background image

 
 

Vicki Lewis 

Thompson 

 

Seks w Nowym Jorku 

background image

Prolog 
Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami. 
Trudy  Baxter  wzięła  kolejny  plastikowy  kieliszek 

weselnego  szampana  i  obiecała  sobie,  że  nie  podda  się 
ogarniającemu  ją  przygnębieniu.  Cóż,  nie  będzie  już  mogła 
wynająć  mieszkania  w  Nowym  Jorku  wspólnie  ze  swoją 
najlepszą  przyjaciółką,  Meg.  Sama  będzie  musiała  stawić 
czoło styczniowej przeprowadzce. 

Przez  sześć  miesięcy  miała  nadzieję,  że  Meg  w  końcu 

odwoła  ślub  z  „chłopakiem  z  miasta",  Tomem  Hennessym. 
Jednak odbył się on właśnie dziś rano, w kościele baptystów, 
na  oczach  prawie  wszystkich  mieszkańców  Virtue  (Nazwa 
miejscowości,  z  której  pochodzi  bohaterka  jest  znacząca. 
„Virtue"  to  cnota,  prawość,  a  określenie  „woman  of  Virtue" 
może  oznaczać  „kobietę  z  Virtue",  jak  i  „kobietę  cnotliwą" 
(przyp. tłum.)) w stanie Kansas. A potem ci sami ludzie wzięli 
udział we wspaniałym weselu w Grange Hall. 

Meg  zapewniała  ją,  oczywiście,  że  zawsze  będzie  jej 

służyć  pomocą w  Nowym  Jorku,  ale  Trudy  wiedziała, że  już 
nigdy  nie  będzie  tak,  jak  to  sobie  zaplanowały  w  szkole 
średniej,  gdy  obie  zdecydowały  się  na  robienie  kariery  w 
wielkim  mieście.  Nie  było  to  winą  Meg.  Przyjaciółka 
wyjechała z Virtue już trzy i pół roku temu, tak jak planowały, 
i  rozpoczęła  prawdziwie  wielkomiejskie  życie.  To  Trudy  się 
spóźniła,  nie  mając  serca,  ot  tak,  od  razu  skończyć  z 
rodzinnymi zobowiązaniami. 

Trudy kończyła więc kurs korespondencyjny i pomagała w 

domu,  a  Meg  w  tym  czasie  poznała  Toma  w  trakcie 
bożonarodzeniowej wyprawy do Saks. Mimo szytego na miarę 
garnituru i  mieszkania  na  Manhattanie  stanowił on  całkowite 
zaprzeczenie  wielkomiejskiego  modnisia.  Trudy  sama 
widziała,  jak  dwa  dni  temu  żłopał  piwsko  w  Pizza  Palace,  a 
potem  ustawił  się  wraz  ze  wszystkimi,  żeby  odtańczyć 

background image

macarenę.  Uznała,  że  Meg  najbardziej  pociągało  w  nim 
pogodne  usposobienie.  To,  że  przy  okazji  był  uzdolnionym 
maklerem giełdowym, stanowiło dodatkowy plus. 

Jednak,  przy  swojej  pozycji,  Tom  musiał  stykać  się  z 

prawdziwą elegancją i Trudy zastanawiała się, co sobie myślał 
o  przyjęciu  w  Grange  Hall  z  jednorazowymi  obrusami  i 
ozdobami  z  bibuły.  Meg  twierdziła,  że  chciał,  by  wszyscy 
czuli się swobodnie. Na weselu podano więc sałatkę owocową 
zamiast kawioru i różowego szampana zamiast Dom Perignon. 
Wszyscy  tańczyli  przy  muzyce  z  taśmy,  a  nie  zespołu  z 
Kansas  City,  a  dzieci  częstowano  M&M  -  sami,  a  nie 
czekoladkami z bombonierek Lady Godiva. Tom wydawał się 
zadowolony z takiego stanu rzeczy. 

Ale Trudy zżymała się, myśląc o tym, jak Tom naprawdę 

odbiera  to  wszystko.  Jego  rodzice  pochodzili  z  małego 
miasteczka  w  stanie  Indiana,  więc  pewnie  im  to  nie 
przeszkadzało, ale Trudy z wyraźną ulgą przyjęła wiadomość, 
że  drużba  Toma,  również  makler,  nie  może  przyjechać. 
Właściwie  nie  powinna  się  cieszyć.  Wietrzna  ospa  w  wieku 
trzydziestu jeden lat musiała być czymś naprawdę okropnym. 
Poza  tym  Tomowi  brakowało  najlepszego  kumpla.  Jednak 
ktoś taki jak ów Linc Faulkner zupełnie nie pasowałby do tej 
małomiasteczkowej tandety. Zwłaszcza że jak dowiedziała się 
od Toma, pochodzi z bogatej i ustosunkowanej rodziny. 

 -  Hej,  Trudy!  Czas  na  jiga!  -  zawołał  Tom  z  drugiego 

końca sali. - Zatańczysz? 

Jej brat, Kenny, parsknął śmiechem. 
 -  Od  kiedy  to  Trudy  umie  tańczyć  jiga?  Ponieważ  miała 

na  sobie  długą  suknię  i  chciała  uniknąć  większej  awantury, 
pogroziła mu tylko pięścią. 

 - Cicho! - warknęła. - Widziałam, jak to się robi. 
Niestety,  sama  się  tym  przechwalała  po  paru  piwach  w 

Pizza  Palace.  Pomyślała  jednak,  że  powinna  sobie  poradzić. 

background image

Przecież  oglądała  kasetę  z  lekcją  tańca  chyba  ze  sto  razy.  A 
potem, w stodole, wypróbowała część kroków. Na drewnianej 
podłodze brzmiały one dokładnie jak kroki Michaela Flatleya. 
Tak jej się przynajmniej wydawało. 

 - Stara, wideo to nie to samo, co... 
 -  Potrzymaj.  -  Podała  Kenny'emu  swój  kieliszek.  - Zaraz 

zobaczysz. 

Na  szczęście  wypiła  akurat  tyle,  żeby  nabrać  pewności 

siebie,  a  nie  stracić  jeszcze  poczucia  równowagi.  Poprawiła 
więc  stroik,  który  uporczywie  zsuwał  jej  się  na  jedno  oko,  i 
ruszyła na parkiet. 

Kenny'emu wydawało się, że jest taki ważny, ponieważ w 

ostatniej  chwili  musiał  zastąpić  chorego  Faulknera.  Dzięki 
niewielkim przeróbkom krawieckim zdołał nawet włożyć jego 
smoking.  A  wiadomo,  siedemnastolatek  w  swoim  pierwszym 
smokingu może być prawdziwym utrapieniem. 

Jej  prawie  trzyletnia  siostra,  Sue  Ellen,  zaczęła  klaskać  i 

wołać: „Za - cy - na - my! Za - cy - na - my!" 

 - Już zaczynam - rzuciła w jej stronę. 
Trudy sama ją tego nauczyła. Uwielbiała malucha, chociaż 

to  właśnie  z  powodu  siostry  musiała  dłużej  zostać  w  Virtue. 
Bez jej pomocy matka zupełnie by sobie nie poradziła z piątką 
dzieci  poniżej  czternastego  roku  życia.  Zwłaszcza  że  ojciec 
dużo pracował, zmuszony zarobić na nich wszystkich. 

 -  Założę  się  o  dziesięć  dolarów,  że  jej  się  nie  uda!  - 

wrzasnął Clem Hogarth. - Czy ktoś przyjmuje zakład?! 

 -  Nie  szkoda  ci  tych  pieniędzy,  Clem?  -  spytała.  Pewnie 

chciał  się  na  niej  odegrać  za  to,  że  zerwała  z  nim  pół  roku 
temu.  Powiedział  jej  wtedy,  że  ma  dla  niej  niespodziankę. 
Myślała, że zdecydował się w końcu na wyprawę do jakiegoś 
odległego motelu, on tymczasem zmienił tapicerkę na tylnym 
siedzeniu swojego samochodu. 

background image

Trudy  powiedziała  mu  wówczas,  że  nie  będzie  się  z  nim 

kochać ani tego wieczoru, ani nigdy. Stwierdziła, że w ogóle 
nie interesuje jej seks w takich warunkach, co dla dziewcząt z 
Virtue  oznaczało  celibat.  Nowy  Jork  to  co  innego.  Coś 
zupełnie innego. Już nie mogła się doczekać. 

 -  Przyjmuję  zakład  -  powiedział  Tom.  -  Jeśli  Trudy 

twierdzi, że umie tańczyć jiga, to widocznie umie. 

 - Ja też - dorzuciła Meg. 
Uśmiechnęła się do niej i pokazała zaciśnięte kciuki. 
Trudy rozpromieniła się, słysząc pierwsze takty skrzypiec. 

Od czasów szkoły średniej kierowały się z Meg jedną zasadą: 
„Jeśli  czegoś  nie  umiesz,  udawaj,  że  idzie  ci  to  świetnie  do 
momentu,  kiedy  się  tego  nie  nauczysz".  Jak  do  tej  pory  ta 
zasada świetnie się sprawdzała. 

background image

Rozdział pierwszy 
Sześć miesięcy później 
 - Och, Tommy, masz sos na brodzie. - Meg pochyliła się 

czule do męża i wytarła mu twarz serwetką. 

Tommy! Linc skrzywił się z niesmakiem, pochyliwszy się 

mocniej  nad  kawałkiem  pieczeni.  Mógł  tylko  dziękować 
Bogu, że do tej pory się nie ożenił. Obrzydliwe zdrobnienia to 
tylko  wierzchołek  góry  lodowej,  jaką  jest  małżeństwo.  Tom 
kompletnie zwariował, kiedy rok temu poznał Meg i zupełnie 
zapomniał  o  swoim  najlepszym  przyjacielu.  Wyrzekł  się 
wszystkiego,  co  dawniej  sprawiało  mu  przyjemność.  Przestał 
grywać z nim w tenisa, poniechał weekendowych wypraw na 
koszykowe  zmagania  Knicksów,  a  nawet  wspólnych  wypraw 
na mecze futbolowe. Po sześciu miesiącach małżeńskiej idylli 
Tom zaczął powoli normalnieć, ale Meg w dalszym ciągu była 
dla  niego  najważniejsza,  co,  zdaniem  Linca,  robiło  z 
przyjaciela mięczaka. 

Tom spojrzał z oddaniem na żonę, która znajdowała się w 

widocznej już ciąży. 

 -  Może  pobrudziłem  się  specjalnie...  Żeby  zobaczyć,  czy 

go nie zliżesz. 

Linc odłożył sztućce. 
 -  Jesteście  pewni,  że  nie  wolelibyście  zostać  sarni? 

Przecież to, hm, półrocze waszego ślubu. 

Do głowy by mu nie przyszło, że ktoś chciałby świętować 

coś,  co  wydarzyło  się  zaledwie  sześć  miesięcy  temu.  Jego 
rodzice  nie  obchodzili  żadnych  rocznic.  Matka  mieszkała  na 
stałe  w  Paryżu,  a  ojciec  zaszył  się  w  swojej  wiejskiej 
posiadłości.  Linc  usłyszał  kiedyś  określenie  „małżeństwo  z 
wyrachowania"  i  uznał,  że  doskonale  pasuje  ono  do  jego 
rodziców.  Zauważył,  że  to  samo  dotyczy  wielu  zamożnych 
małżeństw. 

background image

 - Jeszcze będziemy mieli czas. - Meg mrugnęła do Toma. 

-  Poza  tym  zaprosiliśmy  cię,  bo  mamy  dla  ciebie 
niespodziankę. 

 -  Naprawdę?  -  spytał,  zastanawiając  się,  co  im  tam 

jeszcze  zostało.  Powiedzieli  mu  już  o  dziecku.  Chyba  że...  - 
Wiem! Będziecie mieli bliźnięta! 

Tom zaśmiał się i pokręcił głową. 
 - Ten drugi musiałby się dobrze schować. 
 -  Nie,  nie  spodziewamy  się  bliźniaków  -  powiedziała 

Meg. - Ale dostaliśmy album ze zdjęciami ze ślubu. 

 - Naprawdę? - Linc próbował się ucieszyć. Zdjęcia ślubne 

działały  na  niego  przygnębiająco.  Ci  wszyscy  zadowoleni 
ludzie,  którzy  tak  naprawdę  nie  wiedzą,  na  co  się  decydują, 
działali  mu  na  nerwy,  -  Pomyśleliśmy,  że  zechcesz  je 
obejrzeć,  skoro  nie  udało  ci  się  dotrzeć  na  ślub  - 
zaszczebiotała Meg. 

 -  Są  naprawdę  fajne.  -  Tom  poklepał  go  krzepiąco  po 

plecach.  -  Brat  Trudy  wyglądał  zupełnie  nieźle  w  twoim 
smokingu. 

 - Bardzo mi przykro z powodu tej ospy - rzucił skruszony, 

gotowy  przeglądać  nawet  setki  zdjęć.  -  Kto  by  pomyślał,  że 
zachoruję. -  

Wszystko  dlatego,  że  jego  rodzice  byli  nadopiekuńczy  w 

dzieciństwie.  Inaczej  przeszedłby  ospę  w  wieku  paru  czy 
parunastu lat i miałby spokój. Chociaż czasami wydawało mu 
się,  że  choroba  była  zrządzeniem  losu,  które  miało  go 
uchronić przed koszmarem ceremonii ślubnej. 

Już  samo  przyglądanie  się  zalotom  kumpla  nie  było  dla 

niego zbyt przyjemne. Kto wie, czyby się nie załamał, widząc 
jak  traci  go  bezpowrotnie.  Bo  przecież  sam  nigdy  nie 
zamierzał  się  ożenić.  Przykład  rodziców  był  dostatecznie 
odstręczający. 

background image

 -  Trudy  jest  na  wielu  zdjęciach  -  dodała  szybko  Meg.  - 

Myślałam,  że  zechcesz  ją  zobaczyć  przed  jej  przyjazdem  w 
przyszłym tygodniu. 

 -  Ach,  tak.  -  W  głowie  Linca  odezwał  się  dzwonek 

alarmowy. 

Meg  odsunęła  swój  talerz  i  pochyliła  się  z  uśmiechem  w 

jego stronę. 

 - Muszę ci coś wyznać. 
 - Naprawdę? - bąknął Linc. 
Dzwonek 

przeszedł 

nagle  w  ostre  dzwonienie. 

Nienawidził  wszelkiego  rodzaju  wyznań.  Nie  spodziewał  się 
po nich niczego dobrego. 

 -  Miałam  nadzieję,  że  zaopiekujesz  się  Trudy,  kiedy 

przyjedzie do miasta. 

Linc  patrzył  na  nią,  zastanawiając  się  jak  uprzejmie  i 

taktownie  powiedzieć  jej,  żeby  się  wypchała.  Tom  skorzystał 
z chwili przerwy z rozmowie. 

 - Nigdy mi o tym nie mówiłaś, kochanie - zwrócił się do 

żony. - O co ci chodzi? 

 -  Nie  mówiłam,  bo  bałam  się,  że  zaczniesz  się  w  tym 

dopatrywać różnych ukrytych intencji - wyjaśniła. 

 -  Co  i  tak  robię  właśnie  w  tej  chwili  -  mruknął.  Linc 

chrząknął. 

 -  No  tak,  powinniśmy coś  jasno  ustalić.  Umówiliśmy  się 

kiedyś  z  Tomem,  że  nie  będziemy  zastawiać  na  siebie  tego 
rodzaju pułapek. 

 - Nie przejmuj się, stary - wtrącił Tom. - Nikt nie będzie 

cię  próbował  usidlić.  Rozmawiałem  o  tym  z  Meg.  Prawda, 
kochanie? - spytał zaniepokojony. 

 - Rozmawiałeś - przyznała. 
 - O, świetnie. - Tom powoli odzyskiwał pewność siebie. - 

Sam widzisz. 

background image

 -  Ale  to  nie  jest  żadna  pułapka  -  dodała  zaraz  Meg.  - 

Potrzebuję po prostu kogoś, komu można zaufać, żeby się nią 
zajął. Trudy nawet nie chce myśleć o jakimś stałym związku, 
po  tym  jak  się  namordowała  ze  swoim  rodzeństwem  - 
stwierdziła. 

Tom odetchnął z ulgą. 
 -  To  prawda,  że  nie  miała  lekko.  Ile  ona  ma  tego 

rodzeństwa? Nie mogłem się ich doliczyć, bo ciągle się gdzieś 
kręcili. 

 -  Sześcioro  -  odparła  Meg.  -  Razem  z  Trudy  siedmioro 

dzieci.  Ponieważ  jest  najstarsza,  musiała  we  wszystkim 
pomagać. I ma już tego dosyć. 

 - Siedmioro dzieci! - powtórzył z podziwem Linc. 
Nigdy  nie  znał  rodziny  z  taką  liczbą  dzieci.  Pomijając, 

oczywiście,  telewizję,  gdzie  dawniej  oglądał  „Więzy 
rodzinne"  i  „Bill  Cosby  Show".  Pewnie  dlatego,  że  w 
dzieciństwie czuł się bardzo samotny jako jedynak. 

 - Czy... czy to z powodów religijnych? - spytał po chwili. 
Tom mrugnął do niego znacząco. 
 - To dlatego, że w Virtue trudno o inne rozrywki. 
 - Ale przecież można się jakoś zabezpieczyć... 
 -  Nie  w  Virtue.  -  Tom  wskazał  żonę.  -  Oto  najlepszy 

przykład. 

 - Na miłość boską! Przecież znamy metody zapobiegania 

ciąży i w naszym miasteczku. Rodzice Trudy mają po prostu 
bardzo udane dzieci i dlatego nie mogą przestać. A poza tym 
podejrzewam,  że  po  cichu  liczyli  na  to,  że  w  ten  sposób 
zatrzymają w Virtue najstarszą córkę. 

 - Jak rozumiem, to się nie udało - powiedział Linc. 
 - Skoro przyjeżdża... - Meg rozłożyła ręce. - Ale byli tego 

bliscy. Dobrze, że mieliśmy wejścia w Babcock and Trimball, 
inaczej mogła się nie zdecydować. 

Tom znowu chrząknął. Głośniej i aż dwa razy. 

background image

 -  Moim  zdaniem  wystarczy,  że  załatwiłaś  jej  pracę  jako 

public relations. Nie musisz w to jeszcze ładować Linca. 

 -  Nic  nie  rozumiesz!  Trudy  jest  moją  najlepszą 

przyjaciółką. Znamy się od trzeciej klasy. Obie marzyłyśmy o 
pracy  w  Nowym  Jorku,  od  kiedy  obejrzałyśmy  „Pracującą 
dziewczynę". To ja miałam jej pomóc, ale w moim stanie to, 
niestety, niemożliwe. 

 -  Rozumiem  -  mruknął  jej  mąż.  -  Ale  możesz  przecież 

poprosić o to jakąś koleżankę z biura. 

 - To delikatna sprawa. Nie wiem, kogo miałabym prosić. 

Trudy  nigdy  nie  była  na  wschód  od  Misisipi.  Zna  tylko 
chłopców  ze  wsi.  Boję  się,  że  narobi  tu  sobie  jakichś 
kłopotów. 

Linc zaczął się powoli odprężać. 
 -  Chcesz  powiedzieć,  że  nigdy  nie  wyjeżdżała  poza 

granice stanu? 

Meg potrząsnęła głową. 
 - Nie. Kansas City to największe miasto, jakie do tej pory 

widziała. Rozumiesz więc chyba, o co mi chodzi? 

 - Tak. Myślę, że tak. 
Ach,  więc  ta  Trudy  to  jakaś  wieśniaczka.  Nie  powinna 

stanowić większego zagrożenia. 

 - Poczęstuj się jeszcze - zachęciła Meg. - Weź też trochę 

ziemniaków i surówki. 

 -  Dzięki.  -  Linc  przeniósł  na  swój  talerz  ostatni  kawałek 

mięsa,  wiedząc,  że  w  końcu  zgodzi  się  również  zająć  Trudy. 
Nie  chciał  tylko  tak  od  razu  składać  broni.  -  Muszę 
powiedzieć,  że  cała  sprawa  jest  jednak  dosyć  podejrzana  - 
stwierdził po kolejnym kęsie. 

Meg potrząsnęła głową. 
 -  Trudy  naprawdę  nie  interesuje  stały  związek. 

Zapewniam cię, że po przyjeździe będzie miała wiele innych 
spraw  na  głowie.  Być  może  jako  jej  przyjaciółka  nie  jestem 

background image

obiektywna,  ale  nawet  Tom  przyzna,  że  jest  fajna  i  miła, 
prawda, kochanie? 

 - Tak, ale... 
 - Zaraz przyniosę ten album ze zdjęciami. Kiedy wyszła, 

Linc pochylił się w kierunku przyjaciela. 

 -  Posłuchaj,  stary,  czy  to  jakaś  małpa?  -  Nie,  żeby  to 

miało  jakieś  znaczenie,  ale  wiesz...  Pewnie  w  końcu  się 
zgodzę, ale chciałabym znać prawdę. 

 -  Nie,  nie  jest  ani  brzydka,  ani  niesympatyczna.  Wręcz 

przeciwnie  -  odparł  Tom.  -  Ale  nie  powiedziałbym  też,  żeby 
była  w  twoim  typie.  Ty  lubisz  wysokie,  reprezentacyjne 
kobiety,  a  ona  to...  -  szukał  przez  chwilę  określenia  -  żywe 
srebro. 

 - Myślisz, że to pułapka? 
 - Meg mówi, że nie. 
Linc  wiedział,  że  Tom  musi  być  lojalny  wobec  żony. 

Postanowił  więc  zostawić  ten  temat.  W  końcu  jest  w  stanie 
sam poradzić sobie z dziewczyną z Kansas. 

 -  Dobrze  -  mruknął.  -  Skoro  jest  energiczna,  powinna 

sprostać obowiązkom public relations. 

 -  Tak.  -  Tom  z  ulgą  stwierdził,  że  udało  im  się  wreszcie 

zmienić temat. - Na pewno da sobie radę. Meg zmusza ludzi, 
by  jej  słuchali, siłą  swego  autorytetu,  ale  Trudy  potrafi  za to 
oczarować i rozśmieszyć. 

Tak  jak  ty,  pomyślał  Linc  i  poczuł,  że  jest  już  zupełnie 

zrelaksowany.  Perspektywa  spędzenia  paru  dni  z  żeńskim 
odpowiednikiem Toma wydała mu się nawet interesująca. 

 -  Ma  ładne,  kręcone  włosy,  dołeczki  w  policzkach  i 

uwielbia gadać. Bez przerwy o czymś nawija. 

Linc poczuł, że znowu ma wątpliwości. 
 -  Powiedz  szczerze,  potrafi  wywiercić  dziurę w  brzuchu, 

co? 

background image

 - Nie, raczej nie. - Tom potrząsnął głową. - Chyba że na 

czymś  rzeczywiście  jej  zależy.  Wtedy  potrafi  być  bardzo 
uparta. 

 - Energiczna i uparta - westchnął Linc. 
 -  Są  zdjęcia!  -  zawołała  triumfalnie  Meg  od  drzwi.  Po 

chwili położyła przed nimi oprawny w skórę album wielkości 
sporej  encyklopedii.  Linc  zaczął  przeglądać  fotografie. 
Natychmiast  poczuł,  że  bolą  go  zęby,  takie  były  słodkie. 
Gdyby  jeszcze  potrafiły  zapewnić  szczęście  nowożeńcom!  A 
tak, były jedynie świadectwem rozrzutności i obłudy. 

 - To ona, idzie za mną do ołtarza. 
Linc  posłusznie  spojrzał  na  zdjęcie.  Dziewczyna,  którą 

zobaczył zupełnie nie pasowała do takiego starego cynika jak 
on.  Była  zbyt  czysta  i  niewinna.  Miała  na  sobie  lawendową 
suknię  z  bufiastymi  rękawkami,  a  jej  uduchowione  oczy 
kierowały się gdzieś w górę. Przypominała raczej księżniczkę 
z  bajki  niż  dziewczynę  z  krwi  i  kości.  Chociaż  z  drugiej 
strony,  w  jej  twarzy  było  coś  wesołego  i  rzeczywiście  miała 
dołeczki na buzi i loczki. Wyglądała bardziej na osobę, która 
marzy  o  białym  domku  z  dużym  ogrodem,  niż  kogoś 
zainteresowanego seksem w wielkim mieście. 

 -  Widzisz,  jest  naprawdę  ładna.  -  Meg  wskazała  kolejne 

zdjęcie.  -  Nie  będziesz  chyba  cierpiał,  jeśli  zabierzesz  ją 
gdzieś parę razy. 

 -  Chyba  nie  -  rzekł  Linc  z  ociąganiem,  przyglądając  się 

następnej fotografii. 

Na  innych  zdjęciach  nie  wyglądała  już  tak  słodko  jak  w 

kościele,  a  poza  tym  zauważył,  że  ma  ładny  biust  i  wąskie 
biodra.  Nie  wiedział  natomiast  nic  o  jej  nogach,  ponieważ 
suknia druhny sięgała niemal do kostek. Oczywiście nie miało 
to większego znaczenia, chociaż łatwiej by mu było ją gdzieś 
zabrać, gdyby wyglądała przyzwoicie. 

 - Więc zgadzasz się? - - spytała jeszcze Meg. 

background image

 - A czy orientujesz się, na jak długo będzie potrzebowała 

wsparcia? 

 -  Sama  nie  wiem,  ale  pewnie  nie  dłużej  niż  tydzień  lub 

dwa. Trudy szybko się uczy. 

Linc  skinął  głową.  To  przecież  nie  tak  długo.  Zwłaszcza 

że dziewczyna nie stanowi zagrożenia dla jego kawalerskiego 
stanu.  Skoro  nie  uległ  kobietom,  które  znały  po  trzy  języki  i 
nosiły kostiumy znanych projektantów, z pewnością zdoła się 
oprzeć komuś, komu słoma wystaje z butów. 

 - Mówiłaś, że przyjeżdża w najbliższy czwartek? 
 -  Tak  -  potwierdziła  Meg,  kartkując  album.  -  W  czasie 

weekendu będziemy pomagali jej z Tomem w przeprowadzce. 
- Zerknęła na Linca. - Gdybyś się do nas przyłączył, szybciej 
by poszło. I moglibyście wieczorem wyskoczyć na pizzę. 

 - Niech będzie - mruknął Linc, nie bardzo uważając na to, 

co  mówi,  ponieważ  jedno  ze  zdjęć  w  albumie  przykuło  jego 
uwagę. - To ona? - spytał, wskazując palcem. 

Meg roześmiała się. 
 - Tak, we własnej osobie. To było pod koniec przyjęcia i 

sporo  już  wypiliśmy.  I  Trudy  chciała  udowodnić,  że  potrafi 
zatańczyć jiga. Robiliśmy nawet zakłady. 

 - Tańczyła okropnie. - Tom ze śmiechem pokręcił głową. 

- Ale facet, który się z nami założył, patrzył tylko na jej nogi, 
więc udało nam się wygrać dwadzieścia dolców. 

Ze  zdjęcia  nie  wynikało,  czy  Trudy  tańczyła  dobrze,  czy 

źle.  Natomiast  jasne  było,  że  ma  wspaniałe  nogi.  Nic 
dziwnego, że zdołała oczarować nimi jakiegoś chłopaka. Linc 
poczuł mrowienie na plecach, co mu się wcale nie podobało. 
Stroik Trudy opadł jej na jedno oko i wyglądała teraz bardziej 
jak  zalotny  elf  niż  uduchowiona  niewinność.  Aż  chciał 
spojrzeć na pierwsze zdjęcie, żeby upewnić się, że to ta sama 
osoba. 

background image

Z  trudem  przełknął  ślinę.  Zaczynał  powoli  rozumieć, 

dlaczego  Meg  niepokoiła  się  o  losy  przyjaciółki  w  Nowym 
Jorku. 

Nowy  Jork!  Nareszcie!  Trudy  uśmiechnęła  się  do  Meg  i 

Toma,  kiedy  znaleźli  się  w  podniszczonej  windzie.  Wjechali 
na  trzecie  piętro.  Tam,  gdzie  znajdowało  się  jej  pierwsze 
własne mieszkanie. Cały dobytek dziewczyny znajdował się w 
torbach, które Tom poustawiał na wypożyczonym wózku. 

Co za wspaniała chwila! 
 - Masz klucz? - zwróciła się Meg do przyjaciółki. 
 - Jasne! - Trudy sięgnęła po swój plecaczek, który kupiła 

wczoraj  po  tym,  jak  w  końcu  dotarło  do  niej,  że  torebki  już 
zupełnie wyszły z mody. - Jest tu, mój skarb. - Ucałowała go 
siarczyście po wydobyciu z kieszonki. 

 - Czy to jakiś rytuał? - spytał Tom. 
 -  Niezupełnie  -  odparła.  -  Ale  to  mój  pierwszy  klucz  do 

mojego pierwszego mieszkania. - Otworzyła drzwi na oścież. - 
Ojej, jak tu zimno. Trzeba trochę dogrzać. 

Podeszła do termostatu i przekręciła go o parę kresek. 
Mieszkanie było zimne, puste i dosyć szare, podobnie jak 

cały  styczniowy  dzień.  Ale  Trudy  była  cała  w  skowronkach. 
Na  pewno  sobie  poradzi.  Zresztą  i  tak  już  dokonała 
najważniejszego  zakupu:  wspaniałe,  wielkie  łoże  z 
baldachimem.  Pracownik  sklepu  obiecał,  że  dostarczą  je 
jeszcze tego samego dnia. 

Przymknęła  na  chwilę  oczy,  zastanawiając  się,  ile 

pieniędzy  zostało  jej  jeszcze  na  koncie.  Postanowiła  jednak 
nie przejmować się drobiazgami. Gdyby mogła, pokazałaby to 
łoże Clemowi Hogarthowi, żeby wiedział, że nie interesuje jej 
już szybki seks na tylnym siedzeniu samochodu. 

 - Będzie tu zupełnie ładnie, jak już się zagospodarujesz - 

rzuciła Meg, rozglądając się po pustych kątach. 

background image

 -  Oczywiście.  -  Nagle  zauważyła,  że  Tom  przeniósł  już 

wszystkie bagaże z wózka. - Dzięki, Tom. 

Posłała mu uśmiech. To naprawdę miły facet. Meg dobrze 

zrobiła, że za niego wyszła. Zrobiło jej się trochę głupio, że na 
początku  obgadywała  go  przed  przyjaciółką.  Po  prostu  była 
trochę zazdrosna. 

Spojrzała na przyjaciółkę. Ciężarną przyjaciółkę. 
 -  Powinnaś  usiąść  -  zauważyła.  -  Nie  mam  tu  żadnych 

krzeseł,  ale  możesz  usiąść  na  pudle  albo  walizce.  Powinny 
wytrzymać twój ciężar. 

 - Dziękuję ci bardzo - rzekła Meg, siadając. - Też będę ci 

dogryzać, jak w końcu wpadniesz. 

 - Przepraszam, nie chciałam, żeby tak wyszło. Wyglądasz 

naprawdę  ładnie  z  tym  wielkim  brzuchem.  -  Trudy  zakryła 
twarz  dłonią.  -  O  Boże!  Znowu  palnęłam!  Prawda,  Tom,  że 
bardzo jej z tym do twarzy? 

 - Tak, chociaż nie chce w to wierzyć. 
 -  No  dobra,  zejdźcie  już  z  mojego  brzucha  -  westchnęła 

Meg.  -  A  w  każdym  razie,  zróbcie  coś,  żeby  go  jeszcze 
bardziej napełnić. Jestem głodna. Tom, mógłbyś zejść do baru 
na dół po kanapki? Zaraz poszukamy jakichś talerzy. 

 -  Tak,  na  pudle  z  naczyniami  powinien  być  jakiś  napis  - 

rzuciła  Trudy.  -  Pomyślcie  tylko,  mój  pierwszy  posiłek  w 
moim pierwszym mieszkaniu. 

 - Mam kupić szampana? - spytał Tom. 
 - Nie, bo byłoby mi przykro, że Meg nie może pić z nami. 

Ale  kup  może  trochę  piwa.  Będzie  ci  szkoda  piwa,  Meg?  - 
zwróciła się do przyjaciółki. 

 -  Tak,  ale  nie  tak  bardzo  jak  szampana.  Zresztą  chętnie 

napiję się bezkofeinowej kawy. 

 -  Dobrze,  kupię  kawę  i  więcej piwa. Linc  też  się  pewnie 

napije. 

background image

 - Linc? - Trudy odniosła wrażenie, że już gdzieś słyszała 

to imię. - Kto to taki? 

Tom popatrzył ze zdziwieniem na żonę. 
 - Nic jej nie powiedziałaś? 
 -  Miałam  taki  zamiar.  -  Spojrzała  na  niego  niechętnie.  - 

Jak wyjdziesz. To rozmowa nie dla chłopaków. 

 - Ale rozmawiałaś przecież z Lincem i wcale nie miałaś... 
 - Tom, kanapki! Wzruszył ramionami. 
 - Dobrze. Chcę tylko powiedzieć... 
 -  Poproszę  o  pastrami  na  krążkach  ryżowych.  Co  dla 

ciebie, Trudy? 

Wzruszyła ramionami. 
 - Może być to samo. 
 -  Już  idę.  -  Tom  wreszcie  zniknął  za  drzwiami.  Trudy 

natychmiast  zdjęła  kurtkę  i  usiadła  po  turecku  na  podłodze 
przed przyjaciółką. 

 - Dobra, gadaj. 
 - Wpadłam na wspaniały pomysł! 
 - Mhm. - Trudy odniosła się do tego dosyć sceptycznie. - 

Chodzi o tego Linca, tak? 

 - Właśnie. To ten facet, który miał być drużbą Toma, ale 

zachorował, pamiętasz? 

Trudy skinęła ostrożnie głową. 
 -  Tak,  przypominam  sobie.  Lincoln  Faulkner.  Pamiętam, 

że  musiałam  wykreślić  go  i  wpisać  Kenny'ego.  Miał  ospę. 
Podobno jego starzy są bardzo bogaci. 

 -  Tak.  -  Meg  oparła  się  na  kolanach  i  pochyliła  w  jej 

stronę. - Linc jest naprawdę wspaniały. Ma uśmiech chłopca, 
ale  jest  prawdziwym  mężczyzną.  Pracuje  razem  z  Tomem. 
Jest jego najlepszym przyjacielem. 

 -  Zaczekaj.  -  Trudy  położyła  dłoń  na  jej  ramieniu.  -  Czy 

to nie jest zbyt niebezpieczne? Wiesz, że nie chcę się z nikim 

background image

wiązać.  A  temu  Lincowi  może  zależeć  na  stałej  dziewczynie 
albo, nie daj Boże, żonie. 

 - Nie, nie! Nic podobnego... 
 -  Dobrze,  ale  to  przyjaciel  Toma.  Chcę  poznać  zupełnie 

nowych  ludzi.  -  Potrząsnęła  głową,  żeby  podkreślić  wagę 
swych  słów.  -  Czy  wiesz,  od  ilu  lat  nie  poznałam  nikogo 
nowego?!  W  moim  życiu  brakuje  tajemnicy  i  przygody. 
Zamierzam  tego  wszystkiego  spróbować.  Zrobiłam  sobie 
nawet listę. Na początek chciałabym poznać jakiegoś maklera 
z Wall Street. 

 - To właśnie Linc. Trudy ciągnęła dalej: 
 - A potem artystę, i inżyniera, i strażaka, i jeszcze... 
 - Tak, ale przecież miałyśmy to zrobić razem. 
 -  Rozumiem,  teraz  jesteś  zazdrosna,  bo  nie  masz  już 

takich możliwości jak ja! 

 - Niczego ci nie zazdroszczę. Boję się tylko, że wpakujesz 

się w jakieś tarapaty. 

Trudy potrząsnęła energicznie głową. 
 - Poradzę sobie. Jestem teraz starsza i mądrzejsza. 
 - A w każdym razie na pewno starsza. 
 - Chcesz powiedzieć, że sobie nie poradzę? Meg spojrzała 

na nią czule. 

 - Bardzo długo  czekałaś na  tę przeprowadzkę  i  wiem, że 

chciałabyś  teraz  sobie  użyć.  Ale  na  początek  powinnaś 
zadowolić  się  kimś takim, jak Linc. Nowy Jork jest zupełnie 
inny  niż  Virtue.  On  ci  to  wszystko  pokaże  i  nauczy,  jak  się 
poruszać w tym mieście. 

Trudy zerknęła na nią podejrzliwie. 
 - Powoli robisz się taka, jak moja matka. Meg roześmiała 

się serdecznie. 

 -  Wątpię,  czy  jakaś  matka  namawiałaby  swoją  córkę  na 

spotkanie z Lincem. Jest bardzo przystojny i seksowny, a przy 

background image

okazji  potwornie  cyniczny  i  zblazowany.  W  całym  Nowym 
Jorku nie znajdziesz większego uwodziciela. 

 - Naprawdę? - spytała wyraźnie zainteresowana Trudy. 
 - W dodatku nie chce się angażować w stały związek. 
To  wszystko  brzmiało  coraz  ciekawiej.  Być  może  wcale 

jej  nie  zaszkodzi,  jeśli  przez  tydzień  będzie  się  spotykać  z 
maklerem. W końcu i tak zamierzała od tego zacząć. 

Musiała się jednak upewnić, czy Linc spełnia wszystkie jej 

wymagania. 

 -  Jesteś  pewna,  że  nie  szuka  żony?  Przecież  jest 

przyjacielem Toma. 

 -  Tak,  zgadzają  się  w  większości  spraw,  ale  małżeństwo 

to  osobna  kwestia.  Linc  jest  jego  zaciekłym  przeciwnikiem. 
Czasami  mam  wrażenie,  że  tylko  czeka,  aż  coś  nam  nie 
wyjdzie z Tomem. 

Trudy wytrzeszczyła ze zdziwienia oczy. 
 -  Ale  po  co?  Przecież  widać,  że  doskonale  do  siebie 

pasujecie! 

 - Mam wrażenie, że jest to po prostu silniejsze od niego. 

Pewnie  ze  względu  na  rodzinę,  w  jakiej  się  wychował.  Jego 
rodzice nawet ze sobą nie mieszkają. 

 - Hm. - Trudy podciągnęła kolana i oparła na nich brodę. 

- Przecież nie można tak uogólniać. 

 - Racja, tyle że Linc tego nie wie. 
 - To smutne - bąknęła Trudy. 
 -  Nie  wszyscy  muszą  się  żenić.  Przecież  sama 

postanowiłaś nie wychodzić za mąż. 

 -  No,  przez  jakichś  parę  lat.  Ale  potem  pewnie  jednak 

zdecyduję się na małżeństwo. - Uśmiechnęła się do Meg. - Jak 
się już wyszaleję. 

 -  Wiedziałam,  że  masz  na  to  ochotę,  i  właśnie  dlatego 

pomyślałam o Lincu, Powinien ci pomóc w czasie pierwszych 
dni... 

background image

 -  Sama  nie  wiem.  To  trochę  tak,  jakbym  potrzebowała 

niańki.  Chciałabym...  -  Trudy  urwała,  ponieważ  mieszkanie 
wypełnił  odgłos  dzwonka.  Skoczyła  na  równe  nogi.  -  Mój 
dzwonek! - wrzasnęła. 

Sięgnęła do klamki. 
 - Popatrz najpierw przez wizjer! - zawołała Meg. 
 - Nawet jeśli wiem, że to Tom? - spytała ze zdziwieniem, 

a potem sama sobie odpowiedziała: - Ale równie dobrze może 
to być jakiś psychopatyczny zabójca albo gwałciciel. 

Podekscytowana aż klasnęła w ręce, a potem pochyliła się 

w stronę rybiego oczka. Po chwili odskoczyła od drzwi. 

 - Co się stało? - Meg spojrzała na nią z niepokojem. 
 -  To  chyba  jednak  gwałciciel  -  szepnęła.  -  Bardzo 

przystojny. 

 - Ciemnowłosy, wysoki? 
 - Tak. 
 - To Linc. 
 -  Moja  niańka?  -  Jeszcze  raz  wyjrzała  na  zewnątrz.  - 

Dżinsy, szara bluza, granatowa kurtka. 

 - Wpuścisz go czy nie? 
 -  Już  wpuszczam.  -  Przekręciła  zasuwę  i  nacisnęła 

klamkę. 

Jej  pierwszy  nowojorski  gość  w  jej  pierwszym 

nowojorskim mieszkaniu. 

background image

Rozdział drugi 
Drzwi się otworzyły i Linc stanął twarzą w twarz z Trudy 

Baxter  z  Virtue  w  stanie  Kansas.  Z  tą  jej  otwartą,  pełną 
słonecznego ciepła twarzą na pewno nie wziąłby dziewczyny 
za  mieszkankę  Nowego  Jorku.  Raczej  za  dziecko,  któremu 
ktoś  obiecał  wycieczkę  do  Disneylandu.  Wyglądała  na 
niewinną i kruchą, czego można się było spodziewać po kimś, 
kto  wychował  się  daleko  od  cywilizacji.  Miała  upstrzony 
piegami  nosek  i  wielkie  zielone  oczy.  Prawie  się  nie 
malowała.  Na  jej  pięknie  wykrojonych  ustach  zostały  jakieś 
resztki szminki. Nie miała warkoczy ani końskiego ogona, jak 
się  spodziewał,  ale  mimo  to  wyglądała  niezwykle  świeżo  w 
dżinsach i dopasowanym do figury swetrze. 

Dżinsy  wyglądały  na  stare,  ale  sweter  był  nowy.  To 

znaczyło,  że  już  zajęła  się  zakupami.  Linc  nawet  jej  trochę 
zazdrościł. Nie pamiętał, żeby coś ostatnio sprawiło mu aż tak 
wielka frajdę jak tej dziewczynie  przeprowadzka  do Nowego 
Jorku. 

 - Pewnie jesteś Linc - rzekła. - Meg mówiła mi, że masz 

być moją niańką, dopóki nie zadomowię się tu na dobre. 

Uśmiechnął  się  do  siebie,  słysząc  jej  akcent.  Właśnie 

czegoś takiego się spodziewał. 

 -  Czujesz  się  dotknięta?  -  spytał.  Trudy  ukazała  zęby  w 

uśmiechu. 

 - Trochę. 
Tom  uprzedzał  ją,  że  Linc  to  podrywacz,  który  potrafi 

owinąć  sobie  kobietę  wokół  palca.  Nie  odniosła  jednak 
takiego  wrażenia.  Wyglądał  nawet  na  nieco  zbitego  z  tropu, 
może dlatego, że tak bardzo różniła się od kobiet, które znał. 
Nawet  Meg,  która  mówiła  z  podobnym  akcentem, 
zachowywała  się  inaczej.  Trudy  w  pełni  zdała  sobie  z  tego 
sprawę w czasie przygotowań do jej ślubu. 

background image

 - Trudy nie ma się o co obrażać - dobiegł do nich głos z 

mieszkania. - W głębi duszy wie... 

 -  Jedzenie!  -  huknął  tubalnie  Tom.  -  Możecie  się  trochę 

przesunąć? Trudy, musisz się nauczyć zamykać drzwi, inaczej 
będziesz  ogrzewać  cały  ten  cholerny  korytarz.  Cześć,  Linc. 
Wziąłem  dla  ciebie  pastrami  z  pieczywem  ryżowym  na 
wszelki  wypadek.  I  kupiłem  trzy  rodzaje  importowanego 
piwa, żeby Trudy miała zapas. 

 -  Trzy  rodzaje?  -  powtórzyła  Meg.  -  A  widziałeś  jej 

lodówkę? Nie będzie miała gdzie go trzymać. 

Meg  podeszła  do  drzwi  i  wzięła  kanapki  z  rąk  męża. 

Położyła je na kontuarze, który oddzielał miniaturową kuchnię 
od pokoju. 

 - Mogę je trzymać w szafkach - wtrąciła Trudy. 
 - Importowane piwo nie jest złe. Ale zaraz, muszę jeszcze 

poszukać talerzy. 

Odwróciła się i zaczęła grzebać między pudłami. 
 - Napij się, stary. - Tom podał butelkę kumplowi. 
 -  Musimy  wypić  jak  najwięcej,  żeby  Trudy  miała  gdzie 

trzymać jedzenie. 

 - Co? A, dzięki. - Linc przyjął piwo. 
W  tym  momencie  za  bardzo  interesowała  go  zawartość 

dżinsów Trudy, pochylającej się nad kolejnymi pudłami, żeby 
zwracać uwagę na coś innego. W głębi duszy musiał przyznać, 
że jest pociągająca. 

 -  Wątpię,  żebym  gotowała.  -  Zaczerwieniona  Trudy 

zerknęła na nich przez ramię. - Wolę raczej kupować jedzenie 
na wynos. 

 - Po jakimś czasie ci się znudzi - stwierdziła Meg. 
 - Tak, może po paru latach. - Skierowała wzrok na Linca. 

-  W  Virtue  nawet  do  McDonald'sa  trzeba  jechać  trzydzieści 
kilometrów. 

Powróciła do grzebania wśród pudeł. 

background image

 -  No  nie,  musiałam  zalepić  ten  napis  -  westchnęła  z 

żalem. - Nie mogę znaleźć talerzy. 

 -  Daj  sobie  spokój  -  powiedział  Tom.  -  Skorzystamy  z 

serwetek. Przyniosłem je z baru. 

 - Świetny pomysł - zgodził się Linc. 
Nigdy  jeszcze  nie  uczestniczył  w  czymś  takim.  Tom  był 

najbiedniejszym  człowiekiem,  jakiego  znał,  ale  nawet  on 
wynajął firmę, która pomogła mu w przeprowadzce. 

 -  Hm,  nie  pomyślałam  o  tym,  żeby  kupić  stół  i  krzesła  - 

westchnęła Trudy. 

 -  Mogę  ci  pożyczyć  stolik  do  gry  i  rozkładane  krzesła  - 

powiedział Linc zupełnie wbrew swojej woli. 

Co też najlepszego zrobił? To nie był dobry sposób na to, 

żeby szybko wyplątać się z tej znajomości. 

 -  Wspaniale,  dzięki.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego 

ponownie.  -  Trochę  za  dużo  wydałam  na  łóżko,  więc  muszę 
teraz oszczędzać. 

Więc na tym jej przede wszystkim zależy, pomyślał Linc. 

Na  łóżku.  Na  miłość  boską,  co  się  z  nim  dzieje?!  Czyżby 
zaczęły  go  podniecać  kobiety,  które  wydają  wszystkie 
pieniądze na zakup łóżka?! 

 - A właśnie, kiedy mamy się spodziewać tego maleństwa? 

- spytał Tom. 

Trudy spojrzała na zegarek. 
 - Lada moment. 
Tom westchnął i spojrzał na Linca. 
 -  Będziesz  mógł  mi  pomóc  je  złożyć?  W  sklepie  chcieli, 

żeby za to dopłacać, więc powiedziałem Trudy, że jakoś sobie 
poradzimy, skoro ma narzędzia. 

 -  O,  z  przyjemnością  -  odparł  Linc,  chociaż  nie  miał 

najmniejszego pojęcia, jak to się robi. 

Sam  nigdy  nie  miał  problemów  finansowych.  Najpierw 

korzystał  z  funduszu  powierniczego,  który  założyli  mu 

background image

rodzice,  a  potem,  kiedy  zaczął  pracować,  mógł  już  się  sam 
utrzymać. 

Jednak  wcześniej  widział,  jak  Tom  i  Meg  cieszyli  się  ze 

swego  sukcesu.  Pracowali  ciężko,  nie  mając  żadnych 
zabezpieczeń  finansowych,  i  w  końcu  dopięli  swego.  Miał 
nadzieję, że Trudy też to czeka. 

W czasie paru lat znajomości z Tomem wypili morze piwa 

i  parę  jezior  innych  alkoholi,  a  także  grywali  w  tenisa  i 
chodzili  do  różnych  klubów,  ale  nigdy  niczego  nie  składali. 
Nawet  domku  dla  lalek.  Linc  chciał  się  nawet  do  tego 
przyznać, milczał więc, czekając na dalszy rozwój wypadków. 

 - Tak sobie pomyślałam, że wy zajmiecie się łóżkiem, a ja 

z  Trudy  zacznę  rozpakowywać  te  wszystkie  rzeczy.  -  Meg 
wskazała  pudła.  -  Zanim  się  obejrzymy,  wszystko  będzie 
gotowe. 

 -  Tak,  gotowe  -  powtórzyła  Trudy,  wyraźnie  z  tego 

zadowolona.  -  Nie  wiem,  czy  zauważyłeś,  Linc,  ale  przez  to 
okno  widać  drzewa  w  Central  Parku.  Na  razie  są  gołe,  ale 
wiosną będzie tu naprawdę przyjemnie. 

 - Tak, na pewno - potwierdził. 
Nie  chciał  mówić,  że  to  aż  cała  przecznica  od  parku. 

Dziewczyna przechyliła trochę głowę. 

 - Hej, słyszycie? 
 -  Co  takiego?  -  Meg  wypiła  trochę  przyniesionej  przez 

Toma kawy. 

 -  Samochody!  Posłuchajcie,  jaki  tu  ruch  uliczny. 

Autobusy,  taksówki,  limuzyny,  samochody  dostawcze... 
Dzisiaj sobota, a mimo to jeżdżą. Słyszałam je nawet w nocy. 

Tom westchnął. 
 - Niestety, nic na to nie można poradzić. 
 -  Przygotuję  ci  jakieś  zasłony.  To  powinno  nieco 

wytłumić hałas - dodała Meg. 

background image

 -  Poza  tym  już  niedługo  się  do  tego  przyzwyczaisz  - 

zapewnił ją Linc. 

Trudy wytrzeszczyła na nich swoje zielone oczy. 
 -  Wcale  nie  chcę  się  do  niego  przyzwyczaić!  Uwielbiam 

hałas! 

Linc spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
 - Ludzie czasami mówią, że hałas im nie przeszkadza albo 

że się przyzwyczaili, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by 
go lubił. 

 - Nie powiedziałam, że go lubię, ale uwielbiam. 
 - Zmrużyła oczy, wpatrując się w Linca. - Czy mieszkałeś 

kiedyś na wsi albo w małym miasteczku? 

 - Oczywiście. 
Zarówno  we  Francji,  jak  i  wzdłuż  wybrzeża  Hiszpanii.  A 

także  w  tych  najbardziej  malowniczych  w  północnej 
Kalifornii, położonych wśród tamtejszych winnic. Nie mówiąc 
już  o  wioskach  w  Szwajcarii,  które  wspominał  ze 
szczególnym  sentymentem.  Dorastał  w  posiadłości  położonej 
w małym miasteczku koło Nowego Jorku, ale miał w zasięgu 
dwudziestu kilometrów wszystkie wielkomiejskie atrakcje. 

 -  Więc  powiedz  szczerze,  czy  wolałbyś  mieszkać  w 

małym miasteczku, gdzie znasz wszystkich i gdzie nic się nie 
dzieje, czy w mieście? 

 - W mieście - odparł, chociaż podejrzewał, że z zupełnie 

innych powodów. 

 - A widzisz! - triumfowała dziewczyna. 
 - A ja chciałbym mieszkać i tu, i tu - wtrącił Tom. 
 -  To  moje  największe  marzenie.  Chciałbym  mieć  tyle 

pieniędzy,  żeby kupić  sobie  letni  domek  z  dobrym  dojazdem 
do Nowego Jorku. 

 - Ale nie będzie to wówczas takie miasteczko jak Virtue - 

dodała Meg, która do tej pory była zajęta swoją kanapką. - U 

background image

nas  nikt  nie  dojeżdżał  do  pracy  w  mieście.  To  coś  zupełnie 
innego. 

 -  Zupełnie.  -  Trudy  odstawiła  butelkę  z  resztką  piwa.  - 

Nikt  w  Virtue  nigdzie  nie  dojeżdża.  Wszyscy  mieszkają, 
pracują  i  kochają  się  na  miejscu.  Dlatego  cieszę  się,  że 
stamtąd wyjechałam. 

To musi być jakieś straszne zadupie, pomyślał Linc. 
 - Virtue wcale nie jest takie złe - łagodził Tom. - Świetnie 

się tam bawiłem. 

 -  Tu  mam  najlepszy  dowód.  -  Meg  pogładziła  swój 

brzuch. 

 -  I  te  wszystkie  boczne  drogi  są  świetne,  jeśli  ma  się 

ochotę na seks. 

Meg wywróciła oczami. 
 - Aż mi się nie chce wierzyć, że miałeś na to ochotę. Taka 

niewygoda! 

 -  Wiesz,  seks  na  tylnym  siedzeniu  samochodu  jest  tak 

amerykański, jak Disney i McDonald's - dowodził Tom. - Jest 
w  tym  cała  gama  uczuć:  podniecenie,  świadomość,  że  się 
próbuje  zakazanego  owocu,  strach,  że  cię  złapią.  Prawda, 
Linc? 

 - Ee, tak. 
Linc  nigdy  nie kochał  się  z  dziewczyną  w  samochodzie  i 

teraz  zaczynał  tego  żałować.  Domyślił  się,  że  Trudy 
próbowała już tego zakazanego owocu. Pewnie złamała serca 
paru chłopakom z Virtue. Być może właśnie w tej chwili ktoś 
orał  pole  i  tęsknił  za  jej  kształtnym  ciałem.  Zaraz,  czy  pola 
orze się w styczniu? Linc nie miał o tym pojęcia, ale facet na 
traktorze wydał mu się niezwykle malowniczy. 

Niestety, cała  ta  rozmowa  o  kochaniu  się  w  samochodzie 

podsunęła mu obraz półnagiej Trudy na skórzanym siedzeniu 
jego  luksusowego  merca.  Fala  podniecenia  przebiegła  przez 
całe jego ciało. 

background image

A Linc wcale nie chciał być podniecony. 
W tym momencie zadzwonił dzwonek i Trudy skoczyła na 

równe nogi. 

 - Łóżko! - krzyknęła, podbiegając do drzwi. 
 - Najpierw wizjer - przypomniała jej Meg. 
 - Dobrze... E, otwieram. Już nie mogę się doczekać. Linc 

pochylił się do Meg i zniżył głos: 

 - Czy ona zawsze jest taka? 
 - To znaczy, jaka? Przysunął się jeszcze bliżej. 
 - No wiesz, taka... nabuzowana. 
 - Dzisiaj jest bardzo podniecona z powodu tych bagaży i 

łóżka, ale rzeczywiście jest bardzo energiczna. - Spojrzała mu 
prosto w oczy. - Mówiliśmy ci, żywe srebro. 

Trudy nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu. Dopiero się 

przeprowadziła do Nowego Jorku, a już miała w łóżku faceta 
takiego, jak Linc. Co prawda, wlazł on do tego łóżka, a raczej 
do  ramy,  na  której  miało  być  osadzone,  po  to,  żeby  pomóc 
Tomowi  przy  jego  montażu,  ale  był  to  już  pierwszy  sukces. 
Poza  tym  zakładała,  że  skoro  Linc  pojawił  się  niemal 
natychmiast, to w mieście pełno jest facetów jej marzeń. 

 -  Widzę,  że  ci  się  spodobał  -  rzuciła  Meg  od  zlewu. 

Płukała właśnie kolejne, podawane jej przez Trudy naczynia i 
ustawiała  je  na  suszarce.  Zdecydowały,  że  zrobią  to  ręcznie, 
bo zmywarka i tak nie pomieściłaby tego wszystkiego. 

 -  I  pewnie  domyślałaś  się,  że  tak  będzie.  -  Trudy  wyjęła 

już  ostatnie  naczynia  i  teraz  zabrała  się  do  przecierania 
wiszących szafek. - Wygląda jak Harrison Ford w „Pracującej 
dziewczynie". 

 - Powinnaś go zobaczyć w trzyczęściowym garniturze. 
Trudy spojrzała w dół i uśmiechnęła się do Meg. 
 -  Nie  wiem,  czy  takie  uwagi  przystoją  mężatce  przy 

nadziei. 

background image

 -  Przecież  wciąż  mam  oczy.  Tyle  mojego,  co  sobie 

popatrzę. 

 -  Daj  spokój,  przyznaj,  że  jesteś  trochę  zazdrosna,  bo  ja 

dopiero zaczynam, a ty masz to już za sobą. 

 - Nic podobnego. 
 -  No,  chociaż  odrobinę.  -  Trudy  przetarła  półkę 

papierowym ręcznikiem. - Dlatego tak się pasjonujesz tą całą 
sytuacją. 

 -  Wiem,  że  mi  nie  uwierzysz,  ale  jest  mi  w  tej  chwili 

lepiej  w  łóżku  niż  wtedy,  kiedy  mogłam  się  kochać  z  kim 
chciałam - odparowała Meg. 

