background image

 
 
 
 
 

Staff Adrienne 

Goldenbaum Sally 

 

Symfonia na dwa serca i 

orkiestrę 

background image

Rozdział 1 
Brzdęk! Porcelanowy kubek Dana z namalowanym kotem 

wylądował na parkiecie. - Przykro mi, Garfield - powiedziała 
Ellen  Farell,  uginając  się  pod  ciężarem  wypełnionego  po 
brzegi  tekturowego  pudła.  Aby  utorować  sobie  drogę, 
odsunęła nogą  leżące na ziemi skorupy. - Młodzi lekarze  nie 
powinni  mieć  tylu  rzeczy  -  mruknęła  -  stawiając  z  hukiem 
pudło  na  ziemi.  Czubkiem  tenisówki  zgniotła  puste  pudełko 
po  czekoladkach.  -  Nareszcie!  Pozbędę  się  w  końcu  tych 
gratów z mieszkania! Mojego mieszkania! 

Nie  dopuszczając  do  siebie  dawnych  uczuć,  Ellen 

energicznym krokiem weszła do sypialni, by wynieść stamtąd 
zniszczone  pionierki,  czapkę  baseballową  i  nie  napoczęty 
karton importowanego piwa. 

Poprawiając kasztanowe włosy, zatrzymała się na moment 

i  obejrzała  zgromadzone  w  drzwiach  rzeczy.  Błyszcząca 
brązowa walizka, którą w pośpiechu zapakowała, stała oparta 
o  stojak  na  parasole.  Obok znajdowało  się  pudło  wypełnione 
pismami  medycznymi,  gazetami  i  wielokrotnie  czytanymi 
opowiadaniami  Travisa  McGee.  Na  wierzchu  leżała  para 
męskich znoszonych butów. 

 - W porządku. Zaraz z tym skończymy. - Wzięła głęboki 

oddech,  wsunęła  ręce  do  kieszeni  spodni,  a  potem  wolno 
potrząsnęła  głową.  -  Nie.  Poprawka:  już  skończyliśmy.  I  to 
jakiś  czas  temu,  Danie  Newlin.  Minął  już  miesiąc,  odkąd 
rozstała się z młodym lekarzem. Było po wszystkim. Koniec. 
Wszak  samotność  jest  lepsza  niż  udawanie,  nieprawdaż? 
Powtarzała to sobie z uporem... ale ciągle odczuwała ból. Byli 
ze sobą trzy lata. Przez cały ten czas Dan stanowił nieodłączną 
część jej życia. Tym trudniej tyło jej teraz, gdy zrozumiała, że 
ich związek nie ma przyszłości. 

Aby  zapomnieć,  brała  dodatkowe  dyżury.  Wszystko  było 

lepsze  niż  przejmujący  chłód  jej  mieszkania.  Ale  to  nie 

background image

wystarczało.  Nie  tak  wyobrażała  sobie  swoje  życie.  Ellen 
zakryła  twarz  dłońmi,  gdy  zaczęło  ogarniać  ją  zmęczenie  i 
smutek i poczuła, jak gorące łzy napływają jej do oczu. 

Wchodząc  do  sypialni  znów  sięgnęła  machinalnie  do 

spływających  kasztanową  kaskadą  na  ramiona  włosów.  Jej 
wzrok  padł  na  maszynkę  do  golenia,  która  stała  w  kubeczku 
na toaletce. Cholera! Oczy dziewczyny zabłysły. Zastanawiała 
się, czy to możliwe, by nienawidzić maszynki do golenia. 

Tkwiła  tam,  nieruchoma  i  tępa,  z  kilkoma  włosami 

przyklejonymi do ostrza. Dokładnie przypomniała, czym była 
znajomość  z  Danem  Newlinem.  Z  jednej  strony  ona,  Ellen  - 
kochająca  i  szczodra,  z  drugiej  zaś  -  zawsze  skory  do  brania 
Dan. Kiedy był jeszcze stażystą, zawsze tłumaczył się brakiem 
czasu  z  powodu  dużej  ilości  zajęć  w  szpitalu.  Kiedy  zaczął 
pracować jako lekarz, nic się nie zmieniło. Co stało się z ich 
uczuciem?  Albo  ich  miłość  wygasła  już  bardzo  dawno,  albo 
była tylko wymysłem Ellen. 

Cóż,  nadszedł  czas,  by  z  tym  skończyć.  Zadzwoniła  do 

Dana  i  poprosiła  go,  aby  przyjechał  i  zabrał  rzeczy.  Dopiero 
wtedy będzie mogła rozpocząć życie od nowa. 

Chwyciła  maszynkę  i  z  celnością  gracza  Harlem 

Globetrotters wrzuciła ją do kosza na śmieci. Potem wyszła z 
pokoju,  szeroko  otworzyła  drzwi  i  wypchnęła  cały  dobytek 
Dana  na  korytarz.  Zrobione!  Finis,  jak  mówią!  Uśmiechnęła 
się,  otrzepując  ręce,  lecz  po  chwili  uśmiech  zniknął  z  jej 
twarzy. 

Ellen  oparła  się  o  framugę  drzwi.  Przeszył  ją  strach.  A 

jeśli  nigdy  więcej  nikogo  nie  pokocha?  Jeśli  nic  nowego  jej 
już  nie  czeka?  Żadna  pasja,  żaden  burzliwy  romans  ani 
namiętna miłość? 

Wargi  Ellen  zadrżały.  Zamknęła  oczy  i  przytrzymała  się 

drzwi,  aby  nie  upaść  pod  wpływem  nagle  ogarniającej  ją 
słabości. Czy... czy kiedykolwiek jeszcze będzie szczęśliwa? 

background image

Ale  nagle  wyprostowała  ramiona  i  otrząsnęła  się  z  tych 

ponurych  myśli.  O,  nie!  Nie  zamierza  poddać  się  tak  łatwo. 
Coś  musi  się  wydarzyć!  Ktoś  musi  pojawić  się  w  jej  życiu, 
nawet jeśli miałoby to nastąpić później, niż oczekiwała. Tym 
większa będzie to miłość! 

Jej  rozmyślania  przerwał  dzwonek  telefonu.  Szybko 

zamknęła drzwi i pospieszyła podnieść słuchawkę.  

 -  Halo?  O,  cześć  Laurie.  -  Głos  Laurie  Westin  zawsze 

wywoływał  uśmiech  na  twarzy  Ellen.  Po  trzech  latach 
małżeństwa  z  Rickiem  Westinem  jej  najlepsza  przyjaciółka 
wciąż  promieniowała  szczęściem  i  radością,  która  udzielała 
się  także  jej  najbliższym.  Za  parę  miesięcy  spodziewała  się 
dziecka. 

 -  Słuchaj  Ellen,  Rick  zaprosił  do  domu  jednego  z 

muzyków  nowego  zespołu  jazzowego,  który  przyjechał  do 
miasta i... 

 -  I  z  pewnością  chciałabyś,  żebym  przyszła  na  obiad,  w 

dodatku  najlepiej  razem  z  deserem  -  zażartowała  Ellen, 
wiedząc, jaki będzie ciąg dalszy. 

 - Och, Ellen, pośpiesz się. Rick mówi, że to świetny facet. 

Zależy nam, abyś go poznała. Wyjście z domu dobrze ci zrobi, 
a poza tym bardzo chcielibyśmy cię zobaczyć - przekonywała 
miękko Laurie. 

Ellen roześmiała się głośno. 
 - Laurie, czy ty nigdy się nie poddasz? 
 -  Oczywiście,  że  nie.  Dzięki  tobie  poznałam  Ricka  i  nie 

spocznę,  dopóki  nie  znajdę  dla ciebie  równie  odpowiedniego 
faceta. Przyjdziesz? 

Ellen usiadła na kanapie obok telefonu. 
 -  Laurie,  nie  chcę  wydać  się  niewdzięczna,  ale 

przypominasz  sobie  ostatniego  przyjaciela  Ricka?  Był  niższy 
ode  mnie  o  piętnaście  centymetrów  i  w  dodatku  nieustannie 
całował mnie w brodę. Nigdy więcej muzyków! Przyjdę jutro 

background image

wieczorem  i  wezmę  ze  sobą  lody  czekoladowe.  To  mogę  ci 
gwarantować.  W  każdym  razie  dzięki.  Dziś  muszę  sprzątnąć 
mieszkanie i oczyścić je z pozostałości... 

I nagle, odkładając słuchawkę, Ellen wiedziała już, jak to 

zrobić.  W  chwilę  później  ubrana  w  luźny  sweter  zbiegała  po 
schodach. 

 -  Clarence!  -  zawołała  do  mężczyzna  w  średnim  wieku, 

który pracował tu jako dozorca. - Kiedy zjawi się Dan Newlin, 
by  zabrać  swoje  rzeczy,  powiedz  mu,  że  wszystko  z 
wyjątkiem  jego  kubka  do  kawy  leży  przed  drzwiami  mojego 
mieszkania. Kubek przedwcześnie opuścił ten świat! 

Clarence uśmiechnął się z aprobatą. 
 - A pani wychodzi, panno Farrell? 
 - Tak, Clarence. Wyjeżdżam. 
Wychodząc  spostrzegła  czarnego  kota,  który  przeciął 

chodnik i biegł w jej stronę. 

 - Och, nie! Psik! 
Kot  uciekł  z  podwiniętym  ogonem,  a  Ellen  pobiegła  do 

samochodu, usiadła za kierownicą i wyruszyła w drogę. 

Przez opuszczoną szybę wpadał wiatr, targając jej włosy, a 

chłodne, jesienne powietrze owiewało twarz dziewczyny. Ten 
ożywczy  powiew  porwał  jej  myśli  i  uczucia,  unosząc  je  ku 
błękitnemu,  bezchmurnemu  niebu.  Na  następnych  światłach 
ostro  skręciła  w  lewo.  Tak  musiało  być.  Pędząc  w  dół 
Wisconsin  Avenue,  Ellen  Farrell  zbliżała  się  do  swego 
przeznaczenia. 

To  było  takie  proste  -  mknąć  z  ogromną  prędkością, 

patrzeć,  jak  umykają  krajobrazy,  czuć  na  twarzy  pęd 
powietrza.  Była  jak  ptak,  który  wreszcie  mógł  rozwinąć 
skrzydła. Czuła się wspaniale! 

Skręcając  na  autostradę,  przyspieszyła  jeszcze  i  włączyła 

radio. Rozległa się znana rockowa piosenka, której takt Ellen 
zaczęła  wystukiwać jedną  nogą, drugą naciskając  pedał  gazu. 

background image

Włożyła  okulary  słoneczne  i  całkiem  opuściła  szybę.  Tak 
długo  tłumione  uczucia  znalazły  wreszcie  ujście.  Ellen 
rozejrzała się dokoła, wzięła głęboki oddech i krzyknęła. 

Krzyczała głośno i długo. 
To było wspaniałe! 
Tak  cudowne,  że  wrzasnęła  jeszcze  raz,  nic  sobie  nie 

robiąc  z  obecności  sportowego  samochodu,  który  pojawił  się 
na  lewym  pasie.  Gdy  krzyknęła  po  raz  kolejny,  pozbyła  się 
tego ciężaru tak długo leżącego jej na sercu. Dostrzegła wokół 
siebie  czerwień  jesiennych  drzew,  biel  płynących  po  niebie 
chmur  i  nie  mogła  powstrzymać  zachwytu.  Czuła  się  jak 
więzień  wypuszczony  na  wolność,  jak  człowiek,  który 
wyszedł ze szpitala. Szczęśliwa. Wolna. Cóż z tego, że miłość 
nie jest łatwa? A kto powiedział, że ma być łatwa? Wciągnęła 
głęboko powietrze, uśmiechnęła się i przyspieszyła, czując się 
tak dobrze, jak nigdy dotąd. 

Kiedy mijała mały sportowy samochód, który uprzednio ją 

wyprzedził,  prędkościomierz  wskazywał  sto  czterdzieści 
kilometrów  na  godzinę.  Rzuciła kierowcy  beztroski  uśmiech, 
lecz  nagle  jej  oczy  rozszerzyły  się  z  zachwytu.  On  był 
wspaniały!  Był  bardziej  pociągający  niż  jego  sportowy 
samochód. Ellen zawsze pragnęła takiego.... samochodu. 

Z  jednym  łokciem  opartym  o  szybę  Armand  Dante 

obserwował  w  bocznym  lusterku  szybko  zbliżającego  się 
starego  mercurego.  Ci  zwariowani  kierowcy!  -  pomyślał, 
marszcząc brwi z niezadowoleniem. Przez chwilę ujrzał na tle 
błękitnego nieba rozwiane, ciemne włosy i ogromne słoneczne 
okulary.  Odwrócił  się,  by  zganić  spojrzeniem  tę  beztroską, 
młodą  kobietę,  lecz  jej  uśmiech  zupełnie  go  rozbroił.  Przez 
moment miał wrażenie, że serce przestało mu bić. Uśmiechnął 
się blado i zwiększył prędkość do stu trzydziestu. 

Ellen  poczuła  się  lekko  oszołomiona,  zwolniła  nieco  i 

zjechała na prawy pas. Patrzyła prosto przed siebie i liczyła do 

background image

dziesięciu,  po  czym  przygryzła  dolną  wargę,  spojrzała  we 
wsteczne  lusterko.  Wciąż  tam  był,  jechał  tuż  za  nią  i  patrzył 
wprost  w  jej  lusterko.  Ich  oczy  spotkały  się.  Uśmiechnął  się 
do  niej  i  był  to  najbardziej  podniecający  uśmiech,  jaki  udało 
jej  się  widzieć.  Nie  wierzyła  swym  oczom.  Chyba  śniła! 
Nigdy dotąd nie zdarzyło się jej coś podobnego. 

Nagle  nieznajomy  dał  jej  znak  światłami  i  zaczął  ją 

wyprzedzać. Pewnie tylko wyobraziła sobie ten uśmiech, teraz 
on  odjedzie  i  zniknie  z  jej  życia  na  zawsze.  Głupia 
dziewczyno, wyobrażasz sobie różne... 

Oho! Serce zabiło jej mocniej. Sportowy samochód jechał 

tuż  obok  niej,  dokładnie  z  tą  samą  prędkością.  Spojrzała  w 
bok.  Nieznajomy  uśmiechnął  się,  odsłaniając  rząd  białych, 
równych  zębów.  Była  to  chwila  tak  krótka,  jak  zrobienie 
zdjęcia,  lecz  Ellen  dostrzegła  wszystkie  szczegóły:  ciemne, 
śmiejące się oczy i bujne, rozwiane na wietrze czarne włosy. 
Rumieniąc  się  odwróciła  wzrok  na  drogę,  lecz  po  chwili 
ponownie spojrzała na nieznajomego. Tym razem przytrzymał 
wzrokiem  jej  spojrzenie.  Niepewnie  się  uśmiechnęła  i 
wzruszyła  lekko  ramionami.  Niemalże  słyszała  jego  śmiech. 
Odrzucił do tyłu głowę i puścił oko do Ellen! 

Dziewczyna  poczuła,  że  kręci  jej  się  w  głowię.  Nigdy 

dotąd nie flirtowała z nieznajomymi na autostradzie, ale och... 
to było przyjemne! Jechała za nim dziesięć kilometrów i tym 
razem podniecała ją nie prędkość jazdy lecz fakt, że on ciągle 
obserwował ją w lusterku. 

Nagle  dostrzegła,  że  tylne  światła  jego  samochodu 

zapaliły  się  i  zgasły.  Co  teraz?  -  zastanawiała  się  z 
zakłopotaniem.  Kilka  minut  później  minęli  policyjny  radar 
skierowany  w  ich  stronę.  Poczuła  wdzięczność.  Co  by  było, 
gdyby  pędziła  z  prędkością  stu  czterdziestu  kilometrów  na 
godzinę,  krzycząc  na  wiatr?  Nie  tylko  musiałaby  zapłacić 

background image

mandat,  na  który  ją  nie  było  stać,  lecz  prawdopodobnie 
odebrano by jej również prawo jazdy. 

Uśmiechnęła  się  i  pomachała  przez  okno,  aby  pokazać 

temu  rycerzowi  w  błyszczącej  stali,  jak  bardzo  była  mu 
wdzięczna.  Odwzajemnił  gest,  a  słońce  zamigotało  na  jego 
opalonej skórze. Ten ruch był tak zmysłowy, że Ellen zadrżały 
oparte na kierownicy dłonie. Przez ostatnich kilka minut była 
taka  wolna,  beztroska  i  szczęśliwa!  -  Teraz  mój  los  się 
odmieni - krzyknęła ze śmiechem. 

Gdyby  tylko  jechała  jako  pierwsza,  bez  wahania 

włączyłaby  prawy  migacz,  aby  zatrzymać  ten  samochód  z 
atrakcyjnym  kierowcą  w  środku  i  móc  się  przedstawić.  Nie 
było to w jej stylu, ale nie mogłaby zaprzepaścić takiej szansy. 
Ośmieliłaby się to zrobić tylko ten jeden raz. Może szczęście 
by jej dopisało. 

Jakby  wiedziony  jej  myślą,  sportowy  samochód  zwolnił  i 

zjechał na pobocze. 

Ellen jak we śnie zjechała za nim. 
Zobaczyła, że kierowca wysiadł i z uśmiechem zaczął iść 

w  jej  kierunku.  Był  wysokim,  silnie  zbudowanym,  lecz 
szczupłym w biodrach mężczyzną. 

Bez  chwili  zastanowienia  otworzyła  drzwi  i  również 

wysiadła.  Nogi  miała  jak  z  waty.  Uśmiechnęła  się.  Uniosła 
okulary,  opierając  je  na  włosach.  Serce  zabiło  jej  jeszcze 
mocniej. 

 - Cześć! - Modliła się w duchu, by udało jej się zachować 

kamienną twarz. 

 - Cześć. Niewiele brakowało, a mogłabyś mieć kłopoty. 
 - Och, wiem! Dzięki za ostrzeżenie. Mandat to najgorsza 

rzecz, jaka mogłaby mi się teraz przydarzyć... 

 -  Dla  mnie  mandat  zawsze  jest  najgorszą  rzeczą.  Znam 

tyle  przyjemniejszych  sposobów  wydawania  pieniędzy.  - 

background image

Mówił  spokojnie,  ale  Ellen  czuła  na  swej  twarzy  jego 
spojrzenie. 

W  wyobraźni  widziała  się,  jak  tańczy  w  objęciach  tego 

mężczyzny, przy blasku świec, aż po blady świt. Siląc się na 
spokój, lekko się uśmiechnęła. 

 -  Masz  rację.  Ale  skąd  wiedziałeś,  że  przed  nami  jest 

policja? 

 -  Moi  przyjaciele  zainstalowali  małe  urządzenie,  aby 

oszczędzić  mi  kłopotów.  -  Pokazał  zęby  w  uśmiechu.  - 
Powinnaś  zafundować  sobie  podobne,  chociaż  wątpię,  czy 
przydałoby się przy stu czterdziestu kilometrach na godzinę. 

W jego ciemnych oczach dostrzegła rozbawienie. 
 - Och, zwykle nie jeżdżę tak szybko! Naprawdę prowadzę 

ostrożnie i bezpiecznie. 

Uniósł  brew,  jakby  chciał  powiedzieć,  że  rozmowa  z 

obcym mężczyzną na poboczu autostrady nie należy do rzeczy 
najbezpieczniejszych dla młodej damy. 

Potrząsnęła  głową,  brązowe  włosy  zawirowały  wokół 

twarzy. Było w nich więcej złota niż sądził... choć być może 
to tylko słońce w nich się odbijało. 

Kiedy  spojrzał  jej  w  oczy,  wytrzymała  jego  wzrok  i 

powtórzyła z przekonaniem: 

 - Naprawdę rzadko robię takie zwariowane rzeczy. W jej 

spojrzeniu wyczytał, że mówi prawdę. 

 -  To  dobrze  -  rzekł,  wyciągając  rękę.  -  Mogę  spytać,  jak 

masz na imię? 

 - Ellen, Ellen Farrell - przedstawiła się. - A ty? 
 - Armand Dante. - Uśmiechnął się szeroko. - I bardzo się 

cieszę, że cię poznałem. 

 - Ja również. 
Zaczęła się śmiać, zachwycona niedorzecznością sytuacji, 

w  jakiej  się  znaleźli,  stojąc  tu,  na  poboczu  autostrady,  po 

background image

której  pędziły  samochody.  Iskierki  wesołości  zapaliły  się 
również w jego oczach. 

 -  Dokąd  pędziłaś,  Ellen,  z  prędkością  stu  czterdziestu 

kilometrów na godzinę? Do pracy czy na spotkanie? 

 -  Nigdzie  -  odparła,  czując,  jak  płoną  jej  policzki.  -  Po 

prostu...  świętowałam.  Jest  taki  piękny  dzień.  -  Mówiąc  to 
odwróciła wzrok. 

Przyglądał  się  jej  twarzy:  pełnym  policzkom,  ogromnym 

błękitnym oczom i zniewalającemu uśmiechowi. 

 -  Zaczekaj  chwilę  -  powiedział,  odwracając  się  w  stronę 

swego  samochodu.  Wyjął  z  niego  cienki,  skórzany  notes  i 
wieczne pióro. 

 -  Czy  moglibyśmy  się  jeszcze  spotkać?  Podasz  mi  swój 

adres i telefon? 

Była zbyt zaskoczona, by myśleć. Zbyt szczęśliwa, by się 

zastanowić.  Wzięła  notes,  przerzuciła  pokryte  nutami  kartki, 
aż znalazła czystą stronę. 

Wpisała swoje nazwisko i adres i oddała mu notatnik. 
Od razu przeczytał głośno, co napisała, a w jego ustach te 

znane jej przecież dane brzmiały dziwnie tajemniczo. 

 -  Niedługo  się  spotkamy  -  obiecał  z  promiennym 

uśmiechem. 

Wydawało  jej  się,  że  śni.  Cudowny  początek,  kusząca 

zapowiedź upojnych dni i nocy. Ellen powstrzymała uśmiech. 
Ostatnie tygodnie wypełnione pracą i niepokojem sprawiły, że 
całkowicie  schroniła  się  w  świecie  marzeń!  Czuła,  że 
wykonuje  głową  potakujący  gest,  ale  z  ust  dziewczyny  nie 
padło żadne słowo. 

Armand  Dante  przyglądał  jej  się  z  uwagą.  Chciał  coś 

dodać,  ale  właśnie  jego  oczy  dostrzegły  coś  ponad  głową 
Ellen. 

 - Wygląda na to, że mamy towarzystwo. Prawdopodobnie 

chcą się upewnić, czy nie trzymam cię na muszce. 

background image

Ellen  odwróciła  się  i  dostrzegła  wolno  zbliżający  się 

samochód policyjny. Przez okno wychylał się umundurowany 
mężczyzna obserwując całą scenę. 

 - Wszystko w porządku? - zapytał. 
 -  O  tak,  dziękuję  -  odpowiedziała  szybko  Ellen. 

Przystanęłam, bo mi nogi zdrętwiały, a ten pan zatrzymał się, 
aby sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy. 

 - Rozumiem. To wszystko, co chciałem wiedzieć. 
 -  Cóż  -  odparła  uśmiechając  się  nerwowo.  -  Chyba  już 

pojadę. 

 -  Żebym  nie  musiał  was  stąd  wyganiać  -  mruknął 

policjant. Twarz Ellen pokrył rumieniec. 

 -  Oczywiście,  że  nie.  Ja  naprawdę  muszę  już  jechać. 

Jeszcze raz panu dziękuję. Armand delektował się każdym jej 
słowem, każdym gestem. 

 -  Niebawem  się  spotkamy  -  powtórzył,  w  jej  mniemaniu 

nieco zbyt głośno. Zrobił do niej oko i skierował się do swego 
samochodu. 

 -  Żegnaj  -  wyszeptała  Ellen.  Usiadła  za  kierownicą  i 

włączyła  się  do  ruchu  na  autostradzie  tuż  za  małym 
sportowym samochodem. 

Na  następnym  skrzyżowaniu  Armand  skręcił  w  lewo, 

machnąwszy Ellen na pożegnanie, ona zaś zawróciła do domu. 

Dopiero  przejeżdżając  nad  odbijającymi  światła  wodami 

rzeki  Potomac,  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  co  zrobiła.  Podała 
swoje nazwisko, adres i telefon zupełnie obcemu mężczyźnie. 
Ona, która wiedziała, jak niebezpieczni mogą być ludzie, ona, 
która  na  codzień  pracując  w  szpitalu  miała  do  czynienia  z 
ofiarami napadów. Mordercy i gwałciciele, mężczyźni, którzy 
o  trzeciej  w  nocy  dzwonią  do  twego  mieszkania  i  grożą  ci, 
dysząc  w  słuchawkę!  Opanował  ją  strach.  Poczuła,  jak  pocą 
się jej ręce, a serce podchodzi do gardła. 

background image

Próbowała  trzeźwo  ocenić  sytuację.  Ten  wspaniały 

mężczyzna,  którego  poznała,  nie  wyglądał  na  kryminalistę. 
Nie, człowiek o tak ciepłych oczach i łagodnym uśmiechu nie 
może być zły! Czy jednak  dobrze  postąpiła, podając  mu swe 
dane?  Po  raz  pierwszy  w  życiu  poczuła  się  całkowicie 
bezradna. No, może drugi, jeśli liczyć dzień, w którym wraz z 
Laurie  trafiła  do  klasztoru.  A  właściwie  trzeci,  gdyby  dodać 
do tego jeszcze jej związek z Danem. 

Jej życie rozpadało się na kawałki! 
Kiedy  zaparkowała  samochód,  podążyła  w  stronę  domu 

krokiem,  w  którym  na  tyle  wyraźnie  dawało  się  zauważyć 
dręczącą  dziewczynę  niepewność,  że  Clarence  pospieszył  by 
jej pomóc. 

 - Panno Farrell, wygląda pani nie najlepiej. Czy wszystko 

w porządku? 

 -  Nie,  Clarence!  -  Ellen  wsparła  się  na  jego  ramieniu,  z 

trudem  łapiąc  powietrze.  -  Myślę,  że  narobiłam  sobie 
kłopotów.  Dałam  swój  adres  zupełnie  obcemu  mężczyźnie  - 
zakryła  twarz  ręką.  Czuła  się  upokorzona,  lecz  była  tak 
przerażona,  że  musiała  komuś  o  tym  powiedzieć.  -  Czy 
mógłbyś  dziś  zajrzeć  do  mnie  parę  razy?  I  miej  oko  na 
wysokiego, przystojnego bruneta, który może się tu zjawić. 

 - Wystarczy szepnąć słówko i wszyscy w tym domu będą 

na niego czatować! 

 - Clarence! 
 -  Przepraszam...  po  prostu  żartowałem.  Widzę,  że 

naprawdę jest pani tym przerażona, ale proszę się nie martwić, 
Clarence będzie pani osobistym aniołem stróżem. 

 - Myślę, że przydałaby mi się opieka świętego Bernarda... 

odrobina brandy dobrze mi teraz zrobi! 

background image

Rozdział 2 
Niełatwo było zadziwić Ellen Farrell, ale to, co powiedział 

jej  Clarence,  poruszyło  ją  do  głębi.  -  Kogo  złapałeś?...  Och, 
nie, Clarence!... Tak, pamiętam co powiedziałam, ale... - Głos 
Ellen  załamał  się.  W  najskrytszych  marzeniach  nie 
przypuszczała,  że  on  się  pojawi.  Ciemny,  tajemniczo 
wyglądający  mężczyźni  -  szczególnie  ci  niewiarygodnie 
przystojni - pojawiają się tylko w snach, nigdy u progu twego 
własnego  mieszkania!  Wsuwając  opalone  stopy  w  kapcie, 
które  stały  pod  kanapą,  Ellen  podbiegła  do  drzwi.  Wizja 
Clarence'a zaciskającego palce na szyi nieznajomego sprawiła, 
że dziewczyna jak oszalała zbiegła po wąskich schodach. 

 - Mój Boże! 
Stanęła jak wryta, a serce zaczęło tłuc jej się w piersi. 
Klęcząc  nieruchomo  na  kafelkowej  posadzce,  Clarence 

trzymał  w  miażdżącym  uścisku  mężczyznę  w  ciemnym 
płaszczu,  w  którego  ręku  tkwił  pognieciony  bukiet 
herbacianych róż. 

 -  A...  to  pan?  -  upewniła  się  Ellen,  przyglądając  się 

badawczo ciemnej głowie. Oczywiście, że to był on. Nikt inny 
nie mógł być właścicielem tych wspaniałych, kruczoczarnych 
włosów, które niemalże same prosiły się, by zanurzyć w nich 
palce. 

Mężczyzna  spróbował  unieść  głowę,  by  na  nią  spojrzeć, 

ale  chwyt  judo,  który  zastosował  Clarence,  umożliwiał  mu 
jedynie obserwację fragmentu podłogi i przeciwległej ściany. 

 -  Twój  głos...  zgadza  się...  ale  nie  jestem  pewien.  Czy 

mogłabyś  za  mnie  pokrzyczeć?  Zawsze  pamiętam,  by 
krzyczeć  -  choć  mówił  z  trudem,  w  jego  głosie  brzmiał  ślad 
rozbawienia. 

Z ust Ellen wydobyło się westchnienie ulgi. Dzięki Bogu, 

nie jest pozbawiony poczucia humoru! - pomyślała. Być może 

background image

nie  wsadzi  jej  za  to  do  więzienia,  choć  z  pewnością  na  to 
zasługiwała. 

 - Clarence, przestań! W porządku! 
 -  To  nie  ten  facet?  Wygląda  tak  jak  ten,  co  go  pani 

opisała! 

 - Nie! To znaczy masz rację, ale... - zdołała powstrzymać 

uśmiech.  -  Jesteś  świetnym  detektywem,  ale  jak  się  bliżej 
przyjrzałam temu człowiekowi, to widzę, że on nie może być 
groźny. Wpuść go, Clarence. 

Dozorca od razu rozluźnił chwyt. 
Podnosząc  się  z  pozycji,  którą  zajmował  przez  ostatnie 

kilka  minut,  Armand  Dante  spojrzał  przeciągle  w  szeroko 
otwarte, błękitne oczy Ellen. 

Nie  był  człowiekiem  słynącym  z  cierpliwości,  jednak  w 

tym momencie jedyne, co mógł zrobić, to potrząsnąć głową i 
uśmiechnąć  się,  zamiast  wygłosić  jedną  ze  swych  tyrad 
dotyczących zasad dobrego wychowania. 

 -  Cóż,  panno  Farrell  -  odezwał  się  głosem  niskim  i 

cichym,  który  brzmiał  nieomal  teatralnie  -  myślę,  że  kiedyś 
uda nam się spotkać w normalnych okolicznościach! 

Ellen wybuchnęła śmiechem. 
 - Bardzo mi przykro, ja... - jej wilgotne oczy błyszczały. - 

Wszystko panu wytłumaczę, ale... 

 -  Ale  to  i  tak  nie  miałoby  sensu!  -  wtrącił  Clarence, 

również  nieco  rozweselony.  -  Całe  zajście  zawdzięcza  pan 
pannie Farrell. Bardzo za wszystko przepraszam, panie... 

 -  Dante.  Nie  ma  za  co.  A  przy  okazji,  to  był  całkiem 

niezły chwyt. - Uścisnął dłoń starszemu panu, a w jego oczach 
błyszczały  iskierki  humoru.  -  No,  cóż  interesujący  początek 
wieczoru. - Spojrzał na Ellen. - Być może zapowiedź tego, co 
nastąpi? 

Patrzył  na  nią  tak  badawczo,  że  dziewczyna  poczuła  się 

onieśmielona  i  co  gorsza  -  dziwnie  podniecona  i  zmieszana. 

background image

Zarumieniła się. Przykryła policzki dłońmi, lecz nie odwróciła 
wzroku. 

 - Czemu... czemu pan tu przyszedł? 
Armand  uśmiechem  skwitował  to  pytanie  i  wręczył  jej 

róże. Próbował sobie już na nie odpowiedzieć, kiedy szukał w 
notesie  adresu  znajomej  z  autostrady.  A  gdy  pędził  tu  jak 
oszalały,  czuł  się  jak  dziecko,  ale  nie  mógł  jej  o  tym 
powiedzieć. 

 -  Aby  przynieść  kwiaty  pięknej  damie,  która  przydała 

blasku memu nudnemu dniowi. I aby zapytać, czy ta dama nie 
zjadłaby ze mną kolacji. 

 -  Kolacji...?  -  powtórzyła  Ellen,  starając  się,  by  jej  głos 

brzmiał naturalnie. - Kolacji? 

 - Tak. - Lekko ujął ją za łokieć, obracając w stronę drzwi, 

za  którymi  rozpościerała  się  noc.  -  Zaparkowałem  samochód 
tuż  obok,  w  miejscu,  gdzie  jest  zakaz.  Chciałbym  panią 
porwać,  zanim  wlepią  mi  mandat,  a  potem  zjeść  z  panią 
kolację przy świecach. 

Clarence z entuzjazmem pokiwał głową. 
 - Brzmi to nieźle, panno Farrell. Mała przejażdżka dobrze 

by pani zrobiła! 

Ellen  spojrzała  na  niego  z  naganą.  Uwagi  Clarence'a  na 

temat  jej  intymnego  życia,  a  raczej  jego  braku,  były  w  tej 
chwili najbardziej jej potrzebne do szczęścia! 

 -  Cóż,  bardzo  to  miło  z  pana  strony  -  odpowiedziała 

pospiesznie,  aby  uniemożliwić  Clarence'owi  czynienie 
dalszych  spostrzeżeń.  -  Brzmi  to  niezwykle  zachęcająco!  - 
Wzięła Dantego pod rękę i wyprowadziła, by uniknąć dalszej 
rozmowy z zatroskanym Clarence'em. 

Armand przystanął, nie kryjąc lekkiego uśmiechu. 
 - Coś nie tak? - zapytała Ellen. - Zmienił pan zamiar? 
 -  Nie  -  odpowiedział,  obejmując  wzrokiem  jej  postać.  - 

Ale może zmieniłaby pani buty? Choć te wydają się bardzo do 

background image

pani  pasować.  -  Jego  głos  brzmiał  żartobliwie,  a  zarazem 
podniecająco. 

Ellen  spojrzała  na  długie  uszy  królików  przyczepionych 

do jej różowych kapci. 

 -  Oczywiście!  -  Roześmiała  się.  -  Prawie  zapomniałam. 

Nigdy  nie  biorę  Mopsy  i  Flopsy  na  kolację.  Rzuciła  mu 
spojrzenie spod długich, czarnych rzęs. 

Armand patrzył na nią, aż ich spojrzenia się spotkały. I w 

tym momencie zrozumiał, dlaczego stał tutaj w tym chłodnym 
korytarzu, zapraszając Ellen Farrell na kolację. 

 - Przykro mi, ale naprawdę będę musiała wrócić do domu 

przed jedenastą. - Ellen niechętnie spojrzała na zegarek, kiedy 
kelner przyprowadził ich do zarezerwowanego stolika. 

 - Widzę, że zjem kolację z Kopciuszkiem! 
 -  Tak  jakby  -  zaśmiała  się  Ellen.  Czuła  się  wspaniale. 

Niedługa  przejażdżka  jego  samochodem  sprawiła,  że  miała 
uczucie,  że  znała  Armanda  od  lat.  Nic  o  nim  nie  wiedziała, 
jednak ten krótki okres wystarczył, wbrew wszelkim regułom, 
by go polubić. 

 - Hmm, a gdzie moja wróżka z bajki ukrywała się dotąd? 
Rumieniec  podkreślił  delikatną,  różową  barwę  jedwabnej 

bluzki dziewczyny. 

 -  Bardzo  nam  miło  gościć  pana,  panie  Dante  -  kelner 

lekko pochylił głowę. 

Podczas  gdy  Armand  rozmawiał  ze  znajomym  kelnerem, 

Ellen z ciekawością się rozglądała. Trafili do pięknej, drogiej 
restauracji.  Dziewczyna  była  tu  tylko  raz,  przed  trzema  laty, 
kiedy jej najlepsza przyjaciółka, Laurie O'Niell i Rick Westin 
postanowili  się  pobrać.  Armand  najwyraźniej  bywał  tu 
częstym gościem. 

Po  zamówieniu  butelki  szampana,  całkowicie  poświęcił 

swą uwagę Ellen. 

background image

Może  miał  rację  mówiąc,  że  ona  jest  Kopciuszkiem, 

pomyślała odwzajemniając uśmiech. 

 -  Armand?  -  Spojrzenie  błękitnych  oczu  spoczęło  na 

mężczyźnie.  -  Armand,  to  wszystko  jest  takie  zwariowane, 
całkiem  nie  w  moim  stylu.  To  znaczy,  zwykle  nie  mam 
zwyczaju.... 

 -  ...podrywać  mężczyzn  na  autostradzie,  a  potem 

skazywać ich na walkę z Clarence'em? - Ujął jej dłoń, a gdy 
się uśmiechnął, wokół oczu powstały drobne zmarszczki. 

 - Co? To t y mnie poderwałeś! A Clarence jest po prostu 

nieco  nadopiekuńcza,  to  wszystko.  Próbowała  nie  zwracać 
uwagi na prowokujące ciepło jego dłoni. Nie było to łatwe! 

 - Masz absolutną rację - zgodził się Armand z galanterią. 

-  To  wszystko  moja  wina.  I  wierz  mi  lub  nie,  pierwszy  raz 
zakochałem się na autostradzie numer 495. 

Ellen  przestała  na  moment  oddychać,  a  potem  uznała,  że 

to  kurtuazyjny  żart,  jaki  mówi  się  przy  kolacji  ze  świecami. 
Podjęła rozmowę. 

 -  Pierwszy?  Gdzie  zatem  zwykle  się  zakochujesz?  Na 

Wisconsin  Avenue? Ja wolę N Street. Aczkolwiek czasem w 
lecie Autostrada numer 50 ma nieodparty urok... 

Armand  lekko  dotknął  jej  policzka  opuszkami  palców,  a 

Ellen poczuła, że słowa więzną jej w gardle. 

 -  Zadziwiasz  mnie,  Ellen.  Nie  wiem,  co  jest  w  tobie 

innego,  ale  wiem,  że  jesteś  wyjątkową  kobietą.  Ellen 
zarumieniła się. Spojrzała na jego wyraziste rysy, lecz szybko 
opuściła wzrok na krawat. Zawsze 

zdawała  sobie  sprawę  ze  swych  silnych  i  słabych  stron. 

Otwartość  w  rozmowach  z  ludźmi  z  pewnością  należała  do 
tych pierwszych. Ale teraz, choć kelner postawił między mmi 
talerz  delikatnie  pachnących  ostryg,  czuła  się  bardziej 
onieśmielona,  niż  na  swym  pierwszym  studenckim  balu  w 
Akademii Świętego Józefa w Pittsburghu w Pensylwanii. 

background image

Niechętnie  uwolniła  rękę  i  napiła  się  chłodnego, 

wytrawnego  szampana.  Odchyliła  głowę  i  spojrzała  na 
Armanda z udawaną pewnością siebie. 

 - Nic o mnie nie wiesz. Nic. Mogłabym być jedną z tych 

kobiet z ulicy... Ze zdziwieniem uniósł brew. 

 -  ...albo  skorumpowanym  politykiem.  Albo  kimś,  kimś, 

kto  oskubie  cię  z  pieniędzy.  Armand  uśmiechał  się  coraz 
szerzej. 

 - Jakich pieniędzy? 
Ellen  machnęła  ręką,  a  potem  wskazała  na  jego  świetnie 

skrojony garnitur. 

 -  Cóż,  ta  restauracja,  twój  garnitur,  samochód.  Z 

pewnością nie należysz do najbiedniejszych. - Oparła ramię z 
powrotem na stole. - Naprawdę powinieneś być ostrożniejszy. 
Ale  miałeś  szczęście.  Z  mojej  strony  nic  ci  nie  grozi.  - 
Pochyliła się do przodu, głęboko zaglądając mu w oczy. 

Armand  wykorzystał  ten  moment,  by  ponownie  ująć  jej 

dłoń.  Już  uwielbiał  ją  dotykać,  czuć  pod  palcami  chłód  jej 
skóry. 

 - Zupełnie nic? 
Sposób,  w  jaki  do  niej  mówił,  przejmował  ją  do  głębi. 

Zwykłe słowa nabierały dziwnej tajemniczości. Słuchając ich, 
czuła się jak królowa. 

 -  Z  mojej  strony  nic.  Natomiast  to,  czy  ja  jestem 

bezpieczna  przy  tobie,  to  zupełnie  inna  sprawa.  Może  o  tym 
powinniśmy porozmawiać? - zajrzała mu w oczy. 

