background image

Henryk Pająk

 

  

  

ONI SIĘ NIGDY 

 

NIE PODDALI

 

 
 

background image

 

 
 

Musieli iść do ziemi - z ich polskiej ziemi.

 

  

  

  

MORITURI TE SALUTANT, POLSKO! 

 

Powojenną wojnę z polskim powstaniem narodowym, 
sowiecki okupant wygrał dzięki polskim donosicielom. 

Gorzka to prawda. Dla wielu - prawda nie do przyjęcia, 

background image

efektowna lecz myląca hiperbola, mająca przenosić ciężar 
odpowiedzialności za zbrodnie, za mordy i egzekucje, za 
eksterminację dziesiątków tysięcy patriotów - z UB, NKWD, 
MO, ORMO - na tychże niewidzialnych, "mitycznych" 
donosicieli. 
 
A jednak tak było. Upewniałem się w tym przekonaniu z 
każdym rokiem mojej siedmioletniej (1990-1997) kwerendy 
w archiwach, zwłaszcza w aktach procesowych Wojskowych 
Sądów Rejonowych, w rozmowach z setkami byłych 
więźniów reżimu. Wreszcie w analizie okoliczności 
aresztowań, obław, śmierci najwybitniejszych dowódców 
podziemia Lubelszczyzny. Z czternastu omówionych tu 
sylwetek dowódców, tylko kilku poległo w wyniku innych 
okoliczności. Dramat "Zaporowców" spowodował ubecki 
agent wprowadzony do władz lubelskiej organizacji WiN. Za 
śmierć "Uskoka" jest odpowiedzialny jego były partyzant a 
potem agent UB. Za śmierć "Orlika" - miejscowy kowal 
donosiciel. Za śmierć "Strzały" - meliniarz, który zdradził 
dwóch jego żołnierzy. Śmierć "Ordona" to następstwo 
donosu - czyjego - dokładnie nie wiadomo. "Jastrzębia" 
zgładził agent UB wprowadzony do oddziału. Jego brat 
"Żelazny" poległ w obławie będącej wynikiem zdrady w 
środowisku jego łączniczki. Tadeusz Szych i Edward Kalicki, 
dwaj kolejni dowódcy jednej z grup, byli ofiarami 
meliniarzy. Tak zginął "Boruta" we Włodawskiem i tak 
poległ "Burta" w Tomaszowskiem. I wreszcie "Laluś", 
najstarszy konspiracyjnym sta-żem żołnierz i partyzant II 
Rzeczypospolitej, zginął w wyniku donosu. I tylko "Wiktor" 
oraz "Szary" polegli w walce, a zagładę grupy "Lwa" 
spowodował jego żołnierz, który po aresztowaniu nie 
wytrzymał tortur i zdradził miejsce kwaterowania grupy, ale 
nie był to typowy donos. 
 
Nasza wiedza o donosicielach tamtych czasów jest 
szczątkowa. Ogromna większość sprawców tysięcy tragedii 
ludzi podziemia, bezpiecznie ukrywa się w archiwach UB-

background image

SB-UOP. Dla dzisiejszych właścicieli PRL-bis - 
naturalnych ideowych kontynuatorów terroru PRL z 
jej pierwszego ludobójczego dziesięciolecia - 
półwieczny dystans to wciąż za mało, aby czytelnicy 
książek i podręczników dowiedzieli się, kto zdradził 
"Grota" Roweckiego, "Nila", wszystkich 
najwybitniejszych komendantów i dowódców 
struktur AK, NSZ, WiN, ich komend wojewódzkich i 
centralnych
; za krótko, aby tysiące rodzin straconych - 
synów i wnuków - skazanych na wieloletnie więzienia, 
poległych w obławach, dowiedziały się nazwisk sprawców 
tych tragedii. Na żądania "lustracji" donosicieli choćby tylko 
z pierwszego, najbardziej już odległego dziesięciolecia PRL, 
mają wiele kontrargumentów.  

Straszą "polskich piekłem", otwarciem "puszki Pandory", 
ubeckim preparowaniem dokumentów. A już najlepiej, to 
oddzielić to wszystko maksymalnie grubą kreską i odtąd 
"kochajmy się", czyli ofiary i kaci niech zasiadają w tych 
samych "kombatanckich" organizacjach, wspólnie 
wspominają tamte nieszczęsne czasy, wspólnie wypinają 
pierś do odznaczeń, uprawnień... 