 -  Nie  wierzę!  -  Trudy  skończyła  przecieranie  szafek  i 

zaczęła  schodzić  z  blatu.  -  Sprawdźmy  lepiej,  co  robią 
panowie - powiedziała, odkładając ściereczkę. 

Jednak,  zanim  zdołały  przejść  do  pokoju,  w  drzwiach 

pojawił się Tom. 

 - Nic z tego. Nie pasuje. 
 - Chcesz powiedzieć, że przysłano mi złe części? 
Tuż za Tomem pojawił się Linc z śrubokrętem w dłoni. 
 - Nie, części pasują. - Tom wytarł zroszone potem czoło. - 

Są jak najbardziej w porządku, nie, Linc? 

 - No jasne. 
 - Ale łóżko nie pasuje do tego pokoju. Jest za duże. 
 -  Pokażcie.  -  Trudy  odepchnęła  ich  i  przeszła  do  swojej 

Sypialni. 

Już  od  progu  zauważyła,  że  Tom  ma  rację.  Szerokie 

wezgłowie po prostu nie mieściło się w miniaturowym pokoju. 

 - Nie rozumiem - powiedziała. - Przecież to jest sypialnia. 

Czemu nie chce się tutaj zmieścić zwykłe łóżko? 

 - Zwykłe pewnie by się zmieściło - mruknął Tom. - Ale to 

wygląda  tak,  jakbyś  chciała  na  nim  przenocować  całą  swoją 
rodzinę. Po co ci takie łoże, Trudy? 

 - Po prostu ładnie wyglądało w sklepie meblowym. 

background image

Nie  miała zamiaru  zdradzać  prawdy. Zresztą  wątpiła,  czy 

Tom  by  ją  zrozumiał,  skoro  tak  lubił  kochać  się  w 
samochodzie. Ona jednak chciała  mieć do tego jak  najwięcej 
przestrzeni. 

Meg spojrzała jej przez ramię. 
 -  Może  zadzwonisz  do  sklepu  i  spytasz,  czy  nie  mają 

czegoś mniejszego w tym samym stylu. 

 -  Nie  chcę  niczego  mniejszego.  -  Trudy  podjęła  już 

decyzję. - Ustawimy je w salonie. 

Wszyscy  wyglądali  na  trochę  zdziwionych,  ale  na 

szczęście  mężczyźni  od  razu  zabrali  się  do  roboty  i  nikt  nie 
kwestionował jej decyzji. 

 -  Możecie  je  przystawić  do  tamtej  ściany,  żeby  widać 

było drzewa w Central Parku? 

 -  Jasne  -  odparł  Tom.  -  Chodź,  Linc,  pójdziemy  po 

następne części. 

Trudy 

lubiła 

patrzeć  na  pracujących  mężczyzn. 

Prawdopodobnie sama poradziłaby sobie ze złożeniem łóżka, 
ale  bała  się,  że niektóre  części mogą  być  dla  niej  za  ciężkie. 
Poza  tym  cieszyło  ją  to,  że  jej  łóżko  składały  dwa  rekiny 
nowojorskiej  finansjery.  Przynajmniej  będzie  miała  o  czym 
opowiadać w przyszłości. 

Cieszył ją też widok bicepsów i pośladków Linca. 
Meg stanęła tuż za nią. 
 - Widziałam, jak na niego patrzysz - szepnęła. 
 - Chętnie bym go schrupała. 
 - Nikt ci nie będzie przeszkadzać. 
 - Podaj mi kombinerki - poprosił Tom przyjaciela. 
 - Nie sądzę, żeby Linc miał ochotę na dziewczynę ze wsi. 

Przywykł pewnie do... 

Zaniemówiła, widząc narzędzie, jakie Linc podał Tomowi. 

Nie  były  to  wcale  kombinerki,  tylko  wielki  klucz  francuski. 
Tom  spojrzał  na  narzędzie  i  pokręcił  głową.  Następnie 

background image

narysował coś obłego w powietrzu. Linc natychmiast odłożył 
klucz  francuski  i  wyjął  kombinerki.  Tom  skinął  z  uznaniem 
głową. 

Trudy  wymieniła  spojrzenie  z  Meg.  To,  co  przed  chwilą 

zobaczyła,  wymagało  wyjaśnienia.  Meg  wskazała  głową 
sypialnię,  chcąc  jej  pokazać,  że  tam  będą  mogły  spokojnie 
porozmawiać. Starannie zamknęły za sobą drzwi. 

 - To niesamowite! Linc nie odróżnia klucza francuskiego 

od  kombinerek?  -  zaśmiała  się  Trudy.  -  Nie  znałam  jeszcze 
nikogo takiego. 

 -  Co  ważniejsze,  nie  chce  się  przed  tobą  z  tym  zdradzić. 

To znaczy, że zależy mu na twojej opinii. 

 - I co mam z tym zrobić? - Trudy czuła, jak serce bije jej 

z podniecenia. 

 -  Czy  muszę  ci  mówić?  -  Meg  przycisnęła  dłonie  do 

wydatnego brzucha. 

 - Nie jestem jeszcze gotowa. 
 - Dlaczego nie? Myślałam, że właśnie na tym ci zależy. 
 -  To  prawda,  ale  nie  chciałabym  wszystkiego  zepsuć  od 

razu na początku. Zwłaszcza z kimś takim, jak Linc. Z czasem 
nabiorę ogłady, ale na razie jestem tym, kim jestem. 

 -  Pamiętasz  naszą  zasadę?  Udawaj,  zanim  nie  zaczniesz 

tego robić dobrze. Przecież nie masz nic do stracenia. 

 - A moja duma, to co? Nie mogłabym ci spojrzeć w oczy, 

gdybym  skrewiła.  -  Wyciągnęła  ręce  na  boki.  -  Jestem 
przecież zwykłą dziewczyną z Kansas. 

 -  Nie  taką  znowu  zwykłą.  Wykazałaś  wielki  hart  ducha, 

że się tu w końcu znalazłaś. 

 - Być może mam nawet parę zalet, tylko że ich nie widać. 

Natomiast doskonale widać to, że nie jestem z miasta. 

Meg nie mogła temu, niestety, zaprzeczyć. 
 -  Posłuchaj,  przecież  to  tylko  facet..  Wystarczy,  że 

postarasz się być dla niego miła. 

background image

 - Wolałabym wypróbować to po raz pierwszy z kimś, kto 

nie będzie wiedział, że pochodzę z Virtue w stanie Kansas i że 
miałam trzydzieści kilometrów do najbliższego McDonald'sa. 
Meg westchnęła ciężko. 

 -  Zaręczam,  że  Linc  w  ogóle  nie  będzie  o  tym  myślał  - 

rzuciła. 

 - Dobrze, spróbuję - mruknęła Trudy. 

background image

Rozdział trzeci 
 -  Widziała  mnie  z  tym  cholernym  kluczem  francuskim  - 

mruknął Linc, patrząc na Toma. 

 - Nic wielkiego. - Tom kończył dokręcanie drugiego boku 

do wezgłowia. 

 -  Założę  się,  że  śmieje  się  ze  mnie  w  kułak  -  rzekł 

płaczliwie  Linc.  -  Jest  jedyną  kobietą,  jaką  znam,  która  ma 
skrzynkę z narzędziami. 

 -  A  ona  nie  zna  pewnie  nikogo,  kto  ma  własny  pakiet 

akcji,  więc  się  trochę  wyluzuj.  A  poza  tym,  co  się  tak  nią 
przejmujesz? 

Tom, jak zawsze, trafił w sedno. Musiał więc kłamać. 
 - Masz rację, wcale się nie będę nią przejmował. 
 - To dobrze. Potrzymaj tutaj, muszę to dokręcić. 
 -  Jasne.  -  Linc  kopnął  płat  styropianu  i  klęknął  przy 

wskazanym miejscu. - Chodzi po prostu o to, że mam się nią 
opiekować.  Trudno  opiekować  się  kimś,  kto  ma  o  tobie  nie 
najlepsze  mniemanie.  Rozumiesz,  o  co  mi  chodzi?  -  Złapał 
wskazany fragment okucia. 

 -  Przecież  masz  jej  pokazać  Nowy  Jork  -  odparł  Tom.  - 

To nie kurs majsterkowania. 

 - Tak, racja. 
Rozmowa  robiła  się  coraz  bardziej  krępująca  i  dlatego 

Linc  zmienił  temat  i  zaczął  mówić  o  łóżku  wyposażonym  w 
wysokie kolumny, na których miał zawisnąć baldachim. 

Linc poklepał jedną z nich. 
 - Robi wrażenie - mruknął. 
 -  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  Trudy  zdecydowała  się  na 

tego mamuta. 

 -  Może  chce  tu  urządzać  orgie  -  rzucił  Linc  i  ta  myśl 

wcale mu się nie spodobała. W ogóle nie odpowiadało mu to, 
że od jakiegoś czasu bez przerwy myśli o seksie. 

background image

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  -  powiedział  Tom.  -  Meg  wcale 

nie byłaby z tego zadowolona. 

 - Ja chyba też - dodał Linc, zanim zdołał się zorientować, 

że nie powinien tego mówić. 

Sam  był  szalenie  konserwatywny  w  tym  względzie  i  nie 

dopuszczał  do  siebie  myśli,  że  mógłby  to  robić  więcej  niż  z 
jedną  partnerką  naraz.  Nie  miał  jednak  pojęcia,  jakie  myśli 
lęgły się w szalonej głowie Trudy. Wydawało mu się, że zna 
kobiety, ale przy niej czuł się zupełnie zagubiony i niepewny. 

 -  Powinieneś  wczuć  się  chyba  w  jej  sytuację  -  ciągnął 

Tom,  zabierając  się  za  dokręcanie  kolejnych  okuć.  -  Miała 
przecież  sześcioro  rodzeństwa  i  podejrzewam,  że  musiała 
dzielić  łóżko  z  siostrami.  Co  to  za  życie  dla 
dwudziestoparoletniej dziewczyny! 

 - Na pewno frustrujące - przyznał Linc. 
Pomyślał,  że  Trudy  zechce  sobie  teraz  odbić  lata 

seksualnej abstynencji, i wcale mu się to nie spodobało. 

 -  W  miasteczkach  takich  jak  Virtue  nie  ma  zbyt  wielu 

okazji,  żeby  się  zabawić  we  dwoje.  Są  tylko  samochody,  o 
których mówiłem, ale żadnych hoteli. A nawet, jak coś jest, to 
i tak wszyscy cię tam znają. 

 - To okropne. 
 -  Moi  starzy  mówili,  że  Virtue  przypomina  im  lata 

pięćdziesiąte. - Tom przesunął się dalej. 

Linc wiedział już, co ma robić, dlatego bez dalszej zachęty 

podtrzymywał kolejne części łóżka, pomagając kumplowi. 

 - Chyba nie byłem nigdy w takim miasteczku - westchnął 

Linc. 

 -  Ja  myślę.  Wyobraź  sobie,  że  mogłem  spędzić  z  Meg 

dopiero  noc  poślubną.  Wcześniej  spałem  na  rozkładanej 
kanapie  na  dole  i  w  ogóle  nie  mogłem  się  do  niej  zakraść. 
Podłoga  skrzypiała  jak  cholera,  a  podejrzewam,  że  jej  matka 
rozmieściła też miny. 

background image

 - Zadziwiające! 
W  świecie  bogatych  nie  było  takich  problemów.  Kiedy 

Linc  zdał  egzamin  na  prawo  jazdy,  dostał  też  od  rodziców 
złotą  kartę  uprawniającą  do  wynajmowania  domków  i 
apartamentów  w  spokojnych  pensjonatach.  Rodzice  w  ogóle 
się  nim  nie  interesowali.  Bardziej  zajmowały  ich  sprawy 
rozpadającego się małżeństwa. Czasami na jakiejś potańcówie 
ktoś  mówił,  że  starzy  kazali  mu  wcześniej  wrócić,  a  Linc 
żałował, że nigdy nie dostał podobnego polecenia. 

 -  To  zabawne,  że  nasze  pierwsze  dziecko  zostało 

prawdopodobnie  poczęte  na  tylnym  siedzeniu  dodge'a 
rodziców  Meg  -  ciągnął  Tom.  -  To  mi  przypomina  piątkowe 
wieczory po dyskotekach. Ale u ciebie pewnie było podobnie. 

Linc  spojrzał  w  stronę  zamkniętych  drzwi  do  sypialni  i 

przysunął się do przyjaciela. 

 -  Nigdy  nie  uprawiałem  seksu  w  samochodzie  -  szepnął 

konfidencjonalnie. 

Tom aż otworzył usta ze zdziwienia. 
 - Żartujesz chyba! Nawet w tej twojej limuzynie? 
 - Daj spokój! Przecież Cecil siedział za kierownicą. 
 - Pal licho Cecila. - Tom wrócił do pracy. - Planowaliśmy 

nawet  z  Meg  wynajęcie  limuzyny.  To  byłoby  lepsze  niż 
dodge. 

 - Myślę, że żadna z dziewczyn, z którymi chodziłem, nie 

zgodziłaby się na coś podobnego. - Linc wolał to powiedzieć 
niż  przyznać,  że  nigdy  nawet  nie  zastanawiał  się  nad  taką 
ewentualnością. 

 -  Szkoda.  To  zupełnie  niezwykłe  doświadczenie. 

Przypomniałem to sobie dokładnie z Meg. 

 - Cóż, tak się złożyło. 
Linc pomyślał o Trudy. Na pewno by na to poszła. Tyle że 

on nie planował aż tak bliskiej znajomości. 

background image

 - Spróbujesz? - Tom wyciągnął w jego stronę kombinerki 

i dużą śrubę. 

Linc wahał się, ale krótko. 
 - Może być. - Próbował naśladować Toma i wkrótce śruba 

znalazła się na swoim miejscu. Nie sądził, że sprawi mu to aż 
taką radość. - Kto by przypuszczał, że pieprzenie się z takim 
łóżkiem może dać tyle satysfakcji - westchnął na koniec. 

Tom machnął ręką. 
 - Wolę to robić „w", a nie „z" - mruknął. - Ale skoro tak 

ci  się  podoba,  to  może  podokręcasz  szyny  łączące  te  słupy, 
żebyśmy mogli na nich zawiesić baldachim. 

Linc spojrzał w górę. 
 - Ba, ale jak to zrobić?! 
Tom wskazał na kilka nierozpakowanych pudeł. 
 - Sądząc po ciężarze, są pełne książek. Musimy je ustawić 

jedno na drugim. 

 -  Świetny  pomysł.  -  Lincowi  nigdy  nie  przyszłoby  to  do 

głowy. 

Zaraz  też  zabrał  się  do  dzieła.  Poprzesuwał  pudła  i  z 

pomocą Toma ustawił jedno na drugim. W końcu sam wdrapał 
się na czubek tej piramidy. 

 - Wystarczy - powiedział, mając nadzieję, że Trudy zajrzy 

zaraz  do  pokoju.  Wówczas  zobaczyłaby,  jaki  jest  dzielny.  - 
Podaj mi pierwszą szynę. 

 - A potem jeszcze zawiesimy baldachim. Myślę, że Trudy 

chciałaby zobaczyć całość. 

 -  Żaden  problem  -  rzucił  Linc,  kończąc  dokręcanie.  - 

Nareszcie wiem, jak to się robi i nie jest to wcale takie trudne. 
Chociaż trochę głupio, że facet po trzydziestce musi się uczyć 
takich rzeczy. 

Zlazł na dół i zabrał się do przesuwania pudeł do drugiego 

końca łóżka. 

background image

 -  Niby  dlaczego?  -  spytał  Tom,  pchając  książki  wraz  z 

nim.  -  Ludzie  uczą  się  takich  rzeczy  z  konieczności. 
Widocznie  do  niczego  nie  było  ci  to  potrzebne.  Trudy  ma 
pewnie  własne  narzędzia  tylko  dlatego,  że  jest  najstarszym 
dzieckiem.  Musiała  pomagać  ojcu  we  wszystkim  i  w  końcu 
nauczyła się różnych czynności. 

Linc szybko skończył dokręcanie i spojrzał w dół. 
 - Mówisz tak, jakby to nie było nic wielkiego. Mój ojciec 

nauczył  mnie  tylko  czytania  wyników  giełdowych  Dow 
Jonesa - poskarżył się. 

 - Dzięki czemu mogłeś zarobić znacznie więcej pieniędzy 

niż gdybyś pracował przy składaniu łóżek - odparował Tom. 

Znowu zabrali się do przesuwania piramidy. Praca szła im 

sprawnie  aż  do  chwili,  gdy  najwyższe  pudło  spadło  na 
podłogę.  Taśma  zerwała  się  i  zawartość  wysypała  się  na 
podłogę. 

 - Miałeś rację, to jednak książki - rzekł z podziwem Linc. 

- Myślałem, że blefujesz. 

 -  Znam  się  na  tym.  Przeprowadzałem  się  ładnych  parę 

razy. 

Linc przykucnął i zaczął podnosić z podłogi kolejne tomy. 

Odruchowo  zerknął  na  pierwszy  tytuł:  „Erotyczne  fantazje 
współczesnych  kobiet".  Zaraz  też  sięgnął  po  następne: 
„Orgazm  i  jego  znaczenie"  oraz  „Seksualne  przygody  dla 
bezpruderyjnych". 

Linc włożył książki do pudła i dokleił odstającą taśmę. 
 - To nie są takie zwykłe książki - rzekł z tajemniczą miną. 
 -  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  Wyglądały  zupełnie 

normalnie. 

 - Wszystkie są na temat seksu - szepnął. 
 -  To  może  powinniśmy  je  jednak  zostawić  przy  łóżku  - 

zaśmiał się Tom. 

background image

 -  Ha,  ha!  Świetny  dowcip.  -  Linc  uśmiechnął  się 

sztucznie. - Czytałeś kiedyś takie książki? 

Tom westchnął i położył ręce na biodrach. 
 - Meg ma parę. Kilka przekartkowałem. 
 - Znalazłeś w nich coś nowego? 
 - Parę rzeczy. - Tom wzruszył ramionami. 
 - Ciekawe - mruknął Linc. 
Nie  dał  się  nabrać  na  nonszalancki  ton  przyjaciela.  Mógł 

się założyć, że przeczytał je od deski do deski, ale nie chciał 
się do tego przyznać. 

 - No, bierzmy się do roboty - rzucił Tom. 
 - Tak, jasne. 
Oto  spragniona  wrażeń  młoda  osoba  przyjechała  do 

miasta.  Przywiozła  ze  sobą  książki  na  temat  seksu  i  od  razu 
kupiła sobie to olbrzymie łoże. Zapewne nie miała pojęcia, w 
jakie kłopoty może się wpakować, ganiając za mężczyznami. 
Zwłaszcza jeśli rzuci się w oczy jakiemuś psycholowi. 

Linc  myślał  o  tym  wszystkim,  zmagając  się  z  wielkim, 

gwarantującym szczęśliwe pożycie, materacem. Umieszczenie 
go  w  ramie  wcale  nie  było  takie  łatwe.  W  końcu  jednak 
zdołali tego dokonać. 

 -  Sam  mam  duże  łóżko,  ale  to  jest  jeszcze  większe  - 

mruknął Linc. 

Tom pokręcił głową. 
 -  To  pewnie  z  powodu  tych  słupów  -  rzucił.  -  Poza  tym 

ten pokój jest dosyć mały i dlatego wygląda tu jak Guliwer w 
kraju  Liliputów.  I  tak  ma  szczęście, że  dostała mieszkanie  w 
starym budownictwie i ma wysoko sufit. 

 - Udało się! Hura! 
Trudy podbiegła do łóżka, zrzuciła kapcie i wskoczyła na 

materac. 

 - Wspaniałe! - Zaczęła na nim podskakiwać. - Jest jeszcze 

lepsze niż myślałam! 

background image

Linc  miał  olbrzymią  ochotę  skoczyć  za  nią,  ale  tylko 

odwrócił głowę. Jeśli on, przy całym, swoim opanowaniu, tak 
reaguje na Trudy, to co zrobi ktoś, kto ma mniej skrupułów? 
Nie  chciał  nawet  o  tym  myśleć.  Łóżko  stanowiło  jasny  i 
oczywisty  sygnał.  Jeśli  w  przyszłości  zdecyduje  się  zaprosić 
faceta  na  kawę,  to  nie  powinna  oczekiwać,  żeby  na  tym 
poprzestał.  Linc  zaryzykował  kolejne  spojrzenie  w  stronę 
łóżka.  Trudy  siedziała  po  turecku  na  jego  środku.  Wciąż 
wyglądała  bardzo  pociągająco,  ale  przynajmniej  jej  biust  nie 
falował już w rytm podskoków. 

 - Dziękuję za pomoc - zwróciła się do obu mężczyzn. - To 

łóżko jest cudowne! 

 - Nie ma za co - rzekł szarmancko Linc. Trudy odwróciła 

się w stronę okna. 

 - Tak jak myślałam! Widać stąd drzewa w Central Parku. 

A poza tym będę widziała światła i zawsze będę pamiętać, że 
jestem w Nowym Jorku. 

 - Tak jak chciałaś - podchwyciła Meg, a potem spojrzała 

na zegarek i zawołała. - Ojej! Tom, musimy już iść. 

Linc  wpadł  w  panikę.  Nie  chciał  pozwolić  im  odejść. 

Wolał  nie  zostawać  sam  na  sam  z  Trudy.  Tom  wytrzeszczył 
oczy na żonę. 

 - Gdzie jedziemy? 
 - Nie pamiętasz? Koleżanka z pracy obiecała pożyczyć mi 

prawdziwą  drewnianą  kołyskę.  Musimy  ją  odebrać  przed 
trzecią. 

 - Ja też już pójdę - dodał szybko Linc. - Mam ważne...ee... 
 - To miało być dzisiaj? - zdziwił się jeszcze bardziej Tom. 

- Myślałem, że dopiero jutro. 

Meg pogładziła go delikatnie po barku. 
 -  I  co  ty  byś  beze  mnie  zrobi?  Wszystko  by  ci  się 

pomieszało!  Weź  nasze  kurtki,  dobrze,  kochanie?  Linc,  nie 
musisz się wcale spieszyć. 

background image

Trudy zaczęła znowu skakać po materacu. 
 -  A  może  pomóc  wam  z  tą  kołyską?  Po  tym  wszystkim, 

co dla mnie zrobiliście... 

 -  Poradzimy  sobie.  -  Meg  nie  pozwoliła  jej  skończyć.  - 

Przykro mi tylko, że nie możemy zawiesić baldachimu. Wiem, 
że na to liczyłaś. 

Tom zaczął rozpinać kurtkę, którą zdążył już włożyć. 
 -  Zajmiemy  się  tym  z  Lincem.  To  zajmie  najwyżej  parę 

minut - stwierdził. 

 -  Niestety,  musimy  się  spieszyć  -  powiedziała 

kategorycznie  Meg.  -  Wiesz,  jaką  Connie  jest  dziwaczką. 
Jeszcze nie da nam tej malowanej ręcznie kołyski. - Spojrzała 
znacząco na Linca. - Założę się, że poradzą sobie we dwójkę. 

 -  Jesteś  pewna,  że  to  miało  być  dzisiaj?  -  wtrącił  Tom, 

pocierając czoło. - Założyłbym się, że... 

 -  Dzisiaj!  -  przerwała  mu  kategorycznie  żona,  a  potem 

spojrzała raz jeszcze na Linca. - No i jak, poradzisz sobie? 

 - Nie ma takiej potrzeby - powiedziała Trudy. - Linc i tak 

bardzo mi pomógł. Baldachim może poczekać. Albo sama się 
nim zajmę. 

Linc  wyobraził  sobie,  jak  balansuje  na  pudłach  pełnych 

książek o seksie, a potem spada. W takiej sytuacji nie miałaby 
nikogo, kto by jej pomógł. 

 -  Możecie  iść  -  zwrócił  się  do  Meg  i  Toma.  -  Zostanę, 

żeby założyć ten baldachim. 

 -  To  wcale  nie  jest  konieczne.  Spojrzał  na  Trudy  i 

pokręcił głową. 

 - Żaden problem. 
 - Dobrze, to my idziemy - rzekł Tom i zapiął guziki przy 

kurtce. 

Popchnął wózek w stronę drzwi. 
 - Jak byś czegoś potrzebowała, to dzwoń - rzuciła Meg do 

przyjaciółki. 

background image

 -  To  na  razie,  do  poniedziałku  -  Linc  pożegnał 

przyjaciela. 

 -  My  też  jesteśmy  umówione  na  poniedziałek, prawda? - 

Trudy spytała wychodzącą Meg. 

 - Jasne. Na lunch. 
Po chwili państwo Hennessy zniknęli za drzwiami. 
Trudy  wiedziała,  że  mogła  się  tego  spodziewać. 

Przyjaciółka  realizowała  swój  plan.  Zostawiła  ją  razem  z 
Lincem, w nadziei że zacznie między nimi iskrzyć. 

I  iskrzyło.  Połączenie  Linca  ze  wspaniałym  łożem,  które 

powoli ukazywało jej się w całym przepychu, bardzo działało 
jej  na  wyobraźnię.  Jednak  wciąż  trwała  w  swoim 
postanowieniu,  z  którym  zdradziła  się  przed  Meg.  Jeśli 
zdecyduje  się  na seks, to  z  kimś, kto  nie wie, że pochodzi ze 
wsi. 

 - Myślę, że Meg zrobiła to specjalnie - odezwał się Linc. 
 -  Ja  też  tak  sądzę.  Ale  nie  przejmuj  się,  nie  mam 

względem ciebie żadnych planów. 

Gdy  tylko  to  powiedziała,  zniknęło  gdzieś  całe 

zdenerwowanie. Od razu jej ulżyło. 

 -  Tak?  -  Wyglądał  na  trochę  rozczarowanego.  -  To 

dobrze, bo nie chcę... 

 -  Wiem.  Meg  mówiła  mi,  że  jesteś  wolnym  ptakiem.  Ja 

też - dodała z uśmiechem. 

Pomyślała,  że  wygląda  bardzo  pociągająco  z  tą  swoją 

zawiedzioną  miną.  Omal  się  na  to  nie  nabrała.  Wszyscy  w 
rodzinie wiedzieli, że mogą liczyć na jej czułe serce. 

Linc chrząknął. 
 -  Nie  powiedziałbym,  że  jestem,  hm,  wolnym  ptakiem  - 

mruknął. 

 - Więc kim? 
 -  Człowiekiem  ostrożnym.  Przynajmniej  staram  się  nim 

być. 

background image

Jaka  szkoda,  że to  powiedział. Mieszkańcy  Virtue  bardzo 

cenili  sobie  ostrożność.  Sami  byli  aż  do  przesady  ostrożni. 
Przyjeżdżając do Nowego Jorku, Trudy liczyła na coś innego. 
Odrobinę szaleństwa i brawury, których tak bardzo brakowało 
jej w rodzinnym miasteczku. 

 - Pewnie dlatego zostałeś moim opiekunem - westchnęła. 
 - Możliwe. 
Trudy raz jeszcze pochyliła się nad materacem. Pomyślała, 

że  uwielbia  to  łóżko.  Było  ono  symbolem  jej  wolności  i 
niezależności. Do diabła z ostrożnością i ostrożnymi ludźmi! 

 - A może jednak po to, żeby mnie uwieść? 

background image

Rozdział czwarty 
Trudy z przyjemnością patrzyła, jak otwiera coraz szerzej 

usta.  A  potem  jego  wzrok  spoczął  na  pudłach  z  książkami. 
Czyżby znał ich zawartość? 

 -  Ale  nie  przejmuj  się  -  rzuciła.  -  Wcale  nie  o  to  mi 

chodzi. 

 -  Czemu  nie?  To  znaczy,  jasne,  że  nie.  Przecież  dopiero 

przyjechałaś. W ogóle się nie znamy. - Patrzył uporczywie w 
stronę książek. 

W końcu zdecydowała się o to spytać. 
 - Zaglądałeś do środka? 
 -  Nie.  To  znaczy  tak.  Używaliśmy  tych  pudeł  przy 

zakładaniu  szyn.  Jedno  spadło  i  musiałem  potem  pozbierać 
książki, które się wysypały - tłumaczył się jak uczniak. 

 -  Dobrze,  skoro  masz  się  mną  opiekować,  to  chciałabym 

postawić sprawę jasno. Przyjechałam do Nowego Jorku, żeby 
nasiąknąć atmosferą wielkiego miasta. To znaczy, że będę się 
spotykała z mężczyznami... 

 -  Ale  jeśli  zaprosisz  tutaj  mężczyznę,  takie  łóżko  będzie 

dla niego wyraźnym sygnałem - wtrącił Linc. 

 -  Że  chodzi  mi  o  seks?  To  bardzo  dobrze.  Właśnie  tego 

oczekuję od mężczyzn. Oczywiście, pomijając ciebie. 

 - To dobrze - rzekł podekscytowany. - Bo wątpię, żeby po 

tym,  co  tutaj  zobaczą,  mieli  ochotę  ograniczyć  się  do  kawy. 
Nawet jeśli zmienisz zdanie. 

 - Nie zmienię. Bardzo rzadko zmieniam zdanie. Po to go 

tutaj  zaproszę,  żeby  poszerzyć  zakres  moich  seksualnych 
doświadczeń. 

 -  Świetnie!  Zresztą  nie  ma  tu  nawet  mebli,  więc  nie 

moglibyście  robić  nic  innego  -  ciągnął,  jeszcze  bardziej 
czerwony. - To przecież jasne! 

 -  Linc,  czy  kochałeś  się  kiedyś  na  tylnym  siedzeniu 

małego samochodu? 

background image

 - Nie, ja... 
 -  No  jasne!  Meg  mówiła,  że  twoi  rodzice  są  obrzydliwie 

bogaci.  Ojej!  Przepraszam,  mam  nadzieję,  że  cię  nie 
obraziłam. 

 - Nie, wcale. Rzeczywiście są obrzydliwie bogaci. Prawdę 

mówiąc, nigdy nawet nie jeździłem małym autem, nie mówiąc 
już o uprawianiu w nim seksu. 

 -  Nie  masz  czego  żałować  -  zapewniła  go  z 

przekonaniem.  -  Seks  powinien  być  przyjemny,  ale  w  takich 
warunkach  wcale  nie  jest.  Można  się  uderzyć  w  głowę  albo 
coś innego. W zimie jest zimno, a w lecie nie można otworzyć 
okna, bo zjedzą cię żywcem... 

 -  Kto?  Niedźwiedzie?  -  wpadł  jej  w  słowo.  -  Nie 

wiedziałem, że w Kansas są niedźwiedzie. 

 -  Nie,  komary  -  wyjaśniła.  -  A  poza  tym,  jest  zawsze 

możliwość,  że  w  kluczowym  momencie  pojawi  się 
przedstawiciel prawa i zaświeci latarką przez szybę. Nie masz 
pojęcia, jakie to nieprzyjemne. 

 - Wyobrażam sobie. 
 -  Właśnie  dlatego  kupiłam  największe  łóżko,  jakie  udało 

mi się znaleźć. 

Przyglądał jej się przez dłuższy czas. 
 - Chciałem tylko, żebyś zdawała sobie sprawę z tego, jaki 

sygnał wysyłasz. 

Miał  urzekająco  niebieskie  oczy.  Trudy  raz  jeszcze 

pożałowała, że poznała go tak wcześnie. Kto wie, co by było, 
gdyby spotkali się parę tygodni później... Uśmiechnęła się do 
niego. Meg miała rację, to miły i sumienny facet. 

 - Nie przejmuj się, Linc. Będę uważać, kogo wpuszczam 

do  tego  mieszkania.  I  wcale  nie  musisz  mi  pomagać  z 
baldachimem. Pewnie masz jakieś plany na popołudnie. 

 -  Nie  ma  sprawy.  Chętnie  ci  pomogę.  Gdzie  jest  ten 

baldachim? 

background image

 -  W  tym  płaskim  pudle.  Ale  naprawdę  mogę  to  zrobić 

sama. Wolałabym zachować cię na noc. 

Rozkaszlał się gwałtownie. 
 - Słu... słucham? 
Poczuła się nagle jak idiotka. 
 - Chciałam powiedzieć, że chętnie bym się z tobą wybrała 

do jakiegoś klubu. Ale pewnie jesteś już umówiony, prawda? - 
spytała smutno. 

 - Nie, nie jestem. Możemy gdzieś wyskoczyć. 
 - Mówisz poważnie?! Hura! 
Z jakichś powodów Meg i Tom nie zwrócili uwagi na to, 

że będzie to jej pierwszy weekend w Nowym Jorku, a ona nie 
chciała im o tym przypominać. A może Meg liczyła na to, że 
Linc ją gdzieś zaprosi, co właśnie się stało. 

Prawdę  mówiąc,  było  jej  wszystko  jedno,  kto  ją  dzisiaj 

zaprasza.  Nie  chciała  po  prostu  siedzieć  w  domu.  Wolała 
przejść  się  po  Broadwayu  czy  wejść  na  drinka  do  jakiegoś 
klubu jazzowego. Albo przejechać się windą na szczyt Empire 
State Building. Oczywiście pod warunkiem, że Linc nie uzna 
tego za zbyt prowincjonalną rozrywkę. 

 - Na co masz ochotę? 
 - Na wszystko! - Już nie mogła się doczekać. - Na kluby 

muzyczne,  kabarety...  I  założę  się,  że  koło  centrum 
Rockefellera jest czynna ślizgawka. 

 -  Czy  chciałabyś  zobaczyć  coś  na  Broadwayu? 

Zastanawiała się nad tym przez chwilę. 

 - Tak, ale nie dzisiaj. Zajęłoby to za dużo czasu. Poza tym 

na  pewno  nie  dostalibyśmy  biletów  na  nic  naprawdę 
ciekawego. 

 - Nie przejmuj się, mogę załatwić bilety. 
 -  I  zapłacisz  za  nie  jak  za  zboże.  Nie,  dziękuję. 

Zabrakłoby mi pieniędzy na inne rozrywki. 

background image

 -  Wcale  nie  chciałem,  żebyś  za  nie  płaciła.  Nagle 

zrozumiała, że mają jeszcze jedną sprawę do omówienia. 

 -  Posłuchaj,  to  bardzo  miło  z  twojej  strony,  ale  wolę 

płacić  za  wszystko  sama.  Latami  oszczędzałam,  żeby  mieć 
pieniądze  na  różne  przyjemności.  Jeszcze  w  Kansas 
wymieniłam w banku dziesięć słoików bilonu na szeleszczące 
banknoty.  Jeśli  nie  będę  szalała,  powinno  mi  na  długo 
wystarczyć. 

 - Przecież to nie ma sensu - zaprotestował. - Ja będę płacił 

za  rozrywki,  a  ty  kup  sobie  jakieś  meble  albo  coś,  czego 
potrzebujesz. 

Skrzyżowała  ręce  na  piersi.  Nie  chciała,  żeby  ktoś,  kogo 

znała zaledwie od półtorej godziny, mówił jej, co ma, a co nie 
ma sensu. 

 -  Chodzi  mi  o  to,  żeby  mieć  jakąś  przyjemność  z 

mieszkania w Nowym Jorku. Mam już mebel, który jest mi do 
tego potrzebny. Być może oszczędzanie jest dla kogoś takiego 
jak  ty  pozbawione  sensu,  ale  ja  miałam  przy  tym  wielką 
frajdę. A będę miała jeszcze większą, kiedy wydam pieniądze 
właśnie tak, jak to sobie zaplanowałam. 

 - Ale... 
 - I tak wiele dla mnie zrobiłeś, poświęcając mi czas, który 

mógłbyś  przeznaczyć  na  randki.  To  ja  powinnam  za  ciebie 
płacić. I naprawdę zamierzam... 

 - Nawet o tym nie myśl. Robię to dla moich przyjaciół, a 

nie po to, żeby się przy okazji nachapać. 

 - No dobrze - zgodziła się, przyznając w duchu, że trochę 

przesadziła. 

Podobał  jej  się  jego  zdecydowany  ton.  Linc  nagle 

wyprostował  się,  a  jego  oczy  błysnęły  gniewnie.  Nareszcie 
zobaczyła, że ma przed sobą nie tylko kogoś miłego, ale faceta 
z klasą. 

background image

Niestety,  on  pewnie  uważał  ją  za  prowincjonalną  gęś.  I 

było  już  za  późno,  żeby  to  zmienić.  Cóż,  stało  się.  Ale  nie 
może  mu  pozwolić,  by  zawiesił  baldachim.  Może  kiedy 
zobaczy  skończone  łoże,  uzna  je  za  zupełnie  nową  jakość, 
mimo że sam pomagał je składać? 

 -  Jeśli  mamy  dziś  wyjść,  to  muszę  wziąć  długą  kąpiel  - 

powiedziała. - Zostawmy więc ten baldachim. 

 - Lepiej od razu załatwić wszystko - stwierdził. 
 - Potem będziesz miała spokój. 
 -  To  nieważne.  -  Machnęła  ręką.  -  I  tak  chyba  nikogo 

dzisiaj tu nie zaproszę. 

Linc zgrzytnął zębami. 
 - Oczywiście! Musimy ustalić jeszcze jedną  zasadę. Jeśli 

ze mną wychodzisz, to również ze mną wracasz, jasne? 

 -  Tak,  oczywiście.  To,  że  jestem  z  małego  miasteczka, 

wcale  nie  znaczy,  że  nie  wiem,  jak  się  zachować.  Jeśli 
spotkam  jakiegoś  fajnego  chłopaka,  to  po  prostu  wymienimy 
się  telefonami.  A  jak  spyta  o  ciebie,  to  powiem,  że  jesteś 
gejem. 

 - Co takiego?! 
 - Nie chciałabym, żeby sobie pomyślał, że chodzę z tobą i 

jednocześnie  kombinuję  z  kim  innym  na  boku.  Jestem 
porządną dziewczyną! 

Linc miał co do tego pewne wątpliwości. 
 -  Wobec  tego  powiedz,  że  jestem  twoim  bratem  lub 

kuzynem. - Przeszył ją swymi błękitnymi oczami. 

 - Nowy Jork jest mniejszy niż przypuszczasz. 
 - Nie wyglądamy na kuzynów - protestowała słabo. 
 - Wszystko jedno. Nikt nie zwróci na to uwagi. 
 - Dobrze, jeśli uważasz, że tak będzie lepiej - zgodziła się 

w końcu. 

Linc westchnął i zaczął rozcierać sobie szyję. 

background image

 -  Wiesz  co,  wcale  mi  się  nie  podoba,  że  masz  zamiar 

wymieniać  się  numerami  telefonów.  Czuję  się  trochę  tak, 
jakbym był alfonsem. 

Patrzyła na niego przez chwilę. 
 -  Więc  może  powinniśmy  dać  sobie  spokój?  Meg  na 

pewno zrozumie, jak jej powiem, że do siebie nie pasujemy. A 
ty będziesz miał spokój. Meg zna moje zwariowane pomysły, 
więc wszystko i tak będzie na mnie. 

Potrząsnął głową. 
 -  Nie,  w  tej  chwili  już  nie  chodzi  o  to,  żeby  nie  zawieść 

Meg.  Nie  mogę  pozwolić;  żebyś  sama  zaczęła  buszować  po 
Nowym Jorku. I tylko nie mów mi, że zostaniesz w domu, bo i 
tak ci nie uwierzę. 

 -  Rzeczywiście  chcę  się  zabawić  -  przyznała.  - 

Przyjechałam tu późno w czwartek, a cały piątek spędziłam w 
mojej  przyszłej  pracy.  A  potem  Meg  i  Tom  zabrali  mnie  do 
siebie, więc nie mogłam nigdzie pójść. Nawet tutaj, bo jeszcze 
nie było moich bagaży. 

 -  Proponuję  kompromis.  -  Włożył  ręce  do  kieszeni 

dżinsów. 

 -  To  znaczy?  -  spytała,  podziwiając  jego  wysportowaną 

sylwetkę.  Musiała  przyznać,  że  Linc  Faulkner  mógł  być 
przedmiotem marzeń niejednej kobiety. 

 - Musisz obiecać, że tego wieczoru nie będziesz flirtować 

i rozdawać na prawo i lewo swoich wizytówek. A ja pokażę ci 
parę  miłych  miejsc  i  przy  następnej  okazji  będziemy  mogli 
renegocjować warunki. 

 - Załatwione - odparła. - Nie mam żadnych wizytówek. 
To  nie  był  wcale  taki  zły  pomysł.  Nie  powinna  żądać  od 

razu zbyt wiele. 

 - Dobra, więc przyjadę po ciebie o ósmej. 
 - Będę czekać. 

background image

Umówił się z nią na ósmą! Jeszcze jeden dowód na to, że 

znajdowała się w dużym mieście. W Virtue randki zaczynały 
się  zwykle  dużo  wcześniej.  Kończyły  się  też  wcześniej, 
ponieważ  wszystkie  lokale,  nie  wyłączając  kina,  zamykano 
równo  o  dziesiątej.  Jeśli  chciało  się  wrócić  do  domu  później, 
było  jasne,  że  chodzi  o  seks.  O  dziewczynie,  której  zdarzało 
się  to  częściej,  natychmiast  zaczynano  mówić  jak  o 
nimfomance. 

 - Masz ciepłą kurtkę? 
 -  Jasne.  -  Skrzywiła  się  na  myśl  o  jedynej  kurtce,  którą 

przywiozła z Virtue. 

 - Świetnie. To na razie, do ósmej. - Wziął swoją kurtkę do 

ręki i uśmiechnął się do Trudy. 

Po chwili miała już przed sobą tylko zamknięte drzwi. 
Pięć  godzin  później  Linc  zatrzymał  taksówkę  i  podał 

kierowcy  adres  Trudy.  Całe  popołudnie  spędził  na 
szczegółowym 

przygotowywaniu 

planów 

dzisiejszej 

wyprawy.  Nieczęsto  zdarzało  mu  się  pokazywać  swoje 
ulubione  miasto  komuś  takiemu  jak  Trudy,  kto  całe  życie 
spędził gdzieś na odludziu, ze stadami komarów atakującymi 
wszystko, co się rusza. 

Teraz,  kiedy  wreszcie  udało  im  się  ustalić  zasady,  miał 

olbrzymią  ochotę  na  wspólny  wieczór.  Nie  miał  pojęcia,  że 
jest  aż  tak  znudzony  swoimi  przyjaciółkami,  po  których 
zwykle  mógł  się  spodziewać  tego  samego.  W  czasie  paru 
godzin  spędzonych  u  siebie  mógł  spokojnie  przeanalizować 
swoją  sytuację.  Trudy,  w  zestawieniu  ze  swoim  olbrzymim 
łożem,  zrobiła  na  nim  naprawdę  wielkie  wrażenie.  Nigdy 
jeszcze nie widział nikogo tak seksownego. 

Jaka  szkoda,  że  Trudy  jest  najlepszą  przyjaciółką  Meg! 

Inaczej wiedziałby, jak wykorzystać tę znajomość. Krótko, ale 
intensywnie.  A  tak  ma  związane  ręce,  nie  mówiąc  o  innych 
częściach ciała. 

background image

Taksówka zatrzymała się przed blokiem Trudy. Sprawdził, 

czy  wciąż  ma  w  kieszeni  kartkę  z  planem  dzisiejszego 
wieczoru,  i  poprosił  taksówkarza,  żeby  na  niego  zaczekał. 
Wiedział, że jeśli licznik będzie cały czas bił, to spędzi mniej 
czasu  z  Trudy  w  jej  mieszkaniu  z  łożem  wielkości  połowy 
stanu Kansas. 

Pojechał  rozklekotaną  windą,  chociaż  wydawało  mu  się, 

że schodami byłoby szybciej. Jednak do ósmej zostały jeszcze 
trzy  minuty.  Spodziewał  się,  że  Trudy  jest  już  gotowa  i  od 
ładnego  kwadransa  czeka  na  niego  przy  drzwiach  w  zapiętej 
pod szyję kurtce. 

W  końcu  winda  dociągnęła  się  na  żądane  piętro.  Linc 

wysiadł  i  jak  na  skrzydłach  podbiegł  do  drzwi  Trudy. 
Zadzwonił  do  nich  już  po  raz  drugi  tego  dnia.  Za  pierwszym 
razem  był  znudzony  i  trochę  zły  na  Meg,  że  go  w  to 
wpakowała. Ale teraz po prostu nie mógł się doczekać, kiedy 
znowu zobaczy Trudy. 

To  dlatego,  że  mam  jej  tyle  do  zaoferowania,  pomyślał. 

Nie  tłumaczyło  to  jednak  tego,  że  serce  biło  mu 
przyspieszonym rytmem. 

Tak  jak  się  spodziewał,  otworzyła  mu  od  razu  po 

pierwszym  dzwonku.  Nie  włożyła  jednak  kurtki.  W  ogóle 
niewiele  na  sobie  miała.  Jej  minispódniczka  bardziej 
odsłaniała  niż  zasłaniała  nogi,  które  wyglądały  lepiej  niż  na 
zdjęciach  z  wesela,  a  obcisły  sweterek  podkreślał  obfitość 
biustu i kruchość dziewczęcej talii. Zapewne mógłby ją objąć 
dwiema rękami. 

Cóż, Trudy wyglądała na... gotową do akcji. Linc z trudem 

złapał powietrze. 

 - Wejdź, proszę. - Złapała go za rękę. - Pokażę ci łóżko. 
Wcale  nie  chciał  go  zobaczyć.  Trudy  powinna  czekać  na 

niego ubrana, tak żeby mogli od razu wyjść. Tymczasem ona 

background image

ciągnęła go w głąb pogrążonego w półmroku mieszkania i to 
w stronę łóżka. 

Na  parapecie  oraz  pudłach,  z  których  zrobiła  sobie 

tymczasowe  stoliki  nocne,  paliły  się  świece.  Było  to  jedyne 
oświetlenie,  które  sprawiało,  że  pokój  wyglądał  ciepło  i 
tajemniczo.  Na  tym  tle  stało  monumentalne  łoże  Trudy.  Aż 
otworzył usta, widząc je w całej okazałości. 

Więc  jednak  udało  jej  się  założyć  baldachim!  Materiał 

zasłonił  metalowe  elementy.  Łóżko  wyglądało  teraz  jak 
baśniowe posłanie z „Baśni z tysiąca i jednej nocy". Wewnątrz 
piętrzyły się poduszki. Satynowa kołdra była lekko odchylona, 
jakby zapraszała do środka. 

 - Co o tym myślisz? 
Myśleć?  Jaki  mężczyzna  zdobyłby  się  na  myślenie  w 

obliczu  tego  perwersyjnego  cudu?  Mógł  na  to  jedynie 
zareagować,  ale  miał  nadzieję,  że  ta  reakcja  pozostanie 
niezauważona  między  fałdami  jego  rozpiętego  skórzanego 
płaszcza. 

 -  No  cóż...  -  zaczął,  a  potem  znowu  chrząknął,  żeby 

oczyścić gardło. 

Jednocześnie  popełnił  błąd  i  spojrzał  w  jej  stronę.  Trudy 

pochylała  się  właśnie  nad  świecami,  które  zaczęły  kapać  na 
pudła, co podkreślało jeszcze jej niezwykle seksowne kształty. 

 -  Coś  ci  się  nie  podoba?  -  spytała  zaniepokojona.  -  Co 

takiego? 

 - Nie, nic takiego. - Wszystko mu się tu podobało. I to aż 

za bardzo. - To piękne łoże. 

Trudy od razu się rozpromieniła. 
 - Chciałbyś się na nim położyć? Możesz nawet wygnieść 

prześcieradło. 

Czy  rzeczywiście  jest  tak  naiwna,  żeby  prosić  go  o  to  z 

czystej radości? Może tak. Może nie. Linc przez chwilę szukał 
jakiejś wymówki. Wydawało mu się, że nawet coś ma, ale nie 

background image

mógł sobie przypomnieć, co to takiego. Dopiero po większym 
wysiłku znalazł w końcu odpowiedź. Taksówka! Trudy tak go 
oczarowała,  że  zupełnie  zapomniał  o  czekającej  na  nich 
taksówce. 

Z ulgą poinformował ją o tym fakcie. 
 -  Ojej,  powinieneś  od  razu  powiedzieć.  -  Zabrała  się 

pospiesznie  do  gaszenia  świec.  -  Wezmę  tylko  plecaczek  i 
możemy lecieć. 

Trudy  pośpieszyła  do  pomieszczenia,  które  miało  być  jej 

sypialnią,  a  stało  się  teraz  czymś  w  rodzaju  garderoby. 
Wynurzyła  się  stamtąd  z  małym  plecaczkiem,  który  zaczęła 
zakładać,  prezentując  wspaniały  biust.  Linc  poczuł,  że  jest 
chory z pożądania. 

Wiedział, że powinien jak najszybciej wydostać się z tego 

mieszkania.  Tylko  to  mogło  zagwarantować  mu  spokój. 
Chciał  uciec  od  łóżek,  które  wyglądały  jak  wyrafinowane 
narzędzia  pokusy,  i  świateł,  które  potrafiły  przeistoczyć 
zwykłą  dziewczynę  w  księżniczkę.  Wreszcie  znaleźli  się  za 
drzwiami.  Trudy  zamknęła  je  i  zdjęła  plecaczek,  żeby 
schować  klucz.  Kiedy  znowu  zaczęła  go  zakładać,  Linc 
spojrzał w stronę windy. 

background image

Rozdział piąty 
Stojąc  w  windzie,  Trudy  popatrywała  z  zazdrością  na 

skórzany  płaszcz  Linca.  Wyglądał  w  nim  niezwykle 
tajemniczo.  Niczym  prawdziwy  szpieg.  Niestety,  płaszcz 
musiał  kosztować  majątek.  Mimo  to  zdecydowała,  że  kupi 
sobie taki za pierwszą pensję. Będzie się w nim prezentować 
naprawdę elegancko i, co ważniejsze, nikt nawet nie pomyśli, 
że jest ze wsi. Aż zadrżała na myśl o tym. 

 - Nic dziwnego, że jest ci zimno - stwierdził. 
 -  Przecież  nie  włożyłaś  kurtki.  Jak  mogłem  tego  nie 

zauważyć?! 

Winda  stanęła.  Jej  drzwi  otworzyły  się  powoli.  Linc 

jeszcze raz wcisnął trójkę. 

 - Musimy wrócić po coś ciepłego - powiedział. 
 - Bardzo dzisiaj zimno na dworze. 
 - Nie potrzebuję kurtki. 
Wcisnęła  parter,  ale  już  było  za  późno.  Winda  zaczęła 

posuwać się wolno w górę. 

 -  Nie  wygłupiaj  się!  Nie  możesz  tak  wyjść!  Na  te  słowa 

wywróciła oczami. 

 -  Nie  po  to  wyjechałam  z  domu,  żeby  wdawać  się  w 

podobne  dyskusje.  Po  prostu  nie  potrzebuję  i  już.  Mam 
dwadzieścia sześć lat i wiem, co robię! 

Winda  zatrzymała  się  na  jej  piętrze.  Linc  spojrzał  na  nią 

znacząco. 

 - Popatrz na siebie. Zachorujesz, jak wyjdziesz w samych 

rajstopach  na  taki  ziąb.  Popatrz  na  mnie.  Mam  na  sobie 
spodnie,  koszulę  z  długim  rękawem,  marynarkę  i  płaszcz. 
Spódniczka mini i ten skąpy sweterek  nie  ochronią cię przed 
zimnem! 

Zrobiło jej się przyjemnie, że zauważył jej strój. Tylko czy 

zrobił on na nim odpowiednie wrażenie? 

background image

 -  Potrzebna  jest  ci  długa,  ciepła  jesionka  -  dodał  Linc 

jakby na potwierdzenie jej domysłów. 

 - Ale ja nie mam jesionki. 
 - Mówiłaś coś o kurtce. To naprawdę konieczne. Nikt nie 

przyjeżdża do Nowego Jorku w styczniu bez czegoś ciepłego - 
stwierdził na koniec. 

 -  Owszem,  mam  kurtkę.  Okropną,  pomarańczowo  - 

niebieską,  z  obrzydliwym  zamkiem  błyskawicznym.  Już 
wolałabym wyjść nago! 

Zagryzł wargi, ale Trudy zauważyła drżenie kącików jego 

ust.  Z  przerażeniem  zrozumiała,  że  powstrzymuje  się  od 
śmiechu. Zaczęły się sprawdzać jej najgorsze przewidywania. 
Facet z miasta uważał za zabawne to, iż woli sobie odmrozić 
tyłek  niż  pokazać  się  w  Nowym  Jorku  w  swojej 
pomarańczowo - niebieskiej kurtce. 

Drzwi wciąż były otwarte, a ona myślała tylko o ucieczce. 
 -  Wiesz  co,  tak  naprawdę  wcale  nie  chcę  dzisiaj 

wychodzić - rzuciła, wyskoczywszy na korytarz. 

 -  Dzięki,  że  to  zaproponowałeś,  ale  jestem  wyczerpana. 

Idę spać. To na razie. 

Dogonił ją jeszcze przed drzwiami i złapał za ramię. 
 - Zaczekaj! 
Znowu ciarki przebiegły po plecach Trudy, ale tym razem 

słabiej.  Nie  może  jej  przecież  podniecać  ktoś,  kto  się  z  niej 
śmieje w duchu. Linc pewnie uważa, że jej wspaniałe łoże też 
jest żałosne. Wiadomo, dziewczyny ze wsi mają taki okropny 
gust.  Pewnie  dlatego  bez  przerwy  chrząkał.  Żeby  nie 
wybuchnąć śmiechem! 

 - Jeśli chodzi ci o tę kurtkę, to... 
 - Wcale nie chodzi mi o kurtkę. - Omdlewającym gestem 

złapała się za czoło. - Mam straszną migrenę. 

To  była  niemal  prawda.  Na  myśl  o  kurtce  zaczynała  ją 

boleć głowa. 

background image

 - Pewnie masz u siebie jakąś aspirynę. - Wciąż trzymał ją 

za ramię. - Chodź, poszukamy. 

Kiedy  tak  szli  korytarzem,  poczuła  nagłe  wyrzuty 

sumienia. 

 - Wcale nie boli mnie głowa - przyznała się. 
 -  Chodzi  o  tę  kurtkę.  Wiem,  że  to  głupie,  ale  jest 

naprawdę  okropna.  Powinnam  była  pomyśleć  wcześniej  o 
czymś  porządnym  na  mróz,  ale...  tego  nie  zrobiłam.  A  teraz 
nie  mogę  sobie  na  to  pozwolić.  Wiesz,  to  łóżko...  Pewnie 
sobie myślisz, że jest pretensjonalne. 

 - Nie, nie myślę. 
 -  Podoba  ci  się?  -  spytała  z  nadzieją,  zastanawiając  się, 

czy  zauważył,  że  zaczął  gładzić  kciukiem  jej  ramię.  Pewnie 
robił to mechanicznie. - Wcale się nie obrażę, jak mi będziesz 
mówił,  co  robię  źle.  Dopiero  przyjechałam  i  minie  trochę 
czasu,  zanim  nabiorę  wielkomiejskiego  sznytu.  Poza  tym, 
muszę  mieć  pieniądze,  żeby  kupić  sobie  coś  tak  fajnego  jak 
ten twój skórzany płaszcz. Jak będę szła szybko, to na pewno 
nie zmarznę. 

Zamrugał oczami i spojrzał na swój płaszcz. 
 - Podoba ci się? 
 -  Bardzo.  Od  razu  widać,  że  należy  do  kogoś  z  dużego 

miasta. 

 -  To  upraszcza  sprawę.  -  Zatrzymał  się  i  zaczął  ściągać 

płaszcz. 

 - Daj spokój! - Złapała poły płaszcza. - Nie zdejmuj go! 
Pokiwał głową. 
 -  Rozumiem.  Boisz  się,  że  będziesz  głupio  wyglądać.  - 

Przyjrzał  się  uważnie  płaszczowi.  -  Powinien  pasować  na 
długość, bo sięga mi tylko do kolan, ale musiałabyś podwinąć 
rękawy. 

 -  Wcale  się  tego  nie  boję  -  powiedziała,  zachwycona 

miękkością skóry i miłym satynowym podbiciem. 

background image

Płaszcz  wyglądał  na  cienki,  ale  był  chyba  jednocześnie 

bardzo ciepły. A poza tym, było widać, że musiał kosztować 
majątek. 

 -  Więc  weź  go.  -  Wyswobodził  się  z  niego  ostatecznie  i 

podał jej uprzejmie. 

Zacisnęła dłonie, żeby się oprzeć pokusie. 
 -  To  niczego  nie  rozwiązuje.  Teraz  tobie  będzie  zimno. 

Moja kurtka na pewno by ci się nie spodobała. 

 -  Obrzuciła  wzrokiem  jego  markowe  ubranie.  -  Zresztą  i 

tak jest na ciebie za mała. 

