background image

Stephen King
Road Virus jedzie na północ
www.StephenKing.one.pl

Przełożył: ZBIGNIEW A. KRÓLICKI

***
     Co mogę powiedzieć o Stephenie Kingu? Nie będę mówił o jego powieściach,
ponieważ większość z was już czytała je wszystkie, większość z was widziała także
filmy   nakręcone   na   podstawie   jego   książek,   słuchała   taśm,   a   może   nawet   ma
magnetyczne   ozdóbki   na   lodówkę,   podkoszulki   i  Bóg   wie   jakie   jeszcze   rekwizyty
związane z jego twórczością.
   Nie będę mówił także o mniejszych utworach, jedynie wspomnę, że niektóre z nich
(wymienię jedno, na przykład "Zdolny uczeń") w dalszym ciągu są uważane za jedne
z najlepszych amerykańskich opowiadań, kropka.
     Nie będę mówił o opracowaniach krytycznych Kinga, takich jak liczne rzeczowe i
obrazoburcze   wstępy,   eseje   i   autobiograficzna   "Danse   Macabre".   Nie   będę   się
rozwodził   o   jego   zasługach   dla   sztuki   czytania,   jak   również   dla   wolności   myśli   i
wyrazu. I w końcu, nie zamierzam udowadniać oczywistego faktu, że to on w latach
siedemdziesiątych dosłownie z niczego stworzył nowoczesny horror.
   Cóż więc mogę rzec o tym facecie?
     Właściwie lepiej  po prostu się zamknę (bez oklasków, proszę) i pozwolę panu
Kingowi   robić   to,   co   umie   najlepiej:   niech   rozłoży   przed   wami   swoje   przenośne
ognisko, pochyli się nad nim tak, by płomienie tańczyły na jego twarzy, i opowie wam
piekielną historię.
Al Sarrantonio

***

     Richard Kinnell nie  przestraszył się, kiedy po raz pierwszy ujrzał ten obraz na
podwórkowej wyprzedaży w Rosewood. 
     Był zafascynowany i uznał, że miał szczęście znaleźć coś bardzo ciekawego, ale
czy  przestraszony?   Nie.  Dopiero   później   ("kiedy  było  już  za  późno"  -  jak  mógłby
napisać w jednej ze swoich cieszących się oszałamiającym powodzeniem powieści)
uświadomił sobie, że w bardzo podobny sposób podchodził za młodu do pewnych
zakazanych narkotyków.
   Pojechał do Bostonu, by wziąć udział w organizowanym przez nowoangielski PEN
sympozjum na temat "Groźba popularności". Kinnell przekonał się, że PEN zawsze
wymyślał takie tematy - co nawet było pocieszające. Przejechał trzysta pięćdziesiąt
kilometrów z Derry zamiast polecieć samolotem,  ponieważ utknął z intrygą swojej
najnowszej   powieści   i   potrzebował   trochę   czasu,   żeby   w   spokoju   nad   nią
popracować.
     Na sympozjum  wziął udział w dyskusji panelowej, podczas której ludzie, co to
powinni mieć więcej oleju w głowie, wypytywali go skąd bierze pomysły i czy kiedyś
sam się przestraszył. Opuścił miasto, jadąc Tobin Bridge, a potem wjechał na Route
1.   Kiedy   zastanawiał   się   nad   jakimś   problemem,   nigdy   nie   podróżował   pełną
autostradą, gdyż wprowadzała go ona w rodzaj snu na jawie. Relaksującego, lecz
niezbyt   twórczego.   Natomiast   konieczność   przystawania   i   ruszania   na
skrzyżowaniach zwykłej drogi działała jak ziarna piasku w ostrydze, wytwarzając stan
aktywności umysłowej a czasem nawet perłę.

background image

     Podejrzewał, że recenzenci nie użyliby tego słowa. W jednym z ubiegłorocznych
numerów "Esquire" Bradley Simons rozpoczął recenzję "Koszmarnego miasta" w taki
sposób: "Richard Kinnell, który pisze tak, jak Jeffery Dahmer gotuje doznał nowego
ataku twórczych boleści. Swój ostatni płód zatytułował >>Koszmarne miasto<<".
   Route 1 przejechał przez Revere, Malden, Everett i wybrzeżem do Newburyport. Za
Newbury  trochę   na   południe   od   granicy   między   Massachusetts   a   New  Hamphire
znajdowało   się   miasteczko   Rosewood.   Mniej   więcej   dwa   kilometry   od   centrum
miasteczka   zobaczył   tandetnie   wyglądające   przedmioty,   rozłożone   na   trawniku
piętrowego domku. Oparta o piecyk elektryczny w kolorze awokado stała tabliczka z
napisem"   "Wyprzedaż   podwórkowa".   Po   obu   stronach   drogi   stały   zaparkowane
samochody, tworząc jedno z tych przewężeń, przeklinanych przez podróżnych, na
których   nie   działa   magia   podwórkowych   wyprzedaży.   Kinnell   lubił   podwórkowe
wyprzedaże, a szczególnie kartony starych książek, jakie czasem można było na nich
znaleźć.   Przejechał   przez   przewężenie,   zaparkował   audi   na   końcu   szeregu
samochodów skierowanych ku Maine i New Hampshire, a potem poszedł pieszo.
     Mniej   więcej   tuzin   osób   kręciło   się   na   zagraconym   trawniku   niebieskoszarego
domku.   Po   lewej   stronie   cementowego   chodnika   stał   duży   telewizor   z   nóżkami
opartymi na papierowych popielniczkach, które wcale nie chroniły trawnika. Na nim
znajdowała się tabliczka z napisem: ZAPYTAJ O CENĘ - MOŻE CIĘ ZASKOCZY. Z
tylnej ścianki odbiornika odchodził przewód elektryczny, połączony z przedłużaczem,
który   niknął   w   uchylonych   frontowych   drzwiach.   Na   ogrodowym   fotelu   obok
telewizora   siedziała   gruba   kobieta,   w   cieniu   parasola   z   napisem   CINZANO   na
kolorowym, ząbkowanym pokryciu. Obok niej stał stolik karciany, z pudełkiem cygar,
notesem   i  kolejną   ręcznie  pisaną   tabliczką.  Ta  głosiła:   WSZYSTKIE   PŁATNOŚCI
GOTÓWKĄ.   ŻADNYCH   ZWROTÓW.   Telewizor   był   włączony   i   nastawiony   na
popołudniową operę mydlaną, w której dwoje młodych ludzi najwyraźniej nosiło się z
zamiarem   uprawiania   bardzo   niebezpiecznego   seksu.   Gruba   kobieta   zerknęła   na
Kinnella i znów na telewizor. Patrzyła nań przez chwilę, a potem ponownie spojrzała
na przybyłego. Tym razem lekko rozchyliła usta.
     Ach, pomyślał Kinnell, rozglądając się za kartonem po alkoholu, pełnym starych
książek, kartonem, który powinien gdzieś tu być, wielbicielka.
     Nie znalazł żadnych książek, ale zobaczył obraz, oparty o deskę do prasowania i
przytrzymywany   przez   dwa   plastikowe   kosze   na   bieliznę.   Zaparło   mu   dech.
Natychmiast zapragnął go mieć.
   Podszedł do niego z przesadną swobodą i przyklęknął. Obraz był akwarelą, bardzo
dobrą technicznie.  Kinnella to nie obchodziło  - wcale nie interesował się techniką
(fakt   wciąż  zauważany  przez  krytyków  jego   własnych   książek).  W   dziełach   sztuki
podobała mu się mu się ich zawartość, im bardziej niepokojąca tym lepiej.  A ten
obraz w tej kategorii zasługiwał na najwyższą ocenę. Kinnell klęknął między dwoma
koszami   na   bieliznę,   wypełnionymi   istną   dżunglą   małych   przedmiotów,   po   czym
powiódł palcami po szkle zasłaniającym malowidło. Przez chwilę rozglądał się wokół,
szukając podobnych obrazów, ale nie znalazł - tylko zwyczajne graty z podwórkowej
wyprzedaży, figurki postaci ze złożonymi rękami i grające w karty psy.
     Ponownie popatrzył na oprawioną w ramki akwarelę i w myślach już przenosił
walizkę na tylne siedzenie audi, żeby móc swobodnie wsunąć obraz do bagażnika.
   Akwarela przedstawiała młodego człowieka za kierownicą sportowego samochodu
-   może   marki   Grand   Am,   może   GTX,   w   każdym   razie   ze   składanym   dachem   -
jadącego o zachodzie słońca po Tobin Bridge. Złożony dach zmienił czarny wóz w
namiastkę kabrioletu.  Młodzieniec oparł lewą rękę na drzwiach, a prawą niedbale
trzymał kierownicę. Poprzecinane różowymi żyłkami niebo za jego plecami było masą
żółci i szarości, jak siniak. Młodzian miał długie blond włosy, opadające mu na niskie
czoło. Uśmiechał się, a jego rozchylone wargi nie ukazywały zębów, lecz kły.

