background image

Oliver Sacks 
ANTROPOLOG NA MARSIE 
 
O MALARZU, KTÓRY OŚLEPŁ NA BARWY 
Na początku marca 1986 roku otrzymałem taki oto list: 
Mam 65 lat, jestem malarzem. Mogę się pochwalić niemałymi sukcesami artystycznymi.  
Drugiego stycznia tego roku miałem wypadek samochodowy. W moje auto, od strony  
pasażera, uderzyła mała ciężarówka. W izbie przyjęć miejscowego szpitala powiedziano mi,  
że doznałem wstrząsu mózgu. W trakcie badania wzroku odkryto, że nie rozróżniam liter i  
kolorów. Litery wyglądały jak greckie. Wszystko widziałem tak, jakbym miał przed sobą  
ekran czarno-białego telewizora. Po kilku dniach zacząłem rozpoznawać litery, a mój wzrok  
stał się sokoli — na sto metrów widzę wijącego się robaczka. Ostrość wzroku jest  
nieprawdopodobna. ALE — JESTEM CAŁKOWICIE ŚLEPY NA BARWY. Byłem u  
okulistów, nic na ten temat nie wiedzą. Byłem u neurologów, też nadaremnie. Nie rozróżniam  
kolorów pod hipnozą. Robiono mi najrozmaitsze badania. Mój brązowy pies jest  
ciemnoszary. Sok pomidorowy jest czarny. W kolorowym telewizorze widzę jakiś straszny  
galimatias... 
Nadawca listu pytał dalej, czy zetknąłem się już kiedyś z takim problemem. Czy  
mógłbym wyjaśnić, co mu się stało, i czy potrafiłbym mu pomóc? 
Był to niezwykły list. Zazwyczaj sądzi się, że człowiek może urodzić się ślepy na  
kolory — ma kłopoty z rozpoznawaniem czerwonego i zielonego lub innych kolorów albo  
(niezwykle rzadko) nie widzi żadnych kolorów — z powodu uszkodzenia reagujących na kolory 
komórek siatkówki  
zwanych czopkami. Jednak w przypadku autora listu, Jonathana L, najwyraźniej tak nie było.  
Przez całe życie widział normalnie, urodził się z kompletem czopków w siatkówkach. Oślepł  
na kolory po sześćdziesięciu pięciu latach właściwego ich postrzegania — oślepł całkowicie  
— „jakby miał przed sobą ekran czarno-białego telewizora". To, że wszystko stało się tak  
nagle, nie pasowało do żadnego rodzaju powolnej degeneracji, której mogą ulec czopki  
siatkówki, i wskazywało na zakłócenie na wyższym poziomie, w częściach mózgu  
wyspecjalizowanych w percepcji kolorów. 
Całkowita ślepota na kolory spowodowana uszkodzeniem mózgu, tzw. mózgowa  
ślepota barw, chociaż opisana ponad trzysta lat temu, jest nadal stanem rzadkim i ważnym dla  
neurologów. Zawsze intrygowała ich, ponieważ, jak wszystkie nerwowe destrukcje, może  
ukazać mechanizmy nerwowych konstrukcji, w tym konkretnym przypadku — w jaki sposób  
mózg „widzi" (albo tworzy) kolory. Podwójnie intrygujące jest, że przydarzyła się ona  
artyście, malarzowi, który potrafi ją i namalować, i opisać, a więc wyrazić całą jej  
dziwaczność, rozpaczliwość i prawdziwość. 
Kolor nie jest czymś nieistotnym; przez setki lat budził pełną pasji ciekawość  
największych artystów, filozofów i badaczy. Młody Spinoza swój pierwszy traktat poświęcił  
tęczy. Najbardziej radosnym odkryciem młodego Newtona był skład białego światła.  
Wspaniałe badania Goethego nad barwami, podobnie jak Newtona, zaczęły się od pryzmatu.  
Problem koloru dręczył w XIX wieku Schopenhauera, Younga, Helmholtza i Maxwella.  
Ostatnia praca Wittgensteina nosi tytuł Remarks on Colour [Uwagi na temat koloru]. A jednak  
większość z nas zazwyczaj nie zwraca uwagi na tajemnicę barw. Takie przypadki jak pana I.  
pomagają nam śledzić nie tylko mechanizmy mózgowe czy fizjologię, ale również  
fenomenologię kolorów i ich głębokie znaczenie dla każdego z nas. 
Po otrzymaniu listu pana I. skontaktowałem się z moim przyjacielem i kolegą Robertem  

background image

Wassermanem, okulistą; uważałem, że powinniśmy razem zbadać skomplikowaną sytuację pana 
I. i w miarę możności mu pomóc. Po raz pierwszy zobaczyliśmy go w kwietniu 1986 roku. Był 
wysoki i bardzo szczupły, miał inteligentną twarz o ostrych rysach. Chociaż pogrążony w 
depresji z powodu swojego stanu, wkrótce rozchmurzył się i zaczął z nami rozmawiać żywo i z 
humorem. Mówił i jednocześnie bez ustanku palił. Jego nerwowe palce były poplamione 
nikotyną. Opisał swoje bardzo aktywne i owocne życie artysty — wczesne lata spędził z Georgią 
O'Keeffe w Nowym Meksyku, w latach czterdziestych malował dekoracje w Hollywood, w latach  
pięćdziesiątych, w okresie ekspresjonizmu abstrakcyjnego, mieszkał w Nowym Jorku, później  
został dyrektorem artystycznym i zajął się sztuką użytkową. 
Dowiedzieliśmy się, że z wypadkiem wiązało się wystąpienie przejściowej amnezji. Pan  
I. tuż po tym zdarzeniu, późnym popołudniem drugiego stycznia, potrafił jasno opisać  
policjantom, co się stało, ale potem, z powodu narastającego bólu głowy, poszedł do domu.  
Skarżył się żonie na ten ból i na utratę orientacji, ale nawet nie wspomniał o tamtym  
wydarzeniu. Potem spał bardzo długo, co wyglądało niemal jak stupor. Dopiero nazajutrz  
żona zauważyła wgnieciony bok samochodu i spytała, co się stało. Kiedy nie otrzymała jasnej  
odpowiedzi („Nie wiem. Może ktoś najechał na niego przy parkowaniu"), domyśliła się, że  
stało się coś poważnego. 
Potem pan I. pojechał do swojej pracowni i znalazł na biurku kopię raportu  
policyjnego. Miał wypadek, ale w dziwaczny sposób go nie pamiętał. Pomyślał, że może  
policyjny raport pobudzi mu pamięć. Ale gdy podsunął papier do oczu, nic nie zrozumiał.  
Dobrze, ostro widział druk różnych rozmiarów i z rozmaitymi typami czcionek, ale wszystko  
wyglądało jak pismo „greckie" czy „hebrajskie". Szkło powiększające nie pomogło, litery  
wyglądały po prostu jak większe litery „greckie" czy „hebrajskie". (Ta aleksja, czyli niemoż- 
ność rozpoznawania liter, trwała pięć dni, a potem znikła). 
Jonathan L, czując, że w czasie wypadku doznał wylewu albo jakiegoś innego  
uszkodzenia mózgu, zadzwonił do swego lekarza, który umówił się z nim na badania w  
miejscowym szpitalu. Chociaż, jak wskazuje list, prócz niemożności rozpoznawania liter  
stwierdzono wtedy trudności w rozpoznawaniu kolorów, on sam aż do następnego dnia nie  
miał subiektywnego poczucia, że coś się pod tym względem zmieniło. 
Tego dnia postanowił wrócić do pracy. Zdawało mu się, że jedzie we mgle, chociaż  
wiedział, że jest piękny, słoneczny poranek. Wszystko wydawało się przymglone,  
wypłowiałe, szare, niewyraźne. Niedaleko pracowni zatrzymali go policjanci. Powiedzieli, że  
dwa razy przejechał na czerwonym świetle. Czy wie o tym? Nie, odparł, nie widział żadnych  
czerwonych świateł. Poprosili, by wysiadł z samochodu. Stwierdziwszy, że jest trzeźwy, ale  
wyraźnie zdezorientowany i chory, wypisali mandat i poradzili, by poszedł do lekarza. 
Pan I. poczuł ulgę, dojeżdżając do pracowni. Oczekiwał, że ta wstrętna mgła zniknie,  
że wszystko będzie znów jasne i czyste. Ale gdy tylko wszedł do środka, stwierdził, że cała  
pracownia, obwieszona obrazami w żywych, jaskrawych kolorach, jest teraz szara, całkowicie  
wyprana z barw. Jego płótna — abstrakcyjne, kolorowe obrazy, z których był znany — stały  
się teraz szare albo czarno-białe. Kiedyś budzące tak wiele skojarzeń i uczuć, bogate w  
znaczenia, teraz wyglądały obco, bezsensownie. Ciężar straty przygniótł go. Całe życie był  
malarzem, a teraz nawet jego obrazy utraciły zawarty w nich sens. Nie mógł sobie wyobrazić,  
co będzie dalej robił. 
Następne tygodnie były bardzo trudne. 
— Można sobie pomyśleć — mówił pan I. — że co tam, co to za sprawa, taka utrata  
widzenia kolorów. Paru moich przyjaciół to powiedziało, żona czasem tak myślała, ale dla  
mnie było to okropne, obrzydliwe. 

