background image

Marianne de Pierres 

Totalna awaria 

systemu

Parrish Plessis tom III 

Przełożył Dariusz Kopociński 

background image

Totalna awaria systemu

tyt. oryg. Crash Deluxe

ISBN 83-89951-44-4

Wydanie I

Agencja „Solaris”

Małgorzata Piasecka

ul. Warszawska 25 A, 11-034 Stawiguda

tel/fax. (0-89) 541-31-17

e-mail: 

agencja@solaris.net.pl

Sprzedaż wysyłkowa:

www.solaris.net.pl

background image

Dla mojego syna Ivana

background image

P

ROLOG

Networld, na żywo, godz. 5.00

Drodzy   widzowie   Networldu!   Dziś   rano,   gdy   chcemy   podziwiać   otwarcie   igrzysk 

PanSatu,   na  naszych   oczach  rozgrywają   się  mrożące   krew   w  żyłach   sceny.   Skradzionym 
helikopterem,  widocznym  z  prawej strony ekranu, ucieka  Parrish Plessis. Znana szefowa  
gangu   uprowadziła   jedną   z   czołowych   osobowości   medialnych.   Lecimy   w   kierunku  
południowym nad przedmieściami Vivy. Tropem Plessis podąża świetnie uzbrojona milicyjna  
grupa pościgowa.

Plessis,   kobieta   zamieszana   w   morderstwo   Razz   Retribution,   oskarżona   o   rozpętanie 

zamieszek   w   Sektorze   Trzecim,   jest   obecnie   najbardziej   poszukiwanym   przestępcą   na 
południowej   półkuli.   Dzięki   swojej   bezkompromisowej   postawie   wielokrotnie   unikała 
aresztowania, lecz tym razem nie ucieknie przed wymiarem sprawiedliwości.

W związku z jej działalnością pojawiło się wiele pytań i wątpliwości. Czy to ona zabiła  

słynnego gangstera Jamona Mondo? Czy potrafi w niewyjaśniony sposób leczyć rany? Czy 
jest wcieleniem bóstwa z wierzeń voodoo? Czy próbuje stworzyć rasę nadludzi? Wiem, drodzy 
widzowie,   że   to   brzmi   absurdalnie,   ale   to   tylko   część   nieprawdopodobnych   mitów,   jakie 
narosły o Parrish Plessis.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że urodziła się na peryferiach zewnętrznego 

kręgu i już we wczesnej młodości ujawniły się w niej antyspołeczne zachowania. Nie umiała 
się odnaleźć w zdrowym społeczeństwie, dlatego wybrała życie w podmiejskich slumsach, 
które   miejscowi   nazywają   Trójką.   Tam   właśnie,   zdaniem   milicji,   udaje   się   teraz   Parrish  
Plessis.

Proszę się nie rozłączać, za chwilę wrócimy do programu...

* * *

Drodzy widzowie, oto dalsza część relacji z bezprecedensowego porwania. Dosłownie 

przed momentem wydarzyła się rzecz niebywała: nad Sektorem Trzecim pojawiły się setki 

background image

paralotni. I nie koniec na tym: Plessis wykonała kolejne posunięcie. Jej helikopter krąży nisko 
nad samym sercem miasta występku, gdzie podobno nikt nie mieszka. Kiedy mówię te słowa, 
porywaczka każe ofierze usiąść na skraju kabiny. Co się teraz stanie? Otrzymuję informacje, 
że zobaczymy to ujęcie w powiększeniu. Dobry Boże! Parrish Plessis ośmieliła się porwać  
samą...

transmisja przerwana... transmisja przerwana... transmisja przerwana... trans...

background image

R

OZDZIAŁ

 1

Po   niedługich   poszukiwaniach   znalazłam   swojego   najlepszego   przyjaciela   Teece’a   w 

barze Heina, gdzie boksował się z niewidzialnym przeciwnikiem w wirtualnych rękawicach. 
Ibis, mój drugi najlepszy przyjaciel, siedział schlany w sztok na krześle dotykowym. Mocno 
się ze sobą skumplowali w czasie przemeblowywania koszarów.

Bez uprzedzenia zerwałam Teece’owi z twarzy tani zestaw do gier.
Nagłe   przejście   do   innej   rzeczywistości   skutkowało   rozszerzeniem   źrenic.   Kiedy 

zobaczył, z kim ma do czynienia, zdjął też rękawice i skrzyżował ręce w hardej pozie.

– Co znowu?
– Muszę się włamać do bazy danych więzienia w Vivie. Możesz mnie tam zabrać?
Rysy mu stężały.
– Jest parę miejsc, Parrish, gdzie nawet ty się nie dostaniesz. To właśnie jedno z nich.
– Więc mi nie pomożesz?
Pokręcił głową.
– Nie.
Udając obrażoną, podeszłam do Ibisa i chwyciłam go za koszulę.
– Wstawaj, dzwonimy do Gigi. Będziesz moim żyrantem.
Gigi, główna bankierka w Trójce, dysponowała najlepszą  sieciową wirealką. Gdybym 

chciała z niej korzystać, musiałabym się potargować. O wszystko się w życiu targowałam. 
Ibis szarpnął się jak pijana marionetka.

– Kim będę?
– Żyrantem, czyli wsparciem. Są takie miejsca w wirtualnej sieci, po których lepiej nie 

żeglować w pojedynkę – wyjaśniłam.

Ibis przewrócił oczami i spojrzał na Teece’a, lecz ten nie spieszył się z odsieczą.
– Po prostu mnie asekuruj – szepnęłam mu na ucho. – Proszę cię.
Rzadko o coś prosiłam. Wzięty z zaskoczenia, bez szemrania wyszedł z knajpy i udał się 

ze mną do domu. Ten dom to duże łóżko, brązowe plamy na suficie, kanapa, nieistniejąca 
kuchnia, dziupla i kupa złych wspomnień. Biorąc pod uwagę życie w Trójce, pławiłam się w 
luksusach,   lecz   tutaj   niegdyś   zamelinował   się   Jamon   Mondo.   Po   tym   jak   dziabnięto   go 
włócznią, przejęłam po nim schedę.

background image

W pokoju dziennym  mogłam  sadzać gości na obiedzie. No nie, przedni żart! Parrish 

Plessis i proszony obiad: szawarmy z mięsem, piwo i ciastka. Goście siedzą na zbrukanej 
krwią podłodze i silą się na grzeczną rozmówkę:

„Kto dzisiaj chciał ci się dobrać do dupy, Parrish?”.
„Trzech   dingochłopów,   jeden   zmiennokształtny   i   psioszczur,   który   skakał   z   drzewa 

gumowego”.

Usadowiłam Ibisa na kanapie i poczęstowałam go potrójną dawką pseudokawy. Wypił i 

od razu zaczął sprawniej myśleć.

–  Odbiło   ci,   złotko?   Ja   tylko   opycham   oldskulowe   ciuchy   i   po   amatorsku   dekoruję 

wnętrza. Kurna, mam być murzynem do włamu? Trafiłaś pod zły adres. – Wypowiadając 
ostatnie zdanie, naśladował mój akcent.

– Wszyscy o tym wiedzą, nie panikuj.
Liczyłam   na   instynkt   opiekuńczy   Teece’a.   Dla   takiego   jak   Ibis   żółtodzioba   sieciowa 

wirealka mogła się okazać zabójcza..

– Aha... – Napił się. – Odpowiem ci w twoim stylu, złotko. Gówno mi to mówi.
– Pamiętasz te szkraby, które przyprowadziłam z Disu? Te, które bardziej przypominały 

zwierzęta niż ludzi? Skrzywdził je niejaki Ike del Morte.

Pokiwał głową.
– Obiło mi się o uszy to nazwisko.
Cofnęłam się myślami do wydarzeń sprzed tygodnia. Wspólnota Coomera – naprawdę 

wredna paczka – wplątała mnie w pościg za Leesą Tulu, niebezpieczną szamanką. Goniąc ją, 
dotarłam do miejsca zwanego Mo-Vay, w samym środku Trójki, gdzie okazało się, że Morte z 
wielkim zaangażowaniem produkuje pokolenie zmutowanych dziwolągów, a następnie zaraża 
je pasożytem Eskaalimem.

O  Eskaalimie  wiedziałam  bardzo  dużo. Też  się nim  zaraziłam  i wyglądało  na to,  że 

niedługo zmieni mnie w potwora.

Jeśli już mnie nie zmienił. Bądź co bądź, łatwiej mi się zabijało.
Opuściłam   Mo-Vay   z   pewnym   podejrzeniem   w   kwestii   tego,   kto   stoi   za   tym 

opracowanym   w   laboratoriach   niewolnictwem.   Na   trop   naprowadził   mnie   tajemniczy 
sprzymierzeniec:  dziennikarka,  która dała mi  wyschnięte,  pomarszczone  powieki Ikea del 
Morte, wytatuowane piętnem więźnia.

Odkąd   ktoś   wpływowy   wyciągnął   go  z   mamra   w   Vivie,   wprowadzał   w   życie   swoje 

zwariowane pomysły.

– Był szalony, ale też inteligentny. Zgarnął niezłą forsę na te swoje obrzydliwe badania. 

Chciałabym dorwać drani, którzy mu ją dali.

Ibis wzdrygnął się, może na widok mojej miny.
– Żal mi ich – powiedział.
– A mnie nie.

background image

Wstałam, kopnęłam w kanapę i przeszłam się po pokoju. Gdzie ten Teece? Może jednak 

mój plan nie wypali? Może będę musiała sama zrobić ten skok?

– Merry, połącz mnie z Gigi – zakomenderowałam.
Nim to nastąpiło, moja e-sekretarka – i szydercza modnisia w jednym – udawała, że liczy 

pieniądze i je zjada. Taki mały żarcik.

– Plessis? – Na projektorze Merry wyświetliło się oblicze grubej bankierki.
– Chcę skorzystać z twojej sieciowej wirealki.
Gigi uśmiechnęła się lekko.
– Tak zwyczajnie, bez „poproszę”?
– Podaj cenę. – Nie miałam czasu na pierdoły.
Lesba miętosiła wargi.
– Udziały.
Wywaliłam gały.
– W czym, do jasnej cholery?
– W Plessis Ventures.
– Brednie.
– Nie sprawdzasz stanu konta?
Wzruszyłam ramionami, zawstydzona. To była działka Teecea.
– Ostatnio jestem trochę zagoniona.
– O dziwo, Parrish Plessis, stałaś się wiarygodną osobą. Twoi dłużnicy regulują rachunki, 

bo wierzą, że ze wszystkim sobie poradzisz. Drobni udziałowcy chcą inwestować pieniądze w 
twoje, akcje. Chyba sądzę, że u ciebie będą bezpieczniejsze niż u mnie. – Prychnęła. – Jeśli 
chcesz korzystać z mojej wirtualnej sieci, oddasz mi pięć procent zysków.

No pięknie, zazdrosna bankierka.
– Pięć procent?! – zagrzmiał mi nad uchem Teece, aż podskoczyłam. Wpakował facjatę 

między mnie a hologram. – Nawet jak na ciebie, Gigi, to już gruba przesada.

Odsunęłam go, żeby nie zasłaniał.
– Zgoda na pięć procent, ale będę miała dostęp do sieci o każdej porze dnia i nocy. Za 

trzy miesiące jeszcze raz omówimy warunki.

– No to umowa stoi – powiedziała Gigi.
– Zaraz się zobaczymy. – Przerwałam połączenie.
Teece złapał mnie za ramię.
– Co ty sobie myślisz? – warknął.
– A ty co tu robisz?
Patrzył na mnie z taką dezaprobatą, że poczułam się dumna.
– Chcesz tam iść, żeby cię pochlastali? Nie ma sprawy, ale nie mieszaj w to Ibisa.
Wzruszyłam ramionami, jakby taki pomysł  nigdy nie przyszedł mi do głowy, lecz w 

myślach przechodziłam już do następnej fazy planu.

background image

– Później zerwiemy umowę z Gigi.
– Czego szukasz?
– Informacji o wyroku, jaki dostał Ike del Morte.
Milczał z zaciśniętymi zębami.
Byłam   już   w   drzwiach.   Musiałam   szybko   wyrwać   się   z   Trójki,   żeby   kogoś   nie 

poturbować. Z tego czy innego powodu każdy wyciągał do mnie łapy, gdy tymczasem ja 
miałam ważniejsze rzeczy do roboty,  niż odgrywanie królowej wojowniczki z miejskiego 
rynsztoka.

* * *

Gigi czekała za zasiekami trudniejszymi do sforsowania niż te, którymi otaczał się Raul 

Minoj, mój ulubiony handlarz bronią. I gorzej od niej jechało.

– Teece dogada z tobą szczegóły – powiedziałam.
– A o czym tu gadać? – zaśmiała się. – Wpływa forsa, biorę swoją należność.
Patrzyli na siebie spode łba. Przedsiębiorca i bankier. Tradycja.
– Hej, tylko się nie pozagryzajcie. Trochę mi się śpieszy, Gigi.
Skinieniem głowy wskazała do połowy zasłonięty kąt pokoju.
– Nie zapoćcie się w moich pokrowcach.
Wisiały tam dwa wory wielkości dorosłego człowieka, zupełnie jakby z ludzi odessano 

wnętrzności. Do żadnego nie podłączono monitora diagnostycznego czy respiratora.

– Zero zabezpieczenia – szepnął Teece. – Jeśli mnie zgubisz, módl się, żeby Gigi w porę 

cię odłączyła. Nie zmieniłaś zdania?

Spojrzałam na Gigi. Wyżerała z kartonu ciepłe ciastka i zlizywała cukier z palców.
– W razie kłopotów lepiej mnie stamtąd wyciągnij. Bo wrócę jako duch.
– Jasne – odparła z beknięciem.
Jej grzeczniutki uśmiech wydał mi się podejrzany.
– No to do dzieła.
Odór w pierwszym pokrowcu był nie do wytrzymania, więc przekazałam go Teece’owi.
– Za duży jak dla mnie – skłamałam.
Zmarszczył   brwi,   kilka   razy  głośno   przełknął   ślinę,   rozebrał   się   i   wszedł   do  środka. 

Postąpiłam podobnie: ignorując jego spojrzenie, wślizgnęłam się do drugiego pokrowca. Nie 
śmierdział tak nieznośnie, lecz miejscami lepił się do ciała niczym tani bandaż przylepny.

– Powinnam wyłączyć wędki?
Teece pokręcił głową.
– Gigi ma zestaw wizyjny z ograniczoną fonią. Wirealka drugiej generacji.
Nie tracił czasu na instruktaż, momentalnie znaleźliśmy się w pełnym zanurzeniu. Taka 

mała zemsta za moje szefowskie wybryki. Nie miałam kontaktu z wirealką od czasów szkoły 

background image

sieciowej. Nawiasem mówiąc, zwiedzałam wtedy tylko miejsca turystyczne, więc teraz po 
skoku   mój   mózg   zawył   od   nadmiaru   wrażeń   zmysłowych.   Puściłam   pawia   do   maski   i 
usłyszałam chlupot w odsysaczu. Teraz gorzej śmierdziało u mnie.

Teece   wyprowadził   mnie   na   sam   wierzch   kolejki   do   wyrzutni.   Objęłam   wzrokiem 

ogromną przestrzeń. Wizualizacją mojej szkoły sieciowej był las tropikalny, splatające się ze 
sobą gałęzie i korzenie szukające pokarmu. Między korzeniami walały się szczątki. System 
równocześnie żył i obumierał, rozwijał się i niszczał.

Symbolika stosowana przez Gigi nawiązywała do krajobrazów miejskich z pierwszych 

wirtualek. Drogi szybkiego ruchu i budynki z klocków. Jezdnie i pasaże handlowe.

Dostrzegłam   odbicie   awatara,   którego   dla   mnie   wybrał   Teece:   kobietę   wikingów   z 

monstrualnym rogatym hełmem. Bardzo śmieszne... On zaś był motocyklem krosowym, który 
wydawał odgłos młota do wbijania gwoździ. Wskoczyłam na siodełko, uważając, żeby nie 
spaść.

Od razu włączyliśmy się do ruchu. Zahaczałam rogami o inne awatary i wyginałam szyję, 

żeby   podziwiać   widoki.   Znienacka   pojawił   się   przede   mną   regulaminowy   napis   z 
ostrzeżeniem przed ingerencją w przestrzeń innych podróżnych. Miałam nie ruszać rogami i 
patrzeć przed siebie na drogę.

– Może byś wyciął te cholerne kły, co? – mruknęłam.
W odpowiedzi zaryczał silnik, a mnie aż wygięło z przyspieszenia.
Jechało   się   fajnie   ekspresówkami,   obrazy   się   zlewały,   brakowało   tylko   świszczącego 

wiatru w uszach.

Kiedy w  końcu  zjechaliśmy  do  wyjścia,   odniosłam  wrażenie,   że  świat   się skurczył  i 

opadło   niebo.   Wmawiałam   sobie,   że  to   taka   sztuczka,   by   zniechęcić   włóczykijów   do 
odwiedzania niektórych rejonów. Mimo to męczyła mnie klaustrofobia.

– Wyluzuj – dotarła do mnie myśl Teece’a.
Obejrzałam   się   i   zauważyłam,   że   skonstruował   olbrzymi  tłumik,   żeby   uciszyć   swoją 

gerdę.

Zwolniliśmy.   Przemykając   po   cichu   bocznymi   uliczkami,   zbliżaliśmy   się   do   grupy 

potężnych   budynków   niedaleko   portu.   Dostrzegałam   dzikie   zwierzęta,   niepodobne   do 
żadnych   znanych   mi   stworzeń.   Były   też   awatary   ze   zwyczajnym   wizerunkiem   postaci 
ludzkiej: jedne w żywych barwach, drugie nieciekawe i schematyczne, inne jeszcze w formie 
duchów. Wydurniały się, biły, kupowały, sprzedawały, szwendały się bez celu. To mi się 
właśnie najmniej podoba w sieciowej wirtualne: ludzka wyobraźnia. Nie da się przewidzieć, 
co komu nagle strzeli do łba.

–  Szary budynek to więzienie – poinformował mnie Teec’e. – Niebieski to milicyjny 

korpus danych.

Gapiłam się na imponujące, lśniące fasady, ozdobione godłami.
– Czemu są trzy budynki?

background image

– Nie wiem. Sam się zastanawiam, co...
Po obu stronach ulicy wybuchła strzelanina, jakby Teece uruchomił jakiś alarm. Dodał 

gazu i pomknął  zygzakami  wśród huku wystrzałów. Gdy pochyliłam  się nad kierownicą, 
wydłużająca się owiewka motocykla utworzyła nade mną ochronną barierę, od której odbijały 
się pociski.

– Co robisz?
– Mam własne zabezpieczenia antywirusowe.
– Długo możesz się bronić?
Nie odpowiedział. Skręcił wprost na ścianę budyneczku. Przygotowałam się na kraksę, 

ale do niej nie doszło. W ścianie otworzyło się wąskie przejście, które zamknęło się zaraz za 
naszymi plecami. Wyjechaliśmy na drogę do portu.

– Spust – uprzedził moje pytanie.
Kanonada ucichła. Wyprostowałam się na siedzeniu. Raptowna cisza porażała zmysły, 

zapach soli wiercił w nosie. Nie powinnam przecież...

– T-Teece? – Dzwoniłam zębami. – Czuję... sól. Mam złe p-przeczucia.
Nie   zwracał   na   mnie   uwagi,   tylko   uparcie   gnał   środkiem   ulicy.   Rosnąca   sylwetka 

budynku milicji zasłaniała horyzont. Wiedziałam, że za tym potężnym, błyszczącym murem 
znajdę potrzebne informacje.

Tak blisko, a jednak... dały o sobie znać pieprzone zabezpieczenia.
Ostrzegło   nas   jedynie   odległe  dudnienie.  A   potem   zaczęło  się   najgorsze.  Zapachowy 

firewall: smród siarki. Capiło tak strasznie, że motocykl pode mną doszczętnie się rozpuścił.

Wstrzymałam oddech... a gdy się ocknęłam, Gigi robiła mi usta-usta. Jej ohydne wyziewy 

w połączeniu z dotykiem warg napędziły mi większego stracha niż świadomość, że miałam 
zgon. Walnęłam ją w dupę i wyswobodziłam się z pokrowca, dysząc jak astmatyk.

Teece nadal tkwił w pokrowcu, cały w drgawkach.
– Nic mu nie jest!? – wykrzyknęłam. Jednocześnie plułam, żeby pozbyć się z ust smrodu 

Gigi i kwaśnego posmaku rzygowin.

Bankierka podniosła się z ziemi i z nadąsaną miną rozmasowała tyłek.
– On wie, co robi – powiedziała. – Zresztą ścigali ciebie.
Patrzyłam na nią podejrzliwie.
– Skąd wiesz?
Postukała w umieszczony za uchem stent z kapturkiem z masy plastycznej.
– Gigi nie posługuje się prymitywnym dziadostwem.
Popatrzyłam z szacunkiem na puszystą kobietę. Nie każdy potrafi żeglować non stop 

sieciowej   wirtualce   i   jednocześnie   obsługiwać   rzeczywistość.   Nic   dziwnego,   że   mówiła 
powoli.

Byłam na nią zła. Oddała nam do dyspozycji najsyfniejszy sprzęt, zamiast zaproponować 

coś nowocześniejszego.

background image

Pomimo   jej   zapewnień   szybko   się   ubrałam   i   stanęłam   zatroskana   przed   Teece’em. 

Wreszcie oprzytomniał. Pomogłam mu wysupłać się z pokrowca. Kleił się od potu, łzy ciekły 
mu z oczu.

– Zgubiłem cię. Myślałem, że...
Cofnęłam  się   wkurzona   mimo   poczucia  ulgi.   Nie  chciałam  słuchać   tego,  co   miał   do 

powiedzenia. Nie w obecności Gigi. Podałam mu ubranie.

– Chodźmy już stąd.

background image

R

OZDZIAŁ

 2

–   Zdawało   mi   się,   że   miał   być   czysty,   sprawdzony   wizual,   zero   niespodzianek!   – 

wrzasnęłam na Teece’a. – Mogłeś nas bez sensu pozabijać!

Krążył po pokoju. Ibis taktownie czmychnął do baru, żebyśmy się mogli wykłócić bez 

świadków.

–  Nie wiedziałem. Gigi pewnie załatwiła sobie zestaw trzeciej generacji. Po prostu nie 

pomyślała o tym, żeby nam powiedzieć.

– Gigi myśli o wszystkim – odburknęłam.
– Czyli nie chcesz wiedzieć, co odkryłem?
Nadstawiłam ucha.
– Byłeś w środku?
– Prawie. – Pokiwał głową. – Na pewno nie chciałabyś, żebym wygadał się przed Gigi.
– Z czego? – Wstrzymałam oddech.
– Przeczytałem wyrok del Mortea. Odsiadywał dożywocie za morderstwo i posiekanie 

paru   nieopierzonych   szpiegusów.   Wygląda   na   to,   że   miał   chrapkę   na   ich   biołącza.   Ktoś 
wyłożył niezły szmal, żeby go wyciągnąć.

– Kto? – Znowu wstrzymałam oddech.
– Nie dotarłem aż tak daleko. – Zawahał się, jakby wolał przemilczeć pewne rzeczy.
Czekałam ze skrzyżowanymi rękami.
– Zachował się wpis. Poszedłem tym tropem tak daleko, jak się tylko dało. Nazwisko, na 

którym ci zależy, można znaleźć w neutralce.

– Gdzie konkretnie?
– W obozie internowania na wyspie Jinberra. 
Jinberra... Serce we mnie skoczyło. Jinberra nie jest zwyczajnym kiciem, to nowy wymiar 

więziennictwa.

– Super.
Przestał krążyć i wgapił się we mnie podejrzliwie.
– W życiu się tam nie włamiesz.
– Zgadza się, ale znajdzie się ktoś, kto da radę. Tylko trzeba go namierzyć.
Oczekiwałam, że Teece będzie się kłócił, wybijał mi z głowy ten niedorzeczny pomysł. 

background image

Skoro jednak milczał, musiał o czymś intensywnie myśleć.

Chwyciłam go za rękę.
– Proszę cię, pomóż mi, chyba że nie możesz – powiedziałam z naciskiem.
Znieruchomiał. Wolał postępować ze mną ostrożnie... i jego szczęście. Nie dość, że z Mo-

Vay wyniosłam więcej trosk niż blizn, to jeszcze po powrocie Teece zdołował mnie swoim 
nowym romansem.

Niechętnie oderwałam się od niego i błagalnie wyciągnęłam rękę.
– Proszę, pomóż mi...
Z wahaniem ujął moje palce, a potem je zakleszczył.
Dzikie obłapianie, takie w jego stylu, bardziej by mi odpowiadało, ale miażdżący uścisk 

dłoni też był nie do pogardzenia.

Uśmiechnęłam się. Odpowiedział uśmiechem.
Sprawy miały się lepiej. Może jeszcze nie wróciły do normy, ale był postęp.
– Potrzebne mi to nazwisko, Teece. Ten sam, kto zapłacił za wypuszczenie na wolność 

Ike’a, zapłacił mu, żeby zaraził Trójkę pasożytem i stworzył te... te... potwory. Gdyby w 
kanale nie było od groma siarczanu miedziowego, cholera wie od jakich dziwolągów byśmy 
się teraz opędzali. Prawdę mówiąc, niektóre już mogą grasować po tej stronie.

Jęknął.
– Co?
– Jestem ci winny przeprosiny, Parrish.
Opuściłam ręce z zaciśniętymi pięściami.
– Ty... mnie?
– Kiedy stamtąd wróciłaś, myślałem, że zrobisz mi, to znaczy nam, awanturę. Cóż, nie 

znam cię aż tak dobrze, jak mi się zdawało.

Westchnęłam.
– Znasz mnie, Teece. I wierz mi, awantura wisiała w powietrzu. Ale z innych powodów, 

niż myślisz. – Zawahałam się. Nie powiedziałam mu do tej pory, czy więc powinnam teraz? 
Szanse na to, że wrócę z następnej eskapady, były mikroskopijne. Ale też wydawało mi się, 
że to ważne, by o wszystkim wiedział, skoro miałam zginąć lub trafić na zawsze za kratki. 
Przewiercał mnie wzrokiem na wylot. Spojrzeniem bladoniebieskich oczu, lekko zbolałych i 
jak zawsze zatroskanych. Klapnęłam na kanapę.

– Na sam koniec w Mo-Vay... w obecności Tulu, urwał mi się film. Kiedy się obudziłam, 

czekał na mnie Loyl. Mówił, że się zmieniłam, że przeszłam przemianę. A ja uwierzyłam, no 
bo... chciałam uwierzyć. Przestałam walczyć z pasożytem, pozwoliłam mu przejąć kontrolę. – 
Widząc   zdumione   spojrzenie   Teecea,   szybko   podjęłam   opowieść,   żeby   mnie   źle   nie 
zrozumiał: – Tylko to mi pozostało. Umierałam i chciałam dać Wspólnocie trochę czasu na 
rozprawę  z  Ikiem.  Myślałam,  że   jeśli   pasożyt  całkiem   mną   zawładnie,   będę  miała   siły  i 
jeszcze trochę wytrzymam.

background image

– No i?
–   Loyl   twierdził,   że   zmieniłam   się   we   wstrętnego   potwora,   a   potem   mi   przeszło. 

Uwierzyłam mu. Jednak chciałam wrócić i zobaczyć się z tobą, poskładać wszystko do kupy, 
nim odejdę na dobre. Musiałam odejść, Teece. Jeśli ktoś miał mi rozwalić łeb, to tylko ja 
sama, kapujesz?

Wolno pokiwał głową, rozważając wszelkie niuanse moich zwierzeń.
– Ale teraz już wiesz, że nie przeszłaś przemiany?
Pokiwałam głową.
–  Mam... sojuszniczkę, pilota szpiegusa. Kontaktowała się ze mną parę razy. Ostatnio 

powiedziała, że zabrała Wombebe, jedną z sierot z Mo-Vay.

– Kogoś takiego nazywasz sojusznikiem?
– Chce, żebym powstrzymała tego, kto bawi się z nami w Boga. Podobno wyśledziła 

mnie  w Mo-Vay,  kiedy leżałam  nieprzytomna.  Twierdzi,  że Loyl  kłamie  i wcale się nie 
przemieniłam.

– Wierzysz jej?
– Tak. – Próbowałam powiedzieć to pewnym siebie tonem.
– Przecież to brzmi absurdalnie. Spodziewasz się, że uwierzę?
Wzruszyłam ramionami.
– Chciałabym tylko, żebyś mi ufał, Teece, tak samo jak ja ufam tobie.
Zrobił  krok w  stronę łóżka,  chwycił  mnie  za rękę  i wciągnął  w  swoje ramiona.  Nie 

pamiętam, by kiedykolwiek tak mnie przytulał. Omal nam się kości nie zrosły.

– Nigdy nie zdradzasz wszystkich faktów na czas – szepnął mi do ucha.
– Może to i racja.
Popatrzył na mnie z rezygnacją i się odsunął.
– Spotkamy się wieczorem u Heina. Powinienem mieć coś, co cię postawi na nogi.
– Dzięki. – Uśmiechnęłam się najlepiej, jak umiałam.
Zerknął na mnie spod oka.
–  Tak  na  marginesie,   jeśli  nie  chcesz,  żeby cię   zgarnęli  z  ulicy,   zrób coś   ze  swoim 

wyglądem.

Oszczędziłam mu kuksańca; po prostu patrzył na świat chłodnym okiem.

background image

R

OZDZIAŁ

 3

– Larry, tequila.
Wszyscy okupujący barowe stołki odwrócili się do mnie.
Kiedy   już   przeszłam   nad   obelgą   Teece’a   do   porządku   dziennego,   dostrzegłam 

sensowność jego sugestii i popracowałam nad zmianą wizerunku. W normalnym przebraniu 
zapuszkowaliby mnie w mgnieniu oka.

Stałam więc teraz z krwistoczerwonymi włosami, zlewającymi się kaskadą do pasa, oraz 

w obciągniętej skórzanej miniówie (choć na tyle długiej, że zakrywała przypięte na biodrach 
noże   w   futerałach),   butach   na   wysokim   obcasie   i   bluzeczce   z   długim   rękawem,   która 
przysłaniała pancerny skórzany top.

Teece zsunął się ze stołka, żeby mi się przyjrzeć.
– Zamknij się! – warknęłam, nim zdążył się odezwać.
Zamiast posłuchać, do samej ziemi wywalił ośliniony jęzor. Nawiasem mówiąc, wszyscy 

w barze milczeli, zszokowani.

Jak   na   zaplutą   mordownię   z   więziennym   wnętrzem   i   maksymalnie   zasyfionym 

zapleczem,   wszystko   to   było   ździebko   deprymujące.   Nawet   Larry   Hein,   flegmatyczny 
właściciel lokalu, wymknął się za przegrodę do swego centrum łącznościowo-finansowego, 
żeby niuchnąć coś na uspokojenie.

Może   wypróbowywanie   nowego   image’u   na   miejscowych   moczymordach   nie   było 

najlepszym   pomysłem.   Parrish   Plessis,   herszt   podziemia   i   stuprocentowa   twardzielka, 
przepoczwarza się w długonogą, długowłosą księżniczkę... Doprawdy, koniec świata...

Jedna rzecz mnie pocieszyła: wydawało się, że Pszczółka Gilgotka, dziewczyna Teece’a, 

lada moment zemdleje.

Przeniosłam   wzrok   na   Ibisa.   Ochłonął   już   i   coś   popijał.   Między   nami   stały   baterie 

kieliszków. Wsparł czoło na rękach i zmierzył mnie od stóp do głów lekko zaskoczonym 
spojrzeniem.

– A co to, kurna, za cudactwo?
Twarz mi poczerwieniała. Gdybym była szarą myszką, zapadłabym się ze wstydu pod 

ziemię. Póki co, życzyłam w duchu wszystkim, żeby ich diabli wzięli.

Usiadłam obok Ibisa wkurzona tym, że muszę się wiercić i wciskać spódniczkę pod uda.

background image

– Trochę cię zdradza pisztolet – wyseplenił.
Zerknęłam z góry na kaburę – jedną zamiast dwóch, co było moim najdalej posuniętym 

ustępstwem na rzecz wizerunku laluni.

–  Na razie się rozgrzewam – wychrypiałam tytułem usprawiedliwienia. – Larry, gdzie 

mój drink?

Przepłukałam gardło, nieco skrępowana wścibskimi spojrzeniami. Najgorszy był Teece: 

jego wzrok wręcz parzył. Wbrew obietnicom nie podszedł jednak z nowinami. Zamiast tego 
poczłapał   do   interkabiny   i   zaczął   wymachiwać   rękawicami.   Pszczółka   została   sama   przy 
barze.

Westchnęłam i odwróciłam się do Ibisa. Co teraz?
– A więc jakoś radzisz sobie z Teeceem? – zagadał.
– Zazwyczaj. – Zauważyłam jego cętkowaną skórę. – A co u ciebie?
Ibis przyjechał do Trójki pełen entuzjazmu i arogancji. Teraz był wypompowany i zły na 

świat. Czułam w związku z tym wyrzuty sumienia. Jako przyjaciółka powinnam się bardziej o 
niego troszczyć.

Odchrząknął   i   wydął   policzki   jak   człowiek,   który   chce   zrzucić   z   siebie   niewygodny 

ciężar. Popijałam tequilę, czekając, aż weźmie się w garść.

– Choć wiedziałem, Parrish, że nie będzie wesoło, że brud i nędza to nie moje klimaty, 

naiwnie   myślałem,   że   jakoś   to   przetrzymam.   Niestety,   pomyliłem   się.   –   Westchnął.   – 
Warunki życia urągają tu ludzkiej godności. Problem w tym, że nie mogę już wrócić i o 
wszystkim zapomnieć. Smród, syf, poniżenie... wszystko to we mnie zostanie.

Patrzyłam na niego bez zmrużenia powieki. Nigdy nie słyszałam, żeby był czymś  tak 

zaaferowany. Zwykłe to ja uderzałam w ten ton. Gdzież się podział mój frywolny, skory do 
flirtowania kumpel?

Alkohol poruszył w nim czułą strunę, więc musiałam go sprowadzić na ziemię. Trójka to 

dużo bardziej złożony temat, lecz człowiek musi trzymać dystans, inaczej serce krwawi.

– Ludzie mają możliwość wyboru, Ibis, jednak rzadko zmieniają coś w swoim świecie, 

nawet jeśli mogą. Tutaj odpowiada im życie na marginesie, nic na to nie poradzisz.

– Skoro w to wierzysz, czemu pomagasz dzieciom?
Przypomniały mi się sieroty.
– Dzieci to co innego. Trzeba im mówić, że jeśli chcą, mogą zmienić to i owo.
– Chyba jednak się mylisz. Nie w kwestii dzieci, ale pozostałych. Sądzę, że chcieliby żyć 

w lepszym świecie.

– Romantyczne myślenie – nie ustępowałam.
– Lepiej być romantycznym niż obojętnym – odparował.
Poruszyłam  się  ze  złością   na dotykowym  stołku,  który  zazgrzytał  i  wymruczał   cichą 

skargę. Pacnęłam go zaraz w podkładkę czujnika.

– Nie jestem obojętna, a szkoda.

background image

Zamiast się dalej sprzeczać, westchnął z rezygnacją.
– Wiem. – Wzruszył ramionami i golnął sobie następnego. – Tym razem pożegnasz się z 

życiem, wiesz?

Słysząc ostrzeżenie Ibisa, wypowiedziane tak formalnym tonem, poczułam zimny dreszcz 

na plecach.

W   milczeniu   uronił   dwie   duże   łzy.   Żałował   mnie?   A   może   siebie?   Nie   miałam 

sposobności spytać, bo osunął głowę na bar i zachrapał.

Pokazałam Heinowi gest podrzynania gardła. Ani kieliszka wódki więcej! Kiwnął głową i 

podsunął   mi   na   przepitkę   piwo   Ibisa.   Patrzyłam,   jak   wygładza   koronkowy   fartuch.   Pod 
spodem nosił lateksowy kombinezon, jakby po zamknięciu lokalu miał randkę z gorącą laską. 
Myśl,   że  Lany   może   odczuwać   pociąg  seksualny,   na   chwilę   wyrwała   mnie   z   niewesołej 
zadumy nad wiarołomnym Teeceem. Faceci zawsze robią mnie w konia.

Dajmy na to taki Loyl-me-Daac. Czy chociaż raz powiedział mi prawdę? Pragnęłam go, 

to fakt, ale nie mogłam zwalczyć chwiejnej osobowości, którą dostałam w pakiecie. Byliśmy 
jak   staroświecka   moneta:   dwie   strony   tej   samej   istoty.   Na   trwale   złączeni,   oglądaliśmy 
rzeczywistość   z   różnej   perspektywy.   Marzył   o   lepszym   świecie   dla   garstki   wybrańców, 
podczas gdy ja budowałam lepszy świat dla wszystkich, którzy o nim marzą. Wierzcie albo 
nie, różnica jest wielka.

Nie widzieliśmy się już chyba z tydzień i strasznie mi się ckniło. Parrish, oprzytomniej.
Przypomniałam sobie, że na chwilę obecną nienawidzę Daaca.
– Ee... pani Plessis... Możemy porozmawiać?
Pani Plessis? Dziewczyna Teece’a, Pszczółka, była bardzo kobieca, grzeczna i słodziutka. 

Tego rodzaju laseczki faceci lubią czule tulić do piersi, jednocześnie drugą ręką sięgając pod 
spódniczkę.

Byłam zazdrosna o Teece’a, ale sama poniekąd do tego doprowadziłam. Nie dałam mu 

nic prócz smutku i rozżalenia. Prowadził moje interesy i lubił mnie aż za bardzo, biorąc pod 
uwagę moje ułomności. Nareszcie znalazł kogoś, kto odpłaca miłością za miłość i ma szansę 
dożyć jutra.

–  Mów   mi   Parrish.   I   streszczaj   się.   –   Jedną   ręką   trącałam   pistolet,   drugą   nerwowo 

szarpałam serwetę.

Zagryzła  swoje ładniutkie różowe usteczka, w szeroko otwartych oczach pojawiło się 

onieśmielenie. Kurde, jak ja tego nie znoszę!

– T... Teece mówi, że szukasz biohakera. Chyba mogłabym ci pomóc.
Aha. Zerknęłam na Teece’a. Miał na sobie rękawice do wirealki, ale już nimi nie wywijał. 

Zrozumiałam wartość jego prezentu. Musiałam się dostać do Jinberry, a on podsuwał mi 
pomysł   z   narażeniem   życia   własnej   dziewczyny.   Spojrzałam   na   niego   z   wdzięcznością. 
Uciekł ze spojrzeniem, zbolały i skruszony.

– Gdzie mieszka ten biohaker?

background image

– W wewnętrznym kręgu.
A więc Viva. Pszczółka zawsze wyglądała mi na miastową. Przede wszystkim regularnie 

czyściła paznokcie. Wzięła głęboki oddech.

– Jeśli powiem ci o nim... nikt się nie może dowiedzieć... nic o mnie. – Wsunęła kciuk do 

ust jak małe dziecko.

Przypomniała   mi   się   Mei   Sheong,   walnięta   różowowłosa   chińska   szamanka,   która 

doprowadzała mnie do szału. Wariująca na punkcie Loyl-me-Daaca.

Narastała we mnie ciekawość.
– Kto to?
Wyciągnęła palec i nerwowo przełknęła ślinę.
– Delly. Prowadzi własny klub rozrywkowy na Brightbeach. „Luxoria”. Klienci pierwsza 

klasa. Dziennikarze, sportowcy, arystokracja.

– Czemu miałby cię ścigać?
–   A   kto   lubi,   jak   mu   się   pracownicy   ulatniają?   Teece   powiedział,   że   w   razie   czego 

zaopiekujesz się mną, jeśli ci wszystko wytłumaczę.

Dłoń zaciskałam tak mocno na kaburze, że o mały włos nie odstrzeliłam sobie palców w 

buciku na wysokim obcasie.

– Nie ma sprawy. To co z tym hakerem?
–   Dla   mojego   szefa   robił   taki   facet   o   imieniu   Merv.   To   on   jest   biohakerem.   Moim 

zdaniem genialnym.

– Jak to?
– Nie ma takiego miejsca, do którego by się nie włamał. – Zniżyła głos. – Czegokolwiek 

chcesz się dowiedzieć, walisz prosto do niego.

– Każdy się może przechwalać – stwierdziłam z przekąsem.
– Włamał się na milicję, żeby wyciągnąć mnie z Vivy.
Robiło się ciekawie. Milicja obwarowuje się nie gorzej niż więzienia.
– No to jestem pod wrażeniem.
Znowu na zmianę wkładała i wyjmowała palec z ust, zestresowana.
–  Musisz coś o nim wiedzieć... Trochę mu odbija. Wydaje mu się, że światem chcą 

rządzić cienie. Wypowiedział im wojnę. Widzi je, kiedy jest wpięty do sieci.

Spiek   mózgu.   Przytrafia   się   prawie   każdemu   biohakerowi.   Nie   jest   to   już   tak 

rozrywkowe,   czadowe   zajęcie   jak   dawniej.   Tempo   degeneracji   jest   bardzo   wysokie,   po 
pewnym czasie pierniczą się impulsy elektryczne w mózgu. Z reguły hakerzy nadal wolą 
pracować bez mikrofonu, panelu dotykowego i wchodzenia do wirealki. Lepiej wolniej, a 
bezpieczniej. Zdusiłam westchnięcie. Wszystko byle nie pasożyty z kosmosu.

Szybko ciągnęła temat:
–  Kiedyś   robił   w   dziennikarstwie,   potem   coś   się   wydarzyło.   Podejrzewam,   że   spiek 

mózgu. Zmora najlepszych hakerów. Miksował ekrany u rzeźnika, kiedy poznał go Delly i 

background image

zaproponował mu pracę. Niegroźny dziwak. Jeśli przekonasz go, żeby ci pomógł...

Tak, tylko czy są na to jakieś widoki?
– Coś jeszcze powinnam wiedzieć? – zapytałam możliwie słodkim głosem.
Okazało   się,   że   Delly,   jej   poprzedni   pracodawca,   jest   rekinem   seks-biznesu   w 

wewnętrznym kręgu. Podobno wprowadzał zasady, których nie trawiła; na przykład upierał 
się, żeby jego pracownicy wpuszczali w żyłę ostry towar. Dlatego spasowała. Zgodnie z jej 
słowami, był mściwym typem: nie znosił ludzi, którzy robią go w jajo. Nasłał na nią łowców 
nagród. Teece „załatwił się z nimi”. 

Pokazała   mi   swój   stent.   Odjazdowa   sprawa:   delikatne   polimerowe   rurki   w   kształcie 

gwiazdy na równo z powierzchnią skóry. Très chic...

– To Merv wymyślił gwiazdę – powiedziała. – Zaklęcie ochronne. On wierzy w przesądy. 

Twierdzi,   że   są   blisko   spokrewnione   z   intuicją,   a   ludzie   nie   traktują   z   powagą   zjawisk 
paranormalnych.

– Jak mam odszukać tego Merva?
Musnęła językiem sklepienie górnej wargi.
– Łatwo nie będzie. Delly trzyma go pod ręką, żeby nikt mu go nie podprowadził. Merv 

ma za zadanie opiekować się dziewczynami  i dbać, by hakerzy nie złamali zabezpieczeń 
klubu. Rzadko gdzieś wychodzi, stroni od ludzi.

Na   zadumanej   twarzy   Pszczółki   ułożyła   się   śliczna   mozaika   zmarszczek.   Odnosiłam 

wrażenie,  że męczy ją myślenie. Pewnie po odliczeniu szarych  komórek zostawało jej w 
mózgu trzydzieści procent galarety.

Ale ze mnie zołza, nie?
–  Raz w tygodniu Delly włóczy się po holu Globe, szuka nowych klientów. To jedyne 

wyprawy, na które udaje się regularnie. Gdybyś wpadła tam na niego, mogłabyś go namówić, 
żeby cię przyjął do pracy. Prędzej wykupi konkurencję, niż pozwoli, by mu bruździła.

Podążyłam jej tokiem myślenia.
– Jak mam się za to zabrać?
Pszczółka skrzyżowała ramiona, jakby wreszcie stanęła na pewniejszym gruncie.
–  W   Vivie   przemysł   rozrywkowy   rządzi   się   swoimi   prawami.   Na   przedmieściach 

stręczenie amorato jest nielegalne, to samo płacenie za cielesne przyjemności. Prawo mówi, 
że kto nie ma stałego partnera, powinien stosować neurosymulacje. Delly twierdzi, że prawo 
zmieniło się w chwili, gdy media przejęły rolę polityków. Te wszystkie kampanie pod tytułem 
„bezpieczne miasto”. Moim zdaniem media po prostu chcą mieć wyłączność.

Ujrzałam w wyobraźni Irene. Nie ma wątpliwości, w jaki sposób mamunia poprawiała 

sobie humor. Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z moim ojczymem Kevinem.

–  A   więc   ten   gość   Delly...   prowadzi   seks-biznes   tylko   dla   bogatych:   dziennikarzy, 

bankierów i tak dalej?

–   Tak.   U   niego   każdy   pracownik   ma   ksywkę   amorato   i   jest   specjalnie   szkolony   do 

background image

dawania przyjemności.

– No i? – Kończyła mi się cierpliwość.
– Amorato musi pracować dla kogoś takiego jak Delly, w przeciwnym razie łamie prawo.
Chwilę przyswajałam sobie tę wiadomość. Widziałam już drobną szparę w drzwiach, 

które tak desperacko chciałam otworzyć.

– Czyli jeśli pomyśli, że jestem amorato, może mnie zatrudnić? W ten sposób dotrę do 

twojego znajomego?

W jej szklistych oczach pojawiło się odbicie dawnych lęków.
– Tak. Delly kocha niebanalne charaktery. I poluje na świeżą krew. Ale frajerem nie jest. 

Jeśli się kapnie, że nie jesteś tą, za którą się podajesz...

–  To   zbyt   niebezpieczne,   Parrish.   –   Ibis   przebudził   się   z   oczami   przekrwionymi   ze 

smutku i nadmiaru alkoholu. – Słyszałem o nim. Wymaga od ludzi, żeby robili... niesmaczne 
rzeczy.

Olałam go.
– Mówisz, że często przychodzą do niego dziennikarze?
Pszczółka pokiwała głową.
–  Ma kręćka na ich punkcie. Szczególnie na punkcie tych, którym nie zdołał wcisnąć 

swoich usług.

Przygwoździłam ją wzrokiem.
– Kogo masz na myśli?
– Na przykład takiego Jamesa Monka – szepnęła.
– Monk jest w mediach szefem działów sportowych – włączył się znowu Ibis. – Kanały 

sportowe diabelnie podbijają oglądalność.

W naszym wielkim kraju ludzie ubóstwiają sport, więc Monk musiał być grubą rybą. Nie 

miałam bladego pojęcia w kwestii podziału łupów w branży medialnej. Cóż, należało się 
wreszcie zorientować w temacie.

– Delly pragnie zwabić do siebie Monka, marzy o tym. To jego obsesja.
Zakodowałam sobie tę informację.
– Opowiedz mi więcej o biohakerze Mervie i tym miejscu o nazwie „Luxoria”. Kto tam 

pracuje?

– To w Cone Central, wysokościowcu na Brightbeach. Jednym z najlepszych na Liberty 

Crescent.   –   Wymknęło   jej   się   ciche   westchnienie,   jakby   trochę   tęskniła.   –   Wszystkie 
wysokościowce na Liberty łączy Szklany Most.

Szklany Most: malownicza  estakada  ze szkła,  biegnąca od budynku  do budynku,  ich 

środkiem – jakby były naciągnięte na pasek.

– Znam go.
Kto by nie znał? Najdobitniejszy przykład architektonicznej awangardy na południowej 

półkuli.

background image

–  „Luxoria” znajduje się na 149 piętrze, jedno piętro pod mostem. Ludzie  Delly’ego 

spędzają całe życie  między klubem a mostem.  – Głos jej zadrżał. – Nie pozwala im się 
oddalać. – Poczerwieniała na szyi. – Merv załatwił mi pracę hostessy w barze. Jego też trzeba 
stamtąd wyciągnąć. Spotkaliśmy się, kiedy jeszcze pracowałam dla Heads Up. – Rumieniec 
pociemniał.

Heads Up to firma biotechniczna.
– Co tam robiłaś?
Odwróciła wzrok, zawstydzona.
– Byłam króliczkiem.
Zrozumiałam   teraz,   skąd   się   bierze   rumieniec   i   częsty   wyraz   zadumania.   Króliczki 

zarabiają kupę kasy, którą wydają głównie na lekarzy.

– Póki Delly nie zaczął pchać mnie w ramiona klientów, nawet nie narzekałam. – Mówiła 

zmienionym, rwanym głosem. – Bałam się. Merv pomógł mi uciec.

Niechętnie bo niechętnie, zmieniłam swoje nastawienie do Pszczółki. Wyjazd do Trójki 

musiał być dla niej ostatnią deską ratunku.

– Amorato – prychnął Ibis. – Nie zapanowałabyś nad sobą, Parrish. Potraktujesz garotą 

pierwszego lepszego, który skusi się na twoje wdzięki.

Teece wyjrzał mi znad ramienia.
– Racja, głupi pomysł – potwierdził. – To nie numer dla ciebie.
Łypnęłam okiem na jednego i drugiego.
– Czemu nie?
– Bo prawda jest taka, Parrish, że do ciebie trzeba przywyknąć – rzekł Teece.
Ibis powstrzymał nerwowy śmiech. Nawet Pszczółka unikała mojego wzroku.
Od razu się zacietrzewiłam.
– Jak to?
Teece przestępował z nogi na nogę i uparcie wpatrywał się w mojego drinka. Wiedział, że 

palnął gafę. Odwróciłam się błyskawicznie do Larry’ego.

– Zawiadom kociaki, że chcę pogadać. I ustaw mi spotkanie z Doktorem Drastikiem.
Larry wyglądał, jakby miał zemdleć, tym niemniej zniknął za komem, żeby skontaktować 

się z mieszkającym na Torleyu chirurgiem rzeźnikiem.

Ciesząc się, że to pozamyka wszystkim gęby, odwróciłam się do Teece’a akurat w chwili, 

gdy maskował rozbawioną minę. Zamarłam. Czyżby się ze mnie nabijał? A nawet jeśli tak, 
czy miało to jakieś znaczenie? I czego właściwie chciałam?

Odpowiadając w dwóch słowach: chciałam poznać prawdę o Disie tak bardzo, że nic 

mnie   nie   mogło   powstrzymać.   Zginął   Gurek,   zginęła   masa   ludzi.   Porównywałam   się   do 
szczura zamkniętego w klatce: pragnęłam odzyskać dawne życie.

Co gorsza, dzięki Eskaalimowi, który rozregulował moje libido, myśl o wcieleniu się w 

rolę amorato nie wydawała mi się aż tak odrażająca. To jednak zachowałam dla siebie.

background image

Niech Teece sobie myśli, że trafił w sedno.
– Kurczę, dziewucho, zmieniasz płeć czy coś w tym stylu? – rozległo się za mną. – Na co 

ci spódniczka?

Od razu poznałam, czyj to głos, więc nie sięgnęłam po spluwę. Choć może powinnam 

była sięgnąć. Zamiast tego odwróciłam się z piwem w ręku, jakby nigdy nic.

– A ty tu czego, Mei? – Nie bawiłam się z nią w zbędne uprzejmości, miałyśmy na to za 

wiele wspólnych wspomnień.

Stała z rękami na biodrach i cyckami  wyeksponowanymi  w dekolcie bluzeczki. Strój 

uzupełniały   obcisłe   spodnie   i   chwiejne   szpilki.   Szamanka   i   uległa   zabaweczka   Loyl-me-
Daaca...

Miałam ochotę szczerzyć zęby i kąsać.
Z powodu pewnych wspólnych „duchowych” doznań łączyła mnie i Mei Sheong swoista 

więź   umysłowa.   Żeby   się   tego   pozbyć   –   a   także   innych   denerwujących   rzeczy   – 
potrzebowałam chyba egzorcyzmu.

Zlustrowała moją spódniczkę i buty.
– Cuda się zdarzają.
Tego było już nadto. Jej drugie szyderstwo sprawiło, że zacisnęłam palce cal od pistoletu.
Spod drugiej ściany doleciał szczęk strzelby. Jego Wysokość Loyl-me-Daac...
Usłyszałam ten dźwięk, bo w barze zrobiło się nagle niebezpiecznie cicho. Miejscowi 

wiedzieli, że Loyl ma ze mną na pieńku.

– Spokojnie. – Teece dyszał mi nad uchem, zrobiwszy krok w moją stronę.
– Przestań się jej czepiać, Parrish! – burknął Loyl-me-Daac.
– Nie sprzeciwiaj mu się! – zawtórował Teece.
Jeszcze się nie nauczyli, że ja nie przyjmuję rozkazów?
– Bo co? – warknęłam.
– Bo jest coś, czego nie wiesz – odparł.
Mei podsłuchała naszą szeptankę, mrugnęła okiem i obróciła się na pięcie z wyniosłą 

miną.   Odpłynęła   do   drzwi,   by   stanąć   przy   mężczyźnie   ze   strzelbą   i   zaborczo   objąć   go 
ramieniem.

Ostatnim wysiłkiem woli rozwarłam pięść i przesunęłam piwo z udawaną obojętnością, 

mimo że cała powierzchowność Loyla, a zwłaszcza jego pociągła, nienaturalnie piękna twarz, 
bombardowała mój mózg impulsami pożądania. Podobało mi się, że włosy mu odrosły. Były 
teraz prościutkie,  jedwabiste jak woda i nachodziły na oczy.  Ten facet mnie oszukiwał i 
wykorzystywał,   a   moje   serce   wciąż,   jak   na   komendę,   skakało   i   świrowało.   Na   jego 
komendę...

Zmusiłam   się   do   mówienia   chłodnym   tonem,   studząc   swoją   durną,   niezaspokojoną 

fascynację.

– Powinieneś uczyć swoich pupilów dobrych manier, Loyl.

background image

Opuścił strzelbę ze zmarszczonym czołem.
– Coś ty na siebie włożyła? Wyglądasz idiotycznie.
Zupełnie   jakby   grzmotnął   mnie   w   brzuch.   Nie   zachwycałam   się   swoim   nowym 

wyglądem, ale też nie chciałam, żeby tak dobitnie podzielał moje zdanie. Jakby nie miał 
innych problemów.

A co się tyczy tonu, jakim zadał pytanie, wnioskowałam z niego, że jest na mnie bardziej 

wkurzony niż zwykle. Westchnęłam.

– Czego chcesz?
– Przyniosłem ci prezent. – Krępował mnie swoim świdrującym spojrzeniem.
– Doręczasz do rąk własnych?
– Można powiedzieć.
Tym mnie rozbroił.
Skinęłam na Larryego:
– Kolejka dla wszystkich.
Loyl uśmiechnął się do mnie ironicznie i z opuszczoną strzelbą podszedł do baru.
– Jakaś ty miła.
Klientela   wreszcie   się   wyluzowała,   ponownie   narastał   gwar   rozmów.   Przez   chwilę 

wsłuchiwałam się w dźwięki. Kojarzyły się z domem.

Loyl koło mnie pochylił się nad barem i rozejrzał.
–  Tomas. – Kiwnął głową na Teecea, siedzącego po mojej drugiej stronie. Łączyły ich 

więzy   rodzinne,   ale   nie   darzyli   się   braterskim   uczuciem.   –   A   to   kto?   –   Nieprzyzwoicie 
zachłannym spojrzeniem obrzucił Pszczółkę, przytuloną do Teecea.

Ona też gapiła się na niego – z rozchylonymi wargami, oszołomiona tym uosobieniem 

męstwa i urody. Zdawało się, że jeszcze trochę i zacznie dyszeć. Trudno powiedzieć, komu to 
bardziej dokuczało: mnie, Mei czy Teeceowi. Doszłam do wniosku, że jednak Mei. Szamanka 
wbiła się między Loyla i Pszczółkę z wściekłością wypisaną na twarzy. Śmiechu warte.

Siorbaliśmy   drinki,   jakby   to   mogło   rozładować   napięcie.   Nic   z   tego.   Loyl   huknął 

szklanką i sięgnął do kieszeni, skąd wydobył futerał. Szurnął nim po blacie w moją stronę.

Wykręcając się, żeby go złapać, dotknęłam rękojeści. Sztylet nie wiadomo kiedy znalazł 

się w mojej dłoni. Nie byle jaki sztylet, rzecz jasna, ale sztylet podarowany przez Wspólnotę 
Coomera: wypolerowany stop żelaza, który ciął niemal wszystko. Musiał być zaczarowany, 
potraktowany jakimś zaklęciem voodoo... chociaż nie wierzyłam w zasrane czary-mary.

Loyl obszedł Mei, musnął złote włosy Pszczółki i zatrzymał się przede mną. Z bliska był 

pół głowy wyższy ode mnie. Nie znoszę podnosić wzroku na ludzi, więc patrzyłam na usta. 
No i wtopa. Teraz chciałam obrysować palcem jego wargę.

Co się ze mną dzieje? Właśnie okazał względy dziewczynie Teece’a.
Uniosłam sztylet.
– Należy do Wspólnoty. Oddałam go im.

background image

– Wiem.
– Na co ci on?
– Załóżmy, że mogę go dać komu zechcę. Weź go sobie, Parrish. W zamian za moją 

rzecz, którą trzymasz u siebie.

Zaryzykowałam   i   zajrzałam   mu   w   oczy,   czarną   otchłań   nieznanych   myśli   i   uczuć. 

Gdybym była fanką Loyla, powiedziałabym, że mu zależy. Ostatnio jednak trzymałam się z 
dala od grona jego zapalonych wyznawców.

Wiedziałam, czego chce: zabawki należącej kiedyś do Ikea, odrażającego biosprzęcicha, 

które zawierało zapiski medyczne z jego zwariowanych badań genetycznych.

Na co mu to teraz? – zastanawiałam się. Media nie sponsorowały już projektów Loyla. 

Razz Retribution, jego dojna krowa, nie żyła.

– Ruszyło się w interesie. – Na moje nieme pytanie odpowiedział najcichszym szeptem, 

bardziej tchnieniem niż słowami. – Pojawili się potencjalni inwestorzy.

Z   trudem   przełknęłam   ślinę.   Kto   jest   gorszym   bandytą:   ten,   kto   celowo   zaraża 

mieszkańców Trójki pasożytniczym Eskaalimem, czy Loyl owładnięty manią ludobójstwa?

–  Nadal zamierzasz to zrobić? – syknęłam. – Widziałeś to samo co ja. Wiesz, co się 

rozprzestrzeniło dzięki twoim genetycznym manipulacjom. Jak możesz być taki ślepy? Jak 
możesz brnąć dalej w to bagno?

Po twarzy Loyla przebiegł tylko cień niezdecydowania. Podszedł bliżej i tak przekrzywił 

głowę, żeby nikt nie mógł czytać z naszych ust.

– Postarałem się, żeby zlikwidowano wszystkich zarażonych, którzy pierwsi wzięli udział 

w   eksperymencie.   Zostałaś   tylko   ty.   –   Pochylony,   oddychał   nad   moim   policzkiem. 
Jednocześnie groźny i złakniony intymności. – Czemu do mnie nie przyszłaś? Powiedziałaś, 
że przyjdziesz.

Zawahałam   się.   Odczułam   ulgę   pomieszaną   ze   zgrozą.   Uśmiercił   masę   ludzi.   Ludzi, 

którzy mogliby się stać – a może nawet się stali – tym, czego bałam się najbardziej. Znowu 
bawił się w Boga.

Cóż, przynajmniej miał tyle odwagi, żeby sprzątnąć po sobie cały syf.
Zostałam tylko ja. Ale nie potrzebowałam jego pomocy.  Nie chciałam też przyjąć do 

wiadomości, że przejrzałam jego kłamstwo, jakobym przeszła przemianę. Zatrzęsłam się ze 
złości, myśli rozpierzchły się na wszystkie strony.

Powiedział,   że   może   rozporządzać   sztyletem.   A   to   oznaczało   zmiany   w   polityce 

Wspólnoty Coomera. Nie był już autsajderem, wrócił do łask. Nie lada wyczyn. Wspólnota 
odrzuciła   go   z   powodu   jego   obsesji,   która   chyba   kolidowała   z   jej   zasadami   i   kodeksem 
moralnym.  Choćby mieszkało  się w najohydniejszej  zabitej  dechami  dziurze, zawsze jest 
ktoś, kto trzyma  w garści resztę. W Trójce za sznurki pociągała Wspólnota. Eliminowali 
nieposłusznych, napędzali wszystkim stracha i mieli monopol na ostatnie słowo. Jeśli Loyl 
wrócił do łask, jego wpływy musiały wzrosnąć o rząd wielkości.

background image

Skierowałam wzrok na Teece’a, który przepchnął się w naszą stronę i całkowicie zasłonił 

Mei i Pszczółkę.  Podminowani  podejrzliwością  i zawiścią, dobraliśmy się tak, że szkoda 
gadać. Wystarczyłoby pstryknąć zapalniczką i bum!

Z obojętnej miny Teece’a wynikało, że słowa Loyla nie są dla niego nowiną. Czemu nic 

mi nie powiedział?

Mei wyrwała się zza jego pleców i pociągnęła za rękaw Loyla.
– Zdałaby się smycz dla twojej kici – zakpiłam.
Mei rozcapierzyła palce, jakby chciała mnie podrapać po twarzy. Loyl uwięził jej ręce.
– Moi ludzie są wobec mnie lojalni – odpowiedział. – Szanuję ich za to.
Szanuję ich za to. Dobre sobie.
Jakim   cudem   coś   mnie   jeszcze   ciągnęło   do   tego   faceta,   cwaniaka   i   postrzeleńca? 

Mającego teraz wielkie możliwości.

– Wspólnota dała mi sztylet, bo uznała to za stosowne – powiedziałam.
– Mówię ci, sytuacja się zmieniła. Popełnili błąd. Przynieś mi sprzęt, to ci pomogę.
Udałam, że rozważam jego propozycję.
– Zostaw mi sztylet, to przyjdę jeszcze dzisiaj.
Pokręcił głową.
Nalegałam:
–  Niech to wygląda jak wymiana handlowa, inaczej ludzie puszczą w ruch języki. Nie 

chcę, żeby ktoś wiedział, co jest grane. Daj mi go, a ja ci dam pistolet. Słowo, że zjawię się 
wieczorem.

Wpatrywał   się   we   mnie   tak   usilnie,   że   zaczęłam   się   bać,   iż   klej   mi   się   roztopi   na 

przedłużonych włosach.

– Dorwę cię, Parrish, jeśli spróbujesz nie dotrzymać słowa.
Oddałam mu pistolet i kaburę. W zamian dostałam sztylet, który wsunęłam za opaskę na 

biodrze. Poczułam ciarki na skórze.

Za późno, skarbie. Mnie tu już dawno nie będzie.
Odsunęłam   się   i   odezwałam   na   tyle   głośno,   żeby   usatysfakcjonować   wszystkich 

podsłuchiwaczy:

– Miło, że o mnie myślisz. A teraz zjeżdżaj!
Patrzyłam,   jak   wychodzi   z   baru.   Serce   mi   waliło,   i   to  z   kilku   powodów.   Rzadko 

kłamałam, ale jeśli już, to z rozmachem.

Musiałam prysnąć z Torleya, nim Loyl się połapie, że ściemniam. Póki co jednak, miałam 

parę spraw do załatwienia. Jak na przykład – zmiłuj się, wombacie! – erotyczne gadżety.

background image

R

OZDZIAŁ

 4

Kociaki ze striptizerki z wielką ochotą i rozmarzeniem przekazały mi wiedzę na temat 

swoich bogatych koleżanek po fachu, zwanych amoratos. Przypuszczałam, że jeśli wrócę z 
wypadu do przybytku rozkoszy w Vivie, zdobędę sobie ich dozgonny szacunek.

Na   razie   maszerowałam   do   domu   obładowana   ekwipunkiem.   Większość   ciuchów 

wywaliłam,   bo   były   tanie,   wstrętne   i   używane.   Większość   bajerów,   które   zatrzymałam, 
zatrzymałam  właśnie dlatego,  że były odrażające. Niektóre wymagały głosowej instrukcji 
obsługi, inne po prostu wyglądały jak narzędzia  tortur. Doceniałam ich hojność, lecz nie 
zamierzałam używać tych rzeczy dla czystej przyjemności.

Merry3 z zaciekawieniem patrzyła, jak się rozpakowuję.
– Co się gapisz? Znajdź mi coś na temat menedżerów informacji.
Migiem strzeliła trzema nazwiskami: James Monk, Sera Bau i dawna gwiazdorka Esky 

Laud.

– Zrzuć na ekran wszystko, co znalazłaś.
Usiadłam i zaczęłam czytać. James Monk otrzymał tradycyjne wychowanie w szacownej 

australijskiej   rodzinie   dziennikarzy,   powiązanych   głównie   ze   spadkobiercami   dynastii 
Packerów i Murdochów. Sera Bau chlubiła  się zawiłymi,  lecz silnymi  koneksjami  wśród 
kleru.   Natomiast   Esky   Laud,   wszystko   na   to   wskazywało,   brak   polotu   kompensował 
wybujałymi   ambicjami.   Na   ogólnodostępnych   stronach   można   było   znaleźć   całą   furę 
informacji o tych medialnych zawodnikach wagi superciężkiej, ale kiedy poprosiłam Merry3, 
żeby sprawdziła, gdzie można ich namierzyć, pojawiły się błędne wyniki wyszukiwania.

– Same śmieci – skomentowałam.
– Przecież nie będą się reklamować, no nie? – rzucił Teece nad moim ramieniem. – 

Czego się spodziewałaś?

