 

potrzebne. 

Martwiliśmy  się  i  tak  dalej,  ale  to  nam  nie  odebrało  chęci 

gotowania. Nie w mojej rodzinie. Gdy dorasta się, że tak powiem, w 

cieniu  restauracji,  siłą  rzeczy  nabywa  się  wiedzy  o  gotowaniu,  wie 

się  też,  jak  spuścić  wodę  z  podgrzewanego  bufetu  albo  sprawdzić 

świeżość  okonia  i  nie  dać  się  nabić  w  butelkę  dostawcy  ryb.  W 

moim domu jedzenia nigdy nie brakowało. 

W tamto Święto Dziękczynienia stół aż się uginał pod jego cię-

żarem.  Ledwie  zmieściły  się  talerze,  tyle  było  salaterek  kopiasto 

załadowanych  indykiem,  patatami,  pełnych  sosu  żurawinowego, 

dwóch  rodzajów  dressingu,  fasolki,  sałatek,  pieczywa,  ziemniaków 

zapiekanych  w  sosie,  ziemniaków  tłuczonych  z  czosnkiem,  mar-

chewki w polewie, puree z rzepy i kremu ze szpinaku. 

background image

 

I  wcale  od  nas  nie  oczekiwano,  że  weźmiemy  odrobinkę 

wszystkiego  do  spróbowania.  Nie  z  moją  mamą  i  tatą  przy  stole. 

Jeśli się nie naładowało na talerz fury żarcia, uznawali to za obelgę. 

A dla mnie, widzicie, stanowiło to poważny problem, bo miałam 

w  planie  jeszcze  jeden  obiad  z  okazji  Święta  Dziękczynienia  -  o 

czym  nie  wspomniałam  rodzicom,  wiedząc,  że  nie  byliby 

zachwyceni. Usiłowałam więc po prostu zachować trochę miejsca w 

żołądku. 

Może  jednak  powinnam  była  znaleźć  jakąś  wymówkę,  gdyż 

pewni ludzie przy stole zwrócili uwagę na mój rzekomy brak apetytu 

i poczuli się zobligowani fakt ten skomentować. 

-  Co  się  dzieje  z  Jessicą?  -  chciała  wiedzieć  moja  cioteczna 

babka  Rose,  która  przyjechała  do  nas  na  święto  z  Chicago.  -

Dlaczego ona nic nie je? Jest chora? 

-  Nie,  ciociu  Rose  -  powiedziałam  przez  zaciśnięte  zęby.  -Nie 

jestem chora. Po prostu nie jestem w tej chwili głodna. 

-  Nie  jesteś  głodna?  -  Ciocia  Rose  spojrzała  na  moją  matkę.  - 

Kto  nie  jest  głodny  w  Święto  Dziękczynienia?  Twoi  rodzice 

harowali  cały  dzień,  przygotowując  ten  pyszny  posiłek,  więc  teraz 

grzecznie zajadaj. 

Mama przerwała rozmowę z panem Ab ramowitzem. 

-  Ależ ona je, Rose. 

-  Jem, ciociu Rose - zapewniłam, pakując na dowód patata  do 

ust. - Widzisz? 

-  Wiesz,  na  czym  polega  jej  problem?  -  powiedziała  ciocia 

Rose konspiracyjnym szeptem do matki Claire Lippman, ale na tyle 

głośno,  że  można  by  ją  usłyszeć  w  sklepie  na  Pierwszej  ulicy.  - 

Cierpi  na  jedno  z  tych  zaburzeń  związanych  z  jedzeniem.  Na  tę 

anoreksję. 

-  Jessica nie cierpi na anoreksję, Rose  -  wyjaśniła  moja  mama 

lekko  zniecierpliwiona.  -  Douglasie,  czy  mógłbyś  podać  Ruth 

fasolkę? 

background image

 

Douglas, który nawet w szczytowej formie nie znosi zwracać na 

siebie  uwagi,  szybko  podał  fasolkę  mojej  najlepszej  przyjaciółce, 

jakby to mogło go uchronić przed wściekłym wzrokiem cioci Rose. 

-  Wie  pani,  jak  to  się  nazywa?  -  zapytała  ciocia  Rose  panią 

Lippman poufałym tonem. 

-  Przykro  mi,  pani  Mastriani  -  odparła  pani  Lippman.  Po  jej 

głosie,  w  którym  brzmiała  udręka,  domyśliłam  się,  że  przyjmując 

zaproszenie mojej mamy na świąteczny obiad, państwo Lippman nie 

zdawali  sobie  sprawy,  w  co  się  pakują.  Jasne,  nikt  ich  nie  ostrzegł 

przed ciotką Rose. - Nie wiem, co pani ma na myśli. 

-  Wypieranie  się  -  oznajmiła  ciotka  Rose,  pstrykając  trium-

falnie  palcami.  -  Widziałam  to  u  Opry.  Przypuszczam,  Antonio,  że 

pozwolisz  Jessice  podziobać  ten  sos,  zamiast  go  zjeść,  tak  jak 

pozwalasz  jej  na  wszystko.  Te  koszmarne  ogrodniczki,  w  których 

paraduje od rana do wieczora, i te włosy... nie mówiąc już o tej całej 

aferze z zeszłej wiosny. No, wiecie, za grzecznymi dziewczętami nie 

włóczą się uzbrojeni agenci federalni... 

Na  szczęście,  w  tym  momencie  odezwał  się  dzwonek. 

Odłożyłam  serwetkę  i  podniosłam  się  tak  szybko,  że  niemal 

przewróciłam krzesło. 

-  Otworzę! - wrzasnęłam, pędząc do holu. 

Chyba każdy by się tak zachował na moim miejscu. Kto miałby 

ochotę  setny  raz  wysłuchiwać,  jak  to  poraził  mnie  piorun  i  w 

związku z tym pojawiła się u  mnie  szczególna zdolność psychiczna 

odnajdywania zaginionych ludzi; jak zostałam prawie porwana przez 

niezbyt  sympatyczne  siły  rządowe,  które  chciały  mnie  zmusić  do 

współpracy;  jak  grupka  przyjaciół  musiała  wysadzić  parę  rzeczy  w 

powietrze,  żeby  mnie  bezpiecznie  sprowadzić  do  domu.  Ten  temat 

mocno się przejadł, może byśmy tak pomówili o czymś innym? 

-  Kto to może być? - zastanawiała się mama. - Wszyscy ludzie, 

których znamy, siedzą z nami przy stole. 

background image

 

To  się  akurat  zgadzało.  Oprócz  ciotki  Rose,  moich  rodziców  i 

mnie byli jeszcze moi dwaj starsi bracia - Douglas i Mi-chael, nowa 

dziewczyna  Michaela  (ciągle  dziwnie  się  czuję,  nazywając  ją  w  ten 

sposób,  bo  Mikey  całymi  latami  tylko  marzył,  że  pewnego  dnia 

Claire Lippman raczy choćby spojrzeć w jego stronę, a teraz, łamiąc 

wszelkie  konwenanse,  zaczęli  ze  sobą  chodzić  -  Piękna  i  Maniak 

Komputerowy), jej rodzina, a także moja najlepsza przyjaciółka Ruth 

Abramowitz z rodzicami i Skipem, bratem bliźniakiem. W sumie aż 

trzynaście  osób.  Zdecydowanie  nie  miało  się  wrażenia,  że  kogoś 

brakuje. 

Kiedy  jednak  dotarłam  do  drzwi,  okazało  się,  że  brakuje.  Nie, 

nie przy naszym stole; przy cudzym. 

Na  zewnątrz  było  ciemno  -  w  listopadzie  w  Indianie  wcześnie 

zapada  mrok  -  ale  na  ganku  paliło  się  światło.  Przed  drzwiami  stał 

wysoki czarny  mężczyzna. Rozglądał się niecierpliwie, czekając, aż 

ktoś mu otworzy. 

Poznałam go od razu. Jak wspomniałam, nasze miasto jest dosyć 

małe  i  jeszcze  parę  tygodni  wcześniej  nie  mieszkał  w  nim  żaden 

Afro-Amerykanin.  Sytuacja  uległa  zmianie,  kiedy  dom  Hoadleyów 

po  drugiej  stronie  ulicy  został  kupiony  przez  doktora  Thompkinsa, 

który  objął  stanowisko  naczelnego  chirurga  w  naszym  szpitalu 

okręgowym  i  przeprowadził  się  do  nas  z  Chicago  wraz  z  żoną, 

synem i córką. 

Otworzyłam drzwi ze słowami: 

-  Hej, doktorze Thompkins. 

Hello, Jessico - uśmiechnął się. - Eee... to znaczy, hej. W 

Indianie zamiast „hello" mówi się „hej". Doktor Thompkins starał 

się wdrożyć do używania miejscowego narzecza. 

-  Proszę  wejść  -  cofnęłam  się,  żeby  mógł  schronić  się  przed 

zimnem.  Śnieg  wprawdzie  jeszcze  nie  spadł,  ale  na  kanale  Pogoda 

zapowiadali, że nastąpi to wkrótce. Nie spodziewano się, ku mojemu 

zmartwieniu,  ilości  śniegu  wystarczającej,  żeby  zamknąć  szkołę  w 

poniedziałek. 

background image

 

-  Dziękuję,  Jessico  -  powiedział  doktor  Thompkins,  spo-

glądając  nad  moją  głową  w  głąb  holu,  skąd  widać  było  ludzi  sie-

dzących  przy  stole.  -  Och,  bardzo  przepraszam.  Nie  chciałem 

przeszkadzać w obiedzie. 

-  Nie ma sprawy - odparłam. - Skosztuje pan indyka? Mamy go 

mnóstwo. 

-  Och,  nie.  Nie,  dziękuję.  Wstąpiłem  tylko,  bo  miałem  na-

dzieję.. . cóż, to trochę krępujące, ale chciałem sprawdzić, czy... 

Doktor  Thompkins  wydawał  się  bardzo  zdenerwowany. 

Uznałam,  że  pewnie  chce  coś  pożyczyć.  Kiedy  ktoś  z  sąsiedztwa 

chce coś pożyczyć, zwłaszcza coś związanego z gotowaniem, prawie 

zawsze  zaczyna  od  nas.  Moi  rodzice  prowadzą  restauracje,  mamy 

więc  właściwie  wszystko,  co  jest  potrzebne  do  gotowania,  i  to  na 

ogół w ogromnych pękatych pojemnikach. 

Doktor Thompkins pochodził z wielkiego miasta i w ogóle, więc 

pewnie  nie  wiedział,  że  w  małym  miasteczku  pożyczanie  różnych 

rzeczy od sąsiadów jest czymś zupełnie naturalnym. Podejrzewałam, 

że  doktor  nie  wie  mnóstwa  rzeczy  o  naszym  mieście.  Na  przykład 

tego,  że  chociaż  oficjalnie  Indiana  podczas  wojny  domowej 

sprzymierzyła  się  z  Północą,  pewni  ludzie  -  zwłaszcza  w 

południowej  części  stanu  -  wcale  nie  uważali,  że  konfederaci  tak 

całkiem nie mieli racji. 

Właśnie  dlatego  w  dniu,  kiedy  na  naszą  ulicę  zajechała  cię-

żarówka z dobytkiem Thompkinsów, moja mama czekała na nowych 

mieszkańców  z  wielkim  garem  manicotti  i  powitała  ich  w  imieniu 

sąsiadów,  zanim  jeszcze  wysiedli  z  samochodu.  Pani  Abramowitz, 

która  nie  umie  ugotować  nawet  jajka,  zjawiła  się  ze  sklepowym 

ciastem  w  dużym  białym  pudle.  A  państwo  Lippman  przybyli  z 

talerzem słynnych czekoladowych ciasteczek 

Claire.  (Na  czym  polegała  ich  tajemnica?  To  kupne  ciastka  Toll-

house  Break  and  Bake.  Claire  tylko  je  wkłada  do  wysmarowanej 

tłuszczem  brytfanny.  Poważnie.  Poznałam  ten  sekret  i  mnóstwo 

background image

 

innych,  jeszcze  bardziej  interesujących,  odkąd  Claire  została 

dziewczyną mojego brata). 

Prawie  wszyscy  z  najbliższego  sąsiedztwa  i  wiele  osób  z  od-

leglejszych  ulic  zjawiło  się,  aby  powitać  Thompkinsów  w  dniu  ich 

przybycia.  Założę  się,  że  Thompkinsowie  musieli  nas  uznać  za 

gromadę  pomyleńców,  dobijających  się  do  ich  drzwi  przez  cały  ten 

dzień  i  kilka  następnych  z  kilogramami  czekoladowych  ciastek, 

bakłażanowego  parmigiana,  makaronu  z  serem,  galaretek  i 

domowego placka kawowego. 

Nie wiedzieli jednak, że przez nasze miasto - tak jak przez całe 

Stany  Zjednoczone  przed  stu  pięćdziesięcioma  laty  -  przebiegała 

linia dzieląca je na dwie różne części. W jednej znajdowały się Lum-

bley  Lane,  plac  z  budynkami  sądów,  większość  urzędów,  a  także 

szpital,  centrum  handlowe  i  szkoła  średnia.  Mieszkali  tam  ludzie, 

których w mojej szkole określano mianem „miastowych". 

No  i  była  reszta  hrabstwa,  za  granicami  miasta;  głównie  lasy, 

pola  kukurydzy,  jakiś  kemping  tu  i  tam  i  opuszczona  fabryka 

tworzyw  sztucznych  dla  większego  efektu.  Tam  nadal  pieniły  się 

analfabetyzm, przesądy, a w głębi lasów, dokąd tata zabierał nas na 

wycieczki,  kiedy  byliśmy  mali,  można  było  znaleźć  miejsca,  gdzie 

pędzono  bimber.  Dzieciaki  w  szkole  nazywały  mieszkańców  tych 

odległych  rejonów  „wsiokami"  albo  „owsem",  bo  rzekomo 

większość  z  nich  jadała  owsiankę  na  śniadanie,  w  dodatku  bez 

rodzynek 

W  moim  mieście  to  właśnie  wsioki  jeżdżą  czasem  z  flagami 

Konfederacji  powiewającymi  z  pikapów.  To  wsioki  używają 

pewnego  niecenzuralnego  słowa  na  „d",  i  wcale  nie  dlatego,  że 

cytują  Chrisa  Rocka,  Jennifer  Lopez  czy  kogoś  tam.  Choć  znam 

sporo  wsioków,  którzy  nigdy  nikogo  nie  nazwaliby  tym  słowem, 

podobnie  jak  znam  paru  miastowych,  którzy  nie  zawahaliby  się 

nazwać  dziewczyny  takiej  jak  ja,  z  bardzo  krótkimi  włosami  i 

tendencją do załatwiania różnych spraw przy  użyciu pięści, słowem 

background image

 

na „I", a mojej przyjaciółki Ruth, która jest Żydówką, słowem na „J" 

albo innym równie obraźliwym. 

Jest  więc  chyba  jasne,  dlaczego,  gdy  zobaczyliśmy,  jak  wpro-

wadzają  się  Thompkinsowie,  niektórzy  z  nas  zaczęli  się  obawiać 

kłopotów. 

Minął  miesiąc  i  obeszło  się  bez  incydentów.  Może  więc 

wszystko dobrze się ułoży, myślałam wtedy. 

Teraz,  rzecz  jasna,  wszystko  się  zmieniło.  Ale  w  tamtym 

momencie  starałam  się  tylko,  żeby  pan  Thompkins  nie  czuł  się 

skrępowany  w  naszym  holu.  Przecież  nie  wiedziałam,  skąd  mia-

łabym wiedzieć? Mogę być „psychiczna", ale nie aż tak. 

-  Mi  casa  es  su  casa,  doktorze  Thompkins  -  zwróciłam  się  do 

gościa.  To  pewnie  najgłupsza  rzecz,  jaką  mogłam  powiedzieć,  ale 

mniejsza z tym. Po praniu mózgu w wykonaniu cioci Rose nie byłam 

w  twórczym  nastroju.  Ponadto  uczę  się  francuskiego,  a  nie 

hiszpańskiego. 

Doktor Thompkins  uśmiechnął się blado i  wypowiedział słowa, 

po  których  poczułam  się,  jakby  śnieg  jednak  zaczął  padać.  Tyle  że 

padał wyłącznie na moje plecy. 

-  Byłem  tylko  ciekaw  -  rzekł  -  czy  może  widziałaś  gdzieś 

mojego syna. 

 

 

 

V piętro. Musiałam usiąść na półpiętrze, bo czułam, że kolana 

się pode mną uginają. 

-  Janie...  -wykrztusiłam.  -Już  się  tym  nie  zajmuję.  Może  nikt 

panu nie powiedział, ale ja już się tym nie zajmuję. 

Cofałam się bez słowa, aż moje nogi uderzyły o schody na 

background image

 

10 

Doktor  Thompkins  spojrzał  na  mnie,  jakbym  oświadczyła,  że 

pies dingo pożarł moje dziecko. 

-  Słucham? - odezwał się, mocno zdziwiony. 

Na  szczęście,  w  tej  chwili  z  jadalni  wyszedł  tata,  z  serwetką 

nadal  zatkniętą  za  pasek  spodni.  Za  nim  szła  mama  z  Mikiem  -i  z 

Claire, jak zwykle uczepioną jego ramienia. 

-  Hej, Jerry - powiedział tata, wyciągając rękę. - Co słychać? 
-  Hello,  Joe  -  odparł  doktor  Thompkins.  -  To  znaczy,  hej.  -

Uścisnął dłoń ojca i zwrócił się do mamy: - Jak się masz, Toni? 

-  Świetnie, Jerry - zapewniła mama. - A co u ciebie? 

 - Mogłoby być lepiej - powiedział doktor. - Bardzo przepraszam, 

że  przeszkadzam  w  posiłku.  Zastanawiałem  się,  czy  ktoś  z  was 

widział mojego syna Nate'a. Parę godzin temu  wyszedł do sklepu - 

Rowenie zabrakło bitej śmietany - i od tamtej pory nie widzieliśmy 

go.  Pomyślałem,  że  może  wpadł  do  waszych  chłopców  albo  do 

Jessiki... 

Poczułam  ulgę,  bo  doktor  Thompkins  nie  prosił,  żebym 

odnalazła jego syna. Pytał tylko, czy go widziałam. 

Zarazem  było  mi  trochę  głupio.  Ze  spojrzeń,  jakie  rzucał  mi 

doktor, wynikało, że uważa mnie za zdrowo pomyloną w związku z 

moją reakcją na proste jego pytanie o  syna. Trudno  mu  się dziwić. 

Nie  było  go  tutaj  zeszłego  lata  ani  nawet  jesienią.  Nie  wiedział,  że 

to  mnie  prasa  nazwała  Dziewczyną  od  Pioruna.  Nie  miał  pojęcia o 

moim niezwykłym darze. 

Mike  tłumił  dłonią  chichot.  Od  razu  domyślił  się,  co  się  stało. 

No wiecie, jak zrozumiałam pytanie doktora Thomp-kinsa. 

-  Nie,  nie  widzieliśmy  Nate'a  -  odparła  mama  z  wyrazem 

troski  na  twarzy.  Martwi  się  za  każdym  razem,  gdy  usłyszy,  że 

jakieś  dziecko  urwało  się  z  rodzicielskiej  smyczy.  To  dlatego,  że 

jedno z jej własnych dzieci kiedyś to zrobiło i odnalazła je dopiero 

w szpitalu. 

background image

 

11 

-  Och  -  westchnął  doktor  Thompkins.  Wydawał  się  bardzo 

rozczarowany.  -  Cóż,  pomyślałem,  że  warto  spróbować.  Pewnie 

zatrzymał się przy grach wideo... 

Nie  chciałam  być  tą  osobą,  która  wyjaśni  doktorowi,  że  salon 

gier  jest  dziś  nieczynny.  Wszystko  było  zamknięte  w  naszym 

mieście,  z  wyjątkiem  Stop  and  Shop,  którego  nie  zamykano  nawet 

w święta Bożego Narodzenia. 

Claire  nie  miała  problemów  z  przekazywaniem  złych  wia-

domości. 

-  Salon  gier  jest  zamknięty,  doktorze  Thompkins  -  powie-

działa. - Wszystko jest dziś nieczynne. Nawet kręgielnia i kina. 

Słowa  Claire  dobiły  Thompkinsa.  Nawet  mama  posłała  jej 

pełne  wyrzutu  spojrzenie.  A  w  oczach  mojej  mamy  Claire  jest 

skończoną doskonałością, mimo iż to częściowo z jej powodu Mike 

uczęszcza obecnie do miejscowego college'u, zamiast do Harvardu, 

gdzie miał w tym roku studiować. 

-  Och - powtórzył doktor Thompkins. Uśmiechnął się dzielnie 

i dodał: - Cóż, może spotkał jakichś znajomych. 

To było możliwe. Nate Thompkins, uczeń drugiej klasy Szkoły 

im.  Ernesta  Pyle'a  -  do  której  i  ja  chodzę  -  nie  miał  specjalnych 

kłopotów  ze  znalezieniem  sobie  towarzystwa,  mimo  że  był  nowy  i 

był jedynym Afro-Amerykaninem w szkole. Przystojny, atletycznie 

zbudowany  Nate  natychmiast  został  przyjęty  do  szkolnej  drużyny 

piłkarskiej,  i  to  wcale  nie  dlatego,  że  trener  Albright  poszukiwał 

nowych zawodników. Podobno ma talent i to od razu ustawiło go w 

najlepszym towarzystwie. 

W  przeciwieństwie  do  jego  starszej  siostry  Tashy,  uczennicy 

ostatniej  klasy,  mola  książkowego,  którą  wyśledziłam,  jak  kręciła 

się  przed  salą,  gdzie  codziennie  po  lekcjach  zbiera  się  komitet 

obradujący  nad  książką  roku.  Była  zbyt  nieśmiała,  żeby  wejść  do 

środka.  Podeszłam  więc  do  niej  i  powiedziałam  coś  w  rodzaju: 

„Chodź,  przedstawię  cię".  Obdarzyła  mnie  takim  uśmiechem, 

jakbym oferowała jej wyssanie rany po ukąszeniu węża. 

background image

 

12 

Otwartość Nate'a nie była chyba cechą dziedziczną, bo Ta-sha z 

pewnością jej nie posiadała. 

-  Jestem  pewien,  że  wkrótce  wróci  do  domu  -  powiedział 

doktor Thompkins i, przeprosiwszy raz jeszcze, wyszedł. 

-  Mój  Boże  -  westchnęła  mama,  zamykając  za  nim  drzwi.  -

Mam nadzieję... 

Tata przerwał jej stanowczym: 

-  Nie teraz, Toni. 
-  Co takiego? - zainteresował się Mike, 
-  Nieważne  -  powiedział  tata.  -  Chodźmy.  Czekają  na  nas 

cztery rodzaje ciasta. 

-  Upiekliście cztery ciasta? - Claire, która (w przeciwieństwie 

do  mnie)  jest  wysoka  i  wiotka  jak  trzcina  i  chyba  musi  być 

częściowo  pusta  w  środku,  bo  pochłania  więcej  jedzenia  niż 

jakakolwiek  inna  znana  mi  istota  ludzka,  wyraźnie  się  ucieszyła.  -

Jakie? 

-  Z  jabłkiem,  dynią,  pekanem  i  persymoną  -  odparł  tata, 

równie zadowolony. Dobrzy  kucharze lubią ludzi, którzy doceniają 

ich kuchnię. 

Nikt  jednak,  o  ile  mi  wiadomo,  nie  zachwycał  się  towarzy-

stwem ciotki Rose. 

-  Józefie  -  zapytała,  gdy  tylko  pojawiliśmy  się  ponownie  w 

jadalni - kim był ten kolorowy? 

Mieć taką krewną jak ciocia Rose to naprawdę krępujące. A nie 

jest przecież alkoholiczką ani nikim takim, więc jej zachowania nie 

da  się  przypisać  jakimś  czynnikom  zewnętrznym.  Jest  zwyczajnie 

niedobra. Parę razy  miałam ochotę jej dołożyć, ale że  ma chyba ze 

sto lat (dobra, siedemdziesiąt pięć, wielka mi różnica), moi rodzice 

nie  przyjęliby  tego  spokojnie.  Poza  tym  usiłowałam  ostatnio 

zwalczyć  moją  skłonność  do  stosowania  przemocy,  a  to  dzięki 

pozwowi,  jaki  otrzymałam  w  związku  z  przetrąceniem  czyjejś 

background image

 

13 

przegrody  nosowej.  Chociaż  nadal  uważam,  że  ta  osoba  na  to 

zasłużyła. 

-  Afro-Amerykanin,  Rose  -  poprawiła  ją  mama.  -  W  dodatku 

nasz sąsiad, doktor Thompkins. Czy dolać komuś wina? Skip, może 

jeszcze coli? 

Skip jest bratem bliźniakiem Ruth. Podobno kocha się we mnie, 

ale  zawsze  o  tym  zapomina,  kiedy  w  pobliżu  znajduje  się  Claire 

Lippman.  Wszyscy  chłopcy  -  włączając  mojego  drugiego  brata, 

Douglasa - kochają Claire. Wygląda na to, że Claire wydziela jakieś 

feromony  czy  coś,  czego  takie  dziewczyny  jak  Ruth  i  ja  nie 

posiadają. To jest trochę wkurzające. 

Oczywiście  nie  chodzi  o  to,  żebym  się  koniecznie  chciała 

Skipowi  podobać.  On  mi  się  w  ogóle  nie  podoba.  Podoba  mi  się 

ktoś inny. 

Ktoś,  kto  oczekiwał  mnie  na  obiedzie  z  okazji  Święta  Dzięk-

czynienia. Tylko że tak, jak się sprawy miały... 

-  Co  jest  niewłaściwego  w  słowie  „kolorowy"?  -  chciała 

wiedzieć ciocia Rose. - Przecież on jest kolorowy! 

-  Czy mogę pani nałożyć jeszcze trochę kremu ze szpinaku? - 

spytał  ciocię  Rose  pan  Abramowitz.  Jako  prawnik  przywykł 

traktować grzecznie ludzi, którzy nie przypadli mu do gustu. 

-  Czego chciał doktor Thompkins? - zapytał Skip. 
-  Och,  nic  takiego  -  odparła  mama  z  udawaną  swobodą.  -

Chciał tylko zapytać, czy ktoś z nas  widział Nate'a. Komu dołożyć 

tłuczonych ziemniaków? 

-  Co  jest  niewłaściwego  w  słowie  „kolorowy"?  -  powtórzyła 

ciotka  Rose,  wściekła,  że  nikt  nie  zwraca  na  nią  uwagi.  Pewnie 

zmieniłaby śpiewkę, gdybym poświęciła jej swoją uwagę w sposób, 

na jaki miałam ochotę. 

-  Podobno doktor Thompkins przyjął stanowisko naczelnego chirurga 

w  szpitalu  stanowym  tylko  dlatego,  że  Nate  wpakował  się  w  kłopoty  w 

starej  szkole  -  obwieściła  Claire  i  powiodła  wzrokiem  po  twarzach 

background image

 

14 

stołowników.  Jako  aktorka  Claire  uwielbia  sprawdzać,  jaką  reakcję 

wywołują jej przedstawienia. A że w czasie wolnym od prób niańczy dzieci 

bogatych  lekarzy  i  tym  podobnych,  zna  wszystkie  plotki,  jakimi  żyje 

miasteczko. - Należał do jakiegoś gangu w Chicago. 

-  Do  gangu  -  zmartwiła  się  pani  Lippman.  -  O  nie!  Taki  miły 

chłopiec? 

-  Wielu  miłych  chłopców  wpada  w  złe  towarzystwo  -stwierdził  pan 

Abramowitz łagodnym tonem. 

-  Ale nie Nate Thompkins. - Pani Lippman, mocno zaangażowana w 

działalność  komitetu  rodzicielskiego,  potrząsnęła  głową.  -  Zawsze  jest 

bardzo uprzejmy, kiedy go spotykam w Stop and Shop. 

-  Może  zadał  się  z  jakimiś  ciemnymi  typami  u  siebie  w  Chicago  - 

powiedział tata. - Ale każdy ma prawo zacząć wszystko od nowa. 

-  Pewnie  siedzi  gdzieś  -  zasugerowała  ciotka  Rose  -  ze  swoimi 

kumplami z gangu i odurza się skrętami z marihuaną. 

Wymieniliśmy  spojrzenia  z  Mikiem  i  Douglasem.  Zabawnie  było 

słyszeć, jak ciotka Rose używa określenia „odurza się". 

Mojej  mamie  chyba  nie  wydało  się  to  zabawne,  bo  surowym  tonem 

powiedziała: 

-  Nie  bądź  śmieszna,  Rose.  W  naszym  mieście  nie  ma  żadnych 

narkotyków. 

Nie uznałam za wskazane uświadomić jej, że w poprzedni weekend, na 

imprezie  związanej  z  castingiem  do  Hello  Dolly  (Claire,  rzecz  jasna, 

dostała  rolę  Dolly)  dwoje  dzieciaków  (nie  Claire,  oczywiście  -  nie  bierze 

narkotyków,  bo  ciało  aktorki,  jak  twierdzi,  stanowi  świątynię)  zostało 

wyprowadzonych przez 

 

służby  porządkowe,  bo  naćpali  się  za  dużo  extasy.  W  ogólnym 

rozrachunku mojej mamie lepiej oszczędzać tego typu wiadomości. 

-  Czy  mogę  przeprosić?  -  zapytałam  zamiast  tego.  -  Muszę 

wpaść do Joanny i wziąć od niej te notatki z trygonometrii, o których 

mówiłam. 

background image

 

15 

-  Nie,  nie  możesz  -  odpowiedziała  mama.  -  To  Święto 

Dziękczynienia, Jessico. Masz całe trzy dni wolne. Możesz wziąć te 

notatki jutro. 

-  Wiecie,  że  w  zeszłym  tygodniu  ktoś  obsmarował  graffiti 

kładkę  nad  jezdnią  -  poinformowała  zebranych  pani  Lippman.  - 

Nawet nie wiadomo, co ono przedstawia. Nie zastanawiałam się nad 

tym  przedtem,  ale  jeśli  jakiś...  jak  to  się  nazywa?  Widziałam  coś 

takiego w Sześćdziesięciu minutach. A, tak. Znak gangu. To znaczy, 

jestem pewna, że nie. Ale jeśli jest? 

-  Nie  mogę  odebrać  tych  notatek  jutro  -  wyjaśniłam.  -  Jutro 

Joanna jedzie do babci. Mogę je wziąć tylko dziś wieczorem. 

-  Uspokój się - zgromiła mnie mama. 
-  Dzisiaj  marihuana  - orzekła ciocia Rose, potrząsając głową -

jutro heroina. 

Douglas pochylił się nad stołem, żeby mi szepnąć do ucha: 

-  Nie znasz żadnej Joanny. 
-  Mamo  -  powiedziałam,  nie  zwracając  na  niego  uwagi.  Co 

było  dość  nieładne  z  mojej  strony,  uwzględniwszy,  ile  musiało  go 

kosztować  samo  zejście  na  wspólny  obiad.  Douglas  nie  należy  do 

osób,  które  można  określić  jako  nadmiernie  towarzyskie. 

„Aspołeczny"  to  dużo  bardziej  odpowiednie  słowo.  Trochę  mu  się 

jednak  poprawiło,  odkąd  zaczął  pracować  w  sklepie  z  komiksami. 

No, w każdym razie humor mu się poprawił. 

-  Proszę,  mamo  -  nie  ustępowałam.  -  Zajmie  mi  to  niecałą 

godzinę.  -  To  było  bezwstydne  kłamstwo,  ale  miałam  nadzieję,  że 

będzie tak zajęta gośćmi i obiadem, że nawet nie zauważy, że jeszcze 

nie wróciłam do domu. 

-  Jessico  -  odezwał  się  tata,  dając  mi  znak,  żebym  zaczęła 

zbierać talerze. - Stracisz ciasto. 

-  Odłóż dla mnie kawałek każdego rodzaju - odparłam, sięgając 

po najbliższe talerze, a potem idąc za nim do kuchni. -Proszę. 

background image

 

16 

Tata  trochę  powywracał  oczami,  ale  w  końcu  skinął  głową, 

wskazując podjazd. Zrozumiałam, że się zgadza. 

-  Zabierz  Ruth  -  rzucił  tata,  kiedy  zdejmowałam  płaszcz  z 

wieszaka przy drzwiach do garażu. 

-  Eee... - skrzywiłam się. 

-  Dopiero  wyrabiasz  sobie  prawo  jazdy  -  powiedział.  -  Nie 

możesz siadać za kierownicą bez uprawnionego kierowcy na miejscu 

dla pasażera. 

-  Tato  -  myślałam,  że  głowa  mi  za  chwilę  pęknie  -  to  Święto 

Dziękczynienia. Na ulicach pustki. Nawet gliny siedzą w domu. 

-  Ma podobno spaść śnieg. 

-  Ale  jutro,  nie  dzisiaj  wieczór  -  zapewniłam  go.  -  Zadzwonię 

do was, gdy tylko dojadę, i znowu tuż przed wyjazdem. Przysięgam. 

-  Wiesz, Joe. - Do kuchni wkroczył pan Lippman. -Jestem pełen 

podziwu  dla  twojej  sztuki  kucharskiej.  To  najlepszy  obiad 

świąteczny, jaki jadłem od lat. 

Tata rozpromienił się. 

-  Naprawdę, Bert? Dziękuję. Bardzo dziękuję. 

-  Tato  -  powiedziałam  błagalnym  tonem,  stając  obok  wieszaka 

na klucze. 

Ledwie na mnie spojrzał. 

-  Weź  samochód  matki  -  mruknął  i  zwróciwszy  się  do  pana 

Lippmana,  ciągnął:  -  Nie  miałeś  wrażenia,  że  w  tłuczonych 

ziemniakach było za dużo czosnku? 

Gestem zwycięzcy sięgnęłam po kluczyki od samochodu mamy - 

na  łańcuszku  razem  ze  skautowskim  gwizdkiem,  trzymanym  na 

wypadek,  gdyby  zaatakowano  ją  na  parkingu  przy  Wal-Mart.  Nikt 

nigdy  nie  został  tam  napadnięty,  ale  wszystkim  odbiło,  odkąd 

spłonęła restauracja Mastriani, mimo że sprawców schwytano. 

Wreszcie  wolna,  pomyślałam,  sadowiąc  się  za  kierownicą 

volkswagena.  Dzięki  Bogu  Wszechmogącemu  wreszcie  jestem 

wolna. 

background image

 

17 

Ten  cytat  z  pewnej  sławnej  osoby  niespecjalnie  pasował  do 

sytuacji,  ale  wierzcie  mi:  gdybyście  cały  wieczór  byli  skazani  na 

towarzystwo cioci Rose, pomyślelibyście to samo. 

A  co  do  prawa  jazdy,  to  rzeczywiście  trochę  dziwna  sprawa. 

Byłam  dosłownie  jedyną  uczennicą  przedostatniej  klasy  w  Pyle`u, 

która  nie  miała  prawa  jazdy.  Nie  dlatego,  że  byłam  za  młoda.  Po 

prostu  jakoś  nie  mogłam  zdać  tego  egzaminu.  I  nie  dlatego,  że  nie 

potrafię prowadzić. Chodzi o, no wiecie, ograniczenie prędkości. Coś 

się  ze  mną  dzieje,  kiedy  siadam  za  kółkiem.  Nie  wiem,  na  czym  to 

polega,  ale  po  prostu  muszę  -  naprawdę  -jechać  szybko.  Pewnie 

wiąże  się  to  z  hormonami,  jak  u  Mike'a  i  Claire  Lippman,  bo  nie 

umiem nad tym zapanować. 

No i  moi rodzice absolutnie  nie są zainteresowani pozwalaniem 

mi  na  jazdę  ich  samochodem.  W  razie  kraksy  odszkodowanie  nie 

pokryłoby strat. 

Nie  zamierzałam  jednak  spowodować  wypadku.  Bo,  jeśli  nie 

brać  pod  uwagę  tendencji  do  wciskania  gazu,  jestem  dobrym 

kierowcą. Naprawdę dobrym. 

Szkoda, że kiepsko sobie radzę niemal w każdej innej dziedzinie. 

Samochód mojej mamy nie ma nawet połowy tej mocy, co volvo 

taty,  ale  i  tak  jest  niezły.  A  że  jestem  niska,  trochę  łatwiej  mi  nim 

manewrować.  Wyjechałam  z  podjazdu  -  bułka  z  masłem,  nawet  po 

ciemku  -  na  pustą  Lumbley  Lane.  Po  drugiej  stronie  ulicy,  u 

Hoadleyów  -  to  znaczy,  u  Thompkinsów  -  paliły  się  wszystkie 

światła.  Spojrzałam  w  okno  dokładnie  naprzeciwko  okna  mojej 

sypialni.  Był  tam  -  jak  się  domyślałam,  bo  widziałam  ją  tam  parę 

razy  -  pokój  Tashy  Thompkins.  Thomp-kinsowie,  do  których 

przyjechali dziadkowie - wiedziałam o tym, bo z powodu tych gości 

odrzucili  zaproszenie  moich  rodziców  na  uroczysty  obiad  -  musieli 

jeść wcześniej od nas, skoro już dwie godziny temu wysłali Nata po 

bitą śmietanę. Tasha jest więc już w swoim pokoju. Ciekawa byłam, 

co  robi.  Miałam  nadzieję,  że  nie  odrabia  lekcji.  Sprawiała  wrażenie 

background image

 

18 

dziewczyny,  która  byłaby  do  tego  zdolna  nawet  w  Święto 

Dziękczynienia. 

W  przeciwieństwie  do  mnie.  Ja  należałam  do  dziewcząt,  które 

wymykają  się  z  domu  po  świątecznym  obiedzie  na  randkę  z 

chłopakiem. 

W  tamtej  chwili  cieszyłam  się  bardziej  niż  kiedykolwiek,  że 

jestem  właśnie  sobą.  Nie  zastanawiałam  się  ani  przez  moment,  jak 

bym się czuła, będąc Tashą, a już zwłaszcza jej bratem Nate'em. 

A  gdybym  się  zastanowiła  -  gdybym  choć  chwilę  pomyślała  o 

Nacie Thompkinsie - prawdopodobnie żyłby do dzisiaj. 

 

 

 

jej, pani Wilkins - powiedziałam. - To najlepsze ciasto z dyni, 

jakie w życiu jadłam. Mama Roba uśmiechnęła się radośnie. 

-  Naprawdę tak uważasz, Jess? 

-  Tak, proszę pani - potwierdziłam szczerze. - Lepsze nawet niż 

ciasto taty. 

-  Cóż,  raczej  w  to  wątpię  -  roześmiała  się  pani  Wilkins. 

Wyglądała  ładnie  w  przyćmionym  świetle  nad  zlewem,  z  wysoko 

upiętymi  rudymi  włosami.  Miała  też  ładną  sukienkę,  jedwabną,  w 

kolorze  jaspisu.  Nie  wyglądała  na  „mamusię",  raczej  na  czyjąś 

dziewczynę.  Co,  w  gruncie  rzeczy,  zgadzało  się  z  prawdą.  Była 

dziewczyną Gary'ego-Ależ-Poważnie-Mów-Mi-Gary. 

Ale była także matką mojego chłopaka, Roba. 

-  Czy  twój  tata  jest  znakomitym  kucharzem?  -  zapytał  Mów-

Mi-Gary,  który  pomagał  znosić  naczynia  ze  stołu  w  jadalni 

Wilkinsów. 

O

background image

 

19 

-  Cóż  -  odpowiedziałam.  -  Nie  wiem,  czy  znakomitym,  ale  na 

pewno  dobrym.  Mimo  to  jego  ciasto  z  dyni  nie  umywa  się  do  pani 

ciasta, pani Wilkins. 

-  Daj  spokój  -  krygowała  się  pani  Wilkins,  zarumieniona  z 

radości.  -  Ja  miałabym  być  lepsza  od  zawodowego  kucharza?  Nie 

sądzę. 

-  Dla  mnie  jesteś  wystarczająco  dobra  -  stwierdził  Gary, 

obejmując  ją  w  pasie  i  puszczając  się  z  nią  w  rodzaj  tańca  dookoła 

kuchni. 

Zauważyłam,  jak  Rob,  obserwujący  ich  spod  drzwi  kuchni, 

skrzywił się, a następnie odwrócił i wyszedł. Może słusznie czuł się 

zdegustowany. 

Pracował 

Mów-Mi-Garym 

warsztacie 

samochodowym  wuja.  To  dzięki  Robowi  pani  Wilkins  poznała 

Gary'ego. 

Patrzyłam jeszcze przez chwilę, jak Gary tańczy z mamą Roba - 

tworzyli  całkiem  ładną  parę:  on  szczupły  i  wysoki,  o  urodzie 

kowboja, ona urodziwa i pulchna, jak dziewczyna na wiejskim balu - 

a  potem  poszłam  za  Robem  do  salonu.  Rob  właśnie  włączył 

telewizor i zaczął oglądać mecz. 

A przecież nie jest specjalnym amatorem  futbolu. Podobnie jak 

ja, woli jednoślady. 

To jest motocykle. 

-  Coś taki ponury jak kot bury? - spytałam, opadając na kanapę 

obok niego. Było to kretyńskie, wiem, ale w obecności przystojnego, 

świeżo  opłukanego  pod  prysznicem  faceta  w  lekko  spłowiałym 

dżinsie trudno takiej dziewczynie jak ja myśleć rozsądnie. 

-  Nic mi nie jest - mruknął. 

Rob,  zazwyczaj  mało  komunikatywny,  przynajmniej,  jeśli 

chodzi o  wyrażanie najgłębszych uczuć  - tych,  na przykład, jakie ja 

w nim budziłam - podniósł pilota i zmienił kanał. 

-  Chodzi o Gary'ego? Wydawało mi się, że go lubisz. 

background image

 

20 

-  Jest  w  porządku  -  stwierdził  Rob.  Kliknięcie.  Kliknięcie. 

Kliknięcie.  Przerzucał  kanały  niczym  Claire  Lippman,  mistrzyni 

opalania,  zużywająca  kolejne  pojemniczki  kremów  przeciw-

słonecznych. 

-  No to o co chodzi? 
-  O nic - powiedział. - Mówiłem ci już. 
-  Och. 

Mimo  najlepszych  chęci,  czułam  się  trochę  rozczarowana.  Nie 

żebym  się  spodziewała,  że  mi  się  oświadczy  albo  coś,  ale  kiedy 

zaprosił  mnie  na  świąteczny  obiad,  miałam  nadzieję  na  jakiś 

znaczący  rozwój  naszych  wzajemnych  stosunków.  Sądziłam,  że 

może wreszcie odrzuci głupie uprzedzenia  wynikające z faktu, że ja 

mam  szesnaście  lat,  a  on  osiemnaście  i  jest  pod  opieką  kuratora  z 

powodu  przestępstwa,  którego  natury  jeszcze  nie  zdecydował  się 

przede mną wyjawić. 

Tymczasem cała sprawa  wydawała  się dziełem jego  mamy. Nie 

tylko obiad, ale i zaproszenie. 

-  Zbyt  rzadko  cię  widujemy  -  oznajmiła  pani  Wilkins,  kiedy 

przekroczyłam  próg  z  bukietem  kwiatów  w  ręku  (były  naprawdę 

ładne i kosztowały mnie całych dziesięć dolarów). -Prawda, Rob? 

Rob spojrzał na mnie spode łba. 

-  Mogłaś zadzwonić - burknął. - Przyjechałbym po ciebie. 
-  Nie chciałam cię fatygować - odparłam. - Mama nie miała nic 

przeciwko temu, żebym wzięła samochód. 

-  Chyba o czymś zapominasz, Mastriani. 
-  O czym? 
-  Nie masz prawa jazdy. 

Jak  na  chłopaka,  którego  poznałam  podczas  odsiadki  w  szkole, 

mógłby  okazać  większą  otwartość  umysłu.  Jest  jednak  zaskakująco 

staromodny  pod  wieloma  względami.  Na  przykład,  jeśli  chodzi  o 

jego mamę i jej randki. 

background image

 

21 

-  Chodzi  o  to  -  wyjaśnił,  kiedy  z  kuchni  zaczęło  dobiegać 

wesołe  pluskanie  -  że  ona  musi  jutro  iść  do  pracy.  To  znaczy, 

jedynym  powodem,  dla  którego  zostaliśmy  tutaj,  zamiast  jechać  z 

wujkiem do Evansville, jest to, że ona jutro pracuje. 

-  Och - powiedziałam. Co innego mogłam powiedzieć? 
-  Mam  nadzieję,  że  on  nie  zamierza  zostać  do  późna  -  dodał 

Rob.  Kliknięcie.  Kliknięcie.  Kliknięcie.  -  Mama  pracuje  na  rannej 

zmianie. 

Wiedziałam wszystko o pani Wilkins i jej rannej zmianie. Mama 

Roba  pracowała  w  Mastrianim,  zanim  restauracja  została  spalona. 

Obecnie  pracuje  w  Joe,  innej  restauracji  należącej  do  moich 

rodziców. 

-  Na pewno wkrótce się zabierze - powiedziałam pocieszająco, 

chociaż  nie  było  jeszcze  nawet  dziesiątej.  Rob  mocno  przesadzał.  - 

Może  byśmy  się  zgłosili  do  zmywania  naczyń,  tak  żeby,  no  wiesz, 

mieli trochę czasu dla siebie? 

Skrzywił  się,  ale  jest  gotów  zrobić  wszystko  dla  matki  -  ze 

względu na to, że jego tata zostawił ich oboje dawno temu -podniósł 

się z miejsca. 

Weszliśmy  do  kuchni.  Okazało  się,  sądząc  po  ilości  piany 

fruwającej  w  powietrzu,  że  Mów-Mi-Gary  i  pani  Wilkins  świetnie 

się bawią. 

-  Mamo  -  spytał  Rob,  z  trudem  panując  nad  sobą  -  czy  to  nie 

jest twoja wyjściowa sukienka? 

-  Och. - Pani Wilkins zerknęła na sukienkę. - Tak, rzeczywiście. 

Gdzie jest mój fartuch? A prawda, zostawiłam go w sypialni... 

-  Przyniosę  go  -  zaproponowałam,  bo  jestem  wścibska  i 

chciałam zobaczyć, jak wygląda sypialnia pani Wilkins. 

-  Jak  to  miło  z  twojej  strony  -  powiedziała  pani  Wilkins.  A 

potem  skierowała  dziobek  salaterki  na  Mów-Mi-Gary'ego,  trafiając 

go prosto w pierś strumieniem gorącej wody. 

Rob wyglądał, jakby miał za chwilę zwymiotować. 

background image

 

22 

Sypialnia  pani  Wilkins  znajdowała  się  na  piętrze,  bardzo  ją 

przypominała:  była  różowo-kremowa  i  ładna.  Na  ścianie  wisiało 

kilka fotografii przedstawiających małego Roba. Wpatrywałam się w 

nie  z  zachwytem,  wyobrażając  sobie,  jak  będzie  wyglądało  dziecko 

moje  i  Roba.  (Kiedyś  będziemy  mieli  dzieci,  gdy  już  ułożę  swoje 

życie  zawodowe).  Och,  i  jak  Rob  poprosi  mnie  o  rękę.  I  wreszcie 

zabierze mnie na prawdziwą randkę. 

Na  jednym  ze  zdjęć  Roba  -  maleńkiego,  jeszcze  z  pieluchą  -

trzymał  jakiś  nieznany  mi  mężczyzna.  Nie  przypominał  żadnego  z 

wujków Roba, którzy, tak jak jego mama, wszyscy mieli rude włosy. 

Ten  mężczyzna  był  bardziej  podobny  do  Roba,  miał  takie  same 

ciemne włosy i jasnoszare oczy. 