Kiedy  pochyliła  się  do  przodu,  jej  piękne,  kasztanowe 

włosy  miękką  falą  spłynęły  na  jedną  stronę.  Armand 
obserwował,  jak  blask  świec  dobywał  z  nich  jedwabiste 
refleksy.  Myślał,  że  są  to  włosy,  które  pragnąłby  pieścić  i 
zanurzyć twarz. 

 - Nic ci ze mną nie grozi Ellen. Możesz mi zaufać. 

background image

Ale  jego  oczy  płonęły  tak  dziwnie,  że  Ellen  zastanawiała 

się,  jaka  jest  jego  definicja  bezpieczeństwa,  a  także,  gdzie 
zniknął jej zdrowy rozsądek. 

Pojawienie  się  kelnera  przerwało  dalsze  rozważania.  Stół 

zapełnił się półmiskami z mięsem a la Wellington, ostrygami i 
kolorowymi sałatkami w pysznych sosach. 

Rozkoszowali  się  jedzeniem  i  miłą  rozmową.  Armand 

uwielbiał  wodospady,  jazdę  na  nartach,  duszone  ostrygi  i 
filmy Woody Allena. Ellen z radością stwierdziła, że podzielał 
jej  miłość  do  lodów  czekoladowych.  Rozmawiali  o  polityce 
zagranicznej,  zaciekle  sprzeczając  się  przy  omawianiu 
ostatnich  wydarzeń.  Ellen  założyła  włosy  na  ucho  i  z 
rozgorączkowaną  twarzą  opadła  na  oparcie  fotela.  Czuła  się 
szczęśliwa jak dziecko. Jedynie wydarzenia ostatnich miesięcy 
przesłaniały jej radość. 

Gdy  kelner  napełnił  ich  kieliszki  szampanem,  Armand 

wzniósł toast. 

 - Za czarującego Kopciuszka z autostrady. Oby nigdy nie 

zgubił pantofelka. 

Ellen  uniosła  kieliszek.  Nagle  ujrzała  w  wyobraźni  swoje 

pielęgniarskie buty, które czekały na nią w domu. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  zgubię  -  szepnęła  i  wypiła  łyk 

szampana,  znajdując  dziwną  radość  w  fakcie,  że  Armand 
wzniósł  toast  na  jej  cześć.  Spojrzała  na  niego  z 
zaciekawieniem. 

 -  Twoje  nazwisko...  wydaje  mi  się  znajome.  Jakbym 

gdzieś już je słyszała. Ellen podniosła do ust kęs mięsa. 

Armand roześmiał się. 
 -  Może  myślisz  o  poecie?  Boska  komedia"!  Ellen 

potrząsnęła głową. 

 -  Nie,  to  coś  bardziej  współczesnego  -  bezskutecznie 

szukała  w  pamięci.  -  Kto  wie,  może  spotkaliśmy  się  w 
poprzednim wcieleniu? 

background image

 - Nigdy. Jakże mógłbym cię zapomnieć? 
Jego  zaloty  były  tak  subtelne  i  zmysłowe,  że  Ellen  była 

oczarowana. 

 -  Proszę  pana  -  podszedł  kelner,  trzymając  ręku 

zadrukowaną  kartkę.  -  Jeśli  mógłbym  przeszkodzić.  Pewna 
kobieta  prosiła  mnie  o  pański  autograf.  Normalnie  nie  śmiał 
bym o to prosić, ale... 

 - Ale tak się składa, że ta kobieta, to żona twojego szefa, 

tak? - Armand spojrzał na speszonego kelnera, po czym złożył 
na programie swój podpis. 

Ellen patrzyła na całą scenę pełnymi zdziwienia oczami, a 

potem  nachyliła  się,  próbując  odczytać,  co  było  napisane  na 
karteczce. Armand usłużnie przesunął program w jej stronę. U 
dołu kartki widniał podpis Armanda. 

 -  Twoje  nazwisko...  -  mruknęła  pod  nosem,  ściągając  w 

zamyśleniu  brwi.  -  Tak,  moje.  Mam  nadzieję,  że  to  nie 
falsyfikat. 

Ellen odczytała cały tekst. 
 -  „Armand  Dante,  dyrygent.  Orkiestra  Symfoniczna  w 

Virginii." 

Spojrzała  na  niego  z  uwagą.  Nie  wyglądał  na  dyrygenta. 

Czy  oni  nie  są  zwykle  nieco  starsi,  bardziej  siwi?  Jedyne 
nazwiska  znanych  dyrygentów,  jakie  jej  przychodziły  do 
głowy,  to  Leonard  Berstein  i  Arthur  Fiedler.  Armand  z  całą 
pewnością nie przypominał żadnego z nich. 

Z  ciemnymi,  niemalże  czarnymi  oczami  i  mocno 

zarysowanym  podbródkiem  wyglądał  bardzo  intrygująco. 
Przypominał 

może 

włoskiego 

piłkarza, 

może 

niekonwencjonalnego  gwiazdora  filmowego,  ale  dyrygenta? 
Przechyliła na bok głowę. 

 -  Ty  jesteś  Armandem  Dantem?  Tym  sławnym 

dyrygentem?  Tutaj?  -  Czuła  się  głupio,  ale  starała  się 

background image

opanować  zmieszanie.  -  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś?  - 
zapytała. 

 - Dlaczego? - Armand roześmiał się szczerze. - Ellen, czy 

mając  takie  imię  jak  moje,  można  zachować  anonimowość? 
Ilu  znasz  Armandów?  Przecież  mówiłem  ci,  jak  mam  na 
imię... 

 -  Ale  nie  wyjaśniłeś  mi.  To  znaczy  nie  uzmysłowiłeś  mi 

tego  faktu.  Oczywiście,  że  słyszałam  o  tobie.  Po  prostu 
zapomniałam, to wszystko! 

Ale w duchu miała do siebie żal. Każdy przecież wie, kim 

jest Armand Dante! Wybuch wesołości Armanda przerwał jej 
ponure rozmyślania. 

 -  Ellen  Farrell,  nigdy  nie  byłaś  na  żadnym  moim 

koncercie, prawda? 

Ellen  przygryzła  wargę.  Potem,  biorąc  głęboki  wdech, 

napotkała jego pełne wesołości spojrzenie. 

 - No cóż, rzeczywiście  przyznaję, że nie. Niewiele wiem 

o muzyce poważnej. - Potrząsnęła głową, a jej ciemne włosy 
rozsypały  się  wokół  twarzy.  Dumnie  uniosła  brodę.  -  Ale  to 
oczywiście nie znaczy, że w ogóle nie słucham muzyki. Mam 
przyjaciela, Ricka Westina, który gra na banjo... 

 -  Rick  Westin? Tak,  słyszałem  o  nim.  To  całkiem  niezły 

artysta. 

 - Jest wspaniały.  Jego muzykę  rozumiem. Ona  opowiada 

o  prawdziwym  życiu,  przemawia  do  mnie.  Z  muzyka 
klasyczną nigdy nie miałam żadnego kontaktu. I obawiam się, 
że nigdy już nie będę miała możliwości poznać jej lepiej. 

Czuła  się  tak  niezręcznie,  jakby  skrytykowała  jego  głos 

czy  kolor  włosów.  Armand  ani  trochę  się  tym  nie  przejął.  Z 
czułością dotknął jej policzka. 

 -  Ależ  to  nieprawda.  Zresztą  i  tak  nie  o  to  chodzi.  Nie 

musisz przepraszać za to, że nie słuchasz muzyki poważnej. A 
już z pewnością nie mnie. 

background image

 - Ja nie przepraszam. Po prostu chcę, żebyś dobrze  mnie 

zrozumiał. Chodzi mi o to... 

O co naprawdę? - zastanawiała się. Z rozkoszą przeżywała 

każdą chwilę tego wieczoru. Armand Dante sprawił, że czuła 
się  doceniana,  pełna  życia.  A  jeśli  jeszcze  kiedykolwiek 
przyszłoby mu do głowy gdzieś ją zabrać, powinien wiedzieć, 
jak  niewiele  miała  wspólnego  z  muzyką  klasyczną!  Pasowali 
do siebie jak wół do karety. 

Podziwiała się za swą uczciwość i realizm, choć wcale nie 

pragnęła zdobywać się na nie w tej chwili. 

 -  Cóż,  wydaje  mi  się  to  bardzo  zabawne:  ty,  sławny 

dyrygent jedzący kolację ze mną, skromną pielęgniarką, która 
nie ma pojęcia o muzyce poważnej, a większość swego czasu 
spędza w sali zabiegowej miejskiego szpitala. - Zrobiła pauzę. 
- Oboje możemy uznać to za zabawne zdarzenie, prawda? 

Armand  Dante  pochylił  się  nad  stołem,  obserwując 

dziewczynę z uwagą i skupieniem. 

 - A więc jesteś pielęgniarką? To wiele tłumaczy. 
 -  Tłumaczy  to,  że  muszę  być  w  domu  o  dziesiątej 

trzydzieści.  Mam  dzisiaj  nocną  zmianę.  Mimo  wszystko  nie 
jestem Kopciuszkiem - zażartowała. 

Ellen  ogarnął  smutek,  który  odczuwamy,  budząc  się  ze 

wspaniałego  snu  do  szarej  rzeczywistości.  Za  kilka  godzin 
znajdzie się już w pracy, a Armand Dante zniknie z jej życia 
na  zawsze.  Ale  był  to  cudowny  wieczór.  Więc  może  warto 
przeżywać teraz ten smutek? 

 -  Powinienem  był  zgadnąć,  że  jesteś  pielęgniarką  - 

nieświadom jej rozterek, dokończył Armand. 

 -  Dlaczego?  Czy  wyglądam  jak  Florence  Nightingale?  A 

może masz na myśli moje podejście do ludzi? - Podparła ręką 
brodę. 

background image

 -  Ani  to,  ani  to.  W  twoich  oczach  widać  jakąś  iskierkę 

współczucia,  zrozumienia  dla  ludzkich  cierpień.  To  po  tym 
powinienem się zorientować - wyjaśnił z powagą Armand. 

 -  Iskierkę  -  powtórzyła  Ellen  z  rozrzewnieniem.  - 

Armandzie,  myślę  że  to  zasługa  wina,  które  wypiliśmy,  lecz 
mimo to dziękuję ci za uroczy komplement. Ale muszę ci się 
przyznać,  że  zostałam  pielęgniarką  jedynie  przez  przypadek, 
nie z powołania. 

 - Przez przypadek? 
 -  Tak.  Kiedy  skończyłam  średnią  szkołę,  przedstawiono 

nam niewiele propozycji pracy: pielęgniarka, nauczycielka lub 
siostra opatrzności. Nigdy nie chciałam zostać nauczycielką, a 
po sześciu tygodniach spędzonych w klasztorze okazało się, że 
zupełnie  nie  nadaję  się  do  zakonnego  życia.  Więc  zostałam 
pielęgniarką. 

Armand  roześmiał  się  pełną  piersią.  Ellen  wyobraziła 

sobie, jakby to było, gdyby mogła oprzeć dłonie o jego tors i 
niemal  czuła  w  opuszkach  palców  głębokie  wibracje,  jakie 
wydobywały  się  z  jego  piersi,  gdy  mówił.  Zmusiła  się,  by 
spojrzeć na jego twarz. 

 - Jak widzisz - nic interesującego. 
 -  Chyba  żartujesz!  Powiedz,  naprawdę  byłaś  w 

klasztorze?  -  Nie  mógł  sobie  wyobrazić  tej  pełnej  życia 
dziewczyny zamkniętej w klasztornych murach. 

 - Tak - odparła z uśmiechem. - I co więcej, podobało mi 

się  tam!  Przez  pierwsze  pięć  tygodni.  Była  ze  mną  Laurie, 
moja  najlepsza  przyjaciółka.  Spędzałam  czas,  podtrzymując 
na duchu ją i inne dziewczęta, rozweselając je, by zapomniały 
o tęsknocie za domem i  wskazując im chwalebny cel stojący 
przed nimi. Aż nadszedł czas, że sama musiałam się nad nim 
zastanowić 

śmiertelnie 

mnie 

to 

przeraziło. 

błogosławieństwem  mych  przełożonych  czym  prędzej 
opuściłam  to  miejsce.  -  Jej  głos  zmiękł.  -  Wiedzieli,  że  dla 

background image

każdego  powinno  znaleźć  się  miejsce  w  klasztorze, ale  ja  po 
prostu tam nie pasowałam. 

 -  A  zatem  twoje  miejsce  jest  tu,  w  Waszyngtonie?  - 

Armand  chciał,  żeby  mówiła  dalej.  I  chciał,  żeby  mógł 
zaglądać w jej oczy, których blask opromieniał jego duszę. 

 -  Nie,  nie  całkiem.  Jestem  tu  na  razie,  ale  czasem  jakiś 

głos  mówi  mi:  „Nie  należysz  do  tego  miejsca  Ellen"  - 
odpowiedziała szczerze Ellen. - Ale życie niesie ze sobą tyle 
niespodzianek, że kto wie, co wydarzy się jutro? - Splotła jego 
palce  ze  swoimi.  -  Ale  wiem  na  pewno,  co  przyniósł  mi 
dzisiejszy,  uroczy  wieczór  spędzony  z  tobą.  Dziękuję, 
Armandzie.  Zawsze,  kiedy  będę  jechać  autostradą  albo 
przeczytam gdzieś o twoim koncercie, pomyślę wtedy o tobie. 
Także jedząc lody czekoladowe. 

Przez  moment,  kiedy  cofała  rękę,  jej  uśmiech  zadrżał  w 

blasku świec. 

 - To był cudowny wieczór, ale teraz trzeba się rozstać. 
 -  Nie,  panie  Rosen,  nie  zmieniłam  uczesania  - 

powiedziała  Ellen,  poprawiając  pacjentowi  wenflon.  Stary 
dramatopisarz  przyglądał  się  jej  badawczo  znad  szpitalnych 
prześcieradeł. 

 - Coś się  w pani  zmieniło, to  tak pewne, jak ta przeklęta 

igła w moim ramieniu! 

 -  Proszę  się  uspokoić,  panie  Rosen.  -  Ellen  wprawnym 

ruchem  ujęła  jego  przegub,  aby  zbadać  puls.  Elliot  Rosen, 
częsty  gość  tutejszego  szpitala,  dawno  już  pozyskał  sobie  jej 
sympatię. 

 - Uspokoić się? Pani mnie mówi o spokoju? - Zmrużył z 

uśmiechem  oczy.  -  Widać,  że  dziś  buja  pani  w  obłokach.  O 
czym pani myśli, Ellie? 

Jego  niski  śmiech  zawsze  zdumiewał  Ellen.  Był  silny  i 

wibrujący, przecząc niejako kondycji, w jakiej znajdowało się 
ciało pacjenta. 

background image

 - O wołowinie a la Wellington i deserze czekoladowym! - 

odparła Ellen. 

 - Kolacja z mężczyzną? - Brwi starszego pana uniosły się. 
 -  Tak.  -  Ellen  poklepała  go  po  ramieniu.  -  Z  Armandem 

Dantem! Elliot Rosen aż uniósł się na łokciu. 

 - Ellie, żartujesz sobie ze mnie. 
 - Ależ nie, panie Rosen. Czy wie pan, kim on jest? - Oczy 

Ellen zwęziły się. 

 -  Czy  wiem?  Siostro  Farrell,  powinna  się  pani  wstydzić, 

zadając takie idiotyczne pytania! Oczywiście, że wiem! - Jego 
głos nabrał mocy. - Moim skromnym zdaniem, jest jednym z 
najwybitniejszych  żyjących  dyrygentów.  -  Uniósł  się  wyżej  i 
pogroził  jej  swym  długim,  szczupłym  palcem.  -  Pamiętaj  o 
tym, młoda damo, że Armand Dante jest prawdziwym artystą! 

W  szpitalnym  pokoju  rozległ  się  głośny  śmiech  Ellen. 

Wyciągając do przodu ręce, potrząsnęła głową. 

 -  Panie  Rosen,  ja  wcale  tego  nie  neguję.  Chciałabym 

jedynie  wiedzieć  o  nim  tak  dużo,  jak  pan.  Nawet  nie 
skojarzyłam jego nazwiska! 

Elliot Rosen zachichotał i opadł na poduszki. - Wystarczy 

spotkać  Ellen  Farrell  i  każdą  gwiazdę  można  ściągnąć  z 
piedestału.  -  Pociągnął  białe  prześcieradło  pod samą  brodę.  - 
Powiem  ci,  co  zrobię.  Poproszę,  by  przysłano  mi  jutro  kilka 
jego kaset i razem posłuchamy tej wspaniałej muzyki. 

Właśnie o tym dziś była mowa, pomyślała Ellen, a na głos 

powiedziała: 

 - Dziękuję, panie Rosen. Z przyjemnością. 
 - Dobrze. A kiedy znów spotkasz tego dżentelmena? 
 -  Och  -  głos  Ellen  przygasł.  -  Nie  sądzę,  żeby  to  miało 

nastąpić. Dzisiejszy wieczór to był po prostu los na loterii. Na 
pewno  się  już  nie  powtórzy.  Armand  nic  nie  wspomniał  o 
kolejnej randce. 

background image

Odprowadziwszy  Ellen  pod  drzwi  jej  domu  raz  tylko 

delikatnie  ją  pocałował,  a  potem  odszedł.  A  ona,  oparta  o 
drzwi, przepełniona  dziwną radością, patrzyła  za  nim. Barwa 
głosu,  głębia  ciemnych  oczu  i  chłód  nieskazitelnie  białej 
koszuli miały nieodparty urok. Ale i tak z pewnością nigdy już 
nie ujrzy Armanda. 

 -  Oczywiście,  że  się  jeszcze  spotkacie!  -  Głos  Eliota 

Rosena  brzmiał  pewnie.  -  Kiedy  mężczyzna  jest  samotny, 
potrzebuje  takiej  dobrej  kobiety,  jak  ty,  Ellie.  A  teraz  zostaw 
mnie, proszę, samego. Chciałbym odpocząć i przemyśleć parę 
rzeczy. 

Głowa  opadła  mu  na  poduszkę,  a  powieki  wolno  się 

zamknęły.  Przez  moment  Ellen  z  sympatią  patrzyła  na 
chorego,  a  potem  zgasiła  światło  i  cicho  wymknęła  się  z 
pokoju.  W  ciemności  rozległy  się  ciche  dźwięki.  Ellen 
przystanęła, nasłuchując, jak Eliot Rosen, zanim zapadł w sen, 
nucił pierwsze takty znanej symfonii. 

background image

Rozdział 3 
Dwa dni później posłaniec w liberii szofera dostarczył do 

szpitala  bilet.  Ellen  kończyła  pracę.  Kilka  minut  wcześniej 
stwierdziła  właśnie,  że  nigdy  więcej  nie  zobaczy  Armanda 
Dantego. Takie historie zdarzają się tylko w filmach, myślała. 
Teraz  jej  rzeczywistość  to  strzykawki,  dextran  i  pacjent  z 
siódmej sali. 

 -  Ellen!  -  Zawołała  jej  przyjaciółka  Adeline,  zaglądając 

do  pokoju  pielęgniarek.  -  Ktoś  na  ciebie  czeka.  Jest  w 
mundurze!  Albo  masz  jakichś  bogatych  przyjaciół,  których 
przed nami ukrywasz, albo interesują się tobą władze! 

Ellen  pospieszyła  za  pielęgniarką,  kierując  się  w  stronę 

izby przyjęć. 

 - Panna Farrell? 
 - Kim pan jest? 
 - Czy to pani jest panną Farrell? 
 - Tak, to ja? 
 -  A  zatem  to  dla  pani.  -  Wręczył  jej  małą,  perłowoszarą 

kopertę. Ellen stała w osłupieniu, jakby zapomniała nagle swej 
roli na planie. 

 -  Cóż,  Ellen,  nie  zamierzasz  otworzyć  listu  i  zobaczyć, 

kto  ci  go  przysłał?  -  Adeline  oparła  ręce  na  biodrach  i 
przechyliła głowę na bok. 

Ellen  popatrzyła  na  nią  tak,  jakby  dopiero  zdała  sobie 

sprawę z faktu, że tu stoi. 

 - Oczywiście, że tak - odparła. Otworzyła kopertę i wyjęła 

z niej kartkę, wraz z którą wypadł na stół bilet. 

 -  I  co...?  -  z  niecierpliwością  dopytywała  się  jej 

koleżanka.  Tajemnicze  przesyłki  nie  przychodziły  do  izby 
przyjęć  często,  a  już  ich  doręczanie  przez  umundurowanego 
posłańca było czymś zupełnie wyjątkowym. 

Ellen  z  trudnością  przełknęła  i  cicho  odczytała 

zaskakującą wiadomość. 

background image

Moja droga Ellen. 
Byłby  to  dla  mnie  ogromny  zaszczyt,  gdybyś  zechciała 

przyjąć  zaproszenie  na  sobotni  koncert  jako  mój  gość 
honorowy. 

Mam  nadzieję,  Kopciuszku,  ze  tym  razem  nie  będziesz 

musiała odejść o wpół do jedenastej. 

Twój Armand. 
Nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  czytając, 

wstrzymywała oddech. Dopiero teraz odetchnęła głęboko. 

 - Wielkie nieba! 
Słowa  te wypowiedziała  z takim zdumieniem, że Adeline 

z niepokojem spojrzała na przyjaciółkę. 

 - Wszystko w porządku, Ellen? 
Dziewczyna  podniosła  wzrok.  Na  czole  miała  kropelki 

potu, a serce waliło jej jak oszalałe. 

 -  Och,  Adeline,  sam  nie  wiem.  Naprawdę  zupełnie  nie 

mam pojęcia... 

Kiedy  nadeszła  sobota,  Ellen  wyczerpała  już  wszystkie 

wymówki, żeby nie iść na koncert. 

 -  Nie,  po  prostu  nie  mogę  pójść.  Muszę  wziąć  dyżur  za 

Adeline... 

 - Maszyna do zmywania naczyń jest włączona i nie mogę 

jej zostawić, na wypadek, gdyby... 

 - W telewizji jest film Borisa Karloffa. Od lat chciałam go 

zobaczyć... 

 -  Msza.  Koniecznie  muszę  pójść  na  wieczorną  mszę.  W 

końcu  nie  można  lekceważyć  Boga...  Nawet  dla  niej  te 
wymówki brzmiały śmiesznie. 

 - Ellen Farrell, przestań się wreszcie miotać  - mówiła do 

siebie  głośno.  Stojąc  przed  lustrem  marszczyła  czoło  i 
próbowała przybrać najbardziej przekonujący ton. 

background image

 -  Pan  Rosen  mówi,  że  będzie  to  jeden  z  najlepszych 

koncertów  w  tym  sezonie.  Wygładziła  na  biodrach  swą 
jedwabną, szafirową sukienkę. 

Będzie wspaniale - „przekonywał ją. - Rimski - Korsakow, 

Dvorak."  Wymawiała  te  nieznane  nazwiska  tak,  jak  uczył  ją 
tego pan Rosen. „To wielki zaszczyt" - mówił do niej. 

To  dlaczego  jej  żołądek  był  tak  boleśnie  skurczony?, 

zastanawiała się. 

Nawet  Laurie  i  Rick  osądzili,  że  zbyt  się  tym 

przejmowała.  Czy  Laurie  nie  chodziła  sama  na  koncerty 
Ricka?  Ale  muzyka  Ricka  była...  cóż,  była  wspaniała, 
swojska, zrozumiała. Na jego koncertach czuła się swobodnie, 
ale Armand Dante? To całkiem inna historia. 

Ale było już za późno. Wycofać się na pół godziny przed 

rozpoczęciem koncertu to niemożliwe. 

Raz jeszcze spojrzała w lustro, wypróbowując to, co w jej 

mniemaniu było uśmiechem odpowiednim na tę okoliczność, i 
wyszła. 

Czas  spędzony  w  taksówce  wystarczył,  by  się  uspokoić. 

Był  to  tylko  koncert,  kolejne  doświadczenie  w  jej  życiu.  W 
końcu  lubiła  Arthura  Fiedlera.  Poza  tym  nie  musiała  się 
martwić, co powiedzieć Armandowi Dantemu. Maestro będzie 
miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż rozmowa z nią. 

Odwzajemniła uśmiech uprzejmego biletera i podążyła za 

nim do wykładanej dywanami sali koncertowej. Zatrzymał się 
na samym środku, wskazując rząd, w którym było jej miejsce. 

 -  To  tutaj,  madame.  Specjalny  rząd  pana  Dantego.  - 

Uśmiechnął  się  porozumiewawczo,  a  Ellen  spojrzała  we 
wskazanym kierunku. 

 - Rząd pana Dantego? 
 -  Tak,  proszę  pani.  Najlepsze  miejsca  w  sali.  Chodzi  o 

akustykę. - To powiedziawszy, wycofał się w kierunku drzwi. 

background image

Gdy  tylko  usiadła  w  wyściełanym  aksamitem  fotelu, 

zapomniała o akustyce i zajęła się obserwacją swych starannie 
wystrojonych  sąsiadów.  Był  wśród  nich  starszy mężczyzna  z 
ubraną  w  futra  i  klejnoty  kobietą  oraz  młoda  para,  która  z 
zainteresowaniem studiowała program koncertu. Czy oni także 
byli znajomymi Armanda? Czy należała do nich także ta siwa, 
elegancka  kobieta  rozmawiająca  z  piękną  blondynką  w 
czarnej,  wieczorowej  sukni  i  przystojnym  mężczyzną  w 
ciemnym garniturze? 

Ponieważ  nikt  się  nią  nie  zainteresował,  Ellen  skierowała 

swą  uwagę  w  stronę  strojących  instrumenty  na  scenie 
muzyków. Jej oczy z uwagą śledziły instrumenty smyczkowe. 
W  końcu  wzrok  jej  spoczął  na  pustym  podium  pośrodku 
sceny.  Uśmiechnęła  się,  wyobrażając  sobie  stojącego  na  nim 
przystojnego • Armanda, gotowego do rozpoczęcia koncertu. 

Och!  Szeroko  otwierając  oczy,  uniosła  rękę  do  policzka. 

Nie,  nie  mogła  siedzieć  w  tym  miejscu,  to  wszystko  by 
zepsuło! Rozejrzawszy się, dostrzegła dużo bardziej na lewo i 
bliżej  sceny  wolne  miejsce.  Gdzieniegdzie  siedzieli  ludzie, 
jednak  większość  miejsc  była  pusta.  Tak!  Tam  będzie 
znacznie  lepiej.  Kiedy  wstała,  aby  udać  się  w  tym  kierunku, 
światła przygasły. 

 - Koncert zaraz się zacznie. Czy mogę w czymś pomóc? - 

Głos  biletera  zabrzmiał  tuż  obok.  Ellen  uśmiechnęła  się  i 
potrząsnęła głową. 

 - Dziękuję. Czy tamte miejsca są zajęte? 
Z  pobłażliwym  uśmiechem  bileter  wyjaśnił  jej,  że  prawie 

zawsze pozostawały puste. 

 -  Nie  są  to  najlepsze  miejsca,  proszę  pani.  Z  pewnością 

nie takie, które pan Dante zarezerwowałby dla swoich gości. 

 - Tak, z pewnością, ale stąd nie będę widzieć jego twarzy. 
Ellen  wybiegła  myślą  naprzód.  Nie,  z  pewnością  pan 

Dante  nie  wybrałby  ich,  ale  pan  Dante  żył  i  oddychał  swoją 

background image

muzyką.  Nie  potrzebował  wzrokowych  bodźców,  by 
prawdziwie  przeżyć  ten  wieczór.  Ale  ona  z  pewnością  ich 
potrzebowała! „Uważnie obserwuj jego twarz" - instruował ją 
Elliott Rosen. - „Obserwuj i słuchaj, Ellie, a wtedy twój umysł 
i serce usłyszą..." 

Gdy  tylko  zajęła  miejsce  w  pierwszym  rzędzie,  światła 

pogasły,  a  reflektory  oświetliły  scenę.  Rozmowy  ucichły,  a 
salę wypełnił nastrój oczekiwania. 

Końcem  języka  Ellen  zwilżyła  wargi.  W  pewien  sposób 

było  to  podniecające.  Nie  tak,  jak  pełne  spontaniczności 
koncerty  Ricka,  gdzie  ludzie  wchodzili  i  wychodzili,  a  Rick 
wkraczał  do  zatłoczonej  salki,  brzdąkając  na  banjo.  Tutaj 
dominował nastrój pełnego skupienia oczekiwania. 

I  wtedy,  w  najbardziej  odpowiednim  momencie,  Armand 

Dante wyłonił się spoza bocznej kurtyny i wolno podszedł do 
niskiego  podium  w  centrum  sceny.  Głośny  aplauz,  który 
rozpoczął  się  tuż  przed  pojawieniem  się  dyrygenta,  teraz 
przybrał na sile. 

Ellen z bijącym sercem podniosła wzrok. Widok Armanda 

we  fraku  przejął  ją  do  głębi.  Światło  reflektorów  wydobyło 
jasne błyski z ciemnych, tajemniczych oczu mężczyzny. 

Ellen  wychyliła  się,  by  zobaczyć,  czy  miał  ze  sobą  nuty, 

ale ich nie dostrzegła. Klaszcząc wraz z innymi, pochyliła się 
do siedzącej obok kobiety. 

 - Czy on korzysta z nut? 
Przekrzykując  hałas  panujący  na  widowni,  jej  sąsiadka 

odparła z godnością. 

 - On dyryguje z pamięci, moja droga. Jest jednym z trzech 

dyrygentów, którzy to potrafią. 

Ellen  oparła  się  na  fotelu,  zastanawiając  się  nad  tym,  co 

usłyszała.  Nie  rozumiała  dokładnie,  co  to  oznaczało,  ale  z 
pewnością  nie  pomogło  jej  się  uspokoić  ani  nie  czyniło 
Armanda Dantego bardziej przystępnym. 

background image

Dante  skłonił  się,  odwrócił  w  stronę  orkiestry  i  czekał. 

Widownia  uciszyła  się.  Ellen  obserwowała,  jak  z  gracją  i 
wprawą  tancerza  uniósł  ramiona  na  wysokość  piersi.  Jego 
wzrok przesunął się od stojącego po lewej stronie pierwszego 
skrzypka  do  znajdujących  się  poniżej  harfiarek.  I  wtedy, 
nieomal niedostrzegalnie poruszając batutą, rozpoczął koncert. 

Ellen  szybko  zajrzała  do  programu.  Szeherazada 

Rimskiego  -  Korsakowa:  opowieść  o  miłości  księcia  i 
księżniczki. 

„Obserwuj  jego  twarz",  przypomniała  sobie  słowa  pana 

Rosena. Więc Ellen patrzyła na nią, na uniesione brwi, pełne 
ekspresji  oczy,  na  jego  gładkie,  silne  ręce  i  szerokie  ramiona 
okryte  czarnym  frakiem.  Podczas  gdy  delikatna,  falująca 
muzyka  przenikała  ją  go  głębi,  czuła,  jak  z  wolna  otacza  ją 
cudowny świat piękna i fantazji. 

Oczy Armanda były przymknięte, brwi lekko uniesione, a 

opalony,  gładki  kark  wyraźnie  odcinał  się  od  nieskazitelnej 
bieli kołnierzyka koszuli. Delikatne, precyzyjne ruchy batuty, 
wyczarowywały  nowe  obrazy,  które  od  razu  zaczynały  żyć 
swoim własnym życiem. 

W  miarę,  jak  kolejne  instrumenty  włączały  się  do  gry, 

twarz  Armanda  ożywiała  się,  wyrażając  koncentrację  i 
wzruszenie. Ellen nie spuszczała z niego wzroku. Patrzyła, jak 
z  wprawą  i  gracją  prowadził  swą  orkiestrę.  Jego  siła  i  pasja 
promieniowały  ze  sceny;  sprawiały  na  Ellen  ogromne 
wrażenie. 

Armand  Dante  stawał  się  muzyką.  Ellen  nie  mogła 

oderwać od niego zachwyconego wzroku. 

Muzyka Ricka była zrozumiała. Jej treści przemawiały do 

prostych ludzi, a uczucia jakie wzbudzała, były również proste 
i  oczywiste.  To  zaś  było  coś  zupełnie  innego.  Nowy  świat, 
stworzony  przez  zmysły,  umysł  i  serce.  Nie  wszystko 

background image

rozumiała,  ale  obserwowanie  Armanda  w  roli  artysty 
podniecało ją bardziej niż przypuszczała. 

Teraz  Armand  głęboko  ukłonił  się  publiczności,  a  jego 

ciemne  włosy  falowały  przy  każdym  ruchu.  Obserwowała 
czarne, głębokie, wspaniałe oczy, które patrzyły na widownię i 
zatrzymały się na środkowym rzędzie foteli. 

Ellen  zamarła.  Dante  spojrzał  na  zarezerwowane  dla  niej 

miejsce,  które  świeciło  pustką.  Przez  moment  Ellen  miała 
wrażenie,  że  dostrzegła  w  jego  oczach  ślad  rozczarowania. 
Zaraz potem wyprostował się ponownie. 

Objęła drżące ramiona. 
 -  Zimno  pani?  -  zapytała  uprzejmie  jej  sąsiadka.  -  Może 

pani założy mój sweter? 

 - Nie, dziękuję. To tylko nagły przeciąg. 
 -  Cóż,  druga  połowa  koncertu  z  pewnością  panią 

rozgrzeje.  Mam  ją  nagraną  i  zapewniam  panią,  że  Armand 
Dante jest w niej doskonały. 

Poruszenie  na  scenie  zwróciło  ich  uwagę.  Dante  wolno 

szedł w kierunku ich skrzydła. Przechodził tak blisko, że Ellen 
pomyślała,  iż  mogłaby  go  dotknąć  ręką.  Oczy  miał 
przymknięte, ręce opuszczone wzdłuż ciała. 

Już  miał  zniknąć  za  boczną  kurtyną,  kiedy  coś 

spowodowało,  że  podniósł  wzrok  i  napotkał  wyczekujące 
spojrzenie Ellen. 

Tylko  ona  zauważyła  tę  krótką  pauzę,  jego  zakłopotany 

wzrok. Ale wszyscy siedzący blisko sceny dostrzegli uśmiech, 
który  rozjaśnił  przystojną  twarz  maestro  i  lekkie  skinienie 
głową tuż przed zniknięciem za kulisami. 

Podczas przerwy bileter odszukał Ellen i wręczył jej liścik. 

Otwierając  go,  przycisnęła  rękę  do  serca.  Jakże  znajome 
wydało jej się pismo, które ujrzała: 

Moja droga Ellen! 
Po koncercie będę cię oczekiwał w garderobie. 

background image

Twój  Armand.  PS.  Dlaczego  siedzisz  na  tym  okropnym 

miejscu? 

Ellen  lekko  się  uśmiechnęła.  Jej  opiekuńczo  wyglądająca 

sąsiadka roześmiała się ze zrozumieniem. 

 - Zgaduję, że jeden z tych muzyków jest twój. Jeśli mogę 

coś  powiedzieć,  to  zrobiłaś  dobry  wybór,  ale  na  drugi  raz 
poproś  go  o  lepsze  miejsce.  -  W  jej  głosie  dźwięczały  nutki 
macierzyńskiej troski. 

Ellen odwróciła wzrok od listu i spojrzała na kobietę. 
 - Nie jest i nigdy nie będzie mój. To po prostu przyjaciel. 

Armand Dante. Sąsiadka dobrodusznie poklepała ją po nodze. 

 - Oczywiście moja droga, a ja jestem Elizabeth Taylor. A 

teraz  cicho,  dziecko.  Pozwólmy  panu  Dantemu  wypełnić 
nasze dusze muzyką. 

Wypełnić nasze dusze. Słowa te brzmiały w uszach Ellen 

jeszcze  długo  potem,  jak  przebrzmiała  muzyka,  a  później 
oklaski publiczności. 

Czy  to  właśnie  było  przyczyną  dziwnego  uczucia  i 

omdlewającej słabości, jaka ją ogarnęła? Czy to właśnie robił 
Armand Dante? Wypełniał jej duszę? 

Ta myśl przyprawiła ją o drżenie. Podnosząc  się z  fotela, 

narzuciła  na  ramiona  żakiet.  Pożegnała  się  ze  swą  sąsiadką, 
zrobiła  głęboki  wdech  i  skierowała  się  do  wyjścia.  Ta  droga 
musi prowadzić za kulisy, zdecydowała. 

Ostatni  raz  była  za  kulisami  teatru,  kiedy  jeszcze  jako 

studentka brała udział w przestawieniu Piotruś Pan. Dokładnie 
je  pamiętała,  gdyż  kiedy  rozpoczęła  wygłaszać  swą  kwestię, 
potknęła  się  o  jeden  z  kabli  i  przewróciła  się,  zaczepiwszy 
nogą  o  fragment  dekoracji.  Szybko  wstała,  obróciła  całe 
zdarzenie  w  żart  i  odegrała  swą  rolę  pomimo  zwichniętej 
kostki. 

Kiedy  to  było?  -  pomyślała  z  rozrzewnieniem.  A  teraz 

idzie  oto  w  swej  eleganckiej,  wymyślnej  i  podkreślającej  jej 

background image

wdzięki  sukience,  by  spotkać  się  z  samym  Armandem 
Dantem.  -  Cóż  -  powiedziała  sama  do  siebie  -  niezbadane  są 
wyroki boskie... 

 - Panna Farrell? 
Ten sam bileter, który doręczył jej  w przerwie liścik, stał 

teraz  obok  drzwi  tak  wyprężony,  że  Ellen  miała  ochotę  mu 
zasalutować. Zamiast tego uśmiechnęła się radośnie. 

 - Tak, słucham? 
 - Tędy proszę. Maestro oczekuje pani. 
Ellen,  która  w  tym  momencie  myślała  o  czymś  innym, 

poczuła,  jak  zakręciło  jej  się  w  głowie.  Maestro...  oczekuje. 
Jak pięknie brzmiały te słowa. Jak u Dvoraka... i Rimskiego - 
Korsakowa. Z rozmarzeniem podążyła za bileterem w liberii, 
który  przeprowadził  ją  przez  wypełniony  muzykami  hall,  a 
potem przez wahadłowe drzwi. 

Ellen  zamarła.  Poruszała  się  jak  we  śnie,  ale  wszystko  to 

działo  się  naprawdę.  Co  ona  tu  robiła?  Dlaczego  szła  do 
garderoby Armanda Dantego? 

 -  Czy  wszystko  w  porządku,  proszę  pani?  -  Bileter  z 

troską  spojrzał  na  jej  bladą  twarz.  Ellen  wolno  podniosła 
wzrok. 

 -  Nie,  czuję  się  okropnie  -  rzekła  cicho.  -  Jestem 

śmiertelnie przerażona. - Zebrała całą energię, jaka jej została, 
uśmiechnęła  się  z  przymusem.  -  Raz  kozie...  -  i  z  tymi 
słowami zdecydowanie wkroczyła do garderoby. 

 - Ellen! 
Armand  dostrzegł  ją  od  razu  i  przedarł  się  przez 

otaczający  go  tłum.  -  Nareszcie.  Zanim  zdążyła  cokolwiek 
powiedzieć objął ją i przytulił. 

Ciepło  jego  ciała  przeszyło  ją  dreszczem.  Wiedziała  że 

jeśli  to  był  sen,  wkrótce  musi  się  skończyć.  Jednak  światła  i 
dźwięki  były  tak  intensywne,  że  sen  w  tych  warunkach  był 
niemożliwością. 

background image

 - Witaj Armandzie. - Z trudem przełknęła ślinę. - Koncert 

był wspaniały. Armand uśmiechnął się z niedowierzaniem. 

 - Naprawdę ci się podobał? 
 -  Tak.  -  Ellen  uniosła  twarz,  uśmiechając  się  nieco 

śmielej. - Zwłaszcza Dvorak. 

 - Cudownie. Jesteś, jak widzę niepoprawną romantyczką. 

-  Wesoło  strzelił  oczami  i  obrócił  dziewczynę  w  kierunku 
ludzi, którzy czekali zgromadzeni w garderobie. 

 -  Przyjaciele,  przedstawiam  wam  mojej  uroczego 

Kopciuszka z autostrady! 

Ellen  od  razu  skoncentrowała  się  na  ich  twarzach: 

przysadzisty, 

łysy 

mężczyzna, 

którego 

uśmiechowi 

towarzyszyły  kłęby  dymu  z  cygara,  elegancka  starsza  pani, 
którą  widziała  w  rzędzie  zarezerwowanym  przez  Armanda 
oraz  młoda  para,  której  twarze  zdradzały  wysokie 
wykształcenie.  Pierwszy  skrzypek  i  inni  muzycy  stanowili 
resztę. 