background image

Znał kolory wszystkiego, z nadzwyczajną dokładnością (umiał podać nie tylko ich  
nazwy, ale również numery, według tabeli odcieni firmy Pantone, której używał od wielu lat).  
W ten sposób potrafił bez wahania zidentyfikować zieleń bilardowego stołu van Gogha. Znał  
wszystkie kolory swoich ulubionych obrazów, ale już ich nie widział, czy to patrząc na nie 
wprost, czy oczyma wyobraźni. Być może znał je teraz jedynie dzięki pamięci werbalnej. 
Nie chodziło tylko o to, że brakowało kolorów, ale że wszystko miało wstrętny,  
„brudny" wygląd. Biele były rażące, a jednocześnie zgaszone, złamane; czernie natomiast  
przepastne — wszystko nie takie, nienaturalne, splamione i nieczyste . 
Pan I. nie mógł znieść ani zmienionego wyglądu ludzi („jak ożywione szare posągi"),  
ani swego odbicia w lustrze — unikał kontaktów z innymi, a stosunki seksualne uznał za  
niemożliwe. Ciała ludzi, ciało żony, jego własne ciało były teraz odrażająco szare. „Cieliste"  
znaczyło teraz „szczurze", nawet gdy zamykał oczy, ponieważ zachował swoją żywą  
wyobraźnię wizualną, a ona też została pozbawiona barw. 
„Nietakość" wszystkiego niepokoiła, nawet budziła odrazę. Dotyczyła każdego  
szczegółu codziennego życia. Jedzenie było obrzydliwe ze względu na swój szary, martwy  
wygląd, przy posiłkach musiał zamykać oczy. Ale to niewiele pomagało, gdyż wyobrażony  
pomidor był tak samo czarny jak pomidor na stole. Tak więc, nie mogąc poprawić nawet  
idei, wewnętrznego obrazu rozmaitych rodzajów pożywienia, coraz częściej wybierał potrawy  
czarne i białe — czarne oliwki i biały ryż, czarną kawę i jogurt. One przynajmniej wyglądały  
względnie normalnie, podczas gdy większość potraw, w naturalnych kolorach, wydawała mu  
się teraz okropnie nienormalna. Jego własny pies brązowej maści wyglądał tak dziwnie, że pan  
I. zastanawiał się, czyby nie kupić dalmatyńczyka. 
Napotykał liczne trudności i przeżywał najrozmaitsze stresy, od zamieszania ze  
światłami na skrzyżowaniach (które teraz rozpoznawał tylko po ich położeniu) do tego, że nie  
potrafił dobrać sobie ubrań. (Musiała to robić żona i trudno mu było znieść to uzależnienie;  
później posegregował zawartość szuflad i szafy — tutaj skarpetki szare, tam żółte, krawaty  
oznaczone, marynarki i garnitury podzielone na rodzaje — by unikać rażącej niestosowności i  
chaosu). Przy stole trzeba było wprowadzić stałe rytuały ustawiania i podawania, inaczej mógł  
pomylić musztardę z majonezem albo dżem z ketchupem — oczywiście jeśli potrafił zmusić  
się do zjedzenia czegoś nienaturalnie czarnego. 
Mijały miesiące, panu I. szczególnie brakowało jaskrawych wiosennych kolorów —  
zawsze kochał kwiaty, a teraz mógł je rozpoznawać tylko po kształcie i zapachu. Sójki  
błękitne nie były już kolorowe; zaskakująco, ich błękit stał się teraz jasnoszary. Pan I. nie  
widział chmur, nie odróżniał ich bieli, a raczej złamanej bieli, od lazuru, który zbladł i był teraz  
jasnoszary. Nie rozróżniał także czerwonej i zielonej papryki, ponieważ obie wydawały mu się  
czarne. Żółcie i błękity były dla niego niemal białe. 
Tak więc brązowy pies ostro odcinał się od jasnej drogi, ale stawał się niewidzialny,  
kiedy przechodził na miękkie, cętkowane poszycie lasu. Ludzkie postacie pan I. dostrzegał z  
odległości pół mili (jak pisał w swoim liście, a potem wielokrotnie powtarzał, miał teraz  
niezwykle ostry, „sokoli" wzrok), ale często nie rozpoznawał twarzy, dopóki ludzie nie  
podeszli bardzo blisko. Wyglądało to na utratę widzenia barw i kontrastu, a nie na defekt w  
postrzeganiu, czyli agnozję. Miał poważne kłopoty, prowadząc samochód, bo często źle  
interpretował cienie —jako wyrwy czy bruzdy — i, by ich uniknąć, nagle hamował albo  
skręcał. 
Szczególnie trudna do zniesienia była dla niego kolorowa telewizja; obraz w niej  
odczuwał jako nieprzyjemny, czasem niezrozumiały. Telewizję czarno-białą uważał za lepszą;  
czuł, że jego percepcja obrazów czarno-białych jest relatywnie normalna, podczas gdy coś  

background image

dziwacznego i nieznośnego zjawiało się, gdy patrzył na obrazy kolorowe. (Gdy spytaliśmy,  
dlaczego po prostu nie wyłączy koloru, odparł, iż gradacja odcieni w „odbarwionej"  
kolorowej telewizji wydaje mu się inna, mniej „normalna" niż w „czystej" czarno--białej).  
Natomiast, jak teraz wyjaśniał, w odróżnieniu od swego pierwszego listu, jego świat nie był taki 
jak czarno-biała telewizja czy film — gdyby tak było,  
żyłoby mu się o wiele łatwiej. (Czasem chciałby nosić okulary z miniaturowymi czarno- 
białymi telewizorkami.) 
Desperacka chęć pokazania, jak wygląda jego świat, i bezużyteczność zwykłych  
analogii do czarno-białych obrazów sprawiły, że po kilku tygodniach stworzył w swojej  
pracowni całkowicie szary pokój, szary świat, gdzie stoły, krzesła i wykwintny obiad gotowy  
do podania były pomalowane w różnych odcieniach szarości. Trójwymiarowość i „czarno- 
biała" skala, różna od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni, dała rzeczywiście makabryczny  
efekt, całkowicie odmienny od efektu czarno-białej fotografii. Pan I. zwrócił nam uwagę na to,  
że akceptujemy czarno-białe fotografie czy filmy, ponieważ są one reprezentacją świata —  
obrazami, na które możemy patrzeć albo nie. Natomiast dla niego czerń i biel była  
rzeczywistością, znajdowała się wszędzie wokół niego, 360 stopni, solidna, trwała, w trzech  
wymiarach, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mógł to wyrazić tylko w jeden sposób —  
tworząc szary pokój, by inni mogli tego zaznać. Oczywiście, zaznaczył, obserwator też  
musiałby zostać pomalowany na szaro, wtedy nie obserwowałby jedynie tego świata, lecz stał  
się jego częścią. Co więcej, obserwator musiałby utracić, tak jak on, neurologiczną wiedzę o  
kolorach. To było, powiedział, jak życie w świecie „odlanym z ołowiu". 
Później powiedział, że ani słowo „szary", ani „ołowiany" nie potrafią dać wyobrażenia,  
jaki jest naprawdę jego świat. Nie doświadczał „szarości", ale czegoś, co nie ma  
odpowiednika w zwykłym doświadczeniu i zwykłym języku. 
Pan I. nie mógł teraz znieść muzeów i galerii ani kolorowych reprodukcji swoich  
ulubionych obrazów. Nie dlatego, że były po prostu odarte z kolorów, ale ponieważ  
wyglądały nieznośnie nie tak, ze swymi wymytymi albo „nienaturalnymi" odcieniami szarości  
(o wiele lepiej tolerował czarno-białe fotografie). Unieszczęśliwiało go to szczególnie wtedy,  
gdy osobiście znał artystów —percepcyjne umniejszenie ich prac kolidowało z jego odczuciem 
ich tożsamości. W gruncie rzeczy czuł, że to samo działo się też z nim. 
Pewnego razu przygnębiła go tęcza, którą widział jedynie jako bezbarwne półkole na  
niebie. Nawet zdarzające się od czasu do czasu migreny uważał za „nudne" — kiedyś wiązały  
się z kolorowymi geometrycznymi halucynacjami, teraz nawet one pozbawione były barw.  
Czasem starał się przywołać kolor, naciskając na gałki oczne, ale pojawiającym się wtedy  
błyskom i wzorkom też brakowało koloru. Kiedyś miał sny w żywych barwach, zwłaszcza  
gdy śniły mu się krajobrazy i obrazy. Teraz jego sny były rozmyte i blade albo gwałtowne i  
skontrastowane, pozbawione i kolorów, i delikatnego stopniowania odcieni. 
Co ciekawe, również muzyka straciła dla niego wiele, ponieważ przedtem miał  
niezwykle intensywny dar doznawania równoczesnego, tak że różne tony były natychmiast  
przekładane na kolory. Słyszał dźwięki i jednocześnie doświadczał wyjątkowo bogatej burzy  
barw. Z utratą zdolności do tworzenia kolorów utracił również i ten dar — jego wewnętrzny  
„organ kolorów" nie działał — słyszał teraz muzykę bez wizualnego akompaniamentu. A bez  
tego niezbędnego chromatycznego odpowiednika była ona w sposób gruntowny zubożona 5. 
Pewnej niewielkiej przyjemności doznawał, patrząc na rysunki; w młodości był  
znakomitym rysownikiem. „Może mógłby do tego wrócić?" Ta myśl pojawiała się raz po raz i  
zapuściła wreszcie korzenie, gdy inni zaczęli mu to coraz częściej sugerować. Jego  
pierwszym impulsem była chęć malowania w kolorze. Upierał się, że wciąż „wie", jakich  

