background image

James Hadley Chase 

Kozioł ofiarny 

Tłumaczyła

 

Zofia Kania

 

 

 

 

 

background image

 - Ujdzie - odparłem starając się oswobodzić dłoń. - Chyba 

nie będziesz próbował mi wmówić, że pod eskortą policyjną mam 

wrócić do domu! 

Uśmiechnął się nieznacznie. Jego bystre, szare oczy badały 

moją twarz. 

— Nie  spodziewałeś  się,  że  przyjadę,  mimo  wszystko? 

Liczyłem dni, wiesz przecież. 

— Niczego  się  nie  spodziewałem.  -  Przyglądałem  się 

skomplikowanej tablicy rozdzielczej buicka. - To twój wóz? 

— Zgadza  się.  Kupiłem  go  przed  dwoma  miesiącami. 

Cudo, prawda? 

— Reasumując,  gliny  z  Palm  City  mają  dalej  pełne 

kieszenie forsy. Gratuluję. 

Twarz  Johna  zasępiła  się.  Nagły  błysk  gniewu  zapalił  się 

w jego oczach. 

-  Słuchaj,  Harry,  gdyby  ktoś  inny  miał  czelność  odezwać 

się do mnie w ten sposób, rozkwasiłbym mu gębę! 

Wzruszyłem ramionami. 

— Proszę  bardzo,  jeśli  ci  to  odpowiada.  Przyzwyczaiłem 

się do tego, że mnie gliny biją. 

— Podaję do twojej wiadomości, że pracuję teraz w okręgu 

i że to przyniosło mi znaczną podwyżkę. Od przeszło dwu lat nie 

należę już do policji miejskiej. 

Z  wielką  przykrością  poczułem,  że  krew  napływa  mi  do 

twarzy. 

— Widzę... wybacz... Nie wiedziałem. 

— Skąd  mógłbyś  wiedzieć?  -  Uśmiechnął  się  i  uruchomił 

silnik. Buick odsunął się od chodnika. - Dużo zmieniło się, Harry, 

podczas  twojego  pobytu  w  mamrze!  Stara  klika  zniknęła.  Mamy 

nowego szeryfa dystryktu, równy gość. 

Nie powiedziałem ani słowa, wtedy on zapytał nagle: 

— Masz jakieś plany? 

— Nie,  żadnych.  Rozejrzę  się  na  prawo  i  lewo.  Wiesz 

przecież, że wylano mnie z „Heralda”. 

— Tak  wygląda.  -  Milczał  przez  chwilę.  -  Myślę,  że  z 

background image

początku nie będzie ci łatwo. Spodziewasz się chyba tego? 

— Tak,  oczywiście.  Kiedy  facet  zabije  glinę,  nawet 

przypadkowo,  nie  zapomina  się  o  tym.  Starają  się  nawet  usilnie 

przypomnieć mu to. Nie wątpię, że nie będzie mi lekko. 

— Z  policją  nie  będziesz  miał  żadnych  kłopotów.  Nie  to 

miałem  na  myśli.  Musisz  niewątpliwie  rozejrzeć  się  za  nową 

robotą.  Cubitt  ma  długie  ręce.  Chce  cię  zniszczyć.  Jeśliby  to 

zależało  tylko  od  niego,  nigdy  nie  przekroczysz  progu  redakcji 

dziennika. 

— Nie martw się. Dam sobie radę. 

— Mógłbym ci może pomóc. 

— Nie. Mowy nie ma. 

— Oczywiście, ale jest przecież Nina... 

— Biorę to na siebie. Poradzę sobie. 

Milczał  przez  chwilę,  wpatrzony  w  szybę  ociekającą 

deszczem. 

— Słuchaj, Harry, jesteśmy starymi kumplami - zaczął po 

chwili.-  Znamy  się  kawał  czasu.  Wiem,  że  masz  niejedno  na 

wątrobie,  ale  nie  traktuj  mnie  tak,  jakbym  był  twoim  wrogiem. 

Rozmawiałem  o  tobie  z  Meadowsem.  To  ten  nowy  szeryf 

dystryktu.  Niczego  jeszcze  nie  postanowiono,  nie  jest  jednak 

wykluczone, że zechcą cię zatrudnić w biurze. 

— Za nic na świecie nie zgodzę się być funkcjonariuszem 

w Palm City! 

— Nina dość się już wycierpiała - powiedział niezręcznie. 

— Ja także dość się już wycierpiałem, więc skwitowaliśmy 

się. Nie potrzebuję nikogo. Kropka. Basta. 

— Dobrze,  zgoda  -  rzekł  Renick  z  gestem  bezradności.  - 

Nie  sądź,  że  cię  nie  rozumiem,  Harry.  Myślę,  że  także  byłbym 

rozgoryczony,  gdyby  mi  się  przytrafiło  to,  co  tobie,  ale  co  się 

stało, to się stało. Trzeba pomyśleć o twojej przyszłości teraz... i o 

przyszłości Niny. 

-  Jak  ci  się  zdaje,  o  czym  rozmyślałem  przez  cały  czas, 

który spędziłem w celi, jeśli nie o tym? - Patrzyłem przez okno na 

szare morze, które uderzało o nabrzeże w strumieniach deszczu. – 

background image

To  prawda,  jestem  rozgoryczony.  Miałem  dość  czasu,  żeby  zdać 

sobie  sprawę,  że  byłem  skończonym  głupcem.  Powinienem  był 

wziąć  te  dziesięć  tysięcy  dolarów,  które  ofiarował  mi  dyrektor 

policji,  żebym  cicho  siedział.  W  każdym  razie  jednego  się 

nauczyłem 

mamrze: 

nigdy 

więcej nie dam się wrobić w ten sposób! 

— Mówisz głupstwa!  - zaprotestował  Renick  gwałtownie. 

-  Wiesz  dobrze,  że  postąpiłeś  tak,  jak  ci  nakazywało  sumienie. 

Wszystko  sprzysięgło  się  przeciwko  tobie.  Gdybyś  pozwolił  dać 

sobie  w  łapę  temu  obrzydliwcowi,  nigdy  nie  miałbyś  odwagi 

spojrzeć w lustro! Sam świetnie o tym wiesz! 

— Tak myślisz? Nie miej złudzeń! Nie chcę stawiać się w 

lepszym  świetle,  tym  bardziej  teraz.  Kiedy  przez  trzy  i  pół  roku 

dzieli  się  celę  ze  zboczeńcem,  który  zgorszyłby  nawet  wieprza, 

człowiek  musi  się  zmienić.  Gdybym  przyjął  wtedy  łapówkę,  nie 

byłbym  teraz  więźniem  wypuszczonym  z  mamra,  pozbawionym 

pracy i miałbym z pewnością taką limuzynę jak ty! 

Renick, zmieszany, wiercił się na siedzeniu. 

— Takie  gadanie  nie  ma  sensu,  Harry.  Niepokoisz  mnie, 

wiesz? Proszę cię, staraj się opanować, zanim spotkasz się z Niną. 

— Może  byś  się  zajął  swoimi  sprawami,  nie  uważasz?  - 

palnąłem bez żenady. - Nina jest moją żoną, wyobraź sobie. Jest  

ze mną związana na dobre i złe. Tak. To ja mam troszczyć się o 

nią, nie ty. 

— Myślę,  że  nie  miałeś  racji,  Harry,  kiedy  zabroniłeś  jej 

przyjść  na  rozprawę,  a  nawet  odwiedzać  cię  w  więzieniu  i  pisać 

do  ciebie.  Chciała  dzielić  z  tobą  tę  ciężką  próbę,  wiesz  o  tym 

równie dobrze jak ja, ale ty potraktowałeś ją jak intruza, jak obcą 

osobę! 

Zacisnąłem  pięści,  wzrok  wbiłem  w  plażę  zalaną 

deszczem. 

— Wiedziałem  dobrze,  co  robię.  Myślisz,  że  chciałem, 

żeby mnie widziała w więziennym ubraniu, w mównicy za kratą i 

za  szybą?  Czy  sądziłeś,  że  chciałbym,  żeby  ten  obrzydliwiec 

dyrektor  czytał  jej  listy,  zanim  mi  je  wręczy?  Pozwoliłem  się 

background image

wrobić, zgoda, ale to jeszcze nie powód, żeby także i ją wciągać w 

to błoto! 

— Nie  miałeś  racji,  Harry.  Czy  nigdy  nie  przyszło  ci  na 

myśl, że chciała dzielić z tobą twe zmartwienia? Zapewniam cię, 

że dużo kosztowało mnie trudu, żeby przeszkodzić jej w przyjściu 

ze mną dziś rano do więzienia. 

Zbliżaliśmy  się  do  Palm  Bay,  dzielnicy  zamieszkanej 

przez  szykownych  ludzi  z  Palm  City.  Długi  szereg  luksusowych 

kabin  na  plaży  pod  strugami  deszczu  sprawiał  smutne  wrażenie. 

Plaża  była  pusta,  cadillaki,  rollsy  i  bentleye  stały  w  garażach  w 

pobliżu pałaców. 

Ongiś byłem filarem Palm Bay. Jak odległe wydawały mi 

się  czasy,  kiedy  prowadziłem  rubrykę  wydarzeń  z  wielkiego 

świata  w  „Heraldzie”,  dzienniku  o  największym  nakładzie  w 

Kalifornii  Moje  artykuły  były  później  drukowane  również  w 

gazetach  o  mniejszym  znaczeniu.  Zarabiałem  w  ten  sposób 

mnóstwo  pieniędzy.  Żyło  mi  się  dobrze.  Lubiłem  moją  pracę. 

Wtedy  właśnie  ożeniłem  się  z  Niną  i  na  krańcach  Palm  Bay 

kupiłem  bungalow,  gdzie  zamieszkaliśmy.  Powodziło  mi  się 

dobrze. Wydawało  się, że jestem  na drodze do zrobienia pięknej 

kariery, kiedy pewnego wieczoru usłyszałem przypadkiem urywki 

rozmowy  dwóch  nieznajomych,  którzy  popili  sobie  i  pod 

wpływem alkoholu zgrzeszyli brakiem dyskrecji. 

Tych kilka słów wystarczyło, by naprowadzić mnie na ślad 

afery  tak  groźnej  jak  wybuch  wulkanu.  Potrzeba  mi  było  dwóch 

miesięcy  wytrwałych i dyskretnych poszukiwań,  żeby odtworzyć 

cały  mechanizm  tych  machinacji.  Afera  ta  przez  wiele  tygodni 

mogła zajmować pierwsze szpalty w dziennikach. 

Banda  gangsterów  z  Chicago  przygotowywała  się  do 

opanowania Palm 

City.  Zamierzali  zainstalować  aparaty  do  gier,  otworzyć 

burdel  i  wprowadzić  tam  wszystko,  co  sprzyjałoby  pogłębieniu 

rozwiązłości. Spodziewali się osiągnąć dochody w wysokości dwu 

i pół miliona dolarów miesięcznie. 

Kiedy zdobyłem pewność, że chodzi o poważne projekty, 

background image

uważałem, że owi gangsterzy upadli na głowę. Nie byłem w stanie 

uwierzyć,  że  wystarczy,  żeby  zainstalowali  się  w  Palm  City,  by 

zacząć  rządzić  miastem  według  swych  upodobań.  Wtedy 

przekazano  mi  ultra  poufne  wiadomości:  urzędnik,  któremu 

podlegała  policja  w  Palm  City  oraz  pół  tuzina  innych 

wpływowych radnych miejskich zostali przekupieni, w zamian za 

to przyrzekli gangsterom całkowite poparcie. 

Popełniłem  wówczas  największy  błąd:  próbowałem 

prowadzić  śledztwo  dalej  własnymi  siłami.  Zależało  mi 

oczywiście  na  pierwszeństwie  w  ujawnieniu  tej  rewelacji,  by 

osiągnąć  z  tego  korzyści  w  mojej  pracy  zawodowej.  Dopiero 

kiedy zebrałem wszystkie dowody i naszkicowałem dokładny plan 

artykułów, które zamierzałem napisć, zdecydowałem się iść do J. 

Mateusza Cubitta, dyrektora i właściciela „Heralda”. 

Opowiedziałem  o  niebezpiecznych  przygotowaniach. 

Słuchał,  a  jego  blada  i  szczupła  twarz  nie  zdradzała  żadnych 

uczuć. 

Kiedy  skończyłem,  oświadczył,  że  chciałby  sprawdzić  te 

fakty.  Jego  oschłość  i  dziwny  brak  entuzjazmu  powinny  były 

obudzić moją czujność. Posunąłem swoje śledztwo dość daleko i 

nagromadziłem  niemało  dowodów.  Wszystko  to  jednak  nie 

wystarczało, wymknął mi się bowiem jeden szczegół: gang kupił 

„Heralda”!  Nigdy  bym  nie  uwierzył,  że  jest  to  możliwe. 

Dowiedziałem  się,  że  bandyci  przyrzekli  Cubittowi  miejsce  w 

senacie,  jeśli  weźmie  udział  w  ich  grze.  Właściciel  dziennika, 

ambitny i żądny zysku, nie mógł oprzeć się tej kuszącej ofercie. 

Zażądał, żebym mu przekazał wszystkie informacje, gdyż 

chciałby  je  sprawdzić.  Zbliżałem  się  do  mego  bungalowu,  skąd 

chciałem zabrać potrzebne materiały, kiedy nagle zatrzymał mnie 

policjant,  który  śledził  mnie  przez  całą  drogę.  Oświadczył,  że 

dyrektor  policji  miejskiej  wzywa  mnie  do  siebie.  Zaprowadzono 

mnie  do  dyrekcji  policji,  gdzie  przeprowadziłem  rozmowę  z 

głównym patronem. 

Był  to  typ  brutalny,  działał  prosto  z  mostu,  nie  próbując 

niczego  owijać  w  bawełnę.  Położył  na  biurku  dziesięć  tysięcy 

background image

dolarów  w  nowych,  szeleszczących  banknotach.  Gotów  był  te 

pieniądze zamienić na moją teczkę z dokumentami. I żeby więcej 

nie było o tym mowy. 

Nigdy jeszcze nie przyjąłem żadnej łapówki i nie miałem 

zamiaru  zaczynać,  zwłaszcza  w  moim  wieku.  Wiedziałem 

również, że artykuły, które zamierzałam napisać sprawią, że moje 

nazwisko  przez  wiele  tygodni  będzie  widniało  w  prasie  na 

czołowym  miejscu,  i  zapewnią  mi  świetną  opinię  w  środowisku 

dziennikarskim.  Wstałem  i  wyszedłem.  To  był  początek  moich 

kłopotów. 

Odniosłem  teczkę  Cubittowi  i  opowiedziałem  mu  o 

propozycji  dyrektora  policji.  Potakiwał  mi,  utkwiwszy  we  mnie 

oczy  osłonięte  ciężkimi  powiekami  i  polecił,  żebym  wstąpił  do 

niego  o  dziesiątej  trzydzieści  tego  samego  wieczoru.  Do  tego 

czasu będzie miał możność sprawdzenia materiałów i znalezienia 

najlepszego 

sposobu 

wykorzystania 

mego 

rewelacyjnego 

odkrycia. 

Przypuszczam, że spalił teczkę. W każdym razie nigdy jej 

już nie zobaczyłem. 

Nina  od  początku  interesowała  się  moim  śledztwem. 

Umierała z niepokoju. Ona także zdawała sobie sprawę, że igram 

z  ogniem.  Ale  była  to  moja  życiowa  szansa.  Wiedziała  o  tym 

równie dobrze jak ja i nie próbowała odwieść mnie od tego. 

Wyruszyłem  więc  z  domu  nieco  przed  dziesiątą  na 

spotkanie  z  Cubittem.  Nina  odprowadziła  mnie  do  samochodu. 

Wiedziałem,  że  dręczy  ją  strach.  Ja  również  byłem  niespokojny, 

ale miałem zaufanie do Cubitta. 

Mieszkałem  w  Palm  Bay.  Żeby  udać  się  do  niego, 

musiałem przebyć odcinek drogi mało uczęszczanej. Tam właśnie 

to się zdarzyło. 

Wóz policyjny, pędzący z dużą szybkością, wyminął mnie 

i  zatarasował  drogę.  Może  chcieli  mnie  zmusić,  żebym  zjechał 

gwałtownie  z  szosy  i  runął  do  morza,  ale  stało  się  inaczej. 

Nastąpiło dość gwałtowne zderzenie i glina, który prowadził wóz, 

wbił  się  na  kierownicę.  Jego  kolega,  poza  szokiem,  nie  odniósł 

background image

żadnych  obrażeń.  Aresztował  mnie  za  przekroczenie  przepisów 

drogowych. 

Wiedziałem,  że  wszystko  to  było  ukartowane,  ale  nic  nie 

mogłem  zrobić.  W  dwie  minuty  później  nadjechał  inny  wóz 

policyjny  z  sierżantem  Baylissem  z  działu  kryminalistyki  za 

kierownicą.  Co  robił  na  tej  nieuczęszczanej  drodze?  Nigdy  nikt 

nie zadał sobie trudu, żeby go o to zapytać. Natychmiast zajął się 

wszystkim - ranny policjant został odwieziony do szpitala, a ja na 

główny komisariat. 

Podczas  jazdy  Bayliss  rozkazał  nagle  kierowcy,  żeby  się 

zatrzymał. Znajdowaliśmy się na ulicy ciemnej i pustej. Kazał mi 

wyjść z samochodu. Kierowca wysiadł również i wykręcił mi ręce 

do tyłu, żeby je unieruchomić. Bayliss wyjął wówczas ze schowka 

w  tablicy  rozdzielczej  butelkę  szkockiej,  napełnił  usta  whisky  i 

zaczął  spryskiwać  moją  twarz  i  przód  koszuli.  Potem  wyciągnął 

pałkę i zdzielił mnie po głowie. 

Ocknąłem  się  dopiero  w  celi.  Od  tej  chwili  byłem 

zgubiony.  Ranny  glina  umarł.  Oskarżono  mnie  o  nieumyślne 

zamordowanie człowieka i skazano na cztery lata. Adwokat, który 

mnie  bronił,  na  próżno  walczył  jak  lew,  niczego  nie  osiągnął. 

Usiłował  wykazać,  że  wszystko  zostało  ukartowane,  ale  jego 

zarzuty  obalono  natychmiast.  Cubitt  stwierdził  pod  przysięgą,  że 

nigdy nie miał w ręku mojej teczki z materiałami, że i tak chciał 

się  mnie  pozbyć,  ponieważ  byłem  nie  tylko  niesumiennym 

dziennikarzem, lecz ponadto pijakiem. 

Przez cały czas, kiedy odsiadywałem wyrok, powtarzałem 

sobie,  że  jestem  największym  głupcem  na  świecie.  Trzeba  być 

wariatem,  żeby  walczyć  samotnie  przeciwko  nieczystym 

sprawkom zarządu miejskiego. 

Nie  posunąłem  się  naprzód,  choć  dowiedziałem  się 

później, że dyrektor policji musiał podać się do dymisji, a zarząd 

miejski przepadł w komplecie w najbliższych wyborach. Sugestie 

mojego  adwokata  spowodowały  śledztwo,  w  wyniku  którego 

chuligani  z  Chicago  woleli  próbować  szczęścia  gdzie  indziej.  Ja 

jednak mimo to pozostałem w więzieniu z czteroletnim wyrokiem 

background image

za  zabicie  policjanta  podczas  prowadzenia  wozu  w  stanie 

nietrzeźwym. Nikt nie był w stanie tego zmienić. 

Teraz, po trzech latach i sześciu miesiącach spędzonych w 

celi, byłem znowu na wolności. Byłem dziennikarzem, to był mój 

jedyny  zawód.  Cubitt  umieścił  mnie  na  czarnej  liście.  Mowy  nie 

było, żebym mógł znaleźć pracę w jakimś piśmie. Będę zmuszony 

przerzucić się do innej branży. Pojęcia nie miałem co będę robił. 

Przedtem dobrze zarabiałem, ale zawsze dużo wydawałem. Kiedy 

mnie  aresztowano,  zostawiłem  Ninie  niewiele  na  życie.  Chyba 

mało z tego zostało, o ile coś zostało. Często martwiłem się z jej 

powodu,  zastanawiając  się,  co  się  z  nią  dzieje.  Przez  swoją 

głupotę zakazałem jej, za pośrednictwem adwokata, pisać do mnie 

do  więzienia.  Myśl,  że  ten  brutalny  sadysta,  dyrektor,  będzie 

czytać jej listy, zanim mi je odda, była dla mnie nie do zniesienia. 

— Jak sobie dawała radę? - spytałem Renicka. - Jak jej się 

wiedzie? 

— Bardzo  dobrze,  chyba  spodziewałeś  się  tego?  Okazało 

się, że ma zdolności artystyczne. Wyobraź sobie, maluje wzory na 

wyrobach garncarskich i w ten sposób zarabia wcale nieźle. 

Skręcił  w  ulicę,  przy  której  mieszkałem.  Czułem,  jak 

gardło  mi  się  ściska  na  widok  bungalowu.  Ulica  tak  dobrze  mi 

znana  była  pusta.  Deszcz,  tworzący  szarą  zasłonę,  odbijał  się  od 

szosy i chodnika. 

Renick zatrzymał wóz przed bramą. 

- Do rychłego zobaczenia! - powiedział ściskając mi ramię. 

-  Jesteś  szczęściarzem,  Harry.  Chciałbym,  żeby  taka  kobieta  jak 

Nina czekała na mnie w domu. 

 Wysiadłem  z  samochodu  nie  spojrzawszy  na  Renicka  i 

skręciłem w aleję, którą szedłem tyle razy. 

Drzwi  wejściowe  otworzyły  się  i  na  progu  ukazała  się 

Nina. 

 

II 

 

Około  szóstej  trzydzieści,  siódmego  ranka  po  moim 

background image

wyjściu z więzienia, zbudziłem się nagle. Śniło mi się, że jestem 

znów  w  celi  i  upłynęła  chwila,  zanim  zdałem  sobie  sprawę,  że 

znajduję się w pokoju, a obok śpi Nina. 

Leżąc  na  plecach,  z  oczami  utkwionymi  w  suficie, 

zacząłem się zastanawiać, tak jak to czyniłem od tygodnia, czym 

się  zajmę,  żeby  zarobić  na  życie.  Wysondowałem  już 

dziennikarski światek. Jak się spodziewałem, nie było miejsca dla 

mnie. Wpływ Cubitta rozciągał się jak macki ośmiornicy. Nawet 

podrzędne lokalne gazety bały się mnie zatrudnić. 

Poza 

dziennikarstwem 

nie 

mogłem 

robić 

nic 

poważniejszego.  Mój  zawód  polegał  na  pisaniu,  ale  nie  byłem 

autorem  czerpiącym  temat  z  fantazji.  Jako  reporter  musiałem 

opierać  się  na  faktach  autentycznych,  by  stworzyć  coś  na 

odpowiednim  poziomie.  Bez  dziennika,  w  którym  mógłbym 

pracować, nie byłem nic wart. 

Przyglądałem  się  Ninie  śpiącej  przy  mnie.  Byliśmy 

małżeństwem  od  dwóch  lat  i  trzech  miesięcy,  kiedy  wpakowano 

mnie  do  więzienia.  Miała  wówczas  dwadzieścia  dwa  lata,  a  ja 

dwadzieścia  siedem.  Jej  czarne  włosy  układały  się  w  loki,  skóra 

miała  kolor  kości  słoniowej.  Nie  była  piękna  w  sensie 

klasycznym,  zgadzaliśmy  się  z  tym  oboje,  ale  twierdziłem  i  od 

tego  czasu  nie  zmieniłem  zdania,  że  była  najbardziej  uroczą 

kobietą, jaką spotkałem. 

Kiedy tak spoglądałem na nią pogrążoną we śnie, zdałem 

sobie sprawę, jak wiele musiała wycierpieć. Skóra wokół jej oczu 

była  zmarszczona.  Kąciki  ust  opadały  w  dół,  nadając  jej  smutny 

wygląd.  Nigdy  przedtem  nie  zauważyłem  u  niej  tego  wyrazu 

twarzy. Wiele wycierpiała. Zostawiłem jej trzy tysiące dolarów na 

naszym  rachunku  w  banku,  ale  stopniały  szybko.  Honorarium 

adwokata i ostatnia rata za bungalow pochłonęły niemal wszystkie 

oszczędności. Zmuszona więc była szukać pracy. 

Miała  różne  propozycje.  Wreszcie,  jak  mi  już  opowiadał 

Renick - odkryła w sobie talent artystyczny i otrzymała zajęcia u 

pewnego  jegomościa,  który  sprzedawał  ceramikę  turystom. 

Wyrabiał rozmaite przedmioty z gliny, a ona je zdobiła. Od roku 

background image

zarabiała  sześćdziesiąt  dolarów  tygodniowo;  była  to  suma 

wystarczająca,  jak  mnie  zapewniała,  żeby  pozwolić  nam 

przetrwać, aż zdobędę pracę. 

Pozostało mi na koncie jeszcze dwieście dolarów. Jeśli nie 

znajdę  zajęcia,  zanim  pieniądze  się  rozpłyną,  będę  zmuszony 

prosić  ją  o  kieszonkowe,  na  bilety  autobusowe,  papierosy  itp. 

Taka perspektywa odbierała mi odwagę. 

Działo  się  to  dwa  lata  temu.  Kiedy  myślę  o  tym  teraz, 

zdaję sobie sprawę, że zachowałem się jak szmata. Spostrzegłem, 

że  zadany  mi  cios  i  pobyt  w  więzieniu  całkowicie  mnie 

zdemoralizowały. Nie tylko żarła mnie gorycz, przede wszystkim 

nękała mnie litość nad sobą samym, nad mym smutnym losem. 

Gdybym miał coś na sumieniu, pozbyłbym się bungalowu 

i  razem  z  Niną  wędrowałbym  w  inne  strony,  gdzie  by  mnie  nikt 

nie  znał,  i  rozpocząłbym  nowe  życie.  A  tak  zadowalałem  się 

szukaniem  pracy  niemożliwej  do  znalezienia  i  uważałem  się  za 

męczennika. 

Podczas  dziesięciu  ostatnich  dni  udawałem,  że  szukam 

pracy,  której  przecież  dla  mnie  nie  było.  Wmawiałem  Ninie,  że 

przez cały dzień za tym chodzę, ale to było kłamstwo. Po jednym 

czy  dwóch  nieudanych  telefonach  uciekałem  regularnie  do 

najbliższego baru. Z wyjątkiem początkowego okresu, kiedy jako 

praktykant  goniłem  za  sensacjami  dnia,  nigdy  właściwie  nie 

piłem.  Teraz  jednak  zalewałem  się  regularnie.  Troski  topiłem  w 

whisky. Pięć lub sześć szklaneczek - i nic już nie miało znaczenia. 

Gwizdałem  na  to,  że  nie  mogę  znaleźć  pracy.  Równie  dobrze 

mogłem  wrócić  do  domu  i  patrzeć,  jak  Nina  zamęcza  się  przy 

malowaniu  ceramiki,  bez  wyrzutów  sumienia,  że  postępuję  jak 

alfons. 

Kiedy  byłem  pod  gazem,  okłamywałem  ją  bez  żadnych 

skrupułów, żeby wyciągnąć od niej jeszcze kilka dolarów. 

Potem,  pewnego  popołudnia,  kiedy  siedziałem  w  barze 

naprzeciw  plaży,  rozpoczęła  się  się  seria  wypadków,  o  których 

chcę wam opowiedzieć. 

Dochodziła szósta. Byłem nieźle wstawiony. Łyknąłem już 

background image

osiem whisky i czekałem na dziewiątą. 

Bar  był  nieduży,  spokojny  i  mało  uczęszczany.  Mogłem 

siedzieć  w  kącie  -  nikt  mi  nie  przeszkadzał  -  i  przyglądać  się 

ludziom zabawiającym się na plaży. Przychodziłem tu regularnie 

od pięciu dni. Wysoki, otyły barman już mnie chyba znał. 

Kabina  telefoniczna,  niewidoczna  od  strony  lady, 

znajdowała  się  tuż  obok  mojego  stolika.  Ludzie  wchodzili, 

rozmawiali  przez  chwilę,  potem  wychodzili:  mężczyźni,  młodzi 

chłopcy,  dziewczęta.  Kabina  była  miejscem  najbardziej 

ożywionym w barze. 

Pijąc  obserwowałem,  jak  ludzie  przychodzą  i  wychodzą. 

To  mi  ułatwiało  spędzanie  czasu.  Umysł  miałem  zamroczony 

alkoholem,  ale  zastanawiałem  się,  kim  mogą  być  ci  ludzie 

zamknięci za oszklonymi drzwiami; z kim rozmawiali? Śledziłem 

ich  mimikę.  Niektórzy  śmiali  się  rozmawiając;  inni  denerwowali 

się,  jeszcze  inni  wyglądali,  jakby  kłamali  w  sposób  tak  mało 

przekonywający,  jak  to  ja  sam  robiłem.  Miałem  wrażenie,  że 

przyglądam się sztuce teatralnej. 

Barman przyniósł mi dziewiątą whisky i postawił na stole. 

Tym razem stanął nieruchomo przy stoliku. Zrozumiałem, że czas 

uregulować rachunek. Dałem mu ostatni banknot pięciodolarowy. 

Podziękował  z  porozumiewawczym  uśmiechem,  wydając  mi 

resztę. 

Tymczasem jakaś kobieta weszła do baru. Zbliżyła się do 

kabiny telefonicznej i zamknęła za sobą drzwi. 

Nosiła  żółty  kanarkowy  sweter  i  białe  spodnie;  okulary 

przeciwsłoneczne  koloru  butelkowego  i  torebka  z  żółtego  i 

białego plastyku uzupełniały jej strój. 

Zwróciła natomiast moją uwagę swym okazałym tyłkiem, 

który  uwydatniały  obcisłe  spodnie.  Kołysała  biodrami  w  sposób 

tak sugestywny, że  nawet  najbardziej szanujący  się panowie byli 

nią zafascynowani. 

Jako pijak, nie zasługujący na szacunek, mogłem pozwolić 

sobie na to,  żeby obserwować ją w sposób  bezwstydny. Dopiero 

kiedy  straciłem  z  oczu  tę  część  anatomiczną  jej  ciała  w  chwili, 

background image

kiedy  zamykała  za  sobą  drzwi  kabiny,  podniosłem  oczy,  żeby 

zobaczyć jej twarz. 

Nie  miała  więcej  jak  około  trzydziestu  trzech  lat.  Była 

blondynką  o  rysach  regularnych,  nieco  surowych,  ale  całość 

wydawała się niesłychanie podniecająca dla mężczyzn wszelkich 

kategorii. 

Wypiłem  połowę  dziewiątej  whisky  i  patrzyłem,  jak 

telefonowała.  Nie  mógłbym  powiedzieć,  czy  ta  rozmowa  była 

wesoła,  czy  nie.  Ciemne  okulary  przeszkadzały  mi  w 

zorientowaniu się. W każdym razie wydawała się bardzo szybka i 

dowcipna. Zaledwie minutę przebywała w kabinie. Później wyszła 

i minęła mój stolik nie patrząc na mnie. W przeciągu kilku sekund 

miałem  przyjemność  podziwiania  jej  wysmukłej  figury  i  zarysu 

krągłego tyłu; potem zniknęła i drzwi zatrzasnęły się za nią. 

W pijackim oszołomieniu myślałem sobie, że gdybym był 

kawalerem, zalecałbym się do tej dziewczyny. Z tym podwoziem, 

postawą  i  pięknością  dziewczyna  musiała  być  wspaniała  przy 

bliższym  poznaniu.  Jeżeli  nie,  życie  byłoby  jeszcze  większym 

oszustwem, niż sądziłem. 

Zastanawiałem  się,  kim  ona  może  być.  Miała  na  sobie 

kosztowną  toaletę.  Jej  białożółta  torebka  na  pewno  nie  była 

kupiona na bazarze. 

Rzeczywiście - białożółta torebka? 

Weszła  do  kabiny  telefonicznej  z  torebką  w  ręku.  Nie 

byłem pewien, czy ją widziałem, kiedy wychodziła. 

Byłem teraz tak zalany, że najmniejsza refleksja wymagała 

ode  mnie  ogromnego  wysiłku.  Natężałem  mózg  próbując  sobie 

przypomnieć.  Weszła  do  kabiny  z  torebką  w  prawej  ręce. 

Mógłbym przysiąc, że opuściła ją z pustymi rękami. 

Wypiłem  whisky  do  końca,  potem  drżącą  ręką  zapaliłem 

papierosa.  A  więc?  -  zastanawiałem,  się.  Prawdopodobnie  nie 

zauważyłem torebki, kiedy wychodziła. 

Szczegół  ten  nabrał  dla  mnie  ogromnej  wagi. 

Prawdopodobnie  chodziło  mi  o  to,  żeby  udowodnić  sobie 

samemu, że nie jestem tak pijany, jak myślałem. 

background image

Podniosłem  się  z  trudem  i  udałem  do  telefonu. 

Otworzyłem  drzwi  i  natychmiast  spostrzegłem  torebkę 

nieznajomej. 

„Widzisz, stary durniu - mówiłem sobie - nie jesteś wcale 

zalany. Zaraz zauważyłeś, że zapomniała torebkę. Ty masz oprzeć 

się temu... jak... no co, masz oprzeć się temu...”. 

„Przede  wszystkim  -  myślałem  dalej  -  trzeba  zajrzeć  do 

torebki, żeby dowiedzieć się kim jest ta babka. Potem zabierzesz 

torebkę i  powiesz barmanowi, że zostawiła ją w  kabinie  - trzeba 

mu powiedzieć, bo kiedy cię zobaczą na ulicy z damską torebką w 

ręku,  ryzykujesz,  że  złapie  cię  glina  -  ale  kiedy  uprzedzisz 

barmana, odniesiesz torebkę dziewczynie, wtedy kto wie? Ona ci 

podziękuje.  Może  będzie  to  coś  więcej  niż  zwykły  pocałunek... 

Kto wie?”. 

Widzicie, jaki byłem pijany? 

Wszedłem  więc  do  kabiny  i  zamknąłem  drzwi.  Potem 

wziąłem  torebkę  i  otworzyłem  ją.  W  trakcie  tej  czynności 

obejrzałem się, żeby się upewnić, że nikt mnie nie śledzi. 

Nie było nikogo. 

Odwróciłem  się  plecami.  Moje  ramiona  były  dość 

szerokie,  by  zasłonić  kabinę  niemal  całkowicie;  potem  wziąłem 

słuchawkę.  Chytry  pomysł.  Ze  słuchawką  przyłożoną  do  ucha 

sprawdziłem zawartość torebki. 

Znalazłem  złotą  papierośnicę,  zapalniczkę  również  ze 

złota,  broszkę  z  diamentem,  która  warta  była  co  najmniej  tysiąc 

pięćset dolarów. Odkryłem również prawo jazdy, wreszcie gruby 

plik banknotów, z których pierwszy opiewał na 50 dolarów. Jeśli 

reszta  była  taka  sama,  ten  ponętny  rulon  musiał  przedstawiać 

wartość około dwóch tysięcy dolarów. 

Na widok takiej masy pieniędzy oblałem się potem. Złota 

papierośnica, zapalniczka i broszka z diamentem nie interesowały 

mnie  wcale.  Zbyt  łatwo  można  było  odkryć  pochodzenie  tych 

przedmiotów, ale zafascynował mnie pakiet pieniędzy. 

Z  tym  zwitkiem  w  kieszeni  nie  musiałbym  prosić  jutro 

Ninę  o  pięć  dolarów.  Nie  musiłbym  jej  naciągać  ani  jutro,  ani 

background image

później.  Znalazłbym  pracę,  zanim  zdążyłbym  wydać  tę  małą 

fortunę, nawet  gdybym  dalej pił od rana do nocy. Jeżeli ta dama 

wypchana  forsą  była  na  tyle  lakkomyślna,  żeby  zapomnieć  taki 

majątek  w  kabinie  telefonicznej,  zasługiwała  na  to,  żeby  go 

stracić. 

Jakiś  daleki,  zdławiony  głos,  który  był  moim  własnym 

głosem, oświadczył wówczas: 

„Oszalałeś?  To  przecież  kradzież!  Jeżeli  cię  złapią, 

dostaniesz  dziesięć  lat.  Z  twoją  przeszłością.  Odłóż  tę  torbę,  na 

miłość boską! I zmykaj stąd! Co ci się stało? Masz ochotę złapać 

jeszcze dziesięć lat mamra?” 

Ale ten głos był zbyt słaby, żeby zrobić na mnie wrażenie. 

Pragnąłem  tej  forsy.  To  było  zbyt  łatwe.  Wystarczyło  wyjąć 

pieniądze z torebki, włożyć do kieszeni, odłożyć torbę na półkę i 

zniknąć. 

Barman  nie  mógł  mnie  widzieć.  Bez  przerwy  ludzie 

wchodzili i wychodzili z kabiny telefonicznej. Każdy mógł wziąć 

tę forsę, każdy. 

Tam były te pieniądze, może nie dwa tysiące dolarów, ale 

dużo nie brakowało. 

Pragnąłem ich. Były mi potrzebne. 

I wziąłem je. 

Wsunąłem zwitek do kieszeni i zamknąłem torebkę. Serce 

waliło mi jak młot. Zdawałem sobie sprawę z tego, czym byłem: 

zwykłym  złodziejem.  Małe  lusterko  było  przymocowane  nad 

telefonem.  Widziałem  przesuwający  się  w  nim  cień.  Wciąż 

trzymałem torebkę w ręce. Spojrzałem w lustro. 

Stała  tuż  za  mną  i  patrzyła  na  mnie.  Jej  okulary 

przeciwsłoneczne  odbijały  światło  i  tworzyły  dwie  małe  zielone 

plamy w lustrze. 

Ale ona tam była. 

Od  jak  dawna,  nie  wiedziałem.  W  każdym  razie  ona  tam 

stała w całej swej krasie. 

background image

Rozdział 2 

Taka  emocja  ściska  człowiekowi  serce,  paraliżuje  mózg, 

przejmuje lodowatym chłodem od stóp do głowy. Ma się uczucie, 

jakby się umierało. 

Osłupiały, z oczami utkwionymi w lusterku przybitym do 

ścianki  kabiny,  podczas  gdy  palce  ściskały  kurczowo  torebkę, 

wpatrywałem  się  w  dwa  zielone  krążki  okularów  i  naprawdę 

czułem się niemal martwy. 

Nagle  wytrzeźwiałem  zupełnie.  Opary  alkoholowe,  które 

zaciemniały mi umysł, rozpierzchły się całkowicie. 

Zaraz  zawoła  barmana.  On  znajdzie  pieniądze  w  mojej 

kieszeni  i  wezwie  policjanta.  Kiedy  pojawi  się  glina,  nie  będę 

niczym innym jak kupą mięsa, którą zaprowadzą spokojnie z całą 

pewnością do celi, lecz nie na cztery lata; tym razem kara będzie 

znacznie surowsza. 

Zastukała  palcem  w  oszklone  drzwi  kabiny.  Położyłem 

torbę na półce, odwróciłem się i otworzyłem drzwi. 

Młoda  kobieta  odsunęła  się  nieco,  żeby  mi  zrobić 

przejście. 

— Zdaje mi się, że zostawiłam torebkę... - zaczęła. 

— Istotnie - odparłem. - Właśnie miałem zamiar odnieść ją 

barmanowi. 

Może  będzie  najlepiej  szybko  ją  wyminąć  i  wybiec  na 

ulicę, zanim zdąży otworzyć torebkę i skonstatować, że pieniądze 

zniknęły.  Kiedy  będę  już  na  ulicy,  mogę  wyrzucić  banknoty. 

Potem będę twierdzić uparcie, że nie tknąłem torebki. 

Już  zamierzałem  zrobić  odpowiedni  ruch,  lecz  nagle 

znieruchomiałem.  Barman  wyszedł  zza  bufetu  i  zatarasował 

wyjście.  Z  zaintrygowaną  miną  szedł  w  naszą  stronę,  czuwając 

bacznie, by swym potężnym cielskiem odgrodzić mnie od drzwi. 

- Ten młodzieniec niepokoi panią, madame? 

Odwróciła  powoli  głowę.  Miałem  wrażenie,  że  nawet  w 

krytycznych sytuacjach potrafi zachować spokój i zimną krew. 

-  Ależ...  nie.  Byłam  tak  głupia,  że  zostawiłam  torebkę  w 

kabinie. Ten pan chciał właśnie oddać ją panu na przechowanie. 

background image

Barman spojrzał na mnie podejrzliwie. 

background image

- Ach, tak - odparł. - Jeśli tak twierdzi... 

Stałem przygwożdżony do miejsca jak dureń. Usta miałem 

tak  suche,  że  nie  potrafiłbym  wykrztusić  słowa,  nawet  gdybym 

miał coś do powiedzenia. 

— Czy  ma  pani  wartościowe  przedmioty  w  tej  torbie?  - 

spytał barman. 

— Ach, tak! To idiotyczne, że mogłam ją zapomnieć! 

Miała głos jasny, beznamiętny. Zastanawiałem się, czy jej 

oczy ukryte za okularami były równie twarde. 

— Warto  by  sprawdzić,  czy  nic  nie  brakuje  -  radził 

barman. 

— Tak, możliwe. 

Zastanawiałem się, czy cios pięścią dobrze ulokowany, nie 

byłby  najlepszym  wyjściem  z  sytuacji.  Zrezygnowałem  jednak  z 

tego.  Barman  sprawiał  wrażenie,  że  w  swoim  życiu  zainkasował 

niejedno uderzenie i potrafi je odparować. 

Weszła do kabiny i wzięła torebkę do ręki. 

Wpatrywałem się w nią; serce przestało mi bić. Wyszła z 

kabiny, otworzyła torebkę i zajrzała do środka. Szczupłe palce, o 

paznokciach pokrytych lakierem, przerzucały zawartość torebki. Z 

wyrazu jej twarzy niczego nie można było odgadnąć. 

Barman  głośno  sapał.  Jego  wzrok  wędrował  od  niej  do 

mnie. 

Wtedy podniosła oczy. 

„Stało się! - myślałem. - Za pół godziny wrócę z powrotem 

do celi!”. 

-  Nie,  nic  nie  brakuje  -  powiedziała.  Odwróciła  lekko 

głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. - Dziękuję, że pan się tym zajął. 

Jestem 

naprawdę 

zbyt roztargniona! 

Nie  byłem  w  stanie  nic  powiedzieć.  Twarz  barmana 

jaśniała z zadowolenia. 

— Więc wszystko w porządku, madame? 

— Tak,  dziękuję.  Sądzę,  że  powinniśmy  to  uczcić.  - 

Patrzyła na mnie, ale zielona, lśniąca powierzchnia okularów nie 

background image

pozwalała  odczytać  jej  uczuć.  -  Czy  mogę  panu  ofiarować 

szklaneczkę, panie Barber? 

A  więc  wiedziała,  kim  jestem.  Nie  było  to  niczym 

nadzwyczajnym.  W  dniu,  w  którym  zwolniono  mnie,  „Herald” 

umieścił  moje  zdjęcie  z  notatką,  że  wyszedłem  z  więzienia  po 

odsiedzeniu  czteroletniego  wyroku  za  zabójstwo  człowieka.  Nie 

omieszkali  podkreślić,  że  w  chwili  wypadku  byłem  pijany. 

Zdjęcie  było  dobre,  a  ponieważ  znajdowało  się    na  pierwszej 

stronie,  nie  mogło  ujść  uwagi  żadnego  czytelnika.  To  „subtelne” 

zainteresowanie mogłem zawdzięczać jedynie Cubittowi. 

Mówiła  do  mnie  tonem,  w  którym  brzmiała  groźba  i  za 

rzecz najrozsądniejszą uważałem przyjęcie jej zaproszenia. 

-  Naprawdę,  to  nie  jest  wcale  potrzebne,  ale  z  chęcią 

przyjmuję 

- odparłem. 

Wówczas zwróciła się do barmana: 

- Dwie whisky z wodą i dużo lodu. 

Usiadła  przy  stoliku,  który  przedtem  zajmowałem. 

Ulokowałem  się  naprzeciw  niej.  Otworzyła  wówczas  torebkę, 

wyjęła  złotą  papierośnicę,  otworzyła  ją  i  poczęstowała  mnie 

papierosem. 

Wziąłem  jednego,  potem  z  kolei  ona  sięgnęła  po 

papierosa. Swoją złotą zapalniczką zapaliła najpierw mego, potem 

swego  papierosa.  Tymczasem  barman  przyniósł  obydwa  trunki, 

postawił na stole i oddalił się. 

- Jakie ma się uczucie, panie Barber, kiedy wychodzi się z 

więzienia? 

- spytała owiana chmurą dymu. 

— Zupełnie przyjemne. 

— Zauważyłam, że nie jest pan już dziennikarzem. 

— Zgadza się. 

Dzwoniła  kostkami  lodu  w  szklance  i  obserwowała  je  z 

taką uwagą, jakby interesowały ją bardziej niż ja. 

-  Często  tu  pana  widywałam.  -  Wyciągnęła  w  kierunku 

okna rękę ze srebrzystymi paznokciami. - Mam domek na plaży, 

background image

dokładnie naprzeciw. 

- To zapewne wielka przyjemność.  

Podniosła szklankę i wypiła kilka łyków. 

— Czy  z  pańskich  częstych  wizyt  tutaj  należy  wyciągnąć 

wniosek, że nie ma pan jeszcze pracy? 

— Zgadza się. 

— Czy spodziewa się pan wkrótce znaleźć jakieś zajęcie? 

— Ależ oczywiście. 

— Z całą pewnością nie jest to łatwe. 

— Istotnie. 

— Gdyby  ktoś  panu  ofiarował  pracę,  czy  interesowałoby 

to pana? Zmarszczyłem brwi. 

— Nie rozumiem. Czy pani mi ją ofiaruje? 

— Możliwe. Czy interesowałoby to pana? 

Chciałem 

sięgnąć 

po 

moją 

szklaneczkę, 

ale 

zrezygnowałem. Już dość piłem dzisiaj. 

- O co chodzi? 

— Praca jest bardzo dobrze płatna, ale wymaga absolutnej 

dyskrecji. Poza tym  istnieje pewne ryzyko. Czy  odstraszyłoby to 

pana? 

— Jeśli dobrze rozumiem, byłoby to coś niedozwolonego? 

— Ach, nie... absolutnie nie. 

— To wszystko nic mi nie mówi. Na czym polego ryzyko? 

Jestem  gotów  przyjąć  każdą  pracę  pod  warunkiem,  że  będę 

wiedział, co mam robić! 

— Rozumiem. - Wypiła jeszcze jeden łyk. - Pan wcale nie 

pije, panie Barber? 

— Nie, przynajmniej w tej chwili. Ale jaką pracę chce mi 

pani zlecić? 

— Spieszę  się  teraz,  zresztą  miejsce  jest  nie  najlepiej 

wybrane do omówienia poufnej propozycji. Czy mogę później do 

pana  zadzwonić?  Moglibyśmy  ustalić  bardziej  dogodne  miejsce 

spotkania. 

— Mój numer jest w książce telefonicznej. 

— Dobrze,  a  więc  zatelefonuję  do  pana.  Może  jutro, 

background image

będzie pan w domu? 

— Będę to uważał za swój obowiązek. 

— Chciałabym uregulować... - Och, zapomniałam... 

— Aleja nie... 

Wyciągnąłem z kieszeni zwitek banknotów i położyłem jej 

na kolanach. 

- Dziękuję. 

Odsunęła  banknot  pięćdziesięciodolarowy,  wyjęła  spod 

spodu  pięć,  położyła  na  stole,  potem  resztę  schowała  do  torebki, 

zamknęła ją i podniosła się. 

Wstałem również. 

- A więc do jutra, panie Barber. 

Odwróciła  się  i  wyszła  z  baru.  Podziwiałem,  kiedy 

przechodziła przez jezdnię, zmysłowe kołysanie się jej wydatnych 

bioder. Podszedłem do drzwi i patrzyłem, jak bez pośpiechu idzie 

w kierunku parkingu. Wsiadła do szaroczarnego rollsa i ruszyła z 

miejsca. Śledziłem ją wzrokiem, oszołomiony, ale nie na tyle, by 

nie zapisać numeru wozu. 

Wróciłem potem i usiadłem przy stoliku. Moje kolana były 

jak z wosku. Wypiłem kilka łyków, po czym zapaliłem papierosa. 

Zbliżył się barman, żeby zabrać pięć dolarów. 

- Bomba, co? Wygląda na nadzianą forsą. Co to właściwie 

z nią było? Czy odpaliła coś panu? 

Przyglądałem  mu  się  przez  chwilę,  potem  wstałem  i 

odszedłem.  Nawiasem  mówiąc,  nigdy  więcej  nie  przekroczyłem 

progu  tego  baru.  W  przyszłości,  kiedy  musiałem  tamtędy 

przechodzić, ciarki przebiegały mi po plecach. 

Po  przeciwnej  stronie  ulicy  znajdowała  się  filia 

automobilklubu.  Znałem  dobrze  młodego  człowieka,  który  nią 

kierował,  jeszcze  z  czasów,  kiedy  pracowałem  w  „Heraldzie”. 

Nazywał się Ed Marshall. Przeszedłem przez ulicę i zajrzałem do 

biura. 

Marshall siedział przy biurku i czytał magazyn. 

-  Ach!  Co  za  niespodzianka!  -  wykrzyknął  radośnie 

wstając z krzesła... - Jak się masz, Harry? 

background image

Odpowiedziałem,  że  mam  się  dobrze  i  uścisnąłem  mu 

rękę. Sposób, w jaki mnie przyjął, sprawił mi radość. Większość 

tak zwanych przyjaciół witała mnie ozięble, kiedy przychodziłem 

ich  odwiedzić,  ale  Marshall  był  fajnym  chłopcem:  zawsze  nam 

było dobrze z sobą. 

Przechyliłem  się  przez  biurko  i  poczęstowałem  go 

papierosem. 

— Przestałem  palić  -  oświadczył  potrząsając  głową.  -  Te 

historie z rakiem płuc nie dają mi spokoju. Jak się człowiek czuje, 

kiedy wyjdzie stamtąd? 

— Jakoś  leci  -  odparłem.  -  Można  przyzwyczaić  się  do 

wszystkiego, nawet do życia poza więzieniem. 

Mówiliśmy o tym i o owym jakieś dziesięć minut, potem 

przeszedłem do sprawy, która mnie sprowadziła do niego. 

— Słuchaj,  Ed,  czy  potrafiłbyś  mi  powiedzieć,  kto  jest 

właścicielem czarnego rolls royce’a? Znak S.A.X.I. 

— Czy mówisz o samochodzie pana Malroux? 

— Tak sądzisz? Czy to jego numer? 

— Tak, tak. Wspaniały wóz, prawda? 

W tym momencie rozjaśniło mi się w głowie. 

— Chyba  nie  masz  na  myśli  Feliksa  Malroux?  - 

powiedziałem ze zdumieniem. 

— Tak, oczywiście. 

— On  mieszka  w  Palm  Bay?  Myślałem,  że  przebywa  w 

Paryżu. 

— Kupił tu posiadłość, jakieś dwa lata temu, i osiedlił się u 

nas ze względu na zdrowie. 

Serce  omal  nie  wyskoczyło  mi  z  piersi.  Z  trudem 

panowałem nad sobą. 

-  Czy  mówimy  o  tym  samym  człowieku?  Malroux  to  ten 

milioner,  król  cynku  i  miedzi?  Podobno  jest  to  jeden  z 

najbogatszych 

ludzi 

na 

świecie. 

Marshall kiwał potakująco głową. 

-  Tak  jest  istotnie.  Zdaje  się,  że  jest  ciężko  chory.  Mimo 

background image

całego bogactwa faceta, nie chciałbym być na jego miejscu. 

— Co mu jest? Marshall skrzywił się. 

— Rak płuc. Nikt mu nie może pomóc. 

Spojrzałem  na  mojego  papierosa  i  zdusiłem  go  w 

popielniczce. 

— Paskudna sprawa. A więc zamieszkał tutaj? 

— Tak.  Kupił  „East  Shore”,  willę  Iry  Cranleigha. 

Przebudował  ją  niemal  całkowicie.  To  wspaniała  posiadłość,  z 

prywatnym  portem,  prywatną  plażą,  prywatnym  basenem, 

wszystko prywatne. 

Pamiętam  świetnie  dom  Iry  Cranleigha.  Był  on 

właścicielem  potężnych  szybów  naftowych  i  kazał  sobie 

zbudować  dom  na  samym  końcu  zatoki.  Potem  miał  jakieś 

niepowodzenia  finansowe  i  musiał  dom  sprzedać.  Działo  się  to 

podczas mego procesu. Nie wiedziałem, kto go kupił. 

Umysł  mój  pracował  gorączkowo.  Znów  zapaliłem 

papierosa. 

— A więc ten rolls należy do niego? 

— To tylko jeden z dziesięciu jego samochodów. 

— Jest  bombowy.  Chciałbym  mieć  coś  takiego.  Marshall 

skinął swoją łysą głową. 

— Ja także. 

— Zastanawiałem się, kim jest kobieta, która prowadziła to 

cudo...  Nie  mogłem  jej  się  dobrze  przyjrzeć.  Blondynka,  nosiła 

duże okulary przeciwsłoneczne. 

— Pewnie madame Malroux. 

— Jego  żona?  Nie  wyglądała  na  taką  starą.  Dałbym  jej 

najwyżej  trzydzieści  dwa  lub  trzydzieści  trzy  lata.  Jeszcze  jako 

dzieciak  słyszałem  chyba  o  Malroux.  Musi  mieć  teraz 

siedemdziesiąt lat lub więcej. 

— W  przybliżeniu  tyle.  Ożenił  się  powtórnie.  Z  babką, 

która wpadła mu w oko w Paryżu. Nie pamiętam dokładnie, kim 

była,  aktorką  filmową  czy  kimś  w  tym  rodzaju.  Wydrukowano 

całą serię artykułów na jej temat w „Heraldzie”. 

— A co się stało z jego pierwszą żoną? 

background image

— Zginęła w wypadku samochodowym przed trzema laty. 

— A Malroux osiedlił się tutaj ze względu na zdrowie? 

— Tak.  Zresztą  żona  i  córka  lubią  Kalifornię,  a  tutejszy 

klimat  jest  podobno  dobry  dla  niego.  Ale  to  wszystko  nie  ma 

znaczenia. O ile dobrze zrozumiałem, nic już nie może być dobre 

dla niego. 

— On ma córkę? 

Marshall  wyciągnął  rękę  zaciśniętą  w  pięść,  wysunął  do 

góry duży palec. 

— Taka  babka!  Z  pierwszego  małżeństwa,  oczywiście. 

Młodziutka, osiemnaście lat zaledwie, śliczne dziecko. - Mrugnął 

do  mnie  porozumiewawczo.  -  Wolałbym  ją  niż  rolls  royce’a,  na 

pewno! 

— Popatrz!  Popatrz!  A  ja  uważałem  cię  za  człowieka 

żonatego, zakochanego tylko w samochodach. 

-  To  prawda!  Ale  gdybyś  zobaczył  Odette  Malroux! 

Umarłego postawiłaby na nogi! 

— Takie marzenia są nieszkodliwe. No, ale muszę iść. I tak 

jestem już spóźniony. 

— Dlaczego interesujesz się Malroux, Harry? 

— Znasz mnie przecież, zobaczyłem wóz, piękną kobietę. 

Zwykła ciekawość. 

Wiedziałem, że go nie przekonałem, ale dał za wygraną. 

-  Jeżeli  szukasz  przypadkiem  tymczasowej  pracy,  Harry  - 

zaproponował  nieco  zażenowany  -  szukają  ludzi  dla  dokonania 

obliczeń  statystycznych  dotyczących  ruchu.  Czy  to  by  cię 

interesowało? 

Nie wahałem się ani przez sekundę. 

- To bardzo ładnie z twojej strony, Ed, ale mam już coś na 

widoku. - Uśmiechnąłem się. - W każdym razie bardzo dziękuję. 

W  drodze  powrotnej  rozważałem  w  autobusie  wszelkie 

informacje,  które  mi  przekazał  Marshall.  Byłem  ogromnie 

podniecony. 

Żona  jednego  z  najbogatszych  ludzi  na  świecie  miała  dla 

mnie  pracę.  Nie  żywiłem  najmniejszych  obaw.  Byłem 

background image

przekonany,  że  zatelefonuje.  „Pewne  ryzyko”  -  powiedziała.  A 

więc zgoda, gotów jestem podjąć ryzyko, byle tylko zarobić dużo 

forsy, a na to się zanosiło. 

Autobus  wiózł  mnie  wzdłuż  plaży,  a  ja  pogwizdywałem 

sobie.  Po  raz  pierwszy  od  chwili  wyjścia  z  więzienia  miałem 

ochotę gwizdać. 

Wreszcie poczułem, że znowu zaczynam żyć. 

Następnego dnia po dziewiątej udałem się do „Heralda”. 

 

                                                                                                                         

II 

 

Nina zapowiedziała, że musi dostarczyć kilka malowanych 

skorup  i  że  wróci  dopiero  w  południe.  Było  mi  to  na  rękę.  Jeśli 

żona  Malroux  zdecyduje  się  zatelefonować,  będę  sam  w  domu. 

Nie  miałem  najmniejszej  ochoty  powiedzieć  Ninie  o  tym,  co  się 

stało, zanim nie będę wiedział, o jaką pracę chodzi. 

Udałem  się  do  archiwum  „Heralda”.  Oprowadzały  mnie 

dwie młode dziewczyny, których nigdy nie widziałem na oczy, nie 

znały  mnie  więc.  Poprosiłem  jedną  z  nich  o  numery  styczniowe 

„Heralda” sprzed dwóch lat. 

Nie  zajęło  mi  dużo  czasu  znalezienie  informacji,  których 

szukałem.  Dowiedziałem  się,  że  Feliks  Malroux  poślubił  Rheę 

Passary  w  pięć  miesięcy  po  śmierci  swej  pierwszej  żony.  Rhea 

Passary była girlsą w „Lido” w Paryżu. Po szaleńczych zalotach, 

które trwały zaledwie tydzień, Malroux poprosił ją o rękę,  a ona 

zgodziła  się.  Jasne  było,  że  interesuje  się  nie  nim,  lecz  jego 

fortuną. 

Powróciłem do domu i czekałem. Punktualnie o jedenastej 

zadzwonił  telefon.  Wiedziałem,  że  to  ona,  zanim  zdjąłem 

słuchawkę.  Serce  biło  mi  przyśpieszonym  rytmem,  ręka  drżała, 

kiedy podnosiłem słuchawkę. 

- Pan Barber? 

Nie  można  było  pomylić  się.  To  był  jasny  i  czysty  głos 

tamtej młodej kobiety. 

background image

— Tak - odparłem. 

— Zawarliśmy wczoraj znajomość. 

Uważałem,  że  nadszedł  moment,  by  wprawić  ją  w 

zdumienie. 

- Słusznie, madame Malroux, w barze Joe’ego. 

Mój chwyt został uwieńczony sukcesem. Nastąpiła chwila 

ciszy. Nie byłem pewien, lecz zdawało mi się, że słyszę stłumiony 

krzyk. Może zresztą byłem ofiarą mojej wybujałej wyobraźni. 

— Czy  zna  pan  Plażę  Zachodnią,  na  której  znajdują  się 

pawilony kąpielowe? - spytała. 

— Tak. 

— Chciałabym,  żeby  pan  wynajął  taki  domek.  Ostatni  na 

lewo. Spotkam się tam z panem dzisiaj o dziewiątej wieczorem. 

-  Zaraz  się  tym  zajmę  i  będę  tam  na  pewno  -  odparłem. 

Znów  zapadło  milczenie.  Słyszałem  jej  oddech,  potem 

powiedziała: - A więc dzisiaj wieczorem, o dziewiątej. 

Rozmowa  była  skończona.  Odłożyłem  słuchawkę  i 

zapaliłem  papierosa.  Byłem  zaintrygowany.  „Istnieje  pewne 

ryzyko” - tak się wyraziła. Pragnąłem jak najszybciej dowiedzieć 

się, czego chciała. Może wplątała się w jakąś brudną sprawę, na 

przykład  szantaż? Pewnie  pragnie,  żebym  jej  pomógł  pozbyć  się 

niewygodnego  amanta.  Wzruszyłem  ramionami.  W  końcu  po  co 

mam sobie łamać głowę? 

Spojrzałem  na  zegarek.  Była  jedenasta  dziesięć.  Miałem 

jeszcze czas, żeby pojechać na Plażę Zachodnią, wynająć pawilon 

i wrócić do domu przed powrotem Niny. 

A  więc  poszedłem  tam.  Facet  zarządzający  pawilonami 

nazywał  się  Bill  Holden.  Był  to  muskularny  atleta,  pełniący 

równocześnie funkcję nauczyciela pływania. 

Domki  na  Plaży  Zachodniej  odznaczały  się  luksusem  i 

były  dość  duże,  tak  że  można  tam  było  nawet  spać.  Stały  w 

długim szeregu, zwrócone do morza. Zauważyłem, że o tej porze 

w większości były zajęte. 

Holden znał mnie i na mój widok uśmiechnął się szeroko. 

— Cześć, panie Barber. Cieszę się, że pana widzę. 

background image

— Dziękuję.  - Uścisnąłem  mu  rękę.  - Chciałbym  wynająć 

pawilon. Ostatni na lewo. Potrzebny mi jest na dziś o dziewiątej. 

Może pan to załatwić? 

— Zamykamy  o  dziewiątej,  panie  Barber  -  odparł.  - 

Nikogo tu już nie będzie, ale mimo to może pan otrzymać domek. 

Na  tę  noc  nie  mam  klientów,  a  więc  nie  zostanę.  Odpowiada  to 

panu? 