– Nie umiesz pukać? – Wstałam i minęłam go w drodze do sypialni.
– Dałaś mi kod klucza. – Poszedł za mną. – Co ci leży na wątrobie?
– Wiedziałeś, że Loyl znowu ma głos we Wspólnocie, i nic mi nie powiedziałeś!
– Takie plotki krążyły...
– W tych stronach plotka jest więcej warta od prawdy – odpaliłam, upychając zapasowe 

majtki do pożyczonej  walizki. Zrezygnowałam  ze stringów na rzecz czegoś praktyczniej-

background image

szego: obcisłych spodenek z rozszerzaną nogawką. Nie utrudniały biegania i nie wrzynały się 
w ciało.

Sprzęcicho Ikea wsunęłam za pamięci do kieszeni w skórzanym topie.
– Staram się uchronić cię od śmierci – powiedział Teece.
–   Twoje   starania   mogą   przynieść   odwrotny   skutek.   Muszę   wszystko   wiedzieć   i   o 

wszystkim  słyszeć.  Żadnych  wyjątków.  Właśnie  przez to,  że milczysz,  narażasz  mnie  na 
śmierć.

Chwycił mnie za ramiona i odwrócił do siebie.
– O, nie, nie! Ty sama szukasz śmierci.
Świerzbiła mnie ręka, ale zamiast dać mu w pysk, spokorniałam.
Teece wyczuł tę zmianę nastroju. Okręcił sobie dłonie kosmykami moich nowych rudych 

włosów i je pocałował.

–  Czemu  nie   mogę  przestać  o  tobie  myśleć,  Parrish?  –  jęknął.  –  Mam   wrażenie,   że 

chwytam cię w każdym oddechu.

Oparłam się na jego ramieniu, próbując odepchnąć od siebie pożądanie, które wywoływał 

swoim dotykiem.

– Teece, proszę cię... – wydyszałam. – Idź już...
Czuł dreszcze, które mną szarpały. Jeszcze chwila i wpiję się w niego paznokciami.
Chwycił mnie za ramiona i zmusił do spojrzenia mu w oczy. Moje podniecenie było aż 

nadto widoczne, wręcz zaraźliwe.

Widziałam, jak traci nad sobą kontrolę. Ujął mnie w talii i szarpnął za ubranie.
– Kładź się na mnie – powiedziałam.
Teece   walnął   się   ze   mną   na   łóżko   i   jednym   ruchem   podkasał   mi   kieckę   na   brzuch. 

Przekonałam się, że spódnice mają też swoje dobre strony.

Nie licząc się z wyrzutami sumienia ani konsekwencjami – i nie przejmując się nożami w 

futerałach na biodrach – wtargnął we mnie dzikimi, zaborczymi pchnięciami. Ranił mnie i 
rozgrzewał do czerwoności.

Już nie jęczałam, ale wyłam z rozkoszy. Orgazmy przetaczały się przeze mnie jeden po 

drugim, oblewały ciało falami przyjemności i odprężenia.

Była jednak we mnie jakaś mroczna istota, która syciła się wrażeniami. Reagowałam tak, 

że   Teece   się   zasapał,   próbując   mi   sprostać.   Stoczyliśmy   się   na   podłogę,   splątani   w 
skotłowanej pościeli, gdy nagle rozbrzmiał pisk Merry3.

– Parrish! Wiadomość dla Teeeeeece’a! Od Pszczóóóółki!
Przysięgam, że coś opętało tę e-sekretarkę!
Teece zlazł ze mnie niemal natychmiast. Wstał, obciągnął koszulę i z miną winowajcy 

dopiął zamek w spodniach. Twarz mu bynajmniej nie jaśniała radością.

– Uzależniłem się od ciebie, Parrish, będę musiał się leczyć – rzekł z chrypą i pośpiesznie 

wyszedł z pokoju.

background image

Leżałam na plecach, chwilowo zaspokojona, i przyglądałam się kształtom mokrych plam 

na suficie. W odróżnieniu od Teece’a nie miałam pretensji do świata. Perspektywa rychłej 
śmierci pozwalała mi się cieszyć wszystkim, co robiłam.

Czemu,   czemu,   czemu?...   Frustracje   pasożyta   odbijały   się   echem   w   moich   myślach. 

Chciałby sobie pohasać. Gdyby mu się udało, pewnie bym już nie żyła.

– Paaaarriiiish!
Ponownie Merry3. Dźwignęłam się na nogi, spuściłam spódniczkę i poszłam zobaczyć, o 

co tyle zamieszania. Migotała w kącie obok ekranu komu, wystrojona w ciuchy identyczne 
jak moje. Wcale nie chciała mnie komplementować, prędzej już wyszydzić.

– Czego chcesz?
Położyła na czole przezroczysty palec i wydęła językiem policzek, jakby próbowała coś 

sobie przypomnieć.

– A, tak... Teece nie zamknął drzwi.
– No i? – Okręciłam się na pięcie.
– No i zjawił się niechciany gość.
Rozglądałam   się   gorączkowo.   W   drzwiach   stał   nieznajomy   z   paskudną   miną. 

Zlustrowałam go, nim moje dłonie opadły do bioder. Rywal. Pracował na własny rachunek 
albo na tanim kontrakcie. Dorównywał mi wzrostem, miał postawę boksera i nie groził mi 
bronią. Chojrak – lubił to robić gołymi rękami. Dawało mi to przewagę, mimo że spluwa 
zastępująca   tę,   którą   oddałam   Daacowi,   leżała   w   plecaku.   Podciągnęłam   spódniczkę   i 
sięgnęłam po nóż.

W jego oczach wyczytałam zaciekawienie. Kurde, pomyślał, gdzie zgubiła majtasy?!
Tak czy owak, wykorzystałam tę cenną sekundę, żeby rzucić nożem. Miałam go jak na 

patelni... i nagle nie miałam. Niewyraźne poruszenie na boku i wszystko uległo zmianie. 
Łącznie z nim.

Bokser   zniknął,   a   zamiast   niego   zaatakowała   mnie   dzika   bestia   –   rozmyty   kształt 

przykulony na potężnych nogach.

Dałam nura w bok i z hukiem wpadłam na kom. Stwór przeskoczył nade mną na drugą 

stronę pokoju. Nim się pozbierałam, powtórzył manewr, tyle że tym razem poharatał mnie 
długimi pazurami. Z zadrapania na ramieniu pociekła krew.

Czemu się ze mną cacka?
Merry3 najpierw zamigotała za moimi plecami, a następnie wydała okrzyk bojowy jak 

wściekła wiedźma i błysnęła pistoletami.

Nie rób z siebie widowiska, Merry! Może po prostu zastrzel skubańca...
– Wezwij pomoc! – krzyknęłam do niej.
Bestia przesunęła się koło łóżka, żeby odciąć mi dostęp do pistoletów. Wyprostowałam 

się i przekalkulowałam, czy dam radę dopaść drzwi. Modląc się, żeby odległość jakoś się 
zmniejszyła, zobaczyłam przed sobą gromadę cieni. A więc dlatego się ze mną bawił. Było 

background image

ich więcej. Warczały i charczały.

Obmacałam sukienkę w pasie. Sztylet podarowany mi przez Wspólnotę był na swoim 

miejscu. Teece mógł się uważać za szczęściarza, że nie pożegnał się ze swoją męskością. 
Rzuciłam się na nich bez zbędnych ceregieli.

Walczyli między sobą w ciasnych drzwiach, dzięki czemu mogłam wykończyć jednego 

po   drugim.   Raz:   poderżnięte   gardło   i   przekłute   nadnercza.   Dwa:   poderżnięte   gardło   i 
przekłute nadnercza. Trzy: prosto w serce i przekłute nadnercza.

Znienacka ów pierwszy skoczył na mnie od tyłu. Zdarł ze mnie spódniczkę i odgryzł mi 

kawałek szyi. Krew – moja krew – waliła fontanną. Świat zaszedł mgłą.

Rany, zginę z gołą dupą!
Przed moimi oczami śmignął wzburzony anioł, jego gorący miecz odkażał rany...

* * *

– Szefowo...
Zamrugałam. Nie straciłam całkiem przytomności; w pewnym sensie zawisłam między 

dwoma światami. Do pokoju wpadli całym stadkiem Link, Glida i osierocone dzieci, którym 
kiedyś   pomogłam.   Lubili   za   mną   łazić   tak   na   wszelki   wypadek.   Dotąd   myślałam:   fajna 
sprawa, teraz byłam im po prostu niewymownie wdzięczna. Ze spokojem popsikali kwasem 
twarz   ostatniego   ze   zmiennokształtnych.   Jego   wrzask   pozwolił   mi   uwolnić   się   z   resztek 
halucynacji.

Bęcnął na mnie, co było niemiłe... i zarazem zbawienne, bo miałam się wreszcie czym 

przykryć.

Sieroty szarpały ciałem, próbując odciągnąć je na bok.
Anioł przypalał ranę na szyi, aż się zasklepiła...
– Zostawcie go – wychrypiałam. – Znajdźcie Teece’a.
Głupi człowiek. Czemu? Czemu...?
– Jestem, Parrish – odpowiedział. – Dzwoniła Merry.
Nie widziałam go, ale dobrze, że przyszedł. Musiał biec.
– Niech wszyscy... wyjdą... Niech nikt nie dotyka mojej krwi.
Wydawało się, że pod ciężarem zmiennokształtnego popękały mi żebra. Skupiłam się na 

oddychaniu, aż usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Potem ciężar ustąpił.

Teece gapił się na mnie z góry. Wyraz jego twarzy ulegał przeobrażeniu: najpierw szok, 

później rozbawienie i w końcu rozczarowanie. Pokój wyglądał jak miejsce kaźni seryjnego 
mordercy. Naokoło poniewierały się ciała zmiennokształtnych, na środku zaś leżałam ja – 
półnaga i skąpana we krwi.

– Jak zwykle, wyszedłem za wcześnie. – Potrząsnął głową ze smutkiem.
Zaśmiałabym się, ale że w piersi piekło mnie i bolało, wyszedł z tego jakiś bulgot.

background image

– Kim oni są?
Wykręciłam głowę. Bestie z chwilą śmierci wróciły do ludzkiej postaci.
–  Nikim – skłamałam. Loyl się mylił: nie tylko ja zostałam. – W tym problem. Nawet 

zwykłe zera chcą mnie zlikwidować.

Pokiwał głową z rezygnacją.
– Wiem, jak się czują.
– Teece – wyszeptałam, ciągle leżąc. – Przepraszam za to, co było.
– W porządku, ja też przepraszam.
– Paaaarish!
Znowu ta Merry.
– Co? – warknęłam.
– Wiadomość od Laaary’ego.
Błyskawicznie kucnęłam.
– Co!?
– Szuka cię Loyl-me-Daac z bandą ludzi.
Teece stanął przy drzwiach.
– Przystopuję go.
Kiwnęłam głową.
– Daj mi dziesięć minut, a do końca życia będę dla ciebie słodka i milutka.
Nie uśmiechaliśmy się i nie żegnali.
Wzięłam szybki prysznic, żeby nie śmierdzieć krwią zmiennokształtnych.
Żebra zdawały się połamane, a ślad na szyi przypominał ogromniastą malinkę. Spoko, 

wszystko   się   zagoi.   Jedyną   korzyścią,   jaką   przyniósł   mi   kontakt   z   pasożytem,   było 
przyspieszone gojenie się ran.

Ale co zrobił z resztą Trójki? Loyl najwyraźniej nie poradził sobie z problemem, pasożyt 

musiał  się rozmnażać  poza wszelką kontrolą. Ci zmiennokształtni to dopiero początek.  Z 
drugiej strony, nie każdy zechce zamieniać się w potwora. Równie dobrze mogli mnie ścigać 
pod postacią Teece’a lub Ibisa.

Ta myśl  napędziła  mi  takiego pietra, że bezzwłocznie zadzwoniłam do Lize – łowcy 

nagród, która zaciągnęła u mnie dług wdzięczności.

– Parrish Plessis? – Wpatrywała się w kom, jakby miała nadzieję, że to przywidzenie.
– Udała ci się wycieczka na wybrzeże? – zapytałam. Było to luźne nawiązanie do tego, 

jak próbowała mnie porwać na zlecenie Leesy Tulu.

Wyglądała na speszoną.
– Chcę, żebyś kogoś strzegła.
– Kogo?
– Prawdę mówiąc, jest ich wielu.
Podałam imiona i pokrótce wyjaśniłam, na co ma mieć baczenie.

background image

Przestrach w jej oczach źle wróżył.
–  Słyszałam to i owo, ale nie wierzyłam. Ci, jak ich tam nazywasz, zmiennokształtni, 

mogą zjawić się wszędzie w jakimkolwiek przebraniu.

– Dokładnie.
– Skoro tak sprawa wygląda, niczego nie mogę obiecać.
– Po prostu się postaraj. W zamian ja postaram się zapomnieć, że polowałaś na mnie na 

zlecenie.

Spochmurniała i westchnęła.
– Będziesz mi to zawsze wypominać? Jestem zwykłą dziewczyną, która zarabia na życie, 

nie kapujesz?

– Zaopiekujesz się tymi  ludźmi, kiedy nie będzie mnie w mieście, a ja już nigdy nie 

wrócę do tematu, zgoda?

Przysunęła do ekranu wierzch dłoni, jak to się robi w Trójce.
Odpowiedziałam takim samym gestem i przerwałam połączenie, nim zdążyła spytać: „Na 

długo ta robota?”.

Po raz ostatni przejrzałam w myślach listę rzeczy do wzięcia. Na pewno już po nic nie 

wrócę, skoro Daac następował mi na pięty. Z ociąganiem schowałam sztylet do schowka na 
broń. Potem zawiesiłam sprzęt Ikea na łańcuszku w sąsiedztwie talizmanu szczęścia, który 
zgodnie z zapewnieniami Pszczółki miał przekonać Merva, że jestem koszerna.

Majtki,   jakieś   ciuchy   i   adres   skrzynki   sieciowej   z   fałszywą   historią.   Pod   wpływem 

impulsu zamknęłam klapkę e-sekretarki i wsadziłam ją do kieszeni. Wiedziałam, że nic mi już 
nie pomoże, a jej cholerne krzyki działały na mnie jak huk bomby atomowej. Dopięłam na 
rzepy pożyczoną torbę, zarzuciłam ją na ramię i zerknęłam w lustro.

Nowe ubranie, nowe włosy.
Ten sam żal do świata. Czas ruszać w drogę.

background image

R

OZDZIAŁ

 5

Ruszałam   palcami   stóp,   żeby   się   nie   wiercić,   kiedy   laser   rzeźbił   mi   twarz   i   macał 

łuskowate zgrubienie wzdłuż kości policzkowej.

Doktor Yan Drastic, guru zabiegów kosmetycznych, powiedział mi u siebie na Plastyku 

bez owijania w bawełnę, że nie jest w stanie nic zrobić, łuska nie ustępuje. Nie wiedział 
nawet, co to takiego. Kiedy nakłuł brzegi, zareagowałam prawie histerycznie. Ostatecznie 
stanęło na malowaniu. Obiecał, że doda mi to uroku.

Po   korekcie   policzka   przyszła   kolej   na   cieniowanie   tęczówki   –   całość   w   jednym 

praktycznym pakiecie. W tej dzielnicy za kasę można załatwić sobie prawie wszystko.

W trakcie czekania, aż mi się skóra usiedzi na bliznach, a nanoboty zeżrą pieprzyki, 

zastanawiałam   się,   jakie   to   ironiczne,   że   godzę   się   na   plastyczne   przeróbki,   zamiast 
najzwyczajniej w świecie zaniechać walki z pasożytem i nauczyć się zmieniać kształt ciała.

Kiedy   twarz   była   gotowa,   wszczepiłam   sobie   moduł   lingwistyczny   na   stoisku   w 

Zajebistościach Leonga Shu. Zaaplikował mi go zaraz na poczekaniu. Na pytanie o gwarancje 
dorzucił rozszerzony słownik, żeby mnie spławić.

– Na długo starczy?
– Na trzy miesiące, jeśli będziesz korzystać oszczędnie – odparł zwykłym sobie tonem 

pouczenia.

Łamiąc własne zasady,  wyhaczyłam malucha, który zawiózł mnie na stację kolejową. 

Jeśli Loyl węszył za mną, nie zamierzałam mu niczego ułatwiać.

Kiedy maluch dryndał w kierunku Pomme de Tuyeau, w głowie układałam sobie kolejną 

listę:

Znaleźć robotę w przemyśle erotycznym.
Dzięki temu zbliżyć się do Merva.
Namówić go, żeby włamał się do obozu Jinberra.
Wytropić sponsora Ike’a del Morte.
Porachować się z nim.
Odnaleźć Wombebe.
Wrócić.
Bułka z masłem.

background image

Wydobyłam sprzęt Ikea i pogłaskałam delikatną siateczkę. Może koniec końców dowiem 

się, kim jest ten Eskaalim. Skłonna byłam uwierzyć, że to kosmita, choć od czasu do czasu 
zmieniałam punkt widzenia, zwłaszcza gdy tacy jak Loyl-me-Daac robili mi pranie mózgu. 
Gdyby mi ktoś powiedział, że siedzi w nim pozaziemski pasożyt, żywiący się adrenaliną, 
nazwałabym go debilem. Z drugiej strony, to ja miewałam zwidy i słyszałam głosy. Chociaż 
po powrocie z Disu halucynacje już mi tak nie dokuczały, wewnętrzny głos towarzyszył mi 
jak cień.

Chciałam wierzyć w tego pasożyta, i w tym właśnie kryło się niebezpieczeństwo. Nie ma 

nic tragicznie romantycznego w tym, że się jest totalnym szajbusem. Albo histerykiem. W 
dodatku coś się we mnie skręcało, gdy miałam komuś zaufać. Teece zakochał się w innej 
kobiecie, a Loyl... w kategorii zdrady dorównywał Judaszowi.

Westchnęłam i w myślach wróciłam do swojej listy. Maluch w tym czasie torował sobie 

drogę wśród awanturujących się mieszkańców slumsów.

Odszukać Bras.
Bras   była   dziewczynką,   która   już   mi   kiedyś   pomogła.   Zrządzeniem   losu   została 

adoptowana przez królewską rodzinę bankierów z Vivy i kreowała nowy wizerunek firmy 
protetycznej.

I Gwynna.
Gwynn, który mieszkał w betonowej rurze na granicy Vivy i Trójki, dawno temu był 

światowej sławy sportowcem. Podnosił ciężary, ale że amputowano mu nogi, skończył jako 
stróż wejścia do labiryntu starych kanałów ściekowych. Obiecałam mu, że skasuję pewnego 
drania o ksywce Trunk – i chciałam dotrzymać słowa, co niestety nie zawsze mi się udaje.

Postanowiłam zrealizować dwa ostatnie punkty harmonogramu, jeśli wcześniej nikt mnie 

nie odstrzeli, i przeskoczyłam do początku...

* * *

Złapałam pociąg do Fishertown i długo jeszcze w myślach przemeblowywałam swoją 

listę. Chciałam zajrzeć do stajni motocyklowej Teece’a. Teraz dbał o mój kram, podczas gdy 
jego interesami zajmował się Mama.

–  Masz   tupet,   że   się   tu   pokazujesz.   –   Dawny   zawodnik   sumo   patrzył   na   mnie 

podejrzliwie.

Nadal wisiałam Teece’owi pieniądze za zniszczenie pożyczonego motocykla. Mama miał 

minę,   jakby   niczego   bardziej   nie   pragnął,   niż   udusić   mnie   między   swoimi   słoniowatymi 
udami.

– Wszyscy mi to mówią, Mama – odpowiedziałam. – Jeśli przypęta się tu za mną Loyl-

me-Daac, wyślij go na południe, dobra?

Skrzywił się. Przynajmniej takie miałam wrażenie, bo grube zwały tłuszczu na twarzy i 

background image

szyi utrudniały ocenę.

– Zbiera ci się, dziewczyno, oj, zbiera.
I to był koniec rozmowy.

* * *

Po  wyruszeniu  na  północ  przesiadałam   się  z  pociągu  na   pociąg,  aż   znalazłam  się  w 

olbrzymiej kopulastej hali z kiepską klimatyzacją, gdzie w każdej chwili coś przyjeżdżało lub 
odjeżdżało. Na wielopoziomowym Dworcu Wschodnim zatrzymują się pociągi, promy i tabor 
latający. Z tego powodu kotłuje się tam bardziej niż w innych punktach odprawy, a kto chce 
nielegalnie wjechać do supermiasta, tu właśnie szuka słabych punktów.

Zapłaciłam za samojezdną bagażówkę i udałam się do bramek wejściowych, jak najdalej 

od   milicjantów   ze   skanerami,   rozstawionych   wzdłuż   przejść   dla   podróżnych.   W   hali 
utworzono wąskie gardło i obmacywano wszystkich bez wyjątku.

–  Co   to   za   zamieszanie?   –   zapytałam   handlarza   e-sekretarkami,   stojącego   w   kolejce 

przede mną.

– Ktoś dostał cynk, że Garter Thin z kapelą the VBs przyjeżdża do miasta zagrać na 

wielkim, drogim przyjęciu dla sportowców. Wygląda na to, że całe wschodnie wybrzeże tu 
zjeżdża, by rzucić na nich okiem.

The VBs z Thin robili furorę na południowej półkuli. Słyszałam, jak grają. W porządku, 

ktoś   może   gustować   w   staromodnych   hardrockowych   laskach,   lecz   na   moje   oko   nie 
przeżyłyby jednej rundy z Mamą. Lub ze mną, skoro przy tym jesteśmy.

W przejściu do VlP-owskiej poczekalni było sto razy luźniej niż w tym kojcu dla bydła, 

więc ruszyłam do najbliższej sanitariatki. Zrzuciłam płaszcz i wynurzyłam się w królewskim 
ekwipunku amorato. Prześwitująca koszula z postawionym kołnierzem, zwiewna spódniczka, 
długie szpile tudzież  elastyczne wężowe bransolety do pach. Skórzany top schowałam do 
walizki.

Bez problemu minęłam wykrywacz broni i drzwi się odemknęły. Pachnącą perfumami i 

udekorowaną atłasem poczekalnię okupowały cztery przyćpane osoby i jeden obładowany 
bagażami   kompanion.   Przy   stanowisku   blisko   wyjścia   warowało   dwóch   milicjantów   w 
eleganckich   mundurach.   Mogli   mi   się   dokładnie   przyjrzeć,   kiedy   lawirowałam   między 
fotelami.

Ja   zaś   w   tym   czasie   przyglądałam   się   siedzącym.   Poznałam   Garter   Thin,   wokalistkę 

Vibisów, w czym pomogły mi tatuaże na przystawce głosowej i podkreślony kosmetykami 
ironiczny uśmieszek. Pozostali na moje oko mogli być zwykłymi szmaciarzami z ulicy. Może 
i nimi byli.

– Obejdź z drugiej strony – prychnęła śpiewaczka.
Ignorując polecenie, mimochodem zaryłam jej w nogę obcasem.

background image

Zaklęła i wierzgnęła ze złością.
Złapałam w locie jej stopę i gwałtownie ją obróciłam, przez co wokalistka wylądowała na 

ziemi. Bez zwalniania szłam dalej w stronę kantorka strażników. Zajęci oglądaniem pornosa, 
nie zauważyli ekscesów.

Żeby   zwrócić   na   siebie   ich   uwagę,   zapukałam   w   szybę   i   wsunęłam   pod   spodem 

sfałszowaną wizę.

– Jales Belliere, amorato – przeczytał facet z implantami do wirealki, ubrany w bajerancki 

garnitur tonujący mięśnie.

Drugi, z logo biegacza na bluzie i ślicznie podkręconymi kędziorkami, otworzył drzwi i 

wyszedł,   żeby   przeprowadzić   bliższe   oględziny.   Fundując   mi   obmacywanko,   grzebał 
językiem w kąciku ust, jakby chciał mnie skosztować.

– Dawno nie przepuszczałem twoich... koleżanek – powiedział.
Stałam   nieporuszona,   ale   kiedy   zjechał   dłonią   do   pasa,   odtrąciłam   rękę.   Jeśli   miał 

nadzieję, że dogodzę mu za frajer, to grubo, ale to bardzo grubo się mylił.

– Precz z łapami! – warknęłam i cofnęłam się o krok. Pan Piękny Kędziorek wyglądał na 

zmieszanego i obrażonego.

Ten w garniturze znieruchomiał, zaskoczony moim zachowaniem. Widziałam, jak kręci 

głową i za pomocą szkła powiększającego przypatruje mi się z dociekliwością.

–  Schyl   się –  rozkazał   z chłodną   monotonią.   Uśmiechnięty  Kędziorek   zaprezentował 

przyrząd do pobierania tkanki.

Zrób coś, Parrish! – ponaglałam samą siebie. Byle co, żeby tylko oprzeć się pokusie i nie 

skręcić im karków, bo trafiłabym do pudła jeszcze przed załatwieniem jakiejkolwiek sprawy.

Odtworzyłam w pamięci wskazówki, których na sam koniec udzielił mi Ibis.
„Amoratos mają klasę, Parrish. W swoim fachu czują się jak ryba w wodzie, seks jest dla 

nich chlebem powszednim. Znają najróżniejsze sztuczki i zabiegi, których amator zwykle nie 
rozumie. Stworzyli z tego rodzaj sztuki. Nie ma się co dziwić, że ludzie mają oczekiwania. 
Jeśli będziesz sprytna i trochę nad sobą popracujesz, zajdziesz daleko”.

Z pewnością żaden amorato nie obraża się i nie warczy na potencjalnych klientów. Nic 

dziwnego, że ci dwaj patrzyli na mnie podejrzliwie.

Pszczółka tłumaczyła, że amoratos nie są ciągane do kontroli osobistej ze względu na 

zabójcze pułapki, które dla bezpieczeństwa chowają przy sobie. Między innymi w ten sposób 
uciekają przed prawem.

Kędziorek najwidoczniej trzymał się własnych zasad.
Musiałam  ich  czymś  rozerwać,  żeby zapomnieli  o swoich podejrzeniach.  Odruchowo 

wczułam się w obecność Eskaalima, który kulił się we mnie jak więzień w ciemnym lochu, 
czekający na uwolnienie.

Co by się stało, gdybym tak bardzo, ale to bardzo ostrożnie osłabiła mentalny nacisk? 

Odpowiedzią   było   palące   uczucie   wściekłej   złości.   Uchwyciłam   się   go   i   spróbowałam 

background image

zamienić w obraz. Loyl-me-Daac między moimi nogami. Momentalnie agresja przerodziła się 
w żądzę. Ciało zalewały fale ciepła, zbierające się w wielką rzekę pożądania. Skóra wydawała 
się   rozgrzana   do   białości.   Prawie   że   czułam   duszny   zapach   swojego   seksapilu.   Biodra 
wygięły się w przód jakby z własnej woli.

–  Chodzi o to, że... zależy mi na czasie. Z drugiej strony... – Zwilżyłam suche usta. – 

Może znalazłabym chwilkę...

No   i   dupa!   Od   kogo   ta   gadka?   Drugiego   zasranego   dziwoląga   w   moim   ciele,   które 

okazało się silniejsze od umysłu i odrzuciło wcześniejsze zahamowania. Dłonie same z siebie 
objęły piersi i uchwyciły sutki, sztywniejące pod zwiewnym materiałem. Przeniknął mnie 
dreszcz. Zbliżyłam się do Garniturka i zaczęłam mu dyszeć do ucha. Efekt był piorunujący, 
zupełnie jakby wydostał się ze mnie Eskaalim i wstąpił w niego. Pewna maleńka cząsteczka 
mojego jestestwa patrzyła z odrazą na to, co robię. Parrish Plessis nikomu się nie narzuca.

Jak zwykle jednak w takich przypadkach, pakowałam się na całego w głupią sytuację. 

Alternatywą flirtowania był przyrząd, którym Kędziorek zastawiał się jak szablą.

Pewnie i mogłam sobie pozwolić na chwilkę kokieterii. Garniturek dał sobie spokój z 

oględzinami. Kędziorek wlepił wzrok w moje palce, jakby były zdolne do nadzwyczajnych 
rzeczy.

– ...na małe przyjemności – dokończyłam.
Jedną dłoń oderwałam od piersi i wsunęłam pod spódniczkę.
Kędziorkowi zabłysły oczy.
Chude, uzależnione  od wszczepów  ciało  Garniturka zadrżało  i zatrzęsło się w fotelu. 

Poprzez szkła okularów dostrzegłam u niego wilgoć w kroku. Ze wstydem zasłonił to miejsce 
rękami, wytoczył się z kantorka i smyknął w stronę sanitariatki.

Mimowolny orgazm. Na szczęście tym razem nie mnie się przydarzył.
Skinęłam na samojezdną bagażówkę i ruszyłam do drzwi z napisem WITAMY W VIVIE.
Kędziorek nawet nie zauważył mojego odejścia. Pogrążył się w erotycznych fantazjach, 

sądząc po ręce na rozporku i nieobecnym spojrzeniu.

Kiedy z sykiem domknęły się za mną pancerne drzwi, znalazłam się w długim korytarzu. 

W   tym   samym   momencie   zaczęłam   tracić   nad   sobą   panowanie.   Żądza   była   silniejsza. 
Chciałam pocierać o coś udami. Chciałam jęczeć i dochodzić do zarąbistego...

Weź ty się w garść, dziewczyno, do jasnej Anielki!
Wlazłam na stół i jednym uderzeniem strąciłam kamerę systemu monitorowania. Potem 

kopniakiem   obaliłam   terrarium   pełne   śpiewających   żabek   i   wybiłam   dziurę   w   szklanym 
obiciu. Tupałam nogami, klęłam jak szewc i biłam pięściami, aż po rękach pociekła krew, po 
czole pot, a pożądanie wreszcie przygasło.

Kiedy się uspokoiłam, korytarz przypominał teren po wyburzaniu, a syreny alarmowe 

wyły przeraźliwie. Na końcu korytarza kulił się koleś zasłaniający się tarczą w postaci pliku 
darmowych arkuszy z holomapą.

background image

– Ktoś ty? – pisnął z oburzeniem.
– Garter Thin, a kto ma być?! – Uśmiechnęłam się, zabrałam mu mapę i minęłam go w 

drodze do wyjścia.

Wyszłam z budynku i puściłam się biegiem.

* * *

Na zewnątrz Viva dosłownie lśniła. Będące ostatnim krzykiem mody chromowane rynny 

i obramienia  okien z tęczowymi  szybami  tworzyły  własną iluminację.  Kiedy doszłam do 
wniosku,   że   odbiegłam   na   bezpieczną   odległość,   zatrzymałam   się,   by   po   raz   tysięczny 
delektować się pachnącym powietrzem  supermiasta, podziwiać praworządnych obywateli i 
nieskazitelnie czyste ulice.

Wychowywałam się na przedmieściach, gdzie nie ma już tyle lukru. Centralne dzielnice 

nadal budzą mój  zachwyt.  Rozkoszując się świeżością, automatycznie  rozglądałam się za 
publiczną sanitariatką. Tam umyłam  ręce i owinęłam je bandażami  z darmowej  apteczki, 
znajdującej   się   obok   dozownika   z   płynem   plemnikobójczym.   Czekając,   aż   ustanie 
krwawienie, wyciągałam wnioski z ostatniej lekcji: demolka korytarza to kretynizm.

Wydobyłam z walizki rękawiczki, prezent od kociaków na striptizerce. Jedna dała mi 

nawet błękitną chińską sukienkę z wycięciami do pach; trochę znoszoną, ale mniej oklepaną 
niż   ta   przetykana   srebrnymi   i   złotymi   nićmi,   którą   również   próbowała   mi   wcisnąć. 
Zainstalowałam się przy stoliku w dworcowej kawiarni, gdzie mogłam obserwować drzwi i 
jednocześnie studiować zdobyczną mapę.

Moja fałszywa tożsamość zdała egzamin, gdy zamawiałam herbatę. Nareszcie czułam się 

wyluzowana. Ibis, korzystając z doświadczeń Pszczółki, wymyślił dla mnie dotychczasową 
drogę kariery. Zażarcie dyskutowali nad szczegółami mojego wizerunku, jakby mnie przy 
nich nie było. Ibis wpadł na pomysł z gronem wiernych klientów w Eurazji, choć Pszczółka 
uważała, że to szpanerskie i mało realne.

Teece dodał, że gdybym została przedstawiona jako świeżak, nie dziwiono by się moim 

kiepskim manierom i przewrotnej naturze.

Ja i kiepskie maniery? Przewrotna natura? Nie pomyliły mu się panienki?
„Ale najważniejsze – mądrzyli się – żebyś niepotrzebnie nie rzucała się w oczy”.
„Amoratos nie narzekają na brak zainteresowania – dorzuciła Pszczółka. – Nie muszą się 

specjalnie starać”.

„I zwracaj na siebie uwagę w granicach zdrowego rozsądku – ostrzegł Ibis. – Żadnej 

przemocy,  Parrish, żadnego pchania się na czołówki gazet. Kamuflaż ci nie pomoże, gdy 
zechcą cię dokładniej prześwietlić”.

A więc koniec z demolowaniem korytarzy.
Wyciągnęłam   z   torby   Merry3   i   przymocowałam   procesor   do   nadgarstka.   Potem 

background image

przełączyłam   ustawienia.   Na   małym,   dyskretnym   wyświetlaczu   2D   przewijała   się   cała 
historyjka, którą wyprodukowali moi przyjaciele:

Jales Belliere urodziła się w Katchemite, w jednej z najbardziej szanowanych rodzin w 

Interiorze...

Przeskoczyłam do ostatniego akapitu, obawiając się tego, co mogło zostać dodane na sam 

koniec, kiedy kociaki kompletowały mi ekwipunek.

Jales   Belliere   jest   amorato   drugiego   stopnia   wtajemniczenia   ze   szkoły   Yo-Rakine. 

Repertuar jej popisowych umiejętności to między innymi zaawansowana sztuka autoerotyzmu, 
seks   wykorzystujący   energię   kosmiczną,   przedłużanie   orgazmu   i   zwiększanie   możliwości 
ludzkiego ciała, pozycje grupowe oraz wyrafinowany przekaz ustny.

Normalnie mnie zatkało. Zwariował ten Ibis? Niech no ja go dorwę!
Schowałam do kieszeni e-sekretarkę i zaczęłam przeglądać mapę wewnętrznego kręgu 

miasta, aż odnalazłam hi-tel, do którego zachodził dawny szef Pszczółki.

Westchnęłam. Żeby tylko pomoc zbyt drogo jej nie kosztowała. Z drugiej strony, gdyby 

człowiek bał się wpływać na losy innych ludzi, musiałby w życiu nic nie robić.

Delektowałam   się   widokiem   herbacianych   listków   na   dnie   kubka   i   bezcenną   chwilą 

spokoju. Cieszenie się z błahych rzeczy szło mi coraz lepiej.

Wstałam i ustawiłam się w kolejce do stanowiska z darmowym łączem sieciowym. Kiedy 

się do niego dorwałam, zażądałam nowych zdjęć Jamesa Monka i niesławnego Delly’ego. 
Bardzo   ostrożnie   zataczałam   krąg   poszukiwań,   żeby   nie   zaalarmować   programów 
strażniczych. Szukanie Delly’ego nic nie dało, więc musiałam się zadowolić tym, jak opisała 
mi go Pszczółka.

Co się tyczy Jamesa Monka, to dysponowałam kolekcją najróżniejszych zdjęć mocno 

zbudowanego   starszego   mężczyzny   i   ogólnodostępną   skrzynką   kontaktową.   Rozmyślałam 
nad stwierdzeniem Pszczółki, jakoby jej szef miał obsesję na punkcie Monka. Co dawało mi 
pewne pole manewru.

Zanotowałam adres skrzynki Monka i zaczęłam obmyślać podstęp.

background image

R

OZDZIAŁ

 6

Hol recepcyjny w InterGlobe znajdował się na siedemnastym piętrze. Przemykając koło 

portiera   (człowieka),   naśladowałam   ruchy   wytwornej   kurtyzany.   Śledził   moją   trajektorię 
zamglonym   wzrokiem,   z   drżącymi   rękami.   Mglistość   oczu   tłumaczyło   działanie   skanera, 
palce natomiast... No cóż, może jeszcze rozsiewałam wokół siebie zwierzęcą woń seksu. Albo 
posługiwał się jakimś staroświeckim językiem migowym.

Zbliżyłam się do recepcji.
– Czekam na wiadomość od Jamesa Monka. Moje nazwisko: Jales Belliere.
Recepcjonista przejrzał wiadomości.
– Niestety, proszę pani, nic nie ma. Zarezerwowała pani pokój?
Prychnęłam z udawaną irytacją.
– Nie zajmuję się takimi rzeczami. Zadzwonię do niego.
Pokłusowałam   do   jednego   z   wypasionych   komów   i,   zostawiając   uchyloną   przesłonę, 

zapadłam w fotel. Pod dłoń automatycznie wśliznęła się miękka podkładka.

Przypomniały mi się „prywatne” budki, do których zaglądałam w Trójce i Mo-Vay. Tutaj 

trudno było złapać oddech, tak mocny zapach wydzielał naperfumowany aksamit. W Trójce 
dla odmiany można złapać wszystko.

Kiedy kom ustalił moją płeć, w obitej aksamitem ściance otworzył się schowek, z którego 

wypadł darmowy zestaw: tatuaż na usta, balsam do ciała i szczotka do włosów. Capnęłam 
balsam i zatrzasnęłam schowek.

Wyrecytowałam głośno adres i rozpoczęłam rozgrywkę. Pszczółka twierdziła, że Delly 

wie, kto wchodzi i wychodzi z Globe. Jeśli się nie myliła, to zwrócenie na siebie jego uwagi 
było kwestią czasu.

Kom przywitał mnie w InterGlobe, podał listę luksusowych hi-teli należących do sieci i 

poprosił o zatwierdzenie nazwiska osoby, z którą chciałam rozmawiać pod podanym adresem.

– James Monk.
Słyszałam   szum,   gdy   mnie   łączyło,   lecz   po   kilku   sekundach   zostałam   poproszona   o 

podanie szczegółów.

Mając świadomość, że nic z tego nie wyjdzie, zażyczyłam sobie rozmowy w cztery oczy i 

poczekałam na odpowiedź systemu. Przyszła dość szybko.

background image

– Pan Monk jest chwilowo niedostępny. Jeśli pragnie pani zostawić wiadomość, proszę 

włożyć identyfikator.

Wsuwając do otworu fałszywkę, bardzo się starałam, żeby mówić lekkim, beztroskim 

tonem:

– Mówi Jales Belliere. Jestem w Globe i jeszcze się odezwę.
Dorzuciłabym to i owo, lecz identyfikator i tak zawierał masę szczegółów na mój temat. 

Zresztą   telefon   nie   przebiłby   się   przez   pierwszą   warstwę   zabezpieczeń.   W   dodatku   nie 
zależało mi na Jamesie Monku.

Wyciągnęłam klips, zastanawiając się nad swoim zmęczeniem.
Bo z ciebie dupa, nie aktorka, Parrish, a masz grać rolę mistrzyni sztuk erotycznych. Było 

to tak komiczne, że parsknęłam śmiechem. Parrish Plessis, herszt gangu w roli cukierkowego 
króliczka.

Lepiej być nie mogło...

* * *

Zamówiłam drinka przy barze i udawałam, że na kogoś czekam. Wszyscy – poczynając 

od rzeźb w holu, a kończąc na kurierze w smokingu – napastowali mnie lubieżnym wzrokiem 
i zastanawiałam  się, ile zdołam znieść tej  całej  maskarady.  Uskuteczniałam  styl  na wpół 
obłaskawionej lamparcicy, od czego skręcało mnie w żołądku... choć końcówki włosów były 
nawet fajowe.

Bawiłam się nimi  z miną  ważniaka, łypiąc  na ludzi  przewijających  się przez hol, aż 

zauważyłam faceta, który gapił się na mnie jak najęty. Z daleka widziałam ostre, niedojrzałe 
rysy i ponury wyraz twarzy.  Obserwował mnie z fikuśnej eleganckiej sofy za sztucznym 
wodospadem, przy czym jego oczy bynajmniej nie błyszczały zachwytem. Wręcz przeciwnie, 
malowała   się   w   nich   wściekłość.   Niebawem   wstał   i   ruszył   sprężystym   krokiem 
nieopierzonego, zadziornego drapieżcy.

– Ten rewir jest już zajęty, obstawiony, dla ciebie zakazany, kumasz? – zagaił.
Przeszyłam go morderczym spojrzeniem, niemalże w stylu Parrish.
– Zajęty przez kogo? – zapytałam hardo.
Mimo niższego wzrostu starał się nade mną górować. Z uznaniem przyjrzałam się jego 

szczupłej sylwetce. Jeśli nie spędzał dni na sali gimnastycznej, musiał mieć od zarąbania 
tonowanej masy mięśniowej.

– Przeze mnie.
– To znaczy? – drążyłam głosem słodkiej laluni i świdrowałam gościa tak, że inny na 

jego miejscu by już z lekka dygotał.

Zmrużył oczy z niedowierzaniem, a potem wykrzywił usta.
–  Jestem   Burżuj   Deluxe,   inaczej   Delly.   Żaden   wolny  strzelec   nie   wprasza   się   tu   na 

background image

darmowy piknik. Coś ty za jedna?

Wyciągnęłam dłoń, pamiętając, że ma być tradycyjny uścisk.
–  Jales   Belliere.   Jestem...   z  prowincji.   Nic   nie   wiem   o  żadnych   rewirach   i   nie   chcę 

nikomu wchodzić w paradę. Mam tu spotkanie z... kimś ważnym.

– Z kimś ważnym, powiadasz? – Znów wykrzywił usta, tym razem z podejrzliwością. – 

Dobra, po prostu nie właź mi w drogę.

Obrócił się na pięcie i usadowił obojętnie pod wodospadem, jakbym przestała istnieć.
Plan co innego zakładał, pomyślałam i zaklęłam w duchu.
Wtem   powstał   za   mną   jakiś   zamęt.   Zobaczyłam   rudą   kobietę   o   figurze,   która   musi 

kosztować krocie. Weszła do holu otoczona milicją. Starałam się nie gapić na jej jędrną, 
nieskazitelną skórę i zabójcze szpile, które dawały dość duże pole rażenia.

Moje   obserwacje   zostały   nagle   przerwane:   dyskretnie   zawoalowany   kompanion   z 

etykietką biegacza w obszytej złotem klapie marynarki poklepał mnie po ramieniu. Podał mi 
e-sekretarkę wielkości dłoni i rozpostarł nade mną maskujący parasol, byśmy mogli pogadać 
bez świadków.

Widząc, że się waham, powiedział:
– Pan Monk nie życzy sobie rozmawiać przez publiczny kom.
Rozdziawiłam   gębę   z   wrażenia   i   zamknęłam   ją   tak   szybko,   jak   się   tylko   dało.   I 

pochyliłam się, żeby nie zawadzić o parasol. Pod nim dojrzała twarz z obwisłymi policzkami, 
którą tak długo studiowałam w sieci, przypłynęła do mnie, jakbyśmy byli pod wodą.

– Jales Belliere, chciałabyś się gdzieś zaczepić, jak przypuszczam.
– Eee... no tak. Słyszałam od... znajomych, że najlepiej zaczepić się u pana – wydukałam.
– Których znajomych masz na myśli?
Sypnęłam nazwiskami, które rzuciły mi się w oczy podczas przeglądania wieści ze świata 

mediów.   Wymamrotałam,   że   jestem   nowa   w   mieście   i   mam   przerwę   w   repertuarowym 
kalendarzu.

Na jego ustach pokazał się uśmiech, który nieco rozpogodził surowe oblicze.
–  W takim razie możesz dostać szansę, po której powiesz, że praca u Jamesa Monka 

dostarcza wyjątkowych wrażeń. Kiedy będziesz wolna?

Trochę mnie przytkało.
– No... już niedługo.
Marny tekst, ale zaskoczyła mnie ta nagła oferta. Nie chciałam palić za sobą mostów, 

skoro trafiała się taka okazja, ale póki co miałam ważniejsze sprawy na głowie.

–  Derek   w   moim   imieniu   pomoże   ci   załatwić   wszelkie   formalności.   –   Zakończył 

rozmowę i wygramolił się spod baloniastego parasola.

Kompanion   zgasił   lampkę   oznaczającą   nagrywanie   na   żywo.   Wyglądało   na   to,   że 

filmował mnie przez cały czas siedzenia przy komie.

Aż   mnie   swędziała   skóra,   bombardowana   fotonami   emitowanymi   przez   portierów   i 

background image

służącego Monka. Jak to się, kurde, stało, że wysłuchał mnie sam James Monk? Co robić w 
tej sytuacji? Mój kamuflaż amorato nie wytrzyma dokładniejszej kontroli.

Kątem   oka   widziałam,   że   gapią   się   na   mnie   dosłownie   wszyscy.   Delly,   portierzy, 

pracownicy recepcji. Nawet umundurowana rudowłosa strażniczka marszczyła czoło, jakby 
sobie przypominała, skąd mnie zna. Skinęła na dwóch mięśniaków, którzy wyrwali się z jej 
świty i ruszyli w moją stronę.

– Lepiej już chodźmy – poradził Derek.
Jakie miałam możliwości działania? Pójść teraz z Derekiem, ryzykując utratę szans na 

spotkanie z Dellym? Czy raczej zostać, wziąć się za łby z karkami, którym chyba nie zależało 
na pogawędce... i też się nie spotkać z Dellym?

Czy choć raz, do ciężkiej cholery, znajdzie się dla mnie jakieś klarowne rozwiązanie?
– Jasne – odpowiedziałam i przywołałam bagażówkę. – A dokąd?
– Na lądowisku czeka helikopter.
Holując Dereka, nieprzystojnie szybkim krokiem pocwałowałam do ekspresowej windy. 

Kiedy ta z szumem wyrwała na sto trzydzieste piętro, przypomniało mi się, jak bardzo nie 
znoszę latać i jak bardzo lubię czuć grunt pod nogami... którym nigdzie nie było tak dobrze 
jak na ziemi. Ostatnim razem uciekałam jak wariatka z wyspy M’Grey. Ktoś – cham jeden! – 
odrąbał mi w locie łopaty, przez co w samej kiecce chrupnęłam do jeziora.

* * *

Na   dachu   znajdowały   się   szerokie   lądowiska,   poprzedzielane   pomieszczeniem 

kontrolnym,   nadbudówką   windy   i   błyskającymi   przenośnymi   barierkami.   Na   jednym   z 
lądowisk czekał pojazd Monka; poznałam go po inicjałach, które migotały na ogonie maszyny 
jak cekiny na badziewnym gorseciku.

Jeśli nie liczyć dwóch pracowników kontroli powietrznej, na górze nikogo nie było.
Derek otworzył drzwi.
– Proszę wsiadać.
Pokręciłam głową.
– Powiedz panu Monkowi, że dziękuję za propozycję. Zadzwonię do niego później.
Tak mnie chwycił za łokieć, że omal nie pękł mi w stawie.
–  Wolałbym nie stosować przemocy, panno Belliere, ale poinstruowano mnie, bym w 

razie konieczności nie bawił się w skrupuły. Proszę wsiadać.

Szarpnęłam się, ale trzymał mocno. Łokieć prawie mi zdrętwiał.
Obrócił mnie i pokazał skrywany w drugiej dłoni zarąbisty kawałek dermy, którą można 

by nawalić wszystkich ćpunów w klubie nocnym.

– Proszę wsiadać, albo będę zmuszony panią uśpić.
Skołowana jego zmianą taktyki, pozwoliłam się wepchnąć  na siedzenie. Usiadł obok i 

background image

natychmiast rozpoczął procedurę startową, zupełnie jakby spodziewał się kłopotów. A ja się 
nadal wahałam. Co tu robić?

W desperacji rozejrzałam się po kabinie. Przy swoim fotelu namierzyłam race alarmowe. 

Z całej siły przywaliłam mu na odlew, mając nadzieję, że popsuję kilka sensorów. Osłona 
skórna pękła na policzku, ale mnie zignorował i poderwał śmigłowiec.

Przy krawędzi asfaltowej nawierzchni otworzyły się drzwi ekspresowej windy. Ze środka 

wyłonił się Delly; obchodząc pomieszczenie kontrolne, przeszedł na drugie lądowisko.

Zderzyły się we mnie dwa uczucia. Po pierwsze ulga, bo spodziewałam się goryli rudej 

strażniczki. Po drugie zaś panika, bo przechodziła mi właśnie koło nosa okazja zdybania 
Delly’ego.

Poczułam dopływ adrenaliny. Chwyciłam dwie race, wywaliłam drzwi i z wysokości paru 

metrów zeskoczyłam na asfalt; potoczyłam się z wdziękiem dorodnego arbuza, wyrzuconego 
z górnego piętra hi-telu.

Potrzęsło mną tak, że wypuściłam race. Próbowałam się podnieść i poczołgać za nimi, ale 

ciało   nie   słuchało   rozkazów  płynących   z   mózgu.   Leż   spokojnie,   aż   dojdziesz   do   siebie, 
mówiło. Pójdź do sauny i ochłoń.

Nagle   usłyszałam   jedyny   w   swoim   rodzaju   szmer   działek   pokładowych,   szukających 

celu. Z tyłu za śmigłowcem dostrzegłam szeroki korpus wojskowej tankietki, wynurzającej 
się zza załomu budynku. Nie była oznaczona i wyglądała naprawdę poważnie; zamontowane 
z przodu działka kal. 50 mm obracały się z furią, gotowe bluznąć ogniem.

Ilekroć śmierć zagląda mi w oczy – co ostatnio zdarzało się tak często, że nie sprawiało 

już frajdy – okoliczności były dalekie od romantycznych. Nawet zginąć nie można, jak się 
chce.

Nareszcie ciało doszło do porozumienia ze zdrowym rozsądkiem. Jazda stąd!
Potoczyłam się w kierunku porzuconych rac, kiedy helikopter z pochylonym dziobem 

zmieniał ustawienie płóz, żeby mnie wyłowić. Runął na mnie i jakimś  cudem zaczepił o 
ramiączko   mojej   odjazdowej   bluzeczki.   Przez   moment   frunęłam,   dopóki   pod   wpływem 
ciężaru nie pękł materiał. Znowu grzmotnęłam o asfalt. Tym razem toczyłam się mimo bólu.

Helikopter   ustawił   się   i   jeszcze   raz   spróbował   mnie   zgarnąć.   Tankietka   poharatała 

lądowisko ostrzegawczą serią. Nie wiedziałam, czy celuje we mnie, czy w maszynę Monka. 
Ani mi się śniło podnosić głowy i pytać. Zamiast tego przeczołgałam się do rac i je odpaliłam.

Kiedy Derek wykonał kolejny manewr, tankietka ponownie rzygnęła ogniem. W całym 

tym zamieszaniu, w kłębach dymu, helikopter oberwał po ogonie. Rozbił się kilka metrów 
ode mnie i eksplodował. Z nieba posypał się dziurawy plastik, rozgrzane żelastwo i drobne 
skrawki galaretowatej sztucznej tkanki Dereka. Prosto na mnie poleciał wirujący kawałek 
śmigła; skacząc po krawędzi dachu, przeorał mi nogę.

Nim rozwiał się dym, popełzłam do osłony rynny i wcisnęłam się pod spód. Doleciały 

mnie   hałaśliwe   krzyki,   gdy  z   windy   wysypała   się   ochrona   hi-telu   i   zaczęła   pruć   z 

background image

półautomatów. Wyjrzałam spod falistego plastiku. Tankietka właśnie się oddalała.

Niby cieszyłam się z tej odsieczy, ale jeszcze i tak mogłam skończyć w kostnicy. Do tego 

nie chciałam, żeby zwiał mi Delly. Zaczęłam więc przeciskać się do przodu wzdłuż rynny, po 
dywanie ze szczurzych odchodów. Kiedy minęłam pomieszczenie kontrolne i grupę wysokich 
barierek, wychynęłam z ukrycia i z trudem podniosłam się na kolana. Bluzeczka wisiała na 
mnie w strzępach, spodnie przypominały osrany papier po przejściu przez niszczarkę.

Byłam   cała   we   krwi,   ucierpiała   zwłaszcza   noga.   Swędziały   mnie   również   plecy, 

poparzone w paru miejscach.

– Masz wzięcie, no, no.
Burżuj Deluxe czekał na mnie oparty o leciutką paralotnię.
– Jak mam się odwdzięczyć, jeśli mnie stąd zabierzesz? – Nie było sensu grać na zwłokę.
– Przedstawisz mnie Jamesowi Monkowi – odpalił bez zastanowienia.
Super!
– Nie ma sprawy. Mogę ci go zapakować i obwiązać wstążką.
Jego twarz rozpromienił  niemalże  nieprzyzwoity uśmiech. Dał susa za stery, uruchomił 

silniczek i przygotował pojazd do startu z krótkiego rozbiegu. Brr, miał zamiar skoczyć prosto 
w przepaść!

–  Nie możesz tu startować, za mało miejsca. – Moje słowa zginęły w huku kolejnych 

eksplozji, a serce przeskoczyło nad przepaścią do sąsiedniego budynku i wróciło pod żebra.

Chyba lepiej skosztować porażki i więzienia, niż wyrywać paralotnią z dachu wieżowca... 

czyż nie?

Delly znów zeskoczył i pchnął lekki pojazd pod samą ścianę szybu windowego.
Zerknęłam   przez   ramię.   Pomieszczenie   kontrolne   było   opuszczone.   Widownię   mogli 

stanowić   wyłącznie   miejscowi   ochroniarze,   gdyby   nie   walczyli   z   pożarem   trawiącym 
helikopter Monka.

Podbiegłam z tyłu do paralotni i wlazłam do drucianego kosza. Nie tak sobie planowałam 

pożegnanie z jednym z najokazalszych hi-teli w Vivie. Rzeczywiście, musiałam nauczyć się 
zachowywać z klasą.

Oderwaliśmy   się   od   dachu   i   spadaliśmy,   aż   mnie   mdliło   i   buczało   mi   w   uszach.   Z 

zamkniętymi   oczami   trzymałam   się   kosza,   spodziewając   się   lada   chwila   wybić   dziurę   w 
ziemi. Do tego wdał się paniczny strach, który tamował oddech. Nieważne, myślałam, jak 
długo będę lecieć: i tak przed lądowaniem zejdę na atak serca.

Usiłowałam sobie przypomnieć, o czym zawsze pragnęłam myśleć w tej ostatniej chwili. 

Wiedziałam, że jest coś takiego. Przysięgłam sobie, że będzie to coś szczególnego – odtrutka 
na złą karmę i wszystkie życiowe pomyłki, wejściówka do baru, gdzie można siedzieć i chlać 
do nieprzytomności bez oglądania się za plecy.

A tu nic, pusto.
Świat   dostał   kręćka.   Dosłownie.   Paralotnia   wraz   ze   mną   i   Burżujem   wykonywała 

background image

korkociąg śmierci. Słuchając jego ekstatycznych wrzasków, puściłam pawia. Dmuchało tak, 
że   zarzygałam   sobie   całą   twarz.   Wiotczały   mi   mięśnie,   co   wróżyło   utratę   przytomności. 
Niedobrze. Jeszcze się opierałam. Wysunęłam się z kosza, uchwycona tylko jedną ręką.

Kolejny wrzask Burżuja. I słowa, które nic mi nie mówiły. Zaciśnięte palce powoli się 

rozwierały. W żaden sposób nie mogłam temu zaradzić.

Jego krzyk  się przedłużał,  radosny i świdrujący.  Skupiłam się na nim, by nie stracić 

kontaktu z życiem, i zmusiłam palce do ściśnięcia stalowego drutu.

Weź się w garść, kretynko!
Anioł naszprycował mnie dodatkową dawką adrenaliny,  co ożywiło mięśnie i ocuciło 

mnie na tyle, że poczułam gniew.

Nie jestem kretynką...
Jejku! Ni z tego, ni z owego paralotnia przestała kręcić młynka i wyrównała lot. Żelazny 

kosz omal nie pogruchotał mi kości w bezpośrednim starciu.

Wrzask Burżuja przerodził się w śmiech, gdy wreszcie zwolniliśmy. Wyjrzałam na świat 

spod oblepionych powiek. Ześwirowany pilot odrzucił w tył głowę, łzy ciurkiem ciekły mu 
po twarzy.

Cieszyłam się, że jeszcze sobie trochę pożyję. Może na tyle długo, żeby skręcić mu kark.

background image

R

OZDZIAŁ

 7

Wieczorem   w   mieście   w   reklamantach   i   zwiastunach   OneWorldu   zaroiło   się   od 

nagłówków:

Amorato uprowadzona w dramatycznych okolicznościach.
Pojedynek o femme zakończony fatalnie.
Kontrolerzy ruchu powietrznego w chwili zagrożenia ratują się ucieczką.
Rzeź na dachu.
Kim jest tajemnicza zaginiona?
Wokalistka   Virgin   Brides   ukarana   grzywną   za   zdemolowanie   korytarza   na   Dworcu  

Wschodnim podczas hulanki z zespołem. „To nie ja!” – zaprzecza Garter Thin.

O mało nie buchnęłam śmiechem przy tym ostatnim zdaniu. Pozostałe wszakże... Jak to 

mnie   kiedyś   ostrzegał   Teece   z   Ibisem?   Zwracaj   na   siebie   uwagę   w   granicach   zdrowego 
rozsądku?

Oglądałam   sobie   to  wszystko   przy  barze   w   „Luxorii”,  gdzie   Burżuj  płacił   za  drinki. 

Wciśnięte w sufit fioletowe lampki ledwie oświetlały nasz zakątek, dzięki czemu mogłam 
dyskretnie przyglądać się wystrojowi lokalu oraz towarzystwu.

A   towarzystwo   było...   powalające.   Nawet   poza   godzinami   szczytu   w   klubie   Burżuja 

huczało, gdy pojawiały się i znikały wciąż nowe amoratos; jedne korzystały z neurosymulacji, 
inne po prostu były na haju lub na bańce. Wszystkie w bieliźnie lub w dresach. Zaintrygowały 
mnie urodą – a nie tym, jak się bawiły czy ubierały. W życiu nie spotkałam tylu ślicznotek 
naraz, dla każdego coś miłego.

Prawdę mówiąc, nie chodziło jedynie o zwykłe kobiece piękno. Zupełnie jakby osiadł na 

nich nalot seksapilu, jakby ociekały gęstym wyciągiem lubieżnego pożądania. Znów mi się 
chcica włączyła. Co się dziwić, skoro najatrakcyjniejszy towar w mieście paradował przede 
mną w samych majtkach.

Wmówiłam sobie, że to reakcja na dopływ adrenaliny, spowodowany lotem paralotnią, a 

po   drugie   nie   jest   to   dla   mnie   dobre   miejsce,   żeby   szukać   podniet.   Zajęłam   się   więc 
sprawdzeniem, jak działa ochrona.

Pan   Misio   Mięśniak,   miażdżący   krzesło,   na   którym   ledwo   się   mieścił   jego   zadek, 

wyglądał tak, że chłopaki z Plastyka wyglądaliby przy nim na wątłych wymoczków. Domy 

background image

uciech wszędzie wyglądają tak samo. Muszą mieć na pokaz trochę masy mięśniowej, choć 
podejrzewałam, że Misio przede wszystkim robi za straszaka. Jasne, że był  silny,  ale też 
wolny   i   niezgrabny.   A   z   tego,   jak   się   z   nim   droczyły   amoratos,   wnosiłam,   że   to   dusza 
człowiek.

Dalej jednak, przy drzwiach, siedziało dwóch Koreańczyków ubranych jak najmici. Grali 

w holokarty i nie wyglądali wcale na luzaków. To na nich musiałam uważać najbardziej. Na 
nich, a także na antychuligańskie ekrany i sprzęt obezwładniający, widoczny spoza baru.

Wzdrygnęłam się. Bałam się jak ognia wszelkiej maści paralizatorów.
Po   drugiej   stronie   baru,   naprzeciwko   mnie   i   Burżuja,   mieszał   drinki   wyjątkowo 

pokraczny koleś, całkiem jak okaz z laboratorium Ikea del Morte. Nie sądziłam, że takim 
brzydalom   wolno   mieszkać   w   Vivie,   nie   mówiąc   już   o   przyjmowaniu   ich   do   pracy   w 
luksusowych lokalach.

Na jego szyi zobaczyłam charakterystyczne pomarańczowe ślady po neuroplantach.
– Merv, ruchy z tymi drinkami! – pogonił go Burżuj.
Merv spochmurniał i polał mi dłoń tequilą. Normalnie bym się wkurzyła, ale właśnie tego 

kolesia szukałam!

Mrugnęłam do niego przyjaźnie. Jeśli naprawdę był superinteligentny, jak o nim mówiła 

Pszczółka, to pal sześć, niechby sobie wylał na mnie całą flachę. No i mogłabym go prosić o 
naprawienie Merry3.

Zewsząd   rozlegały   się   ściszone   plemienne   dźwięki.   Niektóre   amoratos   podrygiwały 

rytmicznie. Jedna usiadła Misiowi na kolanie i rozmasowywała mu skronie. Uśmiechał się, 
jakby trafił do raju.

Burżuj dopił drinka i wziął następnego. Chyba wreszcie przestał błądzić myślami gdzieś 

daleko i stał się rozmowny, więc śledząc ukradkiem ruchy Merva, udałam zasłuchaną. Mówił, 
że klub należy do niego, choć kiedyś oscylował w dolnych pięćdziesięciu piętrach Conea. 
Skok o sto pięter dowodził, że powiodło mu się w biznesie rozrywkowym. Zwłaszcza że 
gmaszysko miało wyjście na szklany most i położone było o rzut beretem od Old Mail i 
Casino Central.

Musiałam   przyznać   mu   rację.   Pomijając   Globe,   klub   Burżuja   był   najokazalszą   oazą 

luksusu, w której stanęła moja noga. Połączenie wysmakowanych dekoracji i hiperczystości. 
Wentylatory   wdmuchiwały   świeży   zapach   eukaliptusa,   a   w   wykonanym   ze   sztucznego 
marmuru szmaragdowym blacie baru w ustalonej sekwencji mrugały światełka. Na idealnie 
okrągłych ścianach roziskrzonego pomieszczenia od ziemi po sam sufit wisiały zwierciadła.

– Cholera mnie weźmie przez ten jebany zapach – poskarżył się Burżuj. – Mam od tego 

katar sienny. Zmień to ciulstwo!

Merv odwrócił się i odemknął drzwi zamaskowane lustrami. W środku dostrzegłam kupę 

sprzętu. Burżuj pochwycił moje spojrzenie.

– To jego kwatera. Mieszka tam, kiedy klub jest otwarty. Nie przepada za ludźmi, woli na 

background image

nich patrzeć.

Merv wrócił, nim upiłam dwa łyki, zaraz też rozszedł się zapach drewna sandałowego. 

Przypomniał mi się sklep Pata i Ibisa.

Błądziłam wzrokiem od jednych drzwi do drugich, podglądając kręte korytarze, biegnące 

do buduarów. Buduary bardzo się różniły od kiczowatych pokoików na Torleyu; nie chciało 
się wierzyć,  że świadczono w nich praktycznie  te same  usługi. Mówię „praktycznie”,  bo 
mogłabym się założyć, że działy się tu rzeczy, o jakich nie śniło się dziuniom na prowincji.

Miałam okazję przyjrzeć im się z bliska, kiedy już się umyłam, wysmarowałam maścią na 

oparzenia   i   wcisnęłam   w   pożyczone   ciuchy.   Moim   przewodnikiem   była   amorato   z 
bursztynową opalenizną i olśniewającymi złocistobiałymi włosami, które opadały kaskadą do 
pasa. Kazała na siebie mówić: Ślicznota.

– Nasi klienci to sama śmietanka – oznajmiła.
– Pewnie w okolicy macie więcej lokali, gdzie świadczy się podobne usługi.
– My nie świadczymy usług, taki mamy styl życia. Delly zatrudnia ludzi podchodzących 

z pasją do swoich obowiązków. – Przechyliła głowę i czubkiem paznokcia drasnęła siniak na 
mojej odsłoniętej ręce. – Co lubisz?

Siliłam się na spokój; była zabójczo piękna i wyraźnie się do mnie przystawiała. Z ulgą 

się od niej uwolniłam, kiedy Burżuj wywołał mnie na drinka i pogawędkę.

Nadal   coś   opowiadał   tym   swoim   ostrym   tonem.   Skoncentrowałam   na   nim   uwagę   i 

przerwałam monolog bezpośrednim pytaniem:

– Wiesz może, kto rozwalił helikopter nad Globe?
Zadzwonił kostką lodu i uchylił się od odpowiedzi.
– Myślałem, że twoi przyjaciele.
Zrobiłam minę niewiniątka. Mój identyfikator stwierdzał, że pochodzę z drugiego końca 

kontynentu, więc mogłam sobie pozwolić na udawanie tłumoka. Byle nie przesadzać.

– Skontaktował się z tobą James Monk. A kogo on sobie upatrzy, na tego wszyscy polują. 

Menedżerowie informacji są jak skłóceni bogowie. – Palcował brzeg szklanki, dając mi do 
zrozumienia, że celowo nie wspomina o wielu istotnych sprawach.

–   Dlaczego   oferujesz   mi   pomoc?   –   Mimo   że   przecież   sama   go   szukałam,   pytanie 

wydawało   się   logiczne.   Już   mi   się   wszystko   mieszało,   wywracało   do   góry   nogami.   Nie 
miałam pojęcia, czemu Monk odpowiedział na mój telefon, ale tego nie mogłam powiedzieć 
Burżujowi.

Może choć raz dopisało mi szczęście? Tak czy owak sprawiło, że Burżuj przedwcześnie 

odkrył karty.

Ja i szczęście? Nie, chyba się zapędziłam.
Burżuj pochylił się w moją stronę. Ponury wyraz twarzy nieco złagodził ostrość rysów. 

We mnie zaś ciągle tliło się pożądanie, chociaż byłam już po czterech drinkach. Wycieczka z 
bursztynową boginią w roli przewodniczki była w pewien sposób podniecająca, zresztą cały 

background image

ten lokal tętnił  seksem.  W tym  stanie erotycznego  pobudzenia  czułam  się jak w  nowym 
ubraniu. Można powiedzieć, że jarał mnie nawet ten chudy, arogancki sprzedawca uciech 
cielesnych.