 -  Żaden  problem.  Zatrzymamy  się  na  chwilę  w  moim 

mieszkaniu  i  wezmę  sobie  coś  innego.  Przy  okazji  pokażę ci 
ten stolik do gry i krzesła. No, zdejmij plecak i przymierz ten 
płaszcz. 

Poddała  się  bez  dalszych  protestów.  Wcześniej  zdjęła 

plecaczek  i  położyła  go  na  podłodze.  Linc  włożył  na  nią 
ciepły, pachnący drogą wodą kolońską płaszcz. 

 - Zupełnie nieźle. Pozwól jeszcze, że podwinę ci rękawy - 

stwierdził. 

Wysunęła  do  przodu  ręce  i  zamknęła  oczy,  by  lepiej 

poczuć  fizyczny  kontakt  z  Lincem.  Na  pewno  byłby 
wspaniałym  kochankiem.  Uważnym  i  czułym. Domyślała  się 
tego, widząc jak ostrożnie zajmuje się płaszczem. 

Wolałaby, żeby to nią zajął się w ten sposób. 
 - Dobrze, zawiąż pasek, weź plecak i idziemy. Otworzyła 

oczy i zauważyła, że patrzy na nią z dziwną czułością. Znowu 
poczuła ciarki na plecach. Teraz wiedziała, że byłby nie tylko 
zręcznym, ale i czułym kochankiem. 

Linc wziął ją pod rękę i ponownie ruszyli do windy. 
Kiedy wyszli na zewnątrz, poczuła zimny wiatr na twarzy. 

Linc miał rację. Bez wierzchniego okrycia zmarzłaby na kość. 
Jej poczucie winy pogłębiło się jeszcze, kiedy zobaczyła żółtą 
taksówkę zaparkowaną przed domem. 

background image

 -  Zapłacę  połowę  za  taksówkę  -  rzuciła  jeszcze,  chcąc 

przekrzyczeć zgiełk uliczny. 

Otworzył  drzwiczki  samochodu  i  pomógł  jej  wsiąść  do 

środka. 

 -  Zastanowię  się  jeszcze  -  odezwał  się  tuż  przy  jej  uchu, 

tak że poczuła jego ciepły oddech na skórze. 

Owładnęła  nią  nagła  fala  ciepła,  ale  pomyślała,  że 

specjalnie  powiedział  jej  to  do  ucha,  żeby  uniknąć  krzyków, 
które  w  Nowym  Jorku  są  pewnie  nie  na  miejscu.  Znowu 
zrobiło jej się przykro. 

Linc  wsiadł  z  drugiej  strony  i  podał  taksówkarzowi  swój 

adres.  Ruszyli  z  piskiem  opon.  Trudy  aż  zacisnęła  pięści  z 
emocji. Właśnie czegoś takiego się spodziewała, obejrzawszy 
setki  filmów  z  Nowym  Jorkiem  w  tle.  Wokół  nich  wirował 
Manhattan.  Linc  wyjął  z  kieszeni  telefon  komórkowy  i 
wystukał  jakiś  numer.  Trudy  czuła  się  tak,  jakby  nagle 
znalazła  się  w  jakimś  nierzeczywistym  śnie.  Z  rozmowy 
wywnioskowała,  że  Linc  zamawia  właśnie  stolik.  Zamawia 
stolik!  Do  głowy  jej  nie  przyszło,  że  można  jeść  kolację  o 
godzinie  ósmej.  Podciągnęła  rękaw  płaszcza  i  spojrzała  na 
swój zegarek. A w zasadzie ósmej trzydzieści. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  jesteś  głodna  -  powiedział, 

chowając  telefon.  -  Przesunąłem  naszą  rezerwację  na 
dziewiątą. 

 -  Nie,  nie  -  rzuciła,  szczęśliwa,  że  nie  powiedziała  mu  o 

kanapkach, które zamówiła i zjadła ponad godzinę temu. 

 -  Gdzie  pojedziemy?  -  Miałaby  ochotę  na  coś  znanego, 

jak „21" czy „Elaine's", chociaż wiedziała, że nie bardzo może 
sobie na to pozwolić. 

 -  Do  małej  tajskiej  restauracji.  Cieszy  się  niezłą  opinią. 

Zwłaszcza zupa z palczatki cytrynowej jest naprawdę boska. 

 - Cudownie! 

background image

 -  Na  pewno  ci  się  spodoba.  Właścicielem  jest  jeden  z 

moich klientów. Niedawno udało mi się dobrze zainwestować 
jego  pieniądze  i  od  tego  czasu  nalega,  żebym  przyjechał  do 
niego z sympatią. Wszystko jest za darmo. 

Spojrzała  na  niego  uważnie,  zastanawiając  się,  czy  nie 

wymyślił tej historyjki specjalnie na jej użytek. 

 - Czyżbyś nie chciał, żebym płaciła? 
 - Mówię prawdę. - Jego zęby zalśniły w półmroku. 
 -  Jednak  przyznaję,  że  specjalnie  ją  wybrałem,  żeby 

zaoszczędzić  ci  wydatków.  Wiem,  że  zależy  ci  na  tym,  żeby 
płacić  za  siebie,  ale  nie  masz  pojęcia,  ile  mogą  kosztować 
miejskie rozrywki. 

Już to, że mogła siedzieć koło niego, wdychać zapach jego 

wody  kolońskiej  i  patrzeć  na  tajemniczy  uśmiech,  było 
większą  rozrywką  niż  wszystkie  wieczorne  wypady  z 
chłopakami z Virtue. Trudy miała zamiar spędzić ten wieczór 
najprzyjemniej jak to możliwe, nie przejmując się rachunkiem 
za taksówkę. 

 -  Wobec  tego  powinieneś  tam  zabrać  kogoś  innego  - 

dodała po chwili. - Na prawdziwą randkę. 

 - To jest prawdziwa randka. 
 - Och! - Jak to miło, że to powiedział. 
 -  Poza  tym  chciałem  się  tam  wybrać  z  kimś,  kto  by  to 

docenił.  Większość  kobiet  uznałaby  to  za  jeszcze  jeden 
posiłek w jeszcze jednej tajskiej restauracji. 

 - Ja go na pewno tak nie potraktuję - obiecała solennie. 
Miała nadzieję, że nie podadzą im ośmiornicy albo czegoś 

równie dziwacznego. Nie wiedziała też, czy przypadkiem nie 
dostanie  sushi,  co  mogło  oznaczać  kłopoty.  Zdecydowała 
jednak,  że  zje  wszystko,  nawet  gdyby  postawiono  przed  nią 
talerz robaków. 

 - To tutaj. 

background image

Wyjrzała  przez  okno  i  wstrzymała  oddech.  Przed 

budynkiem, w którym mieszkał Linc, stał portier. 

 - Coś się stało? 
 -  Nie,  nic.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Wszystko  w 

porządku. 

Linc  stwierdził,  że  sytuacja  staje  się  coraz  bardziej 

niebezpieczna.  Trudy  zaczynała  mu  się  naprawdę  podobać. 
Pomagając jej wysiąść, raz jeszcze miał okazję stwierdzić, że 
prezentuje się bardzo korzystnie w jego płaszczu. Wysiadając, 
odsłoniła aż oba kolana, a on poczuł nagłą erekcję. Co się, u 
licha,  z  nim  dzieje?!  Czy  to  dlatego,  że  widział  u  niej  te 
wszystkie  książki  o  seksie?  A  może  dlatego,  że  jego  ostatni 
romans skończył się dwa miesiące temu, kiedy to nagi zasnął 
przy partnerce, znudzony jej monologiem na temat ciuchów? 

Trudy  też  lubiła  mówić  o  ubraniach,  ale  wcale  nie 

wydawała  mu  się  nudna.  Słuchał  jej  z  niemal  taką  samą 
przyjemnością,  z  jaką  na  nią  patrzył.  I  teraz,  kiedy  wysiedli, 
podał  jej  rękę,  czując,  że  jest  to  najlepsza  rzecz,  jaką  może 
zrobić. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał, ale teraz 
uświadomił  sobie,  że  niektóre  kobiety  potrafią  trzymać 
mężczyzn za rękę. Na przykład Trudy - ściskała go mocno, ale 
nie  za  mocno,  tak  że  wyczuwał  całą  powierzchnię  jej  dłoni. 
Był to uścisk osoby poddanej, ale też partnerki... 

Czy  tak  również  uprawiałaby  seks?  Czy  potrafiłaby 

przejąć  inicjatywę,  gdyby  to  było  potrzebne?  Instynktownie 
czuł, że umiałaby wszystko, a nawet jeszcze więcej. 

Linc przywitał się ze stojącym przy drzwiach Ernestem, a 

następnie wskazał Trudy przejście do obszernego wnętrza. 

 - Prawdziwy portier - szepnęła z namaszczeniem. 
 - Nigdy nie byłam w domu z portierem. 
 - To bardzo miły facet - poinformował Linc. - Jego córka 

stara się zrobić karierę jako tancerka na Broadwayu. 

background image

 -  Popatrz  na  tę  windę.  Mogę  się  cała  przeglądać  w  tych 

mosiężnych drzwiach. Czy ktoś je codziennie poleruje? 

 - Być może nawet dwa razy dziennie. 
Linc  wiedział  to, ponieważ  pomoc  w domu rodziców bez 

przerwy  polerowała  klamki  i  metalowe  okucia  od  drzwi. 
Chciało mu się śmiać, kiedy przypomniał sobie obawy sprzed 
paru  dni.  Nowe  partnerki  przestały  go  obchodzić.  Miał 
wrażenie,  że  lata  seksualnej  potencji  ma  już  za  sobą.  Teraz 
wystarczyło,  że  spojrzał  na  Trudy  i  już  czuł  ciężar  w 
spodniach. 

 -  Chciałabym  kiedyś  kochać  się  w  takiej  windzie  - 

wypaliła Trudy. 

 - Naprawdę? 
 - A sam próbowałeś? 
 - Nie. - Musiał przyznać, że nie próbował wielu rzeczy. 
 - To pewnie dlatego, że jesteś przyzwyczajony do windy - 

rzekła,  kiwając  głową.  -  Tak  jak  inni  mężczyźni  w  mieście. 
Muszę  się  od  ciebie  uczyć,  żeby,  kiedy  naprawdę  zacznę 
chodzić na randki z facetami, nie wyjść na ostatnią wiochę. 

 -  Więc  to  nie  jest  dla  ciebie  randka  -  mruknął,  trochę 

urażony tą uwagą. 

 -  Coś  ty,  to  się  nie  liczy.  Przecież  dopiero  tu 

przyjechałam.  Musisz  niestety  liczyć  się  z  tym,  że  jestem 
trochę  nieokrzesana.  Ale  za  jakiś  tydzień  lub  dwa  będę  już 
taka jak inne dziewczyny z miasta! 

Tylko  nie  to,  jęknął  w  duchu.  Nic  jednak  nie 

odpowiedział. 

Na  szczęście  drzwi  windy  otworzyły  się  i  wyszli  na 

zewnątrz.  Nie  musiał  nic  mówić.  Nie  musiał  też  zastanawiać 
się,  dlaczego  Trudy  nie  chciała  zacząć  swych  miłosnych 
przygód właśnie od niego. 

background image

Rozdział szósty 
 -  Naprawdę  się  cieszę,  że  zdecydowałeś  się  mną 

opiekować  -  powiedziała  Trudy,  kiedy  zbliżyli  się  do  drzwi 
mieszkania Linca. - Meg wiedziała, co robi. 

 - Miło mi, że mogę ci pomóc. - Otworzył drzwi i wskazał 

gestem wnętrze mieszkania. - Proszę. 

Weszła  do  przedpokoju,  w  którym  zobaczyła  niewielką 

marmurową  figurkę,  stojącą  na  zabytkowym  stoliku.  Była  to 
naga kobieta z odrzuconą do tyłu głową. Jej włosy trzepotały 
na  niewidzialnym  wietrze.  Mimo  że  nic  na  sobie  nie  miała, 
wyglądała  na  odważną  i  pewną  siebie.  Nikt  w  Virtue  nie 
zdecydowałby  się  na  pokazywanie  czegoś  takiego  w  swoim 
domu. Co do tego Trudy nie miała żadnych wątpliwości. 

Wskazała figurkę. 
 - Bardzo ładna. 
 -  Mnie  też  się  podoba.  Kupiłem  ją  w  czasie  pobytu  w 

Paryżu. Ta rzeźbiarka  nie  jest  jeszcze  zbyt  dobrze  znana, ale 
myślę, że będzie sławna. 

Przeszedł  obok,  zmierzając  do  najbliższych  drzwi.  Trudy 

położyła rękę na piersi. 

 -  W  czasie  pobytu  w  Paryżu?  To  takie  eleganckie!  Też 

będę musiała tam pojechać. 

 -  Przed  czy  po  odbyciu  stosunku  w  windzie?  -  Otworzył 

drzwi, za którymi znajdowała się niewielka garderoba. 

Stał  odwrócony  plecami,  więc  nie  mogła  dostrzec  jego 

miny. 

 - Chyba się ze mnie nie nabijasz, co? 
 -  Nie.  -  Zdjął  szarą,  wełnianą  jesionkę  z  drewnianego 

wieszaka.  -  Po  prostu  nie  spotkałem  dotąd  osoby,  która 
miałaby aż tyle różnych planów. 

 - To dlatego, że nie znasz nikogo, kto mieszkałby na wsi 

albo w małym miasteczku. 

background image

 -  Tak,  trudno  mi  to  sobie  wyobrazić  -  przyznał, 

przymierzając jesionkę. 

Trudy  aż  otworzyła  usta,  widząc  jak  zapina  posrebrzane 

guziki.  Uwielbiała  patrzeć  na  dobrze  ubranych  mężczyzn. 
Może  dlatego,  że  w  Virtue  nikt  praktycznie  nie  nosił 
skórzanych płaszczy czy wełnianych jesionek. Wszyscy woleli 
ciepłe, pikowane kurtki. 

Gdyby  planowała  z  nim  flirt,  mogłaby  zacząć  właśnie 

teraz.  W  chwili  gdy  oboje  byli  tak  wielkomiejsko,  wspaniale 
ubrani. Nie miała jednak takich planów. 

Linc podszedł do niej. 
 - Możemy już iść? 
 - Przecież miałeś pokazać mi stolik do gry i krzesła. 
 - A, prawda. - Wskazał jej wykończone łukiem przejście, 

a  sam  zaczął  rozpinać  jesionkę.  -  Przejdź  tędy.  Trzymam  te 
rzeczy w sypialni. 

Boże, w sypialni, pomyślała. Przeszli szybko przez salon, 

w  którym  dostrzegła  jeszcze  więcej  antyków.  Domyśliła  się, 
że są bardzo cenne. Wyglądały też  na zadbane. Brąz mieszał 
się  tu  z  ciemną  czerwienią.  Niektóre  okna  sięgały  aż  do 
podłogi. Rozpościerał się stąd wspaniały widok na dużą część 
Manhattanu. Jednak pomieszczenie wyglądało tak, jakby nikt 
z niego nie korzystał. Nawet kominek sprawiał takie wrażenie, 
jakby w nim nie palono. 

Przeszli 

do 

sypialni, 

która 

wyglądała 

równie 

nieskazitelnie.  Na  szczęście  dostrzegła  leżącą  grzbietem  do 
góry  książkę,  która  nadawała  pomieszczeniu  jakiś  bardziej 
ludzki  charakter.  Zaciekawiona  przeczytała  tytuł:  „Strategie 
rynkowe nowego tysiąclecia". Szkoda, że nie romans albo coś 
jeszcze bardziej erotycznego. 

No,  ale  przynajmniej  dobrze  mu  się  przy  tym  zasypia, 

pomyślała. 

 - Spotkałeś ją? - - spytała. - To znaczy, tamtą rzeźbiarkę. 

background image

 - Taa... owszem - odparł, rzuciwszy jesionkę na łóżko. 
Z  nonszalanckiego  sposobu,  w  jaki  to  powiedział, 

domyśliła  się,  że  z  nią  spał.  Położyła  na  pościeli  plecaczek  i 
zdjęła  płaszcz.  Jeśli  on  się  rozebrał,  nie  miała  zamiaru 
pozostawać  w  tyle.  Zresztą  musiała  przyznać,  że  w 
mieszkaniu było bardzo ciepło. 

Przynajmniej  tak  jej  się  wydawało.  Zwłaszcza  gdy 

patrzyła ukradkiem na jego szerokie bary i szczupłą sylwetkę. 

 - Czy... czy była  miła? Ta rzeźbiarka  -  dodała po  chwili, 

ponieważ patrzył na nią, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi. 

 - A, rzeźbiarka - powtórzył. - Tak, bardzo miła. 
Linc otworzył drzwi do kolejnej małej garderoby i zapalił 

w  niej  światło.  Znajdowała  się  tu  głównie  bielizna,  koszule  i 
spodnie. 

Linc  dał  nurka  gdzieś  głębiej,  próbując  odszukać  stolik  i 

krzesła,  ona  tymczasem  zaczęła  się  rozglądać  po  sypialni. 
Dałaby  wiele,  żeby  móc  widzieć  to,  co  widziały  te  ściany. 
Wiele  mogłaby  się  wówczas  dowiedzieć  o  seksie  w  wielkim 
mieście. 

W  powietrzu  wciąż  czuła  zapach  wody  kolońskiej  Linca. 

To wystarczało, żeby pobudzić jej wyobraźnię. Gdy zamykała 
oczy, widziała nagą siebie i Linca na jego wielkim łóżku. Ale 
kiedy je otworzyła, obraz zniknął. 

Przede wszystkim, przy łóżku Linca nie było baldachimu, 

a  pościel  wydawała  się  pozbawiona  jakichkolwiek  aluzji  do 
seksu,  jakby  ten  mebel  miał  służyć  wyłącznie  do  spania.  Co 
gorsza,  na  stoliku  obok  stał  laptop,  który  już  zupełnie  nie 
kojarzył się jej z erotyzmem. 

Na  krześle  obok  wisiało  kilka  krawatów,  jakby  ich 

właściciel  nie  mógł  się  zdecydować  przed  wyjściem,  który 
wybrać.  Podeszła  do  nich  i  dotknęła  dłonią  gładkich 
jedwabnych  powierzchni.  Teraz  myślała  z  większym 

background image

dystansem o swoich problemach, w co się ubrać na dzisiejszy 
wieczór. 

Tak, to była druga ludzka cecha tego pomieszczenia. Poza 

tym  wydawało  jej  się  ono  zupełnie  bezosobowe.  Tak  jakby 
właściciel  traktował  je  jak  hotelowy  pokój,  a  nie  miejsce,  w 
którym mieszka. 

Oczywiście to by się zmieniło, gdyby przyleciała artystka 

z  Paryża  i  szepcząc  mu  do  ucha  po  francusku  miłosne 
zaklęcia,  zaciągnęła  Linca  na  to  łóżko.  Wszystko  dookoła 
nabrałoby życia... 

 - Ty też  chyba czekasz na  wiele rzeczy - podniosła głos, 

żeby mógł ją usłyszeć w garderobie. 

 - Na przykład? - dobiegło do niej zduszone pytanie. 
 -  Choćby  na  wyjazdy  do  Paryża  -  rzuciła  jak  najbardziej 

obojętnie. 

 -  A  tak,  może  powinienem  pojechać.  Dawno  tam  nie 

byłem. 

Dawno?  Jak  dawno?  Rozejrzała  się  dookoła.  Chyba 

jednak nie ciągnął romansu z Francuzką, bo gdyby była tutaj 
w  ciągu  ostatnich  paru  miesięcy,  na  pewno  wyczułaby  jej 
obecność. Odważną. Bez zahamowań. 

Trudy  pomyślała  z  radością,  że  jej  własna  sypialnia,  czy 

raczej pokój dzienny, który zamieniła na sypialnię, ma w sobie 
zdecydowanie więcej seksu. A przecież wcale jeszcze nie jest 
urządzony. 

Jak  go  urządzę,  to  Lincowi  opadnie  szczęka,  pomyślała  i 

zachichotała  nagle,  rozbawiona  dwuznacznością  tego 
stwierdzenia. 

 -  Już  chyba  mam  ten  stolik  -  dobiegł  do  niej  głos 

gospodarza. - Jeszcze minutka. 

 -  Nie  musisz  się  spieszyć  -  odkrzyknęła.  Korzystając  z 

nieobecności  Linca,  zaczęła  rozglądać  się  uważniej  dookoła. 
Sypialnia  była  większa  od  jej  .  dużego  pokoju.  Jej  łóżko 

background image

doskonale by tu pasowało. Pomyślała, że  w końcu  się gdzieś 
przeprowadzi, ale musi przecież od czegoś zacząć. 

Nagle  zauważyła  przeszklone  drzwi  prowadzące  wprost 

do  łazienki  i  omal  nie  podskoczyła  z  radości.  Łazienka  en 
suite była jednym z jej marzeń. Specjalnie nawet nauczyła się 
obcego zwrotu, żeby o niej mówić. 

Z  ciekawością  zajrzała  do  środka.  Było  to  cudowne 

miejsce. Co prawda nie mogła narzekać na  własną wannę, w 
której mieściła się cała po szyję, ale cała reszta pozostawiała 
wiele  do  życzenia.  Natomiast  łazienka  Linca  była  wspaniała. 
Już  chciała  do  niej  wejść,  ale  zauważyła  zdjęcie  stojące  na 
rzeźbionej komodzie. 

Jedyne zdjęcie w całej sypialni. 
Podeszła szybko do komody i pochyliła się, żeby przyjrzeć 

się  oprawionej  w  ciężką  ramkę  fotografii.  Zobaczyła  na  niej 
trzy osoby stojące na pokładzie jachtu. Sama wprawdzie nigdy 
nie żeglowała, ale widziała wiele odcinków „Statku miłości". 
Niektóre nawet po dwa razy. 

Kobieta  i  mężczyzna  wyglądali  mniej  więcej  tak,  jak 

bogate pary z tego filmu. Oboje byli elegancko ubrani i równie 
elegancko  opaleni.  Chłopiec,  który  stał  między  nimi,  musiał 
być  Lincem.  Trzymał  rodziców  za  rękę  i  uśmiechał  się, 
ukazując  dziurę  po  zębie.  Znaczyło  to,  że  miał  pewnie 
wówczas pięć, sześć lat. 

Więc to byli ci bogaci ludzie, którzy teraz, zgodnie z tym, 

co mówiła Meg, mieszkali osobno. 

 - O, tu jest stolik i krzesła. 
 -  Chciałam  tylko...  -  zaczęła,  przestraszona  tym,  że 

przyłapał ją na gorącym uczynku. 

 -  Daj  spokój.  Nie  tłumacz  się.  Przecież  to  zupełnie 

naturalne, że chcesz obejrzeć fotografie w nowym mieszkaniu 
- zapewnił ją, opierając duże tekturowe pudło o łóżko. 

background image

Fotografię,  poprawiła  go  w  duchu.  Jedyną  fotografię  w 

całym  mieszkaniu.  Ciekawe,  czy  lubi  ją  dlatego,  że 
przedstawia całą jego rodzinę? 

 - Byłeś ładnym chłopcem. 
 -  Mama  mówi,  że  były  ze  mną  same  kłopoty  -  mruknął 

niechętnie. 

 -  Kłopoty?  -  powtórzyła.  -  Z  jednym  dzieckiem?  A  co 

powiesz na siódemkę? 

Linc wzruszył ramionami. 
 -  Przynajmniej  miałaś  się  z  kimś  bawić.  Matce  pewnie 

chodziło o to, że trzeba się mną było bez przerwy zajmować. 
Zawsze  miałem  nianię,  a  potem  opiekuna  i  nauczyciela,  ale 
żadnych przyjaciół. Dzieci, które się nudzą, to kłopot. 

 -  Co,  na  przykład,  robiłeś?  -  spytała  zafascynowana  tym 

zupełnie nieznanym światem. 

 - Zauważyłem na przykład, że pokojówka i służący często 

ze sobą rozmawiają, więc  zacząłem udawać, że  są szpiegami 
obcego  mocarstwa.  Wyobrażałem  sobie,  że  jeśli  mówią  o 
czyszczeniu  żyrandoli,  to  tak  naprawdę  chodzi  im  o  tajną 
broń. 

Trudy z uśmiechem pokiwała głową. 
 -  A  ja  udawałam,  że  nasze  pole  jest  lądowiskiem  UFO. 

Obcy zamieniali się potem w mieszkańców Virtue. Nie miałeś 
chyba  kłopotów  z  tego  powodu?  -  spytała,  kładąc  akcent  na 
dwa ostatnie słowa. 

 -  Niestety,  posunąłem  się  o  krok  dalej  i  zainstalowałem 

magnetofony, żeby zebrać o nich informacje. 

 - Och! -  Trudy instynktownie wyczuła  ciekawą historię  i 

przysunęła  się  bliżej.  -  Pewnie  nie  spodobało  się  to  służbie, 
co? 

Oparł się o pudło i pochylił w jej stronę. 

background image

 - Nigdy się o tym nie dowiedzieli. Za to ja dowiedziałem 

się, że mieli romans. Nie mogłem zrozumieć, czemu tak dyszą 
i jęczą, i mówią słowa, których nie znałem. 

Poczuła mrowienie na plecach i brzuchu. 
 - Ojej! Domyśliłeś się, co się dzieje? 
 -  Nie  od  razu,  chociaż  miałem  wtedy  jedenaście  lat  i 

zaczynałem  się  już  interesować  seksem.  -  Przeszył  ją 
wzrokiem. 

 -  No  tak,  to  zupełnie  naturalne  -  bąknęła,  czując,  że  jest 

coraz bardziej podniecona. 

Mogła mieć tylko nadzieję, że Linc tego nie zauważył. 
 - Kiedy w końcu zrozumiałem, o co chodzi, słuchałem tej 

taśmy  tak  często,  że  w  końcu  przyłapała  mnie  na  tym  moja 
matka  -  ciągnął  opowieść.  -  Oczywiście  nie  była  zbyt 
zadowolona.  Możesz  sobie  wyobrazić,  co  się  działo. 
Prawdziwe piekło. Nie chciałem, żeby wylali służących, więc 
powiedziałem, że kupiłem tę taśmę w sklepie. 

Trudy ucieszyła się, że bronił służącego i pokojówki. 
 - I nie zwolniła ich? - upewniła się. 
 - Nie. Na szczęście nie poznała ich po głosie. - Chrząknął. 

- Nic dziwnego. 

 - To musiało być pasjonujące, słuchać tej taśmy, a potem 

widzieć ich przy pracy. 

 -  Niesamowite.  Zwłaszcza  że  ta  pokojówka  była  bardzo 

ładna.  Grała  potem  główną  rolę  we  wszystkich  moich 
erotycznych  fantazjach. Niestety odeszła,  zanim zdołałem tak 
naprawdę dojrzeć... 

Trudy rozejrzała się dookoła z nowym zainteresowaniem. 

To może dlatego jest tu tak czysto i schludnie, pomyślała. 

 - Założę się, że to zdarzenie tkwi gdzieś głęboko w twojej 

podświadomości. - Czytała wystarczająco dużo o seksie, żeby 
się  tego  domyślić.  Ta  historia  mogła  mieć  na  niego  różny 

background image

wpływ.  Nie  mógł  jednak  całkowicie  wyprzeć  jej  ze  swego 
życia. - Jak ona miała na imię? 

 - Belinda. 
Wspaniałe imię dla seksownej pokojówki. 
 - Jak wyglądała? 
Rysy  mu  złagodniały,  a  wargi  lekko  się  rozchyliły. 

Dopiero teraz dotarło do niej, że jest podniecony. Jaka szkoda, 
że  myślał  teraz  o  Belindzie,  a  nie  o  niej.  Trudy  chciała 
koniecznie wiedzieć, jak wyglądała kobieta, która wciąż miała 
tak wielką władzę nad Lincem. 

 -  Opowiedz  mi  o  niej  -  poprosiła  raz  jeszcze.  Patrzył  w 

przestrzeń.  Mina  mężczyzny  zdradzała,  że  jego  duch  krąży 
gdzieś daleko. 

 -  Miała  bardzo  wąską  talię,  a  jej  czarno  -  biały  strój 

jeszcze pogłębiał to wrażenie. Nosiła krótkie spódniczki, żeby 
wszyscy  widzieli,  jakie  ma  ładne  nogi.  Zawsze  była  zapięta 
pod szyję, ale guziki na środku wyglądały tak, jakby miały się 
za chwilę urwać. 

 - Pewnie marzyłeś, żeby tak się stało? 
 - Jasne. 
Trudy poczuła, że sama drży z podniecenia. 
 - Miała krótkie czy długie włosy? - szepnęła. 
 -  Średniej  długości,  kręcone.  I  zielone  oczy.  Wciąż 

pamiętam, jak na mnie patrzyła. 

Trudy  z  trudem  przełknęła  ślinę.  Dopiero  wtedy  zdołała 

wydusić z siebie kolejne pytanie: 

 - A kolor? Jakiego koloru były włosy? 
 -  Takie...  bardziej...  brązowe...  -  Przy  tych  słowach 

popatrzył na nią i otworzył ze zdziwienia usta. 

Jej pierś wezbrała pożądaniem. 
 - Czy... czy jestem do niej podobna? 

background image

 - Nie, wcale - odparł szybko. - Masz, co prawda, podobne 

włosy i  takie  same  oczy, no i  taką  samą  figurę i, ehm,  biust, 
ale... ogólnie to raczej nie. 

 -  Nie  jestem  tak  ładna  -  domyśliła  się,  próbując  ukryć 

gorycz rozczarowania. 

No tak, nie pytała przecież o urodę pokojówki. A zapewne 

musiała być śliczna. 

 - Och, jesteś piękna. 
Za późno. Wiedziała, że powiedział to z litości. Po prostu 

zauważył jej minę i tyle. 

 - Nie musisz mi prawić komplementów. Sama wiem, jak 

wyglądam. 

 -  To  prawda  -  rzekł  z  pełnym  przekonaniem.  Jego  ton 

sprawił,  że  spojrzała  mu  w  oczy.  To,  co  w  nich  zobaczyła, 
przyprawiło ją o zawrót głowy. Linc rzeczywiście tak myślał! 
Rzeczywiście uważał, że jest piękna. 

Nogi  się  pod  nią  ugięły  i  usiadła  na  jego  łóżku.  On 

natomiast  oparł  się  o  kartonowe  pudło  ze  stolikiem  i 
krzesłami.  Przez  chwilę  trwali  tak  w  milczeniu.  Trudy  nie 
mogła  uwierzyć,  że  ktoś  taki  uważa  ją,  prostą  dziewczynę  z 
Virtue, za kogoś godnego uwagi. 

Linc chrząknął. 
 - Prawdę mówiąc, rzeczywiście jesteś bardzo podobna do 

Belindy - dodał. - Pewnie dlatego tak zareagowałem... - Urwał 
i znowu spojrzał gdzieś w przestrzeń. 

 - Nieważne. 
 -  Co  chciałeś  powiedzieć?  -  dopytywała  się.  -  Jak 

zareagowałeś? 

 - Nic takiego. Miałem taką reakcję, kiedy cię zobaczyłem 

- mruknął. 

 - Seksualną? - Chciała się upewnić. 
 - Tak - odparł, patrząc na nią swymi błękitnymi oczami. 
 - Och! - Jej serce biło coraz mocniej. 

background image

 - Ale popełnilibyśmy błąd, wikłając się w romans - dodał 

zaraz. 

 - Niewątpliwie - zgodziła się, chociaż nie była już o tym 

tak mocno przekonana jak godzinę temu. 

 - To by strasznie skomplikowało sprawy - ciągnął Linc. - 

Przecież  Tom  jest  moim  najlepszym  przyjacielem,  a  Meg 
twoją  przyjaciółką  i  skoro  się  pobrali,  to  byłoby  głupio, 
gdybyśmy im wykręcili taki numer... 

 -  Tak,  jasne.  -  Nie  miała  zamiaru  uprzedzać  swoich 

posunięć, oczywiście jeśli na cokolwiek się zdecyduje. 

 -  Nawet  jeśli  wyglądam  jak  tamta  pokojówka,  nie 

zrobimy nic ze względu na Meg i Toma. 

 - To świetnie - w jego głosie nie słychać było entuzjazmu. 
Patrzył na nią wyczekująco, gotowy zmienić zdanie na jej 

pierwsze skinienie. 

Trudy  wstała,  przypomniawszy  sobie  o  zarezerwowanym 

stoliku. Gdzieś na dole czekała na nich taksówka. Ciekawe, ile 
teraz wynosi ich rachunek? 

 -  Linc,  musimy  się  spieszyć.  -  Spojrzała  na  zegar  nad 

drzwiami.  Dochodziła  dziewiąta.  -  I  tak  spóźnimy  się  na 
kolację, a poza tym wydamy majątek za taksówkę. 

Nigdy  jej  nie  przyszło  do  głowy,  że  to  właśnie  taksówki 

mogą  stanowić problem w wielkim mieście. Linc  spojrzał na 
nią ze zdziwieniem, jakby zapomniał nie tylko o taksówce, ale 
i o kolacji. 

 -  No  tak,  przecież  mamy  jechać  do  restauracji!  Pewnie 

jesteś już strasznie głodna? 

 - Bardzo. 
Wzięli  wierzchnie  okrycia  z  łóżka  i  zaczęli  się  ubierać. 

Jednocześnie rzuciło im się w oczy wielkie kartonowe pudło. 
Trudy  była  tak  pochłonięta  historią  Belindy,  że  zupełnie 
zapomniała o stoliku i krzesłach. Teraz dotarło do niej, po co 
tu w ogóle przyjechali. 

background image

 -  Ten  stolik  jest  chyba  bardzo  fajny  -  powiedziała, 

wpatrując  się  w  maleńki  rysunek,  który  stanowił  instrukcję, 
jak go rozkładać. 

 -  A  tak,  cieszę  się,  że  ci  się  podoba.  Mogę  ci  go 

przywieźć jutro po południu. 

Za  szybko.  Potrzebuje  czasu,  żeby  przemyśleć  całą 

sytuację. Uwieść go czy nie - to był jej największy problem. I 
potrzebowała czasu, żeby podjąć decyzję. 

 - To bardzo miło z twojej strony - rzekła w końcu. - Ale 

obawiam  się,  że  możesz  mnie  nie  zastać.  Muszę  jutro  zrobić 
duże zakupy. 

 - Aa. - Przez chwilę, ale tylko przez chwilę, wyglądał na 

rozczarowanego.  Potem  na  jego  twarz  powrócił  wyraz 
obojętności. - Nieważne. 

Trudy poczuła, że musi podjąć decyzję. Bała się, że będzie 

jej później żałować. Może jednak po prostu ograniczyć się do 
odebrania stolika. Nie musi robić nic więcej. 

 -  Hm,  powinnam  być  w  domu  po  siódmej.  Czy  to  dla 

ciebie nie za późno? 

 -  Nie,  wcale  -  zapewnił  ją.  -  Ale  mogę  też  zaczekać  do 

przyszłego tygodnia. 

Trudy zdecydowała, że nie należy zbyt długo czekać. Być 

może  do  przyszłego  tygodnia  Linc  w  ogóle  zapomni,  że  jest 
podobna  do Belindy. Byłaby głupia, gdyby pozwoliła  mu się 
wymknąć.  Już  go  przecież  prawie  ma.  Przy  tak  niewielkim 
wysiłku będzie mogła odhaczyć maklera giełdowego na liście 
swoich seksualnych podbojów! 

Być może wówczas zmieni kurs o sto osiemdziesiąt stopni 

i poszuka sobie długowłosego artysty z Greenwich Village? A 
może  zdecyduje  się  na  policjanta  albo  strażaka?  Możliwości, 
które  oferował  Nowy  Jork,  wydawały  jej  się  nieograniczone. 
Już niedługo stanie się naprawdę światową osobą... 

background image

Linc wydawał się doskonały na początek. To, że wiedział, 

skąd pochodzi, przestało jej jakoś przeszkadzać. Zwłaszcza że 
miała się z nim związać tylko na krótki okres. 

 -  Gdybyś  przyjechał  na  siódmą,  moglibyśmy  zamówić 

pizzę czy coś takiego - rzuciła niezobowiązująco. 

Linc rozjaśnił się. 
 - A może byś coś ugotowała? 
 -  Nie,  to  takie  małomiasteczkowe.  W  Nowym  Jorku 

najlepiej po prostu zamówić jedzenie do domu. 

Poza  tym,  będzie  musiała  przygotować  się  do  roli 

pokojówki.  Trudy  aż  zadrżała  z  podniecenia.  To  może  zająć 
jej trochę czasu. 

background image

Rozdział siódmy 
W  czasie  kolacji  poruszali  jedynie  bezpieczne  tematy. 

Mówili  o  pracy  i  o  zakupach.  Jednak  Linc  przyglądał  się 
Trudy  uważnie  i  musiał  przyznać,  że  jest  ładniejsza  od 
Belindy.  Miała  pełniejsze  usta,  a  jej  oczy  były  bardziej 
zielone. Nawet jej głos brzmiał przyjemniej. 

Za to jadła w bardzo podobny sposób. Kiedy tak teraz na 

nią  patrzył,  miał  wrażenie,  że  już  to  gdzieś  widział.  W 
dzieciństwie często przychodził do kuchni, gdzie zdarzało mu 
się  widywać  jedzącą  Belindę.  Wpatrywał  się  w  nią  wtedy 
jeszcze  bardziej  intensywnie  z  nadzieją,  że  nie  zwróci  na 
niego uwagi. 

Gdy  się  nad  tym  głębiej  zastanowił,  dochodził  do 

wniosku,  że  Belinda  musiała  znać  jego  uczucia.  Pewnie 
większość  domowników  wiedziała,  że  podkochuje  się  w 
pokojówce.  Jedynie  rodzice  mogli  się  nie  domyślać,  ale  to 
dlatego, że nigdy się nim specjalnie nie interesowali. 

Na  szczęście  nauczył  się  ukrywać  swoje  prawdziwe 

uczucia. Trudy domyśliła się pewnie, że mu się podoba, ale na 
pewno nie wiedziała, jak bardzo. 

Trudy  nie  chciała  deseru,  a  on  musiał  na  to  przystać, 

ponieważ  to  był  jej  wieczór.  Z  niechęcią  jednak  opuścił 
restaurację,  oznaczało  to  bowiem,  że  muszą  wybrać  się  na 
zwiedzanie  Manhattanu.  Mieli  przy  okazji  zajrzeć  do  paru 
nocnych klubów, w których, Linc doskonale to wiedział, było 
sporo facetów czekających na łatwy podryw. 

Ponieważ w sąsiedztwie znajdowało się sporo lokali, ruch 

pieszy  był  dosyć  spory.  Na  ulicach  pełno  też  było 
samochodów.  Pomyślał,  że  mogą  być  problemy  z  taksówką, 
co go tylko ucieszyło. 

Już  jakiś  czas  temu  zauważył,  że  kobiety  uwielbiają 

facetów,  którzy  potrafią  zatrzymać  taksówkę,  kiedy  wydaje 

background image

się, że nie ma na to najmniejszych szans. Dlatego do perfekcji 
wyćwiczył tę umiejętność. 

 - To wspaniałe. - Trudy rozejrzała się dookoła. 
 - Uwielbiam uliczne korki. 
Uśmiechnął się, ponieważ on też je lubił. 
 - W Nowym Jorku ci ich nie zabraknie - zapewnił. 
 -  Stań  na  chwilę  tutaj,  gdzie  mniej  wieje,  a  ja  złapię 

taksówkę. 

Mógłby  po  prostu  po  nią  zadzwonić,  ale  to  byłoby 

oszustwo. Chciał powiedzieć swojej wybrance: „Ja Tarzan, ty 
Jane... jechać taksówka". 

 - Ja to zrobię. - Trudy podskoczyła w kierunku ulicy. 
 - Posłuchaj, nie wiesz, co mówisz. O tej porze... 
 - Umiem to zrobić. Ćwiczyłam - pochwaliła się. 
 - Posłuchaj, nawet jeśli w Virtue są jakieś taksówki, to... 
 - Ćwiczyłam gwizdanie - przerwała mu po raz drugi. 
Zanim  zdążył  ją  powstrzymać,  wsadziła  palce  do  ust  i 

gwizdnęła  przeraźliwie.  Taksówka  zatrzymała  się  z  piskiem 
opon przy krawężniku. 

 -  Widzisz.  -  Popatrzyła  na  niego  z  triumfem.  -  Udało  mi 

się! 

 -  Nieźle  ci  poszło  -  mruknął,  próbując  ukryć 

rozczarowanie.  Mógł  się  domyślić,  że  Trudy  umie  gwizdać. 
Ktoś,  kto  ma  własne  narzędzia,  potrafi  robić  takie  rzeczy.  - 
Dobrze, wsiadamy. 

 - Gdzie jedziemy? - spytał taksówkarz. 
 -  Na  Times  Square  -  rzuciła  Trudy,  nim  Linc  zdążył 

otworzyć usta. 

Taksówkarz  wysadził  ich  przecznicę  przed  samym 

placem. Trudy aż podskoczyła na widok reklam świetlnych na 
Allied Towers. 

 - Widziałeś kiedyś coś tak wspaniałego?! -  wykrzyknęła, 

patrząc w górę. 

background image

Musiał przyznać, że nie. Ani na chwilę nie spuszczał z niej 

wzroku.  Widział  jej  pełne  wargi.  Kształtne  czoło,  pokryte 
brązowymi loczkami, i obłoczek pary, który wydobywał się z 
jej ust. 

Trudy  cała  była  zaczerwieniona,  a  wiatr  targał  jej  włosy. 

Linc miał ochotę pocałować ją teraz. Podejrzewał, że nie była 
cnotką  i  całowała  się  z  tuzinami  chłopaków  z  Virtue.  Ale 
nigdy nie robiła tego na Times Square! 

Ona jednak nawet na niego nie spojrzała. 
 -  Muszę  się  szczypać,  żeby  się  upewnić,  że  to  nie  sen  - 

rzekła po chwili. 

Linc  chciał  powiedzieć,  że  chętnie  zrobi  to  za  nią,  ale  w 

końcu bąknął: 

 - Tak, ładny widok. 
 -  Wiele  bym  dała,  żeby  być  tutaj  na  sylwestra.  Pewnie 

przychodzisz tu regularnie? 

 - Ee, nie. 
Ostatnio  na  Nowy  Rok  był  na  eleganckim  przyjęciu  z 

równie  elegancką  kobietą.  Clarisa  chciała  go  później  nawet 
zaprosić  do  swego  mieszkania  i  łóżka,  ale  zachował  się 
zupełnie nielogicznie. Uznał, że zaczynanie roku z kobietą, na 
której mu zupełnie nie zależało, będzie stanowić złą wróżbę, i 
wymówił się bólem głowy. Ale Clarisa i tak się obraziła. Nie 
spotkali się później ani razu.  

 -  Ja  będę  tu  na  pewno  na  najbliższego  sylwestra  - 

stwierdziła Trudy. - Szkoda, że muszę czekać cały rok. 

 - Czas szybko mija - zapewnił ją. 
Zaczął się zastanawiać, z  kim się  tutaj wybierze, i  poczuł 

ukłucie  zazdrości.  Nagle  odezwała  się  zaborcza  część  jego 
osobowości.  Znał  też  swoje  obowiązki  przewodnika,  chociaż 
nie  chciał  rozwiewać  tak  od  razu  złudzeń  Trudy.  Cieszył  go 
entuzjazm, z jakim oglądała Times Square. 

background image

 -  Popatrz,  przestało  wiać  -  powiedziała  nagle  Trudy, 

podchodząc  do  niego  tak,  że  jej  płaszcz  zaczął  się  ocierać  o 
jego jesionkę. - A ja wciąż mam dreszcze. 

Linc spojrzał jej w oczy i zadrżał. 
 - Czy ty też masz dreszcze? - spytała łagodnie. 
Nie pamiętał, kiedy wyjął ręce z kieszeni. Wiedział tylko, 

że Trudy znalazła się nagle bardzo blisko, i tulił ją mocno do 
siebie. 

 - Tak - szepnął, pochylając się w jej stronę. 
Trudy zarzuciła mu ręce na ramiona i wspięła się na palce. 

Wydawało jej się, że pocałunek kogoś takiego jak Linc będzie 
prawdziwym  ukoronowaniem  jej  przeprowadzki  do  Nowego 
Jorku. Zwłaszcza jeśli miało się to zdarzyć na Times Square. 
Mogła  nawet  udawać,  że  jest  północ  i  że  właśnie  nadchodzi 
Nowy Rok. Ten wspaniały rok, który przyniósł jej tyle zmian. 

Chciała,  żeby  pocałunek  wypadł  jak  najlepiej,  włożyła 

więc  weń  cały  swój  entuzjazm.  Nie  wiedziała  jednak,  jaki 
będzie rezultat. Linc z westchnieniem przyciągnął ją do siebie 
i  poczuła,  jak  fala  gorąca  zalała  całe  jej  ciało.  Nagle 
zapomniała o tym, gdzie się znajduje. Przycichł hałas uliczny. 
Była sam na sam z Lincem. To było niesamowite doznanie. I 
tylko serce biło jej coraz mocniej. 

Linc  wziął  twarz  dziewczyny  w  dłonie,  a  potem  zagłębił 

palce  w  jej  miękkich  włosach.  Na  chwilę  oderwał  się  od 
Trudy, żeby zaczerpnąć powietrza. Jęknęła, a potem przywarła 
do  niego,  jakby  nie  mogła  żyć  bez  tej  bliskości.  Przyciskała 
się do niego, chcąc wyczuć jego erekcję. Niestety, dzieliło ich 
zbyt wiele warstw ubrania. W tym momencie zaczęła żałować, 
że  pożyczyła  jego  płaszcz.  Na  pewno  nie  byłoby  jej  teraz 
zimno w spódniczce i sweterku. 

Na szczęście Lincowi udało się poluzować pasek. 
Jęknęła  raz  jeszcze,  kiedy  poczuła  jego  dłonie  na  swoim 

ciele. I wtedy zorientowała się, że Linc się od niej oddala. 

background image

Zdziwiona otworzyła oczy. 
 -  Co  ja  najlepszego  robię?  -  szepnął,  patrząc  na  nią 

całkowicie oszołomiony. 

Dopiero po chwili odzyskała głos: 
 - Po prostu staramy się upamiętnić tę chwilę. Nowy Jork. 

Times Square... 

Lincowi  było  wszystko  jedno,  gdzie  się  w  tej  chwili 

znajduje. Puścił jej twarz i spojrzał ze zdziwieniem  na swoje 
ręce, a potem znowu na nią. 

 - Zapomniałem, gdzie jesteśmy. 
 - Ale ja nie - powiedziała, co nie było do końca prawdą. 
Pokręcił głową. 
 - Więc powinnaś mnie była powstrzymać. Nie chciałbym, 

żebyś poczuła się zażenowana... 

 -  Kto  tutaj  jest  zażenowany?  Wcale  się  nie  wstydzę!  To 

był wspaniały pocałunek! 

Linc poczuł, że cały się czerwieni. 
 -  Pocałunek  był  rzeczywiście  bardzo  miły, ale  normalnie 

nie zachowuję  się tak  w miejscach  publicznych... - Rozejrzał 
się dookoła i zacisnął mocniej pasek jej płaszcza. 

 - Ja też nie. - Zaśmiała się do swoich myśli. - Co prawda 

w Virtue już za to nie palą na stosie, ale lepiej się nie narażać. 

 - Przede wszystkim, w ogóle nie powinienem cię całować 

-  stwierdził,  marszcząc  brwi.  -  Nie  mówiąc  już  o  wkładaniu 
ręki pod twój płaszcz. 

 - I sweter - dodała, dumna z tego, że aż tak go rozpaliła. 
Linc poczerwieniał jeszcze bardziej i pokręcił głową. 
 - Sam nie wiem, co mnie opętało. 
 - Pożądanie. 
 - To już się nie powtórzy. 
Chcesz  się  założyć?  Po  tym  pocałunku  Trudy  wiedziała 

już  na  pewno,  że  pragnie  jak  najmocniej  zadziałać  na 
wyobraźnię  Linca.  Nowy  Jork  wpływał  na  nią  inspirująco. 

background image

Być może nie robiła wszystkiego perfekcyjnie, z prawdziwym 
wielkomiejskim  szarmem,  ale  Linc  nie  miał  chyba  nic 
przeciwko temu. 

Po tym, jak to nazywał w myślach „wypadku", Linc starał 

się być bardzo ostrożny. Pocałunek stanowił dla niego groźne 
memento.  Wiedział,  że  nie  może  więcej  doprowadzić  do 
podobnej sytuacji. 

Trudy  zaproponowała,  żeby  przeszli  się  Piątą  Aleją. 

Zgodził się, ale starał się w ogóle jej nie dotykać. O trzymaniu 
za rękę w ogóle nie mogło być mowy. Raz tylko złapał ją za 
ramię,  kiedy  wydawało  mu  się,  że  wpadnie  pod  samochód,  i 
natychmiast ją puścił, żeby nie wpadła w jego ramiona. 

Doszli  do  Piątej  Alei.  Miał  nadzieję,  że  teraz  trochę 

odetchnie.  Nigdy  nie  widział  nic  seksownego  w  oglądaniu 
wystaw.  Ale  też  nigdy  nie  oglądał  ich  z  Trudy! Teraz,  kiedy 
szli wolniej, ona sama wzięła go pod rękę. Miał wrażenie, że 
czuje  ciepło  jej  ciała  nawet  przez  grube  warstwy  ubrań. 
Znowu  płonął.  Gdy  tylko  dotarł  do  niego  zapach  jej  perfum, 
przypomniał sobie „wypadek" i znowu się zaczerwienił. 

Trudy  chyba  udzielił  się  jego  nastrój,  ponieważ  tuliła  się 

do niego coraz mocniej. 

 - Och, popatrz na to! - Zatrzymała się nagle przed jedną z 

wystaw. 

Mógł się domyślić, że wybierze sklep z bielizną. 
 -  Em,  ee  -  mamrotał,  starając  się  nie  myśleć  o  tym,  jak 

Trudy  wyglądałaby  w  skąpym  szlafroczku.  Ale kiedy  mu  się 
to udało, zaczął ją sobie wyobrażać bez szlafroczka. 

 - Właśnie tego potrzebuję. 
Nie  sądził,  żeby  chodziło  jej  o  szlafrok  frotte,  który 

spowijał  szczelnie  manekin  na  wystawie.  Więc  zapewne  o 
czarną  piżamkę  z  satynową  lamówką.  Rzeczywiście, 
wyglądałaby w niej wspaniale. Tak wspaniale, że wolał o tym 
nie myśleć. 

background image

 - Założę się, że nie wiesz, o czym mówię. Spojrzał na nią, 

ale szybko odwrócił wzrok, bojąc się 

jej rozmarzonych, zielonych oczu. 
 - Pewnie potrzebujesz piżamy? 
 - Nie. To  znaczy tak, potrzebuję  paru rzeczy. Ale przede 

wszystkim  chodzi  mi  o  parawan.  Właśnie  taki,  jak  ten  na 
wystawie. - Pokazała palcem. 

Wciąż trzymała go pod rękę. I teraz poczuł ruch jej piersi. 

Tych piersi, których prawie dotknął. 

 -  Nie  zapytasz  mnie,  po  co  jest  mi  potrzebny  taki 

parawan? - nie wytrzymała. 

Bał  się,  że  odpowiedź  będzie  się  nieodmiennie  wiązać  z 

seksem. Nie chciał jednak, żeby się tego domyśliła. 

 - Właśnie, po co? 
 -  Układ  mieszkania  -  odparła,  co  nie  zabrzmiało  zbyt 

erotycznie.  -  Teraz,  kiedy  urządziłam  sypialnię  w  dziennym 
pokoju, potrzebuję jakiegoś miejsca, w którym mogłabym się 
przebrać. 

 - A nie możesz tego robić w dawnej sypialni? 
 -  Tak,  ale  brakowałoby  temu  dramatyzmu  i  pieprzyka. 

Wyobraź sobie, że przyprowadziłam kogoś do domu... 

Prawdę mówiąc, wolał tego nie robić. 
 -  Więc  teraz  mówię  mu,  żeby  zrobił  sobie  drinka  w 

kuchni,  a  ja  zmienię  ubranie  na  wygodniejsze.  Ale  gdybym 
chciała  to  zrobić  w  dawnej  sypialni,  musiałabym  dwa  razy 
przejść  obok  kuchni.  To  bez  sensu.  Powinnam  od  razu 
pokazać mu się w nowym stroju! 

 - Czy ja wiem... 
Sam  nie  miał  nic  przeciwko  temu,  żeby  widywać  ją  jak 

najczęściej.  W  różnych  ubraniach,  a  nawet  nago.  Najchętniej 
nago. 

background image

 -  Właśnie  dlatego  potrzebuję  parawanu.  Będę  go  mogła 

ustawić  w  kąciku  i  korzystać  z  jednego  z  twoich  krzeseł  do 
wieszania bielizny, która będzie czekała na okazję... 

 - Ach, tak. 
 -  Nie  wygląda  na  to,  żeby  spodobał  ci  się  ten  pomysł  - 

zauważyła.  -  Nie  uważasz,  że  jest  dobry?  Parawany  są  takie 
zmysłowe  i  dodają  blasku  całej  sprawie.  Mogłabym  wieszać 
nawet  na  nim  pończoszki.  To  wzmogłoby  napięcie.  Hej, 
dlaczego się krzywisz? 

Linc robił wszystko, żeby zapanować nad twarzą. 
 - Niezły pomysł - rzucił, chcąc odwrócić uwagę Trudy od 

swojej miny. 

 - Tylko niezły? - spytała rozczarowana. 
Pomyślał,  że  jeśli  dalej  tak  będą  stali,  to  znowu  ją 

pocałuje. Po prostu nie mógł jej się oprzeć. Co w niej takiego 
było, że działała na niego bardziej niż inne kobiety? 

background image

Rozdział ósmy 
Trudy  była  dumna  z  tego,  że  jej  opowieść  o  parawanie  i 

przebieraniu  się  za  nim  tak  poruszyła  Linca.  Jednak  jej 
pewność  siebie  minęła,  kiedy  weszli  do  pierwszego  w  jej 
życiu  nowojorskiego  klubu.  Elegancko  ubrane  kobiety 
tańczyły  tu  przy  muzyce,  której  nigdy  nie  słyszała,  albo  piły 
drinki,  które  widziała  pierwszy  raz  w  życiu.  Linc  natomiast 
czuł  się  tu  jak  ryba  w  wodzie.  Od  razu  zamówił  butelkę 
szampana, chociaż ona popełniłaby błąd, prosząc o rum z colą. 

Wszystko  tu  było  nowe  i  inne.  Od  razu  zorientowała  się, 

że  ma  nieodpowiednią  fryzurę  i  że  nikt  już  nie  maluje 
paznokci na różowo. Trudy zbyt późno przypomniała sobie, że 
zapomniała  poprawić  makijaż  po  pocałunku  przy  Times 
Square.  A  poza  tym  szła  na  wietrze,  więc  pewnie  jej  fryzura 
przypominała teraz stóg siana. 

Linc pochylił się w jej stronę. 
 - Co się stało? Myślałem, że będziesz się bardziej cieszyć 

z pierwszego wieczoru w nocnym klubie. 

 -  Nie,  nic.  Po  prostu  nie  czuję  się  tu  zbyt  bezpiecznie  - 

wyznała. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
 - Tak? Dlaczego? 
 - Chodzi o to... Nie, nic takiego - poniechała wyjaśnień. 
Linc  jako  mężczyzna  i  tak  by  pewnie  nic  nie  zrozumiał. 

Czyżby nie widział, że nie pasuje do tego miejsca? Nie miała 
się co oszukiwać. 

 - Może chcesz się wybrać gdzie indziej? 
 - Nie, tu jest bardzo fajnie. 
Przenosiny nie rozwiązałyby problemu. Chyba że trafiliby 

na  klub  dla  osób,  które  przeprowadziły  się  tu  niedawno  z 
Kansas.  Poza  tym  Linc  zamówił  butelkę  szampana,  który 
zapewne  nie  był  tani,  a  ona  do  tej  pory  wypiła  tylko  jeden 
kieliszek. W domu zawsze uczono ją oszczędności. Nie może 

background image

pozwolić,  żeby  zmarnowało  się  tyle  alkoholu.  Z  tą  myślą 
podsunęła mu swój kieliszek. 

 - Mogę prosić o jeszcze? 
Nalał jej, a potem rozejrzał się dookoła. 
 -  Naprawdę  dziwię  się,  że  siedzisz  tu  tak  cicho  -  nagle 

dotarł do niej głos Linca. - Myślałem, że od razu wyciągniesz 
mnie do tańca. 

 - Po prostu chce mi się pić. 
Wypiła  już  pół  trzeciego  kieliszka  i  stwierdziła,  że  musi 

nieco zwolnić tempo. Kobiety w klubie sączyły bardzo wolno 
swoje drinki. To pewnie z oszczędności, pomyślała. Żeby nie 
kupować następnych. 