background image

   A może są spiłowane, pomyślał Kinnell. Może ma to być ludożerca.
   Spodobało mu się to, ten pomysł kanibala jadącego o zachodzie słońca po Tobin
Bridge. W samochodzie Grand Am. Wiedział, co powiedziałaby na to większość jego
słuchaczy   podczas   panelowej   dyskusji   PEN:   Och   tak,   idealne   zdjęcie   dla   Richa
Kinnella, pewnie potrzebuje go dla inspiracji, jako piórka do połaskotania zmęczonej
starej gardzieli i wywołania kolejnego ataku twórczej aktywności. Lecz ci goście to
zwyczajni   ignoranci,   przynajmniej   w  kwestii   jego   twórczości.   Co   więcej,   oni   cenili
sobie tą ignorancję,  pielęgnowali ją, jak niektórzy ludzie  z  niewiadomego powodu
cenią sobie  i rozpieszczają głupie złośliwe pieski, szczekające na gości i czasem
gryzące po nogach gazeciarza. Ten obraz nie pociągał go dlatego, że był pisarzem.
Wprost   przeciwnie,   pisał   opowiadania   grozy,   ponieważ   lubił   takie   rzeczy   jak   ten
obraz. Wielbiciele przysyłali mu różne upominki - przeważnie obrazy - a on większość
z   nich   wyrzucał,   nie   dlatego,   że   były   kiepskie,   lecz   dlatego,   że   okazywały   się
męczące   i   nazbyt   dosłowne.   Jedna   wielbicielka   z   Omaha   przysłała   mu   małą
ceramiczną   główkę   wrzeszczącej   z   przerażenia   małpy,   wystającą   z   lodówki,   i   tę
zatrzymał.   Była   niezbyt   zręcznie   wykonana,   ale   zestawienie   pobudzało   jego
wyobraźnię. Ten obraz również, nawet silniej. Znacznie silniej.
     Gdy wyciągnął rękę, chcąc zaraz, natychmiast, pochwycić go, wziąć pod pachę i
zgłosić zamiar kupna , usłyszał za plecami głos:
- Czy pan Richard Kinnell?
     Drgnął   i   się   odwrócił.   Gruba   kobieta   stała   tuz   za   nim,   zasłaniając   większość
krajobrazu. Nim podeszła, umalowała usta i teraz jej wargi krzywiły się w krwawym
uśmiechu.
- Tak to ja - odparł, odwzajemniając uśmiech.
Spojrzała na obraz.
- Powinnam wiedzieć, że podejdzie pan prosto do niego - rzekła afektowanym tonem.
- To takie do pana podobne.
- Prawda? - odparł ze swym najszczerszym uśmiechem. - Ile pani za niego chce?
-   Czterdzieści   pięć   dolarów   -   odparła.   -   Będę   z   panem   szczera,   zaczęłam   od
siedemdziesięciu,   ale   nikt   się   nim   nie   interesował,   więc   obniżyłam   cenę.   Jeśli
przyjdzie pan jutro, pewnie kupi go pan za trzydzieści.
     Uśmiech nabrał przerażających rozmiarów. W kącikach rozciągniętych ust Kinnell
dostrzegł maleńkie kropelki szarej śliny.
- Nie sądzę, abym chciał tak ryzykować - rzekł. - Zaraz wypiszę pani czek.
     Uśmiech ciągle się poszerzał i kobieta wyglądała teraz   jak groteskowa parodia
Johna Watersa. Boska Shirley Temple.
-   Właściwie   nie   powinnam   przyjmować   czeków,   ale   dobrze   -   powiedziała   tonem
nastolatki zgadzającej się w końcu na seks z chłopakiem. - A kiedy wyjmie pan pióro,
czy mógłby pan złożyć autograf dla mojej córki? Ma na imię Michela.
- Jakie piękne imię - rzekł odruchowo Kinnell. Wziął obraz i poszedł za grubą kobietą
do stolika karcianego. W stojącym obok telewizorze namiętną młodą parę chwilowo
zastąpiła starsza pani, opychająca się płatkami zbożowymi.
- Michela czytała wszystkie pana książki - oznajmiła gruba kobieta. - Skąd do licha,
bierze pan te swoje zwariowane pomysły?
- Nie mam pojęcia - odparł Kinnell, uśmiechając się szerzej niż kiedykolwiek. - Po
prostu przychodzą mi do głowy. Czy to nie dziwne?

   Kobieta prowadząca ogrodową wyprzedaż nazywała się Judy Diment i mieszkała w
sąsiednim domu. Kiedy Kinnell zapytał, czy może przypadkiem wie, kim jest artysta,
powiedziała,   że   oczywiście.   Obraz   namalował   Bobby   Hastings,   i   właśnie   z   jego
powodu sprzedawała rzeczy Hastingsów.

background image

- To jedyny obraz, którego nie spalił - oznajmiła. - Biedna Iris! To jej naprawdę mi żal.
Nie sądzę, żeby George specjalnie się przejmował. Wiem na pewno, że nie rozumiał,
dlaczego   chciała   sprzedać   ten   dom.   -   Przewróciła   oczami   w   szerokiej,   spoconej
twarzy, robiąc starą jak świat minę, typu "możesz sobie wyobrazić?". Wzięła czek
Kinnella, kiedy wydarł go z książeczki, a potem podała mu notatnik, a potem podała
mu notatnik, w którym miała spisane wszystkie sprzedawane przedmioty i ceny, jakie
za nie uzyskała.
- Proszę zrobić to dla Micheli - powiedziała. - Gorący i ze śmietanką, dobrze?
   Afektowany uśmiech powrócił, jak stary znajomy, którego miałeś nadzieję już nigdy
nie zobaczyć
- Uhm - mruknął Kinnell i skreślił swoją standardową wiadomość "dzięki za to, że
jesteś   moją   wielbicielką".   Po   dwudziestu   pięciu   latach   składania   autografów   nie
musiał już patrzeć na papier ani myśleć, o tym co robi. - Proszę opowiedzieć mi o
tym obrazie i o Hastingsach.
   Judy Diment złożyła pulchne ramiona na piersi, jak kobieta mająca zaprezentować
swoją ulubioną historię.
- Bobby miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, kiedy zabił się tej wiosny. Może pan w to
uwierzyć?   No,   wie   pan,   był   typem   zapoznanego   geniusza,   ale   wciąż   mieszkał   z
rodzicami. - Przewróciła oczami, ponownie pytając Kinnella, czy może w to uwierzyć.
- Miał chyba z siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt obrazów i mnóstwo szkicowników.
Trzymał   je  w  piwnicy.   -  Podbródkiem   wskazała   na   domek,  a   potem   spojrzała  na
obraz wampirycznego młodzieńca, jadącego o zachodzie słońca po Tobin Bridge. -
Iris, mama Bobby'ego, mówiła, że przeważnie były okropne, o wiele gorsze od tego.
Na sam  widok włos jeżył się na  głowie. - Zniżyła głos do szeptu, zerknąwszy na
kobietę oglądającą zdekompletowane srebra stołowe Hastingsów i bogatą kolekcję
starych   plastikowych   kubków   z   McDonalda,   ozdobionych   motywami   z   filmu
"Kochanie   zmniejszyłem   dzieciaki".   Większość   z   nich   zawierała   jakieś   seksualne
motywy.
- O, nie - rzekł Kinnell.
- Najgorsze namalował po tym jak zaczął się narkotyzować - ciągnęła Judy Diament.
-   Kiedy   umarł...   znaleźli   ponad   sto   fiolek,   w   których   sprzedaje   się   kokainę.   Czy
narkotyki to nie okropność, panie Kinnell?
- Z całą pewnością.
- W każdym razie podejrzewam, że po prostu osiągnął kres swoich możliwości... i nie
mówię tego ironicznie. Wyniósł wszystkie swoje obrazy i szkice, chyba tylko oprócz
tego jednego, na podwórze z tyłu domu i spalił. A potem powiesił się w piwnicy. Do
koszuli przyczepił sobie kartkę z wiadomością. Głosiła: "Nie mogę już znieść tego, co
się ze mną dzieje". Czy to nie straszne, panie Kinnell? Czy to nie najstraszniejsza
rzecz, o jakiej pan słyszał?
- Tak - odparł Kinnell, w miarę szczerze. - Prawie.
- Jak już powiedziałam, moim zdaniem, gdyby George miał coś do powiedzenia, to w
dalszym   ciągu   mieszkałby   w   tym   domu   -   odrzekła   Judy   Diment.   Wzięła   kartkę
papieru   z   autografem   Kinnella,   położyła   ja   obok   czeku   i   pokręciła   głową,   jakby
zdumiona podobieństwem podpisów. --Mężczyźni są dziwni.
- Naprawdę?
- Och tak, znacznie mniej wrażliwi. Pod koniec życia z Bobby'ego Hastingsa została
tylko skóra i kości. I stale był brudny... śmierdział z daleka... bo wciąż nosił tę samą
koszulkę. Z obrazkiem zespołu Led Zeppelin. Miał przekrwione oczy, na policzkach
szczecinę, którą trudno byłoby nazwać zarostem, i pryszcze na twarzy, jakby znów
był nastolatkiem. A jednak ona kochała go, bo matczyna miłość nie zwraca uwagi na
takie rzeczy.