– Chcę, żeby Monk spojrzał na mnie łaskawym okiem – powiedział.
– A poza tym? – zapytałam, domyślając się, że to nie wszystko.
Przesunął się w przód na stoliku i objął mnie nogami z dwóch stron. Nie wiem, czy 

uważał mnie za łatwy towar, w każdym razie nie oponowałam. Musiałam się dowiedzieć, co 
jest grane.

– Ciekawe, że ze względu na ciebie pogodził się z unicestwieniem kompaniona siódmej 

generacji.

Pewnie   chodziło   mu   o   Dereka.   Najwyraźniej   w   hierarchii   Burżuja   Deluxe   siódma 

generacja miała wyższe notowania od zwykłego szarego człowieka. Odchyliłam się, żeby 
przemyśleć odpowiedź i uwolnić się od jego natrętnej woni. Przygodny seks nie znajdował się 
u mnie na liście priorytetów, mimo że ciągle chodził mi po głowie.

– Może nie miał tego w planach. No więc co poza tym? – naciskałam.
Pogłaskał mnie po nodze i zatrzymał dłoń na kroczu. Zelektryzowana jego chamskim 

zachowaniem, odepchnęłam się od baru i polecieliśmy razem na ziemię. Przetoczyłam się 
prędko, siadłam na nim okrakiem, chwyciłam go za gardło i pogroziłam mu pięścią.

Uśmiechnął się do mnie z rozbrajającą lubieżnością kogoś, komu pewien rodzaj bólu 

sprawia przyjemność.

–  Dlaczego amorato, nieważne że wkurzony, reaguje na niewinną zaczepkę jak uliczny 

bandyta? Chyba że nie jest tym, za kogo się podaje...

Dałam mu za to w gębę. Potwierdziłam tym samym jego przypuszczenia, ale jakoś nie 

mogłam się powstrzymać. Musiałam rozładować ciśnienie, które mnie rozpierało. A on był 
taki... taki...

Rozwaliłam mu wargę i ciekła z niej krew. Korciło mnie, żeby się pochylić i ją zlizać.
Właśnie...
Eskaalim znowu obudził się w mojej głowie. Bojąc się rosnącej siły jego woli, wstałam i 

odsunęłam   się   od   Delly’ego   na   bezpieczną   odległość.   Wiedziałam,   że   panowanie   nad 
odruchami  przychodzi  mi  z coraz większym  trudem.  Odkąd posłużyłam  się nim podczas 
awantury ze strażnikami na Dworcu Wschodnim, umiał mnie podejść z innej strony. Gdybym 
została za długo w tym miejscu...

Zrobiłam kilka kroków, nie spuszczając z oczu zbliżających się Koreańczyków.
– Dobra, powiedzmy, że jestem nowa w tym biznesie. Moją specjalnością jest... przemoc. 

Uratowałeś mi życie, więc zastanówmy się nad układem, który zadowoli obie strony.

Burżuj podniósł się z ziemi i machnięciem ręki odprawił Koreańczyków. Wdrapał się z 

powrotem na stolik i zaczął ssać krwawiącą wargę.

– Na pewno coś da się wymyślić – powiedział.

background image

Dosiadłam się przy barze i jednym łykiem opróżniłam szklankę. Od chwili wygramolenia 

się z paralotni wciąż męczyły mnie dreszcze. I nic nie zapowiadało poprawy. Szok, złość, 
chuć – cokolwiek to było, nie umiałam się tego pozbyć.

– Co wiesz o Jamesie Monku? – spytałam.
Wyraz twarzy Burżuja stał się nieprzenikniony.
–  Media są naszą główną klientelą. Próbowałem wkręcić się w jego interesy, ale facet 

żyje w stałym związku i rzadko zamawia coś dla siebie. Kiedy się z nim skontaktowałaś, 
myślałem, że szukasz okazji jak każdy inny. Ale kiedy on skontaktował się z tobą, no cóż, to 
zmienia postać rzeczy.

Udałam zdumienie.
– Skąd wiedziałeś, z kim rozmawiam?
– Jeśli szukasz prywatności, Belliere, nie znajdziesz jej w holu hi-telu.
– Podpiąłeś się do komu?
– Powiedzmy, że pracuje dla mnie zdolny majsterkowicz.
To by się zgadzało.
–  No  więc  jak się  dostaniemy  do  Monka?   – Wydawało  mi   się, że  w  tej   sytuacji   to 

rozsądne pytanie. – Czy raczej powinnam spytać, czy masz dla mnie jakiś plan działania?

–  Musisz się z nim skontaktować i nalegać, że tu właśnie będziesz świadczyć  swoje 

usługi.

– A ty co będziesz z tego miał? Sławę?
Uśmiechnął się z zamkniętymi ustami.
–  Chociażby.  Kiedy weźmie  w opiekę  ten klub, moja  pozycja  umocni  się jak nigdy. 

Wtedy porozmawiamy jak równorzędni partnerzy.

– Niekoniecznie tu przyjdzie – zauważyłam.
– To już zależy od twojej siły przebicia.
Ech, gdybym tak miała przy sobie nóż, spluwę lub szpile, już ja bym mu pokazała...
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałam.
Zaśmiał się... i nagle zauważył, że nie jest mi do śmiechu. Odstawił szklankę, zsunął się 

ze stolika, zaszedł mnie z boku i mocno objął w talii. Potem odchylił głowę, wspiął się na 
palce i maznął mnie ozorem od ust po samo ucho.

Pomimo ciepła, jakie narastało mi w kroku, jedną ręką sięgnęłam po nieobecny nóż, a 

drugą starłam jego ślinę.

Zamiast   kontynuować,   cofnął   się   i   podparł   łokciami   na   barze.   Postukał   palcem   w 

policzek.

– Nie wiem, kim jesteś, ale zainteresowałaś Jamesa Monka. Jeśli mam w to wejść, musisz 

się nauczyć paru rzeczy, żeby cię nie zdemaskowano. Tu chodzi o moją reputację.

– A długo to potrwa? – udałam zniecierpliwienie.
– Ślicznota wprowadzi cię w tajniki. Uwiniecie się w kilka dni. – Skinieniem głowy 

background image

wskazał bursztynową boginię.

Kurna, tylko nie to...
Nim zdążyłam głośno zaprotestować, dziewczyna podeszła do nas.
– Słuchaj, Ślicznota, Jales przyjechała z drugiego końca świata.
– Ze wsi – uściśliłam.
–   Mniejsza   z   tym.   –   Prychnął,   niezadowolony   z   tego,   że   mu   przerywam.   –   Jej 

umiejętności są... dość mizerne. Spróbuj dodać jej szlifu. Dużo czasu ci to zajmie? Wystarczy, 
że będą ją brali za nieopierzoną artystkę.

Ślicznota zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem.
– Zależy, czy pojętna. Jeśli chodzi o podstawy rzemiosła, szkolenie potrwa kilka dni, góra 

tydzień. Trzeba by lat, żeby zrobić z niej klejnot.

Burżuj pokiwał głową.
– Zostańmy przy paru dniach. Kiedy Ślicznota uzna, że jesteś gotowa, ustawię ci drugą 

rozmowę z Jamesem Monkiem. Nie wcześniej. Dla mnie najważniejsza jest reputacja.

Zrobiłam minę uparciucha.
– A jeśli nie pasują mi twoje reguły?
Posłał dziewczynie znaczące spojrzenie. Odeszła na dyskretną odległość, zezując na mnie 

z ciekawością.

–  Wykopię cię na ulicę i ogłoszę oszustką. Nie jesteś amorato, Jales Belliere. Są tacy, 

którzy chcą cię zabić – dodał szeptem.

– A gdybym zabiła cię pierwsza? – odparłam cicho. Niezupełnie żartowałam.
Nie uśmiechnął się.
–  Kretynizm. W „Luxorii” jesteś praktycznie nietykalna. Możesz tu korzystać, że tak 

powiem, z immunitetu dyplomatycznego. Dopóki przestrzegam przepisów sanitarnych, mogę 
zatrudnić dosłownie kogokolwiek i kazać mu robić, co zechcę. Nikt nie będzie mi bruździł. 
Wyjrzyj   na   ulicę,   a   dopilnuję,   żeby   najbliższy   patrol   milicji   zwinął   cię   pod   zarzutem 
nielegalnego   pobytu   w   mieście.   Po   przekopaniu   twoich   akt   znajdą   się   następne   zarzuty, 
jestem tego pewien.

To fakt...
– Jeśli szukasz Jamesa Monka, to będzie po mojemu albo... – Urwał znacząco.
Nie   znosiłam   szantażu,   ale   przynajmniej   mogłam   zyskać   czas,   żeby   dogadać   się   z 

Mervem. Udałam naburmuszoną.

Do   baru   wparował   facet   ubrany   tylko   w   jednorazową   pieluchę.   Swoim   gardłowym 

lamentem przekrzyczał rytm plemiennej muzyki:

– Delly! Brigitte ma grzyba!
Delly   skinął   na   Misia   Mięśniaka   i   Koreańczyków.   Zniknęli   w   korytarzu.   Za   nimi 

pomknęły dziewczęta na czele ze Slicznotą.

Zostałam sama z Mervem. Przymusiłam usta do uśmiechu. Musiało to być  dla niego 

background image

zupełnie nowe doświadczenie, bo wiercił się z niepewną miną.

– Co się dzieje? – zapytałam.
– Grzyb  czyli  chamski  k-klient.  – Cofając się, upuścił  szklankę, która rozbiła  się na 

kontuarze. – Muszę wracać do swoich rob-baków. Durna rob-bota na tym b-barze...

–   Mogę   iść   z   tobą?   –   Uśmiechnęłam   się   od   ucha   do   ucha.   Mało   brakowało,   a 

zatrzepotałabym rzęsami.

Rozejrzał się po wyludnionym barze.
– Cz-czemu nie... – odparł bez przekonania. – Pewnie trochę t-tu popracujesz...
Przeskoczyłam kontuar i w ślad za nim minęłam nieduże drzwi w kręgu luster. Znalazłam 

się   w   mrocznej,   okrągłej   klitce,   skąd,   rzec   by   można,   sprawowano   kontrolę   nad   całym 
wszechświatem.   Ściany  i   sufit   wydawały   się  jednym   wielkim   ekranem   lub   setką   małych 
ekraników.   Mrugały   migawkami   wszystkich   kątów   w   buduarach,   zdjęciami   gmachu   od 
parteru po górne piętra i panoramy miasta. Połowę miejsca zabierały dwa pełnowymiarowe 
pojemniki sensoryczne w kształcie trumny.

Resztę  przestrzeni zajmowała  minisypialnia:  miękka  amerykanka  z poręczami  na tyle 

szerokimi, że mogłyby robić za półki w magazynie. Na jednej szemrały i migotały rozmaite 
urządzenia:   stara   klawiatura,   panele   dotykowe,   krótkofalówki.   Druga   kojarzyła   się   z 
zapleczem apteki: tabletki, dermy, przenośna kroplówka, słowem wszystko co grzało i dawało 
kopa.

Ze   skrytki   pod   prawą   poręczą   Merv   wyciągnął   tackę   z   brązowymi   grudkami,   które 

wyglądały i pachniały jak klopsiki w sosie. Przyłożył jedną do szyi tak mocno, aż maź ściekła 
mu za kołnierz.

Mięsorydy, fuj! Budzą we mnie wstręt nie mniejszy niż neurostymulacje. Jedno i drugie 

działa na podobnej zasadzie, lecz neurostymulacja jest bardziej ludzka, naturalna. Osobiście 
nie   mam   nic   przeciwko   niewidocznym   implantom,   za   to   nie   znoszę   myśli,   że   jakieś 
paskudztwo miałoby poprzez skórę dobierać mi się do układu nerwowego. Już jeden taki we 
mnie się panoszył.

Oprócz fury nowoczesnych gadżetów nawet w najmniej dostępnych zakamarkach cisnęły 

się talizmany szczęścia: królicze łapki, posążki Fortuny, podkowy, czterolistne koniczyny, 
woreczki   mojo.   W   każdym   możliwym   kształcie,   rozmiarze   i   wcieleniu.   Niektóre   dość 
tajemnicze. Naszyjniki, brosze, spinki, ozdoby, pierścienie, bransolety.

Namacałam łańcuszek pod koszulą, zastanawiając się, czy Merv poznałby się na jego 

właściwościach.

Poruszał się w tej rupieciarni pewnie jak psioszczur. Na koniec klapnął na fotelu. Aromat 

drewna   sandałowego   nie   maskował   stęchlizny   ludzkich   płynów   organicznych.   W   kącie 
zainstalowano maleńką przenośną sanitariatkę. Sądząc po zapachu, nanoroboty nadawały się 
już do wymiany.

Kilka razy przełknęłam ślinę i skręciłam wędki na minimalne wzmocnienie.

background image

– Robi wrażenie – powiedziałam.
Starałam się zapamiętać sprzęt, by potem powkurzać Teecea, lecz naskładał tu tego tyle, 

że próżny był  mój  wysiłek.  Na podłodze  wokół  fotela  zauważyłam  wypalony  krąg. Gdy 
chciałam nad nim przejść, coś mnie ukłuło.

Trzepnęłam się w łydkę.
– Co to, do cholery?
– Za b-blisko! – zdenerwował się Merv. – Nie zbliżaj się d-do mnie.
Wolałam się odsunąć.
– To moja p-prywatna przestrzeń. Nikt inny tu nie wchodzi. – Zatoczył ręką koło.
Rozłożyłam ramiona w geście przeprosin.
– Nie ma sprawy, rozumiem. – Z tym rozumieniem to trochę przesadziłam. Ja też chronię 

swoją prywatną przestrzeń, ale Merv... mógłby trochę zluzować.

– Rzadko przychodzą tu ludzie, gdy pracuję, więc się nie rozbijaj.
Nim odpowiedziałam, wzdrygnął się i szczęka mu obwisła.
Na   ekranach   zamigotało   wnętrze   jednego   konkretnego   buduaru.   Oglądaliśmy   je 

dosłownie z każdego ujęcia. Przez dłuższą chwilę wytrzeszczałam oczy, próbując zajarzyć, co 
właściwie widzę.

–  Rob-baczki   astralne   –   wyjaśnił   Merv.   Znowu   kontaktował:   kręcił   oczami   i   mocno 

zaciskał   usta.   Mięsorydy   wiły   mu   się   na   szyi   jak   pijawki.   –   Lepsze   od   kamer,   tyle   że 
zdychają. – Wydał z siebie gardłowy, niezrozumiały dźwięk, na co robaczki złożyły z wielu 
elementów   jeden   spójny   widok.   –   Potrzebujesz   czegoś,   D-delly?   –   odezwał   się   do 
krótkofalówki w kształcie zbliżonym do krzyża.

Burżuj   stał   w   kałuży   krwi,   pochylony   nad   ciałem   dziewczyny.   W   kącie   pokoju 

Koreańczycy przytrzymywali nagiego mężczyznę. Misio Mięśniak płakał.

– Dawaj tu sprzątaczki i zamów taksówkę – zarządził Burżuj. – Pan Pregora już wie, że 

następnym razem nie wolno mu tak długo być na fazie. Ściągnij mu z konta pięćdziesiąt 
tysiączków.

Merv wciągnął i przygryzł wargę.
– Co z Brigitte, Delly? Mam dzwonić po lek-karza?
– Co mi po lekarzu, debilu jeden! – warknął Burżuj. – Wezwij wóz pogrzebowy!
Merv   chrząknął,   zastopował   obraz   i   przywołał   na   ekrany   zdjęcia   z   innych   miejsc   w 

„Luxorii”. Przekaz dźwięku nie został jednak przerwany; Burżuj wściekał się, bo pobrudził 
sobie ubranie krwią.

Po chwili Merv zgasił również fonię.
Siedziałam   cicho   jak   trusia,   kiedy   dzwonił   na   milicje,   żeby   złożyć   przepisowe 

zawiadomienie o zgonie. Po zamówieniu wozu pogrzebowego i doniesieniu o śmierci zdarł z 
szyi mięsorydy i wstał. Na jego zestresowanej twarzy pojawiły się czerwone plamy.

Miałam   ochotę   uścisnąć   jego   ramię,   żeby   go   pocieszyć   (lub   siebie),   ale   się 

background image

powstrzymałam. Merv nie lubił dotykania.

– Często się to zdarza? – spytałam.
– Raz to mało? – odburknął ochryple.
Zagrały w nim emocje, ale wiedziałam, że nie chce poruszać tego tematu.
– Milicja nie prowadzi śledztwa?
Merv zrobił dwa kroki i stanął na skraju kręgu.
–  Nasi klienci to g-głównie ludzie mediów. Milicja się czepia, gdy łamiemy warunki 

licencji. D-durne rzeczy... Higiena, zab-bezpieczenia przeciwpożarowe. Resztę mają gdzieś. 
Poza tym media kontrolują milicję. Gdyby klient b-był z rodziny królewskiej, to może...

Zapach   drewna   sandałowego   stał   się   nagle   duszący.   Siedzieliśmy   w   milczeniu,   gdy 

trawiłam jego słowa. Nic dziwnego, że Pszczółka dała nogę.

–  Jak ci się tu pracuje? – zapytałam cicho. Kilkakrotnie zwilżył usta, rozmyślając nad 

odpowiedzią.

– No wiesz, są korzyści... – Drżącą ręką podniósł z szafeczki i pieszczotliwie pogłaskał 

mały,   czarny   przedmiot   w   kształcie   pieska.   Prawdopodobnie   jeszcze   jeden   talizman.   – 
Widzisz? To kret. Nazywa się Ryjek. Dzięki niemu Brilliance nie wie, gdzie jestem i czego 
szukam.

Wiedziałam, że mam głupią minę, ale jakoś nie mogłam się zdobyć  na mądry wyraz 

twarzy.

Dziwny świat, dziwni ludzie, dziwne reguły gry.
– Co to jest kret i kim jest ta cała Brilliance? – palnęłam, wkurzona bardziej na siebie niż 

na Merva.

Wzdrygnął się i przycisnął pieska do piersi niczym tarczę.
Wzięłam głęboki oddech.
– Przepraszam, Merv, już mi się wszystko miesza. Jestem jakaś roztrzęsiona po tym, co 

się stało.

Pokiwał głową i przestał tarmosić pieska.
Okłamując go, miałam pewne wyrzuty sumienia. Rzecz jasna to, co widziałam, nie było 

miłe, ale czy mną wstrząsnęło? Niestety nie.

– Przez swoją niewiedzę napytasz sobie biedy – stwierdził.
Trochę mną to szarpnęło. Miał rację, choć nie musiałam wysłuchiwać tego typu rzeczy od 

przesądnego czubka w domu uciech. Tak czy owak, coś zaczęło do mnie docierać. Urodziłam 
się na przedmieściach i uważałam, że w mieście nie zginę. Tymczasem tutaj – mimo fasady 
pachnącego powietrza i wysokich obcasów – było równie niebezpiecznie jak w Trójce. Jeśli 
chciałam   tu   pożyć   na   tyle   długo,   żeby   coś   osiągnąć,   w   ekspresowym   tempie   musiałam 
nadrobić   braki   w   wiedzy.   Burżuj   powiedział,   że   dopiero   za   tydzień   skontaktuje   się   z 
Monkiem. A zatem miałam siedem dni, żeby nauczyć się, jak tu przeżyć.

Pora wyrzucić asa.

background image

– Ukłony od Pszczółki.
Merv   zamarł   w   bezruchu,   a   potem   wymamrotał   polecenie   do   krótkofalówki.   Ekrany 

wokół nas przyciemniały, jakby świat układał się do snu.

– D-delly przegląda wszystkie nagrania – powiedział. – Mamy najwyżej minutę, inaczej 

b-będę musiał się tłumaczyć.

Pokiwałam głową.
– Widziałaś ją? – zaskomlał żałośnie.
– Kazała ci przekazać, że u niej wszystko w porządku. Że spotkała faceta, z którym czuje 

się bezpiecznie. Dokładnie tak, jak to zaplanowałeś.

To ostatnie sama wymyśliłam, lecz Merv nie oponował. Pewnie nie rozminęłam się z 

prawdą. Oczywiście nie wspomniałam, że kiedyś ten facet był ze mną.

W jego oczach zaszkliły się łzy.
– Delly nie może się dowiedzieć, bo wyśle kogoś za nią.
Przycisnęłam do piersi zaciśniętą dłoń.
– Możesz mi ufać.
Pokiwał głową, nerwowo gryząc wargę. Po rumieńcach na jego policzkach poznałam, że 

nowina sprawiła mu większą radość niż dzień spędzony w sensorium.

No więc uderzyłam z grubszej rury:
– Powiedziała, że mi pomożesz.
Mina mu zrzedła, ledwo to usłyszał.
–  Skąd   m-mam   wiedzieć,   że   nie   kantujesz?   Skąd   m-mam   wiedzieć,   że   ją   naprawdę 

spotkałaś?

Wysupłałam  magiczną  gwiazdę,  zdjęłam ją przez  głowę i pomachałam  mu  nią przed 

nosem. Biosprzęt Ike’a, groteskowy bliźniak, wisiał na takim samym łańcuszku.

Jego twarz wyrażała teraz ulgę i zadowolenie. Próbował zwinąć mi gwiazdę, ale tak ją 

trzymałam, żeby nie mógł dosięgnąć.

W pierwszej chwili wystraszyłam się, że się rozbeczy. Mam uczulenie na mazgajów.
– C-co chcesz w zamian? – zapytał.
– Informację. Chcę się dowiedzieć, kto stoi za tak zwanym projektem „Czarny Kodeks”. 

Wplątany jest w niego pewien facet nazwiskiem Ike del Morte.

Merv zatrzymał rękę nad pustym miejscem między św. Krzysztofem a lalką wampira. 

Domyślałam się, że tam właśnie miała spocząć magiczna gwiazda.

– I oddasz mi gwiazdę?
– Najpierw informacje.
Aż się zatrząsł na znak zgody.
– Amoratos stołują się w restauracji „Breeza”, której właścicielem jest Delly. Możemy p-

porozmawiać przy śniadaniu. Lepiej już idź.

Posłuchałam rady. Zawiesiłam łańcuszek na szyi i wróciłam do baru.

background image

R

OZDZIAŁ

 8

Nalewałam   sobie   kolejnego   drinka,   kiedy   w   drzwiach   pojawiła   się   Ślicznota   z 

Koreańczykami. Dziewczyna ruszyła prosto w moją stronę, blada i zestresowana. Próbując 
zakryć rękami plamy krwi na bieliźnie, wyrzuciła z siebie:

–  Delly kazał mi zaprowadzić cię do pokoju. Powiedział, że możesz zjeść z nami w 

„Breezie” na ul. 151 albo zostać w klubie. Jeśli ci się nie podoba, nici z umowy. Będzie ci 
towarzyszył Tae albo Lam. – Tu wskazała ogolonego na łyso Koreańczyka.

Obdarzyłam   słodkim   uśmiechem   niewysokich,   przypakowanych   ochroniarzy.   Ich 

uśmiechy były deprymująco chłodne.

Popatrzyłam na Ślicznotę.
– Wszystko w porządku?
Zatrzęsła się jak osika.
– Brigitte była tu nowa, nie miała opiekuna. – Mrugnęła do mnie, choć w jej spojrzeniu 

zauważyłam przerażenie. – Wiem, że to egoistyczne myślenie, ale boję się, że... kiedyś trafi 
na mnie.

Nagle się pochyliła, jakby chwyciły ją boleści. Włosy opadły jej na twarz.
–  Powinnaś... ee.. się położyć – wydukałam. Nie przywykłam do pocieszania pięknych 

kobiet,   bojących   się,   że   padną   ofiarą   mordercy.   Szczerze   mówiąc,   nie   przywykłam   do 
pocieszania kogokolwiek. Do tego dołowała mnie ponura atmosfera w słabo oświetlonym 
barze. Chciałam się stamtąd wynieść.

Ślicznota wyprostowała się, parę razy przełknęła ślinę i odzyskała spokój.
– Pokażę ci pokój. Sąsiaduje z moim.
Lam wyszedł za nami na korytarz i wsunął się do windy.
– Mieszkamy na piętrze tuż pod klubem – oznajmiła Ślicznota, wciskając guzik.
Dojechałyśmy  migiem.  Lam wyszedł  pierwszy z ręką na czujniku, żeby przytrzymać 

drzwi. Tak na wszelki wypadek.

Ruszyłam za nim i Ślicznotą w głąb następnego wycackanego korytarza, ozdobionego 

miejscowymi roślinami i wijącymi się rybami.

Widząc, jak zezuję na ryby, Ślicznota parsknęła śmiechem.
– Ma cię to niby relaksować. Ja na początku dostawałam tu choroby morskiej.

background image

Gibka srebrzysto-czarna ryba sunęła koło mnie przez chwilę, nim zarzuciła ogonem i 

odpłynęła z powrotem w stronę windy. Przypomniała mi się Kiora Okoń, jedna z zażartych 
fanek Daaca w Fishertown. Ciekawe, czy żyje, pomyślałam.

Lam   pokazał   mi   kod   elektronicznego   zamku   i   odprowadził   mnie   wzrokiem,   gdy 

wchodziłam. Potem usiadł po turecku przed drzwiami.

Jak   na   mój   gust,   wnętrze   było   luksusowe.   Łóżko   bajeranckie,   tak   samo   jak   szafa, 

sanitariatka i moduł rozrywkowy. Pod ścianą leżakowało dziwne urządzenie.

– Co to?
Ślicznota weszła za mną do pokoju. Wróciły jej kolory, a podrasowane turkusowe oczy 

prawie odzyskały dawny blask.

–  Alchem. Ubrania w szafie należą do „Luxorii”. Jeśli coś ci spasuje, możesz w tym 

chodzić, ale pamiętaj: za wszystko, co zniszczysz, Delly potrąci ci z wypłaty. Tymi sprawami 
zajmuje się Merv. Prawda, Merv?

Obejrzałam się, szukając wzrokiem młodego dziwaka, ale go nie było.
–  Dla   naszego   bezpieczeństwa   w   każdym   pokoju   w   „Luxorii”,   we   wszystkich 

apartamentach, czuwają robaczki. Merv monitoruje je na bieżąco – wyjaśniła.

– Czy on nigdy nie śpi? – Zastanawiałam się, co by się stało, gdybym połknęła robaczka.
– Tylko w tych godzinach, kiedy nie ma klientów. – Zauważyła moją minę i pospiesznie 

dodała: – Merv jest bardzo dyskretny, przyzwyczaisz się. Nawet będzie ci raźniej.

Znam paru podglądaczy i wiem, że każdy z nich byłby skłonny zabić, żeby mieć takie 

możliwości. Nic dziwnego, że Merv wciąż tu tkwi.

Ponownie wskazałam alchem.
– Do czego to służy?
– Poskładaj swoje rzeczy i dzynknij, kiedy będziesz gotowa. – Wskazała numer na komie. 

– Od razu przejdziemy do rzeczy.

Do czego konkretnie? Jakoś się tego bałam.
– Nie potrzebujesz czasu, żeby... no... dojść do siebie? – spytałam.
Było w niej coś takiego, że słowa utykały mi w gardle. Może jej nienaganne maniery? 

Może prowokacyjna uroda? Zawsze uważałam, że tego typu pięknisie potrafią zamącić w 
głowie człowiekowi. A może po prostu była wrażliwa, kobieca i grzeczna, a ja nie umiałam 
się znaleźć w tej sytuacji?

Pokręciła głową.
– Dzięki, ale muszę czymś zająć myśli. – Uśmiechnęła się nieśmiało.
Daremnie próbowałam wykoncypować, czy ten uśmiech jest szczery, czy wystudiowany.
– No więc kiedy będziesz gotowa... – zakończyła rozmowę.
A jeśli nigdy?
Kiedy odeszła, zaczęłam się nerwowo przechadzać po pokoju. Wypadało się umyć, ale 

nie na oczach widowni. Miałam alergię na nieznajomych, którzy oglądają mnie gołą.

background image

– Merv! – zawołałam. 
– Słucham, Jales – odpowiedział mi cienki, bezpłciowy głos.
– Chcę się umyć. Będziesz się na mnie gapić, to utopię Ryjka w klopie, zrozumiano?
Milczał, co pewnie miało oznaczać: Jasne jak woda w Vivie. Dobre i to.
Nie   zaprzątając   już   sobie   tym   głowy,   rozebrałam   się,   ciepnęłam   ciuchy   do   osobnej 

czyszczarki i wskoczyłam do sanitariatki. Po kąpieli przepakowałam plecak i położyłam go 
przy drzwiach. Postanowiłam stąd spadać najszybciej jak tylko można. Nie było mowy o 
skrupulatnym układaniu rzeczy w szufladach.

Nawiasem mówiąc, nigdy niczego nie układam w szufladach.
Znowu   łaziłam   w   tę   i   we   w   tę,   obmyślając   następne   posunięcie,   aż   mnie   dopadło 

zmęczenie. Moduł rozrywkowy zawiadamiał, że jest dopiero późne popołudnie. Jak ten dzień 
się dłużył...

Skoro już tu byłam, musiałam poczekać na informacje od Merva. Jeszcze trochę i zacznę 

umierać ze zniecierpliwienia. Nie znoszę guzdrania. Porywczość jest moją zaletą i zarazem 
przekleństwem. Najchętniej rozerwałabym na strzępy całe miasto, żeby odpokutowało za to, 
co się stało w Mo-Vay. I za Gurka, i za Wombebe.

Ale same  pięści to za mało.  Należało też  ruszyć  mózgownicą,  dowiedzieć  się tego i 

owego.

Położyłam się, w pewnym stopniu uspokojona tą myślą.
Chcąc nie chcąc, zasnęłam. Męczyły mnie sny gorsze niż kiedykolwiek. Rzeczywiste jak 

jawa, pełne krwi i katuszy niespełnionego orgazmu.

W którymś momencie łóżko wydało mi się za miękkie, bo obudziłam się na podłodze, 

owinięta prześcieradłem, w kącie pokoju. Spoglądając w niebo przez okienny polaryzator, 
miałam wrażenie, że to ranek. Na moje pytanie moduł rozrywkowy odpowiedział: piąta rano. 
Przeciągnęłam się i wyplątałam z prześcieradła.

– O której śniadanie, Merv?
– Dzień dobry, Jales. Było ci wygodnie na ziemi? Nie chciałem cię budzić. – Wydawał 

się zmęczony, jakby przez całą noc nie zmrużył oka.

– Nie narzekam – skłamałam.
– Kiedy będziesz gotowa, Lam pokaże ci drogę do „Breezy”, gdzie zjesz śniadanie.
– Dzięki.
– Koło siódmej kończy im się boczek – dorzucił zwyczajnym tonem. – Lepiej przyjść 

wcześniej.

Wzięłam sobie do serca jego radę i kiwnęłam głową. Robaczki bynajmniej nie ułatwiały 

nam rozmowy. Nie było nawet kamery, której mogłabym patrzeć w obiektyw.

– Gdzie tu można poćwiczyć?
– Delly nie pozwala amoratos wychodzić z budynku. Ale niedaleko masz rękawicę do 

aerobiku, trzecie drzwi za mieszkaniem Ślicznoty.

background image

Rękawica do aerobiku, ohyda! Pewnie będzie w niej można utonąć. Świeżo w pamięci 

miałam należący do Gigi zestaw do wirealki.

– Chyba poprzestanę na boczku – odpowiedziałam.
Lam   czekał   dokładnie   w   tej   samej   pozycji,   w   jakiej   go   zostawiłam.   Siedział   ze 

skrzyżowanymi nogami i żuł coś, co wyglądało na kawałek mięsa suszonego rok temu.

– Nie ścierpły ci nogi? – spytałam uszczypliwie. Zaszczycił mnie totalnie beznamiętnym 

uśmiechem i zerwał się, od razu gibki i pełen werwy.

A więc nic mu nie ścierpło.
– Prowadź tam, gdzie dają boczek – zarządziłam.
Obrócił się na pięcie w stronę windy.
Kilka razy próbowałam go wciągnąć do rozmowy, kiedy zasuwaliśmy windą dwa piętra, 

a potem przechodziliśmy przez drzwi z pancernego szkła i punkt kontroli. Koreańczyk starał 
się być miły.

I   nagłe   przekroczyliśmy   próg   otchłani.   Na   przezroczystym   pomoście   dostawałam 

zawrotów głowy, jakbym frunęła bez skrzydeł ani silnika. Jak na złość, Lam nie przejmował 
się kilkusetmetrową przepaścią, która dzieliła nas od chodnika.

Przestałam się cieszyć na myśl o sutym śniadanku. Do diabła, jak tu można cokolwiek 

jeść?

Za nami maszerowali już kolejni ludzie, nadchodzący z różnych pięter. Głównie białe 

kołnierzyki,   wśród   nich   zaś   gdzieniegdzie   klerycy   w   brokatowych   szatach   i   wytwornych 
sandałach.

Wszyscy szli krok za nami, nim znaleźliśmy się na środku mostu, który rozcapierzał się 

na boki, by osiągnąć kształt misy. Lam niedbałym gestem wskazał wejście do restauracji z 
buszmeńskim wystrojem, gdzie odzywały się głosy dzikich zwierząt, a między stołkami z 
imitacji kości słoniowej myszkował biorobotyczny pyton.

Merv siedział w kącie pod kiściami pnączy. Sączył kawę przez słomkę i głaskał Ryjka. 

Przyschnięty pomarańczowy nalot na kołnierzyku wskazywał, że gościu jest suchy... o tyle, o 
ile.

Zamówiłam herbatę i coś, co przypominało ciastka.
Lam skinął na kelnera, dając mu do zrozumienia, że firma stawia. Potem usadowił się 

przy barze.

Spokojnie odebrałam zamówienie i ruszyłam do stolika pod lianami. Usiadłam zwrócona 

plecami do Lama, żeby nie mógł bezpośrednio obserwować Merva.

– Nie mogę d-długo rozmawiać – bąknął, obracając w palcach rogalik z czekoladowym 

nadzieniem.

– Dowiedziałeś się czegoś?
– Jeszcze nie. Ryjek świdruje, ale jest zwał. Musiałem ją odpalić. – Drżącą ręką uniósł do 

ust rogalik. – Jeśli wpadniesz w zwał, już z niego nie wyjdziesz. Choćbyś była nie wiem jak 

background image

cwana.

Westchnęłam. Zwał w hakerskim żargonie jest trzęsieniem ziemi, naprawdę poważnym 

tąpnięciem. Wszyscy przed nim srają w gacie. Histerycy wierzą, że to samowolny program 
wywiadowczy. Chociaż nikt nie wie, kto go napisał i kto rozesłał. Może to właśnie jego miała 
na myśli Pszczółka, mówiąc, że Merv boi się cieni.

– Długo trwa taki zwał?
Wzruszył ramionami.
– Nie za długo. Normalnie.
Stłumiłam w sobie narastające zniecierpliwienie i spróbowałam z innej strony:
– Co to takiego Brilliance?
– Sztuczna inteligencja. – Strach, który rozbudziło w nim wspomnienie zwału, wciąż był 

obecny w jego głosie.

– Jak działa?
– Edytuje wszystko, co widzimy na ekranie. To znaczy wszystko, co do niej dochodzi.
– Niby jak?
Przydusił rogalik do talerzyka nadgryzionym końcem, jakby gasił papierosa.
–  Przetwarza   surowe   informacje,   które   nadsyłają   szpiegusy.   Wszystkie   szpiegusy 

kontroluje wielka trójka.

– Monk, Bau i Laud?
Potwierdził skinieniem głowy.
–  M-monk   to   relacje   sportowe,   Esky   Laud   zajmuje   się   wiadomościami   z   życia 

codziennego,   a   Sera   Bau   filmuje   wszystko,   co   można   wyemitować   w   kanale   DramaNet. 
Brilliance edytuje i d-dobiera programy w oparciu o reakcje widzów.

Przenikałam wzrokiem przezroczystą podłogę. „Breeza”. Dobra nazwa. Prawie czuło się 

powiew wiatru między palcami stóp.

– Wygląda na to, że Brilliance ma sporo do powiedzenia.
–   Początkowo   została   zaprogramowana   do   edycji   materiałów   multimedialnych. 

Powierzenie jej selekcji p-programów wydawało się naturalną koleją rzeczy.

Merv mówił o tym jakiś przykurczony; chyba nie wszystko chciał wyjawić.
Z tyłu, gdzie siedział Lam, doleciało stuknięcie talerzyka. Odwróciłam się i wyciągnęłam 

szyję. Gapił się na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, który budził we mnie niepokój.

Obróciłam się z powrotem do Merva i prędko zapytałam:
– Kto jeszcze liczy się tu na poważnie?
– P-pewnie rodzina królewska. Bankierzy zarządzają kasą, chociaż nie mają zbyt dużych 

dochodów osobistych. Władza to informacja, której im brakuje.

Nagle odwrócił wzrok... na ułamek sekundy przed tym, jak Lam dał mi w ucho.
Zerwałam się na równe nogi z zaciśniętymi pięściami.
– Coś taka ciekawska? – spytał ze świetnym australijskim akcentem.

background image

Po raz pierwszy odezwał się w mojej obecności, co mnie na tyle otrzeźwiło, że mu nie 

przywaliłam. Miałam chwilę, by sobie uzmysłowić, że bijatyka nie przyniesie mi żadnych 
wymiernych korzyści.

– Kiepski sposób na ożywienie rozmowy – burknęłam, rozcierając ucho.
Zaśmiał się chrapliwie.
Zanim zdążyłam zrewidować swoją pasywną postawę, w lokalu zaroiło się od amoratos z 

„Luxorii”,   roześmianych   i   rozszczebiotanych,   tak   samo   pięknych   w   dzień,   jak   i   w 
przyćmionym świetle klubowych apartamentów. Wśród nich wypatrzyłam Ślicznotę.

Kiedy się zbliżyły, Merv wstał i odszedł. Ignorowały go, jakby był niewidzialny.
Ślicznota stanęła nade mną w pełnej krasie. Na ten efekt złożyły się bajeczna fryzura, 

bursztynowa cera i poranne ćwiczenia.

– Wyglądasz wspaniale – stwierdziłam spontanicznie.
– Zawsze w formie, taki zawód. Ale tobie nie muszę tego tłumaczyć, masz świetną figurę.
Pozostałe   chichotki   żartowały   z   niej   niewybrednie.   Rozsiadając   się   przy   stolikach, 

zamawiały jedzenie i kawę. Lam spoważniał i wycofał się do baru.

Zelektryzował mnie ten komplement Ślicznoty.  Nie gustuję w pustych pogaduszkach, 

więc nie podobało mi się to, w jakim kierunku zmierzała rozmowa. Ona ze mną flirtowała.

Usiadła   obok   i   nachyliła   się   do   mnie   tak   blisko,   jakbyśmy   były   serdecznymi 

przyjaciółkami.

– Cieszę się, że jesteś – powiedziała. – Nie dzwoniłaś wczoraj i już się martwiłam, że coś 

się wydarzyło. Albo że odeszłaś.

Zdecydowałam się tylko na neutralne chrząknięcie. Mimo to serce biło mi jak szalone, 

pobudzone jej swobodnym zachowaniem.

– Ale masz siniaki. Kiedy wrócimy, czymś je posmaruję. – Pogłaskała mnie po policzku.
– Co ty wyprawiasz?! – obruszyłam się, rozglądając się nerwowo.
Inni jak gdyby nic nie zauważyli... z wyjątkiem Lama, który popatrywał z dala, dotykając 

ust filiżanką.

Ślicznota świdrowała mnie niewinnym, zaciekawionym spojrzeniem.
–  Masz   w   sobie   coś   wyjątkowego,   Jales.   Pierwszy   raz   spotykam   kogoś,   kto...   Delly 

powiedział, że jesteś amorato. Wyczuwam w tobie pragnienie, ale także opór. W naszym 
fachu rzadko się spotyka osoby wewnętrznie rozdarte.
Wewnętrznie rozdarte? Pasowało jak ulał do tego, co czułam. Zapomniała jeszcze dodać: 
zdezorientowane,   walnięte   i   zarażone   okrutnym,   lubieżnym   pasożytem.   Bo   jak   inaczej 
wyjaśnić, czemu przez tę femme wariował mój żołądek, a nogi były jak z waty? Jeśli chodzi o 
kobiety, to dotychczas romansowałam tylko z Doll Feast, ale wtedy zwyczajnie chodziło o 
przetrwanie.

Jest coś, co odrzuca mnie w kobietach: kiedy w grę wchodzi seks, zaczynają się różne 

głupie   rywalizacje.   To...   zauroczenie   stanowiło   jednak   dla   mnie   zupełną   nowość   i 

background image

przychodziło nie w porę.

Odepchnęłam jej dłoń.
– Pisałaś doktorat z czytania w cudzych myślach?
Wyraźnie się speszyła.
– Endokrynologia stosowana, alchemia erotyzmu i biokomunikacja, jeśli chcesz wiedzieć. 

Musisz mieć podobne wykształcenie.

– Ee... no tak, chociaż na zachodzie inaczej do tego podchodzą. Skupiamy się bardziej... 

na praktyce.

Przysunęła bliżej twarz.
– Zwykle rozpracowuję ludzi już po kilku minutach. Potem łatwo ich leczę z wszelkich 

zahamowań.   W   twoim   przypadku   nie   mogę   odnaleźć...   początku   nici.   –   Ostatnie   słowa 
wypowiedziała szeptem, owiewając moje usta swoim słodkim oddechem. – Budzisz we mnie 
strach.

Nie   nawykłam  do  takich   rozmów   przy  śniadaniu,   wyrafinowanych  i   naszpikowanych 

seksualnymi   podtekstami.   Zwykle   byłam   zajęta   pałaszowaniem   ciepłego   żarcia   i 
przeklinaniem Teece’a.

Zawisłam nad uchem Ślicznoty... choć ostrożnie, żeby nie dotknąć jej ciała.
– Dobrze robisz, że się boisz – szepnęłam z nadzieją, że to ją speszy.
Uśmiechnęła się do mnie łobuzersko.
– Strach mnie kręci.
Bez   zapowiedzi   zarzuciła   mi   ręce   na   szyję   i   wcisnęła   język   do   ust.   Poraziła   mnie 

eksplozja smaków – słodszych niż miód i ostrzejszych niż cytryna.

Żądza zerwała się z uwięzi niczym dzika bestia. Miałam ochotę sięgnąć jej pod ubranie, 

by poczuć gładkość skóry.

– Nie pokazałam ci jeszcze mojego pokoju – szepnęła.
– A powinnaś – odparłam.
Gdy wychodziłyśmy, Lam puścił się za nami z dyskretnym uśmieszkiem. Najwyraźniej 

instrukcje, które otrzymał od Burżuja, nie mówiły nic o tym, że nie wolno mi się z nikim 
bratać.

Kiedy wracałyśmy  mostem,  Ślicznota  raz po raz przeplatała  swoje palce przez moje, 

łaskotała mnie i podszczypywała. W końcu dotarłyśmy do jej pokoju, gdzie resztki mojego 
niezdecydowania całkowicie się ulotniły. Jakby mgła opadła mi na oczy. Pragnęłam jej jak 
nic na świecie, do bólu.

A może nie chodziło o nią? Może chodziło o co innego?
Położyłam  na  jej  ramionach  drżące   dłonie,  kiedy wprowadzała  kod  zamku.  Zaraz   za 

progiem przyciągnęłam ją do siebie i wsunęłam nogę między jej nogi. Nasz pocałunek nie był 
czuły ani miłosny, przejawiała się w nim nieposkromiona dzikość. Rzuciłam ją na łóżko i 
zdarłam z niej koszulę. Przywarłam ustami do sutka, którego zaczęłam ssać brutalnie, bez 

background image

jakiejkolwiek finezji, po prostu żeby zaspokoić żądzę.

Ślicznota chyba nie miała nic przeciwko. Uwolniła drugą pierś spod rozdartej koszuli, 

żebym   mogła   miętosić   ją   palcami.   Wtedy   sięgnęła   do   moich   spodni   i   wkradła   się   pod 
ściągacz. Rozpięłam je i ściągnęłam z bioder. Przesunęła palce od  pępka w dół tak lekkim 
ruchem, że o mało nie zabiła mnie męka oczekiwania.

– Błagam, pośpiesz się – stęknęłam.
Gdzieś w podświadomości zarejestrowałam fakt, że szaleję z pożądania, gdy tymczasem 

ona ledwie mnie dotknęła. Jeszcze nikt na mnie tak nie działał, łącznie z Loylem. Pragnienie 
cielesnego kontaktu odsunęło na dalszy plan cały świat.

Ślicznota myszkowała delikatnie, aż znalazła wilgotne wejście, gdzie mogła we mnie 

wniknąć. Wygięłam się, gotowa na to doznanie, gdy raptem się wycofała i zsunęła z łóżka. 
Patrzyłam, oszołomiona i skołowana, jak bierze z alchema tubkę ze sprayem i się nim psika. 
Potem przyszła kolej na mnie.

Kiedy ponownie dotknęłam jej skóry, wydawała się inna, wręcz odpychająca. Dziwnym 

sposobem w ciągu kilku sekund wyparowała ze mnie cała żądza. Widok jej piersi już nie 
burzył zmysłów. Zamiast dochodzić do orgazmu, czułam tylko rozładowane napięcie.

Uśmiechnęła się, widząc moją reakcję.
– Coś mi się zdaje, że mikstura, którą sporządziłam, zupełnie cię rozbroiła.
Trzy razy otwierałam i zamykałam usta. Długo nie mogłam wydusić z siebie słowa.
Znowu się uśmiechnęła, jakby bawiła ją własna szczerość.
– Uwielbiam to, co robię, Jales. Chociaż dla mnie to czysta nauka, rozumiesz?
Ślicznota rozebrała się i weszła do sanitariatki. Po drodze wypowiedziała kilka poleceń 

do alchema.

Odwróciłam   wzrok   od   jej   nagiego   ciała   i   podeszłam   do   okna,   żeby   zebrać   myśli. 

Zostałam poczęstowana afrodyzjakiem i nawet o tym nie wiedziałam. Wstyd doprowadzał 
mnie do wrzenia zupełnie innego niż to wcześniej.

Lekcja numer dwa w sztuce uwodzenia.
Wpatrzona w widok za oknem, próbowałam odzyskać jasność umysłu. Wysokość sto 

pięćdziesiątego piętra i ani śladu dymu na horyzoncie. Nie wiedziałam, czy Viva wprowadziła 
regulację klimatu i kontrolę zanieczyszczeń, ale na to wyglądało.

Na wschodzie wyspa Jinberra unosiła się powabnie wśród skrzących się wód. Gdzieś tam, 

w jakimś zbiorze danych, czekało na mnie nazwisko będące celem mojej misji i powodem, 
dla którego zabawiałam znudzoną królową salonów erotycznych.

Na południu szara linia Trójki stanowiła jedyną skazę pomiędzy olbrzymią przestrzenią 

migotliwych, chromowych konturów miasta i odległym widnokręgiem.

Pożerała mnie tęsknota za domem, gdzie nie musiałam się uczyć nowych reguł gry ani też 

być niewolnicą pięknego ciała Ślicznoty i swoich szalejących hormonów.

Wspomnienia Trójki nieco mnie ostudziły. Znów panowałam nad swoimi popędami, jak 

background image

dawniej niespokojna i sfrustrowana. Nie chciałam się w to pakować, nie miałam na to czasu, a 
jednak bez pomocy Merva mogłam nigdy nie osiągnąć celu.

Cierpliwości...
– Podobał ci się mój preparat?
Zaryzykowałam i odwróciłam się do Ślicznoty. Z ulgą się przekonałam, że zabójczy efekt 

złagodniał.  Stała za mną  naga dziewczyna  o pięknych  oczach, inteligentnym  spojrzeniu i 
wysportowanej sylwetce. Zadała mi pytanie czysto zawodowe, jakbyśmy były koleżankami 
po fachu.

Zapomniałam o wstydzie i przybrałam znudzony wyraz twarzy.
– Jasne. Fajnie działa.
Pochyliła się u wejścia do obszernej garderoby, wypakowanej ciuchami, perukami i masą 

dodatków.

– Masz niestandardowy rozmiar, trzeba będzie coś zamówić – mruknęła. Jeszcze bardziej 

schylona, grzebała na dolnych półkach.

– Nie potrzebuję nowych ubrań – powiedziałam, żeby się wreszcie wyprostowała i coś na 

siebie włożyła.

–   Masz   rację,   są  ważniejsze   rzeczy.   –   Usiadła   przed   alchemem   i   poklepała   krawędź 

fotela. – Chodź, zmieścisz się.

Wykład   z   teorii   musiał   być   bezpieczniejszy   od   ćwiczeń   praktycznych,   nawet   z 

wykładowcą rozebranym do rosołu... więc ją posłuchałam.

– Masz pojęcie o mieszaniu? – zapytała.
– Może od razu przejdźmy do najostrzejszych receptur – wypaliłam niefortunnie, nim 

zdążyłam się zastanowić.

Ślicznota obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem, żeby sprawdzić, czy nie żartuję.
Wzięłam głęboki oddech. Denerwowały mnie rozpalone policzki. Nie jestem biegła w 

tego typu rozmowach.

– To znaczy... na razie nie wgłębiaj się w temat. Jakby co, zapytam.
Kiwnęła głową, pochyliła się, odrzuciła do tyłu mokre włosy i dmuchnęła w czujnik. 

Pokrywka   alchema   odemknęła   się,   odsłaniając   rzędy   kolorowych   fiolek   z   egzotycznymi 
zatyczkami:   anielskimi   skrzydłami,   syrenkami,   drapieżnymi   ptakami,   nagimi   posążkami. 
Jedna miała kształt układu słonecznego z krążącymi planetami.

– Zgromadziliśmy ogromną kolekcję afrodyzjaków. – Pogłaskała fiolki pieszczotliwie. – 

Prawie każdy klient się łudzi, że został rozbudzony całkiem naturalnie. Preparaty stosuje się 
na różne wyszukane sposoby: podczas głaskania, całowania, podgryzania. Również drapania 
(gdy masz ulepszone geny), a jeśli nie, to przez pot. – Ślicznota wskazała przedmiot podobny 
do wydłużonego naparstka. – Wkładasz palec do środka, żeby na czubku pokryć go odrobiną 
preparatu. Potem dotykasz skóry klienta i nalot w ciągu paru sekund rozpuszcza się pod 
wpływem   ciepła.   Dla   nowicjuszy   to   bezpieczniejsza   metoda   niż   wdychanie   oparów   lub 

background image

kontakt z potem. – Dostrzegła moje pytające spojrzenie. – Amoratos w „Luxorii” wydzielają 
własne afrodyzjaki, więc z natury rzeczy mamy wysoki próg tolerancji. Klienci mają mniej 
lub bardziej czuły narząd przylemieszowy, dlatego łatwo przedawkować.

– Co to znaczy „wydzielają”?
Nie ukrywała zdziwienia.
– Podejrzewam, Jales, że używasz bardzo prymitywnych środków.
Znowu oblałam się rumieńcem.  Słowo „prymitywne”  pasowało do wszystkich  rzeczy 

obecnych w moim życiu.

– Bo my, no wiesz, więcej czasu poświęcamy doskonaleniu techniki.
Chyba nie przekonałam Ślicznoty, tym niemniej ciągnęła swój wywód:
–  Mam   gruczoły   płciowe   genetycznie   przystosowane   do   produkcji   feromonów   na 

żądanie. Nie potrzebuję właściwego partnera ani odpowiednich warunków. – Uśmiechnęła się 
szeroko. – Cała ta alchemia jest tylko dla klientów. Dopiero kiedy kogoś bliżej poznam, 
wykorzystuję do stymulacji własny pot. Na efekt trzeba czekać dłużej, za to jest silniejszy.

– Niesamowite – powiedziałam nieszczerze. – Aż dziwne, że nigdy o tym nie słyszałam. 

– W Trójce i tak się dało wszystko zrobić.

–   Metoda   jest   kosztowna,   stosowana   tylko   przez   jednego   chemika   na   południowej 

półkuli. Skutki są nieodwracalne.

– A efekty uboczne?
Ślicznota zastanawiała się nad odpowiedzią, a ja mogłam jej się uważniej przyjrzeć. Rysy 

twarzy   musiała   zawdzięczać   trwałemu   makijażowi,   a   jeśli   nie,   to   też   jakimś   sztuczkom 
genetycznym.   Pełne   i   kształtne   usta,   pięknie   wyprofilowane   kości   policzkowe,   zalotnie 
skośne brwi – ideał urody. Pełen pakiet dawał zarąbisty rezultat, bez porównania lepszy od 
mojej   powierzchownej   korekty,   która   wyprostowała   mi   twarz   i   zatuszowała   najbardziej 
widoczne blizny. Dobrano się nawet do jej włosów; opadały wokół twarzy niczym rozczesany 
jedwab.  Ingerowano   w   jej   wygląd   z   takim   artyzmem,   że   granica   między   fałszem   a 
rzeczywistością całkiem się zatarła. Równie dobrze mogła się urodzić brzydka i zeszpecona.

– Myślę, że to cię diametralnie odmienia. Przyjemność staje się taka prosta i niezbędna. 

Gdybym   chciała,   moje   libido   byłoby   ciągle   podkręcone.   –   Znowu   uśmiech,   tym   razem 
lubieżny. – Czasem tak robię, jeśli wiem, że mój partner to wytrzyma.

Rozmowa schodziła na niewygodne dla mnie tory, więc postanowiłam przejąć inicjatywę:
– Podeszłaś mnie sztuczką z palcem?
Kiwnęła głową.
– Twarz, pamiętasz?
Faktycznie, głaskała mnie po policzku restauracji.
– Pierwszy raz widziałam, żeby czyjaś skóra tak reagowała. Na pewno ma to związek z 

twoim odmiennym  szkoleniem, Jales. – Zamilkła na moment. – Opowiedz mi dokładniej, 
skąd pochodzisz i czego się nauczyłaś?

background image

– Zgoda, ale... nie teraz – wymamrotałam.
Ślicznota   wzruszyła   ramionami   i   zaczęła   metodycznie  opisywać   formuły   i   ich 

zastosowanie.

–  To  przedłuża  orgazm.   To  wzmacnia  doznania,  lecz   skurcze   mięśni   mogą  być   zbyt 

bolesne. Po tym ciało słabiej odczuwa ból, po tym zaś odwrotnie. To połączone z tym nosi 
nazwę Elusive. Sama wiesz, jak działa. Rzadko trzeba dotykać genitaliów, żeby doprowadzić 
do   orgazmu.   Przydaje   się,   kiedy   partner   budzi   w   tobie   obrzydzenie   lub   istnieje 
prawdopodobieństwo, że jest chory. Oczywiście, i tak się zabezpieczamy.

Wpatrywałam się w nią, nie wiedząc, czy powinnam czuć ulgę, czy się wkurzyć.
–  Jedno   sobie   zapamiętaj.   –   Zaklekotała   po   fikuśnych   zatyczkach   wytatuowanymi 

paznokciami. – Nadmierna ilość tych specyfików może zabić lub spowodować trwałe szkody. 
A częste używanie prowadzi do uzależnienia.

– Jak to wygląda u ciebie?
– Wszystkie tu jesteśmy uzależnione, ale inaczej, niż myślisz. Umarłabym, gdyby ktoś 

spróbował zablokować dodatkowe funkcje moich gruczołów. Ale nie zapowiada się, bym 
kiedykolwiek miała wyjść z interesu. – Spojrzała na mnie badawczo. – Delly chce, żebym cię 
podładowała przed rozmową  z Monkiem.  Na spotkaniu, jeśli będzie zblazowany,  możesz 
mieć z nim ciężką przeprawę.

– Jak to?
– W sytuacji kryzysowej skorzystaj z tego. – Wręczyła mi mały, elastyczny pierścionek. – 

Nazywamy je kołami ratunkowymi. W razie potrzeby wystarczy polizać. Kwas zawarty w 
ślinie   przegryzie   zabezpieczenie   i   substancja   znajdzie   się  w   ustach.   Przekażesz   mu   ją   w 
trakcie pocałunku. Ta akurat nazywa się – przyglądała się kolorowym paseczkom – „Zamki 
na niebie”. Ten, komu ją podasz, przeżyje jazdę życia.

Parsknęłabym śmiechem, ale ona na swój sposób chciała mi pomóc. Dlatego przyjęłam 

pierścionek i włożyłam go na mały palec.

–  Produkujemy   własne   preparaty,   ale   kupujemy   podstawowe   składniki,   takie   jak 

syntetyczny   androstenol   i   androsteron,   które   potem   mieszamy   z   eliksirami   Delly’ego.   – 
Wskazała buteleczkę z napisem:  5-a-androst-16en-3a-on. –  Występuje naturalnie w pocie 
mężczyzny,   ale   tego   nie   reklamujemy.   –   Uśmiechnęła   się,   gdy   zmarszczyłam   nos.   – 
Wytwarzam   preparaty   dla   niektórych   koleżanek,   w   zamian   zdradzają   mi   swoje   sztuczki. 
Każda w czymś się specjalizuje. Najczęściej pomagam Gwiazdorowi sporządzać afrodyzjaki. 
Nauczył mnie wiązać węzły. – Otworzyła szerzej oczy. – Nie uwierzyłabyś, jakimi pedantami 
są niektórzy klienci. Aranżacja i styl znaczy dla nich wszystko.

Zmrużyłam oczy, bardzo już zmęczona tą gadaniną. Jeśli zaraz nie przestanie, wrzasnę 

lub coś stłukę.

Drzwi otworzyły się z cichym trzaskiem i do pokoju wszedł niepozorny człowieczek w 

sznurkowym stroju. Na mój widok przystanął.

background image

– Ty jesteś ta nowa?
Ślicznota wstała z fotela i wzięła go w ramiona.
– Gwiazdor, przedstawiam ci Jales.
Czubkiem głowy sięgał jej biustu. Wyglądał mi na typa, który w poszukiwaniu ukojenia z 

lubością schowałby się między jej piersiami.

Dobre sobie! Dopiero co sama chciałam zrobić coś w tym stylu.
Starałam się zachowywać przyjaźnie.
– Tak. Przyjechałam zdobyć doświadczenie.
Jego   ciekawość   momentalnie   ustąpiła   miejsca   znudzeniu.   Zgrabnym   piruetem 

wyswobodził się z objęć Ślicznoty.

– Szkoda. Wyglądasz na taką, co zna się na rzeczy. Idę popływać. Zadzwoń, kiedy zjawi 

się twój następny klient. Zejdę na dół. – Ostatnią część wypowiedzi skierował do Ślicznoty.

Za chwilę drzwi się za nim zamknęły.
– Pewnie się napoci, zanim się ubierze.
Nim usiadła, ponownie obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem.
Parrish, mogłabyś się zatkać!
– Ja i Gwiazdor, jak by to powiedzieć, troszczymy się o siebie nawzajem. Delly dba o to, 

żeby nic nam się nie stało, są robaczki i Koreańczycy, ale miło mieć takiego anioła stróża.

– Brigitte go nie miała?
Nagle wyczułam jej niepokój. Wprawdzie zarzekała się, że bardzo lubi swoją pracę, a 

jednak czaił się w niej ukryty strach. Zrobiło mi się jej żal, ale szybko się opanowałam. Nie 
chciałam się angażować uczuciowo. Chciałam się czegoś dowiedzieć i pryskać w diabły.

Tak czy inaczej, nurtowała mnie jedna kwestia.
– Jak zaczęłaś tu pracować?
Piękne   rysy   Ślicznoty   zastygły.   Tyle   razy   to   widziałam   na   tylu   różnych   twarzach. 

Zamknęła się w sobie, by nie wyjawić prawdy.

– Już ci mówiłam: wybrałam taki styl życia. Jest lepsze od tego, jakie wiodłam przedtem. 

Za kilka dni sama przyznasz mi rację.

background image

R

OZDZIAŁ

 9

Ślicznota miała rację. No i dryg do uczenia. Co gorsza, okazało się, że gdy do nauki 

zagrzewa mnie Eskaalim, jestem niezwykle pojętną uczennicą. W miarę jak zgłębiałam tajniki 
wiedzy,   pasożyt   rozpychał   się   we   mnie   i   pęczniał.   A   ja   nie   umiałam   stawić   czoła 
przyjemnościom tak samo efektywnie, jak walczyłam z przemocą.

Na nowo osaczyły mnie wizje. Po kilku dniach czułam się już kompletnie zagubiona. 

Zależało mi tylko na przedłużeniu stanu euforii.

Pokazywała mi, jak przyrządzać preparaty; prezentowała sposoby mało wyszukane, ale za 

to skuteczne. Uczyłam się, jak należy je podawać, a także gdzie i kiedy. Czasem pozwalała mi 
przedobrzyć ze składnikami, żebym poznała efekty uboczne.

„Naprawdę szybko wracasz do zdrowia” – dziwiła się.
Była w błędzie, bo wcale nie wracałam do zdrowia. Nawarzyłam sobie piwa i musiałam 

je wypić. Pasożyt, nad którym tak usilnie starałam się zapanować, znowu dochodził do głosu. 
Żywił się seksem tak samo jak dotąd przemocą, był nieustępliwy i umiał się przystosować.

Dotychczas   broniłam   się   przed   zewnętrzną   przemianą,   lecz   tym   razem   byłam   bliska 

złożenia   broni.   Oddawałam   pole   za   każdym   razem,   kiedy   próbowałam   nowy   afrodyzjak. 
Mimo to nie mogłam zerwać z nałogiem.

Uzależnienie od tej alchemii było gorsze niż wszystko, z czym się zetknęłam do tej pory, 

gorsze   od   szprosu   i   neurostymulacji.   Nareszcie   wiedziałam,   co   przytrafia   się   patafianom 
takim jak zabójca Brigitte. I dlaczego Ślicznota nie szuka innego zajęcia. No i czemu łotry 
pokroju Burżuja Deluxe mogą na tym bić kasę.

Dałam się zniewolić, podobnie jak wielu innych. Mało tego, dostałam hopla na punkcie 

Ślicznoty, nie chciałam się nią z nikim dzielić. Ściślej mówiąc, miałam ochotę zamordować 
każdego,   kto   ją   dotknie.   Pragnęłam   ją   trzymać   przy   sobie   o   każdej   porze   bez   wyjątku, 
całkowicie i bez ograniczeń.

Wydawała się zafascynowana spontanicznością moich reakcji.
–  Przed nami ostatnie doświadczenie – powiedziała, nie patrząc mi w oczy.  – Żebyś 

zrozumiała, jak daleko można się posunąć.

Jej przymrużone powieki i lekko wydęte usta powiedziały mi, że proponowana lekcja 

będzie   nowością   nie   tylko   dla   mnie.   Ślicznota   dobrze   się   bawiła.   O   dziwo,   mnie   to 

background image

odpowiadało.

Zbliżał się wieczór, przynajmniej tak mi się zdawało. Delly dał jej kilka dni wolnego, 

żeby mnie wszystkiego nauczyła. W ciągu tego czasu wychodziłyśmy tylko po to, żeby coś 
zjeść.

– Może to nienajlepszy pomysł... – zaprotestowałam bez przekonania. W rzeczywistości 

stałam się bardzo uległa. Chciałam, żeby mnie podkręciła i dotknęła. Tylko to się liczyło.

– Nie wolałabyś troszkę zaryzykować, Jales?
Przez  chwilę   skupiała   się  na czymś  z  zamkniętymi  oczami.  W  końcu  je  otworzyła   i 

zwilżyła  pod pachą czubek palca.  Nim się kapnęłam, na co się zanosi, zakryła  mi usta i 
przytkała nos palcem.

Wciągnęłam głęboko w płuca zapach jej zmodyfikowanego genetycznie potu. Chwyciła 

moje dłonie i objęła nimi swoje piersi. Obserwowałam jej oczy; wywracała je, jakby miała 
atak.   Aż   nagłe   coś   we   mnie   eksplodowało   i   wymazało   ze   świadomości   wszelkie   inne 
doznania.

Wskoczyła   na   mnie   i   mocno   opasała   mnie   nogami   w   talii.   Impet   był   taki,   że   obie 

poleciałyśmy   na   łóżko.   Z   językiem   w   moich   ustach   rozebrała   mnie,   kiedy   leżałam 
rozdygotana, zalewana falami coraz silniejszych doznań.

Obecność Eskaalima, podkarmionego hormonami, ujawniła się teraz z całą mocą. Myśli 

rozpierzchły się na wszystkie strony, ciało płonęło.

Obróciłam ją na wznak, dosiadłam i chwyciłam za szyję. Kim jestem? Mam ją zabić?
– Tales, wyluzuj, to zwyczajny odlot. Zwariujesz, jeśli będziesz z tym walczyć.
Z trudem powstrzymałam się od uduszenia Śłicznoty.  Kiedy zamknęłam oczy, przede 

mną   stłoczyły   się   obrazy.   Przeszłość.   Mo-Vay.   Ciało   Gurka   ginące   w   zatrutym   miedzią 
kanale. Jamon Mondo. Kevin. Tyle okropności.

Czyjś krzyk. Otworzyłam oczy. To ja krzyczałam.
Ślicznota przyciągnęła mnie do siebie.
– Ssij – poradziła. – Zrelaksuj się.
Przywarłam ustami do sutka, a potem tarmosiłam go jak niemowlak. Dziewczyna dawała 

mi ukojenie ciepłymi słowami, póki nie ochłonęłam z żądzy krwi. Opinające mnie ciasno nogi 
zapewniały poczucie bezpieczeństwa.

W   tej   pozycji   musiało   być   Ślicznocie   bardzo   dobrze.   Poczułam,   jak   wygina   plecy. 

Przesunęłam ręce w dół i pociągnęłam, żebyśmy się mogły jeszcze bardziej sprzęgnąć... gdy 
nagle coś we mnie wstąpiło. Moje ciało znów płonęło, lecz tym razem ogniem pożądania.

Przechodziłyśmy   bez   wytchnienia   od   jednego   numerku   do   drugiego.   Brałam   ją   na 

wszystkie sposoby, jak tylko mogłam sobie wymarzyć, aż krzyknęła z wycieńczenia. Ale ja 
chciałam więcej...