 -  Nie  chcesz  tańczyć?  -  upewnił  się  jeszcze  Linc.  Nie 

miała  zamiaru  wychodzić  na  parkiet,  dopóki  nie  nauczy  się 
nowych  kroków  i  nie  skompletuje  nowej  garderoby,  która 
nadawałaby się na takie okazje. 

 - A ty nie jesteś spragniony po takim długim spacerze? - 

odpowiedziała mu pytaniem. 

Zauważyła,  że  Linc  prawie  nie  tknął  swojego  kieliszka. 

Mimo  że  szampan  bardzo  jej.  smakował,  była  pewna,  iż  nie 
zdoła wypić sama całej butelki. Już w tej chwili trochę kręciło 
jej się w głowie. 

 - Wygląda na to, że mniej niż ty. - Wypił jeszcze łyk. 
Dopiero teraz zrozumiała, że  zachowała  się  niewłaściwie. 

Kobiety  piły  wolno  nie  z  oszczędności,  ale  dlatego,  że  tak 
wypadało. Była zła na Linca o to, że jej tego nie powiedział. 

 -  Hej,  co  ci  się  stało?  -  Spojrzał  na  nią  z  autentyczną 

troską. - Czy... czy czymś cię obraziłem? 

Potrząsnęła głową i poczuła, jak cały klub zakołysał się w 

rytm  jej  ruchów.  Jednocześnie  zarumieniła  się,  myśląc  o 
swojej sytuacji. 

 -  Może  masz  alergię  na  szampana?  -  zaniepokoił  się 

jeszcze bardziej. - Jesteś cała czerwona. 

background image

 -  Nie,  nic  mi  nie  jest  -  niemal  jęknęła.  Znalazła  się  w 

sytuacji nie do pozazdroszczenia. 

Klub  był  naprawdę  szykowny,  a  ona  wyglądała  jak 

delegatka  koła  gospodyń  wiejskich  ze  swoją  potarganą 
fryzurą,  rozmazanym  makijażem  i  wypiekami  na  policzkach. 
Sięgnęła po swój plecaczek. 

 -  Chciałabym  wyjść  na  chwilę  do  toalety.  Wymamrotała 

„przepraszam"  pod  nosem  i  pognała  przed  siebie,  sama  nie 
wiedząc  gdzie.  W  końcu  dotarła  do  miniaturowej  kuchni  i 
spytała zdziwionego kelnera o drogę do toalety. 

 -  Na  lewo  i  w  dół  po  schodach  -  poinformował  ją, 

marszcząc brwi. 

Pewnie  ma  mnie  za  idiotkę,  pomyślała  Trudy.  W  końcu 

odnalazła  wyłożone  chodnikiem  schody  i  zeszła,  potykając 
się, na dół. Chyba jednak przesadziła trochę z szampanem. 

Oczywiście  w  toalecie  znajdowało  się  parę  ślicznotek,  co 

wcale  nie  poprawiło  jej  nastroju.  Trudy  przysięgła  sobie,  że 
nigdy  już  nie  zdecyduje  się  na  wyprawę  do  klubu  nocnego, 
zanim  sama  nie  stanie  się  jedną  z  nich.  Odczekała  chwilę, 
żeby  móc  skorzystać  z  lustra.  Opłaciło  się,  jakimś  cudem 
została sama w toalecie. 

Kiedy  w  końcu  spojrzała  do  lustra,  aż  jęknęła  z 

przerażenia.  Jedyne,  co  mogła  teraz  zrobić,  to  trochę  się 
ogarnąć.  Wiedziała  jednak,  że  nie  będzie  wyglądać  jak  inne 
kobiety  w  klubie.  Może  powinna  wyprostować  włosy  u 
fryzjera.  Albo  zupełnie  je  ściąć.  Widziała  dziewczynę,  która 
miała  włosy  wygolone  tuż  przy  skórze  i  wyglądała 
fascynująco. 

Sięgnęła  do  plecaczka  i  w  tym  samym  momencie 

przypomniała  sobie,  że  nie  ma  grzebienia.  Z  westchnieniem 
rezygnacji  zaczęła  rozczesywać  włosy  palcami,  przyklepując 
je  tu  i  ówdzie.  Chciała  też  odgarnąć  niesforne  loki  z  twarzy. 
Na  szczęście  miała  parę  spinek  w  kształcie  motyli,  ale  ze 

background image

względu  na  narastający  szum  w  głowie  szukała  ich  przez 
dłuższą chwilę. 

Skropiła  włosy  wodą,  żeby  móc  lepiej  nad  nimi 

zapanować,  i  przypięła  je  spinkami.  Następnie  spojrzała  na 
swoje  odbicie.  Nie  był  to  szczyt  jej  marzeń,  ale  na  pewno 
wyglądała lepiej niż ze splątanymi loczkami. 

Ktoś  zapukał  do  drzwi  toalety,  co  wydało  jej  się  dosyć 

dziwne. 

 - Trudy?! Jesteś tam?! 
Linc! przemknęło jej przez głowę. 
 - Zaraz wychodzę! - odkrzyknęła. 
 -  Muszę  sprawdzić,  co  się  z  tobą  dzieje  -  stwierdził  i 

nacisnął klamkę. 

Obejrzała się i aż krzyknęła, widząc go w drzwiach. Linc 

otworzył usta w wyrazie klasycznego osłupienia. 

 - O Boże, co ci się stało?! 
Mężczyzna  wszedł  do  środka,  szybko  zamknął  za  sobą 

drzwi i oparł się o nie plecami. 

 - Nic takiego... 
 -  Przecież  widzę,  że  jednak  coś  -  rzekł  z  naciskiem.  - 

Musisz  mi  powiedzieć,  co.  Inaczej  nie  wypuszczę  cię  z 
łazienki. Meg prosiła, żebym się tobą opiekował, i staram się 
to  robić  najlepiej  jak  potrafię.  Czy  wymiotowałaś  i  dlatego 
musiałaś umyć głowę? Dlatego masz takie mokre włosy? 

Zastanawiała  się,  czy  nie  udać  chorej.  Tylko  po  to,  żeby 

jakoś  wywinąć się  z  tej  upokarzającej  sytuacji.  Linc  pokręcił 
głową. 

 - Do licha, nie powinienem był pozwolić, żebyś chodziła 

po  takim  zimnie.  Pewnie  jesteś  zmęczona  tym  wszystkim,  a 
poza tym nie przywykłaś do takiego jedzenia. Założę się, że w 
Virtue  nie  ma  tajskiej  restauracji...  I  wreszcie  na  koniec 
zaserwowałem  ci  szampana,  na  którego  jesteś  uczulona. 
Mogłaś mi o tym powiedzieć - zakończył swoją przemowę. 

background image

Serce  jej  się  ścisnęło.  Od  dawna  nikt  tak  o  nią  nie  dbał. 

Kiedy upiła się tanim winem na zabawie w domu kultury, jej 
chłopak zostawił ją samą w łazience. Co prawda damskiej, ale 
przecież Linc zdecydował się wejść tutaj. 

Podeszła do niego, żeby mógł zobaczyć, że nic jej nie jest. 
 -  Nie,  nie  wymiotowałam  i  czuję  się  zupełnie  dobrze. 

Pamiętaj,  że  pochodzę  ze  wsi  i  byle  co  mnie  nie  rusza.  - 
Chyba  że  dwie  butelki  owocowego  wina.  -  Być  może  jesteś 
przyzwyczajony  do  delikatniejszych  kobiet,  ale  mną  możesz 
się nie przejmować. W dodatku nie zrobiłeś nic złego, a u nas 
też potrafi wiać jak jasna cholera. 

Nie wyglądał na przekonanego. 
 - Więc co się stało z twoimi włosami? 
W  jednej  z  jej  książek  był  opis  stosunku  w  toalecie. 

Bardzo podniecający opis. Oczywiście nigdy nie odważyłaby 
się  na  to  w  Virtue,  ale  w  Nowym  Jorku  panowały  zupełnie 
inne zasady. Tyle że Linc wcale nie wyglądał w tej chwili na 
pobudzonego. 

Spojrzała  w  jego  pełne  troski  oczy  i  zdecydowała,  że 

najlepsze, co może zrobić, to wyjaśnić mu całą sytuację. 

 -  Kiedy  tu  przyszliśmy,  zorientowałam  się,  że  jestem 

nieodpowiednio  ubrana  -  zaczęła.  -  I  że  okropnie  wyglądam. 
Dlatego czułam się nieswojo i zeszłam tu, żeby przynajmniej 
poprawić włosy i makijaż. 

Przez moment patrzył na nią z niedowierzaniem, a potem 

w  jego  niebieskich  oczach  błysnęły  iskierki,  a  kąciki  ust 
zaczęły mu lekko drgać. 

 - Tylko się ze mnie nie śmiej - rzuciła ostrzegawczo. 
 -  Nie,  skądże  znowu  -  powiedział  podejrzanie 

zmienionym głosem. 

 - Przecież widzę, że już się śmiejesz. 
 - Nie, wcale nie. - Chrząknął dwa razy. - Poza tym wolę, 

jak masz kręcone włosy. 

background image

 - Naprawdę? 
 -  Jak  najbardziej.  Więc  na  co  teraz  masz  ochotę?  Nie 

mogła znieść wyrazu rozradowania, który malował się na jego 
twarzy.  Zrobiłaby  wszystko,  żeby  potraktował  ją  trochę 
poważniej. 

Być  może  seks  w  toalecie  nie  był  wcale  takim  złym 

pomysłem.  Zwłaszcza  że  po  szampanie  czuła  się  lekko  i 
przestała już myśleć o kobietach na górze. 

Przysunęła się więc bliżej do Linca i zarzuciła mu ręce na 

szyję. 

 - Robiłeś to kiedyś w publicznej toalecie? - szepnęła. 
 -  Nie,  nigdy.  -  Wesołe  iskierki  zniknęły  z  jego  oczu  i 

zaćmiło je nagłe pożądanie. Jednak Linc zacisnął dłonie, jakby 
chciał ją odepchnąć. - I wydaje mi się, że to nie jest najlepszy 
pomysł. 

 - Nieprawda. - Otarła się o niego całym ciałem, wiedząc, 

że nie będzie mu się w stanie oprzeć. - Przecież uważasz, że 
jest wspaniały! 

Linc spojrzał niepewnie na drzwi. 
 -  Ktoś  mógłby  tu  wejść  -  powiedział,  z  trudem  panując 

nad sobą. 

Zwłaszcza  po  tym,  jak  Trudy  zaczęła  delikatnie  pieścić 

jego szyję. Jednocześnie znowu poczuł ten straszliwy wzwód, 
którego pozbył się zaledwie na parę chwil. 

 -  Myślisz,  że  moglibyśmy  tego  nie  zauważyć?  -  spytała, 

wspinając się na palce. 

Wystarczyło,  że  zobaczyła  jego  minę,  a  definitywnie 

przestała się przejmować swoim prowincjonalnym wyglądem. 
Miała jedną przewagę nad tymi wszystkimi ciziami z miasta. 
Wyglądała jak Belinda! 

 - Najlepiej sprawdźmy. - Nadstawiła mu swoje usta. Linc 

był najwyraźniej gotowy. Cały drżał, chociaż jednocześnie bał 
się, że ktoś może go tu zastać. 

background image

 -  Może  jednak  wyjdziemy  -  zaproponował.  Pocałunek 

przed toaletą wyglądał znacznie bardziej niewinnie. 

 -  Dobrze.  Za  chwilę.  -  Przesunęła  wargami  po  jego 

ustach,  a  potem  oblizała  się  znacząco.  -  Smakujesz 
szampanem. 

Z trudem przełknął ślinę, chcąc jak najszybciej przywrzeć 

do jej warg. Jednak resztki zdrowego rozsądku podpowiadały 
mu, że nie powinien tego robić. 

 - Trudy, jesteś... 
Opór  zwiększył  jeszcze  jej  podniecenie.  Czuła,  jak  serce 

bije jej coraz szybciej, a uda drżą w słodkim podnieceniu. 

 - Seksowna? Niepoprawna? - Dotknęła jego ust językiem. 
 - Raczej szalona. - Oddychał coraz szybciej i płycej. 
 - Wspaniale, a co powiesz na szalony pocałunek? 
 - Przywarła do niego jeszcze bardziej. 
Tego  już  było  za  wiele.  Linc  westchnął  głęboko  i  zaczął 

całować ją coraz mocniej. Jego język penetrował wnętrze ust 
dziewczyny, a dłonie przesuwały się miarowo po jej ciele. 

Trudy  poczuła  jego  wyprężony  członek  i  zaczęła  się  o 

niego ocierać. 

 - Przestań! - jęknął rozpaczliwie. 
 -  To  spróbuj  mnie  powstrzymać.  -  Otarła  się  o  niego  raz 

jeszcze. 

Z wysiłkiem wciągnął powietrze. 
 - Trudy, proszę... 
 - Myślę, że ci to odpowiada. 
Doskonale  wiedziała,  że  tak  jest.  Nagle  odkryła  tę  prostą 

prawdę,  że  niezależnie  od  miejsca  zamieszkania  mężczyźni 
pragną  mniej  więcej  tego  samego.  Szampan  sprawił,  że 
wydało  jej  się  to  bardzo  podniecające.  Szkoda,  że  Linc  nie 
wypił  tyle  co  ona.  Być  może  nie  miałby  wówczas  nic 
przeciwko pieszczotom w toalecie. 

Otarła się o niego raz jeszcze. 

background image

 - Trudy, przestań... - błagał ją. 
 - Wobec tego mnie puść. 
Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  trzyma  ją  mocno  w 

objęciach.  Zawstydzony  rozluźnił  uścisk,  a  Trudy  wyśliznęła 
się  z  jego  ramion  i  uśmiechnęła  się  do  niego  uwodzicielsko. 
Och, nie zapomni tego do końca życia. 

Chrząknął  parę  razy  i  poluzował  krawat,  wciąż  jednak 

wpatrywał się w nią głodnym wzrokiem. 

 -  Powinniśmy  już  iść  -  mruknął,  nie  ruszając  się  z 

miejsca. 

 -  Nie  chcesz  nigdzie  iść.  Wolisz  tu  zostać...  ze  mną  - 

szepnęła zmysłowo. 

Nic  nie  odpowiedział.  Wciąż  jednak  patrzył  na  nią 

głodnym  wzrokiem.  Dlatego  zdecydowała  się  sięgnąć  do 
zamka jego spodni. 

 - Trudy! 
 - Przecież chcesz tego. 
 - Ja... - nie mógł wydusić z siebie słowa. 
 - Będzie ci dobrze. 
Potrząsnął głową w niemym proteście. 
 - Ależ tak, pozwól. 
W  jego  oczach  nie  było  już  protestu,  a  tylko  prawdziwa 

żądza. Trudy rozpięła mu rozporek i opadła na kolana, a Linc 
nie  próbował  jej  już  powstrzymać.  Zaczęła  miarowo 
przesuwać  dłonią,  a  Linc  jęczał  przy  tym  z  podniecenia. 
Cieszyła się, że może go tak pieścić. Od kiedy zrezygnowała z 
tylnego  siedzenia  samochodu,  bardzo  brakowało  jej 
mężczyzny. 

Wysunęła  cały  członek  Linca  z  rozporka.  Przez  chwilę 

patrzyła  na  niego  z  fascynacją,  a  potem  dotknęła  go  lekko 
końcem  języka.  Linc  westchnął  głucho,  a  ona  poczuła,  jak 
dreszcz rozkoszy przeszedł po całym jej ciele. Wkrótce miała 

background image

już  cały  członek  w  ustach.  Mężczyzna  nad  nią  oddychał 
szybko i płytko, a ona poczuła wilgoć między nogami. 

Wyrwał  jej  się  nagle,  czując  orgazm,  który  wstrząsnął 

całym  jego  ciałem.  Ktoś  nacisnął  klamkę  do  toalety.  Linc 
poczuł lekkie pchnięcie w plecy. 

 - Zamknięte - usłyszeli cienki, kobiecy głos. 
 - Jak może być zamknięte? - odezwała się inna kobieta. - 

Przecież są tam aż trzy kabiny. 

Trudy  przełknęła  ciepły  płyn  i  wytarła  usta  wierzchem 

dłoni. 

 -  Powinnyśmy  pójść  po  kierownika  -  zaproponowała 

pierwsza kobieta. - Toaleta nie może być zamknięta. 

Spojrzała  w  górę.  Linc  miał  zamknięte  oczy  i  starał  się 

oddychać  jak  najciszej.  Włożyła  jego  zwiotczały  członek  do 
spodni  i  zapięła  je,  starając  się  nie  robić  przy  tym  hałasu. 
Kiedy  go  pogłaskała  przez  materiał,  penis  Linca  znowu  się 
wyprężył. 

 - Lepiej  mocno zastukać. - Usłyszeli walenie  do drzwi. - 

Jest tam kto?! 

Trudy  nie  czuła  się  zbyt  pewnie,  kiedy  wstała.  Sama 

niemal  przeżyła  orgazm,  po  prostu  pieszcząc  Linca.  Ktoś 
znowu szarpnął za klamkę. 

 -  Wystarczy  -  odezwała  się  znowu  pierwsza  kobieta.  - 

Lepiej jednak kogoś poszukać. 

Usłyszeli  zanikające,  ciche  kroki,  które  wkrótce  stłumił 

chodnik na  schodach. Linc  otworzył  wreszcie oczy i spojrzał 
na  Trudy.  Wyglądał  jak  facet,  który  przed  chwilą  uniknął 
prawdziwej katastrofy. 

 -  Musimy  uciec,  zanim  przyjdą  tu  z  kierownikiem  - 

szepnęła. 

Linc otworzył usta, poruszył nimi parę razy niczym ryba i 

w końcu skinął głowę. 

background image

 - Musisz odsunąć się od drzwi - dodała, widząc, że się nie 

rusza. 

 -  A!  -  wydobył  z  siebie  tylko  tę  jedną  samogłoskę  i 

przesunął się na bok. 

Trudy  wysunęła  się  na  zewnątrz,  a  następnie  skinęła  na 

Linca. 

 - Droga wolna. 
Bez większych przeszkód udało im się dotrzeć do stolika. 

Linc  jednak  nie  usiadł,  więc  i  ona  stała.  Oczy  miał  puste  i 
zupełnie nieobecne. 

 - Może pojedziemy już do domu? 
 - Tak. 
Wciąż znajdował się w jakimś dziwnym transie, ponieważ 

w  ogóle  się  nie  ruszał.  Musiała  go  wziąć  pod  rękę  i  wtedy 
zdołali  wyjść.  Trudy  bez  problemu  złapała  taksówkę.  Linc 
cały  czas  milczał.  W  ciszy  zastanawiała  się,  co  teraz  sobie 
myśli. Być może nie powinna decydować się na pieszczoty w 
łazience? Być może posunęła się za daleko? 

W  końcu  taksówka  zatrzymała  się  przed  jej  blokiem. 

Trudy zerknęła w bok. 

 - Pewnie teraz źle o mnie myślisz. 
 - Raczej ty o mnie. Nie mogę uwierzyć, że dopuściłem do 

czegoś takiego. 

Nie, nie chciała, żeby wziął na siebie całą winę. 
 -  Przecież  to  ja  zaczęłam.  -  Wciąż  była  z  tego  dumna, 

niezależnie od jego reakcji. - Doskonale potrafię... 

 - A ja doskonale potrafię oprzeć się wszelkim pokusom - 

przerwał  jej.  -  Panowanie  nad  sobą  nie  sprawia  mi  żadnych 
problemów.  To  znaczy,  nie  sprawiało  -  dodał  po  namyśle.  - 
Niech  pan  chwilę  poczeka  -  zwrócił  się  do  taksówkarza.  - 
Zaraz wracam. 

Kiedy  wysiedli,  poczuli  zimny,  przenikający  do  szpiku 

kości wiatr. Jeszcze gorszy niż poprzednio. 

background image

 - Nie musisz mnie odprowadzać - rzuciła w jego stronę. - 

Poradzę sobie. 

 -  Właśnie,  że  muszę.  -  Puścił  ją  przodem.  -  Każdy 

mężczyzna, z którym się umawiasz, powinien pojechać z tobą 
na górę i sprawdzić, czy jesteś bezpieczna. 

Dotknęło  ją  trochę  to,  że  traktował  ją  jak  słabą  i 

nieodpowiedzialną  osobę.  Może  to  z  powodu  tej  łazienki, 
pomyślała rozżalona. 

 -  Czy  ktoś  ci  już  mówił,  że  jesteś  apodyktyczny?  Jesteś 

jeszcze gorszy niż Meg! 

 - A skoro już o niej mowa... - Stanęli przed windą i Linc 

potarł  czoło.  -  Do  diabła,  Trudy!  Wykorzystałem  cię  i  czuję 
się jak ostatni śmieć. Nie będę mógł spojrzeć jej w oczy. 

 -  Wykorzystałeś  mnie?!  -  aż  podniosła  głos  z  irytacji.  - 

Niby jak mnie wykorzystałeś?! 

 - Cii... - Rozejrzał się dookoła i jednocześnie wepchnął ją 

do windy. - To dlatego, że wypiłaś za dużo szampana. Sam ci 
dolewałem. 

 -  Raz  -  przypomniała  mu.  -  Za  drugim  razem  zrobił  to 

kelner. 

 -  To  mnie  nie  usprawiedliwia.  -  Pokręcił  głową.  - 

Powinienem był bardziej uważać, a doprowadziłem do czegoś, 
za co mogli nas wsadzić do więzienia. 

 - Ale nie wsadzili. 
Cieszyło  ją  to,  że  nie  uważa  jej  za  puszczalską,  ale  z 

drugiej  strony  miała  już  dosyć  roli  ofiary.  Tak  jakby  nie 
wiedziała, co robi i na co się decyduje. 

Drzwi windy się otworzyły, ale oni  wciąż  stali w środku. 

Linc przytrzymał je tylko, żeby się nie zamknęły. 

 -  Posłuchaj  -  podjęła  po  chwili  -  nie  wiem,  co  Meg  ci  o 

mnie  naopowiadała,  kiedy  prosiła,  żebyś  się  mną  zajął. 
Ustalmy jedno, jestem już duża i wiem co robię. 

background image

 -  Meg  przestrzegała  mnie,  że  jesteś  bardzo  impulsywna. 

Dlatego  powinienem  się  spodziewać  czegoś  takiego.  Ale...  - 
rozłożył dłonie w bezradnym geście - nawaliłem. 

Impulsywna? Zdecydowała, że porozmawia o tym z Meg. 

I  to  już  jutro.  Osoby  impulsywne  są  zwykle  mało 
odpowiedzialne,  a  ona  przecież  w  pełni  kontrolowała  całą 
sytuację. 

 - Tak naprawdę nikt by nas nie aresztował - stwierdziła po 

chwili. 

 -  Tak  sądzisz?  Jestem  pewny,  że  jest  jakiś  kruczek  na 

osoby, które uprawiają seks w miejscach publicznych. 

 - Nikt by nas nie przyłapał na uprawianiu seksu. Byliśmy 

zamknięci. Co innego w windzie... 

Linc  rozejrzał  się  dookoła,  a  potem  wypchnął  ją  na 

korytarz. 

 -  I  ciekaw  jestem,  jak  byś  wyjaśniła  moją  obecność  w 

toalecie - mruknął. 

Tylko wzruszyła ramionami. 
 -  Powiedziałabym,  że  zemdlałam  i  zacząłeś  się  o  mnie 

niepokoić. Albo że zobaczyłam jakiegoś karalucha i zaczęłam 
krzyczeć. Albo... 

 -  Dobrze  już,  dobrze  -  przerwał  jej.  -  Wygląda  na  to,  że 

jesteś  w  tym  znacznie  lepsza  ode  mnie.  Po  prostu  nie 
denerwujesz się tak bardzo w podobnych sytuacjach... 

Co  znaczyło,  że  on  się  denerwuje.  Linc  nawet  nie 

podejrzewał,  że  Trudy  uznała  to  za  poważne  wyzwanie.  Oto 
miała przed sobą wspaniałego faceta, który nie potrafił kochać 
się w niezwykłych warunkach. 

 - Mam nadzieję, że wreszcie doszedłeś do siebie - rzuciła, 

wyjmując klucz z plecaczka. 

 - Oczywiście. 
Usłyszeli szczęk zamka i Trudy pchnęła drzwi. 
 - Wejdziesz? 

background image

Nie  sądziła,  żeby  to  zrobił,  ale  chciała  sprawdzić,  na  ile 

odzyskał panowanie nad sobą. Cofnął się odruchowo. 

 - Ee, wolę już iść. Byłbym naprawdę wdzięczny, gdybyś 

mogła  zapomnieć  o...  -  bąknął.  -  Tak,  jakby  to  się  nigdy  nie 
zdarzyło. 

 - Spróbuję - obiecała. - To jak, spotkamy się jutro? 
 - Dobrze. Przywiozę stolik i pizzę. 
 - Wspaniale. 
Linc odwrócił się, ale jeszcze spojrzał na nią przez ramię. 
 - Jaką chcesz pizzę? 
 - Wybierz coś dla mnie - powiedziała. - Najbardziej lubię 

niespodzianki. 

background image

Rozdział dziewiąty 
Linc  spał  jak  zabity  przez...  cztery  godziny,  a  potem 

obudził  się,  jakby  czegoś  oczekiwał.  W  zasadzie  doskonale 
wiedział, na co czeka. Wskazywał na to namiot wznoszący się 
w jednoznacznym miejscu cienkiej kołdry. 

W końcu wstał i włożył dres oraz adidasy, zadowolony, że 

jego sala do ćwiczeń jest otwarta dwadzieścia cztery godziny 
na dobę. 

Przechodząc, potknął się o pudło ze stolikiem i krzesłami. 

Jak  to  dobrze,  że  się  go  pozbędzie.  Generalnie  miał  za  dużo 
rzeczy,  którymi  się  w  ogóle  nie  interesował.  Do  urządzenia 
swojego  mieszkania  wynajął  architekta  wnętrz,  który  zrobił 
wszystko za niego. Z jakichś powodów uznał on, że najlepiej 
pasują do niego właśnie antyki. Linc nie miał w zasadzie nic 
przeciwko antykom, ale dziś rano jego mieszkanie wydało mu 
się pozbawione polotu. 

Takie  było  całe  jego  życie  w  porównaniu  z  paroma 

godzinami,  które  spędził  z  Trudy.  Dopiero  przy  niej  czuł,  że 
brakuje  mu  energii  i  entuzjazmu.  Cieszył  się  jej  obecnością, 
chociaż  jednocześnie  obiecał  sobie  solennie,  że  będzie 
bardziej kontrolował swoje zachowanie. 

Jak do tej pory, nie udało mu się zapanować nad sobą. Dał 

się  ponieść  emocjom  jak  uczniak.  Co  więcej,  miał  ochotę  na 
jeszcze. Niemal jęknął, przypomniawszy sobie sceny z toalety, 
i szybko narzucił na siebie ciepłą kurtkę. Musi jak najszybciej 
wypocić z siebie całe pożądanie. 

Nie poszedł do windy, ale zbiegł schodami pożarowymi aż 

na  sam  dół,  do  podziemnego  parkingu.  Cały  czas  jednak 
myślał  o  Trudy.  Prosił  ją,  żeby  zapomniała  o  tym,  co  się 
zdarzyło,  chociaż  wiedział,  że  jemu  nigdy  się  to  nie  uda. 
Wciąż  czuł  jej  palce  na  swoim  penisie  i  delikatną  pieszczotę 
jej języka... 

background image

Minął swój samochód i po chwili musiał do niego wrócić. 

Żadna kobieta nie podniecała go tak bardzo jak Trudy Baxter. 
Żadna też nie była tak śmiała w sprawach seksu jak ona. Już 
opowieści o stosunku na tylnym siedzeniu samochodu wydały 
mu  się  szczególnie  ekscytujące,  ale  seks  oralny  w  damskiej 
toalecie był dużo, dużo lepszy! 

Mimo  to  nie  powinien  był  do  tego  dopuścić.  Nawet  jego 

pierwszy raz nie wstrząsnął nim do tego stopnia. 

Otworzył  samochód pilotem i  usiadł w skórzanym fotelu, 

wciąż  zastanawiając  się  nad  tym,  kiedy  popełnił  błąd. 
Wydawało mu się, że jeśli wejdzie do łazienki, to łatwiej mu 
będzie dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Myślał, że ją w ten 
sposób zawstydzi. 

Linc zaczął wyjeżdżać z parkingu. 
Musiał  przyznać,  że  zszedł  wtedy  na  dół  z  mocnym 

postanowieniem,  żeby  zabrać  Trudy  z  klubu.  Nie  bawiła  się 
tam dobrze, chociaż nie znał wówczas jeszcze przyczyny. Po 
głowie  chodziło  mu,  że  mógłby  ją  zabrać  do  siebie  i 
dokończyć to, co zaczęli na Times Square. 

Co  za  dziewczyna!  pomyślał.  Nie  mógł  wprost  uwierzyć, 

że jeszcze w piątek w rozmowie z młodszym kolegą dowodził, 
że seks nie jest dla niego czymś istotnym. 

I nagle stał się. 
Do licha, co ona wyprawiała z moim członkiem, pomyślał, 

czując  jeszcze  silniejszy  wzwód.  Od  wczoraj  chodził  tak, 
jakby  spodnie  były  dla  niego  za  małe.  I  to  z  powodu 
dziewczyny z Virtue w stanie Kansas. 

Trudy  obudziła  się  wyjątkowo  wcześnie.  Wciąż  było 

ciemno.  Jedyne  światło  pochodziło  z  palących  się  latarni 
ulicznych oraz rzadkich w tym rejonie reklam. Wygrzebała się 
z  łóżka,  poprawiając  skąpą  piżamkę,  i  przeszła  do  kuchni, 
żeby  zrobić  sobie  kawy.  Kiedy  się  w  końcu  napiła  i  trochę 
oprzytomniała,  postanowiła  uporządkować  swoje  książki. 

background image

Będzie  potrzebowała  fachowej  literatury,  jeśli  zdecyduje  się 
na uwiedzenie Linca dziś wieczorem. 

Chciała  też  skonsultować  się  z  Meg,  ale  zdecydowała,  że 

może zadzwonić dopiero po dziewiątej. W Virtue budziły się 
wcześnie,  ale  to  były  inne  czasy...  Musiała  koniecznie 
porozmawiać  z  nią  o  swojej  rzekomej  impulsywności.  Za 
każdym razem, kiedy o tym myślała, zaciskała szczęki. 

O ósmej skorzystała ze swojej nowej książki telefonicznej, 

żeby odnaleźć adres piekarni, która dostarczała do domu bułki 
w  sześciu  różnych  smakach,  tak  że  w  okolicach  ósmej 
czterdzieści, kiedy zjadła już dobre śniadanie, humor znacznie 
jej  się  poprawił  i  była  nawet  gotowa  darować  Meg  jej 
gruboskórność. 

Zwłaszcza  że  słowo  „impulsywna"  można  było  zastąpić 

znacznie  sympatyczniejszym  przymiotnikiem  „spontaniczna". 
Doskonałą ilustracją tej, jakże miłej cechy charakteru było to, 
co wydarzyło się w toalecie. Przecież tego nie planowała. Tak 
się po prostu złożyło, więc uległa nastrojowi chwili. 

Piętnaście  minut  po  dziewiątej  zadzwonił  jej  pierwszy 

nowojorski  telefon.  Trudy  uniosła  delikatnie  bezprzewodowy 
aparat, jakby zrobiono go z kryształu. 

Zdecydowała,  że  jeśli  to  Linc,  to  nie  ujawni  tego,  że  jest 

rześka i ma za sobą poranną gimnastykę. Mieszkańcy Nowego 
Jorku  na  pewno  nie  są  rześcy  o  tej  porze.  Prowadzą  zwykle 
nocne życie i w niedziele chcą sobie dłużej pospać. 

 -  Halooo  -  rzuciła  do  słuchawki,  przeciągając  ostatnią 

samogłoskę. 

 - Co z tobą? - spytała Meg. - Spałaś? 
 - A, to ty - powiedziała Trudy już normalnym tonem. 
 -  Jasne,  że  ja.  Tom  i  Linc  poszli  zagrać  w  tenisa,  więc 

jestem jedyną osobą w mieście, która może dzwonić. 

 - W tenisa? - powtórzyła nieco rozczarowana Trudy. 

background image

Wolała  wyobrażać  sobie, że  Linc  siedzi  w  jakiejś  kafejce 

nad filiżanką smolistej kawy i tęskni za nią całym sercem. 

 - Tak, czasami grają razem w niedzielę rano. 
 -  A  jak  tam  Linc?  -  Trudy  zabrała  się  do  wybierania 

palcem resztek truskawkowego twarożku ze śniadania. 

 -  Właśnie  z  jego  powodu  dzwonię  -  podjęła  natychmiast 

Meg. - Wydawał mi się dziwny. Jakiś nieswój. 

Trudy oblizała palec i uśmiechnęła się do siebie. 
 - To dobrze. 
 - Dlaczego? Nie idzie wam? 
 - Idzie nam zadziwiająco dobrze, wziąwszy pod uwagę to, 

że mnie przed nim oczerniłaś. - Zrobiła efektowną przerwę. - 
Dlaczego powiedziałaś, że jestem impulsywna?! 

 - O co chodzi? Przecież jesteś. 
Trudy  uderzyła  plastikowy  pojemnik  po  twarożku  i 

patrzyła, jak leci przez całą kuchnię. 

 - 

Nie, 

Meg. 

Jestem 

spontaniczna. 

Rozumiesz, 

spontaniczna. To zasadnicza różnica. 

 - Skoro tak twierdzisz... - Przyjaciółka nie miała zamiaru 

się kłócić. - Ale opowiedz o Lincu. 

Trudy zaśmiała się, szczęśliwa, że nareszcie ma się z kim 

podzielić  szczegółami  wczorajszego  wypadu.  Pobieżnie 
opowiedziała  o  pocałunku  na  Times  Square,  a  potem  rzuciła 
się z telefonem na nieposłane łóżko. 

 - Pamiętasz tę książkę o seksie w niezwykłych miejscach? 

- zapytała. 

Meg aż pisnęła z podniecenia. 
 -  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  się  z  nim  kochałaś?! 

Gdzie? Chyba nie w windzie?! 

Trudy uśmiechnęła się jeszcze szerzej na myśl o tym, jaką 

Meg musi mieć teraz minę. 

 - A pamiętasz rozdział poświęcony toalecie? Przyjaciółka 

pisnęła jeszcze głośniej. 

background image

 - Co?! Zrobiłaś z nim to?! W damskiej czy męskiej? 
 -  W  damskiej  -  odparła  triumfalnie  Trudy.  Czuła  się 

naprawdę wspaniale, leżąc w satynowej pościeli i plotkując z 
Meg o swoich seksualnych podbojach. 

 - Widzisz, poszłam tam tylko po to, żeby poprawić włosy 

i  makijaż.  Zajęło  mi  to  trochę  czasu,  ponieważ  wcześniej 
wypiłam sporo szampana, i Linc zaczął mnie szukać. 

 -  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  -  Głos  przyjaciółki  drżał  z 

podniecenia. - Po prostu go tam zwabiłaś! 

 - Nie musiałam. Uznał, że źle się poczułam i nie chcę mu 

o  tym  powiedzieć.  Był  przekonany,  że  w  ten  sposób  łatwiej 
wydobędzie ze mnie prawdę. 

 - Przerwała, żeby zwiększyć efekt. - No i zrobiłam mu to! 

Fantastyczne! Powinnaś kiedyś spróbować z Tomem... 

 -  Niesamowite!  -  wykrzyknęła  Meg.  -  Prymus  z  Wall 

Street  w  publicznej  toalecie.  Założę  się,  że  nigdy  czegoś 
takiego nie przeżył. 

 -  Sądząc  z  reakcji,  raczej  nie.  A  potem  jeszcze  mnie 

przepraszał  -  dodała  ze  śmiechem.  -  Mam  wrażenie,  że  czuł 
się winny. 

 -  Nic  dziwnego.  Jego  przodkowie  to  podobno  pierwsi 

purytanie,  którzy  przybyli  do  Ameryki  na  „Mayflower".  Ale 
powiedz,  czy  to  znaczy,  że  zaczynasz  swoje  nowojorskie 
przygody właśnie od Linca? 

 - Tylko nieoficjalnie - zastrzegła Trudy. - Chodzi mi o to, 

żeby nie wyjść z wprawy. 

 - Tak, tak, najważniejsze to nie wyjść z wprawy 
 - poparła ją gorąco Meg. - Wiem coś o tym. 
 - I mam na niego haka. Okazało się, że jestem podobna do 

pokojówki, w której podkochiwał się w dzieciństwie. 

 - I teraz potrzebny ci jest strój pokojówki - domyśliła się 

bezbłędnie Meg. 

background image

 -  Koniecznie!  Czy  mogłabym  go  gdzieś  wypożyczyć? 

Dzisiaj niedziela - dodała na koniec. 

Odpowiedź była natychmiastowa i bardzo zachęcająca: 
 - Bez problemu." 
Zaczęło do niej docierać, że jest w Nowym Jorku 
 -  mieście,  które  nigdy  nie  zasypia.  Wszystko  tutaj  było 

możliwe.  Już  nie  mogła  się  doczekać,  żeby  wypróbować 
wszystkie  możliwości  metropolii.  Wstała  i  zaczęła 
przechadzać się po pokoju, przyciskając telefon do policzka. 

 -  Doskonale.  Poza  tym  chciałabym  kupić  parawan, 

najlepiej jakiś używany. 

 -  Znam  świetny  sklep  z  takimi  rzeczami.  Poza  tym 

mogłabyś  kupić  pawie  pióra.  Są  bardzo  seksowne.  I  może 
jeszcze jakieś zabawki... 

 - Ojej! Nie dostałam jeszcze pierwszej pensji. 
 -  Powiedzmy,  że  to  będzie  wcześniejszy  prezent 

urodzinowy - rzuciła Meg. 

 - O trzy miesiące? 
 -  Pogadamy  o  tym,  jak  do  mnie  przyjedziesz.  Kiedy  się 

zbierzesz? Mamy na dzisiaj bardzo bogate plany... 

Trudy spojrzała na zegarek. 
 -  Zaczekaj,  niech  pomyślę.  -  Z  telefonem  w  dłoni 

pośpieszyła  do  łazienki.  Włosy  wciąż  miała  w  nieładzie,  ale 
przecież  mogła  je  spiąć.  Wystarczy,  że  weźmie  prysznic.  - 
Mówiłaś,  że  stąd  do  ciebie  jest  dziesięć  minut  autobusem?  - 
spytała, podniósłszy aparat do ucha. 

 -  Nawet  mniej,  jeśli  go  od  razu  złapiesz.  Trudy  zaczęła 

zdejmować swoją piżamkę. 

 - Wobec tego będę najpóźniej za dwadzieścia. 
Trzy  godziny  później  wyczerpana,  ale  szczęśliwa  Meg 

wsadziła  obładowaną  prezentami  na  najbliższe  urodziny  i 
Gwiazdkę  Trudy  do  autobusu.  Parawan  miał  dotrzeć  do  jej 
mieszkania  nieco  później.  Udało  im  się  znaleźć  śliczny, 

background image

ręcznie  malowany,  za  bezcen,  ponieważ  sklep  właśnie  się 
likwidował. 

Najbardziej  cieszyło  Meg  to,  że  Trudy  coraz  cieplej 

myślała  o  Lincu.  Jej  oczy  zachodziły  mgłą,  kiedy  o  nim 
mówiła. Poza tym wymawiała jego imię w charakterystyczny 
sposób  i  uśmiechała  się  przy  tym  do  siebie.  A  przecież  była 
tak pewna, że w nikim się nie zadurzy! 

Meg  bardzo  chciała  podzielić  się  tymi  wieściami  z 

Tomem, ale uznała, że przyjdzie na to czas. Na razie musi być 
bardzo  dyskretna,  jeśli  nie  chce,  żeby  jej  plany  spaliły  na 
panewce. 

W  końcu  przyjechał  jej  autobus.  Wzięła  reklamówkę  z 

zakupami  i  wsiadła,  wciąż  myśląc  o  Trudy  i  Lincu.  Przy 
odrobinie  szczęścia  zastanie  tego  ostatniego  w  swoim 
mieszkaniu.  Obaj  mężczyźni  mieli  zwyczaj  oglądać  sport  po 
wspólnej grze. 

Gdy tylko weszła do mieszkania, usłyszała odgłosy meczu 

futbolowego.  Tak  jak  sądziła,  panowie  siedzieli  przed 
telewizorem, zajadając chipsy i popijając piwo. 

 - Cześć chłopaki! 
 - Cześć, złotko. - Tom wstał, żeby ją pocałować. 
 -  Cześć,  Meg.  -  Linc, jako  człowiek  dobrze  wychowany, 

też wstał. - Podać ci coś? 

 -  Właśnie  zastanawialiśmy  się  nad  lunchem.  -  Tom 

sięgnął  po  reklamówkę,  ale  żona  schowała  ją  za  plecami.  - 
Daj, pomogę ci. 

 -  Nie  trzeba.  Pozwólcie,  że  zdejmę  buty,  a  potem 

będziemy mogli wspólnie pomyśleć, co z lunchem. 

 - Ja stawiam - stwierdził Linc. 
 - Daj mi tę torbę - domagał się Tom. - Nie powinnaś nosić 

ciężkich rzeczy. Co tam masz? Coś dla mnie? 

Meg cofnęła się o krok. 

background image

 -  Tak,  coś  dla  ciebie  -  powiedziała  z  dwuznacznym 

uśmieszkiem. - Ale obejrzymy to sobie później, dobrze? 

Tom w mig pojął, o co jej chodzi. 
 -  Byłaś  z  Trudy  w  tym  sklepie  koło  salonu  tatuażu?  - 

szepnął, oglądając się na Linca. 

 - Może - przymknęła na moment oczy. 
 -  Musimy  pogadać.  Mam  wrażenie,  że  coś  się  z  nim 

dzieje. - Wskazał oczami przyjaciela. 

 -  Niewykluczone,  że  masz  rację  -  przyznała,  a  po  chwili 

dodała już głośniej: - Przebiorę się i zaraz wracam. 

Tom  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  właśnie  w  tym 

momencie  któraś  z  drużyn  zdobyła  kolejne  punkty  i  Linc 
zaczął wrzeszczeć jak opętany. Mąż Meg natychmiast podążył 
do telewizora. 

Kiedy  Meg  znalazła  się  w  sypialni,  wsadziła  torbę  do 

swojej  szafki  i  zdjęła  buty.  Już  dawniej  chcieli 
poeksperymentować,  ale  dopiero  teraz  znalazła  odpowiednie, 
jedwabiście gładkie wiązadła. Trudy zdecydowała, że na razie 
niczego  nie  potrzebuje, ale przynajmniej wiedziała już, gdzie 
może się zaopatrzyć w odpowiednie erotyczne akcesoria. 

Meg  wróciła  do  salonu  i  całkowicie  pochłoniętych  grą 

mężczyzn. 

 - Tom? 
 - Tak, złotko? - Natychmiast skoczył na równe nogi. 
To było takie miłe. Zawsze uważała, że Tom to porządny 

facet.  Wiedziała,  że  kochałby  ją  i  szanował  nawet  wtedy, 
gdyby ich życie  seksualne  zupełnie zamarło  w  okresie  ciąży. 
Jednak Meg była przekonana, że mężczyzna powinien też być 
szczęśliwy.  Dlatego  przekonała  Toma,  że  stosunki  wcale  nie 
szkodzą  dziecku.  Wraz  z  tym,  jak  brzuch  jej  się  powiększał, 
musieli  zmieniać  i  dostosowywać  pozycje,  ale  było  to 
ekscytujące doświadczenie. 

background image

 - Wiesz, nie chce mi się wychodzić. Może zrobiłbyś nam 

mini pizze? Jesteś w tym niezrównany. 

 - Oczywiście, kochanie. 
Linc poruszył się na swoim miejscu. 
 - Może pomogę ci z tą pizzą, skoro nigdzie nie idziemy - 

zwrócił się do przyjaciela. 

 -  Niestety,  nie  mam  kombinerek,  stary.  Linc  zrobił 

obrażoną minę. 

 -  Przecież  wiem,  jak  się  robi  pizzę.  Widziałem  to  parę 

razy. Kuchnia to było kiedyś moje ulubione miejsce. 

 -  Wcale  nie  chciałem  cię  dotknąć.  Naprawdę  świetnie 

radziłeś  sobie  wczoraj  z  tym  łóżkiem.  -  Tom  starał  się  go 
udobruchać. - Ale pizzą zajmę się sam. 

 - Tak, byłeś wspaniały - zachwyciła się Meg. - Ale teraz 

zostań ze mną, żeby mnie bawić rozmową. 

Wiedziała  doskonale,  że  Tom  nie  chce,  żeby  powtórzyła 

się  historia  sprzed  dwóch  tygodni.  Linc  uparł  się  wtedy,  że 
pokroi warzywa. Zaciął się przy tym tak paskudnie, że musieli 
z nim jechać na ostry dyżur. 

Tom  zniknął  w  kuchni,  a  Meg  zerknęła  szybko na  Linca. 

Miała  mało  czasu,  więc  nie  zamierzała  bawić  się  w 
subtelności. 

 -  Powinniśmy  porozmawiać  o  Trudy.  Linc  omal  nie 

zakrztusił się piwem. 

 -  Chciałabym,  żebyś  coś  wiedział,  zanim  pojedziesz  do 

niej dziś wieczorem. Otóż Trudy... 

 -  Ehm,  Meg...  -  Zaczął  kaszleć  i  cały  poczerwieniał.  - 

Bardzo mi przykro. - Jeszcze raz zakaszlał i chrząknął. - Czuję 
się winny tego, co wczoraj zaszło. Obiecuję, że to się już nie 
powtórzy. 

 -  Mam  nadzieję,  że  jednak  się  powtórzy  -  powiedziała 

Meg, patrząc mu prosto w oczy. - To albo coś podobnego, co 
sprawiłoby wam dwojgu dużo radości. 

background image

Wybałuszył na nią oczy. 
 - Myślałem, że chodziło ci o to, żeby nie angażowała się 

w jakieś ryzykowne związki. 

 -  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  związek  z  tobą  jest 

ryzykowny?  -  Meg  potrząsnęła  głową.  -  Nie,  nie  jesteś 
mężczyzną,  który  mógłby  ją  skrzywdzić.  Moim  zdaniem, 
świetnie do siebie pasujecie. - Podniosła rękę, chcąc uprzedzić 
protest, który jednak się nie pojawił. 

 - Oboje odrzucacie małżeństwo. 
 -  O  tak,  oczywiście  -  potwierdził  Linc  bez  zbytniego 

przekonania.  -  To  jednak  jest  dziwaczne  -  dodał  po  chwili.  - 
Nigdy z nikim nie rozmawiałem w ten sposób. 

 - Pewnie dlatego, że w ogóle rzadko rozmawiasz o seksie. 

A  Trudy  właśnie  o  to  chodzi.  O  seks  w  wielkim  mieście.  I 
chce zacząć właśnie od ciebie. 

 - Co takiego?! 
 -  Prosiłabym,  żebyś  ułatwił  jej  pierwsze  kroki.  Trudy 

tylko  udaje  twardą,  ale  wiem,  że  tak  naprawdę  jest  bardzo 
delikatna. Jeśli będzie chciała cię uwieść, a ty jej się oprzesz, 
to  się  załamie.  Ale  jeśli  jej  pomożesz,  to  nabierze  pewności 
siebie  i  będzie  mogła  zacząć  samodzielne  podboje.  Co  ty  na 
to? 

 - Och, Meg. - Linc miętosił nerwowo swoje ręce. 
 - Sam nie wiem. 
 - Uznam to za gest prawdziwej przyjaźni. 
 - Wobec ciebie czy Trudy? - spytał zmieszany. 
 - Nas obu. 
 -  Minipizze  gotowe.  -  Tom  wkroczył  triumfalnie  do 

salonu. 

Meg zerknęła jeszcze na Linca z nadzieją, że skinie głową 

albo da jej znak oczami, że przyjmuje propozycję. On jednak 
tylko patrzył w przestrzeń. 

background image

Rozdział dziesiąty 
Na  dworze  padał  lekki  śnieg.  Delikatne  płatki  odbijały 

światło  okien  i  ulicznych  latarni.  Jednak  pozbawione  zasłon 
okno  Trudy  było  prawie  ciemne.  Pogasiła  prawie  wszystkie 
światła, 

żeby 

ukryć 

jakoś 

przed 

Lincem 

swoje 

zdenerwowanie. 

Nie  przypuszczała,  że  strój  pokojówki  będzie  tak  skąpy. 

Nie  podejrzewała  też,  że  będzie  aż  tak  podniecona,  kiedy  go 
włoży. Być może wystarczyła jej sama świadomość, do czego 
ma  służyć,  żeby  wprawić  się  w  taki  stan.  Jej  czarne, 
koronkowe majteczki były już wilgotne. 

Strój  składał  się  ze  skromnej  góry,  przypominającej 

kostium kąpielowy, i minispódniczki. Sprzedawca mówił też, 
że  fiszbiny  u  góry  powiększają  biust  i  Trudy  miała  w  tej 
chwili  wrażenie, że w zagłębienie  między piersiami  mogłaby 
włożyć portfel i jeszcze byłoby miejsce na klucze. 

Włożyła  jeszcze  zabawny  fartuszek,  biały,  koronkowy 

czepeczek  i  takież  mankiety.  Meg  kupiła  jej  też  miotełkę  do 
kurzu  z  piór,  a  sprzedawca  polecał  siatkowe  pończochy.  Ale 
Trudy kupiła je już wcześniej wraz z podwiązkami. Całe życie 
czekała, żeby móc włożyć siatkowe pończochy. 

Strój  uzupełniały  czarne  pantofelki.  Takie,  jakie  nosiły 

wyzywające kobiety, o których w jej domu mówiło się rzadko 
i  z  pogardą.  Trudy  kupiła  je  dwa  lata  temu  i  ukrywała  przez 
cały ten czas w swoim pokoju. Teraz trochę żałowała, że nie 
wypróbowała  ich  wcześniej.  Na  wysokich  obcasach  chodziło 
się zupełnie inaczej niż normalnie. 

Meg  doradziła  jej  też,  żeby  kupiła  jakiś  kompakt  ze 

zmysłowym  jazzem.  Taka  muzyka  powinna  odpowiadać 
Lincowi. Wybrała więc coś z saksofonami i klarnetem, co, jak 
jej się zdawało, najlepiej nadawało się na tę okazję. 

Pozostawał  jeszcze  jeden  problem.  Nie  chciała  otwierać 

Lincowi  drzwi.  Wiedziała,  że  będzie  miał  ze  sobą  pudło  ze 

background image

stolikiem i krzesłami oraz pizze, i obawiała się, że to wszystko 
może wypaść mu z rąk. 

Opracowała  więc  plan.  Otworzyła  zasuwę  i  zostawiła 

tylko łańcuch. Mogła go zdjąć bez robienia większego hałasu. 
Toteż kiedy Linc zadzwoni do drzwi, najpierw sprawdzi, czy 
to  rzeczywiście  on,  usunie  łańcuch  i  wycofa  się  na  z  góry 
upatrzone  pozycje. Dopiero wówczas poprosi, żeby wszedł, i 
da  mu  trochę  czasu,  żeby  odstawił  pudło  i  położył  gdzieś 
pizze. 

I  wtedy  wyjdzie  zza  parawanu.  I  zobaczy  jego  minę  na 

widok tego stroju. 

Nie  wiedziała  jednak, co  potem. Meg uważała, że  nie ma 

sensu  o  tym  myśleć.  Linc  z  pewnością  przeżyje  szok,  ale 
potem  powinien  zachować  się  jak  normalny  mężczyzna,  a  to 
nie będzie wymagać już dalszej inicjatywy Trudy. 

Ślepy  los  zrobił  już,  co  miał  zrobić.  Tak  się  złożyło,  że 

łóżko  Trudy  znajdowało  się  pod  ręką.  Nie  musi  się  więc 
martwić, czy Linc wpadnie na to, żeby przejść do jej sypialni. 
Odsunęła jeszcze tylko trochę satynową kołdrę, żeby posłanie 
wyglądało  bardziej  zapraszająco,  i  wsunęła  pakiecik 
kondomów  pod  poduszkę.  Dyktafon,  który  włączał  się  na 
dźwięk  głosu,  leżał  pod  łóżkiem.  Podniecenie  Trudy  wzrosło 
na  myśl,  że  nagrają  się  wszystkie  odgłosy,  które  będą 
wydawać. Już ona zadba o to, żeby były jak najdziksze. 

Jeśli  nie  liczyć  drobnego  preludium  w  toalecie,  miała 

przed  sobą  pierwsze  poważne  doświadczenie  seksualne  w 
Nowym  Jorku.  Ale  nawet  to  traktowała  tylko  jako  dobry 
początek,  ponieważ  nie  sądziła,  żeby  ten  związek  przetrwał 
zbyt długo. 

Krótkie  spojrzenie  na  zegar  przy  kuchence  uświadomiło 

jej, że do siódmej została zaledwie minuta. Linc, jak przystało 
na maklera, był człowiekiem punktualnym. Dlatego mogła się 

background image

go  za  chwilę  spodziewać.  Z  trudem  przełknęła  ślinę, 
wyobrażając sobie, jak wjeżdża windą i zbliża się do drzwi. 

Były  dwie  minuty  po  siódmej,  kiedy  usłyszała  dzwonek. 

Ten  zegarek  się  spieszy,  pomyślała,  przechodząc  do  dużego 
pokoju.  Wyjrzała  przez  wizjer  i  musiała  zatkać  sobie  usta, 
żeby nie krzyknąć. To  był  on! Miał na  sobie  dżinsy, koszulę 
ze stójką i czarną, skórzaną kurtkę. Wyglądał jak James Dean 
w „Buntowniku bez powodu". 

Śnieg  stopił  się  na  jego  włosach,  dodając  im  połysku. 

Niesforne  kosmyki  opadły  mu  na  czoło,  a  on  nie  mógł  ich 
odgarnąć,  ponieważ  pod  prawą  pachą  trzymał  pudło  ze 
stolikiem, a w lewej ręce pudełka z pizzą. 

Trudy  zawahała  się,  myśląc  o  tym,  co  będzie,  jeśli  ją 

odrzuci. Jednak było już za późno. Linc zadzwonił raz jeszcze, 
a ona delikatnie zwolniła łańcuch. 

Linc  wciąż  miał  problemy  z  podjęciem  decyzji.  Stał 

właśnie przed drzwiami Trudy, która, jeśli wierzyć Meg, miała 
ochotę na wieczór we dwoje. 

W jej wspaniałym łóżku! 
Oczywiście  powinien  się  na  to  zgodzić.  Tylko  idiota  nie 

przyjąłby  podobnej  propozycji.  Niestety,  mógł  być  właśnie 
takim  idiotą.  Siedząc  u  Hennessych,  myślał  wyłącznie  o 
swoim życiu erotycznym i znajomości z Trudy. 

Dopiero  wtedy  uświadomił  sobie  pewną  zasadę,  według 

której  zawsze  postępował.  Ponieważ  bał  się  małżeństwa, 
wybierał kobiety chłodne i mało uczuciowe. To pozwalało mu 
zachować bezpieczny dystans. 

Jednak  Trudy  była  inna.  Miała  olbrzymi  temperament  i 

wielką ochotę na seks. Nie kryła swoich zamiarów. I chociaż 
wyrzekała się małżeństwa, Linc bał się, że nie zdoła zachować 
do niej dystansu. 

Tak,  obawiał  się  jej  wybuchowego  charakteru  i  tego,  co 

może  się  jeszcze  wydarzyć.  Dla  Meg  wszystko  było  proste: 

background image

powinien  ulec  Trudy,  sprawić,  że  poczuje  się  pewniej,  i 
usunąć się, gdy będzie  gotowa  do dalszych podbojów. Tylko 
czy  on  zdoła  się  wówczas  usunąć?  Czy  zdecyduje  się  na 
rozstanie?  Linc  nie  miał  pojęcia.  Między  innymi  dlatego,  że 
nigdy nie angażował się w związki z osobami pokroju Trudy. 
Być  może  była  ona  jedyną  osobą,  dla  której  gotów  byłby 
przemyśleć swoje uprzedzenia dotyczące małżeństwa. 

Ale Linc nie miał na to ochoty. Prowadził wygodne życie i 

chciał,  żeby  tak  było  dalej.  Nie  potrzebował  nimfy  z  Kansas 
wraz z jej książkami i impulsywnym zachowaniem. Bał się, że 
za  bardzo  ją  polubi,  a  ona  rzuci  się  w  ramiona  innego 
nowojorczyka, nawet nie oglądając się za siebie. 

