background image
background image

Spis treści

Galaktyka Gutenberga
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Motto
I
II
III
IV
V
VI
VII
VIII
IX
X
XI
XII
XIII
XIV
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
XXV
XXVI
XXVII

background image

SERIA GALAKTYKA GUTENBERGA:

1. Harry Harrison „Planeta śmierci”

2. H. Beam Piper „Kudłacz”

3. H. Beam Piper „Kudłacz rozumny”

4. H. Beam Piper „Kudłacze i inni ludzie”

5. Siergiej Sniegow „Galaktyczny zwiad”

6. Siergiej Sniegow „W Perseuszu”

7. Siergiej Sniegow „Pętla wstecznego czasu”

8. antologia „Złoty Wiek SF tom 1”

9. antologia „Złoty Wiek SF tom 2”

10. antologia „Złoty Wiek SF tom 3”

11. antologia „Złoty Wiek SF tom 4”

12. antologia „Klasyka rosyjskiej SF tom 1”

13. antologia „Klasyka rosyjskiej SF tom 2”

14. antologia „Klasyka rosyjskiej SF tom 3”

15. Clifford D. Simak „Imperium”

16. James Schmitz „Plazmoidy”

17. E.E. „Doc” Smith „Lensman 1: Trójplanetarni”

18. E.E. „Doc” Smith „Lensman 2: Pierwszy Lensman”

19. E.E. „Doc” Smith „Lensman 3: Patrol Galaktyczny”

20. E.E. „Doc” Smith „Lensman 4”

21. E.E. „Doc” Smith „Skylark 1”

22. E.E. „Doc” Smith „Skylark 2”

23. E.E. „Doc” Smith „Skylark 3”

24. John W. Campbell „Broń ostateczna”

25. Murray Leinster „Pierwszy kontakt”

26. Murray Leinster „Samotna planeta”

27. Kir Bułyczow „Ostatnie sto minut”

28. Kir Bułyczow „Nieziemsko piękna szafa”

29. Władimir Michajłow „Stróż brata mego”

30. Barrington J. Bayley „Upadek Chronopolis”

31.  Clifford  D.  Simak  „Bractwo  Talizmanu”  tylko  dla  subskrybentów  32.  Bob  Shaw  „Orbistville  1”  tylko  dla

subskrybentów 33. Bob Shaw „Orbistville 2” tylko dla subskrybentów 34. Bob Shaw „Orbistville 3” tylko dla subskrybentów
35.  Robert  Sheckley  „Zwiadowca  minimum”  tylko  dla  subskrybentów  36.  Robert  Sheckley  „Bezgłośny  pistolet”  tylko  dla
subskrybentów 37. Robert Sheckley „Złodziej w czasie” tylko dla subskrybentów 38. antologia „Maszyna sukcesu”

39. antologia „Czterodniowa planeta”

40. antologia „W pałacu władców Marsa”

41. antologia

42. antologia

background image

43. antologia

44. H. Beam Piper „Kosmiczny wiking”

45. H. Beam Piper „Policja czasu”

46. H. Beam Piper

47. James H. Schmitz

48. James H. Schmitz „Wiedźmy z Karres”

49. Herbert G. Wells „Niewidzialny człowiek. Wehikuł czasu. Wyspa doktora Moreau”

50. Herbert G. Wells „Wojna światów”

 

Serię można subskrybować w całości. Dla subskrybentów specjalne edycje powieści i zbiorów opowiadań znanych pisarzy
amerykańskich. Pogrubioną czcionką oznaczono pozycje wydane w formie e-booka.

Seria dostępna wyłącznie w księgarni Solarisnet.pl

background image
background image

Kosmiczny wiking

tyt. oryginału: Space Viking

Space Viking copyright ©

1963 by H. Beam Piper

ISBN 978-83-7590-197-9

Projekt i opracowanie graficzne okładki:

Maciej Garbacz

Skład – Solaris Druk

Agencja „Solaris”

Małgorzata Piasecka

11–034 Stawiguda, ul. Warszawska 25 A

tel./fax 89 5413117

e–mail: agencja@solarisnet.pl

sprzedaż wysyłkowa:

www.solarisnet.pl

background image

Zemsta jest dziwną pobudką -

może pchnąć człowieka do robienia rzeczy,

których ani nie chciałby, ani nie mógłby bez niej dokonać…

i z tego powodu leży u podłoża niektórych

z największych sag literatury!

background image

I

Stali  razem  przy  balustradzie,  obejmując  się  w  talii,  ona  przytulała  głowę  do  jego  policzka.  Za  nimi  szerokolistne  krzewy
cicho plotkowały  na  wietrze, a  z  dolnego głównego  tarasu  płynęła  muzyka i  roześmiane  głosy. Przed  nimi  rozpościerało  się
miasto  Wardshaven.  Białe  budynki  wznosiły  się  nad  szerokimi  połaciami  zielonych  czubów  drzew,  pod  lśniącymi  w
promieniach  słońca  autolotami.  W  dali  piętrzyły  się  góry,  fiołkowe  w  popołudniowej  mgiełce,  a  wielkie  czerwone  słońce
wisiało na niebie tak żółtym jak dojrzała brzoskwinia.

Jego oczy wychwyciły jakiś błysk dziesięć mil na południowym zachodzie i przez chwilę był zaintrygowany. Zmarszczył

brwi. Światło słoneczne połyskiwało na kuli o średnicy dwóch tysięcy stóp. Był to nowy statek diuka Angusa, „Enterprise”,
który wrócił do stoczni Gorrama po ostatnim próbnym rejsie. Nie chciał teraz o tym myśleć.

Mocniej przytulił dziewczynę i szepnął jej imię:
– Elaine – a potem, pieszcząc każdą sylabę: – Lady Elaine Trask z Traskonu.
–  Och  nie,  Lucasie!  –  Jej  protest  był  na  wpół  żartobliwy,  na  wpół  pełen  niepokoju.  –  Używanie  nazwiska  męża  przed

ślubem przynosi pecha.

–  Nazywałem  cię  tak  w  myślach  do  tamtej  nocy  na  balu  u  diuka,  kiedy  dopiero  co  wróciłaś  do  domu  ze  szkoły  na

Excaliburze.

Spojrzała na niego kątem oka.
– I wtedy tak zacząłeś mnie nazywać – przyznała.
– W Nowym Domu Traskonu jest taras od zachodniej strony – powiedział. – Jutro zjemy tam kolację i razem będziemy się

rozkoszować zachodem słońca.

– Wiem. Pomyślałam, że to będzie nasze najlepsze miejsce do podziwiania zachodów.
– Podglądałaś – rzucił oskarżycielsko. – Nowy Dom Traskonu miał być niespodzianką.
–  Zawsze  lubiłam  podglądać  prezenty,  noworoczne  i  urodzinowe.  Ale  ten  widziałam  tylko  z  powietrza.  Wszystko,  co

znajduje się wewnątrz, sprawi mi niespodziankę – obiecała. – I wielką przyjemność.

A kiedy zobaczy wszystko i Nowy Dom Traskonu przestanie być niespodzianką, wybiorą się w długą podróż kosmiczną.

Trask jeszcze jej o tym nie wspomniał. Polecą do jakiegoś innego Świata Miecza – na Excalibura, oczywiście, może też na
Morglaya,  Flamberga  i  Durendala.  Nie,  Durendal  odpada;  tam  znów  wybuchła  wojna.  Ale  będą  się  dobrze  bawić.  I  Elaine
znowu zobaczy czyste błękitne niebo, a w nocy rozgwieżdżone. Na Gramie woal chmur skrywał gwiazdy i Elaine tęskniła za
ich widokiem, odkąd przybyła do domu z Excalibura.

Padł na nich cień autolotu i oboje unieśli głowy. Zdążyli zobaczyć, jak pojazd z pełnym wdzięku dostojeństwem opada w

kierunku  lądowiska  domu  Karvallów.  Trask  dostrzegł  herb  –  miecz  i  symbol  atomu,  znak  książęcego  rodu  Wardów.
Zastanawiał się, czy już przyleciał sam diuk Angus, czy tylko paru jego ludzi. Przypuszczał, że oboje powinni wrócić do gości.
Wziął Elaine w ramiona i pocałował, a ona z żarem odwzajemniła pocałunek. Z pewnością minęło całe pięć minut, odkąd to
robili.

*

Dyskretne  kaszlnięcie  sprawiło,  że  odsunęli  się  od  siebie  i  obrócili  głowy.  Naszedł  ich  Sesar  Karvall,  ojciec  Elaine,

siwowłosy  i  tęgi,  z  piersią  niebieskiego  munduru  lśniącą  od  orderów  i  odznaczeń,  z  szafirem  mrugającym  w  głowicy
paradnego sztyletu.

– Pomyślałem, że tu was znajdę – powiedział z uśmiechem. – Będziecie mieć dla siebie jutro, jutro i jutro, ale zmuszony

jestem wam przypomnieć, że dzisiaj przyjmujemy gości, i z chwili na chwilę ich przybywa.

– Kto przyleciał autolotem Wardów? – zapytała Elaine.
– Rovard Graufiss. I Otto Harkaman. Nie miałeś okazji go poznać, prawda, Lucasie?
–  Nie,  nie  zostaliśmy  sobie  przedstawieni.  Chciałbym,  zanim  znowu  poleci  w  kosmos.  –  Trask  osobiście  nie  miał  nic

przeciwko Harkamanowi, tylko przeciwko temu, co reprezentował. – Czy diuk przybędzie?

–  Na  pewno,  z  Lionelem  z  Newhaven  i  lordem  z  Northportu.  Obecnie  są  w  pałacu.  –  Karvall  się  zawahał.  –  Jego

siostrzeniec wrócił do miasta.

background image

Elaine nie kryła zdenerwowania.
– No nie! Mam nadzieję, że nie… – zaczęła mówić.
– Czy Dunnan znów ją niepokoił? – zapytał Trask.
–  Nic  godnego  uwagi.  Był  tu  wczoraj,  domagając  się  rozmowy  z  Elaine.  Zdołaliśmy  się  go  pozbyć  bez  większych

nieuprzejmości.

– Dla mnie będzie to godne uwagi, jeśli po jutrzejszym dniu nie zmieni swojego zachowania.
Traskowi  chodziło  o  spotkanie  sekundantów,  jego  i  Andraya  Dunnana,  choć  miał  nadzieję,  że  do  pojedynku  nie  dojdzie.

Nie chciał się strzelać z krewnym rodu Wardów, na dodatek niespełna rozumu.

– Strasznie mi go żal – mówiła Elaine. – Ojcze, powinieneś pozwolić, żebym ja z nim porozmawiała. Może mnie się uda

przemówić mu do rozsądku.

Sesar Karvall był zszokowany.
– Dziecko, nie możesz się na to narażać! Ten człowiek jest obłąkany! – Nagle zwrócił uwagę na jej nagie ramiona i ten

widok jeszcze bardziej nim wstrząsnął. – Elaine, twój szal!

Uniosła  ręce  i  go  nie  znalazła;  rozejrzała  się  z  pełnym  zawstydzenia  zmieszaniem.  Lucas,  rozbawiony,  podniósł  szal  z

krzaka, na który go rzuciła, i otulił jej ramiona, muskając je palcami. Potem gestem dał znać, żeby starszy mężczyzna ruszył
przed  nimi,  i  weszli  na  obsadzony  drzewami  cienisty  chodnik.  Na  drugim  końcu  w  otwartym  kręgu  szemrała  fontanna;  białe
marmurowe dziewczęta i chłopcy zażywali kąpieli w zielonym jak nefryt basenie. Był to kolejny łup z jednej z planet Starej
Federacji. Trask starał się unikać takich rzeczy, meblując Nowy Dom Traskonu. Mnóstwo łupów zacznie napływać na Gram,
gdy Otto Harkaman zabierze „Enterprise’a” w przestrzeń.

– Kiedyś będę musiała wrócić i złożyć im wizytę – szepnęła do niego Elaine. – Będą za mną tęsknić.
– Znajdziesz wielu nowych przyjaciół w swoim nowym domu – odparł równie cicho Trask. – Zaczekaj do jutra.
– Szepnę diukowi słówko w sprawie jego siostrzeńca – mówił Sesar Karvall, wciąż myśląc o Dunnanie. – Jeśli on z nim

pomówi, może wyniknie z tego coś dobrego.

– Wątpię. Nie sądzę, żeby diuk Angus miał na niego jakikolwiek wpływ.
Matka Dunnana była młodszą siostrą diuka. Dunnan odziedziczył po ojcu kwitnącą baronię. Teraz majątek tonął w długach

po czubek masztu antenowego dworu. Diuk kiedyś przejął długi Dunnana, ale odmówił zrobienia tego ponownie. Dunnan kilka
razy wyprawiał się w przestrzeń, jako młodszy oficer uczestnicząc w handlowo-grabieżczych podróżach do Starej Federacji.
Podobno  był  niezgorszym  astrogatorem.  Spodziewał  się,  że  wuj  powierzy  mu  dowództwo  nad  „Enterprise’em”,  co  było
niedorzeczne.  Rozczarowany,  zwerbował  kompanię  najemników  i  szukał  zatrudnienia.  Podejrzewano,  że  prowadzi
korespondencję z największym wrogiem wuja, diukiem Omfrayem z Glaspyth.

Co  gorsza,  był  obsesyjnie  zakochany  w  Elaine  Karvall,  przy  czym  jego  żarliwe  uczucie  zdawało  się  podsycać  własną

beznadziejnością. Trask pomyślał, że natychmiastowe wyruszenie w podróż kosmiczną może rzeczywiście okazać się dobrym
pomysłem. W Bigglersport na pewno jest jakiś statek, który niedługo wybierze się do jednego ze Światów Miecza.

*

Przystanęli u szczytu schodów ruchomych; ogród na dole był pełen gości, jasne szale pań i surduty mężczyzn przesuwały

się w barwnych wzorach wśród grządek kwiatowych, na trawnikach i pod drzewami. Wśród gości krążyły roboty służebne w
barwach Karvallów, czarne i płomieniście żółte, grając cichą muzykę i proponując przekąski. Nieprzerwana kolorowa spirala
gości wirowała wokół kolistego robostołu. Głosy szemrały wesoło jak górska rzeka.

Gdy  tak  stali,  patrząc  w  dół,  kolejny  autolot  zatoczył  niski  krąg,  zielono-złoty,  z  napisem  PANPLANETARNY  SERWIS

INFORMACYJNY. Sesar Karvall zaklął ze złością.

– Czyżby nie stosowali się do tego, co sami nazywają poszanowaniem prywatności? – zapytał.
– To wielkie wydarzenie, Sesarze.
W  istocie,  więcej  niż  zaślubiny  dwojga  osób,  które  przypadkiem  się  w  sobie  zakochały.  Było  to  małżeństwo  rolniczej

baronii  Traskonu  ze  stalowniami  Karvalla.  Więcej,  była  to  publiczna  deklaracja,  że  obie  baronie  ze  swoim  bogactwem  i
zbrojnymi  są  teraz  sprzymierzone  z  diukiem  Angusem  z  Wardshaven.  Dlatego  uroczystości  weselne  stały  się  świętem
publicznym.  Zamknięte  dziś  w  południe  zakłady  przemysłowe  podejmą  pracę  dopiero  pojutrze  rano,  w  każdym  parku  będą
tańce, a każdej gospodzie biesiady. W Światach Miecza byle jaki pretekst do świętowania był lepszy niż żaden.

–  Są  naszymi  ludźmi,  Sesarze,  i  mają  prawo  dobrze  się  z  nami  bawić.  Wiem,  że  wszyscy  w  Traskonie  oglądają  nas  na

ekranach – dokończył Trask.

Uniósł  rękę  i  pomachał  do  wozu  transmisyjnego,  a  kiedy  odbiornik  się  obrócił,  pokiwał  znowu.  Potem  zjechali  na  dół

długimi schodami.

background image

Pani Lawinia Karvall stała pośrodku gromadki matron i wdów, wokół których druhny pomykały jak wielobarwne motyle.

Objęła  swoją  córkę  w  posiadanie  i  pociągnęła  ją  do  kobiecego  kręgu.  Trask  wypatrzył  Rovarda  Graufissa,  niskiego  i
posępnego, prawą rękę diuka Angusa, i Burta Sandrasana, brata lady Lawiniy. Gdy rozmawiali, wyższy sługa w pelerynie z
żółtym płomieniem i czarnym młotem stalowni Karvalla podszedł do swojego pana z jakąś informacją o domowym problemie
i obaj się oddalili.

– Nie poznałeś kapitana Harkamana, Lucasie – powiedział Rovard Graufiss. – Chciałbym, żebyś podszedł, przywitał się i

wypił z nim drinka. Znam twoje nastawienie, ale to porządny gość. Osobiście żałuję, że mamy tu niewielu takich jak on.

Na tym właśnie polegało główne zastrzeżenie Traska. W każdym ze Światów Miecza ubywało ludzi takiego pokroju.

background image

II

Kilkunastu  mężczyzn  skupiało  się  wokół  robota-barmana  –  jego  kuzyn  i  prawnik  rodziny,  Nikkolay  Trask,  bankier  Lothar
Ffayle, Alex Gorram, budowniczy statków i jego syn Basil, baron Rathmore, a także inni arystokraci z Wardshaven, których
Trask znał tylko pobieżnie. I Otto Harkaman.

Harkaman był kosmicznym wikingiem i już przez samo to się wyróżniał, nawet gdyby nie przewyższał najwyższego z nich

o  głowę.  Nosił  krótką  czarną  marynarkę  szamerowaną  złotem  i  czarne  spodnie  zatknięte  w  buty  z  cholewami;  sztylet  u  jego
pasa służył nie tylko do ozdoby. Miał zmierzwione rudobrązowe włosy, na tyle gęste, że stanowiły dodatkową wyściółkę w
bojowym hełmie, i brodę przyciętą w kwadrat.

Walczył  na  Durendalu  dla  jednej  z  gałęzi  rodu  królewskiego  prowadzącej  bratobójczą  wojnę  o  tron.  Stanął  po

niewłaściwej stronie, wskutek czego stracił swój okręt, większość ludzi i niemal własne życie. Był uchodźcą bez grosza przy
duszy na Flambergu, posiadając tylko ubranie na grzbiecie, osobistą broń i wierność pół tuzina awanturników równie gołych
jak on, kiedy diuk Angus zaprosił go na Gram i zaproponował mu objęcie dowodzenia na „Enterprise”.

– Poznałem twoją piękną przyszłą pannę młodą, lordzie Trasku, co sprawiło mi ogromną przyjemność, i teraz, gdy mam

zaszczyt  poznać  ciebie,  winszuję  wam  obojgu.  –  Potem,  jakby  razem  wypili  bruderszaft,  popełnił  gafę,  bezceremonialnie
pytając: – Nie jesteś inwestorem w przedsięwzięciu Tanit, prawda?

Trask zaprzeczył i chciał na tym poprzestać. Niestety, młody Basil Gorram musiał się wtrącić.
–  Lord  Trask  nie  pochwala  tego  przedsięwzięcia  –  rzucił  pogardliwym  tonem.  –  Uważa,  że  powinniśmy  trzymać  się

własnego domu i mnożyć bogactwo, zamiast je trwonić na eksportowanie rozbojów i mordów do Starej Federacji.

Uśmiech pozostał na twarzy Otta Harkamana, tylko jego życzliwość zniknęła. Dyskretnie przełożył kieliszek do lewej ręki.
– Cóż, nasze operacje są definiowane jako grabieże i zabójstwa – zgodził się. – Kosmiczni wikingowie są zawodowymi

rabusiami i mordercami. Masz co do tego zastrzeżenia? A może występujesz z zarzutami pod moim adresem?

– Gdyby tak było, nie uścisnąłbym ci ręki ani nie wypił z tobą drinka – powiedział Trask. – Nie obchodzi mnie, ile planet

najechałeś  ani  ile  miast  złupiłeś,  ani  ilu  niewinnych,  jeśli  w  ogóle  tacy  są,  zmasakrowałeś  w  Starej  Federacji.
Prawdopodobnie  nie  robisz  niczego  gorszego  niż  oni  sami  wzajemnie  sobie  robili  przez  dziesięć  minionych  stuleci.  Jestem
tylko przeciwny napadaniu na Światy Miecza.

– Zwariowałeś! – wybuchnął Basil Gorram.
– Młody człowieku – upomniał go Harkaman – rozmowa toczy się pomiędzy lordem Traskiem i mną. Ponadto, kiedy ktoś

wygłasza  uwagę,  której  nie  pojmujesz,  nie  mów  mu,  że  zwariował.  Zapytaj  go,  co  ma  na  myśli.  Co  masz  na  myśli,  lordzie
Trasku?

–  Powinieneś  wiedzieć,  bo  przecież  właśnie  najechałeś  Gram,  żeby  stąd  zabrać  ośmiuset  naszych  najlepszych  ludzi.

Napadłeś na mnie, zabierając mi blisko czterdziestu pastuchów, robotników rolnych, drwali, operatorów maszyn. Wątpię, czy
będę w stanie zastąpić ich równie dobrymi. – Zwrócił się do starszego Gorrama: – Aleksie, ilu ty straciłeś na rzecz kapitana
Harkamana?

Gorram próbował ograniczyć liczbę do tuzina, ale gdy Trask go przycisnął, przyznał się do utraty trzydziestu: robotnicy,

inspektorzy  maszyn,  programiści,  kilku  inżynierów,  brygadzista.  Inni  niechętnie  pomrukiwali  na  znak  zgody.  Zakłady
inżynieryjne Burta Sandrasana straciły prawie tyle samo ludzi, również wykwalifikowanych. Nawet Lothar Ffayle powiedział,
że komputerowiec i sierżant straży rzucili u niego pracę.

Po odejściu ich wszystkich farmy, rancza i fabryki będą funkcjonować dalej, lecz niezupełnie tak samo jak wcześniej. Nic

na  Gramie,  nic  w  żadnym  ze  Światów  Miecza  nie  szło  tak  sprawnie  jak  trzy  stulecia  temu.  Poziom  życia  obniżał  się  jak
wschodni brzeg kontynentu, tak wolno, że świadectwem były tylko zapiski i pomniki przeszłości. Trask tyle im powiedział i
dodał:

– Do tego dochodzą straty genetyczne. Najlepsze geny Świata Miecza dosłownie uciekają w kosmos, jak atmosfera planety

o  niskiej  grawitacji.  Każde  pokolenie  poczęte  przez  ojców  jest  nieco  gorsze  od  poprzedniego.  Nie  było  tak  źle,  kiedy
kosmiczni wikingowie wyruszali na swoje wyprawy bezpośrednio ze Światów Miecza, bo raz na jakiś czas wracali do domu.
Teraz podbijają planety w Starej Federacji, tam zakładają bazy i zostają.

*

background image

Wszyscy  zaczęli  się  odprężać:  nie  dojdzie  do  zwady.  Harkaman,  który  z  powrotem  przełożył  kieliszek  do  prawej  ręki,

zachichotał.

– To prawda. Wiele dzieci spłodziłem w Starej Federacji i znam kosmicznych wikingów, których ojcowie urodzili się na

planetach  Starej  Federacji.  –  Zwrócił  się  do  Basila  Gorrama:  –  Teraz  widzisz,  że  ten  dżentelmen  wcale  nie  jest  szalony.
Nawiasem mówiąc, tak właśnie rzeczy się miały w Federacji Terrańskiej. Wszyscy najlepsi odeszli, żeby zakładać kolonie, a
na  Terze  zostali  tylko  biurokraci,  potakiwacze,  bezmyślne  owce  i  ludzie  ceniący  przede  wszystkim  własne  bezpieczeństwo.
Tylko tacy zostali i próbowali rządzić galaktyką.

– Być może dla ciebie, kapitanie, to wszystko jest nowe – odezwał się cierpko Rovard Grauffis – ale dla nas wszystkich

przemowa  żałobna  lorda  Traska  nad  zmierzchem  i  upadkiem  Światów  Miecza  jest  starą  piosenką.  Mam  zbyt  wiele  do
zrobienia, żeby tu zostać i dyskutować.

Natomiast Lothar Ffayle najwyraźniej zamierzał zostać i dyskutować.
– Wszystko o czym mówisz, Lucasie, świadczy, że się rozwijamy. Chcesz, żebyśmy tu siedzieli i powiększali przeludnienie

jak Terra w pierwszym stuleciu?

– Jakie przeludnienie? Mamy trzy i pół miliarda ludzi rozrzuconych na dwunastu planetach. Tyle mieli na samej Terze. I

nam osiągnięcie tej liczby zajęło osiem stuleci.

Zaczęło się w dziewiątym stuleciu ery atomowej, po zakończeniu wielkiej wojny. Tysiące mężczyzn i kobiet na Abigorze

odmówiło kapitulacji i zajęło resztki floty Państw Sprzymierzonych Systemu, żeby ruszyć w kosmos na poszukiwanie świata, o
którym Federacja nigdy nie słyszała i którego nie znajdzie przez długi czas. Ten świat nazwali Excaliburem. Z niego ich wnuki
skolonizowały  Joyeuse,  Durendala  i  Flamberga;  Hauteclere  zasiedlony  został  przez  następne  pokolenie  z  Joyeuse,  a  Gram  z
Hauteclere.

–  Nie  rozwijamy  się,  Lotharze,  tylko  kurczymy.  Przestaliśmy  się  rozwijać  trzysta  pięćdziesiąt  lat  temu,  kiedy  wrócił  na

Morglaya  statek  ze  Starej  Federacji  i  zameldował,  co  się  tam  stało  od  czasu  wielkiej  wojny.  Wcześniej  odkrywaliśmy  i
kolonizowaliśmy nowe planety. Teraz zbieramy kości martwej Federacji Terrańskiej.

Coś  się  działo  na  podeście  przy  schodach  ruchomych,  bo  podekscytowani  ludzie  zmierzali  w  tamtą  stronę,  a  wozy

transmisyjne krążyły w powietrzu jak sępy nad chorą krową. Harkaman zaczął się zastanawiać, z nadzieją, czy nie doszło do
jakiejś burdy.

–  Wywalają  jakiegoś  pijaka  –  skomentował  Nikkolay,  kuzyn  Traska.  –  Sesar  wpuścił  tu  dziś  całe  Wardshaven.  Ale,

Lucasie,  wracając  do  przedsięwzięcia  Tanit.  To  nie  będzie  akcja  w  stylu  szybka  napaść  i  ucieczka.  Zajmiemy  całą  planetę,
która za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat stanie się kolejnym Światem Miecza.

–  A  w  ciągu  kolejnego  stulecia  podbijemy  całą  Federację  –  zadeklarował  baron  Rathmore.  Był  politykiem  i  nigdy  nie

przejmował się przesadą swoich deklaracji.

–  Jednego  nie  rozumiem  –  zaznaczył  Harkaman.  –  Dlaczego  popierasz  diuka  Angusa,  lordzie  Trasku,  skoro  uważasz,  że

przedsięwzięcie Tanit wyrządza tak wielką szkodę Gramowi?

– Gdyby Angus tego nie zrobił, zrobiłby to ktoś inny. Ale Angus chce zostać królem Grama, a ja nie sądzę, żeby ktoś inny

mógł  tego  dokonać.  Ta  planeta  potrzebuje  jedynowładztwa.  Nie  wiem,  co  widziałeś  poza  tym  księstwem,  lecz  nie  uważaj
Wardshaven za typowy przykład. Niektóre z innych księstw, jak Glaspyth czy Didreksburg, są dosłownie wylęgarniami żmij.
Wszyscy najwięksi baronowie skaczą sobie do gardeł i nie potrafią przywołać do porządku nawet swoich rycerzy i wasalnych
baronów. Ha, na południowym kontynencie od ponad dwóch stuleci trwa żałosna wojenka.

–  Prawdopodobnie  tam  Dunnan  zamierza  pociągnąć  ze  swoją  armią  –  odezwał  się  baron  produkujący  roboty.  –  Mam

nadzieję, że zostanie starta i on razem z nią.

– Nie trzeba się wyprawiać na południowy kontynent, wystarczy pójść do Glaspyth – wtrącił ktoś inny.
– Cóż, nie mamy monarchii planetarnej, która pilnowałaby porządku. Ta planeta cofnie się w rozwoju jak wiele innych w

Starej Federacji.

– Daj spokój, Lucasie! – zaprotestował Alex Gorram. – To posuwa się za daleko.
–  Tak,  po  pierwsze,  nie  mamy  neobarbarzyńców  –  zauważył  ktoś  inny.  –  I  jeśli  kiedyś  się  tu  zjawią,  w  okamgnieniu

zdmuchniemy ich do em-ce-kwadratu. Może zresztą taki najazd wyszedłby nam na dobre, bo zaprzestalibyśmy kłótni między
sobą.

Harkaman patrzył na niego ze zdziwieniem.
–  Kim,  jak  sądzisz,  są  neobarbarzyńcy?  –  zapytał.  –  Jakimś  ludem  najeźdźczych  nomadów,  Hunami  Attyli  w  statkach

kosmicznych?

– Czy właśnie nie tym? – zapytał Gorram.
– Na Niflheim, nie! W Starej Federacji nawet półtora tuzina planet nie dysponuje hipernapędem, a wszystkie uchodzą za

cywilizowane. Oczywiście pod warunkiem, że określenie „cywilizowane” odnosi się do poziomu, na jakim stoi Gilgamesz –
dodał.  –  Są  barbarzyńcy  domowego  chowu.  Robotnicy  i  wieśniacy,  którzy  się  zbuntowali,  żeby  przejmować  i  rozdzielać

background image

bogactwa, a potem nagle stwierdzili, że zniszczyli środki produkcji i zabili wszystkie umysły techniczne. Są potomkowie tych,
którzy przetrwali na planetach atakowanych podczas wojen międzygwiezdnych od jedenastego do trzynastego stulecia i stracili
maszynerię  cywilizacji.  Są  zwolennicy  przywódców  politycznych  na  lokalnych  dyktatorskich  planetach.  Kompanie
bezrobotnych najemników żyjących z grabieży. Fanatycy religijni słuchający samozwańczych proroków.

–  Sądzisz,  że  tu,  na  Gramie,  nie  mamy  mnóstwa  materiału  na  neobarbarzyństwo?  –  zapytał  Trask.  –  Jeśli  tak,  to  się

rozejrzyj.

Glaspyth, ktoś powiedział.
– Banda szubieniczników, których zwerbował Andray Dunnan – napomknął Rathmore.
Alex  Gorram  gderliwie  mamrotał,  że  w  jego  stoczni  takich  nie  brakuje,  agitatorów  powodujących  kłopoty,  próbujących

zorganizować strajk, żeby pozbyć się robotów.

–  Tak.  –  Harkaman  rzucił  się  na  to  ostatnie.  –  Znam  co  najmniej  czterdzieści  przykładów  ruchów  luddystów  na  półtora

tuzinie planet i na przestrzeni ostatnich ośmiu stuleci. Mieli je na Terze w drugim wieku przedatomowym. I później, gdy Wenus
odłączyła się od Pierwszej Federacji, przed zorganizowaniem Drugiej.

– Interesujesz się historią? – zapytał Rathmore.
–  To  mój  konik.  Wszyscy  astronauci  mają  jakieś  hobby.  W  hiperprzestrzeni  jest  niewiele  do  roboty,  a  nuda  to  najgorszy

wróg. Mój oficer artylerii, Vann Larch, jest malarzem. Większość jego prac przepadła wraz z „Korysandą” na Durendalu, ale
na Flambergu parę razy uchronił nas przed głodowaniem, malując i sprzedając obrazy. Mój astrogator hiperprzestrzenny, Guatt
Kirbey, komponuje muzykę, próbując wyrazić matematykę teorii hiperprzestrzennej w terminach muzycznych. Mnie to niewiele
obchodzi  –  przyznał.  –  Studiuję  historię.  Wiecie,  to  ciekawe.  Praktycznie  wszystko,  co  się  wydarzyło  na  każdej  z
zamieszkałych planet, miało miejsce na Terze przed skonstruowaniem pierwszego statku kosmicznego.

W ogrodzie panowała cisza, wszyscy skupili się przy podeście schodów ruchomych. Harkaman powiedziałaby coś więcej,

ale w tej chwili zobaczył sześciu przebiegających umundurowanych strażników Sesara Karvalla. Mieli hełmy i kombinezony
kuloodporne; jeden z nich trzymał autokarabin, a pozostali dzierżyli guzowate plastikowe pałki. Kosmiczny wiking odstawił
drinka.

–  Idziemy  –  powiedział.  –  Nasz  gospodarz  wzywa  swoje  oddziały.  Sądzę,  że  również  goście  powinni  zająć  stanowiska

bojowe.

background image

III

Odświętnie ubrany tłum tworzył półkole przed podestem schodów. Wszyscy przyglądali się z pełną zakłopotania ciekawością,
ci  z  tyłu  wyciągali  szyje,  patrząc  nad  ramionami  tych  z  przodu.  Panie  ze  sztywną  formalnością  szczelniej  otuliły  ramiona
szalami, wiele nawet nakryło głowy. W górze krążyły cztery wozy reporterskie; cokolwiek się działo, wiadomości rozejdą się
po  całej  planecie.  Strażnicy  Karvalla  próbowali  się  przebić  przez  tłum.  Ich  sierżant  powtarzał  bez  końca:  „Proszę,  panie  i
panowie; przepraszam, szlachetny panie”, i nie robił żadnych postępów.

Otto Harkaman zaklął z obrzydzeniem i odepchnął sierżanta na bok.
– Z drogi! – ryknął. – Przepuścić straże. – To rzekłszy, drugą ręką o mało nie przewrócił strojnie odzianego pana. Obaj

odwrócili  głowy,  mierząc  się  gniewnym  wzrokiem,  po  czym  mężczyzna  śpiesznie  zszedł  mu  drogi.  Trask,  medytując  nad
korzyściami płynącymi z grubiaństwa w sytuacji kryzysowej, szedł za nim wraz z innymi. Wielki kosmiczny wiking po prostu
wyorał ścieżkę do miejsca, gdzie stali Sesar Karvall z Rovardem Grauffisem i kilkoma innymi.

Naprzeciwko nich stało czterech mężczyzn w czarnych pelerynach, plecami do schodów ruchomych. Dwaj byli pachołkami

z pospólstwa, a ściślej mówiąc, wynajętymi bandytami. Nie szczędzili starań, żeby trzymać ręce na widoku i chyba żałowali,
że  nie  są  gdzieś  indziej.  Mężczyzna  z  przodu  nosił  beret  z  brylantowym  słoneczkiem  i  pelerynę  z  jasnoniebieską  jedwabną
podszewką.  Miał  chudą  twarz  ze  szpiczastym  podbródkiem,  głębokimi  bruzdami  wokół  ust  i  cieniutkim  czarnym  wąsikiem.
Wokół tęczówek jego oczu widać było białka i od czasu do czasu mimowolny grymas wykrzywiał jego usta. Andray Dunnan.
Trask przez chwilę się zastanawiał, kiedy będzie musiał na niego spojrzeć z odległości dwudziestu pięciu metrów znad muszki
pistoletu. Twarz nieco wyższego brodatego mężczyzny, który stał u jego boku, była biała jak papier, pozbawiona wyrazu. Był
to  niejaki  Nevil  Ormm.  Nikt  nie  miał  pewności,  skąd  pochodzi  ten  człowiek,  ale  było  wiadomo,  że  jest  prawą  ręką  i
nieodłącznym towarzyszem Dunnana.

–  Łżesz!  –  krzyczał  Dunnan.  –  Łżesz  jak  pies,  kłamiesz  w  żywe  oczy,  wszyscy  kłamiecie!  Przechwytywałeś  każdą

wiadomość, którą próbowała mi wysłać.

– Moja córka nie wysyłała do ciebie żadnych wiadomości, lordzie Dunnanie – powiedział pan Sesar Karvall z wymuszoną

cierpliwością. – Żadnych poza jedną, którą właśnie ci przekazałem, że nie chce mieć z tobą nic wspólnego.

–  Myślisz,  że  w  to  uwierzę?  Trzymasz  ją  jak  więźnia  i  Szatan  tylko  wie,  jak  ją  torturujesz,  żeby  zmusić  do  tego

obrzydliwego małżeństwa…

Wśród widzów zapanowało poruszenie, bo tymi słowy Dunnan przekroczył wszelkie granice przyzwoitości. Świadkowie

zajścia,  jakkolwiek  dobrze  wychowani,  dali  upust  swoim  uczuciom.  Nad  pomrukiem  niedowierzania  wzbił  się  wyraźny
kobiecy głos:

– No tak, doprawdy! On rzeczywiście jest obłąkany!
Dunnan, jak wszyscy inni, usłyszał ten komentarz.
– Ja jestem obłąkany? – wybuchnął. – Ponieważ potrafię przejrzeć tę zakłamaną blagę? Obecnemu tu Lucasowi Traskowi

zależy na udziałach w stalowniach Karvalla, a obecny tu Sesar Karvall chce mieć dostęp do rud żelaza na ziemiach Traskonu.
Mój umiłowany wuj chce pomocy ich obu, żeby ukraść księstwo Omfraya z Glaspyth. Jest tutaj również lichwiarz Ffayle, który
próbuje  mi  wydrzeć  moje  włości,  i  Rovard  Grauffis,  pies  aportujący  mojego  wuja,  który  nie  kiwnął  palcem,  żeby  uchronić
swojego  krewnego  przed  ruiną,  i  ten  cudzoziemski  przybłęda  Harkaman,  który  podstępem  pozbawił  mnie  dowództwa
„Enterprise’a”. Wszyscy spiskujecie przeciwko mnie…

–  Sir  Nevilu  –  zaczął  Grauffis  –  z  pewnością  widzisz,  że  lord  Dunnan  nie  jest  sobą.  Jeśli  naprawdę  jesteś  jego

przyjacielem, zabierz go stąd, zanim przybędzie diuk Angus.

Ormm się pochylił i naglącym tonem przemówił do ucha Dunnana. Dunnan odepchnął go ze złością.
– Wielki Szatanie, i ty przeciwko mnie? – zapytał.
Ormm chwycił go za ramię.
– Ty głupcze, czy chcesz wszystko zniszczyć teraz, gdy… – Ściszył głos; reszty wypowiedzi nie było słychać.
– Nie, przeklęty, nie odejdę, dopóki z nią nie porozmawiam, twarzą w twarz…
Wśród  widzów  zapanowało  kolejne  poruszenie.  Tłum  się  rozstępował.  Przybyła  Elaine,  a  za  nią  jej  matka  i  lady

Sandarsan  z  pięcioma  czy  sześcioma  innymi  matronami.  Wszystkie  miały  szale  na  głowach,  z  prawymi  końcami  na  lewym
ramieniu. Wszystkie się zatrzymały z wyjątkiem Elaine, która zrobiła kilka kroków i stanęła przed Andrayem Dunnanem. Trask
nigdy nie wiedział, żeby wyglądała piękniej, ale było to lodowate piękno ostrego sztyletu.

background image

– Lordzie Dunnanie, co pragniesz mi powiedzieć? – zapytała. – Mów szybko, a potem odejdź, nie jesteś tu bowiem mile

widziany.

–  Elaine!  –  krzyknął  Dunnan,  robiąc  krok  w  jej  stronę.  –  Dlaczego  okrywasz  głowę,  dlaczego  mówisz  do  mnie  jak  do

obcego? Jestem Andray, który cię kocha. Dlaczego im pozwalasz, żeby cię zmuszali do tego niegodziwego małżeństwa?

– Nikt mnie nie zmusza, wychodzę za lorda Traska z własnej nieprzymuszonej woli, ponieważ go kocham. A teraz odejdź,

proszę, i nie sprawiaj kłopotów na moim weselu.

–  To  kłamstwo!  Kazali  ci  tak  powiedzieć!  Nie  musisz  za  niego  wychodzić,  nie  mogą  cię  zmusić.  Chodź  ze  mną,

natychmiast. Nie ośmielą się nas zatrzymać. Zabiorę cię daleko od tych okrutnych, chciwych ludzi. Kochasz mnie, zawsze mnie
kochałaś. Mówiłaś mi, że mnie kochasz, powtarzałaś bez końca…

Tak,  tak  właśnie  było  w  jego  prywatnym  wyimaginowanym  świecie,  w  świecie  fantazji,  który  się  stał  rzeczywistością

Andraya  Dunnana.  W  tym  świecie  Elaine  Karvall,  stworzona  przez  jego  wyobraźnię,  istniała  tylko  po  to,  żeby  go  kochać.
Stojąc przed prawdziwą Elaine, po prostu odrzucał rzeczywistość.

– Nigdy cię nie kochałam, lordzie Dunnanie, i nigdy ci tak nie mówiłam. Nigdy też nie czułam do ciebie nienawiści, teraz

jednak sprawiasz, że jest mi bardzo trudno cię nie nienawidzić. Odejdź i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy.

To  rzekłszy,  odwróciła  się  i  ruszyła  przez  tłum,  który  się  przed  nią  rozstępował.  Jej  matka,  ciotka  i  pozostałe  damy

podążyły za nią.

–  Okłamałaś  mnie!  –  wrzasnął  za  nią  Dunnan.  –  Kłamałaś  przez  cały  czas.  Jesteś  równie  niegodziwa  jak  oni  wszyscy!

Wszyscy spiskują i knują przeciwko mnie, zdradzają mnie. Wiem, o co chodzi. Chcecie podstępem pozbawić mnie moich praw
i  zachować  mojego  wuja  uzurpatora  na  książęcym  tronie.  A  ty,  ladacznico  o  fałszywym  sercu,  jesteś  najgorsza  z  nich
wszystkich!

Sir  Nevil  Ormm  złapał  go  za  ramię  i  obrócił,  pchając  w  kierunku  schodów.  Dunnan  się  szamotał,  wrzeszcząc  coś

nieartykułowanie i wyjąc jak raniony wilk. Ormm przeklinał wściekle.

– Wy dwaj! – krzyknął. – Pomóżcie mi. Złapcie go.
Dunnan  wciąż  wył,  gdy  siłą  pociągnęli  go  na  schody.  Zasłoniły  go  peleryny  dwóch  pachołków,  ozdobione  herbowym

półksiężycem Dunnana, jasnoniebieskim na czarnym tle. Po chwili autolot z błękitnym półksiężycem wystartował i odleciał.

– Lucasie, on jest szalony – powtórzył z uporem Sesar Karvall. – Elaine nie zamieniła z nim nawet pięćdziesięciu słów,

odkąd wrócił z ostatniej podróży…

Trask się roześmiał i położył rękę na jego ramieniu.
– Wiem, Sesarze. Chyba nie sądzisz, że potrzebowałem zapewnienia?
–  Szalony  –  wtrącił  Rovard  Grauffis.  –  Czy  słyszeliście,  co  mówił  o  swoich  prawach?  Zaczekajcie,  aż  usłyszy  o  tym

Jaśnie Oświecony Książę.

– Czyżby wysuwał roszczenia do książęcego tronu, Sir Rovardzie? – zapytał Otto Harkaman, ostro i poważnie.
– No tak, twierdzi, że jego matka przyszła na świat półtora roku przed księciem Angusem i że zafałszowano prawdziwą

datę  jej  narodzin,  żeby  Angus  odziedziczył  tron.  A  to  dopiero!  Obecny  Jaśnie  Oświecony  Książę  miał  trzy  lata,  kiedy  jego
siostra przyszła na świat. Byłem giermkiem starego diuka Fergusa, nosiłem Angusa na ramieniu, kiedy matka Andraya Dunnana
została przedstawiona lordom i baronom na drugi dzień po narodzinach.

–  Oczywiście,  że  jest  szalony  –  zgodził  się  Alex  Gorram.  –  Nie  wiem,  dlaczego  diuk  go  nie  skieruje  na  przymusowe

leczenie psychiatryczne.

– Ja go wykuruję – powiedział Harkaman, przeciągając palcem pod brodą. – Wariaci pretendujący do tronów są bombami,

które należy rozbroić, zanim coś wysadzą w powietrze.

– Nie możemy tego zrobić – zaznaczył Grauffis. – Przecież jest siostrzeńcem diuka Angusa…
– Ja mógłbym – zaproponował Harkaman. – Ma w swojej kompanii tylko trzystu ludzi. Szatan jeden wie, dlaczego w ogóle

pozwoliliście mu ich zwerbować – dodał jakby nawiasem. – Ja mam ośmiuset, w tym pięciuset do walki lądowej. Chciałbym
zobaczyć,  jak  się  sprawiają,  zanim  wyruszymy  w  kosmos.  Mogę  przygotować  ich  do  akcji  w  dwie  godziny  i  przed  północą
będzie już po krzyku.

–  Nie,  kapitanie  Harkaman,  Jaśnie  Oświecony  Książę  nigdy  na  to  nie  pozwoli  –  zaprotestował  Grauffis.  –  Nie  masz

pojęcia o szkodach politycznych, jakie spowodowałoby to wśród niezależnych lordów, na których wsparcie liczymy. Nie było
cię na Gramie, kiedy diuk Ridgerd z Didreksburga kazał otruć drugiego męża swojej siostry Sancii…

background image

IV

Stanęli w cieniu kolumnady. Główny dolny taras był jak zatłoczony plac, z głośników po raz szósty czy ósmy płynęła wiązanka
starych  pieśni  miłosnych.  Trask  spojrzał  na  zegarek:  minęło  dziewięćdziesiąt  sekund  od  czasu,  kiedy  zrobił  to  poprzednim
razem. Zostało piętnaście minut do rozpoczęcia ceremonii, do tego trzeba dodać kolejne piętnaście na toasty i życzenia. Źaden
ślub,  jakkolwiek  pompatyczny,  nie  trwa  dłużej  niż  pół  godziny.  W  takim  razie  jeszcze  godzina,  zanim  wsiądzie  z  Elaine  do
autolotu i popędzi w kierunku Traskonu.

Pieśni miłosne nagle się urwały. Po krótkiej ciszy zagrzmiał wzmocniony ryk trąbki: „Książęcy salut”. Tłum znieruchomiał,

brzęczenie głosów przycichło. Górny podest schodów ruchomych rozbłysnął kolorami i książęcy orszak ruszył na dół. Pluton
strażników w czerwono-żółtych uniformach, w pozłacanych hełmach, z halabardami przybranymi kitami. Giermek trzymający
Miecz  Stanu.  Diuk  Angus  ze  swoimi  doradcami,  wśród  nich  Otto  Harkaman.  Księżna  Flavia  i  jej  damy  do  towarzystwa.
Dworzanie  z  małżonkami.  Więcej  strażników.  Wybuchły  radosne  okrzyki.  Autoloty  serwisów  informacyjnych  zajęły  pozycje
nad  orszakiem.  Kuzyn  Nikkolay  i  kilku  innych  mężczyzn  wyszło  spomiędzy  kolumn  w  światło  słońca;  podobny  ruch  miał
miejsce po drugiej stronie tarasu. Orszak książęcy dotarł do końca centralnego przejścia, zatrzymał się i rozlokował.

– W porządku, zasuwamy – powiedział kuzyn Nikkolay, występując do przodu.
Minęło dziesięć minut, odkąd wyszli na zewnątrz, kolejnych pięć na zajęcie miejsca. Jeszcze pięćdziesiąt minut, pomyślał

Trask, a oboje z Elaine – lady Elaine Trask z Traskonu, naprawdę i na zawsze – polecą do domu.

– Jesteś pewien, że auto gotowe? – zapytał po raz setny.
Kuzyn  zapewnił  go,  że  tak.  Zaczęła  grać  muzyka,  tym  razem  stateczny  „Szlachecki  marsz  weselny”,  butny  i  jednocześnie

sentymentalny. Po drugiej stronie tarasu pojawiły się postacie w czerni i płomienistej żółcieni Karvallów. Sekretarz i prawnik
Sesara  Karvalla,  kierownictwo  stalowni,  kapitan  straży  Karvalla,  druhny  prowadzone  przez  panią  Lawinię  Karvall  i  sam
Sesar z Elaine u boku: miała szal czarno-żółty. Trask się rozejrzał z nagłym strachem.

–  Na  litość  Szatana,  gdzie  nasz  szal?  –  zapytał  i  zaraz  potem  się  odprężył,  kiedy  drużba  mu  go  pokazał,  zielono-

złotawobrązowy w barwach Traskonu.

W końcu obie grupy się zatrzymały w odległości dziesięciu jardów przed diukiem.

*

– Kto do nas podchodzi? – zapytał diuk Angus, zwracając się do kapitana swojej straży.
Miał  szczupłą,  pociągłą  twarz  i  szpiczastą  bródkę.  Na  głowie  nosił  wąską  złotą  opaskę,  którą  zamierzał  zamienić  na

królewską koronę i przez większą część czasu kombinował, jak tego dokonać. Kapitan straży powtórzył pytanie.

– Jestem Sir Nikkolay Trask, prowadzę mojego kuzyna i suzerena, Lucasa, lorda Traska, barona Traskonu. Przybywa po

lady-pannę  Elaine,  córkę  lorda  Sesara  Karvalla,  barona  stalowni  Karvalla,  i  po  zgodę  Jaśnie  Oświeconego  Księcia  na
zawarcie związku małżeńskiego.

Sir  Maxannon  Zhirgay,  zaufany  Sesara  Karvalla,  przedstawił  siebie  i  swojego  pana.  Oznajmił,  że  przyprowadzili  lady-

pannę Elaine, żeby poślubiła lorda Traska z Traskonu. Diuk, zadowolony, że ma do czynienia z osobami, do których się może
zwracać  bezpośrednio,  zapytał,  czy  ustalono  warunki  umowy  małżeńskiej.  Obie  strony  odpowiedziały  twierdząco.  Sir
Maxannon  podał  diukowi  zwój;  diuk  Angus  zaczął  czytać  sztywne  i  precyzyjne  sformułowania.  Małżeństwa  pomiędzy
szlacheckimi  rodami  nie  były  sprawą  otwartą  do  dyskusji;  wiele  przelanej  krwi  i  spalonego  prochu  było  skutkiem
niejednoznaczności  jakiegoś  paragrafu  dotyczącego  sukcesji,  spadku  czy  wdowich  praw.  Lucas  znosił  to  cierpliwie,  bo  nie
chciał,  żeby  z  powodu  źle  umiejscowionego  przecinka  prawnuki  jego  i  Elaine  rozstrzygały  jakąś  sporną  kwestię  za  pomocą
pistoletów.

– I czy stojące przed nami osoby z własnej woli chcą zawrzeć związek małżeński? – zapytał diuk, kiedy zakończył lekturę.

Mówiąc,  przesunął  się  do  przodu,  i  giermek  podał  mu  dwuręczny  Miecz  Stanu,  dość  ciężki,  by  ściąć  głowę  bizonoidowi.
Trask  wystąpił,  Sesar  Karvall  podprowadził  Elaine.  Prawnicy  i  giermkowie  rozstąpili  się  na  boki.  –  Co  powiesz,  lordzie
Trasku? – zapiał niemal konwersacyjnym tonem.

– Całym sercem, Jaśnie Oświecony Książę.
– A ty, lady-panno Elaine?

background image

– To moje najgorętsze pragnienie, Jaśnie Oświecony Książę.
Diuk chwycił miecz za głownię i wyciągnął w ich stronę. Oboje położyli ręce na wysadzanej klejnotami głowicy.
–  Czy  wy,  i  wasze  rody,  uznajecie  książęcą  suwerenność  Angusa,  diuka  Wardshaven,  i  czy  przysięgacie  wierność  nam  i

naszym prawowitym następcom?

–  Tak.  –  Odpowiedzieli  nie  tylko  Trask  i  Elaine,  ale  wszyscy  wokół  nich,  a  cały  tłum  w  ogrodach  gromko  wykrzyknął

potwierdzenie. Nad całym tym zgiełkiem ktoś z większym entuzjazmem niż dyskrecją ryczał:

– Niech żyje Angus Pierwszy z Grama!
– A my, Angus, nadajemy wam dwojgu i waszym rodom prawo do noszenia naszego znaku, jeśli uznacie to za stosowne, i

zobowiązujemy  się  do  ochrony  waszych  praw  przed  wszystkimi  bez  wyjątku,  którzy  spróbują  je  naruszyć.  Oznajmiamy
również,  że  wasze  małżeństwo  i  ugoda  pomiędzy  waszymi  rodami  sprawia  nam  przyjemność,  i  przysięgamy  wam  obojgu,
Lucasie i Elaine, że jesteście poślubieni w oczach prawa i że ten, kto zakwestionuje niniejszy związek, rzuci wyzwanie nam, w
naszą twarz i wbrew naszej woli.

Nie były to dokładnie słowa wygłaszane przez księcia pana na Gramie. Była to formuła używana przez planetarnego króla,

jak Napolyon z Flamberga czy Rodolf z Excalibura. Gdy Trask o tym pomyślał, zdał sobie sprawę, że Angus konsekwentnie
używał  pluralis  majestis.  Możliwe,  że  ten  facet,  który  krzyknął  o  Angusie  Pierwszym  z  Grama,  zrobił  tylko  to,  za  co  mu
zapłacono.  Przebieg  uroczystości  transmitowany  był  przez  telewizję.  Omfray  z  Glaspyth  i  Ridgerd  z  Didreksburga  wszystko
słyszeli i pewnie już w tej chwili zaczynali werbować najemników. Przyszło mu na myśl, że może dzięki temu pozbędzie się
Dunnana.

Diuk przekazał giermkowi dwuręczny miecz. Młody rycerz podał Traskowi zielono-złotobrązowy szal, a Elaine zrzuciła z

ramion swój, ten czarno-żółty – jedyny raz, kiedy szanowana kobieta robi to publicznie. Jej matka złapała go w locie i złożyła.
Trask  podszedł  i  okrył  ramiona  Elaine  barwami  Trasków,  po  czym  wziął  ją  w  objęcia.  Znów  wzniosły  się  wiwaty,  a  kilku
strażników Sesara Karvalla zaczęło strzelać w ogrodach z działka.

*

Toasty i wymiana uścisków dłoni ze wszystkimi, którzy się wokół tłoczyli, trwały nieco dłużej, niż Trask się spodziewał.

W  końcu  orszak  weselny  ruszył  długim  chodnikiem  na  lądowisko.  Diuk  i  jego  świta  przesunęli  się  na  tyły,  żeby  się
przygotować do uczty, w której mieli uczestniczyć wszyscy oprócz młodej pary. Jedna z druhen podała Elaine ogromny bukiet
do rzucenia ze schodów ruchomych. Elaine wzięła kwiaty na jedną rękę, a drugą ścisnęła dłoń Traska.

– Kochanie, naprawdę się udało – szepnęła, jakby było to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. – Czyż nie?
Jeden  z  pojazdów  transmisyjnych  –  pomarańczowo-błękitny,  należący  do  stacji  Telewizja  i  Teledruk  Ziem  Zachodnich  –

unosił  się  tuż  przed  nimi,  opadając  ku  lądowisku.  Przez  chwilę  Trask  był  zły,  ponieważ  przekroczyli  zewnętrzną  orbitę
dziennikarskich zasad przyzwoitości, nawet jak na nich. Potem się roześmiał. Dzisiaj był zbyt szczęśliwy, żeby na cokolwiek
się złościć. U stóp schodów Elaine zzuła złocone pantofelki – w samochodzie czekała kolejna para, osobiście tego dopilnował
– weszli na stopień i oboje się odwrócili. Druhny podbiegły i zaczęły walczyć o pantofelki, nie bacząc, że niszczą suknie, a
kiedy  byli  w  połowie  drogi,  Elaine  uniosła  bukiet  i  zrzuciła  na  nie  pachnącą  bombę  kolorów.  Dziewczęta  chwytały  kwiaty,
wrzeszcząc jak opętane. Elaine stała, posyłając wszystkim całusy, podczas gdy Trask potrząsał zaciśniętymi rękami nad głową,
aż dojechali na szczyt.

Kiedy  się  odwrócili  i  zeszli  ze  zachodów,  pomarańczowo-błękitny  pojazd  wylądował  wprost  przed  nimi,  tarasując  im

drogę. Trask, teraz naprawdę wciekły, ruszył z przekleństwem na ustach. Nagle zobaczył, kto siedzi w aucie.

Andray Dunnan, z wykrzywioną twarzą i cienkim wąsem podrygującym nad górną wargą, odsunął boczne okno, pochylił

lufę pistoletu maszynowego i wysunął ją na zewnątrz.

Trask krzyknął, jednocześnie popychając Elaine, żeby przewrócić ją na ziemię. Sam skoczył do przodu, żeby ją osłonić,

gdy karabin zajazgotał. Coś uderzyło go w pierś, prawa noga się pod nim ugięła. Upadł…

Spadał, spadał i spadał bez końca, przez ciemność, tracąc przytomność.

background image

V

Był ukrzyżowany, z głową zwieńczoną cierniową koroną. Komu to zrobili? Komuś dawno temu, na Terze. Ręce miał sztywno
wyciągnięte i obolałe; stopy i nogi też go bolały i nie mógł nimi ruszyć, i coś go kłuło w czoło. Co gorsza, był ślepy.

Nie,  po  prostu  miał  zamknięte  oczy.  Z  trudem  uchylił  powieki  i  zobaczył  przed  sobą  białą  ścianę  pokrytą  wzorem

błękitnych płatków śniegu, i zdał sobie sprawę, że to sufit, że leży na plecach. Nie mógł poruszyć głową, ale zdołał zobaczyć,
że jest zupełnie nagi, otoczony przez plątaninę rurek i przewrotów, co go zdziwiło. Potem zrozumiał, że leży nie na łóżku, ale
na robomedyku,  że  rurki służą  do  podawania leków,  odsączania  rany  i karmienia  dożylnego,  że przewody  są  podłączone  do
elektrod rozmieszczonych na jego ciele dla celów diagnostycznych, a koroną cierniową są kolejne elektrody encefalografu. Już
kiedyś był na jednym z tych robomedyków, kiedy zranił go bizonoid podczas spędzania bydła.

O  to  chodzi,  jest  poddawany  leczeniu.  Miał  wrażenie,  że  kuracja  trwa  bardzo  długo.  W  tym  czasie  wydarzyło  się  tyle

rzeczy… z pewnością tylko mu się przyśniły.

Nagle sobie przypomniał i spróbował się podnieść, bez powodzenia.
– Elaine! – krzyknął. – Elaine, gdzie jesteś?
Ktoś wszedł w jego ograniczone pole widzenia. Był to jego kuzyn, Nikkolay Trask.
– Nikkolayu, Andray Dunnan… Co się stało z Elaine?
Nikkolay się skrzywił, jakby coś, co się spodziewał, że zaboli, zabolało go znacznie bardziej niż się spodziewał.
– Lucasie… – Przełknął ślinę. – Elaine… Elaine nie żyje.
Elaine nie żyje. To nie miało sensu.
– Zginęła na miejscu, Lucasie, trafiona sześć razy. Nie sądzę, żeby poczuła pierwszy strzał. Wcale nie cierpiała.
Ktoś jęknął. Po chwili Trask zrozumiał, że jęk popłynął z jego ust.
– Ty dostałeś dwa razy – mówił mu Nikkolay. – W nogę, kula trzaskała kość udową. I w pierś. Ta o włos minęła serce.
–  Szkoda,  że  minęła.  –  Zaczynał  sobie  wszystko  jasno  przypominać.  –  Pchnąłem  Elaine  i  próbowałem  ją  osłonić.

Musiałem pchnąć ją prosto w grad pocisków i sam oberwałem tylko ostatnimi. – Było coś więcej, o tak. – Dunnan. Złapaliście
go?

Nikkolay pokręcił głową.
– Uciekł. Ukradł „Enterprise’a” i opuścił planetę.
– Sam go dopadnę.
Znowu  się  zaczął  podnosić.  Nikkolay  skinął  na  kogoś  poza  zasięgiem  wzroku.  Chłodna  ręka  dotknęła  jego  podbródka  i

Trask poczuł zapach kobiecych perfum, zupełnie innych niż te, których używała Elaine. Miał wrażenie, że mały owad ukąsił go
w szyję. Pokój pociemniał.

Elaine nie żyje. Już nie ma Elaine, nigdzie. Przecież to musi oznaczać, że już nie ma świata. Dlatego zrobił się taki ciemny.
Budził się od czasu do czasu. W dzień widział żółte niebo przez otwarte okno, a może była noc i paliły się przyćmione

światła.  Zawsze  ktoś  z  nim  był.  Żona  Nikkolaya,  pani  Cecelia;  Rovard  Grauffis;  lady  Lawinia  Karvall  –  musiał  spać  przez
długi  czas,  bo  była  znacznie  starsza  niż  pamiętał  –  i  jej  brat,  Bart  Sandarsan,  i  ciemnowłosa  kobieta  w  białym  fartuchu  ze
złotym kaduceuszem na piersi.

Raz przyszła diuszesa Flavia i sam diuk Angus. Zapytał ich, gdzie jest, choć niewiele go to obchodziło. Powiedzieli mu, że

w pałacu książęcym.

Pragnął, żeby wszyscy odeszli, pozwolili mu pójść tam, gdzie była Elaine.
Potem robiło się ciemno i próbował ją znaleźć, ponieważ rozpaczliwie chciał jej coś pokazać. Co takiego? Gwiazdy na

nocnym niebie. Ale nie było gwiazd, nie było Elaine, nie było niczego i chciał, żeby nie było również Lucasa Traska.

Ale  był  Andray  Dunnan.  Widział  go,  jak  stoi  na  tarasie  w  czarnej  pelerynie,  brylanty  na  berecie  połyskiwały  złowrogo,

widział obłąkaną twarz patrzącą na niego znad lufy karabinu maszynowego. A potem na niego polował i nie mógł go znaleźć,
poszukiwał go w zimnej ciemności kosmosu.

Okresy przytomności się wydłużały i wtedy miał jasno w głowie. Uwolnili go od korony elektronicznych cierni. Rurki do

karmienia także zniknęły. Poili go bulionem i sokiem owocowym. Chciał wiedzieć, dlaczego przyniesiono go do pałacu.

– Mniej więcej tylko to mogliśmy zrobić – powiedział mu Rovard Grauffis. – W domu Karvallów mieli dość własnych

kłopotów. Wiesz, Sesar Karvall też został postrzelony.

– Nie wiedziałem. – A więc dlatego Sesar nie przyszedł go odwiedzić. – Zginął?

background image

– Został ranny, ale jest w gorszym stanie niż ty. Kiedy zaczęła się strzelanina, popędził po schodach. Nie miał niczego poza

sztyletem  paradnym.  Dunnan  puścił  w  niego  szybką  serię.  Sądzę,  że  dlatego  nie  miał  czasu  cię  wykończyć.  W  tym  czasie
strażnicy,  którzy  strzelali  wcześniej  strzelali  na  wiwat  ślepakami  z  tego  szybkostrzelnego  działka,  załadowali  ostre  naboje  i
otworzyli ogień. Zwiał jak najszybciej. Sesar leży na robomedyku jak ty. Już nic mu nie grozi.

Odłączono sączki i rurki do podawania leków, plątanina przewodów zniknęła, a wraz z nią elektrody. Obandażowali jego

rany,  ubrali  go  w  swobodny  szlafrok  i  przenieśli  z  robomedyka  na  kanapę,  gdzie  mógł  siedzieć,  gdy  tego  chciał.  Zaczęli
podawać  mu  konkretne  jedzenie  i  wino  do  picia,  i  pozwolili  mu  palić.  Lekarka  powiedziała,  że  przeszedł  ciężkie  chwile,
jakby sam o tym nie wiedział. Zastanawiał się, czy czeka na podziękowanie, że go zachowała przy życiu.

– Za parę tygodni staniesz na nogi – dodał jego kuzyn. – Dopilnowałem, żeby wszystko w Nowym Domu Traskonu było w

tym czasie przygotowane na twoje przybycie.

– Póki żyję, moja noga tam nie postanie i żałuję, że mam przed sobą więcej niż następną minutę. To miał być dom Elaine.

Nie chcę go dla siebie.

*

W  miarę,  jak  nabierał  sił,  coraz  rzadziej  trapiły  go  koszmary  senne.  Goście  przychodzili  często,  przenosząc  zabawne

drobne podarki, i stwierdził, że go cieszy ich towarzystwo. Chciał wiedzieć, co się naprawdę stało i jak Dunnanowi udało się
uciec.

– Uprowadził „Enterprise’a” – powiedział mu Rovard Grauffis. – Miał tę swoją kompanię najemników i przekupił paru

ludzi  w  stoczni  Gorrama.  Myślałem,  że  Alex  zabije  swojego  szefa  ochrony,  kiedy  się  dowiedział,  co  zaszło.  Nie  możemy
niczego  udowodnić,  choć  nie  szczędziliśmy  starań,  ale  jesteśmy  pewni,  że  operację  sfinansował  Omfray  z  Glaspyth.
Zaprzeczał odrobinę zbyt natarczywie.

– W takim razie wszystko zostało starannie zaplanowane.
– Na pewno porwanie statku, Dunnan musiał planować to od miesięcy, zanim zaczął werbować swoją kompanię. Sądzę, że

zamierzał zrobić to w noc przed ślubem. Wtedy próbował namówić lady-pannę Elaine, żeby z nim uciekła, co, jak się zdaje,
naprawdę  uważał  za  możliwe.  Kiedy  go  upokorzyła,  postanowił,  że  najpierw  zabije  was  oboje.  –  Zwrócił  się  do  Otta
Harkamana,  który  mu  towarzyszył.  –  Do  końca  życia  będę  żałować,  że  ci  nie  uwierzyłem  na  słowo  i  nie  przyjąłem  wtedy
twojej propozycji.