– Przestań – stęknęła.
– Nie. – Chwyciłam ją i zaczęłam całować gdzie popadnie.

background image

– Przestań, Jales. – Próbowała mnie odepchnąć. – Merv!
–   Jales!   –   Głos   Merva   wtargnął   w   naszą   prywatność.   –   Widać   po   niej,   że   pada   ze 

zmęczenia. Musisz przerwać, bo każę cię obezwładnić.

– Nie! – wychrypiałam. – Jeszcze trochę!
Nawet   nie   słyszałam,   kiedy   drzwi   się   otwarły   i   do   pokoju   wparowali   Lam   i   Misio 

Mięśniak.

Misio próbował oderwać mnie od Ślicznoty, za co dostał z łokcia w pysk i zatoczył się w 

tył.   Dobroduszny   wielkolud   ze   zdumieniem   starł   krew   z   rozbitej   wargi.   I   po   raz   drugi 
przystąpił do natarcia. Tym razem zakleszczył się na moich ramionach, żeby Lam mógł mi 
łatwiej przywalić.

Dzięki   temu,   że   byłam   goła   i   zlana   śliskim   potem,   wywinęłam   się   z   objęć   Misia   i 

rzuciłam   na   Lama.   Normalnie   był   z   niego   kawał   chłopa,   ale   gdy   udzielał   mi   się   obłęd 
Eskaalima, nie należało ze mną zadzierać. Zanim mnie uderzył, ciepnęłam nim przez cały 
pokój. Usłyszałam trzask. Zobaczyłam jego nienaturalnie skrzywioną rękę. Zwężone źrenice 
wskazywały na szok.

Misio trzepnął mnie w kark swoją niedźwiedzią łapą. Runęłam na kolana, ale bólu nie 

czułam.

– Jales!
Obróciłam się i namierzyłam wzrokiem Burżuja. Liczyłam, że wreszcie coś mi wyjaśni, 

ale on miał wobec mnie inne plany, uzbrojony w ogłuszający bicz do tresury lwów i spray z 
antidotum.

Kiedy   upadłam   na   ziemię,   zamroczył   również   Ślicznotę.   Wrzasnęła,   pozbawiona 

bodźców zmysłowych.

– Stul ryło!!! – wybuchnął Burżuj.
Wepchnęła palce do ust, załkała i skuliła się ze strachu przed jego gniewem.
– Nie wiedziałam, Delly... nie wiedziałam, że tak się to skończy – tłumaczyła się. – Ona 

jest jakaś dziwna. Inaczej to sobie wyobrażałam.

– Dobrze się bawiłaś, dziwko!
Nim Misio wywlókł mnie z pokoju, usłyszałam odgłosy bicia.
– Merv! – krzyknęłam tubalnie. – Zabiję Burżuja, jeśli jej nie zostawi!
– Uspokój się, Jales. Środek traci działanie, nie myślisz racjonalnie.
Stateczny głos podglądacza rozsierdził mnie jeszcze bardziej.
Misio wpakował mnie do mieszkania i zaryglował drzwi. Co najmniej godzinę łaziłam po 

pokoju i jak szaleniec tłukłam się o drzwi, nim opuściły mnie resztki energii. Ale nie koniec 
na tym.

background image

R

OZDZIAŁ

 10

Prawdziwe   zejście   zaczęło   się   w   środku   nocy.   Misio   mnie   przytrzymywał,   a   Burżuj 

faszerował środkami na uspokojenie. Leżałam na boku, związana w łóżku, z psią kością w 
zębach   przeciwko   konwulsjom   i   atakom   wściekłości.   Wyplułam   ją   i   tak,   kiedy   przyszło 
rzyganie. A po nim delirka.

...Anioł spoczywał nad oceanem nagich ciał. Plątanina rąk i nóg, woń wilgotnej skóry,  

hałasy...

Tak jest dużo lepiej, człowieku. Nie możesz z tym walczyć...
Jęczałam i kołysałam się w więzach, dręczona najpierw myślą, a potem marzeniem o 

śmierci. W swoich halucynacjach dostrzegłam na ciele czarne zawijasy.

Ta noc minęła mi na udręczaniu się piekielnym żalem, poczuciem winy i wstrętem do 

samej siebie. Nigdy dotąd nie czułam się tak zeświniona.

Nie   dawałam   żadnego   odporu   Eskaalimowi.   Pożądanie  stanowiło   dla   mnie   większe 

niebezpieczeństwo   niż   chęć   przemocy,   bo   trudniej   było   mu   się   oprzeć.   Ale   kiedy 
przestawałam walczyć z pożądaniem, budził się we mnie brutal.

Rano   męczyła   mnie   jeszcze   łupiąca   głowa,   drgawki   i   ból   w   stawach.   Tak   samo   jak 

opuchnięte krocze i rany psychiczne. Byłam skonana i przygnębiona.

Musiałam się stąd wydostać.
Nie cieszyło mnie to, co zrobiłam. Cieszyłabym się, gdyby wszystko się działo z mojej 

woli,   a   tymczasem   obudzono   we   mnie   dziką   bestię   i   pozwolono   jej   narozrabiać.   Nie 
potrzebowałam już więzów. Wstręt, jaki czułam do siebie, sam w sobie był wystarczającą 
karą.

Zjawił się Misio Mięśniak, żeby sprawdzić, co ze mną.
– Będziesz grzeczna? – zapytał z nadzieją, dotykając opatrunku na wardze.
– Zraniłam cię, przepraszam...
–   Mam   na   imię   Frederic,   pochodzę   z   Ukrainy.   Wiem,   jak   do   tego   doszło.   Ja   tych 

dziewczyn nawet nie dotykam, nie chcę problemów. Masz... sporo ikry.

Może i wyglądał na tępaka, ale był cwańszy ode mnie. I podejrzanie wspaniałomyślny. 

Szczękałam zębami.

– Dzięki, Freddie z Ukrainy, ale... muszę... skorzystać z sanitariatki.

background image

Poluzował mi więzy i stanął w drzwiach.
– Pośpiesz się. Musisz iść.
– Dokąd?
– Na targ. Fajna sprawa. Tam cię nie zdybie Ślicznota.
– Jaki znowu targ?
– Zobaczysz – odparł z uśmiechem, przewracając oczami.
Wzięłam prysznic, włożyłam chińską sukienkę na skórzany topik i schowałam dermę ze 

środkiem   przeciwbólowym   do   kieszeni,   gdzie   trzymałam   biosprzęt   Ike’a.   Zwędziłam   ją 
Lamowi, kiedy grzali mnie środkami nasennymi. Czułam, że za chwilę znów rozboli mnie 
głowa.

Freddie zaprowadził mnie do stonogi zaparkowanej na należącym do klubu lądowisku 

helikopterów. Delly, Merv i Lam już tam na nas czekali. Żaden się nie odzywał. Lam miał 
solidnie obandażowane ręce.

Kiedy stonoga opadała wzdłuż ściany budynku, przyglądałam się szarym przechodniom, 

zajętym swoimi zwyczajnymi sprawami, i żałowałam, że nie jestem jednym z nich.

– Kiedy spotkam się z Monkiem? – zapytałam ponuro.
Burżuj obejrzał się przez ramię. Z trudnością poznałam jego twarz. Według Freddiego z 

Ukrainy na targu obowiązywała zasada, że nie wolno się wspomagać żadnymi ulepszeniami. 
Bez efektownego chemicznego dopalenia foremna, atletyczna sylwetka Burżuja wydawała się 
zwiędnięta, a jego wąskie rysy twarzy – wykrzywione. Od samego patrzenia robiło mi się 
niedobrze.

– Nie tak szybko. – Skonsultował się ze swoją e-sekretarką, wersją na nadgarstek. – Jutro.
Zerknęłam   z   niepokojem   na   Merva,   ale   mnie   ignorował,   zajęty   głaskaniem   Ryjka 

usadowionego w zgięciu ramienia.

Szusowaliśmy tak godzinę, zanim Misio Mięśniak wylądował na parkingu przed niskim 

ciągiem luksusowych sklepów, chlubiących się czystymi szybami i produktami najwyższej 
jakości.

Wysiadając, raz po raz mrużyłam oczy, jakbym odzyskiwała przytomność. Czułam, że 

faza zejścia nareszcie zbliża się do końca.

– Co to? Supermarket? – zapytałam zgryźliwie.
Burżuj uśmiechnął się do Lama i zaprowadził nas do drzwi na samym końcu budynku, 

obok sklepu z bielizną. Następnie wmaszerowaliśmy na ruchomy pas, którym śmignęliśmy 
kilometr dalej, w kierunku przeciwnego krańca kompleksu.

Próbowałam   liczyć   witryny   sprzedawców,   ale   zlewały   się   ze   sobą   i   potęgowały   ból 

głowy.

Zatrzymaliśmy  się w  trzech  czwartych  drogi i zeszliśmy z  pasa tuż przy wejściu do 

windy. Jedno spojrzenie wystarczyło, by stwierdzić, że znajdujemy się pomiędzy ciastkarnią i 
sklepem dla surfingowców. Zapisałam sobie w pamięci to miejsce.

background image

Windą zjechaliśmy szesnaście pięter w dół. Wyobrażałam sobie ciężar zgromadzonych 

nade mną mas ziemi, zupełnie jakbym błądziła w rurach na granicy Vivy i Trójki, gdzie 
klucznikiem był Gwynn.

Tym razem za drzwiami otworzył się widok na coś przez duże „C”. Pomyślałam, że to 

klub wyjątkowo sporych, wprost przeogromnych rozmiarów. Sala ciągnęła się tak daleko, że 
nie   od   razu   dostrzegłam   przeciwny   koniec.   Wyszukana   muza,   ekskluzywna   klientela, 
kompanion serwujący darmowe wino, dymek skrojony na zamówienie: hasz, zioło i cienkie, 
pięknie zwinięte cygara, z filtrem lub ustnikiem.

Burżuj bezceremonialnie wysiorbał wino i zostawił mnie z Lamem i Mervem. Zniknął w 

alejce   między   budkami   i   stolikami,   stłoczonymi   za   uroczym   transparentem   z   napisem 
„Niemoralny Zakątek”.

Odmówiłam wina i skręciłam do zera nakładki węchowe, nim przemieściłam się na teren 

zwany Wciskarnią. Mimo wszystko we łbie mi się zakręciło od natłoku feromonów i innych 
agresywnych   zapachów,   działających   na   podświadomość.   Reklama   była   rozbuchana, 
napastliwa, robiona pod konkretnego klienta, a dla mnie całkowicie nieznośna.

Nieświadomie   wdepnęłam   w   latającą   siatkę   filmowych   pornosów   i   przez   całą 

zwariowaną minutę walczyłam z erekcjami. Wirealka była zawodowa; czułam zmieniający 
się ucisk między nogami, kiedy dopasowywała się do mojego rozmiaru.

Zdarłam z twarzy efemeryczny welon i rzuciłam go na ziemię. Wyskoczył połykacz, żeby 

zjeść sieć. Na grzbiecie miał miejsce na darmową próbkę nowego, ulepszonego afrodyzjaku 
Tao. Zasadziłam mu kopa, bo blokował drogę, ale wykorzystał ten moment, żeby dziabnąć 
mnie igiełkami z próbką.

Następna darmowa minuta spazmatycznego pożądania i fala rajskich zapachów.
Pot ze mnie spływał po tej hiperstymulacji, z którą wiązały się nowe obawy. Przygoda z 

seksem była jak rozjątrzona rana, wymagająca opatrzenia. Błąkałam się wśród rozmaitych 
pułapek na klienta, aż zaintrygował mnie zagadkowy uśmiech Lama. Facet trzymał się na 
dystans, ale chyba z szacunku, nie ze złości.

Niektórych trudno rozgryźć. Gdyby to on połamał mi ręce, pewnie bym go otruła.
– Co jest grane? – burknęłam, kiedy ze ściany wyrosły dwie ręce, dopadły mnie i zaczęły 

delikatnie uciskać moje piersi. Palnęłam je po nadgarstkach. Dłonie się cofnęły, ale wciąż 
uparcie trzymały się ubrania.

Lam już się nie uśmiechał, ale ryczał ze śmiechu.
– Jesteś tu po raz pierwszy. Programy mają pamięć. Drugim razem nie będą cię brały na 

celownik,   chyba   że   zechcesz.   Taki   wewnętrzny   kodeks   zasad.   Na   razie   jesteś   dla   nich 
wspaniałą okazją. Cały czas polują na nowych klientów.

Szarpałam się z dłońmi i rozdarłam sukienkę, zanim się ich pozbyłam.
Na sąsiednim  stoisku Lam  roztropnie  kupił  koszulkę  i  przyniósł  mija  w  zębach.  Nie 

wiedziałam, czy ostentacyjnie przypomina mi, że go kontuzjowałam, czy też wyraża w ten 

background image

sposób podziw dla swej bohaterki.

Tak czy owak przyjęłam podarunek, nie przejmując się nagim, rozkołysanym brzuchem, 

naniesionym   na   przód   koszulki.   Kiedy   włożyłam   ją   na   sukienkę,   marketingowa   hałastra 
przestała mnie molestować.

– Kupiłaś coś, wyścig odwołany – wyjaśnił Merv.
Podziękowałam Lamowi.
Dla   uspokojenia   nerwów   kilka   razy   głęboko   odetchnęłam   i   zaczęłam   się   uważniej 

rozglądać. Widząc Leesę Tulu, pomyślałam, że coś mi się zwidziało. Albo że śnię na jawie. 
Zareagowałam  dopiero  wtedy,  gdy  otarła  się  o mnie   w  drodze  do  punktu wstrzykiwania 
narkotyków. Odsunęłam się od niej gwałtownie, ale nie poznała mnie w nowym otoczeniu, 
tym bardziej że miałam upiększoną buźkę i miejskie łaszki.

Wyzwoliła   się   we   mnie   cała   gama   emocji.   Merv,   jak   zawsze   czujny,   wyłapał   coś 

niepokojącego w mojej minie.

– Jales?
– Znasz ją? – wykrztusiłam.
Wolno podążył za moim spojrzeniem i pokiwał głową.
– Tak jakby. Lepiej nie wchodzić z nią w k-komitywę. P-proszę cię, nie gap się na nią.
Odeszłam z nim na stronę, gdzie nie musiałam się obawiać zdemaskowania.
– Szybko – powiedziałam. – Gadaj, co wiesz!
– To m-madame Tulu, spirytystka z dobrymi znajomościami w pewnych k-kręgach.
– Dla kogo pracuje?
Merv okazywał oznaki podenerwowania, przebierał palcami. Chwyciłam go za ramię i 

ścisnęłam. Szarpnął się, zrażony moim dotykiem i dociekliwością.

– Gadaj, co wiesz, albo... – Wyrwałam mu Ryjka i położyłam dłoń na kołnierzu zabawki, 

gdzie znajdowały się bezprzewodowe czujniki.

Zbladł, jakbym przyłożyła mu nóż do gardła. Zdarłam z siebie maskę dobrych manier. 

Gdyby nie nędzne resztki samokontroli i latające nad głowami sępy systemu monitorowania, 
pognałabym za Tulu, nie oglądając się na nikogo.

– Nie wiem, czy to p-prawda, ale słyszałem, że pracuje dla Slipstreamu.
– Kogo? – Mimowolnie chwyciłam w garść koszulę Merva.
Rozejrzał się nerwowo, spocony.
– To coś jakby w-wywiadowcy. Tylko b-bardziej wyspecjalizowani.
– Jak to?
– Slipstream tropi nielegalne laboratoria genetyczne na południowej półkuli. K-kupują 

wartościowe nowinki i odsprzedają je dalej.

– Ciekawe komu? – Mówiłam już, jak Merv, drżącym szeptem.
– Nie wiem, Jales. Nap-prawdę. Nie rób krzywdy Ryjkowi, to każę mu trochę powęszyć.
– Zrób to jeszcze dziś wieczór. I to, o czym mówiliśmy kiedyś. Potrzebuję informacji.

background image

– Spotkajmy się po zamknięciu k-klubu – zaproponował.
Oddałam  Ryjka  i pozwoliłam  mu  odejść. Z  tłumu  wynurzył  się Burżuj, jakby złapał 

radarem naszą pogawędkę.

– Jakieś tajemnice? – spytał.
– Takie tam głupotki, Deluxe.
Zmierzył   mnie   podejrzliwym   wzrokiem.   Przypuszczałam,   że   jeszcze   trochę   i 

wydedukuje, kim naprawdę jestem i ile może zyskać z taką wiedzą.

Mój czas w „Luxorii” definitywnie dobiegał końca.
– Zaraz się stąd zrywamy. Czekam tylko, aż wypełnią zlecenie.
Kiedy to mówił, w polu widzenia pojawiła się Tulu: lekko się chwiała z oczami szaleńca. 

Trudno powiedzieć, czy była opętana, czy tylko na koksie. Dwóch ochroniarzy dotrzymywało 
jej   towarzystwa,   gdy   lawirowała   w   stronę   podwyższenia,   gdzie   krzyżowały   się   światła 
reflektorów, a dmuchawy wypluwały migotliwy pyłek.

–  Co   tam   się   odbywa?   –   zapytałam.   –   Pokaz   mody?   Pogłębiłam   tym   podejrzliwość 

Burżuja. Miałam przeczucie, że jeszcze raz palnę coś głupiego i będzie po mnie.

– Można tak to ująć – odpowiedział z rezerwą i odwrócił się w stronę Tulu.
Misio Mięśniak pchnął mnie z tyłu bez słowa, poganiając również Merva.
– Co jest? – syknęłam do tego ostatniego.
Odsunął się w milczeniu, wciąż zdegustowany tym, że chciałam skrzywdzić Ryjka.
Burżuj znalazł miejsca kilka rzędów za Tulu. Siedziała z przodu w wygodnym fotelu, 

pijąc pernoda z butelki. Kelner przyniósł jej listę przedmiotów licytacji. Wsunęła ją w poręcz 
fotela i wklepała parę cyfr. Przybył drugi kelner ze szklanką. Odprawiła go obcesowo.

Burżuj wykrzywił usta.
– Wredna suka.
– Znacie się?
– Z diablicą? – Uniósł brwi i prychnął, urażony.
Dudniąca muzyka uniemożliwiała dalszą rozmowę. Drobinki pyłu zmieniły kolor, a na 

środek sceny wmaszerował wysoki, niepospolicie wychudzony osobnik.

– Witajcie, jestem prezenterem – szepnął.
Ciągle wyobrażałam sobie, że na wybiegu pokażą się modelki, póki pierwsza dziewczyna 

nie zdjęła płaszcza i nie zobaczyłam na biodrze tatuażu z ceną wywoławczą. Ubrany w skórę 
chudzielec specjalnym prętem prezentował ukryte wdzięki dziewczyny.

Okazało   się,   że   to   targ   niewolników.   Sprzedawano   tu   ludzkie   ciało,   żywy   towar, 

jakkolwiek to nazwać.

Miałam ochotę dać susa na podwyższenie i wetknąć chudemu do gardła jego przyrząd. 

Albo krzyknąć do dziewczyny, żeby się nie poniżała. Choć w moim przypadku też nie było 
najlepiej z godnością osobistą.

Siedziałam więc, jakby mnie zamurowało. Burżuja bawił mój dyskomfort. Uwzględniłam 

background image

go na liście rzeczy, które chciałam uszkodzić.

Fala złości wypłukała ze mnie ostatnie resztki oszołomienia i po raz pierwszy od paru dni 

miałam jasny umysł. Zaczęłam główkować. A jednak nic, absolutnie nic nie mogło mnie 
przygotować na następny punkt programu.

Na   scenie   ukazał   się   mężczyzna.   Nagie,   połyskujące   ciało.   Kamienny   wyraz   twarzy. 

Sztuczna ręka niczym bandyckie narzędzie.

Loyl-me-Daac...

background image

R

OZDZIAŁ

 11

Gwałtownym ruchem zabrałam Burżujowi broszurkę.
– Co ty wyprawiasz? – warknął.
– No bo... on... mi się podoba – wydukałam. – Ile kosztuje?
Wiedziałam, że zachowuję się dziwnie, że moje zdumienie za bardzo rzuca się w oczy, 

ale trudno, nie umiałam się opanować. Podobnie zareagowała Tulu, usadowiona przed samym 
podestem. Wertowała broszurkę i agresywnie podbijała cenę.

Kiedy   zechciałam   sprawdzić,   ile   aktualnie   daje,   dzwonki   licytacji   powariowały,   a 

wyświetloną listę zastąpił obrazek półnagiej parki, popijającej martini na odludnej plaży.

– Co się stało? – jęknęłam.
Burżuj wyrwał mi broszurkę.
–  Widzisz kto siedzi koło wiedźmy? Kompanion. Podejrzewam, że do licytacji włączył 

się Monk albo Laud. – Wskazał ikonę mrugającą  w broszurce. – Zobacz, ostatnia oferta 
wycofana. Kiedy przedmiot osiąga bardzo wysoką cenę, rozpoczyna się zamknięta licytacja. 
Ich przebić nie można.  –  Drapał moją dłoń. – Dlatego właśnie chcę, żeby widywano go w 
„Luxorii”. Lepiej nie zawiedź jutro, bo cię wydam milicji... panno Plessis.

Tak   dawno   nie   słyszałam   własnego   nazwiska,   że   skojarzyłam   je   dopiero   po   chwili. 

Buchnęła   adrenalina.   Już   się   zrywałam   z   miejsca,   gotowa   wiać,   bić   po   mordach,   zrobić 
rozpierdówę.

Burżuj wpił się we mnie paznokciami, a Misio położył mi łapska na ramionach.
– Siedź i bądź grzeczna! – ostrzegł Burżuj.
Na początku chciałam go tylko uszkodzić, teraz budziły się we mnie mordercze instynkty. 

Gdybym tylko miała w ręku linkę, chlasnęłabym w tę uśmiechniętą gębę. Ale wolałam się nie 
wychylać, bo akurat sęp nagrywał nas z góry.

Podobnie   jak   cała   widownia,   z   zapartym   tchem   obserwowałam   mężczyznę   na 

podwyższeniu. Chciałam odwrócić wzrok, kiedy kazali mu się erotycznie dotykać, ale nie 
dałam   rady.   Oglądałam   to   doskonale   skrojone   ciało   i   słuchałam   głosu   komentatorki, 
opisującej jego dorobek: Razz Retribution, Manatunga Right-woman, Laidley Beaudesert.

Zakotłowało   się   we   mnie.   Czułam   obrzydzenie,   pożądanie,   smutek.   Ale   przede 

wszystkim nieufność. Co mu strzeliło do łba?

background image

Został   błyskawicznie   sprzedany   Jamesowi   Monkowi   (kwoty   nie   ujawniono).   Po 

zatwierdzeniu transakcji stan licytacji na wyświetlaczu wrócił do normalności.

Prezenter   wyciągnął   go   z   blasku   reflektorów,   zaprowadził   w   zaciemniony   kąt   przy 

podwyższeniu i wyskoczył na środek, żeby przedstawić następny przedmiot licytacji.

Schowany  w   cieniu,  Daac  bystro  przyglądał   się  zgromadzonym   tłumom.   Jego  wzrok 

zatrzymał się nagle na mojej sekcji widowni. Zrobiło mi się ciepło. Czy mnie poznał? Tulu 
zauważyła   minę   Daaca,   podążyła   za   jego   spojrzeniem   i   swoimi   wyostrzonymi   zmysłami 
zaczęła sondować  ludzi. Otoczył  mnie kłąb jej energii. Kiedy spróbowałam się przed nią 
obronić, ujawniła się nowa siła. Tulu często wysługiwała się potężnym demonem zwanym 
Marinette... z którym miałam na pieńku. Demon jarał się ofiarami z ludzi, a kiedy raz rzucił 
się na mnie wraz z Tulu, bałam się jak cholera. Marinette poznała mnie w mgnieniu oka. 
Podobnie jak połowa wszechświata, chciała się na mnie odegrać. Chwyciłam za rękę Burżuja.

– Idźmy już.
Dostrzegł zamieszanie, kiedy Tulu pod wpływem Marinette. zerwała się na równe nogi, 

przewróciła fotel i rozbiła butelkę.

– Coś nie tak? – zdziwił się.
Popatrzyłam na niego surowo, jak to tylko Plessis potrafi.
– Jeśli teraz wyjdziemy, może pożyjemy tyle, bym ci to zdążyła wytłumaczyć.
Pokiwał głową, zdenerwowany. Nie zlekceważył mnie jednak, nie był aż taki głupi.
Prędko   torował   przed   nami   drogę   przez   Niemoralny   Zakątek   do   windy.   Kiedy 

docieraliśmy do drzwi, Tulu wdarła się jak buldożer w tłum ludzi. Zbiegała się miejscowa 
ochrona, żeby rozładować sytuację. Nisko nad nami kołował sęp.

Drzwi  otworzyły   się  z piknięciem.   W  windzie  zobaczyliśmy  wytwornie   ubraną  parę; 

marynarki,   rękawiczki,  ciemne   okulary  –  wszystko   do  kompletu.  Burżuj   włożył  nogę   do 
środka   i   wywlókł   kobietę,   chwyciwszy   ją   za   klapę   aksamitnej   marynarki.   Misio 
wyekspediował klienta w powietrze, prosto w nadlatującego sępa.

Mogłam   sobie   pozwolić   na   sekundę   zdumienia,   którego   czasami   nie   da   się   wyrazić 

inaczej niż prostym chrząknięciem.

Wyjechaliśmy sześć pięter do góry, nim winda się zatrzymała.
–  Odemknij   jakoś   to   diabelstwo!   –   warknął   Burżuj.   Lam   mruczał   coś   do   siebie   po 

koreańsku. Miałam nadzieję, że to żarliwe modły.

Misio   wyłamał   kawałek   poręczy   i   wraził   go   w   szczelinę   między   drzwiami.   Gdy   je 

rozchylał, pot spływał mu ciurkiem z twarzy. Z każdą minutą bardziej go lubiłam.

Przecisnęliśmy się na korytarz, prosto w egipskie ciemności.
– Trzymajcie się blisko. – Zbliżyłam się do ściany i zaczęłam przesuwać się po omacku. 

Śmierdziało kurzem i stęchlizną. Z pewnością od dawna nikt tu nie zaglądał.

Z   daleka   dostrzegłam   jasną   smugę.   Pomyślałam,   że   to   wyjście   pożarowe.   Ciągle 

wpadaliśmy na siebie, póki nie zdecydowałam, że każdy powinien położyć rękę na ramieniu 

background image

sąsiada. Od razu było nam łatwiej, choć Misio poskarżył się udręczonym głosem:

– Wybacz, Delly, ale to nie moje ramię.
Oddychał ciężko, po czym poznałam, że w ciemności i zaduchu wysiadają mu nerwy.
– Spokojnie, Freddy – pocieszyłam go szeptem. – Po drugiej stronie jest klatka schodowa.
W odpowiedzi – z wdzięczności! – zmiażdżył mi ramię swoim wielkim łapskiem. Kiedy 

do   otoczonych   jasną   smugą   drzwi   zostało   kilka   kroków,   wyprzedził   mnie   i   pierwszy   je 
otworzył.

Popędziłam   za   nim   z   ostrzegawczym   sykiem,   lecz   alarm   antywłamaniowy   zadziałał 

błyskawicznie. Dla mojego bezpieczeństwa odepchnął mnie z powrotem i sam dał nura przed 
siebie. Pocisk rozłupał drewniany słupek w poręczy i zbombardował mu ramię drzazgami. 
Facet z takim impetem walnął w balustradę, że cała się zatrzęsła. Zaparłam się nogami o 
stopień, złączyłam kolana, naprężyłam grzbiet i pociągnęłam go, żeby nie przeleciał na drugą 
stronę.

– Kurde mol... pomóżcie! – ryknęłam.
Lam z połamanymi grabami plątał się przy mnie bezużytecznie. Delly, widząc, że jego 

ochroniarz lada moment może runąć w przepaść, pośpieszył nam z pomocą.

– Wyłączyłem urządzenie – dobiegł zza drzwi głos Merva.
Razem z Dellym odciągnęłam Misia od zdruzgotanej poręczy. Olbrzym cały posiniał, 

dygotał z bólu i przerażenia.

Przyłożyłam   mu   dermę   ze   środkiem   przeciwbólowym,   którą   trzymałam   dla   siebie. 

Oszczędziłam   mu   mąk   w   stopniu   mikroskopijnym,   ale   po   minie   poznałam,   że   teraz 
przynajmniej może skupić myśli.

– Nie marudź, zbieramy się! – rozkazałam.
Pokiwał głową.
Weszłam na stopień i pociągnęłam gościa. Merv popychał z drugiej strony, a Delly klął 

siarczyście.

Schodami   w   końcu   wydostaliśmy   się   za   ciastkarnię.   Ciągnąc   Misia,   obeszliśmy   ją 

naokoło, minęliśmy sklep ze sprzętem do surfowania i dotarliśmy do następnej windy. Na 
każdym   kroku   śledziły   nas   spojrzenia   zszokowanych   zakupowiczów.   Delly,   Lam   i   Merv 
ciągnęli zwartym szeregiem. Oprócz Misia wszyscy spływaliśmy potem. On dla odmiany 
spływał krwią.

* * *

W drodze powrotnej do „Luxorii” nastroje w kabinie stonogi były – delikatnie ujmując – 

minorowe. Burżuj zaszył się na tylnym siedzeniu z wściekłym wyrazem twarzy.

Też   nie   czułam   się   najlepiej.   Najpierw   narkotykowe   zejście,   potem   holowanie 

wielgachnego Misia – czułam się całkowicie wypompowana. Zanim osunęłam się bez sił, 

background image

zdołałam jeszcze obandażować mu ramię paskami zdartymi z sukienki.

Koło mnie Merv tulił Ryjka do policzka, chcąc się odizolować od stękania Misia.
Wtem Burżuj pochylił się nad moim uchem.
– Nie wiem, co kombinujesz, ale twój czas się skończył.
Dalsza część podróży upłynęła mi na rozmyślaniu, co to miało znaczyć.

* * *

Kiedy wreszcie znalazłam się w swoim pokoju, odwiedziła mnie Ślicznota.
– Lam powiedział, że uratowałaś życie Freddy’emu.
– Nieprawda. – Byłam zbyt zmęczona, żeby wdawać się z nią w długie rozmowy. – To on 

mnie uratował.

– Aha.
– Jutro dzwoni Monk. Do tego czasu nie zbliżaj się do mnie.
Żachnęła się.
–  Przykro mi, że zejście było tak nieprzyjemne. Jesteś inna niż ci, których do tej pory 

uczyłam. Pewnie cię to nie usatysfakcjonuje, ale wszystko przez to, że spędzałam z tobą 
cudowne chwile.

– Myślałam, że zawsze się dobrze bawisz – prychnęłam.
– Nie aż tak – odpowiedziała i wyszła.
Domknęłam za nią drzwi kopniakiem i powiedziałam sobie, że to przecież amorato. Tacy 

gonią tylko za przyjemnymi doznaniami.

Wzięłam   prysznic,   położyłam   się  w  ubraniu  i  poprosiłam  budzik,  żeby zbudził   mnie 

przed świtem, kiedy zamykano klub.

Rano zeszłam do klubu i stanęłam przed ciemnymi lustrami. Wdychając zapach trunków 

rozlanych za barem, zwilżyłam wargi i ciężko przełknęłam ślinę. Zwietrzała whisky bladym 
świtem – wracały wspomnienia o Jamonie.

– Hej, Merv! – odezwałam się.
Otworzył zwierciadlane drzwi, zmięty jak człowiek po nieprzespanej nocy. Weszłam do 

środka i poczekałam, aż pierwszy się odezwie.

Poczłapał na podest i trącił po kolei wszystkie talizmany.
–  D-dowiedziałem   się   tylko   jednej   pewnej   rzeczy.   Brilliance   wysłała   program 

szpiegowski, który szuka informacji na temat Slipstreamu. Ryjek musiał udawać umarlaka, 
żeby nie wpaść.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałam, zniecierpliwiona.
– To, że Slipstream działa na zlecenie b-bankierów... – Mówił tak cicho, że musiałam 

czytać z warg.

Nie zrozumiałam niuansu, nie potrafiłam pozlepiać informacji.

background image

– Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?
Zastanawiając się nad odpowiedzią, głaskał królicze łapki.
–  Brilliance obrabia surowy materiał dla mediów, więc widzi wszystko, co filmują k-

kamery.   Skoro   chce   rozpracować   Slipstream,   to   musi   on   działać   w   ukryciu,   inaczej   nie 
musiałaby się specjalnie starać.

– A więc zbierają informacje dla Wspólnej i OffWorldu?
Pokręcił głową.
– Nie. Pod przykrywką Wspólnej i OffWorldu kryje się Brilliance. Zawsze się podszywa 

pod niezależne źródła. Nie można jej ufać.

– Czyli wszystko, dosłownie wszystko co oglądamy, kontroluje Brilliance?
– Prawie. Dość, żeby spędzić ci sen z p-powiek.
– A jaką rolę odgrywają banki?
Merv zmarszczył czoło i splótł palce, żeby nie drżały. Wyczułam w nim strach przed 

wypowiedzeniem tego, co naprawdę myśli.

–  Ryjek przypuszcza... to znaczy ja przypuszczam, że Slipstream ma powiązania z b-

bankami.

W   głowie   mi   szumiało.   Dla   mnie   polityka   w   Vivie   to   wielka   zagadka,   a   przecież 

kontroluje moje życie.

– Ni w ząb nie rozumiem – przyznałam się, zmęczona. – Czemu organizacja, która tropi 

nielegalne badania genetyczne, miałaby pracować dla banków?

Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. M-może szukają haka na dziennikarzy.
– Po co im hak?
– K-kiedyś członkowie rządu i partii politycznych mieli ogromną władze. Teraz nie mają 

nic p-prócz tytułów.

Rozważałam jego słowa. W każdej wojnie podstawa to rzetelny wywiad. Może Merv 

miał rację, może zanosiło się na przewrót w Vivie?

– A „Czarny Kodeks”? – zapytałam.
Przetarł oczy.
–  Ryjek tyle g-grzebał, że ściągnął na siebie poszukiwaczy i musiał zwiewać. Mogę ci 

powiedzieć tylko tyle, że jeden p-poszukiwacz pochodził z portalu w Jinberze.

Pokiwałam   głową.   Też   mi   niespodzianka.   Utwierdziłam   się   tylko   w   przekonaniu,   że 

jestem na właściwym tropie.

– Muszę się tam dostać, Merv.
Wzdrygnął się.
– Nie d-dasz rady. Na pewno nie sama.
Zdjęłam z szyi magiczną gwiazdę i włożyłam mu ją do wilgotnej dłoni.
– Kończy mi się czas, Merv. Teraz albo nigdy. Proszę cię, potrzebuję pomocy.

background image

Pocałował   czule   talizman   niczym   usta   kochanki.   Z   namaszczeniem   umieścił   go   na 

właściwym miejscu i westchnął.

–  M-możesz się ze mną zabrać. – Szkliste oczy Merva przypomniały mi Stolowskiego. 

Tyle że jego spojrzenie nie wyrażało zaufania, lecz trwogę. – Wolę Jales niż Parrish – dodał.

Zaskoczył mnie, lecz zaraz się rozluźniłam. Tylko w jeden sposób Burżuj mógł poznać 

moją prawdziwą tożsamość: dostać cynk od Merva. Który prawdopodobnie od pierwszego 
dnia wiedział, kim naprawdę jestem.

– Wiesz co? – odpowiedziałam cicho. – Czasami też wolę Jales.

background image

R

OZDZIAŁ

 12

Merv   zablokował   dostęp   do   swego   sanktuarium.   Z   amerykanki   wysunął   siedzenie   w 

kształcie   kozła.   Rzadko   używane   sprężyny   skrzypiały,   lecz   jemu   to   nie   przeszkadzało. 
Oczami i umysłem przeniósł się w wirtualną przestrzeń, podjarany jak pies, który na końcu 
ulicy zwietrzył dziewiczy rewir.

Podał mi bransoletę z opali.
– Co to?
– Włóż – polecił beznamiętnie.
Obracałam ją w dłoniach, patrząc na ostre wypukłości od wewnątrz.
– Ale czemu? To jakiś przekaźnik?
Nie odpowiedział.
– Merv!!!
– Tak. – Raczył zwrócić na mnie uwagę. Był trochę zażenowany. – Połączysz się ze mną.
Omiotłam wzrokiem zwały kabli i siatek zaśmiecających pokój.
– A więc to wszystko na pokaz?
– Niezupełnie. Sprzęt działa jak należy. Na wszelki wypadek. Ale lepiej, żeby Delly nie 

znał moich sposobów.

Wskazałam plamy na jego kołnierzyku.
– A to z czego?
Zawstydził się jak panienka, wyciągając z kieszeni tubkę z farbą.
Roześmiałam się. A wydawał się taki poczciwy, niezdolny do oszustwa.
–  Zaciśnij bransoletę na ręce. Końcówki złącza trochę kłują, ale czujesz je tylko przez 

chwilę. Twoje zmysły w pierwszej kolejności przyjmują sygnały z wirealki. Nawet nie musisz 
zamykać   oczu.   B-będziesz   udawać   umarlaka.   Skonfigurowanie   zamaskowanego   awatara 
zajęłoby zbyt dużo czasu – dodał tonem przeprosin.

Umarlaki   nie   mają   graficznego   odwzorowania,   nie   zostawiają   śladów   w   wirtualnej 

przestrzeni.   Wiodą   w   niej   marniejszy   żywot   niż   pożyczone   zjawy.   Co   oznacza,   że   są 
pozbawione jakichkolwiek uprawnień. W wirtualnej krainie są podglądaczami.

– P-próbowałaś już kiedyś? – zapytał.
Kiwnęłam głową.

background image

–  Ta  wirealka  nazywa  się  Chaos.  Przestrzeń   sensoryczna   piątej   generacji.  Zmienna   i 

trudna do ogarnięcia dla nowicjusza. Na obszarach kresowych dominuje zapach – ostrzegł. – 
Nie zgub się.

Jeśli dobrze pamiętam, Teece udzielił mi podobnej rady.
Na wszelki wypadek skręciłam nakładki węchowe, a następnie ścisnęłam bransoletę.
Ukłucia nie bolały, a zjazd był łagodny i bezpieczny. Dopiero co obejmowałam nogami 

kozła przy łóżku Merva, by moment później zlatywać piękną spiralą z wyrzutni w wirtualnej 
sieci. Żadnego spadania na łeb, na szyję, którego doświadczyłam z Teece’em.

Merv był naprawdę niezły. Tyle że to nie był już Merv, ale maleńka plamka mętnego 

blasku – świetlik surfujący w skotłowanej tęczy.

Nie mając ciała i ani grama wagi, będąc czymś podobnym do czarnego punktu, wszystkie 

swoje nadzieje pokładałam w tym ledwie widocznym skrawku światła. Żeglowaliśmy między 
zwojami informacji, ze sto razy przeskakiwaliśmy ze wstęgi na wstęgę, gnaliśmy zygzakami 
tak, że wszystko się rozmywało. Po zachowaniu świetlika poznałam, że podszywa się pod 
element wewnętrznych zabezpieczeń antyszpiegowskich wirtualnej sieci – konfigurujący się 
samodzielnie   podprogram,   który   monitoruje   rozkład   i   zachowanie   się   światła.   Ryjek 
prawdopodobnie też robił coś w tym stylu.

W moim niewidzialnym ciele załomotało niewidzialne serce. Gdyby system wykrył jakąś 

anomalię w zachowaniu Merva, zniszczyłby nas w ciągu pikosekundy. Po raz pierwszy od 
niepamiętnych czasów zmówiłam w myślach modlitwę.

Merv   przecinał   spektrum   czerwieni   i   smaku,   kierując   się   od   bursztynowej   barwy  do 

pomarańczowej, od smaku słodkiego do owocowego. Potem od barwy pomarańczowej do 
żółtobrązowej, od smaków owocowych do smaku spalenizny.

Piąta generacja – doświadczenie sensoryczne prawie zabójcze dla żółtodziobów. W realu 

ślina ciekła mi z ust i łzawiły oczy.  Gdyśmy tak sobie fikali, zaczęłam  zauważać zlepki 
energii i na końcu kształty; świetliste awatary tworzyły baśniowe, fraktalowe konstelacje.

Bramami są dziesięciościany – ni to szepnął, ni to pomyślał Merv.
Wokół nich przelewały się strumienie danych, układające się w wiry i kaskady światła. 

Pożeglowaliśmy w dół razem z nimi, nie nękani żadnymi zabezpieczeniami.

Fraktalowe motyle to zbieracze danych – przekazał myśl Merv.
Wskoczyliśmy na pokład jednego z nich, który przeczesywał  fioletowe  spektrum.  Na 

skraju widma daliśmy susa na ciemny robaczy ogon.

A to co?
Wirus.
Pewna   cząstka   mnie,   głęboko   ukryta,   wstrzymała   oddech,   gdy   patrzyłam,   jak   Chaos 

uruchamia procedury obronne; lśniące spirale wiły się niby stado węży.

Merv pod postacią świetlika owinął się wokół mnie i tak zjechaliśmy wzdłuż jednej z 

morderczych macek. Zaimponował mi swoją pewnością siebie i przebojowością, stojącą w 

background image

paradoksalnej sprzeczności z tym, co prezentował na co dzień.

Silą rozpędu rzuciła nas na krawędź przelatującego strumienia danych w kolorze indygo, 

który kierował się w sam środek różowej mgławicy. Poczułam smak soku truskawkowego. 
Zaraz jednak zagłuszył go znajomy fetor zepsutego mięsa; a więc przeszliśmy pod samym 
nosem wartownika i zapachowego firewalla, który niegdyś sprawił, że Gigi musiała mnie 
ratować metodą usta-usta.

Centrala więzienna.
Kiedy zakończył się indygowy transfer danych, przefrunęliśmy na świetlne wydmy.
Tymczasowy schowek – puścił myśl Merv.
Chciałam   odpowiedzieć,   ale   zapomniałam,   jak   się   to   robi.   Musiałam   się   zadowolić 

oglądaniem fajerwerków.

Minęły długie wieki, odkąd schowaliśmy się w ruchomym stosie danych. Kiedy nowy 

transfer   poruszył   elementy   schowka,   Merv   w   końcu   wyniósł   nas   do   góry.   Rozbrzmiało 
ostrzeżenie o błędzie: Chaos próbował wyczaić, który klocek nie pasuje do układanki. Merv 
przemodelował   swojego   awatara,   dając   mu   formę   spirali,   dzięki   czemu   system   nas   nie 
wyłapał. W ułamku sekundy wskoczył w główny strumień danych i na grzbiecie fali świetlnej 
pokłusowaliśmy w stronę węzła Jinberry.

Eleganckie zagranie, wyważone i błyskotliwe. Cechujące się wyrafinowaniem nieznanym 

przeciętnym biohakerom.

Wsiąknęliśmy w kolejny schowek w postaci świetlistej wydmy. Nie dało się oszacować, 

jak  szybko  mija  czas.  Gdzieś  w  zakamarkach  mojego   umysłu   tliła   się nikła   świadomość 
dyskomfortu – przeczucie, że coś jest nie tak.

Odbierałam też myśli Merva:
W rzeczywistym świecie masz problemy z krążeniem krwi. Zamierzam poruszyć twoimi 

rękami i nogami. Możesz na chwilę stracić orientację.

Wyraziłam zgodę w myślach. I nagle wszystko się wywróciło.
Widok   krążących   elementów   schowka   rozpłynął   się   i   zaczęłam   pędzić   w   kierunku 

poskręcanej wirusowej czerni. Zupełnie jak w moich dawnych koszmarach, w których windy 
urywały się na górnej kondygnacji.

Zbiera   ci   się   na   wymioty.   –  Tym   razem   w   myślach   Merva   pojawił   się   cień 

zdenerwowania.  Nie  mam  odsysacza, więc  zaaplikuję  ci  dermę  ze środkiem  trzeźwiącym.  
Inaczej się zadławisz.

Jego   myśli   ucichły.   Poczułam   falę   mdłości   –   kolejne   cielesne   doznanie,   którego 

teoretycznie nie powinnam teraz doświadczać.

Trochę spanikowałam.
Co się dzieje, Merv?
Nie od razu odpowiedział.
Defragmentacja węzła. Musimy się pośpieszyć, bo nas stąd wymiotą. Masz problemy na 

background image

styku ciało-umysł. Przez to czujesz rzeczy... które są nieprawdziwe, lecz twój organizm w nie 
wierzy.   Żeby   to   zwalczyć,   dałem   ci   drugą   dermę.   Powinno   zadziałać   w   ciągu   paru 
rzeczywistych minut. Do tego czasu musisz jakoś znieść efekty defragmentacji. Powodzenia...

Chyba nigdy w życiu nie słyszałam tak cichego słowa.
Wyrwaliśmy   się   ze   schowka   i   wtedy   zaczęły   się   prawdziwe   tortury.   Defragmentator 

systemu rozrywał mnie na sztuki. Czułam, jak poszczególne włókna mięśni, choć ciągle ze 
sobą połączone, są brutalnie szarpane i rozwarstwiane. Włosy wyrywano mi całymi kępkami. 
Delikatna skóra podniebienia, zeskrobana nożem, plątała się na języku. Język z kolei został 
pocięty na plasterki, które zapchały mi gardło.

Niestety, w parze z cierpieniem nie szedł dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Wydawało mi 

się, że tak zmaltretowany człowiek powinien natychmiast umrzeć. A jednak żyłam. Tyle że 
wszystko straciłam. Umysł zapadł się sam w sobie, pozostał jedynie ból. Uparty, niechcący 
odejść.

Przejął  nade  mną  kontrolę  jakiś   pierwotny  instynkt.   Uciekłam   w  lodowatą  ciemność, 

spowita   we   własne   wspomnienia.   Mam   na   imię   Parrish.   Znajduję   się   w   wirealce   z 
biohakerem. Ból jest pozorny. Mam na imię Jales. Mam na imię Gurek... Mam na imię... 
nikt...

W zimnej dali ujrzałam pewien kształt, otchłań będącą końcem wszystkiego. Brnęłam w 

tym   kierunku   jak   najpokorniejszy   pielgrzym,   wyczerpany   do   cna,   lecz   zdeterminowany. 
Przybyłam tu, żeby umrzeć. Spokój. Nareszcie. Zasłużyłam sobie. Moje miejsce.

Nawet tam jednak uniemożliwiono mi odpoczynek. Coś wkradło się do mojego ustronia, 

pogwałciło moje mauzoleum.

Kim jesteś? – zapytałam z uniesieniem.
Postać obróciła do mnie swą zacienioną twarz anioła. Nie było okrwawionych skrzydeł i 

majestatycznego ciała. Nie było zewu krwi i pożądania. Kulił się w najdalszym kącie mojego 
umysłu, tak samo jak ja przybity i bezbronny.

Czemu mnie nachodzisz, gdy umieram!? – wykrzyknęłam.
To ty jeszcze nie wiesz?
Ze zniecierpliwieniem udostępnił mi zasoby swej przedwiecznej pamięci. Zaczęłam się 

przyglądać z dziecięcą ciekawością...

Kosmiczny posiew, podróż kometą drogami galaktyki. Rozprzestrzeniające się pasożyty: 

dźwignia ewolucji, motor zmian.

Ziemia...   odkryta   i   zakażona.   Satysfakcja   i   ulga.   Zgadzamy   się,   że   nosiciel   spełnia 

wszystkie wymagania. Jest na tyle silny, by się oprzeć i uniknąć zagłady. Na tyle silny, by 
można go było pchnąć krok dalej.

A   jednak   Homo   erectus   posiada   wyjątkowy   mechanizm   obronny.   Znaleźliśmy   się   w 

pułapce.

Twierdzisz, że bez was nie byłoby człowieka współczesnego?

background image

Tak. To nasz główny cel. Wymusiliśmy postęp ewolucyjny u wielu gatunków. Tych, które  

tolerują nasze wymagania. Oczywiście, niektóre są mało tolerancyjne. To właśnie apetyt,  
pożądanie, nasza wewnętrzna natura wyniosła was tam, gdzie jesteście. Zobacz...

Przewijały mi się w myślach obrazy. Masowe samobójstwa istot, które nie umiały się 

oprzeć. Stworzenia tak obce, że tworzą tylko mglisty wizerunek. Za mało odniesień, by je 
wyraźnie zobrazować.

Ale została naruszona równowaga – stwierdziłam. Teraz przeważacie i przejmujecie nad 

nami kontrolę.

Nie możemy poradzić nic na to, co się stało.
A jeśli spróbujemy was zniszczyć? Zginą jedni i drudzy, prawda? Wszyscy zginiemy...
Anioł wycofał się i pogrążył w moim wnętrzu.

* * *

– Co? – Powróciły myśli Merva. – Słuchaj, Jales... to znaczy Parrish. Możesz jeszcze... 

myśleć?...

– W granicach normy – odparłam po chwili. Bez humoru.
Wyraźnie poczułam jego ulgę. I zdumienie.
– Przeżyłaś.
–  Chyba... –  Miałam wrażenie, że nie tyle przeżyłam, co zachowałam w sobie resztkę 

tego, czym kiedyś byłam.

–  Znalazłem miejsce, gdzie przechowywane są dane –  przekazał myśl. –  Została tylko 

jedna przeszkoda.

Zawsze jest jakaś ostatnia przeszkoda!
Nie   potrafiłam   się   pozbierać,   wciąż   skołowana   tym,   co   niedawno   zobaczyłam.   I 

wspomnieniem bólu. Wokół mnie powoli odbudowywała się wirtualna przestrzeń, a cielesne 
wrażenia odsuwały się w dal.

Merv   posadził   nas   na   wyniosłości   górującej   nad   pomarszczoną   powierzchnią   morza 

danych. Na horyzoncie w podczerwieni leniwie pulsowało maleńkie światełko przekaźnika.

– Chcesz się czegoś dowiedzieć o „Czarnym Kodeksie?” – zwrócił się do mnie Merv. – 

W takim razie musisz się tam dostać.

background image

R

OZDZIAŁ

 13

– Mam iść dalej? – zastanawiała się resztka mojej świadomości.
– Wygląda na to, że niczego więcej nie ma – odpowiedziałam sama sobie.
No tak...
– Jak mam to zrobić, Merv?
–  Przyglądałem   się.   Neutralka   jest   synchronizowana   co   pewien   czas,   ale   nie   mogę 

podróżować na fali świetlnej. Mojego awatara nie da się dekodować w paśmie podczerwieni,  
a neutralka ma parę starych, paskudnych zabezpieczeń. Ale ty możesz lecieć. Teoretycznie tak  
prosta   rzecz   nie   powinna   się   dostać   w   pobliże   węzła   Jinberry.   Twój   kod   jest   wręcz 
prymitywny,   to   najmniejszy   możliwy   strzępek   informacji.   Pewnie   nie   spełnia   kryteriów 
opisujących intruza.

– A jeśli spełnia?
Wyobraziłam sobie, jak wzrusza ramionami.
– Decyduj się.
– Impet, tylko to mi zostało – pomyślałam. – Pod co mam się podpiąć?
– Pod foton. Pomogę ci się rozpędzić. Po dotarciu na miejsce musisz się oderwać.
– A co z powrotem?
Nie odpowiedział.
– Aha, rozumiem. – Resztka mojego sławetnego sarkazmu.
Moje życie stało się tycią jednostką informacji. Normalka. A więc nic do stracenia...
Dostrzegłam   migotanie   w   miejscu,   gdzie   wypiętrzał   się   mur   informacji,   gotów   do 

konwersji i transmisji po łączach.

– Odpalam – powiedziałam w myślach.
– Żegnaj... – doleciał mnie szept.
Podróż na fali świetlnej przypominała jazdę rollercoasterem, do góry i w dół, do góry i w 

dół. Prędkość nic nie znaczyła, a jednocześnie znaczyła  bardzo wiele. Świat był  zarazem 
przezroczysty i matowy.

I wtedy „cokolwiek” stało się konkretem.
Po chwili zdekodowałam się w tymczasowym środowisku, emulującym okrojoną wersję 

przestrzeni  wirtualnej  piątej  generacji.  Próbowałam zebrać  się  do kupy,  zespolić  w jakąś 

background image

całość, ale brakowało pewnych fragmentów. Wiedziałam, co tu robię, lecz nie pamiętałam, 
kim jestem.

Pobudzana do działania mętną świadomością celu, przesiewałam piasek informacyjnej 

wydmy, aż znalazłam kształt nazwiska. Zapisałam je w mikroskopijnym obszarze pamięci 
umarlaka i wyruszyłam na poszukiwania następnego kształtu. Trafiłam na niego wśród innych 
rozpoznawalnych nazwisk, które jednak zignorowałam.

W   czasie   zapisywania   zobaczyłam   sześciokątną   formę,   która   myszkowała   wśród 

strumieni danych, szukając błędów. Dokończyłam zapis i ukryłam się w studni.

Rozedrgana forma ciągle się zbliżała. Do wymazania, do wymazania, do wymazania...
Wiekowe zabezpieczenie nie wykryło mojej obecności, ale nieświadomie spłukało mnie z 

zapisanych informacji i odstawiło z powrotem na miejsce.

Jak posłuszny robot przy taśmie produkcyjnej powtórzyłam dotychczasowe czynności i 

znowu się zaszyłam. Skaner ponownie zrobił swoje. Taniec powtarzał się wciąż na nowo. Nie 
pamiętałam nic o sobie i nie mogłam wykonać innego ruchu, nie mogłam się rozpędzić.

Wiej stamtąd.
Co?
Za pomocą zapachu namierzysz przyjaciela.
Przyjaciela?
Po   raz   wtóry   zapisałam   informacje,   ale   zamiast   szukać   studni,   zaczęłam   węszyć. 

Ruszyłam za ciemnobrunatnym strumieniem danych, próbując wyniuchać swojski zapach. I 
znalazłam go: przez słonawą woń strumieni danych i stęchliznę schowków przebijał nikły 
aromat życia. Puściłam się za nim jak pies myśliwski.

background image

R

OZDZIAŁ

 14

Merv wyciągnął mnie z powrotem do realu za pomocą dermy z adrenaliną. Szarpnęło 

mną, gdy próbowałam rozeznać się w otoczeniu. Wszystko wydawało się szare i nieciekawe, 
nawet w porównaniu z ubogą wirtualną scenerią neutralni.

Ekrany na ścianie przypominały wyłupiaste oczy.  W pierwszej kolejności zajęłam się 

smakiem i zapachem, bo w zakamarkach ubrania zgromadziły się wymiociny i ciekło mi z 
ust. Następnie objawił się ból głowy – potworne, zabójcze łupanie.

W końcu rozpoznałam sylwetkę Merva. Stał koło mnie bardziej niż zwykle zmęczony i 

poruszony.

Nieporadnie wstałam z kozła i roztarłam ścierpnięte nogi.
– Skopiowałeś? – spytałam.
Kiwnął głową z rozdziawioną gębą.
– Lepiej p-powiedz, jak się stamtąd wydostałaś.
– Najważniejsze to nie zgubić swojego słodkiego zapachu...
Merv po raz pierwszy uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Daj mi zebrane informacje, a potem dokumentnie wymaż je z systemu. – Nie miałam 

sił, żeby wchodzić w szczegóły.

– Gdzie mam jej skopiować?
– Może być e-sekretarka. Będzie miała nad czym debatować.
Po prysznicu wzięłam coś na ząb i od razu poczułam się jak człowiek.
Czy aby na pewno? Czy definicja człowieczeństwa nie wymaga poprawek? Jeśli w moich 

wirtualnych halucynacjach tkwiło ziarnko prawdy, to właśnie się dowiedziałam, że jestem 
owocem symbiozy z obcym pasożytem i że bez niego nie pożyłabym długo. W zasadzie nie 
tylko ja, ale cała ludzkość.

Miałam wrażenie, że ziemia chwieje mi się pod nogami, więc usiadłam na skraju łóżka i 

kazałam Merry3 wyświetlić pliki.

– Z wyłączonym dźwiękiem – nakazałam.
Puszyła się i nadymała.
– Aj! Co to takiego? – narzekała. – Jakby mnie buty cisnęły.
–   To   się   nazywa   praca,   Merry   –   zjechałam   ją.   –   Najwyraźniej   nie   zostałaś   do   niej 

background image

zaprogramowana.   Życie   to   nie   tylko   pokazy   mody   i   sfingowane   strzały   pistoletów 
maszynowych.

Pokazała mi wulgarnie palec, a potem wystroiła się w okulary optyczne i halkę, przez 

którą prześwitywały piersi.

Bardzo śmieszne.
Przeczytałam   pierwszy   plik   raz   i   drugi,   korzystając   z   tezaurusa   Merry,   gdy   nie 

rozumiałam   znaczeń   wyrazów.   Miałam   do   czynienia   z   umową   między   Konsorcjum 
Więziennym   a   przedsiębiorstwem   o   nazwie   Stem.   Zakłady   karne   zobowiązywały   się 
dostarczać   odpowiednich   kandydatów   do   projektu   „Czarny   Kodeks”   w   zamian   za 
odpowiednią gratyfikację.

– Czyli pieniądze, Parrish – wyjaśniła Merry.
– Wiem. – Nawet nie spiorunowałam jej wzrokiem. Złość mnie rozpraszała, a było jej we 

mnie tyle, że nie chciałam dać się sprowokować durnymi przycinkami.

Drżącym głosem kazałam jej otworzyć drugi plik.
„   …alias   Ike   del   Morte.   Skazany   za   serię   morderstw   na   studentach   z   rodzin 

dziennikarskich – czytałam z niecierpliwością. – Zwolniony i na polecenie dyrektora Stemu 
mianowany kierownikiem projektu Czarny Kodeks”...

Rozkazałam Merry wykasować tekst, ale się zreflektowałam.
– Odwołuję! – powiedziałam twardo. – Zaszyfruj plik.
–   Muszę   cię   ostrzec   –   odparła   z   irytacją   –   że   stosuję   tylko   fabryczne,   standardowe 

szyfrowanie. Każdy idiota złamie szyfr.

Zastanowiłam się. Merry3, podobnie jak wszystkie modele zbudowane w tej technologii, 

mogła dokonywać zmian w swoich programach konfiguracyjnych, jeśli nie były sprzeczne z 
poleceniami   właściciela.   Próbowałam   sobie   wyobrazić,   z   czym   Merry   nie   chciałaby   się 
rozstać za nic w świecie.

– Schowaj informacje w plikach garderobianych.
Wystawiła język.
– Czy to bezpośrednie polecenie?
– Tak.
Westchnęła ostentacyjnie. Informacje zostały umieszczone w najbezpieczniejszej skrytce, 

jaką mogła znaleźć.

– Wejdź do sieci i poszukaj czegoś o firmie Stern.
Zajęło jej to tylko kilka minut.
– Podążyłam tropem od spółki do spółki i dotarłam do Jamesa Monka.
A jednak on.
– Szybko ci poszło.
Uśmiechnęła się do mnie z przemądrzałą miną.
– Ma się przyjaciół.

background image

– Jakich przyjaciół?
Położyła palec na ustach. 
Zmarszczyłam brwi.
– Jesteś pewna?
– E-sekretarki nie kłamią – burknęła. – Czemu pytasz, skoro mi nie wierzysz?
Co   racja,   to   racja.   Dlaczego   więc,   do   cholery,   na   samą   myśl   o   przyjaciołach   Merry 

słyszałam dzwonek alarmowy?

Piłowałam   ją,   póki   nie   nagrałam   wszystkiego,   co   wydawało   się   przydatne.   Potem 

kazałam jej odpalić napisany przez Merva program, pomagający Ryjkowi rozpoznawać ślady 
w wirtualnej przestrzeni.

Merry   ziewnęła   i   poskarżyła   się,   że   ze   zmęczenia   ciężko   jej   myśleć,   dlatego 

zminimalizowałam ją i skupiłam się na holograficznym schemacie programu Ryjka.

Jeśli wierzyć Mervowi, Tulu pracowała dla brokera, który sprzedawał bankom informacje 

na temat nielegalnych przedsięwzięć genetycznych. To by wyjaśniało, czemu zadawała się z 
Ikiem w Mo-Vay. Szpiegowała go na każdym kroku i uskuteczniała niektóre własne pomysły. 
Jeśli Slipstream udzielał bankom takich informacji, to jak planowali je wykorzystać?

I czemu, do jasnego wombata, Daac pojawił się na targu niewolników!?
Na domiar złego w tej gmatwaninie pytań zdarzały się rodzynki. Ta dziennikarka, niby 

mój sprzymierzeniec, kim była? Czemu Monk zareagował na telefon od nikomu nieznanej 
amorato, jakiejś tam Jales Belliere?

To ostatnie pytanie gnębiło mnie najbardziej, skoro już wiedziałam, że to on stoi za firmą 

Stern. Gdybym wprowadziła w życie plan Burżuja, czyli skutecznie przekonała Monka, żeby 
mnie zatrudnił, może zagadka by się wyjaśniła.

Co robić? Dalej udawać amorato po przejściach ze Slicznotą? Tamta rana jeszcze się nie 

zagoiła. Nie miałam ochoty znowu się w to pakować.

Zaczęłam   rozmyślać   o   Ślicznocie.   Potraktowałam   ją   z   buta,   nie   ma   co.   Może   i   bez 

powodu. Kiedy usłyszałam, że wraca od klienta, zapukałam do drzwi jej pokoju.

Już wykąpana, oglądała OneWorld.
– Poczekaj, Jales, zaraz coś zobaczysz – powiedziała.
Po pewnym czasie znowu wyświetlili pięciosekundowy materiał: sfilmowane na żywo 

samobójstwo na przedmieściach. Domowa kamera utrwaliła tragedię dla DramaNetu.

– Niesamowite efekty – westchnęła. – Bardzo realistyczne.
Ze ściśniętym sercem obejrzałam migawkę autentycznych obrazów. Ze wstrętem zdjęłam 

dłoń z jej ramienia. Nie widziała różnicy.

Pozostałości mojego pożądania umarły ostateczną, gwałtowną śmiercią, kiedy chłonęła 

telewizyjne reklamy.

– Zawsze marzyłam o aktorstwie – zwierzyła mi się.
– Chyba ci się udało.

background image

Wyszłam i wolnym krokiem wróciłam do siebie.
W sumie, czy powinnam się dziwić? Ślicznota była zwykłym przedstawicielem swojego 

pokolenia, które nie odróżniało rzeczywistości od konfabulacji. Zresztą nie zależało jej na 
prawdzie.

Odwiedziła mnie parę minut później.
– Czymś cię uraziłam?
Nie odpowiedziałam. Na moim łóżku pojawił się komplet obcisłej koronkowej bielizny. 

Obie gapiłyśmy się na nią, jak gdyby siedziała tam trzecia osoba.

– Merv!
Zareagował natychmiast, jakby tylko na to czekał.
– Delly powiedział, że za pół godziny masz być gotowa do rozmowy.
Ślicznota   jęknęła   i   pobiegła   zebrać   swoją   kolekcję   dezodorantów   i   akcesoriów   do 

makijażu. Wróciła objuczona erotycznymi gadżetami i pomruczała nad bielizną.

– Delly ma świetny gust.
Zerknęłam   z   niechęcią   na   koronkowy   brokatowy   gorset.   Nie   znoszę   takiej   uprzęży. 

Rozumiem paski na nóż i pistolet, ale to?

– Wszystko zależy od tego, w jakim stylu to zdejmiesz – wyjaśniła.
– Mówisz o striptizie?
– Tutaj mówimy: odsłona. Pewne rytmiczne ruchy zwiększają wytwarzanie feromonów.
Nie chciałam pozbawiać ją złudzeń, ale żadne odsłony nie wchodziły w rachubę. Miałam 

tylko wyglądać w oczach Monka na apetyczną lalę, żeby mnie zatrudnił i żebym wreszcie 
mogła wynieść się stąd w czorty.

Ślicznota zakołysała biodrami i rozpoczęła instruktaż zdejmowania koszuli. Nim rozpięła 

guziczki, z nudów bawiłam się palcami. Widać wyczuła moje nastawienie, bo westchnęła i 
zakończyła lekcję.

–  Monk   zjadł   zęby   na   afrodyzjakach,   ma   wyśrubowane   wymagania   i   niełatwo   go 

pobudzić.   Musisz   odnaleźć   w   sobie   coś,   co   wspomoże   chemię,   swój   znak   towarowy.   – 
Obrzuciła   mnie   niemalże   tęsknym   wzrokiem.   –   W   twoim   przypadku   będzie   to   pewnie 
skłonność do przemocy.

Nim zripostowałam, przerwał nam Merv:
–  Powiedz Lamowi, Śliczna, żeby zaprowadził Jales do sensorium. Połączenie nastąpi 

wcześniej, niż przypuszczaliśmy. – W jego głosie znowu słychać było nerwowość.

– Jakiś problem? – spytałam.
– Milicja próbuje cię namierzyć, Plessis – wdał się w rozmowę Burżuj. Wiedzą, że jesteś 

w Vivie...

– Ty gnojku! – ryknęłam. – Mieliśmy układ...
– Traktuj to jako środek dopingujący. Albo skaptujesz Monka, albo oddam cię w ręce 

milicji. Nie pozwolę, żeby zamknęli mi klub za udzielanie gościny zabójcom dziennikarzy.

background image

Otworzyłam usta, żeby się odgryźć, ale zrezygnowałam. Dowodzenie swego mijało się z 

celem. Burżuj Deluxe niczym się nie różnił od innych graczy na scenie tego świata. Chował 
asy w rękawie. Pchał do przodu swój wózek. Wisiało mu, kto zamordował i kto został zabity. 
Po prostu chciał zgarnąć wygraną.

Zaczęłam się wpychać w brokatową uprząż.
– Parrish Plessis to ty? – zapytała Ślicznota.
– Tak się składa. Wybacz. – Nie miałam zwyczaju nikogo przepraszać, że jestem tym, 

kim jestem, ale czułam, że coś jej się należy.

