background image

MARGIT SANDEMO

PEWNEJ DESZCZOWEJ NOCY

Z norweskiego przełożyła

ELŻBIETA PTASZUŃSKA - SADOWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1997

background image

ROZDZIAŁ I

Helga pędziła drogą w dół niczym spłoszone dzikie zwierzę, oddalając się od domu 

swego dzieciństwa, który teraz stał się dla niej źródłem leku i przerażenia. Choć czuła ból w 

piersiach, a nogi ledwie ją już niosły, z rozwianymi włosami biegła na oślep dalej. Jedyna 

myśl, jak kołatała się jej w głowie, to uciec jak najdalej stąd, i to na zawsze.

- Helga! Dokąd to!

Stanęła jak wryta. To matka wracała z miasta, wcześniej, niż zapowiedziała.

Dziewczyna czuła, że robi jej się niedobrze.

- Co się z tobą dzieje? Wyglądasz, jakbyś spotkała upiora. Co się stało?

Opanowała się na tyle, żeby móc odpowiedzieć.

- Nic - wydyszała. - Nic! Chciałam tylko wyjść ci naprzeciw, mamo.

Matka popatrzyła na nią w sposób, którego Helga zdecydowanie nie lubiła. Starsza 

kobieta o zmęczonej twarzy wzięła córkę za rękę i ruszyła po górę w kierunku domu.

- To już drugi raz w ciągu ostatnich dni. Co cię tak przeraża?

Helga nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Drżała na całym ciele.

Matka zamilkła i przez resztę drogi pogrążona była w zadumie.

Doszły na górę po szerokim nawisie, z którego roztaczał się rozległy widok na fiord. 

Gospodarstwo było duże, należał do niego zadbany dom oraz urodzajne pola i bujne łąki. 

Głęboko   w   dole   płynęła   rzeka   pełna   pstrągów   i   rozpościerało   się   miasto,   które   Heldze 

wydawało się światem ze snów. Kilkakrotne wyprawy do niego pozostawiły w jej pamięci 

wspomnienie przygody, podniecającego napięcia i niewiarygodnych wprost tłumów ludzi. W 

rzeczywistości   było   to   całkiem   małe   norweskie   miasteczko,   ale   ona   nie   miała   wysokich 

wymagań i nie znała niczego, z czym mogłaby je porównać.

Był rok 1895. W owym czasie młode córki wiejskich gospodarzy niewiele widywały 

poza  swymi  stronami  rodzinnymi.  Matka Helgi stanowiła  pod tym  względem prawdziwy 

wyjątek: ona była nawet po drugiej stronie morza!

Drzwi  otworzył  ojczym  Helgi.  Dziewczyna  zdołała  opanować  lęk  i  niechęć  przed 

wejściem do domu, lecz starsza kobieta doskonale wyczuła mimowolne szarpnięcie w swej 

dłoni i bardzo się nim zdziwiła.

- Jak było w mieście?

Matka   Helgi   odwróciła   twarz   od   swej   ładnej   osiemnastoletniej   córki   ku   mężowi. 

Zrobiło jej się ciepło na sercu. Ottar, ten, który kiedyś uganiał się za spódniczkami, okazał się 

taki dobry! Był jedynym człowiekiem, jaki zajął się nią, kiedy znowu wróciła do wsi. Ożenił 

background image

się z nią, mimo że miejscowa społeczność potępiła i odrzuciła ją razem z jej „bękartem”. A 

Heldze okazywał potem zawsze tyle samo ciepła i miłości, co swym własnym dzieciom, czyli 

młodszemu rodzeństwu dziewczynki.

Zaczęła opowiadać z ożywieniem o wizycie w miasteczku. Helga zamierzała właśnie 

wyjść z domu, gdy matka zawołała do niej:

- Bądź tak dobra i zabierz się za kolację!

- A nie potrzebujecie, matko, pomocy przy dojeniu? Mogłabym...

- nie, dam sobie radę.

Sięgnęła po umyty cebrzyk na mleko i skierowała się ku oborze.

Helga zaczęła nerwowo wyjmować naczynia. Ottar wszedł za nią do kuchni.

- Posłuchaj mnie! - powiedział cicho i prosząco. - Przecież nie zamierzam wyrządzić 

ci krzywdy. Powiedz, czy nie byłem dla ciebie zawsze dobry?

- Tak - odrzekła, nie podnosząc wzroku sponad stołu.

- To może i ty też mogłabyś być choć trochę dla mnie miła, co?

I to właśnie było w tym wszystkim najtrudniejsze - ta jego dobroć. Wcale nie chciała 

go ranić, ale tak naprawdę to powinna uderzyć go prosto w twarz.

Nie czuła się jednak zdolna, by uczynić coś takiego. Wszystkie dzieci bowiem zostały 

wychowane w karności i szacunku dla rodziców.

- Posłuchaj mnie uważnie! Matka nie musi o niczym wiedzieć. Ja bardzo ją szanuję, 

przecież widzisz, ale ona jest już stara i na nic nie ma ochoty, czuję się przy niej strasznie 

samotny. A ty jesteś taka ładna, że aż trudno ci się oprzeć. No, spróbuj mnie tylko zrozumieć!

Przysunął   się   bliżej   i   objął   ją   mocno   w   pasie.   Helga   nie   zdołała   się   opanować   i 

krzyknęła z odrazą. Uwolniła się z objęcia.

W tej samej chwili do kuchni weszła matka.

Od razu zbladła, ale udała, że nic nie zauważyła. Powiedziała spokojnie:

- Czarna krowa tak wierzga, że nie mogę jej wydoić. Pomożesz mi, Helga?

Z zarumienionymi policzkami i z opuszczoną głową dziewczyna pospieszyła za matką 

do obory.

Z krową wszystko było w porządku. Matka wróciła tylko do kuchni po coś, czego 

zapomniała zabrać. A może miała jakieś przeczucie...?

Heldze drżały dłonie, zupełnie nie mogła nad nimi zapanować. Do tej pory jakoś sobie 

radziła z całym tym problemem - wymykała się ojczymowi i po prostu wychodziła z domu, 

ale   za   każdym   razem   coraz   trudniej   było   bronić   się   przed   jego   odrażającymi   zalotami   i 

jednocześnie nie zachowywać się wobec niego agresywnie.

background image

- Posłuchaj mnie, córko - odezwała się z ociąganiem matka, nie przerywając swych 

zajęć. - Prosiłaś nas niedawno, żebyśmy ci pomogli wyjechać na zarobek. Nie chcieliśmy się 

zgodzić,   bo   coś   takiego   nie   przystoi   dobrze   zabezpieczonej   najstarszej   chłopskiej   córce. 

Widzę jednak, że nie podoba ci się ten chłopak, którego ci wyszukałam, twój ojczym też o 

tym wie...

Przygryzła wargi. Teraz już rozumiała, dlaczego Ottar był przeciwny tej znajomości. I 

dlaczego Helga prosiła tak usilnie, niemal z desperacją, by pozwolili jej wyjechać na zarobek.

O Boże, przecież nie mogła utracić Ottara! Potrzebowała go, w żaden sposób nie 

umiałaby się bez niego obejść! A co z jej dzieckiem, jej młodziutką, bezbronną córeczką?

Musiała   dokonać   wyboru,   teraz,   natychmiast!   Znalezienie   dziewczynie   posady   w 

pobliskim miasteczku nic by nie dało, mogłoby tylko jeszcze przyspieszyć katastrofę.

Westchnęła głęboko i zaczęła mówić dalej:

- Jak widzisz, przyjeżdżał tu, w nasze okolice, na połów łososi szkocki laird

1

. Zabrał 

mnie ze sobą jako swoją służącą do Londynu, gdzie mieszkał w zimie. Tam spotkałam jego 

syna, w którym się zakochałam, a kiedy wróciłam znowu do wsi, nosiłam już ciebie w sobie. 

Nikt nic o tym nie wiedział: ani twój ojciec, ani ja, ale kiedy już się upewniłam, napisałam mu 

o tym zrozpaczona. Tymczasem on zdążył się ożenić i nic nie dało się zrobić. Poza tym i tak 

się dla niego nie liczyłam. Ale musisz wiedzieć, że przez te wszystkie lata bardzo się o ciebie 

troszczył. Uznał się za swoje dziecko, pisał i przysyłał pieniądze, dzięki czemu Ottar mógł tak 

powiększyć gospodarstwo. Od paru lat żona twojego ojca nie żyje. On już dawno prosił, 

żebyś przyjechała do jego zamku w Szkocji. Ale ja nie miałam odwagi wyprawiać się w taką 

drogę, byłaś przecież młodziutka.

Helga stała w milczeniu, przysłuchując się słowom matki.

- Wiesz pewnie, że Mikalsenowie wyjeżdżają do Ameryki? - kontynuowała matka. - 

Wyruszają   za   parę   dni,   a   ich   statek   płynie   właśnie   przez   Edynburg.   Odłożyłam   trochę 

pieniędzy, wystarczy ci na drogę, a twój ojciec opisał bardzo dokładnie, do kogo masz się 

zwrócić   po   pomoc   po   przybyciu   do   Edynburga.   Często   się   dziwiłaś,   po   co   uczę   cię 

angielskiego.  Teraz   już   wiesz,   dlaczego.   Mikalsenowie   na   pewno   zaopiekują   się   tobą   na 

statku, co ty na to?

Serce waliło Heldze jak młotem. Matka i córka przez chwilę patrzyły na siebie w 

wielkim skupieniu. Żadne słowa nie zdołałyby wyrazić smutku i bólu, jaki obie odczuwały, 

chaosu myśli przemykających im przez głowy. Rozumiały się bez nich.

- Tak, zgadzam się - powiedziała cicho Helga.

1 Laird (szkockie) - właściciel ziemski (przyp. tłum.).

background image

Dorożka skrzypiąc zatrzymała się w ciemności.

- To tutaj, dalej już nie jadę - oznajmił opryskliwym tonem szkocki woźnica.

Helga wysiadła. Ze spowitego w wieczorny mrok nieba sączyły się melancholijne 

drobne krople. Na wprost przed nią otwierał się parów, a wiodąca przezeń droga gubiła się w 

zasłonie   deszczu.   Zbocza   wąwozu   porastały   wrzosy,   gdzieniegdzie   słabo   połyskiwały 

samotne,   szare   domy,   a   nieco   z   boku,   po   prawej   stronie,   wznosiła   się   ku   niebu   baszta, 

rozłożysta i zakończona u góry szerokimi blankami, przypominająca jeden z tych brzydkich 

średniowiecznych zamków, które dawno już padły ofiarą licznych najazdów i nieubłaganego 

działania czasu.

- Czy to jest Aidan’s Broch? - spytała Helga drżącym głosem.

- Nie, to zamek Hiss. Boże, miej mnie w opiece!

Odwrócił głowę w druga stronę, jakby nie chciał w ogóle widzieć tej przedziwnej 

budowli, wyraźnie budzącej w nim niemiłe uczucia.

Helga zapłaciła woźnicy; wolałaby oczywiście, żeby jeszcze nie odjeżdżał, lecz nie 

miała   powodu,   by  zatrzymywać   go   dłużej.   Z   przerażeniem   w  oczach   spojrzała   w   stronę 

ponurego parowu.

- Ale jak ja tam trafię...?

- Wystarczy iść prosto przed siebie. Aidan’s Broch leży na samym końcu doliny.

Po czym smagnął konia batem i dorożka ruszyła z miejsca tak szybko, jakby uciekała 

przed bezimiennymi cieniami.

Helga została sama na drodze z nędzną walizką w ręce.

Podróż przez Morze Północne dała jej się we znaki: przez cały czas wiał silny wiatr, a 

na pokładzie wszyscy cierpieli na morską chorobę. Był koniec września - jesienne sztormy 

wysyłały już swe pierwsze, ostrzegawcze forpoczty.

Dopóki   miała   obok   siebie   Mikalsenów,   czuła   się   bezpieczna.   Lecz   w   Edynburgu 

musiała się już z nimi pożegnać; ciarki przechodziły jej po plecach, gdy przypomniała sobie, 

jak w obskurnej i odrażającej dzielnicy portowej próbowała odszukać osobę, która miała jej 

udzielić pomocy. Wreszcie zajął się nią jeden z marynarzy ze statku - zrobiło mu się żal 

młodej,   samotnej   jasnowłosej   dziewczyny   o   szczerym   spojrzeniu   i   smutnym   uśmiechu. 

Znaleziony przez nich po długich poszukiwaniach mężczyzna zorganizował dalszy transport 

Helgi na miejsce przeznaczenia: najpierw łodzią wzdłuż brzegu do małego miasteczka Perth, 

a   następnie   końmi   przez   zielone   wzgórza   i   górskie   zbocza   oraz   samotne   doliny   ku 

północnemu zachodowi. Zmieniali po drodze konie, wozy - aż owego dnia o zmierzchu coraz 

bardziej   opustoszałe   trakty   przywiodły   ją   do   tego   miejsca   oddalonego   od   wszelkiej 

background image

cywilizacji.   Poczucie   osamotnienia,   nie   opuszczające   jej   podczas   długiej   podróży   przez 

szkocką wyżynę, osiągnęło swe apogeum, gdy zobaczyła tę wąską dolinę, w której panowała 

jedynie przytaczająca cisza.

W   czasie   wyprawy   z   Norwegii   Helga   doświadczyła   wielu   drobnych   przykrości   i 

musiała rozwiązać niejeden poważny problem. Bardzo szybko się przekonała, że niełatwo jest 

podróżować samotnie wiejskiej dziewczynie, na dodatek tak młodej i łatwowiernej jak ona. 

Nierzadko obdarzała zaufaniem ludzi, którzy okazywali się potem wilkami w owczej skórze. 

Ale teraz wszystko odsunęło się w cień, Helga zapomniała i to, co wprawiało ją w osłupienie, 

i   to,   co   wywoływało   jej   przerażenie.   Była   to   prawdziwa   lekcja   życia;   najważniejsze,   że 

wyszła z niej cało: żyła, nie okradziono jej i nie pozbawiono cnoty. Nie miała teraz czasu, by 

wspominać   przykre   przeżycia   minionych   dni,   chwila   obecna   stawiała   przed   nią   nowe 

wyzwania.

Jej prawdziwy ojciec, Angus MacDunn, obecny laird Aidan’s Broch, oczywiście nie 

spodziewał się jej przyjazdu. Wszystko nastąpiło tak nagle i niespodziewanie. Na szczęście 

zabrała ze sobą różne papiery i listy poświadczające, że jest jego córką, i pełne zapewnień, że 

jej przyjazd do Szkocji będzie spełnieniem gorących życzeń ojca.

Z ociąganiem i niechęcią ruszyła wreszcie przed siebie. Robiło się ciemno, a ona 

chciała dotrzeć na miejsce jeszcze przed nocą.

Deszcz   padał   coraz   mocniej,   lecz   droga,   usiana   kępami   trawy  między   koleinami, 

wiodła ją niczym szara wstążka dalej, na wprost. Woźnica opowiadał, że do Aidan’s Broch 

dojeżdża się właśnie od zachodu, ale ponieważ ona przybyła z Perth, musieli wybrać drogę od 

wschodniej strony, jak gdyby na przełaj. Tak więc Helga zmierzała do posiadłości swojego 

ojca niejako od tyłu.

Woźnica nie dał jednak się namówić, by pojechać dalej niż do rozstajów przy Cross of 

Friars. „Ta dolina to nie jest miejsce dla ludzi” - powiedział, po czym zawrócił i udał się do 

swojego domu, położonego trochę dalej na wschód.

Ale   przecież   mieszkają   tu   ludzie,   pomyślała   Helga,   próbując   dodać   sobie   otuchy; 

podniósłszy   z   ziemi   ciężką   walizę,   ruszyła   przed   siebie   w   strumieniach   coraz 

intensywniejszego deszczu.

Na odcinku tuż za rozstajami po obu stronach drogi znajdowały się jeszcze jakieś 

domostwa. Lecz im dalej, tym odległości między słabymi punkcikami światła stawały się 

coraz   większe,   aż   wreszcie   w   zapadającym   zmierzchu   można   było   dostrzec   tu   i   ówdzie 

jedynie szare, puste domy z kamienia.

Helga zatrzymała się przepełniona trwogą. Z jej piersi dobyło się ciężkie westchnienie. 

background image

Zawsze   bała   się   ciemności   i   jeszcze   nigdy   w   swoim   życiu   nie   czuła   się   tak   samotna   i 

opuszczona, tak wystraszona i przygnębiona! Już wiele razy podczas tej podróży była bliska 

płaczu, jednakże przeciwności, jakie spotykała na swej drodze, sprawiały, że zacisnęła zęby i 

starała się nie poddawać. Teraz ogarnęła ją przemożna tęsknota. Jej ukochany dom znajdował 

się tak nieskończenie daleko stąd, gdzieś w Norwegii. Matka, młodsze rodzeństwo, zwierzęta 

- i ojczym, którego zawsze mogła nazywać ojcem...

Nie, o nim lepiej nie myśleć! Okazał się takim obrzydliwym człowiekiem!

Wyprostowała się i poszła dalej.

Dolina ginęła w ciemnym lesie. Helga była przemoczona do suchej nitki, zmarznięta i 

głodna, bała się też, że jej walizka nie przetrzyma tych bębniących kropel deszczu, które 

uderzały w nią nie tylko z góry, ale, odbite od ziemi, również od dołu.

Droga wydała jej się nagle znacznie węższa, prawie niewidoczna. Czyżby zabłądziła? 

Deszcz oślepiał ją całkowicie, a las osaczał; w ciemności nie potrafiła nawet odróżnić, jakie w 

nim rosną drzewa.

„Idź drogą aż do końca, a ona sama cię doprowadzi do Aidan’s Broch!”

Nie zauważyła żadnej innej drogi, czyli ta musiała być tą właściwą. Nie zamierzała 

zawracać  i   szukać  jakiegoś  innego   szlaku,  który przypuszczalnie  w  ogóle   nie  istniał.  Im 

szybciej dotrze do Aidan’s Broch, tym lepiej. Tylko ta jedyna myśl kołatała jej się w głowie.

Jednakże   świadomość,   że   nikt   na   nią   nie   czeka,   przepełniała   ją   uczuciem   tak 

nieznośnie przygnębiającym, ze nie potrafiła sobie z nim poradzić.

Drogą, nie szerszą teraz od ścieżki, szło się trudno. Po chwili Helga poczuła, że teren 

zaczyna się nieco wznosić w górę.

Była   zmęczona   i   zrozpaczona,   lecz   postanowiła   się   nie   poddawać.   W   desperacji 

przedzierała się dalej przez las, walcząc ze szlochem ściskającym jej gardło i nie odrywając 

wzroku od ziemi, by nie zgubić drogi, której już właściwie nie widziała. Szła po prostu tam, 

gdzie nie było drzew. Z lękiem dotykała raz po raz swej nędznej walizki, chcąc się upewnić, 

czy jeszcze się nie rozpadła. Spódnica z najlepszego sukna i szal, o które tak dbała, żeby 

ładnie wyglądać przy spotkaniu z ojcem, były porwane na strzępy.

Och, jakże chciałaby się znaleźć w domu! Czuła się nieopisanie samotna i wystraszona 

w tym nieznanym lesie, którego właściwie już nie widziała; domyślała się tylko, że nadal w 

nim jest, gdy, posuwając się po omacku przed siebie, dotykała dłońmi pni drzew.

Szła dalej; potknęła się o jakąś ogromną gałąź, pośliznęła i przewróciła; po chwili 

wstała, ominęła przeszkodę i odnalazłszy to, co wydawało się jej drogą, ruszyła znowu.

Nagle stanęła jak wryta.

background image

Droga   się   skończyła.   Zupełnie   nieoczekiwanie   wyrosło   na   niej   coś   ogromnego   i 

czarniejszego niż noc. Jakaś ściana albo mur. Helga nie ruszała się, nasłuchując odgłosów w 

nieprzeniknionej ciemności. Nie było słychać niczego poza donośnym bębnieniem deszczu o 

ziemię.   Na   tle   nieco   jaśniejszego   nieba   udało   jej   się   dostrzec,   że   ściana   wznosi   się 

nieskończenie wysoko ponad jej głową.

Koniec drogi, pomyślała. Czyli to musi być Aidan’s Broch!

W środku panowała całkowita ciemność, w żadnym oknie nie odbijał się blask światła. 

No cóż, godzina była już późna, pewnie wszyscy poszli spać. Ale ona nie powinna przecież 

zostać tu, na zewnątrz, bała się, że mogłaby się poważnie rozchorować. Dzwoniła zębami, 

przemarznięta do szpiku kości.

Uniósłszy już rękę do góry, zawahała się jeszcze przez chwilę, ale wreszcie zebrała się 

na odwagę i zapukała w drzwi.

Odgłos uderzeń odbił się donośnym echem w środku budowli, jednakże nie było na 

nie żadnej odpowiedzi: ani jedno okno nie rozbłysło światłem.

Helga poczekała chwilę, zastukała powtórnie, tym razem mocniej, i pchnęła drzwi, 

które z lekkim zgrzytem ustąpiły i skrzypiąc otworzyły się na oścież. Nie były w ogóle 

zamknięte.

W środku panowała jeszcze większa ciemność.

Helga wytarła kropelki deszczu, które skapywały jej z nosa, i, przepełniona lękiem, 

weszła do środka.

- Halo! - zawołała ostrożnie.

Zrobiła krok do przodu i zamknęła za sobą drzwi.

Monotonny odgłos deszczu nieco osłabł. Jak to miło móc stanąć wreszcie na czymś 

suchym i czuć, jaj woda spływa powoli z ubrania na ziemię, czyniąc je lżejszym.

Jednakże pomieszczenie to nie było bynajmniej całkowicie szczelne: na wilgotnych od 

deszczu ścianach widniały liczne rysy, a tu i ówdzie dały się zauważyć niewielkie, ziejące 

pustką dziury, ukazujące nocne niebo.

Było zimno i wilgotno w tym pałacu czy też zamku albo zameczku - Helga nigdy nie 

zdołała się dowiedzieć, jak duże jest właściwie Aidan’s Broch. Tu, w środku, panował dziwny 

zapach: pustki, ziemi i rozkładu. I jeszcze czegoś - czegoś obcego, co wszakże wydawało jej 

się skądś znajome. Jakieś nieokreślone wspomnienie z lat dzieciństwa. Nie potrafiła dokładnie 

określić   tej   woni,   a   raczej   stęchlizny,   wiedziała   jedynie,   że   przepełnia   ją   ona   głęboką 

niechęcią, niemal lękiem, który sprawił, że miała ochotę odwrócić się i uciec.

- Halo! - zawołała znowu, tym razem głośniej. I znów odpowiedziało jej milczenie.

background image

Coś zajaśniało w ciemnościach. Czuła to, wiedziała!

Odczekawszy chwilę, aby woda ściekła jej z ubrania na zimną kamienną posadzkę, 

posunęła   się   kilka   kroków   do   przodu,   po   omacku   wyciągając   przed   siebie   ręce   w 

nieprzeniknionych   ciemnościach.   Czuła,   że   posadzka   po   stopami   jest   nierówna,   stara   i 

zniszczona. Nagle musiała kichnąć, nie mogła się powstrzymać; trzy kichnięcia odbiły się od 

kamiennych ścian i czegoś metalowego, może rycerskich tarcz albo żeliwnych drzwi.

Gdy echo przycichło, czekała nasłuchując, lecz nic się nie wydarzyło. Słyszała szum 

deszczu na zewnątrz i plusk kropel spadających gdzieś dalej na kamienną posadzkę. Za nic w 

świecie nie chciałaby teraz wyjść znowu na dwór. Co prawda czuła się w tych murach coraz 

bardziej nieswojo, ale tu przynajmniej było sucho. Posuwała się dalej naprzód, dopóki nie 

natrafiła na jakąś ścianę - chropowatą, nierówną i zimną, zbudowaną z wielkich bloków 

skalnych.

Choć był to dom jej ojca, mimo najlepszych chęci nie mogła powiedzieć, że jej się 

podoba.

Jedna dłoń badała dalej po omacku ścianę, druga zaś trzymała kurczowo walizkę, 

jakby   ona   właśnie   stanowiła   jedyny   bezpieczny   punkt   oparcia   w   tym   przerażającym 

otoczeniu.   Walizka   to   wspomnienie   domu,   matki,   bolesnego   rozstania,   symbol   jej 

dotychczasowego życia, tego wszystkiego, co skończyło się wraz z przyjazdem tutaj. Helga 

została rzucona w zupełnie nowy i przerażająco nieznany świat.

Znowu zaczęła nasłuchiwać, wstrzymując oddech.

Cisza.

Cisz i pustka, całkowite bezludzie, odwieczny rozkład - oto jej dominujące wrażenia.

Nagle wzdrygnęła się i stanęła jak sparaliżowana, nie mając odwagi nawet oddychać.

Coś usłyszała. Jakiś krótki szelest, jakby szept albo odgłos czegoś, co poruszyło się 

gdzieś   w   głębi   tego   nieznanego   domostwa.   I   znowu   wszystko   się   oddaliło,   równie 

nieoczekiwanie jak napłynęło.

Dłoń Helgi natrafiła na coś metalowego.

Zbadała ostrożnie, to były drzwi z ciężkiej żelaznej płyty. Klamka, gdzie ona jest? 

Palce szukały gorączkowo.

Znalazły, lecz drzwi nie dawały się otworzyć.

Helga odkryła przyczynę: potężne rygle, solidnie umocowane, blokowały drzwi.

Jęknąwszy,   odstawiła   walizkę   i   osunęła   się   na   ziemię.   Zmęczenie,   nad   którym 

udawało   jej   się   panować   podczas   długiej   podróży  dorożką,   a   potem   w   czasie   wędrówki 

piechotą  przez  parów,  nagle  zawładnęło  nią  całkowicie,  kazało  jej  się  wreszcie  poddać  i 

background image

wybuchnąć spazmatycznym płaczem. Szlochała tak długo i mocno, że zamilkła wreszcie z 

wyczerpania,   po   czym   zapadła   w   niespokojną   drzemkę,   drżąc   z   zimna   na   lodowatej 

kamiennej posadzce w przemoczonym ubraniu.

Ocknęła się z głową opartą na walizce i rękami zwiniętymi pod sobą.

Zbudził   ją   jakiś   dźwięk.   Niezbyt   intensywny,   wręcz   przeciwnie.   Uniosła   głowę   i 

zaczęła nasłuchiwać, próbowała ustalić, co to było, owo coś, co wydawało się cichsze niż 

bicie jej przerażonego serca.

To nie deszcz; zdaje się, że przestało padać.

Nie,   nie,   ten   nowy  odgłos  musiał   dochodzić   gdzieś  z   wnętrza   tego   zamku   -  jeśli 

Aidan’s Broch jest zamkiem. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Zaczęła przypuszczać, że 

trafiła może do jednego z budynków gospodarczych, do jakiejś nisko położonej stajni albo 

czegoś w tym rodzaju, i z pewnością dlatego nikt jej tu nie słyszy.

Ale co to mógł być za dźwięk?

Słaby, trudny do określenia zapach wydawał się coraz intensywniejszy, zatykał jej nos, 

utrudniał oddychanie. Zapach stajni był inny, ten tutaj przypominał trochę dym i dławił.

Dźwięk nieco się nasilił i w tej chwili Helga usłyszała go dokładnie. Był szeleszczący, 

jakby zrodził się w środku roju pszczół. I wysoki gwizd, który się przybliżał i oddalał; ale na 

zewnątrz   było   całkiem   cicho.   Co   jakiś   czas   docierało   też   do   niej   niezwykle   słabe, 

przypominające bębnienie, które jednak szybko mijało.

Odgłosy   te   dochodziły   albo   gdzieś   z   dołu,   albo   z   góry.   Nie   wiadomo   dlaczego, 

przepełniały  Helgę   nieopisanym   lękiem.  Wydawało   się   jej,   że   jest   w  nich   coś  nieludzko 

groźnego, jakby gdzieś tam, wewnątrz, czyhał jakiś ogromny potwór, leżał i zbierał się do 

skoku na intruza, czyli na nią.

Nie miała jednak odwagi ruszyć się w tych nieprzeniknionych ciemnościach. A jeśli 

nie uda się jej trafić z powrotem do wyjścia?

Zapadła cisza.

Leżała tak chyba z pół godziny, dygocząc ze strachu i zimna, owinięta w szal, gdy do 

jej uszu dobiegły znowu jakieś odgłosy.

Tym razem był to czyjś szept, coraz bliższy i bliższy, a po chwili dało się słyszeć 

znajome skrzypienie drzwi.

Helga zdrętwiała ze strachu. Wepchnęła sobie koniec szala do ust, żeby z jej gardła nie 

dobył się żaden pisk ani jęk wywołany przerażeniem.

Na kamiennej posadzce rozlało się migotliwe światło. Dwaj mężczyźni rozmawiali ze 

sobą, starając się mówić cicho, wręcz szeptać.

background image

- Spójrz! Te same mokre ślady są i tutaj!

Ponieważ   porozumiewali   się   ze   sobą   po   szwedzku,   musiała   wytężać   uwagę,   żeby 

zrozumieć ich słowa.

- Bardzo małe stopy - odparł niższy głos. Heldze od razu bardziej spodobał się właśnie 

ten. - Kto mógł być na tyle bezczelny i głupi, żeby ośmielić się tu wejść?

- Może jakieś dziecko? Nie, żadne dziecko z okolicy nie odważyłoby się zrobić czegoś 

takiego!

- Musimy znaleźć tego intruza, zanim będzie za późno, dla niego i dla nas wszystkich.

Co   za   głos!   Chociaż   jego   ton   był   surowy   i   jakby   wrogi   całemu   światu,   a   w 

szczególności temu bezczelnemu intruzowi, Helga wiedziała, że go nie zapomni. Ten głęboki 

ton na zawsze już wrył się w jej  duszę, i to w sposób, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie  

doświadczyła.

-   Co   za   szaleniec...   -   zaczął   mężczyzna   o   jaśniejszym   głosie,   lecz   przerwał,   gdy 

podniósł wyżej światło.

- Popatrz! - szepnął drugi z mężczyzn. - Tam, przy drzwiach!

- To dziewczyna!

Szybko podeszli bliżej, a Helga skuliła się jeszcze bardziej, jakby w obronie przed 

śmiertelnym ciosem.

Mężczyźni pochylili się nad nią, przyglądając się jej w świetle lampy.

- Kim ty jesteś? - spytał jeden z nich z wyraźnym zdumieniem, a jej ciało znowu 

przeszły ciarki na dźwięk tego głębokiego głosu. Nie rozumiała jeszcze, że wywoływał on w 

niej zmysłową rozkosz.

Z twarzą wtuloną w szal zacisnęła mocno powieki; nie miała odwagi spojrzeć w górę.

- To ktoś obcy - odezwał się ten drugi. - Odpowiedz nam, to poważna sprawa.

Wreszcie odważyła się podnieść na nich oczy, ale ich twarze były niewidoczne w 

blasku światła.

- Nazywam się Helga Solbraten - odparła, przestraszona, po angielsku, najlepiej jak 

umiała. Jej angielszczyźnie wiele jeszcze brakowało do doskonałości, ale mężczyźni chyba ją 

zrozumieli. W każdym razie nie powtórzyli już pytania.

- Co tu robisz? - odezwał się ten głęboki głos po chwili przerwy. Oba głosy wydawały 

się młode.

- Zaproszono mnie tutaj.

- Tutaj? - wykrzyknęli obaj jednocześnie z wyrazem najwyższego niedowierzania.

- Tak, do Aidan’s Broch.

background image

Mężczyźni najpierw nic nie powiedzieli, po czym ten głęboki głos odezwał się nieco 

groźnie:

- Do Aidan’s Broch? To nie jest Aidan’s Broch. To the evil castle of Hiss!

Helga   znała   angielski   n   tyle,   by  zrozumieć   usłyszane   właśnie   słowa:   „Zły  zamek 

Hiss”.

background image

ROZDZIAŁ II

Czyli jednak poszła niewłaściwą drogą! W lesie deszcz tak zalewał jej oczy, że w 

ciemności zboczyła z głównego szlaku i znalazła się na starej, niemal już zarośniętej ścieżce 

wiodącej do tego opuszczonego średniowiecznego zamku, a właściwie do ruin po nim.

Ale nie tylko on był opuszczony! Doskonale pamiętała domostwa, które mijała po 

drodze. Na początku, bliżej rozstajów przy Cross of Friars, były jeszcze zamieszkane. Lecz 

wszystkie w najbliższej okolicy zamku Hiss ziały pustką tak samo jak on, zupełnie jak w 

jakimś kręgu dotkniętym zarazą, z którego uciekło wszystko, co żyje.

- Jest przemoczona i zziębnięta - odezwał się ten wyższy głos w trudno zrozumiałym 

dialekcie. - Poza tym chyba płakała, biedaczka. Ale trzeba przyznać, że jest ładniutka, byłaby 

szkoda, gdyby miała się rozchorować i przez tę niepogodę stracić na urodzie.

Drugi głos odparł surowo:

- Niepogoda nie jest tu najgroźniejsza. Zabiorę ją ze sobą do Aidan’s Broch. Chodź, 

dziewczyno! Musimy się spieszyć, poza tym za parę godzin zacznie już świtać.

Co za dziwne zdanie! „Musimy się spieszyć, poza tym...” Tak jakby ich pośpiech był 

uzasadniony jeszcze innymi powodami niż tylko nadchodzący świt!

Helga, ociągając się nieco, wstała. Mężczyźni zdjęli z niej szal i okryli ją peleryną. 

Przez cały czas uważali, aby na ich twarze nie padało światło.

-   Nie   dałam   rady   otworzyć   tych   drzwi   -   wyjaśniła   Helga,   dygocząc   z   zimna,   i 

wskazała na mocno zaryglowane wrota, które teraz, w blasku światła, połyskiwały mokrą 

czernią.

Ręce zarzucające pelerynę na jej ramiona zatrzymały się na chwilę w tym geście.

- Powinnaś się cieszyć, że tak się stało! Podziękuj za to Bogu z całego serca!

- Słyszałam jakieś odgłosy. Bardzo mnie przeraziły, chociaż nie wiem dlaczego.

- Zapomnij o tym! - odpowiedział krótko mężczyzna.

Mimo   że   zwracał   się   do   swego   towarzysza   spokojnie   i   uprzejmie,   nie   ulegało 

wątpliwości, że to on tu przewodził.

- Zabieram dziewczynę ze sobą. Dasz sobie sam radę ze wszystkim?

-   Oczywiście.   Ale   czy   naprawdę   powinieneś   tam   iść?   Czy   to   nie   jest   zbyt 

niebezpieczne?

Mężczyzna stojący obok Helgi uśmiechnął się:

- Możesz być  spokojny! Teraz ty weź lampę. Ale zgaś ją na razie! I ty też bądź 

ostrożny, Joch! Pamiętaj, nie narażaj się!

background image

- Możesz na mnie polegać - odparł towarzysz.

Mężczyzna o głębokim, stanowczym głosie wziął Helgę mocno za rękę.

- Idziemy stąd! To nie jest odpowiednie miejsce dla żadnego żywego stworzenia.

Helga   ufała   im   obu,   mężczyźni   ci   bowiem   dawali   jej   poczucie   bezpieczeństwa   i 

pewności.

Widać było jednak, że zarówno jeden, jak i drugi jest bardzo napięty, czujny aż po 

granice wytrzymałości. Zdradzały to ich głosy i mocny uchwyt dłoni zaciśniętej wokół jej 

nadgarstka.

Wszyscy troje opuścili ogromną komnatę i znaleźli się pod ciemnym niebem.

- Ale ty masz małe ręce - stwierdził ze zdumieniem obcy. - Takie drobne piąstki jak u 

dziecka!

Helga roześmiała się nieco zawstydzona.

- Przeszkadzam wam pewnie w waszych sprawach - bąknęła przepraszająco.

- Nie, nie! Wcale nie zamierzaliśmy tu wstępować, zobaczyliśmy tylko twoje ślady, 

odciśnięte w błocie na drodze, i przeraziliśmy się, bo prowadziły prosto do tego złowrogiego 

zamczyska. W tym miejscu rozstaniemy się z Jochem: on ruszy dalej, żeby wypełnić nasze 

zadanie, a ty pójdziesz ze mną.

Helga  odwróciła  się  jeszcze   raz  w  stronę  zamku,   ale   ujrzała  tylko   jego  ogromny, 

mroczny cień na tle ciemności, skryty za drzewami, również ginącymi w nieprzeniknionej 

czerni.

Szli w milczeniu. Gdzieś z boku, po prawej stronie, śmignął łoś. Helga nie mogła się 

nadziwić, w jaki sposób jej towarzysz odnajdował drogę w tym gąszczu. Z jej walizką w ręku, 

prowadził ją ostrożnie, ale pewnie nieznanymi ścieżkami, kierując się cały czas na zachód. Za 

ich plecami dawało się już zauważyć słabą poświatę na horyzoncie, niebawem miało wzejść 

słońce.

Minęli jakieś opuszczone chłopskie gospodarstwo, gdzie lekki poranny wiatr świstał w 

pustych otworach po oknach.

Ponieważ zamek wciąż jeszcze zajmował myśli Helgi, spytała nieśmiało:

- Czy Hiss to szkocka nazwa?

- Nie. Dziś nikt już nie pamięta, jak ten zamek nazywał się kiedyś. Może Heath albo 

Uist, albo jakoś podobnie. Jest bardzo stary i od dawna opuszczony. Hiss to nazwa, jaką 

nadali mu okoliczni mieszkańcy. To brzmi jak syk węża lub okrzyk, jaki wydajemy, żeby 

spłoszyć kota czy też nawet człowieka.

Tak, to przecież właśnie syczenie słyszała tam, w środku! Zadrżała, a jej opiekun 

background image

natychmiast to zauważył.

- Zimno ci?

- Nie, taki szybki marsz rozgrzewa.

Uśmiechnął się, jakby zrozumiał, dlaczego zadygotała. Po chwili powiedział:

- Ten zamek nie jest wymieniany w żadnych historycznych źródłach. Jedynie jakaś 

stara saga wspomina mimochodem o „martwym zamku w Dolinie Aidana”.

Helga przysłuchiwała się mężczyźnie, zafascynowana jego głosem. Głęboki, ciemny 

ton   tak   zabawnie   wibrował   w   jej   wnętrzu,   jakby   mieściły   się   w   nim   jakieś   ukryte 

rezonansowe struny.

- Dolina Aidana to właśnie ta dolina, przez którą idziemy, prawda?

- Tak. Aidan to imię i króla, i mnicha z siódmego wieku. Jeden z nich musiał kiedyś 

przebyć tę dolinę.

- Albo umarł przy Cross of Friars, przy Rozstajach Mnichów?

- Możliwe. I może mieszkał w Aidan’s Broch.

- A co znaczy to „Broch”?

- Zamek. Coś w rodzaju okrągłej wieży.

Podobała jej się także jego dłoń; silna i niezawodna, mocno obejmowała jej drobne 

palce. Dolina nie tchnęła już taką grozą jak wtedy, gdy Helga przemierzała ją sama, skulona 

ze strachu. Teraz czuła się odważna i mogła iść choćby i na koniec świata!

Niebo rozświetlało się coraz bardziej. Wyszli na szerszą drogę, dawno już pozostawili 

za sobą złowrogie wzgórza wokół zamku Hiss.

- Woźnica, który przywiózł mnie do Cross of Friars, wystraszył się na sam jego widok 

- powiedziała Helga w zamyśleniu.

- Wszyscy się go boją - oświadczył krótko mężczyzna. - Nikt nie może mieszkać w 

jego pobliżu.

Jej towarzysz sprawiał wrażenie tak silnego i nieustraszonego, że Helga nie mogła się 

powstrzymać od pytania:

- A was on też przeraża, panie?

- Śmiertelnie!

Taka odpowiedź z jego ust zaszokowała dziewczynę.

- Czy wy wiecie, co kryje się w zamku?

- Tak, wiem. Chociaż wolałbym nie wiedzieć. Jest to coś tak bardzo przerażającego, że 

nie byłabyś zdolna sobie tego nawet wyobrazić.

- Ach, tak - odrzekła cicho.

background image

-   Czy   ty   wiesz,   że   tej   nocy   mogłaś   wywołać   coś   zupełnie   niepojętego?   Mogłaś 

przedostać się za ogrodzenie, nawet nic o tym nie wiedząc.

- To prawda, w którymś momencie potknęłam się i upadłam w błoto - przypominała 

sobie. - Myślałam, że to drzewo leży w poprzek drogi.

Nagle mężczyzna się zatrzymał.

- Widzisz te domy rysujące się w oddali na tle nieba?

- Widzę.

- To jest Aidan’s Broch. Stąd trafisz już bez trudu sama, musimy się tu rozstać.

- Nie pójdziesz ze mną? Chciałabym opowiedzieć wszystkim o waszej życzliwości.

- Nie, nie mogę. A ty nie mów nikomu o tym, co wydarzyło się dzisiejszej nocy! 

Pamiętaj, nikomu! Ani w Aidan’s Broch, ani poza nim. Nigdy nie byłaś w zamku Hiss, a 

przede wszystkim: nie spotkałaś ani mnie, ani Jocha. Rozumiesz?

Helga bardzo się zdziwiła.

- Zapamiętam to sobie.

- To dobrze.

Niebo   rozjaśniło   się   już   na   tyle,   że   Helga   zdołała   dostrzec   zarys   twarzy   swego 

towarzysza. Ale jak naprawdę on wyglądał, tego się nie dowiedziała. Dobrze poznała jedynie 

głoś - i polubiła go.

Zdjęła   pelerynę   i   oddała   ją   właścicielowi,   on   zaś   czule   i   opiekuńczo   otulił   ją 

wilgotnym szalem. Jego dłoń zatrzymała się nieco dłużej na jej ramieniu.

- Nie wiem, kim jesteś o co robisz w tym kraju, ale życzę ci wszystkiego dobrego, 

dziecinko. Wydajesz się zbyt czysta i niewinna, by żyć tu, w Dolinie Aidana.

- Znacie może mieszkańców Aidan’s Broch?

Mężczyzna uśmiechnął się z wyraźną goryczą.

- Czy znam? Oczywiście, że znam! To nieszczęśliwa dolina, dziecinko! Nie powinnaś 

była tu przyjeżdżać, wracaj, póki jeszcze nie jest za późno, dobrze ci radzę!

- Nie mogę wrócić - odrzekła bezradnie. - Nie mam już własnego domu, a tu przyjmą 

mnie z radością, wiem o tym.

Westchnęła tak głęboko, jakby pragnęła zrzucić ze swych ramion ból całego świata, 

ale nie miała wystarczająco dużo siły.

Helga tak bardzo by chciała zadać jeszcze więcej pytań - o swojego ojca i jego dom, 

lecz mężczyzna odwrócił się od niej i stał tak przez chwilę, zatopiony w swoich myślach.

Skierowała spojrzenie w tę samą stronę co on i nagle jej ciało przeszył zimny dreszcz.

Na   jednym   ze   wzgórz   wznosiła   się   wysoko   szubienica,   rysując   się   na   tle   nieba 

background image

mroczną, ostro zarysowaną złowróżbną sylwetka.

W tej samej chwili mężczyzna rzekł: „Żegnaj!” i szybko zniknął w ciemności.

Szubienica nie była jedyną rzeczą, jaka przeraziła Helgę. Znacznie gorsze było to, że 

wisiał na niej jakiś człowiek, kołysząc się w nasilającym się porannym wietrze.

Po raz drugi Helga stała przed furtą i pukała w nią.

Ale   tym   razem   już   świtało,   a  Aidan’s   Broch   nie   wyglądało   tak   odstraszająco   jak 

poprzednia siedziba.

Ponieważ pukanie nie przyniosło żadnego rezultatu, Helga zaczęła szukać dzwonka. 

Znalazłszy sznurek od niego, pociągnęła energicznie.

Moje   życie   w   tym   kraju   składa   się   na   razie   z   lęku,   przerażenia   i   niepewności, 

pomyślała. Początek nie jest najlepszy, jak zatem przyjmą mnie tutaj?

W  tych   pięknych,   lecz   budzących   grozę   dolinach   odnalazła   jednak   mały   promyk 

nadziei.  Jeszcze  teraz  czuła  uścisk  silnej  i  ciepłej  dłoni  nieznajomego,  jej  ramiona  nadal 

pamiętały jego kojący dotyk.

Kim też on mógł być, ten mężczyzna, którego twarz pozostała dla niej przesłonięta 

mgłą tajemnicy? Na dodatek nie wolno jej było opowiadać o nim...

Z zamyślenia wyrwał ją migotliwy blask światła, przesuwający się od okna do okna w 

pogrążonych w ciemności korytarzach Aidan’s Broch. Ów blask, przypominający widmo, 

coraz bardziej przybliżał się do furty i wreszcie dało się słyszeć czyjeś kroki w środku.

- Kto tam? - zawołał władczo odpychający głos.

- Nazywam się Helga Solbraten i przybywam tu z Norwegii, żeby odwiedzić lairda 

Aidan’s Broch.