– Jak przejął ten wóz transmisyjny?
–  Rankiem  w  dniu  ślubu  skontaktował  się  z  redakcją  Ziem  Zachodnich  i  powiedział,  że  zna  kulisy  małżeństwa  i  wie,

dlaczego  diuk  mu  patronuje.  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  chodziło  o  jakiś  skandal.  Nalegał,  żeby  reporter  przebył  do  domu
Dunnanów na wywiad twarzą w twarz. Wysłali człowieka i wtedy ostatni raz go widzieli żywego. Nasi ludzie znaleźli ciało w
domu  Dunnanów  podczas  późniejszego  przeszukania.  Wóz  transmisyjny  znaleźliśmy  w  stoczni.  Miał  parę  śladów  po  kulach
wystrzelonych w domu Karvallów, ale wiesz, jak są konstruowane te wozy prasowe i ile mogą wytrzymać. Dunnan poleciał
prosto do stoczni, gdzie jego ludzie już zajęli „Enterprise’a”, i gdy tylko się zjawił, statek wystartował.

Trask  popatrzył  na  trzymanego  w  palcach  papierosa.  Zrobił  się  taki  krótki,  że  parzył.  Z  wysiłkiem  się  pochylił,  żeby  go

zgasić.

– Rovardzie, kiedy dobiegnie końca budowa tego drugiego statku?
Grauffis zaśmiał się gorzko.
–  Budowa  „Enterprise’a”  pochłonęła  wszystko,  co  mieliśmy.  Księstwo  znalazło  się  na  krawędzi  bankructwa.  Sześć

miesięcy  temu  wstrzymaliśmy  prace  nad  drugim  statkiem,  ponieważ  zabrakło  nam  pieniędzy  na  kontynuację,  a  trzeba  było
ukończyć „Enterprise’a”. Spodziewaliśmy się, że „Enterprise” zarobi w Starej Federacji tyle, iż wystarczy na sfinansowanie
budowy tego drugiego. Wtedy, z dwoma statkami i bazą na Tanit, pieniądze zaczęłyby napływać zamiast odpływać. Ale teraz…

– Znalazłem się w takiej samej sytuacji jak na Flambergu – dodał Harkaman. – Nie, w gorszej. Król Napolyon zamierzał

pomóc Elmersanom i ja miałem objąć dowodzenie. Teraz na to za późno.

Trask podniósł laskę i podparł się na niej, żeby wstać. Złamana kość się zrosła, ale wciąż był bardzo słaby. Zrobił kilka

chwiejnych  kroków  i  przystanął,  wsparty  na  lasce.  Zmusił  się,  żeby  otworzyć  okno,  i  wyglądał  przez  chwilę.  Potem  się
odwrócił.

– Kapitanie Harkamanie, możliwe, że obejmiesz dowództwo tutaj, na Gramie. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko

dowodzeniu pod moją komendą jako właściciela statku. Zamierzam ruszyć w pościg na Andrayem Dunnanem.

Obaj popatrzyli na niego. Po chwili Harkaman powiedział:
– Poczytuję sobie to za zaszczyt, lordzie Trasku. Ale skąd weźmiesz statek?
– Jest na wpół ukończony. Już mam załogę. Diuk Angus może go dla mnie dokończyć i zapłacić, oddając w zastaw swoją

background image

nową baronię Traskonu.

Trask znał Rovarda Grauffisa przez całe swoje życie, lecz do tej chwili ani razu nie widział, żeby zaufany diuka Angusa

okazał zaskoczenie.

– Chcesz powiedzieć, że oddasz Traskon za ten statek? – zapytał.
– Ukończony, wyekwipowany i gotów do lotu, tak.
– Diuk na to przystanie – powiedział Grauffis bez namysłu. – Ale, Lucasie, Traskon jest wszystkim, co masz.
– Jeśli dostanę statek, nie będę potrzebować majątku. Zastanę kosmicznym wikingiem.
Harkaman poderwał się z rykiem aprobaty. Grauffis spojrzał na Traska z lekko uchylonymi ustami.
– Lucas Trask kosmicznym wikingiem! Teraz już nic mnie nie zdziwi.
Cóż, dlaczego nie? Trask nie popierał najazdów najemników na Światy Miecza, ponieważ Gram był Światem Miecza, a

Traskon leżał na Gramie. Traskon był domem, gdzie mieli zamieszkać oboje z Elaine, gdzie miały się rodzić i żyć ich dzieci, i
dzieci ich dzieci. Teraz zniknął mały punkt, na którym się opierały wszystkie jego plany.

– To był inny Lucas Trask, Rovardzie. Tamten już nie żyje.

background image

VI

Grauffis poprosił o wybaczenie i wyszedł, żeby przeprowadzić rozmowę audiowizualną, a po powrocie znowu przeprosił i
zniknął.  Najwyraźniej  diuk  Angus  porzucił  wszystko,  co  robił,  kiedy  tylko  usłyszał,  co  ma  do  powiedzenia  jego  zausznik.
Harkaman milczał, dopóki Grauffis przebywał w pokoju, i dopiero po jego wyjściu powiedział:

–  Lordzie  Trasku,  moim  zdaniem  to  kapitalny  pomysł.  Nie  jest  przyjemnie  być  kapitanem  bez  statku,  żyjącym  na  łasce

obcych. Nie ścierpiałbym jednak, gdybyś kiedyś doszedł do przekonania, że powiększyłem mój majątek kosztem twojego.

– O to się nie martw. Jeśli ktoś ma skorzystać, to właśnie ty. Ja potrzebuję kapitana statku i twój obecny pech jest moim

szczęściem.

Harkaman zaczął nabijać fajkę.
– Byłeś kiedykolwiek poza Gramem?
– Parę lat studiowałem na uniwersytecie Camelot na Excaliburze. Poza tym nie.
– Cóż, masz pojęcie, na co się porywasz? – Kosmiczny wiking pstryknął zapalniczką i wypuścił kłąb dymu. – Oczywiście

wiesz, jak wielka jest Stara Federacja. To znaczy znasz liczby, ale czy coś dla ciebie znaczą? Wiem, że niewiele mówią wielu
dobrym  astronautom.  Bez  zająknienia  mówimy  o  dziesięciu  do  setnej  potęgi,  ale  emocjonalnie  wciąż  liczymy:  „Jeden,  dwa,
trzy, wiele”. Statek w hiperprzestrzeni rozwija prędkość rzędu jednego roku świetlnego na godzinę. Można przelecieć stąd na
Excalibura  w  trzydzieści  godzin.  Ale  gdybyś  tam  wysłał  wiadomość  radiową  ogłaszającą  narodziny  syna,  syn  byłby  ojcem,
zanim  zostałaby  odebrana.  Stara  Federacja,  gdzie  zamierzasz  tropić  Dunnana,  zajmuje  przestrzeń  o  objętości  dwustu
miliardów  sześciennych  lat  świetlnych.  A  ty  chcesz  znaleźć  jeden  statek,  a  w  nim  jednego  człowieka.  Jak  zamierzasz  tego
dokonać, lordzie Trasku?

– Jeszcze nie zacząłem o tym myśleć, na razie wiem tylko, że muszę to zrobić. W Starej Federacji są planety, na których

kosmiczni wikingowie mają swoje bazy wypadowo-handlowe, jak ta, którą diuk Angus planował założyć na Tanit. Prędzej czy
później na jednej czy drugiej z nich usłyszę coś o Dunnanie.

– Usłyszysz, gdzie był rok temu, i zanim tam dotrzemy, trop będzie miał od półtora roku do dwóch lat. Najeżdżamy Starą

Federację  od  ponad  trzystu  lat,  lordzie  Trasku.  Powiedziałabym,  że  obecnie  działa  tam  co  najmniej  dwieście  okrętów
wikingów.  Dlaczego  nie  złupiliśmy  Federacji  do  czysta?  Służę  odpowiedzią:  z  powodu  odległości  i  czasu  podróży.  Wiesz,
Dunnan  może  umrzeć  ze  starości,  co,  nawiasem  mówiąc,  nie  jest  zwykłą  przyczyną  śmierci  wśród  najemników,  zanim  go
dopędzisz. A twój najmłodszy chłopiec okrętowy umrze ze starości, zanim dotrze do niego wiadomość o zgonie Dunnana.

– W takim razie będę na niego polować do usranej śmierci. Nic innego nie ma dla mnie znaczenia.
– Tak właśnie sobie pomyślałem. Nie będę z tobą przez całe twoje życie. Chcę mieć własny statek, jak „Korysanda”, którą

straciłem na Durendalu. Pewnego dnia będę go miał. Ale dopóki to nie nastąpi, będę dowodził dla ciebie. Masz moje słowo.

W tonie Harkamana rzeczywiście zabrzmiała jakaś ceremonialna nuta. Wezwał robota, kazał mu nalać wina dla nich obu,

po czym wzajemnie złożyli sobie przyrzeczenia.

Rovard  Grauffis  odzyskał  zimną  krew,  gdy  wrócił  w  towarzystwie  diuka.  Jeśli  Angus  stracił  swoją,  to  nic  o  tym  nie
świadczyło. Ale na każdego ta wiadomość podziałała inaczej. Powszechnie podzielano opinię, że tragiczna strata pomieszała
lordowi Traskowi w głowie, on zaś przyznawał, że może być w tym więcej niż ziarnko prawdy. Kuzyn Nikkolay z początku się
na  niego  wściekał,  że  pozbawia  rodzinę  baronii,  a  potem  się  dowiedział,  że  diuk  Angus  ma  zamiar  mianować  go  baronem-
namiestnikiem i dać mu Nowy Dom Traskonu na rezydencję. Natychmiast zaczął się zachowywać jak wnuk, który czuwa przy
łożu  śmierci  bogatej  babki.  Potentaci  finansowi  i  przemysłowi,  których  Trask  znał  tylko  z  widzenia,  otoczyli  go  stadnie,
proponując mu pomoc i wysławiając go jako zbawcę księstwa. Wiarygodność kredytowa diuka Angusa, poważnie nadwątlona
wskutek straty „Enterprise’a”, odzyskała mocną pozycję, a wraz z nim oni odzyskali swoją.

Odbywały się konferencje, na których prawnicy i bankierzy prowadzili niekończące się dysputy. Trask uczestniczył w kilku

pierwszych, po czym stwierdził, że to go absolutnie nie interesuje, i publicznie to oznajmił. Zależało mu tylko i wyłącznie na
statku, możliwie na najlepszym, możliwie jak najszybciej. Alex Gorram został powiadomiony jako pierwszy: ma natychmiast
rozpocząć prace nad nieukończonym siostrzanym statkiem „Enterprise’a”. Trask, dopóki nie nabrał sił na tyle, żeby latać do
stoczni, nadzorował prace nad mierzącym dwa tysiące stóp średnicy globularnym szkieletem via ekran i albo osobiście, albo
zdalnie naradzał się z inżynierami i kierownikami stoczni. Jego pokoje w pałacu książęcym prawie z dnia na dzień przemieniły
się  z  izby  chorych  w  biura.  Lekarze,  którzy  ostatnio  go  nakłaniali,  żeby  sobie  znalazł  nowe  zainteresowania  i  zajęcia,  teraz

background image

ostrzegali przed niebezpieczeństwami przeforsowania. W końcu Harkaman dodał swój głos do ich nawoływań.

– Spokojnie, Lucasie. – Odłożyli na bok ceremonie i teraz mówili sobie po imieniu. – Twój kadłub porządnie ucierpiał.

Pozwól  popracować  ekipie  remontowej  i  nie  przeciążaj  maszyn,  dopóki  nie  zostaną  naprawione.  Mamy  mnóstwo  czasu.
Ściganie  Dunnana  wiedzie  donikąd.  Możemy  go  dopaść  tylko  przez  przechwycenie.  Im  dłużej  będzie  się  kręcić  po  Starej
Federacji, zanim usłyszy, że go tropimy, tym większy ślad pozostawi. Będziemy mieli szansę dorwać go dopiero wtedy, kiedy
ustalimy  dający  się  przewidzieć  wzór  jego  zachowania.  Kiedyś,  gdzieś,  wyjdzie  z  hiperprzestrzeni  i  stwierdzi,  że  na  niego
czekamy.

– Mylisz, że poleciał na Tanit?
Harkaman dźwignął się z krzesła i przez parę minut krążył po pokoju, a potem znowu usiadł.
– Nie. To był pomysł diuka Angusa, nie jego. W każdym razie nie mógłby założyć bazy na Tanit. Wiesz, jaką ma załogę.
Przeprowadzono szeroko zakrojone śledztwo wśród znajomych i wspólników Dunnana; diuk Angus wciąż miał nadzieję,

że  znajdzie  niepodważalny  dowód  na  udział  Omfreya  z  Glaspyth  w  piractwie.  Dunnan  zabrał  ze  sobą  półtora  tuzina
przekupionych pracowników stoczni Gorrama. Byli wśród nich ludzie o wiedzy i umiejętnościach technicznych, ale większość
stanowili  agitatorzy,  wichrzyciele  i  niewykwalifikowani  robotnicy.  Nawet  w  tych  okolicznościach  Alex  Gorram  wcale  nie
żałował, że więcej ich nie zobaczy. Co zaś się tyczy kompanii najemników Dunnana, należało do niej około dwudziestu byłych
astronautów; pozostali rekrutowali się z półświatka, od łobuzów i złodziejaszków do barowych obiboków. Sam Dunnan był
astrogatorem, nie inżynierem.

– Ta zgraja nie nadaje się nawet do rutynowego najazdu – powiedział Harkaman. – Nigdy w żadnych okolicznościach nie

będą w stanie założyć bazy na Tanit. O ile Dunnan kompletnie nie zwariował, w co poważnie wątpię, udał się na jakąś planetę
ze  stałą  bazą  najemników,  taką  jak  Hot  albo  Nergal,  Dragon  albo  Xochitl,  żeby  tam  zwerbować  oficerów,  inżynierów  i
doświadczonych astronautów.

–  Wszystkie  maszyny,  sprzęt  zautomatyzowany  i  tak  dalej,  które  miały  zostać  wysłane  na  Tanit,  były  na  pokładzie,  kiedy

porwał statek?

–  Tak,  i  również  z  tego  powodu  poleci  na  jakąś  planetę  w  rodzaju  Hot,  Nergala  czy  Xochitl.  Na  okupowanej  przez

wikingów planecie w Starej Federacji taki towar jest prawie na wagę złota.

– Jaka jest Tanit?
–  Prawie  zupełnie  w  typie  terrańskim,  trzecia  od  słońca  klasy  G.  Podobna  do  Hauteclere  czy  Flamberga.  Była  jedną  z

ostatnich  planet  skolonizowanych  przez  Federację  przed  wielką  wojną.  Nikt  dokładnie  nie  wie,  co  się  tam  wydarzyło.  Nie
było  żadnej  wojny  międzygwiezdnej,  przynajmniej  nie  znajdziesz  żadnych  wielkich  placów  żużlu  w  miejscach,  gdzie  kiedyś
kwitły  miasta.  Prawdopodobnie  zaczęli  walczyć  między  sobą,  kiedy  się  oderwali  od  Federacji.  Wciąż  nie  brakuje  śladów
zniszczeń spowodowanych przez walki za pomocą konwencjonalnych środków. Później zaczęli się cofać w rozwoju i spadli
do  poziomu  przedmechanicznego,  tozumiesz,  energia  wodna  i  wiatrowa,  siła  zwierząt.  Mają  zwierzęta  pociągowe,  które
wyglądają  na  przesiedlone  tutaj  terrańskie  bawoły,  kilka  małych  łodzi  żaglowych  i  wielkie  canoe  na  rzekach.  Mają  proch,
będący  jak  się  zdaje  ostatnią  ze  zdobyczy  cywilizacyjnych,  które  tracą  cywilizowani  ludzie.  Byłem  tam  pięć  lat  temu.
Wybrałem  Tanit  na  bazę.  Jest  tam  jeden  księżyc,  solidna  bryła  prawie  w  całości  zbudowana  z  niklu  i  żelaza,  i  złoża  rud
zawierających  materiały  rozszczepialne.  Potem,  jak  ostatni  głupiec,  wynająłem  się  Elmersanom  na  Durendalu  i  straciłem
statek.  Kiedy  przybyłem  tutaj,  wasz  diuk  myślał  o  Xipototecu.  Przekonałem  go,  że  dla  jego  celów  Tanit  jest  zdecydowanie
lepszą planetą.

– Skoro tak, Dunnan może tam lecieć. Być może uznał, że zdobędzie punkt przewagi nad diukiem Angusem. Ma przecież

cały ten sprzęt.

–  I  nikogo,  kto  umiałby  go  obsługiwać.  Na  jego  miejscu  poleciałbym  na  Nergala  albo  Xochitl.  Tam  zawsze  jest  kilka

tysięcy  wikingów,  wydających  zyski  ze  sprzedaży  łupów  i  odpoczywających  pomiędzy  napadami.  Na  każdej  z  tych  planet
mógłby zwerbować pełną załogę. Proponuję najpierw zajrzeć na Xochitl. Może czegoś się o nim dowiemy, jeśli nic innego.

W  porządku,  najpierw  spróbują  na  Xochitl.  Harkaman  znał  planetę  i  przyjaźnił  się  z  arystokratą  z  Hauteclere,  który  nią

władał.

W stoczni Gorrama trwały prace; budowa „Enterprise’a” miała zabrać rok, ale stalownie i zakłady mechaniczne były już

wyposażone, więc materiały i sprzęt napływały stałym strumieniem. Lucas dał się przekonać i więcej odpoczywał, z dnia na
dzień coraz silniejszy. Niebawem większość czasu spędzał w stoczni, patrząc, jak w centrum kulistego statku ekipy instalują
silniki  Abbota  do  napędu  w  normalnej  przestrzeni,  dillinghamy  do  lotów  podprzestrzennych,  konwertery  mocy,
pseudograwitatory.  Następnie  zbudowano  kwatery  mieszkalne  i  warsztaty,  wszystkie  opancerzone  stalą  pokrytą  kolapsjum.
Później  statek  wyszedł  na  orbitę  tysiąc  mil  od  planety,  a  za  nim  podążyły  roje  opancerzonych  jednostek  roboczych  i  lichtug
transportowych; pozostałe prace były łatwiejsze do wykonania w przestrzeni. W tym czasie ukończono cztery dwustustopowe
szalupy,  które  miały  trafić  na  pokład.  Każda  z  nich  posiadała  własny  hipernapęd  i  mogła  podróżować  tak  daleko  jak  statek
macierzysty.

background image

Otto Harkaman zaczynał się denerwować, ponieważ statek wciąż nie miał nazwy. Nie lubił mówić o nim „on” ani „statek”.

„Elaine”, pomyślał od razu Trask i prawie w tej samej chwili zrezygnował z tego pomysłu. Nie chciał kojarzyć jej imienia z
tym, co statek będzie robić w Starej Federacji. „Zemsta”, „Mściciel”, „Odwet”, „Wendeta” – takie nazwy bardziej do niego
przemawiały. Komentator wiadomości, który z pompatyczną elokwencją mówił o nemezis zbrodniczego Dunnana, podsunął mu
pomysł. „Nemezis”.

Teraz  Trask  zgłębiał  tajniki  swojego  nowego  fachu  międzygwiezdnego  rozbójnika  i  mordercy,  fachu,  na  który  kiedyś

pomstował. Jego nauczycielami zostali towarzysze Otta Harkamana. Vann Larch, oficer artylerii, który był również malarzem;
Guatt  Kirbey,  wiecznie  skwaszony  pesymista,  astrogator  hiperprzestrzenny,  który  próbował  wyrazić  swoją  naukę  w  muzyce;
Shrall Renner, astrogator w normalnej przestrzeni; Alvyn Karffard, zastępca dowódcy, który był z Harkamanem najdłużej ze
wszystkich. I Sir Paytrik Morland, miejscowy rekrut, były kapitan straży hrabiego Lionela z Newhaven, obecnie dowodzący
oddziałami  lądowymi  i  antygrawitacją  bojową.  Wszyscy  ćwiczyli  i  odbywali  musztry  na  farmach  i  w  wioskach  Traskonu.
Trask zauważył, że chociaż „Nemezis” może zabrać pięciuset żołnierzy lądowych i powietrznych, szkolenie przechodzi ponad
tysiąc osób.

Podzielił się tym spostrzeżeniem z Rovardem Grauffisem.
–  Tak.  Nie  wspominaj  o  tym  nikomu  –  powiedział  zaufany  diuka.  –  Ty,  Sir  Paytrik  i  kapitan  Harkaman  wybierzecie

pięciuset najlepszych. Pozostałych diuk przyjmie do służby. Już niedługo Omfray z Glaspyth się dowie, jak naprawdę wygląda
napaść kosmicznych wikingów.

A  potem  diuk  Angus  nałoży  podatki  na  swoich  nowych  poddanych  z  Glaspyth,  żeby  wykupić  swoją  zastawioną  nową

baronię  Traskon.  Jakiś  przedatomowy  pisarz,  którego  Harkaman  lubił  cytować,  powiedział:  „Złoto  nie  zawsze  ci  zapewni
dobrych żołnierzy, ale dobrzy żołnierze mogą zapewnić ci złoto”.

*

„Nemezis” wróciła do stoczni Gorrama i przycupnęła na zakrzywionych nogach jak ogromny pająk. „Enterprise” nosił znak

Wardów, miecz i symbol atomu; „Nemezis” powinna mieć jego herb, ale traskońska głowa bizonoida, płowa na zielonym tle,
już nie należała do niego. Trask wybrał czaszkę nadzianą na ustawiony w pionie miecz i taki herb widniał na kadłubie statku,
kiedy razem z Harkamanem wybrali się w rejs próbny.

Kiedy  dwieście  godzin  później  wylądowali  w  stoczni,  dowiedzieli  się,  że  podczas  ich  nieobecności  do  Bigglersportu

zawinął  frachtowiec  żeglugi  trampowej  z  Morglaya,  przynosząc  wieści  o  Andrayu  Dunnanie.  Kapitan  na  pilne  zaproszenie
diuka Angusa przybył do Wardshaven i czekał na nich w pałacu książęcym.

Siedzieli,  a  było  ich  kilkunastu,  wokół  stołu  w  prywatnych  apartamentach  diuka.  Kapitan  frachtowca,  precyzyjnie  się

wyrażający niski mężczyzna z siwiejącą brodą, na przemian zaciągał się papierosem i popijał brandy.

–  Wyruszyłem  z  Morglaya  dwieście  godzin  temu  –  mówił.  –  Spędziłem  tam  dwanaście  lokalnych  dni,  trzysta

standardowych  godzin  galaktycznych,  a  droga  z  Curtany  zabrała  trzysta  dwadzieścia.  Ten  statek,  „Enterprise”,  wystartował
stamtąd siedem dni przede mną. Powiedziałbym, że jest teraz tysiąc dwieście godzin od Windsoru na Curtanie.

W pokoju zapadła cisza. Wiatr trzepotał zasłonami w otwartych oknach, z ogrodu na dole płynęło ćwierkanie skrzydlatych

nocnych stworzeń.

–  Nigdy  bym  się  tego  nie  spodziewał  –  powiedział  Harkaman.  –  Myślałem,  że  natychmiast  zabierze  statek  do  Starej

Federacji.  –  Nalał  sobie  wina.  –  Oczywiście,  Dunnan  jest  obłąkany.  Czasami  szaleniec  ma  przewagę,  jak  leworęczny
nożownik. Robi nieoczekiwane rzeczy.

– Ten ruch wcale nie był taki szalony – zauważył Rovard Grauffis. – W zasadzie nie prowadzimy wymiany handlowej z

Curtaną. Dowiedzieliśmy się o nim wskutek czystego przypadku.

Kielich kapitana frachtowca był już w połowie pusty. Napełnił go po brzegi z karafki.
– „Enterprise”  był  tam pierwszym  statkiem  z Grama  od  trzech  lat –  potwierdził.  – Oczywiście  przyciągnął  uwagę.  Miał

zmieniony  herb,  z  miecza  i  symbolu  atomu  na  błękitny  półksiężyc.  Wzbudził  powszechną  niechęć  wśród  innych  kapitanów  i
miejscowych pracodawców z powodu ludzi, których do siebie zwabił.

– Ilu ludzi i jakich?
Mężczyzna z siwą brodą wzruszył ramionami.
–  Byłem  zbyt  zajęty  ładunkiem  na  Morglay,  żeby  zwrócić  na  to  większą  uwagę.  Prawie  kompletna  załoga  statku

kosmicznego, oficerowie i astronauci wszelkich specjalności. A także wielu inżynierów przemysłowych i techników.

– W takim razie zamierza wykorzystać sprzęt, który ma na pokładzie, i założyć gdzieś bazę – powiedział ktoś z obecnych.
– Jeśli opuścił Curtanę dwieście godzin temu, to oznacza, że wciąż przebywa w hiperprzestrzeni – zauważył Guatt Kirbey.

– Z Curtany jest ponad dwa tysiące do najbliższej planety Starej Federacji.

background image

– Jak daleko do Tanit? – zapytał diuk Angus. – Jestem pewien, że właśnie tam zmierza. Dunnan się spodziewa, że ukończę

drugi statek, wyekwipuję go jak „Enterprise’a” i wyślę na Tanit. Będzie chciał dotrzeć tam pierwszy.

–  Uważałem,  że  Tanit  będzie  ostatnim  miejscem,  jakie  wybierze  –  odezwał  się  Harkaman  –  ale  te  informacje  zmieniają

postać rzeczy. Rzeczywiście mógł tam polecieć.

– Jest szalony, a ty próbujesz do niego przykładać miarę zdroworozsądkowej logiki – powiedział Guatt Kirbey. – Mówisz,

co ty byś zrobił, choć przecież nie jesteś szalony. Oczywiście, czasami miałem co do tego wątpliwości, ale…

– Tak, Dunnan jest szalony, i kapitan Harkaman uwzględnia ten aspekt – podkreślił Rovard Grauffis. – Dunnan nienawidzi

nas wszystkich. Nienawidzi Jaśnie Oświeconego Księcia. Nienawidzi lorda Lucasa i Sesara Karvalla, chociaż być może jest
przekonany,  że  zabił  ich  obu.  Nienawidzi  kapitana  Harkamana.  Jak  więc  mógłby  zdobyć  przewagę  nad  nami  wszystkimi  na
raz? Zajmując Tanit.

– Mówisz, że kupował zapasy i amunicję?
– Zgadza się – odparł kapitan frachtowca. – Amunicję do dział, rakiety i mnóstwo pocisków obrony naziemnej.
– Za co to kupował? Wymieniał za maszyny?
– Nie. Płacił złotem.
–  Tak.  Lothar  Ffayle  dowiedział  się,  że  przerzucono  do  niego  mnóstwo  złota  z  banków  w  Glaspyth  i  Didreksburgu  –

powiedział Grauffis. – Najwyraźniej miał je na pokładzie, kiedy zabrał statek.

– W porządku – odezwał się Trask. – Niczego nie możemy być pewni, ale mamy powody przypuszczać, że Dunnan udał się

na Tanit, a to więcej niż mamy w odniesieniu do każdej innej planety w Starej Federacji. Nie poważę się ocenić szans, że go
tam znajdziemy, są jednak znacznie większe niż gdziekolwiek indziej. Tam polecimy najpierw.

background image

VII

Zewnętrzne  ekrany,  jednolicie  szare  przez  ponad  trzy  tysiące  godzin,  ukazywały  teraz  przyprawiający  o  zawrót  głowy  wir
koloru, niedającej się opisać barwy kolapsującego pola hiperprzestrzennego. Żaden z dwóch obserwatorów nigdy nie widział
jej tak samo i najbujniejsza wyobraźnia nie mogłaby wyobrazić sobie rzeczywistości. Trask stwierdził, że wstrzymuje oddech.
Zauważył, że siedzący obok niego Otto Harkaman robi to samo. Najwyraźniej było to coś, do czego nikt się nie przyzwyczaja.
Nawet Guatt Kirbey, astrogator, z fajką zaciśniętą w zębach, wlepiał oczy w ekran.

Potem  w  jednej  chwili  ekran  zapełniły  gwiazdy,  których  wcześniej  nie  było,  przydając  splendoru  aksamitnej  czerni

normalnej przestrzeni. W samym środku, jaśniejsza niż cała reszta, żółtawo płonęła gwiazda Ertado, słońce Tanit. Jej światło
miało dziesięć godzin.

– Całkiem nieźle, Guatt – pochwalił oszczędnie Harkaman, podnosząc kubek.
– Na gehennę, idealnie – powiedział ktoś inny.
Kirbey zapalił fajkę.
–  Ujdzie,  jak  sądzę  –  burknął,  przygryzając  ustnik.  Miał  siwe  włosy  i  niechlujne  wąsy,  i  nic  nigdy  nie  było  dość  dobre,

żeby  go  zadowolić.  –  Mogłem  podejść  trochę  bliżej.  Trzeba  zrobić  trzy  mikroskoki,  ostatni  z  nich  naprawdę  precyzyjnie.  A
teraz mi nie przeszkadzać. – Zaczął wprowadzać dane, wciskając klawisze, manipulując tarczami i pokrętłami.

Przez  chwilę  Trask  widział  na  ekranie  twarz  Andraya  Dunnana.  Zamrugał,  żeby  przepędzić  złudzenie,  i  sięgnął  po

papierosy.  Włożył  jednego  do  ust  niewłaściwym  końcem.  Kiedy  go  odwrócił  i  pstryknął  zapalniczką,  zobaczył,  że  drży  mu
ręka. Otto Harkaman też to zauważył.

– Spokojnie, Lucasie – szepnął. – Nie przesadź z optymizmem. Tylko sądzimy, że on tam jest.
– Jestem pewien, że jest. Musi być.
– Wcale nie. Sam zaczynasz zachowywać się jak Dunnan. Nie trać zdrowego rozsądku.
–  Musimy  przyjąć  założenie,  że  on  tam  jest.  Jeśli  je  przyjmiemy,  a  jego  nie  będzie,  spotka  nas  rozczarowanie.  Jeśli  nie

przyjmiemy, a on tam jest, to czeka nas katastrofa.

Wydawało  się,  że  inni  podzielają  jego  zdanie.  Na  pulpicie  stanowisk  bojowych  płonęły  czerwone  światła,  oznaczające

pełną gotowość.

– W porządku – mruknął Kirley. – Skaczemy.
Przekręcił  czerwoną  dźwignię  w  prawo  i  wcisnął  ją  zdecydowanym  ruchem.  Na  ekranie  znów  zawrzały  kolorowe

turbulencje;  ciemne  i  potężne  siły  skradały  się  po  statku  jak  demony  w  wieży  czarnoksiężnika.  Ekran  zrobił  się  bezpłciowo
szary,  gdy  odbiorniki  patrzyły  ślepo  w  jakieś  bezwymiarowe  niemiejsce.  Potem  znów  zadrgały  kolory  i  tym  razem  gwiazda
Ertado, wciąż w centrum, miała wielkość monety, z małymi iskierkami rozproszonych wokół niej siedmiu planet. Tanit była
trzecia  –  w  systemach  klasy  G  zwykle  trzecia  lub  czwarta  planeta  nadają  się  do  zasiedlenia.  Jej  jedyny  księżyc,  ledwie
widoczny na ekranie teleskopowym, miał pięćset mil średnicy i krążył w odległości pięćdziesięciu tysięcy mil od planety.

– Wiecie, poszło całkiem nieźle – powiedział Kirbey takim tonem, jakby się bał do tego przyznać. – Myślę, że zdołamy

dotrzeć na miejsce w jeszcze jednym mikroskoku.

Trask przypuszczał, że kiedyś on też będzie mógł mówić „mikro” w odniesieniu do odległości rzędu pięćdziesięciu pięciu

milionów mil.

– Co o tym sądzisz? – zapytał go Harkaman z takim szacunkiem, jakby zasięgał opinii eksperta, a nie egzaminował swojego

ucznia. – Gdzie powinien podciągnąć nas Guatt?

–  Jak  najbliżej,  oczywiście.  Czyli  na  odległość  przynajmniej  sekundy  świetlnej.  Jeśli  „Nemezis”  wyjdzie  z

hiperprzestrzeni bliżej ciała wielkości Tanit, zapadające się pole odrzuci ją z powrotem. Musimy założyć, że Dunnan spędził
tutaj  co  najmniej  dziewięćset  godzin.  W  tym  czasie  mógł  założyć  stację  wykrywania  i  być  może  zainstalować  wyrzutnie
rakietowe na księżycu. „Enterprise” ma cztery szalupy, podobnie jak „Nemezis”. Na jego miejscu wysłałbym co najmniej dwie
na  patrol  wokół  planety.  Przyjmijmy,  że  zostaniemy  wykryci,  gdy  tylko  się  wynurzymy  z  ostatniego  skoku.  Wyjdźmy  z
księżycem bezpośrednio pomiędzy nami i planetą. Jeśli jest zajęty, możemy ich rozwalić po drodze.

– Wielu kapitanów próbowałoby wyjść z księżycem maskowanym przez planetę – powiedział Harkaman.
– A ty?
Wielki mężczyzna pokręcił kudłatą głową.
– Nie. Jeśli mają wyrzutnie na księżycu, mogą do nas strzelić wokół planety, na podstawie danych przekazanych z drugiej

background image

strony.  Znaleźlibyśmy  się  w  niekorzystnym  położeniu,  nie  mogąc  odpowiedzieć  ogniem.  Lećmy  prosto  do  celu.  Słyszysz,
Guatt?

– Tak. To ma sens. Swego rodzaju. Teraz przestańcie mnie nękać. Shrall, poświęć mi chwilę.
Zaczął  się  naradzać  z  astrogatoren  normalnej  przestrzeni;  dołączył  do  nich  Alvyn  Karffard,  zastępca  dowódcy.  W  końcu

Kirbey wyciągnął dużą czerwoną dźwignię, przekręcił ją i powiedział:

– W porządku, skaczemy. – Wcisnął dźwignię. – Pewnie przesadzę. Wykopie nas z powrotem na pół miliona mil.
Ekran znów dostał konwulsji, a kiedy pojaśniał, trzecia planeta znajdowała się dokładnie pośrodku. Jej mały księżyc, który

w  tej  perspektywie  prawie  jej  dorównywał  wielkością,  wisiał  w  prawej  górnej  części  ekranu,  oświetlony  z  jednej  strony
przez słońce, a z drugiej przez światło odbite od planety. Kirbey zatrzasnął czerwony uchwyt, zabrał z półki tytoń, zapalniczkę
i inne drobiazgi, po czym zamknął pokrywę tablicy przyrządów.

– W twoje ręce, Shrall – powiedział do Rennera.
– Osiem godzin do atmosfery – zameldował Renner. – To znaczy, jeśli nie stracimy dużo czasu na wystrzelenie Juniora.
Vann Larch patrzył na księżyc na ekranie o sześćsetkrotnym powiększeniu.
–  Nie  widzę  niczego  do  ostrzelania.  Pięćset  mil,  jeden  pogromca  planety  albo  cztery  czy  pięć  termonuklearnych  –

powiedział.

*

To nie w porządku, pomyślał Trask z oburzeniem. Parę minut temu Tanit znajdowała się sześć i pół miliarda mil dalej. Parę

sekund temu pięćdziesiąt parę milionów. A teraz, gdy odległość wynosiła ćwierć miliona i planeta na ekranie wydawała się w
zasięgu ręki, dotarcie do niej zajmie im osiem godzin. Przecież na hipernapędzie można by w tym czasie przebyć czterdzieści
osiem trylionów mil.

No  cóż,  w  dzisiejszych  czasach  przejście  przez  pokój  zajmuje  człowiekowi  tyle  samo  czasu,  ile  pierwszemu  faraonowi

albo homo sapowi.

Na  ekranie  teleskopowym  Tanit  wyglądała  jak  zrobione  z  kosmosu  zdjęcie  każdej  innej  planety  typu  terrańskiego,  z

chmurami  przysłaniającymi  zarysy  mórz  i  kontynentów,  z  bezładną  mieszaniną  szarości,  brązów  i  zieleni,  zwieńczona  na
biegunie  przez  czapę  lodową.  Jeszcze  nie  było  widać  szczegółów  powierzchni,  nawet  głównych  pasm  górskich  i  rzek,  ale
Harkaman, Shrall Renner, Alvyn Karffard i inni starzy wyjadacze chyba umieli rozpoznać pewne formy powierzchni. Karffard
rozmawiał przez komunikator z Paulem Koreffem, oficerem detekcji, który nie wykrywał żadnych emisji z księżyca i niczego,
co przedzierałoby się z planety przez pasy Van Allena.

Może jednak nie zgadli. Może Dunnan wcale nie poleciał na Tanit.
Harkaman,  który  miał  dryg  do  zasypiania  w  dowolnej  chwili,  z  jakimś  szóstym  czy  entym  zmysłem  pełniącym  rolę

strażnika,  rozwalił  się  w  fotelu  i  zamknął  oczy.  Trask  też  chciałby  to  zrobić.  Miną  godziny,  zanim  coś  się  zdarzy,  i  wtedy
powinien  być  w  pełni  wypoczęty.  Pił  kawę  i  odpalał  papierosa  od  papierosa;  wstał  i  kręcił  się  po  centrali  dowodzenia,
patrząc  na  ekrany.  Detekcja  odbierała  mnóstwo  rutynowego  materiału  –  promieniowanie  z  pasów  Van  Allena,  liczba
mikorometeorów,  temperatura  powierzchni,  siła  pola  grawitacyjnego,  echa  radaru  i  skanerów.  Wrócił  do  swojego  fotela  i
usiadł, patrząc na ekran. Planeta wcale się nie zbliżała, a powinna, bo przecież podchodzili do niej z prędkością większą niż
prędkość ucieczki. Siedział i wlepiał w nią oczy.

Zbudził  się  z  drgnieniem.  Obraz  na  ekranie  zrobił  się  znacznie  większy.  Wyraźnie  widział  rzeki  i  cieniste  linie  gór.  Na

półkuli  północnej  musiała  być  wczesna  jesień,  bo  pokrywa  śniegu  sięgała  do  sześćdziesiątego  równoleżnika  i  pas  brązu
spychał na południe zieleń. Harkaman siedział wyprostowany, jedząc lunch. Według zegara minęły cztery godziny.

– Mamy dobrą mapę? – zapytał. – Teraz coś odbieramy. Sygnały radiowe i ekranowe. Niewiele, ale zawsze. Tubylcy nie

osiągnęli takiego poziomu w ciągu pięciu lat, odkąd tu byłem. Za krótko przebywaliśmy na planecie.

Na  zdecywilizowanych  planetach,  które  odwiedzili  kosmiczni  wikingowie,  tubylcy  bardzo  szybko  przyswajali  sobie

elementy  wiedzy  technicznej.  Podczas  czterech  miesięcy  bezczynności  i  długich  rozmów,  gdy  byli  w  hiperprzestrzeni,  Trask
usłyszał wiele historii na potwierdzenie tej tezy. Ale z poziomu, na który opadła Tanit, zrobienie w ciągu pięciu lat skoku do
łączności radiowej i ekranowej po prostu nie było możliwe.

– Straciłeś ludzi?
To  się  często  zdarzało  –  zostawali  ludzie,  którzy  się  związali  z  miejscowymi  kobietami,  ludzie,  którzy  stali  się

niepopularni wśród załogi, ludzie, którzy po prostu polubili planetę. Tubylcy zawsze ich przyjmowali z otwartymi ramionami,
ponieważ posiadali fachowe umiejętności i wiele się mogli od nich nauczyć.

– Nie. Nie byliśmy tu na tyle długo. Tylko trzysta pięćdziesiąt godzin. Odbieramy materiał zewnętrzny, ktoś tam jest poza

tubylcami.

background image

Dunnan.  Trask  znów  spojrzał  na  pulpit  stacji  bojowej;  wciąż  płonął  jednolitą  czerwienią.  Wszytko  było  w  pełnej

gotowości. Przywołał robota mesy, wybrał parę dań i zaczął jeść. Po pierwszym kęsie zawołał do Alvyna Karffarda:

– Czy Paul odbiera coś nowego?
Karffard  sprawdził.  Efekt  niewielkiego  zakrzywienia  pola  antygrawitacyjnego.  Wciąż  za  mało,  żeby  zyskać  pewność.

Trask  wrócił  do  lunchu.  Skończył  jeść  i  zapalał  papierosa  do  kawy,  kiedy  błysnęło  czerwone  światło  i  z  głośnika  popłynął
głos.

– Wykrycie emisji! Wykrycie z planety! Radar i mikropromień!
Karffard zaczął szybko mówić do ręcznego telefonu. Harkaman odpiął drugi aparat i słuchał.
– Sygnały pochodzą z określonego punktu, około dwudziestego piątego równoleżnika szerokości północnej – powiedział

cicho. – Być może ze statku ukrywającego się na tle planety. Na księżycu nic nie ma.

*

Wydawało  się,  że  coraz  szybciej  podchodzą  do  planety.  W  rzeczywistości  wcale  tak  nie  było,  bo  statek  zwalniał,  żeby

wejść na orbitę, ale malejąca odległość stwarzała iluzję zwiększającej się prędkości. Znów błysnęły czerwone światła.

– Wykryty statek! Tuż ponad atmosferą, nadlatuje wokół planety od zachodu.
– Czy to „Enterprise”?
–  Jeszcze  nie  można  tego  stwierdzić  –  odparł  Karffard,  a  zaraz  potem  krzyknął:  –  Jest,  na  ekranie!  Ta  iskra,  jakieś

trzydzieści stopni na północ, od zachodniej strony.

Na  pokładzie  drugiej  jednostki  też  płynęły  głosy  z  megafonów:  „Wykryty  statek!”,  pulpit  stacji  bojowej  palił  się  na

czerwono, a Andray Dunnan na stanowisku dowodzenia…

– Wywołuje nas. – Był to głos Paula Koreffa, dobiegający z głośnika na pulpicie. – Standardowy kod impulsowy Świata

Miecza. Pytanie: Co to za statek? Informacje: jego kombinacja ekranu. Prośba: Proszę się skontaktować.

– W porządku – powiedział Harkaman. – Bądźmy uprzejmy i nawiążmy łączność. Jaką ma kombinację?
Koreff  odpowiedział  i  Harkaman  wystukał  kod.  Natychmiast  zapalił  się  ekran  łączności.  Trask  przysunął  swój  fotel  do

Harkamana,  zaciskając  ręce  na  podłokietnikach.  Czy  to  będzie  sam  Dunnan  i  co  się  pokaże  na  jego  twarzy,  kiedy  na  swoim
ekranie zobaczy, z kim ma do czynienia?

Dopiero  po  chwili  Trask  zrozumiał,  że  drugim  statkiem  wcale  nie  jest  „Enterprise”.  „Enterprise”  był  bliźniakiem

„Nemezis”, ich centrale dowodzenia wyglądały identycznie. Tamten statek miał inny rozkład i wyposażenie. „Enterprise” był
nowy, ten zaś stary, zdezelowany przez lata eksploatacji w rękach opieszałego kapitana i niechlujnej załogi.

A  człowiek,  którego  miał  przed  sobą  na  ekranie,  nie  był  Andrayem  Dunnanem  ani  w  ogóle  kimś,  kogo  by  wcześniej

widział. Ciemnoskóry mężczyzna ze starą blizną, która biegła w dół policzka spod oka, miał kędzierzawe czarne włosy – nie
tylko na głowie, ale też na klatce piersiowej widocznej pod rozchełstaną koszulą. Przed nim stała popielniczka i z leżącego na
niej cygara wznosiła się wąska smużka dymu, a w ozdobnym, lecz poodbijanym srebrnym kubku parowała kawa. Nieznajomy
szczerzył zęby w radosnym uśmiechu.

– Ha! Kapitan Harkaman z „Enterprise’a”, jak mniemam! Witamy na Tanit. Kim jest towarzyszący ci dżentelmen? Czy to

nie diuk Wardshaven?

background image

VIII

Trask szybko zerknął na ekran wsteczny, żeby sprawdzić, czy wyraz twarzy nie zdradza jego uczuć. Obok niego Otto Harkaman
zanosił się od śmiechu.

– Ależ, kapitanie Valkanhayn, co za niespodziewana przyjemność. „Bicz Kosmosu”, jak mniemam? Co robisz na Tanit?
Głos  z  megafonów  poinformował  gromko,  że  wykryto  drugi  statek  nadlatujący  znad  bieguna  północnego.  Ciemnoskóry

mężczyzna na ekranie uśmiechnął się z pewnym samozadowoleniem.

– To Garvan Spasso w „Lamii” – powiedział. – A co my tu robimy? Zajęliśmy tę planetę. I zamierzamy ją zatrzymać.
– Ha! Więc połączyłeś siły z Garvanem. Jesteście wprost dla siebie stworzeni. I macie całą planetkę na własność. Cieszę

się waszym sukcesem. Co z niej macie… poza drobiem?

Rozmówca Harkamana zaczął tracić kontenans. Starał się go zachować na siłę.
– Nie żartuj sobie ze mnie. Wiemy, dlaczego tu jesteś. Cóż, my przybyliśmy pierwsi. Tanit jest naszą planetą! Myślisz, że

zdołasz ją nam odebrać?

–  Wiem,  że  moglibyśmy  to  zrobić,  i  ty  wiesz  o  tym  równie  dobrze  –  powiedział  mu  Harkaman.  –  Przewyższamy

uzbrojeniem  was  obu,  same  nasze  szalupy  mogą  rozwalić  „Lamię”  na  kawałki.  Pozostaje  tylko  pytanie,  czy  chcemy  sobie
zawracać tym głowę?

W  tym  czasie  Trask  otrząsnął  się  z  zaskoczenia,  ale  nie  z  rozczarowania.  Skoro  ten  facet  wierzył,  że  „Nemezis”  to

„Enterprise”… Zanim się zdołał pohamować, głośno dokończył myśl:

– W takim razie „Enterprise” wcale tu nie przyleciał!
Mężczyzna na ekranie drgnął.
– Czy nie siedzicie w „Enterprise”?
–  Ależ  skąd.  Proszę  mi  wybaczyć  zaniedbanie,  kapitanie  Valkanhaynie  –  powiedział  przepraszająco  Harkaman.  –  To

„Nemezis”. Towarzyszący mi dżentelmen, lord Lucas Trask, jest właścicielem, od którego przyjmuję rozkazy. Lordzie Trasku,
to kapitan Boake Valkanhayn z „Bicza Kosmosu”. Kapitan Valkanhayn jest kosmicznym wikingiem – dodał takim tonem, jakby
uważał  to  za  rzecz  dyskusyjną.  –  Podobnie  zresztą,  jak  słyszałem,  jego  wspólnik,  kapitan  Spasso,  którego  statek  się  zbliża.
Chcesz mi powiedzieć, że „Enterprise’a” tu nie było?

Valkanhayn był wyraźnie zdziwiony i trochę zaniepokojony.
– To znaczy, że diuk Wardshaven ma dwa statki?
– O ile mi wiadomo, diuk Wardshaven nie ma żadnych statków – odparł Harkaman. – Ten statek należy do lorda Traska i

służy  jego  prywatnemu  przedsięwzięciu.  „Enterprise”,  którego  szukamy,  stał  się  własnością  niejakiego  Andraya  Dunnana  i
podlega jego dowództwu.

Mężczyzna z blizną na twarzy i kosmatą piersią podniósł cygaro i palił je machinalnie. Po chwili wyjął je z ust z taką miną,

jakby się zastanawiał, jak się w ogóle w nich znalazło.

–  Ale  czy  to  nie  diuk  Wardshaven  przysłał  tu  statek,  żeby  założyć  bazę?  Tak  właśnie  słyszeliśmy.  Doszły  nas  słuchy,  że

przeniosłeś się z Flamberga na Grama, żeby dla niego dowodzić.

– Gdzie to słyszałeś? I kiedy?
– Na Hot. Było to może dwa tysiące godzin temu, jakiś gilgameszanin przywiózł wiadomości z Xochitl.
–  Pomimo  że  pochodzą  z  piątej  czy  szóstej  ręki,  twoje  informacje  były  dość  dobre…  kiedy  były  świeże.  Miały  jednak

półtora roku, kiedy do ciebie dotarły. Jak długo jesteście na Tanit?

– Jakieś tysiąc godzin.
Harkaman zacmokał współczująco.
– Szkoda, że straciliście tyle czasu. Cóż, miło się z tobą rozmawiało, Boake. Przekaż ode mnie pozdrowienia Garvanowi,

gdy się zjawi.

– To znaczy, że nie zostajesz? – Valkanhayn był przerażony. Była to dziwna reakcją u człowieka, który ledwie przed chwilą

spodziewał się zaciekłej potyczki, żeby ich przepędzić. – Zaraz startujesz?

Harkaman wzruszył ramionami.
–  Czy  chcemy  marnować  tu  czas,  lordzie  Trasku?  „Enterprise”  najwyraźniej  poleciał  gdzieś  indziej.  Wciąż  był  w

hiperprzestrzeni, kiedy kapitan Valkanhayn i jego wspólnik tu przybyli.

–  Czy  warto  po  coś  zostawać?  –  Trask  miał  wrażenie,  że  Harkaman  się  spodziewał  właśnie  takiej  odpowiedzi.  –  To

background image

znaczy, poza drobiem?

Harkaman pokręcił głową.
– To planeta kapitana Valkanhayna, jego i kapitana Spassa. Niech sobie tutaj siedzą.
– Ale, posłuchaj, to dobra planeta. Jest na niej duże tubylcze miasto, liczące może dziesięć czy dwadzieścia tysięcy ludzi,

świątynie,  pałace  i  wszystko  inne.  Jest  też  parę  miast  Starej  Federacji.  To,  w  którym  stacjonujemy,  zachowało  się  całkiem
nieźle, i jest tam duży port kosmiczny. Sporo się przy nim napracowaliśmy. I tubylcy nie sprawiają żadnych kłopotów. Mają
tylko włócznie, parę kusz i rusznic…

– Wiem. Byłem tu.
–  Na  pewno  nie  możemy  ubić  jakiegoś  interesu?  –  zapytał  Valkanhayn.  Do  jego  głosu  zaczęło  się  zakradać  zawodzenie

żebraka. – Mogę dać Garvana na ekran i przełączyć go na twój statek…

– Mamy na pokładzie pełno towarów ze Świata Miecza. Moglibyśmy ci sprzedać część po okazyjnej cenie. Jak stoicie ze

sprzęt zautomatyzowanym?

–  Ale  nie  zamierzasz  tu  zostać?  –  Valkanhayn  prawie  panikował.  –  Słuchaj,  przypuśćmy,  że  pogadam  z  Garvanem,  i

wszyscy razem się za to weźmiemy. Przepraszam cię na chwilę…

Gdy  tylko  zniknął  z  ekranu,  Harkaman  zadarł  głowę  i  zarechotał,  jakby  właśnie  usłyszał  najzabawniejszy  i  najbardziej

świński dowcip w galaktyce. Traskowi nie było do śmiechu.

– Nie rozumiem, co w tym śmiesznego – przyznał. – Przybyliśmy szukać wiatru w polu.
– Przepraszam, Lucasie. – Harkaman wciąż się trząsł z wesołości. – Wiem, że jesteś zawiedziony, ale spójrz tylko na tę

parkę oszukanych złodziei kurczaków! Mógłbym niemal im współczuć, gdyby nie było to takie zabawne. – Znów się roześmiał.
– Wiesz, jaki mieli pomysł?

Trask pokręcił głową.
– Kim oni są?
–  Dokładnie  tym,  jak  ich  nazwałem,  parą  złodziei  kurczaków.  Najechali  tę  planetę  jak  Seta,  Herthę  i  Melkarta,  gdzie

tubylcy nie mieli czym walczyć… ani niczego, co warte byłoby walki. Nie wiedziałem, że się spiknęli, ale to pasuje. Nikt inny
nie sprzymierzyłby się z żadnym z nich. Nie ulega wątpliwości, że dotarła do nich wiadomość o planowanym przedsięwzięciu
diuka  Angusa  na  Tanit  i  pomyśleli,  że  jeśli  przybędą  tu  pierwsi,  taniej  wyjdzie  ich  przyjąć  do  spółki  niż  przepędzić.  Ja
prawdopodobnie tak właśnie bym zrobił. Mają statki i dokonali najazdu. Ale na Tanit nie powstanie teraz żadna baza, więc co
zyskali? Mają nic niewartą planetę i na niej tkwią.

– Nie mogą sami czegoś wymyślić?
– Niby czego? – zarżał Harkaman. – Nie mają sprzętu i nie mają ludzi. Nie do takiej roboty. Jedyne, co mogą zrobić, to

wystartować i puścić całą sprawę w niepamięć.

– Moglibyśmy sprzedać im sprzęt.
–  Moglibyśmy,  gdyby  mieli  coś,  co  mogłoby  uchodzić  za  pieniądze.  Nie  mają.  Ale  może  wylądujemy,  żeby  dać  ludziom

szansę  na  pospacerowanie  po  stałym  gruncie  i  popatrzenie  w  niebo  przez  jakiś  czas.  Tutejsze  dziewczyny  też  nie  są  złe  –
powiedział Harkaman. – O ile pamiętam, niektóre nawet się kąpią… od czasu do czasu.

–  Właśnie  takie  wiadomości  o  Dunnanie  będziemy  dostawać.  Zanim  dotrzemy  tam,  gdzie  go  widziano,  on  będzie  parę

tysięcy lat świetlnych dalej – powiedział Trask z odrazą. – Zgadzam się, powinniśmy dać ludziom szansę na zejście ze statku.
Przez jakiś czas możemy zwodzić tych dwóch, żeby nie przysporzyli nam żadnych kłopotów.

*

Trzy statki powoli zmierzały w kierunku punktu położonego piętnaście tysięcy mil od planety nad linią terminatora. „Bicz

Kosmosu” miał w herbie pięść w rękawicy rycerskiej, trzymającą kometę za głowę; jej ogon bardziej przypominał miotłę niż
bicz.  Na  „Lamii”  widniał  zwinięty  wąż  z  głową,  ramionami  i  biustem  kobiety.  Valkanhayn  i  Spasso  nie  śpieszyli  się  z
powrotem na ekran i Trask zaczął się zastanawiać, czy nie wmanewrowują „Nemezis” w krzyżowy ogień. Wspomniał o tym
Harkamanowi i Alvynowi Karffardowi, lecz oni się tylko roześmiali.

– Na statkach trwa zebranie – powiedział Karffard. – Będą paplać jeszcze przez parę godzin.
– Tak. Valkanhayn i Spasso wcale nie są właścicielami statków – wyjaśnił Harkaman. – Zadłużali się u swoich załóg za

zapasy i utrzymanie, aż w końcu wszyscy się stali właścicielami. Statki są w opłakanym stanie. Tak naprawę ci dwaj nawet
nimi nie dowodzą, tylko przewodniczą wybranym radom załogowym.

W końcu obaj tak zwani dowódcy pojawili się na ekranie. Valkanhayn miał zapiętą koszulę i włożył marynarkę. Garvan

Spasso  był  niewielkim,  łysawym  mężczyzną.  Oczy  miał  osadzone  ciut  za  blisko  siebie  i  jego  cienkie  usta  krzywiły  się  w
grymasie zgorzkniałej chytrości. Natychmiast zaczął mówić:

background image

– Kapitanie, Boake mi mówi, że wcale nie jesteś w służbie diuka Wardshaven. – Zabrzmiało to tak, jakby miał do niego

pretensje.

– To prawda – przyznał Harkaman. – Przybyliśmy na Tanit, ponieważ lord Trask uznał, że znajdziemy tutaj drugi statek z

Gramy, „Enterprise”. Skoro go tu nie ma, nasz pobyt nie ma sensu. Mamy jednak nadzieję, że nie będziecie robić trudności w
związku  z  naszym  lądowaniem,  bo  chcielibyśmy  dać  naszym  ludziom  kilkaset  godzin  swobody.  Spędzili  w  hiperprzestrzeni
trzy tysiące godzin.

– A widzisz? – zapiał Spasso. – Chce nas podstępem skłonić to tego, żebyśmy mu pozwolili wylądować…
– Kapitanie Spasso – przerwał mu Trask. – Racz, proszę, przestać obrażać inteligencję nas wszystkich, łącznie ze swoją

własną.  –  Spasso  w  odpowiedzi  spojrzał  na  niego  wojowniczo,  ale  też  z  nadzieją.  –  Rozumiem,  co  sobie  pomyśleliście,
widząc na tutaj. Spodziewaliście się, że kapitan Harkaman przybył założyć bazę dla diuka Wardshaven. Uznaliście, że skoro
zjawiliście  się  tu  przed  nim,  gotowi  bronić  planety,  to  przyjmie  was  do  służby  zamiast  tracić  amunicję,  a  także  ryzykować
zniszczenia i straty w ludziach, żeby was przepędzić. Cóż, jest mi bardzo przykro, panowie. Kapitan Harkaman podlega moim
rozkazom, a ja nie jestem w najmniejszym stopniu zainteresowany zakładaniem bazy na Tanit.

Valkanhayn i Spasso popatrzyli na siebie, a przynajmniej na dwóch sąsiednich ekranach ich oczy się przesunęły, każda para

na ekran drugiego na swoim statku.

– Rozumiem! – krzyknął nagle Spasso. – Są dwa statki, „Enterprise” i ten. Diuk Wardshaven wyekwipował „Enterprise’a”,

a ktoś inny wyekwipował „Nemezis”. Obaj chcą założyć tu bazę!

To  otwierało  przed  nimi  cudowne  perspektywy.  Zamiast  zbijać  wątpliwy  kapitał  na  planecie  wątpliwej  wartości,  mogą

stać się języczkiem u wagi w walce o planetę. Wszelkie chwyty dozwolone, byle przyniosły zysk.

– Jasne, możecie wylądować, Otto – powiedział Valkanhayn. – Sam dobrze wiem, jak to jest po trzech tysiącach godzin w

hiperprzestrzeni.

–  Kwaterujecie  w  tym  starym  mieście  z  dwiema  wysokimi  wieżami,  prawda?  –  zapytał  Harnaman.  Spojrzał  na  ekran.  –

Powinno być na północ stąd. Jak wygląda port kosmiczny? Kiedy tam byłem, był w kiepskim stanie.

– Och, doprowadzamy go do porządku. Pracuje dla nas duża brygada tubylców…

*

Dla Traska miasto wyglądało znajomo dzięki opisowi Otta Harkamana i obrazom, które Vann Larch namalował podczas

długiego  skoku  z  Grama.  Z  daleka  robiło  imponujące  wrażenie,  rozpościerając  się  na  mile  wokół  dwóch  bliźniaczych
budowli, które pięły się na wysokość prawie trzech tysięcy stóp, z wielkim portem kosmicznym w kształcie ośmioramiennej
gwiazdy.  Ktokolwiek  je  zbudował,  u  schyłku  świetności  starej  Federacji  Terrańskiej,  musiał  robić  to  z  wiarą,  że  stanie  się
metropolią ludnego i prosperującego świata. Potem słońce Federacji zaszło. Nikt nie wiedział, co się później stało na Tanit,
ale najwyraźniej nic dobrego.

Z początku dwie wieże wydawały się tak solidne jak w czasach, kiedy je zbudowano. Po jakimś czasie stało się jasne, że

wierzchołek  jednej  z  nich  pękł  i  runął  na  ziemię.  Większość  rozproszonych  wokół  nich  mniejszych  budynków  stała,  choć
gdzieniegdzie  się  piętrzyły  kopce  porośniętego  krzakami  gruzu.  Port  kosmiczny  prezentował  się  całkiem  nieźle  –  centralny
oktagon  budynków,  stanowiska  lądowania  i  dalej  trójkątne  obszary  doków  i  magazynów.  Główny  gmach  na  zewnątrz  był
nienaruszony, a lądowiska wyglądały na uprzątnięte z gruzów i szczątków.

Gdy  „Nemezis”  opadała  w  ślad  za  „Biczem  Kosmosu”  i  „Lamią”,  holowana  przez  swoje  szalupy,  zniknęła  iluzja,  że

zbliżają się do żywego miasta. Las porastał przestrzenie pomiędzy budynkami, przerywany przez nieliczne poletka i ogrody.
Kiedyś w  mieście  stały trzy  wysokie  budowle, same  w  sobie  będące pionowymi  miastami.  Obecnie w  miejscu  trzeciej  ział
szklisty krater otoczony pierścieniem gruzów. Ktoś musiał strzelić w podstawę pociskiem średniej mocy, jakieś dwadzieścia
kiloton.  Coś  w  tym  samym  rodzaju  spadło  też  na  daleki  skraj  portu  komicznego,  bo  na  jednym  z  ośmiu  szpiczastych
wierzchołków zamiast doków i magazynów znajdował się bezkształtny stos żużlu.

Wyglądało  na  to,  że  reszta  miasta  umarła  raczej  z  zaniedbania  niż  wskutek  przemocy.  Z  pewnością  nie  została

zbombardowana.  Harkamanowi  przychodziły  na  myśl  walki  toczone  przy  użyciu  bomb  subneutronowych  albo  tych  z
promieniowaniem  omega,  które  zabijają  ludzi  bez  niszczenia  domów.  A  może  broń  biologiczna;  może  stworzona  przez
człowieka zaraza wymknęła się spod kontroli i prawie wyludniła planetę.

–  Zachowanie  cywilizacji  wymaga  ogromu  ludzi  wspólnie  wykonujących  wiele  zadań.  Zniszcz  instalacje  i  zabij

najważniejszych  techników  i  naukowców,  a  masy  nie  będą  wiedziały,  jak  je  odbudować  i  wrócą  do  kamiennych  toporków.
Zabij odpowiedni procent populacji, a nie będzie komu pracować, nawet jeśli planeta i wiedza pozostaną. Widziałem planety
upadłe na oba sposoby. Tanit, jak sądzę, należy do tych drugich.

Prowadzili  tę  rozmowę  w  czasie  jednego  z  długich  posiedzeń  po  kolacji  w  drodze  z  Gramy.  Ktoś,  jeden  ze  szlachetnie

background image

urodzonych dżentelmenów-awanturników, który dołączył do kompanii po kradzieży „Enterprise’a” i morderstwie, zapytał:

– Ale ktoś przeżył. Czy wiedzą, co się stało?
– „W dawnych czasach żyli czarodzieje. Za pomocą czarów zbudowali stare domy. Potem czarodzieje walczyli pomiędzy

sobą i odeszli” – zacytował Harkaman. – To wszystko, co im wiadomo.

Na takiej podstawie można wysnuć każdego rodzaju wnioski.
Gdy szalupy podciągnęły i opuściły „Nemezis” na stanowisko postoju, zobaczył w dali ludzi pracujących na płycie portu

kosmicznego.  Albo  Valkanhayn  i  Spasso  mieli  więcej  ludzi  niż  wskazywała  na  to  wielkość  ich  statków,  albo  zapędzili  do
pracy  mnóstwo  tubylców.  Było  ich  więcej  niż  mieszkańców  tego  dogorywającego  miasta,  przynajmniej  takiego,  jakim  je
pamiętał.

Razem  wziąwszy  tutejsza  populacja  liczyła  około  pięciuset  osób.  Mieszkańcy  żyli  z  pozyskiwania  metalu  ze  starych

budynków,  wymienianego  na  żywność,  ubrania,  proch  i  inne  rzeczy  wyrabiane  gdzieś  indziej.  Towary  przewożono  wozami
zaprzężonymi w woły, podróżując sto mil przez bezdroża. Miasto zbudowali ludzie używający antygrawitacji, z całkowitym
lekceważeniem dla naturalnych środków i szlaków transportowych.

– Nie zazdroszczę biednym gnojkom – mruknął Harkaman, patrząc w dół na małe jak mrówki postacie na płycie portu. –

Boake  Valkanhayn  i  Garvan  Spasso  prawdopodobnie  zrobili  z  nich  niewolników.  Gdybym  naprawdę  zamierzał  założyć  tu
bazę, nie dziękowałbym tej dwójce za kreowanie pozytywnego wizerunku wśród tubylców.

background image

IX

Właśnie  tak  mniej  więcej  wyglądała  sytuacja.  Spasso  i  Valkanhayn  wraz  z  kilkoma  swoimi  oficerami  spotkali  się  z  nimi  na
lądowisku  przy  wielkim  budynku  pośrodku  portu  kosmicznego,  gdzie  kwaterowali.  Weszli  do  środka  i  przemierzali  długi
korytarz,  mijając  tuzin  mężczyzn  i  kobiet,  którzy  szuflami  i  rękami  zbierali  śmieci  z  podłogi  i  pakowali  je  na  platformy
ślizgowe.  Obie  płci  nosiły  bezkształtne  ubrania  z  szorstkiego  materiału,  jak  poncza,  i  sandały  na  płaskich  podeszwach.
Nadzorował ich tubylec w kilcie, koturnach i skórzanym kaftanie; miał krótki miecz u pasa i trzymał bicz o wielu rzemieniach.
Nosił  również  bojowy  hełm  kosmicznych  wikingów,  z  wymalowanym  herbem  „Lamii”  Spassa.  Ukłonił  się,  gdy  podeszli,
przykładając rękę do czoła. Gdy go minęli, usłyszeli jego krzyki i trzask bicza.

Zrób z ludzi niewolników, a niektórzy zawsze będą ich poganiaczami; będą ci się kłaniać, a potem wyładują swoją złość

na innych. Harkaman skrzywił nos, jakby kawałek zgniłej ryby utkwił mu w wąsach.

–  Mamy  ich  około  ośmiuset.  Tu  było  tylko  trzystu,  którzy  nadawali  się  do  pracy,  resztę  ściągnęliśmy  z  wiosek  leżących

wzdłuż rzeki – mówił Spasso.