background image

kolorów używać, nawet jeśli ich już nie widzi. W pierwszej próbie postanowił namalować  
kwiaty, tworząc na palecie odcienie, które wydadzą mu się „odpowiednie". Ale na obrazach 
namalowanych w ten sposób normalne oczy widziały tylko niezrozumiały kolorowy  
galimatias. Obrazy te nabrały sensu dopiero na czarno-białych zdjęciach, które wykonał  
pewien artysta, przyjaciel pana I. Kontury były takie jak trzeba, ale kolory całkowicie  
nieodpowiednie. 
— Nikt nie będzie mógł patrzeć na twoje obrazy — rzekł jeden z przyjaciół — dopóki  
nie staną się tak samo ślepe na kolory jak ty. 
— Przestań się upierać — powiedział inny. — Nie potrafisz teraz stosować koloru. 
Pan L, ociągając się, pozwolił, by schowano wszystkie jego kolorowe farby. To tylko  
chwilowo, myślał, niedługo do nich wrócę. 
W ciągu tych pierwszych tygodni był wzburzony, a nawet zrozpaczony; wciąż miał  
nadzieję, że któregoś pięknego poranka obudzi się i w cudowny sposób wróci do niego świat  
barw. W tamtym czasie był to motyw stale obecny w jego snach, ale to pragnienie nigdy się  
nie spełniło, nawet we śnie. Śnił, na przykład, że już, już za chwilę zobaczy wszystko w  
kolorze, ale w tym momencie budził się i stwierdzał, że nic się nie zmieniło. Obawiał się stale,  
że to, co się raz zdarzyło, może się powtórzyć, tym razem całkowicie pozbawiając go  
wzroku. Uważał, że prawdopodobnie miał wylew spowodowany wypadkiem (a może taki,  
który spowodował wypadek), i bał się, że znów w każdej chwili może dostać ponownego  
wylewu. Oprócz tych obaw zdrowotnych pojawiły się głębsze rodzaje dezorientacji i lęku,  
prawie niemożliwe do wyartykułowania, które pojawiły się, gdy próbował malować w kolorze  
i obstawał przy tym, że wciąż „zna" kolor. W ciągu tego miesiąca zaczai zdawać sobie  
sprawę, że nie chodzi tylko o to, iż nie postrzega barw i utracił wyobraźnię z nimi związaną,  
ale o coś głębszego, trudnego do zdefiniowania. Wiedział wszystko o kolorze — zewnętrznie,  
intelektualnie — ale utracił pamięć, wewnętrzną wiedzę o czymś, co było częścią jego  
istnienia. Przez całe życie doświadczał koloru, ale teraz był to tylko fakt historyczny, nie mógł  
tego dotknąć, bezpośrednio poczuć. Jakby cała jego przeszłość dotycząca barw została  
wymazana, jakby mózgowa wiedza na temat koloru została całkowicie usunięta i nie został po 
niej żaden ślad, żaden wewnętrzny dowód, że kiedyś istniała. 
Na początku lutego zaczął się uspokajać, nie był już tak zrozpaczony. Zaczął  
akceptować — nie samym intelektem, ale na głębszym poziomie — fakt, że jest naprawdę  
całkowicie ślepy na kolory i że być może tak już pozostanie. Początkowe poczucie  
bezsilności ustępowało miejsca poczuciu, że może coś postanowić —jeśli nie może malować  
w kolorze, będzie malował obrazy czarno-białe, będzie próbował żyć pełnią życia w czarno- 
białym świecie. W postanowieniu tym umocniło go pewne przeżycie pięć tygodni po  
wypadku, gdy jechał rankiem do pracowni. Zobaczył przed sobą wschód słońca, płomienne  
czerwienie zmienione w czerń: 
— Słońce wschodziło jak bomba, jak jakaś ogromna eksplozja nuklearna — powiedział  
później. — Czy ktoś widział kiedyś wschód słońca w taki sposób? 
Zainspirowany przez to zdarzenie, zaczął malować — zaczął właśnie od czarno-białego  
obrazu, który nazwał Nuklearny wschód słońca, a potem przeszedł do ulubionych abstrakcji,  
tyle że teraz były one czarno-białe. Lęk przed utratą wzroku dręczył go nadal, ale teraz,  
twórczo przetworzony, nadał kształt pierwszym „prawdziwym" obrazom namalowanym po  
eksperymentach z kolorem. Stwierdził, że potrafi malować, i to bardzo dobrze, czarno-białe  
obrazy. Jedyną pociechą stała się praca — spędzał w pracowni piętnaście, a nawet osiemnaście 
godzin  
na dobę. W ten sposób przetrwał jako artysta. 

background image

— Czułem, że bez malowania nie mógłbym dłużej żyć — powiedział później. 
W jego pierwszych czarno-białych obrazach, namalowanych w lutym i marcu,  
wyczuwało się istnienie gwałtownych sił — wściekłości, lęku, rozpaczy, pobudzenia — ale  
wszystkie one były utrzymywane pod kontrolą, świadcząc o artyzmie, który potrafi odsłonić,  
a jednocześnie zawrzeć taką intensywność uczuć. W ciągu tych dwóch miesięcy pan I.  
stworzył mnóstwo płócien w jednym określonym stylu, o charakterze, jakiego przedtem nie  
ujawniał. Wiele tych obrazów przedstawiało niezwykłą, potrzaskaną powierzchnię z abs- 
trakcyjnymi kształtami budzącymi wrażenie, iż są to twarze — odwrócone, w cieniu, smutne,  
rozgniewane — i rozczłonkowane części ciała, poszatkowane, umieszczone w ramkach i  
pudełkach. W porównaniu z poprzednimi pracami były skomplikowane jak labirynty,  
obdarzone jakąś obsesyjną, nie dającą spokoju jakością — wydawały się w symbolicznej  
formie ukazywać położenie, w jakim znalazł się ich twórca. 
Poczynając od maja — obserwowanie tego było fascynujące — przeszedł od tych  
pełnych siły, ale raczej przerażających i obcych obrazów, do tematów, których nie zgłębiał  
przez trzydzieści lat, z powrotem do przedstawiania tancerzy i wyścigów konnych. Te  
obrazy, chociaż nadal czarno-białe, były pełne ruchu, życia i zmysłowości. Odzwierciedlały  
zmianę w osobistym życiu malarza — nie wycofywał się już tak bardzo, zaczął odnawiać  
kontakty towarzyskie, wracać do seksu. Zmniejszały się jego lęki i depresja, wracał do świata. 
W tym samym czasie zaczął też rzeźbić, czego nigdy przedtem nie robił. Zdawał się  
zwracać do tych form postrzegania wizualnego, których nie został pozbawiony — formy,  
linii, ruchu, głębi — i badać je ze zwiększoną intensywnością. Zaczął również malować  
portrety, chociaż stwierdził, że nie potrafi pracować z żywym człowiekiem, a jedynie z  
czarno-białą fotografią, wzmacniając ją swoją znajomością i uczuciem dla modela. Życie było dla 
niego do zniesienia jedynie w pracowni, bo tylko tutaj mógł na nowo przedstawiać świat w 
pełnych mocy, kompletnych formach. Na zewnątrz, w prawdziwym życiu, świat był obcy, pusty, 
martwy i szary. 
Tę właśnie historię przedstawił pan I. Bobowi Wassermanowi i mnie — historię nagłej i  
całkowitej utraty widzenia kolorów oraz swoich prób życia w świecie czarno-białym. Nigdy  
przedtem nie słyszałem takiej opowieści, nigdy nie spotkałem nikogo z całkowitą ślepotą na  
barwy i nie miałem pojęcia, co mu się stało — nie wiedziałem też, czy można go wyleczyć  
albo uzyskać poprawę. 
Pierwszym zadaniem było bardziej precyzyjne opisanie jego stanu, za pomocą  
rozmaitych testów, niektórych całkiem nieformalnych, z użyciem zwykłych przedmiotów czy  
obrazów, cokolwiek było pod ręką. Na przykład najpierw pokazaliśmy panu I. półkę z  
notesami — niebieskimi, czerwonymi i czarnymi — stojącą przy moim biurku. Natychmiast  
wybrał niebieskie (dla normalnych oczu umiarkowanie niebieskiego koloru) — powiedział, że  
są „blade". Czerwonych i czarnych nie potrafił odróżnić — oba rodzaje były dla niego  
„martwo czarne". 
Potem daliśmy mu mnóstwo włóczek, w trzydziestu trzech kolorach, i poprosiliśmy,  
aby je posortował. Odparł, że nie może ich podzielić ze względu na kolory, a jedynie ze  
względu na odcienie szarości. Potem szybko i sprawnie podzielił włóczki na cztery dziwne,  
kolorystycznie przypadkowe stosiki, które scharakteryzował jako 0-25 procent, 25-50  
procent, 50-75 procent i 75-100 procent czarno--białej skali (chociaż nic nie wyglądało dla  
niego jak czysty biały kolor, nawet biała włóczka była trochę „zmatowiała" czy „brudna"). 
My dwaj nie potrafiliśmy orzec, czy włóczka jest dobrze posortowana, ponieważ  
widzenie barw przeszkadzało nam w wizualizowaniu czarno-białej skali, tak jak ludzie z  
normalnym wzrokiem nie potrafili rozróżnić odcieni w chaosie kolorowych kwiatów namalo- 

background image

wanych przez pana I. Ale czarno-biała fotografia i czarno-biały film wideo potwierdziły, że  
pan I. rozdzielił włóczki prawidłowo według czarno-białej skali, i generalnie zgadzało się to z  
odbiorem urządzeń mechanicznych. Jego podział na kategorie był prymitywny, ale wiązało się to 
z widzeniem ostrych kontrastów, ubóstwem odcieni, na które narzekał. I rzeczywiście, kiedy  
pokazaliśmy mu skalę pewnego artysty, z kilkunastoma stopniami od bieli do czerni, potrafił  
odróżnić jedynie trzy czy cztery kategorie odcieni. 
Pokazaliśmy mu również klasyczne tablice kolorowych plamek Ishihary, na których  
cyfry w niewiele różniącym, się kolorem otoczeniu są doskonale widoczne dla ludzi  
obdarzonych normalnym wzrokiem, a niewidoczne dla tych, którzy cierpią na rozmaite  
rodzaje ślepoty na barwy. Pan I. nie widział żadnej z tych figur (za to dostrzegał je, tak jak inni  
ludzie ślepi na kolory, a ludzie z normalnym wzrokiem nie, na specjalnych tablicach  
przeznaczonych do rozpoznawania udawanej lub histerycznej ślepoty na kolory). 
Przypadkiem mieliśmy pocztówkę jakby stworzoną do badania ludzi ślepych na barwy  
— pocztówkę przedstawiającą wybrzeże i sylwetki rybaków na molo na tle  
ciemnoczerwonego nieba o zachodzie słońca. Pan I. w żaden sposób nie potrafił dostrzec  
rybaków i mola, a widział jedynie półkole zachodzącego słońca. 
Kolejne testy — anomaloskopia Nagela i karty ślepoty na barwy Sloana —  
potwierdziły całkowitą ślepotę na kolory u pana I. Z doktorem Ralphem Sigelem  
przeprowadziliśmy testy percepcji głębi i ruchu (używając stereogramów przypadkowych  
kropek i ruchomych pól przypadkowych kropek Julesza). Te rodzaje percepcji były  
normalne, tak jak zdolność rozpoznawania struktury i głębi na podstawie ruchu.  
Zauważyliśmy jednak jedną ciekawą anomalię — pan I. nie potrafił „chwycić" czerwonych i  
zielonych stereogramów (anaglifów dwubarwnych), przypuszczalnie dlatego, że do rozdziału  
dwóch obrazów potrzebne jest widzenie barw. Wykonaliśmy również elektroretinogramy, i  
wyniki były normalne, co wskazywało, iż wszystkie trzy mechanizmy czopków siatkówki są  
zachowane i że ślepota na barwy jest rzeczywiście pochodzenia mózgowego. 
Chociaż pan I. miał takie kłopoty, gdy pokazywano mu kolorowe obrazy, bez żadnych  
trudności prawidłowo opisywał fotografie i reprodukcje czarno-białe. Bez kłopotów  
rozpoznawał kształty przy pokazywaniu obiektów jego wyobraźnia i pamięć były nadzwyczaj  
żywe i wierne, chociaż nigdy nie potrafiły oddać barw. Tak więc kiedy pokazano mu  
klasyczny testowy obraz kolorowej łódki, przyglądał mu się przez chwilę intensywnie,  
odwrócił wzrok i błyskawicznie namalował go czarną i białą farbą. Nie miał żadnych trudności  
z kojarzeniem i nazywaniem barw, gdy pytaliśmy go o kolory zwykłych, codziennych  
przedmiotów. (Na przykład pacjenci z anomią wzrokową doskonale potrafią dopasowywać  
kolory, ale nie potrafią ich nazywać, i mogą mówić, niepewnie, o „niebieskim" bananie. W  
przeciwieństwie do nich pacjenci z agnozją barw też potrafią dopasowywać kolory, ale nie  
okazaliby najmniejszego zdziwienia, gdyby im podano niebieskiego banana. Jednak pan I. nie  
miał tych kłopotów). Nie miał również (teraz) żadnych trudności w czytaniu. Testy  
wykonane do tej chwili i ogólne badanie neurologiczne potwierdziły więc, że pan I. jest  
całkowicie ślepy na barwy. 
W tym momencie mogliśmy mu powiedzieć, że jego problem jest prawdziwy — że ma  
prawdziwą ślepotę na barwy, a nie histerię. Zdawało nam się, iż przyjął to z mieszanymi  
uczuciami — miał na poły nadzieję, że jest to tylko histeria, a więc istnieje możliwość  
wyleczenia. Ale podejrzenie, iż jest to coś psychicznego, również go przygnębiało i  
wywoływało poczucie, że jego problem nie jest „prawdziwy" (kilku lekarzy to sugerowało).  
Nasze testy w pewnym sensie usankcjonowały jego stan, ale też pogłębiły lęk przed uszko- 