-  Świetnie.  Proszę  zostawić  klucz  pod  słomianką.  Jutro 

panu zapłacę. 

- Jak pan chce, panie Barber. 

Spojrzałem  na  plażę.  Była  tak  zatłoczona  amatorami 

kąpieli, niemal nagimi, że prawie nie było widać piasku. 

— Wygląda na to, że jest ruch w interesie - zauważyłem. 

— Jakoś daję sobie radę, ale sezon nie był nadzwyczajny. 

Trzymać plażę otwartą przez całą noc nie opłaca się. Jeśli nic się 

nie  zmieni,  rzucę  to.  Nie  ma  sensu  włóczyć  się  przez  całą  noc, 

jeśli nie ma klientów. A jak z panem, panie Barber? 

— Nie  narzekam.  Więc  dobrze,  przyjdę  wieczorem.  Do 

jutra rano. 

Wracając  do  domu,  łamałem  sobie  głowę,  żeby  znaleźć 

jakąś wymówkę dla Niny. Musiałem podać jakiś rozsądny powód, 

żeby usprawiedliwić moje wieczorne wyjście. Zdecydowałem się 

wreszcie,  żeby  jej  powiedzieć,  że  pracuję  dla  Eda  Marshalla  w 

nocnej  ekipie;  mam  liczyć  wozy  dla  celów  statystycznych  jego 

biura. 

Gdy jej to zakomunikowałem, poczułem się łajdakiem, tak 

bardzo się ucieszyła. 

-  Wolę  zarabiać  50  dolarów  tygodniowo,  niż  siedzieć  tu  i 

nic nie robić - oświadczyłem. 

Tego  wieczoru  o  pół  do  dziewiątej  wyszedłem  z 

bungalowu  i  udałem  się  do  garażu.  Mieliśmy  starego  packarda, 

który  ledwo  trzymał  się  w  kupie.  Podczas  gdy  z  trudem 

uruchamiałem silnik,  mówiłem  sobie, że jeśli  ta praca  przyniesie 

mi forsę, kupię sobie przede wszystkim nowy wóz. 

Trzy  minuty  przed  dziewiątą  przyszedłem  na  Plażę 

background image

Zachodnią. Było całkiem pusto. Znalazłem klucz pod słomianką i 

otworzyłem  drzwi.  Pawilon  składał  się  z  salonu,  sypialni  i 

pomieszczenia  z  prysznicem.  Wszędzie  była  klimatyzacja.  Na 

stoliku  stał  telewizor,  radio,  telefon,  w  barku  odkryłem  nawet 

butelkę whisky i syfon. Nie brakowało niczego. 

Uruchomiłem  klimatyzację,  otworzyłem  okna  i  drzwi,  a 

potem usiadłem na werandzie na bujaku. Spokój  i  ciszę zakłócał 

tylko szmer fal. Ogarnął mnie lekki niepokój. Zastanawiałem się, 

jaką pracę mam wykonać dla tej kobiety, a przede wszystkim, ile 

ma  zamiar  mi  zapłacić.  Czekałem  około  dwudziestu  minut.  W 

momencie, kiedy zaczęła mnie ogarniać rozpacz, niespodziewanie 

wyłoniła się z ciemności. Nie zauważyłem nawet, kiedy nadeszła. 

Siedziałem  wciąż  w  fotelu.  Miałem  właśnie  zapalić  trzeciego 

papierosa, gdy nagle spostrzegłem, że coś się porusza. Podniosłem 

oczy, to była ona. Stała tuż przy mnie. 

-  Dobry  wieczór,  panie  Barber  -  powiedziała,  zanim 

zdążyłem się podnieść. Usiadła w fotelu obok mnie. 

Widziałem ją niezbyt dokładnie. Jedwabny szal zawiązany 

na  głowie  osłaniał  częściowo  jej  rysy.  Miała  na  sobie 

ciemnoczerwoną  suknię.  Ciężka  złota  bransoleta  otaczała  jej 

prawą dłoń. 

-  Wiem  dość  dużo  o  panu.  Człowiek,  który  odrzuca 

dziesięć tysięcy dolarów i nie chce współpracować z gangsterami, 

musi mieć tupet. A ja szukam właśnie kogoś z tupetem. 

Nie odpowiedziałem. 

Zapaliła  papierosa.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  mnie 

obserwuje. Wolałbym widzieć wyraz jej oczu. 

— Pan  nie  boi  się  narażać  na  ryzyko,  prawda,  panie 

Barber? 

— Tak pani sądzi? 

— Kiedy zabrał pan pieniądze z mojej torebki, ryzykował 

pan sześć lat więzienia. 

— Byłem pijany. 

— Czy gotów jest pan podjąć dość poważne ryzyko? 

— To  kwestia  pieniędzy  -  odparłem.  -  Chcę  pieniędzy, 

background image

wcale tego nie ukrywam. Są mi potrzebne i zdecydowany jestem 

je zarobić, ale potrzebna mi jest duża suma, a nie jakaś bagatelka. 

— Jeśli zrobi pan to, czego od pana zażądam, przyniesie to 

panu pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Miałem uczucie, jakbym otrzymał cios w samo serce. 

— Pięćdziesiąt  tysięcy?  Pani  powiedziała:  pięćdziesiąt 

tysięcy dolarów? 

— Tak,  to  dużo  pieniędzy,  prawda?  Tyle  panu  dam,  jeśli 

pan zrobi to, co chcę. 

Odetchnąłem głęboko, powoli. 

Pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów!  Perspektywa  zainkasowania 

podobnej sumy przyprawiała mnie o palpitację serca. 

— O co chodzi? 

— Zdaje  się,  że  zainteresował  się  pan,  panie  Barber. 

Gotów jest pan podjąć jakieś ryzyko za tę sumę? 

-  Dalibóg,  skłonny  jestem  podjąć  mnóstwo  ryzyka  za  tę 

sumę!  

Wyobrażałem  sobie,  co  mógłbym  zrobić  z  tymi 

pieniędzmi.  Nina  i  ja  moglibyśmy  opuścić  Palm  City  i  gdzie 

indziej urządzić sobie życie. 

— Zanim otrzyma pan dalsze wyjaśnienia - mówiła dalej - 

muszę  oświadczyć  panu  wyraźnie,  pragnę  być  uczciwa,  że  nie 

dysponuję  żadnymi  pieniędzmi  poza  miesięczną  pensją,  którą 

otrzymuję od męża. Mój mąż jest przekonany, że jego córka i ja 

powinnyśmy  sobie  dać  radę  z  pomocą  tych  sum,  które  nam 

przydziela.  Przyznaję,  że  dla  ludzi  rozsądnych  są  niewątpliwie 

dość znaczne, ale tak się składa, że ani moja pasierbica, ani ja nie 

należymy do osób rozsądnych. 

— Jeśli pani nie ma pieniędzy - odparłem z goryczą - to po 

co mi pani proponuje pięćdziesiąt tysięcy dolarów? 

— Postaram się panu wytłumaczyć, w jaki sposób może je 

pan zarobić. 

Spojrzeliśmy na siebie. 

— A więc niech pani powie. Jak mogę je zarobić? 

— Moja pasierbica i ja potrzebujemy 400 tysięcy dolarów. 

background image

Potrzebne  nam  są  za  dwa  tygodnie.  Mam  nadzieję,  że  pan  nam 

pomoże  je  zdobyć.  Wtedy  otrzyma  pan  pięćdziesiąt  tysięcy 

dolarów. 

Przyglądałem się jej uważnie i doszedłem do przekonania, 

że  nie  jest  obłąkana.  Przeciwnie,  nigdy  w  życiu  nie  spotkałem 

kobiety o tak jasnym umyśle. 

— A więc jak mam się do tego zabrać? - nalegałem. 

— Mój  mąż,  oczywiście,  mógłby  nam  dać  tę  sumę  bez 

najmniejszych trudności - ciągnęła dalej z największym spokojem. 

- Chciałby jednak wiedzieć niewątpliwie, na co nam potrzeba tyle 

pieniędzy  i  właśnie  tego  nie  możemy  mu  powiedzieć.  -  W  tym 

miejscu  zrobiła  krótką  przerwę  i  potrząsnęła  papierosem,  żeby 

strącić popiół. - Ale przy pańskiej pomocy mogłybyśmy otrzymać 

tę  sumę  bez  potrzeby  udzielenia  odpowiedzi  na  kłopotliwe 

pytania. 

Mój  początkowy  entuzjazm  osłabł.  Podejrzewałem  jakiś 

podstęp i starałem się mieć na baczności. 

- Na co pani te pieniądze? - spytałem. 

Nie  odpowiedziała  na  moje  pytanie,  zadowoliła  się  tylko 

następującą uwagą: 

— Potrafił pan świetnie odkryć, kim jestem. Sam pan sobie 

poradzi. 

— Nawet  mały  chłopiec  by  to  potrafił.  Jeśli  chce  pani 

zachować incognito, nie może się pani rozbijać tym rollsem. Czy 

jest pani ofiarą szntażu? 

— To  pana  nie  obchodzi.  Mam  pomysł,  w  jaki  sposób 

zdobyć te pieniądze, ale potrzebna mi jest pańska pomoc, dlatego 

gotowa jestem dać panu pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

— Których pani nie ma. 

— Ale  które  będę  miała  dzięki  panu!  Wszystko  to 

podobało mi się coraz mniej. 

— Sprecyzujmy teraz, na czym polega pani plan. 

— Kidnaperstwo.  Trzeba  porwać  moją  pasierbicę  - 

powiedziała  zimno.  -  Okup  będzie  ustalony  na  pięćset  tysięcy 

dolarów. Otrzyma pan z tego dziesięć procent. Resztą podzielimy 

background image

się z pasierbicą. 

— Kto dokona porwania? 

— Oczywiście nikt. Odette ukryje się gdzieś, a pan zażąda 

okupu.  Właśnie  do  tego  jest  mi  pan  potrzebny.  Będzie  pan  tym 

groźnym  głosem,  który  odezwie  się  w  telefonie.  To  jest  dość 

proste, ale trzeba żeby było dobrze zrobione. Za telefon i podjęcie 

okupu ofiaruję panu pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Ujawniła teraz swój plan. Zrobiło mi się sucho w ustach. 

Porwanie  to  zbrodnia  szczególnie  poważna.  Jeśli 

kiedykolwiek  dam  się  wciągnąć  w  tę  historię,  muszę  być 

szczególnie  rozważny.  Kidnaperstwo  kwalifikuje  się  do  komory 

gazowej, jeśli sprawca da się złapać. 

Jej wspaniały pomysł zawierał tyle ryzyka co morderstwo, 

ponieważ narażał mnie na karę śmierci. 

 

Rozdział 3 

 

Mała  czarna  chmurka  zasłoniła  księżyc.  Przez  dwie  lub 

trzy  minuty  morze  wyglądało  jakby  pokryte  lodem.  Niegościnna 

plaża pogrążyła się w ciemnościach. Potem chmura oddaliła się i 

woda znowu mieniąc się srebrem, zwilżała lśniący piasek. 

Rhea Malroux patrzyła na mnie. 

— Nie ma innego sposobu, żeby zdobyć te pieniądze. Nie 

obejdzie  się  bez  kidnaperstwa.  To  jedyny  sposób,  żeby  zmusić 

mego męża do wypłaty tych tysięcy. Sprawa jest dosyć poważna, 

trzeba tylko opracować szczegóły. 

— Za  kidnaperstwo  grozi  kara  śmierci.  Czy  pani 

zastanowiła się nad tym? 

— Ależ nikt nie będzie porwany! - odparła wyciągając swe 

piękne  kształtne  nogi.  -  Jeśli  przypadkiem  sprawa  przyjmie  zły 

obrót, powiem mężowi prawdę i wszystko na tym się skończy. 

Jej  rozumowanie  było  tak  mało  przekonywające,  jak 

namowy  handlarza  próbującego  mi  sprzedać  fałszywy  dywan  z 

Buchary. 

Jednak  perspektywa  zainkasowania  pięćdziesięciu  tysięcy 

background image

dolarów drążyła mi mózg. Jeśli sam opracuję wszystkie szczegóły, 

będę mógł zdobyć tę forsę - tłumaczyłem sobie. 

-  Według  pani,  mąż  uśmiechnie  się  i  potraktuje  was  jak 

dwie  niegrzeczne  dziewczynki,  to  wszystko?  Nieważne,  że 

zawiadomię  go telefonicznie o porwaniu  córki  i  zażądam  okupu. 

Uzna  to  za  znakomity  żart...  Sądzi  pani,  że  oświadczy  policji,  iż 

chodzi  jedynie  o  zabawną  mistyfikację,  ukartowaną  przez  jego 

żonę i córkę, żeby wydusić z niego pół miliona dolarów? 

Przez dłuższą chwilę milczeliśmy oboje. 

— Pański ton wcale mi się nie podoba. Pan jest bezczelny - 

oświadczyła. 

— Proszę  mi  wybaczyć,  ale  swego  czasu  byłem 

dziennikarzem.  Wiem  może  lepiej  niż  pani,  że  wiadomość  o 

porwaniu córki Feliksa Malroux znajdzie się na stronie tytułowej 

wszystkich dzienników świata. Może nawet zaistnieć jakby nowa 

afera Lindbergha. 

Poruszyła się w fotelu. Widziałem, jak zaciska pięści. 

-  Pan  przesadza.  Nie  pozwolę  mężowi  wezwać  policji  - 

protestowała  zmienionym  głosem.  -  Sytuacja  będzie  inaczej 

wyglądała:  Odette  zniknie.  Pan  zadzwoni  do  mego  męża  i 

zawiadomi go, że została porwana. Otrzyma córkę z powrotem po 

wypłaceniu  okupu  w  wysokości  500  tysięcy  dolarów.  Mąż 

zapłaci. Pan podejmie pieniądze i Odette wróci do domu. Sprawa 

dalej się nie posunie. 

- Tak przynajmniej pani to sobie wyobraża. Uczyniła gest 

zniecierpliwienia. 

-  Wiem  dobrze,  że  cała  sprawa  ograniczy  się  do  tego, 

panie Barber. Mówił pan, że gotów jest narazić się na to  ryzyko, 

jeśli dobrze panu zapłacę. Proponuję pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

Jeśli  uważa  pan,  że  to  za  mało,  niech  pan  powie,  zwrócę  się  do 

kogoś innego? 

— Tak pani myśli? - odparłem. - Niech się pani nie łudzi. 

Niełatwo  będzie  znaleźć  kogoś,  kto  zgodzi  się  na  podobną 

propozycję. Cała ta historia wcale mi się nie podoba. Jest za dużo 

możliwości  komplikacji.  Przypuśćmy,  że  pani  mąż  wezwie 

background image

policję, wbrew temu, co pani mówi. Skoro raz wezwmę sprawę w 

swoje łapy, nie puszczą, aż kogoś zamkną, a tym kimś mogę być 

ja. 

— Policja  nie  będzie  interweniować.  Już  panu  to 

mówiłam: moim mężem ja się zajmę. 

Wyobraziłem sobie tego milionera, starca umierającego na 

raka.  Zapewne  stracił  już  wszelką  bojowość.  Może  ona  ma 

słuszność.  Może  jest  w  stanie  skłonić  go  do  zapłacenia  tych 

pięciuset tysięcy dolarów bez stawiania oporu. Może... 

Ale  ten  nagły  odruch  litości  natychmiast  zniknął. 

Tłumaczyłem sobie, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, będę miał w 

kieszeni pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

- Czy pasierbica zgadza się na pani plan? 

-  Oczywiście!  Tak  samo  jak  mnie  potrzebne  są  jej 

pieniądze.  

Pstryknięciem wyekspediowałem niedopałek w otaczające 

nas ciemności. 

— Uprzedzam  panią,  że  jeśli  wmiesza  się  w  to  policja, 

wszyscy będziemy mieli kłopoty! 

— Dochodzę  w  końcu  do  przekonania,  że  nie  jest  pan 

człowiekiem, którego szukałam. Mam wrażenie, że oboje tracimy 

niepotrzebnie czas. 

Powinienem zgodzić się z jej oceną i pozwolić jej zniknąć 

w  ciemnościach  tak  niepostrzeżenie,  jak  się  zjawiła,  ale 

pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów,  które  mi  przyrzekła,  nie  dawały  mi 

spokoju.  Byłem  zafascynowany  możliwością  zdobycia  takiej 

fortuny.  Na  tej  werandzie,  w  blasku  księżyca,  uświadomiłem 

sobie,  że  gdyby  dyrektor  policji  położył  wtedy  na  biurku 

pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów,  w  nowych  szeleszczących 

banknotach,  nie  oparłbym  się  pokusie.  W  tym  momencie 

zrozumiałem,  że  moja  uczciwość  nie  pozwoliła  mi  przyjąć 

łapówki  w  wysokości  dziesięciu  tysięcy,  ale  nie  dotyczyło  to 

pięćdziesięciu tysięcy dolarów. 

-  Chciałem  panią  tylko  ostrzec  -  odparłem.  -  Będzie 

wspaniale, jeśli pani, pasierbica i ja spotkamy się w kiciu! 

background image

Niespodziewanie wy buchnęła gniewem. 

- Ile razy mam panu tłumaczyć? - krzyknęła. - A więc czy 

mogę liczyć na pana, tak czy nie? 

-  Pani  przedstawiła  mi  swój  plan  w  ogólnych  zarysach. 

Jeśli  dowiem  się  dokładnie,  czego  się  pani  po  mnie  spodziewa, 

będę mógł podjąć decyzję. 

Zdusiła  papierosa  na  balustradzie  otaczającej  werandę 

ruchem, który zdradzał jej wściekłość. 

— Odette  zniknie,  pan  zatelefonuje  do  mojego  męża. 

Oznajmi, że jego córka została porwana i że odzyska wolność po 

złożeniu okupu w wysokości 500 tysięcy dolarów. Musi pan dać 

do  zrozumienia  memu  mężowi,  że  jeśli  nie  wypłaci  tych 

pieniędzy,  Odette  nigdy  nie  wróci  do  domu.  Trzeba  to 

przeprowadzić  w  sposób  przekonywający,  ale  jeśli  o  to  chodzi, 

mam do pana zaufanie. 

— Czy mąż łatwo wpada w panikę? - spytałem. 

— Uwielbia  swoją  córkę  -  odparła  z  całym  spokojem.  - 

Biorąc  pod  uwagę  okoliczności,  na  pewno  wytrąci  go  to  z 

równowagi. 

— Co mam dalej robić? 

— Powiadomi  go  pan,  w  jaki  sposób  ma  złożyć  okup. 

Podejmie pan pieniądze, odbierze swoją część, a resztę mi zwróci. 

— I oczywiście pani pasierbicy. Milczała przez chwilę. 

— Tak, oczywiście - powiedziała. 

— Istotnie, sprawa wydaje się całkiem prosta. Sęk w tym, 

czy  pani  zna  naprawdę  tak  dobrze  swego  męża,  jak  to  sobie 

wyobraża. Może nie wpaść w panikę. Może zawiadomić policję. 

Człowiek,  który  potrafił  zgromadzić  tak  ogromną  fortunę,  musi 

mieć coś w sobie. Czy pomyślała pani o tym? 

— Powiedziałam panu, biorę to na siebie. - Zaciągnęła się 

papierosem,  którego  rozżarzony  koniec  rozjaśniał  jej  usta, 

czerwone i błyszczące. - Jest chory. Przed dwoma laty, trzema laty 

byłoby  to  niemożliwe.  Ale  ktoś  ciężko  chory,  panie  Barber,  nie 

posiada  dość  odporności,  kiedy  osobie,  którą  kocha,  grozi 

niebezpieczeństwo. 

background image

Ogarnął  mnie  niesmak,  przecież  moja  żona  mogłaby  być 

też taka. 

- Pani na pewno ma w tej sprawie lepsze rozeznanie niż ja 

- powiedziałem. 

Znów  zapadło  milczenie.  Czułem,  jak  w  ciemnościach 

wpatruje się we mnie uporczywie, z rosnącą antypatią. 

- Więc? Zgadza się pan czy nie? 

Znów  zamajaczyły  przede  mną  dolary,  pięćdziesiąt 

tysięcy!  Nie  wolno  rzucać  się  na  ślepo  w  tę  aferę,  lecz  przy 

odrobinie rozsądku i odpowiedniej metodzie, może się to udać. 

— Chcę się zastanowić. Jutro dam odpowiedź. Czy zechce 

pani zatelefonować tutaj do mnie o godzinie jedenastej? 

— Nie może pan zaraz powiedzieć: tak czy nie?  

— Muszę  się  namyślić.  Jutro  zakomunikuję  pani  moją 

definitywną decyzję. 

Wstała,  otworzyła  torebkę,  wyjęła  zwitek  banknotów  i 

położyła na stole. 

-  Powinno  wystarczyć  na  zapłacenie  pawilonu  i  pokrycie 

innych kosztów. Zadzwonię jutro. 

Oddaliła się bezszelestnie, tak jak się pojawiła, i zniknęła 

jak zjawa w ciemnościach. 

Wziąłem pieniądze leżące na stole. Dziesięć banknotów po 

dziesięć  dolarów.  Gładziłem  je  i  pieściłem  próbując  sobie 

wyobrazić, że pomnożyły się razy pięćset. 

Była dziesiąta dziesięć. Miałem przed sobą dwie godziny, 

dopiero wtedy mogłem wrócić do domu. Siedziałem na werandzie 

w  świetle  księżyca,  wpatrzony  w  morze.  Zastanawiałem  się  nad 

jej  propozycją.  Analizowałem  ją  dokładnie  z  różnych  punktów 

widzenia,  przede  wszystkim  brałem  pod  uwagę  moment 

niebezpieczeństwa. 

Krótko  po  północy  podjąłem  decyzję.  Nie  było  to  łatwe, 

lecz dałem się zasugerować sumą, którą mi ofiarowała. 

Dzięki tej forsie będę mógł zacząć z Niną nowe życie. 

Pod  pewnymi  warunkami  postanowiłem  spełnić  życzenie 

pani Mal-roux. 

background image

Nazajutrz  rano,  skoro  świt,  udałem  się  do  pawilonu. 

Oświadczyłem  Billowi  Holdenowi,  że  pragnę  zatrzymać  domek 

jeszcze co najmniej jeden dzień, może więcej, i zapłaciłem za dwa 

dni. 

Położyłem  się  na  słońcu,  po  czym  kilka  minut  przed 

jedenastą  wróciłem  i  usiadłem  przy  telefonie.  Z  wybiciem 

jedenastej zadźwięczał dzwonek. 

- Bar ber przy aparacie. 

— Tak czy nie? 

— Tak  -  odparłem  -  ale  pod  pewnymi  warunkami.  Chcę 

porozmawiać  z  panią  i  z  drugą  zainteresowaną  osobą.  Proszę 

przyjść wraz z nią tutaj dzisiaj wieczorem o dziewiątej. 

Nie  pozostawiłem  jej  czasu  na  dyskusję  i  odłożyłem 

słuchawkę. Zależało mi, żeby dać jej do zrozumienia, że teraz ja 

wziąłem sprawę w swoje ręce. Odtąd do mnie należała inicjatywa. 

Telefon  znów  zadzwonił,  ale  nie  odpowiedziałem. 

Wyszedłem z pawilonu i zamknąłem drzwi na klucz. 

Telefon wciąż dzwonił. Skierowałem się w stronę miejsca, 

gdzie zaparkowałem mojego packarda. 

 

II 

 

Wróciłem  do pawilonu  o szóstej. Wstąpiłem  przedtem do 

domu  i  zabrałem  stamtąd  różne  rzeczy.  Niny  na  szczęście  nie 

było, w przeciwnym razie dopytywałaby się zapewne, do czego są 

mi  potrzebne:  duży  zwój  przewodu  elektrycznego,  kaseta  z 

narzędziami  i  magnetofon, który kupiłem  za czasów mojej  pracy 

w „Heraldzie”. Nina potrafiła go zachować przez cały czas mojej 

nieobecności. 

Dwie 

godziny 

spędzone 

poprzedniej 

nocy 

na 

przestudiowaniu projektu Rhei Marloux nie były stracone. Szybko 

zrozumiałem,  że  rzeczą  zasadniczą  dla  zapewnienia  sobie 

bezpieczeństwa było  zdobycie absolutnej pewności,  że ani  Rhea, 

ani  jej  pasierbica  w  razie  wsypy  nie  zostawią  mnie  na  lodzie. 

Postanowiłem  zarejestrować  naszą  dyskusję  bez  wiedzy  moich 

background image

partnerek.  Gdyby  Malroux  wniósł  skargę,  taka  ewentualność 

zawsze  była  możliwa,  obie  damy  mogłyby  twierdzić,  że  nic  nie 

wiedziały i zrzucić na mnie całą odpowiedzialność. 

Kiedy  przybyłem  na  plażę,  zaniosłem  magnetofon  do 

sypialni i schowałem go w szafie. Aparat pracował dość cicho, ale 

nie chciałem narażać się na ryzyko - jedna czy druga mogłaby coś 

usłyszeć,  gdybym  zainstalował  magnetofon  w  salonie. 

Wywierciłem  dziurkę  w  głębi  szafy  i  przesunąłem  przez  nią 

główny przewód. Rozwinąłem w salonie i połączyłem dyskretnie 

z  kontaktem  w  ten  sposób,  że  kiedy  wejdę  do  pawilonu  i  zapalę 

światło, magnetofon zacznie działać. 

Wahałem  się  przez  chwilę,  gdzie  umieścić  mikrofon, 

wreszcie  zdecydowałem  się  przymocować  go  pod  stolikiem 

stojącym  z  boku  w  kącie,  tak  że  przejęcie  dźwięku  nie  mogło 

napotkać na żadne trudności. 

Przygotowania  zabrały  mi  nieco  czasu.  O  siódmej 

przystąpiłem do przeprowadzania decydujących prób. Magnetofon 

funkcjonował  bez  zarzutu  i  ze  wszystkich  punktów  w  salonie 

rejestrował głos. 

W moim pojęciu istniały tylko dwie możliwe przeszkody: 

panie  nie  zechcą  wejść  do  pawilonu  i  będą  wolały  pozostać  w 

ciemności na werandzie. Miałem nadzieję, że potrafię je nakłonić, 

żeby  weszły.  Powiem  na  przykład,  że  jakiś  nocny  spacerowicz 

może nas zauważyć, jeśli zostaniemy na dworze. 

Na plaży było jeszcze sporo ludzi, ale tłum rozchodził się. 

Za godzinę plaża opustoszeje. 

Porządkowałem  właśnie  kasetę  z  narzędziami,  kiedy  ktoś 

zapukał do drzwi. Byłem tak zaabsorbowany, że ten suchy dźwięk 

wstrząsnął mną. Znieruchomiałem na chwilę, stałem ze wzrokiem 

wbitym  w  drzwi.  Szybko  wsunąłem  narzędzia  pod  poduszkę  i 

otworzyłem. 

Na progu stał Bill Holden. 

— Proszę  wybaczyć,  że  przeszkadzam  -  powiedział.  - 

Chciałbym  tylko  wiedzieć,  czy  zatrzymuje  pan  pawilon  przez 

jutrzejszy dzień. Mam propozycję wynajęcia. 

background image

— Chciałbym  go  zatrzymać  na  cały  tydzień,  Bill.  Muszę 

napisać  kilka  artykułów,  świetnie  mi  się  tu  pracuje.  Rachunek 

ureguluję z końcem tygodnia, jeśli to panu odpowiada. 

— Ależ  oczywiście,  panie  Barber,  umowa  stoi.  Proszę 

zostać do końca tygodnia. 

Po  jego  odejściu  wyjąłem  skrzynkę  z  narzędziami, 

zamknąłem  drzwi  i  udałem  się  do  packarda.  Nie  miałem  ochoty 

wracać  do  domu.  Poszedłem  do  restauracji  ze  świeżymi  rybami, 

znajdującej  się  w  odległości  około  kilometra  od  plaży.  Kiedy 

skończyłem posiłek, była za dwadzieścia dziewiąta. 

Zapadał zmierzch. 

Wróciłem do pawilonu. Plaża opustoszała. Przypomniałem 

sobie,  że  nie  powinienem  zapalać  światła.  Po  omacku 

uruchomiłem  klimatyzator.  Chciałem,  żeby  przyjemny  chłód 

powitał  moje  damy,  kiedy  przyjdą.  Na  werandzie  panował 

duszący upał, rozwiązałem krawat i usiadłem w fotelu. 

Ogarnął mnie niepokój. Zastanawiałem się, czy Rhea znów 

się spóźni i jak wygląda jej pasierbica, Odette. 

Zadawałem sobie pytanie, czy po usłyszeniu tego, co mam 

im  zamiar  powiedzieć,  będą  miały  odwagę  zrealizować  swój 

zamiar. 

Kilka minut po dziewiątej usłyszałem jakiś szelest, szybko 

odwróciłem  głowę.  Ujrzałem  Rheę  Malroux  wstępującą  na 

schodki wiodące na werandę. Była sama. 

Podniosłem się. 

— Dobry wieczór - powiedziała idąc w kierunku jednego z 

foteli. 

— Wejdźmy  -  rzekłem.  -  Zauważyłem,  że  ktoś  tędy 

przechodził. Nie trzeba, żeby nas widziano razem.  - Otworzyłem 

drzwi i przekręciłem kontakt. - Gdzie jest pani pasierbica? 

Weszła za mną do środka, zamknąłem drzwi. 

-  Pewnie  wkrótce  nadejdzie  -  odparła,  jakby  jej  to  było 

kompletnie obojętne. 

Usiadła  w  fotelu.  Nosiła  bladoniebieską  suknię  bez 

rękawów. Na szczupłych stopach płaskie sandałki.  Zdjęła czarny 

background image

szal okrywający jej głowę i szybkim ruchem wstrząsnęła włosami 

brązowymi,  o  złotawym  odcieniu.  Także  tym  razem  jej  twarz 

osłaniały zielone okulary. 

-  Nie  będę  się  wtrącał  do  tej  sprawy,  zanim  z  nią  nie 

pogadam 

- oświadczyłem. - Chcę mieć pewność, madame Malroux, 

że Odette jest wtajemniczona w projekt porwania i że zgadza się 

na to. Rhea rzuciła mi druzgocące spojrzenie. 

— Naturalnie, że się zgadza - powiedziała ostrym tonem. - 

Co pan przez to rozumie? 

— Pragnę  usłyszeć  jej  osobiste  zapewnienie  -  odparłem 

siadając. Mówiłem dalej głównie do magnetofonu. - Moja prośba 

nie  jest  wcale  nierozsądna.  Oświadcza  mi  pani,  że  wspólnie  z 

pasierbicą  ukartowałyście plan fikcyjnego kidnaperstwa. Są wam 

potrzebne  pieniądze,  400  tysięcy  dolarów.  Jedynym  sposobem 

uzyskania  od  pani  męża  tej  sumy  jest  upozorowane  porwanie. 

Jeśli udzielę wam pomocy, zapłaci mi pani 50 tysięcy dolarów. - 

W  tym  miejscu  przerwałem  na  chwilę.  -  Kidnaperstwo  jest 

poważnym przestępstwem. Chcę mieć pewność, że pani pasierbica 

zdaje sobie sprawę, na co się naraża... 

— Ona  wie  oczywiście  na  co  się  naraża!  -  odparła  Rhea 

podniesionym tonem. - Nie jest już dzieckiem. 

— A pani jest całkiem pewna, że mąż w żadnym wypadku 

nie wniesie skargi? - spytałem. 

Zaczęła nerwowo wybijać takt na poręczy fotela. 

-  Ma  pan  wyjątkowy  talent  do  marnowania  czasu  - 

powiedziała. 

- Mówiliśmy już chyba o tym wszystkim? 

Uznałem,  że  to  wystarczy.  Ta  krótka  rozmowa  została 

zarejestrowana.  Rhea  nie  będzie  mogła  wyprzeć  się  roli,  jaką 

odegrała w tej aferze, na wypadek gdybyśmy mieli kłopoty. 

Spojrzałem na zegarek, było pół do dziesiątej. 

- Nie chcę dyskutować nad pani propozycją ani jej przyjąć, 

zanim nie pomówię z pani pasierbicą. 

Rhea zapaliła papierosa. 

background image

-  Powiedziałam  jej,  żeby  przyszła  -  odrzekła  -  ale  ona 

rzadko  robito,  co  się  jej  mówi.  Nie  myślał  pan  chyba,  że  siłą 

zaciągnę ją aż tutaj. 

W tym momencie usłyszałem jakiś szmer na dworze. 

- To może być ona - powiedziałem. - Pójdę zobaczyć.  

Otworzyłem drzwi. Młoda kobieta stała przed schodkami i 

patrzyła na mnie. Przez dłuższą chwilę przyglądaliśmy się sobie. 

Potem uśmiechnęła się i powiedziała: 

- Dobry wieczór! 

Odette  Malroux  była  mała,  dobrze  zbudowana.  Miała  na 

sobie  sweterek  z  białego  kaszmiru  i  spodnie  z  materiału 

imitującego  lamparcią  skórę.  Strój  specjalnie  uwydatniał  jej 

piękne  kształty.  Włosy  dziewczyny,  podobnie  jak  Niny,  czarne 

jak  kruk,  z  przedziałkiem  na  środku  głowy,  spadały  falami  na 

ramiona  z  wystudiowaną  nie  dbałością.  Owal  twarzy  kształtem 

przypominał  serce,  cerę  miała  jasną,  oczy  szare,  krótki  wąski 

nosek.  Usta  lśniły  jaskrawą  czerwienią.  Była  to  typowa 

przedstawicielka  zepsutej  młodzieży.  Dziewczęta  tego  pokroju 

spotyka  się  wszędzie:  agresywne,  zbuntowane,  rozczarowane 

życiem,  zblazowane  na  punkcie  seksualnym,  wałęsające  się  bez 

celu;  krótko  mówiąc,  jedna  z  tych  nielicznych  istot  żyjących  na 

uboczu społeczeństwa. 

- Panna Malroux? 

Wybuchnęła śmiechem, po czym weszła wolno na schody. 

— A  pan  to  pewnie  Ali  Baba.  Co  porabia  pańskich 

czterdziestu rozbójników? 

— Och,  wejdź  wreszcie,  Odette!  -  zawołała  Rhea  ze 

złością. - Zostaw te mądrości dla twoich kretyńskich kumpli. 

Dziewczyna zmarszczyła nosek, potem mrugnęła do mnie 

porozumiewawczo. Wyminęła mnie, żeby wejść do pawilonu. Jej 

płynny  chód  był  umiejętnie  podkreślony.  Małe,  krągłe  pośladki 

poruszały się jak na rolkach. 

Zamknąłem drzwi. 

Myślałem  o  magnetofonie.  Taśma  była  obliczona  na 

czterdzieści  minut.  Muszę  nieco  przyspieszyć  akcję,  jeśli  chcę 

background image

mieć zanotowaną całą rozmowę. 

— Witaj  Rheo,  skarbie!  -  powiedziała  Odette  padając  na 

fotel w pobliżu mnie. - On jest bombowy, prawda? 

— Och! Bądź cicho! - przerwała jej Rhea oschłym tonem. 

- Siedź spokojnie i słuchaj. Pan Barber chce z tobą porozmawiać. 

Dziewczyna  zwróciła  oczy  na  mnie,  zatrzepotała 

powiekami.  Wsunęła  nogi  pod  siebie,  jedną  rękę  położyła  na 

biodrze,  o  drugą  oparła  podbródek,  przybierając  minę 

niesłychanie poważną. 

background image

- A więc proszę, niech pan mówi. 

Zanurzyłem  spojrzenie  w  szarych  oczach  Odette.  Jej 

chłopięcy  sposób  bycia  nie  wprowadził  mnie  w  błąd  ani  na 

chwilę.  Na  próżno  się  wysilała,  oczy  ją  zdradzały.  Miała 

niespokojne  spojrzenie  młodej  dziewczyny  zbitej  z  tropu, 

niezdecydowanej,  zdającej  sobie  sprawę,  że  wciągnięto  ją  w 

niebezpieczną  grę.  Nie  miała  jednak  dość  energii,  żeby  się 

przeciwstawić. 

- Chcę usłyszeć z pani ust - powiedziałem - czy pani bierze 

udział w projektowanym kidnaperstwie? 

Wzrok jej musnął Rheę, po czym skierował się na mnie. 

-  Czy  biorę  udział?  -  roześmiała  się  cicho.  -  On  jest 

cudowny,  Rhea!  Ależ  tak,  oczywiście,  biorę  udział.  Rhea,  mój 

skarb,  i  ja  ukartowałyśmy  to  razem.  Prawda,  że  to  wspaniały 

pomysł? 

-  Doprawdy?  -  patrzyłem  na  nią  uparcie.  -  Istnieje 

prawdopodobieństwo,  że  pani  ojciec  nie  będzie  podzielał  tej 

opinii. 

— To  pana  nie  obchodzi!  -  krzyknęła  Rhea.  -  A  teraz, 

skoro osiągnął  już pan swoje, moglibyśmy może porozmawiać o 

sprawie zasadniczej. 

— Istotnie,  możemy  porozmawiać  -  rzekłem.  -  A  więc 

kiedy? 

— Możliwie najszybciej, pojutrze? - zaproponowała Rhea. 

— Panna Malroux zniknie... A dokąd zniknie? 

-  Niech  mnie  pan  nazywa  Odette...  jak  wszyscy  kumple  - 

zaproponowała dziewczyna wysuwając biust w moim kierunku. 

Nie  zwracając  na  nią  najmniejszej  uwagi,  Rhea  mówiła 

dalej: 

— Jest  taki  mały  hotelik  w  Carmel.  Może  się  tam 

zatrzymać. Wszystko nie potrwa dłużej jak trzy, cztery dni. 

— Jak się tam dostanie? 

Rhea uczyniła gest zniecierpliwienia. 

— Ma samochód. 

— Cudo  -  tłumaczyła  Odette.  -  Triumph  3,  mknie  jak 

background image

wiatr. 

— Nie  może  pani  jechać  takim  wozem,  zwracającym 

uwagę - powiedziałem. - Musi pani siedzieć jak mysz pod miotłą! 

Była zaskoczona, ale przytaknęła: 

- Tak, możliwe. Zwróciłem się do Rhei. 

- Oczywiście jedynie pani mąż, pani i pasierbica będziecie 

wtajemniczeni w to porwanie? 

Zmarszczyła brwi. 

— Oczywiście. 

— Pani może łatwo zniknąć? - spytałem Odette. - Nie ma 

pani przyjaciół? A służba? 

background image

Wzruszyła ramionami. 

- Spędzam czas przeważnie poza domem.  

Spojrzałem na Rheę. 

— Na  miejscu  pani  męża,  gdyby  ktoś  zatelefonował,  że 

moja córka została porwana i mam zapłacić 500 tysięcy dolarów, 

wcale  bym  się  nie  spieszył  z  buleniem  forsy.  Pani  inscenizacji 

brak  nastroju.  Gdybym  był  pani  mężem,  pomyślałbym,  że  ktoś 

sobie zażartował.  - Zgasiłem  papierosa.  -  I wezwałbym  policję  - 

dodałem. 

— Wszystko  będzie  zależało  od  pańskich  umiejętności 

perswazji,  kiedy  pan  do  niego  zadzwoni  -  rzekła  Rhea.  -  Za  to 

panu płacę. 

— Rozwinę całą moją zdolność perswazji - zapewniałem - 

ale  załóżmy,  że  mimo  wszystko  wezwie  gliny?  Co  pani  zrobi? 

Powie pani, że to kawał? Przyznacie się obydwie” że chciałyście 

tylko  zażartować,  albo  nic  nie  powiecie,  spodziewając  się,  że 

może jednak otrzymam forsę i policja nie odkryje prawdy? 

— Przecież  wychodzę  z  siebie,  żeby  panu  powiedzieć...  - 

zaczęła wściekłym tonem. 

— Rozumiem,  co  pani  do  mnie  mówi  -  przerwałem  -  ale 

nie jestem obowiązany pani wierzyć. Jeżeli policja się wtrąci, czy 

pani zawiesi działanie, czy też będzie kontynuować tę komedię? 

- Będziemy kontynuowały - oświadczyła Odette. - Są nam 

potrzebne pieniądze. 

Zdecydowanie,  które  zadźwięczało  nagle  w  głosie 

dziewczyny,  kazało  mi  zwrócić  na  nią  oczy.  Z  ponurą  miną 

patrzyła nie na mnie, lecz na Rheę. 

— Tak - rzekła Rhea - potrzebujemy tych pieniędzy, lecz 

powtarzam  panu  po  raz  setny,  że  policja  nie  będzie 

interweniowała. 

— Rozsądek nakazuje, żeby rozważyć taką ewentualność - 

rzekłem.  - Dobrze, możliwe, że pani  mąż zapłaci  okup, lecz jest 

niemal pewne, iż po odzyskaniu córki zwróci się do policji, która 

przeprowadzi  śledztwo.  Człowiek,  który  potrafił  zdobyć  tyle 

pieniędzy  co  pani  mąż,  nie  może  być  głupcem.  Skąd  może  pani 

background image

wiedzieć,  że  nie  każe  zanotować  numerów  banknotów?  Co  pani 

będzie  miała  z  tej  kupy  pieniędzy,  jeśli  nie  odważy  się  pani  ich 

wydać? 

— Dopilnuję,  żeby  tego  nie  zrobił  -  oświadczyła  Rhea.  - 

Nie ma powodu do niepokoju. 

— Doprawdy? Chciałbym podzielać pani optymizm. 

— Mój  mąż  jest  bardzo  chory  -  tłumaczyła  Rhea  głosem 

zimnym, ostrym. - Robi, co mu każę. 

Czułem, jak mnie przebiega dreszcz na widok tych kobiet. 

Przyglądały  mi  się  bacznie.  Odette  zrezygnowała  ze  swoich 

gierek. Zdawało się nagle, że jest tak samo twarda i bezlitosna jak 

tamta, starsza. 

-  Przypuśćmy  jednak,  że  mąż  zawiadomi  policję.  Jeśli 

panie  nie  zgodzą  się  na  moją  koncepcję,  proszę  powiedzieć, 

zrezygnuję 

ze 

wszystkiego. 

Rhea  obejmowała  kurczowo  rękami  kolana.  Odette, 

patrząc uważnie, gryzła paznokieć. 

Zwróciłem się wprost do niej. 

-  Mamy  dzisiaj  wtorek.  Do  soboty  możemy  być  gotowi. 

Chcę, żeby się pani umówiła z przyjaciółką na sobotni wieczór do 

kina. 

Może 

pani 

to zaaranżować? 

Ujrzałem  blask  zdziwienia  w  jej  oczach.  Skinęła  głową 

potakująco. 

- Chcę, żeby pani jadła obiad w domu i powiedziała ojcu, 

dokąd  idzie.  Proszę  ubrać  się  ekstrawagancko,  tak  żeby  się  na 

panią  ludzie  gapili.  Umówi  się  pani  z  przyjaciółką  na  ósmą,  ale 

nie  pójdzie  na  spotkanie.  Pojedzie  pani  swoim  wozem  do 

„Piratów”.  To  taki  mały  bar-restauracja,  trzy  kilometry  stąd. 

Może zna go pani? 

Znów skinęła głową. 

— Zatrzyma  się  pani  na  parkingu  i  wejdzie  do  baru  na 

drinka. O tej porze będzie tam tłum ludzi. Chyba nie spotka pani 

nikogo ze swych przyjaciół. Co pani o tym sądzi? 

background image

— Nie  ma  obawy  -  odpowiedziała.  -  Moi  przyjaciele  nie 

uczęszczają do takich knajp! 

-  Tak  właśnie  myślałem.  Zależy  mi  na  tym,  żeby  panią 

tam  widziano.  Niech  pani  wywróci  kieliszek  albo  zrobi  byle  co, 

żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Po  pięciu  minutach  opuści  pani 

lokal.  Przede  wszystkim  nie  nawiązywać  z  nikim  rozmowy.  Na 

parkingu będzie stał mój wóz. Proszę się upewnić, że nikt pani nie 

śledzi i wskoczyć do mego packarda. Znajdzie tam pani rzeczy i 

rudą perukę. Zmieni pani suknię i włoży perukę. 

Potem  odstawię  triumpha  na  parking  w  Lone  Bay.  Pani 

pojedzie  ze  mną.  Zostawię  pani  samochód  na  parkingu.  Nie 

odkryją go, zanim nie będzie nam znów potrzebny. 

Kiedy się spotkamy, udamy się razem na lotnisko. Kupię 

pani bilet do Los Angeles. Pojedzie pani do hotelu, gdzie będzie 

zarezerwowany  pokój.  Oświadczy  pani  w  recepcji,  że  się  źle 

czuje. Zostanie w pokoju i każe sobie tam przynosić jedzenie. To 

potrwa tak długo, aż dam pani sygnał do powrotu. Uprzedzę panią 

telefonicznie. Czy słuchała mnie pani uważnie? 

Skinęła  głową.  Nie  gryzła  już  paznokci,  zdawała  się  być 

zaintrygowana. 

- Cała ta komedia nie jest wcale potrzebna - wtrąciła Rhea. 

- Wystarczy, żeby zatrzymała się w hotelu w Carmel...  

Przerwałem jej. 

— Chce pani zdobyć skarb, tak czy nie? 

— Czy  mam  to  powtórzyć  jeszcze  raz?  -  odparła  z 

wściekłością. 

- Mówiłam panu, że chcę. 

— Więc  niech  mi  się  pani  podporządkuje.  Inaczej  nie 

będzie go pani miała. 

— Uważam, że plan jest wspaniały - oświadczyła Odette. - 

Zrobię  wszystko,  co  pan  zechce,  Harry...  Mogę  mówić  panu 

„Harry”? 

— Może  mnie  pani  nazywać,  jak  się  pani  podoba,  pod 

warunkiem, że wykona pani, co każę. - Zwróciłem się do Rhei. - 

Kiedy  Odette  będzie  już  w  samolocie,  zadzwonię  do  pani  męża. 

background image

On  jest  milionerem.  Czy  to  możliwe,  że  będzie  ze  mną 

rozmawiał? 

— Telefon  odbierze  sekretarz  -  wyjaśniła.  -  Jeśli  pan 

oświadczy,  że  dzwoni  w  sprawie  córki,  sekretarz  spyta  go,  czy 

zgadza  się  na  rozmowę.  Będę  tam.  Postaram  się,  żeby  mąż  z 

panem mówił. 

— Będzie  już  późna  pora.  Mam  nadzieję,  że  koleżanka 

Odette  zadzwoni,  żeby  się  dowiedzieć,  co  się  z  nią  stało.  - 

Spojrzałem na dziewczynę. - Sądzi pani, że zatelefonuje? 

— Oczywiście. 

— To  jest  konieczne  dla  stworzenia  odpowiedniej 

atmosfery. Pani zniknięcie powinno być stwierdzone przed moim 

telefonem. 

— Zadzwoni na pewno - zapewniała Odette. 

-  Dobrze,  powiem  ojcu,  że  daję  mu  dwa  dni  na 

dostarczenie  pieniędzy  i  żeby  czekał  na  dalsze  instrukcje.  - 

Zwróciłem się do Rhei. 

-  Pani  musi  go  nakłonić  do  zachowania  spokoju.  Przede 

wszystkim  musi  się  pani  postarać,  żeby  nie  polecił  zanotować 

numerów  bank  notów.  Nie  wiem,  jak  się  to  pani  uda  zrobić.  W 

razie niepowodzenia nie będzie pani mogła wydać nawet jednego 

dolara. Zresztą ja również. 

— Załatwię to - zapewniła Rhea sucho. 

— Spodziewam  się.  Po  dwóch  dniach  zatelefonuję 

powtórnie. Czy pani mąż ma dość siły, żeby mógł sam przywieźć 

okup? 

Skinęła głową. 

— Nie  zechce  tego  przekazać  nikomu,  przyrzekam... 

Uniosłem do góry brwi. 

— Nawet pani? 

Odette  zaczęła  chichotać,  zasłoniwszy  usta  ręką.  Rhea 

zmarszczyła brwi, jej rysy stwardniały. 

-  Ma  oczywiście  do  mnie  pełne  zaufanie  -  powiedziała  z 

wściekłością  -  ale  będzie  uważał,  że  ta  misja  jest  dla  mnie  zbyt 

niebezpieczna. Nie pozwoli mi nawet towarzyszyć sobie. 

background image

— Dobrze  -  zapaliłem  nowego  papierosa.  -  Powiem  mu, 

żeby wyruszył o drugiej nad ranem i wjechał na szosę prowadzącą 

do wschodniej plaży. Niech weźmie rollsa. O tej porze nie będzie 

żadnego  ruchu.  Pieniądze  umieści  w  skórzanej  walizeczce.  W 

pewnym miejscu zauważy sygnały świetlne. Tam właśnie wyrzuci 

przez  okno  walizeczkę  i  pojedzie  dalej.  Nie  wolno  mu  się 

zatrzymywać. Tymczasem Odette wróci. Będzie na mnie czekała 

w pawilonie. Wezmę moją część i resztę jej oddam. Co zrobicie z 

tymi  pieniędzmi,  nie  obchodzi  mnie,  powinnyście  jednak 

postępować rozsądnie. 

— Ach,  nie!  -  zaprotestowała  Rhea  gwałtownie.  -  Nie 

zgadzam się. Pieniądze powinien pan oddać mnie, nie jej. 

Odette  poprawiła  się  w  fotelu  i  wyprostowała  nogi.  Jej 

bladą twarz wykrzywił grymas niesmaku. 

— A  dlaczego  nie  ma  mi  ich  dać?  -  krzyknęła 

przenikliwym głosem. 

— Nie  powierzyłabym  ci  nawet  pół  dolara!  -  krzyknęła 

Rhea. Jej oczy błyszczały. - On mnie je odda! 

— Myślisz,  że  mam  zaufanie  do  ciebie?  -  odparła  Odette 

złośliwie. - Skoro raz pieniądze wpadną w twoje szpony... 

— Dosyć,  dosyć,  wystarczy!  -  przerwałem.  -  Szkoda 

czasu. Mam lepszy sposób.  Zredaguję list.  Odette go przepisze i 

wyśle do ojca. Będzie to bardziej przekonujące i  zaoszczędzi mi 

trzeciego telefonu. Wytłumaczę mu, w jaki sposób ma dostarczyć 

okup. Napiszę, żeby po zapłaceniu jechał dalej,  aż na parking w 

Lone  Bay,  gdzie  córka  będzie  na  niego  czekała.  Jazda  potrwa  z 

pół godziny. Będziecie więc obie miały dość czasu, żeby przyjść 

tu po pieniądze. Co wy na to? 

- A jeśli papa nie znajdzie mnie na parkingu, ryzykujemy, 

że zaalarmuje policję - zauważyła Odette. 

Była  to  pierwsza  rozsądna  uwaga,  jaką  od  chwili 

przybycia wypowiedziały jej usta. 

- To prawda. A więc proszę zaznaczyć  w liście, że czeka 

go  wiadomość  w  Lone  Bay.  Tam  się  dowie,  gdzie  może  panią 

odnaleźć.  Umieszczę  wiadomość  w  pani  samochodzie.  Kiedy 

background image

przeczyta,  zorientuje  się,  że  pani  wróciła  do  domu.  Czy  to 

logiczne? 

Rhea nie spuszczała ze mnie wzroku. 

-  A  więc  musimy  panu  powierzyć  całą  forsę,  panie 

Barber?  

Uśmiechnąłem się do niej. 

- Jeśli nie miała pani zaufania, nie trzeba się było do mnie 

zwracać.  Ma  pani  może  jakieś  lepsze  propozycje?  Nadszedł 

właściwy 

moment, 

żeby je ujawnić. 

Obie kobiety porozumiały się wzrokiem, Rhea wahała się 

przez chwilę, po raz ostatni, po czym oświadczyła: 

-  Teraz,  kiedy  postanowiliśmy,  że  będę  obecna  przy 

wręczaniu pieniędzy, nie potrafię przedstawić lepszej propozycji. 

— Tym  sposobem  daje  do  zrozumienia,  że  ma  do  pana 

zaufanie, ale nie do mnie - dodała Odette. - To czarujące ze strony 

mojej macochy! 

— Do mnie musi mieć zaufanie - rzekłem. - Teraz proszę 

mi  powiedzieć:  co  się  z panią  stało?  Dlaczego  nie  przyszła  pani 

na spotkanie z przyjaciółką? Dlaczego poszła pani do „Piratów”? 

Kto panią porwał? 

Patrzyła na mnie z przerażoną miną. 

— Nie mam pojęcie. Jak mogę o tym wiedzieć? To pańska 

sprawa! 

— Nie  sądzi  pani,  że  lepiej  będzie  to  wiedzieć?  Ojciec 

będzie  panią  wypytywał.  Może  pani  być  pewna,  że  wezwie 

policję,  skoro  tylko  panią  odzyska.  Gliny  również  będą  panią 

pytać.  To  ich  zawód.  Jeśli  zwietrzą  najmniejsze  kłamstwo,  będą 

panią tak dług dręczyć, aż wyrwą z pani prawdę. 

Straciła nagle tupet i zakłopotana spojrzała na Rheę. 

— Ależ  policja  nie  będzie  mnie  wypytywała.  Rhea 

zapewniała mnie o tym! 

— To jasne, oczywiście! - wtrąciła Rhea. 

— Wydaje  mi  się,  że  obydwie  jesteście  o  tym  głęboko 

przekonane. Ale nie ja! 

background image

— Mąż  nie  znosi,  kiedy  piszą  o  nim  w  prasie.  Będzie 

wolał  stracić  te  pieniądze,  niż  narazić  się  na  natrętne  pytania 

dziennikarzy. 

— Przykro  mi,  ale  ciągle  nie  jestem  przekonany.  Nie 

zasłużyłbym  na  honorarium,  które  mi  pani  oferuje,  gdybym  nie 

brał pod uwagę interwencji glin. Odette musi mieć przygotowaną 

wiarygodną historyjkę, na wypadek gdyby wmieszała się policja. 

Zaraz jej przygotuję coś odpowiedniego - mówiłem zwracając się 

do Odette. - Czy może pani przyjść jutro wieczorem, żebym mógł 

powtórzyć z panią lekcję? Musi pani serio poćwiczyć, jeśli  chce 

zatrzymać tę forsę. 

— To zupełnie niepotrzebne - zapewniała Rhea. - Ile razy 

mam powtarzać: mój mąż nie zwróci się do policji. 

— Uprzedziłem, że postawię warunki, zanim podejmę się 

tej roboty. Jeśli nie uczynicie panie tego, co mówię, zrezygnuję. 

— Będę jutro o dziewiątej - przyrzekła Odette obdarzając 

mnie uśmiechem. 

— A  więc  załatwione.  -  Wstałem.  -  Ostatni  szczegół  – 

zwróciłem  się  do  Rhei.  -  Musi  pani  postarać  się  jej  o  suknię. 

Proszę  kupić  w  skromnym  magazynie  sukienkę,  którą  mogłaby 

nosić  studentka.  Proszę  również  załatwić  perukę,  ale  uwaga!  W 

żadnym z tutejszych sklepów. Może będzie dobrze, jeśli pojedzie 

pani po to do Dayton. Nie można dopuścić, żeby z powodu tych 

zakupów  ewentualne  śledztwo  dotarło  do  pani.  Odette  musi 

zniknąć  bez  śladu  od  chwili  jej  zjawienia  się  u  „Piratów”. 

Wywoła tam sensację.  Zobaczą, jak będzie wychodziła, a potem 

wszelki ślad po niej zaginie, aż do chwili jej powrotu do domu. 

Rhea wzruszyła ramionami. 

— Dobrze. Skoro pan uważa za konieczne, zajmę się tym. 

— Proszę  przynieść  suknię  i  perukę  jutro  wieczorem  - 

poleciłem  Odette.  -  Do  tego  czasu  wymyślę  dla  pani  jakąś 

historyjkę i zredaguję list. 

Podszedłem  do  drzwi,  otworzyłem  je  i  wyjrzałem  na 

zewnątrz. 

- A więc do jutrzejszego wieczoru! 

background image

Rhea  wyszła  pierwsza,  nie  racząc  mi  ofiarować 

najmniejszego  spojrzenia.  Odette  szła  za  nią.  Uśmiechnęła  się 

leciutko. Jej powieki zatrzepotały delikatnie, kiedy mnie mijała. 

Patrzyłem za nimi, kiedy oddalały się w mrok nocy. 

Potem wróciłem do sypialni i wyłączyłem magnetofon. 

background image

 

Rozdział 4 

 

Następnego  wieczoru,  kilka  minut  po  dziewiątej,  Odette 

wynurzyła  się  z  ciemności,  stanęła  przed  schodkami  i  podniosła 

głowę. 

Była pełnia, widziałem ją dokładnie. 

Miała na sobie prostą białą suknię z szeroką spódnicą, w 

ręku trzymała walizkę. Uważałem, że jest czarująca. 

- Dobry wieczór, Harry, a więc jestem. 

Zszedłem  ze  stopni,  żeby  wziąć  z  jej  rąk  walizkę.  Zbiło 

mnie nieco z tropu, że przyszła sama. 

— Wejdźmy - rzekłem. - Pani Malroux nie przyjdzie? 

— Czy  była  zaproszona?  W  każdym  razie  nie  przyjdzie. 

Weszliśmy do pawilonu. Zamknąłem drzwi i zapaliłem światło. 

Włożyłem  już  przedtem  nową  szpulę  taśmy  do 

magnetofonu. 

Przez  cały  dzień  byłem  bardzo  zajęty.  Opracowywałem 

szczegóły  planu,  który  miała  sobie  przyswoić  Odette. 

Przygotowałem jej także tekst listu. Wysłuchałem również taśmy 

magnetofonowej.  Uważałem,  że  jakość  zapisu  była  znakbmita. 

Zapakowałem szpulę i złożyłem ją w depozycie w banku. 

Ogarnął  mnie  optymistyczny  nastrój,  zżerało  mnie 

pragnienie zdobycia tych pięćdziesięciu tysięcy. 

Byłem  pewien,  że  w  razie  wsypy  nie  będę  ścigany, 

dziewczyna i Rhea będą bowiem w tym samym  położeniu co ja. 

Otóż  nie  mogłem  sobie  wyobrazić  Malroux  wnoszącego  skargę 

przeciwko żonie i córce. W razie niepowodzenia nie ryzykowałem 

zbyt wiele. 

-  Zaczynajmy  -  rzekłem  siadając.  -  Mamy  dużo  pracy  i 

niezbyt wiele czasu. 

Patrzyłem,  jak  kieruje  się  w  stronę  tapczanu  i  siada. 

Prowokowała  mnie  każdym  ruchem.  Złapałem  się  na  tym,  że 

patrzę  na  nią  pożądliwie.  Wsunęła  nogi  pod  siebie,  obciągnęła 

spódniczkę i obdarzyła mnie łaskawie pytającym spojrzeniem. Jej 

background image

wzrok  wprawił  mnie  w  zakłopotanie.  Ta  mała  była  zbyt 

doświadczona jak na swój wiek. Zdawała sobie zresztą doskonale 

sprawę z uczuć, jakie wzbudzała. 

background image

- Uważam, że Rhea opanowała pana bardzo zręcznie, żeby 

zmusić  do  udzielenia  nam  pomocy.  Ale  pan  może  okazać  się 

jeszcze zręczniej szy niż ona. 

Zesztywniałem. 

— Ona wcale mnie nie zmusiła... Co pani plecie? 

— Och,  tak.  Obserwowała  pan  całymi  dniami,  kiedy 

wypijał  pan  morze  whisky  w  barze.  Jej  wybór  padł  na  pana  w 

dniu,  kiedy  przeczytała  w  gazecie,  że  wyszedł  pan  z  więzienia. 

Celowo zostawiła torebkę w budce telefonicznej. Była pewna, że 

pan jej zwędzi pieniądze. Ja twierdziłam wręcz coś przeciwnego. 

Założyłyśmy się. Przegrałam dziesięć dolarów. 

Osłupiałem,  patrzyłem  na  nią  i  czułem, że  policzki  płoną 

mi jak ogień. 

- Byłem zalany.  

Wzruszyła ramionami. 

— Jestem tego pewna. Ostrzegam tylko, żeby pan miał się 

na baczności. Rhea to prawdziwa żmija. Proszę jej nigdy nie ufać, 

nawet przez chwilę. 

— A propos, na co pani potrzeba tyle pieniędzy? 

— To pana nie obchodzi. A teraz proszę mi powiedzieć, co 

mam robić. Czy przygotował pan dla mnie dobrą bajeczkę? 

Spoglądałem  na  nią  przez  chwilę,  próbując  zebrać  myśli. 

Byłem  zdruzgotany  wiadomością,  że  Rhea  zostawiła  umyślnie 

torebkę w kabinie telefonicznej. Postanowiłem bardziej pilnować 

tej kobiety. 

— Czy umówiła się pani na sobotę? 

— Tak.  Z  moją  przyjaciółką  Mauvis  Sheen,  idziemy  na 

film  do  „Capitolu”.  Mam  się  z  nią  spotkać  przed  kinem  o 

dziewiątej. 

— Czy ma pani chłopca, z którym wychodzi pani od czasu 

do czasu? Nie mam na myśli stałej sympatii, tylko kogoś z kim się 

pani niekiedy spotyka. 

Wydawała się zmieszana. 

— Ależ... tak. Nawet kilku. 

— Jeden wystarczy. Proszę mi podać jego nazwisko. 

background image

— Zgoda. Jerry Williams, na przykład. 

— Czy zdarza się, że do pani telefonuje? 

— Tak. 

— Kto odbiera telefon? 

— Sabin. Kamerdyner. 

— Czy poznałby głos Williamsa? 