Jakie   to   szczęście,   że   Helga   nie   zdawała   sobie   sprawy   z   tego,   jak   kiepską 

angielszczyzną się posługiwała. Lecz ów mężczyzna chyba ją zrozumiał, ponieważ odsunął 

rygiel, zadzwonił kluczami i ciężkie odrzwia uchyliły się nieco.

-  Dlaczego   przybywasz   o   tak   niewygodnej   porze,   pomiędzy  nocą   a   porankiem?   - 

spytał. Nawet koguty nie piały jeszcze we wsi.

- Przyjechałam od wschodu, z Edynburga, a potem przez całą noc szłam piechotą.

-   Od   wschodu?   -   W   głosie   mężczyzny   dało   się   słyszeć   niedowierzanie;   drzwi 

otworzyły się na oścież. - Czyli szłaś przez Dolinę Aidana?

- Chyba tak, tak ją właśnie nazwał woźnica (by nie wspomnieć o innych!).

Mężczyzna sprawiał wrażenie zaskoczonego, wręcz przerażonego. W świetle lampy 

Helga dostrzegła, że jest w średnim wieku. Choć do tej pory nie spotkała w swoim życiu 

nikogo innego poza chłopami i rybakami z norweskich fiordów, czuła, że to nie może być 

background image

zwykły   służący.   Teraz   bowiem,   gdy   wskazał   jej   drogę   przez   dziedziniec   do   głównego 

budynku, zauważyła, że ubrany był w szlafrok.

- Dolina Aidana! - wymamrotał pod nosem. - Boże, miej nas w opiece! I to na dodatek 

w nocy! Laird jeszcze śpi - objaśnił. - Chodź za mną, to pokażę ci pokój, w którym będziesz 

mogła odpocząć. Przyślę dziewczynę, żeby zajęła się twoimi mokrymi rzeczami i bagażem. 

Za parę godzin wszystko będzie znowu suche i czyste.

- Dziękuję, jesteście bardzo uprzejmi! Proszę nie robić sobie tyle kłopotu z mojego 

powodu!

Helga czuła się prawdziwie skrępowana tym, że ktoś miał ją obsługiwać, ją, prostą 

wiejską dziewczynę.

- Przynajmniej tyle możemy dla ciebie zrobić. Na pewno miałaś ciężką podróż.

Helga nie mogła zaprzeczyć.

Weszli do pięknego hallu, gdzie paliło się światło. Na ścianach wokół ogromnego 

otwartego paleniska wisiały wypchane głowy zwierząt, a szerokie schody wiodły na górę, na 

wyższą   kondygnację.   Jedno   Helga   pojęła   od   razu:   jej   ojciec   musiał   być   zamożnym 

człowiekiem.

- Poczekaj tu chwilę, a ja... - urwał nagle, słysząc głos z góry:

- Co tam się dzieje, James?

- Ma pan gościa, sir - odparł ochmistrz. - Z Norwegii. Właśnie zamierzałem zadbać o 

to, żeby to biedne dziecko mogło się ogrzać i nieco odpocząć.

- Z Norwegii? - Na schodach rozległy się odgłosy kroków, a po chwili ukazały się i 

zaraz zatrzymały stopy w domowych pantoflach.

Serce Helgi waliło jak młotem. Oto miała zobaczyć swego prawdziwego ojca.

Stopy   ruszyły   znowu.   Mężczyzna   wchodził   powoli   w   krąg   światła,   aż   wreszcie 

znalazła się w nim jego cała sylwetka. Helga aż drgnęła z przerażenia.

Nie, to pomyłka! Przed nią stał młody, dwudziestopięcio - , najwyżej trzydziestoletni 

mężczyzna o kruczoczarnych włosach, brązowych oczach, bujnych brwiach i wąskim, nieco 

bladym obliczu.

Patrzył pytającym wzrokiem na niespodziewanego gościa.

Niełatwo było znaleźć właściwe słowa komuś, kto uczył  się angielskiego tylko w 

mowie od matki, która na dodatek przebywała w Anglii zaledwie rok.

- Szukam lairda Aidan’s Broch - wydukała wreszcie.

- Ja jestem lairdem Aidan’s Broch.

- Angus MacDunn?

background image

- Nie, to mój ojciec. Umarł miesiąc temu. Ja jestem Ian MacDunn, dziewiąty z kolei 

laird Aidan’s Broch.

- Umarł? - To był dla Helgi prawdziwy szok. Po chwili jednak zawołała spontanicznie: 

- Czyli wy musicie być moim bratem!

- Co takiego?

- Nazywam się Helga Solbraten - oznajmiła z ożywieniem. - Mój ojciec musiał chyba 

wspominać o mnie.

Głos młodego mężczyzny stał się chłodny:

- Obawiam się, że nie pojmuję...

Heldze pociemniało w oczach.

- To znaczy, że on nigdy ni mówił...

- Nie mówił... o czym?

To straszne! Dziewczyna sięgnęła po walizkę, aby odszukać w niej list.

-   Sir   raczy   wybaczyć   -   wtrącił   się   dyskretnie   ochmistrz.   -   Wasz   ojciec   często 

rozmawiał ze mną o swej córeczce z Norwegii. A wy, panienko, też zechciejcie mi wybaczyć, 

iż nie zrozumiałem od razu, że pytacie o sir Angusa. Od razu bym się domyślił, kim jesteście.

Bogu   niech   będą   dzięki!   Helga   czuła   się   głęboko   wdzięczna   Jamesowi.   Znalazła 

właśnie list i inne papiery i wręczyła je swemu przyrodniemu bratu, który, ściągnąwszy brwi, 

zaczął je przeglądać w świetle lampy. Na kilka minut zaległa cisza.

- Zgadza się, to jest charakter pisma mojego ojca! - oznajmił, składając ostrożnie 

kartki. - Zdumiewacie mnie niepomiernie tym odkryciem. Przykro mi, ale nigdy dotąd o was 

nie słyszałem.

- To dziwne! - odezwała się Helga. - Miałam wrażenie, że...

James wyciągnął rękę ku swojemu panu, który właśnie zamierzał włożyć papiery do 

kieszeni szlafroka.

- Pozwól, sir, że ja się nimi zajmę!

Ian MacDunn z wyraźnym ociąganiem oddał dokumenty. Gdy zaś ochmistrz zniknął, 

Helga wybuchnęła:

- Ale jest jeszcze jedna rzecz, której nie rozumiem.

- Co takiego?

- Moja matka nie mogła poślubić naszego wspólnego ojca, gdyż właśnie w owym 

czasie wziął on sobie za żonę waszą matkę. A przecież wy jesteście znacznie starsi ode mnie!

Ciemne oczy roziskrzyły się. Upewniwszy się, że James jest dostatecznie daleko, by 

nie usłyszeć jego słów, Ian MacDunn spytał:

background image

- Ile masz lat, panienko?

- Osiemnaście.

Uśmiechnął się nieznacznie:

- To  niestety muszę  cię  rozczarować.  Mój   ojciec  po prostu  okłamał  twoją  matkę. 

Kiedy ją spotkał, był już żonaty od wielu lat i miał trzech małych synów.

- Ach, tak - odparła Helga cicho.

Zabolało ją to, że ktoś oszukał jej ukochaną mamę, ale była wdzięczna Ianowi, iż 

oszczędził jej dodatkowego poniżenia w obecności ochmistrza.

Właśnie w tym momencie James pojawił się w drzwiach, gdzie zatrzymał się i czekał 

na polecenia.

Helga zaczęła się zastanawiać:

- Trzech synów?

- Mam dwóch młodszych braci - wyjaśnił Ian i zamilkł, dając do zrozumienia, że nie 

chce o nich więcej mówić. Po chwili odezwał się znowu: - Z listu od twojej matki do mojego 

ojca wynika, że matka czuła się zmuszona przysłać cię tutaj. Dlaczego?

Helga zawahała się najpierw, ale ostatecznie postanowiła nie kryć prawdy.

- Mój ojczym zaczął mi się naprzykrzać i sytuacja stała się nie do zniesienia dla nas 

wszystkich. Po prostu musiałam wynieść się z domu, a matka nie miała mnie dokąd posłać.

- Rozumiem - odparł, przyjrzawszy się jej dokładnie. - Tak, rozumiem - powtórzył, nie 

wyjaśniając bliżej, co ma na myśli.

Wreszcie jego twarz rozjaśniła się w wymuszonym uśmiechu:

- A więc witaj, młodsza siostrzyczko! James, zadbaj o to, żeby Helga czuła się dobrze 

w swoim pokoju! Jutro, a właściwie to już dzisiaj, wyjeżdżamy, ale wieczorem jesteśmy z 

powrotem. Będziesz zatem miała cały dzień wyłącznie dla siebie. Wyglądasz na zmęczoną, 

powinnaś się chyba przespać.

Ian odprowadził ją do schodów, a James wskazał uprzejmie drogę na piętro, gdzie 

przez długie korytarze zawiódł ja do niewielkiej izdebki.

-   Zaraz   przyjdzie   dziewczyna   i   zajmie   się   ubraniem   panienki   -   poinformował.   - 

Pozwolę sobie życzyć panience miłego pobytu u nas.

-   Dziękuję   -   odpowiedziała   Helga,   wdzięczna   za   życzliwość,   która   nie   wynikała 

bynajmniej z obowiązku. - Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotu?

- Wręcz przeciwnie, panienko! To panienka musi nam wybaczyć! Przeżywamy akurat 

teraz ciężki czas, nasz laird może wydawać się podejrzliwy i nieufny. Musicie go zrozumieć. 

A ja chciałbym tylko dodać, że ojciec panienki byłby bardzo szczęśliwy, gdyby mógł tu was 

background image

widzieć. Choć nie jestem tutaj długo, nauczyłem się nadzwyczaj cenić panienki ojca, Angusa 

MacDunna.

Te słowa sprawiły Heldze ból i radość zarazem. Ból, ponieważ nigdy już nie pozna 

swego ojca, radość zaś z powodu zaufania okazanego jej przez Jamesa.

Ochmistrz zatrzymał się jeszcze na chwilę w drzwiach.

- W  razie  czego  proszę  się  nie  bać  i  śmiało  przychodzić  do  mnie  -  oświadczył   i 

zniknął.

Helga zamyśliła się. W jego głosie było coś w rodzaju ostrzeżenia - jakby chciał jej 

powiedzieć, że na niego zawsze może liczyć... Czy zatem był ktoś, na kim nie powinna 

polegać?

Helga rozejrzała się po wielkim pokoju - tak ładnego pomieszczenia nigdy jeszcze nie 

widziała. W rogu stał komplet do mycia z porcelany w kwiatki, na oknach wisiały zwiewne 

firanki,   a   pod   jedną   ze   ścian   znajdował   się   zgrabny   kamienny   piec.   Najbardziej   jednak 

zachwycił ją fotel obity suknem w bogate wzory.

Po chwili do pokoju weszła młoda dziewczyna, dopiero co wyrwana ze snu. Mówiła 

językiem, którego Helga nie rozumiała, prawdopodobnie dialektem. Była jednak miła; zabrała 

ubrania, które Helga i jej matka układały z taką starannością i które tak wiele ucierpiały z 

powodu   deszczu   i   długiej   podróży   z   Norwegii.   Wzięła   również   walizkę,   dając   do 

zrozumienia, że zamierza ją wysuszyć.

Helga wśliznęła się do pięknego, ogrzanego łóżka, a po chwili z wdzięcznością napiła 

się ciepłego mleka, przyniesionego jej przez służącą. Natomiast za jedzenie podziękowała. Jej 

nerwy były napięte do granic wytrzymałości, dlatego już sama myśl o ugryzieniu grubej 

kromki chleba sprawiała, że zasychało jej w ustach, nie zdołałaby przełknąć choćby kęsa.

Młoda   Szkotka   sprawiała   wrażenie   wystraszonej   i   zdenerwowanej.   Helga   znowu 

podjęła próbę nawiązania rozmowy.

- Dowiedziałam się właśnie, że przeżywacie tu, w dolinie, trudny czas? - spytała na 

próbę.

Jej   pytanie   wyzwoliło   potok   słów,   wypowiedzianych   niezwykle   gorączkowo,   lecz 

niewyraźnie.   Dziewczyna   rozumiała   angielski,   tyle   tylko   że   od   rozumienia   języka   do 

posługiwania się nim droga daleka.

- Poczekaj! - przerwała jej Helga. - Nie rozumiem ani słowa. Mogłabyś przetłumaczyć 

to na angielski?

Dziewczyna zaczęła szukać odpowiednich słów, aż wreszcie, czerwieniejąc i jąkając 

się, ż żarliwością bliską desperacji, powiedziała:

background image

- Tak, jest trudno! Długo tak nie wytrzymamy.

Helga ściągnęła brwi:

- Wyjaśnij to bliżej!

Nie była to łatwa rozmowa, albowiem ani jedna, ani druga strona nie wykazywała się 

szczególną znajomością jedynego języka, jaki był wspólny im obu, czyli angielskiego. Wiele 

słów wypowiadanych przez młodą Szkotkę trafiało w próżnię, na szczęście Heldze udało się 

zrozumieć to, co najważniejsze.

- Miej się tu, w domu, na baczności! - powiedziała dziewczyna z naciskiem. - Tutaj 

jest niebezpiecznie. Uważaj na to, co mówisz!

- Co masz na myśli?

-   Oni   go   zabili,   naszego   jedynego...   (nie   potrafiła   znaleźć   odpowiedniego   słowa). 

Teraz nie ma już dla nas nadziei.

- Kto zabił kogo?

Dziewczyna rozejrzała się wokoło i szepnęła:

- Psss! Bracia! To oni zabili Rodericka MacCullena.

Potem nastąpił długi, niezrozumiały wywód, z którego Helga zdołała wyłowić imię 

Mordwin; zdaje się, że osoba o tym imieniu, jeśli chce ujść z życiem, nie powinna się tu 

pokazywać. Mowa też była o jakichś diabłach stojących na czatach i ich herszcie oraz o 

innych tworach będących zapewne wytworem bujnej fantazji Szkotów.

Nagle dziewczyna się przestraszyła, że tak się rozgadała i, zasłoniwszy z przestrachu 

usta, wybiegła z pokoju.

Helga zamknęła drzwi. Należała do tych ludzi, którzy woleli, by drzwi były zawsze 

zamknięte. Być może wynikało to stąd, że do tej pory musiała dzielić pokój z kimś jeszcze, że 

nigdy nie miała nic wyłącznie dla siebie. Zamknięte drzwi zapewniały jej spokój. Choć przez 

chwilę mogła być sama.

Mimo że wiadomość o śmierci ojca tak ją poruszyła, mimo, że powitanie w jego domu 

okazało się wielkim rozczarowaniem, czuła, że zaraz zaśnie.

Ale   w   chwili   gdy  zapadła   właśnie   w   drzemką,   ocknęła   się   nagle.   Ogromny   dom 

pogrążony był jeszcze we śnie, lecz gdzieś w jej bezpośrednim sąsiedztwie dał się słyszeć 

jakby   krzyk   sowy.   Był   tak   głośny,   że   musiał   dochodzić   chyba   z   pomieszczenia   nad   jej 

pokojem, ze strychu.

Nawoływanie   ptaka   rozległo   się   jeszcze   raz,   a   potem   zapadła   długa,   pełna 

wyczekiwania   cisza.   Helga   jednak   doskonale   zdawała   sobie   sprawę,   że   to   nie   był   krzyk 

prawdziwej   sowy,   lecz   człowieka   z   dużym   powodzeniem   naśladującego   jej   głos. 

background image

Przywoływał, a potem czekał na odpowiedź, lecz jej nie otrzymał.

Ponownie rozległy się wibrujące tony. Potem znowu cisza znad Doliny Aidana.

Nie zastanowiwszy się do końca nad tym, co czyni, Helga wyśliznęła się z łóżka i 

wyszła na korytarz. W tej samej chwili usłyszała szybkie, nerwowe kroki w dół po wąskich 

schodach w końcu korytarza. Wystraszona, skryła się w mroku wnęki przy drzwiach. Chyba 

nie uda jej się uniknąć odkrycia. Miała jednak więcej szczęścia, niż myślała. Okazało się 

bowiem, że korytarz nie kończył nie schodami, lecz łączył się z większym, poprzecznym, 

tworząc razem z nim literę L lub T. I tam właśnie udał się pospiesznie jakiś mężczyzna, nie 

rzuciwszy nawet okiem w stronę ukrytej Helgi.

Wszystko to działo się bardzo szybko, ale ponieważ przez jedno z okien w dużym 

korytarzu   wpadło   już   do   środka   światło   poranka,   Helga   widział   owego   człowieka   dość 

dokładnie.

Jej ciało przeszył zimny dreszcz. Wzburzona twarz nieznajomego miała w sobie coś 

złowrogiego. W pewien sposób wydawał się bardzo podobny do Iana MacDunna, jednakże 

mężczyzna,   na   którego   właśnie   patrzyła,   nie   utykał   jak   tamten   i   miał   o   wiele   bardziej 

wyniosłą postawę. Poza tym  wyróżniał się charakterystyczną, nieco demoniczną brodą, a 

także półdługimi, kruczoczarnymi włosami. Na podstawie wyglądu i stroju Helga oceniła go 

jako   mężczyznę   próżnego,   lubującego   się   w   drogocennych   aksamitach   oraz   głębokich, 

wyrazistych barwach.

Westchnąwszy, przemknęła z powrotem do swojego pokoju i położyła się wreszcie do 

łóżka.

Gdzieś   powyżej   posiadłości,   na   zboczu   wzgórza,   rozległy   się   o   szarym   brzasku 

nawoływania kruków. Helga naciągnęła kołdrę na uszy, nie chciała ich słuchać i nie chciała 

nawet myśleć o tym, co się tam działo.

A jeszcze dalej, głęboko w lasach Doliny Aidana, leżał ów budzący grozę prastary 

zamek Hiss. To z jego powodu przerażeni mieszkańcy opuszczali swe gospodarstwa, a rośli i 

silni mężczyźni, przepełnieni lękiem, mówili o nim szeptem.

background image

ROZDZIAŁ III

Musiało   już   chyba   być   popołudnie,   gdy   Helgę   obudziła   panująca   w   domu   cisza. 

Dopiero   po  chwili  zdołała   przypomnieć  sobie,   gdzie  się   znajduje.  Wyskoczyła   z  łóżka   z 

poczuciem winy, że spała tak długo.

Jej   wysuszone   ubranie   i   walizka   znajdowały   się   na   zewnątrz,   za   zamkniętymi 

drzwiami. Stała tam również taca z chlebem, zimnym mięsem i czymś do picia.

Gdy Helga już się umyła, ubrała i najadła, ostrożnie wyszła na korytarz. Dopiero teraz 

zauważyła, że w domu wcale nie jest tak cicho. Usłyszała, że gdzieś leje się woda, pobrzękuje 

szkło   i   od   czasu   do   czasu   rozlega   się   śmiech.   Prawdopodobnie   odgłosy  te   dochodziły  z 

kuchni. Gdy pan przebywał poza domem, służba zachowywała się swobodniej.

Helga stała przez chwilę, niepewna, niepewna, w którą stronę ma iść, po czym ruszyła 

dużym korytarzem, przez który przemknął w nocy ten nieznany mężczyzna. Potem poszła 

dalej,   wiedziona   odgłosami   z   kuchni.   Póki   co,   czuła   większą   wspólnotę   ze   służbą   niż   z 

własnymi krewnymi. Ian MacDunn miałby być jej bratem? Niemożliwe! A jeszcze bardziej 

niepojęte było to, ze ów dumny, zły mężczyzna, którego widziała przemykającego dziś w 

nocy, też miałby być jej bratem! Sądząc bowiem po jego podobieństwie do Iana, on również 

należał do rodu MacDunnów.

„Mordwinowi nie wolno się tu pokazywać...”

Mordwin również musiał być jednym z trzech braci, Helga czuła to niezawodnie. 

Służąca wymieniła jego imię w kontekście, który jednoznacznie na to wskazywał.

Jedno z okien wychodziło na zachód. Dziewczyna podeszła do niego i ku swemu 

zaskoczeniu   tuż   u   podnóża  Aidan’s   Broch   dostrzegła   niewielkie   jezioro   oraz   wioskę   z 

szarymi, prostymi domkami. Widziała świnie i kury drepczące wkoło zabudowań oraz krowy 

pasące się na zielonych błoniach z tyłu domu. Czysta idylla! Helga wiedziała jednak, że obraz 

ten kłamał.

Okazało   się,   że   wcale   niełatwo   było   znaleźć   drogę   do   kuchni.   Zorientowała   się 

wprawdzie, że zbłądziła, nie miała jednak ochoty zawrócić. Aidan’s Broch tworzyło, jak się 

Heldze   zdawało,   czworobok   z   dziedzińcem   pośrodku,   lecz   teraz   dziewczyna   straciła   już 

wszelką orientację.

Nagle usłyszała w dole ciche głosy. Jeden rzut okiem przez maleńkie okienko pozwolił 

jej  stwierdzić, że znajduje się w pobliżu stajni, leżących poza czworobokiem dziedzińca. 

Poszła kawałek korytarzem, po czym zatrzymała się na podeście ze schodami.

Niewidoczny kominek w Sali na dole rzucał ciepłą poświatę na mężczyznę, który 

background image

stojąc rozmawiał z kimś, kogo nie mogła dostrzec, ponieważ schody przesłaniały jej widok. 

Zatrzymała się zafascynowana.

Jaki   on   piękny!   pomyślała   naiwnie.   Tej   twarzy   nie   zapomnę   nigdy   w   życiu! 

Mężczyzna   miał   ciemne,   na   wpół   długie   włosy,   skręcone   figlarnie   na   czole,   mocno 

zarysowane brwi i ostre, wyraziste rysy. Sądząc po wyglądzie, długo przebywał poza domem; 

ubranie nosiło wprawdzie ślad wytworności, było jednak wyraźnie znoszone i zużyte. Helgę 

przepełniła niespodziewana czułość. Musiał chyba wiele przejść w ostatnim czasie, na jego 

twarzy bowiem rysowało się wyraźnie piętno cierpienia i wyrzeczeń.

Ocknąwszy się dziewczyna wróciła znowu do rzeczywistości i zaczęła przysłuchiwać 

się jego słowom:

- Wiem, wiem, że nie powinienem się tu pokazywać, ale ponieważ nie przyszedłeś 

wczoraj wieczorem...

Helga poczuła, że serce wali jej jak młotem.

Ten sam głos! Głęboki, męski i pociągający.

To on, to przecież on pomógł jej wydostać się z zamku Hiss! pomyślała, czerwieniąc 

się aż po uszy. Był taki piękny?

Jego rozmówca przerwał mu, mówiąc coś, czego Helga nie dosłyszała.

Jej wybawiciel odparł:

- Rozumiem, że czasami jest ci ciężko się stąd wyrwać, ale dlatego właśnie musisz 

mieć tu, w domu, jakiegoś pomocnika, żeby uniknąć takich sytuacji.

Drugi  zastanowił  się  chyba   nad propozycją,  ale  gdy  znowu się  odezwał,  sprawiał 

wrażenie bardzo sceptycznego. Na koniec osiągnęli jakieś porozumienie. Do Helgi dotarły 

tylko ostatnie słowa:

- Ona jest jedyną osobą, która cię nie zna.

„Bohater” Helgi uniósł brwi.

- Masz na myśli tę dziewczynę, która przybyła dziś w nocy? No właśnie, a jak ją  

przyjęli?

Mężczyzna zadał to pytanie obojętnie, niemal od niechcenia, lecz Helga nie mogła 

wprost uwierzyć własnym uszom! On spytał o nią! Naprawdę spytał o to, jak ją tu przyjęto! 

Co za radość!

Odpowiedź, jaką usłyszała, brzmiała „życzliwie” lub jakoś podobnie; dopiero teraz 

Helga poznała, że ten niewidoczny rozmówca to James.

Ów boski mężczyzna na dole rzekł:

- Przecież jakaś zwykła służąca nie może...

background image

James powiedział coś szybko, na co jej wybawiciel wykrzyknął z niedowierzaniem w 

głosie:

- Córka sir Angusa? Jesteś pewny?

Jego rozmówca potaknął.

Usłyszawszy tak zaskakującą wiadomość, jej wybawiciel na moment zaniemówił, a 

potem poważnym tonem powiedział:

-   Ale   to   nic   nie   zmienia.   No   bo   czym   może   zajmować   się   taka   smarkula? 

Kokietowaniem i chichotaniem. Jest za ładna, żeby mieć trochę rozumu. A tu, w domu, jest 

wielu przystojnych mężczyzn, którzy bez trudu mogą zawrócić jej w młodej głowie.

Helgę ogarnęła wściekłość; poczuła się urażona. Jak on śmiał ją tak ocenić? Zdaje się, 

że w ogóle nie ma zbyt wysokiego mniemania o kobietach!

- A właściwie dlaczego ona pojawiła się akurat teraz? - kontynuował wojowniczo. - 

Żeby dostać część spadku? Jeśli tak, to szybko przyjdzie się jej przekonać, że znalazła się w 

jaskini lwa!

Po chwili odpowiedział Jamesowi na jego ponaglenia:

- Dobrze, dobrze, już idę. Wiem, że jeśli wrócą i mnie tu zobaczą, wszystko będzie 

stracone.

Gdy mężczyźni ruszyli z miejsca, by skierować się do wyjścia, Helga szybko się 

cofnęła. W chwilę później ujrzała jeźdźca opuszczającego dziedziniec. Ruszył tak szybko, że 

od pędu powietrza powiewała za nim peleryna. Ta sama, którą w nocy miałam na swoich 

ramionach, pomyślała dziewczyna.

Czując nadal urazę z powodu obraźliwych słów, jakie padły z jego ust, prowadziła go 

wzrokiem, dopóki nie zniknął w lesie w Dolinie Aidana.

Nie bez trudu odnalazła drogę do swojego pokoju. Kiedy siedząc w nim bezczynnie 

wyjrzała po raz kolejny na dziedziniec, dostrzegła dwóch mężczyzn wychodzących z jednego 

z budynków. W ich ruchach była nonszalancja i pewność siebie, szli szeroko rozstawiając 

nogi, jakby do nich właśnie należała cała posiadłość. Obaj nosili jednakowe, czarne i ściśle 

przylegające do ciała ubrania. nie podobali się Heldze.

W chwilę po jej powrocie do pokoju pojawiła się służąca i wezwała ją na obiad. 

Panowie wrócili do domu i pragnęli spotkać się z nowo przybyłym gościem.

Na  uginających   się   nogach   wkroczyła   do   ogromnej   Sali   jadalnej,   do  której   drogę 

wskazała jej służąca. Choć Helga ubrała się w swoją najlepszą suknię (miała w ogóle tylko 

dwie), poczuła się zawstydzona widząc, jakże jest pospolita na tle porażającego przepychu 

jadalni.

background image

Pomalowane   na   biało   ściany   musiały   być   wyjątkowo   grube,   ponieważ   wnęki 

przyokienne   były   nieprawdopodobnie   głębokie;   mieściły   się   w   nich   okienka   o   szybach 

ujętych w ołów. Na ścianach wisiały cenne malowidła, a klepki parkietowej podłogi skrzypiąc 

dawały świadectwo elegancji.

Przy stole, który lśnił srebrem i kryształami, siedziały trzy osoby. Gdy weszła, obaj 

mężczyźni podnieśli się na jej widok.

- Oto i nasza Helga - powiedział Ian MacDunn z udawaną swobodą. - Podejdź tu, 

podejdź, i przywitaj się z moją żoną, lady Lynn!

Witając się, Helga popełniła gafę. Dygnęła bowiem jak przed jakąś szacowną damą, a 

przecież lady Lynn nie była stara! Miała około dwudziestu pięciu lat i chociaż nie należała do 

oszałamiających piękności, to, czego nie dostała w darze od natury, potrafiła zapewnić sobie 

sama, na dodatek w stylu, który czynił ją fascynującą. Miała na sobie połyskującą zielenią 

jedwabną sukienkę, która w słońcu świeciła niczym złoto. Jej jasne włosy były starannie 

upięte, ale nie wiadomo czemu Helga odniosła wrażenie, że fryzura lady jest zbyt swobodna 

jak dla damy.

Ściągnąwszy brwi, lady Lynn przyglądała się Heldze.

- Słyszałam, że jesteś owocem drobnej, niefortunnej przygody, jaka przytrafiła się 

memu teściowi. Będzie nam bardzo miło gościć cię tutaj przez parę dni.

Dziękuję, pomyślała Helga. Widzę, że odsyłasz mnie tam, gdzie, twoim zdaniem, jest 

moje miejsce - do domu!

Zwróciła się teraz do drugiego mężczyzny, rozpoznając w nim owego naśladowcę 

sowy,   o   ostrych   rysach   i   czarnej,   diabolicznej   brodzie.   Choć   wydawał   się   przychylnie 

nastawiony, dziewczyna poczuła się nieswojo pod spojrzeniem jego drwiących, czarnych jak 

smoła oczu.

- To mój bliźniaczy brat, Corbred - przedstawił Ian. - O dwie godziny młodszy ode 

mnie.

- Nigdy nie omieszka zwrócić na to uwagi - uśmiechnął się lodowato Corbred. - Dwie 

godziny   dzielące   mnie   od   tytułu   lairda,   czyli   od   blasku,   władzy   i   zaszczytów.   Ale   ja 

wynagradzam to sobie w inny sposób. Muszę przyznać, że wiadomość o zyskaniu na stare 

lata młodszej siostry zaskoczyła mnie niepomiernie! Nie widziałem twoich papierów, lecz Ian 

mówi, że są bardzo przekonujące.

Helga znowu poczuła się zdumiona tym, że ojciec nigdy nie wspominał o niej swoim 

synom.

- Ale ja słyszałam, że mam jeszcze jednego brata - powiedziała ostrożnie, ale nie bez 

background image

przekory.

- Mordwina! - spytał Ian. - Jego imię nie jest już wymieniane w tym domu.

- Ach, tak? - zdziwiła się Helga.

Lady Lynn wyjaśniła ze znękaną miną:

- Posunął się do tego, żeby zabić nie tylko własnego ojca, ale także niekoronowanego 

bohatera narodowego. Jak to on się nazywał?

- Roderick MacCullen - odpowiedział krótko jej mąż.

- Dlatego życie Mordwina nie jest warte tu, we wsi, nawet złamanego szeląga - dodała 

Lynn.

Helga była oszołomiona.

- Mordwin zamordował swojego własnego ojca?

- Nie wiemy - odparł z lekkim rozdrażnieniem Corbred. - Ludzie lubią dużo gadać. 

Prawdopodobnie nasz ojciec i Roderick MacCullen pozabijali się nawzajem.

- Nie mówmy już o tym - rzekł niechętnie Ian. - Rozumiesz chyba, że jest to dla nas 

bolesny temat.

Była   wstrząśnięta.   Chciała   zadać   jeszcze   inne   pytania:   o   człowieka   wiszącego   na 

szubienicy, o czarnych strażników, o zamek Hiss, a także o to, dlaczego wszyscy w Dolinie 

Aidana byli tak nieszczęśliwi; nie odważyła się jednak.

James podawał do stołu; przez ułamek sekundy spotkała jego wzrok, który zdawał się 

mówić: „Nie pytaj więcej!”

Jak   dobrze   było   czuć   porozumienie   z   Jamesem   w   otoczeniu   tych   chłodnych 

krewniaków. Wiedziała, że ma w nim sprzymierzeńca.

Westchnęła lekko, zatopiła się w swoich myślach. Przy odrobinie dobrej woli mogła 

chyba sądzić, że ma tu jeszcze jednego przyjaciela... Zapomniała już wypowiedziane przez 

niego   pogardliwe   słowa,   a   zachowała   w   pamięci   jedynie   jego   opiekuńczość   podczas 

wędrówki przez las. Do tej pory nigdy nie była zakochana - jeśli nie liczyć skrywanego 

zadurzenia w koledze szkolnym, gdy miała dziesięć lat, trwającego kilka tygodni.

Ale   teraz   odezwały   się   w   niej   struny,   które   do   tej   pory   nigdy   jeszcze   nie 

rozbrzmiewały.   Twarz   jej   pokryła   się   rumieńcem   na   samo   wspomnienie   głosu   tego 

nieznanego mężczyzny, mimo że on tak niemiło odprawił ją jak głupią gąskę. Lecz ku swej 

wielkiej rozpaczy, nie potrafiła jednak przywołać przed oczy jego obrazu. Nie wiedziała, że 

jest to zjawisko typowe dla zakochanych: choć upragniony przez nas człowiek wypełnia nam 

wszystkie myśli, niezwykle trudno jest ożywić w naszej wyobraźni jego postać. Z łatwością 

widzimy inne twarze, tylko nie tę wytęsknioną.

background image

Wypytywano ją o życie w Norwegii, o jej matkę, a także o ojczyma i rodzeństwo. 

Helga zauważyła pogardę, z jaką lady Lynn słuchała o jej domu nad fiordem, mimo że starała 

się podkreślić, jak zadbane jest to gospodarstwo.

- Nic dziwnego - stwierdziła krótko Lynn MacDunn - skoro mój teść włożył w nie tyle 

pieniędzy!

Z papierów, które Ian przejrzał uprzednio, jasno wynikało, że jego ojciec wydał sporo 

pieniędzy na niewielkie gospodarstwo gdzieś w górach Norwegii.

Corbred prawie się nie odzywał. Sprawiał wrażenie, jakby myślami był zupełnie gdzie 

indziej, lecz Helga wiedziała, że wcale nie musiało tak być. Corbred wydawał się jej osobą 

niezwykle zagadkową.

Męczący obiad dobiegł wreszcie końca.

James chrząknął dyskretnie:

- Przepraszam, lady Lynn, ale kucharka chciałaby ustalić menu na jutro wieczór...

- Tak, tak, oczywiście! Chodź, Corbred, to przecież twoi goście, czyli powinieneś 

najlepiej wiedzieć, co najbardziej lubią! Wybaczcie nam! - zwróciła się do Iana i Helgi.

Po czym wzięła pod ramię swego szwagra i razem udali się za Jamesem do kuchni.

- No, siostrzyczko? Jak się tu czujesz? - spytał Ian.

- Jeszcze nie wiem - odrzekła nieporadnie - nie będąc pewna, czy powinna znowu 

usiąść czy nie. Na wszelki wypadek wolała więc stać dalej, trzymając swe spracowane ręce na 

oparciu krzesła. - Wszystko jest takie owe i takie ładne.

Uśmiechnął się.

- Nie przejmuj się tylko tymi drobnymi przycinkami mojej żony. Ona stara się być za 

wszelką cenę dowcipna i nie ma nic złego na myśli.

Helga co prawda była odmiennego zdania, lecz zaczęła mówić o czym innym:

- Tyle tu rzeczy, których nie rozumiem. Kiedy szłam tutaj, widziałam... wiszącego na 

szubienicy człowieka. Czy to tył on, Roderick MacCullen, o którym wszyscy tyle mówią?

- Nie! Najlepiej przestań o tym myśleć!

Helga jednak z nieoczekiwanym zdecydowaniem nie pozwoliła się zbyć:

- Proszę cię! Przecież jedyne, co mogę, to pytać; wszyscy mówią tu tak zagadkowo, że 

czuję  się,  jakbym  błądziła  po  omacku  w ciemnościach.  Słyszę  upomnienia,  że  mam  być 

ostrożna, ale nie wiem, przed kim powinnam się mieć na baczności. Bądź tak dobry i wyjaśnij 

mi!

Ian zagryzł wąskie wargi. Mimo ostrych rysów, w jego twarzy było rzeczywiście coś 

miękkiego, może głównie w nieco spłoszonych oczach.

background image

- Właściwie nie powinienem cię wciągać w tę naszą niedolę, ale rozumiem, że możesz 

się czuć zaniepokojona... Roderick MacCullen został zabity w tym samym czasie co nasz 

ojciec, czyli miesiąc temu... Obawiam się, że będziesz musiała przyzwyczaić się do widoku 

nowych ofiar na szubienicy.

- Ale... dlaczego? - spytała wzburzona, zauważając jednocześnie, że on nie sprowadzał 

jej wizyty do kilku dni. Przynajmniej tyle na pociechę.

Ian rzucał nerwowe spojrzenia w stronę hallu.

- Niedługo wartownicy rozpoczną swój wieczorny obchód - bąknął. - Przejdziemy do 

salonu, tam wypijemy kawę.

Po czym pokuśtykał przed nią do wyjścia z jadalni.

Gdy   znaleźli   się   w   przepięknym   salonie,   gdzie   latarnie   sprzed   bramy   rzucały 

kwadratowe   cienie   na   pokryte   jedwabiem   kanapy   i   pozłacane   tapety,   kontynuował 

pospiesznie swój wywód przepraszającym tonem, jakby zostało mu już niewiele czasu:

- Nasze kłopoty zaczęły się kilka lat temu. Wszystko to jest zbyt skomplikowane, by 

wyjaśnić   w   paru   zdaniach.   Zaczęło   się   od   tego,   że   my,   z   naszym   ojcem   na   czele, 

sprzeciwiliśmy się władzy. Jak może słyszałaś, szkockie rody zamieszkujące doliny nigdy nie 

uznały mieszania się Anglii w ich rządy. Szkoci poddali się angielskiej władzy mniej więcej 

sto lat temu. Ale szkockie rody nie uczyniły tego nigdy! My nie uznajemy nawet naszego 

szkockiego rządu w Edynburgu. Tu, na naszej ziemi, jesteśmy nadal suwerenni, tak jak przez 

tysiąc minionych lat, rozumiesz? Tak uważał mój ojciec, a miejscowi chłopi poszli za nim.

Helga potakiwała głową na znak, że wszystko rozumie. Ian, podkręciwszy płomienie 

w lampach, usiadł i ona zrobiła to samo. W jego twarzy pojawił się wyraz dumy. To on był tu 

teraz lairdem, głową rodu, dźwigając od miesiąca na swych ramionach całkowicie nową dla 

niego godność.

- Tak więc przed paroma laty, po długim okresie ubóstwa, wręcz nędzy spowodowanej 

nieurodzajem,   zebraliśmy   wreszcie   nadzwyczaj   obfite   plony.   Tymczasem   bieda   dotknęła 

pozostałe części kraju. Edynburg i inne miasta przeżywały trudności, jakie przez wiele lat 

były naszym udziałem. Rząd postanowił wówczas, że musimy oddać właściwie wszystko, co 

mamy, pozostawiając sobie jedynie tyle, by nie umrzeć z głodu. Odbył się wielki zjazd, na 

którym   zdecydowaliśmy   nie   usłuchać   rozkazu.   Nasza   niedola   i   głód   trwały   zbyt   długo. 

Dlatego niemal całe plony zostały ukryte przed wysłannikami rządu. Urodzaj trwał nadal i 

przez kilka kolejnych lat mieliśmy bogate zbiory. I znowu powtórzyła się ta sama historia, 

mimo że już nikt w kraju nie cierpiał biedy. Rząd groził nam represjami, ale teraz zbuntowali 

się także chłopi. Nie zamierzali być posłuszni, a nasz ojciec ich poparł. Rząd wysyłał raz po 

background image

raz swe oddziały, które choć postępowały brutalnie, niczego nie wskórały, nigdzie nie zdobyły 

zboża,  jedynie  jeszcze  bardziej   podsyciły  niechęć  do władzy.  Lud  bowiem miał  swojego 

bohatera i przywódcę, który był orędownikiem ich sprawy i który ukrywał chłopów ściganych 

przez żołnierzy.

- To Roderick MacCullen - powiedziała Helga.

- Tak. Ależ on był uwielbiany! Gdybyś widziała jego pogrzeb! Przyszły go pożegnać 

całe okoliczne wsie. A kondukt sięgał jak stąd do jeziora! Tego dnia lud poprzysiągł schwytać 

jego zabójcę i zgładzić go bez sądu. Ale teraz musimy przenieść się trochę w czasie. Trzy lub 

cztery miesiące temu rząd przysłał tu człowieka, którego zadaniem jest sprawowanie kontroli 

nad   nami,   mieszkańcami   doliny.   Jeśli   chodzi   o   środki,   dano   mu,   zdaje   się,   wolną   rękę. 

Wykształcony w Londynie, całą duszą oddany władzy, jest bezwzględny dla nas, chociaż 

wyrósł i wychował się w tych stronach. Ma ze sobą czterech pozbawionych skrupułów ludzi, 

posłusznych   każdemu   jego   rozkazowi.   Szubienica   nie   stoi   bynajmniej   bezużyteczna.   Z 

przykrością   muszę   wyznać,   że   człowiek   ten   jest   moim   bratem.   Pewnie   widziałaś   już   na 

dziedzińcu tych jego czterech chwatów?

- Takich ubranych na czarno? Tak, dwóch z nich - potwierdziła.

Mordwin! Ten łotr, który zabił jej ojca i Rodericka MacCullena i który krążył teraz po 

lasach Doliny Aidana, nie zaznając spokoju.

- Ale może nie będę cię już męczył tymi ponurymi opowieściami. Zajmijmy się lepiej 

tobą! Na razie przedstawimy cię wszystkim jako naszą krewną z Norwegii. Wybacz nam, ale 

chcieliśmy jeszcze trochę poczekać, zanim podamy do wiadomości, kim jesteś naprawdę. To 

wymaga czasu. Mój ojciec był człowiekiem wielce poważanym, dlatego nie chcielibyśmy 

zaszkodzić jego imieniu zbyt pospiesznym działaniem.

- Oczywiście, doskonale to rozumiem.

Były to miłe słowa, lecz Helga miała niejasne przeczucie, że to bynajmniej nie o dobre 

imię ojca troszczył się jej brat.

W tej samej chwili wróciła z kuchni lady Lynn i Corbred i usiedli przy nich. Kawę 

podano   na   srebrnej   tacy   na   obrotowym   stoliku.   Helga   wciąż   nie   mogła   się   nadziwić 

wszystkim nowym rzeczom, jakie przyszło jej tu poznać w tak wielkiej liczbie.

Nie znana jej też była sztuka konwersacji. Odpowiadała szczerze i prostolinijnie na 

zadawane pytania, siedziała inaczej niż pozostali, spoglądając na swoje ręce, które wydawały 

jej się rażąco czerwone na tle ciemnobrązowej sukienki. Wcale nie czuła się dobrze w tym 

domu. Ian był wprawdzie miły, ale pozostała dwójka wywoływała w niej lęk. Nie podobały 

jej   się   zwłaszcza   złe   spojrzenia   Corbreda,   mające   w   sobie   coś   mrocznego,   czego   nie 

background image

pojmowała. Była bowiem bardzo niedoświadczoną i jeszcze całkiem naiwną dziewczyną. Nie 

potrafiła   skojarzyć   taksującego   wzroku   eleganckiego   światowca   z   prostackimi   umizgami 

ojczyma czy ordynarnymi zaczepkami, na jakie narażona była podczas podróży.

Z łatwością dawało się zauważyć, że jego zainteresowanie osobą Helgi drażni lady 

Lynn. Młoda dama spytała nagle:

- Powiedz mi, czego ty właściwie od nas chcesz?

Helga spojrzała na nią wyraźnie zdezorientowana.

- Czy przyjechałaś tu po pieniądze?

- Lynn, przestań! - odezwał się Ian. - Przecież wyjaśniałem ci...

- W tę historię z rabusiami nie uwierzyłam ani przez chwilę! Czyż nie widzicie, jaka 

ona jest przebiegła w tej swojej niewinności? Tak po prostu przyjechać tutaj i powołać się na 

pokrewieństwo a nami! Akurat teraz, kiedy ma być dzielony spadek. To wprost niesłychane! 

A  czy   jest   między   wami   jakieś   podobieństwo?   Wy   wszyscy   trzej   macie   ciemne   włosy, 

arystokratyczne rysy...

-   Przesadzasz,   Lynn   -   powiedział   łagodnie   Ian.   -   Nie   widziałaś   papierów.   Są 

prawdziwe.

-  Papiery,   papiery!   Po  pierwsze,   mogła   je   ukraść   jakiejś   innej   dziewczynce,   a   po 

drugie, a po drugie, oddałeś je przecież. Ty głupcze!

- Lynn ma rację - wtrącił Corbred.

- Na Jamesie można polegać - odparł Ian, odstawiając głośno filiżankę. - On przecież 

wprost   wielbił   ojca.   Przekaże   papiery   osobie   najbardziej   kompetentnej,   czyli   naszemu 

rejentowi.

- Czasami jesteś tak naiwny, że wprost wierzyć mi się nie chce, iż jesteśmy braćmi! - 

prychnął Corbred.

Helga, pragnąc przerwać tę dyskusję, nie bez trudu opanowała się i rzekła:

- Nie miałam i nie mam żadnych innych zamiarów niż uczynić to, o co mnie proszono. 

Nic nie wiedziałam o śmierci mojego ojca, miałam nadzieję, że się z nim spotkam, ponieważ 

tyle razy pytał o mnie w listach i życzył sobie, żebym przyjechała.

Czy jej Głos musiał drżeć tak wyraźnie?