Jeden z bohaterów moich książek, skazany niegdyś na 
trzykrotną karę śmierci, westchnął w rozmowie ze mną: 

- Tak naprawdę, to prawdziwi niezłomni, pozostający poza 
wszelkimi podejrzeniami to ci, którzy od pół wieku 
spoczywają pod darnią! 
- A pan? - zapytałem. - Czy mam rozumieć, że pan się do 
nich nie chce zaliczyć, mimo statusu kaesiaka i ośmiu lat 
Wronek? 
- Mnie ujęli żywcem. Rzucili się na mnie w ciemnościach 
nocy i stodoły. Potem, w więzieniu, mogłem już tylko 
popełnić samobójstwo! To był jedyny dostępny mi wybór. 

 
System i skala naboru konfidentów, to niedościgniona 

background image

specjalność bolszewizmu, wiernie przeniesiona na grunt 
zniewolonej Polski. Przeważały metody przymusu, 
wykorzystywania mniejszych lub większych uprzednich 
przewinień obywatela metodą przetargu: albo idziesz do 
więzienia, albo współpraca. Konfidentów spontanicznych, 
bezinteresownych, "ideowych", było najmniej. Ponadto 
zróżnicowana była skala aktywności a tym samym 
"wydajności" donosicieli - od biernych statystów na listach, 
po nadgorliwych, po "stachanowców". Wszyscy oni, w skali 
kraju i całego półwiecza, stanowili armię około 1,5 min. 
łudzi! Prawie drugie tyle osób tkwiło etatowo w tzw. 
służbach specjalnych. W normalnym kraju tzw. służby 
specjalne dzielą się na wywiad i kontrwywiad. Policja 
polityczna, to zupełnie inna struktura. Tymczasem w 
patologii komunistycznej, policja polityczna była polipem 
obejmującym wszystkie dziedziny życia państwa, 
administracji, nauki, kultury, fabryk, związków, partii, 
organizacji. Polskie służby specjalne w normalnym 
znaczeniu tego pojęcia, czyli klasyczny wywiad i 
kontrwywiad - nie istniały. Były to bowiem bezwolne 
agendy wywiadu i kontrwywiadu sowieckiego oraz 
sowieckiej policji politycznej.
 Wywiad i kontrwywiad 
"polski" miał swoje duplikaty w strukturach wojskowych i 
cywilnych, permanentnie ze sobą rywalizujących na gruncie 
sukcesów i porażek. Obok wywiadu wojskowego istniała też 
wojskowa policja polityczna - Informacja Wojskowa, 
która była niczym innym jak Bezpieką w wojsku i 
przemyśle zbrojeniowym.
 

W tej patologicznej pajęczynie niepodzielnie brylowała 
policja polityczna: UB i potem SB. To setki tysięcy zbirów o 
proweniencji albo kryminalnej albo nihilistycznej w zakresie 
postaw, zachowań; zgraja dobierana według zasady selekcji 
negatywnej: im podlejszy, bardziej bezwzględny, 
nikczemny, cyniczny, tym lepszy. Cała ta dwu 
pokoleniowa bando-mafia
 liczyła setki tysięcy kanalii - 
dziś dożywających swoich dni na emeryturach i rentach 
"kombatanckich", przewyższających trzykrotnie przeciętne 

background image

emerytury i renty tych, których inwigilowali i terroryzowali 
przez całe dziesięciolecia, w imię "bezpieczeństwa" kraju i 
"dobra" jego obywateli. 

Ich zbrodniczy "dorobek operacyjny", ilustrują w tej książce 
dokumenty UB - SB dotyczące poszukiwań Józefa 
Franczaka ps. "Laluś", a w skali kraju i dziesięcioleci, setki 
tysięcy podobnych "rozpracowań". Nakładają się one na 
zbrodniczy, przestępczy dorobek w zakresie oplatania 30 - 
milionowego narodu gigantyczną, nieprzeniknioną, 
wszędobylską, wszechwiedzącą siecią konfidentów, 
donosicieli, szpicli, informatorów świadomych ale i 
nieświadomych swej roli. 