Uznałam,  że  to  musi  być  ojciec  Roba.  Rob  nigdy  nie  chciał  o 

nim  rozmawiać,  pewnie,  dlatego,  że  ciągle  nie  mógł  mu  wybaczyć, 

że porzucił jego i mamę.  Ale zrozumiałam, dlaczego ten facet  mógł 

się  mamie  Roba  podobać.  Można  go  było  określić  jako 

przystojniaka. Wzięłam fartuch z łóżka i zeszłam na dół. 

Gdy  wręczyłam  fartuch  pani  Wilkins,  śmiała  się  z  czegoś,  co 

akurat powiedział Mów-Mi-Gary. Mów-Mi-Gary także  wydawał się 

uszczęśliwiony.  Jedyną  osobą,  która  nie  sprawiała  wrażenia 

zadowolonej z życia, był Rob. 

Pani Wilkins widocznie też to zauważyła, bo powiedziała: 

-  Rob,  może  byś  pokazał  Jessice,  jak  idzie  praca  nad  twoim 

motocyklem? 

Ożywiłam  się.  Rob  trzymał  motocykl,  nad  którym,  aktualnie 

pracował  -  świetnego,  ale  starego  harleya  -  w  stodole.  To  była 

praktycznie zachęta ze strony mamy Roba, żeby pójść tam i całować 

się z jej synem. Aż trudno mi było uwierzyć w moje szczęście. 

Rob jednak nie  wydawał  się  usposobiony do całowania. Nie to, 

żeby  kiedykolwiek  był  chętny.  Niestety,  z  powodzeniem  opiera  się 

potrzebom ciała. Byłabym nawet skłonna twierdzić, że jego ciało nie 

ma  żadnych  potrzeb,  gdyby  nie  to,  że  od  czasu  do  czasu  - 

background image

 

23 

zdecydowanie  zbyt  rzadko  -  udaje  mi  się  złamać  go  swoim 

wdziękiem oraz wiśniowym chap stickiem. 

A  może  po  prostu  ma  tak  dość  mojego  gadania,  że  całuje  mnie 

po to, żebym się zamknęła. Kto wie? 

W  każdym  razie  wtedy  w  stodole  nie  wydawał  się  skłonny 

wykorzystać  moją  bezbronną  kobiecość.  Może  powinnam  była 

włożyć spódnicę albo co. 

-  Czy  to  dlatego,  że  sama  tutaj  przyjechałam?  -  spytałam, 

przyglądając się, jak dłubie przy motocyklu. 

Podniósł  głowę  znad  motocykla  spoczywającego  na  warsztacie 

na środku stodoły i dokręcił coś kluczem francuskim. 

-  O czym ty mówisz? 

-  Gdybym wiedziała - zapewniłam - że będziesz się tak boczył, 

zadzwoniłabym do ciebie, żebyś mnie zabrał, przysięgam. 

-  Nie  zadzwoniłabyś  -  powiedział,  wykonując  kluczem  jakiś 

ruch,  który  uwypuklił  mięśnie  jego  ramion  pod  szarym  swetrem. 

Słowo daję, był to dla mnie dużo przyjemniejszy widok niż- mecz w 

telewizji. 

-  O co ci chodzi? Powiedziałam przecież... 

-  Nie powiedziałaś nawet swoim rodzicom, że się tu wybierasz 

- stwierdził. - Więc przestań chrzanić. 

-  Co  ty  gadasz?  -  starałam  się  mówić  urażonym  tonem, 

chociaż, rzecz jasna, miał rację. - Wiedzą, gdzie jestem. 

Rob odłożył klucz, skrzyżował ręce na piersi i zapytał: 

-  To  dlaczego,  kiedy  dzwoniłaś  do  domu,  powiedziałaś,  że 

jesteś u jakiejś Joanny? 

Cholera! Nie zauważyłam, że był w pokoju, kiedy dzwoniłam. 

-  Posłuchaj,  Mastriani  -powiedział.  -  Wiesz,  że  od  początku 

miałem  wątpliwości  co  do  tego,  co  jest  między  nami.  Ja  już 

skończyłem szkołę, a ty jesteś w jedenastej klasie. Ale nie tylko o to 

chodzi. Myślmy realnie. Ty i ja pochodzimy z różnych światów. 

-  To wcale tak... - zaoponowałam. 

background image

 

24 

-  Dobra, z różnych zakątków jednego świata. 
-  Tylko dlatego, że ja jestem miastowa, a ty... 
-  Słuchaj,  Mastriani  -  przerwał  mi,  podnosząc  dłoń  -  trzeba 

spojrzeć prawdzie w oczy. Nic z tego nie będzie. 

Ostatnio  naprawdę  ciężko  pracowałam  nad  opanowaniem 

gniewu.  Pomijając  aferę  z  piłkarzami  -  i  z  Karen  Sue  Hankey  -  nie 

pobiłam nikogo i nie odsiedziałam w szkole za karę ani jednego dnia 

przez cały semestr. Pan Goodhart, psycholog szkolny, oświadczył, że 

jest  dumny  z  moich  postępów  i  zastanawia  się  nad  zawieszeniem 

naszych obowiązkowych cotygodniowych spotkań. 

Kiedy  jednak  Rob  podniósł  dłoń  i  powiedział,  że  nic  z  naszego 

związku  nie  wyjdzie,  z  najwyższym  trudem  powstrzymałam  się  od 

złapania  go  za  tę  rękę  i  wykręcenia  mu  jej  za  plecami.  Jedyne,  co 

mnie powstrzymało, to świadomość, że chłopcy nie lubią, kiedy robi 

im  się  coś  takiego;  a  ja  chciałam,  żeby  Rob  mnie  lubił,  a  nawet 

więcej niż lubił. 

Więc zamiast wykręcić mu rękę za plecami, położyłam dłonie na 

biodrach, przechyliłam głowę na bok i powiedziałam: 

-  Czy to ma coś wspólnego z facetem o imieniu Gary? Opuścił 

rękę i odwrócił się z powrotem do motocykla. 

-  Nie - stwierdził. - To sprawa między tobą a mną, Mastriani. 

-  Wydaje mi się, że za nim nie przepadasz. 

-  Masz  szesnaście  lat!  -  zawołał  Rob  do  motocykla.  -  Szes-

naście! 

-  Chyba rozumiem, dlaczego go nie lubisz. To musi być dziwne 

uczucie widzieć własną matkę z jakimś innym facetem niż twój tata. 

Ale to nie znaczy, że masz prawo wyżywać się na mnie. 

-  Jess.  -  To  zapowiada  kłopoty,  kiedy  zwraca  się  do  mnie  po 

imieniu.  -  Musisz  zrozumieć,  że  to  do  niczego  nie  prowadzi.  Mam 

kuratora,  jasne?  Nie  mogę  dać  się  złapać  na  randce  z  jakąś 

smarkulą... 

background image

 

25 

„Smarkula"  zabolała,  ale  pominęłam  ten  wątek,  uświadamiając 

sobie,  że  -  używając  słów  ulubienicy  cioci  Rose,  Opry  -  Rob 

przeżywa jakiś kryzys psychiczny. 

-  Rozumiem  -  stwierdziłam,  stosując  się  do  rady  pana 

Goodharta,  by  mówić  w  ten  sposób  w  sytuacjach  trudnych  -  że  nie 

chcesz  się  ze  mną  więcej  spotykać,  bo  uważasz,  że  wiek  oraz  po-

chodzenie społeczne stwarzają zbyt wielkie różnice między nami... 

-  Nie  próbuj  mnie  przekonywać,  że  się  ze  mną  nie  zgadzasz  - 

przerwał  mi  ostrzegawczym  tonem.  -  Dlaczego  nie  powiedziałaś  o 

mnie  swoim  rodzicom?  Co?  Gdybyś  była  pewna,  że  to  wypali,  już 

dawno byś mnie przedstawiła. 

-  Chcę  ci  tylko  powiedzieć  -  ciągnęłam,  jakbym  go  nie 

usłyszała - że wydaje mi się, że usiłujesz mnie odsunąć, bo ojciec cię 

porzucił i nie chcesz, aby znowu zraniono cię w ten sposób. 

Rob spojrzał na mnie przez ramię. Jego szare oczy pociemniały. 

-  Jesteś stuknięta - powiedział tylko. Zabrzmiało to szczerze. 
-  Rob  -  odezwałam  się,  robiąc  krok  w  jego  kierunku.  -Chcę 

tylko,  żebyś  wiedział,  że  ja  nie  jestem  taka  jak  twój  tata.  Nigdy  cię 

nie opuszczę. 

-  Dlatego, że jesteś psychiczna. 
-  Nie. Nie, dlatego. Dlatego, że cię ko... 
-  Przestań! - zawołał,  wyciągając przed siebie szmatę, jakby to 

był rewolwer. Na jego twarzy malowała się panika. - Nie mów tego! 

Mastriani, ostrzegam cię... 

-  ...cham. 
-  Prosiłem...  -  zwinął  szmatę  i  rzucił  ze  złością  w  odległy  kąt 

stodoły - żebyś tego nie mówiła. 

-

   

Przykro  mi  -  oznajmiłam  z  powagą.  Obawiam  się  jednak,  że 

nie  byłam  w  stanie  pohamować  nieokiełznanej  namiętności  ani 

chwili dłużej. 

Chwilę  później  okazało  się,  że  jeśli  ktoś  cierpiał  z  powodu 

nieokiełznanej  namiętności,  to  raczej  Rob,  nie  ja.  O  ile  sposób,  w 

background image

 

26 

jaki  chwycił  mnie  za  ramiona,  przyciągnął  do  siebie  i  zaczął 

całować, stanowi jakąś wskazówkę. 

Było  rzeczą  niewątpliwie  cudowną  całować  się  z  młodym 

mężczyzną,  który  w  sposób  tak  oczywisty  nie  potrafił  opanować 

gorących  uczuć  w  stosunku  do  mnie,  należy  jednak  pamiętać,  że 

zdarzenie  miało  miejsce  w  stodole,  w  której  w  końcu  listopada  nie 

jest specjalnie ciepło. Ponadto w pobliżu nie stała żadna wyściełana 

kanapa czy łóżko, na które mógłby mnie rzucić. Pewnie moglibyśmy 

to zrobić na sianie, ale: 

1)  brrr, oraz 

2)

  moja namiętność wobec Roba nie jest aż taka nieokiełznana. 

To  znaczy,  współżycie  seksualne  w  każdym  związku  jest  wy-

starczająco poważnym krokiem - nawet bez uprawiania go w zimnej 

stodole. Jestem, więc zdecydowana poczekać na właściwy moment - 

na  przykład,  na  noc  po  balu  absolwentów.  Jeśli  kiedykolwiek,  co 

mało  prawdopodobne,  zostanę  zaproszona  na  bal  absolwentów. 

Wziąwszy  pod  uwagę,  że  mój  chłopak  już  skończył  szkołę,  taka 

ewentualność nie wchodzi w grę. Chyba, że to ja jego zaproszę. 

-  Myślę,  że  powinnam  iść  do  domu  -  powiedziałam,  kiedy 

oboje musieliśmy zaczerpnąć oddechu. 

-  To  był  zły  pomysł  -  odparł  Rob,  opierając  czoło  na  moim  i 

oddychając ciężko. 

Wróciłam,  więc  do  mieszkania  i  podziękowałam  mamie  Roba. 

Siedziała  na  kanapie,  oglądając  telewizję  i  przytulając  się  do  Mów-

Mi-Gary'ego  w  sposób,  który  mógłby  wyprowadzić  Roba  z 

równowagi, gdyby to zobaczył. Na szczęście, nie zobaczył. A ja mu 

o tym nie powiedziałam. 

-  Skoro  nie  zerwaliśmy  ze  sobą  -  zwróciłam  się  do  niego, 

siadając  za  kierownicą  samochodu  mamy  -  to  co  robisz  w  sobotę? 

Może poszlibyśmy do kina? 

-  Sam  nie  wiem  -  odparł.  -  Sądziłem,  że  będziesz  zajęta  ze 

swoją przyjaciółką Joanną. 

background image

 

27 

-  Nie wygłupiaj się - powiedziałam. Na dworze było tak zimno, 

że mój oddech ulatywał w postaci małych chmurek, ale to nieważne. 

-  Moi  rodzice  mają  teraz  mnóstwo  na  głowie.  Zajmują  się 

restauracją, Mike zrezygnował z Harvardu.... 

-  Nie  zamierzasz  nigdy  im  o  mnie  powiedzieć?  -  Szare  oczy 

wbiły się we mnie. 

-  Pozwól  tylko,  że  jakoś  ich  do  tego  przygotuję.  Wiesz,  ta 

sprawa z Douglasem i jego pracą, ciotka Rose i... 

-  I jeszcze ty - przypomniał mi z ledwie wyczuwalną goryczą. - 

Nie zapominaj o sobie i swoich psychicznych zdolnościach. 

-  Zgadza się. Jeszcze ja i moje psychiczne zdolności. - Jedyna 

rzecz, o której nie jestem w stanie zapomnieć, bez względu na to, jak 

bardzo się staram. 

-  Lepiej już wracaj - powiedział Rob, prostując się. - Pojadę za 

tobą, żeby się upewnić, że dotarłaś do domu cała i zdrowa. 

-  Nie musisz... 
-  Mastriani - przerwał mi. - Zamknij się i jedź. Tak też 

uczyniłam. 

Tyle że, jak się okazało, nie ujechaliśmy daleko. 

 

 

 

 kierowcą

 

jak już chyba wspomniałam, prowadzę znakomicie. 

Z początku jednak nie zorientowałam się, że każą mi zjechać na 

bok  nie  w  związku  z  moimi  umiejętnościami  czy  też  ich  brakiem. 

Wiedziałam tylko, że jadę ciemną, pustą  wiejską drogą prowadzącą 

do  miasta,  a  Rob  jedzie  za  mną  na  motocyklu.  W  następnej  chwili 

skręciłam  i  okazało  się,  że  droga  jest  zablokowana  wozami 

Nie, dlatego, pozwolę sobie zauważyć, że jestem słabym  

background image

 

28 

policyjnymi.  Policja  hrabstwa,  patrole  drogowe...  nawet  ambulans. 

Oślepiło  mnie  jaskrawe  czerwone  i  białe  światło.  Pomyślałam: 

Rany! Jechałam tylko osiemdziesiątką, przysięgam! 

Dozwolona  prędkość  w  tym  miejscu  wynosiła  sześćdziesiąt 

kilometrów  na  godzinę.  Ale  bez  przesady.  To  przecież  Święto 

Dziękczynienia. Na ostatnich dwudziestu kilometrach nie było żywej 

duszy... 

Zastępca szeryfa pokazał mi, żebym zjechała na pobocze. Dłonie 

na  kierownicy  miałam  mokre  od  potu.  Mój  Boże,  myślałam  w 

panice,  wszystko,  dlatego,  że  jeżdżę  bez  prawa  jazdy?  Kto  mógł 

wiedzieć, że są tacy skrupulatni? 

Policjanta,  który  podszedł  dowozu,  widziałam  tej  nocy,  kiedy 

spaliła się restauracja Mastriani. Nie pamiętałam jego nazwiska, ale 

wiedziałam,  że  to  miły  człowiek  -  taki,  który  może  nie  da  mi 

specjalnie  po  uszach  za  nielegalne  prowadzenie.  Poświecił  latarką 

najpierw  na  moją  twarz,  potem  na  tylne  siedzenie  wozu.  Mam 

nadzieję,  że  nie  uznał  rzeczy  mamy  leżących  z  tyłu  -  kaset  Carly 

Simon  i  Billy  Joela  oraz  paru  romantycznych  komedii  na  kasetach 

wideo  -  za  moje.  Nie  jestem  typem  osoby,  która  słuchałaby 

Bezsenności w Seattle w wykonaniu Carly Simon. 

-  Jessica - odezwał się gliniarz, kiedy opuściłam szybę. -Córka 

Joego Mastrianiego? 

-  Tak, proszę pana - odparłam. 

Zerknęłam w tylne lusterko i zobaczyłam, że Rob zatrzymuje się 

tuż  za  mną.  Oparł  stopy  na  ziemi,  czekając  w  tej  pozycji,  aż 

przepuszczą  mnie  przez  blokadę.  Wpatrywał  się  w  pole  kukurydzy 

po  prawej  stronie  drogi.  Przywiędłe  kaczany  były  skąpane  w 

migającym  świetle  reflektorów  wozów  policyjnych  i  ambulansu, 

które  stały  przy  drodze.  Kilka  metrów  dalej  w  polu  na  metalowym 

drągu  zainstalowano  potężny  reflektor  oświetlający  coś,  czego  nie 

mogliśmy dostrzec za wysoką kukurydzą. 

background image

 

29 

-  Okropne,  że  musi  pan  pracować  w  Święto  Dziękczynienia  - 

zwróciłam  się  do  policjanta.  Starałam  się  być  dla  niego  jak 

najmilsza,  ze  względu  na  brak  prawa  jazdy  i  w  ogóle.  Moje  dłonie 

tak mocno spływały potem, że z trudem trzymałam kierownicę. Nie 

miałam  pojęcia,  co  robią  z  ludźmi  złapanymi  na  jeździe  bez  prawa 

jazdy, ale podejrzewałam, że nic przyjemnego. 

-  Tak  -  powiedział  policjant.  -  Cóż,  powstała  pewna  sytuacja. 

Skąd jedziesz, jeśli można zapytać? 

-  Byłam  na  obiedzie  u  przyjaciół  -  odparłam  i  podałam  adres 

Roba. - To on - wskazałam go. 

Rob  już  wcześniej  wyłączył  silnik  i  zsiadł  z  motocykla. 

Podszedł  do  policjanta  z  rękami  przy  bokach  zamiast  w  kie-

szeniach skórzanej kurtki, chyba żeby pokazać, że nie ma broni. Jest bardzo 

nieufny wobec policjantów, bo był już kiedyś aresztowany. 

-  Co  się  dzieje,  panie  oficerze?  -  zapytał  obojętnym  tonem. 

Widziałam, że tak jak ja martwi się tą sprawą z brakiem prawa jazdy. Ale 

kto  urządzałby  blokadę,  żeby  łapać  w  Święto  Dziękczynienia  kierowców 

bez  prawa  jazdy?  Jeśli  o  mnie  chodzi,  uważam,  że  to  zdecydowanie 

wykracza poza obowiązki policji. 

-  Jakiś czas temu dostaliśmy  wiadomość  - odpowiedział gliniarz - że 

dzieje się tu coś podejrzanego. Przyjechaliśmy, żeby się rozejrzeć. 

Zauważyłam,  że  nie  wyjął  druczków,  żeby  mi  wypisać  mandat.  Może 

jednak nie chodzi o mnie, pomyślałam. 

Zwłaszcza, że palił się ten reflektor. Widziałam, jak ludzie chodzą tam 

i  z  powrotem  po  polu.  Nieśli  jakieś  rzeczy,  jakby  pudła  z  narzędziami  i 

takie inne. 

-  Zauważyłaś  coś  dziwnego  -  zapytał  mnie  policjant  -  kiedy 

wyjechałaś z miasta? 

-  Nie - odparłam. - Niczego nie widziałam. 

Noc  była  jasna  i  bezchmurna,  a  księżyc  w  pełni  zalewał  drogę 

srebrnym światłem. 

background image

 

30 

Niewiele było do oglądania. Tylko pole, rozciągające się przy drodze, a 

za nim gęsto zalesione wzgórze. 

Lasy. W tych lasach mieszkali ludzie... jeśli w ogóle można nazwać to 

mieszkaniem. Dla mnie ubikacja na dworze oznacza tyle samo co kemping. 

Nie  każdy,  kto  stracił  pracę  w  wyniku  zamknięcia  fabryki  tworzyw 

sztucznych,  miał tyle szczęścia, co  mama Roba, która -dzięki  mnie  - dość 

szybko znalazła nowe zajęcie. Niektórzy, zbyt dumni, żeby przyjąć zasiłek, 

wycofali się do lasu, do jakichś szop albo gorzej. 

 

Ale  byli  też  tacy  -  jak  twierdził  tata  -  którzy  mieszkali  tam  nie 

dlatego, że nie stać ich było na mieszkanie z toaletą. Po prostu im to 

odpowiadało. 

-  O  której-  zapytał  policjant  -  jechałaś  tędy  po  opuszczeniu 

miasta? 

Odpowiedziałam, że dobrze po ósmej, ale sporo przed dziewiątą. 

Pokiwał  głową  w  zamyśleniu  i  zapisał  coś  w  swoim  notesie.  Rob 

chuchał  na  swoje  dłonie  w  rękawiczkach.  Nawet  w  samochodzie, 

przy  opuszczonym  oknie,  panował  nieznośny  chłód.  Żal  mi  było 

Roba,  który  zaraz  po  tym  przesłuchaniu  miał  znowu  wsiąść  na 

motocykl, przejechać za mną całą drogę do miasta i potem wrócić do 

domu,  nie  mając  możliwości  gdzieś  się  ogrzać.  Chyba,  że 

zaprosiłabym  go  do  samochodu  mamy.  Tylko  na  parę  minut.  No 

wiecie, żeby się rozmroził. 

Nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  policjanci  uwijający  się  po  polu 

kukurydzy wcale nie noszą pudeł z narzędziami. Nie, zdecydowanie 

nie. 

Moje  dłonie  zwilgotniały  z  zupełnie  innego  powodu  niż 

przedtem. 

W  Indianie  trupy  zawsze  znajduje  się  na  polach  kukurydzy. 

Właśnie  na  polach  kukurydzy  zabójcy  ze  Środkowego  Zachodu 

porzucają  ofiary  swoich  złych  skłonności.  To,  dlatego,  że  dopóki 

właściciel pola nie zbierze wszystkich kaczanów, by zasadzić nowe, 

w żaden sposób nie da się zobaczyć, co się dzieje w głębi. 

background image

 

31 

Krótko  mówiąc,  zdałam  sobie  sprawę,  co  się  dzieje  na  tym 

konkretnym polu. 

-  Kto  to  jest?  -  zapytałam  policjanta  piskliwym  głosem,  który 

nie brzmiał jak mój własny. 

Gliniarz nawet nie udawał, że nie wie, o czym mówię. 

-  Nikt,  kogo  mogłabyś  znać  -  odpowiedział,  nie  podnosząc 

głowy. 

Miałam  jednak  przeczucie,  że  znam,  odpięłam  więc  pas  i 

wysiadłam z wozu. 

Wtedy  policjant  podniósł  głowę.  Nie  tylko  podniósł,  potrząsnął 

nią zaskoczony. Rob także się zdziwił. 

-  Mastriani - spytał - co robisz? 

Zamiast  odpowiedzieć,  ruszyłam  w  stronę  ostrego  białego 

światła reflektora na środku pola. 

-  Chwileczkę.  -  Gliniarz  odłożył  notes  i  długopis.  -  Tam  nie 

wolno podchodzić. 

Księżyc świecił na tyle jasno, że widziałam wszystko nawet bez 

migotliwych  świateł.  Szłam  szybkim  krokiem,  mijając  grupki 

gliniarzy  i  zastępców  szeryfa.  Niektórzy  spoglądali  za  mną  ze 

zdumieniem.  W  ich  oczach  malowało  się  zakłopotanie.  Powodem 

zakłopotania byłam, oczywiście, ja - zmierzająca w stronę reflektora 

płonącego na środku pola. 

-  Hej,  panienko.  -  Jeden  z  gliniarzy  złapał  mnie  za  ramię.  -

Dokąd to się panienka wybiera? 

-  Zobaczyć  -  odpowiedziałam.  Tego  policjanta  też  rozpo-

znałam,  ale  nie  z  pożaru  w  Mastrianim.  Znałam  go  z  Joe  Juniora, 

gdzie  czasami  podawałam  do  stołu  w  weekendy.  Zawsze  brał  dużą 

pizzę, pół mięsną, pół pepperoni. 

-  To  niemożliwe  -  odparł  Pół  Mięsna  Pół  Pepperoni.  -  Pa-

nujemy  nad  sytuacją.  Proszę  wsiąść  do  samochodu  jak  grzeczna 

dziewczynka i wrócić do domu. 

background image

 

32 

-  Sądzę - powiedziałam, wypuszczając z ust białe obłoczki pary 

- że mogę go znać. 

-  Dajmy temu spokój - przekonywał mnie łagodnie Pół Mięsna 

Pół Pepperoni. - Tam nie ma nic do oglądania. Absolutnie nic. Proszę 

grzecznie wrócić do domu. Synu? - Zawołał do Roba, który nadbiegł 

tuż  za  mną.  -  To  twoja  dziewczyna?  Bądź  tak  dobry  i  zabierz  ją  do 

domu. 

-  Tak,  proszę  pana  -  powiedział  Rob,  ujmując  mnie  za  ramię, 

tak jak przedtem policjant. - Zrobię to. - Zapewnił, mnie zaś szepnął 

do  ucha:  -  Czyś  ty  oszalała,  Mastriani?  Zmywajmy  się,  zanim 

zapytają o twoje prawo jazdy. 

Ani myślałam odchodzić. Mam metr pięćdziesiąt wzrostu i ważę 

pięćdziesiąt  kilo,  więc  nietrudno  mnie  podnieść  i  przestawić,  czego 

Rob  parę  razy  dokonał.  Każdorazowo  jednak  wpadałam  w  furię  i 

Rob chyba o tym pamiętał, bo nawet nie próbował. Ograniczył się do 

głębokiego westchnienia i poszedł za mną w stronę białego światła. 

Z  początku  żaden  z  ludzi  stojących  obok  ciała  mnie  nie  za-

uważył.  Nie  spodziewali  się  w  tej  odległości  od  miasta  żadnych 

gapiów, zwłaszcza w noc Święta Dziękczynienia. Nie otoczyli nawet 

ciała żółtą taśmą. Minęłam ich bez problemu... 

A  potem  zatrzymałam  się  tak  gwałtownie,  że  idący  z  tyłu  Rob 

wpadł  na  mnie.  Jego  jęk  zwrócił  uwagę  kilku  policjantów,  którzy 

spojrzeli w naszą stronę. 

-  Co, u diabła... 

-  Przepraszam,  panienko  -  powiedział  zastępca  szeryfa, 

podnosząc się z zimnej twardej ziemi, na której przed chwilą klęczał 

- ale musisz stąd odejść. Marty! Dlaczego dopuszczasz tu ludzi?! 

Marty podbiegł pospiesznie. 

-  Przepraszam,  Earl  -  wysapał.  -  Nie  zauważyłem  jej,  przeszła 

tak szybko. Proszę, panienko. Chodźmy... 

Nie ruszyłam się. 

background image

 

33 

-  Znam  go  -  powiedziałam,  wskazując  leżące  na  zmarzniętym 

gruncie ciało bez koszuli. 

-  Jezu. - Oddech Roba grzał mnie w ucho. 

-  To mój sąsiad - powiedziałam. - Nate Thompkins. Marty i 

Earl wymienili spojrzenia. 

-  Poszedł kupić bitą śmietanę - ciągnęłam. - Parę godzin temu. - 

Kiedy 

wreszcie 

oderwałam 

wzrok 

od 

posiniaczonego, 

zmaltretowanego ciała Nate'a,  miałam  w oczach łzy. W porównaniu 

z mroźnym powietrzem były ciepłe. 

Poczułam na ramieniu uspokajający ciężar dłoni Roba. 

Chwilę  później  podszedł  do  mnie  szeryf,  duży  mężczyzna  w 

czerwonej kurtce na misiu. 

-  Jesteś  córką  Mastrianiego  -  rzekł  szorstko.  To  nie  było 

pytanie. 

Skinęłam głową. 

-  Myślałem, że już nie masz tych specjalnych zdolności. 
-  Nie mam - potwierdziłam, wycierając łzy z oczu. 

 

-  To  skąd  wiedziałaś  -  skinął  głową  w  stronę  Nate'a,  którego 

przykrywano właśnie niebieską płachtą - że on tu jest? 

-  Nie  wiedziałam  -  odparłam.  Wyjaśniłam,  w  jaki  sposób 

znaleźliśmy się w tym miejscu z Robem. I że doktor Thompkins był 

wcześniej u nas w domu i pytał o syna. 

Szeryf wysłuchał mnie cierpliwie i pokiwał głową. 

-  Rozumiem - powiedział. - Zmarły nie miał przy sobie żadnych 

dokumentów, w każdym razie niczego nie znaleźliśmy. Teraz wiemy 

przynajmniej,  kto  to.  Dziękuję.  Jedź  do  domu,  a  my  zabierzemy 

ciało. 

Odwrócił się, żeby nadzorować dalsze czynności. Nie odeszłam. 

Chciałam, ale z jakiegoś powodu nie mogłam. Coś mnie niepokoiło. 

Spojrzałam na Marty'ego, i zapytałam: 

-  W jaki sposób umarł? 

background image

 

34 

Marty zerknął niespokojnie na szeryfa, który właśnie rozmawiał 

z kimś z pogotowia. 

-  Posłuchaj, panienko - powiedział. - Powinnaś raczej... 

-  Czy  to  z  powodu  tych  znaków?  -  Na  nagiej  piersi  Nate'a 

zauważyłam wycięte jakieś znaki. 

-  Jess.  -  Rob  ujął  mnie  za  rękę.  -  Daj  spokój.  Chodźmy.  Ci 

ludzie muszą się zająć swoją pracą. 

 

-  Co to za znaki? - nie ustępowałam. 
Marty wydawał się zakłopotany. 

-  Naprawdę, panienko, lepiej już stąd odejdź. 

Nie  odeszłam.  Stałam  nieruchomo,  zastanawiając  się,  co  zrobią 

Thompkinsowie,  kiedy  się  dowiedzą,  co  się  stało  z  ich  synem.  Czy 

zdecydują się wrócić do Chicago? 

A  Tasha?  Chyba  naprawdę  polubiła  Ernesto  Pyle'a,  o  czym 

świadczył  entuzjazm,  jaki  wzbudził  w  niej  komitet  wybierający 

najlepszą  książkę  roku.  Ale  czy  będzie  chciała  zostać  w  mieście,  w 

którym brutalnie zamordowano jej jedynego brata? 

I co powie trener Albright, kiedy się dowie, że stracił kolejnego 

rozgrywającego? 

-  Mastriani.  -  W  głosie  Roba  pobrzmiewała  desperacja.  -

Chodźmy już. 

Nie rozumiałam, skąd ta desperacja, dopóki się nie odwróciłam. 

Prawie  wpadłam  na  wysokiego,  chudego  mężczyznę  w  długim 

czarnym  płaszczu,  z  identyfikatorem  na  piersi  informującym,  że 

należy do Federalnego Biura Śledczego. 

-  Cześć, Jessico - powiedział Cyrus Krantz z uśmiechem, który 

chyba  miał  mnie  podnieść  na  duchu,  lecz  zamiast  tego  przyprawił 

mnie niemal o mdłości. - Pamiętasz mnie? 

 

 

 

background image

 

35 

mi,  że  naprawdę  próbowałam. To  agent  przydzielony 

do  mojej  sprawy.  No  wiecie,  w  związku  z  tym,  że  jestem  Dziew-

czyną od Pioruna i w ogóle. 

Tylko  że  Cyrus  Krantz  nie  jest  właściwie  agentem.  Jest  jakimś 

kierownikiem  w  FBI.  Do  zadań  specjalnych  czy  coś  takiego. 

Wszystko  to  wyjaśnił  -  przynajmniej  próbował  -  moim  rodzicom  i 

mnie.  Złożył  nam  wizytę  wkrótce  po  pożarze  Mastrianiego.  Nie 

przyniósł  żadnego  ciasta  ani  w  ogóle  nic,  co  było,  moim  zdaniem, 

niezbyt  taktowne.  Ale  przynajmniej  najpierw  zadzwonił,  żeby  się 

umówić. 

Zasiadł  w  salonie  i  przy  kawie  i  biscotti  opowiedział  o  nowym 

programie,  którym  się  zajmuje.  Kieruje  wydziałem  FBI,  w  którym 

nie ma agentów specjalnych, tylko ludzie o specjalnych zdolnościach 

psychicznych. Poważnie. Doktor Krantz - tak, tak, ma tytuł doktora - 

nazywa ich osobami szczególnie uzdolnionymi. 

W  moich  uszach  brzmi  to  tak,  jakby  chodzili  do  jakiejś  szkoły, 

ale mniejsza z tym. Doktor Krantz pragnął, żebym dołączyła do jego 

drużyny „szczególnie uzdolnionych". 

Nie  było  to,  rzecz  jasna,  możliwe,  bo  już  się  nie  zaliczam  do 

szczególnie  uzdolnionych.  Tak  w  każdym  razie  oznajmiłam 

Krantzowi. 

Rodzice mnie poparli, nawet, kiedy Krantz zaprezentował, jak to 

nazwał,  dowody  na  to,  że  kłamię.  Miał  wykaz  kilkuset  rozmów 

telefonicznych z organizacją poszukującą zaginionych dzieci, z którą 

kiedyś współpracowałam. Rzeczywiście we wszystkich przypadkach 

dzwoniono z naszego miasta, ale wyłącznie z automatów, a w takiej 

sytuacji nie da się ustalić, kto telefonował. Doktor Krantz spytał, kto 

Nie mogłabym zapomnieć Cyrusa Krantza, choć wierzcie 

background image

 

36 

poza mną w naszym mieście mógł wiedzieć, gdzie znajduje się tyle 

zaginionych dzieci. 

Odparłam, że nie mam pojęcia. To mógł być każdy. 

Krantz  zaapelował  do  moich  uczuć  patriotycznych.  Powiedział, 

że  mogłabym  pomagać  w  łapaniu  terrorystów  i  różnych  takich. 

Przyznałam, że to by było super. 

Ale  tak  naprawdę  nie  byłam  pewna,  czy  chcę  narażać  moją 

rodzinę  na  krwawą  zemstę  terrorystów,  wściekłych  z  powodu 

uwięzienia przywódcy. 

Odmówiłam, więc grzecznie Krantzowi, cały czas podkreślając, 

że  jestem  „szczególnie  uzdolniona"  w  tym  samym  stopniu  co 

pszczółka Maja. 

Ale  doktor  Krantz  nie  rezygnował.  Tak  jak  jego  podopieczni- 

agenci specjalni Smith i Johnson, których odsunięto od mojej sprawy 

i  których  w  pewien  sposób  mi  brakowało  -  nie  zrażał  się  odmową. 

Miałam  wrażenie,  że  ciągle  czai  się  gdzieś  w  pobliżu,  czekając,  aż 

powinie  mi  się  noga  i  będzie  mógł  mi  udowodnić,  że  wcale  nie 

straciłam swoich zdolności. 

Niespecjalnie  mi  się  to  podobało,  bo  nie  był  ani  taki  urodziwy 

jak  agentka  specjalna  Smith,  ani  tak  zabawnie  nie  reagował  na 

zaczepki jak agent specjalny  Johnson. Doktor Krantz budził tylko... 

strach. 

Dlatego, kiedy zobaczyłam go na tym polu, aż podskoczyłam ze 

strachu. 

-  Doktor Krantz - powiedziałam, kiedy wzięłam się w garść na 

tyle,  że  mogłam  mówić  w  miarę  normalnym  głosem.  -  To  pan. 

Witam. 

-  Cześć, Jessico. 

Krantz  ma  jajowatą  głowę,  całkiem  łysą  na  czubku,  czego  nie 

było  akurat  widać,  bo  nosił  naciągnięty  na  czoło  kapelusz.  Pewnie 

myślał, że dzięki temu wygląda przystojniej. 

background image

 

37 

Jego  wzrok  prześlizgnął  się  po  Robie,  którego  już  kiedyś 

spotkał, tyle że nie u nas w salonie, rzecz jasna. 

-  Dobry wieczór, panie Wilkins - powiedział, skłaniając głowę. 
-  Dobry - odparł Rob. Puścił moją dłoń, żeby chwycić mnie za 

ramię i pociągnąć. - Właśnie odchodziliśmy. 

-  Chwileczkę,  młody  człowieku  -  rzekł  doktor  Krantz.  -

Chciałbym zamienić słówko z panną Mastriani, jeśli można. 

-  Taa?  -  mruknął  Rob.  Naukowców  w  służbie  rządu  Stanów 

Zjednoczonych  darzył  nie  większą  sympatią  niż  gliniarzy.  -Jessica 

nie ma panu nic do powiedzenia. 

-  On  ma  rację  -  zwróciłam  się  do  Krantza.  -  Naprawdę  nie 

mam. Do widzenia. 

-  Rozumiem.  -  Sprawiał  wrażenie  rozbawionego.  -  Zga-duję, 

że znaleźliście się na miejscu zbrodni przez czysty przypadek? 

-  Tak - potwierdziłam ochoczo. - Przejeżdżałam tędy w drodze 

do domu, wracając od Roba. 

-  Chyba  słyszałem,  jak  mówiłaś  tamtym  panom,  że  ofiara 

zbrodni jest przypadkiem twoim sąsiadem. 

-  To pan jest agentem rządu - ja na to. - Powinien pan lepiej się 

w  tym  orientować.  Ja  bym  się  czuła  koszmarnie,  gdyby  jakiś 

dzieciak zginął podczas mojej służby. 

Wyraz  twarzy  doktora  Krantza  nie  zmienił  się.  Jak  zwykle 

zresztą.  Nie  byłam,  więc  pewna,  czy  moje  słowa  do  niego  dotarły, 

czy nie. 

-  Chcę  ci  coś  pokazać,  Jessico  -  powiedział,  podając  mi 

zdjęcie, które wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza. 

Na  fotografii  widniała  kładka,  o  której  wspomniała  pani 

Lippman  przy  obiedzie.  Ta,  na  której  pojawiło  się  graffiti,  będące 

według jej przypuszczenia znakiem rozpoznawczym gangu. 

Przyjrzałam  się  obrazkowi  w  zimnym  świetle  reflektora. 

Czerwony zygzak wyglądał znajomo. Widziałam go już. Ale gdzie? 

W  naszym  mieście  nie  spotyka  się  graffiti  zbyt  często.  Jakieś  Rick 

background image

 

38 

kocha  ancy  w  kamieniołomach  albo  Jaguary  górą  na  ścianie  sali 

gimnastycznej  rywalizującej  z  nami  szkoły  średniej.  To  właściwie 

wszystko.  Nie  miałam  pojęcia,  gdzie  mogłam  zobaczyć  ten 

czerwony zygzak. 

I nagle mnie olśniło. 

Na piersi Nate'a Thompkinsa. 

-  Czy to jest związane z gangiem? - spytałam, oddając zdjęcie 

Cyrusowi Krantzowi. 

Włożył fotografię do kieszeni. 

-  Nie - odparł, zapinając płaszcz. 

Doktor  Krantz  jest  wyjątkowo  schludny.  U  nas  w  domu  nie 

zostawił  ani  jednego  okruszka  na  talerzu.  A  biscotti  mamy  jest 

bardzo kruche. 

-  To  -  poklepał  się  po  kieszeni  -  było  ostrzeżenie.  To  zaś  -

wskazał niebieską plandekę - to dopiero początek. 

-  Początek czego? - zapytałam. 
-  Tego, niestety, jeszcze nie wiemy. 
Zawrócił  w  miejscu  i  ruszył  przez  pole  w  stronę  swojego 

samochodu. 

Poczekaj, miałam na końcu języka. Jak mogę pomóc? 

Przypomniałam  sobie  jednak,  że  rzekomo  opuściły  mnie 

nadzwyczajne zdolności. Nie mogłam, więc ofiarować mu pomocy. 

Zresztą, co mogłam zrobić? Nikogo nie poszukiwano. Już nie. 

Przez  resztę  drogi  do  domu  jechałam  wolno.  Nie,  dlatego,  że 

bałam  się,  że  mnie  złapią.  Strasznie  się  bałam  tego,  co  zastanę  na 

Lumbley Lane. Nawet pomruk Robowego motocykla za plecami nie 

działał pokrzepiająco. 

Kiedy  tylko  wjechaliśmy  w  moją  ulicę,  zobaczyłam  migocące 

światła.  Szeryf  musiał  nadać  przez  radio  uzyskaną  ode  mnie 

informację,  bo  przed  domem  Thompkinsów  stały  już  dwa  wozy 

policyjne. Doktor otwierał właśnie drzwi policjantom, którzy stali na 

progu z czapkami w rękach. 

background image

 

39 

Rob, zakończywszy z powodzeniem  misję odstawienia  mnie na 

łono  rodziny,  machnął  mi  ręką  na  pożegnanie  i  pognał  z  powrotem 

ulicą. 

Kiedy  weszłam  do  domu,  wszyscy  stali  z  twarzami  przyciś-

niętymi  do  szyb  w  salonie.  Wszyscy,  z  wyjątkiem  Douglasa,  który 

pewnie  siedział  w  swoim  pokoju  (nie  przepada  za  migającymi 

światłami, bo przypominają mu podróże ambulansem, jakie odbył). 

-  Och,  Jess  -  odezwała  się  mama  na  mój  widok.  Ze  stołu  już 

sprzątnięto.  Goście,  poza  Claire,  wyszli.  -  Dzięki  Bogu,  że  jesteś. 

Zaczynałam się martwić. 

-  Nic mi się nie stało. 

-  Strasznie  długo  cię  nie  było.  Gdzie  mieszka  ta  Joanna?  -

spytała mama. 

Ale  odpowiedź  wcale  jej  nie  interesowała.  Całą  uwagę  skupiła 

na domu Thompkinsów. 

-  Biedni ludzie - westchnęła.- Mam nadzieję, że to nic złego. 

-  No  wiesz,  mamciu  -  parsknął  Mike.  -  Dwa  wozy  policyjne 

parkują na ich podjeździe. Myślisz, że przywieźli dobre wieści? 

-  Nie nazywaj mnie mamcią - obruszyła się, a potem dotarło do 

niej, co się dzieje. - Odejdźcie od okien! Nie powinniśmy podglądać 

tych biednych ludzi! 

-  Nie  podglądamy,  Antonio  -  oświadczyła  ciotka  Rose.  -Po 

prostu patrzymy przez okno. Prawo tego nie zabrania. 

-  Pani  Mastriani  ma  rację  -  powiedziała  Claire  nieśmiało, 

podnosząc  się  z  kanapy.  -  To  nieładnie  zaglądać  innym  ludziom  w 

okna. 

Najwyraźniej  nie  orientowała  się,  że  Mike  przez  lata  podglądał 

ją przez okno za pomocą teleskopu. 

Mogłam im powiedzieć o Nacie. Ale mruknęłam tylko, że idę się 

położyć  i  ruszyłam  schodami  na  górę.  Tylko  mama  życzyła  mi 

dobrej nocy. 

background image

 

40 

U  Douglasa  nadal  paliło  się  światło.  Walnęłam  w  drzwi,  za-

miast,  jak  zazwyczaj,  od  razu  wpaść  do  środka.  Uznałam,  że  tym 

razem  mogę  mu  darować.  Pan  Goodhart  nazywa  to  pozytywnym 

wzmocnieniem. 

-  Wejdź, Jess - powiedział Douglas. 

Mama  puka  bardzo  cicho,  tata  zdecydowanie,  jak  biznesmen,  a 

Mike  nigdy  nie  odwiedza  Douglasa.  Więc  Douglas  zawsze  wie,  że 

gdy ktoś łomocze w drzwi, to muszę być ja. 

Leżał  na  łóżku,  czytając,  jak  zwykle.  Dzisiaj  był  to  akurat 

ostatni odcinek Supermana. 

-  O której wszyscy wyszli? - spytałam. 
-  Jakąś  godzinę  temu.  Pan  i  pani  Abramowitz  o  mało  się  nie 

pobili o to, gdzie spędzą Gwiazdkę. Jedno chce jechać do  Aspen, a 

drugie do Antigui. 

-  Fajnie  -  powiedziałam.  Państwo  Abramowitz  są  bardzo 

zamożni. 

-  Skip  dostał  ataku  astmy.  No  i  jeszcze  ciotka  Rose.  To  był 

niezapomniany wieczór. 

-  Zapewne... - mruknęłam. 

Zorientował  się  po  wyrazie  mojej  twarzy,  że  coś  się  stało,  bo 

zapytał: 

-  Co jest? 

Potrząsnęłam  głową.  Przez  chwilę  wyobraziłam  sobie  Nate'a 

Thompkinsa, tak jak go widziałam po raz ostatni, martwego na polu 

kukurydzy. 

-  Nic takiego - odparłam. 

-  Nie wciskaj mi kitu - zaoponował Douglas. - Mów. 

Powiedziałam. A nie powinnam była. Douglas nigdy nie należał 

do osób o silnej psychice. Zawsze mu dokuczały inne dzieciaki: 

w szkole, w parku, wszędzie. Nazywali go przygłupem, 

downem, kretynem. Poświęciłam kawałek młodości na 

background image

 

41 

prasowanie gęb ludzi, którzy ośmielili się wyśmiewać mojego 

starszego brata za to, że jest inny. 

A  właśnie  taki  jest  Douglas.  Nie  szalony.  Nie  opóźniony.  Po 

prostu inny. 

Kiedy  skończyłam,  Douglas,  który  zna  prawdę  o  moich 

szczególnych zdolnościach - ale nie o Robie; nikt nie zna prawdy o 

Robie, z wyjątkiem Ruth, mojej najlepszej przyjaciółki -wypuścił ze 

świstem powietrze. 

-  Cholera - powiedział. 

-  Taa. 
-  Biedni ludzie - dodał, myśląc o Thompkinsach. 
-  Taa. 
-  Widziałem ich córkę - rzekł. - W sklepie. 

 

-  Naprawdę?  -  Jakoś  nie  mogłam  sobie  wyobrazić  nieśmiałej 

Tashy  Thompkins,  zawsze  staromodnie  ubranej,  w  Underground 

Comix, gdzie pracuje Douglas. 

-  Ona czyta właśnie Wikhblade - oznajmił. Wydawał się mocno 

przejęty - A jak to właściwie wyglądało? 

 

-  Co jak wyglądało? 
-  Ten symbol na piersi Nate'a. 

-  Tak.  -  Podeszłam  do  biurka,  narysowałam  znak  na  bloczku, 

który tam akurat leżał, i podałam kartkę Douglasowi. 

Przyglądał  się  uważnie  rysunkowi.  Po  jakiejś  minucie  po-

wiedziałam: 

-  To chyba znak gangu. Ma sens tylko dla jego członków. 

-  To  nie  jest  znak  gangu  -  stwierdził  Douglas.  -  W  każdym 

razie tak mi się wydaje. Wygląda jakoś znajomo. 

-  Pewnie  go  widziałeś,  przejeżdżając  pod  kładką.  Ktoś  to 

namalował sprayem. 

-  Nigdy  tamtędy  nie  jeżdżę  -  odparł.  Potem  zachował  się  w 

sposób dziwny. To znaczy, jak na niego. 

background image

 

42 

Wstał  z  łóżka  i  zaczął  zdejmować  książki  z  półek.  Douglas  ma 

więcej  książek  niż  jakakolwiek  inna  znana  mi  osoba.  Jeśli  jednak 

chciałoby  się  jakąś  pożyczyć  i  zdjęło  ją  z  półki,  zapominając  mu  o 

tym  powiedzieć,  natychmiast  zauważyłby  jej  brak,  mimo  że  obok 

niej na półce stoi tysiąc identycznych. 

Douglas należy do tych tak zwanych moli książkowych. 

Uznałam,  że  przeglądanie  książek  zajmie  mu  ładnych  parę 

godzin,  więc  wyszłam.  Nawet  tego  nie  zauważył.  Był  pochłonięty 

szukaniem nie wiadomo czego. 

Wpadłam  do  mojego  pokoju,  rozebrałam  się  i  wskoczyłam  w 

pidżamę.  W  moim  pokoju  panują  największe  przeciągi  i  od 

Halloween  do  Wielkanocy  jest  w  nim  potwornie  zimno,  mimo 

ogrzewania zainstalowanego przez tatę. 