- To dlaczego my nic nie słyszeliśmy o tobie do tej pory? - spytał Corbred.

- Nie wiem... - odpowiedziała Helga bezradnie.

Lynn pochyliła się do przodu. Jej przymrużone oczy błyszczały złowrogo.

- Jeśli liczyłaś na pieniądze, to się przeliczyłaś. Bo jedyne, co tu można odziedziczyć 

to ziemia i władza. Ale przed tobą są jeszcze w kolejności trzej mężczyźni.

background image

Helga   czuła,   jak   w   obliczu   tego   poniżającego   pomówienia   o   chciwość   i   żądzę 

pieniędzy ogarnia ją wściekłość. Starając się zachować spokój, rzekła stanowczo:

-   Czy   nie   rozumiecie,   że   ja   naprawdę   niczego   nie   chce?   Nie   potraficie   sobie 

wyobrazić,   jak   może   się   czuć   ktoś,   kto   opuszcza   swój   dom   i   zostaje   przyjęty   z 

podejrzliwością. Gdybym tylko miała się gdzie podziać, wyjechałabym stąd, nie czekając ani 

chwili. Ale na podróż tutaj wydałam ostatnie pieniądze matki, poza tym nikt nigdzie na mnie 

nie czeka.

-   Jakie   to   wzruszające!   -   bąknęła   lady   Lynn.   -  Ale   jak   słyszę,   nie   zapominasz   o 

pieniądzach.

Obaj mężczyźni siedzieli w milczeniu. Po chwili odezwał się Ian:

- Moglibyśmy załatwić ci coś w Glasgow albo jeszcze lepiej Londynie, przecież znasz 

trochę angielski. Może mogłabyś służyć w jakimś lepszym domu lub zdobyć wykształcenie.

- Świetny pomysł, Ianie! - wtrącił Corbred. - Spróbuję skontaktować się z paroma 

osobami już jutro. Wiem, że potrzebna jest im pomoc w domu. No, moi drodzy, zrobiło się 

trochę późno...

Nie spytawszy Helgi o zdanie, zakończyli rozmowę. A ona z prawdziwą ulgą mogła 

wreszcie wrócić do swojej małej izdebki.

Idąc do siebie natknęła się na dwóch ubranych na czarno mężczyzn, którzy szli po 

schodach na dół. Kroczyli sztywni jak posągi, jedynie w chwili gdy przechodzili obok Helgi 

skierowali w jej stronę surowe i tak przenikliwe spojrzenia, że dziewczynie aż ciarki przeszły 

po plecach. Gdy ją minęli, odwróciła się; wiodąc za nimi wzrokiem do samego wyjścia, 

dostrzegła, że na twarzy Iana pojawił się na ich widok lęk.

Złowieszcze straże odbywały swój wieczorny obchód.

W nocy Helga  obudziła  się  znienacka.  Nie wiedziała,  co wytraciło  ją ze  snu, ale 

usiadła na łóżku i zaczęła nasłuchiwać.

Coś jednak się działo!

Tak... na pewno, znowu coś usłyszała.

Słabe skrzypienie i zgrzyt metalu. Ktoś próbował otworzyć jej drzwi!

Zdołała   zapanować   nad   pierwszym   odruchem,   nakazującym   zapytać   „Kto   tam”? 

Ktokolwiek by to był, i tak by nie odpowiedział. Została więc w łóżku i wpatrywała się w 

klamkę, której prawie nie widziała w ciemności.

Żeby tylko haczyk wytrzymał! Był taki mały.

Ktoś nacisnął klamkę.

Głuchy odgłos.

background image

Boże, spraw, żeby wytrzymał!

Na szczęście ten, kto usiłował otworzyć drzwi, szybko zrezygnował. Ostrożne kroki 

na korytarzu oddalały się coraz bardziej.

Helga odetchnęła z ulgą. Zatem był to ktoś, kto starał się ukryć swoje poczynania.

Czy to strażnicy? Raczej nie. Oni nie poprzestaliby na takiej próbie. Jeśli natrafiliby 

na opór, użyliby przemocy. Przynajmniej tyle dało się wyczytać z ich surowych twarzy.

Nie, to z pewnością musiał być ktoś inny.

Ale   czego   mógł   od   niej   chcieć?   Była   przecież   dokładnie   tak   niewinna,   na   jaką 

wyglądała: niedoświadczona dziewczyna z norweskiej wsi.

Westchnęła. Obiecała matce, że napisze do niej od razu po dotarciu na miejsce.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że matka jest niespokojna! Ale co miała jej 

napisać?

Że ojciec nie żyje, zamordowany przez jakiegoś łotra? Że ma trzech starszych braci - o 

czym matka w ogóle nie wie - i szwagierkę, i że oni wszyscy woleliby, żeby Helga się stąd 

wyniosła? Że jeden jedyny człowiek, jaki okazał jej życzliwość, uważa ją za bezmyślną i 

szaloną?

Nie, musi poczekać z tym listem przynajmniej jeden dzień. Aż będzie miała jakieś 

dobre wiadomości.

Leżała zwinięta w kłębek - w obcym łóżku, w obcym domu, gdzie nie była bynajmniej 

mile widziana; czuła się opuszczona i zagubiona. Ale co też ona mogła znaleźć dobrego do 

przekazania tego następnego dnia?

I   tak   zasnęła,   nie   przeczuwając   nawet,   że   jej   przybycie   stanie   się   impulsem 

wyzwalającym tak długo i trwożnie oczekiwany wybuch w udręczonej Dolinie Aidana.

background image

ROZDZIAŁ IV

Następne   popołudnie   nie   przyniosło   niczego   interesującego.   Helga   spędziła   je 

wałęsając się po pustych korytarzach. Gospodarze znowu gdzieś zniknęli, prawdopodobnie 

rozjechali się w różnych sprawach po całym majątku, służba zaś, mówiąca w większości tylko 

po szkocku, jedynie uśmiechała się życzliwie do niej.

Nowo przybyły gość nauczył się już odnajdywać właściwą drogę pośród labiryntu 

korytarzy, schodów i komnat siedziby rodu. Zamieszkane części domu były przytulne, miały 

pomalowane  na   biało   ściany i  ciemne,   wywoskowane   do  połysku   drewniane   podłogi,  na 

których   leżały   przepyszne   dywany.   Ale   znajdowało   się   tam   też   wiele   zamkniętych 

pomieszczeń,   wiele   mrocznych   kątów   i   zakamarków   oraz   całe   poddasze,   gdzie   stare 

pajęczyny   wisiały   w   powybijanych   oknach   i   gdzie   wszelkiego   rodzaju   rupiecie   i   śmieci 

piętrzyły się niczym posągi widm.

Helga, rozleniwiona gnuśną bezczynnością, wracała do swego pokoju. Akurat miała 

otworzyć drzwi, gdy usłyszała, że ktoś ją woła.

W końcu korytarza stał jakiś mężczyzna, oparty ręką o ścianę. Nie znała go, lecz 

widząc jego strój, domyśliła się od razu, z kim ma do czynienia. Od stóp do głów ubrany był 

na czarno, co prawdopodobnie miało przydawać dramatyzmu jego wyglądowi. To jeden z 

czterech strażników, których służąca nazwała „sługami diabła”; Helga uznała to określenie za 

wyjątkowo trafne.

Skinął na nią.

Dziewczyna   zawahała   się.   Strach   przed   nim,   a   także   oburzenie   wywołane   jego 

nieuprzejmym zachowaniem podpowiadały jej, że wbrew wpojonemu jej w rodzinnym domu 

poszanowaniu dla starszych nie powinna go posłuchać.

Nie odważyła się jednak sprzeciwić. A może chciał od niej coś ważnego?

Im bardziej się do niego zbliżała, tym silniejsza stawała się jej niechęć. Mężczyzna nie 

był jednym z tych, których wcześniej spotkała na schodach, prawdopodobnie wymienili się na 

służbie. Ten nie wyglądał już na młodego, a jego ciało nosiło wyraźnie oznaki fizycznego 

upadku: byczy kark był raczej obrośnięty tłuszczem, a nie silny, oczy zaś wygasłe i zimne. 

Czarny strój wyglądał na nim jak źle dopasowane przebranie.

Zatrzymała się parę metrów przed nim.

- Podejdź tu! - nakazał. - No, ruszaj się!

Ociągając się, Helga podeszła bliżej.

- Słuchaj no! - szepnął, ściskając ją za ramię. - Może wejdziesz, co?

background image

Ostrożnym ruchem Helga uwolniła się z uchwytu.

- Po co?

- Wejdź, zobaczysz!

Bez   dalszych   ceregieli   mężczyzna   wepchnął   ją   do   pokoju,   który   do   złudzenia 

przypominał jej własny. Helga odwróciła się.

- Czego chcecie ode mnie? - spytała nieco agresywnie, żeby ukryć strach.

- Tylko spokojnie! - powiedział. - Źle tu posprzątałaś!

- Ja nie sprzątam pokojów.

- Nie sprzątasz? - powtórzył drwiąco, jakby wiedział o tym od początku. - No, ale 

skoro już tu jesteśmy...

Helga   dygotała   na   całym   ciele.   Doskonale   znała   ten   ton   i   spojrzenie...   Od   razu 

przypomniał   jej   się   ojczym.   Zrozumiała,   że   znowu   okazała   się   przerażająco   naiwna   i 

bezwolna, jak zwykle bowiem uwierzyła w czyste zamiary drugiego człowieka.

Mężczyzna stał przed drzwiami, uniemożliwiając jej wyjście z pokoju.

Helga nie należała do osób pewnych siebie, nie potrafiła zachować zimnej krwi z 

trudnym położeniu. Drżącymi ustami wyszeptała:

- Wypuśćcie mnie, proszę!

Mężczyzna roześmiał się szyderczo.

- Tylko tak mówisz, a naprawdę chcesz czego innego.

Gdy   jego   dłonie   dotknęły   ciała   dziewczyny,   na   jej   twarzy   odmalował   się   wyraz 

obrzydzenia. Dostrzegłszy to, mężczyzna chwycił ją brutalnie za ramiona i pchnął na łóżko.

- Będę krzyczeć! - ostrzegła przerażona Helga.

- A  krzycz   sobie!   Nie   ma   tu   nikogo   poza   moimi   kompanami.  A  inni   służący  nie 

odważą się nawet pisnąć słówka.

Jego odrażająca, cuchnąca twarz znalazła się bardzo blisko niej. Ręce rozrywały jej 

ubranie.

Helga, ogarnięta strachem, odważyła się na desperacki krok.

- Mylicie się, ja nie jestem służącą - syknęła. - Jeśli mnie tkniecie, powiem o tym 

moim braciom!

-   Braciom?   Jakim   braciom?   Przecież   ty   nie   jesteś   nawet   Szkotką!   -   szydził 

pogardliwie.

Szarpnęła się z zapamiętaniem, starając się uwolnić z jego objęcia.

-  Moi   bracia...   nazywają  się  Ian  i   Corbred  MacDunn  -  wycedziła  przez   zęby.   -  I 

Mordwin!

background image

Poskutkowało. Napastnik otworzył szeroko usta, zupełnie oszołomiony.

- Kłamiesz - powiedział bez przekonania.

- To sam ich spytaj!

Mężczyzna, rzuciwszy jakieś długie, mocne przekleństwo, podniósł się wreszcie.

- Słyszałem, jak ludzie gadali coś takiego - wymamrotał. - Nikomu nic nie powiesz, 

co?

Helga zerwała się na równe nogi, zanim jego ociężały mózg zdążył  oswoić się z 

zaskakującą nowiną. Niczym błyskawica wypadła z pokoju, zbiegła na dół do hallu, a potem 

na dwór, na świeże powietrze.

Dopiero gdy znalazła się daleko od posiadłości, nad brzegiem jeziora, zatrzymała się i 

odetchnęła z ulga.

Obejrzała się za siebie ku Aidan’s Broch. Od tej strony nigdy jeszcze nie widziała 

posiadłości. Dopiero teraz zauważyła, jaka była ogromna, piękna i doskonale zaprojektowana. 

Długie,   białe   zabudowania   o   czarnych   dachach   wplatały   się   harmonijnie   w   krajobraz, 

wznosząc się dostojnie na tle zamglonych niebieskozielonych wzgórz. Widziała także wioskę, 

wypełniającą równinę aż po Aidan’s Broch, rozpościerającą się wysoko aż po sam las.

W  miejscu,   gdzie   stała,   brzeg   był   całkowicie   goły.   Dopiero   trochę   dalej   w   wodę 

wrzynał się porośnięty drzewami cypel. Ponieważ Helga pragnęła znaleźć się jak najdalej od 

Aidan’s Broch, poszła w tamtą stronę, starając się zapomnieć o nieprzyjaznym epizodzie.

Bardzo szybko dotarła do małej zatoczki, w której panowała cudowna cisza. Chociaż 

Helga była bardzo cienko ubrana, wcale nie czuła zimna. Na plaży leżała odwrócona do góry 

dnem   łódź   niczym   melancholijne   wspomnienie   ciepłych,   szczęśliwych   letnich   miesięcy 

sprzed wielu lat.

Usiadła na niej, wygładziła starannie swą ciemną spódnicę i złożyła ręce na kolanach.

Co ona, u licha, ma teraz począć ze swoim życiem? Co ma do roboty tu, w Aidan’s 

Broch?

Gdy siedziała tak, zatopiona w ponurych myślach, nagle wyrwał ją z odrętwienia jakiś 

głos.

- Ty mnie chyba prześladujesz?

Dziewczyna obejrzała się gwałtownie. Za nią stał on, ten, który bezustannie niepokoił 

ją w myślach - stał oparty o dąb, przyglądając się jej z kwaśną miną.

- Nie... miałam pojęcia, że wy też tu jesteście - wybąkała tak zmieszana, że podniosła 

się nawet, żeby dygnąć przed nim, lecz na szczęście w ostatniej chwili się zreflektowała i 

ponownie usiadła. - Nie zamierzałam...

background image

- Wiem - odparł krótko. Żartowałem tylko.

Świadoma tego, że jej policzki pokryły się pąsem, spytała nieśmiało:

- Może usiądziecie tu przy mnie?

O od razu pożałowała swych słów.

Mężczyzna pokręcił głowa.

- Nie mogę wychodzić na otwartą przestrzeń.

Ale  przycupnął  na  przewróconym  pniu  drzewa.   Czyli   chciał  jednak  zostać.   Helga 

przez chwilę nie wiedziała, co począć, póki on nie dał jej znaku ręką, aby przysiadła się do 

niego. Nie chciała sprawić wrażenia zbyt mu posłusznej.

Pień był tak wysoki, że z pewnością nie zdołałaby się na niego wspiąć, przykucnęła 

więc na kamieniu u boku mężczyzny, nie mając jednak odwagi spojrzeć w jego stronę.

- No i co? Jak ci się wiedzie? - spytał.

- Czy ja wiem... Nie zdążyłam jeszcze na dobre się rozpatrzeć. Wszystko jest takie 

nowe.

Gdy   Helga   zerknęła   na   swoje   dłonie,   zauważyła,   że   ma   brudne   paznokcie   - 

prawdopodobnie pobrudziły się od tej starej łodzi. Szybko schowała ręce.

- Dziękuję wam za pomoc w tamtą noc - powiedziała szeptem.

- Rozpoznałaś mnie?

- Macie bardzo wyjątkowy głos.

- Nie wiedziałem.

Zapadło niezręczne milczenie. Helga patrzyła na jego dłoń spoczywającą na kolanie 

tuż   obok   jej   twarzy.   Ręka   była   opalona   i   silna   i   wywołała   w   dziewczynie   nieprzeparte 

pragnienie, by oprzeć na niej policzek. Ciekawe, co by powiedział, gdyby to zrobiła?

Ale oczywiście siedziała nadal bez ruchu.

- No? - ponaglał ją. - Co powiedzieli w Aidan’s Broch, kiedy się tam zjawiłaś?

Helga uśmiechnęła się nieznacznie.

- Byli bardzo zaskoczeni.

- Ale ucieszyli się chyba?

Zastanowiwszy się nad tym, co ją do tej pory spotkało, powiedziała ostrożnie:

- Myślę, że nie. W każdym razie lady Lynn na pewno się nie ucieszyła.

- Lady Lynn! - wykrzyknął pogardliwie. - No tak, jestem w stanie to sobie wyobrazić. 

Nie pojmuję, jak Ian mógł być tak głupi, żeby się z nią ożenić.

-   To   przecież   zrozumiałe,   że   chciał   mieć   żonę,   a   ona   jest   bardzo   szykowna   - 

powiedziała Helga.

background image

- Małżeństwo to w ogóle niepojęta dla mnie rzecz - rzekł przekornie. - Jak można 

wytrzymać z kobietą w domu przez cały dzień i noc. Coś takiego nie mieści mi się w głowie. 

Kobiety to takie puste, rozgdakane kwoki!

Helgę trochę rozzłościło i rozczarowało to kategoryczne stwierdzenie.

- Żona może znaczyć bardzo wiele da mężczyzny - oświadczyła z opanowaniem. - 

Czy mężczyźni nie potrzebują kogoś, z kim czasami mogliby porozmawiać?

- Mogę rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi.

- Nie to mam na myśli. Przecież istnieje masa rzeczy, o których nie rozmawia się z 

przyjaciółmi. Chodzi o to, żeby mieć obok siebie kogoś, kto zawsze się o nas troszczy... Jeśli, 

na przykład, obawiamy się starości lub cierpienia albo jeśli coś nam się nie powiedzie. Czy 

też jeśli ma się wrogów. Żona potrafi zrozumieć coś takiego, pomóc i być oparciem. Umie 

również  towarzyszyć  mężowi w jego marzeniach i  myślach,  dodawać mu otuchy.  Bo go 

kocha.

Jej rozmówca siedział jakiś czas w milczeniu, a potem spytał:

- I ty w to wierzysz? Mam brata, u którego w domu jest prawdziwe piekło. Jeden Bóg 

wie, ile razy musiałem prosić jego żonę, żeby poszła do...

Znowu zamilkł, po chwili zaś rzekł:

- A moja ciotka wrzeszczy i wyżywa się na swoim mężu od rana do wieczora. Ani 

jeden z moich przyjaciół nie jest szczęśliwy w małżeństwie. Weźmy Jocha. Ma śliczną żonę. 

Ale spróbuj wydobyć z niej choćby jedno rozsądne zdanie! Ona potrafi tylko chichotać albo 

paplać o jedzeniu, strojach i niczym więcej.

- Codzienne życie dla większości ludzi to także jedzenie i ubranie - wtrąciła Helga. - 

Wy też uznacie kiedyś, że miło jest mieć kogoś, z kim można porozmawiać nawet o takich 

zwykłych rzeczach.

Westchnął, nie poddając się.

- Popatrz tylko na siebie! Myślisz pewnie, że jesteś wyjątkowo mądra! Jeszcze nigdy 

nie   widziałem   kogoś   tak   bezradnego.   Uważasz,   że   możesz   być   podporą   mężczyzny?   I 

przynosić mu radość? Może tylko w łóżku. To chyba jedyna rzecz, do jakiej się nadajesz!

- Nie macie prawa osądzać mnie tak pochopnie. Może jestem głupia i naiwna, ale 

istnieje   też   coś   takiego,   co   nazywa   się   lojalnością.   Gdybym   wyszła   za   mąż,   dałabym 

mężczyźnie wszystko, co mam.

- Nie - zaprotestował, podnosząc się z pnia. - Można liczyć na lojalność przyjaciół, ale 

nie na lojalność kobiety.

- Uważam, że wprost przeciwnie - odparła Helga, patrząc w ziemię i nie mając odwagi 

background image

podnieść na niego wzroku. - Nie wiem, czego doświadczyliście w waszym życiu, ale...

- Napatrzyłem się niemało na moich przyjaciół. A kobiety można mieć zawsze, nie 

trzeba się od razu z nimi żenić!

Nim zdążyła zareagować na jego słowa, przycisnął ją do drzewa w sposób, który 

jednoznacznie zdradzał jego zamiary. Helga, do tej pory zdolna jeszcze panować nad sobą, 

poczuła się w tej chwili tak nieopisanie zawiedziona, że, zamknąwszy oczy, wybuchła pełnym 

desperacji szlochem.

- Nie, proszę, nie! I wy też? Czy tylko tego może szukać mężczyzna u kobiety? Mam 

już dość opędzania się od natrętnych rąk. Dom musiałam opuścić właśnie z powodu takiej 

odrażającej historii, w drodze musiałam wciąż mieć się na baczności, a dzisiaj rzucił się na 

mnie   jeden   z   tych   tajemniczych   strażników   z  Aidan’s   Broch.   Na   szczęście   udało   mi   się 

wymknąć i uciec tutaj, żeby znaleźć trochę spokoju i ciszy. Ale i od was nie spotyka mnie nic 

innego! A ja tak was podziwiałam! Teraz nic mi już nie zostało.

W miarę jak niemalże jednym tchem wyrzucała z siebie te słowa, mężczyzna powoli 

zwalniał uścisk. Jego twarz wręcz skamieniała, prawdopodobnie niełatwo mu było znieść 

porównanie z pospolitymi strażnikami.

- Naprawdę myślałaś, że chcę cię wykorzystać? - spytał, a jego oczy straciły wszelki 

wyraz. - Chciałem cię tylko przestraszyć, zobaczyć, jak zareagujesz.

- Żartujecie sobie ze mnie - powiedziała cicho. - No i co, zareagowałam tak, jak się 

spodziewaliście? Chyba tak, przecież taka ze mnie głupia gęś.

- Nie - odparł. - Nie zareagowałaś tak, jak się spodziewałem. Przyznaję, że postąpiłem 

niegodziwie. Przepraszam!

- Już dobrze - szepnęła.

- Chciałbym, żebyś o tym zapomniała - poprosił błagalnym tonem. - Nie wiesz, co się 

za tym kryje, a ja nie mogę ci tego wyjaśnić. Ale naprawdę szczerze żałuję.

- Nie ma o czym mówić - odrzekła. - Myślę, że za mało znamy się nawzajem, i dlatego 

oboje popełniliśmy błąd.

Jej słowa sprawiły mu wyraźny ból, wyznała przecież, że się na nim zawiodła.

Nie próbował się jednak bronić. Odsunął się dalej, z wyrazem zmęczenia i goryczy na 

twarzy.

-   Chyba   lepiej   będzie,   jeśli   już   wrócisz   -   oświadczył   obojętnym   głosem.   -   Mogą 

zacząć cię szukać po całej wsi, a to nie byłoby dobre.

- Chyba tak. - Próbowała zdobyć się na nieznaczny choćby uśmiech. - Powodzenia!

Mężczyzna skinął od niechcenia głową, a ona ruszyła przed siebie wzdłuż brzegu.

background image

W pewnej chwili obejrzała się za siebie. Ujrzała wówczas, że mężczyzna podszedł do 

dębu. Chociaż był odwrócony do niej plecami, doskonale wiedziała, jak w odruchu bezsilnej 

rozpaczy kilka razy uderzył zaciśniętą pięścią w pień drzewa.

Dlaczego? zastanawiała się. Z jakiego powodu to robi?

Ale   gdy   tak   szła   powoli   w   kierunku   Aidan’s   Broch,   uświadomiła   sobie   jedno: 

niezależnie od tego, jakby się wobec niej zachował i do jakiego stopnia byłby arogancki, nie 

zmieni   to   jej   stosunku   do   niego.   Bo   chociaż   nie   mogła   zrozumieć   postępowania   tego 

mężczyzny, widziała wyraźnie, że coś go dręczy. Może nie umie poradzić sobie z samym sobą 

i z tym wszystkim, co dzieje się w Aidan’s Broch?

W bramie spotkała Jamesa, który wyszedł jej naprzeciw.

- Ale panienka napędziła mi strachu! Nikt nie wiedział, gdzie się panienka podziewa.

- Poszłam się przejść nad jezioro - odparła Helga z zarumienionymi policzkami.

W oczach ochmistrza rozbłysł jasny płomyk światła.

- Chwała Bogu! - wyrwało mu się z piersi.

- Co to znaczy? - rzuciła zaciekawiona.

- Nie, nie, nic takiego.

- Proszę, powiedzcie mi!

James rozejrzał się wokoło, po czym spytał przytłumionym głosem:

- Spotkała tam panienka kogoś?

Helga zawahała się chwilę:

- Tak, spotkałam.

Mężczyzna uśmiechnął się:

- To teraz rozumiem, dlaczego on tak się spieszył!

- Co takiego? Teraz ja nie rozumiem...

- Wybrałem się do lasu, żeby porozmawiać z pewnym młodym człowiekiem. I nagle, 

całkiem nieoczekiwanie, on mówi do mnie: „Przepraszam, James!”, zrywa się i pędzi niczym 

błyskawica w dół przez las, nad jezioro.

Helga szła do swego pokoju jak ogłuszona. A wiec to nie ona prześladowała jego, jak 

twierdził, lecz on, całkiem świadomie, starał się ją znaleźć!

Żeby ją zranić, wydrwić i poniżyć?

Biedna Helga, niczego nie rozumiała.

Kochany James! On jedyny okazywał jej życzliwość. Bez niego nie zdołałaby znieść 

tego wszystkiego. Chciała wierzyć, że jego zachowanie było czymś więcej niż zawodową 

uprzejmością ochmistrza.

background image

Wyjrzała przez okno na dziedziniec.

Znowu  ci  wartownicy;  stali  przed   budynkiem,   w którym   musieli  chyba   mieszkać. 

Helga patrzyła na nich z odrazą. Gdy ujrzała mężczyznę, który rzucił się dziś na nią, miała 

nieprzepartą ochotę splunąć na niego z góry.

Jedna   ze   służących   przechodziła   właśnie   obok   nich   z   wiadrem   pomyj.   Tłusty 

wartownik powiedział coś do niej i klepnął ją w pośladek. Chluśnij mu tymi pomyjami prosto 

w twarz! pomyślała Helga. Ale dziewczyna odpowiedziała na zaczepki zalotnym chichotem i 

nie stawiając oporu, dała się wciągnąć do środka budynku.

Helga z grymasem obrzydzenia odwróciła się od okna.

Wszystko jest takie ohydne, zepsute i wstrętne.

Pragnęła   stąd   uciec,   nie   zostało   jej   nic,   co   dawałoby  nadzieję  i   o   czym   mogłaby 

marzyć. Wydawało się, że cała ta dolina zatruta jest jakimś osobliwym złem, kryjącym się w 

lasach Aidan’s Broch albo za drzwiami wiejskich domostw. A może gdzieś jeszcze dalej w 

dolinie?

Z niecierpliwym westchnieniem przeciągnęła się i wyszła na korytarz. Nigdzie nie 

mogła   sobie   znaleźć   miejsca.   Owo   dziwne   spotkanie   z   tym   młodym   mężczyzną,   który 

pierwszej nocy wydał się jej wyjątkowo piękny i miły, a teraz stał się taki nieprzyjemny, 

wytrąciło ją całkowicie z równowagi. Czuła się nieszczęśliwa i zagubiona, szukała po omacku 

jakiegoś punktu oparcia i wskazówki, w którą stronę powinna się zwrócić. Sama życzliwość 

Jamesa - to za mało.

Zbliżyła się do okienka w dużym korytarzu, ale obraz wzgórza z tkwiącą na nim 

szubienicą nie dodał jej bynajmniej otuchy.

Wisielec   został   już   zdjęty   i   przycichło   przeraźliwe   pokrzykiwanie   kruków. 

Nienawidziła aż do bólu tego widoku szubienicy, tego symbolu zła panującego w Dolinie 

Aidana. Miała wrażenie, że wszyscy tutaj postępują samowolnie, nawet jej własny ojciec, 

który   sprzeciwił   się   władzy   i   odmówił   pomocy   głodującym   miastom.   Mimo   wszystko 

rządzący  nie   mieli   prawa   wysyłać   tu   kogoś   takiego   jak   Mordwin,   który  na   własną   rękę 

wymierzał sprawiedliwość swoim ziomkom, wieszając ich!

Na myśl o tym, ze jest przyrodnią siostrą takiego człowieka, ogarnęła ją gorycz i 

bezsilność, które nagle przerodziły się w niezwykłą, rozpierającą ją siłę woli. Owładnięta nią, 

ruszyła jak szalona przed siebie, znalazła na dziedzińcu drewutnię, chwyciła siekierę i piłę, po 

czym   zaczęła   wdrapywać   się   na   wysokie   zbocze,   zwieńczone   szubienicą.   Mężczyźni 

układający drewno w stosy wołali za nią zdumieni, ale ona nie zwracała na nich uwagi.

Nie zdając sobie z tego sprawy, zawsze cicha i posłuszna, poczuła nagle, że ma dość, i 

background image

oto cały tłumiony dotychczas protest przeciwko wszelkiej niesprawiedliwości znalazł ujście w 

potężnym wybuchu.

Jej wyprawa nie pozostała nie zauważona. Mieszkańcy wioski przystawali grupkami 

lub wyglądali przez okna, a z dziedzińca posiadłości James wylęknionym wzrokiem śledził jej 

kroki.

Helga dotarła na szczyt góry. Starała się nie patrzeć na ziemię, na której widoczne 

były ślady tego, co się tu wydarzyło, zwróciła oczy na odrażającą drewnianą konstrukcję, 

wznoszącą się ku niebu. Sznur wciąż jeszcze wisiał, jakby w oczekiwaniu na następną ofiarę.

- O, nie! - wykrzyknęła Helga. - Nie będzie nikogo następnego! W każdym razie nie 

tutaj!

- Panie, miej mnie w opiece! - powiedział chłopak przy szopie z drewnem. - Ta mała 

wymachuje siekierą jak prawdziwy chłop!

Helga miała wprawę w rąbaniu drewna. A na dodatek była ogarnięta gniewem. Czuła 

się rozgoryczona i zdesperowana. I to wszystko razem dawało jej nieopisaną siłę.

Teraz chwyciła za piłę.

Nikt jej nie pomagał, ale też nikt nie przeszkadzał. Nikt nie ośmielił się choćby ruszyć 

palcem. Wieść o jej wyczynie rozeszła się po całej wsi - wszyscy jej mieszkańcy przyglądali 

się   teraz   z   zapartym   tchem,   wypatrując   jednocześnie   wroga,   by   móc   na   czas   ostrzec 

dziewczynę.

Z   przeciągłym   skrzypieniem   szubienica   przechyliła   się   i   przewróciła   na   ziemię. 

Rozległo się głuche plaśnięcie, słyszalne daleko wkoło.

Do   uszu   Helgi   nie   docierały   odgłosy  wrzawy   i   zgiełku   z   dołu,   ze   wsi.   Położyła 

stryczek na przewróconej szubienicy i tak długo cięła go na drobne kawałki, że wreszcie nic z 

niego nie zostało.

Wtedy dopiero oprzytomniała. Z siekierą i piłą w jednej ręce, drugą zaś ocierając oczy, 

schodziła po zboczu i zanosiła się gorzkim płaczem.

Tymczasem   ludzie   we   wsi,   przepełnieni   podziwem   i   lękiem   o   tę   młodą   nieznaną 

dziewczynę, wrócili do swych zajęć.

background image

ROZDZIAŁ V

Gdy   zapadł   zmrok,   na   dziedzińcu,   na   który   wychodziły   okna   pokoju   Helgi, 

zapanowały ruch i ożywienie. Dziewczyna zgasiła lampę i wyjrzała na zewnątrz.

Przed dom zajeżdżał jeden powóz za drugim, wysiadali z nich ludzie i znikali w 

ogromnym   hallu.   Przemknęła   wśród   nich   charakterystyczna   postać   Corbreda; 

prawdopodobnie wyjechał dzisiaj, żeby przywieść swoich gości.

Wkrótce potem, gdy jego obszerna peleryna zniknęła we wnętrzu domu, rozległo się 

pukanie do jej drzwi.

- Kto tam?

- To ja, panienko, James.

Otworzyła natychmiast. James zawahał się nieco, dawał wyraźnie do zrozumienia, że 

chciałby wejść do środka, lecz czekał na zaproszenie. Gdy Helga to uczyniła, bezzwłocznie 

przekroczył próg, patrząc przed siebie wzrokiem pozbawionym wyrazu.

- Czy mogę coś dla was zrobić?

- To dziwne pytanie, panienko, ale właśnie chciałem panienkę o coś prosić.

Helga uśmiechnęła się.

- Może i wyglądam na głupią i nieuczoną, ale zdążyłam już zrozumieć to i owo w tym 

domu.

-   Ludzie   we   wsi   są   pod   wrażeniem   -   rzekł   z   nieodgadnioną   miną,   Helga   jednak 

natychmiast zrozumiała, że jest to aluzja do jej wyczynu na wzgórzu.

James, nie owijając w bawełnę, od razu przeszedł do rzeczy.

- Przyjechało więcej gości, niż się spodziewaliśmy, i muszę się zająć tym, co do mnie 

należy, a mam do załatwienia pewną sprawę we wsi...

- Chętnie was wyręczę - przerwała mu bez namysłu Helga. - Ta bezczynność jest tu po 

prostu nie do wytrzymania. Możecie powiedzieć, że dostałam gorączki po tej deszczowej 

nocy i nie mogę zejść na kolację. Pewnie odetchną z ulgą.

- Dziękuję, panienko! Proszę posłuchać: oto klucz do niewielkich drzwi z tyłu domu, 

które zawsze są zamknięte i bardzo rzadko używane. Prawie wszyscy o nich już zapomnieli. 

Niech   panienka   weźmie   ten   list,   ale   proszę   uważać,   żeby   nikt   niepowołany   go   nie 

przechwycił! Musi go panienka dobrze ukryć!

Helga skinęła głową i wzięła list od Jamesa.

- Schowam go tak dobrze, że nawet ja go nie znajdę. Komu go oddać?

- Zaraz panience pokażę, tylko ostrożnie!

background image

Otworzył   drzwi   na   korytarz,   rozejrzał   się   wkoło   i   zaprowadził   ją   do   okna 

wychodzącego na wieś.

- Widzi panienka światło tam, w górze, na skraju lasu?

- Widzę.

- Ale to nie tam ma panienka iść, tylko do domu, który leży całkiem na prawo od 

niego. Teraz nie widać go w ciemności. Uda się panience go znaleźć?

Helga uśmiechnęła się nieznacznie.

-   Niemałą   część   dnia   spędziłam   dzisiaj   na   wyglądaniu   przez   okno   i   studiowaniu 

okolicy. Dobrze pamiętam, gdzie leży który dom, i na pewno dam sobie radę.

- To dobrze! - szepnął. - Proszę powiedzieć, że panienka przychodzi od Jamesa, wtedy 

panienkę wpuszczą. A jeśliby... po drodze próbowali zaczepiać panienkę chłopi ze wsi, to 

wystarczy ich pozdrowić ode mnie!

- Rozumiem. Dziękuję wam za zaufanie. Nikt poza wami mi nie ufa.

- Jesteście córką naszego pana, ja to wiem.

Helga  pomyślała,  że  James  musi  być   bardzo  ważną  osobą  we wsi,  skoro,  jak  się 

okazuje, w razie kłopotów mogła się na niego powołać. Ciekawe, w jaki sposób udało mu się 

osiągnąć taką pozycję.

- Chociaż pozostali państwo wydają się podejrzliwi wobec panienki, to musi panienka 

wiedzieć jedno: kiedy mówią, że nigdy o panience nie słyszeli, kłamią! Bo panienki ojciec 

często opowiadał o swojej córce w ich obecności.

Helga ciężko westchnęła:

- Czyli Ianowi też nie mogę ufać!

- Pan Ian chce dobrze, tyle tylko że w ich małżeństwie silniejsza jest lady Lynn.

Wyraźnie   zmieszany   tym,   że   tak   wiele   powiedział   o   swych   chlebodawcach, 

pospieszył, by pokazać jej drogę do małych drzwi z tyłu domu.

Wkrótce potem Helga, otulona w szal, znalazła się już na dworze.

Okazało się jednak, że trafić do określonego miejsca, będąc na dole, we wsi, wśród 

mrowia niewielkich domków, to wcale niełatwe zadanie. Stąd nie widać było światła, na które 

miała się kierować, toteż nie pozostało jej nic innego, jak orientować się według kierunków 

świata, co w ciemności przychodziło jej z trudem.

Helga   poczuła   się   nieswojo   w   otoczeniu   tych   niesamowitych   wzgórz   okalających 

głęboką  Dolinę Aidana.  Jedyna  pociecha,  że  nie  było  stąd widać  zamku  Hiss. Wiedziała 

jednak, że leży on gdzieś tam, za jednym ze zboczy, i już sama świadomość tego przyprawiała 

ją o dreszcze. Zrozumiała, że jej krótki pobyt w Hiss wycisnął na niej niezatarte piętno. 

background image

Właśnie to, że nie wie, co kryje się w jego ciemnym wnętrzu, przerażało ją w dwójnasób.

Nie spotkała po drodze wiele osób, jedynie jakiegoś starego wieśniaka i kilku młodych 

chłopców. Ale z domów dochodziły liczne głosy, a w oberży, której światło widać było z 

daleka, ktoś prezentował swój talent wokalny - niewątpliwie po paru szklaneczkach whisky.

Ponieważ nie miała lampy, żeby sobie poświecić, starała się stąpać jak najostrożniej 

po nierównej drodze wiodącej przez wieś. Obok niej przemknął jakiś pies, nie zauważywszy 

nawet tak późnego wędrowca.

W  szczelinie   między  domami   dostrzegła   znowu   światło   w   oknie   stanowiącym   jej 

drogowskaz. A więc zmierzała we właściwym kierunku.

Kilku mężczyzn szło drogą z góry naprzeciw niej. Ukryła się w cieniu za domem i 

poczekała, by ją minęli. Rozmawiali ze sobą dość głośno, lecz Helga nie zrozumiała ani 

słowa.

Gdy znowu zrobiło się cicho, zaczęła przemykać się dalej, i niebawem znalazła się 

przed   rozświetlonym   domem.  Tuż   po   jego   prawej   stronie...?   Tak,   rzeczywiście,   dało   się 

dostrzec zarys niskiej ziemianki przylepionej do zbocza wzgórza.

Helga podeszła bliżej i trzęsącą się ręką zapukała do drzwi.

W środku było cicho i ciemno. Nikt nie odpowiadał.

Helga, upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, powiedziała cicho:

- Przysyła mnie James.

Drzwi nagle się otworzyły i czyjeś ramię wciągnęło ją do środka.

- Ktoś ty? - spytał jakiś głos w ciemności.

- Nazywam się Helga. James prosił mnie...

-   W  porządku,   Joch   -   odezwał   się   inny   głos,   który   Helga   rozpoznała   od   razu.   - 

Możemy spokojnie zdać się na Jamesa, chociaż ja byłbym raczej ostrożny.

Pomieszczenie rozjaśniło światło łojowej świecy. Helga zauważyła teraz, że jedyne 

okienko,   jakie   się   tu   znajdowało,   zasłonięto   deskami.   Wyłączne   wyposażenie   tej   izby 

stanowiło niskie łóżko, stojące na klepisku. Sadząc po zapachu, kiedyś był tu kurnik.

- To ta mała Norweżka! Jest przyjacielem czy wrogiem? Nie, nie wrogiem. A może 

antagonistą? To chyba najwłaściwsze określenie?

A więc Helga widziała go znowu, tym razem w świetle niewielkiej lampy. Zrobiła się 

czerwona jak piwonia. Ależ on miał piękne oczy! Postanowiła, że nie da po sobie poznać, iż 

pamięta ich dzisiejszy spór i jego pełną pogardy niewiarę w jej wartość i wartość kobiety w 

ogóle.

Teraz zobaczyła także Jocha. Okazał się mężczyzną mniej więcej trzydziestoletnim, o 

background image

brunatnych włosach i pociągłej twarzy.

Mimo woli jednak jej oczy zwróciły się znowu ku tamtemu mężczyźnie.

Gdy odezwał się do niej, jego głos był suchy, wręcz surowy:

- No, z czym przychodzisz?

Helga ocknęła się wreszcie. Wpatrywała się w niego jak zauroczona, a że ton jego 

głosu budził w niej lęk, przez moment niemal nie pamiętała, po co tu w ogóle przyszła.

Drżącymi   rękami   wyjęła   list   z   ukrycia.   Schowała   go   tak   głęboko   za   stanikiem 

sukienki,   że   wydostanie   go   stamtąd   zajęło   jej   trochę   czasu.   Joch   wyszedł   z   izby   przez 

doskonale ukryte tylne drzwi, które prawdopodobnie prowadziły bezpośrednio do korytarza 

wiodącego pod górą prosto do lasu. Pomieszczenie to było zatem czymś na kształt lisiej nory!

Helga została sam na sam ze swym bohaterem. Wiedziała doskonale, że ów podziw 

jest jednostronny.  Nie była jednak w stanie stłumić uczuć, które kiełkowały w jej  sercu. 

Biedna dziewczyna nie chciała porzucić próżnej nadziei, łudząc się, że być może ten jej 

bohater wreszcie znajdzie w niej coś pozytywnego.

- Proszę - powiedziała wreszcie, podając mu list od Jamesa. - Mogę już iść?

- Nie, poczekaj, może będziesz musiała zanieść odpowiedź.

Helga czekała więc, a gdy on czytał, miała dość czasu, by przyjrzeć mu się dokładnie. 

Im dłużej na niego patrzyła, tym silniej biło jej serce. Był szeroki w ramionach i szczupły w 

biodrach, co dostrzegła od razu mimo grubej kurtki, jaką miał na sobie. Wyraz jego twarzy 

zmieniał się nieustannie w trakcie lektury. Był tak pociągającym mężczyzną, że jego widok aż 

zapierał Heldze dech w piersi.

Nagle opuścił list i podniósł wzrok. Ciemne oczy patrzyły prosto na nią.

- Słyszałem o twoim dzisiejszym wyczynie. Jesteś chyba dzielniejsza, niż myślałem.

Ostry ton jego głosu sprawiał jej ból, lecz nie dając tego poznać po sobie, powiedziała 

powoli:

- Nigdy nie uważałam odwagi za jakąś wyjątkowo cenną właściwość. Jest ona do 

złudzenia podobna zuchwalstwu, chełpliwości i bezwzględności.

W jego oczach zapaliły się iskierki. Jej bohater podszedł do niej bliżej.

- Masz absolutną słuszność! Czy ty wiesz, do czego doprowadziłaś tą swoją małą 

demonstracją zuchwałości i odwagi? Naraziłaś całą wioskę na ogromne niebezpieczeństwo! 

Myślisz może, że nasz tyran przejdzie nad tym do porządku dziennego? To go nie znasz! Na 

pewno zastosuje najsurowsze represje. Możesz być pewna, że na wzgórzu pojawi się nowa 

szubienica! I to bardzo szybko!

Helga pobladła.

background image

- Mogę odpowiadać za to, co zrobiłam. Biorę na siebie całą odpowiedzialność. Nikt 

nie musi cierpieć za moją głupotę.

- I ty naprawdę wierzysz, że tak będzie? - spytał rozgoryczony mężczyzna. - Kogo 

obchodzą   twoje   brewerie?   On   zemści   się   na   dziesiątkach,   setkach   ludzi.   Na   biednych 

tutejszych chłopach. Tyle dała ta twoja odwaga!

- To nie była ani odwaga, ani żadna demonstracja, to zwykła rozpacz - wyznała Helga, 

bliska płaczu. - On jest przecież moim przyrodnim bratem, myślałam, że ujmę choć trochę z 

hańby okrywającej moją rodzinę. - Że też musiała tak kiepsko znać angielski. Wiedziała, że 

mówi źle, ale nic nie mogła na to poradzić. - Teraz rozumiem, że postąpiłam bezmyślnie. Co 

mogę zrobić, żeby naprawić swój błąd?

- Nie wiem - rzekł zmęczonym głosem i odwrócił się od niej. - Idź już, odpowiedzi nie 

będzie.

Z opuszczoną głową dziewczyna zmierzała w stronę drzwi. Wtedy on zawołał:

- Helga!

Odwróciła się bez wyrazu radości w oczach.

Mężczyzna westchnął głęboko.

- Wiem, że nie zdawałaś sobie sprawy z tego, co robisz. Jestem bardzo zmęczony i 

wyczerpany  nerwowo.  Nie  pamiętam  już,  kiedy ostatnio   spałem.   Czy możesz   okazać   mi 

wyrozumiałość?

Twarz Helgi rozjaśniała promiennym uśmiechem.

- Oczywiście!

- O Boże! - westchnął zniecierpliwiony. - Jak ty łatwo wierzysz każdemu przyjaznemu 

słowu, tak łatwo cię na nie złapać. A teraz już zmykaj! I zapomnij o tym, że tu byłaś!

On   był   naprawdę   zmęczony!   Helga,   choć   stała   już   przy   drzwiach,   zawahała   się 

jeszcze. Miał zaczerwienione i podkrążone oczy, właśnie lekko się zachwiał i musiał oprzeć 

się. Dziewczyna szybko chwyciła go wpół i wsparła.

- Musicie się położyć i wyspać! - powiedziała z zatroskaniem. - Tak przecież nie 

można.