Uśmiechnęła się szeroko.
– Nie szkodzi. To jest nawet sexi.
W przekonaniu Ślicznoty wszystko było „nawet sexi”.
Wyciągnęła do mnie rękę z plastikowym pierścionkiem.
Uniosłam brwi.
–  Przyjmij to w ramach przeprosin. Serum prawdy. Użyj tylko wtedy, kiedy będziesz 

chciała  się dowiedzieć  czegoś  naprawdę ważnego. Włóż  do ust gagatkowi, resztę zostaw 
ślinie. Moja własna mikstura.

– Wszyscy wiemy, jaką moc mają twoje mikstury.
Uśmiechnęła się żałośnie.
– Czasem potrzebny jest podstęp.
Włożyłam pierścionek na palec i wbiłam w nią wzrok z uczuciem żalu. Nie kochałam 

Ślicznoty, a bez afrodyzjaków nie pociągała mnie aż tak bardzo, lecz niektóre, nawet krótkie 
związki pozostawiają po sobie trwały ślad.

– Nie obiecuję, że zawsze będę pod ręką – oświadczyłam – ale w razie czego możesz na 

mnie liczyć.

Frajerka z ciebie, Parrish...
Ślicznota   zatrzepotała   rzęsami,   żeby   zatamować   łzy,   i   zaczęła   mi   aplikować   świeżo 

przyrządzony afrodyzjak.

–  Za chwilę przyjmuję klienta, więc nie będę przy tobie. Mam nadzieję, że wszystko... 

pójdzie dobrze.

Zastanawiałam się, czy to szczere słowa. Z takimi ludźmi nigdy nie wiadomo. W pewien 

sposób jednak mi pomogła, a takich rzeczy nigdy nie zapominam.

background image

R

OZDZIAŁ

 15

Burżuj przypominał postrzelonego psioszczura, rozpalonego dziką chucią i histeryczną 

wściekłością. Nie zbliżałam się do niego, walcząc z pokusą ukręcenia mu karku.

Założył  filtr na nos, żeby nie ulec moim afrodyzjakom,  i machnięciem ręki kazał mi 

wejść do sensorium.

– Model z najwyższej półki – rzekł spłyconym głosem. – Wierna reprodukcja bodźców 

zmysłowych.   Monk   poczuje   wpływ   twoich   podrasowanych   feromonów,   będzie   mógł 
obserwować   temperaturę   twojego   ciała   i   szerokość   źrenic.   Działaj   z   wewnętrznym 
przekonaniem, inaczej odkryje podstęp.

Rozejrzałam się za Mervem. Siedział w fotelu i trącał talizmany jeden po drugim, jak 

nawiedzony.

– To szyfrowany przekaz na żywo, lecz niektórzy go namierzą i częściowo odczytają. W 

wystarczającym  stopniu, żeby zareagował rynek  akcji. Spisz się, Plessis, bo rzucę cię na 
pożarcie wilkom. Raz ci uratowałem tyłek i na tym poprzestanę. – Po zakończeniu kazania 
zatrzasnął wieko.

Obiecałam  sobie,  że  kiedy odhaczę   Monka,  nie  będę  się  hamować  i  porachuję  się z 

Burżujem. Jakże czekałam na tę chwilę!

Urządzenie się włączyło i setki maleńkich czujników zatańczyły na moim ciele. Robiły 

odczyty. Z zamkniętymi oczami próbowałam myśleć o czymś, co mogło mnie podkręcić.

Bądź naturalna, radził Burżuj. Ślicznota wspomniała o znaku towarowym.
Gdybym chciała zachowywać się naturalnie, dałabym się ponieść wściekłości, frustracji i 

klaustrofobii.   Zostawiłam   w   Trójce   zgraję   nieszczęśników,   którzy   mieliby   przechlapane, 
gdybym zawaliła sprawę i nie rozprawiła się z tymi, co pociągają za sznurki w nadgniłej 
ślicznej Vivie.

Tymczasem zakichana trumna, w której mnie zamknęli, śmierdziała starymi perfumami. 

Szukałam   w   sobie   jakiejś   inspiracji   jak   wtedy  na   granicy,   gdy  przekradałam   się   między 
strażnikami. Pomyślałam o Ślicznocie, jej włosach i tym, jak się wiła pode mną. Zatlił się we 
mnie płomyk pożądania. Próbowałam rozniecić większy ogień, ale tylko zamigotał i zgasł.

W sensorium rozległ się głos:
–  Masz   doskonałe   referencje,   Jales   Belliere,   ale   potrzebuję   czegoś   więcej,   żeby 

background image

ryzykować znajomość z kobietą, która zwraca na siebie tyle uwagi. Mimo krótkiej znajomości 
straciłem już kompaniona, któremu ufałem najbardziej.

Monk? Czy może ktoś z jego świty?
Nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Pod powiekami, w ustach i między nogami czułam 

leciutkie ukłucia czujników.

Zapewne wspomniane „coś więcej” wiązało się z wizytą w miejscu, którego za Chiny nie 

chciałabym odwiedzić.

Loyl-me-Daac. Z rozmysłem oddałam się wspomnieniom o mężczyźnie stojącym nago w 

świetle jupiterów. Który w błogim skupieniu demonstruje swoją męskość. O czym myślał, że 
stanął mu na baczność na oczach gawiedzi? Wyrwało mi się z piersi ciche westchnienie, a 
potem, co było nie do uniknięcia, przypomniałam sobie jego twarz w moich nogach...

... Tyle że miał skrzydła i pławił się w morzu krwi. Wskoczyłam do wody i podpłynęłam do  

niego, lecz fale tak mną kolebały, że nie mogłam go dotknąć.

Chwycił   mnie   i   zaciągnął   na   czerwoną   plażę,   gdzie   wszedł   we   mnie   bez   ceregieli.  

Przeżywałam  kolejne  orgazmy,  póki  piasek  nie  zaczął wżynać  się  w ciało,   a huk  fal  nie 
przerodził się w wołania o pomoc...

Po otrząśnięciu się z majaków gorączkowo łapałam oddech i miałam mętlik w głowie.
– Ciekawe – odezwał się głos. – Powinniśmy się spotkać osobiście.
Pozbierałam się jakoś do kupy.
– Tak... Teraz... Ale nie tutaj... – szeptałam.
Chwila milczenia.
– Za mniej więcej dziesięć minut zostaniesz zabrana z lądowiska w „Luxorii”.
Wypadłam z sensorium prosto pod nogi Burżuja.
– On tu nie przyleci, pindo jedna! – zakwiczał.
Czułam   się   wypompowana,   wkurzona   i   rzygałam   tą   budą.  Burżuj   tylko   markował 

wściekłość, bo przecież sam fakt, że Monk skusił się na jego dziewczynkę – bez względu na 
to, gdzie miało to miejsce – był dla niego wymarzoną reklamą.

– Wszystko ci się pojebało! – wrzeszczał.
Wstałam i chwyciłam go za gardło.
– Tobie się pojebało, mordo zakazana! Tylko spróbuj mnie kiedyś szantażować!
Oczy wyszły mu na wierzch. Widziałam w nich złość i przerażenie.
– Wynoś się stąd! – wycharczał.
Puściłam go, zaskoczona. A więc nie będzie czułego pożegnania? Odprowadzania do 

drzwi, za którymi czeka milicja? Coś mi tu śmierdziało.

Odwróciłam   się   w   stronę   Merva.   Był   spięty   i   nerwowy,   omiatał   monitory   błędnym 

wzrokiem. Na jednym wypatrzyłam pokój Ślicznoty. Wyglądało na to, że nie bawi się dobrze. 
A poznałam to po tym, że w kącie leżał nieprzytomny Gwiazdor.

– Gdzie Ślicznota, Merv?

background image

Burżuj warknął ostrzegawczo.
– Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! Sam tu zadbam o porządek. A teraz jazda stąd, 

nim ktoś rozwali mi klub, żeby cię dorwać.

Obróciłam się i przyjrzałam monitorom na drugiej ścianie. Kamery skrupulatnie śledziły 

teren   wokół   klubu,   zobaczyłam   więc   małe   zamieszanko.   Poznałam   dwóch   goryli 
podlegających rudowłosej kobiecie, którzy zainteresowali się mną w Globe, a na sąsiednim 
ekranie resztę oddziału.

Nie wiedziałam, co to ma wspólnego ze mną i jak tu działają służby porządkowe, ale 

skończyłam z niedocenianiem zagrożenia, jakie wiązało się z moją osobą.

Coś mi mówiło, że znajdę się w krzyżowym ogniu.
Zmądrzej albo cię zdmuchną...
Najmądrzej byłoby dać drapaka, póki Monk na mnie leciał. Niestety, dręczył mnie jeden 

drobiażdżek: w pokoju obok Ślicznota mogła zostać zakatowana na śmierć, a Burżuj nie robił 
nic w tej sprawie.

– Spoko. – Kiwnęłam głową. – Miło było.
Mijając go, pociągnęłam za sobą Merva. Próbował się wyrwać jak ryba na haczyku, ale 

wytargałam go do baru i pchnęłam na drzwi.

– Zamknij! – rozkazałam.
Gapił się i nie ruszał.
– Wiem, że możesz to zrobić. Zamknij je!
Wklepał kombinację cyfr na swojej e-sekretarce. Zamek się zaryglował.
Wrzaski Burżuja przedarły się przez izolację dźwiękochłonną.
Odwróciwszy się, zobaczyłam Lama. A ten czego? Skinął jednak głową na znak, że nie 

będzie się wtrącać, i odszedł. Nie ma to jak połamać gościowi ręce; od razu zmienia swoje 
nastawienie.

Podziękowałam mu w myślach i popatrzyłam na Merva.
– Gdzie Ślicznota? – zapytałam.
Wskazał na korytarz biegnący w przeciwną stronę względem tego, który prowadził na 

lądowisko. Popchnęłam go z lekka.

– Przynieś mi z pokoju walizę. A pilotowi Monka powiedz, żeby na mnie zaczekał.
Pognałam korytarzem w stronę pokojów i przystopowałam gwałtownie, gdy Koreańczyk 

Tae machnął łapą ostrzegawczo. Najwidoczniej, w przeciwieństwie do Lama, nie należał do 
moich fanów.

– Otwieraj drzwi! – rozkazałam.
Dyszał miarowym, zwierzęcym oddechem. Pewnie jechał na prochach.
Skoczyłam z impetem i przygniotłam go swoim ciężarem. Potem prędko cofnęłam się o 

krok i majtnęłam nim o drzwi naprzeciwko. Odbił się od nich (ani wgniecenia), nim runął na 
ziemię.

background image

Przypadłam do drzwi i chwyciłam klamkę, kiedy odezwała się syrena alarmowa. W tym 

momencie skoczył mi na plecy. Znowu go przygwoździłam. Poczułam jego palce na tchawicy 
i potoczyliśmy się po ziemi. Zrobiło mi się czarno przed oczami.

Nagle poczułam, że uchwyt Koreańczyka słabnie. Oderwał się ode mnie.
Merv, skulony z tyłu, trzymał w rękach nóż i moją walizę.
– Helikopter czeka, Parrish – powiedział i zemdlał.
Wstałam i kopnęłam drzwi do pokoju, co okazało się zupełnym niewypałem. Wszystko, 

co robiłam, wydawało się jakieś poronione.

Merv dostał zaćmienia, a ja powinnam już siedzieć w maszynie, która zbiera się do startu. 

Zamiast   tego   szturmowałam  nieustępliwe   drzwi,   spiesząc   z   odsieczą   komuś,   kto 
prawdopodobnie był już martwy.

Zawyłam z wściekłości. Pootwierały się wszystkie drzwi w korytarzu.
– Ślicznocie grozi coś złego! – ryknęłam. – Zna ktoś kod tego zamka?
Nikt   nie   odpowiedział,   wszyscy   patrzyli   na   mnie   z   nieufnością.   Przyskoczyłam   do 

pierwszego lepszego faceta; cały owinął się folią.

– Pomóż mi!
Wyrwał się i podreptał z powrotem.
Nie   miałam   do   nich   pretensji.   Musiałam   wyglądać   jak   wariatka.   Nie   prezentuję   się 

najkorzystniej w brokatowej uprzęży.

Zbliżyła się do mnie filigranowa, niedojrzała dziewczyna, towarzysząca gościowi jeszcze 

większemu od Mamy, dobrodusznego wielkoluda z Fishertown.

– Znasz kod? – zapytałam błagalnym tonem.
Była zdezorientowana.
– Gdzie Delly!? Gdzie Gwiazdor!? – przekrzyczała odgłos alarmu.
– Gwiazdor nie żyje. Ślicznotę spotka to samo, jeśli tam zaraz nie wejdę.
Inni ostrzegali ją głośno, ale zignorowała ich i podbiegła do drzwi, żeby odbić dłoń.
Potrąciłam ją, pakując się do środka. Ślicznota siedziała przywiązana do krzesła, naga i 

nieprzytomna. Powyrywano jej całymi garściami kępki ślicznych włosów.

Jakiś   przyjemniaczek   wyrywał   jej   zęby   wędkarską   kotwiczką.   Krew   płynąca   z   ust 

zbierała się na podłodze i tworzyła kałużę wokół drobnych stóp Gwiazdora.

W   życiu   nikomu   tak   brutalnie   nie   przygrzmociłam   z   bani   jak   jemu   w   tej   chwili. 

Rozcięłam sobie skórę na czole, ale zanim krew spłynęła do oczu, leżeliśmy na ziemi – ja z 
rękami zaciśniętymi na jego krtani.

Czas zaczął płynąć wolniej. Zauważyłam mnóstwo szczegółów. Rzęsę wytatuowaną z 

boku   na   szyi   drania,   zapach   afrodyzjaków,   ledwie   wyczuwalny   puls   w   skroni,   jego 
podniecenie i przestrach. No i wymęczony oddech Ślicznoty.

Ze złości pociemniało mi w oczach. Jeśli zostanę i zabiję go powolutku, na co miałam 

wielką ochotę, resztę życia spędzę w miejskim mamrze. Jeśli teraz odejdę, nadal będę miała 

background image

szansę wypełnić swoją misję.

Ale   to,   co   zrobił   Ślicznocie,   było   czystym   objawem   zezwierzęcenia.   Pięknej, 

uwodzicielskiej, przyprawionej afrodyzjakami Ślicznocie... Głos rozsądku z trudem przebijał 
się przez ryk adrenaliny, krążącej moimi żyłami.

Ciężko dysząc, zabrałam sznur leżący na brzuchu niepozornego Gwiazdora i związałam 

bydlaka. Potem zaciągnęłam go do okna i rozwaliłam blokadę. Po chwili klient dyndał na 
zewnątrz. W najgorszym razie odwróci ode mnie uwagę, w najlepszym – puszczą węzły.

Nie   patrzyłam   na   Ślicznotę.   Nie   mogłam.   Zamiast   tego   na   odchodnym   dopadłam 

dziewczynę.

– Zawołaj lekarza!
Kiwnęła głową i pobiegła korytarzem. Ogarnęłam spojrzeniem twarze ciekawskich. W 

większości gapili się w ziemię, niektórzy tylko zerkali na Ślicznotę. W tej sytuacji słowa były 
zbędne.

* * *

Płyta  lądowiska akurat  się składała,  kiedy z impetem  minęłam  drzwi. Zatrzymała  się 

jednak:   procedura   bezpieczeństwa   uniemożliwia   złożenie   się,   kiedy   przebywają   na   niej 
ludzie.

Pilot śmigłowca dostrzegł moje podrygi. Dałam mu sygnał, żeby zawrócił. Odpowiedział 

gestem mówiącym „Niemożliwe”. Wskazał na dół i dał znak palcami, że mam dwie minuty, 
by wyleźć z tego bagna.

Niżej po ścianie budynku wspinał się uzbrojony pełzacz.
Z walizą przyciśniętą do piersi cofnęłam się ostrożnie do konsolety i zaczęłam gmerać w 

procedurach. Na nieszczęście moje postępy z centralki Merva monitorował Burżuj.

Włączyłam duży, odporny na działanie pogody ścienny wyświetlacz i huknęłam:
– Burżuj, rozłóż płytę! Tylko w ten sposób się mnie pozbędziesz!
– Wyrzuciłaś jednego z moich najlepszych klientów z okna na sto pięćdziesiątym piętrze. 

Przychodzą mi do głowy ciekawsze sposoby pozbycia się ciebie.

– On zabił Gwiazdora. Równie dobrze mógł zabić Ślicznotę. Nie wiedziałam, że jesteś 

właścicielem rzeźni.

– Nie pieprz mi tu o rzeźni, szmato! Prowadzę interesy. Zapłacił i miał prawo to zrobić. 

Poza tym, należała jej się nauczka.

Zatrzęsłam się z wściekłości. Miałam ochotę wrąbać się tam i zadławić wieprza!
– Rozłóż płytę, to nie powiem Monkowi, co się tu wyrabia. Nie ucierpi twój wizerunek. – 

I tak w swoim czasie wyślę cię do diabła, dodałam w duchu.

Parsknął zwariowanym, jadowitym śmiechem.
–  Naprawdę myślisz, że obchodzą go takie duperele? Gdzieś ty się chowała od czasu 

background image

potopu? Niczego nie kapujesz.

– Jedno wiem na pewno: jeśli nie pozwolisz mi  lecieć helikopterem,  będę zmuszona 

wrócić po ciebie.

Teraz już pękał ze śmiechu.
Silnik   helikoptera   zawarczał   innym   tonem,   kiedy   maszyna   zaczęła   odsuwać   się   od 

budynku.

Moja  desperacja  sięgnęła  zenitu.  Szaleńczo   pomachałam  do  pilota,   dając  znaki,   żeby 

zrzucił linę. Ustawił maszynę na równi z lądowiskiem, kilka metrów od krawędzi, i zaczął 
rozmawiać przez telefon.

Wysypałam na płytę zawartość walizki i wygrzebałam skórzany top. Wbiłam się w niego 

błyskawicznie,   a   potem   już   –   wciąż   w   erotycznej   uprzęży,   z   rozwianym   włosem   – 
przygotowałam się do akcji. Przerabiałam to już całkiem niedawno, kiedy bałam się umrzeć 
na golasa.

Przebiegłam   sześć   kroków   lamparcim   susem,   lecz   w   ostatniej   sekundzie,   tuż   przed 

wybiciem się, zrezygnowałam. Za daleko, nie dam rady...

Stałam nad przepaścią, słysząc tylko jedną myśl w głowie: Nie zginę tutaj, nie zginę...
Pilot   wzruszył   ramionami   i   zdecydował   się   odlecieć,   lecz   w   tym   momencie   na 

krawędziach płyty zamrugały światła. Szarpnęło i zaczęła się rozkładać. Pilot zauważył to i 
zawrócił.

Pojazd dotknął płyty i uniósł się bez chwili zwłoki. Zdążyłam się chwycić elementów 

kadłuba i wdrapać do kabiny – bez wdzięku, jakim powinna urzekać amorato, jeśli nie liczyć 
golizny.   Usadowiłam   się   obok   pilota   i   spojrzałam   przez   szybę.   Ścienny   wyświetlacz 
pokazywał centralkę Merva, pełną amoratos. Ucieszył mnie zwłaszcza widok dwóch osób: 
owiniętego bandażami Misia Mięśniaka i nieletniej dziewczyny z wyprostowanym kciukiem.

Z radości skręcało mnie w żołądku, miałam ochotę śmiać się na całe gardło.
A więc przewrót.

background image

R

OZDZIAŁ

 16

I   zaskoczenie.   Pilot   okazał   się   kobietą.   Rosłą,   barczystą,   obdarzoną   twarzą,   z   którą 

mogłaby rozstrzygnąć Armagedon. Wcale nie w pokojowy sposób.

– Dzięki, żeś... że pani zaczekała.. – Powstrzymałam się od swojej zwykłej gadki, bo nie 

chciałam rezygnować z kamuflażu.

Zerknęła na mnie z ukosa. I ani słowa.
– Ma pani coś, co mogłabym na siebie włożyć?
Tym razem wzruszenie ramion.
– Może z tyłu.
Pogrzebałam za fotelem, gdzie znalazłam kurtkę przeciwdeszczową. Trochę staromodną, 

ale na pewno sprawiającą lepsze wrażenie niż potargana i zakrwawiona bielizna.

Wcisnęłam się w nią po zapięciu topu. Nareszcie byłam na tyle spokojna, żeby rozejrzeć 

się po kabinie.

Helikopter był na tyle duży, że mógł uchodzić za luksusowy, a jednocześnie na tyle mały, 

by   zachować   zwrotność.   Po   raz   pierwszy   siedziałam   na   fotelu   pasażera   jak   normalny 
człowiek. Nie wisiałam uczepiona ogona i nie próbowałam sama pilotować diabelstwa.

Tak czy owak, nadal z największą odrazą odrywałam stopę od twardego gruntu. Bóg 

mógł poprzestać na obdarowaniu nas skrzydłami, czemu dorzucił silniki?

Bóg? A to ciekawe. Nie zastanawiałam się nad koncepcją istnienia istoty wyższej, odkąd 

mój kult wielkiego porąbanego wombata okazał się niczym innym, jak oddawaniem hołdu 
zdegenerowanemu szajbusowi. Musiałam nauczyć się dokonywać mądrzejszych wyborów, to 
fakt. Zaczynając od zaraz.

Rozsiadłam się w fotelu.
– Wygodnie ci? – zapytała pilotka.
– Nieźle. – Kiwnęłam głową z półprzymkniętymi oczami.
Wtem rozległ się cichy chrzęst. Na moją głowę i ramiona opadła siatka obezwładniająca, 

która paraliżowała ruchy skuteczniej niż erotyczne uprzęże w „Luxorii”.

Wiłam się i szarpałam.
– Co jest?!
– Nie ruszaj się, bo się udusisz.

background image

Pięknie... Jeszcze nie nacieszyłam się uczuciem ulgi, a już taka wtopa. Pomimo ostrzeżeń 

pilotki mocowałam się z siatką, ale tak się skurczyła, że ledwie mogłam oddychać. W końcu 
jakoś zdołałam się uspokoić.

Pod nami  rozpościerało  się  miasto.  Wykańczane  chromem  gmachy  i migoczące  nitki 

kanałów raziły oczy ostrym blaskiem. Viva jest olbrzymim molochem, ale w tamtej chwili 
równie dobrze mogła być mniejsza od Trójki i Torleya. Wszyscy mnie znali. Każdy chciał 
mnie przydybać.

Ponownie przymknęłam oczy, lecz nie chciały być długo zamknięte.
Helikopter  gwałtownie  zanurkował  i  zaczął   wyczyniać   cyrkowe  akrobacje  w  gąszczu 

innych pojazdów.

Znowu syreny. I jakieś gorączkowe ostrzeżenia kontroli ruchu w eterze. Zlekceważone 

przez pilotkę.

– Co... robisz? – wychrypiałam.
Nie   odpowiedziała,   ale   po   kropelkach   potu   nad   ustami   poznałam,   że   ma   się   czym 

przejmować.   Wykręcałam   szyję   ile   się   dało,   aż   dostrzegłam   kontury   śledzącego   nas 
reporterskiego śmigłowca.

Pilotka   z   końską   szczęką   postanowiła   zaryzykować:   wyleciała   z   szeregu   pojazdów   i 

wpadła w kontrolowaną przestrzeń. Natychmiast pojawił się milicyjny nietoperz, machający 
nam   pod   nosem   śmigłami   z   tytanu   i   włókien   szklanych.   Nie   strzelano,   ale   próbowano 
napędzić nam strachu. Centrum kontroli ruchu napominało nas coraz natarczywiej. Jeszcze 
dwie minuty, powiedzieli, potem nas zdmuchną.

Pewnie blef, pomyślałam. W dole tętniło serce Vivy. Długie szeregi bogatych rezydencji. 

Dziurawienie starannie utrzymanych trawników kawałkami śmigłowca nie uszłoby płazem 
winowajcom.

Pilotka najwyraźniej wychodziła z tego samego założenia, bo trzymała się planu, mimo 

że milicyjny nietoperz deptał nam po piętach. Jednakże śmigłowiec dziennikarzy, zapewne po 
instrukcjach z bazy, odskoczył od nas i zniknął w strumieniu innych maszyn.

Jednego mniej.
Zastanawiałam   się,   co   w   tej   sytuacji   poradzić   pilotce,   lecz   ta   rozpoczęła   procedurę 

lądowania.   Cała   ta   sytuacja   przywoływała   dawne   wspomnienia.   Wyspa   M’Grey.   Kurde 
balans!

Popatrzyłam w dół. Pływający most cumował jak zwykle w dzień, lecz nie zmierzaliśmy 

w jego stronę. Pilotka  musiała  mieć  doskonałe  przepustki, bo bez wahania  śmignęła  nad 
dawną posiadłością Razz Retribution, prosto nad kanały. Nietoperz zatrzymał się na granicy 
wyspy.

Odetchnęłam głęboko, na ile pozwalała siatka obezwładniająca.
Opadaliśmy szybko. Zamrugały lampki systemu ochronnego i już po chwili lądowaliśmy 

na płaskim,  okrągłym  skrawku ziemi  w  obrębie pałacu.  Najprawdziwszego pałacu! Jasna 

background image

cholera, czego ode mnie chce rodzina królewska?

Pilotka  przytknęła  mi  do piersi  krótką,  ładniutką  berettę,  odczepiła  siatkę  od fotela  i 

jednym energicznym ruchem wypchnęła mnie z kabiny. Próbowałam uciekać, ale krępowała 
mnie siatka. Chwyciła jej skraj i bez ceregieli zaciągnęła mnie do stonogi z otwartym dachem. 
Następnie wrzuciła mnie na tylne siedzenie i z nieprzyjemną chrypą kazała się nie ruszać.

Czułam narastającą  panikę.  Tym  razem  nie miałam  pod ręką  Loyl-me-Daaca  i Ibisa, 

którzy wyratowaliby mnie z opresji. Nikt z tych, którym na mnie zależało, nie miał pojęcia, 
gdzie jestem. Kiedy ostatnio przebywałam na wyspie M’Grey, zastawiono sidła, żeby wrobić 
mnie w zabójstwo Razz Retribution. O nie, nie czułam się tutaj komfortowo.

Eskaalim   puchł   jak  gigantyczny   kleszcz,   szarpał   mi   wnętrzności   swoimi   szczypcami. 

Zawędrowałam do tego samego ciemnego lochu, w którym tkwiłam, kiedy dyrygował mną 
Jamon.

Jakby mi ktoś obuchem przywalił. Kopnęłam pilotkę w tył  głowy obcasami. Stonogą 

zarzuciło,   skręciła   w   stronę   niskich   zabudowań.   W   przypływie   szaleństwa   czekałam 
niecierpliwie,   aż   się   zderzymy   i   oboje   zginiemy.   Ktokolwiek   polował   na   mnie   z   taką 
zawziętością, musiałby obejść się smakiem.

Pilotka wyciągnęła rękę, żeby mnie przytrzymać, ale kiedy stonoga grzmotnęła w ścianę, 

umknęłam w bok. Czekałam na unicestwienie... lecz nie nadchodziło. Ugrzęzłam do góry 
nogami, opędzając się od dzikich myśli.

Sięgnęły po mnie czyjeś grube ręce. Pokąsałam je. Usłyszałam przekleństwa. Na koniec 

poczułam ucisk dermy. Nie trwało to długo.

* * *

Pomieszczenie, w którym się obudziłam, znajdowało się w piwnicy i było mało gościnne, 

prawie puste. Karimata,  przepaścisty kredens i ekran komu. Zero okien, zero naturalnego 
światła.

Ucieszyłam się tylko z jednego powodu: ktoś owinął mnie płaszczem.
Oby   tylko   nie   ona.   Moja   przyjaciółka   pilotka   stała   w   drzwiach   ze   skrzyżowanymi 

ramionami. Przyjrzałam jej się uważniej. Miała wydatną, kwadratową szczękę i mogłaby się 
wydawać dobrotliwą mamuśką, gdyby nie paralizator za pasem, kabura przycupnięta obok 
baloniastego cyca i wypchane muskuły.

Przygotowałam   się   na   kilka   czarnych   scenariuszy,   w   których   główną   rolę   grał   mój 

porywacz. Prawda okazała się jednak wstrząsająca.

– Cześć, Parrish.
Dziewczynka weszła po cichu, prawie z nieśmiałością. Blada, niewysoka, krótko obcięta, 

ubrana   w   skrojone   na   miarę   eleganckie   ciuchy.   Wyważony   głos   i   pewien   męski   rys. 
Zwróciłam uwagę przede wszystkim na oczy: wielkie brązowe tęczówki i ledwie widzialne 

background image

białka. I na bezprzewodowy wszczep za uchem, wyglądający na jubilerską ozdobę.

Znowu ktoś, kto mnie zna... Tylko kto?
–  Przepraszam za tę siatkę, ale Mal, twoja pilotka, uważa, że powinnaś nas wysłuchać, 

zanim zgodzimy się ją zdjąć.

Zgodzimy się? Hm...
Wydałam z siebie coś między chrząknięciem i prychnięciem, mierząc pilotkę zabójczym 

wzrokiem. Nie zadrżały jej nawet włoski na podbródku.

Dziewczynka tymczasem z rękami przyciśniętymi do ciała obchodziła mnie wkoło, jakby 

nie   wiedziała,   z   której   strony   się   do   mnie   dobrać.   Jej   ręce   były   zresztą   jakieś   dziwne. 
Poruszały się nerwowo, jakby miały innego właściciela.

Budziły   się   we   mnie   alarmujące   wspomnienia   pewnej   mizeroty,   która   żywiła   się 

odpadami   wyrzucanymi   na   śmietnik   przez   Muenów.   Dziecka   uprowadzonego   przez 
interrogatora, a później adoptowanego przez bankierską arystokrację jako chwyt reklamowy. 
Szukałam jeszcze innych podobieństw, ale nadaremnie.

Niemożliwe...
Dziewczynka zdobyła wykształcenie i zachowaniem naśladowała osoby znacznie starsze. 

Imię samo wydarło się z moich ust:

– Bras?
Przystanęła z niewzruszoną miną.
–  Owszem,   Bras.   –   Stuknęła   w   posrebrzane   bezprzewodowe   łącze.   –   Moduł 

przyspieszonej nauki i implant wychowania społecznego. Imię rzeczywiście się zgadza.

Moje serce zabiło żywiej, a po ciele rozeszło się mdłe ciepło.
– Myślałam o tobie. Co się z tobą działo?
Zmarszczyła czoło, zniesmaczona moją sentymentalnością.
– Słyszałam o tobie.
–  Niby co? – zapytałam wyzywająco. – No i skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać? – 

Ciekawe, co sobie pomyśli James Monk. Że zwiałam?

– Śledziliśmy cię – stwierdziła bez ogródek, jakby zbędne były dalsze tłumaczenia.
Czyżby cały zafajdany świat chciał wiedzieć, co porabiam?
–  Powiedz, czemu zmieniłaś... powierzchowność? – Mówiąc to, zrobiła przerwę, jakby 

szukała   odpowiedniego   słowa.   Może   wszczepiła   sobie   taki   sam   obciachowy   moduł 
lingwistyczny?

Zmarszczyłam swoje poranione czoło. Krew zdążyła już skrzepnąć, rana się zabliźniała. 

Błysnęłam uśmiechem, mimo że Bras zachowywała się poważnie.

– Nie miałam wyjścia. Za dobrze tu znają mój codzienny wizerunek.
Namyślała się przez chwilę i wreszcie kiwnęła głową ze zrozumieniem.
Dzieciak   kazał   mnie   skrępować   jak   prosiaka,   więc   teoretycznie   powinnam   być 

wnerwiona. A jednak czułam ulgę. Coś mi szeptało, że jeśli zaliczę test, wszystko się ułoży.

background image

– Usiądź – powiedziała.
Mal   wyczarowała   krzesło.   Pchnęła   mnie   palcem   i   poleciałam   na   siedzenie.   Z   tym 

babskiem wolałabym nie brać się za bary. Niewykluczone, że w zapaśniczym ringu oparłaby 
się Mamie.

Skuliłam się na krześle, przygnieciona zmęczeniem, jakby ktoś przykrył mnie kocem i 

wyłączył światło. Spod wpółprzymkniętych powiek obserwowałam Bras, która wymruczała 
coś do telefonu. Po chwili na ekranie wyświetlił się zmontowany materiał. Wyprostowałam 
się jak rażona piorunem.

Znowu Trójka. Nie tylko Trójka, ale i Mo-Vay. Dzika technologia, ropiejące pęcherze, 

trupy   oblezione   pełzakiem.   Obrazy   kłuły   niczym   noże   Wspólnoty   Coomera.   Chyba 
pojękiwałam. Widok Mo-Vay zdarł ze mnie nieprzeniknioną od dawna maskę obojętności. 
Zapiekło mnie łuskowate znamię na policzku.

Straciłam   tam   Gurka.  Sama   prawie   zginęłam.   Mo-Vay,   wczasy  w   piekle.   Przedsmak 

życia,   jakie   byłoby,   gdyby   nie   moja   interwencja.   Tamte   wspomnienia   stale   mnie 
prześladowały, nie pozwalały zapomnieć.

Pamiętaj, człowieku...
– Skąd to wzięłaś? – wydyszałam.
– Zapłaciliśmy... reporterowi, żeby zebrał materiał. Niestety, jest tego znacznie więcej i 

nie   tylko   my   posiadamy   kopię.   Program   ukaże   się   na   święta   w   OneWorldzie.   Sera   Bau 
zamierza pogrążyć Jamesa Monka.

– Co ty gadasz?! – krzyknęłam. Wokół mnie fruwały strzępy informacji, ale nie mogłam 

ich uchwycić.

– Zastanów się – odpowiedziała. – Co w czasie świąt ma najwyższą oglądalność?
Puk, puk...
– Igrzyska PanSatu?
Pokiwała głową.
–  Sera   Bau   zebrała   ponad   dwanaście   godzin   materiału.   Programy   sportowe   Monka 

dostaną ostro po dupie. – Z jednej strony grzeczny ton, z drugiej niewybredne słowa.

Zatrzymała   film,   by   zastąpić   go   portretem   mężczyzny   i   kobiety.   Lekko   powiększyła 

mężczyznę.

Patrzyłam załzawionymi oczami na okrągłą, nadętą twarz.
–  James   Monk.   Udziały   w   projekcie   Brilliance.   Sportowy   MI.   To   znaczy   menedżer 

informacji – rzuciła tytułem wyjaśnienia. Wskazała stojącą przy nim rudowłosą kobietę o 
delikatnej cerze. – Sera Bau, menedżer informacji, DramaNews. Do tego spore udziały w 
projekcie Brilliance.

Przyglądałam   się   Serze.   Kobieta   z   holu   w   InterGlobe   była   tą   samą   osobą,   która 

sponsorowała   Ikea   w   Mo-Vay.   Dała   mu   wolność,   żeby   na   potrzeby   telewizji   dokonał 
makabrycznych rzeczy – potworności mających odwrócić uwagę widzów od największego 

background image

wydarzenia roku: dwutygodniowych igrzysk PanSatu.

Na myśl o tym szatańskim planie aż coś we mnie wzbierało.
–  Wiem   od   swojego   informatora,   że   James   Monk   był   jednym   ze   sponsorów   tych 

ohydnych badań.

Bras spojrzała na mnie z taką samą odrazą, z jaką czasem patrzył na mnie Burżuj.
– Masz złych informatorów.
Jej pewność siebie udzieliła się i mnie. Może przez podejrzenia, które od dłuższego czasu 

żywiłam wobec Merry3? Zaufana przyjaciółka, dobre sobie! Gdy tylko znajdę wolną chwilę, 
zresetuję durną e-sekretarkę!

Bras   przymknęła   powieki   i   zakołysała   się   na   palcach   nóg.  Schowane   oczy   drgały,   z 

kącika ust ciekła ślina.

Mal w okamgnieniu stanęła przy dziewczynce. Wytarła jej usta, nałożyła maskę na nos i 

uspokajająco   pogłaskała   ją   po   plecach.   A   potem   odwróciła   się   do   mnie   z   miną 
rozwścieczonego rodzica.

– Stresujesz dziecko!
Że co? Już miałam dopiec babie ciętym komentarzem, gdy raptem Bras otworzyła oczy. 

Patrząc, jak wolno skupia wzrok, dostrzegłam w niej coś, co budziło we mnie chęć ucieczki.

– Czy Razz Retribution pracowała dla Bau? – zapytałam.
– Mal... powie ci... więcej... – wydukała.
Kobieta dźwignęła ją na ramiona i delikatnie ułożyła na karimacie. Potem skierowała na 

mnie swoją uwagę.

– Sera Bau dowiedziała się, że pilotka szpiegusa, Razz Retribution, przekazała pieniądze 

na ciekawy projekt genetyczny. Ukartowała kradzież. Bandyta, który siebie nazywał Dr del 
Morte, zgarnął kasę i zrobił z niej użytek. – Mówiła beznamiętnie, jakby tajemnicze sprawy, 
które   były   jej   znane,   niezbyt   ją   interesowały.   Interesowała   ją   przede   wszystkim   blada   i 
wpółprzytomna dziewczynka, leżąca przed nią na karimacie.

Trawiłam nowinę kawałek po kawałku i po raz pierwszy od dawien dawna elementy 

układanki zaczynały do siebie pasować.

Mai tymczasem ciągnęła:
–  Zostałaś  wrobiona w zabójstwo Razz Retribution,  a Bau zaczęła  robić film,  dzięki 

któremu przez rok będzie królowała w rankingach.

– Czemu akurat ja?
Bras wsparła się na drżącym łokciu.
–  Dla   wygody.   Musiał   to   być   ktoś   wiarygodny,   pozbawiony   skrupułów.   Ktoś,   kogo 

spokojnie można odstrzelić.

Kiedy to mówiła, nasunęło mi się skojarzenie z Daakiem. Podobnie jak on, wygrzebała 

się z dna na samą górę. Z czymś takim zawsze wiąże się cierpienie.

– A więc to Sera Bau zamordowała Razz? – zapytałam.

background image

Kiwnęła głową, lecz głos zabrała Mal:
– Oczywiście nie własnoręcznie. Nic jej nie można udowodnić. Dlatego musisz przyjąć 

naszą propozycję.

– To znaczy czyją?
– Mojej rodziny – wyszeptała Bras.
Mai   obeszła   mnie   i   stanęła   pod   drzwiami.   Jak   na   komendę,   wtoczył   się   do   środka 

automatyczny   zespół   podtrzymania   życia.   Siedział   w   nim   łysy   mężczyzna   z   wyraźną 
nadwagą. Z włosów prószyło mu się na ręcznik, zakrywający ramiona. Oczy były pożółkłe, 
lecz   patrzyły   bystro   na   świat.   Za   nim   wmaszerowała   kopia   Mal,   może   trochę   starsza   i 
większa.

–  Parrish,   przedstawiam   ci   Gerwenta   Bana.   Króla   Vivy   wraz   z   peryferiami. 

Dziedzicznego prezesa Rady ds. Transakcji Elektronicznych.

RTE. Tygrysy bez zębów, tak o nich mówił mój ojczym Kevin. Resztki starego związku 

bankowców. Równie tajemniczego, co niegdyś masoni. Śpią na pieniądzach, ale nie mają 
władzy. I to ma być Gerwent Ban?

Czułam   się   oszukana.   Nie   widziałam   w   tym   człowieku   nic   specjalnego,   nic 

egzotycznego...   jeśli   nie   liczyć   kosztownej   aparatury   medycznej.   Bez   niej   już   dawno   by 
wykorkował.

Zastanawiałam się, czy na znak szacunku nie powinnam udawać pokornej.
E tam!
Gerwent odnalazł wzrokiem dziewczynkę na karimacie.
– Źle się czujesz, dziecko?
– Nie, ojcze. – Odwróciła się na bok, w stronę ściany.
Ojcze?
Gapiłam się na wątłego Bana i nie wierzyłam własnym oczom. Całkiem niedawno Bras 

została wywieziona do Vivy i na potrzeby reklamy adoptowana przez królewską rodzinę. Co 
się wydarzyło, że zaczęła traktować jak ojca tego wrednego wapniaka?

–  Panno   Plessis,   umiesz   po   mistrzowsku   skupić   na   sobie   uwagę   –   odezwał   się 

zaskakująco silnym głosem. Pewnie wzmocnionym i modulowanym przez procesor w wózku, 
bo wyglądał mi na cherlaka, który po pierdnięciu pada z wyczerpania.

Zgięłam palec – jedyną część ciała, którą kontrolowałam w stu procentach – i wypaliłam 

bez namysłu:

– Czy król ma obowiązek porywać porządnych obywateli?
Zaśmiał się, co zabrzmiało jak charczenie uszkodzonego wentylatora. Podjechał do mnie 

na wózku. Tuż za nim stały Mal i jej sobowtór.

– Król ma wiele obowiązków. Poza tym, Parrish, ty już od wielu lat nie zaliczasz się do 

porządnych obywateli.

Z tym musiałam się zgodzić.

background image

Kiwnięciem głowy wskazałam kamery na suficie i dwie przypakowane strażniczki.
– Rozwiążcie mnie. Czego się boicie?
– Chyba tego, co tak się ludziom w tobie podoba. Nieprzewidywalności.
Tym razem to ja się roześmiałam, gdy z taką finezją połechtał moje ego. Może jeszcze nie 

był jedną nogą w grobie.

Posłuszna jakimś niemym rozkazom, Mal podeszła i mnie uwolniła.
Roztarłam   ręce   i   nogi,   żeby   przywrócić   krążenie   krwi,   ale   nie   wstawałam.   Byłam 

zaintrygowana.   Król   Gerwant   Ban   miał   dla   mnie   jakieś   zadanie,   więc   chciałam   się 
dowiedzieć,   na   czym   polega.   Kiedy   po   raz   pierwszy   w   tej   grze   rzuciłam   kostką,   nie 
wiedziałam,   że   sprawy   przybiorą   tak   przedziwny   obrót.   Ciekawił   mnie   dalszy   rozwój 
wydarzeń.

Odetchnęłam głęboko.
– Bras twierdzi, że szykuje się rewolucja. Jak pan to sobie wyobraża? – Nie zamierzałam 

niczego owijać w bawełnę, zwłaszcza że i ze mną nikt się zbytnio nie pieścił.

– Masz świadomość, że przekazy medialne nadzoruje Brilliance, sztuczna inteligencja o 

rzekomo   niewyczerpanych   możliwościach   sortowania,   selekcjonowania   i   przetwarzania 
informacji?

– Tak, słyszałam o tym.
–   Nieprzypadkowo   użyłem   słowa   „rzekomo”.   Podejrzewa   się   bowiem,   że   nie   jest   to 

sztuczna   inteligencja,   że   w   grę   wchodzi   biologiczny   komponent,   prawdziwa   świadomość 
sprzężona z procesorowym edytorem.

Przypomniała   mi   się   reakcja   Merva,   kiedy   rozmawialiśmy   o   Brilliance.   Facet   coś 

wiedział.

– Ma pan na myśli czyjś mózg?
– Otóż to.
Zabębniłam palcami po krześle.
– Nie lepiej po prostu strzelić w łeb?
Słysząc tę sugestię, Ban wydał z siebie dziwny, zduszony odgłos.
– Być może rozważymy takie rozwiązanie... jeśli zlokalizujemy mózg.
– Nie namierzyliście go?
– Nie. – Skrzywił się.
– A więc jakie są plany?
–   Prawdopodobnie   hybrydowy   układ   rozstraja   się,   złożone   procesy   edycyjne   blokują 

funkcje myślowe.

– Co na to menedżerowie informacji?
–   Nic.   Zasoby   emitowanych   materiałów   są   tak   wielkie,   że   praca   ludzi   byłaby 

nieefektywna   i   nieopłacalna.   Brilliance   była...   jest   oszczędnym   i   wydajnym   narzędziem, 
rewolucją w sposobach komunikowania. Opracowała szybkie techniki edycyjne, zupełnie dla 

background image

nas niezrozumiałe. Restart na pewno by osłabił system.

– I właśnie do tego pan zmierza? Do sparaliżowania przemysłu medialnego?
–  Krótko   mówiąc,   tak.   Pozwólmy   Monkowi   i   Serze   Bau   zabijać   się   o   procenty 

oglądalności, niech z powodu przeciążenia i stresu organiczne podzespoły Brilliance doznają 
udaru.

–   Czyli   czego?   –   Nastąpi   uproszczenie   i   skrócenie   przetwarzanych   informacji, 

dopasowanych dla największych kretynów? Kurna, jeśli tak, to zasługiwałam na medal za 
działalność wywrotową.

– Chodzi o to, żeby wystąpił krwotok w mózgu.
– Jeśli sabotaż się powiedzie, co dalej?
– Kiedy unieszkodliwimy Brilliance, przywrócimy wcześniejsze metody. Swoje miejsce 

w sieci znowu znajdą rzetelne,  nieocenzurowane  programy informacyjne. Odtworzymy  w 
kraju system polityczny.

– Niech zgadnę: nadzorowany przez Radę?
Bras usiadła na karimacie z kolanami podciągniętymi pod brodę.
– Mówiłam mu, żeś jest mądra.
– Że jesteś mądra – poprawił ją łagodnie Ban.
Zaczerwieniła się.
– I świat od razu będzie lepszy? – zapytałam głosem tak niewinnym, że prawie sama się 

nabrałam.

– Oczywiście. – Bras uniosła piąstkę, swój świeży nabytek. – Obiecał, że tak się stanie.
Pod sztuczną powłoką pewności siebie dostrzegłam rąbek dawnego ulicznego wypłosza. 

Została uratowana od nędzy,  ale czy ratunek wyszedł jej na dobre? Wyglądała na chorą. 
Wiedziałam, co jej dolega.

Poczułam   się   za   nią   odpowiedzialna,   miałam   wyrzuty   sumienia.   Królewska   rodzina 

naprawiła jej ręce, nauczyła ogłady, dała porządne ubranie, nabiła głowę propagandą i hojnie 
sypnęła kasą. Nie wiedziała jednak, co się dzieje w jej wnętrzu.

Też bym wolała nie wiedzieć.
– Czego ode mnie chcecie?
– Żebyś dolała oliwy do ognia, w którym sparzy się Brilliance – odparł Gerwent Ban. – 

Kiedy przestanie działać, wyemitujemy piracki program i przedstawimy skalę manipulacji. 
Zostałabyś naszą prezenterką. – Przerwał na chwilę, żeby przełączyć modulator na ostrzejszy 
ton.   –   Należy   wszystko   zgrać   w   czasie.   Sera   Bau   zamierza   pokazać   swój   materiał   w 
przeddzień transmisji z igrzysk. Wtedy musi nastąpić przegrzanie systemu.

– Jakimi dysponujemy środkami? – Może i było to głupie pytanie, biorąc pod uwagę jego 

majątek. A może i nie.

– Zmontowaliśmy studio wyposażone w najnowszy sprzęt. Znajdzie się także skromna 

kolekcja broni do twojej dyspozycji. Zaprowadzimy cię tam, jeżeli się zgodzisz.

background image

Bras wstała i zbliżyła się do mnie z twarzą bielszą od prześcieradła, które przykrywało 

karimatę. Mal czaiła się z tyłu, żeby ją złapać w razie zasłabnięcia.

– Jest jeszcze jeden warunek, Parrish – powiedziała dziewczyna.
Żarty jakieś?
– Brasella uważa, że powinnaś wrócić do dawnego wyglądu – wtrącił Gerwent Ban. – Po 

przewrocie   trzeba   zaprezentować   ludziom   autentyczną   postać.   Kogoś,   komu   media 
wyrządziły krzywdę.

Czyli oczyszczonego z zarzutów bandziora.
Świat był porąbany, bez dwóch zdań. Podsuwano mi spluwę, widownię i zapraszano do 

zabawy.

Po   tym,   co  właśnie   usłyszałam,   powinnam   chyba   sfiksować,   lecz   łzy,   które   w   sobie 

dławiłam, powstrzymały wybuch wściekłości. Uspokoiłam się ostatkiem sił.

Jednakże Bras, król Ban, Sera Bau, Monk, Daac, Tulu – wszystkie te cwane kanalie, które 

mogłam wymienić jednym tchem, nie jarzyli jednej podstawowej rzeczy.

Eskaalim. Zmiennokształtny. Stwór zmieniający ludzi w naładowanych energią sadystów, 

maniaków przemocy. Mnie zamieniał w szaleńca i świra na punkcie seksu. Gatunek, o którym 
dowiedziałam się niedawno, że nie możemy z nim żyć i nie możemy przeżyć bez niego.

Starałam się panować nad głosem. Wypowiadałam słowa wyraźne i przemyślane:
– Czy wiesz, co naprawdę wydarzyło się w Sektorze Trzecim? W Disie?
Bras wzruszyła ramionami. Wyszedł jej bardzo dziwny ruch, mimo że miała kosztowne 

protezy. Zamiast niej odpowiedział Ban:

–  Wiemy od naszego informatora, że pewien człowiek prowadził tam doświadczenia z 

hormonami. Przedłużał okres dojrzewania młodych ludzi. W ich zachowaniu ujawniały się 
cechy zwierzęce.

– Informator? Ma pan na myśli Leesę Tulu? – zapytałam celowo szorstkim tonem. – 

Tylko tyle powiedziała?

Rurka respiratora na moment zacharczała.
– Tak. Ciekawe, jak na to wpadłaś?
–   Są  jeszcze   informacje,   za   które   nie   trzeba   płacić   –  mruknęłam.   Może   i   trochę   się 

zagalopowałam. – No dobrze, niech pan posłucha: będę waszą anarchistką. Będę prezenterką. 
Kurna, będę tym, kim sobie chcecie. Ale to wy spełnicie mój warunek.

Gerwent Ban, podekscytowany,  przykulał  się bliżej  na wózku i zatrzymał  przy Bras. 

Położyła   mu   na   ramionach   swoje   sztuczne   ręce.   Wyglądały   niezwykle   autentycznie; 
mogłabym przysiąc, że dziewczynka czuje jego ciało. Może gdybym jeszcze trochę pożyła, 
załatwiłabym Loyl-me-Daacowi taką fajną protezkę.

– Jaki? – spytał.
– Po pierwsze, rozliczę się z Bau i Tulu.
– W swoim czasie, ale się zgadzam. – Wentylatorek króla zarzęził. – Możesz się rozliczać 

background image

z kim tylko chcesz.

– Po drugie, znajdzie pan najlepszego genetyka i da mu to do analizy. – Wydobyłam spod 

topika klips, który Wspólnota wyciągnęła z głowy Ikea.

– A cóż to takiego?
– Wydaje się panu, że trzeba wzniecić rewolucję. W rzeczywistości trzeba ją stłamsić. 

Rewolucję biologiczną. Coś przemienia ludzi w bestie.

Ban zamrugał oczami, nastawiony sceptycznie do moich słów. Bądź co bądź, ktoś taki jak 

ja musiał mieć nierówno pod sufitem.

– I ja mam uwierzyć w coś tak niedorzecznego?
– Proszę zapytać Leesę Tulu, co naprawdę działo się w Trójce. Lepszy pomysł: weźcie ją 

na tortury. Tylko w ten sposób wydobędziecie z niej prawdę. Dzięki temu pomoże pan swojej 
adoptowanej córce.

–   Braselli?   –   Szarpnął   swoim   zwiotczałym   ciałem.   Faktycznie,   do   śmierci   było   mu 

daleko.

Poczułam na sobie spojrzenie dziewczynki, badawcze i zaniepokojone.
Wiedziałam, że to ją dobije, ale trudno. Musieli zrozumieć, jeśli w przyszłości chcieli 

uniknąć kłopotów.

– Bo jest zarażona.
– Co wiesz na ten temat? – Nawet modulator nie był w stanie nadać słowom króla silnego 

brzmienia.

– Halucynacje, głosy, ataki szału. Mówi wam to coś?
Bras kiwnęła głową i z trudem przełknęła ślinę.
– Z czego to mam?
– Jest taki pasożyt, który żywi się adrenaliną w twoim organizmie.
– Jak się dostaje do ludzkiego ciała?
– Wszyscy go mamy, ale jest uśpiony. Uwolniły go manipulacje genami. Kiedy Sera Bau 

zwęszyła szanse na wielkie widowisko, zapłaciła komuś, żeby na szerszą skalę ożywić tego... 
–   Już   miałam   powiedzieć:   „obcego”.   Nie   wiedziałam   przecież,   kim   toto   jest   naprawdę. 
Wiedziałam   tylko,   że   nie   człowiekiem.   Słowniki   chyba   nie   zawierają   wyrazu,   trafniej 
określającego tego stwora, a jednak „obcy” brzmiało nierealnie. – Po prostu zabierzcie to do 
analizy. I pośpieszcie się, jeśli chcecie pomóc Bras.

Gerwent Ban kiwnął głową w stronę niemal bliźniaczej kopii Mal.
– Melanie się tym zajmie. Coś jeszcze?
Mal i Mel. Nieźle.
Pozwoliłam sobie na kilkusekundowy luksus myślenia o przyszłości. Jeżeli przeżyję ten 

bajzel, jak się zmieni moja hierarchia ważności? Do tej pory koncentrowałam się wyłącznie 
na zemście. Ale nawet jeśli mam polec w boju, może uda się naprawić parę rzeczy?

Tak? Ciekawe jakich? Miałam zaprowadzić ład i porządek w Trójce?

background image

Fajnie się mówi, ale prawda była taka, że gnieżdżący się w Trójce element wcale nie 

chciał   mieszkać   w   wycackanych   miastach,   bał   się   przepisów   i   ograniczenia   swobody. 
Pomimo tego, że większość potępiała bandytyzm i zdziczenie.

–  Chcę, żeby przywrócono do działania służby publiczne w Sektorze Trzecim. Bieżąca 

woda i prąd – bez przerwy.

Gdyby Ban miał brwi, pewnie teraz by się mocno zmarszczyły.
–  Ciekawe życzenie. Nie gwarantuję sukcesu, ale będę próbował, póki mam wpływy. 

Musisz mi wierzyć na słowo.

– W przeciwnym razie będę niszczyła wszystkie pańskie plany. – Jeszcze nie wiedziałam 

jak, ale zawsze coś można wymyślić. Wszak miałam wrodzony talent do robienia kaszany. – I 
jeszcze potrzebuję do pomocy kogoś, komu można zaufać. – Bardziej niż panu, chciałoby się 
dodać.

Nie zbiłam go tym z pantałyku.
– Powiedz Melanie, kto to ma być i gdzie przebywa. Każę go sprowadzić.
– Najpierw muszę się skontaktować z tą osobą. I ostatnia rzecz. – Rozchyliłam płaszcz i 

błysnęłam potarganą bielizną. Rurka respiratora zacharczała dziko. O nie, martwy to on nie 
był! – Chcę się normalnie ubrać.

Król pokiwał głową. I pogładził gładką konstrukcję samojezdnego wózka, co na pewno 

oznaczało jakieś polecenie.

– Wobec tego zgoda? – spytał.
– Zgoda.
Po   raz   pierwszy   odkąd   Jamon   Mondo   zjawił   się   w   moim   życiu   przed   paroma   laty, 

poczułam się odprężona. Jeśli to się nazywa władza, to byłam pod wrażeniem.

background image

R

OZDZIAŁ

 17

Mal i Bras zaprowadziły mnie to windy, którą zjechałam do apartamentu z widokiem.
– Do jutra wieczór będzie ci usługiwał kompanion, potem wybieramy się do kryjówki – 

oznajmiła dziewczynka.

Jakiej znowu kryjówki?
Rozejrzałam   się.   Kolejny   pokój,   w   którym   mieszkam.   Nawet   lepszy   od   tamtego   w 

„Luxorii”. Powinnam się cieszyć życiem. Zamiast tego włóczyłam się od ściany do ściany. 
Jak   zwykle,   dręczyły   mnie   najróżniejsze   obawy.   Czy   zawsze   już   będzie   dręczyć   mnie 
świadomość uciekającego czasu?

Wmawiałam   sobie,   że   przywykłam   do   szybkiego   rozwiązywania   problemów,   dlatego 

kombinowanie   i   planowanie   tak   mnie   męczy.   W   rzeczywistości   jednak   zżerało   mnie   od 
środka   poczucie   zagrożenia.   Prawdziwego   czy   urojonego,   nieważne...   Byłam   od   niego 
uzależniona jak płuca od tlenu. Od kiedy przedobrzyłam z afrodyzjakami, coś się we mnie 
poluzowało. Traciłam nad sobą kontrolę.

Wkładając przyniesione dżinsy i koszulę, zmusiłam się do zachowania spokoju. Mal i 

dziewczynka odwróciły wzrok.

– Bezpieczna ta kryjówka? – spytałam.
Bras tylko zakołysała rękami, jakby źle się z nimi czuła... albo też, tak samo jak mnie, 

drażniły  ją   luksusy,   co  wydawało   mi   się   prawdopodobne   po  obejrzeniu   jej   ascetycznego 
pokoju.

Jednak widok za oknem wiele wynagradzał. Hen na wschodzie, poza setkami kwitnących 

bugenwilli, lśniły białe jachty. Panorama jak z obrazka, wręcz zabójczo urocza. Pozwalała 
zapomnieć o rzeczywistości.

– Dość bezpieczna – odpowiedziała wreszcie Bras.
– Macie tam porządną wirealkę?
– Najlepszą. Szóstej generacji.
Zagwizdałam z podziwem. Już z wirealką piątej miałabym niemały kłopot. Znałam jedną 

osobę, która mogła mnie wprowadzić i wyprowadzić. Merv... Tylko że Burżuj trzymał go 
przy sobie.

Ślicznota! Jej wspomnienie wcisnęło mi się do umysłu. Czy żyła? Nie wiedziałam, czy 

background image

jestem gotowa poznać prawdę.

Odwróciłam się do Mal.
–  Znasz most Brightbeach? Jutro wczesnym rankiem muszę się tam z kimś zobaczyć. 

Zdałby się jakiś transport i sposób na wykiwanie skanerów identyfikacyjnych.

– Damy radę, panienko.
Panienko!   A   żeby   ją   pokręciło!   Nie   pyskowałam   jednak,   taka   głupia   nie   byłam. 

Machnęłaby raz piąchą i miałabym żel z mózgu. Skrzywiłam się tylko i mruknęłam:

– Mów mi Parrish.
Chrząknęła   i   odeszła.   Jej   podejrzliwość   uzewnętrzniała   się   agresywnie   zgarbionymi 

plecami. Mal uważała, że zostawia Bras w złym  towarzystwie. Zabawne, jeśli się głębiej 
zastanowić.

Podeszłam do okna z zamiarem opracowania jakiegoś planu. Do igrzysk PanSatu zostało 

niewiele   dni.   Wymagano  ode   mnie   rzeczy   niemożliwej.   Z   drugiej   strony,   strach   przed 
wyzwaniami nie leży w mojej naturze. Tyle że presja wyzwala we mnie demona.

– Powinnam ci podziękować – odezwała się Bras.
–  Za   co?  –  Nie   patrzyłam  na   nią.  Dawno  przećwiczyła   sobie   to,  do  czego   się  teraz 

zabierała. Poznałam to po wystudiowanym tonie.

– Uratowałaś mnie w Trójce, ci ludzie by mnie tam zabili. Jak nie oni, to drudzy, którzy 

potem przyszli. Nie miałabym żadnych szans.

I tak nikt z nas nie wywinie się śmierci, pomyślałam.
– Zabrał cię terro i co się później stało?
– Wsadzili mnie do aresztu na Jinberze, oddział Midas. Do dzisiaj bym tam siedziała, 

gdyby   przypadkiem   Gerwent   Ban   nie   obejrzał   relacji   z   aresztowania.   Popytał   o   mnie   i 
zalicytował.

Zerknęłam na nią z ukosa.
– Zalicytował? Jak to?
– Media nie odebrały rodzinie królewskiej jednego: prawa wykupu dowolnego więźnia za 

uzgodnioną cenę.

– Miałaś fart.
Wzruszyła ramionami.
– Nie tylko mnie wykupiono.
Pokiwałam głową, zachęcając ją do mówienia. Ciekawe, jakie pogłoski do niej doszły.
–  Na Midasie można usłyszeć różne opowieści, niektóre znają wszyscy. Na przykład o 

znachorce z Meryki. Nie znam nazwiska; tylko ci je znają, którzy płacą, żeby ktoś skończył w 
piachu. Mówi się też o Wombacie. Dzięki temu miałam jeszcze nadzieję.

Serce podskoczyło mi do gardła, aż poczułam dławienie.
– Co to za historia?
– Odsiadywał wyrok przedłużonego dożywocia, ale ktoś go wykupił. Później sam wracał 

background image

i wykupywał innych. Podobno budował gdzieś lepszy, bezpieczniejszy świat. Często o nim 
śniłam. – Przestała gapić się w okno. – Zamieszkałam w pałacu, ale ciągle zastanawiam się, 
jak tam jest.

Wzdrygnęłam się w duchu, ale nie wyjawiłam prawdy. Niech sobie marzy.
– Jak myślisz, czemu kupił cię Gerwent?
Znów miała przyspieszony oddech i dziką minę zaszczutego zwierzęcia.
– Bo przypuszczał, że przyjdziesz po mnie. On tak naprawdę chce ciebie.
Wpatrywałam się w nią z niedowierzaniem.
– Kpisz sobie?
– Już dawno temu miał plan, ale szukali właściwej osoby do obsadzenia głównej roli. 

Kogoś przekonującego i...

– ...walniętego?
– Czyli ciebie, Parrish. – Od tego momentu mówiła półszeptem: – Nie przyszłaś po mnie, 

ale cierpliwie czekał na dogodną okazję. Jeden z członków Rady jest klientem „Luxorii”. 
Usłyszeliśmy o twoim przyjeździe, więc zapłacił tam jednemu z pracowników, żeby czuwał 
nad tobą.

– Komu? Lamowi?
– Nie. To był chyba jakiś Tae.
Wybałuszałam oczy. Niezłe jaja...
– Spodziewałaś się... Chciałaś, żebym po ciebie przyszła?
– Powiedziałam mu, że nie przyjdziesz. – Wzruszyła ramionami.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim sądzić. Czyżby Bras zawiodła się na mnie? Ledwie 

znałam dzieciaka.

– On zawsze wychodzi na swoje – dodała.
A więc jestem stuknięta i przekonująca? Tylko dlaczego trzęsły mi się kolana? I czemu 

wyobrażałam sobie siebie w pajęczym kokonie?

A jednak nie mogłam zaprzepaścić takiej okazji.
– Co mi zrobi ten pasożyt? – zapytała Bras.
Westchnęłam.
– Nic dobrego. Ale jeśli będziesz walczyć, jakoś damy mu radę. – Ostrożnie położyłam 

dłoń na jej głowie. – Musisz być silna tu, w środku. Tego ci nikt nie zabierze.

* * *

Następnego dnia skoro świt Mal wraz z kompanionem wsadziła mnie do sikorskyego: 

kieszonkowego helikopterka, który nazywała „Flash Hawk”.

Oglądałam   reklamenty   na   dachach,   kiedy   kompanion   ustawiał   się   w   kolejce   w 

południowym korytarzu powietrznym. Martwiłam się, że jeśli dłużej będę siedzieć na tyłku, 

background image

pożegnam się z formą.

Jeszcze nie tak dawno padałam z nóg ze zmęczenia, obecnie dobijała mnie bezczynność. I 

brak   snu.   Przez   całą   noc   walczyłam   z   rozterkami,   aż   pod   koniec   odpaliłam   Merry3   i 
przedyktowałam jej  wszystkie spostrzeżenia. Przechowywanie ich w formie zapisanej było 
niebezpieczne, ale gdybym o czymś zapomniała, mogłabym gorzko pożałować.

Merry rozejrzała się i lekko zatoczyła, jakby pierwsza wpadła do supermarketu w dniu 

wielkiej wyprzedaży.

– Ale tu fajnie! Niesamowite! O, Gucci. No nie, Henry IV.
– Wiesz co, nie przyzwyczajaj się.
– Aha. No więc gdzie  następny przystanek  według planu podróży?  – burknęła. – W 

lochach? Poczekaj, niech zgadnę. W studzience ściekowej.

– Chcesz się przekonać, jak wygląda życie w szpitalu psychiatrycznym dla e-sekretarek, 

czy wolisz posłusznie włączyć kapownik?

Pokazała mi wulgarnie palec i zniknęła. W jej miejscu zamigotał holograficzny schemat 

wszystkich informacji, jakie dotąd zgromadziłam.

Jak zwykle, nakładające się na siebie zdarzenia i niepowiązane fakty doprowadzały mnie 

do szewskiej pasji. Ani przez chwilę nie łudziłam się, że królewski plan przywrócenia rządu 
zmieni coś na plus. Jedno nie ulegało wątpliwości: nie dopuszczę, by ktokolwiek puszczał w 
eter   wydarzenia   z   Mo-Vay,   żeby   bawić   debili   z   miasta   i   kasować   punkty   oglądalności. 
Ktokolwiek!

– Uważaj...
Ostre napomnienie Mal, skierowane do beznamiętnego kompaniona w błękitnej liberii, 

wyrwało   mnie   z   zamyślenia.   Siedziała   obok   niego   w   fotelu   drugiego   pilota   i   nachalnie 
sprawdzała procedury. Denerwowała się, że kto inny pilotuje jej maleństwo.

Niech się cieszy, że ja nie siedzę za sterami.
Zainteresowałam się dodatkowym wyposażeniem maszyny – tym, które byłam w stanie 

zidentyfikować. Rzeczywiście, ostra bestyjka: dwa minidziałka kalibru 7,62 mm, wciągarka, 
drabinka   sznurowa,   spadochron   zrzutowy,   lina   wspinaczkowa.   Wyglądało   na   to,   że   Mal 
specjalizuje się w błyskawicznych akacjach w terenie.

Parę minut przed lądowaniem na parkingu przy Brightbeach zadzwonił Gerwent Ban. 

Słysząc   histerię   w   jego   głosie,   nachyliłam   się   nad   ramieniem   Mal   i   zobaczyłam   jego 
przerażoną twarz.

– Widziałem wstępne wyniki analiz bioware’u, który mi dałaś.
– Tak? – Siliłam się na spokój.
–   Wyniki   potwierdzają   twoje   słowa,   lecz   konsekwencje   są...   niewyobrażalne. 