background image

   Kobieta, która oglądała srebra i szklanki, podeszła do nas z kompletem serwetek z
motywami "Gwiezdnych wojen". Pani Diment wzięła od niej pięć dolarów, a potem
starannie odnotowała sumę pod pozycją: JEDEN TUZIN RÓŻOWYCH SERWETEK i
znów spojrzała na Kinnella.
- Wyjechali do Arizony - ciągnęła - do rodziców Iris. Wiem, że George szuka tam
pracy we Flagstaff... jest rysownikiem... ale nie wiem, czy już jakąś znalazł. Jeśli tak,
to pewnie nigdy nie zobaczymy ich w Rosewood. Ona... Iris... przygotowała wszystkie
rzeczy na sprzedaż i powiedziała mi, że mogę zatrzymać sobie dwadzieścia procent
za fatygę. Resztę prześlę jej przekazem. Nie będzie tego wiele.
   Westchnęła.
- Ten obraz jest świetny - rzekł Kinnell.
-  Taak,   szkoda,   że  spalił   inne,   gdyż  większość  pozostałych   rzeczy  to   typowy  syf
sprzedawany na wyprzedażach, niech mi pan wybaczy łacinę. Co to takiego?
   Kinnell odwrócił obraz. Z tyłu był przyklejony szeroki pas taśmy klejącej.
- Myślę, że tytuł.
- Jak brzmi?
     Chwycił  obraz  za  boki  i  przytrzymał  tak,   żeby sama   mogła   przeczytać.   W   ten
sposób   płótno   znalazło   się   na   wysokości   jego   oczu   i   przyjrzał   mu   się   uważnie.
Ponownie ujęła go prostota i niesamowita wymowa pomysłu: chłopiec za kierownicą
sportowego   wozu,   chłopak   z   paskudnym,   aroganckim   uśmiechem,   odsłaniającym
jeszcze paskudniejsze zęby.
   Pasuje, pomyślał. Jeśli kiedykolwiek jakiś tytuł pasował do obrazu to na pewno ten.
- "Road Virus jedzie na północ" - przeczytała. - Jakoś nie zauważyłam tego napisu,
kiedy moi chłopcy wynosili rzeczy. Sądzi pan, że to tytuł?
- Na pewno.
     Kinnell nie mógł oderwać oczu od uśmiechniętego blondyna. Ja coś wiem, mówił
ten uśmiech. Wiem coś, o czym ty nigdy się nie dowiesz.
- No, cóż, chyba nie mam wątpliwości, że ten kto go namalował, był naćpany po uszy
- powiedziała gniewnie. Ze szczerym gniewem, pomyślał Kinnell. - Nic dziwnego, że
się zabił i złamał matce serce.
- Ja też muszę ruszać na północ - rzekł Kinnell, biorąc obraz pod pachę. - Dziękuję
za...
- Panie Kinnell?
- Tak?
-   Czy   mogę   zobaczyć   pańskie   prawo   jazdy?   -   Najwidoczniej   nie   widziała   w  tym
żądaniu niczego niewłaściwego ani zabawnego. - Powinnam zapisać jego numer na
odwrocie pańskiego czeku. 
   Kinnell postawił obraz, żeby wyjąć portfel.
- Jasne. Proszę.
     Kobieta, która kupiła serwetki z motywami "Gwiezdnych wojen", przystanęła po
drodze do samochodu, by popatrzeć na jakąś mydlaną operę w stojącym na trawniku
telewizorze. Teraz zerknęła na obraz, który Kinnell oparł na swojej łydce.
- Uch - powiedziała. - Komu potrzebne takie okropieństwo? Myślałabym o nim za
każdym razem po zgaszeniu światła.
- A co w tym złego? - zapytał Kinnell.

     Trudy, ciotka Kinnella, mieszkała w Wells, leżącym blisko dziesięć kilometrów na
północ od granicy między Maine a New Hampshire. Kinnell wybrał zjazd okrążający
jasnozieloną   wieżę   wodociągową   Wells,   tę   z   zabawnym   napisem   czerwonymi
literami: CHROŃ ZIELEŃ MAINE, PRZYJEDŹ Z PIENIĘDZMI, i pięć minut później
skręcił   na   podjazd   prowadzący   do   ładnego   małego   domku,   bez   żadnych

background image

zapadających   się   w   trawnik   telewizorów   na   papierowych   popielniczkach,   tylko   z
bujnym gąszczem kwiatów ciotki Trudy. Kinnell chciał się wysikać, a nie miał ochoty
robić   tego   w   przydrożnej   toalecie,   skoro   mógł   przyjechać   tutaj,   a   ponadto   miał
zamiar odświeżyć rodzinne plotki. Ciotka Tudy znała najświeższe. Od niej można się
było dowiedzieć wszystkiego. Poza tym, rzecz jasna, chciał pokazać jej swój nowy
nabytek. 
     Wyszła mu naprzeciw, uścisnęła i obsypała patentowymi ptasimi całuskami, po
których otrząsał się tak samo jak wtedy, kiedy był dzieckiem.
- Chcesz coś zobaczyć? - zapytał. - Zaraz spadną ci kapcie.
-   Czarujący   pomysł   -   powiedziała   ciotka   Trudy   i   zaplotła   ramiona   na   piersi,
spoglądając na niego z rozbawieniem.
   Otworzył bagażnik i wyjął obraz. Rzeczywiście zrobił na niej wrażenie, ale nie takie,
jakiego   oczekiwał.   Zbladła   jak   ściana   -   jeszcze   nigdy   nie   widział   u   nikogo   takiej
reakcji.
- Okropny - oświadczyła napiętym, opanowanym głosem. - Obrzydliwy. Rozumiem,
co ci się w nim podoba, Richie, ale to, czym ty się bawisz, na tym obrazie ukazane
jest na serio. Bądź dobrym chłopcem i schowaj go z powrotem do bagażnika. A kiedy
dojedziesz   do   rzeki   Saco,   może   zatrzymasz   się   w   jakimś   punkcie   widokowym   i
ciśniesz go w przepaść?
     Rozdziawił   usta.   Ciotka   Trudy   mocno   zaciskała   wargi,   żeby   powstrzymać   ich
drżenie, a jej długie i szczupłe dłonie teraz nie tylko obejmowały łokcie, ale ściskały je
kurczowo,   jakby   utrzymując   w   miejscu.   W   tym   momencie   wyglądała   nie   na
sześćdziesiąt jeden, lecz na dziewięćdziesiąt jeden lat.
- Ciociu? - powiedział czule Kinnell, nie wiedząc co się dzieje. - Ciociu co się stało?
- To - odparła, wyciągając prawą rękę i wskazując nią na obraz. - Dziwię się, że taki
wrażliwy człowiek jak ty sam tego nie wyczuwa.
     No cóż, najwyraźniej rzeczywiście coś czuł, inaczej nie wyciągnąłby książeczki
czekowej. Ciotka Trudy jednak wyczuwała cos innego... albo coś więcej. Odwrócił
płótno żeby je obejrzeć (przedtem pokazywał je ciotce, więc było zwrócone do niego
spodem,   z  przyklejoną   taśma)   i  ponownie   na   nie   spojrzał.   To,   co   zobaczył,   było
niczym podwójny cios w pierś i w brzuch.
   Obraz zmienił się - to był cios numer jeden. Nieznacznie, ale wyraźnie się zmienił.
Uśmiech   jasnowłosego   młodzieńca   poszerzył   się,   ukazując   więcej   spiłowanych
zębów   kanibala.   A   oczy   zmrużyły   się   jeszcze   wyraźniej,   nadając   twarzy
paskudniejszy i bardziej arogancki wyraz.
     Ten szeroki uśmiech, ukazujący mnóstwo ostrych kłów, te zmrużone i zezujące
oczy... same subiektywne odczucia. W takich sprawach łatwo można się pomylić, a
przecież nie przyjrzał się aż tak dokładnie temu obrazowi, zanim go kupił. Ponadto
rozpraszała go pani Diment, która zapewne potrafiłaby namówić mosiężną małpę do
zakupu prezerwatyw.
     Był   jednak   jeszcze   cios   numer   dwa,   a   ten   nie   wydawał   się   subiektywnym
odczuciem. W  ciemnościach bagażnika audi młody blondyn odwrócił lewą rękę, tę
opartą o drzwiczki wozu, tak że teraz Kinnell widział na niej tatuaż, niemożliwy do
zauważenia wcześniej. I owinięty pnączem sztylet z zakrwawionym końcem. Poniżej
słowa.  Kinnell odczytał  "Śmierć przed..."  i  doszedł do  wniosku,  że nie trzeba być
wielkim powieściopisarzem, żeby się domyślić, jak brzmi trzecie, niewidoczne słowo.
"Śmierć   przed   niesławą"   to   w   końcu   typowy   napis,   jaki   mógł   nosić   na   ramieniu
mężczyzna w takim samochodzie. A na drugim pikowego asa albo palmę, pomyślał
Kinnell.
- Nie podoba ci się, prawda, ciociu? - zapytał.
- Owszem - odparła i zrobiła coś dziwniejszego: odwróciła się udając, że spogląda na
ulicę   (pustą   i   senną   w   gorącym   popołudniowym   słońcu),   aby   nie   patrzeć   na