Mężczyzna,   nie   stawiając   oporu,   stał   nadal   oparty   plecami   o   ścianę.   Nawet   nie 

próbował odsunąć dziewczyny od siebie.

- Tak - odparł bezbarwnym głosem. - Spij razem ze mną, Helgo, potrzebuję cię. Jestem 

taki samotny. Taki samotny...

Helga poczuła się dotknięta.

- Nie, nie mogę. Nigdy jeszcze z nikim nie spałam i...

background image

- Chodzi mi tylko o spanie, głupia dziewczyno! Jedynie o to, żeby móc odpocząć, 

odpocząć!   Czuć   drugiego   człowieka   obok   siebie.   Przestać   walczyć   samotnie   przeciwko 

przemocy. Przestać czuwać i dniem, i nocą...

- Macie przecież Jocha.

Mężczyzna zdobył się na słaby uśmiech.

- Tak, mam Jocha. Ale on tu nie mieszka, czasami tylko przychodzi. I raczej nie nadaje 

się na niańkę dla śmiertelnie zmęczonego mężczyzny.

Głowa opadła mu do przodu i spoczęła na jej włosach.

- Ładnie pachniesz - wymamrotał już niemal na wpół śpiąc.

Helga roześmiała się spłoszona.

Powinnam wracać. Ale wy też nie możecie tu tak stać!

Wzięła go za rękę, żeby zaprowadzić do łóżka, i wówczas mężczyzna się ocknął.

- Muszę za tobą zamknąć drzwi. Nie mogę się położyć, jest jeszcze tyle do zrobienia... 

Ale dziękuję ci za twoją wyrozumiałość, mały głuptasie! I przestań nazywać mnie panem!

Niechętnie go zostawiła; drogą do wsi zbiegła niemal jak unoszona na skrzydłach.

Mogła naprawdę czuć się choć trochę zadowolona! Co prawda nie interesował się 

szczególnie jej osobą, ale coś w tym wszystkim jednak było! Choćby ta jego życzliwość 

pierwszej   nocy.   I   to,   że   śledził   ją   wtedy   nad   jeziorem.   Również   to,   że   pytał   o   jej 

samopoczucie,   kiedy   przybyła   do  Aidan’s   Broch.  A  teraz   to   niechętne   uznanie   dla   jej 

wyrozumiałej postawy i stwierdzenie, że tak ładnie pachnie.

A reszta? Niestety po stronie minusów.

Helga jednak starała się nie pamiętać o doznanych przykrościach, chętniej zajmując 

się w myślach tym, co sprawiało jej radość.

Na dziedzińcu wyszedł jej naprzeciw James.

- Wszystko w porządku?

-   O,   tak   -   odparła,   z   trudem   łapiąc   oddech.   Nie   wiedziała   nawet,   jak   bardzo   ma 

zaczerwienione policzki.

James pomógł jej zdjąć szal. W jadalni słychać było gwar, ale oni stali przy bocznym 

wejściu do domu, gdzie nikt nie mógł ich zaskoczyć. Helga miała przecież leżeć w gorączce.

- Powiedzcie mi, czy to wy próbowaliście wejść dziś w nocy do mojego pokoju?

James przeraził się nie na żarty.

- Nie, uchowaj Boże! A więc to tak... czyli oni nie wahają się nawet przed... Proszę 

mnie posłuchać, panienko! Niech panienka nie wychodzi jutro ze swojego pokoju! Przecież 

ma panienka wysoką gorączkę. I proszę nie wpuszczać nikogo z rodziny! Jedzenie przyślę 

background image

przez Molly, tę samą, która obsługiwała panienkę pierwszego wieczoru. Niech panienka w 

żadnym wypadku nie je niczego innego! Proszę mi to obiecać!

Helga przelękła się nie na żarty.

- Obiecuję. A dlaczego...?

- Proszę nie pytać, bo bardzo bym nie chciał odpowiadać na to pytanie. Jeśli panienka 

wytrzyma   jeszcze   zaledwie   trzy   dni,   to   wszystko   chyba   się   ułoży.  W  każdym   razie   my 

wszyscy bardzo na to liczymy.

Pogrążona   w   zadumie,   patrzyła   za   nim,   gdy   odchodził,   spiesząc   z   powrotem   do 

swoich   obowiązków.   Potem   przemknęła   tylnymi   drzwiami   do   zajmowanego   przez   siebie 

pokoju.

Usiadła  na   brzegu  łóżka   i  zaczęła  powoli  rozsznurowywać  stanik   sukienki.   Palce, 

jakby nie należące do niej, wywlekały powoi tasiemki.

„My wszyscy bardzo na to liczymy...” Co za my? Co miało się ułożyć? I kto to był 

pod jej pokojem dzisiaj w nocy? Próbował do niej wejść?

Mordwin...?

Gdzie on przebywał, ten niegodziwiec, którego wszyscy się bali? Czy znajdował się 

tutaj, w tym domu? Czy to on przemykał tu po nocach?

W jej  głowie kłębiło  się tyle  pytań, na  które nikt  nie chciał  udzielić  odpowiedzi. 

Pozostawiono   ją   samej   sobie,   każąc   błądzić   w   nieprzeniknionej   mgle   zagadek   i   nie 

dopowiedzianych do końca zagrożeń. To niesprawiedliwe! Bo chociaż jest osobą z zewnątrz, 

która nie ma nic wspólnego z ich kłopotami, to jednak znajduje się tutaj.

Następnego   dnia   Helga   obudziła   się   z   poczuciem   głębokiego   zadowolenia.   Na 

wspomnienie   wydarzeń   poprzedniego   dnia   uśmiechnęła   się   sama   do   siebie.   Jej   życie 

otrzymało   nowy   wymiar   po   spotkaniu   z   tym   gburowatym   mężczyzną,   który   z   takim 

zdecydowaniem powiedział, że nie jest dziewczyną taką jak inne.

Och, gdyby mogła wymyślić coś, co naprawdę skłoniłoby go do zmiany zdania o niej. 

Gdyby udało jej się zrobić coś mądrego albo stać się dla niego osobą niezastąpioną!

Ale to nie było takie łatwe.

Do pokoju weszła Molly ze śniadaniem. W jej szeroko otwartych oczach malowało się 

przerażenie.

- Czy panienka bardzo źle się czuje? - spytała swym strasznym angielskim, który 

zmuszał Helgę do zgadywania, o co jej chodzi. - Bo James powiedział, że panienka może jeść 

tylko to, co on przygotuje.

Heldze   udało   się   uniknąć   odpowiedzi   na   zadane   pytanie.   Chcąc   odwrócić   uwagę 

background image

Molly, spytała, siadając energicznie w łóżku:

- Posłuchaj, pierwszego dnia, kiedy tu przyjechałam, spotkałam pewnego mężczyznę. 

Może przypadkiem wiesz, jak on się nazywa?

Dziewczyna podała jej herbatę i grzanki z marmoladą.

- A jak wyglądał?

- Jest przystojny - odrzekła Helga z trudnym do ukrycia zachwytem. - Jakby był 

szlachetnego pochodzenia, ale musiał chodzić w łachmanach. Jest młody, ciemnowłosy, o 

przepięknych oczach.

Molly, rozdziawiwszy usta, zaczęła intensywnie myśleć.

- Nie wiem. Tu prawie wszyscy mają ciemne włosy, a dla mnie każdy chłopak jest 

przystojny. Pat MacFinlay, na przykład, jest bardzo szykowny...

- Pat MacFinlay?

- Tak. Tylko że jest żonaty.

Helga uznała, że to nie mógł być Pat MacFinlay.

Molly napłynęły nagle do oczu łzy.

- Ale ja nie umiem już myśleć o chłopcach, nie umiem z niczego się cieszyć. W całej 

wsi nie ma nikogo, kto byłby zadowolony z życia. Wszędzie tylko strach i strach. Dlatego że 

Roderick   MacCullen   nie   żyje   i   nie   została   nam   już   żadna   nadzieja.   Za   to   mamy   tego 

podstępnego Mordwina, co krąży nie wiadomo gdzie po okolicy i wymyśla same złe rzeczy! 

Nikt nie wie, gdzie on jest, wszyscy drżą ze strachu! On też ma ciemne włosy, tak samo jak 

jego bracia. I jest okropnie przystojny.

Pochyliła się do przodu i, pomagając sobie energiczną gestykulacją, zaczęła szeptać 

Heldze do ucha:

-   Pewnego   razu   spotkałam   go,   czyli   pana   Mordwina,   tam   na   końcu   korytarza. 

Wciągnął mnie do jakiegoś pokoju i zaczął mnie rozbierać. Prosiłam go: „Jestem tylko prosta 

dziewczyną, sir...” Ale on był za silny, albo to może ja byłam za słaba, żeby oprzeć się jego 

urokowi, bo wreszcie dopiął swego, panienko! Czułam się potem taka nieszczęśliwa, tak 

bardzo nieszczęśliwa. Bo jestem uczciwą dziewczyną.

- Wiem o tym, Molly, dobrze wiem - zapewniła ją ciepło Helga. - Mnie też wciągnięto 

wczoraj do pokoju w podobnych zamiarach, ale mężczyzna, który to zrobił, był brzydki i 

gruby, dlatego nie straciłam zdrowego rozsądku i zdołałam mu się wymknąć. Ale dobrze 

wiem, jakie to trudne.

Molly wydawała się bardzo wdzięczna za okazane jej zrozumienie.

- Jak to dobrze, że Mordwin stąd zniknął - rzekła Helga.

background image

Służąca rozejrzała się wokoło.

- Niby tak. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy może się pojawić. Myślę, że on jest tu 

gdzieś blisko. On i jego wierny kompan, Joch!

Helga drgnęła gwałtownie.

- Joch?

- No tak, zniknął w tym samym czasie co pan Mordwin. Kiedy zabił starszego pana i 

Rodericka. Och, przepraszam, nie powinnam mówić tak źle o Mordwinie. James powiada, że 

to przecież przyrodni brat panienki.

- Nic nie szkodzi - odparła Helga oszołomiona. - A więc Mordwin ma bardzo ciemne 

włosy? I piękne oczy?

- Przepiękne, panienko! To przez nie uległam mu wtedy, no, wie panienka...

Helga skinęła głową.

- Dziękuję ci, Molly. Chyba muszę się trochę przespać.

Gdy służąca wyszła, Helga nadal siedziała w łóżku, czując dotkliwy ból w piersi.

Mordwin   MacDunn.   Nikczemny   morderca   Mordwin,   o   którym   nikt   nie   umiał 

powiedzieć dobrego słowa. Ten, który zamordował własnego ojca. I bohatera narodowego, 

Rodericka MacCullena.

To właśnie w nim, w Mordwinie, zakochała się Helga!

W jednej chwili cały świat stanął na głowie. A zatem James jest sprzymierzeńcem 

Mordwina... Helga odsunęła tacę z jedzeniem, nie miała teraz odwagi go tknąć. Ian potępiał 

Mordwina. A Corbred, to wcale nie jest takie pewne, czy on przypadkiem...

Czy to nie Mordwina przywoływał wtedy nocą z poddasza?

To wszystko jest takie pogmatwane, pozbawione sensu!

Ale   już   po   chwili   Helga   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   jednak   nie   powinna   ufać 

Jamesowi. Przecież jedynie on był tutaj serdeczny i życzliwy dla niej. Ociężałym ruchem 

przysunęła z powrotem do siebie tacę z jedzeniem i, nadal siedząc, nie mogła się zdecydować, 

czy ma coś zjeść.

A jeśli wszyscy się mylili? A jeśli to Mordwin jest tym dobrym i sprawiedliwym?  

Helga bardzo chętnie by w to uwierzyła, bo to przecież on pomógł jej wydostać się z zamku 

Hiss. I tak ciepło mówił zawsze o mieszkańcach wioski.

Nic z tego!

Bo jeśli nawet zawsze był dobry, a teraz oceniano go fałszywie, to dla Helgi i tak nie  

miało to znaczenia.

Wszystko   bowiem   przysłoniła   jedna   paląca   myśl.   Mordwin   jest   jej   przyrodnim 

background image

bratem!

To było gorsze niż wszelkie szalone czyny, jakich mógł się dopuścić, wyjaśniało poza 

tym jego chwiejną postawę wobec niej.

Człowiek może żałować swoich zbrodni, przyjąć za nie karę i poprawić się. Mogłaby 

przecież poczekać na niego i wyjść mu naprzeciw, mogłaby wesprzeć go w jego walce o 

lepsze życie.

Ale brat to brat.

Helga   doskonale   wiedziała,   że   nie   ma   dość   siły,   by   pomóc   mu   przebrnąć   przez 

trudności, tak jak młodsza siostra zwykła pomagać swemu bratu.

Obudził on w niej uczucia nazbyt silne, by było to możliwe.

background image

ROZDZIAŁ VI

Tego Helga miała już naprawdę dość! Doświadczyła zbyt wiele jak na ten krótki czas!

Czuła się tak pusta w środku, o jedzeniu nie mogła nawet myśleć, nie chciała też z 

nikim rozmawiać. Cierpiała z powodu pierwszego w życiu zawodu miłosnego.

Jakiż to nieopisany ból!

Ubierając się szybko i pakując walizkę, dokonywała oceny własnego położenia.

Do Norwegii wrócić nie mogła. Ani nie byłaby tam mile widziana, ani nie miała 

pieniędzy na bilet. Tutaj, w Aidan’s Broch, także nikt jej nie chciał, po co więc miałaby się 

upierać i zostawać w miejscu, gdzie nie czuła się dobrze i gdzie na każdym kroku zdawało się 

czyhać niebezpieczeństwo? Te wszystkie zagadki, te niepojęte intrygi przyprawiały ją tylko o 

ból głowy.

Ale dokąd miała skierować swe kroki?

Przerwała   pakowanie   w   obliczu   tej   porażającej   świadomości,   że   nie   ma   takiego 

miejsca, do którego mogłaby się udać. I tak brak jej pieniędzy.

A  propozycja   Corbreda,   który   chciał   znaleźć   dla   niej   pracę   w   jakimś   domu   w 

Londynie...

O, nie, dziękuję. Nie ufa Corbredowi i jego znajomościom. Woli sama spróbować 

jakoś ułożyć sobie przyszłość. Może w najbliższym mieście.

Tylko gdzie ono mogło leżeć?

Z rozdartą duszą i sercem przymknęła powieki, aby powstrzymać łzy napływające jej 

do oczu. Musi sobie jakoś poradzić!

W pół godziny później, z walizką w ręku, Helga schodziła ukradkiem po schodach, 

zostawiwszy w swym pokoju wyjaśniający list z podziękowaniem.

Zatrzymała  się nagle. Przy bocznych drzwiach stało parę osób ze służby zajętych 

rozmową.

Musiała zatem skierować się do głównego wejścia. O tej porze w hallu zwykle nie 

było nikogo; skończono już poranne porządki, a gospodarze prawdopodobnie towarzyszyli do 

granic majątku gościom, którzy dopiero co wyjechali.

Przeszła   zadowolona   przez   hall.  Ale   właśnie   w   chwili,   gdy  znalazła   się   już   przy 

drzwiach wyjściowych, dał się słyszeć jakiś głos z biblioteki:

- Czy to ty, Helgo?

Helga szybko wsunęła walizkę za stojącą obok skrzynię.

- Tak, to ja.

background image

W hallu pojawił się Corbred.

- Wychodzisz?

- Tak, mam ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza i rozejrzeć się po wsi. Gorączka 

przeszła mi już chyba na dobre.

Mężczyzna   podszedł   bliżej.   Jego   fascynująca   twarz   wcale   nie   wyglądała   tak 

demonicznie w jasnym świetle dnia. Tym razem nawet uśmiechał się do niej życzliwie.

- To bardzo nierozsądne z twojej strony. Czuć już jesień w powietrzu, dzisiaj jest 

przejmująco zimno. Lepiej wejdź do środka i dotrzymaj mi towarzystwa w bibliotece!

Nie   śmiała   mu   odmówić;   ociągając   się,   niczym   dziecko   spodziewające   się   lania, 

poszła za nim.

- Proszę, usiądź tu sobie! - powiedział, wskazując na piękne, obite skórą krzesło za 

nakrytym stolikiem do herbaty.

- Myślałam, że pojechaliście... odwieźć swoich gości? - odezwała się ostrożnie Helga. 

Nie potrafiła do końca zaakceptować faktu, że Corbred jest jej bratem. Między nimi bowiem 

nie istniało nawet najmniejsze podobieństwo.

- Ian i Lynn nalegali, że oni to zrobią. A ktoś przecież musiał zostać, żeby pilnować 

domu. Napijesz się herbaty? Ich filiżanki są czyste.

- Sama nie wiem...

Ale Corbred już podawał jej pełną filiżankę.

- Coś ciepłego na pewno dobrze ci zrobi.

Jaki on opiekuńczy! Helga patrzyła zdumiona na niego i nagle zdała sobie sprawę, że 

właściwie w ogóle go nie zna. Wie, że Ian jest miły i słaby, a Mordwin szalony, o tym mówili 

wszyscy.  Ale   że  za   demoniczną  powłoką   zewnętrzną   Corbreda  mogła  kryć  się   przyjazna 

istota, to nigdy nie przyszło jej do głowy. Nagle pojęła, jak trudna jest jego sytuacja. Był 

synem numer dwa, drugim z kolei po Ianie, który dziedziczył wszystko. Czy te jego przeróżne 

wymysły - peleryny i całe to przydawanie sobie dramatyzmu - nie były próbą samoobrony, 

zaznaczenia własnej osobowości?

Okazuje  się,  że  kiepski  z  niej  znawca  ludzkiej  psychiki!  No bo  kto  słyszał,  żeby 

oceniać ludzi na podstawie wyglądu i stroju!

-   Powiedz   mi,   jak   się   czujesz   w   swoim   nowym   domu?   Pewnie   niełatwo   ci   się 

przyzwyczaić?

To nigdy nie będzie mój dom! pomyślała Helga. Niech no się tylko stąd wydostanę!

- Dziękuję, dobrze, chociaż brak mi jakiegoś zajęcia. Nie przywykłam, by przez cały 

dzień nic nie robić - uśmiechnęła się zawstydzona. - Mój dzień powszedni to praca od rana do 

background image

wieczora. Dojenie krów i obrządek...

Nie, to na pewno nie był odpowiedni temat do rozmowy z eleganckim Corbredem. 

Zaczęła więc mówić o czym innym:

- Wszyscy okazali się tacy mili, szkoda tylko, że mój ojciec nie żyje. Nie było mi dane 

go poznać. Przybyłam o jeden miesiąc za późno.

- Tak, to smutne.

Zwrócone ku niej oczy Corbreda pełne były ciepła i współczucia.

-   Jak   to   się   właściwie   stało?   -   spytała   Helga   odważnie.   -   Nikt   mi   o   tym   nie 

opowiedział.

Corbred opuścił wzrok.

- Bo to rzeczywiście niewesoła historia. Ale ty chyba masz chrypkę? Wiesz, co ci 

najlepiej zrobi? Odrobina whisky!

- Och, nie! Nie pijam alkoholu!

Ale on już się podniósł i poszedł do kredensu, stojącego w drugim końcu biblioteki, za 

szafą z książkami.

Nalewając whisky, mówił:

- Nigdy nie uwierzyłem, że to Mordwin ich zabił. Znam go lepiej niż inni, bo to mój 

mały braciszek, którym zupełnie sam zajmowałem się w czasie jego pobytu w Londynie.

- Ile on miał... ma lat? - zapytała głośno Helga.

Corbred   wyszedł   zza   półki   z   książkami,   trzymając   w   rękach   dwie   niewielkie 

szklaneczki. Uśmiechnął się do Helgi.

- Dwadzieścia sześć. Ian i ja mamy po trzydzieści. To prawda, że Mordwin jest trochę 

dziki i szalony, ale nie ma w nim żadnego zła. Dlatego tak bardzo mnie to boli, że zmuszony 

jest dzisiaj błąkać się po okolicy, po tych budzących grozę lasach.

Helga czuła się wzruszona. Teraz nie miała już wątpliwości, że to właśnie Corbred 

przywoływał swojego brata w jej pierwszą noc tutaj.

- Gdzie to się stało? Ten podwójny mord? - spytała cicho.

Mężczyzna   westchnął   i   postawił   szklankę   na   stoliku.   Helga   spojrzała   na   nią   z 

niechęcią.

- Gdzieś daleko w Dolinie Aidana. Pewnie słyszałaś, że jej dnem płynie potok?

O, tak, doskonale pamięta. Cała droga do Aidan’s Broch, niemal każdy jej metr, wryła 

się   na   zawsze   w   jej   pamięć.   Była   to   wędrówka   odbyta   w   strachu,   ale   i   w   ufności   do 

mężczyzny, który tak mocno trzymał jej rękę i z taką pewnością prowadził przez las. Tak, 

przypomina sobie lekki szum wody w niewidocznym potoku, który przybliżał się i oddalał...

background image

Helga skinęła głową, a Corbred kontynuował:

- Ludzie mówią, że stało się to tak: laird i Roderick MacCullen wracali, idąc w dół 

doliny, z ruin...

- ... zamku Hiss? - wyrwało się Heldze.

Corbred, zaskoczony, uniósł nieco brwi.

- Ty go znasz?

- Widziałam... widziałam go z daleka pierwszej nocy. A potem słyszałam, jak ktoś o 

nim mówił, nie pamiętam kiedy.

Wilgoć utrzymująca się tego dnia na zewnątrz przeszła właśnie w lekką mżawkę. 

Helga drżała z zimna. U siebie w domu, w zachodniej Norwegii, zdążyła się już przyzwyczaić 

do ciągłych deszczów, ale tutaj nie dość że nieustannie padało, to jeszcze było przeraźliwie 

ponuro. Ale może to wynikało z jej nastroju. Czuła się bowiem smutna, śmiertelnie smutna.

- W miejscu, gdzie potok jest dość szeroki, a brzegi wysokie, spotkali Mordwina i jego 

przyjaciela,   Jocha   -   opowiadał   dalej   Corbred.   -   Musieli   się   chyba   pokłócić,   Mordwin   i 

Roderick MacCullen nie przepadali za sobą, po czym, jak mówią ludzie, Mordwin pchnął 

ojca, a on wpadł do potoku. Był to upadek z niemałej wysokości, ciało porwał prąd wody. 

Roderick MacCullen bez chwili zastanowienia zaatakował mojego brata i Jocha; ich było 

dwóch, mieli przewagę, toteż MacCullen zginął. Kilku jego ludzi, którzy jechali w pewnym 

oddaleniu, zdążyło zauważyć tę walkę na śmierć i życie. Niektórzy puścili się w pościg za 

Mordwinem i Jochem, którym jednak udało się uciec. Od tamtej pory ukrywają się gdzieś w 

okolicy. Poczekaj, coś ci pokażę, mam wykonaną odręcznie mapę tego szlaku...

Corbred odszedł w głąb biblioteki. Korzystając z tego, Helga błyskawicznie opróżniła 

szklaneczkę, wylewając jej zawartość do najbliższej doniczki. Nie miała zamiaru nigdy w 

życiu   próbować   czegoś   tak   wstrętnego!   Gdy  on   wrócił   na   miejsce,   odstawiła   szklankę   i 

zaczęła gwałtownie kaszleć.

- Wypiłaś wszystko duszkiem? - roześmiał się jej przyrodni brat. - No, no!

Helga łapczywie chwytała powietrze, mając nadzieję, jak się okazało bezpodstawną, 

że jej oczy łzawią.

- Nigdy jeszcze nie piłam czegoś podobnego. No a co z tą mapą?

- Już ci pokazuję - odparł, rozpościerając ją nad serwisem do herbaty, podczas gdy 

Helga   wydobyła   jeszcze   z   siebie   kilka   przekonujących   pokasływań.   -   To   nasz   ojciec   ją 

narysował. Tu masz Aidan’s Broch i...

- Ojej! - wykrzyknęła. - To nie jest żadne jezioro, to fiord!

- Oczywiście! Nie wiedziałaś o tym? Ta zatoka wychodzi na morze.

background image

- Czy jest tu jakieś miasto?

- Tak! Ale daleko.

Helga była bliska płaczu. Daleko do najbliższego miasta?

- Wobec tego dokąd jeździcie, jeśli musicie coś załatwić?

- Do Glasgow. Chociaż ja wolę Londyn.

- A to? - spytała Helga, wskazując na czarny prostokąt w górnym biegu potoku. - To 

pewnie Hiss. Jak do niego daleko?

- Mniej więcej ze cztery mile.

- Dlaczego wszyscy tak boją się tego zamku?

Corbred zwinął mapę.

- Hiss to mit - odparł z lekką pogardą. - Kiedy byłem dzieckiem, nie mówiło się o nim 

aż tyle! Prawdopodobnie to MacCullen i jego ludzie ukryli w nim broń albo coś w tym 

rodzaju,   a   potem   wymyślili   jakąś   mrożącą   krew   w   żyłach   historię,   żeby   odstraszyć 

ciekawskich. Szczerze mówiąc, nigdy się nie dowiedziałem, co tam tak straszy. To pusta 

gadanina! Co wieśniacy są tacy dziwni! Teraz właśnie paru z nich wpadło na pomysł, żeby 

zrąbać siekierą szubienicę, jakby to cokolwiek miało pomóc! Spytałem ich, kto to zrobił, ale 

wszyscy milczeli jak zaklęci.

- To ja ją ścięłam - powiedziała Helga z poczuciem winy.

- Ty?

- Tak. Nienawidziłam jej. Widziałam ją za każdym razem, kiedy tylko wyjrzałam z 

okna.

Zaskoczony Corbred wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

- Muszę przyznać - rzekł po chwili ze śmiechem - że odważna z ciebie dziewczyna! I 

silna! Ale to nierozsądne z twojej strony i może się dla ciebie źle skończyć. Postaramy się cię 

ochronić.

Pociągnął łyk whisky.

- Musisz wiedzieć, że tę whisky robimy sami.

Helga otworzyła szeroko oczy:

- Naprawdę?

- Oczywiście, każdy szanujący się ród wyrabia własną whisky. Chcesz zobaczyć?

Helga gorączkowo szukała jakiejś wymówki, ale nie znalazła żadnej. Z całego serca 

pragnęła jak najszybciej uciec z tego domu, obojętnie dokąd. I tak już nic gorszego nie może 

mnie chyba spotkać, myślała. Materialny dostatek, naokoło służący, ale jaką to mogło mieć 

wartość dla niej, jeśli żyła w próżni, bez więzi z kimkolwiek.

background image

Teraz jednak okazało się, że Corbred jest jej życzliwy. Dlatego też Helga posłusznie 

podreptała za nim przez hall; idąc rzuciła szybkie spojrzenie za skrzynię, ale, na szczęście, 

walizka nie była widoczna.

Corbred otworzył jakieś drzwi. Helga cofnęła się nieznacznie.

-   Nigdy   jeszcze   nie   byłaś   w   takiej   piwnicy?   -   uśmiechnął   się.   -   Rozumiem,   ale 

naprawdę musisz zobaczyć, jak tam jest! Nasza piwnica jest po prostu przeogromna i mieści 

się w niej mnóstwo różnych rzeczy.

- No tak, ale może z moim przeziębieniem...

Jej towarzysz przyniósł natychmiast pelerynę i zarzucił jej na ramiona. Nie miała więc 

wyboru, musiała pójść posłusznie na dół za swoim starszym bratem.

- Jesteś zmęczona? - spytał troskliwie.

Helga bez wahania wykorzystała szansę, którą sam jej podsunął. Poza tym po takiej 

„gorączce” powinna być przecież osłabiona.

- Tak, rzeczywiście jestem trochę zmęczona - odparła z uśmiechem. - Może lepiej...

- Nie będziemy tam długo.

Jaki   on   wyrozumiały!   Helga   z   każdą   chwilą   nabierała   do   niego   coraz   większego 

zaufania.

Znaleźli się na dole w długim korytarzu. Corbred niósł świecę, która w efektowny 

sposób oświetlała jego teatralną postać.

- Tu mamy spiżarnię - wskazał. - Nie jest wcale mała, możesz mi wierzyć; nie martw 

się, nie będę cię zamęczał takimi drobiazgami, chodźmy prosto do piwnicy z winem.

Helga   nie   najlepiej   się   czuła   w   tych   przesyconych   stęchlizną,   ciemnych 

pomieszczeniach,   Corbred   zaś   chyba   wprost   odwrotnie.   Gdy   znowu   poskarżyła   się   na 

zmęczenie, on okazał wprawdzie zrozumienie, nie zaproponował jednak powrotu na górę. 

Wszedł natomiast do kolejnej piwnicy, w której leżały butelki z winem, poukładane w długich 

rzędach.

- A tutaj wytwarzamy whisky.

Znaleźli się w rozległej Sali, w której stały dużych rozmiarów pojemniki i dzbany.

- A tam, w środku, mamy prawdziwą atrakcję: dawny loch więzienny. Możesz być 

spokojna,   tam  nie  pójdziemy!   -  roześmiał   się.  -  Patrzysz   na  mnie   z  taką   trwogą,  jakbyś 

podejrzewała, że chcę cię tam zamknąć! Tak bardzo nie ufasz własnemu bratu? Poza tym 

niemal od stu lat nikt tam nie siedział.

Helga poczuła się zawstydzona. Nie mogła jednak się powstrzymać, by nie zerknąć w 

stronę wyciętych w łuk żelaznych drzwi, pokrytych płatami brązowej rdzy.

background image

- Jestem taka zmęczona - bąknęła, teraz bowiem naprawdę już chciała wracać.

Corbred spojrzał na nią badawczo. Czy domyślał się, że ona udaje? Otworzył już usta, 

by coś powiedzieć, gdy...

- Halo - odezwał się jakiś głos w korytarzu. - Kto tu jest?

- To my, James! - odpowiedział Corbred. - Chciałem tylko pokazać Heldze nasze 

atrakcje, ale ona powinna chyba wrócić do łóżka.

James wszedł do środka z butelką wina w ręku.

- Witajcie, panienko! Już na nogach? I to tutaj? - przywitał Helgę. - Jak to dobrze, że 

was   spotykam,   sir   Corbred.   To   wino   burgundzkie   chyba   nie   najlepiej   nadaje   się   do 

dzisiejszego obiadu. Co by pan proponował?

Helga nie omieszkała skorzystać z okazji.

- Niestety nie czuję się dobrze - rzuciła pospiesznie. - Wybaczcie, ale muszę iść na 

górę i położyć się do łóżka, i to zaraz. Głowa wprost mi pęka...

Zanim   zdążyli   zareagować,   wyszła   szybko   z   pomieszczenia   i   przemierzywszy 

korytarz, znalazła się na schodach. Teraz albo nigdy! Musiała wykorzystać tę chwilę, kiedy 

obaj znajdowali się jeszcze na dole.

W   hallu   chwyciła   walizkę   i   wybiegła   na   zewnątrz.   Nikt   jej   nie   widział,   gdy   w 

popłochu ukradkiem wymykała się z Aidan’s Broch.

Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy znalazła się w niewielkim lasku u stóp majątku. 

Stanęła bez tchu. Dokąd ma pójść?

Najprościej   byłoby   oczywiście   ruszyć   przez   Dolinę   Aidana   do   tego   małego 

miasteczka, które pamiętała z podróży w tę stronę. Tam, gdzie po raz ostatni zmieniła środek 

lokomocji i dostała woźnicę, który nie miał odwagi jechać dalej niż do Cross of Friars.

Ale decydując się na taki wariant, musiałaby przejść przez zamek Hiss.

A druga droga, czy wiodła w kierunku morza?

Czy Corbred nie mówił, że do najbliższego miasta jest daleko? A do Glasgow jeszcze 

dalej. Bez jedzenia i pieniędzy nie uda jej się raczej przebyć tylu mil. A tu, we wsi, też nie 

mogła zostać. Była to malutka i uboga wioska, w której nikt poza mieszkańcami Aidan’s 

Broch nie mógł nawet pomyśleć o tym, żeby nająć sobie służącą do pomocy...

Poza tym, gdyby zdecydowała się pójść przez wieś, jej mieszkańcy by ją zobaczyli.

Znowu zerknęła w stronę Doliny Aidana, w której leżało to bezimienne widmo, skryte 

za zboczem wzgórza.

A niech tam, jest przecież dzień i jeszcze przez parę godzin będzie widno. Chyba 

zdąży minąć zamek, zanim zapadnie zmrok. Poza tym droga nie prowadzi tuż przy nim, a tym 

background image

razem z pewnością uda jej się nie zbłądzić.

Zaczerpnąwszy   głęboko   powietrza,   Helga   zdecydowała   wybrać   drogę   na   wschód 

przez Dolinę Aidana.

Posuwała się starym, niemal niedostępnym szlakiem wiodącym przez dolinę ku jej 

wyjściu,   przepełniona   uczuciem  smutku.   Przecież   niespełna   kilka   dni   temu   szła   tędy  -   z 

lękiem, ale i z nadzieją. Teraz nie miała już złudzeń i nie pozostało jej nic. W Aidan’s Broch 

nie ma dla niej miejsca.

Było coś złowieszczego w tym lesie, co kazało jej nie odrywać ani na chwilę oczu od 

drogi pod stopami i w żadnym wypadku nie patrzeć na boki. Helga doskonale wiedziała, co ją 

tak przeraża.

Deszcz ustał, lecz powietrze było nadal wilgotne i, jak określił Corbred, przejmujące. 

Z drzew skapywały kropelki wody, a między gałęziami unosił się ledwie widzialny opar. Tuż 

nad   ziemią,   prawdopodobnie   cieplejszą   niż   powietrze,   tworzyły  się   obłoczki   mgły,   które 

pełzały niczym biało - niebieskie maski. Gdzie spojrzała, wszędzie w głębi lasu widać było 

owe  twory,  sprawiające,   że  czuła  się  bardzo   nieswojo.  Może  jednak  głównie   dlatego,   że 

zdawała sobie sprawę, iż nikt poza nią nie przemierza w tym czasie doliny?

Potok szemrał cicho gdzieś niedaleko, lecz Helga go nie widziała.

Ze zdumieniem zauważyła, jak wąski jest ów pas lasu, przez który wiedzie droga. Ian 

opowiadał, że lasy w Szkocji zostały niemal doszczętnie wytrzebione. Dlatego właśnie oni 

byli bardzo dumni ze swych dębów i sosen w Dolinie Aidana.

Znalazła   się   na   niewielkim   wzniesieniu   i   stanęła   jak   wryta.   Oto   na   wprost   niej 

wznosiła się budząca grozę kwadratowa wieża, stanowiąca część ruin zamczyska. Zniszczona 

- i złowrogo bliska. Dzieliło ją od niej może pół mili.

Helga szła coraz bardziej niepewnym krokiem. Strach wpełznął do jej ciała i rozlewał 

się   po   nim   coraz   szerzej.   Miała   wrażenie,   że   droga   wiedzie   tuż   przy   samym   zamku; 

dostrzegłszy jednak, że skręca nieco w prawo, poczuła lekką ulgę i znowu przyspieszyła 

kroku.

Przy   drodze   leżało   opuszczone   gospodarstwo.   Helga   zerknęła   nań   ukradkiem   i 

stwierdziła ze zdumieniem, że wygląda na porzucone całkiem niedawno, może kilka lat temu.

Nad Doliną Aidana zalegała cisza. Potok pozostał gdzieś z tyłu. Z oddali dobiegało 

jedynie ciche szemranie, nie wiadomo, czy był to szum drzew czy wody. Z ziemi podnosiły 

się mgły, przedziwne i mistyczne, jak w złej bajce.

Przepełniające ją lękiem poczucie osamotnienia znowu zawładnęło nią z całą siłą. 

Musi przejść obok zamku Hiss, na szczęście w pewnej odległości; potem pozostanie jej długi 

background image

odcinek  drogi,  aż   wreszcie   dojdzie   do  zamieszkanych   terenów  w  pobliżu   rozstajów  przy 

Cross of Friars.

Wokół doliny rozpościerała się szkocka wyżyna z niebieszczącymi się łąkami, niezbyt 

dobrze widocznymi w oparach tego deszczowego dnia. Nigdzie ani śladu jakiejkolwiek żywej 

istoty. I oto w tej dolinie śmierci wędruje ona - całkiem sama.

W dolinie śmierci? Dlaczego tak ją nazwała? Corbred mówił, że zamek jest jedynie 

mitem. Helga rzuciła nań ukradkowe spojrzenie i pojęła, że jej brat się mylił. Coś w tym 

wszystkim jest, coś, czego Helga nie potrafiła wyjaśnić, ale co wyraźnie czuła tamtej nocy, 

czuła i słyszała.

A więc  to  gdzieś tutaj   niedaleko  mężczyzna,  którego  tak  podziwiała,  zabił  swego 

własnego ojca. Ich wspólnego ojca.

Świadomość tego wywoływała ogromny ból w sercu. Helga westchnęła głęboko.

Otrząsnąwszy się z ponurych myśli, stwierdziła, że powinna była wziąć ze sobą na 

drogę trochę jedzenia. Jeśli bowiem już teraz jest głodna, to jak zdoła dojść tak daleko, do tej 

zamieszkanej okolicy?

A gdy już się tam znajdzie, co ma ze sobą zrobić? Krążyć po domach i żebrać o 

jedzenie? Czy może poprosić o pracę i zarobić na nie?

W tym czasie zdążyłaby pewnie kilka razy umrzeć z głodu.

Dostrzegła   teraz,   że   Hiss   leży  na   wzniesieniu   niemal   w   samym   środku   doliny.   Z 

miejsca, w którym stała, widać było, że las nie sięga aż po sam zamek, otoczony pasem nagiej 

ziemi.   Gdzieniegdzie   sterczały   świeże   pniaki,   jakby   ktoś   specjalnie   powycinał   rosnące 

najbliżej niego drzewa. Wytężając wzrok, żeby zobaczyć coś z tej dużej odległości, Helga 

zauważyła również ogrodzenie z gałęzi i patyków, a może i kamieni, na granicy między gołą 

ziemią a lasem. To o nim wspominał jej przewodnik tamtej nocy, przypuszczając, że właśnie 

o nie się potknęła. Na myśl o tym mężczyźnie Helga znowu poczuła płomień w sobie, co 

przepełniło ją gniewem, bo przecież powinna była zdusić wszelkie uczucia, jakie miała dla 

niego, gdy tylko się dowiedziała, że to Mordwin. Nadal jednak bardzo za nim tęskniła...

Ponieważ droga schodziła w dół doliny, Hiss zniknął z pola widzenia. Mimo to Helga 

cały czas była świadoma, że zamek znajduje się w pobliżu, zaraz na lewo od niej. Nie doszła 

jeszcze do rozwidlenia, na którym owej pamiętnej nocy skręciła w złą drogę.

Szła dalej, zatopiona we własnych myślach. Mimo woli spojrzała ukradkiem w lewo i 

przeraziła się tak bardzo, że serce aż do bólu przyspieszyło swe bicie. Niedaleko, tuż za 

drzewami, niczym przyczajone widmo, stał ów budzący trwogę zamek. Widać było surowe 

bloki skalne, tu i ówdzie przeświecały między drzewami mroczne mury.

background image

Jęknąwszy, przyspieszyła kroku. Najchętniej zamknęłaby oczy, ale przecież nie mogła. 

Na dodatek tuż ponad ziemią pełzały przedwieczorne mgły. Nie był to bynajmniej dodający 

otuchy widok, o, nie!

Próbowała myśleć o domach przy Cross of Friars, już niedługo tam będzie. Ale to 

przecież nieprawda, doskonale wiedziała, że daleka do nich droga. A jeszcze dalej było z 

powrotem do wsi. poczuła się wyjątkowo samotna w tej przerażającej dolinie.

Nagle zatrzymała się w pół kroku.

Coś usłyszała...

Mimo woli odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała w kierunku zamku.

background image

ROZDZIAŁ VII

Ogarnięta panicznym strachem, pomyślała najpierw, że odgłosy dochodzą z zamku, 

ledwie widocznego za drzewami. Po chwili stwierdziła, że dobiegają gdzieś z głębi lasu, zza 

jej pleców. To tętent końskich kopyt, dudniących głucho o miękką murawę na drodze.

Helga, przerażona, rozejrzała się wokoło. Las nie dawał wielu możliwości ukrycia się. 

A na dodatek ucieczkę utrudniała ciężka walizka.

Zanim zdążyła się zdecydować, co robić, pojawił się jakiś jeździec, najwyraźniej w 

pogoni   za   nią.   Helga   chwyciła   więc   walizkę   i   popędziła   przez   las   na   prawo   od   drogi. 

Zachowała jeszcze na tyle przytomność umysłu, że nie pobiegła w stronę zamku.

Jeździec zeskoczył z konia.

- Zatrzymaj się, ty szalona dziewczyno! - zawołał i ruszył za nią.

Usłyszawszy ten głęboki głos, od razu wiedziała, kto ją ściga. O, nie, jego nie chciała 

spotkać na pewno. Nigdy więcej!

Wpadła w gęstwinę wysokich paproci, porastających rozległe zbocze. Przedzierając 

się przez zielony gąszcz, słyszała, że on jest coraz bliżej, mimo to nie zamierzała się poddać.

Zaplątawszy się w kłącza, upadła twarzą w wilgotną ziemię. Natychmiast jednak się 

podniosła i oswobodziła.

Wydostawszy się z zarośli, zyskała przewagę nad swym prześladowcą, który zmagał 

się jeszcze z bujnymi krzewami. Ale dalej rozpościerał się janowiec ciernisty, a z nim nie ma 

żartów.

Helga poczuła się bezradna; starała się, jak mogła, chronić ręce i nogi, ale ciernie 

janowca wbijały się niemal wszędzie. Podrapana i poraniona, zatrzymała się wreszcie i z 

jękiem zasłoniła twarz dłońmi.

Nie upłynęło parę sekund, gdy znalazła się w ramionach mężczyzny. Trzymał ją tak 

mocno, jakby chciał uniemożliwić nową próbę ucieczki. Helga wiła się niczym piskorz, chcąc 

uwolnić się z jego mocnego uchwytu.

- Puść mnie, ja chcę stąd uciec! - szlochała.

- Słów nie rozumiem, ale sens jest dla mnie jasny - odparł z zaciętością.

Helgę tak bardzo zaskoczyło, że on mówi po norwesku, iż na ułamek sekundy ucichła. 

Po chwili wybuchła jednak znowu głośnym płaczem.

- I jeszcze to na dodatek! - rzuciła zirytowana.

Widać było, że poczuł się zakłopotany; zwolnił więc nieco swój żelazny uścisk.

- Może najpierw spróbujemy wydostać cię z tych zarośli? - zaproponował ze złością. - 

background image

Resztą zajmiemy się później. Tylko nie szarp się, to ci nic nie pomoże. Wyjmuj powoli kolce, 

bo inaczej podrzesz na sobie wszystko, co masz.

Westchnąwszy, Helga poddała się i zaczęła ostrożnie uwalniać się gałązka po gałązce 

od niebezpiecznej rośliny. On pomagał jej w milczeniu, ale widać było wyraźnie, że jest zły.

Na widok tych silnych, opalonych dłoni, starannie usuwających kolce z jej ubrania, 

Helga   poczuła   się   prawdziwie   zagubiona.   Nie   wiedziała,   co   ma   począć   dalej;   była 

nieszczęśliwa, a także wściekła na samą siebie.

- No, nareszcie! - powiedział. - Teraz pójdziesz ze mną.

Chwyciwszy ją mocno za rękę, poprowadził w dół przez gąszcz paproci sięgających 

im aż po pas, a potem do drogi. Helga miała wrażenie, że ta przerażająca wieża za drzewami 

po drugiej stronie przez cały czas bacznie ich śledzi.

Mężczyzna, którego nie wolno jej kochać, szedł przed nią z oczami wbitymi w ziemię. 

Jego wzrok śledził opary pełzające nisko ponad podszyciem lasu. Nietrudno było zauważyć, 

że nawet on czuł się tu trochę nieswojo.

- Ze wszystkich miejsc musiałaś oczywiście wybrać akurat to - bąknął. - Wracamy.

Helga zatrzymała się. Nie chciała iść za nim.

- A to co znowu? - spytał.

Gdy Helga próbowała mu się wymknąć, znowu chwycił ją za ramiona i zmusił, by 

stanęła spokojnie w miejscu.

- Co się właściwie z tobą dzieje? - spytał.

Dziewczyna,   głęboko   westchnąwszy,   nabrała   powietrza.   Stała   bez   ruchu,  z   twarzą 

zasłoniętą rękami.

- Ja chcę do domu - powiedziała z płaczem, posługując się znowu swą bardzo kiepską 

angielszczyzną. - Tu mnie nikt nie chce, chcę do domu, do Norwegii. Ale przecież tam nie 

mogę wrócić.

- Dlaczego?

Z jej ust zaczął płynąć nieprzerwany potok słów, angielskich i norweskich.

- Tak bardzo kocham ich wszystkich, mamę i moje młodsze rodzeństwo, psa i nawet 

ojca,   choć   to   tylko   mój   ojczym,   i   na   dodatek   jeszcze   próbował   mnie   wykorzystać,   a   ja 

musiałam się bronić; kiedy mama dowiedziała się o wszystkim, zrobiło jej się przykro, i co ja 

wtedy mogłam zrobić? Tylko wyjechać, czyż nie?