background image

dzeniem mózgu i nikłymi szansami na wyleczenie. Powstawanie naszej wiedzy na temat 
zdolności mózgu do reprezentacji kolorów  
przebiegało skomplikowaną i zygzakowatą drogą. Newton w swoim słynnym doświadczeniu  
z pryzmatem w 1666 roku wykazał, że białe światło jest złożone — można je rozłożyć i złożyć  
na nowo z wszystkich kolorów widma. Promienie, które były najbardziej odchylone  
(„najbardziej ulegające załamaniu"), postrzegane są jako fioletowe, a najmniej ulegające  
załamaniu —jako czerwone, z resztą widma pośrodku. Kolor obiektów, uważał Newton,  
zależał od „intensywności", z jaką odbijały one określone promienie w kierunku oka. Thomas  
Young w 1802 roku, wyczuwając, że nie ma potrzeby, by w oku istniała niezliczona liczba  
receptorów, a każdy z nich dostrojony do innej długości fali (w końcu artyści potrafią  
stworzyć niemal każdy kolor, jaki chcą, używając bardzo szczupłej palety barw), wysunął  
hipotezę, że powinny wystarczyć trzy rodzaje receptorów. Genialna myśl Younga, rzucona  
od niechcenia w czasie wykładu, została zapomniana, a raczej przez pięćdziesiąt lat leżała w 
uśpieniu.  
Dopiero Hermann von Helmholtz w czasie swoich własnych badań nad wzrokiem obudził ją i  
sprecyzował, tak że teraz mówimy o hipotezie Younga-Helmholtza. Dla Helmholtza, podobnie  
jak dla Younga, kolor był bezpośrednim wyrazem długości fali świetlnej absorbowanej przez  
każdy receptor, gdzie system nerwowy po prostu tłumaczy jedno na drugie. „Czerwone  
światło stymuluje włókno wrażliwe na czerwień bardzo mocno, a dwa pozostałe słabo, dając  
wrażenie czerwieni". 
W 1884 roku Hermann Wilbrand, który spotykał w swojej neurologicznej praktyce  
pacjentów z różnymi rodzajami zaburzeń wzroku — niektórzy mieli przede wszystkim  
zaburzenia pola widzenia, inni percepcji barw, a jeszcze inni percepcji kształtu —  
zasugerował, że w pierwotnej korze wzrokowej muszą istnieć oddzielne ośrodki dla „wrażeń  
na światło, kolor i kształt", chociaż nie miał na to żadnych dowodów anatomicznych. Fakt, że  
ślepota na barwy (a nawet częściowa ślepota na barwy) może rzeczywiście zostać spowo- 
dowana uszkodzeniem określonych części mózgu, potwierdził cztery lata później szwajcarski  
oftalmolog, Louis Verrey. Opisał on przypadek sześćdziesięcioletniej kobiety, która na skutek  
wylewu do lewego płata potylicznego widziała wszystko w prawej części pola widzenia w  
odcieniach szarości (w lewej połowie kolory były normalne). Badanie mózgu pacjentki po jej  
śmierci wykazało uszkodzenie ograniczone do małej części (zakręty wrzecionowaty i potylicz- 
no-skroniowy) kory wzrokowej — to tutaj, wywnioskował Verrey, „należało szukać ośrodka 
wrażeń chromatycznych". Z pomysłem, że może istnieć taki  
ośrodek, że jakaś część kory mózgowej może specjalizować się w percepcji lub reprezentacji  
barw, natychmiast rozpoczęto spór, który toczył się prawie sto lat. Podstawy tego sporu  
sięgają bardzo głęboko, do filozoficznych podstaw neurologii. 
John Locke, w XVII wieku, stał po stronie filozofii „wrażeniowej" (równoległej do  
filozofii fizykalnej Newtona) — nasze zmysły są instrumentami pomiarowymi, za pomocą  
wrażeń rejestrującymi dla nas świat zewnętrzny. Słuch, wzrok, wszystkie zmysły uważał za  
całkowicie pasywne i receptywne. Neurolodzy końca XIX wieku bardzo szybko  
zaakceptowali tę filozofię i zastosowali do spekulatywnej anatomii mózgu. Percepcję  
wzrokową zrównywano z „danymi zmysłowymi" albo „wrażeniami", które są przesyłane  
precyzyjnie, punkt po punkcie, z siatkówki do części kory mózgowej odpowiedzialnej za  
wzrok — i tam doświadczane subiektywnie, jako obraz widzianego świata. Zakładano, iż  
kolor jest nierozdzielną częścią tego obrazu. Nie było miejsca — ani anatomicznie, na  
oddzielny ośrodek koloru, ani konceptualnie — na samą myśl, że coś takiego może istnieć.  
Kiedy więc w 1888 roku Verrey opublikował swoje odkrycie, zakwestionował ogólnie  

background image

przyjętą doktrynę. Jego obserwacje podano w wątpliwość, badania skrytykowano i uznano za  
wadliwe — prawdziwe obiekcje jednak były natury doktrynalnej. 
Uważano, że jeśli nie ma oddzielnego ośrodka koloru, nie może też być częściowej  
ślepoty na barwy. Tak więc przypadek opisany przez Verreya i dwa podobne z lat  
dziewięćdziesiątych XIX wieku wyrzucono z neurologicznej świadomości — i mózgowa  
ślepota na barwy zniknęła jako temat na następne siedemdziesiąt pięć lat. Dopiero w 1974  
roku pojawiło się następne pełne studium przypadku" 
Sam pan I. był bardzo ciekawy, co się dzieje w jego mózgu. Chociaż żył teraz  
wyłącznie w świecie jasności i ciemności, zadziwiało go, jak zmieniał się on w zależności od  
oświetlenia. Na przykład czerwone obiekty, które normalnie postrzegał jako czarne, stawały  
się jaśniejsze w długich promieniach popołudniowego słońca, i to pozwalało mu  
wywnioskować, że są czerwone. Ten fenomen uwidaczniał się bardzo, jeśli nagle zmieniało  
się oświetlenie, np. gdy zapalano światło fluorescencyjne, które błyskawicznie powodowało  
zmianę jaskrawości przedmiotów w pokoju. Pan I. powiedział, że żyje teraz w świecie  
zmiennym, którego światła i cienie podlegają fluktuacji wraz ze zmianą długości fali świetlnej,  
co tworzy uderzający kontrast ze względnie stałym, stabilnym, znanym mu wcześniej światem  
koloru 
Wszystko to, oczywiście, bardzo trudno wytłumaczyć, jeśli używa się pojęć klasycznej  
teorii barw — przekonania Newtona, że istnieje niezmienny związek między długością fali  
świetlnej i kolorem, że przekaz informacji o długości fali z siatkówki do mózgu następuje  
wprost „z komórki do komórki", a potem ta informacja jest bezpośrednio przetwarzana na  
kolor. Taki prosty proces — neurologiczna analogia do rozszczepiania światła w pryzmacie i  
składania go na nowo — z trudem przystaje do rzeczywistej złożoności postrzegania  
kolorów. 
Ta niezgodność między klasyczną teorią barw i rzeczywistością uderzyła Goethego  
pod koniec XVIII wieku. Niezwykle świadomy takich zjawisk jak kolorowe cienie i kolorowe  
powidoki [przedłużone odczuwanie bodźca wzrokowego — przyp. tłum.], wpływ bliskiego 
sąsiedztwa i  
oświetlenia na odbieranie kolorów, rozmaite rodzaje iluzji, czuł on, że to właśnie one muszą  
być podstawą teorii barw i za swoje credo obrał zdanie: „Optyczna iluzja jest optyczną  
prawdą!". Przede wszystkim skupiał się na sposobie, w jaki rzeczywiście widzimy kolory i  
światło, jak tworzymy światy i iluzje — w kolorze. Czuł, że tego nie potrafi wytłumaczyć  
fizyka newtonowska, ale jakieś jeszcze nie znane prawa rządzące pracą mózgu. W rezultacie  
mówił: „Iluzja wzrokowa jest neurologiczną prawdą". 
Teoria barw Goethego, jego Farbenlehre (którą uważał za coś równoważnego z całym  
swoim dorobkiem poetyckim), została, ogólnie biorąc, odrzucona przez jemu współczesnych  
i pozostawała od tego czasu w pewnego rodzaju niebycie, uważana za pseudonaukę, kaprys  
wielkiego poety. Ale nauka zauważała czasem „anomalie", które Goethe uważał za kwestie  
najważniejsze, i np. Helmholtz przy wielu okazjach wygłaszał pełne podziwu wykłady na temat  
teorii Goethego — ostatni w 1892 roku. Helmholtz zdawał sobie doskonale sprawę, że istnieje  
„stałość koloru" — czyli sposób, w jaki zachowane są kolory obiektów, tak że możemy je  
kategoryzować i zawsze wiemy, na co patrzymy, pomimo dużych zmian w długości fali  
świetlnej, która na nie pada. Na przykład rzeczywiste długości fali świetlnej odbijanej przez  
jabłko mogą się bardzo różnić w zależności od oświetlenia, ale my wciąż widzimy je jako  
czerwone. To nie może być jedynie zwykłe przełożenie długości fali na kolor. Helmholtz  
uważał, że musi istnieć jakiś sposób „pomijania oświetlenia" — i rozumiał to jako  
„nieświadomą konkluzję" albo „osąd" (chociaż nie zaryzykował hipotezy, gdzie taki osąd  