– Skąd bierzecie dla nich jedzenie? – zapytał Harkaman. – Czy was to nie obchodzi?
–  Zgarniamy,  co  się  da  –  odparł  Valkanhayn.  –  Wysyłamy  grupy  w  lądowniku.  Lądują  w  jakiejś  wiosce,  wypędzają

tubylców, zabierają, co tylko mogą, i przywożą tutaj. Raz na jaki czas tubylcy próbują z nami walczyć, ale przecież mają tylko
kusze i ładowane przez lufę muszkiety. Kiedy się buntują, palimy wioskę i rozwalamy z karabinów maszynowych wszystkich w
zasięgu wzroku.

– I słusznie – skomentował Harkaman. – Jeśli krowa nie chce dawać mleka, trzeba po prostu ją zastrzelić. Oczywiście, z

niej już więcej nie dostaniesz mleka, ale…

Pokój, do którego zaprowadzili ich gospodarze, znajdował się na końcu korytarza. Kiedyś prawdopodobnie była to sala

konferencyjna ze ścianami wyłożonymi boazerią, zdartą dawno temu. Tu i ówdzie w ścianach ziały wybite dziury. Harkaman
zauważył,  że  od  czasu  jego  ostatniej  wizyty  drzwi  zniknęły,  a  metalowa  prowadnica,  w  której  się  przesuwały,  została
wyrwana.

Pośrodku  stał  wielki  stół,  a  wokół  niego  fotele  i  kanapy  okryte  kolorowymi  narzutami.  Wszystkie  meble  były  ręcznej

roboty, przemyślnie zbite kołkami i wypolerowane na wysoki połysk. Na ścianach wisiały trofea – zdobyczna broń: włócznie i
oszczepy, kusze i kilka sztuk broni palnej, prymitywnej, ale starannie wykonanej.

– To wszytko odebraliście tubylcom? – zapytał Harkaman.
– Tak, i większość pochodzi z dużego miasta przy rozwidleniu rzeki – odparł Valkanhayn. – Przetrząsnęliśmy je parę razy.

Tam zwerbowaliśmy dozorców robotników.

Podniósł laskę z pokrytą piórami gałką i uderzył w gong, rycząc o wino. Ktoś gdzieś odpowiedział:
– Tak, panie, już idę! – Chwilę później do sali weszła kobieta z dzbankami w rękach. Była ubrana w niebieski szlafrok

kilka numerów za duży, nie ponczo, jak niewolnicy w korytarzu. Miała ciemne włosy i siwe oczy; wyglądałaby pięknie, gdyby
jej twarzy nie wykrzywiało przerażenie. Postawiła dzbany na stole i ze skrzyni pod ścianą wyjęła srebrne kubki. Kiedy Spasso
ją odprawił, odeszła w pośpiechu.

– Przypuszczam, że to będzie głupie pytanie. Czy płacicie tym ludziom za pracę, jaką dla was wykonują, albo za zabierane

im rzeczy? – zapytał Harkaman.

Śmiech  ludzi  z  „Bicza  Kosmosu”  i  „Lamii”  poświadczył,  że  pytanie  rzeczywiście  jest  głupie.  Harkaman  wzruszył

ramionami.

– Cóż, to wasza planeta. Róbcie sobie na niej taki burdel, jaki tylko chcecie.
– Sądzisz, że powinniśmy im płacić? – Spasso nie krył niedowierzania. – Przeklętej bandzie dzikusów?
– Nie są takimi dzikusami, jakimi byli tubylcy na Xochitl, kiedy Hauteclere zajął planetę. Byłem tam, widziałem, co zrobił

z nich książę Viktor.

– Nie mamy ani ludzi, ani sprzętu, jaki mają na Xochitl – zaznaczył Valkanhayn. – Nie stać nas na rozpieszczanie tubylców.
– Nie stać was, żeby tego nie robić – powiedział mu Harkaman. – Macie dwa statki. Do najazdów możecie używać tylko

jednego,  drugi  musi  tu  zostać,  żeby  pilnować  planety.  Jeśli  zabierzesz  je  oba,  tubylcy,  których  z  wyrachowaniem  skłócasz,
rozprawią się z każdym, kogo tu zostawisz. A jeśli nikogo nie zostawisz, to jaki pożytek z posiadania planetarnej bazy?

– Może do nas dołączysz? – zapytał w końcu Spasso. – Z trzema statkami moglibyśmy naprawdę sporo dokonać.
Harkaman popatrzył na niego badawczo.

background image

– Panowie – odezwał się Trask – niewłaściwie to ujmujecie. Pytanie powinno brzmieć inaczej. Czy my wam pozwolimy,

żebyście do nas dołączyli?

–  Cóż,  skoro  tak  chcesz  to  ująć  –  ustąpił  Valkanhayn.  –  Przyznajemy,  że  wasza  „Nemezis”  byłaby  wielkim  atutem.  I

dlaczego nie? Z trzema statkami moglibyśmy tu urządzić bazę z prawdziwego zdarzenia. Ojciec Nikky’ego Grathama miał tylko
dwa, kiedy zaczynał na Dżaganacie, i spójrzcie, co teraz mają Grathamowie.

– Jesteśmy zainteresowani? – zapytał Harkaman.
–  Nie  za  bardzo,  niestety  –  odparł  Trask.  –  Oczywiście,  dopiero  co  wylądowaliśmy.  Być  może  Tanit  ma  wielkie

możliwości. Odłożymy decyzję na jakiś czas i trochę się rozejrzymy.

Gwiazdy świeciły na niebie i sierp księżyca wisiał nad zachodnim horyzontem. Był to tylko mały księżyc, ale blisko. Trask

szedł  skrajem  lądowiska,  a  z  nim  szła  Elaine.  Hałas  płynący  z  budynku,  gdzie  załoga  „Nemezis”  świętowała  z  ludźmi  z
„Lamii”  i  „Bicza  Kosmosu”,  stawał  się  coraz  cichszy.  Na  południu  poruszała  się  gwiazda;  była  to  jedna  z  szalup,  którą
zostawili na orbicie. Daleko w dole płonęło ognisko i Trask słyszał śpiewy. Nagle zdał sobie sprawę, że to ci biedni tubylcy,
zniewoleni przez Valkanhayna i Spassa. Elaine szybko odeszła.

– Masz dość splendoru kosmicznego wikinga, Lucasie?
Odwrócił się. Był to baron Rathmore, który do nich dołączył, żeby służyć przez jakiś rok, a potem wyskoczyć do domu z

jakiejś planetarnej bazy i zbić kapitał polityczny na podróżowaniu z Lucasem Traskiem.

– Na razie. Słyszałem, że ta banda nie jest typowa.
– Mam nadzieję, że nie. To banda sadystycznych brutali, i do tego chamskich.
– Cóż, brutalność i złe maniery mogę jakoś zaakceptować, ale Spasso i Valkanhayn są parą nędznych drobnych oszustów,

do  tego  głupich.  Gdyby  Andray  Dunnan  dotarł  tu  przed  nami,  być  może  zrobiłby  jedną  dobrą  rzecz  w  swoim  żałosnym
żywocie. Nie potrafię pojąć, dlaczego się nie zjawił.

–  Sądzę,  że  przybędzie  –  powiedział  Rathmore.  –  Znałem  go  i  znałem  Nevila  Ormma.  Ormm  jest  ambitny,  a  Dunnan

obłędnie mściwy… – Urwał z krzywym uśmiechem. – I komu ja to mówię!

– Dlaczego zatem nie przybył tutaj od razu?
– Może nie chce zakładać bazy na Tanit. To byłoby coś konstruktywnego, a on jest niszczycielem. Sądzę, że zabrał dokądś

swój ładunek sprzętu i sprzedał. Sądzę, że będzie czekać, dopóki nie zyska pewności, że drugi statek został ukończony. Wtedy
przybędzie i rozwali to miejsce, jak… – Ugryzł się w język.

– Jak moje wesele. Myślę o tym przez cały czas.

*

Nazajutrz rano Trask i Harkaman zabrali autolot i wybrali się obejrzeć miasto przy rozwidleniu rzeki. Było zupełnie nowe

–  w  tym  sensie,  że  powstało  po  upadku  Federacji  i  utracie  technicznych  zdobyczy  cywilizacyjnych.  Kuliło  się  na  długim,
nieregularnie trójkątnym wzgórzu, najwyraźniej dla ochrony przed powodzią. Musiały je budować całe pokolenia. W oczach
cywilizacji wykorzystującej antygrawitację i atomowy sprzęt, nie wyglądało ani trochę imponująco. Od pięćdziesięciu do stu
ludzi wyposażanych w odpowiednie maszyny mogłoby wznieść coś takiego ciągu jednego lata. Tylko przez zmuszenie się do
myślenia w kategoriach niezliczonych łopat ziemi i wózków poskrzypujących za wytężającymi się zwierzętami, pni ścinanych
siekierami  i  korowanych  ciosłami,  kamieni  i  cegieł,  Trask  mógł  je  docenić.  Było  nawet  otoczone  palisadą,  a  wzdłuż  rzeki
ciągnęło się nabrzeże, przy którym cumowały łodzie. Tubylcy zwali je po prostu Miastem Handlowym.

Gdy się zbliżyli, zaczął dudnić wielki gong i biały kłąb dymu zapowiedział huk z armatki sygnałowej. Długie, podobne do

canoe  łodzie  i  wielowiosłowe  barki  z  zaokrąglonymi  dziobami  śpiesznie  wypłynęły  na  rzekę.  Przez  lornetki  widzieli  ludzi
ściągających  z  okolicznych  pól,  pędzących  przed  sobą  bydło.  Gdy  znaleźli  się  nad  miastem,  nie  dostrzeli  żywego  ducha.
Wyglądało  na  to,  że  w  ciągu  dziewięciuset  kilkudziesięciu  godzin,  kiedy  to  mieli  do  czynienia  Boakem  Valkanhaynem  i
Garvanem  Spassem,  mieszkańcy  opracowali  całkiem  skuteczny  system  ostrzegania  przeciwlotniczego.  To  ich  nie  uchroniło;
część miasta została spalona i widać było ślady ostrzału. Napastnicy użyli tylko lekkich pocisków chemiczno-wybuchowych,
bo nawet dla nich to miasto było zbyt dobrą krową, żeby je zabijać przed zakończeniem dojenia.

Powoli okrążyli miasto, lecąc na wysokości tysiąca stóp. Kiedy zawrócili, kłęby czarnego dymu zaczęły buchać z komina

czegoś,  co  mogło  być  warsztatem  garncarskim  albo  cegielnią  na  przedmieściach;  najwyraźniej  do  ognia  dorzucono  czegoś
żywicznego. Kolumny czarnego dymu zaczęły się też wznosić nad terenami wiejskimi po obu stronach rzeki.

– Wiesz, ci ludzie są cywilizowani, jeśli nie ograniczysz tego terminu do antygrawitacji i energii nuklearnej – zauważył

Harkaman. – Mają proch, po pierwsze, a przychodzi mi na myśl kilka dość imponujących cywilizacji staroterrańskich, które go
nie miały. Mają zorganizowane społeczeństwo i nikogo, kto poprowadziłby je ku cywilizacji.

– Przykro mi myśleć, co się stanie z tą planetą, jeśli Spasso i Valkanhayn tu zostaną.

background image

–  Może  na  dłuższą  metę  wyjdzie  jej  to  na  dobre.  Początki  tego,  co  w  przyszłości  może  wydać  owoce,  są  często  bardzo

ciężkie.  Jednak  wiem,  co  się  stanie  ze  Spassem  i  Valkanhaynem.  Sami  zaczną  się  cofać.  Kiedy  będą  potrzebować  czegoś,
czego nie można dostać od tubylców, wyruszą na złodziejską wyprawę, ale przez większość czasu będą tkwić tutaj, rządząc
swoimi niewolnikami, i w końcu ich statki się zużyją, a oni nie będą w stanie ich naprawić. Tubylcy na nich napadną, kiedy
stracą czujność, i ich zamordują. Ale zanim do tego dojdzie, sporo się od nich nauczą.

Skręcili na zachód i polecieli wzdłuż rzeki. Wypatrzyli kilka wiosek. Jedna czy dwie pochodziły z okresu Federacji; były

plantacjami, zanim stało się to, co się stało. Inne powstały w ciągu ostatnich pięciuset lat. Parę zostało niedawno zniszczonych,
w odwecie za zbrodnię samoobrony.

– Wiesz – odezwał się Trask po długim czasie – wyświadczę wszystkim przysługę. Zamierzam pozwolić, żeby Spasso i

Valkanhayn mnie przekonali, abym przejął od nich planetę.

Harkaman, który pilotował, gwałtownie się odwrócił.
– Zwariowałeś czy co?
– „Kiedy ktoś mówi coś, czego nie rozumiesz, nie mów mu, że zwariował. Zapytaj, co ma na myśli”. Kto to powiedział?
– Celny cios. – Harkanam uśmiechnął się szeroko. – Co masz na myśli, lordzie Trasku?
– Nie dopadnę Dunnana, gdy będę go ścigać. Trzeba go dorwać przez przechwycenie. Znasz źródło również i tego cytatu.

Według  mnie  to  miejsce  wygląda  na  dobre,  żeby  go  zwabić.  Kiedy  się  dowie,  że  mam  tu  bazę,  uderzy  na  nią  prędzej  czy
później.  A  jeśli  nie,  to  kiedy  zaczną  przybywać  tu  statki,  więcej  informacji  zbierzemy  na  miejscu  niż  pałętając  się  po  całej
Starej Federacji.

Harkaman zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym pokiwał głową.
– Tak, jeśli mógłbyś założyć bazę w rodzaju tych na Nergalu albo Xochitl – powiedział. – Na każdej z tych planet przez

cały czas przebywa cztery czy pięć statków, są kosmiczni wikingowie, handlarze, Gilgameszanie i tak dalej. Gdybyśmy mieli
ładunek, który Dunnan zabrał w przestrzeń na pokładzie „Enterprise’a”, moglibyśmy zacząć tworzyć taką bazę. Ale nie mamy
praktycznie niczego, czego nam potrzeba, a sam wiesz, czym dysponują Spasso i Valkanhayn.

– Możemy dostać potrzebne rzeczy z Grama. Tak się składa, że inwestorzy przedsięwzięcia Tanit od diuka Angusa w dół

stracili wszystko, co w nie włożyli. Jeśli zgodzą się pokryć koszty budowy bazy, nie tylko odrobią straty, ale osiągną znaczny
zysk. Poza tym niedaleko stąd powinny być planety rozwinięte nad poziom łodzi wiosłowych i wozów zaprzężonych w woły, i
tam będziemy się mogli wyprawić po to, czego nam brakuje.

–  Zgadza  się,  znam  pół  tuzina  takich  w  promieniu  pięciuset  lat  świetlnych.  Nie  są  w  rodzaju  tych,  na  które  mają  w

zwyczaju  napadać  Spasso  i  Valkanhayn.  Poza  maszynami  możemy  tam  zdobyć  złoto  i  cenne  towary,  które  sprzedamy  na
Gramie.  I  jeśli  nam  się  powiedzie,  polowanie  na  Dunnana  na  Tanit  faktycznie  będzie  miało  większe  szanse  powodzenia.  W
taki sposób polowaliśmy na bagienne świnie na Coladzie, kiedy byłem mały. Wystarczy znaleźć dobre miejsce, zasadzić się i
czekać.

*

Zaprosili  Valkanhayna  i  Spassa  na  pokład  „Nemezis”  na  kolację.  Sprowadzenie  rozmowy  na  temat  Tanit,  jej  zasobów,

korzyści i możliwości nie wymagało większego wysiłku. W końcu, kiedy osiągnęli etap brandy i kawy, Trask od niechcenia
rzucił:

– Sądzę, że razem naprawdę moglibyśmy zrobić coś z tej planety.
– Przecież od początku wam to mówiłem – powiedział z ożywieniem Spasso. – To cudowna planeta…
– Może być cudowna. Na razie wszystkim, co ma, są możliwości. Przede wszystkim potrzebujemy portu kosmicznego.
– A co tu jest, jak nie port? – chciał wiedzieć Valkanhayn.
– To był port kosmiczny – odparł z naciskiem Harkaman. – I może być znowu. Będziemy potrzebować stoczni zdolnej do

wykonania wszelkiego rodzaju prac remontowych. Co więcej, zdolnej do zbudowania nowego, w pełni wyposażonego statku.
Nigdy nie widziałem statku, który przybył do wikińskiej bazy planetarnej z jakimś ładunkiem wartym wymiany i nie poniósł
uszczerbku  w  trakcie  jego  zdobywania.  Książę  Viktor  z  Xochitl  dobrą  połowę  swoich  pieniędzy  zarabia  na  naprawach
statków, podobnie jak Nikky Ratham na Dżaganacie i Everrardowie na Hocie.

– Do tego prace inżynieryjne, hipernapęd, normalna przestrzeń i sztuczna grawitacja – dodał Trask. – I stalownia, i fabryka

skolapsowanej materii. I zakłady sprzętu zautomatyzowanego, i…

–  To  niedorzeczne!  –  krzyknął  Valkanhayn.  –  Ściągnięcie  tu  wszystkich  materiałów  wymagałoby  dwudziestu  podróży

statkiem wielkości tego, i jak moglibyśmy za nie zapłacić?

– Taką bazę planował stworzyć diuk Angus z Wardshaven. „Enterprise”, będący praktycznie duplikatem „Nemezis”, kiedy

został uprowadzony miał na pokładzie praktycznie wszystko, co byłoby potrzebne na początek.

background image

– Kiedy został…
– Teraz będziesz musiał powiedzieć dżentelmenom prawdę – powiedział z chichotem Harkaman.
– Miałem taki zamiar. – Trask odłożył cygaro, pociągnął łyczek brandy i opowiedział o przedsięwzięciu Tanit planowanym

przez diuka Angusa. – Była to część większego planu. Angus chciał zapewnić księstwu Wardshaven przewagę ekonomiczną,
żeby zrealizować swoje ambicje polityczne. Propozycja biznesowa była jednak jak najbardziej sensowna. Sprzeciwiałem jej
się, ponieważ uważałem, że w końcu to Tanit by zyskała na tym interesie, a ojczysta planeta poniosła straty. – Opowiedział im
o „Enterprise”, o ładunku sprzętu przemysłowego i konstrukcyjnego na pokładzie, i jak Andray Dunnan przejął statek.

– Wcale się tym nie przejąłem, bo nie zainwestowałem w ten projekt. Zezłościło mnie, łagodnie mówiąc, to co się stało tuż

przed  uprowadzeniem  statku.  Dunnan  strzelał  na  moim  weselu,  ranił  mnie  i  mojego  teścia  i  zabił  kobietę,  którą  poślubiłem
niespełna  pół  godziny  wcześniej.  Wyekwipowałem  ten  statek  własnym  kosztem,  zabrałem  kapitana  Harkamana,  który  stracił
obiecane stanowisko dowódcy, kiedy Dunnan zabrał „Enterprise’a”, po czym przybyłem tutaj, żeby wytropić i zabić Dunnana.
Jestem przekonany, że dopnę swego, gdy sam założę bazę na Tanit. Baza będzie musiała przynosić zyski, bo inaczej wcale nie
będzie działać. – Trask podniósł cygaro i zaciągnął się powoli. – Zapraszam was, panowie, żebyście dołączyli do mnie jako
wspólnicy.

– Cóż, wciąż nam nie powiedziałeś, skąd weźmiemy pieniądze na sfinansowanie przedsięwzięcia – zaznaczył Spasso.
– Wyłoży je diuk Wardshaven i inni, którzy zainwestowali w pierwotne przedsięwzięcie. Tylko w ten sposób będą mogli

odzyskać to, co stracili wraz z „Enterprise’em”.

– Ale w takim wypadku będzie tu rządzić ten diuk Wardshaven, nie my – sprzeciwił się Valkanhayn.
– Diuk Wardshaven jest na Gramie – przypomniał mu Harkaman. – My jesteśmy tutaj, na Tanit. Dzielą nas trzy tysiące lat

świetlnych.

Odpowiedź wydawała się satysfakcjonująca. Spasso chciał jednak wiedzieć, kto będzie rządzić na Tanit.
– Musimy zwołać zebranie wszystkich trzech załóg – zaczął.
– Absolutnie wykluczone – oświadczył stanowczo Trask. – Ja będę kierować wszystkim na Tanit. Wy możecie pozwolić,

żeby debatowano i głosowano nad waszymi rozkazami, ale mnie na to nie stać. Powiadomicie załogi o tej decyzji. Wszelkie
rozkazy, jakie wydacie swoim ludziom w moim imieniu, mają być wykonane bez dyskusji.

– Nie wiem, jak to przyjmą – powiedział Valkanhayn.
– Wiem, że to zaakceptują, jeśli nie brak im oleju w głowie – powiedział Harkaman. – I wiem, co się stanie, jeśli tego nie

zrobią.  Wiem,  jak  rządziliście  swoimi  statkami,  a  może  raczej  jak  wami  rządziły  załogi  waszych  statków.  Cóż,  my  tak  nie
robimy. Lucas Trask jest właścicielem, a ja kapitanem. Ja słucham jego rozkazów, a wszyscy inni słuchają moich.

Spasso popatrzył na Valkanhayna i wzruszył ramionami.
– Niech będzie, jak sobie życzy, Boake. Chcesz się z nim kłócić? Ja nie.
–  Pierwszy  rozkaz  –  powiedział  Trask  –  jest  taki,  że  tubylcy,  którzy  tu  pracują,  mają  otrzymywać  zapłatę.  Tym  zbirom,

którym  kazaliście  ich  pilnować,  nie  wolno  ich  bić.  Jeśli  ktoś  będzie  chciał  odejść,  ma  do  tego  prawo.  Dostaną  odprawę  i
zostaną odtransportowani do domu. Tym, którzy zgodzą się zostać, zostaną wyfasowane racje i ubrania, a także przydzielone
miejsca do spania i tak dalej, i wypłacone pensje. Opracujemy system płatności żetonami i otworzymy sklep, gdzie będą mogli
kupować różne rzeczy. Krążki z plastiku, tytanu albo czegoś innego, ostemplowane i nie do podrobienia. Niech Alvyn Karffard
się tym zajmie. Trzeba zorganizować brygady robocze i awansować najlepszych i najbardziej inteligentnych na brygadzistów.
Dotychczasowi dozorcy mają trafić w ręce jakiegoś sierżanta oddziałów lądowych. Należy wydać im broń Świata Miecza i
przeprowadzić  z  nimi  szkolenie  taktyczne,  a  następnie  ich  wykorzystać  do  szkolenia  innych.  Przyda  się  tutaj  armia  swego
rodzaju sipajów. Nawet najlepsza dobra wola nie zastąpi sił zbrojnych, jawnie wystawionych i w razie konieczności użytych
bez chwili wahania. Do tego koniec z napadami po żywność czy cokolwiek innego. Będziemy płacić tubylcom za wszystko, co
od nich dostaniemy.

– Z tym będą kłopoty – zakrakał Valkanhayn. – Nasi ludzie uważają, że wszystko, co ma tubylec, należy do każdego, kto

może to zabrać.

–  Podzielam  to  zdanie  –  powiedział  Harkaman.  –  Ale  tylko  na  planecie,  którą  najeżdżam.  Tanit  jest  naszą  planetą,

zamieszkaną przez naszych tubylców. Nie napadamy na własną planetę ani na naszych ludzi. Musicie po prostu tego nauczyć
swoje załogi.

background image

X

Przekonanie załóg zajęło Valkanhaynowi i Spassowi więcej czasu i wymagało więcej zachodu niż Trask uważał za konieczne.
Harkaman wydawał się zadowolony, podobnie jak baron Rathmore, polityk z Wardshaven.

–  To  jak  namawianie  licznych  niezdecydowanych  drobnych  właścicieli  ziemskich  do  poddania  się  komuś  w  zamian  za

utrzymanie  i  barwy  –  powiedział  baron.  –  Nie  wolno  za  bardzo  naciskać.  Trzeba  sprawić,  żeby  uznali  to  za  swój  własny
pomysł.

Obie  załogi  zwoływały  zebrania,  na  których  prowadzono  gorące  dyskusje.  Baron  Rathmore  często  wygłaszał  mowy,

podczas gdy lord Trask z Tanit i admirał Harkaman – tytuły były sugestią Rathmore’a – wyniośle trzymali się z daleka. Na obu
statkach  wszystko  było  wspólne,  co  znaczyło,  że  praktycznie  nikt  niczego  nie  posiada.  Zajęli  Tanit  na  tej  samej  zasadzie
rozproszonej własności i nikt w obu załogach nie był na tyle głupi, żeby myśleć, iż zdoła na własną rękę zrobić coś z planetą.
Wyglądało na to, że dołączając do „Nemezis” dostaną coś za nic. W końcu przegłosowali, że oddadzą się pod rozkazy lorda
Traska i admirała Harkamana. Ostatecznie na Tanit miał panować ustrój feudalny, a trzy statki razem utworzą flotę.

Swoim  pierwszym  dekretem  admirał  Harkaman  nakazał  generalną  inspekcję  jednostek  tejże  floty.  Nie  był  zszokowany

stanem dwóch statków, ale tylko dlatego, że się spodziewał, iż będzie znacznie gorzej. Nadawały się do lotów w kosmos –
przecież przybyły tutaj z Hot o własnych siłach. Nadawały się do walki – pod warunkiem, że walka nie będzie zbyt ciężka.
Jego pierwotna ocena, że „Nemezis” mogłaby rozwalić każdy z nich na kawałki, była, łagodnie mówiąc, zbyt oględna. Okazało
się, że tylko silniki są w niezłym stanie. Uzbrojenie pozostawiało wiele do życzenia.

– Nie zamierzamy siedzieć na Tanit z założonymi rękami – powiedział dwóm kapitanom. – Ta planeta jest bazą wypadową,

a „wypad” jest tu właściwym słowem. I nie będziemy brać na cel łatwych planet. Planeta, którą można najechać bezkarnie, nie
jest  warta  czasu,  który  zabiera  dotarcie  do  niej.  Czeka  nas  walka  na  każdej  zaatakowanej  planecie,  a  ja  nie  mam  zamiaru
narażać życia ludzi pod moimi rozkazami, co obejmuje tak wasze załogi, jak moją, z powodu braku prochu i uzbrojenia.

Spasso próbował dyskutować.
– Dotychczas jakoś sobie radziliśmy.
Harkaman zaklął.
– Tak. Wiem, że jakoś sobie radziliście, kradnąc kurczaki na takich planetach, jak Set, Xipotetec i Melkart. Zdobywaliście

za  mało,  żeby  pokryć  koszty  utrzymania  i  napraw,  i  dlatego  wasze  statki  są  w  takim  stanie,  w  jakim  są.  Cóż,  te  dni  się
skończyły. Oba statki powinny przejść remont kapitalny, ale będziemy musieli to przeskoczyć, dopóki nie zbudujemy własnej
stoczni. Ale będę nalegać przynajmniej na to, żeby wasze działa i wyrzutnie były sprawne. I wasz sprzęt wykrywający. Nie
namierzyliście „Nemezis”, dopóki się nie znaleźliśmy w odległości mniejszej niż dwadzieścia tysięcy mil od planety.

–  Będzie  lepiej,  gdy  najpierw  zajmiemy  się  „Lamią”  –  zaproponował  Trask.  –  Możemy  ją  wysłać  na  orbitalną  wachtę

zamiast tych dwóch szalup.

*

Prace na „Lamii” zaczęły się nazajutrz, a wraz z nimi tarcia pomiędzy tamtejszymi oficerami i inżynierami przysłanymi z

„Nemezis”. Baron wszedł na pokład i wrócił ze śmiechem.

–  Wiecie,  jak  jest  zarządzany  ten  statek?  Mają  tam  swego  rodzaju  radę  złożoną  z  oficerów:  główny  inżynier,  zastępca,

oficer uzbrojenia, astrogator i tak dalej. Spasso jest tylko animowaną lalką brzuchomówcy. Rozmawiałem z nimi wszystkimi.
Żaden  z  nich  nie  może  nic  ze  mnie  wycisnąć,  ale  są  przekonani,  że  zamierzamy  odebrać  Spassowi  dowodzenie  i  mianować
dowódcą któregoś z nich, i każdy uważa, że padnie na niego. Nie wiem, jak długo ten system wytrzyma, to prowizorka taka
sama jak robota, którą wykonujemy na tym statku. Musi wytrzymać, dopóki nie wymyślimy czegoś lepszego.

–  Będziemy  musieli  się  pozbyć  Spassa  –  powiedział  Harkaman.  –  Sądzę,  że  damy  jego  stanowisko  jednemu  z  naszych

ludzi.  Valkanhayn  może  zachować  dowodzenie  na  „Biczu  Kosmosu”,  jest  astronawigatorem.  Ale  Spasso  do  niczego  się  nie
nadaje.

Stosunki  z  tubylcami  też  były  skomplikowane.  Miejscowi  mówili  swego  rodzaju  lingua  terra,  jak  wszyscy  potomkowie

ludu,  który  w  trzecim  stuleciu  oderwał  się  od  Układu  Słonecznego,  lecz  ich  język  brzmiał  ledwo  zrozumiale.  Na
cywilizowanych  planetach  język  był  zamrożony  w  mikroksiążkach  i  na  taśmach.  Ale  mikroksiążki  można  czytać  i  taśmy

background image

odsłuchiwać tylko wtedy, gdy ma się elektryczność, a Tanit dawno temu utraciła umiejętność wytwarzania prądu.

Większość  ludzi,  których  uprowadzili  i  zniewolili  Spasso  i  Valkanhayn,  pochodziła  z  wiosek  leżących  w  promieniu

pięciuset  mil.  Mniej  więcej  połowa  z  nich  nie  chciała  zostać  w  bazie.  Dostali  podarki  w  postaci  noży,  narzędzi,  koców  i
kawałków metalu, które jak się zdaje były głównym środkiem płatniczym, po czym zostali odstawieni do domu. Znalezienie
właściwych  wiosek  nie  było  łatwe,  ale  w  każdej  z  nich  rozchodziły  się  wiadomości,  że  od  tej  pory  kosmiczni  wikingowie
będą płacić za to, co otrzymają.

*

„Lamię” doprowadzono do stanu względnej używalności najszybciej jak się dało. Wciąż daleko jej było do miana dobrego

statku,  ale  funkcjonowała  znacznie  lepiej  niż  wcześniej.  Wyposażona  w  nowy  sprzęt  wykrywający,  jaki  tylko  można  było
skompletować,  została  wysłana  na  orbitę.  Dowodził  nią  Alvyn  Karffard,  wspomagany  przez  kilku  oficerów  Spassa,  kilku
Valkanhayna i kilku z „Nemezis”. Harkaman zamierzał wykorzystać statek do przeszkolenia wszystkich oficerów z „Lamii” i
„Bicza Kosmosu”, dlatego zaprowadził system rotacyjny.

Nadzorcy  robotników,  łącznie  dwudziestu,  zostali  zwolnieni  z  dotychczasowych  obowiązków.  Wyposażono  ich  w  broń

palną Świata Miecza i poddano intensywnemu treningowi. Wprowadzono do obiegu żetony handlowe, wybite z kolorowego
plastiku, i otworzono sklep, gdzie tubylcy mogli je wymieniać na rzeczy ze Świata Miecza. Po jakimś czasie tubylców olśniło,
że  mogą  wykorzystywać  żetony  również  do  handlu  pomiędzy  sobą;  wyglądało  na  to,  że  pieniądze  były  jednym  z
cywilizacyjnych  dodatków,  które  utracili  gdzieś  po  drodze  w  dół.  Wielu  z  nich  kwalifikowało  się  do  obsługi  ręcznych
podnośników antygrawitacyjnych i ręcznie holowanych platform ślizgowych. Kilku uczyło się operowania takimi maszynami
jak buldożery, przynajmniej na poziomie wiedzy, która dźwignia albo który guzik do czego służy. Dać im parę lat, pomyślał
Trask, patrząc na brygadę pracującą na płycie portu kosmicznego, a połowa z nich będzie pilotować autoloty.

*

Gdy  tylko  „Lamia”  wyruszyła  na  orbitalną  wachtę,  rozpoczęły  się  prace  nad  „Biczem  Kosmosu”.  Zadecydowano,  że

Valkanhayn  poleci  nim  na  Grama.  Miał  zabrać  tylu  ludzi  z  „Nemezis”,  żeby  nie  było  wątpliwości,  iż  Trask  działa  w  dobrej
wierze. Baron Rathmore, Paytrik Morland i kilku innych dżentelmenów-awanturników z Wardshaven zajmą się rozmowami z
diukiem  Angusem  i  inwestorami  Tanit.  Alvyn  Karffard  poleci  jako  zastępca  Valkanhayna,  z  prywatnymi  rozkazami  objęcia
stanowisk dowódcy, gdyby zaszła taka potrzeba, a Guatt Kirbey będzie astronawigować.

–  Najpierw  musimy  zabrać  „Nemezis”  i  „Bicz  Kosmosu”  w  przestrzeń,  żeby  dokonać  wielkiego  napadu  –  powiedział

Harkaman.  –  Nie  możemy  wysłać  „Bicza”  na  Grama  z  pustymi  ładowniami.  Kiedy  baron  Rathmore,  lord  Valpry  i  pozostali
rozpoczną  rozmowy  z  diukiem  Angusem  i  inwestorami,  muszą  mieć  do  pokazania  znacznie  więcej  niż  tylko  parę  filmów
podróżniczych z Tanit. Będą musieli pokazać, iż posiadanie bazy na Tanit jest opłacalne. Powinniśmy też mieć trochę własnych
pieniędzy, żeby inwestować.

– Ale, Otto, oba statki? – Trask był wyraźnie zmartwiony. – Przypuśćmy, że Dunnan przybędzie i zobaczy, że nikogo tu nie

ma poza Spassem i „Lamią”?

–  Musimy  zaryzykować.  Osobiście  uważam,  że  mamy  dwa  i  pół  roku,  zanim  Dunnan  się  tutaj  pokaże.  Wiem,  że  się

wygłupiliśmy, próbując zgadnąć, co zrobi. Ale do takiego napadu, jaki mam na myśli, będziemy potrzebować dwóch statków, a
poza tym nie chcę mieć tutaj ich obu, kiedy nas nie będzie, nawet gdybyś ty postanowił zostać.

– Skoro o to chodzi, nie sądzę, żebym został. Ale czy możemy zaufać Spassowi i zostawić go samego na Tanit?
– Zostawimy tylu naszych ludzi, żeby nie było żadnych wątpliwości. Zostawimy Alvyna, co oznacza, że będzie mnie czekać

wiele pracy, którą za mnie wykonywał na statku. I barona Rathmore’a, i młodego Valpry’ego, i tych, którzy szkolili naszych
sipajów. Możemy pozamieniać załogi i kilku ludzi Valkanhayna dać w miejsce kilku Spassa. Może nawet namówimy Spassa na
udział w wyprawie. W takim wypadku będziemy musieli znosić jego obecność przy stole, ale w gruncie rzeczy to niegłupie
posunięcie.

– Wybrałeś już cel ataku?
–  Trzy.  Pierwszy  to  Chepri,  ledwie  trzydzieści  lat  świetlnych  stąd.  Niewiele  tam  zyskamy,  to  będzie  tylko  kradzież

kurczaków.  Napaść  zapewni  naszym  żółtodziobom  względnie  bezpieczne  obycie  bojowe.  Da  nam  pewne  pojęcie,  jak  się
spisują ludzie Spassa i Valkanhayna, a im przyda pewności siebie przed następnym zadaniem.

– A potem?
– Amaterasu. Moje informacje o Amaterasu pochodzą przed dwudziestu lat. W ciągu takiego czasu wiele się może zdarzyć.

background image

Sam nigdy tam nie byłem, ale słyszałem, że stoją na przyzwoitym poziomie cywilizacyjnym, mniej więcej jak Terra tuż przed
początkiem  ery  atomowej.  Nie  dysponują  energią  nuklearną,  to  utracili,  i  oczywiście  niczym  ponad  to,  ale  wykorzystują
energię solarną, mają hydroelektrownie, samoloty odrzutowe i trochę bardzo dobrej broni chemiczno-wybuchowej, którą bez
skrupułów używają jedni przeciwko drugim. Wiem, że dwadzieścia lat temu zostali najechani przez jakiś statek z Excalibura.

– Brzmi obiecująco. A trzecia planeta?
– Boewulf. Może na Amaterasu nie poniesiemy większych strat, ale gdybyśmy zostawili tę planetę na koniec, po Beowulfie

moglibyśmy nie być w stanie jej zaatakować.

– Będzie aż tak źle?
–  Owszem.  Mają  energię  jądrową.  Nie  sądzę,  żeby  wspominanie  o  Beowulfie  kapitanowi  Spassowi  i  kapitanowi

Valkanhaynowi  należało  do  dobrych  pomysłów.  Zaczekaj,  dopóki  nie  uderzymy  na  Chepriego  i  Amaterasu.  Może  wtedy
poczują się jak bohaterowie.

background image

XI

Trask miał niesmak w ustach po napaści na Chepriego. Wciąż go czuł, kiedy kolorowe turbulencje zniknęły z ekranu, ustępując
szarej nicości hiperprzestrzeni. Garvan Spasso – nie mieli kłopotów z namówieniem go do udziału w wyprawie – namiętnie
wpatrywał się w ekran, jakby wciąż na nim widział planetę, którą ograbili.

– To było dobre, to było dobre! – powtarzał. Powiedział to z tuzin razy od startu. – Trzy miasta w pięć dni, plus wszystko,

co w nich zdobyliśmy. Zgarnęliśmy ponad dwa miliony stellarów.

I spowodowali dziesięciokrotnie większe zniszczenia, i nie było skali wartości, żeby obliczyć cenę śmierci i cierpienia.
– Daruj sobie, Spasso. Mówiłeś to wcześniej.
W tej chwili Trask nie chciał z nim rozmawiać, i z nikim innym, skoro o tym mowa. Prawo Greshama, rozszerzone: Złe

maniery wypierają dobre maniery. Spasso z oburzeniem odwrócił się w jego stronę.

– Za kogo ty się…?
– Uważa się za lorda Traska z Tanit – powiedział Harkaman. – I ma rację, bo nim jest. – Przez chwilę patrzył badawczo na

Traska, potem się zwrócił do Spassa: – Ma po prostu dość słuchania, jak strzępisz sobie język o marne dwa miliony stellarów.
Bliżej  półtora  miliona,  ale  tak  czy  siak,  nie  ma  co  się  podniecać.  Może  dla  „Lamii”  to  dużo,  ale  mamy  do  utrzymania  flotę
złożoną z trzech statków i bazę planetarną. Z tego napadu każdy żołnierz lądowy albo zdolny astronauta dostanie pięćdziesiąt
stellarów. My dostaniemy po jakimś tysiącu. Jak sądzisz, jak długo utrzymamy się w interesie, gdy będziemy okradać kurniki?

– Nazywasz tę akcję okradaniem kurników?
– Nazywam to okradaniem kurników i ty zrobisz to samo, zanim wrócimy na Tanit. O ile dożyjesz.
Spasso przez chwilę wciąż był obrażony. Potem na jego chytrej twarzy odmalowała się chciwa nadzieja, a później obawa.

Najwyraźniej znał reputację Otta Harkamana i wiedział o niektórych jego akcjach, które jego zdaniem nie uchodziły za łatwy
sposób zdobywania pieniędzy.

Na  Cheprim  poszło  łatwo,  bo  tubylcy  nie  mieli  czym  walczyć.  Posiadali  tylko  broń  ręczną  i  lekką  armatę,  z  której

wystrzelili  nie  więcej  niż  kilka  pocisków.  Gdziekolwiek  próbowali  stawiać  opór,  tam  spadały  wozy  bojowe,  zrzucając
bomby, strzelając z karabinów maszynowych i działek automatycznych. A jednak walczyli, zażarcie i rozpaczliwie – tak jak
Trask walczyłby w obronie Traskonu.

Trask zajął się odbieraniem kawy i papierosów od robota. Kiedy uniósł głowę, Spassa już nie było, a Harkaman siedział

na brzegu biurka, nabijając krótką fajkę.

– Cóż, właśnie widziałeś słonia, Lucasie – powiedział. – Wygląda na to, że raczej ci się spodobał.
– Słoń?
–  Stare  terrańskie  wyrażenie,  które  gdzieś  czytałem.  Wiem  tylko  tyle,  że  słoń  był  zwierzęciem  wielkości  mniej  więcej

jednego  z  megatherów  z  twojego  Grama.  Wyrażenie  oznacza,  że  doświadczasz  po  raz  pierwszy  czegoś,  co  robi  na  tobie
ogromne  wrażenie.  Słonie  musiały  być  czymś,  co  warto  było  zobaczyć.  Masz  za  sobą  swój  pierwszy  wikiński  najazd.
Zobaczyłeś słonia.

Trask  wcześniej  uczestniczył  w  walkach;  dowodził  zbrojnymi  z  Traskonu  podczas  sporu  granicznego  z  baronem

Manniwelem i od zawsze staczał potyczki z bandytami i złodziejami bydła. Myślał, że wikińska napaść będzie w takim stylu.
Pamiętał, jak pięć dni temu – a może minęło pięć wieków – z podnieceniem patrzył na miasto, które rosło i rozpościerało się
na  ekranie  „Nemezis”.  Szalupy,  ich  cztery  i  dwie  z  „Bicza  Kosmosu”  zeszły  spiralnie  sto  mil  od  miasta.  „Bicz”  opadł  w
ciaśniejszym kręgu dwadzieścia mil od centrum. „Nemezis” zawisła dziesięć mil nad powierzchną, po czym zaczęła wyrzucać
lądowniki, wozy bojowe i małe jajowate jednoosobowe pojazdy kawalerii powietrznej. To było ekscytujące. Wszystko szło
idealnie, nawet hałastra Valkanhayna się nie wygłupiła.

Potem na ekranach zaczęły pojawiać się obrazy z krótkiej i beznadziejnej obrony miasta. Trask wciąż miał przed oczami tę

niedorzeczną armatkę polową, która z pewnością miała kaliber nie większy niż siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt milimetrów,
na  wozie  o  wysokich  kołach  ciągniętym  przez  sześć  kudłatych,  krzywonogich  zwierząt.  Tubylcy  zaprzodkowali  działo  i
próbowali  wycelować,  kiedy  rakieta  z  autolotu  wylądowała  prosto  pod  lufą.  Armata,  jaszcz,  załoga,  nawet  zwierzęta  i
poganiacze pięćdziesiąt jardów dalej – wszystko po prostu zniknęło.

Mała kompania, w której skład wchodziły również kobiety, próbowała strzelbami i pistoletami bronić szczytu wysokiego,

na wpół zrujnowanego budynku. Jeden kawalerzysta skosił ich wszystkich swoimi karabinami maszynowymi.

– Nie mają szans – powiedział Trask, czując się na wpół chory. – A jednak walczą.

background image

– Tak, głupota z ich strony, nie sądzisz? – powiedział Harkaman.
– Co ty byś zrobił na ich miejscu?
– Walczył. Starał się zabić tylu kosmicznych wikingów, ilu zdołam, zanim mnie załatwią. Wszyscy Terrohumanie są tacy

głupi. I właśnie dlatego jesteśmy ludźmi.

Jeśli  opanowanie  miasta  było  masakrą,  to  plądrowanie,  które  później  nastąpiło,  było  stworzonym  przez  człowieka

piekłem.  Trask  wylądował  wraz  z  Harkamanem,  podczas  gdy  wciąż  trwała  walka,  jeśli  tak  można  to  nazwać.  Harkaman
zasugerował, że ludzie powinni go zobaczyć między sobą, on zaś czuł przymus do dzielenia ich winy.

Razem z Sir Paytrikiem Morlandem wybrali się pieszo do jednego z wielkich pustych budynków, które stały od czasu, gdy

Chepri  był  członkowską  republiką  Federacji  Terrańskiej.  Gryzący  dym  wisiał  w  powietrzu,  dym  spalonego  prochu  i  dym  z
pożarów. To zaskakujące, jak wiele płonęło w tym mieście z betonu i kamienia ceramicznego. Było też zaskakujące, jak dobrze
wszystko było utrzymane, przynajmniej na poziomie ziemi. Ci ludzie czerpali dumę ze swojego miasta.

Znaleźli  się  sami  w  wielkim  pustym  korytarzu,  hałas  i  koszmar  grabieży  się  od  nich  odsunął  –  albo  oni  odsunęli  się  od

niego. Weszli do bocznej sali i zobaczyli mężczyznę, tubylca, kucającego na podłodze z ciałem kobiety na kolanach. Kobieta
nie  żyła,  miała  odstrzelone  pół  głowy,  ale  on  obejmował  ją  mocno,  jej  krew  plamiła  jego  koszulę,  i  szlochał,  zrozpaczony.
Obok niego na podłodze leżał zapomniany karabinek.

– Biedaczysko – mruknął Morland i ruszył dalej.
– Nie.
Trask zatrzymał go lewą ręką. Prawą wyciągnął pistolet i zastrzelił mężczyznę. Morland był przerażony.
– Wielki Szatanie, Lucas! Dlaczego to zrobiłeś?
– Żałuję, że Andray Dunnan podobnie nie postąpił ze mną. – Zabezpieczył broń i schował ją do kabury. – Gdyby to zrobił,

do niczego takiego by nie doszło. Jak sądzisz, ile nieszczęść dzisiaj sprawiliśmy? I w przeciwieństwie do Dunnana nie mamy
obłędu na swoje usprawiedliwienie.

Następnego  dnia  rano,  kiedy  zgromadzili  i  wysłali  na  statki  wszystko,  co  miało  jakąś  wartość,  ruszyli  do  następnego

miasta,  oddalonego  o  pięćset  mil,  przy  czym  przez  pierwszą  setkę  towarzyszył  im  dym  z  płonących  wiosek,  które  ludzie
Valkanhayna splądrowali w nocy. Napadli bez ostrzeżenia; Chepri stracił elektryczność, radio i telegraf, i wieści rozchodziły
się z prędkością zwierząt, które tubylcy z uporem nazywali końmi. W południe skończyli z drugim miastem. Było równie źle
jak w pierwszym.

Miasto  stanowiło  centrum  sporego  regionu  hodowli  bydła.  Bydło  występowało  naturalnie  na  tej  planecie,  ciężkie

jednorożce wielkości bizonioda z Grama albo lekko zmutowanego terrańskiego bawołu na Tanit, z długą sierścią jak terrański
jak. Trask wysłał z „Nemezis” tuzin żołnierzy lądowych, którzy byli pastuchami na jego ranczach w Traskonie, żeby spędzili
dwadzieścia krów i cztery byki, zabierając taką ilość paszy, żeby wystarczyło na podróż. Co prawda, były niewielkie szanse,
że zwierzęta się zaaklimatyzują na Tanit, ale jeśli tak, mogą się okazać jednym z najcenniejszych łupów z Chepriego.

Trzecie miasto leżało w rozwidleniu rzeki, jak Miasto Handlowe na Tanit. W przeciwieństwie do niego, było prawdziwą

metropolią.  Powinni  przybyć  najpierw  tutaj.  Spędzili  dwa  dni  na  systematycznym  plądrowaniu.  Cheprianie  mieli  dobrze
rozwiniętą  żeglugę  rzeczną,  z  parowcami  z  kołami  na  rufie,  i  wzdłuż  nabrzeża  stały  magazyny  pełne  wszelkiego  rodzaju
towarów. Co więcej, mieli pieniądze, głównie złote, i skarbce bankowe pękały w szwach.

Niestety, miasto powstało już po upadku Federacji i wyrosło z barbarzyństwa, które nastąpiło po czasach świetności, więc

w  większej  części  było  drewniane.  Natychmiast  wybuchły  pożary  i  pod  koniec  drugiego  dnia  prawie  całe  stało  w  ogniu.
Nawet  po  wyjściu  z  atmosfery  widzieli  na  ekranie  teleskopowym  czarną  smugę,  a  gdy  obracająca  się  planeta  zabrała  ją  w
ciemność, upiorny blask pożogi.

*

– To brudny interes.
Harkaman pokiwał głową.
–  Rozboje  i  morderstwa  zawsze  są  takie.  Nie  musisz  mnie  pytać,  kto  powiedział,  że  kosmiczni  wikingowie  są

profesjonalnymi bandytami i mordercami, ale czy pamiętasz, kto rzekł, iż go nie obchodzi, ile planet zostało najechanych i ilu
niewinnych zmasakrowanych w Starej Federacji?

– Martwy człowiek. Lucas Trask z Traskonu.
– Teraz żałujesz, że nie zatrzymałeś Traskonu i nie zostałeś na Gramie?
– Nie. Gdybym został, spędzałbym każdą godzinę na żałowaniu, że nie robię tego, co teraz. Pewnie w końcu przywyknę.
–  Sądzę,  że  przywykniesz.  Przynajmniej  zmniejszyłeś  swoje  racje.  Ja  tego  nie  zrobiłem  podczas  mojego  pierwszego

napadu i potem przez rok nękały mnie koszmary. – Harkaman oddał robotowi kubek po kawie i wstał. – Odpocznij trochę, złap

background image

parę godzin snu. Potem weź od medyka parę pigułek alkodotum z witaminami. Gdy tylko wszystko zostanie zabezpieczone, na
statku  zaczną  się  imprezy.  Wszyscy  się  będą  spodziewać,  że  zajrzymy  na  każdą  jedną  z  nich,  wypijemy  drinka  i  powiemy:
„Dobra robota, chłopcy”.

*

Elaine  przyszła  do  niego,  gdy  odpoczywał.  Spojrzała  na  niego  ze  zgrozą,  a  on  próbował  ukryć  przed  nią  twarz.  Zaraz

potem zrozumiał, że usiłuje ukryć ją przed sobą.

background image

XII

„Nemezis”  i  „Bicz  Kosmosu”  runęły  prosto  na  Eglonsby  na  Amaterasu,  burta  w  burtę.  Radar  wychwycił  ich  w  odległości
pięciu  dziesiątych  sekundy  świetlnej.  Cała  planeta  wiedziała,  że  nadlatują,  i  nikt  się  nie  zastanawiał,  dlaczego.  Paul  Koreff
monitorował  co  najmniej  dwadzieścia  rozgłośni  radiowych,  przydzielając  kogoś  do  każdej,  która  została  zidentyfikowana.
Odbierali pełne podniecenia komunikaty, nieco spanikowane, i wszystkie w standardowym lingua terra.

Garvan  Spasso  był  zaniepokojony,  podobnie  jak  Boake  Valkanhayn  na  „Bicza  Kosmosu”,  widoczny  na  ekranie

komunikacyjnym.

– Mają radio, mają radar! – krzyknął.
–  I  co  z  tego?  –  zapytał  Harkaman.  –  Mieli  radio  i  radar  dwadzieścia  lat  temu,  kiedy  był  tu  Rock  Morgan  ze  swoim

„Workiem Węgla”. Ale nie mają energii nuklearnej, prawda?

– No nie. Wyłapuję mnóstwo przemysłowych wyładowań elektrycznych, ale nic nuklearnego.
–  W  porządku.  Człowiek  z  pałką  może  pokonać  człowieka  z  gołymi  rękami.  Człowiek  z  pistoletem  może  pokonać  pół

tuzina ludzi z pałkami. A dwa statki z bronią jądrową mogą pokonać całą planetę, która tej broni nie posiada. Sądzisz, że już
czas, Lucasie?

Trask skinął głową.
– Paul, mażesz jeszcze złapać tę stację z Eglonsby?
– Co chcesz zrobić? – zapytał Valkanhayn, już przeciwny pomysłowi, choć jeszcze go nie znał.
– Wezwać ich do kapitulacji. Jeśli tego nie zrobią, rzucimy piekielnicę, a potem wybierzemy następne miasto i wezwiemy,

żeby się poddało. Nie sądzę, żeby drugie odmówiło. Jeśli mamy być mordercami, tym razem zrobimy to jak trzeba.

Valkanhayn był przerażony, zapewne na myśl o spaleniu miasta, które nie zostało złupione.
– Damy nauczkę brudnym neobarbarzyńcom… – mamrotał Spasso.
Koreff powiadomił, że jest gotów do nawiązania łączności. Podniósł ręczny telefon.
– Kosmiczni wikingowie „Nemezis” i „Bicz Kosmosu” wzywają miasto Eglonsby. Kosmiczni wikingowie…
Powtarzał to przez ponad minutę; nie doczekał się odpowiedzi.
– Vann – zawołał do oficera uzbrojenia. – Podkrytyczna robota pokazowa, jakieś cztery mile nad miastem.
Odłożył telefon i popatrzył na dolny ekran. Chwilę później od południowego bieguna statku oderwał się srebrzysty kształt.

Ekran teleskopowy zgasł, a ekran pokazujący obraz bez powiększenia ściemniał, gdy włączono filtry. Valkanhayn na pokładzie
drugiego  statku  krzyczał,  nakazując  zabezpieczenie  ekranów.  Na  „Nemezis”  jedynym  ekranem  bez  filtrów  był  ten  ukazujący
spadającą  bombę.  Miasto  Eglonsby  pędziło  jej  na  spotkanie,  a  potem  nagle  pociemniało.  Na  innych  ekranach  ujrzeli
pomarańczowo-żółty błysk. Po chwili filtry się wyłączyły i ekran teleskopowy pojaśniał. Trask podniósł telefon.

– Kosmiczni wikingowie wzywają Eglonsby, to nasze ostatnie ostrzeżenie. Natychmiast nawiążcie łączność.
Niespełna minutę później z głośnika popłynął głos.
– Eglonsby wzywa kosmicznych wikingów. Wasza bomba spowodowała wielkie zniszczenia. Wstrzymacie ogień, dopóki

nie  skontaktuje  się  z  wami  ktoś  sprawujący  władzę?  Mówi  naczelny  operator  centralnej  stacji  telewizyjnej.  Nie  jestem
upoważniony, żeby z wami rozmawiać czy pertraktować.

–  Dobrze,  to  mi  wygląda  na  dyktaturę  –  skomentował  Harkaman.  –  Złap  dyktatora  i  weź  go  na  muszkę,  a  będziesz  miał

wszystko.

–  Nie  ma  o  czym  dyskutować.  Niech  ktoś,  kto  ma  władzę,  podda  miasto.  Jeśli  nie  nastąpi  to  w  ciągu  godziny,  miasto  i

wszyscy jego mieszkańcy zostaną unicestwieni.

Parę minut później usłyszeli nowy głos.
–  Mówi  Gunsalis  Jan,  sekretarz  Pedrosana  Pedra,  prezydenta  Rady  Syndykatów.  Prezydent  Pedrosan  zabierze  głos,  gdy

tylko będzie mógł rozmawiać bezpośrednio z dowódcą naczelnym waszych statków.

– Ja nim jestem, połącz mnie z nim natychmiast.
Po opóźnianiu, które wynosiło mniej niż piętnaście sekund, odezwał się prezydent Pedrosan Pedro.
– Jesteśmy gotowi stawić opór, ale zdajemy sobie sprawę z ceny ludzkiego życia i własności.
– Lepiej nie zaczynajcie. Wiecie cokolwiek o broni jądrowej?
– Z historii, nie mamy energii jądrowej żadnego rodzaju. Nie możemy znaleźć rud pierwiastków rozszczepialnych na tej

planecie.

background image

– Cenę, jak pan to ujął, zapłacą wszyscy w Eglonsby i w promieniu prawie stu mil. Wciąż jesteście gotowi stawiać opór?
Prezydent  Rady  Syndykatów  nie  był  gotów  i  tak  powiedział.  Trask  zapytał,  jakie  uprawnienia  daje  mu  zajmowane

stanowisko.

–  Mam  pełnię  władzy  w  sytuacji  kryzysowej.  Sądzę  –  dodał  bezdźwięcznie  –  że  to  jest  sytuacja  kryzysowa.  Rada

automatycznie ratyfikuje każdą podjętą przeze mnie decyzję.

Harkaman wcisnął guzik.
– Jak mówiłem, dyktatura z fasadowym parlamentem.
– O ile on nie jest fasadowym dyktatorem dla jakiejś oligarchii. – Trask skinął na Harkamana, żeby zdjął kciuk z guzika. –

Jak duża jest ta rada?

–  Szesnaście  osób  wybranych  przez  syndykaty,  które  reprezentują.  Jest  syndykat  pracy,  syndykat  producentów,  syndykat

małej przedsiębiorczości, syn…

–  Państwo  korporacyjne,  pierwszy  wiek  ery  przedatomowej  na  Terze.  Wypisz,  wymaluj  duce  Benito  –  powiedział

Harkaman. – Chodźmy na dół i pogadajmy z nimi.

*

Kiedy  zyskali  pewność,  że  społeczeństwo  zostało  ostrzeżone  przed  stawianiem  oporu,  „Nemezis”  opadła  o  dwie  mile  i

zawisła  nad  centrum  miasta.  Budynki  były  niskie  według  standardów  ludzi  używających  antygrawitacji,  najwyższy  miał
zaledwie  tysiąc  stóp,  a  kilka  ponad  pięćset,  i  stały  bliżej  siebie  niż  w  Światach  Miecza,  z  biegnącymi  pomiędzy  nimi
szerokimi  drogami.  W  kilku  miejscach  dziwne  krzyżujące  się  trasy  prowadziły  donikąd.  Harkaman  zaśmiał  się,  kiedy  je
zobaczył.

– Pasy startowe. Widziałem je na innych planetach, gdzie stracili antygrawitację. Dla skrzydlatych statków powietrznych

napędzanych paliwem chemicznym. Mam nadzieję, że spędzimy tu trochę czasu, żeby się rozejrzeć. Założę się, że mają nawet
linie kolejowe.

„Wielkie zniszczenia” spowodowane przez bombę były porównywalne ze skutkami huraganu o średniej sile; Trask widział

gorsze skutki wichur w Traskonie. Ucierpiało głównie morale, i właśnie taki był cel ataku.

Spotkali  się  z  prezydentem  i  Radą  Syndykatów  w  przestronnej,  elegancko  umeblowanej  sali  blisko  szczytu  jednego  z

budynków średniej wysokości. Valkanhayn był zaskoczony; na stronie, ale całkiem głośno powiedział, że ci ludzie są prawie
cywilizowani.  Zastali  przedstawieni.  Na  Amaterasu  nazwiska  poprzedzały  imiona,  co  sugerowało  kulturę  i  organizację
polityczną  robiącą  wielki  użytek  z  rejestrowania  według  listy  alfabetycznej.  Wszyscy  nosili  stroje,  które  w  trudny  do
sprecyzowania, ale niewątpliwy sposób kojarzyły się z mundurami. Kiedy usiedli wokół wielkiego owalnego stołu, Harkaman
wyjął pistolet i użył go jako młotka, żeby zaprowadzić ciszę.

– Lordzie Trasku, czy będziesz rozmawiać z tymi ludźmi bezpośrednio? – zapytał, sztywno formalny.
– Oczywiście, admirale. – Trask przemówił do prezydenta, nie zwracając uwagi na innych: – Chcemy, żeby pan zrozumiał,

iż  przejęliśmy  kontrolę  nad  tym  miastem  i  spodziewamy  się  bezwarunkowej  kapitulacji.  Jeśli  się  podporządkujecie,  nie
spowodujemy  innych  szkód  poza  zabraniem  tego,  co  chcemy  stąd  zabrać,  i  wasi  ludzie  nie  padną  ofiarą  przemocy  ani
brutalnego wandalizmu. Wizyta, którą składamy, będzie was drogo kosztować, nie miejcie co do tego złudzeń, ale bez wględu
na koszty to niewysoka cena za uniknięcie tego, co możemy wam zrobić w przypadku odmowy.

Prezydent  i  członkowie  rady  wymienili  spojrzenia  i  odetchnęli  z  ulgą.  Niech  podatnicy  martwią  się  o  koszty;

najważniejsze, że wyniosą całą skórę.

–  Rozumie  pan,  zależy  nam  na  maksymalnej  wartości  i  minimalnej  wielkości  –  kontynuował  Trask.  –  Klejnoty,  dzieła

sztuki,  futra,  luksusowe  towary  wszelkiego  rodzaju.  Metale  z  rzadkich  pierwiastków.  I  metale  monetarne,  złoto  i  platyna.
Macie metalową walutę, jak sądzę?

– O nie! – Prezydent Pedrosan był lekko zbulwersowany. – Nasz system walutowy oparty jest na usługach świadczonych na

rzecz społeczeństwa. Nasza jednostka monetarna zwana jest po prostu kredytem.

Harkaman prychnął niecierpliwie. Najwyraźniej już widział wcześniej takie systemy ekonomiczne. Trask chciał wiedzieć,

czy w ogóle używają złota albo platyny.

–  Złota  w  pewnym  stopniu,  do  wyrobu  biżuterii.  –  Najwyraźniej  nie  byli  kompletnymi  purytanami  ekonomicznymi.  –  I

platynę w przemyśle, oczywiście.

–  Jeśli  chcą  złota,  powinni  najechać  Stolgoland  –  odezwał  się  jeden  z  członków  rady.  –  Oni  mają  złotą  walutę.  –

Powiedział to takim tonem, jakby ich oskarżał o jedzenie palcami i być może również o zjadanie własnych młodych.

– Wiem, że nasze mapy tej planety pochodzą sprzed kilkuset lat, ale Stolgolandu chyba na nich nie ma.
– Chciałbym, żeby zniknął również z naszych – pozwolił sobie zauważyć generał Dagró Ector, dyrektor ochrony państwa.

background image

– Wyszłoby na dobre całej planecie, gdybyście postanowili napaść na nich, a nie na nas – dodał ktoś inny.
–  Nie  jest  za  późno,  żeby  ci  dżentelmeni  podjęli  właśnie  taką  decyzję  –  powiedział  prezydent.  –  Wnoszę,  że  złoto  jest

metalem  monetarnym  wśród  waszego  ludu?  –  Kiedy  Trask  przytaknął,  kontynuował:  –  Stanowi  również  podstawę  waluty
stolgolandzkiej.  W  rzeczywistości  w  obiegu  jest  pieniądz  papierowy,  teoretycznie  wymienialny  na  złoto.  Używanie  złota
zostało  zakazane  i  cały  zapas  jest  zmagazynowany  w  skarbcach  trzech  depozytariuszy.  Dokładnie  wiemy,  gdzie  one  się
znajdują.

– Zaczyna pan wzbudzać moje zainteresowanie, prezydencie Pedrosanie.
–  Doprawdy?  Cóż,  macie  dwa  wielkie  statki  kosmiczne  i  sześć  mniejszych  jednostek.  Macie  broń  jądrową,  czyli  coś,

czego  nie  posiada  nikt  na  tej  planecie.  Macie  antygrawitację,  która  tutaj  jest  zaledwie  legendą.  Z  drugiej  strony,  my  mamy
półtora miliona żołnierzy, samoloty odrzutowe, pojazdy pancerne i broń chemiczną. Jeśli postanowicie przeprowadzić atak na
Stolgoland,  oddamy  całą  tę  siłę  do  waszej  dyspozycji.  Generał  Dagró  będzie  dowodził  zgodnie  z  waszymi  wytycznymi.
Wszystkim,  o  co  prosimy,  kiedy  już  załadujecie  złoty  skarb  Stolgolandu  na  podkład  waszych  statków,  jest  pozostawienie
naszych oddziałów w gestii władz naszego kraju.

*

To wszystko, co miało miejsce na tym zabraniu. Odbyło się drugie, mniej oficjalne. Trask, Harkaman i sir Paytrik Morkand

reprezentowali  kosmicznych  wikingów,  a  prezydent  Pedrosan  i  generał  Dagró  rząd  Eglonsby.  Spotkali  się  w  mniejszym  i
bardziej luksusowym pokoju w tym samym budynku.

– Jeśli zamierzacie wypowiedzieć wojnę Stolgolandowi, to bierzcie się do dzieła – poradził Morland.
–  Co?  –  Wydawało  się,  że  Pedrosan  nie  za  bardzo  go  rozumie.  –  Chodzi  panu  o  to,  żeby  ich  ostrzec?  Absolutnie

wykluczone.  Zaatakujemy  z  zaskoczenia.  To  będzie  tylko  i  wyłącznie  działanie  w  samoobronie  –  dodał  z  przekonaniem.  –
Oligarchiczni kapitaliści Stolgolandu od lat knują, żeby nas zaatakować. Tak. Gdybyście kontynuowali swój pierwotny zamiar
złupienia Eglonsby, napadliby na nas w chwili startu waszych statków. Na ich miejscu właśnie tak bym zrobił.

– Ale utrzymujecie z nimi względnie przyjazne stosunki?
– Oczywiście, jesteśmy cywilizowanymi narodami. Miłujący pokój rząd i lud Eglonsby…
– Tak, panie prezydencie, rozumiem. I mają tu ambasadę?
– Oni tak to nazywają! – krzyknął Dagró. – To gniazdo żmij, plugawa wylęgarnia szpiegów i wichrzycieli…!
–  Sami  ją  zajmiemy,  od  razu  –  oznajmił  Harkaman.  –  Nie  zdołacie  zgarnąć  wszystkich  ich  agentów,  a  gdybyśmy  my

spróbowali, wzbudziłoby to podejrzenia. Będziemy musieli stworzyć zasłonę dymną, żeby ich zmylić.

–  Tak.  Natychmiast  wystąpi  pan  na  antenie,  wzywając  lud  do  współpracy  z  nami,  i  rozkaże  pan  zmobilizowanym

oddziałom udzielenie nam pomocy w zebraniu haraczu nałożonego przez nas na Eglonsby – powiedział Trask. – W ten sposób,
jeśli stolgolandzcy szpiedzy zobaczą waszych żołnierz koncentrujących się wokół naszego lądownika, pomyślą, że pomagają
nam załadować łupy.