Z tego gigantycznego bagna, z piekła zniewolonych 
dusz i charakterów, brały się rozstrzygające sukcesy 
systemu terroru w fizycznym zwalczaniu oporu 
narodu
, tak zbrojnego z pierwszego dziesięciolecia, jak też 
biernego z dziesięcioleci następnych - oporu w zakresie 
postaw, wewnętrznej "emigracji", cichego odrzucenia 
poprzez wycofanie się w prywatność. 

Bohaterowie tej książki - kilkunastu znanych dowódców 
zbrojnego podziemia z terenów Lubelszczyzny; setki 
wiernych im do końca żołnierzy - partyzantów, to 
współcześni gladiatorzy polskiej sprawy. 

 "Morituri te salutant, Polsko"!  Szli do podziemia, a z 
niego do ziemi, z pełną świadomością czekającej ich 
zagłady fizycznej. A potem zagłady moralnej, bo ich 
bezimienne groby pokryła nie tylko ziemia, lecz również 
błoto oszczerstw, kłamstw, pomówień, szyderstw, przez 
dziesięciolecia zastygłe w magmę milczenia. Zostali zabici 
nie tylko fizycznie. Dokonano na nich zagłady najgorszej z 
możliwych. Mieli zostać na zawsze bandytami, przestępcami 
politycznymi. To w publikacjach, podręcznikach, w 
powieściach. Bo na codzień obowiązywało totalne o nich 
milczenie

background image

Dziś wiem o nich przynajmniej tyle, że ani śmierć, ani ból, 
ani tortury, ani dziesiątki lat prześladowań - nie bolą ich 
tak bardzo, jak dzisiejsze o nich milczenie
. Jak 
zapomnienie, ich druga śmierć cywilna. Zapomnienie 
dzisiejsze. Nasze, wspólne. Dobrowolne. Już nie nakazane.  

Zapomnienie tych dziesiątków tysięcy poległych, 
zakatowanych, rozstrzelanych, zapomnienie setek 
tysięcy więzionych, zniszczonych fizycznie, duchowo, 
intelektualnie, zawodowo.
 

Przez siedem lat samotnie, kilofem pióra rozbijałem tę 
skamielinę milczenia wokół i nad najlepszymi, 
najważniejszym, najwytrwalszymi i tym samym - 
najbardziej tragicznymi. W pośpiechu, pośród pomyłek 
merytorycznych, mizerii finansowej i edytorskiej 
amatorszczyzny, montowałem kolejne książki i wydawałem 
je własnym sumptem pod firmą "Retro", składającą się 
tylko i wyłącznie ze mnie, mojej żony i... pieczątki. Kanalie 
wszelkiej maści, wszelkich tajniacko-ubecko-
esbeckich rodowodów i "zasług", kontratakowały z 
furią, bezpośrednio lub skrycie, konsekwentnie, 
latami.
 Pogróżki, oszczerstwa publiczne i krecie, 
dyskredytowanie moich intencji, moich kompetencji 
(polonista a nie historyk), moich relantów oraz z 
konieczności niepełnych i niepewnych źródeł; wymysły o 
moich rzekomych koneksjach w archiwach tajnych i 
nietajnych - stanowiły codzienność mojej pracy i 
egzystencji jako autora i wydawcy. 

Ale wkraczając w styczniu 1990 roku w tę tematykę 
wiedziałem, że nie wchodzę do dziecięcej piaskownicy. 
Wiedziałem, źe wdepnąłem w kłębowisko żmij

"Oni się nigdy nie poddali" to zwieńczenie i zakończenie 
mojej siedmioletniej wędrówki po dantejskim piekle 
pierwszego dziesięciolecia PRL. Tą książką o charakterze 
regionalnej monografii, rozstaję się na zawsze z moimi 

background image

martwymi oraz z jeszcze żywymi bohaterami. Dziękuję im i 
przepraszam ich. Za moje merytoryczne pomyłki, za 
nieścisłości. Za nie zawsze do końca lub nie zawsze 
starannie rozpoznane sprawy, fakty, ludzi. Za ewentualne 
niesprawiedliwe oceny, interpretacje. Przepraszam także 
tych, których przeżyć, wspomnień - tych żywych a 
fascynujących książek, nie zmaterializowałem w pomnikach 
najtrwalszych choć papierowych - właśnie w książkach, 
choć im to niekiedy obiecywałem, odkładając realizację na 
później i znów na później. Do tej roboty trzeba by 
kilkunastu takich szaleńców. Badań w majestacie 
uniwersyteckich Zakładów Historii Najnowszej. Studentów, 
magistrantów, doktorantów. 