Za  to  z  okien  mam  najlepszy  widok  w  całym  domu,  lepszy 

nawet  niż  Mike.  On  mógł  obserwować  z  okna  sypialnię  Claire 

Lippman  i  to  spowodowało  całe  zamieszanie  parę  miesięcy  temu. 

Mike  postanowił  rzucić  Harvard,  bo  Claire  zakochała  się  w  nim  z 

wzajemnością. 

Ja  widzę  z  okna  całą  Lumbley  Lane,  która  w  świetle  księżyca 

wygląda  jak  srebrna  rzeka,  a  chodniki  po  bokach  jak  zarośnięte 

brzegi.  Kiedy  byłam  młodsza,  udawałam,  że  Lumbley  Lane  jest 

rzeką, a ja obsługuję latarnię morską wysoko w górze... 

Tej  nocy,  odpinając  zegarek,  który  dostałam  od  Roba  parę 

miesięcy  temu  i  który  noszę  jak  bransoletkę  z  numerem  iden-

tyfikacyjnym  (ku  zdumieniu  moich  rodziców,  uważających  za 

dziwactwo  obnoszenie  się  z  masywnym  męskim  zegarkiem),  nawet 

nie  spojrzałam  na  Lumbley  Lane.  Nie  wyobrażałam  sobie,  że 

Lumbley  Lane  jest  rzeką  ani  że  ja  obsługuję  latarnię  morską, 

kierując miotane burzą statki do portu. 

Spojrzałam za to w okno pokoju Tashy Thompkins. Nadal paliło 

się  w  nim  światło.  Wiadomość  o  śmierci  brata  z  pewnością  już  do 

niej dotarła. Zastanawiałam się, czy płacze wyciągnięta na łóżku. Ja 

background image

 

43 

bym tak zrobiła, gdybym dowiedziała się, że zabito któregoś z moich 

braci. Współczułam Tashy i jej rodzicom. Nie znam się na gangach, 

ale  myślę,  że  zabójca  Nate'a  nie  mógł  go  dobrze  znać.  Nate  to  był 

fajny chłopak. Jego śmierć to wielka strata. Naprawdę ogromna. 

Drzwi  domu  Thompkinsów  otworzyły  się  i  pojawił  się  w  nich 

doktor, któremu jakby nagle  przybyło lat. Był  w płaszczu. Razem z 

zastępcami  szeryfa  podszedł  do  wozów  policyjnych  i  wsiadł  do 

jednego  z  nich.  Wiedziałam,  że  jedzie  zidentyfikować  ciało.  W 

drzwiach  stała  jego  żona.  Nie  widziałam,  czy  płacze,  ale 

przypuszczałam,  że  tak.  Koło  niej  stało  dwoje  starszych  ludzi. 

Pewnie dziadkowie Nate'a. 

W  oknie  na  górze  poruszyła  się  firanka.  To  Tasha  patrzyła  na 

odjeżdżający  wóz  policyjny.  Jej  ramiona  drżały,  wstrząsane 

szlochem. 

Biedna,  nieśmiała,  zakochana  w  książkach  i  komiksach 

Witchblade Tasha. Nic nie mogłam dla niej zrobić. Może gdybym w 

momencie,  kiedy  jej  ojciec  złożył  nam  wizytę,  wiedziała,  że 

Nate'owi  coś  grozi,  zdołałabym  go  odnaleźć.  Może.  Teraz  było  już 

za późno. W każdym razie za późno, żeby pomóc Nate'owi. 

Ale nie za późno, jak sobie uświadomiłam, żeby pomóc jego 

siostrze. Jak to zrobię, nie miałam na razie zielonego pojęcia. 

Mogłam jednak próbować. 

Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  bardzo  decyzja,  żeby  pomóc 

Tashy Thompkins, wpłynie na moje życie. I życie niemal wszystkich 

mieszkańców naszego miasteczka. 

 

 

 

 

 

background image

 

44 

iedy  następnego  dnia  Ruth  powiedziała  mi  o  zaginięciu 

jakiegoś  dzieciaka  z  ich  synagogi,  z  niczym  mi  się  to  nie 

Skojarzyło.  Myślałam  tylko  o  tej  sprawie  z  Nate'em  Thompkinsem. 

Obiecałam przecież sobie, że postaram się pomóc Tashy. 

Było  jeszcze  coś.  Coś,  co  mi  się  przyśniło  i  hm...  bardzo  mnie 

zaniepokoiło. 

-  Słuchasz  mnie,  Jess?  -  dopytywała  się  Ruth.  Musiała  się 

wysilać,  żeby  przekrzyczeć  muzyczkę  w  centrum  handlowym. 

Wybrałyśmy  się  na  po  świąteczną  wyprzedaż.  To  był  piątek  po 

Święcie Dziękczynienia i nie miałyśmy nic lepszego do roboty. 

-  Jasne  -  zapewniłam,  obracając  w  palcach  parę  okrągłych 

kolczyków.  A  nawet  nie  mam  przekłutych  uszu.  Oto,  jaka  byłam 

roztargniona. 

-  Znaleźli  jego  rower  -  powiedziała  Ruth.  -  Tylko  rower.  Na 

parkingu. Poza tym ani śladu. Ani tornistra. Ani klarnetu. Niczego. 

-  Może  uciekł  -  zasugerowałam.  Kolczyki  nie  byłyby  naj-

gorszym  prezentem  gwiazdkowym  dla  Ruth.  To  znaczy,  prezentem 

chanukowym. Bo Ruth jest, rzecz jasna, Żydówką. 

-  Seth  Blumenthal  na  pewno  nie  uciekł  -  powiedziała  Ruth.  - 

Jutro  miała być jego bar  miewa, Jess. Przygotowywał  się  do niej  w 

synagodze.  Miał  ostatnią  przed  sobotnią  ceremonią  lekcję 

hebrajskiego.  Zgarnąłby  kupę  forsy.  Na  pewno  by  się  przedtem  nie 

ulotnił. I na pewno nie zostawiłby roweru. 

To  wreszcie  zwróciło  moją  uwagę.  Dwunastoletnie  dzieci  nie 

porzucają rowerów. Nie bez walki, w każdym razie. Poza tym Ruth 

miała rację: sama na bar micwie zarobiła jakieś dwadzieścia tysięcy. 

Żaden  dzieciak  by  nie  uciekł  wobec  możliwości  zgarnięcia  takiej 

kasy. 

-  Masz jego zdjęcie? - zapytałam Ruth. 

K

background image

 

45 

-  Jest jedno w informatorze synagogi - odparła. - Zdjęcie całej 

rodziny. Mogę ci je pokazać. 

-  Dobra - powiedziałam. - Zajmę się tym. 
-  Zrób  to  jak  najszybciej.  Nie  wiadomo,  co  się  z  nim  stało. 

Może dostał się w łapy tego gangu. 

Kątem  oka  dostrzegłam  mamę  i  ciotkę  Rose,  które  właśnie 

weszły do JC Penney. Byłam pewna, że gdyby nie ciotka Rose, 

matka  nie  zjawiłaby  się  w  centrum  handlowym  następnego  dnia  po  tym, 

jak  jednemu  z  sąsiadów  zabito  dziecko.  Podejrzewałam,  że  nie 

zaryzykowała  wizyty u Thompkinsów, bo ciotka Rose upierałaby się, żeby 

jej towarzyszyć. I na pewno gadałaby jakieś bzdury o czarnych, albo jeszcze 

gorzej. 

Ciotka  Rose  wyjeżdżała  w  niedzielę,  która  wydawała  się  odległa  jak 

wieczność. 

-  Gdybym  zdobyła  coś  z  jego  ubrania  -zapytała  Ruth  -  mogłabyś  to 

zrobić?  No  wiesz,  to,  co  zrobiłaś  w  przypadku  Shana  i  Claire?  Kiedy 

pową... 

Krzyknęła z bólu, bo ścisnęłam ją z tyłu za szyję. 

-  Masz  o  tym  nie  wspominać,  jasne?  -  ostrzegłam.  Mamusie,  które 

stały przy domku Świętego Mikołaja - nazajutrz po Święcie Dziękczynienia 

do  naszego  centrum  handlowego  przybywał  Święty  Mikołaj  -  odwróciły 

głowy  i  popatrzyły  na  nas  z  dezaprobatą...  Pewnie,  dlatego,  że  byłyśmy 

młode  i  nie  targałyśmy  ze  sobą  po  trójce  wrzeszczących  bachorów,  ale 

mniejsza  z  tym.  -  Federalni  nadal  depczą  mi  po  piętach.  Wczoraj  w  nocy 

wpadłam na Cyrusa. 

-  Aj - jęknęła Ruth, strząsając moją rękę. - Puszczaj, ty wariatko. 

-  Mówię poważnie. Po prostu siedź cicho. 

-  Sama  siedź  cicho.  -  Ruth  poprawiła  kołnierz  bluzki.  -Albo  spróbuj 

dla  odmiany  zachowywać  się  normalnie.  Co  się  z  tobą  dzieje?  Przez  cały 

dzień ci odbija. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparłam  najbardziej  sarkastycznym  tonem,  na 

jaki mogłam się zdobyć. - Może, dlatego tak się zachowuję, bo zeszłej nocy 

background image

 

46 

zobaczyłam  okaleczone  ciało  chłopaka,  który  mieszkał  po  drugiej  stronie 

ulicy. 

Ruth wydęła wargi. 

-  Jejku  -  westchnęła.  -  Nie  ma  to  jak  dosadność.  -  Przyjrzała  mi  się 

uważniej. - Zaraz, zaraz. Nie obwiniasz się chyba 

z  powodu  śmierci  Nate'a,  co?  -  Nie  uzyskawszy  odpowiedzi, 

ciągnęła: - O,  mój Boże. Robisz to. Jess, posłuchaj? Nie zabiłaś go, 

jasne? Jego kochani kumple go zakatrupili. 

-  Wiedziałam,  że  zniknął  -  powiedziałam.  Przy  domku 

Świętego  Mikołaja  jakieś  dziecko  zaczęło  wrzeszczeć  bez  opa-

miętania,  bo  przestraszyło  się  mechanicznych  elfów  budujących 

zabawki na sztucznym śniegu. -I nie próbowałam go znaleźć. 

-  Wiedziałaś, że poszedł po bitą śmietanę - sprostowała Ruth. - I 

że nie wrócił prosto do domu. Nie wiedziałaś, że go zamordują. Nie 

mogłaś  wiedzieć.  Daj  spokój,  Jess.  Wyluzuj.  Nie  możesz  być 

odpowiedzialna za każdego zabitego na tej planecie. 

-  Chyba  nie  -  zgodziłam  się.  -  Słuchaj,  Ruth,  wracajmy  do 

domu. Pokażesz mi to zdjęcie. Jeśli chłopiec od bar micwy naprawdę 

zaginął, może zdołam go odnaleźć, zanim zamieni się w pokarm dla 

ptaków, tak jak Nate. 

-  Ohyda  -  skrzywiła  się  Ruth.  -  Zbyt  plastycznie  to  przed-

stawiasz. - Skierowała się jednak do najbliższego wyjścia. 

Niestety, nie dość szybko. 

-  Jessico! 

Odwróciłam  się  na  dźwięk  znajomego  głosu...  i  zbladłam.  To 

była pani Wilkins. I Rob. 

Ostatnie  osoby  -  nie  licząc  mamy  i  cioci  Rose  -  które  miałam 

ochotę spotkać. Nie dlatego, że nie cieszyłam się na ich widok. Czy 

widok  Roba  mógł  mnie  unieszczęśliwić?  To  byłoby  jak  poczuć  się 

nieszczęśliwym, widząc słońce po czterdziestu dniach deszczu. 

background image

 

47 

Ale  z  wiedzą,  którą  teraz  miałam...  którą  nabyłam  we  śnie,  bez 

udziału świadomości, a wszystko z powodu tego głupiego zdjęcia na 

ścianie sypialni mamy Roba... 

-  Cześć  -  zawołałam  wesoło,  starając  się  ukryć  prawdziwe 

uczucia.  -  Miło  was  widzieć.  -  Najgłupszy  tekst  na  świecie,  ale 

miałam mętlik w głowie. 

Nie  pamiętam,  żebym  widziała  Roba  tak  zmieszanego.  A 

wynikało to stąd, że: 

1) Był w centrum handlowym. 
2) Był w centrum handlowym z mamą. 
3) Wpadł tam na mnie. 
4) Byłam z Ruth. 

Ruth i Rob nie przepadają za sobą. Dopiero niedawno udało mi 

się przekonać Ruth, żeby przestała nazywać Roba gburem, dlatego że 

nigdy do  mnie  nie dzwoni.  Rob uważał Ruth za  wyjątkową snobkę, 

która  kręci  nosem  na  ludzi  takich  jak  on,  niezamierzających 

studiować  w  college'u.  W  zasadzie  miał  rację.  Ale  kręcenie  nosem 

jeszcze nie oznaczało, że Ruth jest złym człowiekiem. 

-  Czy  to  nie  zabawne  -  powiedziała  pani  Wilkins  z  radosnym 

uśmiechem.  -  Od  dawna  próbuję  namówić  Roba,  żeby  przyszedł  ze 

mną do miary, bo szyjemy frak na ślub mojego brata. Dzisiaj, kiedy 

zabrał  mnie  po  pracy,  wreszcie  się  zgodził.  Więc  jesteśmy.  I  ty  tu 

jesteś! Czyż to nie zabawne? 

-  Rzeczywiście - powiedziałam, chociaż sytuacja nie wydawała 

mi się ani trochę zabawna. 

Rob nie pisnął nawet słowa, że się wybiera na jakiś ślub. Ślub i 

wesele, na którym spodziewano się go zapewne z dziewczyną. Którą 

- wedle wszelkich reguł - powinnam być ja. 

-  Myślałam,  że  Earl  jest  już  żonaty  -  odezwałam  się,  żeby 

ukryć wściekłość. 

background image

 

48 

-  Och, nie chodzi o Earla - powiedziała pani Wilkins. - To mój 

braciszek Randy. Wstępuje w związek małżeński w Wigilię Bożego 

Narodzenia. Czy może być coś bardziej romantycznego? 

Wesele w Wigilię? Wesele, na którym Rob wystąpi we fraku i o 

którym nie raczył mi wspomnieć? Poszłabym z nim, gdyby poprosił. 

Poszłabym  chętnie.  Włożyłabym  zieloną  aksamitną  suknię,  którą 

mama uszyła mi w zeszłym roku na obiad w Lion Club, wydany na 

cześć Mike'a, gdy dostał stypendium. Gdyby mama nie uszyła takiej 

samej sukni dla siebie, wyglądałabym naprawdę dobrze. 

Ale  nie.  Rob  nie  uznał  za  stosowne  zawiadomić  mnie  o  tej 

imprezie. Zero informacji. Ani słowa. 

Nagle  ogarnęła  mnie  chęć  wykrzyczenia  tego,  czego  dowie-

działam się zeszłej nocy we śnie o tacie Roba. Chciałam zemścić się 

na nim za to, że wykluczył mnie z ważnego rodzinnego wydarzenia, 

w którym teraz gorąco pragnęłam wziąć udział. 

-  Jak miło - powiedziałam z lodowatym uśmiechem, patrząc na 

Roba. Unikał mojego wzroku. A może unikał kontaktu wzrokowego 

z  Ruth,  która  odwzajemniała  się  tym  samym.  Tak  czy  inaczej,  miał 

przechlapane. 

-  Och, Jess! - Dłoń pani Wilkins wystrzeliła w górę, chwytając 

moją.  Z  jej  twarzy  zniknął  uśmiech.  -  Rob  opowiedział  mi,  co  was 

spotkało  wczoraj  wieczorem.  To  musiało  być  okropne.  Bardzo 

współczuję rodzicom tego chłopca... 

-  Tak  -  skinęłam  głową,  a  mój  uśmiech  stał  się  nieco  mniej 

lodowaty. - To było okropne. 

-  Jeśli  tylko  mogę  coś  zrobić  -  powiedziała  pani  Wilkins.  -To 

znaczy, nie wiem, w jaki sposób mogłabym pomóc, ale jeśli uznasz, 

że  tym  nieszczęsnym  ludziom  przydałoby  się  jakieś  domowe 

jedzenie, daj mi znać. Robię niezłą zapiekankę... 

-  Oczywiście,  pani  Wilkins  -  zapewniłam.  -  Dam  pani  znać.  I 

jeszcze raz dziękuję za wczorajszą kolację. 

background image

 

49 

-  Och, skarbie, to nic takiego - odparła pani Wilkins, raz jeszcze 

ściskając czubki moich palców, zanim je puściła. - Tak się cieszę, że 

mogłaś do nas przyjść. 

Już było wystarczająco koszmarnie, ale w chwilę później zrobiło 

się  dziesięć  razy  gorzej.  Kiedy  myślałam,  że  zdołam  uciec 

praktycznie  bez  strat  własnych  -jeśli  nie  liczyć  tej  historii  z  nie-

zaproszeniem mnie przez Roba na wesele wuja - rozległ się dźwięk, 

od  którego  krew  zakrzepła  mi  w  żyłach.  Był  to  głos  cioci  Rose, 

wołającej moje imię. 

-  Widzisz, mówiłam ci, że to Jessica - stwierdziła ciotka Rose, 

ciągnąc  mamę  w  naszą  stronę.  Niebieskie  oczy  Rose,  które  wydają 

się  przyćmione,  ale  odnotowują  wszystkie  szczegóły  z  niezawodną 

precyzją,  roziskrzyły  się  na  widok  Roba.  -  Kim  jest  twój  mały 

przyjaciel, Jessico? Nie przedstawisz go? 

To,  że  ciocia  Rose,  zasuszona  jak  krewetka,  nazwała  Roba 

„małym",  w  innej  sytuacji  rozśmieszyłoby  mnie  do  łez.  Wtedy 

jednak  marzyłam tylko o tym, żeby podłoga  w centrum handlowym 

rozstąpiła się i pochłonęła mnie możliwie szybko i bezboleśnie. 

Mama,  sprawiająca  wrażenie  zmęczonej  -  kto  by  nie  był 

zmęczony  po  całym  dniu  z  ciocią  Rose  -  postawiła  na  ziemi  torby, 

które niosła, i powiedziała: 

-  Och,  Mary.  To  ty.  Jak  się  masz?  -  Znała  panią  Wilkins  z 

restauracji. 

-  Dzień  dobry,  pani  Mastriani  -  odparła  pani  Wilkins  z  pro-

miennym uśmiechem. - Jak się pani dzisiaj miewa? 

-  Jako tako - powiedziała mama. Spojrzała na mnie i na Ruth. - 

Cześć, dziewczęta. Udały się zakupy? 

-  Kupiłam  w  Bennetonie  kaszmirowy  sweter  -  Ruth  podniosła 

torbę  do  góry  niczym  triumfujący  łowca  -  za  jedyne  piętnaście 

dolarów. 

-  Jest  żółtozielony  -  przypomniałam  jej,  żeby  się  zbytnio  nie 

puszyła. 

background image

 

50 

-  Na  pewno  świetnie  w  nim  wyglądasz  -  powiedziała  mama, 

żeby jej sprawić przyjemność. Każdy, kto widział jasne włosy i bladą 

cerę Ruth, wie, że w tym nie może jej być do twarzy. 

-  A ty jesteś... ? - zapytała Roba ciocia Rose. 

Rob, niech go Bóg ma w opiece, starannie wytarł dłoń o dżinsy, 

a następnie wyciągnął ją w stronę ciotki Rose i powiedział głębokim 

głosem: 

-  Rob Wilkins, proszę pani. Miło mi panią poznać. Ciotka Rose 

ledwie ruszyła nosem na widok ręki Roba. 

-  A jakie są twoje zamiary względem mojej siostrzenicy? 

Pani Wilkins wyglądała na przestraszoną. Moja mama zmieszała 

się. Ruth była zachwycona. Ja musiałam robić wrażenie osoby, która 

właśnie połknęła kaktus. Tylko Rob zachował spokój. 

-  Nie  mam  względem  niej  żadnych  zamiarów,  proszę  pani  - 

odpowiedział tym samym uprzejmym tonem. 

Na tym właśnie polega problem. 

Zauważyłam,  jak  mama  mruży  oczy,  patrząc  na  Roba.  Wie-

działam, co powie, zanim słowa padły z jej ust. 

-  Chwileczkę - powiedziała. - Ja cię chyba skądś znam. 

Niestety, tak było. Nie zamierzałam jednak pozwolić, żeby 

sobie  przypomniała,  skąd.  Bo  miejscem,  gdzie  spotkała  Roba,  był 

posterunek  policji  -  ostatnim  razem,  kiedy  zaciągnięto  mnie  tam  na 

przesłuchanie... 

-  Z  pewnością  go  widziałaś,  mamo  -  powiedziałam,  biorąc  ją 

pod ramię i popychając w stronę domku Świętego Mikoła-ja. - Patrz, 

Święty Mikołaj  wrócił. Nie chcesz zrobić  mi zdjęcia, jak siedzę  mu 

na kolanach? 

Mama spojrzała na mnie z rozbawieniem. 

-  Niekoniecznie - odparła. - Nie masz już pięciu lat. Ruth raz w 

życiu okazała się pomocna. Podeszła do mojej 

mamy z drugiej strony i powiedziała: 

background image

 

51 

-  Ojej, pani Mastriani. To by dopiero było. Moi rodzice padliby 

ze  śmiechu,  gdyby  zobaczyli  zdjęcie,  na  którym  Jess  i  ja  siedzimy 

Świętemu  Mikołajowi  na  kolanach.  A  w  przyszłym  tygodniu 

poproszę  Jess,  żeby  przyszła  do  synagogi  i  usiadła  na  kolanach 

rachunkowego Harry'ego. Chodźmy. 

Pani Wilkins na szczęście nie zdawała sobie sprawy, że rzekoma 

dziewczyna jej syna robi wszystko, co w jej mocy, żeby jej matka go 

nie poznała. 

-  Och, tak - zawołała ze śmiechem. - To będzie komedia. 

Mama  pozwoliła  się  ustawić  w  kolejce  do  Świętego  Mikołaja. 

Kiedy  wróciłam,  żeby  pożegnać  się  z  panią  Wilkins  -  Roba 

ignorowałam - i zabrać torby mamy, usłyszałam syk ciotki Rose: 

-  Uważaj,  młody  człowieku.  Widziałam  już  takich  jak  ty  i 

ostrzegam  cię:  nawet  nie  myśl  o  tym,  żeby  tknąć  moją  siostrzenicę. 

Jeśli nie chcesz, żeby spotkało cię coś złego. 

Rzuciłam ciotce wściekłe spojrzenie. Tego mi akurat było trzeba 

- żeby dała Robowi dodatkowy pretekst do zerwania. 

Rob nie przejął się specjalnie jej słowami. Za to spojrzał na mnie 

szarymi, nieodgadnionymi oczami... 

Prawie  nieodgadnionymi.  Jestem  pewna,  że  wyczytałam  coś  w 

nich: „Dzięki za nic". 

Dopiero  wtedy  uświadomiłam  sobie,  że  właśnie  przegapiłam 

świetną okazję, by przedstawić go mojej mamie. 

Ale  cóż,  kto  miał  świetną  okazję,  żeby  zaprosić  mnie  na  wi-

gilijne wesele wujka Randiego i przegapił ją? 

Wróciłam  do  kolejki  z  torbami  i  usłyszałam,  jak  Ruth  szepcze: 

„Masz  u  mnie dług".  Zajęło mi dobrą chwilę zrozumienie, co  miała 

na  myśli.  Ktoś  niedaleko  chichotał.  Spojrzałam  przez  bawełniane 

pole  fałszywego  śniegu  i  zobaczyłam  Karen  Sue  Hankey  z  paroma 

kumpelkami. Wskazywały na nas, zarykując się ze śmiechu. 

Doprawdy  nie  uważam,  że  moja  mama  miała  prawo  tak  się 

zdenerwować  gestem,  jaki  wykonałam  w  ich  kierunku,  mimo  iż 

background image

 

52 

wokół stały małe dzieci. Pewnie nawet nie wiedziały, co on oznacza. 

Ciocia Rose z pewnością nie wiedziała. 

-  Nie,  Jessico  -  poinformowała  mnie  zjadliwym  tonem.  -Znak 

pokoju pokazuje się dwoma palcami, nie jednym. Czy niczego was w 

tej szkole nie uczą? 

 

 

iedy wróciłyśmy z centrum handlowego, przed domem 

Hoadleyów - to jest Thompkinsów - stało więcej samochodów 

niż zwykle. 

Zaskoczyło  mnie,  że  Thompkinsowie  znają  tylu  ludzi.  Jak  na 

nowych członków naszej wspólnoty, byli bardzo lubiani. 

-  Zobacz  -  powiedziała  Ruth,  kiedy  wysiadłam  z  jej  samo-

chodu.-Jest trener Albright. 

Oczywiście  rozpoznałam  dodga  plymoutha  trenera.  Trudno 

byłoby  go  nie  poznać,  jako  że  został  pomalowany  w  kolory  szkoły 

Ernesta Pyle'a - fioletowy i biały. 

-  Boże  -  westchnęła  Ruth  -  biedna  Tasha.  Czy  możesz  sobie 

wyobrazić tego palanta w salonie dzień później po tragicznej śmierci 

brata?  To  musi  być  jeden  z  tych  kręgów  piekła,  o  których  pisał 

Dante. 

Na  angielskim  przerabiamy  właśnie  Boską  Komedię  Dantego. 

Cóż, wszyscy poza mną. Ja siedzę w ostatniej ławce i gram w tetrisa 

na gameboyu z wyłączonym dźwiękiem. 

-  Wpadnij później z tym zdjęciem - powiedziałam. - To znaczy, 

jeśli dzieciak z synagogi jeszcze się nie znalazł. 

-  Na  pewno  się  nie  znalazł  -  oświadczyła  Ruth  ponuro.  -To 

dzień  brzemienny  ludzką  tragedią.  Popatrz  choćby  na  mój  nowy 

sweter. 

Zatrzasnęłam drzwiczki i ruszyłam przez ogród  w  stronę  domu. 

Śnieg,  który  zapowiadano  na  kanale  Pogoda,  wciąż  nie  spadł,  ale 

niebo  zakrywały  szarobiałe  chmury.  Ani  kawałeczka  błękitu.  I 

K

background image

 

53 

okropny  mróz.  Twarz,  jedyna  część  mojej  osoby  wystawiona  na 

działanie  żywiołów,  prawie  mi  zamarzła,  zanim  przebyłam  siedem 

metrów od podjazdu do drzwi frontowych. 

- Hej! - wrzasnęłam, wchodząc do środka. - Wróciłam! -Mogłam 

krzyczeć  bezpiecznie,  bo  w  drodze  powrotnej  wyprzedziłyśmy  z 

Ruth mamę i ciotkę Rose. 

Nikt nie odpowiedział. Dom wydawał się pusty. 

Podeszłam  do  stolika  w  holu,  żeby  rzucić  okiem  na  pocztę. 

Katalog  świąteczny,  katalog  świąteczny,  katalog  świąteczny.  Zdu-

miewające, ile przychodziło tych katalogów. Zaczynały napływać już 

w  październiku.  Wędrowały  prosto  do  pojemnika  na  papierowe 

śmiecie. 

Rachunek.  Kolejny  rachunek.  Adresowany  do  rodziców  list  z 

Harvardu,  pewnie  z  błagalną  prośbą,  żeby  nakłonili  Mike'a  do 

powrotu  na  uczelnię.  Tak,  jakby  mieli  w  tej  sprawie  coś  do  po-

wiedzenia.  Mike  kupił  bilet  do  domu,  gdy  tylko  usłyszał,  że  dama 

jego  serca  omal  nie  padła  ofiarą  morderstwa  i  w  związku  z  tym 

trafiła  do  szpitala,  a  następnie  odmówił  powrotu,  zniewolony 

niewinnym  błękitem  oczu  Claire.  (Znacznie  lepiej,  jak  wyjawiła  mi 

Claire, mieć chłopaka w college'u niż takiego, który nadal uczy się w 

szkole średniej). 

Do  mnie  nie  było  nic.  Nigdy  nic  nie  przychodzi.  Całą  pocztę, 

jaką  otrzymuję,  moja  przyjaciółka  Rosemary  z  1-800-Jeśli--

Widziałeś-Zadzwoń  adresuje  do  Ruth,  która  następnie  dostarczają 

mnie.  Teraz  Rosemary  przebywała  na  Rhode  Island  z  wizytą 

świąteczną  u  matki,  nie  spodziewałam  się  więc  żadnego  listu. 

Zaginione dzieci  musiały poczekać do następnego tygodnia, żeby je 

odnaleziono. 

Z wyjątkiem Setha Blumenthala, jeśli faktycznie zaginął. 

Ściągnęłam  czapkę  i  rękawiczki  i  wepchnęłam  je  do  kieszeni 

płaszcza,  który  poszłam  powiesić  przy  drzwiach  od  garażu.  W 

lodówce  nie  znalazłam  nic  interesującego.  Zjadłam  resztkę 

background image

 

54 

persymonowego  ciasta,  ale  zrobiłam  to  bez  prawdziwego  zaan-

gażowania. Można by uznać, że przejmowałam się tym, co się działo 

po drugiej stronie ulicy. W związku z Nate'em i w ogóle. 

Szesnastoletni  chłopak  zabity,  zanim  zdążył  wyrobić  sobie  prawo 

jazdy,  i  to  za  co?  Za  to,  że  występował  w  barwach  niewłaściwego 

gangu? 

Ale właściwie nie myślałam o Nacie. Myślałam o Robie, 

0

 tym, jak bardzo wydawał się dotknięty, kiedy nie przedstawiłam go 

mamie. No a jak bardzo on mnie zranił, nie zapraszając na to wesele? 

To  działa  w  obie  strony.  Nie  może  utrzymywać,  że  nie  możemy  ze 

sobą chodzić ze względu na różnicę wieku 

i stroić fochy, kiedy nie przedstawiam go mamie. 

Oboje  mieliśmy  z  naszym  związkiem  problemy,  nad  którymi 

należałoby  popracować.  Może  powinniśmy  wziąć  udział  w 

programie  Opry i porozmawiać z tym  łysym doktorem,  którego ona 

zawsze zaprasza. 

-  Panie  doktorze,  moja  dziewczyna  się  mnie  wstydzi  -  niemal 

słyszałam głos Roba. - Nie chce przedstawić mnie rodzicom. 

-  Cóż, mój chłopak mi nie ufa - odgryzłabym się. - Nie chce mi 

powiedzieć,  za  co  go  aresztowano  ani  zaprosić  na  wesele  wujka 

Randiego. 

Tak. My u Opry. To powinno się zdarzyć. 

Dopiero  na  górze  usłyszałam  głosy.  Przyznaję,  że  mój  brat 

Douglas, nawet jeśli nie przeżywa kolejnego „epizodu", często mówi 

do siebie. 

Tym razem jednak ktoś mu odpowiadał. Drzwi jego pokoju były 

zamknięte  jak  zwykle,  ale  kiedy  przyłożyłam  do  nich  ucho,  nie 

miałam wątpliwości: z pokoju Douglasa dobiegały dwa głosy. 

Jeden należał do dziewczyny. 

Uznałam,  że  to  Claire.  Może  chciała  przedyskutować  z 

Douglasem, co kupić Mike'owi na Gwiazdkę. Albo prosić go o radę, 

bo ich związek przechodził kryzys... 

background image

 

55 

Ale  dlaczego  z  czymś  takim  miałaby  się  zwracać  do  Douglasa? 

Powinna wybrać raczej mnie. Mogę być stuknięta i w ogóle, 

z  tymi  moimi  zdolnościami  psychicznymi,  ale  na  pewno  jestem  sto 

razy normalniejsza od niego. 

Nie  zdołałam  się  powstrzymać.  Wiedziałam,  że  nie  powinnam, 

ale  zrobiłam  to.  Grzmotnęłam  w  drzwi,  a  potem  otworzyłam  je  na 

oścież. 

-  Cześć, jak się macie - zawołałam radośnie. - O czym gadacie? 

W pokoju Douglasa wcale nie było Claire. Była 

Tasha Thompkins. 

Gdy ją zobaczyłam, siedzącą na brzegu Douglasowego łóżka, w 

czarnej bluzce z golfem i szarym wełnianym swetrze, szczęka opadła 

mi tak nisko, że - przysięgam - czułam, jak dotyka podłogi. 

-  Cześć,  Jess  -  powiedziała,  patrząc  na  mnie  załzawionymi 

brązowymi oczami, łagodnymi jak jej głos. 

-  Eee... - Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Spojrzałam na 

Douglasa, który siedział przy biurku przed komputerem. W życiu nie 

spodziewałabym  się,  że  zastanę  u  niego  dziewczynę.  A  zwłaszcza 

taką,  z  którą  ani  nie  łączyło  go  żadne  pokrewieństwo,  ani  nie  była 

dziewczyną jego młodszego brata. -Co... co... co... 

-  Po  prostu  nie  mogłam  tego  wytrzymać  -  powiedziała  Tasha, 

przychodząc mi z pomocą. - W domu jest tak... Teraz jest tam trener 

Albright. 

-  Widziałam jego samochód - zdołałam wykrztusić. 

-  Nie  mogłam  tego  wytrzymać  -  powtórzyła  Tasha.  -  Przy-

pomniałam sobie, że kiedy ostatnim razem widziałam Douga, mówił, 

że ma bardzo wczesne wydanie komiksu, który lubię, i mogę wpaść, 

żeby je obejrzeć. - Wzruszyła ramionami. - No i przyszłam. 

Gapiłam się na nią w milczeniu, dodała więc: 

-  Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza, Jessico. 

background image

 

56 

Chciałam powiedzieć, że nie, ale z moich ust wydobył się tylko 

dziwaczny  dźwięk,  podobny  do  tego,  jaki  wydała  Helen  Keller  w 

filmie o swoim życiu. Pokręciłam tylko głową. 

-  Nie  przejmuj  się  moją  siostrą  -  odezwał  się  Douglas.  -Jest 

nieśmiała. 

Tasha roześmiała się cicho. 

-  To dla mnie coś nowego - odparła. 
-  Rozmawialiśmy  z  Tashą  o  Nacie  -  stwierdził  Douglas 

obojętnym tonem, jakby kontynuując przerwaną rozmowę. 

-  Przykro mi z powodu twojego brata - powiedziałam. 
-  Dziękuję - szepnęła Tasha w odpowiedzi. 
-  Okazuje  się  -  ciągnął  Douglas  -  że  Nate  miał  paru  nie-

ciekawych znajomych. 

Tasha przytaknęła z poważnym wyrazem twarzy. 

-  Ale  oni  by  tego  nie  zrobili  -  wyjaśniła.  -  To  znaczy,  nie 

zabiliby go. To po prostu banda narwańców, którzy myślą, że są nie 

wiadomo kim. 

Oboje  z  Douglasem  spojrzeliśmy  na  nią  tępym  wzrokiem. 

Widocznie rzecz z mieszkańcami Chicago nie sprowadza się do tego, 

że  mówią  „hello"  zamiast  „hej".  Posługują  się  po  prostu  innym 

językiem. 

-  Trzęśli szkołą - wyjaśniła Tasha. 
-  Och  -  mruknęłam  ze  zrozumieniem.  Douglas  wyglądał  na 

bardziej zmieszanego niż ja. 

-  Trzymali  się  Nate'a  tylko  z  powodu  taty  -  ciągnęła  Tasha.  -

Wiecie. Bloczki z receptami itd. Oxy daje weekend na haju. 

Skinęłam głową, jakbym wiedziała, o czym mówi. 

-  Ale Nate'owi to imponowało. Starałam się go przekonać, że te 

typy  tylko  go  wykorzystują,  ale  mnie  nie  słuchał.  Na  szczęście  tata 

wszystko odkrył. Nate był zawsze dobrym uczniem, więc kiedy jego 

oceny  poleciały...  -  Przeniosła  wzrok  na  plakat  z  Władcy  Pierścieni 

na  ścianie,  ale  było  jasne,  że  go  nie  widzi.  Widziała  zupełnie  co 

background image

 

57 

innego. - Tata był taki wściekły - podjęła po chwili - że zabrał nas ze 

szkoły. Następnego dnia znalazł pracę tutaj. Przenieśliśmy się w tym 

samym tygodniu. 

Byłam w stanie zrozumieć punkt widzenia doktora Thomp-kinsa. 

Moja  rodzina  boryka  się  z  różnymi  problemami,  ale  narkotyki  do 

nich nie należą. 

-  Chyba  rozumiem  -  powiedziałam.  -  Ci  narwańcy  dopadli  go, 

bo przestał im dawać bloczki z receptami. 

Tasha potrząsnęła głową, zakłopotana. 

-  Nie  wiem  -  odparła.  -  To  źli  chłopcy,  ale  nie  byli  mor-

mordercami. 

Zastanowiłam się przez chwilę. 

-  A ten znak? - spytałam. 

Douglas wykonał dłonią gest podrzynania gardła. Za późno. 

-  Jaki znak? - zdziwiła się Tasha. 

Palnęłam  gafę.  Tasha  nie  wiedziała.  Nie  znała  szczegółów 

śmierci brata. 

-  Nic  takiego  -  powiedziałam.  —Tylko...  eee...  w  mieście 

pojawiło się jakieś graffiti i niektórzy ludzie sądzili, że to może być 

znak gangu. 

-  Myślicie, że mój brat był w gangu? 

Douglas  oparł  czoło  na  dłoni,  jakby  nie  mógł  patrzeć  na  to,  co 

się dzieje. 

-  Cóż  -  wydusiłam.  Nie  mogłam  jej,  rzecz  jasna,  powiedzieć 

prawdy. O symbolu wyciętym na piersi Nate'a. - To tylko plotka. 

Tasha rzuciła mi twarde spojrzenie. 

-  Był  czarny  -  powiedziała  ostro.  -  Dlatego  ludzie  uznali,  że 

Nate należał do gangu i wypisywał jakieś znaki. 

-  Niezupełnie  -  odparłam,  wpatrując  się  rozpaczliwie  w 

Douglasa.  -  Przecież  sama  mówiłaś,  że  spotykał  się  z  jakimiś 

ciemnymi typami... 

background image

 

58 

-  Fakt - powiedziała Tasha, wstając. Jak niemal wszyscy ludzie 

na świecie, górowała nade mną wzrostem. - Ale te ciemne typy były 

przypadkiem  w  większości  białe.  Nie  przenieśliśmy  się  tutaj,  jak 

wam się zdaje, z getta. 

-  Nigdy  nic  takiego  nie  twierdziłam  -  rzekłam  pojednawczo.  - 

Mówiłam  tylko,  że  to  dziwne,  że  ten  znak  pojawił  się  w  mieście, 

kiedy wy się tu przeprowadziliście, i zastanawiałam się, czy... 

-  Czy  nie  sprowadziliśmy  ciemnych  typów  z  wielkiego  złego 

miasta?  -  Sięgnęła  po  płaszcz,  który  leżał  na  łóżku  obok  niej.  - 

Policja  zadawała  nam  te  same  pytania.  Chcą  wierzyć  w  tę  samą 

wersję co wy. Ze mój brat zasługiwał na śmierć ze względu na to, z 

kim się spotykał. Cóż, mam nowinę dla gliniarzy i dla ciebie, Jessico. 

To  nie  jakiś  uliczny  gang  z  wielkiego  miasta  zabił  mojego  brata. To 

był morderca miejscowego chowu. 

Z tymi słowy  wyszła z pokoju. Dopiero kiedy rozległ się trzask 

zamykanych drzwi, Douglas zaczął klaskać. 

-  Brawo,  siostro.  Czy  zastanawiałaś  się  kiedyś  nad  karierą  w 

korpusie dyplomatycznym? 

Opadłam  na  to  miejsce  na  jego  łóżku,  które  właśnie  zwolniła 

Tasha. 

-  Daj spokój - mruknęłam ponuro. 
-  Nie  martw  się  -  powiedział  Douglas.  -  Dojdzie  do  siebie.  W 

końcu tylko straciła brata. 

-  Taa, a ja okazałam się naprawdę pomocna, sugerując, że był 

gangsterem, który sam się prosił o to, co go spotkało. 

-  Nie sugerowałaś niczego podobnego - stwierdził Douglas. - A 

ja pytałem ją o to samo, kiedy weszłaś. 

-  Ale przy tobie się nie wściekła. 
-  Dlaczego  miałaby  się  wściec?  Biorąc  pod  uwagę  mój  czar 

osobisty - odparł nonszalancko. 

Zauważyłam jednak na jego policzkach lekki rumieniec, którego 

jeszcze przed chwilą nie było. 

background image

 

59 

-  Douglas? - mruknęłam, prostując się na łóżku. 
-  Co? 
-  Ona ci się podoba. Przyznaj się. 

-  Oczywiście, że mi się podoba. - Odwrócił się do komputera i 

zaczął stukać w klawisze. - Jest bardzo miła. 

-  To coś więcej - stwierdziłam. - Ty się w niej durzysz. Douglas 
przestał stukać. Odwrócił się na krześle i burknął: 

-  Jeśli komuś o tym powiesz, zabiję cię. 

 

-  Komu  miałabym  powiedzieć?  -  Przewróciłam  oczami.  -

Dlaczego jej gdzieś nie zaprosisz? 

-  Chociażby z tego powodu - odparł - że przez ciebie ona teraz 

nienawidzi wszystkiego, co się ze mną wiąże. 

-  Powiedziałeś, że jej przejdzie! 
-  Powiedziałem  to  tylko  dlatego,  żebyś  poczuła  się  lepiej. 

Zrozum. Wszystko zepsułaś. 

-  Co to, to nie! - Wstałam z łóżka. - Nie zwalisz na mnie winy 

za to, że Tasha nie chce z tobą chodzić. Przecież nawet jej tego nie 

zaproponowałeś. Dlaczego nie zaprosisz jej do kina  na jeden z  tych 

dziwacznych  niezależnych  filmów,  na  które  zawsze  chodzą  takie 

komiksowe świry, jak ty. 

-  Chyba  żartujesz  -  mruknął  Douglas.  -  Przecież  właśnie 

zamordowano jej brata. 

-  To  straszne  -  przyznałam.  -  Ale  sama  mówiła,  że  nie  może 

wytrzymać w domu. Zaproś ją do kina. Na pewno się zgodzi. 

-  Pomyślę o tym - rzekł Douglas, odwracając się do komputera. 

- Co do tego znaku. Szukałem cały dzień, ale niczego nie znalazłem. 

Jesteś pewna, że dobrze go narysowałaś? 

-  Jasne  -  powiedziałam  i  natychmiast  zmieniłam  temat.  -

Douglasie, mówię poważnie, powinieneś ją gdzieś zaprosić. 

-  Ale  ona  chodzi  do  liceum  -  odparł,  znów  wbijając  wzrok  w 

monitor. 

Przypomniała mi się wczorajsza rozmowa z Robem w stodole. 

background image

 

60 

-  I co z tego? - powiedziałam. - Tasha jest poważna jak na swój 

wiek, a ty niedojrzały jak na swój. Stanowicie idealną parę. 

-  Może masz rację - mruknął Douglas niechętnie. 

W  tym  momencie  usłyszałam,  jak  Ruth  woła  mnie  po  imieniu. 

Jak zwykle, weszła do domu bez pukania. 

-  Mam!  -  zawołała,  ukazując  się  w  drzwiach  minutę  później, 

zasapana  i  pokryta  płatkami  śniegu.  -  Zdjęcie  Setha  Blu-menthala. 

Chłopaka, który zniknął dziś rano. Cześć Douglas. 

-  Cześć  -  odpowiedział,  nie  wchodząc  z  Ruth  w  kontakt 

wzrokowy, jak to było w jego zwyczaju. 

-  Czy to Tasha Thompkins wychodziła od was przed chwilą? - 

zapytała Ruth. 

-  Tak - odparłam. 

-  Nie  wiedziałam,  że  się  przyjaźnicie.  Miło  z  twojej  strony,  że 

ją zaprosiłaś. 

-  Nie zaprosiłam. 
-  To dlaczego przyszła? 

Zapytaj jego - odparłam, wskazując głową Douglasa. Skulił 

się przy komputerze, ale zauważyłam, jak czerwienieją mu czubki 

uszu. 

-  Co trzeba zrobić - spytał - żeby zdobyć w tym domu odrobinę 

prywatności? 

 

 

 

iedy  obudziłam  się  następnego  ranka,  wiedziałam,  gdzie  jest 

Seth Blumenthal. 

Nie było to dobre miejsce. W najmniejszym stopniu. 

K

background image

 

61 

Z  psychiczną  zdolnością  odnajdywania  ludzi  niełatwo  żyć.  Ledwie 

rzuciłam okiem na zdjęcie na ścianie w pokoju pani Wilkins, dowiedziałam 

się  czegoś  o  tacie  Roba.  Oddałabym  wszystko,  żeby  pozbyć  się  tej 

informacji. 

Tak jak oddałabym wszystko, by nie musieć zrobić tego, co musiałam 

teraz zrobić. 

Wielka mi rzecz. Podnieść słuchawkę i wykręcić 911. 

Wcale nie. 

Kiedy  otrzymuję  wiadomość  o  zaginionym  dziecku,  zwykle  sprawy 

rozwijają  się  następująco:  zanim  oddzwonię,  upewniam  się,  że  dziecko 

naprawdę  chce,  by  je  odnaleziono.  Kiedyś  znalazłam  chłopca,  który  miał 

się  dużo  lepiej,  gdy  był  zaginiony  niż  wtedy,  gdy  przebywał  ze  swoim 

ojcem,  zwyczajnym  draniem.  Od  tamtej  pory  sprawdzam,  czy 

odnajdywanych przeze mnie dzieci nie lepiej zostawić w spokoju. 

W wypadku Setha nie było o tym mowy. 

Nie  mogłam  jednak  zwyczajnie  podnieść  słuchawki,  wybrać  911  i 

powiedzieć:  „Znajdziecie  na  tej-i-na-tej  ulicy  Setha  Blumenthala. 

Pośpieszcie się, mama bardzo za nim tęskni". 

Od  czasu,  gdy  zaczęło  się  z  tą  zdolnością  psychiczną  i  rząd  Stanów 

Zjednoczonych  wyraził  gorące pragnienie  wciągnięcia  mnie na  swoją listę 

płac,  musiałam  udawać,  że  owa  zdolność  się  ulotniła.  Więc  jak  by  to 

wyglądało, gdybym z mojego pokoju wykręciła 911 i powiedziała: „No tak, 

Seth Blumenthal. To jest adres, pod którym go znajdziecie". 

Niezbyt dobrze. 

Musiałam  poszukać  czynnego  automatu,  aby  mieć  jaką  taką  podstawę 

do  zaprzeczenia  następnym  razem,  kiedy  Cyrus  Krantz  oskarży  mnie  o 

kłamstwo w kwestii szczególnych uzdolnień. 

Jeśli 

kiedykolwiek 

rozważałam 

możliwość 

zaprzestania 

tych 

podchodów, to właśnie tego dnia. A to dlatego, że kiedy 

wygrzebałam  się  z  łóżka  i  podeszłam  do  urządzenia  ogrzewczego, 

które  zawsze  wyłączam  na  noc,  wyglądając  przez  okno, 

stwierdziłam, że Lumbley Lane przykrył biały dywan. 

background image

 

62 

Zaczęło  padać  około  czwartej  po południu  poprzedniego  dnia  i, 

jak się wydaje, nie przestało. Na ziemi leżało, co najmniej pół metra 

śniegu. 

-  Świetnie  -  mruknęłam,  pośpiesznie  wkładając  dodatkową 

parę skarpetek i wszystkie flanelowe łachy, jakie mi wpadły w ręce. - 

Po prostu świetnie. 

Przy  takiej  ilości  śniegu  na  zewnątrz  musiała  panować  nie-

zmącona cisza. W domu było równie spokojnie. Zeszłam do kuchni, 

gdzie zastałam ciotkę Rose z kubkiem parującej kawy w ręce. 