background image

mógłby się pojawiać). Stałość kolorów była dla niego specjalnym przykładem, w jaki sposób  
generalnie osiągamy stałość percepcji. Jak z chaosu bodźców zmysłowych tworzymy stabilny  
świat, który nie mógłby zaistnieć, gdyby nasze postrzeganie było jedynie pasywnym odbiciem  
nieprzewidywalnej i zmiennej rzeki, która zalewa nasze receptory. 
Również Clerka Maxwella, wielkiego współczesnego Helmholtza, tajemnica widzenia  
barwnego fascynowała już od szkolnych lat. 
Nadał on kształt pojęciom kolorów podstawowych i mieszania kolorów, wynajdując  
kolorowego bąka (gdy się go kręciło, jego kolory stapiały się ze sobą, dając wrażenie, że staje  
się szary) oraz graficzne przedstawienie z trzema osiami, trójkąt barw, który pokazuje, jak  
można stworzyć dowolny kolor, mieszając trzy kolory podstawowe. To otworzyło drogę do  
jego najbardziej spektakularnego pokazu w roku 1861; wykazał w nim, że fotografia barwna  
jest możliwa pomimo faktu, iż emulsje fotograficzne były czarne i białe. Osiągnął to,  
fotografując trzy razy kolorowy obiekt, przez czerwony, zielony i fioletowy filtr.  
Otrzymawszy trzy obrazy „oddzielnych barw", jak je nazwał, nałożył je na siebie, rzucając na  
ekran każdy z nich przez odpowiadający mu filtr (obraz otrzymany przez czerwony filtr był  
rzucany z użyciem czerwonego światła itd.). Nagle obraz rozkwitł pełną gamą barw. Maxwell  
zastanawiał się, czy właśnie w ten sposób mózg odbiera kolory — poprzez dodawanie  
obrazów oddzielnych barw albo ich neurologicznych odpowiedników, jak w jego pokazie z  
laterna magica Maxwell doskonale zdawał sobie sprawę z wady tego procesu dodawania — 
fotografia barwna nie zna sposobu „pomijania oświetlenia" i jej kolory zmieniają się 
beznadziejnie razem  
ze zmianą długości fali świetlnej. 
W 1957 roku, dziewięćdziesiąt kilka lat po słynnym pokazie Maxwella, Edwin Land —  
nie tylko wynalazca tzw. kamery Landa i polaroidu, ale również genialny eksperymentator i  
teoretyk -przeprowadził jeszcze bardziej zadziwiający fotograficzny pokaz percepcji wzrokowej.  
Inaczej niż Maxwell, wykonał tylko dwie czarno-białe fotografie (używając aparatu  
rozdzielającego promień świetlny, tak że można je było zrobić w tym samym czasie, z jedne- 
go punktu obserwacyjnego, przez ten sam obiektyw) i rzucił je na ekran przez projektor z  
podwójnym obiektywem. Do robienia zdjęć użył dwóch filtrów: jeden przepuszczał dłuższe  
fale świetlne (czerwony), drugi — fale krótsze (zielony). Pierwszy obraz rzucił na ekran przez  
czerwony filtr, a drugi z zastosowaniem zwykłego białego światła, nie filtrowanego. Można by  
przypuścić, że rezultatem powinien być po prostu obraz jednolicie bladoróżowy, ale zamiast  
tego wydarzyło się coś „niemożliwego". Fotografia przedstawiająca młodą kobietę  
natychmiast pojawiła się w pełnym kolorze — „jasne włosy, jasnoniebieskie oczy, czerwony  
płaszcz, niebiesko-zielony kołnierz i uderzająco naturalny wygląd ciała", jak to później opisał  
Land. Skąd się te kolory wzięły, jak zostały zrobione? Wydawało się, że nie ma ich ani „w"  
fotografiach, ani w oświetleniu. Te pokazy, oszałamiające swoją prostotą i znaczeniem, były  
barwnymi „iluzjami", tak jak je rozumiał Goethe, ale iluzjami, które ukazywały neurologiczną  
prawdę, że kolory nie istnieją „gdzieś tam", w świecie, tak po prostu, ani nie są automatyczną  
odpowiedzią na długość fali świetlnej (jak wynikało z klasycznej teorii), ale raczej są tworzone  
przez mózg. 
Te eksperymenty początkowo jakby zawisły w próżni, jak jakieś anomalie. Nie można  
ich było wytłumaczyć, używając pojęć istniejącej teorii, ale nie wiodły też prosto do jakiejś  
nowej koncepcji. Co więcej, wydawało się możliwe, że wiedza obserwatora o tym, jakie  
kolory są odpowiednie, może wpływać na jego percepcję takiego obrazu. Tak więc Land  
zdecydował się na zamianę dobrze znanych obrazów pochodzących ze świata wokół na  
całkowicie abstrakcyjne, wielobarwne tablice z geometrycznymi polami, tak by nasze ocze- 

background image

kiwania nie dawały żadnej wskazówki, jaki kolor powinniśmy widzieć. Te abstrakcyjne tablice  
trochę przypominały niektóre z obrazów Pieta Mondriana i Land nazwał je „kolorowymi  
mondrianami". Za pomocą mondrianów, które oświetlał trzema projektorami, używając filtrów 
długich fal świetlnych (czerwień), średnich (zieleń) i krótkich (niebieski),  
Land potrafił udowodnić, że jeśli jakaś powierzchnia jest częścią złożonego, wielobarwnego  
obrazu, to nie ma prostej zależności między długością fali świetlnej odbijanej przez  
powierzchnię a jej kolorem odbieranym przez człowieka. 
Co więcej, jeśli pojedynczą plamę koloru (np. taką, która jest zwykle odbierana jako  
zielona) wyizolujemy z otaczających ją barw, będzie się wydawała biała albo jasnoszara, bez  
względu na to, jaki był oświetlający ją promień świetlny. Tak więc Land wykazał, że zielonej  
plamy nie można uważać za rzeczywiście zieloną, bo częściowo obdarza ją zielonością jej  
sąsiedztwo z innymi częściami mondriana. 
Podczas gdy dla Newtona, według klasycznej teorii, kolor był czymś lokalnym i  
absolutnym, wynikającym z długości fali światła odbijanego przez każdy punkt, Land  
pokazał, że jego oznaczenie nie jest ani lokalne, ani absolutne, ale zależy od oglądu, zbadania  
całej sceny i porównania długości fal odbitych od każdego jej punktu z długością fal  
odbijanych przez jej otoczenie. Do stworzenia globalnej syntezy, „osądu" Helmholtza,  
potrzebne jest nieustające porównywanie każdej części pola widzenia z jej otoczeniem. Land  
czuł, że te obliczenia czy korelacje przebiegają według stałych, formalnych reguł. I potrafił  
przewidzieć, jakie kolory będą postrzegane przez obserwatora w różnych warunkach.  
Wynalazł do tego „kostkę barwną", algorytm, a w efekcie model pokazujący, w jaki sposób  
mózg porównuje, przy różnych długościach fali światła, jaskrawość wszystkich części  
złożonej, wielobarwnej powierzchni. Podczas gdy teoria barw Maxwella i trójkąt kolorów  
były oparte na koncepcji addytywnego mieszania barw, model Landa opiera się na koncepcji  
porównywania. Wysunął on twierdzenie, że w rzeczywistości istnieją dwa rodzaje  
porównywania. Pierwszy dotyczy współczynnika odbicia wszystkich części obrazu w ramach  
pewnej grupy długości fal świetlnych, czyli zakresu (według Landa — „zapisu jasności" dla  
tego zakresu). Drugi rodzaj to porównywanie trzech oddzielnych zapisów jasności dla trzech  
zakresów fal (w przybliżeniu odpowiadających długościom czerwieni, zieleni i koloru 
niebieskiego). To drugie porównywanie generuje barwy. Sam Land dokładał wszelkich starań, 
by  
unikać wskazywania jakiejś określonej części mózgu, która odpowiadałaby za te operacje, i  
ostrożnie nazwał swoją teorię widzenia barwnego teorią ,,Retinex", dając do zrozumienia, że  
musi istnieć wiele miejsc interakcji między siatkówką a korą mózgową. 
Land do pytania o to, w jaki sposób widzimy kolory, podchodził na poziomie  
psychofizycznym, prosząc poszczególnych osobników, by powiedzieli, jak postrzegają  
złożone, wielobarwne mozaiki w zmiennym oświetleniu. Natomiast Semir Zeki, pracujący w  
Londynie, rozpatrywał ten problem na poziomie fizjologicznym — umieszczał pod narkozą  
mikroelektrody w korze wzrokowej małp i mierzył potencjały powstające w neuronach  
podczas pobudzania barwami. We wczesnych latach siedemdziesiątych dokonał on prze- 
łomowego odkrycia i wskazał małą grupę komórek po obu stronach mózgu, w  
przedprążkowej korze mózgowej małp (miejsca nazwane V4), które, jak się wydawało,  
specjalizują się w odpowiadaniu na barwy (Zeki nazwał je „komórkami kodującymi kolor")  
. Tak więc dziewięćdziesiąt lat po tym, jak Wilbrand i Verrey wysunęli hipotezy. Odnalazł on 
również komórki, w sąsiednim rejonie mózgu, które zdają, się  
odpowiadać jedynie na ruch. Znakomity opis i analizę przypadku czystej „ślepoty na ruch" —  
akinetopsji — dali w 1983 r. Zihl, Von Cramon i Mai. Oto opis problemów pacjentki: 