–  A  my  oznajmimy,  że  większą  część  haraczu  będzie  stanowić  sprzęt  wojskowy  –  dodał  Dagró.  –  To  wyjaśni,  dlaczego

ładujemy nasze działa i czołgi do waszych antygrawitacyjnych pojazdów.

*

Kiedy  kosmiczni  wikingowie  zajęli  stolgolandzką  ambasadę,  ambasador  poprosił  o  natychmiastowe  spotkanie  z  ich

dowódcą. Miał propozycję: Jeśli kosmiczni wikingowie rozgromią armię Eglonsby i wpuszczą stolgolandzkie oddziały, kiedy
będą  gotowi  do  odlotu,  najeźdźcy  zabiorą  ze  sobą  dziesięć  tysięcy  kilogramów  złota.  Trask  udał,  że  jest  bardzo
zainteresowany ofertą.

Stolgoland leżał po drugiej stronie wąskiego i płytkiego morza. Morze było usiane wyspami, a na każdej z nich wzniesiono

szyby naftowe. Ropa naftowa napędzała samoloty i pojazdy naziemne na Amaterasu; ropa, a nie ideologia, leżała u podstaw
wrogości  pomiędzy  dwoma  państwami.  Stolgolandzka  siatka  szpiegowska  w  Eglonsby  dała  się  wprowadzić  w  błąd,  co
potwierdziły raporty, które Trask pozwolił złożyć pojmanemu ambasadorowi. Stacje radiowe Eglonsby co godzinę nadawały
wezwania  do  ludu,  nawołując  do  współpracy  z  kosmicznymi  wikingami,  od  czasu  do  czasu  lamentując  nad  ilością
skonfiskowanego  sprzętu.  Siatka  szpiegowska  Eglonsby  w  Stolgolandzie  działała  równie  aktywnie.  Stolgolandzkie  armie
zgromadziły się w czterech portach morskich od strony Eglonsby i ściągały tam wszelkie dostępne statki. Jeśli Trask wcześniej
współczuł którejś ze stron, to w tym czasie współczucie wyparowało jak kamfora.

Inwazja  na  Stolgoland  rozpoczęła  się  rankiem  piątego  dnia  po  ich  przybyciu  nad  Eglonsby.  Przed  świtem  sześć  szalup

background image

weszło do akcji. Okrążyły planetę i nadleciały parami od północy na każdy z trzech skarbców złota. Wykrył je radar, ale było
za  późno  na  zorganizowanie  skutecznego  oporu.  Dwa  skarbce  opanowano  bez  jednego  strzału,  a  przed  południem  wszystkie
trzy zostały wysadzone i ogołocone.

Cztery  porty  morskie,  z  których  się  miała  zacząć  stolgolandzka  inwazja  na  Eglonsby,  zostały  zneutralizowane  przez

bombardowanie  nuklearne.  Zneutralizowane  to  miłe  słowo,  pomyślał  Trask;  nie  było  w  nim  echa  wrzasków  tych,  którzy
jeszcze żyli, okaleczeni, poparzeni i ślepi, na obrzeżach strefy zero. „Nemezis” i „Bicz Kosmosu” bezpośrednio i z lądownika
wysadziły  oddziały  z  Eglonsby.  Podczas  gdy  żołnierze  plądrowali  Stolgonopolis  ze  zwykłym  okrucieństwem,  kosmiczni
wikingowie ładowali na statki złoto i wszystko inne o wyższej niż przeciętna wartości.

*

Wciąż  tam  byli  nazajutrz  rano,  kiedy  Pedrosan  przybył  do  świeżo  podbitej  stolicy,  ogłaszając  zamiar  postawienia

stolgolandzkiego  szefa  stanu  i  jego  gabinetu  przed  sądem  za  zbrodnie  wojenne.  Przed  zachodem  słońca  wikingowie  wrócili
nad  Eglonsby.  Szacowali,  że  łupy  sięgają  pół  miliarda  excaliburskich  stellarów.  Boake  Valkanhayn  i  Garvan  Spasso  nie
posiadali się ze zdumienia. Dosłownie odjęło im mowę.

Potem zaczęło się łupienie Eglonsby.
Zabrali  maszyny,  zapasy  stali  i  stopów  metali  lekkich.  Miasto  było  pełne  magazynów,  a  magazyny  były  pełne  cennych

towarów. Na przekór socjalistycznemu i egalitarystycznemu werbalizmowi, którym posługiwał się rząd, w Eglonsby istniała
liczna  klasa  elitarna  i  jeśli  złoto  nie  było  metalem  monetarnym,  to  nie  gardzono  nim  dla  zbytku.  Było  tam  kilka  wielkich
muzeów  sztuki.  Vann  Larch,  który  jako  jedyny  mógł  uchodzić  za  kogoś  w  rodzaju  eksperta,  przejął  dowodzenie  nad
przetrzebianiem najlepszych z nich.

Była też wielka biblioteka publiczna. Otto Harkaman zniknął w niej z pół tuzinem ludzi i galarem antygrawitacyjnym. W

przyszłości dział historyczny miał być znacznie uboższy.

Wieczorem prezydent Pedrosan wywołał ich przez radio.
–  Czy  tak  kosmiczni  wikingowie  dotrzymują  słowa?  –  zapytał  z  pogardą.  –  Porzuciliście  mnie  i  moją  armię  w

Stolgolandzie i łupicie Eglonsby. Obiecaliście zostawić Eglonsby w spokoju, jeśli pomogę wam zdobyć stolgolandzkie złoto.

– Niczego takiego nie obiecywałem. Obiecałem wam pomoc w zajęciu Stolgolandu. Zajęliście go – powiedział mu Trask.

–  Obiecałem  unikać  niepotrzebnych  zniszczeń  czy  przemocy.  Już  powiesiłem  tuzin  moich  ludzi  za  gwałty,  morderstwa  i
nieusprawiedliwiony  wandalizm.  Spodziewamy  się  pana  w  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin.  Lepiej,  żeby  wrócił  pan
wcześniej. Pańscy ludzie rozpoczynają grabieże. Nie obiecaliśmy, że weźmiemy ich pod kontrolę.

Tak  wyglądała  prawda.  Nieliczne  pozostawione  w  kraju  oddziały  wojska  i  policji  nie  były  w  stanie  zapanować  nad

tłumami,  które  pielgrzymowały  w  ślad  za  kosmicznymi  wikingami.  Wydawało  się,  że  każdy  próbuje  zagarnąć,  ile  się  da,  i
pozwolić,  żeby  wina  spadła  na  wikingów.  Trask  potrafił  wziąć  w  karby  swoich  ludzi.  Doszło  co  najmniej  do  kilkunastu
gwałtów  i  nieuzasadnionych  zabójstw,  których  sprawcy  natychmiast  zostali  powieszeni.  Żaden  z  ich  kolegów,  nawet  ci  z
„Bicza  Kosmosu”,  nie  wydał  się  dotknięty.  Wszyscy  czuli,  że  winowajcy  zasłużyli  na  taki  koniec  –  nie  za  to,  co  zrobili
miejscowym, ale za zlekceważenie rozkazów.

Kilka  oddziałów  przybyło  ze  Stolgolandu  w  czasie,  gdy  załadowane  statki  były  gotowe  do  startu.  Obecność  żołnierzy

niewiele zmieniła. Harkaman, który miał swój cenny ładunek mikroksiążek i siedział w fotelu dowódcy, roześmiał się na całe
gardło.

– Nie mam pojęcia, co zrobi Pedrosan. Na gehennę, nawet nie wiem, co sam bym zrobił, gdybym wpadł w takie szambo.

Pewnie ściągnie połowę swojej armii, drugą połowę zostawi w Stolgolandzie i straci obie. Może zajrzymy tu za jakieś trzy
czy cztery lata, po prostu z ciekawości? Jeśli zarobimy dwadzieścia procent tego, co zgarnęliśmy tym razem, podróż i tak się
opłaci.

Po  wejściu  w  hiperprzestrzeń  i  zabezpieczeniu  statku  rozpoczęły  się  imprezy,  które  trwały  przez  trzy  standardowe  dni

galaktyczne, i nikt nie był trzeźwy. Harkaman mozolił się na masą zagrabionych materiałów historycznych. Spasso świętował.
Nikt nie będzie go nazywał złodziejem kurczaków. Powtarzał to dopóty, dopóki mógł mówić. Chepri, przyznawał, to kurnik.
Parszywe dwa czy trzy miliony stellarów; phi!

background image

XIII

Na Beowulfie było ciężko.

Valkanhayn  i  Spasso  sprzeciwiali  się  napadowi.  Nikt  nie  napada  na  Beowulfa,  Beowulf  jest  zbyt  mocny.  Beowulf  ma

energię nuklearną, broń jądrową, antygrawitację i statki poruszające się w normalnej przestrzeni. Mają nawet kolonie na paru
innych planetach w swoim układzie. Mają wszystko poza hipernapędem. Beowulf to planeta cywilizowana, a nie najeżdża się
cywilizowanych planet, bo to nie uchodzi na sucho.

A poza tym, czy nie zdobyli dość łupów na Amaterasu?
– Nie, to za mało – powiedział im Trask. – Jeśli mamy coś zrobić z Tanit, będziemy potrzebować energii, a tej nam nie

zapewnią wiatraki i młyny wodne. Jak zauważyliście, Beowulf dysponuje energią jądrową. Stamtąd weźmiemy nasz pluton i
elektrownie.

Tak więc polecieli na Beowulfa. Wynurzyli się z hiperprzestrzeni osiem godzin świetlnych od gwiazdy F-7, której Beowulf

był  czwartą  planetą,  oddaloną  o  dwadzieścia  minut  świetlnych.  Guatt  Kirbey  wykonał  mikroskok,  dzięki  któremu  statki
znalazły się w odległości pozwalającej na nawiązanie łączności, i zaczęli kreślić plany podczas międzystatkowej konferencji
ekranowej.

– Są tam, albo były, trzy główne złoża rud pierwiastków rozszczepialnych – powiedział Harkaman. – Ostatnim statkiem,

który  dokonał  napaści  i  uciekł,  była  „Księżniczka  Lyonesse”  Stefana  Kintoura,  i  miało  to  miejsce  sześćdziesiąt  lat  temu.
Uderzył na ośrodek wydobywczy na kontynencie antarktycznym i z jego relacji wynika, że wszystko tam było całkiem nowe.
Nie  za  bardzo  narozrabiał,  więc  kopalnie  i  zakłady  przetwarzania  wciąż  powinny  funkcjonować.  Podejdziemy  od  bieguna
południowego, i musimy zrobić to szybko.

Przenieśli personel i sprzęt. Mieli ruszyć w grupie, szalupy pierwsze; one i „Bicz Kosmosu” wylądują, podczas gdy lepiej

uzbrojona  „Nemezis”  zostanie  w  górze,  żeby  walczyć  z  antygrawitacją  miejscowych,  zestrzeliwać  pociski  i  generalnie
zapewniać  osłonę.  Trask  przeniósł  się  na  „Bicz”,  zabierając  ze  sobą  Morlanda  i  dwustu  żołnierzy  lądowych  z  „Nemezis”.
Wraz  z  nim  powędrowała  większość  jednoosobowych  skuterów,  lądownik,  manipulatory  i  ciężkie  podnośniki,  korkując
pokłady przy wrotach dla pojazdów na statku Valkanhayna.

Zmniejszyli  odległość  do  sześciu  minut  świetlnych  i  gdy  astrogator  Valkanhayna  wciąż  manipulował  dźwigniami  i

pokrętłami,  zaczęli  wyczuwać  detekcję  radarową  i  mikropromieniową.  Po  kolejnym  mikroskoku  znaleźli  się  dwie  sekundy
świetlne od bieguna południowego. Pół tuzina statków już było na orbicie albo nadciągało z powierzchni planety, oczywiście
wszystkie dostosowane do latania w normalnej przestrzeni, ale niektóre prawie tak duże jak „Nemezis”.

W tej chwili zaczął się koszmar.
Statki otworzyły ogień, zestrzeliwane pociski wybuchały w szybko rosnących i równie szybko znikających kulach światła.

Czerwone lampki błyskały na tablicy zniszczeń, wyły syreny i trąbiły klaksony. Na ekranach zobaczyli, że „Nemezis” znika w
blasku  promieniowania,  a  potem,  gdy  wciąż  mieli  serca  w  gardłach,  iż  znowu  się  wyłania.  Czerwone  światła  gasły  na
pulpicie,  gdy  ekipy  usuwania  uszkodzeń  i  ich  roboty  uszczelniały  wyrwy  w  kadłubie  i  pompowały  powietrze  do
ewakuowanych sekcji. Potem zapaliło się więcej czerwonych lempek.

Od  czasu  do  czasu  Trask  spoglądał  na  Boake’a  Valkanhayna.  Kapitan  siedział  w  bezruchu,  żując  cygaro,  które  zgasło

dawno  temu.  Walka  nie  sprawiała  mu  przyjemności,  ale  też  nie  okazywał  strachu.  Kiedy  beowulfiański  statek  zniknął  w
rozbłysku supernowej i rozżarzona kula rozpłynęła się w nicość, pozwolił sobie na krótki komentarz.

– Mam nadzieję, że to dzieło któregoś z naszych chłopców.
Wywalczali  sobie  drogę  w  dół,  ku  atmosferze.  Rozpadł  się  kolejny  statek  Beowulfa,  pojazd  wielkości  mniej  więcej

„Lamii” Spassa, a chwilę później następny. Tym razem Valkanhayn stracił stoicki spokój. Walnął pięścią w pulpit przed sobą i
wrzasnął:

– To jeden z naszych! Dowiedzcie się, kto wystrzelił pocisk, chcę znać jego nazwisko!
Teraz pociski nadlatywały także z powierzchni planety. Oficer detekcji Valkanhayna próbował zlokalizować źródło. W tym

czasie od „Nemezis” oderwał się wielki obiekt w kształcie melona i na ekranie łączności międzystatkowej, zakłócanej przez
promieniowanie, ukazała się podrygująca twarz Harkamana.

– Właśnie odpaliliśmy piekielnicę, cel około pięćdziesięciu stopni szerokości południowej i dwudziestu pięciu stopni na

wschód od linii terminatora. Stamtąd nadlatują te pociski.

Kontrpociski popędziły w kierunku wielkiego metalowego melona; spotkały się z nimi rakiety obronne, wystrzelone przez

background image

roboty.  Szlak  piekielnicy  był  oznaczony  najpierw  przez  rozszerzające  się  czerwono-pomarańczowe  kule  w  pozbawionej
powietrza przestrzeni, a potem przez wybuch ognia, gdy weszła w atmosferę. Zniknęła w ciemności za terminatorem, a potem
rozbłysła jak słońce. To było słońce; zaszła reakcja termojądrowa i blask miał się utrzymywać godzinami. Trask miał nadzieję,
że bomba eksplodowała w odległości większej niż tysiąc mil od ich celu.

Operacja lądowa była koszmarem innego rodzaju. Trask poleciał na dół w wozie dowodzenia, z Paytrikiem Morlandem i

kilkoma  innymi.  Były  rakiety  i  baterie  artyleryjskie.  Były  eskadry  bojowe,  oślepiający  ogień  karabinów  i  pojazdy,  które
przemykały  obok  nich  albo  wybuchały  przed  nimi.  Roboty  antygrawitacyjne  –  roboty  wojskowe  z  pociskami  do
wystrzeliwania  i  roboty  kamikadze  –  rzucały  się  na  nie  bezmyślnie.  Ekrany  szalały  wskutek  promieniowania,  z  głośników
płynęły  urywane  sprzeczne  rozkazy.  W  końcu  walka,  która  szalała  w  powietrzu  na  przestrzeni  dwóch  tysięcy  mil
kwadratowych  nad  kopalniami,  rafineriami  i  elektrowniami  atomowymi,  rozpadła  się  na  dwie  odrębne  i  skoncentrowane
bitwy, jedną o pakownię z podziemnymi magazynami, a drugą o fabrykę zespołów napędowych.

Trzy szalupy opadły w formacji trójkąta. „Bicz Kosmosu” wisiał pomiędzy nimi, wypuszczając rój pojazdów i wielkich

manipulatorów  ze  szczękami.  Opancerzone  lichtugi  i  lądownik  kursowały  w  tę  i  z  powrotem.  Wóz  dowodzenia  skakał  od
jednego  celu  do  drugiego.  W  jednym  z  podziemnych  magazynów  wydobywano  beczułkowate  pojemniki  plutonu,  pokryte
kolapsjum i ważące tony, a z drugiego lichtugi wyciągały jądrowo-elektryczne baterie, niektóre wielkości dziesięciolitrowych
słoików, służących do zasilania silnika statku kosmicznego, inne małe jak amunicja pistoletowa, do takich rzeczy jak latarki.

Trask mniej więcej co godzinę spoglądał na zegarek i stwierdzał, że minęły trzy, może cztery minuty.
W  końcu,  kiedy  był  naprawdę  przekonany,  że  zginął,  że  został  skazany  na  potępienie  i  spędzi  całą  wieczność  w  tym

rozdartym  przez  ogień  chaosie,  „Nemezis”  zaczęła  wystrzeliwać  czerwone  flary  i  z  głośników  we  wszystkich  pojazdach
popłynęły  sygnały  wzywające  do  odwrotu.  Jakoś  wrócił  na  pokład  „Bicza  Kosmosu”,  po  zapewnieniu  samego  siebie,  że  na
powierzchni nie został nikt, kto przeżył.

Nie  wróciło  dwudziestu  kilku,  a  szpital  pokładowy  był  pełen  rannych,  których  dostarczono  z  ładunkiem  i  wyniesiono  z

pojazdów,  gdy  zadokowały.  Wóz,  w  którym  jechał  Trask,  oberwał  kilka  razy  i  jeden  z  kanonierów  krwawił  pod  hełmem,
nawet tego nieświadom. Trask wszedł do centrum dowodzenia. Boake Valkanhayn ze ściągniętą, zmęczoną twarzą wziął kawę
od robota i zaprawiał ją brandy.

–  I  o  to  chodzi  –  powiedział,  dmuchając  na  parujący  napój.  Trzymał  ten  sam  poobijany  srebrny  kubek,  który  miał  przed

sobą,  kiedy  po  raz  pierwszy  się  pojawił  na  ekranie  „Nemezis”.  Skinął  w  stronę  ekranu  zniszczeń;  mniejsze  wyrwy  zostały
załatane,  a  jeśli  którychś  nie  udało  się  uszczelnić,  odcięto  sąsiadujące  z  nimi  pokłady.  –  Statek  zabezpieczony.  –  Odstawił
srebrny kubek i zapalił cygaro. – Cytując Garvana Spassa, „Nikt nie może tego nazwać okradaniem kurników”.

– Nie. Nawet nie wtedy, jeśli uznasz żyrafoptaki z Tizona za kurczaki. To gruszkową brandy z Gramu dolewasz do kawy?

Wezmę to samo. Tyle że bez kawy.

background image

XIV

Systemy  wykrywania  na  „Lamii”  ich  wyłapały,  gdy  tylko  wyszli  z  ostatniego  mikroskoku.  Prześladujące  Traska  obawy,  że
Dunnam może zaatakować podczas ich nieobecności, okazały się bezpodstawne. Z niedowierzaniem sobie uświadomił, że nie
było ich tylko nieco ponad trzydzieści standardowych dni galaktycznych. Alvyn Karffard nie zmarnował tego czasu.

Oczyścił port kosmiczny z gruzów i śmieci, kazał wyciąć okoliczne lasy i zburzyć dwa wysokie budynki. Tubylcy zwali

miasto Rivvin; znajdowane tu i ówdzie napisy wskazywały, że pierwotna nazwa brzmiała Rivington. Przeprowadził również
prace kartograficzne, tworząc szczegółowe mapy kontynentu, na którym leżało miasto, i ogólnikowo zmapował resztę planety.
Co więcej, nawiązał przyjazne stosunki z mieszańcami Miasta Handlowego i zaprzyjaźnił się z ich królem.

Nikt,  nawet  ci,  którzy  gromadzili  łupy,  niezupełnie  wierzyli  własnym  oczom,  kiedy  je  wyładowano.  Małe  stado

długowłosych  jednorożców  –  tubylcy  na  Cheprim  zwali  je  kreggami,  co  prawdopodobnie  było  zniekształconym  nazwiskiem
jakiegoś  przyrodnika,  który  je  badał  –  przetrwało  podróż  i  bitwę  o  Beowulfa  w  całkiem  niezłej  formie.  Trask  i  kilku  jego
byłych  pastuchów  z  Traskonu  z  niepokojem  obserwowali  zwierzęta,  a  okrętowy  doktor,  zastępujący  weterynarza,
przeprowadzał  skomplikowane  badania  roślin,  żeby  sprawdzić,  czy  nadają  się  na  paszę.  Trzy  krowy  okazały  się  cielne;
odizolowano je od stada i czuwano nad nimi z wyjątkową troską.

*

Tubylcy z początku nieufnie podchodzili do kreggów. Bydło powinno mieć dwa rogi, po obu stronach czoła, zakrzywione

do tyłu. Jeden róg, pośrodku łba, nachylony do przodu, wydawał się sprzeczny z naturą.

Oba  statki  odniosły  poważne  uszkodzenia.  „Nemezis”  miała  rozwalany  jeden  luk  szalupowy  i  wszyscy  się  cieszyli,  że

Beowulfianie tego nie spostrzegli i nie wpakowali do środka rakiety. „Bicz Kosmosu” dostał prosto w rufę, gdy odlatywał z
planety,  i  znaczna  część  tej  części  statku  była  rozhermetyzowana.  Po  niezbędnych  naprawach  „Nemezis”  wyszła  na  patrol
wokół  planety,  a  potem  rozpoczęli  prace  na  „Biczu  Kosmosu”.  Większą  część  uzbrojenia  przenieśli  do  obrony  lądowej,
opróżnili  ładownie  i  w  miarę  możliwości  naprawili  kadłub.  Remont  kapitalny  był  zadaniem  dla  stoczni  z  prawdziwego
zdarzenia, takiej jak ta należąca do Alexa Gormana na Gramie. I właśnie tam statek miał zostać wyremontowany.

Boake Valkanhayn będzie nim dowodzić podczas podróży na Grama i z powrotem. Od czasu Beowulfa Trask nie dość, że

przestał go darzyć antypatią, to zaczął go podziwiać. Kiedyś był wartościowym człowiekiem, zanim padł ofiarą pecha, tylko
częściowo na własne życzenie. W pewnym momencie po prostu położył lachę i przestał się przejmować. Teraz znowu wziął
się w garść. Stało się to jasne po desancie na Amaterasu. Zaczął się schludniej ubierać i wysławiać bardziej gramatycznie;
wyglądał i zachowywał się jak astronawigator, a nie jak ćma barowa. Jego ludzie błyskawicznie wykonywali wydawane przez
niego  rozkazy.  Sprzeciwiał  się  napadowi  na  Beowulfa,  lecz  przemawiała  przez  niego  dogorywająca  mentalność  złodzieja
kurczaków, którym był. Bał się, wchodząc do walki; a kto się nie bał, z wyjątkiem kilku zółtodziobów dzielnych dzięki cnocie
ignorancji.  Mimo  wszystko  ruszył  do  boju  i  dobrze  walczył  swoim  statkiem,  i  utrzymał  pozycję  w  zakładach  materiałów
rozszczepialnych w piekle bomb i rakiet, i dopilnował, żeby wszyscy polegli i wszyscy żywi znaleźli się na pokładzie przed
startem.

Znów był kosmicznym wikingiem.
Garvan  Spasso  nim  nie  był  i  nigdy  nie  będzie.  Zareagował  z  oburzeniem,  kiedy  usłyszał,  że  Valkanhayn  ma  zabrać  na

Grama jego statek, załadowany licznymi łupami z trzech planet. Przyszedł do Traska i dosłownie tryskał jadem.

–  Wiesz,  co  się  stanie?  –  zapytał.  –  Poleci  z  tym  ładunkiem  i  tyle  go  zobaczycie.  Prawdopodobnie  zabierze  ładunek  na

Joyeuse albo Excalibura i kupi sobie za niego lordowski tytuł.

– Śmiem wątpić, Garvanie. Leci z nim wielu naszych ludzi, Guatt Kirbey będzie astrogatorem, a ty mu ufasz, prawda? Do

tego Sir Paytrik Morland, i baron Rathmore, i lord Valpry, i Rolve Hemmerding… – Trask umilkł na chwilę, bo właśnie wpadł
mu do głowy pewien pomysł. – Czy też chciałbyś wziąć udział w podróży „Biczem Kosmosu”?

Spasso chciał, zdecydowanie. Trask pokiwał głową.
– Dobrze. W takim razie będziemy pewni, że nie dojdzie do żadnych kombinacji – oznajmił z powagą.
Po wyjściu Spassa skontaktował się z baronem Rathmore’em.
– Dopilnuj, żeby dostał należne mu pieniądze, kiedy dotrzecie na Grama. I poproś diuka Angusa o przysługę. Niech da mu

background image

jakieś  mało  znaczące  stanowisko  z  odpowiednio  imponującym  tytułem,  jak  lord  szambelan  książęcych  łaźni  czy  coś  w  tym
stylu.  Potem  niech  go  nakarmi  błędnymi  informacjami  i  zapewni  mu  okazję,  żeby  je  sprzedał  Omfrayowi  z  Glaspyth.  Wtedy
oczywiście  Omfray  wpadnie  na  podobny  pomysł.  Spasso  obróci  tak  parę  razy  i  w  końcu  ktoś  go  poczęstuje  nożem.  W  ten
sposób pozbędziemy się go na dobre.

*

Załadowali na „Bicz Kosmosu” złoto ze Stolgolandu, a także obrazy i rzeźby z muzeów, tkaniny i futra, klejnoty, porcelanę

i sztućce z targowisk w Eglonsby. Załadowali worki i beczki monet z Chepriego. Większość łupów z Chepriego nie była warta
przewożenia na Grama, ale Cheprianie stali na dość wysokim poziomie technicznym, żeby ich urządzenia okazały się bezcenne
dla tubylczych mieszkańców Tanit.

Niektórzy  uczyli  się  obsługiwania  prostych  maszyn,  a  kilku  się  kwalifikowało  do  kierowania  pojazdami

antygrawitacyjnymi,  które  wyposażono  w  odpowiednie  urządzenia  zabezpieczające.  Byli  dozorcy  niewolników  zostali
sierżantami i porucznikami w nowo powstałym regimencie piechoty, a król Miasta Handlowego wypożyczył kilku do szkolenia
własnej armii. Jakiś geniusz w warsztacie mechanicznym przebudował muszkiet z zamkiem lontowym w muszkiet z zamkiem
skałkowym i pokazał miejscowym rusznikarzom, jak tego dokonał.

Kreggi  miały  się  świetnie.  Urodziło  się  kilka  cielaków  i  wyglądało  na  to,  że  wszystkie  przeżyją.  Środowisko  naturalne

Tanit i Chepriego było podobne pod względem biochemicznym. Trask wiązał z nimi duże nadzieje. Każdy wikiński statek miał
własne kadzie do hodowania mięsa, ale ludzie mieli go powyżej uszu, więc zawsze istniało zapotrzebowanie na świeże mięso.
Pewnego dnia, miał nadzieję, kreggowina stanie się towarem sprzedawanym statkom, które wylądują na Tanit, a długowłose
skóry  być  może  znajdą  zbyt  w  Światach  Miecza.  Antygrawitacyjne  galeary  regularnie  kursowały  pomiędzy  Rivington  i
Miastem  Handlowym,  a  łodzie  powietrzne  zapewniały  łączność  z  wioskami  –  od  czasu  do  czasu  przewoźnicy  z  Miasta
Handlowego  buntowali  się  przeciwko  tej  nieuczciwej  konkurencji.  W  samym  Rivington  bez  przerwy  pracowały  buldożery,
spychacze i manipulatory, i nad miastem zawsze unosiła się chmura pyłu.

Było tyle do zrobienia, a doba miała tylko dwadzieścia pięć standardowych godzin galaktycznych. Bywały takie dni, kiedy

Trask ani razu nie pomyślał o Andrayu Dunnanie.

Sto dwadzieścia pięć dni na Grama i sto dwadzieścia pięć z powrotem. Odlecieli dawno temu. Oczywiście, trzeba wliczyć

czas na remont „Bicza Kosmosu”, konferencje z inwestorami pierwotnego przedsięwzięcia Tanit, gromadzenie nowego sprzętu
do nowej bazy. Mimo to zaczynał się trochę martwić. Zdawał sobie sprawę, że martwienie się o coś, na co nie ma żadnego
wpływu,  mija  się  z  celem,  ale  nie  mógł  temu  zaradzić.  Nawet  Harkaman,  zwykle  niewzruszony,  po  upływie  dwustu
siedemdziesięciu dni zaczął okazywać rozdrażnienie.

Odprężali się w kwaterach mieszkalnych urządzonych na najwyższym piętrze budynku portu kosmicznego. Przed udaniem

się  na  spoczynek  padali  ze  zmęczeniem  na  fotele,  które  pochodziły  z  jednego  z  lepszych  hoteli  w  Eglonsby,  z  drinkami  na
niskim  stole  z  blatem  inkrustowanym  czymś,  co  wyglądało  jak  kość  słoniowa,  ale  nią  nie  było.  Na  podłodze  leżały  plany
reaktora  i  konwertera  masa-energia,  które  mieli  zbudować,  gdy  tylko  „Bicz  Kosmosu”  wróci  ze  sprzętem  do  produkowania
osłon pokrytych kolapsjum.

–  W  zasadzie  nie  musimy  czekać  –  powiedział  Harkaman.  –  Możemy  zedrzeć  pancerz  z  „Lamii”,  żeby  osłonić  reaktor

każdego rodzaju.

Po raz pierwszy obaj dopuścili do siebie możliwość, że statek może nie wrócić. Trask odłożył cygaro na popielniczkę –

pochodziła z prywatnego gabinetu prezydenta Pedrosana Pedra – i dolał odrobinę brandy do swojego kieliszka.

–  Niedługo  wróci.  Mamy  na  pokładzie  naszych  ludzi,  który  dopilnują,  żeby  nikt  inny  nie  spróbował  przejąć  statku.  I

naprawę uważam, że Valkanhaynowi można ufać.

–  Ja  też  mu  ufam.  Nie  martwi  mnie  to,  co  mogło  się  stać  na  statku.  Nie  wiemy,  co  się  dzieje  na  Gramie.  Glaspyth  i

Didreksburg  mogły  się  sprzymierzyć  i  napaść  na  Wardshaven,  zanim  diuk  Angus  przygotował  się  do  inwazji  na  Glaspyth.
Boake mógł wlecieć prosto w pułapkę.

–  Współczuję  tym,  którzy  by  chcieli  ją  zatrzasnąć.  Byłby  to  pierwszy  w  dziejach  przypadek  najechania  Świata  Miecza

przez kosmicznych wikingów. – Harkaman spojrzał na opróżniony w połowie kieliszek i napełnił go po brzegi. Był to ten sam
drink, tak jak dziesiątkowany pułk, który musi uzupełniać straty, wciąż jest tym samym pułkiem.

Przerwało  mu  brzęczenie  ekranu  komunikacyjnego  –  jednej  z  niewielu  w  tym  pokoju  rzeczy,  które  nie  zostały  gdzieś

złupione. Obaj wstali, Harkaman z kieliszkiem ręce podszedł i włączył ekran. Zgłosił się dyżurny z centrum kontroli, meldując
o  wykryciu  dwóch  wynurzeń  w  odległości  dwudziestu  minut  świetlnych  na  północ  od  planety.  Harkaman  wychylił  drinka  i
odstawił pusty kieliszek.

– W porządku. Włączysz ogólny alarm? Daj na ten ekran wszystko, co się zbliża. – Wyjął fajkę i machinalnie nabijał ją

background image

tytoniem. – Za parę minut wyjdą z ostatniego mikroskoku i będą jakieś dwie sekundy świetlne stąd.

Trask usiadł, zobaczył, że papieros spalił się prawie do końca i odpalił od niego drugiego. Chciałby być równie spokojny

jak  Harkaman.  Trzy  minuty  później  wieża  kontroli  wychwyciła  dwa  wynurzenia  w  odległości  półtora  sekundy  świetlnej,
oddalone o jakieś tysiąc mil od siebie. Potem ekran zamigotał i ukazał się na nim Boake Valkanhayn, siedzący za biurkiem w
świeżo odnowionym centrum dowodzenia na „Biczu Kosmosu”.

Sam  też  wyglądał  jak  świeżo  odnowiony.  Miał  bogato  szamerowaną  marynarkę  kapitana,  najwyraźniej  dzieło  jednego  z

lepszych  krawców  na  Gramie,  a  na  jego  piersi  wisiała  wielka  gwiazda  rycerska  ozdobiona  między  innymi  mieczem  i
symbolem atomu rodu Wardów.

–  Książę  Trasku,  hrabio  Harkamanie  –  przywitał  się.  –  „Bicz  Kosmosu”,  Tanit,  trzy  tysiące  dwieście  godzin  od

Wardshaven na Gramie, dowodzi baron Valkanhayn, w towarzystwie wyczarterowanego frachtowca „Rosynant” z Durendala
pod rozkazami kapitana Morbesa. Proszę o pozwolenie i instrukcje wejścia na orbitę.

– Baron Valkanhayn? – powtórzył pytająco Harkaman.
– Zgadza się. – Valkanhayn wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Mam na dowód zwój welinu wielkości koca. Mam

cały ładunek zwojów. Jeden stanowi, że jesteś Otto hrabia Harkaman, a drugi, że jesteś admirałem floty królewskiej Grama.

– Udało mu się! – krzyknął Trask. – Obwołał się królem Grama!
–  Zgadza  się.  A  ty  jesteś  zaufanym  i  wielce  umiłowanym  Lucasem  księciem  Traskiem  i  wicekrólem  należącego  do  Jego

Królewskiej Mości królestwa Tanit.

Harkaman się nastroszył.
– Na gehennę… To nasze królestwo!
– Czy Jego Królewska Mość zrobił coś, żeby się nam opłacało przyjąć jego zwierzchność? – zapytał Trask. – To znaczy,

poza podpisaniem stosu zwojów welinu?

Valkanhayn wciąż się uśmiechał.
– Zaczekaj, aż zaczniemy wysyłać ładunek na dół. I zaczekaj, aż zobaczysz, co jest upchnięte na drugim statku.
– Czy Spasso wraca z wami? – zapytał Harkaman.
– Nie. Sir Garvan Spasso wstąpił do służby Jego Królewskiej Mości króla Angusa. Jest teraz szefem policji w Glaspyth i

nikt nie powie, że zajmuje się okradaniem kurników. Wszystkie kurczaki kradnie razem z farmami.

Nie  brzmiało  to  dobrze.  Spasso  może  sprawić,  że  imię  króla  Angusa  zrazi  całe  Glaspyth.  A  może  Angus  pozwoli,  żeby

Spasso zmiażdżył zwolenników Omfraya, a potem go powiesi za ciemiężenie ludu. Trask czytał o kimś, kto zrobił coś takiego,
w jednej ze staroterrańskich książek historycznych Harkamana.

*

Baron  Rathmore  został  na  Gramie,  podobnie  jak  Rolve  Hemmerding.  Pozostali  dżentelmeni-awanturnicy,  wszyscy  ze

lśniącymi nowością tytułami szlacheckimi, wrócili na Tanit. Od nich, gdy dwa statki weszły na orbitę, Trask się dowiedział,
co zaszło na Gramie od czasu startu „Nemezis”.

Diuk Angus publicznie ogłosił swój zamiar kontynuowania przedsięwzięcia Tanit i rozpoczęcia budowy nowego statku w

stoczni  Gorrama.  To  wiarygodnie  wyjaśniało  wszelką  aktywność  związaną  z  przygotowaniami  do  inwazji  na  Glaspyth  i
kompletnie  zwiodło  diuka  Omfraya.  Omfray  też  zaczął  budować  własny  statek,  wszystkie  środki  jego  księstwa  zostały
zaangażowane w próbę ukończenia i wysłania go w kosmos przed tym, który budował Angus. Trwały gorączkowe prace, kiedy
najeźdźcy  z  Wardshaven  uderzyli  na  Glaspyth;  statek,  już  prawie  ukończony,  miał  od  tej  pory  służyć  jako  jednostka
Królewskiej Marynarki Wojennej. Diukowi Omfrayowi udało się uciec do Didreksburga, a kiedy oddziały Angusa wkroczyły
do tego drugiego księstwa, znów uciekł, tym razem z planety. Obecnie jadł gorzki chleb uchodźcy na dworze wuja swojej żony,
króla Hauteclere.

Hrabia Newhaven, diuk Bigglersportu i lord Northportu poparli ustanowienie monarchii planetarnej i natychmiast uznali

Angusa  za  swojego  suwerena.  Podobnie,  z  nożem  na  gardle,  uczynił  diuk  Didreksburga.  Wielu  innych  magnatów  feudalnych
odmówiło wyrzeczenia się swojej suwerenności. To mogło oznaczać walkę, ale Paytrik, obecnie baron Morland, raczej w to
wątpił.

– „Bicz Kosmosu” temu zapobiegł – powiedział. – Kiedy usłyszeli, że powstaje tu baza, i zobaczyli, co przywieźliśmy na

Grama, zaczęli zmieniać zdanie. Tylko poddanym króla Angusa będzie wolno inwestować w przedsięwzięcie Tanit.

W takim razie lepiej zaakceptować aneksję Tanit przez króla Angusa i uznać jego zwierzchność. Będą potrzebować rynku

zbytu w Świecie Miecza na towary, które złupią albo uzyskają na drodze wymiany z innymi kosmicznymi wikingami, i dopóki
nie  rozwiną  własnego  przemysłu,  będą  zależni  od  Grama  pod  względem  wielu  rzeczy  niemożliwych  do  zdobycia  podczas
najazdów.

background image

–  Przypuszczam,  że  król  wie,  iż  nie  jestem  tutaj  dla  zdrowia  ani  dla  jego  korzyści?  –  zapytał  Trask  lorda  Valpry’ego

podczas jednej z ekranowych konwersacji, gdy „Bicz Kosmosu” wszedł na orbitę. – Jestem tutaj z powodu Andraya Dunnana.

–  Oczywiście  –  zapewnił  go  szlachcic  z  Wardshaven.  –  Przytoczę  dosłownie,  co  powiedział:  będzie  wielce  szczęśliwy,

jeśli  mu  przyślesz  głowę  siostrzeńca  w  bloku  lucytu.  Postępek  Dunnana  przyniósł  uszczerbek  również  jego  honorowi.
Suwerenni książęta w takich rzeczach nie widzą niczego zabawnego.

– Zakładam, że wie, iż prędzej czy później Dunnan zaatakuje Tanit?
– Jeśli nie wie, to nie dlatego, że często mu o tym nie mówiłem. Kiedy zobaczysz sprzęt obronny, jaki przywozimy, uznasz,

że raczej wie.

Ładunek  był  imponujący,  ale  wypadł  blado  w  porównaniu  ze  sprzętem  inżynieryjnym  i  przemysłowym.  Dostali  roboty

wydobywcze  do  wykorzystania  na  żelaznym  księżycu  Tanit  i  transportery  konwencjonalne  do  odbywania  długich  na
pięćdziesiąt  tysięcy  mil  podróży  pomiędzy  planetą  i  satelitą.  Wytwarzacz  skolapsowanej  materii;  teraz  będą  mogli  sami
powlekać osłony warstwą kolapsjum. Małą, w pełni zautomatyzowaną stalownię, którą można umieścić na satelicie. Roboty
przemysłowe i maszyny do produkowania maszyn. I, najlepsze ze wszystkich, dwustu inżynierów i wysoko kwalifikowanych
techników.

Sporo baronii przemysłowych na Gramie niedługo zrozumie, co utraciły wraz z tymi ludźmi. Wiking Trask zastanawiał się,

co lord Trask z Traskonu by o tym pomyślał.

Książę Tanit już nie był zainteresowany tym, co się stanie z Gramem. Może, jeśli wszystko będzie się rozwijać pomyślnie

przez jakiś następne sto lat, jego następcy będą rządzić Gramem przez wicekróla z Tanit.

background image

XV

Zaraz po rozładowaniu „Bicz Kosmosu” ruszył na wachtę orbitalną, a Harkaman natychmiast wystartował na „Nemezis”. Trask
został  na  Tanit.  Posadzili  „Rosynanta”  w  porcie  kosmicznym  Rivington  i  przystąpili  do  rozładunku.  Po  zakończeniu  pracy
oficerowie i załoga wzięli urlop, który trwał miesiąc, do czasu powrotu „Nemezis”. Harkaman przeprowadził szybkie akcje na
pół tuzinie planet. Przywieziony ładunek nie był spektakularnie cenny i sam bagatelizował wyprawę jako okradanie kurników,
ale  wcale  nie  poszło  łatwo:  stracił  kilku  ludzi  i  statek  miał  kilka  świeżych  blizn.  Większa  część  towarów
przetransportowanych na „Rosynanta” mogła konkurować z tymi wytwarzanymi na Gramie.

–  Będą  rozczarowani  po  tym,  co  przywiózł  „Bicz  Kosmosu”,  ale  nie  chcieliśmy  odsyłać  „Rosynanta”  z  pustymi

ładowniami – powiedział Harkaman. – Poza tym miałem czas na lekturę pomiędzy przystankami.

– Czytałeś książki z biblioteki w Eglonsby?
–  Tak.  Dowiedziałem  się  ciekawej  rzeczy  o  Amaterasu.  Czy  wiesz,  dlaczego  została  skolonizowana  przez  Federację,

chociaż nie ma tam żadnych rud zawierających pierwiastki rozszczepialne? Planeta produkowała gadolin.

Gadolin był niezbędny dla silników hipernapędu; silniki statku wielkości „Nemezis” wymagały pięćdziesięciu funtów tego

pierwiastka. W Światach Miecza gadolin był kilka razy droższy do złota. Jeśli wciąż eksploatowano złoża, Amaterasu zasłuży
na drugą wizytę.

Kiedy Trask o tym wspomniał, Harkaman wzruszył ramionami.
– Dlaczego mieliby go wydobywać? Pierwiastek nadaje się tylko do jednego celu, statek kosmiczny na ropie nie poleci.

Przypuszczam, że można otworzyć stare kopalnie i zbudować nowe rafinerie, ale…

– Moglibyśmy wymieniać pluton za gadolin. Nie mają własnych złóż. Moglibyśmy ustalić własne ceny i nie musielibyśmy

im mówić, po ile gadolin chodzi na Światach Miecza.

– Możliwe, o ile jest tam z kim robić interesy po tym, co zrobiliśmy z Eglonsby i Stolgolandem. Skąd weźmiemy pluton?
– Jak sądzisz, dlaczego Beowulfianie nie mają hiperstatków, choć mają wszystko inne?
Harkaman pstryknął placami.
–  Na  Szatana,  racja!  –  Potem  z  niepokojem  popatrzył  na  Traska.  –  Hej,  chyba  nie  myślisz  o  sprzedawaniu  plutonu

Amaterasu i gadolinu Beowulfowi, co?

– Dlaczego nie? Moglibyśmy ogromnie zyskać na jednym i drugim.
–  Wiesz,  co  będzie  dalej,  prawda?  Za  parę  lat  przyleci  tu  pełno  statków  z  obu  planet.  Potrzeba  nam  tego  jak  dziury  w

moście.

Trask  widział  same  dobre  strony.  Tanit,  Amaterasu  i  Beowulf  mogłyby  rozwinąć  porządny  trójstronny  handel;  wszystkie

trzy planety wyszłyby na swoje. Poza tym unikną strat w ludziach, amunicji i sprzęcie. Może też zawrą przymierze obronne.
Pomyśli o tym później, obecnie było zbyt wiele do zrobienia na Tanit.

Przed upadkiem Federacji na księżycu działały kopalnie; zostały ogołocone ze sprzętu, gdy Tanit wciąż toczyła skazaną na

przegraną  bitwę  z  barbarzyństwem,  ale  podpowierzchniowe  komory  i  wykute  przez  człowieka  jaskinie  nadawały  się  do
wykorzystania. W końcu kopanie ruszyły i z umieszczonej na księżycu stalowni zaczęły przybywać promy ze sztabami gotowej
stali. W tym czasie zaplanowano i budowano stocznię.

Trzy  miesiące  po  tym,  jak  „Rosynant”  wyruszył  w  podróż  powrotną,  z  Grama  przyleciała  „Królowa  Flavia”  –  statek,

którego  budowę  rozpoczęto  w  stoczni  w  Glaspyth  i  który  został  ukończony,  gdy  Valkanhayn  wciąż  przebywał  w
hiperprzestrzeni. Przywiozła znaczny ładunek, częściowo zbyteczny, ale w całości pożyteczny; wszyscy teraz inwestowali w
przedsięwzięcie  Tanit  i  trzeba  było  na  coś  wydać  pieniądze.  Co  więcej,  przywiozła  pasażerów,  blisko  tysiąc  mężczyzn  i
kobiet;  wyciek  umysłów  i  umiejetności  ze  Światów  Miecza  przemieniał  się  w  potop.  Był  wśród  nich  Basil  Gorram.  Trask
pamiętał go jako nieznośnego młodego palanta, ale wydawało się, że jest dobrym stoczniowcem. Przewidywał, że za kilka lat
stocznie jego ojca w Wardshaven stracą zamówienia i wszystkie statki Tanit będą budowane na Tanit. Przybył także młodszy
partner Lothara Ffayle’a, żeby założyć oddział Banku Wardshaven w Rivington.

Gdy  tylko  „Królowa  Flavia”  pozbyła  się  ładunku  i  pasażerów,  zabrała  na  pokład  pięciuset  żołnierzy  wojsk  lądowych  z

„Lamii”, „Nemezis” i „Bicza Kosmosu” i wyruszyła na łupieżczą wyprawę. W czasie jej nieobecności przyleciał drugi statek,
„Czarna Gwiazda”, którego budowę rozpoczął diuk Angus, a zakończył król Angus.

Trask czuł lekkie niedowierzanie, kiedy sobie uświadomił, że „Czarna Gwiazda” wystartowała z Grama prawie dokładnie

dwa lata po kradzieży „Nemezis”. Wciąż nie miał pojęcia, gdzie się podziewa Andray Dunnan, ani co robi, ani jak go znaleźć.

background image

Wieści  o  gramskiej  bazie  na  Tanit  rozchodziły  się  powoli,  najpierw  roznoszone  przez  regularne  liniowce  i  frachtowce

żeglugi trampowej, które łączyły Światy Miecza, a potem przez statki handlowe i kosmicznych wikingów latających do Starej
Federacji.  Dwa  lata  i  sześć  miesięcy  po  tym,  jak  „Nemezis”  wynurzyła  się  z  hiperprzestrzeni  i  znalazła  na  Tanit  Boakego
Valkanhayna  i  Garvana  Spassa,  przybył  pierwszy  niezależny  kosmiczny  wiking,  żeby  sprzedać  ładunek  i  dokonać  napraw.
Zakupili  jego  łupy  –  najechał  jakąś  planetę  stojącą  na  poziomie  wyższym  niż  Chepri  i  poniżej  Amaterasu  –  i  uleczyli  rany,
jakie odniósł jego statek. Prowadził interesy z rodziną Everrardów na Hot, ale oznajmił, że jest znacznie bardziej zadowolony
z interesów na Tanit i przysiągł, że wróci.

Nigdy nie słyszał o Andrayu Dunnanie ani o „Enterprise”.
To Gilgameszanin przywiózł pierwsze wiadomości.
Trask  po  raz  pierwszy  usłyszał  o  Gilgameszanach  –  było  to  słowo  używane  w  odniesieniu  tak  do  mieszkańców

Gilgamesza, jak do statków z tej planety – na Gramie, od Harkamana, Karffarda, Vanna Larcha i innych. Na Tanit słyszał o nich
od każdego kosmicznego wikinga, nigdy pochlebnie i rzadko w cenzuralnych słowach.

Gilgamesz był klasyfikowany, z pewnymi zastrzeżeniami, jako planeta cywilizowana, choć nie na poziomie Odyna, Izydy,

Baldura,  Marduka,  Atona  czy  każdego  z  innych  światów,  które  zachowały  nieprzerwaną  ciągłość  kulturową  Federacji
Terrańskiej. Może Gilgamesz zasługiwał na większe uznanie, bo jego mieszkańcy, przez dwa stulecia pogrążeni w mrokach,
wykaraskali się o własnych siłach. Odzyskali wszystkie stare zdobycze techniki łącznie z hipernapędem.

Gilgameszanie nie napadali; Gilgameszanie handlowali. Religia zakazywała im stosowania przemocy, choć przestrzegali

zakazu  w  granicach  rozsądku,  i  byli  zdolni  i  chętni  z  fanatyczną  zaciekłością  walczyć  w  obronie  swojej  ojczystej  planety.
Jakieś  sto  lat  wcześniej  pięć  wikińskich  statków  napadło  na  Gilgamesza;  tylko  jeden  z  nich  zdołał  się  wyrwać  i  został
sprzedany  na  złom  po  dotarciu  do  przyjaznej  bazy.  Ich  statki  latały  wszędzie,  gdzie  tylko  można  handlować,  a  gdzie
handlowali, tam zwykle kilku z nich się osiedlało, a gdzie się osiedlili, tam robili pieniądze, większość zysków wysyłając do
domu.  W  ich  społeczeństwie  panował  luźny  ustrój  teo-socjalistyczny,  przy  czym  religia  była  absurdalnym  miszmaszem
głównych religii monoteistycznych z okresu Federacji, wzbogaconym przez ich własne doktrynalne i rytualne wynalazki. Mieli
skłonność do bezwzględnego targowania się o najmniejszy drobiazg; bigoteryjnie uważali każdego, kto nie jest ich wyznania,
za  istotę  tylko  w  połowie  godną  miana  człowieka;  mieli  tabu  związane  z  pożywieniem  i  inne  zakazy  tworzące  labirynt,  w
którym  się  chowali  przed  społecznym  kontaktem  z  innymi.  Wszystko  to  razem  wzięte  sprawiało,  że  generalnie  nie  budzili
sympatii.

Po  wejściu  statku  na  orbitę  trzech  Gilgameszan  przybyło  na  powierzchnię  robić  interesy.  Kapitan  i  jego  zastępca  mieli

długie płaszcze, prawie do kolan, zapięte pod samą szyję, i białe czapeczki podobne do furażerek. Trzeci mężczyzna, kapłan,
nosił szatę z kapturem i miał na piersi symbol ich religii, błękitny trójkąt w białym kręgu. Wszyscy mieli brody, które zwisały
im  z  policzków,  z  wygolonymi  podbródkami  i  bez  wąsów.  Wszyscy  mieli  jednakowo  cnotliwe,  pełne  dezaprobaty  miny.
Wszyscy  odmówili  poczęstunku  obojętnie  jakiego  rodzaju  i  siedzieli  tak  niespokojnie,  jakby  się  bali  skażenia  przez  pogan,
którzy  zajmowali  miejsca  naprzeciwko  nich.  Przywieźli  mieszany  ładunek  towarów  zebranych  tu  i  ówdzie  na
subcywilizowanych planetach, czym nikt na Tanit nie był zainteresowany. Mieli również trochę porządnego towaru: warzywny
bursztyn i pierze płomienistych ptaków z Irminsula; kość słoniową albo coś bardzo podobnego; diamenty i organiczne opale z
Ullera i kamienie słoneczne z Zaratustry. I trochę platyny. Zależało im na maszynach, zwłaszcza antygrawitacyjnych silnikach i
robotach.

Kłopot w tym, że chcieli się targować. Wyglądało na to, że targowanie się jest planetarnym sportem Gilgamesza.
– Słyszeliście o wikińskim statku o nazwie „Enterprise”? – zapytał Trask po siódmym czy ósmym impasie w targowaniu. –

Ma półksiężyc, jasnoniebieski na czarnym tle. Kapitanem jest Andray Dunnan.

– Statek o takiej nazwie, z takim herbem, najechał Kemosza ponad rok temu – odparł kapłan-supercargo. – Przebywało tam

kilku naszych ludzi, zajętych handlowaniem. Ten statek zaatakował miasto i niektórzy z nich ponieśli ciężkie straty w postaci
dóbr doczesnych.

– Wielka szkoda.
Kapłan wzruszył ramionami.
– Wola Jahy Wszechmogącego – powiedział, potem lekko pojaśniał. – Kemoszanie są poganami i czcicielami fałszywych

bogów. Kosmiczni wikingowie złupili ich świątynię i zupełnie ją zniszczyli, zabrali wyryte wizerunki i inne plugastwa. Nasi
ludzie byli świadkami wielkiego zawodzenia i lamentów bałwochwalców.

*

Taki był pierwszy wpis na Wielkiej Tablicy. Zajmowała, optymistycznie, całą jedną ścianę w biurze Traska i przez długi

czas  ta  jedna  wypisana  kredą  notatka  o  napadzie  na  Kemosza,  opatrzona  datą,  oczywiście  przybliżoną,  wyglądała  na  niej

background image

bardzo samotnie. Kapitan „Czarnej Gwiazdy” przywiózł materiały do paru nowych notatek. Wstąpił na kilka planet, o których
było  wiadomo,  że  są  czasowo  okupowane  przez  kosmicznych  wikingów,  żeby  wymienić  łupy,  i  dał  swoim  ludziom  trochę
wolnego. Rozpytał się i zdobył nazwy kilku planet najechanych przez statek z niebieskim półksiężycem. Jedna z wiadomości
pochodziła zaledwie sprzed pół roku.

Zważywszy, w jakim tempie wiadomości rozchodziły się po Starej Federacji, ta praktycznie wyszła prosto z pieca.
Właściciel-kapitan  „Alboraka”  miał  coś  do  dodania,  kiedy  przyleciał  swoim  statkiem  sześć  miesięcy  później.  Powoli

sączył drinka, jakby musiał się ograniczyć do jednego i chciał, żeby mu wystarczył na jak najdłużej.

– Prawie dwa lata temu na Dżaganacie – powiedział. – „Enterprise” był na orbicie, dokonując jakichś drobnych napraw.

Parę  razy  spotkałem  tego  człowieka.  Wygląda  dokładnie  jak  na  tych  zdjęciach,  ale  teraz  ma  szpiczastą  bródkę.  Sprzedał
mnóstwo  łupów.  Towary  ogólne,  szlachetne  i  półszlachetne  kamienie,  mnóstwo  rzeźbionych  i  intarsjowanych  mebli,  które
wyglądały tak, jakby pochodziły z jakiegoś pałacu króla neobarbarzyńców, do tego jakieś świątynne przedmioty. Buddyjskie,
było  tam  parę  wielkich  złotych  Daibutsu.  Jego  załoga  stawiała  drinki  wszystkim  przybyszom.  Niektórzy  z  nich  byli  całkiem
ciemni  nad  kołnierzykami,  jakby  zbyt  długo  przebywali  na  planecie  gorącego  słońca.  I  miał  na  sprzedaż  mnóstwo  futer  z
Imhotepa, po prostu baśniowych.

– Jakie naprawy? Zniszczenia bojowe?
–  Takie  odniosłem  wrażenie.  Wystartował  sto  parę  godzin  po  moim  przybyciu,  w  towarzystwie  drugiego  statku,

„Gwiezdnego  Skoczka”  pod  kapitanem  Teodorem  Vaghnem.  Chodziły  słuchy,  że  razem  urządzają  jakiś  napad.  –  Kapitan
„Alboraka” rozmyślał przez chwilę. – Jeszcze jedno. Kupował amunicję, wszystko od nabojów pistoletowych po piekielnice.
Kupował sprzęt do recyklingu powietrza i wody, a także hydroponiczny i do hodowli mięsa, wszystko, co tylko mógł dostać.

To była ważna wiadomość. Trask podziękował kosmicznemu wikingowi, po czym zapytał:
– Czy wiedział, że tu jestem i go szukam?
– Jeśli wiedział, to tylko on jeden na całym Dżaganacie. Sam o tym usłyszałem dopiero sześć miesięcy później.
Tego wieczora Trask odtworzył nagranie rozmowy dla Harkamana, Valkanhayna, Karloffa i kilku innych. Ktoś natychmiast

powiedział:

– Te świątynne rzeczy pochodzą z Kemosza. Tubylcy są buddystami. To pasuje do historii gilgameszanina.
– Miał futra z Imhotepa – dodał Harkaman. – Nikt nie zabiera niczego z Imhotepa wbrew woli właścicieli. Planeta jest w

środku  glacjału,  lód  pokrywa  powierzchnię  do  piętnastego  równoleżnika.  Mają  tam  jedno  miasto,  dziesięć  czy  piętnaście
tysięcy,  a  reszta  mieszkańców  jest  rozproszona  w  kilkuset  osadach  wzdłuż  czoła  lądolodów.  Wszyscy  są  myśliwymi  i
traperami. Mają jakąś antygrawitację i kiedy przybywa statek, rozgłaszają wiadomości przez radio. Wtedy ściągają z futrami
do  miasta.  Używają  celowników  teleskopowych  i  każdy,  kto  ma  więcej  niż  dziesięć  lat,  potrafi  trafić  człowieka  w  głowę  z
odległości pięciuset jardów. Duża broń przeciwko nim nie zda się na wiele, bo są za bardzo rozproszeni. Jednym sposobem na
uzyskanie od nich czegokolwiek jest wymiana handlowa.

–  Chyba  wiem,  gdzie  był  Dunnan  –  odezwał  się  Alvyn  Karffard.  –  Na  Imhotepie  metalem  monetarnym  jest  srebro.  Na

Agnim ze srebra robią rury ściekowe. Agni jest planetą gorącej gwiazdy, słońca klasy B. I ludzie na Agnim są twardzi, i mają
porządną broń. Być może tam „Enterprise” został uszkodzony w walce.

To zapoczątkowało dyskusję, czy najpierw poleciał na Kemosza. Było pewne, że zawitał na Agniego, a potem na Imhotepa.

Guatt Kirbey próbował rozpracować obie możliwości.

– Tak czy siak, nic to nam nie mówi – oznajmił w końcu. – Kemosz leży w bok od Agniego i Imhotepa.
–  Dunnan  ma  gdzieś  bazę  i  to  nawet  nie  na  planecie  typu  terrańskiego  –  powiedział  Valkanhayn.  –  Bo  po  co  byłby  mu

potrzebny cały ten sprzęt do recyklingu, hydroponiki i hodowli mięsa?

Obszar Starej Federacji był pełen planet typu nieterrańskiego i dlaczego w ogóle ktoś miałby zawracać sobie głowę lotem

na  którąś  z  nich?  Każda  planeta,  która  miała  atmosferę  beztlenową,  do  ośmiu  tysięcy  mil  średnicy  i  niewielką  amplitudą
temperatury  powierzchni,  nie  była  warta  czasu.  Ale  taka  planeta,  jeśli  miało  się  sprzęt  gwarantujący  przetrwanie,  mogła
stanowić idealną kryjówkę.

– Jakim człowiekiem jest ten kapitan Teodor Vaghn? – zapytał.
– Przyzwoitym – odparł z miejsca Harkaman. – Ma paskudną cechę, jest sadystą, ale zna się na swoim fachu. I ma dobry

statek, a także porządnie wyszkoloną załogę. Sądzisz, że sprzymierzył się z Dunnanem?

– A ty nie? Sądzę, że teraz, gdy ma bazę, Dunnan gromadzi flotę.
– Teraz już wie, że go szukamy – powiedział Vann Larch. – I wie, gdzie jesteśmy, co mu zapewnia nad nami przewagę.

background image

XVI

I  tak  Andray  Dunnan  znowu  prześladował  Traska.  Napływały  strzępy  informacji  –  statek  Dunnana  był  na  Hot  i  na  Nergalu,
sprzedając  łupy.  Sprzedawał  złoto  albo  platynę  i  kupował  niewiele,  zwykle  broń  i  amunicję.  Najwyraźniej  jego  baza,
gdziekolwiek się znajdowała, była w pełni samowystarczalna. Było też pewne, że Dunnan wie, że jest poszukiwany. Pewien
kosmiczny wiking, który z nim rozmawiał, przytoczył jego słowa: „Nie chcę żadnych kłopotów z Traskiem i jeśli jest mądry,
nie będzie szukać kłopotów ze mną”. To sprawiło, że Trask nabrał tym większej pewności, że Dunnan zbiera gdzieś siły do
ataku na Tanit. Ustanowił zasadę, że poza „Lamią”, która pełniła stałą służbę patrolową, na orbicie mają być co najmniej dwa
statki, a także zainstalował więcej wyrzutni rakiet na księżycu i na planecie.

Trzy  statki  nosiły  herb  z  mieczami  i  symbolem  atomu,  a  na  Gramie  budowano  czwarty.  Hrabia  Lionel  Z  Newhaven

budował  własny  statek,  trzy  wielkie  frachtowce  regularnie  przemierzały  przestrzeń  trzech  tysięcy  lat  świetlnych  pomiędzy
Tanit i Gramem. Sesar Karvall, który nigdy nie wrócił do zdrowia po ranach postrzałowych, zmarł. Lady Lawinia przekazała
baronię i interesy swojemu bratu, Burtowi Sandarsanowi, po czym przeprowadziła się na Excalibura. Stocznia w Rivingtonie
została ukończona. Zbudowali podpory „Korysandy II” Harkamana i podciągali szkielet kadłuba.

I teraz handlowali z Amaterasu. Pedrosan Pedro został obalony i skazany na śmierć przez generała Dagró Ectora w czasie

zamieszek,  do  jakich  doszło  po  złupieniu  Eglonsby.  Oddziały  pozostawione  w  Stolgolandzie  zbuntowały  się  i  stanęły  w
jednym szeregu z niedawnym wrogiem. Dwa państwa zawarły niespokojne przymierze, a kilka innych krajów jednoczyło się
przeciwko nim, kiedy „Nemezis” i „Bicz Kosmosu” wróciły i ogłosiły pokój z całą planetą. Nie było walk, wszyscy wiedzieli,
co spotkało Eglonsby i Stolgoland. W końcu wszystkie rządy Amaterasu połączyły się w luźnym porozumieniu, żeby na nowo
otworzyć kopalnie i podjąć wydobycie gadolinu, a także mieć udziały w kupowanych za gadolin importowanych materiałach
rozszczepialnych.

Nawiązanie  stosunków  handlowych  z  Beowulfem  okazało  się  trudniejsze  i  trwało  rok  dłużej.  Beowulfianie  mieli  jeden

rząd  planetarny  i  byli  skłonni  najpierw  strzelać,  a  dopiero  potem  negocjować,  co  było  dość  naturalnym  podejściem  z
perspektywy  minionych  doświadczeń.  Mieli  jednak  dość  podręczników  z  okresu  Starej  Federacji  w  mikrodruku,  żeby
wiedzieć, czego można dokonać, gdy ma się gadolin. Postanowili przekreślić przeszłość i bez urazy zacząć od nowa.

Miną  lata,  zanim  któraś  z  tych  planet  wyprodukuje  własne  hiperstatki.  Tymczasem  obie  były  dobrymi  klientami  i  szybko

stawały  się  przyjaciółmi.  Wielu  młodych  Amaterasan  i  Beowulfian  przybyło  na  Tanit,  żeby  zgłębiać  tajniki  różnego  rodzaju
technologii.

Tubylcy na Tanit też się uczyli. W pierwszym roku Trask wybrał z każdej wspólnoty co bystrzejszych chłopców w wieku

od  dziesięciu  do  dwunastu  lat  i  zaczął  ich  uczyć.  W  ubiegłym  roku  najbardziej  inteligentnych  z  nich  wysłał  na  Grama  do
szkoły.  Po  pięciu  latach  wrócą  do  domu  i  zaczną  uczyć  innych;  tymczasem  sprowadzał  nauczycieli  z  Grama.  W  Mieście
Handlowym powstała szkoła, i kilka innych w większych wioskach. W Rivington istniało coś, co prawie można było nazwać
uczelnią. Za jakieś dziesięć lat Tanit będzie mogła się ubiegać o miano cywilizowanej planety.

*

Oczywiście pod warunkiem, że Andray Dunnan i jego statki nie przybędą zbyt szybko. Zostaną pokonani, Trask był tego

pewien, ale zniszczenia spowodowane przez atak cofną jego pracę o lata. Aż nazbyt dobrze wiedział, co statki kosmicznych
wikingów mogą zrobić z planetą. Musi pierwszy znaleźć bazę Dunnana, zaatakować ją i unicestwić, i zabić swojego wroga.
Nie  z  zemsty  za  morderstwo,  które  popełnił  sześć  lat  temu  na  Gramie;  to  było  dawno  temu  i  daleko,  i  Elaine  zniknęła,
podobnie  zresztą  jak  tamten  Lucas  Trask,  który  ją  kochał  i  stracił.  Teraz  tylko  rozwój  cywilizacji  na  Tanit  miał  dla  niego
znaczenie.

Ale  gdzie  znajdzie  Dunnana,  w  przestrzeni  dwustu  miliardów  sześciennych  lat  świetlnych?  Dunnan  nie  miał  takiego

problemu. Dokładnie wiedział, gdzie jest jego wróg.