- Chyba tak - odparł niskim głosem.

-   No   więc   mam   wysłała   mnie   do   mojego   prawdziwego   ojca,   który   już   tyle   razy 

zapraszał mnie do siebie. Zupełnie nie wiem, co mam teraz napisać, obiecałam jej, że się 

background image

odezwę, jak tylko dotrę na miejsce. Na pewno jest niespokojna, ale nie chciałabym sprawiać 

jej bólu. Mój ojciec nie żyje, a ona nie ma pojęcia o istnieniu mych przyrodnich dorosłych 

braci i o tym, że są tacy źli na mnie...

Nagle   przypomniała   sobie,   kim   on   jest,   i   z   jej   piersi   dobył   się   szloch   zawodu   i 

rozpaczy. Ponownie spróbowała wyrwać się swemu prześladowcy, który jednak tym razem 

był bardziej czujny.

Helga walczyła niczym dzikie zwierzę, lecz na próżno. Mężczyzna wykręcił jej ręce 

na plecy i nagle jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. Czarne oczy płonęły płomieniem 

wściekłości.

Wyglądał tak, jakby przestał oddychać. Jego twarz na moment znieruchomiała, potem 

powoli   zaczął   rysować   się   na   niej   spokój.   Tylko   oczy   płonęły,   lecz   teraz   bił   z   nich 

przepełniony   zdumieniem   blask.   Niczym   zaczarowane   przesuwały   się   po   jej   twarzy,   aż 

wreszcie zatrzymały się na ustach.

Helga drżała. Nie mogła wydobyć ani słowa. On z ociąganiem rozluźnił uścisk wokół 

jej nadgarstków.

Gdy poczuł, że opór dziewczyny słabnie, spytał ostro:

- I dokąd zamierzałaś uciec?

- nie wiem - odparła zmęczona. - Do najbliższego miasta, żeby znaleźć sobie pracę.

- Czy masz jakieś pieniądze?

Gdyby chociaż nie był tak pociągający! Gdyby nie zdążyła tak przywiązać się do 

niego jako człowieka. Gdyby nie czuła takiej bliskości i wspólnoty z ni,! Wtedy umiałaby 

może zaakceptować to, że powinna patrzeć na niego jak na brata. Brata, który zbłądził i 

potrzebuje jej wsparcia.

Ale nie umiała.

Spuściwszy głowę, odrzekła:

- Nie, nie mam pieniędzy.

Łagodnym ruchem skierował ją ku czekającemu na nich koniowi.

- Musimy wynieść się z tego przeklętego miejsca. I to jak najszybciej!

- Ale... Skąd wiedziałeś...?

- Corbred znalazł list w twoim pokoju.

- Corbred? - spytała, podnosząc wzrok. - Co on tam robił?

Uśmiechnął się nieznacznie, widząc jej przerażenie.

- Chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku; podobno skarżyłaś się tak bardzo na 

zmęczenie, a potem wybiegłaś znienacka z piwnicy. Pewnie się rozzłościł, kiedy znalazł list, i 

background image

posłał za tobą straże - ale w złym kierunku, w stronę wybrzeża, bo pytałaś go podobno, czy w 

pobliżu nie leży jakieś miasto. Kiedy James przyszedł do mnie, bez chwili zastanowienia 

ruszyłem w przeciwną stronę. Bo wiedziałem, że jesteś na tyle rozsądna, żeby pójść przez 

Dolinę Aidana, choć nikt inny nie odważyłby się tego uczynić. Nie powinienem pokazywać 

się w świetle dnia, to dla mnie niebezpieczne - zakończył.

- Dlaczego wszyscy chcą mnie złapać? - mruknęła, pochlipując jeszcze trochę.

-   Z   bardzo   różnych   powodów,   zapewniam   cię!  W  każdym   razie   to   niedobrze,   że 

wybrałaś się w drogę akurat teraz. Chodź, musimy stąd zniknąć!

Widziała, że jego oczy wpatrzone są w mgłę snującą się nad ziemią, jakby czegoś w 

niej szukały. Dlatego nie zaprotestowała, gdy dał jej znak ręką, by wsiedli na konia. Przecież 

ona też nie czuła się dobrze w tej ponurej okolicy. Ani na chwilę bowiem nie opuszczało jej 

przerażające   uczucie,   że   zamek   leży   za   lasem   i   spogląda   na   nich   ponad   drzewami.   To 

oczywiście bardzo dziwna myśl, lecz Helga w żaden sposób nie mogła się jej pozbyć.

Była tak zmęczona i zrezygnowana, że nie chciała nawet myśleć o długiej drodze do 

Cross of Friars i nie wiadomo jak jeszcze daleko, aż do najbliższego dużego skupiska ludzi.

Podprowadził konia do kamienia. Usiadł w siodle, umieściwszy walizkę przed sobą, 

po czym wydał Heldze polecenie, by zajęła miejsce za nim i trzymała się go mocno. Żadnego 

romantyzmu, nic z tego!

Ale dziewczyna usłuchała. Z lekkim wahaniem objęła go ramionami, a ponieważ nie 

protestował,   przycisnęła   się   mocniej   do   niego.   Koń   ruszył   i   przez   dobrych   parę   minut 

przemierzali drogę w całkowitej ciszy. Gdy znaleźli się już w pewnym oddaleniu, Helga 

usłyszała, że jej towarzysz odetchnął z ulgą.

- To dobrze, że się stamtąd wydostaliśmy - przyznała. - Ale nie mogę powiedzieć, 

żebym się cieszyła z powrotu do Aidan’s Broch, o, nie!

- Mogłabyś to zrobić, na przykład, dla mnie - rzucił lekko. Zbyt lekko, by przyjąć to 

jako coś naturalnego.

- Dla ciebie? - odparła z rozgoryczeniem. - A co ty mi dałeś poza rozczarowaniem? Po 

tej pierwszej nocy miałam o tobie takie dobre zdanie. Ale potem przez cały czas odzierałeś 

mnie ze złudzeń.

Jej towarzysz milczał przez długą chwilę. Helga czuła, jak jego mięśnie w ramionach i 

udach napinają się mocno.

- Trzeba przyznać, że nie jesteś zbyt zabawna - powiedział na koniec. - Marudna i 

zarozumiała! Ani cienia pogody!

- Jesteś niesprawiedliwy! - wybuchła niczym beczka z prochem. - W domu narzekali, 

background image

że biorę wszystko zbyt lekko, że z wszystkiego się śmieję. A czy tu miałam się z czego śmiać? 

No, powiedz mi!

Po długiej, długiej chwili ciszy dało się słyszeć oschłe:

- Nie miałaś.

Jego odpowiedź nieoczekiwanie wyzwoliła w Heldze wesołość. Zaczęła chichotać, a 

jej dobry nastrój udzielił się także jemu.

Przez   chwilę   doznała   poczucia   bliskości   z   nim,   nie   mającej   nic   wspólnego   z 

zakochaniem.   Była   to   czułość,   łącząca   ludzi   ponad   wszelkimi   barierami,   jakie   wzniósł 

człowiek. Teraz mógł być jej bratem albo jeszcze kimś innym, nieważne, w tej chwili bowiem 

byli jedynie dwojgiem ludzi niezwykle sobie bliskich.

Gdy dotarli do skraju lasu w pobliżu wsi, jej towarzysz zatrzymał się i pomógł jej 

zsiąść z konia.

- Gdzie go trzymasz? - spytała nieśmiało.

-   W   stajni,   niedaleko.  Ale   to   nie   jest   mój   koń   i   dlatego   nikomu   nie   pomoże   w 

odnalezieniu mnie. Wolno mi go tylko wypożyczać. A teraz wracaj szybko do Aidan’s Broch. 

Ale   staraj  się   uniknąć  spotkania  z   twoimi   krewnymi,  idź   prosto   do  Jamesa,  pamiętaj,  to 

ważne!

Helga nie mogła oderwać od mężczyzny wzroku. Wyglądał równie pociągająco jak 

zwykle, lecz dzisiaj patrzyła na niego innymi oczami i usiłowała stłumić w sobie resztki 

owego żywiołu, jaki rozszalał się w niej od chwili, gdy tylko go ujrzała. To jej pierwsza, 

prawdziwa miłość. Minie z pewnością wiele czasu, nim zdoła zaleczyć tę ranę.

Ale również on wydawał się zmieniony. Nie odnosił się już do niej z tak niemiłym 

lekceważeniem. Wręcz przeciwnie, przyglądał się jej teraz z zadumą i zdziwieniem.

Gdy zauważył rezerwę w jej zachowaniu, w jego pięknych oczach pojawił się smutek.

- Potraktowaliśmy cię bardzo źle - powiedział miękko. - Działaliśmy poza twoimi 

plecami i wykorzystywaliśmy cię, a ty jesteś przecież taka wrażliwa. Doskonale rozumiem 

twą rozterkę i pragnienie, by stąd uciec. Idź teraz do Jamesa i powiedz mu, że już pora...

Helga spojrzała na niego pytającym wzrokiem.

- To dlatego James prosił, żebym wytrzymała jeszcze parę dni...?

- Tak, zamierzał poczekać, aż zjawi się rejent, który ma uregulować sprawę testamentu 

ojca. Ale nie możemy czekać tak długo. Masz prawo poznać chociaż część prawdy. Kiedy 

sobie uprzytomnię, jak musiałaś czuć się z tym wszystkim, ogarnia mnie przerażenie. Byłaś 

jak zawieszona w próżni i znikąd nie mogłaś oczekiwać wyjaśnień! Spotkałaś tylko ludzi, 

którzy byli zirytowani, źli na ciebie, albo jeszcze gorzej: pragnęli twej śmierci!

background image

- To prawda - potwierdziła przytłumionym głosem. - Tak było.

-   Biedna,   mała   dziewczynka!   Czy   możesz   jeszcze   trochę   wytrzymać?   My   cię 

potrzebujemy, rozumiesz?

- Naprawdę? Ale właściwie jacy „my”?

Mężczyzna nie odpowiedział na pytanie.

- I bądź ostrożna! Zamykaj drzwi na noc!

- Będę pamiętać.

Ujął jej dłoń i pocałował, a potem pogłaskał ją po policzku. W jego oczach było 

tchnące spokojem światło.

Helga zakryła twarz dłońmi, aby ukryć łzy, które cisnęły się jej do oczu.

- Dlaczego to robisz! To nie w porządku! To niskie i prostackie, że próbujesz uwieść 

młodą dziewczynę w ten sposób, i ty dobrze o tym wiesz!

- Ale przecież...

Wywinęła mu się.

- Rozmawiałam z Molly - syknęła i uciekła. - Powinieneś się wstydzić, jeśli tak o nas 

myślisz!

Helga! - wołał za nią, lecz dziewczyna biegła już po otwartej przestrzeni, a on nie 

mógł podążyć jej śladem, nie narażając się na niebezpieczeństwo...

Biegła, nie zatrzymując się, aż do samego lasu u stóp posiadłości. Tam zwolniła kroku. 

Nie zdając sobie z tego sprawy, uniosła dłoń i dotknęła ustami miejsca, które pocałował.

Znowu zaczęła iść szybko, aby zgasić w sobie ten przedziwny, przytłumiony ogień, 

który zaczął się żarzyć gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Przerażał ją, ponieważ nigdy dotąd nie 

doznała   takiego   uczucia.   Domyślała   się,   że   to   dopiero   zapowiedź   czegoś   znacznie 

silniejszego, czegoś, czego za nic w świecie nie chciałaby przegapić.

Nim dotarła do wielkiej bramy, odzyskała całkowitą kontrolę nad sobą. Zatrzymała się 

przed wejściem, niepewna, czy ma się odważyć pójść tą drogą.

Nie ulegało dla niej wątpliwości, że znajdowała się teraz w niełasce, a podobnie jak 

większość ludzi wolała unikać przykrych sytuacji.

Zawróciła więc od bramy i ruszyła dookoła wielkiej posiadłości. Tak zatem skończyła 

się jej próba ucieczki.

James spotkał ją przy tylnym wejściu.

- Bogu niech będą dzięki, że on was znalazł, panienko! Już myślałem, że zaniedbałem 

powierzony mi obowiązek czuwania nad waszym bezpieczeństwem.

-   To   moja   wina.   Nie   powinnam   była   opuszczać   pokoju.   James...   posłuchaj,   on 

background image

powiedział, że nadeszła już pora. Że coś trzeba wyjaśnić. Czy rozumiecie, co on mógł mieć na 

myśli?

James skinął głową.

- Całkowicie się z nim zgadzam. W domu nie ma teraz ani jednego z wartowników. 

Chodźcie ze mną! Nie bójcie się!

James wziął walizkę i postawił ją na podłodze. Następnie dał Heldze znak, aby szła 

jego śladem.

Helga   stała   przez   chwilę   w   bezruchu.   Czuła   się   zupełnie   oszołomiona.   Czy   ów 

przyjazny James o przerzedzonych włosach, wyprostowanej sylwetce i spokojnych ruchach 

mógł naprawdę być aż tak dwulicowy? Nie mogła w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony, jest 

on   bez   wątpienia   sprzymierzeńcem  Mordwina,   którego   właśnie   opuściła.  A  Mordwin  nie 

cieszył się przecież szacunkiem. Niczyim... no, może tylko Corbreda...

A   James   i   Mordwin,   po   czyjej   oni   stali   stronie?   Byli   przeciwko   Ianowi   czy 

Corbredowi, czy też przeciwko im obu? James miał się na baczności przed strażnikami... 

Czyli kim oni byli?

Co to wszystko właściwie znaczyło?

- Nie wiem, czy powinnam - odrzekła na wpół poważnie, na wpół żartem. - Zostanę 

powieszona czy może...?

James uśmiechnął się z lekką goryczą.

- Nie, nie zostanie panienka powieszona! Nadeszła tylko pora, żeby wyjaśnić panience 

dwie albo trzy rzeczy, tak jak panienka słyszała.

Zabrzmiało to nieco złowieszczo, lecz Helga, która nie miała już wiele do stracenia i 

której nie pozostało nic innego, jak tylko wytrzymać wszystko, ruszyła za Jamesem.

Nie uszli daleko, gdy on zatrzymał ją nagle i wepchnął razem z walizką do jakiejś 

komórki. W pierwszej chwili Helga próbowała protestować, lecz zaraz ucichła, ponieważ dał 

się słyszeć odgłos zbliżających się kroków. Dobrze znała ten chód, to drobne dreptanie.

Nadchodziła lady Lynn.

Ze swej kryjówki Helga słyszała całą rozmowę.

- A, tu jesteście, James! Czy ta mała jeszcze nie wróciła do domu? Tylu ludzi ruszyło 

za nią na poszukiwanie i nikt jej dotychczas nie wytropił!

- Chyba już ją znaleźli - odparł James. - Ktoś mi mówił, że jest w drodze do domu.

- No, to dobrze. Ale nie o tym chciałam z tobą rozmawiać. Chodzi mi o papiery, które 

miała ze sobą, kiedy tu przyjechała. Chciałabym je dostać, i to zaraz.

- Bardzo mi przykro, ale zostały już wysłane do rejenta.

background image

- Trzeba je koniecznie zatrzymać! Mój mąż i ja mamy przeczucie, że są sfałszowane.

- Niestety nie mogę już tego zrobić. Poszły z pocztą od razu następnego dnia i pewnie 

już dawno dotarły do celu.

Lady Lynn zamilkła na chwilę, po czym rzekła ostrym tonem:

- Postąpiłeś samowolnie, James. Nie omieszkam poinformować o tym mojego męża.

Jej głośne kroki odbijały się echem w korytarzu, aż wreszcie umilkły całkowicie.

- Droga wolna! powiedział James, otwierając drzwi.

Helga wyszła z kryjówki.

- Będziecie mieć nieprzyjemności?

- Nie ma obawy! Prawo jest po mojej stronie. A oni chcą zdobyć te dokumenty tylko 

po to, żeby je zniszczyć. Lady Lynn wolałaby mieć jak najmniej konkurentów do podziału 

spadku.

James   poprowadził   ją   obok   stajni,   w  których   nigdy  dotąd   nie   była,   do   wozowni. 

Weszli po schodach na górę i znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu z wieloma drzwiami, 

ale   bez   okien.   Belki   stropu   i   cała   konstrukcja   nośna   były   odsłonięte,   wyglądało   to   na 

poddasze albo coś podobnego. Pod sufitem wisiała lampa rzucająca światło nie mocniejsze od 

poświaty księżyca.

- Tu mieszka część służby - wyjaśnił James. - Woźnice i chłopcy stajenni. Także ja 

mam tutaj swój skromny dom.

James otworzył drzwi prowadzące do małej sieni. Helga zwróciła uwagę na tablicę z 

umieszczonymi na niej różnymi numerkami i dzwonkami pod każdym z nich.

A więc to tutaj rozległ się dzwonek tej nocy, kiedy pierwszy raz zawitała w Aidan’s 

Broch.

James otworzył następne drzwi. Znajdował się tu jego pokój, utrzymany w należytym 

porządku, ale wyraźnie nie noszący śladów kobiecej ręki.

- Tu nie przyjdzie nikt niepożądany - powiedział z dumą.

W środku były jeszcze jedne, niewielkie drzwi, prawdopodobnie do garderoby. James 

wyjął klucz i otworzył zamek.

- Proszę, panienko!

Helga zawahała się nieco.

- Mam siedzieć zamknięta w środku?

- Ależ skąd! Proszę tylko wejść na chwilę!

Schyliła głowę w niskim przejściu.

Garderoba   była   nieoczekiwanie   duża   i   oświetlona   jasną   lampą.   Helga   dostrzegła 

background image

wstawione tu chyba niedawno łóżko, a w nim leżał mężczyzna w średnim wieku o jasnych 

włosach i jasnych oczach. Gdy dziewczyna weszła do środka, usiadł na nim.

- Helga? - powiedział pytającym tonem.

James stanął za jej plecami.

- To jest Helga, wasza łaskawość!

Mężczyzna wyciągnął ku niej ramiona.

- Helga! Moje dziecko! Chodź tu do mnie, niechże cię uściskam!

Dziewczyna odwróciła się oszołomiona w stronę Jamesa.

- Nic... nic nie rozumiem!

Ochmistrz uśmiechnął się nieznacznie, a jego głos nieco drżał.

- To jest mój czcigodny pan, Angus MacDunn. Właściwy laird Aidan’s Broch. I wasz 

ojciec, panienko!

background image

ROZDZIAŁ VIII

- Dlaczego sobie ze mnie kpicie? - odparła Helga urażona.

Mężczyzna na łóżku uśmiechnął się, lecz w jego oczach były łzy.

- Chcesz, żebym powiedział coś o twojej matce? Nazywa się Kirsten i ma rude włosy. 

Kiedy się śmieje, w prawym policzku robi się jej mały dołek; ma trochę nierówne zęby i 

dlatego lekko sepleni. Kiedy jest zakłopotana lub się czegoś wstydzi, ma zwyczaj przymykać 

skromnie oczy i okręcać sobie na palcu pukiel włosów...

Akurat! pomyślała Helga. Włosy matki są bardziej siwe niż rude, dołeczek w policzku 

zamienił się w głęboką bruzdę, a zęby na dodatek jeszcze się popsuły! Ale mimo to wciąż jest 

ładna i nadal nawija sobie na palec wskazujący pukiel włosów.

Helga skinęła głową zawstydzona.

- Zgadza się, to jest moja matka.

-  A  ty  jesteś   moją   córką!   Mam   tutaj   wszystkie   listy  i   papiery,   jakie   przywiozłaś. 

Dostałem je od Jamesa. Och, nareszcie mogę ci się przyjrzeć! Chodź no tutaj, moja droga! 

Tak bardzo tęskniłem za tobą!

Helga z wyraźnym ociąganiem przysiadła na brzegu łóżka, pozwalając zamknąć się w 

objęciach temu obcemu mężczyźnie, który chyba zauważył jej wahanie, lecz udawał, że go 

nie dostrzega.

- Ale że też przyjechałaś akurat teraz, w ten najgorszy dla nas czas. To szkoda, wielka 

szkoda... Godna jesteś innego powitania!

Helga, uwolniona już z objęć, siedziała nadal na łóżku. Mężczyzna sprawiał wrażenie 

sympatycznego, chociaż nieco wyniosłego. James stał za nim w pewnym oddaleniu.

- Zupełnie nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi - rzekła.

- O tym, że przyjechałaś, dowiedziałem się dopiero wczoraj wieczorem - odparł laird. 

- James nie ośmielił się wspomnieć o tobie wcześniej w obawie, że będę nalegał, aby cię 

zobaczyć, i że zdradzisz moje istnienie. Jaka ty jesteś ładna!

- Dziękuję. Nie możecie mi wyjaśnić bliżej? - poprosiła Helga. - To wszystko jest dla 

mnie jednym wielkim chaosem. Nie wiem, kto jest kto, kto jest zły, a kto dobry...

- Doskonale rozumiem, że to musiało być dla ciebie bardzo trudne. Zwłaszcza że my 

wszyscy  musimy   kłamać   albo   milczeć.   Czyż   ona   nie   jest   śliczna,   James?  Taka   słodka   i 

delikatna.

James skinął głową.

- Ma bardzo wrażliwą duszę, wasza łaskawość.

background image

- Nie wątpię!  No więc tamtego  dnia, kiedy Roderick  MacCullen  i ja spotkaliśmy 

Mordwina i Jocha na wysokiej skarpie nad potokiem, pokłóciliśmy się i doszło do bijatyki. 

Mordwin z całej siły popchnął mnie do tyłu, wskutek czego spadłem w dół, do wody.

- Zrobił to specjalnie?

- Z pewnością!

Helga zadrżała. Poczuła w sercu przytłaczający ciężar.

- Na szczęście paru wieśniaków zmierzało właśnie w naszą stronę, żeby wyjść nam 

naprzeciw. Szli wzdłuż potoku, ścieżką nieco niżej, i dzięki temu spostrzegli, że wodą coś 

płynie. Zorientowali się, że to człowiek, i wyciągnęli mnie na brzeg. Straciłem przytomność, 

poza tym złamałem nogę; wieśniacy wypompowali mi wodę z płuc i ocucili. Pod osłoną 

mroku przemycili mnie razem z Jamesem tutaj, do jego garderoby.

- A kiedy tamci nie znaleźli was w potoku, to pewnie zaczęli coś podejrzewać?

- Jak wiesz, potok wpada do zatoki, pomyśleli więc pewnie, że prąd zniósł mnie do 

morza.

- Czyli leżeliście tutaj przez cały ten miesiąc? Ale właściwie dlaczego zdecydowaliście 

się ukrywać?

- Z tą nogą jestem całkowicie bezradny. A oni z niczego bardziej by się nie cieszyli niż 

z mojej śmierci. Gdybym teraz wrócił, w tym stanie, rozprawiliby się ze mną bardzo szybko.

Helga patrzyła na niego osłupiała.

- Przecież to są wasi synowie!

Mężczyzna uśmiechnął się gorzko.

Dziewczyna spojrzała badawczo na niego.

- Czy mogę coś powiedzieć?

- Oczywiście!

- Moim zdaniem, wyglądacie na zbyt młodego, żeby mieć trzydziestoletnich synów!

Laird roześmiał się głośno.

- Słyszałeś, James? Ależ tak, masz całkowitą rację! Doskonale wiem, że ci trzej bracia 

podają się za moich rodzonych synów. Ale to nieprawda. Nawet nie nazywają się MacDunn, 

tylko Douglas. Ale udało im się oszukać wszystkich wkoło. Rodzice, wbrew mej woli, ożenili 

mnie z wdową mającą trzech synów. Jej zmarły mąż był bliskim przyjacielem naszego rodu; 

mój ojciec i matka doprowadzili więc do naszego małżeństwa ze względu na dobro tych 

małych dzieci.  W swoim życiu  kochałem tylko  jedną  kobietę,  Helgo, twoją  matkę,  toteż 

bardzo się broniłem przed tym związkiem, ale wszystko już zostało ułożone. To było piekło, 

nie małżeństwo! Kiedy się więc dowiedziałem o twoim istnieniu, robiłem wszystko, żeby 

background image

uzyskać   rozwód,   ale   moja   żona   była   katoliczką   i   dlatego   nigdy   się   to   nie   udało.   Mam 

nadzieję, że mimo to nie najgorzej dbałem o ciebie?

- Tak, dziękuję - powiedziała. - Należy wam się podziękowanie, bo dobrze nam się 

wiodło.

Podczas gdy mężczyzna mówił dalej, Helga przez cały czas mimo woli myślała tylko 

o jednym: Mordwin nie jest jej bratem! Niemal zakręciło jej się w głowie z oszołomienia. On 

musi   być   na   pewno   dobrym   człowiekiem,   czuła   to,   wiedziała!   Na   pewno   istniało   jakieś 

wyjaśnienie jego zachowania wobec ojca i wobec Molly, przypuszczalnie niedługo prawda 

wyjdzie na światło dzienne.

Ale nagle poraziła ją inna myśl.

- Skoro więc oni nie są waszymi synami, to dlaczego mieliby dziedziczyć Aidan’s 

Broch i wszystko inne? Gdybyście, rzecz jasna, umarli?

Angus MacDunn uśmiechnął się.

- Rejent ma przyjechać pojutrze, to oni go wezwali o czekają teraz w napięciu, a w 

testamencie   wyłożone   jest   czarno   na   białym:   że   w   przypadku   mojej   śmierci   wszystko, 

absolutnie   wszystko,   poza   drobiazgiem   dla   Jamesa,   przechodzi   na   moje   jedyne   dziecko, 

Helgę Solbraten.

- Och, nie! - wykrzyknęła z przerażeniem Helga. - Nie, ja nie chcę!

- Zapewniłem im przyzwoite wychowanie i nie najgorszy start, to chyba wystarczy - 

stwierdził   laird   zimnym   tonem.   -   Z   pewnością   będą   zaszokowani   widząc,   że   wszystko 

przechodzi im koło nosa. Zaplanowałem sobie, że nim postanowię objawić się im na nowo, 

najpierw zawiadomię rejenta, i wtedy dopiero się zacznie. Tylko że, niestety, moja noga nie 

chce się zrosnąć, wobec czego nie wiem, jak to będzie.

James dodał:

- Bardzo się niepokoiłem o panienkę w te ostatnie dni! Jeśli nawet oni nie wiedzą, ile 

panienka dziedziczy, to i tak oznacza panienka zagrożenie dla ewentualnej części ich spadku.

- Ale ja uważam, że oni są naprawdę całkiem mili! - wtrąciła Helga nieśmiało. - Może 

poza lady Lynn; za to oni dwaj traktowali mnie bardzo przyjaźnie.

Laird skinął głowa.

- Ian nie jest wcale zły, i to właśnie ze względu na niego pozwoliłem im tu wszystkim 

zostać. Na liście spadkobierców znajduje się on rzeczywiście na drugim miejscu zaraz po 

tobie, jeśli nie będziesz miała własnych dzieci. Ale musisz pamiętać, że Ian jest całkowicie 

pod pantoflem Lynn, jego wola właściwie w ogóle się nie liczy.

Helga   przypomniała   sobie   z   niesmakiem,   że   Ian   istotnie   kłamał   jej   od   samego 

background image

początku - twierdząc, na przykład, że wszyscy trzej są rodzonymi synami Angusa MacDunna. 

A poza tym utrzymywał, że nigdy o niej nie słyszeli.

Z pewnym ociąganiem spytała:

- A Mordwin...? Tak mi trudno w to uwierzyć, że on może być tyranem, który dręczy 

całą wieś, każe wieszać prostych ludzi i...

- Mordwin? - spytali obaj jednocześnie.

- A kto powiedział, że to Mordwin jest tyranem? - kontynuował laird. - To Corbred jest 

tyranem! I to pozbawionym jakichkolwiek skrupułów!

Helga pobladła. Siedziała przez chwilę, nic nie mówiąc.

- Ale on był dzisiaj taki miły, zaprosił mnie na herbatę i pokazał mi piwnicę.

James powiedział oschle:

-   Na   szczęście   zdążyłem   przyjść   w   ostatniej   chwili.   Zanim   zdążyła   się   panienka 

znaleźć w lochu.

-   Mylicie   się,   James   -   zaprotestowała   Helga.   -   On   powiedział,   że   do   niego   nie 

pójdziemy.

- To nie pierwszy raz, panienko, pan Corbred pozbywa się niepożądanych gości w ten 

sposób.   Na   pewno   nie   zamierzał   wtrącać   panienki   do   lochu   siłą...   a   czy  nie   chciało   się 

panience spać po herbacie? Przecież skarżyła się panienka na zmęczenie...

- Tylko udawałam, że jestem zmęczona, żeby znaleźć wymówkę i wydostać się z 

piwnicy. Ale... - zamilkła na chwilę, wyraźnie próbując sobie coś przypomnieć. - Wlał mi 

whisky  albo   coś   w   tym   rodzaju   do   szklanki.   Kiedy  się   odwrócił,   wylałam   wszystko   do 

doniczki. Nie lubię alkoholu.

- Biedny kwiatek - bąknął James.

- Czy to była trucizna? - spytała, szeroko otwierając oczy.

- Nie, środek nasenny. To dlatego dopytywał się co chwila, czy panienka nie czuje się 

zmęczona. Jakby tylko panienka zasnęła w piwnicy, od razu zamknąłby panienkę w lochu. 

Cichutko   i   bez   krzyku,   nie   brudząc   sobie   rąk...   Musi   panienka   wiedzieć,   że   potem   pan 

Corbred szybko pobiegł na górę, mając nadzieję, że panienka zasnęła wreszcie pod wpływem 

tego środka, który dodał do whisky. Kiedy zobaczył, że was nie ma, i przeczytał list, wpadł w 

furię.

- Nie mogę wprost uwierzyć - rzekła Helga drżącym głosem.

- Corbred to szatan w ludzkim ciele! - powiedział Angus MacDunn.

- Przeciwieństwo Mordwina - dodał James. - Mordwin to tchórz. Rozpieszczony syn 

gminu. Lokaj pana Corbreda.

background image

- Mordwin to szczur! - rzekł zdecydowanie sir Angus.

- Nieprawda! - zawołała ze wzburzeniem Helga. - To nieprawda! Nieokrzesany, być 

może, ale na pewno dobry i szlachetny, sami dobrze o tym wiecie, James!

Mężczyźni spojrzeli najpierw na siebie, potem na nią zdziwieni.

- Przecież spotkałam go kilka razy! - wyjaśniła w desperacji. - Jego i jego przyjaciela 

Jocha. I nic na to nie poradzę, ale bardzo go lubię! Może nawet za bardzo!

Zaległa cisza.

-   Dobry   Boże!   -   wyszeptał   James.   -   No   i   proszę:   wyrządziliśmy   temu   dziecku 

krzywdę, bawiąc się w te nasze tajemnice i sekrety.

Helga uniosła głowę i spojrzała na niego pytającym wzrokiem.

- Nie ma wyjścia, musimy powiedzieć - rzekł cichym głosem laird.

-  Proszę   posłuchać,  panienko,  to   jest  tajemnica,   która  zna   zaledwie   garstka  ludzi. 

Musimy mieć pewność, że to, co panienka teraz usłyszy, zachowa wyłącznie dla siebie. W 

przeciwnym razie może nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.

Helga skinęła głową.

- To prawda, że towarzysz pana Mordwina nazywa się Joch, ale to jest imię bardzo 

tutaj popularne. W samej wiosce jest co najmniej dziesięciu mężczyzn o tym imieniu. Ten 

Joch, którego panienka spotkała, to na pewno nie był przyjaciel Mordwina.

- Czy chcecie przez to powiedzieć... że to nie Mordwina spotkałam, tylko...?

- Mordwin nie żyje. Jego towarzysz także. Joch leży pogrzebany na brzegu potoku 

daleko w dolinie.

- To kim...?

- Mężczyzna, którego panienka spotkała i do którego poczuła sympatię, to Roderick 

MacCullen.

Serce Helgi waliło jak młotem.

- Ale... przecież on został pochowany. Cała wieś uczestniczyła w jego pogrzebie!

- Tak wszyscy myśleli, a w rzeczywistości szli za trumną pana Mordwina. Bardzo 

dobrze  się  złożyło,  że  nikt  nie  wiedział,  iż  Roderick  żyje.  Nie odważyliśmy  się ujawnić 

prawdy,   ponieważ   wtedy   pan   Corbred   wezwałby   posiłki   i   zemściłby   się   w   przerażający 

sposób. Cała wieś musiałaby za to zapłacić. Nie mogliśmy dopuścić do cierpień tylu ludzi. 

Pan Corbred nie znosi, by mu się sprzeciwiano.

Roderick MacCullen! Od kiedy przybyła tutaj, słyszała to imię ze wszystkich ust! 

Poczuła w sobie falę gwałtownej radości. Teraz mogła wreszcie odważyć się i przyznać do 

swego uczucia, przynajmniej przed samą sobą.

background image

Obaj   mężczyźni   od   razu   zauważyli,   że   jej   twarz   nabrała   promiennego   wyrazu,   i 

dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, jak bardzo musiała czuć się do tej pory zagubiona i 

wystraszona.

- A co będzie dalej? - spytała.

Jej ojciec uśmiechnął się, widząc tę skrywaną przez córkę radość.

- Nie wiemy - przyznał.

- A dlaczego nigdy nie zwróciliście się do władz i nie otrzymaliście od nich pomocy?

- Dlatego,  że  Corbred to  właśnie  człowiek  władz,  w  każdym  razie  oficjalnie.  Jak 

myślisz, komu będą wierzyć, mnie czy jemu? Nie, nie, dopóki jestem przykuty do łóżka, nie 

możemy wiele zrobić.

- Nie zawołaliście żadnego lekarza, żeby zobaczył nogę?

- Baliśmy się sprowadzać tu kogokolwiek. Ale James zna się trochę na medycynie i 

złożył nogę, jak potrafił najlepiej. Chociaż, muszę przyznać, spodziewaliśmy się, że szybciej 

wrócę do zdrowia. Ale teraz posłuchaj mnie uważnie: zdaje się, że zaczynają podejrzewać 

Jamesa, i dlatego nie możemy już dłużej wykorzystywać go jako szpiega i łącznika między 

mną a Roderickiem. Chcemy ciebie poprosić o pomoc...

- Mnie? - spytała czerwieniąc się. - Ale przecież...

- Tak - potwierdził James. - Nie mam do kogo się zwrócić w Aidan’s Broch. Nikt nie 

jest wystarczająco inteligentny.

- Uważacie, że jestem na tyle mądra, żeby dać sobie radę? Ale Roder... to znaczy 

MacCullen nazywa mnie zawsze głupią gęsią!

-   To   on   podsunął   mi   dzisiaj   tę   myśl,   kiedy   mówiłem   mu   o   ucieczce   panienki   - 

uśmiechnął się James. - Z tą gęsią to chyba tylko taki żart. Niedoświadczona i niekształcona, 

ale bardzo przydatna, to jego własne słowa.

- To dlatego przywiózł mnie z powrotem? Ponieważ mnie potrzebuje?

- Częściowo dlatego. Ale także z tego powodu, że ojciec panienki i ja poprosiliśmy go 

o to. I również dlatego, że on sam bardzo bał się o panienkę.

- Dziękuję - wyszeptała Helga uszczęśliwiona. - Choć, mówiąc prawdę, był na mnie 

dosyć   zły...   Na   początku!   Oczywiście,   z   wielką   ochotą   wam   pomogę,   jeśli   tylko   będę 

potrafiła.

Angus MacDunn skinął głową.

- Słuchaj uważnie wszystkiego, co mówi się w domu, i przekazuj nam. Trzymaj się 

Iana! Nigdy nie zostawaj sama z Corbredem! Lynn nie musisz się przejmować, to po prostu 

jędza, która we wszystko musi się wtrącić. Jedz tylko to, co da ci James. Jesteś w ogromnym 

background image

niebezpieczeństwie, rozumiesz? Bardzo się o ciebie boimy,  ale ty właśnie możesz zrobić 

najwięcej, dlatego narażamy cię na to wszystko. Staraj się przebywać z nimi przez cały czas, 

a nie tylko przez chwilę, jak służąca. Corbred i pozostali nic nie wiedzą o tym, że jesteś 

wyłączną spadkobierczynią, ale niewykluczone, że się tego domyślają. I dlatego nie powinnaś 

spodziewać się od nich niczego dobrego. Ach, moja droga, jaki ja jestem szczęśliwy, że cię 

widzę! Jaka szkoda, że nie mogłem zgotować ci lepszego przyjęcia!

Helga uśmiechnęła się do ojca, nie była już tak powściągliwa. Wydawało jej się, że 

zna go od dawna i chyba szybko polubi.

Zauważyła, że ma takie same oczy jak on. Zawsze się zastanawiała, po kim je może 

mieć. Teraz już wiedziała.

- Ale jest jeszcze jedna zagadka - odezwała się Helga, przerywając przedłużające się 

nieco milczenie. - Jakie znaczenie w tym wszystkim ma zamek Hiss?

Obaj mężczyźni spoważnieli.

- Miałem nadzieję, że może o to nie spytasz - westchnął jej ojciec. - Zamek odgrywa 

główną   rolę   w   całej   tej   historii.   Kiedy   usłyszałem,   że   Roderick   tamtej   nocy,   kiedy   tu 

przybyłaś, znalazł cię właśnie w Hiss, wprost zdrętwiałem. Ten zamek to jest nasz bicz Boży i 

nasza hańba.

Helga czekała, żeby się uspokoił. Widać było, że sama nazwa „Hiss” przyprawia go o 

drżenie.

- No więc Roderick i ja wracaliśmy właśnie stamtąd, gdy zostaliśmy napadnięci przez 

Mordwina i Jocha. Musisz wiedzieć, że od dawna już pragnąłem zawrzeć pokój z władzami. 

Epoka wielkich rodów i lairdów już minęła. Jedynie nasz upór każe nam sprzeciwiać się nadal 

szkockiemu rządowi, a Anglicy nie są wcale tacy źli jak myślimy. Roderick znał moje plany i 

je akceptował; poparłaby nas też okoliczna ludność. Natomiast nigdy nie rozmawialiśmy o 

tym z moimi przybranymi synami i z Lynn. Na pewno nie spodobałaby się im myśl o utracie 

tak wielkich wpływów.

Helga wtrąciła nieoczekiwanie:

- Ale przecież Corbred pracuje dla Anglików czy dla rządu szkockiego, już nie wiem 

sama dla koga, i został tu przez nich wysłany po to, żeby zaprowadzić ład i porządek.

- Corbred? - prychnął jej ojciec. - Tę misję zlecili mu oni, co prawda, kila miesięcy 

temu   i   prawdopodobnie   otrzymują   od   niego   uspokajające   sprawozdania.   Co   oni   mogą 

wiedzieć o jego poczynaniach tutaj? Tych czterech osiłków, których tu trzyma, to nie są ludzie 

przysłani przez rząd, tylko jego opryszki.

- Czyli nie podoba mu się to, że pragniecie pojednać się z władzami - powiedziała 

background image

Helga w zadumie.

- Raczej nie. On chciałby mieć dobre stosunki z rządem i jednocześnie zachować tu 

władzę, zajmując moje miejsce. Nie myślisz chyba, że zrezygnuje z niej na rzecz rządu? 

Nigdy!

Laird zamilkł, a po chwili kontynuował swoją relację:

- Szliśmy więc doliną, Roderick u ja, zastanawiając się nad tym, czy nie poprosić 

władz   o   pomoc   w   sprawie   Hiss.   Musisz   wiedzieć,   że   długo   pracowaliśmy   sami   nad 

rozwiązaniem tego problemu; właśnie miesiąc temu byliśmy już prawie gotowi.

Helga skinęła głową.

- Widziałam ślady po uderzeniach i barykadę...

- No właśnie - odparł krótko laird, jakby nie chciał o tym mówić. - Nasi ludzie bardzo 

się narażali, pracując tam. Ale, jak widzisz, zostałem wyłączony z tej gry, Roderick zaś nie 

może pokazać się mieszkańcom wioski, a w Hiss z każdym dniem rośnie to okropieństwo.

- Jakie okropieństwo?

Laird nie odpowiedział.

- Corbred uważa, że ludzie Rodericka MacCullena ukryli tam broń - rzekła Helga.

Obaj mężczyźni zareagowali gwałtownie:

- Naprawdę tak myśli?

-  Tak   mi   dzisiaj   mówił.   Sprawiał   wrażenie,   jakby  nie   bał   się   tam   wyruszyć   i   jej 

poszukać.

- Nie! - wykrzyknął Angus MacDunn. - Nie wolno mu! Co za idiota! Helgo, musisz 

mu przeszkodzić!

- Ale jak...? No dobrze, zrobię, co będę mogła.

- W każdym razie musisz nas informować o wszystkich jego zamiarach.

- Tak jest. Czyli Corbred wcale nie zna tajemnicy zamku?

- Nie, przez wiele lat był w Londynie. A nikt mu nie mówi prawdy, bo on zaraz by to  

wykorzystał i wpadł na jakiś szatański pomysł. Choć, muszę przyznać, nie pojmuję, jak by się 

to miało mu udać - dodał laird.

James wyjaśnił:

- Właśnie dlatego nie możemy nic powiedzieć panience. Bo gdyby sir Corbred poddał 

panienkę solidnym torturom, bez trudu wycisnąłby z niej prawdę o zamku. Ale teraz już 

chyba pora, żeby panienka wróciła do siebie. Niedługo przyjedzie pan Corbred i jego ludzie.

Helga pożegnała się ciepło ze swym ojcem i, podniesiona na duchu tym, że poznała 

chociaż   część   prawdy,   wróciła   do   głównego   budynku.   Z   niepokojem   myślała,   czy  zdoła 

background image

wypełnić powierzoną jej misję. Ale przecież obaj mężczyźni przyrzekli, że to potrwa tylko 

dwa dni. Potem pałeczkę przejmie sam laird.

Ze   zdumieniem   spostrzegła,   że   na   dworze   zaczęło   już   się   ściemniać.   Nagle 

uświadomiła sobie, jak długi i bogaty w wydarzenia był mijający dzień.

- Powiem w domu, że panienka wróciła - rzekł James, rozstając się z Helgą. - Powiem, 

że panienka się rozmyśliła i zrezygnowała z ucieczki, kiedy zmarzła i zgłodniała!

- O, tak...! Strasznie zgłodniałam!

- Zaraz coś na to poradzimy - uśmiechnął się.

- Jeszcze jedno - przypomniała sobie Helga, gdy James zamierzał już odejść. - Którejś 

nocy Corbred przyszedł na strych i naśladował nawoływanie sowy.

James potaknął.

-   On   ciągle   wierzy,   że   jego   mały   braciszek   żyje.   Mam   nadzieję,   że   nikt   mu   nie 

odpowiedział.

- Nie, nikt mu nie odpowiedział.

Gdy w pół godziny później James pukał do drzwi Helgi, jedzenie dla niej miał nie na 

tacy, jak zwykle, lecz zapakowane w koszyku. Wyglądał na zdenerwowanego.

- Panienka nie może tu zostać dzisiejszej nocy - szepnął. - Pan Corbred zaczął pić, a 

kiedy   pije,   jest   naprawdę   niebezpieczny.   Coś   musiało   się   stać,   tylko   nie   wiem   co. 

Prawdopodobnie to cieczka panienki tak wyprowadziła go z równowagi lub może czegoś się 

dowiedział o Mordwinie lub o Rodericku. Albo taż odkrył, że panienka wylała whisky ze 

szklaneczki. Pan Corbred, jeśli ktoś mu się sprzeciwia, jest zdolny do wszystkiego; poza tym 

widziałem, że te jego osiłki są w pogotowiu. Proszę wziąć koszyk i zmykać stąd!

- A mój ojciec?

- Będę na niego uważał. Mam w swoim pokoju pistolet i nikogo nie wpuszczę do 

środka. Czy panienka ma klucz do tylnych drzwi? To dobrze, proszę pobiec do tego domu we 

wsi, w którym panienka już raz była. Proszę tam zostać przez noc i wrócić tutaj, zanim się 

rozwidni.

Helga narzuciła sobie szal na ramiona.

- A jeśli nie będą mnie tam chcieli przyjąć? - spytała rumieniąc się.

- Niech się panienka pospieszy. Muszę już wracać do swoich obowiązków. Wystarczy, 

że panienka im powie, jak się sprawy mają, to na pewno nikt panience nie odmówi pomocy.

- Tak  mi  przykro,   że  sprawiam  tyle   kłopotu  -  powiedziała   szeptem  Helga,   biorąc 

koszyk do ręki. Wybaczcie mi to.

James posmutniał:

background image

- Drogie dziecko! Ty mnie prosisz o wybaczenie?

Gdy   wyszła   na   korytarz,   usłyszała,   jak   ktoś   głośno   wrzeszcząc   wydaje   jakieś 

polecenia.  Twarz   stężała   jej   ze   strachu.   Bez   chwili   zastanowienia   pobiegła   przez   ciemne 

korytarze do tylnego wyjścia, otworzyła drzwi i wymknęła się na zewnątrz.