-  Mam nadzieję, że nie zamierzasz wyjść na dwór tak ubrana - 

powiedziała.  -  Wyglądasz,  jakbyś  nałożyła  jakieś  stare  łachy  na 

pidżamę. 

Bo właśnie to zrobiłam, ta uwaga specjalnie mnie nie poruszyła. 

-  Idę tylko do sklepu - odparłam. Podeszłam do szafek z butami 

i zaczęłam naciągać kozaki. - Zaraz wracam. Potrzebujesz czegoś? 

-  Do  sklepu?  -  Ciocia  była  zaszokowana.  -  Masz  lodówkę 

wyładowaną  po  brzegi  i  nie  możesz  znaleźć  niczego  na  śniadanie? 

Co takiego chcesz kupić? 

-  Tampony - burknęłam, żeby jej zamknąć usta. 

Nie  pomogło.  Zaczęła  paplać  o  zespole  wstrząsu  toksycznego. 

Kiedyś oglądała program Opry poświęcony temu tematowi. 

-  Zanim  do  niej  dotarli  -  mówiła  ciotka,  podczas  gdy  ja  roz-

glądałam się za jakimiś rękawiczkami - macica zdążyła jej wypaść! 

Znałam pewną osobę, której życzyłam, żeby jej wypadła macica. 

Ale nie powiedziałam tego głośno. Wcisnęłam czapkę narciarską na 

rozczochrane po nocy włosy i zwróciłam się do ciotki: 

-  Zaraz będę z powrotem. A gdzie się wszyscy podziali? 

-  Twój  brat  Douglas  -  odparła -  poszedł  do  tej  swojej żałosnej 

pracy w sklepie z komiksami. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego twoi 

rodzice pozwalają mu się tak marnować. Powinien się uczyć. Nic mu 

nie jest, poza tym, że rodzice usiłują zagłaskać go na śmierć. To nie 

pigułek potrzebuje ten chłopak, tylko porządnego kopa w tyłek. 

background image

 

63 

Zrozumiałam, dlaczego żadne z dzieci cioci Rose nie zapraszało 

jej na wakacje. Przebywanie z nią to prawdziwa przyjemność. 

-  A co z mamą i tatą? - zapytałam. - Gdzie są? 

-  Twój  ojciec  udał  się  do  jednej  z  tych  swoich  restauracji  -

wyjaśniła  tonem  dezaprobaty.  Prowadzenie  restauracji  stanowiło  w 

jej  opinii  kolejny  przykład  marnotrawienia  czasu  i  zdolności.  -  A 

twój drugi brat wyszedł z twoją mamą. 

-  Ach,  tak?  -  Włożyłam  najcięższe  okrycie,  jakie  znalazłam  - 

starą narciarską  kurtkę taty.  Była o dziesięć rozmiarów za duża, ale 

za  to  ciepła.  Jakie  to  miało  znaczenie,  jak  wyglądam?  Nie 

zamierzałam  przecież  kokietować  pracowników  Stop  and  Shop.  - 

Dokąd poszli? 

-  Zobaczyć  pożar  -  oznajmiła  ciocia  Rose,  pochylając  się  nad 

rozłożoną na stole gazetą.. 

Ś

Ś

Ś

Ś

Ć

Ć

Ć

Ć

Ń

Ń

Ń

Ń

Ó

Ó

Ó

Ó

krzyczał  nagłówek. 

Ł

mój Boże. 

Pomyślałam, że ciotce kompletnie odbiło. No wiecie, Alzheimer. 

Przecież  pożar  restauracji  miał  miejsce  prawie  trzy  miesiące 

wcześniej. 

-  Masz  na  myśli  Mastrianiego?  -  spytałam.  -  Poszli  na  plac 

budowy? 

Nie bardzo mieli po co tam chodzić, zwłaszcza w taki dzień jak 

dzisiaj.  Firma  mająca  odbudować  restaurację  przerwała  pracę  na 

zimę.  Powiedzieli,  że  skończą  wiosną,  kiedy  ziemia  nie  będzie  taka 

twarda.  Więc  co  mama  i  Michael  mogli  robić  na  pustym  placu 

budowy? 

-  Chodzi o inny pożar - powiedziała ciocia Rose lekceważąco. - 

Ten w żydowskim kościele. 

Spojrzałam na nią oszołomiona. 

-  Wybuchł pożar w synagodze? 
-  W  synagodze  -  potwierdziła  ciotka.  -  Tak  to  nazywają. 

Wszystko jedno. Jak dla mnie, wygląda na kościół. 

background image

 

64 

-  Jest pożar w synagodze? - powtórzyłam głośniej. Ciocia Rose 

spojrzała na mnie z irytacją. 

-  Przecież  powiedziałam.  Nie  musisz  krzyczeć,  Jessico.  Mogę 

być stara, ale nie jestem... 

„Głucha",  powiedziała  prawdopodobnie.  Nie  dowiedziałam  się, 

bo wypadłam z domu, zanim dokończyła zdanie. 

Zauważyłam  ciemny  pióropusz  dymu,  nim  doszłam  do  końca 

Lumbley Lane. Niedobrze. 

Brnęłam przez śnieg, kierując się do Stop and Shop, na szczęście 

po drodze do synagogi. W  mieście są pługi  śnieżne, ale trwa  wieki, 

zanim  dotrą  do  naszej  dzielnicy.  Najpierw  odśnieżają  drogi  wokół 

szpitala  i  sądów,  dopiero  potem  dzielnice  mieszkalne...  o  ile  nie 

trzeba  wrócić  i  ponownie  oczyścić  ważnych  dróg,  a  tak  się  dzieje 

przy  takiej  pogodzie  jak  dzisiejsza.  Wiejskimi  drogami  w  ogóle  się 

nie  zajmowano.  Silna  zamieć  stanowiła  gwarancję,  że  nikt  spoza 

granic  miasta  nie  będzie  w  stanie  ruszyć  się  gdzieś  dalej.  Było  to 

dobre dla dzieci - nie  mogły  dotrzeć do szkoły - ale  nie takie dobre 

dla  dorosłych,  którzy  musieli  stawić  się  w  pracy.  Lumbley  Lane 

jeszcze  nie  odśnieżano.  Tylko  nasz  podjazd  został  zamieciony.  Pan 

Abramowitz,  przodownik  zamiatania  w  sąsiedztwie,  ledwie  ruszył 

swój  podjazd,  na  tyle,  żeby  można  było  wyprowadzić  samochód  i 

pojechać  do  synagogi.  Mama  i  Mike  też  chcieli  pomóc.  W  małym 

mieście  ludzie  zwykle  działają  razem.  To  dobra  rzecz,  ale  nie 

zawsze.  Na  przykład,  ludzie  chętnie  dzielą  się  plotkami.  Co  w 

wypadku Nate'a Thompkinsa okazało się niezbyt dobre. 

Kiedy  dotarłam  wreszcie  do  Stop  and  Shop,  odległego  ledwie 

parę ulic od mojego domu, sapałam z wysiłku. Twarz mi zmarzła od 

lodowatego wiatru, mimo wielkiego kaptura taty. 

Nie mogłam jednak wejść do środka, żeby się ogrzać. Musiałam 

skorzystać z automatu na zewnątrz. 

-  Czy  może  pan  zawiadomić  policję  -  powiedziałam,  kiedy 

odezwał  się  głos  dyżurnego  -  że  dziecko,  którego  szukają,  Seth 

Blumenthal,  znajduje  się  na  Wiejskiej  Drodze  numer  jeden,  pod 

background image

 

65 

pięćdziesiątym szóstym, w drugiej przyczepie na prawo od tabliczki 

pana Shaky? 

-  Że co? - zapytał dyżurny. 
Prześladował  mnie  pech.  No  wiecie,  nierozgarnięty  dyżurny  i 

szalejąca zadymka. 

-  Proszę  posłuchać.  Niech  pan  weźmie  długopis  i  notuje.  -

Powtórzyłam informację. - Zapisał pan? 

-  Ale... 
-  Do widzenia. 

Odwiesiłam  słuchawkę.  Wokół  mnie  wirowały  płatki  śniegu 

niczym  miliony  maleńkich  baletnic  w  białych  zwiewnych 

spódniczkach. Wiecie, jak  w  tym  filmie Fantazja. A  może tamto to 

były  nasiona  dmuchawca.  Wszystko  jedno.  W  każdym  innym 

momencie uznałabym je za piękne. Teraz jednak sprawiały mi tylko 

kłopot. 

Mogłam wejść do sklepu i ogrzać się, ale postanowiłam tego nie 

robić.  Nie  byłoby  dobrze,  gdyby  Luther  (Luther  pracował  na 

porannej  zmianie  w  soboty,  już  gdy  byłam  małą  dziewczynką  i 

przychodziłam  do  sklepu  w  każdy  weekend,  żeby  wydać  kie-

szonkowe  na  lukrecję  i  Bazooka  Joe)  zapamiętał,  że  byłam,  i  po-

wiedział  o  tym  Cyrusowi  Krantzowi,  kiedy  ten  zacznie  zadawać 

pytania,  gdy  już  znajdą  Setha  Blumenthala.  Luther  ma  pamięć  jak 

stalowa pułapka na myszy. Pamięta wszystkie wyścigi, jakie wygrał 

Dal Earnhardt. 

Śnieg  i  wiatr  dokuczały,  ale  to  jeszcze  nie  była  burza  śnieżna. 

Dało  się  chodzić.  Samochodem  byłoby  podobnie.  To  znaczy, 

poruszałabym się równie szybko. 

Gdy wreszcie dobrnęłam do synagogi, wiatr nieco osłabł. Nadal 

panowała niesamowita cisza, jaka zapada, gdy wszystko jest pokryte 

grubą  warstwą  śniegu...  Mama  stała  na  parkingu  koło  synagogi  - 

śnieg w tym miejscu stopniał od płomieni i wody z sikawek - wraz z 

Mikiem i Abramowitzami. Przedarłam się przez labirynt gumowych 

węży leżących na ziemi i podeszłam do nich. 

background image

 

66 

-  Co  się  dzieje  z  tym  miastem,  że  ciągłe  wybuchają  gdzieś 

pożary? - powiedziałam do mamy. 

-  Och,  skarbie  -  mama  objęła  mnie.  -  Co  ty  tutaj  robisz?  Nie 

przyszłaś chyba pieszo? 

-  Jasne,  że  tak  -  odparłam,  wzruszając  ramionami.  -Wszystko, 

byle uciec ciotce Rose. 

-  Dlaczego masz na sobie starą kurtkę taty? - zapytała mama. 

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Michael klepnął mnie w ramię i 

powiedział: 

-  W końcu zdecydowałaś się do nas przyłączyć? 
-  Owszem. Dzięki, że mnie obudziliście. 

-  Próbowałem - odparł. - Nie reagowałaś na bodźce zewnętrzne. 

W dodatku wyglądałaś, jakby śnił ci się jakiś koszmar. 

Nie  mylił  się.  Tyle  że  to  nie  był  mój  koszmar.  To  była  rze-

czywistość Setha Blumenthala. 

Ruth  wyglądała  żałośnie.  Miała  czerwony  nos,  a  po  jej  po-

liczkach spływały łzy. 

- Dobrze się czujesz? - spytałam. 

-  Bywało, że czułam się lepiej - chlipnęła. 

-  Och,  Jess  -  Pani  Abramowitz  dopiero  teraz  mnie  zauważyła. 

Sądzę, że nie poznała mnie od razu ze względu na kurtkę taty. - Czy 

to nie straszne? 

„Straszne" nie oddawało grozy tego, co się stało. Budynek uległ 

niemal  całkowitemu  zniszczeniu.  Tylko  parę  wewnętrznych  ścian 

nadal  stało.  Reszta  stanowiła  kupę  pokrytych  sadzą  gruzów, 

odcinających się ostrą czernią od śniegu. 

-  Nie zdążyli dojechać na czas - powiedziała pani Abramowitz, 

wycierając łzę z czubka nosa. - Z powodu oblodzenia. 

-  Droga  Louise  -  mama  przytuliła  panią  Abramowitz.  -  Pa-

miętaj, co mi mówiłaś, kiedy paliła się restauracja. Liczą się ludzie, 

nie budynki. 

background image

 

67 

-  Prawda  -  przytaknął  pan  Abramowitz.  Stał  ze  Skipem  w 

gromadce  mężczyzn  kulących  się  przed  wiatrem.  -  Nikt  nie  został 

ranny. I to jest najważniejsze. 

-  Ale...  ale  Tora  -  rzekła  jego  żona  łamiącym  się  głosem.  -To 

po prostu okropne. 

Spojrzałam pytająco na Ruth. 

-  Tora, czyli święte zwoje -  wyjaśniła. - Sądzą, że je podpalili 

w pierwszej kolejności. 

-  O  czym  ty  mówisz?  -  Wytrzeszczyłam  na  nią  oczy.  -  Ktoś 

podłożył ogień? Specjalnie? 

-  Sama  wyciągnij  wnioski  -  odparła  Ruth,  wskazując  na  coś 

ręką. 

Podążyłam  wzrokiem  za  jej  dłonią  w  rękawiczce.  Po  drugiej 

stronie  ulicy,  naprzeciwko  synagogi,  znajduje  się  cmentarz  ży-

dowski.  W  południowej  Indianie  nie  ma  zbyt  wielu  Żydów,  więc 

cmentarz jest raczej mały. 

Nie  było  trudno,  ktokolwiek  to  zrobił,  poprzewracać  wszystkie 

nagrobki. 

Tak,  tak.  Wszystkie.  Z  wyjątkiem  mauzoleów,  których  nie 

zdołano przewrócić. Za to wymalowano na nich swastyki. Swastyki i 

coś jeszcze. Coś, co wyglądało znajomo. 

Rozpoznałam znak, jaki widziałam na piersi Nate'a Thompkinsa. 

 

 

 

o gang - orzekła Claire. - To nie żaden gang. - Przemierzałam 

tam i z powrotem korytarz przed drzwiami pokoju Mike'a. - 

Nate Thompkins nie był w gangu. 

T

background image

 

68 

-  To,  że  jego  siostra  nie  chce  w  to  uwierzyć  -  odezwał  się 

Michael - wcale nie oznacza, że to nieprawda. 

-  Tasha  mówiła,  że  oni  chcieli  tylko  skombinować  receptę  na 

narkotyki  - przypomniałam  mu.  -  Czy to, co się stało  w  synagodze, 

wygląda na robotę ludzi, którzy interesują się głównie prochami? 

Nie  wyglądali  na  przekonanych.  Ani  na  zbytnio  przejętych. 

Pewnie, dlatego, że Claire siedziała Michaelowi na kolanach. Trudno 

przejmować  się  morderstwem,  podpaleniem  i  przestępstwami  na  tle 

rasowym, kiedy jest się w tak intymnej bliskości z ukochaną osobą. 

-  No to wsioki - powiedziała Claire, wzruszając ramionami. 

-  Dlaczego tak sądzisz? - zdziwiłam się. 

-  Pomyśl  tylko.  Martwiliśmy  się,  kiedy  Thompkinsowie  się 

wprowadzili, że wsioki mogą coś zrobić. Wiecie, że zapalą krzyż na 

ich trawniku albo coś. Może wsioki to zrobiły. Zabiły Nate'a. 

Michael rozpromienił się. 

-  Właśnie - zawołał. - Wsioki. Żydów też nienawidzą. 
-  Czy  wyście  powariowali?  -  Patrzyłam  na  nich  oczami 

rozszerzonymi ze zdumienia. - Wsioki nie mogły tego zrobić. 

-  A dlaczego nie? - odparła Claire. - Kiedy mieliśmy przerabiać 

Malcolma X na cywilizacji świata, wielu wsioków odmówiło, bo nie 

chcieli  czytać  książki  napisanej  przez  czarnego.  Tylko  nie  użyli 

słowa „czarny" - dodała znacząco. 

-  A ja kiedyś słyszałem - powiedział Michael - jak jeden wsiok 

w sklepie spożywczym mówił, że holocaust nigdy się nie zdarzył i że 

wszystko wymyślili Żydzi. 

-  Przestańcie  gadać  bzdury.  -  Nie  mogłam  uwierzyć  w  to,  co 

słyszę. - Nie wszystkie wsioki są takie. 

-  Mówi tak - wyjaśnił Michael - bo chodzi z jednym z nich. 
-  Naprawdę?  -  Claire  spojrzała  na  mnie  z  zainteresowaniem.  - 

Mój  Boże,  Jess!  To  takie  poprawne  politycznie.  Czy  on  mówi  cały 

czas o wyścigach NASCAR? Mnie by to szybko znudziło. 

background image

 

69 

Usiłowałam posłać Michaelowi spojrzenie zawierające życzenie 

rychłej i strasznej śmierci, jakie ciocia Rose opanowała do perfekcji. 

-  Nie próbuj zwalać wszystkiego na wsioków - powiedziałam. - 

Są  tutaj  od  dawna,  tak  samo  jak  synagoga,  a  nigdy  dotąd  nie 

zdarzyło się nic podobnego. 

Michael zamyślił się. 

-  Cóż - przyznał - to prawda. 
-  Większość  wsioków  to  ludzie,  którzy  ciężko  pracują  -  cią-

gnęłam. - Nie należy ich winić za wszelkie zło, które przydarza się w 

tym mieście, tylko dlatego że mają mniej pieniędzy od nas. 

-  W  takim  razie  pozostaje  jedno  wyjaśnienie  -  podsumowała 

Claire. - To musi być gang Nate'a. 

Podniosłam  oczy  do  nieba.  Nie  do  wiary,  że  wróciliśmy  do 

punktu wyjścia. 

Na  szczęście,  w  tym  momencie  na  schodach  rozległy  się  kroki. 

Odwróciliśmy  się  i  zobaczyliśmy  Douglasa,  który,  choć  opatulony 

od  stóp  do  głów,  wyglądał  na  przemarzniętego  do  kości,  szedł 

chwiejnym krokiem  w naszą stronę. Jego twarz, jedyna nieosłonięta 

część ciała, była zaczerwieniona. Na rzęsach leżały płatki śniegu. 

-  Gdzieś ty był? - zapytałam. 

-  Nigdzie  -  odparł  Douglas  tonem  obłudnej  niewinności, 

ściągając  narciarską  czapkę  z  głowy.  Jego  włosy  spływały  potem  i 

sterczały  pod  najdziwniejszymi  kątami.  Wyglądał  jak  obłąkany 

kierowca pługu śnieżnego. 

-  Czyżby  tata  zmusił  cię  do  odśnieżania  podjazdu?  -  spytał 

Michael. 

-  Zgadza  się  -  odparł  Douglas,  znikając  w  swoim  pokoju. 

Zamknął drzwi i naszym oczom ukazała się przyczepiona 

pinezkami kartka z napisem Nie przeszkadzać. Mike 

spojrzał na mnie. 

-  Czy zaczniemy się o niego martwić już teraz, czy zostawimy 

to na później? 

background image

 

70 

Zadzwonił  telefon.  Nie  rzuciłam  się,  żeby  odebrać,  bo  nikt  do 

mnie  nie  dzwoni  poza  Ruth,  a  wiedziałam,  że  Ruth  razem  z  całą 

rodziną  udała  się  do  domu  rabina,  żeby  go  pocieszyć  po  bolesnej 

stracie  Tory.  To  jakby  ktoś  spalił  Biblię,  tylko  jeszcze  gorzej,  bo 

Torę trudniej zastąpić. 

Można  więc  sobie  wyobrazić  moje  zaskoczenie,  kiedy  mama 

zawołała z dołu: 

-  Jess, to do ciebie. Twoja przyjaciółka Joanna. 

Fajnie.  Tylko  że  ja  nie  mam  żadnej  przyjaciółki  o  imieniu 

Joanna. 

-  Halo? - zapytałam, podnosząc słuchawkę w pokoju Mike'a. 

-  Mastriani. - To był Rob. Oczywiście, że Rob. Kto inny 

mógłby do mnie zadzwonić, podając się za jakąś Joannę? 

-  Och  -  mruknęłam,  zauważając  kątem  oka,  że  Mike  i  Claire 

zaczynają  się  całować.  Na  moich  oczach.  Jasne,  Mike  w  swoim 

pokoju  mógł  robić,  co  mu  się  podoba,  ale  to  było  niesmaczne.  -

Cześć. 

-  Chodzi o dzisiejszy wieczór - powiedział Rob głębokim 

głosem. 

Ciekawa byłam, w jaki sposób nabrał mamę, że jest jakąś tam 

Joanną. Mówił falsetem? Poprosił swoją mamę, żeby o mnie 

zapytała? Na pewno nie, bo wtedy musiałby się przyznać, że nie 

powiedziałam o nim swoim rodzicom. A tego, by-      łam 

przekonana, Rob nie miał zamiaru nikomu zdradzać. 

-  Nadal chcesz coś zrobić? - zapytał. 

To natychmiast obudziło moją 

czujność. 

-  Nie bardzo rozumiem, co masz na myśl. Oczywiście, że nadal 

chcę coś zrobić. Chodzimy ze sobą, prawda? Tak czy nie? 

Mikey i Claire spojrzeli na mnie zaskoczeni tonem mojego 

głosu, który nagle stał się piskliwy. 

background image

 

71 

-  Czy to wsiok? - zapytała Claire 

bezgłośnie. Odwróciłam się do nich 

plecami. 

-  Sam nie wiem - powiedział Rob. - Wczoraj w sklepie chyba 

cię trochę poniosło. 

-  Wcale  mnie nie poniosło  - odparłam.  - To nie to. To tylko... 

och,  daj  spokój.  To  było  takie  dziwne.  Twoja  mama,  moja  mama, 

zresztą nieważne. 

-  W porządku - powiedział Rob. Nie wydawał się przekonany. - 

Nieważne. 

-  Ale  chcę  gdzieś  wyjść  dziś  wieczorem.  -  Ściskałam  słu-

chawkę tak mocno, że kostki dłoni mi zbielały. - To znaczy, jeśli ty 

chcesz. Chodźmy gdzieś na kolację. Albo do kina. Albo na wigilijne 

wesele twojego wujka. Gdziekolwiek. 

-  Cóż  -  powiedział  Rob,  przeciągając  tę  pojedynczą  sylabę 

niewiarygodnie długo. 

Wstrzymałam  oddech  z  podniecenia.  To  było,  zdawałam  sobie 

sprawę, śmieszne. Ruth by mnie za to zabiła. Ona ma bardzo twarde 

zasady  dotyczące  chłopców,  a  jedna  z  nich  mówi,  że  nigdy, 

przenigdy  nie  należy  się  za  nimi  uganiać;  niech  chłopcy  sami  się  o 

ciebie  dobijają.  I  te  zasady  wyszły  jej  raczej  na  zdrowie.  Lecz  z 

drugiej strony, Ruth nie chodzi z absolwentem szkoły średniej, który 

figuruje w kartotece policyjnej. 

Zanim  Rob  zdążył  się  znowu  odezwać,  rozległ  się  sygnał,  że 

kolejny rozmówca czeka na połączenie. 

-  Poczekaj  -  powiedziałam  do  Roba.  -  Mam  drugi  telefon. 

Starałam się, żeby zabrzmiało to tak, jakby ten telefon był 

od  jednego  z  wielu  chłopaków,  którzy  marzą,  żeby  mnie  gdzieś 

zabrać  wieczorem.  Nie  wiem,  czy  mi  się  udało.  Zwłaszcza  że 

jedynym  chłopakiem,  który  chciałby  ze  mną  gdzieś  wyjść,  był  mój 

sąsiad  Skip,  który  w  sobotnie  wieczory  zawsze  przesiaduje  w 

Internecie przy grze Lochy i Smoki. 

background image

 

72 

Nie byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że głos na drugiej linii 

nie  należy  do  Skipa.  W  najmniejszym  jednak  stopniu  nie 

spodziewałam się, że właściciel tego głosu do mnie zadzwoni. 

-  Jessico - powiedział Cyrus Krantz. - Mamy problem. 

Macie  problem?  -  miałam  ochotę  powiedzieć.  A  ja  na  drugiej 

linii mam chłopaka, który jeszcze nie rozumie, że jestem dziewczyną 

jego życia. 

Zamiast tego burknęłam: 

-  Och? - jakbym nie miała pojęcia, o co mu chodzi. A przecież 

miałam. Dzwonił w związku z Nate'em Thompkinsem i synagogą. 

Jednak  nie.  Jego  telefon  dotyczył  czegoś,  o  czym  już  prawie 

zapomniałam...  prawie,  bo  to  było  takie  okropne,  że  chyba  nigdy 

całkiem o tym nie zapomnę. 

-  Seth Blumenthal - powiedział doktor Krantz. - Straciliśmy go, 

Jessico. 

-  Co  to  znaczy,  że  go  straciliście?!  -  ryknęłam  do  słuchawki. 

Dopiero kiedy zobaczyłam miny Mike'a i Claire, dotarło do 

mnie, co zrobiłam. 

Wydałam  się  w  ręce  władz.  Oficjalnie.  W  ręce  szefa  „psy-

chicznego" wydziału Federalnego Biura Śledczego. 

Cała krew odpłynęła mi z twarzy. Czy mogło mnie spotkać coś 

gorszego? 

-  Policjanci,  których  wysłano  na  miejsce  -  ciągnął  doktor 

Krantz - nie byli przygotowani na taką skalę oporu... 

-  Oporu?  -  parsknęłam,  zapominając  ze  wzburzenia,  że 

wiadomość, którą przekazałam w sprawie Setha Blumenthala, miała 

być anonimowa. - O jakim oporze pan  mówi? Mieli tylko  wejść do 

środka, zabrać dziecko i wyjść razem z nim. Czy to takie trudne? 

-  Jessico - głos Krantza brzmiał dziwnie. - Strzelano do nich. 
-  Pewnie,  że  strzelano  -  krzyknęłam.  -  Bo  ludzie,  którzy 

uwięzili  Setha  Blumenthala  wbrew  jego  woli,  to  bandyci,  doktorze 

background image

 

73 

Krantz.  To  bandyci  porywają  dzieci  i  strzelają,  kiedy  zjawia  się 

policja. Próbują uniknąć wpadki. 

-  Nie  powiedziałaś  -  odparł  -  że  Seth  był  przetrzymywany 

wbrew swojej woli. Nie powiedziałaś, że... 

-  Ze jest związany, zakneblowany i zamknięty w dużej szafie? 

Pewnie  o  tym  nie  powiedziałam,  prawda?  -  Czułam,  jak  pod 

powiekami  zbierają  mi  się  łzy.  -  Może,  dlatego,  że  musiałam  roz-

mawiać  krótko,  na  wypadek  gdyby  tę  rozmowę  namierzono.  Nie 

musiałabym  tego  robić,  gdyby  tacy  ludzie  jak  pan  zostawili  mnie  i 

moją rodzinę w spokoju. 

-  Jeden z policjantów - powiedział Cyrus Krantz, ignorując mój 

wybuch - został ciężko ranny. 

Zrozumiałam,  dlaczego  jego  głos  brzmiał  dziwnie.  Był  za-

łamany.  To  mnie  zdumiało,  bo  zawsze  uważałam  go  za  kogoś  w 

rodzaju  Terminatora.  No  wiecie,  takiego,  co  prze  do  przodu  bez 

względu na wszystko... 

-  Sprawcy uciekli - ciągnął Krantz. - Razem z Sethem. 

-  Cholera! - wrzasnęłam. - Czy wy nie możecie niczego zrobić, 

jak należy? 

-  To  trudne,  Jessico  -  odparł  Krantz  -  skoro  grasz  z  nami  w 

dziecinne  gierki,  utrzymując,  że  nie  masz  już  swoich  zdolności 

psychicznych. 

-  Niech pan  mnie nie oskarża -  wydarłam się  w słuchawkę  - z 

powodu własnej niekompetencji! 

-  Jessico - powiedział Krantz. - Uspokój się. 

-  Nie  mogę  się  uspokoić!  -  krzyknęłam.  -  Przecież  to  dziecko 

jest ciągle... 

Głos  mi  się  załamał.  Bo  to  wszystko  wróciło.  Strach  i  groza, 

które czułam we śnie - śnie o Secie. 

Dla  mnie  to  był  sen.  Ale  Seth  przeżywał  to  naprawdę.  Jego 

rzeczywistość  wymknęła  się  spod  kontroli,  gdy  poprzedniego  dnia 

ściągnięto  go  z  roweru  na  parkingu  przed  synagogą.  Kto  wie,  co 

background image

 

74 

przeżywał od tamtej chwili? Ja tylko widziałam - czy raczej czułam - 

to,  co  widział  i  czego  doświadczał  w  tym  momencie,  gdy  mój 

otwarty we śnie umysł łączył się z jego umysłem. 

A był to chłód wewnątrz szafy, gdzie go trzymano. Piekący ból, 

jaki  sprawiały  sznury  wrzynające  się  w  nadgarstki  rąk  okrutnie 

związanych  za  plecami.  Knebel  kaleczący  kąciki  ust.  Przytłumione, 

ale  i  tak  przerażające  odgłosy,  jakie  dochodziły  do  niego  zza  drzwi 

szafy. 

To była rzeczywistość Setha Blumenthala. Mój koszmar. 

-  Jessico - powiedział Cyrus Krantz - wiem, co myślisz o mnie i 

ó mojej organizacji. Ale przysięgam, że jeśli dasz nam jeszcze jedną 

szansę  -  szansę  na  wspólną  pracę  -  nie  pożałujesz  tego.  Musimy 

znaleźć  tego  chłopca,  i  to  jak  najszybciej.  Grozi  mu 

niebezpieczeństwo.  Ludzie,  którzy  go  porwali,  to  zwierzęta.  Każdy, 

kto torturuje dwunastoletniego chłopca... 

Chodziłam  tam  i  z  powrotem  po  korytarzu,  zaciskając  dłoń  na 

telefonie bezprzewodowym. Teraz zamarłam. 

-  Torturuje? 

-  Jessico  -  odparł  Krantz.  -  Czy  nie  uświadomiłaś  sobie  dotąd, 

że to wszystko - Nate, synagoga, Seth - jest ze sobą powiązane? 

-  Powiązane? - W głowie mi huczało. - W jaki sposób? 

-  A  jak  myślisz,  skąd  ludzie,  którzy  podpalili  synagogę,  wie-

dzieli,  gdzie  szukać  zwojów?  -  zapytał.  -  Pomyśl,  Jessico.  Kto 

wiedział,  gdzie  trzymano  te  zwoje?  Ktoś,  kto  by  odczytywał  ich 

fragmenty dzisiaj, w dniu swoich trzynastych urodzin. 

Seth. Seth Blumenthal. Nie 

mogłam w to uwierzyć. 

-  Dlatego  dzwonię  -  ciągnął  Krantz.  -  Twoja  pomoc  jest 

niezbędna, Jessico. Posłuchaj... 

-  Niech  pan  słucha  -  przerwałam.  -  Próbowałam  zrobić  po 

waszemu i wszystko, co osiągnęłam, to postrzelony policjant. Teraz 

będziemy postępować po mojemu. 

background image

 

75 

-  Czyli  jak?  -  burknął.  Najwyraźniej  nieźle  się  wkurzył.  -Co 

zrobimy? 

Nie miałam pojęcia, nie mogłam więc udzielić odpowiedzi na to 

pytanie. Zamiast tego wcisnęłam klawisz Talk, kończąc rozmowę. 

-  Jess  -  odezwał  się  Mike,  patrząc  na  mnie  znad  ramienia 

Claire. - Czy wszystko z tobą w porządku? 

-  Nie  -  odparłam.  Podniosłam  rękę  i  zauważyłam,  że  palce  mi 

drżą.  Zaczęłam  zsuwać  się  wzdłuż  ściany,  aż  usiadłam  na  środku 

korytarza. - Nie, nie wszystko w porządku. 

Wtedy dobiegł mnie głos ze słuchawki: 

-  Mastriani? Mastriani! Przyłożyłam 
słuchawkę do ucha. 

-  Halo? 

 

-  Mastriani,  to  ja.  -  W  głosie  Roba  brzmiała  irytacja.  -  Ile 

można czekać? 

-  Rob.  -  Kompletnie  o  nim  zapomniałam.  -  Przepraszam. 

Posłuchaj,  nie  mogę  nigdzie  wyjść  dzisiaj  wieczorem.  Coś  się 

wydarzyło. 

-  Coś się wydarzyło - powtórzył. 
-  Tak.  -  Miałam  wrażenie,  że  tonę.  -  Naprawdę  mi  przykro. 

Chodzi  o  Setha.  Policjanci  nie  mogli  się  do  niego  dostać,  była 

strzelanina i teraz jeden z nich jest w stanie krytycznym, a ci ludzie 

nadal mają Setha. Muszę go znaleźć, zanim jego też zabiją. 

-  Kto to jest Seth? 
-  Doktor  Krantz  myśli,  że  jest  jakiś  związek  -  odparłam. 

Zdawałam  sobie  sprawę,  że  Rob  musi  odbierać  to,  co  mówię,  jako 

bełkot. Może faktycznie bełkotałam. Ale po prostu nie mogłam w to 

wszystko  uwierzyć.  Policjant.  Postrzelono  policjanta.  A  Seth  nadal 

tam  był.  Nadal  groziło  mu  niebezpieczeństwo.  -  Związek  między 

Natem, Sethem i synagogą. 

-  Krantz  -  powiedział  Rob.  -  Kiedy  rozmawiałaś  z  Krantzem? 

Czy to on dzwonił? 

background image

 

76 

-  Przepraszam, Rob. - Mikey i Claire wpatrywali się we mnie z 

troską. Wiedziałam, że  muszę się  szybko  wziąć  w  garść, bo inaczej 

Mike zawoła mamę. - Słuchaj, muszę iść... 

Ale Rob nie ustępował. 

-  Jaki związek? - zapytał. - Co powiedział Krantz? Marzyłam 

tylko o tym, żeby odłożyć słuchawkę, pójść do 

swojego pokoju i położyć się do łóżka. Tego mi było trzeba. Zasnąć i 

obudzić się następnego dnia, tak żeby wszystkie wydarzenia okazały 

się tylko złym snem. 

-  Mastriani! - wrzasnął Rob. - Jaki jest ten związek? 
-  Znak - odparłam. - Ten, który widziałam na piersi Nate^. Taki 

sam znak wymalowano sprayem na nagrobkach koło synagogi. 

-  Jak wygląda ten znak? 
Rob to bratnia dusza i w ogóle, ale to nie znaczy, że czasami nie 

mam ochoty mu dołożyć. Teraz właśnie była jedna z takich okazji. 

-  Rany,  Rob  -  powiedziałam.  -  Przecież  byłeś  ze  mną  na  tym 

polu. Nie zauważyłeś, co Nate miał na piersi? 

-  Nie  -  odpowiedział.  -  Nie  przyglądałem  się.  Takie  widoki... 

cóż, niezbyt dobrze reaguję na widok, no wiesz... 

Krwi. Nie powiedział tego, ale nie musiał. Cała złość przeszła mi w 

jednej chwili. Taka jest potęga miłości. 

-  To  była  zygzakowata  linia  -  wyjaśniłam.  -  Ze  strzałą  wy-

chodzącą z jednego końca. 

-  Ze strzałą - powtórzył Rob jak echo. 
-  Tak - powiedziałam. - Ze strzałą. 
-  Czy ta linia miała kształt litery M leżącej na boku? 

-  Chyba nie. Słuchaj, nie czuję się najlepiej. Muszę iść... Wtedy 

Rob powiedział coś dziwnego. Coś, co natychmiast 

obudziło moją uwagę. 

-  To nie jest strzała. 
-  Jak to: nie strzała? - zdziwiłam się. 

background image

 

77 

-  Jess - odparł. Fakt, że użył mojego imienia, uświadomił mi, że 

sytuacja  jest  daleka  od  normalności.  -  Chyba  wiem,  kim  są  ludzie, 

którzy to robią. 

Miałam  wrażenie,  że  krew  w  moich  żyłach  zaczęła  szybciej 

krążyć. 

-  Spotkamy się w Stop and Shop - powiedziałam. - Przyjedź po 

mnie. 

-  Mastriani... 
-  Po prostu przyjedź. 

Rozłączyłam  się,  odłożyłam  telefon,  wstałam  i  ruszyłam  w 

stronę schodów. 

-  Jess, poczekaj - zawołał Michael. - Dokąd idziesz? 

-  Wychodzę  -  odkrzyknęłam.  -  Powiedz  mamie,  że  niedługo 

wrócę. 

Nałożywszy  w  pośpiechu  płaszcz  i  czapkę,  pognałam  ulicą. 

Mimo  woli  zwróciłam  uwagę,  że  podjazd  Thompkinsów  był 

starannie  odśnieżony.  Śnieg  zgarnięto  wzdłuż  krawężnika  tak 

równiutko, jakby przejechał tędy pług. 

Ale to nie był pług. Dokonał tego człowiek. Konkretnie mój brat, 

Douglas. 

Miłość. To uczucie budzi w ludziach szaleństwo. 

 

 

 

 

hick,  właściciel  baru  U  Chicka  oraz  klubu  motocyklowego, 

popatrzył na mój rysunek i stwierdził: 

-  Prawdziwi Amerykanie. 

Spojrzałam na zygzak w przyćmionym świetle baru. 

-  Jesteś pewien? - zapytałam. - Naprawdę wiesz, co to jest? 

C

background image

 

78 

Chick  zjadł  kanapkę  z  kotletem,  którą  zrobił  sobie  w  kuchni. 

Spory kawałek kotleta wyślizgnął się spomiędzy bułek, które ściskał 

w  potężnej  dłoni,  i  spadł  na  mój  rysunek.  Chick  strzepnął  go 

paluchami. 

-  Tak  -  powiedział,  zerkając  na  rysunek  w  niebiesko-

czerwonym  świetle  neonu  za  barem.  -  To  na  pewno  ten  znak.  Oni 

mają go wytatuowany tutaj. - Pokazał fałd skóry między kciukiem a 

palcem wskazującym. - Tylko, że narysowałaś go bokiem. 

 

Odwrócił obrazek, tak, że zamiast wyglądać tak

 

wyglądał w ten 

sposób. 

-  Taa. Właśnie tak to wygląda. Jak wąż. 
-  Nie depcz mnie - powiedział Rob. 
-  Czego mam nie robić? - zdziwiłam się. 

Czułam  się  dziwnie,  siedząc  w  barze  z  Robem.  Mam  dopiero 

szesnaście  lat  i  nie  wolno  mi  bywać  w  barach.  A  zwłaszcza 

niesamowicie było siedzieć w tym właśnie barze, i z Robem. Do tego 

samego baru zabrał mnie Rob za pierwszym razem, kiedy podwoził 

mnie  do  domu  po  odsiadce,  blisko  rok  wcześniej,  kiedy  nie  zdawał 

sobie  sprawy,  że  jestem  małoletnia  i  znajomość  ze  mną  grozi 

więzieniem. Nie piliśmy alkoholu czy coś - wzięliśmy tylko burgery 

i  colę  -  ale  był  to  jeden  z  najbardziej  udanych  wieczorów  w  moim 

życiu. 

A  to  dlatego,  że  zawsze  chciałam  wstąpić  do  Chicka,  baru 

motocyklowego,  obok  którego  przejeżdżałam  co  roku,  od  czasów 

dzieciństwa,  za  każdym  razem,  kiedy  jechaliśmy  z  tatą  na 

wysypisko, aby pozbyć się choinki. 

Bar U Chicka, daleko poza granicami miasta, wydawał się takiej 

miastowej  panience  jak  ja,  owiany  tajemnicą  -  chociaż  Ruth  i 

większość  ludzi,  których  znałam,  nazywali  go  wsiowym  barem, 

gdzie bywali głównie motocykliści i kierowcy ciężarówek. 

Tego wieczoru jednak - mimo soboty - w barze prawie nie było 

klientów.  A  to  w  związku  ze  śniegiem.  To  nie  żarty,  próbować 

background image

 

79 

przebić się na motocyklu przez pokrywę śnieżnego puchu o grubości 

półtorej stopy. Rob, na szczęście, nie próbował, tylko przyjechał po 

mnie pikapem mamy. 

Ale  był  jednym  z,  niewielu,  którzy  odważyli  się  poruszać  na 

ogół  nieodśnieżonymi,  wiejskimi  szosami.  Poza  mną  i  Robem  u 

Chicka nie było nikogo, tak klientów, jak i obsługi. Ani barman, ani 

kucharz nie dotarli na miejsce. Chick nie był specjalnie zachwycony 

tym,  że  sam  musi  sobie  przyrządzić  kanapkę.  Głównie  jednak 

dlatego, moim zdaniem, że ze względu na swoje ogromne rozmiary z 

wielkim trudem mieścił się w małej kuchni na zapleczu. 

-  Nie  depcz  mnie  -  powtórzył  Rob.  -  Pamiętasz?  To  było 

wydrukowane na jednej z pierwszych flag amerykańskich. - Podniósł 

mój  rysunek,  przekręcając  go  tak,  jak  przedtem  Chick.  -  To  coś  na 

końcu to nie strzała. To głowa węża. Widzisz? 

Nadal widziałam tylko zygzak ze strzałą. 

-  Rzeczywiście - powiedziałam, żeby nie wyjść na głupią. -Kim 

są  Prawdziwi  Amerykanie?  Gangiem  motocyklowym,  jak  Anioły 

Piekieł, czy coś takiego? 

-  Do  diabła,  nie!  -  wybuchnął  Chick,  rozsiewając  wokół 

kawałki  kotleta.  -  Żaden  z  nich  nie  umiałby  jeździć  nawet  po 

podwórku! 

-  To  milicja,  Mastriani  -  wyjaśnił  Rob,  okazując  nieco  więcej 

cierpliwości  niż  jego  przyjaciel  i  mentor  Chick.  -  Kierowana  przez 

człowieka, który pochodzi z tych okolic... Przez Jima Hendersona. 

-  Och - mruknęłam. 
Usiłowałam  uchodzić  za  osobę  bywałą  w  świecie  i  doświad-

czoną,  ale  nie  bardzo  mi  to  wyszło.  Zwłaszcza  że  nie  rozumiałam 

połowy tego, co do mnie mówiono. W końcu poddałam się. 

-  Co to jest milicja? - spytałam, opierając łokcie na kontuarze. 

Chick  wzniósł  do  nieba  swoje  zaskakująco  ładne  niebieskie 

oczy. Ciężko to było zauważyć, bo na ogół ginęły pod krzaczastymi 

brwiami. 

background image

 

80 

-  Jedna  z  tych  grup  przeżycia  głęboko  w  lesie  -  odparł.  -Nie 

płacą  podatków,  ale  to  im  nie  przeszkadza  uważać,  że  mają  prawo 

kraść tyle wody i prądu, ile dadzą radę. 

-  Dlaczego nie płacą podatków? 
-  Bo Jim Henderson nie aprobuje sposobu, w jaki rząd wydaje 

jego  ciężko  zarobione  pieniądze  -  powiedział  Rob.  -  Nie  Życzy 

sobie,  żeby  jego  pieniądze  szły  na  takie  rzeczy,  jak  edukacja  czy 

zasiłki  społeczne...  chyba  że  właściwi  ludzie  będą  korzystać  z  tej 

edukacji i zasiłków. 

-  Właściwi ludzie? - Popatrzyłam  na obu pytająco. - Kto to są 

właściwi ludzie? 

Chick wzruszył ramionami. 

-  No wiesz. Jasnowłosi niebieskoocy Aryjczycy. 
-  Ale prawdziwi Amerykanie to Indianie, prawda? A oni nie są 

blondynami. 

-  Nie  ma  sensu  -  powiedział  Chick  -  spierać  się  z  Jimem 

Hendersonem. Dla niego jedyni prawdziwi Amerykanie to ci, którzy 

wyleźli  na  brzeg  z  „Mayflower".  Biali  chrześcijanie.  Nie  da  mu  się 

przetłumaczyć. Chyba że chcesz zarobić kulkę w bebechy. 

Uniosłam  brwi.  Te  „bebechy"  mi  się  nie  spodobały.  Byłam 

pewna, że nie chcę żadnej kulki w czymkolwiek. 

-  Więc zabili Nate'a... 
-  .. .ponieważ był czarny - dokończył Rob. 
-  I spalili synagogę... 
-  .. .bo to nie kościół. 
-  Więc  prawdziwymi  Amerykanami  według  Jima  Hendersona 

są ludzie dokładnie tacy sami jak... Jim Henderson. 

Chick przełknął ostatni kęs kanapki. 

-  Otóż to - powiedział, uśmiechając się szeroko. Rąbnęłam 

dłonią w bar. 

-  Nie  wierzę!  -  ryknęłam.  Rob  i  Chick  gapili  się  na  mnie 

zaskoczeni.  -  Chcecie  powiedzieć,  że  przez  cały  czas  kręciła  się  w 

background image

 

81 

pobliżu  jakaś  grupa  oszołomów  i  nikomu  nie  przyszło  do  głowy, 

żeby coś z tym zrobić? 

-  A co można było zrobić? - zapytał Rob. 
-  Aresztować ich! - wrzasnęłam. 
-  Nie  można  nikogo  aresztować  za  przekonania  -  przypomniał 

mi  Chick.  -  Człowiek  ma  prawo  wierzyć,  w  co  mu  się  podoba, 

choćby to było coś najgłupszego. 

-  Ale i tak musi płacić podatki - stwierdziłam. 
-  Zgadza  się  -  przyznał  Chick.  -  Tyle  że  poczciwy  Jim  nie 

śmierdzi  groszem.  Wątpię,  żeby  władzom  hrabstwa  chciało  się  go 

ścigać za uchylanie się od płacenia podatków. 

-  A co z porwaniem i morderstwem? Władze hrabstwa powinny 

uznać, że to warte ich czasu. 

-  Masz  rację  -  rzucił  Chick.  -  Nie  wiem,  co  ten  Jimmy  sobie 

myśli.  To  do  niego  niepodobne.  Zawsze  mi  się  wydawało,  że  on 

tylko lubi pokrzyczeć. 

-  Może przybycie Thompkinsów  - odezwał  się  Rob -pierwszej 

w  mieście  rodziny  afro-amerykańskiej,  uraziło  uczucia  pana 

Hendersona. Wzbudziło w nim słuszny gniew. 

Chick spojrzał na Roba z podziwem. 

-  Słuszny gniew - powiedział. - Muszę to zapamiętać. 

-  Chodźmy - powiedziałam, ześlizgując się ze stołka. Chick i 
Rob zamrugali oczami. 

-  Dokąd? - spytał Chick. 

-  Do  Jima  Hendersona  -odparłam.  -Odebrać  Setha  Blu-

menthala. 

Chick  raczył  się  właśnie  łykiem  piwa.  No,  może  niezupełnie 

łykiem.  Faceci  tacy  jak  on  nie  piją  łykami,  wlewają  w  siebie  całe 

wiadra. 

W  każdym  razie,  po  moich  słowach  wypuścił  to,  co  miał  w 

ustach,  w  postaci  fontanny,  która  dosięgła  Roba,  mnie  i  maszynę 

grającą. 

background image

 

82 

-  O  rany  -  jęknął  Rob,  sięgając  po  serwetki,  których  stos 

wznosił się za kontuarem. 

-  Nikt  -  powiedział  Chick  -  nie  pójdzie  do  Jima  Hendersona. 

Nikt. 

-  Dlaczego  nie?  -  zapytałam.  -  Przecież  wiemy,  że  oni  to 

zrobili.  Nawet  nie  próbowali  tego  ukryć.  Więc  chodźmy  tam  i 

wydostańmy od nich Setha. 

Chick patrzył na mnie przez chwilę, a potem odrzucił głowę do 

tyłu i zaczął się śmiać się. 

-  „Wydostańmy  od  nich  Setha".  -  Zarechotał.  -  Gdzieś  ty  ją 

wytrzasnął, Wilkins? Ostra dziewucha. 