Na to wszystko jest już prawie za późno. Półwieczna 
skamielina milczenia i kłamstw już nie ustąpi. 
 
Morituri te salutant, Polsko!

 

 
Lublin, 10 maja 1997 r.   

Henryk Pająk 

 

   

   

„ZAPORA"  

Hieronim Dekutowski

  

background image

 

Jego środowisko rodzinne, jego inicjacje duchowe i 
patriotyczne, a potem jego niezłomna walka zbrojna w 
obronie tych wartości, podjęta przeciwko kolejnym - 
hitlerowskim i sowieckim okupantom Polski - mogą 
uchodzić za wzór postawy Polaka-katolika1. Ojciec 
Hieronima był cenionym w Tarnobrzegu właścicielem 
warsztatu blacharskiego, matka „gospodynią domową" - jak 
w tamtych czasach nazywano każdą żonę i matkę zajętą 
wychowaniem dzieci i utrzymaniem domu. O tym, jak 
wywiązywała się z tych obowiązków matka Hieronima, 
świadczą późniejsze postawy jej licznego potomstwa.  

Najstarszy syn Józef, ur. w 1894 roku, nauczyciel, 
uczestnik wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, w stopniu 
podporucznika umarł dwa lata po owej wojnie;  

Siostra Maria (ur. 1902 r.) była nauczycielką. Jej mąż 
Stanisław Kubiak, to uczestnik powstania wielkopolskiego, 
adwokat, zamordowany w Katyniu2;  

Siostra Helena Dekutowska (1906) ukończyła Prywatne 
Seminarium Nauczycielskie, studiowała we Francji, po 
wojnie w Polsce;  

Zofia, najstarsza siostra, absolwentka Prywatnego 

background image

Seminarium Nauczycielskiego, wyjechała w latach 20-tych 
do Francji, była zaangażowana we francuskim ruchu oporu, 
za co otrzymała Francuską Legię Honorową;  

 

1 „Polak-katolik" - ten dwuczłonowy synonim polskości, stał się 
dyżurnym obiektem szyderstw i obelg w wydaniu żydo-masońskich 
„marks-mediów" w tzw. III Rzeczypospolitej, czyli w PRL-bis. 
2 Zob. Adam F. Baran: "Pseudonim „Zapora". Staszowskie Tow. 
Kulturalne, 1996, s. 14 i passim.  

   

 

background image

 

background image

 

background image

 

   

Siostra Zuzanna (ur. 1909), nauczycielka Liceum 
Humanistycznego w Tarnobrzegu; 
 
Brat Stanisław (ur. 1914) - nauczyciel. 
 
Po ukończeniu szkoły podstawowej, Hieronim podjął naukę 
w Gimnazjum im. Het-mana Zamojskiego w Tarnobrzegu. 
W ostatnich latach gimnazjalnych, Hieronim był aktywnym 

background image

członkiem ZHP, a także Hufca Przysposobienia Woskowego 
oraz Sodalicji Mariańskiej. Wśród jego wychowawców 
było dwóch profesorów żydowskiego pochodzenia: Mojżesz 
Laufer (jęz. niemiecki i łacina) - zmarły w 1934 roku oraz 
Maksymilian Duhl, opiekun klasy, matematyk, absolwent 
uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie: przeżył 
niemiecką okupację.  

Na formację duchową Hieronima niemały wpływ wywarli 
inni profesorowie tego gimnazjum, wśród nich polonista 
Ignacy Płonka, późniejszy żołnierz Brygady Karpackiej i 
aktywny działacz polonijny w Anglii, a także historyk prof. 
Zygmunt Szewera, który po aresztowaniu go przez Gestapo 
w Mielcu, został odbity z więzienia ptzez słynnych 
„Jędrusiów"; uczył na tajnych kompletach, za działalność 
niepodległościową odznaczony m.in. Krzyżem Virtuti Militari 
i Krzyżem AK. W tym zacnym gronie wymienić należy 
polonistkę Urszulę Szumską (doktorat filozofii na 
uniwersytecie Jana Kazimierza) - żołnierza AK, nauczycielkę 
Tajnego Nauczania we Lwowie. 
 