I  Dunnan  gromadził  siły.  „Jo-jo”  kapitana  Vanna  Humforta;  widziano  ten  statek  dwukrotnie,  raz  w  towarzystwie

„Gwiezdnego Skoczka” i raz z „Enterprise”. Nosił herb wyobrażający kobiecą dłoń z planetą zwisającą z palca na sznurku;
dobry statek ze zdolnym, bezlitosnym kapitanem. „Bolid” i „Enterprise” wspólnie napadły na Idunę. Gilgameszanie mieli tam
swoją kolonię i jeden z ich statków przyniósł wiadomości.

background image

Poza tym zwerbował dwa statki na raz na Melkarcie, co wzbudziło powszechną wesołość wśród kosmicznych wikingów

na Tanit.

Melkart był ściśle drobiową planetą. Jej mieszkańcy byli wieśniakami; nie mieli niczego wartego złupienia i wywiezienia.

Było  to  jednak  miejsce,  gdzie  można  wylądować,  nie  brakowało  tam  kobiet,  a  tubylcy  nie  utracili  sztuki  destylacji  i
produkowania  mocnych  alkoholi.  Załoga  mogła  się  tam  zabawić  znacznie  mniejszym  kosztem  niż  na  planecie  ze  stałą  bazą
wikińską.  Od  ośmiu  lat  Melkarta  okupował  Nial  Burrik,  kapitan  „Fortuny”,  który  od  czasu  do  czasu  wyprawiał  się  swoim
statkiem na szybkie rajdy, a poza tym żył z dnia na dzień niemal na poziomie tubylców. Raz na jakiś czas zaglądał tam jakiś
Gilgameszanin, żeby zobaczyć, czy kapitan ma coś na wymianę. Właśnie Gilgameszanin przywiózł historię na Tanit, i kiedy ją
opowiadał, miała prawie dwa lata.

–  Usłyszeliśmy  to  od  ludzi  na  planecie,  od  tych,  którzy  mieszkają  w  pobliżu  bazy  Burrika.  Najpierw  zjawił  się  statek

handlowy. Może o nim słyszeliście, nazywa się „Rzetelny Horris”.

Trask parsknął śmiechem. Kapitan statku, Horris Sasstroff, sam siebie nazywał „Rzetelnym Horrisem” i to błędne miano

nadał również swojemu statkowi. Był kimś w rodzaju kupca. Nawet Gilgameszanie nim pogardzali, i nawet Gilgameszanin nie
zabrałby w kosmos takiego nędznego statku jak „Rzetelny Horris”.

– Wcześniej był na Melkarcie – mówił Gilgameszanin. – On i Burrik są przyjaciółmi. – Zabrzmiało to tak, jakby wydawał

ostateczny  i  potępiający  osąd  o  nich  obu.  –  Tubylcy  opowiedzieli  naszym  braciom  z  „Uczciwego  Handlarza”,  że  „Rzetelny
Horris”  stał  obok  statku  Burrika  przez  dziesięć  dni,  kiedy  przybyły  dwa  inne  statki.  Powiadają,  że  jeden  miał  błękitny
półksiężyc, a drugi zielonego potwora przeskakującego z jednej gwiazdy na drugą.

„Enterprise”  i  „Gwiezdny  Skoczek”.  Trask  zastanawiał  się,  dlaczego  polecieli  na  taką  planetę  jak  Melkart.  Może

wiedzieli, kogo tam zastaną.

– Tubylcy myśleli, że dojdzie do walki, ale nie. Odbyła się wielka uczta dla wszystkich czterech załóg. Potem wszystko, co

miało  jakąś  wartość,  załadowano  na  pokład  „Fortuny”  i  statki  razem  odleciały.  Powiadają,  że  Burrik  postawił  po  sobie
praktycznie tylko śmieci, czym byli wielce rozczarowani.

– Czy któryś z nich wrócił od tamtej pory?
Wszyscy trzej Gilgameszanie, kapitan, zastępca i kapłan, pokręcili głowami.
–  Kapitan  Gurnash  z  „Uczciwego  Handlarza”  powiedział,  że  minął  prawie  rok,  zanim  zawinął  tam  swoim  statkiem.

Widział odciśnięte w ziemi ślady podpór, ale tubylcy powiedzieli, że żaden z tamtych nie wrócił.

To znaczyło, że trzeba zasięgać języka o dwóch kolejnych statkach. Przez chwilę Trask się zastanawiał, po co, na gehennę,

Dunnanowi  takie  rzęchy;  przy  nich  „Bicz  Kosmosu”  i  „Lamia”,  kiedy  je  ujrzał  po  raz  pierwszy,  wyglądały  jak  jednostki
Królewskiej  Marynarki  Wojennej  Excalibura.  Potem  opadł  go  strach,  irracjonalny  retrospektywny  strach  z  powodu  tego,  co
mogło się wydarzyć w ciągu ostatniego półtora roku. Jeden z tych statków albo oba mogły przybyć na Tanit, nie wzbudzając
absolutnie żadnych podejrzeń. Nawet teraz dowiedział się o nich za sprawą najczystszego przypadku.

Wszyscy inni uznali to za doskonały kawał. Uważali, że byłby jeszcze lepszy, gdyby Dunnan wysłał te statki na Tanit teraz,

kiedy zostali ostrzeżeni i są przygotowani.

Nie  brakowało  też  innych  powodów  do  zmartwień.  Jednym  z  nich  było  zmieniające  się  nastawienie  Jego  Królewskiej

Mości  Angusa  I.  Kiedy  „Bicz  Kosmosu”  wrócił  z  Grama,  świeżo  upieczony  baron  Valkanhayn  wraz  z  tytułem  książęcym  i
mianowaniem  na  wicekróla  Tanit  przywiózł  Traskowi  osobiste  audiowizualne  serdeczne  pozdrowienia,  ciepłe  i
przyjacielskie. Angus siedział za swoim biurkiem, z gołą głową, paląc papierosa. Te, które przybyły na następnym statku, były
równie kordialne, ale król nie palił i miał nakrycie głowy otoczone złotym diademem. Półtora roku później, kiedy mieli trzy
statki  regularnie  przybywające  co  trzy  miesiące,  król  przemawiał  z  tronu,  w  koronie,  o  sobie  mówiąc  w  pierwszej  osobie
liczby  mnogiej,  a  do  Traska  zwracając  się  w  trzeciej  osobie  liczby  pojedynczej.  Pod  koniec  czwartego  roku  nie  było  już
żadnej  osobistej  wiadomości  audiowizualnej,  tylko  Rovan  Grauffis  sztywno  oznajmił,  że  Jego  Królewska  Mość  sobie  nie
życzy, żeby poddany zwracał się do swojego władcy siedząc, nawet audiowizualnie. Grauffis – obecnie premier – dołączył
wygłoszoną w dość przepraszającym tonie wiadomość, że Jego Królewska Mość czuje się zmuszony przez cały czas dbać o
swoją królewską godność i że przecież jest różnica pomiędzy urzędem i godnością diuka Wardshaven a urzędem i godnością
planetarnego króla Grama.

Książę  Trask  z  Tanit  niezupełnie  ją  dostrzegał.  Król  był  po  prostu  pierwszym  wśród  szlachty  na  planecie.  Nawet  tacy

królowie  jak  Rodolf  z  Excalibura  czy  Napolyon  z  Flamberga  nie  próbowali  być  nikim  więcej.  Od  tego  czasu  kierował
pozdrowienia i raporty do premiera, zawsze z wiadomością osobistą, na którą Grauffis uprzejmie odpowiadał.

Zmieniła  się  nie  tylko  forma,  ale  również  treść  przekazów  z  Grama.  Jego  Królewska  Mość  jest  nieusatysfakcjonowany.

Jego  Królewska  Mość  jest  głęboko  rozczarowany.  Jego  Królewska  Mość  uważa,  że  podlegające  Jego  Królewskiej  Mości
kolonialne  królestwo  Tanit  wnosi  za  mały  wkład  do  królewskiego  skarbu.  Jego  Królewska  Mość  czuje,  że  książę  Trask
zdecydowanie  zbyt  wielki  nacisk  kładzie  na  handel  i  zdecydowanie  za  mały  na  napady;  ostatecznie  dlaczego  handlować  z
barbarzyńcami, skoro można siłą im zabrać co tylko się chce?

background image

Następnie  wynikła  sprawa  „Błękitnej  Komety”,  statku  hrabiego  Lionela  z  Newhaven.  Jego  Królewska  Mość  był  wielce

niezadowolony,  że  hrabia  Newhaven  handluje  z  Tanit  ze  swojego  portu  kosmicznego.  Wszystkie  towary  z  Tanit  powinny
przechodzić przez port kosmiczny w Wardshaven.

–  Słuchaj,  Rovardzie  –  powiedział  Trask  do  kamery  audiowizualnej,  która  rejestrowała  jego  odpowiedź.  –  Widziałeś

„Bicz  Kosmosu”,  kiedy  tu  przybył,  prawda?  Tak  się  dzieje  ze  statkiem  najeżdżającym  planetę,  na  której  nie  ma  niczego
wartego zabrania. Beowulf ma pod dostatkiem materiałów rozszczepialnych; dadzą nam cały pluton, jaki zdołamy załadować,
w  zamian  za  gadolin,  który  im  sprzedajemy  ze  cenę  dwa  razy  wyższą  niż  w  Światach  Miecza.  Pluton  wymieniamy  na
Amaterasu za gadolin, i w ten sposób uzyskujemy go o połowę taniej niż w Światach Miecza. – Naciskał klawisz stop, dopóki
nie  przypomniał  sobie  starożytnego  sformułowania.  –  Możesz  zacytować,  jak  mówię,  że  ten,  kto  wmówił  Jego  Królewskiej
Mości,  iż  to  zły  interes,  nie  jest  przyjacielem  Jego  Królewskiej  Mości  ani  królestwa.  Co  zaś  się  tyczy  skargi  na  „Błękitną
Kometę”,  dopóki  należy  do  hrabiego  Newhaven,  który  jest  udziałowcem  w  przedsięwzięciu  Tanit,  ma  wszelkie  prawo  tu
handlować.

Zastanawiał się, dlaczego Jego Królewska Mość nie powstrzymał Lionela z Newhaven od wysyłania „Błękitnej Komety” z

Grama. Dowiedział się tego od jej kapitana, gdy znowu przyleciała.

*

– Nie ma odwagi, oto, dlaczego. Jest królem, dopóki chcą tego wielcy panowie, jak hrabia Lionel Joris z Bigglersportu i

Alan  z  Northportu.  Hrabia  Lionel  ma  więcej  ludzi,  dział  i  antygrawitacji  niż  on,  i  to  bez  pomocy,  jaką  otrzymałby  od
wszystkich innych. Teraz na Gramie panuje spokój, nawet skończyła się wojna na południowym kontynencie. Wszyscy chcą,
żeby  ten  stan  rzeczy  się  nie  zmienił.  Nawet  król  Angus  nie  jest  dość  szalony,  żeby  zrobić  coś,  co  mogłoby  doprowadzić  do
wybuchu wojny. Przynajmniej jeszcze nie jest.

– Jeszcze nie…?
Kapitan „Błękitnej Komety”, który był jednym z baronów wasalnych hrabiego Lionela, milczał przez długą chwilę.
–  Powinieneś  wiedzieć,  książę  Trasku  –  zaczął.  –  Babka  Andraya  Dunnana  była  matką  króla.  Jej  ojcem  był  stary  baron

Zarvas  z  Blackcliffe.  Przez  ostatnie  dwadzieścia  lat  życia  był  inwalidą.  Zawsze  opiekowało  się  nim  dwóch  pielęgniarzy
wielkości mniej więcej Otta Harkamana. Podobno był również lekko ekscentryczny.

Mili ludzie zawsze unikali tematu nieszczęsnego dziadka diuka Angusa. Tematu nieszczęsnego dziadka króla Angusa unikał

prawdopodobnie każdy, kto cenił swój kark.

Lothar Ffayle też przyleciał na „Błękitnej Komecie”. Mówił równie otwarcie.
–  Nie  wracam.  Przenoszę  tutaj  większą  część  funduszy  z  Banku  Wardshaven,  od  tej  pory  będzie  to  oddział  Banku  Tanit.

Tutaj są prowadzone interesy. W Wardshaven robienie interesów staje się zupełnie niemożliwe, nawet małych.

– Co się stało?
–  Cóż,  najpierw  podatki.  Wydaje  się,  że  im  więcej  pieniędzy  napływa  stąd,  tym  wyżej  rosną  podatki  na  Gramie.

Dyskryminacyjne  podatki  szkodzą  drobnym  właścicielom  ziemskim  i  baronom  przemysłowym,  a  faworyzują  kilku
największych. Barona Spassa i jego bandę.

– Teraz barona Spassa?
Ffayle pokiwał głową.
–  Mniej  więcej  połowy  Glaspyth.  Po  ucieczce  diuka  Omfraya  wielu  tamtejszych  baronów  utraciło  swoje  baronie,  a

niektórzy  z  nich  głowy.  Wyszło  na  to,  że  zawiązano  spisek  przeciwko  Jego  Królewskiej  Mości.  Został  wykryty  dzięki
gorliwości  i  czujności  Sir  Garvana  Spassa,  w  nagrodę  wyniesionego  do  stanu  szlacheckiego  i  nagrodzonego  ziemiami
spiskowców.

– Powiedziałeś, że interesy źle idą?
Ffayle ponownie pokiwał głową.
–  Wielka  hossa  Tanit  dobiegła  końca.  Rynek  został  wyprzedany,  bo  wszyscy  chcieli  wejść  w  to  przedsięwzięcie.  I  nie

powinni budować tych dwóch ostatnich statków, „Weroniki” i „Dobrej Nadziei”, ponieważ zyski tego nie usprawiedliwiały.
Ty  tutaj  rozwijasz  własny  przemysł,  budujesz  własny  sprzęt  i  uzbrojenie.  To  spowodowało  zapaść  przemysłu  na  Gramie.
Cieszę  się,  że  Lawinia  Karvall  ma  dość  zainwestowanych  pieniędzy,  żeby  mieć  z  czego  żyć.  Co  więcej,  rynek  dóbr
konsumenckich jest zalewany towarami, które przybywają stąd i konkurują z wyrobami gramskimi.

No tak, to było zrozumiałe. Jeden ze statków, które odbywały regularne podróże na Gram, zabierał w swoich skarbcach

dość  złota,  klejnotów  i  tak  dalej,  żeby  przynosić  wysoki  zysk.  Towary  masowe  w  ładowniach  przewożono  praktycznie  za
darmo,  więc  na  pokład  szło  wszystko,  co  było  pod  ręką  –  rzeczy,  których  nikt  zwykle  nie  przewoził  w  handlu
międzygwiezdnym. Mierzący dwa tysiące stóp frachtowiec ma wielką przestrzeń ładunkową.

background image

Baron Trask z Traskonu nawet nie przypuszczał, jaką cenę zapłaci Gram za bazę na Tanit.

background image

XVII

Jak  można  się  było  spodziewać,  Beowulfianie  pierwsi  ukończyli  swój  hiperstatek.  Na  starcie  mieli  wszystko  poza  wiedzą
specjalistyczną,  którą  szybko  zdobyli.  Amaterasu  musiała  zacząć  od  stworzenia  przemysłu  potrzebnego  do  stworzenia
przemysłu,  którego  potrzebowali  do  zbudowania  statku.  Statek  Beowulfian  –  nazywał  się  „Dar  Wikinga”  –  przybył  na  Tanit
pięć  i  pół  roku  po  napaści  „Nemezis”  i  „Bicza  Kosmosu”  na  ich  planetę,  a  jego  kapitan  walczył  w  tej  bitwie  na  statku  o
napędzie  konwencjonalnym.  Poza  plutonem  i  izotopami  promieniotwórczymi  statek  przywiózł  ładunek  wytwarzanych
wyłącznie na Beowulfie dóbr luksusowych, które zawsze znajdą zbyt w handlu międzygwiezdnym.

Po  sprzedaniu  ładunku  i  zdeponowaniu  pieniędzy  w  Banku  Tanit,  kapitan  „Daru  Wikinga”  chciał  wiedzieć,  gdzie  może

znaleźć dobrą planetę do najechania. Dali mu listę, przy czym żadna z planet nie była zbyt trudna, tylko nieco powyżej poziomu
kradzieży kurczaków, i drugą listę planet, na które nie wolno napadać pod żadnym pozorem, bo Tanit utrzymuje z nimi stosunki
handlowe.

Sześć miesięcy później się dowiedzieli, że kapitan zawinął na Chepriego, z którym obecnie handlowali, i zalał tamtejszy

rynek tekstyliami, towarami żelaznymi, ceramiką i wyrobami z tworzywa. Kupił kreggowinę i skóry.

– Teraz widzisz, co narobiłeś? – pieklił się Harkaman. – Myślałeś, że zyskujesz klienta, a zyskałeś konkurenta.
–  Zawarłem  przymierze.  Jeśli  kiedykolwiek  znajdziemy  planetę  Dunnana,  będziemy  potrzebować  floty,  żeby  ją  zająć.

Przyda nam się kilka statków z Beowulfa. Znasz ich, ty też z nimi walczyłeś.

Harkaman  miał  inne  zmartwienia.  Podczas  podróży  na  „Korysandzie  II”  wstąpił  na  Vidara,  jedną  z  planet,  z  którymi

handlowały  statki  Tanit,  i  stwierdził,  że  została  najechana  przez  statek  kosmicznych  wikingów  z  bazą  na  Xochitl.  Stoczył
krótką, ale zaciekłą potyczkę, nękając najeźdźcę, dopóki ten nie umknął w kosmos. Potem pożeglował prosto na Xochitl, tuż za
pokonanym  statkiem,  i  tam  się  spotkał  z  kapitanem  i  księciem  Viktorem.  Postawił  im  ultimatum,  że  w  przyszłości  mają
zostawić w spokoju planety handlowe Tanit.

– Jak to przyjęli? – zapytał Trask, kiedy Harkaman wrócił i zdał mu relację.
– Mniej więcej tak, jak ty byś przyjął. Viktor powiedział, że jego ludzie są kosmicznymi wikingami, nie Gilgameszanami.

Ja mu powiedziałem, że my też nie jesteśmy Gilgameszanami, o czym się przekona na Xochitl, gdy następnym razem któryś z
jego statków napadnie na jedną z naszych planet. Poprzesz mnie? Oczywiście, zawsze możesz posłać księciu Viktorowi moją
głowę wraz z przeprosinami…

– Gdybym miał ode mnie cokolwiek dostać, to niebo pełne statków i planetę pełną piekielnic. Postąpiłeś słusznie, Otto,

dokładnie tak, jak ja bym postąpił na twoim miejscu.

Problem został rozwiązany. Nie doszło do kolejnych napaści statków z Xochitl na żadną z planet, z którymi handlowali. W

raportach wysyłanych na Grama nie padła wzmianka o tym incydencie. Sytuacja na Gramie pogarszała się z dnia na dzień. W
końcu napłynęła wiadomość audiowizualna od samego Angusa. Siedział na swoim tronie, w koronie na głowie, i przemawiał z
ekranu:

– My, Angus, król Grama i Tanit, jesteśmy wysoce niezadowoleni z naszego poddanego Lucasa, księcia i wicekróla Tanit.

Uważamy,  że  książę  Trask  bardzo  źle  się  nam  przysłużył.  Dlatego  mu  rozkazujemy,  żeby  wrócił  na  Gram,  i  zdał  nam
sprawozdanie z administrowania naszą kolonią i królestwem Tanit.

Po  śpiesznych  przygotowaniach  Trask  nagrał  odpowiedź.  Też  siedział  na  tronie,  miał  koronę  równie  ozdobną  jak  ta

Angusowa i szatę z biało-czarnych futer z Imhotepa.

– My, Lucas, książę Tanit – zaczął – skłonni jesteśmy uznać zwierzchność króla Grama, dawniejszego diuka Wardshaven.

Utrzymanie pokoju i przyjaźni z królem Grama, a także kontynuacja stosunków handlowych z nim i jego poddanymi, pozostaje
naszym najgorętszym pragnieniem. Musimy jednak z całą stanowczością sprzeciwić się wszelkim podejmowanym przez niego
próbom  ingerowania  w  politykę  wewnętrzną  Tanit.  Jest  naszą  najgorętszą  nadzieją…  –  cholera,  znowu  powiedział
„najgorętszą”, powinien wymyślić jakieś inne słowo – że żadne działanie ze strony Jego Królewskiej Mości króla Grama nie
stworzy wyłomu w przyjaźni łączącej jego królestwo i nasze.

*

Trzy  miesiące  później  następny  statek,  który  opuścił  Grama  w  czasie,  gdy  wezwania  króla  Angusa  wciąż  przebywały  w

background image

hiperprzestrzeni,  przywiózł  barona  Rathmore’a.  Gdy  wysiadł  z  lądownika,  Trask  wymienił  z  nim  uścisk  dłoni  i  zapytał,  czy
został przysłany jako nowy wicekról. Rathmore najpierw wybuchnął śmiechem, a potem z jego ust posypały się przekleństwa.

– Nie. Przybywam zaoferować mój miecz królowi Tanit – oznajmił.
– Księciu Tanit, na razie – poprawił Trask. – Miecz jednak jest mile widziany. Zakładam, że już nie trawisz tej całej naszej

błogosławionej zwierzchności?

–  Lucasie,  masz  tu  dość  ludzi  i  statków,  żeby  zająć  Grama  –  powiedział  Rathmore.  –  Obwołaj  się  królem  Tanit,  ogłoś

swoje prawa do tronu Grama, a cała planeta powstania dla ciebie.

Rathmore  ściszył  głos,  lecz  mimo  to  otwarte  lądowisko  nie  było  miejscem  odpowiednim  na  takie  rozmowy.  Trask  tak

właśnie mu  powiedział,  rozkazał kilku  tubylcem  zabrać jego  rzeczy  i  poprowadził go  do  autolotu, którym  pojechali  do  jego
kwater mieszkalnych. Gdy znaleźli się na osobności, Rathmore podjął:

– To wprost nie do zniesienia! Wśród starej wielkiej szlachty, wśród pomniejszych baronów, ziemian i przemysłowców,

wśród  ludzi,  którzy  zawsze  byli  kręgosłupem  Grama,  nie  ma  nikogo,  kogo  by  nie  zraził.  To  samo  odnosi  się  do  plebsu.
Należności  podatkowe  wielmożów,  podatki  nakładane  na  lud,  galopująca  inflacja  będąca  skutkiem  zwiększania  podatków,
wysokie ceny, zdewaluowany pieniądz. Wszyscy zubożeli z wyjątkiem kliki nowych lordów, którymi się otacza, i tej dziwki,
jego żony, i jej chciwej rodziny…

Trask zesztywniał.
– Nie mówisz o królowej Flavii, prawda? – zapytał cicho.
Rathmore lekko otworzył usta.
– Na Szatana… Nic nie wiesz? Nie, oczywiście, że nie. Wiadomości przybyły na tym samym statku, co ja. Angus rozwiódł

się z Flavią. Twierdził, że nie mogła mu dać następcy tronu. Natychmiast wstąpił w nowy związek małżeński.

Imię  dziewczyny  nic  Treaskowi  nie  mówiło,  ale  znał  jej  ojca,  barona  Valdivy.  Był  to  dziedzic  małej  posiadłości  na

południe od ziem Wardów i na zachód od Newhaven. Większość jego ludzi była bandziorami i złodziejami bydła, a on sam
zniżał się do ich poziomu.

– Wżenił się w miłą rodzinkę. Jakaż to chluba dla godności tronu.
–  Owszem.  Nie  znasz  lady  panny  Evity.  Miała  ledwie  siedemnaście  lat,  kiedy  opuściłeś  Grama,  i  jeszcze  nie  zaczęła

zdobywać  rozgłosu  poza  ziemiami  swojego  ojca.  Od  tamtej  pory  nadrobiła  stracony  czas.  Ma  tylu  wujów,  ciotek,  kuzynów,
byłych  kochanków  i  innych  takich,  że  wystarczyłoby  na  skompletowanie  pułku  piechoty,  i  każdy  jeden  z  nich  przebywa  na
dworze, oburącz łapiąc wszystko, co tylko się da.

– Jak to się podoba diukowi Jorisowi? – Diuk Bigglersportu był bratem królowej Flavii. – Przypuszczam, że jest mniej niż

zachwycony.

– Wynajmuje najemników i kupuje antygrawitację bojową. Lucasie, dlaczego nie wrócisz? Nie masz pojęcia, jaką sławą

się cieszysz na Gramie. Każdy cię poprze.

Trask pokręcił głową.
– Mam tron tutaj, na Tanit. Na Gramie nie chcę niczego. Przykro mi, że Angus okazał się takim nikczemnikiem. Myślałem,

że będzie dobrym królem. Ale skoro stał się królem nie do zniesienia, wielmoża i lud Gramy będą sami musieli się go pozbyć.
Ja mam własne zadania, tutaj.

Rathmore wzruszył ramionami.
– Obawiałem się, że tak będzie – powiedział. – Zaoferowałem ci mój miecz i nie chcę go z powrotem. Mogę ci pomóc w

tym, co robisz na Tanit.

*

Kapitan wolnego wikińskiego statku „Cholerstwo” nazywał się Roger-fan-Morvill Esthersan, co znaczyło, że jest uznanym

synem z nieprawego łoża, poczętym na jednej z planet Starej Federacji. Być może jego matka pochodziła w Nergala, bo miał
szorstkie czarne włosy, mahoniowo-brązową skórę i czerwono-brązowe, niemal kasztanowe oczy. Skosztował wina, którego
nalał mu robot, wyraził wdzięczność, po czym zaczął odpakowywać paczkę, którą ze sobą przyniósł.

–  Oto  co  znalazłem  podczas  napadu  na  Tetragram  –  wyjaśnił.  –  Przyszło  mi  na  myśl,  że  może  wam  się  przyda.  Zostało

wykonane na Gramie.

Był to pistolet automatyczny z pasem i kaburą. Skóra pochodziła z bizonoida, sprzączka pasa była emaliowanym owalem z

półksiężycem,  jasnoniebieskim  na  czarnym  tle.  Pistolet  był  prostym  dziesięciomilimetrowym  modelem  wojskowym  ze
żłobkowanym  plastikowym  chwytem;  na  lufie  widniała  pieczęć  rodu  Hoylbarów,  producentów  broni  palnej  z  Glaspyth.
Najwyraźniej  była  to  jedna  ze  sztuk  broni,  w  które  książę  Omfray  wyposażył  pierwotną  kompanię  najemników  Andraya
Dunnana.

background image

–  Tetragram?  –  Trask  spojrzał  na  swoją  Wielką  Tablicę.  Nie  było  wcześniejszych  doniesień  z  tej  planety.  –  Jak  dawno

temu?

–  Powiedziałbym,  że  około  trzystu  godzin.  Przybywam  prosto  stamtąd,  mniej  niż  dwieście  pięćdziesiąt  godzin.  Statki

Dunnana opuściły planetę trzy dni przed moim przybyciem.

Informacje były takie gorące, że praktycznie jeszcze skwierczały. No tak, coś takiego musiało się stać prędzej czy później.

Kosmiczny wiking zwrócił się do Traska z pytaniem, czy wie, jakim miejscem jest Tetragram.

Neobarbarzyńskim,  próbującym  recywilizować  w  prymitywny  sposób.  Niewielu  mieszkańców  skupionych  na  jednym

kontynencie, uprawa roli i rybołówstwo. Raczkujący przemysł ciężki, w kilku miastach. Energia jądrowa, sprowadzona jakieś
sto lat temu przez handlarzy z Marduka, jednej z naprawdę cywilizowanych planet. Tetragramianie wciąż byli od nich zależni
pod  wglądem  pierwiastków  rozszczepialnych;  ich  produktem  eksportowym  był  obrzydliwie  cuchnący  olej  roślinny,  który
stanowił bazę wyrafinowanych perfum i którego nikt inny nie potrafił odpowiednio zsyntetyzować.

–  Słyszałem,  że  mają  czynne  stalownie  –  powiedział  wikiński  mieszaniec.  –  Wydaje  się,  że  ktoś  na  Rimmonie  właśnie

wynalazł kolej i potrzebują więcej stali niż sami mogą wyprodukować. Pomyślałem, że złupię stal na Tetragramie i wymienię
ją na Rimmonie za ładunek niebiańskiej herbaty. Kiedy tam dotarłem, na całej planecie panował potworny chaos. To nie była
napaść, tylko bezmyślna, niczym nieusprawiedliwiona destrukcja. Tubylcy próbowali się jakoś pozbierać. Niektórzy nie mieli
nic  do  stracenia  i  wydali  mi  walkę.  Pojmałem  kilku  z  nich,  żeby  się  dowiedzieć,  co  zaszło.  Jeden  z  nich  miał  pistolet.
Powiedział,  że  zabrał  go  kosmicznemu  wikingowi,  którego  zabił.  Napadły  na  nich  dwa  statki,  „Enterprise”  i  „Jo-Jo”.
Wiedziałem, że chcesz o nich usłyszeć. Mam na taśmie relacje tubylców.

– Tak, jestem ci bardzo wdzięczny. Odsłucham te nagrania. I mówiłeś, że czego potrzebujesz, stali?
– Cóż, nie mam pieniędzy. Dlatego zamierzałem najechać Tetragram.
–  Do  Niffheimu  z  forsą,  już  zapłaciłeś  za  ładunek.  Tym  –  powiedział  Trask,  dotykając  pistoletu.  –  I  tym,  co  jest  na  tych

taśmach.

Wieczorem  odtworzyli  nagrania.  Nie  wniosły  zbyt  wiele  nowego.  Tubylcy,  którzy  zostali  przesłuchami,  mieli  kontakt  z

ludźmi Dunnana tylko i wyłącznie podczas bitwy. Najlepszy świadek, człowiek, który miał dziesięciomilimetrowego hoylbara,
wiedział  niewiele.  Dopadł  jednego  z  najeźdźców,  palnął  mu  w  plecy  ze  śrutówki,  zabrał  pistolet  i  zwiał  co  sił  w  nogach.
Napastnicy  przylecieli  w  lądowniku  i  powiedzieli,  że  chcą  handlować,  a  potom  coś  się  stało,  nikt  nie  wiedział  co,  ale
rozpoczęli masakrę i łupienie miasta. Po powrocie na statek odpalili rakiety z głowicami jądrowymi.

– To podobne do Dunnana – rzucił z odrazą Hugh Rathmore. – Owładnęło nim mordercze szaleństwo. Zła krew Blackcliffa

doszła do głosu.

–  Jest  w  tym  coś  dziwnego  –  odezwał  się  Boake  Valkanhayn.  –  Powiedziałbym,  że  Dunnan  przeprowadził  atak

terrorystyczny, ale, na gehennę, kogo chciał sterroryzować?

– Też się nad tym zastanawiałem. – Harkaman zmarszczył brwi. – Zdaje się, że miasto, w którym wylądował, było stolicą

planety.  Po  prostu  wylądowali,  udając  przyjaźń,  choć  nie  rozumieniem,  dlaczego  mieliby  udawać,  po  czym  zaczęli  łupić  i
masakrować.  Tam  nie  było  niczego  wartościowego;  zabrali  tyle,  ile  każdy  z  nich  mógł  udźwignąć  albo  ile  się  zmieściło  w
lądowniku.  Zrobili  to,  ponieważ  mają  coś  w  rodzaju  religijnego  tabu,  które  zakazuje  lądowania  w  jakimś  miejscu  i
odlatywania  bez  kradzieży.  Prawdziwe  łupy  mogli  zgarnąć  w  dwóch  innych  miastach,  w  jednym  stalownię  i  wielkie  zapasy
stali,  a  w  drugim  ten  cuchnący  olej.  A  oni  co  zrobili?  Zrzucili  na  każde  z  nich  bomby  o  mocy  pięciu  megaton  i  wysłali
wszystkich do em-ce-kwadratu. Jasne jak słońce, to był atak terrorystyczny, ale, jak pyta Boake, kogo terroryzowali? Gdyby
gdzieś  indziej  na  planecie  były  wielkie  miasta,  miałoby  to  sens.  Ale  nie  było  innych  miast.  Zmietli  z  powierzchni  dwa
największe, a z nimi wszelkie łupy.

*

– Chcieli sterroryzować kogoś spoza planety.
– Ale nikt spoza planety o tym nie usłyszał – zaprotestował ktoś.
– Mardukanie usłyszeli, handlują z Tetragramem – powiedział uznany bękart kogoś, kto się nazywał Morvill. – Posyłają

tam kilka statków rocznie.

– Otóż to – zgodził się Trask. – Marduk.
–  Chcesz  powiedzieć,  że  twoim  zdaniem  Dunnan  próbuje  sterroryzować  Marduka?  –  zapytał  Valkanhayn.  –  Wielki

Szatanie, nawet on nie jest dość obłąkany, żeby się na nich porwać!

Baron Rathmore zaczął mówić, co Andray Dunnan jest gotów zrobić w swoim szaleństwie i na jakie szaleństwa stać jego

wuja. Od czasu przybycia na Tanit wygłosił wiele uwag w podobnym tonie i tutaj mógł to robić bez oglądania się za siebie.

– Moim zdaniem tak jest – przerwał mu Trask. – I właśnie to robi. Nie pytajcie mnie, dlaczego. Jak raczył zauważyć Otto,

background image

w przeciwieństwie do nas Dunnan jest obłąkany, i to zapewnia mu przewagę. Ale co mamy, odkąd Gilgameszanie powiedzieli
nam o zwerbowaniu statku Burrika i „Rzetelnego Horrisa”? Do dziś nie mieliśmy wiadomości od żadnego innego kosmicznego
wikinga. Usłyszeliśmy historie Gilgameszan o napadach na planety, z którymi handlują, i każda jedna z nich jest planetą, gdzie
handlują  statki  z  Marduka.  I  w  każdym  wypadku  donoszono  nie  o  grabieżach,  ale  o  niczym  nieusprawiedliwionych  i
morderczych bombardowaniach. Sądzę, że Andray Dunnan wypowiada wojnę Mardukowi.

– W takim razie jest bardziej obłąkany niż jego dziadek i wuj razem wzięci! – krzyknął Rathmore.
–  Chodzi  ci  o  to,  że  organizuje  ataki  terrorystyczne  na  ich  planety  handlowe  w  nadziei,  iż  odciągnie  mardukańską  flotę

kosmiczną  od  ojczystej  planety?  –  Harkaman  już  nie  okazywał  niedowierzania.  –  I  kiedy  ich  wszystkich  wywabi,  przypuści
szybki atak?

– Właśnie tak myślę. Pamiętaj o naszym podstawowym założeniu: Dunnan jest obłąkany. Pamiętasz, jak sobie wmówił, że

jest  prawowitym  dziedzicem  korony  książęcej  Wardshaven?  I  pamiętasz  jego  obłąkańcze  uczucie  do  Elaine?  –  Trask
pośpiesznie odsunął od siebie tę myśl. – Teraz wierzy, że jest największym kosmicznym wikingiem w dziejach. Musi zrobić
coś, co będzie godne tego tytułu. Kiedy ostatni raz ktoś zaatakował cywilizowaną planetę? Nie chodzi mi o Gilgamesza, tylko
o planetę rangi Marduka.

–  Sto  dwadzieścia  lat  temu  –  odparł  usłużnie  Harkaman.  –  Książę  Havolgar  z  Hauteclere,  sześć  statków,  wystąpił

przeciwko Atonowi. Wróciły dwa statki. On sam nie. Tak, od tamtej pory nikt się porwał na coś podobnego.

– Więc Dunnan Wielki to zrobi. Mam nadzieję, że spróbuje – dodał Trask, zaskakując samego siebie. – Pod warunkiem, że

poznam wynik. Wtedy będę mógł przestać o nim myśleć.

Niekiedy bał się możliwości, że ktoś inny może zabić Dunnana.

background image

XVIII

Seszat, Obidicut, Lugaluru, Audhumla.

Młody  mężczyzna,  który  po  śmierci  ojca  zabitego  podczas  najazdu  Dunnana  objął  dziedziczny  urząd  prezydenta

demokratycznej  Republiki  Tetragramu,  był  pewien,  że  statki  przybywające  na  jego  planetę  z  Marduka  prowadzą  handel
również na wyżej wymienionych. Nawiązali z nim kontakt nie bez kłopotów i pierwsze spotkanie twarzą w twarz zaczęło się
w atmosferze gorzkiej nieufności z jego strony. Spotkali się pod gołym niebem, otoczeni przez zrujnowane, spalone budynki,
pośpiesznie sklecone chaty i schrony oraz szerokie połacie osmalonego, stopionego na żużel gruzu.

–  Wysadzili  w  powietrze  stalownię  i  rafinerię  w  Jannsboro.  Zbombardowali  i  ostrzelali  miasteczka  i  wioski.  A  gdy

odlecieli, przybył ten drugi statek.

– „Cholerstwo”? Z głową bestii o trzech wielkich rogach?
–  Ten  sam.  Z  początku  spowodowali  trochę  zniszczeń.  Kiedy  kapitan  się  dowiedział,  co  nas  spotkało,  zostawił  nam

jedzenie i leki. – Roger-fan-Morvill Esthersan o tym nie wspomniał.

– My też chętnie wam pomożemy, jeśli to możliwe. Czy dysponujecie energią jądrową? Możemy podarować wam trochę

sprzętu. Tylko pamiętajcie o nas, kiedy znów staniecie na nogi. Wrócimy, żeby z wami handlować, ale nie myślcie, że coś nam
zawdzięczacie. Człowiek, który wam to zrobił, jest moim wrogim. A teraz chciałbym porozmawiać z każdym, kto mógłby mi
powiedzieć coś konkretnego…

Seszat  leżała  najbliżej  i  tam  udali  się  najpierw.  Spóźnili  się.  Seszat  została  zbombardowana,  a  licznik  promieniowania

wskazywał,  że  stało  się  to  naprawdę  niedawno.  Najwyżej  czterysta  godzin.  Zrzucono  dwie  piekielnice;  miasta,  na  które
spadły, wciąż były dymiącymi dołami wypalonymi w glebie i podłożu skalnym, otoczonymi w promieniu pięciuset mil przez
żużel, lawę, spaloną ziemię i lasy. Pogromca planet spowodował poważne trzęsienie ziemi. Jakby tego było mało, napastnicy
dołożyli  pół  tuzina  bomb  termonuklearnych.  Prawdopodobnie  wielu  mieszkańców  przeżyło  –  eksterminacja  całej  ludzkiej
populacji  planetarnej  jest  trudnym  przedsięwzięciem  –  ale  w  ciągu  stulecia  wrócą  do  opasek  biodrowych  i  kamiennych
toporków.

–  Nawet  nie  wiemy,  czy  Dunnan  zrobił  to  osobiście  –  powiedział  Paytrik  Morland.  –  Wiemy  tylko,  że  przebywa  w

hermetycznym  jaskiniowym  mieście  na  jakiejś  planecie,  o  której  nikt  nie  słyszał.  Siedzi  rozparty  na  złotym  tronie,  otoczony
przez harem.

Trask zaczął podejrzewać, że Dunnan robi coś właśnie w tym stylu: największy wiking kosmiczny w dziejach oczywiście

zakładał wikińskie cesarstwo.

–  Cesarz  od  czasu  do  czasu  musi  doglądać  swojego  cesarstwa.  Ja  nie  siedzę  bez  przerwy  na  Tanit.  Spróbujmy  na

Audhumli. Leży najdalej. Może się tam dostaniemy, gdy Dunnan wciąż będzie ostrzeliwać Obidicut i Lugaluru. Guatt, przygotuj
nas do skoku.

Kiedy kolorowe turbulencje zniknęły i ekran pojaśniał, Audhumla wyglądała jak Tanit, Chepri, Amaterasu albo każda inna

planeta  typu  terrańskiego,  duża  tarcza  jaśniejąca  odbitym  światem  słonecznym,  z  atmosferą  po  drugiej  stronie  jarzącą  się  w
blasku gwiazd i dość dużego księżyca. Na ekranie teleskopowym widzieli zarysy mórz i kontynentów z rzekami i pasmami gór.
Ale poza tym nie było nic do oglądania…

Tak! Światła na pogrążonej w cieniu stronie. Ich wielkość świadczyła, że miasta są rozległe. Wszystkie dostępne dane na

temat Audhumli były mocno przestarzałe; w ciągu ostatnich sześciu stuleci musiała się tu rozwinąć znaczna cywilizacja.

Pojawiło  się  kolejne  światło,  twarda  niebiesko-biała  iskra,  która  rozrosła  się  w  większy,  mniej  jaskrawy  żółty  blask.

Jednocześnie wszystkie urządzenia alarmowe w centrum dowodzenia rozpoczęły pandemonium jazgotu, błyskania, piszczenia,
wycia  i  trąbienia.  Promieniowanie.  Uwolnienie  energii.  Efekty  odkształcenia  antygrawitacjyjnego.  Emisja  podczerwieni.
Natłok nieczytelnych sygnałów radiowych i wizualnych. Wiązki radarowe i skanerowe z planety.

Traska zaczęła boleć dłoń. Spostrzegł się, że tłucze pięścią w biurko. Przestał.
–  Mamy  go,  mamy  go!  –  wrzeszczał  chrapliwie.  –  Pełna  moc,  maksymalne  przyśpieszenie.  Będziemy  się  martwić  o

zmniejszenie szybkości, kiedy podejdziemy na odległość strzału.

Planeta stawała się coraz większa, Karffard wziął sobie do serca jego słowa o przyśpieszaniu. Drogo za to zapłacą, kiedy

zaczną zwalniać. Na planecie kolejne bomby wybuchały tuż nad atmosferą za linią zachodu słońca.

– Wykrycie statku. Wysokość około sto do pięćset mil, trzydzieści pięć stopni szerokości północnej, piętnaście stopni na

wschód od terminatora. Statek jest pod obstrzałem, w pobliżu wybuchają bomby – ryczał ktoś.

background image

Któż inny wrzeszczał, że światła miast to w rzeczywistości płonące miasta albo płonące lasy. Odezwał się ten pierwszy:
– Statek jest widoczny na ekranie teleskopowym, na linii terminatora. Wykryto drugi, niewidoczny, gdzieś nad równikiem, i

trzeci też poza polem widzenia, łapiemy tylko skraj jego pola kntragrawitacyjnego.

To znaczyło, że są dwie strony i walczą, chyba że Dunnan skądś wytrzasnął trzeci statek. Obraz teleskopowy się zmienił;

na chwilę planeta zniknęła z ekranu, a potem jej krzywizna pojawiła się na rozgwieżdżonym tle. Znajdowali się w odległości
prawie dwóch tysięcy mil. Karffard wrzeszczał, żeby przestali przyśpieszać, i próbował wprowadzić statek na spiralną orbitę.
Nagle dostrzegli w przelocie jeden ze statków.

– Jest w tarapatach – powiedział Paul Koreff. – Traci powietrze i woda paruje jak szalona.
– To przyjaciel czy wróg? – wrzasnął Morland, jakby spektroskopy Koreffa mogły to odróżnić.
Koreff zignorował pytanie.
–  Kolejny  statek  nadaje  sygnał  –  zameldował.  –  Nadciąga  znad  równika.  Impulsowy  kod  Świata  Miecza,  podaje

kombinację ekranu łączności i identyfikuje się.

Karffard wstukał kombinację, gdy tylko Koreff mu ją przekazał. Trask nie szczędził starań, żeby zapanować nad mimiką.

Ekran pojaśniał. Niestety, nie ukazał się na nim Andray Dunnan, ale mogło być gorzej. Trask miał przed sobą jego prawą rękę,
Sir Nevila Ormma.

–  Ha,  Sir  Nevil!  Miła  niespodzianka  –  usłyszał  własny  głos.  –  Ostatnio  się  spotkaliśmy  na  tarasie  w  domu  Karvallów,

nieprawdaż?

Przez chwilkę biała jak papier twarz âme damnée Andraya Dunnana coś wyrażała, ale Trask mógł tylko zgadywać, czy był

to strach, zaskoczenie, szok, nienawiść czy może wszystko to jedocześnie.

– Trask! Bodaj cię Szatan…!
Ekran zgasł. Na ekranie teleskopowym ukazał się drugi statek. Paul Koreff, który dostał więcej danych dotyczących masy,

energii wyjściowej silnika i wymiarów, zidentyfikował go jako „Enterprise’a”.

– Do ataku! Czym tylko się da!

*

Nie  potrzebowali  rozkazu;  Vann  Larch  szybko  mówił  do  ręcznego  telefonu,  a  głos  Alvyna  Kaffarda  dudnił  po  całej

„Nemezis”,  uprzedzając  o  nagłym  zmniejszeniu  prędkości  i  zmianie  kierunku,  i  jeszcze  zanim  przebrzmiał,  przedmioty  w
centrum  dowodzenia  zaczęły  się  przesuwać.  Na  ekranie  teleskopowym  ukazał  się  drugi  statek.  Trask  widział  owalną  plamę
czerni z błękitnym półksiężycem, a Dunnan na swoim ekranie widział przebitą mieczem czaszkę „Nemezis”.

Oczywiście  pod  warunkiem,  że  Dunnan  był  na  pokładzie.  Trask  nie  miałby  wątpliwości  tylko  wtedy,  gdyby  na  ekranie

zobaczył jego twarz, a nie Ormma. Już go nie obchodziło, kto i jak zabije Dunnana. Chciał tylko wiedzieć, czy śmierć Dunnana
uwolni go od podjętego zobowiązania, które teraz straciło dla niego znaczenie.

„Enterprise” wystrzelił kontrpociski, podobnie jak „Nemezis”. Oślepiające błyski czystej energii błyskawicznie rozrastały

się w rozżarzone kule, które równie szybko znikały. Coś ich trafiło, czerwone lampki zapaliły się na tablicy zniszczeń; coś na
tyle  ciężkiego,  że  wstrząsnęło  kolosalną  masą  „Nemezis”.  Jednocześnie  drugi  statek  dostał  czymś,  co  przemieniłoby  go  w
parę, gdyby nie był opancerzony kolapsjum. Gdy znaleźli się blisko siebie, zadudniły działa, a potem „Enterprise” zniknął z
pola widzenia za horyzontem.

Podchodził  drugi  statek,  wielkości  „Korysandy  II”  Otta  Harkamana.  Miał  na  burcie  kobiecą  dłoń  o  czerwonych

paznokciach,  trzymającą  planetę  na  sznurku.  Pędzili  ku  sobie,  sadząc  pomiędzy  sobą  ogródek  krótkotrwałych  ognistych
kwiatów.  Ostrzelali  się  z  dział  i  rozdzielili.  Paul  Koreff  odebrał  impulsowy  sygnał  kodowy  od  trzeciego  statku,  tego
uszkodzonego; podawał kombinację ekranu. Trask wystukał ją.

Z ekranu patrzył mężczyzna w pancerzu kosmicznym. Było źle, skoro musieli je nosić w centrum dowodzenia. Wciąż mieli

powietrze,  bo  mężczyzna  nie  włożył  hełmu,  chociaż  już  go  przypiął.  Na  jego  napierśniku  widniał  herb  wyobrażający  smoka
przycupniętego na planecie okręconej ogonem, z umieszczoną powyżej koroną. Miał szczupłą twarz o wysoko zarysowanych
kościach policzkowych, pionową zmarszczkę pomiędzy brwiami i przycięte jasne wąsy.

– Kim jesteś, nieznajomy? Walczysz z moimi wrogami, ale to jeszcze nie czyni cię przyjacielem.
–  Jestem  przyjacielem  każdego,  kto  uważa  Andraya  Dunnana  za  wroga.  Statek  Świata  Miecza  „Nemezis”.  Jestem  książę

Lucas Trask z Tanit, dowodzący.

– „Victrix”, okręt mardukańskiej floty królewskiej. – Mężczyzna o szczupłej twarzy zaśmiał się gorzko. – Nie dorastam do

jego nazwy. Jestem książę Simon Bentrik, dowodzący.

– Czy statek jest zdatny do bitwy?
–  Możemy  strzelać  z  połowy  dział  i  zostało  nam  kilka  pocisków.  Siedemdziesiąt  procent  statku  jest  rozhermetyzowane,

background image

kadłub został przebity w kilkunastu miejscach. Mamy dość mocy, żeby się utrzymać na orbicie, i zachowaliśmy sterowność.
Możemy się przemieszczać tylko kosztem tracenia wysokości.

Co  praktycznie  czyniło  „Victrix”  stacjonarnym  celem.  Trask  wrzasnął  przez  ramię  do  Karffarda,  żeby  maksymalnie

zmniejszył prędkość bez rozwalenia statku na kawałki.

– Kiedy ten inwalida znajdzie się w polu widzenia, zacznij go okrążać. Zataczaj nad nim ciasne kręgi. – Zwrócił się do

mężczyzny na ekranie: – Gdy tylko zwolnimy, zrobimy wszystko, żeby was osłaniać.

– Wszystko, co możecie, jest wszystkim, co możecie. Dziękuję, książę Trasku.
– Nadciąga „Enterprise”! – krzyknął Karffard, dodając parę niecenzuralnych ozdobników. – Ma nas na muszce.
– Cóż, trzeba coś z tym zrobić!

*

Vann Larch już to robił. „Enterprise” ucierpiał w trakcie ostatniej wymiany ognia. Spektroskopy Koreffa wykazywały, że

otacza  go  aureola  powietrza  i  pary  wodnej.  Instrumenty  drugiego  statku  widziały  to  samo,  bo  klinowate  segmenty  kadłuba
„Nemezis”,  obejmujące  sześć  do  ośmiu  pokładów,  były  w  kilku  miejscach  rozhermetyzowane.  Potem  było  widać  tylko
rozbłyski wzajemnie się niszczących pocisków pomiędzy statkami. Pojedynek dział bliskiego zasięgu zaczął się i skończył, gdy
statki się minęły.

Trask  patrzył,  jak  coś  dużego  o  zaokrąglonym  dziobie  odrywa  się  od  „Victrix”  i  zakręca  daleko  przed  „Enterprise’em”.

Torpeda prawie znikała za planetą, pędząc na czołowe zderzenie ze statkiem, gdy nagle Trask zobaczył wybuch straszliwego
blasku. Przez chwilę myślał, że „Enterprise” został zniszczony, lecz zaraz wyłonił się zza krzywizny Audhumli.

Trask i Mardukanin potrząsali złączonymi rękami, wszyscy w centrali dowodzenia „Nemezis” krzyczeli:
– Dobry strzał, „Victrix”! Dobry strzał!
Potem znów nadciągnął „Jo-jo” i Vann Larch mówił:
– Do gehenny z tym błaznowaniem! Poślę go do em-ce-kwadratu!
Wykrzyczał  rozkazy  –  plątaninę  liter  kodowych  i  liczb  –  i  rozpoczął  się  ostrzał.  Większość  pocisków  wybuchła  w

przestrzeni,  ale  „Jo-jo”  też  eksplodował.  Bardzo  cicho,  gdyż  tak  jest  w  próżni,  gdzie  nie  ma  powietrza  przenoszącego  fale
dźwiękowe i uderzeniowe, lecz bardzo jasno. Krótki dzień zapanował po nocnej stronie planety.

– To był nasz pogromca planet – powiedział Larch. – Nie wiem, czego użyjemy na Dunnana.
– Nie wiedziałem, że go mieliśmy – przyznał Trask.
– Otto kazał zbudować dwa na Beowulfie. Beowulfianie są niezłymi konstruktorami broni nuklearnej.
„Enterprise” wrócił, pośpiesznie, żeby zobaczyć, co eksplodowało. Larch urządził kolejne widowisko, wystrzeliwując rój

niewielkich  pocisków  i  odpalając  wśród  nich  bombę  termonuklearną  o  mocy  pięćdziesięciu  megaton,  pilotowaną  z  ekranu.
Bomba  miała  własny  arsenał  małych  rakiet  i  przebiła  się  przez  osłony.  Na  ekranie  teleskopowym  zobaczyli,  że  pośrodka
kadłuba  „Enterprise’a”  powstała  poszarpana  dziura  ze  skrajami  wygiętymi  na  zewnątrz.  Coś  wybuchło  w  statku,
prawdopodobnie  gotowy  do  wystrzelenia  ciężki  pocisk  w  otwartej  wyrzutni.  Trudno  był  powiedzieć,  jak  wygląda  wnętrze
statku albo ilu członków załogi jeszcze żyje.

Wielu  musiało  przeżyć,  bo  wyrzutnie  wciąż  pluły  rakietami.  Artyleria  „Nemezis”  przechwytywała  i  neutralizowała

pociski. „Enterprise” rósł na ekranie naprowadzania; w końcu całą powierzchnię zajął poszarpany krater, który zniszczył dolną
część błękitnego półksiężyca Dunnana. Ekran zrobił się mlecznobiały, gdy stracili odbiornik.

Wszystkie inne ekrany na krótko rozbłysły, a później pomimo filtrów płonęły jak przysłonięte chmurami słońce Grama w

samo  południe.  Kiedy  intensywność  światła  zmalała  i  filtry  się  wyłączyły,  zobaczyli,  że  z  „Enterprise’a”  została  tylko
pomarańczowa mgiełka.

Ktoś – Trask zobaczył, że to Paytrik, baron Morland – walił go po plecach i nieartykułowanie wrzeszczał mu do ucha. Na

„Victrix”  kilkunastu  oficerów  w  pancerzach  kosmicznych  ze  smokami  przycupniętymi  na  planecie  tłoczyło  się  za  plecami
księcia Bentrika, rycząc jak pijane pastuchy bizonoidów w noc wypłaty.

–  Zastanawiam  się  –  powiedział  Trask  prawie  niesłyszalnie  –  czy  się  kiedyś  dowiemy,  czy  Andray  Dunnan  był  na  tym

statku.

background image

XIX

Książę  Trask  z  Tanit  i  książę  Simon  Bentrik  jedli  kolację  na  górnym  tarasie  tego,  co  w  czasach  Federacji  było  dworem
jakiegoś  plantatora.  Od  tamtej  pory  budynek  pełnił  wiele  funkcji;  obecnie  był  gmachem  municypalnym  miasta,  które  wokół
niego wyrosło i które jakimś cudem przetrwało gwałtowny atak Dunnana. Normalnie liczyło jakieś pięć czy dziesięć tysięcy
mieszkańców, ale teraz prawie pięćdziesiąt tysięcy bezdomnych uchodźców z pół tuzina zniszczonych miast zalewało budynki i
tłoczyło  się  w  pośpiesznie  skleconych  chatach  i  schroniskach.  Już  budowano  domy,  żeby  ich  przyjąć.  Wszyscy,  tubylcy,
Mardukanie  i  kosmiczni  wikingowie  byli  zajęci  niesieniem  pomocy  i  odbudową.  Tego  wieczoru  obaj  dowódcy  wreszcie
znaleźli trochę czasu, żeby wspólnie zasiąść do posiłku. Książę Bentrik nie krył zadowolenia, choć widok stojącego w dali
kalekiego statku trochę mu warzył humor.

– Wątpię, czy znów będzie mógł polecieć w kosmos, nie mówiąc o hiperprzestrzeni.
– W takim wypadku zabierzemy ciebie i twoją załogę na Marduka. – Obaj mówili głośno, żeby wzajemnie się słyszeć w

szczęku i stukocie maszyn pracujących na dole. – Chyba nie myślisz, że was tu zostawimy.

–  Nie  wiem,  jak  zostaniemy  przyjęci.  Ostatnio  kosmiczni  wikingowie  nie  cieszą  się  zbyt  wielką  popularnością  na

Marduku.  Może  w  nagrodę  za  ocalenie  mi  skóry  postawią  cię  przed  sądem  –  powiedział  Bentrik  z  goryczą.  –  Ha,  sam
kazałbym  rozstrzelać  każdego,  kto  by  pozwolił,  żeby  jego  statek  dał  się  tak  złapać  jak  mój.  Tamte  dwa  weszły  w  atmosferę
zanim spostrzegłem, że wynurzyły się z hiperprzestrzeni.

– Sądzę, że były na planecie zanim przybył twój statek.
–  To  niedorzeczne,  książę  Trasku!  –  krzyknął  Mardukanin.  –  Nie  można  ukryć  statku  na  planecie.  Nie  przed  takimi

instrumentami, jakimi dysponujemy w Królewskiej Marynarce Wojennej.

– Sami mamy niezły sprzęt wykrywający – przypomniał mu Trask. – Jest takie miejsce, gdzie można się schować. Na dnie

oceanu, z tysiącem stóp wody nad głową. Tam zamierzałem ukryć „Nemezis”, gdybym tu przybył przed Dunnanem.

Książę  Bentrik  zastygł  z  widelcem  w  połowie  dogi  do  ust.  Powoli  opuścił  go  na  talerz.  Chętnie  zaakceptowałby  taką

teorię, gdyby mógł.

– A tubylcy? Przecież musieliby o tym wiedzieć.
–  Wcale  nie.  Nie  mieli  systemu  detekcji  pozaplanetarnej.  Zejdź  prosto  nad  ocean,  po  ciemnej  stronie  planety,  a  nikt  nie

zobaczy statku.

– Czy to zwyczajna sztuczka kosmicznych wikingów?
– Nie. Wymyśliłem ją w drodze z Seszat. Ale gdyby Dunnan chciał urządzić zasadzkę na twój statek, też wpadłby na taki

pomysł. Praktycznie to jedyny sposób, żeby dopiąć swego.

Dunnan albo Nevil Ormm; Trask chciałby znać odpowiedź i się bał, że może jej nigdy nie poznać.
Bentrik zaczął podnosić widelec, zmienił zamiar i napił się wina z kieliszka.
–  Może  jednak  spotka  cię  miłe  powitanie  na  Marduku  –  powiedział.  –  Te  napady  od  czterech  lat  stanowiły  poważny

problem.  Wierzę,  podobnie  jak  ty,  że  twój  wróg  ponosi  odpowiedzialność  za  wszystko.  Połowa  floty  królewskiej  patroluje
nasze  planety  handlowe.  Jeśli  nawet  nie  było  go  na  pokładzie  „Enterprise’a”,  kiedy  rozwaliliśmy  statek,  podałeś  nam
nazwisko  i  możesz  o  nim  wiele  powiedzieć.  –  Odstawił  kieliszek.  –  Ha,  gdyby  nie  było  to  takie  absolutnie  niedorzeczne,
można by pomyśleć, że wypowiedział wojnę Mardukowi.

Z punktu widzenia Traska to wcale nie było niedorzeczne. Wspomniał tylko, że Andray Dunnan jest chory psychicznie, po

czym zamknął temat.

*

Pomimo  ciężkich  uszkodzeń  „Victrix”  nadawała  się  do  naprawy,  chociaż  w  tej  chwili  nie  było  to  możliwe.  W  pełni

wyposażany statek inżynieryjny z Marduka mógłby załatać kadłub i wymienić silniki Dillinghama i Abbotta, czyniąc ją zdatną
do  lotu  w  normalnej  przestrzeni  i  hiperprzestrzeni,  dopóki  nie  trafi  do  stoczni  remontowej.  Skoncentrowali  się  na  naprawie
„Nemezis” i po dwóch tygodniach była gotowa do podróży.

Trwający  sześćset  godzin  rejs  na  Marduka  minął  dość  przyjemnie.  Mardukańscy  oficerowie  okazali  się  dobrymi

kompanami  i  stwierdzili,  że  ich  wikińscy  koledzy  w  pełni  im  dorównują.  Dwie  załogi  razem  pracowały  na  Audhumli  i  w

background image

czasie  wolnym  od  wachty  nawiązały  przyjazne  stosunki,  okazując  wzajemne  zainteresowanie  i  z  zaciekawieniem  słuchając
opowieści  o  ojczystych  planetach.  Kosmiczni  wikingowie  byli  zaskoczeni  i  zawiedzeni  nieco  niższym  poziomem
intelektualnym  Mardukanów.  Nie  mogli  tego  pojąć,  bo  przecież  Marduk  uchodził  za  cywilizowaną  planetę,  czyż  nie?
Mardukanie byli równie zaskoczeni i nawet czuli się urażeni, że wszyscy kosmiczni wikingowie wypowiadają się i zachowują
jak  oficerowie.  Usłyszawszy  to,  książę  Bentrik  też  okazał  zdumienie,  bo  załoga  z  dziobówki  na  mardukańskim  statku
zdecydowanie zajmowała najniższe miejsce w hierarchii.

–  W  Światach  Miecza  wciąż  jest  wiele  darmowej  ziemi  i  dobrych  okazji  –  wyjaśnił  Trask.  –  Nikt  nie  musi  się  kłaniać

arystokracji  i  bić  o  resztki  z  jej  stołu;  jest  zbyt  zajęty  próbowaniem  wepchnięcia  się  w  jej  szeregi.  Poza  tym  ludzie,  którzy
ruszają  w  przestrzeń  jako  kosmiczni  wikingowie,  najmniej  ze  wszystkich  zwracają  uwagę  na  podziały  klasowe.  Sądzisz,  że
moi  ludzie  będą  z  tego  powodu  mieli  kłopoty  na  Marduku?  Wszyscy  będą  się  upierali,  żeby  urządzać  popijawy  w
najelegantszych lokalach w mieście.

– Nie, nie sądzę. Wszyscy będą tak zdumieni, iż kosmiczni wikingowie nie mają dwunastu stóp wzrostu, trzech rogów jak

zaratustrańskie piekielniaki i kolczastego ogona jak mantykora z Fafnira, że na nic więcej nie zwrócą uwagi. Może na dłuższą
metę wyniknie z tego coś dobrego. Twoi kosmiczni wikingowie na pewno wzbudzą sympatię następcy tronu. Książę Edvard
jest przeciwny podziałom klasowym i uprzedzeniom kastowym. Mówi, że trzeba je zlikwidować, zanim stworzymy prawdziwą
demokrację.

Mardukanie  wiele  mówili  o  demokracji.  Byli  o  niej  dobrego  zdania  i  ich  rząd  był  typowy  dla  takiego  ustroju.  Mieli

również monarchię dziedziczną, jeśli to miało jakikolwiek sens. Bentrik zareagował podobnym brakiem zrozumienia na próby,
jakie podjął Trask, żeby mu wyjaśnić strukturę polityczną i społeczną Światów Miecza.

– Ha, dla mnie to brzmi jak feudalizm!
–  Zgadza  się,  tym  właśnie  jest  nasz  ustrój.  Król  zawdzięcza  swoją  pozycją  wsparciu  magnaterii,  magnaci  zawdzięczają

swoją pozycję baronom i ziemianom, a ci z kolei swoim poddanym. Są granice, których żaden z nich nie może przekroczyć, bo
wasale zwrócą się przeciwko niemu.

– A jeśli poddani z jakiejś baronii się zbuntują? Czy król nie wyśle wojska, żeby wesprzeć barona?
–  Jakiego  wojska?  Poza  strażą  przyboczną  i  ludźmi,  którzy  służą  do  patrolowania  królewskiego  miasta  i  utrzymania

porządku na ziemiach koronnych, król nie ma wojska. Jeśli chce mieć wojsko, musi je dostać od magnatów, a oni od swoich
baronów wasalnych, którzy stworzą oddziały ze zwołanych przez siebie ludzi. – Zmiana tego stanu rzeczy stała się na Gramie
kolejnym  źródłem  niezadowolenia  z  rządów  króla  Angusa,  który  powiększał  swoje  siły  zbrojne  przez  wynajmowanie
najemników  spoza  planety.  –  I  ludzie  nie  pomogą  innemu  baronowi  ciemiężyć  jego  ludzi,  gdyż  na  nich  też  mogłaby  przyjść
kolej.

*

– Chcesz powiedzieć, że ludzie są uzbrojeni? – zapytał z niedowierzaniem książę Bentrik.
–  Na  Wielkiego  Szatana,  a  wasi  nie  mają  broni?  –  Książę  Trask  okazał  równe  zaskoczenie.  –  W  takim  razie  wasza

demokracja  jest  farsą  i  ludzie  są  wolni  tylko  na  pozór.  Jeśli  głosowania  nie  są  zabezpieczane  przez  broń,  nie  mają  żadnej
wartości. Kto dysponuje bronią na waszej planecie?

– Rząd.
– To znaczy król?
Książę Bentrik był jawnie zszokowany. Oczywiście, że nie, potworna pomyłką. To byłby… ha, to byłby despotyzm! Poza

tym  król  to  nie  rząd,  rząd  włada  w  imieniu  króla.  Jest  Zgromadzenie,  Izba  Reprezentantów  i  Izba  Delegatów.  Lud  wybiera
reprezentantów, reprezentanci wybierają delegatów, a delegaci kanclerza. Król nominuje premiera, ale nie z partii zajmującej
większość miejsc w Izbie Reprezentantów, i ministrów, którzy kierują pracami wykonawczymi rządu. Tylko ich podwładni w
różnych ministerstwach są zawodowymi urzędnikami, zatrudnianymi na podstawie wyników konkursu na niskich stanowiskach
i  awansowanymi  w  górę  biurokratycznych  szczebli.  To  wyjaśnienie  sprawiło,  że  Trask  zaczął  się  zastanawiać,  czy
mardukańska  konstytucja  nie  została  wymyślona  przez  Goldberga,  legendarnego  staroterrańskiego  wynalazcę,  który  zawsze
wszytko komplikował. Zastanawiał się również, jak, na gehennę, rząd Marduka zdołał cokolwiek kiedykolwiek osiągnąć.

A może niczego nie osiągnął. Może to chroniło Marduka przed prawdziwym despotyzm.
–  Co  powstrzymuje  rząd  od  zniewolenia  ludu?  Ludzie  nie  mogą  się  bronić.  Przed  chwilą  mi  powiedziałeś,  że  nie  są

uzbrojeni, a rząd jest.