Porozmawiamy, jak wrócisz.

Nie wiedziałam, czy powinno mi ulżyć. Może strach byłby bardziej na miejscu?
– Tylko niech pan przede mną nie ucieka – zażartowałam.

background image

Nim się roześmiał, połączenie zostało przerwane.

* * *

Minęliśmy stanowiska ochrony w budynku przyległym do Cone Central i pojechaliśmy 

windą do „Breezy”.  Popijałam  herbatę,  obserwując spacery stonóg sto pięćdziesiąt  pięter 
niżej, kiedy do środka wszedł Merv ze spuszczoną głową, pogrążony w myślach.

– Siemanko.
Poznał mnie po głosie, bo w mig się ożywił. Może również jego męczyły koszmary.
– Spokojnie, Merv. – Zachęcająco wskazałam krzesło.
Mal siedziała przy sąsiednim stoliku, a kompanion w królewskich barwach niewzruszenie 

pilnował wyjścia. Dawno nie miałam takiego wsparcia. Zaczynałam czuć się kuloodporna. 
Niedobrze.

– Mam dla ciebie ofertę pracy – dodałam.
Merv klapnął na krzesło, bledszy niż zwykle i roztrzęsiony.
– C-co tu robisz? T-ty nie żyjesz.
– Żyję,  ale kiepsko u mnie  z czasem.  – Zniżyłam  głos. – Mogę cię zatrudnić. Mam 

wirealkę szóstej generacji, ale bez ciebie nic nie zrobię.

Zatrzepotał powiekami.
– Szóstej generacji... Znaczy, jak m-mi zapłacisz? Jesteś p-przestępcą.
Czyli co? Skoro żyję, mam iść do kryminału? Nieźle. Skrzywiłam się i pokazałam mu 

kompaniona strzegącego wyjścia.

– Poznajesz te kolory?
Skinął głową z szeroko otwartymi oczami.
–  Znalazłam   sobie  nowego  pracodawcę.  To  on  płaci.  Burżuj  nie  tknie   cię  palcem,  a 

karetki nie będą już stąd wywozić martwych kobiet.

Po tym stwierdzeniu nastąpiło krępujące milczenie. Chciałam zapytać o Ślicznotę, ale 

jakoś nie mogłam. Gdyby nie żyła – a pewnie tak właśnie było – nie umiałabym dłużej się 
hamować.   Nazbierało   mi   się   w   życiu   sporo   powodów   do   zemsty.   Ten   bagaż   robił   się 
naprawdę ciężki.

Merv  oderwał  spojrzenie  od  liberii   kompaniona   i popatrzył  na  moją  twarz,  pociętą  i 

posiniaczoną.

– N-no nie wiem. Ryzykowna sprawa.
W rzeczy samej. Poczułam  swędzenie  na ciele.  Zanosiło  się na coś  niedobrego. Mal 

chyba podzielała moje obawy, bo odsunęła krzesło od stołu.

– Decyduj się – syknęłam. – Szybko!
Zmuś go!
Nie!

background image

Zagłuszyłam podszepty Eskaalima. Jeśli plan miał wypalić, Merv musiał mieć do mnie 

zaufanie. Zresztą gdybym go stąd siłą wyprowadziła, zrobiłaby się zadyma.

–  Dobra – odpowiedział Merv, choć jego mina nie wróżyła nic dobrego. – Ale musisz 

upozorować porwanie.

Zamierzałam wybić mu z głowy ten pomysł, gdy nagle dał się słyszeć złowrogi tupot 

buciorów.   Zaraz   potem   drzwiami   od   strony   „Luxorii”   wpadła   milicja   ze   stylizowanymi 
rzęsami  na hełmach.  Dostrzegłam  w przelocie  Burżuja, który tańczył  podekscytowany za 
pancernymi tarczami.

Wciągnęłam Merva między siebie i Mal, wołając na pomoc kompaniona. Ale ten się 

gdzieś zmył. Przetarabaniliśmy się do drugiego wyjścia, przewracając krzesła i stołujących się 
gości, lecz tamtędy też już ładowały się gliny.

– Wracaj za bar i trzymaj nisko głowę! – zakomenderowała Mal.
Ani myślałam się spierać. W biegu, holując Merva, przesadziłam kontuar. Merv podążył 

za mną z mniejszą gracją, za nim natomiast przetoczyła się Mal, migając pończochami na 
słoniowatych  nogach. Kiedy padała na ziemię,  rozległ  się ogłuszający łoskot i cały most 
zadrżał.

– Nie, tylko nie Mal...
Ostrożnie podniosłam wzrok. W szklanej osłonie mostu pojawiła się dziura, wypalona 

promieniem lasera. W końcu dym się rozwiał i przez wyrwę wleciał helikopter. Maszyną 
spokojnie manewrował kompanion.

Czy ktoś twierdził, że nie powinien siadać za sterami?
W chwili wybuchu milicjanci przy wejściu od strony Cone’a rozpierzchli się w popłochu, 

lecz ci po przeciwnej stronie czekali cierpliwie.

– Zmywamy się!!! – ryknęłam do ucha Merv’owi.
Mal przerzuciła nas nad kontuarem. Wygramoliłam się po ciałach na stół, postawiłam 

krzesło na stole i wspięłam się na tyle wysoko, że mogłam się wczepić w goleń podwozia 
„Flash Hawka”. Potem majtnęłam nogami i wlazłam na ramę.

Merv   wziął   ze   mnie   przykład,   ale   się   nie   utrzymał   i   spadł.   Przeklinając   niedorajdę, 

zeskoczyłam, przykucnęłam i kazałam mu wejść mi na ramiona. Kiedy to zrobił, śmigłowiec 
groźnie się przechylił; łopaty wirnika rozsiekały długi wianek wiszących koszyków. Posypała 
się ziemia i kawałki paproci. Musiałam zasłonić oczy.

Dzięki przechyleniu Merv wdrapał się na podwozie i wskoczył do kabiny.
Wytarłam twarz i pośpieszyłam za nim.
Również Mal stanęła na krześle, ale wyprysło jej spod nóg i stół się załamał. Jeszcze 

chwila i osaczyłaby ją milicja, lecz zdążyłam chwycić minidziałko i zaczęłam strzelać.

– Uruchom wciągarkę! – krzyknęłam do Merva.
– Steruję nią z pulpitu – poinformował beznamiętnie kompanion.
– To na co czekasz?!

background image

Zasypywałam miejsce wokół Mal gradem kul, gdy rozwijała się drabinka. Dostrzegła ją i 

niedźwiedzim łapskiem capnęła sznur.

Unieśliśmy się i wylecieli przez wyrwę. Mal pokazała komandosom swój pokaźny tyłek. 

Bałam się, że ją zdmuchną, ale żaden nie próbował.

– Nie strzelają. Mają stracha, bo most mógłby się zawalić. – Wydawało się, że Merv się 

rozpłacze.

– Wciągaj ją! – warknęłam, zadowolona.
Kompanion włączył wciągarkę. Trzeszczała pod ciężarem Mal, obracała się wolno, aż się 

w końcu zacięła tuż przed drzwiami kabiny. Kobieta przylgnęła do podwozia niczym bokser 
wagi ciężkiej  w  zwarciu. Maszynę  przekrzywiło,  więc przemieściliśmy  się  z Mervem na 
drugą stronę, żeby zniwelować przechył.

– Musisz ręcznie uruchomić wciągarkę – rzekł kompanion.
Przelazłam   przez   tylne   siedzenie   do   mechanizmu   wciągarki   i   ze   wszystkich   sił 

pociągnęłam wajchę. Koło powoli się obróciło.

Mal poczuła szarpnięcie i pozwoliła się wciągnąć. Z pomocą Merva wwlekłam ją do 

środka. Przez dobrą chwilę leżeliśmy na podłodze, zasapani.

– Do pałacu – wychrypiała Mal do pilota. I do mnie z wdzięcznością: – Dziękuję.
– I ja tobie. – Cóż, przynajmniej przełamałam lody.
Kompanion   wyświetlił   królewskie   godło   przed   helikopterem.   Korzystając   z 

pierwszeństwa,   wyprzedzał   inne   pojazdy   i   przeskakiwał   korki.   O   dziwo,   przez   chwilę 
eskortował nas milicyjny nietoperz, póki nie odłączył się na czyjeś wezwanie.

– Czemu do nas nie grzali?
– Biegacz – mruknęła Mal.
– Cholera, nie rozumiem...
Wbiła   we   mnie   wzrok.   Pot   zmieszany   z   odżywką   do   kwiatów   spływał   brudnymi 

strużkami po jej szerokiej twarzy.

–  Co, nie wiesz? Rzęsy pracują dla Sery Bau, Biegacze dla Monka, Topory dla Laud. 

Wspierają się i współpracują tylko wtedy, gdy im z tym po drodze.

Mal przetarła czoło krwawiącymi palcami. Efekt przypominał indiańskie barwy wojenne.
Oderwałam z dołu kawałek koszulki, którym owinęła dłoń.
– W jaki sposób dbają o porządek?
– Gnojki stosują wolną amerykankę.
Kurczę! Znowu coś, o czym nie miałam pojęcia.

* * *

Strasznie mi ulżyło, kiedy wreszcie dotarliśmy do zlotu na wyspę M’Grey. Niestety, nie 

dane mi było cieszyć się tym uczuciem dłużej niż milisekundę, bo nagle rozległy się z komu 

background image

jazgotliwe ostrzeżenia:

– Strefa zakazu lotów! Strefa zakazu lotów!
Nad wyspą manewrowało stado milicyjnych nietoperzy – eleganckich lockheedów, które 

unosiły się w powietrzu niczym helikoptery z wymyślnymi wirnikami.

– Co jest grane?
– Wstęp wzbroniony – odpowiedział kompanion i odbił w stronę głównego strumienia 

pojazdów.

– Wstęp wzbroniony? Jakim prawem?
– Uderzenie pocisku rakietowego zniszczyło pałac. Lecimy prosto do Nory.
Wykręciłam   się   i   spojrzałam   do   tyłu.   Kłęby   dymu   buchały   mniej   więcej   tam,   gdzie 

należało się ich spodziewać. Nie wierzyłam własnym oczom.

– Zniszczono pałac? W jakim stopniu?
– Nie jestem w stanie ocenić rozmiarów zniszczeń.
– A co z Bras i królem Banem? – zapytałam ostro. Kompanion nie odpowiedział, póki nie 

ustawił się w kolejce pojazdów i nie połączył ze źródłem informacji.

–  Według   raportów   policji,   król   Gerwent   Ban   i   panna   Brasella   znajdowali   się   w 

rezydencji w chwili eksplozji.

Czyżby Bras nie żyła? Czyżby wielki plan króla legł w gruzach?
Mal patrzyła przez okno z pustym wyrazem twarzy.

* * *

Kierowaliśmy   się   na   północ,   choć   kompanion   nie   chciał   zdradzić,   dokąd   właściwie 

zdążamy. Musiałam opiekować się Mervem, który po przeżytym szoku miał lodowate dłonie i 
dygotał na całym ciele. Przetrząsnęłam apteczkę i znalazłam glukozę.

Gdy przyłożyłam mu dermę, zniknął efekt szklistych oczu. Pogrążył się we śnie.
Musiałam go obudzić, gdyśmy lądowali.
Maszyna   usiadła   na   lądowisku   portu   kołowego   na   granicy   między   przedmieściami   a 

średnim kręgiem. Było tu sporo przestrzeni, ale na szczęście mniej ruchu niż na Dworcu 
Wschodnim.

– Piętnasta szprycha, zapamiętaj – rzekł kompanion. – Tam będzie czekał transport.
– A co z tobą?
– Polecono mi schować helikopter. Łatwo wpada w oczy, a po śmierci króla żaden z 

niego pożytek.

Po śmierci króla?!
– Kto wydał takie polecenie?
Zbył mnie milczeniem.
Mal z rozmachem otworzyła drzwi.

background image

– Prędzej!
Merv wygramolił się na chwiejnych nogach zaraz za mną, trochę jeszcze otępiały (wpływ 

dermy). Wsparłam go, nim złapał się Mal.

– Dokąd teraz? – zapytał.
Pokręciłam   głową   i   zeszłam   z   drogi   samojezdnej   bagażówce.   Sama   nie   wiedziałam, 

czemu ufam Mal.

– Na pewno nie do wesołego miasteczka.

background image

R

OZDZIAŁ

 18

Nie   myliłam   się   co   do   tego.   Kilka   razy   zmienialiśmy   stonogi   i   lądowiska,   nim   Mal 

utwierdziła się w przekonaniu, że nikt nas nie śledzi. Zastosowaliśmy taktykę uniku, która 
polegała na zataczaniu kół w różne strony. Ostatecznie znaleźliśmy się blisko punktu wyjścia. 
Kluczyliśmy   jeszcze   trochę   w   gąszczu   korytarzy,   aż   Mal   wprowadziła   nas   do   windy 
serwisowej.

–  Wróciliśmy do portu kołowego, prawda? – Podziwiałam tupet Gerwenta Bana, który 

zorganizował sobie kryjówkę pod ruchliwym centrum transportowym.

Gdy   czytnik   potwierdził   tożsamość   Mal,   winda   popędziła   w   dół   na   złamanie   karku. 

Kobieta   stała   w   kącie,   zaparta   nogami   o   ziemię,   ja   zaś   kuliłam   się   ze   strachu   przed 
zwymiotowaniem. Windy plasowały się coraz wyżej i wyżej na mojej liście fobii. Merv nie za 
dobrze opanował tę technikę poruszania się, bo narzygał Mal na buty.

Capnęła go za kark jak chorego szczeniaka i obróciła w drugą stronę.
Obserwowałam,   zafascynowana,   bezbarwne   czyściuchy,   które   wylazły   zza   dolnego 

panelu   i   rzuciły   się   na   zafajdaną   podłogę   niczym   horda   przezroczystych   krabów. 
Nanotechniczne urządzenia w Vivie z reguły działają dyskretnie, prawie niewidocznie. Te 
musiały być wyjątkowymi starociami.

Nim drapnęły z powrotem do swojej kryjówki, winda zwolniła i zatrzęsła się. Merv znów 

haftował, a ja modliłam się, żeby liny nie były zaniedbane. W końcu drzwi się otworzyły, ale 
ponieważ winda zatrzymała się za późno, zobaczyłam przed sobą nogi paru osób.

– Spokojnie – odezwała się Mal. – Naprawią to, ale trzeba trochę poczekać.
Chwyciły   mnie   dreszcze.   Chociaż   przepychanie   się   przez   szparę   wydawało   się 

drastycznym sposobem na przecięcie się w pół, nie mogłam dłużej wytrzymać w zamknięciu. 
Musiałam się wydostać, i to zaraz.

Mal   osunęła   się   na   czworaki,   zaczerwieniona   i   wyczerpana.   Zbliżyłam   się   do   niej, 

unikając   małych   czyściochów,   które   znowu   plątały   się   pod   nogami.   Zanim   zdążyła 
zaoponować, wskoczyłam jej na ramiona i wbiłam się w szczelinę.

– Zwariowałaś?!
Byłam bliska sukcesu, kiedy winda szarpnęła i zakleszczyła mi nogi. Ból przygłuszył 

krzyki Merva, który wołał o pomoc.

background image

Nie trać przytomności, człowieku. Jesteś mi jeszcze potrzebny.
Potwornie zmęczona, nie miałam sił słuchać wewnętrznego głosu. Wypaliło się wszystko, 

co dawało mi impuls do dalszego życia. Czekałam na odsiecz, a jeśli nie, to na normalny w 
takich okolicznościach lęk przed przedwczesną śmiercią lub ostatni rozpaczliwy zryw. I nic.

Schowałam twarz w dłoniach i ostatkiem świadomości zastanowiłam się, kto mówi do 

mnie dziecięcym głosem. Dzieci nie powinny brać udziału w rebeliach.

– Parrish, otwórz oczy. – Głos nie dawał za wygraną, poirytowany i natarczywy.
Spróbowałam się skupić. Dostrzegłam zarys podbródka i wielkie, nienaturalne źrenice w 

zacienionych oczodołach.

– Parrish!
Bras! A więc żyła?
To wystarczyło. Skoczył poziom adrenaliny i świat nabrał ostrości.
Trzy razy owijała dermą moją rękę, która – miałam takie złudzenie – należała do kogoś 

innego.

– Wytrzymaj, póki nie obejrzy cię paralekarz – nakazała.
Kiwnęłam głową, wdzięczna za ulgę w bólu.
– Co z Banem?
Łzy popłynęły jej z oczu. Nie odpowiedziała.
Winda wreszcie ruszyła i odzyskałam swobodę. Dwóch spoconych wymoczków z alergią 

na słońce dźwignęło mnie i zaniosło do pomieszczenia, gdzie buczała aparatura, a potem 
korytarzem prowadzącym do sali z łóżkami. Na końcu zobaczyłam paralekarza. Podobnego 
miała Anna Schaum do swojej dyspozycji.

Położyli mnie na płycie. Przypomniało mi się tamto uczucie w rezydencji Anny Schaum: 

zamykająca się pokrywa, uderzenie oczyszczonego powietrza. Zanim włączyli  urządzenie, 
zaczęłam opętańczo machać rękami.

– Niech się nie rusza! – Bras podeszła do mnie z nożem w dłoni.
Chwyciłam pacana, który trzymał moją głowę, i grzmotnęłam nim o ścianę.
– Zabierz jej nóż! – wrzasnęłam do drugiego.
Puścił moje nogi i spróbował przytrzymać mnie za ramiona. Dałam mu z bani, przez co 

otworzyła mi się rana na czole. Upadł, chwytając się za nos.

Przetoczyłam się na skraj płyty, gotowa zeskoczyć, gdy nagle świat się na mnie zawalił.
Mal!   Łapskiem   wielkim   jak   szufla   zepchnęła   mnie   z   powrotem   na   środek   i   tam 

przygwoździła. Ktoś dopiął klamry.

Bras   przejechała  nożem  po szwach  moich  spodni,  aż  odpadły  nogawki.  Krzyknęłam, 

kiedy czereda przedpotopowych nanorobotów wlazła mi do nosa i ucha.

Wspomnienia. Pająkopodobny stwór w Mo-Vay, mechaniczne ochłapy sypiące się z jego 

brzucha. Gurek obezwładniony strachem. Przeszłość mnie dopadła, a razem z nią paniczny 
strach.

background image

Mal puściła mnie, pokrywa się zatrzasnęła. Rozbeczałam się.
Coś otarło się o policzek i odessało słone łzy. Każde nowe muśnięcie potęgowało uczucie 

klaustrofobii. Waliłam łbem o pokrywę.

Wypuśćcie...
Opanuj się, bezrozumny człowieku! Robię co mogę.
Szorstki   głos   sprawił,   że   przestałam   się   miotać.   I   zaczęłam   główkować.   Pasożyt   już 

kiedyś mnie uzdrowił. Po prostu musiałam dać mu wolną rękę i zapomnieć, gdzie jestem. 
Wyobraziłam   sobie,   że   zjadłam   obiadek   i   wysączyłam   cztery   piwka   w   spelunce   Heina. 
Błyskające   smugi   nocą   w   pasie   pogranicza.   Panorama   Trójki   widziana   z   dachu 
apartamentowca,   w   którym   mieszka   Loyl-me-Daac.   Myślałam   o   domu.   O   tajemniczych 
działaniach Loyl-me-Daaca w Vivie. Kogo teraz posuwa?

Wzięłam głęboki oddech i wypuściłam nosem powietrze. Powoli się uspokajałam. Nie 

było to wprawdzie błogie wyciszenie, ale beznamiętne rozmyślanie nad tym, co mi zostało do 
zrobienia.

Kolejna pieszczota. Tym razem ze strony aparatu usypiającego. Odleciałam.

background image

R

OZDZIAŁ

 19

–   Zostało   mało   czasu.   –   Bras   siedziała   koło   mnie   przed   ekranami,   śledząc   potok 

wiadomości przekazywanych w sieci.

A tam nic. Nie wierzyłam własnym oczom. Nic o śmigłowcu, który wywalił dziurę w 

moście. Nic o napaści na pałac. Nic o śmierci króla.

Wspólna Sieć i OutWorld nadały lakoniczny reportaż o zamieszkach na wyspie M’Grey, 

za które obwiniano sektę religijną. OneWorld przekazywał informacje szpiegusów o powodzi 
na biegunie i zatrzymanych na równiku terrorystach z północnej półkuli.

Ludzie czekali na wielkie igrzyska sportowe.
Obraz świata był poddawany koszmarnej cenzurze. Aż wstyd, jaka byłam naiwna! Na 

swój sposób, dziwny i brutalny, Trójka rządziła się sprawiedliwszymi zasadami niż Vivacity.

– Często tak robią? Zatajają fakty?
Zmrużyła oczy.
– Ojciec mawiał, że historię tworzą selektywne wspomnienia.
Zastanawiałam się nad tym przez chwilę.
–  To   chyba   normalna   ludzka   przypadłość   –   odpowiedziałam.   –   Kiedy   sobie   coś 

przypominamy,  patrzymy z własnej perspektywy.  Ale takie rzeczy – walnęłam pięścią w 
poręcz   krzesła   –   nazywam,   kurde,   wstrętną   manipulacją!   Czemu   inteligentny   edytor   nie 
pokazuje tego, co się wydarzyło na wyspie M’Grey?

–   Szpiegusy   Sery   Bau   zbierają   dla   niego   informacje.   Może   dała   szlaban   na   całe 

sprawozdanie?

Każdego dnia naszego pobytu w tym miejscu – a był już dzień czwarty – oczy Bras 

wydawały się większe i głębiej zapadnięte. Dwa razy traciła przytomność, nie miała apetytu. 
Jej   wątłym   ciałkiem   szarpały   ataki   bezpodstawnej   wściekłości.   Przywiązywaliśmy   ją   do 
łóżka, ale jej skowyty i tak nawiedzały nas w snach.

Służba najęta przez Bana opuściła nas trzeciego dnia. Wcale się im nie dziwiłam. Kto by 

wytrzymał z takimi świrami jak my?

Moje rany goiły się wolno. Potrafiłam już chodzić, ale ból dawał się we znaki. Środki 

przeciwbólowe   aplikowałam   sobie   przed   zaśnięciem,   bo   w   dzień   nie   chciałam   być 
otumaniona. A zatem tylko  w snach miałam groch z kapustą. Czasem śnił mi się Teece. 

background image

Poprzedniej nocy nawet Billy Myora, wystrojony w garnitur szaman ze Wspólnoty Coomera. 
Obserwował mnie z daleka, śledząc moje wybryki z ironiczną miną. Najczęściej jednak śniła 
mi się Leesa Tulu. Budziłam się wtedy zlana potem; bałam się, że jakimś sposobem dopadnie 
mnie w snach Marinette.

Tego ranka ocknęłam się z paskudnym przekonaniem, że wszystkich zawiodłam. Poszłam 

do Merva i potrząsnęłam nim bez ceregieli.

Wynurzył  się z  wirtualnej  przestrzeni  z  drgawkami,  jakby jechał  na koksie.  Ostatnio 

sporo   żeśmy   razem   żeglowali   w   wirealce,   wytwarzając   szum   informacyjny   w   węzłach   i 
kanałach  przekazu   wiadomości.   Padałam   ze   zmęczenia,   lecz   Merv   miał   w   sobie 
niewyczerpane pokłady energii.

– Powiedz mi, o co właściwie chodzi? Co się stało ze sztuczną inteligencją?
W   jego   zmęczonych   oczach   pojawił   się   lęk.   Po   raz   pierwszy   odkąd   uciekliśmy   z 

„Luxorii”.

– K-kiedy pracowałem dla Sery Bau, moim zadaniem b-była obsługa doniesień z terenu 

w piątej generacji. Raz utknąłem w wirealce w czasie zwału. Słyszałem szepty, widziałem 
cienie. Od tamtej p-p-pory męczę się z tym cholernym jąkaniem. Nie wiem, co się s-stało. W 
wirealce jest tyle syfu, że myślałem: e, to tylko moja wyobraźnia. Ale p-potem zaczęły się 
anomalie. Cienie są t-tam za każdym razem, kiedy wchodzę.

– Dlatego mówisz o Brilliance, jakby była kobietą?
Pokiwał głową.
– Zup-pełnie jakby uzyskała własną osobowość. To znaczy, już wcześniej ją m-miała, ale 

wąską i nierozwiniętą, jak wszystkie sztuczne inteligencje. Po zwale jakby się p-postarzała. I 
wycwaniła. – Spojrzał na mnie z ukosa. – Coś jak p-przemiana Jales w Parrish.

Nie skomentowałam tego porównania.
– Król Ban uważa, że dołożono jej biologiczny komponent. Co o tym sądzisz?
Otworzył szerzej oczy.
– T-to ma sens. Ale jak?
– Skąd mam wiedzieć? – burknęłam. Zaraz się jednak zreflektowałam. Merv naprawdę 

robił co można. Nie jego wina, że to nie wystarczało. – Jak tam Ryjek?

– Nadal wciska tanią sensację, ale Brilliance robi się p-podejrzliwa.
Cwaniak   zbudował   kanał,   którym   Ryjek   przenikał   do   strumieni   nieobrobionych 

informacji, należących do Monka i Sery Bau, fałszował raporty szpiegusów i zapychał banki 
pamięci   Brilliance.   Mnożyły   się   więc   sensacyjne   doniesienia   w   kategorii   porwań   i 
molestowania   nieletnich,   romansów   i   śmierci   z   przedawkowania   gwiazd   show-biznesu, 
perypetii   zdrowotnych   sportowców.   Wszystko,   co   przyciągało   uwagę   i   zdobywało   sobie 
popularność na kanałach sportowych i w programach DramaNews.

– Ona ma w-własne m-mechanizmy weryfikacji. Nie każda fałszywka p-przechodzi przez 

sito.

background image

– Bardzo jest podejrzliwa?
– Będę musiał wyciągnąć Ryjka z p-pętli na kilka dni.
Dni? Wcześniej ruszą igrzyska PanSatu.
– To nie wypali – stwierdziłam.
– Wypali. Wysiadają systemy komputerowe. W Interiorze i na Tasmanii zdarzyły się 

dłuższe awarie. Brilliance ciągnie resztkami mocy obliczeniowych, teraz to już tylko kwestia 
czasu.

Tylko   w   jeden   sposób   można   było   nadać   sprawom   szybszy   bieg.   Należało   wywołać 

prawdziwy   kataklizm.   Pomysł   dojrzewał   już   w   mojej   wyobraźni,   tylko   nie   wiedziałam 
jeszcze, jak go wprowadzić w życie.

– Jak myślisz, James Monk świętuje rozpoczęcie mistrzostw?
Merv przytaknął kiwnięciem głowy.
– Kto będzie obecny na uroczystości?
– Jak z-zawsze, dziennikarska śmietanka.
– Łącznie z Laud i Sera Bau?
Znowu kiwnął głową.
– K-kilka lat temu pracowałem przy pokazach p-pirotechnicznych. Wszyscy t-tam byli. Z 

obstawą.

– Co ci chodzi po głowie? – zapytała Mal.
– Mam ochotę zrobić małą zadymę. Coś, czego Brilliance nie będzie mogła zignorować. 

Tak by poprzepalać jej przekaźniki. Jak się dostać na przyjęcie?

Po   moim   idiotycznym   pytaniu   zapadła   głucha   cisza.   Tylko   Merv   potraktował   je 

poważnie.

–  Mogłabyś w-wystawić się na aukcji u rzeźnika – powiedział. – Monk musi zabawić 

kupę gości. Będzie wynajmował ludzi, a ciebie przecież już kiedyś chciał.

O, nie! Myśl o powtórnym wcieleniu się w rolę amorato przerażała mnie bardziej niż sny 

o   Marinette.   Bardziej   niż   apogeum   wszystkich   moich   fobii:   znalezienie   się   w   zupełnych 
ciemnościach w ciasnym, zamkniętym miejscu.

Pokręciłam   pierścionkiem,   który   dostałam   od   Ślicznoty   Raczej   wolałabym   go   nie 

używać. Nie chciałam wracać tam, dokąd raz mnie zabrała. To by się mogło źle skończyć.

– Kiedy następna licytacja? – zapytałam niechętnie.
Merv zanurzył się w strumieniu informacji. Wypływając stamtąd, nerwowo szarpał ucho i 

wycierał nos.

– Dziś w-wieczór.
Wstałam i spojrzałam na Mal.
– Lepiej pochodźmy po sklepach z ciuchami.
Bras wyszła za mną do mojego pokoju.
– Plan tego nie zakładał, Parrish. Nawet jeśli dostaniesz się na przyjęcie, będzie tyle 

background image

ochrony, że niewiele zwojujesz.

Poczekałam na nią i w kilku krótkich słowach opowiedziałam jej o Wombebe.
–  Ktoś, kto pracuje dla Monka, zalazł mi za skórę. Założę się, że Monk z takiego czy 

innego powodu kupi mnie na aukcji.

– A co z naszymi planami?
– Kiedy zabrali cię z Trójki, nie zjawiłam się po ciebie. Drugi raz nie popełnię tego błędu. 

Powalczę o Wombebe.

Bras wybuchła gniewem.
– Chcesz wszystko zepsuć z powodu kaprysu!?
Odwróciłam się do niej.
– Zapomnij, że zostanie coś jeszcze do zepsucia, jeśli obwody Brilliance nie sfajczą się 

przed   rozpoczęciem   igrzysk.   Mamy   jedną   szansę,   drugiej   nie   będzie.   Jeśli   mój   plan   się 
powiedzie, to świetnie. Jeśli nie, poszukaj sobie nowego przywódcy. I nowej sprawy.

Miała  ochotę rzucić  się na mnie  za to, że nie podzielam  jej  zdania.  Poznałam  to po 

zaciśniętych pięściach i oczach zmrużonych ze złości. Opanowała się jednak i odwróciła do 
mnie plecami.

Poczekałam, aż zluzuje Merva.
Poczłapał zmęczony do łóżka. Zanim się położył, usiadłam koło niego.
– Dzięki – powiedziałam.
Podrapał się po czole.
– Za c-co?
– Ryzykujesz, że jesteś tu ze mną.
– Niezupełnie – sprostował. – P-p-pewnie Delly i tak niedługo b-by mnie załatwił. Wie, 

że ci p-pomogłem. Zaszantażowałaś m-mnie zresztą.

Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
–  Poproszę cię o jeszcze jedną przysługę. Prawdopodobnie będę musiała żeglować w 

wirealce, choćby przez lokalną sieć przewodową. Potrzebne mi przenośne połączenie.

Westchnął.
– Wtopisz, jeśli zrobisz t-to sama. Wiesz, że nie jesteś za d-dobra w te klocki.
– Co rusz to jakaś wtopa.
Wzruszył ramionami.
Nie różniliśmy się aż tak bardzo. Oboje baliśmy się cienia.
Zdjął i podał mi magiczną gwiazdę.
–  Wyślę   Ryjka,   niech   węszy   po   p-portalach.   Powinien   d-dać   sobie   radę.   Jeśli 

narozrabiasz, b-będzie się starał ci pomóc.

Przyjęłam talizman i zawiesiłam go sobie na szyi. Wiedziałam, że niełatwo mu się z nim 

rozstawać.

– Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że to powiesz.

background image

W zamian sięgnęłam do kryjówki i wręczyłam  mu pistolet. Obracał go w dłoniach z 

wybałuszonymi oczami, jakby bał się zarazków.

– A tak się go używa. – Pokazałam mu, jak załadować magazynek, wycelować i strzelić.
Słuchał cierpliwie. Dopiero na sam koniec zadał pytanie:
– A d-do czego mi to?
Zniżyłam głos i dziabnęłam go lufą w brzuch, blisko gruczołów nadnerczy.
–  Jeśli   pod   moją   nieobecność   Bras   zmieni   się   w   wilkołaka,   strzelaj   dokładnie   w   to 

miejsce. Jeśli nie wrócę, zabijesz ją tak czy inaczej. Potem pojedziesz do Trójki i odnajdziesz 
faceta o imieniu Teece. Powiesz mu, że mam u ciebie dług. To dobry człowiek, pomoże ci 
stanąć na nogi.

– A więc m-mam się stąd zrywać?
– Tuż przed przyjęciem wyciągnij Ryjka z systemu, tylko nie zwlekaj. Potem spieprzaj w 

diabły i poużywaj życia.

– T-to samo mówiłaś Ślicznocie.
Patrząc na niego, usiłowałam przypomnieć sobie, kiedy to powiedziałam. Czyżby wciąż 

żyła?  Bałam się pytać  wprost, żeby nie pozbawił mnie  złudzeń. O pewnych  rzeczach po 
prostu lepiej nie wiedzieć.

Wspięłam się na górne łóżko i zasnęłam.

* * *

Po zmroku razem z Mal wyszłyśmy z kryjówki. Przez dwie godziny maszerowałyśmy 

tunelami komunikacyjnymi, nim zdecydowała, że można bezpiecznie wyjść na powierzchnię. 
Poranione nogi tak mi dokuczały, że krzywiłam się przy każdym kroku.

Coraz bardziej wkurzałam się na Eskaalima.  Nie  mógłbyś zrobić czegoś pożytecznego? 

Na przykład zagoić rany?

Nie   odpowiadał,   zaszyty   głęboko   pod   zwałami   bólu   i   frustracji.   Trwał   w   letargu   od 

pamiętnej  akcji na moście,  który po paru tygodniach wydawał mi się jakimś  wyśnionym 
tworem.

Może głosy, które słyszałam, były zwykłym efektem uporczywych rozmyślań?
Z drugiej strony, Gerwent nie zaprzeczył mojej wersji wydarzeń.
I   co   począć   z   Bras?   Jej   stan   znacznie   się   pogorszył.   Obserwowałam   ją   uważnie, 

wypatrując ciemnych znamion, zapowiadających przemianę.

– Transport publiczny omijamy z daleka, Sera Bau wszystko nagrywa – oznajmiła Mal. – 

Dlatego szpiegusy tak szybko są w centrum zdarzeń.

– A co z helikopterem?
Pokręciła głową.
– Kompanion zgodnie z poleceniem ukrył maszynę. Wystartuje w razie konieczności.

background image

– Jak się z nim skontaktuję?
Spojrzała z dezaprobatą.
– Tylko ja mogę.
– Wobec tego nie giń, bo dam sobie rękę uciąć, że helikopter będzie nam potrzebny. A 

Rada, o której mówił król? Nie pomogą nam?

Krzywiła się i sapała, gdy przechodziłyśmy ze szprychy portu kołowego na parking dla 

stonóg.

–  Gerwent mógł sobie tylko marzyć o zorganizowanej radzie. Dlatego właśnie rodzina 

królewska jest taka słaba. Brakuje w niej jedności, Gerwent nie ma wsparcia. Dlatego Mel i ja 
zostałyśmy przy nim, kiedy zaczął układać zwariowane plany. Lepsze to niż nic. Z czasem 
przekonałam się, że dzięki niemu wszystko można rozkręcić od nowa. Niestety, nie trzyma 
już steru. Zostałaś nam tylko ty.

Super...
Na jej twarzy malowało się rozczarowanie. Już dwa razy uratowała mi życie. Dawała mi 

do zrozumienia, że jak na razie nie zrobiłam nic w zamian, co mogłoby wzbudzić jej uznanie.

Zmieniłam więc temat.
–  Mel była  z tobą spokrewniona? – Nie okazywałam żalu z powodu śmierci starszej 

kobiety w gruzach pałacu, ponieważ Mal nie potrzebowała współczucia.

Westchnęła.
– Jestem jej genetyczną kopią, młodszą wersją. Ja... to znaczy my, długo służyłyśmy w 

ochronie króla. Mam lojalność zapisaną w genach. Sklonowali człowieka o odpowiednich 
cechach   charakteru.   –   Parsknęła   gromkim,   szyderczym   śmiechem.   –   Jesteśmy   jak   dawni 
eunuchowie, tyle że nie trzeba nas kastrować. Geny zrobiły to za nas.

Nie   zamierzałam   się   z   nią   sprzeczać.   Patrzyłam,   jak   grupa   sportowców   wsiada   do 

prywatnej stonogi.

– Nie wiesz, czy Sera Bau podgląda wnętrza prywatnych pojazdów?
Podążyła za moim spojrzeniem.
– Bez obaw. Widzisz symbol biegacza? Tych sportowców sponsoruje James Monk.
– To się dobrze składa.
Stanęła   przed   maską   pojazdu,   który   wpełzał   na   pas   prowadzący   do   centrum   miasta. 

Żebrząc o podwiezienie, skłamała, że jestem sportsmenką i spóźniłam się na taksówkę.

Kierowca   zlustrował   mnie   od   stóp   do   głów.   Udawałam   kobietę   wygimnastykowaną, 

ujędrnioną i ogólnie podrasowaną najnowszymi anabolikami.

– Jakieś dokumenty?
Mal chwyciła ramę okna, jakby ściskała czyjąś szyję.
– W kule sobie lecisz? Przecież to Jales Wyzconski!
Uśmiałam   się   w   duchu   z   jej   staromodnej   gwary   i   absurdalnego   nazwiska,   które 

wymyśliła,   ale   ciągle   patrzyłam   z   byka   na   kierowcę.   Sportowcy   zawsze   wyglądają   na 

background image

wnerwionych.

– Sprawdźcie, czy jest dość miejsca – burknął i odblokował zamek.
Wcisnęłam się między krykiecistów, jadących zabawić się nocą na Brightbeach.
Podchmieleni   i   weseli,   opowiadali   sobie   ze   śmiechem,   jakie   udało   im   się   wyrwać 

amoratos i na jak długo starcza im pary.

Jeszcze tydzień temu nie ruszałaby mnie ich gadanina, ale tego dnia było mi łyso. Równie 

dobrze bohaterką ich żartów mogła być Ślicznota.

Ślicznota, która prawdopodobnie już nie żyła.
Mocno opalony facet z różową łysinką i początkami brzuszka pogłaskał mnie po udzie. 

Przywaliłam mu z piachy między nogi. Zaryczał tak, że wszyscy pękali ze śmiechu. Przez 
resztę drogi popatrywał na mnie z ponurą miną.

Zwariowałaś Parrish? Mało masz wrogów!
Rozstałam się z krykiecistami na skrzyżowaniu kilka przecznic przed targiem.
Na   ulicy   powróciłam   do   swojego   starego   wizerunku   Jales   Belliere.   Merv   zawczasu 

zarejestrował mnie jako towar do odstrzału. W tej chwili mój sfałszowany rodowód fruwał po 
aukcyjnym portalu w działach przedsprzedaży.

Wędrówka po sklepach bez kredytowego wsparcia Gerwenta Bana zaowocowała jedynie 

tanią,   niedopasowaną,   rozszerzaną   spódniczką,   wyzywającą   atłasową   bluzeczką   na 
ramiączkach   i   nieco   chybotliwymi   szpilkami.   Pozostało   mi   już   tylko   wyjść   na   estradę   i 
odegrać komedię. Jeśli dobrze pójdzie, James Monk połknie haczyk.

Oczywiście, istniało ryzyko, że komu innemu spodoba się źle ubrana amorato z dalekiego 

Interioru. Handlarze ludźmi powtarzają, że egzotyczne sztuki zawsze mają wzięcie.

Merv obiecał, że będzie podbijał cenę, by odstraszyć niemile widzianych licytantów, lecz 

nie było pewności. Nie dowiedział się też, czy Burżuj przeżył strzelaninę na moście; z nim też 
wiązało się pewne ryzyko. Do „Luxorii” nie dało się dodzwonić.

I jeszcze Leesa Tulu. Jeśli tam będzie...
Po   podaniu   numeru   rejestracyjnego   mogłam   wsiąść   do   windy,   która   automatycznie 

zatrzymała   się   jedno   piętro   wcześniej.   Poszłyśmy   korytarzem   do   następnego   punktu 
recepcyjnego. Dalej zobaczyłam coś, co przypominało zatłoczoną pracownię kosmetyczną.

Towar był tam modelowany, gorsetowany i dopieszczany. Usuwanie włosów łonowych. 

Zabiegi upiększające podobne do tych, jakie przeszłam na Plastyku. Części ciała (głównie 
genitalia) wszelkich kształtów i rozmiarów. Powietrze ciężkie od feromonów.

Ledwie zwąchałam afrodyzjaki, ocknął się we mnie Eskaalim.
– Myślałam, że regulamin aukcji nie przewiduje feromonów – mruknęłam.
– Kupujący nie mogą ich używać, ale towar tak.
Czym prędzej poszukałam stanowiska kosmetycznego. Obok seksiła się cicha parka.
Mal chwyciła mnie z tyłu za ramiona i potrząsnęła mną z nasrożoną miną. Wcześniej nie 

zauważyłam, jak delikatną ma skórę, niemalże dziecięcą.

background image

Trzepnęła mnie w ucho i założyła mi maskę na twarz. Spadłam z krzesła i zaraz się 

podniosłam,  nabuzowana i gotowa do bitki. Jedną ręką zablokowała i przytrzymała  moją 
pięść.

– Poczekaj z seksem do wyjścia na estradę.
Poczerwieniałam. Miotały mną najróżniejsze emocje,  przede wszystkim jednak czułam 

upokorzenie.

Próbowałam się jakoś pozbierać do kupy, kiedy nadszedł wizażysta i wgapił się we mnie.
– Kto ubierał tę szmatę? – rzucił niby do siebie. Podobnie jak wszyscy tu pracujący nosił 

maskę,   która   syczała   przy   każdym   oddechu.   Zabrał   się   żwawo   do   programowania 
kosmetycznych  nanorobotów, które wyżarły łuszczący się naskórek, rozprowadziły róż na 
policzkach i wchłonęły niekorzystną woń ciała. Kiedy tak po mnie łaziły, wizażysta ściskał 
mi piersi, aż stały się niemożliwie wąskie i sterczące.

Kurczę,   aż   dziwne,   że   byłam   taka   opanowana.   Szczerze   mówiąc,   czułam   się   nawet 

całkiem, całkiem...

–  Ee...  na przejściu granicznym  milicja  zwinęła  mi  bagaż – powiedziałam,  wysilając 

mózg. – Pewnie spodobała im się zawartość.

– Typowe. Chłopaki na granicy są jak panienki... – Wyraz podejrzliwości, błąkający się 

na jego ustach, przestał być tak wyraźny.

Jego dotyk już mnie nie wpieniał. Afrodyzjaki wkradały się pod maskę i rozpalały ciało.
Próbowałam   myśleć   o   Leesie   Tulu,   wiedźmowatej   znachorce.   Rozsyłała   tyle 

negatywnych wibracji, że mogłaby ostudzić największą euforię.

Tymczasem moje myśli rączo pobiegły do Loyl-me-Daaca. Mogłabym się z nim wreszcie 

spotkać, gdyby kupił mnie Monk. Planowałam skopać mu dupsko za to, że kłamał w sprawie 
mojej przemiany.

– Dobrze się czujesz? – Mal przywróciła mnie do rzeczywistości.
Kiwnęłam  głową. Świdrujący dzwonek powiadomił  nas, że  trwa przerwa w  licytacji. 

Między   towarem   i   wizażystami   przewijał   się   niepospolicie   wysoki   chudzielec   w   długim, 
skórzanym płaszczu. Zginał w dłoniach, niczym bicz, elektryczne pręcisko.

– Prezenter – powiedziała Mai.
– Skąd tyle wiesz? – zdziwiłam się.
– Niedocenianie ludzi ma zgubne następstwa – odparła wymijająco.
Kochankowie   przy   sąsiednim   stanowisku   usłyszeli   dzwonek;   pośpiesznie   dokończyli 

bzykanko i wygładzili ubranie. Poczułam jednocześnie ulgę i rozczarowanie.

– A co, ważniak jakiś? – rzuciłam dość głośno.
– Nie gap się, bo tu przyjdzie – poradziła stojąca blisko dziewczyna, wciskając piersi pod 

biustonosz. – Jeśli stwierdzi, że nie będą cię wysoko licytować, zostaniesz sprzedana do paki.

Paka! Przypomniały mi się słowa Gerwenta Bana o Ike’u, który skupywał kryminalistów 

z przeznaczeniem na materiał doświadczalny.

background image

– Wolno mu?
Prędko, z wyraźnym przestrachem kiwnęła głową i odwróciła się w drugą stronę.
Prezenter jakby nas usłyszał, bo przystanął i odwrócił się na pięcie.
Kiedy wizażysta biadolił na temat wielkości i stanu  moich  porów w skórze, spokojnie 

odwróciłam spojrzenie. Prezenter zniknął w swoim kantorku.

Na ekranie ściennym wyświetlił się mój numer. Startowałam po przerwie jako pierwsza.
I jak tu wyjść przed ludzi i nie wpaść w panikę? Według mnie targi niewolników idą w 

parze z gwałtami i morderstwami. A jednak wciąż byłam rozpalona...

Zauważyłam, że nie ma przy mnie Mal. Nagle usłyszałam zgiełk, a na lewo od głównego 

wyjścia namierzyłam jej szerokie plecy. Nad drzwiami opuścił się zamontowany pod sufitem 
półautomatyczny   karabin   i   ze   szmerem   zaczął   się   kołysać   w   lewo   i   prawo.   Kto   by   nie 
zauważył takiej giwery? Ludzie wrzeszczeli i panikowali.

Odepchnęłam wizażystę, rozpłaszczyłam się na ziemi i pod osłoną krzeseł poczołgałam 

się w poszukiwaniu lepszego widoku.

Gdy patrzyłam spomiędzy stada nóg, wyglądało na to, że straż w korytarzu rozbroiła 

intruza.

Z kantorka wynurzył się prezenter w długim płaszczu i zaprezentował swój spektakularny 

oręż: strzelbę kaliber 12  ze zwężonym końcem lufy – starą, lecz sprawdzoną, szczególnie 
morderczą z bliskiej odległości. Zaległa martwa cisza.

– Biorę ją w przedsprzedaży – rozległo się.
Poznałam ten głęboki, gardłowy głos. Wiedźma! Miałam  z nią do wyrównania ładnych 

parę rachunków, ale gdybym ją wypatrzyła przed pokazem, mogłabym nie doczekać realizacji 
swoich planów. Pochyliłam więc głowę, modląc się w duchu, by ochroniarzom nie spodobała 
się jej arogancja. Zabrał głos prezenter:

–  Madame   Tulu,   często   uczestniczy   pani   w   aukcji,   zatem   wie   pani,   że   na   targu 

obowiązuje ścisły regulamin. Przed prezentacją nikt, dosłownie nikt nie nabywa towaru z 
zielonego pokoju. W przeciwnym razie runie nasz przejrzysty, sprawiedliwy system. Zasady 
licytowania nie podlegają dyskusji.

– Jeśli przez ciebie ją stracę, Listrata...
– Jeśli straci ją pani, to tylko w wyniku uczciwej licytacji – przerwał jej prezenter. – 

Miłych wrażeń z igrzysk, madame Tulu!

Dostrzegłam ulgę na twarzy Mal. Znowu stanęła przy mnie.
Nim wstałam, upewniłam się, że zamknięto wiedźmie drzwi przed nosem.
– Czemu jej tak zależy na tobie?
– Długa historia – odpowiedziałam. –  I krwawa.
– Jales Belliere? – Moje przybrane nazwisko odbiło się echem od ścian zielonego pokoju 

niczym wystrzał armatni. Z pochyloną głową i miną cherubinka zbliżyłam się do prezentera.

–   Nie   przepadamy   tu   za   chuligaństwem.   Jeśli   w   czasie   sesji   zrobisz   coś   głupiego, 

background image

sprzedam cię poza aukcją. – Boleśnie dźgnął mnie w ucho lufą strzelby. – Kapujesz?

Nie wątpiłam  w jego szczerość. Nie szanował ludzi, których  sprzedawał  jak wołowe 

tusze. W sumie nic dziwnego. Przeważnie sami się nie szanowali. Z drugiej strony, przywiały 
ich tu względy praktyczne. Kto jest na tyle głupi, żeby odmówić, gdy mu proponują stałą 
pensję i lepsze warunki pracy? Może tylko ja...

Stałam przed nim bez słowa i dusiłam w sobie gniew. Zinterpretował moje zachowanie 

jako strach i odszedł, usatysfakcjonowany.

Wypowiedziano mój numer śpiewnym tonem. Inny wizażysta zapędził mnie prosto do 

windy serwisowej. Nie zdążyłam już pogadać z Mal. Ledwie starczyło czasu na zdarcie maski 
z twarzy.

W windzie wizażysta chlusnął mi w nos afrodyzjakiem z buteleczki. Wpatrywałam się w 

jego odsłonięte ramiona i gładko ogoloną buźkę, zastanawiając się, jak  wygląda nago.  Na 
szczęście kurtyna się uniosła, nim pożądanie przyćmiło mi zmysły.

No to czadu!

background image

R

OZDZIAŁ

 20

W blasku reflektorów wszystko uzyskało abstrakcyjny wygląd – z wyjątkiem prezentera 

Listraty, który w postawie zuchwałej i wyzywającej okupował środek podwyższenia. O tak, 
facet   kumał   cza-czę.   Jego   aksamitny   głos   był   przynętą   i   wykorzystywał   go   na   maksa, 
rozprawiając o sposobach na sukces rynkowy.

Trzy razy przeszłam się tam i z powrotem, a tu nikt nie wyskakuje z ofertą. W ostrym 

świetle czułam się kompletnie naga. Nie naga w sensie goła, ale zdana na łaskę losu. Ślepa i 
bezbronna. Niepełnosprawna.

Z jednej strony nakręcały mnie afrodyzjaki, z drugiej – przerażała świadomość, że gdzieś 

w tłumie czai się Tulu, gotowa zrobić mi kuku. A ja za cholerę nie mogłam nic zobaczyć. 
Ścierały się we mnie najróżniejsze uczucia. Jakby tego było mało, prezenter opuścił swoje 
stanowisko na środku podestu i zbliżył się, żeby obmacać mnie swoim kijaszkiem.

– Tańcuj, szmato! – mruknął i wziął się do pocierania.
Rozległ   się   głos   spikera,   który   wyliczył   moje   –   koń   by   się   uśmiał!   –   dokonania, 

sfabrykowane przez Ibisa. Bujdy wierutne, łatwe do przejrzenia.

A mimo tego na ekranie ściennym pojawiła się pierwsza oferta. Zgadniecie czyja? Tak, 

tak: mojej przyjaciółki, czarownicy voodoo!

Nie   wiem,   może   z   powodu   bliskości   Marinette,   w   każdym   razie   afrodyzjaki   szybko 

przestawały działać. Do dupy z taką prowizorką! Zejście podziałało na mnie tak, że miałam 
ochotę wytłuc wszystkich wkoło. Co ja mówię, cały świat wymordować!

Ejże, wyluzuj...
Dałam sobie spokój z paradowaniem; stanęłam na skraju podwyższenia, wsparłam ręce 

na biodrach i spojrzałam z byka. Monotonny gwar nagle przycichł o kilka decybeli. Towar z 
reguły nie gapi się bezczelnie na kupujących. Towar się wdzięczy, kokietuje i walczy o jak 
najwyższą cenę.

Poczułam, jak kijek napiera mi na pupę i wkrada się między nogi. Instynktownie się 

odwróciłam   i   celnym   kopniakiem   wytrąciłam   prezenterowi   narzędzie.   Zaklął   po   cichu   i 
wyciągnął   z   płaszcza   paralizator.   Uśmiechał   się   do   widowni,   jakby   wszystko   zostało 
wyreżyserowane.

– Mogłem ci się lepiej przyjrzeć, podstępna suko! – warknął pod nosem.

background image

– To może przyjrzysz się temu?
I   kropnęłam   mu   z   bani   w   ten   jego   kościsty   brzuch.   Złożył   się   jak   dwie   połówki 

hamburgera. Zlecieliśmy na pysk z podestu, taranując po drodze ludzi w pierwszym rzędzie. 
Pierwsza ochłonęłam. Żeby dorwać jakąś broń, zerwałam z nóg swoje badziewne szpilki. Z 
tyłu ekran wariował od wyświetlających się ofert.

Wyglądało na to, że ludziska polubiły pannę z charakterkiem. Frajerzy!
Szansę, jaką dawała znajomość z Monkiem, totalnie zaprzepaściłam, więc nie pozostało 

mi nic innego, jak ratować resztki godności... i pryskać.

Cwałowałam   do   drzwi,   kiedy   między   poprzewracanymi   krzesłami   i   sponiewieraną 

klientelą przedzierali się w moją stronę dwaj ochroniarze Tulu. Dopadli mnie dopiero przed 
wirealkową   seksbudką.   Zaatakowali   jednocześnie,   obaj   zwinni   i   przypakowani.   Pierwszy 
owinął mi się wokół nóg, drugi walnął mnie z całej siły. Czułam, jak nos pęka. Najpierw ból, 
potem błogosławione otępienie.

Wierzgnęłam z wściekłą furią. Miałam obolałe nogi, a mimo to jeden wyrżnął plecami w 

czujnik reklamowy. Otoczyła go chmura chichotkowych bąbelków. Połknął ogromną ilość i 
dostał śmiechawki.

Splunęłam krwią i potraktowałam  drugiego atomowym  sierpowym.  Przewrócił się na 

swojego koleżkę. Razem tarzali się w spowolnionym tempie, spowici obłokiem darmowej 
sproszkowanej euforii.

Niezdarnie stanęłam na nogach, wydmuchując krwawe bąbelki z rozkwaszonego nosa.
Otwarte złamanie. Kicha...
Z dwóch stron podkradli się do mnie Tulu i Listrata.
Zastanawiałam się, czy nie pokaże się znowu Marinette. Wyglądało na to, że zagięła 

parol na mnie. Zadzierałam z ludźmi, których naprawdę powinnam się wystrzegać.

Opodal   zmaterializowali   się   mundurowi,   obwieszeni   biżuterią.   Otoczyli   mnie   ze 

wszystkich stron. Wypatrywałam jakichś oznak, naszywek, ale nie zauważyłam rzęsy, topora 
ani biegacza.

A więc najemnicy. Powiało optymizmem.
Łapiąc Listratę bezwstydnie od dołu, próbowałam zgnieść mu jajca. W pierwszej chwili 

myślałam, że się sprytnie wywatował, aż nagle zrozumiałam, czemu tak zawzięcie tępi towar. 
Ktoś zdążył go pochlastać przede mną.

– Ty eunuchu! – warknęłam i spróbowałam chwycić go za gardło.
Dźgnął   mnie   prętem   podładowanym   do   oporu.   Padłam   na   ziemię   w   konwulsjach. 

Trzęsłam się i śliniłam, gdy się spode mnie wyplątywał.

Wtem z windy wyskoczyła Mal, a w ślad za nią sznurek ochroniarzy. Determinacja, z 

jaką brnęła w moją stronę, dodała mi otuchy.

Kiedy była dosłownie krok ode mnie, padła przykryta siatką paraliżującą.
Spotkały się nasze spojrzenia.

background image

Niezła myśl, Mal, powiedziało moje.
Idiotka, powiedziało jej.
Ja czy ona?
Ochrona przystąpiła do sprzątania, Listrata zaś rozkraczył się nade mną z butną miną 

handlarza niewolników. Nie byłam w stanie nic zrobić, ciągle wstrząsały mną dreszcze.

Prezenter uniósł pręt, żeby mi jeszcze dołożyć, ale zastygł w bezruchu, bo nagle rozległ 

się dzwonek. Obejrzał się na ekrany. Ten wysoko pod sufitem zgasł zupełnie; wyrzucał z 
głośników karaibską muzykę, żeby zabawić tłum.

Ktoś anonimowy ostro się targował. Gruba szyszka dokonywała zakupu.
Oby chodziło o mnie!
Wykręciłam szyję i spojrzałam na Mal. W jej oczach – jedynej ruszającej się części ciała 

– jaśniała nadzieja.

Spiker ogłosił koniec składania ofert i zatwierdził transakcję.
Ochroniarze zepchnęli na bok Tulu, żeby się do mnie dostać.
Listrata przyklęknął, zasłonił się przed moim splunięciem i szepnął mi do ucha:
– Jeszcze cię znajdę.
Wstał i ruszył na środek podestu, żeby uspokoić rozczarowanych ludzi.
Poczołgałam się do Mal i położyłam jej rękę na ramionach.
– Jest... mój... – Tylko tyle zdołałam wydukać.
Ochrona próbowała mnie od niej oderwać i ułożyć na dmuchanych noszach. Z całej siły 

zaciskałam palce.

– One są razem! – krzyknął ktoś z widowni. – Widziałem je w windzie!
– Lepiej weźcie je obie! – dodał kto inny.
Ochrona spokojnie się naradzała. Po krótkiej przerwie wezwano drugie nosze.
Tłum wiwatował – zbyt przejęty zakończeniem dramatycznego przedstawienia ze mną w 

roli głównej, żeby jeszcze zwracać uwagę na Listratę, który reklamował już następny towar. 
Byłam wdzięczna ludziom za wsparcie.

Ochrona doholowała nas do windy. Minutę później byliśmy już na dachu. Wciągnęłam w 

płuca potężny haust świeżego powietrza; miałam serdecznie dość targu.

W ciągu godziny przybył helikopter. Z ulgą dostrzegłam na kadłubie symbol biegacza. 

Pilot rozłożył tylne fotele, na których już po chwili leżałam razem z Mal.

* * *

Nigdy w życiu nie leciałam tak długo helikopterem. Pilot w końcu wykonał karkołomny 

manewr i wylądował.

Mal ciągle leżała unieruchomiona siatką paraliżującą. Pilot nie chciał jej wyłączyć przed 

dotarciem na miejsce.

background image

– Jeszcze t-trochę... i d-dostanie szału – zauważyłam po odzyskaniu częściowej swobody 

poruszania językiem.

Nie   przejął   się   tym,   tak   samo   jak   nie   przejmował   się   krwią,   która   kapała   z   mojego 

rozbitego nosa na elegancki dywanik w helikopterze.

Cóż, podrasowany w klinice profil diabli wzięli. Starczy, że się przebiorę, dorobię paru 

blizn, a do tego ktoś mi przetrąci kość policzkową – i witaj dawny wyglądzie.

W   czasie   lotu   przestałam   dygotać,   lecz   nie   opuściła   mnie   drętwota   i   ociężałość. 

Połknęłam tyle krwi, że język i gardło wydawały się oblane ciepłą metaliczną polewą. W 
czasie gwałtownego lądowania zebrało mi się na wymioty.

Jakoś usiadłam i wyjrzałam przez szybę. Na chwilę zapomniałam o dolegliwościach, bo 

widok   zapierał   dech   w   piersiach.   Inaczej   wyobrażałam   sobie   posiadłość   Jamesa   Monka; 
spodziewałam   się   luksusów   podobnych   jak   w   hi-telu.   Byłam   w   błędzie.   Rzeczywiście, 
bogactwo   kłuło   w   oczy,   ale   nie   miało   tu   ultranowoczesnego   oblicza.   Ani   obsesyjnie 
antycznego, jak w przypadku Gerwenta Bana.

Ujrzałam coś zupełnie innego. Na łagodnym stoku, wśród rozległych trawników, stały 

białe   budynki   z   płaskimi   dachami.   Tu   i   tam   skrzył   się   staw   lub   wodospad.   Stworzono 
tropikalną   scenerię,   ożywioną   plumeriami   i   passiflorami,   w   porównaniu   z   którą   Viva 
wydawała się pusta i nijaka. Nikt sobie nie mógł pozwolić na tak rozległą posiadłość w 
okolicach wybrzeża, po prostu nie było wolnej przestrzeni.

A jednak była. Monk kupił całą górę ze ściętym wierzchołkiem oraz nadbrzeżną równinę 

w   północnej   części   Vivy.   Nie   brakowało   nawet   łowców   zanieczyszczeń,   fruwających   po 
niebie na podobieństwo latawców, oraz gigantycznych filtrów wodnych, które kąpały się w 
falach zalewających plażę.

Przypomniało mi się Fishertown i szary bukiet tłustej wody. Aż trudno uwierzyć, że to 

ten sam ocean.

Łzy zakręciły mi się w oczach, gdy podziwiałam ten piękny krajobraz... i pękałam z 

zazdrości. To niesprawiedliwe,  że niektórzy tyle  mają.  Monk wkurzył  mnie  już na dzień 
dobry.

Zbocza gór położonych na północy i zachodzie powielały ów odświętny wystrój. Zatem 

nie tylko Monk, inni również...

Słyszałam   opowieści   o   miejscu,   gdzie   góry   sterczą   z   ziemi   jak   zęby.   Obserwując 

wspinający się do nas wagonik kolejki linowej, próbowałam przypomnieć sobie nazwę.

Kielich? Uczyłam się o nim w szkole sieciowej. Był to park narodowy, relikt z epoki, 

kiedy jeszcze istniały takie rzeczy. W takim razie znajdowaliśmy się na północnych rubieżach 
miasta, ponad pięćset kilosów od Trójki. Na samą myśl kręciło mi się w głowie.

Gdy   tylko   wylądowaliśmy   na   płycie,   zjawił   się   kompanion   i   otworzył   drzwi.   Pilot 

wyłączył sieć paraliżującą Mal, a kompanion zaczął rozplątywać włókna.

– Uważaj – przestrzegłam.

background image

Atletycznie zbudowana kobieta odzyskała czucie i kontrolę nad mięśniami w gwałtowny, 

niekontrolowany   sposób.   Rzuciłam   się   do   drzwi,   ale   zdążyła   mnie   tak   grzmotnąć,   że 
wypadłam  jak z procy i potoczyłam  się po asfalcie. Widocznie jej to nie zadowoliło, bo 
wymierzyła   kompanionowi   tęgiego   kopa   w   brzuch,   od   którego   pękła   powłoka   skórna   z 
plastycznej biomasy.

Pilot   spanikował.   Uniósł   maszynę   kilka   metrów   nad   ziemię   i   nagłym   przechyłem 

wyrzucił   pasażera.   Upadła   z   nieprzyjemnym   łoskotem.   Niespecjalnie   jej   to   zaszkodziło; 
wstała jak zwierzę otrząsające się z much.

– Poznajesz mnie, Mal?
Pogrzebała w myślach i kiwnęła głową.
– Masz halucynacje. Wszyscy tak się czują, kiedy za długo leżą w sieci. To minie.
Chrząknęła i wywinęła młynka potężnymi ramionami, jakby chciała poprawić krążenie. 

Odskoczyłam na wszelki wypadek.

Kompanion wyprostował się i grzecznie zaprosił nas do wagonika. Wciąż trzymał się za 

brzuch.   Wpakowałam   się  do   środka  bez   chwili   zwłoki.   Mal   była   najlepszą   eskortą,   jaką 
miałam w życiu, ale na razie wolałam, by się z nią męczył Monk.

– Ruszaj, nim nas porąbie na kawałki! – zawołałam do kompaniona.
Nie był w ciemię bity, bo w mig odczytał moje myśli i zanim Mal przystąpiła do szturmu, 

wskoczył   do   wagonika.   Gdy  zatrzasnęłam   drzwi,   wcisnął   guzik   i   ruszyliśmy   w   dół   z 
warkotem.

Mal wyładowała złość na krzaczastych oleandrach, rosnących wokół lądowiska.

* * *

Kompanion, przytrzymując bebechy, przedstawił się i powitał mnie oficjalnie w Kielichu 

Drugim.

– A gdzie Kielich Pierwszy?
Wskazał górę wznoszącą się na północy.
– Kto jest jego właścicielem?
– Sera Bau.
Nie byle kto...
Oparłam się o okno i przyjrzałam dżinsom kompaniona,  jego wypucowanym butom i 

czystej   białej   koszuli   (brakowało   guzików   w   miejscu,   gdzie   wynurzały   się   wnętrzności). 
Mimo rany wyskoczył ze swoją przepisową gadką dla turystów:

–  Rezydencja   Monka   zajmuje   wiele   pięter.   Zakwaterowaliśmy   cię   na   dwudziestym 

piątym tarasie. Tarasy dwudziesty do trzydziestego są zarezerwowane dla robotników. Wolno 
ci odwiedzać; niektóre fragmenty plaży, balkon i salę gimnastyczną. Nie masz wstępu do 
reszty posiadłości.

background image

– A to co? – Wskazałam olbrzymią budowlę w połowie zbocza.
– Storczykowa oranżeria, obowiązuje zakaz wstępu. Łatwo zaszkodzić roślinom. Jeśli 

sobie   życzysz,   ogrodnik   codziennie   przyniesie   ci   do   domku   świeże   kwiaty.   U   siebie   w 
mieszkaniu   na   Kanale   Słonecznym   możesz   oglądać   uprawę   miodowonnego   storczyka   z 
rodziny oncidium. Poproszono lekarza, by opatrzył ci rany.

Odchrząknęłam. Nadal czułam smak krwi w ustach.
– Niepotrzebny lekarz. Wystarczą środki przeciwbólowe.
–   Środki   przeciwbólowe   zostaną   ci   dostarczone   szybem.   Sprawdź   przy   segmencie 

kąpielowym.  Jeśli spokojnie przemyślisz  swój wygląd,  może  się zdecydujesz  na fachową 
pomoc. Jeśli tak, zadzwoń po obsługę.

Szukałam w jego twarzy oznak ukrytego szyderstwa, ale napotkałam tylko beznamiętne 

spojrzenie. Jeśli się ze mnie nabijał, robił to bardzo dyskretnie.

–  W swoim czasie skontaktuje się z tobą osobista sekretarka pana Monka. Proszę bez 

skrępowania korzystać z garderoby i wszystkich udogodnień, jakie znajdują się w domku.

Jeju! Nikt się dotąd tak do mnie nie zwracał. Aż dziwnie się tego słuchało. I co, u diabła, 

znaczy   słowo   „miodowonny”?   Pogrzebałam   w   module   lingwistycznym   i   parsknęłam 
śmiechem. Pewnie pieśń miodowonnych storczyków wygrałaby w cuglach każdy festiwal w 
Trójce.