background image

Zaburzenia wzroku, na które skarżyła się pacjentka, polegały na utracie widzenia ruchu  
we wszystkich trzech wymiarach. Miała np. trudności podczas wlewania herbaty lub kawy do  
filiżanki, ponieważ płyn wydawał się jej zastygły jak lodowiec. W dodatku nie potrafiła  
przestać nalewać w odpowiednim momencie, nie widziała bowiem ruchu w filiżance (albo  
garnku), kiedy ilość płynu rosła. Poza tym skarżyła się, że trudno jest jej uczestniczyć w  
rozmowie, gdyż nie widzi ruchów twarzy, a zwłaszcza ust mówiącego. Czuła się bardzo  
nieswojo i niedobrze w pomieszczeniu, gdzie chodziło więcej niż dwoje ludzi, i zwykle  
natychmiast stamtąd wychodziła, ponieważ „ludzie nagle znajdowali się to tu, to tam, ale nie  
widziałam, by się przesuwali". W jeszcze większym stopniu doświadczała tego na  
zatłoczonych ulicach czy placach, których w związku z tym unikała, jak tylko mogła. Nie  
potrafiła przejść przez ulicę, ponieważ nie umiała ocenić, jak szybko porusza się samochód,  
ale sam samochód rozpoznawała bez trudu. „Kiedy patrzę na samochód pierwszy raz, wydaje  
mi się, że jest on bardzo daleko. Ale potem, kiedy chcę przejść przez jezdnię, nagle okazuje  
się, że jest bardzo blisko". Stopniowo nauczyła się „oceniać", w jakiej odległości znajdują się  
pojazdy, na podstawie coraz głośniejszego dźwięku. 
o istnieniu specyficznego ośrodka koloru w mózgu, Zeki mógł wreszcie udowodnić, że  
taki ośrodek istnieje. 
Pięćdziesiąt lat wcześniej znany neurolog, Gordon Holmes, zbadawszy dwieście  
przypadków kłopotów z widzeniem spowodowanych raną postrzałową wzrokowej kory  
mózgowej, nie znalazł ani jednego przypadku ślepoty na barwy. Posunął się do tego, że  
zaprzeczał, iż mózgowa ślepota na barwy może wystąpić. Siła tego zaprzeczenia,  
pochodzącego od tak wielkiego autorytetu, odegrała główną rolę w wygaśnięciu wszelkiego  
zainteresowania klinicystów tym problemem . Błyskotliwy i nie dający się podważyć  
pokaz Zekiego wprawił w osłupienie świat neurologów, na nowo kierując ich uwagę na temat,  
który przez tyle lat odrzucali. Po jego artykule z 1973 roku w literaturze medycznej zaczęły się  
pojawiać nowe opisy przypadków ślepoty na barwy u ludzi, a przypadki te mogły być teraz  
badane za pomocą nowych obrazowych technik (CAT, MRI, PET, SQUID itp.), wcześniej  
niedostępnych neurologom. Po raz pierwszy stało się możliwe zobrazowanie na żywo, które  
obszary mózgu mogą być potrzebne do percepcji kolorów. Chociaż wielu z opisanych  
pacjentów miało również inne problemy (cięcia pola widzenia, agnozja wzrokowa, aleksja  
itd.), decydujące uszkodzenia zdawały się znajdować w korze przyśrodkowej asocjacyjnej, w  
obszarach odpowiadających V4 u małp. W latach sześćdziesiątych wykazano, że w  
pierwotnej korze wzrokowej małp (w obszarze nazwanym V5) istnieją komórki, które reagują  
specyficznie na długość fali, nie reagują natomiast na kolor. Wówczas, we wczesnych latach  
siedemdziesiątych, Zeki wykazał, że w obszarze V4 są inne komórki, które reagują na kolor,  
ale nie na długość fali (jednak te komórki V4 otrzymują impulsy z komórek Vi, skupiane przez  
pośrednią strukturę — Va). Tak więc każda komórka obszaru V4 
otrzymywała informację dotyczącą dużej części pola widzenia. Wydawało się, że dwa etapy,  
których istnienie postulował Land w swojej teorii, mają teraz anatomiczne i fizjologiczne  
podstawy: zapisy świecenia dla każdego pasma są rejestrowane przez komórki obszaru Vi  
wrażliwe na długość fali, ale dla wy wołania barwy porównywane czy korelowane ze sobą w  
komórkach kodujących kolor obszaru V4. Wydawało się, że każda z nich w rzeczy samej  
działa jak korelator Landa albo „sędzia" Helmholtza. 
Prawdopodobnie widzenie kolorów — podobnie jak inne procesy wczesnego  
widzenia, czyli percepcja ruchu, głębi i kształtu — nie wymaga wcześniejszej wiedzy, nie jest  
zdeterminowane uczeniem się czy doświadczaniem, ale jest, jak mówią neurolodzy, procesem  
,,bottom-up". Okazało się nawet, że można wywoływać kolor eksperymentalnie przez  

background image

magnetyczne pobudzanie obszaru V4, które doprowadza do „widzenia" barwnych obwódek i  
aureol — tzw. chromatofenów 19. Jednak widzenie barw w realnym życiu jest integralną  
częścią naszego całościowego doświadczenia, łączy się z naszymi kategoriami i wartościami,  
staje się dla każdego z nas częścią naszego świata, nas samych. Obszar V4 może być  
ostatecznym generatorem koloru, ale wysyła on również sygnały, kontaktuje się z setką innych  
systemów w umyśle-mózgu, i być może jest przez nie modulowany. Integracja następuje na  
wyższych poziomach, gdzie kolor stapia się 
wspomnieniami, oczekiwaniami, skojarzeniami i pragnieniami, i tworzy dla każdego z  
nas świat bogaty w rezonanse i znaczenia   
U pana I. stwierdzono dość czysty przypadek mózgowej ślepoty na barwy (właściwie  
nie zakłócony dodatkowymi defektami percepcji kształtu, ruchu czy głębi), ale ponadto był  
on również bardzo inteligentnym i kompetentnym świadkiem, który świetnie potrafił rysować i  
zdawać relację z tego, co widzi. Właściwie kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz i on opisywał  
nam, jak obiekty i powierzchnie zmieniają się wraz ze zmianą oświetlenia, to — można  
powiedzieć _ opisywał świat za pomocą długości fali, a nie kolorów. To doświadczenie było  
tak niepodobne do niczego, tak dziwne, tak nienormalne, że nie potrafił znaleźć żadnych  
paraleli, żadnych metafor, farb czy słów, by je przedstawić. 
Zadzwoniłem do profesora Zekiego, by opowiedzieć mu o tym wyjątkowym pacjencie.  
Opowieść niezwykle zaintrygowała profesora; zaciekawiło go zwłaszcza, jak pan I. mógłby  
odebrać test z mondrianami, które Land i on sam pokazywali ludziom z normalnym wzrokiem  
i zwierzętom. Natychmiast zapowiedział swój przylot do Nowego Jorku, by przyłączyć się do  
nas — Boba Wassermana, mojego kolegi oftalmologa, Ralpha Siegela, neurofizjologa, i mnie  
— w celu wspólnego pełnego zbadania Jonathana I. Po raz pierwszy zbadano w taki sposób  
pacjenta ze ślepotą na barwy. 
Użyliśmy bardzo złożonego, bogatego mondriana, oświetlanego albo światłem białym,  
albo przepuszczanym przez filtry wąskich zakresów, dające światło czerwone (fale długie),  
zielone (fale średnich długości) i niebieskie (fale krótkie). Natężenie oświetlającego promienia  
było w każdym przypadku takie samo. 
Pan I. potrafił rozpoznać większość kształtów geometrycznych, ale tylko w różnych  
odcieniach szarości, i natychmiast szeregował je na czarno-białej skali, przypisując im  
wartości od jednego do czterech, chociaż nie widział granic miedzy pewnymi kolorami (np.  
między czerwonym i zielonym, które w białym świetle wydawały mu się czarne). Razem z  
szybką, losową zmianą filtrów dramatycznie zmieniały się odcienie wszystkich pól mondriana.  
Niektóre odcienie, przedtem nierozpoznawalne, teraz były całkiem inne, a wszystkie (oprócz  
prawdziwej czerni), zmieniały się albo bardzo, albo tylko nieznacznie wraz z długością fali  
świetlnej. Tak więc pan L zielony obszar w świetle średnich długości widział jako biały, ale w  
świetle białym lub długim (czerwonym) —jako czarny. 
Wszystkie odpowiedzi pana I. były logiczne i natychmiastowe. (Normalnie widzący  
człowiek tylko z wielkim trudem, jeśli w ogóle byłoby to możliwe, mógłby dokonywać tych  
błyskawicznych i niezmiennie „prawidłowych" ocen, nawet jeśli miałby doskonałą pamięć i  
dogłębną wiedzę na temat najnowszej teorii barw). Stało się oczywiste, że pan I. potrafi ł  
rozróżniać długości fali świetlnej, ale nie potrafił pójść dalej i przełożyć rozróżnionych  
długości na kolor. Nie mógł wytworzyć mózgowych czy mentalnych konstrukcji koloru. 
To odkrycie nic tylko rozjaśniło naturę problemu, ale również posłużyło do  
dokładnego określenia miejsca uszkodzenia. Pierwotna kora wzrokowa pana I. była  
zasadniczo nienaruszona; to na korze wtórnej (szczególnie na obszarze Y4 lub jego  
połączeniach) skupiła się właściwie cała siła uszkodzenia. Ten obszar jest bardzo mały, nawet  