— Nie sądzę. Jerry nie dzwonił do mnie co najmniej dwa 

miesiące. 

background image

-  Oto  do  czego  zmierzam:  powie  pani  ojcu,  że  idzie  z 

przyjaciółką  do  kina.  Po  kolacji  zadzwonię  i  poproszę  panią  do 

telefonu. Oświadczę, że mówi  Jerry Williams.  Zabezpieczam  się 

jedynie  na  wypadek,  gdyby  wmieszała  się  w  to  policja.  Udając 

Wiliamsa zawiadomię panią, że spotkałem się z pani koleżanką i 

całą bandą wybieramy się do „Piratów” na nocną zabawę. Proszę, 

żeby pani tam przyszła. Będzie pani zdziwiona, ale zgodzi się, nie 

powie jednak nikomu dokąd idzie, gdyż ojciec pani nie lubi, żeby 

jego córka chodziła do takich nędznych knajp. Pani tam przyjdzie, 

nie  zastanie  oczywiście  nikogo  z  przyjaciół  i  odejdzie.  Kiedy 

będzie pani przechodziła przez park, ktoś zarzuci pani płachtę na 

głowę i wciągnie do samochodu. Zrozumiała pani? 

Skinęła głową. 

-  Boże  mój!  Pan  naprawdę  podchodzi  do  tego  tak 

poważnie! 

- zawołała. 

- Podchodzę do tego poważnie, bo to jest poważna sprawa 

-  odparłem.  -  Jeśli  wmiesza  się  policja,  przesłuchają 

WiUiamsa,  który  przysięgnie,  że  do  pani  nie  telefonował.  Jasne 

więc  będzie,  że  to  kidnaperzy  zastawili  pułapkę,  żeby  panią 

zwabić do „Piratów. Policja będzie się zastanawiała, dlaczego nie 

zorientowała  się  pani  po  głosie,  że  to  nie  Williams.  Wtedy 

oświadczy  pani,  że  połączenie  było  niedobre,  że  słychać  było 

jakiś hałas i muzykę i nawet na myśl pani nie wpadło, że to może 

nie być Williams. Pojechała więc pani do „Piratów”. Zgoda? 

- Czy pan naprawdę sądzi, że policja tym się zajmie?  

Gryzła paznokieć dużego palca i wpatrywała się we mnie. 

-  Nie  wiem.  Pani  macocha  twierdzi,  że  nie,  wolę  jednak 

być  na  to  przygotowany.  A  teraz  proszę  pilnie  uważać.  A  więc 

znalazła  się  pani  w  samochodzie,  głowę  pani  owinięto  płachtą, 

ktoś  brutalnie trzyma pani  ręce. Mężczyzna mówiący z włoskim 

akcentem ostrzega, że w razie najmniejszego hałasu, zabije panią. 

Przypuszcza  pani,  że  w  samo  chodzie  było  trzech  napastników. 

Napisałem  rozmowę,  która  się  tam  odbyła.  Trzeba  się  będzie 

nauczyć tego na pamięć. 

background image

Wóz  bierze  mnóstwo  zakrętów,  z  czego  pani  wnioskuje, 

że  zjechaliście  z  głównych  szos.  Wreszcie  po  dwóch  godzinach 

zatrzymaliście  się.  Usłyszała  pani  szczekanie  psa  i  szczęk 

otwieranej bramy. Wóz znów rusza i znów się zatrzymuje. Musi 

pani  pamiętać  te  wszystkie  szczegóły.  Niekiedy  udawało  się 

policji  przyskrzynić  kidnaperów,  ponieważ  ofiara  słyszała 

szczekanie psa lub dźwięk wiadra spuszczanego do studni. Gliny 

będą  się  domagać,  żeby  pani  wytężyła  pamięć,  musi  więc  mieć 

pani przygotowaną odpowiedź. 

Znów skinęła głową. Patrzyła uważnie. 

background image

- Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z tego, po co mnie pan 

tu  sprowadził.  Nawet  jeśli  mnie  nie  wezwie  policja,  papa  na 

pewno będzie mnie wypytywał. Jest bardzo sprytny. Właśnie takie 

pytania będzie mi zadawał. 

-  Tak.  Była  pani  zmuszona  przebywać  tam  w  zamknięciu 

przez  trzy  dni.  Jeżeli  policja  tym  się  zajmie,  zażądają  planu 

pomieszczenia,  w  którym  pani  przebywała.  Musi  pani  na  to 

odpowiedzieć  bez  zająknięcia.  Przez  cały  czas  pobytu  słyszała 

pani  szczekanie  psa,  gdakanie  kur  i  ryk  krów.  Przypuszcza  więc 

pani,  że  znajdowała  się  na  starej  farmie.  Widziała  pani  tylko 

jednego  porywacza  i  jedną  kobietę,  która  zajmowała  się  panią. 

Nakreśliłem 

rysopis 

tych 

ludzi, 

trzeba 

się 

będzie  tego  nauczyć  na  pamięć.  Gdyby  panią  przesłuchiwała 

policja, musi pani za każdym razem mówić to samo... Niech pani 

nie wpadnie w pułapkę, którą mogą na panią zastawić... 

Była teraz poważna i jak się zdaje, mocno zainteresowana. 

— Rozumiem. 

— Tuż obok pani więzienia znajdują się toalety. Nawet na 

takie  pytania  powinna  być  pani  przygotowana.  Może  pani  tam 

chodzić,  kiedy  chce.  Towarzyszy  pani  kobieta.  Nakreśliłem  plan 

tej  części  domu,  którą  pani  widzi  idąc  do  toalety.  Zresztą  nic 

wielkiego  -  mały  korytarz  z  trojgiem  zamkniętych  drzwi. 

Umywalnia  w  toalecie  jest  pęknięta,  przy  pływaku  wisi  sznurek 

zamiast łańcuszka. Proszę zapamiętać te szczegóły. Są potrzebne, 

żeby  uwiarygodnić  pani  relację.  Wypisałem  również  potrawy, 

jakie pani  spożywała przez te trzy dni.  Tego  również nauczy się 

pani  na  pamięć.  Proszę  stale  sobie  powtarzać,  że  gliny  wezmą 

panią na spytki i że musi pani być gotowa stawić im czoło. 

Przesunęła końcem palca po wargach. 

— Kiedy  się  panu  przysłuchuję,  mam  wrażenie,  że 

naprawdę porwą mnie kidnaperzy. 

— Bardzo  dobrze,  niech  pani  zachowa  to  wrażenie. 

Spłodziłem list, który pani przepisze, a ja wyślę go do pani ojca. 

Trzeba to zaraz zrobić. 

Wstałem  i  podszedłem  do  mojej  skórzanej  teczki.  Zanim 

background image

wziąłem do ręki taniutki papier listowy, który specjalnie kupiłem, 

włożyłem rękawiczki. 

Zbliżyła  się  do  stołu  i  usiadła.  Pochylony  nad  nią 

patrzyłem  jak  pisze  list  i  kaligrafuje  adres  na  kopercie.  Potem, 

zgodnie  z  moją  instrukcją,  złożyła  kartkę,  wsunęła  do  koperty, 

którą włożyła do mojej teczki. 

Wyjąłem wówczas z teczki notatki, zawierające wszystkie 

szczegóły, które dla niej przygotowałem. 

-  Proszę  to  zabrać  i  niech  się  pani  nauczy  na  pamięć. 

Proszę tu 

przyjść pojutrze wieczorem o dziewiątej, przepytam panią 

z  zadanej  lekcji.  Wtedy  dopiero  będziemy  gotowi.  Włożyła 

papiery do torebki.  

-  Zanim  pani  odejdzie,  obejrzymy  suknię,  którą  pani 

przyniosła. Chciałbym także zobaczyć perukę. 

Otworzyła walizkę i wyjęła skromną sukienkę w niebieski 

i biały wzór, białe pantofelki i rudą perukę. Wskazałem jej drzwi 

do sypialni. 

— Niech  się  pani  tam  przebierze.  Chcę  zobaczyć,  jak  to 

będzie wyglądało. 

— Jak  na  kogoś,  kto  jest  zaangażowany  przez  moją 

macochę 

-  powiedziała  zabierając  suknię  -  potrafi  pan  zbyt 

energicznie wydawać rozkazy. 

— Jeśli pani to nie odpowiada... 

— Ależ  tak!  To  bardzo  miła  odmiana.  -  Zatrzepotała 

powiekami. 

- Lubię mężczyzn starszych ode mnie. 

- Ma pani możliwość dużego wyboru - odparłem. - Proszę 

się pośpieszyć. Chciałbym zaraz wrócić do domu. 

Zrobiła  kapryśną  minę,  weszła  do  pokoju  i  zamknęła 

drzwi. 

Dopiero w tym momencie naprawdę zdałem sobie sprawę, 

że  jestem  sam  na  sam  z  młodziutką  dziewczyną.  Miała  w  sobie 

coś,  co  budziło  we  mnie  najgorsze  instynkty.  Sądzę,  że 

background image

wywołałaby  takie  wrażenie  u  każdego  mężczyzny.  Od  chwili 

mego małżeństwa nie miałem okazji do flirtu z innymi kobietami i 

nie zamierzałem zaczynać właśnie teraz. Zdawałem sobie jednak 

sprawę,  że  z  Odette  byłaby  to  łatwa  sprawa.  Przy  najmniejszej 

zachęcie z mojej strony dałaby mi do zrozumienia, że mogę sobie 

śmiało poczynać. 

Minęła chwila, zacząłem spacerować tam i z powrotem po 

pokoju;  raptem  drzwi  się  otworzyły  i  ukazała  się  Odette.  Ruda 

peruka  zmieniła  ją  w  zdumiewający  sposób.  Z  trudem  ją 

poznałem. Obydwiema rękami przytrzymywała przód sukni. 

- Ten przeklęty strój ma zamek błyskawiczny. - Odwróciła 

się ukazując mi plecy obnażone do pasa. - Proszę mi pomóc, chce 

pan? Nie mogę zapiąć. 

Ująłem  zamek.  Moja  ręka  nie  była  całkiem  pewna,  palce 

musnęły  skórę  delikatną  i  świeżą.  Odwróciła  głowę,  w  głębi  jej 

oczu wciąż migotała iskierka ciekawości. 

Przesunąłem  zamek.  Serce  waliło  mi  jak  młot. 

Odwróciłem  się,  przytuliła  się  do  mnie  i  zarzuciła  mi  ręce  na 

szyję. 

Przez  krótką  chwilę  stałem  bez  ruchu  pod  wrażeniem 

dotknięcia jej ciała, potem użyłem całej siły woli i odepchnąłem ją 

od siebie. 

background image

- To jest zakazane - powiedziałem. - Mamy coś innego do 

roboty. Ograniczmy się do spraw, które załatwiamy. 

Przechyliła głowę, żeby na mnie spojrzeć. 

- Nie podobam się panu? 

— Uważam,  że  jest  pani  milutka.  Ale  ograniczmy  się  do 

tego. Zmarszczyła nosek, potem ustawiła się pod lampą. 

— A więc? Dobrze mi w tym? 

- Świetnie. Jeśli włoży pani okulary przeciwsłoneczne, nikt 

pani  nie  pozna.  -  Wyjąłem  z  kieszeni  chusteczkę  i  wytarłem 

zwilgotniałe ręce. - Dobrze, proszę iść się przebrać. Niech pani tu 

zostawi  suknię  i  perukę.  Spotkamy  się  pojutrze  jak  zwykle  o 

dziewiątej wieczorem. 

Skinęła głową i wróciła do sypialni, której drzwi zostawiła 

otwarte.  Zapaliłem  papierosa  i  usiadłem  na  brzegu  stołu.  Byłem 

jeszcze mocno podniecony. 

- Harry! Teraz nie mogę znów otworzyć! - zawołała. – Ten 

diabelski zamek błyskawiczny! 

Zawahałem  się  na  ułamek  sekundy,  potem  zgasiłam 

papierosa.  Nie  ruszyłem  się  z  miejsca,  lecz  czułem  jak  mi  bije 

serce. 

- Harry... 

Wstałem,  podszedłem  cicho  do  drzwi  wejściowych  i 

zamknąłem je na klucz. Zgasiłem światło i udałem się do sypialni. 

 

II 

 

Buick  Johna  Renicka  stał  przed  moim  bungalowem. 

Wjechałem  przez  otwartą  bramę  i  wprowadziłem  packarda  do 

garażu. 

Widok buicka poruszył mnie mocno. 

Nie  widziałem  Renicka  od  tamtego  dnia,  kiedy  po  mnie 

przyjechał po wyjściu z więzienia, wiele tygodni temu, i całkiem o 

nim zapomniałem. 

Co tutaj robi? 

Nagle  ogarnęła  mnie  wściekłość.  Nina  powiedziała  mu 

background image

zapewne,  że  pracuję  przy  nocnej  kontroli  ruchu.  Gdyby  miał 

ochotę,  mógłby  łatwo  sprawdzić,  że  kłamałem.  Teraz,  kiedy 

wplątałem  się  w  tę  historię  z  porwaniem,  zależało  mi,  żeby 

trzymać się z daleka od policjantów, obojętnie jakich. 

Prócz  tego  miałem  wyrzuty  sumienia.  Żałowałem  już 

mojej przygody z Odette. Byłem teraz przekonany, że zbliżyła się 

do  mnie  jedynie  dlatego,  żeby  pokazać  swą  władzę  nad 

mężczyznami i pogardę, jaką 

background image

w niej budzę. Nasze uściski miłosne - jeżeli można tak się 

wyrazie  -  były  zwierzęco  nieokiełznane  i  pozostawiły  we  mnie 

uczucie  brudu  i  wstydu.  Zachowała  się  jak  dzika  bestia. 

Natychmiast  po  zakończeniu  seansu  odsunęła  się  ode  mnie, 

ubierała się szybko w ciemnościach, nucąc piosenkę jazzową, nie 

troszcząc  się  więcej  o  mnie.  Prostytutka  nie  mogłaby  okazać 

więcej cynizmu. 

- A więc pojutrze wieczór - mruknęła w mroku. - Cześć! 

Odeszła,  a  ja  leżałem  jeszcze  w  łóżku;  wstydziłem  się 

samego siebie, byłem wściekły i nienawidziłem jej. 

Kiedy  usłyszałem  trzaśniecie  drzwiami,  wstałem  i 

odstawiłem  magnetofon.  Wyjąłem  taśmę  i  włożyłem  ją  do 

opakowania.  Następnie  wykąpałem  się,  poszedłem  do  salonu  i 

wypiłem  dwie  szklaneczki  whisky.  Ale  ani  prysznic,  ani  alkohol 

nie  potrafiły  zmazać  brudu  i  usunąć  poczucia  winy  na  myśl  o 

Ninie,  którą  oszukałem,  podczas  gdy  ona  całymi  dniami 

zapracowywała się, żeby nam obojgu zapewnić egzystencję. 

Szedłem  powoli  aleją  prowadzącą  z  garażu  do  drzwi 

wejściowych,  wyjąłem  klucz  i  otworzyłem.  Zegar  w  hallu 

wskazywał  jedenastą  dziesięć.  Wchodząc  usłyszałem  głos 

Renicka i głośny wybuch śmiechu Niny. 

Znieruchomiałem na chwilę, zawahałem się. 

Renick  i  ja  byliśmy  przyjaciółmi  od  dwudziestu  lat. 

Chodziliśmy razem do szkoły. Zawsze w sposób prawy i uczciwy 

wykonywał  swój  zawód  policjanta,  a  teraz  był  głównym 

pomocnikiem szeryfa dystryktu,  co mu  dawało  poważną pozycję 

w mieście i  przynosiło  znaczny dochód. Jeśli afera z porwaniem 

przyjmie  zły  obrót,  on  pierwszy  zajmie  się  tą  sprawą,  a  nie  jest 

wcale  w  ciemię  bity.  Był  niesłychanie  biegły  w  prowadzeniu 

śledztwa  i  najsprytniejszy  z  całej  ekipy.  Znałem  ich  z  czasów, 

kiedy  pracowałem  jako  dziennikarz.  Renick  górował  nad  nimi 

wszystkimi. Gdyby jemu powierzono śledztwo, miałbym cholerne 

kłopoty. 

Uzbroiłem się w całą odwagę i otworzyłem drzwi salonu. 

Nina  zdobiła  właśnie  ogromny  wazon  do  kwiatów,  który  stał  na 

background image

jej  stole  roboczym.  Renick,  rozwalony  w  fotelu,  patrzył  na  nią, 

trzymając palącego się papierosa w ręku. 

Na  mój  widok  Nina  rzuciła  pędzel  i  podbiegła.  Zarzuciła 

mi ramiona na szyję i  pocałowała.  Kiedy ustami dotknęła moich 

ust, ogarnęło mnie uczucie przykrości. Pamiętałem jeszcze palące, 

zwierzęce  pieszczoty  Odette.  Odepchnąłem  Ninę  delikatnie, 

objąłem ją i nie bez wysiłku uśmiechnąłem się do Renicka, który 

podniósł się z fotela. 

background image

-  Cześć,  John  -  rzekłem  ściskając  mu  rękę.  -  Nie 

pokazujesz się. Glina jest zawsze gliną. Sądząc po jego uważnym, 

zaintrygowanym  spojrzeniu  domyślał  się,  że  coś  nie  gra. 

Potrząsnął moją ręką; jego uśmiech był tak samo nienaturalny jak 

mój. 

-  To  nie  moja  wina,  Harry  -  odparł.  -  Byłem  w 

Waszyngtonie.  Właśnie  wróciłem.  Jak  leci?  Zdaje  się,  że  masz 

pracę. 

-  Tak,  jeśli  można  to  tak  nazwać.  W  końcu  lepsze  to  niż 

nic.  Rzuciłem  się  na  fotel.  Nina  usiadła  obok  mnie  na  oparciu, 

położyła  rękę  na  mojej  dłoni,  Renick  wrócił  na  swój  fotel.  Miał 

ciągle to samo spojrzenie, przenikliwe, badawcze. 

— Słuchaj,  Harry  -  rzekł  -  nie  możesz  tak  dalej  żyć. 

Trzeba  znaleźć  jakieś  poważne  zajęcie.  Myślę,  że  mogę  cię 

polecić Meadowsowi, jeśli zechcesz. 

— Meadowsowi? Polecić mnie, dlaczego? 

— Meadows  jest  moim  szefem  -  odparł  Renick.  -  Już 

mówiłem  ci  o  tym.  Rozmawiałem  z  nim  o  tobie.  Musimy  mieć 

kogoś  kompetentnego,  kto  zająłby  się  u  nas  kontaktami  z  prasą. 

Masz wszelkie dane, żeby zainteresować się tą robotą. 

— Ach,  tak?  A  ja  jestem  innego  zdania  -  odparłem.  -  Po 

tym  wszystkim,  co  mi  zrobiły  te  świntuchy,  za  żadną  cenę  nie 

będę dla nich pracował! 

Ręka Niny zacisnęła się wokół mojej. 

-  Bądź  rozsądny,  Harry,  spokojnie!  -  nalegał  Renick.  – 

Dawny  zespół  został  wyrzucony.  Trafia  ci  się  nadzwyczajna 

okazja. Nie wiem  dokładnie, ile zarobisz, ale będzie to  kwota na 

pewno  interesująca.  Meadows  jest  doskonale  zorientowany  w 

twojej  sprawie  i  zna  opinie  o  lobie  jako  o  dziennikarzu.  Jeśli 

otrzymamy  kredyty  na  to  stanowisko,  co  jest  niemal  pewne, 

będzie ono przeznaczone dla ciebie. 

Przyszło  mi  na  myśl,  że  oto  nadarza  się  okazja 

zrezygnowania  z  kidnaperstwa  i  zaangażowania  się  do  pracy 

poważnej  i  stałej.  Zawahałem  się  pomyślałem  o  pięćdziesięciu 

tysiącach  dolarów.  Mając  do  dyspozycji  taką  sumę,  będę  mógł 

background image

być panem samego siebie. 

— Zastanowię  się  -  odparłem.  -  Dawną  ekipę  może 

przepędzono,  ale  mimo  wszystko  nie  palę  się  do  tej  pracy.  W 

każdym razie rozważę to. 

— Czy  nie  uważasz,  że  powinieneś  ją  przyjąć?  -  spytała 

Nina niespokojnie. - Ta praca będzie ci się podobała i ty... 

Przerwałem jej. 

-  Powiedziałem,  że  się  zastanowię  -  rzekłem  sucho. 

Renick miał rozczarowaną minę. 

-  Dobrze,  zgoda.  Nie  jest  oczywiście  pewne,  czy 

otrzymamy kredyty, ale  jeśli to nastąpi, konieczna będzie szybka 

decyzja. Są już dwaj inni kandydaci na to stanowisko. 

-  Zwykle  tak  bywa  -  odparłem.  -  Dziękuję  ci  za  tę 

propozycję, John. W najbliższym czasie dam ci odpowiedź. 

Wzruszył lekko ramionami, potem wstał nieco zmieszany. 

-  Dobrze,  muszę  już  iść.  Wstąpiłem,  żeby  ci  to 

powiedzieć. Zadzwoń do mnie. 

Po jego odejściu Nina zawołała: 

-  Chyba  nie  odrzucisz  tej  propozycji,  Harry,  mimo 

wszystko! Musisz sobie zdać sprawę... 

Położyła mi rękę na ramieniu. 

— Jeśli  otrzymają  kredyty  -  oświadczyła  -  powinieneś 

stanowczo przyjąć tę posadę. Nie możemy zbyt długo ciągnąć tak 

jak teraz. Musisz mieć stałe zajęcie. 

— Pozwól mi urządzić sobie życie, tak jak ja to rozumiem 

- odrzekłem suchym tonem. - Powiedziałem ci, że się zastanowię, 

kropka. 

Poszedłem do sypialni, schowałem taśmę magnetofonową 

do szuflady i rozebrałem się. 

Słyszałem  jak  Nina  krzątała  się  w  kuchni,  musiała  umyć 

naczynia. Położyłem się do łóżka. 

Próbowałem  ponownie  porównać  korzyści  płynące  z 

propozycji  Renicka  z  pięćdziesięcioma  tysiącami  dolarów  Rhei. 

Kredyty  pewnie  nie  zostaną  przyznane.  Także  niespodziewany 

kaprys  losu  może  nam  przeszkodzić  w  porwaniu.  Trzeba  trochę 

background image

poczekać.  Przy  odrobinie  szczęścia  może  uda  mi  się  przyjąć 

propozycję Renicka. 

Nina  weszła  tymczasem  do  pokoju.  Udawałem,  że  śpię, 

lecz przez zmrużone powieki patrzyłem, jak się rozbiera. Wsunęła 

się  do  łóżka  obok  mnie,  zgasiła  światło.  Czułem  jej  bliskość  i 

odsunąłem się delikatnie. Uważałem się za nędznika, nie mogłem 

znieść jej dotyku. 

Następnego  dnia  był  czwartek.  Ninie  potrzebny  był 

samochód,  żeby  odwieźć  pomalowane  skorupy  do  sklepu.  Nie 

miałem  nic  do  roboty  i  włócząc  się  po  domu,  myślałem  bez 

przerwy o Odette. 

Nękające  mnie  wyrzuty  sumienia  zaczęły  się  rozwiewać. 

Poprzedniego dnia wracając z pawilonu przysiągłem sobie, że to 

co się stało, więcej  się nie powtórzy. To był  mój pierwszy błąd. 

Byłem  zdecydowany  skończyć  z  tym  oszustwem.  Tego  poranka 

jednak,  kiedy  wędrowałem  z  jednego  pokoju  do  drugiego, 

spostrzegłem, że zaczynam zastanawiać się nad moją decyzją. 

Mówiłem  sobie,  że  Nina  nie  będzie  cierpiała,  jeśli  będę 

kontynuował romans z Odette. Powinienem był opanować się za 

pierwszym  razem,  zapewne.  Ale  drugi  raz  nie  ma  już  znaczenia. 

Co  się  stało,  to  się  stało.  Zacząłem  nawet  wmawiać  sobie,  że 

podobały  mi  się  dzikie  i  prymitywne  uściski  Odette.  W  miarę 

upływu czasu rosło we mnie pragnienie ujrzenia jej jutro. 

W  ciągu  dnia  poszedłem  do  banku,  żeby  złożyć  do 

depozytu  drugą  taśmę  magnetofonową.  Następnie  udałem  się  do 

pawilonu i resztę popołudnia spędziłem na prażeniu się na słońcu 

i pływaniu, coraz bardziej zafascynowany Odette. 

Nazajutrz rano, pod koniec śniadania, Nina spytała mnie: 

— Czy  zastanowiłeś  się  już  nad  propozycją  Johna? 

Zdecydowałeś się? 

— Jeszcze nie - odparłem - ale myślę o tym. 

Popatrzyła  na  mnie  uważnie,  tak,  że  musiałem  odwrócić 

wzrok. 

- Więc dobrze, zanim podejmiesz decyzję - rzekła – trzeba 

uregulować rachunki.  A  ja nie mam pieniędzy.  - Położyła kwity 

background image

na  stole.  -  Nie  dostaniemy  już  benzyny  na  kredyt,  jeśli  nie 

wyrównamy  naszego  długu.  Trzeba  zapłacić  za  prąd,  w 

przeciwnym  razie  odetną  nam  elektryczność.  Trzeba  również 

zapłacić w sklepie spożywczym. Nie chcą nam już sprzedawać na 

kredyt. 

Miałem  jeszcze  sześćdziesiąt  dolarów  z  setki,  którą  mi 

dała 

Rhea.  Mogłem  wyrównać  przynajmniej  dług  za 

elektryczność i u sklepikarza. 

— Zajmę  się  tymi  dwoma  rachunkami  -  powiedziałem.  - 

Właściciel garażu może poczekać. Nie mamy już benzyny? 

— Mniej więcej pół kanistra. 

— Jeśli  tylko  można,  powinniśmy  jeździć  raczej 

autobusem. 

— Muszę  jutro  dostarczyć  cztery  wazony.  Nie  mogę 

jechać autobusem. 

Jej  suchy  ton  zdradzał  rozpacz,  jakiej  nigdy  jeszcze  nie 

zauważyłem  w  jej  głosie.  Wytrzymała  moje  spojrzenie,  w 

czarnych  oczach  widać  było  smutek  i  zarazem  gniew.  Miałem 

wyrzuty sumienia, więc z kolei wpadłem w złość. 

— Nie  powiedziałem  przecież,  że  nie  możesz  jeździć 

samochodem  -  odparłem.  -  Stwierdziłem  jedynie,  że  w  razie 

możliwości powinniśmy raczej korzystać z autobusu. 

— Słyszałam. 

— Dobrze. A więc świetnie. 

Zawahała  się.  Czułem,  że  chce  jeszcze  coś  powiedzieć, 

lecz  odwróciła  się  i  wyszła  pozostawiając  mnie  w  bardzo 

niewyraźnym  nastroju.  Nigdy  jeszcze  nie  byliśmy  tak  blisko 

awantury.  Wyszedłem  z  domu  i  powlokłem  się  pieszo  do 

przystanku.  Poszedłem  załatwić  obydwa  rachunki,  zostało  mi  w 

kieszeni tylko piętnaście dolarów. Z końcem tygodnia Bill Holden 

zażąda  zapłaty  za  wynajęcie  pawilonu,  ale  do  tego  czasu,  przy 

odrobinie szczęścia, będę posiadaczem pięćdziesięciu tysięcy. 

Resztę dnia spędziłem na plaży, pływałem, wygrzewałem 

się na słońcu i spoglądałem na zegarek. Liczyłem minuty dzielące 

mnie od chwili, w której Odette ukaże się na stopniach pawilonu. 

background image

O  ósmej  trzydzieści  plaża  znów  opustoszała.  Siedziałem 

teraz  na  werandzie,  w  takim  napięciu  i  tak  niespokojny,  jak 

uczniak na swej pierwszej randce. 

Krótko  po  dziewiątej  wyłoniła  się  z  ciemności.  Na  jej 

widok  zerwałem  się  z  fotela,  śmiesznie  wzburzony,  serce  omal 

nie wyskoczyło mi z piersi. Kiedy stanęła na najwyższym stopniu, 

chwyciłem ją za ręce i przytuliłem do siebie. 

Ale o dziwo! - oparła się ramionami o moją pierś i pchnęła 

tak mocno, że omal nie upadłem. 

-  Precz  z  łapami!  -  rzekła  lodowatym  głosem.  -  Kiedy 

zechcę się migdalić, powiem panu. - I weszła do pawilonu. 

Miałem  wrażenie,  jakby  mnie  ktoś  oblał  zimną  wodą. 

Poczułem  się  zbity  z  tropu  i  niesłychanie  poniżony.  Po  chwili 

wahania poszedłem za nią do domku i zamknąłem drzwi. 

Była w szaroniebieskich spodniach i białej bluzce. Czarne 

włosy  przytrzymywała  biała  opaska.  Zwinęła  się  w  kłębek  na 

tapczanie, wydawała się godna pożądania. 

-  Trzeba  się  strzec,  żeby  zbyt  pochopnie  nie  wyciągać 

wniosków, mój poczciwcze - zauważyła śmiejąc się. - Nie trzeba 

nigdy  wierzyć,  że  udało  się  z  kobietą.  Tamtego  wieczoru  bawił 

mnie pan. Dzisiaj już mnie pan nie bawi. 

Była  to  dla  mnie  ciężka  próba.  Mógłbym  ją  zabić. 

Mógłbym  ją  wziąć  siłą,  ale  to,  co  powiedziała,  było  tak 

prawdziwe,  że  zbiło  mnie  z  tropu.  Siedziałem  speszony, 

pożałowania godny. 

Usiadłem i drżącą ręką zapaliłem papierosa. 

-  Cieszę  się,  że  nie  jestem  pani  ojcem  -  rzekłem.  - 

Przynajmniej to może mi sprawić radość. 

Roześmiała się, zaciągnęła się głęboko dymem z papierosa 

i wypuściła go przez wąskie nozdrza. 

- Co mój ojciec ma z tym  wspólnego? Pan jest  po prostu 

wściekły  na  mnie,  ponieważ  nie  jestem  łatwą  zabawką,  tak  jak 

pan  sądził.  Wszyscy  mężczyźni  są  takimi  samymi  idiotami,  jeśli 

nic mogą zaspokoić swoich pragnień. - Patrzyła na mnie drwiąco, 

gładząc swe czarne włosy. - No dobrze, teraz kiedy mamy już tę 

background image

sprawę z głowy, może byśmy porozmawiali o interesach. 

background image

Nienawidziłem jej w tej chwili tak mocno, mocniej niż mi 

się to kiedykolwiek wydawało możliwe. 

Z  trudem  otworzyłem  teczkę  i  wyjąłem  papiery,  na 

których  nakreśliłem  mój  scenariusz.  Palce  drżały  mi  tak  bardzo, 

że kartki szeleściły, uderzając jedna o drugą. 

— Będę  pani  zadawał  pytania,  a  pani  niech  odpowiada  - 

zacząłem głosem, któremu usiłowałem nadać naturalne brzmienie. 

— No  proszę,  mój  poczciwcze,  nie  trzeba  się  tak  bardzo 

denerwować 

- mówiła. - Zresztą otrzyma pan świetną zapłatę. 

-  Zamknij  się!  -  krzyknąłem.  -  Niech  mi  pani  oszczędzi 

tych  dowcipów  w  złym  guście.  -  Zacząłem  bombardować  ją 

pytaniami. 

— Dlaczego  poszła  pani  do  „Piratów”?  Jak  wyglądał 

pokój, w którym była pani więziona? Jak wyglądała kobieta, która 

przynosiła  pani  posiłki?  Czy  przez  cały  czas  nie  widziała  pani 

nikogo poza tą kobietą? i tak dalej. 

Odpowiedzi płynęły jak woda. Nie zawahała się ani razu, 

ani nie popełniła żadnego błędu. 

Posiedzenie  trwało  dwie  godziny.  Podczas  tych  dwóch 

godzin  męczącego  wypytywania  ani  razu  nie  złapałem  jej  na 

nieścisłości. 

- Ujdzie - rzekłem w końcu. - Jeśli potrafi pani trzymać się 

stale tej samej wersji i uniknąć pułapek, wykręci się pani z lego. 

Odwdzięczyła mi się drwiącym uśmieszkiem. 

-  Niech  się  pan  nie  obawia.  Potrafię  uniknąć  pułapek... 

Harry.  

Wstałem. 

-  Dobrze,  a  więc  jesteśmy  gotowi  na  sobotę.  Będę  u 

„Piratów” o dziewiątej piętnaście. Wie pani, co trzeba zrobić? 

Wyprostowała  się  ruchem  pełnym  gracji  i  podniosła  z 

tapczanu. 

- Tak, wiem, co mam zrobić. 

Spojrzeliśmy na siebie, jej  rysy złagodniały. Uśmiechając 

się zbliżyła się do mnie z charakterystycznym błyskiem w oczach. 

background image

-  Biedny poczciwiec! - westchnęła. - Chodźmy, pomigdal 

się  ze  mną,  jeśli  masz  ochotę.  Mnie  jest  to  całkiem  obojętne, 

zapewniam pana. 

Poczekałem, aż zbliżyła się do mnie, potem wymierzyłem 

jej  policzek.  Głowa  dziewczyny  odskoczyła  w  bok. 

Spoliczkowałem ją z drugiej strony. 

Cofnęła  się,  podniosła  ręce  do  płonących  policzków  i 

utkwiła we mnie swe gorejące oczy. 

- Nędznik! - krzyknęła ostrym głosem. - Zapłaci mi pan za 

to! Świntuch! 

background image

-  Wyjdź!  -  powiedziałem.  -  W  przeciwnym  razie  zacznę 

na nowo.  

Skierowała  się  w  stronę  drzwi,  kręcąc  tyłkiem.  Przed 

wyjściem odwróciła się i spojrzała na mnie. 

- Cieszę się, że nie jestem pańską żoną - rzuciła drwiącym 

tonem. - Przynajmniej to sprawia mi radość! 

Potem  nagle  wybuchnęła  śmiechem,  odwróciła  się  i 

pobiegła  w  blasku  księżyca.  Widziałem  jak  biegnie  długimi 

krokami po mokrym i twardym piasku. 

Byłem tak przygnębiony moim zachowaniem, że niewiele 

brakowało, a podciąłbym sobie gardło. 

background image

 

Rozdział 5 

 

Kiedy  wstałem  w  sobotę  rano,  zbierało  się  na  deszcz. 

Byłem  zdenerwowany,  czułem  się  nieswojo.  Wszystkie 

wątpliwości  w  związku  z  zamierzonym  porwaniem  wypłynęły  z 

mojej  podświadomości,  nawiedziły  mnie  z  taką  samą  siłą  jak 

nigdy. Tylko nadzieja na zdobycie skarbu pozwoliła mi opanować 

nerwowe podniecenie. 

-  Wrócę  dzisiaj  późno  -  oświadczyłem  Ninie,  która 

krzątała  się  przy  śniadaniu.  -  Po  raz  ostatni  będę  zajmował  się 

statystyką pojazdów. 

Spojrzała na mnie z niepokojem. 

— Zobaczysz się dzisiaj z Johnem? 

— Jutro  spotkam  się  z  nim.  Gdyby  miał  dla  mnie  jakąś 

wiadomość, dałby mi znać telefonicznie. 

— Weźmiesz  tę  pracę,  Harry?  -  zapytała  po  chwili 

wahania. 

— Myślę,  że  tak.  Uzależniam  to  głównie  od 

wynagrodzenia, jakie mi zaproponują. 

— John twierdzi, że dobrze zapłacą. - Uśmiechnęła się do 

mnie.- Tak się cieszę. Byłam o ciebie niespokojna, wiesz o tym? 

— Ja  sam  się  niepokoiłem  -  odparłem  lekkim  tonem.  - 

Wieczorem wezmę samochód. Będzie padał deszcz. 

— Jest bardzo mało benzyny, Harry. 

— Nie szkodzi. Dam sobie radę. 

Udałem  się  nieco  później  niż  zwykle  do  pawilonu  na 

plaży.  Włożyłem  właśnie  kostium  kąpielowy,  kiedy  Bill  Holden 

stanął na progu. 

-  Dzień  dobry  -  powiedział.  -  Czy  zatrzyma  pan  jeszcze 

pawilon na przyszły tydzień? 

— Myślę,  że  tak  -  odparłem.  -  Może  nie  przez  cały 

tydzień, w każdym razie do czwartku. 

— Czy chce pan uregulować rachunek za ten tydzień? 

— Jutro panu zapłacę. Zostawiłem portfel w domu. 

background image

— Nie szkodzi, proszę pana, w porządku, jutro. 

Podniosłem  głowę,  obserwowałem  niebo  okryte  ciężkimi 

chmurami. 

-  Wygląda,  że  będzie  padało.  Chcę  jeszcze  przedtem 

popływać. Holden zapewniał, że na razie nie ma obawy, ale mylił 

się. Kiedy wyszedłem z wody, zaczęło lać strumieniami. 

Usiadłem  w  pawilonie  i  zabrałem  się  do  czytania.  Plaża 

była teraz pusta, co mi było na rękę. Miałem nadzieję, że deszcz 

będzie padał cały dzień. 

Około  pierwszej  udałem  się  do  restauracji,  w  której  nie 

było  nikogo,  zjadłem  hamburgera  i  wypiłem  piwo,  potem 

wróciłem  do  pawilonu.  Właśnie  wchodziłem,  kiedy  zadzwonił 

telefon. 

Była to Rhea. 

- Wszystko gotowe? - spytała z niepokojem. 

— Z  mojej  strony  tak  -  odparłem.  -  Jestem  gotów  do 

wyjazdu. Wszystko zależy teraz od Odette. 

— Może pan mieć do niej zaufanie. 

— Zgoda,  tym  lepiej.  A  więc  o  ósmej  czterdzieści  pięć 

zabieram się do dzieła. 

— Zadzwonię jutro o jedenastej. 

— Potrzebuję pieniędzy - powiedziałem. - Muszę zapłacić 

za  wynajęcie  pawilonu.  Lepiej,  jeśli  pani  przyjedzie  tutaj  jutro 

rano. Będę czekał. 

— Zgoda  -  powiedziała  i  odłożyła  słuchawkę.  Deszcz 

bębnił o dach. Morze było kamiennie szare. Usiłowałem zagłębić 

się w lekturze, ale bez powodzenia. 

Wstałem  wreszcie  i  zacząłem  przechadzać  się  po 

pawilonie, paląc papierosa za papierosem. Co chwila spoglądałem 

na zegarek. Oczekiwanie ciągnęło się w nieskończoność. 

Kiedy  wreszcie  zegar  wskazywał  ósmą  trzydzieści, 

opuściłem  pawilon  i  ruszyłem  po  mokrym  piasku  do  packarda. 

Deszcz  wciąż  padał,  ale  już  słabszy.  Podjechałem  do  drugstore 

przy głównej ulicy w Palm City. Zaparkowałem wóz i udałem się 

pieszo do sklepu w mżawce, była ósma czterdzieści pięć. 

background image

Nakręciłem numer pana Malroux. 

Niemal natychmiast podjęto słuchawkę. 

— Tu 

rezydencja 

mister 

Malroux 

oznajmił 

wystudiowany głos. - Kto przy aparacie? 

— Chciałbym  mówić  z  panną  Malroux  -  powiedziałem.  - 

Tu Jerry Williams. 

— Zechce  pan  poczekać,  panie  Williams?  Dowiem  się, 

czy panna Malroux jest w domu. 

Czekałem ze słuchawką przyklejoną do ucha, zdając sobie 

sprawę, że mój oddech jest przyspieszony. 

background image

Po krótkiej chwili zadźwięczał wesoły głos Odette. 

— Hallo! 

— Czy nikt nie słyszy naszej rozmowy? 

— Nie.  Dobry  wieczór,  Harry  -  mówiła  pieszczotliwym 

głosem.  -  Pan  jest  pierwszym  człowiekiem,  który  odważył  się 

mnie uderzyć. Ale pan odstawił numer! 

— Wiem.  Proszę  uważać,  żebym  pani  znów  nie  uderzył. 

Wie  pani,  co  ma  teraz  robić?  Za  dwadzieścia  minut  będę  u 

„Piratów”.  Packarda  znajdzie  pani  w  głębi  parkingu,  z  prawej 

strony. Suknia będzie na tylnym siedzeniu. Nie zapomniała pani o 

żadnym szczególe? 

— Nie zapomniałam. 

— A więc do dzieła. Będę czekał na panią - powiedziałem 

i odłożyłem słuchawkę. 

Trzeba  było  kwadransa  szybkiej  jazdy,  by  dojechać  do 

„Piratów”. Parking był dość zapchany, ale udało mi się postawić 

wóz w umówionym miejscu. 

Nie było zarządzającego parkingiem, co mi odpowiadało. 

Ktoś śpiewał akompaniując sobie na akordeonie. Zajrzałem przez 

drzwi i stwierdziłem, że w barze jest mnóstwo ludzi. 

Siedziałem  w  samochodzie  i  czekałem.  Byłem  dość 

niespokojny.  Za  każdym  razem,  kiedy  podjeżdżał  jakiś  wóz, 

podskakiwałem do góry. O dziewiątej dwadzieścia ujrzałem T.R. 

3  wjeżdżającego  przez  bramę.  Wóz  zatrzymał  się  w  odległości 

dwudziestu metrów ode mnie. 

Z  samochodu  wysiadła  Odette.  Nosiła  płaszcz 

nieprzemakalny z białego plastyku na jaskrawej, czerwonej sukni. 

Stanęła obok swego triumpha i patrzyła w moim kierunku. 

Wychyliłem  się  przez  drzwi  i  dałem  jej  znak  ręką. 

Mżawka  przekształciła  się  znowu  w  rzęsisty  deszcz.  Odette 

pozdrowiła mnie, potem szybkim krokiem przeszła przez parking 

i weszła do baru. 

Wyszedłem  z  packarda  i  zbliżyłem  się  do  wozu  Odette. 

Na prawym siedzeniu stała walizka. Spojrzałem na prawo, potem 

na lewo, przekonałem się, że nikt mnie nie obserwuje. Wyjąłem 

background image

walizkę i zaniosłem do packarda. 

Ujrzałem Odette przez okno baru. Rozmawiała właśnie z 

barmanem.  Podniósł  głowę,  a  Odette  oddaliła  się  od  lady. 

Straciłem ją z oczu. 

Spojrzałem  na  zegarek.  Samolot  do  Los  Angeles 

odlatywał  o  dziewiątej  trzydzieści.  Mieliśmy  dość  czasu. 

Zarezerwowałem  telefonicznie  miejsce  na  nazwisko  Anny 

Harcourt.  Oświadczyłem  urzędnikowi,  że  panna  Harcourt 

odbierze  bilet  i  zapłaci  na  lotnisku.  Zadzwoniłem  również  do 

hotelu  w  Los  Angeles,  gdzie  zatrzymałem  się  raz  przejazdem,  i 

zamówiłem  dla  niej  pokój.  Ten  spokojny  hotel  znajdował  się 

daleko  od  centrum  miasta.  Byłem  pewien,  że  będzie  tam 

bezpieczna. Nagle zobaczyłem Odette wychodzącą z baru. Serce 

mi zabiło, kiedy stwierdziłem, że nie jest sama. Towarzyszył  jej 

jakiś  mężczyzna.  Usiłowała  zbliżyć  się  do  packarda.  Towarzysz 

Odette chwycił ją za ramię i próbował zatrzymać. Nie widziałem 

go dobrze. Był mały, otyły, w jasnym garniturze. 

— Chodź, laleczko - mówił z zapałem - zabawimy się. Ja 

jestem sam, ty także, będziemy się razem pocieszać. 

— Proszę mnie zostawić! - krzyknęła Odette. - Niech mnie 

pan nie dotyka! 

Była chyba przerażona. 

- Och laleczko, moglibyśmy razem dobrze się zabawić. 

Jeśli nie uda jej się go pozbyć, będziemy mieć trudności. 

Nie  miałem  odwagi  się  pokazać.  Może  nie  był  tak  pijany,  jak 

wyglądał.  Jeśli  sprawa  przyjmie  zły  obrót,  później  może  sobie 

mnie przypomnieć. 

- Proszę mnie puścić! - powtarzała Odette. 

Próbowała  znowu  dostać  się  do  mego  wozu.  Pijak 

zawahał się, potem poszedł za nią. 

Przeszedłem  na  drugą  stronę  samochodu.  Ten  typ  może 

zapamiętać markę wozu. Ale Odette wciąż posuwała się naprzód. 

Pijaczyna  zataczał  się  usiłując  ją  dogonić,  znów  chwycił 

dziewczynę za ramię i okręcił ją w kółko. 

— Słuchaj,  nie  rób  ze  mnie  durnia,  laleczko.  Chodź, 

background image

postawię  ci  drinka.  Uderzyła  go  w  twarz.  Rozległo  się  głośne 

klaśnięcie. 

— Ach,  ty  krówsko!  -  mruczał  pijak.  -  Zobaczysz. 

Chwycił ją obydwiema rękami i próbował pocałować. 

Teraz  byłem  zmuszony  do  interwencji.  Broniła  się,  ale 

była zbyt słaba, żeby bić się z nim. Zachowała jednak tyle zimnej 

krwi, że nie wołała o pomoc. 

Mam  zawsze  latarkę  elektryczną  w  skrytce  packarda. 

Wyjąłem  ją.  Miała  trzydzieści  centymetrów  długości  i  świetnie 

mogła zastąpić pałkę. 

Było  ciemno,  znajdowaliśmy  się  dość  daleko  od  jedynej 

lampy oświetlającej wejście do lokalu. Poszedłem naokoło, żeby 

zaatakować go od tyłu. Byłem tak zdenerwowany, że przez moje 

zaciśnięte zęby wydobywał się świszczący oddech. 

W chwili, kiedy do niego podchodziłem, Odette udało się 

uwolnić. Pijak nagle wyczuł moją obecność i odwrócił się. 

Uderzyłem  go  latarką  w  czaszkę,  tak  że  osunął  się  na 

kolana. Usłyszałem stłumiony krzyk Odette. 

background image

Pijak  klnąc  próbował  mnie  złapać,  lecz  uderzyłem  go 

jeszcze raz, ale znacznie silniej. Runął jak długi u mych stóp. 

— Niech  pani  weźmie  mój  wóz!  -  rzekłem  do  Odette.  - 

Niech pani idzie! Pojadę triumphem za panią. 

— Czy zranił go pan? 

Z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach,  patrzyła  z  przerażeniem  na 

pijaka. 

- Szybko, niech się pani pośpieszy! 

Podbiegłem  do  triumpha,  wskoczyłem  do  środka  i 

uruchomiłem silnik. Gdyby ktoś wychodząc z restauracji natknął 

się  na  ogłuszonego  na  środku  parkingu  pijaka,  mielibyśmy 

niemało kłopotów. 

Włączając  wsteczny  bieg,  usłyszałem  ruszającego 

packarda.  Czekałem,  aż  Odette  wyjedzie  z  parkingu,  po  czym 

pojechałem za nią jej małym sportowym wozem. 

Wpadła  na  dobry  pomysł,  żeby  jechać  wzdłuż  wybrzeża. 

Po dwóch lub trzech kilometrach wyprzedziłem ją i dałem znak, 

żeby się zatrzymała. 

Szosa  była  pusta.  Lało  się  strumieniami.  Wysiadłem  z 

wozu i pobiegłem do packarda. 

— Niech się pani przebierze! Potem proszę jechać za mną 

aż do parkingu w Lone Bay. Szybko! 

— Czy pan  go zabił naprawdę?  - spytała sięgając  ręką w 

głąb wozu po suknię. 

— Niech się pani o niego nie martwi! Proszę się przebrać! 

Nie mamy dużo czasu. 

Wróciłem  pośpiesznie  do  T.R.  3.  Siedziałem  przy 

kierownicy.  Pot  ściekał  ze  mnie  grubymi  kroplami,  kiedy 

obserwowałem jezdnię błagając Boga, żeby jakiś wóz skręcający 

na wybrzeże nas nie zauważył. 

Minęło  zaledwie  pięć  minut,  które  wydawały  mi  się 

wiecznością,  usłyszałem  dźwięk  klaksonu  i  odwróciłem  się. 

Odette dała mi znak ręką. Ruszyłem z miejsca, jechałem szybko 

w stronę Lone Bay. Odette jechała za mną. 

Patrzyłem bez przerwy na zegarek. Najwyższy czas, żeby 

background image

pojechać  na  lotnisko.  Z  Lone  Bay  pozostawały  jeszcze  trzy 

kilometry.  Bez  przerwy  myślałem  o  pijaku,  zastanawiałem  się, 

czy  nie  uderzyłem  go  zbyt  mocno.  Ale  incydent  ten  był  już 

zakończony. Zresztą w przyszłości może się okazać przydatny. W 

razie  przesłuchania  Odette  przez  policję,  przyczyni  się  do 

uwiarygodnienia  jej  zeznań.  Oczywiście  pod  warunkiem,  że  nie 

uderzyłem za mocno lub że facet nie ma głowy jak skorupa jajka, 

która rozwala się przy najsłabszym dotknięciu. 

Parking na Lone Bay obsługiwał mnóstwo bungalowów i 

był zawsze przepełniony. Byłem niemal pewien, że bez zwracania 

uwagi  mogę  tam  zostawić  triumpha.  W  pobliżu  placu  dałem 

Odette  znak,  żeby  się  zatrzymała,  potem  wprowadziłem  jej  wóz 

na parking. 

Wąska  ale  ja  centralna  rozdzielała  rzędy  samochodów. 

Jechałem  nią  powoli,  z  zapalonymi  światłami,  w  poszukiwaniu 

wolnego miejsca. 

Nagle  bez  najmniejszego  ostrzeżenia  ukazał  się  wóz 

wjeżdżający  tyłem  w  aleję.  Światła  pozycyjne  były  zgaszone. 

Jechał  szybko,  nie  miałem  czasu  cofnąć  się.  Jego  tylny  błotnik 

uderzył  mój  wóz  od  przodu  z  głośnym  chrzęstem  wgniecionej 

blachy. 

Przez  chwilę  siedziałem  jak  sparaliżowany.  Wszystko 

przewidziałem  z  wyjątkiem  wypadku.  Ten  głupiec  zapyta  mnie 

zaraz  o  nazwisko,  adres.  Zanotuje  numer  wozu,  którego 

właścicielkę  z  łatwością  odnajdzie.  Zechcą  się  dowiedzieć, 

dlaczego prowadziłem wóz, który do mnie nie należy. 

Siedziałem przerażony, tamten wyszedł z samochodu. Na 

szczęście  było  ciemno.  Widząc,  że  zmierza  w  moim  kierunku, 

zgasiłem światła. Miałem przed sobą małego, łysego człowieczka. 

Nie  rozróżniałem  rysów  jego  twarzy,  więc  on  także  nie  mógł 

mnie dokładnie widzieć. 

-  Jestem  zrozpaczony,  proszę  pana  -  mówił  drżącym 

głosem. - Nie widziałem jak pan nadjeżdża. To moja wina. Cała 

odpowiedzialność spada na mnie. 

W  tym  momencie  wygramoliła  się  z  wozu  kobieta  o 

background image

imponującej  tuszy.  Otworzyła  parasol  i  podeszła  do  małego 

człowieczka. 

— Ależ  to  nie  była  twoja  wina,  Herbercie!  -  krzyknęła  z 

wściekłością.  -  Nie  powinien  był  tak  cicho  jechać.  Nie 

przyznawaj się do niczego. To był przypadek! 

— Niech  pan  usunie  się  z  drogi  -  powiedziałem.  - 

Zablokował pan mój wóz. 

— Nie!  Nie  ruszaj  się,  Herbercie!  -  krzyczała  kobieta.  - 

Trzeba poszukać policjanta! 

Zimny pot spłynął mi po plecach. 

— Słyszał pan, co powiedziałem, do diabła! - wrzasnąłem 

na człowieczka. - Niech pan usunie swój samochód! 

— Proszę  nie  mówić  do  mego  męża  takim  tonem!  - 

wrzeszczała  baba,  uważnie  mi  się  przyglądając.  -  To  pan  jest 

odpowiedzialny, młody człowieku. Nie zastraszy mnie pan! 

Czas  naglił.  Zdecydowałem  się  na  jedyne  możliwe 

rozwiązanie. Włączyłem pierwszy bieg, zakręciłem kierownicą i z 

całej  siły  dodałem  gazu.  Mały  wózek  Odette  podskoczył  do 

przodu  i  z  wielkim  trzaskiem  rozdzieranego  metalu  wyrwał 

błotnik tamtego, sam doznając uszkodzenia maski z boku. 

background image

- Zanotuj jego numer, Herbercie! 

Pędziłem możliwie najszybciej na drugi koniec parkingu, 

odkryłem  kawałek  wolnego  miejsca,  zaparkowałem  wóz  i 

wyskoczyłem jednym  susem. Nosiłem  rękawiczki,  nie musiałem 

więc  wycierać  kierownicy  dla  zatarcia  odcisków  palców. 

Odwróciłem  się,  żeby  spojrzeć  na  koniec  alejki.  Kobieta  nie 

spuszczała  ze  mnie  wzroku.  Mały  poczciwiec  usiłował  podnieść 

swój błotnik. 

Tuż  przede  mną  znajdowało  się  wyjście  z  parkingu. 

Rzuciłem się biegiem w tamtym kierunku. Czy pójdą na policję? 

To on spowodował wypadek. Może będzie wolał cicho siedzieć? 

Jeśli nie, gliny zwąchają natychmiast, że Odette jest właścicielką 

triumpha.  Będą  się  zastanawiali,  kim  był  gagatek,  który  siedział 

za kierownicą. 

Biegnąc  do  packarda  stwierdziłem  z  przerażeniem,  że 

wypadki  toczą  się  inaczej  niż  przewidywał  mój  tak  starannie 

przygotowany plan. 

Najpierw ta historia z pijakiem, a teraz kraksa. Jaka nowa 

komplikacja może spowodować zawalenie się mętnej afery, którą 

ukartowałem? 

 

II 

 

Nazajutrz  rano  dzwonek  telefonu  wyrwał  mnie  z 

głębokiego snu. 

Wyprostowałem  się  gwałtownie  w  łóżku,  na  pół 

rozbudzony,  spojrzałem  na  budzik.  Za  dwadzieścia  ósma. 

Słyszałem,  jak  Nina  z  kimś  rozmawia.  Zmusiłem  się,  żeby 

położyć  się  z  powrotem  na  poduszkę  usiłując  wrócić  do 

równowagi. Sięgnąłem po papierosy leżące na nocnym stoliku. 

Zapaliłem.  Nagle  odżyły  w  mojej  pamięci  wypadki  z 

poprzedniej  nocy.  Widziałem  odlot  samolotu  Odette.  Nie 

powiedziałem jej o przygodzie na parkingu. Po co ją niepokoić? 

Wystarczy,  że  ja  się  zagryzam.  Odleciała  w  dość  dobrym 

nastroju,  uspokojona  po  awanturze  z  pijakiem.  Młodość  jest 

background image

niespożyta.  W  drodze  na  lotnisko  starałem  się  jej  wytłumaczyć, 

że  nie  uderzyłem  zbyt  mocno  tamtego  faceta.  Uwierzyła  mi  i 

natychmiast  przestała  o  nim  myśleć.  Ale  ja  nie.  Nie  byłem  w 

stanie zapomnieć o tym biedaku i o wypadku z samochodem. 

Wracając  do  domu  usiłowałem  wzbudzić  w  sobie 

przekonanie, że wszystko ułoży się pomyślnie. Amator alkoholu, 

którego  unieszkodliwiłem,  wie,  że  napastował  Odette, 

prawdopodobnie  będzie  więc  wolał  milczeć.  Właściciel 

samochodu,  który  uszkodził  triumpha,  nie  zawiadomi  chyba 

policji.  Zdaje  sobie  przecież  sprawę,  że  to  on  spowodował 

wypadek. 

Po powrocie do Palm City wstąpiłem do baru położonego 

na  zacisznej  ulicy.  Wypiłem  jeden  lub  dwa  kieliszki.  Bar  był 

pełen  ludzi,  którzy  schronili  się  tu  przed  deszczem.  Nikt  nie 

zwracał na mnie uwagi. 

Zamknąłem  się  w  kabinie  telefonicznej  i  nakręciłem 

numer Malroux. 

Czekając na podjęcie słuchawki, słyszałem przyspieszone 

bicie  mego  serca.  Zastanawiałem  się,  czy  Odette  dotarła  bez 

przeszkód do hotelu. Po chwili usłyszałem głos kamerdynera. 

— Chcę mówić z mister Malroux - powiedziałem oschłym 

tonem. - Mam mu przekazać wiadomość od córki. 

— Kto mówi, jeśli łaska? 

— Niech  pan  robi,  co  każę!  -  wrzasnąłem.  -  Niech  pan 

zawoła Malroux! 

— Za chwilę, bardzo proszę. 

Kamerdyner  był  chyba  przerażony.  Słyszałem,  jak 

odkłada  słuchawkę.  Czekałem  z  twarzą  zlaną  potem.  Przez 

oszklone  drzwi  obserwowałem  bar  napchany  gośćmi.  Nikt  nie 

patrzył w moją stronę. Usłyszałem spokojny głos: 

-  Tu  Malroux.  Kto  przy  aparacie?  A  więc  Rhea  nie 

blefowała. 

-  Niech  pan  słucha  uważnie  -  mówiłem  wolno.  – 

Kidnaperzy  porwali  pana  córkę.  Żądają  pięćset  tysięcy  dolarów. 

Czy  pan  dobrze  słyszy?  Pięćset  tysięcy,  w  banknotach  o  małych 

background image

nominałach. Jeśli pan nawali, nigdy już pan jej nie zobaczy. Nie 

zawiadamiać  glin  i  bulić  forsę,  zrozumiano?  Trzymamy  ją  w 

naszych łapach. Chce ją pan mieć z powrotem, niech pan robi, co 

mówię! 

Nastąpiła chwila ciszy, potem spokojny głos oświadczył: 

-  Rozumiem.  Zapłacę,  oczywiście.  Jak  mam  przekazać 

pieniądze i w jaki sposób wróci moja córka? 

Wydawał  się  tak  opanowany  i  spokojny,  jakby 

przewodniczył jury na konkursie rolniczym. 

— Zadzwonię  w  poniedziałek  -  powiedziałem.  -  Kiedy 

będzie forsa? Im szybciej, tym lepiej dla pana córki. 

— Przygotuję na jutro. 

— Jutro jest niedziela. 

— Przygotuję na jutro. 

— Dobrze.  Zatelefonuję  w  niedzielę  rano.  Powiem,  jak 

przelać  forsę.  I  niech  pan  pamięta,  bez  żadnych  wygłupów. 

Inaczej  nigdy  nie  zobaczy  pan  córki.  Znajdzie  ją  pan  w  rowie, 

przedtem pobawimy się z nią trochę! 

Odwiesiłem  słuchawkę  i  wróciłem  do  packarda.  Nie 

byłem  dumny  z  siebie,  ale  w  końcu  trzeba  odwalić  swą  robotę. 

Kwota  wchodząca  w  grę  była  zbyt  wysoka,  żebym  miał  się 

troszczyć o sprawy  natury  moralnej. Dobrze, że  kiedy  wróciłem 

do  domu,  Nina  już  spała.  Nie  mogłem  zmrużyć  oka  przez  cała 

noc.  Zdawało  mi  się,  że  dopiero  co  zacząłem  drzemać,  kiedy 

zbudził mnie dzwonek telefonu. 

Słuchałem  teraz  z  napięciem  głosu  Niny,  która  odebrała 

telefon.  Kiedy  usłyszałem  szybkie  kroki  w  korytarzu,  uzbroiłem 

się w całą moją odwagę. 

Drzwi do pokoju otworzyły się. 

-  Harry...  to  John.  Chce  z  tobą  mówić.  Zapewnia,  że  to 

bardzo pilne. 

Odrzuciłem  kołdrę  i  włożyłem  szlafrok,  który  Nina  mi 

podała. 

— Takie pilne? - spytałem. - Mówił ci, o co chodzi? 

— Nie. Chce rozmawiać z tobą. 

background image

— Dobrze. Zobaczymy. 

Poszedłem do drzwi i podniosłem słuchawkę. 

— John! Tu Harry. 

— Cześć,  stary.  -  Zdawało  mi  się,  że  John  był  bardzo 

poruszony.  -  Słuchaj  uważnie:  załatwiłem  ci  pracę  i  to  chyba  w 

bardzo  interesującym  momencie.  Kroi  się  sensacyjna  afera. 

Przyjeżdżaj  jak  najprędzej.  Dzwonię  z  biura  szeryfa  dystryktu. 

Żebyś nie narzekał, daję ci sto pięćdziesiąt dolarów tygodniowo, 

plus zwrot kosztów. Ale to nie ma takiego znaczenia. Ważne, że 

jesteś potrzebny, Harry, i to szybko! Możliwe, że odkryto sprawę, 

która  narobi  dużo  hałasu.  Czy  słyszałeś  o  Feliksie  Malroux, 

miliarderze francuskim? Zdaje się, że jego córka została porwana. 

Jeśli to prawda, stary, będzie bombowa sprawa! To woda na twój 

młyn. Przyjeżdżaj. Szef chce z tobą mówić. 

Czułem, jakby lodowata dłoń ściskała moje serce. 

— Halo!  Sekunda!  -  zaprotestowałem  niepewnie.  - 

Jeszcze nie powiedziałem, że się zgadzam z wami pracować! 

— Ależ na litość boską! Harry! - krzyknął Renick. - Jeśli 

okaże  się,  że  to  prawda,  będziemy  mieli  najbardziej  sensacyjną 

sprawę,  jaką  kiedykolwiek  zanotowano  w  kronikach  Palm  City. 

Nie chcesz brać w tym udziału? 