background image

malowidło. - Prawdę mówiąc, ciocia go nienawidzi. A teraz schowaj go i wejdź do
domu. Założę się, że chcesz skorzystać z łazienki.

   Gdy tylko schował obraz do bagażnika, ciocia Trudy niemal natychmiast odzyskała
dobry humor. Rozmawiali o matce Kinnella (w Pasademie), jego siostrze (w Boston
Rouge) i byłej żonie Sally (w Nashua). Sally była ufologiem, prowadziła schronisko
dla   zwierząt   w   ogromnej   przyczepie   kempingowej   i   co   miesiąc   wydawała   dwie
gazetki.   Jedna   pod   tytułem   "Ocaleni"   zawierała   horoskopy   i   podobno   prawdziwe
opowieści o zjawiskach parapsychologicznych, a w drugiej, zatytułowanej "Goście",
zamieszczała relacje   ludzi,  którzy  spotkali   przybyszów  z kosmosu.  Kinnell  już nie
jeździł na konwenty miłośników fantasy i horroru. Jak czasem mówił ludziom, jedna
Sally wystarczy mu na całe życie.
     Kiedy cioteczka Trudy odprowadziła go do samochodu była czwarta trzydzieści;
uprzejmie odrzucił nieuniknione zaproszenie na obiad.
- Jeśli wyruszę teraz, większość powrotnej drogi do Derry przejadę za dnia.
- W porządku - powiedziała. - I przepraszam, że tak krytycznie wypowiedziałam się o
obrazie. To oczywiste, że ci się podoba. Zawsze lubiłeś takie... niezwykłe rzeczy. Po
prostu   wywarł   na   mnie   dziwne   wrażenie.   Ta   okropna   twarz.   -   Wzdrygnęła   się.   -
jakbym na niego patrzyła... a on na mnie.
   Kinnell uśmiechnął się i pocałował ja w czubek nosa.
- Ty też masz wybujałą wyobraźnię, kochana.
-   Oczywiście,   to   rodzinne.   Na   pewno   nie   chcesz   przed   odjazdem   jeszcze   raz
skorzystać z łazienki?
Pokręcił głową.
- Naprawdę nie dlatego tu wpadłem.
- Ach tak? A dlaczego?
Uśmiechnął się.
- Ponieważ ty wiesz, kto jest grzeczny, a kto nie. I nie obawiasz się dzielić tą wiedza.
- No, jedź już - odrzekła, lekko go popychając, wyraźnie zadowolona. - Na twoim
miejscu   chciałabym   jak   najszybciej   znaleźć   się   w   domu.   Wolałabym,   żeby   to
paskudztwo nie jechało po ciemku za moimi plecami, nawet zamknięte w bagażniku.
Widziałeś jego zęby? Brr!

     Wyjechał na autostradę, rezygnują z widoków na rzecz szybkości jazdy, po czym
dojechał aż do restauracji Graya zanim postanowił ponownie spojrzeć na obraz. W
pewien   sposób   udzielił   mu   się   niepokój   ciotki,   jak   zakaźna   choroba,   chociaż   nie
sądził, żeby w tym tkwił problem. Po prostu teraz nieco inaczej odbierał przesłanie
obrazu.
   Restauracja oferowała typowe przysmaki - hamburgery Roy Rogers i lody TCBY - a
także małe zaśmiecone miejsce piknikowe i na tyłach wybieg dla piesków. Kinnell
zaparkował obok furgonetki z rejestracją z Missouri, zrobił głęboki wdech i wypuścił
powietrze z płuc. Zabawne, że pojechał do Bostonu, aby znaleźć jakiś pomysł do
swojej   nowej   książki   o   gremlinach.   Przez   całą   drogę   w   tamtą   stronę   układał
odpowiedzi na pewne trudne pytania, które mogły pod jego adresem paść podczas
dyskusji panelowej, ale nie padły. Kiedy usłyszeli, że nie ma pojęcia, skąd biorą się
jego   pomysły,   i   że   owszem,   czasem   sam   siebie   przeraża,   chcieli   już   tylko   się
dowiedzieć, jak zdobyć agenta.
   A teraz wracając nie był w stanie myśleć o niczym innym jak tylko o tym przeklętym
obrazie.
     Czy on znów się zmienił? Jeśli tak... jeżeli blondyn przesunął rękę w taki sposób,
że Kinnell zdoła odczytać cały wytatuowany napis, to może powinien napisać artykuł

background image

do  jednego   z magazynów Sally.  Do  licha,  cztery  artykuły.   Jeśli natomiast  się  nie
zmienił... co wtedy? Czyżby miał halucynacje? Załamanie nerwowe? Co za bzdury.
Jego życie było całkowicie uporządkowane i czuł się doskonale. A przynajmniej do
czasu, kiedy fascynacja tym obrazem nie zaczęła przeradzać się w coś innego, coś
groźniejszego.
-   Pieprzyć   to,   po   prostu   nie   przyjrzałeś   mu   się   dokładnie   za   pierwszym   razem   -
powiedział głośno, wysiadając z samochodu. No, może. Nie byłby to pierwszy raz,
gdy jego umysł wypaczył percepcję. To również należało do specyfiki zawodu, który
uprawiał. Czasem wyobraźnia stawała się trochę...  zbyt... - Bujna - rzekł Kinnell i
otworzył bagażnik. Wyjął obraz, spojrzał nań i w ciągu tych dziesięciu sekund, kiedy
przyglądał mu się z zapartym tchem, naprawdę zaczął się bać --w taki sam sposób,
w jaki obawiasz się nagłego grzechotu w chaszczach albo widoku owada, który z
pewnością cię użądli, jeśli go sprowokujesz.
     Jasnowłosy kierowca złowrogo uśmiechał się do niego - tak, właśnie do niego,
Kinnell był tego pewny - ukazując aż po dziąsła te swoje spiłowane zęby ludożercy.
Oczy miał błyszczące i rozbawione. A Tobin Bridge znikł. Tak samo jak bostońskie
drapacze chmur na drugim planie. I zachód słońca. Obraz był teraz prawie czarny, a
samochód   i   niesamowitego   kierowcę   oświetlała   tylko   jedna   latarnia,   rzucająca
żółtawą   poświatę   na   jezdnię   i   chromowaną   maskę.   Kinnell   miał   wrażenie,   że
samochód   (był   zupełnie   pewny,   że   to   marka   Grand   Am)   znajduje   się   na   skraju
małego   miasteczka   przy  Route   1   i   był   przekonany,   że   zna   to   miasteczko   -   sam
przejechał przez nie kilka godzin temu.
- Rosewood - mruknął. - To Rosewood. Jestem pewny.
     "Road Virus" oczywiście zmierzał na północ, jadąc Route 1 tak jak on. Lewa ręka
blondyna   w   dalszym   ciągu   opierała   się   na   drzwiczkach,   ale   znów   wróciła   do
poprzedniej pozycji, tak że Kinnell już nie widział tatuażu. Wiedział jednak, że on tam
jest... naprawdę? Tak, mógłby się założyć.
     Blondyn wyglądał jak wielbiciel zespołu Metallica, zbiegły z domu wariatów dla
niebezpiecznych przestępców.
- Jezu - szepnął Kinnell i wydawało się, że to słowo wydobyło się nie z jego ust.
Nagle opuściły go wszystkie siły, wyciekając jak woda z dziurawego wiadra, i ciężko
usiadł na krawężniku oddzielającym parking od wybiegu dla piesków. W jednej chwili
zrozumiał, czego brakowało całej jego twórczości: prawdy o tym, jak ludzie reagują,
stając oko w oko z czymś, czego nie daje się racjonalnie wytłumaczyć. Wrażenie, że
wykrwawiasz się na śmierć... tylko w wyobraźni. - Nic dziwnego, że facet, który to
namalował,   popełnił   samobójstwo   -   wykrztusił   gapiąc   się   na   obraz,   na   złośliwy
uśmiech i to spojrzenie, zarazem bystre i tępe.
   "Do koszuli przyczepił sobie kartę z wiadomością - powiedziała pani Diment. - Nie
mogę już znieść tego co się ze mną dzieje. Czy to nie straszne, panie Kinnell?"
   Tak, to rzeczywiście straszne.
   Naprawdę straszne.
   Wstał, trzymając obraz za górną krawędź, i pomaszerował przez wybieg dla psów.
Czujnie  spoglądał  pod   nogi,  wypatrując   pozostawionych   przez  zwierzęta  min.   Nie
patrzył na malowidło. Nogi trzęsły mu się i uginały, ale jakoś utrzymywały jego ciężar.
Tuż przed nim,  w pobliżu pasa  zieleni  i tyłów restauracji,  przechadzała  się  ładna
dziewczyna w białych szortach i czerwonym szopie. Prowadziła cocker-spaniela na
smyczy.   Zaczęła   się   uśmiechać   do   Kinnella,   gdy   nagle   coś   w   jego   twarzy
natychmiast starło jej uśmiech. Pospiesznie skręciła w lewo. Spaniel nie chciał iść tak
szybko, jak go ciągnęła, kaszlącego, za sobą.
     Wątłe  sosny za parkiem  porastały zbocze opadające ku błotnistemu stawkowi,
cuchnącemu   butwiejącymi   roślinami   i  zwierzęcymi  szczątkami.   Dywan   sosnowych
igieł był strefą rażenia, bombardowaną wszelkiego rodzaju śmieciami: opakowaniami