Z kolei ksiądz Tomasz Gunia:  

... dbał o nasze dusze, serca i charaktery. Lekcje religii 
urozmaicał wierszami, pieśniami, przykładami świętych i 
czytaniami z „Bożych kłosów z polskiej roli". Tymi 
kłosami byli i królowie, i wodzowie, i sławni hetmani, i 
dowódcy powstań i zrywów narodowych. Podkreślał 
świętość ich życia, umiłowanie Ojczyzny, 
nieprzemijające wartości ducha i charakteru (...). 
Uzupełniał go prof. Zygmunt Szewera, nauczyciel łaciny 
i historii, rozczulający się nad Termopilami i Spartą. 
Wychowanie spartańskie młodzieży to był najważniejszy 
cel w życiu, o czym stale wspominał. To był zadatek na 
nasze przyszłe życie, na przyszły los...3
.  

 Szkolni koledzy wspominają Hieronima („Heńka") jako 
odznaczającego się koleżeńskim solidaryzmem, skłonnością 

background image

do psot, a także talentem malarskim.  

W. Reczek:  

Zawsze pełen humoru, nieokiełznanej młodości, autor 
wszelkich psot szkolnych, pomysłów i drak. Jedną z 
nich, przez którą o mało nic wylecieliśmy z gimnazjum, 
to było wrzucenie w okresie świąt żydowskich tzw. 
Kuczek {„Święto Namiotów" upamiętniające wędrówkę 
do Izraela - przyp. H.P.), do budek, w których 
świętowali Żydzi - zdechłych kotów, szczurów itp.
  

 Kaźmierz Gałuszka był szkolnym kolegą Hieronima z tej 
samej klasy, po latach dzielącym z nim grozę walki z 
obydwoma okupantami. Jako uczestnik akcji na więzienie w 
Mielcu ukrywał się, następnie dołączył do odziału „Zapory", 
wówczas juz szefa Kedywu Inspektoratu AK Lublin-Puławy. 
W 1946 roku wraz z „Zaporą" i innymi, próbował przedrzeć 
się na zachód. Aresztowany przez czeski odpowiednik 
naszego UB, razem z Aleksandrem Głowackim ps. „Wisła", 
był przez pięć miesięcy więziony w Pradze. 
 
Po wybuchu wojny, Hieronim nie został zmobilizowany, nie 
ma też wzmianek o jego udziale w walkach Września ani w 
Studium Polski Podziemnej w Londynie, ani też on sam na 
to się nie powołuje, choć rodzina potwierdza, iz ruszył z falą 
uciekinierów na zachód jako ochotnik.  

 
3. Wspomnienia K. Reczka, op. cit., za: Tarnobrzeskie 
Zeszyty Historyczne, nr 7 z XL 1993 r.  

   

W prośbie o łaskę skierowanej do „prezydenta" Bieruta po 
skazaniu go na karę śmierci, „Zapora" tak rekapitulował 
swój początek walki:  

Po złożeniu matury w roku 1939 znalazłem się w obliczu 

background image

wypadków wojennych, wstąpiłem do Armii, po 
skończeniu Kampanii przeszedłem wraz z odziałem na 
Węgry, po czym zgłosiłem się do Armii we Francji. 
Brałem udział w Kampanii francuskiej, a po upadku 
Francji byłem ewakuowany do Anglii, gdzie po odbyciu 
kursu spadochronowego w 1943 roku zostałem 
zrzucony w Polsce pod Warszawą do pracy wojskowej.
  

Po francuskiej klęsce, drogą morską, wraz z tysiącami 
polskich rozbitków, Hieronim Dekutowski dotarł do Anglii i 
otrzymał przydział do 3 baonu 1 Brygady Strzelców. 
Wyróżniającego się żołnierza awansowano do stopnia 
podchorążego, następnie skierowano do Szkoły 
Podchorążych Piechoty w Dundee. Potem został 
przydzielony do plutonu czołgów w 3 baonie 1 Brygady 
Strzelców, a następnie do Sekcji Szkolnej Ośrodka 
Radiowego.  