Zdawałem  sobie  sprawę,  że  Nina  stojąca  w  progu  patrzy 

na  mnie.  Moja  dłoń  była  tak  mokra,  że  z  trudem  trzymałem 

słuchawkę.  A  więc  bomba  pękła!  Zdaje  się,  że  córka  Malroux 

znajduje  się  w  rękach  kidnaperów...  Pracując  w  biurze  szeryfa 

dystryktu  będę  przynajmniej  wiedział,  jakie  podejmują  kroki. 

Wahałem się chwileczkę, po czym oświadczyłem: 

— Przyjeżdżam, John. 

— Świetnie... świetnie. Pośpiesz się. Czekam. Odłożyłem 

słuchawkę. 

— Co się dzieje, Harry? - spytała Nina. 

— Nie  wiem.  Jest  ogromnie  wzburzony,  ale  nie 

powiedział dlaczego. Potrzebują mnie u niego w biurze. Dają sto 

pięćdziesiąt. Nie chcę tego odrzucić! 

— Och!  Harry!  -  zarzuciła  mi  ręce  na  szyję.  -  Tak  się 

background image

cieszę!  Sto  pięćdziesiąt!  -  Pocałowała  mnie.  -  Wiedziałam,  że 

wszystko się jakoś ułoży. Wiedziałam! 

Nie  miałem  nastroju  do  czulenia  się.  Poklepałem  ją  po 

plecach i odsunąłem od siebie. 

- Muszę tam lecieć! 

Wróciłem  do  pokoju  i  szybko  się  ubrałem.  Serce  waliło 

mi tak mocno, że z trudem  oddychałem.  A  więc okazało  się, że 

Rhea  była  zbyt  wielką  optymistką.  Malroux  zawiadomił  policję. 

Przegrałem.  Nie  zainkasuję  pięćdziesięciu  tysięcy,  ale 

przynajmniej  mam  pracę,  która  mi  przyniesie  150  dolarów 

tygodniowo. 

Nagle wiążąc krawat stanąłem jak wryty. Ale czy dostanę 

tę pracę? 

Jeśli  policja  odkryje,  że  jestem  wmieszany  w  to  fikcyjne 

porwanie,  nie  zagrzeję  tam  miejsca  ani  przez  pięć  minut. 

Obydwie  taśmy  magnetofonowe  chronią  mnie  może  przed 

odpowiedzialnością  karną,  ale  nie  zatrzymają  na  mojej  nowej 

posadzie. 

Przybyłem  do  biura  dystryktu  po  dziewiątej.  Sekretarz 

zaprowadził mnie do Renicka. 

-  Wejdź,  Harry  -  powiedział  wychodząc  zza  masywnego 

biurka.  Uścisnął  mi  rękę.  -  Jestem  bardzo  zadowolony,  że 

zdecydowałeś się przyjść do nas. Nie będziesz tego żałował. Szef 

zjawi się lada chwila. 

Usiadłem  na  poręczy  fotela  i  wziąłem  papierosa,  którym 

mnie poczęstował. 

-  Co to  za historia, John?  - zapytałem starając się mówić 

obojętnym tonem. - Co się stało z córką Malroux? 

Zapukano do drzwi i młoda dziewczyna wsunęła głowę do 

pokoju. 

— Mister  Meadows  jest  u  siebie,  panie  Renick.  Renick 

wstał. 

— A  więc  chodźmy  do  Meadowsa  -  powiedział. 

Kiedyśmy szli korytarzem, Renick mówił: 

- Uważaj z nim. To bardzo porządny człowiek, ale trochę 

background image

podejrzliwy.  Wie,  co  ci  się  przytrafiło.  Podziwia  sposób,  w  jaki 

pokrzyżował los plany dawnego zarządu. Wykonuj dobrze swoją 

robotę, a nic będziesz miał z nim żadnych trudności. 

Zatrzymał  się  przed  jakimiś  drzwiami,  zapukał  i  uszedł. 

Krępy  jegomość,  o  włosach  białych  jak  śnieg,  stał  przy  oknie  i 

zapalał  cygaro.  Podniósł  głowę.  Jego  niebieskie  oczy  małe  i 

podejrzliwe,  spoczęły  na  chwilę  na  mnie.  Miał  około 

pięćdziesiątki.  Czerwona  twarz,  dość  tęga,  jego  energiczny 

podbródek,  usta  delikatne  i  śmiałe  sprawiły  na  mnie  od  razu 

wrażenie, że to człowiek kompetentny i nieugięty. 

-  Przedstawiam  panu  Harry’ego  Barbera  -  powiedział 

Renick. - Od dzisiejszego dnia należy do naszej ekipy. 

Meadows podał mi rękę twardą i zimną. 

-  Jestem  zachwycony  -  odparł.  -  Słyszałem  o  panu  same 

dobre rzeczy.  

Ścisnąłem mu dłoń. 

Meadows wypuścił chmurę dymu przez swe cienkie wargi 

i usiadł za biurkiem. Ruchem ręki wskazał nam krzesła. 

-  Zepsuł  mi  pan  weekend  -  rzeki.  -  Chciałem  jechać  na 

zieloną trawkę z żoną i chłopakami. A więc o co chodzi? 

Renick usiadł na krześle i skrzyżował swoje długie nogi. 

-  Mamy  chyba  do  czynienia  z  porwaniem  -  zaczął.  - 

Pomyślałem,  że  pan  zechce  być  o  tym  natychmiast 

powiadomiony.  Z  samego  rana  otrzymałem  telefon  od  Mastersa, 

dyrektora  Banku  Kalifornijskiego  w  Los  Angeles.  -  Zwrócił  się 

do mnie. - Mamy umowę z bankami, że sygnalizują nam zawsze, 

kiedy  właściciele  kont  podejmują  pośpiesz  nie  w  niezwykłych 

okolicznościach  duże  sumy.  Doświadczenie  nas  nauczyło,  że  w 

większości przypadków pieniądze te są przeznaczone na okup. 

Wyjąłem  chusteczkę  i  wytarłem  wilgotne  czoło.  Oto 

szczegół,  którego  nie  znałem  i  który  nie  przyszedł  mi  nawet  do 

głowy. 

- Masters powiadomił nas właśnie, że Malroux polecił mu 

telefonicznie, żeby otworzył bank i przygotował dla niego pięćset 

tysięcy  dolarów.  Dziś  jest  niedziela.  Masters  usiłował 

background image

wytłumaczyć Malroux. żeby poczekał do jutra, ale Malroux, który 

jest  najlepszym  klientem  banku,  nalegał  na  natychmiastowe 

dostarczenie mu tej sumy. W myśl naszego układu Masters zaraz 

nas o tym powiadomił. 

Meadows drapał się w brodę. 

— Malroux  potrzebna  jest  może  gotówka  do  zawarcia 

jakiegoś interesu? - zauważył. 

— Ja  też  tak  myślałem.  Z  miejsca  przeprowadziłem 

wywiad.  -  Renick  znów  zwrócił  się  do  mnie.  -  Jak  zapewne 

wiesz,  Harry,  rodzice  porwanego  dziecka  są  zwykle  tak 

przerażeni, że ze względu na jego 

bezpieczeństwo wolą zaraz zapłacić, bez porozumienia się 

z  nami.  Tylko  czasami  pozwalają  nam  naznaczyć  pieniądze  lub 

zastawić  pułapkę  na  porywaczy.  Potem,  kiedy  dziecko  nie 

zostanie  im  zwrócone,  pędzą  na  policję  i  spodziewają  się,  że  je 

odszukamy. Rozumiem doskonale, że mają wątpliwości, czy nas 

zawiadomić.  Kidnaper  jest  najohydniejszym  przestępcą.  Grozi 

zawsze  rodzicom,  że  zabije  dziecko  w  razie  zawiadomienia 

policji.  Utrudnia  nam  to  oczywiście  pracę.  Stąd  pomysł 

dyskretnego  współdziałania  z  kierownictwem  banków.  Rozumie 

się,  że  nie  interweniujemy  natychmiast  po  otrzymaniu 

zawiadomienia, nie wolno nam, ale przynajmniej jesteśmy gotowi 

do wkroczenia, skoro tylko rodzice zażądają naszej pomocy. 

— Na  jakiej  podstawie  przypuszczasz,  że  jego  córka 

została porwana? - spytałem, żeby powiedzieć cokolwiek. 

— Dziewczyna  zniknęła  -  odparł  Renick.  -  Szofer 

Malroux to dawny policjant. Kiedy Malroux sprowadził się tutaj, 

chciał mieć ochronę. Człowiek posiadający taką fortunę jest stale 

niepokojony  przez  naciągaczy  i  spryciarzy.  Prosił,  żebyśmy  mu 

polecili policjanta, który mógłby być u niego szoferem i zarazem 

chronić go przed przykrymi przygodami. O’Reilly chciał zmienić 

pracę.  Był  uczciwym  człowiekiem  i  przejmował  się  metodami, 

jakie wówczas stosowano w policji. Przyjął tę pracę. Widziałem 

go. Opowiadał mi, że Odette Malroux, córka miliardera, była na 

wczorajszy wieczór umówiona do kina z przyjaciółką. Odette nie 

background image

zjawiła  się  w  umówionym  miejscu  i  nie  wróciła  do  domu 

ostatniej nocy. 

— Skąd wiesz, że nie poszła do kina? - spytał Meadows. 

— Przyjaciółka telefonowała. O’Reilly odebrał telefon. 

— Malroux nie zwrócił się do nas? 

— Nie.  -  Renick  wstał  i  zaczął  spacerować  po  pokoju.:- 

Poleciłem  jednemu  z  chłopców,  żeby  pilnowali  banku. 

Powiadomią mnie, kiedy Malroux pójdzie podjąć pieniądze. 

- Czy Masters zanotuje numery banknotów?  

Renick skrzywił się. 

— Nie  sądzę.  Trzeba  by  niesłychanie  dużo  czasu,  żeby 

odnotować wszystkie banknoty. W grę wchodzi  przecież pięćset 

tysięcy! 

— Jak właściwie wygląda ta dziewczyna. Czy wie pan coś 

o niej? Może uciekła, żeby wziąć z kimś ślub? 

— A więc po co Malroux potrzebne by były pieniądze? 

— Szantaż? 

Renick wzruszył ramionami. 

-  Dziwiłoby  mnie  to,  raczej  porwanie.  Dziewczyna  ma 

dwadzieścia lat i jest urocza. Bez przesądów i bardziej swobodna, 

niżby  należało.  Zainkasowała  już  mnóstwo  protokołów  za 

przekroczenie  szybkości.  Mamy  jej  odciski  palców  i  z  prasy 

możemy  otrzymać  wszystkie  zdjęcia,  jakie  nam  tylko  będą 

potrzebne. 

Meadows  siedział  przez  dłuższą  chwilę  pogrążony  w 

myślach. 

— Jeśli  mamy  rzeczywiście  do  czynienia  z  porwaniem  - 

oświadczył wreszcie - będzie dużo hałasu. Istotnie znajdziemy się 

na pierwszym planie. - Zwrócił oczy na mnie. - Tu właśnie będzie 

poJe do popisu dla pana, panie Barber. Pana obowiązkiem będzie 

zajęcie  się  prasą  i  niech  mi  pan  wierzy,  dziennikarze  z  całego 

kraju  rzucą  się  tutaj.  -  Wymierzył  we  mnie  swój  duży  palec.  - 

Lubię jak piszą o mnie w gazetach, Barber, ale  pod warunkiem, 

że przedstawiają mnie w korzystnym świetle. Pan rozumie? Pana 

rzeczą będzie postarać się o to. Pana rzeczą będzie czuwać, żeby 

background image

nas nie dręczyli. Za to właśnie będziemy panu płacić. Pana troską 

będzie również załatwienie sprawy w ten sposób, żeby mówiono 

o  Palm  City.  Nie  ma  nic  lepszego  niż  porwanie,  żeby  zrobić 

reklamę  miastu.  Spoczywa  na  panu  wielka  odpowiedzialność; 

właśnie dlatego wybraliśmy pana. 

— Rozumiem - odparłem. 

Wówczas  Meadows  zwrócił  się  do  Renicka,  który  przez 

cały czas spacerował tam i z powrotem. 

— Jej samochód zniknął także? 

— Tak. Biały triumph. O’Reilly podał mi numer. 

— Nic nie ryzykujemy, jeśli spróbujemy go odnaleźć. Każ 

chłopcom  rozejrzeć  się.  Właściwie  nic  innego  nie  możemy 

zrobić,  zanim  Malroux  do  nas  się  nie  zwróci.  Powiem  również 

słówko dyrektorowi policji municypalnej. Trzeba także dać znać 

policji federalnej. Będą interweniowali automatycznie. 

— Zajmę się tym, proszę pana. 

— Dobrze,  a  więc  do  roboty!  Barber,  chwilowo  nie  jest 

nam  pan  potrzebny.  Niech  pan  wykorzysta  spokojnie  niedzielę, 

ale  proszę  co  dwie  godziny  telefonować  do  Renicka,  czy  nie 

zdarzyło się coś nowego. Zgoda? 

Wstałem. 

-  Zgoda.  -  Wahałem  się  przez  chwilę.  -  Mam  pomysł  - 

powiedziałem.  -  Czy  nie  można  śledzić  Malroux,  kiedy  pójdzie 

po pieniądze i potem gdzieś je zaniesie? 

Meadows zaprzeczył głową. 

-  Mowy  nie  ma  -  powiedział.  -  Palcem  nie  kiwniemy, 

zanim  się  do  nas  nie  zwrócą.  Przypuśćmy,  że  będziemy  ich 

śledzić.  Porywacze  mogą  to  zauważyć,  stracą  głowę  i  zabiją 

dziewczynę.  Jak  będę  wtedy  wyglądał?  Nie,  nie  chcę  brać  na 

siebie takiego ryzyka! Nie ruszymy się tak długo, aż nas Malroux 

nie zaalarmuje. 

„Więc nie jest jeszcze wszystko stracone” - pomyślałem. 

-  Tak,  świetnie  rozumiem  -  odparłem.  -  Dobrze, 

zadzwonię o jedenastej trzydzieści, John. 

Kiedy szedłem w kierunku wyjścia, Meadows zdejmował 

background image

słuchawkę z telefonu. Renick rozmawiał już z drugiego aparatu. 

Zamknąłem  drzwi  i  kroczyłem  dalej  korytarzem.  O 

jedenastej miałem spotkanie z Rheą. 

background image

Rozdział 6 

Jechałem  na  plażę,  kiedy  deszcz  zaczął  padać.  Chłodny 

wiatr pędził fale na szarym, wzburzonym morzu. Nie był to dzień 

odpowiedni  do  plażowania,  toteż  parking  Billa  Holdena  świecił 

pustką. 

Wszedłem do pawilonu, zamknąłem się i zadzwoniłem do 

hotelu Regent, do Los Angeles. 

Po kilku minutach odezwała się Odette. 

-  Tu  Harry  -  powiedziałem.  -  Niech  pani  słucha  uważnie. 

Możemy mieć przykrości. Nie mogę mówić o tym przez telefon, 

w  każdym  razie  proszę  nie  wychodzić  ze  swego  pokoju. 

Zadzwonię znowu. Może będzie musiała pani jutro wrócić. 

Usłyszałem jej stłumiony krzyk. 

— To ten człowiek? Ten pijak? 

— Nie.  Gorzej.  Ludzie,  których  interwencji  obawialiśmy 

się w przyszłości, już wmieszali się w naszą grę. Rozumie pani? 

— Co zrobimy? 

— Jeszcze  nic  straconego.  Jeśli  zmienię  zdanie, 

zatelefonuję  wieczorem.  Na  razie  niech  się  pani  nie  pokazuje  i 

siedzi w pokoju. 

— Ale co się dzieje?  - w jej  głosie przebijało  rodzące się 

przerażenie. - Nie może mi pan powiedzieć? 

-  Nie  telefonicznie.  Niech  pani  zostanie,  tam  gdzie  jest  i 

nie wychodzi. Zadzwonię wieczorem. 

Odłożyłem słuchawkę. 

Martwiłem  się  o  nią,  ale  nie  odważyłem  się  nic  więcej 

powiedzieć. Telefonistka mogła podsłuchać naszą rozmowę. 

Podszedłem  do  okna,  żeby  spojrzeć  przez  szybę.  Padał 

silny deszcz rysujący na piasku przeróżne wzory. Plaża sprawiała 

wrażenie  smutnej  i  opuszczonej.  Zapaliłem  papierosa  i 

pogrążyłem się w rozmyślaniach. 

Malroux  nie  zawiadomił  jeszcze  policji,  to  było 

pocieszające.  Jeśli  gliny  znajdą  samochód  Odette  z  uszkodzoną 

karoserią,  będą  mieli  świetny  pretekst  do  złożenia  wizyty 

Malroux, a wtedy może on przyznać się do zniknięcia córki. 

background image

Zobaczyłem  Rheę  idącą  przez  plażę  w  czarnym 

nieprzemakalnym  płaszczu,  ukrytą  pod  parasolem.  Gdyby  ją 

Holden zobaczył, nie mógłby jej poznać, jej twarz była zasłonięta. 

Otworzyłem drzwi w chwili, kiedy stanęła na najwyższym 

stopniu. 

- Pojechał do banku po pieniądze - oświadczyła. Zamknęła 

parasol i strzepnęła go przed wyjściem. - Powiedziałam mu, że idę 

do kościoła, żeby pomodlić się za Odette. 

Z natury nie jestem  religijny, ale jej cynizm  przejął mnie 

niesmakiem,  poczułem  do  niej  wyraźną  antypatię.  Pomogłem  jej 

zdjąć płaszcz, usiadła w fotelu. 

— Jak  pan  przypuszcza,  kiedy  odbierze  pan  pieniądze?  - 

spytała. 

— Nie  jestem  taki  pewny,  że  zdobędziemy  tę  forsę  - 

odparłem. Drgnęła, rzuciła na mnie ostre spojrzenie. 

— Jak to? 

-  Ta  wiadomość  może  panią  zaskoczyć  -  rzekłem  kładąc 

płaszcz  na  krześle.  Usiadłem.  -  Dyrektor  banku  pani  męża  i 

kierowca  złożyli  zeznania.  Policja  już  wie,  że  Odette  porwali 

kidnaperzy. 

Gdybym  ją  uderzył  w  twarz,  nie  zareagowałaby  bardziej 

gwałtownie. 

— Kłamie  pan!  -  Zerwała  się  jednym  susem,  z  pobladłą 

twarzą  i  błyszczącymi  oczami.  -  Chce  pan  po  prostu  stchórzyć! 

Boi się pan iść po pieniądze! 

— Tak  pani  sądzi?  -  Jej  wściekłość  i  strach  uśmierzyły 

mój własny niepokój. - Dzisiaj rano pan Masters, dyrektor banku 

Malroux, telefonował do szefa policji, że pani mąż potrzebuje 500 

tysięcy  dolarów,  i  to  jak  najszybciej.  Dyrektorzy  banków  mają 

obowiązek,  jak  się  zdaje,  zawiadamiania  natychmiast  policji  w 

wypadku,  kiedy  ich  klienci  żądają  nagle  dużych  sum  w  jak 

najszybszym  terminie  i  do  tego  w  banknotach  o  małych 

nominałach.  Policja  automatycznie  wyciąga  z  tego  wniosek  - 

dopóki nie zdobędzie dowodów, że jest inaczej  - że pieniądze te 

są przeznaczone na zapłacenie okupu. 

background image

- Skąd pan to wie? - spytała krzykliwym głosem.  

Opowiedziałem  jej  o  mojej  nowej  pracy  i  o  rozmowie  z 

szeryfem dystryktu. 

-  Renick  rozmawiał  już  z  pani  szoferem,  O’Reilly’m  - 

ciągnąłem.  -  Chyba  nie  wie  pani,  że  to  dawny  policjant. 

Powiadomił  Renicka,  że  Odette  nie  przyszła  na  umówione  z 

koleżanką spotkanie i nie wróciła do domu. Szef jest przekonany, 

że Odette została porwana. Spodziewa się, że wybuchnie sprawa 

nie mniej sensacyjna niż porwanie dziecka Lindbergha. 

Rhea  chwyciła  się  za  gardło  i  upadła  na  fotel.  Nagle 

straciła  całą  swą  urodę.  Jej  twarz  zniekształcona  strachem  i 

rozczarowaniem, budziła wstręt. 

— Co  robić?  -  zapytała  w  końcu,  uderzając  pięścią  w 

poręcz fotela. - Muszę mieć koniecznie pieniądze. 

— Uprzedzałem  panią!  Mówiłem,  że  policja  może  się  do 

tego wtrącić. 

— Nie ma znaczenia, co pan mówił. Co teraz zrobimy? 

— Radzę  pani  wysłuchać  najpierw  tego,  co  mam  pani  do 

powiedzenia. Potem będzie pani mogła podjąć decyzję. 

Opowiedziałem  jej  wszystko  szczegółowo:  o  pijaku,  o 

wypadku samochodowym,  o tym,  że policja szuka triumpha i  że 

kiedy go znajdą, nie omieszkają przesłuchać jej męża. 

Słuchała bez ruchu, ściskając ręce kolanami. 

— Tak  więc  przedstawia  się  sprawa  -  oświadczyłem  na 

zakończenie.  -  W  naszym  pechu  mamy  szczęście,  że  szeryf 

dystryktu  nie  zrobi  nic  bez  polecenia  mister  Malroux.  Nie  będą 

śledzili pani męża, kiedy pojedzie złożyć okup. Wszystko zależy 

teraz  od  niego.  Czy  powie  policji,  że  Odette  porwano,  kiedy 

zażądają wyjaśnień w związku z triumphem? 

— On nic nie powie. Po pana telefonie zapewniał mnie bez 

interwencji z mojej strony, że nie zwróci się do policji. Gotów jest 

zapłacić, byle tylko odzyskać Odette. 

— A  więc,  jeśli  jest  pani  pewna,  że  będzie  trzymał  język 

za zębami, możemy działać dalej. 

— Jestem tego absolutnie pewna. 

background image

Spojrzałem na zegarek. Była jedenasta trzydzieści. 

— Spróbuję  sprawdzić  co  się  dzieje  -  rzekłem  podnosząc 

słuchawkę. Poprosiłem Renicka. Kiedy się zjawił, spytałem: 

— Czy jest coś nowego? Potrzebujesz mnie? 

— Jeszcze nie. - Zdawało mi się, że jest w złym humorze. 

-  Nie  znaleźliśmy  jeszcze  samochodu.  Malroux  poszedł  po 

pieniądze  do  banku  przed  dziesięcioma  minutami.  Policja 

federalna  jest  gotowa  do  interwencji.  Zadzwoń  około  piętnastej. 

Może do tego czasu odszukamy wóz. 

— Zgoda - odparłem i odłożyłem słuchawkę. 

Rhea patrzyła na mnie, przerażona w najwyższym stopniu. 

— Jeszcze nie znaleźli wozu Odette. Jeśli będziemy mieli 

trochę szczęścia, nie znajdą go - powiedziałem. - Trzeba przesłać 

teraz  pismo  Odette  do  pani  męża.  -  Wyjąłem  list  z  książki. 

Włożyłem  go  do  plastykowego  opakowania,  żeby  nie  zostawić 

odcisków palców. - W jaki sposób odbiera pani pocztę? 

— Przy wejściu jest skrzynka na listy. 

- Kiedy będzie pani wracała do domu, proszę wrzucić ten 

list  do  skrzynki.  Musi  pani  uważać,  żeby  nikt  pani  nie  zobaczył. 

Znajdują się tam instrukcje na jutro. Niech pani uważa, żeby nie 

zostawić  odcisków.  Proszę  włożyć  rękawiczki,  kiedy  będzie  go 

pani wyjmowała z plastykowej oprawki. 

Wsunęła list do torebki. 

— A  więc  jest  pan  zdecydowany  ciągnąć  sprawę  dalej?  - 

zapytała. 

— Przecież pani płaci mi za to. Sądzę, że może się nam to 

udać. Świetnie, że mam kontakt z obozem wroga; to mi pozwoli 

zorientować się, jaka jest  sytuacja. Jeśli będę widział, że sprawa 

bierze  zły  obrót,  uprzedzę  panią.  Proszę  posłuchać,  jaki  mam 

plan:  zadzwonię  do  Odette,  żeby  wróciła  samolotem  jutro  o 

dwudziestej  trzeciej.  Przyleci  około  pierwszej  w  nocy  i  będzie 

tutaj  czekała.  Pani  mąż  pojedzie  szosą  na  East  Beach,  aż  do 

miejsca, w którym ujrzy sygnały świetlne dawane latarką. 

Około drugiej trzydzieści powinienem mieć już pieniądze. 

Malroux będzie jechał  dalej aż do  Lone Bay sądząc, że znajdzie 

background image

tam  Odette.  Ja  przyjadę  tutaj,  gdzie  spotkam  się  z  wami 

obydwiema  za  piętnaście  trzecia  w  nocy.  Podzielimy  pieniądze. 

Pani  mąż,  nie  znalazłszy  Odette,  wróci  do  domu.  Pani  wraz  z 

Odette  będzie  już  tam  na  niego  czekała.  Powie  pani,  że  Odette 

zjawiła  się  tuż  po  jego  odjeździe.  Przygotowałem  jej  bajeczkę, 

którą  go  uraczy.  Na  pewno  uda  się  jej  przekonać  ojca.  Tak 

wygląda mój scenariusz. 

Zastanawiała  się  dłuższą  chwilę,  a  potem  aprobująco 

skinęła głową. 

-  Dobrze...  A  więc  spotkamy  się  tutaj  jutro  w  nocy,  za 

piętnaście trzecia. 

-  Proszę  mieć  się  na  baczności  przed  O’Reillym  - 

odparłem. 

-  Musi  się  pani  tak  urządzić,  żeby  nie  widział,  jak  pani 

odjeżdża.  To  konfident.  Będzie  teraz  czatował  na  nasze 

najdrobniejsze 

potknięcie, 

by 

natychmiast  poinformować  o  tym  policję.  Niech  pani  będzie 

rozsądna. 

Podniósł się. 

— Rozumiem. 

— Doskonale.  A  teraz  potrzebne  mi  są  pieniądze  - 

rzekłem. 

-  Muszę  zapłacić  za  wynajęcie  pawilonu.  Pięćdziesiąt 

wystarczy.  

Wręczyła mi pieniądze. 

— A więc do jutra... 

— Tak  jest.  -  Coś  mnie  zaniepokoiło  w  jej  zachowaniu. 

Nie  zdawałem  sobie  sprawy  dlaczego,  ale  nieprzyjemne  uczucie 

pozostało. 

- I proszę uważać na O’Reilly’ego!  

Przyglądała mi się długo. 

- Jest pan pewien, że potrafi pan wybrnąć z tego? 

background image

— Jeśli  nie  potrafię,  wycofam  się  natychmiast, 

przyrzekam. 

— Potrzebne mi są te pieniądze - powiedziała. - Liczę na 

nie. Dość drogo panu za to płacę! 

Wyszła,  otworzyła  parasol,  schodziła  schodkami  w 

deszczu.  Widziałem,  jak  szła  po  mokrym  piasku  w  stronę 

parkingu.  Kiedy  odjechała,  poszedłem  krytą  galerią,  łączącą 

wszystkie  pawilony,  do  biura  Billa  Holdena.  Zapłaciłem  mu  za 

wynajęcie domku. 

- Z pracą w porządku, panie Barber? - spytał wręczając mi 

pokwitowanie. 

Przez  sekundę  lub  dwie  patrzyłem  na  niego,  nie  bardzo 

rozumiejąc  o  co  chodzi.  Później  przypomniałem  sobie  i 

podziękowałem mu uśmiechem pełnym zadowolenia. 

— Świetnie  -  odparłem.  -  Pawilon  jest  mi  potrzebny 

Jeszcze na jedną noc. Dobrze? 

— Jak długo pan zechce. - Skierował ponure spojrzenie na 

okno. - Nigdy nie widziałem takiej cholernej pogody! Dla mnie to 

ruina! Niech pan tylko spojrzy! 

— Jutro się przejaśni! - rzekłem. - Głowa do góry! A więc 

nic nie jestem panu winien. 

Wróciłem  do  domku.  Po  drugiej  pobiegłem  do  baru 

naprzeciw, 

zjadłem 

kilka 

kanapek. 

Kiedy 

wróciłem, 

zatelefonowałem do Niny, aby ją zawiadomić, że nie wiem, kiedy 

wrócę. 

— Harry, z tą pracą wszystko już załatwione? 

— Załatwione  -  odparłem.  -  Mam  posadę.  Odtąd  nie 

będziemy  już  mieli  powodu  do  zmartwień.  -  Chętnie  bym  w  to 

uwierzył. Nigdy jeszcze nie byłem w takich tarapatach. 

— Cudownie!  -  powiedziała  z  takim  zachwytem,  że 

poczułem się jeszcze większym nędznikiem. - Dlaczego Johnowi 

tak zależało na pośpiechu? 

— Opowiem  ci  wszystko,  jak  wrócę.  Nie  mogę  o  tym 

mówić przez telefon. 

— Czekam na ciebie, Harry. 

background image

— Wrócę możliwie najszybciej. 

Za pięć trzecia zadzwoniłem do Renicka. 

Czekałem dłuższą chwilę, zanim podszedł do telefonu. 

-  Harry?  Spadasz  mi  z  nieba!  -  krzyczał,  wydawał  się 

bardzo  podniecony.  -  Znaleźliśmy  samochód!  Znasz  parking  w 

Lone Bay? Jeśli możesz, przyjedź. Lecę tam właśnie. 

Z  nagle  wyschniętym  gardłem  i  bijącym  sercem 

zapewniłem go, że zaraz jadę. 

background image

 

II 

 

Dobrze  zbudowany  policjant,  czerwony  na  twarzy, 

owinięty w płaszcz z ceraty, stał obok białego triumpha. Renick, 

w towarzystwie dwóch inspektorów, których nie znałem, oglądał 

wóz. Na mój widok zawołał: 

- Przyjrzyj się tylko, Harry. Wgnieciona karoseria!  

Obydwaj  inspektorzy  spojrzeli  na  mnie.  Podszedłem  do 

Renicka. 

— Jesteś  pewien,  że  to  jej  samochód?  -  zapytałem,  żeby 

powiedzieć cokolwiek. 

— Numery wozu i karty zgadzają się. Nie ma wątpliwości. 

Proszę zdjąć odciski palców - zwrócił się do inspektorów. - Kiedy 

skończycie,  zostawcie  wóz  i  przyjdźcie  złożyć  mi  raport.  Idę  do 

mister  Malroux,  Harry.  Chodź  ze  mną.  To  uszkodzenie  daje  mi 

pretekst  do  rozmowy  z  nim.  Weźmiemy  twój  wóz.  Odwieziesz 

mnie potem do komisariatu. 

Chciałem zawiadomić Rheę o naszej wizycie, ale nie było 

możliwości.  Po  dziesięciu  minutach  staliśmy  już  pod  rezydencją 

Malroux. 

Dom był osłonięty wysokim murem. Kiedy zatrzymaliśmy 

się  przed  masywną,  drewnianą  bramą,  mężczyzna  szeroki  w 

barach,  w  szarym  uniformie,  wyszedł  z  sąsiedniego  domku  i 

skierował na nas pytające spojrzenie. 

— Chcieliśmy zobaczyć się z panną Malroux - odezwał się 

Renick. Mężczyzna potrząsnął głową. 

— Nie ma jej w domu. 

— Czy wie pan, gdzie mógłbym ją zobaczyć? 

— Nie. 

— A więc zwrócę się do mister Malroux. 

— Musi się pan przedtem umówić. 

— Porucznik policji Renick. Jestem tu służbowo. 

— To co innego. Proszę chwilę poczekać, poruczniku. 

Wszedł  do  swojej  loży.  Widziałem  przez  okno,  jak 

background image

podnosi słuchawkę telefonu. Po chwili wyszedł i otworzył bramę. 

- Proszę, poruczniku. 

Weszliśmy w aleję posypaną piaskiem. Z jednej  i  drugiej 

strony  ciągnęły  się  trawniki  i  ogromne  gazony  kwiatowe. 

Zachwycająca  feeria  barw.  Teraz  ujrzeliśmy  dom.  Była  to  willa 

długa i niska, w stylu hiszpańskim, z tarasami. Fontanna zdobiła 

podwórze. 

Przy  wejściu  czekał  na  nas  kamerdyner  -  starszy  pan  z 

brzuszkiem - o wyniosłym spojrzeniu. 

background image

— Porucznik  policji  Renick  -  zameldował  się  John.  - 

Chciałbym mówić z panem Malroux. 

— Tędy proszę. 

Przez patio, gdzie szemrała druga fontanna, weszliśmy na 

obszerny taras z widokiem na morze. 

Rhea  w  kostiumie  kąpielowym  siedziała  w  fotelu  i 

przeglądała  pismo  ilustrowane.  Słysząc  nasze  kroki,  podniosła 

wzrok. 

Mężczyzna - wysoki, szczupły, mocno opalony, w białych 

spodniach, w niebieskoróżowym polo - siedział w drugim fotelu. 

„To  z  pewnością  Malroux”  -  pomyślałem.  Był  to  piękny 

człowiek, z gęstą czupryną siwych włosów o stalowym odcieniu i 

z  niebieskimi,  żywymi  oczami.  Wydawało  się  niemożliwe,  żeby 

ten człowiek był dotknięty nieuleczalną chorobą. 

— Mister Malroux? - spytał Renick. 

— Tak, poruczniku. Proszę usiąść. Czym mogę służyć? 

Głos Malroux był spokojny, bezosobowy. Niebieskie oczy 

o poważnym spojrzeniu nie zachęcały do długiej rozmowy. 

— Harry  Barber  -  rzekł  Renick  wskazując  na  mnie.  - 

Pracuje  ze  mną.  -  Nie  usiadł.  Malroux  zarówno  swą  miną  jak  i 

intonacją  głosu  dawał  do  zrozumienia,  że  nie  jesteśmy 

pożądanymi  gośćmi.  -  Spodziewałem  się  zastać  pannę  Malroux. 

Dowiedziałem się, że jest nieobecna. 

— Zgadza się. O co chodzi? 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  że  zabieram  panu  czas  -  odparł 

Renick  swym  najbardziej  kurtuazyjnym  tonem  -  ale  prowadzę 

dochodzenie  w  związku  z  pewnym  wypadkiem.  Ostatniej  nocy 

samochód  potrącił  kobietę  i  zranił  ją  poważnie,  kierowca  nie 

zatrzymał się. Przez cały dzień sprawdzaliśmy samochody i przy 

okazji  odkryliśmy  wóz  pana  córki  na  parkingu  w  Lone  Bay. 

Maska jest kompletnie zgnieciona. Chcielibyśmy wiedzieć, w jaki 

sposób zdarzyła się ta kraksa? 

Patrzyłem  na  Malroux  i  z  trwogą  czekałem  na  jego 

odpowiedź.  Czy  powie  Renickowi,  że  jego  córkę  porwali 

kidnaperzy?  Twarz  miliardera  nie  zdradzała  śladu  emocji. 

background image

Obserwował  Renicka  zamyślonym  wzrokiem,  z  kompletną 

obojętnością. 

-  Gdyby moja córko kogoś potrąciła, nie uciekłaby. W tej 

chwili  przebywa  u  swych  przyjaciół,  jak  sądzę,  ale  nie  wiem  u 

kogo. Młodzi nie opowiadają zbyt wiele swoim rodzicom. 

Spojrzałem  na  Rheę.  Wróciła  do  lektury  magazynu, 

sprawiała wrażenie, że wcale nie interesuje się naszą rozmową. 

- Kiedy wraca? - spytał Renick. 

background image

— Za  kilka  dni.  Natychmiast  po  powrocie  powiem  jej  o 

pańskiej wizycie. Jestem pewien, że córka nie ma nic wspólnego z 

tą sprawą. 

— Czy orientuje się pan, z jakiego powodu zostawiła wóz 

na parkingu w Lone Bay? 

Malroux odpowiedział z gestem zniecierpliwienia: 

-  Nie.  Nie  obchodzi  mnie,  co  robi  moja  córka  ze  swym 

wozem. - Wziął książkę leżącą na stole. - Po powrocie spotka się 

z panem, jeśli to będzie jeszcze potrzebne! Do tego czasu znajdzie 

pan  zapewne  osobę  odpowiedzialną  za  ten  wypadek.  Jestem 

przekonany, że córka nie ma z tym nic wspólnego. Do widzenia, 

panie poruczniku! 

- Niewypał! - mruknął Renick, kiedy znaleźliśmy się znów 

w packardzie. - Nieużyty jest ten stary, prawda? 

Opadłem kompletnie z sił. 

-  Nie  wiemy  nawet,  na  pewno,  czy  została  porwana  - 

powiedziałem.  -  Może  potrzebne  mu  były  te  pieniądze  dla 

przeprowadzenia jakiejś transakcji? 

Renick potrząsnął głową. 

-  Nie  sądzę.  Nawet  jak  się  jest  miliarderem,  nie  każe  się 

otwierać banku w niedzielę, chyba że chodzi o śmierć łub życie. 

Gotów  jestem  założyć  się,  że  została  porwana.  Chodźmy  złożyć 

raport Meadowsowi. 

Kiedy  przybyliśmy  do  biura,  szef  chodził  tam  i  z 

powrotem w swoim gabinecie, żując cygaro. 

Renick zameldował mu o znalezieniu wozu z uszkodzoną 

maską i powtórzył rozmowę z Malroux. 

-  Nie  puścił  pary  z  gęby  -  zakończył.  -  Zresztą  bardzo 

dobrze  go  rozumiem.  Nie  uważa  pan,  że  powinniśmy  wszcząć 

poszukiwania jego córki? 

Meadows rzucił cygaro do kosza na papiery. 

-  Nie.  Zaczekamy.  Nie  mam  ochoty  ryzykować.  Małroux 

ma długie ręce. Jeśli będziemy teraz interweniowali i  jego córka 

ucierpi z tego powodu, ja wypiję całe piwo. Czekajmy. 

Renick wzruszył ramionami. 

background image

- Dobrze, szefie. - Potem zwrócił się do mnie: - Bądź pod 

telefonem.  Harry.  Może  wkrótce  będę  cię  potrzebował.  Wracasz 

do domu? 

-  Tak.  Gdybym  wyszedł,  zostawię  Ninie  numer  telefonu, 

pod którym mnie znajdziesz. 

- Zgoda.  

Wróciłem do domu. 

Nina  była  zajęta  malowaniem  wazy  ogrodowej.  Na  mój 

widok odłożyła pędzel. 

background image

-  Kochany...  umieram  z  niecierpliwości.  -  Oplotła  moją 

szyję ramionami. - Wszystko dobrze? 

Uścisnąłem ją i usiadłem na krześle z Niną na kolanach. 

-  Wszystko  świetnie  się  składa.  Znów  pracuję,  ta  robota 

będzie mi się podobała. 

Chciała  wiedzieć,  dlaczego  John  mnie  tak  pilnie 

potrzebował, i do tego w niedzielę. Opowiedziałem jej o Malroux. 

-  John  przypuszcza,  że  córkę  miliardera  porwali 

kidnaperzy.  Nie  mam  zamiaru  łamać  sobie  głowy,  dopóki  nie 

jesteśmy  tego  pewni.  Jeśli  chodzi  o  mnie,  uważam,  że  Malroux 

potrzebne  były  pieniądze  dla  załatwienia  jakiegoś  grubego 

interesu. 

Zmieniłem temat, spytałem czy ma zamiar dalej malować, 

teraz kiedy mam stałą posadę. 

-  Jeśli chcesz, możesz z tym  skończyć, stać mnie teraz na 

to - rzekłem. 

-  Myślę,  że  będę  dalej  pracowała.  W  każdym  razie  do 

końca sezonu.  

Po obiedzie oświadczyłem, że zajrzę do dyrektora policji, 

żeby sprawdzić, czy jest coś nowego. 

- Zaraz wracam. Nie zaszkodzi się tam pokazać. 

Udałem  się  do  najbliższego  drugstore  i  zadzwoniłem  do 

Odette. 

— Załatwione  na  jutrzejszy  wieczór.  Wszystko  będzie 

dobrze.  Przyleci  pani  samolotem  -  odlot  godzina  jedenasta.  Po 

przybyciu  wsiądzie  pani  do  autokaru  i  dojedzie  do  końcowej 

stacji. Około godziny pierwszej będzie pani na miejscu. Będę tam 

czekał i zawiozę panią do pawilonu. 

— Jest  pan  pewien,  że  wszystko  się  uda?  -  spytała 

zaniepokojona. 

— Ależ  tak...  proszę  się  nie  martwić.  Umawiamy  się  na 

końcowej stacji, o godzinie pierwszej. 

Odłożyłem  słuchawkę  i  zatelefonowałem  do  biura. 

Dyżurny  zawiadomił  mnie,  że  Renick  pojechał  do  siebie. 

Wywnioskowałem  z  tego,  że  nic  się  nie  zdarzyło  i  wróciłem  do 

background image

domu. 

Nazajutrz rano o dziewiątej udałem się do gabinetu szefa. 

Miałem dziwne uczucie: oto zaczynałem na nowo regularne życie. 

Jeszcze dziwniejszy był fakt, że pracowałem w biurze. 

Sekretarka Renicka wręczyła mi stos akt, zapewniając, że 

kiedy  to  przeczytam,  będę  miał  pojęcie  o  tym,  co  się  dzieje  w 

naszym urzędzie. Renick dzwonił, że się spóźni. 

Zabrałem  się  do  teczek.  Renick  zjawił  się  po  jedenastej. 

Usiadł na biurku i spytał mnie, czy cieszę się, że znów pracuję. 

-  Oczywiście!  -  odparłem  wskazując  ręką  stos  teczek.  – 

Bardzo mnie interesuje. Nie ma wiadomości o małej Malroux? 

background image

— Ciągle nic. Postawiłem mego człowieka na parkingu w 

Lone  Bay.  Jeśli  miss  Malroux  przyjdzie  po  samochód, 

natychmiast powiadomią mnie o tym telefonicznie. Nic więcej nie 

mogę  zrobić,  jak  długo  Malroux  do  nas  się  nie  zwraca.  Policja 

stanowa gotowa jest również do interwencji. 

— Jeśli Malroux zapłaci okup i odzyska córkę, to na tym 

się chyba wszystko skończy. 

— W  naszych  czasach  porywacze  rzadko  oddają  swe 

ofiary.  Martwe  są  mniej  niebezpieczne  -  oświadczył  Renick 

ponurym  tonem.  -  Jeśli  została  porwana,  ręczę  ci,  że  Malroux 

zwróci  się  do  nas.-  Wstał  z  biurka.  -  No  dobrze,  idę  do  roboty. 

Gdybyś czegoś potrzebował, jestem tuż obok. 

Kiedy  odszedł,  odsunąłem  teczkę  leżącą  przede  mną  i 

zapaliłem  papierosa.  Jutro  rano,  przy  odrobinie  szczęścia,  będę 

miał pięćdziesiąt tysięcy dolarów w kieszeni. Z trudem mogłem w 

to uwierzyć. Pieniądze będą w banknotach o małych nominałach. 

Postanowiłem  wynająć  sejf  w  banku,  złożyć  tam  całą  sumę  i 

czerpać  z  niej  od  czasu  do  czasu  tylko  w  razie  absolutnej 

konieczności.  Muszę  być  rozsądny.  Nie  wolno  nagle  zmieniać 

trybu  życia.  Później  będę  mógł  dać  do  zrozumienia,  że 

poszczęściło  mi  się  na  giełdzie,  lecz  trzeba  przynajmniej  z  rok 

poczekać,  jeśli  nie  dłużej.  Zamierzałem  właśnie  udać  się  na 

śniadanie,  kiedy  ktoś  otworzył  gwałtownie  drzwi  i  ukazał  się 

Renick.  Po  jego  minie  poznałem,  że  coś  się  stało.  Serce 

podskoczyło mi do gardła. 

— Myślę, że wpadliśmy na ślad! - powiedział. - Chodź ze 

mną do głównego komisariatu.  Opowiem ci  po drodze.  -  Idąc do 

windy ciągnął dalej: 

— Można mówić o szczęściu! Kiedy przeglądałem raporty 

policji  z  sobotniej  nocy,  znalazłem  bardzo  interesującą 

wiadomość. Na parkingu obok „Piratów” znaleziono zemdlonego 

mężczyznę. Znasz ten lokal? 

Nagle tak mi wyschło w gardle, że nie mogłem wydobyć 

głosu. Mruknąłem coś pod nosem i skinąłem głową. 

— Facet  miał  brzydką  ranę  na  głowie.  Barman  wezwał 

background image

natychmiast policję. Poszkodowany poszedł za jakąś dziewczyną 

na parking. Barman ma wrażenie, że to była Odette Malroux. 

— Na  jakiej  podstawie  tak  przypuszcza?  -  spytałem 

ochrypłym głosem. 

— Panna Malroux była dość znana w Palm City. Dzienniki 

często umieszczały jej zdjęcia. Barman nie ma wątpliwości, że to 

była  ona.  Posłaliśmy  po  niego,  jest  teraz  w  komisariacie.  Mam 

kilka  fotosów  dziewczyny.  Jestem  pewien,  że  będzie  mógł  ją 

poznać. 

background image

— A ten typ, czy jest poważnie ranny? 

— Otrzymał  paskudne  uderzenie  w  głowę,  ale  poza  tym 

czuje  się  całkiem  dobrze.  Ale  kto  go  uderzył?  Jeśli  to  była 

rzeczywiście  Odette  Malroux,  zastanawiam  się,  czego  mogła 

szukać w takiej knajpie jak „Piraci”. 

— Może to nie była ona. 

— Już za chwilę będziemy wiedzieli. 

W  dziesięć  minut  później  znaleźliśmy  się  w  biurze 

sierżanta Hammonda. Barman z „Piratów” był już na miejscu. To 

z nim rozmawiała Odette tamtego wieczoru. 

Renick pokazał mu liczne zdjęcia dziewczyny. 

— To ona - oświadczył barman. - Na pewno ona nie mylę 

się. 

— O której godzinie przyszła? - spytał Renick rzucając mi 

porozumiewawcze spojrzenie. 

— Kilka  minut  po  dziewiątej.  Przebiegła  przez  salę 

rozglądając się dokoła, jakby kogoś szukała. Potem spytała mnie, 

czy jest jeszcze drugi bar. Zaprzeczyłem i pokazałem jej drogę do 

restauracji.  Rozejrzała  się  także  i  tam,  potem  poszła  w  kierunku 

drzwi.  W  barze  znajdował  się  facet  trochę  pod  gazem.  Nie  był 

zalany,  ale  nieźle  sobie  dogodził.  Chwycił  ją  za  ramię,  kiedy 

przechodziła  obok  niego.  Wyrwała  się  i  wyszła.  Mężczyzna 

poszedł za nią. 

— A potem? 

— Dziesięć  minut  później  przyszedł  klient  i  zawiadomił 

mnie, że jakiś mężczyzna leży na ziemi  na parkingu. Poszedłem 

zobaczyć  i  ujrzałem  owego  pijaka.  Krew  lała  się  z  niego  jak  z 

wieprza, wtedy wezwałem policję. 

— Czy  jakieś  wozy  wyjeżdżały  z  parkingu,  zanim  go 

znaleziono? 

— Słyszałem,  że  w  dwóch  samochodach  uruchomiono 

silniki  i  że  odjeżdżają  w  kilka  minut  po  wyjściu  dziewczyny. 

Jeden  z  nich  musiał  być  mocną  sportową  maszyną,  sądząc  po 

hałasie silnika. 

— A drugi? 

background image

— To był jakiś zwyczajny wóz. 

— A  więc  dziewczyna  weszła  do  baru,  jakby  miała  się  z 

kimś spotkać, a potem odeszła? 

— Tak było. 

— Jak była ubrana? 

Barman  podał  dość  dokładny  opis  toalety,  jaką  miała  na 

sobie Odette tamtego wieczoru. Sierżant Hammond protokołował. 

Po odejściu barmana Renick oświadczył: 

-  Pójdziemy  obejrzeć  tego  faceta  w  szpitalu.  Jak  on  się 

nazywa, sierżancie? 

- Walter Kerby. 

Zastaliśmy  Waltera  Kerby  leżącego  w  łóżku  z 

obandażowaną  głową.  Przyznał  się  bez  żadnych  oporów,  że  w 

sobotę wieczorem był pijany. 

— Zobaczyłem  ładną  dziewczynę  -  opowiadał  -  i 

uważałem,  że  sprawa  jest  prosta.  Porządne  dziewczyny  nie 

przychodzą  do  baru  „Piratów”.  Wyglądała  jak  dama,  ale 

myślałem, że umyślnie tak się ubrała, żeby poderwać chłopaków, 

i  poszedłem za nią na parking. Chyba się pomyliłem  co do niej. 

Próbowałem ją zaczepić, ale jej się to wcale nie podobało. Nagle 

jakiś typ wyłonił się z ciemności i uderzył mnie pałką w czaszkę. 

To wszystko. 

— Jak wyglądał? 

Stałem z drugiej strony łóżka. Bałem się, żeby Renick nie 

słyszał bicia mego serca. 

-  Dobrze  zbudowany  facet.  Nie  potrafiłbym  go  poznać. 

Nawet  nie  widziałem  jego  twarzy.  Było  ciemno,  a  on  uwinął  się 

szybko. 

W drodze powrotnej Renick zapytał: 

— Co, u licha miała do roboty u „Piratów”? Była przecież 

umówiona z przyjaciółką w kinie. Miały się spotkać o dziewiątej, 

tymczasem  o  dziewiątej  z  minutami  przyszła  do  tej  knajpy. 

Dlaczego zmieniła zamiar? 

— Może ktoś do niej telefonował? 

— Tak.  Można  to  tak  wytłumaczyć.  Czyżby  ją  ktoś  tam 

background image

zwabił?  Każę  przeprowadzić  śledztwo.  Może  Kerby  wmieszany 

jest  w  porwanie,  ale  zdziwiłoby  mnie  to  bardzo.  Spróbuję 

dowiedzieć  się  przez  O’Reilly’go,  czy  przed  wyjściem  nie 

otrzymała jakiegoś telefonu? 

Dopiero  o  piątej  dotarły  do  Renicka  żądane  informacje. 

Wszedł do pokoju, w którym pracowałem i usiadł na biurku. 

-  Za  piętnaście  dziewiąta,  tuż  przed  wyjściem  do  kina, 

telefonował  do  niej  jej  przyjaciel  Jerry  Williams.  Dowiedziałem 

się,  że  Williams  jest  studentem  medycyny.  Od  czasu  do  czasu 

wychodzą  wieczorami  z  mała  Malroux.  Należą  do  tej  samej 

paczki.  Nie  znaleźliśmy  niczego,  co  świadczyłoby  przeciwko 

niemu.  Zapytałem  Meadowsa  o  zdanie.  Nie  chce,  żeby 

przesłuchać Williamsa. Nie zostaje nam nic innego jak czekać, aż 

coś się stanie. 

— Chcesz,  żebym  został?  Renick  zaprzeczył  ruchem 

głowy. 

— Gdybym  cię  potrzebował,  mogę  przecież  wstąpić  po 

ciebie. 

— Jestem  umówiony  na  dzisiejszy  wieczór.  Możliwe,  że 

wrócę późno. 

-  Nic  nie  szkodzi,  Harry.  Idź  na  swoją  randkę.  W  razie 

potrzeby każę cię odszukać. Gdzie będziesz? 

Spodziewałem  się  tego  pytania  i  miałem  gotową 

odpowiedź. 

- W restauracji w kasynie. Wyjdę stamtąd około pierwszej. 

Możesz się ze mną spotkać po drugiej. 

Natychmiast po jego odejściu zatelefonowałem do Niny. 

-  Wrócę  późno  -  powiedziałem.  -  Sprawa,  o  której  ci 

mówiłem,  komplikuje  się.  Będę  musiał  nieźle  się  nalatać. 

Powiedziałem  Johnowi,  że  o  drugiej  będę  w  domu,  gdyby  mnie 

potrzebował. 

Potem  wyszedłem  z  biura  i  udałem  się  do  pawilonu  na 

plaży, żeby tam poczekać do godziny umówionej z Odette. 

background image

 

Rozdział 7 

 

Trzydzieści minut po północy opuściłem pawilon i udałem 

się na dworzec autobusowy. Odstawiłem packarda i w informacji 

zapytałem  czy  samolot  odlatujący  z  Los  Angeles  o  jedenastej  w 

nocy  przyleci  w  przewidzianym  czasie.  Urzędnik  odpowiedział 

twierdząco  i  dodał,  że  autokar  z  lotniska  przyjedzie  o  pierwszej 

pięć. 

Zamknąłem się w kabinie telefonicznej i zadzwoniłem na 

policję. Sierżant Hammond powiadomił mnie, że Renick poszedł 

właśnie do domu. W sprawie Malroux nie było nic nowego. 

Nadszedł moment, żeby zatelefonować do niego. 

W  liście,  który  zredagowałem  dla  Odette,  otrzymał  on 

polecenie  czekania  przy  telefonie,  począwszy  od  północy,  na 

ostatnie instrukcje w sprawie dostarczenia okupu. 

Zgodnie  z  poleceniem  Malroux  osobiście  podniósł 

słuchawkę. 

— Pan wie, kto mówi! - powiedziałem groźnym głosem. - 

Ma pan forsę? 

— Tak. 

— Dobrze.  Niech  pan  słucha,  co  ma  teraz  zrobić; 

wyruszyć w drogę, wziąć rollsa i jechać szosą na East Beach. W 

drodze  ujrzy  pan  sygnały  dawane  latarką.  Nie  zatrzymywać  się. 

Jechać  do  miejsca,  skąd  będzie  padało  światło,  wyrzucić 

walizeczkę  przez  okno,  nie  przerywać  jazdy.  Potem  jechać  na 

parking  w  Lone  Bay.  Tam  będzie  stał  samochód  córki.  Jeśli 

otrzymamy okup i nie zrobi pan żadnego głupstwa, córka spotka 

się  tam  z  panem.  Stanie  się  to  mniej  więcej  godzinę  po  pana 

przyjeździe. Niech pan czeka do trzeciej. Jeśli do tego czasu nie 

zjawi  się  na  parkingu,  proszę  wrócić  do  domu.  Ona  już  tam 

będzie. Zrozumiał pan? 

— Zrozumiałem. 

— Dobrze.  Bez  żadnych  pułapek!  Niech  pan  przyjedzie 

sam. Od chwili wyjazdu będziemy mieli pana na oku. Nie trzeba 

background image

się  martwić  o  małą.  Czuje  się  bardzo  dobrze,  ale  to  się  zmieni, 

jeśli spróbuje nam pan zrobić brzydki kawał. 

background image

Ten człowiek był naprawdę niezwykły. Sprawiał wrażenie 

całkiem  spokojnego  i  opanowanego.  Odłożyłem  słuchawkę, 

wyszedłem z dworca i wróciłem do mego samochodu. Zapaliłem 

papierosa. 

Jeśli  chodzi  o  mnie,  to  nie  byłem  ani  opanowany,  ani 

spokojny.  Gdybym  nie  powtarzał  sobie  co  chwilę,  że  taśmy 

magnetofonowe 

banku 

zabezpieczą 

mnie 

przed 

odpowiedzialnością  karną  w  razie  wsypy,  zrezygnowałbym  z 

doprowadzenia do końca całej sprawy. Lecz kiedy pomyślałem o 

pięćdziesięciu  tysiącach,  które  niebawem  za-inkasuję,  udało  mi 

się opanować na tyle, by działać dalej. 

Usiłowałem przekonać siebie, że wszystko pójdzie gładko. 

Jak dotąd Rhea nie pomyliła się w przewidywaniu reakcji swego 

męża. Wytłumaczyłem sobie, że skoro Odette będzie już w domu, 

istnieje  małe  prawdopodobieństwo,  żeby  Malroux  zawiadomił 

policję. 

Gliny będą oczywiście przesłuchiwały Odette w związku z 

uszkodzeniem wozu. Liczą się jednak z potężnym Malroux i nie 

okażą się zbyt ciekawi i natrętni. 

Patrzyłem  w  stronę  dworca.  Kilka  osób  czekało  na 

autokar.  Na  parkingu  poza  moim  packardem  było  jeszcze  pięć 

wozów.  Nikt  nie  zwracał  na  mnie  najmniejszej  uwagi.  Byłem 

anonimowym osobnikiem, czekającym na czyjś przyjazd. 

Po pierwszej ujrzałem światła autokaru zbliżającego się do 

dworca.  Zatrzymał  się  przed  stacją.  Około  dwunastu  pasażerów 

siedziało  w  środku.  Wychyliłem  się  i  z  trwogą  obserwowałem 

wóz. 

Po 

chwili 

ujrzałem 

Odette. 

Nosiła 

okulary 

przeciwsłoneczne,  rudą  perukę  i  tanią  białoniebieską  sukienkę. 

Oddaliła  się  od  autokaru  i  niespokojnie  rozglądała  się  dokoła. 

Wydawała się zdenerwowana. 

Wysiadłem  z  samochodu  i  poszedłem  jej  na  spotkanie. 

Naokoło  panowało  pewne  ożywienie.  Ludzie  szukali  taksówek. 

Inni witali się z przyjaciółmi. 

Odette  spostrzegła  mnie  i  skierowała  się  w  moją  stronę. 

background image

Spotkaliśmy się przy autokarze. 

- Dobry wieczór - rzekłem. - Samochód... 

W tej chwili ciężka dłoń spoczęła na mym ramieniu, ręka 

ta  mogła  należeć  do  policjanta.  Przez  moment  czułem  się  jak 

sparaliżowany. Potem odwróciłem się, serce omal nie wyskoczyło 

mi z piersi. 

Jakiś  mężczyzna  około  pięćdziesiątki,  szeroki  w  barach, 

opalony na brąz, uśmiechał się do mnie, szczerząc zęby. 

- Harry! Chłopie! Jak ci się powodzi, stary draniu? 

Poznałem  go  natychmiast.  Nazywał  się  Tom  Cowley  i 

pracował  jako  reporter  w  „Pacific  Herald”.  Był  on  świetnym 

dziennikarzem i dość regularnie przyjeżdżał do Palm City. Często 

pomagał mi, a nawet graliśmy razem w golfa. 

Jego niespodziewany widok wprawił mnie w taką panikę, 

że nie mogłem wydobyć z siebie słowa. 

Chwyciłem  rękę,  którą  mi  podał  na  powitanie, 

potrząsnąłem  nią  i  wymierzyłem  mu  mocnego  klapsa  w  plecy, 

czyniąc rozpaczliwe wysiłki, żeby się opanować. 

Odette  stała  obok  nas.  Miałem  ochotę  krzyknąć,  żeby 

zniknęła jak najszybciej. 

Nie wiem, w jaki sposób udało mi się odzyskać mowę. 

— To ty, Tim! - mruknąłem. 

— Przyjechałem przed chwilą. Jak ci się wiedzie, chłopie? 

— Bardzo dobrze. Cieszę się, że cię widzę. 

Jego  złośliwe  oczy,  z  których  przebijała  ciekawość, 

spoczęły na Odette. 

— Gadaj...  nie  bądź  egoistą,  nie  chowaj  dla  siebie  tej 

uroczej damy. Przedstaw mi ją, ofermo! 

— Panna Harcourt - powiedziałem. - Anno, przedstawiam 

pani Tima Cowleya, znakomitego dziennikarza! 

Odette  za  późno  zaczęła  sobie  zdawać  sprawę  z 

niebezpieczeństwa.  Cofnęła  się,  patrzyła  kolejno  to  na  Cowleya, 

to na mnie, gotowa do ucieczki. 

Chwyciłem ją za rękę. 

— Anna jest przyjaciółką Niny - tłumaczyłem Cowleyowi. 

background image

-  Jedzie  do  Los  Angeles  i  dzisiaj  będzie  u  nas  nocować.  -  Moje 

palce zacisnęły się wokół ręki Odette. - A co ty tutaj robisz, Tim? 

— Och,  to  co  zawsze.  Czy  masz  tu  twój  wóz,  Harry? 

Mógłbyś mnie podrzucić na Plazza? 

- Wybacz, ale jadę w przeciwnym kierunku. Nina czeka na 

nas.  -  Zwróciłem  się  do  Odette.  -  Samochód  jest  na  parkingu. 

Zechce pani tam na mnie zaczekać? 

Lekkim  pchnięciem  wyekspediowałem  ją  na  parking  po 

drugiej stronie szosy. 

— Ta  mała  jest  taka  nieśmiała  -  rzekłem  -  że  widok 

mężczyzny przejmuje ją lękiem. 

— Pleciesz.  Wygląda,  jakby  umierała  ze  strachu.  Co  jej 

jest? 

— Prawdopodobnie seks. Ona i Nina sympatyzują ze sobą, 

ale mnie wprawia ona w furię. 

Moje  wytłumaczenie  podobało  mu  się  widocznie,  gdyż 

nagle roześmiał się. 

background image

- Wiem. Te kozy wszystkie są jednakowe. Co teraz robisz, 

Harry?  

Oświadczyłem mu, że pracuję dla szefa policji. 

- Musimy się zobaczyć, żeby trochę pogadać - dodałem. – 

Nie chcę, żeby ta mała na mnie czekała. Jeszcze dostanie ataku. 

— Zgoda, jestem na Plazza. Do zobaczenia w najbliższych 

dniach, Harry. Pożegnałem się i wróciłem do wozu. 

— Co  pani  wpadło  na  myśl?  Dlaczego  stała  pani  jak 

idiotka? Patrzyła na mnie chmurnie. 

— On  widział,  jak  pan  ze  mną  rozmawiał.  Myślałam,  że 

będzie lepiej, jak zostanę. 

— W każdym razie nie mógł chyba pani rozpoznać, to już 

wiele. Prawdziwy pech... 

-  Co  to  za  historia  z  policją?  Myślałam,  że  zwariuję  po 

pana  telefonie.  Dlaczego  policja  wmieszała  się  do  tego?  Czy 

ojciec... 