background image

po hamburgerach, papierowymi kubkami po napojach bezalkoholowych, serwetkami
TCBY, puszkami po  piwie, pustymi butelkami  po winie, niedopałkami papierosów.
Zauważył   zużyty   kondom,   leżący   jak   martwy   ślimak   obok   podartych   majteczek   z
wyszytym na nich kaligraficzną kursywą słowem WTOREK.
   Teraz, kiedy znalazł się tutaj, zaryzykował ponowny rzut oka na obraz. Przygotował
się na następną zmianę - a nawet na to, że zobaczy samochód w ruchu, jak w filmie
w telewizji - ale nie ujrzał nic takiego. Bo też nie było to potrzebne, zrozumiał Kinnell.
Twarz blondyna zupełnie wystarczała. Ten niesamowity uśmiech. Te ostre kły. Ta
twarz   mówiła:   Hej,   stary,   wiesz   co?   Mam   dość   tej   pieprzonej   cywilizacji.   Jestem
przedstawicielem   prawdziwego   pokolenia   X.   Następne   tysiąclecie   siedzi   tutaj,   za
kierownicą tej szybkiej czadowej fury.
   Na widok tego obrazu cioteczka Trudy poradziła Kinnellowi, żeby cisnął go do rzeki
Saco. Miała rację. Saco zostało prawie trzydzieści pięć kilometrów za nim, ale...
- To wystarczy - rzekł. - Myślę, że tu będzie dobrze. 
   Podniósł obraz nad głowę, jak facet pokazujący jakieś sportowe trofeum fotografom
prasowym, a potem cisnął nim w dół zbocza. Akwarela przekoziołkowała dwukrotnie,
rama zamigotała w promieniach zamglonego słońca, a potem uderzyła w drzewo.
Szkło się rozbiło. Obraz upadł na ziemię i zsunął się jak na ślizgawce po suchym,
usłanym  szpilkami zboczu. Wylądował w bajorze i tylko jeden jego róg sterczał z
gęstej   kępy   trzcin.   Pozostało   po   nim   jedynie   trochę   potłuczonego   szkła,   które
zdaniem Kinnella doskonale pasowało do reszty śmieci.
     Odwrócił się i poszedł do samochodu, w myślach już szukając kielni. Postanowił
zamurować ten incydent w specjalnej osobnej niszy... Nagle uświadomił sobie, że tak
właśnie   postępuje   większość   ludzi,   którzy   zetkną   się   z   czymś   takim.   Łgarze   i
mitomani przesyłali swoje wymysły do magazynów w rodzaju "Ocaleni" i nazywali je
prawdą, natomiast ci, którzy rzeczywiście zetknęli się z jakimiś parapsychologicznymi
fenomenami, siedzieli cicho i starali się o tym zapomnieć. A przecież jeśli w twoim
życiu zaczynają pojawiać się takie pęknięcia, musisz coś z tym zrobić. W przeciwnym
razie będą się poszerzać i prędzej czy później wszystko runie.
   Kinnell rozejrzał się i zobaczył tę ładną dziewczynę, która niespokojnie przyglądała
mu się z bezpiecznej odległości. Kiedy zobaczyła, że na nią patrzy, odwróciła się i
ruszyła   w   kierunku   restauracji,   znów   ciągnąc   za   sobą   cocker-spaniela   i   usilnie
starając się nie kołysać biodrami.
     Wydaje   ci   się,   że   jestem   stuknięty,   prawda   ślicznotko?   -   pomyślał   Kinnell.
Zauważył,   że   zostawił   otwarty   bagażnik,   który   ział   pustką   niczym   otwarte   usta.
Zatrzasnął klapę. Ty i połowa czytelników w Ameryce. Nie jestem jednak stuknięty.
Wcale nie. Po prostu popełniłem błąd, to wszystko. Zatrzymałem się przy ogrodowej
wyprzedaży, którą powinienem ominąć. Każdemu może się zdarzyć. Tobie też. A ten
obraz?
-   Jaki   obraz?   -   zapytał   sam   siebie   Rich   Kinnell   gorącego   letniego   wieczoru   i
spróbował się uśmiechnąć. - Nie widzę tu żadnego obrazu.
     Wskoczył   za   kierownicę   audi   i   zapuścił   silnik.   Spojrzał   na   wskaźnik   paliwa   i
zobaczył, że ma mniej niż pół baku. Będzie musiał zatankować, zanim dojedzie do
domu, ale pomyślał, że zrobi to gdzieś dalej. W tym momencie chciał jak najszybciej
oddalić się od miejsca, gdzie porzucił obraz.

     Na przedmieściach Derry Kansas Street staje się Kansas Road. Zbliżając się do
granicy miasta (gdzie krajobraz jest już typowo wiejski), zmienia się w Kansas Lane.
Niedługo potem  Kansas Lane  biegnie między dwoma słupami  z polnych  kamieni.
Asfalt przechodzi w żwir. Jedna z najruchliwszych ulic Derry dwanaście kilometrów
od centrum zmienia się w drużkę wiodącą na niewielki pagórek i w księżycowe letnie