Trask  kontynuował,  przerywając  tylko  dla  złapania  oddechu,  wymieniając  wszystkie  tyranie,  o  jakich  słyszał,  od  tych

istniejących  w  Federacji  Terrańskiej  przed  wielką  wojną  po  te  w  Eglonsby  na  Amaterasu  pod  rządami  Pedrosana  Pedra.
Przykłady już tych bardzo umiarkowanych pchały szlachtę i lud Grama do buntu przeciwko Angusowi I.

background image

– I w końcu – dokończył – rząd stałby się jedynym właścicielem własności i jedynym pracodawcą na planecie, a wszyscy

inni  byliby  niewolnikami,  wykonującymi  wyznaczone  zadania,  noszącymi  fasowane  przez  rząd  ubrania  i  jedzącymi  rządową
żywność. Ich dzieci kształciłyby się zgodnie z wytycznymi rządu i przygotowywały do pracy w zawodach wybranych dla nich
przez rząd, nie czytając książek, nie oglądając przedstawień teatralnych i nie myśląc tego, czego nie aprobuje rząd…

Większość Mardukanów zagłuszyła go śmiechem. Niektórzy oznajmili, że jest po prostu śmieszny.
– Przecież lud to władza. Lud nie postanowi sam siebie zniewolić.
Trask żałował, że nie ma tu Otta Harkamana. Źródłem jego wiedzy historycznej były i długie, chaotyczne rozmowy, jakie

prowadzili na pokładzie statku w hiperprzestrzeni albo wieczorami w Rivington. Nie wątpił, że Harkaman mógłby podać setki
przykładów, z dziesiątków planet z ponad tysiąca lat, że ludzie właśnie to robili i nie wiedzieli, co czynią, nawet wtedy, gdy
było już za późno.

*

– Coś mniej więcej w tym stylu mają na Atonie – powiedział któryś z mardukańskich oficerów.
– Aha, Aton, dyktatura najczystszej wody. Ta banda planetarnych nacjonalistów doszła do władzy pięćdziesiąt lat temu, w

czasie kryzysu pod wojnie z Baldurem…

– Lud dał im władzę na drodze głosowania, prawda?
– Tak, zgadza się – przytaknął poważnie książę Bentrik. – Panowała krytyczna sytuacja i wybrali władzę tymczasową. A

gdy ta się umocniła, kryzys stał się permanentny.

– Coś takiego nie może się stać na Marduku! – oświadczył z przekonaniem jakiś młody szlachcic.
– Może, jeśli w przyszłych wyborach partia Zaspara Makanna zyska przewagę w Zgromadzeniu – zaznaczył ktoś inny.
–  No,  w  takim  razie  Marduk  jest  bezpieczny!  Prędzej  słońce  przemieni  się  w  nową  –  powiedział  jeden  z  młodszych

oficerów marynarki.

Później zaczęli rozmawiać o kobietach – dla tego tematu każdy astronauta porzuci każdy inny.
Trask  zakonotował  sobie  w  pamięci  imię  i  nazwisko  Zaspara  Makanna,  a  później  korzystał  z  różnych  okazji,  żeby

przytaczać je w rozmowach ze swoimi gośćmi. Za każdym razem, gdy mówił o Makannie z dwoma czy więcej Mardukanami,
słyszał co najmniej trzy albo więcej opinii o tym człowieku. Jest politycznym demagogiem, z tym wszyscy się zgadzali. Poza
tym opinie nie mogłyby bardziej się różnić.

Makann  to  skończony  wariat  i  wszyscy  jego  zwolennicy  są  równie  obłąkani.  Może  faktycznie  jest  obłąkany,  ale  ma

niebezpiecznie duże poparcie. No, może nie takie wielkie; może zdobędą miejsce w Zgromadzeniu, chociaż to wątpliwe – jest
ich za mało w każdym okręgu, żeby wybrać reprezentanta do ciała ustawodawczego. Jest tylko szczwanym oszustem, dojącym
rzesze głupkowatych plebejuszy ze wszystkiego, co tylko można. Nie tylko plebejuszy; wielu przemysłowców potajemnie go
finansuje  w  nadziei,  że  im  pomoże  rozbić  związki  zawodowe.  Wy  idioci,  przecież  każdy  wie,  że  związki  zawodowe  go
popierają  w  nadziei,  że  zastraszy  pracodawców  i  zmusi  ich  do  ustępstw.  Idioci,  jedni  i  drudzy,  on  ma  poparcie  handlarzy,
którzy mają nadzieję, że wypędzi Gilgameszan z planety.

Cóż, właśnie za to trzeba oddać mu sprawiedliwość. Chciał wyrugować Gilgameszan i każdy się za tym opowiadał.
Trask  przypomniał  sobie  o  czymś,  co  usłyszał  od  Harkamana.  Pod  koniec  pierwszego  stulecia  ery  przedatomowej  żył

niejaki Hitler. Czy nie doszedł do władzy, ponieważ wszyscy byli za pozbyciem się chrześcijan, muzułmanów, albigensów czy
kogoś takiego?

background image

XX

Marduk  miał  trzy  księżyce,  jeden  duży  o  średnicy  tysiąca  pięciuset  mil  i  dwa  mało  znaczące  dwudziestomilowe  okruchy
skalne.  Ten  duży  był  ufortyfikowany  i  na  jego  orbicie  krążyły  dwa  statki.  „Nemezis”  została  wywołana,  gdy  tylko  wyszła  z
hiperprzestrzeni. Oba statki zeszły z orbity i ruszyły jej na spotkanie, a kilka innych wystartowało z planety.

Książę  Bentrik  zajął  ekran  komunikacyjny  i  natychmiast  napotkał  trudności.  Komendant  bazy,  choć  dwa  razy  wyjaśniono

mu  sytuację,  nie  mógł  niczego  zrozumieć.  Jednostka  Królewskiej  Marynarki  Wojennej  dostała  tęgie  manto  od  kosmicznych
wikingów, ale została uratowana i przyprowadzona na Marduka przez innego kosmicznego wikinga? To po prostu nie miało
sensu. Bentrika przekierowano na ekran w pałacu królewskim w Malvertonie; najpierw z lodowatą uprzejmością rozmawiał z
kimś, kto stał kilka szczebli niżej pod względem pozycji społecznej, a potem z pełnym uprzejmości szacunkiem z kimś, do kogo
zwracał się per książę Vandarvant. Na koniec po paru minutach czekania na ekranie pojawił się wątły, białowłosy mężczyzna
w  małej  czarnej  czapce  będącej  symbolem  jego  urzędu.  Książę  Bentrik  natychmiast  skoczył  na  równe  nogi,  podobnie  jak
wszyscy Mardukanie obecni w centrum dowodzenia.

– Wasza Królewska Mość. Jestem głęboko zaszczycony!
– Nic ci nie jest, Simonie? – zapytał troskliwe sędziwy dżentelmen. – Nic ci nie zrobili, prawda?
– Ocalili mi życie, moje i moich ludzi, i traktowali mnie jak przyjaciela i towarzysza broni, Wasza Królewska Mość. Czy

mogę ci przedstawić, nieformalnie, ich dowódcę, księcia Traska z Tanit?

– W istocie możesz, Simonie. Winien jestem najszczerzej podziękowania temu dżentelmenowi.
–  Jego  Królewska  Mość,  Mikhyl  Ósmy,  planetarny  król  Marduka  –  powiedział  książę  Bentrik.  –  Jego  Wysokość  Lucas,

książę Trask, planetarny wicekról Tanit pod rządami Jego Królewskiej Mości Angusa Pierwszego z Grama.

Starszy mężczyzna lekko skłonił głowę. Trask złożył głębszy ukłon, zginając się w pasie.
– Rad jestem, książę Trasku, przede wszystkim, przyznaję, z bezpiecznego powrotu mojego krewniaka, księcia Bentrika, a

także z poznania zaufanego człowieka równego mi rangą suwerena, króla Angusa z Grama. Zawsze będę wdzięczny za to, co
uczyniłeś dla mojego kuzyna oraz jego oficerów i załogi. Nalegam, żebyś skorzystał z gościny pałacu podczas swojego pobytu
na planecie. Wydam rozkazy, żeby cię przyjęto z należnymi honorami, i chciałbym, żebyś mi został formalnie przedstawiony
dzisiejszego  wieczora.  –  Wahał  się  przez  chwilę.  –  Gram  to  jeden  ze  Światów  Miecza,  czyż  nie?  –  Znów  się  zawahał.  –
Naprawdę jesteś kosmicznym wikingiem, książę Trasku?

Może się spodziewał, że kosmiczni wikingowie mają trzy rogi, kolczasty ogon i dwanaście stóp wzrostu.
Po kilku godzinach „Nemezis” weszła na orbitę. Bentrik większość tego czasu spędził w kabinie ekranowej, skąd wyszedł

z wyraźną ulgą.

–  Nikt  nie  będzie  robić  problemów  w  związku  z  tym,  co  się  stało  na  Audhumli  –  powiedział  Traskowi.  –  Zostanie

przeprowadzane  oficjalne  dochodzenie.  Obawiam  się,  że  będę  musiał  cię  w  nie  wmieszać.  Nie  chodzi  tylko  o  zdarzania  na
Audhumli. Wszyscy od Ministerstwa Kosmosu w dół chcą usłyszeć, co wiesz o tym Dunnanie. Podobnie jak ty, mamy nadzieję,
że wraz ze swoim okrętem flagowym poszedł do em-ce-kwadratu, ale nie możemy uznać tego za pewnik. Mamy do ochrony
ponad tuzin planet, a on już zaatakował więcej niż połowę.

Chcąc  wejść  na  orbitę,  musieli  kilka  razy  okrążyć  planetę  i  w  miarę  zmniejszania  wysokości  widok  się  stawał  coraz

bardziej spektakularny. Oczywiście, Marduk miał prawie dwa miliardy mieszkańców i zachował ciągłość cywilizacyjną, bez
przerwy na okres neobarbarzyństwa, od czasu skolonizowania w czwartym stuleciu. Mimo tej wiedzy kosmiczni wikingowie
byli zdumieni – chociaż z uporem dokładali starań, żeby tego nie okazać – tym, co widzieli na ekranach teleskopowych.

–  Spójrzcie  na  to  miasto!  –  szepnął  Paytrik  Morland.  –  Mówimy  o  cywilizowanych  planetach,  ale  nigdy  nie  zdawałem

sobie sprawy, że są na takim poziomie. Ba, przy Marduku Excalibur wygląda jak Tanit!

*

Miasto  Malverton,  stolicę,  jak  każde  miasto  ludzi  używających  antygrawitacji  tworzyły  stojące  mniej  więcej  w  kręgu

gmachy, które piętrzyły się nad placami zieleni, otoczone przez mniejsze kręgi portów kosmicznych i dzielnic przemysłowych.
Różnica  polegała  na  tym,  że  każdy  z  tych  mniejszych  kręgów  był  tak  wielki  jak  Camelot  na  Excaliburze  albo  cztery
Wardshaveny na Gramie, a samo Malverton miało wielkość prawie połowy baronii Traskon.

background image

– Nie są bardziej cywilizowani niż my, Paytriku. Po prostu jest ich więcej. Gdyby na Gramie mieszkały dwa miliardy, do

czego, mam nadzieję, nigdy nie dojdzie, Gram też miałby takie miasta.

Siłą  rzeczy  system  rządów  na  planecie  takiej  jak  Marduk  musiał  być  bardziej  skomplikowany  niż  luźny  feudalizm  w

Światach Miecza. Może ta ich goldbergkracja została wymuszona przez czystą złożoność populacji i jej problemy.

Alvyn Karffard szybko się rozejrzał, żeby sprawdzić, czy w zasięgu słuchu nie ma żadnego z Mardukanów.
– Nie obchodzi mnie, ilu mają ludzi – powiedział. – Marduka można podbić. Wilkowi wszystko jedno, ile jest owiec w

stadzie.  Z  dwudziestoma  statkami  moglibyśmy  zająć  tę  planetę  jak  zajęliśmy  Eglonsby.  Jasne,  nie  bez  strat,  ale  gdybyśmy  tu
wpadli, Marduk byłby nasz.

– Skąd mielibyśmy wziąć dwadzieścia statków?
Tanit  w  razie  konieczności  mogła  wystawić  pięć  czy  sześć,  licząc  kosmicznych  wikingów,  którzy  korzystali  z  obiektów

bazy;  dwa  statki  musiałyby  zostać  do  ochrony  planety.  Beowulf  miał  jeden  statek  i  drugi  prawie  ukończony,  i  był  też  statek
Amaterasu.  Ale  zebranie  armady  dwudziestu  statków  z  najemnikami…  Trask  pokręcił  głową.  Prawdziwym  powodem,  dla
którego  kosmiczni  wikingowie  ani  razu  z  powodzeniem  nie  napadli  na  cywilizowaną  planetę,  była  ich  niezdolność  do
połączenia wystarczających sił pod jednym dowództwem.

Poza  tym  nie  chciał  najeżdżać  na  Marduka.  Napad,  gdyby  się  powiódł,  przeniósłby  ogromne  zyski,  ale  też  spowodował

setki, nawet tysiące razy większe zniszczenia, a on nie chciał niszczyć niczego cywilizowanego.

Kiedy  wylądowali  z  księciem  Bentrikiem,  lądowiska  pałacu  były  zatłoczone,  a  w  dyskretnej  odległości  krążyły  roje

pojazdów,  stwarzając  problem  dla  policji.  Traska  zaprowadzono  do  specjalnie  przygotowanego  apartamentu,  luksusowego,
ale  tylko  odrobinę  powyżej  standardów  Świata  Miecza.  Był  zaskoczony  liczbą  służących,  płaszczących  się,  łaszących,
plączących  pod  nogami  i  wykonujących  prace,  które  roboty  mogłyby  wykonać  znacznie  lepiej.  Roboty,  jakie  tu  mieli,  były
nieefektywne;  konstruktorzy  nie  szczędzili  pracy  i  pomysłowości,  żeby  nadać  im  kształt  ludzkiej  postaci,  i  osiągnęli  cel  ze
szkodą dla ich funkcji.

Pozbywszy się większości zbytecznej służby, Trask włączył ekran i zaczął przeglądać wiadomości. Obejrzał teleskopowe

obrazy „Nemezis”, przesyłane z jakiegoś statku na pobliskiej orbicie; oficerów i załogę wysiadających z „Victrix”; ujęcia z
lądowania  ich  statku  w  bazie  morskiej;  reporterów  przepędzanych  przez  żandarmerię  marynarki.  I  do  tego  usłyszał  szeroki
wachlarz komentarzy.

Rząd  już  zaprzeczył,  że  (1)  książę  Bentrik  zawładnął  „Nemezis”  i  przyprowadził  ją  jako  zdobycz,  i  że  (2)  kosmiczni

wikingowie  pojmali  księcia  Bentrika  i  przetrzymują  go  dla  okupu.  Poza  tym  rząd  próbował  nie  mieszać  się  w  tę  historię.
Opozycja złowrogo przebąkiwała o skorumpowanych interesach i groźnych spiskach.

Książę  Bentrik  przyszedł  w  trakcie  płomiennej  tyrady  przeciwko  tchórzliwym  zdrajcom  w  otoczeniu  Jego  Królewskiej

Mości, zdradzających Marduka na rzecz kosmicznych wikingów.

– Dlaczego wasz rząd nie przedstawi faktów i nie zakończy tych bredni? – zapytał Trask.
– A niech się wyszumią – odparł Bentrik. – Im dłużej będzie zwlekać z oświadczeniem rząd, tym bardziej będą ośmieszeni,

gdy fakty zostaną opublikowane.

Albo  tym  więcej  ludzi  będzie  przekonanych,  że  rząd  miał  coś  do  wyciszenia  i  potrzebował  czasu  na  spreparowanie

wiarygodnej historii. Trask zachował tę myśl dla siebie. To ich rząd i niewłaściwe zarządzanie jest ich wewnętrzną sprawą.
Stwierdził,  że  nie  ma  robota  barmana,  więc  kazał  ludzkim  sługom  przynieść  drinki.  Zadecydował,  że  każe  przysłać  kilka
robotów z „Nemezis”.

*

Formalna  prezentacja  miała  zostać  dokonana  wieczorem,  po  kolacji.  Ponieważ  Trask  jeszcze  nie  został  formalnie

przedstawiony, nie mógł zasiąść do stołu z królem, ale ponieważ był – albo twierdził, że jest – wicekrólem Tanit, miał status
głowy państwa, więc mógł zasiąść do stołu z następcą tronu, któremu najpierw zostanie nieformalnie przedstawiony.

Kolację  wydano  w  niewielkim  pokoju  przy  sali  bankietowej.  Kiedy  Trask  przybył  tam  z  Bentrikiem,  następca  tronu  z

małżonką, księżna Bentrik i inni już na nich czekali. Następca tronu był w średnim wieku, siwiejący na skroniach, ze szklistym
wzrokiem,  który  zdradzał,  że  nosi  soczewki  kontaktowe.  Rodzinne  podobieństwo  łączyło  go  z  ojcem;  obaj  mieli  takie  same
miny  ostrożnych  idealistów  i  równie  dobrze  mogliby  być  profesorami  na  jakimś  wydziale  uniwersytetu.  Książę  wymienił
uścisk dłoni z Traskiem, zapewniając go o wdzięczności dworu i rodziny królewskiej.

–  Wiesz,  Simon  jest  po  mnie  i  mojej  córeczce  następny  w  kolejności  do  tronu  –  powiedział.  –  Zbyt  blisko,  żeby

ryzykować.  –  Zwrócił  się  do  Bentrika:  –  Obawiam  się,  Simonie,  że  to  twoja  ostatnia  przygoda  w  kosmosie.  Od  tej  pory
będziesz pracował w porcie kosmicznym.

– Nie będę tego żałować – powiedziała księżna Bentrik. – I jeśli ktoś jest winien wdzięczność księciu Traskowi, to przede

background image

wszystkim  ja.  –  Ciepło  uścisnęła  jego  ręce.  –  Książę  Trasku,  mój  syn  pragnie  cię  poznać,  ogromnie  mu  na  tym  zależy.  Ma
dziesięć lat i myśli, że kosmiczni wikingowie są romantycznymi bohaterami.

– Powinien zostać jednym z nas na jakiś czas.
Powinien zobaczyć planetę najechaną przez komicznych wikingów.
Większość  ludzi  siedzących  przy  ważniejszym  końcu  stołu  była  dyplomatami  –  ambasadorami  z  Odyna,  Baldura,  Izydy,

Isztar,  Atona  i  innych  cywilizowanych  światów.  Bez  wątpienia  nie  spodziewali  się  rogów  i  kolczastego  ogona  ani  nawet
tatuaży  i  kolczyka  w  nosie,  ale  przecież  kosmiczni  wikingowie  są  po  prostu  neobarbarzyńcami,  czyż  nie?  Z  drugiej  strony,
wszyscy widzieli relacje, dostali dane „Nemezis” i słyszeli o akcji statku na Audhumli, a ten książę Trask – wikiński książę, to
brzmiało dość cywilizowanie – ocalił życie człowiekowi, którego tylko trzech innych, w tym jeden u kresu żywota, dzieliło od
tronu.  Słyszeli  też  o  rozmowach  z  królem  Mikhylem.  Dlatego  zachowywali  się  uprzejmie  podczas  posiłku  i  próbowali  się
trzymać jak najbliżej Traska w czasie przejścia do sali tronowej.

Król Mikhyl miał złotą koronę zwieńczoną emblematem planety, z pewnością ważącą dwa razy więcej niż hełm bojowy, i

lamowaną futrem szatę cięższą od pancerza kosmicznego. Jego regalia były skromniejsze niż te króla Angusa I z Grama. Wstał,
żeby uścisnąć rękę księcia Bentrika, nazywając go „drogim kuzynem”, i pogratulował mu mężnej walki i szczęśliwej ucieczki.
To  ukręci  łeb  wszelkiemu  gadaniu  o  sądzie  wojskowym,  pomyślał  Trask.  Wciąż  stojąc,  król  wymienił  z  nim  uścisk  dłoni,
nazywając  go  „nieoszacowanym  przyjacielem  moim  i  mojego  rodu”.  Użył  pierwszej  osoby  liczby  pojedynczej,  co  musiało
spowodować, że kilka brwi uniosło się ze zdziwienia.

Następnie  król  usiadł  i  wszyscy  pozostali  kolejno  wchodzili  na  podwyższenie,  żeby  złożyć  mu  hołd.  Po  audiencji  król

wstał i wyszedł z osobistym orszakiem przez szerokie drzwi, żegnany przez szpaler kłaniających się i dygających dworzan. Po
trwającej odpowiednio długo przerwie następca tronu Edvard poprowadził Traska i księcia Bentrika tą samą trasą, a za nimi
pociągnęli  inni.  Przeszli  korytarzem  do  sali  balowej,  gdzie  czekała  łagodna  muzyka  i  przekąski.  Nie  było  to  przyjęcie
niepodobne do tych wyprawianych na dworze Excalibura, tyle że drinki i kanapki serwowali ludzcy służący.

Trask się zastanawiał, jak wyglądają przyjęcia na dworze Angusa Pierwszego z Grama.
Po pół godzinie pojawiła się grupa urzędników dworskich z powiadomieniem, że Jego Królewska Mość z przyjemnością

przyjmie księcia Traska w swoich prywatnych komnatach. Po tych słowach rozległo się głośne sapnięcie, a książę Bentrik i
następca tronu dokładali starań, żeby nie szczerzyć zębów w zbyt szerokich uśmiechach. Trask wyszedł z urzędnikami z sali
balowej, odprowadzany wzrokiem przez wszystkich pozostałych.

*

Stary król Mikhyl przyjął go w niewielkim pokoju, przyjemnie skromnym po niesłychanym przepychu wielkich sal. Miał

kapcie  z  futrzanym  podbiciem,  luźną  szatę  z  futrzanym  kołnierzem  i  małą  czarną  czapkę,  oznakę  godności.  Stał,  kiedy  Trask
wszedł, a gdy tylko strażnicy zamknęli drzwi i zastawili ich samych, gestem go zaprosił do zajęcia miejsca przy niskim stole,
na którym stały karafki z kieliszkami i cygara.

–  Wywołałem  cię  z  sali  balowej,  bezczelnie  wykorzystując  władzę  królewską  –  zaczął,  gdy  się  usadowili  i  napełnili

kieliszki. – Budzisz powszechne zainteresowanie.

– Jestem wdzięczny Waszej Królewskiej Mości. Tutaj jest przytulnie i cicho, i mogę siedzieć. Wasza Królewska Mość był

w centrum uwagi w sali tronowej, a jednak dostrzegłem ulgę, gdy ją opuszczałeś.

– Staram się to ukrywać, w miarę możliwości. – Stary król zdjął czapkę otoczoną wąskim złotym diademem i powiesił ją

na oparciu krzesła. – Dźwiganie ciężaru majestatu bywa dość męczące.

Więc mógł przychodzić tutaj i go z siebie zrzucać. Trask poczuł, że powinien się zrewanżować jakimś podobnym gestem.

Odpiął od pasa paradny sztylet i położył go na stole. Król pokiwał głową.

– Teraz możemy porozmawiać jak dwóch uczciwych kupców. Zamknęliśmy na noc nasze sklepy, siedzimy odprężeni przy

winie i cygarach – powiedział. – Co o tym sądzisz, zacny Lucasie?

Zabrzmiało to jak zaproszenie do tajnego stowarzyszenia, którego rytuał trzeba odgadywać krok po kroku.
– Masz całkowitą rację, zacny Mikhylu.
Unieśli kieliszki i spełnili toast; zacny Mikhyl zaproponował cygaro, a zacny Lucas podał mu ogień.
– Słyszałem sporo złych rzeczy o twoim rzemiośle, zacny Lucasie.
–  Wszystkie  są  prawdą  i  nietrudno  to  pojąć.  Jesteśmy  zawodowymi  mordercami  i  bandytami,  jak  mówi  jeden  z  moich

kolegów  po  fachu.  Najgorsze,  że  rozboje  i  morderstwa  tym  właśnie  się  stały:  rzemiosłem,  jak  serwisowanie  robotów  czy
sprzedawanie artykułów spożywczych.

–  A  jednak  walczyłeś  z  dwoma  innymi  kosmicznymi  wikingami,  żeby  osłonić  okulawioną  „Victrix”  mojego  kuzyna.

Dlaczego?

background image

Tak oto Trask znów musiał powtórzyć swoją opowieść, wytartą i gładką. Cygaro króla Mikhyla zgasło, gdy słuchał.
– I szukasz go od tamtej pory? I nie masz pewności, czy go zabiłeś?
– Obawiam się, że nie zginął. Mężczyzna na ekranie był jedyną osobą, której Dunnan naprawdę mógł ufać. Jeden z nich

zostałby w bazie, gdziekolwiek się ona znajduje.

– A kiedy go zabijesz, co potem?
–  Spróbuję  zrobić  z  Tanit  cywilizowaną  planetę.  Prędzej  czy  później  posprzeczam  się  z  królem  Angusem  o  jeden  raz  za

dużo  i  wtedy  zostanę  Naszą  Królewską  Mością  Lucasem  Pierwszym,  który  będzie  zasiadać  na  tronie  i  przyjmować  hołdy
poddanych.  I  będę  z  zadowoleniem  zdejmować  koronę,  żeby  pogadać  z  paroma  ludźmi  uważającymi  mnie  za  kumpla,
odpuszczających sobie tytułowanie mnie „Jego Królewską Mością”.

*

–  Oczywiście,  doradzanie  poddanemu,  żeby  wypowiedział  wierność  swojemu  władcy,  byłoby  pogwałceniem  etyki

zawodowej,  ale  pomysł  sam  w  sobie  jest  niezły.  Przy  kolacji  poznałeś  ambasadora  z  Idowall,  prawda?  Trzysta  lat  temu
Idowall, będąca naszą kolonią Marduka, odłączyła się od królestwa. Wygląda na to, że już nas nie stać na posiadanie kolonii.
Idowall  była  planetą  podobną  do  twojej  Tanit.  Dzisiaj  jest  cywilizowanym  światem  i  jednym  z  największych  przyjaciół
Marduka. Wiesz, czasami myślę, że tu i ówdzie znowu się zapalają światła Starej Federacji. Twoi kosmiczni wikingowie w
tym dopomagają.

– Masz na myśli planety, których używamy jako bazy, i to, czego uczymy tubylców?
–  To  też,  oczywiście.  Cywilizacja  potrzebuje  cywilizowanej  techniki.  Ale  musi  być  ona  wykorzystywana  w

cywilizowanych celach. Wiesz coś o wikińskim najeździe na Aton, ponad sto lat temu?

– Sześć statków z Hauteclere. Cztery zostały zniszczone, dwa wróciły poważnie uszkodzone i bez łupów.
Król Marduka pokiwał głową.
–  Ten  najazd  uratował  cywilizację  na  Atonie.  Były  tam  cztery  wielkie  nacje,  dwie  największe  na  krawędzi  wojny.

Pozostałe  czekały,  żeby  się  rzucić  na  wyczerpanego  zwycięzcę,  a  potem  wszcząć  walkę  pomiędzy  sobą  o  łupy.  Kosmiczni
wikingowie  zmusili  je  do  zjednoczenia.  Z  ówczesnego  tymczasowego  przymierza  powstała  Liga  Wspólnej  Obrony,  a  z  niej
republika planetarna. Obecnie republika jest dyktaturą i, tak między zacnym Mikhylem a zacnym Lucasem, paskudną dyktaturą.
Rządowi  Naszej  Królewskiej  Mości  ani  trochę  się  to  nie  podoba.  Prędzej  czy  później  dyktatura  zostanie  obalona,  ale
mieszkańcy  Atona  już  nigdy  nie  wrócą  do  nacjonalizmu  i  podziału  na  suwerenne  państwa.  Kosmiczni  wikingowie  ich
wystraszyli  i  zmobilizowali  do  działania,  czego  nie  mogły  dokonać  zagrożenia  nierozerwalnie  związane  z  ustrojem
totalitarnym. Może ten Dunnan zrobi to samo dla nas na Marduku.

– Macie kłopoty?
– Widziałeś cofnięte do barbarzyństwa planety. Jak doszło do upadku ich cywilizacji?
–  Wiem,  jak  to  się  stało  na  wielu.  Wojna.  Zniszczone  miasta  i  przemysł.  Ci,  którzy  przeżyli  wśród  ruin,  byli  zbyt  zajęci

utrzymaniem się przy życiu, żeby reanimować cywilizację. Z czasem stracili wiedzę, jak być cywilizowanym.

– To wersja katastroficzna. Jest również inna, przez erozję, i gdy trwa, nikt jej nie zauważa. Wszyscy są dumni ze swojej

cywilizacji, swojego bogactwa i kultury. Ale handel zamiera, każdego roku przylatuje coraz mniej statków. Wtedy zaczyna się
chełpliwe mówienie o planetarnej samowystarczalności: komu potrzebny handel pozaplanetarny? Wszyscy mają pieniądze, ale
rząd  jest  zawsze  bankrutem.  Rośnie  deficyt  budżetowy,  a  przecież  zawsze  są  ważne  usługi  socjalne,  na  które  rząd  musi
wydawać  pieniądze.  Najważniejsze  jest  oczywiście  kupowanie  głosów,  żeby  zachować  władzę.  Osiągnięcie  czegokolwiek
staje  się  dla  rządu  karkołomnie  trudne.  Żołnierze  są  coraz  bardziej  niechlujni,  przestają  dbać  o  broń  i  umundurowanie.
Podoficerowie  robią  się  aroganccy.  Coraz  więcej  dzielnic  w  miastach  staje  się  niebezpieczne  w  nocy,  a  z  czasem  nawet  za
dnia. Minęły lata, odkąd wzniesiono nowe budynki, a starych już nikt nie remontuje.

Trask zamknął oczy. Znów czuł na plecach łagodne słońce Grama, słyszał roześmiane głosy z dolnego tarasu i rozmawiał z

Lotharem Ffayle’em, Rovardem Grauffisem, Alexem Gormanem, kuzynem Nikkolayem i Ottem Harkamanem. Powiedział:

–  I  w  końcu  nikt  nie  zadaje  sobie  trudu,  żeby  cokolwiek  naprawić.  Reaktory  przestają  pracować  i  nie  na  nikogo,  kto

umiałby je uruchomić. W Światach Miecza jeszcze do tego daleko.

– Tu także. A jednak… – Zacny Mikhyl odszedł; król Mikhyl VIII patrzył nad niskim stołem na swojego gościa. – Książę

Trasku, czy słyszałeś o niejakim Zasparze Makannie?

– Niewiele i nic dobrego.
– Jest najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na tej planecie – oznajmił król. – I nie mogę nikogo przekonać, żeby w to

uwierzył. Nawet mojego syna.

background image

XXI

Dziesięcioletni  syn  księcia  Bentrika,  Steven,  hrabia  Ravary,  nosił  mundur  chorążego  Królewskiej  Marynarki  Wojennej.
Towarzyszył mu jego nauczyciel, starszy wiekiem kapitan marynarki. Obaj stanęli w drzwiach apartamentu Traska i chłopiec
zasalutował elegancko.

– Proszę o pozwolenie wejścia na pokład, Wasza Wysokość.
– Witajcie na pokładzie, hrabio, kapitanie. Nie róbmy ceremonii, siadajcie. Przybyliście w porę na drugie śniadanie.
Gdy  usiedli,  Trask  wycelował  ultrafioletową  cieniutką  latarką  w  robota  służącego.  W  przeciwieństwie  do  tych

mardukańskich, które wyglądały jak surrealistyczne wyobrażenia zakutych w zbroje przedatomowych rycerzy, ten był gładkim
jajem  unoszącym  się  kilka  cali  nad  podłogą  dzięki  własnej  antygrawitacji.  Gdy  podleciał,  wierzchołek  rozchylił  się  niczym
pokrywy skrzydłowe chrabąszcza i ze środka wyjechała taca z jedzeniem. Chłopiec przyglądał się temu z wielką fascynacją.

– To robot ze Świata Miecza, czy go gdzieś zdobyłeś?
–  To  jeden  z  naszych.  –  Trask  czuł  uzasadnioną  dumę,  bo  robot  został  zbudowany  rok  temu  na  Tanit.  –  Na  dole  ma

ultradźwiękową zmywarkę, a na górze z tyłu przyrządza potrawy.

Starszy  kapitan,  o  ile  to  możliwe,  był  pod  jeszcze  większym  wrażeniem  niż  jego  młody  podopieczny.  Wiedział,  czego

wymaga skonstruowanie takich rzeczy i miał pewne pojęcie o społeczeństwie, które coś takiego potrafi.

– Wnoszę, że mając takie roboty, nie zatrudniacie wielu ludzkich służących – zauważył.
– W istocie. Światy Miecza są planetami o niskim zaludnieniu i nikt nie chce być sługą.
– Na Marduku panuje przeludnienie i każdemu zależy na lekkiej pracy, jaką jest służba u arystokracji – powiedział kapitan.

– Oczywiście tym, którzy w ogóle chcą pracować.

– Wam wszyscy wasi ludzie potrzebni są do walki, prawda? – zapytał mały hrabia.
– Niewielu ich potrzebujemy. Najmniejszy z naszych statków może zabrać czterystu ludzi, większość około ośmiuset.
Kapitan uniósł brew. Załoga „Victrix” liczyła trzysta osób, a był to duży statek. Potem pokiwał głową.
– Oczywiście. Większość z nich to żołnierze lądowi.
To zaskoczyło hrabiego Stevena. Posypały się pytania o bitwy, napaści, łupy i planety, które widział Trask.
– Chciałbym zostać kosmicznym wikingiem!
– Nie możesz, hrabio Ravary. Jesteś oficerem Królewskiej Marynarki Wojennej. Masz walczyć z kosmicznymi wikingami.
– Z tobą nie będę walczyć.
– Będziesz musiał, jeśli król wyda taki rozkaz – powiadomił go kapitan.
– Nie, książę Trask jest moim przyjacielem. Ocalił życie mojemu tacie.
– Ja z tobą też nie będę walczyć, hrabio. Wystrzelimy mnóstwo fajerwerków, a potem każdy z nas wróci do domu i ogłosi

zwycięstwo. Jak ci się to podoba?

– Słyszałem o takich rzeczach – powiedział kapitan. – Siedemdziesiąt lat temu prowadziliśmy wojnę z Odynem. Polegała

głównie na właśnie takich bitwach.

–  Poza  tym  król  też  jest  przyjacielem  księcia  Traska  –  oświadczył  z  uporem  chłopiec.  –  Ojciec  i  mama  słyszeli,  jak  tak

mówił, gdy siedział na tronie. Królowie na tronie nie kłamią, prawda?

– Dobrzy królowie nie kłamią – powiedział mu Trask.
–  Nasz  król  jest  dobrym  królem  –  oznajmił  z  dumą  młody  hrabia  Ravary.  –  Zrobię  wszystko  na  rozkaz  mojego  króla.  Z

wyjątkiem walki z księciem Traskiem. Mój ród jest jego dłużnikiem.

Trask z aprobatą pokiwał głową.
– Tak powiedziałby szlachcic ze Świata Miecza, hrabio Stevenie.

*

Posiedzenie  rady  dochodzeniowej  zwołane  tego  popołudnia  bardziej  przypominało  małe,  bardzo  spokojne  przyjęcie

koktajlowe. Przewodniczył mu admirał Shefter, który wydawał się bardzo grubą rybą, starannie unikając robienia wrażenia, że
faktycznie nią jest. Alvyn Karffard, Vann Larch i Paytrik Morland przybyli z „Nemezis”, Bentrik i kilku oficerów z „Victrix”.
Było  też  paru  oficerów  z  wywiadu  marynarki  wojennej,  ktoś  z  planowania  operacyjnego,  z  działu  budowy  okrętów  i

background image

badawczo-rozwojowego. Przez jakiś czas prowadzili lekką i złudnie przypadkową pogawędkę. Potem Shefter powiedział:

–  Nikt  nie  wini  ani  nie  potępia  komodora  księcia  Bentrika,  że  dał  się  zaskoczyć.  To  było  nieuniknione.  –  Popatrzył  na

oficera z badań i rozwoju. – Nie można jednak pozwolić, żeby coś takiego się powtórzyło.

– Więcej się nie powtórzy, panie admirale. Powiem, że realizacja projektu zajmie miesiąc, a potem tyle czasu, ile będzie

trzeba na wyekwipowanie przylatujących statków.

Oficer z budowy okrętów uważał, że uwiną się szybciej.
– Dopilnujemy, książę Trasku, żebyś otrzymał wszystkie informacje dotyczące nowego systemu wykrywania okrętów pod

wodą – powiedział admirał.

–  Panowie  rozumieją,  że  nie  wolno  puścić  pary  z  ust  –  dodał  jeden  z  ludzi  z  wywiadu.  –  Jeśli  wyjdzie  na  jaw,  że

przekazujemy kosmicznym wikingom nasze tajemnice techniczne… – Przeciągnął ręką po karku w taki sposób, że Trask zaczął
podejrzewać, iż ścięcie jest zwyczajową formą egzekucji na Marduku.

– Musimy się dowiedzieć, gdzie ten człowiek ma swoją bazę – powiedział oficer z planowania operacyjnego. – Mniemam,

książę Trasku, że zakładasz, iż nie przebywał na pokładzie swojego okrętu flagowego, kiedy go zniszczyłeś.

–  Nie.  Zakładam,  że  go  tam  nie  było.  Nie  przypuszczam,  żeby  Dunnan  poleciał  gdzieś  razem  z  Ormmem  na  tym  samym

statku, nie po tym, jak założył bazę. Sądzę, że zawsze jeden z nich zostawał w bazie.

– Przekażemy ci wszystko, co nam o nich wiadomo – obiecał Shefter. – Większość materiałów jest tajna i będziesz musiał

zachować  milczenie.  Niedawno  przejrzałem  streszczenie  materiałów,  które  dostaliśmy  od  ciebie.  Przypuszczam,  że  obaj
zyskamy wiele nowych informacji. Orientujesz się, książę Trasku, gdzie Dunnan może mieć swoją bazę?

–  Wiem  tylko  tyle,  że  według  nas  nie  na  planecie  typu  terrańskiego.  –  Trask  powiedział  im  o  zakupach  sprzętu  do

recyklingu wody i powietrza, do hydroponiki i hodowli mięsa. – To oczywiście wiele nam pomoże – dodał sarkastycznie.

– Tak, w przestrzeni byłej Federacji jest tylko około pięciu milionów planet, które się nadają do zamieszkania w sztucznym

środowisku. Łącznie z kilkoma pokrytymi całkowicie przez morza, gdzie można założyć podwodne miasta pod kopułami, jeśli
ma się czas i materiały.

Jeden z oficerów wywiadu, który od długiego czasu hołubił kieliszek z resztką koktajlu, nagle go dopił, ponownie napełnił

kieliszek i przez chwilę patrzył na niego gniewnie. Potem szybko go wychylił i znowu napełnił.

– Ciekaw jest – zaczął – skąd ten po dwakroć plugawy Dunnan wiedział, że mamy statek na Audhumli. Przyszło mi to na

myśl, gdy usłyszałem o podwodnych miastach-kopułach. Nie sądzę, żeby po prostu wyciągnął tę planetę z kapelusza, a później
tam  poleciał,  gotów  przez  półtora  roku  siedzieć  na  dnie  oceanu  i  czekać,  aż  ktoś  się  pokaże.  Musiał  wiedzieć,  że  „Victrix”
przyleci na Audhumlę i kiedy mniej więcej to nastąpi.

– To mi się nie podoba, komodorze – powiedział Shefter.
– A pan myśli, że ja jestem zachwycony? – zripostował oficer wywiadu. – Niestety, takie są fakty. Wszyscy musimy się z

tym zmierzyć.

– Owszem – zgodził się Shefter. – Proszę się tym zająć, komodorze. Chyba nie muszę pouczać, że należy bardzo starannie

prześwietlić każdego, kogo postanowisz w to wtajemniczyć. – Popatrzył na swój kieliszek; na dnie została odrobina alkoholu.
Napełnił go powoli i ostrożnie. – Minął długi czas, odkąd marynarka miała tego rodzaju zmartwienia. – Zwrócił się do Traska:
– Zakładam, książę, że w razie potrzeby mogę się skontaktować z tobą w pałacu?

– Książę Trask i ja zostaliśmy zaproszeni jako goście rodziny do domku myśliwskiego księcia Edvarda – powiadomił go

Bentrik i zaraz się poprawił: – To znaczy, do domku myśliwskiego barona Cragdale’a. Udamy się tam zaraz po zakończeniu
zebrania.

–  Aha.  –  Admirał  Shefter  uśmiechnął  się  lekko.  Ten  kosmiczny  wiking  nie  dość,  że  nie  miał  trzech  rogów  i  kolczastego

ogona, to na dodatek zdecydowanie był persona grata rodziny królewskiej. – Będziemy w kontakcie, książę Trasku.

*

Domek myśliwski, w którym następca tronu Edvard był po prostu baronem Cragdale’em, stał w miejscu, gdzie zaczynała

się stroma górska dolina. Jej dnem płynęła rzeka, obrzeżona przez urwiste zbocza szczytów zwieńczonych wiecznym śniegiem,
z  kręto  spływającymi  lodowcami.  Dolne  partie  gór  były  zalesione,  jak  sama  dolina.  Czerwono-fiołkowa  łuna  płonęła  na
wielkim szczycie, który się wznosił nad domkiem myśliwskim. Trask po raz pierwszy od ponad roku czuł, że jest z nim Elaine,
tuląc się do niego w milczeniu, jego oczami chłonąc piękno widoków. A już myślał, że odeszła od niego na zawsze.

Sam  domek  myśliwski  niezupełnie  odpowiadał  wyobrażeniom  mieszkańca  Świata  Miecza  o  tego  typu  budynkach.  Na

pierwszy rzut oka, z powietrza, wyglądał jak zegar słoneczny. Smukła wieża wznosiła się niczym gnomon nad kręgiem niskich
zabudowań i ogrodów w stylu formalnym. Łódź wylądowała u stóp wieży i Trask wysiadł wraz z księciem Bentrikiem, jego
małżonką, młodym hrabią Ravary i guwernerem. Natychmiast otoczyła ich chmara służących. Druga łódź ze sługami i bagażami

background image

Bentrików  opadała  spiralnie,  żeby  wylądować.  Trask  stwierdził,  że  Elaine  już  nie  ma  z  nim,  i  zaraz  potem  się  znalazł  w
szybkim windolocie. Kolejni słudzy ulokowali go w jego pokojach, rozpakowali jego walizki, przygotowali mu kąpiel i nawet
chcieli w niej pomóc, i krzątali się wokół, kiedy się ubierał.

Do kolacji zasiadło ponad dwadzieścia osób. Bentrik go uprzedził, że część towarzystwa uzna za ekstrawaganckie; może

chodziło  mu  to,  że  nie  wszyscy  będą  arystokratycznego  rodu.  Do  plebejuszy  należało  kilku  profesorów,  głównie  nauk
społecznych,  działacz  związkowy,  dwóch  członków  Izby  Reprezentantów  i  jeden  członek  Izby  Delegatów  oraz  kilkoro
pracowników socjalnych, cokolwiek to znaczyło.

Trask  siedział  obok  lady  Valerie  Alvarath.  Była  piękna  –  miała  czarne  włosy  i  olśniewające  niebieskie  oczy,  co  w

Światach  Miecza  stanowiło  niezwykłe  połączenie  –  i  inteligentna  albo  przynajmniej  bardzo  elokwentna.  Została
przedstawiona jako dama dworu córki następcy tronu. Kiedy zapytał, gdzie jest córka, roześmiała się.

– Przez długi czas nie będzie bawić składających wizytę kosmicznych wikingów, książę Trasku. Ma dokładnie osiem lat,

widziałam, jak się szykuje do łóżka, zanim tu zeszłam. Zajrzę do niej po kolacji.

Potem  małżonka  następcy  tronu,  siedząca  po  drugiej  stronie,  zaczęła  go  wypytywać  o  dworską  etykietę  Świata  Miecza.

Trask ograniczył się do ogólników i tego, co pamiętał o dworze na Excaliburze z czasów lat studenckich. Tutejsza monarchia
istniała od czasów, zanim Gram został skolonizowany. Nie miał zamiaru wyjawiać, że monarchia Grama została ustanowiona
wtedy, gdy opuścił planetę. Stół był na tyle mały, że wszyscy go słyszeli, i zasypywali pytaniami. Rozmowa trwała przez cały
posiłek i miała ciąg dalszy, gdy przeszli na kawę do biblioteki.

– A co z waszą formą rządu, strukturą społeczną i tak dalej? – zapytał w końcu ktoś zniecierpliwiony maglowaniem tematu

etykiety.

– Niezbyt często używamy słowa rząd – odparł Trask. – Mówimy o władzy i zwierzchnictwie, i niestety spalamy przy tym

zdecydowanie  zbyt  wiele  prochu,  ale  rząd  zawsze  wygląda  nam  na  władzę  wtrącającą  się  w  sprawy,  które  jej  nie  dotyczą.
Dopóki  władza  pilnuje  porządku  publicznego  i  sprawia,  że  bardziej  poważne  formy  przestępczości  są  ryzykowne,  jesteśmy
zadowoleni.

– Ale to tylko działania mające na celu zapobieganie negatywnym zjawiskom. Czy rząd robi cokolwiek pozytywnego dla

swojego ludu?

Trask próbował im przedstawić, na czym polega feudalny system rządów Świata Miecza. Przekonał się, że coś, co samemu

przez całe życie uważa się za oczywiste, trudno jest wyjaśnić komuś, dla kogo jest to zupełnie nieznane.

*

–  Przecież  rząd,  zwierzchność,  skoro  nie  podoba  ci  się  tamto  słowo,  nie  robi  niczego  dla  ludu!  –  zaoponował  jeden  z

profesorów. – Zdaje lud na łaskę i niełaskę danego lorda czy barona.

– Do tego lud nie ma prawa głosu. To tyrania pierwszej wody – dodał profesor, członek ciała ustawodawczego.
Trask próbował im wyjaśnić, że lud ma bardzo wyraźny i rozkazujący głos, i że baronowie i lordowie, którzy chcą zostać

przy życiu, pilnie go słuchają. Członek Zgromadzenia zmienił zdanie; to nie tyrania, to anarchia. Profesor wciąż dociekał, kto
pełni usługi publiczne.

– Jeśli chodzi ci o szkoły, szpitale i utrzymywanie miasta w czystości, ludzie sami się tym zajmują. Rząd, jeśli upierasz się

przy tym słowie, tylko pilnuje, żeby nikt do nich nie strzelał, kiedy to robią.

– Nie o to chodzi profesorowi Pullwellowi, Lucasie. Ma na myśli system emerytalny – powiedział książę Bentrik. – Jak

ten, o którym gardłuje Zaspar Makann.

Trask słyszał o tym pomyśle podczas podróży z Audhumli. Każda osoba na Marduku ma przechodzić na godziwą emeryturę

po  trzydziestu  latach  regularnej  pracy  albo  w  wieku  sześćdziesięciu  lat.  Kiedy  zapytał,  skąd  wezmą  pieniądze  na  te
świadczenia,  usłyszał,  że  zostanie  wprowadzony  podatek  obrotowy  i  że  emerytury  trzeba  będzie  wydać  w  ciągu  trzydziestu
dni, co będzie stymulować handel, i że zwiększenie obrotów zapewni fundusze na wypłatę emerytur.

– Mamy żart o trzech Gilgameszanach, którzy rozbili się na bezludnej planecie – powiedział. – Dziesięć lat później, kiedy

ich  uratowano,  wszyscy  trzej  byli  ogromnie  bogaci,  bo  handlowali  między  sobą  czapkami.  Mniej  więcej  tak  będzie  to
funkcjonować.

Pracownica socjalna nie posiadała się z oburzenia; obraźliwe żarty na temat grup rasowych są wielce niestosowne. Jeden

z profesorów głośno odchrząknął, po czym stwierdził, że samopodtrzymujący się plan emerytalny jest jak najbardziej realny.
Trask z szokiem sobie przypomniał, że ten gość jest profesorem ekonomii.

Zaraz  potem  doszedł  do  wniosku,  że  Alvyn  Karffard  wcale  nie  będzie  potrzebować  dwudziestu  statków,  żeby  złupić

Marduka.  Wystarczy  przysłać  tu  setkę  łebskich  kombinatorów  i  nie  minie  rok,  a  staną  się  właścicielami  wszystkiego  na  tej
planecie.

background image

Ten wątek zapoczątkował rozmowę o Zasparze Makannie. Niektórzy uważali, że ma sporo dobrych pomysłów, ale niszczy

własną sprawę przez ekstremizm. Jeden z bogatszych szlachciców powiedział, że Makann przynosi wstyd klasie rządzącej; to
ich wina, że tacy ludzie jak on zyskują zwolenników. Pewien starszy dżentelmen zauważył, że być może sami Gilgameszanie
ponoszą winę za niechęć, jaką wzbudzają. Wszyscy inni przypuścili na niego frontalny atak i werbalnie rozdarli na strzępy.

Trask uznał, że postąpiłby niewłaściwe, gdyby im zacytował słowa zacnego Mikhyla. Wziął odpowiedzialność na siebie,

mówiąc:

– Z tego, co o nim słyszałam, stanowi bardzo poważne zagrożenie dla cywilizowanego społeczeństwa na Marduku.
Nie nazwali go szaleńcem, bo przecież był gościem, ale też nawet nie zapytali, co przez to rozumie. Powiedzieli mu tylko,

że Makann jest świrem popieranym przez bandę zasługujących na pogardę półgłówków i że wystarczy zaczekać do wyborów i
zobaczyć, co się stanie.

–  Jestem  skłonny  zgodzić  się  z  księciem  Traskiem  –  oznajmił  poważnie  Bentrik.  –  I  obawiam  się,  że  wynik  wyborów

będzie szokiem dla nas, nie dla Makanna.

Na statku nie mówił niczego takiego. Może od czasu powrotu trochę się porozglądał i przemyślał to i owo. Może on także

przeprowadził rozmowę z zacnym Mikhylem. W pokoju znajdował się ekran. Książę skinął w jego stronę.

– Właśnie przemawia na wiecu Partii Dobra Ludu w Drepplinie – powiedział. – Mogę włączyć, żeby wam pokazać, o co

mi chodzi?

Kiedy następca tronu wyraził zgodę, włączył ekran i pomanipulował selektorem.

*

Na  ekranie  ukazała  się  twarz.  Nie  była  to  twarz  Andraya  Dunnana  –  szersze  usta,  wydatniejsze  kości  policzkowe,

podbródek bardziej zaokrąglony – ale Makann miał takie same oczy, jakie Trask widział na tarasie domu Karvallów. Szalone
oczy. Wysokim głosem wrzeszczał:

– Nasz umiłowany władca jest więźniem! Otaczają go zdrajcy! Pełno ich w ministerstwach! Wszyscy są zdrajcami! Żądni

krwi  reakcjoniści  zakłamanej  tak  zwanej  Lojalistycznej  Partii  Korony!  Pazerni  konspiratorzy  z  bandy  międzygwiezdnych
bankierów! Brudni Gilgameszanie! Wszyscy się spiknęli, knując piekielny spisek! A teraz ten kosmiczny wiking ze Światów
Miecza, ten potwór z krwią na rękach…

– Uciszyć tego gada! – ktoś krzyknął, konkurując z hipnotyzującym wrzaskiem mówcy.
Kłopot  w  tym,  że  nie  mogli.  Mogli  wyłączyć  ekran,  ale  Zaspar  Makann  nie  przestanie  wrzeszczeć  i  będą  go  słuchać

miliony  na  całej  planecie.  Bentrik  pokręcił  gałką  selektora.  Głos  się  lekko  zająknął  i  znów  popłynął  z  głośników,  ale  tym
razem  odbiornik  znajdował  się  kilkaset  stóp  nad  wielkim  otwartym  parkiem.  W  parku  tłoczyli  się  ludzie  w  większości  w
takich  ubraniach,  jakich  gramski  powsinoga  nie  chciałby  na  siebie  nałożyć.  Tu  i  ówdzie  jednak  wyróżniały  się  czworoboki
ludzi ubranych w coś, bo prawie, ale niezupełnie było mundurami wojskowymi, i każdy miał krótką, grubą laskę z guzowatą
gałką.  W  dali,  po  drugiej  stronie  parku  na  ogromnym  ekranie  widniała  głowa  i  część  ramion  Zaspara  Makanna.  Ilekroć
przerywał dla zaczerpnięcia tchu, rozlegał się okrzyk, zapoczątkowywany przez ludzi w mundurach:

– Makann! Makann! Makann wódz! Makann do władzy!
– Pozwoliliście mu mieć prywatną armię? – zapytał Trask następcę tronu.
– To tylko głupie błazny w mundurach rodem z wodewilu. – Następca tronu wzruszył ramionami. – Nie są uzbrojeni.
– Nie w widoczny sposób. Jeszcze nie.
– Ne wiem, skąd mieliby wziąć broń.
– Tak, Wasza Wysokość – powiedział książę Bentrik. – Ja też nie wiem. I właśnie to mnie martwi.

background image

XXII

Nazajutrz rano Trask zdołał wszystkich przekonać, że chce przez jakiś czas być sam, i siedział w ogrodzie, patrząc na tęcze
wielkiego wodospadu po drugiej stronie doliny. Elaine byłaby zachwycona, ale teraz jej z nim nie było. Nagle spostrzegł, że
ktoś  do  niego  mówi  cichym,  nieśmiałym  głosem.  Odwrócił  się  i  zobaczył  dziewczynkę  w  krótkich  spodenkach  i  kamizelce,
trzymającą w ramionach długowłosego szczeniaka z wielkimi uszami i o błagalnym wzroku.

– Witam was oboje – powiedział.
Szczeniak wiercił się i próbował polizać dziewczynkę po buzi.
– Przestań, Mopsy. Chcemy porozmawiać z tym dżentelmenem – powiedziała. – Naprawdę jesteś kosmicznym wikingiem?
– Naprawdę. A kim wy jesteście?
– Ja jestem Myrna. A to Mopsy.
– Cześć, Myrno. Cześć, Mopsy.
Słysząc  swoje  imię,  szczeniak  znów  zaczął  się  wiercić  i  wypadł  z  ramion  dziecka.  Po  krótkim  wahaniu  podbiegł  do

Traska, wskoczył mu na kolana i zaczął go lizać po twarzy. Gdy głaskał pieska, dziewczynka podeszła i usiadła obok niego na
ławce.

– Mopsy cię polubił – powiedziała. Po chwili dodała: – Ja też cię lubię.
–  A  ja  lubię  ciebie.  Chcesz  być  moją  dziewczyną?  Wiesz,  kosmiczny  wiking  musi  mieć  dziewczynę  na  każdej  planecie.

Chciałabyś być moją dziewczyną na Marduku?

Myrna starannie przemyślała jego prepozycję.
– Chciałabym, ale nie mogę. Widzisz, pewnego dnia zostanę królową.
– Tak?
– Tak. Dziadek jest teraz królem, a kiedy przestanie być królem, tatko zostanie królem, a kiedy przestanie być królem, ja

nie będę mogła zostać królem, bo jestem dziewczyną, więc będę musiała zostać królową. I nie mogę być niczyją dziewczyną,
bo  będę  musiała  poślubić  kogoś,  kogo  nie  znam,  zgodnie  z  nakazem  racji  stanu.  –  Po  chwili  namysłu  podjęła  ściszonym
głosem: – Zdradzę ci pewien sekret. Już jestem królową.

– Naprawdę?
Pokiwała głową.
–  Jesteśmy  królową,  samodzielną  i  niezależną,  naszej  królewskiej  sypialni,  naszego  pokoju  zabaw  i  naszej  królewskiej

łazienki. A Mopsy jest naszym wiernym poddanym.

– Czy Wasza Królewska Mość sprawuje władzę absolutną nad tymi domenami?
–  Nie  –  odparła  z  żalem.  –  Przez  cały  czas  musimy  ulegać  naszym  królewskim  ministrom,  podobnie  jak  dziadek.  To

oznacza, że muszę robić dokładnie to, co mi każą. Słucham lady Valerie, i Margot, i Dame Eunice, i Sir Thomasa. Ale dziadek
mówi,  że  wszyscy  oni  są  dobrymi  i  mądrymi  ministrami.  A  ty  naprawdę  jesteś  księciem?  Nie  wiedziałam,  że  kosmiczni
wikingowie są książętami.

– Mój król mówi, że jestem księciem. I jestem władcą mojej planety, i zdradzę ci pewien sekret. Nie muszę robić tego, co

ktoś mi każe.

– Jejku! Jesteś tyranem. Jesteś strasznie wielki i silny. Założę się, że zabiłeś setki okrutnych, niegodziwych wrogów.
– Tysiące, Wasza Wysokość.
Trask  wolałby,  żeby  prawda  wyglądała  inaczej,  i  nie  wiedział,  ile  jego  ofiar  było  małymi  dziewczynkami  jak  Myrna  i

małymi pieskami jak Mopsy. Nagle stwierdził, że mocno obejmuje ich oboje. Dziewczynka mówiła:

– Ale masz wyrzuty sumienia.
Te dzieciaki muszą być telepatami!
– Kosmiczny wiking, który jest również księciem, musi robić wiele rzeczy, których wcale nie chce robić.
– Wiem. Podobnie jak królowa. Dziadek i tatko nie przestaną być królami przez długie, długie lata. – Spojrzała nad jego

ramieniem. – No nie! Teraz chyba muszę zrobić coś, czego wcale nie chcę robić. Lekcje, założę się.

Trask  popatrzył  w  tę  samą  stronę.  Zbliżała  się  dziewczyna,  która  siedziała  obok  niego  na  kolacji.  Miała  kapelusz

przeciwsłoneczny  z  szerokim  rondem  i  suknię  z  obłokami  przejrzystej  gazy,  podobnymi  do  mgiełki  prześwietlanej  przez
promienie zachodzącego słońca. Towarzyszyła jaj kobieta w stroju służącej wyższego stopnia.

– Lady Valerie i kto? – zapytał szeptem.

background image

– Margot, moja bona. Jest strasznie surowa, ale miła.
– Książę Trasku, czy Jej Wysokość ci przeszkadza? – zapytała lady Valerie.
– Ależ skąd. – Wstał, wciąż trzymając zabawnego pieska. – Ale powinnaś powiedzieć: Jej Królewska Mość. Myrna mnie

powiadomiła, że jest władczynią trzech królewskich domen. I jednego drogiego kochającego poddanego. – Oddał poddanego
jego królowej.

– Nie powinnaś tego mówić księciu Traskowi – zganiła ją lady Valerie. – Kiedy Wasza Wysokość przebywa poza swoimi

domenami,  musi  zachować  incognito.  A  teraz  Wasza  Wysokość  pójdzie  z  ministrem  sypialni.  Minister  edukacji  czeka  na
audiencję.

– Arytmetyka, założę się. Do zobaczenia, książę Trasku. Mam nadzieję, że jeszcze cię zobaczę. Pożegnaj się, Mopsy.
Dziewczynka odeszła z opiekunką, piesek spoglądał nad jej ramieniem.
–  Przyszedłem  tutaj,  żeby  w  samotności  rozkoszować  się  ogrodami  –  powiedział  Trask  –  i  stwierdziłem,  że  większą

przyjemność sprawia mi robienie tego w towarzystwie. Jeśli nie zakazują ci tego ministerialne obowiązki, czy zapewnisz mi
towarzystwo?

–  Z  przyjemnością,  książę  Trasku.  Jej  Wysokość  będzie  zajęta  poważnymi  sprawami  stanu.  Pierwiastki  kwadratowe.

Widziałeś groty? Są na dole, tam.

*

Tego popołudnia zagadnął go jeden z dżentelmenów. Baron Cragdale będzie wdzięczny, jeśli książę Trask znajdzie czas na

prywatną rozmowę. Po kilku minutach baron Cragdale nagle stał się następcą tronu Edvardem.

– Książę Trasku, admirał Shefter mówi mi, że przeprowadziliście nieformalne rozmowy o współpracy przeciwko naszemu

wspólnemu wrogowi, Dunnanowi. Doskonale, macie moją aprobatę i aprobatę księcia Vandarvanta, premiera, i mogę dodać,
że  również  zacnego  Mikhyla.  Myślę  jednak,  że  powinniśmy  pójść  dalej.  Formalny  traktat  pomiędzy  Tanit  i  Mardukiem  obu
stronom przyniósłby korzyści.

–  Pomyślę  nad  tym,  książę  Edvardzie.  Ale  proponujesz  małżeństwo  czy  raczej  przelotną  znajomość?  Minęło  ledwie

pięćdziesiąt godzin, odkąd „Nemezis” weszła na waszą orbitę.

– Cóż, wiemy co nieco o tobie i twojej planecie. Mamy tu liczną kolonię gilgameszańską. Na Tanit też są obecni, prawda?

Wszyscy Gilgameszanie wiedzą to, co wie jeden z nich, a nasi współpracują z wywiadem marynarki wojennej.

I  właśnie  dlatego  Dunnan  nie  prowadził  interesów  z  Gilgameszanami.  I  właśnie  o  to  chodziło  Zasparowi  Makannowi,

kiedy pomstował na gilgameszański spisek międzygwiezdny.

–  Dostrzegam  obustronne  korzyści  płynące  z  takiego  układu.  Popieram  go  z  całego  serca.  Współpraca  przeciwko

Dunnanowi, oczywiście, do tego wzajemne prawa handlowe na planetach handlowych partnera i bezpośredni handel pomiędzy
Mardukiem i Tanit. Beowulf i Amaterasu też w to wejdą. Czy ten pomysł ma również aprobatę premiera i króla?

–  Zacny  Mikhyl  jest  za,  ale,  jak  zauważysz,  istnieje  różnica  pomiędzy  nim  a  królem.  Król  nie  może  się  za  niczym

opowiadać,  dopóki  Zgromadzenie  albo  kanclerz  nie  wyrażą  zdania.  Książę  Vandarvant  prywatnie  popiera  projekt,  lecz  jako
premier wstrzymuje się z wyrażeniem opinii. Musimy uzyskać poparcie Lojalistycznej Partii Korony, zanim będzie mógł zająć
jednoznaczne stanowisko.

–  Baronie  Cragdale,  wypowiadam  się  jako  baron  Trask  z  Traskonu.  Może  opracujmy  w  ogólnym  zarysie  kształt  tego

traktatu, a potem nieoficjalnie skonsultujemy się z paroma osobami, którym możesz ufać. Wtedy zobaczymy, co można zrobić w
sprawie przedstawienia projektu odpowiednim urzędnikom rządowym…

*

Tego  wieczoru  premier  przybył  do  Cragdale,  incognito,  w  towarzystwie  kilku  działaczy  Lojalistycznej  Partii  Korony.  W

zasadzie  wszyscy  opowiadali  się  za  podpisaniem  traktatu  z  Tanit,  lecz  z  politycznego  punktu  widzenia  mieli  co  do  tego
wątpliwości. Nie przed wyborami, bo temat był zbyt kontrowersyjny. „Kontrowersyjny”, jak się wydawało, był na Marduku
najgorszym z najgorszych epitetów, jakimi można cokolwiek opatrzyć. To zrazi klasy pracujące; uznają, że zwiększony import
zagrozi  stanowiskom  pracy  w  tutejszym  przemyśle.  Jedne  międzygwiezdne  kompanie  handlowe  będą  zadowolone  z  okazji
handlowania z planetami Tanit; inne będą oburzone, że statki Tanit zyskały dostęp do ich planet. Partia Zaspara Makanna już
wrzaskliwie protestowała przeciwko remontowi „Nemezis” w bazie Królewskiej Marynarki Wojennej.

I  kilku  profesorów  przychylnych  Makannowi  wystosowało  rezolucję  wzywającą  do  postawienia  przed  sądem  księcia

Bentrika  oraz  do  przeprowadzeniu  śledztwa  w  sprawie  lojalności  admirała  Sheftera.  Ktoś  inny,  prawdopodobnie  jakiś

background image

pachołek  Makanna,  twierdził,  że  Bentrik  sprzedał  „Victrix”  kosmicznym  wikingom  i  że  filmy  z  bitwy  na  Audhumli  zostały
spreparowane w bazie księżycowej floty.

Admirał  Shefter,  kiedy  Trask  poleciał  się  z  nim  zobaczyć  następnego  dnia,  pogardliwie  zareagował  na  to  ostatnie

twierdzenie.

– Nie zwracaj uwagi na te pierdoły, coś takiego wynika przed każdymi wyborami. Na tej planecie zawsze można bezkarnie

kopać Gilgameszan i siły zbrojne, bo ani jedni, ani drudzy nie mają prawa głosu i nie mogą się odwzajemnić. Cała sprawa
pójdzie w niepamięć na drugi dzień po wyborach. Zawsze tak jest.

– Oczywiście pod warunkiem, że Makann nie wygra – zaznaczył Trask.
– Nie ma znaczenia, kto wygra. Nikt sobie nie poradzi bez marynarki wojennej i wszyscy cholernie dobrze o tym wiedzą.
Trask zapytał, czy wywiad zdobył jakieś informacje.
– Nie o tym, skąd Dunnan wiedział, że „Victrix” została wysłana na Audhumlę – odparł Shefter. – Ta misja nie była tajna.

Mogło się o niej dowiedzieć co najmniej tysiąc osób, ode mnie samego w dół do pucybutów, gdy tylko padł rozkaz. Co zaś się
tyczy  listy  statków,  którą  mi  dałeś,  to  tak.  Jeden  z  nich  regularnie  przybywa  na  tę  planetę,  odleciał  ledwie  wczoraj  rano.
„Rzetelny Horris”.