W ewidencji Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza, 
znajduje się następujący fragment opinii o tym 
podchorążym:  

Bardzo ambitny, sumienny, ideowy. Życiowo mało 
wyrobiony. Fizycznie silny. Duży wpływ na otoczenie. 
Zdolności organizacyjne duże. Wartości dowódcze duże. 
Ogólnie: bardzo dobry4
.  

 
W październiku 1942 roku Dekutowski ukończył kurs 
spadochronowy, a w marcu 1943 roku został zaprzysiężony 
jako „cichociemny", obierając sobie pseudonim „Zapora". 
Przysięgę odbierał ppłk dypl. Michał Protasiewicz, który we 
wniosku awansowanym do stopnia podporucznika, tak ujął 
osobowość „Zapory":  

Bardzo energiczny i pojętny. Bardzo ambitny. Dobry 
wpływ na otoczenie. Zdolności organizacyjne i 
dowódcze duże. Spokojny, małomówny. Dyscyplina i 
lojalność służbowa - duża. Patriotyzm bardzo duży. 

background image

Ogólnie dobry. Nadaje się na stanowisko oficerskie5.  

 Nocny lot nad okupowaną Polską odbył się 17 września 
1943 roku, jakby w rocznicę sowieckiej inwazji. Grupa 
liczyła ośmiu skoczków pod dowództwem por. naw. 
Władysława Krzywdy. Była to druga wyprawa. Pierwsza (7 
IX 1943) się nie powiodła. Samolot zabłądził i powrócił do 
bazy na ostatnich litrach paliwa.

  

   

 

W KEDYWIE NA LUBELSZCZYŹNIE  

 

Partyzancki debiut „Zapory" odbywał się pod okiem 
doświadczonego AK-owca Tadeusza Kuncewicza ps. 
„Podkowa"6. Zapoznawszy się z warunkami konspiracji i 
walki partyzanckiej, „Zapora" otrzymał nominacje na 
dowódcę 4 kompanii 9 p.p w Inspektoracie Zamość. Oddział 
zaczął zbrojnie przeciwdziałać deportacji ludności 
Zamojszczyzny. Agresywnych niemieckich nasiedleńców 
karał chłostą lub egzekucją. Tak została spacyfikowana 
nasiedlona wieś Źrebce.  

 
4 Adam F. Baran, op. cit., s. 54. 
5 Tamże, s. 56. 
6 .Podkowa" podobnie jak „Zapora", po wojnie próbował się 
przedzierać na zachód na czele 23 innych akowców. 
Grupa już przedostała się do strefy amerykańskiej, ale 
została z powrotem odstawiona przez Jankesów do granicy 
czeskiej i 10 lipca 1945 roku oddana w łapy czeskiej 
bezpieki! Wówczas podjęli próbę rozbrojenia eskony. W 
strzelaninie poległo kilku, dziewięciu zostało ujętych wraz z 
.Podkową". W więzieniu czeskim dwóch zmarło z głodu i 
tortur, pozostała siódemka, po dwóch latach została 
przekazana bezpiece polskiej. (Zob. H. Pająk, Burta kontra 
UB, Wyd. Retro 1992 r). 

background image

   

Zginął wtedy jeden żołnierz oddziału, trzech niemieckich 
osadników zostało zastrzelonych. W odwecie, niemiecka 
ekspedycja rozstrzelała publicznie 22 młodych zakładników 
dostarczonych z więzienia zamojskiego, lecz partyzanckie 
akcje przeciwko osadnikom wyraźnie temperowały ich 
agresywność w stosunku do ludności polskiej.  

W styczniu „Zaporę" odkomenderowano na stanowisko 
szefa „Kedywu" w Inspektoracie Rejonowym Lublin-Puławy, 
jednocześnie zachowując jego dowodzenie dyspozycyjnym 
oddziałem „Kedywu". Jego zastępcą został ppor. Stanisław 
Wnuk ps. „Opal", dobrze znający teren i ludzi.  