W kilka minut później pukała już ostrożnie do drzwi chaty na skraju lasu. Jak zwykle, 

nikt nie odpowiadał.

- To ja, Helga - szepnęła. - Przysyła mnie James.

Ale również i tym razem nikt nie odezwał się w środku. Nikt jej nie otworzył.

O Boże, co ja teraz zrobię? zastanawiała się.

W ciemności rozpoznała z trudem, że drzwi są zaryglowane.

Już nikogo nie ma, pomyślała zawiedziona. Jeszcze nie tak dawno bałam się, że mogę 

go spotkać znowu, a dziś oddałabym wszystko, żeby tylko móc go zobaczyć.

Zostać tutaj z pewnością nie mogła, to było zbyt niebezpieczne. Ociągając się, ruszyła 

wreszcie powolnym krokiem w stronę lasu.

Las wydawał się gęsty, niewątpliwie można skryć się w nim przez jedną noc. Tyle 

tylko że było zimno!

Ku swemu przerażeniu spostrzegła, że zza obłoku mgły wysuwa się właśnie księżyc. I 

to niemal w pełni. Już po chwili jego niebieskawe światło rozświetliło ciemność nad lasem, 

uniemożliwiając ukrycie się w nim. Helga dygotała na całym ciele.

Czyż   nie   tego   dziś   chciałam?   pomyślała.   Czy  nie   chciałam   wynieść   się   stąd,   jak 

najdalej od Aidan’s Broch? Z tego wniosek, że należy myśleć i przewidywać, a nie kierować 

się emocjami!

Drgnęła.   Coś   poruszyło   się   niedaleko,   przybliżało   się   do   niej.   Zwierzę?   Czy... 

człowiek? Jeden ze strażników Corbreda?

- Helga, czy ty oszalałaś? - rozległ się szept o silnym szkockim akcencie; w blasku 

księżyca   dziewczyna   bez   trudu   rozpoznała   Rodericka   MacCullena.   -   Co   ty  wyprawiasz? 

Spróbuj ukryć się chociaż pod drzewem!

Helga poczuła ogromną ulgę, a jeszcze większe było szczęście, jakiego doznała na 

jego widok.

- James przysłał mnie do ciebie - szepnęła. - Ale kiedy nie zastałam cię w chacie, nie 

wiedziałam, co mam robić.

Roderick przez chwilę się zawahał.

- Chodź - powiedział, biorąc ją za rękę.

Wszedł razem z nią nieco głębiej w las; po chwili znaleźli się u podnóża stromego 

background image

zbocza. Wówczas on pochylił się i wkroczył przed nią do długiego, mrocznego korytarza, do 

którego wejście przesłaniały zarośla. Drugi koniec lisiej nory, pomyślała sobie.

- Wejście było zaryglowane - rzekła.

- To tylko kamuflaż. Da się je otworzyć od wewnątrz.

Choć   jego   dłoń   była   lodowato   zimna,   dla   niej   stanowiła   źródło   ciepła   i 

bezpieczeństwa.   Zatrzymał   się   i   otworzył   niewielkie   drzwi.   Już   po   chwili   znaleźli   się  w 

znanym jej domku z legowiskiem na podłodze. Roderick MacCullen zapalił lampę.

- Po co przyszłaś? - spytał cicho.

- Muszę... To znaczy James mówi, że muszę tu dziś przenocować.

- Tutaj? - wybuchnął. - A ja gdzie?

Helga wyraźnie się zmieszała.

- Tego... nie powiedział.

- A może to ty wpadłaś na ten pomysł? - spytał lodowatym tonem. - Wobec tego jesteś 

bardziej przebiegła, niż myślałem.

- Ja wpadłam? Nie, to James powiedział... - odparła, zdziwiona jak dziecko.

- Ale ja muszę spać!

-   Oczywiście!   Nie   rozumiem,   dlaczego   dwoje   obcych   ludzi   nie   mogłoby   spać   w 

jednym pomieszczeniu, gdy zmusza ich do tego sytuacja. Będę zachowywać się cicho jak 

mysz.

Wpatrywał się w nią tak intensywnie, jakby chciał ustalić, do jakiego stopnia jest 

naiwna.

Opuściwszy wzrok, Helga dodała:

- To dla mnie też wcale nie jest łatwe, że narzucam się tak wbrew swojej woli. Cała ta  

sytuacja jest dla mnie poniżająca. Ale jeśli spróbujemy zrozumieć się nawzajem, to...

- Oczywiście - rzekł zdecydowanie i zamilkł na chwilę. - Dlaczego odesłano cię z 

zamku?

- Oni bali się, że Corbred wpadnie w szał. Upił się i prawdopodobnie jest wściekły na 

mnie, że ośmieliłam się uciec.

- I za szubienicę! Mogę to sobie wyobrazić. Ale jacy oni?

- Spotkałam się z moim ojcem.

- To dobrze.

Zmniejszył nieco płomień w lampie. Ten zapach kurnika nie jest wcale taki okropny, 

pomyślała Helga, można się przyzwyczaić. I choć daleko tu było do luksusu, miejsce to 

wydawało się przynajmniej bezpieczne.

background image

Roderick MacCullen poprawił coś przy lampie, która zdawała się działać zupełnie 

dobrze.

- Długo zastanawiałem się nad tym, co ty właściwie miałaś dzisiaj na myśli, kiedy się 

rozstawaliśmy?   Wspomniałaś   coś   o   jakiejś   Molly   czy   kimś   takim   i   że   powinienem   się 

wstydzić. I że my to my, czy coś w tym rodzaju. Co to za Molly?

Helga wyglądała na bardzo zawstydzoną.

- Wybacz mi! Myślałam, że jesteś kimś innym.

- Kim?

- Mordwinem MacDunnem.

- Boże drogi! To przecież twój przyrodni brat. W każdym razie ty tak chyba uważałaś. 

Tak, teraz już rozumiem to twoje zachowanie.

Helga zdobyła się na odwagę i powiedziała:

- Ale ja nie rozumiem twojego. Jednego dnia jesteś dla mnie miły, a drugiego dnia 

obrzucasz mnie obelżywymi słowami i traktujesz z pogardą.

Roderick wbił w nią wzrok.

- Jeśli tego nie rozumiesz, to znaczy, że jesteś głupsza, niż myślałem!

Po czym szybkim ruchem zgasił lampę i odwrócił się do Helgi plecami.

background image

ROZDZIAŁ IX

Helga   udawała,   że   nie   zauważa   jego   niechęci.   Nie   rozumiała   jej   i   bardzo   z   tego 

powodu   cierpiała.   Próbowała   policzyć,   ile   razy   spojrzał   na   nią   z   przyjaźnią   i   czułością. 

Niestety, niewiele.

Wstała i zaczęła bawić się koszykiem; po chwili on rzekł:

- Byliśmy wobec ciebie bardzo okrutni, nikt niczego ci nie wyjaśnił. Przecież ty nic 

nie rozumiałaś! Czy wiesz już, kim jestem?

Nagle Helga znowu rozpromieniała.

- Tak, jestem z ciebie taka dumna!

- Nie ma z czego. Pragnąłbym jeszcze tyle zrobić, ale nie mam możliwości. Już dawno 

chciałem ci powiedzieć, kim jestem, ale mi nie pozwalano.

- Naprawdę chciałeś?

- O Boże, daj spokój już z tą egzaltacją! - rzucił zniecierpliwiony.

Choć Heldze zrobiło się przykro, starała się tego nie okazać.

- Proszę, tu mam coś do jedzenia!

- Z Aidan’s Broch? - rozchmurzył się. - Ale to pewnie dla ciebie?

- Podzielimy się! Nawet jeśli jest tego niewiele.

Spojrzał na nią ciepło.

-   Dla   mnie   dzisiaj   wszystko   jest   przysmakiem   po   miesiącu   żywienia   się   suchym 

chlebem.

- Wyobraź sobie, że w koszyku są też same suche skórki od chleba! - żartowała Helga, 

na co on ukazał swe białe zęby w szerokim uśmiechu, a jej zrobiło się miękko w kolanach.

Usiedli   na   łóżku   i   żartując   podzielili   wszystko   między   siebie.   W   niewielkim 

dzbanuszku była ciepła czekolada, którą wypili po kolei prosto z naczynia, co Heldze wydało 

się niezwykle podniecające i śmiałe, poza tym znaleźli kanapki z różnymi przysmakami.

- Opowiedz mi trochę o sobie - poprosiła Helga. - Wiem jedynie tyle, że w oczach 

całej wsi jesteś bohaterem, a bohaterzy są dla mnie równie bezosobowi jak jakaś instytucja 

czy bóstwo.

-   Ach,   nie   ma   naprawdę   o   czym   mówić   -   odparł   nonszalancko,   Helga   jednak 

zauważyła, że ucieszyło go jej pytanie. - Jestem zwyczajnym wieśniakiem, który po powrocie 

ze służby w wojsku zastał w swej rodzinnej wsi tragedię. Zostałem więc i starałem się pomóc 

twemu ojcu najlepiej jak umiałem.

- Tragedię? Masz na myśli Corbreda?

background image

Roderick utkwił wzrok w jakimś odległym punkcie.

- Nie, Corbred i Mordwin wtedy jeszcze nie stanowili problemu. Mam na myśli Hiss... 

- Otrząsnął się z zadumy. - Dziękuję za jedzenie. Dobrze mi zrobiło.

Helga, pochylona na koszykiem, do którego zbierała resztki jedzenia, powiedziała:

- Chyba nic się nie stanie, jeśli prześpimy się razem na tym szerokim łóżku. Każde z 

nas po swojej stronie.

Roderick przez chwilę milczał, po czym rzekł:

- Możesz spać sobie wygodnie, bo ja muszę jeszcze iść.

- Dokąd? - krzyknęła głośno. - Przecież jest noc!

Po chwili wahania Roderick wyjaśnił:

- Moja matka jest już bardzo stara i nie daje sobie rady w gospodarstwie. Pomagam jej 

w nocy, kiedy nikt nie widzi.

- „Jestem zwyczajnym wieśniakiem”! - powtórzyła Helga z czułością w głosie. - Nic 

dziwnego, że jesteś zmęczony.

- Rzeczywiście, ledwie chodzę - przyznał. - Przyjdę za kilka godzin. Będzie miło 

wrócić do ciepłego łóżka - zakończył z ironicznym uśmiechem.

- Odstąpię ci moją ogrzaną połowę - obiecała.

Gdy poszedł, Helga trzęsącymi się rękami zdjęła z siebie ubranie, po czym w samej 

koszuli  wśliznęła  się  pod koc.  Słoma  szeleściła  w sienniku,  tu  i  ówdzie  kłuły wystające 

źdźbła, wreszcie jednak udało się jej przyjąć jakąś wygodną pozycję. W izbie nie było wcale 

ciepło, poza tym Helga czuła się tak poruszona wydarzeniami minionego dnia, że upłynęło 

sporo czasu, zanim zasnęła.

Obudził ją dotyk ręki odgarniającej ostrożnie włosy z jej twarzy. Nie otworzyła jednak 

oczu. Chciała się przekonać, co nastąpi dalej.

Czy on słyszał, jak bije jej serce? Starała się oddychać jak najspokojniej, ale to wcale 

nie było takie łatwe. Czuła przez powieki, że w izbie pali się światło.

A  więc   Roderick   właśnie   wrócił.   Jak   długo   leżała   nie   śpiąc,   pełna   dławiącego 

oczekiwania? Jak często przychodziła jej do głowy myśl: Pójdę sobie, nie wytrzymam, kiedy 

on się zjawi, to za wiele dla mojego biednego serca, pójdę sobie w swoją stronę, natychmiast!

Ponieważ jednak godziny mijały, a on nie wracał, poczuła się zmęczona i zasnęła, co 

jej samej wydało się bardzo dziwne.

Uderzył ją nieoczekiwany zapach - czystej, wysuszonej na wietrze koszuli. Czyli był 

w domu i przebrał się! pomyślała zachwycona. Dla mnie? Tak bardzo chciała w to wierzyć.

Lekko   i   ostrożnie   głaskał   ją   po   włosach,   wyraźnie   bojąc   się,   by  jej   nie   obudzić. 

background image

Dotknął   policzków,  szepcząc  przy tym   ciche  słowa,  których   ona  w ogóle  nie   rozumiała. 

Brzmiały tak obco, że musiały pewnie pochodzić z jakiegoś dialektu. Jednakże ton głosu 

wyrażał wszystko: nie ulegało wątpliwości, że słowa te były pełne miłości. Helga czuła się 

tak oszołomiona, że jedynie ogromnym wysiłkiem woli zdołała udawać nadal, że śpi.

A potem... Serce zabiło jej mocniej w piersi: poczuła na swych ustach jego wargi; 

dotykał ich lekko, delikatnie, nieznacznie przy tym drżąc z lęku lub powściągliwości.

O Boże, chyba za chwilę umrę! pomyślała. To wszystko jest zbyt nieprawdopodobne i 

zbyt cudowne, żebym mogła to wytrzymać!

Nadal jednak nie otworzyła oczu, nie poruszyła się. Lekki jak piórko pocałunek trwał 

zaledwie kilka sekund. Roderick cofnął dłoń z jej policzka i po chwili zgasło światło.

Helga   chętnie   ustąpiłaby  mu   swoje   miejsce,   aby  położył   się   na   ogrzanej   połowie 

łóżka, ale przecież „spała”. Nie sądziła, aby była w stanie rozmawiać z nim teraz normalnie, 

głos na pewno nie byłby jej posłuszny.

Nigdy jeszcze do tej pory nie była tak promiennie szczęśliwa! W każdym zakamarku 

swego ciała czuła rozpierającą ją radość, z trudem powstrzymywała uśmiech, który czaił się w 

kącikach ust, by ją zdradzić. Choć teraz Roderick nie mógł widzieć jej twarzy, z pewnością 

wyczuwał w oddechu ów uśmiech szczęścia.

Odwrócił się do niej plecami i zwinął w kłębek. Dopiero teraz Helga odważyła się 

otworzyć oczy. W izbie było zupełnie ciemno, niczego więc nie mogła zobaczyć. Słyszała 

tylko, jak usiłował okryć się kocem, starając się jednocześnie nie ściągnąć go z niej.

Już nigdy więcej nie będzie obawiać się jego ostrych słów! Teraz bowiem wie, że 

słowa te jedynie maskują coś, co on wysiłkiem swej woli lub wbrew niej musi chować gdzieś 

głęboko i skrywać przed otoczeniem. Ów delikatny pocałunek, który dla innej dziewczyny w 

ogóle nie miałby znaczenia, dla Helgi oznaczał coś oszałamiająco cudownego.

Roderick  trząsł się  z zimna, niemal  słychać było,  jak szczęka zębami.  Biedaczek, 

marznie tak w każdą noc, kiedy tu wraca i śpi samotnie, pomyślała ze współczuciem. Ale 

przecież dzisiaj ona jest tutaj. Nie powinna być taką egoistką i zajmować ogrzanej części 

łóżka tylko dla siebie.

- Zimno ci? - spytała cicho, z lękiem.

- Pewnie cię obudziłem? - odparł skruszony. - Nie, nie jest tak źle, zdążyłem się 

przyzwyczaić do zimna.

- Przysuń się bliżej mnie - zaproponowała zmieszana. - Tu jest cieplej.

Przez chwilę panowała całkowita cisza.

- Czy ty jesteś tak naiwna czy przebiegła? - zdziwił się. - Wolę myśleć, że jesteś 

background image

naiwna.

Nie bez wahania przybliżył się o kilka centymetrów w jej stronę. Helga zaś przysunęła 

się jeszcze bliżej i objęła go mocno ramionami.

- Wiem, że Roderick MacCullen to rycerski mężczyzna - uśmiechnęła się z dziecięcą 

pewnością. - Sumienie nie pozwala mi spać, kiedy ty tak marzniesz.

- To, że walczę z łotrami, wcale jeszcze nie znaczy, że jestem rycerski - bąknął. - Ale 

rzeczywiście jesteś ciepła!

Przysunął się do niej jeszcze bliżej, wciąż odwrócony plecami.

-  To   jest   najwspanialsza   rzecz,   jaką   udało   mi   się   poznać   w   ostatnim   czasie.   Nie 

wiedziałem nawet, że kobieta może być taka ciepła.

Helga, mocno przytulona do jego pleców, uśmiechnęła się tkliwie. Przepełniało ją 

prawdziwe współczucie. Jakiż on musiał być samotny!

Wkrótce dreszcze przestały wstrząsać jego ciałem, mimo to nadal nie zasnął. Z jego 

piersi raz po raz dobywały się głębokie westchnienia.

Ciało Rodericka zaczynało powoli się rozgrzewać. Helgę łaskotało coś w rękę, która 

obejmowała jego tors, sięgając aż po brzeg rozpiętej koszuli. Dotykała dłonią jego gładkiej 

skóry, mając przy tym wrażenie, że między jej palcami a jego skórą przepływają drobne 

elektryczne iskierki.

Helga  nigdy  jeszcze  do  tej  pory  nie  była  tak  blisko  żadnego  mężczyzny.  Dlatego 

dopiero teraz budziła się w niej - najpierw powoli, potem coraz gwałtowniej, wywołując coś 

na kształt szoku - nowa świadomość. Z trudem łapiąc oddech, cofnęła wreszcie rękę.

Gdy odwrócił nieco głowę w jej stronę, rzuciła szybko:

- Chyba już się ogrzałeś. Dobranoc!

Po czym odsunęła się szybko aż do samej ściany.

Z drugiego końca łóżka dał się słyszeć cichy, tłumiony śmiech.

Teraz   z   kolei   ona   w   żaden   sposób   nie   mogła   zasnąć.   Czuła   się   oszołomiona, 

wystraszona i zawstydzona. Ponieważ zorientowała się, że na dworze już niedługo powinno 

świtać, usiadła cicho na posłaniu i zaczęła ubierać się w ciemnościach.

Po chwili usłyszała jego głęboki głos:

- Przecież nic nie widzisz.

Podniósł się i uchylił nieco okno. Wąska smuga bladego światła wpadła do skromnej 

izby. Helga zadrżała.

- Świeże powietrze jest dobre, ale czasami lepiej skryć się w ciemności - uśmiechnęła 

się nerwowo. - Pewnie wyglądam okropnie! Nie umyta, nie uczesana...

background image

Roderick nie powiedział ani słowa, tylko ujął jej twarz w swe dłonie, wplatając palce 

we włosy. On też nie wyglądał świeżo w tym zimnym, bezlitosnym świetle poranka, Heldze 

jednak wydał się nieprawdopodobnie atrakcyjny i pociągający, do tego stopnia, że niemal 

zakręciło się jej w głowie. W owej chwili czuła nie tylko czysto fizyczny pociąg do tego 

wspaniałego mężczyzny, ale także coś innego: silną więź duchową. Miała ochotę opowiedzieć 

mu właśnie teraz o całym swym dzieciństwie, o marzeniach, o tym, co zamierzała począć z 

tym życiem, jakie otrzymała w darze. Była niemal pewna, że by jej wysłuchał - i zrozumiał.

Niemal   pewna.  W  jego   oczach   dał   się   bowiem   zauważyć   swawolny   ognik,   który 

ostudził jej zapał. I lekki cień zniecierpliwienia czy irytacji, podkreślony jeszcze ściągnięciem 

brwi.

- Dziękuję! - bąknęła pospiesznie, nie precyzując, za co właściwie mu dziękuje. - 

Teraz będziesz wreszcie mógł się przespać.

Wybiegła z chaty i ruszyła szybko przez pustą jeszcze wieś. Ponieważ miała klucz od 

tylnych drzwi, wślizgnęła się nie zauważona do domu.

W Aidan’s Broch panowały cisza i spokój. O tej porze wszyscy jeszcze spali, również 

groźni strażnicy Corbreda.

Gdy doszła do swego pokoju, stanęła jak wryta.

Drzwi   były   wyłamane,   a   stół   i   krzesła   leżały   poprzewracane   na   podłodze. 

Porozrywaną na strzępy pościel porozrzucano po całym pokoju.

Nie ulegało wątpliwości, że wszystko to zrobił ktoś w napadzie dzikiej furii. Helga 

była wdzięczna Jamesowi: to dzięki niemu nie stała się ofiarą tej barbarzyńskiej napaści.

Ale co ona ma teraz ze sobą począć? W pokoju, w którym nie można się zamknąć, 

zostać nie mogła. Nie mogła także pójść do Jamesa, a tym bardziej do Rodericka, ni wolno jej 

bowiem   było   narażać   ich   na   niebezpieczeństwo   teraz,   kiedy   lada   chwila   obudzą   się 

domownicy. A innych pokojów znajdujących się w tym samym skrzydle nie znała, zresztą i 

tak nie byłaby w nich bezpieczna.

Zabrała więc swoją walizkę, której nie zdążyła jeszcze rozpakować na nowo i która 

leżała ciśnięta w kąt, ale nie tknięta. Ostrożnie wyszła na korytarz. Zawahała się przez chwilę, 

bo chociaż już się zdecydowała, dokąd ma pójść, nie mogła opanować lęku.

Niedługo zrobi się całkiem widno.

Zdawała sobie sprawę z tego, że może polegać wyłącznie na sobie. Czuła się bardzo 

samotna.

Posuwając się ostrożnie w mroku zalegającym jeszcze korytarz, doszła do schodów 

prowadzących   na   duże   poddasze   i   otworzyła   skrzypiące   drzwi.   Stąpając   na   palcach   po 

background image

surowych, ni heblowanych deskach, błądziła wzrokiem miedzy osnutymi pajęczyną meblami.

Serce   waliło   jej   mocno   na   samą   myśl   o   tym,   co   mogło   się   kryć   wśród   tych 

przeróżnych rupieci, których nawet nie widziała dokładnie w ciemności; w jej wyobraźni 

powstawały   twory   wyposażone   w   kły   i   pistolety,   stanowiące   połączenie   jakichś   bliżej 

nieokreślonych postaci i strażników Corbreda.

W jednym rogu wisiały stare ubrania. Helga, rozsuwając je po omacku, z duszą na 

ramieniu przeszła dalej i znalazła w kącie jakiś szezlong, z którego kilkoma uderzeniami 

dłoni usunęła wierzchnią warstwę kurzu. Mógł posłużyć jej na parę godzin jako łóżko.

Bo   przecież   musiała   się   przespać,   jeśli   miała   wytrzymać   czekający  ją   poranek,   a 

właściwie cały dzień.

Najpierw jednak uklękła i odmówiła modlitwę. Nagle poczuła dojmujący ból na myśl 

o tym, jak bardzo daleko znajduje się od rodzinnego domu. Oto jest bowiem w miejscu, w 

którym ludzie mają inną wiarę i inny kościół niż ten, jaki poznała u siebie. Nie traciła jednak 

nadziei,  że Bóg wysłucha ją także tutaj, że  na pewno widzi  Helgę Solbraten  tu, na  tym 

strychu, gdzieś w obcym kraju. Poprosiła go, by podczas jej nieobecności czuwał nad matką i 

rodzeństwem, a także by dopomógł jej ojcu wrócić do zdrowia. Zmówiła też krótką i nieco 

nieśmiałą   modlitwę   na   intencję   tego,   aby   Roderick   MacCullen   przestał   już   cierpieć   w 

samotności i nigdy już nie marzł. (I żeby odkrył, że ona istnieje.) Przez chwilę zastanowiła się 

także, czy nie powinna poprosić Boga o to, aby uczynił Corbreda lepszym, ponieważ jednak 

zbytnio nie wierzyła, by to pomogło, odłożyła tę modlitwę do następnego wieczoru. Lepiej 

nie obciążać Wszechmogącego wszystkim naraz.

Następnie  zwinęła  się na szezlongu,  przykryła  aksamitnym  płaszczem,  pachnącym 

jakąś damą.

Spała   bardzo   niespokojnie,   budząc   się   często   i   nasłuchując   lękliwie,   czy   nikt 

przypadkiem nie skrada się za jej plecami. Ale nikogo nie było. Gdy wreszcie usłyszała, że 

dom zaczyna budzić się do życia, wstała i wróciła do swojego pokoju.

Umyła   się   i   przebrała,   po   czym,   westchnąwszy   kilka   razy   głęboko   i   nabrawszy 

powietrza w płuca, zeszła do jadalni.

Ian i Lynn byli już na dole. Brakowało Corbreda. Ian, widząc ją, podniósł się z miejsca 

i pokuśtykał ku niej, by ją przywitać.

- Co też w ciebie wstąpiło, drogie dziecko? Kto to słyszał uciekać - spytał z troską w 

głosie. - Jak mogłaś pomyśleć, że nikt cię tu nie chce? Co prawda ciągle nas nie ma w domu, 

ale tak bardzo cieszymy się z tego, że do nas przyjechałaś. Prawda, Lynn?

Elegancka   młoda   dama   nic   nie   odpowiedziała,   co   przy   dobrej   woli   można   było 

background image

zinterpretować jako „oczywiście”.

Helga znowu głęboko odetchnęła.

-   Dziś   w   nocy   ktoś   włamał   się   do   mojego   pokoju   -   powiedziała   zdecydowanym 

głosem.

Ian i Lynn wymienili między sobą szybkie, niespokojne spojrzenia.

- Co ty mówisz? - spytał Ian. - A co z tobą? Nic ci się nie stało?

- Nie. Kiedy usłyszałam kroki na korytarzu, zdążyłam się jeszcze ukryć - odparła. - 

Ale i pokój, i drzwi są zniszczone. Nie mogę tam mieszkać. Czy to może sprawka jednego z 

tych dziwnych wartowników, którzy tu krążą?

Lynn rzekła lodowatym tonem:

-   Raczej   jednego   z   parobków,   którzy   upatrzyli   sobie   ciebie   jako   odpowiedni   cel 

nocnych uciech. Nie spodziewali się, że spotkają się z oporem z twojej strony.

- Gdzie jest Corbred? - spytała Helga, czując w sobie tego dnia zdumiewającą siłę i 

pewność.

- Śpi - odpowiedziała bez namysłu Lynn.

- Nie najlepiej się dziś czuje - dodał Ian trochę niezdecydowanie. - Twoje wczorajsze 

zniknięcie bardzo nim wstrząsnęło. Poza tym jego ludzie gdzieś zasłyszeli... że... Mordwin 

podobno nie żyje. Wiesz coś może na ten temat?

-   Ja?   Nie,   przecież   nikogo   tu   nie   znam,   rozmawiam   jedynie   z   wami   i   Jamesem. 

Wszyscy inni mówią językiem, którego nie rozumiem.

- No, właśnie, James! Gdzie on się podziewa? - spytała Lynn. - Coś mi się wydaje, że 

on zaczyna być zanadto rozkojarzony i zaniedbuje swoje obowiązki. Słyszysz mnie, Ianie?

- Nie masz racji - odparł Ian. - Trudno znaleźć kogoś bardziej oddanego swej pracy niż 

James!

- Przecież jego nigdy nie ma, kiedy jest potrzebny! Coraz częściej każe na siebie 

czekać. Helga, zadzwoń na niego!

Ian podniósł się natychmiast z miejsca i pokuśtykał ku ścianie, na której wisiał pasek 

do dzwonka.

- Helga nie jest tu służącą! To moja siostra!

- Doprawdy? - spytała sucho Lynn.

Helga zaczęła się bać. Co też ten Corbred mógł zrobić z Jamesem? Ani przez chwilę 

bowiem nie wątpiła, że to właśnie on dokonał spustoszenia w jej pokoju i teraz odsypia ten 

atak dzikiej wściekłości.

Ale przecież ni mogliby się obyć bez Jamesa - dobrego, cichego i wiernego Jamesa.

background image

A jeśli coś mu się stało, to co będzie z jej ojcem?

Heldze przeszły ciarki po plecach, zmusiła się jednak, by z uśmiechem na ustach 

rozmawiać o wyjątkowo chłodnej jesieni tego roku.

Po chwili, ku jej nieopisanej uldze, do jadalni wszedł James.

Ian oznajmił natychmiast:

-   James,   ktoś   zdemolował   pokój   panienki.   Bądź   tak   dobry   i   przygotuj   inny, 

bezpieczniejszy, do którego nie uda się wedrzeć żadnym łobuzom.

- Tak jest, sir! Mam nadzieję, że nic się panience nie stało?

- Nie, udało mi się ukryć przed nimi.

Oboje porozumieli się ze sobą wzrokiem. Jej spojrzenie mówiło: „Tej nocy wszystko 

przebiegło bez kłopotu”. James odpowiedział: „To dobrze. Ale proszę zachować ostrożność! 

Niebezpieczeństwo jest duże”.

Po śniadaniu - a właściwie lunchu, ponieważ tego dnia obudziła się nieprzyzwoicie 

późno - Helga zajęła się przeprowadzką do innego pokoju, położonego bliżej głównej części 

posiadłości i wyposażonego w solidniejszy zamek.

Gdy już niemal się urządziła, odwiedził ją James.

Zniżywszy głos, rzekł:

- Ktoś bardzo chciałby zobaczyć się z panienką. Czeka w stajni.

-   Tak?   -   odpowiedziała,   spodziewając   się   dokładniejszych   informacji,   lecz   James 

zachował kamienny wyraz twarzy.

- Proszę uważać, żeby nikt panienki nie zobaczył - przestrzegł.

Helga zbiegła szybko na dół, rozglądając się przezornie wokoło. Jeden z wartowników 

sterczał  w drzwiach któregoś z  dalszych zabudowań  gospodarskich,  ponieważ  jednak nie 

patrzył w jej kierunku, zdecydowała się przemknąć między domem a stajnią.

Gdy   znalazła   się   w   ciepłym   półmroku,   przepełnionym   parą   końskich   oddechów, 

zwolniła kroku i zatrzymała się niezdecydowana. Ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Roderick 

MacCullen wciągnął ją do niewielkiej narzędziowni,

Helga wydyszała:

- Czy ty oszalałeś? Przecież nie wolno ci tu przychodzić! Czy coś się wydarzyło?

- Nic, co dotyczyłoby ciebie - szepnął. - chciałem tylko sprawdzić, czy nic ci się nie 

stało.

Poczuła, że jej policzki pokrywają się rumieńcem szczęścia.

- Bo mam dla ciebie pewną wiadomość - wyjaśnił pospiesznie, a jego twarz przybrała 

surowy i zdecydowany wyraz. - A właściwie dla twojego ojca.

background image

Helga nie dała się zwieść jego zachowaniu pełnemu rezerwy. Opowiedziała mu o 

włamaniu do pokoju i o tym, że Corbred nie pokazał się jeszcze do tej pory.

- Posłuchaj, nie wolno ci tu zostać! Przenieś się do naszej chatki, nie chcę, żebyś była 

w pobliżu  tych  łotrów.  Jeśli  wyobrażasz  sobie,  że  nie  mamy  się  czym  zajmować,  to  się 

mylisz. Nikt z nas nie ma czasu, żeby cię niańczyć.

Helga nie słyszała tych surowych słów i lodowatego tonu. Zapamiętała bowiem tylko 

jedno   malutkie   słówko   spośród   wszystkich,   jakie   padły   z   jego   ust:   Nasza   chatka!   Ta 

odrażająca nora zamieniła się nagle w przytulne schronienie.

Na samą myśl o nocy spędzonej przy Rodericku zrobiło jej się gorącą, zdołała się 

jednak opanować.

- Obiecałam memu ojcu, że będę szpiegiem i posłańcem. Nie mogę teraz zawieść ani 

jego, ani Jamesa.

- Zrozum, że Corbred jest coraz bardziej niebezpieczny, jego ludzie pojmali wczoraj 

jednego z naszych. Boję się, że jeśli zaczną go torturować, to...

- Faktycznie! - krzyknęła przerażona. - Ian wspomniał coś o tym, że ludzie Corbreda 

gdzieś, jak się wyraził, zasłyszeli, że Mordwin podobno nie żyje. Był taki dziwny, kiedy to 

mówił.

-   Biedaczysko!   -   westchnął   Roderick.   -   Sprawy   zaczynają   wyglądać   poważnie. 

Naprawdę nie możesz tu dłużej zostać!

- Ale przecież właśnie teraz będziecie potrzebować mojej pomocy. Ktoś musi wam 

donosić o tym, co dzieje się w domu.

- No tak, ale... No, dobrze, bądź tu w dzień, ale w nocy, musisz mi to obiecać, będziesz 

przychodzić do mnie!

Helga uśmiechnęła się nieznacznie.

- Trzeba przyznać, że nie śpi nam się szczególnie dobrze, jedno z nas...

- Można się przyzwyczaić. Tylko obiecaj! - nalegał.

- Obiecuję - powiedziała wreszcie, bojąc się jednocześnie, że on zauważy promienny 

blask jej oczu.

- Musimy wytrzymać i poczekać, aż twój ojciec będzie na tyle silny, by stawić czoło 

ich intrygom.

- Jutro chyba przyjeżdża rejent?

Roderick wykrzywił twarz w grymasie:

- On nic tu nie zdziała. Spowoduje jedynie, że nienawiść Corbreda stanie się jeszcze 

bardziej zaciekła. Naprawdę boję się ciebie tu zostawić...

background image

Można było odnieść wrażenie, że pragnął powiedzieć coś więcej, lecz się zawahał.

- Spałeś? - spytała Helga rzeczowo.

- Trochę.

- Musisz spać więcej. Poza tym śmiertelnie się boję, kiedy tu przychodzisz.

- W porządku. Już idę. Ale jeśli kiedyś nadejdzie taki dzień, że nie będę zmęczony, 

brudny i ścigany, to... Nie, zapomnij a tym!

- Uważam, że i tak ładnie wyglądasz.

Uśmiechnął się lekko i ujął jej dłonie w swe mocne ręce.

- Jeśli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, to pomyśl wtedy o tym wszystkim, czemu 

nie   było  dane   się  spełnić!   Nie  pozwól  umrzeć  marzeniom,  które   nie  zdążyły się   jeszcze 

obudzić. Są zbyt piękne.

Z pewnością nikt nie zdołałby wdzięczniej wyrazić prośby o to, by dbała o swe życie.

- Roderick, ja...

- Słucham?

- Nie, nie, nic takiego - odparła i spojrzała gdzieś w bok.

- No, powiedz!

-   Nie,   nie   proś   mnie   o   to,   jest   we   mnie   tylko   wstyd   i   skrucha.   Dziękuję   ci,   że  

przyszedłeś! Teraz jestem silna.

Przyglądał się jej długo w mroku stajni. Jego ciemne oczy żarzyły się blaskiem i nagle 

Heldze wydało się, że wszystko wokół niej wiruje. Pochyliła głowę, która spoczęła na jego 

ramieniu. Zupełnie jakby jakaś magnetyczna siła przyciągała ją ku niemu, bo przecież ona 

sama nie zamierzała tego uczynić.

Roderick jęknął i w następnej chwili Helga poczuła, jak jego mocne ramiona zamykają 

ją w żelaznym uścisku. Jego ciało znalazło się tuż przy niej, a jego wargi spoczęły na jej 

włosach.   W   tej   cudownej   chwili   dziewczyna   poddała   się   całkowicie   upojeniu,   jakie   ją 

ogarnęło, gdy stali tak nieruchomi, nic nie mówiąc, wszystkimi zmysłami chłonąc nawzajem 

swą   bliskość.   Wreszcie   Roderick   odsunął   się   od   niej   nieoczekiwanie   i   spojrzał   na   nią 

nieprzytomnymi oczyma.

- Te twoje... - zaczął, lecz ona przerwała mu przerażona.

- Wybacz mi, poczułam się tylko trochę zmęczona - wyjaśniła. - Chwilami jestem jak 

nieprzytomna, dziękuję, że mnie podtrzymałeś. Ja też niewiele spałam w ostatnim czasie.

Jego zagniewane oblicze rozchmurzyło się nieco, wyrażając teraz pełną zrozumienia 

wdzięczność, że tak zręcznie rozwiązała za niego tę kłopotliwą sytuację.

- Tak, powinienem nakrzyczeć na ciebie, że zupełnie o siebie nie dbasz.

background image

Odprowadził ją do drzwi, po czym zatrzymał się przy nich.

Powiódł palcem po jej brwiach.

- Powiedz mi, dlaczego życie jest takim piekłem? Kim jest ten, kto wymyśla nam 

wszystkie komplikacje?

- Nie sądzisz, że my sami to robimy?

Roderick pokręcił głową. Zachowywał się tak, jakby nie mógł oderwać wzroku od 

twarzy Helgi. Jego ciemne oczy były pełne smutku.

- Co innego mam na myśli. Chodzi mi o coś więcej. No dobrze, uważaj na siebie! 

Może ty zostaniesz, a ja... Nie, lepiej nie.

Uścisnął jej ręce i dał znak, żeby już poszła.

Na   obiedzie   pojawił   się   Corbred.   Jego   ładna   twarz   o   wyraźnie   zaznaczonej 

mefistofelesowskiej   bródce,   otoczona   koroną   półdługich   kruczoczarnych   włosów,   była 

strapiona i zmęczona.

- Patrzcie, patrzcie, nasze małe niewiniątko zechciało uczynić nam tę łaskę i poświęcić 

małą chwilę swego drogocennego czasu?

Helga czuła, że się czerwieni. Miała bowiem tę jasną, delikatną karnację, jaka często 

stanowi uzupełnienie złotaworudych włosów i demaskuje każde najmniejsze zawstydzenie.

- A gdzież to panienka się podziewała? - spytał drwiąco.

Ian odparł z irytacją:

- Przecież już ci mówiłem, że wystraszyła się w nocy i gdzieś się schowała. Widocznie 

miała powody, żeby to zrobić!

Corbred obrzucił brata nienawistnym spojrzeniem, lecz widać było, że tak mocno boli 

go głowa, iż nie jest w stanie prowadzić dalej dyskusji.

Spożywano obiad w przytłaczającym milczeniu. Helga wciąż nie mogła wyzwolić się 

od lęku. Odnosiła wrażenie, że Corbred jest jak drapieżny ptak, nieustannie czyhający na 

ofiarę. Wrogość między braćmi ciągle rosła, wywołując wyraźną radość Lynn. Nietrudno było 

zauważyć, że Ian ma dość aroganckiego zachowania Corbreda, a ten z kolei nie zamierza 

dłużej być miły dla siostry. Atmosfera była tak nieznośna, że Helga czuła się wręcz chora.

Na domiar złego od strony wzgórza dało się słyszeć odgłos uderzeń młotka! Helga 

zdawała   sobie   sprawę,   co   to  znaczy.  Widziała   wcześniej,  jak  dwaj   wartownicy  Corbreda 

zmierzali tam z narzędziami i deskami w rękach. Nie będzie już litości!

Gdy wreszcie wstali od stołu, bąknęła, że zamierza się położyć, ponieważ ostatniej 

nocy bardzo źle spała.

Corbred zatrzymał ją:

background image

- Oczekujemy, że zjawisz się w salonie dzisiaj o dziewiątej wieczorem. Mam wam 

wszystkim coś do powiedzenia.

- Nie możesz tego powiedzieć teraz? - mruknął Ian.

- Nie. O dziewiątej wieczorem.

Helga nie miała najmniejszej ochoty na to spotkanie. Chciała pójść do Rodericka. Ale 

Corbredowi nie mogła odmówić.

- Przyjdę.

Corbred nie podjął choćby najmniejszej próby, żeby postarać się o jakieś zajęcie dla 

niej w Glasgow czy Londynie, nawet nie wspomniał już o tym ani słowem. Zupełnie jakby 

nie wystarczało pozbyć się jej z Aidan’s Broch, jakby Corbred postanowił sobie pozbyć się jej 

na dobre.

Nie myliła się! Gdy spotkała jego spojrzenie, wyczytała w nim wydany na nią wyrok 

śmierci.

Helga Solbraten stała mu na drodze. Musiał ją usunąć.

Czy Corbred wiedział, że ona jest jedyną prawowitą spadkobierczynią? Oczywiście, 

musiał   wiedzieć,   przecież   on   nie   był   rodzonym   synem  Angusa   MacDunna.  A  jutro   miał 

przyjechać rejent...

Powiodła wzrokiem po pozostałych. Co oni myśleli? Mordwin nie żyje, wiedzieli o 

tym teraz już wszyscy troje. Ale co się stanie w przypadającą im częścią spadku, gdy pojawiła 

się jego prawowita dziedziczka? Mieli stracić wszystko?

O tym, że Angus MacDunn ocalał, oczywiście nie wiedzieli. Ani też o tym, że tak 

blisko nich jest Roderick MacCullen.

Helga zdała sobie nagle sprawę ze swego położenia. W ich oczach była zupełnie sama 

i całkiem bezbronna. Nikt by się nie przejął, gdyby zniknęła na dobre.

Może Ian...?

Dlaczego miałby jej pomóc? Akurat on, któremu groziła utrata tytułu na jej rzecz.

Helga wróciła szybko do swojego pokoju i starannie zamknęła drzwi,

Usiadła na brzegu łóżka. Musiała zostać tu aż do godziny dziewiątej! Nie wiadomo, 

jak długo potrwa spotkanie. Może już nigdy stąd nie wyjdzie? Może już nigdy nie zobaczy 

Rodericka! Ale jeśli teraz ucieknie, zawiedzie i jego, i swojego ojca. Obaj potrzebowali jej 

pomocy.

Czuła  trudną do opanowania  tęsknotę.  Głos Rodericka  również dzisiaj  był  ostry i 

nieprzyjemny, ale Helga nie da się już oszukać? On po prostu nie chciał przyznać się nawet 

przed samym sobą, że...

background image

Położyła się na łóżku i z oczami utkwionymi w sufit oddała marzeniom o przyszłości. 

Owo   nieznane   wywoływało   w   niej   lęk   i   równocześnie   podniecało.   Roderick...   Brudny, 

zaniedbany,   nie   ogolony   i   na   dodatek   śmiertelnie   zmęczony.   Mimo   to   wydawał   się   tak 

pociągający, że jego widok wprost zapierał dech w piersi.

Ocknęła się z marzeń. Może powinna zejść na dół? Nie, lepiej poczeka tutaj.

Na zewnątrz obok jej drzwi wisiał głośno tykający zegar. Helga wysunęła głowę z 

pokoju.

Dopiero ósma. Jeszcze cała godzina zupełnej bezczynności.

A potem, co stanie się potem? Helga nie mogła uwolnić się od okropnego przeczucia, 

że   wszelkie   próby,   na   jakie   wystawieni   byli   mieszkańcy   Doliny  Aidana,   miały   wkrótce 

osiągnąć swój punkt kulminacyjny.

Ale co miałoby to oznaczać w praktyce, tego Helga nie potrafiła wyobrazić sobie 

nawet w najśmielszych snach.

background image

ROZDZIAŁ X

Helga czuła przemożną ochotę, by pójść tam, gdzie powinna być o tej porze. Zmusiła 

się jednak i została na miejscu.

Powinna napisać list do matki. Nie mogła już dłużej zwlekać i kazać jej czekać w 

niepokoju.

Wyjęła kartkę papieru, pióro i próbowała zacząć.

Droga Mamo!

Wybacz, że piszę tak późno, ale...

I co dalej? Co ma napisać dalej?

Gdzieś w domu dał się słyszeć przytłumiony hałas. Helga spojrzała przestraszona na 

zamek w drzwiach. Czy to wartownicy Corbreda przystąpili do akcji?

Wyjrzała ostrożnie na dziedziniec. Nie, dwaj z nich, zajęci pogawędką, stali pod lampą 

oświetlającą drzwi, a dwaj pozostali nadal pracowali przy nowej szubienicy, przez cały czas 

bowiem dochodziły od strony wzgórza odgłosy piłowania i uderzeń młotka, widać też było 

migające światła pochodni.

W domu znowu zapanowała cisza. Helga skupiła się nad listem.

Przeczytała to, co napisała do tej pory: że ojciec przyjął ją bardzo serdecznie, że 

dostała ładny pokój i poznała ciekawych ludzi i że dokładniej napisze o wszystkim później.

Ten   fałszywie   pogodny   ton   z   pewnością   nie   zwiedzie   matki.   Zirytowana,   Helga 

zgniotła kartkę i cisnęła ją na podłogę.

Wybiła dziewiąta, czyli nadeszła pora, by zejść na dół.

W salonie siedziała tylko lady Lynn.

- O, jesteś już - powiedziała nieoczekiwanie przyjaźnie. - Siadaj sobie, Ian i Corbred 

omawiają coś w jadalni.

W tej samej chwili Corbred zawołał:

- Lynn, czy to Helga przyszła?

- Tak.

- Zaraz do was dołączymy.

Lynn, przykładając palec do ust, szepnęła:

- Mówiąc prawdę, to oni wzięli się tam za łby. Ian ma już po prostu dość, nareszcie, i 

daje bratu porządną lekcję. Nigdy jeszcze nie widziałam mojego męża tak rozzłoszczonego 

jak dzisiaj. Naprawdę się wystraszyłam.