Byłoby  mu  bardzo  żal.  Sam  się  zdziwił,  kiedy  nagle  to 

zrozumiał. 

Z drugiej strony, nie chciał puścić dziewczyny samopas w 

wielkim  mieście.  Obiecał  Meg,  że  się  nią  zaopiekuje,  i 
zamierzał  dotrzymać  słowa.  Dlaczego  żona  Toma  sądziła,  że 
jeśli  oprze  się  Trudy,  źle  to  na  nią  to  podziała?  Może 
wystarczy, że da dziewczynie znać, jak bardzo jej pożąda? To 
będzie 

szczera 

prawda, 

jednocześnie 

uniknąłby 

niebezpiecznego  związku.  Mógłby  jej  to  powiedzieć  przez 
telefon, wyjaśniając, że nie może przyjść, bo... 

No  właśnie,  co  takiego?  Co  mógłby  jej  powiedzieć?  Że 

nagle dostał grypy? Albo że wezwano go do pracy? A może, 
że ma alergię na ciemną, satynową pościel? 

Myśl  o  tej  pościeli  sprawiła,  że  dreszcz  przeszedł  mu  po 

plecach.  Znowu  poczuł,  że  ma  erekcję.  Ostatnio  cały  czas 
chodził z obrzmiałym członkiem, zwłaszcza kiedy Trudy była 
w pobliżu. 

Żadna  z  tych  wymówek  mu  się  nie  spodobała. 

Dziewczyna  z  pewnością  domyśliłaby  się,  że  nie  chce  jej 
powiedzieć prawdy. 

background image

Trudy  nie  otworzyła  po  pierwszym  dzwonku.  Od  razu 

zrozumiał, że coś się święci, i poczuł dreszcz na całym ciele. 
Kiedy zadzwonił drugi raz, używając do tego celu łokcia lewej 
ręki, odniósł wrażenie, że ktoś się poruszył za drzwiami. 

Jakie  piekielne,  erotyczne  gry  szykuje  dla  niego? 

Czekając, przestąpił z nogi na nogę. 

 - Wejdź, Linc! Nie skończyłam się jeszcze ubierać. 
Już  to  wystarczyło,  żeby  wprawić  go  w  stan  najwyższej 

ekscytacji.  Czy  kupiła  już  sobie  parawanik,  czy  może  musi 
przebrać  się  w  swojej  dawnej  sypialni?  I  do  jakiego  stopnia 
jest ubrana czy raczej... rozebrana? 

Wyciągnął łokieć, żeby nacisnąć klamkę. Już, już  miał  to 

zrobić,  kiedy  z  mieszkania  dobiegł  go  pełen  bólu  okrzyk. 
Natychmiast  wypuścił  pudło  ze  stolikiem  i  dzierżąc  pizze 
niczym tarcze, wtargnął do pokoju. 

Trudy leżała na łóżku i jęczała, ukazując minispódniczkę i 

czarne, koronkowe majtki, doskonale pasujące do siatkowych 
pończoch.  Mimo  że  nie  był  to  jęk  rozkoszy,  Linc  poczuł,  że 
jego  członek  stał  się  jeszcze  większy.  Osiągnął  wręcz 
astronomiczne  rozmiary.  Niedługo  nie  będzie  mężczyzną  z 
prąciem, ale prąciem z doczepionym do niego mężczyzną. 

 -  Cholerne  buty!  -  mruknęła  Trudy  i  zaczęła  masować 

sobie kostkę. 

Z  kolei  Linc  westchnął  i  omal  nie  upuścił  pudełek  z 

pizzami. Dziewczyna uniosła stopę do góry i poruszyła nią, a 
on odwrócił wzrok od jej podwiązek. 

 -  Co,  do  licha,  włożyłaś  na  siebie?  -  spytał,  zerkając  na 

nią jednak co jakiś czas. 

Trudy  uniosła  nieco  brodę  i  wyprostowała  czepek,  który 

przekrzywił  jej  się  w  czasie  upadku.  Miała  zaróżowione 
policzki, ale mimo to spojrzała mu odważnie w oczy. 

 - A jak sądzisz? 

background image

Jak 

wcielenie 

najdzikszych 

erotycznych 

fantazji, 

pomyślał. Belinda do kwadratu! Linc oddychał coraz szybciej, 
patrząc  na  rowek  między  jej  piersiami,  a  potem  niżej,  na 
frywolny biały fartuszek i uda w siatkowych pończochach. W 
tym stroju Trudy stanowiła prawdziwe wcielenie seksu. 

Ale  były w tym też  akcenty humorystyczne. Linc  widział 

teraz,  jak  upadła  na  łóżko.  Na  jednej  nodze  miała  jeszcze 
pantofelek,  ale  drugi  leżał  na  wykładzinie.  Musiała  potknąć 
się  o  coś,  nieprzyzwyczajona  do  chodzenia  w  butach  na 
wysokim obcasie. 

Linc  poczuł,  że  ślinka  sama  napłynęła  mu  do  ust. 

Przełknął ją, myśląc o tym, że żadnej kobiety nie pragnął tak 
bardzo  jak  Trudy.  Starał  się  teraz  przypomnieć  sobie 
wszystkie argumenty przeciwko związkowi z nią, ale jakoś mu 
się to nie udawało. 

Dziewczyna pokiwała smutno głową. 
 -  No  dobra,  możesz  się  ze  mnie  śmiać  -  westchnęła 

zrezygnowana.  -  To  miała  być  niespodzianka.  Myślałam,  że 
będę  przypominała  Belindę  i  że  będziemy  się  mogli  razem 
zabawić. 

 - Rozumiem. 
Poczuł gwałtowne pulsowanie w skroniach. Zaczął drżeć z 

pożądania.  Oszukiwał  się  tylko,  myśląc,  że  zdoła  jej  się 
oprzeć. Był teraz marionetką w jej rękach. 

Jednak Trudy, o dziwo, nie zdawała sobie z tego sprawy. 
 -  Ale  skoro  mi  się  nie  udało,  to  możemy  się  trochę 

odprężyć i zjeść te pizze. Założę się, że wyglądam żałośnie. 

 - Wcale nie! - zaprotestował szczerze. 
Aż  ćmiło  mu  się  przed  oczami  z  pożądania.  Trudy  leżała 

przed  nim  w  pościeli  i  wyglądała  tak  pociągająco,  że  musiał 
zmobilizować wszystkie siły, żeby się na nią nie rzucić. Czuł 
się  tak,  jakby  był  bohaterem  jakiegoś  filmu  erotycznego  i 
doskonale znał swą rolę. 

background image

 -  Jesteś  bardzo  miły,  ale  wiem,  że  się  zbłaźniłam. 

Powinnam  wcześniej  trochę  poćwiczyć  w  tych  piekielnych 
butach.  -  Położyła  się  na  łóżku,  prezentując  wypiętą  pupę,  i 
sięgnęła po pantofelek. - I pomyśleć, że na Broadwayu tańczą 
w czymś takim. 

Wstała i pochyliła się, żeby włożyć but. 
Linc  zdusił  jęk.  To,  co  zobaczył,  było  najbardziej 

prowokacyjną pozą, jaką mógł sobie wyobrazić. Jednocześnie 
Trudy  zupełnie  nie  zdawała  sobie  z  tego  sprawy.  Wydawało 
jej  się,  że  cały  plan  spalił  na  panewce  i  że  nie  ma  już 
najmniejszych szans, żeby go uwieść. On tymczasem z każdą 
chwilą był coraz bardziej podniecony. 

 - Możesz położyć pizze na zmywarce w kuchni - rzuciła, 

prostując  się.  -  Jak  rozumiem,  stolik  i  krzesła  są  w  dalszym 
ciągu na zewnątrz. 

 - Tak. - Linc zupełnie o nich zapomniał. - Zaraz się nimi 

zajmę. 

Przeszedł  na  drewnianych  nogach  do  kuchni  i  zostawił 

tam  pizzę.  Poruszał  się  z  trudem,  bo  obrzmiały  członek 
bynajmniej nie ułatwiał mu ruchów. 

Kiedy znowu znalazł się w pokoju, zauważył, że Trudy go 

nie  posłuchała  i  sama  zaczęła  wciągać  pudło  ze stolikiem  do 
środka.  Dżentelmen  pomógłby  jej  w  takiej  sytuacji,  ale  Linc 
był  za  bardzo  zafascynowany  jej  biodrami  i  pupą,  doskonale 
widocznymi pod cienkim materiałem. 

Erotoman  zapewne  wykorzystałby  tę  sytuację  i  Linc  nie 

był  pewny,  czy  za  chwilę  nie  przekroczy  cienkiej  granicy 
między dżentelmenem a erotomanem. 

Trudy zamknęła drzwi na zasuwę, a potem obróciła się w 

jego stronę. 

 -  Powinniśmy  chyba  rozstawić  ten  stolik,  zanim  pizza 

zupełnie nam wystygnie - rzuciła. 

Linc zakaszlał parę razy. 

background image

 - Dobrze. 
 - Widzę, że z trudem powstrzymujesz śmiech - rzekła ze 

łzami w oczach. 

 - Nie, ja tylko... 
 - Zapewniam cię, że gdybym zrobiła to, co zamierzałam, i 

wyszła zza parawanu z miotełką z piór, to byłbyś napalony jak 
nie wiem. 

 -  Masz  miotełkę  z  piór?  -  zainteresował  się.  Zwykle 

podglądał  Belindę,  kiedy  odkurzała  jakieś  rzeczy  z  małej 
drabinki. A z tego, co mówiła w czasie pieszczot ze służącym, 
wynikało, że korzystali z niej też w zupełnie inny sposób. 

 -  Tak.  Myślisz,  że  to  zbyt  ograny  numer?  Mam  ją  za 

parawanem. 

 - Ee... 
 -  Masz  rację,  to  mało  oryginalne.  Tak  jak  ten  kostium. 

Powinnam  raczej  poszukać  czegoś,  co  noszą  prawdziwe 
pokojówki. To byłoby znacznie bardziej podniecające. 

Trudy  naprawdę  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  jak  na 

niego  działa.  Belinda  rzeczywiście  nosiła  nieco  dłuższą 
spódniczkę,  ale  było  to  zdecydowanie  mniej  podniecające. 
Może dlatego udało mu się jakoś przetrwać okres dojrzewania 
bez poważnych konsekwencji. 

 - Ten kostium... - zaczął. 
 -  Tak,  wiem  -  przerwała  mu.  -  Wyglądam  w  nim  tak, 

jakbym  była  prostytutką.  Tak  to  sobie  przynajmniej 
wyobrażam,  bo  nigdy  w  życiu  nie  widziałam  prostytutki.  A 
ty? 

 - Ja widziałem. 
 - Bomba! A przy okazji... Wiesz, nie chciałabym zadawać 

ci  niedyskretnych  pytań,  ale  nigdy  nie  znałam  mężczyzny, 
który płaciłby za te rzeczy. Czy może ty...? 

Linc pokręcił głową. 

background image

 -  Nie,  nigdy  się  do  tego  nie  posunąłem.  -  Bo  się  bałem, 

dodał  w  duchu.  Sam  nie  wiem,  czego.  -  I  żeby  sprawa  była 
jasna, ty wcale nie wyglądasz jak prostytutka. 

Zamiast się ucieszyć, Trudy wyraźnie posmutniała. 
 -  Wiem,  brakuje  mi  seksapilu. Szkoda  było  pieniędzy  na 

ten kostium, skoro zupełnie cię nie podnieca. 

 - Nie powiedziałem niczego takiego - zaprotestował Linc. 
 - Bo jesteś dżentelmenem - westchnęła. 
Nie  był  już  tego  wcale  taki  pewny.  Zwłaszcza  gdy  mógł 

zapuścić wzrok w zagłębienie między jej piersiami. 

 - Hm - chrząknął raz jeszcze. - Bardzo mi się podoba ten 

kostium. I rzeczywiście przypominasz w nim Belindę. 

Spojrzała na niego z nadzieją. 
 - Więc myślisz, że coś by z tego mogło wyjść? 
 - Hm, ta...ak. 
 -  Dobry  z  ciebie  facet.  Jakoś  mi  teraz  lżej.  Wiesz  co, 

spróbuję  potem  pochodzić  trochę  w  tych  butach  i  kostiumie. 
Co  prawda,  nie  sądzę,  żeby  zrobiło  to  na  tobie  wrażenie  po 
tym  nieszczęsnym  upadku,  ale  ten  strój  kosztował  masę 
pieniędzy. Może uda mi się skorzystać z niego w przyszłości z 
lepszym efektem. 

Nie  mógł  sobie  wyobrazić,  jaki  lepszy  efekt  miała  na 

myśli. Chyba że faceta od razu zabiorą do szpitala z zawałem, 
co by go, Linca, nie faceta, wcale nie zmartwiło. 

Raz  jeszcze  chrząknął  i  wydusił  z  siebie  zduszone  „tak, 

oczywiście". 

 - Dobrze, rozstaw stolik i krzesła - poleciła Trudy. - A ja 

zobaczę, co z tą pizzą. Chcesz takie samo piwo jak wczoraj? 

 - Może być - mruknął; 
Znajdował  się  w  wyjątkowo  dziwnej  sytuacji.  Trudy 

chciała  go  uwieść,  ale  po  tym  upadku,  który,  jak  jej  się 
zdawało,  ją  ośmieszył,  porzuciła  ten  plan.  Oczywiście  Linc 
pragnął jej teraz bardziej niż kiedykolwiek. 

background image

Ale  Trudy  miała  zamiar  po  prostu  zjeść  pizzę,  więc zdjął 

kurtkę i powiesił ją na klamce. Następnie rozpakował stolik i 
krzesła. 

 - Gdzie mam to rozstawić? - rzucił w stronę kuchni. 
 -  Myślę,  że  w  kącie  niedaleko  okna  -  powiedziała, 

wychylając się. - Chcesz piwo w szklance czy w butelce? 

 - Może być butelka. 
Przeciągnął stolik na drugą stronę łóżka. Nigdy wcześniej 

nie jadł kolacji w damskiej sypialni. Odetchnął z ulgą, myśląc 
o  tym,  że  tym  razem  uda  mu  się  po  prostu  spożyć  posiłek  i 
wypić  piwo.  Niepotrzebnie  przejmował  się  tym  spotkaniem, 
na długo zanim tu dotarł. 

 - Przyniosłam piwo, proszę pana. 
Na dźwięk słów „proszę pana" poczuł, jak ciarki przeszły 

mu  po  plecach.  Pomyślał,  że  Trudy  po  prostu  się  wygłupia. 
Zerknął na nią i omal nie padł trupem. 

W rękach trzymała dwa talerze z pizzą, nie mogłaby więc 

jeszcze przynieść piwa. Jednak dziewczyna włożyła butelkę w 
stanik,  między  piersi.  Materiał,  który  był  napięty  już 
wcześniej,  wyglądał  tak,  jakby  lada  chwila  miał  puścić, 
odsłaniając jej nagi biust. 

Trudy zatrzepotała rzęsami niczym wcielenie niewinności, 

a  w  zielonych  oczach  pojawiły  się  iskierki,  jakby  zapraszała 
go do wspólnej zabawy. 

 -  Zapraszam  pana  na  kolację  -  rzekła  zmysłowo.  - 

Obawiam  się  tylko,  że  piwo  może  być  trochę  ciepłe.  W  tej 
chwili jednak jest cudownie chłodne. 

Linc poczuł, że zaschło mu w gardle. 
 - To prawda, że zawaliłam na początku, ale może uda się 

uratować resztę wieczoru. 

Linc  zaczął  drżeć  z  podniecenia.  A  więc  jednak  będzie 

próbowała go uwieść. Doskonale wiedział, że nie będzie z tym 
miała problemów. 

background image

 - Co mam robić? - spytał jeszcze nieco ochryple. 
 -  Może  zechce  pan,  żebym  pana  nakarmiła  - 

zaproponowała, uśmiechając się do niego figlarnie. 

 - Do...obrze. 
Złapała  go  za  koszulę  ze  stójką  i  posadziła  na  krześle. 

Sama  natomiast  usiadła  na  stoliku  i  rozsunęła  nogi,  między 
którymi postawiła talerz z pizzą. Linc nie mógł oderwać oczu 
od pizzy i... tego, co znajdowało się nieco dalej. Czuł kobiecy 
zapach Trudy. Pomyślał, że nigdy w życiu nie zapomni pizzy 
garnirowanej  koronkowymi  majteczkami  i  udami  w 
siatkowych pończochach. 

 - Zaczynamy, proszę pana. 
Zamknął  oczy,  żałując  że  włożył  ciasne  dżinsy.  Trudy 

pochyliła się w jego stronę. 

 - Może najpierw piwa? 
 - Tak, poproszę. 
Niewiele myśląc, sięgnął po piwo. Jego dłoń niemal otarła 

się o krągłą pierś. Wyjmując butelkę, zsunął materiał z lewego 
sutka  dziewczyny.  Niemal  jęknął,  widząc,  że  jest  sterczący  i 
zapewne twardy jak kamyk. 

 -  Ojej,  co  pan  zrobił.  -  Trudy  udawała  zmieszanie  tak 

udatnie, że niemal w nie uwierzył. 

 -  Och,  przepraszam  -  szepnął  i  wyciągnął  dłoń,  żeby 

poprawić  jej  sukienkę.  Jednak  Trudy  umknęła  mu,  ocierając 
się koniuszkiem piersi o jego dłoń. 

Aż syknął z podniecenia. 
Przez  moment  chciał  się  na  nią  rzucić,  ale  zdołał  się 

opanować.  Postanowił  grać  najdłużej,  jak  tylko  mu  się  uda, 
zimnego i opanowanego właściciela domu, dla którego seks ze 
służącą jest czymś zupełnie naturalnym. 

Wypił pierwsze łyki piwa. 
 - Smakuje panu? - spytała niepewnie. 

background image

 -  Może  być  -  powiedział  po  raz  nie  wiadomo  który  tego 

wieczoru. - Trochę za zimne. 

Dziewczyna  pochyliła  się  w  jego  stronę,  prezentując 

wspaniały biust. 

 - Proszę bardzo. 
Wstawił  butelkę,  dbając  o  to,  żeby  odsłonić  teraz  prawy 

koniuszek.  Piwo  wyglądało  tam  jak  wielki  fallus  i 
przywodziło mu na myśl rzeczy, których nigdy nie próbował. 

 -  Może  teraz  pizzy?  -  usłyszał  znowu  zmysłowy  głos 

Trudy. 

Wzięła  kawałek  pizzy,  obficie  polany  ketchupem  i 

wyciągnęła  w jego  stronę.  Jego umysł  pełen  był  erotycznych 
obrazów. Jedzenie zupełnie go nie interesowało. W tej chwili 
chciał czegoś zupełnie innego. 

Pochylił  się  i  dotknął  językiem  kawałka  pizzy,  a  potem 

spojrzał jej w oczy. 

 - Wołałbym, żeby był gorący. 
Zwilżyła wargi i zaczęła szybciej oddychać. 
 - A nie jest? 
 - Nie. Możesz go odłożyć. 
Kiedy  to  zrobiła,  wziął  jej  dłoń  i  zlizał  ketchup  z  jej 

palców,  a  następnie  sięgnął  po  butelkę.  Czuł,  że  Trudy  jest 
coraz bardziej podniecona. 

 - Możesz zabrać talerz. 
 - Jak pan uważa. 
Odstawiła go na parapet, ale nie ruszyła się z miejsca. 
Linc wypił trochę piwa, udając obojętność. Nawet 
nie przypuszczał, jak podniecająca może być taka gra. 
 -  Czy  mógłbym  spróbować  czegoś  innego,  Trudy?  -  Po 

raz  pierwszy  użył  jej  imienia.  Dziewczyna  natychmiast 
zrozumiała,  co  to  znaczy,  i  aż  oczy  jej  się  zamgliły  z 
podniecenia. 

 - A na co miałby pan... ochotę? 

background image

Potarł  butelką  jej  sutki  i  zauważył,  że  jeszcze  bardziej 

stwardniały i stały się ciemniejsze. 

 -  Chcę  czegoś...  gorącego,  moja  droga.  Wiesz,  że  jako 

służąca powinnaś spełniać moje polecenia. 

 - Tak, oczywiście. 
 - Proszę pana. 
 - Proszę pana - dodała zaraz. - Na co ma pan ochotę? 
 - Podnieś fartuszek. 
Początkowo  widział,  że  chce  zaprotestować,  ale  potem 

skinęła  pokornie  głową  i  podniosła  ubranie,  ukazując  czarny 
trójkąt majteczek. 

Linc wskazał je butelką. 
 - Zdejmij. 
 - Ależ, proszę pana, będę wtedy naga. 
Skinął  głową,  patrząc  głodnym  wzrokiem  na  ten  trójkąt. 

Kiedy  pochyliła  się,  zdejmując  majtki,  jeszcze  nad  sobą 
panował.  W  końcu  jednak  odsunął  krzesło  i  pomógł  jej  się 
rozbierać. Oboje drżeli z pożądania. A to, co na niego czekało, 
było wilgotne i bardzo, bardzo gorące. 

background image

Rozdział jedenasty 
Oboje byli rozpaleni. Trudy miała coraz większe problemy 

z  oddychaniem.  Linc  oparł  ją  o  stolik  i  pochylił  się  jeszcze 
bardziej.  Dziewczyna  gryzła  wargi,  czując,  że  ani  seks  na 
tylnym  siedzeniu  samochodu,  ani  nawet  seks  w  altance  nie 
przygotował jej na to, co za chwilę miało nastąpić. 

Odruchowo  rozsunęła  uda,  czując  między  nimi  jego 

policzki.  A  potem  Linc  wysunął  język,  a  ona  omal  się  nie 
przewróciła.  Złapała  tylko  stolik,  myśląc,  że  oto  znalazła 
mężczyznę, który zna się na rzeczy. 

I  rzeczywiście,  wystarczyło  parę  ruchów  jego  języka,  a 

ona  niemal  doświadczyła  orgazmu.  Otworzyła  usta,  dysząc 
ciężko. Linc pieścił ją coraz mocniej, z wyraźną wprawą, ale 
też przyjemnością. Jęki i zmysłowe westchnienia dziewczyny 
mieszały się z zawodzeniem saksofonu i kwileniem klarnetów. 

Trudy jeszcze mocniej rozszerzyła uda. Chciała poczuć go 

jak  najlepiej  i  najmocniej.  Linc  się  jednak  nie  spieszył. 
Dawkował  jej  rozkosz,  starając  się  coraz  bardziej  nasilać 
bodźce. 

Kolejny  dreszcz  rozkoszy  przeszył  jej  ciało,  a  potem... 

ucichł.  Nigdy  wcześniej  nie  była  tak  długo  na  krawędzi. 
Rozkosz rozchodziła się wolno po jej ciele i narastała. 

 - Chcę orgazmu - szepnęła błagalnie. - Już! Teraz! 
 - Proszę pana - dorzucił z błyskiem w oku. Widać jednak 

było, że sam jest bardzo podniecony. 

 -  Tak,  proszę  pana  -  powtórzyła  posłusznie,  czując,  że 

same  te  słowa  niemal  doprowadziły  ją  do  szczytowania.  - 
Niech pan mnie weźmie najlepiej, jak pan potrafi. 

To wystarczyło. Linc poczuł falę gorąca, która przetoczyła 

się  przez  jego  ciało.  Już  chciał  dać  nurka  między  uda 
dziewczyny, ale jeszcze się powstrzymał. 

 - Co mam zrobić? 
 - Chciałabym... 

background image

 - Powinnaś powiedzieć, że mogę robić, co chcę - pouczył 

surowo. 

 -  Tak,  niech  pan  robi,  co  chce  -  wyrzuciła  z  siebie,  a 

następnie złapała haust powietrza. 

Jej piersi uniosły się prowokacyjnie. 
 - Tak jest lepiej. 
Pochylił  się,  gotowy  zaspokoić  wszystkie  jej  pragnienia. 

Kolejne  pieszczoty  języka  były  coraz  silniejsze.  Jej  drżenie 
zaczęło  narastać.  Trudy  jęczała  coraz  mocniej  wraz  z 
nasilaniem  się  miarowej  pieszczoty  i  wkrótce  przeżyła 
najbardziej spektakularny orgazm w swoim życiu. 

Cała drżąca opadła na stolik. Poczuła, jak Linc pochyla się 

nad  nią.  Pieścił  przez  moment  jej  odsłonięte  piersi  i  szyję,  a 
potem poczuła, jak łapie ją wpół. 

 -  Przenosimy  się  na  łóżko  -  zadysponował,  -  Nie  wiem, 

czy ten stolik wytrzyma kolejne ekscesy. 

Chwyciła  go  za  szyję  i  po  chwili  poczuła  miękką  pościel 

pod sobą, a silne ciało Linca tuż nad sobą. Chciała przycisnąć 
go jeszcze mocniej, ale on odsunął się od niej niepewnie. 

 - Masz jakieś zabezpieczenie? A może bierzesz pigułki? - 

spytał. 

 -  Mam  prezerwatywy...  proszę  pana  -  szepnęła.  To 

właśnie był seks w wielkim mieście. Na to czekała. 

 - Gdzie? 
 - Pod poduszką... proszę pana. 
 - Wiesz, że jesteś bardzo zuchwała. - Odsunął się od niej i 

spojrzał  gniewnie.  -  Powinienem  ci  dać  lanie  na  goły  tyłek. 
Ale najpierw sam się rozbiorę. 

Trudy  nie  chciała  na  to  pozwolić.  Od  wczoraj  myślała  o 

tym, jak przyjemnie byłoby go rozbierać. 

 - Bardzo proszę, chciałabym pana sama rozebrać - rzuciła 

błagalnie. 

background image

Spojrzał  na  nią  groźnie,  a  jednocześnie  wybrzuszenie  na 

jego dżinsach powiększyło się trochę. 

 -  Jeśli  coś  zrobisz  źle,  zbiję  cię  jeszcze  mocniej  - 

zapowiedział surowo. 

Aż zadrżała z podniecenia. Linc wspaniale wszedł w rolę, 

którą dla niego przygotowała. Atmosfera gęstniała z sekundy 
na sekundę. 

 - Oczywiście, proszę pana. 
 - Dobrze. 
Linc  zszedł  z  łóżka  i  stanął  tuż  obok.  Trudy  usiadła  na 

pościeli, spuszczając nogi w dół. Cieszyło ją to, że nie dosięga 
stopami podłogi. Miała wrażenie, jakby łóżko zamieniło się w 
wielki statek, który miał ją zabrać w długą erotyczną podróż. 

 - Możesz zacząć od koszuli - dodał, stojąc sztywno. 
Tak,  jak  prawdziwy  pan,  który  czeka,  aż  go  rozbiorą, 

pomyślała. 

 - Tak, proszę pana. - Wyciągnęła ręce i rozpięła pierwszy 

guzik od dołu. Kiedy posuwała się wyżej, Linc musiał się do 
niej zbliżać. Czuła go coraz mocniej między swymi nogami. 

 - Za wolno - rzucił Linc. 
Poczuła,  że  drży,  ale  ona  też  miała  problemy  z 

rozpinaniem.  Ręce  zaczęły  jej  się  trząść  i  z  trudem  łapała 
oddech. 

 - Staram się, proszę pana. 
W  końcu  dotarła  do  końca  i  wyciągnęła  koszulę  z  jego 

dżinsów.  Przez  chwilę  podziwiała  jego  umięśnioną  pierś  i 
płaski  brzuch,  a  potem  pochyliła  się,  biorąc  w  zęby  jego 
obwiedziony ciemnymi włosami sutek. 

 -  Przecież  nie  pozwoliłem  ci  tego  zrobić  -  rzekł 

gardłowym głosem. 

 - Nie, proszę pana. - Zaczęła przesuwać językiem po jego 

piersi, czując jak Linc się pręży i zaczyna ciężej oddychać. 

 - Pamiętaj, że czeka cię kara. 

background image

 - Tak, proszę pana. 
 -  Surowa  kara.  Chyba  że  poradzisz  sobie  lepiej  z 

dżinsami. 

Kiedy  na  nie  spojrzała,  przyszło  jej  do  głowy,  że  trudno 

będzie  je  zdjąć.  W  ciągu  ostatnich  paru  minut  zrobiły  się 
zdecydowanie za ciasne. 

Jednak  Trudy  zabrała  się  do  dzieła  z  takim  zapałem  i 

ciągnęła  tak  mocno,  że  w  końcu  udało  się  je  ściągnąć  do 
kolan. Linc zdjął nogami swoje buty i czekał na to, co miało 
nastąpić. 

Zawahała się. Pamiętała kształt i rozmiar jego członka, ale 

teraz  miała  ochotę  jeszcze  to  sprawdzić.  Przełknęła  ślinę, 
patrząc na jego bokserki. 

 - Za wolno - rzucił raz jeszcze Linc i sam zdjął dżinsy. - 

Musisz się bardziej starać, moja droga. 

Moja  droga!  Nie  każdy  mężczyzna  wiedziałby,  jak 

rozegrać tę grę. Ale nie Linc! On był w tym coraz lepszy. Stał 
przed nią prawie nagi, ale udawał, że wcale nie robi to na nim 
wrażenia. 

Sięgnęła do jego bokserek, ale on surowo pokręcił głową. 
 - Sam skończę. 
Po  chwili  nie  miał  już  na  sobie  ani  skarpetek,  ani 

bokserek.  Stał  przed  nią  nagi  ze  wspaniałym  ptakiem,  który 
mimo wielkości niemal wzlatywał do nieba. Patrzyła na niego, 
nie kryjąc podziwu. Wczoraj nie widziała jego członka w całej 
pełni. Teraz mogła mu się przyjrzeć do woli. 

Linc zrobił krok w jej stronę. 
 -  A  teraz  co  do  twojej  kary  -  zaczął.  -  Doszedłem  do 

wniosku,  że  nie  muszę  cię  bić.  Mógłbym  się  przy  tym 
zmęczyć, wiesz... 

 -  Więc  jak...  mnie  pan  ukarze?  -  Przełknęła  ślinę  i 

spojrzała na niego głodnymi oczami. 

background image

Mimo  nagości  Linc  nadal  zachowywał  się  niczym 

arystokrata. 

 - Masz robić, co ci każę, i o nic nie pytać. 
 - Tak, proszę pana. - Spuściła oczy. W ten sposób mogła 

lepiej  widzieć  jego  członek,  którego  rozmiary  zwiastowały 
prawdziwą rozkosz. 

 - Zdejmij buty. 
Zrobiła  to  z  prawdziwą  przyjemnością,  myśląc,  że  minie 

sporo czasu, zanim przyzwyczai się do obcasów. 

 - A teraz klęknij na łóżku, twarzą do mnie - wydał kolejne 

polecenie. 

Kiedy to zrobiła, uświadomiła sobie, że jej piersi znajdują 

się  dokładnie  na  wysokości  jego  twarzy.  Pewnie  o  to  mu 
chodziło,  ponieważ  Linc  wziął  ze  stolika  butelkę  i  wylał 
trochę  piwa  na  prawą  dłoń,  a  następnie  zaczął  wcierać 
pachnący trunek w jej piersi. Najpierw jedną, a potem drugą. 
Trudy  do  tej  pory  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  erotycznych 
możliwości piwa. 

 - A teraz je wyliżę - powiedział. 
Przełknęła  ślinę.  Czy  uda  jej  się  wytrzymać  i  nie 

przyciągnąć go do siebie? 

Zaczął  lizać  jej  piersi,  starannie  unikając  koniuszków. 

Najpierw prawą, a potem lewą. Trudy wypięła pierś i jęknęła, 
ale bez rezultatu. 

Zaśmiał się gardłowo. 
 - Jeszcze nie, moja droga. 
Musiała  zrobić  bardzo  nieszczęśliwą  minę,  gdyż  właśnie 

w tym momencie poczuła język Linca na całej piersi. 

 - Teraz - szepnął. 
O  dziwo,  coś  w  rodzaju  orgazmu  szarpnęło  jej  ciałem. 

Pieszczota  była  niespodziewana  i...  bardzo  podniecająca.  Co 
też jeszcze zamierza z nią zrobić? 

background image

Linc  zacisnął  wargi  wokół  jej  sutka  i  zaczął  ssać.  Coraz 

mocniej. Trudy czuła, jak kolejne fale rozkoszy przelewają się 
przez  jej  ciało.  Kępka  włosów  między  jej  nogami  była  już 
niemal zupełnie mokra. Zaczęła dyszeć i sięgnęła tam dłonią, 
doprowadzając się niemal od razu do szczytu. 

 - Sama nie możesz - upomniał ją surowo. 
Nie  wiedziała,  jak  długo  jeszcze wytrzyma  słodką  udrękę 

pieszczot.  Pragnęła  go  coraz  bardziej.  Dłonie  dziewczyny 
bezwiednie  przesuwały  się  w  stronę  jej  kobiecości  lub  jego 
męskości. 

Linc pokręcił głową. 
 - Wobec tego masz się trzymać słupa. - Wskazał jeden z 

czterech. 

Posłusznie  chwyciła  słup,  wyobrażając  sobie,  że  jest  to 

wielki  penis  Linca.  Wypięła  jednocześnie  prowokacyjnie 
pupę, ale on zaczął pieścić od tyłu jej piersi. 

 -  Jesteś  niewiarygodna  -  wyrwało  mu  się  w  pewnej 

chwili,  ale  zaraz  powrócił  do  roli:  -  Masz  tak  stać,  dopóki  z 
tobą nie skończę, zrozumiano? 

 -  Taaak  -  jęknęła,  przedłużając  samogłoskę,  bo  właśnie 

zaczął drażnić kciukiem koniuszek jej piersi. 

 - Tak, proszę pana. 
 - Tak, proszę pana - powtórzyła słabym głosem. 
 - I zrobię z tobą, co będę chciał. 
 - Tak, proszę pana. 
Niemal  jęknęła,  czując  jego  dłonie  na  wnętrzach  ud. 

Zaczął  zsuwać  z  nich  siatkowe  pończochy,  które  i  tak 
pozjeżdżały już niżej.  

Zadarł  do  góry  jej  krótką  spódniczkę,  podziwiając  tył. 

Trudy wiedziała, że  nie  może puścić słupa, ale zaczęła coraz 
mocniej  kręcić  pupą.  Aż  krzyknęła,  kiedy  poczuła  na  niej 
nagle  jego  członek. To  było  niesamowite  doświadczenie.  Już 

background image

myślała, że Linc zagłębi się w niej, ale on wycofał się, chociaż 
zapewne wiele go to kosztowało. 

Poklepał ją po pupie. 
 - A teraz na czworaka. Tyłem do mnie. 
Z  drżeniem  puściła  słup  i  oparła  się  dłońmi  o  miękką 

pościel.  Ustawiła  się  od  razu  z  rozwartymi  udami,  ale  Linc 
kazał je zacisnąć. 

Był tak apodyktyczny! Tak męski! 
 - Teraz wypnij pupę - rozkazał jej. 
Nie  zniosłaby, gdyby któryś z chłopaków z  Virtue  mówił 

do niej takim tonem. Jednak z Lincem było zupełnie inaczej. 
Stanowił on ucieleśnienie wszystkich snów o wielkim mieście 
i tym, co ją tam czeka. 

Linc sięgnął pod poduszkę. 
 -  Aż  dziesięć  -  rzekł  z  uznaniem.  -  No,  muszę  cię 

pochwalić. 

Usłyszała  dźwięk  rozdzieranego  papieru,  a  potem  szelest 

lateksu. Chciała znowu rozsunąć nogi, ale Linc ponownie tego 
zabronił. Po chwili poczuła jego członek. Linc przesunął nim 
w  górę  i  w  dół,  a  ona  odruchowo  rozsunęła  nogi  najszerzej, 
jak tylko mogła. 

Tym  razem  nie  miał  o  to  pretensji.  Poruszał  się  w  niej 

wolno, ale kiedy znowu zaczęła poruszać pupą, przyspieszył. 
Słyszała  tylko  jego  oddech,  a  potem  oboje  zaczęli  jęczeć  i 
krzyczeć  z  rozkoszy.  Ona  miauczała  jak  kotka.  Przyszedł 
pierwszy  orgazm,  a  potem  nagle,  nie  wychodząc  z  niej,  był 
gotowy do następnego. 

Trudy nigdy nie kochała się tak wspaniale. Dzięki Lincowi 

pofrunęła do gwiazd i z powrotem. Przeżyła coś, czego nigdy 
nie udało jej się przeżyć z chłopakami z Virtue. Nie orgazm, 
ale kilka orgazmów rozłożonych w czasie najlepiej jak to było 
można. 

background image

Linc  stał  oparty  o  łóżko  i  dyszał,  starając  się  dojść  do 

siebie. Nigdy jeszcze się tak nie kochał, chociaż zawsze miał 
na to ochotę. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak ubogie było 
jego życie seksualne. Jak wiele w nim brakowało. 

Odsunął  się  od  Trudy,  chcąc  jej  dać  chwilę  odpoczynku. 

Za  nic  jednak  nie  pozwoliłby  zakończyć  gry.  Teraz,  kiedy 
zaczął, nie miał siły przerwać. 

 - Zaraz... zaraz wracam. 
Nogi  miał  jak  z  waty,  ale  mimo  to  udało  mu  się  przejść 

obok kuchni i dotrzeć do łazienki. Jego kondom był pełny. To 
cud,  że  nie  pękł.  Trudy  musiała  wybrać  dobry  gatunek. 
Wyrzucił  go,  spuścił  wodę  i  umył  ręce.  A  potem  chwycił 
brzeg umywalki, myśląc o tym, co też najlepszego zrobił. 

Wystarczyły dwa dni, żeby Trudy owinęła go sobie wokół 

palca.  Miał  niby  wyświadczyć  jej  przysługę,  a  czuł  się  jak 
małe  dziecko,  które  czeka  na  bożonarodzeniowy  prezent. 
Odgrywał  rolę  pana,  a  tak  naprawdę  stał  się  jej  pokornym 
służącym, który czeka na każde skinienie swej pani. 

Gdyby  jeszcze  w  piątek  ktoś  mu  powiedział,  że 

uprawianie seksu będzie go tak podniecać, roześmiałby mu się 
w twarz. Miał poukładane życie i seks pełnił w nim istotną, ale 
drugorzędną rolę. 

Teraz  to  wszystko  wywróciło  się  na  opak.  Sam  nie 

wiedział, co jest dla niego najważniejsze. Jakaś siła pchała go 
do  pokoju  obok,  gdzie  czekała  Trudy.  To  niebezpieczne, 
pomyślał.  Ktoś,  kto  chce  spędzać  tyle  czasu  w  łóżku  z  jakąś 
kobietą, może zaangażować się w poważny związek. 

Najlepiej zrobi, jeśli się teraz ubierze i pojedzie do domu. 

To  pozwoli  mu  nabrać  trochę  dystansu  do  tego,  co  się  stało. 
Może  zrozumie  wtedy,  że  Trudy  nie  jest  taka  znowu 
wyjątkowa  i  że  to  głupie  wciąż  jej  pożądać.  A  o  tym,  że 
pożądał, świadczył jego nabrzmiały członek, który stał niczym 
żołnierz gotowy do dalszych akcji dywersyjnych. 

background image

 - Nic z tego, stary - powiedział, grożąc mu palcem. Jego 

penis  na  pewno  uśmiechnąłby  się  na  te  słowa,  gdyby  tylko 
umiał  się  uśmiechać.  A  może  nawet  wybuchnąłby  głośnym 
śmiechem. Jednak teraz podniósł się tylko wyżej niczym ptak, 
który zrywa się do lotu. 

Linc  westchnął,  widząc  niesubordynację  narządu,  który 

przecież  był  jego  częścią.  Niestety,  prawda  przedstawiała  się 
tak, że wciąż pragnął Trudy. Chciał poczuć jej ciało i jeszcze 
raz móc w nią wejść, a potem jeszcze raz i jeszcze... 

Westchnął głośno i skierował się w stronę dużego pokoju. 

Trudy  nie  było  na  łóżku.  Przez  chwilę  przyglądał  się  mu, 
myśląc,  że  może  zapodziała  się  gdzieś  w  pościeli,  a  potem 
rozejrzał się po całym pomieszczeniu. 

 - Trudy! 
Zajrzał do kuchni i pokoju obok, ale tam też jej nie było. 
 - Trudy, gdzie jesteś?! - zawołał głośniej. 
 - Przebieram się. 
Jej głos dobiegał zza parawanu. W chwilę później na jego 

brzegu  pojawiła  się  rzucona  wprawną  ręką  siatkowa 
pończocha. Po chwili dołączyła do niej druga. 

Linc 

chrząknął 

zakłopotany,  przypominając  sobie 

zdarzenia  sprzed  paru  minut.  Pomyślał,  że  jest  teraz  naga  za 
parawanem, i ślinka napłynęła mu do ust. O, jakże chętnie by 
na  nią  teraz  zerknął,  choćby  przez  szpary  w  parawanie. 
Niczym  mały  chłopiec,  który  podgląda  siostrzyczkę  w 
toalecie. 

 - W co się przebierasz? - wydobył z siebie w końcu głos. 
 - Nieważne - odparła. 
O nie, to było bardzo ważne. Wiedział o tym nie tylko on, 

ale i jego członek. 

Obok pończoch pojawiły się podwiązki. 
 - Linc... 
 - Tak, słucham? - Cały drżał z emocji. 

background image

 - Chyba powinieneś już iść. 
Iść? Do swego samotnego mieszkania? Za nic w świecie! 
 - Czy uważasz, że przesadziłem...? 
 - O, nie! Byłeś cudowny! Przeżyliśmy wspaniałe chwile. 
 -  Więc  dlaczego...?  -  Chciał  powiedzieć  „mnie 

wyrzucasz", ale nie dokończył zdania. 

 -  Wiesz,  nie  chciałabym  od  razu  wyczerpać  wszystkich 

możliwości. 

Cała Trudy! On trzęsie się z podniecenia, a ona opowiada 

mu o jakiejś tajemnicy! Jednak tak naprawdę nie mógł się na 
nią  gniewać.  Przecież  jeszcze  przed  chwilą  myślał  o  tym 
samym.  Może  jak  się  przebierze  i  przestanie  przypominać 
Belindę, będzie mu trochę łatwiej się z nią rozstać? 

Mógłby  się  z  nią  kochać  do  białego  rana,  a  jeszcze  nie 

miałby  dość.  Było  to  raczej  dziwne,  zważywszy,  że  gdy 
poszedł do łóżka z poprzednią partnerką, to zasnął nie po, ale 
przed stosunkiem. Przy Trudy chyba nigdy nie udałoby mu się 
zasnąć.  Pomyślał  z  niechęcią  o  swoim  nudnym,  luksusowym 
mieszkaniu i podszedł do łóżka, żeby zebrać swoje ubrania. 

 -  Dobrze  -  mruknął.  -  Powinniśmy  się  trochę  przespać. 

Jutro przecież jest dzień pracy. 

Wcale się tym nie przejmował. Pomyślał jednak o tym, że 

Trudy powinna być wyspana i przytomna swojego pierwszego 
dnia w pracy. 

 -  Będziesz  o  mnie  jutro  myślał?  -  spytała.  Przez  cały 

dzień, zapewnił w duchu. 

 -  Pewnie  tak  -  rzekł  zdawkowym  tonem.  -  Przecież  nie 

zawsze  zdarza  mi  się  kochać  ze  służącą.  Prawdę  mówiąc, 
nigdy tego nie robiłem. 

 - Na pewno? 
Linc  uśmiechnął  się  i  zaczął  wkładać  bokserki.  Trudy 

miała  przesadne  wyobrażenia  o  jego  życiu  erotycznym.  A 

background image

może wydawało jej się, że wszyscy w Nowym Jorku pieprzą 
się jak króliki? Że na tym właśnie polega wielkomiejski styl? 

 -  Naprawdę,  z  nikim  nie  było  mi  tak  dobrze  jak  z  tobą  - 

powiedział wiedziony impulsem. 

Na  drugi  raz  musi  bardziej  uważać,  żeby  tak  się  nie 

odsłaniać. 

 -  Jak  zwykle  starasz  się  być  szarmancki  -  próbowała 

żartować, ale wyczuł ciepło w jej głosie. - Dziękuję. 

 -  To  raczej  ja  powinienem  podziękować.  Słowo 

„podziękować" nie wyrażało do końca jego uczuć. Linc był jej 
dozgonnie  wdzięczny,  że  wprowadziła  go  w  swój  świat 
erotycznych  fantazji.  Było  to  najwspanialsze  doświadczenie 
jego  dorosłego  życia.  Dałby  wiele,  żeby  móc  to  raz  jeszcze 
przeżyć. 

 - Więc chciałbyś jeszcze raz... kiedyś..? Dobry Boże, i to 

jak najszybciej! 

 - Może... 
 - Kiedy? 
Choćby teraz, odparł w duchu. Mogę się do ciebie wybrać 

za ten parawan. 

 -  Kiedy  tylko  będziesz  miała  ochotę  -  odpowiedział 

uprzejmie. 

 - Jutro wieczorem? - spytała z nadzieją. Tak!!! krzyczał w 

duchu. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  jestem  wolny  -  rzekł  z  namysłem.  - 

Powiedzmy,  że  jesteśmy  umówieni.  Gdyby  coś  się  działo,  to 
dam ci znać. 

 -  Świetnie.  Przyjdziesz  o  siódmej?  Oczywiście,  jeśli 

będziesz mógł - zastrzegła zaraz. 

Nie  chciało  mu  się  wierzyć,  że  umawiają  się  z  takim 

brakiem  zaangażowania.  Jakby  oboje  się  czegoś  bali.  On 
doskonale wiedział, o co  mu chodzi. Ale  Trudy... No cóż, to 
jej pierwsze podboje w Nowym Jorku. Pewnie uznała, że musi 

background image

być  ostrożna.  Albo  że  taki  właśnie  ton  obowiązuje  przy tego 
rodzaju rozmowach... 

 - Tak, siódma będzie dobra. 
 -  Cieszę  się.  I  Linc...  chciałam  ci  podziękować  za  to,  że 

się mną zająłeś. 

 - Nie ma za co. 
 -  Wiesz,  nie  byłam  pewna,  czy  będziesz  miał  ochotę  na 

seks  przy  odsłoniętych  oknach.  Nie  zdążyłam  jeszcze  kupić 
zasłonek...  Ale  to  oczywiście  nie  mogło  odstraszyć  tak 
obytego faceta jak ty. 

Linc  wybałuszył  oczy,  patrząc  w  stronę  ciemnych 

prostokątów okien. Zupełnie o tym zapomniał! 

 -  Tak,  nie  mogło  -  bąknął.  -  Zresztą  przy  tych  świecach 

niewiele pewnie było widać. 

 - Pewnie niewiele - potwierdziła. 
Jednak  po  pierwszym  szoku  myśl  o  tym,  że  ktoś  mógłby 

ich widzieć, nie wydała mu się już tak przykra. Czyżby, dzięki 
Trudy,  odkrył  w  sobie  coś  z  ekshibicjonisty?  Gdyby  był 
mądrzejszy, zakończyłby ten  związek, zanim odkryje  kolejne 
dziwne rzeczy. 

 -  Nie  musisz  kupować  zasłonek  -  dorzucił.  -  Będę  o 

siódmej. 

 - Na pewno? Nic ci nie wypadnie? 
 - Nie, nic - odparł z niezmąconą pewnością. 

background image

Rozdział dwunasty 
W poniedziałek Meg przez cały ranek zastanawiała się, jak 

też  poszło  przyjaciółce.  Zastanawiała  się  nawet,  czy  nie 
zadzwonić,  ale  Trudy  musiała  być  bardzo  zajęta  pierwszego 
dnia  pracy  w  Babcock  and  Trimball  i  Meg  nie  chciała  jej 
przeszkadzać.  Cała  się  jednak  gotowała,  żeby  dowiedzieć  się 
czegoś o przystojnym Faulknerze. 

Postanowiła doczekać do lunchu i zabrać Trudy do małego 

baru,  unikanego  przez  innych  pracowników  firmy,  gdyż  ich 
zdaniem serwował on posiłki dla „chłopa od kosy". Być może, 
ale tłuczone ziemniaki i tłusty sos do mięsa przypominały jej 
rodzinne  Virtue.  A  poza  tym  będą  tam  mogły  spokojnie 
porozmawiać. 

W  końcu  udało  się.  Meg  odebrała  przyjaciółkę  wprost  z 

biura  i  wyciągnęła  na  zaśnieżoną  ulicę.  Już  na  wstępie 
ucieszyło  ją  to,  że  Trudy  miała  na  sobie  skórzany  płaszcz 
Linca, a nie starą kurtkę, jak przy zakupach. Gdyby to od niej 
zależało, byłaby to pierwsza z ich wspólnych rzeczy. 

Do baru przeszły pieszo, a następnie Meg wpuściła Trudy 

do środka. 

 - Wiem, że to niezbyt modne miejsce - powiedziała, kiedy 

zasiadły przy pokrytym ceratą stoliku w jednej z lóż. - Ale za 
to można tu spokojnie porozmawiać. A ja chcę się dowiedzieć 
wszystkiego o wczorajszym wieczorze! 

 - Myślisz, że nie przyjdzie tu nikt z mojej pracy? Czyżby 

ktoś się tutaj zatruł? 

Meg pokręciła głową. 
 - Nie, ale wszyscy uważają to jedzenie za zbyt wiejskie. - 

Podsunęła  jej  wydrukowane  na  jednej  kartce  i  zafoliowane 
menu.  -  Zajrzyj do  karty,  to  tak  jakbyś  się  znowu  znalazła  w 
domu. 

Trudy  zaczęła  przeglądać  listę  potraw,  a  potem  parsknęła 

śmiechem. 

background image

 - Masz rację, dania te same co u Hansona. Nawet pachnie 

tu tak samo, mocną kawą i smażoną cebulą. 

 -  Wskazała  jedną  z  potraw.  -  Klopsiki  w  sosie 

chrzanowym.  Myślałam,  że  jak  tu  przyjadę,  to  już  nie  będę 
miała ochoty na klopsiki. 

 -  Wcale  nie  musisz.  Pieczony  indyk  też  jest  dobry. 

Posłuchaj, jak ci poszło z Lincem? 

 - Dzień dobry, czym mogę służyć? - spytała kelnerka, na 

którą Meg nawet nie zwróciła uwagi. 

 -  Poproszę  klopsiki  w  sosie  chrzanowym  i  kawę  - 

powiedziała Trudy. 

Meg z przyjemnością stwierdziła, że przyjaciółka wygląda 

na  zadowoloną  z  życia.  Wszystko  więc  musiało  być  w 
porządku. Jednak teraz potrzebowała szczegółów. 

 - A dla pani? - kelnerka spojrzała na Meg. 
 - To samo, tylko proszę o ziołową herbatę zamiast kawy - 

rzuciła  szybko.  -  No,  gadaj  -  zwróciła  się  do  Trudy,  kiedy 
tylko  kelnerka  zniknęła  na  zapleczu.  -  Spodobał  mu  się  strój 
służącej? 

Trudy położyła dłonie na ceracie i skinęła głową. 
 - Mhm. 
 -  Świetnie,  opowiedz  mi  wszystko  -  ściszyła  głos, 

ponieważ  nie  chciała  zgorszyć  siedzącego  obok,  starszego 
małżeństwa. 

Trudy  zaczęła  mówić,  zaczynając  od  gafy,  a  kończąc  na 

wspaniałym  stosunku,  jaki  w  końcu  odbyli.  Opowiadała  ze 
smakiem i wieloma szczegółami, tak że sama Meg poczuła się 
w końcu podniecona. 

 - I coś? Został na noc? Trudy potrząsnęła głową. 
 -  Wcale  tego  nie  chciałam  -  westchnęła.  -  Byłam 

naprawdę zadowolona, kiedy wyszedł do łazienki i mogłam... 
- Wciągnęła powietrze nosem. - Mm, co za zapach! 

background image

Kelnerka  postawiła  przed  nimi  niemal  pływające  w  sosie 

klopsiki. 

 - Proszę uważać, są bardzo gorące - ostrzegła. 
 -  Dobrze  -  odparła  Trudy  i  nie  wiedzieć  czemu  się 

zaczerwieniła. 

Meg  miała  na  tyle  zdrowego  rozsądku,  żeby  nie  pytać  o 

powód.  Wiedziała,  że  nie  musi  znać  wszystkich  szczegółów. 
To  właśnie  one  tworzyły  niepowtarzalną  atmosferę  każdego 
zbliżenia,  którą  chciało  się  zachować  tylko  dla  siebie.  Była 
jednak  trochę  rozczarowana  tym,  że  Linc  nie  został  na  noc. 
Miała nadzieję, że zwiążą się ze sobą bardziej już na początku. 
Wtedy wiedziałaby, że wszystko idzie według jej planu. 

Zjadły ze smakiem, a po posiłku usiadły wygodnie, każda 

ze swoim napojem w ręku. 

 -  Dobrze,  teraz  możesz  dokończyć.  Trudy  zaczerpnęła 

powietrza. 

 - Więc po tym, jak Linc wyszedł do łazienki, schowałam 

się za parawanem. 

Meg zrobiła wielkie oczy. 
 - Ale... po co? 
 -  Nie  chciałam,  żeby  znalazł  mnie  w  łóżku  -  padła 

odpowiedź. 

 -  Dlaczego  nie,  na  miłość  boską?!  Wyobraziła  sobie,  jak 

musiał się poczuć Linc, kiedy 

Trudy  zaczęła  się  z  nim  bawić  w  chowanego.  Na  pewno 

nie był zadowolony. Być może uznał ją wręcz za dziwaczkę. 

Trudy spojrzała na nią zupełnie szczerze i otwarcie. 
 -  Chciałam  zostawić  mu  wrażenie  niedosytu  i... 

tajemnicy. 

Wypiła łyk kawy. 
 -  Daj  spokój,  pewnie  przestraszył  się,  że  wyskoczyłaś 

przez okno. 

background image

 - Zastanów się, Meg. -  Odstawiła kawę. -  Odgrywaliśmy 

jakieś  role  i  było  nam  wspaniale,  ale  to  się  nagle  skończyło. 
Pokojówka musiała zniknąć, a ja nie mogłam mu stawić czoła 
jako ja. 

 - Więc mogłaś się rozebrać i wskoczyć do łóżka. W czym 

problem? 

 -  Ale  z  kim  wówczas  kochałby  się  Linc?  Ze  mną  czy  z 

pokojówką? 

 - A co to za różnica? 
 - Zasadnicza. Dlatego, że ja nie chcę po prostu się kochać. 

Na  tylnym  siedzeniu  samochodu  nie  mogłam  być  ani 
królewną,  ani  nawet  pokojówką.  Teraz  chcę  spróbować 
różnych ról, a do tego potrzebuję tajemnicy. Tak jak aktorka. 

 - Och - westchnęła tylko Meg i napiła się trochę ziołowej 

herbaty. - Rozumiem. 

Sama wierzyła w urozmaicenia, ale nigdy nie posunęła się 

do  odgrywania  różnych  ról.  Bardzo  ciekawe,  pomyślała.  A 
skoro  Trudy  uważa,  że  jest  to  jej  potrzebne,  to  pozostaje 
zgodzić się z tą opinią. 

Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej. 
 - Widzisz, to było jedyne wyjście. Dobrze, że udało nam 

się kupić ten parawan! 

Meg pokiwała głową i oparła się łokciami o stół. 
 - No dobrze, a co było później? Linc cię zawołał i co? 
 - Nie odpowiedziałam. 
 - Dobrze, że nie zadzwonił na policję. 
 -  Po  co?  Okno  było  zamknięte.  Drzwi  też.  A  ja 

odpowiedziałam,  kiedy  zawołał  po  raz  drugi.  Zawsze  trzeba 
trochę zaniepokoić faceta. To lepiej działa. A potem zaczęłam 
się  rozbierać  za  parawanem,  tak  żeby  mógł  widzieć  moje 
pończochy i podwiązki. 

 -  I  nie  wtargnął  za  parawan,  żeby  cię  stamtąd  zabrać?  - 

zaciekawiła się jeszcze Meg. 

background image

 - Nie, bo powiedziałam, że powinien już iść. 
Jej  przyjaciółka  omal  nie  zakrztusiła  się  swoją  ziołową 

herbatą. 

 -  Co  takiego?!  Sama  odesłałaś  go  do  domu?!  Pewnie  się 

obraził? - dopytywała się zmartwiona. 

 - Nie, bo zapewniłam go, że było mi wspaniale. I umówił 

się ze mną dzisiaj na siódmą. 

Meg  odetchnęła  z  ulgą.  Jednocześnie  sięgnęła  po 

serwetkę, żeby ukryć triumfalny uśmieszek. Niepotrzebnie się 
martwiła, gdyż wszystko szło doskonale. 