Wiosną 1944 roku, z oddziału dyspozycyjnego wyłoniono 
lotny oddział partyzancki dowodzony przez „Zaporę", w 
składzie OP 8. Grupa podlegała dowódcy OP kpt. Konradowi 
Schmedingowi ps. „Młot". Oddział szybko się rozrastał 
ponad stan plutonu i pod koniec niemieckiej okupacji 
prawobrzeżnej Wisły, liczył około 200 partyzantów, dlatego 
został podzielony na dwa pododdziały. Jednym dowodził 
„Zapora", drugim „Opal". Na terenie Obwodu Puławy, 
oddziały „Zapory" oraz „Przepiórki" - Mariana Sikory, w 
pierwszym półroczu 1944 roku wykonały ponad 80 akcji 
bojowych, z czego około 50 przypadało na oddział 
„Zapory". Przeważały ataki na transporty kolejowe i 
drogowe, a także likwidowanie szpicli i donosicieli.  

Jedną z największych walk stoczyli „Zaporowcy" koło 
Krężnicy Okrągłej: 24 maja 1944 zaatakowali jadącą z 
Opola Lubelskiego do Bełżyc kolumnę 15 samochodów ze 
zbożem, osłanianą przez oddział wojska. Niemcy przyjęli 
walkę. Trwała około dwóch godzin. Zginęło 18 żołnierzy 
Wehrmachtu. Po stronie akowców było czterech zabitych. W 
akcji uczestniczyły patrole „Babinicza", Maksa", „Wampira", 
„Żbika", „Ducha", „Kordiana". Partyzanci zdobyli wiele 
broni, amunicji i zabrali tyle zboża, ile pozwolił na to pościg 

background image

czterech kompanii żandarmerii.  

Podobną zasadzkę - jedną z ostatnich walk z wycofującym 
się niemieckim okupantem, urządzono 18 lipca na drodze z 
Ratoszyna do Chodla, z udziałem plutonów „Żbika", 
„Kordiana", „Ducha", „Wampira". Dowodził akcją „Zapora". 
Niemcy na furmankach powożonych przez polskich 
furmanów, zostali zaskoczeni w wąwozie i byliby wybici bez 
większego oporu, ale partyzanci z obawy o furmanów, nie 
zasypali kolumny ślepym ogniem, tylko starali się odeprzeć 
Niemców od furmanek. Udało się to częściowo. Niemcy 
zdołali zdjąć z furmanki moździerz, ustawić go za nasypem 
i jego pociskami razić pozycje partyzantów. Poległo pięciu 
Niemców, ośmiu było rannych, ale dotkliwe były również 
straty „Zapory": od pocisku moździerza zginał dowódca 
patrolu „Kordian" (January Rusch), lekarz oddziału Adam 
Jaworzyński
 ps. „Lwów" oraz „Sławek" - Stanisław 
Skowyra
. Rany odniosło ośmiu partyzantów, w tym 
również „Zapora". Poległ także furman Edward Dubiel.  

Bezkrwawą lecz niezwykle ważną akcją, było przygotowanie 
i zabezpieczenie lądowania i startu specjalnego samolotu 
brytyjskiego, który przywiózł dwóch „cichociemnych" - mjr 
Narcyza Łopianowskiego ps. Sarna" i por. Tomasza 
Kostucha ps. „Bryła". W drogę powrotna wyruszyli: gen. 
Stanisław Tatar ps. „Tabor" z KG AK, ppłk dypl. R. 
Dorotycz-Malewicz ps. „Hańcza", por. Andrzej Pomian, red. 
Zygmunt Berezowski ps. „Oleśnicki" i Stanisław Ołtarzewski 
z Delegatury Rządu.  

Całe to przedsięwzięcie osłaniały oddziały „Zapory", 
„Rysia", „Szarugi" i „Nerwy". Główne niebezpieczeństwo 
tkwiło w bliskiej odległości lądowiska od Lublina (16 km) i 
od najbliższego toru kolejowego - 4 km.  

Lądowisko przygotowano na polach wsi Babin. Ważną rolę 
w technicznym przygotowaniu lądowiska odegrał tamtejszy 
pluton AK7. W nocy z 15 na 16 kwietnia, z alianckiego 

background image

lądowiska w Brindisi we Włoszech, wystartowało w kierunku 
Polski 13 załóg: cztery polskie i osiem brytyjskich. Wiozły 
one zrzuty materiałów, a w Dakocie mającej wylądować na 
polach Babina, drugim pilotem był kpt. Bolesław Koprowski. 
Operacja udała się, przechodząc do historii drugiej wojny 
jako operacja „Most I".  