background image

noce   lśni   jak   coś   wzięte   z   poematu   Alfreda   Noyesa.   Na   szczycie   wzgórza   stoi
kanciasty budynek ze zwykłych desek, z lustrzanymi oknami - stajnia zamieniona w
garaż, z anteną satelitarną wycelowana w gwiazdy. Pewien reporter z "Derry News"
kiedyś żartobliwie nazwał go "domem wzniesionym ciężką krwawicą" - bynajmniej nie
miał na myśli trudu włożonego w jego budowę. Richard Kinnell po prostu nazywał ten
budynek   domem.   Czuł   się   tak,   jakby   od   chwili,   gdy   rano   wstał   i  opuścił   hotel   w
Bostonie, minął co najmniej tydzień.
   Żadnych ogrodowych wyprzedaży, pomyślał spoglądając na księżyc. Nigdy więcej
żadnych ogrodowych wyprzedaży.
-   Amen   -   powiedział   i   ruszył   w   kierunku   domu.   Pewnie   powinien   wprowadzić
samochód do garażu, ale do licha z tym. Teraz potrzebował tylko drinka, lekkiego
posiłku - czegoś z mikrofalówki - a potem snu. Najlepiej takiego bez żadnych snów.
Nie mógł się już doczekać końca tego dnia.
     Włożył kluczyk do zamka, przekręcił i wystukał 3817, by uciszyć ostrzegawcze
popiskiwanie alarmu przeciwwłamaniowego. Zapalił światło w przedpokoju, przeszedł
przez drzwi, zamknął je za sobą, zaczął się odwracać, i wtedy zobaczył, co wisi na
ścianie w miejscu, gdzie zaledwie dwa dni temu znajdował się zbiór oprawionych w
ramki okładek jego powieści.
     Wrzasnął   tylko   w   myślach.   A   jego   ust   wydobył   się   jedynie   głośny   świst
wypuszczanego   powietrza.   Usłyszał   stuknięcie   i   głośny   brzęk,   z   jakim   klucze
wypuszczone z jego bezwładnej ręki upadły na dywan.
   "Road Virus jedzie na północ" już nie leżał w krzakach na tyłach restauracji Graya.
   Wisiał na ścianie jego domu.
   I znów się zmienił. Samochód stał teraz zaparkowany na podwórzu przed domem,
przed którym trwała wyprzedaż ogrodowa. Wszędzie leżały różne przedmioty - szkło,
meble,   ceramiczne   figurki(owczarki   szkockie   palące   fajki,   gołe   niemowlęta,
mrugające   rybki),   lecz   teraz   połyskiwały   w   świetle   tego   samego   trupio   bladego
księżyca, który unosił się na niebie nad domem Kinnella. Telewizor też tam stał i
wciąż był włączony, rzucając własną bladą poświatę na trawę oraz to, co leżało dalej,
obok przewróconego ogrodowego fotela. Judy Diment była również, ale nie cała. Po
chwili Kinnell zobaczył resztę. Jej głowa leżała na desce do prasowania. Martwe oczy
lśniły jak pięćdziesięcicentówki w księżycowym blasku.
     Tylne   światła   samochodu   Grand   Am   były   smugą   czerwono   różowej   akwareli.
Dopiero wtedy Kinnell spojrzał na tylną tabliczkę rejestracyjną wozu. Widniały na niej
dwa słowa wymalowane w staroangielskim: ROAD VIRUS.
     Doskonale   pasuje,   pomyślał   sennie   Kinnell.   To   nie   on,   lecz   jego   samochód.
Chociaż w wypadku takiego faceta zapewne nie ma żadnej różnicy.
- To niemożliwe - szepnął, wiedząc, że nie ma racji. Może przytrafiłoby się to komuś
mniej   podatnemu   na   takie   rzeczy,   ale   jemu   się   zdarzyło.   Gapiąc   się   na   obraz,
przypomniał   sobie   tabliczkę   na   stoliku   karcianym   Judy   Diment.   WSZYSTKIE
PŁATNOŚCI GOTÓWKĄ - głosiła (chociaż od niego pani Diment przyjęła czek, na
wszelki   wypadek   spisując   tylko   numer   jego   prawa   jazdy).   Ale   było   tam   napisane
jeszcze coś.
   ŻADNYCH ZWROTÓW
     Kinnell przeszedł obok obrazu do salonu. Czuł się jak obcy we własnym ciele i
wydawało   mu   się,   że   część   jego   umysłu   rozpaczliwie   szuka   tej   kielni,   z   której
skorzystał wcześniej. Najwyraźniej gdzieś ją posiał.
     Włączył   telewizor,   a   potem   stojący   na   odbiorniku   tuner   satelitarny   Toshiby.
Przełączył   na   V-14,   lecz   przez   cały   czas   czuł   na   swych   plecach   spojrzenie
młodzieńca z obrazu, który jakimś cudem zdołał dotrzeć tu pierwszy.
- Pewnie znał skrót - rzekł Kinnell i się roześmiał.

background image

     Na   tej   wersji   obrazu   prawie   nie   widział  blondyna,   tylko   tkwiącą   za  kierownicą
rozmazana smugę, którą uznał za młodzieńca. Road Virus zakończył swoje sprawy w
Rosewood. Czas ruszać na północ. Następny przystanek...
   Zamknął tę myśl za grubymi stalowymi drzwiami, zanim zdołał jej się przyjrzeć.
- W  końcu  mogłem sobie to wszystko wyobrazić - powiedział do pustego pokoju.
Zamiast   uspokoić,   własny   chrapliwy   i   lekko   drżący   głos   jeszcze   bardziej   go
wystraszył. - To może być...
     Nie  mógł   dokończyć.   W   tym   momencie   miał   w  myślach   tylko   stara   piosenkę,
imitującą  pseudohipisowski styl utworu Sinatry z początku lat  pięćdziesiątych: "To
może być początek czegoś WIELKIEGO...".
     Sącząca się za stereofonicznych głośników telewizora melodia nie była śpiewana
przez   Sinatrę,   lecz   przez   Paula   Simona,   z   akompaniamentem   gitar.   Białe
komputerowe litery na niebieskim tle głosiły: WITAJCIE W AMERYKAŃSKIEJ SIECI
NEWSWIRE. Poniżej widniała instrukcja, ale Kinnell nie musiał jej czytać. Od dawna
korzystał   z   Newswire   i   znał   procedury   na   pamięć.   Wybrał   odpowiednią   opcję,
wystukał numer swojej karty kredytowej, a potem 508.
- Zamówiłeś Newswire dla (krótka pauza) środkowego i północnego Massachusetts -
rozległ się elektroniczny głos. - Dziękujemy za...
     Kinnell  z  powrotem   rzucił  słuchawkę  na   widełki  i  stał   patrząc  na   symbol   New
England Newswire, nerwowo prztykając palcami.
- No już - mamrotał. - Szybciej, szybciej.
     Ekran zamigotał i niebieskie tło zmieniło się w zielone. Zaczął przewijać się tekst-
coś o pożarze domu w Taunton. Potem ostatni skandal na psich wyścigach i bieżąca
prognoza pogody - pogodnie i ciepło. Kinnell zaczął się uspokajać i zastanawiać, czy
wchodząc, naprawdę widział obraz na ścianie, czy też było to złudzenie wywołane
męczącą  podróżą, kiedy telewizor  przeraźliwie  zapiszczał  i  na  ekranie  pojawił  się
napis: WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI.
   Przyglądał się linijkom przesuwającego się tekstu.
     NENphAUGI19/8:40P   MIESZKANKA   ROSEWOOD   ZOSTAŁA   BRUTALNIE
ZAMORDOWANA,   GDY   POMAGAŁA   NIEOBECNEJ   PRZYJACIÓŁCE.
TRZYDZIESTOOŚMIOLETNIA   JUDY   DIMENT   ZNALEZIONO   OKRUTNIE
OKALECZONĄ NA TRAWNIKU PRZED DOMEM JEJ SĄSIADÓW,  W  KTÓRYCH
IMIENIU PROWADZIŁA OGRODOWĄ  WYPRZEDAŻ. NIE SŁYSZANO ŻADNYCH
KRZYKÓW I PANIĄ DIMENT ZNALEZIONO DOPIERO O ÓSMEJ, KIEDY SĄSIAD Z
NAPRZECIWKA   PRZYSZEDŁ   POSKARŻYĆ   SIĘ   NA   ZBYT   GŁOŚNO   GRAJĄCY
TELEWIZOR. SĄSIAD DAVID GRAVES POWIEDZIAŁ, ŻE PANI DIMENT ZOSTAŁA
ŚCIĘTA. "JEJ GŁOWA LEŻAŁA NA DESCE DO PRASOWANIA" - OŚWIADCZYŁ.
"TO BYŁA NAJSTRASZNIEJSZA RZECZ JAKĄ WIDZIAŁEM W  ŻYCIU. GRAVES
MÓWI,   ŻE   NIE   SŁYSZAŁ   ŻADNYCH   ODGŁOSÓW   WALKI,   TYLKO   GRAJĄCY
TELEWIZOR   I   NIEDŁUGO   PRZED   TYM,   JAK   MODKRYŁ   ZWŁOKI,   GŁOŚNY
WARKOT SAMOCHODU, PRAWDOPODOBNIE WYPOSAŻONEGO W  TŁUMIK Z
WATY SZKLANEJ, POSPIESZNIE ODJEŻDŻAJĄCEGO W  KIERUNKU ROUTE 1.
PODEJRZEWA SIĘ, IŻ TEN POJAZD MÓGŁ NALEŻEĆ DO ZABÓJCY...
   Nie ma co podejrzewać - to fakt.
     Głośno sapiąc, prawie dysząc, Kinnell wrócił do przedsionka. Obraz wciąż tam
wisiał,   ale   ponownie   się   zmienił.   Teraz   pokazywał   dwa   jasne   kręgi   -   światła
reflektorów - a za nimi niewyraźny zarys samochodu.
   Jedzie dalej, przemknęło przez głowę Kinnellowi i natychmiast zwrócił się myślami
ku cioteczce Trudy - słodkiej cioci Trudy, która zawsze wiedziała, kto był grzeczny, a
kto   nie.   Cioci   Trudy,   która   mieszkała   zaledwie   sześćdziesiąt   kilometrów   od
Rosewood.