 -  No,  no.  -  Palący  cygaro  mężczyzna  z  entuzjazmem 

uścisnął  rękę  Ellen.  -  A  więc  to  pani  jest  Ellen.  Miło  mi 
poznać panią. Jestem Ted Sloane, przyjaciel, menadżer i anioł 
stróż Armanda. 

Ellen  od  razu  go  polubiła.  Jest  normalny  -  pomyślała. 

Pozostali przy przywitaniu odnieśli się do niej dość sztywno i 
z dystansem. 

Ellen  uniosła  głowę  i  odpowiadała  na  ich  pytania  z  taką 

swadą, że sama była zdziwiona. Mogła nie znać się na muzyce 
klasycznej, ale znała się na ludziach i wiedziała, jak prowadzić 
dowcipną konwersację. 

Przez  cały  czas  Armand  obejmował  ją  ramieniem,  nie 

spuszczając  wzroku  z  jej  twarzy,  gdy  rozmawiała,  śmiała  się 
czy  wznosiła  toast  za  dzisiejszy  sukces.  Wyglądało  na  to,  że 
wszyscy,  poczynając  od  starszej  pani,  a  kończąc  na  dwóch 
muzykach,  zaakceptowali  Ellen.  Co  by  było,  gdyby 

background image

dowiedzieli  się,  że  oblałam  kiedyś  egzamin  do  szkolnego 
chóru  -  pomyślała  z  nagłym  rozbawieniem.  -  Albo,  że  Rick 
musiał  jej  wyjaśnić,  iż  Rachmaninow  nie  był  rockowym 
piosenkarzem?  Roześmiała  się,  gdyż  kiedy  Armand  ją 
obejmował,  nic  jej  nie  groziło  i  nic  innego  nie  miało 
znaczenia. 

 -  Armand,  to  był  wspaniały,  niezapomniany  wieczór.  - 

Przytuliła się do niego, kiedy szli już do samochodu. 

 - A ty, Ellen, byłaś jego największą ozdobą. Ellen głośno 

się roześmiała. 

 - Tak, Armandzie, ale tylko dlatego, że byłeś obok mnie, 

uśmiechając  się  i  sprawiając,  że  wszyscy  zastanawiali  się, 
kim, do diabła, jestem i skąd się tam wzięłam. 

Armand  mocniej  ją  objął  i  spojrzał  na  rozgwieżdżone 

niebo. 

 -  To  oczywiste,  kim  byłaś.  Najpiękniejszą  i  najbardziej 

czarującą spośród obecnych tam kobiet. Ellen poczuła, że się 
rumieni. Czy rzeczywiście była taka urocza? Przynajmniej tak 
się czuła w ten piękny, czarujący i obfitujący w niespodzianki 
wieczór. 

Z filharmonii Armand zabrał ją na zorganizowane z okazji 

koncertu  przyjęcie  w  pięknym,  starym  domu  w  Wirginii. 
Wszyscy byli dla  niej mili, okazywali  jej zainteresowanie. W 
głębi  duszy  wiedziała,  że  robią  to  tylko  dlatego,  że 
towarzyszyła  Armandowi,  który  ani  na  moment  jej  nie 
opuszczał. Ale nie miało to dla niej większego znaczenia. Ta 
noc należała do niej. 

Ellen uniosła głowę i uśmiechnęła się z wdzięcznością. 
 -  Dziękuję  za  ten  cudowny  wieczór.  Naprawdę  było 

wspaniale.  Armand  zatrzymał  się  przy  swoim  samochodzie  i 
ujął jej podbródek. 

 -  Nie  mów  „był",  Ellen.  Muzyka  się  jeszcze  nie 

skończyła. 

background image

Jego  oczy  lśniły  tysiącem  blasków.  Ellen  stwierdziła,  że 

powoli pochłania ją ich głębia. 

 -  Nie  skończyła  się?  -  powtórzyła  słabo,  czując,  jak 

szybko  bije  jej  serce.  -  Czy  wiesz,  że  zbliża  się  świt?  -  Jej 
szept zamarł. 

 -  To  właśnie  chcę  ci  pokazać,  Ellen.  Świt  i  wschód 

słońca. 

 - Armandzie - roześmiała się Ellen, by ukryć wzruszenie, 

które przepełniło jej serce. - Widziałam ich już wiele w swoim 
życiu. 

Armand cicho otworzył drzwi samochodu i zaprosił ją do 

środka.  Jego  twarz  znalazła  się  tak  blisko,  że  dziewczyna 
czuła na policzku ciepły oddech mężczyzny. 

 -  Ale  żadnego  ze  mną,  Ellen.  Nigdy  nie  widziałaś 

wschodu słońca ze mną. Będzie wspaniały. Zaufaj mi. 

Pomimo  wełnianego  koca,  który  Armand  rozłożył  na 

ziemi, było chłodno. W dole rozpościerało się uśpione miasto, 
a  w  górze  rozgwieżdżone  niebo.  Było  cicho.  Armand  zdjął 
marynarkę  od smokingu, która już wcześniej zastąpiła  frak, i 
zarzucił  ją  Ellen  na  ramiona,  a  potem  objął  dziewczynę  i 
razem patrzyli, jak rozjaśnia się niebo na wschodzie. 

 - Zastanawiam się, Armandzie, czemu robię to wszystko. 

Czyżbyś  rzucił  na  mnie  jakiś  urok?  -  Spojrzała  mu  w  oczy, 
spodziewając się dostrzec w nich uśmiech. 

 - Nie, Ellen. To ty sama chciałaś być tu ze mną i patrzeć, 

jak  budzi  się  dla  nas  nowy  dzień.  Poczuła,  że  ciemne  włosy 
dotykają jej szyi. 

 - Być może jestem niespokojnym duchem, ale nie ma we 

mnie  nic  nadzwyczajnego.  Ty  natomiast  jesteś  niezwykły.  - 
Objęła ramionami kolana i spojrzała na zamglony horyzont. - 
Jesteś dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem... 

background image

 - A więc oto, czym jestem dla przemiłej pielęgniarki Ellen 

Farrell: „doświadczeniem". - Jego niski śmiech brzmiał głucho 
wśród ciszy poranka. 

Uśmiechnęła się z zadumą. 
 -  Z  pewnością  tak,  ale  kim  jesteś  poza  tym,  Maestro 

Dante? 

 - Jestem tym, kogo widzisz. Nikim innym. 
 -  Zwykłym  człowiekiem.  Znikąd,  który  przez  przypadek 

jest światowej sławy dyrygentem - zażartowała Ellen. 

 -  Och,  nie  znikąd.  Z  Dayton  w  Ohio.  Ellen  spojrzała 

podejrzliwie. 

 - Z Dayton? 
 - Tak, ale mieszkałem tam krótko. - Armand oparł ramię 

na kolanie. - Widzisz, rodzice szybko odkryli moje muzyczne 
uzdolnienia,  jak  to  określali,  i  gdy  miałem  jedenaście  lat 
wysłali  mnie  do  prywatnej  szkoły  z  internatem,  potem  do 
Juilliard, a później... 

 - ...reszta, to historia? 
 - Coś w tym rodzaju. - Armand lekko dotknął jej policzka. 
 - Musiało to być bardzo trudne dla twoich rodziców, byłeś 

jeszcze  dzieckiem  -  powiedziała  Ellen.  Przypomniała  sobie 
swoją  kochającą,  bardzo  liczną  rodzinę  i  pomyślała,  że  jej 
matka  nigdy  nie  puściłaby  od  siebie  żadnego  ze  swych 
sześciorga  dzieci,  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  byłoby 
uzdolnione. 

Przez  moment  Armand  milczał.  Kiedy  znów  zaczął 

opowiadać, w jego głosie słychać było zadumę: 

 - Nie wiem, czy dla nich było to trudne, nigdy o tym nie 

rozmawialiśmy. Wiem jednak, że  dla  mnie było to tragiczne. 
Bardzo  tęskniłem  za  moją  siostrą,  za  zabawami  z 
rówieśnikami,  łowieniem  ryb,  graniem  w  piłkę  i  robieniem 
psot...  -  Podczas,  gdy  mówił,  jego  dłoń  delikatnie  pieściła 

background image

policzek Ellen. - Kocham muzykę, to moje życie. Ale czasem 
są chwile, gdy... 

Ellen podniosła wzrok na jego twarz. Obserwowała silnie 

zarysowaną szczękę, pełne wyrazu oczy i ciemne brwi. Kiedy 
Armand  podjął  przerwany  wątek,  wydawało  się,  że  błądzi 
myślą setki kilometrów stąd. 

 - Rodzice wiele mi dali i jestem im za to wdzięczny. Ale 

kiedy myślę o rodzinie, jaką chciałbym kiedyś mieć, wiem, że 
będzie inna. 

 - Inna? - miękko spytała Ellen. Dla niej rodzina oznaczała 

duży dom z dziećmi bawiącymi się na ganku, mamę kołyszącą 
niemowlę i tatę rzucającego piłkę lub zabierającego dzieci na 
przejażdżkę do lodziarni. Tata był zwyczajnym mężczyzną i w 
niczym nie przypominał Armanda Dantego! 

 - Widzę, że nie wyobrażasz mnie sobie jako ojca rodziny, 

Ellen. - Jego śmiech brzmiał matowo i Ellen poczuła, jak drży. 

 - Nie, chyba nie, Armandzie. Twoje życie jest takie... 
 - Jakie? - Ujął jej brodę i spojrzał głęboko w oczy. - Jakie 

jest  może  życie?  Rozważając  jego  pytanie,  odwzajemniła 
spojrzenie. Nie spuszczając wzroku, odparła: 

 -  Nie  wiem,  Armandzie.  Wiem  tylko,  że  jest  w  nim  coś 

magicznego, ekscytującego, co sprawia, że będąc z tobą czuję, 
jakbym śniła! 

Jego  dłoń  zsunęła  się  z  jej  twarzy  i  delikatnie  gładziła 

teraz szyję dziewczyny. 

 -  Nie,  moja  Ellen  -  czuła  jego  oddech  na  policzku.  -  To 

nie jest moje życie. Może to miłość i może ty będziesz ją ze 
mną dzielić. 

Wargi, które dotknęły jej ust, były miękkie i wilgotne jak 

mgła,  która  ich  otaczała.  Kiedy  Ellen  poczuła  pocałunek 
Armanda,  objęła  mężczyznę  za  szyję  i  mocno  przytuliła  do 
siebie. 

background image

Czarna marynarka zsunęła się z jej ramion i niezauważona 

opadła na ziemię. 

Pocałunki  Armanda  Dantego  były  takie,  jakimi  je  sobie 

Ellen  wyobrażała:  śmiałe,  mocne  i  pełne  tajemniczości.  Nie 
miała siły, by uwolnić się z jego objęć. 

 - Zaufaj mi - powiedział. 
Słowa  dochodziły  do  niej  jakby  przez  mgłę.  Kiedy  jego 

wargi  ponownie  sięgnęły  po  jej  usta,  ogarnęła  ją  fala  żaru. 
Jego  pocałunki  stały  się  bardziej  namiętne,  a  dłonie 
pożądliwie  pieściły  osłonięte  jedwabną  suknią  piersi.  Ellen 
głęboko  westchnęła.  To  był  tylko  pocałunek,  ale  jej  ciało 
ogarnęło  gwałtowne  pożądanie.  Czuła  się  tak,  jakby  nigdy 
przedtem  nie  całowała  mężczyzny,  nie  znała  smaku  męskich 
ust  ani  uczucia,  jakie  ogarnia  kobietę,  gdy  spoczywa  w 
ramionach ukochanego. Armand był taki delikatny, taki czuły! 

Dlaczego  więc  nie  mogła  oddychać?  Czemu  serce  waliło 

jej jak młotem? 

 -  Poczuła, że  silne, a  zarazem  delikatne  ręce  głaszczą jej 

plecy  i  ramiona.  Armand  zanurzył  dłonie  w  gąszczu  jej 
kasztanowych włosów i pociągnął twarz ku swojej. Rozbudził 
w niej namiętność tak bardzo, że Ellen była bliska omdlenia. 
By  to  ukryć,  uwolniła  się  z  jego  ramion  i  zakryła  twarz 
dłońmi.  Nie  mogła  do  tego  dopuścić!  Nie  mogła  go 
rozczarować! 

 -  Ellen  -  szepnął  czule,  pochylając  się  nad  nią.  -  Ellen, 

spójrz  na  mnie,  powiedz  coś.  Kiedy  usłyszała  jego  słowa, 
ogarnęła ją skrucha. 

 -  Przepraszam,  Armandzie.  Nie  wiem,  co  mi  się  stało. 

Czasem mi się to zdarza. Jej duże, błyszczące oczy patrzyły z 
zakłopotaniem. 

 -  Już  dobrze,  kochanie.  Nie  bój  się.  Nie  chcę  cię  ranić.  - 

Objął ją delikatnie i obrócił w kierunku wschodu. - Patrz. Już 
świta. 

background image

Mgła  zniknęła,  a  jej  miejsce  wypełniła  jutrzenka, 

zabarwiając  niebo  wszystkimi  kolorami  tęczy:  od  różowo  - 
purpurowego, poprzez fioletowy, błękitny, aż do jasnozłotego. 
Widok był tak wspaniały, że Ellen zaparło dech z zachwytu. - 
Armand... och, tak bardzo się cieszę, że jestem tu teraz z tobą. 

Radosny uśmiech rozjaśnił jego twarz. 
 - A nie mówiłem ci, żebyś mi zaufała? To jedyny sposób, 

by  zakończyć  ten  wspaniały  wieczór...  i  rozpocząć  coś 
nowego. 

background image

Rozdział 4 
Siostra Farrell? - powtórzyła  pielęgniarką, spoglądając na 

długie, wąskie, białe pudełko z wielką różową kokardą. 

 - To chyba  tu - powiedział posłaniec,  odczytując  z małej 

kartki nazwisko i adres. - Panna Ellen Farrell, Szpital Miejski. 

 - Tak, to tutaj - odparła pielęgniarka, żałując, że nie są to 

kwiaty dla niej. - Proszę wejść i zapytać w izbie przyjęć. 

Chłopiec  zasalutował,  zabrał  pudełko  i  odszedł  we 

wskazanym kierunku. 

Było  już  po  północy  i  personel  cicho  poruszał  się  po 

szpitalu.  Posłaniec  cofnął  się,  by  ustąpić  miejsca 
przechodzącej  ciężarnej  kobiecie  i  podszedł  do  pulpitu 
pielęgniarek. 

 - Panna Ellen Farrell? Kwiaty dla pani. 
 - Uuuu! Ellen, cóż za niespodzianka! 
 -  Chwileczkę.  -  Ellen  dokończyła  wypełniać  kartę 

informacyjną  szczupłej  kobiety,  której  męża  przywieziono 
przed  chwilą  z  bólami  w  klatce  piersiowej.  -  Proszę  się  nie 
martwić,  pani  Levy,  wszystko  będzie  w  porządku.  Proszę 
usiąść, zawołam panią, gdy będziemy gotowi, by przyjąć pani 
męża  na  górę.  -  Pocieszająco  poklepała  starszą  kobietę  po 
dłoni. 

 - Dziękuję, moja droga. Tak się martwiłam. 
 -  Rozumiem.  Ale  lekarze  są  przy  pani  mężu  i  wszystko 

będzie  w  porządku.  A  teraz  pani  sama  powinna  nieco 
odpocząć. 

Uśmiechnęła  się,  poprawiła  kosmyk  włosów,  który 

wysunął się jej spod czepka i podeszła do pulpitu. 

 - Adeline, wzywałaś mnie? 
Zanim  pielęgniarka  zdążyła  odpowiedzieć,  posłaniec 

umieścił naprzeciw Ellen eleganckie pudełko. 

 - Panna Ellen Farrell? 
Ellen spojrzała z niedowierzaniem. 

background image

 - To dla mnie? 
 - Tu zostało napisane: Ellen Farrell, pielęgniarka. 
 -  To  rzeczywiście  ja  -  przytaknęła,  po  czym  dodała  z 

niedowierzaniem:  -  Ja  nie...  nie  oczekiwałam  kwiatów. 
Dziękuję bardzo. Czy muszę coś podpisać... 

 -  Nic,  zupełnie.  Po  prostu  proszę  się  nimi  cieszyć.  - 

Posłaniec  założył  czapkę  i  odwrócił  się,  by  odejść.  -  Och, 
proszę  zaczekać!  -  Ellen  sięgnęła  do  pustych  kieszeni  i 
nerwowo  powiedziała  do  Adeline.  -  Masz  dolara,  albo  jakieś 
drobne? 

 - Ani centa. 
 - Do diabła - jęknęła. - Przykro mi, ale portmonetkę mam 

w szafce i nie mam przy sobie napiwku. 

 -  Proszę  się  o  to  nie  martwić.  Wszystko  zostało 

załatwione. I to jak! - Wyszczerzył w uśmiechu zęby i dodał 
konspiracyjnym szeptem. - Facet, który zamówił tę przesyłkę, 
wydał na to niezłą fortunę. Jeszcze kilka takich dostaw, a będę 
mógł  wreszcie  kupić  motocykl,  na  który  zbieram!  -  Z  tymi 
słowami zniknął, 

Ellen  przez  chwilę  stała  nieruchomo.  Serce  jej  waliło. 

Koleżanki przywróciły ją do rzeczywistości. 

 -  Ellen,  nie  zamierzasz  tego  otworzyć?  Umieramy  z 

ciekawości! 

 - Jasne - rozległ się zgodny chór głosów zebranych wokół 

biurka kolegów. 

Ellen dotknęła różowej kokardy. Przez moment pozwoliła, 

by jej palce cieszyły się satynową gładkością. Przepełniało ją 
uczucie  błogiego  oczekiwania.  Potem  ściągnęła  kokardę  i 
otworzyła pudełko. 

Osiemnaście  długich  róż  leżało  zawinięte  w  bibułę. 

Wszystkie  miały  pyszny,  głęboki,  różowy  kolor,  taki,  jaki 
spotyka  się  tylko  na  niebie,  kiedy  słońce  ukazuje  się  ponad 

background image

horyzontem. Były piękne. Tak piękne, że łzy napłynęły jej do 
oczu. 

 -  Och,  jakie  to  romantyczne!  -  westchnęła  Adeline.  - 

Bilety  na  koncert,  róże.  Co  dalej?  Jeden  ze  stażystów 
westchnął. 

 -  A  moja  dziewczyna  myśli,  że  jestem  wspaniały,  kiedy 

przynoszę  jej  stokrotki  z  supermarketu.  Kimkolwiek  jest  ten 
facet, trzymaj go pod kluczem! 

Ellen  cicho  się  roześmiała.  Drżącymi  palcami  rozerwała 

małą kopertę i wyjęła z niej kartonik. Przeczytała. 

Dla Ellen, która dzieliła ze mną różany blask jutrzenki... 
Armand. 
Stwierdziła,  że  rumieni  się  ze  szczęścia.  Nigdy  przedtem 

tak  się  nie  czuła.  Nikt  nigdy  nie  był  w  stosunku  do  niej  taki 
szarmancki.  Zawsze  marzyła  o  tym,  pragnęła  tego,  ale  jak 
dotąd  jej  codzienne  życie  pozbawione  było  romantyzmu.  Aż 
oto nadszedł ten dzień, w którym cudowne sny stały się jawą, 
a  ona  sama  bohaterką  tak  nieprawdopodobnej  historii! 
Wstrzymała oddech i w podnieceniu przygryzła dolną wargę. 

By  nie  zapeszyć  swego  szczęścia,  odpukała  w  nie 

malowane drewno i wyszeptała cicho: „Och, proszę, niech to 
nie skończy się tak, jak ostatnim razem". I wtedy pomyślała o 
Armandzie,  o  jego  oczach,  uśmiechu  i  smaku  jego  ust...  i 
zupełnie pozbyła się wątpliwości. 

 -  Czy  macie  jakiś  wazon  na  te  kwiaty?  -  zwróciła  się  do 

kolegów. 

Ktoś  wręczył  jej  plastikową  butelkę  po  dextranie  i  Ellen 

śmiejąc  się,  umieściła  w  niej  róże.  Ich  intensywny  zapach 
wypełnił  całą  izbę  przyjęć.  Zamknąwszy  oczy,  dziewczyna 
ujęła jeden kwiat w dłonie i przytuliła go do policzka. Potem 
poprawiła czepek i wróciła do pracy. 

Pan  Levy  został  zabrany  na  górę.  Przyjęto  małą 

dziewczynkę ze złamaną na skutek upadku z piętrowego łóżka 

background image

nogą  i  Ellen  musiała  pocieszać  zarówno  ją,  jak  i  jej  matkę. 
Potem  asystowała  przy  szyciu  rozciętej  w  ulicznej  bijatyce 
głowy. Zwyczajne podczas nocnego dyżuru przypadki. 

Przez  cały  czas  spoglądała  na  róże.  Jej  róże.  Myślała  o 

Armandzie. 

Być może dlatego właśnie nie zdziwiła się, gdy ujrzała go 

wchodzącego  do  dyżurki  pielęgniarek.  Przez  moment 
pomyślała, że ściągnęła go tu siłą swych myśli. Ale nawet w 
najśmielszych  marzeniach  nie  mogła  wyobrazić  sobie,  by 
mógł  wyglądać  bardziej  atrakcyjnie:  szczupły  i  elegancki, 
przyszedł tu oto, by ją spotkać. 

Zatrzymał  się  w  drzwiach  i  rozejrzał  dokoła.  Wreszcie 

jego  wzrok  pad!  na  Ellen.  Przeszedł  przez  dyżurkę,  ujął 
dziewczynę  w  ramiona  i  z  czułością  pocałował.  Jego  wargi 
były  gorące  i  pełne  pożądania.  Ellen  poczuła,  jak  ogarnia  ją 
płomień. 

 - Zaczekaj... przestań! - szepnęła. - Co ty wyprawiasz? 
 -  Och,  łatwo  zapominasz.  -  Uśmiechnął  się,  całując  ją  w 

czubek nosa. 

 - Nie! - odparła. - Pytam, co robisz tutaj? 
 - Ty jesteś tutaj. 
 -  Ale  ja  pracuję!  -  szepnęła,  spoglądając  ponad  jego 

ramieniem  na  zdziwione  twarze  swoich  kolegów.  -  Nie 
możesz tak po prostu przyjść tu i mnie całować! 

 - W porządku. Przyjedzie tu po mnie limuzyna. Zaczekaj. 

Objęła go w pasie. 

 - Ależ to nie jest konieczne! 
Obrócił się, ciągle pozostając w jej objęciach. 
 - W porządku. Nie chciałbym zniszczyć tego płaszcza na 

deszczu. 

 - Wyglądasz w nim bardzo atrakcyjnie. 
 - A ty wyglądasz prześlicznie - odpowiedział miękko. 
 - Ja? W tym mundurku? Armandzie, nie bądź niemądry! 

background image

Odrzucił  do  tyłu  głowę.  -  Różnie  już  mnie  nazywano  w 

życiu, ale nikt nie powiedział mi jeszcze, że jestem niemądry. 
A  teraz  muszę  ci  udowodnić,  że  jestem  poważnym 
człowiekiem. Pochylił ku niej twarz, ale Ellen tylko przytuliła 
się do niego. 

 - Nie, Armandzie. Nie tutaj. 
 -  Dlaczego  nie?  -  zapytał  żartobliwie.  -  Wstydzisz  się  ze 

mną  pokazywać?  Absurdalność  tego  zarzutu  wywołała 
uśmiech na jej twarzy. 

 -  Ależ  skąd,  Armandzie.  Jestem  tylko  zdziwiona,  co  taki 

mężczyzna  jak  ty  może  we  mnie  widzieć?  Silnie  uniósł  jej 
brodę i spojrzał głęboko w oczy. 

 -  Nigdy  tak  nie  mów.  Ani  nie  myśl.  Jestem  zwykłym 

mężczyzną, mężczyzną, który ma to szczęście, że może robić 
to, co lubi i co sprawia mu ogromną satysfakcję. Myślę, że ty 
jesteś równie dobra w tym, co robisz, a twoja praca ma może 
większe  znaczenie  niż  moja.  Nie  myśl,  że  ponieważ 
przerwałem  ci  twoje  zajęcia,  to  lekceważę  twą  pracę.  Po 
prostu nie mogłem oprzeć się pokusie, by cię zobaczyć, znów 
cię dotknąć. 

Ellen patrzyła na niego z takim zdziwieniem i szczęściem 

w oczach, że aż Armand cicho się roześmiał i dotknął jej ust 
wyciągniętym palcem. 

 -  Nie  patrz  tak  na  mnie.  Jesteś  skarbem,  nawet,  jeśli  nie 

zdajesz sobie z tego sprawy. Ale ja ci to udowodnię. 

Chciała powiedzieć: „tak, tak, spraw, bym w to uwierzyła, 

przekonaj  mnie!"  Pragnęła  przywrzeć  do  niego,  rozwiązać 
perfekcyjnie  zawiązany  krawat  i  wsunąć  dłonie  pod  koszulę, 
by  poczuć  ciepło  jego  ciała.  Ale  zamiast  tego  stwierdziła 
tylko: 

 - Armandzie, muszę wracać do pracy. 
 -  A  ja  muszę  wracać  na  przyjęcie,  które  opuściłem  dość 

nieoczekiwanie.  Zostawiłem  hostessę  z  moim  kieliszkiem 

background image

szampana  w  ręku  i  zdziwieniem  na  twarzy.  Oczekuje  mnie 
trzydziestu  gości,  którzy  wspierają  swymi  funduszami 
orkiestrę.  Ale  cieszę  się,  że  udało  mi  się  spędzić  tę  chwilę  z 
tobą. - Pogładził jej policzek wierzchem dłoni. - Zadzwonię do 
ciebie. 

To  mówiąc,  odwrócił  się  i  zniknął  za  podwójnymi 

drzwiami.  Ellen  ciągle  jeszcze  zdumiona  oparła  się  rękami  o 
pulpit. 

 - Ho, ho! Kim był ten tajemniczy mężczyzna? - zapytała z 

nieskrywanym zainteresowaniem jedna z pielęgniarek. 

 - Ja... ja sama dobrze tego nie wiem - wyjąkała Ellen. 
 - Jak się dowiesz, to zapytaj, czy nie ma brata! 
 - Lub ojca! - zaśmiała się któraś ze starszych koleżanek. 
Dwadzieścia po siódmej miasto właśnie budziło się ze snu, 

a Ellen wracała do domu, niosąc naręcze różowych kwiatów. 
Kiedy  otworzyła  drzwi,  usłyszała  dzwonek  telefonu. 
Podbiegła do aparatu. 

 - Dzień dobry Kopciuszku. 
Ciśnienie krwi gwałtownie wzrasta! Puls przyspiesza! 
 - Och, Armandzie, to ty! Co za niespodzianka! Usłyszała 

znajomy, niski śmiech. 

 -  Chciałem  tylko  powiedzieć  ci  „dzień  dobry"  i  życzyć 

przyjemnych snów. 

 -  Dziękuję.  -  Dokładnie  wiedziała,  o  czym  będzie  śniła. 

Zarumieniła się tak, jakby Armand  mógł  ją widzieć  i  szybko 
zapytała: - Co będziesz dziś robił? 

 -  Okropieństwa.  Cały  dzień  próby.  W  sobotę  wieczorem 

gramy Pierwszy Koncert Skrzypcowy Szostakowicza, a ciągle 
jeszcze  nie  brzmi  tak,  jakbym  go  chciał  słyszeć.  To  piękna, 
pełna słowiańskiej melancholii muzyka, a na razie przypomina 
marsz  pogrzebowy  i...  -  Przerwał  potok  słów  i  najwyraźniej 
uśmiechnął się smutno. - Ale ciebie z pewnością to wcale nie 
interesuje. 

background image

 -  Przeciwnie!  Może  niewiele  wiem  na  temat  muzyki 

klasycznej, ale z chęcią czegoś się nauczę. 

 -  A  ja  chciałbym  być  twoim  nauczycielem.  -  Nastąpiła 

wymowna  pauza,  po  czym  ponownie  rozległ  się  jego  niski 
baryton.  -  Muszę  już  iść  i  nie  wiem,  kiedy  znów  będę  mógł 
zadzwonić. Dziś wieczorem mam spotkanie w interesach, a w 
środę  obiecałem  staremu  przyjacielowi  poprowadzić 
Młodzieżową Orkiestrę w Arlington. Więc... 

 -  Więc  życzę  ci  miłego  tygodnia  -  miękko  powiedziała 

Ellen, daremnie usiłując ukryć lekkie rozczarowanie. 

 -  Mówisz  to  tak  podejrzliwie,  jak  recepcjoniści  w 

hotelach,  którzy  wręczają  mi  klucze  ze  słowami:  „Miłego 
dnia, proszę pana". Chyba nie pracujesz dodatkowo w hotelu? 

 -  Nie  -  odpowiedziała  z  uśmiechem,  wiedząc,  że  z  niej 

żartuje. Wyobraziła sobie, jak zmarszczył ciemne brwi. 

 -  To  dobrze.  Powiedz  zatem,  o  czym  myślisz.  Nie  lubię 

owijania w bawełnę. Będziesz za mną tęsknić? Serce biło jej 
jak oszalałe. Ale nic nie odpowiedziała. 

 - Zbyt wcześnie na takie wyznania? W porządku. Cóż, ja 

będę  za  tobą  tęsknił.  Wszyscy  inni  mnie  nudzą.  Czy 
przynajmniej powiesz mi, kiedy masz wolny dzień? 

 - Piątek i sobotę. Chyba sprzyja mi szczęście. 
A więc oboje jesteśmy szczęśliwi. Spotkamy się w piątek. 

Miłego tygodnia, Ellen. 

Usłyszała  trzask  odkładanej  słuchawki.  Odłożyła  swoją, 

chwyciła róże w ramiona i zaczęła z nimi tańczyć po pokoju. 
Och...  życie  było  cudowne!  Dostrzegła  w  lustrze  młodą, 
piękną  kobietę,  której  kasztanowe  włosy  wirowały  wokół 
głowy,  gdy  poruszała  się  w  takt  tylko  dla  niej  słyszalnej 
muzyki. Śmiejąc się, oparła się o ścianę. Och, to było szalone. 
Szalone  i  nieprawdopodobne.  Ale  to  się  działo.  Ten 
niewiarygodny,  wspaniały  mężczyzna,  ten  światowej  sławy, 
wybitny  dyrygent  rozmawiał  z  nią  przez  telefon  o  Szosta... 

background image

Szostakowiczu?  O  Boże,  musi  dokopać  się  do  starej 
encyklopedii  i  sprawdzić  informacje  o  Szostakowiczu.  Może 
powinna  poczytać  trochę  o  różnych  kompozytorach?  Może 
powinna  pójść  do  biblioteki  i  pożyczyć  kilka  książek  na  ten 
temat? Zapisać się na kurs uniwersytecki... 

Później! 
Siadając  na  najbliższym  krześle,  zanurzyła  twarz  w 

różach. Ciężki aromat działał jak narkotyk, jej puls zwolnił, a 
serce  biło  bardziej  miarowo.  Lepiej  włoży  kwiaty  do  wody  i 
spróbuje  się  trochę  przespać.  Wszystko  inne  może  poczekać, 
aż znów będzie mogła jasno myśleć... chyba, że to nie nastąpi. 

Na tej zmianie, dokładnie o północy otworzyły się drzwi i 

zamiast kolejnej ofiary - dziecka, które wjechało motocyklem 
na  drzewo  i  złamało  sobie  rękę  lub  mężczyzny,  który 
zakrztusił się orzeszkami w lokalnym barze - znów wkroczył 
do  izby  przyjęć  posłaniec  z  pudłem  kwiatów.  Osiemnaście 
długich róż, dokładnie w kolorze wschodzącego słońca. 

Koledzy  Ellen  byli  zdumieni.  Czy  to  wszystko  dla  Ellen, 

tej trzeźwo myślącej, opiekuńczej lecz skrytej kobiety, z którą 
pracowali od lat? Wydawało się to niemożliwe. Jednak Ellen 
nie  wyglądała  jak  dawniej.  Mundurek  ten  sam,  podobnie  jak 
jej cichy krok i zawsze gotowe poprawić pielęgniarski czepek 
dłonie.  Ale  pod  czepkiem  błyszczały  błękitne  jak  niebo  po 
deszczu  oczy,  a  na  jej  policzkach  kwitły  rumieńce.  A  kiedy 
nie  zajmowała  się  pacjentami,  myśli  dziewczyny  błądziły 
daleko od szpitalnych  sal. Wszyscy zastanawiali się, co  się z 
nią dzieje - ale najbardziej ona sama. 

Następnego  ranka,  przed  położeniem  się  spać,  Ellen 

nakręciła dobrze znany numer telefonu. 

Jej  najlepsza  przyjaciółka,  Laurie  Westin,  odebrała 

ziewając. 

 - Laurie? To ja, Ellen. Muszę z tobą pomówić. 

background image

 - O tej godzinie? Ellen, nie wiesz, że kobiety ciężarne śpią 

za dwoje? 

 - Przepraszam - wesoło odparła Ellen. 
 -  W  porządku,  kiedyś  odpłacę  ci  tym  samym.  Kiedy 

dziecko  zażąda  butelki  o  drugiej  w  nocy,  powiem  mu,  żeby 
zadzwoniło do cioci Ellen. 

 - Nie ma sprawy, jeśli tylko pomożesz mi wyjaśnić, co się 

dzieje. 

 - W porządku, jestem gotowa. 
 -  Pamiętasz,  jak  opowiadałam  ci  o  tym,  że  poznałam 

dyrygenta,  Armanda  Dantego?  Cóż,  cały  czas  przysyła  mi 
kwiaty. I to nie byle jakie. Tuziny długich, różowych róż. I... - 
zawahała się przez moment - zachowuje się tak, jakby mu na 
mnie zależało. 

Nastąpiła chwila ciszy, a potem odezwała się Laurie. 
 -  To  wspaniale.  Zasługujesz  na  róże.  Byłby  głupcem, 

gdyby  tego  nie  dostrzegł.  Ale  czy  to  nie  za  wcześnie  na  tak 
daleko idące wnioski? 

Nie to Ellen pragnęła usłyszeć. 
 -  Co?  I  ty  to  mówisz?  Ty,  która  w  tydzień  po  wyjściu  z 

klasztoru byłaś śmiertelnie zakochana w grajku na banjo? 

 - Fakt, ale jemu nie można było się oprzeć. Czy Armand 

jest taki? 

Ellen chciała krzyknąć, że tak, wielkie nieba, tak! Ale nie 

miała zamiaru  narazić  się  na  kpiny Laurie.  Powiedziała  więc 
tylko: 

 - Tak, jest bardzo miły. 
 - Ellen, nie twierdzę, że nie, ale wszystko wskazuje na to, 

że,  cóż,  lubi  żyć  pełnią  życia.  Trochę  inaczej  niż  my. 
Rozumiesz...  -  Jej  głos  był  pełen  rozwagi.  -  Po  prostu  nie 
chciałabym, żebyś kolejny raz cierpiała. 

Ellen  zwilżyła  językiem  usta  i  próbowała  ukryć  drżenie 

głosu. 

background image

 - Oczywiście, że rozumiem. Dobra z ciebie koleżanka. A 

teraz  wracaj  do  łóżka  i  dbaj  o  siebie!  Chcę  zostać  wkrótce 
matką chrzestną ślicznego, zdrowego dziecka! 

 - A ja bym chciała, żeby dla odmiany ktoś inny trochę je 

ponosił! - roześmiała się Laurie i rozłączyła się. 

Ellen trzymała słuchawkę w ręku, czując w głowie zamęt. 

Już raz  się  omyliła. Czy tym razem miało  ją spotkać  kolejne 
rozczarowanie? Co sprawiło, że tak silnie zaangażowała się w 
związek z mężczyzną o imieniu Armand? Już słyszała śmiech 
swojej matki, pełne konsternacji słowa ojca na wiadomość, że 
jej  wybranek  ma  na  imię  Armand.  Dyrygent  orkiestry 
symfonicznej  z  limuzyną,  sportowym  samochodem  i 
bukietami róż dla niej, zwykłej, szarej dziewczyny? 

Ale... Ale tym razem to nie ona nalegała, by kontynuować 

tę znajomość. To nie ona aranżowała wszystko, organizowała 
ich  spotkania.  Nie  tym  razem.  To  on  o  nią  zabiegał.  To 
wszystko  robił  właśnie  ten  zdumiewający,  wspaniały 
mężczyzna, prawda? 

Ale nawet ona nie mogła wyobrazić sobie, dlaczego! 
Odłożyła  słuchawkę  na  widełki  i  wstawiła  kwiaty  do 

wody.  Zrezygnowana,  postanowiła  wziąć  gorącą  kąpiel  i 
położyć się spać. 

 - Nie jest najgorzej - powiedziała, przyglądając się swemu 

odbiciu  w  zaparowanym  lustrze.  Przetarła  taflę  ręką,  i 
spojrzała  ponownie.  -  Cóż,  nie  wyglądam,  jak  Christie 
Brinkley, ale i tak nie jest źle. 

Była  wysoką,  ładnie  zbudowaną  kobietą  o  pełnych 

piersiach,  płaskim  brzuchu  i  szczupłych  biodrach.  To,  czego 
potrzebowała, to piękna bielizna, kosztowne dodatki i ubrania 
w delikatnych pastelowych kolorach. Może jeszcze seksowna 
nocna koszula? Może... 

background image

Roześmiała  się  głośno.  Pomyślała,  że  w  tej  chwili 

potrzebowała  raczej  chłodnego,  orzeźwiającego  prysznica, 
który sprowadziłby ją na ziemię! 

Ale Ellen Farrell rzadko kiedy słuchała dobrych rad, nawet 

jeżeli  sama  ich  sobie  udzielała.  Zebrała  kasztanowe  włosy, 
zręcznym  ruchem  upięła  je  na  czubku  głowy  i  z  rozkoszą 
zanurzyła się w gorącej kąpieli. Oparła głowę o chłodny brzeg 
wanny,  przymknęła  powieki  i  zaczęła  marzyć.  Wyobraziła 
sobie ciemne oczy Armanda, słodki smak jego ust, rozkoszny 
uścisk  ramion  i  kojącą  muzykę  orkiestry  symfonicznej,  a 
wszystko to przesycone aromatem róż. 

Wyszła 

z  wanny,  włączyła  radio,  ale  wkrótce 

zdecydowała,  że  nie  ma  ochoty  go  słuchać.  Poprawiła 
poduszki,  położyła  się  na  łóżku  i  wzięła  do  ręki  poranną 
gazetę.  Kiedy  ją  przeglądała,  jej  wzrok  zatrzymał  się  na 
krótkiej notatce, zamieszczonej w kronice towarzyskiej. 

„Nasz  znany  i  ceniony  dyrygent  poprowadził  w  tym 

tygodniu  Młodzieżową  Orkiestrę  Symfoniczną  z  Virginii, 
która  grać  będzie  „Bolero"  Ravela.  Jest  tylko  jedno  pytanie: 
Gdzie  zniknął  Maestro  Dante  ze  zorganizowanego  przez 
państwa Wellingtonów przyjęcia? Z zapartym tchem wszyscy 
próbujemy  się  domyślić...  jakie  niespodzianki  skrywasz  tym 
razem, Armandzie? 

Minęło  kilka  sekund,  zanim  Ellen  mogła  złapać  oddech. 

Głęboko  oddychając,  starała  się  uspokoić  i  raz  jeszcze 
przeczytała  artykuł.  To  o  nią  tu  chodziło  -  zwykłą,  spokojną 
pielęgniarkę, przykładną córkę Johna i Hellen Farrellów. Ale 
oni  oczywiście  nie  mogli  o  tym  wiedzieć.  Anonimowość 
dawała duże poczucie bezpieczeństwa, z  wolna jednak  do jej 
świadomości zaczęło docierać, że życie Armanda pozbawione 
było tego luksusu. 

W pewien sposób sprawiało jej przyjemność, że gdzieś w 

redakcji  jakiejś  gazety  ktoś  zajęty  był  jej  osobą.  Ale 

background image

podawanie  czegokolwiek  do  publicznej  wiadomości...  nie  to 
zupełnie  nie  było  w  stylu  Ellen.  Myśląc  o  Armandzie,  który 
wyszedł  z  przyjęcia,  aby  się  z  nią  zobaczyć,  z  wolna 
odepchnęła  od  siebie  przykre  myśli  i  z  błogim  uczuciem 
położyła  się  w  chłodnej  pościeli.  Gazeta  zsunęła  się  na 
podłogę,  a  Ellen  zasnęła,  myśląc  o  muzyce,  wschodach 
słońca... i ciemnowłosym, przystojnym dyrygencie. 

Cały tydzień Ellen pracowała na nocną zmianę i co dzień, 

dokładnie  o  północy,  do  szpitala  dostarczane  były  róże. 
Każdego  ranka  wracała  do  domu  i  zasypiała,  rozmyślając  o 
swym ukochanym. 