 - Świetnie! Chcesz uraczyć go nową fantazją? 
 -  Mhm.  -  Trudy  skromnie  spuściła  oczy.  -  Ale  opowiedz 

mi  o  tych  wiązadłach,  które  kupiłaś  w  sex  -  shopie. 
Wypróbowaliście je z Tomem? 

 -  Em,  tak.  -  Meg  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że 

starsze  małżeństwo  w  loży  obok  przestało  jeść  i  mężczyzna 
wyciera  coś  ze  stolika.  -  Mów  ciszej,  zdaje  się,  że  ci  starsi 
ludzie za nami podsłuchują. 

Trudy uśmiechnęła się figlarnie. 
 -  Opowiedz  mi  o  tym  koniecznie  -  rzuciła  jeszcze 

głośniej. 

 - Masz na mnie zły wpływ. 
 - Tak jak ty na mnie. 
Meg  wybuchnęła  śmiechem,  czując  się  znowu  jak 

szesnastolatka,  a  następnie  zerknęła  do  sąsiedniej  loży. 
Mężczyzna  i  kobieta  wyglądali  tak,  jakby  przykuto  ich  do 
siedzeń. Może chcą jeszcze wzbogacić swoje życie erotyczne? 
A może doświadczyli więcej niż przypuszczają? 

 -  Tomowi  wydawało  się,  że  to  on  mnie  przywiąże  do 

łóżka - zaczęła Meg. - W końcu jednak namówiłam go na to, 
żeby spróbował pierwszy. 

 - Było ciężko? 

background image

 - Jasne. Musiałam mu obiecać, że odwiążę go na pierwsze 

żądanie. Zabawne, że potem wcale o to nie prosił - dodała po 
chwili. 

Oczy Trudy zalśniły z ciekawości. 
 - Czy to znaczy, że dobrze się bawił? 
 -  Twierdził,  że  przeżył  najwspanialszy  orgazm  w  swoim 

życiu. Mam wrażenie, że faceci boją się takich sytuacji, bo są 
przyzwyczajeni do dominacji. Ale kiedy raz  się zdecydują, to 
mają  olbrzymią  frajdę.  -  Zamilkła  na  moment,  jakby  się  nad 
czymś zastanawiała. - Jeśli taki spokojny facet jak Tom miał 
fantastyczny  orgazm,  to  wyobraź  sobie,  co  stanie  się  z 
Lincem... 

Trudy cała się rozpromieniła. 
 -  Też  o  tym  myślałam  i  stwierdziłam,  że  warto 

spróbować. Ale z tego wniosek, że muszę pójść jeszcze raz do 
tego sklepu. Możesz podać mi adres? 

Meg skinęła głową, widząc jak Trudy wyjmuje swój notes. 

Zapisała  go  i  schowała  notes  do  plecaczka.  Już  chciały 
wychodzić, kiedy usłyszały lekkie chrząknięcie. 

 - Przepraszam, czy może pani powtórzyć numer domu? - 

spytała starsza kobieta. 

Meg  spełniła  prośbę,  myśląc  o  tym,  że  małżeństwo  obok 

wcale  nie  było  zaszokowane  ich  rozmową.  W  każdym  razie 
nie  żona,  ponieważ  mąż  siedział  trochę  sztywno  i  był 
czerwony na twarzy. 

 - Ale nie powiedziałaś mi jeszcze, co planujesz na dzisiaj 

dla Linca? Czy chcesz go związać, czy też pozwolisz, żeby on 
to zrobił? - zagadnęła Meg, kiedy wychodziły. 

 -  Chyba  pójdę  za  twoim  przykładem,  ale  zamierzam  też 

skorzystać z kasety. 

 - Jakiej kasety? - Meg na chwilę przystanęła w drzwiach. 

background image

 -  Och,  zapomniałam  ci  powiedzieć.  -  Trudy  uśmiechnęła 

się przebiegle. - Miałam wczoraj pod łóżkiem dyktafon, który 
uruchamia się na dźwięk głosu. 

 - Cudownie! 
Mogła się założyć, że Linc nigdy nie słyszał swego głosu 

w takich chwilach. Najwyższy czas, żeby to się stało. 

Wystarczyło, że Linc  podszedł do drzwi Trudy, a  poczuł, 

jak  jego  członek  unosi  się  coraz  wyżej.  Tym  razem  włożył 
luźne spodnie, ale wcale nie mógł powiedzieć, że był to dobry 
pomysł. Nie umawiali się na kolację, więc wziął tylko butelkę 
czerwonego  wina,  ser  i  krakersy.  Nie,  żeby  miał  ochotę  na 
jedzenie,  ale  nie  chciał  też  sprawiać  wrażenia,  że  chodzi  mu 
tylko o seks. 

Ale czy nie było to całkowicie jasne? 
Jednak  wino  i  ser  stanowiły  tu  jakąś  wymówkę.  Czuł  się 

dzięki  temu  bardziej  cywilizowany.  Jednocześnie  wyobrażał 
sobie,  jak  mógłby  skorzystać  z  sera  i  wina  w  kolejnych 
miłosnych grach. 

Niestety,  od  wczoraj  myślał  wyłącznie  o  seksie.  Nawet 

najbardziej  niewinne  przedmioty  kojarzyły  mu  się  z  Trudy. 
Tom wyczuł, że coś z nim jest nie tak, i chciał porozmawiać, 
ale Linc zbył go jakąś wymówką. Czuł się jak człowiek, który 
się  topi  i  zdecydował,  że  nikt  mu  w  tym  nie  może 
przeszkadzać.  Chciał  już  na  zawsze  utonąć  w  ramionach 
Trudy. 

Zadzwonił do drzwi. Uchyliła je, ale wciąż były zamknięte 

na  łańcuch.  Ze  -  środka  dobiegał  zapach  orientalnych 
kadzidełek  i  seksu.  Zobaczył  też  mocno  umalowane  oczy 
Trudy.  Jej  twarz  zasłaniał  lawendowy  welon,  który  sięgał  aż 
do zdobionego cekinami biustonosza. 

Jego członek niemal wzniósł się w powietrze. 
 -  Kto  przychodzi?  -  spytała  dramatycznym  tonem,  a  jej 

welon uniósł się wraz z oddechem. 

background image

 - Twój pan i władca. - Zakładał, że Trudy będzie dziś jego 

niewolnicą. 

Jej kapiące od tuszu rzęsy zatrzepotały ze zdziwienia. 
 -  Nie  mam  pana,  a  tylko  wielu  niewolników  -  rzekła.  - 

Czy gotów jesteś mi służyć? 

Linc  zadrżał  od  stóp  do  głów,  zauroczony  jej  wizją. 

Jednocześnie  zastanawiał  się,  czy  może  dać  jej  władzę  nad 
sobą. 

 - Tak, pani - szepnął w końcu. 
 - Dobrze, mój niewolniku. - Spojrzała mu prosto w oczy. 

-  Za chwilę  zamknę  drzwi.  Będziesz  mógł  wejść  po  minucie. 
Rozkazy dla ciebie leżą na stoliku. 

 - Jak sobie życzysz, pani. 
 - Spuść oczy, kiedy do mnie mówisz - poleciła ostro. 
Linc  spojrzał  na  swój  członek,  który  wprost  chciał  się 

wyrwać  ze  spodni.  Gdyby  nie  on,  pewnie  odwróciłby  się  na 
pięcie  i  odszedł.  Był  jednak  ciekawy,  co  też  Trudy 
przygotowała dla niego na dzisiaj. 

Po  chwili  zauważył  jej  bose  stopy,  co  podnieciło  go 

jeszcze  bardziej.  A  potem  drzwi  się  zamknęły.  Z 
niecierpliwością patrzył na zegarek i po pięćdziesięciu ośmiu 
sekundach wszedł do pokoju. 

Zamknął drzwi i podszedł do stolika. Położył na nim torbę 

z zakupami i spojrzał w stronę parawanu. Trudy na pewno się 
za  nim  skryła.  Chociaż  może  była  w  łóżku,  które  było  całe 
okryte baldachimem? Trzeba to sprawdzić... Jednak wcześniej 
chciał spełnić jej polecenie, sięgnął więc po instrukcje. 

Leżały  obok  małego  dyktafonu.  Zdjął  skórzaną  kurtkę  i 

jednocześnie zaczął czytać: 

Mój niewolniku! 
Pozbądź się swego odzienia i włącz tę magiczną skrzynkę. 

Kiedy już będziesz gotowy, możesz ubiegać się o przyjęcie do 
mego łoża. 

background image

Każde  słowo  było  przesycone  seksem.  Zrozumiał,  że  ten 

wieczór  należy  do  Trudy  i  to  ona  będzie  rządzić,  ale... 
zupełnie mu to nie przeszkadzało. Był gotów spełnić każde jej 
żądanie. 

Tylko  po  co  ma  jeszcze  słuchać  dyktafonu?  Orientalna 

muzyka,  która  rozbrzmiewała  w  pokoju,  dostarczała  im  już 
odpowiedniego tła. 

Cóż,  nie  zamierzał  protestować.  Zaczął  się  rozbierać,  a 

żeby zaoszczędzić czasu, włączył dyktafon. Usłyszał najpierw 
jakieś  dziwne  rzężenie  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Jego  ciało 
rozpoznało te dźwięki szybciej niż mózg i poczuł gwałtowny 
dreszcz rozkoszy. 

Kiedy  usłyszał  błagalny  szept  „chcę  orgazmu",  a  potem 

swoje „proszę pana", nie miał już wątpliwości. Trudy nagrała 
to, co wczoraj między nimi zaszło. Nie potrzebował żadnych 
przygotowań.  Już  w  tej  chwili  gotów  był  z  nią  odbyć 
parogodzinny  stosunek  z  całą  serią  gwałtownych  orgazmów. 
Cały drżał w oczekiwaniu tego, co miało nastąpić. 

Teraz  jednak  było  mu  trudniej  się  rozbierać.  Ręce  drżały 

od  nietajonej  żądzy,  zwłaszcza  że  szeptała  do  niego  teraz  z 
dyktafonu:  „Mam  prezerwatywy,  proszę  pana".  Do  licha, 
dawno nie był tak nabuzowany. Ta dziewczyna wiedziała, jak 
podniecić faceta. 

W  końcu  udało  mu  się  rozebrać.  Musiał  przyznać,  że  to 

nagranie  było  bardzo  śmiałe.  Znacznie  śmielsze  niż  to,  co 
robili Belinda ze służącym. Już prawie zaczął zazdrościć temu 
facetowi, kiedy przypomniał sobie, że to przecież on sam. Aż 
trudno mu było uwierzyć, że przeżył coś takiego. 

Chciał  posłuchać  tego  jeszcze  raz  i  przewinął  nagranie. 

Kiedy wcisnął klawisz ponownie, dźwięki, które wydobyły się 
z  dyktafonu, były jeszcze dziksze. Jakby spółkowały ze sobą 
dwie papugi. 

background image

 -  Cholera,  znowu  klapa  -  usłyszał  głos  Trudy  od  strony 

łóżka. 

Dopiero teraz  zauważył, że  wraz z  odtwarzaniem wcisnął 

guzik przewijania. To dlatego, że tak bardzo mu się spieszyło. 

Trudy wytknęła głowę zza baldachimu. 
Linc  przez  chwilę  walczył  z  atakiem  śmiechu.  W  końcu 

udało mu się go powstrzymać i spojrzał na dziewczynę. 

 - Witaj, o pani. 
 - Nie wstawiaj głodnych kawałków. Nastrój prysł, nie ma 

o czym gadać. 

 -  Nie  wydaje  mi  się.  -  Spojrzał  na  swój  członek.  - 

Pozwolisz, pani, że raz jeszcze włączę dyktafon. 

background image

Rozdział trzynasty 
Trudy próbowała się skupić na wspaniałej męskości Linca 

i  zapomnieć  o  swojej  porażce.  Potwornie  było  jej  żal,  że  nie 
wyszło  to  tak,  jak  wyjść  powinno.  Nawet  jej  do  głowy  nie 
przyszło, że Linc wciśnie zły guzik. 

 -  Zaczęliśmy  od  wczorajszej  nocy  -  przypomniał  jej, 

widząc że jeszcze nie doszła do siebie. 

 -  Dobrze  już,  włącz  ten  dyktafon  -  zgodziła  się.  -  Skoro 

się rozebrałeś, nie ma powodów, żebyś znowu się ubierał. 

Odwrócił  się,  żeby  to  zrobić.  Cóż  za  widok!  Dotąd  nie 

miała okazji, żeby przyjrzeć mu się od tyłu. 

 - Wobec tego przewinę do początku. 
Przy  moim  szczęściu  zaraz  wyczerpią  się  baterie, 

pomyślała, chociaż zmieniała je tuż przed wyjazdem. To miał 
być  profesjonalny  sprzęt,  z  którego  zamierzała  korzystać  w 
pracy. 

 -  Gdzie  go  miałaś  wczoraj?  -  zapytał  jeszcze  Linc, 

pochylając się, przez co zobaczyła w pełnej krasie jego mocne 
pośladki. 

 - Pod łóżkiem. Włącza się na dźwięk głosu. 
 - Raczej jęku - zaśmiał się. 
Spojrzał  jej  w  oczy  i  dopiero  teraz  zobaczyła,  jak  bardzo 

jej pożąda. Ona też była coraz bardziej podniecona. Muzyka i 
wschodnie zapachy sprawiały, że zaczęła zapominać o tym, co 
się  stało.  Nie  wiedziała  tylko,  czy  jej  początkowy  plan  się 
udał. 

 -  Zanim  znowu  wciśniesz  zły  guzik,  powiedz 

przynajmniej,  czy  to  nagranie  zrobiło  na  tobie  wrażenie?  - 
spytała nieśmiało. 

 - Olbrzymie. Właśnie na tym polegał problem. Po prostu 

ręce  mi  się  trzęsły  -  wyznał.  -  A  powiedz,  ile  razy  słuchałaś 
tego nagrania? 

 - Parę - bąknęła. 

background image

Straciła już zupełnie rachubę. 
 - Więc pewnie masz go już dość. 
 - Nie - wyrwało jej się. 
Prawdę  mówiąc,  błaganie  o  orgazm  niemal  za  każdym 

razem doprowadzało ją do szczytu. A potem jeszcze te jęki i 
westchnienia... 

 - Możemy więc posłuchać tego razem? 
Z  trudem  przełknęła  ślinę.  Wyobraziła  sobie,  jak  to  by 

było,  gdyby  nagrane  dźwięki  zmieszały  się  z  odgłosami 
prawdziwego  stosunku.  A  gdyby  tak  jeszcze  raz  to  nagrać  i 
wszystko zwielokrotnić? Poczuła, że robi jej się gorąco. 

 - Tak - szepnęła omdlewającym głosem. 
Linc przyklęknął przy łóżku i podał jej dyktafon. 
 -  Oto  podarunek  od  twego  niewolnika,  pani.  Nie  mogła 

uwierzyć  własnym  uszom.  Linc  powrócił  do  gry.  Wzięła 
dyktafon i spojrzała na pochyloną głowę tego, który pomagał 
jej w nagraniu. To było wprost niesamowite, że mogli znowu 
pogrążyć się w świecie erotycznych fantazji. Tak, jeszcze raz! 

 -  Będziesz  mógł  przyjść  do  mnie,  kiedy  cię  zawołam, 

niewolniku - rzekła władczo. 

Schowała  się  znowu  za  baldachimem  i  położyła dyktafon 

obok  poduszki.  Następnie  sama  ułożyła  się  w  zachęcającej 
pozie,  tak  by  zdobiony  cekinami  stanik  jak  najlepiej 
podkreślał  jej  biust.  Szarawary,  które  włożyła  na  tę  okazję, 
miały dziurę w kroku, ale ze względu na bufiasty krój nie było 
tego  widać.  Kupiła  to  wszystko  za  prawdziwy  bezcen  na 
wyprzedaży  i  był  to  jeszcze  jeden  szczęśliwy  zbieg 
okoliczności. 

Nabyte  w  sex  -  shopie  wiązadła  były  już  przygotowane. 

Dokładnie  przemyślała  sobie  wszystko.  Cztery  słupy  łoża 
doskonale  nadawały  się  do  przywiązywania  niewolników. 
Linc będzie pierwszym z nich, ale zapewne nie ostatnim. 

background image

Włączyła  dyktafon.  Nastąpiły  ciche  szepty,  potem 

gwałtowne oddechy i jęki. 

 - Możesz wejść - krzyknęła, już nie mogąc się doczekać. 
Dokładnie  to  sobie  przemyślała.  Linc  patrzył  podniecony 

tylko  na  nią  i  nie  widział  przymocowanych  do  słupów 
wiązadeł. To będzie dla niego niespodzianka. 

Na taśmie dał się słyszeć ich pierwszy orgazm. Linc trwał 

z  pochyloną  głową.  Czuła,  że  chce  się  na  nią  rzucić,  ale 
brakuje mu na to odwagi. 

Jest przecież tylko niewolnikiem, pomyślała. 
Nagle podniósł na nią wzrok. 
 - Jesteś zbyt zuchwały, niewolniku - powiedziała. 
 - Muszę cię ukarać. Chodź. 
Sięgnęła po jedno z wiązadeł. Przez chwilę patrzył na nią, 

nic nie rozumiejąc, a potem zrobił zbuntowaną minę. 

 - Nie ma sensu się opierać - stwierdziła chłodno. 
 - Inaczej każę cię wtrącić do lochu. 
Przysunął  się  do  niej  niechętnie,  a  kiedy  kazała  mu  się 

położyć na plecach, sprawiał wrażenie, jakby chciał przerwać 
grę.  Jednak  jego  członek  wyprężył  się  jeszcze  bardziej  i 
widziała, że Linc jest coraz bardziej podniecony. 

Legł w końcu. Posłała mu pełen okrucieństwa uśmiech zza 

półprzezroczystego  welonu,  ale  potem  stwierdziła,  że  nie 
może go tak dręczyć. 

 -  Nie  zrobię  ci  krzywdy,  niewolniku  -  rzekła  już  nieco 

cieplej. - Uwolnię cię, kiedy tylko sobie tego zażyczysz... 

Linc  odetchnął  z  ulgą  i  chętniej  wyciągnął  rękę  w  stronę 

pierwszego słupa. Przywiązała ją, starając się go nie dotykać. 
Bała  się,  że  podnieci  się  jeszcze  bardziej  i  straci  panowanie 
nad sobą. Serce biło jej coraz mocniej. 

Wiązadła  były gładkie i  miłe  w dotyku, ale tak naprawdę 

nie można ich było zerwać. Oboje to czuli. Trudy przywiązała 

background image

drugą rękę Linca i zyskała nad nim znaczną przewagę. Efekt 
był piorunujący. Nagle stał się jej prawdziwym niewolnikiem. 

Związała  mu  jeszcze  nogi  i  teraz  był  zupełnie  od  niej 

zależny. Leżał płasko, a jego członek sterczał w górę niczym 
piąty słup, tyle że nieco przekrzywiony. 

Linc  przełknął  ślinę.  Patrzył  na  nią  głodnymi  oczami, 

wiedząc, że zacznie się z nim teraz drażnić. Był zdany na jej 
łaskę i niełaskę i to podniecało ich jeszcze bardziej. 

Na  początek  włożyła  mu  poduszkę  pod  głowę,  żeby  miał 

lepszy  widok.  Jego  penis  był  olbrzymi  i  piękny.  Widziała 
żyłki, które w nim pulsowały. 

 - A teraz musisz zapłacić za wszystkie swe zuchwalstwa - 

rzekła, sięgając do zapięcia stanika. 

Oblizał się na widok jej nagich piersi. Ona jednak zakryła 

je welonem. Dopiero kiedy usłyszała jego narastający oddech, 
zaczęła  je  odsłaniać,  ruszając  całym  ciałem.  Po  chwili  nie 
miała już welonu. 

Linc jęknął. 
 - Czy chcesz pieścić moje piersi? - spytała. 
 - Tak - z trudem wydobył z siebie głos. 
 - Tak, pani. 
 - Tak... pani - poprawił się. 
 -  Ale  dzisiaj  możesz  tylko  patrzeć  -  powiedziała  ze 

złośliwym uśmiechem. 

Pośliniła  palec  i  dotknęła  nim  ciemnej  obwódki  wokół 

sutka.  Koniuszek  jej  piersi  stwardniał.  Jednocześnie  Linc 
wydobył z siebie coś w rodzaju natchnionego bełkotu. 

Kiedy  na  niego  zerknęła,  zauważyła,  że  ma  zamknięte 

oczy. 

 - Masz patrzeć, niewolniku - rozkazała. 
Na taśmie przeżywali właśnie kolejny orgazm. To jeszcze 

bardziej ich podniecało. 

background image

Trudy zaczęła pieścić drugą pierś, czując jednocześnie, że 

wilgotnieją  jej  uda.  Zastanawiała  się,  jak  długo  jeszcze  będą 
ciągnąć tę grę. 

 -  Tak  mi  dobrze  -  jęknęła.  -  Naprawdę  cudownie.  Linc 

szarpnął się na uwięzi. 

 - Ale wiem, że może mi być nawet lepiej. Wiesz, o co mi 

chodzi, niewolniku? 

Przymknęła  oczy,  gdyż  jęki  na  kasecie  stały  się  jeszcze 

bardziej  intensywne.  Jednocześnie  przesunęła  dłoń  w  stronę 
krocza, odsłaniając dziurę w szarawarach. 

 - Ale obawiam się, że nie będziesz mógł mi w tym pomóc 

- szepnęła jeszcze. 

Pragnęła,  żeby  mógł  to  zrobić.  Żeby  poczuć  jego 

obrzmiały członek w sobie. 

Linc znowu się szarpnął. Tym razem mocniej. Zaczęła się 

bać, czy czegoś sobie w ten sposób nie zrobi. 

 -  Nie  jesteś  w  stanie  przyjąć  kary,  niewolniku?  -  spytała 

surowo. - Odwiązać cię? 

Wzrok Linca był wprost do niej przykuty. 
 - Nie, wytrzymam - jęknął i poruszył biodrami. Tak, tylko 

czy jej się to uda. 

 -  To  dobrze.  -  Zaczęła  pieścić  swój  srom.  -  Bardzo 

dobrze. 

Być  może  trwałoby  to  dłużej,  gdyby  nie  kolejne  ruchy 

bioder  Linca.  Były  tak  znaczące  i...  pociągające,  że 
wystarczyło popatrzeć i natychmiast przeżyła orgazm. 

Głuchy jęk wydobył się z jej gardła. Nie bardzo wiedząc, 

co się z nią dzieje, rzuciła się na łóżko. Chciała pieścić Linca, 
dotykać go, mieć. Chciała go poczuć w sobie. 

Linc  czuł  orgazm,  który  go  porywał.  Trzymał  się 

resztkami  woli,  ale  wiedział,  że  nie  da  rady.  Jednak  jakimś 
cudem udało mu się. 

background image

Uśmiechał  się  triumfalnie.  Tym razem  zdołał  wytrzymać, 

ale  nie  wiedział,  jak  przetrzyma  kolejne  „kary".  Samo 
patrzenie  na  Trudy  było  wystarczająco  podniecające. 
Zwłaszcza  kiedy  to  ona  szczytowała,  wijąc  się  na  pościeli  i 
krzycząc na całe gardło. 

Żadna kobieta nie podniecała go dotąd tak bardzo. Trudy 

pokazała  mu  rzeczy,  o  których  nie  miał  pojęcia,  których 
istnienia nawet nie podejrzewał. 

Być  może  to  wszystko  wynikało  z  wyobraźni.  Trudy  po 

prostu  miała  ją  bardzo  rozwiniętą.  Na  tyle,  że  potrafiła  nią 
obdzielić  również  swoich  partnerów.  W  tej  chwili  gotów  był 
przysiąc,  że  znajduje  się  na  dworze  jakiejś  orientalnej 
władczyni. 

Wystarczyła 

odpowiednia 

muzyka, 

parę 

kadzidełek, żeby całkowicie zmienić codzienność. 

Kto by pomyślał? 
Dyktafon się wyłączył. Nie wiedział, czy specjalnie zgrała 

to z końcem swego przedstawienia, czy też był to przypadek. 
Z taką dziewczyną jak Trudy nic nie było do końca jasne. 

Odetchnęła  głęboko  i  spojrzała  na  jego  wciąż  uniesiony 

członek. 

 -  Masz  niezwykłą  siłę,  niewolniku.  -  Linc  wyczuł  w  jej 

głosie niekłamany podziw. 

Najpierw  parę  razy  chrząknął,  zanim  wydobył  z  siebie 

głos: 

 - Dziękuję... pani. 
 - Nie ciesz się przedwcześnie. Mam sposoby, żeby złamać 

takich jak ty. 

Linc  zamarł,  czując  jak  dreszcz  rozkoszy  przenika  całe 

jego  ciało.  Zabrzmiało  to  niezwykle  groźnie  i...  obiecująco. 
Jeśli  Trudy  szykowała  następny  test,  nie  wiedział,  czy 
przejdzie go zwycięsko. 

background image

 -  Wiesz,  niewolniku,  że  w  każdej  chwili  mogłabym 

skończyć  twą  mękę  -  powiedziała,  przesuwając  dłoń  w 
powietrzu w wyimaginowanej pieszczocie członka. 

 - Tak, pani - rzucił przez zaciśnięte zęby. Trudy sięgnęła 

po swój welon i przesunęła nim nad 

jego  członkiem.  Poczuł  dotyk  delikatnego  materiału. 

Welon pieścił mu żołądź, a potem przesunął się niżej w stronę 
jąder. Tego już było mu za wiele. 

 - To nieuczciwe... pani - sapnął, z trudem powstrzymując 

wytrysk. 

 - Myślisz, że to mogłoby doprowadzić cię do... orgazmu? 

- spytała szeptem, unosząc nieco welon. 

 - O tak, pani. 
 -  Wobec  tego  przestanę  -  zgodziła  się  łaskawie.  -  Wcale 

mi nie zależy na twoim orgazmie. 

To  stwierdzenie tylko  jeszcze bardziej  go podnieciło. Ale 

dlaczego? Co się z nim tak naprawdę działo? 

 - Dziękuję, pani. 
Pokiwała głową, przyglądając mu się uważnie. Znowu się 

szarpnął, chcąc być jak najbliżej niej, a potem skarcił siebie w 
duchu za ten mimowolny gest. 

 -  Podobasz  mi  się  nagi  -  powiedziała.  -  Ale  może  jesteś 

zbyt nagi, niewolniku. 

Sięgnęła  pod  poduszkę.  Linc  mógłby  przysiąc,  że 

specjalnie  otarła  się  o  niego  przy  tym  piersią.  Ponieważ  się 
tego  nie  spodziewał,  pieszczota  była  jeszcze  bardziej 
dojmująca. 

Trudy wyjęła paczuszkę prezerwatyw. 
 - Poznajesz to, niewolniku? Chcę cię teraz osiodłać, żeby 

odbyć  na  tobie  małą  przejażdżkę.  -  Linc  znowu  się  szarpnął, 
wyrzucając  w  górę  biodra.  -  Narowisty  z  ciebie  rumak  - 
dodała z uśmiechem. 

background image

 - To może być krótka przejażdżka, pani. Wyjęła kondom 

z zadziwiającą wprawą. 

 -  Zobaczymy.  Chciałabym  cię  trochę  pogonić,  ale  nie 

zajeździć. 

Słowa  o  zajeżdżeniu  sprawiły,  że  cały  zaczął  drżeć. 

Jednocześnie patrzył, jak Trudy radzi sobie z prezerwatywą. 

 - Dobrze ci idzie, pani - zauważył. 
 -  Ćwiczyłam.  -  Zerknęła  na  niego  figlarnie.  -  W 

zamorskiej prowincji, z której pochodzę, pełno jest ogórków. 
Porządne  dziewczyny  nie  mają  tam  wibratorów,  ale  mogą 
ćwiczyć  na  ogórkach.  I...  z  ogórkami.  Niektóre  są  naprawdę 
długie. 

Linc  oddychał  jeszcze  szybciej.  Trudy  wiedziała,  jak 

wprowadzić  mężczyznę  w  stan  pełnego  podniecenia 
oczekiwania, ale tego już było za wiele jak na jego słabe barki 
czy też inną część ciała... 

Kiedy  poczuł  jej  palce  na  swoim  penisie,  omal  nie 

krzyknął.  Trudy  wyczuła,  co  się  z  nim  dzieje,  i  wycofała  się 
na chwilę. 

 - Wyglądasz tak, jakbyś na coś czekał. - Jej głos dobiegał 

do niego jakby z oddali. 

Dopiero kiedy otworzył oczy, zobaczył ją tuż nad sobą. 
 - Wiesz, na co czekam, pani. 
 - Wiem. - Uśmiechnęła się złośliwie. - Ale musisz mnie o 

to błagać. 

 - Błagam, pani... - z trudem wydobył z siebie głos. 
 - Błagasz o coś -  
 -  Żebyś  raczyła  mnie  dosiąść.  Przyrzekam,  że  cię  nie 

zawiodę i dowiozę do nieba najszybciej, jak tylko umiem. 

Trudy  przymknęła  oczy.  Na  moment  zakręciło  jej  się  w 

głowie. 

 - To za wysoko - wyrzuciła z siebie. 

background image

 -  Dowiozę  cię,  gdzie  tylko  będziesz  chciała.  Dotknęła 

czubka jego przystrojonego prezerwatywą penisa. 

 - Na tym? 
Linc wyrzucił w górę biodra. 
 - Na tym! 
Nie  mogła  już  czekać.  Nie  mogła  już  dłużej  się  mu 

opierać. 

 - Dobrze, dosyć. 
 - Trudy! 
 -  Cierpiałeś  dużo,  niewolniku.  To  wystarczy.  Ostrzegano 

mnie, żeby się za bardzo nad tobą nie znęcać. - Oswobodziła 
jego pierwszą rękę. 

Linc  przestraszył  się,  że  gra  już  skończona.  On  jednak 

wcale  tego  nie  chciał.  Pragnął  być  przy  niej,  choćby  tylko 
miała go tak niemiłosiernie pieścić. 

Trudy rozwiązała drugą rękę i nogę. Chciał sam zająć się 

ostatnim wiązadłem, ale go powstrzymała. 

 - Jesteś wolny - powiedziała, klękając nad nim okrakiem. 
 - Trudy, jeśli nie przestaniesz, to zaraz... 
 -  Tak,  wiem,  Linc  -  jęknęła.  -  I  bardzo  tego  pragnę. 

Chwycił jej pupę i posadził na sobie. Czuł, że jest wilgotna i 
szeroko otwarta. Ją też to drażnienie musiało wiele kosztować. 
Jednak  efekt  był  taki,  że  gdy  się  zwarli,  nie  chcieli  już  się 
rozdzielić. W ciągu minuty lub dwóch dotarli do nieba, tak jak 
jej  obiecywał,  ale  potem  wcale  go  nie  opuszczali.  Orgazm 
narastał w nich po orgazmie. 

Sam  nie  wiedział,  ile  to  mogło  trwać.  W  końcu  jednak 

opadł  bez  tchu  na  poduszki.  Myślał,  że  Trudy  do  niego 
dołączy,  i  wyciągnął  w  jej  stronę  ręce,  ale  ona  tylko 
potrząsnęła głową. 

 - Leż spokojnie - zakomenderowała. 
Po chwili zobaczył, że wylewa na jego ciało wonny olejek, 

który  działał  na  niego  uspokajająco.  Z  przyjemnością  prężył 

background image

się  i  przeciągał,  czując  jej  dłonie  na  swoim  ciele.  Na  końcu 
zaczęła  go  wycierać  papierowym  ręcznikiem.  Był  zupełnie 
zrelaksowany  i  zaspokojony  seksualnie.  Nawet  manipulacje 
wokół jego penisa nie zdołały go już podniecić. 

Nagłe spostrzegł, że Trudy gdzieś odeszła. Kiedy wróciła, 

położyła na jego brzuchu coś, co wydawało mu się znajome. 

 - Twoje ubranie - powiedziała łagodnie. - Możesz już iść. 
Otworzył  oczy  ze  zdziwienia.  Iść?!  Dlaczego  miałby  to 

zrobić?!  Chciał  zaprotestować,  ale  Trudy  znowu  się  gdzieś 
wymknęła. 

 - Hej, gdzie  jesteś? -  Usiadł i  rozejrzał  się  dookoła. Jego 

ubrania  zsunęły  się  niżej.  -  Tylko  nie  próbuj  znowu  tych 
sztuczek  z  parawanem!  Czy  nie  mogłabyś  przyjść  i  mnie 
popieścić? 

Odpowiedziała  mu  głucha  cisza.  Wziął  ubrania  w  garść  i 

odsunął baldachim, żeby wyjść na zewnątrz. 

 - Trudy, to nie ma sensu. 
Przyciskając  ubrania  do  piersi,  podreptał  w  stronę 

parawanu.  Do  tej  pory  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  jak 
ważne są dla niego pieszczoty. W magazynach dla mężczyzn 
pisano jedynie o tym, że trzeba pieścić kobiety. 

A kto będzie pieścił jego? 
Zajrzał  za  parawan,  pewny,  że  znajdzie  tam  półnagą 

Trudy.  Nic  podobnego!  Rozczarowany  rozejrzał  się  po 
mieszkaniu. Gdzie też mogła się schować? 

To  było  dziwne,  że  fizycznie  czuje  się  całkowicie 

zaspokojony,  ale  brakuje  mu  samej  obecności  Trudy.  Nigdy 
wcześniej  tego  nie  czuł.  W  końcu  usłyszał  pluskanie 
dobiegające  od  strony  łazienki.  Szybko  więc  pospieszył  w 
tamtą stronę. 

 - Trudy! 
 - Przepraszam, jestem w wannie. 

background image

W wannie? To zabrzmiało bardzo zachęcająco. Jego ciało 

natychmiast  zareagowało  na  tę  erotyczną  podnietę.  Linc 
nacisnął klamkę, ale drzwi pozostały zamknięte. Może była na 
niego zła, bo nawet nie zaproponował, że natrze ją olejkiem. 

 -  Gniewasz  się  na  mnie?  -  spytał  w  chwili,  kiedy  pluski 

stały się nieco cichsze. 

 -  Jasne,  że  nie!  -  odparła  natychmiast.  -  Byłeś 

fantastyczny! 

 - Więc dlaczego zamknęłaś drzwi? 
 - Mówiłam ci, chodzi mi o to, żeby zachować tajemnicę. 

Zobaczysz, jeszcze mi za to podziękujesz. 

Teraz  jednak  był  od  tego  bardzo  daleki.  Zmełł 

przekleństwo w ustach i pomyślał, że czas się ubierać. 

Stwierdził  tylko,  że  nie  zostawi  jej  w  otwartym 

mieszkaniu. 

 -  Dobrze,  wyjdę  -  zgodził  się  w  końcu.  -  Ale  dopiero, 

kiedy skończysz. 

Zastanawiała się moment nad odpowiedzią. 
 - Zgoda. Daj mi jeszcze pięć minut. 
Ubrał  się  w  tym  czasie,  zastanawiając  się,  czy  powinien 

zaproponować  kolejne  spotkanie.  Nie  chciał,  żeby  wyglądało 
to  tak,  że  się  narzuca,  ale  cholernie  mu  na  nim  zależało. 
Choćby  dlatego,  że  jego  członek  znowu  się  podniósł  niczym 
posłuszny żołnierz. 

Trudy oznajmiła wreszcie, że może wyjść. 
 -  Dobrze,  już  się  zbieram  -  mruknął,  podchodząc  do 

drzwi.  Czekał  parę  sekund,  ale  bez  rezultatu.  -  Hm,  czy 
spotykamy  się  jutro  o  siódmej?  -  zapytał  najobojętniejszym 
tonem, na jaki mógł się zdobyć. 

 - Niestety, nie. 
Więc  pewnie  umówiła  się  z  innym  facetem,  pomyślał 

przybity. 

background image

 -  Jedna  z  pracownic  Babcock  and  Trimball  odchodzi  na 

emeryturę  -  dodała  zaraz.  -  Urządzamy  dla  niej  przyjęcie  i 
Meg  mówiła, że  może  się  przeciągnąć.  Ale  jestem  wolna  we 
środę. 

 - Więc umówmy się na siódmą - powiedział bez wahania. 
 - Fajnie, zgoda. 
Te  słowa  zabrzmiały  w  jego  uszach  jak  najcudowniejsza 

muzyka.  W  podskokach  dotarł  do  windy  i  nacisnął  przycisk. 
Nie zastanawiał się przy tym, dlaczego tak bardzo zależy mu 
na kolejnym spotkaniu. 

Rozdział czternasty 
Trudy usłyszała trzask zamykanych drzwi i dopiero wtedy 

wyszła  z  łazienki.  Już  w  tym  momencie  zaczęła  tęsknić  za 
Lincem  i  musiała  bardzo  wysilić  wolę,  żeby  go nie  zawołać. 
Zamknęła drzwi na zasuwę i oparła się o nie plecami. Trzeba 
uważać, żeby się do niego nie przywiązać. Linc jest co prawda 
fantastycznym kochankiem, ale powinna pamiętać, że po nim 
przyjdą następni, jeszcze lepsi. 

Tak to już jest w Nowym Jorku. 
Na razie wszystko szło zgodnie z planem. Miała wrażenie, 

że  całkowicie  panuje  nad  sytuacją.  I,  co  najważniejsze, 
potrafiła się wycofać w odpowiednim momencie. 

Mężczyzna  nie  powinien  czuć  się  zbyt  pewnie.  Stąd 

zostaje  już  tylko  krok  do  nudy.  Tak  jest  naprawdę 
znakomicie...  Dlaczego  więc  jest  jej  tak  żal,  że  Linc  sobie 
poszedł? 

Otrząsnęła się z tego uczucia i podeszła do łóżka. 
Rozejrzała  się  dookoła.  To  mieszkanie  należało  tylko  do 

niej.  Musi  pozbyć  się  żalu  i  uważać,  żeby  żaden  facet  nie 
zostawił tu swojej bielizny czy szczoteczki do zębów. 

Wstała  i  zabrała  się  do  gaszenia  mocno  nadpalonych 

świec. Kiedy skończyła, jedyne światło w pokoju pochodziło z 
zewnątrz.  Podeszła  do  okna  i  oparła  się  łokciami  o  parapet. 

background image

Przylgnęła  czołem  do  zimnej  szyby.  Widziała  stąd  kawałek 
Central Parku, a także tę część Manhattanu, w której mieszkał 
Linc.  Ciekawe,  czy  dotarł  już  do  siebie?  Czy  znalazł  się  w 
swojej chłodnej sypialni? 

Oboje za chwilę pójdą spać. Zupełnie sami. Wydało jej się 

to trochę głupie. Przecież było im ze sobą tak dobrze! Mogliby 
spędzić  razem  jeszcze  część  nocy...  Jednak  prowadziło  to  do 
sytuacji,  której  się  bała.  Nie,  to  wcale  nie  było  lepsze 
rozwiązanie.  A  ona  wcale  nie  czuła  się  samotna.  Jeszcze  raz 
spojrzała  na  swoje  mieszkanie.  Przecież  właśnie  o  tym 
marzyła. 

Linc postanowił dostosować się do wymagań Trudy. Jeśli 

chciała,  żeby  od  razu  wychodził  po  tych  nieziemskich 
wyczynach  erotycznych,  to  miała  do  tego  prawo.  Oferowała 
mu  tak  dużo,  że  nie  śmiał  protestować.  Zresztą,  gdyby 
zdecydował  się zostawać u niej na  noc, mogłoby to  znaczyć, 
że za bardzo zaangażował się w ten związek. 

Wolał więc ograniczyć się do spotkań o siódmej, w czasie 

których  zapuszczał  się  w  fascynujący  świat  erotycznych 
fantazji. 

Trudy 

była 

niezrównaną 

przewodniczką. 

Jednocześnie  wypadki,  które  jej  się  przytrafiały,  czyniły  ją 
bardziej  ludzką.  Dzięki  nim  mógł  myśleć  o  niej  jak  o 
normalnej kobiecie, a nie demonie seksu. 

Raz, na przykład, w czasie striptizu zaczęła się wachlować 

strusimi  piórami  i  rozkaszlała  się  tak  mocno,  że  musiała 
przerwać.  Innym  razem  planowała  wspaniałe  wyjście  zza 
parawanu, ale wcześniej go przewróciła. Olejek do ciała, który 
kupiła  gdzieś  okazyjnie,  okazał  się  nieświeży  i  tak  dalej. 
Wszystko to sprawiało, że podobała mu się jeszcze bardziej. 

Jednocześnie wciąż bardzo jej pragnął. Niemal śnił o niej 

na jawie. Początkowo myślał, że mu szybko zobojętnieje, ale 
jego fascynacja erotyczna wcale nie mijała. Wręcz przeciwnie, 
nasilała się... 

background image

Nie  pragnął  też  innych  kobiet,  chociaż  Trudy  kupiła 

nadmuchiwaną lalkę w sex - shopie, żeby symulować seks we 
troje.  Jednak  w  jakiś  sposób  zrobili  w  niej  dziurę  i  lalka 
przeleciała  siłą  wyrzutu  przez  cały  pokój,  zanim  opadła  przy 
jednej ze ścian. 

To  zdarzenie  powiedziało  mu  o  niej  więcej  niż  sądziła. 

Mimo  że  chciała  dać  mu  posmak  perwersji,  nie  była  gotowa 
dzielić się nim z inną kobietą. Lubiła się bawić, ale nigdy nie 
przekraczało to pewnych granic. Linc zaczął jej ufać bardziej 
niż jakiejkolwiek innej kobiecie. Tak, mogło to prowadzić do 
niebezpiecznego  zauroczenia.  Na  szczęście  Trudy  doskonale 
znała reguły gry i sama wyrzucała go ze swego mieszkania. 

Pojawiły  się  jednak  inne  niepokojące  sygnały.  Na 

przykład  Linc  niechętnie  rozmawiał  o  niej  z  Tomem,  który 
bardzo interesował się Trudy. A ponieważ Linc opowiadał mu 
o innych swoich dziewczynach, oczekiwał teraz tego samego. 

Tom przyszedł do niego do biura w poniedziałek, półtora 

tygodnia po przeprowadzce Trudy do Nowego Jorku. Linc od 
razu  zauważył,  że  ma  ochotę  na  poważną  rozmowę.  Toma 
martwiło to, że odwołał ich niedzielny mecz tenisowy, Zaczął 
od jakichś głupstw, ale bardzo szybko przeszedł do sedna: 

 - Martwię się o ciebie, stary. 
 -  Masz  rację,  niepotrzebnie  kupowałem  akcje  tej  firmy 

komputerowej,  ale...  -  Linc  udawał,  że  nie  rozumie,  o  co  mu 
chodzi. 

 -  Nie,  nie  -  przerwał  mu  Tom.  -  W  interesach  sobie 

poradzisz.  Rozmawiałem  ostatnio  z  Meg  i  przyznała,  że 
planowała  jednak  coś  w  rodzaju  pułapki  na  ciebie.  Czułbym 
się odpowiedzialny, gdybyś dał się w nią złapać. 

Linc  od  samego  początku  podejrzewał  Meg  o  niecne 

zamiary. Kiedyś nawet go to irytowało, ale teraz zupełnie nie 
zwracał na to uwagi. 

background image

 -  Nie  przejmuj  się  -  zaczął  pocieszać  kumpla.  -  Nie 

możesz  przecież  odpowiadać  za  swoją  żonę.  A  mnie 
wystarczy to, że Trudy niczego nie planuje. 

Linc  był  tego  pewny.  To  raczej  on  sam  zaczął  poddawać 

rewizji swoje poglądy dotyczące małżeństwa. 

Tom patrzył na niego tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale 

potem tylko spojrzał przez okno. 

 - Znowu chmury - mruknął. 
To  zabawne,  ale  Linc  od  dłuższego  czasu  nie  zwracał 

uwagi  na  pogodę. Teraz też niespecjalnie go ona obchodziła, 
ale ucieszył się, że przyjaciel chce zmienić temat. 

 - Tak, pewnie będzie padać - stwierdził. 
 - Masz stąd piękny widok na Statuę Wolności - zauważył 

błyskotliwie Tom. 

 -  Tylko  musiałbym  przestawić  biurko,  żeby  częściej  ją 

widzieć. - Wręcz czuł walkę wewnętrzną, jaką Tom toczył ze 
sobą, myśląc, co jeszcze mu powiedzieć. Linc wolał osobiście, 
żeby trzymał buzię na kłódkę. 

 -  Powinniśmy  chyba  wracać  do  pracy.  Inwestorzy 

czekają... 

 - Chciałbym cię tylko uprzedzić Linc chrząknął. 
 - A może ja nie chcę tego usłyszeć... 
 -  Mam  wrażenie,  że  traktujesz  Trudy  zupełnie  inaczej.  - 

Tom nie zwrócił uwagi na jego słowa. 

 - Wydaje ci się. 
 - Nie sądzę. Przykro mi to powiedzieć, stary, ale... 
 -  Więc  tego  nie  mów!  -  wtrącił  szybko  i  poklepał  Toma 

po plecach. - Nic się nie stanie. Po prostu świetnie się z Trudy 
bawimy. W końcu przecież jednak się rozstaniemy... 

Linc  sam  się  zdziwił,  że  tak  bezbarwnie  mówi  o  swoich 

erotycznych  doświadczeniach.  Miał  wrażenie,  że  jest  to 
niemal świętokradztwo. 

background image

Tom  zmarszczył  brwi  jeszcze  mocniej,  żeby  było  widać, 

że naprawdę się martwi. 

 -  Mówisz  dokładnie  tak  samo,  jak  ja  po  dwóch 

tygodniach spotkań z Meg. Jak długo znacie się z Trudy? 

Linc poczuł lekkie ukłucie niepokoju. 
 - Tydzień i dwa dni - odparł. 
 - Widzisz, jesteś szybszy... Linc próbował się roześmiać. 
 - Nie przejmuj się, stary. Jestem odporny na małżeństwo - 

zapewnił kumpla. 

 - Też tak twierdziłem - westchnął smutno Tom. 
 - Widzisz, jest coś w twoich oczach... 
Tym  razem  Linc  poklepał  go  po  plecach  tak  mocno,  że 

Tom niemal się zakrztusił. 

 -  Nie  przejmuj  się.  -  Uderzył  go  ponownie.  -  Nic  mi  nie 

będzie.  To  tylko  trochę  seksu  i  tyle...  A  skoro  już  o  tym 
mówimy, czy planowałeś przejażdżkę limuzyną z Meg? 

 -  Zabawne,  że  pytasz.  Zamówiłem  gablotę  właśnie  na 

jutrzejszy  wieczór.  Udało  mi  się  dostać  sporą  zniżkę,  bo  to 
środek tygodnia. 

Linc chciał poklepać go jeszcze raz, ale spojrzał na swoją 

dłoń i zrezygnował. 

 - Bawcie się dobrze. 
 - Dzięki. - Tom zaczął się zbierać do wyjścia. 
 - Jesteś pewny, że nie przeszkadza ci ta sytuacja z Trudy? 
 - Zupełnie. 
 -  To  świetnie.  -  Tom  machnął  mu  ręką  na  pożegnanie  i 

zniknął za drzwiami. 

Linc  stwierdził,  że  przyjaciel  przesadza.  Pamiętał 

doskonale,  że  kiedy  poznał  Meg,  wciąż  się  za  nią  ciągał.  W 
oczach  miał  dziwną  mgłę  i  zrezygnował  ze  wspólnych 
wypadów w różne miejsca. 

Na przykład na tenisa! 

background image

Nie,  to  się  nie  liczy.  Przecież  zrezygnował  wczoraj  z  gry 

tylko  po  to,  żeby  uniknąć  rozmowy  o  Trudy.  Wcale  nie 
planował  wizyty  u  niej,  na  którą  i  tak  pewnie  nie  dostałby 
zgody. 

Spotykali 

się 

zwykle  raz  dziennie,  przeważnie 

wieczorami. 

Nie,  Linc  wcale  nie  przypomina  Toma  z  okresu 

narzeczeństwa.  To  zupełnie  wykluczone.  Przede  wszystkim 
nie jest tak pogrążony we własnych myślach i zwraca uwagę 
na świat zewnętrzny. 

Głośne pukanie do drzwi wdarło się w jego rozmyślania. 
 - Proszę - zawołał. 
W  drzwiach  stanęła  kształtna  recepcjonistka  firmy, 

Michelle. 

 - Dzwoni twoja matka - poinformowała. - Usiłowałam się 

z  tobą  połączyć  przez  interkom,  ale  nie  odpowiadałeś.  Chce 
mówić z tobą osobiście. 

Poprawił  kamizelkę,  jakby  to  dawało  mu  pełną  kontrolę 

nad  sytuacją.  To  dziwne,  zamyślił  się  tak  głęboko,  że  nie 
słyszał sygnału interkomu. 

 -  Tak,  oczywiście,  Michelle.  Możesz  mnie  połączyć. 

Przepraszam, że musiałaś się tu fatygować. 

Blondynka uśmiechnęła się do niego i potrząsnęła głową. 
 - Nie ma sprawy. 
Michelle  pracowała  tu  zaledwie  od  paru  miesięcy,  ale 

odniósł  wrażenie,  że  go  lubi.  Chętnie  by  się  z  nim  pewnie 
umówiła. Przed przyjazdem Trudy zastanawiał się nawet, czy 
gdzieś jej nie zaprosić, ale teraz zupełnie o tym zapomniał. To 
też było trochę niepokojące. 

No, przynajmniej rozmowa z matką pozwoli mu wrócić na 

ziemię. Dzięki niej przypomni sobie, czym tak naprawdę jest 
małżeństwo. 

background image

Podszedł więc do biurka, podniósł bezprzewodowy telefon 

i wcisnął odpowiedni guzik. 

 - Cześć, mamo - rzucił. 
 -  Już  się  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie  zrobiłeś  się 

zbyt ważny na rozmowy ze mną. 

 - Przepraszam, ale wiesz, jak to jest w pracy... 
Jakość  połączenia  między  Paryżem  a  Nowym  Jorkiem 

była  wprost  fantastyczna. Miał wrażenie, że matka mówi mu 
wprost do ucha. Oto współczesna technika! 

 - Tak, kiedy twój ojciec pracował, też nigdy nie mogłam 

się z nim porozumieć - rzekła cierpko. - Będę się streszczać. 
Przyjechałam na parę dni do kraju i chciałam cię dziś zaprosić 
na rodzinne przyjęcie. 

Linc  aż  się  skrzywił.  Matka  zawsze  zapraszała  go  w 

ostatniej  chwili  na  spotkania,  których  „rodzinność"  polegała 
na  tym,  że  siedzieli  we  trójkę  przy  wielkim  stole  w  jakiejś 
eleganckiej restauracji. 

Zwykle  się  na  to  godził,  zakładając,  że  raz  w  roku  może 

poświęcić  rodzicom  trochę  czasu.  Być  może  liczył  też  po 
cichu na to, że staną się rodziną. Oczywiście były to mrzonki. 
Matka  mieszkała  w  Paryżu  już  od  dwunastu  lat  i  nic  nie 
wskazywało na to, że zamierza wrócić do kraju. 

 -  O  ósmej  -  dodała,  zakładając,  że  już  się  zgodził.  - 

Zupełnie  zapomniałam,  że  dziś  poniedziałek,  i  miałam 
straszne  problemy  ze  znalezieniem  odpowiedniej  restauracji. 
W  końcu  okazało  się,  że  ta  nowa,  libańska  w  Village  jest 
otwarta. Co ty na to? 

Znał  to  miejsce.  Od  kiedy  ją  otwarto,  zaczęła  tam 

przychodzić  połowa  nowojorskich  znakomitości,  co  z 
pewnością odpowiadało jego matce. Problem polegał na tym, 
że był już umówiony z Trudy. 

 -  Mógłbym  zabrać  znajomą?  -  spytał,  nie  wierząc 

własnym uszom. 

background image

Chyba po raz pierwszy spytał matkę, czy może przyjść nie 

sam.  Ona  też  musiała  być  zaszokowana,  ponieważ  milczała 
przez dłuższą chwilę. 

 - Ee, tak. Będzie mi bardzo miło. Możesz powiedzieć, jak 

nazywa się ta osoba? 

 - Trudy Baxter. 
 -  Baxter?  Baxter...  Z  tych  Baxterów  z  Long  Island? 

Pamiętam, że twój ojciec chodził do szkoły... 

 - Nie, mamo. Z Baxterów z Kansas. 
 -  Z  Kansas?  -  matka  powiedziała  to  tak,  jakby  pierwszy 

raz słyszała tę nazwę. - Co oni tam robią? 

Linc zaśmiał się cicho. 
 -  Uprawiają  ogórki,  mamo.  W  Kansas  uprawia  się  dużo 

ogórków... 

 -  I  tym  właśnie  zajmuje  się  jej  rodzina?  -  spytała  takim 

tonem,  jakby  było  to  coś  równie  ohydnego  jak 
stręczycielstwo. 

 - Nie mam pojęcia, ale będziesz ją mogła sama zapytać - 

rzucił  lekkim  tonem.  -  Chyba  nikt  z  naszych  znajomych  nie 
zajmuje  się  uprawą  ogórków.  To  byłaby  miła  odmiana, 
prawda? 

Linc  nie  wiedział,  czy  Trudy  zgodzi  się  przyjść.  Miał 

nadzieję,  że  tak.  Dzięki  niej  ten  wieczór  nie  byłby  całkiem 
stracony. 

 -  Dobrze,  zapytam  -  powiedziała  grobowym  głosem 

matka. - Czasami dobrze jest wiedzieć coś więcej o osobie, z 
którą się spotykasz. Muszę już kończyć, bo jestem umówiona 
u Elisabeth Arden. Do zobaczenia wieczorem. 

 - Pa, mamo. 
Linc  rozłączył  się  i  od  razu  wystukał  numer  do  firmy 

Babcock  i  Trimball.  Nigdy  wcześniej  tam  nie  dzwonił,  ale 
znał  ten  numer  na  pamięć.  Parę  razy  miał  ochotę  zaprosić 

background image

Trudy na lunch, ale zawsze w końcu rezygnował. Nie znali się 
przecież tak dobrze. To dziwne, że zapamiętał jej numer. 

 -  Babcock  i  Trimball  -  usłyszał  wysoki  głos 

recepcjonistki. - Z kim mam połączyć? 

Chrząknął,  zanim  odpowiedział.  Nie  przypuszczał,  że 

będzie  aż  tak  zdenerwowany.  A  przecież  nie  chciał 
proponować  Trudy  jakichś  perwersji,  ale  zwykłą  kolację  ze 
swoimi rodzicami. 

 - 

Tak, 

słucham? 

Recepcjonistka  zaczęła  się 

niecierpliwić. 

 - Poproszę Trudy Baxter. 
Trudy  ucieszyła  się,  że  ktoś  do  niej  dzwoni.  Jak  do  tej 

pory  to  ona  wydzwaniała  do  kolejnych  osób,  promując 
przyjazny wizerunek  firmy. Najwyższy czas, żeby zaczęli też 
do  niej  dzwonić  spragnieni  informacji  żurnaliści  i  oficjele. 
Mogłaby  wtedy  dostać  podwyżkę,  awansować,  może 
przenieść się do innego biura... 

Nie,  tak  naprawdę  wcale  nie  miała  ochoty  się  przenosić. 

Bardzo polubiła to miejsce. 

 -  Tu  Trudy  Baxter  -  powiedziała  wyraźnie  najbardziej 

profesjonalnym  tonem,  na  jaki  mogła  się  zdobyć.  -  Czym 
mogę służyć? 

 -  Chciałbym,  żebyś  wybrała  się  ze  mną  na  kolację  z 

moimi rodzicami. 

 - Linc? - Natychmiast poznała jego głos. 
 - Pewnie dziwisz się, że dzwonię w środku dnia. 
 - Trochę - przyznała. 
Rzeczywisty świat oddalił się od niej. Niemal nie słyszała 

biurowych odgłosów. Nagle znalazła się w wyimaginowanym 
świecie,  który  sobie  stworzyli.  Świecie  seksu  i  erotycznych 
doznań. 

background image

 - Przed chwilą dzwoniła moja mama, żeby zaprosić mnie 

dzisiaj na kolację - wyjaśnił. - Byłoby mi bardzo miło, gdybyś 
zgodziła się ze mną pójść. 

Musiała się skupić, żeby zrozumieć sens jego słów. 
 -  Nie  musisz  się  przejmować  naszym  dzisiejszym 

spotkaniem  -  powiedziała  po chwili, myśląc,  że tylko  dlatego 
chce  ją  zaprosić.  -  Oczywiście  powinieneś  przede  wszystkim 
myśleć o rodzicach. 

 - Nie, źle mnie zrozumiałaś. Ja naprawdę chcę tam pójść z 

tobą.  Będzie  mi  łatwiej  znieść  to  całe  udawanie,  że  jesteśmy 
normalną rodziną. 