background image

- Boże, proszę, Boże, poślij go drogą wzdłuż brzegu - rzekł Kinnell, wyciągając rękę
do obrazu. Czy to zadziałała jego wyobraźnia, czy też światła lekko oddaliły się od
siebie,   jakby   samochód   naprawdę   jechał   w  jego   kierunku?   Powoli,   jak   minutowa
wskazówka ręcznego zegarka? - Poślij go drogą wzdłuż wybrzeża.
   Zerwał obraz ze ściany i wbiegł z nim z powrotem do salonu. Oczywiście, kominek
był zasłonięty, gdyż miały upłynąć jeszcze co najmniej dwa miesiące, zanim zacznie
się   na   nim   palić.   Kinnell   kopniakiem   odsunął   osłonę   i  rzucił   obraz   na   palenisko,
rozbijając szkło - które raz już rozbił koło restauracji Graya. Potem ruszył do kuchni,
zastanawiając się, co zrobi, jeśli i to nie poskutkuje.
   Musi, pomyślał. Poskutkuje, bo musi, i nie ma o czym gadać. 
   Pootwierał kuchenne szafki i grzebał w nich, rozsypując płatki, rozrywając torebkę z
solą, wywracając butelkę z octem. Rozbiła się na blacie, atakując ostrym zapachem
jego oczy i nos.
   Nie tutaj. Tutaj nie było tego, czego szukał.
   Pobiegł do schowka, zajrzał do środka i nie znalazł nic poza plastikowym wiadrem i
pojemnikiem   "O   Cedar".   Potem   spojrzał   na   półkę   obok   suszarki.   Tam   stał,   obok
brykietów.
   Pojemnik z płynnym gazem.
     Chwycił go i pobiegł z powrotem, zerknąwszy na wiszący na ścianie w kuchni
telefon.  Chciał przystanąć i zadzwonić do  cioteczki  Trudy.  Ona nie  zważałaby na
wiarygodność   relacji,   gdyby   jej   ulubiony   siostrzeniec   zatelefonował   i   kazał   jej
natychmiast opuścić dom, uczyniłaby to... a jeśli blondyn ruszyłby za nią? Zaczął ją
ścigać?
   Zrobiłby to. Kinnell był tego pewny.
   Przebiegł przez salon i przystanął przed kominkiem.
- Jezu - szepnął. - Jezu, nie.
     Na obrazie pod rozbitym szkłem nie było już świateł zbliżającego się samochodu.
Grand Am znajdował się na ostrym zakręcie, który mógł być tylko rampą zjazdu z
autostrady. Blask księżyca zmieniał czarny bok auta w płynną satynę. W tle wznosiła
się wieża wodociągowa i w świetle księżyca wyraźnie można było odczytać słowa.
CHROŃ ZIELEŃ MAINE, głosiły. PRZYJEDŹ Z PIENIĘDZMI.
     Kinnell nie trafił w obraz pierwszym strumieniem płynnego gazu. Ręce mocno mu
drżały i aromatyczny płyn tylko spłynął po szkle, zamazując czarną maskę "Road
Virusa". Nabrał tchu, wycelował i nacisnął ponownie. Tym razem płynny gaz trafił w
poszarpana dziurę wybitą przez ruszt i spłynął do akwareli, wnikając w farbę, która
spłynęła, zmieniając oponę goodyear w smolistą łzę.
     Kinnell wyjął ozdobną zapałkę z dzbanuszka na gzymsie kominka,   zapalił ją i
wetknął   w   dziurę   w   szkle.   Obraz   zajął   się   od   nich.   Pozostałe   w   ramie   szkło
pociemniało i rozsypało się w deszczu iskier. Kinnell zdusił je butem, zanim zajął się
od nich dywan.

   Podszedł do telefonu i wystukał numer ciotki Trudy, nie zdając sobie sprawy z tego,
że płacze. Po trzecim dzwonku odezwała się automatyczna sekretarka.
- Halo - powiedziała cioteczka. - Wiem, że takie teksty zachęcają włamywaczy, ale
pojechałam   do   Kennebunk,   obejrzeć   nowy   film   z   Harrisonem   Fordem.   Jeśli
zamierzasz   się   włamać,   proszę,   nie   zabieraj   moich   porcelanowych   świnek.   Jeśli
chcesz zostawić wiadomość, zrób to po sygnale.
Kinnell zaczekał, a potem, starając się mówić pewnym głosem, rzekł:
- Tu Richie, ciociu Trudy. Zadzwoń do mnie, jak wrócisz, dobrze? Obojętnie o której
godzinie.

background image

     Rozłączył  się,   spojrzał  na   telewizor   i  ponownie   wezwał   Newswire,   tym   razem
wybierając kod rejonu Maine. Podczas gdy komputery na drugim końcu przetwarzały
jego   zamówienie,   znów   podszedł   do   kominka   i   przegarnął   pogrzebaczem
poczerniały, poskręcany  obraz.  Wokół   unosił  się  okropny smród,   w  porównaniu   z
którym zapach octu był jak perfumy, ale Kinnell stwierdził, że to mu nie przeszkadza.
Obraz spłonął, rozsypał się w proch, a to było tego warte.
   A jeśli wróci?
- Nie wróci - powiedział, odłożył pogrzebacz i podszedł do telewizora. - Na pewno nie
wróci.

     A   jednak   za   każdym   razem,   gdy   przygotowywana   była   nowa   porcja   tekstu,
podchodził,   by   sprawdzić.   Obraz   był   tylko   kupką   popiołu   na   kominku...   w
wiadomościach zaś nie było ani słowa o starszej pani zamordowanej w pobliżu Wells,
Saco   i   Kennebunk.   Kinnell   sprawdzał   dalej,   niemal   spodziewając   się   zobaczyć
komunikat:   JADĄCY   Z   OGROMNĄ   SZYBKOŚCIĄ   GRAND   AM   WPADŁ   DZIŚ
WIECZOREM  DO KINA  W  KENNEBUNK,  ZABIJAJĄC   CO  NAJMNIEJ  DZIESIĘĆ
OSÓB, ale nie było takiej wiadomości.
   Za piętnaście jedenasta zadzwonił telefon. Kinnell natychmiast podniósł słuchawkę.
- Halo?
- Tu Trudy, kochany. Wszystko w porządku?
- Tak, świetnie.
- Mam wrażenie, że nie - powiedziała. - Głos ci drży i... brzmi dziwnie. Co się stało?
O co chodzi? - A potem, sprawiając, że dreszcz przebiegł mu po plecach, dodała: -
To przez ten obraz, z którego się cieszyłeś, prawda? Ten przeklęty obraz!
   Nie wiadomo dlaczego trochę uspokoiło go to, że odgadła... Poza tym, oczywiście,
z ulgą usłyszał, że jest bezpieczna.
- No, cóż, może - rzekł. - Przez całą drogę miałem złe przeczucia, więc spaliłem go.
Na kominku.
     Ona   się  dowie  o  Judy  Diment,   ostrzegał  go  wewnętrzny  głos.   Nie   ma   anteny
satelitarnej za dwadzieścia tysięcy dolarów, ale przenumeruje "Union-Leader", a ta
wiadomość będzie na pierwszej stronie. Doda dwa do dwóch. Nie jest głupia.
   Tak, niewątpliwie była to prawda, ale dalsze wyjaśnienia mogą poczekać do rana,
kiedy   będzie   mniej   wystraszony...   Kiedy   znajdzie   sposób,   by   myśleć   o   "Road
Virusie", nie tracąc głowy... I będzie miał pewność, że już jest po wszystkim.
- To dobrze! - powiedziała z naciskiem. - I powinieneś rozrzucić popiół! - Zamilkła na
chwilę, a kiedy się znów odezwała, mówiła ściszonym głosem. - Martwiłeś się o mnie,
mam rację? Ponieważ pokazałeś mi go.
- Tak, trochę.
- Ale teraz już czujesz się lepiej?
Oparł się wygodniej i zamknął oczy. To prawda, tak było.
- Uhm. Jak film?
- Dobry. Harrison Ford cudownie wygląda w mundurze.. no, gdyby tylko pozbył się
tego dołka w brodzie...
- Dobranoc, ciociu Trudy. Porozmawiamy jutro.
- Naprawdę?
- Tak - odparł. - Tak myślę.
   Odłożył słuchawkę, znów podszedł do kominka i przegarnął popiół pogrzebaczem.
Zauważył   kawałek   zderzaka   i   poszarpany   fragment   drogi,   ale   nic   więcej.
Najwidoczniej  ogień  zrobił swoje.  Czy nie   tak  zwykle  zabija  się  wysłanników  zła?
Oczywiście.   Sam   kilkakrotnie   wykorzystał   ten   sposób,   najbardziej   widowiskowo   w
"Odjeździe" - powieści o nawiedzonej stacji kolejowej.

background image

- No właśnie - mruknął. - Płoń, mały, płoń.
   Pomyślał o drinku, który sobie obiecał, ale przypomniał mu się rozlany ocet (który
do tej pory zapewne wsiąkł w rozsypane płatki - co za zestawienie). Postanowił po
prostu pójść na górę. W książce - na przykład napisanej przez Richarda Kinnella - po
czymś takim, co mu się zdarzyło, nie byłoby mowy o spaniu.
Sądził, że w prawdziwym życiu nie będzie miał z tym problemu.