background image

u człowieka. A jednak cała percepcja kolorów, cała nasza zdolność do wyobrażania ich sobie  
i pamiętania, poczucie życia w świecie barw zależą w decydujący sposób od jego  
integralności. Nieszczęście zniszczyło ten obszar wielkości fasolki w mózgu pana I. — a to  
zmieniło całe jego życie, jego świat. 
Testy z użyciem mondrianów wykazały uszkodzenie w tym obszarze. Zastanawialiśmy  
się teraz, czy możemy je zobaczyć za pomocą skanowania mózgu. Ale wy niki tomografii  
CAT i rezonansu magnetycznego MRI były w normie. Mogło to być spowodowane tym, że 
techniki skanowania w tym czasie nie miały rozdzielczości, która pozwalała  
zobaczyć niewielkie uszkodzenie V4. Istniała też możliwość, że doznane obrażenie było tylko  
metaboliczne, nie strukturalne Możliwe także, że uszkodzeniu uległ nie sam obszar V4, ale  
truktury (tzw. plamki w obszarze Vi albo paski w V2), które do niego wiodą . 
Te niewielkie struktury, owe „plamki" i „paski" —jak podkreślali i Zeki, i Francis Crick  
— są bardzo aktywne metabolicznie i mogą być wyjątkowo nieodporne na chwilowe nawet  
zmniejszenie dopływu tlenu. Crick (z którym szczegółowo omawiałem ten przypadek)  
zastanawiał się zwłaszcza, czy pan I. nie doznał zatrucia tlenkiem węgla, o którym wiadomo,  
że może wywołać zmiany w widzeniu barw w wyniku niedotlenienia krwi płynącej przez  
ośrodek wzroku. Crick przypuszczał, że pan L mógł ulec zatruciu tlenkiem węgla  
przedostającym się przez nieszczelny układ wydechowy w samochodzie — co być może  
spowodowane było wypadkiem, a nawet mogło być jego przyczyną . 
Ale wszystkie te rozważania były w pewnym sensie akademickie. Po trzech miesiącach  
pan I. wciąż pozostawał całkowicie ślepy na kolory, cierpiał też na uporczywe kłopoty z  
widzeniem kontrastu. Nie potrafiliśmy powiedzieć, czy nastąpi u niego poprawa — w niektórych  
przypadkach nabytej mózgowej ślepoty na barwy z czasem następuje poprawa, w innych nie.  
Wciąż nie wiedzieliśmy, co uszkodziło mózg pana L, czy była to trucizna, np. tlenek węgla,  
czy uderzenie spowodowane wypadkiem, czy może niedostateczne ukrwienie ośrodka  
wzroku. Istniała możliwość, że jeśli powodem był wylew, to mogą wystąpić dalsze podobne  
wylewy. Rokowanie musiało pozostać niepewne, chociaż sytuacja pana I. wydawała się  
wówczas dość stabilna. 
Mogliśmy jednak zaoferować mu pewną niewielką pomoc praktyczną. Widział on  
wciąż granice między polami mondriana najwyraźniej, gdy oświetlało się je światłem średnich  
długości. Doktor Zeki zaproponował więc, byśmy dali mu zielone okulary przeciwsłoneczne,  
przepuszczające tylko ten zakres fal, w którym widzi on najwyraźniej. Okulary zostały  
zrobione na specjalne zamówienie i pan I. zaczął je nosić, zwłaszcza w jaskrawym świetle  
słonecznym. Był nimi zachwycony, bo chociaż nie wróciły mu widzenia barw, to jednak  
bardzo poprawiły widzenie kontrastu oraz percepcję kształtów i granic. Teraz mógł nawet  
oglądać z żoną kolorową telewizję. (Ciemnozielone okulary właściwie zmieniały mu kolorowy  
obraz na monochromatyczny — chociaż, kiedy oglądał telewizję sam, i tak wolał swój stary  
czarno-biały odbiornik). 
Po wypadku poczucie straty przygniotło Jonathana I., jak każdego, kto straciłby  
widzenie kolorów, zmysł, który przewija się w całym naszym doświadczeniu wzrokowym, więc 
jest czymś centralni dla naszej wyobraźni i  
pamięci, dla wiedzy o świecie, dla kultury i sztuki. O tym poczuciu straty w związku ze  
światem przyrody wspominano w każdym takim przypadku. Dla dziewiętnastowiecznego  
lekarza zrzuconego przez konia kwiaty „straciły większość swego piękna", a gdy wszedł on  
do ogrodu, nagle odartego z kolorów, niemal wpadł w szok. U pana I. to poczucie straty i  
szok były podwójne i potrójne, ponieważ utracił nie tylko piękno świata natury i świata ludzi,  
a także nieskończonej liczby obiektów, których kolory są częścią codziennego życia; stracił  

background image

również świat sztuki, jak to odczuwał — świat, który przez pięćdziesiąt lat czy więcej  
absorbował jego niezwykły wizualny i chromatyczny talent i wrażliwość. Pierwsze tygodnie  
jego ślepoty na barwy były więc tygodniami niemal samobójczej depresji 24. 
Oprócz tego poczucia straty Jonathan I. początkowo miał wrażenie, że ten zmieniony  
świat jest nienormalny i wstrętny. Doświadcza tego zazwyczaj większość ludzi w jego położeniu: 
lekarz ze wstrząsem mózgu,  
zrzucony przez konia, uważał swoje widzenie za „wypaczone"; jedna z pacjentek Damasia  
mówiła o swoim szarym świecie, że jest „brudny". Należałoby zapytać, dlaczego wszyscy  
cierpiący na mózgową ślepotę na barwy wyrażają się w ten sposób — dlaczego ich doznanie  
wydaje się takie nienormalne? Pan I. widział czopkami siatkówki, widział komórkami obszaru  
Vi, reagującymi na długości fal świetlnych, ale nie potrafił użyć mechanizmów wyższego  
rzędu, wytwarzających kolor mechanizmów V4. My nie potrafimy wyobrazić sobie sygnałów  
wychodzących z V|, ponieważ nigdy ich jako takich nie doświadczamy, są one natychmiast  
wysyłane na wyższy poziom i tam opracowywane, by uzyskać percepcję barw. Tak więc  
surowy produkt wychodzący z Vi nigdy nie pojawia się w naszej świadomości. Pojawiał się  
jednak w świadomości pana I. — uszkodzenie jego mózgu schwytało go w pułapkę dziwnego  
pośredniego stanu, niesamowitego świata Vi, świata nienormalnych i, by tak rzec,  
prechromatycznych wrażeń, których nie można kategoryzować jako barwnych lub  
bezbarwnych . 
Pan I., ze swoją zwiększoną wizualną i estetyczną wrażliwością, uznał te zmiany za  
szczególnie trudne do zniesienia. Zbyt mało wiemy o tym, z czego wynika wpływ kolorów i  
właściwie całego widzenia na nasze emocje i poczucie estetyki — jest to sprawa  
indywidualnych doświadczeń i upodobań . 
Percepcja koloru była zasadniczą częścią nie tylko zmysłu wzroku pana L, ale również  
jego zmysłu estetycznego, jego wrażliwości, twórczej tożsamości, podstawowym składnikiem  
sposobu, w jaki konstruował swój świat. A teraz kolor zniknął — nie tylko z percepcji, ale  
również z wyobraźni i pamięci. Oddźwięk tego był bardzo głęboki. Początkowo pan I. był  
intensywnie, wściekle świadomy tego, co utracił (chociaż „świadomy", można powiedzieć,  
jak ktoś, kto stracił pamięć). Potrafił wpatrywać się z furią w pomarańczę, próbując zmusić  
ją, by odzyskała swój prawdziwy kolor. Godzinami siedział przed swoim ciemnoszarym (dla  
jego oczu) trawnikiem, starając się zobaczyć, wyobrazić, przypomnieć go sobie jako zielony.  
Stwierdził, że znalazł się w świecie nie tylko zubożonym, ale obcym, bezładnym, niemal  
koszmarnym. Wyraził to wkrótce po wypadku, lepiej niż za pomocą słów, w swoich  
wczesnych, pełnych rozpaczy obrazach. 
Potem, kiedy ujrzał i namalował „apokaliptyczny" wschód słońca, pojawił się pierwszy  
sygnał, że nadchodzi zmiana. Poczuł impuls do konstruowania świata na nowo, do  
konstruowania na nowo swojej wrażliwości i tożsamości. Pewne rzeczy robił świadomie i  
celowo, np. ponowne uczenie oczu (i rąk) działania, jak wtedy gdy stawał się artystą. Jednak  
większość odbywała się gdzieś niżej, na poziomie procesów neurologicznych, do których  
świadomość i kontrola nie mają bezpośredniego dostępu. W tym sensie to, co się z nim stało,  
zaczęło go określać na nowo — określać fizjologicznie, psychologicznie, estetycznie — a  
wraz z tym przyszło przeobrażenie wartości, tak że całkowita obcość, inność jego świata Vi,  
która początkowo była taka koszmarna i przerażająca, teraz stawała się fascynująca i piękna. 
Tuż po swoim wypadku, a potem jeszcze przez rok albo dłużej Jonathan I. upierał się,  
że wciąż „zna" kolory, wie, co jest właściwe, odpowiednie, piękne, mimo że już nie potrafił  
ich sobie wyobrazić. Ale potem nie był już taki pewny, tak  jakby bez pomocy rzeczywistych  
przeżyć czy obrazów jego skojarzenia barwne zaczęły zanikać. Być może taka utrata pamięci  