Zanim  nadszedł  koniec  tygodnia,  miała  w  domu  tyle  róż, 

że  mogłaby  otworzyć  kwiaciarnię.  W  każdym  kącie  jej 
niewielkiego mieszkania znajdowały się kwiaty. 

Kiedy  w  piątek  o  siódmej  rano  opuszczała  szpital,  niebo 

było szare i zachmurzone. 

Samochód  prowadziła  jak  we  śnie.  Czy  Armand  dzisiaj 

zadzwoni? Musi, po prostu musi. 

Dlaczego  miałby  pytać  ją  o  jej  dni  wolne,  jeśli  nie 

zamierzałby  się  z  nią  spotkać?  Czy  telefon  będzie  dzwonił, 
kiedy  dojedzie  do  domu?  Serce  waliło  jej,  jak  oszalałe. 
„Skarbie!"  -  Usłyszała  ten  drwiący,  wewnętrzny  głos,  który 
czasem się w nas odzywa. - „Spójrz, co się z tobą dzieje!" 

Ale  seria  głębokich  wdechów,  którą  Ellen  sobie 

zaaplikowała,  nie  pomogła.  Wiedziała,  że  zachowuje  się 
niemądrze,  że  powinna  się  uspokoić,  ale  nie  potrafiła.  Była 
nieprzytomna z radości. Pełna nadziei. Drżąca. 

Zachowała  wystarczająco  dużo  przytomności  umysłu,  by 

znaleźć  miejsce  w  pobliżu  swego  domu  i  zaparkować 
samochód. 

 -  Szczęśliwy  dzień,  Ellen!  -  powiedziała  na  głos, 

zabierając  pudło  z  różami  i  zaczęła  iść  w  stronę  domu.  W 
połowie  drogi  omal  nie  przewróciła  się  z  wrażenia.  Przed 

background image

swoim  domem  dostrzegła  stojący  przy  krawężniku  sportowy 
wóz Armanda. 

Ellen wolno podeszła do samochodu. Przez przyciemnioną 

szybę zajrzała do środka; wewnątrz nie było nikogo. 

Rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że ujrzy Armanda 

nonszalancko opartego o drzwi wejściowe. Ale nigdzie go nie 
dostrzegła. Clarence'a także nie było pobliżu. 

Rozczarowana pchnęła łokciem drzwi wejściowe i weszła 

do hallu. 

 -  Jesteś  nareszcie!  -  wykrzyknął  Armand  ciepłym 

barytonem.  Puścił  oko.  -  Jeszcze  chwila,  a  poszedłbym  cię 
szukać gdzieś w mieście. 

Siedział przy rozchwianym stoliku stróża. Rękawy koszuli 

miał podwinięte, a ciemne włosy opadły mu na czoło. W ręku 
trzymał karty. Sądząc po minie Clarence'a, Armand wygrywał. 

 - Co wy tu robicie? 
 - Czekamy na ciebie! - odparł Armand. - Zabieram cię na 

śniadanie.  Chyba,  że  jesteś  bardzo  zmęczona.  W  takim  razie 
będę tu siedział z Clarence'em, dopóki się nie wyśpisz. Potem 
zjemy obiad. 

 -  Panno  Farrell,  błagam  panią,  niech  pani  idzie  na  to 

śniadanie! Proszę! W przeciwnym razie przegram wszystko do 
ostatniej nitki! 

Poszli zatem na śniadanie. Ellen szybko wstawiła róże do 

wody, przebrała się w spódnicę i bluzkę i już była gotowa do 
wyjścia.  Zza  drzwi  sypialni  słyszała,  że  Armand  chodzi  po 
pokoju gościnnym. Drżała z przejęcia. Jeśli miała taki kłopot z 
zapięciem guzików bluzki, to jak będzie wyglądać reszta dnia? 

Opanowawszy  się,  szybko  zerknęła  w  lustro  na  swoje 

odbicie i weszła do drugiego pokoju. 

 - Jestem gotowa. 
 -  I  urocza.  -  Armand  podszedł  do  Ellen  swobodnym, 

sportowym  krokiem  i  objął  ją.  -  Czekałem  na  ten  moment 

background image

przez  cały  tydzień  -  szepnął,  opierając  swą  brodę  o  jej 
jedwabiste włosy. - A ty, czy tęskniłaś za mną choć trochę? 

Chciała  powiedzieć  mu  coś  dowcipnego,  zabawnego,  co 

pamiętałby  później  i  myślał:  „Ach,  jaka  to  szykowna, 
inteligentna kobieta! Jaka wyrafinowana! I jaka pełna uroku!" 
Zamiast  tego  zdobyła  się  tylko  na  to,  by  szepnąć  w  jego 
ramiona krótkie: „Tak." 

 - To dobrze! A czy podobały ci się kwiaty? 
 -  Czy  się  podobały?  -  powtórzyła  z  niedowierzaniem, 

obejmując  spojrzeniem  swój  pokój,  który  przeobraził  się  we 
wspaniały  buduar  wypełniony  ekstrawaganckimi,  różowymi 
różami.  -  Uwielbiam  je.  Są  najpiękniejszą  rzeczą,  jaką 
kiedykolwiek widziałam! 

 -  A  ty  jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 

znałem  -  odparł  roześmiany  Armand,  kładąc  jej  palec  na 
ustach.  -  Mógłbym  ogrzać  dłonie  ciepłem  twych  puszystych 
włosów,  ostudzić  policzek  chłodem  twojego.  Patrząc  na 
ciebie,  myślę  sobie:  oto  jest  ktoś,  z  kim  chciałbym  być.  Ty 
promieniejesz  życiem.  W  twoich  oczach  dostrzegam  jasną 
duszę. 

 -  Przestań!  -  roześmiała  się  Ellen  i  zasłoniła  mu  usta 

dłońmi. - Zawstydzasz mnie. 

Śmiała się, aby ukryć dręczącą ją niepewność. Nie mogła 

znieść myśli, że mógłby nie myśleć tego naprawdę. 

Armand dostrzegł, jak zbladła i jego ciemne oczy zwęziły 

się.  Nie  ufała  mu.  Co  ona  sobie  wyobrażała,  że  był  jakimś 
podrywaczem,  który  mówi  takie  rzeczy  każdej  napotkanej 
dziewczynie?  Czemu  miałby  to  robić?  Opanował  złość.  Nie, 
to  tylko  oznaczało,  że  ktoś  ją  kiedyś  skrzywdził.  Cholera!  - 
zaklął w duchu. - Kto mógłby zranić tę wspaniałą, niezwykłą 
kobietę?  Poczuł  nagłą  ochotę,  by  wybić  temu  idiocie 
wszystkie zęby. 

background image

Uśmiechnął  się.  Był  mężczyzną,  który  zawsze  osiągał  to, 

czego  chciał.  Sprawi,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Należy 
cieszyć się z każdej chwili, którą dane im było spędzić razem. 
Powoli - mówił sobie, choć jego zmysły domagały się czegoś 
innego. Powoli i delikatnie, a zdobędzie jej serce. 

A na głos zapytał: 
 - Śniadanie? 
Ellen odpowiedziała krótko: 
 - Tak, śniadanie. 

background image

Rozdział 5 
Pojechali  do  Cafe  Galois.  Starszy  kelner  powitał  ich  i 

wskazał  osobny  stolik  stojący  na  patio.  Ogromny,  pasiasty 
parasol  zapewniał  odrobinę  cienia  w  ten  upalny,  słoneczny 
poranek.  Na  stole  stał  bukiet  róż,  takich  samych,  jakie  Ellen 
dostawała w szpitalu. - Tak, jak pan sobie życzył. 

 -  Dziękuję.  -  Armand  skinął  z  zadowoleniem.  -  Tak 

będzie  dobrze.  -  Odwrócił  twarz  w  kierunku  Ellen  i 
uśmiechnął się. - Prawda, moja śliczna? 

 - Tak, jest wspaniale - zgodziła się. - Ale ty w ogóle mnie 

nie słuchasz! Nie mógłbyś nazywać mnie jakoś inaczej? 

 - Owszem, mógłbym. Mógłbym założyć kowbojskie buty, 

kapelusz z ogromnym rondem i mówić do ciebie „skarbie". - 
W  jego  oczach  błysnęło  rozbawienie.  -  Albo...  mógłbym 
zabrać cię do domu mego dziadka w Salerno, objąć cię czule 
przy blasku śródziemnomorskiego księżyca i szeptać cara mia. 
Wybieraj! 

Rumieniec pokrył policzki Ellen. Spojrzała w kartę dań. 
Armand nie chciał jej zawstydzać. Po prostu lubił patrzeć, 

jak  jej  delikatne,  alabastrowe  policzki  przybierają  barwę  róż, 
które tak bardzo lubiła. 

 -  Cóż  będzie  pani  jadła,  mademoiselle?  Rzuciła  mu 

smętne spojrzenie i odparła: 

 - Jajecznicę Benedykta i filiżankę czarnej kawy. 
Armand  wybuchnął  śmiechem  i  przechyliwszy  się  nad 

stołem, pocałował ją w czubek nosa. 

 - Wiedziałem, po co dziś wstaję. Ellen, zachwycasz mnie! 
 - Nie jest pan taki zły, panie Dante - odpowiedziała. 
 -  Panie  Dante? -  Odchylił  się  do  tyłu,  zakładając  ręce  za 

głowę. Ellen dostrzegła, jak naprężają się jego mięśnie i serce 
zabiło  jej  mocniej.  -  Jeśli  się  nie  mylę,  panno  Farrell,  moje 
imię sprawia pani pewien kłopot. 

background image

 -  Nie  bądź  śmieszny!  -  zaprzeczyła  Ellen,  nieco  zbyt 

zapalczywie. Obserwując go, podparła głowę dłonią. - Chodzi 
o  to,  że  twoje  imię...  a  właściwie  wszystko,  co  ciebie 
dotyczy...  jest  takie  inne,  niż  to,  co  do  tej  pory  znałam.  Jest 
takie egzotyczne, dramatyczne. Czuję się jak uczennica, którą 
zaprosił  na  randkę  filmowy  gwiazdor!  Jakby  ktoś  pisał 
scenariusz, a ja przez pomyłkę bym się do niego dostała. 

 -  To  nie  jest  pomyłka,  Ellen.  Ani  nawet  szczęście.  To 

twój los. Przeznaczenie. 

 - Naprawdę w to wierzysz? 
 -  Jeszcze  tydzień  temu  nie  wierzyłem,  ale  dziś  rano 

zrozumiałem, że to prawda. - Patrzył jej w oczy. - Powiedz mi, 
jak wolałabyś mnie nazywać: Joe? Tom? - Uniósł brew. - Jak 
nazywali się twoi chłopcy? 

Ellen zachichotała, usiłując sobie przypomnieć. 
 - Vinnie. I Lewis. I... - Z zastanowieniem potarła nos. - I 

Bomber! 

 - Całkiem długa lista. 
 -  To  jeszcze  nie  wszyscy.  Był  jeszcze  Salvatore,  Sean  i 

Jojo. 

 - Czy teraz to już wszyscy? 
 -  Wszyscy,  których  poznałam,  zanim  poszłam  do 

klasztoru. 

 - Rzeczywiście, zapomniałem. Ale czemu znalazłaś się w 

klasztorze?  Nie  mogę  wyobrazić  sobie  dla  ciebie  bardziej 
niestosownego miejsca. 

 -  Właśnie  z  powodu  Vinnie'ego,  Lewisa,  Bombera  i 

innych.  -  Ellen  roześmiała  się,  przypominając  sobie  swoją 
rodzinę.  -  Moi  rodzice  byli  zdania,  że  odrobina  prawdziwej 
dyscypliny  pomoże  mi  wyleczyć  się  z  moich  miłosnych 
zapędów.  Ale,  jak  już  ci  mówiłam,  wytrzymałam  tam  tylko 
sześć tygodni. - Jej kształtne wargi rozchyliły się w uśmiechu, 

background image

a  ramiona  lekko  uniosły.  -  W  każdym  razie  chyba  mi  to  nie 
zaszkodziło. 

 - A więc skończyłaś z tym? 
 -  Hmmmm?  -  mruknęła  pytająco  uderzona  nagłą  zmianą 

w jego głosie. 

 -  Czy  wszystkie  twoje  skłonności  do  romansów  się 

skończyły? - zapytał, ujmując jej twarz w dłonie. 

 - Tak myślałam, dopóki nie spotkałam ciebie. 
 -  Mam  nadzieję,  że  choć  odrobina  pozostała  -  rzekł  z 

zadumą. -  Moje  życie  od  tego  zależy!  Więc  wszystko, czego 
nam potrzeba, to odrobina praktyki. Dobrze! 

Uśmiechnął się i ujął jej rękę. 
 -  A  zatem  zaczniemy  od  mojego  imienia.  Powiedz: 

Armand. 

 -  Armand  -  powtórzyła  wolno  Ellen.  -  Armand.  Armand 

Dante.  Armand...  Armand...  Doświadczyła  osobliwego 
uczucia. Podniosła się z krzesła, wolno przeszła przez patio i 
trzepocząc rzęsami zaczęła powtarzać jego imię, gestykulując 
gwałtownie.  Armand  roześmiał  się  głośno.  Trzymając  łokcie 
na oparciu krzesła, przyglądał jej się z rozbawieniem. 

 - Zawsze mnie zadziwiasz, Ellen. 
Potrząsnął głową, podszedł do niej i zakrył usta dłonią. 
 -  Tak,  Armandzie?  -  Ciągle  trenowała  wymowę  jego 

imienia. - Och, Armandzie... Ależ oczywiście, Armandzie! 

Szeroko  rozkładając  ramiona,  uderzyła  nadchodzącego 

kelnera prosto w żołądek. 

 - Ooooch. Czy pani sobie czegoś życzy? 
 -  Tak  mi  przykro!  Nie,  ja...  ja  po  prostu...  powtarzałam 

swoją rolę. 

 - Cóż, z pewnością będzie to przebój sezonu. - Kelner nie 

zmieniając wyrazu twarzy pomasował żołądek i zniknął. 

Armand  i  Ellen  nie  mogli  powstrzymać  wybuchu 

wesołości.  Kiedy  wreszcie  zdołali  złapać  oddech,  Armand 

background image

odgarnął  włosy  z  twarzy  dziewczyny  i  założył  je  za  ucho. 
Przytrzymał dłoń na jej policzku. 

 - Myślę, że powinniśmy trenować nieco ciszej. 
 -  Tak.  -  Uśmiechnęła  się,  czując  jego  dotyk.  - 

Powinniśmy. 

 -  Załóżmy,  że  powiedziałbym:  „Piękny  mamy  dziś 

poranek, nieprawdaż?" Co powinnaś odrzec? 

 - Tak, Armandzie. 
 -  Szybko  się  uczysz  -  szepnął,  gładząc  jej  policzek.  -  A 

potem mógłbym dodać: „Czyż nie jest to wymarzone miejsce 
na spędzenie tego poranka?" 

 - Tak, Armandzie. 
 -  Czy  przebywanie  tutaj  jest  dla  ciebie  taką 

przyjemnością, jak dla mnie? 

 - Tak, Armandzie. 
 - Czy... - Silniej objął jej głowę, przybliżając twarz Ellen 

do  swojej.  Poczuła  na  wargach  jego  gorący  oddech.  -  Czy 
mogę cię pocałować? 

 - Tak, Armandzie. 
Poczuła  smak  jego  warg,  ich  niecierpliwość.  Pocałunek 

napełnił  ją  słodyczą.  Wdychała  intensywny  zapach  męskiej 
wody kolońskiej zmieszanej z aromatem jego skóry. Całym jej 
ciałem wstrząsnął dreszcz pożądania. 

Odsunęła  wargi,  by  mogli  pieścić  się  końcami  języków. 

Ten  pocałunek  był  słodszy  niż  jakikolwiek  zakazany  owoc  i 
bardziej trujący niż wszystkie boskie nektary razem wzięte. W 
głowie  Ellen  szumiało.  Objęła  go  z  pożądaniem  za  szyję, 
pragnąc, aby pocałunek trwał całą wieczność. 

Z pewnością by tak było, gdyby to zależało od Armanda! 
Kiedy czuł chłodną słodycz jej warg, ogarniał go płomień 

namiętności. Zapach ciała Ellen drażnił zmysły mężczyzny, a 
dotyk  jedwabistych  włosów  na  policzku  doprowadzał  do 

background image

szaleństwa.  Pragnął  Ellen.  Poczuł  słodki  dreszcz  pożądania  i 
jeszcze silniej przywarł wargami do jej ust... 

 - Ymm - dyskretnie oznajmił swe przybycie kelner. 
Ellen i Armand oderwali się od siebie, opadając ciężko na 

krzesła po przeciwnych stronach stołu. Ellen przycisnęła dłoń 
do  piersi,  próbując  złapać  oddech.  Armand  sztywno  ujął 
oparcie  swego  krzesła.  Nie  potrafił  ukryć  napięcia.  Kelner 
podszedł bliżej. 

 - Czy mogę przyjąć zamówienie? 
 -  Tak...  tak  myślę.  -  Armand  zmarszczył  brwi, 

spoglądając na płonącą twarz Ellen. - Jaki to posiłek? 

 -  Śniadanie.  Myślę,  że  mamy  jeść  śniadanie  - 

odpowiedziała  z  wielką  powagą  i  oboje  wybuchnęli 
śmiechem. 

W kolumnie towarzyskiej niedzielnej gazety zamieszczona 

została następująca notatka: 

Zgadnijcie,  kogo  spotkaliśmy  w  Cafe  Galois!  A  my 

myśleliśmy,  że  nasz  słynny  dyrygent  poświęca  cały  czas 
pracy.  Oczywiście  jego  występy  są  doskonale...  zarówno  w 
sali koncertowej, jak i gdzie indziej. Umieramy z ciekawości, 
Armandzie,  aby  dowiedzieć  się,  kim  była  twoja  urocza 
towarzyszka? 

Ellen poczuła, że po plecach przebiegł jej chłodny dreszcz. 

Znów obcy ludzie interesowali się jej życiem. Kiedy kładła się 
do  łóżka, tysiące  myśli  tłoczyło  jej  się  w  głowie.  Ale  w  tym 
samym  momencie  uświadomiła  sobie,  że  ogarnia  ją  błogi 
spokój, bo Armand Dante na zawsze wkroczył w jej życie. 

Musiała  przyznać,  iż  czuła  się  wspaniale.  Wspaniale...  i 

tajemniczo. Była zakochana. Cały weekend spędzili cudownie. 
Podczas  dnia  przebywali  razem,  a  nocą  marzyli  o  sobie.  W 
myśl jakiejś niepisanej umowy wieczorem zawsze wracali do 
swych domów i to oczekiwanie w dziwny sposób ich ze sobą 

background image

wiązało.  Być  może  dlatego,  iż  oboje  wiedzieli,  że  będą  się 
kochać... kiedy przyjdzie na to właściwa pora. 

background image

Rozdział 6 
Jeżeli on jest taki wspaniały, Ellen, to czemu ukrywasz go 

przede mną? W końcu jestem twoją najlepszą przyjaciółką! 

 - Ukrywasz! - powtórzyła Ellen do słuchawki, śmiejąc się 

z niedowierzaniem. Opadła na 

łóżko  i  zrzuciła  w  kąt  pielęgniarskie  pantofle  na  filcowej 

podeszwie. - Chyba żartujesz! Jedyną rzeczą, która dotyczy tej 
znajomości i która doprowadza mnie do szału, jest fakt, że w 
żaden  sposób  nie  mogę  jej  ukryć.  Nie  ma  ani  chwili,  którą 
moglibyśmy spędzić tylko we dwoje. Za każdym razem, kiedy 
przeglądam  gazetę,  widzę  notatkę  dokładnie  informującą  o 
tym, jak spędziliśmy ostatnie dwadzieścia cztery godziny! To, 
co  naprawdę  chciałabym  zrobić,  to  wykraść  go  i  mieć  tylko 
dla siebie. Och, Laurie - głos Ellen przeszedł z drżący szept - 
on  jest  taki  cudowny.  Taki  śmiały  i  pełen  galanterii  i... 
wyjątkowy.  Zapiera  mi  dech!  Doprawdy  nie  mogę  uwierzyć, 
że to ja jestem tą szczęśliwą, kobietą, którą wybrał. 

 -  Może  to  on  miał  szczęście,  że  cię  spotkał?  -  padła 

lojalna odpowiedź Laurie. - Może, podobnie jak Rick, poczuł 
się  już  zmęczony  całym  tym  rozgłosem,  sławą  i  stawianymi 
mu wymaganiami... 

 -  Owacjami  na  stojąco,  pięknymi  kobietami  czekającymi 

w  garderobie,  przyjęciami  i  koncertami  w  Europie?  Z 
pewnością! 

 - Cóż, czy kiedykolwiek myślałaś, jaką odmianą stałaś się 

w jego życiu po tym wszystkim? 

 -  Aha!  Zupełnie  jakby  przejechać  się  metrem  po  zbyt 

wielu lotach concordem - zażartowała w odpowiedzi Ellen. 

 -  Ja  nie  żartuję  -  zganiła  ją  Laurie.  -  Jesteś  wspaniałą 

kobietą. Uczciwą i otwartą... 

 - Mówiącą wszystko bez ogródek? 
 -  Nie.  Szczerą  i  prawdomówną.  Stałą,  jak  Gwiazda 

Polarna. I kochającą. 

background image

 -  Zgoda,  jestem  kochająca.  W  tym  momencie  nawet  tak 

bardzo, że aż mnie to przeraża. 

Laurie  jakby  czekała  na  to  wyznanie.  Przybierając  ton, 

jakim  mówiła  do  nich  przełożona  w  klasztorze,  •  ostrzegała 
Ellen: 

 - Czy na pewno wiesz, co robisz? Czy jesteś pewna, że on 

jest tak samo zaangażowany w ten związek, jak ty? 

 - Tak. - Ellen uśmiechnęła się do siebie. 
 - Skąd możesz o tym wiedzieć? 
 - Ponieważ on sam mi o tym powiedział. 
Stwierdziła  to  z  całkowitym przekonaniem,  mając  świeżo 

w  pamięci  dotyk  jego  palców  na  policzku,  nagły  uśmiech 
zapalający się w jego oczach, czułość brzmiącą w jego głosie. 
Nieoczekiwany  kaprys  losu  wydawał  się  zdumiewać  go  nie 
mniej  niż  ją  samą.  By?  nim  zaskoczony,  ale  także 
uszczęśliwiony. Godzinami mógłby całować ją, przyglądać się 
jej  twarzy  i  rozmawiać  z  nią.  Ellen  odczuła  nagłą  tęsknotę. 
Uśmiechnęła się i przycisnęła poduszkę do piersi. 

 -  Laurie,  muszę  już  kończyć.  Zadzwoniłaś,  gdy  tylko 

weszłam do domu. Muszę zdjąć ten szpitalny strój, bo inaczej 
zwariuję. 

 -  Trzymaj  się  i  nie  zapominaj,  że  nie  wolno  krzyczeć  na 

ciężarną  kobietę!  Ellen,  przez  ten  romans  twój  pełen 
pielęgniarskiej troski stosunek do ludzi gdzieś zniknął! 

 - To dlatego, że źle sypiam. Kiedy wieczorem rozstaję się 

z Armandem, popadam w rozdrażnienie! 

 -  Co?  -  Zakłopotanie  Laurie  szybko  przerodziło  się  w 

zdumienie.  -  Och,  a  ja  myślałam  ...  to  znaczy,  to  przecież 
Armand Dante, a z tym nazwiskiem związane są różne plotki! 

 -  Wygląda  na  to,  że  jestem  jedyną  osobą  w  Wschodnim 

Wybrzeżu, która nic na ten temat nie wie - westchnęła Ellen. 

background image

 - Cóż - odrzekła Laurie. - Muszę przyznać, że teraz nieco 

bardziej  go  lubię.  A  to  przypomniało  mi,  po  co  w  ogóle  do 
ciebie zadzwoniłam. 

 - Nareszcie! 
 -  Rick  zarezerwował  dla  nas  stolik  w  teatrze  na  dziś 

wieczór.  Powiedz,  że  będziecie  mogli  przyjść!  Bardzo 
chcielibyśmy  go  poznać  i  ogromnie  stęskniliśmy  się  za  tobą. 
O ósmej. Może być? 

 - Muszę zapytać Armanda, ale myślę, że jest to możliwe. 

Dzisiaj nie ma żadnego koncertu... 

 - Wiem, sprawdziłam. Ellen roześmiała się. 
 - Jesteś niemożliwa! A zatem do ósmej. 
 -  Jesteś  pewien,  że  nie  masz  nic  przeciwko  temu, 

Armandzie?  -  Po  raz  trzeci  spytała  Ellen,  podczas  gdy 
zręcznie  wyprzedzał  sportowym  samochodem  inne  pojazdy. 
Jechali do Teatru Dramatycznego. 

Uniósł rękę z kierownicy i wsunął ją pod jej opadające na 

plecy włosy. 

 - Jestem szczęśliwy, że  poznam twoich przyjaciół, Ellen. 

Obejrzenie  występu  Ricka  Westina  to  także  wielka 
przyjemność.  Mam  nadzieję,  że  zrobię  dobre  wrażenie.  - 
Spojrzał  na  nią  z  figlarnym  błyskiem  w  ciemnych  oczach.  - 
Zostawisz mnie, jak im się nie spodobam? 

 -  Jak  mógłbyś  się  im  nie  spodobać?  -  Uśmiechnęła  się, 

przytrzymując jego rękę policzkiem. Była chłodna. Przeciwnie 
niż jej ciepła, delikatna i miękka, jak dojrzały owoc skóra. 

Armand poczuł, jak serce mocniej mu zabiło. Nigdy dotąd 

żadna  inna  kobieta  nie  wzbudzała  w  nim  takich  uczuć. 
Zmrużył  oczy  i  spojrzał  na  uniesioną  ku  sobie  twarz 
dziewczyny. 

 - Patrzysz na mnie tak, jak nikt dotąd. - Zwilżył językiem 

usta i mówił dalej niskim, głębokim głosem. - Ellen, są tacy, 
którzy  mnie  nie  akceptują.  Może  chcą  czegoś  ode  mnie, 

background image

czegoś oczekują, żądają tylko dlatego, że mam talent i jestem 
sławny.  -  Jego  wargi  ułożyły  się  w  drwiący  uśmiech.  - 
Chowają  swą  urazę  pod  maską  uprzejmości,  uśmiechów.  Są 
również  i  tacy,  którzy  akceptują  mnie  bez  zastrzeżeń.  Ci 
wyrobili sobie opinię o mnie tylko na podstawie mej sławy i 
nie  potrafiliby  odróżnić  najlepszego  z  moich  koncertów  od 
najgorszego. 

Podkurczając nogi na skórzanym fotelu, Ellen analizowała 

doskonały profil Armanda. Przez moment wydawało jej się, że 
widzi  fotografię  z  okładki  lśniącego  magazynu.  Zimny  i 
twardy jak skała. Nie mogła znieść tego skojarzenia. Dotknęła 
jego twarzy, jakby chciała sprawdzić, czy jest prawdziwa. 

 - Ellen  -  szepnął, odwracając się  do niej z rozjaśnionymi 

uśmiechem  oczyma.  -  Powiedz  mi,  co  widzisz,  kiedy  tak  na 
mnie patrzysz? 

 - Widzę mężczyznę, który nie zdaje sobie sprawy z tego, 

jaki  jest  wspaniały.  Widzę  także,  że  jaśnieje  blaskiem  takiej 
namiętności i życiowej pasji, że nikt inny nie może się z nim 
równać. 

 -  Nieprawda  -  zaprzeczył,  schylając  twarz,  by  ucałować 

wnętrze jej dłoni. - Ty jaśniejesz bardziej, niż ja. 

 -  Obawiam  się,  mój  dobry  panie,  że  jest  to  tylko  odbity 

blask - odparła, rumieniąc się Ellen. 

 - Nonsens. To światło pochodzi z twojego wnętrza, skupia 

się w twoich oczach i rozlewa na twojej twarzy. Dostrzegam 
w  tobie  jakiś  sekret,  którego  prawdopodobnie  nigdy  nie 
poznam.  Jest  jednak  w  tobie  coś  takiego,  co  sprawia,  że 
bardzo  pragnąłbym  go  poznać,  dzielić  go  z  tobą.  Coś  ci 
powiem, Ellen... - Przerwał na chwilę. - Nie dyryguję dobrze, 
gdy wiem, że mnie obserwujesz. 

 - Więc... więc przestanę przychodzić! 
 - Ani mi się waż! Chodzi o to, że twoja obecność wytrąca 

mnie  z  równowagi.  Moje  dyrygowanie  wydaje  się  być  pełne 

background image

dramatyzmu  i  ekspresji,  ale  jakby  niewystarczające,  kiedy 
mam  świadomość,  że  przeze  mnie  odbierasz  muzykę. 
Przywykłem  już  do  wyrazów  uznania,  ale  twoja  obecność 
sprawia, że chciałbym być jeszcze lepszy, niż jestem. 

 - To niemożliwe. Jesteś najlepszy. 
Nie  zwracając  uwagi  na  pełen  zadowolenia  chłopięcy 

śmiech  Armanda,  Ellen  wsunęła  palce  pod  kołnierzyk  jego 
koszuli,  rozkoszując  się  dotykiem  skóry  i  wyobrażając  sobie 
gładkość i ciepło reszty ciała. 

 - To nie fair, Ellen - powiedział, wypuszczając powietrze 

przez  zaciśnięte  zęby.  Wrzucając  bieg,  wolną  ręką  przesunął 
po  jej  nodze,  poczuł  przez  cienki  jedwab  sukienki  rozkoszne 
ciepło jej ud. 

Ellen zaśmiała się. 
 -  Przestań!  Czuję  się  jak  nastolatka  na  swej  pierwszej 

randce. 

 -  To  dobrze.  Zostawmy  więc  twoich  przyjaciół  i 

zaparkujmy  gdzieś  samochód.  Możemy  to  zrobić  na  tylnym 
siedzeniu. 

 -  W  tym  samochodzie  nie  ma  tylnych  siedzeń!  - 

parsknęła,  a  rozkoszne  wyobrażenie  pieszczot  Armanda 
sprawiło, że poczuła zawrót głowy. 

 -  Świetnie!  A  zatem  zabiorę  cię  w  nasze  miejsce,  z 

którego  oglądaliśmy  wschód  słońca,  rozłożę  na  ziemi 
marynarkę i będziemy kochać się tam bez końca. 

Ellen  przymknęła  oczy.  Jego  słowa,  brzmiąca  w  nich 

obietnica, obezwładniły ją zupełnie. To było nie do zniesienia! 
Przesuwając  się  na  sam  brzeg  siedzenia,  skrzyżowała  przed 
sobą  nogi  i  wbiła  paznokcie  w  dłonie.  Policz  do  dziesięciu! 
nakazała  sobie,  ale  doszła  tylko  do  trzech,  kiedy  jego  głos 
ponownie rozbudził w niej pożądanie. 

 - Ellen? Czy pragniesz mnie tak bardzo, jak ja ciebie? 

background image

 -  Och,  Boże!  -  szepnęła,  nawet  nie  zdając  sobie  z  tego 

sprawy.  -  To  tak,  jakbyś  zapytał  Kopciuszka,  czy  pragnie 
zatańczyć z Księciem! 

 -  Ellen!  -  Uśmiech  zamarł  mu  na  wargach.  Armand 

dotknął dłonią czoła. - Świetnie potrafisz rozładować napięcie. 
Wróć do rzeczywistości, jak nie jestem księciem! 

W  przyciemnionym  świetle  wnętrza  samochodu  Ellen 

obserwowała  Armanda.  Przyglądała  mu  się  kobieta,  która 
wiele już w życiu widziała. Jako pielęgniarka napatrzyła się na 
ludzki  ból,  smutek  i  nieszczęście.  Ale  teraz  jej  oczy 
błyszczały. 

 -  Posłuchaj  mnie,  Armandzie  Dante.  Jestem  zwykłą 

kobietą,  ale  także  niepoprawną  romantyczką.  A  ty  jesteś 
czystą fantazją. 

Nie  odpowiedział.  Dojechali  do  Teatru  Dramatycznego. 

Armand  bez  słowa  zaparkował  samochód,  wysiadł  i  obszedł 
go  dookoła,  by  otworzyć  drzwi  dziewczynie.  Jego  ciemne 
brwi  były  ściągnięte,  a  zęby  zaciśnięte.  Podał  jej  rękę, 
pomagając wysiąść z samochodu, a potem objął Ellen w talii. 
Mocno  ją  do  siebie  przytulił,  tak,  że  poczuła  siłę  i  prężność 
jego ramienia. 

 -  A  co  będzie,  jeśli  okaże  się,  że  nie  potrafię  sprostać 

twoim fantazjom? 

 - Już dawno je przerosłeś! - powiedziała cicho, czując, że 

drży. 

Laurie,  ubrana  w  granatowo  -  białą,  pasiastą  sukienkę 

ciążową, oczekiwała ich w hallu. Nawet kiedy Ellen objęła ją 
na powitanie, nie spuszczała badawczego wzroku z Armanda. 

 - Bardzo mi miło pana poznać - powiedziała, wyciągając 

dłoń na powitanie. 

Armand,  który  usłyszał  w  jej  głosie  nutkę  niechęci, 

spojrzał  na  nią  z  lekkim  rozdrażnieniem.  Już  go  osądzono. 
Przez  moment  miał  ochotę  kurtuazyjnie  uścisnąć,  a  nawet 

background image

ucałować  jej  dłoń,  lecz  oparł  się  pokusie  i  uśmiechnął  się  z 
rezerwą.  Tylko  w  jego  oczach  błysnęła  przez  moment  złość. 
Nie  będzie  żartował,  ani  drwił  z  nikogo...  nie  dziś.  Jeśli  to 
spotkanie  było  tak  ważne  dla  Ellen,  będzie  zachowywał  się 
poprawnie. 

 - Ja również cieszę się, że panią poznałem, Laurie. - Ujął 

jej  dłoń  i  dodał:  -  Z  niecierpliwością  oczekuję  występu  pani 
męża. 

Uwolniwszy  dłoń,  objął  Ellen,  poufale  opierając  rękę  na 

jej  biodrze.  Dziewczyna  czuła,  że  ładnie  wygląda  przy  jego 
boku,  że  jest  wysoka  i  smukła.  Armand  zapragnął  zanurzyć 
twarz  w  jej  włosach  i  lekko  ugryźć  delikatny  płatek  ucha. 
Zamiast tego uśmiechnął się chłodno. 

 - Wejdziemy? 
Rick  Westin  na  scenie  stroił  ostatnie  ze  swych  pięciu 

banjo,  przytupując  i  opowiadając  dowcip  siedzącym  przy 
stolikach  turystom  w  Wyoming.  Kiedy  dostrzegł  żonę, 
zeskoczył ze sceny. 

 -  Cześć,  kochanie,  cześć  maluszku!  -  Pogładził  żonę  po 

brzuchu, co wywołało rumieniec na jej twarzy. Uścisnął Ellen 
i rozłożył ręce, aby powitać Armanda. 

 -  Hej,  wspaniale,  że  przyszedłeś,  Armandzie.  Bardzo 

stęskniliśmy  się  za  Ellen  i  domyśliliśmy  się,  że  ktoś 
wyjątkowo ważny musiał ją zajmować. 

 - Dzięki, Rick, ale to ona jest wyjątkowa! 
 -  Panowie,  wystarczy  już  tego  dobrego!  -  wtrąciła  się 

Ellen, czując, jak się rumieni. - Fan club Ellen Farrell wznowi 
działalność po koncercie. Będą podawane napoje chłodzące. A 
teraz czy nie powinieneś zacząć grać, Westin? 

Rick Westin dał bardzo dobry koncert. Armand, który sam 

przywykł do światła reflektorów, wiedział, że nic nie było tak 
proste, jak wydawało się widzom. Oglądał ten koncert oczami 
fachowca,  napawając  się  swobodną  atmosferą  i  porównując 

background image

pracę  Ricka  z  wysiłkiem  i  pasją,  jakie  towarzyszyły 
powstawaniu  jego  własnych  interpretacji.  Jakże  dziwnie  było 
słyszeć  reakcje  publiczności, jej  głośny  śmiech  i  gwizdy,  tak 
niepodobne  do  pełnej  napięcia  i  oczekiwania  ciszy,  która 
poprzedzała zawsze jego występ w sali koncertowej. Dopiero, 
po  skończonym  utworze  rozlegał  się  głośny  aplauz 
publiczności. 

Spojrzał  na  Ellen,  próbując  odgadnąć,  o  czym myślała.  Z 

żalem  uświadomił  sobie,  że  nie  zna  jej  na  tyle  dobrze,  żeby 
odczytać myśli z jej twarzy. Pragnął ją poznać tak dokładnie, 
by  móc  odczuwać  bicie  jej  serca,  ciepło  krążącej  w  jej  ciele 
krwi. 

Kiedy  Rick  rozpoczął  swą  finałową  piosenkę,  światła 

przygasły. Usiadł na brzegu podium i śpiewał, patrząc w oczy 
Laurie. 

Ellen,  mocno  wciśnięta  w  swój  fotel,  ze  wzruszeniem 

przyglądała się tej scenie. 

Armand  dostrzegał  tylko  Ellen.  W  delikatnym  świetle 

jedynego  reflektora  zobaczył,  że  w  oczach  jej  błyszczą  łzy. 
Poczuł  nagły  skurcz.  On  to  chciał  robić!  On  chciał  być 
jedynym,  którego  muzyka  wywoływałaby  łzy  w  jej  oczach. 
Przeszyło  go  uczucie  silnej  zazdrości,  któremu  towarzyszyło 
mocne postanowienie. 

Gwałtowne  zapalenie  świateł  zaskoczyło  ich  oboje.  Ellen 

z  pośpiechem  przetarła  oczy,  a  Armand  przybrał  zwykły, 
obojętny  wyraz  twarzy.  Laurie  zostawiła  ich  samych  i 
podeszła  do  Ricka,  który  wesoło  rozmawiał  z  opuszczającą 
salę publicznością. Ich stolik stał się jedyną wysepką ciszy w 
hałasie, jaki rozlegał się dookoła.  

 - Jak ci się podobało? - zapytała w końcu Ellen. - Pewnie 

pomyślisz,  że  zwariowałam,  ale  takie  koncerty  zawsze  do 
mnie  przemawiają.  Zawsze  płaczę  na  Błyszczącej  gwieździe 
sztandaru,  w  cyrku,  kiedy  linoskoczek  idzie  po  linie,  a  tłumy 

background image

wiwatują, a także za każdym razem, gdy oglądam Mały dom 
na  prerii.  Nie  wiem,  po  prostu  nie  mogę  się  powstrzymać.  I 
nigdy nie zabieraj mnie na filmy starego Tracy'ego Hepburna, 
narobiłabym ci strasznego wstydu! 

Armand  ujął  dłoń  dziewczyny,  splatając  jej  palce  ze 

swoimi. 

 -  Nigdy  nie  mógłbym  się  wstydzić  z  twojego  powodu, 

Ellen.  Nigdy.  Chciałbym  cię  zabrać  wszędzie,  gdzie  tylko 
zapragniesz, i w miejsca, o których nawet nie śniłaś! W jego 
głosie  słychać  było  zapał.  -  Tylko  my  we  dwoje,  Ellen,  na 
prywatnej  wyspie,  gdzieś  na  Morzu  Śródziemnym!  Żadnej 
publiczności, żadnych gazet, żadnych... 

 -  Hej,  wy  dwoje,  chodźmy  na  pizzę!  -  zawołał  Rick, 

opierając dłonie na ich ramionach. 

Przez  moment  jeszcze  Armand  patrzył  na  Ellen,  a  potem 

uśmiechnął  się  przyjacielsko,  ukrywając  zniecierpliwienie. 
Ale Ellen dostrzegła ten błysk w jego oczach i nagle poczuła, 
jak ogarnia ją podniecenie. On rzeczywiście jej pragnął i cały 
ten  wieczór  z  przyjaciółmi,  beztroska  konwersacja,  rzeczy, 
które  do  tej  pory  wydawały  jej  się  ważne,  teraz  stanowiły 
jedynie preludium do czegoś więcej. Nie śmiała tego nazwać, 
jeszcze nie teraz. 

Kiedy  opuszczali  teatr,  niski,  kobiecy  głos  wykrzyknął 

obok nich: 

 -  Pan  Armand  Dante,  nieprawdaż?  Oczywiście,  od  razu 

powiedziałam to mojemu mężowi. Widzieliśmy pana ostatnim 
razem  w  Kennedy  Center  i  uważamy,  że  był  pan  wspaniały. 
Do  tej  pory  nie  przepadałam  za  muzyką  klasyczną.  Czy 
mogłabym zrobić panu i Rickowi Westinowi wspólne zdjęcie? 
Dziewczyny w Mah - Jongg byłyby zachwycone! 