Trudy  była  bardzo  ciekawa  jego  rodziców.  Wiedziała,  że 

Linc za nimi nie przepada, i chciała się dowiedzieć, dlaczego. 

 -  Dobrze,  ale  powiedz,  jak  mam  się  ubrać...  Ubieranie  i 

rozbieranie było dla nich szczególnym tematem. Różne stroje 
stanowiły  nieodłączny  element  ich  erotycznych  gier.  I  teraz, 
myśląc o tym, zacisnęła mocniej uda. Linc chrząknął. 

 -  Może  to,  co  w  sobotę?  -  zaproponował.  Postanowiła 

trochę  się  z  nim  podrażnić,  żeby  sprawdzić,  czy  on  też  jest 
podniecony. 

 - Więc myślisz, że strój pokojówki nie byłby odpowiedni? 
Linc przez chwilę milczał, jakby musiał dojść do siebie. 
 - Nigdy nie rozmawialiśmy o tym przez telefon, prawda? 

- spytał nabrzmiałym z emocji głosem. 

 - Nie wiem, o co ci chodzi - szepnęła omdlewająco. Linc 

westchnął głęboko. 

 - Wiesz, wiesz... - Nie przypuszczał, że sama rozmowa z 

Trudy  może  okazać  się  podniecająca.  Ta  dziewczyna  nie 
przestawała go zadziwiać. - Co teraz robisz? 

Tak jak przypuszczał, natychmiast podjęła grę. 
 - Właśnie włożyłam rękę do majteczek - zaczęła szeptem. 

- Jest wilgotna, Linc. A ty? Co robisz? 

 - Rozpiąłem rozporek. 

background image

 - I masz wzwód? 
 - Jak stąd na Alaskę - odparł. - I to od momentu, kiedy cię 

usłyszałem. 

 - Też cię to podnieciło? - zdziwiła się. 
 -  Tak.  Zawsze  będziesz  mi  się  kojarzyć  z  seksem.  Z 

niebezpiecznym seksem - dodał, patrząc na swoje drzwi. 

 - Nie jesteś sam? _ spytała zaniepokojona. 
 - Nie, zupełnie sam. Ale chciałbym być z tobą... 
 - Mogłabym cię wtedy pieścić - podjęła. - A potem wziąć 

go w usta i poczuć całego, jak... jak... 

 - Och, Trudy! - jęknął tylko. 
Zacisnęła  zęby  na  rękawie  swojego  kostiumu,  żeby  nie 

zacząć krzyczeć. Szczytowali w tym samym momencie. 

 - Och, Trudy - szepnął. - Nikt na mnie tak nie działa. 
 - Wiem, na mnie też... 
Linc powoli dochodził do siebie. 
 - Przyjadę po ciebie za kwadrans ósma - powiedział. 
 - Nie wcześniej? 
 -  Gdybym  przyjechał  wcześniej,  to  nigdy  byśmy  na  tę 

kolację nie dotarli! 

background image

Rozdział piętnasty 
Trudy  nie  wiedziała,  czy  po  kolacji  znajdą  jeszcze  czas, 

żeby  do  niej  zajrzeć,  ale  na  wszelki  wypadek  przygotowała 
swoją  niespodziankę.  Od  Meg  dowiedziała  się  o  wyprzedaży 
lekkich  luster  w  plastikowych  ramach.  Dawały  one  trochę 
zniekształcony widok, ale i tak nadawały się do jej celów. 

Kupiła  aż  trzy,  a  potem  przytwierdziła  do  spodu 

baldachimu,  co  nie  było  wcale  łatwym  zadaniem.  Linc  nie 
powinien ich zauważyć, dopóki nie znajdzie się w łóżku. Ale 
żeby  nie  ryzykować,  ubrała  się,  jeszcze  zanim  zadzwonił  do 
drzwi. 

 - Chodźmy - rzuciła od razu. 
Wydawał się trochę zdziwiony tym, że nawet nie wpuściła 

go do mieszkania. 

 - Nie pozwolisz mi odpocząć? Pokręciła głową. 
 - Raczej nie pozwolę ci się zmęczyć - stwierdziła. - Sam 

mówiłeś, że nie chcesz być wcześniej. 

Zamknęła  drzwi  na  klucz  i  ruszyła  w  stronę  windy. 

Zdążyła jednak zauważyć, że Linc wygląda naprawdę świetnie 
w  cudownym  garniturze  i  wełnianej  jesionce.  Z  daleka 
pachniał Wall Street. Może lepiej, że od razu wyszła, bo z całą 
pewnością nie byłaby w stanie mu się oprzeć. 

Linc pospieszył za nią. 
 - Tak, ale... - chciał zaprotestować. 
 -  O,  mamy  już  windę.  -  Weszła  do  środka.  -  Jedziesz  ze 

mną, czy czekasz na następny kurs? To bardzo złośliwa bestia. 
- Klepnęła urządzenie po obudowie. 

Linc natychmiast wskoczył do wnętrza. 
 - Wiem, walczę z nią prawie codziennie. - Odchrząknął. - 

A prawdę mówiąc, co noc. 

Patrzył  na  nią tak,  że nawet góra lodowa  stopniałaby pod 

tym  gorącym  spojrzeniem.  Trudy  odruchowo  wcisnęła  guzik 
parteru. 

background image

 -  Z  wyjątkiem  wtorku  i  piątku  -  przypomniała  mu. 

Przysunął się bliżej. 

 -  Powinienem  był  odwołać  to  piątkowe  spotkanie  -  rzekł 

zduszonym głosem. 

Tylko pokręciła głową. 
 -  Skoro  sam  szef  zaprosił  cię  na  mecz  hokejowy,  to  w 

zasadzie nie miałeś wyboru. 

Musiała  przyznać,  że  Linc  wygląda  fantastycznie  w 

szarym,  trzyczęściowym  garniturze.  Rozbieranie  go  powinno 
jej zająć trochę czasu. To byłoby nowe doświadczenie. 

Linc pochylił się w jej stronę. 
 - Chciałbym cię pocałować - szepnął. 
Ona też tego pragnęła. 
 -  Nic  z  tego  -  westchnęła.  -  Zniszczyłbyś  mi  makijaż  i 

fryzurę. 

Nie  chciała,  żeby  rodzice  Linca  pomyśleli,  że  jest  jakimś 

czupiradłem.  I  tak  była  trochę  zdenerwowana  perspektywą 
tego  spotkania.  Miała  za  mało  czasu,  żeby  się  do  niego 
przygotować. 

 -  Spotykacie  się  tylko  raz  w  roku?  -  spytała  zaraz, 

przypomniawszy sobie to, co jej wcześniej mówił. 

 -  Tak,  zwykłe  w  ciągu  pierwszego  półrocza.  -  Założył 

jeden  z  loków  za  jej  ucho.  -  Cudownie  nam  się  dzisiaj... 
rozmawiało, prawda? 

Przymknęła  oczy,  a  dreszcz  podniecenia  przeszedł  przez 

całe jej ciało. 

 - Tak. 
 -  Czuję  się  tak  dziwnie,  będąc  z  tobą  i  nie  mogąc  nic... 

zrobić - szepnął jeszcze. 

 - Rozumiem... 
 -  Wcale  nie  musimy  iść.  -  Włożył  rękę  pod  jej  płaszcz  i 

otarł się o pierś dziewczyny. - Mogę zadzwonić do restauracji 
i zostawić wiadomość, że zachorowałem... z pożądania. 

background image

Odsunęła się troszkę od niego. 
 - Nie chcesz się spotkać z rodzicami? - spytała zdziwiona. 

- Przecież widujesz ich tak rzadko! Czy zwykle chodzisz na te 
spotkania z jakąś dziewczyną? 

Wyglądał  na  nieco  zdziwionego  tym  pytaniem  i  cofnął 

rękę. 

 - Nie - odrzekł po chwili wahania. 
Nagle  poczuła,  że  z  jakichś  powodów  jest  to  dla  niej 

ważna informacja. 

 - To znaczy, że jestem pierwsza? Cała jego twarz stężała. 
 - Tak, ale... 
 -  Nic  takiego!  -  Machnęła  ręką.  -  Po  prostu  chciałam 

wiedzieć... 

Wystarczyło jej to, czego się dowiedziała. Nie zamierzała 

przecież wystraszyć Linca. 

 - Po prostu nigdy się tak nie złożyło - mruknął niechętnie. 
 -  Jasne.  A  teraz  pewnie  chcesz  ich  zaszokować, 

sprowadzając dziewczynę ze wsi. 

Całe  napięcie  zaczęło  z  niego  powoli  odpływać.  Linc 

rozluźnił się, a nawet uśmiechnął. 

 -  Nie  myślałem  o  tym,  ale  rzeczywiście  może  to  być 

zabawne  -  rzekł  zamyślony.  -  Muszę  cię  uprzedzić,  że 
powiedziałem matce o tych ogórkach. 

 -  Co?!  Zamiast  wibratorów?!  -  przestraszyła  się.  Linc 

otworzył  szeroko  oczy.  Wyobraził  sobie,  jak  matka  by  na  to 
zareagowała, i parsknął śmiechem. 

 -  Nie,  że  uprawiacie  je  w  Kansas.  -  Znowu  sięgnął  pod 

skórzany  płaszcz,  a  jego  oczy  zalśniły  pożądaniem.  - 
Zapewniam,  że  nie  potrzebowałabyś  w  tej  chwili  żadnego 
ogórka. 

 - Masz coś lepszego? 

background image

 -  O  wiele!  -  Poprowadził  jej  dłoń  w  dół,  aż  w  końcu 

poczuła  jego  nabrzmiałą  męskość.  -  Wydawało  mi  się,  że 
mówiłaś coś kiedyś o seksie w windzie. 

Trudy  westchnęła  głęboko.  Sytuacja  zaczęła  jej  się 

wymykać z rąk w chwili, kiedy znalazł się w nich penis Linca. 
Być może spóźnią się jednak na kolację... 

 - Sama nie wiem - jęknęła, zaciskając mocniej dłoń. 
 -  Najpierw  powinniśmy  nacisnąć  przycisk  „stop"  - 

powiedział Linc. 

 -  Wolałabym  raczej  nacisnąć  przycisk  z  napisem 

„jeszcze" - westchnęła. 

Linc  wyciągnął  dłoń,  żeby  zatrzymać  windę.  Za  późno. 

Drzwi zaczęły się powoli otwierać, ukazując starszą kobietę z 
torbą z zakupami. 

Trudy  cofnęła  rękę.  Była  szybka  niczym  rewolwerowiec, 

ale kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

 - Dzień dobry, jestem Trudy Baxter z czterysta sześć, a to 

jest Linc Faulkner. 

Wyciągnęła w jej stronę dłoń. 
Kobieta  uścisnęła  ją  z  wyraźnym  zdumieniem.  Linc 

wypchnął  Trudy  na  zewnątrz  i  zaraz  sam  wysiadł.  Kobieta 
zajęła ich miejsce. 

 - A pani? - spytała jeszcze Trudy. 
 - Millicent Hightower z trzysta sześć - odparła kobieta, a 

Trudy  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  może  niepotrzebnie 
informowała ją o numerze swego mieszkania. - Skoro mieszka 
pani nade mną, może wyjaśni mi pani te dziwne hałasy, które 
dobiegają z góry. Zaczynają się zwykle... 

Drzwi windy zaczęły się zamykać, co przerwało rozmowę. 

Trudy spojrzała na Linca i zachichotała. 

 - Nie jestem przyzwyczajona do bloków - rzekła, ciągnąc 

go do wyjścia. 

 - Właśnie widzę. 

background image

 - Zupełnie zapomniałam o tym, że ktoś pode mną mieszka 

i  może nas słyszeć - ciągnęła. - A powinno mi  to  przyjść  do 
głowy,  bo  sąsiad  czasami  nastawia  głośną  muzykę  i  wtedy 
sama czuję się jak na koncercie. 

Zatrzymała się i spojrzała mu w oczy. 
 -  A  czy  ty  myślałeś  o  tym,  że  ktoś  może  nas  słyszeć?  - 

spytała niewinnie. 

Linc spuścił wzrok. 
 -  Prawdę  mówiąc,  kiedy  już  się  kochamy,  zupełnie 

zapominam, gdzie jesteśmy. 

 -  Ja  też.  Właśnie  na  tym  polegają  erotyczne  fantazje.  - 

Znowu poczuła mrowienie na udach. - Szkoda, że nam się nie 
udało w tej windzie. 

Jego oczy zabłysły niczym dwie gwiazdy. 
 - Jak sądzisz, jak byśmy to zrobili? 
 -  Na  stojąco  -  odparła.  -  Mógłbyś  wziąć  mnie  od  tyłu. 

Zadarłbyś płaszcz i już byś mnie miał. Nie nałożyłam majtek - 
szepnęła mu do ucha Trudy. 

To była prawda. Mróz trochę zelżał, a jej wydawało się, że 

tak  będzie  znacznie  bardziej  podniecająco.  Nie  myliła  się, 
sądząc z reakcji Linca. 

Wyszli na ulicę. 
 - Chcesz sama zatrzymać taksówkę, czy pozwolisz mi  to 

zrobić? - spytał nieco ochrypłym głosem. 

Zrobiło  jej  się  miło,  że  pamięta,  jak  bardzo  to  lubi.  Poza 

tym  uderzyło  ją  to,  że  Linc  prosi  ją  o  pozwolenie.  Tak,  jak 
Tom  żonę.  Meg  mówiła  jej  kiedyś,  że  Linc  jest  bardzo 
delikatny, ale nie chciała jej wówczas wierzyć. 

Do  niedawna  interesował  ją  głównie  jako  źródło 

seksualnych  rozkoszy.  Musiała  przyznać,  że  był  w  tym 
niezrównany.  Ich  ciała  pasowały  do  siebie  tak,  jakby 
stanowiły  jedno.  Ale  coraz  częściej  myślała  o  Lincu  również 
jako o człowieku. Zaczęło ją interesować, co myśli o różnych 

background image

sprawach  i  jakie  są  jego  upodobania.  Odkryła  też,  że  coraz 
bardziej angażuje się w ten związek. 

Meg byłaby zadowolona. 
 - Teraz  twoja  kolej -  powied2iała, widząc jak Linc nagle 

się rozjaśnił. 

Sprawiło  jej  to  sporą  przyjemność.  Jednocześnie 

pomyślała, że będzie najlepiej, jeśli pomoże mu w czasie tego 
wyraźnie  dziwnego  spotkania.  Sama  zawsze  uwielbiała 
rodzinne posiłki. Inna sprawa, że nie odbywały się one raz do 
roku, więc cała rodzina była do siebie przyzwyczajona i mieli 
o czym gadać. 

Jednak  o  czym  można  rozmawiać  z  matką,  którą  widuje 

się  raz  do  roku?  O  pogodzie?  A  może  o  innych  członkach 
rodziny, których widuje się jeszcze rzadziej? 

Gdy  tylko  wsiedli  do  taksówki,  zapytała  Linca  o  imiona 

jego rodziców. 

 -  Mama  ma  na  imię  Glenda,  a  tata  Lincoln  Trzeci,  ale 

wszyscy mówią do niego L.C. 

 - Czy to znaczy, że ty jesteś Lincoln Czwarty? 
 - Obawiam się, że tak. 
 - Nigdy nie znałam nikogo z liczebnikiem przy imieniu - 

powiedziała, zastanawiając się, czy rodzice nie pytają go już o 
Lincolna Piątego. - L to Lincoln, a C? 

 - Carlyle. 
Aż otworzyła usta, słysząc to dziwne imię. 
 - Więc ty jesteś Lincoln Carlyle Czwarty, prawda? 
 -  Tak,  chociaż  to  potwornie  pretensjonalne  -  mruknął, 

krzywiąc się, jakby jadł cytrynę. 

 - Nie rób min. To brzmi bardzo seksownie. 
 -  Naprawdę?£  Mnie  się  zawsze  wydawało  sztywne  i  bez 

wdzięku. 

background image

 -  Nie,  nieprawda.  -  Wzięła  go  za  rękę.  -  To  bardzo 

romantyczne  imiona.  Moglibyśmy  wykorzystać  je  w  naszych 
grach. 

Chyba po raz pierwszy w życiu był zadowolony z tego, że 

nazywa się tak, jak się nazywa. Dzięki Trudy. Zrobiłby w tej 
chwili wszystko, żeby być bliżej niej. 

 - Naprawdę nie masz majtek? - spytał szeptem. 
 -  Przestań.  Chciałam  porozmawiać  o  twoich  rodzicach, 

ale... naprawdę - dodała na koniec. 

Dreszcz rozkoszy przeszył jego ciało. 
 -  Nie  chcę  rozmawiać  o  rodzicach.  Chcę  rozmawiać  o 

twoich majtkach. 

 - Przecież ich nie mam - zauważyła logicznie. - Jacy są? 
 - Raczej: jakie - poprawił ją. - Półprzezroczyste i miłe w 

dotyku. Widać przez nie włosy łonowe, a kiedy się je zsunie... 

 -  Linc  -  upomniała  go,  czując  falę  gorąca,  która  zaczęła 

obejmować jej ciało. 

 -  Jak  uważasz.  Ojciec  podzielił  fortunę  rodzinną  na  trzy 

części.  Matka  usiłuje  ją  przepuścić,  ale  i  tak  wiadomo,  że 
nawet  ona  nie  zdoła tego zrobić. Rodzice spotykają  się tylko 
raz  w  roku.  Prawie  ze  sobą  nie  rozmawiają.  Ich  życie 
seksualne ogranicza się do pocałunku w policzek na powitanie 
i przy rozstaniu. Nie rozwiedli się pewnie dlatego, że nie chcą 
oddać prawnikom sporej części majątku. 

Mimo  że  mówił  to  wszystko  obojętnym  tonem,  wyczuła 

gorycz w tych słowach. 

 -  Muszą  cię  bardzo  kochać,  skoro  decydują  się  na  takie 

spotkania - zauważyła. 

Linc pokręcił głową. 
 - Sądzę, że chodzi im o coś innego. 
 - Niemożliwe! Więc dlaczego to robią? 

background image

 - Z poczucia obowiązku - odparł, patrząc przed siebie, na 

ulice  Nowego  Jorku.  -  Pewnie  uznali,  że  dzięki  tym 
spotkaniom wciąż stanowimy rodzinę. 

 -  I  stanowicie  -  stwierdziła  z  mocą.  -  Gdyby  chcieli  się 

rozwieść,  na  pewno  by  to  zrobili,  bez  względu  na  koszty.  A 
poza tym, twoi rodzice mają ciebie... Dlatego właśnie jesteście 
rodziną. 

Linc spojrzał przez okno. Minę miał znudzoną, ale Trudy 

wiedziała, że to tylko maska. 

 - Jesteś niepoprawną optymistką. Ale mogę cię zapewnić, 

że moi rodzice już nigdy nie będą razem - powiedział smutno. 

 -  Jeśli  tak  myślisz,  to  dlaczego  trzymasz  w  sypialni 

zdjęcie całej waszej trójki? 

Milczał.  Milczał  pięć  sekund,  a  potem  dziesięć  i 

piętnaście. 

 - Przepraszam - bąknęła. - Nie chciałam się wtrącać w nie 

swoje sprawy. 

Uścisnął lekko jej dłoń. 
 - W porządku - szepnął. 
 -  Jeśli  nie  chcesz,  żebym  z  tobą  poszła,  mogę  wrócić  tą 

samą taksówką - powiedziała. 

Potrząsnął  głową,  a  na  jego  zaciśniętych  ustach  na 

moment pojawił się nikły uśmiech. 

 -  Za  późno  -  orzekł,  gdy  samochód  zatrzymał  się  przed 

restauracją. - Chodź, przedstawię cię moim rodzicom. 

Przez dwie następne godziny obserwował zafascynowany, 

jak  Trudy  bez  najmniejszych  problemów  oczarowuje  jego 
rodziców.  Nie  pamiętał,  kiedy  ostatnio  ojciec  śmiał  się  tak 
serdecznie, jak przy jej opowieści o konkursie jedzenia ciastek 
na Dzień Niepodległości. 

Co prawda matka nie wyglądała wtedy na zachwyconą, ale 

Trudy  szybko  znalazła  jej  czuły  punkt.  Dowiedziała  się,  że 
Glenda  maluje,  i  zaczęła  rozmowę  na  ten  temat.  Linc  po  raz 

background image

pierwszy usłyszał, że miała parę wystaw w Europie i jedną w 
kraju oraz że jej obrazy można znaleźć w paru książkach. Jego 
matka  stała  się  artystką.  Co  więcej,  zarabiała  pieniądze, 
chociaż jemu wydawało się, że tylko je wydaje. 

Okazało  się,  że  ojciec  też  nic  nie  wiedział  o  obrazach. 

Chyba po raz pierwszy od lat zwrócił uwagę na żonę. I na to, 
co  mówiła.  Do  tej  pory,  kiedy  się  spotykali,  rozmawiali 
głównie  o  nim.  Tak,  jakby  bali  się  poruszyć  jakiś 
delikatniejszy temat. 

Trudy  niczego  się  nie  bała  i  jej  obecność  wyraźnie 

poprawiała atmosferę. O dziwo, Linc poczuł, że nawet nieźle 
się bawi. Gdyby mógł zapraszać Trudy na te spotkania, byłyby 
one nawet do zniesienia. 

Niestety,  było  to  niemożliwe.  I  tak  naruszył  już  pewne 

zasady,  z  czego  doskonale  zdawał  sobie  sprawę.  Piękność  z 
Virtue  w  stanie  Kansas  zaczynała  odgrywać  coraz  większą 
rolę w jego kawalerskim życiu. 

Pod  koniec  posiłku  Trudy  przeprosiła  wszystkich  i  udała 

się do toalety. Linc aż za dobrze pamiętał, co się stało, kiedy 
znalazł  się  z  nią  w  tym  ustronnym  miejscu.  Zastanawiał  się 
nawet, czy nie ruszyć za dziewczyną, ale matka położyła dłoń 
na jego przedramieniu. 

 - Czy to poważne? 
Udał, że nie rozumie pytania. 
 - Co takiego? 
 - Twój związek z Trudy - odparła matka. - Innymi słowy, 

czy planujesz z nią małżeństwo? 

Pytanie nie należało do łatwych. Nawet gdyby sam chciał 

się żenić, Trudy miała pod tym względem zupełnie inne plany. 

 -  Mamo,  mówiłem  ci  już  przecież,  że  małżeństwo 

zupełnie mnie nie interesuje. 

 -  Pamiętam,  ale  przecież  nigdy  na  żadne  z  naszych 

spotkań  nie  przyprowadzałeś  dziewczyn.  -  Matka  wzięła 

background image

głębszy  oddech.  -  Poza  tym,  obserwowałam  cię  przy  stole. 
Bardzo ci na niej zależy. 

 - To prawda, ale to nic nie znaczy... 
 - Posłuchaj, synu - ojciec włączył się do rozmowy - takiej 

dziewczynie  ze  wsi  może  chodzić  tylko  o  trzy  rzeczy:  forsę, 
forsę i jeszcze raz forsę. 

 - Co takiego?! - Linc aż nadął się z oburzenia. 
 -  Twój  ojciec  przynajmniej  raz  się  nie  myli  -  stwierdziła 

Glenda. - Ta Trudy jest naprawdę czarująca i nic dziwnego, że 
dałeś się nabrać, ale... 

 - Na nic nie dałem się nabrać! - Linc zdał sobie sprawę z 

tego,  że  powiedział  to  za  głośno,  i  zaraz  zniżył  głos:  -  Jak 
śmiecie oskarżać o coś Trudy?! Przyszła tu tylko dlatego, żeby 
zrobić  mi  przyjemność,  i  wypruwała  sobie  flaki,  żeby  was 
rozerwać. A wystarczyło, żeby wstała od stołu, a wy chcecie 
ją rozerwać na strzępy! 

 -  Hej,  wcale  nie  powiedziałem,  że  jest  zła  -  starał  się  go 

uspokoić  ojciec.  -  To  zupełnie  naturalne,  że  chce  upolować 
bogatego męża. Większość kobiet... - Spojrzał na swoją żonę i 
urwał. 

Linc wstał od stołu. 
 - Przepraszam, ale musimy już iść. 
Chciał  wydostać  się  stąd,  zanim  powie  coś,  czego  będzie 

żałował.  Nie  miał  złudzeń  co  do  swoich  rodziców,  ale  nie 
zamierzał pozwalać, by obrażali Trudy. 

 -  Och,  Linc,  zostań  -  westchnęła  matka.  -  Chodzi  nam 

przecież tylko o twoje dobro. 

 -  Trudy  jest  najfajniejszą  osobą,  jaką  kiedykolwiek 

spotkałem - stwierdził Linc. - I gdybym chciał się ożenić, nie 
znalazłbym  lepszej  żony.  Ale  nie  musicie  się  przejmować. 
Sama Trudy nie planuje małżeństwa. 

Ojciec potrząsnął głową. 

background image

 -  Być  może  tak  mówi,  ale  widziałem  też,  jak  na  ciebie 

patrzy... 

Linc  wiedział,  o  co  mu  chodzi.  Znał  to  spojrzenie.  Nie 

musiał  jednak  informować  rodziców,  że  to  tylko  seks  i  nic 
więcej. 

 -  Nie  będę  z  wami  roztrząsał  tego  tematu.  -  Spostrzegł 

Trudy wracającą z łazienki. - O, jesteś. Chodź, zaczerpniemy 
świeższego - spojrzał na rodziców - powietrza. 

Dziewczyna zmarszczyła brwi. 
 -  Wygląda  na  to,  że  się  pokłóciliście  -  zauważyła.  -  Czy 

poszło o mnie? 

Linc wziął ją za ramię. 
 - Chodźmy już. Nie ma sensu o tym gadać. 
 -  Nie,  jeszcze  nie.  -  Wyrwała  mu  się.  -  Chciałabym 

wiedzieć, o co chodzi. 

 - Nie sądzę... - Linc próbował wziąć ją za rękę. 
 -  Glendo,  czy  możesz  mi  powiedzieć,  skąd  to  całe 

zamieszanie?  I  dlaczego  Linc  stara  się  mnie  wypchnąć  z 
restauracji? 

Jego matka chrząknęła i spojrzała gdzieś w bok. 
 -  Oboje  z...  mężem  uważamy,  że  dzieli  was  różnica 

pochodzenia,  co  może  być  problemem  przy  poważnym 
związku - wydusiła wreszcie. 

 -  A  kto  tu  mówi  o  poważnym  związku?  -  Dziewczyna 

popatrzyła na nich pytająco. 

Linc machnął ręką. 
 - Nie o to chodzi. Moi rodzice nie są w stanie powiedzieć 

niczego jasno. Po prostu uważają, że polujesz na mój majątek. 

Ku jego zaskoczeniu Trudy wybuchnęła śmiechem. 
 - Ja?! Na majątek?! 
 -  Linc,  przecież  wiesz,  że  nie  to  mieliśmy  na  myśli  - 

zaprotestowała matka. 

 - A właśnie, że to! Chodź, Trudy! 

background image

 -  Nawet  nie  wiem,  jak  mam  zareagować  -  powiedziała, 

wciąż  dusząc  się  śmiechem.  -  Wcale  nie  poluję  na  jego 
majątek. 

 -  Nie,  Trudy,  wcale  nie  powiedzieliśmy...  -  L.  C. 

próbował się tłumaczyć, ale ona go nie słuchała. 

 -  Jedyne,  o  co  mi  chodzi,  to  jego  wspaniały,  olbrzymi, 

nabrzmiały  jak  dorodny  ogórek  penis!  -  ciągnęła  coraz 
głośniej.  -  I  właśnie  dlatego  musimy  już  iść.  Czas  do  łóżka. 
Cześć! 

Wyszła,  kołysząc  biodrami.  Jego  rodzice  wyglądali  na 

zaszokowanych.  Z  otwartymi  ustami  patrzyli  za  Trudy, 
podobnie jak większość osób w restauracji. 

background image

Rozdział szesnasty 
Pomysł z lustrami był naprawdę świetny. Trudy nie mogła 

sobie  wyobrazić  większej  przyjemności  niż  oglądanie 
pośladków Linca w czasie stosunku. Specjalnie ustawiła kilka 
lamp  wokół  łóżka,  żeby  mogli  widzieć  siebie  w  gładkich 
szklanych  powierzchniach  umocowanych  pod  baldachimem. 
Nalegała,  żeby  Linc  wypróbował  je  pierwszy.  Położył  się  na 
plecach,  a  ona  przykucnęła  nad  nim,  odginając  co  jakiś  czas 
ciało  do  tyłu.  Efekt  był  piorunujący.  Dopiero  kiedy  sama 
zajęła  jego  miejsce,  zrozumiała,  dlaczego  miał  orgazm  za 
orgazmem.  Ona  też  nie  potrzebowała  wiele,  żeby  dojść  do 
kresu podniecenia. 

 - Fajnie? - szepnął jej do ucha. 
Z trudem złapała oddech, obejmując go od tyłu i widząc to 

jednocześnie w lustrze. 

 - Nie masz pojęcia... jak... 
 -  Mam.  -  Zaczął  szybciej  oddychać.  -  Te  lustra  są 

wspaniałe.  Działa  na  mnie  nawet  sama  świadomość,  że  teraz 
mnie widzisz. 

Chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko jęk. 
 - Linc, ja... 
A potem ogarnął ją ocean rozkoszy. Ruchy Linca nasiliły 

się  i  po  chwili  po  raz  kolejny  oboje  szczytowali.  Piąty  czy 
szósty. Już nawet nie chciało im się liczyć. 

Łóżko zadrżało i zapewne sufit na dole zatrząsł się trochę. 

Oboje legli w pościeli wyczerpani, lecz szczęśliwi. 

 - Och, Linc... - Trudy sama nie wiedziała, czy to dlatego, 

że przedtem była tak spięta, czy też z powodu luster, ale seks 
miał dziś na nią dobroczynny wpływ. - Tak mi dobrze. 

Zaczął ją pieścić i znowu poczuła, że ma na niego ochotę. 

Sięgnęła w dół, tam gdzie był jego członek. Czy to możliwe, 
że  już  zdołał  się  podnieść  po  kolejnej  bitwie?  Linc  był 
naprawdę niesamowity. 

background image

Po  raz  kolejny  poczuła  go  na  sobie.  Spojrzała  w  lustra, 

szukając  dodatkowej  podniety,  która  tak  naprawdę  wcale  nie 
była jej potrzebna. 

W  samą  porę.  Jedno  z  luster  obluzowało  się  i  zaczęło 

opadać  wprost  na  głowę  Linca.  Na  szczęście  zdołała  je 
przytrzymać wyciągniętą do góry nogą. 

 - Trudy, czy coś się stało? - spytał zaniepokojony. 
 -  Nie,  nic  takiego  -  odparła,  nie  chcąc  go  za  bardzo 

niepokoić. - Tylko jedno z luster za chwilę może ci się rozbić 
na głowie. 

Zamiast  jej  pomóc  zaczął  się  śmiać.  Aż  cały trząsł  się  na 

jej ciele. 

 -  Wiesz,  że  to  bardzo  dziwne,  kiedy  mężczyzna  się 

śmieje, chociaż wciąż masz go w sobie - zauważyła cierpko. 

Uniósł nieco głowę. 
 - Powinnaś się przyzwyczaić. Coś mi mówi, że to nie po 

raz ostatni. 

 - Przyczepiłam je naprawdę mocno - broniła się. 
 - Musiałeś za bardzo rozhuśtać łóżko. 
Linc zaśmiał się raz jeszcze. 
 -  Czy  masz  coś  przeciwko  temu?  -  spytał,  kryjąc 

rozbawienie. 

 -  W  sumie  chyba  nie.  -  Odwzajemniła  jego  uśmiech.  - 

Biedna Millicent. 

Linc westchnął głęboko. 
 -  Zupełnie  o  niej  zapomniałem.  W  ogóle  zapomniałem  o 

istnieniu  innych  ludzi.  Przydałby  nam  się  jakiś 
dźwiękoszczelny pokój. Albo domek gdzieś na odludziu. 

Gdyby  wiedział,  jak  to  zabrzmi,  na  pewno  by  tego  nie 

powiedział. 

 - Musisz ze mnie zejść, bo puszczę to lustro - ostrzegła. 
Natychmiast się usunął, a ona złapała gładką powierzchnię 

dwiema stopami. Lustro zwisało teraz tylko na jednym drucie. 

background image

 -  Interesująca  pozycja  -  rzekł,  patrząc  na  nią  w 

zamyśleniu. - Może spróbowalibyśmy się tak kochać? 

 -  Wolałabym  nie.  Jest  mi  bardzo  niewygodnie.  Szybko 

chwycił lustro. Trzymał je, a jednocześnie spoglądał w stronę 
łazienki. 

 - Możesz na mnie chwilę zaczekać? - spytał. 
 - Zaraz wrócę. 
Trudy  wzięła  lustro.  Jeden  z  drutów  po  prostu  się 

obluzował.  Poradzi  sobie  sama.  Nie  potrzebuje  do  tego 
pomocy Linca. 

 - Jasne, idź. 
 - Tylko mi nie zniknij - uprzedził, zeskakując z łóżka. 
Trudy  wiedziała,  że  będzie  chciał  porozmawiać  o 

dzisiejszej  kolacji.  Większość  osób  oczekiwałaby  na  pewno 
wyjaśnienia sytuacji. Być może Lincowi zależało na tym, żeby 
przeprosiła  jego  rodziców  za  swoje  zachowanie.  Chociaż  nie 
miała na to ochoty, gotowa była na to przystać. To prawda, że 
trochę ją poniosło. 

Właśnie  dlatego  zdecydowała  się  nie  uciekać  dziś  przed 

nim jak Kopciuszek. 

 - W porządku, zaczekam. 
 -  Świetnie.  -  Linc  złapał  swoje  ubrania  i  ruszył  do 

łazienki. 

Wstała i naga zabrała się do przyczepiania lustra. Nie było 

to  takie  łatwe,  jak  się  wydawało.  Kiedy  wrócił,  wciąż  stała  z 
wyciągniętymi ramionami i usiłowała mocniej zacisnąć drut. 

 - Proszę, scena jak z „Playboya" - stwierdził. 
 -  A  ty  wyglądasz  jak  facet  z  magazynu  dla  kobiet  - 

stwierdziła. - Możesz potrzymać lustro? 

Linc zdjął  buty i  wszedł  na łóżko w samych  skarpetkach. 

Kiedy już zaczepili lustro, doszło do tego, co w zasadzie było 
nieuniknione,  i  znowu  znaleźli  się  w  pościeli.  Linc 

background image

zaproponował,  żeby  zrobili  to  tym  razem  na  boku,  tak  by 
oboje mogli patrzeć. 

Nastąpił  kolejny  cudowny  orgazm  i  Linc  raz  jeszcze 

musiał udać się do łazienki. A w końcu nasyceni położyli się 
na łóżku i Trudy oparła się o niego wygodnie. Nie mogła się 
powstrzymać,  żeby  nie  zacząć  rozczesywać  palcami  jego 
włosów. Było to miłe. Zbyt miłe. 

A  jak  dopiero  będzie  z  innymi,  pomyślała.  Przecież  Linc 

jest dopiero pierwszy. 

To  jej  przypomniało  kolację  i  rodziców  Linca.  No  tak, 

przecież  muszą porozmawiać, chociaż  wcale  jej się  nie chce. 
A potem, oczywiście, będą musieli się rozstać. 

 -  Nigdy  nie  powtarzaliśmy  tego  w  ciągu  jednego 

spotkania - zauważył. 

 - Nie, chyba nie. 
 - Ten drugi raz był inny. Kochaliśmy się wolniej. To było 

naprawdę wspaniałe. 

 - Tak, bałam ci się wygnieść garnitur - stwierdziła, chcąc 

przeciąć rozmowę na temat seksu. 

Oczywiście  miała  na  nią  ochotę,  ale  bała  się  tego,  do 

czego mogła doprowadzić. Zaczęła więc z innej beczki: 

 -  Zdaje  się,  że  obraziłam  dzisiaj  twoich  rodziców,  ale 

naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Mam nadzieję, że się 
na  mnie  nie  gniewasz.  Kiedy  ich  spotkasz,  możesz 
powiedzieć, że mi przykro i że jestem... bardzo impulsywna. 

Linc przyciągnął ją bliżej. 
 -  To  raczej  ja  powinienem  cię  przeprosić.  Wiedziałem, 

jacy są, a mimo to zabrałem cię na to spotkanie. To był błąd. 
Mogłem się spodziewać właśnie takiego wyskoku. 

 -  Żaden  problem  -  powiedziała.  -  Tak  mnie  to 

rozśmieszyło, że nawet nie poczułam się dotknięta. Poza tym, 
mieli wyjątkowo zabawne miny. 

background image

 - To prawda. - Linc skinął głową. - Wyglądali wyjątkowo 

głupio. 

Przez moment milczał, a potem odezwał się ponownie: 
 -  Gdybym  ich  słuchał,  ożeniłbym  się  pewnie  z  jakąś 

bogatą  dziewczyną  z  dobrej  rodziny.  Tak  jak  w 
średniowieczu! 

 -  Ale  nie  musisz  tego  robić  -  zauważyła.  -  Na  szczęście 

żyjemy w innych czasach. 

 -  Masz  rację  -  westchnął.  -  Ale,  tak  naprawdę,  do 

niedawna  nie  miałem  nawet  większego  wyboru.  Obracałem 
się wciąż w tych samych kręgach. Pieniądze jednak potwornie 
izolują.  Nie  chciałbym,  żeby  moje  dziecko  czuło  się  tak 
samotne  jak  ja.  Gdybyś  doświadczyła  tego  wszystkiego, 
zrozumiałabyś, dlaczego wolę się nie żenić. 

Trudy  odsunęła  się  trochę  od  niego  i  oparła  na  łokciu, 

żeby go lepiej widzieć. 

 - Tak sądzisz? A co byś powiedział, gdybyś żył w małym 

domku, którego właściciele chcą spłodzić po jednym dziecku 
na metr kwadratowy powierzchni? 

 - Wolałbym to niż dwadzieścia pięć pustych pokoi - rzekł 

twardo. 

 - To  dlatego, że nie wiesz, o czym mówisz!  Moi  rodzice 

nigdy nie byli tak naprawdę swobodni. Urodziłam się niedługo 
po ich ślubie. Potem było trochę spokoju, bo ojciec pracował 
jako  akwizytor,  ale  kiedy  kupili  farmę,  dzieci  zaczęły  się 
pojawiać  jedno  po  drugim.  Drugie,  trzecie,  czwarte...  - 
Uderzała go w pierś przy każdym kolejnym noworodku. 

Linc pokręcił głową. 
 - Przynajmniej nie czułaś się osamotniona. 
 - O, nie! - Rozejrzała się po swoim mieszkaniu. - Dopiero 

tutaj czuję się swobodnie, chociaż czasami mam wrażenie, że 
któreś  z  rodzeństwa  wyskoczy  za  chwilę  zza  baldachimu  i 

background image

krzyknie:  „a  ku  -  ku!".  Będę  się  długo  zastanawiać,  zanim 
zdecyduję się na małżeństwo. To niewolnictwo na całe życie! 

 -  Widzisz,  a  moi  rodzice  wyglądają  na  zupełnie 

swobodnych.  -  Mina  mu  zrzedła.  -  Nigdy  nie  musieli  mi 
poświęcać  zbyt  dużo  czasu,  bo  mieli  pieniądze  na  niańki  i 
opiekunki. Robili, co chcieli. Moim zdaniem, pieniądze mogą 
zniszczyć wszelkie więzy. 

 -  Ale  ich  brak  również!  -  Trudy  ponownie  pokręciła 

głową.  -  Przepraszam,  ale  nie  wiesz,  o  czym  mówisz. 
Powinieneś  pojechać  do  Virtue  i  zatrzymać  się  u  moich 
rodziców.  -  Aż  zadrżała  na  tę  myśl.  -  Pewnie  byś  tam 
zwariował. 

Kiedy  już  to  powiedziała,  poczuła  się  pewniej.  W  ten 

sposób utwierdziła się jeszcze bardziej w swoim przekonaniu, 
że  tylko  Nowy  Jork  może  jej  dać  to,  czego  potrzebuje. 
Pieszczoty z Lincem jakoś wytrąciły ją z równowagi. 

 - Na pewno czułbym się świetnie - rzucił Linc, patrząc jej 

wyzywająco w oczy. 

 -  Jak  cholera!  Możesz  sobie  tak  gadać,  bo  masz  własne 

mieszkanie i zero pojęcia o tym, jak żyje moja rodzina... 

 -  Zaraz!  Co  ty  sobie  wyobrażasz?!  Nie  jestem  jakimś 

zepsutym bogaczem, który dostaje wysypki, kiedy mu zaczyna 
brakować kawioru. 

 -  Brakować?!  -  Zaśmiała  mu  się  w  nos.  -  W  Virtue  nikt 

nigdy nawet nie widział kawioru! 

 - Myślisz, że jestem snobem i rozpieszczonym bachorem? 

- spytał, unosząc się nieco na poduszkach. 

Trudy widziała, że jest wściekły, i pomyślała, że powinna 

trochę bardziej na niego uważać. 

 -  Nie,  uważam,  że  jesteś  najseksowniejszym  facetem, 

jakiego znam. Najodważniejszym i najwspanialszym. - Pewny 
siebie uśmieszek, który pojawił się na jego ustach, zaczynał ją 

background image

już drażnić. - Ale zwiałbyś z krzykiem, gdybyś musiał spędzić 
choć jeden dzień w Virtue w stanie Kansas. 

 - Nie uciekłbym - upierał się. 
 - Tylko tak mówisz. Spojrzał jej głęboko w oczy. 
 - Co robisz w najbliższy weekend? Zamrugała, nie bardzo 

wiedząc, dlaczego zmienia temat. 

 -  Chciałam  kupić  jakieś  półki  i  porozstawiać  wreszcie 

moje książki - wyznała. 

 -  W  każdym  razie  nie  masz  niczego  poważnego,  typu 

pogrzeb szefa? 

 - O ile wiem, to nie - odparła. - Widziałam go dziś przed 

wyjściem z pracy i wyglądał kwitnąco. 

 - Wobec tego jedźmy do Virtue. 
Trudy uśmiechnęła się, myśląc, że się z nią drażni. 
 - Nabierasz mnie, co? 
Linc patrzył na nią poważnie. Ani jeden muskuł nie drgnął 

na jego twarzy. 

 - Nie, wcale. 
 - Przecież nie możemy jechać, ot tak, do Virtue! 
 -  Czemu  nie?  Zapłacę  za  samolot.  Zatrzymamy  się  u 

twoich  rodziców,  żeby  ci  udowodnić,  że  tam  wytrzymam.  I 
tak pewnie wydam mniej niż gdybym został w Nowym Jorku. 
I co, zgoda? 

Trudy nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. 
 - Dlaczego wiercisz mi dziurę w brzuchu? Pogładził ją po 

gładkiej skórze tuż nad linią włosów łonowych. 

 - Nieprawda. Raczej staram się zatkać tę, którą już masz - 

zażartował. 

Trudy od razu zareagowała na jego dotyk. 
 - Mm, przestań. Przesunął dłoń niżej. 
 - Tylko jeśli zgodzisz się na wyjazd do Virtue. 
 - Chyba masz jakąś obsesję na tym punkcie. Aa... 
 - Jego palec dotarł do łechtaczki. - Nie przestawaj! 

background image

 - Virtue - powtórzył nagląco. 
Trudy po raz kolejny tego wieczoru rozłożyła uda. 
 - Dobrze, niech będzie. Tylko chodź bliżej. 
 - To było nieziemskie - szepnął Tom do ucha żony, kiedy 

już się ubrali i rozsiedli wygodnie w limuzynie. 

 - Jesteś pewna, że nic ci nie będzie? 
 -  Z  całą  pewnością.  Ciąża  wcale  nie  uniemożliwia 

stosunków. W każdym razie do pewnego momentu. 

Potem  pozostaje  jeszcze  cała  masa  pieszczot  i  innych 

rzeczy,  które  można  robić  we  dwoje,  dodała  w  duchu. 
Uśmiechnęła  się  do  niego  w  półmroku  wozu.  Za 
przyciemnionymi  szybami  pojawiały  się  rzędy  sklepów  i 
restauracji  Nowego  Jorku.  Od  kierowcy  odgradzała  ich 
szczelna, nieprzezroczysta przegroda. 

Tom ścisnął jej kolano. 
 - Powinniśmy to jeszcze kiedyś powtórzyć. 
 -  To  będzie  jeszcze  droższe,  bo  będziemy  potrzebowali 

niańki do dziecka - zauważyła. 

Nie  mogła  się  już  doczekać  porodu,  ale  z  drugiej  strony 

starała się patrzeć realistycznie na swoją sytuację. 

 - Trudy doskonale się do tego nadaje. 
 - Wiem. Nawet deklarowała, że będzie to robić za darmo, 

ale chciałabym jej zapłacić. Na pewno potrzebuje pieniędzy. 

Tom milczał przez chwilę, ale widziała, że coś go męczy. 

Najlepsze,  co  mogła  zrobić,  to  czekać.  Nie  trwało  to  jednak 
długo. 

 -  A  skoro  już  mówimy  o  Trudy,  to  nie  wydaje  ci  się,  że 

ten jej wyjazd z Lincem jest... trochę dziwny? 

Meg  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Czuła  się  szczęśliwa  i 

usatysfakcjonowana.  Nie  tylko  wspaniałym  orgazmem,  który 
przed  chwilą  przeżyła,  ale  też  tym,  co  działo  się  z  Trudy  i 
Lincem.  Wystarczyło  tylko  wspomnieć,  że  Linc  jest  bardzo 

background image

delikatny, albo podsunąć Trudy pomysł z lustrami, a wszystko 
szło jak po maśle. 

Nie sądziła tylko, że wyjazd nastąpi tak szybko i że będzie 

tak niespodziewany. 

 - Dlaczego? Po prostu chcą gdzieś razem wyskoczyć. 
 -  I  poznać  jej  rodzinę?  Jak  na  krótki  romans,  to  jednak 

trochę niezwykłe, sama przyznasz. 

 -  Pewnie  Linca  zaciekawiło  to,  co  mówiliśmy  o  Virtue. 

Pamiętasz, przecież nie mógł przyjechać na nasz ślub. 

 - Nie, nie wierzę. To mało prawdopodobne. 
 -  Spojrzał  uważnie  na  żonę.  -  Poza  tym  wyglądasz  tak, 

jakbyś coś przede mną ukrywała. 

 -  Wydaje  ci  się.  Po  prostu  przypominam  sobie  to,  co 

robiliśmy razem. 

Tom poczuł dreszcz podniecenia, ale nie dał się tak łatwo 

zwieść. 

 -  Powiedz  prawdę.  Uważasz  pewnie,  że  Linc  już 

poważnie związał się z Trudy, co? 

Meg westchnęła. 
 -  A  gdybym  ci  powiedziała,  czy  potrafiłbyś  dochować 

tajemnicy? - spytała, patrząc mu przenikliwie w oczy. 

 - Oczywiście. 
 - I nikomu nic byś nie chlapnął? Nawet Lincowi? 
 - Pod warunkiem, że nie ukartowałyście tego wszystkiego 

i  że  Trudy  nie  szuka  bogatego  męża  -  zastrzegł  się.  -  Muszę 
być lojalny wobec kumpla. 

 -  Nie,  Trudy  w  dalszym  ciągu  nie  wie,  że  chce  wyjść  za 

mąż. 

Tom odetchnął z ulgą. 
 - Uff, na szczęście. 
 -  Natomiast  Linc  powoli  zaczyna  mięknąć  -  ciągnęła.  - 

Wydaje  mi  się,  że  ostatnio  myśli  dość  intensywnie  o 
małżeństwie jako takim. 

background image

 - Pewnie nasz przykład tak na niego działa. - Tom wypiął 

pierś. - Ale, jak sądzisz, dlaczego jadą do Virtue? Czyżby Linc 
chciał ją lepiej poznać? 

Meg potrząsnęła głową. 
 -  Linc  nie  wie,  po  co  tam  tak  naprawdę  jedzie.  Oboje 

utrzymują, że chodzi o jakiś głupi zakład. 

 -  Zaśmiała  się  wyraźnie  rozbawiona.  -  W  życiu  nie 

słyszałam podobnej bzdury! Moim zdaniem, Linc  jedzie tam, 
bo chce poznać rodziców swojej przyszłej żony. 

 - No tak, ja też to  zrobiłem  -  rzekł Tom w zamyśleniu. - 

Ale  skoro  Trudy  nie  myśli  o  małżeństwie,  może  to  być  dla 
niego przykre doświadczenie. 

 -  Nie  przejmuj  się.  Już  ja  z  nią  sobie  poradzę,  kiedy 

przyjdzie  właściwy  moment.  Do  tej  pory  idzie  im  lepiej  niż 
sądziłam. 

 - Więc jesteś zadowolona ze swojej pułapki! - zaczął się z 

nią drażnić. 

 - To wcale nie była pułapka. 
 - A co takiego? 
Jego żona wyciągnęła w górę dłoń i rozejrzała się dookoła 

natchnionym  wzrokiem.  W  tej  chwili  wyglądała  niemal  jak 
anioł. 

 - Chcę im pomóc. Chcę naprawić ich życie. Sprawić, żeby 

popatrzyli  na  świat  innymi  oczami.  -  Opuściła  dłoń  i 
pogłaskała  jego  wciąż  wyprężony  pod  materiałem  członek.  - 
Dać im radosny seks. 

 - Mówisz prawie jak Pan Bóg - westchnął. - A co będzie, 

jeśli Trudy złamie mu serce? Albo, co gorsza, jeśli się pobiorą 
i okaże się, że zupełnie do siebie nie pasują? 

 -  Pasują,  pasują  -  zapewniła,  rozpinając  jego  rozporek.  - 

Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. 

 - Oj, Meg, jeszcze się doigrasz. 

background image

 -  Bardzo  dobrze,  bo  właśnie  chodzi  mi  o  igraszki.  Czy 

jesteś gotowy na ich drugą część? 

Jego członek był twardy jak skała. 
 -  Tak  jak  widzisz.  Ale  naprawdę  uważaj,  żeby  nie 

posunąć się za daleko. 

 -  A  mogę  na  twoje  kolana?  Tom  wykonał  zapraszający 

gest. 

 - Zawsze i wszędzie. 

background image

Rozdział siedemnasty 
Mimo natłoku wrażeń związanych z przyjazdem do Virtue 

w  piątek  po  południu  Linc  wiedział,  że  nigdy  nie  zapomni 
dwóch  rzeczy:  ciągnących  się  aż  po  horyzont,  płaskich  pól 
uprawnych  i  łez  w  oczach  Sary  Baxter,  która  wybiegła  w 
samej  sukience  przed  dom,  żeby  powitać  córkę.  Tuż  za  nią 
pojawił się, machając ogonem, stary labrador. 

Matka nie widziała Trudy zaledwie dwa tygodnie, a tuliła 

ją  tak,  jakby  od  rozstania  minęły  całe  lata.  Jego  uwagi  nie 
umknęło  też  to,  że  Trudy  witała  Sarę  równie  radośnie.  A 
potem  przykucnęła  i  objęła  ciemną  głowę  psa,  który  od  razu 
zaczął ją lizać po rękach. 

Linc  poczuł  dławienie  w  gardle.  Trudy  może  mówić  co 

chce, ale to jasne, że tęskniła za domem. 

Sara wytarła fartuchem oczy, patrząc jak córka głaska psa, 

a następnie skierowała wzrok na Linca. 

 -  Przepraszam,  ale  Trudy  nigdy  tak  naprawdę  nie 

wyjeżdżała z domu - powiedziała po prostu. - Nie wiedziałam, 
że tak bardzo będzie jej nam brakować. Prince też się stęsknił. 

 -  Rozumiem  -  rzekł  Linc,  chociaż  wszystko  to  było  dla 

niego  nowe.  Jego  rodzice  nigdy  nie  zachowywali  się  w  ten 
sposób. 

Kiedy  Trudy  się  podniosła,  zauważył,  że  też  ma  nieco 

wilgotne oczy. 

 -  Linc,  to  moja  mama.  Ma  na  imię  Sara.  A  to  nasz  pies, 

Prince. Mamo, to jest Linc Faulkner. 

 -  Bardzo  mi  miło.  -  Linc  przełożył  obie  torby  do  lewej 

ręki i wyciągnął prawą. 

 -  To  pan  jest  przyjacielem  Toma?  -  spytała,  patrząc  na 

niego śmiejącymi się oczami. - Jaka szkoda, że nie mógł pan 
przyjechać na ślub. 

 - Ja też żałuję. 

background image

Kiedy  Sara  puściła  jego  dłoń,  Prince  zaczął  obwąchiwać 

jego wełnianą jesionkę. 

 - Cześć, Prince - rzucił. 
Na  dźwięk  swego  imienia  pies  zamachał  parę  razy 

ogonem.  W  ten  sposób  zawarli  znajomość.  Linc  poczuł  się 
więc upoważniony, by podrapać go za uchem. W dzieciństwie 
zawsze chciał mieć psa, ale rodzice bali się o czystość domu. 

 -  Bardzo  się  cieszę,  że  przywiózł  nam  pan  Trudy  -  Sara 

odezwała  się  znów  swoim  ciepłym  głosem.  -  To  prawdziwy 
cud,  że  udało  jej  się  wyrwać  w  piątek  po  niepełnych  dwóch 
tygodniach pracy. 

 -  To  zasługa  Meg  -  wtrąciła  Trudy.  -  Podobno  obiecała 

naszemu szefowi, że odda mu swoje dziecko do terminu. Ale 
nie sądzę, żeby była aż tak okrutna... 

Sara spojrzała uważnie na córkę, ale od razu zauważyła, że 

tylko żartuje. 

 -  Zobaczycie,  że  nikomu  nie  pozwoli  go  dotknąć.  - 

Zamyśliła się na chwilę. - W każdym razie jestem jej bardzo 
zobowiązana. No, chodźcie do środka. 

Linc  klepnął  jeszcze  Prince'a  po  głowie  i  wstał.  Od  razu 

poczuł  sympatię  do  Sary  Baxter.  Z  siedmiorgiem  dzieci  w 
domu nie miała czasu zadbać o siebie, ale była schludna i aż 
pachniała  czystością.  Twarz  miała  świeżą,  a  zmarszczki 
porobiły jej się tylko koło oczu i ust. Od śmiechu. Przyjemnie 
było pomyśleć, że za jakieś dwadzieścia pięć lat Trudy będzie 
wyglądać  jak  jej  matka.  I  że  będzie  miała  to  samo  pogodne 
usposobienie. 

Jeśli, jak twierdziła Trudy, małżeństwo złamało jej życie, 

to wcale tego nie okazywała. Sara miała zielone oczy i wciąż 
pokazywały  się  w  nich  figlarne  iskierki,  które  Linc  znał  tak 
dobrze. Teraz już wiedział, skąd pochodzi optymizm Trudy. 

 - Jestem teraz sama w domu - powiedziała, prowadząc ich 

do środka. - Wszyscy mają jakieś zajęcia. A ojciec pojechał z 

background image

Sue  Ellen  po  ciepłe,  zimowe  buty.  Pamiętasz,  te  twoje 
brązowe  w  końcu  się  rozsypały,  a  Sue  Ellen  była  pewna,  że 
zabierzesz ją na sanki. 

 - No jasne. 
 - Oboje ją zabierzemy - wtrącił Linc. 
To  był  doskonały  przykład  tego,  czego  mu  brakowało  w 

dzieciństwie.  Nigdy  nie  mógł  się  doprosić,  żeby  ktoś  mu 
pomógł ulepić bałwana. Belinda zrobiła to tylko raz, zaraz po 
przyjeździe, a potem miała już za dużo pracy. Właśnie wtedy 
zaczął się w niej podkochiwać. 

Sara  wprowadziła  ich  do  małego,  ale  przytulnego 

saloniku. W kominku palił się ogień. A jakby tego było mało, 
powietrze  przesycone  było  wonią  jakichś  smakołyków.  Jeśli 
się  nie  mylił,  zapach  pieczeni  mieszał  się  ze  słodkim 
zapachem szarlotki. 

Linc  poczuł,  że  ślinka  mu  cieknie  na  samą  myśl  o 

jedzeniu. 

 -  Linc  będzie  musiał  spać  z  Kennym  i  Joshem  - 

powiedziała  Sara.  -  A  ty,  Trudy,  zajmiesz  swój  stary  pokój. 
Należy teraz do Lindy, Marcie i Deeny. Wnieście teraz swoje 
rzeczy, a potem napijemy się kawy. 

Widać  było,  że  ma  ochotę  pogadać,  ale  najpierw  chciała, 

żeby goście poczuli się wygodniej. 