Przejażdżka   kolejką   linową   była   równie   okropna   co   latanie;   wagonikiem   bujało   jak 

praniem w czasie huraganu. Musiałam się ostro hamować, żeby nie wyskoczyć za burtę i nie 
uciec   z   powrotem   na   górę.   W   tym   hamowaniu   pomogły   mi   oczywiście   hermetycznie 
zamknięte kuloodporne drzwi. Może nie pierwsza miałam takie ciągotki.

W końcu wyszłam na zewnątrz i poczułam podmuch powietrza. Kompanion odjechał z 

warkotem. Kolejka linowa wydawała się przedpotopowym sposobem poruszania się w górę i 
w dół, ale bogaci chłopcy miewają specyficzne gusta.

Wszystkie drzwi w domku stały otworem. Błąkałam się po pokojach jak włamywacz, 

który trafił pod zły adres.

Klub Burżuja miał luksusowe wyposażenie, owszem, ale jednak był tylko klubem. Pałac 

Gerwenta Bana z założenia podkreślał prestiż, stanowił mauzoleum bezużytecznych antyków. 
Dokładnie takich, jakie spodziewano się zastać w królewskiej siedzibie.

Tutaj   z   kolei   wszystko   wyglądało   inaczej.   Na   każdym   kroku   dostrzegałam   subtelne 

znamiona   bogactwa:   teleskop   i   stanowisko   obserwacyjne   na   balkonie,   półprzezroczyste 
ściany z migotliwymi artystycznymi deseniami, bielusieńka pościel, chrzęst siatki na owady, 
która chwytała i bezpiecznie wyprowadzała na dwór zabłąkane insekty.

Zastanawiałam się, czemu Monkowi zależy, żeby nie uśmiercać owadów.
Błądziłam   po   omacku,   szukając   środków   przeciwbólowych   przy   wlocie   do   szybu. 

Znalazłam   go   między   sypialnią   a   sanitariatką.   Przełknęłam   podwójną   dawkę,   po   czym 
kontynuowałam zwiedzanie, jakby domek był ciemną stroną Księżyca.

background image

Słowo   „sanitariatka”   w   żaden   sposób   nie   oddawało   wyposażenia   –   jak   się   wyraził 

kompanion? – segmentu kąpielowego. Chciałam się już wyszorować, zmyć krew z twarzy, a 
jednocześnie   musiałam   zbadać   teren.   Postanowiłam   najpierw   zakończyć   rekonesans.   Nie 
mogłam przecież leżeć goła w wannie bez sprawdzenia, czy ktoś mnie nie podgląda przez nie 
przyciemnione szyby.

Ogrody zbiegały spod balkonu stromym zboczem ku zarośniętym dżunglą tarasom, przy 

czym na każdym bielił się dach domku. Nie widziałam ścieżynek dla spacerowiczów. James 
Monk nie zachęcał gości do pieszych wycieczek.

Podejrzewając, że ktoś jednak może mnie oglądać, weszłam na stanowisko obserwacyjne 

i spojrzałam przez teleskop. Zobaczymy,  może kogoś namierzę... Kręciłam teleskopem na 
wszystkie strony, aż w końcu stwierdziłam, że chwilowo nikt mnie nie śledzi.

Dawało o sobie znać zmęczenie. Wgramoliłam się do wanny (wanienka Teecea była przy 

niej niczym) z nadzieją, że woda zapewni mi odrobinę prywatności.

Prawie zasypiałam, kiedy ze ściennego ekranu odezwała się do mnie e-sekretarka Monka. 

Zapowiedziała, że mnie wkrótce odwiedzi i że, w związku z moim pośpiesznym wyjazdem z 
targu, mogę skorzystać z gościnnej garderoby, a także raczyć się lekkimi przekąskami.

W sypialni czekała na mnie taca z trudnym do zidentyfikowania jedzeniem. Spacerując 

naokoło, zapychałam się dziwnymi smakołykami  i rozmyślałam o tysiącu rzeczy.  Między 
jednym a drugim kęsem na zmianę przymierzałam i zrzucałam z siebie ubrania. Przejrzałam 
się również w lustrze. Z nosa nie ciekła już krew, ale wyglądał paskudnie: rozerwana skóra i 
pogruchotane chrząstki. Nie wyglądałam przekonująco w roli amorato.

Cały czas dokuczało mi jedno pytanie: dlaczego Monk mnie zatrudnił?
Wbiłam się w ciasne portki i, chociaż  było  ciepło, jedwabny płaszcz z postawionym 

kołnierzem. Miałam serdecznie dość paradowania nago po tym świecie. Na nieszczęście dla 
Monka.

Zgodnie z obietnicą przybył kompanion (nie ten co poprzednio), żeby zaprowadzić mnie 

do   sadyby   szefa   mniej   więcej   na   środku   zbocza   Kielicha   Drugiego.   Wszędzie   w 
przeźroczystych domkach widziałam ludzi. Najwyraźniej Monk lubił zabawiać... i podglądać 
gości.

Cóż, jak to w branży...
Na   wszelki   wypadek   spróbowałam   ponownie   wczuć   się   w   rolę   dumnej   amorato. 

Obracałam   na   palcu   pierścionek   z   afrodyzjakiem,   prezent   od   Ślicznoty.   W   kółko   o   niej 
myślałam, kiedy kompanion zabawiał mnie opisem okolicy. W końcu wagonik zakołysał się 
mocniej   i   zatrzymał   przed   pagodą.   Podwórze   kojarzyło   mi   się   z   klubem   Burżuja,   było 
bezkompromisowym   połączeniem   zbytku   i   pedantycznej   czystości.   A   może   po   prostu 
przywykłam do brudu i ubóstwa.

Po wizycie w Mo-Vay ciężko się pogodzić z wieloma rzeczami.
Kompanion   przeprowadził   mnie   koło   detektora   do   oszczędnie   urządzonego 

background image

pomieszczenia   z   kilkorgiem   drzwi,   nie   prześwitującymi   ścianami   i   skupiskiem   ekranów. 
Nawiasem mówiąc, w rezydencji szefa żadna ściana nie była przezroczysta.

Zapewne lubił patrzeć, ale wolał, żeby nie patrzono na niego. Nawet panoramę uroczej 

plaży oglądałam przez przyciemniane okiennice.

– Jales Belliere? Nazywam się James Monk.
Nareszcie. Miejmy to już za sobą.
Wlepił wzrok w mój nos i miałam wrażenie, że ledwo powstrzymał się od śmiechu. Ja też 

z trudem powstrzymałam wesołość.

Monk był niewiele starszy ode mnie. Prędko nad sobą zapanowałam. Mieszkanie pod 

jednym dachem z ojczymem Kevinem oduczyło mnie jednego: oceniania ludzi po wyglądzie i 
wieku. Osoby nieprzewidywalne są szczególnie niebezpieczne, bo prawie zawsze mają coś do 
udowodnienia.

Kurde, powinnam coś o tym wiedzieć! Sama taka jestem.
– Podmienił pan swoje publiczne zdjęcia.
–  A   czemu   każdy   ma   wiedzieć,   jak   wygląda   najbardziej   wpływowy   człowiek   na 

południowej półkuli?

– Za takiego się pan uważa?
Patrzył   w   zamyśleniu   na   morze,   gdy   ja   podziwiałam   jego   mocną   opaleniznę,   stadko 

piegów i gęste, brązowe włosy. Loyl-me-Daac miał wygląd lekko trącącego slumsami macho 
z rozkładówki, gdy tymczasem Monk urodził się z fizjonomią wyrafinowanego gangstera. Do 
ogólnego stylu pasowała nawet płaska, metalowa wtyczka za uchem. Pewnie rozmawiał i 
równocześnie oglądał zawody sportowe.

–  Za człowieka już teraz, za osobistość niebawem. Co zdobywasz bez trudu, tego nie 

doceniasz.

Tym razem parsknęłam śmiechem, na dodatek szyderczym.
Popatrzył na mnie i zmarszczył swoje wymodelowane brwi.
–  Jakoś nie wyglądasz na osobę, za którą się podajesz. Czyżbyś nieszczęśliwie rozbiła 

nos... w czasie awantury?

Odruchowo zakryłam część twarzy.
– Czemu każdy ma wiedzieć, jak wyglądam na co dzień? – odpaliłam cicho.
I czekałam. Intuicja mi podpowiadała, że chociaż rozbudziłam jego ciekawość, stoję na 

krawędzi   przepaści.   Jeśli   jego   zainteresowanie   przerodzi   się   w   złość   lub,   co   gorsza, 
podejrzliwość, znajdę się w pierdlu w czasie o wiele krótszym, niż trwa jeden szwindelek 
Raula Minoja.

Monk splótł palce, jak to robią starsi ludzie.
– Jeśli nie liczyć skaleczeń, faktycznie przypominasz amorato. Twoja niedawna wymiana 

zdań z moim podwładnym pozwala przypuszczać, że jesteś utalentowana. Ale też obcesowa, 
no i nader pyskata. Zresztą amorato doświadczony w bitwach to nieczęsty widok.

background image

Obcesowa? Nader pyskata? Tego rodzaju zdolności językowe kosztują fortunę.
Miałam ochotę nacharkać mu na twarz. Jak to się dzieje, że po świecie buja się tylu 

zarozumiałych, aroganckich ludzi? Zupełnie jakbym miała do czynienia z kasiastym Loyl-me-
Daakiem.

Tak czy owak, ukłoniłam mu się służalczo, co było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam w 

życiu.

– Pochodzę z Interioru, proszę pana. Może i brak mi ogłady, ale z pewnością nie talentu. 

Jeśli mogę zadać pytanie... czemu zostałam wybrana, skoro ma pan o mnie tak złe zdanie?

Stałam z pochylonym czołem, kiedy obchodził mnie wkoło, a do tego macał i ściskał, 

jakbym była półtuszą na rzeźniczym haku.

– Powiedzmy, że polecił mi cię dobry znajomy. – Dotknął mojej szyi, a potem rozchylił 

płaszcz, żeby ocenić figurę. – A to co? – Sięgnął po pierścionek od Ślicznoty.

Nie podnosiłam głowy w nadziei, że przeoczy mój hardy wyraz twarzy.
–  Każdy   amorato   ma   pewne   narzędzia...   na   podorędziu   –   dodałam   po   przeszukaniu 

zasobów słownikowych.

Zsunął  mi   z palca   pierścionek  i  poszedł  do  niewielkiego  modułu  diagnostycznego  w 

alkowie. Zbadał go i – przekonany o jego nieszkodliwości – z zadowoleniem przyniósł z 
powrotem.

–  Dziś wieczór masz pokazać się publicznie. Jutro podejmuję gości, więc zastanawiam 

się, jak ich zabawić. Jeśli spełnisz dzisiaj moje oczekiwania, jutro dam ci pracę, a ponadto 
wystawię  świetne  referencje.  Mam nadzieję,  Jales  Belliere  – dodał ciszej  – że nie  jesteś 
przereklamowana. Sporo ryzykuję, sprowadzając cię tutaj... z uprzejmości dla przyjaciela. 
Bez owijania w bawełnę: spraw się dobrze albo zaliczę tę inwestycję do złych długów. A 
tymczasem   zrób   coś   z   twarzą.   –   Wykonał   szeroki   gest   ręką   z   ujmującym,   radosnym 
uśmiechem.

I finał audiencji.

background image

R

OZDZIAŁ

 21

Pozwoliłam się opatrzyć lekarzowi dlatego, że nie działały środki przeciwbólowe, a nie 

że Monk mi kazał. Tak to sobie tłumaczyłam. Nie uśmiechało mi się strojenie na wieczorną 
„wystawę”, ale trudno, musiałam być na przyjęciu u Monka.

–  Co za bajzel, to wymaga  gruntownej rekonstrukcji – psioczyła  chuda lekarka spod 

foliowego pokrowca.  Wolała  uniknąć  bezpośredniego  kontaktu  z moją  krwią. – Niestety, 
nanomedykamentów nie starcza mi nawet dla pracowników. Wyobrażasz sobie, ilu tu mamy 
gości? Na samo złuszczanie skóry czasem brakuje materiału.

– Niech mnie pani porządnie znieczuli i prostuje.
Oczy jej rozbłysły.
– Czyli... tradycyjnymi metodami?
Zrobiłam zbolałą minę.
Lekarka, całkiem jak dziecko bawiące się pistoletem, obłożyła mnie dermą i wsunęła do 

nozdrzy cienkie pręciki usztywniające.

Świeczki stanęły mi w oczach, kiedy chrząstka chrzęściła jak żwir pod nogami. W końcu 

lekarka zagwizdała; przykleiła płatki skóry, posmarowała blizny (te na czole również) i dała 
maść na siniaki.

Wstałam chwiejnie.
Rzuciła mi jeszcze jedną dermę.
– Masz, to na później. Wyglądasz na taką, która wie, co z tym robić.
Szykowałam   się   na   wieczorne   spotkanie   jak   na   wojnę.   Byłam   emocjonalnie 

rozchybotana; z jednej strony determinacja, z drugiej hamulec: strach. Istne wariactwo!

Do   niedawna   wydawało   mi   się,   że   podjęłam   kilka   trudnych   decyzji.   Teraz   jednak 

zrozumiałam, że to nieprawda. Za każdym razem stałam pod murem i musiałam walczyć o 
życie. Czyli było dość łatwo. Decyzje nie wymagały głębszego zastanowienia.

Obecnie mogłam się wycofać. Nikt nie stał za moimi plecami, każąc zrobić to czy tamto. 

Wszystko sprowadzało się do jednego pytania: czy faktycznie zależy mi na Trójce, odkąd 
wyrwałam się z tego szamba?

Z ponurą miną podniosłam wzrok na sławetną oranżerię Monka, a potem na ciemniejące 

niebo. Chociaż powietrze było czyste, nie widziałam gwiazd na zachmurzonym firmamencie.

background image

Pojawiało   się   coraz   więcej   wątpliwości.   Ni   stąd,   ni   zowąd   zapragnęłam   pogadać   z 

Teece’em   i   zjeść   szawarmę   w   barze   Lu   Chow.   Chciałam,   żeby   Larry   nalał   mi   piwa   i 
powiedział, że Riko planuje napaść na mnie przy najbliższej pełni księżyca. Dałabym sobie 
radę. Wiedziałabym, jak postąpić.

Tu jednak była obca ziemia. Bogactwo niezasłużone, wręcz nieprzyzwoite. A jednak z 

bliska kusiło, dawało poczucie niezależności...

Tak łatwo byłoby zapomnieć o reszcie świata.
Zapomnij... Zapomnij...
Eskaalim   podpuszczał   mnie   do   złożenia   broni.   Kolejna   jego   sztuczka:   Parrish   bez 

pragnienia odwetu równa się Parrish bez celu.

Uciekłam przed grożącym mi rozleniwieniem, przywołując na pamięć Gurka, który tonął 

w   zatrutym   kanale   –  ofiary  Ike’a,   omamionego   niedorzeczną   wizją   postludzkości,   i   jego 
sponsorki Sery Bau.

Kiedy wspomnienia tamtych chwil rozgrzebały w moim sercu krwawą ranę, zwróciłam 

się do obsługi z prośbą o lekki posiłek i zapytałam o Mal.

–  Twoja znajoma zostanie zwolniona, kiedy zespół medyczny stwierdzi zanik objawów 

chorobowych – odparła gromko służąca.

– Jak długo to potrwa?
Służąca podłączyła się do strumienia danych.
– Jeśli potwierdzi się bieżąca prognoza, to... jutro po południu. Do tego czasu możesz ją 

odwiedzać w klinice na Tarasie 72.

Zadowolona, przełączyłam ekran na kanał muzyczny i zaczęłam przywdziewać wojenny 

rynsztunek. Pierwsza rzecz: szpilki. Tak wysokie, że oddychałam rozrzedzonym powietrzem. 
Zrobiłam w nich mały trening, połykając ruszające się rarytasy, które przyniósł do domku 
ubrany na biało kompanion.

Następnie   wybrałam   zwyczajną   bluzeczkę   z   minimalnym   dekoltem.   Skrupulatnie 

strzepnęłam z palców resztki jedzenia, wytarłam ręce o prześcieradło i zapięłam na guziczki 
skąpy   łaszek.   Włączyła   się   syrena   alarmująca   o   naruszeniu   wewnętrznego   regulaminu. 
Uciszyła się dopiero wtedy, gdy pacnęłam w głośnik. Skandal, żeby nie można było wytrzeć 
ręki o pościel!

Na koniec wyszukałam czarną, kusą spódniczkę.
Chcąc czymś  zająć myśli, poprosiłam gosposię, żeby przeczytała mi skrót oficjalnego 

życiorysu Monka. Na wszystkich ekranach ściennych wyświetlała się twarz mojego szefa, 
gdy monotonnym głosem opowiadała o jego wykształceniu i karierze zawodowej. Słuchałam 
jednym   uchem,   dopóki   nie   nawinął   się   temat   jego   pochodzenia.   Jak   wszyscy   tubylcy, 
fascynowałam się historią rodów w moim kraju.

–  James  Monk to potomek szacownej rodziny australijskich dziennikarzy,  po których 

odziedziczył przedsiębiorczy charakter. Dziś już nie sposób wskazać na południowej półkuli 

background image

drugiej tak czystej  linii  genealogicznej.  James  Monk jest ikoną, człowiekiem  jedynym  w 
swoim rodzaju...

Uśmiechnęłam się w duchu. Loyl-me-Daac mógłby z tym polemizować.
–  Znany z rozlicznych zainteresowań i akcji dobroczynnych, swoją sławę zawdzięcza 

również największej i najcenniejszej na świecie kolekcji storczyków. Raz w roku zaprasza 
botaników, żeby mogli ocenić postępy w krzyżowaniu odmian...

– Wystarczy – przerwałam odczyt życiorysu.
Do chwili przyjścia kompaniona powtarzałam w głowie cały plan.
Z dala raz za razem dolatywały krzyki.
– Pan Monk woli, by goście spali w dzień, a balowali w nocy – skomentował kompanion, 

gdy wsiadaliśmy do wagonika.

Balowali? Patrzyłam na błyszczące linie, widoczne dopiero po zmroku, porozrzucane po 

całym stoku góry. Do spółki z lampionami dawały wrażenie, że na każdym poziomie trwa 
wesoła balanga.

– Co to za linie?
Kompanion zawahał się, jakby szukał odpowiedzi zgodnej z etykietą.
– Pan Monk porusza się w obrębie posiadłości własnym środkiem transportu.
Jak na zawołanie, ze szczytu góry śmignął bobslej w kształcie opływowej rakiety. Przez 

moment zasuwał obok wagonika. Nie mówcie, że mój piękniś spóźni się na randkę!

* * *

Wagonik   nie   zatrzymał   się   przed   otoczoną   palmami   pagodą,   ale   przy   budynku   o 

stosunkowo prostej architekturze. Kompanion zaprowadził mnie do głównego wejścia i w 
paru słowach poinformował, że powinnam zaczekać. Ale czekanie działało mi na nerwy, i tak 
już zresztą zszargane. Pchnęłam drzwi i chwiejnie wtoczyłam się do środka. Wysokie obcasy 
to zmora!

Pierwszy pokój był pusty; zastałam w nim łóżka i wyściełane ławy, ustawione wyżej lub 

niżej. Na ścianach rządziły powiększone – i w pewien sposób erotyczne – trójwymiarowe 
obrazy storczyków, z których każdy wydawał wonny zapach.

Przeciwległe   drzwi   prowadziły   do   fikuśnej   łaźni,   wyłożonej   chropowatymi   płytkami. 

Było tam ze sto różnych kranów, natrysków i innych przyrządów służących do moczenia. W 
kącie dostrzegłam wąskie, dwukierunkowe schody ruchome, sunące w dół bezszelestnie.

Z braku lepszych pomysłów zjechałam piętro niżej.
W   mdłym   świetle   powracały   wspomnienia   Stellar   i   salonu   tortur   Wielkiej   Łapy. 

Znalazłam   się   w   katowni.   Wśród   przyrządów   prymitywnych,   łatwych   do   rozgryzienia, 
znajdowały się złożone i wyrafinowane. Niektóre były dla mnie zagadką.

Wskoczyłam na schody, żeby przypadkiem nie wpaść na Monka. Jeszcze by pomyślał, że 

background image

mam ochotę pobawić się narzędziami.

Spacerowałam po łaźni między fontannami, zastanawiając się, po kiego grzyba tyle tu 

tego zainstalowano.

– Woda działa na zmysły. – Do środka wszedł Monk i zbadał mnie miernikiem. – Poza 

tym chcę, żeby goście byli czyści. Przyleciałaś tu z mocno skażoną skórą. W czasie kąpieli 
odkaziliśmy cię środkami czyszczącymi. Byłaś narażona na działanie metali ciężkich. Jak to 
wytłumaczysz?

Zadrżałam ze strachu. Co mu powiedzieć?
Jakoś udało mi się zachować kamienną twarz.
– Ja tylko twierdzę, że mam talent, a nie że pochodzę z dobrej rodziny.
Ryknął śmiechem.
–  Jales   Belliere,   żyjesz   wyłącznie   dzięki   poczuciu   humoru.   Miejmy   nadzieję,   że 

przemawiają za tobą... cenniejsze walory.

Wyciągnął rękę, wskazując mi drogę.
Znów  zatrzęsłam  się ze  strachu. Z  kim,  do jasnej  ciasnej, zachciało  mi  się bawić  w 

ciuciubabkę?! Durny kamuflaż i debilne gierki!

Wróciliśmy do pokoju obwieszonego obrazami storczyków. Ktoś już tam na mnie czekał, 

ubrany w luźne szaty i namaszczony wonnym olejkiem. Ktoś, kogo znałam aż za dobrze.

– Jales, przedstawiam ci Loyla. Będzie ci partnerował w czasie próby. On też ma świetne 

referencje. Spodziewam się, że okażecie się warci pieniędzy, jakie na was wyłożyłem.

Jakbym   dostała   obuchem   w   łeb.   Pociemniało   mi   w   oczach...   z   czego   się   nawet 

ucieszyłam.

Ale mój nowy partner nie dał mi wytchnąć. Chwycił mnie za ramię, aż mi się gorąco 

zrobiło.

– Cześć, Jales. – Cedził przez zęby słowa, jakby chciał je zmielić na pastę.
Kiwnęłam głową jak niemota.
Monk rozsiadł się w fotelu i zamaszystym gestem wskazał podwójne łoże.
– Zaczynajcie.
Krążyłam wokół Loyl-me-Daaca niczym czujny zwierz, a nie profesjonalna kurtyzana. 

Serce wyrywało się z piersi. Miałam przepieprzone! Nie mógł to być ktoś inny?

W przeciwieństwie do mnie Loyl nie panikował. W jego oczach widziałam tylko złość i 

zimną satysfakcję. Okłamałam go i uciekłam. Teraz za to zapłacę. Już za moment. Na oczach 
jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Wyciągnął   biologiczną   rękę   i   pogłaskał   mnie   po   szyi   z   udawaną   czułością.   Palce 

przesunęły się do krawędzi dekoltu. Sztuczna ręka spoczęła na mojej talii i zacisnęła się, 
kiedy mnie do siebie przyciągał.

– Zabiję cię, jeśli próba wypadnie słabo! – szepnął.
Serce mi zwolniło. Praktycznie przestało bić.

background image

Loyl  przywarł  ustami  do mojej  szyi  i przejechał  językiem  po skórze. Nim zdążyłam 

odetchnąć, potargał na mnie bluzeczkę. Zostałam z jedwabną resztką kołnierzyka i nagimi 
piersiami.

– To mnie zabij – odpowiedziałam cicho.
Chwycił mnie i dzięki swojej masie ciała z łatwością obalił na łóżko.
Poharatałam mu paznokciami natłuszczony tors i wyśliznęłam się spod niego, kiedy się 

na moment poderwał.

– Z przyjemnością, ale potem.
Rzucił się na mnie i zwaliliśmy się na marmurową posadzkę, której chłód kłuł boleśnie. 

Walnęłam głową o ziemię. Szarpaliśmy się naprawdę na poważnie.

Monk krzyknął i sięgnął do komu. Jedno jego słowo i wylądowałabym z Daakiem gdzieś 

na zadupiu, o którym świat nie słyszał. Ta chwila przeciągała się w nieskończoność.

Ale nie mogłam też ulec Loylowi. Nie mogłam z nim iść na całość. Z nikim zresztą. 

Pasożyt był za silny. Gdybym się poddała, już nigdy by się nie dał okiełznać.

Zaciskając pięści, szykowałam się do nokautującego ciosu.
Loyl przyuważył to i równocześnie pierścień na moim palcu. Wiedział, do czego służy – 

dostrzegłam to w jego oczach. Chwycił mnie za rękę i zmusił do włożenia palca do ust.

Szarpałam   się   z   nim,   ale   sztuczna   ręka   działała   jak   imadło.   W   ciągu   kilku   sekund 

substancje rozpuszczone w ślinie przerobiły mój opór na szaleńcze pożądanie.

Wtedy doszedł do głosu Eskaalim.
Loyl   pocałował   mnie.   Buszował   językiem   w   moich   ustach,   żeby   się   naćpać   chemią. 

Kiedy afrodyzjak zadziałał w jego organizmie, dreszcz po nim przebiegł.

Przetoczyłam się na bok, żeby zedrzeć z siebie spódniczkę. Innym razem wyraz okrutnej 

satysfakcji na jego twarzy obudziłby we mnie mordercze instynkty, teraz jednak byłam we 
władzy czegoś silniejszego, mroczniejszego.

– Kładź się na plecach! – rozkazałam.
Zgodził się, o dziwo.
Monk rozparł się wygodniej w fotelu, zabawiając się członkiem. Ogarniał spojrzeniem to 

nas, to storczyki.

Chciałam  dosiąść Loyla,  ale bez ostrzeżenia  przewrócił  mnie  i przyszpilił  moje ręce. 

Wszedł do środka powoli... a mój umysł zapłonął tysiącem emocji.

Było   mi   zupełnie   inaczej   niż   ze   Ślicznotą.   W   jej   towarzystwie   ani   razu   nie 

doświadczyłam  tak kolosalnego przypływu  szczęścia. Nie zdołałam zamaskować uczuć, a 
spojrzenie, jakim w zamian  obdarzył  mnie Loyl,  odebrało mi oddech. Dopiero co dyszał 
żądzą   zemsty.   Teraz   pojawiło   się   w   nim   zmysłowe   pożądanie.   Pragnął   mnie,   a   ściślej 
mówiąc... mojego przyzwolenia.

Zaklęłam.
Koktajl   Ślicznoty   nie   był   zwyczajnym   afrodyzjakiem.   Stanowił   serum   prawdy,   które 

background image

zrywało z człowieka wszystkie warstwy obłudy.

– Nie przeszłam przemiany – wyrwało mi się. – Dlaczego mnie okłamałeś?
– Za wszelką cenę chciałem cię przy sobie zatrzymać.
O, szczęście niepojęte!
– Starczyło poprosić.
Uśmiechnął się z żalem i wniknął we mnie głęboko.
– Próbowałem, nie działało.
Szarpnęły mną pierwsze dreszcze nadchodzącego orgazmu.
On   też   to   zauważył,   bo   zaczął   pchać   się   we   mnie   ze   zdwojoną   energią   i   twarzą 

wykrzywioną szaleństwem.

– Parrish, wariatko! Nie rozumiesz, jak bardzo...
Znienacka   potraktowano   nas   sprayem   tłumiącym   popęd  seksualny.   Magiczna   chwila 

minęła bezpowrotnie.

Wpiłam się paznokciami w ramiona Loyla. Koło nas Monk schował aerozol do kieszeni, 

wytarł się ręcznikiem i rzucił go na podłogę. Potem zapiął rozporek.

–  Wystarczy.   Nie   zatrudniam   was   po   to,   żebyście   sobie   nawzajem   dogadzali.   Macie 

pracę. – Po tych słowach wyszedł.

Loyl leżał otumaniony, gdy tak nagle odcięto go od wrażeń zmysłowych. Roześmiałabym 

się, gdybym miała nad sobą jakąkolwiek kontrolę. Ale nie miałam. Antidotum na mnie nie 
działało. Nie było już dla mnie ukojenia.

* * *

Sera Bau będzie tu niezadługo. Prawie się kochałam z Loyl-me-Daakiem. Te dwie myśli 

tłukły się w mojej głowie do późna w nocy.

Około drugiej nad ranem przestałam się oszukiwać, że jestem normalna i że jeszcze mogę 

zasnąć. Wstałam i ubrałam się w koszulkę i spodnie od dresu. Pozbierałam fanty zamówione 
u gosposi i w blasku księżyca złożyłam je do kupy.

Kiedy się z tym uporałam, wyszłam na dwór... i nie mogłam uwierzyć, że w ogóle istnieje 

coś takiego jak Trójka. Noc była ciepła i przejrzysta, ciszę mąciły tylko odległe śmiechy i 
przytłumiony chrobot wagoników. Tutaj mogłam udawać, że nadal jestem Parrish Plessis, co 
wydawało mi się niemożliwe, kiedy leżałam sam na sam ze swoimi myślami.

Kolejka liniowa dzieliła górę na dwoje świetlistą krechą. Ruszyłam jej śladem; kryjąc się 

w cieniu, wspinałam się do lądowiska helikopterów.

Chociaż  paliły   się  światła   wokół   płyty,  nic   się  nie   działo.   Chyłkiem  minęłam  cztery 

śmigłowce i zbliżyłam się do magazynu paliwa. Za wężem do tankowania znalazłam cztery 
beczki z płynem hydraulicznym.

Podprowadziłam   tyle,   żeby   napełnić   zamykaną   szczelnie   torebkę   na   żel,   któremu 

background image

zawdzięczałam fajną bąbelkową kąpiel. Schowałam torebkę pod koszulkę i wybrałam się w 
drogę powrotną.

* * *

W oświetlonym wejściu do oranżerii dostrzegłam strażnika. Poczekałam, aż wstanie. W 

końcu   przeciągnął   się   i   znudzonym   krokiem   ruszył   na   obchód   budynku.   Gdy   zniknął, 
wśliznęłam się do środka.

W klimatyzowanym pomieszczeniu było tak parno, że pot ze mnie spływał jak brudna 

woda.   Powałęsałam   się   trochę   wśród   rządków   roślin;   wykorzystując   wszczepiony   moduł 
lingwistyczny,  powtarzałam na głos nazwy z tabliczek: bulbophylum,  vanda, dendrobium, 
cymbidium,   thelymitra,   calochilus.   Tysiące   orchidei   –   czasem   przepięknych,   czasem 
koszmarnie brzydkich – wydzielały egzotyczną woń. W odróżnieniu od większości kwiatów 
ich korzenie wydobywały się swobodnie z doniczek, zupełnie jak anteny w poszukiwaniu fal 
radiowych.

Dwa proste roboty pracowały metodycznie wśród roślin, zajęte nawożeniem i badaniem 

kawałków kory na zawartość wilgoci. Pochyliłam się, żeby w razie czego je zdemolować, ale 
nawet mnie nie zauważyły.

Minęłam łukowate przejście, obrośnięte pnączami, i znalazłam się w bocznej oranżerii. 

Zgodnie   z   opisem   na   tablicy,   rosły   tu   najrzadsze   okazy   Monka,   mające   specyficzne 
wymagania   środowiskowe.   Każdą   delikatną   hybrydę   oddzielała   elektryczna   bariera.   Bez 
wahania zmieszałam płyn hydrauliczny z chemikaliami, które dostałam od gosposi. Potem 
głęboko w kupie mchu torfowca zakopałam torebkę i darmową e-sekretarkę.

Kiedy się wyprostowałam, zaczęły mnie swędzieć łuski na policzku. Po chwili już piekły. 

Wydawały   się   gorące   w   dotyku,   jakby   się   nadpaliły.   Przez   chwilę   stałam   zmieszana   i 
rozmyślałam o Wombebe. Miałam wrażenie, że biedne dzikie stworzonko uwiesiło mi się na 
szyi i skrobie mnie po łuskach, bym zwróciła na nie uwagę.

Nie bujaj w obłokach, Parrish. Zabieraj się stąd, bo jeszcze cię ktoś zobaczy!
Po raz ostatni obejrzałam się za siebie i myknęłam do wyjścia. Strażnik wrócił na swoje 

stanowisko; miał przenośną maskę do wirealki i dłubał w zębach. Na jakie rozrywki mógł 
liczyć po zapadnięciu ciemności?

Przemykając   bokiem,   obiecałam   mu  w   duchu,  że   czekają  go  wkrótce   niezapomniane 

atrakcje.

* * *

Wyprawa na taras, gdzie miało się odbyć przyjęcie, zajęła mi resztę nocy i przysporzyła 

otarć na kolanach.

background image

Przyczajona w cieniu wypielęgnowanych krzewów, badałam układ terenu, oświetlonego 

mdłym światłem sączącym się z pobliskich domków. Dach, zbudowany z iście katedralnym 
rozmachem, kryty strzechą ze sztucznej słomy, miał rozsuwane połacie i osłaniał okrągły bar. 
Nanoroboty pracowicie pucowały podłogę i zżerały drobiny kurzu. Co pewien czas któryś 
iskrzył   i   pękał.   Ledwo   widoczna   poświata   na   brzegach   otwartego   tarasu   nakazywała 
ostrożność. Cichutko buczały urządzenia alarmowe.

Śmigałam między skalniakami i wymodelowanymi krzewami, aż trafiłam na szlak kolejki 

Monka. Cofnęłam się do tarasu, licząc kroki i pieczołowicie zapamiętując zakręty. Na koniec 
ponownie   przebyłam   tę   drogę;   tym   razem   szłam   jak   ślepiec:   z   zamkniętymi   oczami   i 
wyciągniętymi rękami.

Kilka   metrów   przed   kolejką   linową   usłyszałam   podejrzany   dźwięk.   Dostałam   gęsiej 

skórki.   Ktoś   mnie   obserwował.   Siląc   się   na   spokojny   krok,   poszłam   do   stacyjki   i 
zadzwoniłam   po   wagonik.   Chwilę   czekałam,   aż   zjedzie.   Ciągle   czułam   na   plecach   czyjś 
wzrok.

Wcisnęłam   przycisk   i   zaszyłam   się   głęboko   w   fotelu.   Kiedy   wagonik   wystartował, 

poczołgałam się do przeciwnego okna i wyskoczyłam w mrok. Zsuwałam się po zboczu do 
stacji na tarasie. Z najwyższą ostrożnością zbliżyłam się do toru bobslejowego i zaszyłam w 
ciemnościach.

Po pewnym czasie na ścieżce pojawiła się jakaś postać, pogrążona w półcieniu.
Poczułam   podmuch   ciepłego   powietrza.   Koło   mnie   zatrzymał   się   bobslej   Monka. 

Podchodzący   do   niego   strażnik   przeszedł   dokładnie   nade  mną.   Drasnął   mnie  butem   po 
twarzy.  Bardziej  wyczułam,  niż zobaczyłam,  że  postać  zatrzymuje  się  i rozgląda,  tknięta 
niejasnym podejrzeniem.

Wstrzymałam oddech i zacisnęłam pięści, gotowa się bronić.
Nagłe z komu w bobsleju doleciało pytanie:
– Gdzie jesteś?
Strażnik zajął miejsce w środku.
– Nie mogłam spać. – Aksamitny głos należał do kobiety.
– Wracaj, nie ma czasu. – To był Monk.
Westchnienie.
– Już – powiedziała cicho i zamknęła pokrywę. Bobslej odjechał w dal.
Długo leżałam wpatrzona w gwiazdy, zastanawiając się, czemu aksamitny głos wydał mi 

się dziwnie znajomy.

Wspinaczka do domku trwała wieczność. Bałam się korzystać z kolejki linowej, a tarasy 

wydawały się bardzo strome i śliskie. Mimo to solidny wysiłek stłumił gniew wrzący w moim 
ciele. Bezczynność mnie denerwuje i pozbawia formy.

Po   wyłączeniu   światła   wzięłam   kąpiel.   Łokcie   i   kolana   obłożyłam   sztuczną   skórą. 

Następnie odkapslowałam wylepioną ostrzeżeniami butelkę i usadowiłam się przed dużym 

background image

ekranem w salonie.

– Proszę mapę rezydencji Monka.
Łyknęłam z butelki i od razu mnie siekło. Mapa najpierw się rozmyła, potem wyostrzyła. 

Uważnie   studiowałam   szczegóły,   obliczając   odległość   od   tarasu   do   lądowiska   dla 
helikopterów.

– W którym domku jest pan Monk?
Uparta mapa odmawiała odpowiedzi na pytania dotyczące jej właściciela i jego gości. 

Raz   jeszcze   przeanalizowałam   układ   terenu   i   wykonałam   w   myślach   kilka   działań 
matematycznych.

–  Teraz miasto Viva. – Powiększył się obszar przedstawiony na mapie. – Teraz bliskie 

peryferie. – Unikałam słów „Sektor Trzeci”. Obszar znów się powiększył.

Kazałam przekopiować mapy do swojego gratisowego palmtopa.
Wszystko   już   wiedziałam.   Rozluźniłam   się   kilkoma   łykami   absyntu,   odpięłam   z 

łańcuszka   magiczną   gwiazdę   Merva   i   przyłożyłam   ją   do   szyi.   Sensory   wykryły   ciepło 
ludzkiego organizmu. Poczułam niemiłe swędzenie, gdy zawiązywało się polimerowe łącze.

W rezydencji Monka znajdował się tradycyjny moduł wirtualnej przestrzeni, oparty na 

graficznym  interfejsie. Słoneczna  wyspa,  błękitne  niebo, słona bryza,  fale  wpływające  na 
plażę. Polem startowym był jacht zacumowany przy długim nabrzeżu. W recepcji dla gości 
wypożyczyłam awatara (babkę w bikini) i dałam nura do wody... mającej kolor absyntu.

Niezdarnie podpłynęłam do nabrzeża i weszłam po schodkach. Natychmiast koło mnie 

zjawiła się gosposia, z wyglądu zadziwiająco podobna do Mal: monstrualne bicepsy, twarz 
szarżującego byka.

Kiedy weryfikowała moje dane, zapoznałam się z opcjami menu i zrobiłam włam do 

zbrojowni Monka. Włączyły się alarmy. Do wyrwy zleciała się cała horda antywirusów. Gdy 
w   panice   łatały   dziurę,   niezauważenie   wkradłam   się   do   sekcji   komunikacyjnej   i 
zaprogramowałam   bobsleja.   Uwinęłam   się   migiem   i   wróciłam   do   swojego   awatara   – 
dokładnie w chwili, kiedy zdybała mnie ochrona.

Nabrzeże   uciekło   mi   spod   nóg   i   wpadłam   prosto   w   zbałwanioną   kipiel.   W   ułamku 

wirtualnej   sekundy   znalazłam   się   na   pełnym   morzu.   Próbowałam   utrzymać   się   na 
powierzchni, wmawiając sobie, że to tylko wirealka wysokiej rozdzielczości. Niestety, mój 
mózg nie widział różnicy.

Spanikowałam   i   zaczęłam   tonąć.   Pod   wodą   dostrzegłam   ciemne   kształty   płaszczek   i 

rekinów: polujących wirusów. Wierzgałam nogami. Nie musiały mnie nawet pożerać, i tak 
miałam zaraz utonąć.

Bez sensu! Przecież to wszystko sztuczne!
Teece... pomóż...
Ale w tym odległym zakątku raju Teece nie mógł mnie usłyszeć.
Woda wdarła się do płuc i świat zaczął odpływać. Ledwo zauważyłam, że wystrzeliwuję 

background image

z   wody   i   ląduję   na   twardym,   szerokim   grzbiecie.   Gdy   podrzuciło   mnie   po   raz   trzeci, 
wysmarkałam   nosem   słoną   wodę.   Złapałam   oddech   i   ułożyłam   się   na   śliskiej   skórze. 
Przejrzałam na oczy.

Ryjek!
Stworzenie potrząsnęło głową, jakby chciało powiedzieć, że to nie jego pomysł, i zaczęło 

pruć fale w stronę wyspy. Nadpływające rekiny wyszarpywały z niego kawałki ciała. Ryjek 
ścigał się z nimi, a ja starałam się nie spaść i bezradnie patrzyłam na długi ślad krwi.

Pomóż mu, Merv...
Awatar zaczął się rozlatywać, ale na szczęście byłam już na płyciznach. Wyczołgałam się 

na   plażę   i   obejrzałam   za   siebie.   Ryjek   rozpadł   się   w   krwistej   pianie,   wśród   ciemnych, 
ruchliwych sylwetek.

Pod plażowym parasolem znalazłam wyjście, wpełzłam do środka i wynurzyłam się w 

realu.

U moich stóp leżała potłuczona butelka po absyncie. Skóra mnie swędziała, mokra od 

potu, alkoholu i prawdziwej krwi. Rany były niewielkie, lecz wyglądały paskudnie.

Gdzieś tam Ryjek wykrwawiał się na śmierć. Rozszarpany na strzępy.
Zaniosłam się płaczem.  Parrish, idiotko! Wirtualny świat jest do dupy!  Życie  jest do 

dupy!

Usiadłam.   Wpatrując   się   w   szkło   i   nanoroboty   spijające   resztki   palącego   trunku, 

zastanawiałam się, czy gdybym umarła na tym drogim dywanie, zrobiłyby to samo ze mną.

background image

R

OZDZIAŁ

 22

Ślicznota wiedziałaby, co na siebie włożyć.
Grzebałam w katalogu, aż mi zaczęły łzawić oczy. Kolekcja zgromadzona w rezydencji 

Monka   niezupełnie   odpowiadała   moim   gustom.  Czy powinnam   włożyć  suknię   zgodnie   z 
wymogami etykiety?

Nie, chyba nie...
W  akcie  rozpaczy zamknęłam  oczy i na  oślep  wycelowałam  palcem  w obrazek.  Nie 

patrząc   na   to,   co   wybieram,   podałam   swój   rozmiar   i   zamknęłam   książkę.   Gosposia 
poinformowała mnie, że za godzinę będzie dostawa.

I kłopot z głowy.
Wezwałam wagonik kolejki i kazałam się zawieźć do Mal.
Przebywała   jeszcze   w   klinice   koło   lądowiska   dla   helikopterów.   Apatycznie   siedziała 

przed ekranem, na którym wyświetlały się wiadomości OneWorldu. Częściowo nie miała 
czucia w twarzy.

Wyprowadziłam ją do ogrodu. Chcąc pokrzyżować szyki pluskwom Monka, zasypałam 

kamieniami   oczko   wodne.  Nie   musiałam   tłumaczyć   Mal,   że   powinna   uważać   na   słowa. 
Rzadko się odzywała.

– Nic ci nie jest?
Pokręciła głową. W ciągu dwóch dni wyraźnie schudła. Cienie pod oczami wskazywały 

na to, że z powodu depresji nie spała w nocy.

– Popilotujesz maszynę?
Namyślała się chwilę i wreszcie przytaknęła. Nie sparaliżowana połówka ust lekko się 

wykrzywiła, a w oczach zaświeciły iskierki.

– Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli zrobi się groźnie?
Zgięła zdrową rękę i starła ślinę z ust.
– K-kiedy?
– Usłyszysz hałas.
– G-gdzie?
Dałam jej palmtopa z oznaczonymi współrzędnymi.
– Ścieżka dla turystów.

background image

Popatrzyła na mapę i obtarła brodę.
– F-fajnie.

* * *

Wróciłam do domku, żeby się przygotować. Dostarczono mi krzykliwą i wyzywającą 

kreację: wycięte plecy, błysk zielonych cekinów. Czułam się jak kicia w zaułku Shadoville. 
Miałam na sobie tylko jeden dodatek: Merry3 na nadgarstku.

Zjechałam kolejką na taras i pozwoliłam się prześwietlić ochronie.

* * *

O północy na nocnym niebie mrugały światła helikopterów. W większości czekały na 

pozwolenie   lądowania.   Wagonik   kolejki   z   mozołem   sunął   w   dół   i   w   górę,   przewożąc 
amatorów urokliwych pejzaży.

Zobaczyłam wiele znanych osobistości. Manatunga Wright-woman, Laidley Beaudesert, 

Chaos Left – wszyscy najpopularniejsi prezenterzy i zarazem piloci szpiegusów, jakim kiedyś 
była   także   Razz   Retribution.   Domyślałam   się   już,   jak   Loyl-me-Daac   poznał   swojego 
sponsora.

Co mnie najbardziej uderzyło, to ich najzupełniej zdrowy kolor skóry i beztroski śmiech. 

W Trójce rzadko się go słyszało, tym bardziej, że można było sobie przez niego napytać 
biedy.  Na  przedmieściach  zaś   najczęściej   coś   tuszował.  Tutaj  ludzie   posługiwali   się  nim 
jednak bez żadnych zahamowań.

Wokół   okrągłego   baru   zebrał   się   spory   tłumek   przesadnie   atrakcyjnych   palantów,   z 

których każdy starał się przekrzyczeć hałas. W cieniu na uboczu czekali kompanionowie, 
spełniający w milczeniu zachcianki swoich właścicieli.

Powinnam być pod wrażeniem, zachwycona i oczarowana. Coś w tym stylu. Zamiast tego 

czułam się zniesmaczona i przygaszona.

Biednych i bogatych dzieli przepaść, wyrwa w żywej tkance świata, w którą nigdy tak 

boleśnie   nie   wdepnęłam.   Rozumiałam   teraz,   dlaczego   Loyl-me-Daac   stał   się   fanatykiem, 
dlaczego   z   takim   zaangażowaniem   próbował   stworzyć   lepsze   życie   dla   swoich   bliskich. 
Przebywał w tym gronie w charakterze towaru. Zahaczył również o kopalnie w głębi kraju.

Jego zdaniem, nędzny żywot części społeczeństwa to hańba tego świata.
Nagle zapragnęłam się z nim spotkać; chciałam być przy kimś, kto zna moją przeszłość. 

Kto wie, jaka jestem naprawdę.

Ciągle chodził za mną zapach jego ciała.
– Co ty masz na sobie!?
Aż podskoczyłam, kiedy przedmiot moich rozmyślań warknął mi do ucha. Czułam, że się 

background image

czerwienię. Zawsze potrafił po mistrzowsku sprowadzić mnie na ziemię.

Skoro nie odpowiadałam, przystąpił do dalszych ataków:
– A tak w ogóle, to skąd się tu wzięłaś? Dlaczego uciekłaś ode mnie w Trójce?
– Bo mnie okłamałeś.
– O co ci chodzi? – żachnął się.
– Wcale się nie zmieniłam. – Mówiłam spokojnym, kontrolowanym tonem, jakbyśmy 

sobie tłumaczyli, gdzie stoi najbliższy kelner. – Myślałeś, że ci ulegnę, jeśli powiesz mi to, co 
powiedziałeś... Myślałeś, że... będę cię potrzebowała... – Czułam, że płonę. Spojrzałam mu 
prosto w oczy. – Żeby była pełna jasność, Loyl: nigdy nie będę cię potrzebowała! Nigdy ci 
nie ulegnę!

Pojedynkowaliśmy   się   na   spojrzenia,   póki   kelner   nie   rozładował   napięcia   tacką   z 

narkotykami.

Wypiłam żółty, musujący napój, który lekko piekł w przełyku. Loyl sięgnął do talerzyka 

z napisem AMFA.

– Uważaj z tym przed występem – ostrzegłam.
Prychnął wzgardliwie.
– Występy, Parrish, zawsze mi wychodzą. – Zapiął marynarkę, żeby ukryć plamy potu na 

koszuli.

Trochę mu dopiekłam, co sprawiło mi ogromną satysfakcję.
Popatrzył na tłum, obdarzając kogoś swoim najsłodszym uśmiechem.
–  Nie   znam   twoich   planów,   ale   poczekaj   z   nimi,   aż   się   skończy   przyjęcie.   Inaczej 

zaszkodzisz mi w interesach. Kapujesz?

– Szukasz sponsora na miejsce Razz, co? – rzuciłam oskarżycielskim tonem.
– Chyba nie myślałaś, że tak łatwo dam za wygraną? – odparł spokojnie. – Sama widzisz, 

ile mają kasy.

Ktoś z tłumu dał mu sygnał. Zniknął w gąszczu eleganckich ramion. Nim poszłam jego 

tropem, złapano mnie za łokieć. Obok stał Monk, przystojniak w garniturze. Kurde, jak ja 
lubię przystojniaczków!

– Kazałem ci zrobić coś z twarzą! – powiedział z wściekłością.
Dotknęłam opuchlizny na nosie.
– Lekarzowi zabrakło kosmetycznych połykaczy.
– Ciesz się, że nie mam nikogo na twoje miejsce. Niebawem poznasz Lata Lindstroma, 

biznesmena   z   północnej   półkuli,   który   przybył   tu   na   pokazy   sportowe.   Spełnisz   jego 
najdrobniejsze życzenia, w przeciwnym razie znajdę ci cichy kącik na resztę życia.

Groźbę wypowiedział ze swoim firmowym chłopięcym uśmiechem. Poprowadził mnie w 

sam środek ludzi, lecz nikt się o niego nie otarł. Tłum robił mu przejście, jakby przestrzeń 
wokół niego była ziemią świętą. Lub skażoną...

Weszliśmy   na   podwyższenie   obok   parkietu   tanecznego,   gdzie   lekko   trącił   w   ramię 

background image

wysokiego, atletycznie zbudowanego mężczyznę w drogim garniturze.

Ździebko mi ulżyło. Skoro już miałam kogoś zabawiać, dobrze, że nie umówiono mnie z 

jakimś karaczanem.

Facet się cofnął, żeby wprowadzić nas w krąg swoich znajomych. Dalej stał niewysoki 

grubasek w kwiecistym garniturze i wytwornych butach na obcasie.

W sekundę zdałam sobie sprawę, jak bardzo się pomyliłam. Atleta był w rzeczywistości 

kobietą. Skamieniałam, kiedy się odwróciła. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.

Kat? Moja mała siostrzyczka?
Odruchowo   wyciągnęłam   rękę,   by   jej   dotknąć.   Chwyciła   ją   mocno,   nie   okazując 

zaskoczenia; widocznie sądziła, że chcę uścisnąć jej dłoń.

– Dobry wieczór... Jales, czy może się mylę? Polecono mi twoje usługi.
Odwzajemniłam uścisk dłoni.
– A pani kim jest? – Przyznaj się, pomyślałam. Na litość boską, co ty tutaj robisz?
– Sportowcem na rekonwalescencji...
– Byłaś sportowcem – wtrącił Monk. – Katrilla jest moim najlepszym łowcą spośród tych, 

którzy są szkoleni.

Patrzyłam na nich zmieszana.
Kat pochyliła czoło. Widziałam, jak zaciska pięść.
–  James chce przez to powiedzieć, że uczę się sztuki pilotowania szpiegusa. Na krótko 

zmieniłam zawód.

Monk prychnął szyderczo.
– Dość się w życiu nabiegałaś, Kat, musisz się z tym pogodzić.
To ty! Ty porwałaś Wombebe, żeby mnie tu zwabić! Dostrzegła moją minę, moje nagłe 

olśnienie, i szybko zmieniła temat:

–  Chciałabym   ci   przedstawić   mojego   (i   Jamesa)   serdecznego   przyjaciela,   Lata 

Lindstroma.

Mojego   i   Jamesa...   Te   trzy   słowa   wierciły   dziurę   w   moim   mózgu.   Ostrzeżenie   i 

jednocześnie niezwykle pożyteczna wiadomość. Niech nie wiedzą, kim naprawdę jesteśmy, 
Parrish. Nawet niech nie podejrzewają.

Puściłam jej rękę. Kat powalała wyglądem. Gibka, zachwycająca sylwetka. Jędrna skóra 

odżywiona   najlepszymi   kremami   i   idealna   muskulatura,   na   jaką   może   sobie   pozwolić 
wyłącznie   elita.   Wyobrażałam   sobie,   jak   zmyka   przed   kulą   z   pistoletu   i   jednym   susem 
przeskakuje wieżowiec.

I generalnie ociekała seksem. Piersi wylewały się wręcz spod żakietu. Pod spodem nic nie 

nosiła,   przy   czym   cieniutki   materiał   dokładnie   oddawał   zarys   mięśni,   każde   zagięcie 
kręgosłupa.

Tylko drobne, charakterystyczne zżółknięcie oczu świadczyło o problemach z wątrobą. 

Zaciśnięte usta wskazywały na to, że dokucza jej coś jeszcze.

background image

Nagle jej włosy rozsypały się na ramiona, gdy jednym wystudiowanym ruchem uwolniła 

je z ciasnego warkocza. Miały wręcz nieprzyzwoity połysk. Wiedziałam już, co mnie odrzuca 
w narcyzach.

Zawsze wymuskana, zawsze zapatrzona w siebie, nie miała czasu na siostrzane uczucia. I 

proszę, dokąd nas to zaprowadziło.

Kat przerwała moje rozmyślania brutalnym kuksańcem, dając mi znać, że mam zrobić 

miejsce Monkowi.

Spojrzałam   na   Lindstroma.   Pochłaniał   mnie   wzrokiem.   Zastanawiałam   się,   co   mu 

powiedziano i czego się po mnie spodziewa.

–  Lat, muszę cię przeprosić za wygląd Jales. Przydarzył  jej się niefortunny wypadek: 

przewróciła   się   i   wypadła   z   wagonika   kolejki.   Co,   oczywiście,   nie   osłabiło   jej   wigoru. 
Prawda, Jales?

Kiwnęłam głową. Język odmawiał posłuszeństwa, kiedy miałam odgrywać kokietkę. Za 

to głowa pracowała na najwyższych obrotach: próbowałam połapać się w sytuacji, pogodzić z 
faktem, że Kat poleciła Monkowi moje „usługi” i że to ona mnie omal nie rozdeptała zeszłej 
nocy. I to jej aksamitne, szlachetne brzmienie głosu. Gdzie się obracała przez ostatnie lata? I 
dlaczego zadawała się z Monkiem?

Musiałam z nią porozmawiać.
–  Nie   mam   nic   przeciwko...   Lubię   silne   kobiety.   Staniesz   obok   mnie,   Jales?   Przy 

wysokich kobietach czuję się bezpiecznie. – Lindstrom plątał się jak dziecko.

Wymieniłyśmy   z   Kat   krótkie,   porozumiewawcze   spojrzenia   dwóch   wysokich   kobiet. 

Obcych sobie.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo oto do naszej wesołej gromadki dołączyły dwie osoby.
– Mam nadzieję, Laud, że dobrze się bawisz – rzekł Monk z pewną oschłością.
Eks-piosenkarka,   dziś   element   sławnego   medialnego   trójkąta,   znalazła   się   w   naszym 

gronie razem ze swoim partnerem do tańca. Loylem...

Pomyślałam sobie, że umrę ze śmiechu, jeśli to się stanie jeszcze zabawniejsze.
I stało się. Kapela zagrała. Garter Thin i the VBs.
Na wszelki wypadek stałam odwrócona do nich plecami.
Robił   się   z   tego   wieczorek   zapoznawczy.   Gadano,   dzielono   się   narkotykami.   Ludzie 

wokół   nas   czuli   się   coraz   swobodniej,   każdy   naszprycowany   tym,   od   czego   puszczają 
hamulce.  Ale gdziekolwiek  zawędrowało nasze wąskie grono, zawsze byliśmy  oddzieleni 
niewidzialną barierą.

– Porwałaś dziecko, żeby mnie tu zwabić – odezwałam się cicho do Kat przy pierwszej 

lepszej sposobności.

– Owszem. – Mimo alkoholu, który w siebie wlała, patrzyła na mnie trzeźwym wzrokiem.
– Dlaczego?
Rozchyliła płaszcz i pokazała mi bliznę na żebrach.

background image

– Odmładzanie organów już niewiele pomaga. Nie mogę uprawiać sportu. Dostałam tę... 

robotę i zorientowałam się, co jest grane. Chciałam,  byś  miała okazję udowodnić, że nie 
zabiłaś Razz. Nie zabiłaś jej, prawda? – dodała szeptem.

Gdyby faktycznie miała na uwadze moje dobro... Ale skąd mogłam wiedzieć? Była dla 

mnie obcym człowiekiem.

–  Gdzie   Wombebe?   –   zapytałam   natarczywie.   Pochyliła   się,   żeby   odpowiedzieć   po 

kryjomu, lecz przerwała nam Esky Laud. Narzekała na kiepską muzykę.

Zgadzałam się z nią w stu procentach, choć najchętniej wysłałabym ją do stu diabłów za 

to, że przerwała nam tak nie w porę.

– Fakt, są do bani.
Po mojej drugiej stronie Monk wdał się w rozmowę z Kat.
– Idź poflirtować z męską dziwką – mówił specjalnie głośno, żebym słyszała. – Laud się 

wścieknie. Jeśli się spiszesz, może popatrzę na was później.

Kompanion przyniósł Kat małe pudełeczko. Posłusznie wyjęła tabletkę i umieściła ją pod 

językiem. Unikając mojego wzroku, podeszła do Loyla i wsunęła mu rękę pod ramię.

Kat w objęciach Daaca, szczyt wszystkiego! W dodatku wydawał się nią oczarowany.
Laud denerwowała się, a Monk, który cicho rozmawiał z kimś przez kom, wyraźnie się 

bawił. We mnie zaś wzbierały emocje, których nie czułam od wyjazdu z rodzinnego domu. I 
przez cały ten czas Lindstrom wałkował mi plecy swoją spoconą ręką.

Jeszcze   tylko   trochę,   pocieszałam   się   w   duchu.   Wytrzymaj   jeszcze   trochę   z   tymi 

debilami...

* * *

Wejście Sery Bau nastąpiło około godziny pierwszej, kiedy obalałam z gwinta butelkę 

szampana. Lindstrom pocierał kroczem moje udo niczym kocur, zadowolony ze znalezienia 
drzewa obsikanego przez rywala.

Wymuszona   uległość.   Nie   znoszę   tego!   Ale   wiedziałam,   że   to   się   wkrótce   skończy. 

Czułam, jak wzbudzona przez Eskaalima fala adrenaliny uwalnia mnie od fałszu i pozerki. Za 
moment będę normalną Parrish. Bez względu na konsekwencje. Nareszcie.

W   ciągu   tych   ostatnich   chwil   próbowałam   się   rozluźnić   jak   pretendent   do   tytułu 

mistrzowskiego przed wyjściem na ring albo sprinter na linii startowej. Chłodnym okiem, z 
dystansem, śledziłam scenę, która się przede mną rozgrywała. Daac i Kat tańczyli  blisko 
siebie, Monk pracował, Lindstrom mnie obmacywał. Słyszałam piskliwy głos Garter Thin i 
robota ochrony. Widziałam białą rybę na srebrnej tacy, którą wywijał kelner.

Sera Bau podchodziła do gospodarza. Powabna, wpływowa i splamiona morderstwem.
Na zupełnie innym poziomie świadomości sprawdzałam każdy detal planu, przewidując 

nawet   to,   co   będę   czuła,   kiedy   stwórca   stanie   oko   w   oko   z   tym,   co   stworzył.   Nie 

background image

zastanawiałam się nad porażką. Nic by mi to nie dało. Prosta sprawa, zwyciężę albo zginę.

No dobra, pora na mnie...
Podałam Merry3 hasło darmowej e-sekretarki, którą ukryłam w oranżerii, i wcisnęłam 

guzik połączenia.

Kiedy   zrobiłam   pierwszy   krok,   Daac   puścił   Kat   i   obrócił   się   błyskawicznie   w   moją 

stronę, jakby tylko czekał na tę chwilę. Wyczytałam z jego ust swoje imię.

Na krótką, króciutką sekundę zawahałam się (efekt uczuć, jakie do niego żywiłam), i 

przesłałam mu uśmiech. Żadnych przeprosin, żadnej złości, żadnego chełpienia się.

Po prostu zwykłe oblicze Parrish.
Z twarzy Loyl-me-Daaca też opadła maska. Ruszył do mnie, ale było za późno. O wiele 

za późno.

W wyniku eksplozji bezcenne storczyki i kawałki kory rozsypały się po całym stoku i 

zabębniły o dach pawilonu. Rzuciłam Lindstromem w najbliższego ochroniarza Sery Bau i 
rozbiłam o kontuar butelkę po szampanie. Bau poczuła na gardle zębatą krawędź szkła, a 
wokół nas rozpętało się piekło.

background image

R

OZDZIAŁ

 23

Sera Bau wydawała się nienaturalnie spokojna. W przeciwieństwie do mnie. Jakby mi kto 

doczepił silniki rakietowe. Próbowałam patrzeć we wszystkich kierunkach naraz. Za siebie, w 
górę   na   roboty   pilnujące   porządku,   a   także   na   Monka,   Loyla   i   Kat.   Ponadto   na 
balangowiczów, którzy teraz kłusowali do wagoników kolejki lub wczołgiwali się pod stoły. 
Każdemu było spieszno.

– Czego chcesz? – mruknęła.
– Chcę ci coś pokazać.
– Nie mogłaś zwyczajnie poprosić?
Jej   perfumy   były   subtelne   i   agresywne,   zapewne   wytwarzane   w   porach   skóry. 

Zastanawiałam się, co jeszcze trzyma w zanadrzu, jaką broń schowała w zakamarkach stroju 
wieczorowego.

– Rozbieraj się!
Mina jej zrzedła.
– Nie.
Otaczała nas już garstka ochroniarzy, więc ostrzegłam podniesionym głosem:
– Niech tylko mnie który dotknie, a oderżnę jej głowę! W najlepszym szpitalu się z tego 

nie wyliże!

Na twarzach malowało się niedowierzanie i wyczekiwanie. Nie wierzyli, że to dzieje się 

naprawdę, i czekali na koniec tej horrendalnej farsy. Milczenie się przedłużało, choć w tle nie 
cichły odgłosy zamętu i paniki.

– Ona mówi poważnie! – krzyknął ochryple Loyl gdzieś z daleka.
Wychwyciłam napięcie w jego głosie. Właśnie podpisałam na siebie wyrok śmierci, więc 

się martwił. Zawsze to jakieś pocieszenie...

Zaryzykował, żeby mnie nie zlekceważono, co było z jego strony dużym poświęceniem. 

Niejedno mu za to wybaczyłam. Momentalnie osaczyli go ochroniarze Laud. Nie mogłam mu 
pomóc w żaden sposób. Sam się prosił.

Wypatrzyłam   Monka.   Komenderował   swoją   ochroną.   Nagle   zawył:   najwidoczniej 

rozpoznał  szczątki,  które  pospadały z  nieba.  A   jednak  nie  patrzył   na mnie.   Nie  odrywał 
wzroku od Kat – kobiety, która sprawiła, że wpuścił lwicę do swojego sanktuarium.

background image

Nie wiedziałam, jak moje wybryki wpłyną na losy jej, Loyla i Mal, która czekała na mnie 

na szczycie góry. Ale sprawy zaszły za daleko. Nie mogłam się wiecznie na nich oglądać. 
Każdy walczył na swoim odcinku.

– Rozbieraj się albo wytnę ci implant komu. – Przycisnęłam rozbitą butelkę do szyi Bau i 

zadrapałam skórę z boku przekaźnika. Z jej spłoszonej miny wywnioskowałam, że udało mi 
się zaburzyć przepływ danych.

Zakrztusiła się i przełknęła ślinę, po czym zaczęła zdejmować sukienkę. Jedwab wyglądał 

na ziemi jak kałuża tequili. Kopnęłam łach na bok.

Została   w   samej   bieliźnie,   pokryta   gęsią   skórką.   Kamery   Monka   wszystko   skrzętnie 

filmowały. Ciekawe, kiedy rozpocznie się przekaz na żywo? A może już trwał? Prawdziwy 
dramat   z   udziałem   zakładnika,   ważne   osobistości,   zdjęcia   z   miejsca   zdarzenia.   Czy   to 
wystarczy?

– Teraz schylisz się powoli i rozepniesz buty – rozkazałam.
Pokiwała głową na znak zgody i pochyliła się, lecz nie do mnie.
Tak uważnie przyglądałam się gapiom, że prawie padłam ofiarą jej podstępu. Uratowały 

mnie   nakładki   węchowe.   Wykryłam   woń   trucizny,   gdy   tylko   wydobyła   się   z   gruczołów 
potnych. Wzrok mi się zamglił.

Mimo to zauważyłam, że wstrzymała oddech. Walnęłam ją w plecy. Odruchowo wzięła 

oddech.

– Skończ z tym! – wychrypiałam.
Odkaszlnęła kilka razy i woń się rozproszyła.
– Spróbuj jeszcze raz, a obedrę cię żywcem ze skóry!
Po raz pierwszy zadrżała ze strachu. Uświadomiła sobie, że nie tylko jestem walnięta, ale 

też nie żartuję.

– Czego naprawdę chcesz? – syknęła.
–  Chodź,   zaraz   ci   pokażę.   –   Poderwałam   ją   na   równe   nogi   i   zwróciłam   się   do 

otaczających nas ludzi, w szczególności do Monka: – Teraz sobie pójdziemy. Zabieram Serę 
na przejażdżkę. Potem wrócimy. Włos jej z głowy nie spadnie. Jasno się wyrażam?

Monk stał jak wryty,  pałając żądzą zemsty.  Ciekawe, do czego namówi milicję? Jaki 

wyrok mi wlepią za zmasakrowanie jego drogocennych storczyków? Przedłużone dożywocie 
z wyostrzoną pamięcią?

Obok niego Kat uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Prawie niezauważenie. Wszystko szło 

po jej myśli, choć kto wie, na co właściwie liczyła. Pomału wycofałyśmy się z tarasu. Ciągle 
trzymałam za kark Serę, która kipiała z wściekłości, zawstydzona swoim negliżem.

Zbliżając się do bobsleja, liczyłam kroki i uważałam na nierówności terenu. Ani razu się 

nie potknęłam... póki nie zawadziłam nogą o szynę.

Rymnęłam na bok, a ze mną Sera.
Idealna okazja dla doświadczonego snajpera. Padł strzał, dostałam lekko nad łokciem, ale 

background image

zwijałam się na takich obrotach, że ledwo poczułam pieczenie. I drugi strzał, tym razem z 
tyłu. Oberwałam w ramię.