 - Przykro mi, ale nie dziś. 
 -  Och,  błagam  pana!  -  prosiła  kobieta,  kierując  już 

obiektyw w ich stronę. 

background image

Rick  wzruszył  ramionami,  objął  Armanda  i  uśmiechnął 

się.  Kobieta  zrobiła  zdjęcie,  podziękowała  i  wmieszała  się  w 
tłum głośno pokrzykując. Rick roześmiał się. 

 - No, no. Często ci się to zdarza? 
 -  Częściej,  niżbym  tego  pragnął  -  odparł  Armand, 

wzruszając  ramionami.  Potrząsnął  głową.  -  Myślę,  że 
powinienem  być  zadowolony.  Przynajmniej  odkryła,  że  lubi 
muzykę poważną. 

 - Sądzę, iż bardziej,  niż słuchać Mozarta, lubi patrzeć na 

ciebie, jak machasz batutą! 

 -  Co  za  faceci!  -  Ellen  wsunęła  się  pomiędzy  nich.  - 

Każdy z was robi to, co lubi. Znam kogoś, kto lubi mieszkać 
w  Georgetown  i  kogoś  innego,  komu  wyraźną  przyjemność 
sprawia  jeżdżenie  luksusowym,  sportowym  samochodem, 
kiedy tylko nie wożą go jego limuzyną. Powinniście być milsi 
dla swojej publiczności! 

 -  Ach,  obrońca  pokrzywdzonych!  Zapomniałem  o  twoim 

temperamencie, skarbie! - wykrzyknął Rick. 

 -  A  ja  do  tej  pory  nie  zdawałem  sobie  z  niego  sprawy  - 

uśmiechnął się Armand, splatając ręce. 

 - To dlatego, że rzucił pan na mnie urok, panie Dante. Ale 

niech się pan dobrze rozejrzy dookoła, a wszystkiego się pan o 
mnie dowie. 

 -  Mam  zamiar  to  zrobić  -  odparł  Armand,  całując  ją  w 

skroń. Jej oburzenie zniknęło. 

 -  Och,  jak  ty  to  robisz!  -  szepnęła  tak,  że  tylko  on  ją 

usłyszał. 

 - Rozejrzyj się dookoła, to z pewnością się dowiesz. 
Ellen prawie nie spróbowała pizzy. Rozmowy dochodziły 

do niej jakby z oddali. Skupiła się na obserwowaniu Armanda 
i  obietnicy,  jaką  dostrzegała  w  jego  czarnych  jak  węgiel 
oczach. Pożądanie ogarnęło ją gwałtowną falą. Jej skóra stała 
się  tak  wrażliwa,  że  najdrobniejszy,  przypadkowy  dotyk 

background image

rękawa  jego  marynarki  przyprawiał  ją  o  drżenie.  Kiedy 
Armand zdjął marynarkę i podwinął do łokci rękawy koszuli, 
odsłaniając opalone przedramiona, jej palce, jak przyciągnięte 
magnesem, dotknęły jego skóry. Przerwał w połowie zdania i 
odwrócił się do niej z uśmiechem. Czy wiedział? Czy zdawał 
sobie sprawę z tego, jaką miał pad nią władzę? 

Zegar  wybił  godzinę  w  właśnie  w  tym  momencie,  kiedy 

pomyślała, że dłużej już nie wytrzyma. Armand podniósł się, 
wyciągnął do niej rękę. 

 -  Czy  nie  powinniśmy  już  iść?  -  zapytał.  Jego  głos 

brzmiał  normalnie,  ale  w  oczach  Ellen  dostrzegła 
niecierpliwość. Czy domyślił się, że siedziała jak na szpilkach, 
licząc minuty i pragnąc przyspieszyć wskazówki zegara? 

 -  Chyba  tak.  -  Uśmiechnęła  się  słodko.  -  Laurie  musi 

wypocząć.  

Nie  mogła  uwierzyć,  że  mówi  tak  chłodno  i  normalnie, 

podczas, gdy całe jej ciało płonęło. 

Pożegnali  się  z  przyjaciółmi  i  pospieszyli  do  samochodu. 

Kiedy  Armand  otwierał  drzwi,  starał  się  nie  dotknąć  Ellen. 
Ale jego uśmiech wyrażał całe oczekiwanie i pożądanie, które 
odczuwał.  Ellen  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Próbowała 
siedzieć nieruchomo ze złożonymi na kolanach rękami, ale nie 
potrafiła. Odwróciła się na siedzeniu, podwinęła nogi i oparła 
policzek na oparciu fotela. 

 - Armand? - Tak? Zarumieniła się. 
 - Nic. Ja... ja tylko chciałam wymówić twoje imię. Wolno 

przesunął palcem po jej ustach. 

 - Chcę czegoś więcej. Chcę słyszeć, jak nocą przyzywasz 

mnie po imieniu. Chcę trzymać cię w ramionach aż do świtu, a 
potem  kochać  cię  przez  cały  dzień.  Chcę,  żeby  twoja  twarz 
była pierwszą rzeczą, którą ujrzę po otwarciu oczu. 

 - Och, Armandzie... - Jej głos załamał się i umilkł. 
 - Nie ma się czego obawiać, kochanie. Zaufaj mi. 

background image

Już  po  chwili  zaparkował  samochód  przed  eleganckim 

budynkiem,  w  którym  znajdował  się  jego  apartament. 
Trzymając Ellen za rękę, podszedł do windy i nacisnął guzik 
oznaczony  cyfrą  dziewięć.  Przycisk  umieszczony  powyżej 
pozbawiony był numeru. 

 -  Ktoś  zajął  piętro  nad  tobą  -  zażartowała  Ellen,  czują 

potrzebę rozładowania napięcia, jakie między nimi narosło. 

 -  Nie,  kochanie  -  odpowiedział  Armand  z  ledwo 

dostrzegalnym uśmiechem. - To ja zajmuję oba te piętra. 

 - Co? - zapytała z niedowierzaniem, przypominając sobie 

swoje skromne mieszkanko na trzecim piętrze. 

 - Nie oburzaj się. Wiesz dobrze, kim jestem. Sama kiedyś 

powiedziałaś,  że  cieszą  mnie  efekty  mojej  pracy.  Teraz 
chciałbym,  żebyś  ty  również  z  nich  korzystała.  Chciałbym 
rzucić ci je do stóp. 

 - Żebym chodziła po nich moimi filcowymi podeszwami! 
 - Kupię ci satynowe kapcie! - Roześmiał się i przyciągnął 

ją blisko do siebie. Tak blisko, że oparła się piersiami o jego 
silny  tors,  a  jej  oddech  znalazł  się  naprzeciw  ust  Armanda. 
Przez  moment  mężczyzna  trzymał  ją  w  ten  sposób,  a  potem 
pochylił  twarz  i  pocałował  jej  wargi.  Ellen  poczuła,  jak 
opuszczają  ją  siły.  Wszystko  stało  się  w  tym  momencie 
nieważne, liczyły się tylko te gorące usta. 

Przymknęła  oczy  i  wspięła  się  na  palce,  by  objąć  szyję 

mężczyzny i oddać mu pocałunek. Ich wargi znów przywarły 
do  siebie,  tym  razem  mocniej.  Armand  lekko  uniósł  głowę, 
doświadczając słodkiej męki rozstania, po czym znów sięgnął 
po  jej  usta.  Ujął  górną  wargę  Ellen  pomiędzy  swoje  i 
smakował  językiem  wnętrze  ust  dziewczyny.  Z  jego  piersi 
wydobył  się  jęk,  który  sprawił,  że  Ellen  poczuła,  że  traci 
panowanie  nad  sobą.  Ogarnięta  pożądaniem,  przylgnęła  do 
kochanka. Nic poza nim nie istniało dla niej w tej chwili. 

Drzwi windy rozsunęły się cicho. 

background image

Śmiejąc  się,  wyszli  na  korytarz,  oszołomieni  własną 

bliskością. Armand wyjął z kieszeni klucz, ale nie mógł trafić 
nim  w  zamek;  zbyt  był  zajęty  całowaniem  włosów  Ellen, 
skóry na karku i wnętrza jej ucha. 

 -  Przestań...  och,  przestań  -  jęknęła,  zanurzając  palce  w 

gęstwinę  jego  ciemnych  włosów.  -  Armand!  Och,  kocham 
cię... kocham. Ale przestań... 

 - Nigdy! 
Wreszcie udało mu się otworzyć zamek. 
 -  Gotowa?  -  Roześmiał  się  niskim,  matowym  śmiechem, 

który  tak  bardzo  pasował  do  jego  ciemnego,  przymglonego 
spojrzenia. A potem wziął Ellen na ręce, zamknął kopnięciem 
drzwi i zaniósł ją po schodach do sypialni. 

 - Poczekaj! Och, jaki wspaniały apartament! - zawołała z 

zachwytem  dziewczyna,  rozglądając  się  dookoła.  -  Ten 
widok...  te  meble!...  Już  wiem,  schody  ukradłeś  chyba  z 
jakiegoś bajkowego zamku! 

 -  Cicho,  maleńka.  Wycieczka  krajoznawcza  jest 

przewidziana w dalszej części programu. 

 - Ale... 
 -  Najpierw  TO  -  szepnął,  całując  ją  mocniej  niż 

poprzednio, wzbudzając w niej dreszcz rozkoszy. Pieściła jego 
twarz,  szyję,  mięśnie  jego  ramion  i  cudowną  gładkość  jego 
pleców.  Nagle  jej  ręce  natrafiły  na  jego  wystające  biodro, 
wypukłość pośladków i twardą spoistość mięśni ud. Całą sobą 
pragnęła czuć jego ciało. 

 - Postaw mnie na ziemi! 
Zrobił to, ale nadal nie wypuszczał jej z objęć. 
 -  Co?  -  mruknął.  Jego  pierś  poruszała  się  miarowo. 

Ostatkiem  sił  panował  nad  sobą.  Jeszcze  chwila,  a  znów 
uniósłby  dziewczynę  i  rzucił  na  łóżko.  Oddychał  głęboko, 
jakby  pragnąc  ugasić  ogień,  który  w  nim  płonął.  Czekał,  aż 
ona będzie gotowa. - Co ci jest, kochanie? 

background image

Miękko  się  uśmiechnął,  obawiając  się  jej  odpowiedzi. 

Nagły rumieniec pokrył twarz i szyję Ellen. 

 - Ja... ja tylko chciałam móc dotykać cię, czuć ciebie. Nie 

mogłam  dosięgnąć  i...  Z  radosnym  okrzykiem  porwał  ją  w 
ramiona i opuścił na szerokie łóżko. 

 -  Och,  moja  kochana,  kochana  Ellen,  nigdy  w  życiu  nie 

spotkałem kogoś takiego, jak ty! Nigdy! Zachwycasz mnie! 

 -  Nie  przesadzaj.  Wcale  nie  jesteś  gorszy!  -  Roześmiała 

się, wyciągając się obok niego i gładząc poprzez ubranie jego 
tors.  Poczuł,  jak  serce  wali  mu  pod  jej  dłonią,  a  biała, 
starannie  wyprasowana  koszula  traci  swą  sztywność, 
rozgrzana ciepłem bijącym od jego ciała. 

Czując  to  samo  rozkoszne  pobudzenie,  nakrył  dłonią  jej 

pierś i pieścił najpierw jedną, potem drugą. Ciepło jej dłoni i 
śliski dotyk jedwabiu sprawiły, że napięcie narosło w nich do 
granic możliwości. 

Ellen jęknęła, a Armand uniósł się na łokciu i pochylił się 

nad  nią.  W  jego  spojrzeniu  malował  się  ogrom 
przepełniającego go pożądania. Zaczął całować jej usta, szyję, 
ramiona.  Dziewczyna  ujęła  głowę  Armanda  i  zbliżyła  jego 
wargi  do  swoich,  przesuwając  językiem  po  ślicznie 
wykrojonych ustach. I nagle ich ciała złączyły się w uścisku, 
ramiona i nogi splotły się gwałtownie. 

Po  chwili  równie  nagle  Armand  uklęknął,  obejmując 

udami biodra dziewczyny. 

 - Może zdejmiemy trochę tych ubrań? Ellen zaśmiała się 

bezgłośnie. 

 -  Koniecznie!  -  szepnęła,  drżąc  z  niecierpliwości,  a  jego 

ręce  zaczęły  rozpinać  guziki  pomiętej  jedwabnej  sukienki. 
Powoli  uwalniał  każdy  guzik,  systematycznie  rozchylając 
materiał. 

background image

Ellen  sięgnęła  do  guzików  jego  koszuli,  ale  podczas  gdy 

on  doszedł  już  do  talii,  ona  wciąż  mocowała  się  z  tym  przy 
kołnierzyku. -  

 -  Co,  do  diabła...  -  Nie  dokończyła,  tylko  niecierpliwie 

złapała  za  brzegi  koszuli  i  jednym  ruchem  pokonała 
wszystkie. 

Z  okrzykiem  zdziwienia  i  podniecenia  Armand  zerwał  z 

niej sukienkę. Nachylił ciemną głowę, by całować jej piersi i 
brzuch  przez  jedwabną  bieliznę,  a  Ellen,  walczyła,  by 
wyciągnąć  ze  spodni  poły  jeszcze  do  niedawna  eleganckiej 
koszuli  dyrygenta.  Kiedy  pochylił  się  nad  nią,  zsuwała  ją  z 
jego ramion. 

Całowali  się,  kąsając  wargi,  a  lekki  ból  potęgował  ich 

podniecenie. 

Bez słów. Tylko jęki i westchnienia wyrażały tę tak długo 

tłumioną namiętność. 

Ogarnięta pożądaniem Ellen wysunęła się spod Armanda i 

rozpięła  klamrę  jego  paska.  Kiedy  drążącą  ręką  sięgnęła  do 
suwaka  spodni,  Armand  przytrzymał  jej  dłoń  na  swej 
nabrzmiałej,  pulsującej  gorącem  męskości.  Ściągnął  spodnie, 
bieliznę  i  zrzucił  je  na  podłogę.  Był  nagi.  Klęczał  nad  Ellen, 
potężny  i  władzy,  niczym  jakiś  bóg,  a  bijąca  od  niego  siła 
odebrała jej oddech. 

 -  Jesteś...  jesteś  najpiękniejszym  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek  widziałam  w  życiu!  Roześmiał  się,  potrząsając 
głową. 

 - Ellen, kochanie, to ty jesteś najpiękniejsza. - Pocałował 

ją  w  ramię,  zsuwając  ustami  cienkie  ramiączko.  -  Śliczna.  - 
Pocałował ją w drugie ramię. - Zachwycająca. 

Koszulka  wylądowała  na  stercie  ubrań  leżących  na 

podłodze. Kiedy patrzył na jej nagość, jego wzrok złagodniał. 

 - Nauczę cię tego, jak jesteś piękna. 
Jego usta ześlizgnęły się w kierunku jej płaskiego brzucha. 

background image

 -  Kochanie  -  szepnął,  rozkoszując  się  jej  bliskością,  jej 

dotykiem i smakiem. Ale kiedy Ellen znów wśliznęła się pod 
niego i objęła jego lędźwie udami, szept Armanda przerodził 
się w jęk. 

 -  Armand...  Armand,  kochaj  mnie  teraz  -  błagała, 

popadając  w  ekstazę  graniczącą  z  bólem.  Jeszcze  jedna 
chwila,  jeden  dotyk,  a  rozpadnie  się  na  miliony  drobnych 
kawałków. Silnie przylgnęła do niego, szeptała mu jego imię 
w twarz, włosy i szyje. 

 - Tak, kochanie. 
Ogarnął  ją  całym  sobą;  ustami,  ramionami,  dłońmi, 

uściskiem  ud  sprawiał,  że  cała  należała  do  niego,  że  on  cały 
należał do niej. Każde z nich czuło, że w ten sposób przydarza 
mu się to pierwszy raz. Byli jak dwa muzyczne dźwięki, które 
wznoszą  się,  narastają,  aż  w  końcu  łączą  się  w  doskonałe, 
zapierające dech w piersiach crescendo. 

Później, kiedy leżeli już w ciemności, Ellen poruszyła się, 

wyszeptała imię kochanka, a on obudził się,  przygarnął ją do 
siebie,  pieścił  jej  piersi,  gładził  wnętrze  ud.  Kochali  się 
najpierw  na  łóżku,  a  potem  na  grubym,  puszystym  dywanie. 
Tam  też  w  końcu  zasnęli,  przykrywając  się  ściągniętym  z 
łóżka kocem. Za poduszkę posłużyły Ellen ramiona Armanda. 

Kiedy  dziewczyna  się  obudziła,  przez  okna  sypialni 

wpadało  do  pokoju  światło  poranka.  Otworzyła  jedno  oko, 
potem drugie i ze zdziwieniem ujrzała, że miejsce obok było 
puste. 

Odgarnęła  z  oczu  niesforne  kosmyki  i  dostrzegła 

aksamitny  szlafrok  leżący  w  nogach  łóżka.  Obok  jej 
opalonych  stóp  stały  kapcie,  a  na  sąsiedniej  poduszce  leżała 
róża.  Szczęście  wypełniło  dziewczynę,  niczym  słodka 
muzyka.  Wstała,  przeszła  do  hallu  i  stanęła  u  szczytu 
schodów. 

background image

Z  dołu  naprawdę  dobiegała  muzyka.  To  Armand  grał  na 

fortepianie.  Z  perfekcją  i  godną  podziwu  cierpliwością 
ćwiczył  skomplikowany  fragment  jakiegoś  utworu.  Cicho 
zeszła po schodach i obejmując kolana ramionami, przysiadła 
na  najniższym  stopniu.  Pokój  był  duży,  urządzony  na  biało. 
Ale  nad  całością  wnętrza  dominował  stojący  na  środku 
perskiego  dywanu  ogromny  fortepian.  Wspaniały,  czarny  i 
błyszczący. Równie wspaniały był mężczyzna, który przy nim 
siedział  z  pochyloną  w  skupieniu  głową.  Armand  całkowicie 
wypełniał ten jasny pokój swoją obecnością. Mimo że ubrany 
w  luźne  spodnie  i  bawełnianą  koszulkę  wyglądał  dostojnie  i 
pięknie.  Był  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego  Ellen 
kiedykolwiek  w  życiu  widziała.  Miała  wrażenie,  że  to 
niemożliwe, 

by 

właśnie 

spędziła 

nim 

noc. 

Nieprawdopodobne  by  kochał  ją  tak  mocno,  jak  ona  jego 
kochała! 

Kiedy  nagle  podniósł  głowę  i  uśmiechnął  się,  jej  serce 

przestało  bić.  Ten  uśmiech  wszystko  wyjaśnił:  kochał  ją, 
naprawdę ją kochał. 

 - Dzień dobry, najsłodsza. Czy to ja cię obudziłem? 
 -  Stęskniłam  się  za  tobą.  Nie  mogłam,  znieść  pustego 

miejsca obok siebie. 

 -  To  dobrze.  -  Te  dwa  słowa  mówiły  wszystko.  Spojrzał 

jej w oczy i położył dłonie na klawiaturze. - Mam dla ciebie 
prezent. 

Zagrał dla niej Fantazję Impromptu Chopina. To było jak 

magia  -  tak  słodkie  i  kuszące,  jak  miłość  Armanda.  Ellen 
poczuła,  że  muzyka  przenika  ją  i  pobudza  jej  zmysły, 
popychając  ku  grającemu.  Patrzyła  na  jego  dłonie,  na  falę 
ciemnych włosów, przystojną, męską twarz, błyszczące oczy i 
wiedziała,  że  kocha  tego  mężczyznę  ponad  wszystko  na 
świecie. Był jedyną, prawdziwą miłością jej życia. 

background image

Kiedy przestał grać, siłą opanowała wzruszenie i łzy, które 

napłynęły jej do oczu. 

Armand  podszedł  do  dziewczyny  i  wziął  ją  na  ręce,  aby 

zanieść do sypialni, ale gdy zaczęła całować jego usta i oczy, 
pomyślał, że jeszcze nigdy nie robił tego na schodach. 

Zakrztusił  się  śmiechem,  a  serce  zabiło  mu  mocniej.  Jak 

ona  to  robiła?  Wystarczyło  jedno  spojrzenie  na  te  puszyste 
włosy,  na  biel  skąpo  przykrytych  jego  szlafrokiem  piersi,  a 
pożądanie  rozpaliło  się  w  nim  na  nowo.  Zapach  jej  nie  do 
końca jeszcze rozbudzonego  ciała  działał tak  intensywnie, że 
Armand z niecierpliwością uwolnił Ellen ze szlafroka i oboje 
opadli na stojący obok fotel, a ich ciała raz jeszcze połączyły 
się w namiętnym uścisku. 

background image

Rozdział 7 
Jesienne dni mijały wypełnione takim szczęściem, którego 

istnienia  Ellen  nawet  nie  podejrzewała.  Kiedy  nie  było  przy 
niej  Armanda,  zajmowała  się  swoją  pracą,  lecz  jej  myśli  i 
serce  były  przy  nim.  Gdy  zaś  byli  razem,  życie  stawało  się 
nieprzerwanym  pasmem  radości.  Pewnego  słonecznego, 
sobotniego  poranka  siedzieli  razem,  jedząc  croissanty  i 
czytając przedpołudniową gazetę. 

 - Do diabła! - zirytował się nagle Armand. 
Ellen  pochyliła  się  i  pocałowała  go  lepkimi  od  powideł 

ustami. 

 - Co się stało? - spytała, przysuwając się do niego bliżej. 
Z  nachmurzoną  miną  złożył  gazetę  i  rzucił  ją  na  podłogę 

po drugiej strome łóżka. 

 -  Nic.  To  tylko  znów  ta  cholerna  kronika  towarzyska. 

Mam  już  dosyć  nieustannego  ingerowania  w  moje  prywatne 
życie! Spekulacje, insynuacje... 

 - Rozumiem. - Oparła brodę o jego kolano. Błękitne oczy 

patrzyły  na  niego  spokojnie,  choć  widać  w  nich  było  cień 
lęku. - Całkowicie. Też nienawidzę tych pismaków. 

 - Ty także? Och, Ellen, muszę coś z tym zrobić, muszę to 

przerwać! 

 - Ci, kochanie - szepnęła, odgarniając mu z czoła włosy. - 

To nie ma sensu. Zawsze powtarzasz mi, żebym nie zwracała 
na  to  uwagi. Pokaż, co  tym razem napisali. - Przechyliła się, 
dotykając  piersiami  do  jego  ud.  -  Zobaczmy,  co  tak  bardzo 
wyprowadziło cię z równowagi. 

 -  Nie!  -  Armand  próbował  wyrwać  jej  gazetę.  -  Nic 

szczególnego  tam  nie  ma.  Sam  nie  wiem,  czemu  tak  się 
zdenerwowałem. 

Ale  Ellen  już  zaczęła  czytać.  To,  co  zobaczyła,  było  dla 

niej szokiem. 

background image

W  gazecie  zamieszczono  jej  stare  zdjęcie  zrobione  z 

okazji  ukończenia  szkoły  pielęgniarskiej.  Miała  ciasno 
związane  pod  czepkiem  włosy,  niezgrabny,  sztywny 
mundurek,  a  całą  jej  bladą  twarz  wypełniały  ogromne, 
błękitne  oczy.  Wyglądała  jak  czyjaś  ciotka.  Podpis  pod 
zdjęciem głosił: 

Czy  właśnie  dlatego  nasz  dyrygent  pozostaje  ostatnimi 

czasy w ukryciu? 

Zanim  zdążyła  się  opanować,  łzy  popłynęły  strumieniem 

po jej policzkach. 

 -  Kochanie,  och,  kochanie,  proszę  nie  płacz  -  błagał 

Armand,  klękając  przed  nią  i  wycierając  dłońmi  jej  twarz.  - 
Nie... nie płacz! Nie ma powodu do rozpaczy. 

 -  Właśnie,  że  jest,  Armandzie.  Jest!  Nie  widzisz  tego?  - 

Przerwała,  bo  nie  potrafiła  mu  tego  wytłumaczyć.  Czuła  się 
taka oszukana, nieszczęśliwa, że sama z ledwością rozumiała 
samą siebie. 

 -  Wyglądam  tu  tak...  tak  śmiesznie.  -  Tylko  to  zdołała  z 

siebie wydusić. 

 -  Ależ  nie!  -  wykrzyknął  Armand,  który  nagle 

zdenerwował się na nią, jak ona na autorów notatki. 

 - Wyglądasz słodko, poważnie i delikatnie. Wyglądasz na 

młodą,  niewinną  dziewczynę,  z  której  wnętrza  promieniuje 
jakiś  przedziwny  blask.  Oprawiłbym  tę  fotografię  i  powiesił 
nad łóżkiem! 

 -  Och,  Armandzie,  jesteś  zwariowany...  i  wspaniały.  - 

Objęła go za szyję, a łzy wolno popłynęły po jej policzkach. - 
Ale to tak mnie denerwuje. Oni nie mają prawa! - Delikatnie 
potarła policzkiem o jego ramię. 

 - Nie, kochanie, nie mają. Pozwalają sobie na to z mojego 

powodu. Ale to nie ma znaczenia, nie rozumiesz? Dopóki my 
nie  będziemy  zwracać  na  to  uwagi.  To  nie  ma  znaczenia, 

background image

dopóki  ufasz  mnie,  a  nie  im,  nie  temu,  co  robią  z  życiem 
innych. 

Armand  sięgnął  po  gazetę  i  raz  jeszcze  spojrzał  na 

fotografię.  Uśmiechnął  się  słabo.  Delikatnie  gładził  włosy 
Ellen.  -  A  poza  tym,  to  zdjęcie  naprawdę  jest  całkiem  miłe, 
wiesz? - Pocałował ją w czubek nosa. 

 -  Zupełnie  tak  jak  ty,  mój  skarbie.  Nigdy  nie  chciałbym 

mieć  nikogo  innego.  To  ciebie  kocham.  Ellen  oddała  mu 
pocałunek. 

 - A ja kocham ciebie. 
 -  Koniec  już  łez  i  zamartwiania  się?  -  pytał,  całując  po 

każdym słowie. 

 -  Koniec,  przyrzekam!  -  uśmiechnęła  się,  poddając  się 

pocałunkom, pieszczącym jej szyję i piersi. 

 - Armand - szepnęła tracąc dech - co ty wyprawiasz? 
A  potem  zapomniała  o  całym  świecie  z  wyjątkiem  tego 

jednego mężczyzny. 

 - Ellen, kiedy tu ostatnio przychodzisz, to jakby robiło się 

jaśniej.  Czy  dobrze  zgaduję,  że  muzyka  poważna  dobrze  ci 
robi? 

Elliot Rosen opuścił okulary nisko na nos i spojrzał ponad 

nimi  na  swoją  ulubioną  pielęgniarkę.  Choroba,  która  trawiła 
ciało  dramatopisarza,  oszczędziła  jego  umysł.  Z  uwagą  i 
radością obserwował zmiany, jakie zachodziły w Ellen Farrell. 

 - To prawda, panie Rosen. Dzięki niej żyję teraz w innym 

świecie - przytaknęła Ellen. 

 - Dvorak, mówi pani. 
Oczy  starego  mężczyzny  rozbłysły.  Ellen  ujęła  jego 

nadgarstek  i  wprawnym  ruchem  zmierzyła  puls,  patrząc  na 
swój zegarek. 

 -  Oczywiście,  że  Dvorak,  panie  Rosen.  Kogóż  innego 

mogłabym mieć na myśli? 

background image

 - Chciałbym dowiedzieć się, kiedy będę mógł poznać tego 

„kogóż innego mogłabym mieć na myśli" 

 -  zażartował.  -  Kiedy  zamierza  pani  przyprowadzić  tu 

swojego Maestro? 

Nic  nie  mówiąc,  Ellen  spojrzała  na  niego  i  w  jej  głowie 

zaświtał  pewien  pomysł.  W  ostatnich  dniach  wszyscy 
zauważyli,  że  długi  pobyt  w  szpitalu  bardzo  źle  wpływał  na 
Elliota Rosena. Ellen pomyślała, że wie, jak temu zaradzić. 

Było  już  po  godzinach  odwiedzin,  kiedy  elegancko 

wyglądający w błękitnym swetrze Armand podszedł cicho do 
drzwi  szpitalnego  pokoju  Elliota  Rosena.  Właśnie  niedawno 
zakończył się koncert symfoniczny, którym dyrygował. Ellen 
z podnieceniem oczekiwała ukochanego przy drzwiach. 

 -  Ciii,  Armand  -  szepnęła,  kiedy  podszedł  do  niej  i 

ucałował na przywitanie. 

 -  O  co  chodzi,  kochanie?  Czy  nie  wszyscy  witają  cię  w 

ten sposób? - Przytrzymał ją, muskając palcem jej policzek. 

 -  Oczywiście,  że  tak,  Armandzie.  Ale  jest  już  po 

godzinach wizyt i... Przerwał jej kolejnym pocałunkiem, objął 
i przycisnął do siebie. 

 - Tak dawno cię nie widziałem, skarbie. 
 -  Tak,  około  trzech  godzin,  jak  sądzę.  Chyba  więcej  nie 

upłynęło, odkąd wpadłeś tu przed koncertem. 

Głęboki,  dźwięczny  śmiech  Armanda  odbił  się  echem  od 

ścian szpitalnego hallu. 

 -  Pewnie  myślisz,  że  zwariowałem,  prawda?  Zaraz  co  to 

zresztą udowodnię... 

Zanim  udało  mu  się  raz  jeszcze  ją  pocałować,  Ellen 

wyśliznęła się z jego ramion i ujęła dużą, metalową klamkę. 

 - Powinniśmy wejść, zanim uśnie. Chodź! 
Armand przytaknął i cicho wsunął się za nią do pokoju. 
 - Panie Rosen, czy pan śpi? - cicho zapytała Ellen. 

background image

 - Nawet jeśli przed chwilą spałem to teraz już nie - padła 

odpowiedź.  -  Czy  muszę  wstać,  żeby  panią  ujrzeć,  czy  też 
podejdzie pani do mnie, Ellie? 

Sięgnął po okulary leżące na stojącym obok stoliku. 
 -  Panie  Rosen,  przyprowadziłam  ze  sobą  przyjaciela,  ale 

musimy  zachowywać  się  cicho,  bo  jest  późno  i  moglibyśmy 
mieć kłopoty, gdyby ktoś nas usłyszał. 

Chory uniósł się na łokciu. 
 -  Panie  Rosen,  chciałabym  przedstawić  panu  mojego 

przyjaciela,  Armanda  Dantego.  Elliot  Rosen.  Elliot  założył 
okulary  i  z  uwagą  przyglądał  się  stojącemu  przed  nim 
mężczyźnie. 

 -  Witam,  pana.  Ellen  dużo  mi  o  panu  mówiła  -  rzekł 

Armand. 

 - O mnie? Cóż, niech mnie diabli! Niech pan usiądzie na 

moim  łóżku  i  nigdzie  się  stąd  nie  rusza.  Niech  mnie  diabli! 
Wiesz  Ellen,  żartowałem,  kiedy  prosiłem  cię,  żebyś  go  tu 
przyprowadziła.  Ale  chciałbym,  żebyś  wiedziała,  że  to  dla 
mnie zaszczyt. 

 -  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  Ellen  mówi,  że  to 

pan nauczył ją słuchać mojej muzyki. Przyszedłem tu, by panu 
za to podziękować. 

Oczy pana Rosena zabłysły. 
 - I jest jeszcze coś - dodał Armand. 
Chory  pochylił  się  bliżej,  aby  nie  uronić  ani  jednego 

słowa. 

 -  W  zeszłym  roku  widziałem  na  Przeglądzie  Sztuk 

Teatralnych  w  Virginii  jedną  z  pańskich  sztuk,  Piosenkę  za 
pięć groszy i, proszę mi wierzyć, uważam, że była genialna! 

Ellen  spojrzała  na  obu  mężczyzn  podziwiających 

nawzajem swój talent. Spostrzegła, jak twarz starego pacjenta 
rozjaśnia blask, jakiego dawno już w niej nie widziała. Cicho 
wysunęła się z pokoju. 

background image

Minęła  prawie  godzina,  kiedy  znalazła  wreszcie  wolną 

chwilę i mogła pójść do pokoju pana Elliota. Kiedy dotarła do 
korytarza,  do  którego  przylegał  jego  pokój,  zamarła. 
Naprzeciwko  sali  pana  Rosena  zebrał  się  spory  tłum 
pielęgniarek i lekarzy. Wszyscy uśmiechali się z zachwytem. 

Ale to, co wprawiło ją w zakłopotanie, to były dochodzące 

zza drzwi dźwięki muzyki granej przez orkiestrę symfoniczną. 

Przeszła obok zgromadzonych ludzi i weszła do środka. 
 -  Co  tu  się  dzieje?  -  Zatrzymała  się  i  ze  zdziwieniem 

rozejrzała  się  po  pokoju.  W  kącie  siedział  brodaty,  młody 
mężczyzna  ubrany  w  bermudy.  W  ręku  trzymał  skrzypce. W 
nogach łóżka stał Armand, wymachując termosem, jak batutą. 
Na łóżku, obok pana Rosena, leżał grający magnetofon. 

W brodatym mężczyźnie rozpoznała pierwszego skrzypka 

orkiestry symfonicznej. 

 -  Co  wy  sobie  wyobrażacie?  -  spytała,  wyłączając 

magnetofon. 

 - Mamy próbę - odparł z błyskiem w oku Elliot Rosen. 
 -  To  niewiarygodne!  -  Spojrzała  na  Armanda.  -  To  co 

robisz,  jest  zupełnie  zwariowane  i  niezgodne  z  przepisami. 
Mogę przez to stracić pracę. Obudziliście całe piętro! 

 -  Wkrótce  zaśnie,  mając  słodkie  sny.  Możesz  być  tego 

pewna, Ellen - ponownie odezwał się pan Elliot. Wyglądało na 
to, że tylko on ma odwagę teraz z nią rozmawiać. Wychudłe, 
chore ciało wydawało się odżywać na nowo. 

 -  Wybacz  nam,  Ellen.  -  Armand  próbował  przemawiać  z 

pokorą,  ale  w  jego  oczach  błyszczały  wesołe  iskierki.  - 
Wiedziałem,  że  George  miał  wolny  czas  po  koncercie,  więc 
kiedy zaczęliśmy dyskutować z Elliotem nad pierwszą częścią 
Koncertu 

Skrzypcowego 

dur 

Czajkowskiego 

pomyślałem... 

 -  Pomyślałeś,  że  mógłbyś  to  mieć  na  miejscu  na  żywo. 

Oczywiście!  Przecież  to  najnormalniejsza  w  świecie  rzecz, 

background image

urządzać  koncerty  w  środku  nocy,  w  dodatku  w  szpitalu!  - 
Oparła obie dłonie na biodrach. 

Armand podszedł do niej i zaczął delikatnie głaskać ją po 

ramieniu. 

 -  A  czemóż  by  nie?  Jeżeli  można  mieć  dość 

autentycznego,  to  po  co  używać  substytutów?  George  jest 
naprawdę  świetny  w  tym  kawałku.  Może  chciałabyś 
posłuchać... 

 -  Nie!  -  Ellen  potrząsnęła  głową,  próbując  jednocześnie 

nie  zwracać  uwagi  na  ciepło  dotykających  ją  dłoni.  Z 
dezaprobatą spojrzała na George'a. - Nie gniewaj się, ale wolę 
słuchać cię w filharmonii. Lepsza akustyka, rozumiesz. 

W  końcu  się  uśmiechnęła.  Nikt  z  przełożonych  jak  dotąd 

się  nie  pojawił,  a  pan  Elliot  Rosen  naprawdę  wyglądał  o 
dziesięć  lat  młodziej.  Żadne  lekarstwo  nie  było  w  stanie 
wywołać  na  jego  policzkach  takich  rumieńców,  jakie  miał 
teraz.  A  jej  niepokój  związany  ze  złamaniem  dyscypliny 
szpitalnej przesłoniło to, że Armand Dante okazał się czułym, 
myślącym... godnym jej miłości człowiekiem! 

 -  A  skoro  już  jesteśmy  przy  rzeczach  autentycznych  i 

cudownej  muzyce  -  szepnął  jej  do  ucha  Armand  -  co  byś 
powiedziała na krótkie sam na sam w wolnym gabinecie? 

 -  Uspokój  się.  -  Jej  twarz  pokryła  się  rumieńcem.  - 

George,  dziękuję,  że  przyszedłeś  ale,  choć  prawdopodobnie 
narażę  się  na  gniew  pana  Rosena,  zamierzam  was  stąd 
wygonić. 

Armand zrobił obrażoną minę. 
 -  Odesłani  bez  bisowania!  Myślisz,  George,  że  możemy 

się na to zgodzić? 

Młody 

skrzypek  podniósł  się  z  niewygodniego, 

szpitalnego krzesła i ze śmiechem potrząsnął głową. 

 -  To  będzie  interesujące,  gdy  zaczniemy  opowiadać,  jak 

spędziliśmy  sobotni  wieczór.  -  Z  sympatią  spojrzał  na 

background image

leżącego  w  łóżku  mężczyznę.  -  Dobranoc,  panu.  Było  nam 
bardzo miło. 

Elliot  skinął  głową  obu  muzykom  z  szerokim  uśmiechem 

na twarzy. 

Armand,  idąc  za  George'em,  chwycił  Ellen  za  rękę  i 

pociągnął za dyżurkę pielęgniarek. 

 - Jesteś na mnie zła? 
Ellen  zajrzała  mu  w  oczy  i  złość  ją  opuściła.  Jak  długo 

jeszcze będzie wzbudzał w niej te uczucia? - zastanawiała się. 
Pewnie  wkrótce  jej  serce  zacznie  bić  normalnym  rytmem  i 
będzie  mogła  spojrzeć  na  ich  związek  chłodnym  okiem,  ze 
spokojem  i  opanowaniem,  z  którego  była  znana.  Wkrótce... 
Pomyślała, całując maestro w same usta. 

Niezwykły  wieczór  muzyki,  śmiechu  i  zabawy  narobił 

zamieszania w całym szpitalu. 

Ellen  słyszała,  jak  mówiono  o  mej  w  pokojach 

pielęgniarek,  windach  i  przy  zatłoczonych  stolikach  cafeterii 
dla  personelu.  Ale  nie  miała  czasu,  by  się  nad  tym 
zastanawiać,  by  odczuwać  z  tego  powodu  zadowolenie  lub 
przeciwnie - złość, nie miała też głowy do tego by prostować 
wiele  nieprawdziwych  plotek,  które  powstały  w  związku  z 
koncertem,  gdyż  zaledwie  dwie  noce  później  jej  najmilsza 
przyjaciółka krótko po północy urodziła śliczną, ciemnowłosą 
dziewczynkę. 

Rick  Westin  nie  posiadał  się  z  radości.  Chwycił  Ellen  na 

ręce i krzyknął: 

 -  Udało  nam  się,  Ellen!  Udało!  Czy  nie  jest 

najpiękniejszym  dzieckiem,  jakie  kiedykolwiek  widziałaś? 
Ellen otarła łzy i przysunęła twarz do szyby oddzielającej ich 
od maleńkiej Kathleen Ellen Mary 

Westin.  Była  zachwycająca.  Drobna,  doskonała  i  piękna. 

Jej  własna  córka  chrzestna.  Jej  imienniczka!  Kiedy  tak 
patrzyła na dziecko, czuła narastające wzruszenie. 

background image

 - Cóż, to wszystko wyjaśnia. Gratulacje, Rick. 
Nie omyliła się. Ten głos, który usłyszała z tyłu wydał jej 

się  znajomy.  Odwróciła  twarz  w  stronę  Armanda  i  ujrzała 
ogromnego, biało - czarnego misia pandę. 

 - Och, Armandzie... 
 -  Następnym  razem,  kiedy  będziecie  obchodzić  jakąś 

uroczystość, chciałbym o tym wiedzieć! 

 -  Obiecuję  ci  to,  kochanie.  -  Ellen  objęła  go  w  pasie  i 

przytuliła  się  do  niego  lekko.  Była  zmęczona.  Całą  noc 
spędzili z Rickiem na czuwaniu przy Laurie. Nie mieli czasu 
zadzwonić do Armanda, nie mieli czasu na nic innego oprócz 
asystowania  przy  tym  cudownym  zdarzeniu,  które  miało  tu 
miejsce. 

 -  Jak  się  dowiedziałeś,  gdzie  nas  znaleźć?  -  zapytała 

Ellen. 