Kilka miesięcy później, ten sam babiński pluton AK stoczył 
walkę z grupą około 70 Niemców. Poległo kilkunastu 
Niemców, partyzanci stracili pięciu ludzi, ciężko ranny 
został dowódca plutonu „Heliodor" - Henryk Jaroszyński. Po 
upływie dwóch godzin od zakończenia walki, do Babina 
wjechał konny zwiad sowiecki. Przekazano mu kilkunastu 
niemieckich jeńców.  

Dwa dni później, żołnierze babińskiego plutonu wracający z 
pogrzebu poległych kolegów, zostali rozbrojeni przez 
sowietów, zas' ranny dowódca wkrótce zesłany do łagrów! 
Tak rozpoczynała się tragiczna konfrontacja prawdy 
o sowieckich „wyzwolicielach".
 Tak ją też doświadczyli 
partyzanci „Zapory". Rozpoczynał się czas dramatycznych 
wyborów. Decyzji na wagę życia: poddać się sowieckiej 
dominacji i terrorowi, albo walczyć z tym nowym 
okupantem.  

Na razie „Zapora" wykonywał rozkazy dowództwa AK, które 
znajdowało się pod brutalną presją sowietów. 1 tak np. 
Okręgowy Delegat Rządu meldował do Londynu:  

... wezwany zostałem do gen. Berlinga w Lublinie w 
sprawie rozbrojenia PKB, a stamtąd pod eskortą do 
Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie. Następnie 
pod eskortą byłem zmuszony udać się do Chełma do 
gen. Żukowa (...). Gen. Żuków zakazał urzędowania, 
gdyż Związek Sowiecki nie uznaje Rządu w Lublinie8
.  

 
Rozpoczynają się podstępne aresztowanie i deportacje 
dowódców. Oto dwie kolejne depesze do Londynu: 

background image

 
Murzyn  

Dnia 31 lipca zostali wezwani oficerowie AK na godzinę 
21 na odprawę. Wszyscy, którzy się zgłosili, zostali 
aresztowani...
  

 
Mewa  

Dziś' aresztowanie Del. Rządu. U SS Okr. (tzn. u Szefa 
Sztabu Okręgu - przyp. H.P.) przeprowadzono rewizje. 
Jana i inni wywiezieni - prawdopodobnie aresztowani. 
Wracamy w podziemia. Dla Oleja wydałem rozkaz 
pójścia za San. Spodziewane dalsze aresztowania AK. 
Dozorcom polecono zgłaszać nazwiska ujawnionych z 
opaskami ludzi9
.  

 
„Wracamy w podziemia...". Te słowa oddają tragizm 
polskiego zrywu wolnościowego z lat 1939-1944. Zamiast 
wracać do domów, do pracy i przerwanej nauki - muszą 
„wracać w podziemia". Bolszewicki terror wpędza ich w 
podziemia, w lasy, zmusza do podjęcia nowego rozdziału 
walki o przetrwanie. Walki o godność, o honor żołnierza - 
Polaka.  

 
7 Szczegółowy opis akcji znajduje się w książce Tadeusza Wojtaszki: „Rzeczpospolita Babińska 
przez wieki i okupacje", Wyd. Retro, Lublin 1994 r. 
8 Armia Krajowa w Dokumentach 1939-45, /. ///, s. 597. 
9 Tamże, s. 596-7. 

..................................................................................................................................... 
  ... 

C.D.N.  

Jesteśmy w trakcie konwersji tekstu książki i opracowywania wersji internetowej - redakcja 
polonica.net 

 

   

   

background image

 

z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich, w dzisiejszych czasach powszechnego 
przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy za szczególnie ważną powinność i obowiązek 
rozpowszechniania informacji, celem edukacji i uświadamiania, oraz bezpardonowej walki z owymi przemilczeniami i 
fałszami.

 

 

 

Wersję internetową przygotowała, opracowała i fotografiami opatrzyła  Polonica.net

 

 

Polski Związek Patriotyczny

 

 

Katolicko-Narodowy Ruch Oporu  kontrjudaizacji i kontrdepolonizacji

 

 

 

O.R.K.A.N.