Helga usłyszała cichy pogłos podniesionych, zirytowanych głosów.

background image

- Porozmawiajmy lepiej o czymś weselszym - rzekła Lynn, prostując się na krześle. - 

W sobotę będzie u nas bal. Pewnie nie masz żadnej odświętnej sukni? Mogłabym pożyczyć 

ci...

Nie zdążyła skończyć, ponieważ obie skoczyły na krzesłach jak rażone piorunem.

Z jadalni dał się słyszeć przerażony głos Corbreda:

- Nie rób tego, Ian, nie! Czyś ty oszalał? Na pomoc!

Słychać było rumor przewracanych krzeseł, potem dzikie wycie Iana i na koniec coś 

ciężkiego osunęło się na podłogę.

Helga i Lynn popędziły ku jadalni.

Ian stał w drzwiach. Był trupio blady i zarazem czerwony jak pochodnia na twarzy.

- Na litość boską, Lynn - szepnął. - Co ja teraz zrobię? Zabiłem Corbreda!

Nie mógł się utrzymać na swych słabych nogach. Oparł się ciężko o framugę drzwi, 

pozostawiając w miejscu, którego dotknął dłonią, krwawą plamę.

Corbred zabity!

Pierwsza myśl, jak przebiegła Heldze przez głowę, była niegodziwa: „Bogu niech 

będą dzięki”! Szybko jednak ustąpiła miejsca przerażeniu, jakie ogarnęło ją w obliczu tego 

strasznego wydarzenia.

Lynn pierwsza odzyskała przytomność umysłu.

- Chodź! - powiedziała zdecydowanie.

Weszły obie do jadalni, choć Helga nie miała na to ochoty.

Corbred   leżał   za   dużym   stołem,   na   boku,   z   twarzą   odwróconą,   w   pelerynie 

rozpostartej na podłodze, przykrywającej częściowo jego ładne, długie włosy, i z czarną jak 

heban bródką, odcinającą się ostro od kredowobiałej twarzy.

Teraz nigdy już się nie dowiedzą, o czym to chciał z nimi porozmawiać.

Lynn pochyliła się nad nim, by sprawdzić puls.

- Nie żyje - stwierdziła, podnosząc się.

Helga dostrzegła rękojeść noża wystającą z jego piersi. Odwróciła się szybko w drugą 

stronę.

- Jak ja mogłem to zrobić? Jak mogłem? - lamentował Ian, zakrywając twarz dłońmi.

- Już za późno, żeby o tym myśleć - rzekła trzeźwo Lynn. - Teraz musimy podejść do 

tego praktycznie. On nie może tutaj zostać.

- A co mamy z nim zrobić? - spytał bezradnie Ian.

Lynn zastanawiała się, nakrywając Corbreda peleryną.

- Musimy zawiadomić władze. Ale, oczywiście, będziemy utrzymywać, że zabiłeś go 

background image

w obronie własnej.

- Nie, to nieprawda! - zaprotestował Ian. - Nie będę kłamał, przyznam się, że to ja 

jestem zabójcą.

- Corbred zamordował tyle ludzi, nie informując o tym żadnych władz - odparła ostro 

Lynn. - Możesz spokojnie powiedzieć, że to była samoobrona. Prawda, Helgo?

Helga zawahała się przez chwilę:

- Taaak, myślę, że jest dość powodów, by tak to nazwać. Wszystkim wiadomo, jak 

bardzo niebezpieczny był Corbred.

-  Ale   co   zrobimy   z   jego   ludźmi?   -   spytał   nadal   przerażony   Ian.   -   Zaraz   zaczną 

wieczorny obchód.

-   Musimy   natychmiast   go   stąd   usunąć.   Zajmij   się   tym,   Ian!  A  ja   pogalopuję   do 

następnej   wsi,   gdzie   rejent   z   Glasgow   miał   przenocować   dzisiaj   w   oberży.   Trzeba   go 

zatrzymać, przecież on nie może przyjechać tu jutro. Oboje musicie bardziej panować nad 

sobą. Helga, jesteś blada jak ściana, idź do siebie i połóż się!

Helga pomyślała wprawdzie, że Lynn chyba aż za dobrze panuje nad sytuacją, lecz - 

jeśli spojrzeć na to od drugiej strony - jako żona Iana nie chciała z pewnością, by męża 

spotkało coś złego za to, że zabił takiego łotra jak Corbred.

Lynn, widząc wahanie Helgi, ponagliła ją niecierpliwie:

- Pospiesz się! Zaraz tu mogą być wartownicy, a kiedy zobaczą, że Corbred nie żyje, 

wpadną w szał. Zamknij się na klucz w pokoju, zabarykaduj drzwi ciężkimi meblami i pod 

żadnym pozorem nie wychodź! Niezależnie od tego, co by się działo!

Helga już bez sprzeciwu udała się do swojego pokoju.

Usiadła na łóżku i zacisnęła dłonie. Myśli kłębiły się jej bezładnie w głowie.

Ale jedno wiedziała na pewno: powinna pobiec do Rodericka, bezzwłocznie. Przecież 

on musi o tym wszystkim wiedzieć.

W   domu   panowała   cisza.   Nie   było   słychać   wartowników.   Czy   naprawdę   ma   się 

odważyć? Tego wieczoru James dostał wcześniej wolne, nie mogła więc na niego liczyć.

Chyba nie powinna dłużej zwlekać. Wymknęła się bezszelestnie z pokoju i zatrzymała 

na chwilę za drzwiami.

Czy to możliwe? Z dużego hallu na dole dochodził odgłos przytłumionych kroków.

To pewnie Ian chodził niespokojnie w tę i z powrotem, pełen skruchy i niespokojny. 

Bo Lynn przecież miała pojechać konno do wsi.

To jednak dzielna kobieta. Choć Helga nawet podziwiała ją w pewien sposób, nigdy 

nie chciałaby być taka jak ona, mimo że ta młoda dama dzisiejszego wieczoru okazała się 

background image

nadspodziewanie uprzejma wobec niej.

Ostrożnie, na palcach, przebiegła do balustrady, doskonale zdając sobie sprawę z tego, 

że naraża się na niebezpieczeństwo. Przykucnęła za jej szerokimi słupkami i przyłożyła oko 

do jednego z niewielkich ozdobnie wyciętych otworów. W hallu nie było nikogo, ale z jadalni 

dochodził wyraźny odgłos czyichś kroków.

Może   w   tej   sytuacji   powinna   wyjawić   Ianowi   prawdę?  Że   laird   żyje   i   Roderick 

MacCullen także? Corbreda przecież już nie ma, a Ian jest jej przyjacielem.

Ktoś ciągnął coś ciężkiego po podłodze w jadalni.

To   pewnie   Ian   wynosił   ciało   Corbreda.   Jeszcze   tego   nie   zrobił?   Powinien   się 

pospieszyć, żeby zdążyć, nim przyjdą strażnicy!

Bez trudu mogła sobie wyobrazić, że Ian wpadł w panikę i stracił głowę, gdy zabrakło 

przy nim niezawodnej Lynn i jej wsparcia.

Helga już prawie się podniosła, żeby zejść na dół o ostrzec go przed wartownikami, a 

potem opowiedzieć mu o ojcu, gdy nagle znowu przykucnęła.

Ian wyszedł do hallu, ciągnąc za sobą starannie okryte ciało Corbreda.

Ale... zaraz, zaraz...

Helga wytrzeszczyła oczy i bezwiednie otworzyła usta. Co to miało znaczyć?

Mężczyzna zatrzymał się i obszedł zmarłego wkoło, by poprawić sukno, którym był 

przykryty.

Nie, na pewno się nie myliła. Ian nie utykał! W ogóle, ani trochę!

Ale to przecież Corbreda widziała tam, w jadalni, na podłodze!

Czy też...?

Wpatrywała się w mężczyznę na dole. Jego czoło i policzki były nadal nienaturalnie 

białe. Broda także, a wokół ust...

Jakby dopiero niedawno sczesał sobie włosy z czoła, obciął je krótko przy uszach i 

zgolił brodę!

Ale przecież ta twarz, którą widziała odwróconą do podłogi...

Czyżby to był jedynie zarys odwróconej w drugą stronę twarzy z przyklejoną brodą?

Możliwe.

Lecz przecież słyszała kłótnię Iana i Corbreda w jadalni. Słyszała bijatykę, w wyniku 

której Corbred zginął...

Jeśli ten mężczyzna, który stał teraz w hallu pochylony nad zmarłym, miałby być 

Corbredem, to przecież nigdy nie zdążyłby zgolić brody i...

Helga czuła, że odpływa z niej cała krew. A hałas, jaki słyszała około ósmej? Czy to 

background image

był moment zabójstwa? Chwila śmierci Iana?

To by wyjaśniało, dlaczego trup na podłodze był tak nienaturalnie biały.

No tak, a kłótnia, którą słyszała, mogła być udawana. Zastanowiwszy się przez chwilę, 

stwierdziła, że nie przypomina sobie, aby słyszała dwa głosy równocześnie. Tam mógł być 

tylko sam Corbred. Poza tym tylko do nich wołał, ani razu się nie pokazał.

Mężczyzna na dole wyprostował się teraz.

Tak,   to   Corbred!   Nie   miała   już   wątpliwości.   Bez   brody   i   długich   włosów 

podobieństwo między bliźniakami było o wiele łatwiej zauważalne, ale to z całą pewnością 

był Corbred. Szybki, mocny chód, typowa gestykulacja, sposób trzymania głowy.

Helga   trzęsąc   się   wciągnęła   głęboko   powietrze.   Jeszcze   przed   kilkoma   minutami 

spokojna, teraz czuła przerażenie, widząc, że to nie Ian był tym z dwóch braci, który przeżył.

Musi natychmiast ostrzec Lynn!

W następnej sekundzie jednak pojęła, że byłaby to najgłupsza rzecz, jaką by uczyniła. 

Corbred bowiem mógł bez trudu oszukać Helgę, ale Lynn była przecież żoną Iana i od razu 

dostrzegłaby różnicę.

To mogło znaczyć tylko jedno: Lynn także uczestniczyła w spisku.

Czyli  Corbred nie  miał  nic do powiedzenia  o godzinie  dziewiątej, absolutnie nic! 

Wszystko to zostało zainscenizowane tylko po to, aby zdobyć świadka, który by potwierdził, 

że Ian zabił swego brata w obronie własnej...

Lynn  o  Corbred. Oczywiście,  dwa  pędy  z tego  samego  korzenia!  Ian  zawsze  stał 

Corbredowi na drodze do władzy. „Dwie godziny od tytułu lairda”.

Helga nie miała odwagi się ruszyć. Powinna pobiec do Rodericka najszybciej jak to 

tylko możliwe, lecz teraz mogło to być zbyt niebezpieczne. Wiedziała już, że Corbred nie 

cofnie się przed niczym.

Sama w domu z Corbredem, zimnym, wyrachowanym mordercą. Z mężczyzną, który 

na pewno musiał ją nienawidzić. Za zniszczenie szubienicy. Za to, że nie wypiła whisky i 

zamiast zasnąć, uciekła. Za to, że była dziedziczką tej wielkiej fortuny, którą on wreszcie 

mógłby przejąć w swe władanie. Może na razie potrzebował jej jeszcze jako świadka, ale co 

potem?

Ktoś wszedł do hallu. To Lynn w stroju do konnej jazdy.

- Jak ci idzie? - spytała po cichu. - Nie potrzebujesz pomocy?

- Nie, pospiesz się! - odparł. - Zatrzymaj rejenta, on nie może tu jeszcze przyjechać.

- Mam użyć wszelkich środków?

- Nie. Nie teraz, to byłoby za dużo naraz. Nie powinniśmy budzić podejrzeń. Przesuń 

background image

tylko jego wizytę o kilka dni, dzięki temu zyskam trochę czasu, żeby pozbyć się dziewczyny, 

kiedy już wystąpi jako świadek przed koronerem.

- A James?

- James jest niebezpieczny, zbyt dobrze znał Iana. Może wystarczy, jeśli go zwolnisz. 

Jeżeli nie, to... To będziemy musieli sięgnąć po bardziej drastyczne środki. Wieczorem muszę 

zająć się zamkiem Hiss.

Helga aż drgnęła na dźwięk tej nazwy.

Corbred mówił dalej:

- Moi ludzie poddali drobnym torturom jakiegoś wiejskiego gamonia. I wiesz, czego 

się   dowiedzieli?   Nie   dość   że   Mordwin   nie   żyje,   to   jeszcze   na   dodatek   podobno   ocalał 

Roderick MacCullen.

- Co ty mówisz?

- Ale ja ich wszystkich zaskoczę! Kiedy tylko zakopiemy mojego brata - przecież 

koroner nie może zobaczyć jego zwłok, bo poznałby, że to Ian, a nie ja - od razu pojadę z 

moimi czterema ludźmi do Hiss...

- Teraz, w nocy?

- To jest moja noc, Lynn! Czekałem na nią przez tyle lat, pozostając w cieniu Iana. 

Wykurzę tego lisa MacCullena z jego nory! Jestem pewien, że właśnie tam tkwili przez cały 

czas i że tam mają też potężny arsenał broni, żeby w każdej chwili móc mnie zaatakować. 

Dlatego wymyślili sobie całą tę historię o duchach i strachach...

Na chwilę popadł w zamyślenie:

- Ten chłopak powiedział poza tym, że podobno jest jeszcze jedna osoba, która nie 

umarła.

- Kto?

- Nie, to zbyt szalone, nie mogę w to uwierzyć! Ale jeśli to prawda, oni wszyscy są na 

pewno w zamku Hiss.

- Myślałam, że tam nie da się mieszkać.

-  Ani   ty,   ani   ja   nigdy   tam   nie   byliśmy,   skąd   więc   mamy   wiedzieć,   jak   tam   jest 

naprawdę?

- Musicie porządnie się uzbroić.

-   Możesz   być   spokojna!   Jest   nas   pięciu   i   całą   piątką   zjawimy   się   tam   całkiem 

nieoczekiwanie. To musi się udać.

- A co zrobimy z dziewczyną?

- Z Helgą? To drobiazg. Kiedy już zrobi swoje i poświadczy, co widziała, trzeba 

background image

będzie skręcić jej kark.

- Jesteś pewien, że ona śpi?

- Może nie śpi, ale nie ulega wątpliwości, że nie ruszy się ze swojego pokoju. Siedzi 

tam   i   zdenerwowana   gryzie   paznokcie.   Tak   ja   przestraszyłaś   tymi   rozwścieczonymi 

strażnikami. Pospiesz się, zawołaj tu moich ludzi, żeby mi pomogli, a ty ruszaj w drogę. 

Musisz być na miejscu wczesnym rankiem, zanim on zdąży wyjechać. Powiedz, że Corbred 

się rozchorował, albo wymyśl coś innego.

Corbred podszedł do Lynn i ją pocałował.

- Już wkrótce nastanie nasz czas. Długo na to czekałem.

Objąwszy go za szyję, Lynn powiedziała:

- Ale przez resztę swego życia będziesz musiał nazywać się Ian.

- To niewysoka cena za pełnię władzy. Angus chciał zawrzeć pokój z rządem, może 

Ian też miał podobne plany. Ja na to nie pójdę. Jeszcze przez wiele lat ród MacDunnów 

będzie panować w Dolinie Aidana. A oni tam, na górze, będą przekonani, że jestem ich 

wiernym poddanym!  Tymczasem przy pomocy moich czterech ludzi, śląc zwierzchnikom 

uspokajające raporty, zapewnimy tu sobie nieograniczoną władzę. Będziemy bogaci, Lynn! I 

silni!

Od siedzenia w kucki Helgę zaczęły boleć nogi. Była przerażona tym, co usłyszała, 

chciała jak najszybciej pobiec do Rodericka, nie była jednak w stanie ruszyć nawet palcem. 

Najbardziej bała się tego, że któreś z nich mogłoby wejść na górę. Ale przecież zaraz mają 

przyjść ci straszni strażnicy. Musiała uciekać, i to natychmiast! Tylko jak?

Tych  dwoje na dole niechcący jej  w tym  pomogło.  Otoczywszy Lynn ramieniem, 

Corbred  odprowadził ją do wyjścia. Wykorzystując tych  kilka  sekund, Helga przemknęła 

przez korytarz, kierując się ku małym, niewidocznym tylnym drzwiom.

Biegnąc najciszej jak się dało, wyjęła z kieszeni klucz. Wiedząc już, które stopnie 

schodów   najbardziej   skrzypią,   omijała   je,   pokonując   po   dwa   albo   trzy   naraz.   Wreszcie 

otworzyła drzwi i stanęła w jasnym blasku księżyca.

Ledwie znalazła się na zewnątrz, czyjaś mocna dłoń zakryła jej usta. Gdy próbowała 

się wyrwać, usłyszała tuż przy swym uchu szept Rodericka:

- Cicho, nie krzycz!

Helga natychmiast się uspokoiła, a on zwolnił uścisk.

- Dlaczego nie przyszłaś? - spytał rozgorączkowany. - Tak się denerwowałem, że nie 

mogłem znaleźć sobie miejsca.

- Ciszej - powiedziała, ciągnąc go w cień obok drzwi. Niemal bezgłośnie wydyszała 

background image

mu do ucha: - Corbred zamordował Iana. On i jego strażnicy wybierają się dziś w nocy do 

Hiss.

- Co ty wygadujesz? Czy oni poszaleli?

-   Myślą,   że   ty   i   twoi   ludzie   ukrywacie   się   tam   i   przechowujecie   broń.   Corbred 

podejrzewa, że mój ojciec żyje i jest razem z wami. Jak to dobrze, że tu przyszedłeś, bo 

mogłabym nie zdążyć dotrzeć do ciebie na czas.

- Musimy ostrzec Jamesa i twojego ojca.

- Tej nocy są jeszcze bezpieczni. W domu nie będzie nikogo.

Roderick, nie zważając na jej słowa, zawołał cichutko i pod drzewem pojawił się czyjś 

cień. To był Joch, który otrzymał polecenie, by najpierw pójść do Jamesa, a później obudzić 

we wsi wszystkich wtajemniczonych.

- Tylko nie bierzcie koni! - upomniał Roderick. - Z wyjątkiem czterech do wozów.

Helga zrozumiała, że wszystko było już zaplanowane dużo wcześniej.

- I uważajcie jeszcze na Lynn! - ostrzegł jeszcze Jocha. - Pewnie już galopuje, żeby 

zatrzymać rejenta.

- To ona też...?

- Ona? Z całą pewnością jest kochanką Corbreda.

Joch zniknął w ciemnościach.

Było niemal tak widno jak w dzień. Księżyc, tej nocy w pełni, oblewał wszystko swą 

srebrzystą poświatą.

Gdy Roderick i Helga przemykali między wiejskimi zabudowaniami, usłyszeli tętent 

końskich kopyt, którego echo odbijało się między ścianami domów. Przez moment ujrzeli w 

oddali Lynn, która pędziła konno, kierując się w stronę wybrzeża.

Idąc szybko dalej, Helga opowiadała o wszystkim, co wydarzyło się w Aidan’s Broch. 

Roderick aż jęknął z przerażenia, uświadomiwszy sobie, co mogło ją spotkać.

- Mamy jeszcze trochę czasu - uspokoiła go. - Najpierw chcą pogrzebać Iana.

Doszli do niewielkiego ryneczku.

- Posłuchaj, pójdziesz teraz do naszej chaty. Wejdź tylnymi drzwiami i nie ruszaj się 

stamtąd przez całą noc.

- Ale ja chcę być przy tobie!

- W Hiss? Przenigdy!

Helga umilkła.

- Wrócisz? - spytała cicho.

Jego twarz zasnuł cień bólu.

background image

- Tak. Mam ci jeszcze tyle do powiedzenia. Zrobię, co będę mógł, żeby tylko wrócić.

- To znaczy, że nie będzie łatwo, tak?

- Na pewno. Nie jesteśmy właściwie gotowi, to wszystko stało się trochę za wcześnie. 

Ale dzisiejszej nocy odpowiadam za ludzi, za całą wieś i za tych przy Cross of Friars... Muszę 

dać sobie radę! No, idź już!

Na krótką chwilę przyciągnął ją do siebie i stał, nic nie mówiąc, z twarzą blisko jej 

włosów.

- Tak dużo jeszcze... - bąknął. - Kiedy to wszystko już się skończy, musimy znaleźć 

trochę czasu, żeby...

Helgę   ogarnęło   dziwne   uczucie.   Doznała   wrażenia,   jakby   usłyszała:   Jeśli   to 

kiedykolwiek się skończy!

Wiedziała: w głębi ducha Roderick nie wierzył, że wróci żywy!

I to skłoniło ją do podjęcia niezłomnej decyzji: musi towarzyszyć mu w drodze do 

Hiss. Jeśli nawet miałaby się tam doczołgać!

Ukryła   się   w   ogrodzie   przylegającym   do   ryneczku.   Wokół   dwóch   zaprzężonych 

wozów, które wtoczyły się na otwarty placyk, w nieoczekiwanie krótkim czasie zebrał się 

tłum mężczyzn. Panowała cisza, w powietrzu wyczuwało się napięcie. Gdy dostrzegła, że 

wszyscy zaczynają zajmować miejsca w wozach, poczekała, aż księżyc skryje się na chwilę 

za chmurą, i szybko przemknęła przez rynek. Wykorzystując chaos i zamieszanie, wdrapała 

się zręcznie na jeden z wozów i przycupnęła przy oparciu wśród mężczyzn. Ponieważ księżyc 

znowu   wysunął   się   zza   chmury,   zdążyła   jeszcze   szybko   zebrać   włosy   i   ukryć   je   za 

kołnierzem, a także podciągnąć spódnicę, tak by przypominała nogawki spodni. Skuliła się, 

żeby być jak najmniejsza i nikomu nie rzucać się w oczy.

Naliczyła około dwudziestu mężczyzn. Na szczęście Roderick był w drugim wozie, 

razem z Jochem.

Konie ruszyły z miejsca. Helga dopiero teraz zauważyła, że końskie kopyta i koła 

wozów obwiązano szmatami, aby nie było słychać ich stukotu po kamieniach.

Podniosła głowę i zerknęła w stronę wsi; zdziwiona ujrzała, że do domów wciągano 

psy, a kobiety zamykały wszystkie okiennice, inni zaś barykadowali obory oraz owczarnie i 

malowali krzyże na drzwiach.

Gdy opuszczali wieś, na dworze nie pozostała żadna żywa istota - ani jeden człowiek, 

ani jedno zwierzę. Wszystko było pozamykane i zaryglowane, pogrążone w nieopisanym 

strachu.

background image

ROZDZIAŁ XI

Księżyc, tkwiąc niewzruszenie na firmamencie, nieubłaganie oblewał swym blaskiem 

całą Dolinę Aidana. Konie pędziły starym traktem; przydrożne drzewa rzucały zmieniające 

się cienie, które przesuwały się po twarzach siedzących w skupieniu mężczyzn.

- To światło księżyca może nam i pomóc, i zaszkodzić - rzekł jeden z nich, a inny 

bąknął coś w odpowiedzi. I na tym skończyła się rozmowa.

Helga bardzo się starała, żeby nikt jej nie rozpoznał. Spostrzegła jednak, że mężczyzna 

naprzeciw niej aż zmarszczył czoło, starając się ustalić, kim ona jest. Ale widział jedynie jej 

oczy,   bo   podciągnęła   kolana   pod   samą   brodę   i   owinęła   się   szczelnie   szalem,   próbując 

wyobrazić sobie, jak otulałby się kocem zmarznięty młody chłopak.

Jechali już dosyć długo, gdy nagle - ku zdziwieniu Helgi - skręcili z drogi. Chyba 

niemożliwe, żeby dotarli już do celu? Nie odważyła się jednak zerknąć przez burtę wozu, a 

patrząc przed siebie, nie widziała niczego poza woźnicą i końmi. Czuć było silny zapach 

zgniłego siana.

Droga, na której się teraz znaleźli, okazała się jeszcze bardziej nierówna i wyboista. 

Helga widziała pełzające mgły, lecz nigdzie w oddali nie majaczyła  powycinana w zęby 

korona zamku.

Gdzie oni mogli się znajdować? Przemierzyła przecież tę trasę już dwa razy i potrafiła 

w przybliżeniu ocenić, jak daleko jest ze wsi do Hiss. Coś się tu nie zgadzało.

Niskie gałęzie drzew dotykały ich głów; Helga pochyliła się nieco.

W tym momencie wóz się zatrzymał.

- Wszyscy wysiadać! - zawołał głos, który ona, czując ukłucie w sercu, od razu bez 

trudu rozpoznała. - Idźcie na swoje posterunki! A reszta niech zostanie tutaj i załaduje wozy.

Mężczyźni zeskakiwali na ziemię, jej zaś nie pozostało nic innego, jak tylko pójść w 

ich ślady. Ponieważ chmury nie przesłaniały już księżyca, nie mogła dłużej udawać, że jest 

chłopcem.

Znajdowali   się   przy   niewielkiej   opuszczonej   zagrodzie.   Niektórzy   z   mężczyzn 

pootwierali   już   drzwi   budynku   gospodarskiego,   inni   zaś   stali   z   rozdziawionymi   ustami   i 

wlepiali w nią wzrok. Ponad pasmem mgieł, wcale nie tak daleko od miejsca ich postoju, 

wznosił się złowieszczo Hiss ze swą wieżą.

- Helga! - wykrzyknął Roderick, a w jego głosie dało się wyczuć i lęk, i złość. - Co ty 

tu robisz?

- Chciałam wam pomóc - odparła wystraszona.

background image

- W ten sposób? Tylko nam utrudniasz! Tu każdy ma coś do roboty, a teraz będziemy 

jeszcze musieli dbać o twoje bezpieczeństwo.

- Ale ja nie mogłam zostać we wsi. W twoim głosie wyczułam niepewność, czy w 

ogóle wrócisz. Nie zniosłabym tego.

Jego   twarz   przybrała   nieco   łagodniejszy   wyraz.   Machnąwszy   ręką   z   rezygnacją, 

Roderick powiedział:

- Trudno, stało się, teraz i tak nie możesz już wrócić, bo mogłabyś spotkać po drodze 

Corbreda i jego ludzi. Zostań więc... Tylko nie tutaj... Tu nie wolno ci zostać w żadnym 

wypadku.

- Dlaczego? Tu jest daleko od drogi.

- Od drogi, owszem! Ale będziesz tu całkiem bezbronna, zwłaszcza kiedy zostaniesz 

zupełnie sama. - Westchnął. - Musisz pójść ze mną. Daj mi rękę!

Roderick niemal wlókł ją za sobą przez las, który zapełnił się teraz mężczyznami 

spieszącymi w milczeniu ku temu samemu celowi: ku złowieszczej, martwej wieży.

Od czasu do czasu Helga widziała jej zarys między drzewami. W świetle księżyca 

sprawiała   wrażenie   jeszcze   bardziej   przerażającej   niż   kiedykolwiek.   Była   niczym   niema 

pamiątka   czasu   tak   odległego,   że   nikt   już   nie   potrafił   określić   wieku   zamku.   Stała 

nieodgadniona   i   złowroga,   strzegąc   tajemnicy,   skrytej   głęboko   w   jej   wnętrzu   wśród 

mrocznych cieni,

Roderick znał tę tajemnicę. Podobnie jak wszyscy przybyli z nim mężczyźni. Żaden 

jednak nie mówił o niej, jakby już sama myśl była wystarczająco odpychająca i bolesna.

Natomiast Corbred i jego ludzie nie znali jej. Dla nich była zagadką. Lecz ojciec 

wiedział o niej. A Ian? Być może także - w przeciwieństwie do Lynn.

Helga przypuszczała, że Ian i Lynn chyba dopiero niedawno się pobrali, po czym Lynn 

bardzo szybko zdała sobie sprawę z tego, że postawiła na złego konia. Ian był wprawdzie 

dziedzicem majątku i tytułu. Ale Corbred okazał się silniejszy i bardziej bezwzględny od 

swojego brata.

Ani Lynn, ani Corbred nie znali słowa „litość”.

Niepokój Helgi wzbudziło to, że niemal wszyscy mężczyźni byli uzbrojeni, większość 

niosła nawet prawdziwe strzelby.

Musiała biec, żeby zdążyć za Roderickiem, wiedziała jednak, że mają niewiele czasu 

do przybycia Corbreda, dlatego się nie skarżyła.

- Czy jesteś na mnie bardzo zły, Rodericku? - spytała nieśmiało.

-   Czy   mogę   się   złościć   na   ciebie   za   to,   że   chcesz   razem   ze   mną   dzielić 

background image

niebezpieczeństwo? Nie, jestem zdesperowany. Naprawdę zrozpaczony. Bo nie powinno cię 

tu być, powinnaś siedzieć we wsi, zamknięta i bezpieczna.

- Ale przecież ich będzie tylko pięciu! A was jest co najmniej dwudziestu.

- Mówisz o Corbredzie? - prychnął. - On niewiele nas obchodzi.

A więc to zamku tak się bali, teraz już wszystko było jasne. Helga poczuła lodowate 

zimno na plecach, ogarnął ją paniczny strach przed niepojętym.

- Powiedz mi, tej nocy, kiedy mnie znaleźliście... mówiłeś, że to nie Hiss jest waszym 

celem. Czy szliście wtedy do tego gospodarstwa, które właśnie opuściliśmy?

-   Tak.   Joch   poszedł   tam   sam   i   robił   dalej   to,   czym   od   pewnego   czasu   się 

zajmowaliśmy.

- Rozumiem - odparła Helga, w istocie nic nie rozumiejąc. Wiedziała jedynie tyle, że 

ich praca czy zajęcie miały coś wspólnego z zamkiem.

Po chwili ukazały się ich oczom ruiny o nic nie znaczącej nazwie Hiss, która jednak 

pasowała do nich. Było w niej coś niesamowitego, coś, co wywoływało grozę i odstraszało, 

coś   mrocznie   nieznanego.   Gdy   wyszli   z   lasu,   owo   monstrum   wyrosło   tuż   ponad   nimi, 

oświetlone od tyłu światłem księżyca.

Roderick nie musiał wydawać żadnych rozkazów. Wszyscy mężczyźni rozbiegli się od 

razu  wokół  zamku,  po czym zajęli się wysokim i  szerokim ogrodzeniem wzniesionym  z 

gałęzi, chrustu i liści, otaczającym wykarczowany pas ziemi. Podwyższyli je jeszcze trochę, 

sprawdzając jednocześnie, czy jest wszędzie szczelne.

Helga zauważyła, że oprócz ciężkich drzwi, które pamiętała, były też dwuskrzydłowe 

wrota, otwarte teraz na oścież. Dwóch z mężczyzn podbiegło do drzwi i uchyliło je nieco, 

odsuwając   także   kamienie,   które  przytrzymywały  skrzydła  bramy.   Helga  ujrzała   mroczne 

pomieszczenie, w którym przeleżała przez całą noc.

Spytała z niedowierzaniem:

- Czy to możliwe, żeby te drzwi wytrzymały przez tyle wieków?

- Znalazły się tutaj parę lat temu - odparł niechętnie Roderick. Nadal mocno trzymał ją 

za rękę, a Helga nie zamierzała bynajmniej się wyrywać. - Chodź! - powiedział. - Musisz być 

w bezpiecznym miejscu, w każdym razie na tyle bezpiecznym, na ile jest to w ogóle możliwe 

w tym piekle.

Poprowadził ją ciasnym parowem w dół stromego zbocza, gdzie - ku jej zaskoczeniu - 

płynął, cicho szemrząc, potok. Dopiero stąd widać było usytuowanie zamku. Leżał on na 

wzniesieniu między drogą a potokiem - a więc to dlatego tej pierwszej nocy nie musiała 

przechodzić przez wodę.

background image

Towarzyszyło im kilku mężczyzn.

- Na drugą stronę! - polecił Heldze Roderick. - Idź za Malcolmem, w razie czego on ci 

pomoże.

Malcolm, starszy jednoręki mężczyzna, ujął jej dłoń.

- Nie nadaję się już, żeby walczyć, czyli ty i ja jesteśmy skazani na to miejsce - 

powiedział przyjaźnie, choć bez uśmiechu; widać było, że jest napięty. - Ale strzelać jeszcze 

potrafię. Podwiń sobie tylko spódnicę do kolan, żebyś mogła przejść przez potok.

- Helga, poczekaj chwilę! - zawołał Roderick, po czym podszedł do niej z pistoletem 

w ręce. - Weź go! I jeśli to będzie konieczne, użyj!

Znowu   chciała   zaprotestować:   „Przecież   to   tylko   pięciu   mężczyzn!”,   lecz 

zrezygnowała, posłusznie słuchając wyjaśnień Rodericka, jak należy odbezpieczyć broń.

Doskonale jednak wiedziała, że nigdy jej nie użyje. Miałaby zastrzelić człowieka? To 

niemożliwe.

- Malcolm, powierzam ją twojej opiece - rzekł cicho.

Następnie szybkim ruchem pogłaskał ją po policzku - ten gest lepiej niż słowa wyraził 

jego niepokój i smutek.

Helga zatknęła dolny kraj spódnicy za pasek w talii i za starym Malcolmem weszła do 

wody, która była tak zimna, że aż zapierało dech. Na szczęście okazała się niezbyt głęboka. 

Przeprawili się ostrożnie na drugi brzeg. W najgłębszym miejscu woda sięgała Heldze do 

kolan. Prąd próbował porwać ją ze sobą, ale nie był wystarczająco silny.

- Roderick powiedział nam, kim jesteś - rzucił Malcolm przez ramię w jej stronę. - 

Możesz uważać nas wszystkich za swoich przyjaciół, bo jesteśmy przyjaciółmi twojego ojca. 

Roderick mówił też, że wyświadczyłaś nam znaczne przysługi i że powinniśmy czuwać nad 

tobą, ponieważ niewiele wiesz o życiu. Jak on to wyraził? „W swoim naiwnym oddaniu 

często działa zupełnie opacznie i bardzo krótkowzrocznie, a czasami jest jak rzep, którego 

trudno się pozbyć”.

Mężczyzna roześmiał się życzliwie; Helga próbowała mu wtórować, lecz jej śmiech 

nie brzmiał całkiem naturalnie.

A więc to takie zdanie miał o niej Roderick? No dobrze, wobec tego już ona postara 

się być natrętna.

Okazuje się zatem, że jest dla niego córką sir Angusa, i nikim więcej. To ze względu 

na   ojca   okazywał   jej   życzliwość.  A  pewnie   najbardziej   by  się   cieszył,   gdyby   po   prostu 

zniknęła z tego świata.

Nagle   woda   wydała   się   Heldze   jeszcze   zimniejsza,   a   znienawidzony   las   jeszcze 

background image

bardziej wrogi.

Trzech innych mężczyzn zdążyło już się przeprawić. Stali z bronią gotową do strzału. 

Skinęli niemo głowami w kierunku Malcolma, który pomagał Heldze wspiąć się na stromy 

brzeg.

Znalazłszy się na nim, zatrzymali się w cieniu drzewa. Helga doznała szoku widząc, 

jak   blisko   jest   zamek,   oddzielony   jedynie   wstęgą   potoku.   Z   miejsca,   w   którym   stała, 

widoczny   był   także   cały   otwarty   plac.   Kilku   mężczyzn   robiło   w   pośpiechu   otwór   w 

ogrodzeniu w miejscu, gdzie przylegało ono do drogi, a już po chwili dał się słyszeć odgłos 

przybliżających się koni i wozów.

W pełnym pędzie wjechały na plac. Pierwszy wóz wtoczył się prosto do zamkowej 

sieni,   drugi   zaś   pozostał   na   zewnątrz.   Od   razu   zaroiło   się   od   mężczyzn,   którzy   zaczęli 

rozsypywać na ziemię to, co nimi przywieziono. Domyśliła się, że to samo robiono wewnątrz, 

tyle tylko że znajdujące się tam oba konie zrobiły się wyjątkowo niespokojne i co chwila 

rżały przerażone.

Jeśli czują ten sam zapach co ja wtedy, to wcale im się nie dziwię, pomyślała Helga. 

On był... Jak by tu go opisać? Dławiąco odrażający?

Z tej odległości nie mogła dostrzec, co rozsypywano wkoło zamku. To coś wyglądało 

jak drobne kamyczki lub gruby żwir, lecz sprawiało wrażenie materiału lżejszego od nich.

Spytała Malcolma, lecz usłyszała niejasną odpowiedź.

- Nie zdążyliśmy przygotować wszystkiego do końca - odparł. - Mieliśmy gotowy cały 

plan,   lecz   nagła   decyzja   Corbreda   pokrzyżowała   nam   szyki.   Dlatego   teraz   musimy 

improwizować. Możemy jedynie mieć nadzieję, że wszystko potoczy się po naszej myśli. 

Należą   ci   się,   dziewczyno,   wielkie   podziękowania   za   to,   że   odkryłaś   ich   plany   i   nas 

ostrzegłaś. Corbred mógłby spowodować przerażającą tragedię. Jest to nadal możliwe, jeśli 

się nam nie powiedzie.

Skończono rozładowywanie. Zamknięto skrzydła wrót.

- Jedźcie z końmi do Cross of Friars! - zawołał Roderick. - Szybko! I ostrzeżcie tam 

wszystkich!   Każcie   pozamykać   inwentarz   i   dobrze   zaryglować   wszystkie   domy!   Niech 

wystawią warty w nocy.

Dwie   pary  koni   ciągnące   skrzypiące   wozy  wypadły  na  drogę.   Kilku   mężczyzn   w 

nerwowym pośpiechu załatało od razu dziurę w ogrodzeniu i już po chwili na placu nie 

pozostała ani jedna żywa istota. W lesie też panowały całkowita cisza i spokój.

A jednak nie, na dziedzińcu Hiss było jeszcze dwóch mężczyzn. Przyczaili się tuż przy 

murze zamku, każdy po przeciwległej stronie wrót.

background image

- Oni mają najgorszą robotę - bąknął Malcolm. - Ciągnęliśmy losy i na nich wypadło.

- A gdzie jest Roderick? - spytała Helga.

- Na wzgórzu, tam, po lewej. Ty go nie widzisz, ale on ogarnia wzrokiem wszystko.

Nad lasem zaległa cisza. Księżyc rzucał swe zimne światło na Hiss. Wszystko zamarło 

w oczekiwaniu. Na co?

- Będzie niebezpiecznie? - spytała Helga. Trzęsła się z zimna, jej stopy zesztywniały w 

przemoczonych trzewikach.

Malcolm odpowiedział ze spokojem:

- Żaden z tych mężczyzn nie liczy na to, że zobaczy jeszcze własną rodzinę.

Helga aż drgnęła z przerażenia.

- Roderick! - szepnęła.

- Myślisz więcej o nim niż o sobie - stwierdził gorzko Malcolm. - To dużo mówi o  

twoim charakterze i o twoich uczuciach. Ale możesz być spokojna: żaden z nich nie zamierza 

sprzedać się tanio. Psst! Ktoś jedzie!

Helga zamarła i cofnęła się jeszcze głębiej w cień pod drzewami.

Od   strony   drogi   dał   się   słyszeć   w   lesie   jakiś   ruch.   Paru   mężczyzn   przemykało 

ostrożnie od drzewa do drzewa. Wyglądali dosyć  zabawnie: skierowali bowiem całą swą 

uwagę na zamek, nie zauważając ani jednego z kilkunastu mężczyzn, przez których byli 

obserwowani.

Cała piątka przyczaiła się na chwilę przed ogrodzeniem i czekała, po czym rozległ się 

gruby, przytłumiony głos:

- Jeśli myślą, że powstrzyma nas taka nędzna przeszkoda, to...

- Cicho! - syknął ktoś, prawdopodobnie Corbred.

Dał im znać, aby zaczęli się wspinać.

W świetle księżyca ich postacie i twarze były niebieskawe i rzucały ostro zarysowane 

cienie. Niezwykle ostrożnie przechodzili przez wał gałęzi. Helga pomyślała w tej chwili o 

tych dwóch mężczyznach, którzy leżeli tuż przy murze, ukryci za specjalnie przyniesionymi 

tam krzakami, i jej serce zabiło mocniej z niepokoju. Wystarczy, że ludzie Corbreda zakradną 

się, żeby przyczaić się za rogiem, wówczas tamci dwaj zostaną natychmiast odkryci.

Odczekawszy chwilę, Corbred dał znak ręką swoim kompanom, aby podeszli bliżej 

bramy.

Przygarbieni, przebiegli otwartą przestrzeń dzielącą ich od niej.

Corbred wskazał na jednego z mężczyzn, który miał prawdopodobnie poczekać na 

zewnątrz. Oboje zobaczyli, że odbezpiecza pistolet.

background image

Malcom szepnął z niedowierzaniem w głosie:

- Oni wchodzą do środka! Przecież nie mogą tego zrobić! Ten idiota Corbred, ten 

szaleniec!

- Czy on wie, co to znaczy? - wyszeptała Helga najciszej jak umiała. Bała się, że tych 

pięciu mężczyzn może ją usłyszeć.

- Nie, ale został ostrzeżony. Tylko że on nikogo nie chce słuchać. Dobry Boże, co my 

teraz zrobimy? Dlaczego Roderick go nie zatrzyma?

Skrzydła bramy otworzyły się łatwo, a po chwili Helga usłyszała głośne skrzypienie 

drzwi. Corbred zamarł na moment z napięciem, ponieważ jednak nic się nie stało, czterej 

mężczyźni weszli do środka.

Nie ośmielili się zapalić pochodni, lecz Helga wiedziała, że to ogromne pomieszczenie 

nie jest szczelne i wystarczy im przedostające się do środka światło księżyca. Dzisiejsza noc 

bowiem nie była tak deszczowa i ponura jak tamta pierwsza spędzona tu przez nią. Wtedy 

panowała nieprzenikniona ciemność.

- Roderick chyba ma nadzieję, że zrezygnują, kiedy natkną się na zaryglowane żelazne 

drzwi - szepnął Malcolm. - Nie ma wyjścia. Oni muszą to zrobić!

Ktoś w środku zaklął cicho, prawdopodobnie pośliznąwszy się na tym, co zostało 

rozsypane na podłodze. To osobliwe, ale czyste i klarowne powietrze zdawało się wzmacniać 

wszelkie dźwięki, również ludzkie głosy. Dlatego Helga uważała, że Malcolm powinien być 

bardziej ostrożny i przestać szeptać.

Z pewnością dotarli już do zabitych deskami drzwi. Corbred wydał jakieś polecenie i 

po chwili rozległ się trzask łamanej deski.

Wówczas   dał   się   nagle   słyszeć   donośny   głos   Rodericka,   rozbrzmiewający   ponad 

lasem:

- Corbredzie Douglas! Cofnij się! Dobrze wiesz, że to niebezpieczne. Wyjdź stamtąd, 

a wtedy ty i twoi ludzie będziecie mogli odejść stąd wolni.

W środku zaległa cisza. Pozostawiony na zewnątrz wartownik nerwowo zwracał broń 

gotową do strzału raz w tę, raz w drugą stronę, nie mogąc stwierdzić, skąd dochodzi głos.

Wreszcie odezwał się Corbred:

- A więc jesteś tutaj, Rodericku MacCullen, wiedziałem to od razu! Mnie nikt nie 

oszuka.  Ale   zaraz   was   wykurzymy   z   waszej   tajemnej   kryjówki.  A  jeśli   tylko   spróbujesz 

zbliżyć się do zamku, będziemy strzelać!

- Corbred! Ja mówię poważnie! Nie otwieraj tych drzwi! Po paru minutach będziesz 

martwy.

background image

Wewnątrz znowu zaległa cisza; prawdopodobnie naradzano się. Wartownik z bronią w 

ręku dreptał nerwowo w miejscu.

- Nie przestraszysz mnie! - zawołał Corbred. - Wreszcie nadszedł koniec twojego 

żałosnego   panowania   nad   tutejszymi   wieśniakami.   Przekonają   się   teraz,   że   Roderick 

MacCullen to zwykły śmiertelnik, mały człowieczek, którego łatwo pokonać.

Znowu zatrzeszczała wyłamywana deska.

- Corbredzie Douglas, na litość boską, nie rób tego! Wyjdź i posłuchaj, co mam ci do 

powiedzenia!

- To ty się wyczołguj! - roześmiał się butnie Corbred.

- Nawet nie wyobrażasz sobie, co się stanie, kiedy otworzysz drzwi.

-   Jeśli   uważasz,   że   nie   jesteśmy   przygotowani   na   wszelkie   niespodzianki,   to   się 

mylisz.  Spodziewaliśmy się,   że  umieściłeś   tu  dynamit,  ale   nie   myśl,   że  sobie   z  nim  nie 

poradzimy.

- Ty głupcze! - wrzasnął Roderick.

Wartownik wystrzelił na oślep w kierunku, skąd dochodził głos Rodericka. Został 

jednak ostro zbesztany przez Corbreda, który, nie wiedząc, jak liczne są siły wroga, przed 

rozpoczęciem walki chciał koniecznie otworzyć drzwi.

Wyłamywanie desek nie ustawało. Helga przez moment przestała wręcz oddychać i 

żeby dojść do siebie, musiała kilka razy zaczerpnąć głęboko powietrza.

- Corbred, ostrzegam cię po raz ostatni!