-  Nie.  Nie  sądzę,  że  zaalarmował  policję.  Ale  i  tutaj  nie 

mieliśmy szczęścia. 

Opowiedziałem jej całą historię, a potem dodałem: 

Trzeba 

znaleźć  wymówkę  dla  wytłumaczenia 

uszkodzenia maski. Może pani powiedzieć, że zdarzyło się to przy 

wyprowadzaniu  wozu  z  garażu.  Nie  wiem  do  jakiego  stopnia 

Renick będzie panią maglował. Ta historia z potrąconą kobietą to 

czysty  wymysł.  Nie  sądzę,  żeby  był  zbyt  natarczywy,  ale  trzeba 

mieć przygotowaną odpowiedź. 

- Zdaje mi się, że nie wiodło się panu dotąd – zauważyła. - 

Dlaczego mi pan nie powiedział o wypadku na parkingu? 

— Och!  Niech  się  pani  nie  martwi!  -  zacząłem  już  mieć 

dość  tego  krytykowania.  -  A  pani  wszystko  gładko  poszło? 

Siedziała pani przez cały czas w hotelu? Nie wałęsała się pani po 

ulicach? 

— Nie... 

— Nie  zapomniała  pani  pouczeń,  które  przekazałem  na 

wypadek, gdyby ojciec zawiadomił policję? 

— Nie, nie zapomniałam. 

background image

Było  za  piętnaście  druga,  kiedy  przyjechaliśmy  na  plażę. 

Zatrzymałem się przed pawilonem i wręczyłem jej klucze. 

-  Niech  pani  wejdzie,  przebierze  się  i  czeka  na  mnie. 

Około pół do trzeciej powinienem być z powrotem. 

Wzięła klucz i wysiadła z wozu. Podałem jej walizeczkę. 

- Będę na pana czekała - powiedziała i nagle uśmiechnęła 

się do mnie. - Niech pan dobrze pilnuje skarbu, Harry! 

- Może pani na mnie liczyć. Pochyliła się w głąb wozu. 

background image

- Proszę mnie pocałować! 

Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Musnąłem lekko jej 

usta. Cofnęła się i końcem palców posłała mi pocałunek. 

— Szkoda, że pan jest żonaty, Harry. 

— Tak, ale nic się na to nie poradzi - rzekłem przyglądając 

się jej uważnie. - I proszę nie mieć złudzeń... nie chciałbym tego 

zmieniać. 

— To dobrze, chciałam powiedzieć... szkoda! 

— Do widzenia! 

Odsunęła  się,  a  ja  skręciłem  na  szosę  do  East  Beach.  W 

lusterku widziałem, jak Odette wchodzi powoli do pawilonu. 

Wybrałem  już  miejsce,  skąd  zamierzałem  posłać  sygnały 

świetlne.  Przy  drodze  rosły  gęste  krzaki,  za  którymi  mogłem 

schować  samochód.  Sam  również  mogłem  się  tam  ukryć  i 

obserwować długi odcinek drogi. 

Postawiłem wóz, zgasiłem światła i poszedłem na pobocze 

szosy, żeby upewnić się, czy samochód nie jest widoczny. 

Potem  przykucnąłem  za  krzakiem,  z  latarką  w  ręku  i 

czekałem. 

Jeśli  Malroux  wyjechał  z  domu  punktualnie  o  drugiej,  za 

dziesięć  minut  powinien  znaleźć  się  w  tym  miejscu.  Miałem 

akurat tyle czasu, żeby zapalić papierosa. 

Skulony  w  ciemnościach  paliłem,  nerwy  miałem  napięte 

do  ostatnich  granic.  A  jeśli  Malroux  zastawił  na  mnie  pułapkę? 

Przypuśćmy, że zabrał ze sobą szofera O’Reilly’ego. Przypuśćmy, 

że  ten  eks-glina,  prawdziwy  brutal,  na  widok  moich  sygnałów 

wyskoczy z limuzyny i rzuci się na mnie. 

Próbowałem  przekonać  samego  siebie,  że  Malroux  nie 

zechce  narażać  córki.  Co  będzie,  jeśli  domyślił  się,  że  ma  do 

czynienia z fikcyjnym porwaniem? Jeśli... 

W  tym  momencie  spostrzegłem  reflektory  samochodu. 

Szybko zgasiłem papierosa. 

Tym  razem  stało  się  -  myślałem.  -  Za  kilka  sekund  będę 

wiedział, czy dobrowolnie rzuciłem się w paszczę lwa. 

W  blasku  księżyca  spostrzegłem  samochód.  Był  to  rolls 

background image

royce.  Pozwoliłem,  żeby  wóz  się  zbliżył,  po  czym  wysunąwszy 

latarkę przez gałęzie zapaliłem ją, rzucają światło na drogę. 

Rolls  jechał  z  szybkością  mniej  więcej  trzydziestu 

kilometrów  na  godzinę.  Wyglądało  na  to,  że  poza  prowadzącym 

wóz  nie  było  nikogo,  ale  to  nie  świadczyło  o  niczym.  Jeśli 

O’Reilly  towarzyszył  Malroux,  mógł  siedzieć  skurczony  w  głębi 

samochodu. 

Rolls  znalazł  się  teraz  naprzeciw  mnie  i  zwolnił 

nieznacznie. Ujrzałem, że Malroux wykonuje jakiś  ruch ręką, po 

czym  z  wysiłkiem  wyrzucił  przez  okno  pękatą  walizkę.  W 

odległości  niespełna  trzech  metrów  ode  mnie  z  głuchym 

stuknięciem upadła na ziemię. 

Rolls nabrał szybkości i pomknął w kierunku Lone Bay. 

Siedziałem  dalej  skulony  za  krzakiem,  ze  wzrokiem 

wbitym w walizkę. Nie mogłem uwierzyć, że pieniądze leżały tuż 

obok,  w  zasięgu  mojej  ręki.  Podniosłem  głowę,  tylne  światła 

rollsa  zniknęły  szybko  w  dali.  Zawahałem  się,  podniosłem 

walizkę i pobiegłem do packarda. Rzuciłem ją na tylne siedzenie, 

wśliznąłem  się  za  kierownicę  i  na  pełnym  gazie  pognałem  na 

plażę. 

Szalałem z radości. W końcowej fazie sprawa okazała się 

dziecinnie prosta. Byłem teraz posiadaczem pięćdziesięciu tysięcy 

dolarów! 

Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał drugą trzydzieści. 

Postawiłem  samochód,  wysiadłem  i  zabrałem  walizkę  z  tylnego 

siedzenia.  Rozejrzałem  się.  Uderzyło  mnie,  że  na  parkingu  nie 

było żadnego samochodu. 

Rhea  powinna  już  tu  być.  Przecież  nie  mogła  przyjść 

pieszo! Gdzie więc podział się jej wóz? Może nie mogła wyjechać 

z  domu?  Może  O’Reilly  ją  szpiegował,  dlatego  spóźni  się? 

Zresztą  mało  mnie  to  obchodziło.  Nie  miałem  zamiaru  czekać. 

Wezmę moją część, resztę zostawię Odette i wrócę do domu. 

Pobiegłem do pawilonu pogrążonego w ciemnościach. Nie 

zdziwiło mnie to. Odette czekała pewnie na werandzie. Stanąłem, 

nagle ogarnął mnie niepokój. 

background image

- Odette? 

Głucha  cisza,  słychać  było  tylko  szmer  klimatyzacji.  Z 

pawilonu  płynęło  chłodne  powietrze  i  suszyło  pot  na  mojej 

twarzy. 

Wszedłem,  zamknąłem  drzwi  i  po  omacku  szukałem 

kontaktu. 

Pokój wyglądał tak, jak go zostawiłem kilka godzin temu. 

Natężyłem  słuch,  byłem  zaintrygowany  i  coraz  bardziej 

niespokojny. 

- Odette! - Podniosłem głos. - Hej! Gdzie pani jest? Cisza 

panująca w pawilonie przejęła mnie teraz grozą. 

Czy  przestraszyła  się  nagle  i  uciekła?  A  może  zasnęła 

czekając na mnie? 

Pobiegłem  do  sypialni  i  otworzyłem  drzwi.  Przesuwałem 

ręką po ścianie, znalazłem kontakt. Zabłysło światło. 

Odetchnąłem z ulgą. Leżała na łóżku z odwróconą twarzą, 

włosy były rozrzucone po poduszce. Ruda peruka leżała obok na 

podłodze. 

- Hej! Niech się pani obudzi! Przyniosłem pieniądze! 

Czułem  jak  przerażenie  mrozi  mi  krew  w  żyłach. 

Nylonowa  pończocha  zaciskała  jej  szyję  z  taką  siłą,  że  tkanina 

wżynała się głęboko w ciało. 

Trwożnie posunąłem się naprzód. Ujrzałem sinawą skórę, 

wywalony język, biała pianę okalającą jej usta. Cofnąłem się cały 

drżąc. 

Skamieniały z przerażenia, z zamarłym sercem, patrzyłem 

i  nie  mogłem  uwierzyć,  że  z  okrutną  brutalnością  została 

uduszona. 

 

II 

 

A więc została zamordowana! Na widok tej przerażającej 

niespodzianki,  na  chwiejnych  nogach  wróciłem  do  salonu  i 

poszedłem  do  baru.  Nalałem  szklaneczkę  whisky.  Alkohol 

pobudził moją energię. 

background image

Gdzie Rhea? Co się z nią dzieje? Spojrzałem na zegarek. 

Dochodziła trzecia. Dlaczego nie przyszła? Muszę wiedzieć,  czy 

przyjdzie. 

Po długim wahaniu podniosłem słuchawkę. 

-  Tu  rezydencja  mister  Malroux.  Kto  przy  aparacie?  – 

poznałem głos kamerdynera. 

Chyba  się  jeszcze  nie  położył.  Czekał  pewnie  na  powrót 

Malroux. 

-  Proszę  panią  Malroux  -  powiedziałem.  -  Dzwonię  z 

polecenia mister Hammonda. Ona czeka na mój telefon. 

-  Bardzo  mi  przykro,  ale  pani  Malroux  śpi.  Nie  mogę  jej 

przeszkadzać.  -  Wydawało  mi  się,  że  mówi  prawdę.  –  Pani 

Malroux  źle  się  czuje.  Lekarz  dał  jej  środek  uspokajający.  Nie 

mogę jej budzić. 

- Nie wiedziałem. Dziękuję panu.  

Odłożyłem słuchawkę. 

Co  to  wszystko  znaczy?  Czy  niedyspozycja  jest 

pretekstem,  żeby  dyskretnie  trzymać  się  z  daleka,  czy  też 

naprawdę Rhea jest chora? 

Wytarłem zwilgotniałe ręce. 

Malroux czeka teraz na parkingu w Lone Bay. Odette nie 

przyjdzie, a więc wróci do domu. Po jakim czasie wezwie policję? 

Nagle nawiedziła mnie  przerażająca myśl,  serce omal nie 

wyskoczyło  mi  z  piersi.  Taśmy  magnetofonowe,  tak  starannie 

przechowywane  w  banku,  nie  będą  w  stanie  mnie  uratować. 

Istnieje  przepaść  między  upozorowanym  porwaniem  a 

morderstwem.  Mogą  wpakować  mnie  w  tę  zbrodnię.  Policja 

oświadczy,  że  przy  podziale  łupu  wybuchła  kłótnia,  podczas 

której zabiłem Odette. 

Nie  mogłem  zostawić  jej  zwłok.  Muszę  się  ich  pozbyć. 

Jeśli  zostaną  w  pawilonie,  Bill  Holden  znajdzie  je  i  zawiadomi 

policję.  Zapytają  o  lokatora,  a  on  poda  moje  nazwisko.  Gliny 

zechcą  wiedzieć,  dlaczego  wynajmowałem  luksusowy  pawilon 

przez piętnaście dni, nie mając pracy ani pieniędzy, i co robiłem 

tej nocy. Tim Cowley widział mnie w towarzystwie dziewczyny. 

background image

Przedstawiłem  mu  ją  jako  Annę  Harcourt.  Policja  zarządzi 

śledztwo.  Stwierdzi,  że  Anna  Harcourt  nie  istnieje  -  szybko 

wyciągnie wniosek, że chodzi o Odette Malroux. 

Jak  zareaguje  Rhea  na  wiadomość,  że  Odette  została 

zamordowana?  Czy  przyzna  się,  że  upozorowane  porwanie  było 

jej  pomysłem?  Czy  oskarży  mnie  o  zabójstwo?  Muszę  się  z  nią 

rozmówić! 

Lecz najpierw musiałem pozbyć się zwłok. 

Na  myśl  o  dotknięciu  trupa  zrobiło  mi  się  niedobrze,  ale 

nie było wyjścia. Muszę go ukryć. Nie mogę ryzykować, że ktoś 

znajdzie Odette, zanim skontaktuję się z Rheą. 

Postanowiłem  przewieźć  ciało  do  opuszczonej  starej 

kopalni  srebra,  znajdującej  się  w  odległości  1500  metrów  od 

autostrady.  Miejsce  to,  mało  uczęszczane,  leżało  na  drodze 

prowadzącej  do  mego  bungalowu.  Może  się  zdarzyć,  że  upłyną 

miesiące,  zanim  trup  zostanie  odkryty.  Myśl  o  profanacji  zwłok 

młodej dziewczyny przejmowała mnie odrazą, ale musiałem jakoś 

się  ratować.  Wzmocniłem  się  jeszcze  jedną  whisky,  żeby  dodać 

sobie  odwagi,  wyjść,  podprowadzić  samochód  pod  schodki 

pawilonu.  Zdobyłem  się  na  to,  potem  otworzyłem  bagażnik, 

wróciłem do domku i wszedłem do sypialni. 

Nie patrząc na Odette owinąłem ją kapą z łóżka i wziąłem 

na  ręce.  Była  zdumiewająco  ciężka.  Zaniosłem  ciało  do 

samochodu  i  wsunąłem  do  bagażnika,  po  czym  możliwie 

najdelikatniej wyciągnąłem kapę i zamknąłem bagażnik. 

Znajdowałem  się  w  pożałowania  godnym  stanie. 

Musiałem  raz  jeszcze  wejść  do  pawilonu.  Łyknąłem  trzecią 

whisky i  wszedłem do sypialni,  zasłałem  łóżko i nakryłem kapą. 

Rudą  perukę  włożyłem  do  walizki.  Upewniłem  się,  że  nie 

zostawiłem  żadnego  przedmiotu  należącego  do  Odette. 

Przeszedłem  do  salonu.  Byłem  już  niemal  przy  drzwiach,  kiedy 

spostrzegłem na stole skórzaną walizkę. Zupełnie zapomniałem o 

skarbie!  Przestał  mnie  interesować.  Nie  miałem  odwagi  dotknąć 

tych pieniędzy  - były splamione krwią. Musiałem się ich pozbyć 

razem z ciałem. 

background image

Wziąłem walizkę, zgasiłem światło, zamknąłem domek na 

klucz i wsiadłem do samochodu. 

Miałem do przejechania pięć kilometrów. Żeby dotrzeć do 

kopalni,  musiałem  jechać  przez  Palm  Bay.  Kopalnia  znajdowała 

się między 

Palm  Bay  i  Palm  City.  Było  dziesięć  po  trzeciej.  O  tej 

porze  nie  będzie  już  żadnego  ruchu,  lecz  mogę  natknąć  się  na 

policję  drogową.  Trzeba  być  rozsądnym  -  precz  z  nadmierną 

szybkością, nie robić nic takiego, co by mogło ściągnąć na mnie 

uwagę. 

Wyjechałem  na  autostradę.  Znajdowałem  się  właśnie  na 

głównej  ulicy  w Palm Bay, kiedy mój projekt pozbycia się  ciała 

Odette zawalił się w sposób żałosny. 

Na  skrzyżowaniu  spostrzegłem  policjanta  stojącego  obok 

sygnalizacji  świetlnej.  Zapaliło  się  czerwone  światło,  w  chwili 

kiedy miałem do przebycia jakieś czterdzieści  metrów. Jechałem 

teraz wolniej i zatrzymałem wóz. 

Stałem  z  cierpliwie  głupią  nadzieją,  że  uda  mi  się 

przejechać  bezpiecznie  pod  obojętnym  wzrokiem  gliny,  który 

patrzył na mnie, gdyż nie miał nic lepszego do roboty. 

Zdawało  mi  się,  że  on  i  ja  jesteśmy  ostatnimi  żywymi 

istotami  na  ziemi.  Różnokolorowe  reklamy  z  Palm  Bay  świeciły 

tylko  dla  nas  dwóch.  Księżyc,  okrągły  i  żółty,  płynął  po 

bezchmurnym niebie i oblewał nas swym światłem. Na szerokim 

bulwarze,  który  wydawał  mi  się  nieskończenie  duży,  nie  było 

żywej duszy. 

Wpatrywałem  się  w  czerwone  światło  czekając  z 

niecierpliwością,  kiedy  zapali  się  zielone.  Było  ono  dla  mnie 

symbolem niebezpieczeństwa, ściskałem kierownicę aż do bólu. 

Glina  chrząknął  i  splunął  na  ulicę.  Na  ten  odgłos 

podskoczyłem  do  góry,  odwróciłem  wzrok  od  sygnalizacji. 

Policjant  machinalnie  obracał  w  ręku  pałkę  i  patrzył  teraz  prosto 

na  mnie.  Był  to  korpulentny  mężczyzna,  solidnie  zbudowany. 

Zdawało się, że jego głowa, okrągła jak kula, spoczywa wprost na 

ramionach, jakby nie miał wcale szyi. 

background image

Czy światło nigdy się nie zmieni? 

Czułem,  że  drżę  ze  strachu.  Znów  podniosłem  wzrok  na 

czerwone światło świecące przede mną. 

W  tym  właśnie  momencie  zmieniło  się  na  zielone. 

Podniosłem  nogę,  żeby  zwolnić  hamulec,  i  z  niesłychaną 

starannością oparłem ją na pedale gazu. Starałem się cicho ruszyć 

z miejsca, żeby niczym nie narazić się policjantowi. 

Ruszyłem z miejsca. Nagle rozległ się przeraźliwy zgrzyt. 

Wóz  zatrząsł  się,  potem  znieruchomiał.  Zamarłem.  Wrzuciłem 

pierwszy bieg. Nacisnąłem pedał gazu. Silnik zawył, ale packard 

nie ruszył z miejsca. 

Z  przerażeniem  zrozumiałem,  że  po  tylu  latach  dobrej  i 

lojalnej służby skrzynia biegów wyzionęła ducha. 

Jeden  z  trybów  musiał  stracić  ostatni  ząb  -  byłem  teraz 

zablokowany, mając przed sobą w odległości trzech metrów glinę 

i trupa Odette w bagażniku. 

Nie  mogłem  poruszyć  się  ani  myśleć.  Siedziałem 

trzymając się kurczowo kierownicy. Nie wiedziałem, co robić. 

Światło zmieniło się na czerwone. 

Glina  podniósł  czapkę  i  podrapał  się  w  ogoloną  czaszkę. 

W świetle księżyca widoczna była czerwona, brutalna twarz. Był 

to policjant starej daty, około pięćdziesiątki. Widział już w życiu 

wszystkie  świństwa  i  znał  wszystkie  ciemne  strony  ludzkiej 

egzystencji. Typ, który chętnie narazi drugiego na przykrości, ale 

nie poda bliźniemu pomocnej ręki. 

Włączyłem  wsteczny  bieg  w  nadziei,  że  potrafię  cofnąć 

wóz do krawężnika. Chciałem zwolnić środek ulicy, ale wsteczny 

bieg nie działał. 

Światło znów zmieniło się na zielone. 

Policjant podszedł do mnie. 

— Czy  pan  ma  zamiar  nocować  tutaj,  mój  chłopcze?  - 

spytał  szorstkim  głosem,  odpowiadającym  całkowicie  jego 

brutalnemu wyglądowi. 

— Zdaje się, że nawaliła mi skrzynia biegów - odparłem. 

— Ach tak? No i co ma pan zamiar zrobić? 

background image

— Czy w pobliżu jest jakiś warsztat czynny o tej porze? 

— Ja jestem od zadawania pytań, chłopcze. Pytam, co ma 

pan zamiar zrobić? 

— Kazać  wziąć  wóz  na  hol  -  odparłem  siląc  się  na 

uprzejmy ton. 

— Bez  bujania!  A  co  się  stanie  z  tym  zawalidrogą  przez 

ten czas, kiedy będzie pan szukał pomocnika? 

- Może zechciałby mi pan pomóc zepchnąć wóz z jezdni?  

Podrapał się pałką w ucho, czerwone i mięsiste, i zmrużył 

oczy. 

-  Popatrz,  popatrz,  widzieliście  coś  takiego!  -  Splunął  na 

drogę.  -  Czy  mam  napisane  na  gębie,  że  pcham  samochody 

niedowarzonych  głupków?  Powiem  panu  jedno:  nie  znoszę 

pchania  samochodów  i  nie  mogę  znieść  głupców,  którzy  mają 

samochody. A teraz niech pan zabiera to świństwo ze środka drogi 

albo zamknę pana za świadome tamowanie ruchu! 

Wysiadłem  i  próbowałem  sam  pchać  wóz,  ale  jezdnia 

wznosiła  się  lekko  w  górę  i  cały  mój  wysiłek  szedł  na  marne. 

Pchałem, omal nie łamiąc sobie stosu pacierzowego, a policjant, z 

głową jak kula bilardowa, przechyloną na bok, przyglądał mi się. 

-  Pana  bicepsy  są  trochę  sflaczałe,  mój  chłopcze  – 

powiedział  wreszcie.  -  Dobrze,  niech  pan  odpocznie.  Może  się 

pan uważać za aresztowanego. Niech mi pan pokaże swoje prawo 

jazdy. 

Nie mogłem  złapać tchu. Podałem mu  dokumenty. Nagle 

przyszła  mi  do  głowy  genialna  myśl,  żeby  mu  pokazać  również 

moją  nową  legitymację  dziennikarską.  Przyjrzał  się  legitymacji, 

popatrzył na mnie i zerknął znów na kartę. 

— Co to jest? - spytał. 

— Pracuję  w  biurze  szeryfa  dystryktu  Meadowsa  - 

odrzekłem. 

- Jestem asystentem porucznika Renicka. 

-  Renicka?  -  policjant  zsunął  czapkę  na  tył  głowy.  – 

Dlaczego pan wcześniej tego nie powiedział? Renick i ja byliśmy 

kumplami  przed  jego  promocją  -  obracał  z  wahaniem  w  palcach 

background image

legitymację,  potem  oddał  mi  ją.  -  W  końcu  nie  umrę  od  tego... 

Pomogę panu. 

Razem  zepchnęliśmy  samochód.  Policjant  przyglądał  mu 

się z obrzydzeniem. 

— Skrzynia  biegów  wysiadła?  Będzie  to  pana  nieźle 

kosztowało. 

— Z pewnością. 

Umysł mój pracował na najwyższych obrotach. Co robić? 

Nie odważę się zostawić samochodu w warsztacie. Istniało jedyne 

wyjście 

-  wprowadzić  wóz  do  mego  garażu.  Ale  co  zrobię  ze 

zwłokami Odette? 

-  Faceci  z  samochodami  muszą  być  przygotowani  na 

płacenie forsy. Nawet gdyby mi ktoś chciał dać wóz za darmo, nie 

przyjąłbym go - mówił policjant. 

— Czy jest tu jakiś warsztat? - zapytałem wycierając twarz 

zlaną potem. 

— Jest  półtora  kilometra  stąd,  ale  pewnie  już  zamknięty. 

Jak  policja  drogowa  zobaczy  ten  wrak,  każą  go  zaciągnąć  do 

komisariatu. Wtedy dopiero będzie draka. 

Po  drugiej  stronie  ulicy  spostrzegłem  jeszcze  otwarty 

drugstore. 

— Spróbuję zatelefonować - rzekłem. 

— Tak będzie najmądrzej. Ja tu zostanę. Niech pan powie, 

że życzę sobie, żeby wziął wóz na hol. Nazywam się O’Flaherty. 

On mnie zna. 

Wyciągnął notes i podał mi numer telefonu. 

Wszedłem do drugstore i wykręciłem numer warsztatu. Po 

długiej chwili usłyszałem zaspany głos. 

Powiedziałem, o co chodzi i że policjant O’Flaherty dał mi 

numer jego telefonu. 

Facet zaczął kląć, ale w końcu przyrzekł, że przyjedzie. 

Wróciłem na skrzyżowanie. 

background image

— Przyjedzie - powiedziałem. 

— Założę się, że sklął pana bardzo brzydko! 

— Zgadza się. 

— Jak  pan  spotka  porucznika,  proszę  mu  powiedzieć,  że 

mile  go  wspominam.  To  chłopak  na  poziomie.  Najlepszy,  jaki 

kiedykolwiek pracował w policji. 

— Powiem mu. 

— No dobrze, wracam do roboty. Do widzenia! 

— Dziękuję! 

Szeroki  uśmiech  rozjaśnił  jego  czerwoną  twarz,  o 

twardych rysach. 

-  Musimy  pomagać  sobie  w  naszym  zawodzie,  jeden 

drugiemu! - oświadczył kiwając z przekonaniem głową. 

Oddalił  się  wymachując  pałką  i  gwiżdżąc  przez  zęby. 

Drżącą  ręką  zapaliłem  papierosa.  Byłem  tak  przerażony,  że 

oddychałem z trudem. Nawet jeśli samochód będzie w garażu, co 

zrobię? Muszę liczyć się z obecnością Niny. W jaki sposób będę 

mógł  wyjąć  zwłoki  nie  mając  pewności,  że  Nina  nie  wejdzie  do 

garaże  i  nie  złapie  mnie  na  gorącym  uczynku?  Nigdy  nie 

wychodzi  wieczorami.  Byłem  w  takiej  biedzie,  że  nie  mogłem 

nawet myśleć. Strach paraliżował mi umysł. 

Po 

dziesięciu 

minutach 

przyjechała 

ciężarówka. 

Mechanik,  małego  wzrostu,  cienki  jak  zapałka,  był  typowym 

Irlandczykiem.  Był  tak  wściekły,  że  nie  powiedział  do  mnie  ani 

słowa. Wsiadł do packarda, coś w nim majstrował, potem wyszedł 

i splunął na ziemię. 

-  Skrzynię  biegów  diabli  wzięli  -  rzekł.  -  Jest  roboty  na 

czternaście dni i będzie to pana drogo kosztowało. 

— Chciałbym,  żeby  pan  odprowadził  wóz  do  mego 

garażu. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. 

— Pan nie chce, żebym naprawił to pudło? 

— Nie. Chcę, żeby pan odprowadził wóz do mego garażu. 

Konwulsyjny grymas zdeformował jego rysy. 

-  Wyrywa  mnie  pan  z  łóżka  o  takiej  porze  i  nie  chce  mi 

pan powierzyć naprawy? 

background image

Tej nocy miałem już Irlandczyków po dziurki w nosie. 

-  Pracuję  w  dyrekcji  policji  -  powiedziałem.  -  Dość  tego 

gadania. Proszę zawieźć mnie do domu. 

Myślałem,  że  dostanie  ataku  apopleksji,  ale  potrafił  się 

opanować.  Mrucząc  coś  przez  zęby,  przymocował  linkę 

holowniczą  do  packarda.  Podałem  mój  adres  i  usiadłem  obok 

niego w ciężarówce. 

Ani  on,  ani  ja  nie  otworzyliśmy  ust  przez  całe  pięć 

kilometrów.  Kiedy  zatrzymaliśmy  się  przed  bungalowem, 

spojrzałem ze strachem w okna, ale wszędzie było ciemno. Nina 

położyła się i pewnie już spała. Odwiązał linkę. 

- Wepchniemy wóz do garażu - powiedziałem. 

Po  lekkiej  pochyłości,  bez  zbytniego  wysiłku, 

wtoczyliśmy packarda. 

— Ile? - spytałem. 

— Piętnaście dolarów - powiedział marszcząc brwi. 

Nie miałem piętnastu dolarów. Wyjąłem portfel, udało mi 

się wygrzebać jedenaście. 

-  Wystarczy  za  taką  robotę  -  rzekłem  wręczając  mu 

pieniądze.  

Wziął banknoty, podziękował mi jadowitym spojrzeniem, 

wsiadł do ciężarówki i odjechał. 

Zamknąłem garaż na klucz. 

Zaczęło świtać. Za godzinę wzejdzie słońce. 

Wciąż nie wiedziałem, co zrobię... 

Tymczasem  zwłoki  będą  musiały  pozostać  w  bagażniku 

przez  cały  dzień.  Na  samą  myśl  o  tym  ogarnęły  mnie  mdłości. 

Aleją  udałem  się  do  domu,  otworzyłem  drzwi  i  wszedłem. 

Zobaczyłem  swoje  odbicie  w  lustrze  wiszącym  w  hallu.  Mój 

wygląd budził przerażenie. 

Na  stole  leżała  torebka  Niny.  Otworzyłem  ją,  wyjąłem 

drugą  parę  kluczy  do  samochodu  i  wsunąłem  je  do  kieszeni. 

Obawiałem  się,  że  podczas  mojej  nieobecności  może 

przypadkiem otworzyć bagażnik. 

Zgasiłem  światło,  wszedłem  cichutko  do  łazienki  i 

background image

wziąłem prysznic. Mój umysł był wciąż jeszcze sparaliżowany ze 

strachu. Nie mogłem nawet zastanowić się, jak mam postąpić. 

Sięgnąłem po piżamę, kiedy rozległ się dzwonek telefonu. 

Czułem,  że  serce  mi  zamiera.  Włożyłem  spodnie  od  piżamy  i 

podbiegłem do aparatu. 

-  To  ty,  Harry?  -  poznałem  głos  Renicka.  -  Przed  chwilą 

telefonował  Malroux.  Porwali  ją  kidnaperzy.  Przyjeżdżaj  jak 

najszybciej! 

Stałem  jak  wryty,  drżąc  od  stóp  do  głowy.  Ściskając 

kurczowo słuchawkę czułem, że ogarnia mnie panika. 

- Słyszysz mnie, Harry?  

Udało mi się trochę opanować. 

- Tak, słyszę. Mój cholerny samochód nie jest na chodzie. 

Skrzynia biegów wysiadła. 

— Dobrze.  Poślę  ci  wóz  dyżurny.  Będzie  za  dziesięć 

minut. Odłożyłem słuchawkę. 

— Harry... co się dzieje? 

Nina, na wpół rozbudzona, stała w progu. 

background image

— Nagląca  sprawa.  Córkę  Malroux  porwali  kidnaperzy  - 

odparłem  przechodząc  obok  niej.  -  Wracaj  do  łóżka.  Zaraz  po 

mnie przyjadą - mówiłem ubierając się szybko. 

— Chcesz, żebym zrobiła ci kawy? 

— Nie, nic. Wracaj do łóżka. 

— Już są! 

Objąłem  ją,  pocałowałem  i  wybiegłem  z  domu,  żeby 

wsiąść do policyjnego samochodu. 

background image

 

Rozdział 8 

 

Renick  czekał  na  mnie  w  wartowni  dyrekcji  generalnej 

policji,  w  towarzystwie  Barty’ego,  komisarza  federalnego,  i 

kapitana Reigera. Kiedy wszedłem, studiowali mapę regionu. 

Renick podszedł, żeby się ze mną przywitać. 

— A więc stało się. Malroux zapłacił okup, ale jak to było 

do przewidzenia, jego córka nie wróciła. Idziemy teraz do niego. 

Pójdziesz z nami, Harry. 

— Co się stało? 

— Porywacze oświadczyli mu, że odnajdzie córkę w parku 

samochodowym  w  Lone  Bay.  Nie  było  jej  tam.  Wtedy 

zdecydował  się  zadzwonić  do  nas.  -  Zwrócił  się  do  Reigera.  - 

Może  pan  odszukać  jej  wóz  i  kazać  go  sfotografować?  Po 

powrocie  potrzebne  mi  będą  odciski  palców.  A  ty,  Harry,  we 

wszystkich  dziennikach,  bez  wyjątku,  każesz  umieścić  zdjęcia 

wozu Odette Malroux. 

— Zajmę  się  tym  -  odparł  Reiger.  -  Chcę  zorganizować 

blokadę dróg. Za godzinę sieć będzie tak napięta, że nawet mucha 

się nie przemknie. 

— Chodźmy,  Fred  -  powiedział  Renick  do  Barty’ego  i 

wziąwszy mnie za rękę pociągnął na ulicę, gdzie czekał samochód 

policyjny. 

Jechaliśmy na pełnym gazie do rezydencji Malroux. 

-  Ona  nie  żyje,  nie  ma  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  - 

oświadczył  Barty,  mniej  więcej  czterdziestoletni,  przysadzisty 

mężczyzna. - Gdyby ten stary głupiec wcześniej nas zawiadomił, 

moglibyśmy zanotować numery banknotów. 

— A ja  go rozumiem  - odparł Renick.  -  Na jego miejscu 

postąpiłbym  tak  samo.  Pieniądze  nie  mają  dla  niego  żadnego 

znaczenia. Chciał odzyskać córkę. 

— Mógł się spodziewać, że mu jej nie oddadzą, John. Im 

więcej  zastanawiam  się  nad  tą  historią,  tym  bardziej  jestem 

przekonany, że to zrobił ktoś tutejszy. 

background image

— Takie jest także moje zdanie. 

background image

Wzdrygnąłem się i natężyłem uwagę. 

— Co przez to rozumiecie? - spytałem. 

— Przed  pójściem  do  kina  -  mówił  Renick  -  telefonował 

do niej Jerry Williams. Natychmiast  po zaalarmowaniu  nas przez 

Malroux  zatelefonowałem  do  Williamsa,  ale  nie  zastałem  go  w 

domu.  Leży  w  szpitalu  ze  złamaną  nogą  od  czwartku,  nie  mógł 

więc telefonować do dziewczyny. 

Inaczej  mówiąc,  porywacz  podszył  się  pod  Williamsa. 

Skąd wiedział o jego istnieniu? Ojciec chłopca mówił mi, że jego 

syn nie widział się z Odette od dwóch miesięcy. Zastanówcie się 

nad  tym.  Druga  sprawa:  dlaczego  wybrał  „Piratów”?  Zgoda,  że 

lokal  ten  leży  na  uboczu,  lecz  istnieje  mnóstwo  innych  knajp, 

bardziej  znanych.  Jest  mało  prawdopodobne,  że  ktoś  obcy  mógł 

wiedzieć o istnieniu „Piratów”. 

Wóz  zatrzymał  się  przed  posiadłością  Malroux.  We 

wszystkich  oknach  na  parterze  paliło  się  światło,  a  drzwi 

wejściowe były szeroko otwarte. Kamerdyner czekał na podeście i 

natychmiast  wprowadził  nas  do  Malroux.  Miliarder  siedział  w 

olbrzymim  pokoju,  wypełnionym  masywnymi  meblami.  Ściany 

zasłaniały półki z książkami. 

Malroux nie mógł opanować wzburzenia. 

— Wejdźcie,  panowie,  siadajcie.  Przypuszczam,  że 

przyszliście zawiadomić mnie, że moja córka nie żyje. 

— Nie  możemy  tego  potwierdzić  na  pewno  -  mówił 

niezręcznie  Renick.  -  Istnieje  jeszcze  nadzieja,  że  wróci.  Pan 

wiedział, że ją porwano, kiedy byłem u pana dzisiaj rano? 

— Tak.  Ten  człowiek  groził  mi,  że  ją  zabije,  jeśli  was 

zawiadomię.  Decyzja  nie  była  łatwa,  ale  postanowiłem  w  końcu 

nic wam nie mówić. 

— Bardzo  dobrze  to  rozumiem.  Kiedy  widział  pan  córkę 

po raz ostatni? 

— W  sobotę  wieczorem.  Miała  iść  do  kina  z  koleżanką. 

Wyszła około dziewiątej. Za dwadzieścia dziesiątą zatelefonowała 

tamta dziewczyna, że Odette nie przyszła. Nie zaniepokoiło mnie 

to.  Odette  często  zmienia  swe  plany.  Tuż  przed  jej  wyjściem 

background image

telefonował  do  niej  młody  Jerry  Williams.  Myślałem,  że  poszła 

razem z nim. Po wpół do dwunastej zadzwonił porywacz. Zażądał 

500 tysięcy dolarów. Zobowiązał mnie, że nie zawiadomię policji. 

Kazał  mi  przygotować  okup  na  dzisiaj  i  czekać  na  dalsze 

instrukcje. Rano otrzymałem list od Odette. Proszę, oto on. 

Wyjął zredagowany przeze mnie list i dał go Renickowi do 

przeczytania. 

— Czy to pismo pańskiej córki? 

— Tak. 

background image

Następnie  Malroux  zaznajomił  Renicka  z  instrukcjami 

otrzymanymi  ode  mnie.  Opowiadał,  że  jechał  szosą  do  East 

Beach, zauważył sygnały świetlne, wyrzucił pieniądze przez okno 

samochodu i pojechał na parking w Lone Bay. 

— Znalazłem  tam  samochód  córki.  W  jednym  miejscu 

karoseria  była  mocno  wgnieciona,  jakby  po  jakimś  wypadku. 

Czekałem  prawie  do  czwartej,  zrozumiałem,  że  nie  przyjedzie. 

Zwróciłem się do policjanta, żeby was zawiadomił. 

— Ten  policjant  jest  w  tej  chwili  na  parkingu  -  rzucił 

Renick. 

-  Jeśli  pana  córka  przyjedzie,  będziemy  o  tym  wiedzieli 

natychmiast.  Nie  widział  pan  człowieka,  który  dawał  panu 

sygnały świetlne? 

— Nie.  Siedział  ukryty  za  krzakiem.  Widziałem  tylko 

światło latarki. 

— Chcielibyśmy obejrzeć te krzaki. Mógłby pan udać się z 

nami i wskazać dokładnie miejsce? 

Malroux wzruszył ramionami ze znużeniem. 

- Jestem ciężko chory, poruczniku. Chłód poranku szkodzi 

mi.  Ale  przewidziałem,  że  zechce  pan  zaznajomić  się  z  tym 

miejscem i narysowałem panu maleńki plan. 

Podał  kartkę  papieru  Renickowi,  który  dokładnie  jej  się 

przyjrzał, zanim pokazał plan komisarzowi Barty. 

- Musi pan tam zaraz pojechać, Fred - powiedział Renick. 

– Jak tylko wieść się rozniesie, tłum rozdepcze to miejsce. Harry, 

pojedziesz z nim i odeślesz mi samochód. 

Barty  skinął  głową,  a  ja  poszedłem  za  nim  do  wozu 

policyjnego. 

-  Twardy  jest  ten  stary  -  mówił,  podczas  gdy  wóz  z 

hałasem ruszał z miejsca. - Nie zniósłbym tak łatwo utraty jedynej 

córki. 

Ogarnęło  mnie  dziwne  uczucie,  kiedy  zatrzymaliśmy  się 

obok  krzaków,  za  którymi  siedziałem  zaledwie  przed  trzema 

godzinami. 

Miałem teraz okazję zobaczyć komisarza Barty przy pracy, 

background image

byłem  pod  wrażeniem  jego  umiejętności.  Słońce  już  wzeszło. 

Komisarz  rozkazał  dwom  policjantom,  którzy  nam  towarzyszyli, 

aby  wyszukali  miejsce,  gdzie  ukryty  był  samochód.  Później  sam 

przystąpił  do  zbadania  zarośli,  a  mnie  kazał  trzymać  się  na 

uboczu. 

Po  dwudziestu  minutach  denerwującego  oczekiwania 

zawołał mnie. 

-  Sądzę,  że  odkryłem  wszystko,  co  można  było  odkryć  - 

rzekł. 

-  Widać  dokładnie,  gdzie  ten  człowiek  schował  się.  Oto 

odcisk  obcasa  w  miękkiej  ziemi,  z  którego  można  zrobić  piękny 

odlew. 

Ale 

to 

teraz 

nie 

interesujące, chyba że schwytano by go w tym samym obuwiu na 

nogach.  Tu  znowu  niedopałek  papierosa  marki  lucky,  ale  trzeba 

by  jeszcze udowodnić, że nie pali innych papierosów. Gdyby tak 

się  stało,  stanowiłoby  to  materiał  do  interesującej  dyskusji  przed 

sądem. 

background image

Jeden  z  policjantów  zbliżył  się  do  nas  i  zameldował,  że 

odkryli miejsce, w którym był ukryty samochód. 

Poszliśmy  w  stronę  policjanta,  tam  gdzie  zostawiłem  w 

nocy mojego packarda. 

- Widać tu piękne ślady opon - zwrócił uwagę komisarz. – 

Także  sporo  oleju.  Możliwe,  że  samochód  był  uszkodzony. 

Wyciekał z niego olej. 

Barty badał ziemię, mrucząc pod nosem. 

-  Mam  tu  dużo  roboty,  Barber.  Proszę  wziąć  samochód  i 

pojechać  do  Johna.  Niech  mu  pan  powie,  że  muszę  tu  zostać 

jakieś dwie godziny i proszę, żeby mi przysłał wóz. 

-  Dobrze  -  odpowiedziałem,  zostawiłem  tych  trzech 

gliniarzy i udałem się do samochodu policyjnego. 

Powróciłem  do  rezydencji  Malroux.  Nie  mogłem 

uwierzyć,  że  podobna  historia  mogła  mi  się  zdarzyć.  Miałem 

wrażenie, że to jakiś koszmarny sen, że lada chwila obudzę się i 

okaże  się,  że  nic  się  nie  stało.  Od  czasu  do  czasu  myślałem  o 

moim samochodzie stojącym w garażu i oblewał mnie zimny pot. 

Kiedy  zatrzymałem  się  przed  portalem  domu  Malroux, 

Renick  czekał  na  mnie  na  chodniku.  Trzymał  w  ręku  walizkę, 

dokładnie  taką  samą  jak  ta,  którą  Malroux  wyrzucił  ze  swego 

wozu.  Nie  można  się  było  pomylić.  Na  jej  widok  omal  nie 

rzuciłem się do ucieczki. 

Renick położył walizkę na tylnym siedzeniu i usiadł obok 

mnie. 

- Czy Barty znalazł coś? - spytał. 

Obojętnym  głosem  wyliczyłem  mu  wszystkie  ślady 

odkryte  przez  komisarza.  Wiedziałem  doskonale,  że  zostawiłem 

walizkę  w  moim  samochodzie,  w  bagażniku,  a  przecież  leżała 

teraz z tyłu za moimi plecami! 

— Co tam masz? - zapytałem. 

— Walizkę,  taką  samą  jak  ta,  do  której  Malroux  włożył 

okup.  Miał  dwie  identyczne.  To  dobrze  dla  nas.  Każę  je 

sfotografować.  Nigdy  nie  można  wiedzieć.  Porywacz  musiał  się 

pozbyć tamtej walizki. Jest całkiem możliwe, że ją znajdziemy. W 

background image

tym wypadku byłoby łatwo zdobyć jego odciski palców. Na razie 

jedziemy  do  Meadowsa.  Jeśli  jest  gotów,  powiadomimy  prasę. 

Mamy nadzieję, że zgłosi się świadek, który widział dziewczynę 

po jej wyjściu z „Piratów”. 

„Niczego nie osiągniesz tą drogą” - pomyślałem w duchu. 

Byłem  zadowolony z siebie, że kazałem Odette zmienić suknię i 

włożyć rudą perukę. 

Meadows czekał na nas w swoim gabinecie. Kiedy Renick 

skończył 

background image

sprawozdanie z wyników dotychczasowego śledztwa, szef 

wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, żując cygaro. 

— Dobrze,  przejdźmy  do  ataku!  -  oświadczył  wreszcie.  - 

Mamy trochę czasu do ukazania się popołudniowej prasy. - Stanął 

i wskazał na mnie palcem. - To należy do pana, Barber. Musimy 

współpracować  z  dziennikarzami.  Nie  trzeba  pana  uczyć,  co  ma 

pan  robić.  Chcę,  żeby  dobrze  mówili  o  naszej  robocie.  Jak 

najlepiej.  Jasne?  Uwaga,  John!  Bez  gaf!  Będziemy  teraz  na 

cenzurowanym. Musimy koniecznie schwytać porywaczy! 

— Tak  -  odparł  Renick.  -  Porozumiem  się  z  Reigerem,  a 

potem zajmiemy się prasą. 

Towarzyszyłem  mu  do  biura  Reigera.  Dał  mi  serię  zdjęć 

przedstawiających samochód Odette. 

- Do roboty, Harry! - rzekł Renick. - Muszę teraz zobaczyć 

się z kapitanem. 

Zadałem mu wówczas pytanie, które cisnęło mi się na usta 

od godziny. 

— Czy  podczas  rozmowy  z  Malroux  nie  widziałeś  jego 

żony? Zaskoczony, Renick potrząsnął głową. 

— Nie.  Malroux  oświadczył,  że  jest  załamana  i  że  musi 

leżeć w łóżku. Reiger podniósł nagle głowę. 

-  Załamana?  Nigdy  nie  przyszłoby  mi  na  myśl,  że  należy 

do kobiet, które się załamują. 

Renick żachnął się niecierpliwie. 

- No to co? Wczoraj miała atak nerwowy, kiedy czekali na 

telefon  porywacza.  Trzeba  było  wezwać  lekarza.  Dał  jej  dużą 

dawkę środka nasennego i dotąd jeszcze się nie obudziła. 

-  Sprawdziłeś  to  u  lekarza,  John?  -  spytałem  z 

wyschniętym gardłem. 

Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. 

— Harry, co ci chodzi po głowie? 

— Nic. Ale jak stwierdził kapitan przed chwilą, nigdy bym 

nie uwierzył, sądząc na podstawie jej zdjęć, że jest w stanie tak się 

załamać. 

— Słuchaj,  nie  traćmy  czasu  na  rozmowę  o  tej  damie  - 

background image

rzekł Renick. 

— Czy to jest w jej stylu, czy nie, Malroux zapewniał, że 

jego żona jest w stanie całkowitej depresji. Zajmij się zdjęciami. - 

Podał mi walizkę. 

— Każ ją sfotografować i rozdaj odbitki dziennikarzom. 

- Idę. 

Przez 

kolejne 

trzy 

godziny 

byłem 

całkowicie 

zaabsorbowany  telefonem.  Ledwo  odłożyłem  słuchawkę, 

zaczynał  dzwonić  na  nowo.  O  godżinie  dziesiątej  dziennikarze 

zebrali  się  tłumnie  w  poczekalni,  domagając  się  w  sposób 

gwałtowny wyjaśnień. 

O  dziesiątej  trzydzieści  zaprowadziłem  całą  bandę  do 

Meadowsa.  Umiał  postępować  z  reporterami,  bez  wątpienia. 

Kapitan  Reiger  i  komisarz  Barty  byli  również  obecni,  ale  nie 

zabierali głosu. Mówił tylko Meadows. 

Szczęśliwy,  że  mam  chwilę  wytchnienia,  zostawiłem 

dziennikarzy  na  pastwę  szefa  i  wróciłem  do  mego  biura.  Ledwo 

usiadłem, zadzwonił telefon. Była to Nina. 

-  Harry,  zgubiłam  klucze,  potrzebny  mi  jest  samochód. 

Czy zabrałeś swoje? 

Samochód! 

W tym rozgardiaszu zapomniałem o wozie i o zawartości 

bagażnika. 

— Nie  miałem  czasu  ci  powiedzieć,  że  nie  możesz 

korzystać  z  wozu.  Skrzynia  biegów  wysiadła.  Wczorajszej  nocy 

musiano mnie przyholować. 

— Co ja teraz zrobię? Muszę dostarczyć całą serię naczyń. 

Nie  można  by  go  dać  do  naprawy?  Może  chcesz,  żebym 

zadzwoniła do warsztatu? 

— Nie.  Trzeba  wymienić  skrzynię  biegów.  Nie  możemy 

sobie teraz na to pozwolić. Weź taksówkę. Słuchaj, nie wiem, do 

czego  mam  się  najpierw  zabrać.  Nie  myśl  już  o  samochodzie. 

Wrócę wieczorem. 

Odłożyłem słuchawkę. 

Jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia, kiedy ktoś zapukał do 

background image

drzwi. Na progu ukazał się Tim Cowley. 

Na jego widok omal nie zemdlałem. 

— Cześć,  najmilszy!  -  rzekł.  -  A  więc  tkwisz  po  uszy  w 

robocie! 

— Tracisz świetną okazję - powiedziałem. - Szeryf zwołał 

właśnie konferencję prasową. Wszyscy chłopcy tam są. 

Skrzywił usta w pogardliwym grymasie. 

- Ach! Ten stary kabotyn! Chodzi mu tylko o jedno, żeby 

wydrukowali w gazetach jego paskudną gębę. - Usiadł w fotelu. - 

Mój  artykuł  o  tym  uprowadzeniu  napiszę  całkiem  inaczej  niż  ci 

głupcy,  którzy  słuchają  w  tej  chwili  twojego  patrona.  Harry,  to 

może  być  sensacyjna  sprawa,  jeśli  się  ją  przedstawi  w  sposób 

właściwy.  Liczę na to,  że potrafię ją  gruntownie zgłębić. Renick 

to sprytny chłopiec. Pogadam z nim, a nie z jego szefem, który nie 

jest 

mi 

do 

niczego 

potrzebny.  -  Zapalił  papierosa  nie  przestając  patrzeć  na  mnie 

badawczo  swymi  myszkującymi  oczkami.  -  Uważają,  że 

dziewczyna nie żyje? 

— Tak przypuszczają, to prawda, ale nie są pewni. 

— Jak  Malroux  podchodzi  do  tego?  Wpadłem  tam,  ale 

dom jest otoczony policją. Nie mogłem się z nim zobaczyć. 

— Zniósł  to  chyba  dość  dobrze.  Nie  zapominaj,  że  jest 

stracony. Może jeszcze żyć miesiąc lub dwa. 

— A jak zareagowała jego czarująca małżonka? 

— Jest  w  stanie  całkowitej  depresji.  Cowley  spojrzał  na 

mnie uważnie. 

— Co mówisz? 

- Przebywa pod opieką lekarza. To nieszczęście całkiem ją 

załamało! Rozumiesz? 

Odrzucił głowę w tył i wybuchnął szatańskim śmiechem. 

— To  już  szczyt  wszystkiego!  Uwierzyłbym  raczej,  że 

odtańczyła kankana na dachu! 

— Jak to? 

— Posłuchaj, ci Malroux są Francuzami. Czy znasz trochę 

francuskie prawo spadkowe? 

background image

— Nie, naprawdę nie. Ale co to ma z nią wspólnego? 

— Według tamtejszego prawa dziecko dziedziczy połowę 

majątku 

rodziców. 

Inaczej 

mówiąc, 

ta 

dziewczyna 

odziedziczyłaby  połowę  milionów  swego  ojca.  Nawet  gdyby 

chciał całą swą fortunę zapisać żonie, nie mógłby tego zrobić. Po 

jego śmierci połowa majątku przechodzi automatycznie i legalnie 

na  córkę.  Otóż  połowa  tego,  co  posiada,  to  ogromna  fura 

pieniędzy. 

Nagle ogarnęło mnie przykre uczucie. 

- Jeśli porywacze zabili dziewczynę - mówił dalej - co jest 

możliwe,  i  Malroux  wkrótce  umrze,  co  jest  również  możliwe, 

Rhea Malroux zagarnie cały majątek. Dlatego dziwi mnie, że jest 

chora. Prawdopodobnie z radości! 

Może to było motywem zbrodni, przyczyną zamordowania 

Odette.  Może  upozorowane  porwanie  miało  jedynie  na  celu 

ułatwienie  dokonania  tego  czynu?  Czyżby  Rhea  zrobiła  ze  mnie 

kozła ofiarnego? 

-  Co  ci  się  stało,  Harry?  -  spytał  Cowley.  -  Wyglądasz, 

jakbyś połknął osę. 

W tym momencie zadzwonił wewnętrzny telefon. 

— Potrzebuję pana! - ryczał Meadows. - Niech pan zaraz 

tu przyjdzie! 

— „Głos  jego  pana!”  -  zauważył  Cowley  śmiejąc  się  od 

ucha do ucha. 

Wstałem. 

- Do widzenia Tim. Gdybym był ci potrzebny, daj znać.  

Szybko wybiegłem z pokoju, szczęśliwy, że wyrwałem się 

spod jego badawczych oczu. 

background image

 

II 

 

Do południa poszukiwania Odette przybrały taki rozmach, 

że  ogarnęło  mnie  przerażenie.  Postawiono  posterunki  na 

wszystkich  drogach  wylotowych.  Wezwano  na  pomoc  wojsko. 

Przeszło  tysiąc  mężczyzn,  żołnierzy,  policjantów,  przeczesywało 

okolicę szukając zaginionej. Nad Palm Bay i Palm City warczały 

trzy  helikoptery  mające  bezpośrednią  łączność  z  biurem 

Meadowsa. 

Na 

konferencji 

prasowej 

Meadows 

oświadczył 

dziennikarzom: 

- Wychodzimy z założenia, że dziewczyna znajduje się na 

naszym  terenie.  Przypuszczamy,  że  nie  żyje,  ale  możemy  się 

mylić. Jeśli nie żyje, musiano ukryć dziewczynę w pobliżu i także 

ją  znajdziemy.  Wszystkie  mieszkania,  wszystkie  domy,  farmy, 

zostaną  przeszukane.  Dysponuje  my  ogromnymi  środkami. 

Zabierze to trochę czasu, jeśli jednak znajduje się w promieniu 75 

kilometrów  od  tego  gabinetu,  odnajdziemy  ją  wcześniej  czy 

później. 

Renick  zjawił  się  po  odejściu  dziennikarzy.  Wracał  ze 

szpitala,  gdzie  udał  się  raz  jeszcze  w  celu  powtórnego 

przesłuchania Waltera Kerby. 

Spodziewał  się,  że  pijak  przypomni  sobie  może  jakiś 

szczegół, który naprowadzi na ślad porywaczy. 

Meadows rzucił mu pytając spojrzenie. 

— No i co? 

— Nic.  Jedno  wiem  na  pewno,  że  ten  typ  był  wysoki, 

szeroki w barach. Nie posuwa to naszej sprawy naprzód, ale to już 

jest  coś.  Wiemy,  że  szukamy  wysokiego  mężczyzny,  szerokiego 

w  barach,  który  pali  lucky,  ma  dość  sfatygowany  samochód  i 

waży około osiemdziesięciu kilogramów. 

— Skąd pan wie, ile waży? - spytał Meadows. 

— Dzięki  odciskowi  jego  obcasa.  Barty  zwrócił  się  do 

rzeczoznawców.  Jeden  z  tych  ludzi,  ważący  82  kg,  zostawił  taki 

background image

sam ślad w ziemi. 

Meadows miał zachwyconą minę. 

- Jeszcze kilka szczegółów i będziemy mogli opublikować 

jego domniemaną podobiznę. 

Przysłuchiwałem się tej rozmowie i byłem tak zdrętwiały, 

że czułem niemal ból mięśni. 

Nagle ktoś otworzył drzwi na oścież i do pokoju wkroczył 

kapitan Reiger. Jego duża, mięsista twarz była czerwona z emocji. 

-  Mamy  ślad!  -  zawołał.  -  Jegomość  zamieszkały  w  West 

Beach  doniósł  o  wypadku.  Nazywa  się  Herbert  Carey.  Jest 

właścicielem drugstore w Lone Beach. Ostatniej nocy odwiedzili 

z  żoną  rodziców  mieszkających  w  Lone  Bay.  Postawili  swój 

samochód  na  tamtejszym  parkingu.  W  chwili  kiedy  opuszczali 

parking nadjechał nagle T.R. 3, Carey potrącił ten wóz. 

Podczas  jego  opowiadania  zbliżyłem  się  do  okna  i 

zapaliłem  papierosa,  odwróciwszy  się  tyłem  do  pokoju.  Czułem, 

że jestem biały jak płótno. Byłem pewien, że gdyby ujrzeli moją 

twarz, nabraliby natychmiast podejrzeń. 

— Był to samochód małej Malroux. Carey zapisał numer. 

Przyznaje,  że  to  on  spowodował  wypadek.  A  teraz  słuchajcie 

uważnie:  wóz  prowadził  mężczyzna!  -  Słowa  wypowiedziane 

przez Reigera szorstkim głosem policjanta uderzyły we mnie jak 

ciosy  zadane  sztyletem.  -  Był  to  zapewne  jeden  z  porywaczy  - 

ciągnął dalej. - Nie chciał się zatrzymać, choć Carey był winien. 

Dojechał do końca parkingu, zaparkował wóz i zniknął. 

— Na  miłość  boską!  -  zawołał  Meadows.  -  Dlaczego 

Carey nie zawiadomił natychmiast o wypadku? 

— Robi to, co każe żona. Był winien, ale żona nie chciała, 

żeby  się  do  tego  przyznał.  Dopiero  dzisiaj  rano  zdecydował  się 

pójść na policję. 

— Chcę z nim pomówić - powiedział Renick. 

— Zaraz  przyjdzie.  Posłałem  po  niego  samochód.  Będzie 

tu lada chwila. 

— Widział tego człowieka? 

— Myślę, że tak. Parking nie jest dobrze oświetlony, ale w 

background image

każdym razie Carey rozmawiał z facetem. 

Udało  mi  się  trochę  opanować.  Przede  wszystkim  nie 

chciałem, żeby Carey mnie widział. Odszedłem od okna. 

- Wrócę do siebie - oświadczyłem. - Mam mnóstwo pracy.  

Skierowałem się w stronę drzwi. 

-  Hej!  Zostań  tu  -  zawołał  Renick.  -  Chcę,  żebyś  słyszał 

zeznania świadka. 

Czy  Carey  mnie  pozna?  Czy  wejdzie  do  pokoju,  spojrzy 

na mnie i powie: „To on!”. 

Usiadłem  przy  wolnym  biurku.  Najbliższe  dwadzieścia 

minut były najcięższe z całego mego dotychczasowego życia. 

-  Czy  znacie  starą  kopalnię  srebra  obok  autostrady?  - 

spytał  nagle  Reiger,  który  studiował  mapę  wiszącą  na  ścianie.  - 

Świetne miejsce do ukrycia zwłok. Każę je przeszukać. 

Zdjął słuchawkę i zaczął wydawać rozkazy. 

„Ci  tutaj  znają  swój  zawód”  -  myślałem.  Gdzie  ukryję 

ciało  Odette?  Wszystkie  drogi  zablokowane,  więcej  niż  tysiąc 

osób postawili już na nogi, szukają, przetrząsają wszystkie domy, 

wszystkie mieszkania. Jakim sposobem uda mi się pozbyć zwłok? 

Przez  cały  czas  telefon  nie  przestawał  dzwonić.  Co  pięć 

minut  informowano  nas  o  wynikach  poszukiwań.  Oni  istotnie 

zadawali  sobie  mnóstwo  trudu!  Czwarta  część  terytorium 

zaznaczonego  na  mapie  została  już  przeszukana.  Widziałem,  że 

akcja zbliża się do mojej ulicy. Czy wpadnie im na myśl zajrzeć 

do garażu? Czy otworzą bagażnik? 

Nagle  zapukano  do  drzwi  i  Herbert  Carey  wszedł  do 

pokoju wraz ze swoją małżonką. 

Tworzyli dziwaczną parę. Była od niego wyższa o głowę. 

Łysa  czaszka  Carey  a  lśniła  od  potu,  miął  nerwowo  swój 

kapelusz,  kierując  się  za  żoną  w  głąb  sali.  W  ciemnościach 

panujących  na  parkingu  nie  widziałem  jego  twarzy,  toteż  teraz 

patrzyłem  na  niego  z  ciekawością.  Był  on  jednym  z  tych 

słabeuszów,  którzy  zawsze  pozwalają  się  tyranizować  i  żyją  w 

wiecznym strachu, nigdy nie wiedząc, czy mają rację, czy nie. 

Kobieta  była  duża  i  wulgarna,  z  małymi  oczkami  o 

background image

twardym  spojrzeniu  i  z  agresywną  brodą.  Widać  było,  że 

dominuje  w  tym  małżeństwie.  Wtargnęła  do  biura,  jakby  je 

chciała zagarnąć na własność, wybrała sobie Meadowsa jako cel i 

natychmiast przystąpiła do ataku. 

Jej  mąż  nie  jest  odpowiedzialny  za  ten  wypadek. 

Najlepszy  dowód,  że  tamten  uciekł.  Co  to  ma  za  sens,  że  ich  tu 

wezwano?  Oni  muszą  zajmować  się  sklepem.  Czy  Meadows 

wyobraża sobie, że osiemnastoletnia smarkula może rządzić się w 

drugstorze, podczas gdy oni tracą czas na policji itp. Meadows na 

próżno usiłował zatamować ten potok wymowy. 

Nie ruszałem się z miejsca, sparaliżowany ze strachu. Nie 

mogłem oderwać oczu od Careya. 

To  był  oczywiście  błąd.  Moje  natarczywe  spojrzenia 

przyciągnęły  w  końcu  jego  uwagę.  Nagle  zwrócił  się  w  moją 

stronę.  Zadrżał.  Czułem,  że  serce  mi  zamiera,  zamienia  się  w 

sopel  lodu.  Przyglądał  mi  się  z  uwagą.  Nasze  spojrzenia 

skrzyżowały się. Miałem okropne uczucie, że mnie poznaje. Przez 

dłuższą  chwilę  obserwowaliśmy  się,  potem  Carey  skulony 

odwrócił się, powracając do swej roli zahukanego męża. 

Meadows  tłumaczył  właśnie  żonie  Careya,  że  wezwano 

ich  w  innej  sprawie,  zaczął  opowiadać  jej  o  kidnaperstwie. 

Kobieta powoli uspokajała się. 