     Zdrzemnął   się   już   pod   prysznicem,   oparty   o   ścianę,   mając   włosy   nasączone
szamponem, w strumieniach wody uderzającej w jego pierś. Znów był na ogrodowej
wyprzedaży,  a  w  stojącym   na   papierowych   popielniczkach  telewizorze  pokazywali
Judy Diment. Znowu miała głowę na ramionach, lecz Kinnell dostrzegł niezgrabne
szwy nałożone przez anatomopologa; jak okropny naszyjnik okalający jej szyję.
-   Ostatnie   wiadomości   z   Newswire   -   powiedziała   i   Kinnell,   który   zawsze   miał
realistyczne sny, widział jak szwy na jej szyi napinają się i luzują, kiedy mówiła. -
Bobby Hastings spalił wszystkie swoje obrazy, włącznie z pańskim, panie Kinnell... a
on   należy   do   pana,   jak   na   pewno   już   pan   wie.   Żadnych   zwrotów,   widział   pan
tabliczkę. Cóż, powinien pan się cieszyć, że przyjęłam czek.
   Spalił wszystkie swoje obrazy, tak na pewno to zrobił, pomyślał Kinnell w wodnym
śnie.   Nie   mógł   znieść   tego,   co   się   z   nim   działo,   tak   napisał   w   liście,   a   kiedy
dochodzisz do takiego punktu, nic cię nie powstrzyma przed wrzuceniem do ogniska
wszystkich   dzieł.   Po   prostu   w   "Road   Virus   jedzie   na   północ"   zawarłeś   coś
szczególnego,   prawda,   Bobby?   Zapewne   zupełnie   przypadkowo.   Byłeś
utalentowany, od razu to dostrzegłem, ale talent nie miał nic wspólnego z tym, co się
działo na tym obrazie
- Niektóre rzeczy przetrwają wszystko - powiedziała Judy Diment w telewizji. - Wciąż
wracają, obojętnie, jak usilnie próbujesz się ich pozbyć. Wracają jak wirusy.
     Kinnell wyciągnął rękę i zmienił kanał, ale widocznie na wszystkich nadawali na
okrągło "Judy Diment Show".
- Można powiedzieć, że zrobił dziurę w piwnicy wszechświata - ciągnęła. - Mówię o
Bobbym Hastingsie. I właśnie to z niej wyjechało. Ładne, no nie?
     W   tym   momencie   Kinnell   poślizgnął   się,   nie   tak,   by   stracić   równowagę,   ale
wystarczająco, by się ocknąć.
     Otworzył oczy, skrzywił się,  gdy natychmiast  zapiekły go od szamponu ("Prell"
spłynął mu grubymi smugami po twarzy, kiedy drzemał),  i podstawił złożone dłonie
pod strumienie wody, żeby go zmyć. Zrobił to raz i zamierzał zrobić ponownie, kiedy
usłyszał coś.. głuchy przeciągły warkot.
     Nie bądź głupi, powiedział sobie. Słyszysz szum prysznica. Wyobraźnia płata ci
figle.
   A może nie.
   Kinnell wyciągnął rękę i zakręcił  wodę.
   Wciąż słyszał przeciągły warkot. Głuchy i donośny. Dobiegał z zewnątrz.
   Wyszedł spad prysznica i, ociekając wodą, przeszedł przez sypialnię na pierwszym
piętrze. We   włosach  miał  tyle szamponu,  że wyglądał,  jakby posiwiał,  drzemiąc...
jakby osiwiał pod wpływem snu o Judy Diment.
     Dlaczego w ogóle zatrzymałem  się  przy tej  ogrodowej  wyprzedaży? - zadawał
sobie pytanie, ale nie znał na nie odpowiedzi. Pewnie nikt jej nie znał.
   Głuchy warkot narastał, gdy Kinnell podchodził do okna wychodzącego na podjazd
- lśniący w blasku letniego księżyca jak coś z wiersza Alfreda Noyesa.
   Kiedy odchylił zasłonę i spojrzał, przyłapał się na tym, że myśli o swojej byłej żonie
Sally, którą poznał na Światowym Konwencie Fantasy w 1978 roku. O Sally, która w
przyczepie   kempingowej   wydawała   teraz   dwa   pisemka,   jedno   zatytułowane

background image

"Ocaleni", a drugie "Goście". Gdy patrzył na podjazd, oba te tytuły połączyły się w
umyśle Kinnella, jak podwójny obraz w stereoskopie.
   Miał gościa, który najwidoczniej ocalał.
     Grand Am stał niedbale zaparkowany przed domem, a w nieruchomym nocnym
powietrzu unosiła się biała mgiełka z jego podwójnej chromowanej rury wydechowej.
Ozdobny napis z tyłu był wyraźnie widoczny. Drzwi od strony kierowcy były otwarte i
nie tylko: plama światła na  schodach wskazywała na to,  że frontowe drzwi domu
Kinnella również otwarto na oścież
     Zapomniałem je zamknąć, pomyślał Kinnell, ocierając szampon z czoła dłonią, w
której nagle stracił czucie. I zapomniałem zresetować alarm  przeciwwłamaniowy...
chociaż jemu i tak nie sprawiłoby to żadnej różnicy.
     No, cóż, być może zmusił go, by ominął cioteczkę Trudy - to już coś - lecz w tym
momencie ta myśl wcale go nie pocieszała.
   Ocaleni.
     Basowy warkot wielkiego silnika, co najmniej 442, cztery gaźniki, przeszlifowane
cylindry, wtrysk palowa. Powoli odwrócił się na zdrętwiałych nogach, nagi mężczyzna
z namydloną głową i - tak jak się spodziewał - ujrzał obraz wiszący nad łóżkiem.
Ukazywał stojący na podjeździe samochód z otwartymi drzwiami po stronie kierowcy i
dwie chmury dymu unoszące się z chromowanych rur wydechowych. Patrząc pod
tym kątem, widział także frontowe drzwi, stojące otworem, i długi cień mężczyzny,
padający na podłogę przedpokoju.
   Ocaleni.
   Ocaleni i goście.
     Teraz słyszał głos kroków na schodach. Ciężkie kroki, które wyraźnie wskazywały
na   to,   że   przybysz   nosi   motocyklowe   buciory.   Ludzie   z   wytatuowanymi   na
przedramionach napisami ŚMIERĆ PRZED NIESŁAWĄ zawsze nosili motocyklowe
buciory i zawsze palili camele bez filtra. Tak nakazywało niepisane prawo
   I nóż. Będzie miał długi nóż, ostry nóż - właściwie bardziej podobny do maczety -
którym jednym zręcznym ruchem można obciąć komuś głowę.
   I będzie się uśmiechał, pokazując te spiłowane zęby ludożercy.
   Kinnell wiedział o tym. W końcu był człowiekiem obdarzonym wyobraźnią.
   Nikt nie musi pokazywać mu tego czarno na białym.
- Nie - szepnął, nagle uświadamiając sobie swoją kompletną nagość i całym ciałem
odczuwając lodowaty chłód. - Nie, proszę, odejdź.
     Kroki jednak się zbliżały, oczywiście.  Takiemu facetowi nie można  powiedzieć,
żeby sobie poszedł. Nie usłucha: nie tak miała zakończyć się ta historia.
     Kinnell usłyszał, że tamten wchodzi po schodach. Na zewnątrz samochód Grand
Am warczał w blasku księżyca.
     Kroki rozległy się na  korytarzu, wciąż się zbliżając,  stare obcasy szorowały po
gładkim parkiecie.
   Kinnell stał jak sparaliżowany. Otrząsnął się z trudem i pomknął do drzwi łazienki,
zamierzając   zamknąć   się   w  niej,  zanim  to  nadejdzie,   ale   poślizgnął   się  w  kałuży
mydlin   i   tym   razem   naprawdę   upadł,   rozciągnął   się   na   plecach   na   dębowych
deskach,   a   kiedy   drzwi   się   otworzyły   z   cichym   trzaskiem   i   motocyklowe   buciory
zaczęły zmierzać przez pokój do miejsca gdzie leżał, nagi i z włosami zmoczonymi
szamponem  "Prell",  ujrzał  wiszący  na   ścianie   nad  jego  łóżkiem   obraz,  na   którym
widoczny   był   niedbale   zaparkowany   przed   jego   domem   "Road   Virus"   z   szeroko
otwartymi drzwiami po stronie kierowcy.
   Zobaczył, że boczne kieszeń w drzwiach samochodu jest pełna krwi. Chyba wyjdę
na zewnątrz, pomyślał Kinnell i zamknął oczy.

KONIEC

background image

Przepisywał: Mando
www.StephenKing.one.pl