 - A jak sądzisz? 
Roześmiała się mimo znużenia, kiedy oboje równocześnie 

powiedzieli: 

 - Clarence. 
Drogi Clearence, zawsze troszczył się o nią, prawie, jak jej 

własny ojciec. Pewnie powiedział Armandowi, że nie wróciła 
jeszcze z wczorajszej zmiany. 

Obejmując ją, Armand  ponownie  zwrócił wzrok w stronę 

maleństwa,  które  z  zaciśniętymi  piąstkami  spało  teraz  w 
łóżeczku. 

 -  Jest  takie  wspaniałe  -  powiedział  miękko.  -  Gratuluję, 

tato. 

 -  Dziękuję,  Armandzie.  Prawda,  że  jest  doskonała?  A 

teraz idę ucałować moją drugą, cudowną dziewczynę. 

 - Nie przyszedłem tu z pustymi rękami, przyniosłem kilka 

rzeczy  dla  uczczenia  tej  okazji.  -  Wręczywszy  Rickowi 
ogromnego  misia,  Armand  wyjął  z  torby  butelkę  szampana. 
Potem  ich  oczom  ukazało  się  pudełko  doskonałych  cygar  i 

background image

buteleczka perfum. - Dla Laurie - wyjaśnił. Rick podziękował 
za  prezenty,  przesłał  dziecku  buziaka  i  poszedł  do  pokoju 
Laurie. 

 - A dla ciebie, najdroższa - Armand z miłością spojrzał w 

oczy  Ellen  -  wiadomość  od  Clarence'a.  Cała  twoja  rodzina, 
zaproszona przez rodziców Laurie, przyjedzie na chrzciny. 

Ellen  otworzyła  usta  ze  zdziwieniem.  Armand  delikatnie 

położył na nich dłoń. 

 -  Clarence  mówi,  że  zostaną  przez  kilka  dni,  żeby  się 

trochę rozejrzeć, a potem wrócą do Pensylwanii. 

 - Och, Armandzie. 
 -  Och,  Ellen  -  sparodiował  ją  żartobliwie  Armand,  a 

potem przypieczętował to westchnienie pocałunkiem. 

Hellen  i  John  Farrell  byli  prostymi,  uczciwymi  ludźmi, 

pełnymi  ciepła  i  miłości.  Rzadko  opuszczali  Pittsburgh, 
czasem  wybierali  się  tylko  do  centralnej  Pensylwanii,  gdzie 
się  urodzili.  Ellen  wiedziała,  że  rodzice  będą  całkowicie  nie 
przygotowani  na  wizytę  w  tak  wielkim  mieście,  jakim  był 
Waszyngton. 

 -  Ależ  kochanie...  dlaczego  karawan?  -  Helen  uścisnęła 

swą  najstarszą  córkę,  patrząc  ze  zdziwieniem  na  długi, 
błyszczący, czarny samochód, czekający na nich na  parkingu 
przed lotniskiem. 

John  Farrell,  wysoki,  barczysty  mężczyzna  o  jasnych, 

błękitnych  oczach,  ucałował  serdecznie  Ellen  i  spojrzał  na 
samochód. 

 -  To  nie  jest  karawan,  kochanie.  To  limuzyna,  prawda, 

El? - Mrugnął do niej porozumiewawczo. 

 -  Masz  rację,  tatusiu.  To  jest...  ona  należy  do  mojego 

przyjaciela,  który  pożyczył  mi  ją,  żebyście  nie  musieli 
wynajmować samochodu. 

 -  Ekstra!  -  wykrzyknął  siedzący  na  stercie  walizek 

Freddie Farrell. Miał jedenaście lat i odzywał się tylko wtedy, 

background image

kiedy  uznał,  że  coś  zasługiwało  na  to,  by  się  o  tym 
wypowiedział.  Na  przykład  limuzyna.  Cheryl  i  Karen, 
piętnastoletnie  bliźniaczki  zdawały  się  całkowicie  podzielać 
zdanie brata. 

 -  Ale  -  nalegała  Helen  -  czy  naprawdę  potrzebujemy  aż 

limuzyny, aby dostać się do twojego mieszkania? 

Wiedziała, że powinna uprzedzić ich przez telefon. Ale w 

ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  mieli  tak  mało  czasu.  Każdą 
wolną  chwilę  spędzali  w  szpitalu,  a  potem  już  w  domu 
Westinów  z  Laurie  i  jej  dzieckiem,  które  całkowicie  podbiło 
ich serca. Ellen stwierdziła, że Laurie niechybnie będzie miała 
co najmniej szóstkę. 

Właściwie  dopiero  teraz  Ellen  uświadomiła  sobie,  że 

powinna  była  przygotować  rodziców.  Zebrała  się  więc  na 
odwagę i powiedziała z uśmiechem. 

 - Mam dla was wszystkich niespodziankę. Zgadnijcie, co? 
 -  Niespodziankę?  -  Pani  Farrell  spojrzała  z  lekkim 

niepokojem. 

 -  Cóż,  moje  mieszkanie  jest  raczej  małe,  a  ponieważ  nie 

byłam  pewna,  ile  dzieci  przyjedzie  z  wami,  więc  ten  mój 
przyjaciel...  wiesz...  -  wskazała  w  kierunku  samochodu  i 
szybko podjęła dalej. - No więc... jego orkiestra... wynajmuje 
apartament  dla  gości  w  hotelu  Hilton,  a  ponieważ  teraz  stoi 
pusty,  stwierdziliśmy,  że  moglibyście  przez  ten  czas  w  nim 
zamieszkać. No. Wreszcie to z siebie wydusiła. 

 - Orkiestra? 
 - Apartament! 
 - Przyjaciel? 
 - Ellen! 
Wszyscy  przekrzykiwali  się  nawzajem,  ale  to  „Ellen!", 

które  powiedział  ojciec,  sprawiło,  że  szofer  uchylił  okno  i 
zapytał, czy wszystko w porządku. 

background image

 -  Tak,  tak,  Ernest,  dziękuję  -  odparła,  po  czym  szybko 

spojrzała  na  ojca.  -  Tato,  to  jest  całkiem  rozsądne.  W  moim 
mieszkaniu  dzieci  musiałyby  spać  na  podłodze i  byłoby  nam 
bardzo ciasno. Nawet kiedy mieszkałyśmy z Laurie, miałyśmy 
problem, by nie wchodzić sobie w drogę. Wszystko będzie w 
porządku  i  może  to  nawet  uatrakcyjni  wam  ten  pobyt.  -  Z 
czułością  uścisnęła  mamę.  -  Zaufajcie  mi.  -  Uśmiechnęła  się 
do siebie, gdy spostrzegła, że mówi tak, jak Armand. „Zaufaj 
mi." I zaufała mu, całym swoim sercem, całą duszą. 

 -  Dobrze,  Ellen  Mary  Farrell,  opowiedz  mi  o  tym 

przyjacielu.  Głos  ojca  był  uprzejmy,  ale  zarazem  surowy. 
Dojeżdżali do hotelu. 

Helen  Farrell  słuchała  głosu  swego  męża  i  zastanawiała 

się,  czy  on  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że  jego  dzieci  są  już 
zupełnie dorosłe. A co najmniej Ellen. Sądząc po minie Ellen, 
dziewczyna  myślała  o  tym  samym.  Ale  kochała  i  szanowała 
swego  ojca  tak bardzo,  że  nie  ośmieliłaby  się  robić  mu  jakiś 
uwag.  Jeszcze  bardziej  kochała  go  za  to,  że  tak  się  o  nią 
troszczył. 

 -  Nazywa  się  Armand  Dante,  tato.  Jest  wspaniałym 

człowiekiem.  Jestem  pewna,  że  wszyscy  go  polubicie.  - 
Spojrzała na matkę, szukając u niej wsparcia. 

 -  Armand  Dante!  -  Helen  wyprostowała  się.  -  Ellen, 

Armand Dante jest kimś... 

 - Racja! - Gęste brwi Johna Farrela zmarszczyły się. - Ja 

też słyszałem to nazwisko. Karen, Cheryl i Freddie przerwali 
rozmowę, by usłyszeć odpowiedź Ellen. 

 -  No  cóż,  mogliście  słyszeć.  Jest  dyrygentem.  Bardzo 

zresztą dobrym. 

 - Oczywiście, widziałam go w telewizji - z entuzjazmem 

oznajmiła Cheryl. 

background image

Helen  spojrzała  na  córkę.  A  więc  dlatego  Ellen  tak 

promieniała.  Teraz  zrozumiała:  jej  najstarsza  córka  była 
zakochana. Ze wzruszeniem dotknęła jej policzka. 

 -  Dyrygent  orkiestry  symfonicznej,  Ellen?  Ellen 

roześmiała się. 

 -  Wiem,  o  czym  myślisz,  mamo.  Co  taki  człowiek,  jak 

Armand robi z kimś, kogo wyrzucono z podrzędnego chóru? 

 -  Wcale  nie,  kochanie.  -  Jej  matka  uśmiechnęła  się 

łagodnie.  -  Jesteś  godna  każdego  mężczyzny.  Ale  Armand 
Dante... cóż, jest bardzo sławny. Postać publiczna. 

 -  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Czasem  jest  to  dosyć 

uciążliwe, przyznaję. Ale bardzo, bardzo go lubię, mamo. I to 
wynagradza mi nawet to, że czasem znajduję swoje nazwisko 
w kronice towarzyskiej lub... 

 - Co?! - Bliźniaczki całe zamieniły się w słuch. 
 - Jest bardzo znanym artystą i ci niemądrzy dziennikarze 

śledzą  każdy  jego  krok.  Odwracając  wzrok  od  zaskoczonych 
twarzy rodziców, Ellen wyjrzała przez okno. 

 - Patrzcie - pokazała ręką - prawie jesteśmy na miejscu! 
Limuzyna  zatrzymała  się  wolno  przed  wspaniałym 

hotelem i Ellen odetchnęła z ulgą. Trudno jej było rozmawiać 
o Armandzie. Nie należał do mężczyzn, o których można było 
opowiedzieć w trzech słowach. Może nawet cała wieczność by 
na to nie wystarczyła. 

Apartament  wydał  się  wszystkim  zachwycający.  Rząd 

okien, z których mieli widok na miasto, kryształowy żyrandol 
zawieszony  w  jadalni,  ogromny  telewizor  w  salonie,  a  także 
mały  basen  otoczony  lustrami  i  egzotycznymi  roślinami 
zapierały dech w piersiach. 

Helen  Farrell  opadła  na  jeden  z  pluszowych  foteli  i 

westchnęła. 

 - Ellen, kochanie, jak my zdołamy kiedykolwiek się za to 

odwdzięczyć? 

background image

Patrzyła  na  stojący  na  szklanym  stoliku  kosz  owoców  i 

chłodzącego  się  szampana.  Obok  pudełka  z  videokasetami 
leżały  bilety  na  koncerty  muzyki  symfonicznej,  na  koncerty 
Ricka i przedstawienia teatralne. Barek i lodówka były pełne, 
a  w  wazonach  stały  piękne,  świeże  kwiaty.  O  niczym  nie 
zapomniano. 

Ellen  musiała  przyznać,  że  myśl  o  odwdzięczeniu  się 

Armandowi  nawet  nie  powstała  w  jej  głowie.  Nie  było  takiej 
potrzeby.  Armand  tego  nie  oczekiwał.  Robił  to,  ponieważ  - 
pomyślała uśmiechając się do siebie - ponieważ ją kochał. 

 -  Odwdzięczyć  mu  się?  Nie  martw  się,  mamo.  On  nie 

myśli w ten sposób. Tata spojrzał na nią sceptycznie. 

 -  To  jaki  on  jest?  Kiedy  będziemy  mieli  możliwość 

poznać tego cudownego człowieka? 

 -  Jutro.  Dziś  cały  dzień  ma  próby,  ale  jutro  będzie  na 

chrzcinach. Kocha małą Kathleen prawie tak bardzo, jak ja. A 
ponieważ ma największe mieszkanie, przyjęcie odbędzie się u 
niego.  Mieszkanie  Ricka  i  Laurie  jest  małe,  a  moje  jeszcze 
mniejsze, więc zaproponował swoje... - Zdała sobie sprawę, że 
mówi  jak  katarynka,  ale  nie  mogła  się  powstrzymać. 
Potrząsnęła  głową.  -  Jutro!  Poznacie  się  jutro.  A  teraz,  czy 
ktoś ma ochotę popływać? 

Ellen nerwowo poprawiła nową, jasnoczerwoną, jedwabną 

sukienkę  i  wyprostowała  szeroki  kapelusz.  Denerwowało  ją, 
że  tłum  ludzi  napierał  na  nią  w  zatłoczonym  kościele,  ale 
postanowiła  się  tym  nie  przejmować.  Nie  dziś.  Cóż  za 
doborowe towarzystwo - pomyślała. Laurie i Rick, jej rodzice 
i Armand, który tak bardzo zaangażował się w organizację tej 
uroczystości. Wszyscy, którzy coś znaczyli w jej życiu. 

Laurie  podeszła  do  niej  i  podała  jej  śpiące  dziecko.  Ellen 

uśmiechnęła  się  do  jego  matki  i  spojrzała  na  niemowlę.  Z 
dumą zajęła miejsce obok księdza i chrzcielnicy. 

background image

Stojąc nieco  dalej, za kamiennym filarem, Armand  Dante 

z  uwagą  obserwował  ceremonię.  Jego  wzrok  przykuwała 
ubrana  w  jedwabną  suknię  śliczna  kobieta,  która  dziwnym 
trafem  zajęła  tak  ważne  miejsce  w  jego  życiu.  Nie  zdawał 
sobie  do  końca  sprawy  z  tego,  kiedy  i  jak  to  się  stało.  Po 
prostu tak się stało i już. I wiedział także, że jego życie nigdy 
nie będzie takie jak kiedyś. 

Poznał jej rodziców jeszcze przed kościołem i wiedział, że 

teraz  bacznie  go  obserwują,  zastanawiając  się,  kim  jest  ten 
mężczyzna, który zawładnął życiem ich najstarszej córki. John 
Farrell bardzo troszczył się o swoje dzieci, bez względu na to, 
ile  miały lat.  Armand  stwierdził  to  natychmiast,  gdy  spojrzał 
na starszego pana. Zapragnął nagle zapewnić tego mężczyznę, 
że  za  nic  w  świecie  nie  zraniłby  Ellen,  nie  zawiódłby  jej 
zaufania. Chce, by ona zgodziła się dzielić z nim życie, bo bez 
niej  nie  ma  ono  dla  niego  żadnej  wartości.  Hellen  i  John 
klęczeli  w  pierwszym  rzędzie  wraz  ze  swoimi  dziećmi, 
przyglądając  się  zgromadzonej  przy  ołtarzu  grupce.  Przed 
oczyma Helen pojawiły się wspomnienia chrztów jej własnych 
dzieci.  A  teraz  jej  Ellen,  dorosła  kobieta,  stała  trzymając  w 
ramionach dziecko. Oczy pani Farrell zwróciły się w kierunku 
mężczyzny,  który  nie  spuszczał  wzroku  z  jej  córki.  Ciemny, 
przystojny,  elegancko  ubrany  mężczyzna,  który pokochał  ich 
dziewczynkę.  W  to  nie  wątpiła.  Ale  życie  Armanda  Dantego 
zdawało się być oparte na innych wartościach, niż te, które tak 
bardzo  cenili  członkowie  rodziny  Farrellów.  I  to  właśnie 
przerażało  ją  i  jej  męża,  gdyż  stanowiło  to  zagrożenie 
szczęścia ich córki. 

Głośny  płacz  przebudzonego  niemowlęcia  z  powrotem 

przykuł  uwagę  wszystkich  zgromadzonych  w  małym 
westybulu ludzi. Ellen czule uspakajała małą. Czystym głosem 
złożyła przysięgę odpowiedzialności za Kathleen i powtarzała 
za księdzem słowa modlitwy. 

background image

Wszyscy  zgadzali  się,  że  mieszkanie  Armanda  było 

najodpowiedniejszym  miejscem  na  przyjęcie  na  cześć  małej 
Kathleen. 

John Farrell pomyślał ze zdumieniem, że cały apartament 

zajmował większą powierzchnię niż farma, gdzie się urodził. 

Największy  pokój  jaśniał  słonecznym  blaskiem,  który 

wpadał  przez  wysokie  na  trzy  metry  okno.  Na  ogromnym 
fortepianie  leżały  kolorowe  zapakowane  prezenty  dla 
Kathleen.  Sterta  podarków  rosła,  w  miarę,  jak  przybywali 
nowi  goście.  Cicha  muzyka,  stanowiła  doskonałe  tło  dla 
toczących się rozmów. 

 -  Armand,  wszystko  jest  wspaniale  -  szepnęła  Laurie  i 

pocałowała go z wdzięcznością w policzek. 

 -  Ach,  nasza  śliczna  mama.  Czyżbym  w  końcu 

przeciągnął cię na swoją stronę? 

 -  Co  masz  na  myśli?  -  Laurie  obrzuciła  go  niepewnym 

spojrzeniem. Armand uśmiechnął się uspakajająco. 

 -  Nie  denerwuj  się,  Laurie.  Chodziło  mi  o  to,  że  zawsze 

byłaś  bardzo,  nazwijmy  to,  „ostrożna"  w  ocenie  mojej 
znajomości z Ellen. 

Przez  moment  Laurie  nie  odpowiedziała,  w  końcu 

spojrzała na niego z powagą. 

 -  Tak,  Armandzie,  to  prawda.  Ciągłe  jeszcze  trochę 

jestem.  To  dlatego,  że  jesteś  tym,  kim  jesteś  -  wspaniałym, 
kochającym  mężczyzną,  ale  należącym  do  całkiem  innego 
świata niż ja czy Ellen. -  

.  Strzepnęła  jakiś  pyłek  ze  swej  sukienki,  przymknęła  na 

moment oczy, a potem mówiła dalej. - Wiem jednak, że twoje 
uczucia  do  Ellen  są  szczere.  Na  początku  nie  byłam  tego 
pewna, ale teraz wiem, że Ellen może ci zaufać. 

 -  Masz  wątpliwości,  czy  mogłaby  prowadzić  mój  styl 

życia, o to chodzi? - zapytał miękko. 

 - Albo ty jej, Armandzie. Bardzo różnicie się do siebie. 

background image

Armand  długo  patrzył  na  najlepszą  przyjaciółkę  Ellen, 

wiedząc,  że  to,  co  powiedziała,  było  absolutną  prawdą.  Ale 
wierzył, że te różnice nigdy nie mogłyby znacząco zaważyć na 
ich życiu. Nigdy me zraniłby Ellen, a więc  mogła powierzyć 
mu swe szczęście. 

 -  A,  tu  jesteście.  -  Ellen  weszła  do  kuchni,  gdzie 

rozmawiali.  -  Kathleen  jest  głodna,  Laurie.  Wszyscy  jedzą, 
oprócz  niej.  A  ty,  Armandzie  -  uśmiechnęła  się,  ujmując  go 
pod  ramię  -  jesteś  proszony  na  salę.  Wszyscy  pragną  poznać 
uroczego gospodarza. 

Zaprowadziła  go  do  dużego  pokoju,  gdzie  zebrali  się 

goście. 

Patrzyła  na  swego  ojca  i  mogła  niemalże  czytać  w  jego 

myślach. Początkowo stał cicho koło fortepianu, przyglądając 
się  Armandowi  z  uwagą.  Potem  zdecydowanie  podszedł  do 
niego, po czym obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i Ellen 
była  świadkiem  tego,  jak  jej  ukochany  wzięty  został  w 
krzyżowy  ogień  pytań,  jakich  nie  zadawał  mu  nigdy 
najśmielszy nawet reporter. 

 -  Więc  Armandzie,  jest  pan  dobrym  znajomym  mojej 

córki?  -  Głos  Johna  Farrella  brzmiał  przyjacielsko.  Armand 
spojrzał  starszemu  panu  prosto  w  oczy.  Były  tak  jasne  i 
uczciwe jak oczy Ellen. 

 -  Tak.  Znamy  się  dobrze.  Myślę,  że  Ellen  jest 

najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. 

 -  To  prawda.  Ellen  jest  uczciwą  i  mądrą  dziewczyną. 

Łatwo poznać, co myśli. To, czego oczekuje od życia jest tak 
jasne i proste, jak nos na pana twarzy. - Przerwał, czekając na 
komentarz  Armanda,  ale  ten  milczał.  -  Praca  pielęgniarki, 
pomaganie  ludziom.  Rodzenie  dzieci.  El  uwielbia  dzieci, 
zawsze je lubiła. Pracowała jako baby - sitter w sąsiedztwie i 
bardzo kochała tę pracę. 

background image

 -  Niewiele  jest  rzeczy,  w  których  nie  byłaby  dobra  - 

uśmiechnął  się  Armand.  -  Jest  naprawdę  wyjątkową 
dziewczyną. 

 - Tak. 
 - Kocham pańską córkę, panie Farrell. 
 - Wiem. Widać to po sposobie, w jaki pan na nią patrzy. I 

-  powiedział  z  westchnieniem  -  jeśli  się  nie  mylę,  ona  także 
pana kocha. 

 -  Mam  taką  nadzieję.  -  Armand  mówił  opanowanym 

głosem, ale jego ręce drżały] Ta rozmowa była trudniejsza, niż 
jakikolwiek koncert, który prowadził. - Panie Farrell... - zaczął 
mówić, ale ten przerwał mu w połowie. 

 - Lepiej, jeśli będzie pan mi mówić John. Wygląda na to, 

że będziemy musieli lepiej się poznać. 

 - Dziękuję, John. 
 -  Nie  ma  sprawy,  Armandzie.  Armand!  -  John  Farrell 

potrząsnął głową. - Nigdy by mi to nie przyszło do głowy. 

 -  Twoja  córka  także  miała  na  początku  kłopot  z  moim 

imieniem  -  roześmiał  się  Armand  szczerym,  głośnym 
śmiechem, który wzbudził sympatię pana Farrella. 

 -  Cóż,  jeśli  ona  dała  sobie  z  nim  radę,  to  może  reszta 

pójdzie już łatwiej. 

 - Zrobię wszystko, żeby jej to umożliwić, John. Bardzo ją 

kocham! 

Później,  kiedy  wrócili  już  do  hotelu,  John  Farrell 

odciągnął córkę na bok. 

 - Nie miałabyś ochoty przejść się ze mną troszeczkę, El? 
 -  Z  przyjemnością,  tatku  -  odpowiedziała,  biorąc  go  pod 

rękę. 

Wolno  spacerowali  wokół  budynku,  ciesząc  się  swoją 

obecnością. Ellen odezwała się pierwsza. 

 - I co? Co o nim myślisz, tato? 
 - Szczerze, Ellen? - Tak. 

background image

 -  Cóż,  myślę,  że  jest  utalentowany,  inteligentny, 

wrażliwy.  Prawdopodobnie  jest  wspaniałym  mężczyzną,  El. 
Myślę  jednak,  że  jest  między  wami  wiele  różnic.  Wasze 
dążenia, oczekiwania i doświadczenia 

są  całkiem rozbieżne.  Jego życie z  pewnością  jest  równie 

trudne  jak  podniecające.  Czy  umiałabyś  prowadzić  takie 
życie? 

 -  Nie  wiem,  tato  -  szepnęła,  nie  potrafiąc  zdobyć  się  na 

kłamstwo.  -  Tak  myślę!  Chcę  tego  spróbować,  bo  bardzo, 
bardzo go kocham. - Objęła ojca i przytuliła policzek do jego 
ramienia.  -  Tato,  czy  myślisz,  że  mogłabym  spróbować? Czy 
powinnam? 

Pan  Farrell  przytulił  do  siebie  swoją  dorosłą  córkę,  która 

ciągle pozostawała dla niego małą dziewczynką. 

 -  Żałuję,  że  nie  mogę  ci  dać  jakiejś  prostej  odpowiedzi. 

Ale  tylko  ty  możesz  to  wiedzieć.  Tylko  twoje  serce  zna 
odpowiedź na to pytanie. 

background image

Rozdział 8 
Mam  zamiar  porwać  cię  na  ten  weekend,  Armandzie! 

Mamy dla siebie dwa, prawie trzy dni! 

 -  Ellen  z  podnieceniem  ściskała  słuchawkę.  Jej  oczy 

błyszczały. 

 - Należę do ciebie! - Gdy to mówił, poczuł, jak ogarnia go 

pożądanie. - Słuchaj, mam wspaniały pomysł... 

 - Armand... 
 - Posłuchaj. Nie mam w ten weekend żadnych koncertów, 

a  ty  potrzebujesz  wypoczynku.  Zbyt  wiele  zajęć  miałaś  w 
ciągu ostatnich tygodni: praca, dziecko Laurie, rodzina. Znam 
wspaniały sposób, by zwolnić tempo. 

 - Armand, dzień, w którym zwolnisz tempo mojego życia, 

będzie ostatnim dniem, w... 

 -  Ellen!  -  zażartował  Armand.  -  Mówisz  jak  mniszka!  A 

teraz posłuchaj mnie przez chwilę, mój skarbie. Zapowiadają 
na najbliższe dni cudowną pogodę, słoneczne niebo, ciepłe dni 
i noce... Weźmiemy jacht i wypłyniemy na pełny ocean. - Jego 
cichy zazwyczaj głos brzmiał teraz głośno. - Thomas i reszta 
załogi  za  kilka  chwil  mogliby  być  gotowi.  Musieliby  tylko 
kupić  coś  do  jedzenia,  zamówić  kwiaty  i  oczywiście 
odświeżyć  łóżka,  ale  to  nie  powinno  trwać  długo.  Będzie 
cudownie! 

 - Załoga? - Ellen przez moment poczuła się zagubiona. Jej 

glos zabrzmiał jak szept w ogromnym pokoju. 

 -  Tak,  kapitan  i  pięciu  marynarzy.  Henri  ma  dwóch  do 

pomocy w kuchni. Ale to tak, jakbyśmy byli tam sami. A o tej 
porze roku ocean jest cudowny. Księżyc jest niewiarygodny, a 
niebo w samo południe ma kolor twoich oczu. 

 - Armand, nie! 
 -  Dlaczego  nie?  Co  się  stało,  Ellen?  -  W  jego  głosie 

wyraźnie słychać było rozczarowanie. - Choroba morska, o to 
chodzi? Zajmiemy się tym. 

background image

 - Nie, Armandzie, nie choruję na chorobę morską. 
 - Dobrze. A zatem wyjeżdżamy za parę godzin? 
 - Nie, Armand, zaczekaj. Posłuchaj  mnie, proszę.  - Ellen 

zmarszczyła brwi. Wszystko zaczynało się od nowa, ale Ellen 
musiała  mu  wyjaśnić,  o  co  jej  chodzi.  -  Armandzie,  przez 
ostatnie tygodnie byłeś dla mnie taki dobry. Wszystkie twoje 
gesty  w  stosunku  do  mojej  rodziny,  Laurie  i  Ricka  oraz  ich 
dziecka  były  po  prostu  nadzwyczajne.  A  dla  mnie  byłeś 
najlepszy.  Gościłeś  mnie,  bawiłeś,  wciągałeś  mnie  w  cały 
swój nieprawdopodobny świat z siłą tornada! 

 - Po prostu sam chciałem to robić. - Armand uśmiechnął 

się z zadowoleniem. 

 -  Wiem.  Ale  teraz  nadeszła  moja  kolej.  Teraz  j  a  chcę 

zrobić ci przyjemność! 

 -  Ależ  robisz  mi  ją,  kochanie,  w  każdej  chwili,  kiedy  ze 

mną jesteś! Jej serce zabiło szybciej. Czym zasłużyła sobie na 
tyle szczęścia? 

 - Dziękuję. Ale poczekaj chwilę. Zadzwoniłam do ciebie, 

więc ja będę mówić. Ja chcę zaplanować dla nas te dwa dni i 
to  w  najdrobniejszych  szczegółach.  Mam  zamiar  zabrać  cię 
nad ocean i pokazać, jak j a lubię spędzać czas. Chcę podzielić 
się  z  tobą światem, który znam, który kocham i  rozumiem. - 
Przerwała  na  chwilę,  a  potem  dodała  cicho:  -  Wierz  mi  lub 
nie,  ale  nie  mam  zwyczaju  pływać  po  oceanie  jachtem  z 
załogą. 

 -  Ale  to  jest  takie  piękne.  Jestem  pewien,  że  byłabyś 

zachwycona. 

Do  diabła,  zaczynał  być  trudny.  Oczywiście,  że  byłaby 

zachwycona...  żeglując  z  nim,  otoczona  luksusem  i 
życzliwymi  ludźmi.  Ale  nie  tym  razem.  Nie,  zależało  jej  na 
tym, aby tym razem zrobili to, co ona zaplanuje. 

 - Wiem o tym, że bym była - powiedziała w końcu. - Ale 

nie  w  ten  weekend.  On  należy  do  mnie,  Armandzie,  i  chcę 

background image

zaplanować  dla  ciebie  każdą  jego  sekundę.  Chcę,  żeby  z 
zachwytu zaparło ci dech. 

 - Już to zrobiłaś, Ellen - powiedział miękko. 
 -  Może  oboje  zrobiliśmy  to  sobie  nawzajem.  Ale  ja 

mówię poważnie. - Ellen ostrożnie dobierała następne słowa. - 
Twoja  propozycja  brzmi  romantycznie  i  zachęcająco,  ale 
nadszedł  czas,  żebyś  zobaczył  mnie  w  moim  własnym 
świecie,  zobaczył,  jak  sobie  radzę,  gdy  muszę  wyrwać  się  z 
miasta,  odpocząć.  Nadszedł  czas,  Maestro,  abyś  dowiedział 
się, jak żyją inni ludzie. 

Armand milczał, a w myślach zabrzmiały mu słowa, które 

powiedziała Laurie i John Farrell. Och, dokładnie wiedział, o 
co  chodziło  Ellen.  Badała  grunt,  sprawdzała,  jak  on  będzie 
pasował do jej świata. 

Armand  potrząsnął  głową  i  uśmiechnął  się  do  siebie,  a 

miłość  do  Ellen  wypełniała  mu  serce.  Dla  tej  kobiety 
przeszedłby  nawet  przez  ucho'  igielne,  jeśli  mogłoby  to  ją 
uszczęśliwić. Kiedy się odezwał, jego głos był pełen miłości. 

 - Planuj, co chcesz, kochanie, a ja się zjawię, kiedy tylko 

sobie zażyczysz. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. 

Niespełna  dwie  godziny  później  Ellen  zaparkowała 

wypełniony  po  sam  dach  samochód  przed  eleganckim' 
budynkiem, w którym mieszkał Armand. Szybko pobiegła na 
górę, by zabrać swój najcenniejszy skarb. 

Uśmiechnęła  się  do  siebie  z  zadowoleniem.  Będzie 

wspaniale!  Romantycznie.  Intymnie.  Tylko  ich  dwoje,  ocean, 
cichość plaży... Raj! 

Ale  gdzie  Armand?  Mrużąc  oczy  od  słońca,  spojrzała  w 

stronę  drzwi  wejściowych,  w  których  miała  nadzieję  go 
ujrzeć.  Ale  to  nie  on  był  osobą,  która  schodziła  właśnie  po 
schodach. Ellen cofnęła się gwałtownie, by uniknąć zderzenia 
z  elegancko  ubraną  kobietą,  która  wybiegła  z  budynku.  Jej 
usta były zaciśnięte, a w oczach malowała się złość. 

background image

Ellen 

ze 

zdziwieniem 

patrzyła 

za  nieznajomą. 

Odprowadziła  ją  wzrokiem  aż  do  żółtego,  sportowego 
samochodu  stojącego  przy  krawężniku.  Nieznajoma  z 
pośpiechem włączyła silnik, wrzuciła bieg i, nie oglądając się 
za siebie, ostro ruszyła. 

Ellen ponownie spojrzała na drzwi. 
Armand z zaciśniętymi pięściami stał u szczytu schodów. 

Patrzył za odjeżdżającym samochodem. 

 - Armand... Przerzucił na nią spojrzenie. 
 -  Ellen!  Kochanie!  -  Zbiegł  ze  schodów  i  ujął  ją  w 

ramiona. 

Ellen  poczuła,  jak  jego  mięśnie  rozluźniają  się.  Spojrzała 

w nieprzeniknioną czerń oczu. 

 - Nawet chodniki stają się niebezpieczne! - zażartowała. - 

Kim  była  ta  kobieta?  Twoja  przyjaciółka?  Nie  wyglądała  na 
bardzo szczęśliwą. 

 -  Nie,  nie  jest  moją  przyjaciółką.  Po  prostu  kimś,  kogo 

kiedyś znałem i kto próbuje odgrzebywać stare sprawy. - Głos 
Armanda był opanowany, nie dający żadnych wskazówek. 

Ellen  cierpliwie  czekała  na  dalsze  wyjaśnienia,  ale  te  nie 

nastąpiły. 

 - Jakie sprawy? - spytała więc po chwili. 
 - Nic poważnego - odpowiedział miękko, zaglądając jej w 

oczy. - Powiedziałem jej, że gra jest już skończona i że nie ma 
czego tu szukać. 

Czule  pocałował  Ellen,  a  potem  posłał  jej  swój 

zniewalający uśmiech. 

 -  No,  jestem  do  twojej  dyspozycji.  Rób  ze  mną,  co 

uważasz  za  stosowne!  Nie  można  było  się  oprzeć  temu 
mężczyźnie. 

Wymieniając uśmiechy, poszli do samochodu dziewczyny. 

Tym  razem  ona  zajęła  miejsce  za  kierownicą.  Jednym 
spojrzeniem  Armand  objął  kijki,  żerdzie  i  płachty 

background image

nieprzemakalnego  nylonu  zgromadzone  na  tylnym  siedzeniu, 
a  także  leżące  na  nich  zwinięte  śpiwory,  siatki  i  koszyki  z 
jedzeniem. 

 -  Czy  jesteś  pewna,  że  ja  się  tu  jeszcze  zmieszczę?  - 

zapytał ze śmiechem. 

 - Jeśli nie, zostawię to wszystko na środku ulicy. Pan jest 

wszystkim, czego pragnę! 

 -  Nie  popadaj  w  melodramatyczny  ton  -  skarcił  ją 

żartobliwie, ale jego ciemna twarz wyrażała zadowolenie. Bez 
słowa, pokornie wcisnął się pomiędzy wypełniony pieczywem 
wiklinowy kosz a drzwi samochodu. 

 - Gotowy? 
Armand  odwrócił  się  i  spojrzał  na  Ellen,  obejmując 

wzrokiem całą jej postać. Włosy miała związane z tylu głowy 
błękitną  wstążką.  Ubrana  była  w  niebieskie  dżinsy  i 
bawełnianą koszulkę z podwiniętymi rękawami. 

 -  Ellen,  jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 

widziałem  -  powiedział  w  końcu  swym  niskim,  głębokim 
głosem. 

Ellen  roześmiała  się  nerwowo,  rumieniąc  się  pod 

wpływem jego wzroku. 

 -  Wielkie  dzięki  -  zdołała  z  siebie  wydusić,  wdychając 

chłodne  powietrze,  które  wpadało  przez  otwarte  okna 
samochodu. 

Zamilkli, delektując się wzajemną bliskością. 
 -  Dokąd  jedziemy?  -  zapytał  wreszcie  Armand,  kiedy 

wyjechali z miasta. 

 - Zaufaj mi. - Ellen uśmiechnęła się przekornie. 
 - Och, zaufałem ci całym swoim życiem - odpowiedział. - 

Ale  czułbym  się  znacznie  lepiej,  gdybym  wiedział,  dokąd  to 
życie teraz zmierza. 

 - Na północ, a potem na północny wschód. 

background image

 - Co z pewnością doprowadzi nas gdzieś na środek Zatoki 

- dociekał głośno. 

 -  Błąd,  Maestro.  Mamy  przejechać  przez  most  w 

Annapolis,  a  potem  dotrzeć  nad  ocean.  Wielokrotnie 
przemierzałam  tę  drogę,  odkąd  zaczęłam  pracować  w 
Waszyngtonie. 

Ellen  zaczęła  snuć  wspomnienia  i  Armand  przysunął  się, 

by  lepiej  słyszeć.  Kosz  z  pieczywem  znalazł  się  na  jego 
kolanach. 

 -  Znam  dobrze  to  miejsce  -  zaczęła  z  nieśmiałym 

uśmiechem.  -  Wielokrotnie  przyjeżdżaliśmy  tu  całą  rodziną, 
gdy 

byłam 

jeszcze 

dzieckiem. 

Kiedy 

się 

tu 

przeprowadziliśmy, niejako odkryłam je na nowo. Kocham je. 
Jest  urocze,  świeże  i  nieskomplikowane.  A  magia  oceanu 
zawsze  ucisza  moje  troski  i  nadaje  wszystkiemu  właściwy 
wymiar. 

Armand  nie  przerywał.  W  tej  chwili  przyszło  mu  do 

głowy, że tak gwałtownie wciągnął ją we własne życie, że nie 
miał nawet czasu, by poznać dobrze jej prywatny świat. Mógł 
przegapić ten moment. Podczas, gdy samochód pędził wzdłuż 
wschodniego  wybrzeża,  mijając  konne  bryczki,  prawie  tak 
liczne  jak  samochody,  przejeżdżając  przez  pachnące  lasy  i 
uprawne pola, przyrzekł sobie nigdy więcej nie popełniać tego 
błędu. 

 -  Jesteśmy  na  miejscu.  -  Ellen  podjechała  na  mały, 

publiczny  parking  i  wyciągnęła  ramiona  na  tyle,  na  ile 
pozwalała na to wysokość samochodu. 

 -  Gdzie?  -  Armand  uniósł  się,  zmieniając  niewygodną 

pozycję,  w  jakiej  zmuszony  był  cały  czas  siedzieć.  Ciekawie 
wyjrzał  przez  okno.  Rozciągały  się  za  nim  nieprzeniknione 
ciemności. Tu? 

Ellen posłała mu uszczęśliwiony uśmiech. 
 - Dostaniesz to, co widzisz. 

background image

 - Ale, cara mia - ze zdumieniem uniósł ciemną brew - ja 

nic nie widzę. 

 - Więc słuchaj! 
Nocne powietrze rozbrzmiewało szumem oceanu. 
Armand otworzył drzwiczki i z ulgą wysiadł z samochodu. 

Ellen  sięgnęła  przez  siedzenie  i  wyjęła  z  bocznej  kieszeni 
latarkę. 

 - Proszę. - Wręczyła ją Armandowi. - Rozejrzyj się. I jeśli 

to  nie  jest  najwytworniejszy  hotelowy  pokój,  w  jakim 
kiedykolwiek mieszkałeś, to nie chcę o tym słyszeć! 

 - Z pewnością jest największy - zamruczał Armand, kiedy 

jej słowa dotarły do jego zaspanego umysłu. - Czy będziemy 
tu spali? 

Ellen  objęła  go  i  wdychając  ożywcze  morskie  powietrze, 

powiedziała: 

 -  Tak,  mój  drogi  Maestro.  A  nad  nami  będzie 

rozgwieżdżone niebo. 

Ich  oczy  przywykły  już  do  ciemności  i  mogli  rozróżnić 

poszczególne  kształty.  Trzymając  się  za  ręce,  ruszyli  po 
piaszczystej plaży. 

 - No i co? Jak ci, się podoba? - zapytała w końcu Ellen. 
 -  Myślę,  najdroższa,  że  jest  to  wspaniały  hotel,  cudowna 

plaża,  a  ty...  -  przyciągnął  ją  do  siebie  i  wsunął  dłonie  pod 
flanelową koszulę, którą narzuciła na siebie zaraz po wyjściu z 
samochodu.  -  Ty  jesteś  najbardziej  zachwycająca  ze 
wszystkiego!  Chodź  tutaj!  -  krzyknął,  kiedy  wyśliznęła  się  z 
jego ramion i pobiegła do przodu. 

 - O nie! Najpierw musimy rozstawić namiot! 
 - Co? Chodź do mnie. Chcę się z tobą kochać. 
 -  Najpierw  obowiązek,  a  potem  przyjemność!  -  To 

mówiąc, pobiegła po piaszczystej plaży w stronę samochodu. 

Przy  pomocy  jednej  latarki  i  światła  księżyca  znaleźli 

niewielkie, zasłonięte wydmami schronienie. Armand pomógł 

background image

Ellen  rozłożyć  mały,  nylonowy  namiot.  Kiedy  wsunął  się  do 
środka, próbując przekonać samego siebie, że to naprawdę był 
wspaniały  pomysł,  Ellen  zajęła  się  sortowaniem  zapasów 
żywności, którą przyniosła z samochodu. 

 -  Armand?  -  zawołała  przez  malutkie  okienko.  -  Chodź, 

mam coś dla ciebie. 

 -  Myślę,  że  mieliśmy  już  wystarczająco  dużo 

niespodzianek  jak  na  jeden  dzień  -  mruknął  z 
niezadowoleniem. Ale ciekawość wzięła górę i wysunął głowę 
z namiotu. 