-  Wypadek  samochodowy  wcale  mnie  nie  interesuje  - 

zakończył. - Chciałbym, żebyście mi dali rysopis tego człowieka. 

- Zbliżył się do Careya. - Pan z nim rozmawiał? 

— Tak, proszę pana - potwierdził Carey nerwowo. 

— Niech mi go pan opisze. 

Carey  popatrzył  na  żonę,  potem  znów  na  Meadowsa. 

Kapelusz  wypadł  mu  z  ręki,  zaczerwienił  się  i  podniósł  go  z 

podłogi. 

— Okazały  mężczyzna.  Nie  widziałem  dokładnie,  było 

ciemno. 

— Barczysty i postawny? 

— Tak. 

— Nie  powiedziałabym  -  wtrąciła  pani  Carey.  -  Był 

background image

szeroki  w  barach,  ale  nie  wysoki.  Raczej  taki  jak  pan  -  dodała 

wskazując na Meadowsa. 

Zmarszczył brwi. 

— Rozmawiam z pani mężem - rzekł. - Później zwrócę się 

do pani. 

— Mój  mąż  nigdy  nic  nie  widzi.  Nie  ma  sensu  go  pytać. 

Jego brat  jest taki sam.  Nie można przywiązywać większej  wagi 

do tego, co mówi mój mąż, tak samo jak do tego, co mówi jego 

brat. Wiem, co o nich myśleć. Od 26 lat jesteśmy małżeństwem. 

Nie  zwracając  na  nią  najmniejszej  uwagi,  Meadows 

ciągnął dalej: 

- Panie Carey, czy miał pan wrażenie, że ten człowiek jest 

wysoki? Jakiego był mniej więcej wzrostu? 

Carey  zawahał  się,  spojrzał  na  żonę,  jakby  ją  chciał 

przeprosić. 

-  To  trudno  powiedzieć,  proszę  pana.  Było  ciemno.  Ale 

odniosłem wrażenie, że jest wysoki. 

Meadwos  uczynił  gest  rozpaczy.  Wskazał  palcem  na 

Renicka. 

- Jak ten? 

Carey  przyglądał  się  Renickowi,  znów  upuścił  kapelusz  i 

podniósł go niezręcznie. 

- W przybliżeniu, tak. Może trochę wyższy.  

Kobieta wy buchnęła śmiechem. 

- Zastanawiam się doprawdy, o czym ty myślisz - rzekła. – 

Ten mężczyzna nie był wyższy od tego pana. 

I znów wskazała ręką na Meadowsa. 

- Jeśli chodzi o mnie, to... to on wydawał się wysoki, moja 

droga - zaczął Carey wycierając łysą czaszkę chusteczką. 

Wtedy Meadows odwrócił się do mnie. 

-  Proszę,  niech  pan  wstanie  -  rozkazał  zniżonym  głosem. 

Byłem  najwyższy  z  obecnych.  Wstałem  powoli.  Serce  waliło  mi 

w piersiach. 

-  To  prawdziwy  olbrzym!  -  pisnęła  kobieta.  –  Powtarzam 

stanowczo, że tamten nie był wcale wysoki. 

background image

Carey patrzył na mnie badawczo. 

background image

-  Zdaje  mi  się  -  rzekł  z wahaniem  -  że  ten  pan  jest  mniej 

więcej  tego  samego  wzrostu  i  tak  samo  barczysty  jak  tamten  w 

samochodzie. 

Usiadłem. Carey wciąż mi się przyglądał. 

-  Dobrze,  proszę  mi  teraz  opowiedzieć,  co  się  stało?  Pan 

najechał na jego wóz? - spytał Meadows. 

Carey z żalem oderwał ode mnie wzrok. 

-  Siedziałem  w  samochodzie  i  włączyłem  wsteczny  bieg. 

Zapomniałem  zapalić  światła.  Wjechałem  na  jego  wóz.  Nie 

zauważyłem go wcale. 

Wówczas przerwała mu żona. 

— Ależ nie, wcale tak nie było. Ty już cofnąłeś się, wtedy 

zjawił się ten człowiek i wjechał na ciebie. Wina była całkowicie 

po  jego  stronie.  Potem  zaczął  nam  ubliżać  i  odjechał.  Kiedy 

zaparkował  wóz,  wybiegł  z  parkingu.  Gdyby  słuszność  była  po 

jego stronie, dlaczego by uciekał? 

— Gwiżdżę na to, kto ponosi winę - warknął Meadows. - 

Chcę  tylko  odszukać  tego  człowieka.  Niech  mi  pan  powie  - 

zwrócił się do Careya - czy zauważył pan coś charakterystycznego 

u tego faceta. W jakim mógł być wieku? 

— Sądząc  po  głosie  i  sposobie  poruszania  się, 

powiedziałbym,  że  miał  jakieś  trzydzieści  lat.  -  Rzucił  błagalne 

spojrzenie na żonę. - Czy ty także tak uważasz, kochana? 

— Jak można oceniać czyjś wiek według głosu? - odparła 

oschłym tonem. - Mój mąż uwielbia powieści kryminalne - dodała 

adresując  te  słowa  do  Meadowsa.  -  Cały  czas  siedzi  z  nosem  w 

książce.  Ludzie  nie  powinni  czytać  kryminałów.  To 

niebezpieczne. 

— Czy  mogłaby  pani  określić  jego  wiek?  -  spytał 

Meadows. 

— Może  bym  mogła,  ale  nie  zrobię  tego.  Nie  widzę 

powodu,  żeby  wprowadzać  policję  w  błąd  -  zakończyła 

przeszywając męża piorunującym wzrokiem. 

- Panie Carey, czy przypomina pan sobie, jak był ubrany?  

Niepokaźny człowieczek zawahał się. 

background image

-  Nie  mogę  powiedzieć  na  pewno,  ale  wydaje  mi  się,  że 

nosił  sportowe  ubranie.  Może  brązowe.  Kiedy  wysiadł  z  wozu, 

zauważyłem, że miał na marynarce naszywane kieszenie. 

— Zastanawiam  się,  jak  możesz  tu  przed  panami  pleść 

takie  brednie  -  oświadczyła  żona.  -  Była  noc,  nie  mogłeś 

zauważyć  koloru  ubrania.  A  do  tego  jesteś  przecież 

krótkowidzem! Mężczyźni są tak próżni! - rzekła zwracając się do 

Meadowsa.  -  Powinien  stale  nosić  okulary.  Całe  życie  mu  to 

mówię. Nie powinien prowadzić samochodu bez szkieł. 

— Mój  wzrok  wcale  nie  jest  taki  zły,  Harriet  - 

zaprotestował  Carey,  buntując  się  przynajmniej  raz.  -  Szkła 

potrzebne mi są tylko przy jakiejś bardzo precyzyjnej pracy. 

Meadows  wskazał  mu  gazetę  rozłożoną  na  biurku  w 

odległości przeszło półtora metra. 

- Czy potrafi pan przeczytać tytuły?  

Carey czytał bez zająknienia. 

Meadows  spojrzał  na  Renicka,  wzruszył  ramionami, 

potem spytał: 

— Czy nosił kapelusz? 

— Nie, proszę pana. 

— Czy  zgadza  się  pani  co  do  tego?  -  spytał  Meadows 

ironicznie. 

— Nie nosił  kapelusza, ale to  nie znaczy, że nie mógł  go 

mieć - odparła kobieta z wściekłością. 

— Czy trzymał go w ręku? 

Zawahała się, potem przyznała niechętnie. 

- Nie zauważyłam. 

Tymczasem Carey przyglądał mi się ze zdumioną miną. 

— Panie Carey - pytał dalej Meadows - czy to był brunet, 

czy blondyn? 

— Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć, było ciemno. 

— Czy rozmawiał z panem? 

— Naubliżał nam - wtrąciła kobieta. - Wiedział, że nie ma 

racji. On... 

— Czy  poznałby  pan  jego  głos?  -  spytał  Meadows  nie 

background image

zwracając uwagi na kobietę. 

Carey potrząsnął głową. 

— Nie przypuszczam. Nie mówił wiele. 

— O której godzinie zdarzył się ten wypadek? 

— O dziesiątej dziesięć. Patrzyłem na zegarek. 

— A potem uciekł? W którą stronę? 

— Mam wrażenie, że wsiadł do innego samochodu, który 

czekał  za  parkingiem.  W  każdym  razie  po  jego  odejściu 

usłyszałem szum odjeżdżającego samochodu. 

— Pan nie widział tego wozu? 

— Nie, ale widziałem światła reflektorów. 

— W którą stronę pojechał? 

— W stronę lotniska. 

Meadows  przez  cały  czas  chodził  po  pokoju.  Nagle 

zatrzymał się, spojrzał  na Careya, potem na Renicka, który robił 

notatki. 

— W stronę lotniska? 

— Może  jechał  do  West  Beach,  za  lotnisko.  Nie  chcę 

powiedzieć... 

background image

-  Lotnisko!  -  krzyknął  Meadows.  -  To  jest  myśl.  -  Nagle 

jakby  wstąpił w niego nowy duch.  -  Ależ to świetny pomysł! Do 

diabła! Czy sprawdziliśmy lotnisko, John? 

Renick potrząsnął głową. 

— Nie.  Przypuszczaliśmy,  że  nie  odważy  się  wywieźć 

dziewczynę 

samolotem. 

Zaraz 

sprawdzimy, 

jeśli 

pan 

przypuszcza... 

— Trzeba  wszystko  sprawdzić  -  rzekł  Meadows.  - 

Dostarczcie  mi  listę  wszystkich  pasażerów,  którzy  odlatywali  z 

tego lotniska między dziesiątą trzydzieści i północą. Niech się pan 

tym zajmie, John. 

Ogarnęło  mnie  takie  przerażenie,  że  z  największym 

wysiłkiem mogłem usiedzieć na miejscu. 

-  To  na  razie  wszystko  -  rzekł  Meadows.  -  Panie  Carey, 

dziękuję  za  współpracę.  Jeśli  będą  nam  jeszcze  potrzebne  jakieś 

informacje, zwrócimy się do pana. 

Żona Careya skierowała się ku drzwiom. 

- Chodź, Herbert. Już dość straciliśmy czasu. 

Carey  szedł  za  nią,  potem  zatrzymał  się  i  zaczął  mi  się 

przypatrywać.  Nie  miałem  odwagi  spojrzeć  mu  w  oczy. 

Otworzyłem  szufladę  i  wyjąłem  z  biurka  jakiś  papier,  jakbym 

zapomniał o istnieniu Careya. 

Nagle usłyszałem, jak zwraca się do Meadowsa: 

- Proszę mi wybaczyć, ale kim jest ten pan? 

„Tym razem stało się” - pomyślałem w panice. Serce moje 

zamieniło się w bryłkę lodu. Podniosłem głowę. Carey wskazał na 

mnie palcem. Meadows, wyraźnie zaskoczony, odparł: 

- To Harry Barber, mój attache prasowy. 

Ale  żona  chwyciła  Careya  za  ramię  i  pociągnęła  go  do 

drzwi. 

-  Chodź  już,  na  litość  boską!  Może  ty  nie  masz  nic 

lepszego do roboty, jak zabierać tym panom czas, ale ja mam! 

Niechętnie,  z  oczami  wciąż  wlepionymi  we  mnie,  Carey 

pozwolił się wyprowadzić z pokoju. 

Drzwi zamknęły się za nimi. 

background image

 

Rozdział 9 

 

-  Co  za  babsztyl!  -  westchnął  Meadows  siadając  za 

biurkiem. 

- Co pan o tym myśli, John? Ja wierzę raczej Careyowi. 

— Oczywiście  -  przytaknął  Renick.  -  W  każdym  razie 

mamy  drugiego  świadka.  Kerby  także  twierdzi,  że  napastnik  był 

wysoki  i  barczysty.  Teraz  dysponujemy  już  kilkoma  pewnymi 

informacjami.  Wiemy,  że  człowiek,  którego  szukamy,  ma  mniej 

więcej  metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  waży  około  80  kilogramów, 

nosił ciemne, sportowe ubranie z naszywanymi kieszeniami. Ile ty 

ważysz, Harry? - spytał nagle, zwracając się do mnie. 

— Około  84  kilogramy  -  odparłem  ochrypłym  głosem.  - 

Co to ma wspólnego z tym wszystkim? 

— Mam  pomysł.  Carey  powiedział,  że  ty  jesteś  mniej 

więcej  tego  samego  wzrostu  i  tuszy  co  tamten  facet.  Weźmiemy 

twoje  zdjęcie,  zamażemy  twarz  i  umieścimy  w  prasie. 

Zaapelujemy,  żeby  zgłosił  się  do  nas  każdy,  kto  na  parkingu  w 

Lone  Bay  lub  w  barze  „Piraci”  widział  kogoś  podobnego  do 

mężczyzny na fotografii. Co pan o tym sądzi, szefie? 

— Doskonała myśl! - zawołał Meadows z entuzjazmem. - 

Zrobimy nawet coś więcej. - Wezwał sekretarkę. - Miss Lehman, 

chciałbym,  żeby  pani  kupiła  natychmiast  ubranie  sportowe  dla 

pana  Barbera.  Musi  być  ciemnobrązowe,  z  naszywanymi 

kieszeniami; coś dyskretnego. Możliwie najszybciej. 

Panna Lehman przyjrzała mi się, skinęła głową i wyszła. 

- John, niech się pan postara tymczasem o listę pasażerów. 

Chcę  otrzymać  nazwiska  wszystkich  ludzi,  którzy  między 

dziesiątą  trzydzieści  a  północą  odlecieli  z  tego  lotniska.  -  Potem 

zwrócił się do mnie. 

-  Może  by  pan  napisał  mały  artykulik  o  mnie,  o  moim 

życiu prywatnym, o moich hobby, o chłopakach i o żonie? Zresztą 

sam  pan  wie,  co  robić.  Wszystkie  szczegóły  znajdzie  pan  w 

aktach.  Niech  pan  spróbuje  umieścić  artykuł  w  magazynach 

background image

„Time” i „Newsweek”. 

Kiedy  wróciłem  do  mego  pokoju  i  zamknąłem  drzwi, 

usiadłem załamany. Czułem się jak schwytany w pułapkę. Pomysł 

z  fotografią,  podsunięty  przez  Renicka,  może  się  okazać  bardzo 

niebezpieczny. Byłem niemal pewien, że nikt mnie nie widział u 

„Piratów”,  ale  miałem  dość  doświadczenia  dziennikarskiego,  by 

zdawać  sobie  sprawę,  że  ktoś  mógł  mnie  zauważyć  u  „Piratów” 

lub  na  parkingu  w  Lone  Bay.  Na  lotnisku  popełniłem  błąd  - 

zaniosłem walizkę Odette aż do hallu, gdzie było mnóstwo ludzi. 

Byle jaki gap, obejrzawszy fotografię w gazecie, może sobie mnie 

przypomnieć. 

Ale najbardziej dręczyła mnie myśl, w jaki sposób pozbyć 

się trupa Odette? Muszę to załatwić koniecznie jeszcze dzisiejszej 

nocy. Nie mogę jej dłużej trzymać w bagażniku. Będę zmuszony 

wynająć  samochód.  Moje  przerażenie  spotęgowało  się  jeszcze, 

kiedy  sobie  przypomniałem,  że  nie  mam  pieniędzy.  Spróbuję 

pójść  do  tego  warsztatu  co  zawsze  i  wynająć  samochód  bez 

złożenia  kaucji.  Miałem  zaledwie  dwa  dolary  w  kieszeni,  a  nie 

wiedziałem, jak wygląda kasa Niny. Nie mogłem podjąć ani centa 

z mojej pensji przed końcem tygodnia. 

Kiedy  już  będę  miał  wóz,  muszę  przenieść  do  niego 

zwłoki Odette. Jak to zrobić i nie dać się zaskoczyć przez Ninę? 

Muszę czekać, aż się położy. 

Nie miałem czasu zastanawiać się dłużej - telefon dzwonił 

bez przerwy. Musiałem napisać artykuł o Meadowsie. Właśnie go 

skończyłem, kiedy miss Lehman weszła z garniturem do pokoju, a 

za nią Renick. 

Serce mi zabiło na ten widok. Była to kopia mego ubrania. 

Kupiłem je tuż po wyjściu z więzienia. 

-  Przebierz  się,  Harry  -  rzekł  Renick  po  wyjściu  miss 

Leham.  -  Fotograf  czeka.  Chcemy  umieścić  zdjęcie  w 

wieczornych dziennikach. 

Włożyłem  garnitur  i  poszedłem  z  Renickiem  do 

policyjnego  studio  fotograficznego.  Po  pół  godzinie  mieliśmy 

tuzin klisz przeznaczonych dla prasy. 

background image

Redagowałem  mój  własny  rysopis  i  przyklejałem  go  na 

odwrocie  fotografii.  Miałem  okropne  uczucie,  że  popełniam 

samobójstwo. Potem udałem się do Meadowsa, żeby mu pokazać 

odbitki.  Na  kliszach  twarz  była  zamazana,  ale  mimo  to  można 

mnie było z łatwością poznać. 

Meadows  obejrzał  zdjęcia  i  z  uznaniem  skinął  głową. 

Potem  wezwał  miss  Lehman  i  polecił  jej  zanieść  fotografie  do 

redakcji dzienników. 

Renick zetknął się z nią w drzwiach. 

- Mam listę pasażerów - zawiadomił. - Nie bardzo nam się 

przyda.  Między  dziesiątą  trzydzieści  a  północą  startowały  tylko 

dwa  samoloty.  Jeden  do  Japonii,  drugi  do  Los  Angeles.  W  tym 

drugim  było  piętnastu  pasażerów  na  pokładzie.  Czternastu 

stanowili  przedsiębiorcy  handlowi  wraz  z  żonami.  Odbywają  tę 

podróż  regularnie  i  stewardesa  zna  ich  osobiście.  Piętnastą  była 

młoda samotna dziewczyna. 

Meadows skrzywił się. 

— To  nie  posuwa  śledztwa  wcale  naprzód.  Szukamy 

dziewczyny  podróżującej  z  mężczyzną.  Nie  jest  wykluczone,  że 

porywacz  tak  sterroryzował  swą  ofiarę,  że  zmusił  ją  do 

towarzyszenia w podróży. Jak się nazywa ta samotna pasażerka? 

— Jechała  pod  nazwiskiem  Anny  Harcourt  -  odparł 

Renick.  -  Stewardesa  zwróciła  na  nią  uwagę.  Była  ruda,  to  na 

pewno nie była Odette Malroux. 

Twarda,  lodowata  pięść,  która  cisnęła  mój  żołądek, 

rozluźniła  się  nieco.  Nagle  nogi  ugięły  się  pode  mną,  tak  że 

musiałem usiąść. Meadows wrzucił listę do kosza na papiery. 

-  No  cóż,  musieliśmy  spróbować.  Może  będziemy  mieli 

więcej szczęścia z fotografią. 

Było  już  po  siódmej.  Wałęsałem  się  jeszcze  do  ósmej, 

słuchałem raportów nadawanych telefonicznie. 

— Czy mógłbym iść do domu? - spytałem Renicka. - Jeśli 

będzie coś nowego, przedzwonisz do mnie. 

— Oczywiście, Harry. Zmykaj! 

Wróciłem do biura i zatelefonowałem do Niny. 

background image

— Możliwe,  że  wrócę  późno  -  rzekłem.  -  Co  robisz 

wieczorem? 

— Ależ... nic. Będę czekała. 

— Może  byś  poszła  do  kina?  Nie  ma  sensu,  żebyś  cały 

wieczór siedziała w domu.  Jest  bardzo dobry  film  w  „Capitolu”. 

Może pójdziesz go obejrzeć? 

— Nie mam ochoty iść sama, Harry. Zaczekam. 

Gdyby mi się udało  namówić ją, żeby wyszła  z domu  na 

kilka godzin! 

— Będę  się  cieszył,  jeśli  pójdziesz,  Nino.  Za  mało 

wychodzisz. 

— Ależ kochany, nie mam ochoty sama wychodzić, nawet 

jeśli  nas  stać  na  to.  Kiedy  wrócisz?  Chcesz,  żebym  ci  zostawiła 

obiad? 

Przestałem nalegać, żeby nie wzbudzić jej podejrzeń. 

-  Posiedzę  jeszcze  z  godzinkę.  Tak,  zostaw  mi  coś  do 

jedzenia. 

-  Och,  Harry,  wciąż  jeszcze  nie  znalazłam  kluczy  od 

samochodu.  

Nagle ogarnęła mnie złość. 

- Co to ma za znaczenie, jeśli wóz nie nadaje się do jazdy! 

Cześć, wkrótce przyjadę! 

background image

Odłożyłem słuchawkę. 

Przez  dłuższą  chwilę  siedziałem  nieruchomo,  patrząc 

bezmyślnie na zegar ścienny. 

Nina  kładła  się  zwykle  około  jedenastej.  Będę  musiał 

czekać  co  najmniej  do  pierwszej,  zanim  odważę  się  wyjąć  trupa 

Odette.  Teraz,  kiedy  zbliżał  się  moment  działania,  strach  przed 

czynnościami,  które  będę  musiał  wykonać,  przyprawiał  mnie  o 

mdłości.  Ale  nie  mogłem  inaczej.  Gdzie  złożę  ciało?  W  starej 

kopalni?  Wiem,  że  już  tam  szukali.  Mało  prawdopodobne,  żeby 

zrobili  to  po  raz  drugi.  Jeśli  potrafię  załatwić  to  niepostrzeżenie, 

zwłoki Odette może nigdy nie będą odnalezione. Ale czy uda mi 

się tego dokonać? Przed opuszczeniem wartowni przestudiowałem 

tablicę, na której Renick zaznaczył stan poszukiwań. Oddalały się 

teraz  od  kopalni  srebra,  biegły  wzdłuż  autostrady  w  kierunku 

mego mieszkania. Około pierwszej w nocy droga będzie pusta, z 

wyjątkiem,  oczywiście,  samochodów  kontrolnych.  Jako  oficjalny 

attache prasowy dyrektora policji mogę ewentualnie zdobyć się na 

odwagę  i  puścić  się  w  drogę,  o  ile  moje  nerwy  wytrzymają  tę 

próbę, ale sprawa była nad wyraz niepewna. 

Zanim  podejmę  jakąkolwiek  decyzję,  muszę  wynająć 

samochód. 

Wyszedłem z biura i  udałem się autokarem  do  warsztatu. 

Było za dwadzieścia dziewiąta, kiedy tam przyjechałem. 

Ted  Brown,  osiemnastoletni  chłopiec,  którego  dobrze 

znałem,  siedział  w  biurze  i  czytał  pismo  poświęcone  wyścigom 

konnym.  Ucieszyłem  się  widząc,  że  Hammond,  właściciel 

warsztatu, jest nieobecny. 

- Cześć, Ted. Wygląda na to, że jesteś bardzo zajęty.  

Chłopiec uśmiechnął się z zażenowaniem. Odłożył gazetę i 

wstał. 

— Dobry wieczór, panie Barber. Próbowałem wytypować 

zwycięzcę. Przydałoby się, żeby  się szczęście odmieniło. W tym 

tygodniu była bryndza. 

— Jeśli  chodzi  o  mnie,  nigdy  nie  potrafiłem  wygrać  - 

odparłem. 

background image

-  Słuchaj,  Ted,  ja  także  miałem  pecha.  Packard  nawalił, 

skrzynia biegów. 

— Do diabła! To głupia historia. Wymiana kosztuje bardzo 

dużo. 

— Chciałbym  pożyczyć  wóz  na  dzisiejszy  wieczór.  Masz 

coś dla mnie? 

— Oczywiście. Może pan wziąć tego chevroleta. Tylko na 

dzisiejszy wieczór? 

— Tak.  Przyprowadzę  go  jutro  rano.  -  Podszedłem  do 

chevroleta. 

- Mam pilne spotkanie w Palm Bay. 

background image

-Dam  panu  formularz  do  wypełnienia.  Trzydzieści 

dolarów kaucji i za ubezpieczenie. 

Znieruchomiałem. 

- Spieszę się, Ted, nie mam przy sobie pieniędzy. Jutro ci 

zapłacę.  

Chłopiec zaskoczony drapał się w głowę. 

-  Myślę,  że  pan  Hammond  byłby  niezadowolony.  Nie 

mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. 

Zmusiłem się do śmiechu. 

-  Co  ci  przychodzi  na  myśl,  Ted?  Od  lat  jestem  waszym 

klientem.  Pan  Hammond  byłby  zadowolony,  że  może  mi 

wyświadczyć przysługę. 

Twarz Teda rozjaśniła się. 

— To prawda, panie Barber. Może wystarczy, że pan tylko 

podpisze formularz? A jutro, kiedy pan przyprowadzi wóz... 

— Zgoda. 

Poszedłem za nim do biura i czekałem z niecierpliwością; 

znalazł w końcu druk i położył go przede mną na stole. 

Wyjmowałem  właśnie  długopis  z  kieszeni,  kiedy  jakiś 

samochód wjechał do garażu. Był to Hammond. 

Gdybym przyszedł pięć minut wcześniej, już by mnie nie 

zastał.  Teraz  wszystko  przepadło.  Odgadłem  to  natychmiast, 

widząc minę, jaką przybrał na mój widok. 

Mimo to zdobyłem się na szeroki uśmiech powitalny. 

— Dobry wieczór, panie Hammond - powiedziałem. - Tak 

już późno, a pan jeszcze pracuje. 

— Dobry wieczór - odparł ozięble. Spojrzał ostro na Teda. 

- Co tu się dzieje? 

— Wynajmuję  chevroleta  -  rzekłem.  -  W  moim  wozie 

wysiadła skrzynia biegów. W przyszłym tygodniu będzie go pan 

musiał  zabrać  do  naprawy.  Mam  pilne  spotkanie  w  Palm  Bay  i 

potrzebny mi jest samochód. 

Hammond lekko odprężył się. 

- Świetnie, proszę tylko wypełnić formularz, panie Barber. 

Trzydzieści dolarów za benzynę, ubezpieczenie i kaucję. 

background image

Zacząłem wypełniać formularz. Ręka tak mi drżała, że nie 

poznawałem własnego pisma. 

-  Zapłacę  panu  jutro,  po  odstawieniu  wozu  – 

oświadczyłem  najnaturalniejszym  głosem.  -  To  spotkanie 

zaskoczyło  mnie.  Nie  miałem  czasu  pójść  po  pieniądze  przed 

zamknięciem banku. Zapłacę panu na pewno. 

Podpisałem  formularz  i  podsunąłem  go  Hammondowi. 

Nawet nie spojrzał na papier. 

background image

- Podaj mi konto pana Barbera - zwrócił się do Teda. 

Ted  wyjął  moją  kartkę  i  zniknął  w  głębi  warsztatu  z 

zakłopotaną miną. 

Hammond rzucił okiem na cyfry i spojrzał na mnie zimno. 

— Panie  Barber,  jest  mi  pan  winien  sto  pięćdziesiąt 

dolarów za reperacje, benzynę i olej - oświadczył. 

— Tak, wiem. Wszystko wyrównam jutro - zapewniłem. - 

Bardzo mi przykro, że tak długo zwlekałem. 

— Będę panu bardzo zobowiązany. - Przerwał na chwilę. - 

Żałuję,  panie  Barber,  lecz  nie  mogę  udzielić  panu  dalszego 

kredytu, dopóki nie wyrówna pan długu. 

Wpadłem we wściekłość. 

-  Jeśli  pan  tak  stawia  sprawę,  to  mam  pana  w  nosie!  - 

krzyknąłem.  

Wyszedłem  z  warsztatu.  W  odległości  półtora  kilometra 

od  mego  bungalowu  znajdowała  się  stacja  obsługi  samochodów, 

czynna przez całą noc.  Kiedy Nina zaśnie, pójdę tam i  wynajmę 

wóz.  Za  wypożyczenie  zapłacę  pieniędzmi  wziętymi  z  okupu. 

Wyjmę tylko kilka banknotów. 

Znajdowałem  się  już  na  długiej  ulicy  prowadzącej  do 

mego  domu.  W  połowie  drogi  spostrzegłem  na  trotuarze  po 

przeciwnej stronie dwóch policjantów idących w moim kierunku. 

Zatrzymali  się  przy  posesji  któregoś  z  moich  sąsiadów,  potem 

jeden  z  policjantów  otworzył  furtkę  i  wszedł  do  ogrodu.  Drugi 

poszedł do domu stojącego obok. 

A  więc  poszukiwania  „dom  po  domu”  dotarły  do  mojej 

ulicy. 

Z  sercem  ściśniętym  z  trwogi,  przyspieszyłem  kroku.  Z 

daleka zobaczyłem mój bungalow i stanąłem jak wryty. 

Drzwi  garażu,  które  zamknąłem  w  nocy  na  klucz,  były 

teraz otwarte na oścież! 

Jeden  z  policjantów  wyszedł  z  domu  naprzeciwko  i 

przyglądał mi się z zainteresowaniem. 

Opanowałem się i ruszyłem naprzód. 

 

background image

II 

 

Wszedłem do ogrodu, ujrzałem Ninę stojącą z żołnierzami 

obok  packarda.  Na  odgłos  moich  kroków  odwrócili  się  wszyscy 

troje. 

— To właśnie jest mój mąż - rzekła Nina. 

— Dobry wieczór. Co się stało? - zapytałem. 

Obydwaj żołnierze byli bardzo młodzi. Jeden z nich, krępy 

blondyn, o różowej  pulchnej  twarzy, nudził się najwidoczniej na 

potęgę  i  ginął  z  gorąca.  Drugi,  mały  brunet,  sprawiał  wrażenie 

człowieka  upartego  i  nieżyczliwego.  Zorientowałem  się  od  razu, 

że będzie to twardy orzech do zgryzienia. 

- To pana wóz? - spytał brunet. 

Nie odpowiedziałem mu i zwróciłem się do Niny: 

— Ależ o co chodzi? 

— Szukają  porwanej  dziewczyny  -  odparła  Nina. 

Sprawiała  wrażenie  mocno  zdenerwowanej.  -  Kazali  otworzyć 

bagażnik. 

Zdążyłem  zaczerpnąć  tchu.  Czułem  się  tak  zaszczuty,  że 

zapomniałem o strachu. 

-  Chyba  nie  sądzicie,  że  jest  tam  w  środku?  -  zwróciłem 

się do tego pyzatego i nawet udało mi się wybuchnąć śmiechem. 

. Uśmiechnął się z zażenowaniem.- 

— Nie,  oczywiście,  proszę  pana  -  rzekł.  -  Powtarzam 

Joe’mu... 

— Czy zechce pan otworzyć bagażnik? - zapytał brunet. - 

Dostałem  rozkaz,  żeby  przeszukać  wszystkie  domy  i  wszystkie 

samochody na tej ulicy i mam zamiar go wykonać. 

— Powiedziałam  mu  już,  że  zgubiłam  klucze  -  przerwała 

Nina. - Prosiłam, żeby poczekał, Harry. Czeka już dłuższą chwilę. 

— Bardzo żałuję - zwróciłem się do bruneta - ale ja też nie 

mam kluczy. Zostawiłem je u ślusarza, żeby dorobić je dla mojej 

żony. 

Przyglądał mi się żywymi, podejrzliwymi oczami. 

— Szkoda!  -  powiedział.  -  Mam  rozkaz  rewizji. Jeśli  pan 

background image

nie ma klucza, wyważę zamek. 

— Jutro rano będę miał klucze - usiłowałem rozpaczliwie 

zachować  normalny,  swobodny  ton.  -  Proszę  przyjść  jutro,  z 

chęcią otworzę panu bagażnik. 

- Chodźmy, Joe! - odezwał się pyzaty. - Mamy jeszcze do 

obejrzenia całą tę przeklętą ulicę, a robi się już późno. 

Joe  nie  zwracał  najmniejszej  uwagi  na  jego  słowa.  Był 

najwyraźniej zdecydowany odegrać swój numer. 

— Zaraz  wyważę  zamek  -  powiedział.  Poszedł  w  głąb 

garażu i zaczął rozglądać się dokoła. Nagle podniósł dłuto. 

— Hej!  Powoli!  -  zasłoniłem  sobą  bagażnik.  -  Chyba  nie 

ma pan zamiaru zniszczyć mego wozu? 

Pokazałem mu moją legitymację prasową. Tamten spojrzał 

na nią z daleka. 

- No więc? - podniósł dłuto wściekłym gestem. - Gwiżdżę 

na to kim pan jest. Dostałem rozkaz, żeby skontrolować wszystkie 

wozy na tej ulicy. Wykonuję rozkaz. 

Zwróciłem się do Niny. 

- Tam naprzeciw jest policjant. Przyprowadź go.  

Nina wybiegła z garażu. 

- Gwiżdżę na gliny! - krzyczał Joe z wściekłością. – Zaraz 

otworzę bagażnik! Niech się pan odsunie! 

Nie cofnąłem się ani o milimetr. 

-  Chyba  nie  ma  pan  zamiaru  zniszczyć  mego  wozu!  - 

powtarzałem.  - Otworzę bagażnik  jutro, jak będę miał  klucz, nie 

wcześniej. 

Przez  dłuższą  chwilę  patrzyliśmy  jeden  na  drugiego.  W 

końcu odłożył dłuto. 

— Dobrze,  jeśli  pan  tak  do  tego  podchodzi.  Chodź  tu, 

Hank! Nie będziemy zwracać uwagi na tego głupca! Otworzymy 

bagażnik! 

— Ależ, Joe - rzekł pyzaty, zmieszany. - Nie rób awantur. 

Poczekajmy na glinę. 

— Wykonuję rozkaz - odparł Joe. - Usunie się pan, czy też 

woli, abym mu pomógł? - zapytał z groźną miną. 

background image

- Niech no spróbuje mnie pan dotknąć! Pożałuje pan tego!  

Joe zwrócił się do Hanka: 

-  Chodź,  zabierzmy  go  stamtąd.  Jeśli  uszkodzimy  faceta, 

tym gorzej dla niego. 

Zbliżał  się  do  mnie,  gdy  Nina  z  policjantem  pojawiła  się 

na  ścieżce.  Joe  znieruchomiał  widząc  wysokiego,  masywnego 

policjanta wchodzącego do garażu. 

— Co się tu dzieje? - spytał policjant. 

— Chcę  zobaczyć,  co  jest  w  tym  bagażniku  -  tłumaczył 

Joe. - Ten typ nie ma klucza. Otrzymałem rozkaz. Chcę wyważyć 

zamek, ale on nie pozwala. 

— Gdzie jest klucz? - zapytał policjant. 

— U ślusarza - wyjaśniłem. - Kazałem dorobić klucze dla 

mojej żony. 

Patrzył  na  mnie,  drapiąc  grubym  paluchem  swą  okrągłą 

czaszkę. 

- U jakiego ślusarza?  

Przewidziałem to pytanie. 

- Nie wiem. Dałem klucze sekretarce, żeby się tym zajęła. 

- Pokazałem mu legitymację prasową. - Pracuję w dyrekcji policji. 

Jutro  rano  będę  miał  klucz,  wówczas  chętnie  otworzę  bagażnik. 

Nie  ma  tam  nic  w  środku,  ale  jeśli  to  może  uspokoić  naszego 

przyjaciela, jutro otworzę. Nie pozwolę wyważać zamka. 

Policjant  obejrzał  legitymację,  zmarszczył  brwi  i  zwrócił 

się do małego bruneta: 

- Panie żołnierzu, nie warto robić tyle szumu. Znamy tego 

pana. Dlaczego pan się tak tym przejmuje? 

Joe  wzruszył  ramionami  z  miną  bardziej  agresywną  niż 

dotąd. 

— Gwiżdżę na to, kim on jest! Otrzymałem rozkaz i chcę 

go wykonać! 

— Jeśli zniszczy pan zamek, trzeba będzie zapłacić. 

- To dobrze, zapłacę. Ale go wyważę!  

Policjant wzruszył ramionami i zwrócił się do mnie: 

-  Czy  to  panu  odpowiada,  panie  Barber?  Niech  mu  pan 

background image

pozwoli. Będzie musiał zapłacić za reperację. 

Zabrakło mi tchu. 

— Nie,  wcale  mi  to  nie  odpowiada  -  rzekłem.  -  To  stary 

samochód.  Może  nie  znajdę  takiego  zamka.  W  każdym  razie 

skrzynia biegów jest uszkodzona i  wóz już od dwóch dni  stoi w 

garażu. Jeśli mi pan nie wierzy, niech go pan spróbuje ruszyć. 

— Bez  blagi!  -  krzyknął  Joe.  -  Jak  pan  chce,  żebym 

uruchomił wóz bez klucza! Do diabła, niech się pan zabiera!Chcę 

otworzyć bagażnik! 

Chwycił dłuto. 

Stałem dalej w tym samym miejscu. 

-  Załatwimy  to  -  powiedziałem.  -  Zadzwonię  do 

porucznika Renicka. Jeśli każe, zgoda, pozwolę temu dzieciakowi 

otworzyć. 

Twarz policjanta rozjaśniła się. 

- Dobra myśl, ale ja sam będę mówił z porucznikiem. Joe 

z obrzydzeniem rzucił dłuto na ziemię. 

-  Ach,  te  gliny!  -  krzyknął  głosem  pełnym  pogardy.  - 

Dobrze,  trzymajcie się razem! Ale uprzedzam  was,  że zamelduję 

o tym dowódcy mojej jednostki. Przysięgam, że to zrobię. Chodź, 

Hank, zabierajmy się stąd! 

Policjant, zmieszany, patrzył jak obaj  żołnierze odchodzą 

aleją. 

— Ach,  ci  młodzi  -  rzekł  zdenerwowany  -  kiedy  wbiją 

sobie coś do głowy, nie ma siły, żeby ich przekonać! 

— Dziękuję panu - powiedziałem. - Serce by mnie bolało, 

gdyby mi uszkodzili wóz. 

- Świetnie to rozumiem. Do widzenia, panie Barber.  

Ukłonił się Ninie i poszedł. 

- Ach, nareszcie!  -  zawołała Nina.  - On był  wstrętny. Jak 

go tylko zobaczyłam, czułam, że będziemy mieli przykrości. 

Zasuwałem drzwi garażu. 

- Lepiej zamknąć je na klucz - oświadczyłem. - On jest w 

stanie wrócić tu po kryjomu. 

            Podała  mi  klucz,  zamknąłem  drzwi  i  poszliśmy  razem  do 

background image

domu. 

— Co się dzieje, Harry? Oni myślą, że ta dziewczyna nie 

żyje? Mówią tylko o niej - opowiadała Nina. 

— Nie  wiem.  Daj  mi  whisky,  dobrze?  Ten  cyrk  trwa  od 

samego rana. Padam z nóg. 

Zdjąłem marynarkę i rzuciłem na tapczan. Potem usiadłem 

w fotelu i rozluźniłem krawat. 

Nina przygotowała whisky z wodą. 

— Co zrobimy z samochodem? - spytała. 

— Trzeba poczekać. Nie możemy pozwolić sobie teraz na 

naprawę skrzyni biegów. 

Podała mi whisky. 

— Chcesz papierosa? 

— Tak. Zapalniczka jest w mojej marynarce. 

Podeszła do tapczanu, włożyła rękę do kieszeni marynarki. 

Jak  mogłem  być  tak  nieostrożny?!  Miałem  chyba  zamroczenie 

umysłu. 

- Harry! 

Ton jej głosu kazał mi nadstawić uszu. 

Trzymała  w  ręku  moje  i  swoje  klucze  do  samochodu  i 

przyglądała mi się uważnie. Cała ślina wyschła  mi w ustach. Jej 

oczy spoczęły na mnie. 

- Harry! 

Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa, po 

czym  szklanka  whisky  wypadła  mi  z  ręki  i  rozbiła  się  na 

parkiecie. 

background image

Rozdział 10 

Zegar  na  ścianie  przy  wejściu  zaczął  wybijać  godzinę 

dziewiątą. Jasny dźwięk zdawał się wypełniać cały pokój. 

Wstałem,  wpatrując  się  w  resztki  szkła  i  plamę  whisky 

rozlanej na podłodze. 

— Posprzątam to - powiedziałem idąc w stronę drzwi. 

— Harry... 

Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Wiedziałem, że 

jestem  biały  jak  papier.  Całą  mą  istotą  owładnęło  nieludzkie 

oszołomienie. Na próżno starałem się rozpaczliwie znaleźć jakieś 

wiarygodne kłamstwo. 

Wziąłem  z  kuchni  kawał  grubego  płótna  i  wszedłem  do 

przedpokoju  wiodącego  do  salonu.  Widziałem  jak  Nina  naciska 

klamkę drzwi wejściowych, próbując je otworzyć. 

- Dokąd idziesz? - ryknąłem rzucając płótno. 

Odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Jej twarz była blada, 

wykrzywiona. Oczy wydawały się ogromne. 

- Do garażu. 

Udało  jej  się  otworzyć  zatrzask,  w  chwili  kiedy 

przyskoczyłem, żeby ją zatrzymać. 

— Nie pójdziesz! Oddaj mi klucze! 

— Puść mnie. 

Wyrwała mi się i oparła o mur, chowając ręce za siebie. 

Pod  białą  bluzką  jej  piersi  unosiła  się  w  przyspieszonym 

oddechu. 

— Daj mi klucze! 

— Nie! 

Klucze  były  mi  koniecznie  potrzebne.  Chwyciłem  ją,  ale 

wyrwała  mi  się  znowu  i  pobiegła  do  salonu.  Szedłem  za  nią, 

złapałem ją za przegub i okręciłem dokoła siebie. 

- Harry! To boli! 

Otworzyłem  przemocą  jej  palce  i  zabrałem  klucze. 

Podczas tej szarpaniny potknęła się i upadła na kolana. 

Puściłem ją i wyprostowałem się bez tchu. Wstydziłem się 

bezgranicznie.  Klęczała  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach,  zaczęła 

background image

płakać. Wsunąłem klucze do kieszeni. 

- Nino, jestem zrozpaczony - z trudem wydobyłem z siebie 

te słowa. - Nie chciałem cię skrzywdzić. Błagam, nie płacz. 

Chciałem  ją  podnieść,  ale  dręczyły  mnie  takie  wyrzuty 

sumienia, że nie śmiałem jej dotknąć. 

Przez  dłuższą  chwilę  klęczała.  Obserwowałem  ją  bez 

ruchu. Potem powoli wstała trzymając się za przegub. Nasze oczy 

spotkały się. 

— Będzie  najlepiej,  jak  powiesz  mi  całą  prawdę.  Co 

zrobiłeś? - spytała. 

— Nic  nie  zrobiłem.  Nie  myśl  o  tym.  Wybacz,  że 

sprawiłem ci ból. 

— Czy  byłbyś  łaskaw  oddać  mi  klucze  od  samochodu? 

Chcę otworzyć bagażnik. 

— Nie,  na  miłość  boską!  Nino,  zaczekaj!  Mówię  ci,  nie 

myśl już o tym. Nie rozumiesz? Nie trzeba o tym myśleć. 

Wyciągnęła rękę. 

— Daj mi klucze! 

— Idiotko! - krzyknąłem zrozpaczony. - Nie wtrącaj się do 

tego. Nie dam ci kluczy! 

Nagłe usiadła nie spuszczając ze mnie wzroku. 

-  Harry,  co  tam  jest  w  bagażniku,  że  tak  bardzo  boisz  się 

mi  go  pokazać  i  nie  pozwoliłeś  żołnierzom  zajrzeć  do  środka. 

Chyba 

nie 

chcesz, abym myślała, że leży tam ta dziewczyna. 

Twarz oblewał mi pot, drżałem jak liść. 

— Słuchaj  -  rzekłem.  -  Spakujesz  walizkę  i  pójdziesz  do 

hotelu. Tej nocy muszę być sam! Proszę cię, błagam, zrób to, o co 

cię proszę, i nie stawiaj mi żadnych pytań! 

— Och, Harry! - patrzyła teraz na mnie z przerażeniem. - 

Powiedz, że to nieprawda! Nie mogę w to uwierzyć, Harry! Jej nie 

ma tam w bagażniku? 

— Dosyć  tych  pytań!  -  Zwinąłem  dłonie  w  pięści  i 

uderzyłem  jedną  o  drugą.  -  Spakuj  walizkę!  Idź  stąd!  Czy  nie 

widzisz, że i tak mam dość zmartwień? Nie chcę jeszcze do tego 

background image

wszystkiego niepokoić się o ciebie! 

— Ona nie żyje? Musi już nie żyć. Ty ją zabiłeś? 

Podszedłem do niej, chwyciłem  ją za ramiona i zacząłem 

nią potrząsać. 

- Nie pytaj! Ty nic nie wiesz! Rozumiesz? Nic! A teraz idź 

i wracaj dopiero jutro! 

Uwolniła  się  i  odsunęła  ode  mnie,  trzymając  ręce  na 

policzkach. Potem nagle jakby się odprężyła, ramiona jej opadły. 

-  Nie  pójdę  -  powiedziała  spokojnie.  -  Nie  krzycz  tak, 

Harry, usiądź! Będziemy razem dźwigać to nieszczęście. A teraz, 

błagam cię, opowiedz mi, co się stało. 

-  Chcesz,  żebym  cię  wciągnął  w  to  wszystko?  - 

krzyknąłem ze złością. - Czy nie możesz zrozumieć, że narażasz 

się  na  wiele  lat  więzienia,  jeśli  będziesz  cokolwiek  wiedziała? 

Naprawdę  nie  rozumiesz  tego?  Próbuję  cię  ocalić.  Musisz  stąd 

odejść zaraz! 

Patrzyła na mnie przez chwilę, później potrząsnęła głową. 

— Ostatnim  razem,  kiedy  miałeś kłopoty, trzymałeś mnie 

z dala od tego, potraktowałeś mnie jak obcą. Tym razem to się nie 

powtórzy. Zrobię wszystko, żeby ci pomóc. 

— Nie chcę twojej pomocy! - odparłem kipiąc ze złości. - 

A teraz idź! 

— Nie pójdę, Harry! 

Podniosłem rękę, aby ją uderzyć w twarz, ale nie mogłem 

się na to zdobyć. Ramię mi opadło. Zmieszany patrzyłem na nią. 

Czułem się pokonany. 

— Ty ją zabiłeś, Harry? 

— Nie. 

— Ale ona jest w bagażniku? 

— Tak. 

— Martwa? 

— Tak. 

Zadrżała,  przez  dłuższą  chwilę  słychać  było  tylko 

rytmiczne tykanie zegara. 

— Co chcesz zrobić? - spytała wreszcie. 

background image

— Chcę  wynająć  samochód  i  wywieźć  ją  do  kopalni  - 

padłem znużony na fotel. - Mam pieniądze z okupu. 

Nina  wstała  i  przygotowała  dwie  szklanki.  Podała  mi  i 

sama  wypiła.  Potem  usiadła  na  oparciu  mojego  fotela  i  położyła 

dłoń na mojej ręce. 

— Proszę  cię,  powiedz  mi,  jak  to  się  stało,  wszystko,  od 

samego początku. 

— Jeśli policja mnie zamknie, Nino, i zorientuje się, że ty 

wiesz  o  wszystkim,  spędzisz  dziesięć  lat  w  więzieniu,  może 

więcej. 

-  No  dobrze,  nie  myślmy  o  tym.  -  Dotknięcie  jej  palców, 

muskających  moją  dłoń,  uspokoiło  mnie  nieco.  -  Proszę  cię, 

zacznij od samego początku. Chcę wiedzieć, co się stało. Powiedz 

mi wszystko. 

Opowiedziałem  jej  wszystko,  niczego  nie  opuszczając. 

Wyznałem jej nawet, że spałem z Odette. 

- Nie mogłem jej ciała zostawić w pawilonie... Wiozłem je 

do kopalni i wtedy wysiadła skrzynia biegów. 

Ręka  Niny  zamknęła  się  na  mojej  dłoni  i  ścisnęła  ją 

gorąco. 

-  Mój  kochany  biedaku!  Musiałeś  przeżyć  potworne 

chwile.  Miałam  wrażenie,  że  coś  nie  gra,  ale  nigdy  nie 

wyobrażałam sobie, że to może być coś tak strasznego... 

Dziwna  rzecz  -  uspokoiłem  się,  gdy  podzieliłem  się  z  nią 

moją tajemnicą. Już się tak nie bałem. Mój umysł, sparaliżowany 

dotąd  strachem,  stał  się  znów  zdolny  do  analizowania  sytuacji  i 

podjęcia jakichś decyzji. 

-  Teraz  wiesz  już  wszystko  -  powiedziałem.  -  Nie  mam 

żadnego  usprawiedliwienia.  Zrobiłem  to  dla  pieniędzy.  Nie 

miałem  racji,  ale  na  nic  się  nie  zda,  że  zrozumiałem  to  teraz. 

Gdybym  poczekał  trochę,  otrzymałbym  pracę  i  moglibyśmy  być 

szczęśliwi.  Nie  miałem  cierpliwości  i  wpakowałem  się  w  taką 

paskudną historię. Musisz mnie opuścić, Nino. Mówię poważnie. 

Jakoś sam wybrnę z tego. Nie chcę, żebyś była zamieszana w tę 

aferę.  Jeśli  sprawa  przyjmie  zły  obrót  i  zaaresztują  mnie,  nie 

background image

zniosę  myśli,  że  ty  także  jesteś  skompromitowana.  To  by  była 

naprawdę  ostatnia  kropla,  która  przelałaby  dzban  goryczy.  Nie 

wolno ci się do tego mieszać. Nie rozumiesz tego? 

Poklepała  mnie  po  ramieniu,  wstała  i  podeszła  do  okna. 

Pozostała tam przez kilka sekund, obserwując ulicę pogrążoną w 

ciemnościach, potem energicznie odwróciła się. 

— Razem  się  tym  zajmiemy.  Szkoda  dyskutować  na  ten 

temat,  Harry.  Jak  sądzisz  -  kiedy  trzebają  wywieźć,  żeby  było 

najmniej niebezpiecznie? 

— Między drugą a trzecią nad ranem... ale nie wtrącaj się 

do tego. 

- Chcę ci pomóc. Czy nie pomógłbyś mi, gdyby role były 

od  wrócone?  Czy  nie  miałabym  prawa  sądzić,  że  nie  kochasz 

mnie, gdybyś mnie w takiej sytuacji zostawił? 

Miała 

rację, 

oczywiście. 

Wzruszyłem 

bezradnie 

ramionami. 

- Dobrze. Zgoda, Nino, jestem w skrajnej rozpaczy. Byłem 

szalony, że to zrobiłem. Z wdzięcznością przyjmę twoją pomoc. 

Rzuciła mi się w ramiona. Staliśmy kilka chwil przytuleni 

do siebie, potem odsunęła się. 

-  Czy  to  nie  będzie  zbyt  ryzykowne,  jeśli  skorzystamy  z 

tych pieniędzy dla opłacenia samochodu? 

— W walizce są banknoty o małych nominałach. Malroux 

nie  miał  czasu  zanotować  numerów.  Tak,  możemy  użyć  te 

pieniądze. 

— Przede  wszystkim  musisz  się  chyba  zająć  wynajęciem 

samochodu.  Możesz  go  zostawić  na  ulicy.  Kiedy  będziesz  już 

gotów do działania, przyprowadzisz wóz do garażu. 

— Tak. 

background image

Nie  ruszyłem  się  z  miejsca.  Zagłębiony  w  fotelu 

siedziałem  wpatrzony  w  dywan.  Muszę  otworzyć  bagażnik  i 

wyjąć walizkę. Na sama myśl, że zobaczę trupa Odette, zrobiło mi 

się słabo. 

— Powinieneś  napić  się  jeszcze  trochę  whisky  -  radziła 

Nina. Wyczuwała, co się ze mną dzieje. 

— Nie.  Jakoś  to  pójdzie.  Gdzie  jest  latarka?  -  spytałem 

wstając. Otworzyła szufladę i wyjęła małą latarkę. 

— Pójdę z tobą. 

— Nie. Muszę to zrobić sam. 

Wziąłem  latarkę  i  nie  patrząc  na  Ninę  podszedłem  do 

drzwi, otworzyłem je i wyszedłem w ciemność. 

Dokoła  panowała  cisza.  Naprzeciw  mnie  okna  jakiegoś 

bungalowu  były  oświetlone,  ale  dom  mego  najbliższego  sąsiada 

pogrążony  był  w  ciemności.  Zbliżyłem  się  do  bramy  i 

popatrzyłem  na  szosę.  Nigdzie  żywej  duszy.  Serce  omal  nie 

wyskoczyło mi z piersi, w ustach miałem przykry smak. 

Podszedłem  do  garażu.  Z  trudem  włożyłem  klucz  do 

zamka.  Kiedy  otworzyłem  drzwi,  uderzył  mnie,  jeszcze  słaby 

wprawdzie,  ale  charakterystyczny  zapach  gnijącego  ciała. 

Znieruchomiałem,  nękany  mdłościami  i  panicznym  lękiem. 

Zamknąłem  drzwi  i  zapaliłem  latarkę.  Po  dłuższej  chwili 

zdobyłem  się  na  odwagę  i  zbliżyłem  się  do  bagażnika.  Upłynęła 

minuta, nim włożyłem klucz do zamka. 

Wyprostowałem  się.  Twarz  miałem  zlaną  potem,  oddech 

krótki, nieregularny, serce waliło mi jak młot. Nie mogłem zdobyć 

się na podniesienie pokrywy bagażnika. 

Wreszcie zdecydowałem się. 

Drżącą  ręką  trzymałem  latarkę.  Światło  padało  na 

skromną, biało-niebieską sukienkę, na długie kształtne nogi i małe 

stopy w pantofelkach, oparte o koło zapasowe. 

Walizka leżała obok zwłok. Chwyciłem  ją i zatrzasnąłem 

bagażnik. 

Żółć  napłynęła  mi  do  ust,  z  trudem  walczyłem  z 

gwałtownymi mdłościami. Drżałem od stóp do głów. Udało mi się 

background image

w  końcu  opanować,  zmusiłem  się  do  zamknięcia  bagażnika  na 

klucz. Następnie zabezpieczyłem drzwi od garażu i pobiegłem do 

domu. 

Nina czekała na mnie. Strach widniał na jej twarzy. Nagle 

wydała mi się stara i drobniejsza niż zwykle. 

Położyłem walizkę na stole. 

- Napiję się teraz - powiedziałem ochrypłym głosem.  

Szklaneczka  whisky  stała  już  przygotowana.  Alkohol 

pokrzepił mnie. Wyjąłem chusteczkę i wytarłem twarz. 

- Spokojnie, kochany - rzekła Nina łagodnym głosem. 

- Jakoś to przejdzie. 

Zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się głęboko. 

— Ja otworzę - powiedziała Nina zbliżając się do walizki. 

— Nie!  Nie  dotykaj  jej.  Nie  wolno  zostawić  odcisków! 

Wziąłem  walizkę.  Miała  proste  zamknięcie.  Trzeba  było  tylko 

nacisnąć  zamek,  żeby  otworzyć  go.  Podniosłem  wieczko  i 

wysypałem zawartość na stół. 

Spodziewałem  się,  że  strumień  banknotów  wypadnie  na 

stół,  że  będę  upajał  się  widokiem  stosu  pieniędzy.  Zamiast  nich 

stół zasłała kupa gazet. Starych gazet, niektóre z nich były nawet 

brudne. Pieniędzy ani śladu! 

 

II 

 

Ninie wyrwał się stłumiony okrzyk rozczarowania. 

Byłem zbyt oszołomiony, żeby wykonać najmniejszy ruch. 

Wpatrywałem  się w  gazety, nie  wierząc własnym  oczom. 

Nagle  doznałem  uczucia,  jakby  mnie  ktoś  zdzielił  pałką  po 

głowie. Ujrzałem całą prawdę: Nie ma pieniędzy... nie będę mógł 

wynająć samochodu. 

-  Jesteśmy  skończeni  -  rzekłem  patrząc  na  Ninę  z 

rozpaczą. - Jesteśmy naprawdę skończeni. 

Nina przerzucała gazety, jakby spodziewała się, że odkryje 

jakieś  pieniądze  pomiędzy  papierami,  potem  spojrzała  na  mnie 

bezradnie. 

background image

— Co się stało? Czy ktoś je ukradł? 

— Nie. Nie spuszczałem walizki z oczu, aż do chwili kiedy 

wrzuciłem ją do bagażnika. 

— Ale gdzie mogą być te pieniądze? Sądzisz, że Malroux 

nie miał zamiaru zapłacić? 

— Jestem pewien, że tak nie było. Pieniądze nie mają dla 

niego  żadnego  znaczenia.  Wiedział,  że  pozwalając  sobie  na  taki 

kawał, naraża życie córki na niebezpieczeństwo. 

Przypomniałem  sobie  nagle  walizkę,  którą  Renick  kazał 

mi sfotografować. 

— Malroux  miał  dwie  identyczne  walizki.  Zapewne  w 

jednej  był  okup,  w  drugiej  stare  gazety.  Ktoś  musiał  zamienić 

walizki w chwili, kiedy Malroux wyjeżdżał z domu. 

— Ale kto mógł to zrobić? 

— Oczywiście  Rhea!  To  jasne  jak  słońce.  Byłem 

zdziwiony,  że  okazuje  mi  tyle  zaufania  i  powierza  mi  wszystkie 

pieniądze. W mojej głupocie myślałem, że nie ma innego wyjścia. 

Co za błąd! Przygotowała walizkę z gazetami i czekała, aż zdarzy 

się  okazja  do  zamienienia  walizek.  Nigdy  nie  miała  zamiaru 

dzielić się ze mną czy z Odette. Dlatego nie przyszła do pawilonu. 

Nie było już po co. Zagarnęła skarb, zanim Malroux opuścił dom! 

Ryzykowałem moją skórę dla paczki papierzysków! Założę się, że 

nigdy nie miała zamiaru dać mi obiecanych pięćdziesięciu tysięcy. 

Postanowiła wystrychnąć mnie na dudka, i to jej się udało. 

— Co teraz zrobimy, Harry? - spytała Nina spokojnie. Na 

to pytanie zerwałem się jednym susem. 

— Co robić? Bez samochodu jesteśmy zgubieni! 

— Są dziesiątki wozów, które przez całą noc stoją na ulicy 

lub na bulwarze. Nic prostszego jak wziąć jeden z nich! 

— Ukraść? 

— Nie,  pożyczyć  -  poprawiła  mnie  Nina  stanowczym 

głosem. 

-  Przyprowadzimy  wóz  tutaj,  włożymy  do  środka 

dziewczynę,  potem  pojedziemy  trochę  dalej  i  zostawimy  go  na 

drodze.  Właściciel  zgłosi  kradzież  wozu,  policja  odnajdzie 

background image

samochód i dziewczynę. – Chwyciła mnie za rękę. - Nie mogę się 

pogodzić z myślą, że porzucisz ją w kopalni, Harry. Trzeba, żeby 

ją znaleźli, i to szybko. 

Zawahałem  się,  ale zdawałem sobie sprawę ze  słuszności 

jej rozumowania. 

-  To  ryzykowne,  ale  masz  słuszność.  Nie  ma  innego 

wyjścia. 

-  Popatrzyłem  na  zegarek,  jedenasta  minęła.  -  Pójdę 

zobaczyć, czy uda mi się znaleźć nie zamknięty samochód. 

— Pójdę z tobą. 

— Zgoda. 

Włożyłem  gazety  do  walizki,  walizkę  do  szafy,  po  czym 

wyszliśmy  z  domu.  Trzymając  się  pod  ramię,  szliśmy  spokojnie 

ulicą  jak  zwyczajna  para  korzystająca  ze  spaceru  przed  udaniem 

się na spoczynek. 

Przyszliśmy  na  bulwar  równoległy  do  naszej  ulicy. 

Wzdłuż  chodnika  stały  liczne  samochody,  po  jednej  i  po  drugiej 

stronie  szosy.  Kiedy  przechodziliśmy  obok  starego  forda, 

zatrzymaliśmy się oboje rówocześnie. 

- Ten by się nadawał - powiedziałem. 

Nina skinęła głową. Rozejrzawszy się na wszystkie strony, 

otworzyła torebkę i wyjęła rękawiczki. 

- Pozwól, że ja to zrobię - powiedziała. Oparła się o wóz, 

włożyła  rękawiczki.  -  Obejmij  mnie,  Harry.  Udawajmy  parę 

zakochanych. Zobaczę, czy drzwi są zamknięte. 

Objąłem ją. 

Gdyby przypadkiem ktoś patrzył przez okno z okolicznych 

domów, ujrzałby mężczyznę i kobietę objętych czule - codzienny 

widok na każdej ulicy. 

- Drzwi są otwarte - oświadczyła Nina. 

Odsunąłem  się  od  niej  i  obejrzałem  dokładnie  dom, 

naprzeciw którego stał ford. Mieszkania na górze były oświetlone, 

ale okna na pierwszym piętrze były ciemne. 

Nina  otworzyła  drzwi,  wślizgnęła  się  za  kierownicę  i 

zatrzasnęła  drzwi.  Zapaliłem  papierosa,  rozglądając  się  uważnie. 

background image

Stałem na czatach. 

Niemal natychmiast wysiadła. 

— Jest  na  chodzie  -  powiedziała  biorąc  mnie  pod  ramię  i 

oddalając się stamtąd. - Wóz nie jest zablokowany. 

— Nic  nie  można  zrobić  przed  pierwszą  -  odparłem.  - 

Wróćmy lepiej do domu. 

— Przejdźmy się. Nie mam ochoty czekać w domu. 

Świetnie  ją  rozumiałem.  Wolnym  krokiem  poszliśmy  w 

stronę  morza.  Plaża  była  pusta.  Siedząc  na  nabrzeżu 

wpatrywaliśmy się w dalekie światła Palm City na przeciwległym 

brzegu. 

-  Harry,  jesteś  pewien,  że  ta  dziewczyna  została 

zamordowana? 

- spytała Nina po chwili. - Może popełniła samobójstwo? 