Ponownie   dźwignęłam   Serę   z   ziemi   i   rozcięłam   poduszkę   żelową,   chroniącą   jej 

przekaźnik. Wrzasnęła płaczliwie jak infoholik, którego odcięto od świata.

– Przestań! – błagała. – Tylko nie to.
Z ulgą usłyszałam szmer bobsleja, który nadjeżdżał zgodnie z programem. Pochyliłam 

się, żeby wskoczyć do kabiny, ale niespodziewanie nadziałam się na lufę karabinu. Z ukrycia 
wychynął strażnik.

– Dawaj butelkę! – rozkazał.
Sera się rozluźniła. Sądziła, że już po kłopotach.
Strażnicy śledzący nas do tej pory ruszyli śmielej, ale gdy ten w bobsleju eksplodował, 

raptownie przystanęli. Głucha na jedno ucho, sprawdziłam, czy nic mi nie urwało. Ciągle 
byłam w jednym kawałku, ale zbryzgana krwią i strzępami ludzkiego mięsa.

Sera wykrzykiwała coś do mnie. Patałachy, które nie pouciekały do wagoników, także 

podniosły wrzask, przerażone jak diabli. Wybuchł straszny harmider.

Kto to zrobił?
Kat. Kucała pod krzakiem ze spluwą w garści. Nie nastrzelała się w życiu za wiele, co 

poznałam po tym, jak trzyma broń. Po prostu wyszedł jej strzał.

– Idę z wami! – krzyknęła i podrzuciła mi pistolet.
Złapałam go w locie, kiedy do mnie zasuwała. Szybciej  niż pozostali. Szybciej, niż ja 

bym biegła.

Oddałam dwa strzały, żeby dać jej osłonę, potem zabrakło amunicji. Gdy zostało jej do 

przebiegnięcia kilka kroków, dosięgła ją kula. Zwaliła się na ziemię. Już ją prawie dopadła 
zgraja pachołków Monka.

– Parrish... – stęknęła.
– Nie możesz tam zostać! – ryknęłam, miotana sprzecznymi uczuciami. – Nie możesz tam 

zostać, bo ci nie pomogę!

Nie zważając na moje słowa, zebrała się w sobie, żeby dokończyć zdanie:
– Przykro mi z powodu dzieciaka... Myślałam, że w oranżerii nic mu się nie stanie. Nie 

miałam pojęcia, że...

W tym momencie Monk tak ją przydusił, że straciła przytomność.
Wombebe! Dłoń, która w chwili śmierci Gurka zaciskała się w piąstkę na mojej piersi, 

teraz wyrwała z niej serce. Oranżeria... Miałam ochotę wyć, ale właśnie biegłam z prędkością 
światła i nie mogłam sobie pozwolić na histeryzowanie.

Wypchnęłam z bobsleja resztki strażnika, wepchnęłam Serę do malutkiej kabiny i sama 

wcisnęłam się koło niej. Nadal na mnie ujadała. Kiedy ruszyłyśmy na szczyt góry, sprałam ją 
po pysku.

Monk   próbował   przejąć   kontrolę   nad   sterami,   ale   obejścia   działały   i   bez   przeszkód 

background image

dotarłyśmy do celu.

Mal czekała w otoczeniu wzburzonych ochroniarzy.
– Każ im się wycofać! – rozkazałam Serze i docisnęłam butelkę do miejsca w szyi, gdzie 

bił puls.

Nie poruszyła nawet jednym mięśniem, a mimo to odeszli momentalnie. Albo implant 

komu   ciągle   działał,   albo   miała   zapasowy   zestaw.   Przyjrzałam   jej   się   badawczo.   Gdzie 
mogłaby go trzymać?

Przeciągnęłam ją po asfalcie, dbając o to, by chroniła przed odstrzałem co wrażliwsze 

części mojego ciała. Rana w ramieniu prawie przestała krwawić, lecz byłyśmy  oblepione 
kawałkami rozerwanego strażnika.

Po raz pierwszy nie martwiłam się, że zarażę kogoś poprzez krew. Podejrzewałam, że 

pasożytniczy Eskaalim, ukryty w genach  Sery Bau, dawno wyrwał się spod kontroli. Czy 
inaczej w celu poprawienia wyników oglądalności tworzyłaby Mo-Vay?

Wepchnęłam ją do helikoptera na fotel za pilotem, wsiadłam i trzasnęłam drzwiami.
Mal bez słowa oderwała maszynę od ziemi i obrała uzgodniony kurs. Naprawdę, dało się 

ją lubić. Nie znała znaczenia słów „zawahać się”.

Palnęłam Serę w skroń, aż nią zahuśtało. Szybko ścisnęłam jej głowę w zgięciu ramienia i 

paroma   wprawnymi   dziabnięciami   wyłuskałam   implant.   Pozbawiona   dopływu   informacji, 
spieniła się i zaśliniła, więc zaaplikowałam jej dermę z apteczki, żeby nie zemdlała.

Za   nami   gnał   rój   światełek.   Szpiegusy,   milicyjne   maszyny   spod   różnych   znaków, 

ostrzegawczo   błyskające   reflektorami,   tudzież   prywatne   załogi   –   wszyscy   walczyli   w 
peletonie. Leciałyśmy prościutko w kierunku wschodzącego słońca, zgodnie z wytycznymi, 
jakie dałam Mal. Kiedy zostawiłyśmy za sobą peryferie Vivy, część prywatnych pojazdów 
latających dała za wygraną, lecz główne siły ścigały nas niezmordowanie.

Przyglądałam się uważnie mimice Sery, sprawdzając, czy nie posługuje się zapasowym 

sprzętem. Całkiem możliwe, że podpięła go do jakiegoś ważnego organu. Nie chciałam, żeby 
coś jej się stało, póki nie zobaczy, co narobiła.

Helikopter śmigał wzdłuż wybrzeża między Vivą a wyspą Jinberra. W pewnej odległości 

od miasta  Mal odbiła na południowy zachód, by przelecieć  nad nieużytkami  i Torleyem. 
Gostki w północnym rewirze nadwyrężą sobie szyje od gapienia się na podniebny korowód.

Już sobie wyobrażałam ten strach i te ploty. Jeśli szpiegusy przekazują na żywca nie 

przekłamany obraz sytuacji, Teece pewnie osiwieje ze zmartwienia.

Ja zapomniałam o zmartwieniach w chwili, gdy popieściłam potłuczoną flachą szyję Sery 

Bau. Czy Loyl czuł się tak samo? Wrażliwy na kule, niewrażliwy na cudze opinie?

– Co pokazują na kanałach? – spytałam.
Mal przeskoczyła po częstotliwościach.
–  Cała  sieć  nas  ogląda. Transmisja  z igrzysk  pójdzie  z opóźnieniem.  – Zaśmiała  się 

ironicznie. – Dopiero teraz widzisz, co to znaczy sława...

background image

– A co z tobą?
– Nikt nie pamięta o pilocie. Mają zresztą o czym myśleć.
Wskazała   na   wschód   i   zachód.   Niczym   ślubny  welon   ciągnęła   się   za   nami   gromada 

paralotni. Był tam chyba każdy, kto mógł wzbić się w powietrze. Nagle przyszedł mi do 
głowy zbawienny pomysł. Zbawienny przynajmniej dla Mal.

– Lećmy najniżej i najwolniej jak się da. Żeby zobaczyła to cała Trójka i żeby ta drobnica 

za nami nadążyła.

Sera wzdrygnęła się, jakby umiała czytać w moich myślach.
Zignorowałam   ją   i   przykleiłam   nos   do   szyby.   Wśród   mdłych,   zaróżowionych   pasm 

smogu zaczęły się pokazywać znajome okropieństwa Mo-Vay. Najpierw niebieska, migotliwa 
nić zatrutego miedzią kanału. Potem jaskrawe kolory nieujarzmionej dzikiej technologii, która 
mieszała się fantazyjnie z wąską połacią dżungli.

– Niżej.
Wieże   z   włókien   szklanych   znacząco   się   rozrosły;   kłuły   niebo   na   podobieństwo 

krwawiących palców. Gdyśmy kluczyli między nimi, widziałam na ich powierzchni szczątki 
ludzkich ciał: pozostałości pechowców wysuszonych na papier.

– Co to? – zdumiała się Mal.
Zamiast odpowiedzieć, podparłam Serę Bau i potrząsnęłam nią, żeby oprzytomniała. Nie 

od razu przejrzała na oczy, ale gdy to się stało, okazała jedynie konsternację.

Opowiedziałam jej na ucho całą prawdę:
–  Pewnego razu sławna i bogata kobieta postanowiła zniszczyć konkurencję. Wynajęła 

łotra imieniem Ike del Morte  i kazała mu pracować nad upośledzeniem ludzkiej rasy. Miał 
eksperymentować na przestępcach i biedakach. Miał z nimi robić różne rzeczy. Nadać im 
groteskowy, przerażający wygląd, bo, uwaga! chciała sobie podnieść oglądalność!

W oczach Sery pojawiło się zrozumienie. Chwyciłam ją mocniej i przyłożyłam jej twarz 

do okna.

– Widzisz ten krąg budynków? – odezwałam się do Mal. – Nie ląduj, ale leć jak najniżej.
Kiwnęła głową. Helikopter zwolnił i zszedł niżej. Wokół nas i w górze zebrała się istna 

armada pojazdów latających.

Jednym   szarpnięciem   otworzyłam   drzwi.   Do   środka   wdarł   się   hałas   śmigieł   i   ostry, 

słodkawy smród zgnilizny. Miasteczko strachów, zorganizowane przez Ikea pośrodku starych 
magazynów   paliwowych,   żyło   własnym   życiem.   Całe   zabudowania   zarosły   pełzakiem, 
niczym meble folią w opuszczonych pomieszczeniach. Tyle że tutejsza „folia” kłębiła się, 
cuchnęła i pożerała nawzajem.

Teraz chyba zwietrzyła świeży, nie nadpsuty łup, bo zaczęła wrzeć i rozpościerać wysoko 

swoje macki. Czy naprawdę był  to tylko  pełzak?  Może i wyobraźnia płatała  mi  figle, w 
każdym razie widziałam w tym morzu ludzkie sylwetki.

Zgroza wypisana na twarzy Sery sugerowała, że i ona coś widzi.

background image

– Leć poza krąg zabudowań. Szukamy czegoś, co jest żywe i się rusza. Kiedy ci powiem, 

zbliżysz się na najbliższą odległość! – krzyknęłam. – I podaj mi przekaźnik.

Szpiegusy, należące do Monka i Laud, krążyły tuż-tuż i wszystko filmowały. Wchodziły 

w   drogę   milicji   spod   znaku   rzęsy,   która   przeszkadzała   szpiegusom   Bau,   które   z   kolei 
przepychały się z paralotniami. Totalny chaos. I nikt nie mógł nad nim zapanować.

Miałam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Szczerze mówiąc, wiele od tego zależało.
– Co nastawiłaś, Mal?
–  Wspólna Sieć i OneWorld, dwukierunkowo! – odkrzyknęła. – Powiesz jedno słowo i 

świat wstrzyma oddech. Już teraz ogląda cię pół planety.

Z nałożonym przekaźnikiem przesunęłam Serę do drzwi i siłą wypchnęłam na zewnątrz 

jej nogi. Potem wcisnęłam się koło niej. Siedziałyśmy ramię  przy ramieniu  i huśtałyśmy 
nogami   nad   przepaścią   jak   dzieci.   Z   tą   różnicą,   że   straszyłam   ją   ostrym   szkłem,   a 
niebezpiecznie blisko podchodziły szpiegusy, żeby nas filmować.

– Tak dla ścisłości... – Odczekałam kilka sekund. Wystarczająco długo, żeby reporterzy 

ucichli i przygotowali się na moje wystąpienie. – Tak dla ścisłości... nazywam się Parrish 
Plessis, a to Sera Bau, menedżer informacji z DramaNews. Chcę, żeby zobaczyła i żebyście 
wy zobaczyli, za co ponosi odpowiedzialność. Oto Sektor Trzeci... – I opowiedziałam swoją 
historię,   wszystko   od   początku   do   końca.   Zmęczonym,   ochrypłym   głosem.   Zakończyłam 
spokojnie: – Martwią mnie tylko dwie rzeczy: Po pierwsze, nie wiecie, czy to prawda, czy pic 
na wodę. Po drugie... może  macie  to gdzieś. Zdaje się, że jeśli macie  to gdzieś, nic  nie 
poradzę, ale mogę zrobić coś, byście zrozumieli, że nie ściemniam.

Na   mój   sygnał   Mal   zbliżyła   się   na   kilka   metrów   do   połamanych   dachów   Mo-Vay. 

Leciałyśmy wzdłuż wymarłych uliczek i zdewastowanych domostw, aż wypłoszyłyśmy skądś 
nędzne istoty, przypominające bardziej zwierzęta niż ludzi.

Zmiennokształtni...
Ponownie   uświadomiłam   sobie   grozę   tego,   co   mnie   czekało,   co   czekało   wszystkich. 

Tylko się umocniłam w swoim postanowieniu.

– Zawracaj.
Mal wykonała manewr, dzięki któremu znalazłyśmy się oko w oko ze śledzącymi nas 

szpiegusami.

Bez ostrzeżenia, wręcz bezwiednie, cofnęłam się do środka i zasadziłam Serze z dwóch 

nóg takiego kopa w plecy, że  wypadła. W ostatniej chwili rozpaczliwie chwyciła się płozy 
śmigłowca.

– Pojebało cię?! – ryknęła.
Deptałam ją po palcach, ale nie puszczała. Zdarłam z siebie przekaźnik i położyłam się na 

brzuchu, z głową wystawioną na zewnątrz. Spojrzałam jej w oczy i ryknęłam:

– Myślę, że to ty masz przejebane! – Po tych słowach zaczęłam haratać jej ręce utłuczoną 

butelką.

background image

Spadła, ale razem z warkotem śmigła dopadły mnie jej ostatnie słowa:
– Zabicie... mnie... niczego nie zmieni...
Wyobrażałam sobie, jak otwierają się przede mną piekielne wrota...

background image

R

OZDZIAŁ

 24

Trzasnęłam drzwiami i helikopter  zwiększył  pułap. Szpiegusy krążyły gromadnie  nad 

ciałem Sery Bau, wzburzone jak osy, gdy do gniazda pcha się intruz.

– Co teraz? – zapytała Mal.
– Bez komentarza. – Uśmiechnęłam się ponuro i dalej ślęczałam przy szybie.
Sera żyła, ale chyba miała złamany kręgosłup. Już się do niej skradali zmiennokształtni; 

choć w przestworzach wrzało, do działania popychał ich głód.

Mal prychnęła.
– Szpiegusy nie kwapią się z pomocą.
– Jak zwykle – odpowiedziałam pochmurnie.
–   Póki   kręcimy   się   w   pobliżu,   będą   nas   filmować   i   jeszcze   chwilę   pożyjemy.   Gdy 

skończą, milicja odstrzeli nam tyłek.

– Wiem.
Wlazłam na fotel obok pilota. Nie powiedziałam „przepraszam”. Zgłosiła się na tę misję, 

więc musiała się liczyć z konsekwencjami.

– Myślisz... że ktoś wysłuchał mojej historii? – zapytałam.
Skrzywiła się. Pośmiałyśmy się trochę, zawieszone w tym samym miejscu. Mal zajęła się 

własnymi myślami, ja uparcie analizowałam ostatnie słowa Sery, aż w końcu...

– Cholera! – zaklęłam cicho. – Musimy wiać. Zostało mi jeszcze coś do zrobienia.
Mal rozdziawiła usta, zdumiona moim wariackim optymizmem.
– Wygląda na to, że za długo z tym zwlekałaś.
Rozglądałam się rozpaczliwie, szukając jakiegoś promyczka nadziei. I oto, rzadkość nad 

rzadkościami,   szczęście   się   do   mnie   uśmiechnęło.   Wokół   nas   gęstniał   rój   paralotni; 
zapewniały nam osłonę i eskortę.

Milicja Sery Bau krążyła nad nami z rykiem i warkotem niczym psy obronne na uwięzi, 

próbujące się wyrwać do złodzieja. Nawet siły porządkowe bały się masakrować niewinnych 
gapiów na oczach światowej widowni.

Przełączyłam ekran na podgląd Wspólnej. Sieć tętniła wiwatami i najdzikszymi plotkami. 

Przyjmowano zakłady, czy bankowcy przyjmą mnie do swojej kasty. W Trójce okrzyknięto 
mnie lokalnym bohaterem. Włączyłam wiadomości OneWorldu. Sprawozdania, utrzymane w 

background image

ponurym tonie, nie tuszowały brutalnej prawdy. Odgrzebywano prawdę o powiązaniach Sery 
Bau.

Gdy   wszystko   to   do   mnie   docierało,   rozkoszowałam   się   atmosferą   skandalu, 

rozdmuchiwanego plotkami. Mal kryła się między paralotniami jak królowa pszczół otoczona 
rojem. Latająca gromada oddziaływała na moją psychikę w ten sam sposób, co motocykle 
prujące przez pustynię; przebywanie w grupie dodawało energii. Teraz miałam się jeszcze 
lepiej, bo grupa udzielała mi wsparcia.

Helikopter został odeskortowany w stronę szarych plaż w Fishertown. Milicja tropiła nas 

z wyższego pułapu, czekała na dogodny moment. W sieci huczało od oskarżeń.

Wtem   zrobiło   się   cicho.   Tak   po   prostu.   We   wszystkich   sieciach,   na   wszystkich 

częstotliwościach.

Mal krzyknęła triumfalnie.
Czułam, jak uśmiech wypływa na moje usta. Pierwszy raz od tak dawna, że szczęka za 

bardzo nie chciała współpracować. Marzyłeś o rewolucji, Gerwent – połączyłam się myślami 
z nieżyjącym człowiekiem. Może właśnie wybuchła.

Mal oprzytomniała.
– Musimy wylądować. I to szybko, zanim zdmuchnie nas milicja.
Brutalnie posadziła maszynę na skrawku plaży, gdzie już czekał Mama: wygolona głowa 

stercząca nad tłumem, tłusty bandzioch spychający na bok ludzi.

Wypadłam ze śmigłowca prosto w jego ramiona.
– Muszę porozmawiać z Teece’em.
– Wyglądasz jak zbity pies. – Dawny zawodnik sumo patrzył na mnie sceptycznie mimo 

dobiegających zewsząd wiwatów. – A nie mówiłem, że ci się zbiera?

No i się rozryczałam.
Chwycił mnie i przytrzymał na wyciągnięcie ręki. Trochę złagodniał.
– Weźmiesz motocykl, ale dopiero po zmroku. Do tego czasu te świnie powinny się stąd 

wynieść.

Zerknęłam na niebo. Trzy milicyjne nietoperze zlatywały nisko nad plażę.
– Skąd wiesz?
– Bo wieczorem miasto dostanie pierdolca.

* * *

Mama miał rację. Nietoperze trzymały nas w niepewności do zachodu słońca. Potem 

nagle zniknęły i na niebie zrobiło się dziwnie spokojnie.

Stałam u wejścia do namiotu i patrzyłam, jak odlatują. Nieopodal kobiety gotowały ryby, 

piekły   podpłomyki   i   krzyczały   na   dzieci.   Pomimo   nocnych   hałasów   i   hulaszczego 
świętowania czegoś brakowało. Gwaru sieci. Zupełnie jakby przyjęcie opuściła najgłośniejsza 

background image

osoba.

Nawet w  tak  biednej  mieścinie  jak Fishertown nadzwyczajna  przerwa w  dostępie  do 

informacji działała przygnębiająco.

– To twoja sprawka, Plessis? – Mama ze smutkiem wpatrywał się w pusty, martwy ekran 

pod dachem namiotu.

– Chyba tak.
Westchnął.
– W takim razie lepiej ruszaj w drogę. Niektórzy zaczną cię nienawidzić.
Nie wiedząc, co ma na myśli, obserwowałam ludzi. Śmiali się i pili. Dopiero później, 

kiedy skończyły się zawody wioślarzy i zapaśników, zrozumiałam, o co mu chodziło. Każdy 
podchodził, jakby bez udziału świadomości, do najbliższego ekranu, wlepiał w niego gały i 
czekał, aż coś pokażą.

– Myślisz, że będzie aż tak źle? – zapytałam.
Jedna z jego żon podała mi ciepły chleb i ociekającą tłuszczem rybę.
Podziękowałam, patrząc, jak Mama manipuluje przy małym, płaskim pudełku.
– Co to?
– Bezprzewodówka. Takie... moje... hobby. – Sapał między słowami, zdrapując rdzę z 

umieszczonej w środku metalowej płytki. – Posłuchaj – szepnął i włączył przeszukiwanie 
kanałów.

Po chwili coś się znalazło.
– ...nie mam połączenia z żadną siecią – żalił się ktoś młodym, wystraszonym głosem. – 

Tata poszedł sprawdzić, co się dzieje, i jeszcze nie wrócił. Kazał zamykać drzwi na klucz. 
Widzę, jak ktoś zapala ogień, ale nie mogę... co się dzieje...

Odbiór się pogorszył. Mama wciąż biegał po kanałach, ale sygnał zawsze był za słaby.
Zmiotłam wszystko z talerza oprócz ości, które wsypałam do gorącego popiołu. Przy 

sąsiednim ognisku wybuchła kłótnia. Wiatr dmuchnął w nas piaskiem, który wystrzelił spod 
czyichś nóg.

Mama ryknął ostrzegawczo na awanturników i skierował wzrok na mnie.
–  Zabrałaś  nieodłączną  część naszego życia.  Czujemy się jak ktoś, komu  wydłubano 

oczy.

Dręczyło mnie przeczucie, że pora się zmywać.
– Podobno mogę sobie wziąć motocykl?
Okazało się, że na koniec chce mi udzielić pouczenia.
– A co będzie z wirtualnymi? Co zrobią, jeśli cyberprzestrzeń stała się niedostępna?
Pomyślałam o Mervie, księciu wirealki. Jak mu się powodzi?
– Myślisz, Parrish Plessis, że coś naprawiłaś? Owszem, zrobiłaś swoje. Choć teraz cały 

świat dostanie pierdolca, nie tylko nasz grajdołek.

Ze strachu zrobiło mi się duszno.

background image

– Daj mi motor, Mama.
Wręczył mi kartę do bramy osady.
–  Wybierz  sobie   jeden.  Kartę   zostaw  w   czytniku.   Mam  drugą.  A  potem  jedź  i  zrób 

porządek. Lubię oglądać zapasy amerykańskie.

Tubalnym głosem pogroził awanturnikom, którzy wszczęli burdę nad brzegiem morza, i 

zajął się swoją bezprzewodówką.

Przekonałam Mal, że powinna zostać. Przez chwilę się sprzeciwiała, ale w gruncie rzeczy 

nie miała dokąd iść. Chyba zresztą wpadł jej w oko Mama. Może po prostu chciała wygrać z 
nim pojedynek zapaśniczy.

– Muszę naprostować kilka spraw.
– Rozumiem, Plessis. Jesteś w tym dobra. – W jej szyderczym głosie nie było złośliwości.

* * *

Przemierzałam pustkowie wolno i bez świateł. Cieszyłam się, że księżyc świeci i – do 

pewnego stopnia – że jeszcze żyję.

Przeprawiłam się na drugą stronę, zbudziłam nowego pomocnika Teece’a i zostawiłam 

motocykl. Pierwszy, którego nie uszkodziłam.

Wędrowałam   w   ciemnościach   przez   Torley.   Nikt   mnie   nie   zatrzymał,   nikt   mnie   nie 

zauważył. Za to ja ich widziałam. Zdenerwowanych ludzi na chodnikach, stęsknionych za 
szumem i migotaniem ekranów.

* * *

Muenowie   grali   w   karty   przed   drzwiami   mojego   mieszkania.   Kiedy   nadeszłam, 

przeżegnali się, jakbym wracała zza grobu. Weszłam do środka, żeby sprawdzić pokoje, a oni 
stali w progu i obserwowali mnie z podejrzliwością.

– Gdzie Teece?
– Przy swojej kobiecie – odpowiedział jeden z nich.
Humor mi się zwarzył.
– Poszukajcie go i powiedzcie, że wróciłam. Powiedzcie, że to jeszcze nie koniec.
Zatrzasnęłam drzwi. Pobyt w domu sprawiał mi wielką ulgę. Rozebrałam się i wzięłam 

prysznic. W szafie niewiele wisiało, ale za to wszystko należało do mnie. Wrzuciłam na siebie 
sfatygowane moro i przechodzone buty. Czułam się w tym bezpieczniej niż w zbroi.

Teece nie marudził po drodze. Przypuszczałam, że jak wszyscy w Trójce, miał kłopot z 

zaśnięciem.

Z   utęsknieniem   czekałam   na   jakieś   przytulenie,   poklepanie   po   plecach   –   pozytywny 

kontakt fizyczny, który będzie dla mnie potwierdzeniem, że faktycznie żyję i jestem w domu.

background image

On jednak zamknął drzwi i odsunął się ode mnie.
– To ty?
Pytanie z gatunku głupich, ale chyba wiedziałam, o co mu chodzi.
– Na razie tak – odpowiedziałam wolno. – Muszę coś załatwić.
Rozległo się pukanie. Teece otworzył drzwi i wziął tackę od kogoś, kto stał w cieniu. 

Szawarma i piwo. Przełknęłam ślinę. Położył tackę na stole przy kanapie.

– Lu ma jeszcze zamknięte. Przykro mi, ale nie będzie ciastek.
Roześmiałam się i skrajem koszuli starłam łzę. Przyglądał mi się uważnie, kiedy jadłam. 

Dopiero teraz spostrzegłam jego bladość.

– Co widzieliście w sieci?
– Jak porywasz Bau podczas przyjęcia. Potem był pościg za helikopterem. Co się stało w 

Disie? Pokazywali, jak ją zrzucasz. Została zjedzona. – Mówił to głosem ochrypłym, pełnym 
odrazy. – Pamiętam twoją opowieść. Wtedy nie mogłem cię zrozumieć.

Pokiwałam głową i przełknęłam ostatni kęs mięsa.
– Co teraz będzie z siecią? – zapytał. – Ludzie się boją.
Zdradziłam mu plan Gerwenta Bana. Opowiadałam  o Monku i o tym,  w jaki sposób 

według mnie przeobraziła się Brilliance. Na koniec wypiłam piwo i streściłam przygody z 
Mervem, Mal i Ślicznotą. Cicho zagwizdał.

– Słyszy się czasem o cieniach i innych rzeczach, ale myślałem, że to ścierna. Wirtualni 

mają fioła na punkcie przesądów. A zwał... Myślałem, że to zbuntowany program.

– Może się myliłeś.
– A więc plan króla wypalił. Brilliance wysiadła.
–   Chwilowo.   Myślałam,   że   to   nam   wyjdzie   na   dobre,  ale  teraz   zaczynam   mieć 

wątpliwości.

– Jak to?
– Muszę znaleźć Brilliance, przynajmniej jej część biologiczną.
Uniósł brwi.
– Posłuchaj, Teece. – Uważnie obserwowałam jego minę. – Na sam koniec Bau coś mi 

powiedziała. Nie jestem pewna, czy czegoś nie schrzaniłam.

– Jeśli chcesz się wyspowiadać, Parrish, to trafiłaś pod zły adres. Widzieliśmy, jak się 

żyje w Vivie i co się wydarzyło w Disie.

– Do czego zmierzasz?
– Muenowie i Wspólnota Coomera chcą wprowadzić zmiany.
– Wspólnota? A Loyl?
–   Goni   za   tymi   swoimi   marzeniami   gdzieś   w   Vivie,   I   za   kobietami,   rzecz   jasna. 

Wspólnota  ma  już dość  jego wybryków.  Muenom  znudziło  się czekanie  na ciebie.  Chcą 
rozmawiać o wojnie z miastem.

O, nie...

background image

O, tak...
– Nie możecie – powiedziałam.
– Możemy. Zwłaszcza teraz, kiedy sieć nie działa. W Vivie panuje chaos. Przejdziemy po 

kryjomu podziemnymi  rurami, które kiedyś  odwiedziłaś. W mieście nas nie odróżnią. To 
właściwa chwila, żeby coś zmienić. Wybuchła panika, szwankuje komunikacja.

– To samobójstwo. Masz pojęcie, ile ludzi mieszka w Vivie?
–   Miliony.   Takich,   co   to   nie   wiedzą,   co   się   robi   nożem.   Zaatakujemy   obiekty 

użyteczności publicznej. Reszta pójdzie jak z górki.

–   Co   się   z   tobą   stało,   kiedy   mnie   nie   było?   –   zapytałam   ostro.   –   Nieraz   mówiłeś: 

„Oddałbym wszystko za spokojne życie i widok na pustkowia”.

Zaśmiał się ironicznie.
– Musiałem się zadawać z nie tymi ludźmi co trzeba. Loyl miał rację co do jednego: nie 

musimy się godzić na takie życie. Zwłaszcza że oni opływają w luksusy.

Dostrzegłam upór w jego oczach. I coś jeszcze: zdecydowanie, którego nie przejawiał 

nigdy dotąd. Czy był w stanie skrzyknąć armię? Co ja narobiłam?

– Daj mi trochę czasu – poprosiłam.
– A na co ci czas?
– Muszę się dowiedzieć, czy biologiczny element naprawdę istnieje. Może bez niego nie 

byłoby draki w Mo-Vay.

Skrzyżował ramiona.
– A więc znowu spieszysz na ratunek światu?
– No. – Szukałam w nim choćby cienia zrozumienia. Na próżno.
Wziął z tacki ostatnie piwo i podał mi otworzone.
– Sama twierdzisz, że nikt nie wie, gdzie jest i czy w ogóle istnieje biologiczny element.
Łyknęłam raz i drugi, w równym stopniu delektując się nagłym olśnieniem co chłodnym 

piwkiem.

– Szczerze mówiąc, chyba się domyślam.
Chwycił piwo i upił sporo.
– Czego?
– Podejrzewam, Teece, że Brilliance ukrywa się tutaj. W Trójce.

background image

R

OZDZIAŁ

 25

– Bzdury.
– Czemu nie miałaby szukać kryjówki tam, gdzie nikt nie chce mieszkać?
Teece zerknął na e-sekretarkę zapiętą na nadgarstku.
– Muszę lecieć. Mam spotkanie z Billym Myorą i Pasem.
– Z Myorą?
– Wspólnota ma  podzielone  zdanie  w kwestii  przywództwa.  Młodzi popierają Loyla, 

starsi zaś twierdzą, że pierwszeństwo należy się Myorze. Kiedy Loyl zawieruszył się w Vivie, 
Myora przeciągnął resztę na swoją stronę.

– Gdzie się z nimi spotykasz?
– U Heina. Lu Chow dowiezie śniadanie. Jesteś jeszcze głodna?
Wyszczerzyłam zęby.
– Głupie pytanie!

* * *

Pas już czekał razem z hordą Muenów.  Powitał mnie  niskim ukłonem, drapiąc się po 

głowie.

– Otworzyłaś nam oczy, Oja. Najwyższy czas sięgnąć po klucz do lepszego życia.
Powstrzymałam się od wybuchu. Zazwyczaj Pas kwiecistym językiem maskował swoje 

rzeczywiste zamiary.  Naprawdę złym  znakiem była  dla mnie obecność jego żony Minny. 
Muenowie z reguły nie zapraszają żon na narady wojenne. Stała obok męża ze spuszczonym 
wzrokiem, choć w jej postawie czaił się bezwzględny upór.

– To idiotyzm, Pas.
Wydął swe tłuste policzki.
– Prędzej czy później każdy będzie sądzony. Kiedy przyjdzie czas na mnie, chcę mieć na 

koncie jakieś dobre uczynki.

Gdyby to padło z innych ust, parsknęłabym śmiechem, ale Pas nie żartował w sprawach 

honoru.

Za mną otworzyły się drzwi. Do środka weszło ze trzydziestu członków Wspólnoty w 

background image

rytualnych barwach, uzbrojonych we włócznie z wybuchowymi grotami. Pozostali czekali na 
zewnątrz. Pewnie przepłoszyli wszystkich ludzi na chodniku.

Ostatni wszedł Billy Myora, ubrany w wyblakłą szatę w paski. Na twarz naniósł grube 

warstwy ochry i bieli. Nie bardzo się zdziwił na mój widok.

– To nie miejsce dla kobiet, Plessis – powiedział.
Poderwałam głowę, gotowa się kłócić, ale wtrącił się Pas:
– Muenom nie towarzyszą kobiety w czasie narad wojennych, a jednak przyprowadziłem 

żonę, żeby słuchała i mogła się wypowiedzieć. Jest nas tak mało, że bez ich pomocy ani rusz.

Billy popatrzył  na mnie  z niechęcią,  ale nie obstawał przy swoim.  Potem zerknął na 

Teecea.

– Opracujemy plan, ale trzeba działać szybko. Zator na łączach ułatwi nam sprawę.
Wyświetlił mapę Vivy.
– Nie wygracie. Oni mają miażdżącą przewagę techniczną.
Billy przewiercił mnie lodowatym spojrzeniem.
– Co im po technice, skoro nie mają oczu? Każdy obezwładni ślepego.
– Czemu się do tego mieszasz, Teece? – spytałam ze smutkiem.
Spojrzał mi prosto w oczy.
– Walczę o lepszą przyszłość dla swojego dziecka.
Jakby   mi   kto   przyłoił.   Oddychałam   powoli,   głęboko,   trawiąc   jego   słowa   ze 

świadomością, że wszyscy czekają na moją reakcję.

– W takim razie – wycedziłam – postaram się o to, byście mieli jakieś szanse.
I wyszłam ze spotkania.
Teece   zmajstrował   dziecko   Pszczółce!   Ta   szokująca   nowina   odebrała   mi   energię   i 

przyprawiła o mdłości. Ale przynajmniej rozumiałam upór Teecea.

Każdy ma jakieś argumenty.
Nawet jeśli nie mogłam zapobiec rzezi, chciałam sprawić, żeby nie stali na straconej 

pozycji. Należało wykluczyć z gry Brilliance.

Bolały mnie nogi i ciężko mi się chodziło, z każdym  krokiem ciężej. Bez widocznej 

przyczyny ból stale narastał.

– Oja?
Link i Glida. Śledzili mnie z ukrycia. Na szyi zawiesili identyczne maski.
– Odnalazłaś Wombebe?
Wolno pokiwałam  głową i dotknęłam  łusek na policzku. O mało  nie spaliłam  się ze 

wstydu.

– Już nic jej nie grozi.
Glida poznała po mojej minie i zachowaniu, co jest grane, i nie zadawała więcej pytań.
– Liczę na waszą pomoc. – Mój głos drżał od emocji.
– Oddaliśmy Wspólnocie całą broń biologiczną – powiedział Link. – Poza tym wszystko 

background image

należy do ciebie, Oja.

Mój Boże...
–  Szukam   pewnych   biokomponentów.   Bardzo   potężnych   biokomponentów,   które   nie 

mają ochoty ujrzeć światła dziennego.

Spojrzeli   po   sobie.   Ten   niemy   dialog   dwójki   serdecznych   przyjaciół   uwolnił   mnie 

częściowo od bólu i wyrzutów sumienia, jakie czułam po śmierci Gurka.

–  No   to   będzie   konieczna   pomoc   Ness.   Po   śmierci   Vayu   ona   jest   najstarsza.   I 

najsilniejsza.

Pokiwałam głową.
Szli za mną, kiedy kuśtykałam do swojego mieszkania.
– Jesteś ranna? – zapytał Link.
Pokręciłam głową.
– Nie.
Nie wyglądali na przekonanych, lecz stanęli na warcie przy drzwiach, kiedy człapałam do 

skrytki   na   broń.   Wybrałam   nowiutkiego   colta   SMG   z   przejściówką   na   9   mm,   ostatni 
magazynek z nabojami i sztylet, prezent od Wspólnoty. Potem zaaplikowałam sobie dermę z 
najmocniejszym środkiem przeciwbólowym. Ból w nodze zelżał na tyle, że przestałam kuleć.

Spakowałam   naprędce   torbę.   Pozostałe   dermy,   trochę   wysokoenergetycznych   pro-

substów (trudno zerwać ze starym zwyczajem), nóż, linki. Pistolet umocowałam na plecach.

– Wiecie, gdzie jej szukać?
– W domu duchów.
Przypomniałam   sobie   miejsce,   gdzie   zginęła   Vayu   wraz   z  innymi   szamanami.   Gdzie 

Jamon   związał   mnie   jak   prosię   przed   zarżnięciem.   Nie   wyobrażałam   sobie   bardziej 
nawiedzonego zakątku w całej Trójce.

Link   i   Glida   odprowadzili   mnie   do   granicy   Torleya   jak   rodzice   zatroskani   o   swoją 

pociechę. Właśnie na tym pograniczu znajdował się dom duchów, łatwy do odróżnienia w 
architektonicznym bałaganie. Zastanawiające, że zawsze tam wiało.

Ness czekała na nas podobnie jak kiedyś Mayu: siedziała na ziemi po turecku, otoczona 

chmarą świec, z włosami do pasa skręconymi w wymyślne loki.

Było tyle podobieństw, że aż ciarki mi przeszły po skórze.
Obok siedział Stix. Maleńkim grzebykiem czyścił piórka wszczepione do czaszki. Zajęty 

tą czynnością, nawet nie podniósł wzroku.

Ness powitała mnie uśmiechem, ale w jej spojrzeniu kryło się współczucie.
– Nareszcie przyszedł na ciebie czas, Parrish. Prosisz mnie o pomoc?
Usiadłam, nie pytając, co właściwie ma na myśli. Pytania zdawały się niepotrzebne.
– Szukam potężnego biokomponentu, ukrytego gdzieś w tych stronach. Kontroluje sieć, a 

ponieważ został uszkodzony, nie umiem go namierzyć.

– Czemu ci na nim zależy?

background image

–   Prawdę   mówiąc,   sama   nie   wiem.   Narobiłam   strasznego   zamieszania.   Wspólnota 

rozważa wojnę z miastem. Jeśli znajdę biokomponent, może wróci spokój. – Ness, podobnie 
jak Vayu, była osobą, którą strach było okłamywać.

Wybuchła śmiechem.
–  Wszystko dla ciebie jest takie nieskomplikowane.  Dążysz  prosto do celu, notabene 

zawsze szczytnego.

Nie przypadł mi do gustu ten skrótowy opis, ale się nie obraziłam.
– Czy możesz... i chcesz mi pomóc?
– Oczywiście. Czasem lepiej nie zaprzątać sobie głowy zbyt wieloma opcjami.
Stix odrzucił grzebyk i położył jej rękę na ramieniu. Jego dezaprobata była dla mnie jak 

policzek.

– Narażasz ją na niebezpieczeństwo – odezwał się do mnie.
Ness delikatnie strząsnęła jego rękę.
– Możliwość wyboru jest darem. Nie odbieraj mi tego daru, kochany.
Zaczerwienił się, słysząc w jej głosie naganę i czułość,
– Zbliż no się, Parrish – powiedziała.
Podpełzłam do niej z wahaniem. Czym ryzykowała?
–  Nasze   umysły   ciągle   łączy   więź.   Nie   ma   potrzeby   pić   soku.   Ale   bez   pomocy 

halucynogenów będziesz musiała bardziej się wysilić.

Gdy  ujęła   moje   dłonie,   w   najodleglejszych   zakamarkach   ciała   i   umysłu   pojawiło   się 

delikatne   łaskotanie.   Po   raz   pierwszy,   odkąd   sięgam   pamięcią,   czułam   się   bezpieczna   i 
kochana. Cieszyłam się z tego jak dziecko.

„Taki mały prezent dla ciebie – usłyszałam w myślach. – No, ale czas nagli”.
Wrażenie ciepła powoli ustępowało. Szybowałyśmy wysoko nad Trójką. Westchnęłam, 

kiedy pozostał już tylko czysty chłód duchowej podróży.

„Czego mam szukać?” – zapytałam.
„Szukaj tego, czego nie widać gołym okiem”.
„Jejku, Ness, aleś tajemnicza...’.
Zmrużyłam oczy, oślepiona białym blaskiem słońca. W dole migotały tysiące ludzkich 

sadyb. Stopniowo zaczęłam orientować się w terenie. Granica Disu. Kopce na Hałdowisku. 
Długi, srebrzysty wąż: pociąg jadący w kierunku Plastyka.

„Nic nie widzę”.
„Za bardzo się starasz”.
Spróbowałam raz jeszcze. Odetchnęłam – tak jakby – i przestałam wytężać wzrok.
Ujawniła   się   nagle   inna   Trójka.   Gmatwanina   kolorów;   jedne   pulsowały,   inne   były 

statyczne. Zupełnie jak w duchowym kręgu, do którego wciągnęła mnie Lisa Tulu. Aury. W 
większości zabudowań energia mieszkańców objawiała się pstrokacizną brązów. W pewnych 
miejscach, takich jak bary i speluny, kolory zlewały się ze sobą. Gdzie indziej odznaczały się 

background image

ognistą czerwienią lub skrzącą się bielą.

„Szamani” – wyjaśniła Ness.
Zwłaszcza jedna złocista pręga błyszczała silnym, niezachwianym światłem.
„Mei Sheong. Znam ją”.
„I ona ciebie. Więź jeszcze nie osłabła”.
„Mei!” – zawołałam.
„Co ci strzeliło do łba, Parrish? Gdzie mój chłop?”.
„Daac został w Vivie, Mei. Chciałam cię prosić o pomoc”.
Prychnęła.
„A podasz mi jakiś rozsądny powód?”.
„Muenowie razem ze Wspólnotą wyruszają na wojnę z miastem. Żeby im pomóc, muszę 

odnaleźć   biokomponent”.   –   Niezupełnie   tak   było,   ale   nie   czułam   się   zobowiązana   do 
mówienia prawdy.

„Wojna? Loyl wkurzy się na Wspólnotę”.
„Przewodzi Billy Myora”.
„Trzeba go było zostawić w Disie”.
„Kto wie. Pomożesz mi?”
„Czego właściwie szukasz?”.
„Koloru... innego niż wszystkie”.
„Będziesz mi winna przysługę”.
Cóż, nie wypadało się spierać.
„Zgoda. Jaką?”.
„Zostawisz w spokoju mojego chłopa”.
Myśląc o Loylu, pośpieszyłam z odpowiedzią:
„Nie ma sprawy”.
Nie zdołała ukryć ulgi.
„No więc lećmy, kobieto”.
Jej umysł osiadł na umyśle moim i Ness niczym ropa na powierzchni morza. Nałożone na 

siebie   lepkimi   warstwami,   kontynuowałyśmy   podniebne   łowy.   Siłą   potrojonego   umysłu 
odsłaniałyśmy   zakamarki   Trójki.   Energia,   której   rozpływ   gdzieniegdzie   zakłócały   czarne 
zawirowania (działanie pasożyta), tworzyła swoistą mapę.

„Prędzej” – ponagliłam.
Oddaliłyśmy   się   od   głównych   skupisk   energii,   żeby   pomyszkować   na   odludziu.   Na 

koniec zawędrowałyśmy nad zupełne pustkowia.

Zagrzebana   w   cieniu   skał,   drzemała   wśród   nieprzyjaznych   ciemności   malusieńka 

iskierka.

„Jesteś pewna?” – zapytała Ness z powątpiewaniem.
„Nic nie widzę” – dodała Mei.

background image

Myśląc o opalu, który najładniej wygląda w określonych warunkach, mokry i oświetlony 

słońcem, zmieniałam kąt widzenia, póki każda z nas nie zobaczyła tego samego: inteligencji 
ukrytej w barwach akwamaryny, sjeny i błękitu kobaltowego.

„Sprytne” – zauważyła Mei.
„Jak klejnot” – zastanawiała się Ness. – Porozmawiamy z tym czymś?”.
„A można?” – spytała Mei.
„Mam przeczucie, że tak”.
„Nie” – wtrąciłam się. – Resztą zajmę się ja”.
„Dobrze” – zgodziła się Ness.
Udzielało mi się jej zmęczenie i tęsknota za Stixem.
„Myślę, że tak będzie najlepiej” – powiedziałam.
„Tylko   nie   schrzań   sprawy,   Parrish.   I   pamiętaj   o   obietnicy”.   –   Mei   oderwała   się   i 

odfrunęła.

* * *

Ocknęłam się z głową na kolanach Ness. Zawstydzona, szybko przetoczyłam się na drugi 

bok i wstałam.

Przyglądała mi się zmęczona, ale rozbawiona. Stix podał jej właśnie coś ciepłego do picia 

i robił masaż szyi. Jego żółtozielone oczy nadawały jasną wiadomość: Masz, czego chciałaś, 
więc spadaj.

* * *

Nie   wróciłam   do   swojego   mieszkania,   żeby   ktoś   lub   coś   nie   wlazło   mi   w   drogę. 

Ostrzeżenie Ness, że przyszedł na mnie czas, podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Z 
drugiej strony, miałam pod ręką spory zapas środków przeciwbólowych i całkiem niemały 
arsenał broni.

Pożegnałam się z Glidą i Linkiem, po czym wynajęłam krzepkiego malucha i kazałam się 

przewieźć przez Hałdowisko na Plastyk. Ani mi się śniło zaglądać na stację transkolei w 
Fishertown.

Kiedy   przebijaliśmy   się   nieskończonym   labiryntem   kolorowych   uliczek   w   rewirze 

Muenów,   wyświetliłam   sobie   w   myślach   mapę.   Biokomponent   znajdował   się   gdzieś   w 
okolicach Plastyka, na pustkowiu za rzeką.

Na   granicy   z   Plastykiem   kazałam   maluchowi   stanąć.   Zapłaciłam   myto   i   kupiłam 

dwuwarstwowe protektory na buty oraz maskę przeciwpyłową. Nie chciałam, żeby mi się 
obuwie zniszczyło, nim skopię jakieś biowareowe dupsko.

Maluch odmówił przekroczenia granicy. Nie miałam mu tego za złe. Też nie podobał mi 

background image

się wzrok, jakim patrzyli na mnie poborcy myta.

Ludziska na Plastyku to szczególne typy: świat ich nie obchodzi. Interesują się wyłącznie 

branżą kosmetyków do skóry i ciułaniem pieniędzy. Nikt w tych stronach nie śpiewał peanów 
na cześć Parrish Plessis.

Pomaszerowałam sama do pierwszych zamieszkanych apartamentowców. Przystawałam 

w drodze tylko po to, żeby przykładać dermę na bolące miejsca. Stopy mi poodparzało, ostre 
kamienie kłuły mnie po kostkach. Czułam mrowienie w palcach, jakby miały zdrętwieć. Ciało 
zachowywało  się  debilnie  i  bynajmniej  nie  chciało  wyjawić  przyczyny.  Zresztą  i tak  nie 
wnikałam.

Scenografię   tworzyły   ciemne   płaty   grzyba,   pajęczyny   i   kurz.   Implantowany   kompas 

pomagał mi iść prosto na zachód, w kierunku pustkowi.

W odległości kilku minut drogi od brzegu rzeki Filder w uliczce, którą szłam, nagle 

zrobiło się tłoczno.

– O, Parrish! Jak miło, że wpadłaś.
Ze wszystkich sił starałam się zachować zimną krew.
– Jaki ten świat mały, Road.
– Zwłaszcza kiedy włazisz na mój teren. – Road Tedder zaciągnął się dymem, jakby tym 

sposobem chciał pobudzić swoje wątłe ciałko.

Uważał,   że   nie   dogadaliśmy   wszystkich   szczegółów   w   temacie   handlu   narkotykami. 

Mogłabym się potargować, ale później. W dowolnym terminie, tylko później.

– Jestem trochę zajęta.
Minęłam go i poszłam dalej. Dreptał za mną do wylotu uliczki, gdzie czekało na mnie w 

półkolu sześciu przypakowanych chłoptasi z Plastyka.

– Nie wydaje ci się, Road, że to lekka przesada?
– Nie... gdy mam sprawę z Parrish Plessis, zuchwałym zabójcą dziennikarzy.
Westchnęłam.
– Muenowie ze Wspólnotą ruszają na wojnę z miastem. Zamierzam coś zrobić, żeby mieli 

cień szansy.

Zmarszczył   czoło   i   odpalił   od   kiepa   następnego   papierosa.   Ręce   do   łokci   miał   całe 

pożółkłe. 

– No i?
– Możemy to odłożyć na potem?
Roześmiał się i zakaszlał.
– Ludzie mówią, że o twoje interesy dba Teece Davey Mówią też, że jesteś tylko... ładną 

lalą. Pytam, czy widzieli cię na własne oczy.

Mało brakło, a straciłby część zapuszczonych tytoniem zębów. Był mistrzem prowokacji, 

lecz na szczęście ja jestem mistrzynią  olewania takich jak on. Mógł nawet nazwać mnie 
dziewczynką, byleby zszedł mi z oczu w diabły.

background image

Mój brak zainteresowania musiał go jednak zaintrygować.
– Po twojej śmierci Teece na pewno dogada się ze mną na rozsądniejszych warunkach.
Odwrócił się i ruszył  przez  wał mięśniaków.  Bysie  posłusznie czekały,  aż księciunio 

odejdzie, ale ja nie zamierzałam się z nikim cackać. Wyszarpnęłam colta i zasypałam ich 
gradem gorącego ołowiu. Nim zaciął się magazynek, trzech leżało na ziemi. Odrzuciłam broń 
i załatwiłam garotą gagatka, który stał najbliżej. Zero delikatności. Przez tętnicę do samej 
kości i skręt. Drugą linką owiązałam rękę łotrzyka, który właśnie podnosił spluwę.

W  mięśniakach  podoba mi  się to,  że stale  budują masę  ciała,  zamiast  pracować  nad 

techniką.

Przetrzebiłam ich tak, że ostał się jeden... ten jednak strzelił do mnie. Padając, rzuciłam w 

niego  nożem.  Upadł  na   mnie   martwy.  Leżałam  pod  jego  ciepłym,  krwawiącym  ciałem   i 
zastanawiałam się, czy to mój koniec. Nie miałam siły się ruszyć, nawet nic nie czułam. 
Mogłam tylko rozmyślać...

A   myśli   przychodziły   najróżniejsze.   Co   się   teraz   stanie?   Gdzie   Loyl?   Jak   będzie 

wyglądało   dziecko   Teece’a   i   Pszczółki?   I   co   to   za   szmery?   W   ciszy   po   rozprawie   z 
mięśniakami wydawały się głośniejsze niż biblijny kataklizm.

Zdołałam nieco obrócić głowę, wciśniętą pod pachę umarlaka. Coś poruszało się bardzo 

blisko i pobierało próbki ciała. Wytężyłam wzrok z chłodnym zainteresowaniem.

Osobnik przysunął się do leżącego na mnie denata i wydrapał mu z ust próbki śluzu. 

Wstrzymałam oddech. Czy dostrzegł we mnie oznaki życia? Teoretycznie nie powinien...

Ale co taki robot tu porabia? Dostrzegłam w dali promyk nadziei.
Zaczęłam się wiercić, przywalona ciężarem martwego bysia. Szarpałam się i stękałam, aż 

wreszcie   uwolniłam   rękę.   Potem   nogę.   Z   wysiłku   zabolało   mnie   w   piersi,   więc   chwilę 
odpoczywałam. Z powodu odrętwienia nadal nie wiedziałam, gdzie trafiła mnie kula.

Robot poszukiwacz kręcił się przy zwłokach: zbierał włosy, wtykał zgłębnik do nosów i 

uszu. W końcu dotarł do ostatniego zabitego. Wiedziałam, że jeśli nie zmienię pozycji, nic 
więcej nie zobaczę. Kiedy pokłusował uliczką w stronę rzeki, zebrałam w sobie resztki sił, 
żeby rozruszać ociężałe ciało. Usiadłam i spojrzałam na dziurę w koszuli. Najwięcej krwi 
było na ramieniu. Dziwna rzecz, ale sączyła się wolno, zamiast tryskać. Właściwie to do tego 
czasu powinnam się wykrwawić na śmierć.

Ale się nie wykrwawiłam. Premia od życia.
Wypluwając z ust krew i włosy pachowe mięśniaka, po raz kolejny doszłam do wniosku, 

że lepiej nie dociekać przyczyny.

Z   mozołem   odwinęłam   linkę   garoty   z   gardła   pierwszego   przyjemniaczka,   którego 

powaliłam tą bronią. Gdy głowa odpadła od tułowia, płyny ustrojowe ochlapały mi buty.

Wzdrygnęłam się i jeszcze coś tam wyplułam.
Ale po kolei. Robot znikał z pola widzenia. Podniosłam się z ziemi i podreptałam za nim.
Jeśli chodzi o ból, czułam tylko pieczenie stóp i ukłucia na łydkach. Ramię jakby się 

background image

ulotniło. Nie mogłam się nim posługiwać.

Byle do przodu... Często powtarzałam sobie to motto. Niekiedy człowiek musi być w 

ruchu, jeśli chce umknąć śmierci.

Śledziłam robota jak ostatnia niezdara, ale zdawało się, że nie zwraca na mnie uwagi. 

Zaprojektowany   do   wykonywania   jednego   określonego   zadania,   smyknął   po   kładce   i 
wkroczył na pustkowie.

Przystanęłam, żeby nieco odsapnąć i zastanowić się, czy nie wymięknę w drodze. Rzeka 

majaczyła przede mną; nić mętnej, zatrutej wody opływała smętnie podpory starego mostku.

Zdobycie  tlenu stało się wyzwaniem.  Wciąż  mi  go brakowało, przez co szare plamy 

tańczyły mi przed oczami.

Pomyślałam, że bezpieczniej będzie iść na czworakach, a więc tak zrobiłam. Na przemian 

ręce i kolana, ręce i kolana... Co i rusz mokre od krwi dłonie ślizgały się i uderzałam brodą o 
ziemię. Na domiar złego oślepiała mnie woda, w której odbijało się rozpalone letnie słońce. Z 
pustkowi buchał żar, a wraz z nim odór rozkładu.

To gnijące rośliny, wmawiałam sobie. Nie ludzie.
Tyle że wciąż miałam żywo w pamięci Gurka. Wołał coś do mnie z wody.
Być   może   zdrzemnęłam   się   na   mostku,   trudno   powiedzieć.   Odzyskałam   świadomość 

akurat wtedy, gdy przewróciłam się na skraj i zahuśtałam nogami w powietrzu. Instynktownie 
chwyciłam się poręczy i przypomniałam sobie, gdzie jestem. I kim jestem.

Sprawdź protektory... Wstań... Idź...
Zataczając się, kuśtykałam przed siebie, w przypadkowym kierunku, w upalnym skwarze.
Pić... Pić...
Tam... Chłodne skały. Miejsce do siedzenia.
Przebyłam w otumanieniu kawał drogi do niskich granitowych skałek. Chrzęściło mi pod 

nogami.

Obok mnie szedł Gurek: drapał się po głowie i o coś spierał.
„Powinieneś umyć włosy” – upomniałam go.
„Powiedziałem, że nie zadaję się ze starszymi kobietami, szefowo”.
„A co to ma ze mną wspólnego? – Wkurzałam się, że mnie w ogóle nie słucha. Umyj 

włosy, do cholery!”.

„Wyluzuj, szefowo. Lepiej się zajmij ważniejszymi rzeczami. Na przykład tym facetem”.
„Którym?”.
„Tym.
Pokazał palcem i wrócił do rzeki.
„Zaczekaj! Nie odchodź!”.
Płakałam – co za marnotrawstwo wody!
„Gurek, zaczekaj! Nie będę cię już pouczać”.
„Gaa...”.

background image

Zjeżyłam   się,   słysząc   ten   dźwięk.   Z   pewnością   nie   był   to   Gurek.   Porąbany   dzieciak 

nawiał.

Jeśli nie on, to kto? Ten, który stał w cieniu skalnego okapu, przed ciemną dziurą. Mała 

jaskinia i mały... człowiek: obwisłe ramiona, krzaczaste brwi, skośne czoło, siwiejące włosy. 
Szok był tak duży, że momentalnie wyrwałam się z krainy majaków. Na ziemi wokół skałek 
poniewierały się szkielety.  A ten chrzęst pod nogami... Obejrzałam się, patrząc, po czym 
przeszłam.

Cmentarzysko.
– Kim jesteś? – zapytałam szeptem.
Kucnął i gestem ręki zaprosił mnie do środka, obnażając żółte, połamane zęby.
Potrząsnęłam   głową,   jakbym   chciała   uporządkować   myśli,   i   postawiłam   stopę   na 

rozgrzanej kamiennej płycie. Musiałam zgiąć się w pół, żeby wejść do jaskini. On był ode 
mnie niższy, i to wyraźnie.

Znowu odpoczęłam. Mój wzrok wolno przyzwyczajał się do mroku, widziałam jakieś 

spirale.   A   także   duchy.   Gurek,   Wombebe,   Jamon.   Martwi   nigdy   nie   odchodzą.   Nigdy. 
Pozostają zasmuceni w zakamarkach umysłu.

– Gaa...
Jeszcze raz ten dźwięk. Ruszyłam na poszukiwania na czworakach, w dół po pochyłym 

podłożu, dotykając palcami ubitej ziemi. Nie przeszkadzała mi ciemność; przynajmniej nikt 
nie widział, jak drżę. W końcu zaczęłam dostrzegać kształty, które nie narodziły się w mojej 
wyobraźni.

Kiedy grunt się wyrównał, dotarłam do większej, jaśniejszej groty, połączonej z następną 

niskim korytarzem. Zauważyłam kilka prymitywnych sprzętów i totemy. Walały się resztki 
jedzenia i śmierdziało śmieciami. Było dość widno, ale skąd się brało światło?

Pod ścianą zebrało się mętne bajorko. Człowieczek zaczerpnął wody; wylał mi trochę na 

głowę, a trochę wlał do ust. Zimna i gorzka, szczypała w gardle. Strasznie potem kaszlałam.

Następnie   facet   zaczął   mnie   popychać,   aż   przeszłam   do  groty  w   głębi.   Czułam   jego 

mięśnie, ścięgna i włosy, czułam woń nieznanego zwierzęcia. Mdliło mnie od tego zapachu. 
Wylądowałam na ubitej ziemi na środku komory.

Siedziała   tam   kobieta   oparta   o   ścianę.   Do   jej   nieproporcjonalnie   rozrośniętej   czaszki 

dochodziły ze wszystkich stron najróżniejsze splątane przewody, podłączone do rozrzuconych 
wkoło urządzeń, przypominających dary dla bóstwa. Niektóre były starsze ode mnie, inne zaś 
nowiutkie jak aparatura w kryjówce króla Bana. Z pomarszczonego, brązowego ciała ciągnęły 
się do żelazistej skały organiczne przewody. Wokół niej od kamienia biło ciepło. W miejscu 
bez ustanku pocieranym rękami powstały gładkie bruzdy.

Ze względu na wyschnięte, obolałe gardło nie byłam w stanie nic powiedzieć, mogłam 

jedynie patrzyć ze zdumieniem.

– Jestem tą, którą przyszłaś zabić.

background image

Brilliance? Ukryta w tym szkaradnym, człekopodobnym ciele?
A jednak miała silną osobowość; czułam, że z wiekiem stała się bardzo groźna. Po jej 

grubych, ciemnych ustach błąkał się wesoły uśmieszek.

– Inaczej mnie sobie wyobrażałaś, co, skarbie? Pochodzę z najstarszych plemion. Homo 

erectus, tak nas nazywacie.

Usiłowałam przypomnieć sobie rozmowę z aniołem w wirtualnej krainie. Opowieść o 

jego początkach.

Ziemia...   odkryta   i   zakażona.   Satysfakcja   i   ulga.   Zgadzamy   się,   że   nosiciel   spełnia 

wszystkie wymagania. Jest na tyle silny, by się oprzeć i uniknąć zagłady. Na tyle silny, by 
można go było pchnąć krok dalej.

A   jednak   Homo   erectus   posiada   wyjątkowy   mechanizm   obronny.   Znaleźliśmy   się   w 

pułapce...

– To niemożliwe... – wykrztusiłam, przełykając ślinę między słowami.
– Ależ skądże znowu. Wszystko jest możliwe. Byłam pionierem. Przeżyłam pierwsze 

spotkanie człowieka z pasożytem. Mało kto się tak rozwinął. – Roześmiała się chrapliwie. – 
Nazywali mnie tak jak ciebie: wariatką. Jestem wybrykiem natury, dlatego żyję tak długo. 
Może czeka cię ten sam los – nawijała. – Może należysz do mojego plemienia. Podejdź bliżej. 
Pozwól, że sprawdzę twój kod genetyczny.

Odsunęłam się od niej.
– Wierzyć się nie chce, że to pani jest Brilliance.
– To ten mały, nie ja.
– Nie rozumiem...
Po chwili milczenia znów zachichotała.
–  Powiem   ci,   dziewczyno,   o   co   się   tu   rozchodzi.   Tubylcze   plemiona   znoszą   sprzęt. 

Sprawdza się tu znakomicie. – Szeroką, gładką dłonią pogładziła kamień. – Skała żelazista. 
No  więc  spędzam  czas  w  miejscu,  które  nazywacie   wirealką.  Nigdy  się  nie  nudzę.  Tam 
właśnie spotkałam  pracowitego  chłopaka. To on jest waszą Brilliance.  Mówię mu:  no to 
jazda, kolego, zabawimy się razem.

Tym razem jej gromki śmiech zabrzmiał szczerze. Też mi żart...
Niepozorny człowieczek posmarował mi dłoń gęstą pastą, która cuchnęła siarką, i wcisnął 

mi długiego, chudego robala.

– Zjedz, będzie ci łatwiej słuchać – zarządziła kobieta. – Rzadko używam swoich starych 

strun głosowych.

Przełknęłam paskudztwo potulnie jak baranek. Poczułam krótki przypływ energii, a zaraz 

potem rwący ból w rękach i pieczenie w przełyku.

– Wspólnota Coomera, tak nazywacie tych chłopaków z boiska...
– Pomagają pani?
Parsknęła śmiechem.

background image

–  Myślą,  że   jestem   córką  ludu   Biami.   Myślą,   że  tu   śnię.   Ja  im   mówię,  że   owszem, 

potrzebuję dobrego sprzętu, żeby śnić.

– I żyje pani w wirealce?
Baba zignorowała moje pytanie i skrzeczała dalej:
– Moim bogiem jest przeklęta larwa, pasożyt z ciemnych, lodowatych otchłani.
– Żaden z niego bóg – zaprotestowałam.
– Uszkodziłaś mnie, dziewczyno, zepsułaś mi zabawę. Okropnie mnie od tego rozbolała 

głowa. Kupa rzeczy musi mi odrosnąć, a na to potrzeba czasu.

Gapiłam się na kamień za jej głową. Przewody wiły się i rosły w oczach. Jaskinia była 

jednym wielkim przekaźnikiem. Pewnie niedługo Brilliance będzie mogła wrócić na antenę.

– Ktoś zaczął rozsiewać wirusa niedaleko stąd, w Mo-Vay.
Poruszyła szerokimi, krostowatymi nozdrzami.
– Parszywe, przeklęte miejsce. Rzuciłaś Bau w sam środek tego gówna. Dobra robota, nie 

ma  co.  Wiedziała,   że   gdzieś   tu   się   zaszyłam.   To   ona   rozpętała   piekło.   Chciała   mi 
pokrzyżować szyki.

Po   dłuższej   chwili   wypuściłam   z   płuc   powietrze.   Zabiłam   właściwą   osobę,   tyle   że 

pojawiły się nowe okoliczności.

Teraz musiałam przeszkodzić babsztylowi w wejściu na antenę, na zawsze popsuć jej 

zabawę. Gdyby ponownie podpięła się do sieci, zginąłby Teece i wszyscy, których znałam.

Podniosłam   rękę,   żeby   garotą   przepołowić   jej   mózg.   Wtedy   to   zobaczyłam:   ciemną, 

łuskowatą narośl w miejscu, gdzie palce trzymały linkę.

Przewróciła oczami z chytrym wyrazem twarzy.
–  Jeśli   mnie   zabijesz,   sieć   rzeczywiście   zamilknie   na   długo,   ale   kto   ci   doradzi,   jak 

rozprawić się z larwą? Jesteś o krok od przemiany i tylko ja wiem, jak możesz się obronić. 
Możesz żyć wiecznie, jak ja. – Znowu chichot. – Cóż ty na to, dziewczynko? Co wybierasz?

Wrócił Gurek z mocno przekrzywionym kapeluszem. Siedziała mu na karku Wombebe.
O nie, pomyślałam, drugi raz was nie zawiodę.
Skręciłam linkę.
– Mylisz się. Tym razem nie mam wyboru...

background image

Podziękowania

Kończąc niniejszą serię, chciałabym podziękować wydawcom „Eidolonu”, Jeremy’emu 

Byrne’owi i Jonathonowi Strahanowi. Jeremy w 28 numerze „Eidolonu” pierwszy wydobył 
na   światło   dzienne   Parrish   (wówczas   jeszcze   zwała   się   Lorettą).   Pozwolił   jej   rozwinąć 
skrzydła, na co nie chciał się zgodzić nikt inny na świecie.

Dziękuję również pierwszym domorosłym recenzentkom: Amy, Cj i Mouse; tak mocno 

weszły w świat Trójki, że utworzył się z tego fanklub.

Totalna  awaria  systemu  powstawała  w  okresie dla  mnie  wyjątkowo  trudnym.  Jestem 

wdzięczna   naszym   kochającym   rodzinom   za   wsparcie,   którego   nam   udzielili,   oraz 
przyjaciółkom za zachęty do dalszego pisania. Mam na myśli Helen Smith, RORetki (Maxine, 
Rowena, Margo, Trent i Tansy), Kate Eltham, Julie Walsh, Pam Haling, Debbie Phillips, 
Desiree Johnson, Kath Holliday i Vicky Heiwari.

Wielkie podziękowania należą się także Darrenowi, mojemu nowemu wydawcy. To się 

nazywa szczęście: najpierw Ben Sharpe, teraz Darren Nash. Darren przyjął dziwactwa Parrish 
bez mrugnięcia okiem, co wyszło jej na dobre.

Na   koniec   dziękuję   Tarze   Wynne,   mojej   kochanej   agentce,   która   zawsze   nade   mną 

czuwa.