Ellen  siedziała  przy  małym  ognisku,  dookoła  którego 

ułożyła  drobne  kamienie.  Obok  niej  stał  talerz,  na  nim 
krakersy i ser, a jeszcze dalej butelka szampana chłodziła się 
w  zimnym  piasku.  Wskazała  ręką  kieliszki.  -  Masz  ochotę 
przekąsić coś przed snem? 

W  oczach  dziewczyny  odbijał  się  blask  ogniska,  dodając 

im  tajemniczości.  Armand  usiadł  na  miękkim  piasku  i 
przyciągnął Ellen do siebie. 

 - Jestem głodny, ale kanapki nie zaspokoją mego głodu - 

wyszeptał,  całując  pulsujący  punkt  na  jej  skroni.  Jego  wargi 
wolno przesunęły się w stronę jej powiek, a potem policzków. 
Kiedy dotarły do ust, Armand zatrzymał się i szeptem wyznał 
jej miłość. Ellen oddała pocałunek. 

Kochali  się  pod  rozgwieżdżonym  niebem,  aż  zmęczeni 

miłością zasnęli w jednym śpiworze obok pustego namiotu. 

 -  Jak  ci  się  spało?  -  spytała  Ellen,  smażąc  jajka  na 

śniadanie.  -  Całą  noc  kręciłeś  się  i  mówiłeś  przez  sen.  Coś 
jakby: „weź ten pasek". 

Armand wstał, przeciągnął się, ziewając szeroko. 
 - Pewnie to było: „weź ten piasek". Jestem pewien, że w 

naszym  śpiworze  było  co  najmniej  pół  plaży.  Śmiech  Ellen 
odbił się echem od wydm. 

background image

 -  Książę  na  ziarnku  grochu,  tak?  Ja  nie  czułam  żadnego 

piasku. 

Pochyliła się nad patelnią i za chwilę w powietrzu rozniósł 

się  zapach  smażonej  na  boczku  jajecznicy.  Podawszy  talerz 
Armandowi, dziewczyna położyła się obok na piasku. 

 -  Morskie  powietrze  działa  na  mnie  jak  narkotyk. 

Sprawia,  że  śpię  jak  dziecko.  Armand  przerwał  jedzenie  i  z 
czułością pocałował ją w ramię. 

 - A ja myślałem, że to dzięki mnie tak dobrze spałaś. 
 - Och, to także. Z całą pewnością masz korzystny wpływ 

na mój sen. 

 -  To  dobrze.  To  jeden  z  moich  głównych  atutów.  - 

Armand  podziwiał  jak  ładnie  wyglądała  w  blasku  słońca.  - 
Jestem  z  tobą  bardzo  szczęśliwy.  Szczęśliwszy  niż 
kiedykolwiek. 

 -  To  magia  tego  miejsca  -  odpowiedziała  mu  z 

uśmiechem. 

 - To twoja magia, kochanie. - Wstał, wytrząsnął piasek z 

sandałów  i  podał  jej  rękę.  -  Co  przewidziałaś  dla  nas  na 
dzisiejszy dzień? Czy mam znaleźć jakąś łódkę do wynajęcia? 
Czy może wolałabyś jeździć samochodem wzdłuż wybrzeża? 
Albo...  -  uśmiechnął  się  z  przesadną  zmysłowością.  -  Może, 
jak mówią tubylcy, poturlamy się w piasku? 

Ellen ze śmiechem wysunęła się z jego objęć. 
 - Nic z tych rzeczy. Pan, Maestro, pomoże mi teraz złapać 

nasz  dzisiejszy  obiad.  Szybko  przysypała  piaskiem  ognisko, 
pozmywała naczynia i poszła do samochodu. 

Armand  był  zdumiony  ilością  i  różnorodnością  rzeczy, 

jakie Ellen stamtąd wyciągnęła i rozłożyła na plaży. Były tam 
plastikowe kubły, małe siatki do łowienia ryb, cały asortyment 
wędek  i  kilka  okrągłych  opakowań  soli.  Armand  posłusznie 
niósł  za  Ellen  pakunki  i  wędki.  Doszli  do  miejsca,  gdzie 

background image

półwysep  zwężał  się  i  gdzie  uzbrojeni  w  wędki  i  siedzi  stali 
rzędem rybacy. 

 -  Armand,  zdumiewasz  mnie  -  powiedziała  Ellen,  stając 

na dużym, wchodzącym w morze głazie. 

 - Czy myślałaś, że rozpuszczę się w wodzie? 
 -  Nie,  nie  to  miałam  na  myśli.  -  Roześmiała  się.  -  Ślepo 

robisz  wszystko,  o  co  poproszę.  Nie  masz  pojęcia,  co  się  z 
tobą  dzieje,  ale  wypełniasz  wszystko  bez  wahania.  Skąd  tyle 
ufności! 

 - Zaufanie to podstawa. 
Nagle 

Ellen 

przypomniała 

sobie  kobietę,  która 

poprzedniego dnia w takim pośpiechu opuszczała mieszkanie 
Armanda  i  już  miała  zapytać  o  nią,  lecz  powstrzymała  się  w 
ostatniej  chwili.  Nie,  nie  może  ingerować  w  jego  prywatne 
sprawy. Musi mu zaufać. Po prostu musi. 

 -  Masz  rację.  -  Zrzuciwszy  na  ziemię  bagaż,  który  miała 

ze  sobą,  ujęła  mężczyznę  za  ramię.  -  Widzisz  tego  faceta?  - 
Wskazała ręką na brodzącego w płytkiej wodzie rybaka, który 
trzymał w jednej ręce długą wędkę, w drugiej zaś plastikowe 
wiaderko. - Złowił już kilka sztuk, ale jeśli zaczniemy teraz, to 
do południa schwytamy więcej krabów, niż zdołamy zjeść. 

Tak też zrobili. Ich połów był tak obfity, że wystarczył, by 

zaspokoić  zaostrzone  przez  przebywanie  na  świeżym 
powietrzu apetyty. 

Wieczór spędzili przy ognisku, podziwiając zachód słońca 

i  patrząc  na  rybaków  w  oddali.  Armand  leżał  obok  Ellen  z 
głową  opartą  na  jej  nogach  i  jak  mały  chłopiec  rysował  na 
piasku serca. 

 -  A.D.  kocha  E.F.  -  Uśmiechnął  się.  -  E.F.  kocha  A.D., 

tak?  -  Dorysował  strzałę  przebijającą  serce  i  oparł  policzek  o 
pachnącą  słońcem  skórę  jej  uda.  -  Naprawdę  kocham  cię, 
Ellen. Chciałbym o tym powiedzieć całemu światu! 

background image

 -  Mam  wrażenie,  że  cały  świat  już  o  tym  wie  -  wyrwało 

się  Ellen,  zanim  zdążyła  pomyśleć,  co  mówi.  Armand  uniósł 
się i spojrzał w jej błękitne oczy. 

 - Naprawdę się tym przejmujesz? 
Potrząsnęła głową, próbując zbagatelizować całą sprawę. 
 - Troszeczkę. 
 - Ale kochasz mnie, tak? 
 -  Oczywiście,  że  tak!  -  Kochać  go?  Te  słowa  nie 

oddawały w pełni uczucia, które przepełniało jej serce i duszę. 
Oczywiście, że go kochała. Bez reszty, aż do bólu. - Gdybym 
cię nie kochała, nie byłoby mnie dziś tutaj. 

 -  Skoro  tak,  to  czego  się  obawiasz?  -  Armand  objął  ją  i 

przyciągnął do siebie. 

 -  To  nie  jest  obawa...  -  zaczęła,  ale  przerwała  w  pół 

zdania.  Nie  wiedziała,  jak  opisać  mu  niepewność,  która 
nieustannie ją dręczyła. 

 - A co to jest, kochanie? Powiedz mi, czemu się wahasz? 
Delikatnie  pocałował  ją  w  szyję,  a  Ellen  doszła  do 

wniosku,  że  w  jego  ramionach  czuje  się  bezpiecznie  i  żadne 
obawy nie mają znaczenia. Bez słowa przycisnęła policzek do 
jego twarzy, rozkoszując się dotykiem szorstkiego zarostu. 

Siedzieli tak nic nie mówiąc, a jedynymi ich towarzyszami 

były  gwiazdy  i  szum  oceanu.  Długie  milczenie  przerwał 
Armand. 

 - Ellen, czy to mój tryb życia cię przeraża? 
Dziewczyna  nabrała  garść  piasku  i  wolno  przepuściła  go 

przez palce. 

 - Wydaje mi się, że w pewien sposób tak. Tak dobrze jest, 

kiedy  możemy  tu  sobie  być  sami,  bez  reporterów,  tłumu 
wielbicieli i ludzi, którzy czegoś od ciebie oczekują! 

 -  Wiem  o  tym.  Sam  czuję  podobnie.  -  Splótł  palce 

obejmując w talii Ellen. - Ale zawsze przecież możemy uciec 
od tego wszystkiego. 

background image

 -  Uciec...  Może  to  właśnie  mnie  przeraża.  Zawsze 

będziemy uciekać, żeby móc być tylko we dwoje. 

 - Nie - powiedział ciepłym, niskim głosem. - Każdy dziś 

musi  to  robić.  Czyż  nie  uciekałaś  przed  czymś,  kiedy 
poznałem  cię  na  autostradzie?  Pogoń  za  samotnością,  za 
szansą pobycia sam na sam ze swymi... 

 -  Ze  swymi  problemami?  -  wtrąciła.  -  Tak,  być  może 

masz rację. 

Dawno  już  opowiedziała  mu  o  Danie  Newlinie  i  o  tym, 

dlaczego  pędziła  autostradą  z  prędkością  stu  czterdziestu 
kilometrów na godzinę. 

 -  No  więc?  Jeśli  to  jest  to,  co  lubisz,  co  czyni  cię 

szczęśliwą - gładził ręką stygnący piasek - to będzie to nasza 
furtka  do  prywatności.  Jeśli  jazda  po  autostradzie  jest  tym, 
czego  teraz  najbardziej  pragniesz -  szeptał  czule w jej  włosy, 
całując  jednocześnie  ucho  -  może  nam  zająć  trochę  czasu, 
zanim, się na nią dostaniemy! 

 -  Och,  Armandzie,  jesteś  niemożliwy.  Kiedy  tak  się 

zachowujesz,  zupełnie  nie  potrafię  się  skupić.  Zwróciła  ku 
niemu  twarz  i  pocałowała  go  w  usta.  W  chwilę  potem 
odsunęła się od niego i z zamyśleniem 

spojrzała w dogasający ogień. 
 -  Czasami  wydaje  mi  się,  że  znam  cię  lepiej  niż  własną 

duszę,  a  czasami  nie  jestem  tego  pewna.  Nie  znam  i  nie 
rozumiem niektórych fragmentów twojego życia. Myślę, że to 
niepokoi mnie najbardziej. 

Armand  nie  spieszył  się  z  odpowiedzią.  Wiedział,  jak 

ważne  było  dla  Ellen,  żeby  poważnie  potraktował  jej 
wątpliwości.  Czuł,  jak  drżała  pod  jego  dłonią,  niczym  ptak, 
który osłabł i potrzebuje kogoś, kto pogładziłby go i dodał sił 
do lotu. 

 -  Ellen,  znasz  mnie  lepiej,  niż  ktokolwiek  inny.  Wiesz, 

czego się boję, jak potrafię kochać. - O tym, czego jeszcze nie 

background image

wiesz o mnie - o moim dzieciństwie, o przeszłości - kiedyś ci 
opowiem.  Może  nadejdzie  taki  czas,  że  oboje  usiądziemy  w 
bujanych  fotelach,  patrząc  na  nadchodzący  przypływ,  i 
będziemy śmiać się z naszych dawnych błędów i słabostek. - 
Zanurzył  w  piasku  stopy.  Objął  Ellen  i  przyciągnął  ją  do 
siebie.  -  Co  o  tym  myślisz,  kochanie?  -  Pochylił  głowę  i 
pocałował ją w kark, czując słodki, a jednocześnie słony smak 
jej skóry. - Czy ma to dla ciebie jakiś sens? 

Całym  swym  ciałem  poddawała  się  jego  pieszczotom. 

Każdym  nerwem  czuła  tego  silnego,  niecierpliwego 
mężczyznę,  który  coraz  mocniej  ją  przytulał  do  siebie,  aż  w 
końcu  przestało  być  ważne,  co  ma  sens,  a  co  nie.  Wszystkie 
myśli  zostały  porwane  przez  gorący,  nieopanowany  strumień 
ich miłości. 

Nie  otwierając  oczu,  Ellen  sięgnęła  ręką  obok  siebie, 

szukając  ciepłego  ciała  Armanda.  Usiadła  otwierając  szeroko 
oczy.  Poranne  światło  wpadało  przez  malutkie  okienko, 
oświetlając  pusty  śpiwór  obok  niej.  Dostrzegła  na  nim  tylko 
odcisk sylwetki swego mężczyzny. 

 -  Armand?  -  Szybko  ubrała  się  w  koszulkę  i  dżinsy  i 

wysunęła  się  z  namiotu.  Już  prawie  południe,  zdała  sobie 
sprawę, niezadowolona z faktu, że spała tak długo. Zmrużyła 
oczy,  chroniąc  je  przed  słońcem  i  rozejrzała  się  po  plaży, 
szukając  Armanda.  Ale  plaża  była  pusta.  Tylko  w  oddali 
majaczyły  postacie  dwóch  stojących  nieruchomo  wędkarzy. 
Armanda nie dostrzegła. 

 -  Chyba  zrobiłam  z  niego  prawdziwego  tubylca.  Pewnie 

chodzi  gdzieś  po  plaży  i  szuka  czegoś  na  śniadanie  - 
powiedziała sobie. 

Ale  kiedy  doszła  do  parkingu  okazało  się,  że  nie  miała 

racji.  Armand  wyskoczył  z  samochodu  i  biegł  do  niej  coś 
wykrzykując. 

 - Co się stało? Gdzie byłeś? 

background image

 -  Nic,  kochanie.  Wszystko  w  porządku!  Chodź  ze  mną, 

coś ci pokażę. 

Ellen  patrzyła  za  nim,  jak  podążał  z  powrotem  w  stronę 

samochodu.  W  końcu,  powodowana  ciekawością,  ruszyła  za 
nim. 

Gdy  tylko  usiadła,  Armand  zapalił  silnik  i  wyjechał  z 

parkingu.  Między  dłonią  i  kierownicą  trzymał  złożony 
kawałek papieru. 

 - Nawet nie zdążyłam umyć twarzy! Dokąd jedziemy? 
 - To niespodzianka. Zaufaj mi. 
Po  kilku  minutach  skręcili  w  boczną  drogę  biegnącą  w 

stronę wody. Na brzegu znajdowało się kilka letnich domków, 
a  na  końcu  plaży  stał  biały  dom  z  niebieskimi  okiennicami  i 
szerokim, białym tarasem otaczającym go ze wszystkich stron. 
Całość  ogrodzona  była  świeżo  pomalowanym  płotem,  przy 
którym rosły kolorowe kwiaty. 

Zanim  Ellen  zauważyła,  że  samochód  się  zatrzymał, 

Armand  już  był  za  zewnątrz.  Stanął  przy  furtce  i  szerokim 
gestem zaprosił ją do posesji. 

 -  Armandzie,  kto  tu  mieszka?  Dokąd  mnie  prowadzisz? 

Czy to dom twoich przyjaciół? 

 -  Cicho,  kochanie.  Zbyt  wiele  pytań.  -  Pocałował  ją 

szybko i wprowadził po drewnianych schodkach do środka. 

 - To piękne miejsce - powiedziała Ellen, a potem dodała: 

-  ale  co  my  tutaj  robimy?  -  Dotknęła  jego  ramienia,  a  w  jej 
głowie  zwolna  zaczęło  rodzić  się  pewne  podejrzenie.  -  Och, 
Armandzie,  nie...  Chyba  nie...  zrobiłeś  tego?  -  Patrzyła 
szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. - Nie, Armandzie! 

Rozłożył papier, który trzymał w ręku. Był to rachunek od 

pośrednika handlu nieruchomościami. 

 -  Pokazał  mi  to  dziś  rano  agent  handlowy.  Furtka... 

prywatność...  właśnie  to,  czego  sobie  życzyłaś!  Co  o  tym 
myślisz?  Powiedz  słowo,  a  będzie  należeć  do  ciebie. 

background image

Wymarzone miejsce do spędzania setek weekendów, które nas 
czekają.  -  Zmrużył  oczy.  -  I  są  tu  łóżka...  miękkie  łóżka,  w 
których w dodatku nie ma ani ziarenka piasku. 

 - Och, Armandzie. - Ellen objęła go za szyję, czując pod 

powiekami  łzy.  -  To  jest  cudowne,  ale  my...  ja...  ja  tego  nie 
potrzebuję. Namiot... 

Jak on to robił? -  zastanawiała się. Zawładnął jej życiem, 

spełniał  każdą  jej  zachciankę  i  to  w  tak  nieprawdopodobny 
sposób,  że  zapierało  jej  dech  w  piersiach.  Był  wspaniały, 
kochający, czuły... dlatego właśnie to robił. Ale jak ona, Ellen 
Farrell, mogła temu podołać? 

 -  Armandzie  Dante,  jestem  po  prostu  zachwycona. 

Zupełnie nie wiem, co powiedzieć. 

Armand  z  uwagą  przyglądał  się  dziewczynie  i  dostrzegł, 

że pod nieśmiałym uśmiechem kryło się zakłopotanie. 

Do diabła! Znów się pospieszył. Powinien zwolnić tempo, 

aby  jej  nie  przestraszyć.  Nabierając  głęboko  powietrza, 
uśmiechnął się i delikatnie dotknął dłonią jej policzka. 

 - Znów to zrobiłem, tak? Przepraszam. Ale tak bardzo cię 

kocham,  po  prostu  pragnę  cię  uszczęśliwić,  chcę  dać  ci 
wszystko!  Po  raz  pierwszy  w  życiu  czuję,  że...  -  Przerwał,  a 
jego  oczy  wyrażały  całą  miłość,  która  go  przepełniała.  Czuł 
się jak mały chłopiec. - Ellen, po raz pierwszy czuję, że mogę 
podzielić  się  z  kimś  częścią  samego  siebie.  Nie  tylko  moją 
muzyką.  Pamiętasz,  mówiłem  ci  kiedyś,  że  moi  rodzice 
wysłali mnie z domu, gdy miałem jedenaście lat? Oczywiście 
chcieli  dla  mnie  jak  najlepiej.  Ale,  podobnie  jak  moi 
nauczyciele, widzieli we mnie tylko mój talent. Poświęcali mi 
swój  czas,  dawali  wskazówki,  dodawali  mi  odwagi.  Jedyne, 
czym mogłem się im odwdzięczyć, to moja muzyka. Nigdy się 
do mnie naprawdę nie zbliżyli. Ale ty! Ty wpuściłaś mnie do 
swego  serca.  Kochasz  mnie  za  wszystko,  wiem  o  tym!  Za 
moje nadzieje, obawy, marzenia... 

background image

 - I wielkie gesty! 
 -  Tak,  nawet  za  moje  wielkie  gesty.  -  Roześmiał  się 

pocierając  policzkiem  o  jej  włosy.  -  Lubię  je  robić,  prawda? 
Ale nie wiń mnie za to. Kocham cię. I kocham rzeczy, które ty 
kochasz.  Nawet  namioty  nie  są  takie  złe!  Nawet  piasek  ma 
swój  urok...  -  Pocałował  ją  czule  i  wsunął  złożoną  kartkę  do 
tylnej  kieszeni  jej  spodni.  -  Cóż,  niech  się  dzieje,  co  chce, 
Ellen. Nic się nie martw, nie ma się czego obawiać. Po prostu 
zaufaj mi. 

background image

Rozdział 9 
Czasami wszystko tak dobrze się układa, prawda Laurie? - 

W słuchawce rozległ się pełen szczęścia śmiech Ellen. - Chcę 
powiedzieć,  że  było  cudownie.  Wszystko  idzie  doskonale!  - 
To znaczy, że nie pukasz już w nie malowane i nie wymyślasz 
życzenia, kiedy widzisz spadającą gwiazdę? 

 -  No,  już  prawie  nie  -  przyznała  z  chichotem.  -  Ale 

mówiąc  poważnie,  nie  uwierzyłabyś,  widząc  Armanda.  Miał 
piasek  w  śpiworze,  w  kawie,  w  szortach  i  podobało  mu  się! 
Nie  musiał  nawet  tego  mówić,  widziałam  to  w  jego  oczach. 
Był wypoczęty i szczęśliwy. Cieszył się każdą minutą! 

 - Cóż, masz rację, nie uwierzyłabym w to. Ale skoro tak 

mówisz.. - Laurie cicho westchnęła. 

 -  Mówię!  -  Ellen  powiedziała  z  nagłą  złością.  Ciemne 

brwi zlały się w jedną kreskę ponad zachmurzonymi oczami. - 
Dlaczego  ciągle  jesteś  tak  pełna  sceptycyzmu,  Laurie? 
Właśnie  rozmawiałam  z  rodzicami  i  oni  przynajmniej 
wydawali  się  zadowoleni.  Jeśli  oni  zaufali  moim  odczuciom, 
to  dlaczego  ty  nie  możesz?  Przecież  jesteś  moją  najlepszą 
przyjaciółką! 

 - Dlatego właśnie martwię się o ciebie. 
 - No więc przestań się o mnie martwić i ciesz się tym, co 

jest moim szczęściem! 

 -  Ellen,  nie  mogę  się  martwić  i  być  jednocześnie 

szczęśliwa.  To  jedna  z  tych  tajemnic,  których  nauczają  w 
klasztorze! 

Obie się roześmiały, co znacznie rozładowało sytuacje. 
 - Cieszę się więc, że dobrze się bawiliście. 
 -  Już  lepiej,  pani  Westin.  Kiedy  zdasz  sobie  sprawę  z 

tego, jaka jestem szczęśliwa? 

 -  Kiedy  on  zda  sobie  sprawę,  ile  miał  szczęścia,  i 

udowodni to, idąc z tobą do ołtarza. 

background image

 -  Laurie,  Armand  nic  nie  musi  udowadniać.  On  mnie 

kocha. 

 -  To  całkiem  zrozumiałe!  Kiedy  nie  jesteś  taka  wściekła 

jak  teraz,  nawet  dasz  się  kochać.  A  teraz  muszę  nakarmić 
dziecko.  Jest  prawie  dziesiąta,  a  ona  ma  taki  apetyt  jak  jej 
chrzestna matka! 

 -  Dobra  dziewczyna!  Uściskaj  ją  ode  mnie.  Zadzwonię, 

jak  wrócę  rano  z  pracy.  Jeśli  będę  miała  szczęście,  odbierze 
Rick.  Tymczasem!  -  odłożyła  słuchawkę,  mimo  wszystko  z 
uśmiechem. 

Kwadrans  później,  przebrana  w  swój  pielęgniarski 

mundurek, parkowała samochód na szpitalnym parkingu. Noc 
była  chłodna  i  czysta,  a  na  niebie  widoczny  był  złoty  sierp 
księżyca.  Ellen  szczelniej  owinęła  się  żakietem  i  wysiadła  z 
samochodu.  Miała  jeszcze  chwilę,  więc  wpadła  do  małej, 
prowadzonej przez Tony'ego włoskiej pizzerii. Jedna porcja, a 
będzie  mogła  stawić  czoła  wszystkim  zadaniom,  jakie  staną 
przed  nią na  nocnej  zmianie. Weźmie także dla pana Rosena 
paczkę  jego  ulubionych  rodzynkowych  ciasteczek,  takich 
samych, jakie kiedyś piekła jego matka. 

Było  już  późno.  Po  chodnikach  chodzili  ludzie,  na 

podwórkowych  boiskach  chłopcy  grali  w  koszykówkę. 
Uśmiechnęła się do nich wszystkich. Do dwóch grających na 
harmonijkach chłopców, do pary staruszków trzymających się 
pod  ramię,  do  trzech  chichoczących  i  szepczących  coś  w 
ciemności dziewcząt. 

Wieczór  był  przepiękny  i  Ellen  z  radosnym  uśmiechem 

weszła do pachnącej przyprawami pizzerii Tony'ego. 

 -  Cześć,  moja  droga!  -  Tony  mrugnął  do  niej 

porozumiewawczo i rzucił na blachę blady krążek ciasta. - Jak 
leci? 

 -  Świetnie!  -  odparła,  przypominając  sobie,  że  dawniej 

jego  żarty  dziwnie  ją  onieśmielały.  Ale  to  już  przeszłość! 

background image

Teraz naprawdę czuła się znakomicie. - Znajdzie się dla mnie 
porcja pepperoni? 

 -  Masz,  prosto  z  pieca  Tony'ego!  -  Przesunął  po  ladzie 

gorącą,  pachnącą  ostrymi  przyprawami  pizzę  leżącą  na 
papierowym talerzyku. 

 -  Ummm...  dzięki  -  Ellen  odgryzła  pierwszy  kęs.  Kiedy 

sięgała  do  kieszeni,  żeby  zapłacić  za  pizzę  i  ciasteczka, 
wypadła  jej  puderniczka,  a  lusterko  rozbiło  się  na  tysiąc 
kawałków. 

 - Och, nie! - krzyknęła. 
 - Siedem lat nieszczęścia - roześmiał się Tony. Zobaczył, 

jak  Ellen  zwężają  się  oczy.  -  Hej,  w  porządku.  Zaraz  to 
sprzątnę. Chyba nie wierzysz w te bzdury, co? 

 - Oczywiście, że nie! - odparła krzyżując za plecami dwa 

palce. - Bardzo mi przykro... 

 -  Już  mówiłem,  że  nie  ma  sprawy.  Przestań  się  martwić, 

śliczna. 

 -  Kto  tu  się  martwi?  -  parsknęła  poprawiając  włosy.  I ze 

zdumieniem  uświadomiła  sobie,  że  naprawdę  się  nie 
zmartwiła. Kto by się przejmował, kiedy wszystko taki dobrze 
się układa? 

Jedząc  pizzę,  wyszła  na  ulicę  i  kiedy  doszła  do  szpitala, 

przełykała właśnie ostatni kawałek. 

 -  Cześć  wszystkim  -  rzuciła  w  stronę  zgromadzonych 

pielęgniarek i stażystów. 

 -  Hej,  to  nasza  Miss  Virginia  Symphony!  -  zażartował 

jeden z lekarzy, śmiejąc się z własnego dowcipu. 

 -  Bardzo  zabawne,  Henry  -  odparła  Ellen,  pokrywając 

rozdrażnienie uśmiechem. 

 - Ellen, naprawdę spędziłaś weekend na jachcie? Napisali 

tak  w  kolumnie  towarzyskiej  sobotniej  popołudniówki!  - 
Adeline podeszła do niej i z konspiracyjnym uśmiechem ujęła 

background image

ją  pod  ramię.  -  Oooch,  chcę  dokładnie  wiedzieć,  jak  było! 
Zostawmy tych głupków i... 

 - Lepiej uważajcie na to, kogo nazywacie głupkami! 
 -  Ja  nikogo  nie  nazywam  głupkiem!  -  zaprotestowała 

Ellen  i  uwolniła  się  z  uchwytu  Adeline.  -  Nie  moglibyśmy 
przestać? Mówiłam już, że nie lubię, gdy żartujecie ze mnie w 
ten sposób. - Jej oczy pociemniały. 

 -  A  kto  żartuje?  -  padła  szybka  odpowiedź  i  rozległy  się 

pojedyncze,  pełne  drwiny  chichoty.  Ellen  zmarszczyła  się 
próbując zwalczyć rumieniec, który wykwitł na jej twarzy. 

 -  Tak  się  składa,  że  ten  weekend  spędziliśmy  pod 

namiotem, łowiąc kraby nad Zatoką. Jak... 

 -  Jak  zwykli  ludzie!  -  wtrącił  Henry,  ale  kiedy  spojrzała 

na niego z wściekłością, objął ją po przyjacielsku. - Żart! Po 
prostu  żartowałem!  Gdzie  się  podziało  twoje  poczucie 
humoru, Ellen? 

 - Prawdopodobnie poszło tam, gdzie twoje włosy, Henry - 

odparła, gładząc go po łysinie. Usłyszała śmiechy. 

 - Poddaję się. 
Ale  nie  czuła  satysfakcji  z  odniesionego  zwycięstwa. 

Kiedy wieszała żakiet w swojej szafce, owładnęło nią dziwne 
zniechęcenie  i  przygnębienie.  Chciała  po  prostu  odpracować 
swoją  zmianę,  pójść  do  domu  i  znaleźć  się  ponownie  w 
bezpiecznych ramionach Armanda. 

Tej  nocy  nie  miała  dużo  pracy.  Lekkie  zatrucie 

pokarmowe, pogryzienie przez psa, zwichnięte ramię. 

O  trzeciej  rano  pielęgniarki  zmieniały  się  i  szły  do 

kawiarni, by napić się kawy, wody sodowej, zapalić papierosa 
czy zjeść kawałek ciasta. 

Ellen  zaniosła  paczkę  rodzynkowych  ciasteczek  panu 

Rosenowi.  Po  cichu  weszła  do  jego  pokoju  i  zostawiła  ją  na 
nocnym stoliku. Przez moment zapragnęła, żeby obudził się i 
porozmawiał  z  nią  przez  chwilę,  ale  zaraz  potem  roześmiała 

background image

się ze swej głupoty. O czym chciała rozmawiać? O żartach? O 
nagłej samotności? 

Cicho  wyszła  z  jego  pokoju  i  poszła  do  kafejki,  w  której 

znajdowali się jej przyjaciele. 

Coś  się  tu  działo.  Wszyscy  z  ożywieniem  o  czymś 

rozprawiali.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  się  przyłączy  do 
kolegów.  Ale  gdy  weszła,  rozmowy  ucichły  jak  za 
dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Stanęła  zmieszana.  Nigdy  dotąd  to  się  nie  zdarzało.  To 

byli jej przyjaciele, ludzie, z którymi pracowała, których znała 
od lat. Nagle poczuła się samotna i opuszczona. Obca. Zdała 
sobie  sprawę,  że  pocą  się  jej  ręce.  Wytarła  je  o  spódnicę. 
Poruszenie,  jakie  zapanowało,  przywróciło  jej  zdolność 
działania. Coś tutaj zaszło i miała zamiar dowiedzieć się co! 

Podeszła wprost do stolika Henry'ego. 
 - Co się tu dzieje? Znowu robisz jakieś dowcipy? 
 -  Hej,  ja  nie  mam  z  tym  nic  wspólnego  -  odpowiedział, 

machając rękami. 

 - Idź i zapytaj Adeline. 
Ellen  zwróciła  się  w  stronę  następnego  stolika,  ale 

wszyscy byli zajęci gapieniem się we własne filiżanki z kawą. 

 -  Co  się  dzieje?  Dziwnie  wyglądam?  A  może  założyłam 

fartuch na lewą stronę? 

Nikt nie odpowiedział, nikt się nie uśmiechnął. Patrzyła na 

każdego z nich z niedowierzaniem i bólem. Wreszcie jedna z 
dziewcząt,  pielęgniarka,  którą  znała  z  piętra  pana  Rosena, 
napotkała jej wzrok. 

 -  Śmiało,  Mary,  powiedz  mi  -  rzekła  Ellen,  próbując  nie 

skurczyć się pod naporem spojrzeń. 

 -  Ellen  -  powiedziała  miękko  Marry  -  może  powinnaś 

przejrzeć  poranną  gazetę.  Serce  Ellen  przestało  bić.  Poczuła, 
jak narasta w niej strach. 

background image

 - Och, Boże... nie... - szepnęła, wyobrażając sobie kraksę 

samochodową,  kradzież,  jakiś  straszny  wypadek  i  leżącego 
gdzieś zranionego.... albo nawet martwego Armanda. 

Gorące łzy wypełniły jej oczy. 
 - Nie... nie potrafię - wykrztusiła, opuszczając bezwładnie 

ręce  wzdłuż  ciała.  A  potem  ogarnęła  ją  panika  i  zmusiła  do 
błyskawicznego działania. 

 - Pokażcie mi tę gazetę! Co się stało? 
Ktoś  dał  jej  dziennik  i  Ellen  przeglądała  go  z  szeroko 

otwartymi  z  przerażenia  oczami,  ale  niczego  nie  mogła 
dostrzec... niczego. 

 - Tutaj - powiedział jakiś niecierpliwy głos. Ktoś rozłożył 

jej gazetę. 

 -  Tutaj!  -  Palec  pokazywał  duży  tytuł  na  drugiej  stronie. 

Dyrygent  Orkiestry  Symfonicznej  Virginii  postawiony  przed 
sądem w sprawie o ustalenie ojcostwa. 

Ellen  przez  moment  wpatrywała  się  w  napis.  Och,  dzięki 

Ci,  dzięki  Ci,  dobry  Boże!  Dzięki  za  to,  że  nic  mu  się  nie 
stało.  Było  tam  jego  zdjęcie,  którego  dotknęła,  czując,  jak 
powraca  w  niej  życie.  Wiedziała  że  płacze,  stojąc  przed 
wszystkimi,  ale  nie  mogła  powstrzymać  łez  ulgi,  które 
gorącym strumieniem płynęły po policzkach. 

 -  Hej,  nie  przejmuj  się  tym  tak  bardzo  -  pocieszał  ją 

Henry. - Wszyscy czasem robimy z siebie głupców! 

 -  Każdy  mógłby  się  na  to  nabrać.  Wszyscy  widzieliśmy, 

jak był przystojny, miły... i te kwiaty... - odezwała się Mary. 

 - I ta limuzyna. 
 - I jego reputacja! 
Nagle  wszystkie  kobiety  stały  się  dla  Ellen  niezwykle 

miłe, z chęcią wtrącając swoje trzy grosze. 

 - Tak, Ellen. Każda z nas mogła popełnić ten sam błąd. 
 - Zastanawiam się, ile kobiet już tak załatwił! Czy to cię 

nie wkurza? Piszą tu, że obiecał, że się z nią ożeni, a potem... 

background image

Było  tak,  jakby  opadła  mgła  i  wszystko  stało  się  dobrze 

widoczne. Słyszała teraz wyraźnie każde słowo, jakie do niej 
mówiono. 

Chwyciła  gazetę  i  jeszcze  raz  przeczytała  nagłówek.  Nie, 

to było niemożliwe! Nie Armand. Nie jej Armand! 

 -  Nie,  to  jakaś  pomyłka..  -  powiedziała  łamiącym  się 

głosem i wybiegła z kawiarni. 

Ukryła się w pokoju pielęgniarek i oparła czoło o chłodny 

metal.  Kiedy  mogła  już  normalnie  oddychać,  a  kolana 
przestały  się  jej  trząść,  raz  jeszcze  przeczytała  całą  notatkę. 
Znajdowała się na początku strony i zawierała dokładne daty 
oraz cytaty. Ta kobieta twierdziła, że ma dowody: pamiętnik i 
listy miłosne. 

Ona nie miała żadnych miłosnych listów od Armanda. 
Och,  przestań,  Ellen  Farrell!  -  powiedziała  do  samej 

siebie.  Wyprostowała  ramiona  i  poprawiła  wystające  spod 
czepka  włosy.  Nie  wierzyła  ani  jednemu  słowu.  To  było 
niemożliwe,  zupełnie  niewiarygodne.  Niepotrzebnie  się 
zamartwiała. 

Wzięła  się  w  garść,  wrzuciła  gazetę  do  kosza  na  śmieci  i 

poszła do izby przyjęć. 

Adeline podbiegła do niej i krzyknęła: 
 -  Och,  Ellen,  mam  nadzieję,  że  nie  czytałaś  porannej 

gazety! 

 - Czytałam. 
 - Biedaczko, musisz się czuć taka pokrzywdzona! 
 - Takie bzdury jak ta, którą tu napisano, zupełnie mnie nie 

wzruszają. 

 - Och, tak się cieszę - powiedziała serdeczna przyjaciółka, 

ale była wyraźnie zawiedziona, że Ellen nie jest przygnębiona. 
Odwróciła się i wróciła do pracy. 

background image

Pozostali  patrzyli  w  różne  strony,  skrzętnie  unikając 

wzroku  Ellen.  Słychać  było  poszeptywania, ciche  śmiechy, a 
czasem panowała nienaturalna cisza. 

Ellen  czuła  się  tak,  jakby  ponownie  znalazła  się  w 

pierwszej  klasie  i  była  jedyną  dziewczyną,  która  zapomniała 
wziąć ze sobą kostium na lekcję wychowania fizycznego. 

Żaden z tak zwanych jej przyjaciół nie kwapił się, żeby do 

niej  podejść.  Ellen  dostrzegła  to  i  łzy  napłynęły  jej  do  oczu. 
Otarła  je  szybko,  mając  nadzieję,  że  nikt  ich  nie  dostrzegł. 
Wiedziała  jednak,  że  musi  być  tu  ktoś,  kto  nieustannie  ją 
obserwuje, śledzi jej reakcje. Czy potrzebuje życzliwości? Czy 
sama  sobie  poradzi?  Czy  jest  blada?  Czy  trzęsą  jej  się  ręce? 
Jak  ta  biedna  sierotka  da  sobie  radę,  kiedy  dowie  się  o  tej 
strasznej  sprawie?  Pewnie  dokładnie  sobie  to  zapiszą  i  poślą 
do wieczornej gazety! 

Ta  myśl  sprawiła,  że  poczuła  skurcz  w  żołądku.  Nagle 

zupełnie  opuściły  ją  siły.  Zapragnęła  znaleźć  się  w  domu  i 
skryć się we własnym łóżku. I zostać tam na zawsze. Nigdy w 
życiu nie czuła się taka skrzywdzona i opuszczona. 

 -  Siostro  Farrell,  telefon.  -  Jedna  z  pielęgniarek 

wyciągnęła  w  jej  stronę  słuchawkę.  Bezwiednie  złożyła  ręce 
jak do modlitwy. Nie tutaj - pomyślała z desperacją. Nie przy 
wszystkich. Po 

prostu  nie  mogła...  Ale  wrodzona  duma  nie  pozwoliła  jej 

tego po sobie pokazać. Podeszła do biurka i wzięła słuchawkę. 
Ręka nie drżała. 

 - Ellen? Och, tak się cieszę, że cię złapałam! 
Poznawszy  głos  Laurie,  Ellen  odetchnęła  z  ulgą. 

Przełknęła ślinę. 

 - Cześć, Laurie. 
 -  Ellen,  chcę,  żebyś  przyszła  do  mnie  od  razu  po  pracy. 

Nie idź do domu. Przyjdź od razu, jest coś... 

background image

 -  Laurie,  ja  wiem  -  przerwała,  siląc  się  a  spokój.  - 

Widziałam gazetę. 

 -  O  nie!  Och,  chciałam,  żebyś  była  tu  z  nami.  Rick 

przyniósł ją, kiedy zajmowałam się dzieckiem i... nie mogłam 
znieść  myśli  o  tobie...  Och,  Ellen,  to  musi  być  jakaś  okropna 
pomyłka. Ktoś próbuje się na was odegrać! 

 - Oczywiście. 
 - Ellen czy chcesz, żebym po ciebie przyszła? Albo Rick? 

Niech on cię zabierze.  

 - Laurie, dam sobie radę. Kończę za kilka godzin, a potem 

idę do domu. Zadzwonię do was później. I dzięki za wszystko. 
Jesteście dla mnie bardzo dobrzy. 

Jeszcze jedna chwila, jedno słowo więcej, a rozpłacze się 

tu,  przy  wszystkich.  Odłożyła  słuchawkę  i  chwyciła  kartę 
następnego pacjenta. 

 -  Pan  Rodriguez?  Pojedzie  pan  na  górę,  na  badanie 

radiologiczne.  Najpierw  musi  udzielić  mi  pan  kilku 
informacji. 

Szukała  sobie  zajęcia,  zdecydowana  jakoś  przetrwać  te 

kilka  godzin,  które  jej  pozostały.  Nie  było  to  łatwe.  Kiedy 
tylko przestawała się kontrolować, ból powracał ze zdwojoną 
siłą.  Przypomniała  sobie  Armanda  na  plaży,  w  łóżku,  w 
restauracji  i  chciało  się  jej  płakać.  Słyszała  jego  głos 
szepczący  jej  do  ucha:  „Kocham  cię.  Wszystko  będzie  w 
porządku, zaufaj mi." 

Och, Boże nie pozwól mi się tu rozpłakać. 
Za  pięć  siódma  zostawiła  wszystko  i  poszła  po  swoje 

rzeczy. Punktualnie o siódmej założyła żakiet i wyszła. 

Naprzeciwko  drzwi  szpitala  czekał  na  nią  Armand. 