– Na Szatana, i nic nie zrobiliście?
– Nie wiedziałem, czy coś możemy zrobić. Tak, prowadziliśmy śledztwo, ale… Widzisz, statek zawinął tu po raz pierwszy

cztery lata temu, dowodzony przez jakiegoś neobarbarzyńcę, nie Gilgameszanina, niejakiego Horrisa Sasstroffa. Twierdził, że
pochodzi  ze  Skadi.  Tubylcy  mają  tam  kilka  statków,  jakieś  sto  lat  temu  mieściła  się  tam  baza  kosmicznych  wikingów.
Naturalnie, statek nie miał papierów. Tramp handlujący wśród neobarbarzyńców. Mogą minąć lata, zanim trafisz na planetę,
gdzie  ktokolwiek  słyszał  o  papierach  okrętowych.  Statek  był  w  kiepskim  stanie,  prawdopodobnie  jakieś  sto  lat  temu  ktoś
wyrzucił go na złom na Skadi i tubylcy doprowadzili go do stanu względnej używalności. Zawinął tu dwa razy, jak wynika z
rejestrów, i za drugim razem już nie dał rady odlecieć. Ponieważ Sasstroff nie miał pieniędzy na remont i na uiszczenie opłat
postojowych  w  porcie  kosmicznym,  statek  został  zasekwestrowany  i  wystawiony  na  sprzedaż.  Kupiła  go  jakaś  dychawiczna
kompania  handlowa  i  trochę  podreperowała.  Zbankrutowali  jakiś  rok  temu  i  statek  przeszedł  w  ręce  innej  małej  spółki,
Gwiezdni  Handlarze  Sp.  z  o.o.  Używali  go  do  rutynowych  lotów  na  Gimlego.  Zdaje  się,  że  działają  legalnie,  ale  się  im
przyglądamy. Szukamy też Sasstroffa, na razie bez skutku.

– Jeśli macie kogoś na Gimlim, możecie się dowiedzieć, czy ktoś coś wie o tym statku. Może się okazać, że wcale tam nie

latał.

– Możemy to sprawdzić – zgodził się Shefter. – Zaraz się tym zajmiemy.

*

Na drugi dzień rano po pierwszej rozmowie Traska z księciem Edvardem wszyscy w Cragdale wiedzieli o projektowanym

traktacie  z  Tanit.  Królowa  królewskiej  sypialni,  królewskiego  pokoju  zabaw  i  królewskiej  łazienki  upierała  się,  że  jej
królestwo też powinno zawrzeć traktat z Tanit.

Trask zaczynał myśleć, że będzie to jedyny traktat, który podpisze na Marduku, i nękały go coraz większe wątpliwości.
– Uważasz, że to rozsądne? – zapytał lady Valerie Alvarath. Królowa trzech pokoi i jednego czteronogiego poddanego już

zarządziła,  że  lady  Valerie  będzie  dziewczyną  wikińskiego  księcia  na  planecie  Marduk.  –  Jeśli  informacje  wyciekną,  ci
wariaci  z  Dobra  Ludu  błyskawicznie  je  podchwycą,  przeinaczą  i  przedstawią  jako  dowód  na  istnienie  jakiegoś  groźnego
spisku.

–  Uważam,  że  Jej  Wysokość  może  podpisać  traktat  z  księciem  Traskiem  –  zadecydowała  premier  Jej  Wysokości.  –  Ale

musi to pozostać w sekrecie.

–  Jejku!  –  Myrna  szeroko  otworzyła  oczy.  –  Prawdziwy  tajny  traktat,  jak  za  czasów  najbardziej  niegodziwych  władców

starej dyktatury! – Z entuzjazmem przytuliła swojego poddanego. – Założę się, że nawet dziadek nie ma tajnych traktatów!

*

W ciągu paru dni wszyscy na Marduku wiedzieli, że rząd rozpatruje zawarcie traktatu z Tanit. Jeśli ktoś nie wiedział, to nie

z  winy  partii  Zaspara  Makanna,  który  miał  do  dyspozycji  niepokojąco  wielką  liczbą  stacji  telewizyjnych.  Zalewał  eter
koszmarnymi  historiami  o  zbrodniach  kosmicznych  wikingów  i  oskarżeniami  pod  adresem  wygodnie  nie  podawanych  z
nazwiska zdrajców w otoczeniu króla i następcy tronu, gotowych sprzedać Marduka i rzucić go na pastwę grabieży. Źródłem
przecieku  najwyraźniej  nie  było  Cragdale,  bo  powszechnie  uważano,  że  Trask  wciąż  przebywa  w  pałacu  królewskim  w

background image

Malvertonie. Przynajmniej tam makanniści urządzali demonstracje przeciwko niemu.

Trask  oglądał  taką  demonstrację  na  ekranach;  odbiornik  zainstalowano  na  jednym  lądowisk  pałacu,  z  widokiem  na

otaczające go rozległe parki. Zbity tłum parł w kierunku kordonu policji. Front tłumu wyglądał jak szachownica – czworoboki
w  cywilnych  ubraniach  sąsiadowały  z  czworobokami  Straży  Ludowej  Zaspara  Makanna  w  dziwnie  kobiecych  uniformach.
Nad głowami ludzi unosiły się małe antygrawitacyjne platformy z zamontowanymi megafonami, które ryczały:

KOSMICZ-NY WI-KING – DO DO-MU!

KOSMICZ-NY WI-KING – DO DO-MU!

Policjanci stali bez ruchu w paradnej postawie spocznij. Tłum podsuwał bliżej. W odległości pięćdziesięciu jardów od

kordonu czworoboki Straży runęły do przodu i utworzyły głęboki na sześć rzędów szereg wzdłuż całego frontu. W tym samym
czasie  tylne  formacje  odepchnęły  na  bok  zwyczajnych  demonstrantów  i  zajęły  ich  miejsce.  Trask  nienawidził  ich  coraz
bardziej, z sekundy na sekundę, musiał jednak pochwalić sprawność i zdyscyplinowanie, z jakimi przeprowadzono manewr.
Zastanawiał się, jak długo ćwiczyli tę taktykę. Nie zatrzymując się, szeregi Straży maszerowały w stronę policjantów, którzy
teraz przyjęli postawy bojowe.

KOSMICZ-NY WI-KING – DO DO-MU!

KOSMICZ-NY WI-KING – DO DO-MU!

– Strzelać! – usłyszał własny wrzask. – Nie pozwólcie im podejść bliżej! Strzelać!
Nie  mieli  z  czego  strzelać,  mieli  tylko  pałki,  broń  nie  lepszą  niż  guzowate  laski  Straży  Ludowej.  Po  krótkiej  wymianie

ciosów po prostu zniknęli, a bojówkarze Makanna kontynuowali marsz.

Niedługo później nastąpił koniec. Bramy pałacu były zamknięte, tłum wyległ zza pleców Straży Ludowej, przypuścił na nie

szturm i stanął. Megafony ryczały, powtarzając swoją mantrę.

– Ci policjanci zostali zamordowani – powiedział Trask. – Zamordowani przez człowieka, który rozkazał im tam wyjść

bez broni.

– To hrabia Naydnayr, minister bezpieczeństwa – powiedział ktoś.
– W takim razie jego za to powieście.
– Co innego ty byś zrobił? – zapytał następca tronu, książę Edvard.
– Wysłał jakieś pięćdziesiąt wozów bojowych. Wytyczył linię, której nie wolno przekroczyć pod karą śmierci, i otworzył

ogień z karabinów maszynowych, gdyby ktoś to zrobił. Strzelałbym, dopóki niedobitki nie uciekną. Potem rozesłałbym wozy
bojowe  po  mieście  i  kazał  strzelać  do  każdego,  kto  nosi  mundur  Straży  Ludowej.  W  ciągu  czterdziestu  ośmiu  godzin  Partia
Dobra Ludu odeszłaby w niebyt razem z Zasparem Makannem.

Rysy zastępcy tronu stężały.
– Może tak załatwiacie sprawy w Światach Miecza, książę Trasku. Tutaj na Marduku postępujemy inaczej. Nasz rząd nie

zamierza przelewać krwi swojego ludu.

Trask miał na końcu języka ripostę, że skończy się tym, iż lud przeleje ich krew. Zamiast tego powiedział cicho:
– Przepraszam, książę Edvardzie. Macie tu na Marduku cudowną cywilizację. Można by prawie zrobić z niej coś dobrego.

Ale teraz jest już za późno. Rozwarliście bramy, barbarzyńcy są w mieście.

background image

XXIII

Kolorowe  turbulencje  spłowiały,  ustępując  szarości  hiperprzestrzeni;  pięćset  godzin  do  Tanit.  Guatt  Kirbey  zabezpieczał
pulpit  sterowania,  szczęśliwy,  że  może  wrócić  do  swojej  muzyki.  Vann  Larch  wróci  do  swoich  obrazów  i  pędzli,  a  Alvyn
Karffard do modelu, który zostawił nieukończony, kiedy „Nemezis” wyszła ze skoku z Audhumli.

Trask  poszedł  do  katalogu  biblioteki  i  wystukał  hasło  „Historia  staroterrańska”.  Znalazł  mnóstwo  pozycji,  dzięki

Harkamanowi.  Potem  wpisał  „Hitler,  Adolf”.  Harkaman  miał  rację;  wszystko,  co  mogło  się  zdarzyć  w  ludzkim
społeczeństwie,  już  się  kiedyś  zdarzyło,  w  takiej  czy  innej  formie,  gdzieś  i  w  jakimś  czasie.  Hitler  mu  pomoże  zrozumieć
Zaspara Makanna.

Gdy statek wynurzył się z hiperprzestrzeni, z żółtym słońcem Tanit pośrodku ekranu, wiele już wiedział o Hitlerze, czasem

zwanego Schicklgruberem, i ze smutkiem rozmyślał, jak zgasną światła cywilizacji na Marduku.

Poza „Lamią”, ogołoconą z dillinghamów i zapchaną ciężkim uzbrojeniem i instrumentami detekcji, patrol okołoplanetarny

pełnił  „Bicz  Kosmosu”  wraz  z  „Królową  Flavią”.  Na  orbicie  tuż  nad  atmosferą  unosiło  się  kilka  innych  statków:
gilgameszanin,  jeden  z  frachtowców  linii  Gram-Tanit,  dwóch  kosmicznych  wikingów  –  wolnych  strzelców  i  jakiś  nowy
nieznajomy  statek.  Kiedy  Trask  zapytał  bazę  księżycową,  kto  zacz,  powiedziano  mu,  że  to  „Bogini  Słońca”  z  Amaterasu.  W
ciągu  roku  sprawili  się  lepiej  niż  przypuszczał.  Otto  Harkaman  zabrał  „Korysandę”,  żeby  najeżdżać  i  odwiedzać  planety
handlowe.

Trask zastał w Rivingtonie swojego kuzyna Nikkolaya. Kiedy zapytał go o Traskon, Nikkolay zaklął.
–  Nic  nie  wiem  o  Traskonie.  Już  nie  mam  nic  wspólnego  z  Traskonem.  Traskon  jest  teraz  prywatną  własnością  naszej

wielce  umiłowanej  królowej  Evity.  Traskowie  mają  dziś  na  Gramie  tyle  ziemi,  że  nie  wystarczy  im  nawet  na  rodzinny
cmentarz. Widzisz, do czego doprowadziłeś? – dodał z goryczą.

–  Nie  musisz  ciągle  do  tego  wracać,  Nikkolayu.  Gdybym  został  na  Gramie,  pomógłbym  Angusowi  objąć  tron  i  w  końcu

wyszłoby na to samo.

– Mogłoby być zupełnie inaczej. Mógłbyś sprowadzić swoje statki i ludzi z powrotem na Grama i sam zasiąść na tronie.
– Nie, nigdy nie wrócę na Grama. Teraz Tanit jest moją planetą. Ale wypowiem posłuszeństwo Angusowi. Równie dobrze

mogę handlować na Morglayu, Joyeuse albo Flambergu.

–  Nie  będziesz  musiał,  możesz  handlować  z  Newhaven  i  Bigglersportem.  Hrabia  Lionel  i  książę  Joris  sprzeciwiają  się

Angusowi.  Odmówili  dostarczania  mu  ludzi,  wypędzili  jego  poborców  podatkowych,  tych,  których  nie  powiesili,  i  budują
własne  statki.  Angus  też  buduje  statki.  Nie  wiem,  czy  zamierza  ich  użyć  do  walki  z  Bigglersportem  i  Newhaven,  czy
zaatakować ciebie, ale dojdzie do wojny przed końcem przyszłego roku.

„Dobra  Nadzieja”  i  „Weronika”,  jak  Trask  dowiedział  się,  wróciły  na  Grama.  Dowodzili  nimi  ludzie,  którzy  ostatnio

weszli  w  łaski  na  dworze  króla  Angusa.  „Czarna  Gwiazda”  i  „Królowa  Flavia”  –  której  kapitan  pogardliwie  zignorował
rozkaz z Grama, żeby ją przechrzcić na „Królową Evitę” – pozostały. Były jego statkami, nie króla Angusa. Kapitan obecnego
na orbicie statku handlowego z Wardshaven odmówił zabrania ładunku do Newhaven, gdyż został wynajęty przez króla Angusa
i nie chciał przyjmować rozkazów od nikogo innego.

–  W  porządku  –  powiedział  mu  Trask.  –  To  twoja  ostatnia  podróż  na  Tanit.  Jeśli  sprowadzisz  tu  statek  wyczarterowany

przez Angusa, to go zestrzelimy.

Potem kazał odkurzyć regalia, które miał na sobie podczas ostatniego audiowizuala nagrywanego dla Angusa. Z początku

miał zamiar ogłosić się królem Tanit. Lord Valpry, baron Rathmore i jego kuzyn wybili mu to z głowy.

–  Pozostań  księciem  Tanit  –  powiedział  Valpry.  –  Tytuł  nijak  nie  wpływa  na  zakres  twojej  władzy,  a  jeśli  wysuniesz

roszczenia do tronu Grama, ktoś może powiedzieć, że jesteś obcym królem próbującym zaanektować planetę.

Trask wcale nie miał zamiaru robić niczego takiego, ale Valpry doradzał mu z całą powagą.
Tak  więc  zasiadł  na  tronie  jako  suwerenny  książę  Tanit  i  wypowiedział  poddaństwo  „Angusowi,  diukowi  Wardshaven,

samozwańczemu  królowi  Grama”.  Wysłali  nagranie  na  skądinąd  pustym  frachtowcu.  Druga  kopia  poleciała  do  hrabiego
Newhaven wraz z ładunkiem na „Bogini Słońca”, pierwszym nienależącym do kosmicznych wikingów statkiem wysłanym na
Grama ze Starej Federacji.

*

background image

Siedemset pięćdziesiąt godzin po powrocie „Nemezis”, „Korysanda” wyszła ze swojego ostatniego mikroskoku. Harkaman

natychmiast  się  dowiedział  o  bitwie  o  Audhumlę  oraz  o  zniszczeniu  „Jo-Jo”  i  „Enterprise’a”.  Sam  zameldował  o  udanej
wyprawie  grabieżczej,  z  której  przywiózł  bogate  łupy.  Dziwnie  różnorodne  łupy,  co  dało  się  zauważyć,  kiedy  je  zaczął
wymieniać.

– Dlaczego nie? – odparł. – Łupy z drugiej ręki. Najechałem dla nich Dragona.
Dragon był planetą kosmicznych wikingów, okupowaną przez niejakiego Fedriga Barragona. Tamtejsza baza służyła wielu

statkom, łącznie z kilkoma dowodzonymi przez jego bękarcich synów.

–  Statki  Barragona  napadły  na  jedną  z  naszych  planet  –  wyjaśnił  Harkaman.  –  Ganapati.  Złupili  kilka  miast,  jedno

zniszczyli, zabili wielu tubylców. Dowiedziałem się o tym od kapitana Ravalla z „Czarnej Gwiazdy”, który niedawno przybył
z Ganapatiego. Beowulf leżał praktycznie po drodze, więc tam zawinęliśmy i znaleźliśmy gotową do lotu „Zmorę Grendela”. –
„Zmora Grendela” była drugim beowulfiańskim statkiem, siostrzaną jednostką „Daru Wikinga”. – Dołączyła do nas i we trójkę
polecieliśmy  na  Dragona.  Rozwaliliśmy  jeden  statek,  drugi  uszkodziliśmy  i  złupiliśmy  bazę  Barragona.  Jest  tam  kolonia
Gilgameszan, ich nie ruszyliśmy. Powiedzą innym, co zrobiliśmy i dlaczego.

– To powinno dać do myślenia księciu Viktorowi z Xochitl – skomentował Trask. – Gdzie są teraz inne statki?
– „Zmora Grendela” wraca na Beowulfa, po drodze wstąpi na Amaterasu, żeby trochę pohandlować. „Czarna Gwiazda”

poleciała na Xochitl. To tylko przyjacielska wizyta, wpadną przywitać się z księciem Viktorem w twoim imieniu. Ravallo ma
mnóstwo audiowizuali z operacji na Dragonie. Potem poleci na Dżaganata, złożyć wizytę Nikky’emu Grathamowi.

*

Harkaman pochwalił podejście Traska i jego decyzje związane z królem Angusem.
–  Ostatecznie  nie  musimy  prowadzić  interesów  ze  Światami  Miecza.  Mamy  własny  przemysł,  możemy  produkować  to,

czego nam potrzeba, i handlować z Boewulfem i Amaterasu, a także z Xochitl, Dżaganatem i Hot, jeśli zdołamy z nimi zawrzeć
jakiegoś rodzaju porozumienie. Wszyscy się zgadzają, żeby zostawiać w spokoju planety handlowe innych. Wielka szkoda, że
ci się nie udało dość do porozumienia z Mardukiem. – Przez parę sekund Harkaman dumał nad tym z żalem, potem wzruszył
ramionami. – Nasze wnuki, jeśli będą, prawdopodobnie najadą Marduka.

– Tak sądzisz?
– A ty nie? Byłaś tam i widziałeś, co się dzieje. Barbarzyńcy powstają, mają przywódcę, jednoczą się. Barbarzyństwo leży

u  podstaw  każdego  społeczeństwa.  Wszędzie  są  ludzie,  którzy  nie  rozumieją  cywilizacji  i  którzy  nie  umieliby  jej  docenić,
gdyby  ją  zrozumieli.  Pasażerowie  na  gapę.  Ludzie,  którzy  niczego  nie  tworzą  i  nie  uznają  wartości  tego,  co  inni  dla  nich
stworzyli; którzy myślą, że cywilizacja jest czymś, co po prostu istnieje i że wystarczy cieszyć się tym, co potrafią zrozumieć:
luksusami, wysokim poziomem życia i łatwą pracą za wysoką pensję. Obowiązki? Fuj! Od czego mają rząd?

Trask pokiwał głową.
–  A  teraz  gapowicze  doszli  do  przekonania,  że  wiedzą  więcej  o  statku  niż  ludzie,  którzy  go  zaprojektowali,  i  dlatego

zamierzają  zająć  miejsce  u  steru.  Zaspar  Makann  im  mówi,  że  mogą  to  zrobić,  i  jest  ich  przywódcą.  –  Nalał  sobie  drinka  z
karafki,  która  została  złupiona  na  Puszanie;  była  to  planeta,  gdzie  cztery  wieki  temu  obalono  republikę  na  rzecz  dyktatury,
później  dyktatura  planetarna  rozpadła  się  na  tuzin  dyktatur  regionalnych,  a  obecnie  tubylcy  zajmowali  się  uprawą  roli,
hodowlą  i  rękodzielnictwem.  –  A  jednak  czegoś  nie  rozumiem.  W  drodze  do  domu  czytałem  o  Hitlerze.  Nie  byłbym
zaskoczony, gdyby Zaspar Makann też o nim czytał, bo stosuje wszystkie jego sztuczki. Ale Hitler doszedł do władzy w kraju
zubożonym przez klęskę militarną. Marduk nie prowadził wojny od prawie dwóch pokoleń, a i wtedy była to tylko farsa.

–  To  nie  wojna  doprowadziła  Hitlera  do  władzy.  Klasa  rządząca  państwa,  czyli  ludzie  stanowiący  jego  siłę  napędową,

została zdyskredytowana. Biedota, barbarzyńcy domowego chowu, nie miały nikogo, kto przyjąłby za nie odpowiedzialność.
Na  Marduku  mają  klasę  rządzącą,  która  sama  się  dyskredytuje.  Klasę  rządzącą,  która  się  wstydzi  swoich  przywilejów  i
wymiguje  od  swoich  obowiązków.  Klasę  rządzącą,  która  doszła  do  przekonania,  że  masy  są  zadowolone,  a  w  oczywisty
sposób  nie  są.  Klasę  rządzącą,  która  się  wzbrania  przed  użyciem  siły  dla  zachowania  swojej  pozycji.  Co  więcej,  mają
demokrację i pozwalają wrogom demokracji chronić się za prawami, które stoją na jej straży.

– W Światach Miecza nie mamy takiej demokracji, jeśli to właściwe słowo – powiedział Trask. – Nasza klasa rządząca

nie  wstydzi  się  swojej  władzy,  nasi  ludzie  nie  są  autostopowiczami  i  dopóki  będą  przyzwoicie  traktowani,  nie  spróbują
sięgnąć po władzę. Ale i my nie radzimy sobie zbyt dobrze.

Wojna  dynastyczna  na  Morglayu  sprzed  paru  stuleci  wciąż  tliła  się  i  dymiła.  Na  Durendalu  trwała  wojna  Oskarsan-

Elmersan,  w  którą  wtrącił  się  Flamberg  i  ostatnio  Joyeuse.  I  sytuacja  na  Gramie  szybko  się  zbliżała  do  osiągnięcia  masy
krytycznej.

Harkaman pokiwał głową na znak, że się z nim zgadza.

background image

– Wiesz, dlaczego? Wśród nas to nasi władcy są barbarzyńcami. Ani jeden, Napolyon z Flamberga, Rodolf z Excalibura

czy  Angus  z  mniej  więcej  połowy  Grama  nie  jest  oddany  cywilizacji  czy  czemukolwiek  innemu  poza  sobą,  i  to  jest  oznaką
barbarzyństwa.

– A czemu ty jesteś dodany, Otto?
– Tobie. Jesteś moim naczelnikiem. To kolejny znak barbarzyństwa.

*

Zanim Trask opuścił Marduka, admirał Shefter wysłał statek na Gimlego, żeby rozpytać o „Rzetelnego Horrisa”. Miała tam

zostać  szalupa  z  kilkoma  ludźmi,  żeby  przekazali  wiadomości  statkowi  z  Tanit.  Trask  wysłał  „Bicz  Kosmosu”  z  Boakem
Valkanhaynem.

Z  Grama  przyleciała  „Błękitna  Kometa”  Lionela  z  Newshaven,  przywożąc  ładunek  towarów.  Kapitanowi  zależało  na

materiałach  rozszczepialnych  i  gadolinie,  bo  hrabia  Lionel  budował  kolejne  statki.  Krążyła  pogłoska,  że  Omfray  z  Glaspyth
wysuwa  roszczenia  do  tronu  Grama,  powołując  się  na  prawa  siostry  swojej  prababki,  która  wyszła  za  pradziadka  diuka
Angusa. Roszczenia były zupełnie bezpodstawne, ale chodziły słuchy, że poprze je król Konrad z Hauteclere.

Baron Rathmore, lord Valpry, Lothar Ffayle i inni panowie z Grama natychmiast podnieśli krzyk, że Trask powinien wrócić

z  flotą  i  zająć  tron  dla  siebie.  Harkaman,  Valkanhayn,  Karffard  i  inni  kosmiczni  wikingowie  sprzeciwiali  się  temu  z  równą
zaciekłością.  Harkaman  wciąż  pamiętał  o  stracie  pierwszej  „Korysandy”  na  Durendalu,  a  inni  nie  chcieli  brać  udziału  w
sprzeczkach Świata Miecza. Znów zaczęli agitować, że Trask powinien się obwołać królem Tanit.

Odmówił jednym i drugim, co rozczarowało obie strony. I tak oto na Tanit w końcu zawitała polityka partyjna. Może było

to kolejnym kamieniem milowym postępu.

Podpisano  traktat  chepryjski  pomiędzy  książęcym  państwem  Tanit,  Wspólnotą  Beowulfa  i  Ligą  Planetarną  Amaterasu.

Mieszkańcy Chepriego wyrazili zgodę na zakładanie baz na ich planecie, dostarczenie siły roboczej i posyłanie uczniów do
szkół  na  wszystkich  trzech  planetach.  Tanit,  Beowulf  i  Amaterasu  zobowiązały  się  do  wspólnej  obrony  Chepriego,  wolnego
handlu  pomiędzy  sobą  i  wzajemnym  służeniu  pomocą  zbrojną.  To  rzeczywiście  było  kamieniem  milowym  postępu,
bezdyskusyjnie.

*

„Bicz  Kosmosu”  wrócił  z  Gimlego  i  Valkanhayn  zameldował,  że  nikt  na  planecie  nigdy  nie  widział  ani  nie  słyszał  o

„Rzetelnym  Horrisie”.  Znaleźli  tam  szalupę  mardukańskiego  statku,  obsadzoną  wyłącznie  przez  oficerów,  niektórych  z
wywiadu  Królewskiej  Marynarki  Wojennej.  Według  nich  śledztwo  dotyczące  poczynań  tego  statku  utknęło  w  martwym
punkcie.  Domniemani  właściciele  twierdzili,  i  mieli  papiery  na  dowód,  że  wyczarterowali  go  prywatnemu  kupcowi,  on  zaś
oznajmił,  i  miał  papiery  na  dowód,  że  jest  obywatelem  Planetarnej  Republiki  Atona.  Gdy  tylko  zaczęli  go  wypytywać,  z
odsieczą  ruszył  atoński  ambasador,  który  wystosował  gwałtowny  protest  do  mardukańskigo  Ministerstwa  Spraw
Zagranicznych. Partia Dobra Ludu natychmiast się rzuciła na ten incydent i napiętnowała śledztwo jako niczym nieuzasadnione
prześladowanie  obywatela  przyjaznego  mocarstwa  za  namową  skorumpowanych  narzędzi  gilgameszańskiego  spisku
międzygwiezdnego.

– Więc tak się sprawy mają – dokończył Valhanhayn. – Wygląda na to, że zbliżają się wybory i boją się zrazić do siebie

każdego,  kto  ma  prawo  głosu.  Dlatego  marynarka  porzuciła  dochodzenie.  Wszyscy  na  Marduku  boją  się  tego  Makanna.
Myślisz, że może być w jakiś sposób powiązany z Dunnanem?

– Ten pomysł przyszedł mi do głowy. Czy od czasu bitwy o Audhumlę doszło do kolejnych napaści na planety handlowe

Marduka?

– Tak. „Bolid” był na Audhumli jakiś czas temu. Były tam dwa mardukańskie statki. Podreperowali „Victrix” na tyle, że

mogła walczyć. Razem wyeliminowali „Bolid”.

Czas,  jaki  upłynął  pomiędzy  zniszczeniem  „Enterprise’a”  i  „Jo-jo”  a  pojawieniem  się  ”Bolidu”,  pozwolił  im  obliczyć

promień ograniczający wokół Audhumli. Wynosił siedemset lat świetlnych, co obejmowało również Tanit.

Dlatego Trask wyekspediował Harkamana w „Korysandzie” i Ravalla w „Czarnej Gwieździe”, żeby odwiedzili planety, z

którymi  handlował  Marduk.  Mieli  szukać  statków  Dunnana,  wymieniając  informacje  z  mardukańską  Królewską  Marynarką
Wojenną. Prawie od razu pożałował tej decyzji, bo następny gilgameszanin, który wszedł na orbitę Tanit, przywiózł wieści, że
książę Viktor gromadzi flotę na Xochitl. Trask wysłał ostrzeżenia na Amaterasu, Beowulfa i Chepriego.

Przybył  statek  z  Bigglersportu,  ciężko  uzbrojony  wyczarterowany  frachtowiec.  Kapitan  zameldował,  że  na  Gramie

background image

dochodzi  do  sporadycznych  potyczek  –  ludzie  buntują  się  przeciwko  podatkom  nałożonym  przez  króla  Angusa,
niezidentyfikowani sprawcy napadają na posiadłości skonfiskowane rzekomym zdrajcom i przekazane Garvanowi Spassowi,
który  został  awansowany  z  barona  na  hrabiego.  Rovard  Grauffis  zmarł,  wszyscy  mówili,  że  otruty  albo  przez  Spassa,  albo
królową Evitę, albo ich razem. Pomimo zagrożenia ze strony Xochitl, niektórzy magnaci z Wardshaven zaczęli przebąkiwać o
wysłaniu statków na Grama.

Mniej niż tysiąc godzin po odlocie gilgameszanina wrócił Ravallo w „Czarnej Gwieździe”.
–  Poleciałem  na  Gimlego  i  nie  spędziłem  tam  nawet  pięćdziesięciu  godzin,  kiedy  zjawił  się  okręt  mardukańskiej  floty.

Ucieszyli się na mój widok, bo to im oszczędziło wysyłania szalupy na Tanit. Mieli dla ciebie wiadomości i kilku pasażerów.

– Pasażerów?
– Tak. Sam zobaczysz, kim są i skąd pochodzą. I nie pozwól, żeby zobaczył ich ktoś z bokobrodami i w płaszczu zapiętym

na ostatni guzik – powiedział Ravallo. – Wszystko, co ci ludzie wiedzą, błyskawicznie rozchodzi się po całym wszechświecie.

*

„Czarna  Gwiazda”  przywiozła  Lucile,  księżną  Bentrik,  i  jej  syna,  młodego  hrabiego  Ravary.  Oboje  zasiedli  do  kolacji

tylko z Traskiem i kapitanem Ravallem.

–  Nie  chciałam  zostawiać  męża,  nie  chciałam  tu  przybywać  i  ci  się  narzucać,  książę  Trasku  –  zaczęła  księżna  –  ale  on

nalegał. Spędziliśmy  całą  podróż na  Gimlego  ukryci w  kwaterach  kapitana  i tylko  kilku  oficerów wiedziało,  że  jesteśmy  na
pokładzie.

– Makann wygrał wybory, prawda? – zapytał Trask. – I książę Bentrik nie chce ryzykować, że staniecie się zakładnikami?
– Zgadza się. W zasadzie Makann nie wygrał, choć na jedno wychodzi. Nikt nie ma większości w Izbie Reprezentantów,

ale  utworzył  koalicję  z  kilkoma  frakcjami  i  ze  wstydem  powiem,  że  teraz  go  popiera  wielu  członków  Lojalistycznej  Partii
Korony. Ukuli jakąś niedorzeczną frazę o „fali przyszłości”, cokolwiek to oznacza.

– Jeśli nie możesz ich pokonać, przyłącz się do nich – wtrącił hrabia Ravary.
– Mój syn jest trochę zgorzkniały – powiedziała księżna Bentrik. – Ja też muszę się przyznać do odrobiny goryczy.
– Tyle, jeśli chodzi o reprezentantów – powiedział Trask. – A co z resztą rządu?
–  Dzięki  poparciu  frakcji  i  byłych  lojalistów  makanniści  mają  większość  miejsc  w  Izbie  Delegatów.  Miesiąc  temu

większość delegatów z oburzeniem zaprzeczała jakimkolwiek powiązaniom z Makannem, ale stu ze stu dwudziestu jest jego
stronnikami. Makann oczywiście został kanclerzem.

– A kto jest premierem? – zapytał. – Andray Dunnan?
Przez chwilę miała zakłopotaną minę.
– Nie – odparła. – Premierem jest następca tronu, książę Edvard. Nie, baron Cragdale. To nie jest tytuł królewski, więc

przy odrobinie gimnastyki umysłowej mogę udawać, że Edvard nie piastuje stanowiska jako członek rodziny królewskiej.

– Jeśli możesz… – zaczął chłopiec.
– Stevenie! Zakazałam ci mówić o… o baronie Cragdale. Wierzy, bardzo szczerze, że wybory były wyrazem woli ludu i że

ma obowiązek się do niej dostosować.

Trask  żałował,  że  nie  ma  z  nimi  Otta  Harkamana.  Prawdopodobnie  mógłby  wymienić,  bez  robienia  przerwy  dla

zaczerpnięcia  oddechu,  sto  wielkich  państw,  które  legły  w  gruzach,  ponieważ  ich  władcy  uznali,  że  powinni  się  kłaniać
zamiast  władać,  i  nie  mogli  się  zmusić  do  przelania  krwi  swoich  poddanych.  Edvard  byłby  idealnym,  godnym  podziwu
baronem w jakimś małym kraju. Jako premier na Marduku był kompletnie beznadziejny.

Trask zapytał, czy Straż Ludowa już wyciągnęła pistolety spod łóżka i zaczęła je nosić publicznie.
– Owszem. Miałeś rację, wszyscy są uzbrojeni. Mają nie tylko broń ręczną, także wozy bojowe i broń ciężką. Zaraz po

utworzeniu nowego rządu uzyskali status elementu Planetarnych Sił Zbrojnych. Zajęli wszystkie posterunki policji na planecie.

– A król?
– Jakoś się trzyma. Wzrusza ramionami i mówi: „Ja tu tylko panuję”. Co innego może zrobić? Od trzystu lat redukujemy i

osłabiamy władzę królewską.

– Co robi książę Bentrik i dlaczego się boi, że oboje zastaniecie wzięci jako zakładnicy?
– Zamierza walczyć – odparła. – Nie pytaj mnie, jak ani czym. Może partyzantka w górach. Nie wiem. Ale jeśli nie zdoła

ich pokonać, to na pewno do nich nie dołączy. Chciałam z nim zostać i służyć pomocą. Odparł, że najlepiej mu pomogę, jeśli
zabiorę Stevena tam, gdzie nie będzie się musiał o nas martwić.

–  Chciałem  zostać  –  odezwał  się  chłopiec.  –  Mógłbym  walczyć  u  jego  boku.  Ale  powiedział,  że  mam  się  opiekować

mamą. I że gdyby zginął, muszę mieć możliwość go pomścić.

– Wysławiasz się jak mieszkaniec Świata Miecza, już ci to kiedyś mówiłem. – Po chwili wahania Trask zwrócił się do

background image

księżnej Bentrik. – Jak się ma mała księżniczka Myrna? – Siląc się na lekki ton, dodał: – I lady Valerie?

Valerie  wydawała  się  taka  prawdziwa  i  obecna  ze  swoimi  błękitnymi  oczami  i  włosami  czarnymi  jak  kosmos,

prawdziwsza niż Elaine od lat.

– Są w Cragdale, tam będą bezpieczne. Mam nadzieję.

background image

XXIV

Próba ukrycia obecności żony księcia Bentrika i jej syna na Tanit wiązałaby się z doprowadzeniem środków ostrożności do
granic  absurdu.  Przyjęto,  że  wieści  wyciekną  na  Marduka  przez  Gilgamesza,  więc  będą  musiały  pokonać  odległość  ponad
siedmiuset  lat  świetlnych  do  tego  drugiego  i  prawie  tysiąc  stamtąd  do  pierwszego.  Lepiej,  żeby  księżna  Lucile  cieszyła  się
towarzystwem w Rivingtonie, jakie by ono nie było, i chociaż raz na jakiś czas uwalniała od niepokoju o męża. Zapewnienie
rozrywki dziesięcioletniemu – nie, miał prawie dwanaście lat, bo przecież minęło półtora roku, odkąd Trask opuścił Marduka
– hrabiemu Ravary było znacznie łatwiejsze. W końcu przebywał wśród prawdziwych kosmicznych wikingów na wikińskiej
planecie,  próbował  być  wszędzie  i  zobaczyć  wszytko  na  raz.  Niewątpliwie  fantazjował,  że  jest  kosmicznym  wikingiem  i
wraca na Marduka z wielką armadą, żeby uratować swojego ojca i króla przed Zasparem Makannem.

Traskowi  to  odpowiadało,  bo  jako  gospodarz  pozostawiał  wiele  do  życzenia.  Jemu  też  nie  brakowało  zmartwień  i

wszystkie  one  nosiły  jedno  imię:  książę  Viktor  z  Xochitl.  Przewałkował  z  Manfredem  Ravallem  wszystko,  co  mógł  mu
powiedzieć kapitan „Czarnej Gwiazdy”. Kiedyś rozmawiał z Viktorem; pan Xochitl był lodowato uprzejmy i pełen dystansu.
Jego  podwładni  okazywali  jawną  wrogość.  Na  orbicie  albo  w  porcie  kosmicznym  Viktora  poza  gilgameszanami  i
wędrownymi  handlarzami  było  pięć  statków,  dwa  z  nich  Viktora,  i  tuż  przed  odlotem  „Czarnej  Gwiazdy”  przybył  wielki
opancerzony  frachtowiec  z  Hauteclere.  W  stoczniach  i  wokół  portu  kosmicznego  panowała  znaczna  aktywność,  jakby
przygotowywali coś na wielką skalę.

Xochitl leżała tysiąc lat świetlnych od Tanit. Trask natychmiast odrzucił pomysł przypuszczania ataku prewencyjnego, Jego

statki mogły dotrzeć na Xochitl i znaleźć ją bez obrony, a po powrocie zobaczyć, że Tanit została zdewastowana. Takie rzeczy
już się zdarzały w wojnach kosmicznych. Postanowił nie ruszać się z miejsca, obronić Tanit, kiedy Viktor zaatakuje, a później
przypuścić  kontratak,  jeśli  w  tym  czasie  zostaną  mu  jakieś  statki.  Książę  Viktor  prawdopodobnie  rozumował  w  ten  sam
sposób.

Trask nie miał czasu na myślenie o Andrayu Dunnanie. Pragnął, żeby Otto Harkaman też przestał o nim myśleć i sprowadził

„Korysandę” do domu. Potrzebował tego statku na Tanit, a także rozumu i odwagi jego dowódcy.

Z  Xochitl  dotarło  więcej  wieści  –  ze  źródeł  gilgameszańskich.  Na  planecie  były  tylko  dwa  statki,  uzbrojone  jednostki

handlowe. Książę Viktor wyruszył z pozostałymi jakieś dwa tysiące godzin przed tym, nim Trask otrzymał wiadomość. Było to
dwa  razy  więcej  czasu  niż  potrzeba,  żeby  armada  z  Xochitl  dotarła  do  Tanit.  Victor  nie  poleciał  na  Beowulfa  –  tylko
sześćdziesiąt pięć godzin dzieliło go od Tanit, więc usłyszeliby o nim dawno temu. Ani na Amaterasu, ani na Chepriego. Ile
miał statków? Nie wiadomo. Nie mniej niż pięć, a możliwe, że więcej. Mógł zakraść się do układu Tanit i ukryć swoje statki
na  którejś  z  zewnętrznych  niezamieszkanych  planet.  Trask  wysłał  Valkanhayna  i  Ravalla,  żeby  to  sprawdzili.  Po  powrocie
zameldowali,  że  nikogo  nie  znaleźli.  Dobre  i  tyle;  przynajmniej  Viktor  z  Xochitl  nie  koczował  w  ich  własnym  układzie,
czekając na stosowną chwilę do ataku.

Ale  gdzieś  był  i  knuł,  i  nie  było  możliwości  przewidzieć,  kiedy  jego  statki  pojawią  się  na  Tanit.  Pozostawało  im  tylko

czekać.  Trask  był  pewien,  że  kiedy  Victor  wynurzy  się  z  hiperprzestrzeni,  trafi  w  poważne  kłopoty.  Sam  miał  „Nemezis”,
„Bicz  Kosmosu”,  „Czarną  Gwiazdę”  i  „Królową  Flavię”,  porządnie  wyremontowaną  „Lamię”  i  kilka  statków  niezależnych
kosmicznych  wikingów,  wśród  nich  „Cholerstwo”  swojego  przyjaciela  Rogera-fan-Morvilla  Esthersana,  który  zgłosił  się  na
ochotnika,  że  zostanie  i  pomoże  w  obronie.  Oczywiście  nie  kierował  nim  czysty  altruizm.  Jeśli  Viktor  zaatakuje  i  jego  flota
zostanie wysłana do em-ce-kwadratu, Xochitl nie będzie miała praktycznie żadnej ochrony, a na Xochitl jest dość łupów, żeby
każdy mógł zapełnić ładownie swojego statku. Oczywiście każdy, kto będzie miał statek, kiedy bitwa o Tanit się skończy.

Trask wyraził skruchę w rozmowie z księżną Bentrik.
– Przykro mi, że wskoczyłaś z patelni Zaspara Makanna prosto w ogień księcia Viktora – zaczął.
Zaśmiała się na te słowa.
–  Zaryzykuję  w  ogniu.  Widzę  tu  wielu  dobrych  strażaków.  Jeśli  dojdzie  do  bitwy,  dopilnujesz,  żeby  Steven  był  w

bezpiecznym miejscu, prawda?

– Podczas ataku kosmicznego nie ma bezpiecznych miejsc. Zatrzymam go przy sobie.
Młody hrabia Ravary chciał wiedzieć, na którym statku będzie służyć, gdy dojdzie do ataku.
– Cóż, na żadnym, hrabio. Będziesz w moim sztabie.

background image

*

Dwa  dni  później  „Korysanda”  wyszła  z  hiperprzestrzeni.  Harkaman  nie  chciał  mówić  wprost  na  ekranie.  Trask  wziął

lądownik i poleciał na spotkanie statku.

– Marduk nas nie lubi, ani trochę – powiedział mu Harkaman. – Mają statki na wszystkich swoich planetach handlowych z

rozkazem strzelania do każdego, powtarzam, do każdego statku wikińskiego, łącznie ze statkami samozwańczego księcia Tanit.
Wiem to od kapitana Garravaya z „Vindexa”. Po zakończeniu rozmowy odegraliśmy ładne małe przedstawienie, żeby miał co
sfilmować. Nie sądzę, żeby ktoś się dopatrzył oszustwa.

– Te rozkazy pochodzą od Makanna?
–  Od  admirała  dowodzącego.  Nie  jest  nim  twój  przyjaciel  Shefter.  Shefter  odszedł  w  stan  spoczynku  z  powodu:  złego

stanu zdrowia. Obecnie przebywa w szpitalu.

– A gdzie jest książę Bentrik?
– Nikt nie wie. Wysunięto przeciwko niemu oskarżenie o zdradę stanu i po prostu zniknął. Zszedł do podziemia, a może

został potajemnie aresztowany i stracony; możesz wybierać.

Trask się zastanawiał, co powie księżnej Lucile i hrabiemu Stevenowi.
–  Mają  statki  na  wszystkich  planetach,  z  którymi  handlują.  Jest  ich  czternaście.  Nie  rozesłali  ich  po  to,  żeby  złapać

Dunnana. Zrobili to, żeby rozproszyć flotę. Nie ufają flocie. Książę Edvard wciąż jest premierem?

–  Tak,  według  ostatnich  informacji  Garravaya.  Wydaje  się,  że  Makann  postępuję  zgodnie  z  prawem,  poza  wcieleniem

swojej Straży Ludowej do sił zbrojnych. Zapewnia o swoim oddaniu królowi za każdym razem, gdy otwiera usta.

– Ciekawe, kiedy zapłoną ognie.
– Co? A tak, czytałeś o Hitlerze. Tego nie wiem. Prawdopodobnie to już się dzieje.
Trask powiedział księżnej Lucile, że jej mąż musiał się ukryć; nie miał pewności, czy przyniosło jej to ulgę, czy dodało

zmartwień. Mały hrabia był pewien, że jego tata robi coś wysoce romantycznego i heroicznego.

Po  upływie  kolejnego  tysiąca  godzin  kilku  ochotników  znudziło  się  czekaniem  i  odleciało.  Z  Beowulfa  przybył  „Dar

Wikinga” i po rozładunku wszedł na orbitę, żeby dołączyć do patrolu. Gilgameszanin z Amaterasu zameldował, że tam panuje
spokój. Gdy tylko kapitan sprzedał ładunek, tylko trochę się targując, natychmiast wystartował. Jego zachowanie przekonało
wszystkich, że atak jest kwestią godzin.

Atak nie nastąpił.

*

Minęły trzy  tysiące  godzin od  czasu,  kiedy na  Tanit  dotarło  pierwsze ostrzeżenie,  co  łącznie dawało  pięć  tysięcy,  odkąd

statki  Viktora  opuściły  Xochitl.  Ale  byli  tacy,  wśród  nich  Boake  Valkanhayn,  którzy  zaczęli  wątpić,  czy  rzeczywiście  to
zrobiły.

–  Cała  sprawa  to  tylko  jedno  wielkie  gilgameszańskie  kłamstwo  –  oznajmił.  –  Ktoś  im  zapłacił,  Nikky  Gratham  albo

Everrardowie,  a  może  sam  Viktor,  żeby  nam  je  wcisnęli,  by  uwiązać  tutaj  nasze  statki.  A  może  wymyślili  je  sami
Gilgameszanie, żeby mogli narobić bałaganu na naszych planetach handlowych.

– Polećmy do nich i rozwalmy całą tę zgraję – podjął ktoś inny. – Jeśli jeden z nich maczał w tym palce, to wszyscy są

winni.

– Do Niflheimu z tym, lećmy na Xochitl – zaproponował Manfred Ravallo. – Mamy dość statków, żeby ich pobić na Tanit,

mamy dość, żeby dać im w kość na ich własnej planecie.

Traskowi  udało  się  wybić  im  z  głowy  obydwa  pomysły  –  swoją  drogą,  kim  był,  suwerennym  księciem  Tanit,  królem

Marduka bez władzy czy tylko wodzem niezdyscyplinowanej bandy barbarzyńców? Jeden z niezależnych obraził się i odleciał.
Następnego dnia przybyło dwóch innych, załadowanych łupami z napaści na Bragiego, i postanowiło zostać na jakiś czas, żeby
zobaczyć, co się stanie.

Cztery dni później zjawił się pięćsetstopowy jacht hiperprzestrzenny ze sztyletami i szewronami Bigglersportu na burcie.

Gdy tylko wyszedł z ostatniego mikroskoku, poprosił o kontakt ekranowy.

Trask nie znał człowieka na ekranie, ale Hugh Rathmnore mu powiedział, że to zaufany sekretarz diuka Jorisa.
–  Książę  Trasku,  muszę  jak  najszybciej  z  tobą  porozmawiać  –  zaczął,  prawie  połykając  głoski.  Bez  względu  na  pilność

misji, mogłoby się wydawać, że w ciągu trwającej trzy tysiące podróży każdy do niej nabierze pewnego dystansu. – To sprawa
najwyższej wagi.

– Przecież ze mną rozmawiasz. Ten ekran jest względnie bezpieczny. I jeśli to sprawa najwyższej wagi, im szybciej mi o

niej powiesz…

background image

– Książę Trasku, musisz przybyć na Gram, z każdym człowiekiem i każdym statkiem, który masz pod komendą. Szatan tylko

wie, co się tam teraz dzieje, ale trzy tysiące godzin temu, kiedy diuk mnie wysłał, Omfray z Glaspyth lądował w Wardshaven.
Ma  flotę  złożoną  z  ośmiu  statków,  w  które  go  wyposażył  krewny  jego  żony,  król  Hauteclere.  Dowodzi  nimi  wikiński  kuzyn
króla Konrada, książę Xochitl.

Na twarzy mężczyzny odmalowało się bezbrzeżne zdumienie i Trask się zastanawiał nad jego przyczyną, dopóki sobie nie

uświadomił, że odchylił się na krześle i ryczy ze śmiechu. Zanim mógł przeprosić, jego rozmówca odzyskał głos.

– Wiem, książę Trasku, że nie masz powodu myśleć życzliwie o królu Angusie… o byłym królu Angusie, a może nawet o

świętej pamięci królu Angusie, jak się obawiam, ale morderca pokroju Omfraya z Glaspyth…

*

Wyjaśnienie komizmu sytuacji sekretarzowi diuka z Bigglersportu zabrało trochę czasu.
W Rivingtonie byli też inni, dla których nie od razu stało się to oczywiste. Zawodowi kosmiczni wikingowie, ludzie tacy

jak Valkanhayn, Ravallo i Alvyn Karffard, byli zdegustowani. Siedzieli w najwyższej gotowości bojowej przez wszystkie te
miesiące, a przecież mogli dawno temu lecieć na Xochitl i złupić planetę do czysta. Partia z Grama nie kryła oburzenia. Angus
z Wardshaven był zły, obciążony dziedziczną wadą Szalonego Barona Blackcliffe’a, słuchający podszeptów królowej Evity i
jej  zachłannej  rodziny,  ale  nawet  on  był  lepszy  niż  Omfray  z  Glaspyth,  morderczy  zbir  przez  niektórych  nazywany  wręcz
diabłem wcielonym.

Obie partie oczywiście były przekonane, że obowiązkiem księcia jest opowiedzenie się po ich stronie. Pierwsi z uporem

powtarzali,  że  statki  należy  natychmiastowo  wysłać  na  Xochitl,  żeby  zabrać  stamtąd  wszystko  z  wyjątkiem  paru  naturalnych
elementów powierzchni planety. Drudzy twierdzili, równie głośno i żarliwie, że wszyscy na Tanit, którzy mogą pociągnąć za
spust, powinni natychmiast ruszyć na krucjatę wyzwolenia Grama.

–  Nie  chcesz  robić  ani  jednego,  ani  drugiego,  prawda?  –  zapytał  Harkaman  Traska,  gdy  byli  sami  po  drugim  dniu

wrogości.

– Na Nifflheim, nie! Ten motłoch nie ma pojęcia, co się stanie, jeśli zaatakujemy Xochitl. Wiesz, co będzie? – Harkaman

milczał, czekając na ciąg dalszy. – W ciągu roku czterech czy pięciu drobnych właścicieli planet, jak Gratham i Everrandowie,
połączy siły przeciwko nam i razem przemienią Tanit w stos żużlu.

Harkaman pokiwał głową na znak, że się z nim zgadza.
– Po pierwszym ostrzeżeniu Viktor trzymał swoje statki z daleka od naszych planet. Jeśli teraz zaatakujemy Xochitl, bez

prowokacji,  nikt  nie  będzie  wiedział,  czego  się  po  nas  spodziewać.  Ludzie  tacy  jak  Nikky  Gratham,  Tobbin  z  Nergala  i
Everrandowie z Hot robią się nerwowi w obliczu nieprzewidywalnego zagrożenia, a kiedy robią się nerwowi, łatwo sięgają
po broń. – Powoli pyknął z fajki i dodał: – W takim razie wrócisz na Grama.

– Nie zrobię niczego takiego. Valkanhayn, Ravallo i pozostali się mylą, ale to wcale nie sprawia, że Valpry, Rathmore i

Ffayle  mają  rację.  Słyszałeś,  co  mówiłem  tym  ludziom  w  domu  Karvallów,  w  dzień  naszego  spotkania.  I  widziałeś,  co  się
działo na Gramie odkąd przylecieliśmy tutaj. Otto, nadciąga kres Światów Miecza, są już prawie na dnie. Cywilizacja żyje i
rozwija się tutaj, na Tanit. Chcę tu zostać i pomóc w jej rozwoju.

–  Posłuchaj,  Lucasie.  Jesteś  księciem  Tanit,  ja  tylko  admirałem,  ale  jedno  ci  powiem:  będziesz  musiał  coś  zrobić,  w

przeciwnym razie ten cały twój układ rozleci się na kawałki. W obecnym stanie rzeczy możesz zaatakować Xochitl, a wtedy
zwolennicy powrotu na Gram odejdą, albo możesz zdecydować się na tę krucjatę przeciwko Omfrayowi z Glaspyth, a wtedy
odejdą zwolennicy napadu na Xochitl. Jeśli będziesz dłużej zwlekać z decyzją, nie będziesz miał żadnego wpływu na żadną ze
stron.

–  Wtedy  będzie  po  mnie.  I  za  parę  lat  będzie  po  Tanit.  –  Trask  wstał  i  zaczął  krążyć  po  pokoju.  –  Cóż,  nie  napadnę  na

Xochitl, już ci podałem powody, a ty przyznałeś mi rację. Nie chcę też tracić ludzi, statków i majątku Tanit w żadnej waśni
dynastycznej  Świata  Miecza.  Wielki  Szatanie,  Otto,  brałeś  udział  w  wojnie  na  Durendalu.  Na  Gramie  jest  to  samo  i  wojna
będzie się ciągnąć przez kolejne pół wieku.

– W takim razie co zrobisz?
– Przybyłem tu w poszukiwaniu Andraya Dunnana, prawda?
–  Obawiam  się,  że  Ravallo  i  Valpry,  a  może  nawet  Valkanhayn  i  Morland  nie  będą  równie  jak  ty  zainteresowani

Dunnanem.

–  Wobec  tego  ja  ich  nim  zainteresuję.  Pamiętasz,  że  czytałem  o  Hitlerze  podczas  podróży  z  Marduka?  Wcisnę  im

wszystkim wielkie kłamstwo. Kłamstwo tak wielkie, że nikt się nie ośmieli nie dać mu wiary.

background image

XXV

– Myślicie, że bałem się Viktora z Xochitl? – zapytał Trask. – Pół tuzina statków? Z tym, co tu mamy, moglibyśmy z nich zrobić
nowy pas Van Allena wokół Tanit. Nasz prawdziwy wróg przebywa na Marduku, nie na Xochitl. Nazywa się Zaspar Makann.
Zaspar  Makann  zawarł  przymierze  z  Andrayem  Dunnanem,  człowiekiem,  na  którego  poszukiwanie  wyruszyłem  z  Grama.
Jestem przekonany, że obecnie Dunnan przebywa na Marduku.

Delegacja, która przybyła z Grama na pokładzie jachtu diuka Bigglersportu, nie była pod wrażeniem. Marduk był dla nich

tylko nazwą, jedną z baśniowych cywilizowanych planet Starej Federacji, których żaden mieszkaniec Świata Miecza nigdy nie
widział.  Zaspar  Makann  był  czymś  abstrakcyjnym.  Co  więcej,  na  Gramie  tyle  się  wydarzyło  od  czasu  morderstwa  Elaine
Karvall  i  uprowadzania  „Enterprise’a”,  że  kompletnie  zapomnieli  o  Andrayu  Dunnanie.  To  stawiało  ich  w  niekorzystnej
sytuacji. Wszyscy ludzie, których próbowali przekonać, pięćdziesięciu członków nowej szlachty Tanit, mówili niezrozumiałym
dla nich językiem. Nie rozumieli samej propozycji, więc nawet nie mogli podać argumentów, dlaczego są jej przeciwni.

Paytrik Morland, który urodził się na Gramie i przemawiał za powrotem, żeby walczyć przeciwko Omfrayowi z Glaspyth i

jego poplecznikom, natychmiast się od nich odwrócił. Był na Marduku i wiedział, kim jest Zaspar Makann, zaprzyjaźnił się z
oficerami  Królewskiej  Marynarki  Wojennej  i  był  zszokowany,  gdy  usłyszał,  że  teraz  są  wrogami.  Manfred  Ravallo  i  Boake
Valkanhayn, należący do bardziej elokwentnego stronnictwa opowiadającego się na najazdem na Xochitl, podchwycili pomysł
Traska i wydawali się przekonani, że sami na niego wpadli. Valkanhayn był na Gimlim i rozmawiał z oficerami mardukańskiej
floty; Ravallo przywiózł księżną Bentrik na Tanit i podczas podróży wysłuchał jej opowieści. Zaczęli podawać argumenty na
poparcie tezy Traska. Oczywiście Dunnan i Makann są w zmowie. Kto dał Dunnanowi cynk, że „Victrix” będzie na Audhumli?
Makann,  powiadomiony  przez  swoich  szpiegów  w  marynarce.  A  co  z  „Rzetelnym  Horrisem”?  Czy  Makann  nie  blokował
śledztwa w sprawie statku? Dlaczego admirał Shefter odszedł w stan spoczynku, gdy tylko Makann doszedł do władzy?

– Cóż, nic nie wiemy o tym Zasparze Makannie – zaczął zaufany sekretarz i rzecznik diuka Bigglersportu.
– Tak, nie wiecie – powiedział mu Otto Harkaman. – Dlatego proponuję zachować milczenie i słuchać, dopóki się czegoś

nie dowiecie.

–  Ha,  nie  byłbym  zaskoczony,  gdyby  się  okazało,  że  Dunnan  był  na  Marduku  przez  cały  czas,  kiedy  go  szukaliśmy  –

odezwał się Valkanhayn.

To  dało  Traskowi  do  myślenia.  Co  zrobiłby  Hitler,  gdyby  powiedział  jedno  ze  swoich  wielkich  kłamstw,  a  potem

stwierdził, że staje się ono prawdą? Może Dunnan rzeczywiście jest na Marduku… Nie, nie mógłby ukryć pół tuzina statków
na cywilizowanej planecie. Nawet na dnie oceanu.

–  Nie  byłbym  zaskoczony  –  zaczął  Alvyn  Karffard  –  gdyby  się  okazało,  że  Andray  Dunnan  jest  Zasparem  Makannem.

Wiem,  że  nie  wygląda  jak  Dunnan,  wszyscy  widzieliśmy  go  na  ekranie,  ale  przecież  istnieje  coś  takiego  jak  chirurgia
plastyczna.

To uczyniło wielkie kłamstwo odrobinę zbyt wielkim. Zaspar Makann był sześć cali niższy niż Dunnan; są pewne rzeczy,

jakich  nie  jest  w  stanie  dokonać  żadna  chirurgia  plastyczna.  Paytrik  Morland,  który  znał  Dunnana  i  widział  Makanna  na
ekranie,  też  powinien  to  wiedzieć,  lecz  albo  o  tym  nie  pomyślał,  albo  nie  chciał  podkopywać  sprawy,  którą  akceptował  z
całego serca.

– O ile wiem, jakieś pięć lat temu nikt nawet nie słyszał o Makannie. Mniej więcej w tym czasie Dunnan mógł przybyć na

Marduka – powiedział.

Po  tych  słowach  wielki  pokój,  w  którym  rozmawiali,  przemienił  się  w  istną  Wieżę  Babel.  Każdy  próbował  przekonać

każdego innego, że wiedział o tym od samego początku. Wtedy partia powrotu na Gram otrzymała swój coup-de-grace. Lothar
Ffayle, po którym emisariusze diuka Jorrisa spodziewali się najsilniejszego poparcia, zmienił front.

–  Chcecie,  żebyśmy  porzucili  planetę,  którą  stworzyliśmy  od  podstaw,  poświęcony  jej  czas  i  zainwestowane  pieniądze,

żeby  wrócić  na  Grama  i  wybierać  za  was  kasztany  z  ognia?  Bodaj  was  gehenna!  Zostajemy  tutaj  i  będziemy  bronić  naszej
własnej planety. Jeśli jesteście mądrzy, zostaniecie z nami.

*

Delegacja  z  Bigglersportu  wciąż  przebywała  na  Tanit,  próbując  zwerbować  najemników  u  króla  Miasta  Handlowego  i

background image

targując się z Gilgameszaninem o przewóz na Grama, kiedy wielkie kłamstwo przemieniło się w coś na podobieństwo prawdy.

Posterunek  obserwacyjny  na  księżycu  Tanit  wykrył  wynurzenie  dwadzieścia  minut  świetlnych  na  północ  od  planety.  Pół

godziny później znowu, w odległości pięciu minut świetlnych, a potem trzeci raz, dwie sekundy świetlne. Obiekt, wychwycony
przez  radar  i  mikropromień,  został  zidentyfikowany  jako  szalupa  okrętowa.  Trask  się  zastanawiał,  czy  coś  nie  zaszło  na
Amaterasu  albo  Beowulfie  –  ktoś  taki  jak  Gratham  albo  Everrardowie  mógł  wykorzystać  mobilizację  obronną  na  Tanit  i
przypuścić atak. Potem przełączyli obraz z szalupy na jego ekran i zobaczył księcia Simona Bentrika.

– Cieszę się, że cię widzę! Twoja żona i syn są tutaj. Martwią się o ciebie, ale są bezpieczni i zdrowi. – Odwrócił się i

krzyknął, żeby ktoś znalazł młodego hrabiego z Ravary i kazał mu powiadomić matkę. – Jak się masz?

– Miałem złamaną nogę, kiedy opuściłem bazę księżycową, ale się zrosła po drodze – odparł Bentrik. – Mam na pokładzie

małą  księżniczkę  Myrnę.  O  ile  mi  wiadomo,  jest  teraz  królową  Marduka.  –  Lekko  się  zachłysnął.  –  Książę  Trasku,
przebywamy jako żebracy. Błagamy o pomoc dla naszej planety.

–  Przybywacie  jako  goście  honorowi  i  uzyskacie  całą  pomoc,  jakiej  możemy  wam  udzielić.  –  Trask  błogosławił  strach

przed  inwazją  z  Xochitl  i  wielkie  kłamstwo,  które  szybko  przestawało  być  kłamstwem.  Tanit  miała  statki,  ludzi  i  chęć  do
działania. – Co się stało? Makann zdetronizował króla i przejął władzę?

Do tego doszło, powiedział mu Bentrik. Zaczęło się jeszcze przed wyborami. Straż Ludowa weszła w posiadanie broni,

którą  jawnie  i  legalnie  produkowano  na  Marduku  do  handlu  z  neobarbarzyńskimi  planetami,  a  następnie  ukradkiem
przerzucono do tajnych arsenałów Dobra Ludu. Część policji przeszła na stronę Makanna, resztę sterroryzowano i zmuszono
do bezczynności. Zamieszki wywołane w dzielnicach robotniczych wszystkich miast stały się pretekstem do dalszego terroru.
Wybory  były  farsą  przekupstwa  i  zastraszania.  Mimo  wszytko  partia  Makanna  nie  zdołała  uzyskać  większości  w  Izbie
Reprezentantów i musiała sklecić podejrzaną koalicję w celu wybrania przychylnej Izby Delegatów.

–  I  oczywiście  wybrali  Makanna  kanclerzem  –  powiedział  Bentrik.  –  Wszyscy  przywódcy  opozycji  w  Izbie

Reprezentantów zostali aresztowani pod wszelkiego rodzaju niedorzecznymi zarzutami: przestępstwa seksualne, przyjmowanie
łapówek, branie pensji od zagranicznych mocarstw, żaden pretekst nie mógł być zbyt absurdalny. Potem przeforsowali prawo
upoważniające kanclerza do uzupełnienia wakatów w Izbie Reprezentantów przez mianowanie.

– Dlaczego następca tronu przyłożył do tego rękę?
–  Miał  nadzieję,  że  zdoła  zyskać  jakąś  kontrolę.  Rodzina  królewska  jest  prawie  świętym  symbolem  dla  ludu.  Nawet

Makann był zmuszony udawać lojalność wobec króla i następcy tronu…

– Edvard nie miał szans. Zagrał po myśli Makanna. Co się stało?
Następca tronu został zamordowany. Zabójca, nieznany mężczyzna, podobno Gilgameszanin, zginął na miejscu, zastrzelony

przez Straż Ludową strzegącą księcia Edvarda. Makann natychmiast zajął pałac królewski, żeby chronić króla, a Straż Ludowa
przystąpiła  do  masakry.  Mardukańska  armia  planetarna  przestała  istnieć;  Makann  ogłosił,  że  uknuto  wojskowy  spisek
przeciwko  królowi  i  rządowi.  Rozproszone  po  całej  planecie  małe  oddziały  wojska  zostały  starte  w  ciągu  dwóch  nocy  i
jednego dnia. Teraz Makann znów werbował, wyłącznie z Partii Dobra Ludu.

– Nie siedziałeś z założonymi rękami, prawda?
–  Jasne,  że  nie  –  odparł  Bentrik.  –  Parę  lat  temu  nawet  przez  myśl  by  mi  nie  przeszło,  że  będę  coś  takiego  robić.

Organizowałem  konspirację  buntowników  w  mardukańskiej  Królewskiej  Marynarce  Wojennej.  Po  tym,  jak  admirał  Shefter
został zmuszony do odejścia w stan spoczynku i zamknięty w zakładzie dla psychicznie chorych, zniknąłem i przemieniłem się
w cywilnego operatora dźwigu antygrawitacyjnego w stoczni marynarki Malverton. W końcu, kiedy zacząłem być podejrzany,
jeden z oficerów, później aresztowany i zamęczony na śmierć, zdołał mnie przeszmuglować na lichtugę do bazy księżycowej.
Byłem  sanitariuszem  w  tamtejszym  szpitalu.  W  dzień  morderstwa  następcy  tronu  wszczęliśmy  bunt.  Zabiliśmy  wszystkich,
których podejrzewaliśmy, że są makannistami. Od tej pory baza księżycowa jest atakowana.

Coś się za nim poruszyło; Trask odwrócił głowę i zobaczył, że przyszła księżna Bentrik z synem. Wstał.
– Porozmawiamy o tym później. Są tu pewne osoby…
Zaprosił ich i wyszedł, wypraszając wszystkich innych z pokoju.

*

Wiadomości zdążyły się rozejść po całym Rivingtonie, a potem po Tanit, zanim jeszcze szalupa wylądowała. Tłum zebrał

się w porcie kosmicznym, patrząc, jak niewielki statek z herbem wyobrażającym koronowanego i siedzącego na planetarnym
tronie smoka opada na podpory. Reporterzy z serwisu informacyjnego Tanit rejestrowali wydarzenie. Trask zdołał się spotkać
z księciem Bentrikiem chwilę przed innymi i pośpiesznie wyszeptał:

– Rozmawiając z kimkolwiek, zawsze pamiętaj, że Andray Dunnan współpracuje z Zasparem Makannem i że gdy Makann

umocni swoją pozycję, wyśle ekspedycję przeciwko Tanit.

background image

– Do licha, skąd się tego dowiedziałeś? – zapytał Bentrik. – Od Gilgameszan?
Potem Harkaman, Rathmore, Valkanhayn, Lothar Ffayle i inni stłoczyli się za Traskiem, więcej ludzi wysiadło z szalupy, a

książę Bentrik próbował jednocześnie objąć żonę i syna.