— Niemożliwe.  Została  uduszona.  Nie,  to  było  na  pewno 

morderstwo. 

— Kto mógł to zrobić? 

— Nad  tym  właśnie  zastanawiałem  się  bez  przerwy.  Jeśli 

tego  nie  zrobił  jakiś  sadysta,  który  widział,  że  wchodzi  sama  do 

pawilonu 

- mogę się założyć, że inspiratorką tej zbrodni była Rhea - 

ona jedna była zainteresowana. 

I powtórzyłem Ninie wszystko, czego dowiedziałem się od 

Tima Cowleya o prawie spadkowym we Francji. 

-  Gdyby  Odette  żyła,  otrzymałaby  automatycznie  połowę 

ogromnego  majątku  swego  ojca.  Malroux  według  opinii  lekarzy 

skazany  jest  na  śmierć.  Odette  zmarła  w  momencie  bardzo 

dogodnym dla Rhei, ale trudno mi wyobrazić sobie; że zrobiła to 

własnymi rękami. Jestem pewien, że jej alibi - była chora i zażyła 

środek  uspokajający-jest  nie  do  podważenia.  Posiada  zbyt  dużo 

sprytu,  żeby  potknąć  się  z  powodu  fałszywego  alibi.  Wcześniej 

czy  później  Renick  dowie  się,  że  Odette  miała  odziedziczyć 

połowę  majątku.  Jeśli  wpadnie  na  to,  że  porwanie  było  jedynie 

inscenizacją,  poszukiwania  motywu  zbrodni  doprowadzą  go  do 

Rhei. Jest dość cwana, aby domyślać się tego. 

background image

-  Harry,  ona  musi  mieć  kochanka.  Nie  chcesz  mi  chyba 

wmówić, że kobieta taka jak ona zdecydowałaby się żyć z chorym 

starcem. Widziałam jej zdjęcia. Jestem pewna, że ma kochanka. 

Miała rację, oczywiście. Dziwiło mnie, że nie pomyślałem 

wcześniej o tej ewentualności. 

- Pozwól, że się przez moment zastanowię. Podsunęłaś mi 

pewną myśl - zapaliłem papierosa, wzburzony. - Przypuśćmy, że 

ma kochanka - podjąłem po chwili. - Rhea wtajemnicza go, że po 

śmierci  Malroux  Odette  odziedziczy  połowę  fortuny.  Kochanek 

uważa, że byłoby lepiej, gdyby oni obydwoje zagarnęli wszystko. 

Ani  jedno,  ani  drugie  nie  chce  wziąć  na  siebie  ryzyka 

zamordowania Odette. Szukają więc kozła ofiarnego i wybór pada 

na  mnie.  Porwanie  było  po  prostu  pretekstem.  Wpadłem  w 

pułapkę i Odette również. Dlaczego Odette? Zastanawiam się nad 

tym,  w  każdym  razie  dała  się  nabrać.  Rhea  i  jej  amant  idą  na 

pewniaka.  Jeśli  się  nie  uda,  ja  wypiję  całe  piwo.  Im  dłużej  się 

zastanawiam,  tym  bardziej  dochodzę  do  przekonania,  że  masz 

rację. 

Za 

tym 

kryje 

się 

mężczyzna 

- i to on zamordował Odette. 

Rozmawialiśmy  jeszcze  z  godzinę,  snując  najrozmaitsze 

przypuszczenia. Usiłowaliśmy stworzyć sobie jakiś plan działania, 

ale  bez  najmniejszego  rezultatu.  Przez  cały  czas  myśleliśmy  o 

tym,  że  zbliża  się  moment,  gdy  będziemy  musieli  ukraść 

samochód  i  przenieść  zwłoki  Odette.  Ta  perspektywa 

przejmowała grozą nas oboje. 

W dali jakiś zegar wybił godzinę pierwszą. Nina spojrzała 

na mnie. 

- Może już trzeba zabrać się do tego, nie sądzisz? 

W drodze powrotnej oboje nie powiedzieliśmy  ani  słowa. 

Szliśmy, trzymając się za ręce. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. 

Zdawaliśmy  sobie  sprawę  z  tego,  jak  przerażające  czeka  nas 

zadanie. 

Ulica,  przy  której  mieszkamy,  była  już  całkiem  pusta. 

Zgaszono  telewizory,  sąsiednie  domy  pogrążone  były  w  mroku. 

Byliśmy sami w małym światku dzielnicy podmiejskiej. 

background image

Zatrzymaliśmy  się  na  skrzyżowaniu  Pacific  Avenue  i 

Pacific Boule-vard. 

- Poszukajmy wozu - powiedziałem. 

Ciągnąłem  Ninę  wzdłuż  bulwaru,  aż  do  starego  forda.  W 

żadnym  domu  nie  paliło  się  światło.  Nie  wahając  się  ani  przez 

chwilę,  Nina  wśliznęła  się  za  kierownicę  i  uruchomiła  silnik. 

Usiadłem obok niej, uważając bacznie, żeby niczego nie dotknąć. 

Pojechała  na  naszą  ulicę  i  zatrzymała  się  przed  bungalowem. 

Wysiadłem,  by  otworzyć  bramę  i  drzwi  garażu.  Nina  włączyła 

wsteczny  bieg  i  wjechała  w  aleję.  Kiedy  zderzak  forda  dotknął 

packarda,  wyłączyła  silnik  i  podeszła  do  mnie.  Obydwoje 

wbiliśmy wzrok w bagażnik. Nadeszła chwila działania. 

— Idź, poczekaj na mnie w domu - powiedziałem. 

— Chcę ci pomóc, Harry - wyjąkała. 

Objąłem  ją  i  przycisnąłem  do  piersi.  Zdawałem  sobie 

sprawę,  jak  wielki  strach  musiała  przezwyciężyć,  żeby  mi  to 

zaproponować. 

— Sam się tym zajmę. Zostaw mnie. 

— Będę  czuwała  przy  bramie,  na  wszelki  wypadek... 

Podeszła  do  ogrodzenia  i  rozejrzała  się  na  wszystkie  strony. 

Wszedłem  do  garażu,  wziąłem  dłuto  i  podważyłem  klapę 

bagażnika forda. Po chwili uniosłem ją. 

Następnie otworzyłem bagażnik packarda. 

Zegar w oddali wybił kwadrans po pierwszej. 

Udało mi się nie bez trudu wydobyć zwłoki i przenieść je 

do  skradzionego  wozu.  Ta  makabryczna  czynność  przejęła  mnie 

grozą i pozostanie mi w pamięci na całe życie. 

Nina  stała  na  czatach,  a  ja  wszedłem  do  domu,  zabrałem 

walizkę, położyłem ją przy zwłokach i zamknąłem bagażnik. 

- Jedźmy! - powiedziałem do Niny. 

Wsiedliśmy do wozu. Opierała się o mnie. Czułem, że cała 

drży.  Zatrzymałem  się  na  skraju  bulwaru.  Tam  zostawiliśmy 

forda.  Bez  słowa  wróciliśmy  pieszo  do  domu.  Nie  spotkaliśmy 

nikogo.- 

Zamykałem drzwi wejściowe, kiedy Nina ze zdławionym 

background image

krzykiem padła zemdlona na podłogę. 

background image

 

Rozdział 11 

 

Zwłoki Odette znaleziono nazajutrz rano około dziesiątej. 

Siedziałem  w  biurze  i  czekałem  z  trwogą  na  dzwonek 

telefonu. 

Ostatnia  noc  była  makabryczna.  Kiedy  Nina  wróciła  do 

przytomności,  zdradzała  objawy  załamania  psychicznego. 

Sprawiło  mi  to  mnóstwo  kłopotów.  W  końcu  dałem  jej  dwie 

pastylki  nasenne.  Widząc,  że  leży  pogrążona  w  głębokim  śnie, 

udałem się do garażu, żeby wyjąć z bagażnika walizkę z rzeczami 

Odette.  Obejrzałem  wszystkie  zakamarki  bardzo  dokładnie,  czy 

nie  został  jakiś  ślad  po  Odette,  na  wypadek,  gdyby  żołnierze 

wrócili  i  chcieli  sprawdzić  zawartość  bagażnika.  Wyczyściłem 

nawet wnętrze odkurzaczem. 

Zaniosłem  walizkę  do  piwnicy  i  rozpaliłem  piec 

centralnego ogrzewania. W walizce leżała czerwona suknia, którą 

Odette  miała  na  sobie  u  „Piratów”,  ruda  peruka,  biały  płaszcz 

plastykowy  i  neseserek  z  drobiazgami  toaletowymi.  Spaliłem 

wszystko wraz z walizką. 

Nie  spałem  niemal  przez  całą  noc  i  nazajutrz  rano,  kiedy 

szedłem  do  pracy,  byłem  w  opłakanym  stanie.  Nina  sprawiała 

wrażenie  chorej.  Nie  rozmawialiśmy  prawie  wcale.  Dręczył  nas 

strach. Wiedzieliśmy przecież, że lada chwila odnajdą ciało. 

Nie  mogłem  pracować.  Siedziałem  przy  biurku  przed 

otwartą  teczką,  paliłem  papierosa  za  papierosem,  czekając  na 

dzwonek telefonu. 

Kiedy  odezwał  się  wreszcie,  moja  ręka  tak  drżała,  że 

słuchawka omal nie wypadła mi z dłoni. 

Znaleziono 

ją!  -  krzyczał  Renick  ogromnie 

podekscytowany. 

-  Jest  w  dyrekcji  policji.  Przychodź  natychmiast.  Ja  zaraz 

także tam przyjadę. 

Spotkałem  go  w  towarzystwie  komisarza  Barty’ego.  Stali 

w hallu przed windą. Barty z niecierpliwością wciskał guzik. 

background image

- Nie żyje - powiedział Renick, kiedy podszedłem do nich. 

-  Została  zamordowana.  Zaleziono  ją  w  bagażniku 

skradzionego samochodu, zaparkowanego przy Pacific Boulevard. 

Z hallu przeszliśmy wprost na dziedziniec dyrekcji policji. 

Stał  tam  ford  otoczony  czterema  lub  pięcioma  inspektorami  w 

cywilu,  którzy  obserwowali  pracę  fotografa.  Odwróciłem  wzrok, 

kiedy Renick oglądał wnętrze bagażnika. 

-  Niech  lekarz  sądowy  zbada  ciało,  jak  tylko  fotograf 

skończy  swoją  robotę  -  powiedział  do  jednego  z  inspektorów.  - 

Reszta niech obejrzy wóz, każdy kącik, centymetr po centymetrze. 

- Nagle pochylił się nad bagażnikiem. - Hej! A to co? Wygląda jak 

walizka z okupem. 

Sięgnął  po  chustkę  do  nosa,  chwycił  przez  nią  rączkę 

walizki i podniósł ją do góry. 

-  Chyba  nie  przypuszczacie,  że  są  tam  pieniądze?  Jaka 

ciężka! 

-  Położył  walizkę,  otworzył  ją.  Reszta  policjantów 

stłoczyła się wokół niego. - Wypchana gazetami! 

Podniósł oczy i spojrzał na Barty’ego. 

— Na miłość boską, co to znaczy? 

— Niech pan zwróci uwagę na suknię - powiedział Barty. - 

Barman  w  „Piratach”  twierdzi,  że  była  w  czerwonej  i  w  białym 

plastykowym płaszczu. Przebrała się! 

Miałem przeczucie, że narażam się na ryzyko, zostawiając 

ją w sukni białoniebieskiej, lecz za nic na świecie nie odważyłbym 

się rozebrać trupa i zmienić suknię. To było ponad moje siły. 

- Skąd się wzięła ta suknia? - spytał Renick zaintrygowany. 

- Słuchaj, Harry, weź samochód i jedź do Malroux. Spytaj 

jego  żonę,  czy  Odette  miała  taką  suknię  jak  ta  i  przyprowadź 

kogoś dla zidentyfikowania zwłok. 

Spojrzałem na niego uważnie. 

— Chcesz, żebym się zobaczył z panią Malroux? 

— Tak,  oczywiście  -  odparł  Renick  z  niecierpliwością  -  i 

przekaż  staremu  nowinę.  Przyślij  O’Reilly’ego  dla  rozpoznania 

denatki.  Nie  chcemy,  żeby  ją  widział  Malroux.  Gdyby  nalegał, 

background image

uprzedź  go,  że  widok  jest  bardzo  smutny.  W  każdym  razie 

dowiedz się o suknię, to bardzo ważne. 

— Dobrze - odparłem. 

Odprężyłem  się  nieco  na  myśl,  że  oddalę  się  od  forda  z 

jego  makabryczną  zawartością.  Wsiadłem  do  samochodu 

policyjnego  i  wyjechałem  z  dziedzińca.  Teraz  będę  miał 

przynajmniej okazję do porozmawiania z Rheą. Renick dowie się 

z  łatwością,  skąd  się  wzięła  białoniebieska  suknia.  Rhea  sama  ją 

kupiła. Będzie to dla niego największą niespodzianką. 

W  dziesięć  minut  później  zatrzymałem  wóz  przed 

rezydencją  Mal-roux.  Pobiegłem  schodami  do  góry  i 

zadzwoniłem. 

background image

Drzwi otworzył kamerdyner. 

-  Jestem  z  dyrekcji  policji  -  oświadczyłem.  -  Czy  mogę 

zobaczyć się z panem Malroux? 

Kamerdyner cofnął się, żeby mnie przepuścić. 

— Pan Malroux dzisiaj czuje się bardzo źle. Leży jeszcze 

w łóżku. Wolałbym mu nie przeszkadzać. 

— A więc proszę zawiadomić panią Malroux... To bardzo 

ważne. 

— Zechce pan łaskawie poczekać... 

Wyszedł na korytarz. Odczekałem chwilę, potem cicho, na 

palcach,  poszedłem  za  nim.  Pchnął  szklane  drzwi  i  wyszedł  na 

patio,  gdzie  na  kanapce  plażowej  leżała  Rhea.  Miała  na  sobie 

białoniebieską bluzkę sportową i białe spodnie. Wydawała mi się 

zdumiewająco  piękna  i  spokojna,  ozłocona  promieniami  słońca. 

Czytała  gazetę,  na  dźwięk  kroków  kamerdynera  podniosła  oczy. 

Nie  zostawiłem  mu  czasu  i  zanim  zdołał  mnie  zameldować, 

wszedłem na patio. 

Rhea  ujrzawszy  mnie  drgnęła,  zaskoczona.  Zmarszczyła 

brwi,  zasłoniła  oczy  powiekami  i  przybrała  obojętny  wyraz 

twarzy. 

- Co się stało? - spytała kamerdynera. Kiedy się odwrócił, 

zbliżyłem się do niej. 

-  Przychodzę  z  polecenie  dyrektora  policji.  Żałuję,  że 

przeszkadzam, ale sprawa jest ważna. 

Rhea  ruchem  ręki  odprawiła  kamerdynera.  Czekaliśmy  w 

milczeniu,  aż  zamknie  za  sobą  drzwi.  Chwyciłem  krzesło  i 

usiadłem. 

-  Dzień  dobry  -  powiedziałem.  -  Czy  pani  sobie  mnie 

przypomina?  Przechyliła  się  w  tył,  sięgając  po  papierosa.  Jej 

ruchy były całkowicie opanowane. 

— Czy  to  konieczne,  żebym  sobie  pana  przypomniała?  - 

odparła unosząc brwi do góry. - Czego pan sobie życzy? 

— Odnaleziono  Odette  -  powiedziałem  -  ale  nie  w 

pawilonie, który pani przeznaczyła na ten cel. Leżała w bagażniku 

skradzionego wozu. 

background image

Strzepnęła do popielniczki popiół z papierosa. 

— Och! Ona nie żyje? 

— Pani doskonale wie, że nie żyje! 

— Pokłóciliście przy podziale łupu? Ależ panie Barber, nie 

musiał jej pan zabijać? 

Jej bezczelność wyprowadziła mnie z równowagi. 

— Nie  wykręci  się  pani  tak  łatwo.  Pani  jest 

odpowiedzialna za jej śmierć i dobrze o tym wie! 

— Doprawdy?  -  znów  uniosła  brwi  do  góry.  -  Tylko  pan 

mógł to zrobić. 

background image

— Niech  się  pani  nie  łudzi.  Tylko  pani  miała  motyw.  Po 

śmierci  męża  połowę  majątku  otrzymałaby  jego  córka.  O  wiele 

lepiej jest zagarnąć wszystko, prawda? 

— Oczywiście - uśmiechnęła się. - Ale tak się złożyło, że 

to pan organizował porwanie. Tak się złożyło, że to pan miał się z 

nią spotkać w pawilonie. Leżałam w łóżku, kiedy umarła, i mogę 

to udowodnić. 

— Jeśli mnie zamkną, panią spotka to samo. 

— Doprawdy? 

— Przypuszczam,  że  łatwiej  mnie  uwierzą  niż  panu.  Nie 

sądzę, żeby policja dała wiarę zeznaniom byłego więźnia! 

- Słusznie, ale proszę sobie wyobrazić, że zrozumiałem to 

od  samego  początku.  Zastosowałem  środki  ostrożności.  Ukryłem 

magnetofon  w  pawilonie.  Wszystkie  nasze  rozmowy  na  temat 

porwania są utrwalone na taśmie.  I jeśli  pani  sobie wyobraża, że 

potrafi uniknąć odpowiedzialności, popełnia pani poważny błąd. 

Zamarła, oczy wlepiła we mnie. 

— Magnetofon? 

— Jak 

najbardziej. 

Cała 

nasza 

rozmowa 

jest 

zarejestrowana.  Pani  miała  motyw.  Może  mnie  poślą  do  komory 

gazowej, ale pani zarobi co najmniej dwadzieścia lat. 

Tym  razem  zadałem  jej  mocny  cios.  Maska  obojętności 

opadła  nagle  z  jej  twarzy.  Zbladła,  zacisnęła  zęby.  Wyglądała, 

jakby przybyło jej dziesięć lat. 

— Pan kłamie! - krzyknęła z wściekłością. 

— Tak pani myśli? Jeśli wpadnę, pani wpadnie także. Nie 

była pani tak przebiegła, jak się pani zdawało. Teraz powinna pani 

marzyć tylko o jednym, żeby mnie nie aresztowali. 

— A  więc  nie  jest  pan  takim  idiotą,  jak  myślałam. 

Zobaczymy, jak się to ułoży. 

— Istotnie, zobaczymy. 

Nagle szklane drzwi zakołysały się. Spojrzałem za siebie. 

Wysoki  mężczyzna,  świetnie  zbudowany,  w  eleganckim 

mundurze  szofera,  stanął  na  progu  -  prawdopodobnie  O’Reilly, 

eks-policjant.  Przyglądał  mi  się  z  zaciekawieniem.  Zaskoczyło 

background image

mnie,  że  był  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku  co  ja.  Włosy 

blond,  o  rudawym  odcieniu,  nosił  ścięte  na  jeża.  Mocno  mięsista 

twarz  była  piękna,  ale  pospolita.  Myszkujące  szare  oczy  miały 

przenikliwe  spojrzenie,  charakterystyczne  dla  pracowników 

policji. 

- Samochód czeka na panią - zaanonsował. 

- Nie wychodzę dziś - oświadczyła Rhea wstając. – Mister 

Malroux bardzo źle się czuje. 

background image

Podeszła do szklanych drzwi. 

- Pani Malroux... - powiedziałem.  

Zatrzymała się i spojrzała na mnie. 

-  Kiedy  znaleziono  zwłoki  miss  Malroux,  miała  na  sobie 

białoniebieską  sukienkę  z  taniutkiej  tkaniny.  Przypomina  pani 

sobie zapewne, że wyszła z domu w czerwonej sukni. Porucznik 

Renick  prosił  mnie,  abym  się  dowiedział,  czy  pani  wie,  skąd 

miała tę sukienkę. 

Myślałem,  że  tym  pytaniem  wprawię  ją  w  zakłopotanie, 

ale pozostała nie przenikniona. 

- Oczywiście - odparła. - Osobiście kupiłam jej tę suknię. 

Zostawiała ją w samochodzie i wkładała przed pójściem na plażę. 

Może pan to przekazać porucznikowi. 

Odwróciła się i wyszła, a O’Reilly przytrzymał jej drzwi. 

Nagle zrobiło mi się przykro, ogarnął mnie niepokój. Jeśli 

mogła  odpowiedzieć  tak  spokojnie  na  tego  rodzaju  pytanie,  czy 

nie  zachodzi  obawa,  że  potrafi  wyjść  z  tej  afery  obronną  ręką, 

mimo  taśm  magnetofonowych?  Może  przyznać  się,  że  była 

wmieszana  w  porwanie,  ale  nie  znaczy  to  jeszcze,  że  ma  coś 

wspólnego z morderstwem. 

- Pan Barber, prawda? - spytał O’Reilly. Jego głos przejął 

mnie  drżeniem.  -  Porucznik  opowiadał  mi  o  panu.  A  więc 

znaleziono ją? 

„Uważaj  -  mówiłem  sobie.  -  To  eks-glina.  Potrafi 

wywęszyć  najmniejszy  podejrzany  szczegół  i  oczywiście 

wszystko przekaże Renickowi”. 

- Tak, znaleziono ją. Renick chciałby, żeby pan przyszedł 

zidentyfikować zwłoki. 

O’Reilly skrzywił się. 

— Stary może iść. 

— Dziewczyna nie żyje od dwóch dni,  była zamknięta w 

bagażniku. Renick uważa, że lepiej, aby jej Malroux nie widział. 

— Dobrze,  zgoda.  -  Jego  szare  oczy  spoczęły  na  mnie.  - 

Czy znaleziono okup? 

— Nie, jeszcze nie. 

background image

— Mówiłem  porucznikowi:  „Jeśli  znajdziecie  okup, 

znajdziecie mordercę”. O to tylko chodzi. 

— Czekają na nas, chodźmy. 

— Muszę  powiedzieć  staremu,  dokąd  idę.  To  nie  potrwa 

długo - Oddalił się, ale nagle stanął. 

— Czy  podejrzewają  kogoś?  Nie  domyślają  się,  kto  ją 

udusił? Czy zdjęcie umieszczone we wczorajszych gazetach dało 

jakieś rezultaty? 

Wymierzył mi cios w samo serce. Zapomniałem  zupełnie 

o zdjęciu. 

background image

— Nie. 

— Porucznik to sprytna sztuka. Na pewno potrafi wyjaśnić 

tę sprawę. Pracowaliśmy kiedyś razem. On zna swój zawód. 

Patrzyłem  jak  się  oddala,  wyjąłem  papierosa.  Zapalałem 

go właśnie, gdy nagle wstrząsnął mną dreszcz. „Czy podejrzewają 

kogoś? Nie domyślają się, kto ją udusił?” 

Nie  powiedziałem  nikomu,  ani  Rhei,  ani  jemu,  w  jaki 

sposób  zginęła  Odette.  Dopiero  niedawno  odkryto  ciało.  Nawet 

prasa nie została jeszcze poinformowana. Skąd O’Reilly wiedział, 

że została uduszona? 

Papieros wypadł mi z ręki. 

A  więc  to  on!  Kochanek!  Eks-glina,  zaufany  Renicka, 

mający  możliwość  dowiedzenia  się  o  wszystkim,  co  się  dzieje. 

Żył  w tym samym domu, w odległości kilku metrów od sypialni 

Rhei. 

A  więc  to  był  O’Reilly!  Jakże  inaczej  mógł  wiedzieć,  że 

Odette została uduszona. Jasne - to on jest mordercą! 

 

II 

 

W  pięć  czy  sześć  minut  później  O’Reilly  przyszedł  do 

mnie na patio. 

Przez  ten  czas  otrząsnąłem  się  z  szoku,  jakim  dla  mnie 

było to odkrycie i zastanowiłem się uważniej nad moją hipotezą. 

O’Reilly  wydawał  mi  się  zdolny  do  dokonania  tego  czynu. 

Postanowiłem być rozsądny, nie zdradzać się niczym, że jego błąd 

nie  uszedł  mojej  uwagi  i  wzbudził  moje  podejrzenia.  Rhea 

ostrzegła go już pewnie, że nasze rozmowy są zarejestrowane na 

taśmie  magnetofonowej.  Na  pewno  było  to  dla  niego  mocnym 

wstrząsem,  tak  jak  dla  Rhei,  ale  nie  będzie  czuł  się  zbytnio 

skompromitowany.  Muszę  wyplątać  się  z  tego  i  oskarżyć  go  o 

zamordowanie Odette, zanim policja obarczy mnie tą zbrodnią. 

Zbliżał  się do mnie krokiem miękkim, bezszelestnym,  jak 

bokser.  Z  trudem  tylko  udało  mi  się  zachować  spokojny  wyraz 

twarzy. 

background image

— W porządku? 

— Tak. 

Jeśli  znał  tajemnicę  taśm  magnetofonowych,  nic  w  jego 

zachowaniu na to nie wskazywało. Był tylko nieco zamyślony. 

Wyszliśmy  razem  z  willi  i  wsiedliśmy  do  wozu 

policyjnego. 

-  Czy  mister  Malroux  został  powiadomiony?  -  spytałem 

siadając za kierownicą. 

— Tak.  -  Zajął  miejsce  obok  mnie.  -  To  ciężki  cios  dla 

niego... Jedyna córka! 

— Pani  Malroux  całkiem  dobrze  zniosła  to  nieszczęście  - 

mówiłem  zjeżdżając  aleją.  -  Czy  lubiły  się  z  tą  młodą 

dziewczyną? 

— Żyły  bardzo  dobrze  ze  sobą  -  odparł  O’Reilly,  może 

nieco  zbyt  oschłym  głosem.  -  Ale  ona  nie  jest  wylewna. 

Demonstracja uczuć to nie w jej stylu. 

Postanowiłem obrócić nóż w ranie. 

-  Porucznik  opowiadał,  że  pani  Malroux  odziedziczy  cały 

majątek  swego  męża.  Z  jej  punktu  widzenia,  śmierć  dziewczyny 

nastąpiła w odpowiednim momencie. 

Poruszył  się  niespokojnie  na  siedzeniu.  Widziałem  jak 

drży jego potężne, muskularne ciało. Nie miałem odwagi spojrzeć 

mu w oczy. 

-  Myślę,  że  chyba  było  dosyć  dla  nich  dwóch  -  mruknął. 

Może był to efekt mojej fantazji, lecz zdawało mi się, że w jego 

głosie wyczułem niepokój. 

-  Istnieją  kobiety,  które  nigdy  nie  zadowalają  się  połową. 

Pani  Malroux  wygląda  na  taką,  która  nie  chciałaby  się  z  nikim 

dzielić. 

Czułem, że  bada  mnie  wzrokiem.  Patrzyłem  prosto  przed 

siebie. 

— Czy tak samo myśli porucznik? 

— Nie pytałem go o to. 

Milczeliśmy przez chwilę, po czym mówił dalej: 

-  Opublikowanie  tego  zdjęcia  było  naprawdę  genialnym 

background image

pomysłem. Typ z fotografii podobny jest do pana jak dwie krople 

wody. 

Ten kontratak nie zdenerwował mnie. 

-  To  jestem  ja  -  odparłem.  -  Zdobyliśmy  rysopis 

człowieka,  którego  widziano  w  towarzystwie  małej  Malroux  u 

„Piratów”.  Był  mniej  więcej  tego  wzrostu  i  tuszy  co  ja. 

Zaofiarowałem się, żeby pozować do zdjęcia. 

Nie nalegał więcej. 

- Prawdę mówiąc, pan również ma podobną sylwetkę.  

Na tę uwagę także nie zareagował. 

Jechaliśmy chwilę w milczeniu. 

-  Znaleziono  walizkę  -  powiedziałem.  -  Była  zamknięta 

wraz z ciałem w bagażniku. 

Potężne,  kwadratowe  dłonie  O’Reilly’ego  spoczywały  na 

jego kolanach. Zauważyłem, że lekko drgnęły. 

— Odzyskano okup? 

— Tego nie powiedziałem. Znaleziono walizkę wypchaną 

starymi  gazetami.  Czy  wiedział  pan,  że  istniały  dwie  identyczne 

walizki? 

background image

Znów poczułem jego wzrok na sobie. 

— Tak. 

— Wie  pan,  co  myślę?  Ktoś  musiał  zamienić  walizki, 

zanim  Malroux  opuścił  willę,  żeby  zawieźć  okup.  To  nie  było 

zbyt wielką sztuką. 

Tym  razem  trafiłem  w  dziesiątkę.  Papieros  wypadł  mu  z 

ręki. 

- Do czego pan zmierza? Kto mógł dokonać zamiany? 

W  jego  głosie  nagle  zabrzmiał  gniew.  Schylił  się,  żeby 

podnieść papierosa i wyrzucił go przez okno. 

-  Och!  To  moja  czysto  osobista  hipoteza!  Według  mnie, 

oto  jak  wyglądał  przebieg  wydarzeń:  dziewczyna  została 

porwana.  Stary  przygotował  pieniądze  na  okup.  Jego  żona  nagle 

doznała  olśnienia.  Jeśli  wyprowadzi  w  pole  porywaczy,  zabiją 

dziewczynę.  Po  śmierci  córki  pani  Malroux  będzie  jedyną 

spadkobierczynią.  Wypycha  więc  gazetami  drugą  walizkę  i 

zamienia je tuż przed wyjazdem Malroux w celu złożenia okupu. 

W ten sposób zagarnia pięćset tysięcy dolarów kieszonkowego, a 

po śmierci męża zainkasuje jego wszystkie miliony. 

Siedział  bez  ruchu  przez  chwilę,  po  czym  zapytał 

szorstkim, zdławionym głosem: 

— Czy porucznik tak właśnie myśli? 

— Jeszcze z nim nie rozmawiałem. To jest moja hipoteza. 

— Bez blagi?  -  odwrócił się i  zaszczycił mnie wściekłym 

spojrzeniem.  -  Dam  panu  radę:  niech  się  pan  nie  daje  ponosić 

swojej  fantazji.  Ci  ludzie  mają  długie  ręce.  Jeśli  będzie  pan 

rozsiewał takie plotki bez najmniejszego uzasadnienia, może pan 

spodziewać się najgorszych konsekwencji. 

— Wiem  o  tym  -  odparłem.  -  To  są  po  prostu 

przypuszczenia. Ale co pan o tym myśli? 

— To głupota! - krzyknął z wściekłą miną. - Pani Malroux 

nigdy nie zrobiłaby nic podobnego! 

-  Ach  tak?  Doprawdy,  wierzę  panu  na  słowo.  Pan  ją  zna 

lepiej niż ja.  

Kiedy  wjeżdżałem  na  dziedziniec  dyrekcji  policji,  nie 

background image

potrafił  wciąż  znaleźć  odpowiedzi,  żeby  mi  zatkać  gębę. 

Zatrzymałem wóz i wysiadłem. 

Udaliśmy  się  razem  do  kostnicy.  Puściłem  O’Reilly’ego 

przodem. 

Renick i Barty siedzieli na jednym ze stołów, dyskutując z 

ożywieniem. W kącie na innym stole leżało ciało nakryte płótnem. 

O’Reilly  uścisnął 

rękę  Renicka  i  skinął  głową 

komisarzowi Barty’emu. 

- A więc znaleźliście ją? - spytał. 

Obserwowałem  zachowanie  O’Reilly’ego.  Był  tak 

niewzruszony i opanowany jak inni policjanci. 

Patrzyłem  jak  przechodził  przez  pokój  z  Renickiem,  ale 

kiedy  porucznik  odsłonił  płótno,  odwróciłem  się.  Znów  oblał 

mnie zimny pot. Usłyszałem pytanie Renicka: 

— Czy to ona? 

— Tak...  biedna  dziewczyna!  A  więc  została  uduszona? 

Nie ma żadnych śladów, poruczniku? 

— Jeszcze nie. A ojciec? Jak przyjął tę wiadomość? 

— Nie jest z nim dobrze - O’Reilly potrząsnął głową. - W 

tej chwili siedzi przy nim lekarz. 

— Biedny stary! 

Podeszli do Barty’ego i do mnie. 

-  Dobrze,  O’Reilly  -  rzekł  Renick.  -  Dziękuję,  że  pan 

przyszedł. Nie zatrzymuję pana. Mam dużo pracy. 

Uścisnął  mu  rękę,  skłonił  się  Barty’emu,  mnie  obdarzył 

groźnym spojrzeniem i wyszedł. 

Renick  zwrócił  się  wówczas  do  jednego  z  inspektorów, 

siedzących pod ścianą. 

- Niech pan powie lekarzowi, że teraz może się nią zająć. 

Po czym dał mi znak głową, opuścił kostnicę i wyszedł na 

podwórze. Obaj z Bartym szliśmy za nim. 

— Co  pani  Malroux  powiedziała  o  sukni,  Harry?  -  spytał 

Renick  w  korytarzu  prowadzącym  do  biura  oddanego  mu  do 

dyspozycji. 

— Ona  zna  tę  suknię,  sama  ją  kupiła.  To  sukienka 

background image

plażowa, którą dziewczyna trzymała w samochodzie. Wkładała ją 

przed wyjściem na plażę, żeby nie zniszczyć rzeczy, które nosiła 

w mieście. 

Renick  otworzył  drzwi  do  swego  gabinetu,  a  my 

weszliśmy za nim. 

- Zastanawiam się, dlaczego się przebrała. Coś tu nie gra - 

powiedział zamyślony. 

Usiadł  za  biurkiem  i  nogi  położył  na  blacie.  Barty  i  ja 

usiedliśmy na krzesłach. 

— Dlaczego ta walizka wypchana była gazetami? To mnie 

intryguje. 

— Gdzie  jest  okup?  -  Renick  wziął  z  biurka  nóż  do 

rozcinania papieru i  krótkimi ruchami rozcinał bibułę.  - Wracam 

ciągle  do  tego:  porwał  ją  ktoś,  kogo  znała.  Fakt,  że  porywacz 

posłużył się nazwiskiem Jerry Williamsa świadczy o tym. Trzeba 

przesłuchać  wszystkich  kolegów  małej,  żeby  dowiedzieć  się,  co 

robili w tym czasie, kiedy ona była u „Piratów”. Chce się pan tym 

zająć? 

Barty wstał. 

- Natychmiast. 

Po jego odejściu Renick zwrócił się do mnie: 

background image

-  Jak  tylko  lekarz  skończy  swoją  robotę,  każ 

sfotografować suknię. Może ktoś ją zauważył, kiedy Odette miała 

ją na sobie. 

Zapukano  do  drzwi.  Jakiś  policjant  wsunął  głowę  do 

środka. 

— Pewien  facet  chce  z  panem  mówić.  Nazywa  się  Chris 

Keller. W sprawie zdjęcia, które ukazało się dzisiaj w prasie. 

— Przyprowadź  go  tutaj  -  powiedział  Renick  zdejmując 

nogi z biurka. 

Zmobilizowałem  się  natychmiast,  mocno  zaniepokojony. 

Do  pokoju  wszedł  mężczyzna  z  wyglądu  podobny  do  mnie. 

Zatrzymał  się,  jego  wzrok  wędrował  od  Renicka  do  mnie. 

Obserwowałem jego reakcję, kiedy nasze spojrzenia skrzyżowały 

się, ale zdawał się nie poznawać mnie. Ja na pewno nigdy go nie 

widziałem. Uspokoiłem się trochę. 

— Pan Keller? - spytał Renick wstając i podając mu rękę. 

— Tak,  to  ja,  poruczniku,  widziałem  tę  fotografię.  - 

Wyciągnął  gazetę,  w  której  znajdowała  się  moja  fotografia  z 

zamazaną twarzą. - Zdaje mi się, że go widziałem. 

— Niech pan siada, proszę podać swój adres. 

Keller usiadł. Wyjął chustkę i otarł z potu opaloną twarz o 

sympatycznej  brzydocie.  Oświadczył,  że  mieszka  przy  Western 

Avenue i podał numer swego domu. 

— Gdzie pan widział tego człowieka? 

— Na lotnisku. 

Serce  zaczęło  walić  mi  w  piersi.  Wyjąłem  ołówek  i 

zacząłem kreślić esy floresy na bibule leżącej na biurku. 

— Kiedy to było? 

— W sobotę wieczorem. 

Renick zaczął okazywać zainteresowanie. 

— O której godzinie? 

— Około jedenastej. 

— Jak pan może być tak pewny, że chodzi o mężczyznę, 

którego szukamy? 

Keller, zmieszany, zaczął wiercić się na krześle. 

background image

— Wcale nie jestem tego pewien, panie poruczniku. Moją 

uwagę  zwrócił  jego  garnitur.  Miałem  zamiar  kupić  sobie  coś  w 

tym rodzaju. Byłem w hallu na lotnisku. Czekałem na przyjaciela, 

który miał przylecieć z Los Angeles, kiedy wszedł ten facet. Jego 

ubranie przyciągnęło mój wzrok. Bardzo mi się podobało. Dzisiaj, 

kiedy spostrzegłem to zdjęcie w gazecie, przyszło mi na myśl, że 

powinienem może pana o tym powiadomić. 

— Miał pan słuszność! Czy poznałby pan tego człowieka? 

Keller potrząsnął przecząco głową. 

-  Prawdę  powiedziawszy,  nawet  nie  spojrzałem  na  jego 

twarz. Interesował mnie tylko jego garnitur. 

Renick  westchnął,  zrozpaczony.  Wreszcie  zadał  pytanie, 

którego się obawiałem. 

— Czy był sam? 

— Nie, był z dziewczyną. 

Renick  podniósł  się  powoli.  Z  trudem  opanowywał 

wzburzenie. 

— A  tej  dziewczynie  przyjrzał  się  pan,  panie  Keller? 

Uśmiechnął się szeroko. 

— Oczywiście.  Rzadko  nie  przyglądam  się  ładnym 

dziewczynom. 

— Jak była ubrana? 

— Miała  białoniebieską  sukienkę.  Nosiła  duże  okulary 

przeciwsłoneczne. Włosy miała rude, właśnie takie najbardziej mi 

się podobają. 

— Ruda?  -  Renick,  który  spacerował  po  pokoju,  nagle 

stanął. - Czy jest pan pewien? 

— Jak najbardziej. 

Wyjąłem chustkę i dyskretnie wytarłem twarz. 

- Taylor? Przynieś natychmiast suknię dziewczyny.  

Odłożył słuchawkę. Keller, zbity z tropu, wyjaśniał: 

— Myślałem,  że  pana  interesuje  mężczyzna,  a  nie 

dziewczyna, poruczniku. 

— Co robiło tych dwoje? - pytał Renick, nie odpowiadając 

na uwagę Kellera. 

background image

Keller,  na  widok  poważnej  i  skupionej  miny  swego 

rozmówcy, zesztywniał. 

-  Weszli  do  hallu.  Mężczyzna  niósł  walizkę.  Dziewczyna 

podała  bilet  do  kontroli,  mężczyzna  wręczył  jej  walizkę.  Potem 

odszedł, a dziewczyna zniknęła za drzwiami. 

- Czy widział pan, że rozmawiali ze sobą?  

Keller zaprzeczył ruchem głowy. 

- Teraz kiedy się nad tym zastanawiam, wydaje mi się, że 

nie zamienili ani słowa. Facet podał tylko walizkę i zniknął. 

Wszedł  policjant,  niosąc  białoniebieską,  płócienną 

sukienkę. Renick rozłożył ją na biurku. 

— To ta - rzekł Keller stanowczo. - Bardzo milutko w niej 

wyglądała. 

— Jest pan pewien? 

— To na pewno ta suknia, poruczniku. 

— Świetnie, panie Keller. Będę pana jeszcze potrzebował. 

Dziękuję za pomoc. 

Dał  znak  policjantowi,  żeby  wyprowadził  Kellera.  Potem 

podniósł słuchawkę i wezwał komisarza Barty’ego. 

Miałem uczucie, że pętla coraz mocniej zaciska się wokół 

mojej  szyi.  Siedziałem  dalej  w  kącie  i  bazgrałem  na  bibule, 

umierając ze strachu. 

— Jest  coś  dziwnego  w  tej  całej  historii  -  powiedział 

Renick  siadając  z  powrotem  za  biurkiem.  -  Od  początku  wydaje 

mi się, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłym kidnaperstwem. 

— Co  przez  to  rozumiesz?  -  spytałem,  choć  zdawałem 

sobie sprawę, że mój głos jest okropnie zachrypnięty. 

— Nic  jeszcze  nie  wiem,  ale  spróbuję  dojść  do  sedna 

rzeczy! Wszedł Barty. 

— Co się stało? 

Renick  przekazał  mu  informacje  dostarczone  przez 

Kellera. Barty zmarszczył brwi i usiadł na skraju biurka. 

-  Pojechała  sama,  ale  to  była  ruda  dziewczyna.  A  mała 

Malroux  jest  brunetką.  Obydwoje,  Keller  i  stewardesa, 

przysięgają,  że  ta  dziewczyna  była  ruda.  Pod  jakim  nazwiskiem 

background image

figuruje w spisie pasażerów? 

Renick wyjął teczkę i zaczął ją przerzucać. 

- Anna Harcourt, leciała do Los Angeles. Kto to może być 

ta Anna Harcourt? 

— Słuchaj, Barty, odłóż na bok wszystko i zajmij się tylko 

tą dziewczyną. Potrzebny mi jest jej rysopis. Weźcie chłopców do 

roboty. Niech w Los Angeles przeprowadzą śledztwo. Chcę, żeby 

sprawdzono wszystkie hotele. Może zatrzymała się w którymś? 

— Do czego zmierzasz, John? 

— Coś  mnie  intryguje  w  tej  sprawie.  Porywacz 

oświadczył Odette Malroux, że mówi Jerry Williams, którego nie 

widziała  od  dwóch  miesięcy.  Namawia  ją,  żeby  poszła  do  tak 

nędznego lokalu jak bar „Piraci”, gdzie nikt z tych młodych ludzi 

nigdy  nie  chodził.  Tam  dziewczyna  nagle  znika.  Świadkowie 

stwierdzają, że o dziesiątej trzydzieści widzieli w jej samochodzie 

barczystego  mężczyznę  w  ciemnym  garniturze.  Słyszeli,  ale  nie 

widzieli,  jak  odjeżdżał  innym  wozem.  Ponadto  widziano  dobrze 

zbudowanego  mężczyznę  w  brązowym  garniturze  sportowym,  o 

godzinie jedenastej z dziewczyną ubraną w taką samą suknię, jaką 

nosiła  denatka.  Z  punktu  widzenia  chronologii  wszystko  się 

zgadza. Od „Piratów” na lotnisko przejazd nie trwa dłużej niż pół 

godziny. 

Do  tego  momentu  wszystko  gra.  Mogła  być  porwana. 

Mogła  być  do  tego  stopnia  sterroryzowana,  że  zgodziła  się 

zmienić suknię, włożyć rudą perukę, okulary przeciwsłoneczne, a 

nawet  odjechać  z  tym  mężczyzną.  Ale  co  się  dzieje?  -  Uderzył 

pięścią  w  biurko.  -  Ona  odjeżdża  sama!  Było  jeszcze  czternastu 

pasażerów  w  samolocie,  same  pary  małżeńskie.  Nie  mogli  mieć 

nic  wspólnego  z  dziewczyną.  Stewardesa  zna  ich  wszystkich! 

Mężczyzna,  który  prowadził  jej  samochód,  wyszedł  z  lotniska  i 

zniknął.  Następnie  zostaje  równocześnie  znaleziony  trup 

dziewczyny  i  walizka  z  okupem.  Jest  ona  wypchana  starymi 

gazetami  i  do  tego  wszystkiego,  żeby  było  trudniej  zgadnąć, 

dowiadujemy  się,  że  istnieją  dwie  identyczne  walizki.  Jakie 

wnioski pan z tego wyciąga? - zwrócił się do komisarza Barty’ego 

background image

i uważnie mu się przyglądał. 

-  Może  to  było  fikcyjne  porwanie  -  odparł  Barty.  –  Pod 

warunkiem, że Anna Harcourt i Odette Malroux to jedna i ta sama 

osoba. Trzeba to sprawdzić. 

-  Tak  -  potwierdził  Renick.  -  Dobrze,  niech  pan  idzie. 

Trzeba  dowiedzieć  się  wszystkiego  o  tej  dziewczynie, 

przeprowadzić poważne śledztwo. 

Potem zbliżył się do mnie. 

-  Każ  sfotografować  suknię.  Niech  ją  włoży  któraś  z 

maszynistek  i  zamażcie  twarz.  Może  jeszcze  ktoś  pozna  tę 

sukienkę. Każ opublikować to zdjęcie w całej tutejszej prasie i w 

Los Angeles. 

Zabrałem suknię i  poszedłem do mojego pokoju.  Miałem 

wrażenie,  że  moje  ciało  jest  kompletnie  zwiotczałe.  Pułapka 

zamykała się zbyt szybko. Za dwadzieścia cztery godziny, albo i 

wcześniej, Renick zacznie mnie podejrzewać. Muszę znaleźć jakiś 

sposób, żeby udowodnić, że O’Reilly jest mordercą... ale jak? 

Byłem  zbyt  zajęty  przez  kolejną  godzinę,  żeby  móc 

zastanowić  się  nad  tym  problemem.  Kazałem  sfotografować 

suknię, zwołałem konferencję prasową i wydałem dyspozycje, by 

przesłano klisze do Los Angeles. 

Zbliżała się pora lunchu. Miałem zamiar coś przekąsić w 

towarzystwie  Renicka  i  Barty’ego,  gdy  zadzwonił  telefon. 

Byliśmy wszyscy trzej w gabinecie Renicka. Podniósł słuchawkę, 

a potem przesunął aparat w moim kierunku. 

— To  Nina  -  powiedział.  -  Chce  z  tobą  mówić.  Wziąłem 

słuchawkę. 

— Tak - rzekłem. - Idę na obiad. 

-  Harry,  czy  nie  zechciałbyś  wrócić  do  domu?  -  Jej  głos 

miał  dziwne  brzmienie,  jakiego  nigdy  jeszcze  u  niej  nie 

słyszałem.  Dreszcze  przebiegły  mi  po  plecach.  -  Muszę  z  tobą 

pomówić. 

Za  tym  spokojnym  głosem  czaił  się  strach,  który 

sparaliżował mi ręce i nogi. 

background image

— Przyjeżdżam - powiedziałem i odłożyłem słuchawkę. - 

Nina  chce,  żebyśmy  zjedli  razem  lunch.  Coś  się  tam  stało.  Na 

pewno  jakieś  domowe  kłopoty.  Będę  z  powrotem  za  dwie 

godziny. 

— Zgoda,  idź  -  mruknął  Renick.  Oglądał  jakąś  teczkę  i 

nawet nie podniósł głowy. - Weź jakiś wóz i staraj się nie wracać 

później jak za dwie godziny, dobrze? 

Natychmiast  po  wyjściu  z  gabinetu  przebiegłem  pędem 

korytarz  i  skacząc  po  kilka  stopni  zbiegłem  schodami. 

Wskoczyłem do samochodu policyjnego i jak burza pognałem do 

domu.  Wiedziałem,  że  coś  się  stało.  Nie  domyślałem  się,  co  to 

mogło  być,  lecz  po  intonacji  głosu  Niny  zorientowałem  się,  że 

musiało zdarzyć się coś groźnego. 

Zatrzymałem  wóz  przed  bungalowem,  pobiegłem  aleją  i 

swoim kluczem otworzyłem drzwi. 

- Nina? 

- Jestem tutaj, Harry - odpowiedziała z salonu.  

Przeszedłem  przez  przedpokój,  otworzyłem  drzwi  i 

stanąłem jak wryty. 

Nina  siedziała  w  fotelu,  twarzą  zwrócona  do  drzwi. 

Wydawała się maleńka, przerażona. Była blada jak ściana. 

Obok  niej,  ze  skrzyżowanymi  nogami,  siedział  O’Reilly. 

Zamiast munduru szofera nosił dzisiaj sportową koszulę i zielone 

spodnie.  Dłubał  zapałką  w  zębach.  Uśmiechnął  się,  kiedy  nasze 

spojrzenia spotkały się. 

W prawej ręce trzymał automatyczny rewolwer policyjny, 

którego lufa była skierowana we mnie. 

background image

 

Rozdział 12 

 

-  Wejdź,  kochasiu,  zabawimy  się  trochę  -  krzyknął 

O’Reilly. 

-  Twoja  żona,  jak  się  zdaje,  nie  znajduje  zbyt  wiele 

upodobania w rozmowie ze mną. 

Podszedłem  bliżej  i  stanąłem  obok  Niny.  Szybko 

ochłonąłem  z  zaskoczenia,  spowodowanego  obecnością  tego 

człowieka  w  moim  domu.  Moje  przerażenie  zamieniło  się 

stopniowo w zimną wściekłość. 

- Niech się pan stąd wynosi, zanim wyrzucę pana za drzwi 

- powiedziałem. 

Roześmiał się pokazując sznur białych i równych zębów. 

-  Słuchaj,  ojczulku,  ty  jesteś  może  cwaniak,  ale  nie 

dorosłeś do mnie. Jednym palcem mógłbym powalić takich dwóch 

jak ty! 

Nina położyła rękę na moim ramieniu. Uściskiem palców 

dała mi do zrozumienia, że muszę być rozsądny. 

— Czego pan chce? - spytałem. 

— Jak myślisz? Taśmy magnetofonowe! I zdobędę je, nie 

łudź się! 

— A więc to pan ją zabił? 

Podrapał się w brodę, uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

— Doprawdy?  Wszystko  wskazuje  jednak  na  to,  że  ty  to 

zrobiłeś.  Nie  udawaj  głupiego.  Za  dużo  gadasz.  Gdybyś  nie 

powiedział o tych taśmach, Rhea i ja mielibyśmy zmartwienie, ale 

los  chciał,  że  się  wygadałeś.  Te  taśmy  cholernie  wkurzają  Rheę. 

Mnie  one  nie  przeszkadzają,  ale  ponieważ  pracujemy  razem, 

obiecałem, że je dla niej zdobędę. 

— Wielka szkoda - odparłem - ale ich nie dostaniesz. Jeśli 

ktoś je będzie miał, to Renick. 

Zerknął  na  broń,  którą  trzymał  w  ręku,  potem  przeniósł 

wzrok na mnie. 

-  Przypuśćmy,  że  skieruję  moją  pukawkę  na  lewą  nogę 

background image

twojej żony 

-  powiedział  -  Przypuśćmy,  że  nacisnę  spust.  Mogę  to 

zrobić, jeśli mi nie dasz tych taśm. 

- Nie słuchaj go, Harry - rzekła Nina opanowanym głosem. 

– Ja się go nie boję. 

background image

-  Pociągnij  za  cyngiel  -  powiedziałem.  -  Natychmiast 

zjawi  się  co  najmniej  dziesięć  osób,  zanim  będziesz  mógł  uciec. 

Takim 

bluffem 

mnie 

nie nabierzesz. A teraz wynoś się stąd! 

Przechylił się w tył w fotelu i wybuchnął śmiechem. 

— W  końcu  można  było  spróbować  -  rzekł.  -  Masz 

słuszność.  Nie  będę  strzelał  ani  do  niej,  ani  do  ciebie.  -  Wsunął 

rewolwer do kieszeni. - Chcę dostać taśmy i ty mi je dasz. Gdzie 

one są? 

— W banku. Tam nie możesz ich odebrać. 

— Słuchaj, kochasiu, pójdziemy po nie razem. Zbieraj się. 

- Nie dostaniecie ich i basta. A teraz zmykaj!  

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. 

- Dobrze, jeśli tak do tego podchodzisz... - powiedział nie 

ruszając się z miejsca. - Teraz przekonam cię, że mi je dasz. W tej 

sprawie gra idzie o miliony dolarów. Te taśmy mogą zburzyć cały 

plan, nad którym cholernie się nagłowiłem. Gwiżdżę na to, co się 

stanie, byleby mi się ten skok udał.  Mam  dosyć  pieniędzy, żeby 

zastosować odpowiednie środki dla odzyskania taśm. A teraz coś 

ci pokażę. 

Wyjął  z  kieszeni  mały  flakonik  z  zielonego  szkła, 

wyciągnął korek i wylał ostrożnie jego zawartość na stolik, który 

stał  obok  niego.  Płyn  był  jak  żywy.  Syczał  i  gwizdał 

rozprzestrzeniając się na środku stołu, żrąc politurę. 

-  To kwas  solny  - ciągnął  dalej.  - Tym  się oblewa twarze 

ludzi,  którzy  nie  są  domyślni.  -  Nagle  jego  oblicze  przybrało 

diabelski wyraz. - Znam bandę łajdaków, którzy za mniej niż sto 

dolarów  chlusną  zawartość  takiego  flakonika  w  twarz  twojej 

żony,  Barber.  To  ludzie  brutalni.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że 

potrafisz ją obronić. Wślizną się tutaj, kiedy będziesz się najmniej 

ich spodziewał, obleją kwasem twarz twojej żony, a potem zajmą 

się  tobą.  Jeśli  nie  dasz  mi  taśm  natychmiast  albo  najpóźniej  za 

dwanaście godzin, twoja żona oślepnie i będzie zeszpecona. 

Czułem,  jak  palce  Niny  wbijają  mi  się  w  ramię.  Oboje 

wpatrywaliśmy  się  w  płyn,  który  wrzał  i  syczał  na  stole. 

background image

Obserwowałem  O’Reilly’ego.  Wyraz  jego  małych,  szarych  oczu 

przekonał  mnie,  że  tym  razem  nie  bluffuje.  Był  zdolny  do 

wszystkiego. Nie byłem w stanie zapewnić Ninie bezpieczeństwa. 

Przegrałem i wiedziałem o tym. 

- Dobrze, chodźmy. 

Nina uwiesiła się na moim ramieniu. 

-  Nie!  Nie  pójdziesz!  On  nie  odważy  się  tego  zrobić? 

Harry... błagam cię! 

background image

- To ja się wpakowałem w to draństwo, nie ty!  

Skierowałem  się  ku  drzwiom.  Bez  ruchu  wpatrywała  się 

we mnie oczami rozszerzonymi ze strachu. Z kolei O’Reilly wstał 

z fotela. 

- On ma rację, ślicznotko. Niech pani siedzi cicho. I proszę 

uważać, jak będzie pani sprzątać to świństwo. Nie trzeba poparzyć 

tych pięknych paluszków! 

- Harry! - krzyknęła Nina zrywając się z miejsca. - Nie rób 

tego!  

Wyszedłem  z  bungalowu  i  wsiadłem  do  samochodu. 

O’Reilly szedł za mną. Usiadł obok mnie. 

— Nie masz wyjścia, kochasiu! Lepiej było zamknąć gębę 

na  kłódkę.  Teraz  jesteś  sam  na  placu  boju.  Jak  daleko  zaszedł 

Renick? Nie wpadł jeszcze na twój ślad? 

— Jeszcze nie. 

Oddaliłem  się  od  chodnika.  Dławiła  mnie  wściekła 

nienawiść do tego człowieka. Zrozumiałem, niestety za późno, że 

w  idiotyczny  sposób  ostrzegam  Rheę  mówiąc  jej  o  taśmach 

magnetofonowych. Jeśli ich się pozbędę, pozostanę „sam na placu 

boju”,  jak  słusznie  powiedział  O’Reilly.  Teraz  moje  zeznanie 

będzie  się  ścierało  z  zeznaniem  Rhei.  Będzie  mogła  opłacić 

najlepszych adwokatów, aby obalić moją wersję. 

— Kiedy będą cię brali, durniu - oświadczył O’Reilly - nie 

próbuj wrobić w to Rhei i mnie. Obydwoje mamy murowane alibi. 

— Tym lepiej dla was - odparłem. 

Zmierzyliśmy  się  wzrokiem.  Zauważyłem  w  jego  oczach 

zakłopotanie. 

— Nie masz wcale tragicznej miny faceta, który wpakował 

się w taką kabałę - powiedział. - Nigdy bym nie przypuszczał, że 

jesteś taki twardy! 

— Ja  sam  wpakowałem  się  w  to  gówno  i  gotów  jestem 

ponieść  konsekwencje.  Na  razie  wszystko  gra,  jeśli  chodzi  o 

ciebie, ale czekają cię jeszcze różne niespodzianki, gdyż nie znasz 

się na kobietach. 

Połknął przynętę. Odwrócił się i wbił we mnie wzrok. 

background image

— Co chcesz przez to powiedzieć, do diabła? 

— Zobaczysz.  Od  lat  jestem  dziennikarzem.  Miałem 

niejedną  przygodę  z  tancerkami  kabaretowymi.  Znam  ich 

mentalność. W każdym razie jedno jest pewne: Rhea Malroux nie 

ma  zamiaru  spędzić  reszty  swych  dni  z  irlandzkim  żłobem.  Po 

śmierci  Malroux,  kiedy  zabierze  całą  forsę,  nagle  przestanie  się 

tobą  interesować.  Stopniowo  będzie  się  odsuwała.  Ona  wie,  jak 

się  do  tego  zabrać.  Ani  się  obejrzysz,  jak  znów  będziesz  gliną 

szukającym pracy. 

— Co? Tak myślisz? - Jego cienkie wargi rozszerzyły się 

w  uśmiechu,  ale  oczy  nie  straciły  okrutnego  wyrazu.  -  Szkoda 

fatygi, nie próbuj opowiadać mi historyjek, idioto. Dawno już nie 

będzie ciebie na świecie, a my z Rheą będziemy parą małżeńską. 

Udało mi się roześmiać. 

-  Nigdy  nie  słyszałem  czegoś  tak  zabawnego!  – 

Zatrzymałem samochód przy chodniku przed wejściem do banku. 

Była za trzy minuty druga i bank był jeszcze zamknięty. - Czy ty 

naprawdę  wyobrażasz  sobie,  że  taka  kobieta  jak  Rhea  poślubi 

kogoś  takiego  jak  ty?  Możliwe,  że  jestem  głupcem,  ale  w  takim 

razie nie tylko ja nim jestem! 

— Stul pysk, jeśli nie chcesz, żebym ci go przefasonował! 

- mruczał purpurowy ze złości. 

— Dobrze,  dobrze.  Nie  powiem  już  ani  słowa.  Nie 

wiedziałem,  że  jesteś  taki  wrażliwy.  -  Po  chwili  odważyłem  się 

odezwać: - Ale ja wiem, co bym zrobił na twoim miejscu. 

Popatrzył na mnie ponuro. 

- Tak? A co byś zrobił? 

Nagle  ogarnęła  mnie  radość.  Udało  się,  ryba  chwyciła 

przynętę. Czułem to. 

-  Zabezpieczyłbym  się,  żeby  Rhea  nie  wyrzuciła  mnie  za 

drzwi. Tak bym się urządził, żebym odtąd ja był górą... 

Siedział nieruchomo. Wydawało mi się niemal, że słyszę, 

z jakim wysiłkiem jego pracują szare komórki. Nagle uśmiechnął 

się. 

-  Żal  mi  cię,  biedny  idioto.  Jesteś  naprawdę  niezwykłym 

background image

durniem. 

W tej chwili otwarto drzwi banku. 

-  Ale  powiem  ci  coś  -  ciągnąłem  dalej.  -  Nie  wyobrażaj 

sobie,  że  wszystko  jest  załatwione.  Jeszcze  ci  odpłacę,  jak  tylko 

będę  mógł.  I  Rhea  odpłaci  się  na  pewno.  Będziesz  wtedy  w 

jeszcze bardziej opłakanej sytuacji niż ja, ale na pewno nie będę ci 

współczuł. 

Wysiadł z samochodu. 

- Idź, głupku. Szkoda śliny. Dawaj taśmy. 

Weszliśmy do banku. Przyniosłem taśmy i wręczyłem mu 

je. Nie mogłem nic innego zrobić. 

— Tylko  niech  ich  pan  nie  zgubi  -  powiedziałem  kiedy 

zabrał  obydwa  pudełka.  -  Mają  one  teraz  dla  pana  taką  wartość, 

jaką miały dla mnie. 

— Nie potrzebuję twoich rad. 

Ale  kiedy  odchodził  z  banku  na  jego  tęgiej  twarzy  o 

regularnych rysach widniał niepokój. 

background image

 

II 

 

Wróciłem do biura o drugiej dziesięć. Z notatki czekającej 

na  mnie  dowiedziałem  się,  że  Renick  zaraz  po  moim  powrocie 

chce się ze mną zobaczyć. 

Mogło  to  znaczyć,  że  Renick  już  wie,  że  to  ja  byłem 

mężczyzną  w  brązowym  ubraniu  sportowym.  Ale  doszedłem  do 

tego, że nic mnie to już nie obchodziło. Po tym, co przeszedłem, 

byłem zmęczony. Jeśli Renick mnie zdemaskuje, będę zgubiony. 

Nie  miałem  żadnego  dowodu  na  to,  co  się  stało  naprawdę.  Bez 

najmniejszych  trudności  można  mnie  było  oskarżyć  o 

zamordowanie Odette. 

Jeśli chciałem ratować swoją skórę, musiałem dowieść, że 

O’Reilly ją zadusił.  Czułem, że wzbudziłem  w nim  podejrzenie i 

że  stracił  zaufanie  do  Rhei.  Jest  mało  prawdopodobne,  żeby 

zniszczył  taśmy.  Były  jego  jedynym  atutem  przeciwko  niej.  Jak 

długo istniały, miałem jeszcze szansę na wybrnięcie z tego. 

Nina  z  trwogą  zapewne  czeka  na  wiadomość, 

zatelefonowałem  więc  do  niej.  Starałem  się  mówić  bardzo 

ostrożnie, gdyż rozmawiałem przez centralę. 

— Już mu je dałem - mówiłem. - Nie było innego sposobu. 

Nie mów nic. Pozwól, żebym ja mówił. To nie jest tak poważne, 

jakby mogło  się wydawać. Pogadamy o tym  po  moim  powrocie. 