Rob nie odpowiedział, tylko patrzył na mnie ponuro. 

-  Co w tym śmiesznego? - spytałam. 
-  Nie  możemy  pójść  do  Jima  Hendersona,  Mastriani  -  po-

wiedział Rob. 

-  Dlaczego nie? 
-  Cóż,  choćby  dlatego,  że  Henderson  strzela  do  mierniczych, 

których przysyła hrabstwo. Myślisz, że z nami nie będzie próbował? 

-  A jeśli nawet, to co? - mruknęłam. - Zakradniemy się. 
-  Droga panienko - Chick wycelował we mnie palec brudny od 

smaru  z  motocykla.  Nie  miałam  mu  za  złe,  że  nazywa  mnie  drogą 

panienką, bo... no cóż, i tak niewiele mogłam zrobić wobec tego, że 

był jakieś trzy razy większy ode mnie. Pan Goodhart byłby dumny z 

moich  postępów.  Normalnie  czyjeś  rozmiary  były  ostatnią  rzeczą, 

jaką  brałam  pod  uwagę,  zanim  się  na  tego  kogoś  rzuciłam.  -  Nie 

masz pojęcia, o czym mówisz. Czyżbyś sama nie wspomniała, że ci 

ludzie  już  postrzelili  policjanta,  bo  nie  chcieli  wydać  dziecka,  które 

przetrzymują? 

-  Tak  -  zgodziłam  się.  -  Ale  ci  policjanci  nie  wiedzieli,  z  kim 

mają do czynienia. My wiemy. 

background image

 

83 

-  Rozumiem,  o  co  ci  chodzi  -  odezwał  się  Rob.  -  Naprawdę. 

Ale  nie  mówimy  o  Flintstonżch.  Ci  tutaj  są  zabezpieczeni  na 

wszystkie strony. 

-  Taa- przyznał Chick, wydawszy najpierw długie aromatyczne 

bekniecie. - Mają druty kolczaste, psy, uzbrojonych strażników... 

-  Co? - Byłam taka wściekła, że miałam ochotę kogoś kopnąć. - 

Żarty sobie stroicie? Mają takie rzeczy? I policja im na to pozwala? 

-  Prawo nie zabrania posiadania ogrodzeń z drutu kolczastego i 

psów - Chick  wzruszył ramionami. - Każdy też  może nosić strzelbę 

na własnej ziemi... 

-  Ale nikomu nie wolno strzelać do policjantów - stwierdziłam. 

-  A  jeśli  twoje  wiadomości  o  tych  Prawdziwych  Amerykanach  są 

ścisłe,  to  właśnie  ktoś  od  nich  zrobił  to  dzisiaj  na  parkingu  z 

przyczepami,  koło  pana  Shaky.  Uciekli  stamtąd  z  dwunastoletnim 

zakładnikiem.  Założę  się, że teraz okopali się u Jima Hendersona. I 

jeśli czegoś nie zrobimy, to ten dzieciak skończy na polu kukurydzy, 

tak samo jak Nate Thompkins. 

Rob i Chick wymienili spojrzenia. A w tych spojrzeniach, mimo 

mroku panującego w barze, zobaczyłam coś, co mi się nie podobało. 

Zdecydowanie mi się nie podobało. 

Było to poczucie beznadziei. 

-  Posłuchajcie  -  odezwałam  się,  kładąc  dłonie  na  biodrach.  - 

Nie  obchodzi  mnie,  jak  jest  zabezpieczona  ich  forteca.  W  środku 

znajduje się Seth Blumenthal, a my musimy go stamtąd wyciągnąć. 

Chick  potrząsnął  głową.  Po  raz  pierwszy  miał  poważną  minę... 

poważną i smutną. 

-  Droga panienko - powiedział. -Jimmy to niezły świr, ale głupi 

nie jest. Nie ma ani cienia dowodu, że coś go łączy z tym wszystkim, 

poza  faktem,  że  jest  przywódcą  grupy,  która  się  do  tego  przyznaje. 

Dostanie  się  tam  nie  wchodzi  w  grę,  do  tego  miejsca  nie  można 

nawet  podjechać.  Jest  tak  głęboko  w  lesie,  że  nawet  pługiem  nie 

background image

 

84 

dojedzie.  Tak  się  dzieciaka  nie  uratuje.  Zresztą  jestem  pewien  - 

dodał - że chłopak dawno nie żyje. 

-  Otóż żyje - powiedziałam. 
-  A skąd, do diabła - zapytał - możesz to wiedzieć? 
-  Ponieważ  ona  -  rzekł  Rob  ponuro  -  ona  jest  Dziewczyną  od 

Pioruna. 

Chick  przyjrzał  mi  się  uważniej.  Moja  twarz  w  świetle  neonu 

musiała  mieć  niezbyt  korzystny  dla  urody  odcień  fioletu.  Pewnie 

przypominałam  Wiolettę  z  filmu  Williego  Wonka.  No  wiecie,  po 

tym, jak zjadła gumę. 

Ale Chick najwyraźniej dostrzegł coś, co wywarło na nim dobre 

wrażenie, bo zdecydował się kontynuować rozmowę. 

-  Myślisz,  że  powinniśmy  wedrzeć  się  tam  i  wyciągnąć 

dzieciaka? 

-  Nie  użyłabym  słowa  „wedrzeć  się"  -  odparłam.  -  Sądzę,  że 

możemy  wymyślić  coś  subtelniejszego.  Ale  owszem.  Tak  właśnie 

myślę. 

-  Mastriani.  -  Rob  kręcił  głową  z  powątpiewaniem.  -  To  jest 

chore. Nie możemy się w to mieszać. To robota dla gliniarzy. .. 

-  Którzy  nie  wiedzą,  na  co  się  porywają  -  powiedziałam.  -Daj 

spokój,  Rob.  Jednego  gliniarza  już  postrzelono  z  mojego  powodu. 

Nie zamierzam dopuścić, żeby jeszcze ktoś został ranny 

-  Jeszcze ktoś  -  wybuchnął. -  A co z tobą? Nie przyszło ci  do 

głowy, że ci ludzie mogą mieć kulę z twoim imieniem? 

-  Rob.  -  Nie  pojmowałam,  jak  można  być  tak  krótko-

wzrocznym. -Jim Henderson mnie nie zastrzeli. 

-  Dlaczego nie? - zapytał, szczerze zdumiony. 
-  Bo jestem dziewczyną, oczywiście. 

Rob zaklął, odsunął  się od baru i podszedł do szafy  grającej, w 

którą trzasnął pięścią. Nie tak mocno, żeby ją zniszczyć, ale na tyle 

mocno, żeby Chick podniósł głowę i zawołał: 

-  Co ty wyprawiasz?! 

background image

 

85 

Rob nie przeprosił, spojrzał tylko na Chicka i powiedział: 

-  Czy  możesz  wyjaśnić  mojej  dziewczynie,  że  jest  chora  na 

głowę,  jeśli  sądzi,  że  pozwolę  jej  zbliżyć  się  do  obozu  Jima  Hen-

dersona? 

To było koszmarnie seksistowskie i na pewno bym się obraziła, 

gdyby  nie  to,  że  nazwał  mnie  swoją  dziewczyną.  Tak.  Swoją 

dziewczyną. Po raz pierwszy usłyszałam te słowa z jego ust. To jest, 

w obecności osoby trzeciej. 

Mój  udział  w  wigilijnym  weselu  wydał  mi  się  nagle  bardziej 

prawdopodobny. 

Chick, zamiast zastosować się do prośby i kazać mi zapomnieć o 

wdzieraniu się na teren obozu Prawdziwych Amerykanów, pogładził 

w zamyśleniu bródkę. 

-  Wiesz - powiedział. - To nie jest taki zły pomysł. Rob 

wytrzeszczył na niego oczy. 

-  Nie  mówię,  że  powinna  sama  to  zrobić  -  ciągnął  Chick 

pojednawczo. - Ale jeden dzieciak już nie żyje, Wilkins, a jak znam 

Jima Hendersona, drugiemu też niewiele zostało. 

Rzuciłam  Robowi  triumfalne  spojrzenie,  które  mówiło: 

„Widzisz? Nie jestem taka rąbnięta". 

-  Poza  tym  -  ciągnął  Chick  -  to  jest  nasz  problem,  Wilkins. 

Henderson to ktoś stąd. Czy nie powinniśmy sami dopilnować, żeby 

sprawiedliwości  stało  się  zadość?  Mogę  zadzwonić  w  parę  miejsc  i 

w  ciągu  pięciu  minut  ściągnąć  tylu  chłopaków,  że  Gwardia 

Narodowa niech się schowa. 

Byłam pod wrażeniem. Słowa o wymierzaniu sprawiedliwości 

powaliły mnie na kolana. Robem jednak nie wstrząsnęły. 

-  Nawet  gdyby  uznać,  że  to  dobry  pomysł  -  rzekł  -  z  czym  ja 

nie mogę się zgodzić, sam twierdziłeś, że obóz jest niedostępny. Na 

ziemi  leży  prawie  pół  metra  śniegu.  Jak  moglibyśmy  się  dostać 

choćby w jego pobliże? 

background image

 

86 

Chick zrobił coś nieoczekiwanego. Skinął na nas palcem i zaczął 

iść - chociaż, biorąc pod uwagę jego gabaryty, człapanie wydaje się 

lepszym słowem - w stronę drzwi na zapleczu. 

Ruszyłam za nim, a Rob wlókł się niechętnie z tyłu. Chick minął 

krótki  korytarz,  który  kończył  się  prowizorycznym  garażem.  Przez 

szpary w drewnianych płytach wpadał lodowaty wiatr. 

Chick  włączył  nieosłoniętą  żarówkę,  która  stanowiła  jedyne 

oświetlenie,  i  podszedł  w  stronę  jakiegoś  przedmiotu  nakrytego 

brezentem. 

- Voila - powiedział z, jak sądzę, specjalnie złym akcentem. 

Odrzucił plandekę i naszym oczom ukazały się dwa nowiuteńkie 

motory śnieżne. 

 

 

 

11

Czy można mnie winić? Nigdy na czymś takim nie siedziałam. 

A  dla  kogoś,  kto  lubi  szybką  jazdę,  nie  ma  nic  bardziej  pod-

niecającego niż szybka jazda po śniegu. Och, pewnie, jeździłam  na 

nartach,  na  zboczach  gór  Paoli.  Przez jakąś  godzinę  całkiem  nieźle 

się  bawiłam.  Powiedzmy  sobie  jasno:  Indiana  nie  słynie  z  terenów 

narciarskich,  więc  pagórki  Paoli  nudzą  się  dość  błyskawicznie 

poszukiwaczom mocnych wrażeń. 

Niczego  nie  da  się  porównać  z  uczuciem,  jakie  mnie  ogarnęło, 

kiedy  mknęłam  przez  śniegowe  pole,  obejmując  mojego  przy-

stojnego, choć niezbyt zachwyconego tą awanturą chłopaka. 

przyznaję,  że  miałam  ochotę  usiąść  na  tym  motorze.  Wściekłą 

ochotę. 

background image

 

87 

To było wspaniałe. Naprawdę wspaniałe. 

Ale  muszę  przyznać,  że  kiedy  zatrzymaliśmy  się  przed  drutem 

kolczastym  otaczającym  obóz  Prawdziwych  Amerykanów  i 

siedzieliśmy  tam  z  wyłączonym  silnikiem,  wpatrując  się  w  światła 

domu Jima Hendersona błyskające wśród drzew... 

Tak, to było znacznie mniej zabawne. 

Bo głęboko w lasach Indiany, późnym wieczorem w listopadzie, 

panuje naprawdę straszliwy ziąb. Przenikający do kości. Porażający 

mózg. A przynajmniej powodujący brak czucia w palcach rąk i nóg. 

Można by pomyśleć, że Rob i ja mogliśmy się czymś zająć -no 

wiecie,  żeby  jakoś  spędzić  czas,  a  także  się  ogrzać  -  gdy  tak 

czekaliśmy,  aż  Chick  dotrze  do  nas  z  obiecanym  wsparciem.  Ale 

Rob nadal był wściekły, żeśmy w ogóle się tam znaleźli, i nie działo 

się  za  wiele,  jeśli  chodzi  o  te  rzeczy.  Prawdę  mówiąc,  nic  się  nie 

działo. 

-  Na co czekamy? - zapytałam. 
-  Na posiłki - padła szorstka odpowiedź. 

-  To  wiem  -  mruknęłam.  -  Tyle  rozumiem.  Ale  czy  nie 

moglibyśmy wejść i poczekać w środku? 

-  A co zrobimy, jeśli znajdziemy Setha? 
-  Uciekniemy. 

 

-  Używając czego w charakterze broni? 
Zastanowiłam się chwilę. 

-  Naszych bystrych umysłów? 
-  Nie wygłupiaj się. 

Rob nie  wydawał  się taki zmarznięty, jak ja. Dlaczego chłopcy 

nigdy  nie  marzną tak jak dziewczęta? No i siusianie. Jak to jest, że 

ja  musiałam  się  wysiusiać,  a  on  nie?  W  barze  u  Chicka  wypił  tyle 

samo coli, co ja. 

A  nawet  gdyby  musiał  się  wysiusiać,  nie  byłby  to  dla  niego 

żaden problem. Podszedłby do jakiegoś drzewa i załatwił sprawę. 

background image

 

88 

Dla  mnie to był problem.  Znacznie  większa część  mojej osoby 

została  wystawiona  na  działanie  żywiołów.  A  to  przy  temperaturze 

około dwudziestu stopni poniżej zera było ciężkim przeżyciem. 

Zycie  jest  niesprawiedliwe.  To  wszystko,  co  mam  do  po-

wiedzenia na ten temat. 

Nie  chodzi  o  to,  że  tak  mi  źle.  Zawsze  układało  mi  się  sto-

sunkowo dobrze. Na przykład, moi rodzice są ciągle razem i wydają 

się  dość  szczęśliwi...  chyba  że,  no  wiecie,  któreś  z  dzieci  sprawia 

kłopoty,  słyszy  głosy  albo  rzuca  Harvard,  albo  zostaje  porażone 

piorunem, odkrywa w sobie nadzwyczajne zdolności psychiczne i w 

rezultacie powoduje, że ktoś podpala rodzinną restaurację. 

Zwykłe rodzicielskie stresy. 

Byliśmy za to względnie zamożni. Nikt mi nie kupował kucyka 

czy harleya, ale nie groziło nam, że przejdziemy na zasiłek. Rodzina 

Mastrianich miała się całkiem nieźle. 

W  przeciwieństwie  do  rodziny  Wilkinsów.  Rob  pracował  w 

warsztacie wuja, odkąd skończył czternaście lat, żeby pomóc mamie 

związać koniec z końcem. Ledwie pamiętał swego ojca, nie wiedział 

nawet, gdzie on teraz jest. 

Ja wiedziałam, gdzie jest tata Roba. 

Nie,  żebym  była  zachwycona  tą  informacją.  Ale  miałam  ją 

zapisaną  w  mózgu,  podobnie  jak  miejsce,  w  którym  przetrzy-

mywano Setha Blumenthala. 

Powinnam powiedzieć o tym Robowi czy nie? 

Czy  gdyby  mój  ojciec  zniknął,  kiedy  byłam  małym  dzieckiem, 

zostawiając  mamę,  Mike'a,  Douglasa  i  mnie,  chciałabym  wiedzieć, 

gdzie przebywa obecnie? 

Chyba tak. Choćby po to, żeby móc pójść do niego i rozkwasić 

mu gębę. 

Ale czy Rob chciałby wiedzieć? 

Był  tylko  jeden  sposób,  żeby  poznać  odpowiedź  na  to  pytanie: 

zwyczajnie,  z  głupia  frant,  zapytać  go,  czy  chce  wiedzieć.  Nie 

background image

 

89 

miałam  jednak  ochoty  z  niego  skorzystać,  bo  nie  chciałam,  żeby 

Rob myślał, że go szpiegowałam. A ja po prostu poszłam po fartuch 

jego  mamy  i  w  pokoju  przypadkiem  zobaczyłam  zdjęcie  taty. 

Potem,  jak  zwykle,  kiedy  oglądam  fotografie  zaginionych  ludzi, 

śniłam o ojcu Roba i miejscu, gdzie przebywa. Czy to moja wina, że 

przez ten głupi piorun nie mogę obejrzeć zdjęcia - a czasami nawet 

powąchać  swetra  czy  poduszki  -  zaginionej  osoby,  żeby  w  mojej 

głowie  nie  pojawił  się  później  dokładny  obraz  miejsca,  gdzie  ta 

osoba jest? 

-  Rob,  ja...  -  przytuliłam  się  nieco  mocniej  do  jego  pleców. 

Cholernie zimno było na tym motorze. 

-  Nie teraz, dobrze? - powiedział zmęczonym głosem. 
-  Chciałam tylko... 
-  Nie powiem ci - oświadczył. 
-  Czego mi nie powiesz? 
-  Za co mam kuratora. Jasne? Zapomnij o tym. Nigdy się tego 

ode  mnie  nie  dowiesz.  Możesz  mnie  zaciągnąć  w  jakieś  przeklęte 

miejsce z wariacką misją, żeby zapobiec morderstwu. Możesz mnie 

zmusić  do  siedzenia  godzinami  w  temperaturze  poniżej  zera,  aż 

palce zmarzną mi tak, że prawie odpadną. Możesz mi nawet wyznać 

miłość, a i tak ci nie powiem, dlaczego mnie aresztowano. 

Choć  nie  o  tym  akurat  chciałam  mówić,  ten  temat  był  nie-

zmiernie  interesujący.  Może  nawet  ciekawszy  niż  aktualne  miejsce 

pobytu ojca Roba. Przynajmniej dla mnie. 

-  Nie powiedziałam, że cię kocham - odparłam - bo chciałam z 

ciebie  wyciągnąć,  dlaczego  masz  kuratora.  Powiedziałam  ci,  że  cię 

kocham, bo... 

Rob odwrócił się i zakrył mi dłonią usta. 

-  Nie kończ - rzekł. 

Widziałam  wyraźnie  jego  jasne  oczy  w  świetle  księżyca.  Bo 

świecił  księżyc,  wiszący  nisko  na  bezchmurnym  niebie.  Kiedy 

indziej wprawiłoby mnie to w romantyczny nastrój. Ale temperatura 

background image

 

90 

wynosiła jakieś dwadzieścia stopni poniżej zera, mnie znów chciało 

się siusiu, a mój chłopak chyba mnie nie lubił. 

-  Nie zaczynaj znowu - powiedział Rob, nie zdejmując dłoni z 

moich ust. - Pamiętasz, co się stało ostatnim razem. 

-  Podobało mi się to, co się stało ostatnim razem - wydusiłam 

zza jego palców. 

-  Cóż,  mnie  też  -  powiedział  Rob.  -  Nawet  za  bardzo.  Więc 

zachowaj swoje uczucia dla siebie, dobrze? 

Jakby to było możliwe po tym, co usłyszałam. 

-  Rob - szepnęłam, zaciskając ramiona wokół jego talii. -Ja... 

Nie  zdołałam  dokończyć.  A  to  z  powodu  człowieka  zmie-

rzającego  wśród  drzew  w  naszą  stronę.  Słyszeliśmy  chrzęst  śniegu 

pod jego stopami. 

Rob zaklął i włączył latarkę, którą pożyczył nam Chick. 

-  Kto tam? - syknął, kierując światło latarki na twarz... Cy-rusa 

Krantza. 

Teraz ja z kolei zaklęłam. 

-  Ciii - szepnął Krantz. - Jessico, proszę! 
-  Co pan tu robi? - spytałam szeptem. 
Zdumiał  mnie  jego  strój.  Miał  na  sobie  wojskowe  spodnie 

narciarskie  i  puchową  kurtkę.  Ledwie  rozpoznałam  twarz  pod 

futrem przy kapturze. 

-  Śledziłem was - odparł. - To tutaj trzymają Setha, Jessico? 
-  Czy  może  pan  się  stąd  wynieść?  -  burknęłam.  Nie  wie-

działam,  co  mnie  wprawia  w  większą  wściekłość:  fakt,  że  narażał 

nasz  plan  uratowania  Setha  na  niepowodzenie,  czy  to,  że  przerwał 

Robowi  i  mnie  w  momencie,  kiedy  rozmowa  stawała  się 

interesująca. - Jak w ogóle pan się tu dostał? - Gdyby się okazało, że 

na  skuterze  śnieżnym,  byłabym  gotowa  raz  jeszcze  przemyśleć 

odmowę 

pracy 

pod 

jego 

kierunkiem. 

Każda 

instytucja 

umożliwiająca  pracownikom  korzystanie  ze  skuterów  śnieżnych 

wchodziła w grę jako moje ewentualne miejsce pracy. 

background image

 

91 

-  Nie  powinnaś  tu  być,  Jessico  -  powiedział  doktor  Krantz.  -

Może ci się coś stać. 

-  Mnie? - zaśmiałam  się  gorzko. - Przepraszam, doktorku, ale 

chyba  coś  się  panu  pokręciło.  Jak  dotąd,  jedyną  osobą,  która 

poniosła szkodę, był jeden z waszych ludzi. 

-  I Nate Thompkins - przypomniał mi. - Nie zapominaj o nim. 

Dobre  sobie!  Przecież  to  głównie  z  jego  powodu  tkwiłam  tu, 

przemarzając  do  kości.  Nie  zapomniałam  złożonej  sobie  samej 

obietnicy,  że  pomogę  Tashy,  na  ile  zdołam.  A  nie  mogłam  oprzeć 

się  myśli, że  najlepsze, co  mogę zrobić, to postawić  morderców jej 

brata przed sądem. 

No i, rzecz jasna, uniemożliwić im wyrządzanie krzywdy innym 

ludziom. Takim jak Seth Blumenthal. 

-  Pamiętam  o  Nacie  -  szepnęłam.  -  Ale  chcę  to  załatwić  na 

własny sposób. Niech się pan zabiera, zanim pan wszystko sknoci. 

-  Muszę stanowczo zaoponować - powiedział doktor Krantz. - 

Jeśli  Seth  Blumenthal  jest  przetrzymywany  na  terenie  tej 

posiadłości,  macie  obowiązek  złożyć  o  tym  doniesienie,  a  potem 

usunąć się i pozwolić pracownikom odpowiedniego organu wymiaru 

sprawiedliwości wykonać... 

-  O, cholera - przerwałam mu. 

Światło księżyca, odbijając się od śniegu, utrudniało zobaczenie 

czegokolwiek  za  grubymi  szkłami  jego  okularów,  ale  miałam 

wrażenie, że Krantz zamrugał kilka razy oczami. 

-  Ze co? - wyjąkał. 

-  Dobrze  pan  usłyszał  -  powiedziałam.  -  Pan  i  pracownicy 

odpowiedniego  organu  wymiaru  sprawiedliwości  nie  macie  zie-

lonego pojęcia, co się kryje za tymi drutami. 

-  A  ty  masz.  -  W  glosie  Krantza  słychać  było  sarkazm,  co 

wydawało się zabawne, zważywszy, jakim był palantem. 

-  Na  pewno  większe  niż  pan  -  odparowałam.  -  Mamy 

przynajmniej  szansę,  żeby  ich  infiltrować  od  środka,  zamiast 

background image

 

92 

wkraczać  tam  przy  użyciu  siły  i  narażać  życie  Setha  w  trakcie 

wymiany ognia. 

-  Infiltracja?  -  Krantz  był  szczerze  zdumiony.  -  O  czym  ty 

mówisz? Nie sądzisz chyba, że lepiej... 

-  Czyżby? - Popatrzyłam na niego spod zmrużonych powiek. -

Jaka liczba następuje po dziewiątce? 

Spojrzał na mnie, jakbym zwariowała. 

-  Co to ma wspólnego z... 
-  Proszę odpowiedzieć na pytanie, doktorze Krantz. Jaka liczba 

następuje po dziewiątce? 

-  Dziesięć, oczywiście. 
-  Źle - powiedziałam. - Z czego zrobione są puszki coca--coli? 
-  Z aluminium, naturalnie. Jessiko, ja... 
-  Znowu  źle.  Odpowiedź  na  oba  pytania  brzmi:  tin*.  Prze-

prowadziłam  właśnie  test  na  wsioka,  który  pan  oblał.  W  żaden 

sposób nie zdoła pan nikomu wmówić, że pochodzi stąd. Więc niech 

się pan stąd zabiera, zanim wszystko zepsuje. 

-  To  żałosne  -  stwierdził  Krantz,  wyraźnie  wzburzony.  -Rob, 

pan z pewnością... 

Rob  wyprostował  się  nagle  na  skuterze,  zwracając  głowę  w 

stronę domu Hendersona. 

-  Krantz  -  warknął.  -  Albo natychmiast pan  stąd zniknie, albo 

będzie pan miał za chwilę mnóstwo ołowiu w żołądku. 

-  Co? - Krantz rozejrzał się, zaniepokojony. - O czym... 

Rob zeskoczył ze skutera i wepchnął doktorka za drzewo, zanim 

ten zorientował się, co się dzieje. W tej samej chwili zobaczyłam to 

co Rob: światło  na terenie obozu Jima Hendersona, posuwające się 

wśród  gęstych  drzew  w  naszym  kierunku.  Źródłem  światła  okazała 

się  staromodna  lampa  naftowa.  Trzymał  ją  potężny  mężczyzna  w 

czerwonym  stroju  myśliwskim.  W  drugiej  ręce  miał  karabin,  a  u 

boku psa, który mógłby uchodzić za małego kucyka. 

background image

 

93 

Pies  pomknął  przez  śnieg  w  naszą  stronę.  Kiedy  tak  gnał  z 

wywalonym jęzorem i płonącymi ślepiami, pomyślałam, że to pies z 

piekła... No wiecie, jak w Psie Baskerville'ów, którego czytaliśmy w 

dziewiątej klasie. 

Dopiero  gdy  podbiegł  bliżej,  zorientowałam  się,  że  to  zwykły 

owczarek niemiecki. Z gatunku takich, co to łapią cię za gardło i nie 

puszczą, nawet jeśli dostaną po łbie kluczem francuskim. 

Już  szykował  się,  żeby  przeskoczyć  dzielące  nas  ogrodzenie  z 

drutu  kolczastego  i  to  zrobić.  Na  szczęście,  człowiek  z  bronią  za-

wołał: „Chigger! Leżeć!" i pies padł na śnieg niespełna pół metra od 

nas, warcząc groźnie i nie spuszczając z nas oka ani na sekundę. 

Mężczyzna  z  karabinem  postawił  lampę  na  ziemi  i  sięgnął  po 

coś  do  kieszeni.  Rewolwer,  pomyślałam.  Karabin  robi  za  duży 

bałagan. Wsadzi nam po kuli w głowę i pozwoli Chigge-rowi pożreć 

nasze zmarznięte ciała. 

Miałam  wrażenie,  że  wszystko  na  świecie  się  sprzysięgło, 

żebym nigdy nie zobaczyła Roba we fraku. 

-  Spokojnie - powiedział Rob, podnosząc ręce do góry. -Niech 

pan nie strzela. Chcemy tylko pogadać z Jimem. 

Właściciel  Chiggera  nie  wyciągnął  z  kieszeni  rewolweru,  lecz 

walkie-talkie. 

-  Niebieski  Dowódca  do  Czerwonego  Dowódcy  -  powiedział 

do  mikrofonu.  -  Mamy  intruzów  przy  południowym  płocie. 

Powtarzam. Intruzi przy południowym płocie. 

-  Nie  jesteśmy  intruzami  -  zapewniłam.  Po  chwili,  przy-

pomniawszy  sobie,  jaką  historyjkę  przygotowaliśmy  na  ich  użytek 

(pomijając  fakt,  że  mieliśmy  nie  dać  się  złapać,  dopóki  Chick  z 

przyjaciółmi  nie  ukryją  się  bezpiecznie  w  krzakach  wokół  obozu, 

gotowi  nas  odbić,  gdy  tylko  znajdziemy  Setha),  poprawiłam  się:  - 

My nie som intruzami. Chcemy się do was przyłończyć. Też chcemy 

być Prawdziwe Amerykanie. 

background image

 

94 

Z walkie-talkie Czerwonej Kurtki dobiegł głos. Ten, kto mówił, 

posługiwał się chyba jakimś szyfrem. 

-  Czerwony  Dowódco  -  usłyszałam.  -  Lokalizacja  i  transport. 

Powtarzam. Lokalizacja i transport. 

Czerwona  Kurtka  schował  walkie-talkie,  wskazał  na  płot  i 

wycelowawszy karabin w naszą stronę, powiedział: 

-  Przełaźta tutaj. 

Przełażenie przez ogrodzenie z drutu kolczastego nie należy do 

przyjemności,  zwłaszcza  kiedy  robi  się  to  pod  czujnym  okiem 

potężnego owczarka niemieckiego o imieniu Chigger. Rob przeszedł 

pierwszy  i  nachylił  siatkę  na  tyle,  ile  się  dało,  tak  żebym  również 

stanęła po drugiej stronie w jednym kawałku. Nie poszło mi gładko, 

ale jakoś dałam sobie radę. Jedyną szkodę poniósł wewnętrzny szew 

moich spodni. 

Kiedy  już  przedostaliśmy  się  na  ziemię  Prawdziwych  Ame-

rykanów,  Czerwona  Kurtka  burknął:  „Chodźta"  i  pokazał,  znowu 

lufą strzelby, że mamy się posuwać w stronę domu. 

Rob obejrzał się na skutery. 

-  A  co  z  motorami?  -  zapytał.  -  Nie  trzeba  ich  jakoś  zabez-

pieczyć? 

Czerwona  Kurtka  zarechotał.  Z  jego  ust  wydobył  się  nie  tylko 

śmiech,  ale  także  strumień  tabaki  i  śliny,  który  utworzył  na  śniegu 

parującą brązową kałużę. 

-  Zabezpieczyć,  przed  czym?  -  odparł.  -  Przed  szopami  czy 

oposami? 

To była pocieszająca odpowiedź, bo wskazywała, że Czerwona 

Kurtka  nie  jest  świadomy  obecności  doktora  Krantza  ukrytego  za 

grubymi sosnami oraz licznych kumpli Chicka, którzy stawili się na 

wezwanie do broni rzucone przez właściciela ich ulubionego baru. 

- Ruszać się - warknął Czerwona Kurtka do mnie i do Roba. 

Więc ruszyliśmy się. 

 

 

background image

 

95 

 

12 

ługi  marsz  do  domu  Jima  Hendersona  nie  przypadł  mi  do 

gustu.  Normalnie  zachwycam  się  każdą  chwilą  spędzoną  w 

towarzystwie Roba Wilkinsa, bo odkąd on skończył szkołę, w której 

ja nadal tkwię, nasze spotkania stały się o wiele za rzadkie. 

Ale  nawet  w  najmilszym  towarzystwie  maszerowanie  z  lufą 

strzelby  wycelowaną  w  plecy  to  żadna  frajda.  Nie  podejrzewałam, 

żeby Czerwona Kurtka zastrzelił nas z zimną krwią, mógł się jednak 

potknąć  o  Chiggera  albo  o  jakiś  korzeń  ukryty  pod  śniegiem  i 

przypadkiem nacisnąć spust. 

Tak więc drogę od południowego ogrodzenia do centrum obozu 

Prawdziwych Amerykanów przemierzałam z drżeniem serca. 

Ledwie  zaczęliśmy  iść,  przestało  mi  być  tak  okropnie  zimno. 

Zamieć  ucichła,  z  nieba  poznikały  chmury  i  pojawiły  się  na  nim 

tysiące  gwiazd.  Byłam  nawet  w  stanie  rozpoznać  Drogę  Mleczną. 

Spacer po skąpanym w blasku księżyca świeżo spadłym śniegu, gdy 

w  powietrzu  unosi  się  kusząca  woń  ogniska,  mógłby  być 

romantyczny. 

Jeśli  nie  brać  pod  uwagę  wycelowanej  w  plecy  strzelby  i  groź-

nego owczarka niemieckiego truchtającego w śniegu obok nas. 

Nie  boję  się  psów  i  one  też  zwykle  darzą  mnie  sympatią. 

Dlatego  skupiłam  się  na  zaskarbianiu  przyjaźni  Chiggera.  Kiedy 

tylko  Czerwona  Kurtka  nie  patrzył,  a  Chigger  biegł  dość  blisko, 

podstawiałam  dłoń  pod  nos  owczarka.  Psy  działają  na  węch,  więc 

miałam  nadzieję,  że  jeśli  Chigger  uzna,  że  nie  jestem  kawałkiem 

mięsa, to powstrzyma się od zjedzenia mnie. 

On  jednak,  jak  większość  samców  w  moim  życiu,  nie  okazał 

najmniejszego  zainteresowania  moją  osobą.  Może  powinnam  była 

D

background image

 

96 

posłuchać  rady  Ruth  i  zainwestować  w  dobre  perfumy,  zamiast 

używać wody toaletowej mojego brata, Mike'a. 

Obóz  nie  sprawiał  imponującego  wrażenia.  W  porównaniu  z 

nim posiadłość Dawida Koresha w Waco wyglądała jak Taj Ma-hal. 

Tu  był  tylko  skromny  budynek  mieszkalny,  parę  przyczep 

kempingowych  i  rozwalająca  się  stodoła.  Całe  miejsce  tchnęło 

atmosferą  tymczasowości,  charakterystyczną  dla  gotowych-do--

akcji-w-każdej-chwili pensjonariuszy wojskowych koszar. 

Gdzie łazienka? Tylko to mnie interesowało w tej chwili. 

Czerwona  Kurtka  z  nieodłącznym  Chiggerem  u  nogi  po-

prowadził  nas  nie  w  stronę  domu  ani  żadnej  z  przyczep,  tylko  do 

stodoły.  Szanse  na  znalezienie  czynnej  toalety  malały  z  każdą 

chwilą. 

Otworzył  masywne  drzwi  stodoły,  ukazując  wnętrze,  które 

okazało  się  czymś  w  rodzaju  centrum  dowodzenia  Prawdziwych 

Amerykanów. 

Nie było tam komputerów ani nawet telewizora. Siedziba grupy 

zwolenników  przewagi  białej  rasy  Jima  Hendersona  przypominała 

zdjęcia  kwater  nazistów  z  lat  czterdziestych,  jakie  widzieliśmy  na 

kanale Cywilizacje Świata. 

Przy  długich  stołach  siedział  tłum  jasnowłosych  mężczyzn 

(zdaje  się,  przerwaliśmy  im  kolację).  Na  tylnej  ścianie  wisiała 

olbrzymia  flaga.  Zamiast  swastyki  widniał  na  niej  symbol,  który 

wycięto  na  piersi  Nate'a  Thompkinsa,  namalowano  sprayem  na 

kładce  i  na  poprzewracanych  tablicach  nagrobnych  na  cmentarzu 

żydowskim:  zwinięty  w  pierścień  wąż,  a  pod  nim  napis:  ie  depcz 

po mnie. 

Na  tym  jednak  kończyło  się  podobieństwo  do  nazistów. 

Mężczyźni  o  jasnych  włosach,  zgromadzeni  w  obszernym  po-

mieszczeniu,  nie  byli  ani  tak  schludnie  ubrani,  ani  na  oko  inte-

ligentni jak przeciętny nazista z lat czterdziestych. Wyglądali, jakby 

przedkładali  ćwiczenia  kształtujące  ciało  nad  zajęcia  służące  jego 

czystości. Może nie mieli wyboru ze względu na brak bieżącej wody 

background image

 

97 

-  o  ile  to,  co  mówił  Chick  o  odmowie  Jima  Hendersona  płacenia 

rachunków, zgadzało się z prawdą. 

W  stodole  Hendersona  zgromadzili  się  nie  tylko  mężczyźni. 

Były  tam  również  kobiety,  a  nawet  dzieci.  No,  bo  kto  miałby 

podawać  mężczyznom  jedzenie?  Natychmiast  rozpoznałam  strój 

typowy  dla  miejscowej  sekty  religijnej,  która  poza  poskramianiem 

węży  i  praktyką  powtórnych  narodzin  w  wodzie  zakazywała 

niewiastom  obcinania  włosów  i  noszenia  spodni.  Dla  dziewczynek 

należących  do  tej  sekty  było  to  poważne  utrudnienie  na  zajęciach 

wychowania  fizycznego  w  szkole,  bo  nie  sposób  wdrapać  się  po 

linie  albo  pływać  kraulem  w  sukience.  Dlatego  większość  miała 

indywidualne nauczanie w domu. 

Gromadka  dzieci  o  ziemistej  cerze  i  zasmarkanych  nosach 

wydawała  się  równie  mało  zainteresowana  widokiem  człowieka  z 

karabinem  prowadzącym  dwoje  obcych,  jak  ja  lekcjami  gotowania 

ciotki Rose. 

- Jimmy - zwrócił się Czerwona Kurtka do siedzącego u szczytu 

stołu  płowowłosego  mężczyzny,  przed  którym  właśnie  postawiono 

talerz czegoś, co wyglądało na pysznego smażonego kurczaka. - To 

te dzieciaki, które pętały się koło południowego ogrodzenia. 

Dzieciaki!  Poczułam  się  dotknięta  w  imieniu  Roba.  Ja  jestem 

przyzwyczajona,  że  biorą  mnie  za  dziecko,  ze  względu  na  moje 

skromne  rozmiary,  ale  Rob  przewyższał  mnie  o  dobre  trzydzieści 

centymetrów. 

Jak  wkrótce  zauważyłam,  przewyższał  o  trzydzieści  centy-

metrów  przywódcę  Prawdziwych  Amerykanów,  który  zabił  jedno 

dziecko,  znęcał  się  nad  drugim,  usiłował  zamordować  policjanta  i 

spalił synagogę. 

Jim Henderson był niski. 

Naprawdę niski. Jak Napoleon albo Danny DeVito. 

I wydawał się również urażony, że przerwano mu posiłek. 

background image

 

98 

-  Czego,  do  diabła,  chcecie?  -  warknął,  okazując  te  z  nie-

zwykłych  cech  przywódczych,  dla  których  cieszył  się  głębokim 

podziwem swoich wyznawców. 

Zerknęłam na Roba. Wydawał się oniemiały. A może, na wzór 

Indian,  starał  się  milczeniem  wprawić  wroga  w  zmieszanie.  Rob 

czyta dużo książek o Indianach. 

Tak czy owak, zrozumiałam, że muszę ratować sytuację: 

-  Panie  Henderson  -  powiedziałam  -  to  prawdziwy  zaszczyt 

pana poznać. Hank i ja podziwiamy pana od dawna. 

Henderson  oblizał  usmarowane  tłuszczem  palce  i  uniósł  płowe 

brwi. 

-  Ach tak? - mruknął. 

-  Tak  -  potwierdziłam.  -  Gdy  zobaczyliśmy,  co  pan  zrobił  z 

tym  żydowskim  kościołem,  postanowiliśmy  przyjść  tutaj  i  złożyć 

nasze  gratulacje.  Hank  i  ja  myślimy,  że  byłyby  z  nas  dobre 

Prawdziwe Amerykanie, bo oboje nienawidzimy czarnych, Żydów i 

takich tam. 

Po  tych  słowach  zainteresowanie  nami  znacznie  wzrosło. 

Wszyscy  w  stodole patrzyli  na nas  w pełnym zdumienia  milczeniu. 

To  znaczy,  wszyscy  z  wyjątkiem  Chiggera,  który  znalazł  talerz 

kurzych kości i pożerał je łapczywie. Nikt nie rzucił się, żeby mu je 

odebrać,  co  dowodziło,  że  Prawdziwi  Amerykanie  są  nie  tylko 

nieprzyjemnymi  ludźmi,  ale  również  beznadziejnymi  opiekunami 

zwierząt. Wszyscy przecież wiedzą, że nie można dawać psu kości z 

drobiu. 

Henderson  przyglądał  nam  się  ze  szczególną  ciekawością.  W 

przeciwieństwie  do  Chiggera,  wydawał  się  kompletnie  obojętny 

wobec kurczaka na talerzu. 

-  Dlaczego? - zapytał. 

Na to pytanie odpowiedź miałam przygotowaną. 

-  No,  powinien  pan  nas  wziąć,  bo  ten  tu  Hank,  on  jest  na-

prawdę  zmyślny  w  rękach.  Jest  mechanikiem  i  wszystko  potrafi 

wyreperować. Więc jakby pan miał czołg czy coś, i to się zepsuje, to 

background image

 

99 

Hank się przyda jak nikt. A ja? Cóż, może nie wyglądam, ale jestem 

bardzo  szybka.  W  walce  wolałby  mnie  pan  mieć  po  właściwej 

stronie, słowo daję. 

Henderson  zrobił  znudzoną  minę.  Pochylił  się,  żeby  oderwać 

kawałek  kurczaka  od  kości  i  wsadzić  go  do  ust.  Podczas  tej 

czynności przypominał pisklaka. Tyle że miał wąsy. 

-  Nie  o  to  mnie  chodzi  -  odezwał  się.  -  Chcę  wiedzieć, 

dlaczego nienawidzicie czarnych i Żydów? 

-  No...  -  Na  to  pytanie  nie  byłam  przygotowana.  Pośpiesznie 

zastanowiłam się nad odpowiedzią. - Bo wszyscy wiedzą -zaczęłam 

-  Żydzi  wymyślili  całą  hecę  z  tym  holocaustem,  a  czarnuchy  nie 

nadają się do żadnej roboty. 

To chyba nie była dobra odpowiedź, bo Jim odwrócił ode mnie 

wzrok.  Wpatrywał  się  teraz  w  Roba.  Już  wcześniej  widziałam  ten 

rodzaj spojrzenia. W ten sposób mały facet patrzy na dużego faceta, 

zanim wpakuje mu głowę w żołądek. 

-  A  ty?  -  zwrócił  się  Henderson  do  Roba.  -  Pozwolisz,  żeby 

baba gadała za ciebie? 

Mężczyźni  przy  stołach  zarechotali.  Nawet  kobiety  stojące  za 

plecami  mężów  z  dzbanami  czegoś,  co  wyglądało  na  mrożoną 

herbatę, uznały tę kretyńską seksistowską uwagę za śmieszną. 

Wiedziałam, że teraz Rob przechodzi test. Ja go nie zdałam. To 

nie  ulegało  wątpliwości.  Choćby,  dlatego,  że  Czerwona  Kurtka 

nadal  nie  opuszczał  broni,  czekając  na  rozkaz  szefa,  żeby  rozwalić 

nam  głowy.  Chigger  na  pewno  z  lubością  zlizałby  nasze 

rozpryśnięte mózgi z podłogi stodoły. 

Rob  musiał  nas  ratować.  Musiał  przekonać  Hendersona,  że 

jesteśmy parą obiecujących zwolenników supremacji białej rasy. 

Nie  wierzyłam,  że  powiedzie  mu  się  lepiej  niż  mnie.  Ten 

pomysł  nie podobał mu się od początku. Byłam pewna, że chce się 

tylko stąd wydostać, a jeśli bez Setha, to trudno. 

Jakież  więc  było  moje  zaskoczenie,  kiedy  Rob  powiedział,  co 

następuje: 

background image

 

100 

-  Urodzić  się  białym  -  oświadczył  -  to  zaszczyt  i  przywilej. 

Nadszedł  czas,  żeby  wszyscy  biali  mężczyźni  i  kobiety  stanęli  w 

jednym  szeregu,  aby  chronić  więź,  jaką  tworzy  wspólnota  krwi  i 

wiary.  Obowiązkiem  każdego  Amerykanina  jest  bronić  naszego 

dobra  -  a  nie  dobra  Meksykanów,  Wietnamczyków,  Afgańczyków 

albo  innych  mieszkańców  krajów  Trzeciego  Świata.  Czas  odebrać 

Amerykę narkomanom i pasożytom na zasiłkach... 

Jeśli  przykuł  moją  uwagę  tą  paplaniną,  to  co  dopiero,  jeśli 

chodzi  o  uwagę  Jima  Hendersona,  nie  wspominając  już  o  reszcie 

Prawdziwych  Amerykanów.  Można  by  usłyszeć,  jak  spada  szpilka, 

w takim skupieniu go słuchali. 

-  Najwyższy czas  - ciągnął  Rob - chronić nasze granice przed 

nielegalnymi imigrantami i zakazać prawnie mieszania ras. Musimy 

skończyć z akcją afirmatywną i małżeństwami osobników tej samej 

płci.  Musimy  chronić  amerykański  przemysł  i  własność  przed 

przechodzeniem  w  ręce  Japończyków,  Arabów  i  Żydów.  Ameryka 

musi należeć do Amerykanów... 

Przy  jednym  stole  zerwały  się  oklaski.  Po  chwili  inne  stoły 

przyłączyły  się  do  owacji  na  stojąco.  Wśród  tych  wiwatów 

wpatrywałam  się  w  mojego  chłopaka  z  niedowierzaniem.  Gdzie  on 

się  tego  nauczył?  Nigdy  przedtem  nie  słyszałam,  żeby  mówił 

podobne  rzeczy.  Czyżby  Claire  miała  rację?  Czy  wszystkie  wsioki 

są takie same? 

Oklaski umilkły jak nożem uciął, kiedy Jim Henderson podniósł 

się na nogi. Wszystkie oczy skierowały się na niskiego mężczyznę, 

naprawdę  nie  wyższego  ode  mnie,  który  taksował  Roba  wzrokiem, 

gładząc  się  w  zamyśleniu  po  wąsach.  W  stodole  ponownie  zapadła 

cisza. Tylko Chigger wylizywał zapamiętale pusty już talerz. 

Wreszcie Henderson wycelował w Roba palec i rozkazał: 

-  Dać chłopakowi kurczaka! 

Znów  wybuchły  wiwaty,  gdy  jedna  z  kobiet  postawiła  przed 

Robem talerz smażonego kurczaka. Nie wierzyłam własnym oczom. 

background image

 

101 

Kurczak.  Częstowali  Roba  kurczakiem!  Prawdziwi  Amerykanie 

postanowili przygarnąć go do swego łona. 

A może wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam? Może Rob już 

przedtem do nich należał? 

Nie wierzyłam w to. Naprawdę nie. Tylko że... cóż, dziwne, że 

tak  dobrze  wiedział,  co  powiedzieć,  żeby  przekonać  tych 

pomyleńców o naszym oddaniu ich sprawie. 

Rob uśmiechał się nieśmiało, gdy mu klaskano. Nie mogłam się 

powstrzymać, więc zapytałam szeptem: 

-  Skąd wytrzasnąłeś to końskie łajno? 

-  Telewizja publiczna - odparł również szeptem. - Czy możesz 

zabrać tego kurczaka, zanim zacznę haftować? 

Złapałam  talerz  w  momencie,  gdy  Roba  pochłonął  tłum  za-

chwyconych  zwolenników  supremacji  białej  rasy,  którzy  pokle-

pywali  go  po  plecach  i  częstowali  tabaką.  Stałam  jak  idiotka  z  ta-

lerzem  stygnącego  kurczaka,  nie  mogąc  się  nadziwić  własnej 

głupocie. Jasne, że Rob nie był jednym z nich. 

Przeraziło  mnie  jednak,  jak  łatwo  mi  przyszło  uwierzyć,  że 

mógłby  być.  Jak  głęboko  tkwią  w  człowieku  przesądy!  Wsioki  i 

miastowi, czarni i biali... dorasta się, słysząc różne rzeczy, i ciężko 

przyjąć do wiadomości, że może być inaczej. 

Ciężko,  ale  to  nie  znaczy,  że  nie  można.  Choćby  taki  Rob.  W 

niczym  nie  przypominał  stereotypowego  wsioka,  pożerającego 

smażonego kurczaka, dyskutując jednocześnie nad wyższością białej 

rasy. Rob nawet nie lubił smażonego kurczaka. 

Kto wie, jak długo stałabym tam, podziwiając geniusz swojego 

chłopaka, gdyby jakiś głos nie odezwał się z boku: 

-  No, dziewucho. Daj tego kurczaka jakiemuś mężczyźnie i idź 

do kuchni po więcej. 