– Książę Trasku.
Trask  drgnął,  słysząc  głos,  i  spojrzał  w  głębokie  niebieskie  oczy  pod  czarnymi  jak  węgiel  brwiami.  Puls  mu  nagle

przyśpieszył i krzyknął:

–  Valerie!  –  a  potem:  –  Lady  Alvarath,  jestem  ogromnie  szczęśliwy,  widząc  cię  tutaj.  –  Zobaczył,  kto  stoi  obok  niej,  i

przysiadł na piętach. – I księżniczka Myrna. Witaj na Tanit, Wasza Wysokość!

Dziewczynka zarzuciła mu ręce na szyję.
– Książę Lucas! Tak się cieszę, że cię widzę. Zdarzyło się tyle strasznych rzeczy!
– Tutaj nie zdarzy się nic strasznego, księżniczko Myrno. Jesteś wśród przyjaciół, z którymi zawarłaś traktat. Pamiętasz?
Dziewczynka zaniosła się gorzkim płaczem.
– Wtedy byłam tylko królową na niby. Teraz wiem, co mieli na myśli mówiąc, co będzie, gdy dziadek i tatko przestaną być

królami. Tatko nawet nie został królem!

Coś dużego, ciepłego i miękkiego wepchnęło się pomiędzy nich, pies z długą jasną sierścią i oklapłymi uszami. W ciągu

półtora roku szczeniak zaskakująco urósł. Mopsy próbował polizać go po twarzy. Trask złapał go za obrożę i się wyprostował.

– Lady Valerie, zechcesz pójść z nami? – zapytał. – Zamierzam znaleźć kwatery dla księżniczki Myrny.

*

– Myrna jest księżniczką czy królową? – zapytał Trask.
Książę Bentrik pokręcił głową.
– Nie wiemy. Król żył, kiedy opuściliśmy bazę księżycową, ale było to pięćset godzin temu. Los jej matki też pozostaje

nieznany. Przebywała w pałacu w czasie morderstwa księcia Edvarda, ale nic więcej nam o niej nie wiadomo. Król kilka razy
wystąpił  w  telewizji,  bezmyślnie  powtarzając  słowa  Makanna.  Poddawali  go  hipnozie.  Prawdopodobnie  to  najłagodniejsza
rzecz ze wszystkich, jakie mu zrobili. Przemienili go w żywego trupa.

– A jak Myrna się dostała do bazy księżycowej?
–  Dzięki  lady  Valerie,  Sir  Thomasowi  Kobbly’emu  i  kapitanowi  Rainerowi.  Uzbroili  służących  w  Cragdale  w  strzelby

myśliwskie i białą broń, wszystko co mogli znaleźć. Porwali jacht kosmiczny księcia Edvarda i odlecieli. Zostali ostrzelani
przez  baterie  naziemne  i  statki  wokół  bazy  księżycowej.  Przez  okręty  Królewskiej  Marynarki  Wojennej  Marduka!  –  dodał
wściekle. Szalupa, w której przylecieli na Tanit, też została trafiona, gdy się przebijali przez blokadę. Na szczęście niewiele
razy, bo kapitan natychmiast wszedł w hiperprzestrzeń.

– Wysłali jacht na Gimlego – powiedział Bentrik. – Spróbują zebrać wszystkie jednostki floty, które nie przeszły na stronę

Makanna.  Będą  czekać  na  mój  powrót.  Jeśli  nie  wrócę  za  tysiąc  pięćset  godzin  od  opuszczenia  bazy  księżycowej,  sami
zadecydują, co robić. Spodziewam się, że ruszą na Marduka i zaatakują.

– Ponad sześćdziesiąt dni – zauważył Otto Harkaman. – Strasznie dużo czasu. Mało prawdopodobne, że baza księżycowa

się utrzyma, nie przeciwko całej planecie.

–  To  potężna  baza.  Zbudowano  ją  czterysta  lat  temu,  kiedy  Marduk  walczył  z  połączonymi  siłami  sześciu  innych  planet.

Raz prawie przez rok opierała się bezustannym atakom. Od tamtej pory wciąż ją umacniano.

– A czym ją atakują? – dociekał Harkaman.
– Sześć byłych okrętów Królewskiej Marynarki Wojennej, które przeszły na stronę Makanna. Cztery okręty tysiąc pięćset

stóp, tej samej klasy co „Victrix”, i dwa po dwa tysiące stóp. Następnie cztery statki Andraya Dunnana…

– Chcesz powiedzieć, że Dunnan naprawdę jest na Marduku?
–  Sądziłem,  że  o  tym  wiedziałeś,  i  tylko  się  zastanawiałem,  skąd.  Tak,  „Fortuna”,  „Bolid”  i  dwa  uzbrojone  statki

handlowe, „Niezawodny” z Baldura i twój przyjaciel „Rzetelny Horris”.

– A zatem wcale nie wierzyłeś w to, że Dunnan jest na Marduku? – zapytał Boake Valkanhayn.
–  Szczerze  mówiąc,  nie.  Musiałem  wymyślić  jakąś  historyjkę,  żeby  wybić  ludziom  z  głowy  pomysł  krucjaty  przeciwko

Omfrayowi z Glaspyth. – Trask nie wspomniał o uporze, z jakim Valkanhayn nalegał na ekspedycję grabieżczą na Xochitl. –
Teraz,  gdy  okazało  się  to  prawdą,  nie  jestem  zaskoczony.  Dawno  temu  doszliśmy  do  wniosku,  że  Dunnan  planuje  napaść  na
Marduka.  Wygląda  na  to,  że  go  nie  docenialiśmy.  Może  on  też  czytał  o  Hitlerze.  Wcale  nie  planował  inwazji;  planował
dokonanie podboju w jedyny sposób, w jaki można podbić wielką cywilizację – przez działalność wywrotową.

– Zgadza się – wtrącił Harkaman. – Pięć lat temu, kiedy Dunnan zaczął swoją operację, kim był ten Makann?
–  Nikim  –  odparł  Bentrik.  –  Pomylonym  agitatorem  w  Drepplinie.  Miał  szajkę  dorównujących  mu  pomyleńców,  którzy

background image

spotykali się na zapleczu baru i mieli biuro w pudełku na cygara. Rok później roku miał rozliczne biura i wykupywał czas w
paru  sieciach  telewizyjnych.  W  następnym  roku  miał  trzy  własne  stacje  i  przyciągał  na  wiece  i  zebrania  tysiące  ludzi.  I  tak
dalej, coraz wyżej.

– Tak. Dunnan go finansował i działał za jego plecami, tak samo jak Makann działał za plecami króla. I Dunnan każe go

zastrzelić,  jak  on  kazał  zastrzelić  księcia  Edvarda.  Potem  wykorzysta  morderstwo  jako  pretekst  do  zlikwidowania  jego
popleczników.

– I zawładnie Mardukiem. A mardukańska flota wojenna wyjdzie z hiperprzestrzeni na Tanit – dodał Valkanhayn. – Dlatego

musimy udać się na Marduka i uderzyć na niego teraz, gdy wciąż jest za słaby.

Nieliczni chcieli podobnie postąpić z Hitlerem na początku jego kariery, a liczni żałowali później, że tego nie zrobili.
– Na pewno możemy liczyć na „Nemezis”, „Korysandę” i „Bicz Kosmosu”? – zapytał Trask.
Harkaman  i  Valkanhayn  potwierdzili.  Valkanhayn  był  zdania,  że  „Dar  Wikinga”  z  Beowulfa  też  do  nich  dołączy,  a

Harkaman był prawie pewny „Czarnej Gwiazdy” i „Królowej Flavii”. Trask zwrócił się do Bentrika:

– Natychmiast wyślij szalupę na Gimlego, w ciągu godziny, jeśli to możliwe. Nie wiemy, ile tam będzie statków, ale nie

chcemy ich stracić w pojedynczych atakach. Powiedz każdemu, kto tam dowodzi, że statki z Tanit są w drodze, i żeby na nie
czekali.

Tysiąc pięćset godzin, minus pięćset na drogę Bentrika z Marduka. Trask nie miał czasu oceniać, ile godzin zajmie podróż

na Gimlego z innych mardukańskich planet handlowych, i nikt nie mógłby przewidzieć, ile statków zareaguje na wezwanie.

–  Możemy  mieć  mało  czasu  na  zebranie  skutecznej  floty,  nawet  gdy  przestaniemy  się  sprzeczać.  Spory  –  powiedział

Bentrikowi – nie są wyłącznie cechą demokracji.

*

W rzeczywistości nie było wiele sporów, a jeśli, to większość wśród Mardukanów. Książę Bentrik nalegał, żeby zabrać

następczynię  tronu  Myrnę.  Dowodził,  że  król  Mikhyl  albo  już  nie  żyje,  albo  przeszedł  takie  pranie  mózgu,  iż  stał  się
imbecylem; muszą mieć kogoś, kto zasiądzie na tronie. Lady Valerie Alvarath, Sir Thomas Kobbly, guwerner, i bona Margot
nie zgodzili się rozstać z dziewczynką. Książę Bentrik był równie stanowczy, choć z mniejszym powodzeniem, żeby jego żona
i syn zostali na Tanit. W końcu uzgodniono, że cała grupa mardukańska poleci na pokładzie „Nemezis”.

Przywódca  delegacji  z  Bigglersportu  wygłosił  żarliwą  przemowę  o  ruszaniu  z  pomocą  obcym,  podczas  gdy  ciemiężona

jest  ich  własne  planeta.  Wszyscy  inni  go  zakrzyczeli  i  powiadomili,  że  Tanit  będzie  się  bronić  tam,  gdzie  powinna  to  robić
każda  planeta  –  na  cudzej  ziemi.  Kiedy  delegaci  z  Bigglersportu  wyszli  ze  spotkania,  stwierdzili,  że  ich  jacht  został
zarekwirowany i wysłany na Amaterasu i Beowulfa po pomoc, że władze Rivingtonu przejęły pułk tubylczej piechoty wynajęty
od  króla  Miasta  Handlowego,  i  że  gilgameszański  frachtowiec,  który  wyczarterowali,  żeby  przetransportować  żołnierzy  na
Grama, zabierze ich na Marduka.

Operacja  miała  przebiegać  w  dwóch  etapach:  pierwszy  to  przeprowadzana  wyłącznie  przez  flotę  akcja  oswobodzenia

oblężonego księżyca Marduka, jeśli wciąż się trzymał, i zniszczenia statków Dunnana i Makanna, a drugi to walka naziemna
mająca na celu rozgromienie zwolenników Makanna i przywrócenie monarchii mardukańskiej. Wielu ludzi z Marduka będzie
zadowolonych z okazji rzucenia się na Makanna, kiedy dostaną broń i odpowiednie wsparcie. Niestety, broń służąca do walki
była praktycznie nieznana wśród Mardukan i nawet sportowa należała do rzadkości. Zgromadzono całą dostępną broń ręczną i
automatyczną, a także lekką artylerię i automatyczną.

Z Beowulfa przybyła „Zguba Grendela”, a z Amaterasu „Bogini Słońca”. Do ekspedycji dołączyły trzy statki niezależnych

kosmicznych  wikingów,  wciąż  obecnych  na  orbicie  Tanit.  Na  Marduku  będą  z  nimi  kłopoty,  bo  skupią  się  na  grabieżach.
Zresztą, niech Mardukanie się o to martwią. Będą mogli uznać poniesione straty za część ceny za to, iż pozwolili Zasparowi
Makannowi dojść do władzy.

*

Szesnaście statków kosmicznych ustawiło się w linii za księżycem Tanit, łącznie z trzema niezależnymi i wyczarterowanym

gilgameszańskim  transportowcem;  była  to  największa  flota,  jaką  kosmiczni  wikingowie  zgromadzili  w  dziejach.  Tak
powiedział Alvyn Karffard, gdy oglądali formację na ekranach.

– To nie jest flota kosmicznych wikingów – zaprzeczył książę Bentrik. – Są w niej tylko trzy wikińskie statki. Pozostałe

należą do trzech cywilizowanych planet, Tanit, Beowulfa i Amaterasu.

Karffard nie krył zaskoczenia.

background image

– Chcesz powiedzieć, że jesteśmy cywilizowanymi planetami? Jak Marduk, Baldur, Odyn czy…?
– A nie jesteście?
Trask się uśmiechnął. Zaczął podejrzewać coś w tym rodzaju parę lat temu. Do teraz nie był tego zupełnie pewien. Jego

młodszy oficer sztabu, hrabia Ravary, chyba nie docenił komplementu.

–  Jesteśmy  kosmicznymi  wikingami!  –  krzyknął  z  przekonaniem.  –  I  ruszamy  do  bitwy  z  neobarbarzyńcami  Zaspara

Makanna.

– Cóż, nie będę się kłócić o drugą połowę twojej wypowiedzi, Stevenie – powiedział mu ojciec.
– Zawracacie sobie głowę, kto jest cywilizowany, a kto nie jest? – burknął Guatt Kirbey. – Lepiej dajcie sygnał. Wszystkie

inne statki są gotowe do skoku.

Trask  wcisnął  guzik  na  biurku  przed  sobą.  Na  pulpicie  sterowniczym  „Nemezis”  zapaliło  się  światło,  podobnie  jak  na

każdym innym statku.

– Skaczemy – powiedział Kirbey, przygryzające w zębach ustnik fajki. Przekręcił i wcisnął czerwoną dźwignię.

*

Czterysta pięćdziesiąt godzin w prywatnym wszechświecie, którym była „Nemezis”; na zewnątrz nie istniało nic innego, a

wewnątrz  nie  było  nic  do  roboty  poza  czekaniem,  gdy  każda  godzina  przybliżała  ich  o  sześć  trylionów  mil  do  Gimlego.  Z
początku bezlitosny i straszny wiking Steven, hrabia Ravary, był szaleńczo podekscytowany, lecz nie minęło wiele czasu, gdy
stwierdził,  że  nie  dzieje  się  nic  ekscytującego  –  przecież  to  tylko  statek  kosmiczny,  a  on  już  wcześniej  leciał  statkiem.  Jej
Wysokość następczyni tronu, a może Jej Królewska Mość królowa Marduka, przestała być podekscytowana mniej więcej w
tym samym czasie, więc wciągnęła go do zabawy z Mopsym. Oczywiście Myrna była tylko dziewczynką, i to dwa lata młodszą
od niego, ale była, a przynajmniej mogła zostać jego monarchinią i poza tym uczestniczyła w akcji kosmicznej, jeśli to, co leży
pomiędzy  planetą  i  jej  księżycem  można  nazwać  kosmosem,  i  jeśli  ucieczkę  bez  oddawania  strzałów  można  nazwać  akcją.
Nieugięty Ravary, Międzygwiezdny Terror, nie miał takiej okazji. To zdecydowanie nadrabiało fakt, że Myrna jest dziewczyną,
w dodatku niespełna dziesięcioletnią.

Co  więcej,  nie  było  lekcji.  Sir  Thomas  Kobbly  wyobraził  sobie,  że  jest  pejzażystą,  i  większość  czasu  spędzał  na

dyskusjach  z  Vannem  Larchem  o  technikach  malarskich,  a  nauczyciel  Stevena,  kapitan  Rainer,  był  astrogatorem  normalnej
przestrzeni  i  znalazł  bratnią  duszę  w  osobie  Shralla  Rennera.  Wszystko  to  sprawiło,  że  lady  Valerie  Alvarath  została  bez
towarzystwa. Mnóstwo ochotników chętnie umiliłoby jej czas, ale szarża ma swoje przywileje. Trask postanowił zadbać, żeby
zbytnio nie cierpiała z powodu statkowej nudy.

Shrall Renner i kapitan Rainer zatrzymali go w czasie godziny koktajlowej, jakieś sto godzin od celu.
– Chyba wykombinowaliśmy, gdzie jest baza Dunnana – powiedział Renner.
– Dobrze! – Wszyscy inni wiedzieli: na jakiejś planecie. – Którą obstawiacie?
–  Abaddon  –  odparł  guwerner  hrabiego  Ravary.  Kiedy  zobaczył,  że  nazwa  nic  nie  mówi  Traskowi,  dodał  z  odrazą:  –

Dziewiąta zewnętrzna planeta układu Marduka.

– Tak, pamiętasz, jak wysłałeś Boakego i Manfreda, żeby sprawdzili, czy książę Viktor się nie ukrywa na którejś z naszych

zewnętrznych  planet?  –  zapytał  Renner.  –  Biorąc  pod  uwagę  czas  i  to,  jak  „Rzetelny  Horris”  kursował  z  Marduka  na  jakąś
planetę,  która  nie  była  Gimlim,  i  jak  Dunnan  był  w  stanie  sprowadzić  swoje  statki,  gdy  tylko  na  Marduku  zaczęła  się
strzelanina, doszliśmy do przekonania, że musi mieć bazę na niezamieszkałej planecie układu Marduka.

– Nie wiem, dlaczego wcześniej na to nie wpadliśmy – wtrącił Rainer. – Pewnie dlatego, że nikt bez powodu nie myśli o

Abaddonie.  To  tylko  mała  planeta,  jakieś  cztery  tysiące  mil  średnicy,  oddalona  o  trzy  i  pół  miliarda  mil  od  słońca.  Jest
zamarznięta na kamień. Dotarcie do niej z napędem Abbota zajęłoby prawie rok, a jeśli statek ma dillinghamy, to dlaczego nie
lecieć  na  jakąś  dobrą  planetę?  Dlatego  nikt  nie  zawracał  sobie  głowy  Abaddonem.  Ale  dla  celów  Dunnana  planeta  byłaby
idealna.

Trask wezwał do siebie księcia Bentrika i Alvyna Karffarda. Natychmiast uznali ten pomysł za przekonujący. Rozmawiali

o  tym  przy  kolacji,  a  później  przeprowadzili  ogólną  dyskusję.  Nawet  Guatt  Kirbey,  pokładowy  pesymista,  nie  miał  żadnych
zastrzeżeń. Trask i Bentrik natychmiast zaczęli opracowywać strategię. Karffard się zastanawiał, czy nie lepiej zaczekać, aż
dotrą na Gimlego, żeby przedyskutować sprawę z innymi.

– Nie – powiedział mu Trask. – To jest okręt flagowy, tutaj zapada decyzja o strategii.
– A co z mardukańską marynarką? – zapytał kapitan Rainer. – Myślę, że na Gimlim dowodzi admirał floty Bargham.
Książę Simon Bentrik milczał przez chwilę, jakby z niechęcią dochodził do przekonania, że już nie ma innej możliwości,

jak tylko powziąć poważną decyzję.

– Możliwe, że w chwili obecnej, ale przestanie, kiedy się tam znajdę. Ja będę dowódcą.

background image

– Ale… Wasza Wysokość, on jest admirałem floty, ty tylko komodorem.
– Nie jestem tylko komodorem. Król jest więźniem, a być może nie żyje. Następca tronu nie żyje. Księżniczka Myrna jest

dzieckiem. Obejmuję stanowisko regenta i księcia protektora królestwa.

background image

XXVI

Na Gimlim było trochę trudności z admirałem floty Barghamem. Komodorowie nie wydają rozkazów admirałom floty. Może
regenci tak, ale kto dał księciu Bentrikowi prawo do obwołania się regentem? Regenci są wybierani przez Izbę Delegatów i
nominowani przez kanclerza.

– Mówisz o Zasparze Makannie i jego fagasach? – zapytał Bentrik ze śmiechem.
–  Cóż,  konstytucja…  –  Admirał  zamknął  usta,  zanim  ktoś  go  zapytał,  jaka  konstytucja.  –  Regent  musi  być  wybierany  na

drodze wyborów. Nawet członek rodziny królewskiej nie może ot tak uczynić się regentem przez oznajmienie, że nim jest.

– Ja mogę. Po prostu muszę. I nie sądzę, żeby odbyły się jakieś wybory, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Nie,

dopóki nie będziemy pewni, że ludowi Marduka można powierzyć kontrolę nad rządem.

– Szalupa z bazy księżycowej zameldowała, że atakuje ich sześć okrętów Królewskiej Marynarki Wojennej i cztery inne

jednostki – powiedział Bargham. – Ja mam tutaj tylko cztery okręty. Wezwałem posiłki z innych planet handlowych, ale jeszcze
nie mam o nich żadnych wiadomości. Nie możemy lecieć tam tylko z czterema statkami.

– Szesnastoma – poprawił Bentrik. – Nie, z piętnastoma i jednym gilgameszaninem, którego używamy jako transportowca.

Sądzę, że to wystarczy. W każdym razie ty, admirale, zostaniesz na Gimlim, a gdy tylko przybędą inne statki, polecisz z nimi na
Marduka. Obecnie zwołuję zebranie na pokładzie okrętu flagowego „Nemezis” z Tanit. Chcę mieć natychmiast na pokładzie
dowódców  twoich  czterech  okrętów.  Bez  ciebie,  ponieważ  zostaniesz  tutaj,  żeby  poprowadzić  spóźnialskich.  Ruszymy  w
drogę zaraz po zakończeniu zebrania.

W rzeczywistości wyruszyli wcześniej i zebranie trwało przez całe trzysta pięćdziesiąt godzin lotu na Abaddon. Kapitan

statku, jeśli ma dobrego zastępcę – a oni wszyscy takich mieli – siedzi przy pulpicie dowodzenia i robi ważną minę, gdy statek
wchodzi w długi skok i z niego wychodzi, a przez resztę czasu może studiować historię starożytną albo uprawiać jakieś inne
hobby.  Zamiast  tracić  trzysta  pięćdziesiąt  godzin  cennego  czasu,  kapitanowie  przekazali  swoje  statki  zastępcom  i  zostali  na
pokładzie „Nemezis”. Nawet na tak przestronnym statku mesa oficerska była zatłoczona jak hotel turystyczny w samym środku
sezonu.  Jednym  z  czterech  Mardukanów  był  kapitan  Garravay,  który  przeszmuglował  żonę  i  syna  Bentrika  z  Marduka,  a
pozostali  trzej  byli  po  prostu  probentrikowscy,  protaniccy  i  antymakannowscy.  Byli  również,  na  zasadach  ogólnych,
antybarghamowscy. Najwyraźniej było coś nie w porządku z każdym admirałem floty, który zachował dowodzenie po dojściu
Zaspara Makanna do władzy.

Zaraz po starcie urządzili przyjęcie. Później zabrali się do planowania bitwy o Abaddon.

*

Nie było żadnej bitwy o Abaddon.
Była to martwa planeta, z jedną stroną ciemną, drugą pogrążoną w półmroku, którego nie mogła rozproszyć mała plamka

słońca oddalonego o trzy i pół miliarda mil. Poszarpane góry wznosiły się z lodu, który ją pokrywał od bieguna do bieguna.
Lód  na  wierzchu  był  zamarzniętym  dwutlenkiem  węgla,  według  instrumentów  pomiarowych  temperatura  na  powierzchni
wynosiła  poniżej  minus  stu  stopni  Celsjusza.  Na  orbicie  nie  krążyły  żadne  statki.  Wykryli  śladowe  promieniowanie,  które
mogło pochodzić z naturalnie radioaktywnych minerałów, ale żadnych wyładowań elektrycznych.

W  centrum  dowodzenia  „Nemezis”  nie  brakowało  rynsztokowego  słownictwa.  Dowódcy  innych  statków  nawiązywali

łączność ekranową, dopytując, co mają robić.

–  Schodzić  –  powiedział  im  Trask.  –  Englobować  planetę  i  zejść  na  wysokość  mili,  jeśli  trzeba.  Mogą  coś  na  niej

ukrywać.

– Nie na dnie oceanu, to pewne – skomentował któryś z oficerów. Był to jestem z kulawych żartów, z których wszyscy się

śmieli, ponieważ w tej sytuacji nie było niczego innego do śmiechu.

W końcu znaleźli, na biegunie północnym, który nie był zimniejszy niż jakiekolwiek inne miejsce na planecie. Najpierw

wyciek  radioaktywny,  takiego  rodzaju,  jaki  mógł  pochodzić  z  nieczynnej  elektrowni  jądrowej.  Potem  odrobina  wyładowań
elektrycznych.  W  końcu  na  ekranach  teleskopowych  ukazał  się  port  kosmiczny,  wielki  owalny  amfiteatr  wycięty  w  dolinie
pomiędzy dwoma urwistymi pasmami górskimi.

Język w centrum kontroli znów był niecenzuralny, ale ton się zmienił. Zaskakujące, jaki wachlarz emocji można wyrazić za

background image

pomocą kilku bluźnierstw i brzydkich wyrazów. Wcześniej szydzili ze Shralla Renera, a teraz go chwalili.

Ale na planecie nie było śladu życia. Statki stłoczyły się na orbicie, na powierzchnię opadł lądownik pełen żołnierzy w

pancerzach  kosmicznych.  Ekrany  w  centrum  dowodzenia  ukazywały  obrazy.  Zagłębienia  w  zamarzniętym  dwutlenku  węgla
wyciśnięte  przez  mierzące  sto  stóp  średnicy  łapy  podpór.  Ślady  pozostawione  przez  lichtugi,  które  kursowały  pomiędzy
statkami. I wszędzie u podnóża urwisk hermetyczne drzwi do jaskiń i tuneli. Wielu ludzi z wielką ilością sprzętu pracowało
tutaj przez pięć czy sześć lat, odkąd Andray Dunnan – albo ktoś inny – założył tę bazę.

Andray Dunnan. Znaleźli jego znak, błękitny półksiężyc na czarnym tle, na wielu rzeczach. Znaleźli sprzęt, który Harkaman

rozpoznał  jako  część  pierwotnego  ładunku  ukradzionego  z  „Enterprise.  Znaleźli  nawet  w  jego  kwaterach  mieszkalnych
fotodrukowe  zdjęcie  Nevila  Ormma  udrapowane  czernią.  Nie  znaleźli  natomiast  ani  jednego  pojazdu,  którego  nie  można  by
zabrać na pokład statku, ani jeden elementu ekwipunku bojowego, nawet pistoletu czy granatu lądowego.

Dunnan odleciał, ale wiedzieli gdzie go znajdą. Podbój Marduka wszedł w ostatnią fazę.

*

Marduk  znajdował  się  po  drugiej  stronie  słońca  od  Abaddonu  w  odległości  dziewięćdziesięciu  pięciu  milionów  mil  –

blisko, ale nie niedogodnie, pomyślał Trask. Guatt Kirbey i mardukański astrogator, który mu pomagał, przeskoczą ten dystans
w minutę świetlną. Mardukanin uznał, że to doskonały pomysł, Kirbey był odmiennego zdania. Celem ostatniego nmikroskoku
był  księżyc  Marduka,  wyraźnie  widoczny  na  ekranie  teleskopowym.  Wynurzyli  się  w  odległości  półtora  sekundy  świetlnej,
czyli,  jak  przyznał  Kirbey,  rozsądnie  blisko.  Gdy  tylko  ekran  pojaśniał,  zobaczyli,  że  się  nie  spóźnili.  Księżyc  Marduka  był
pod obstrzałem i odpowiadał ogniem.

–  Simon  Bentrik,  książę  protektor  Marduka,  wzywa  bazę  księżycową.  –  Powoli  powtórzył  swoją  kombinację  ekranu.  –

Zgłoś się, baza księżycowa, mówi Simon Bentrik, książę protektor.

Odczekał  dziesięć  sekund  i  miał  zamiar  zacząć  od  początku,  kiedy  ekran  zamigotał.  Ukazał  się  na  nim  mężczyzna  w

mundurze  z  dystynkcjami  komodora  mardukańskiej  floty.  Był  zarośnięty,  ale  szczerzył  zęby  w  radosnym  uśmiechu.  Bentrik
powitał go po imieniu.

– Witaj, Simonie, miło cię widzieć… To znaczy, Wasza Wysokość. O co chodzi z tym księciem protektorem?
– Ktoś musiał to zrobić. Czy król żyje?
Uśmiech spełzł z twarzy komodora, poczynając od oczu.
–  Nie  wiemy.  Na  początku  Makann  kazał  mu  wygłaszać  mowy,  sam  wiesz,  jak  to  było,  nakłaniające  wszystkich  do

posłuszeństwa i współpracy z „naszym godnym zaufania kanclerzem”. Makann zawsze występował razem z nim na ekranie.

Bentrik pokiwał głową.
– Pamiętam.
–  Zanim  odleciałeś,  Makann  zachowywał  milczenie  i  pozwalał  królowi  przemawiać.  Po  jakimś  czasie  król  nie  mógł

mówić spójnie, jąkał się i powtarzał. Wtedy Makann wziął gadanie na siebie, bo już nie mogli liczyć, że król powtórzy to, co
usłyszy w słuchawce. Później zupełnie przestał występować. Przypuszczam, że z powodu fizycznych oznak, których nie mogli
pokazać publicznie.

Bentrik zaklął szpetnie, a oficer z bazy księżycowej pokiwał głową.
– Mam nadzieję, dla jego dobra, że już nie żyje.
Biedny zacny Mikhyl.
– Podobnie jak ja – powiedział Bentrik.
Trask w duchu przyznał mu rację. Komodor z bazy księżycowej kontynuował:
– Wyeliminowaliśmy dwa kolejne zbuntowane okręty KMW, w ciągu stu godzin po twoim odlocie. – Podał ich nazwy. – I

jeden  ze  statków  Dunnana,  „Fortunę”.  Rozwaliliśmy  stocznię  marynarki  w  Malvertonie.  Wciąż  używają  antarktycznej  bazy
morskiej, ale poważnie ją uszkodziliśmy. Załatwiliśmy „Rzetelnego Horrisa”. Podjęli dwie próby, żeby wylądować, i stracili
parę statków. Osiemset godzin temu dołączyła do nich reszta floty Dunnana, pięć okrętów. Wylądowali w Malvertonie, gdy się
znajdował  po  niewidocznej  dla  nas  stronie.  Makann  wygłosił  publiczne  oświadczenie,  że  to  jednostki  KMW  z  planet
handlowych,  które  do  niego  dołączyły.  Przypuszczam,  że  społeczeństwo  to  przełknęło.  Oznajmił  również,  że  ich  dowódca,
admirał Dunnan, objął komendę nad Ludowymi Siłami Zbrojonymi.

Żołnierze Dunnana przejmą kontrolę nad Malvertonem. Istniała możliwość, że już w tej chwili Makann jest jego więźniem,

jak król Mikhyl VIII był więźniem Makanna.

– Więc Dunnan podbił Marduka. Wszystkim, co musi teraz zrobić, to się umocnić – powiedział Trask. – Widzę cztery statki

atakujące bazę księżycową. Ile więcej mają?

–  „Bolid”  i  „Zaćmienie”,  statki  Dunnana,  plus  byłe  okręty  Królewskiej  Marynarki  Wojennej,  „Champion”  i  „Strażnik”.

background image

Pięć  orbituje  wokół  planety:  były  OKMW  „Paladyn”  i  statki  Dunnana,  „Gwiezdny  Skoczek”,  „Zjawa”,  „Niezawodny”  i
„Eksporter”. Dwa ostatnie figurują w rejestrach jako handlowe, ale działają jak regularne jednostki bojowe.

Cztery, które atakowały bazę księżycową, zeszły z orbity i ruszyły w kierunku floty, która przybyła z odsieczą; jeden został

trafiony  pociskiem  z  bazy  księżycowej  i  się  zakolebał,  ale  nie  odniósł  widocznych  uszkodzeń.  Dwa  statki,  które  okrążały
planetę,  również  zmieniły  kurs.  W  centrum  dowodzenia  panowała  cisza,  zakłócana  tylko  przez  stłumione  pomrukiwanie
komputera,  który  oceniał  zamiary  wroga  na  podstawie  odbieranych  danych  i  teorii  gier.  Trzy  kolejne  statki  wystartowały  z
planety  i  dwa  pierwsze  zwolniły,  pozwalając  im  się  dopędzić.  Trask  chciałby  się  zająć  tymi  czterema  z  księżyca,  zanim
dołączy do nich pięć z planety, ale komputery Karffarda wykluczyły taką możliwość.

– W porządku, musimy mieć wszystkie jaja w jednym koszu – powiedział. – Zacznij do nich strzelać, gdy tylko się połączą.

*

Komputery  znowu  zaczęły  klekotać.  Roboty  służebne  miały  pracy  co  niemiara,  zaparzając  kawę.  Syn  księcia  Bentrika,

siedząc obok ojca, przestał być Bezlitosnym Demonem Szlaków Kosmicznych i stał się bardzo młodym oficerem wchodzącym
do  swojej  pierwszej  kosmicznej  bitwy,  bardziej  przerażonym  i  jednocześnie  szczęśliwszym  niż  kiedykolwiek  w  swoim
krótkim życiu. Kapitan Garravay z „Vindexa” wysłał sygnał do innych statków z Gimlego: „Królewska Marynarka Wojenna,
najpierw  rozwalić  zdrajców!”  Trask  potrafił  zrozumieć  jego  decyzję  i  nawet  z  nią  sympatyzował,  choć  nie  pochwalał
stawiania spraw osobistych nad względami taktycznymi. Wysłał szybką wiadomość zaszyfrowaną wiązką do Harkamana, żeby
się  przygotował  do  łatania  dziur,  które  powstaną  w  formacji,  jeśli  okręty  MKW  odlecą  w  poszukiwaniu  zemsty.  Rozkazał
„Czarnej Gwieździe” i „Bogini Słońca” wyprowadzić z niebezpiecznej strefy słabo uzbrojony i pełen żołnierzy frachtowiec
gilgameszański.  Dwa  skupiska  statków  Dunnana-Makanna  szybko  się  zbliżały  i  Alvyn  Karffard  wrzeszczał  w  komunikator,
żeby zwiększyć prędkość.

W odległości tysiąca mil zaczęto odpalać pociski. Dwie grupy wrogich statków, cztery i pięć, były jednakowo oddalone

od siebie i od sprzymierzonej floty: wszyscy razem tworzyli wierzchołki trójkąta, który z sekundy na sekundę robił się coraz
mniejszy. Pierwsze kule ognia zestrzeliwanych pocisków rozbłysły krótkotrwałym białym światłem. Czerwone lampki zapaliły
się na tablicy uszkodzeń, ale nieprzyjaciel też dostał. Kapitan „Królowej Flavii” na ekranie mówił, że jego statek poważnie
ucierpiał.  Trzy  statki  z  mardukańskim  smokiem  i  planetą  krążyły  szaleńczo  wokół  siebie  w  odległości,  która  na  ekranie
wydawała  się  tylko  nieco  większa  niż  zasięg  strzału  z  pistoletu.  Dwa  ostrzeliwały  trzeciego,  który  desperacko  odpowiadał
ogniem. Trzeci eksplodował i czyjś wrzask popłynął z głośnika ekranu:

– Jednego zdrajcę mniej!
Kolejny statek wybuchł, potem następny. Trask usłyszał, jak ktoś mówi:
– To był jeden z naszych. – Zaczął się zastanawiać, który. Nie „Korysanda”, miał nadzieję. Nie, zobaczył ją pędzącą za

dwoma  statkami,  które  z  kolei  mknęły  w  kierunku  „Czarnej  Gwiazdy”,  „Bogini  Słońca”  i  gilgameszańskiego  frachtowca.
Potem „Nemezis” i „Gwiezdny Skoczek” znaleźli się w zasięgu dział, waląc do siebie dziko.

Bitwa  przemieniła  się  w  kulę  wirujących,  plujących  ogniem  statków,  toczącą  się  w  kierunku  planety,  która  się  kołysała,

przemykając  po  głównym  ekranie,  i  szybko  stawała  się  coraz  większa.  Gdy  zeszli  do  wewnętrznego  skraju  egzosfery,  kula
zaczęła się rozwijać, odpadał z niej statek po statku. Wchodziły na orbitę, jedne poważnie uszkodzone, inne gotowe atakować
okulawionych  wrogów.  Niektóre  znalazły  się  po  drugiej  stronie  planety.  Trask  zobaczył  trzy  statki  podchodzące  do
„Korysandy”, „Księżniczki Słońca” i gilgameszannina. Miał Harkamana na ekranie.

– Gdzie „Czarna Gwiazda”? – zapytał.
– Odeszła do em-ce-kwadratu – odparł Harkaman. – Załatwiliśmy dwa dunnany-makanny, „Bolida” i „Niezawodnego”.
Młody  Steven  z  Ravary,  który  monitorował  jeden  z  ekranów  łączności  międzystatkowej,  odebrał  wezwanie  od  kapitana

Gompertza z „Klątwy Grendela”, a jednocześnie ktoś inny wrzasnął:

– Nadciąga „Gwiezdny Skoczek”!
– Powiedz Gompertzowi, żeby chwilę zaczekał, mamy kłopoty – powiedział Trask.
„Nemezis”  i  „Gwiezdny  Skoczek”  runęły  na  siebie  i  parowały  kontrpociskami,  a  potem  całkiem  niespodziewanie

„Gwiezdny Skoczek” odszedł do em-ce-kwadratu.

Tego  dnia  strasznie  wiele  em  zostało  przemienionych  w  E  wokół  Marduka.  Łącznie  z  Manfredem  Ravallem,  co  bardzo

zasmuciło  Traska.  Manfred  był  dobrym  człowiekiem  i  przyjacielem.  Miał  dziewczynę  w  Rivington…  Na  Nifflheim,  na
pokładzie „Czarnej Gwiazdy” było ośmiuset dobrych ludzi i większość z nich miała dziewczyny, które daremnie będą na nich
czekać  na  Tanit.  Cóż,  jak  to  powiedział  Otto  Harkaman  dawno  temu  na  Gramie?  Coś  o  tym,  że  starość  nie  jest  zwykłą
przyczyną śmierci wśród kosmicznych wikingów, czyż nie?

Potem  Trask  sobie  przypomniał,  że  Gompertz  ze  „Zmory  Grendela”  próbował  się  z  nim  skontaktować.  Powiedział

background image

młodemu hrabiemu Stevenowi, żeby go przełączył.

– Właśnie straciliśmy jednego z naszych mardukanów – powiedział mu Gompertz ze swoim beowulfiańskim akcentem. –

Chyba to był „Rywal”. Statek, który go załatwił, wygląda jak „Zjawa”. Skręcam, żeby go dopaść.

– W którą stronę od ekliptyki planety? Cierpliwości, kapitanie, niebawem do was dołączę.

background image

XXVII

Było to jak kończenie krzyżówki. Siedzisz i wlepiasz w nią oczy, szukając miejsc do wpisania liter, i nagle spostrzegasz, że już
nie ma wolnych kratek, że krzyżówka została rozwiązana. Tak właśnie skończyła się bitwa kosmiczna o Marduka, bitwa wokół
planety.  Nagle  kolorowe  kule  ognia  przestały  rozkwitać  i  gasnąć,  pociski  nie  nalatywały,  nie  było  wrogich  statków  do
ostrzeliwania. Nadszedł czas na liczenie strat, a potem na rozmyślanie o bitwie na powierzchni.

„Czarna  Gwiazda”  została  zniszczona,  podobnie  jak  OKMW  „Challenger”  i  OKMW  „Konkwistador”.  „Bicz  Kosmosu”

dostał porządne cięgi, gorsze niż po rajdzie na Beowulfa, jak powiedział Boake Valkanhayn. „Dar Wikinga” i „Korysanda” też
zostały poważnie uszkodzone, podobnie jak, wnosząc z tablicy zniszczeń, „Nemezis”. Trzy statki zaginęły – trzech niezależnych
kosmicznych wikingów, „Harpia”, „Klątwa Cagna” i „Cholerstwo” Rogera-fan-Morvilla Esthersana.

Książę Bentrik zmarszczył brwi.
– Nie sądzę, żeby wszystkie te statki zostały zniszczone, nie ma nikogo, kto by widział, jak to się stało.
–  Ja  też  nie.  Myślę,  że  razem  wyrwały  się  z  bitwy  i  skierowały  na  planetę.  Nie  przybyły  tutaj  pomagać  w  wyzwalaniu

Marduka. Przebyły napełnić swoje ładownie. Mam tylko nadzieję, że okradają tych, którzy głosowali na Makanna w ostatnich
wyborach.  –  Traskowi  wpadła  do  głowy  pocieszająca  myśl  i  podzielił  się  nią  z  Bentrikiem.  –  Jedynymi  ludźmi  zdolnymi
stawić im zbrojny opór będą szturmowcy Makanna i piraci Dunnana, i tylko oni zginą.

–  Nie  chcemy  więcej  ofiar  niż…  –  Książe  Simon  nagle  urwał.  –  Zaczynam  mówić  jak  świętej  pamięci  Jego  Wysokość

następca tronu Edvard. On też nie chciał rozlewu krwi i spójrz, czyja krew się polała. Jeśli robią to, co mówisz, obawiam się,
że będziemy musieli zabić też kilku twoich komicznych wikingów.

–  To  nie  są  moi  wikingowie.  –  Trask  był  trochę  zaskoczony,  gdy  stwierdził,  że  prawie  po  ośmiu  latach  noszenia  tej

etykietki  teraz  używa  jej  w  odniesieniu  do  innych.  Ale  dlaczego  nie?  Przecież  jest  władcą  cywilizowanej  planety  Tanit,
prawda? – Nie zaczynajmy z nimi walczyć, dopóki główna wojna się nie skończy. Te trzy statki nie są gorsze niż katar. Makann
i Dunnan to prawdziwa zaraza.

Zejście  miało  zająć  cztery  godziny,  w  spiralnym  zmniejszaniu  prędkości.  Zaczęli  transmitować  materiał  sfilmowany

podczas podróży z Gimlego. Książę protektor Simon Bentrik mówił:

–  Bezprawne  rządy  zdrajcy  Makanna  dobiegły  końca.  Jego  omamionym  zwolennikom  zaleca  się  powrót  do  wierności

Koronie. Straż Ludowa ma rozkaz złożyć broń i rozwiązać formacje. W razie nieposłuszeństwa wzywamy lojalnych obywateli
do współpracy z prawowitymi siłami zbrojnymi Korony w ich zlikwidowaniu, i w tym celu jak najszybciej wydana zostanie
broń.

Mała księżniczka Myrna mówiła:
–  Jeśli  mój  dziadek  żyje,  jest  waszym  królem;  jeśli  nie,  ja  jestem  waszą  królową.  Dopóki  nie  osiągnę  wieku

umożliwiającego  mi  samodzielne  sprawowanie  władzy,  akceptuję  księcia  Simona  jako  regenta  i  protektora  królestwa,  i
wzywam was wszystkich, żebyście mu byli posłuszni jak ja.

– Nie wspomniałeś o reprezentatywnym rządzie ani o demokracji, ani o konstytucji – powiedział Trask. – I zauważyłem, że

użyłaś słowa „rządy” zamiast „panowanie”.

–  To  prawda  –  przyznał  samozwańczy  książę  protektor.  –  Z  demokracją  coś  jest  nie  w  porządku.  Gdyby  tak  było,  nie

mogliby jej obalić tacy ludzie jak Makann, atakujący ją od środka w granicach demokratycznych procedur. Nie uważam, że jest
z gruntu niefunkcjonalna. Sądzę, że ma trochę tego, co inżynierowie nazywają usterkami. Używanie wadliwej maszyny nie jest
bezpieczne, dopóki nie znajdziesz usterek i nie nauczysz się ich usuwać.

– Chyba nie sądzisz, że nasz feudalizm Świata Miecza nie ma usterek. – Trask podał przykłady, a potem przytoczył słowa

Otta Harkamana o barbarzyństwie rozprzestrzeniającym się z góry na dół, nie z dołu.

–  Może  po  prostu  –  dodał  –  jest  coś  z  gruntu  niefunkcjonalnego  w  rządzach  jako  takich.  Homo  sapiens  terra  był  i  jest

dzikim zwierzęciem, i dopóki za jakiś milion lat nie wyewoluuje w jakąś wyższą formę, funkcjonalny system rządów będzie
politycznym  odpowiednikiem  fizyki  rzeczy  niemożliwych,  jak  transmutacja,  która  była  fizycznie  niemożliwa,  dopóki
próbowano jej dokonać za pomocą środków chemicznych.

– Wtedy po prostu będziemy musieli się starać, żeby system działał najlepiej jak to możliwe, a kiedy zawiedziemy, mieć

nadzieję, że następna próba uda się trochę lepiej i potrwa dłużej – powiedział Bentrik.

background image

*

Malverton rosło na ekranach teleskopowych, kiedy opadali. Port Kosmiczny Marynarki Wojennej, gdzie Trask wylądował

prawie  dwa  lata  wcześniej,  był  w  ruinie,  usiany  wrakami  statków,  które  runęły  na  ziemię,  i  przemieniony  w  żużel  przez
termonuklearne pożary. We właściwym mieście trwały walki w powietrzu, na dachach budynków i na poziomie ziemi. Toczyli
je  kosmiczni  wikingowie  z  „Cholerstwa”,  „Harpii”  i  „Klątwy  Cagna”.  Pałac  królewski  stanowił  centrum  jednego  z  kilku
tornad bitwy, które się wyodrębniły z potężnego huraganu.

Paytrik  Morland  ruszył  na  czele  pierwszej  fali  oddziałów  lądowych  z  „Nemezis”.  Gilgameszański  frachtowiec,  jak

większość statków tego rodzaju, miał wielkie wrota ładunkowe ze wszystkich stron; wrota zaczęły się otwierać i wyrzucać z
wnętrza  chmary  pojazdów,  od  lądowników  i  stustopowych  łodzi  latających  po  jednoosobowe  łodzie  kawalerii  powietrznej.
Błyski autodział, dym i kłęby pyłu prawie zupełnie przysłaniały górne lądowiska i tarasy pałacu. Pierwszy pojazd wylądował,
strzały z powietrza ustały i żołnierze rozeszli się wachlarzem, od czasu do czasu strzelając z broni ręcznej.

Trask  i  Bentrik  byli  w  zbrojowni,  zakładając  ekwipunek  bojowy,  kiedy  dołączył  do  nich  dwunastoletni  hrabia  Ravary.

Chłopiec zaczął szukać broni i hełmu.

– Ty nie idziesz – powiedział mu ojciec. – Będę miał dość zmartwień o własną skórę…
Było to niewłaściwe podejście. Trask interweniował:
–  Zostaniesz  na  pokładzie,  hrabio.  Gdy  tylko  sytuacja  się  ustabilizuje,  księżniczka  Myrna  poleci  na  dół.  Będziesz  pełnił

funkcję jej osobistej eskorty. I nie myśl, że jesteś spychany na drugi plan. Ona jest następczynią tronu i jeśli jeszcze nie jest
królową,  zostanie  nią  za  kilka  lat.  Eskortowanie  Myrny  stanie  się  punktem  wyjścia  do  twojej  kariery  we  flocie.  W
Królewskiej Marynarce Wojennej nie ma młodego oficera, który nie chciałby się z tobą zamienić miejscami.

– Idealnie sobie z nim poradziłeś, Lucasie – pochwalił Bentrik, gdy chłopiec odszedł, dumny ze swojej roli i związanej z

nią odpowiedzialności.

– Będzie właśnie tak, jak mu powiedziałem. – Trask przerwał na chwilę, rozważając pomysł, który właśnie mu wpadł do

głowy. – Wiesz, dziewczynka za kilka lat zostanie królową, o ile już nią nie jest. Królowe potrzebują książąt małżonków. Twój
syn  jest  dobrym  chłopcem,  polubiłem  go  w  chwili,  kiedy  do  zobaczyłem,  i  od  tamtej  pory  lubię  go  jeszcze  bardziej.  Byłby
dobry mężczyzną na tronie obok królowej Myrny.

–  To  wykluczone.  Nie  chodzi  o  pokrewieństwo,  są  kuzynostwem  szesnastego  stopnia.  Ale  ludzie  powiedzą,  że

wykorzystałem protektorat, żeby wżenić mojego syna na tron.

– Simonie, mówimy jak jeden suwerenny książę z drugim. Musisz się wiele nauczyć. Już opanowałeś jedną ważną lekcję,

że władca nie może się wzbraniać przed użyciem siły i rozlewem krwi w obronie swojej władzy. Musisz się też nauczyć, że
władcy  nie  wolno  dopuścić,  żeby  kierował  nim  lęk  przed  tym,  co  mówią  o  nim  ludzie.  Ani  nawet  co  będzie  o  nim  mówić
historia. Jedynym sędzią władcy jest on sam.

Bentrik na próbę poruszył transpeksową przyłbicą, sprawdził komory pistoletu i karabinka.
– Wszystkim, co ma dla mnie znacznie, jest pokój i dobrobyt Marduka. Będę musiał to przedyskutować… z moim jedynym

sędzią. Dobrze, idziemy.

*

Górne  tarasy  były  zabezpieczone,  kiedy  ich  pojazd  wylądował.  Siadały  kolejne  pojazdy  i  wypuszczały  ludzi;  rój

lądowników  opadał  obok  pałacu  na  powierzchnię  leżącą  dwa  tysiące  stóp  niżej.  Na  dolnych  tarasach  jazgotały  karabiny,
dudniły  lekkie  działa,  wybuchały  bomby.  Lecieli  autem  w  dół  jednej  z  dróg  szybowych,  aż  wpadli  w  ciężki  ogień  z  dołu,
wtedy skręcili w szeroki korytarz i popędzili tuż nad głowami ludzi. Trask pomyślał, że chyba rozpoznaje tę część pałacu z
czasów, kiedy tu gościł, ale prawdopodobnie nie miał racji.

Dotarli  do  pośpiesznie  wzniesionych  barykad  z  mebli,  posągów  i  innych  elementów  wyposażenia,  za  którymi  Straż

Ludowa  Makanna  i  kosmiczni  wikingowie  Andraya  Dunnana  stawiali  opór.  Przelatywali  przez  sale  pełne  pyłu  gipsowego,
gryzącego  dymu  i  trupów.  Mijali  holowane  platformy  ślizgowe  z  rannymi.  Przebywali  pokoje  zatłoczone  swoimi  ludźmi  –
„Trzymać łapy z daleka od rzeczy, to nie jest ekspedycja łupieżcza!” „Ty głupi kretynie, skąd mogłeś wiedzieć, że tam się ktoś
nie ukrywa?” W jednym wielkim pomieszczeniu, może była to sala balowa albo koncertowa, zgromadzono jeńców. Ludzie z
„Nemezis”  ustawiali  poliencefalograficzne  prawdomierze,  mocne  krzesła  z  przewodami,  regulowanymi  hełmami  i
zamontowanymi  nad  nimi  przejrzystym  kulami.  Paru  ludzi  Morlanda  przywlekło  członka  Straży  Ludowej  i  przypięło  go  do
krzesła.

– Wiesz, co to jest, prawda? – mówił jeden z nich. – To prawdomierz. Ta kula zaświeci się na niebiesko. W chwili, gdy

spróbujesz skłamać, zrobi się czerwona. A gdy to się stanie, wbiję ci zęby do gardła kolbą tego pistoletu.

background image

– Dowiedzieliście się już czegoś o królu? – zapytał go Bentrik.
Mężczyzna odwrócił się .
–  Nie.  Nikt,  kogo  dotychczas  przesłuchaliśmy,  nie  ma  o  nim  świeższych  informacji  niż  te  sprzed  miesiąca.  Po  prostu

zniknął. – Chciał jeszcze coś dodać, ale zobaczył wyraz twarzy Bentrika i zmienił zdanie.

–  Nie  żyje  –  powiedział  ponuro  Bentrik.  –  Torturowali  go,  poddali  praniu  mózgu  i  wykorzystywali  jak  lalkę

brzuchomówcy w telewizji, a kiedy nie mogli dłużej pokazywać go społeczeństwu, wepchnęli go do konwertera.

Kilka  godzin  później  znaleźli  Zaspara  Makanna.  Może  on  mógłby  im  coś  powiedzieć  –  gdyby  żył.  Wraz  z  kilkoma

fanatycznymi  zwolennikami  zabarykadował  się  w  sali  tronowej  i  wszyscy  zginęli,  próbując  jej  bronić.  Makann  siedział  na
tronie,  z  odstrzelonym  czubkiem  głowy,  z  pistoletem  zaciśniętym  z  ręce.  Na  podłodze  leżała  korona  z  aksamitną  podszewką
przeszytą przez kulę, zbryzgana krwią i tkanką mózgową. Książę Bentrik podniósł ją i obejrzał z odrazą.

–  Trzeba  będzie  coś  z  tym  zrobić  –  powiedział.  –  Naprawdę  nie  przypuszczałem,  że  tak  postąpi.  Myślałem,  że  chciał

obalić tron, a nie na nim zasiąść.

Z  wyjątkiem  jednego  rozbitego  żyrandola  i  kilku  trupów,  które  trzeba  było  wywlec,  sala  rady  ministerialnej  była  w

nienaruszonym  stanie.  Tam  założyli  kwaterę  główną.  Dołączył  do  nich  Boake  Valkanhayn  i  kilku  innych  kapitanów.  W  paru
miejscach  w  pałacu  trwały  walki  i  w  mieście  wciąż  panował  zamęt.  Komuś  udało  się  skontaktować  z  kapitanami
„Cholerstwa”,  „Harpii”  i  „Klątwy  Cagna”  i  ściągnąć  ich  do  pałacu.  Trask  próbował  przemówić  im  do  rozumu,  ale  bez
powodzenia.

–  Książę  Trasku,  jesteś  moim  przyjacielem  i  zawsze  postępowałeś  ze  mną  uczciwie  –  powiedział  Roger-fan-Morvill

Esthersan. – Ale sam wiesz, w jakim stopniu każdy wikiński kapitan kontroluje swoją załogę. Ci ludzie nie przybyli naprawiać
błędów politycznych Marduka. Przybyli tutaj po to, co można stąd zabrać. Sam mógłbym zginąć, próbując ich powtrzymać…

–  Ja  nawet  bym  nie  próbował  –  wtrącił  kapitan  „Klątwy  Cagna”.  –  Sam  przyleciałem  po  to,  co  można  wycisnąć  z  tej

planety.

–  Możesz  sam  spróbować  ich  powstrzymać  –  odezwał  się  kapitan  „Harpii”.  –  Stwierdzisz,  że  to  jeszcze  trudniejsze  niż

twoje obecne próby.

Trask przejrzał kilka raportów, które napłynęły z innych miejsc na planecie. Harkaman wylądował w jednym z wielkich

miast na wschodzie. Mieszkańcy powstali przeciwko lokalnym kacykom Makanna i rozprawiali się ze Strażą Ludową bronią,
którą  im  wydano.  Zastępca  Valkanhayna  wylądował  w  wielkim  obozie  koncentracyjnym,  gdzie  więziono  blisko  dziesięć
tysięcy wrogów politycznych Makanna; rozdał im całą dostępną broń i wołał o więcej. Gompertz ze „Zguby Grendela” był w
Drepplinie. Zameldował, że tam panuje odwrotna sytuacja: mieszkańcy powstali w obronie reżimu Makanna. Prosił o zgodę na
użycie przeciwko nim broni nuklearnej.

– Moglibyście namówić swoich ludzi, żeby udali się do jakiegoś innego miasta? – zapytał Trask wikińskich kapitanów. –

Mam dla was dobry cel, wielki ośrodek przemysłowy. Tam powinniście porządnie się obłowić. Drepplin.

– Tamtejsi mieszkańcy też są mardukańskimi poddanymi – zaczął Bentrik. Potem wzruszył ramionami. – Nie zawsze to, co

chcielibyśmy  zrobić,  jest  tym,  co  musimy.  Proszę  bardzo,  panowie.  Zabierzcie  swoich  ludzi  do  Drepplinu,  a  nikt  się  nie
sprzeciwi temu, co tam zrobicie.

– A kiedy złupicie tamto miejsce, spróbujcie na Abaddonie. Byłeś tam, kapitanie Esthersanie. Wiesz, co zostawił Dunnan.

*

Kilku  kosmicznych  wikingów  –  nie,  żołnierzy  armii  królewskiej  Tanit  –  przyprowadziło  starą  kobietę,  brudną,  w

łachmanach, ledwie żywą.

– Chce mówić z księciem Bentrikiem, z nikim innym. Mówi, że wie, gdzie jest król.
Bentrik szybko wstał, podprowadził ją do krzesła, nalał jej szklankę wody.
–  Jeszcze  żyje,  Wasza  Wysokość.  Następczyni  tronu  Melanie  i  ja…  przepraszam,  Wasza  Wysokość,  księżna  wdowa

Melanie… zajmowałyśmy się nim najlepiej jak mogłyśmy. Jeśli się pośpieszysz…

Mikhyl  VIII,  planetarny  król  Marduka,  leżał  na  barłogu  w  wąskiej  klitce  zawierającej  konwerter  masa-energia,  który

przetwarzał  śmieci  i  ścieki,  generując  moc  dla  jakiegoś  urządzenia  na  jednym  ze  środkowych  pięter  wschodniego  skrzydła
pałacu.  Był  tam  kubeł  wody,  a  na  szorstkiej  drewnianej  ławie  leżało  zawiniątko  z  jedzeniem.  Obok  króla  kucała  kobieta,
wymizerowana  i  rozczochrana,  ubrana  w  brudny  kombinezon  mechanika  i  nic  poza  tym.  Następczyni  tronu  Melanie,  którą
Trask pamiętał jako czarującą, pełną wdzięku gospodynię Cragdale. Spróbowała wstać i się zachwiała.

– Książę Bentrik! I książę Trask z Tanit! – krzyknęła. – Śpieszcie się, zabierzcie go tam, gdzie można mu zapewnić opiekę.

Proszę… – Potem osunęła się na podłogę, zemdlona.

background image

*

Nie mogli się dowiedzieć, co zaszło. Księżna Melanie na dobre straciła przytomność. Jej towarzyszka, dama szlachetnego

rodu,  tylko  mamrotała  bez  związku.  Sam  król,  wykapany  i  nakarmiony,  po  prostu  leżał  w  czystym  łóżku  i  patrzył  na  nich  w
zadziwieniu, jakby nie rozumiał niczego, co widzi i słyszy. Doktorzy nie mogli nic zrobić.

– Ma umysł noworodka. Będziemy utrzymywać go przy życiu, choć nie wiemy, jak długo. To nasz zawodowy obowiązek.

Ale nie powiem, że wyświadczamy uprzejmość Jego Królewskiej Mości.

*

Punkty  oporu  w  pałacu  zostały  zlikwidowane  do  wieczora  następnego  dnia.  Wszystkie  poza  jednym,  głęboko  pod

powierzchnią, poniżej głównej elektrowni. Próbowali gazu usypiającego; obrońcy mieli dmuchawy i odsyłali go z powrotem.
Próbowali ładunków wybuchowych; wytrzymałość konstrukcji budynku ma swoje granice. I nikt nie wiedział, ile trzeba czasu,
żeby wziąć ich głodem.

Trzeciego dnia z włazu wypełzł człowiek, wysuwając przed siebie białą koszulę przywiązaną do lufy karabinka.
– Czy jest tu książę Lucas Trask z Tanit? – zapytał. – Nie będę mówić z nikim innym.
Szybko  sprowadzili  Traska.  Zobaczył  tylko  lufę  karabinka  i  białą  koszulę.  Kiedy  zawołał,  mężczyzna  uniósł  głowę  nad

zwał gruzu, za którym się ukrywał.

–  Książę  Trasku,  mamy  tutaj  Andraya  Dunnana.  Dowodził  nami,  ale  go  rozbroiliśmy  i  teraz  przetrzymujemy.  Jeśli  go

wydamy, czy puścisz nas wolno?

–  Jeśli  wszyscy  wyjdziecie  bez  broni  i  sprowadzicie  ze  sobą  Dunnana,  obiecuję,  że  zostaniecie  wypuszczeni  z  tego

budynku i będzie wam wolno odejść.

– W porządku. Będziemy za minutę. – Mężczyzna podniósł głos. – Zgoda! – krzyknął. – Przyprowadźcie go.
Było  ich  czterdziestu  kilku.  Niektórzy  nosili  mundury  wysokich  oficerów  Straży  Ludowej  albo  funkcjonariuszy  Partii

Dobra Ludu, kilku miało bogato szamerowane krótkie bluzy wikińskich oficerów. Popychali mężczyznę o szczupłej twarzy ze
szpiczastą bródką. Trask musiał spojrzeć dwa razy, zanim rozpoznał Andraya Dunnana. Bardziej przypominał diuka Angusa z
Wardshaven, kiedy go widział po raz ostatni. Dunnan popatrzył na niego z pogardliwą obojętnością.

– Wasz zramolały król nie mógł władać bez Zaspara Makanna, a Makann nie mógł władać beze mnie, i żaden z was nie

może  –  powiedział.  –  Wystrzelajcie  tę  zgraję  farbowanych  lisów,  a  będę  dla  was  rządzić  Mardukiem.  –  Znowu  skierował
spojrzenie na Traska. – Kim jesteś? – zapytał. – Nie znam cię.

Trask wysunął pistolet z kabury, odciągnął bezpiecznik.
– Jestem Lucas Trask. Słyszałeś już to nazwisko – odparł. – Odsuńcie się od niego, ludzie.
– A tak, biedny głupiec, który myślał, że poślubi Elaine Karvall. Cóż, nie poślubiłeś jej, lordzie Trasku z Traskonu. Ona

kocha mnie, nie ciebie. Czeka na mnie teraz, na Gramie…

Trask  strzelił  mu  w  głowę.  Dunnan  szeroko  otworzył  oczy  z  niedowierzania,  potem  kolana  się  pod  nim  ugięły  i  upadł

twarzą na beton. Trask zabezpieczył pistolet, schował go do kabury i spojrzał na zwłoki.

To nie zrobiło najmniejszej różnicy, jakby zastrzelił węża albo jednego z tych paskudnych niby-skorpionów, które są plagą

starych budynków w Rivingtonie. Po prostu koniec z Andrayem Dunnanem.

– Zabierzcie to ścierwo i wpakujcie do konwertera – powiedział. – I niech nikt więcej nie wspomina przy mnie o Andrayu

Dunnanie.

Nie patrzył, jak wciągali ciało Dunnana na platformę ślizgową. Patrzył, jak prawie pięćdziesięciu przywódców obalonego

reżimu Marduka wychodzi na wolność, ochranianych przez strzelców Paytrika Morlanda. Teraz miał się za co zganić; popełnił
niewątpliwe przestępstwo przeciwko Mardukowi, wypuszczając ich żywych. O ile ktoś ich nie rozpozna i nie zabije, każdy
jeden z tych drani przed wschodem słońca dopuści się jakiegoś łajdactwa. Cóż, król Simon I jakoś z tym sobie poradzi.

Drgnął,  kiedy  zrozumiał,  że  tak  nazwał  w  myślach  swojego  przyjaciela.  Dlaczego  nie?  Umysł  Mikhyla  był  martwy,  jego

ciało  pożyje  nie  dłużej  niż  rok.  Potem  królowa-dziecko,  i  długa  regencja,  a  długie  regencje  bywają  niebezpieczne.  Lepszy
silny król, tak imieniem, jak władzą. I sukcesję może zagwarantować małżeństwo Stevena i Myrny. Myrna już w wieku ośmiu
lat  się  pogodziła,  że  pewnego  dnia  zawrze  związek  małżeński  z  powodu  racji  stanu.  Dlaczego  nie  ze  swoim  towarzyszem
zabaw, Stevenem?

A  Simon  Bentrik  w  końcu  zrozumie,  że  to  konieczne.  Nigdy  nie  był  głupcem  ani  moralnym  tchórzem;  potrzebował  tylko

trochę  czasu,  żeby  się  pogodzić  z  pewnymi  pomysłami.  Łajdacy,  którzy  kupili  sobie  życie  za  życie  swojego  przywódcy,  już
odeszli. Trask powoli kroczył za nimi, rozmyślając.

Nie należy na siłę narzucać pomysłu Simonowi, tylko go z nim zaznajomić i niech się do niego przyzwyczaja. I zostanie

background image

zawarty  traktat  –  Tanit,  Marduk,  Beowulf,  Amaterasu;  później  traktaty  z  innymi  cywilizowanymi  planetami.  W  jego  głowie
zaczęła się formować jeszcze niejasna idea Ligi Światów Cywilizowanych.

Postanowił, że przyjmie tytuł króla Tanit. Tak, to dobry pomysł. I odetnie się od Światów Miecza, a zwłaszcza od Grama.

Niech Viktor z Xochitl go sobie weźmie. Albo Garvan Spasso. Viktor nie będzie ostatnim kosmicznym wikingiem, który ruszył
ze swoimi statkami przeciwko Światowi Miecza. Prędzej czy później cywilizacja w Starej Federacji wypędzi ich wszystkich
do domu, żeby łupili planety, które ich wysłały.

A skoro chce zostać królem, czy nie powinien mieć królowej? Królowie zwykle je mają. Trask wsiadł do małego auta i

ruszył  w  górę  długiego  szybu.  Valerie  Alvarath…  Na  „Nemezis”  spędzali  razem  czas  i  sprawiało  im  to  przyjemność.
Zastanawiał się, czy chciałaby tego na stałe, nawet na tronie…

Towarzyszyła mu Elaine. Czuł ją obok siebie niemal namacalnie. Szepnęła do niego: „Ona cię kocha, Lucasie. Zgodzi się.

Bądź dla niej dobry, a uczyni cię szczęśliwym”. Potem odeszła, i wiedział, że już nigdy nie wróci.

Żegnaj, Elaine.


Document Outline