Marynarka  rozpięta,  ręce  w  kieszeniach,  włosy  potargane, 
twarz blada, a oczy chyba jeszcze ciemniejsze. 

 - Ellen. 
Nic więcej. Jego głos brzmiał bezbarwnie i głucho. 

background image

Ellen skinęła  głową i  wolno, nie  spiesząc się  podeszła do 

niego. Szła z  podniesioną  głową, wyprostowana jak żołnierz. 
Ujął  ją  pod  rękę  i  odeszli.  Żadne  z  nich  nie  odezwało  się, 
dopóki nie znaleźli się na ulicy. 

 - Więc już widziałaś - powiedział zduszonym głosem. 
Spojrzała  na  jego  profil  i  dostrzegła,  jak  napinają  się  mu 

mięśnie żuchwy. Zacisnął zęby aż do bólu. 

 - Tak - odparła. - Gazety dostarczyli do szpitala wcześnie 

rano i wszyscy postarali się, żebym dostała egzemplarz. 

Odwrócił  się  do  niej  i  ujął  jej  twarz  w  dłonie.  Jego  oczy 

wyrażały cierpienie. 

 -  Mój  Boże,  tak  mi  przykro,  Ellen!  Nie  chciałem,  żebyś 

przeczytała, sama, beze mnie. 

 - Och, nie byłam sama. Było tam dużo  moich... - zrobiła 

przerwę,  by  zaakcentować  swoje  rozgoryczenie  -  ...moich 
przyjaciół.  -  Próbowała  powstrzymać  łzy.  -  Niektórzy  z  nich 
byli  nawet  zadowoleni,  że  to  się  stało.  To  było  tak,  jakby 
uważali,  że  zasłużyłam  na  to,  bo...  bo  zbyt  dużo  chciałam, 
zbyt dużo otrzymywałam. Zbyt jawnie obnosiłam się ze swym 
szczęściem. 

 -  Nigdy  tego  nie  robiłaś!  Och,  najdroższa,  jesteś 

najdelikatniejszą,  najbardziej  kochającą  istotą  pod  słońcem.  - 
Otarł  jej  łzy.  -  Nie  płacz.  Zapomnij  o  nich!  Nawet  nie  to 
miałem  na  myśli.  Nie  chciałem,  żebyś  musiała  przez  to 
przechodzić  beze  mnie.  Jestem  twoim  przyjacielem. 
Przyjacielem i kochankiem. I chcę być twoim mężem. 

Ellen  zamknęła  powieki,  ale  łzy  wypłynęły  spod  nich  i 

opadały aż w kąciki ust. Nie potrafiła odpowiedzieć. Nie było 
w  niej  żadnych  słów,  żadnych  myśli,  ani  uczuć,  jedynie 
przeszywający ból. Dlaczego, ach, dlaczego  on teraz mówi o 
małżeństwie? 

Jego ręce zacisnęły się na jej ramionach. 

background image

 -  Spójrz  na  mnie,  Ellen.  Proszę,  spójrz  mi  w  oczy.  Nie 

mogła. 

Odszedł  na  bok  i  usłyszała,  jak  uderzył  pięścią  w  jakieś 

ogrodzenie. Przez moment siatka dzwoniła, a potem ponownie 
usłyszała uderzenie. 

 - Przestań! Poranisz sobie dłonie. 
 - Moje ręce? Co mnie, do diabła, obchodzą moje ręce? 
 - Są twoim życiem. 
 - Nie! Ty jesteś moim życiem. Wszystko inne nie ma dla 

mnie  znaczenia.  Nie  chcę  niczego,  co  może  zranić  cię  w  ten 
sposób. 

 -  Ze  mną  jest  wszystko  w  porządku,  Armandzie  - 

powiedziała szybko, przestraszona dziką pasją malującą się w 
jego oczach. 

 -  Naprawdę?  A  zatem  przestań  wyglądać  jak  ktoś,  komu 

wbijają w serce nóż! 

 -  Już  dobrze.  -  Na  siłę  przywołała  uśmiech.  - Naprawdę. 

To ty dajesz się ponosić uczuciom. Za bardzo się przejmujesz 
tym  wszystkim.  Ze  mną  wszystko  w  porządku.  Już  jestem 
spokojna. 

Obserwował  ją  zmrużonymi  oczyma.  Pochylił  głowę  i 

kosmyk  włosów  opadł  mu  na  brew.  Jego  wargi  były  napięte 
jak struny. 

 -  Naprawdę?  To  dobrze.  -  Oddychał  gwałtownie.  - 

Dobrze.  A  zatem  wiesz,  że  to  nieprawda.  Nikczemna  próba 
załatwienia dawnych porachunków. 

 - Ale kto to zrobił, Armandzie? 
 -  Wielu  ludziom  mogłoby  na  tym  zależeć.  Bóg  raczy 

wiedzieć  dlaczego,  ale  uważają  mnie  za  własność  publiczną. 
Ellen, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Mogę 
ci tylko powiedzieć, że cię kocham i prosić, abyś mi zaufała. 

background image

 -  Ale  musisz  przecież  znać tę  kobietę.  Ona  mówi,  że  ma 

zdjęcia,  listy...  -  Głos  się  jej  załamał.  Patrzyła  na  niego  z 
ufnością, ale także z ogromnym lękiem. 

Armand  dotknął  jej  włosów.  -  Chciał  więcej  -  objąć  ją, 

pocałować, rozproszyć jej smutek i wątpliwości - ale wiedział, 
że  ona  nie  pozwoli  mu  teraz  tego  zrobić.  Nie  teraz...  a  może 
nawet  nigdy.  Ta  myśl  uderzyła  go  jak  cios.  Pod  wpływem 
nagłej słabości oparł rękę o kruche, szczupłe ramiona Ellen. 

Poczuł,  jak  zesztywniała.  Czy  odsuwała  się  od  niego?  Ta 

jej  bezkompromisowa  uczciwość,  którą  tak  w  niej  kochał, 
mogła teraz na zawsze ich rozdzielić! 

Mógł stracić Ellen. 
Och,  Boże,  umrze  bez  niej!  Musi  ją  przekonać, 

udowodnić, że nie miała powodu do obaw. 

 -  Ellen,  byłem  z  nią  jeszcze,  zanim  poznałem  ciebie  - 

starał się mówić spokojnie. 

 -  Czy  znaliście  się  dobrze?  -  zapytała,  usiłując  się 

uśmiechnąć, ale jej oczy błyszczały od łez. Głęboko wciągnął 
powietrze. 

 -  Tak.  Ale  to  było...  -  odwrócił  oczy,  a  potem  ponownie 

spojrzał na dziewczynę. - To bardzo dziwna znajomość. Dała 
mi jasno do zrozumienia, że nie byłem jedynym mężczyzną w 
jej życiu. Chciała się upewnić, że zrozumiałem dobrze, iż nie 
byłem w jej życiu nikim wyjątkowym. 

 - Ale to mogło być twoje dziecko. 
 - To nie jest moje dziecko! 
 - Ale Armandzie, jeśli jest... 
 -  Nie  jest!  Od  miesięcy  nie  widywałem  się  z  tą  kobietą. 

Dokładnie,  odkąd  poznałem  ciebie.  Dlaczego,  dlaczego 
miałbym się z kimś spotykać, skoro miałem ciebie?  

Jego  głos  się  załamał.  Armand  przeciągnął  ręką  po 

włosach. 

background image

 - Ellen, to ją widziałaś wychodzącą z mojego mieszkania. 

Przyszła do mnie zła, zazdrosna i zdesperowana. Powiedziała, 
że  chciałaby  odnowić  nasz  związek.  Powiedziałem... 
powiedziałem  jej,  że  to  już  skończone.  Powiedziałem,  że 
kocham  ciebie.  Odpowiedziała  mi,  że  pożałuję  i  że  zwykle 
osiąga  to,  czego  pragnie,  bez  względu  na  środki!  A  potem 
wybiegła jak oszalała i niemal cię nie przewróciła. - Jego głos 
nagle stał się ostry. - Ellen, ona nigdy nie wspominała, że jest 
w ciąży. 

 -  Może  to  było  dla  niej  zbyt  straszne  -  szepnęła  Ellen, 

znów płacząc. - Może była zbyt przerażona, zbyt zagubiona... 

 - Może wiedziała, że to nie było moje dziecko! 
 - Ale zawsze... 
 - Ale co? Dlaczego jej bronisz? Weź moją stronę. Zaufaj 

mi!  Mówię  ci,  że  to  dziecko  nie  jest  moje!  Zwiesiła  głowę, 
nagle  śmiertelnie  zmęczona. Chciała iść  spać, schować  się  w 
łóżku, nie mówić, nie 

myśleć,  po  prostu  zapomnieć  o  tym  wszystkim.  Było  to 

jak  dla  niej  zbyt  wiele.  Życie  nie  przygotowało  ją  do  takich 
niespodzianek. 

 -  Armand...  -  Przystawiła  drżącą  rękę  do  czoła.  -  Nie 

wiem, może powinieneś zrobić ten test. Udowodnić, że to nie 
jest twoje dziecko. Wtedy gazety opiszą to i... 

 -  Nigdy!  Czy  ty  tego  nie  widzisz?  To  jest  dokładnie  to, 

czego  oni  chcą.  Całe  kolumny  wypełniliby  wywiadami  z 
lekarzami,  moimi  zdjęciami  jak  idę  do  szpitala,  jak  z  niego 
wychodzę, wypowiedziami ekspertów; niezależnie od wyniku 
testu. Jej by to się podobało! Jej adwokat skontaktowałby się z 
moim,  aby  omówić  warunki,  na  jakich  moglibyśmy  załatwić 
tę  sprawę,  aby  zaoszczędzić  obu  stronom  dalszych 
nieprzyjemności...  Nigdy!  -  Armand  silnie  ujął  Ellen  za 
ramiona.  Jego  głos  był  jednak  cichy  i  delikatny.  -  Ellen, 

background image

posłuchaj mnie. Położyła dłoń na jego piersi, ale nie pozwoliła 
się przytulić. 

 - Armand, nie chcę niczego słuchać. Muszę iść do domu. 

Potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć. 

 - Nie, nie chcę, żebyś o tym myślała! Nie pozwolę, żebyś 

się na chłodno nad tym zastanawiała. Nie chcę, żebyś myślała 
o  konsekwencjach,  rozważała  naszą  przyszłość.  Ellen,  nigdy 
nie  mówiłem  ci,  że  łatwo  jest  mnie  kochać.  Nigdy  tak  nie 
twierdziłem! To nie będzie proste, jeśli nadal pozostanę kimś 
sławnym,  „naszym  wielki  dyrygentem"!  Ale...  -  odsunął  jej 
rękę  i  mocno  przycisnął  dziewczynę,  mówiąc  w  jej  włosy:  - 
...ale  nie  muszę  ciągle  być  znaną  osobistością.  Mogę  to 
wszystko rzucić. Mogę robić coś innego! 

 - Nie bądź niemądry! 
 -  Więc  znów  tak  do  mnie  mówisz.  -  Roześmiał  się 

miękko. - Och, moja najdroższa, moja ukochana... 

 -  Nie,  Armand,  mówię  teraz  poważnie!  Co  innego 

mógłbyś robić? Pracować w biurze? Dawać w wolnym czasie 
lekcje muzyki małym dzieciom? 

 - Mógłbym komponować. Moglibyśmy kupić ten dom na 

plaży i tam mógłbym pisać muzykę. 

 -  I  słyszeć,  jak  inni  ją  grają?  Nigdy  więcej  nie  podnosić 

batuty,  by  wydobywać  tę  muzykę  z  orkiestry  i  usłyszeć,  jak 
unosi się i rozbrzmiewa w sali koncertowej? Och, Armandzie, 
obserwowałam  cię,  jak  dyrygujesz.  To  jest  twoje  życie. 
Zabranie ci tego to tak, jak obcięcie ci rąk. 

 -  Utrata  ciebie  byłaby  jak  wycięcie  serca!  Odgarnęła 

włosy z jego oczu. 

 -  Jesteś  niepoprawnym  romantykiem.  Ty  i  twoje 

wzruszające,  wielkie  gesty.  Ale  mylisz  się.  Nie  mógłbyś  być 
kimś  innym  niż  jesteś,  a  gdybyś  tego  spróbował 
znienawidziłbyś siebie i... mnie! 

 - Nienawidzić ciebie? Nigdy! Ellen, ja ciebie kocham. 

background image

 - Ja ciebie też. 
 -  Więc  nic  innego  nie  jest  ważne!  Ani  publiczność,  ani 

oszczerstwa, ani kronika towarzyska. 

 - Nieprawda! One są ważne, nawet jeśli tego nie chcemy. 

- Gorące łzy popłynęły po jej policzkach, mocząc mu koszulę. 
-  Nawet  jeśli  skłamałam,  mówiąc,  że  mogłabym  z  tym  żyć, 
udając,  że  nic  mnie  to  nie  obchodzi,  bardzo  bym  to 
przeżywała. 

 -  Nie  pozwolę  na  to!  Znajdę  jakiś  sposób,  by  cię  przed 

tym ochronić! 

 - Nie możesz tego obiecać. Nie możesz walczyć z całym 

światem.  Nie  możesz  zmienić  całego  świata!  Nikt  tego  nie 
potrafi, nawet ty. 

 -  Zrobię  to,  jeśli  od  tego  zależy,  czy  będziesz  do  mnie 

należeć.  Och,  Ellen,  nigdy  przedtem  nikogo  nie  kochałem  i 
nigdy już nikogo nie pokocham. Nikt, tylko ty. Tylko. 

 -  Armand  -  powiedziała,  połykając  łzy  i  unosząc  twarz, 

aby spojrzeć mu w oczy. - Nie mów tak. Zawsze znajdzie się 
ktoś,  kogo  można  pokochać.  Ktoś  inny,  w  innym  czasie  i 
miejscu. Ktoś w przyszłości. 

 -  Czyżby?  -  Ciasno  ją  obejmując,  przycisnął  usta  do  jej 

włosów.  -  Czyżby,  Ellen?  Czy  ty  mogłabyś  pokochać  kogoś 
innego? 

 - Może będę musiała - szepnęła z uporem. - Może... może 

popełniłam  błąd.  Nie  jestem  taka,  jak  ty.  Nie  mogę  tak  po 
prostu  przejść  obok  tych  oszczerstw,  zignorować  ich. 
Przygnębiają  mnie.  Pamiętam,  jak  się  czułam,  kiedy 
zobaczyłam  gazetę.  Myślę  o  tym,  jak  powiem  o  tym  moim 
rodzicom  albo,  co  gorsza,  jak  ktoś  inny  to  za  mnie  zrobi. 
Myślę o tym, co powiem moim dzieciom, gdy będę je miała i 
kiedy to zobaczą. Nie mogę tego zrobić. Nie potrafię tak żyć. 
Myliłam  się.  Kochałam  cię  tak  bardzo,  że  myślałam,  iż 

background image

wszystko  potrafię  znieść,  myślałam,  że  nic  innego  nie  ma 
znaczenia. Ale to nieprawda. 

 -  Tylko  my  się  liczymy!  -  Spojrzał  na  nią,  a  oczy  jego 

wyrażały ogromną miłość i cierpienie. 

 -  Chciałabym  w  to  wierzyć,  ale  nie  potrafię!  -  I 

uwolniwszy  się  z  jego  ramion,  pobiegła  na  oślep  do  swego 
samochodu. 

background image

Rozdział 10 
Ellen  spróbowała  otworzyć  ramieniem  drzwi  do  swego 

domu.  Była  zbyt  zmęczona,  aby  unieść  rękę.  Oparła  czoło  o 
chłodne  szkło  i  zamknęła  oczy,  marząc  o  tym,  aby  jakaś 
magiczna  siła  przeniosła  ją  do  jej  bezpiecznego,  cichego 
mieszkania.  Gwałtowne  pukanie  z  drugiej  strony  szyby 
sprawiło, że podskoczyła jak oparzona. 

 -  Panno  Farrell.  -  Clarence  otworzył  drzwi.  -  Proszę 

wejść. Czy wszystko w porządku? 

 - Tak, dziękuję, Clarence. 
 - Hej, mnie pani nie oszuka! Panno Farrell, chciałem pani 

powiedzieć,  że  przeczytałem  gazetę  i  uważam,  że  te  brednie 
nie są warte  funta kłaków. Znam się  na  ludziach i  proszę  mi 
wierzyć, ten pani facet jest w porządku. Niech pani po prostu 
zapomni o tych bzdurach. 

 - Clarence, dzięki za wszystko, ale nie chcę o tym mówić. 
 - W porządku, jasne, ale powiem pani jeszcze tylko jedną 

rzecz.  Grałem  z  nim  w  karty  i  mogą  panią  zapewnić,  że  nie 
oszukiwał. Wiem to, ponieważ sam to robiłem! Może mu pani 
zaufać, ja to pani mówię. 

 - Dziękuję, Clarence - odparła ze ściśniętym gardłem. 
 -  Nie  ma  za  co.  Jeśli  zjawi  się  jakiś  reporter,  czy  mam 

powiedzieć, że nie ma pani w domu? 

Jej mieszkanie było małe, ciche i ciemne. Okna zasłonięte. 

Ellen  zrzuciła  żakiet,  rozpięła  mundurek  i  zaczęła  się 
rozbierać. Nagle rozpłakała się głośno. Stała w łazience, łkając 
jak  mała  dziewczynka,  bezradna  jak  dziecko.  Nie  mogła  się 
poruszyć,  nie  mogła  przestać,  nie  mogła  zrobić  niczego 
innego, jak tylko płakać. Co teraz zrobi? Pierwszy raz w życiu 
pożałowała,  że  opuściła  klasztor.  Chciała  być  zamknięta, 
bezpieczna,  gdzieś,  gdzie  nic  nie  mogło  jej  zranić,  gdzie  nie 
mogłaby niczego pragnąć, ani nic posiadać... 

background image

Dzwonek  telefonu  podziałał  na  nią  jak  zimny  prysznic. 

Odskoczyła  do  tyłu  niemal  przewracając  lampę,  i  stanęła 
nieruchomo z dłońmi przyciśniętymi do ust. 

 - Przestań - załkała - przestań, odejdź, zostaw mnie samą. 
W  końcu  telefon  zamilkł.  Nie  odrywając  rąk  od  twarzy, 

położyła się na łóżku i ukryła głowę w poduszkach. Dlaczego? 
Dlaczego  tak  musi  być?  To  po  prostu  nie  fair.  Przez  tyle  lat 
była silna i niezależna. Pomagała innym. Zwalczała wszelkie 
przeciwności losu. Jak to mogło się jej przydarzyć? 

Zalała  ją  fala  współczucia  do  samej  siebie.  Och,  to  ona 

zawiniła!  To  ona  kłamała.  Wcale  nie  były  silna!  Była 
śmiertelnie  przerażona  tym,  co  ludzie  pomyślą,  widząc  jej 
nazwisko  w  gazetach.  Bała  się  ich  śmiechu,  drwin.  Tego  nie 
zniesie,  nigdy  więcej  nie  chce  przeżywać  tego,  co  czuła  dziś 
rano. Nie! Znajdzie jakiś sposób na spokojne przeżycie reszty 
życia...  Jakieś  bezpieczne,  ciche  miejsce,  gdzie  nikt  jej  nie 
zrani. 

Jak dziecko utuliła się do snu obietnicami. 
Kiedy  się  obudziła,  czuła  się  okropnie.  Nie  spojrzała  na 

zegarek.  Odwróciła  twarz  od  okna,  przecz  które  wpadało 
łagodne światło rozpraszające ciemności. Za oknem śpiewały 
ptaki,  ale  nie  miała  ochoty  ich  słuchać.  Wiatr  zakołysał 
zasłonami,  przynosząc  ze  sobą  chłodny  powiew  zwiastujący 
nadchodzącą  zimę,  ale  ona  tego  nie  czuła.  Po  prostu  leżała, 
próbując o niczym nie myśleć i niczego nie czuć. 

Kiedy zadzwonił telefon, wyskoczyła z łóżka i czekała, aż 

uspokoi się jej serce. Podniosła słuchawkę z takim wysiłkiem, 
jakby była z ołowiu. 

 - Ellen, tu Rick. Laurie i ja martwiliśmy się o ciebie. Nie 

zadzwoniłaś. 

 -  Zdrzemnęłam  się  trochę.  -  Westchnęła,  starając  się 

znaleźć z myślach coś, o mogłaby powiedzieć i co brzmiałoby 

background image

przekonująco,  ale  była  zbyt  zmęczona,  by  sobie  z  tym 
poradzić. Mruknęła tylko: - Wszystko w porządku. 

 - Cóż, głos masz nie najweselszy, ale musisz jakoś przez 

to przejść! Jak się ma Armand? 

 - Ja... - Zakryła oczy dłońmi. - Ja nie wiem. 
 - Ellen... - W głosie Ricka usłyszała dezaprobatę. 
 -  Rick,  jestem  naprawdę  wykończona.  Zadzwonię 

później. 

 -  Ellen,  musisz  sobie  zdać  sprawę,  że  to  jedna  z  tych 

rzeczy,  jakie  przytrafiają  się  czasem  sławnym  ludziom! 
Musisz mu wierzyć! Musisz... 

 - Jedyne, co teraz muszę, to iść z powrotem do łóżka! 
 - Cóż, zanim się w nim ukryjesz, może powinnaś zajrzeć 

do wieczornej gazety. 

 - Do diabła, czy nie wydaje ci się, że nie powinnam dziś 

czytać żadnych gazet? - krzyknęła łamiącym się głosem. 

 - Rozumiem cię - powiedział miękko. - Wiem, że to musi 

być dla ciebie okropne. Ale jesteśmy z tobą, Ellen. Kochamy 
cię. A ty, jeśli go kochasz, musisz przez to przejść. 

 - Rick, rozłączam się! 
 - Tylko spójrz na kolumnę towarzyską, Ellen - powtórzył, 

zanim odłożyła słuchawkę. 

Usiadła  i  patrzyła  na  drzwi,  jakby  czaił  się  za  nimi  jakiś 

wróg. Pokój pogrążał się w ciemności. Próbowała nie myśleć 
o  niczym,  nic  nie  odczuwać,  ale  natrętne  wspomnienia 
ogarniały  ją  nie  dając  zapomnieć.  Widziała  Armanda 
poprawiającego ręką włosy, Armanda śmiejącego się, widziała 
jego  silnie  zarysowany  podbródek,  poranny  zarost,  czuła 
oszałamiający zapach jego wody kolońskiej i twardość piersi, 
do której przyciskał ją, kiedy byli sami... 

Znów  zaczęła  płakać,  wylewając  ze  łzami  swój  żal  i 

rozgoryczenie. 

background image

Och,  w  żaden  sposób  nie  mogła  tego  znieść.  Jakże 

mogłaby żyć jego życiem? Ale jak mogła żyć bez niego? 

Armand... 
Sięgnęła  po  słuchawkę  i  wykręciła  jego  numer.  Nikt  nie 

odpowiadał. Gdzie mógł być? Do kogo mógł się zwrócić ten 
dumny  i  uparty  mężczyzna?  Czy  miał  kogoś  takiego  jak 
Laurie i Ricki, którzy mogliby go pocieszyć? 

Ta  myśl  przypomniała  jej  to,  co  powiedział  Rick:  gazeta. 

Co znowu? Co jeszcze mogło się zdarzyć? 

Wieczorna  gazeta  leżała  pod  jej  drzwiami.  Ellen  sięgnęła 

po nią i niecierpliwie przerzuciła wszystkie strony, aż dotarła 
do kroniki towarzyskiej. I oto była - ziarno soli w jej oku. 

Zgadnijcie, czego dowiedzieliśmy się na cichym przyjęciu 

w  Willi  Capri.  Zaproszeni  goście  rozprawiali  na  temat 
tegorocznego menu Orkiestry Symfonicznej w Virginii: 

Zupa z Zieleniny 
Sałatka z Mimozy 
Gotowana  Gęś  Armanda  Dantego  To,  co  chcielibyśmy 

wiedzieć, Maestro, to kto będzie kroił to mięso? 

Wreszcie złość wzięła w niej górę. Przestała się nad sobą 

rozczulać, przestała się czegokolwiek bać. Liczyła się tylko jej 
miłość. 

Jak oni śmieli? Jak mogli drwić sobie z tego wspaniałego 

człowieka?  Oni,  którzy  wiwatowali  na  jego  cześć,  którzy 
wołali „brawo", rzucając róże na scenę, czekali na niego przed 
filharmonią,  prosili  o  autografy  i  pamiątkowe  zdjęcia,  łapali 
go  za  rękawy  i  chcieli  zdobyć  kosmyk  jego  włosów.  Pisali 
listy, które wprawiały go w zakłopotanie i przysyłali prezenty, 
których  nie  chciał  przyjmować.  Chcieli  wszystkiego:  jego 
muzyki, talentu, jego czasu i odrobiny zainteresowania. Kiedy 
to dostawali, rzucali się na kolana lub w jego ramiona, jeśli im 
na  to  pozwolił!  A  teraz  byli  tu,  uśmiechając  się  tymi 
złośliwymi uśmiechami... 

background image

Och, chciałaby móc kazać im zjeść to, co napisali. 
Ale jak? 
Złapała  kosmyk  włosów  i  owinęła  go  dookoła  palca  tak, 

jak  robiła  to,  kiedy  była  jeszcze  małą  dziewczynką.  Pomyśl, 
Ellen Farrell. Chodziła po pokoju, trzymając pasemko włosów 
między palcami. Strasznego zamieszania dziś narobiła. Kiedy 
powinna  stać  mocno  na  ziemi,  ona  uciekła,  by  ukryć  się  w 
swoim  łóżku.  Opuściła  Armanda,  kiedy  powinna  stanąć  przy 
nim  i  wesprzeć  go  swoją  miłością.  Jeśli  to  był  test  na  jej 
odwagę, dostała z niego, dużą, tłustą dwóję. Ale... jeśli miała 
jeszcze  jedną  szansę...  Od  tej  pory  nie  będzie  dostawać  już 
niczego, z wyjątkiem samych piątek! 

Armand...  Armand  wiedziałby,  co  zrobić.  Raz  jeszcze 

wykręciła z bijącym sercem numer jego telefonu. Nikt się nie 
zgłaszał.  Gdzie  on  mógł  być?  Przygryzła  wargę  i 
zastanawiając  się,  potarła  ręką  czoło.  Nagle  stanęła 
nieruchomo na środku pokoju. 

Filharmonia!  Przecież  miał  dzisiaj  koncert.  Ale  nie!  Nie 

mógł przecież pójść tam sam, stanąć na podium i wystawić się 
na  drwiące,  złośliwe  spojrzenia  szydzącej  z  niego 
publiczności. 

Wiedziała  jednak,  że  to  właśnie  zrobił.  Widziała  go,  jak 

stanie  z  dumnie  uniesioną  ciemną  głową,  jak  uniesie  ręce,  a 
jego  czarne  oczy  będą  błyszczały  na  bladej  twarzy.  Silny  i 
niezależny. Da im tylko ich muzykę, nic ponadto. 

Spojrzawszy  na  zegarek,  stwierdziła,  że  jeśli  się 

pośpieszy,  to  ma  jeszcze  szansę  zdążyć.  Zapaliła  wszystkie 
światła,  otworzyła  okna,  by  wpuścić  do  mieszkania  świeże 
powietrze.  W  pośpiechu  wzięła  prysznic,  szybko  zrobiła 
makijaż i założyła sukienkę z czerwonego jedwabiu, która, jak 
mówił  Armand,  wydobywała  drzemiący  w  jej  włosach  i 
skórze  ogień.  Z  jednym  butem  w  ręku  wybiegła  na  korytarz, 

background image

gdzie  usłyszała  kroki  przeskakującego  po  trzy  stopnie 
mężczyzny. 

 - Armand? 
 - Nie, to ja, Rick! Laurie jest z dzieckiem w samochodzie. 

Ellen zbiegła na dół, by się z nim przywitać. 

 -  Wspaniale!  Wszystkie  oddziały  gotowe  do  bitwy!  Rick 

uśmiechnął się szeroko i uściskał Ellen. 

 - No, nareszcie. To jest Ellen, którą znamy i kochamy. A 

teraz dokąd? 

 - Do filharmonii. I to szybko! 
Przybyli kilka minut przed rozpoczęciem koncertu. 
 - Czy chcesz, żebyśmy zostali z tobą? - zapytał Rick. 
 - Nie, myślę, że dam sobie radę sama. Ale dziękuję wam. 

Całej trójce! 

 -  Nie  ma  sprawy  -  odpowiedziała  Laurie,  ściskając  ją  na 

pożegnanie. - Przyjedziemy, żeby cię zabrać. Nie kłóć się, tak 
będzie lepiej! A teraz idź i pokaż im, co potrafisz! 

Ellen pobiegła do kasy. 
 - Jedno miejsce, Jane - powiedziała do szczupłej kasjerki, 

którą poznała podczas swych licznych wizyt w filharmonii. 

 - Och, panna Farrell! Nie spodziewałam się... 
 - Jane, bardzo się spieszę! 
 - Jasne! Niech pani wchodzi! Maestro bardzo się ucieszy! 

-  Szczupła  kobieta  obdarzyła  dziewczynę  promiennym 
uśmiechem. 

Ellen  skinęła  stojącej  przy  drzwiach  bileterce,  która  ze 

zdziwieniem uniosła brew. 

 - Mam zamiar usiąść z przodu. Dziękuję, Doris. 
A  potem  dumnie  przeszła  wzdłuż  całego  rzędu  foteli, 

patrząc z uniesioną głową na pustą scenę przed sobą. 

Głowy  wszystkich  zwróciły  się  w  jej  stronę.  Rozpoznano 

ją; niektórzy z powodu jej częstych wizyt w filharmonii, inni 
ze zdjęcia w gazecie. Rozległy się stłumione szepty. Ellen nie 

background image

zwracała na nie uwagi. Miłość i odwaga dodawały jej sił i nic 
nie mogło jej dotknąć. 

Kiedy była przy trzecim rzędzie, światła zgasły. Rozległy 

się  nieśmiałe  brawa.  Armand  Dante  wyłonił  się  zza  kotary  i 
stanął w świetle reflektorów. 

Nigdy  nie  wyglądał  tak  wspaniale.  Jego  skóra  miała 

odcień  szlachetnej  bieli,  a  na  jej  tle  odbijały  się  przenikliwe, 
ciemne  oczy.  Stał  z  wyprostowanymi  plecami,  ramionami 
uniesionymi  tak,  jakby  całe  jego  ciało  szykowało  się  do 
stoczenia  walki.  Z  jego  postawy  biło  takie  męstwo  i 
zdecydowanie, że Ellen wstrzymała oddech z zachwytu. 

Armand  doszedł  do  podium,  skłonił  się  orkiestrze  i 

odwrócił się twarzą w stronę publiczności. 

I wtedy zobaczył Ellen. 
Ich  oczy  spotkały  się.  Miłość,  jaką  sobie  przekazali  tym 

spojrzeniem, była tak silna, że Ellen niemal fizycznie odczuła 
jej  dotyk.  Chociaż  się  uśmiechała,  policzki  dziewczyny  były 
mokre  od  łez.  Armand  podszedł  krok  do  przodu,  skinął  jej 
ręką i pierwszy raz tego dnia spokojnie odetchnął. 

W  sali  było  tak  cicho,  że  Ellen  słyszała  ten  pełen  ulgi 

oddech.  Słyszała  także  bicie  własnego  serca.  Publiczność 
trwała  w  absolutnej  ciszy.  Armand  odwrócił  się  w  stronę 
orkiestry, uniósł batutę i rozpoczął koncert. 

Po  kilku  godzinach,  kiedy  doprowadził  utwór  do 

wspaniałego  finału,  salę  znów  wypełniła  dziwna,  niezwykła 
cisza.  I  wtedy  Ellen  zerwała  się  ze  swego  fotela  i  klaszcząc 
głośno krzyknęła: „Brawo!". Jej głos odbił się echem po sali. 

I  w  tej  chwili  publiczność  podniosła  się  z  miejsc,  a  salę 

zalała  fala  oklasków  i  wiwatów  na  cześć  stojącego  samotnie 
na  podium  mężczyzny.  Cała  orkiestra  powstała  również, 
swoimi  oklaskami  wzmacniając  aplauz  zgotowany  przez 
widownię. 

background image

Armand objął wzrokiem całą salę, skinął głową w ukłonie 

i opuścił scenę. 

Ellen podążyła za kulisy. 
 - Armand - szepnęła, bo bała się, że głos jej zadrży. 
 -  Ellen!  Och,  kochanie...  -  Ujął  ją  w  ramiona,  przycisnął 

mocno  do  siebie  i  zanurzył  usta  w  jej  włosach.  -  Ellen  - 
szepnął raz jeszcze głosem nabrzmiałym od skrywanej emocji. 

Wsunęła  ręce  pod  jego  smoking,  pragnąc  objąć  go, 

chronić,  ogarnąć  swoją  miłością.  Czuła,  że  mokra  koszula 
przylepiła  mu  się  do  pleców.  Czuła  jego  ciepło,  bicie  jego 
serca, jego oddech. 

 - Wszystko w porządku? - wyszeptała, przyciskając wargi 

do żyły pulsującej na jego szyi. 

 -  Jeszcze  nie  wiem  -  odpowiedział,  biorąc  ją  na  ręce.  Po 

czym  zaniósł  ją  do  swej  garderoby,  zamknął  za  sobą  drzwi, 
postawił na ziemi i pochylił się nad dziewczyną, opierając się 
rękami o ścianę. Zbliżył twarz do jej twarzy. Widziała ciemne 
cienie  pod  jego  oczami  i  pionowe  zmarszczki  pomiędzy 
brwiami. Dotknęła ich palcami, jakby chciała je wygładzić. 

 - Och, kochanie, czy to było straszne? 
 - Nie bardzo. Oni nie mogą mnie zranić. Tylko ty możesz 

to zrobić. 

 - Armand. - W jego oczach odbiły się wszystkie uczucia i 

miłość,  jaką  w  nich  dostrzegła,  dala  Ellen  siłę,  jakiej 
potrzebowała. Pogładziła go po twarzy i wyszeptała: - Wybacz 
mi, kochanie. 

 - Ellen, nie ma czego wybaczać. Zbyt wiele wymagałem. 

Byłem uparty, dumny, ale zrobiłem to badanie... 

 - Nie! Niczego nie musisz udowadniać. I właśnie dlatego, 

że  jesteś  uparty,  dumny,  dzielny  i  wspaniały,  dlatego  cię 
kocham. -  Łzy popłynęły jej po pliczkach, ale tym razem nie 
próbowała ich powstrzymać. 

 - Armandzie, kocham cię. 

background image

 -  Nigdy  w  to  nie  wątpiłem,  moja  śliczna  -  wyszeptał.  - 

Ale masz rację, nie mogę niczego obiecywać. 

 -  Jego  głos  załamał  się,  ale  po  chwili  Armand  z 

determinacją mówił dalej: - Wierz mi, chcę tego, Ellen. Chcę 
obiecać ci, że nic takiego nigdy się już nie zdarzy, że mogę ich 
powstrzymać od ingerowania w nasze życie i że nigdy już cię 
nie zranią. 

 - Już dobrze - powtórzyła, delikatnie przesuwając palcem 

po jego brwi. 

 - Nie, nic nie jest dobrze! Ale ja mogę to znieść. Radość, 

jaką daje mi muzyka, praca. Ale ty... 

 - Ty jesteś moją radością. I jestem silniejsza, niż myślisz! 

-  powiedziała  z  czułością,  a  jej  błękitne  oczy  błyszczały.  - 
Jestem  silniejsza,  niż  sama  myślałam.  Dzisiaj  się  o  tym 
dowiedziałam, kiedy przestałam uciekać i chować się. Jedyną 
rzecz, której żałuję - powstrzymała łzy, które znów napłynęły 
jej  do  oczu  -  to  to,  że  nie  wiedziałam  tego  jeszcze  dziś  rano. 
Ale ty byłeś dzisiaj zachwycający! Nieugięty! 

 -  Gazety  przedstawią  mnie  pewnie  jako  zimnego  i 

pozbawionego serca drania - uśmiechnął się blado. 

 - No i co z tego! I tak ja wiem lepiej - szepnęła, głaszcząc 

go i pieszcząc jego włosy. - Oto mój dowód! - Pochyliła się i 
przycisnęła  usta  do  jego  koszuli  w  miejscu,  w  którym 
znajdowało się serce. 

Armand  na  chwilę  zamknął  oczy.  Potem  pochylił  się  i 

pocałował ją w czubek głowy. 

 -  Ellen  -  jego  miękki  głos  niemal  ginął  w  jej  włosach.  - 

Kocham  cię.  Nikt  inny  nie  istnieje  dla  mnie  na  tym  świecie. 
Ty jesteś moim światem! 

Ellen  pomyślała,  że  serce  wyskoczy  jej  z  piersi,  jak 

uwolniony  z  klatki  ptak.  A  potem  roześmiała  się  pełnym, 
radosnym śmiechem, w którym słychać było szczęście. 

 - To, chodź, Maestro, chodź i to udowodnij! 

background image

Poczuła nagle, jak jego mięśnie silnie opinają się wokół jej 

ciała. Uniósł ją, całując i pieszcząc, jakby chciał się upewnić, 
że jest prawdziwa, że należy do niego na zawsze. 

Ellen  oddała  mu  pocałunek,  przyjmując  obietnicę,  jaka 

była w nim zawarta. Pragnęła dzielić życie z tym wspaniałym, 
cudownym  mężczyzną.  Czym  zasłużyła  sobie  na  tyle 
szczęścia?  Odpowiedź  znalazła  w  jego  oczach,  uśmiechu  i 
pieszczotach. 

 -  Nie  wierzę!  Ale  na  śmierć  zapomniałam,  że  Laurie  i 

Rick  czekają  na  mnie  przed  filharmonią  razem  z  dzieckiem. 
Są moją uzbrojoną gwardią. 

 - Kto? Co! 
Armand oparł się ramieniem o framugę drzwi, bawiąc się 

kosmykiem włosów Ellen. Był wyraźnie zadowolony. 

 -  Powinienem  się  domyślić.  Ty,  kochanie,  i  twoi 

przyjaciele. Jeśli wpuścisz już kogoś do swego serca, jest tam 
bezpieczny na zawsze. - Przełknął ślinę  i dodał: - Czy wiesz, 
że Clarence zadzwonił do mnie i zostawił dziwną wiadomość, 
że butelka szampana i stolik do gry w karty czekają na moją 
następną wizytę? 

 -  Och,  Armandzie  -  roześmiała  się,  szczęśliwsza  niż 

kiedykolwiek. - Kocham cię! 

 - I ja cię kocham. 
Gdy  otwierali  drzwi,  by  pójść  na  spotkanie  przyjaciół,  w 

garderobie zadzwonił telefon. 

Wymienili  spojrzenia  i  Armand  podniósł  słuchawkę. 

Słuchał przez moment, po czym uśmiechnął się. 

 - Tak, jesteśmy tu razem. Wszystko będzie w porządku. I 

dziękuję,  że  zechciałeś  zadzwonić.  Wręczył  dziewczynie 
słuchawkę. 

 -  Hallo?  -  powiedziała  ostrożnie,  a  potem  westchnęła  i 

uśmiechnęła się. - Tak, tato. U nas wszystko w porządku. Czy 

background image

dasz  wiarę  tej  historii?  Wydaje  mi  się,  że  trochę  to  potrwa, 
zanim przyzwyczaję się do bycia żoną sławnego dyrygenta. 

Z okrzykiem radości Armand wziął ją w ramiona i całował 

tak, jak gdyby nigdy nie miał przestać. 

background image

EPILOG 
Drodzy  czytelnicy,  mamy  dla  was  wiadomość.  Nasza 

gazeta  nie  tylko  była  pierwszą,  która  wyjaśniła  prawdę 
dotyczącą  historii,  o  której  było  głośno  przez  jakiś  czas  i 
której bohaterem był sławny dyrygent Orkiestry Symfonicznej 
Armand Dante (nie wierzyliśmy w nią ani przez chwilę!), ale 
donosimy  niniejszym,  że  Maestro  Dante  wstąpił  w  związek 
małżeński.  Maestro,  czemu  ukrywałeś  tak  wspaniałą 
wiadomość przed nami, lojalnymi miłośnikami Twego talentu. 
Przesyłamy  Panu  i  Pańskiej  Uroczej  Małżonce  najlepsze 
życzenia.  Z  niecierpliwością  oczekujemy  kolejnego  sezonu 
koncertowego. 

Składamy 

również 

podziękowania 

anonimowemu 

nadawcy, który przysłał do redakcji to śliczne zdjęcie młodej 
pary z jej podróży poślubnej po Europie! 

 - Nie ma za co! - roześmiała się Laurie i poszła nakarmić 

dziecko.