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  kobietę  o  ziemistej  cerze  i  w 

chustce  na  długich  jasnych  włosach  wpatrującą  się  we  mnie 

gniewnym wzrokiem. 

background image

 

102 

-  No  dalej  -  powiedziała,  popychając  mnie  w  stronę  stołów.  - 

Zanieś. 

Zaniosłam.  Postawiłam  kurczaka  przed  pierwszym  mężczyzną, 

jaki  się  nawinął  -  facetem,  który  miał  mniej  zębów  niż  tatuaży  -  a 

potem wyszłam za kobietą bocznymi drzwiami... 

W mroźną noc. 

-  Dalej  -  warknęła,  kiedy  zatrzymałam  się  raptownie,  za-

skoczona zimnem. - Musimy wziońć tłuczone ziemniaki. 

Szłam  za  nią,  myśląc:  No,  przynajmniej  będę  miała  szansę 

rozejrzeć  się  za  Sethem.  Wiedziałam,  że  jest  gdzieś  na  terenie 

obozu.  Wiedziałam,  że  nie  jest  związany  ani  zakneblowany,  tylko 

zamknięty  w  małym  pokoju  o  drewnianych  ścianach.  To  nie 

znaczyło, że przestał się bać. Czułam jego strach. 

Kobieta  w  chustce  otworzyła  drzwi  domu.  Tam  odbywało  się 

całe  gotowanie;  wskazywały  na  to  zapachy,  które  uderzyły  mnie  w 

nozdrza, gdy tylko przekroczyłam próg. Kurczak, ziemniaki, chleb... 

zestaw aromatów mogący zwalić z nóg taką głodną dziewczynę, jak 

ja. 

Kiedy weszłyśmy do kuchni - gdzie tłoczyły się inne kobiety o 

bladych  twarzach  i  długich  włosach  -  i  próbowałam  zwinąć  bułkę, 

kobieta w chustce trzepnęła mnie po ręce. 

-  Nie  jemy  -  oświadczyła  szorstko  -  dopóki  mężczyźni  nie 

skończom! 

Oho,  miałam  ochotę  powiedzieć.  To  całkiem  wygodne.  Dla 

facetów.  Co  jest  z  takimi  kobietami  jak  ta  w  chustce?  Dlaczego 

zgadzają się na podobne traktowanie? Wolałabym nie mieć żadnego 

faceta niż takiego, który pozwalałby mi jeść, gdy sam skończy. 

Nie  chciałam  skompromitować  się  w  oczach  Prawdziwych 

Amerykanów, więc odłożyłam bułkę i zapytałam: 

-  Czy jest tu gdzieś łazienka? 

Kobieta  w  chustce  wskazała  na  korytarz  z  mocno  niezado-

woloną miną. Pewnie podejrzewała, że chcę się wykręcić od roboty 

w kuchni. 

background image

 

103 

Powiem  wam  coś:  ci  Prawdziwi  Amerykanie  to  przerażający 

ludzie. Nawet w ich ubikacjach pełno jest rasistowskiej propagandy. 

Zamiast  „National  Geographic"  albo  „Time'a",  jak  w  normalnym 

domu, można sobie poczytać, siedząc na kibelku, Mein Kampf. Tym 

ludziom zupełnie  umknął  fakt, że Hitler okazał się  niebezpiecznym 

maniakiem. 

Wyszłam  z  toalety  i  rozejrzałam  się,  żeby  sprawdzić,  czy 

kobieta  w  chustce  albo  jej  towarzyszki  nie  kręcą  się  gdzieś  w  po-

bliżu. Korytarz był pusty,  więc zabrałam się do naciskania klamek. 

Uznałam,  że  gdy  trafię  na  zamknięte  drzwi,  to  właśnie  za  nimi 

znajdę Setha. 

Poszło  szybko.  Dom  nie  był  taki  duży.  Pokój,  w  którym  trzy-

mali Setha, znajdował się w samym końcu korytarza, za pokojem do 

nauki  szkolnej  (zamiast  znajomej  czerwono-biało-nie-bieskiej  flagi 

wisiała  tam  jedna  z  tych  flag  z  napisem:  ie  depcz  mnie).  Drzwi 

zamknięto na klucz, ale zamek był na tyle tandetny, że wystarczyło 

go właściwie przekręcić, żeby puścił. Otworzyłam drzwi i zajrzałam 

do środka. 

Seth  Blumenthal  z  twarzą  mokrą  od  łez  usiadł  na  łóżku, 

mrugając w mroku oczami. 

Kim jesteś? - zapytał niepewnie. - Czego chcesz? Słowa 

padły, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Film widziałam jakieś 

siedemnaście razy. 

-  Jestem Luke Skywalker - oznajmiłam. - Przybywam, aby cię 

uratować. 

 

 

 

13 

background image

 

104 

 

nieskażonym umyśle. 

-  Kim  jesteś,  naprawdę?  -  rzekł.  -  Nie  wyglądasz  jak  jedna  z 

nich. 

Zamknęłam  drzwi  za  sobą,  na  wypadek  gdyby  szukała  mnie 

kobieta  w  chustce.  W  pokoju  nie  było  światła,  poza  światłem 

księżyca  przenikającym  przez  szpary  między  deskami,  którymi 

zabito okna. 

-  Mam  na  imię  Jess  -  przedstawiłam  się.  -  Chcemy  cię  stąd 

wyciągnąć. - Ale nie przez te okna, uświadomiłam sobie. - Czy jesteś 

ranny? Możesz biegać? 

-  Nic mi nie jest - odparł Seth. - Tylko ręka. Wyciągnął prawą 

rękę. Nietrudno było zauważyć, nawet 

w  świetle  księżyca,  co  się  z  nią  stało.  Między  kciukiem  a  palcem 

wskazującym  wypalono  jakiś  znak.  Rana  była  czerwona  i  pokryta 

bąblami. Miała kształt zwiniętego węża. 

Taki sam, jaki wycięto na nagiej piersi Nate'a Thompkinsa. 

Wiedziałam już, w jaki sposób wydobyli od chłopca informację, 

gdzie jest Tora. 

Miałam ochotę ich za to pozabijać. 

-  Sześć  tygodni  hydroterapii  i  to  zniknie  -  powiedziałam  do 

Setha.  -  Nawet  blizna  nie  zostanie.  -  Miałam  kiedyś  oparzenie 

trzeciego  stopnia,  mniej  więcej  tej  samej  wielkości,  którego 

dorobiłam się, podstawiając nogę pod rurę wydechową motocykla. - 

Rozumiesz? 

Pokiwał głową. Już nie płakał. 

-  Ten policjant - spytał - do którego strzelali w przyczepie. Czy 

z nim porządku? 

eth  nie  dał  się  nabrać  na  Luke'a  Skywalkera.  Oto  dziecko  o 
nieskażonym umysle,. 

background image

 

105 

-  Wszystko dobrze - skłamałam. - Posłuchaj, muszę  wrócić do 

kuchni, zanim zauważą, że mnie nie ma. Ale przyrzekam, że przyjdę 

po ciebie, gdy tylko zacznie się strzelanina. 

-  Strzelanina? - zaniepokoił się. - Kto będzie strzelać? 
-  Moi  przyjaciele  -  powiedziałam.  -  Otoczyli  obóz.  -  Taką 

miałam  nadzieję.  -  Więc  siedź  tutaj,  a  ja  wrócę,  ani  się  obejrzysz. 

Jasne? 

-  Jasne  -  zapewnił.  Kiedy  ruszyłam  do  drzwi,  zawołał:  -Hej, 

Jess? 

Odwróciłam się. 

-  Tak? 
-  Jaki jest dzisiaj dzień? 

Powiedziałam mu. Skinął głową w zamyśleniu. 

-  Dzisiaj  są  moje  urodziny  -  rzekł  cicho.  -  Skończyłem 

trzynaście lat. 

-  Wszystkiego najlepszego. - A co miałam powiedzieć? 

Oddalałam się właśnie energicznym krokiem od na nowo 

zamkniętych drzwi, kiedy pojawiła się kobieta w chustce. 

-  Gdzie  się  włóczysz?  -  burknęła.  Żonom  Prawdziwych 

Amerykanów uprzejmość jest obca. 

-  Och - odparłam, chichocząc jak kretynka. - Zgubiłam się. 

Posłała  mi  tylko  gniewne  spojrzenie  i  wcisnęła  w  ręce  misę 

jakiejś  białej  kleistej  substancji.  Uświadomiłam  sobie  po  chwili,  że 

to gniecione ziemniaki. Ale że Prawdziwi Amerykanie nie dodali do 

nich czosnku, miały bliżej nieokreślony zapach. 

-  Zanieś to mężczyznom - rozkazała kobieta w chustce. 
-  Dobra - powiedziałam i ruszyłam do drzwi. Pozostawało, 
oczywiście, pytanie, czy Chick i jego kumple 

pojawią  się  na  czas,  żebyśmy  zdołali  uratować  Setha.  A  co  z  dok-

torem  Krantzem?  Federalni  odznaczali  się  skłonnością  do  uda-

remniania  takich  posunięć,  jak  na  przykład  atak  przez  zaskoczenie. 

background image

 

106 

Czy  Chick  poradzi  sobie  mimo  głupich  pomysłów,  jakie  Krantzowi 

na pewno chodzą po głowie? 

Miałam  taką  nadzieję.  Nie  ze  względu  na  siebie.  Nie  dbałam  o 

to, co się ze mną stanie. Martwiłam się o Setha. Musieliśmy go stąd 

wyciągnąć. 

I zabić tylu Prawdziwych Amerykanów, ile się da. 

Normalnie  nie  mam  morderczych  skłonności,  ale  kiedy 

zobaczyłam  to  oparzenie  na  dłoni  Setha,  ogarnęło  mnie  zupełnie 

nowe  uczucie.  Znam  uczucie  wściekłości.  Wściekam  się  łatwo  i 

często. Ale nie pamiętam, żebym się kiedyś czuła tak jak wtedy, gdy 

spojrzałam na tę rankę. 

Miałam  ochotę  zabić.  Naprawdę  zabić.  Nie  złamać  komuś  nos 

albo  kopnąć  w  krocze.  Chciałam,  żeby  ktoś  zapłacił  za  na-

piętnowanie tego chłopca własnym życiem. 

I  wiedziałam,  kto to powinien być. Kiedy  wróciłam do stodoły, 

emocje  po  przemowie  Roba  już  opadły  i  wszyscy  znowu  zajęli  się 

przeżuwaniem.  Jako  dziewczyna  z  ziemniakami  cieszyłam  się 

dużym  wzięciem.  Mężczyźni  podnosili  talerze,  gdy  przechodziłam, 

czekając,  aż  pacnę  im  na  nie  bryłkę  mazi.  Wychodziłam  naprzeciw 

ich  zapotrzebowaniu,  no  bo  co  innego  miałam  zrobić?  Umilałam 

sobie czas, udając, że jestem  strażnikiem  więziennym, a ci  wszyscy 

ludzie obłąkanymi seryjnymi zabójcami, których muszę karmić. 

W  głowie  wciąż  kołatała  mi  się  mantra:  Pośpiesz  się,  Chick. 

Pośpiesz się, Chick. Pośpiesz się, Chick. Pośpiesz się, Chick. 

Kiedy  dotarłam  do  Roba,  stwierdziłam,  że  jest  na  najlepszej 

drodze,  aby  zostać  bliskim  przyjacielem  Jima  Hendersona.  Cóż, 

dlaczego  nie?  Rob  byłby  prawdziwym  skarbem  dla  każdej  grupy 

głoszącej  przemoc.  Przystojnym  zręczny,  okazał  się  także  -  nie 

znałam  go  wcześniej  od  tej  strony  pełnym  pasji,  natchnionym 

mówcą.  Miałam  wrażenie,  że  gdyby  starczyło  czasu,  Rob  zostałby 

prawą ręką Hendersona. 

background image

 

107 

Tym  gorzej  dla  Prawdziwych  Amerykanów,  że  to  tylko 

przedstawienie. 

Dobre  przedstawienie.  Claire  Lippman  byłaby  zdumiona 

aktorskim  talentem  Roba.  Kiedy  pochyliłam  się,  żeby  pacnąć 

ziemniaki  na  jego  talerz,  nawet  mnie  nie  zauważył,  tak  pochłonęło 

go  to,  o  czym  akurat  mówił...  coś  na  temat  kryminalistów  w 

Waszyngtonie, którzy nas sprzedają w ramach czegoś, co się nazywa 

GATT. 

No, no. Rob najwyraźniej oglądał CNN dużo częściej ode mnie. 

Po  nałożeniu  kupki  ziemniaków  na  talerz  Jima  Hendersona  - 

tylko  przez  chwilę  pozwoliłam  sobie  na  fantazje  o  tym,  jak 

przypadkiem upuszczam mu ziemniaki na kolana - przemieściłam się 

wzdłuż stołu, starając się nie zwracać uwagi  na niepokojące rzeczy. 

W  stodole  było  ich  mnóstwo,  na  przykład  ręce  mężczyzn.  Każdy 

miał  taki  sam  tatuaż  na  prawej  dłoni,  między  kciukiem  a  palcem 

wskazującym.  Był  to  zwinięty  wąż,  jak  na  flagach  z  napisem  ie 

depcz mnie. Taki sam, jak na piersi Nate'a i na dłoni Setha. 

Kiedy  miska  była  prawie  pusta,  poczułam  zimne,  wilgotne 

dotknięcie  na  dłoni.  Spojrzałam  w  dół  i  zobaczyłam  Chiggera 

wznoszącego  ku  mnie  błagalnie  wielkie  brązowe  ślepia.  Groźny 

warkot  i  zjeżona  sierść  odeszły  w  przeszłość.  Miałam  jedzenie,  a 

Chigger pragnął jedzenia. Jeśli więc dam psu jedzenie, zostanę jego 

przyjaciółką. 

Pozwoliłam Chiggerowi wylizać resztki kartofli. 

Postanowiłam,  że  wrócę  do  kuchni  i  napełnię  miskę  bez 

płukania.  Kierowałam  się  już  w  stronę  drzwi  stodoły,  kiedy  zo-

baczyłam  coś,  co  mi  się  nie  spodobało...  zdecydowanie  nie 

spodobało.  Była  to  mianowicie  kobieta  w  chustce,  która  pochylała 

się  nad  Jimem  Hendersonem  i  szeptała  mu  coś  do  ucha. 

Zauważyłam,  że  Jim  rozgląda  się  po  sali,  aż  jego  wzrok  trafił  na 

mnie.  Nie  spuścił  ze  mnie  przenikliwych  niebieskich  oczu,  dopóki 

background image

 

108 

kobieta  w  chustce  nie  skończyła  swoich  wynurzeń  i  nie 

wyprostowała się. 

Cóż, to mogło być cokolwiek. Mogło chodzić o tę bulkę. Mogła 

widzieć, jak pozwalam Chiggerowi lizać miskę. 

Ale nie jestem głupia. Wiedziałam, o co chodzi. Wiedziałam od 

chwili, w której napotkałam spojrzenie Jima Hendersona. 

Kobieta  w  chustce  powiedziała  mu,  że  przyłapała  mnie,  jak 

kręciłam się po korytarzu w pobliżu miejsca, gdzie więzili Setha. 

Byliśmy martwi. 

To  nie  nastąpiło  od  razu.  Henderson  powiedział  coś  szeptem  i 

kobieta  wyskoczyła  ze  stodoły  jak  wodny  pająk.  Przez  chwilę 

miałam  nadzieję,  że  wszystko  jest  w  porządku.  No  wiecie,  że  się 

pomyliłam.  Rob  nawijał  o  wynaturzeniach  i  o  tym,  że  Amerykanie 

nigdy nie będą wielkim narodem, jeśli chrześcijanie nie staną ramię 

w ramię, a Henderson wydawał się słuchać go z uwagą. 

Potem zobaczyłam coś, co sprawiło, że serce mi zamarło. 

Czerwona  Kurtka  z  karabinem  wycelowanym  w  kark  Setha 

Blumenthala  szedł  przez  stodołę  prosto  do  miejsca,  gdzie  siedzieli 

Jim Henderson i Rob. 

Rozmowy ucichły i znowu zapadła niesamowita cisza. Jedynym 

dźwiękiem, jaki do  mnie docierał, był  szloch Setha,  który rozglądał 

się  gorączkowo  po  stodole.  Wiedziałam,  że  szuka  mnie.  Na 

szczęście, stałam daleko, w cieniu, i nie mógł mnie zobaczyć. 

Gdybym wiedziała, co i tak wydarzy się za chwilę, nie dbałabym 

o  to.  Na  razie  jednak  czułam  ulgę,  że  Seth  mnie  nie  zauważył. 

Zanurzyłam  palce  w  miękkiej  sierści  Chiggera  i  zmusiłam  serce, 

żeby  znowu  biło.  Pośpieszcie.  Chick!  Pośpiesz  się, Chick!  Pośpiesz 

się, Chick! 

-  Amerykanie - zwrócił się Jim Henderson do zgromadzonych. 

Zorientowałam  się  od  razu,  że  jako  mówca  nie  ustępował  Robowi. 

Wszyscy  wpatrywali  się  w  niego  z  wyrazem  najwyższej  adoracji, 

background image

 

109 

który  pamiętałam  z  pewnego  filmu.  Henderson  był  dla  tych  ludzi 

mesjaszem. 

-  Zyskaliśmy  dzisiaj  wspaniałych  nowych  przyjaciół  -  ciągnął 

Henderson, klepiąc Roba po ramieniu. Udało  mu się to tylko dzięki 

temu, że Rob siedział, a on stał. -I jestem z tego powodu szczęśliwy. 

Cieszę się, że Hank i Ginger trafili do naszej gromadki. 

Ginger?  Kto  to,  do  diabła,  jest  Ginger?  Dopiero,  kiedy  wiele 

głów  zwróciło  się  w  moją  stronę,  zdałam  sobie  sprawę,  że  Rob 

przedstawił mnie jako Ginger. 

Takie już ma oryginalne pomysły. 

-  Niezależnie jednak od ich deklaracji oddania naszej sprawie - 

mówił  Henderson  -  jest  tylko  jeden  sposób,  żeby  się  przekonać  o 

lojalności prawdziwego Amerykanina, prawda? 

Rozległ się aprobujący szmer. Nie podobało mi się to wszystko. 

Bardzo mi się nie podobało. 

-  Hank  -  powiedział  Henderson,  zwracając  się  do  Roba.  -

Widzisz  przed  sobą  chłopca.  Wygląda  dość  niewinnie,  wiem.  Ale 

niewinny  wygląd,  jak  wszyscy  zdajemy  sobie  sprawę,  może  być 

mylący.  Diabeł  często  próbuje  nas  zwieść  pozorną  niewinnością 

jakiegoś  człowieka,  podczas  gdy  tenże  człowiek  nosi  w  sobie 

brzemię grzechu. Ten chłopiec jest przesiąknięty grzechem. To Żyd. 

Wbiłam palce w futro Chiggera tak mocno, że mniejszy pies by 

zawył.  Chigger  jednak  tylko  zamachał  ogonem,  mając  nadzieję  na 

kolejny  skok  na  miskę,  którą  trzymałam  w  ręku.  Chyba  nikt  nie 

zawracał sobie głowy karmieniem Chiggera. Jak inaczej wyjaśnić, że 

tak łatwo przekabaciłam go na swoją stronę? 

-  Hank  -  odezwał  się  ponownie  Henderson.  -  Ponieważ 

zdążyłeś już wywrzeć na mnie głębokie wrażenie swoją szczerością i 

oddaniem  sprawie,  zamierzam  udzielić  ci  przywileju,  jakiego  tym 

samym  odmawiam  sobie  i  moim  ludziom.  Zamierzam  pozwolić  ci 

zabić Żyda. 

Z tymi słowy podał Robowi nóż, który wyjął zza cholewy buta. 

background image

 

110 

Przez  głowę  przemknęły  mi  tysiące  myśli.  Pomyślałam,  że 

bardzo  kocham  mamę,  mimo  że  czasami  bywa  męcząca  z  tymi 

swoimi  pomysłami,  jak  powinnam  się  ubierać  i  z  kim  się  spotykać. 

Pomyślałam,  jaka  będę  wściekła,  jeśli  nie  zobaczę,  czy  Douglas 

zrobił  coś  w  związku  ze  swoją  sympatią  do  Tashy  Thompkins. 

Pomyślałam  o  mistrzostwach  stanowych  dla  orkiestr  i  o  tym,  że  po 

raz  pierwszy  od  lat  nie  przyniosę  do  domu  niebieskiej  wstążki 

wyciętej w kształcie stanu Indiana. 

Dziwne,  o  jakich  rzeczach  myśli  się  tuż  przed  śmiercią.  Nie 

wiem  nawet,  skąd  to  przekonanie,  że  umrę.  Po  prostu  wiedziałam, 

tak jak nie  miałam  wątpliwości, że  w  końcu cały  śnieg  na  zewnątrz 

stopnieje i znowu będzie wiosna. Rob i ja mieliśmy umrzeć i jedyna 

rzecz,  jaką  jeszcze  powinniśmy  zrobić,  to  sprawić,  aby  Setha  nie 

zabito razem z nami. 

-  No  -  mówił  Henderson  do  mojego  chłopaka  -  weź  nóż.  Tak 

będzie w porządku. To tylko Żyd. 

Muszę  przyznać,  że  Seth  Blumenthal  zachowywał  się  dzielnie. 

Płakał,  ale  cicho,  trzymając  wysoko  głowę.  Pewnie  po  tym,  co 

przeszedł,  śmierć  nie  wydawała  mu  się  taka  straszna.  Nie  umiem 

inaczej  tego  wyjaśnić.  Czułam  się  podobnie.  Nie  bałam  się, 

poważnie. Nie chciałam, żeby bolało, ale nie bałam się śmierci. 

Pragnęłam tylko zabrać ze sobą tylu Prawdziwych Amerykanów, 

ile się da. 

Rob wziął nóż. 

 

-  Dzielny chłopak - powiedział Henderson, uśmiechając się pod 

wąsem. - A teraz zrób to. Pokaż, że jesteś prawdziwym wyznawcą. 

Rob  zrobił  jedyną  sensowną  rzecz  w  tej  sytuacji.  Na  jego 

miejscu zrobiłabym to samo. 

Zarzucił  Jimowi  Hendersonowi  rękę  na  szyję,  przytknął  nóż  do 

tętnicy i powiedział: 

-  Jeden ruch i będzie po nim. 

 

background image

 

111 

 

 

 

 

 

 

 

14 

zy  zdarzyło  wam  się  być  na  meczu  piłkarskim,  kiedy  jedna 

drużyna  jest  niekwestionowanym  faworytem  i  jej  kibicom 

nawet do głowy nie przyjdzie, że może przegrać, a potem, na skutek 

jakiegoś fatalnego błędu, wygrywa słabszy? 

Twarze Prawdziwych Amerykanów miały taki wyraz, jak twarze 

kibiców  silniejszej  drużyny  w  sekundę  potem,  jak  ich  drużyna 

sknociła coś tak koszmarnie, że przeciwnik wyszedł na prowadzenie. 

Byli zaszokowani. Po prostu zaszokowani. - Dzięki - zwróciłam się 

do Czerwonej Kurtki, uwalniając go od karabinu. - Wezmę to. 

Nigdy  przedtem  nie  trzymałam  karabinu,  ale  miałam  niezłe 

pojęcie,  jak  to  działa.  Celowało  się  po  prostu  do  tego,  w  co  się 

chciało trafić, i naciskało cyngiel. Żadna filozofia. 

Oczywiście,  jak  się  tak  bliżej  zastanowić,  nie  mieliśmy  naj-

mniejszego powodu, żeby czuć się pewnie. W porządku, zgadza się, 

Rob  trzymał  facetowi  nóż  na  gardle,  a  ja  miałam  karabin.  I  co  z 

tego? Nadal było jakieś pięćdziesiąt do dwóch. No, może trzech, jeśli 

liczyć Setha. Czterech, jeśli  wziąć pod uwagę Chiggera,  który  mnie 

nie  odstępował,  mając  nadzieję  na  ziemniaki,  mimo  że  odstawiłam 

miskę. 

Ale przez chwilę mieliśmy przewagę i należało to maksymalnie 

wykorzystać. 

-  W porządku - powiedział Rob. 

C

background image

 

112 

Z twarzy Jima Hendersona odpłynęła chyba cała krew. Nie dla-

tego, że Rob go zranił czy coś. Dlatego, że przywódca Prawdziwych 

Amerykanów był straszliwie, ale to straszliwie przerażony. 

-  W porządku - powtórzył Rob. - Wszyscy będą stać spokojnie i 

nikomu  nic  się  nie  stanie.  -  Mnie  przekonał.  Wydawał  się 

wiarygodny  w  roli  wymachującego  nożem,  biorącego  zakładników 

zbira.  -  Ja,  dziewczyna,  chłopak  i  ten  tu  Jimbo  pójdziemy  sobie  na 

mały  spacerek. Jeśli chcecie,  aby  wasz nieustraszony  wódz  wyszedł 

z tego żywy, to nie będziecie próbowali nas zatrzymać. Jasne? 

Kiedy nikt nie zgłosił sprzeciwu, powiedział: 

-  Jess. Seth. Idziemy. 

I  ruszyło  coś,  co  musiało  wyglądać  na  dziwaczną  paradę.  Ja  na 

przedzie, z karabinem w ręku i psem u boku, półprzytomny Seth za 

mną,  a  na  końcu  Rob,  który  jedną  ręką  opasywał  Hendersona.  Pan 

Henderson  wcale  nie  odgrywał  roli  milczącego  męczennika.  O,  nie. 

Widzicie,  ludzie,  którzy  nie  mają  najmniejszych  oporów  przed 

wyrządzaniem  bliźnim  najokropniejszych  krzywd,  zawsze  reagują 

jak dzieci, kiedy sami czują się zagrożeni. 

Jim Henderson płakał. Serio: 

-  Myślicie, że wam się uda - zawodził piskliwym głosem. -Ale 

ja  wam  coś  powiem.  Ludzie  powstaną.  Powstaną  i  pójdą  słuszną 

drogą.  A  zdrajcy  jak  ty,  chłopcze,  zdrajcy  własnej  rasy,  będą  się 

przez wieczność smażyć w ogniu piekielnym... 

-  Czy mógłby się pan zamknąć - przerwał mu Rob. 

Jim  Henderson  spełnił  polecenie.  Może,  dlatego,  że  się  mylił. 

Ludzie  nie  zamierzali  powstawać.  Nie  wszyscy  naraz,  w  każdym 

razie.  Byli  tak  porażeni  tym,  co  przytrafiło  się  ich  wodzowi,  że 

nawet  nie  ruszyli  palcem,  aby  mu  pomóc.  A  może  rzeczywiście 

uwierzyli,  że  jeśli  spróbują  nas  zatrzymać,  to  Rob  poderżnie  gardło 

ich ukochanemu przywódcy. 

Tak czy owak, nie powstali. 

Wstała tylko jedna osoba. 

background image

 

113 

Kobieta w chustce, ściśle mówiąc. 

Powinnam była to przewidzieć. To było przecież oczywiste. 

A  ja  byłam  zbyt  pewna  siebie.  Myślałam,  że  ci  ludzie  są  głupi, 

bo  mają  takie  kretyńskie  poglądy.  To  był  mój  pierwszy  błąd.  Bo 

najokropniejszą  rzeczą,  jeśli  chodzi  o  Prawdziwych  Amerykanów, 

nie  było  to,  że  brakowało  im  rozumu.  Byli  tylko  bardzo,  ale  to 

bardzo źli. 

Pojęłam  to  w  momencie,  kiedy  usłyszałam  za  plecami  brzęk 

tłuczonego szkła. 

Drugi  błąd  uświadomiłam  sobie  w  chwili,  gdy  się  odwróciłam. 

A polegał na tym, że nie osłaniałam Roba z tyłu. 

Kiedy  się  odwróciłam,  moim  oczom  ukazała  się  kobieta  w 

chustce  z  dwoma  kawałkami  pękniętej  miski  po  ziemniakach  w 

rękach.  Pozostałe  odłamki  zaścielały  podłogę...  na  której  leżał  Rob. 

Wiedźma podkradła się do niego od tyłu i rozbiła mu czaszkę. 

Nie wahałam się ani chwili. Podniosłam karabin i strzeliłam, bez 

zastanowienia.  Byłam  wściekła...  wściekła  i  przerażona.  Z  rany  na 

głowie Roba wypływało mnóstwo krwi. Z każdą sekundą więcej. 

Ale nigdy przedtem nie strzelałam. Nie wiedziałam, że broń tak 

kopie.  W  dodatku  nie  należę  do  wyjątkowo  wysokich  czy  tęgich 

osób. Nacisnęłam  spust,  karabin eksplodował, a ja znalazłam  się  na 

podłodze,  z  Chiggerem  liżącym  mnie  po  twarzy  i  milionem 

rewolwerów wycelowanych w moją głowę. 

Prawdziwi  Amerykanie  mogli  cierpieć  różne  niedostatki,  ale 

broni z pewnością im nie brakowało. 

Najgorsze  w  tym  wszystkim  było  to,  że  nawet  nie  trafiłam 

kobiety w chustce. Chybiłam o milę. 

Zdołałam  natomiast  poważnie  uszkodzić  flagę  z  napisem  ie 

depcz mnie. 

-  Jeśli  zabiłaś  mojego  chłopaka  -  warknęłam  do  kobiety, 

podczas gdy mnóstwo rąk zaczęło mnie ciągnąć, stawiając na nogi - 

background image

 

114 

to będziesz przeklinać dzień, w którym się urodziłaś. Słyszysz mnie, 

ty bezmózga kretynko? 

Wiem,  że  to  było  dziecinne  zniżyć  się  do  wyzwisk.  Nie  jestem 

jednak  pewna,  czy  byłam  przy  zdrowych  zmysłach.  Rob  leżał 

nieprzytomny  w  kałuży  krwi,  a  oni  nie  chcieli  mnie  do  niego 

dopuścić.  Próbowałam  się  wyrwać.  Naprawdę  próbowałam.  Ale  nie 

dałam rady. 

Potem  mnie zamknęli.  Zgadza się,  w  tym  małym pokoju, gdzie 

przedtem  trzymali  Setha.  Wrzucili  mnie  tam.  Mnie  i  Setha.  W 

ciemność i zimno. Bez szans, żeby się dowiedzieć, czy mój chłopak 

żyje. 

Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim przestałam kopać w drzwi i 

wrzeszczeć.  Wiem  tylko,  że  bolały  mnie  dłonie.  Drzwi  okazały  się 

zadziwiająco  wytrzymałe.  Seth  patrzył  na  mnie,  jakbym  uciekła  z 

wariatkowa. Poważnie. Dzieciak był przerażony. 

Przestraszył się jeszcze bardziej, kiedy powiedziałam: 

-  Nie martw się. Wyciągnę cię stąd. 

Trudno  mieć  do  niego  pretensje.  Na  pewno  nie  otaczała  mnie 

wtedy aura dorosłości. 

Przeszłam przez pokój i opadłam na łóżko obok niego. Poczułam 

się nagle straszliwie zmęczona. To był bardzo długi dzień. 

Siedzieliśmy  z  Sethem  w  ciemności,  słuchając  odległego 

stukania garnkami dobiegającego z kuchni. Bez względu na to, jakie 

piekło  rozpętało  się  w  stodole,  obiad  należało  podać.  Ci  wszyscy 

mężczyźni  musieli  trzymać  formę,  żeby  pilnować  bezpieczeństwa 

kraju dla białego człowieka, prawda? 

W końcu, po upływie chyba miliona lat, Seth się odezwał: 

-  Przykro  mi  z  powodu  twojego  przyjaciela  -  powiedział 

nieśmiało. 

Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam myśleć o Robie. Jeśli nie 

żył,  to...  zajęłabym  się  tym  we  właściwym  czasie,  na  przykład, 

rzucając się głową w dół do sadzawki w Kamieniołomach Pike'a. 

background image

 

115 

A jeśli żył i znęcano się nad nim, tak jak nad Sethem... 

Cóż,  bez  względu  na  to,  czy  Rob  był  żywy,  czy  martwy,  za-

mierzałam  wytropienie  wszystkich  Prawdziwych  Amerykanów 

uczynić swoją misją życiową. Zamierzałam dopilnować, by zapłacili 

za swoje czyny. 

Najchętniej za pomocą miotacza ognia. 

-  W  jaki  sposób  mnie  znalazłaś  -  Seth  podrapał  się  po  głowie. 

Był  ładnym  chłopcem,  wysokim  jak  na  swój  wiek,  o  ciemnych 

oczach i włosach. 

Spojrzałam na swoje buty, chociaż właściwie ich nie widziałam, 

podobnie  jak  niczego  dookoła.  Widziałam  tylko  Roba  leżącego  na 

ziemi z rozbitą głową. 

-  Mam to coś - odpowiedziałam zmęczonym głosem. 
-  Coś? - zapytał. 

-  Coś takiego z psychiką -  wyjaśniłam. A właśnie. Gdyby Rob 

nie  żył,  czy  wiedziałabym  o  tym?  To  znaczy,  czy  czułabym  to? 

Byłam pewna, że tak. 

Ale tak nie było. Nic nie czułam. Poza okropnym zmęczeniem. 

-  A,  już  wiem?  -  rzekł  Seth.  -  To  ty  jesteś  tą  Dziewczyną  od 

Pioruna.  Miałem  wrażenie,  że  już  cię  gdzieś  widziałem.  Byłaś  w 

wiadomościach. 

-  To ja - potwierdziłam. - Dziewczyna od Pioruna. 
-  To wspaniałe - powiedział Seth z podziwem. 
-  Wcale nie takie wspaniałe. 
-  Ależ tak - odparł. - Naprawdę. Tak jakbyś była dobrą wróżką 

albo kimś takim. 

-  Popatrz tylko, co mi z tego przyszło - mruknęłam. - Zamknęli 

nas  w  ciemnym  pokoju,  mój  chłopak  wykrwawia  się  gdzieś  na 

śmierć, inny chłopak nie żyje, a i jeden policjant pewnie też... 

Jego  twarz  skurczyła  się  nagle  i  dopiero  wtedy  zdałam  sobie 

sprawę,  co  powiedziałam.  Pozwoliłam,  aby  osobiste  żale  wzięły 

górę, i chlapnęłam niepotrzebnie językiem. Zagryzłam wargi. 

background image

 

116 

-  Mówiłaś,  że  nic  mu  nie  jest  -  powiedział  Seth  z  oczyma 

pełnymi łez. - Mówiłaś, że nic mu się nie stało. 

-  Czuje  się  dobrze  -  zapewniłam,  obejmując  go  ramieniem.  - 

Naprawdę. Przepraszam. Po prostu zapomniałam o tym. 

-  Nie  czuje  się  dobrze  -  szlochał  Seth.  -  Nie  żyje,  prawda?  Z 

mojego powodu! Wszystko przeze mnie! 

Zdumiewające,  że  po  tym,  co  przeszedł,  jedyną  rzeczą,  która 

wytrąciła  go  z  równowagi,  była  myśl,  że  policjant,  który  próbował 

go uratować, dostał za to kulę. Seth Blumenthal, chłopiec, który miał 

obchodzić bar micwę, był naprawdę niezwykły. 

-  Nie  z  twojego  powodu  -  odparłam.  -  Z  powodu  tych  drani, 

Prawdziwych Amerykanów. A poza tym on nie zginął, jasne? Został 

ciężko ranny, ale żyje. Przysięgam. 

Widać  było,  że  Seth  mi  nie  wierzy.  Dlaczego  miałby  wierzyć? 

Nie należałam do najbardziej wiarygodnych osób, które spotkał. 

Powiedziałam  mu,  że  zjawiłam  się,  żeby  go  uratować,  i  zamiast  to 

zrobić, sama zostałam więźniem. Prawdę mówiąc, zaczynałam się z 

nim zgadzać: jako wybawicielka okazałam się beznadziejna. 

Takie  nieprzyjemne  myśli  chodziły  mi  po  głowie,  kiedy  drzwi 

pokoju otworzyły się nagle. Zatrzepotałam powiekami, bo światło na 

korytarzu  wydawało  mi  się  nienaturalnie  jasne;  moje  oczy 

przyzwyczaiły  się  już  do  mroku  panującego  w  celi.  Jakaś  postać  w 

drzwiach zasłoniła światło. 

-  Proszę,  proszę.  -  Rozpoznałam  głos  Jima  Hendersona.  -Czy 

nie jest wam tu obojgu przytulnie? Obrazek jak z pocztówki. 

Zdjęłam  rękę  z  ramion  Setha  i  wstałam.  Zauważyłam,  że 

Henderson  lekko  się  zmieszał,  a  to  dlatego,  że  przewyższał  mnie 

wzrostem tylko o parę centymetrów. 

-  Gdzie jest Rob? - zapytałam. 

-  Rob?  Kto  to  jest  Rob?  -  Potem  go  olśniło.  -  Och,  masz  na 

myśli Hanka. Twojego złotoustego przyjaciela. Przykro mi. Nie żyje. 

background image

 

117 

Mój  nos  był  praktycznie  na  tym  samym  poziomie  co  jego. 

Przywołałam całą siłę woli, żeby nie grzmotnąć drania głową. 

-  Nie wierzę - stwierdziłam. 

-  Cóż, lepiej, żebyś uwierzyła, skarbie - powiedział. Jego oczy, 

niebieskie  zresztą,  nie  były  w  stanie  na  niczym  się  skupić.  Wodził 

wzrokiem  po  całym  pomieszczeniu.  Patrzył  to  na  zabite  deskami 

okna,  to  na  Setha,  to  znów  na  sufit,  ale  rzadko,  bardzo  rzadko  tam, 

gdzie powinien: na mnie. 

Rozumiecie? Szalone oczy. 

Wiedziałam  z  doświadczenia,  że  nie  sposób  przewidzieć,  co 

osoba  o  szalonych  oczach  za  chwilę  zrobi.  Na  ogół  była  to  akurat 

ostatnia rzecz, której się spodziewałam. 

Spróbowałabym  szczęścia  i  założyła  nelsona  na  szyję  Jima 

Hendersona,  gdyby  nie  Czerwona  Kurtka,  który  stał  za  nim  na 

korytarzu  z  wycelowanym  we  mnie  karabinem.  To  mnie  trochę 

zniechęciło,  oględnie  mówiąc.  Miałam  nieprzyjemne  wrażenie,  że 

strzela dużo lepiej ode mnie. 

-  Wiesz  -  powiedział  Henderson  -  nie  tylko  mniejszości,  takie 

jak Żydzi i czarni, doprowadzają ten kraj do ruiny. Także ludzie tacy 

jak ty  i twój chłopak. Zdrajcy  własnej rasy.  Ludzie, którzy  wstydzą 

się bieli własnej skóry, zamiast czuć dumę -dumę! - z przynależności 

do rasy wybranej przez Boga. 

-  Jeśli wstydzę się przynależności do białej rasy - oświadczyłam 

-  to  tylko  wtedy,  kiedy  mam  do  czynienia  z  takimi  porąbanymi 

pomyleńcami jak pan. 

-  Widzisz?  -  Henderson  zwrócił  się  do  kobiety  w  chustce 

stojącej  za  Czerwoną  Kurtką.  -  Widzisz,  co  się  dzieje,  kiedy  nasze 

dzieci  wpadają  w  łapy  liberalnych  mediów?  Dlatego  nie  pozwalam 

synom  i  córkom  Prawdziwych  Amerykanów  oglądać  telewizji. 

Żadnych  filmów  ani  radia,  ani  hałasu,  który  ludzie  tacy  jak  ty 

nazywają  muzyką.  Żadnych  gazet  ani  magazynów.  Niczego,  co 

mogłoby zamulić umysł i utrudnić osąd. 

background image

 

118 

Nie  do  wiary,  że  robił  mi  wykład.  Co  to  było,  szkoła?  Słowo 

daję,  że  wolałabym  już,  żeby  mnie  torturowano,  niż  słuchać  dłużej 

bzdur tego palanta. 

Na nieszczęście, miał jeszcze dużo do powiedzenia. 

-  Kto cię przysłał? - zapytał Henderson. - Powiedz mi, dla kogo 

pracujesz. CIA? FBI? Dla kogo? 

Wybuchnęłam  śmiechem,  chociaż,  oczywiście,  sytuacja  była 

mało zabawna. 

-  Nie pracuję dla nikogo - stwierdziłam. - Przyszłam po Setha. 

Henderson potrząsnął głową. 

-  Taka młoda - powiedział - i już pełna kłamstwa. Ameryka nie 

należy  do  takich  jak  wy  -  ciągnął.  -  Ameryka  jest  dla  pionierów 

takich jak my, dla ludzi pragnących uprawiać ziemię, którzy nie boją 

się ubrudzić rąk. 

-  Pan  z  pewnością  tego  dowiódł  -  zauważyłam.  -  Zabijając 

Nate'a Thompkinsa. Nie można się bardziej zbrukać. 

Henderson  uśmiechnął  się,  ale  w  związku  z  tymi  rozbieganymi 

oczkami uśmiech wypadł fałszywie. 

-  Chodzi  ci  o  tego  czarnego  chłopaka?  Owszem,  trzeba  było 

zostawić ostrzeżenie, na wypadek gdyby jego pobratymcom przyszło 

do  głowy  przeprowadzać  się  w  te  okolice.  Widzisz,  chcemy 

przekazać  tę  ziemię  nieskażoną  naszym  dzieciom,  synom  i  córkom 

Prawdziwych Amerykanów. 

-  Gratuluję  -  powiedziałam.  -  Założę  się,  że  pana  dzieci  będą 

zachwycone  tym,  co  pan  zrobił  z  Nate'em,  zwłaszcza  kiedy 

przysmażą  panu  tyłek  za  morderstwo.  Wiem,  jaka  byłabym  dumna, 

gdybym miała ojca zbrodniarza. 

-  Nie  obchodzą  mnie  prawa  wydane  przez  człowieka  -  po-

informował  mnie  pan  Szalone  Oczy.  -  Obchodzą  mnie  tylko  prawa 

przekazane przez Boga. 

background image

 

119 

-  Oho - mruknęłam. - No to mam dla pana niespodziankę. Bo 

jestem  pewna,  że  „Nie  zabijaj"  pochodzi  prosto  od  staruszka  z 

niebios. 

Jim potrząsnął głową. 

-  Grzechem jest tylko zabijanie tych, których Bóg stworzył na 

swoje podobieństwo. Innymi słowy, białych ludzi. Tacy jak ty nigdy 

tego nie zrozumieją. - Westchnął. - Mieszkając wśród wygód miasta, 

nie macie pojęcia, co to znaczy pracować na roli... 

-  Coś panu powiem - odparłam. - Znam mnóstwo ludzi, którzy 

nie  mieszkają  w  miastach  i  pracują  na  roli,  ale  mimo  to  myślą  tak 

samo jak ja o takich świrach jak pan. 

Mówił dalej, jakby  mnie  nie  słyszał. Kto  wie? Może faktycznie 

nie  słyszał.  Wydawało  się,  że  Henderson  słyszy  tylko  to,  co  chce 

usłyszeć. 

-  Amerykanie zawsze  musieli radzić sobie z przeciwnościami. 

Najpierw z dzikusami, których spotkali po przybyciu na tę 

wspaniałą  ziemię,  a  potem  z  obcymi  wpływami,  które  groziły  im 

zagładą. Czyż to nie  ironia losu, że  największa  groźba pochodzi nie 

zza morza, ale z samej Ameryki? 

-  Przyszedł  pan,  żeby  mi  robić  wodę  z  mózgu?  -  spytałam. 

Byłam u granic wytrzymałości. 

Henderson spojrzał mi wreszcie prosto w twarz. 

-  Pozbędziemy  się ciebie - powiedział głosem tak zimnym  jak 

wiatr na zewnątrz. - Ciebie, twojego chłopaka i  Żyda. Pozbędziemy 

się  was  tak  samo,  jak  pozbyliśmy  się  tego  czarnego.  Wasze  ciała 

będą stanowiły znak dla każdego, kto wątpi, że nastał nowy wiek i że 

walka się zaczęła. Ktoś musi podjąć walkę dla dobra tego wielkiego 

narodu. Ktoś musi zapewnić bezpieczeństwo Ameryce, sprawić, aby 

nie padła ofiarą nienawiści i chciwości... 

Urwał, gdy potężna eksplozja - z gatunku takich, które następują, 

kiedy wrzuci się zapaloną zapałkę do szamba - wstrząsnęła obozem. 

background image

 

120 

Uśmiechnęłam  się  słodko  do  rozbieganych  oczek  Jima 

Hendersona i powiedziałam: 

-  Myślę,  że  ktoś,  o  kim  pan  mówił,  ktoś,  kto  ma  uczynić 

Amerykę  bezpieczną...  Tak.  On  i  jego  przyjaciele  właśnie  przybyli. 

A sądząc po tych odgłosach, trochę ich pan zdenerwował. 

 

 

 

15 

zuciłam się na niego. Trzasnęłam go prosto między te zwa-

riowane, rozbiegane oczka. Bolało jak cholera, bo moja pięść 

trafiła na kość. Ale nie przejęłam się tym. Od dłuższego czasu 

chciałam dołożyć temu gnojkowi. Ból wart był tego, zwłaszcza że, 

zgodnie z moimi oczekiwaniami, Henderson zgiął się jak szmaciana 

lalka i padł na podłogę. 

-  Uderzyła  mnie!  -  zawył.  -  Ona  mnie  uderzyła!    Nie  stój  tak, 

Nolan! Zrób coś. Ta suka mnie uderzyła! 

Nolan  -  zwany  również  Czerwoną  Kurtką  -  był  zbyt  zajęty 

gadaniem  do  walkie-talkie,  żeby  zwrócić  uwagę  na  nieustraszonego 

wodza. 

-  Atakują nas! Słyszysz, Niebieski Dowódco?! Napadli na nas! 

Słyszysz mnie?! Słyszysz?! 

Czerwona  Kurtka  mógł  być  bardziej  zainteresowany  wyda-

rzeniami  na  terenie  obozu,  ale  nie  dało  się  tego  powiedzieć  o  ko-

biecie  w  chustce.  Mocno  ją  wkurzyło,  że  pozwoliłam  sobie  walnąć 

jej duchowego przewodnika - kto wie, może Henderson był bliski jej 

sercu. Może nawet była panią Henderson. 

Warcząc tak, że Chigger by się zawstydził, rzuciła się na mnie. 

-  Nikt  nie  będzie  tak  robił  Jimowi  -  zawołała,  zwalając  się  na 

mnie  całym,  bynajmniej  nie  małym  ciężarem  i  przygważdżając  do 

łóżka. 

R

background image

 

121 

Pani Henderson - jeśli rzeczywiście nią była - miała imponujące 

rozmiary, ale z pewnością brakowało jej doświadczenia w walce. Nie 

celowała bowiem w oczy, jakby uczynił ktoś bywały w tego rodzaju 

sytuacjach. 

W  dodatku,  mimo  dużej  masy  ciała,  nie  miała  rozwiniętych 

mięśni.  Bez  trudu  zwinęłam  się  tak,  żeby  wpakować  jej  kolano  w 

żołądek,  a  gdy  zgięła  się  wpół,  trzymając  za  brzuch,  wymierzyłam 

błyskawiczny cios w kark. To załatwiło sprawę. 

Tymczasem na zewnątrz nastąpił kolejny wybuch. 

-  Ratować  dzieci  -  wysapała  kobieta  w  chustce.  -  Niech  ktoś 

ratuje dzieci! 

Jakby Chick i jego kumple mieli zamiar atakować dzieci. 

-  Myślicie, że kim my jesteśmy? - burknęłam. - Wami? 
Złapałam Setha za ramię. 