background image

—jednocześnie fizjologiczna i psychologiczna, strategiczna i strukturalna — musi nastąpić w  
pewnej mierze wcześniej lub później u każdego, kto już nie potrafi doświadczać czy wyobrażać 
sobie, albo w jakiejkolwiek formie tworzyć jakiegoś sposobu percepcji.  
(Tak jak nie jest konieczne, by pierwotne uszkodzenie było korowe; może ono wystąpić, po  
miesiącach czy latach, nawet u tych, którzy są niewidomi obwodowo czy siatkówkowe) . 
Coraz mniej niepokoił się utratą kolorów, a właściwie przestał interesować się tym  
tematem, choć na początku było to przecież jego obsesją. Mówił teraz, że wziął „rozwód" z  
kolorami. Wciąż potrafił o nich potoczyście opowiadać, ale w jego słowach wyczuwało się  
pewną pustkę, tak jakby czerpał tylko z przeszłych doświadczeń, a koloru już nie rozumiał. 
Nordby pisze: 
Chociaż posiadłem głęboką teoretyczną wiedzę na temat fizyki barw i fizjologii  
mechanizmów rządzących receptorami barw, nic nie może mi pomóc w zrozumieniu  
prawdziwej natury  kolorów   . 
To, co odczuwał Nordby, zaczął teraz odczuwać również Jonathan I. W pewien  
sposób przypominał osobę ślepą na kolory od urodzenia, mimo że żył w świecie barw przez  
pierwsze sześćdziesiąt pięć lat swego życia. 
Jednocześnie zapominając o kolorach i odwracając się od nich, porzucając  
chromatyczne nastawienia, przyzwyczajenia i strategie dotychczasowego życia, pan I. w  
drugim roku po wypadku stwierdził, że najlepiej widzi w przyćmionym świetle albo o zmroku,  
a nie \v pełnym blasku słońca. Bardzo jaskrawe światło zazwyczaj oślepiało go na jakiś czas  
— jeszcze jeden znak, że jego systemy wzrokowe uległy uszkodzeniu — natomiast noc i  
nocne życie, jak się przekonał, były dla niego szczególnie odpowiednie, ponieważ zdawało  
się, że są „zaprojektowane — jak kiedyś powiedział — w czerni i bieli". 
Zaczął się stawać „człowiekiem nocy", jak sam to określał, i polubił odkrywanie innych  
miast, innych miejsc, ale tylko w nocy. Jeździł, na chybił trafił, do Bostonu albo Baltimore,  
czy małych wsi i miasteczek, przybywał tam o zmroku, a potem wędrował ulicami przez pół  
nocy, czasem rozmawiając z przygodnie spotkanymi ludźmi, czasem wstępując do małych  
knajpek. 
— W nocy w knajpkach wszystko się zmienia, przynajmniej jeśli mają okna. Ciemność  
wchodzi do środka, i nie pomoże na to największa nawet ilość światła. Zmieniają się w nocne  
miejsca. Bardzo lubię tę porę — mówił pan I. — Powoli staję się człowiekiem nocy. To inny  
świat—jest mnóstwo przestrzeni, nie jesteś otoczony przez ulice, ludzi... To cały nowy  
kosmos. 
Kiedy pan I. nie podróżował, wstawał coraz wcześniej, żeby pracować w nocy,  
rozkoszować się nocą. Czuł, że w nocnym świecie (jak go nazywał) jest kimś równym  
„normalnym" ludziom albo od nich lepszym. 
— Czuję się lepiej, bo wtedy wiem, że nie jestem jakimś cudakiem.. . i wykształcił mi  
się bardzo ostry wzrok na widzenie w nocy. To zdumiewające, co wtedy widzę. Potrafię  
przeczytać tablice rejestracyjne z odległości czterech przecznic. Wy nie widzielibyście ich z  
odległości jednej przecznicy . 
Należałoby zastanowić się, czy jego widzenie nocne, w miarę upływu czasu, nie  
zaczęło pełnić funkcji kompensacyjnej wobec zniszczonego systemu widzenia barw. Na tym  
etapie mogła też zwiększyć się wrażliwość na ruch, może i na głębię, co jest prawdopodobnie  
związane ze zwiększoną zależnością od zachowanego systemu M i z częstszym używaniem  
go. 
Najbardziej interesujące jest to, że poczucie głębokiej straty oraz odczucie czegoś  
nieprzyjemnego i nienormalnego, tak dotkliwe w pierwszych miesiącach po urazie głowy,  

background image

teraz, jak się zdawało, znikły, a nawet uległy odwróceniu. Aczkolwiek pan I. nie zaprzecza, że  
poniósł stratę, a na pewnym poziomie wciąż ją opłakuje, to jednak czuje teraz, że jego wzrok  
jest „bardzo wyrafinowany", „uprzywilejowany", że widzi świat czystej formy, nie  
zaśmiecony kolorem. Subtelne struktury i wzory, których normalnie nie dostrzegamy,  
ponieważ są zalane barwami, teraz stały się wyraźne dla jego oka . Czuje, że podarowano  
mu „cały nowy świat", na który reszta z nas, oszałamiana przez barwy, jest niewrażliwa. Nie 
myśli już o kolorach, nie tęskni za nimi,  
nie żałuje ich utraty. Swoją ślepotę na barwy uważa niemal za dziwny dar, który wprowadził  
go w nowy stan bycia i odczuwania. Ta transformacja jest niezwykle podobna do przemiany  
Johna Hulla, który po dwóch czy trzech latach doświadczania ślepoty jako utrapienia i  
przekleństwa, zaczął uważać ją za „ciemny, paradoksalny dar", za „skoncentrowaną ludzką  
kondycję... jeden z rodzajów ludzkiego istnienia". 
Pewnego razu, trzy lata po wypadku, Israel Rosenfield wysunął intrygującą propozycję:  
aby pan I. spróbował odzyskać widzenie kolorów. Ponieważ mechanizm porównywania  
długości fal świetlnych pozostał nienaruszony, a uszkodzony był tylko obszar V4 (albo jego  
odpowiednik), to istniała możliwość, przynajmniej teoretyczna, sądził Rosenfield,  
„przeszkolenia" innej części mózgu, by wykonywała wymagane landowskie korelacje. W ten  
sposób można by było w pewnym stopniu odzyskać widzenie kolorów. Zaskakująca była  
odpowiedź pana I. W ciągu pierwszych miesięcy po wypadku, powiedział, skwapliwie  
skorzystałby z takiej propozycji, zrobiłby wszystko, by zostać „uleczonym". Ale teraz, kiedy  
w inny sposób odbiera świat, który znów jest dla niego spójny i kompletny, uważa tę  
propozycję za niezrozumiałą i wstrętną. Teraz, kiedy kolory straciły swój sens i znikły dawne  
związane z nimi skojarzenia, nie mógł sobie wyobrazić, jak wyglądałoby ich przywrócenie.  
Uważał, że wprawiłoby go to w wielkie pomieszanie, mogłoby go wtrącić w chaos nie  
powiązanych z niczym wrażeń i zniszczyć zdobyty na nowo wizualny porządek jego świata.  
Przez pewien czas trwał w jakiejś otchłani, ale teraz osiadł — neurologicznie i psychologicznie  
w świecie bez barw. 
Jeśli chodzi o jego obrazy, po ponad roku eksperymentów i niepewności pan I. wszedł  
w mocną, twórczą fazę, nie mniej mocną i twórczą niż wcześniejsze dokonania z długiej  
artystycznej kariery. Jego czarno-białe obrazy cieszą się wielkim powodzeniem, a ludzie  
mówią o nadzwyczajnym czarno-białym „okresie". Bardzo niewielu z nich wie, że ostatnia  
faza jego twórczości nie jest w żadnym razie wyrazem jego rozwoju jako artysty, ale została 
spowodowana fatalną stratą. 
Chociaż potrafiliśmy określić główne uszkodzenie w mózgu pana L — zniszczenie  
podstawowej części systemu konstruowania koloru — to wciąż absolutnie nic nie wiemy o  
zmianach „wyższego rzędu", jakie musiały zajść w jego funkcjonowaniu. Jonathan I. utracił  
nie tylko percepcję barw, ale również wyobraźnię, a nawet sny w kolorach. Wreszcie stracił  
nawet pamięć kolorów, tak że przestały być częścią jego wiedzy, jego umysłu. 
Tak więc, w miarę upływu czasu, zaczął przypominać kogoś z amnezją barw — albo  
nawet kogoś, kto ich nigdy nie znał. Jednak w tym samym czasie następowała jeszcze inna  
zmiana widzenia. Dawny świat kolorów, a nawet pamięć o nim, stawały się coraz bledsze i  
mniej wyraźne, aż umarły w nim, zamiast nich zaś zrodził się nowy świat, nowy sposób  
patrzenia, nowy rodzaj wyobraźni i wrażliwości . 
Nie ma wątpliwości co do istnienia tych zmian — chociaż może trzeba było człowieka  
tak uzdolnionego i tak elokwentnego jak Jonathan I., by zostały wyrażone tak jasno. W chwili  
obecnej neurologia nie może nic powiedzieć na temat mózgowej podstawy takich zmian  
„wyższego rzędu". Badania fizjologii koloru doszły do tej pory do systemów barw  

background image

wczesnego widzenia, landowskich korelacji, które zachodzą w V1 i V4 Jednak V4 nie jest  
punktem końcowym, to tylko stacja pośrednia, ze swej strony też przesyłająca informacje do  
coraz wyższych poziomów — ostatecznie do hipokampu, tak ważnego w przechowywaniu  
pamięci; do ośrodków emocji systemu limbicznego i jądra migdałowatego; i do wielu innych  
części kory mózgowej. Na przykład przerwa w przepływie informacji z V4,   systemów 
pamięciowych hipokampu i kory przedczołowej może częściowo  
wyjaśniać fakt, że pan I. „zapomniał" kolory. W tej chwili nie mamy narzędzi do sporządzenia  
mapy subtelnych, wyższego rzędu skutków takiej utraty jakiegoś rodzaju percepcji, ale  
historia Jonathana I. dowodzi, jakie to jest ważne. 
Prace ostatniego dziesięciolecia pokazały, jak plastyczna jest kora mózgowa i w jak  
drastyczny sposób może być reorganizowane i rewidowane sporządzanie np. mózgowej  
„mapy" obrazu ciała, nie tylko po uszkodzeniach i unieruchomieniach, ale z powodu jakiegoś  
specjalnego rodzaju używania lub nieużywania poszczególnych jego części. Wiemy, dla  
przykładu, że stałe posługiwanie się jednym palcem do czytania brajla prowadzi do  
ogromnego przerostu reprezentacji tego palca w korze mózgowej. A wczesna głuchota i  
posługiwanie się językiem migowym mogą sprawić, że nastąpi drastyczna zmiana mapy  
mózgu, tzn. wielkie obszary kory słuchowej zostaną przeznaczone na procesy wzrokowe.  
Podobnie było, jak się zdaje, z panem L: całe systemy reprezentacji, znaczenia, zostały u  
niego zniszczone, ale powstały za to inne, całkowicie nowe. 
W odpowiedzi na podstawowe pytanie — pytanie o jakość: dlaczego pewne wrażenie  
odbieramy jako czerwień — przypadek Jonathana I. może nam wcale nie pomóc. Po opisaniu  
„słynnego fenomenu barw" Newton wycofał się z wszelkiego spekulowania na temat wrażeń i  
nie ryzykował postawienia hipotezy, „w jaki sposób światło wywołuje w naszych umysłach  
zjawy kolorów". Dziś, po trzystu latach, wciąż nie mamy na ten temat żadnej hipotezy. Być  
może na takie pytania nie ma odpowiedzi.