Przyjdę zaraz, jak się tylko stąd urwę. 

— Bardzo dobrze, Harry. 

Jej poważny głos ścisnął mi serce. 

-  Nie bądź niespokojna, najdroższa. Wszystko  się ułoży  – 

odłożyłem słuchawkę. 

Była  druga  dwadzieścia,  kiedy  otworzyłem  drzwi  do 

gabinetu Renicka. 

Czytał właśnie jakiś raport. Jego szczupła twarz zdradzała 

napiętą uwagę. 

- Jeszcze dwie minuty - powiedział. 

Moja  wyobraźnia  spłatała  mi  może  figla,  ale  natychmiast 

background image

odniosłem  wrażenie  z  jego  tonu,  że  nie  jesteśmy  na  tej  samej 

przyjacielskiej stopie co półtorej godziny temu. 

Usiadłem  i  zapaliłem  papierosa.  Stadium  strachu  już 

minęło,  stałem  się  fatalistą.  Byłem  zdecydowany  bluffować  do 

końca,  a  jeśli  mój  bluff  zakończy  się  niepowodzeniem,  poddam 

się losowi, jaki mnie czeka. 

Odłożył  w  końcu  raport  na  biurko,  przechylił  się  w  tył  i 

zaczął mi się uważnie przyglądać. 

background image

Jego  twarz  nie  zdradzała  żadnego  uczucia,  ale  wzrok 

Renicka  starał  się  przeniknąć  w  głąb  mojej  duszy.  Badał  mnie 

teraz,  jak  detektyw  analizujący  podejrzanego,  przynajmniej  ja 

miałem takie uczucie. 

- Harry, czy nigdy nie widziałeś Odette Malroux? Nigdy z 

nią nie rozmawiałeś? - spytał. 

Serce zaczęło mi mocniej bić. 

— Nie. Ta rodzina osiedliła się tutaj w czasie, kiedy byłem 

w  więzieniu.  Nie  miałem  nigdy  okazji  przeprowadzić  tam 

wywiadu.  -  „Pierwsze  kłamstwo”  -  pomyślałem.  Odtąd  będę 

musiał stale kłamać, aż Renick złapie mnie na gorącym uczynku. 

— Nic więcej o niej nie wiesz? 

— Nic.  -  Strzepnąłem  popiół  do  popielniczki.  -  Dlaczego 

pytasz mnie o to, John? 

— Och,  tak  sobie.  Ważna  jest  dla  mnie  najmniejsza 

wskazówka. 

— Może  ta  okoliczność  okaże  się  pomocna.  Malroux  jest 

narodowości  francuskiej.  Według  tamtejszego  ustawodawstwa 

dziecko  nie  może  być  wydziedziczone.  Odette  otrzymałaby 

połowę  ojcowskiego  majątku,  gdyby  żyła.  Teraz  po  śmierci 

Malroux jego żona zagarnie miliardowy majątek. 

— To interesujące. 

Miałem  wrażenie,  że  nie  powiedziałem  mu  nic  nowego. 

Wiedział już o tym. Zapadło milczenie. Po chwili zapytał. 

-  Nie  wiesz  przypadkiem,  czy  miała  kochanka?  Nie  była 

dziewicą. 

-  Nic  o  tym  nie  wiem,  absolutnie,  John  -  twierdziłem  z 

uporem.  

Drzwi się otworzyły i ukazał się inspektor Barty. 

-  Mam  coś  dla  pana,  John  -  powiedział,  jakby  mnie  w 

ogóle  nie  zauważył.  -  Policja  w  Los  Angeles  znakomicie  się 

spisała.  Jeden  z  pierwszych  hoteli,  do  którego  dzwoniliśmy, 

okazał  się  właściwym.  Dziewczyna  występująca  jako  Anna 

Harcourt  zatrzymała  się  w  hotelu  Regent.  Hotel  jest  przyzwoity, 

spokojny, nigdy nie działo się tam nic podejrzanego. 

background image

Recepcjonista  opisał  dziewczynę.  Nosiła  białoniebieską 

suknię.  Przyjechała  do  hotelu  taksówką  o  dwunastej  trzydzieści. 

Odnaleziono  taksówkarza.  Przypomniał  sobie,  że  zabrał  ją  z 

lotniska. O tej godzinie w Los Angeles lądował jedynie samolot z 

Palm City. Dziewczyna całą niedzielę spędziła w pokoju i kazała 

sobie  tam  przynosić  posiłki.  Oświadczyła,  że  się  źle  czuje.  W 

niedzielę  rano  przez  międzymiastową  otrzymała  telefon  z  Palm 

City  i  powtórnie,  również  z  Palm  City,  tego  samego  dnia  około 

dziewiątej wieczorem. W poniedziałek również nie wychodziła z 

pokoju. Dopiero o godzinie dziesiątej wyprowadziła się z hotelu i 

wsiadła  do  taksówki.  Taksówkarz  oświadczył,  że  zawiózł  ją  na 

lotnisko. 

— Czy  w  pokoju  hotelowym  znaleziono  odciski  jej 

palców? 

— Jeszcze  lepiej.  Zostawiła  szczotkę  do  włosów, 

plastykową. Pokojówka zauważyła, że ją używała. Na tej szczotce 

znajdują  się  wspaniałe  odciski,  które  wysłali  nam  pocztą.  Lada 

chwila powinniśmy je otrzymać. 

— Założę  się,  że  Anna  Harcourt  to  Odette  Malroux  - 

stwierdził  Renick.  Wziął  do  ręki  kartkę,  którą  czytał,  gdy 

wchodziłem do pokoju. 

- Mam raport z sekcji zwłok. Uderzono ją, a potem została 

uduszona.  Żadnych  śladów  walki.  Ktoś  ją  zaskoczył.  A  teraz 

interesujący szczegół, Barty. Między palcami jej stóp i w obuwiu 

znaleziono piasek, piasek z plaży. Wygląda na to, że pojechała na 

plażę,  bo  miała  tam  jakieś  spotkanie.  Chłopcy  z  laboratorium 

uważają,  że  będą  mogli  stwierdzić,  z  jakiej  plaży  pochodzi  ten 

piasek. 

-  Zawsze  im  się  wydaje,  że  mogą  wyczyniać  cuda!  – 

mruknął Barty. 

Miałem przykre uczucie, siedząc i słuchając ich rozmowy. 

Doskonale  zdawałem  sobie  sprawę,  że  obaj  celowo  tak  się 

zachowują, jakby zapomnieli o mojej obecności. 

-  Jeśli  nie  jestem  ci  potrzebny,  John  -  powiedziałem 

wstając - wrócę do mego biura. Czeka mnie mnóstwo pracy.  

background image

Obydwaj odwrócili się i zaczęli mnie bacznie obserwować. 

-  Zgoda  -  odparł  Renick  -  ale  nie  wychodź  z  biura. 

Wkrótce będę cię na pewno potrzebował. 

- Będę w moim pokoju.  

Wyszedłem na korytarz. 

Na  schodach,  które  prowadziły  do  jedynego  wyjścia  na 

ulicę,  stało  dwóch  inspektorów  zajętych  rozmową.  Spojrzeli  na 

mnie obojętnym wzrokiem. 

Wszedłem do siebie i zamknąłem drzwi. 

Czy ci dwaj pilnowali schodów? Chcieli się zabezpieczyć, 

żebym nie uciekł? 

Siadłem  za  biurkiem  i  czułem,  że  ogarnia  mnie  panika. 

Czy  byłem  już  zatrzymany?  Czy  Renick  odgadł,  że  jestem 

wmieszany w tę aferę? 

Próbowałem  pracować,  ale  nie  byłem  w  stanie  skupić 

uwagi.  Zacząłem  chodzić  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  paląc 

papierosa za papierosem. Usiłowałem coś wymyślić, aby oskarżyć 

O’Reilly’ego, ale nie widziałem sposobu. 

Po godzinie poszedłem do toalety. Obaj inspektorzy wciąż 

jeszcze  gawędzili  na  schodach.  W  chwili,  kiedy  wracałem, 

zadzwonił telefon. 

- Czy nie zechciałbyś przyjść? 

Teraz  naprawdę  nerwy  odmówiły  mi  posłuszeństwa. 

Gdyby  nie  obecność  policjantów  na  schodach,  może 

próbowałbym uciec. 

Wziąłem  się  w  garść  i  poszedłem  do  gabinetu  Renicka. 

Zetknąłem się z nim w drzwiach. 

-  Meadows  czeka  na  nas  -  powiedział  wymijając  mnie  i 

wszedł do gabinetu szefa. 

Meadows  podniósł  głowę  na  nasz  widok,  przerywając 

pracę. 

- Co się dzieje? - spytał sięgając po cygaro. - O co chodzi, 

John?  

Renick  usiadł.  Podszedłem  do  pustego  biurka,  które  stało 

nieco z boku, i również usiadłem. 

background image

- Szefie - odezwał się Renick - jestem teraz pewien, że ta 

dziewczyna nigdy nie została porwana. 

Meadows miał właśnie zamiar odgryźć koniuszek cygara, 

ale znieruchomiał. 

— Nigdy nie została porwana? 

— To  było  fikcyjne  porwanie,  ukartowane  przez  nią  i 

mężczyznę w sportowym garniturze. Przypuszczam, że chodziło o 

okup.  Namówił  dziewczynę,  żeby  mu  pomogła.  Jedynym 

sposobem  otrzymania  pieniędzy  od  ojca  było  sfingowanie 

porwania. 

Na twarzy Meadowsa widoczne było zdumienie. 

— Mam nadzieję, że pan jest pewien tego, co pan twierdzi, 

John! 

— Niemal  pewien  -  odpowiedział  Renick.  Przekazał 

Meadowsowi  ostatnie  informacje  o  Annie  Harcourt  nadesłane  z 

Los Angeles. 

-  Przed  dziesięcioma  minutami  przesłali  nam  odciski 

palców. To była Odette Malroux, co do tego nie ma najmniejszych 

wątpliowści.  Wiemy,  że  poleciała  sama  do  Los  Angeles  i  sama 

wróciła.  Inaczej  mówiąc,  udała  się  w  tę  podróż  całkowicie 

dobrowolnie. Na pewno nikt jej nie porwał. 

-  No  tak,  ale  coś  tu  nie  gra!  -  mruknął  Meadows.  -  Więc 

dlaczego została zamordowana? 

-  Jej  wspólnik  podjął  okup  i  umówił  się  na  spotkanie. 

Prawdopodobnie  chciał  zagarnąć  całą  forsę  i  dlatego  ją 

zamordował. 

Przez cały czas z taką siłą zaciskałem pięści, że paznokcie 

wbijały mi się w ciało. 

— Kim on jest? Czy wpadł już pan na jakiś ślad? - spytał 

Meadows. 

— Mam  już  sporo  wskazówek,  ale  nie  dość,  aby  móc  go 

aresztować - odparł Renick spokojnie. - Lekarz powiadomił mnie, 

że  w  pantoflach  denatki  znajdował  się  piasek  z  plaży.  W 

laboratorium  starają  się  ustalić,  skąd  pochodzi  ten  piasek.  Mam 

nadzieję, że im się to uda. Moim zdaniem, Odette umówiła się z 

background image

mordercą  na  jednej  z  plaż  ciągnących  się  wzdłuż  wybrzeża. 

Meadows wstał i zaczął chodzić po pokoju. 

— Niech  pan  tego  nie  podaje  do  prasy,  Barber.  Taka 

wiadomość mogłaby wywołać ogromny skandal. 

— Tak - odparłem. 

— Renick,  czy  pan  naprawdę  myśli,  że  ta  mała  chciała 

wyciągnąć od ojca pół miliona dolarów? 

— Sądzę, że morderca namówił ją do tego - odparł Renick. 

- Był prawdopodobnie jej kochankiem. Dała się nabrać, wpadła w 

pułapkę i została zamordowana. 

Musiałem  koniecznie  coś  powiedzieć.  Nie  mogłem 

siedzieć jak posąg. 

-  Jeśli  podjął  okup  -  zauważyłem  głosem  nie  tak 

spokojnym,  jakbym  tego  pragnął  -  dlaczego  nie  uciekł  z  całym 

skarbem? Nie musiał przecież spotkać się z nią i ją zabić. 

Renick  rzucił  na  mnie  szybkie  spojrzenie,  po  czym 

odwrócił wzrok. Zapalił papierosa. 

-  Załóżmy,  że  uciekł  z  pieniędzmi.  Córka  mogła 

powiadomić  ojca.  Uważał  widocznie,  że  naraża  się  na 

niebezpieczeństwo,  jeśli  ją  oszuka.  Uciszenie  jej  na  wieki 

wydawało mu się pewniejsze. 

Nagle  zadzwonił  telefon  i  Renick  podniósł  słuchawkę. 

Słuchał przez chwilę, potem zawołał: 

-  Ach  tak?  Świetnie.  Jest  pan  pewny?  Dobrze.  -  Odłożył 

słuchawkę i  zwrócił się do Meadowsa.  - Chłopcy z laboratorium 

stwierdzili,  że  piasek  znaleziony  w  jej  obuwiu  pochodzi  z  Plaży 

Zachodniej. To jest sztuczna plaża. Są absolutnie pewni, że piasek 

pochodzi  z  tej,  a  nie  z  innej  plaży.  Znajduje  się  tam 

przedsiębiorstwo  kąpielowe,  które  wynajmuje  pawilony.  To 

pewnie  na  tej  plaży  mieli  się  spotkać.  Zaraz  tam  jadę.  Harry, 

dobrze będzie, jak ze mną pojedziesz. 

Tego  właśnie  pragnąłem  uniknąć.  Bill  Holden  zobaczy 

mnie.  Nagle  przypomniałem  sobie  z  przerażeniem,  że  nie 

zapłaciłem mu za ostatnią noc. 

— Lepiej,  żebym  zajął  się  swoją  pracą,  John.  Mam 

background image

zaległości - odparłem zdławionym głosem. 

— Zostawmy  te  papierki!  -  powiedział  Renick  oschle.  - 

Tamto może poczekać. Pojedziesz ze mną. 

— A  teraz,  Barber,  proszę  posłuchać:  nie  dawać 

najmniejszej  wzmianki  do  prasy  -  wtrącił  Meadows.  -  Niech  pan 

powie  dziennikarzom,  że  wciąż  zajęci  jesteśmy  tą  sprawą, 

oczywiście,  ale  że  to  może  jeszcze  długo  potrwać.  Proszę  raczej 

nałożyć  tłumik.  Gdyby  wyszło  na  jaw,  że  Odette  Malroux 

zorganizowała  swe  rzekome  porwanie,  aby  wycyganić  od  ojca 

pieniądze  i  oddać  je  potem  kochankowi,  wybuchłby  niesłychany 

skandal! 

Tymczasem  Renick  wydał  telefonicznie  dyspozycje  i 

zaalarmował swą ekipę. 

-  Chodźmy  -  rzekł  odkładając  słuchawkę.  Potem  zwrócił 

się do Meadowsa. - Po powrocie złożę panu raport. 

Kiedy  zbliżyliśmy  się  do  schodów,  zauważyłem,  że 

Renick  skinął  nieznacznie  głową  stojącym  tam  inspektorom. 

Zeszli  za  nami.  Czekały  na  nas  dwa  samochody.  Wsiedliśmy. 

Renick  i  ja  zajęliśmy  miejsca  z  tyłu,  a  inspektorzy  przed  nami, 

obok  kierowcy.  Ruszyliśmy  szybko.  Za  nami  jechał  drugi  wóz  z 

pracownikami policji. 

Około  szóstej  przybyliśmy  na  zachodnią  plażę. 

Znajdowało się tam mnóstwo plażowiczów. 

Renick  polecił  swoim  ludziom,  aby  zostali  w 

samochodach.  Na  jego  znak  poszedłem  za  nim  na  plażę.  Nogi 

ciążyły mi jak ołów. Czułem się jak zwierzę prowadzone na rzeź. 

Billa  Holdena  zastaliśmy  w  biurze.  Na  nasz  widok 

podniósł głowę. 

— Pan  Barber!  -  rzekł  wstając.  Spojrzał  pytająco  na 

Renicka. 

— Porucznik  Renick  z  policji  miejskiej,  Bill  - 

powiedziałem. - Chce panu zadać kilka pytań. 

Holden zrobił zdumioną minę. 

- Ależ oczywiście, panie poruczniku. Proszę bliżej. 

„Tym razem stało się - mówiłem sobie w duchu. - Jeśli nie 

background image

uda mi się wykręcić jakąś blagą, jestem zgubiony”. 

-  Próbujemy  odnaleźć  dziewczynę  -  zaczął  Renick.  – 

Około  dwudziestu lat, ładna, ruda, w białoniebieskiej, płóciennej 

sukni.  Nosiła  duże  przeciwsłoneczne  okulary  i  pantofelki.  Czy 

panu to coś mówi? 

Bez wahania Holden potrząsnął przecząco głową. 

— Bardzo żałuję, panie poruczniku, ale na nic się nie zda 

stawianie mi takich pytań. Tysiące dziewcząt kręci się tu w czasie 

sezonu. Dla mnie są jak piasek na plaży. Nawet ich nie zauważam. 

— Mamy  podstawy  do  przypuszczenia,  że  ta  dziewczyna 

była tutaj około północy w sobotę. Czy był pan tutaj w sobotę w 

nocy? 

— Nie.  Wyszedłem  z  pracy  o  ósmej.  Ale  pan,  panie 

Barber, był tutaj chyba wtedy, czy tak? 

Udało mi się, nie wiem jakim cudem, zachować spokój. 

- Nie, w sobotę nie, Bill. Byłem w domu.  

Renick bacznie mnie obserwował. 

background image

-  W  takim  razie  nie  mogę  być  panu  w  niczym  pomocny, 

poruczniku. 

— Dlaczego  przypuszcza  pan,  że  pan  Barber  był  tutaj  w 

sobotę wieczorem? - spytał Renick podstępnie. 

— Tak tylko myślałem. Ja... 

Zdecydowałem się wówczas na udzielenie mu wyjaśnień. 

— Wynajmowałem  tutaj  pawilon,  John.  Chciałem  napisać 

książkę, a niestety, nie potrafiłem pracować w domu. 

— Ach,  doprawdy?  -  W  jego  głosie  przebijało  takie 

niedowierzanie,  że  przykro  było  słuchać.  -  Nic  mi  o  tym  nie 

mówiłeś. 

Zmusiłem się do śmiechu. 

- Nie udało mi się spłodzić tego arcydzieła. 

Renick  obserwował  mnie  przez  dłuższą  chwilę,  wreszcie 

zwrócił się do Holdena. 

— Czy  wszystkie  pawilony  były  zamknięte  na  klucz  w 

sobotę w nocy? 

— Oczywiście  -  odparł  Holden.  -  Sam  je  zamknąłem,  z 

wyjątkiem domu pana Barbera. On miał klucz. 

— Wyłamano jakiś zamek? 

— Nie. 

— Czy zamknąłeś twój pawilon, Harry? 

— Myślę, że tak. Nie jestem pewien. Może nie. 

— Który to był? 

— Ostatni na lewo, poruczniku - odpowiedział Holden. 

Był zmieszany i jego wzrok wędrował nieustannie z twarzy 

Renicka na mnie. 

- Czy jest tam ktoś teraz? 

Holden spojrzał na plan przybity do ściany. 

— Nie, jest wolny. 

— Czy widział pan Odette Malroux? - spytał Renick. 

— Dziewczynę,  którą  porwali  kidnaperzy?  -  Holden 

potrząsnął  głową.  -  Nigdy  tu  nie  przychodziła,  poruczniku. 

Poznałbym ją. Widziałem wiele jej zdjęć. Nie, jej tu nie było. 

— Chcę rzucić okiem na pawilon. Czy ma pan klucz? 

background image

- Tkwi pewnie w drzwiach, panie poruczniku.  

Renick skierował się do wyjścia, poszedłem w jego ślady. 

John wyszedł na palące słońce. Posuwaliśmy się bez słowa 

po  drewnianych  pryczach,  leżących  ma  piasku,  starając  się 

wyminąć  na  pół  nagie  ciała  plażowiczów,  którzy  pewnie 

zastanawiali się, dlaczego jesteśmy ubrani. Wreszcie przybyliśmy 

do pawilonu, gdzie umarła Odette. 

background image

Klucz  był  w  zamku.  Renick  otworzył  drzwi  i  wszedł. 

Rozejrzał się dokoła, potem odwrócił się i patrzył na mnie oczami 

zimnymi jak lód. 

- Nie mówiłeś mi, że wynajmowałeś ten pawilon, Harry.  

Stałem na progu. 

— Po  co  miałem  ci  opowiadać?  Ani  przez  sekundę  nie 

sądziłem, że może cię to interesować. 

— Może tutaj została zamordowana? 

— Tak myślisz? Może zabili ją na plaży? 

— Chciałbym,  żebyś  się  dobrze  zastanowił.  Zamknąłeś 

drzwi na klucz czy nie? 

— Nie mam się co zastanawiać - odpowiedziałem. - Wiem, 

że  nie  zamknąłem.  Nie  powiedziałem  tego  Holdenowi.  Byłby 

wściekły.  Zostawiłem  klucz  w  zamku.  Znalazłem  go  w 

poniedziałek, kiedy wróciłem po maszynę do pisania. 

— Mogła więc tutaj zginąć. 

- Zamki w tych drzwiach nie są zbyt mocne. Mogła zostać 

zamordowana w każdym innym pawilonie albo na plaży. 

Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, a ja nie ruszałem się 

z miejsca, nasłuchując bicia mego serca. Po jakimś czasie spojrzał 

na zegarek. 

- Dobrze, Harry, wracaj do domu. Nie jesteś mi już dzisiaj 

potrzebny. Powiedz, żeby cię odwiózł któryś z chłopców. Reszta 

niech przyjdzie tutaj. 

— Jeśli  mogę  się  na  coś  przydać,  chętnie  zostanę  - 

powiedziałem. 

— Nie, nie, Jedź do domu. 

Nie zwracał  na mnie uwagi,  zajął się oglądaniem pokoju. 

Wiedziałem,  co  się  stanie  po  moim  odejściu.  Przetrząsną 

dokładnie  cały  pawilon.  Specjaliści  od  odcisków  palców  zbadają 

wszystkie ściany i meble, centymetr po centymetrze i prędzej czy 

później znajdą odciski Odette, a także Rhei i O’Reilly’ego. Natkną 

się  również  na  moje  odciski,  ale  to  nie  wzbudzało  we  mnie 

niepokoju. Dręczyła mnie myśl, że Renick wróci do Billa Holdena 

i  zapyta  go,  czy  widział  wysokiego,  barczystego  mężczyznę  w 

background image

brązowym,  sportowym  ubraniu.  Bill  go  uświadomi,  że  to  ja 

właśnie miałem na sobie brązowy, sportowy garnitur. 

Ale  czy  będzie  to  dowodem,  że  zabiłem  Odette?  Nie 

sądziłem. Miałem wrażenie, że pozostało mi jeszcze trochę czasu, 

choć bardzo niewiele. 

— A więc do jutra, John! 

— Zgoda. 

Starał  się  na  mnie  nie  patrzeć.  Wyszedłem  z  pawilonu  i 

udałem się do biura Holdena. 

background image

Holden stał w drzwiach. 

— Proszę  mi  wybaczyć,  że  nie  uregulowałem  jeszcze 

rachunku,  Bill  -  rzekłem.  -  Wyleciało  mi  całkiem  z  głowy. 

Pieniądze poślę panu jutro, zgoda? 

— Wolałbym, żeby mi pan zaraz zapłacił - odparł Holden 

zmieszany. - Mój szef nie udziela mi kredytu. 

— Zostawiłem portfel w biurze. Poślę panu jutro. 

Zanim  mógł  odpowiedzieć,  oddaliłem  się  szybko  i 

poszedłem do samochodów policyjnych. 

-  Porucznik  wzywa  was  do  pawilonu,  tam  w  głębi  - 

zwróciłem  się  do  jednego  z  techników.  -  Wracam  do  domu. 

Pojadę autobusem. 

Jeden  z  inspektorów,  którzy  pilnowali  schodów, 

oświadczył: 

-  Barber,  chodź  pan.  Odwieziemy  pana.  Przejedziemy  się 

trochę.  

Nadszedł  moment,  w  którym  mogłem  sprawdzić  moje 

podejrzenia. 

-  Proszę  się  nie  fatygować.  Pojadę  autobusem.  Do 

widzenia, chłopcy. 

I  poszedłem  na  przystanek,  gdzie  czekał  autobus.  Kiedy 

ruszył  z  miejsca,  obejrzałem  się:  wóz  policyjny  z  inspektorami 

jechał za nami! 

Miałem  teraz  pewność  -  odtąd  podejrzanym  numer  jeden 

w tej sprawie, gdzie chodziło o morderstwo, byłem ja! 

background image

Rozdział 13 

Przyjechałem  do  domu.  Ledwo  zamknąłem  drzwi 

wejściowe  i  ruszyłem  przez  hall,  kiedy  Nina  wyszła  z  salonu. 

Była  blada,  niespokojna.  Rzuciła  mi  się  w  ramiona.  Objąłem  ją 

mocno i czule pocałowałem w usta. 

- Harry! - szeptała. - Oni tu byli po południu, gdy wyszłam 

z domu. Przetrząsnęli całe mieszkanie. 

Zadrżałem. 

- Skąd to wiesz? 

-  Mów  cicho.  Nie  sądzisz,  że  mogli  gdzieś  założyć 

podsłuch?  Nie  pomyślałem  o  tym,  lecz  od  razu  zdałem  sobie 

sprawę z niebezpieczeństwa. 

— Jeśli gdzieś jest, to chyba w salonie. 

— Szukałam, ale nie udało mi się nic znaleźć. 

— Poczekaj tutaj. 

Wszedłem do salonu i włączyłem radio na cały regulator. 

Pokój wypełniły przenikliwe dźwięki orkiestry jazzowej. 

Wyjrzałem przez okno. Ani śladu samochodu policyjnego, 

ale  byłem  pewien,  że  stoi  ukryty  gdzieś  w  pobliżu,  skąd  można 

było obserwować bramę mego bungalowu. Podszedłem potem do 

okna  kuchennego.  Wzdłuż  ogrodu  biegła  uliczka.  Dwóch 

elektryków pracowało nieopodal drzwi kuchennych, pilnowali ich 

pewnie  przez  cały  dzień.  Jeden  siedział  na  szczycie  słupa 

telegraficznego, drugi wałęsał się na dole. Ani jeden, ani drugi nie 

sprawiali wrażenia ludzi zbyt zajętych. 

Obserwowany przez Ninę, która stała na progu,  zabrałem 

się do poszukiwania mikrofonu w salonie. Znalazłem go w końcu 

w  grzejniku.  Gdybym  nie  znał  metod  policji,  nigdy  bym  go  nie 

odkrył.  Przysunąłem  do  grzejnika  radio,  z  którego  dalej  płynęło 

szaleństwo jazzowe. 

— Teraz  już  nie  mogą  nas  usłyszeć!  -  powiedziałem.  - 

Skąd domyśliłaś, że tu byli? 

— Nie  wiem,  jakieś  niesprecyzowane  uczucie...  - 

gwałtownie  usiadła  na  krześle  i  spojrzała  na  mnie  strwożonym 

wzrokiem.  –  Ledwo  otworzyłam  drzwi,  odniosłam  wrażenie,  że 

background image

ktoś tu był. Zajrzałam do szafy. Moje rzeczy nie leżały na swoim 

miejscu. - Zadrżała. - Co to znaczy, Harry? 

- To znaczy, że odkryli mnie. W tej chwili czatują na mnie 

za domem.  

Nagle  wpadło  mi  coś  na  myśl.  Pobiegłem  do  sypialni  i 

otworzyłem szafę, żeby sprawdzić moją garderobę. 

Brązowy garnitur sportowy zniknął! 

Przez  dłuższą  chwilę  przyglądałem  się  pustemu 

wieszakowi, na którym wisiał. Potem wróciłem do salonu. 

-  Szukali  mego  brązowego  ubrania.  Zabrali  je  - 

powiedziałem.  

Nina  walczyła  ze  łzami.  Serce  mi  się  ścisnęło  na  ten 

widok. 

-  Co  teraz  zrobimy?  Och,  Harry!  Nie  mogę  znieść  tej 

myśli, że stracę cię po raz drugi. Co z tobą zrobią? 

Wiedziałem  dobrze,  co  ze  mną  zrobią.  Wrzucą  mnie  do 

komory  gazowej.  Ale  nie  chciałem  jej  tego  powiedzieć.  Zaczęła 

na nowo. 

— Dlaczego  oddałeś  mu  taśmy  magnetofonowe? 

Wolałabym... 

— Milcz!  To  obchodzi  tylko  mnie.  On  nie  bluffował, 

wiesz dobrze. Byłem zmuszony mu je dać. 

Zaciśniętymi piąstkami uderzyła się w kolana. 

— Ale co my teraz zrobimy? 

— Nie wiem. Musi istnieć jakiś sposób, żeby wydostać się 

z tej matni. Spróbuję zastanowić się... 

-  Powinieneś  powiedzieć  wszystko  Johnowi.  On  nam 

pomoże. Jestem pewna, że nam pomoże. 

- On nie może nic dla nas zrobić. Nie ma żadnego dowodu. 

Zmusić  O’Reilly’ego  do  mówienia  -  to  moja  cała  nadzieja.  Nie 

wiem 

tylko, 

jak 

to zrobić. 

- A pieniądze z okupu, Harry? Co się z nimi stało?  

Wpatrywałem  się  w  nią  z  natężeniem.  Nagle  przebiegł 

mnie  dreszcz  radości.  Przypomniałem  sobie,  co  powiedział 

background image

O’Reilly: Znajdziecie okup, znajdziecie zbrodniarza! 

- Co się stało, Harry? Czy wpadłeś na coś? 

— Pieniądze!  Gdzie  są  pieniądze?  -  Wstałem  i  biegałem 

nerwowo  po  pokoju.  -  Pół  miliona  dolarów  nie  da  się  tak  łatwo 

ukryć, i do tego w banknotach o małych nominałach! Gdzie mogą 

być  schowane?  Na  pewno  w  żadnym  banku.  W  domu?  Czy 

naraziliby  się  na  takie  ryzyko?  Dobrze  wiedzą,  że  skoro  mnie 

aresztują,  będę  próbował  ich  oskarżyć.  Renick  przeszuka  na 

pewno dom.  Nie mogę  uwierzyć, żeby tam schowali pieniądze... 

ale w takim razie gdzie? 

— W banku, w sejfie? 

background image

— To by było zbyt ryzykowne. Najdogodniejszą kryjówką 

byłaby  raczej  przechowalnia  ręcznego  bagażu,  albo  na  lotnisku, 

albo  na  dworcu  autobusowym  bądź  kolejowym.  CReilly  bez 

żadnej  obawy  mógł  tam  zdeponować  walizkę.  Nikt  o  nim  nie 

będzie  pamiętał,  a  w  razie  potrzeby  może  szybko  odebrać 

pieniądze bez konieczności legitymowania się. 

— Trzeba to powiedzieć Johnowi. 

— To na nic się nie zda. Trzeba zaskoczyć O’Reilly’ego w 

chwili, gdy przyjdzie po walizkę z okupem. Trzeba go chwycić za 

rękę. 

Twarz Niny wyrażała bezsilność. 

— Ależ on nigdy nie da się złapać na gorącym uczynku! 

— Oczywiście! Chyba... - umilkłem na chwilę - chyba, że 

znajdę jakiś sposób, żeby wpadł w panikę. 

— Ale jak? Taki człowiek jak on... 

— Pozwól mi zastanowić się. Zjemy kolację. Ty zajmiesz 

się  kuchnią,  a  ja  będę  się  starał  rozgryźć  ten  problem.  Muszę 

wyłączyć radio, bo ten jazz doprowadza mnie od szału. 

— Tak bardzo się boję, żę cię zabiorą... 

— Na razie jeszcze się to nie stało. Uspokój się, kochanie, 

ufam ci. 

-  Tak,  dobrze  Harry,  wybacz  -  powiedziała  wstając  z 

krzesła.  

Przeszedłem  przez  pokój,  żeby  wyłączyć  radio.  Kiedy 

Nina  zniknęła,  usiadłem  i  puściłem  w  ruch  moje  komórki 

mózgowe, ale dopiero po kolacji, ponurej i milczącej, wpadł mi do 

głowy pewien pomysł. 

Nina  bez  przerwy  rzucała  w  moją  stronę  pytające 

spojrzenia.  Widząc  zmianę  na  mojej  twarzy  zrozumiała,  że 

znalazłem  jakieś  wyjście.  Otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć, 

ale nagle przypomniała sobie o podsłuchu. 

Wstałem, żeby włączyć radio. 

— Zdaje  mi  się,  że  wpadłem  na  dobry  pomysł  - 

tłumaczyłem  jej.  -  Istnieje  tylko  jeden  sposób  na  O’Reilly’ego. 

Trzeba wyprowadzić go w pole. Zdaje mi się, że wiem, jak się do 

background image

tego  zabrać,  ale  uda  się,  jeśli  okup  znajduje  się  w  przechowalni 

bagażu albo  w sejfie. Jeśli mają go w domu,  nie uda się, ale nie 

chce mi się wierzyć, by mieli go u siebie. 

— Co masz zamiar zrobić, Harry? 

— Zaczekaj chwilę. 

Usiadłem przy biurku; wziąłem kartkę papieru i zacząłem 

pisać. 

„Wiadomość  z  ostatniej  chwili.  Przerywamy  nasz 

program,  żeby  podać  ostatnie  szczegóły,  dotyczące  porwania 

Odette  Malroux.  Policja  w  Palm  City  ma  podstawy  do 

przypuszczenia,  że  pieniądze  z  okupu  zostały  zdeponowane  w 

sejfie  bankowym  lub  w  przechowalni  bagażu  na  którymś  z 

dworców. 

background image

Gubernator  stanu  wydał  nakaz  rewizji  specjalnej 

upoważniający od jutra, od dziewiątej rano, ekipę inspektorów do 

skontrolowania  wszystkich  paczek  i  waliz  pozostawionych  w 

przechowalniach  oraz  wszystkich  sejfów  wydzierżawionych  w 

ostatnim okresie. 

Osoby,  które  posiadają  sejf  od  początku  bieżącego 

miesiąca,  proszone  są  o  zgłoszenie  się  do  najbliższego 

komisariatu, wraz z kluczem. 

Poszukiwania  obejmą  całą  okolicę  w  promieniu  150 

kilometrów od Palm City. Szeryf dystryktu jest przekonany, że ta 

operacja  umożliwi  odnalezienie  okupu  złożonego  przez  pana 

Malroux”. 

Podałem  kartkę  Ninie,  by  przeczytała  tekst.  Spojrzała  na 

mnie ze zdumieniem. 

— Nie rozumiem, Harry. 

— Do  moich  obowiązków  należy  przekazywanie  do 

lokalnych  stacji  telewizyjnych  i  radiowych  wiadomości 

dotyczących  sprawy  Malroux.  Radio  i  telewizja  podadzą  ten 

suchy komunikat. Mam nadzieję, że O’Reilly słysząc to wpadnie 

w  panikę.  W  ten  sposób  może  mnie  zaprowadzić  do  miejsca, 

gdzie ukrył skarb. 

— Przecież  nawet  nie  wiesz,  czy  będzie  słuchał 

komunikatu. 

— Będzie,  wierz  mi.  Uprzedzę  go.  -  Zbliżyłem  się  do 

telefonu,  ale  nagle  stanąłem.  Nasza  linia  jest  pewnie  na 

podsłuchu.  Zatelefonuję  skądinąd.  Jeśli  Meadows  dowiedziałby 

się  o  tym,  nie  dopuściłby  do  mistyfikacji.  Skierowałem  się  ku 

drzwiom. - Idę do najbliższego drugstoru. Zaraz wracam. 

— Pójdę z tobą, Harry. 

— Lepiej nie. Czekaj tu na mnie. 

Zapadła  już  noc.  Szedłem  z  bungalowu  alejką  do  bramy. 

Otworzyłem ją i rozejrzałem się na prawo i lewo. Wóz policyjny 

stał  na  ulicy  w  odległości  pięćdziesięciu  metrów.  Do  drugstoru 

szło się w innym kierunku. Nie musiałem więc przechodzić obok 

policji. 

background image

Udałem  się  w  drogę,  nie  okazując  żadnego  pośpiechu. 

Słyszałem, jak wóz rusza z miejsca. Wiedziałem, że jedzie tuż za 

mną, ale nie odwracałem się. Bałem się już tylko jednego - żeby 

mnie  nie  aresztowano,  zanim  zrealizuję  mój  plan.  Gdyby  się  tak 

stało, już nie byłoby dla mnie ratunku. 

Wszedłem  do  drugstoru  i  zamknąłem  się  w  kabinie 

telefonicznej.  Połączyłem  się  z  lokalną  telewizją.  Poprosiłem  do 

telefonu Freda Hicksona, szefa informacji. 

-  Fred,  mam  dla  ciebie  ważny  komunikat  -  mówiłem.  – 

Szeryf dystryktu żąda, aby wiadomość ta została przekazana przez 

radio i telewizję dzisiaj o jedenastej w nocy. Możesz to zrobić? 

- Oczywiście, słucham.  

Przeczytałem mu tekst, a on notował. 

-  Zrobi  się  -  odparł.  -  O  jedenastej  przerwiemy  obydwa 

programy. Szeryf stosuje mocne chwyty, prawda? 

- Jak widzisz. Dziękuję, Fred. Do zobaczenia.  

Odłożyłem słuchawkę. 

Spojrzałem  na  zegarek.  Była  dziewiąta  trzydzieści. 

Zadzwoniłem  do  rezydencji  Malroux.  Po  chwili  zgłosił  się 

kamerdyner. 

— Tu  dyrekcja  policji  -  oświadczyłem.  -  Chcielibyśmy 

mówić z O’Reillym. Czy jest w domu? 

— Myślę, że jest w swoim pokoju - odparł kamerdyner. - 

Proszę nie odchodzić, zaraz przełączę. 

Usłyszałem jakiś dźwięk, potem zgłosił się O’Reilly. 

- Halo? Kto przy aparacie? 

Głosem powolnym, skandując każde słowo, mówiłem: 

-  Cześć,  durniu!  Co  porabia  dzisiaj  wieczorem  twoje 

sumienie?  

Cisza.  Oczyma  wyobraźni  widziałem  O’Reilly’ego  z 

pociemniałą twarzą, rękami kurczowo zaciśniętymi na słuchawce. 

— Kto  przy  aparacie?  -  powtórzył  tym  razem  gniewnym 

tonem. 

— Inny dureń - odparłem. 

— To ty, Barber? 

background image

-  Tak.  Chcę  ci  przekazać  poufną  wiadomość.  Szeryf 

dystryktu  wpadł  wreszcie  na  genialny  pomysł.  Jeśli  cię  to 

interesuje,  w  twoim  własnym  interesie  słuchaj  programu 

telewizyjnego  o  jedenastej,  kanał  lokalny,  dziś  w  nocy.  Podadzą 

informacje  z  ostatniej  chwili.  Zrozumiałeś?  Kanał  lokalny, 

godzina jedenasta! Randka w komorze gazowej! 

Przerwałem, zanim zdążył mi odpowiedzieć. 

Kiedy  wychodziłem  z  kabiny,  zobaczyłem,  że  do  sklepu 

wkracza  wysoki,  rumiany  chłopiec,  w  którym  z  odległości 

dwudziestu  kroków  można  było  poznać  policjanta.  Wiedziałem, 

że prędzej czy później trzeba będzie przez to przejść, lecz na jego 

widok krew zamarła mi w żyłach. 

Natychmiast podszedł do mnie. 

— Pan Barber? 

— Zgadza się. 

— Żądają, żeby pan się zgłosił. Mam wóz. 

-  Idę  -  powiedziałem  wychodząc  ze  sklepu.  Myślałem  o 

Ninie.  

Wsiadłem  z  inspektorem  na  tylne  siedzenie.  Drugi 

policjant, który czekał na dworze, siadł za kierownicą. 

— O co chodzi? - spytałem, gdy wóz ruszył. - Czy jest coś 

nowego? 

— Nie wiem - odpowiedział glina zawiedzionym głosem. - 

Kazano mi tylko pojechać po pana, więc pojechałem. 

Nic  już  nie  mogłem  zrobić.  Zagrałem  mego  króla.  Teraz 

chodziło  o  to,  czy  O’Reilly  ma  asa  w  ręku.  Jeśli  tak,  byłem 

zgubiony. 

 

II 

 

Renick  pracował  w  swoim  gabinecie.  Jedynym  źródłem 

światła  w  pokoju  była  lampa  z  zielonym  abażurem  rozsiewająca 

żółtawy blask ma bibułę, przykrywającą jego biurko. 

Obydwaj  inspektorzy  wprowadzili  mnie  do  gabinetu, 

jakby wnosili jakiś kruchy przedmiot, a po dostarczeniu go wyszli 

background image

na korytarz i zamknęli drzwi. 

Usiadłem  na  krześle,  szczęśliwy,  że  w  pokoju  panował 

półmrok.  Renick  palił  papierosa.  Rzucił  mi  na  kolana  paczkę 

papierosów  i  zapalniczkę.  Przez  chwilę  panowało  milczenie. 

Skorzystałem z tego, aby zapalić. 

— Co  się  dzieje?  -  zapytałem  kładąc  papierosy  i 

zapalniczkę na biurko. 

— Koniec  z  bluffem,  Harry!  -  powiedział  nie  podnosząc 

głosu. - Jesteś w złej sytuacji. Wiesz o tym dobrze. 

— Czy jestem aresztowany? 

— Jeszcze  nie.  Najpierw  chciałem  z  tobą  pogadać.  Robię 

to nieoficjalnie. Mogę przez to stracić pracę, ale od dwudziestu lat 

jestem  twoim  kumplem  zarówno  w  dobrych,  jak  i  złych  dniach. 

Mam dużo sympatii do was obojga, Niny i ciebie, chcę ci iść na 

rękę. Musisz mi powiedzieć prawdę. Jeśli tkwisz w takim bagnie, 

jak sądzę, oddam  cię  w  ręce Reigera. Nie mam  zamiaru obracać 

cię na rożnie. Powiedz mi prawdę, to zostanie między nami: czy 

zabiłeś Odette Malroux? 

Patrzyłem mu prosto w oczy. 

— Nie, nie zabiłem jej, ale sądzę, że mi nie uwierzysz. 

— W  tym  pokoju  nie  ma  mikrofonów  ani  żadnych 

świadków. Pytam cię nie jako detektyw, ale jako twój przyjaciel. 

— Odpowiedź jest ta sama: ja jej nie zabiłem. 

Pochylił  się  do  przodu,  żeby  zgasić  papierosa  w 

popielniczce.  Blade  światło  lampy  rozjaśniało  mu  twarz. 

Wyglądał, jakby od dwóch dni nie zmrużył oka. 

- No dobrze, to już jest coś - rzekł. - Ale ty jesteś wplątany 

w tę aferę, czy tak? 

background image

-  Jeszcze  jak!  Jestem  w  takie  sytuacji,  że  nawet  twoja 

przyjaźń nie może mi pomóc. 

Zapalił nowego papierosa. 

— Może byś mi opowiedział tę całą historię? 

— Zgoda. Jak wpadłeś na mój ślad, John? 

— Tim  Cowley  powiedział  mi,  że  widział  cię  na  dworcu 

autobusowym  w  nocy,  kiedy  popełniono  morderstwo,  z  rudą 

dziewczyną w białoniebieskiej sukni. Wszystkie ślady prowadziły 

do ciebie. 

— Domyślałem  się,  że  Tim  Cowley  mnie  wyda  - 

powiedziałem  znużony.  -  Byłem  takim  idiotą,  że  dałem  się 

wciągnąć  tym  dwom  kobietom,  ale  chciałem  zdobyć  pieniądze! 

Przyrzekły mi pięćdziesiąt  tysięcy dolarów za coś, co wydawało 

mi  się  dosyć  proste.  Te  pieniądze  były  mmi  potrzebne,  żeby 

opuścić miasto i zacząć wszystko od początku. 

— Mów dalej. 

I  tak  opowiedziałem  mu  swoją  przygodę.  Powiedziałem 

mu wszystko, z wyjątkiem tego, że Nina pomagała mi w pozbyciu 

się zwłok Odette. Zależało mi, żeby ona nie była zamieszana w tę 

aferę. 

-  Myślałem,  że  nic  nie  ryzykuję,  ponieważ  miałem 

zarejestrowane  na  dwóch  taśmach  magnetofonowych  nasze 

rozmowy  –  zakończyłem  -  ale  O’Reilly  odebrał  mi  je.  Teraz  nie 

mam  nic,  najmniejszego  dowodu  dla  uwiarygodnienia  mego 

zeznania. 

Podczas  mego  opowiadania  Renick  siedział  nieruchomo, 

ze wzrokiem utkwionym we mnie. Potem odetchnął głęboko. 

-  Cholera!  Co  za  historia!  -  wykrzyknął.  -  Ale  jeden 

szczegół wydaje mi się dziwny. Dlaczego Odette zgodziła się na 

to porwanie? 

- Tak, to mnie również intrygowało. Dużo o tym myślałem 

i  wytłumaczenie  wydaje  mi  się  dość  proste.  Według  mnie, 

zakochała się w O’Reillym. Pewnie zalecał się do niej na potęgę. 

Wiedziała,  że  ojciec  nie  zgodzi  się  nigdy  na  to  małżeństwo. 

Potrzebne  jej  były  pieniądze,  żeby  zatrzymać  O’Reilly’ego.  Z 

background image

jednego nie zdawała sobie sprawy – że on kocha się w Rhei, która 

wraz  z  nim  ułożyła  zbrodniczy  plan.  Jedno  z  nich  wpadło  na 

pomysł porwania. Tylko w ten sposób Odette mogła zdobyć dużo 

pieniędzy. Zwabiono ją w pułapkę. Tamtych dwoje skorzystało z 

fikcyjnego  porwania,  żeby  zabić  Odette  i  mnie  uczynić 

winnym zbrodni. Tak mogła właśnie wyglądać cała sprawa. 

-  Tak  -  Renick  zastanawiał  się  przez  chwilę.  -  Ale  to  nie 

przynosi ci żadnej korzyści, Harry. Nie mamy żadnych dowodów, 

że  mówisz  prawdę.  Meadows  nie  będzie  się  wahał  ani  przez 

sekundę. 

-  Wiem.  -  Popatrzyłem  na  zegarek.  Była  dziesiąta 

piętnaście. 

background image

-  Tylko  ty  możesz  mi  pomóc,  John.  Zastawiłem  pułapkę 

na  O’Reilly’ego.  Istnieje  szansa,  że  on  sam  zaprowadzi  mnie  do 

miejsca, gdzie ukrył okup. Chciałbym, żebyś poszedł ze mną. To 

jedyna moja nadzieja, jedyny sposób,  żebym  mógł  się uratować. 

Muszę mieć świadka z policji. Renick wahał się. 

— Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  O’Reilly  zaprowadził  cię 

do swej kryjówki. Na jakiej podstawie tak myślisz? 

— Oczywiście,  że  podejmuję  ryzyko,  lecz  nie  ma  innego 

sposobu,  żebym  mógł  się  z  tego  wykręcić.  Nie  będę  próbował 

uciec, John. Proszę tylko, żebyś mi pomógł.  Jeśli mój plan spali 

na panewce, jestem zgubiony. 

— Dobrze,  zgoda,  ale  uprzedzam  cię,  Harry.  Będę 

zmuszony  zdać  raport  szeryfowi  i  jestem  niemal  pewien,  że 

Meadows  każe  cię  aresztować.  Nic  mu  dotąd  nie  powiedziałem, 

ale muszę cię o tym powiadomić. 

— Daj  mi  tylko  godzinę  zwłoki.  Jeśli  w  tym  czasie  nie 

powiedzie  mi  się,  jestem  zdecydowany  odcierpieć  to,  co  mnie 

czeka. 

— Dobrze, zgoda. 

-  Czy  mogę  zatelefonować  do  Niny?  Na  pewno  niepokoi 

się o mnie.  

Wskazał ręką telefon. 

Powiedziałem  Ninie,  że  jestem  u  Renicka  i  że 

przygotowuję się do zdemaskowania O’Reilly’ego. 

— Trzymaj  kciuki  i  bądź  spokojna  -  powiedziałem  i 

odłożyłem słuchawkę. - Chodźmy! - zwróciłem się do Renicka. 

— Dokąd? 

— Do rezydencji Malroux. 

Renick podszedł  do drzwi, a ja udałem się za nim. Dwaj 

inspektorzy,  którzy  czekali  na  korytarzu,  rzucili  mu  pytające 

spojrzenia. 

- Chciałbym, żeby oni poszli z nami. 

Zeszliśmy  wszyscy  czterej  i  usadowiliśmy  się  w 

samochodzie  policyjnym.  Podczas  jazdy  nikt  nie  powiedział  ani 

słowa. 

background image

-  Dalej  pójdziemy  pieszo  -  rzekłem,  kiedy  zatrzymaliśmy 

się przed bramą rezydencji. - Nie wolno, żeby zorientował się, że 

tu jedziemy. 

Kiedy  zbliżyliśmy  się  do  willi,  brakowało  jeszcze  tylko 

dziesięciu  minut  do  jedenastej.  Światło  paliło  się  tylko  w 

pokojach na parterze. Noc była parna, wszystkie drzwi balkonowe 

były otwarte na oścież. 

- Ja pójdę pierwszy  - powiedziałem do Renicka - a ty idź 

za mną.  

Posuwałem  się  bezszelestnie  wzdłuż  domu,  wszedłem  na 

schody,  które  prowadziły  na  taras.  Potem  kryjąc  się  pod  murem 

zbliżyłem  się  do  szeroko  otwartych  drzwi  balkonowych  i 

zajrzałem do środka. 

background image

Byli tam obydwoje. O’Reilly w koszuli sportowej i letnich 

spodniach  siedział  rozwalony  na  fotelu,  z  kieliszkiem  w  ręku. 

Rhea  leżała  na  tapczanie.  Paliła  papierosa,  wydawała  się  lekko 

zakłopotana. 

Renick w milczeniu podszedł do mnie. Inspektorzy ukryli 

się w cieniu za nami. 

-  On  bluffuje  -  mówił  właśnie  O’Reilly.  -  Zobaczysz. 

Założę się, że to bzdura. 

-  Jest  prawie  jedenasta.  Nastaw  telewizor.  Słyszeliśmy 

wyraźnie ich głosy. 

O’Reilly wstał i włączył telewizor o dużym ekranie, który 

stał  w  kącie  pokoju.  Usiadł  z  powrotem  w  fotelu  i  jednym 

haustem  opróżnił  kieliszek.  Wyświetlano  jakiś  film  gangsterski. 

Dwóch  facetów  z  rewolwerami  w  ręku  polowało  na  siebie  w 

półmroku. 

Rhea  przerzuciła  swoje  długie  smukłe  nogi,  usiadła  na 

skraju tapczanu i zaczęła wpatrywać się w telewizor. Czekali. 

O  jedenastej  obraz  zniknął  i  na  ekranie  ukazał  się  Fred 

Hickson. 

-  Przerywamy  program,  żeby  państwu  zakomunikować 

ostatnie  szczegóły,  dotyczące  porwania  córki  pana  Malroux...  – 

powiedział i odczytał komunikat, który mu podyktowałem. 

Kiedy skończył, na ekranie pojawili się znowu gangsterzy. 

Stałem bez ruchu. Patrzyłem i  czekałem z takim napięciem, że z 

trudem oddychałem. Nie czekałem długo. 

Jednym  skokiem  O’Reilly  zerwał  się  z  miejsca, 

przewracając kieliszek. 

- Mój Boże! 

Podbiegł do telewizora i wyłączył go. 

Był blady jak ściana, w oczach widniało szaleństwo. 

-  O  dziewiątej  jutro  rano!  Inaczej  mówiąc,  nie  mają 

jeszcze  nakazu  rewizji,  w  przeciwnym  razie  zaczęliby  od  razu. 

Najlepiej będzie, jak pojadę na lotnisko! 

Westchnąłem z ulgą. Wygrałem. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała Rhea.  

background image

Spojrzał na nią ponurym wzrokiem. 

-  No  a  jak  myślisz?  Jeśli  znajdą  okup,  będziemy  mieli 

kłopoty. Chcę odebrać tę forsę, zanim ją znajdą. Byłem idiotą, że 

ją tam zostawiłem. Mogłem przewidzieć, że mi zrobią taki kawał! 

Rhea wstała. Zrobiła się zielona, oczy jej błyszczały. 

-  Głupcze,  to  podstęp!  Czy  wyobrażasz  sobie,  że  Barber 

ostrzegłby  cię,  gdyby  nie  miał  nadziei,  że  go  zaprowadzisz  w 

miejsce,  gdzie  ukryłeś  pieniądze?  Musiał  uprzedzić  porucznika. 

Na pewno postawili agentów, którzy na ciebie czekają. 

background image

O’Reilly przeczesał włosy palcami. 

-  Masz  rację,  mój  skarbie,  ale  musimy  wykorzystać  tę 

szansę. Dobrze będzie, jeśli ty pójdziesz po walizkę. Ja się do tego 

nie będę wtrącał. 

— Nie, nie pójdę! Niech znajdą tę forsę! Nie ma żadnych 

możliwości, żeby dotarli aż do nas. 

— Trzeba,  żebyś  poszła  -  nalegał  O’Reilly.  Jego  twarz 

lśniła  od  potu.  -  Czego  się  boisz?  Nic  do  ciebie  nie  mają.  Nie 

mogą  się  przecież  domyślić,  że  idziesz  po  okup.  Pomyślą  na 

pewno, że przyszłaś po walizkę. 

— Nie  pójdę!  -  krzyczała  Rhea  ostrym  głosem.  -  Nie 

jestem  idiotką,  żeby  wpaść  w  pułapkę.  Niech  sobie  zabiorą  te 

pieniądze, w każdym razie będzie ich dosyć! 

— Słuchaj,  mała!  Jeśli  chcesz  wyjść  z  tego  cało  lepiej 

zrobisz,  jak  pójdziesz.  Razem  z  okupem  leżą  tam  taśmy 

magnetofonowe. 

Rhea zesztywniała. 

— Taśmy magnetofonowe? Jakim cudem? 

— Słyszałaś,  co  powiedziałem...  Obydwie  taśmy,  które 

odebrałem Barberowi, są schowane razem z pieniędzmi. 

— Mówiłeś, że je zniszczyłeś! 

— Nie wrzeszcz tak! Nie zniszczyłem. 

Przez  dłuższą  chwilę  milczeli,  potem  Rhea  krzyknęła 

przeraźliwym głosem: 

— Kłamiesz!  Chcesz  zagarnąć  wszystko!  Próbujesz  mnie 

zmusić, żebym poszła! 

— Słuchaj,  mała  -  odezwał  się  O’Reilly.  W  jego  głosie 

widoczne było nagłe znużenie. - Chodzi o twoja skórę, nie o moją. 

Oświadczam ci, że taśmy są tam razem z okupem. To ten łajdak 

Barber tak mnie wrobił. Wmawiał we mnie, że jeśli nie będę miał 

w ręku taśm, poślesz mnie na zieloną trawkę. Więc poszedłem na 

lotnisko  i  schowałem  je  razem  z  pieniędzmi.  Chciałem  ci  je 

ofiarować  jako  prezent  ślubny.  Teraz  masz  kłopot.  Ja  nic  nie 

ryzykuję,  ale  ciebie  te  taśmy  mogą  zgubić.  Najlepiej  zrobisz,  jak 

biegiem pognasz na lotnisko, żeby je stamtąd zabrać. 

background image

— Kretyn  godny  pożałowania!  -  mruknęła  Rhea  z 

nienawiścią. - Biedny niedorozwojek! 

— Nie trać czasu, mała. Jeśli nie chcesz reszty swoich dni 

spędzić w mamrze, dobrze zrobisz, jak się pospieszysz! 

-  Nie  pójdę!  Idź  ty  albo  dam  znać  na  policję,  że  to  ty  ją  

zamordowałeś! Dostanę może parę lat więzienia, ale ty pójdziesz 

do komory gazowej. Powiem im! Powiem im wszystko! Słyszysz 

mnie?  Mam  twoje  listy  miłosne.  Mogę  cię  zniszczyć,  jak  tylko 

zechcę, tępaku! A teraz idź po tę walizę! 

- Ach, tak? - nagle twarz O’Reilly’ego stała się kamienna. 

-  Właściwie  ten  łajdak  miał  słuszność.  Nigdy  byś  za  mnie  nie 

wyszła,  ty  nędzna  dziwko!  Założę  się,  że  nawet  mnie  nie 

kochałaś! Czytam to z twojej twarzy! 

- Wyjść za mąż za ciebie? - odparła. - Przyrzekłam ci pół 

miliona  dolarów.  Wyobrażałeś  sobie,  durniu,  że  wezmę  sobie  za 

męża  takiego  chama  jak  ty?  A  teraz  ruszaj  po  pieniądze  i  po 

taśmy! 

Nagle w ręku O’Reilly’ego ukazał się rewolwer kaliber 25, 

wycelowany prosto w Rheę. 

— Mam  lepszy  pomysł,  maleńka.  A  co  by  było,  gdybyś 

zdecydowała się wlepić sobie kulę w głowę? Gliny łatwo uwierzą 

w  samobójstwo.  Znajdą  taśmy.  Pomyślą,  że  po  komunikacie 

telewizyjnym  wpadłaś  w  panikę  i  wybrałaś  najłatwiejsze 

rozwiązanie.  A  ja  nie  będę  miał  najmniejszych  kłopotów.  Co  o 

tym myślisz? 

— Odłóż  ten  rewolwer!  -  powiedziała  Rhea  cofając  się.  - 

Barber wie, że ją zabiłeś. Oświadczy to policji, nawet jeśli ja nic 

nie powiem. 

O’Reilly uśmiechnął się nieprzyjemnie. 

-  On  nigdy  się  nie  odważy.  Nie  ma  żadnych  dowodów. 

Wolę mój pomysł. 

Renick  odsunął  mnie,  włożył  rękę  do  marynarki  i  wszedł 

do pokoju ze swoją pukawką kaliber 38. 

- Rzuć to! - ryknął. 

O’Reilly  okręcił  się  dookoła  swej  osi.  Wystrzelił,  ale 

background image

krótkie  szczeknięcie  jego  rewolweru  zagłuszył  huk  broni 

większego kalibru. 

O’Reilly’emu  broń  wypadła  z  ręki.  Zamrugał  oczami, 

spojrzał  na  Renicka,  po  czym  kolana  się  pod  ugięły  i  upadł  na 

ziemię wśród wycia Rhei. 

 

III 

 

O’Reilly  żył  dość  długo,  by  podpisać  zeznanie.  Nie 

pomyliłem się w moim rozumowaniu. Odette zakochała się w eks-

glinie i wpadła na pomysł fikcyjnego porwania.  O’Reilly zgodził 

się  na  plan  Rhei  zamordowania  Odette  pod  warunkiem,  że 

otrzyma  cały  okup  i  Rhea  znajdzie  jakiegoś  kozła  ofiarnego.  Ich 

wybór padł właśnie na mnie. 

Kiedy wszystko uspokoiło się trochę, wylądowałem w celi. 

Nie  miałem  pojęcia,  co  się  ze  mną  stanie,  ale  przynajmniej  nie 

mogłem być oskarżony o morderstwo. 

Po dwóch dniach przyszedł do mnie z wizytą Renick. 

— Masz  szczęście,  Harry  -  rzekł.  -  Meadows  widzi  tylko 

jedną  możliwość  uwięzienia  tej  kobiety:  jeśli  ty  wystąpisz  jako 

świadek oskarżenia. Jeśli się na to zgodzisz, gotów jest załatwić u 

sędziego twoje zwolnienie. Ona ma cały sztab adwokatów, którzy 

ją z tego wyciągną, jeśli ty nam nie pomożesz. Zgadzasz się? 

— Oczywiście. 

— Byłem  tego  pewien.  Widziałem  Ninę.  Wystawiła  na 

sprzedaż  bungalow.  Kiedy  znajdzie  kupca,  będzie  najlepiej,  jak 

opuścicie te strony i spróbujecie zacząć od nowa gdzieś indziej! 

— Nie  potrzebujesz  mi  tego  mówić.  Wyjadę,  jak  tylko 

będę mógł. Czy mogę zobaczyć się z Niną? 

-  Przyjdzie  do  ciebie  dziś  po  południu.  Czy  trzeba 

kontynuować to opowiadanie? 

Po sensacyjnej batalii prawników Rhea została skazana na 

piętnaście  lat  więzienia.  Bez  moich  zeznań  wykręciłaby  się  z  tej 

afery.  Następnie  ja  stanąłem  przed  sędzią.  Powiedział  mi,  co  o 

mnie myśli. Sprowadzało się to do niewielu spraw, ale właściwie 

background image

szkoda  było  jego  czasu:  ja  również  nie  miałem  o  sobie  zbyt 

wysokiego  mniemania.  Oświadczył  mi,  że  skazuje  mnie  na  pięć 

lat  z  zawieszeniem.  Jeśli  kiedykolwiek  popełnię  jakieś 

przestępstwo, dodadzą te lata o nowego wymiaru kary. Ale w tym 

wypadku tracił również niepotrzebnie czas  - nie  miałem zamiaru 

wchodzić w konflikt z prawem. Pragnąłem tylko jednego: Niny i 

możliwości urządzenia sobie na nowo życia razem z nią. 

Czekała  na  mnie  przed  sądem.  Wsunęła  rękę  do  mojej 

dłoni  i  uśmiechnęła  się.  W  tej  chwili  zrozumiałem,  że  będzie 

dziecinną igraszką stworzenie sobie nowego życia z Niną. 

 

 

 

 

 

 

 

„KB”