-  Idziemy - zawołałam. 
Wyszlibyśmy  bezpiecznie,  gdybym  trzasnęła  Hendersona 

odrobinę  mocniej.  Na  nieszczęście  ocknął  się  zbyt  szybko... 

wystarczająco szybko, żeby złapać mnie za kostkę, kiedy akurat nad 

nim przechodziliśmy. 

-  Nigdzie nie pójdziecie - wysapał. Z jego nosa ciekła krew. Nie 

aż tyle, ile ciekło z głowy Roba, ale i tak czułam satysfakcję. 

-  To  koniec,  panie  Henderson  -  powiedziałam.  -  Lepiej  niech 

pan nas puści albo pan pożałuje. 

-  Ty głupia suko - wysyczał. Nie mógł mówić zbyt wyraźnie ze 

względu na krew i śluz, które zalewały mu usta. - Nie masz pojęcia, 

co  zrobiłaś.  Myślisz,  że  oddajesz  temu  krajowi  przysługę,  a  w 

gruncie rzeczy wydałaś na niego wyrok śmierci. 

-  Hej,  panie  Henderson  -  powiedział  Seth.  Kiedy  szalonooki 

spojrzał  na  niego,  chłopak  podniósł  stopę  i  z  całą  siłą  opuścił  ją  na 

rękę trzymającą mnie za kostkę. - Niech pan zje moje gacie. 

Henderson, z okrzykiem bólu, puścił mnie natychmiast. A Seth i 

ja pobiegliśmy korytarzem. 

background image

 

122 

Czerwona Kurtka, znany również jako Nolan, zniknął. W domu 

pozostało  jednak  mnóstwo  ludzi,  którzy  biegali  po  korytarzach,  nie 

wiedząc,  co  robić.  Kobiety  i  dzieci  miotali  się  jak  złote  rybki  w 

akwarium,  przeklinając  się  nawzajem  i  wpadając  na  siebie.  Trudno 

się  dziwić,  że  ogarnęła  ich  panika.  Wreszcie  wypadliśmy  z  Sethem 

na  zewnątrz...  gdzie  powitał  nas  cudowny  widok  stodoły  stojącej  w 

płomieniach. 

Obie  przyczepy  także  płonęły.  Po  zaśnieżonym  dziedzińcu 

biegali Prawdziwi Amerykanie, wymachując karabinami. Panika nie 

wynikała  jedynie  z  faktu,  że  większość  obozu  była  ogarnięta 

pożarem.  Brała  się  także  stąd,  że  po  terenie  śmigali  na  śnieżnych 

skuterach  postawni  faceci,  większość  w  kowbojskich  kapeluszach. 

Był  to  naprawdę  zachwycający  widok:  zwinne,  lekkie  pojazdy 

żeglujące  po  śniegu  w  pogoni  za  zdezorientowanymi  Prawdziwymi 

Amerykanami. 

Zobaczyłam,  jak  Czerwona  Kurtka  celuje  w  jednego  z  napast-

ników.  Miał  pecha,  bo  w  tej  samej  chwili  inny  jeździec  runął  na 

niego z triumfalnym wrzaskiem, wytrącając mu broń z ręki. 

W  tym  samym  czasie  inny  motocyklista  złapał  uciekającego 

Prawdziwego  Amerykanina  na  lasso  i  przewrócił  na  śnieg  z  miłym 

dla  ucha  łoskotem.  W  innym  miejscu  dwaj  motocykliści  otoczyli 

kilku  zwolenników  Jima  Hendersona.  Krążyli  wokół  nich, 

zostawiając  im  trochę  miejsca  na  ucieczkę,  żeby  w  ostatniej  chwili 

odciąć im drogę, po prostu dla draki. 

-  Ojej  -  zawołał  Seth,  otwierając  szeroko  oczy.  -  Kim  są  ci 

ludzie? 

Westchnęłam uszczęśliwiona, z sercem przepełnionym radością. 

-  Wsioki - odparłam. 

A  potem  przypomniałam  sobie  o  Robie.  Robie,  który,  kiedy  go 

ostatnio  widziałam,  leżał  nieprzytomny  w  sali  zebrań  Prawdziwych 

Amerykanów. 

W stodole, która teraz stała w ogniu. 

background image

 

123 

Zapomniałam  o  Secie.  Zapomniałam  o  Jimie  Hendersonie, 

Chicku  i  Prawdziwych  Amerykanach.  Myślałam  tylko  o  tym,  żeby 

jak najprędzej dostać się do Roba. 

Oznaczało  to,  niestety,  bieg  po  śniegu  w  stronę  płonącego 

budynku,  podczas  gdy  Anioły  Piekieł  i  kierowcy  ciężarówek  na 

skuterach  śnieżnych  zamieniali  obóz  w  ruinę.  Cud,  że  udało  mi  się 

dobiec  aż  tak  daleko.  Częściowo  zawdzięczałam  to  nie-

spodziewanemu  pojawieniu  się  Chiggera,  który,  podejrzewając 

widocznie,  że  nadal  mam  przy  sobie  tłuczone  ziemniaki,  pognał  za 

mną. 

Nie  poznałam  go  od  razu  -  po  obozie biegało  dużo  psów,  które 

szczekały  wściekle,  przerażone  strzelaniną  -  i  myślałam,  że  chce 

mnie przewrócić. Więc gnałam jak wicher, słowo daję. 

W  stodole  nie  było  widać  niczego  poza  płomieniami.  Paliły  się 

stoły.  Paliły  się  belki  pod  sufitem.  Nawet  ściany  zajęły  się  ogniem. 

Chociaż  nie  mogłam  zajrzeć  daleko  ze  względu  na  piekielny  żar, 

stwierdziłam, że w środku nikogo nie ma. 

A  potem  nagle  ktoś  poderwał  mnie  do  góry.  Sądząc,  że  dopadł 

mnie jakiś Prawdziwy Amerykanin, zaczęłam kopać i tłuc pięściami 

na oślep. Wtedy usłyszałam znajomy głos: 

-  Daj  se  luzu,  panieneczko!  To ja,  Chick!  Co  ty  chcesz  zrobić, 

spalić sobie włosy? Uciekaj od tych płomieni, są gorące! 

-  Chick!  - Wiłam  się  w jego ramionach, aż odwróciłam się  do 

niego twarzą. Trudno go było rozpoznać w zimowym kombinezonie, 

z  oczami  ukrytymi  za  parą  lotniczych  gogli.  Nie  obchodziło  mnie 

jednak,  jak  wygląda.  Na  jego  widok  poczułam  się  szczęśliwa  jak 

nigdy. - Chick, czy widziałeś Roba? Złapali go. Złapali Roba! 

Chick wydawał się znudzony. 

-  Z  Wilkinsem  w  porządku  -  powiedział,  wskazując  za-

rdzewiałego pikapa, na pół zakopanego w śniegu jakieś dwadzieścia 

metrów dalej. - Wsadziłem go na tył tego starego chevy.  Wciąż jest 

nieprzytomny, ale nic mu nie będzie. 

Przywarłam do jego skórzanej kurtki 

background image

 

124 

-  Ale krew - wykrztusiłam. - Było tyle krwi... 
-  Fee - mruknął Chick z niesmakiem. - Wilkins zawsze krwawił 

jak zarzynana świnia. Nie martw się o niego. Ma głowę jak kamień. 

Parę  ściegów  i  będzie  w  porządku.  A  co  z  tym  dzieciakiem?  Gdzie 

on jest? 

Rozejrzałam  się  i  zobaczyłam  Setha,  który  nadal  stał  przy 

drzwiach domu, drżąc z zimna pomimo gorąca bijącego od pożaru. 

-  Tam - powiedziałam, wskazując ręką.  

W tej chwili rozległ się strzał. Uchyliłam się instynktownie, ale i 

tak wylądowałam twarzą w śniegu, a to dzięki Chickowi, który rzucił 

mnie na ziemię, usiłując następnie osłonić własnym ciałem. 

-  Idioci  -  mruknął,  w  najmniejszym  stopniu  nie  zmieszany 

faktem,  że  leży  na  dziewczynie,  której  prawie  nie  zna.  -  Mówiłem 

chłopcom,  że  musimy  najpierw  załatwić  ich  skład  amunicji.  A  oni 

powiedzieli, że żadni kretyni nie będą strzelać, gdy dokoła są kobiety 

i  dzieci.  To  Prawdziwi  Amerykanie,  zgadza  się.  Prawdziwe 

amerykańskie dupki. Cholera! Nic ci nie jest? 

Ledwie oddychałam, taki był ciężki. 

-  W porządku - wymamrotałam. - Seth. Trzeba zabrać Setha... z 

zasięgu... strzałów. 

-  Już się robi - powiedział Chick. Potem litościwie zgramolił się 

ze mnie i znowu dosiadł skutera. - Idź do Wilkinsa. Wezmę dzieciaka 

i  przyjadę  do  was,  a  potem  zastanowimy  się,  jak  was  wyciągnąć  z 

tego piekła. 

Wystartował, bryzgając śniegiem i żwirem. Wypluwałam drobne 

kawałeczki lodu spomiędzy zębów, kiedy usłyszałam dziwny hałas i 

spojrzałam w dół. 

Chigger  wciąż  mnie  nie  odstępował  i  zajmował  się  dokładnie 

tym samym co ja - usiłował strzepnąć z futra śnieg i błoto. 

Uświadomiłam sobie, że zyskałam nowego przyjaciela. 

-  Chodźmy  -  zwróciłam  się  do  niego  i  oboje  pognaliśmy  w 

stronę porzuconego pikapu. 

background image

 

125 

Rob leżał na podłodze, zawinięty w coś żółtego. Wdrapałam się 

do  środka,  Chigger  za  mną.  Niełatwo  było  dostrzec  twarz  Roba  w 

ciemności, ale światła księżyca - nie wspominając już o łunie pożaru 

-  wystarczyło,  aby  stwierdzić,  że  nadal  oddychał,  głęboko  i 

regularnie. Rana na głowie przestała krwawić i wcale nie wyglądała 

aż  tak  poważnie  jak  w  stodole. Tam  miałam  wrażenie,  że  to  dziura. 

Teraz przekonałam się, że zaledwie rozcięcie, szerokie na jakieś trzy 

centymetry. 

Szczęśliwie  dla  pani  Henderson.  Bo  gdyby  spowodowała  u 

mojego chłopaka uszkodzenie mózgu, to skończyłaby marnie. 

-  Już w porządku - powiedziałam, odgarniając mu włosy z czoła 

i  całując  to  miejsce  na  twarzy,  na  którym  było  najmniej  krwi.  - 

Jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze. 

Przynajmniej  tak  mi  się  wtedy  wydawało.  Chwilę  później 

usłyszałam  głęboki  warkot  dobiegający  z  gardła  Chiggera,  a  kiedy 

podniosłam  oczy,  ujrzałam  dzikiego  człowieka,  który  stał  obok 

pikapu  z  rękami  uniesionymi  w  górę  i  twarzą  zakrytą  długimi 

zmierzwionymi włosami. 

Zdaję sobie sprawę, że  nie  ma czegoś takiego, jak dzicy ludzie, 

yeti  czy  Wielka  Stopa.  Ale  przez  chwilę  naprawdę  myślałam,  że  to 

ktoś taki. Był cały w śniegu i stał w dziwnej pozie, więc co miałam 

myśleć? Wrzasnęłam ze strachu. 

Chigger  skoczyłby  mu  do  gardła,  gdyby  zjawa  nie  pomachała 

rękami i nie zawołała: 

-  Jessico! To ja! Krantz. 

Chwyciłam  Chiggera  za  obrożę  dosłownie  w  ostatniej  chwili  i 

nie pozwoliłam mu skoczyć na doktora Krantza. 

-  O  rany!  -  zawołałam,  przysiadając  na  piętach.  -  Doktorze 

Krantz,  co  się  z  panem  dzieje?  Czy  musi  się  pan  tak  podkradać 

znienacka? 

Krantz  zdjął  wielki,  obszyty  futrem  kaptur  i  zamrugał  za 

pokrytymi mgłą szkłami okularów. 

background image

 

126 

-  Jessico, czy nic ci się nie stało? - spytał. - Tak się martwiłem! 

Kiedy pojawiły się te bestie na skuterach, myślałem, że straciłem cię 

na zawsze... 

-  Niech pan się tak nie przejmuje, doktorku - powiedziałam. - Ci 

na skuterach są po naszej stronie. Co pan tu właściwie robi? Przecież 

mówiłam panu, żeby pan poszedł do domu. 

-  Jessico  -  odparł  Krantz.  -  Nie  myślisz  chyba  poważnie,  że 

mógłbym  cię  zostawić  na  tym  pustkowiu?  -  Twoje  dobro  ma  dla 

mnie ogromne znaczenie. Podobnie jak dla całego Biura. 

-  Ach tak. I dlatego jest pan tu sam. Biuro tak bardzo troszczy 

się o moje bezpieczeństwo, że natychmiast przysłali posiłki. 

Krantz wyciągnął z kieszeni komórkę. 

-  Próbowałem  wezwać  pomoc  -  wyjaśnił  zawstydzony  -ale  tu 

chyba nie ma żadnych stacji przekaźnikowych. Nie mam sygnału. 

-  To  prawdziwe  szczęście  dla  Jima  Hendersona  -  mruknęłam.  -

Wie  pan,  on  jest  przeciwny  wszelkim  kontaktom  ze  światem 

zewnętrznym.  Bo  młodzież  mogłaby  się  zarazić  liberalnymi 

nowinkami. 

-  Ten  Henderson  to  wyjątkowo  nieciekawy  typ,  Jessico  -

stwierdził  doktor  Krantz.  -  Nie  rozumiem,  co  cię  skłoniło,  żeby 

porywać się na jego obóz. Mogłaś zgłosić się do nas. Chętnie byśmy 

pomogli. 

-  Zapewne  -  powiedziałam.  Nie  dodałam,  że  sposób,  w  jaki 

Krantz  i  jego  kumple  ze  służb  policyjnych  radzili  sobie  dotąd  z 

Prawdziwymi  Amerykanami,  nie  wywarł  na  mnie  pozytywnego 

wrażenia.  -  Co  się  stało,  to  się  stało.  Proszę  posłuchać,  muszę 

odstawić  Roba  do  szpitala.  Może  przeniesiemy  go  do  pańskiego 

samochodu?  Wiem,  że  jest  ciężki,  ale  ja  jestem  silniejsza,  niż 

wyglądam, więc może we dwójkę... 

Potrząsnął głową, zanim jeszcze skończyłam. 

-  Nie  przyjechałem  samochodem,  Jessico  -  powiedział.  -

Samochodem  nie  sposób  tu  dotrzeć.  Droga  jest  nieprzejezdna  z 

powodu śniegu, a zresztą  właściwie nie  ma tu drogi. Przypuszczam, 

background image

 

127 

że  to  także  stanowi  atrakcję  w  oczach  takich  ludzi,  jak  Jim 

Henderson... 

-  Zaraz, zaraz - spytałam - jeśli nie przyjechał pan samochodem, 

to jak pan tu dotarł? 

Krantz,  po  raz  pierwszy  odkąd  go  poznałam,  wydawał  się 

zmieszany. 

-  Jechałem za wami samochodem aż do tego dziwacznego baru, 

do  którego  weszliście.  U  Chicka,  tak  się  chyba  nazywa?  A  potem, 

kiedy  zobaczyłem,  jak  oboje  -  ty  i  pan  Wilkins  -  ruszacie  na 

skuterach  śnieżnych,  wyciągnąłem  z  bagażnika  swoje  narty  i 

pojechałem za wami. 

Wybałuszyłam na niego oczy. 

-  Swoje co? 
-  Moje  narty.  -  Doktor  Krantz  odchrząknął.  -Jazda  na  bie-

gówkach  to  jedno  z  najlepszych  ćwiczeń  na  wzmocnienie  układu 

krążenia, więc w miesiącach zimowych zawsze wożę narty, bo nigdy 

nie wiadomo, kiedy trafi się sposobność, żeby... 

-  Chce pan powiedzieć - przerwałam - że całą drogę przejechał 

pan na nartach? Pan? Cyrus Krantz na nartach? 

-  Tak  -  potwierdził.  -  To  nie  tak  daleko,  naprawdę.  Trzydzieści 

kilometrów czy coś koło tego. To żadna odległość dla zaprawionego 

narciarza,  którym  przypadkiem  jestem.  Narciarstwo  to  bardzo 

przyjemny sport... 

Kiedy  rozległy  się  strzały,  rozmawialiśmy  właśnie  o  nartach.  O 

bieganiu na nartach, ściśle rzecz ujmując, i o korzyściach płynących 

z  uprawiania  tego  sportu  dla  układu  krążenia.  Kucałam  obok  Roba, 

słuchając doktora Krantza, faceta, za którym, muszę przyznać, aż do 

tamtej chwili specjalnie nie przepadałam. 

W  następnej  chwili  zaś  rozmawiałam  z  powietrzem,  bo  jedna  z 

kul,  które  Prawdziwi  Amerykanie  posłali  w  moją  stronę,  trafiła 

Krantza, podrzucając go do góry. 

background image

 

128 

o  była  moja  wina.  Wiedziałam,  że  jest  strzelanina,  i  nie  po-

wiedziałam  niczego  takiego,  jak  na  przykład:  „Och,  doktorze 

Krantz, proszę zwrócić uwagę na kule fruwające w powietrzu" albo: 

„Może  lepiej  by  było,  gdyby  stanął  pan  za  tym  pojazdem,  zamiast 

przed nim? Miałby pan lepszą osłonę". 

Nie  pisnęłam  słowa  na  ten  temat  i  w  następnej  chwili  doktor 

Krantz wił się na śniegu obok pikapu, wrzeszcząc jak opętany. 

Cóż, każdy by wrzeszczał, gdyby go trafiła kula. W mgnieniu oka 

wyskoczyłam z samochodu i pochyliłam się nad nim. 

-  Proszę  pozwolić,  zobaczę,  co  się  stało  -  powiedziałam.  Kula 

musiała  ugodzić  go  w  nogę,  bo  trzymał  ją  kurczowo  oburącz  i 

krzyczał, kołysząc się w tył i w przód. 

Doktor  Krantz  nie  pozwolił  mi  zobaczyć.  Tylko  kołysał  się  i 

wrzeszczał. Spomiędzy jego palców tryskały strumyki krwi, tworząc 

na śniegu estetyczne wzorki. 

Miałam pierwszą pomoc w szóstej klasie i wiem, że kiedy krew 

tryska  tak  mocno  i  tak  daleko,  to  sytuacja  jest  naprawdę  poważna. 

Kula mogła przebić tętnicę. 

Zrobiłam, więc jedyną sensowną rzecz w tych warunkach. 

Zaprawiłam Krantza pięścią w szczękę. 

Nie  czułam  się  z  tym  dobrze,  ale  co  mogłam  zrobić?  Ten 

człowiek  zachowywał  się  jak  histeryk.  Nie  dał  mi  obejrzeć  rany. 

Mógł wykrwawić się na śmierć. 

Dopiero,  kiedy  leżał  nieruchomo  na  śniegu,  mogłam  spokojnie 

ocenić rozmiar szkody wyrządzonej przez kulę. Jak podejrzewałam, 

przebiła  tętnicę  -  nie  pamiętam  jej  nazwy,  ale  to  ta  w  udzie.  Dość 

duża. 

T

background image

 

129 

-  Proszę  posłuchać  -  zwróciłam  się  do  jęczącego  doktora 

Krantza. - Ma pan szczęście. W szóstej klasie robiłam pracę na temat 

opasek uciskowych. 

Z  jakiegoś  powodu  nie  wydawał  się  pocieszony.  Zaczął  jęczeć 

jeszcze głośniej. 

-  Mówię poważnie - zapewniłam go. Podciągnęłam mu kurtkę i 

zaczęłam  odpinać  pasek  spodni.  -  Byłam  najlepsza,  jeśli  chodzi  o 

opaski  wykonane  z  przypadkowych  przedmiotów.  No  wie  pan,  na 

przykład,  jest  pan  na  kempingu  i  nadzieje  się  na  jakąś  gałąź.  Może 

nie być pod ręką apteczki. 

Schyliłam  się  i  zajrzałam  pod  pikapu.  Udało  mi  się  znaleźć 

kamień  odpowiednich  rozmiarów,  nie  za  duży,  ale  i  nie  za  mały. 

Oczyściłam go z brudu najlepiej, jak umiałam. 

-  Największe  niebezpieczeństwo  -  zapewniłam  doktora 

Krantza,  bo  trzeba  rozmawiać  z  osobą,  która  odniosła  poważne 

obrażenia,  tak  żeby  nie  doznała  szoku  -  stanowi  nie  drobne  za-

każenie, tylko utrata krwi. Wiem, że ten kamień wydaje się brudny - 

wetknęłam  kamień  w ranę na nodze. Krew przestała tryskać niemal 

natychmiast  -  ale  spełnia  niezmiernie  ważną  funkcję.  Rozumie  pan. 

Tamuje upływ krwi. 

Wzięłam  pasek  Krantza,  przesunęłam  koniec  przez  klamerkę,  a 

następnie  zacisnęłam,  aż  klamerka  oparła  się  na  kamieniu, 

wpychając  go  głębiej  w  ranę.  Nie  byłam  specjalnie  zachwycona  tą 

robotą,  a  wrzaski  doktora  nie  ułatwiały  mi  sprawy.  Trochę  mnie 

deprymowały,  a  w  dodatku  prowokowały  Chiggera,  który  nadal 

siedział w pikapie, do głośnego wycia. 

-  Gotowe  -  oznajmiłam  Krantzowi.  -  Dzięki  temu  kamień  nie 

będzie  się  przesuwał.  Teraz  trzeba  znaleźć  jakiś  kij,  żeby  skręcić 

pasek i zatrzymać krążenie krwi... 

background image

 

130 

-  Nie  -  zaprotestował  głosem,  który  już  bardziej  przypominał 

jego własny. - Żadnego kija. Na miłość boską, nie chcę żadnego kija. 

Przyjrzałam się krytycznie swemu dziełu. 

-  Nie  wiem  -  powiedziałam  -  czy  nogę  da  się  uratować,  ale 

przynajmniej nie wykrwawi się pan na śmierć. 

-  Tylko bez kija - wyjęczał doktor Krantz. - Błagam cię. Nie 

bardzo wiedziałam, co innego mogłabym zrobić. Na 

szczęście,  w  tej  chwili  podjechał  do  nas  Chick,  z  Sethem  ucze-

pionym jego pasa. 

-  Co się, do diabła, stało? - Chick w ułamku sekundy zsunął się 

ze  skutera  i  znalazł  obok  nas  na  śniegu.  Jak  na  takiego  wielkiego 

mężczyznę był szybki jak wiatr. - Boże, zostawiam cię samą na parę 

sekund i... 

-  Ktoś  do  niego  strzelił  -  powiedziałam,  patrząc  na  nogę 

doktora  Krantza,  która,  prawdę  mówiąc,  przypominała  surowego 

hamburgera. - Nie chce, żebym użyła kija. 

-  Żadnego kija - syknął Krantz przez zaciśnięte zęby. Chick 

studiował moje dzieło z zainteresowaniem. 

-  Żeby  mocniej  ucisnąć?  -  spytał.  Kiedy  skinęłam  głową, 

powiedział:  -  Nie  sądzę,  żeby  kij  był  potrzebny.  Krwawienie  za-

trzymałaś. Poza tym nie mamy dużo czasu. Musisz tego gościa stąd 

zabrać.  Wilkinsa  też.  I  tego  małego.  -  Wskazał  Setha,  który  wbił 

przerażone  spojrzenie  w  krwawy  wzór  na  śniegu,  jakby  niczego 

gorszego  dotąd  nie  widział.  Jakby  to,  co  zrobiono  z  jego  ręką,  było 

nieistotnym drobiazgiem. 

-  Wiem  -  odparłam.  -  Ale  jak  mam  to  zrobić?  Doktor  Krantz 

nie  może  w  tym  stanie  kierować  skuterem  śnieżnym.  A  Rob  nie 

zdoła się utrzymać na skuterze. 

background image

 

131 

-  Chick podniósł się i ruszył w stronę przodu pikapu. 

-  Musisz wziąć ciężarówkę - orzekł. 

Spojrzałam sceptycznie na wiekowy pojazd. 

-  Nie wiem nawet, czy to działa. A nawet jeśli jest na chodzie, 

to nie wiem, skąd wytrzasnąć kluczyki. 

-  Nie  trzeba  kluczyków  -  powiedział  Chick,  otwierając  drzwi 

od strony kierowcy, a potem nurkując pod deskę rozdzielczą - kiedy 

ja jestem obok. 

Obejrzałam się przez ramię. Płomienie ze stodoły wydawały się 

sięgać  księżyca.  Gęsty  czarny  dym  słał  się  po  niebie,  zakrywając 

połyskującą  zimnym  blaskiem  Drogę  Mleczną.  Prawdziwi 

Amerykanie  wciąż  biegali  bezładnie,  strzelając  raz  po  raz. 

Dostrzegłam  maleńką  figurkę  Jima  Hendersona,  machającego 

rękami na swoje owieczki. Chyba zachęcał je do dalszej walki. 

Za moimi plecami pikap nagle zacharczał, budząc się do życia. 

-  No  i  proszę  -  zachichotał  Chick.  Wynurzył  się  spod  deski  i 

chuchnął na czubki swoich palców, zanim nałożył rękawiczki. - Tak 

- stwierdził zadowolony. - Nadal mam czucie w rękach. 

-  Chwileczkę  -  powiedziałam.  -  Chcesz,  żebym  ich  stąd 

wywiozła? 

-  Na tym opiera się mój pomysł - odparł Chick. 
-  Ale  tu  nie  ma  drogi!  -  wybuchłam.  -  Powtarzałeś  mi  do 

znudzenia, że tu nie ma żadnej drogi. 

-  Cóż - powiedział, gładząc się po brodzie. - Masz rację. Drogi 

to właściwie nie ma. 

-  No  to  jak...  -  uświadomiłam  sobie,  że  Seth  i  Krantz  przy-

słuchują  się  naszej  rozmowie.  Złapałam  Chicka  pod  ramię,  od-

background image

 

132 

ciągnęłam  od  pikapu  i  dokończyłam  ciszej:  -  Jak  mam  zawieźć  ich 

do miasta, skoro nie ma drogi? 

W  tym  momencie  w  stodole  nastąpił  wybuch.  Pewnie  eks-

plodował  zapas  amunicji,  o  którym  wspominał  Chick.  Spadł  na  nas 

deszcz drobnych odłamków metalu i drewna. 

Chick  zaklął  szpetnie  i  rzucił  się  do  pikapu.  Podniósł  doktora 

Krantza, stawiając na zdrowej nodze. 

-  Szybciej!  -  ryknął  do  mnie.  Pociągnął  Krantza  dookoła 

ciężarówki  i  zaczął  go  wpychać  na  miejsce  dla  pasażera.  -  Musisz 

ich stąd wyciągnąć, zanim rozpęta się piekło. 

-  Zanim?  -  To  przekraczało  moje  możliwości  pojmowania.  - 

Popraw mnie, jeśli się mylę, ale moim zdaniem, to już się rozpętało. 

-  Co?!  -  wrzasnął  Chick,  podczas  gdy  niebo  zabarwiło  się 

jaskrawymi barwami czerwieni i pomarańczy. 

-  Piekło! - odwrzasnęłam. - Chyba już tam jesteśmy! 
-  Eee,  to  jeszcze  nic.  -  Chick  zatrzasnął  drzwi  od  strony  pa-

sażera,  a  potem  sprawdził,  czy  Rob  jest  bezpieczny  z  tyłu.  -  Dzie-

ciaku! - krzyknął do Setha. - Właź tu i pilnuj, żeby za bardzo się nie 

ślizgał. I osłaniaj go przed gównem, które lata w powietrzu. 

Seth  zastosował  się  do  polecenia,  nie  zadając  zbędnych  pytań. 

Wdrapał się na tył pikapu i klęknął obok Roba... rzuciwszy przedtem 

niespokojne spojrzenia w stronę Chiggera. 

Chick  wskazał  na  czarną  ścianę  drzew,  która  oddzielała  po-

siadłość Jima Hendersona od drogi daleko w dole. 

-  Po prostu jedź w dół - poinstruował  mnie. - Dopóki jedziesz 

w dół, jedziesz w stronę drogi. Rozumiesz? 

Skinęłam głową. 

-  Ale śnieg... - jęknęłam żałośnie. 

background image

 

133 

-  Zgadza się - powiedział Chick. - To będzie bardziej slalom niż 

jazda. Pamiętaj, jak będziesz miała kłopoty, wciskaj hamulec. I staraj 

się nie rąbnąć w nic z przodu. 

-  Dzięki za radę - mruknęłam z goryczą. - Chwila może nie jest 

odpowiednia, żeby o tym mówić, ale wiesz, ja nawet nie mam prawa 

jazdy. 

-  Jego noga nie może czekać - powiedział Chick. - Wilkins też 

potrzebuje  pomocy.  -  Zauważywszy  moją  minę  pełną  rozpaczy, 

poklepał mnie po ramieniu i dodał: - Będzie dobrze. A teraz w drogę. 

Podniósł  mnie  i  posadził  za  kierownicą  obok  jęczącego  z  bólu 

Krantza. 

-  Jak pan się miewa, doktorze? - spytałam. Krantz spojrzał na 
mnie, jakby miał zwymiotować. 

-  Czuję się świetnie - powiedział. 
Chick stuknął w zamknięte okno. Z wysiłkiem opuściłam szybę. 

-  Jeszcze  jedno.  -  Sięgnął  pod  skórzaną  kurtkę  i  wyciągnął 

krótki czarny przedmiot. Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam, co to 

jest. O mało nie zwymiotowałam. 

-  Nie!  -  zawołałam,  wyciągając  obie  ręce,  jakbym  chciała  go 

odepchnąć. - Zabierz to. 

Chick  wsunął  rękę  przez  okno  i  położył  przedmiot  na  moich 

kolanach. 

-  Jeśli  ktoś  podejdzie  do  ciebie  albo  do  ciężarówki,  strzelaj  - 

powiedział. Nie na tyle głośno, żeby Krantz mógł go usłyszeć, ale na 

tyle  głośno,  żeby  jego  słowa  dotarły  do  mnie,  mimo  hałasu 

wywołanego strzelaniną - Rozumiesz? 

Patrzyłam  na  broń  i  czułam,  jak  żołądek  podchodzi  mi  do 

gardła.  To  prawda,  strzelałam  do  kobiety  w  chustce.  Ale  wtedy 

działałam pod wpływem impulsu. 

background image

 

134 

-  Jeśli  myślisz,  że  Henderson  to  jedyny  wariat  w  tych  lasach  - 

powiedział  Chick  -  to  się  mylisz.  Ma  mnóstwo  kumpli.  Po  prostu 

jedź, a wszystko będzie dobrze. I strzelaj tylko, gdy trzeba. 

Skinęłam głową. Nie śmiałam spojrzeć na doktora Krantza. 

-  Pamiętaj  -  rzucił  Chick  przez  okienko  przy  kierowcy.  -

Naciskaj pedały. 

-  Jasne - powiedziałam, nadal czując mdłości. 

Chick  klepnął  zardzewiałą  maskę,  strzepując  półmetrową 

warstwę śniegu. 

-  No, jazda - rzucił. 

Podniosłam szybę i obejrzawszy się i krzyknęłam do Setha: 

-  Gotowy? 

Seth  pokiwał  głową.  Obok  niego  siedział  Chigger,  uszczęś-

liwiony szykującą się przejażdżką. 

Zerknęłam na doktora Krantza. Nie wyglądał dobrze. Siedział w 

bardzo niewygodnej pozycji, z ranną nogą wyciągniętą pod dziwnym 

kątem.  Szkła  jego  okularów  kompletnie  zaparowały,  a  twarz  była 

biała,  jak  śnieg  na  zewnątrz.  Zachował  jednak  przytomność,  co, 

sądzę, liczyło się najbardziej. 

-  Gotowy? - zapytałam. 
Przytaknął, cały spięty. 

-  Ruszaj - wycharczał. Postawiłam 
stopę na pedale gazu... 

 

 

 

 

background image

 

135 

iedy byłam mała, Ruth zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe 

w  Zoom  Floom.  Był  to  zjazd  wodny,  czynny  jedynie  latem. 

Znajdował  się  na  tym  samym  zboczu  co  ośrodek  narciarski  Paoli 

Peaks. Kładłeś się na gumowym materacu, a ktoś z obsługi popychał 

cię i zjeżdżałeś na dół. 

Pędziło  się  strasznie  prędko,  a  kiedy  otwierało  się  usta  do 

krzyku,  woda  wpadała  do  ust.  Na  zakrętach  miało  się  wrażenie,  że 

nie  wyjdzie  się  z  tego  żywym;  w  dodatku  materac  zwykle 

wyślizgiwał się spod ciała i spadało się w samym kostiumie. Z każdą 

sekundą człowiek nabierał pewności, że się utopi albo przynajmniej 

rozbije  głowę,  aż  w  końcu  wpadał  do  głębokiego  na  pół  metra 

basenu,  z  którego  wypływał,  krztusząc  się  i  prychając,  aby  chwilę 

później oberwać materacem po głowie. 

Potem  łapało  się  materac  i  gnało  po  schodach  na  górę.  Dla-

czego? Bo to było dziko podniecające. 

Jazda  w  dół  zalesionym  zboczem  w  okolicach  obozu  Jima 

Hendersona była znacznie mniej zabawna. 

Jeśli  zdołam  przeżyć,  nigdy,  przenigdy  nie  będę  miała  ochoty 

tego powtarzać. 

Sunęliśmy  prosto  na  gęstą  zaporę  sosen  otaczających  obóz 

Prawdziwych Amerykanów. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że 

Chick miał rację co do jednego: ziemia w tej okolicy była nietknięta 

pługiem.  Drogę  -  w  każdym  razie  coś,  co  uchodziło  za  drogę  w 

oczach  Prawdziwych  Amerykanów  -  znalazłam  bez  trudu.  Była  to 

raczej ścieżka między sosnami. 

Na  tej  tak  zwanej  drodze  leżała  gruba  warstwa  śniegu,  pod 

którym zapewne była piękna lodowa pokrywa. Ciężarówka kołysała 

się  na  boki,  a  gałęzie  sosen  tłukły  w  dach,  zmuszając  siedzących  z 

K

background image

 

136 

tyłu Setha i Chiggera do kulenia się na podłodze. Musiałam wytężać 

wszystkie  siły,  żeby  utrzymać  kierownicę.  Gdyby  przednie  koła 

wpadły  w  poślizg,  wpakowalibyśmy  się  do  głębokiego  wąwozu  po 

lewej.  Latem  wąwóz  ten  był  pewnie  czarującym  zakątkiem  dla 

wędkarzy i pływaków, ale teraz, kiedy tłukłam się jego skrajem, bez 

cienia  barierki  między  nim  a  nami,  wydawał  mi  się  prawdziwym 

przedpieklem. 

Światła  miałam  włączone,  ale  to  tylko  pogarszało  sytuację,  bo 

wyraźnie  widziałam  każde  grożące  nam  niebezpieczeństwo.  Pewnie 

lepiej  bym  się  czuła  z  zamkniętymi  oczami,  a  skutek  szarpania 

kierownicą i  naciskania pedałów, zgodnie z radą

 

Chicka, byłby taki 

sam. 

Sytuacji  nie  ułatwiał  fakt,  że  dzikie  podrygi  wyrwały  doktora 

Krantza  ze  stanu  częściowej  utraty  przytomności.  Trzymał  się 

kurczowo  deski  rozdzielczej,  bo  w  kabinie  nie  było  pasów 

bezpieczeństwa  -  bezpieczeństwo  pasażerów  nie  miało  widocznie 

priorytetu  u  Prawdziwych  Amerykanów.  Rzucało  nim  po  kabinie,  a 

ja nie mogłam nic na to poradzić... jak nie mogłam pomóc Robowi i 

Sethowi, którzy siedzieli z tyłu. 

Krantz  nie  okazał  się  specjalnie  pomocny.  Łapał  się  za  nogę  i 

wciągał  powietrze  przez  zaciśnięte  zęby  za  każdym  razem,  gdy 

przejeżdżaliśmy  po  jakimś  większym  kamieniu  ukrytym  pod 

śniegiem.  Wiem,  że  go  bolało,  ale  cóż,  prowadziłam  samochód. 

Zerkałam raz po raz, by sprawdzić, czy opaska jest nadal na miejscu. 

Musiałam, bo przecież nie pozwolił mi jej zabezpieczyć. 

Kiedy  właśnie  patrzyłam  na  nogę  doktora  Krantza,  usłyszałam, 

jak  wyjątkowo  gwałtownie  wciąga  powietrze,  choć  wcale  nie 

najechaliśmy na kamień. Spojrzałam przez szybę, ale nie rzuciło mi 

się  w  oczy  nic  bardziej  przerażającego  niż  dotychczas.  Tylko 

background image

 

137 

zdradliwe  stromizny  i  majaczące  pnie  drzew.  Dopiero  gdy  ktoś 

zapukał w tylną szybę, odwróciłam głowę. 

Blady jak ściana Seth wskazywał ręką za siebie. 

-  Mamy towarzystwo! - krzyknął. 

Zerknęłam  w  lusterko  wsteczne  i...  uświadomiłam  sobie,  że 

wbrew  podstawowym  zasadom  nie  dopasowałam  lusterek,  zanim 

postawiłam  stopę  na  gazie.  Nie  mogłam  nic  w  nich  zobaczyć,  bo 

były przystosowane dla osoby znacznie wyższej ode mnie. 

Złapałam  za  lusterko  i  próbowałam  je  dopasować  do  poziomu 

moich oczu, cały czas manewrując po trzymetrowej zapadlinie drogi. 

Wreszcie  zobaczyłam,  co  jest  za  nami.  Dwaj  Prawdziwi 

Amerykanie  w  samochodzie  z  napędem  na  cztery  koła.  Zbliżali  się 

do nas, a ja nawet nie zauważyłam świateł, więc nie mogli nas ścigać 

zbyt długo. 

Zrobiłam  jedyną  rzecz,  jaką  mogłam  zrobić  w  tej  sytuacji. 

Wcisnęłam gaz do dechy. 

Doktor Krantz nie docenił tej strategii. 

-  Na  Boga,  Jessico  -  odezwał  się  po  raz  pierwszy,  odkąd 

wpakowano go do kabiny. - Zabijesz nas wszystkich. 

-  A jak pan myśli - odparłam, nie odrywając oczu od drogi - co 

z nami zrobią ci faceci, gdy nas dorwą? 

-  Jest inny sposób - oznajmił Krantz. - Daj mi rewolwer. 
-  Nie ma mowy. 

 

-  Jessico. - W głosie Krantza brzmiała desperacja. - Nie mamy 

innego wyjścia. 

-  Nie będzie pan zaczynał strzelaniny, kiedy mój chłopak i Seth 

siedzą z tyłu bez żadnej osłony - odparłam. 

Krantz potrząsnął głową. 

background image

 

138 

-  Jessico, zapewniam cię, że jestem znakomitym strzelcem. 

-  Ale założę  się, że tamci nie  są. Jeśli zaczną celować  w pana, 

to  mogą  trafić  mnie  albo  Setha  czy  Roba.  Więc  niech  pan  o  tym 

zapomni. 

Doktor Krantz chyba nie zapomniał. Na szczęście, ostatni wybój 

wywołał  u  niego  paroksyzm  bólu,  więc  na  razie  nie  miał  czasu 

myśleć o broni. 

Nie  przeszkodziło  mu  to  jednak  dostrzec  tego,  co  i  ja  wkrótce 

zobaczyłam. Kawał drogi przed nami zwyczajnie zniknął. 

Zniknął,  jakby  go  tam  nigdy  nie  było.  Zajęło  mi  chwilę,  nim 

zrozumiałam, że  musiał tam  być drewniany  mostek, ale spróchniałe 

drewno zawaliło się pod ciężarem śniegu. Teraz ziała w tym miejscu 

dwumetrowa dziura... dzieląca nas od pomocy lekarskiej dla Roba i 

doktora Krantza. I od wolności. 

-  Zwolnij!  -  wrzasnął  Krantz.  Gdyby  jego  noga  nie  była 

paskudnie zraniona, próbowałby nią wcisnąć hamulce. - Jessico, nie 

widzisz? 

Widziałam doskonale. To, co widziałam, stanowiło naszą jedyną 

szansę, aby wyrwać się tym z tyłu. 

Dlatego właśnie docisnęłam na pedał gazu. 

-  Trzymajcie się! - wrzasnęłam do Setha. 
Przepaść zbliżała się w szalonym tempie. 

-  Jessico! - ryknął Krantz. - Jesteś szalona... 

Koła  pikapu  oderwały  się  od  ziemi  i  pofrunęliśmy.  Naprawdę. 

Jak  we  śnie.  Znacie  te  sny,  w  których  wydaje  wam  się,  że  umiecie 

latać?  A  kiedy  unosicie  się  w  powietrzu,  panuje  całkowita  cisza, 

słychać  tylko  bicie  waszego  serca.  Boicie  się  nawet  oddychać,  bo 

jeśli  to  zrobicie,  to  możecie  spaść  znowu  na  ziemię,  a  nie  chcecie, 

background image

 

139 

żeby tak się stało. Doświadczacie cudu, cudu latania, i chcecie, żeby 

to trwało w nieskończoność... 

Spadliśmy po drugiej stronie rozpadliny... i jechaliśmy dalej, i to 

z  większą  prędkością  niż  dotąd.  Wóz  wydał  żałosny  piskliwy 

dźwięk, ale jechał. 

-  O,  mój  Boże 

jęknął  doktor  Krantz.  -  O  mój  Boże,  o  mój 

Boże, o mój Boże, o mój Boże, o mój Boże... 

Zrozumiałam,  że  mu  odbiło.  Odważyłam  się  spojrzeć  przez 

ramię,  podczas  gdy  ciężarówka  łomotała,  zjeżdżając  z  nasypu  po 

drugiej stronie wąwozu, który przeskoczyliśmy. 

-  Z  tyłu  wszystko  w  porządku?  -  wrzasnęłam.  Odetchnęłam  z 

ulgą, widząc bladą twarz Setha i roześmianą mordę Chiggera obok. 

-  Zgubiliśmy ich! - ryknął Seth triumfalnie. - Patrz! 

Popatrzyłam.  Seth  miał  rację.  Samochód  z  napędem  na  cztery 

koła  próbował  tego  samego  skoku  co  my,  ale  nie  zdołał  nabrać 

odpowiedniej  prędkości.  Leżał  teraz  z  pogiętą  maską  na  dnie 

strumyka,  a  dwaj  mężczyźni  wewnątrz  miotali  się,  starając  się 

wydostać. 

Ogarnęło mnie niesamowite uczucie. Zaczęłam krzyczeć „Juhu!" 

jak kowboj. Nie zdjęłam stopy z pedału, ale tylko to  mnie trzymało 

za  kierownicą.  Bo  chciałam  wyskoczyć  i  wszystkich  wycałować. 

Nawet doktora Krantza. Nawet Chiggera. 

Mknęliśmy  wśród drzew,  wypadając  w  końcu na  szosę. Tak po 

prostu. Pojeździe w ciemnym lesie światło księżyca niemal oślepiało 

i jednocześnie olśniewało, jak coś niebywale pięknego. Nawet, kiedy 

wcisnęłam  hamulec,  samochód  ślizgał  się  po  oblodzonej  szosie, 

uśmiechałam  się  ze  szczęścia.  Udało  nam  się!  Naprawdę  nam  się 

udało! 

background image

 

140 

Pikap  wreszcie  się  zatrzymał.  Zaryzykowałam  rzut  oka  na 

wzgórze  za  naszymi  plecami.  Nie  można  było,  patrząc  na  nie, 

domyślić  się,  że  kryje  gromadę  szurniętych  surwiwalistów.  Wy-

glądało jak ładne zalesione wzgórze. 

Jeśli  pominąć  słup  dymu  bijący  z  jego  szczytu  w  niebo. 

Przypominało to wulkan tuż przed wybuchem. 

Rozejrzałam  się.  Byliśmy  diabli  wiedzą  gdzie.  W  zasięgu 

wzroku  nie  było  ani  farmy,  ani  nawet  przyczepy  kempingowej. 

Żadnego miejsca, skąd można by zadzwonić. 

Przypomniałam sobie, że doktor Krantz wspominał o komórce. 

Spojrzałam  na  niego.  Znów  stracił  przytomność.  Chyba 

przyspieszenie na ostatnim odcinku go wykończyło. Pochyliłam się i 

zaczęłam  obmacywać  jego  kurtkę.  Komórkę  znalazłam  w  kieszeni 

zawierającej  także  paczkę  cukierków  owocowych  i  zużyte 

chusteczki higieniczne. Otworzyłam tylne okno i podałam cukierki i 

komórkę Sethowi. 

- Zadzwoń do rodziców - poleciłam - i powiedz im, że żyjesz i 

mogą cię odebrać za pięć  minut ze szpitala County Medical. Potem 

zadzwoń  na  policję  i  powiedz,  co  się  dzieje  w  obozie  Jima 

Hendersona.  Jeśli  poślą  tam  straż  pożarną,  muszą  zabrać  pług 

śnieżny. - Przypomniałam sobie o zerwanym  mostku. -I drużynę do 

naprawy drogi. 

Seth  wpakował  sobie  cukierek  do  ust,  a  potem  zabrał  się  do 

telefonowania. 

Odwróciłam  się  i  chwyciłam  za  kierownicę.  Byłam  z  siebie 

dumna. Naprawdę dumna. Udało nam się uciec. 

Jadąc  do  szpitala,  chyba  ze  dwadzieścia  razy  złamałam  kodeks 

drogowy.  Przekroczyłam  limit  prędkości,  trzy  razy  przejechałam  na 

czerwonym świetle, skręciłam wbrew zakazowi w lewo i pojechałam 

background image

 

141 

pod  prąd.  To  i  tak  nie  miało  znaczenia.  Ulice  były  prawie  puste. 

Tylko  koło  Chocolate  Moose  kręciło  się  sporo  uczniów  ze  szkoły 

Ernesta  Pyle'a.  Było  po  jedenastej,  więc  Moose  już  zamknięto,  ale 

dzieciaki 

siedziały 

samochodach, 

uprawiając 

necking. 

Przejeżdżając obok nich, nacisnęłam klakson, tak dla zabawy. Kilka 

głów  podskoczyło  do  góry.  Wrzasnęłam  „Ju-hu!",  a  parę 

zirytowanych  głosów  odpowiedziało:  „Wsiok!"  Pewnie  z  powodu 

ciężarówki.  A  może  z  powodu  okrzyku.  Możliwe  też,  że  z  powodu 

Chiggera. 

Do  szpitala  prowadziły  dwa  wjazdy:  jeden  dla  ambulansów  i 

drugi dla wszystkich pozostałych. 

Wybrałam,  oczywiście,  ten  dla  ambulansów.  Pomyślałam,  że 

gdy  zatrzymam  się  tuż  przy  drzwiach,  cały  personel,  słysząc  pisk 

hamulców, wyskoczy na zewnątrz. 

Stało się inaczej, pewnie dlatego, że większość ambulansów nie 

podjeżdża do wejścia z piskiem opon. Poza tym, choć drogę ubito i 

posypano  solą,  nadal  była  oblodzona.  Zamiast  więc  stanąć  tuż  przy 

drzwiach, wjechałam do środka. 

Ale  cały  personel  wybiegł  do  holu,  dokładnie  tak,  jak  sobie 

wyobrażałam. 

Na  szczęście,  drzwi  były  ze  szkła,  więc  moim  pasażerom  nie 

stała  się  żadna  krzywda.  Kiedy  przednie  koła  dosięgły  podłogi  po 

drugiej stronie i przestały się ślizgać, hamulce zadziałały. Sethowi i 

Robowi  nic  się  nie  stało,  a  doktor  Krantz  i  tak  był  nieprzytomny, 

więc  pewnie  wcale  nie  poczuł  bólu,  gdy  wyrżnął  głową  w  deskę 

rozdzielczą. 