 -  Myślałam,  że  przenieśliście  Sue  Ellen  do  pokoju 

dziewcząt - zauważyła Trudy. 

 - Tak, ale przeprowadziła się do nas na weekend, żeby nie 

było ci ciasno. - Matka uśmiechnęła się do niej. 

 -  Wszyscy  tak  się  ucieszyli  z  twojego  przyjazdu,  że 

gotowi byli spać w szopie na sianie. 

Tak, tego też mu brakowało: wzajemnego poświęcenia dla 

innych  członków  rodziny.  Zapewne  Trudy  robiła  to  samo. 
Starała  się  pomagać  rodzicom,  a  także  braciom  i  siostrom. 
Najważniejsze  zaś  było  to,  że  atmosfera  w  tym  domu  była 

background image

przyjazna i miła. Nikt nie robił kwaśnych min i nie wzdychał z 
powodu niewygód. 

Jednak  Linc  rozumiał,  dlaczego  Trudy  chciała  wyjechać. 

Dzielenie pokoju z czterema młodszymi siostrami z pewnością 
było krępujące. Dom Trudy, nawet pod nieobecność większej 
części rodziny, wyglądał na dosyć ciasny. Okazało się, że sam 
będzie  spał  na  dole  piętrowego  łóżka  w  pokoiku  wielkości 
swojej kuchni. 

To  posłanie  należało  do  Kenny'ego.  Dwunastoletni  Josh 

miał  spać na  górze, a  Ken w czasie weekendu urządził  sobie 
posłanie  na  podłodze.  Linc  rozejrzał  się  po  oblepionych 
plakatami  ścianach  i  półkach  zastawionych  książkami  i 
plastikowymi modelami samolotów. To było kolejne marzenie 
jego dzieciństwa, ale jego pokój został zaprojektowany przez 
architekta wnętrz, więc rodzice nie pozwalali w nim na żadne 
zmiany. 

 -  Hm,  to  łóżko  może  być  trochę  za  małe  -  powiedziała 

Sara. - Nawet Kenny się ostatnio skarżył, a jest przecież dosyć 
niski. 

 - Będzie świetne, pani Baxter. 
 -  Mów  mi  po  imieniu.  Tak  będzie  chyba  wygodniej, 

prawda? 

 -  Oczywiście.  -  Raz  jeszcze  wymienili  uściski  dłoni.  - 

Dziękuję, że pozwoliłaś mi przyjechać, Saro. 

 -  Och,  wszyscy  chcieli  cię  poznać.  -  Matka  Trudy 

podeszła  do  otwartych  drzwi.  -  Najbliższa  łazienka  jest  po 
lewej stronie. Jedna z dwóch - dodała zaraz 

 - więc rano może być trochę tłoczno. Stan, czyli mój mąż, 

chciał  nawet  wprowadzić  specjalne  karty  do  kontrolowania 
czasu zajmowania łazienki. Maruderzy pod koniec miesiąca w 
ogóle nie mogliby z niej korzystać. 

Trudy spojrzała na niego, żeby sprawdzić, jak to przyjął. 
 - Najlepiej wstać wcześnie rano, przed wszystkimi 

background image

 - dodała zaraz. - Ale musisz pamiętać, że chłopcy wstają o 

piątej trzydzieści, żeby zabrać się do pracy w gospodarstwie, a 
i  Sue  Ellen  lubi  się  wcześnie  budzić.  Linc  uśmiechnął  się 
przebiegle. 

 -  Więc  może  zagramy  z  chłopcami  w  karty  o  to,  kto 

pierwszy będzie korzystał z łazienki. 

 - Na pewno chętnie to zrobią. - Sara aż klasnęła w dłonie. 

-  Nie  mogli  się  doczekać,  żeby  poznać  kogoś,  kto  był  w 
Madison  Square  Garden.  Mam  nadzieję,  że  kibicujesz 
Knicksom. 

 -  Tak,  właśnie  im.  -  Wyciągnął  kciuk  w  górę,  chcąc 

pokazać Trudy, że świetnie się czuje w jej środowisku, ale ona 
zrobiła minę, która mówiła: „czekaj no!". 

Była w tej chwili tak pociągająca, że chciał ją pocałować. 

Prawdę  mówiąc,  nigdy  wcześniej  nie  zdarzyło  mu  się  być  z 
nią  tak  długo  bez  uprawiania  seksu.  A  przecież  wciąż  czuł 
pożądanie,  mając  ją  ciągle  obok,  dotykając  jej,  czy  też 
ocierając się o jej ubranie. Jednak przy takim układzie sypialni 
mieli  niewiele  szans  na  wspólną  noc.  Ale  Linc  nie  był 
rozczarowany. Tom uprzedził go, że tak będzie. 

 -  Dobrze,  rozpakujcie  się  -  powiedziała  Sara  już  z 

korytarza. - I zejdźcie na dół, jak będziecie gotowi. 

Odprowadziła jeszcze Trudy do jej dawnego pokoju. Pies 

posunął za nimi. Obie kobiety były pogrążone w rozmowie o 
ludziach, których zupełnie nie znał. 

Linc pomyślał o spotkaniach ze swoimi rodzicami. Mimo 

że często nie widzieli się cały rok, nie mieli sobie zbyt wiele 
do  powiedzenia.  Zwykle  omawiali  jakieś  wydarzenia 
polityczne  albo  interesy.  Kiedy  przyszedł  z  Trudy,  rozmowa 
potoczyła  się  żywiej  niż  zwykle.  Wszystko  szło  świetnie  do 
momentu,  kiedy  rodzice  wysunęli  swoje  bzdurne  oskarżenia. 
Linc wciąż się zżymał na myśl o tym. 

background image

Ciągle jednak nie miał pojęcia, jak to się stało, że znalazł 

się  w  Virtue.  Miał  wrażenie,  że  to  zupełny  przypadek  i  że 
oboje dali się ponieść emocjom. 

Wsunął  walizkę  pod  łóżko  i  zdjął  jesionkę.  Musiał 

przyznać,  że  chciał  też  lepiej  poznać  Trudy.  Była  to 
instynktowna i do niedawna nieuświadomiona potrzeba. Tylko 
skąd mu się mogła wziąć? 

Trudy  podejrzewała,  że  Linc  będzie  pasował  do  jej 

rodziny  jak  wół  do  karety.  Rzeczywiście,  bardzo  się  od  nich 
różnił,  ale  obie  strony  czerpały  z  tego  niekłamaną 
przyjemność.  Jednocześnie  Linc  wydawał  się  nie  dostrzegać 
tego, że dom i meble są w nie najlepszym stanie i że panuje tu 
nieustający rozgardiasz. 

Oczywiście 

stanowił  największą  atrakcję  obiadu. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Sue  Ellen,  wypytywali  go  o  Nowy 
Jork. Nikomu nie przyszło do głowy, że Trudy też może  coś 
wiedzieć! Przecież mieszkała tam zaledwie dwa tygodnie. 

Być  może  dlatego  nie  zwracał  uwagi  na  poobtłukiwane 

talerze.  A  może  też  dlatego,  że  obiad  był  naprawdę  świetny. 
Oczywiście  w  Nowym  Jorku  można  było  wszystko  kupić  na 
wynos,  ale  Trudy  musiała  przyznać,  że  nie  znalazła  tam  nic 
lepszego  od  domowego  obiadu.  Zwłaszcza  że  na  koniec 
wszyscy  dostali  po  wielkim  kawałku  posypanej  cukrem 
pudrem szarlotki. 

Ponieważ  Linc  brylował  przy  stole,  ona  mogła  rozejrzeć 

się  po  twarzach domowników.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niej, 
że  ma  bardzo  ładne  siostry  i  przystojnych  braci. 
Czternastoletnia  Deena  już  w  tej  chwili  była  prawdziwą 
pięknością,  dwie  kolejne  dziewczynki  były  może  trochę  za 
chude,  ale  już  pełne  wdzięku.  Od  matki  dowiedziała  się,  że 
Kenny  ma  nową  dziewczynę,  a  do  Josha  już  teraz  dzwonią 
dziewczynki z jego klasy. 

background image

Tak,  Trudy  zawsze  uważała,  że  matka  jest  ładna,  a  Stan, 

chociaż  trochę  przytył,  wciąż  wyglądał  bardzo  dobrze. 
Zwłaszcza teraz, z włosami przyprószonymi siwizną. 

Linc  też  będzie dobrze  wyglądał  z  siwizną,  zdecydowała. 

Bardziej  nobliwie,  co  jest  zupełnie  zrozumiałe...  Coś  nagle 
chwyciło ją za gardło. Dlaczego myśli  o czasach, kiedy Linc 
będzie już stary? Przecież nie będą się wówczas znali. 

Po  obiedzie  Linda,  która  miała  dziesięć  lat,  pobiegła  na 

górę i przyniosła powycierane, stare warcaby. 

 - Zagramy? - spytała podekscytowana. 
 - Najpierw zmywanie - zarządził Linc. 
Sara  spojrzała  na  niego  z  wdzięcznością,  a  Trudy  zrobiło 

się głupio, że w domu nie ma zmywarki. 

 -  Możecie  zagrać  -  powiedziała  matka.  -  Zajmę  się 

naczyniami. 

 -  Nic  podobnego  -  zaprotestował  Linc,  który  był  już  na 

„ty" ze wszystkimi członkami rodziny. - My to zrobimy. Kto 
chce mi pomóc? 

Oczywiście,  wszyscy.  Trudy  z  otwartymi  ustami  patrzyła 

na prawdziwą procesję pomywaczy. Zgłosił się nawet Kenny, 
który nienawidził kuchni i wszystkiego, co się z nią wiązało. 

 -  Bardzo  mi  się  podoba.  -  Sara  trąciła  skamieniałą  córkę 

łokciem. 

 -  Miły  chłopak  -  zgodził  się  ojciec,  zerkając  łakomie  na 

resztki  szarlotki.  -  Nie  sądziłem,  że  tak  szybko  znajdziesz 
sobie kogoś odpowiedniego, ale to w końcu przyjaciel Toma. 
Wezmę  kawałek  -  dodał  szybko  i  wyciągnął  rękę  w  stronę 
dużego talerza. - Szkoda, żeby się zmarnowało. 

Matka dobrotliwie pokiwała głową. Trudy chrząknęła. 
 - Linc jest po prostu moim znajomym - rzekła niepewnie. 

-  Tyle  się  nasłuchał  o  Virtue  od  Meg  i  Toma,  że  koniecznie 
chciał je zobaczyć. 

Sara uśmiechnęła się pobłażliwie. 

background image

 -  Nie,  Linc  nie  jest  po  prostu  twoim  znajomym.  I  Virtue 

wcale go nie interesuje. Przyjechał tu, żeby się spotkać z nami. 
-  Odsunęła talerz, widząc,  że  mąż wciąż patrzy pożądliwie  w 
jego kierunku. - Twoimi rodzicami. 

Trudy  zastanawiała  się,  jak  mogłaby  uprzejmie  temu 

zaprzeczyć. 

 -  Nie,  mamo.  Jesteśmy  tylko  przyjaciółmi.  Trochę 

tęskniłam za domem, a on to zauważył i zaproponował mi tę 
wycieczkę. Jest bardzo bogaty. 

Matka tylko pokręciła głową. 
 -  Jak  uważasz.  Nie  oczekujemy  przecież  żadnych 

deklaracji, dopóki nie jesteście gotowi. 

 - Właśnie, to nie nasza sprawa - zawtórował ojciec, który 

porzucił  już  chyba  myśl  o  szarlotce.  -  Ale  nawet,  jeśli  jest 
bogaty,  to  i  tak  nie  szarpnąłby  się  na  bilety  samolotowe, 
gdyby nie miał w tym jakiegoś celu. 

 -  Mamo!  -  wrzasnęła  ośmioletnia  Marcie,  wbiegając  do 

salonu. - Potrzebujemy więcej ściereczek! 

Trudy zerwała się ze swego miejsca. 
 - Ja to załatwię. 
Niemal  uciekła  do  przedpokoju  i  stając  na  stołku, 

otworzyła drzwiczki pawlacza. Po chwili  weszła  do kuchni z 
dwiema świeżymi ściereczkami. 

Linc,  cudowne  dziecko  nowojorskiej  finansjery,  stał  z 

rękami po łokcie w pianie nad zlewem. Obok podskakująca na 
krześle  malutka  Sue  Ellen  podawała  mu  brudne  naczynia.  Po 
drugiej  stronie  odbywał  się  odbiór  i  płukanie  czystych.  A 
Kenny dowodził brygadą wycieraczy. 

 -  Im  szybciej  skończymy,  tym  szybciej  będziemy  mogli 

pograć - usłyszała głos Linca. 

Trudy  otworzyła  usta  ze  zdziwienia.  Nawet  nie  zwróciła 

uwagi  na  to,  że  Marcie  niemal  wydarła  jej  ściereczki  z  rąk  i 
podała jedną Lindzie. 

background image

 -  Hej,  maluchy,  tylko  niczego  nie  stłuczcie!  -  wrzasnął 

Kenny. 

 - Znalazł się wielkolud - prychnęła Marcie. 
 -  Uważajcie,  uważajcie!  -  wystarczyło,  że  Linc  podniósł 

nieco  głos,  a  wszyscy  zamilkli.  -  Jeśli  coś  stłuczemy, 
będziemy musieli to odkupić waszej mamie. 

 - Ja mam świnkę - skarbonkę - pochwaliła się Sue Ellen. 
 -  To  dobrze.  -  Linc  poważnie  skinął  głową.  -  Jak 

uzbierasz  trochę  więcej  pieniędzy,  pomogę  ci  je 
zainwestować. 

To  wywołało  prawdziwą  burzę.  Wszyscy  chwalili  się 

swoimi oszczędnościami, chcąc zrobić na nim jak największe 
wrażenie. 

Trudy pokręciła głową i wycofała się do salonu. Myślała, 

że  zna  Linca.  Powinien  przecież  zachowywać  się  jak  makler 
giełdowy, a nie ojciec wielodzietnej rodziny! 

Po  przenosinach  do  salonu  Linc  rozegrał  parę  partii 

warcabów,  a  potem  zaczął  podziwiać  karty  z  Pokemonami  i 
inne  przynoszone  mu  skarby.  Zrobiło  się  późno.  Sara 
próbowała  zagonić  młodsze  dzieci  do  łóżka,  ale  bez 
powodzenia. 

 - Wiecie co - Linc zwrócił się do zebranych - chciałbym, 

żeby  Trudy  przewiozła  mnie  po  miasteczku.  Ciekaw  jestem 
okolic Virtue. 

Kenny wzruszył ramionami. 
 - Wszystko już pozamykane. - Spojrzał na zegarek. 
 -  Ostatni  film  w  kinie  kończy się  za  pół  godziny.  Byłem 

na nim dwa razy - pochwalił się. 

 - Nieważne - ciągnął Linc. - Po prostu chcę rozejrzeć się 

po okolicy. 

 - Widziałam ten samochód, który wynajęliście. 
 - Deena spojrzała na niego pełnymi oddania oczami. 
 - Fajowy! . 

background image

 - Chętnie wezmę was na przejażdżkę. Ale jutro 
 -  dodał,  widząc  ich  rozpromienione  twarze.  -  Kto  będzie 

chciał pojechać? 

 - Ja! Ja! I ja! 
Linc spojrzał na las rąk. 
 - Wszyscy się nie zmieścicie - stwierdził ze smutkiem. 
 -  Będziemy  jeździć  na  zmiany  -  podsunęła  mu  Marcie.  - 

Zawsze wszystko robimy na zmiany. 

 -  Nie,  głupia,  do  kościoła  chodzimy  razem  -  mruknął 

Josh. 

 -  No,  chyba  już  pojedziemy.  -  Linc  spojrzał  na  Trudy.  - 

Gotowa? 

 -  Tak,  tylko  musimy  wziąć  kurtki.  W  jesionce  będzie  ci 

niewygodnie - dodała znacząco. 

Wcale  nie  była  pewna,  czy  zdecydują  się  na  seks.  Cała 

sytuacja  zaczęła  ją  przerastać.  To,  że  Linc  tak  doskonale 
pasował  do  jej  rodziny,  powodowało,  że  zaczynała  myśleć  o 
rzeczach, o których chciała zapomnieć na ładnych parę lat. To 
nie było uczciwe z jego strony. 

Musimy o tym koniecznie porozmawiać, pomyślała. 
Mieli problemy z wydostaniem się na zewnątrz, ponieważ 

wszystkie  dzieciaki  chciały  zadać  Lincowi  jakieś  ostatnie 
pytanie. W końcu jednak zostali sami. Powietrze było chłodne 
i czyste. 

 -  Zachowujesz  się  tak,  jakbyś  wychował  się  gdzieś  tu  w 

sąsiedztwie. Jakim cudem? - zapytała od razu. 

 - Myślisz, że dobrze mi idzie? 
 - Zadziwiająco. Moi rodzice są tak samo oczarowani, jak 

dzieciaki, chociaż tego nie okazują. Gdzie się podział Lincoln 
Carlyle Czwarty? I skąd wiesz, jak radzić sobie z dziećmi? 

Zaśmiał się i machnął ręką. 

background image

 -  To  ostatnie  pytanie  jest  akurat  bardzo  łatwe.  Ponieważ 

zawsze  czułem  się  samotny,  oglądałem  filmy  i  programy  o 
dużych rodzinach. 

Zrobiło  jej  się  przykro,  gdy  zobaczyła,  że  nagle 

posmutniał. 

 -  I  dlatego  chciałeś  tu  przyjechać"?  Żeby  poznać  dużą 

rodzinę? 

 -  Możliwe  -  przyznał.  -  Sam  myślę  o  tym,  dlaczego 

znalazłem się w Virtue, i chyba już znam przyczynę... 

Trudy nie chciała o tym nawet słyszeć. 
 -  A  naczynia?  Gdzie  nauczyłeś  się  myć  naczynia? 

Wzruszył ramionami. 

 -  Nigdzie.  Dzieciaki  mi  pokazały...  Robiłem  to  po  raz 

pierwszy  w  życiu  i  muszę  przyznać,  że  nigdy  tak  dobrze  się 
nie  bawiłem.  Sam  nie  wiem,  czy  nie  zrezygnować  ze 
zmywarki. 

Popatrzyła na niego, a potem pokręciła głową. 
 -  Myślałam,  że  wpadniesz  w  przerażenie  na  widok 

naszego domu - westchnęła. 

 - Co znaczy, że nie znasz mnie zbyt dobrze... 
 - Masz rację. - Skinęła głową. Może widok miasta sprawi, 

że  przynajmniej  trochę  zrzednie  mu  mina.  -  Chodź, 
pojedziemy  przez  centrum  -  powiedziała,  siadając  na  miejscu 
dla pasażera. 

 -  Poprowadzisz  mnie?  -  spytał,  znalazłszy  się  za 

kierownicą. 

 - Ostrzegam, że nie jest tam zbyt ciekawie. 
 - Ale chyba nas nie pobiją? 
 -  Coś  ty!  W  Virtue  bójki  zdarzają  się  raz  na  parę  łat. 

Miejscowy szeryf jest tak gruby, że nie może się ruszać. 

 - Miła odmiana po Nowym Jorku. 
 -  Chodziło  mi  o  to,  że  centrum  jest  szare  i  nieciekawe  - 

wyjaśniła. - Teraz skręć w lewo. 

background image

Wjechali na główną ulicę. 
 - Powiesz mi, co mijamy? 
 -  Mm,  po  lewej  masz  malutki  bank,  a  po  prawej  mały 

sklep  samoobsługowy.  To  wielkie,  to  punkt  obsługi 
miejscowych  farm.  A  to  małe,  to  kino.  Jest  tu  jeszcze  stacja 
benzynowa i apteka. Jak zauważyłeś, centrum Virtue jest o tej 
porze  puste.  Nasz  samochód  jest  jedyny  na  głównej  arterii 
miejskiej. Masz jeszcze jakieś pytania? 

 - Tak. Jak dojechać na jakąś boczną drogę? 

background image

Rozdział osiemnasty 
Linc nie był przyzwyczajony do spędzania czasu z ubraną 

Trudy.  Tom  powiedział  mu,  że  ma  w  zasadzie  tylko  jedną 
szansę  na  seks.  Właśnie  dlatego  wypożyczył  elegancką 
limuzynę, a nie jakiś sportowy wóz. Nie wiedział jednak, czy 
Trudy się na to zgodzi. Miała przecież nadzieję, że już nigdy 
nie będzie się kochać na tylnym siedzeniu samochodu. 

 -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  masz  ochotę  na  coś  takiego.  - 

Spojrzała na niego krytycznie. 

 - Zgódź się. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. 
 - No tak, dla ciebie to nowość. Ale powinieneś pamiętać, 

że  silnik  musi  cały  czas  pracować.  Inaczej  zmarzniemy  na 
kość. - Zerknęła na wskaźnik. 

 - Nie przejmuj się. Zatankowałem do pełna. 
 - A więc to było zaplanowane! 
 -  Niezupełnie.  Bałem  się  raczej,  że  gdzieś  staniemy  - 

odparł  szczerze.  -  Rzadko  jeżdżę  poza  miasto.  Nie  miałem 
pojęcia, że jest tu tyle śniegu. 

Te słowa i wyraz bezradności na jego twarzy sprawiły, że 

poczuła się udobruchana. 

 -  No  dobra,  przynajmniej  mamy  fajny  samochód.  Poza 

tym,  przy  takich  zaspach,  policja  nie  będzie  szukać  par  po 
drogach. 

 -  Widzisz,  żywioły  się  sprzysięgły,  żebyśmy  mogli 

kochać się w samochodzie. 

Uśmiechnęła się do niego. 
 - Dobrze, skręć w pierwszą w prawo. 
 -  Więc  zgadzasz  się?  -  Od  razu  poczuł  się  podniecony. 

Zwieńczone  drutem  kolczastym  ogrodzenie  zdawało  się 
ciągnąć w nieskończoność. - Długo jeszcze? 

Trudy posłała mu dwuznaczny uśmiech. 
 -  Bardzo  długo.  Aż  będziesz  dyszał  z  podniecenia  i 

myślał, że za chwilę wyskoczysz ze spodni. 

background image

 - To  nie fair. Przecież  widzisz, że muszę prowadzić.  Nie 

mogę cię nawet dotknąć - skarżył się. 

 -  Ale  ja  mam  wolne  ręce.  -  Poruszyła  się  na  swoim 

miejscu. 

 - Co... co robisz? 
 - Zdejmuję kurtkę i buty - poinformowała, unosząc biodra 

nad siedzenie. - A teraz jeszcze spodnie i majtki. Czy możesz 
zwiększyć  ogrzewanie? Mm, te skórzane  siedzenia są bardzo 
miłe... 

Linc  spojrzał  na  nią  i  omal  nie  wjechał  w  sam  środek 

zaspy. Trudy krzyknęła ze strachu. 

 - Patrz na drogę, bo zaraz się ubiorę - zagroziła. - Od razu 

widać, że nie masz wprawy. 

Linc siedział teraz sztywno na swoim miejscu i prowadził. 

Jednak  niemal  naga  Trudy  wyciągnęła  dłoń  i  rozpięła  jego 
kurtkę, a potem zaczęła się dobierać do jego rozporka. 

 - Trudy, bo zaraz spowoduję wypadek! 
 -  Założę  się,  że  nikt  cię  nie  pieścił,  kiedy  prowadziłeś  - 

powiedziała, przesuwając dłoń dalej. 

 - Nie. I boję się, że mogę tego nie wytrzymać. 
 -  Prawdziwy  mężczyzna  wytrzyma  wszystko.  Zresztą 

możesz zwolnić. 

 - Ale wtedy nigdy nie dojedziemy w to cholerne miejsce! 

- jęknął. 

 - Zaraz  tam będziemy -  uspokoiła go. -  A ja chcę, żebyś 

poznał  prawdziwy  seks  na  tylnym  siedzeniu  samochodu.  Ale 
tak się składa, że wszystko zaczyna się na przednim. 

Ściągnęła mu slipy i poczuła wyprężony członek. 
 - Ojej, widzę, że jesteś już gotowy. 
 -  Od  ładnych  paru  minut  -  powiedział  ze  ściśniętym 

gardłem. 

To  co  się  z  nim  działo,  było  jednocześnie  cudowne  i 

zatrważające.  Chciał  poddać  się  pieszczocie,  ale  bał  się 

background image

odwrócić  uwagę  od  drogi.  Pragnął  zamknąć  oczy,  ale 
wiedział, że w ten sposób najszybciej wylądują w zaspie. 

 - Czy... czy inni też tak robią? - spytał zaintrygowany. 
 - Jasne. 
 - W czasie jazdy? - dziwił się jeszcze bardziej. 
 -  Tak,  ale  tylko  po  bocznych  drogach.  -  Spojrzała  na 

szybkościomierz.  -  Jedziesz  zaledwie  dziesięć  kilometrów  na 
godzinę. 

 - Ale moje ciało zasuwa sto dziesięć. 
 -  Nikt  nie  twierdzi,  że  to  bezpieczny  seks.  -  Zaczęła  go 

gładzić. 

 - Trudy, przestań! Gdzie jest to cholerne miejsce?! 
 -  Tu,  niedaleko.  -  Wskazała  wolną  dłonią.  -  Po  prawej 

stronie znajdziesz mały parking, jeżeli ktoś go odśnieżył. 

 - A jeśli nie? 
 - To mamy następny jakieś trzydzieści kilometrów stąd - 

pocieszyła go. 

 - O, nie! 
Na  szczęście  miejsce  parkingowe  było  odśnieżone.  Linc 

zatrzymał  się  tam,  ale  nie  wyłączył  silnika.  Otaczała  ich 
nieprzenikniona  ciemność.  Nigdy  nie  sądził,  że  na  zewnątrz 
może być tak ciemno. Nawet gwiazdy i księżyc były zakryte 
chmurami.  Świeciła  jedynie  stacyjka  samochodu.  Serce  biło 
mu coraz mocniej z podniecenia. 

Trudy odpięła swój pas bezpieczeństwa. 
 -  Cóż,  ja  jestem  na  tyle  mała,  że  mogę  przepełznąć 

między siedzeniami, ale ty musisz wysiąść, żeby dostać się do 
tyłu. I uważaj, bo pewnie jest ślisko. 

 -  Dobrze.  -  Ręce  tak  mu  się  trzęsły,  że  miał  problemy  z 

rozpięciem pasa. 

Kiedy w końcu mu się udało, spojrzał w bok i... oniemiał. 

Tuż  obok  miał  cudowną,  wypiętą  pupę  Trudy.  To  było 
niesamowite doświadczenie. 

background image

 - Możesz tak zostać? - spytał. 
 -  Nic  podobnego  -  odparła  zdyszana.  -  Żeby  móc 

uprawiać  seks  na  tylnym  siedzeniu  samochodu,  musisz  się 
najpierw dostać na to tylne siedzenie. 

Jej głos brzmiał bardzo pewnie, ale Linc znał sposób, żeby 

ją  zmiękczyć.  Wystarczyło  przesunąć  dłonią  między  jej 
rozwartymi lekko udami, a cała zadrżała. 

 - Zostań tak, proszę. 
 - No... dobrze - powiedziała już mniej pewnie. 
Nie  wiedział,  czy  mu  się  to  uda,  ale  chciał  spróbować. 

Uniósł  się  i  rozsunął  jeszcze  mocniej  jej  uda.  Najpierw 
przesunął między nimi dłonią. 

 - Och! - jęknęła. - Tak się nie robi... 
Po chwili dotarł językiem do miejsca, gdzie mógł osiągnąć 

największy  efekt,  i  z  ust  Trudy  popłynęło  dzikie  miauczenie 
kotki. 

 - Ale bardzo mi to odpowiada - wyznała, kiedy w końcu 

złapała oddech. 

Przepełzła  na  tylne  siedzenie  samochodu  i  czekała  na 

niego  z  rozwartymi  udami.  Linc  sięgnął  jeszcze  po  pakiecik 
prezerwatyw,  które  włożył  do  skrytki  zaledwie  parę  godzin 
temu,  i  przeskoczył  szybko  do  Trudy.  Nawet  nie  poczuł 
panującego na dworze zimna. 

 -  Zdejmij  kurtkę  -  poprosiła,  drżąc.  -  I  spodnie.  Z  tym 

drugim było więcej problemów, gdyż spodnie 

zaplątały  mu  się  wokół  butów. Musiał  więc  zdjąć  jedno  i 

drugie.  Po  chwili  oboje  mieli  na  sobie  tylko  górne  części 
garderoby.  Oboje  dyszeli  pożądaniem,  ale  Trudy  odzyskała 
już panowanie nad sobą. 

 - Połóż się z podkurczonymi nogami - zakomenderowała. 

- Chcę być na wierzchu. 

Za  bardzo  jej  pragnął,  żeby  się  spierać.  Włożyła  mu 

prezerwatywę i usiadła wprost na jego wyprężonym członku. 

background image

To było cudowne. Jak zwykle. Chciał trwać z nią tak cały czas 
i czuć jak najmocniej jej gorące, zaciskające się przy każdym 
ruchu w dół wnętrze. 

Po  chwili  uniósł  dłonie  i  włożył  je  pod  jej  bluzkę. 

Wyprężyła się, czując pieszczotę. 

 -  Chcesz,  żeby  było  szybko,  czy  wolno?  -  spytała 

przyciszonym głosem. 

 - A mam wybór? 
W mroku panującym z tyłu samochodu prawie nie widział 

jej twarzy. Wyobrażał sobie jednak, że uśmiecha się do niego 
z góry. Tak jak zawsze. 

 -  Zrobię  wszystko  za  tę  poprzednią  pieszczotę.  Jeśli 

chcesz, możemy się kochać na śniegu. 

 - Podobało ci się? - drażnił się z nią. 
 -  Jasne.  Już  nigdy  nie  będę  mogła  normalnie  myśleć  o 

przestrzeni  między  przednimi  fotelami...  Więc  na  co  masz 
ochotę? 

Na  ciebie!  Na  zawsze!  Niewypowiedziane  słowa 

rozbrzmiewały  wyraźnie  w  jego  głowie.  Dopiero  teraz  zdał 
sobie sprawę z tego, czego pragnie i o co mu chodziło, kiedy 
zdecydował się tu przyjechać. 

Miał jednak na tyle zdrowego rozsądku, żeby jej o tym nie 

mówić.  Nigdy  nie  spotkał  dziewczyny  takiej  jak  Trudy  i 
wiedział też, że nie zdarzy się to w przyszłości. Cofnął dłonie, 
które trzymał na jej piersi. 

 -  Wolno,  proszę  -  szepnął  tylko.  -  Chcę  cię  czuć  jak 

najlepiej. 

Zaczęła wolno i delikatnie. Linc wyczuwał ją coraz lepiej. 
 - Zdejmij bluzę - poprosił. 
Kiedy  to  zrobiła,  zaczął  znowu  przesuwać  dłonie  w  górę 

po jej ciele. 

background image

 -  Nie  mogę  uwierzyć,  ale  znowu  jestem  podniecona  - 

powiedziała,  przyśpieszając  nieco.  -  Myślałam,  że  zupełnie 
wyczerpał mnie ten wstęp. 

 - Nic nie jest w stanie nas wyczerpać. 
To  była  prawda.  Trudy  nie  mogła  już  się  dłużej 

powstrzymywać.  Jej  ruchy  stały  się  gwałtowniejsze,  a  z  ust 
popłynęły najpierw jęki, a potem okrzyki. Linc dyszał ciężko, 
starając  się  za  nią  nadążyć.  Szczytowali  dokładnie  w  tym 
samym momencie, a potem Trudy opadła na jego pierś. 

W uszach miał jakiś dziwny dźwięk. 
 - Co to? - spytał. 
 -  Wiatr.  -  Od  razu  domyśliła  się,  o  co  mu  chodzi.  - 

Pamiętaj, że jesteśmy w środku pustkowia, a nie w wygodnym 
łóżku w Nowym Jorku. 

Tak, zupełnie o tym zapomniał. Jednak w tej chwili kochał 

ją  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Teraz,  z  daleka  od  ludzi, 
należała  tylko  do  niego.  Mógł  się  założyć,  że  w  promieniu 
dwudziestu  kilometrów  nie  ma  żadnego  spragnionego  seksu 
faceta. 

Miał ją tylko dla siebie. 
Okazało  się,  że  było  to  ich  jedyne  erotyczne 

doświadczenie w czasie wyjazdu. Linc był całą sobotę zajęty 
rodzeństwem Trudy, a wieczorem rodzice wydali przyjęcie na 
jej cześć. 

Trudy  nie  żałowała  tego.  Miała  wrażenie,  że  ten  wyjazd 

zmienił  bardzo  wiele  w  jej  stosunkach  z  Lincem.  Nagle 
okazało się, że stanowi on poważne zagrożenie dla jej planów. 
Sama  nie  wiedziała,  jak  to  się  stało.  Przecież  na  początku 
oboje  zgadzali  się,  że  ma  to  być  seks  bez  żadnych 
zobowiązań. Jeśli tylko zaczynali się za bardzo angażować w 
ten związek, ona mogła schować się za swój parawan. 

Ale potem on zaprosił ją na kolację z rodzicami, a ona, nie 

wiedzieć czemu, skłoniła go do wizyty w Virtue. Wszystko się 

background image

zmieniło. Zaczęli się w sobie zakochiwać, a przecież właśnie 
tego  chciała  uniknąć.  Tak  długo  czekała  na  wymarzone 
mieszkanie  w  Nowym  Jorku  i  całkowitą  swobodę  działania! 
Była  pewna,  że  wszędzie  dookoła  czekają  na  nią  wspaniali 
mężczyźni.  Tak  jak  w  sadzie  rodziców:  wystarczyło  tylko 
wyciągnąć rękę i... rwać. 

Nie  obchodziło  jej  to,  że  rodzeństwo  przepadało  za 

Lincem,  a  matka  i  ojciec  naprawdę  go  polubili.  Nie 
obchodziły  jej własne  uczucia.  Wiedziała,  że  musi  z  nim  jak 
najszybciej zerwać! 

Nie mogła jednak tego zrobić przed wyjazdem do Kansas 

City.  Zarówno  Linc,  jak  i  cała  jej  rodzina  wyglądali  na  zbyt 
szczęśliwych. A potem, na lotnisku i w samolocie, Linc mówił 
jej, jak wspaniale się bawił i że wszyscy byli dla niego bardzo 
mili, więc nie miała serca zacząć rozmowy o rozstaniu. 

Dopiero kiedy wysiedli na lotnisku Kennedy'ego, poczuła, 

że  musi  to  zrobić.  Zwłaszcza  kiedy  zadowolony  Linc  wsiadł 
do taksówki i powiedział: 

 - Chyba zamówimy sobie coś na kolację. 
Skąd  pomysł,  że  zjedzą  ją  razem?  Skąd  pomysł,  że  w 

ogóle będą jeszcze razem?! 

Chciała  zaprotestować,  ale  coś  zatarasowało  jej  gardło. 

Chrząknęła raz, a  potem drugi. Wiedziała, że nie  mogą  zjeść 
razem  kolacji,  bo  potem  przyjdzie  czas  na  ich  ulubione 
zajęcie. 

 - Trudy, czy coś się stało? - spojrzał na nią z niepokojem. 
 -  Nie.  Tak.  -  Spojrzała  mu  w  oczy.  Jeśli  się  nie  myliła, 

Linc  czuł  do  niej  to  samo,  co  ona  do  niego.  To  będzie 
najgorsze  rozstanie  w  jej  życiu.  -  Zdecydowałam,  że  nie 
możemy się już spotykać. 

Wyglądał tak, jakby uderzyła go w twarz. 
 - Przepraszam - szepnęła. - Nie przypuszczałam, że oboje 

aż tak zaangażujemy się w ten związek. 

background image

Ból  w  jego  oczach  się  nasilił.  Patrzył  na  nią  jak 

skrzywdzone dziecko. 

 -  Naprawdę  bardzo  mi  przykro  -  tłumaczyła  się.  -  Kiedy 

zaczynaliśmy, nie sądziłam, że to się zrobi takie poważne... 

Zacisnął pięści. 
 -  Skąd  pomysł,  że  traktuję  ten  związek  poważnie? 

Zmarszczyła brwi, poważnie zastanawiając się, czy 

się  nie  pomyliła.  Być  może  tylko  jej  się  wydawało,  że 

Linc się w niej zakochał. Może jednak chodzi mu wyłącznie o 
seks? 

 -  Nieźle  się  z  tobą  bawiłem,  Trudy  -  rzekł  zimnym 

głosem. - Poza tym cieszę się, że mogłem pojechać do Virtue. 
To było bardzo pouczające. 

Pouczające? Mogłaby przysiąc, że jej rodzina zupełnie go 

oczarowała! Że stracił dla niej głowę! Sama musiała przyznać, 
że ma wspaniałą rodzinę. Stało się to dla niej jasne zwłaszcza 
teraz, po wyjeździe. 

 - Przepraszam, widocznie źle cię zrozumiałam. 
 -  Mówiłem  ci,  że  nie  interesuje  mnie  poważny  związek. 

Jeśli chcesz się przestać ze mną spotykać, to w porządku. Ale 
prawdę mówiąc, szkoda tego wszystkiego, czego moglibyśmy 
jeszcze spróbować... 

 - Wbił w nią wzrok. - Chyba że ty sobie nie radzisz? 
 -  Przykro  mi,  ale  rzeczywiście  sobie  nie  poradzę  - 

westchnęła. - Musimy się przestać spotykać. 

Cos  błysnęło  w  jego  oczach.  Gniew  albo  cierpienie, 

pomyślała.  Za  bardzo  pochłaniały  ją  własne  emocje,  żeby 
jeszcze  wnikać  w  to,  co  on  czuł.  Siedzieli  obok  siebie  w 
milczeniu. Kiedy taksówka  zatrzymała się  przed jej  blokiem, 
pożegnała  go  sucho.  I  dopiero  kiedy  próbowała  zapłacić  za 
taksówkę, złapał jej rękę, aż zabolało, i warknął: „Nie!". 

Nie  chciała  się  z  nim  spierać.  Wysiadła  i  pobiegła  w 

stronę budynku. 

background image

Koniec. Linc wypuścił ze świstem powietrze z płuc i oparł 

się o siedzenie. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że Trudy tak 
nagle  zniknęła z  jego  życia.  Nie,  pewnie  zaraz obudzi  się  na 
tym ciasnym łóżku w Kansas i okaże się, że to był tylko senny 
koszmar. 

W ciągu następnych dwóch tygodni Linc dzielił swój czas 

między  pracę,  kort  tenisowy  i  siłownię.  Grał  zwykle  z 
Tomem,  któremu  nie  pozwalał  mówić  o  Trudy.  Niestety, 
przyjaciel nie miał zbyt wiele czasu, więc Linc szukał nowych 
przeciwników.  Bezwstydnie  zagadywał  nieznanych  graczy. 
Pod  koniec  drugiego  tygodnia  był  już  tak  dobry,  że  wszyscy 
bali się z nim grać. 

Dlatego  na  sobotę  i  niedzielę  przerzucił  się  na  siłownię. 

Ćwiczył  tak  zaciekle,  że  nawet  trener  radził  mu,  żeby  dał 
spokój. Ciekawe, czy chodziło mu o jego dobro, czy o całość 
klubowego  sprzętu?  W  końcu  na  niedzielę  wieczorem 
wyciągnął Toma na kolejny mecz. 

W  poniedziałek  rano  wpadła  do  niego  do  pracy 

rozzłoszczona Meg. 

 -  Dość  tego!  -  Zamknęła  drzwi  i  położyła  ręce  na 

biodrach. - Zabijesz mi męża. Przecież jest twoim najlepszym 
przyjacielem! 

Linc wstał i uśmiechnął się do niej. 
 -  Też  się  cieszę,  że  cię  widzę  -  powiedział.  Tylko 

pokręciła głową. 

 - Co się z tobą dzieje? Myślisz, że wszystkie te sportowe 

wyczyny coś ci dadzą?! 

 - Tak, zdrowie i tężyznę fizyczną - odparł. 
 -  Raczej  połamane  kości  -  parsknęła.  -  Wiem,  co  cię 

gryzie, tylko nie rozumiem, dlaczego nie próbujesz pogadać z 
Trudy. 

 - A niby po co? - Skrzywił się. - Wiem, że nie chce mnie 

więcej widzieć. Sama mi to powiedziała. 

background image

 - A ty jej uwierzyłeś? - spytała z niedowierzaniem. 
 - Jasne, Dlaczego nie. 
Meg rozejrzała się dookoła i opadła na skórzane krzesło z 

poręczami. 

 - Pozwolisz, że usiądę. Musimy porozmawiać. 
Rozdział dziewiętnasty 
Po 

ośmiu 

beznadziejnych  randkach  z  ośmioma 

beznadziejnymi  facetami  Trudy  była  zupełnie  zniechęcona. 
Gdzie się podziali wspaniali nowojorscy mężczyźni? Każdy z 
jej  wybranych  wydawał  się  atrakcyjny,  ale  już  po  pierwszej 
spędzonej razem godzinie wiedziała, że to nie to. Ich oczy nie 
były tak niebieskie jak Linca, a ramiona nie tak szerokie. Nie 
mieli poczucia humoru albo śmiali się z każdej bzdury. Gadali 
bez przerwy o sobie albo milczeli jak zaklęci. 

Trudy  nie  mogła  się  nawet  zdobyć  na  to,  żeby  któregoś 

pocałować,  nie  mówiąc  już  o  zapraszaniu  do  swego 
mieszkania. Dlatego jej łóżko wciąż stygło. Meg starała się ją 
namówić, żeby zadzwoniła do Linca i zaprosiła go do siebie, 
ale Trudy była na to zbyt dumna. Poza tym w grę wchodziło 
coś  jeszcze.  Doskonale  wiedziała,  że  sam  seks  jej  nie 
wystarczy, a ona  naprawdę nie zamierzała jeszcze wychodzić 
za mąż. 

Sny o małżeństwie prześladowały ją jednak coraz częściej. 

Chętnie nazwałaby je koszmarami, gdyby nie to, że czuła się 
w  nich...  zupełnie  dobrze.  Wiedziała  jednak,  że  to  nic  nie 
znaczy.  I  cóż  z  tego,  że  czuła  się  coraz  bardziej  samotna  w 
swoim  mieszkaniu?  Co  z  tego,  że  patrzyła  z  rosnącą 
zazdrością na Meg i Toma? 

Kiedy w poniedziałek wieczorem zadzwonił telefon, miała 

nadzieję,  że  to  nie  żaden  z  tych  matołów,  z  którymi  się 
ostatnio  umawiała.  W  Nowym  Jorku  był  tylko  jeden 
mężczyzna, z którym by chętnie pogadała... 

 - Cześć, Trudy. Jak się miewasz? 

background image

 - Cześć, Linc - szepnęła tylko. 
Zamilkli  na  chwilę.  Trudy  zastanawiała  się,  dlaczego 

dzwoni, i do głowy przychodził jej tylko jeden powód. W tej 
chwili gotowa jednak była zgodzić się na wszystko. 

 - Chciałem... - chrząknął - chciałem zapytać, czy możesz 

zwrócić mój skórzany płaszcz? 

Poczuła  się  dogłębnie  rozczarowana.  Więc  chodziło  mu 

tylko  o  płaszcz.  Już  wcześniej  zastanawiała  się,  czy  go  nie 
zwrócić, ale jakoś nie mogła. Ten płaszcz znaczył dla niej zbyt 
wiele.  Był  praktycznie  jedyną  pamiątką,  jaka  jej  została  po 
Lincu. No, niezupełnie... 

 -  A  co  ze  stolikiem  i  krzesłami?  -  spytała,  nie  mogąc 

ukryć sarkazmu. - Też mam je oddać? 

 -  Nie,  możesz  to  wszystko  zatrzymać.  Na  zawsze.  - 

Jeszcze jedno chrząknięcie. - Ale potrzebuję płaszcza. 

 -  Dobrze.  -  Odda  go  tak,  żeby  się  z  nim  nie  spotkać.  - 

Przekażę go Meg i Tom przyniesie ci go do pracy. 

 - Nie chcę tak długo czekać. Czy mogłabyś przywieźć mi 

go dzisiaj? 

 - Dzisiaj? - Cóż to za żądania? 
 -  Tak,  najszybciej,  jak  to  tylko  możliwe  -  rzekł  ostrym 

tonem. 

Skrzywiła  się  z  niesmakiem.  Wstrętny  despota!  Teraz 

przynajmniej widzi, że dobrze zrobiła, rozstając się z nim przy 
pierwszej okazji. 

 -  Dobrze,  zaraz  ci  go  przywiozę.  -  Na  szczęście  nie 

dodała  „wasza  wysokość".  Nie  chciała,  żeby  wiedział,  jak 
bardzo zdołał ją zdenerwować. - Cześć. 

Odłożyła  z  trzaskiem  telefon  i  przeszła  zamaszystym 

krokiem  do  garderoby.  Wydobyła  płaszcz  z  szafy.  Dopiero 
wtedy  trochę  się  uspokoiła  i  zaczęła  rozmyślać  nad  całą 
sytuacją.  To  niemożliwe,  żeby  Linc  nagle  tak  bardzo 
potrzebował tego płaszcza. Miał przecież parę innych. 

background image

Pozostawała  więc  druga  ewentualność:  chciał  się  z  nią 

zobaczyć. 

Nie powinno to być dla niej niespodzianką. Przecież już w 

czasie  jazdy  z  lotniska  mówił,  że  chciałby  spotykać  się  z  nią 
tak  jak  dawniej.  Ale  czy  to  możliwe,  że  teraz  chodzi  mu  o 
seks? 

Trudy  poczuła  dreszcz,  który  przeniknął  całe  jej  ciało. 

Kiedy  pomyślała  o  swoich  ostatnich  marzeniach  o  ślubie, 
sytuacja stawała się niebezpieczna. Cóż, zaryzykuje. Przecież 
już  wcześniej  stwierdziła, że zrobi  wszystko,  żeby  być  bliżej 
Linca. 

Sięgnęła po płaszcz, drżąc z podniecenia. To łóżko Linca 

wcale nie  było  gorsze od jej  własnego. Musi  tylko  pamiętać, 
żeby  wyjść  od  razu,  kiedy  skończą.  Inaczej  może  ją  czekać 
gorzkie rozczarowanie. 

I, przede wszystkim, nie powinna się spieszyć. 
Jak na skrzydłach wybiegła do przedpokoju. Narzuciła na 

siebie  kurtkę  i  ściskając  pod  pachą  płaszcz  Linca,  zaczęła  ją 
zapinać w drodze do windy. 

Szybko  złapała  taksówkę.  Siedząc  z  tyłu,  starała  się 

uspokoić  i  pozbierać  myśli.  Nie  może  dać  się  ponieść 
emocjom. Musi być chłodna i opanowana. 

W  końcu  westchnęła  parę  razy  głęboko  i  zadzwoniła  do 

drzwi  Linca.  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  serce  wali  jej  jak 
oszalałe. 

Drzwi  się  otworzyły,  ale  w  środku  dostrzegła  jedynie 

rozedrgane cienie. 

 - Linc? 
 - Wejdź do środka. 
Wciąż  go  nie  widziała,  ale  to  był  z  pewnością  jego  głos. 

Weszła więc, zamykając za sobą drzwi. Figurka, która tak jej 
się  bardzo  spodobała,  stała  na  podłodze, otoczona  płonącymi 

background image

świeczkami.  To  miejsce  wyglądało  jak  ołtarz  do  składania 
seksualnych ofiar. 

Trudy zadrżała. 
 - Dziękuję, że przyszłaś. - Wyszedł z cienia. 
Aż  westchnęła.  Linc  miał  na  sobie  czarne,  sznurowane 

spodnie  ze  skóry,  a  także  skórzaną  kamizelkę  i  maskę. 
Spodnie  opinały  go  dokładnie  i  widziała  jego  coraz  większą 
erekcję.  Miała  rację.  Chodziło  mu  o  seks.  Jej  reakcja 
wskazywała, że go dostanie i to w dużych ilościach. Ponieważ 
to on kreował sytuację, nie znała jeszcze swojej roli. 

 - Przyniosłam ci płaszcz - powiedziała. 
 - To dobrze. - Spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczami. 

-  Masz  teraz  się  rozebrać  i  go  włożyć.  Będę  czekał  obok.  - 
Wskazał sąsiedni pokój. 

 - A... a jeśli go nie włożę? 
 -  Przecież  widzę,  że  mnie  pragniesz  -  rzucił  tylko.  -  Nie 

zdołasz mi się oprzeć. 

Nie myślała już o przyszłości i ślubie. Wiedziała tylko, że 

odziany  w  skóry  kochanek  czeka  na  nią  tuż  obok.  Jak  w 
transie  zaczęła  zdejmować  kolejne  części  garderoby.  Weszła 
do  salonu.  Rozglądając  się  dookoła,  usiłowała  zdecydować, 
który z długich cieni jest jej wybranym mężczyzną. Atmosfera 
wydawała się przesiąknięta erotyzmem. 

Linc wynurzył się z mroku. Tajemniczy i potężny. 
 - Usiądź tam. - Wskazał sofę. 
Trudy  przeszła  boso  po  perskim  dywanie  i  zrobiła,  co  jej 

kazał. 

 -  A  teraz  rozpinaj  płaszcz.  Ale  bardzo  powoli. Drżącymi 

palcami  rozwiązała  pasek,  a  potem  zaczęła  rozpinać  kolejne 
guziki. 

 -  Za  szybko  -  powiedział  nieco  ochrypłym  głosem. 

Rozchyliła na moment poły płaszcza i zobaczyła, 

background image

że  zadrżał.  Wcale  nie  był  tak  zimny,  jak  jej  się  na 

początku wydawało. Powoli odsłaniała swoje piersi i biodra, a 
potem rozłożyła nogi, gładząc wewnętrzne części ud. 

Jego  oddech  stal  się  coraz  głębszy,  coraz  bardziej 

świszczący. 

 - Tak, tak... 
Kiedy Trudy niemal osiągnęła orgazm, nie mógł już dłużej 

wytrzymać. Zbliżył się do niej, rozpinając spodnie. Po chwili 
zarzucił sobie jej nogi na ramiona i pochylił się nad nią. Nie 
wszedł w nią, chociaż czuła go bardzo blisko. 

 - Spójrz na mnie, kochana. 
Kochana?  Czyżby  się  przesłyszała?  Nie,  to  niemożliwe. 

Próbowała  coś  wyczytać  z  jego  twarzy,  ale  była  ona 
nieprzenikniona za czarną maską. 

 - Wiem, że chcesz wielu mężczyzn - ciągnął Linc. 
 -  Postaram  się  być  nimi  wszystkimi.  Powiedz,  kogo 

pragniesz,  a  będziesz  go  miała.  Kocham  cię,  Trudy.  Daj  mi 
szansę, żebym mógł to udowodnić. 

Nie mogła z siebie wydusić słowa. 
 - Być może ty mnie jeszcze nie kochasz, ale na pewno się 

tego nauczysz. Ale Meg mówi, że tak... 

 - Meg ci to powiedziała? - spytała, zastanawiając się czy 

udusić, czy raczej utopić przyjaciółkę. - Ona lubi dużo gadać. 

 - Więc myliła się? 
 - Nie, miała rację. - Wyciągnęła dłoń, żeby go pogładzić 

po twarzy. Nigdy nie znała nikogo tak miłego i delikatnego. 

 - Więc może nie kłamała też w innych sprawach? 
 -  Puścił  ją,  żeby  mogła  się  wygodnie  położyć,  a  on 

przyklęknął przy niej. 

 - Na przykład? 
 - Mówiła również, że chcesz wyjść za mnie. 
 - Skąd mogła to wiedzieć?! Sama uświadomiłam to sobie 

zupełnie niedawno! 

background image

 - A więc jednak chcesz? 
 -  Tak.  -  Trudy  postanowiła  poddać  się  temu,  co 

nieuniknione.  Niech  Meg  triumfuje.  Nic  poza  Lincem  nie 
miało  dla  niej  w  tej  chwili  znaczenia.  -  Chciałabym  tylko, 
żebyś zawsze mnie kochał. Poczuła jego usta koło ucha. 

 - Zawsze - szepnął. 
Było  to  cudowne  i  podniecające.  Trudy  przyciągnęła  go 

mocniej do siebie. 

 - O, jesteś gotowy - zauważyła. - Ale wciąż masz na sobie 

te spodnie. 

 -  Są  tak  obcisłe,  że  same  trzymają  się  na  nogach.  Nie 

przeszkadza ci to? 

 - Skądże. 
Był już bardzo blisko, ale się powstrzymał. 
 -  Pamiętaj,  że  mogę  spełnić  każde  twoje  marzenie  - 

przypomniał  jej  swoją  wcześniejszą  deklarację.  -  Powiedz 
tylko, czego byś chciała. 

 - Więc bądź moim... wymarzonym mężem - powiedziała, 

tuląc go do siebie. 

Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami. 
Trudy Faulkner chwyciła plastikowy kieliszek z weselnym 

szampanem  i  spojrzała  na  męża,  tańczącego  z  Deeną.  Kiedy 
wyjeżdżała  do  Nowego  Jorku,  nawet  przez  myśl  jej  nie 
przeszło,  że  za  sześć  miesięcy  będzie  piła  szampana  na 
własnym weselu w Grange Hall. 

I nie sądziła, że będzie aż tak szczęśliwa. 
O  dziwo,  jej  arystokratyczni  teściowie  zgodzili  się 

przyjechać  na  ślub.  Prawdę  mówiąc,  trochę  się  rozluźnili  po 
scenie,  jaką  im  zrobiła  podczas  pamiętnej  kolacji.  Ojciec 
Linca  wziął  udział  w  konkursie  picia  piwa,  a  Glenda 
zagrzewała męża okrzykami do dalszej walki. 

background image

Teraz  tańczyli  oboje przytuleni na  parkiecie  i  o czymś ze 

sobą  rozmawiali.  Wiele  wskazywało  na  to,  że  nie  omawiają 
pogody ani wyników giełdowych. 

Stojąca obok Meg skinęła głową. 
 - Trochę się rozruszali, coś -  
Skąd, na miłość boską, mogła znać jej myśli? 
 - Tak, bardzo się cieszę. 
 - To ty tak na nich działasz - stwierdziła Meg. 
 -  Nie,  pewnie  raczej  cała atmosfera  wesela. Zresztą  Linc 

mówi, żebym nie liczyła na zbyt wiele. 

 - Może ma rację, a może... nie. 
 -  Takie  jak  ty  palili  kiedyś  na  stosie!  -  Trudy  zerknęła  z 

podziwem na przyjaciółkę. 

 - Wzięłam tylko odwet za to, że naśmiewałaś się ze mnie 

i Toma - ' wyjaśniła Meg, dotykając swego płaskiego brzucha. 
Powoli zaczynała się do niego przyzwyczajać. - Poza tym, to 
było oczywiste, że doskonale pasujecie do siebie z Lincem. 

 - Może i oczywiste, ale nie dla mnie i Linca. 
 -  Zaśmiała  się,  a  potem  spojrzała  na  Toma,  tulącego  w 

potężnych  ramionach  maleńkie  dziecko.  -  A  to,  że  nie 
pozwalacie nam się zajmować Meredith, to też jakaś zemsta? 

 - Nie, raczej rodzicielska zaborczość - odparła Meg. 
 - Zresztą możecie sobie zrobić własne. Twój mąż bardzo 

lubi dzieci... 

Linc  właśnie  do nich podszedł, więc nie zdążyła  zapytać, 

skąd to wie. 

 - Czas na taniec nowożeńców - oznajmił radośnie. Trudy 

przytuliła się do niego mocno. 

 - Czy nie rozmawiałeś ostatnio z Meg o... - zawiesiła głos 

- dzieciach? 

 -  Jasne.  Okazało  się,  że  też  oglądała  „Więzy  rodzinne"  i 

„Bill  Cosby  Show".  Powiedziała,  że  powinniśmy  mieć  jak 
najwięcej dzieci. 

background image

Trudy  otworzyła  usta,  ale  zaraz  je  zamknęła.  Nie  było 

sensu zaczynać tej, skazanej z góry na przegraną, batalii. Poza 
tym wcale nie była pewna, czy Meg nie ma jednak racji. 

 - A jak ty uważasz? - spytała tylko. 
 - Przecież wiesz... 
 - Moim zdaniem powinniśmy poczekać... - westchnęła, a 

potem  pomyślała,  jak  wspaniale  byłoby  kochać  się  bez 
żadnych zabezpieczeń. 

 - Tak, oczywiście... - zaczął. 
 -  Przynajmniej  do  podróży  poślubnej  -  dokończyła. 

Uszczęśliwiony  Linc  pocałował  ją  mocno  na  oczach 
wszystkich gości. 

 -  To  będzie  moje  marzenie.  Mój  sen  o  szczęściu  w 

Nowym Jorku - powiedział.