Ludzie  przed  izbą  przyjęć  okazali  zadziwiająco  mało  zrozu-

mienia. 

background image

 

142 

-  Czyś  ty  zwariowała?!  -  wrzasnęła  pielęgniarka  w  zielonym 

kitlu. 

To  wyprowadziło  mnie  z  równowagi.  Przecież  jedyne,  co  się 

stało, to to, że na podłogę spadło trochę potłuczonego szkła. Nikogo 

nie przejechałam, prawda? 

-  Na tyle wozu - burknęłam - jest chłopak z raną głowy, a facet 

obok mnie może stracić nogę. Przynieście nosze i odczepcie się ode 

mnie. 

Odczepili się. W ciągu paru sekund wyciągnęli doktora Krantza 

z szoferki, a potem pomogli  mi cofnąć pikap, tak żeby pielęgniarze 

mogli wejść do środka i zabrać Roba. Seth wygrzebał się z auta bez 

pomocy, ale Chigger nie ucieszył się na widok swoich wybawicieli. 

Warczał  i  kłapał  zębami,  dopóki  nie  kazałam  mu  się  uspokoić. 

Wtedy, nie tracąc nadziei na tłuczone ziemniaki, skoczył na ziemię i 

ruszył za mną za noszami, na których leżał Rob. 

-  Czy  nic  mu  nie  będzie?  -  pytałam  ludzi,  którzy  się  nim 

zajmowali.  Nie  zwracali  na  mnie  uwagi.  Byli  zbyt  zajęci  wy-

krzykiwaniem danych dotyczących jego stanu i zapisywaniem ich na 

karcie.  Największe  zdumienie  przeżyłam,  kiedy  go  odkryto  i 

zobaczyłam, czym jest ta płachta, w którą go zawinięto. 

Była  to  flaga  Nie  depcz  mnie  z  sali  zebrań  Prawdziwych 

Amerykanów. 

Ta z wielką dziurą, którą wypaliłam, strzelając z karabinu. 

Stałam,  gapiąc  się  na  nią,  kiedy  usłyszałam,  że  ktoś  woła  mnie 

po  imieniu.  Obejrzałam  się  i  zobaczyłam,  że  doktor  Krantz  na 

sąsiednich  noszach  odzyskał  przytomność.  Przywoływał  mnie 

gestem. Wcisnęłam się między lekarzy i pielęgniarki, którzy krążyli 

wokół niego. 

-  Jessico - szepnął. - Czy nic ci nie jest? 

background image

 

143 

-  Czuję się świetnie - odparłam. 
-  A pan Wilkins? 
-  Nie wiem. Ale myślę, że wyjdzie z tego. 
-  A Seth? 
-  W porządku - zapewniłam. - Naprawdę nie musi się pan o nas 

martwić. Proszę się teraz zająć sobą, dobrze? 

Ale Krantz miał mi do powiedzenia coś ważnego. Chwycił mnie 

za kurtkę i przyciągnął bliżej. 

-  Jessico - wycharczał tuż koło mojego ucha. Domyślałam się, 

co chce powiedzieć, więc spróbowałam go 

uprzedzić. 

-  Niech  pan  sobie  nie  zawraca  głowy  podziękowaniami. 

Naprawdę  wszystko  w  porządku.  Zrobiłabym  to  samo  dla  każdego. 

Cieszę się, że mogłam pomóc. 

Krantz  nadal  mnie  nie  puszczał.  A  nawet  mocniej  zacisnął  ręce 

na mojej kurtce. 

-  Jessico - wysapał ponownie. 

Schyliłam  się  niżej,  bo  wydawało  się,  że  z  trudem  wydobywa 

głos. 

-  Tak, doktorze Krantz? 

-  Jesteś  -  wycharczał  -  najgorszym  kierowcą,  jakiego  w  życiu 

spotkałem. 

 

 

 

 

background image

 

144 

nie od tego, że wjechałam do środka pikapem. 

Przyjęto czterdziestu ośmiu nowych pacjentów, siedmiu w stanie 

krytycznym. Na szczęście, żadna z osób tej kategorii nie zaliczała się 

do  moich  przyjaciół.  Tej  nocy  głównymi  poszkodowanymi  byli 

Prawdziwi  Amerykanie.  Kiedy  siedziałam  w  poczekalni  -  nie 

mogłam  wejść  do  Roba,  bo  nie  należałam  do  rodziny  -  widziałam 

każdego wwożonego pacjenta. 

To  nie  nastąpiło  od  razu,  bo  straży  pożarnej,  karetkom  i  policji 

dotarcie do obozu Jima Hendersona zajęło trochę czasu. Już choćby 

moje  wyjaśnienia,  jak  tam  dotrzeć,  zajęły  trochę  czasu.  Zanim  w 

kierunku  obozu  Prawdziwych  Amerykanów  ruszył  pierwszy  wóz 

policyjny, przesłuchiwano mnie jakieś czterdzieści minut. 

Wcale nie jestem pewna, czy mi uwierzyli. To mógł być jeden z 

powodów,  dla  których  nie  pognali  tam  na  łeb  na  szyję.  Oddział 

paramilitarnej  milicji  zaatakowany  przez  bandę  motocyklistów  i 

kierowców  ciężarówek?  Szczęśliwie  doktor  Krantz  odzyskał 

przytomność i mógł potwierdzić wszystko, co powiedziałam. Krantz 

ma chyba dużą siłę perswazji, bo szeryf, wychodząc z sali, w której 

go umieszczono, miał bardzo ponurą minę. 

Przez chwilę jedynymi osobami w poczekalni byliśmy ja i Seth. 

No  i  Chigger.  Pracownicy  szpitala  nie  byli  zachwyceni  obecnością 

psa,  ale  kiedy  im  wyjaśniłam,  że  Chiggera  nie  można  zostawić  w 

ciężarówce,  bo  tam  by  zamarzł,  spuścili  z  tonu.  Dałam  psu  kilka 

paczek  krakersów  z  automatu.  Pożarł  je  łapczywiej  ułożył  się  na 

dwóch  plastikowych  krzesłach  i  zasnął,  zmęczony  długą  jazdą  i 

szczekaniem. 

Spotkanie  Setha  z  rodzicami,  które  nastąpiło  jakieś  dziesięć 

minut  po  naszym  przybyciu,  było  bardzo  wzruszające.  Państwo 

Blumenthal  płakali  ze  szczęścia,  widząc  syna  żywego  i  w  jednym 

W szpitalu działo się tej nocy mnóstwo rzeczy. I to niezależ- 

background image

 

145 

kawałku.  Objęli  mnie  czule,  choć  zapewniałam  ich,  że  moja  rola  w 

uwolnieniu Setha z łap paramilitarnej bandy była niewielka. 

Gdy  Seth  wyjaśniał  rodzicom,  kim  są  Prawdziwi  Amerykanie  i 

pokazał  im  znak  na  dłoni,  natychmiast  zaprowadzili  chłopca  do 

gabinetu, gdzie zajęto się oparzeniem. 

Zostałam w poczekalni tylko z Chiggerem. 

W końcu pojawili się moi rodzice wraz z Douglasem, Mikiem i 

Claire (ci dwoje są połączeni na poziomie kości biodrowej) i odbyło 

się wzruszające spotkanie rodzinne. W każdym razie mama płakała. 

Właściwie  tylko  ona.  Płakała,  bo  okazało  się,  że  ciotka  Rose  nie 

miała  racji.  Przez  cały  czas,  kiedy  mnie  nie  było,  wygadywała  na 

prawo i lewo, że pewnie uciekłam do Vegas, żeby się utrzymywać z 

hazardu.  Widziała  w  telewizji  program  Opry  o  młodocianych 

hazardzistach. 

Ciotka  Rose,  oświadczył  tata,  wyjedzie  następnego  dnia 

pierwszym porannym autobusem, bez względu na to, czy miała taki 

zamiar, czy nie. 

Wkrótce  później  przybyła  pani  Wilkins.  Zadzwoniłam  do  niej, 

gdy tylko zawiadomiłam rodziców. Pozwolono jej wejść na oddział, 

gdzie  leżał  Rob,  więc  nie  mieliśmy  okazji  z  nią  porozmawiać. 

Wyszła tylko raz, żeby  mi powiedzieć, że  według lekarzy  z Robem 

będzie  wszystko  w  porządku.  Miał  wstrząs  mózgu,  ale  nie  będzie 

musiał  zostać  w  szpitalu  dłużej  niż  dzień  czy  dwa,  jeśli  do  rana 

odzyska  przytomność.  Tata  powiedział  pani  Wilkins,  żeby  się  nie 

martwiła  swoimi  zmianami  w  restauracji  podczas  rekonwalescencji 

Roba. 

O  jedno  nie  zapytał  -  żaden  z  członków  mojej  rodziny  tego  nie 

zrobił  -  a  mianowicie,  jak  to  się  stało,  że  Rob  i  ja  zajęliśmy  się 

ratowaniem 

Setha 

Blumenthala 

walką 

Prawdziwymi 

Amerykanami.  Mike  i  Claire  oraz  Douglas  już  wiedzieli,  ale  moim 

rodzicom,  po  prostu  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  spytać.  Dzięki 

Bogu. 

background image

 

146 

Wszystko, czego chcieli się dowiedzieć, to czy dobrze się czuję i 

czy zaraz wrócę do domu. 

Powiedziałam,  że  nic  mi  nie  jest.  Ale  nie  mogłam  jechać  do 

domu.  Nie,  dopóki  -  jak  im  oświadczyłam  -  nie  usłyszę,  że  doktor 

Krantz pomyślnie przebył operację. 

Jeśli nawet uznali to za dziwne, nie okazali tego. Pokiwali tylko 

głowami  i  poszli  po  kawę  z  automatu  koło  kafeterii,  która  o  tak 

późnej  porze  była,  niestety,  zamknięta.  Zgłodniałam  -  od  pory 

lunchu  nie  miałam  nic  w  ustach  -  więc  pobuszowaliśmy  trochę  po 

automatach  ze  słodyczami.  Zjadłam  przyzwoitą  kolację  złożoną  z 

szarlotki  i  chipsów,  w  zjedzeniu,  których  pomógł  mi  Chigger. 

Chigger zachowywał się czarująco, obwąchując starannie każdego w 

poszukiwaniu  ukrytej  żywności,  ale  rodzina  nie  przyjęła  go  z 

entuzjazmem. Mama wyglądała na zdziwioną, kiedy zapytałam, czy 

mogę  zatrzymać  psa.  Zmiękła,  gdy  powiedziałam,  że  policja 

rekwiruje zwierzęta należące do przestępców, a potem je usypia. 

Poza  tym  nie  dało  się  zaprzeczyć,  że  Chigger  jest  doskonałym 

psem  obronnym.  Nawet  gliniarze,  zadając  mi  pytania,  omijali  go 

szerokim łukiem. 

Jakąś  godzinę  później  w  izbie  przyjęć  pojawiły  się  pierwsze 

ofiary  bitwy  wsioków  z  Prawdziwymi  Amerykanami.  Nie  jestem 

pewna, ale chyba mniej więcej w tym momencie moi rodzice zaczęli 

podejrzewać,  że  prawdziwym  motywem,  dla  którego  upieram  się 

siedzieć  w  szpitalu,  nie  jest  troska  o  nogę  doktora  Krantza.  Mieli 

rację. Tak naprawdę to chciałam być obecna, kiedy przywiozą Jima 

Hendersona. Naprawdę strasznie mi na tym zależało. 

Nie  dlatego,  że  miałam  mu  coś  do  powiedzenia.  Co  można 

powiedzieć komuś takiemu jak on? Nigdy do niego nie dotrze, że my 

mamy  rację,  a  nie  on.  Ludzie  pokroju  Jima  Hendersona  nie  są  w 

stanie  zmienić  sposobu  myślenia.  Tkwią  w  swoich  kretyńskich 

przekonaniach aż po grób i nic ani nikt nie zdoła im uświadomić, że 

się mylą. 

background image

 

147 

Chciałam  zobaczyć  Jima  Hendersona,  bo  pragnęłam  się 

upewnić,  że  go  złapali.  Że  się  nie  wymknął,  nie  zaszył  głębiej  w 

górach albo nie uciekł do Kanady. Chciałam, żeby trafił we właściwe 

miejsce, to znaczy do więzienia. 

Albo  żeby  umarł.  To  też  nie  byłoby  złe  rozwiązanie.  Chociaż 

wolałam  to  pierwsze.  Wwiezieniu  przynajmniej  wiedziałabym,  że 

cierpi. Śmierć wydawała się za łagodną karą dla takich jak on. 

Przywieziono  wielu  ludzi,  których  rozpoznałam  jako  Praw-

dziwych  Amerykanów  -  wszystkich  mężczyzn,  łącznie  z  dwoma, 

którzy  nas  ścigali  samochodem,  i  Czerwoną  Kurtką  z  raną 

postrzałową  uda  -  ale  żaden  z  nich  nie  okazał  się  Jimem  Hen-

dersonem. To było przykre, lecz nie takie znowu zaskakujące. Można 

było  się  spodziewać,  że  zwieje.  Nie  ucieknie  jednak  daleko.  Nie, 

skoro  miał  ze  mną  do  czynienia.  W  razie  potrzeby  użyję  swoich 

zdolności  psychicznych,  żeby  cały  czas  wiedzieć,  gdzie  przebywa  i 

co robi. Dzięki temu będę mogła zawiadomić władze, tak by ujęto go 

w  momencie,  kiedy  najmniej  by  się  tego  spodziewał.  Na  przykład, 

we  śnie  albo  gdy  starałby  się  spłodzić  więcej  malutkich 

Prawdziwych  Amerykanów.  W  momencie,  w  którym  nie  mógłby 

sięgnąć po broń. 

Kiedy  tak  przyglądałam  się  ludziom  wwożonym  na  wózkach, 

szukając  Jima  Hendersona,  dostrzegłam  kolejną  znajomą  twarz. 

Wyskoczyłam  z  plastikowego  krzesła  jak  z  procy  i  podbiegłam  do 

noszy. 

-  Chick!  -  krzyknęłam,  chwytając  go  za  ramię,  do  którego 

zdążono już przymocować kroplówkę. - Co z tobą?! Co się stało?! 

Chick uśmiechnął się blado. 

-  To  ty,  panienko  -  powiedział.  -  Cieszę  się,  że  ci  się  udało. 

Wilkins i dzieciak w porządku? Co z profesorem? 

-  Wszystko dobrze - zapewniłam. - Albo będzie dobrze. A co z 

tobą? Co się stało? 

background image

 

148 

-  Auu.  -  Chick  spojrzał  z  irytacją  na  pielęgniarkę,  która  usi-

łowała  wepchnąć  mu  termometr  do  ust.  -  Granat  ogłuszający 

wybuchł  za  wcześnie.  -  Podniósł  ręce.  Aż  sapnęłam  ze  zdumienia, 

widząc, jakie są poparzone. 

-  Chick! Tak mi przykro! 
-  Cóż - mruknął onieśmielony. - To moja wina. Powinienem był 

rzucić  ten  cholerny  granat.  Ale  zobaczyłem,  że  facet  ustawił 

wszystkie kobiety i dzieci przed sobą, i zgłupiałem... 

-  Masz na myśli Jima Hendersona? 
-  Tak. Drań użył swoich żon i dzieci jako żywej tarczy. 
-  Żon? - wytrzeszczyłam na niego oczy. 
-  A pewnie - potwierdził Chick. - Taki gość jak Jim Henderson 

musi zadbać, żeby rasa wybrana przez Boga nie wyginęła, nie może 

sobie  pozwolić  na  monogamię.  Proszę  pani  -  zwrócił  się  do 

pielęgniarki z termometrem - ja nie mam gorączki. Mam poparzone 

ręce. 

Pielęgniarka rzuciła nam obojgu wściekłe spojrzenie. 

-  Żadnych  gości  na  urazówce  -  powiedziała,  wskazując  mi 

plastikowe  krzesła.  -  Proszę  siadać.  I  trzymać  tego  psa  z  daleka  od 

pojemników na śmiecie! 

Obejrzałam  się  i  zobaczyłam,  że  Chigger  wsadził  mordę  do 

pojemnika. 

-  Co  z  nim?  -  zapytałam  Chicka,  kiedy  pielęgniarka  zaczęła 

mnie  wypychać  z  zakazanej  strefy.  -  Co  z  Hendersonem?  Złapali 

go?. 

-  Nie  wiem,  skarbie  -  zawołał  Chick.  -  Było  okropne  za-

mieszanie,  kiedy  mnie  stamtąd  zabierali.  Gliniarze,  strażacy  i  nie 

wiadomo, kto jeszcze... 

-  I nie wchodź tu więcej - powiedziała pielęgniarka, zamykając 

za mną drzwi. 

background image

 

149 

Podeszłam do Chiggera i pociągnęłam go za nabijaną ćwiekami 

obrożę.  Udało  mi  się  oderwać  go  od  pojemnika...  jakkolwiek 

musiałam jeszcze ściągnąć mu z pyska torebkę po chipsach. 

-  Niegrzeczny  pies  -  powiedziałam,  głównie  na  użytek  moich 

rodziców,  żeby  zobaczyli,  jaką  będę  wspaniałą  i  odpowiedzialną 

właścicielką czworonoga. 

Wtedy  usłyszałam, jak ktoś  woła  mnie po imieniu. Odwróciłam 

się i stanęłam przed doktorem Thompkinsem w zaplamionym krwią 

fartuchu chirurgicznym. 

-  Och!  -  mocniej  przytrzymałam  Chiggera  za  obrożę.  Zapach 

krwi  przyprawiał  go  o  szaleństwo.  To  mnie  ostatecznie  przekonało, 

że Prawdziwi Amerykanie nigdy nie karmią swoich psów. 

Moi rodzice na widok sąsiada wstali i podeszli do nas. 

-  Właśnie  operowałem  mężczyznę  rannego  w  nogę  -  zwrócił 

się  do  mnie  doktor  Thompkins  -  który  powiedział,  że  tobie 

zawdzięcza, że nie wykrwawił się na śmierć. 

-  To doktor Krantz - ucieszyłam się. - Czy dobrze się czuje? 
-  Tak - odparł Thompkins. - Udało mi się uratować nogę. Była 

to  jedna  z  najbardziej...  interesujących  opasek  uciskowych,  jakie 

widziałem. 

-  Cóż,  w  szóstej  klasie  miałam  szóstkę  z  pierwszej  pomocy  - 

odparłam skromnie. 

-  Nie wątpię - powiedział doktor Thompkins. - W każdym razie 

doktor Krantz na pewno wydobrzeje. Wyjaśnił mi, jak to się stało, że 

go postrzelono. 

-  Och  -  mruknęłam,  nie  wiedząc,  do  czego  zmierza  ojciec 

Tashy.  Czy  chce  na  mnie  nakrzyczeć  za  brak  odpowiedzialności? 

Czy powiedziano mu, że to ja wpakowałam pikap w drzwi szpitala? 

Nie byłam pewna. 

Doktor Thompkins uczynił rzecz zdumiewającą. Podał mi rękę i 

powiedział: 

background image

 

150 

-  Chcę ci podziękować, Jessico. Za to, co zrobiłaś, żeby oddać 

morderców mojego syna w ręce sprawiedliwości. 

Byłam wstrząśnięta. Czy to właśnie zrobiłam? Pewnie tak, coś w 

tym rodzaju. Tym bardziej szkoda, że nie zdołałam złapać człowieka, 

na którym ciążyła największa odpowiedzialność... 

-  Nie  ma  sprawy,  doktorze  Thompkins  -  powiedziałam, 

ściskając dłoń ojca Nate'a. 

Pod  rozwalone  przeze  mnie  drzwi  szpitala  podjechał  z  wyciem 

kolejny  ambulans.  Sanitariusze  wysunęli  na  zewnątrz  wózek  z 

ciężko  rannym  mężczyzną.  Mężczyzna  ten  przytrzymywał  ręką 

własne  wnętrzności,  był  jednak  przytomny.  Był  przytomny  i 

rozglądał się dookoła dzikimi niebieskimi oczami. 

-  Doktorze  Thompkins  -  zawołał  jeden  z  sanitariuszy.  -

Niedobrze z nim. Ciśnienie sto na sześćdziesiąt, puls... 

Jim  Henderson.  Na  tych  noszach,  z  flakami  na  wierzchu,  leżał 

Jim Henderson. 

Więc dopadli go. Dopadli go mimo wszystko. 

-  Zabieramy go na górę, na salę operacyjną - powiedział doktor 

Thompkins, rzuciwszy okiem na kartę, którą mu podali sanitariusze. 

- Natychmiast. 

Dwie  pielęgniarki  przejęły  nosze  i  zaczęły  je  pchać  w  stronę 

windy. Doktor Thompkins ruszył za nimi, ja za doktorem, a Chigger 

ruszył za mną. 

-  Doktorze  Thompkins  -  zawołałam,  kiedy  pielęgniarki 

zatrzymały nosze przed drzwiami windy. 

Jim  Henderson  odwrócił  głowę,  żeby  na  mnie  spojrzeć.  Wiem, 

że  mnie  rozpoznał,  bo  ujrzałam  strach...  tak,  strach...  w  jego 

błękitnych oczach. 

-  Proszę  zabrać  psa  -  powiedziała  jedna  z  pielęgniarek.  -

Zainfekuje pacjenta. 

Drzwi windy rozsunęły się. 

-  Jessico - powiedział doktor Thompkins - później dokończymy 

rozmowę. Teraz muszę zoperować tego człowieka. 

background image

 

151 

-  Słyszy  pan,  panie  Henderson?  -  zapytałam  mężczyznę  na 

noszach.  -  Doktor  Thompkins  będzie  pana  operował.  Czy  pan  wie, 

panie Henderson, kim jest doktor Thompkins? 

Henderson  nie  mógł  udzielić  odpowiedzi,  bo  miał  na  twarzy 

maskę  tlenową.  To  mi  nie  przeszkadzało.  Odpowiedź  nie  była  mi 

potrzebna. 

-  Doktor  Thompkins  -  ciągnęłam  -  jest  ojcem  tego  chłopca, 

którego ciało porzucił pan na polu kukurydzy. 

Doktor Thompkins spojrzał z przerażeniem na swojego pacjenta 

i mimowolnie cofnął się o krok. 

-  Tak  -  zwróciłam  się  do  niego.  - To jest  człowiek,  który  zabił 

pańskiego syna. Albo kazał to zrobić komuś innemu. 

Doktor Thompkins patrzył ze zgrozą na Jima Hendersona, który, 

trzeba  przyznać,  wyglądał  z  wywalonymi  wnętrznościami  dość 

żałośnie. 

-  Nie  mogę  operować  tego  człowieka  -  powiedział,  nie  od-

rywając wzroku od pacjenta na noszach. 

Jedna  z  pielęgniarek  wślizgnęła  się  do  windy  i  podniosła  słu-

chawkę telefonu. 

-  Czy mam się skontaktować z doktorem Lewinem? 
-  Nie mówiąc już o tym - ciągnęłam - że to ten sam człowiek, 

który  porwał  Setha  Blumenthala,  spalił  synagogę  i  poprzewracał 

nagrobki na żydowskim cmentarzu. 

Pielęgniarka  zawahała  się.  Doktor  Thompkins  wciąż  przyglądał 

się Jimowi Hendersonowi. Na jego twarzy malowało się obrzydzenie 

i jednocześnie niedowierzanie. 

-  A doktor Takahashi? - zasugerowała druga pielęgniarka. -Czy 

on nie ma dzisiaj nocnej zmiany? 

-  Hmm  -  mruknęłam.  -  Pan  Henderson  za  imigrantami  też 

raczej  nie  przepada.  Mam  rację,  panie  Henderson?  -  Schyliłam  się, 

tak  że  moja  twarz  znalazła  się  tuż  nad  jego  twarzą.  -Boże,  jakie  to 

musi  być  dla  pana  przygnębiające.  Skończy  się  na  tym,  że  będzie 

background image

 

152 

pana  operował  czarny  albo  Żyd,  albo  imigrant.  Lepiej,  żeby  te 

wszystkie  rzeczy,  jakie  pan  o  nich  opowiadał,  okazały  się  bzdurą. 

Cóż, no to do widzenia. 

Pielęgniarki wtoczyły wózek z rannym do windy. Gdy drzwi się 

zamykały,  Jim  Henderson  patrzył  na  mnie  szeroko  otwartymi 

oczami.  Nie  mogę  mieć  pewności,  ale  podejrzewam,  że  poddawał 

rewaluacji swój system wartości. 

 

 

im  Henderson  nie  umarł.  W  każdym  razie  nie  na  stole  ope-

racyjnym. 

W  końcu  operowali  go  doktorzy  Lewin  i  Takahashi.  Doktor 

Thompkins  wymówił  się.  Co  było  szlachetne  z  jego  strony.  To 

znaczy,  gdybym  była  na  jego  miejscu...  sama  nie  wiem.  Myślę,  że 

poszłabym  na  całość  i  pozwoliła,  aby  w  najważniejszym  momencie 

omsknął mi się skalpel. 

Jim  Henderson  przeżył  operację.  Zawdzięczał  życie  ludziom 

pochodzącym  z  grup  etnicznych  i  religijnych,  których  kazał 

nienawidzić  swoim  zwolennikom.  Ciekawiło  mnie,  jak  się  z  tym 

czuje,  ale  nie  na  tyle,  żeby  go  o  to  zapytać.  Miałam  znacznie 

ważniejsze rzeczy na głowie. 

Przede wszystkim Rob. 

Rob  odzyskał  przytomność  dopiero  następnego  dnia.  Akurat 

siedziałam obok niego. 

Poszłam  do  domu  zaraz  po  tym  incydencie  z  Hendersonem; 

właściwie to przyleźli szpitalni ochroniarze i wywalili mnie. Jak się 

bliżej  zastanowić,  to  takie  potraktowanie  bohatera  wydaje  się 

okropne.  Jedna  z  pielęgniarek  eskortujących  Jima  Hendersona  na 

salę operacyjną zakapowała mnie, bo groziłam pacjentowi. 

Faktycznie groziłam. Ale przecież w pełni sobie na to zasłużył. 

Tak czy owak, wróciłam do domu z rodzicami, braćmi i Claire i 

dzięki  temu  mogłam  się  parę  godzin  przespać.  Wzięłam  prysznic, 

J

background image

 

153 

przebrałam  się,  zjadłam  coś,  zabrałam  Chiggera  na  spacer,  w  tym 

kawałek  z  rodzicami.  Nie  byli  zachwyceni  perspektywą  trzymania 

pod własnym dachem psa szkolonego do atakowania ludzi, ale kiedy 

im  wyjaśniłam,  że  gliniarze  by  go  uśpili,  a  Prawdziwi  Amerykanie 

nie  zajmowali  się  nim  jak  należy,  wyrazili  zgodę.  To,  że  Chigger 

zeżarł antyczny dywanik, też im się nie spodobało, ale po trzech czy 

czterech  miseczkach  Dog  Chow  miał  dosyć,  więc  nie  widzę 

problemu. Był po prostu głodny. 

Następnego  dnia  siedziałam  w  szpitalu,  przeglądając  lokalną 

gazetę,  która  nie  zająknęła  się  słowem  na  temat  mojego  udziału  w 

ujęciu 

niebezpiecznego 

przywódcy 

największej 

organizacji 

paramilitarnej  w  południowej  części  stanu,  kiedy  Rob  zaczął  się 

budzić.  Odłożyłam  gazetę  i  pobiegłam  po  jego  mamę,  która  także 

czekała, aż się obudzi. Wróciłyśmy biegiem do jego pokoju... 

Przy  drzwiach  usłyszałam,  że  ktoś  woła  mnie  słabym  głosem  z 

drugiej  strony  korytarza.  Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  doktora 

Krantza,  który  leżał  w  salce  dokładnie  naprzeciwko  pokoju  Roba. 

Wokół łóżka zgromadziło się parę osób. Kilka rozpoznałam,  w tym 

agentów  specjalnych  Smith  i  Johnsona,  którzy  przedtem  prowadzili 

moją  sprawę.  To  znaczy,  dopóki  doktor  Krantz  ich  nie  odsunął. 

Przyjemnie  było  stwierdzić,  że  potrafili  całkowicie  zapomnieć  o 

urazach z przeszłości i nadal żyć w zgodzie. 

-  No,  no,  no  -  powiedziałam,  wchodząc  do  zatłoczonego 

pokoiku. - Co to jest? Narada sztabowa? 

Doktor Krantz roześmiał się. Nigdy przedtem nie słyszałam, jak 

się śmieje. 

-  Jessico  -  powiedział.  -  Cieszę  się,  że  cię  widzę.  Jest  tu  parę 

osób, które powinnaś poznać. 

A  potem  -  z  nogą  na  wyciągu,  z  kolcami  sterczącymi  z  me-

talowego  urządzenia  wokół  zabandażowanej  rany,  gdzie  przedtem 

tkwił  wetknięty  przeze  mnie  kamień  -  przedstawiał  mi  kolejno 

swoich gości. Była tam jego żona (wyglądała dokładnie tak samo jak 

background image

 

154 

on, tyle że miała włosy); niewysoka starsza pani o nazwisku Pierce, 

które  bardzo  do  niej  pasowało*  ze  względu  na  przenikliwe  oczy, 

niebieskie jak bucik dla niemowlęcia, który pracowicie dziergała na 

drutach;  a  także  chłopak  mniej  więcej  w  moim  wieku,  o  imieniu 

Malcolm. Agentów specjalnych Smith i Johnsona już znałam. 

-  Przeprowadziłaś  prawdziwą  inwazję  na  obóz  Prawdziwych 

Amerykanów, Jessico - stwierdził agent specjalny Johnson. 

-  Dzięki - odparłam skromnie. 
-  Jessica zawsze wprawiała nas w podziw swoją umiejętnością 

perswazji  -  powiedziała  agentka  specjalna  Smith.  -  Ma  prawdziwy 

dar zjednywania ludzi dla swojej sprawy... jakakolwiek by ta sprawa 

akurat była. 

-  Nie  mogłabym  tego  dokonać  -  zapewniłam  -  bez  pomocy 

wsioków. 

W  pokoju  zapadła  niezręczna  cisza,  co  wynikało  prawdopo-

dobnie  z  tego,  że  nikt  z  obecnych  poza  mną  nie  rozumiał  w  pełni 

znaczenia tego słowa. 

-  Na  pewno  ucieszy  cię  wiadomość  -  odezwał  się  wreszcie 

doktor  Krantz  -  że  Seth  wyjdzie  z  tej  przygody  bez  szwanku. 

Oparzenie powinno zniknąć bez śladu. 

-  Świetnie  -  powiedziałam.  Ciekawa  byłam,  co  słychać  w 

pokoju  Roba.  Na  pewno  zdążył  się  już  przywitać  z  mamą.  A  moja 

kolej? 

-  Policjant  postrzelony  podczas  akcji  -  ciągnął  Krantz  -  też 

dochodzi  do  zdrowia.  Podobnie  jak  wszyscy  twoi,  hm,  przyjaciele. 

Zwłaszcza pan Chicken. 

Chick - poprawiłam. - To też wspaniała nowina. Znowu 

zapadła cisza. Malcolm, siedzący na parapecie i grający w 

gameboya, podniósł wzrok i powiedział: 

 

Pierce (ang.) - przebijać, przewiercać (przyp. tłum.). 

-  No, dalej. Niech pan zapyta. 

background image

 

155 

Doktor  Krantz  odchrząknął  zakłopotany.  Agenci  specjalni 

Johnson i Smith wymienili spłoszone spojrzenia. 

-  Zapyta o co? - zainteresowałam się. Chociaż wiedziałam. Już 

wiedziałam. 

-  Jessico - odezwała się agentka specjalna Smith - od początku 

źle  się  zabraliśmy  do  współpracy  z  tobą.  Wiem,  co  sądzisz  na  ten 

temat,  ale  chcę  cię  zapewnić,  że  teraz  nie  będzie  tak  jak...  jak  za 

pierwszym razem. Doktor Krantz pracuje z ogromnym powodzeniem 

z...  osobami  takimi,  jak  ty.  Pani  Pierce  i  Malcolm  stanowią  część 

jego zespołu. 

Pani Pierce posłała mi miły uśmiech znad dziecięcego bucika. 

-  To prawda, kochanie - powiedziała. 
-  Naprawdę  uważam  -  mówiła  dalej  agentka  specjalna  Smith, 

sięgając ręką do perłowego klipsa - że polubiłabyś tę pracę, Jessico. 

Zwłaszcza  przy  twoim  stosunku  do  pana  Hendersona.  Właśnie  tego 

typu  ludzi  tropi  doktor  Krantz  i  jego  drużyna.  Ludzi  typu  Jima 

Hendersona. 

Spojrzałam  na  Krantza.  Wyglądał  dużo  sympatyczniej  w 

szpitalnym szlafroku niż w swoim zwykłym stroju, to jest garniturze 

z krawatem. 

-  To  prawda,  Jessico  -  powiedział.  -  Ktoś  z  twoimi  zdol-

nościami  byłby  cennym  nabytkiem  dla  naszej  drużyny.  I  niczego 

byśmy  od  ciebie  nie  żądali  poza  paroma  godzinami  czasu 

tygodniowo. 

-  Naprawdę?  Nie  musiałabym  mieszkać  w  Waszyngtonie?  - 

zapytałam nieufnie. 

-  Oczywiście, że nie - odparł doktor Krantz. 
-  I mogłabym nadal chodzić do szkoły? 
-  Oczywiście - zapewnił. 
-  Prasa by się w to nie mieszała? To znaczy, dopilnowałby pan, 

żeby nikt się o tym nie dowiedział? 

background image

 

156 

-  Jessico  -  powiedział  Krantz 

-

uratowałaś  mi  życie.  Przy-

najmniej tyle jestem ci winien. 

Spojrzałam  na  Malcolma.  Wydawał  się  pochłonięty  grą,  ale 

kiedy poczuł na sobie mój wzrok, podniósł głowę. 

-  Pracujesz dla nich? - zapytałam szorstko. - Podoba ci się 

to? 

Malcolm wzruszył ramionami. 

-  Jest  OK  -  odparł  i  wrócił  do  gry.  Sądząc  po  tym,  jak  za-

czerwieniły się jego policzki, współpraca z doktorem Krantzem była 

dla  niego  bardziej  niż  OK.  Dla  tego  przeciętnego  z  wyglądu 

chłopaka stanowiła szansę wyjścia z tłumu. Wobec innych silił się na 

obojętność,  ale  widać  było  wyraźnie,  że  poza  tą  pracą  świat  dla 

niego nie istnieje. 

-  A pani? - zagadnęłam panią Pierce. 

-  Och,  moja  droga  -  odparła  z  anielskim  uśmiechem.  -Żyję  po 

to,  żeby  pomagać  pozbywać  się  takich  skurwieli  jak  ten  świr  Jim 

Henderson. 

Po tej zaskakującej uwadze zajęła się ponownie dzierganiem bucika. 

No, no. 

Spojrzałam na doktora Krantza. 

-  Coś  panu  powiem  -  rzekłam.  -  Zastanowię  się  nad  tym,  w 

porządku? 

Dobrze - odparł Krantz z uśmiechem. - Zrób to. Życzyłam mu 

zdrowia, pożegnałam się z pozostałymi i pomknęłam na drugą stronę 

korytarza. 

W pokoju Roba oprócz pani Wilkins byli również jej bracia oraz 

Mów-Mi-Gary. 

-  Och - zawołała mama Roba, kiedy weszłam. - Oto i ona! 

Rob, którego ciemne włosy odcinały się ostro od bieli bandaża i 

poduszki,  uśmiechnął  się  do  mnie  blado.  Był  to  najpiękniejszy 

uśmiech, jakim mnie w życiu obdarowano. W jednej chwili wszelkie 

background image

 

157 

myśli  o  doktorze  Krantzu  i  Federalnym  Biurze  Śledczym 

wywietrzały mi z głowy. 

-  Cześć  -  powiedziałam,  kierując  się  w  stronę  łóżka.  Na  tę 

okazję  przywdziałam  spódnicę.  Nie  była  to  wieczorowa  atłasowa 

kreacja, ale wnosząc po pełnym uznania błysku w lustrujących mnie 

szarych oczach, Rob miał inne zdanie na ten temat. 

-  Co  wy  na  to,  żebyśmy  zwiedzili  tę  kafeterię,  o  której  tyle 

słyszałem? - odezwał się wujek Roba. 

-  O, tak, chodźmy - powiedziała pani Wilkins. 
A  potem  w  towarzystwie  braci  i  Mów-Mi-Gary'ego  opuściła 

pokój. 

Cóż,  subtelne  to  nie  było.  Ale  spełniło  swoją  rolę.  Rob  i  ja 

zostaliśmy sami. Wreszcie. 

Jakiś  czas  później  podniosłam  głowę  z  jego  ramienia,  gdzie 

złożyłam ją, wyczerpana namiętnymi pocałunkami, i oznajmiłam: 

-  Rob, muszę ci coś powiedzieć. 
-  Nie  zaprosiłem  cię  -  odparł  -  bo  nie  chciałem,  żebyś  miała 

jakiś problem z rodzicami. 

Przez chwilę wydawało mi się, że zwariował. No wiecie, że pani 

Henderson pomieszała mu w głowie tą misą tłuczonych ziemniaków. 

-  O czym ty mówisz? 
-  O  weselu  Randy'ego  -  wyjaśnił  Rob.  -  Jest  w  Wigilię.  Twoi 

rodzice  na  pewno  nie  pozwolą  ci  nigdzie  wyjść  w  Wigilię.  Więc 

musiałabyś nakłamać i tylko wpakowałabyś się w tarapaty. 

Zamrugałam zdumiona. Więc dlatego nie poprosił, żebym z nim 

poszła? Bo sądził, że moi rodzice nie pozwolą mi wyjść? 

Ale  przecież  mógł  mi  to  powiedzieć,  zamiast  pozwolić,  bym 

podejrzewała, że chce to zaproponować jakieś innej dziewczynie... 

Starałam się jednak nie okazać ulgi. 

-  Rob  -  rzekłam  -  daj  z  tym  spokój.  Nie  to  chciałam  po-

wiedzieć. 

-  Nie? - zdziwił się. - No to co? 

background image

 

158 

-  Poza  tym  rodzice  bez  problemu  pozwoliliby  mi  wyjść  w 

Wigilię.  W  Wigilię  niczego  nie  urządzamy.  Dopiero  w  pierwszy 

dzień  świąt  idziemy  do  kościoła,  otwieramy  prezenty,  jemy 

świąteczny obiad itd. 

-  Ale nie  mów  mi, że powiedziałabyś  im prawdę  - odparł. -To 

znaczy,  że  jesteś  ze  mną.  Przyznaj  się,  Mastriani.  Wstydzisz  się 

mnie. Bo jestem ze wsi. 

-  To nieprawda - oświadczyłam. - To ty się mnie wstydzisz! Bo 

jestem z miasta. I chodzę jeszcze do szkoły średniej. 

-  Przyznaję  -  zgodził  się  -  że  fakt,  że  jesteś  jeszcze  w  szkole 

średniej,  mocno  mi  nie  odpowiada.  Dla  faceta  w  moim  wieku 

chodzenie z szesnastoletnią dziewczyną jest trochę niezwykłe. 

Spojrzałam na niego zniesmaczona. 

-  Jesteś tylko dwa lata ode mnie starszy, głupolu. 
-  Wszystko  jedno  -  powiedział.  -  Słuchaj,  czy  musimy  teraz o 

tym mówić? Bo na wypadek, gdybyś nie zauważyła, zostałem ranny 

w głowę i nazywanie mnie głupolem nie poprawia mi samopoczucia. 

-  Cóż - rzekłam, zagryzając dolną wargę - to, co zamierzam ci 

powiedzieć, raczej nie poprawi ci humoru. 

-  Co takiego? - spytał Rob. Wydawał się znużony. 
-  Twój  tata.  -  Uznałam,  że  lepiej,  jeśli  to  z  siebie  po  prostu 

wyrzucę.  -  Widziałam  jego  zdjęcie  w  pokoju  twojej  mamy  i  wiem, 

gdzie on jest. 

Rob  patrzył  na  mnie  spokojnie.  Nie  zdjął  nawet  rąk  z  moich 

ramion. 

-  Och - mruknął tylko. 
-  Nie  chciałam  wtykać  nosa  w  nie  swoje  sprawy  -  dodałam 

szybko. - Naprawdę. To się stało przypadkiem. Po prostu zobaczyłam 

jego  zdjęcie,  a  w  nocy  przyśniło  mi  się,  gdzie  jest.  Powiem  ci, 

oczywiście,  jeśli  chcesz  wiedzieć.  Ale  jeśli  nie  chcesz,  to  też  w 

porządku. Nigdy już nie wspomnę słowem na ten temat. 

background image

 

159 

-  Mastriani  -  powiedział  Rob,  zaśmiawszy  się  krótko.  -  Ja 

wiem, gdzie on jest. 

Szczęka mi opadła. 

-  Wiesz? Wiesz, gdzie on jest? 
-  Odbywa  karę  dziesięciu  do  dwudziestu  lat  w  Stanowym 

Więzieniu  dla  Mężczyzn  w  Oklahomie  za  napad  z  bronią  w  ręku  - 

powiedział Rob. - Fajny facet, co? A ja jestem jabłkiem, które padło 

niedaleko od jabłoni. Założę się, że teraz marzysz tylko o tym, żeby 

mnie przedstawić rodzicom. 

-  Ale  ty  nie  jesteś  pod  nadzorem  kuratora  z  tego  powodu  -

powiedziałam pośpiesznie. - To znaczy, nie za coś takiego, jak napad 

z  bronią  w  ręku.  Za  coś  takiego  nie  dostaje  się  opiekuna  z  urzędu, 

tylko idzie siedzieć. Więc cokolwiek zrobiłeś... 

-  Cokolwiek zrobiłem - wszedł mi w słowo Rob - było błędem i 

już się nie powtórzy. 

Ku  mojemu  żalowi  puścił  mnie  i  założył  ręce  za  głowę.  Nie 

śmiał się już. 

-  Rob  -  powiedziałam.  -  Nie  myślisz  chyba,  że  to  dla  mnie 

ważne? To znaczy, twój tata? Nie  mamy  wpływu na to, kim są nasi 

krewni.  -  Pomyślałam  o  cioci  Rose,  która  o  ile  mi  wiadomo,  nigdy 

nie  dokonała  napadu  z  bronią  w  ręku,  ale  gdyby  bycie 

antypatycznym  stanowiło  przestępstwo,  siedziałaby  już  dawno.  - 

Skoro nie jest dla mnie  ważne, że kiedyś cię aresztowano, dlaczego 

miałoby mnie odchodzić... 

-  Powinno  cię  obchodzić  -  przerwał  mi  Rob.  -  Rozumiesz, 

Mastriani? Powinno cię obchodzić. I powinnaś w soboty wieczorem 

chodzić  na  tańce  jak  normalna  dziewczyna,  a  nie  zakradać  się  do 

tajnych  obozów  organizacji  paramilitarnej  i  ryzykować  życie,  żeby 

złapać jakichś psychopatycznych morderców... 

-  Tak?  -  Zaczęło  mnie  to  denerwować.  -  Więc  nie  jestem 

normalną  dziewczyną?  Może  i  nie,  ale  przypadkiem  podoba  mi  się 

to, kim jestem. Więc jeśli tobie się nie podoba, to możesz po prostu... 

background image

 

160 

Rob wyjął ręce zza głowy i ujął mnie za ramiona. 

-  Mastriani - powiedział. 
-  Mówię  poważnie,  Rob  -  burknęłam,  próbując  zrzucić  jego 

ręce. - Jeśli ci się nie podobam, to możesz iść do... 

-  Mastriani  -  powtórzył  i  zamiast  mnie  puścić,  przyciągnął 

mnie  do  siebie,  aż  moja  twarz  znalazła  się  w  odległości  paru  cen-

tymetrów  od  jego  twarzy.  -  Na  tym  właśnie  polega  problem.  Za 

bardzo mi się podobasz. 

Kiedy  starał  się  dowieść,  jak  bardzo  mu  się  podobam,  drzwi 

pokoju otworzyły się i przestraszony głos zawołał: 

-  Och! Przepraszam! 

Odskoczyliśmy  od  siebie.  Odwróciłam  się  gwałtownie  i  zo-

baczyłam  mojego  brata  Douglasa,  bardzo  czerwonego  na  twarzy. 

Obok  niego  stała,  to  po  prostu  niesamowite,  okropnie  onieśmielona 

Tasha Thompkins. 

-  Hej, Douglas. Hej, Tasha - rzuciłam obojętnym tonem. 
-  Hej - odezwał się słabym głosem Rob. 
-  Hej - odparła Tasha. Sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę 

uciec, ale mój brat położył rękę na jej szczupłym ramieniu. Mój brat 

Douglas  położył  rękę  na  ramieniu  dziewczyny  -a  ona  odzyskała 

panowanie nad sobą. 

-  Jess - powiedziała - ja tylko... chciałam przeprosić. Za to, co 

powiedziałam tamtego wieczoru. Ojciec mi powiedział, co zrobiłaś - 

wiesz, że schwytałaś ludzi, którzy... zrobili... to z moim bratem, i ja 

po prostu... 

-  Wszystko w porządku, Tasha - powiedziałam. - Wierz mi. 

-  Taa - odezwał się Rob - to była prawdziwa przyjemność. No, 

może  z  wyjątkiem  tego  momentu,  kiedy  dostałem  po  głowie 

tłuczkiem do ziemniaków. 

-  Miską na ziemniaki - sprostowałam. 

-  Miską na tłuczone ziemniaki, oczywiście - zgodził się Rob. 

background image

 

161 

-  Naprawdę  wszystko  w  porządku  -  zwróciłam  się  do  Tashy, 

która  wydawała  się  lekko  zaniepokojona  naszą  wymianą  zdań.  - 

Mam nadzieję, że będziemy się przyjaźnić. 

-  Będziemy  -  powiedziała  z  oczami  błyszczącymi  od  łez.  -

Bardzo bym chciała. 

Wyciągnęłam  ramiona  i  Tasha  wsunęła  się  w  nie,  obejmując 

mnie mocno. 

-  Jeśli  złamiesz  serce  mojemu  bratu,  ja  złamię  ci  nos,  rozu-

miesz? - szepnęłam jej do ucha. 

Tasha  zesztywniała,  a  potem  puściła  mnie  i  wyprostowała  się. 

Nie wyglądała jednak na przestraszoną. Wyglądała na szczęśliwą. 

-  Nie  złamię  -  powiedziała,  sięgając  po  dłoń  Douglasa.  -Nie 

martw się 

Douglas zaniepokoił się, ale  nie dlatego, że Tasha  wzięła  go za 

rękę. 

-  Czego nie złamiesz? - spytał. Zerknął na mnie podejrzliwie. -

Jess, coś ty jej powiedziała? 

-  Nic - odparłam słodko i usiadłam z powrotem na łóżku Roba. 
A potem za ich plecami odezwał się znajomy głos. Puk, puk - i 

do pokoju wpadła moja mama razem z tatą, Michaelem, Claire, Ruth 

i Skipem. 

-  Wstąpiłam po drodze, żeby spytać, czy nie chciałabyś czegoś 

przekąsić  w 

restauracji...

  -  głos  mamy  zamarł,  kiedy  zobaczyła, 

gdzie siedzę. Albo raczej obok kogo siedzę tak blisko. 

- Mamo - powiedziałam z uśmiechem, nie podnosząc się. - Tato. 

Cieszę  się,  że  jesteście.  Chciałabym  wam  przedstawić  mojego 

chłopaka Roba.