- A ostrzegaj sobie, ile chcesz! Jesteś skończony, MacCullen! Czasy twojej wielkości 

minęły. Myślisz, że nie wiem, kogo tutaj ukrywasz? Ale jego czas też już się skończył.

Mówi o moim ojcu, pomyślała Helga. Corbred sadzi, że mój ojciec jest tam w środku.

Roderick zdecydowanym głosem wydał rozkaz.

Rozległ się strzał i wartownik przed bramą osunął się na ziemię. W następnej chwili 

dwaj   mężczyźni,   przyczajeni   do   tej   pory   za   murem,   ruszyli   biegiem   ku   wrotom   i 

błyskawicznie zamknęli oba ich skrzydła, zabezpieczając je dodatkowo ciężką belką, po czym 

popędzili za ogrodzenie do swych towarzyszy.

Najpierw w środku zaległa cisza.

- Zmusiłeś nas do tego! - zawołał Roderick. - Nie chcieliśmy was zabijać, ale nie 

daliście nam wyboru. To jest nasza ostatnia szansa.

- Jeżeli uważasz, że nas tu uwięziłeś, to muszę cię rozczarować - krzyknął Corbred, 

teraz już zirytowany. - Te mury są tak podziurawione jak sito.

- Niestety - wymamrotał stary Malcolm i boku Helgi. - W tym właśnie cały szkopuł.

background image

- Ale te dziury są wysoko - szepnęła.

- To nie ma znaczenia. Tam, w środku, są jeszcze pozostałości schodów i kamienne 

występy, po których można się wspinać. Jeśli panienka zna jakąś modlitwę, niech ją szybko 

odmówi!

Spojrzała zdumiona na niego, ale on, wytężając wzrok, wpatrywał się w zamek. W 

drżącej ręce trzymał niewielki pistolet, który przed chwilą wyjął.

Można  było odnieść  wrażenie,  że wszyscy mężczyźni  w lesie wstrzymali oddech. 

Helga dojrzała, że trzej na brzegu potoku mają odbezpieczoną broń i w napięciu kierują ją 

ponad wodą ku zamkowi.

- Malcolm, co tam jest...? - zaczęła, lecz przerwała, słysząc trzask deski wewnątrz 

zamku.

- Boże, zmiłuj się nad nami! - wyszeptał Malcolm.

Krzyk przerażenia wydany jednocześnie z czterech gardeł rozdarł powietrze i odbił się 

echem   od   ścian   zamku.   Las   nagle   ożył   -   mężczyźni   ze   wszystkich   stron   rzucili   się   ku 

ogrodzeniu, podczas gdy krzyk dochodzący z wewnątrz przerodził się w rozdzierające wycie. 

Rozległo   się   kilka   chaotycznych   strzałów,   które   nie   odniosły   chyba   żadnego   skutku.   Po 

dobiegających ze środka odgłosach można było się domyślić, że uwięzieni mężczyźni biegali 

jak oszaleli, wymachując rękami i wrzeszcząc wśród dławiącego szlochu, wspinając się na 

próżno na ściany i łomocząc w drzwi, aż wreszcie ich krzyk zaczął słabnąć, z minuty na 

minutę przycichał, by zamienić się na koniec w bezradny bełkot.

Zaległa cisza.

Szok był tak silny, że Helga nie była w stanie opanować drżenia całego ciała.

Ale na tym nie koniec!

Wśród   ciszy   podniósł   się   teraz   niesamowity   dźwięk,   ten,   który   już   raz   słyszała, 

sprawiający, że włosy stawały dęba.

A potem...

- O Boże! Co to jest? - wyszeptała.

Nagle szczyt zamku zaczął się ruszać. Tam, na górze, coś się kołysało i przepychało, 

coś posrebrzonego światłem księżyca rozlewało się na wierzchołku wieży i wytryskiwało z 

ziejących otworów w murach. Ściany ożyły. Ta posrebrzona żywa masa spływała na ziemię, 

rozlewając się po niej przy akompaniamencie przerażającego popiskiwania.

Głos Rodericka rozbrzmiał znowu i niemal w tej samej chwili wokół zamku Hiss 

zapłonął ogień. Całe to wielkie ogrodzenie stanęło w płomieniach, a Helga widziała ze swego 

miejsca, że mężczyźni znoszą jeszcze gałęzie na zapas.

background image

- Co to jest? - wydyszała przerażona. - To wygląda jak... Nie, nie wiem, co to może 

być.

-   Szczury   -   odparł   Malcolm.   Gdy   na   niego   spojrzała,   jego   twarz   wydała   się   jej 

bladozielona, i to bynajmniej nie za sprawą światła księżyca. - Tysiące szczurów, ogromnych 

jak koty.

Helgę ogarnęło dławiące przerażenie.

Malcolm mówił dalej przygnębiony:

- To właśnie tu ukrywaliśmy zboże przed władzami. Sir Angus i my, pyszni i wyniośli. 

Hiss był naszym spichrzem, a stał się naszą hańbą i przekleństwem!

background image

ROZDZIAŁ XII

- Roderick! - szepnęła Helga, czując, że powinna być przy nim. - Muszę przedostać się 

do niego na drugą stronę1

- Zostaniesz tutaj! - syknął Malcolm, trzymając ją swą jedyną ręką. - Tu przynajmniej 

masz jakąś szansę.

Szansę? W obliczu tego? To brzmiało nieprawdopodobnie.

Teraz Helga już wiedziała, co to za stęchły zapach czuła tamtej nocy. Odór szczurów. I 

odgłos... Odgłos wielu tysięcy szczurów, które buszowały w ziarnie, łap, które bębniły o 

drewno, ziemię i kamienie; ich popiskiwanie zlewało się w jeden przerażający dźwięk. To 

właśnie tam spała, tak blisko!

Poczuła, że robi się jej słabo, chwyciła się więc pnia drzewa.

Na murach aż roiło się od tych niepisanie okazałych zwierząt, wypuszczonych na 

wolność ze swego więzienia, agresywnych, gotowych do obrony przeciwko wszystkiemu, co 

nowe i nieznane na ich drodze.

Opanowawszy chęć ucieczki, Helga zacisnęła mocno dłonie na pniu i spytała:

- A co wy tam rozsypaliście?

- Zatrute resztki jedzenia: chleb, ser i kaszę. Roderick i Joch długo nad tym pracowali. 

Twój ojciec zrobił nam znakomitą truciznę.

- Ale dlaczego czekaliście aż do tej pory?

- Myślisz, że ktoś miał ochotę pójść tam i otworzyć drzwi? Przecież to pewna śmierć. 

Zamierzaliśmy już je wysadzić. Ale tylko sir Angus mógł nam zdobyć dynamit i w ten oto 

sposób wszedł w paradę Mordwinowi.

- Rozumiem. A nie mogliście po prostu włożyć trucizny do środka? - krzyknęła ponad 

trzaskiem ognia.

- Musielibyśmy zrobić gdzieś otwór. I wtedy już byśmy się ich nie pozbyli. Żeby się 

przed nimi zabezpieczyć, trzeba było zabić każdą najmniejszą dziurę żelaznymi płytkami, bo 

te bestie są w stanie przegryźć się przez drewno.

Podczas gdy mężczyźni uwijali się jak w ukropie, by zatrzymać szczury w środku 

kręgu   wyznaczonego  przez  ogień,   Malcolm,   dzierżąc   przez  cały czas   pistolet   gotowy  do 

strzału, wyjaśniał dalej Heldze dygoczącej ze strachu:

- Jak powiedziałem, to nasza wina. Hiss od dawien dawna cieszył się złą sławą jako 

zamek, w którym straszy, i dlatego świetnie nadawał się na tajny spichlerz. Poza tym jego 

mury są naprawdę szczelne. Zbieraliśmy obfite plony, rok po roku, i napełnialiśmy nimi ten 

background image

nasz magazyn. Jakie to wspaniałe, że nie musieliśmy już cierpieć nędzy i głodu. Byliśmy 

jednak zbyt pewni siebie, sir Angus i my.

Helga patrzyła oniemiała na to odrażające kłębiące się mrowie, pokrywające cały plac 

przed zamkiem. Niektóre zwierzęta próbowały zawrócić, nie mogły jednak przedostać się w 

górę po murach, ponieważ natykały się na te, które dopiero wychodziły z ukrycia.

- Ale przecież szczur nie może chyba żyć bez wody?

-   Pośród   licznych   zakamarków   Hiss   znajduje   się   źródełko,   w   którym   zawsze   jest 

trochę   wody.   Oczywiście   po   pewnym   czasie   zauważyliśmy   ślady  jakichś   gryzoni,   ale   to 

przecież naturalne, że tam, gdzie jest zboże, są też i szkodniki. Poza tym naszą czujność 

uśpiło   przekonanie,   że   to   myszy.   I   dalej   napełnialiśmy   spichlerz.  Tymczasem   dobry   rok 

temu...

Malcolm drżał na całym ciele. W lesie rozlegały się nawoływania mężczyzn; ogień 

jeszcze nie wygasł. Pas ziemi wokół zamku zdawał się żywą, wciąż pulsującą masą. Z zamku 

przestały już wylewać się potoki dzikich szczurów, teraz pojawiały się już tylko pojedyncze 

sztuki.

- Widzę, że jedzą przynętę - bąknął Malcolm, rzuciwszy przelotne spojrzenie w tamtą 

stronę. - Zjadły też pewnie to, co wyłożyliśmy w środku. Żeby tylko trucizna zaczęła działać 

przed dopaleniem się ognia! Na tym opiera się nasz cały plan. Nie przewidzieliśmy jednak, że 

jest ich tak dużo! Pewnie nasi ludzie ledwie tam wytrzymują ze zmęczenia i obrzydzenia.

Helga była pełna podziwu dla nich. Ale myślała także o drugiej stronie.

- Biedne zwierzęta! - szepnęła.

- Ta trucizna je usypia, nawet nie zdążą niczego zauważyć. No więc, rok temu jakiś 

chłop   przyszedł   wziąć   sobie   trochę   ziarna.   Przed   nim   dłuższy   czas   nikogo   tu   nie   było. 

Otworzył  klapę i spojrzał prosto w ślepia obrzydliwego szczura, a za nim dostrzegł całe 

kłębowisko tych potworów. Przeraził się, na szczęście w ostatniej sekundzie zdołał zatrzasnąć 

klapę, którą potem zabezpieczyliśmy na stałe, i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Akurat 

wtedy wrócił z wojska Roderick. To właśnie wówczas wymyśliliśmy ten plan. Tymczasem 

stado w zamku z każdym dniem rosło. Mieliśmy nadzieję, że pozagryzają się nawzajem, 

zamknięte w tych murach. Ale zapasy ziarna były nieprzebrane. Cała ta historia stała się naszą 

wielką hańbą, nie potrafiliśmy nawet z nikim o tym rozmawiać.

Helga pomyślała, co by się mogło stać, gdyby te agresywne bestie rozpierzchły się po 

całej   dolinie,   spragnione   czegoś   innego   do   jedzenia.   Z   tego   właśnie   powodu   najbliższe 

gospodarstwa leżały całkowicie opuszczone. Dlatego wszyscy we wsi i przy Cross of Friars 

pozamykali tej nocy swoje zwierzęta i sami pochowali się w domach.

background image

Nadal za wszelką cenę starano się podtrzymać ogień. Nie wiadomo, jak długo to już 

trwało. Helga była tak napięta, skoncentrowana i czujna, że nawet nie zauważyła upływu 

czasu.

- Roderick był dla nas prawdziwą podporą - powiedział Malcolm w zamyśleniu. - Jego 

zasługi polegają na walce nie tylko ze szczurami, ale także z Corbredem i jego zwolennikami. 

To przez nich właśnie straciłem rękę. Na torturach, kiedy nie chciałem wydać Rodericka. I 

oczywiście tego nie zrobiłem.

- Tortury... - rzekła Helga. - A jak było z tym, którego wzięli parę dni temu?

- Po wszystkim wrzucili go do jakiegoś rowu. Ale przeżyje. To starszy człowiek, 

niezbyt odporny na ból. Bojąc się o swoją rodzinę, opowiedział o Mordwinie, Rodericku i sir 

Angusie. Ale żaden z nas nie ma mu tego za złe.

Noc zbliżała się kresu; Wydawało się, że ogień zaczyna słabnąć. Już wcześniej tu i 

ówdzie przygasł, ale mężczyźni rzucali się wtedy w panice, by go podtrzymać; teraz jednak 

sytuacja stała się krytyczna. Luka w płonącym ogrodzeniu powstała naprzeciw przejścia do 

potoku,   dlatego   Helga   posunęła   się   instynktownie   nieco   do   tyłu.   W   wielkim 

rozgorączkowaniu starano się zaradzić zagrożeniu.

Zwierzęta napierały na nowo, a zapasy gałęzi i chrustu były na wyczerpaniu.

Gdy rozległ się pierwszy strzał, Helga wiedziała, że mur ognia został przełamany.

Mężczyźni jeden przez drugiego wykrzykiwali polecenia i nagle rzucili się do ucieczki 

w stronę potoku. Helga mimowolnie pobiegła do tyłu i wdrapała się na drzewo. Zdała sobie z 

tego sprawę dopiero w chwili, gdy znalazła się na grubej gałęzi, przyciśnięta do pnia.

Patrząc z góry dostrzegła coś, na co do tej pory nie zwróciła uwagi: owo mrowie ciał 

na placu przed zamkiem prawie się już nie ruszało.

- Trucizna poskutkowała! - krzyknęła.

- To dobrze - zawołał Malcolm. - Tylko czy starczyło jej dla wszystkich?

Wiadomo było, że nie wszystkie szczury zjadły przynętę. Kolejny strzał rozległ się 

bardzo blisko. Zwierzęta przechodziły wyłącznie w tym jednym miejscu i padały kolejno. 

Roderick zawołał:

- Wszyscy na drugi brzeg!

Przeprawili się co do jednego, ścigani przez oszalałe gryzonie. Helga wykrzykiwała 

imię Rodericka, ale przejęta była lękiem także o jego ludzi. Zeszła z drzewa, na którym 

znalazła sobie schronienie, i pobiegła na sam brzeg.

Znajdowali   się   już   na   nim   wszyscy   mężczyźni.   Przez   lukę   w   kręgu   ognia   nie 

przedostawał się już ani jeden szczur. Plac wokół zamku pokryty był martwymi ciałami.

background image

- One są na dole przy potoku - krzyknął jeden z mężczyzn.

I nic dziwnego, że tam były. Po obu stronach parowu wznosiły się bowiem wysokie 

skały - gryzonie nie miały więc żadnej innej drogi. Helga domyśliła się, że ów wieniec ognia 

ułożono tak blisko jaru, by w ten sposób zamknąć zwierzętom drogę ucieczki. Ile tych bestii 

jeszcze pozostało, trudno było ocenić; Helga przypuszczała, że około pięćdziesięciu.

Wąski przesmyk ułatwiał mężczyznom celne oddawanie strzałów, w miarę jak szczury 

schodziły kolejno do wody i zaczęły płynąć. Niektóre unosił prąd. Ponieważ Helga widziała 

je teraz z bardzo bliska, przeraziła się ich ogromnymi rozmiarami. Wyglądały jak małe liski, 

były tylko o wiele bardziej groźne. Nie mogła się nadziwić, jak mężczyźni mogli wytrzymać 

tam, na górze. Ale walczyli w obronie własnych domów i to wyjaśniało wszystko.

- Boże, zmiłuj się nade mną, nienawidzę zabijania zwierząt, ale teraz muszę to zrobić! 

- wymamrotała do siebie pod nosem, po czym wymierzyła i strzeliła.

Jeden łeb zniknął pod wodą.

- Brawo! - powiedział Roderick, stając tuż przy niej. - Daj mi pistolet, bo w moim nie 

mam już amunicji.

Była mu wdzięczna, że może się pozbyć tego paskudztwa.

- Och, Rodericku, tak bardzo się o ciebie bałam - westchnęła, gdy on oddawał strzał. 

Zapomniawszy w swej wielkoduszności o tym, że przyrównał ją do rzepu, życzyła mu tylko 

powodzenia.

Jeden   z   mężczyzn,   biegnąc   wzdłuż   brzegu,   strzelał   do   ostatnich   szczurów,   jakie 

ruszyły jeszcze nad potok.

- Jakie to okropne, wszystko razem! Niedobrze mi od tego!

- Można to było zrobić mniejszym kosztem. Ale myślę, że daliśmy sobie z nimi radę.

Roderick   był   czarny   od   dymu   i   przemoczony   do   suchej   nitki.   Oczy   miał 

zaczerwienione wskutek zmęczenia i intensywnego blasku ognia. Ale jakiż on piękny!

Strzelanina ucichła. Na drugim brzegu nie widać było oznak żadnego ruchu.

Nagle przyszło odprężenie. Helga poczuła, że jej  wargi drżą, a w gardle dławi ją 

szloch. Gdyby Roderick otoczył ją ramieniem, chyba zemdlałaby z wrażenia. Ale tego nie 

uczynił. Stał tylko w milczeniu blisko niej. Jakby właśnie tam chciał być.

- Te na placu koło zamku nie żyją - powiedział Joch, który pojawił się nagle tuż obok. 

- Być może paru udało się wymknąć, ale raczej chyba nie. Czyli zostały jeszcze te w środku. 

Ile ich jest, nie wiadomo.

-   Należy   przypuszczać,   że   mnóstwo   z   nich   zjadło   zatrute   jedzenie,   które   im 

podłożyliśmy - rzekł Roderick głosem lekko zachrypniętym od krzyku i dymu. - Ale na 

background image

pewno cała masa tkwi jeszcze w samym zbożu, zwłaszcza młode w gniazdach. Musimy od 

razu zrobić z nimi porządek.

Helga chwyciła go za ramię.

- Przecież nie możecie iść tam teraz! - zaprotestowała przerażona.

- Musimy. Nie możemy zastawić nie dokończonej roboty.

Tylko nie ty! chciała krzyknąć błagalnie, lecz się nie odezwała. Wiedziała, że Roderick 

nigdy nie chował się za plecami innych.

Ogień   pod   zamkiem   powoli   dogasał.   Teraz   nie   był   już   potrzebny,   spełnił   swoje 

zadanie.

Helga pomyślała o czterech mężczyznach zamkniętych w sieni zamku. Spostrzegła 

przed bramą niewielki wzgórek przykryty warstwą nieżywych szczurów i domyśliła się, że w 

tym miejscu leżał prawdopodobnie wartownik Corbreda. Zanim ta fala ogarniętych paniką 

gryzoni przewaliła się przez niego, na szczęście już nie żył.

- Jak się czujesz? - usłyszała głos Rodericka. - Muszę przyznać, że nie wyglądasz 

najlepiej.

Heldze zbierało się na wymioty, ale zdołała się opanować. Roderick położył dłonie na 

jej ramionach i rzekł:

- Jeśli chcesz, możesz już wrócić z Malcolmem do wsi - powiedział łagodnym głosem. 

- Niebezpieczeństwo minęło. Będziesz pierwszą osobą, która obwieści tę nowinę we wsi.

- Widzę,   że   niczego   nie   zrozumiałeś.   Chcę   być   tam,   gdzie   ty,   bo   ty  jesteś   moim 

najlepszym przyjacielem, niezależnie od tego, co sobie o mnie myślisz. Poza tym sądzę, że 

Malcolm też wolałby tu zostać, dopóki wszystko nie wyjaśni się do końca.

- To prawda - potwierdził Malcolm.

Roderick westchnął, lecz nie wyglądał bynajmniej na rozgniewanego.

- chciałbym porozmawiać jutro z twoim ojcem - bąknął, nie wyjaśniając bliżej, o czym 

zamierza z nim mówić. - No dobrze, to poczekaj tutaj! Tylko nie przechodź przez potok, 

obiecaj!

- Tyle chyba mogę ci obiecać.

Roderick przeprawił się z innymi na drugi brzeg, a tym razem towarzyszył im także 

Malcolm. Helga została zupełnie sama.

Usiadła na przewróconym pniu. Kilku mężczyzn weszło już do środka zamku. To 

niepojęte, jacy oni są odważni!

W lesie panowała cisza. Oddalone męskie głosy odbijały się głuchym echem od ścian 

zamkowej sieni. Od czasu do czasu rozlegały się strzały.

background image

A jeśli... jeśli parę zabłąkanych szczurów pojawi się tutaj? pomyślała Helga, czując, 

jak serce jej zamiera. Może niektóre zdołały przedostać się na ten brzeg? A ja nie mam już 

broni. Oddałam ją Roderickowi.

Szczury na ogół bały się ludzi i zazwyczaj przed nimi uciekały. Ale nie te. Te były 

wystraszone i rozdrażnione, a poza tym przyzwyczajone do bycia w gromadzie. Zwierzę w 

stadzie jest zawsze odważniejsze niż w pojedynkę.

Helga rozejrzała się niespokojnie wokoło, na szczęście wszędzie panowała cisza. Na 

wszelki wypadek postanowiła znowu wdrapać się na drzewo.

Mężczyźni dotarli już na pewno do serca zamku. Nagle dało się słyszeć wołanie:

- Uważaj!

Ktoś krzyknął, po czym rozległo się kilka wystrzałów. Jeden z mężczyzn wypadł na 

zewnątrz, lecz po chwili zawrócił.

Ponieważ   tak   długo   ich   nie   było,   należało   wysnuć   wniosek,   że   bardzo   rzetelnie 

wykonują swe zadanie. Wkrótce wyszedł jakiś inny mężczyzna, trzymając w ręku płonącą 

gałąź. Po chwili nad zamkiem zaczął unosić się dym. Ciężki, cuchnący dym.

Pewnie resztki zboża, pomyślała Helga. Oby tylko nikomu nic się nie stało!

Mężczyźni nie pokazali się jeszcze przez następne pół godziny. Musieli chyba być 

zadowoleni z wyniku swojej pracy. Wreszcie pojawili się, dławiąc się dymem, z łzawiącymi 

oczami i okopconymi twarzami. Roderick razem z Jochem zeszli do potoku. Ale Helga już 

szła w ich stronę przez zimną wodę, podtrzymując wysoko spódnicę.

Roderick wyciągnął ramię i pomógł jej  wyjść na brzeg. W jego oczach było tyle 

ciepła, że jej policzki aż pokryły się rumieńcem, chociaż doskonale wiedziała, że to po prostu 

zadowolenie z wyniku akcji czyniło go tak szczęśliwym, iż nie mógł tego ukryć. Nie mówiąc 

ani słowa, przyciągnął ją do siebie, oparł sobie jej głowę na swoim ramieniu i stał tak, wciąż 

milcząc.

Ponieważ jednak wyraźnie chwiał się ze zmęczenia, Helga miała wątpliwości, czy 

przypadkiem nie posłużył się nią jako podporą, by nie upaść.

Była to jednak ocena niesprawiedliwa i Helga uśmiechnęła się sama do siebie. Jakie to 

cudowne mieć go tak blisko i czuć, że choć trochę liczy się dla niego, mimo że do tej pory nie 

powiedział na ten temat ani słowa! Porzucił wreszcie tę niechętną postawę w stosunku do niej 

i dał poznać, że również on nie jest wolny od słabości. Helga bowiem wiedziała, że Roderick 

stał przy niej nie tylko po to, by uspokoić i pocieszyć ją, ale także by znaleźć ukojenie dla 

siebie.

Łączyło ich zupełnie wyjątkowe poczucie wspólnoty, szczególnie silne akurat w tej 

background image

chwili.

Z wyraźną niechęcią odsunął ją od siebie.

- Może pójdziemy do domu? - spytał cicho. - Później zrobimy tu porządek.

Helga skinęła głową. Mężczyźni, którzy czekali już na nich, ruszyli od razu, gdy oni 

znaleźli się tylko na wzniesieniu wokół Hiss.

Wybrali zarośniętą drogę, którą Helga błądziła pierwszej nocy.

Szła wciąż trzymając Rodericka za rękę. Można było odnieść wrażenie, że także on 

wcale nie ma ochoty rozstawać się z nią, mimo że zagrożenie już minęło.

Mężczyźni   posuwali   się   w   milczeniu,   wyczerpani,   lecz   spokojni.   Gdy   doszli   do 

głównej   drogi,   Roderick   posłał   kilku   z   nich   do   Cross   of   Friars,   by   zdali   tam   relację   i 

przyprowadzili konie. Inni zaś pod jaśniejącym już niebem pomaszerowali w stronę wsi.

- Nikomu nic się nie stało? - spytała Helga.

- Nic poważnego.

- W pewnej chwili usłyszałam straszny rumor.

- Pewnie wtedy, kiedy szczury zaatakowały Jocha. Ale na szczęście miał grube buty.

Helga zastanowiła się i rzekła:

- Takie „nic poważnego” może czasami okazać się groźne.

-   Rozumiem,   co   masz   na   myśli,   ale   nikt   nie   został   pogryziony.   Kilka   drobnych 

poparzeń, to wszystko.

- Chwała Bogu!

Im bardziej przygasało światło księżyca, tym szerszy stawał się pas jasnego nieba na 

horyzoncie.   Helga   nie   miała   ochoty   patrzeć   za   siebie,   wiedziała,   że   Hiss   zniknął   wśród 

porannych oparów. Nad doliną unosił się jeszcze dym, spowijający ją w ulotną zasłonę.

Ich oczom ukazało się wreszcie Aidan’s Broch i wioska. W tym momencie Helga 

zdała sobie sprawę z konsekwencji tego, co się wydarzyło.

- Posłuchaj! - zwróciła się bez tchu do Rodericka. - Mordwin nie żyje. I Ian. A teraz 

jeszcze Corbred i jego czterech ludzi. To znaczy, że cały ten koszmar się skończył. Także w 

Aidan’s Broch. Czyli mój ojciec może spokojnie wyjść z ukrycia?

-   Oczywiście   -   Roderick   uśmiechnął   się   ledwie   zauważalnie,   jakby   nie   miał   siły 

poruszać ustami. - A prawowita spadkobierczyni może już bez obaw zamieszkać razem ze 

swoim ojcem. Ależ on będzie szczęśliwy! Od kiedy go znam, zawsze o tobie opowiadał. 

Przecież jesteś jego jedynym dzieckiem. Nie domyśliłem się tego, kiedy spotkaliśmy się po 

raz pierwszy.

Helga przybrała poważny wyraz twarzy.

background image

- Proszę cię, nie nazywaj mnie spadkobierczynią! - rzekła. - To brzmi jakoś tak... 

zimno. Chciałabym, żeby mój ojciec żył jeszcze wiele, wiele lat.

- Wszyscy mu tego życzymy. Powiedz mi, czy nie tęsknisz czasami za domem?

- Tęsknie - odrzekła cicho. - Od kiedy tu jestem, nieraz było mi go brak. Ale... wiesz 

przecież, jak się sprawy mają.

- No, tak. A tu też nie było ci wesoło. Musisz jednak wiedzieć, że tak w ogóle jest to 

bardzo miła okolica. I ładna, kiedy ustaną jesienne szarugi.

Zabrzmiało   to   tak,   jakby   obawiał   się,   że   Helga   wyjedzie.   Uśmiechnęła   się 

melancholijnie.

- Wierzę ci. Ale szkoda, że nie widziałaś mojego domu w Norwegii! Poświaty nad 

fiordem, stromej skalnej ściany naprzeciwko i potoku w dolinie. Kiedy byłam mała, bawiłam 

się często na jednym ze wzgórz. Gdy podrosłam, miałam swój własny ogródek z warzywami. 

Ciekawe, kto się teraz nim zajmuje. I psa, z nim najtrudniej było mi się rozstać. Bo był stary 

i...

Nie mogła skończyć.

Roderick powiedział ciepło:

- Czy nie sądzisz, że powinnaś tam wkrótce pojechać i ich odwiedzić? Oczywiście nie 

sama. Co ty na to?

- Angus MacDunn nie może tam pojechać - odparła szybko.

- Wcale nie jego miałem na myśli.

Helga nie była w stanie nic powiedzieć, że szczęścia i dumy coś dławiło ją w gardle. 

Nie śmiała wprost uwierzyć, ale chyba dobrze zrozumiała Rodericka. Ścisnęła go mocno za 

rękę.

Gdy dotarli do ryneczku, mężczyźni uprzytomnili sobie wreszcie, czego dokonali i co 

to oznacza dla życia wsi. Młodsi oddali nawet kilka strzałów na wiwat i jak szaleni rozbiegli 

się we wszystkie strony, aby rozgłosić tę wielką nowinę.

- Joch, czy mógłbyś wstąpić do mojej matki i ją uspokoić? - poprosił Roderick. - Ja 

muszę najpierw odprowadzić tę młodą damę do Aidan’s Broch.

- Oczywiście - odparł Joch.

- O, nie, chyba najpierw ją powinieneś odwiedzić! - wtrąciła Helga. - Czy mogę pójść 

z tobą?

- Nie bój się, jeszcze ją zobaczysz - zapewnił Roderick. - Moja matka mieszka daleko 

poza wsią, a Joch jest jej najbliższym sąsiadem. Tak będzie prościej.

- No dobrze.

background image

Gdy   już   mieli   ruszyć,   nagle   podbiegło   do   nich   paru   wieśniaków.   Kilka   młodych 

dziewcząt rzuciło się z okrzykiem szczęścia Roderickowi na szyję. Ściskały go i całowały, 

okazując w ten sposób swą radość z tego, że wrócił.

Roderick uśmiechnął się do nich przyjaźnie, odwzajemniając uściski. Obserwując tę 

scenę, Helga ujrzała nagle samą siebie w zupełnie innym świetle. Nie była dla niego nikim 

innym jak tylko jedną z tych zachwyconych dziewczątek, których miał bez liku. Traktował je 

wszystkie jednakowo, ją także.

Wobec niej bywał nawet bardziej burkliwy niż dla nich, tych, które tutaj były u siebie. 

A ona jest przecież tylko natrętnym intruzem.

Z opuszczoną głową ruszyła naprzód. Oczywiście, że sama trafi do domu, choć czuła 

ogromny, przeogromny ból.

-   Helga!   -   zawołał   Roderick,   doganiając   ją.   -   Myślałaś,   że   tak   łatwo   się   mnie 

pozbędziesz? Nie możesz mi odebrać przyjemności opowiedzenia o wszystkim sir Angusowi.

Uśmiechnęła się do niego niepewnie, ale on tego jakby nie zauważył.

- Nie zamierzam - odpowiedziała słabym głosem. - Czy Corbred nigdy nie groził 

twojej matce?

- Właśnie dlatego musiałem się ukrywać. Kiedy uwierzyli, że nie żyję, przestała ich 

obchodzić także ona.

- Ale na pewno bardzo się o nią bałeś.

- To był koszmar - przyznał. - A przez ostatni tydzień bałem się śmiertelnie o ciebie.

O  to,  iż  Corbred  odkryje,  że  Roderick  nie  zginął,  i  o jego zainteresowaniu  mną? 

pomyślała Helga. Ale to tylko pobożne życzenia. A może jednak...? A te jego częste wizyty w 

Aidan’s Broch, te wszystkie niebezpieczeństwa, na jaki się narażał? Może jednak po to, żeby 

ją zobaczyć?

W głębi serca miała nadzieję, że się nie myli.

Wschód słońca był tuż - tuż. Helga zatrzymała się nagle. Na tle różowego nieba jej 

oczom   ukazały   się   w   całej   swej   makabrycznej   grozie   nowe   szubienice   Corbreda.   Nic 

dziwnego,   że   jego   ludzie   pracowali   tak   długo!   Na   wzgórzu   bowiem   wyrosła   nie   jedna 

szubienica, lecz trzy. Zdaje się, że Corbred zamierzał dopiero pokazać, co znaczy jego władza 

i żądza zemsty.

- Będzie z nich dobre drewno na opał na zimę - stwierdził sucho Roderick.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Skierowali   swe   kroki   prosto   do   stajni   i   po   schodach   weszli   na   górę   do   części   z 

mieszkaniami dla służby.

Roderick zapukał do drzwi ochmistrza.

Wewnątrz   panowała   cisza,   dopiero   po   chwili   dał   się   słyszeć   zdecydowany   głos 

Jamesa:

- Kto tam?

- Roderick MacCullen. I Helga.

Drzwi otworzyły się natychmiast i wciągnięto ich do środka.

- Czy wyście oszaleli? Przecież mogą was usłyszeć? - szepnął przerażony James. - Nie 

wiem, czy już wrócili czy nie; wczoraj wieczorem wyjechali wszyscy razem.

Twarz Rodericka pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu.

- Masz na myśli Corbreda i jego ludzi? Oni nie żyją. Cała piątka.

- Co wy mówicie? Ale jak ty wyglądasz, Rodericku! I panienka Helga! Przemoczeni 

do suchej nitki!

- Czy możemy...? - Roderick wskazał na drzwi do garderoby.

- Oczywiście!

James otworzył drzwi rękami drżącymi z podniecenia, po czym zapalił lampę.

- Wasza łaskawość! Roderick i panienka przynoszą wielkie nowiny.

Laird usiadł na łóżku, a James podparł mu od razu plecy poduszkami.

- Co się znowu stało? Kolejnych tragedii chyba już nie przeżyję.

Na   twarzy   Rodericka   malował   się   teraz   wyraz   skrajnego   wyczerpania   i   zarazem 

spokojnej pewności siebie. Lecz dał się także zauważyć na niej nieznaczny cień smutku.

- Udało nam się - powiedział. - Hiss jest czysty.

- Niemożliwe! - wykrzyknął laird. - To wspaniale!

- Ale pięciu ludzi straciło życie.

- Pięciu? Nie! Kto?

- Corbred i jego czterech strażników.

Laird przez chwilę nie odrywał oczu od Rodericka.

- Czy to prawda? - spytał wreszcie.

-   Tak,   nic   się   nie   dało   zrobić.   Może   gdybyśmy   wdarli   się   tam   wcześniej, 

zapobieglibyśmy katastrofie... musieliśmy wybierać i zdecydowaliśmy się ich poświęcić.

Angus MacDunn skinął głową na znak aprobaty.

background image

- Opowiedz, jak to się stało...

Roderick przystąpił zatem do zdawania relacji, żywo wspierany przez Helgę, która 

uważała, że jest zbyt skromny w przedstawianiu własnych zasług.

- Wy wszyscy wykonaliście wspaniałą robotę - rzekł laird prawdziwie poruszony, gdy 

zakończyli opowiadanie. - To musiał być koszmar!

- Rzeczywiście. Na samo wspomnienie czujemy się chorzy. To będzie w nas tkwić 

bardzo długo.

- Czegoś takiego nigdy się nie zapomina - odezwała się cicho Helga. - Trzeba się po 

prostu nauczyć z tym żyć.

Angus MacDunn zamyślił się.

- Wczoraj Ian... Szkoda go, ale może to i lepiej dla niego. Nigdy nie zamierzałem 

przekazywać mu tytułu. On nie miał do niego żadnego prawa. Byłoby dla mnie bolesne, 

gdybym musiał mu go odebrać. A dziś znowu Corbred i te jego diabły w ludzkiej skórze.

Lairda rozpierała wola działania.

- James, pomóż mi wstać! Chcę ponownie zająć swoje miejsce w Aidan’s Broch.

Gdy James pomaga mu się ubrać, Helga i Roderick czekali w drugim pokoju. Helga 

spotkała jego spojrzenie i dostrzegła w nim nieśmiały uśmiech. Roderick był tak zmęczony, 

że z trudem udawało mu się utrzymać otwarte oczy, ale wyraźnie nie chciał przestać na nią 

patrzeć. Próbowała się domyślić, co pragnął jej w ten sposób przekazać, lecz wolała nie robić 

sobie nadziei.

James zawołał ich z powrotem do garderoby.

- Nie musicie mnie nieść - rzekł laird. - Na złamanej nodze nie stanę, ale jeśli oprę się 

na was dwóch, wtedy... Co ty opowiadasz, Rodericku, nie jesteś wcale brudny! Ten brud 

przynosi ci zaszczyt! Zapamiętaj to sobie!

Laird, kuśtykając, wszedł triumfalnie do hallu Aidan’s Broch, wsparty na Jamesie i 

Rodericku. Helga otwierała przed nimi drzwi.

- Nareszcie! - westchnął. - Nareszcie jesteśmy znowu wolni!

-   Zajmę   się   śniadaniem   -   oznajmił   James,   zapalając   świece   w   kryształowych 

żyrandolach,   promienie   słońca   bowiem   były   jeszcze   zbyt   wątłe,   by   rozświetlić   ciemne 

komnaty. - Nasi młodzi goście chcieliby się na pewno wykąpać. Każę przygotować ciepłą 

wodę.

-   Boże,   zmiłuj   się,   jak   ty   wyglądasz   -   westchnął   Angus   MacDunn,   patrząc   na 

Rodericka. - Ale cos mi się zdaje, że Heldze wcale to nie przeszkadza!

Oboje spojrzeli na siebie i roześmieli się lekko zawstydzeni.

background image

- Wiesz, James - odezwała się Helga - ani ja, ani chyba Roderick nie bylibyśmy teraz 

w stanie nic przełknąć.

Roderick zgodził się z nią.

-  Ale   kąpiel   na   pewno   dobrze   nam   zrobi.   Jeśli   jeszcze   mógłbym   pożyczyć   sobie 

przyrządy do golenia, byłoby wspaniale.

- Zaraz się tym zajmę - uśmiechnął się James i pospieszył obudzić służbę.

Helga zauważyła, że Roderick jest bardzo blady. Zastanawiała się, co też może mu 

dolegać. Parę razy nabierał głęboko powietrza i przełykał nerwowo, jakby się do czegoś 

przygotowywał.

- Sir Angusie - zaczął wreszcie zdecydowanie. - Jestem tylko prostym chłopem, ale 

czy wolno mi będzie... odwiedzać waszą córkę?

Słysząc to Helga aż podskoczyła.

- Po pierwsze, nie jesteś wcale jakimś „prostym chłopem” - rzekł sir Angus. - A po 

drugie, sądząc po pełnej  zachwytu buzi mojej  córki, odnoszę wrażenie, że już wcześniej 

zacząłeś   się   nią   interesować.   Po   trzecie,   mój   drogi,   nie   znam   nikogo,   kogo   widziałbym 

chętniej jako kawalera Helgi. Rozumiesz?

- Dziękuję! - odparł Roderick, szeroko się uśmiechając i ukazując śnieżnobiałe zęby w 

osmalonej twarzy.

Zanim Helga zdołała pojąć, o czym oni mówią, do salonu wszedł James. Wyglądał na 

bardzo wzburzonego.

- Wasza łaskawość, lady Lynn idzie tutaj!

- O Boże, zupełnie o niej zapomnieliśmy!

- Te słowa raczej by się jej nie spodobały - powiedział James, pozwalając sobie nagle 

na niestosownie poufały ton. Lecz w tej pełnej napięcia chwili nikt nie zareagował na jego 

komentarz.

Młodzi stali po obu stronach krzesła, na którym siedział laird. Lady Lynn zatrzasnęła 

ciężkie drzwi w hallu.

- Ian! - zawołała. - Czy jesteś już na górze?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Lynn pamiętała, żeby nazywać Corbreda Ianem! Cóż za 

wyrachowanie!

Gdy   weszła   do   salonu,   stanęła   jak   wryta.   Z   jej   ust   dobył   się   wyrażający 

niedowierzanie szept:

- Sir Angus! To niemożliwe!

- Twoje oczy cię nie mylą.

background image

- A... gdzie jest... Ian?

- Masz chyba na myśli Corbreda? Przecież ty sama pomogłaś zamordować Iana i 

pogrzebać go.

- Co mają znaczyć te niedorzeczności?! Co robi tutaj ten włóczęga? Kto to jest?

- Nigdy nie spotkałaś Rodericka MacCullena?

Lynn straciła panowanie nad sobą i wykrzyknęła przerażona:

- Gdzie jest Corbred?

- Czyli przyznajesz, że szukasz Corbreda, a nie swojego męża, Iana! Corbred nie żyje.

- To kłamstwo!

- Bynajmniej.

Lady Lynn wyciągnęła ręce przed siebie w geście niemej obrony i odwróciła się, by 

wyjść.

Laird powiedział ostrym tonem:

- Strażnicy już ci nie pomogą. Oni też nie żyją.

Lynn zwróciła się znowu w ich stronę.

- Zamordowaliście go! Zamordowaliście!

- Nie - odparł Roderick swym głębokim głosem. - Nie zabiliśmy go. Uczynił to zamek 

Hiss, a Corbred sam do tego doprowadził.

- Zamek Hiss! - wykrzyknęła lady Lynn z pełnym pogardy grymasem. - Tylko nie 

próbuj mi tu opowiadać tych bajek! Powiedz mi prawdę! On żyje, tylko wy nie chcecie się z 

tym pogodzić.

- Wystarczy pojechać do zamku i przekonać się na miejscu! Nie sądzę jednak, żeby 

tamten widok pani się spodobał, pani Douglas.

Roderick, zwracając się do Lynn, pominął nienależny jej tytuł „lady”.

Lynn wpatrywała się w nich dzikimi oczami.

- Powiedzcie mi prawdę!

- Przecież prawda nigdy nie miała dla ciebie wartości - rzekł spokojnie laird. - Ale 

proszę,  jeśli  chcesz,  powiem  ci  ją  prosto   w oczy:  Corbred   i  jego  ludzie   zostali   żywcem 

zagryzieni   przez   tysiące   ogromnych   szczurów,   które   żyły   w   zamku   Hiss.   Jesteś   teraz 

zadowolona?

Helga   uważała,   że   sir   Angus   jest   zbyt   brutalny.   Ale   musiał   pewnie   szczerze 

nienawidzić tych, którzy za jego hojność i dobroć odpłacili mu taką niewdzięcznością.

Lynn   zachwiała   się.   Dwaj   służący   sir  Angusa,   którzy  stali   za   nią,   chwycili   ją   za 

ramiona.

background image

- Zaprowadźcie ją do koronera - polecił laird. - Zostanie oskarżona o niedotrzymanie 

przysięgi małżeńskiej i o zabicie własnego męża, a także o współudział w zamordowaniu 

wielu innych we wsi. To od niej Corbred dostawał środki nasenne. Niemożliwe więc, żeby nie 

zdawała sobie sprawy z tego, co tu się dzieje.

Lynn krzyczała jak oszalała, gdy wyprowadzano ją z salonu.

- Kąpiel gotowa, Rodericku - oznajmił James. - Myślę, że jako pierwszy powinien 

wykąpać   się   ten,   kto   jest   najbrudniejszy.  A  panienka   Helga   musi   zdjąć   to   przemoczone 

ubranie.   Kąpiel   dla   panienki   będzie   gotowa   za   parę   minut.  A  później   chyba   trochę   się 

prześpicie, prawda? Aż do śniadania?

- Raczej do obiadu - powiedział sir Angus, patrząc na zmęczoną twarz Rodericka. - 

Tylko nie zaśnijcie w kąpieli!

- Które pokoje mam przygotować, sir?

- Dla Helgi duży pokój gościnny, ten najładniejszy! A dla Rodericka mały obok.

Ochmistrz uniósł brwi.

- Och, James! - rzekł sir Angus. - Dobrze wiem, że między pokojami są drzwi, ale 

przecież Roderick jest dżentelmenem. Poza tym zaśnie, zanim zdąży przyłożyć głowę do 

poduszki.   Moim   zdaniem,   obojgu   potrzebna   jest   świadomość,   że   są   blisko   siebie.   Nadal 

znajdują się jeszcze w szoku po przeżyciu rzeczy, których pewnie nie jesteśmy w stanie nawet 

sobie wyobrazić.

Po czym jakby już tylko do siebie bąknął pod nosem:

- Mam tylko jedno miłe wspomnienie w moim życiu, wspomnienie zakazanej miłości 

do matki Helgi... - Podniósł głos: - Powiem ci, mój młodzieńcze: doskonale wiem, do czego 

może   doprowadzić   formalne   małżeństwo   bez   miłości.   Zapamiętaj   to   sobie.   No,   a   teraz 

zmykajcie! Zobaczymy się przy obiedzie.

W   pół   godziny   później   Helga,   podciągnąwszy   kolana   pod   brodę,   siedziała   na 

ogromnym   podwójnym   łożu   w   pokoju   gościnnym,   ubrana   w   swą   prostą   nocną   koszulę. 

Pachniała czystością. Ponieważ James zasunął zasłony,  przytulny pokój pogrążony był  w 

miłym półmroku. Jesienne słońce za oknem rzucało delikatne, niemal niedostrzegalne światło.

Nie zauważyła, kiedy Roderick wszedł do środka. Ubrany w pożyczoną od lairda 

piżamę z monogramem, był lśniąco czysty, świeżo ogolony i, podobnie jak ona, miał jeszcze 

lekko wilgotne włosy.

Helga wstrzymała oddech.

- Roderick, nie powinieneś... Przecież jesteś dżentelmenem!

- Dlatego właśnie mogę wejść - uśmiechnął się Roderick. - Dobrze wiesz, że potrafię 

background image

zachować się przyzwoicie. Byliśmy już bliżej siebie, nawet razem spaliśmy i nic się nie stało. 

No więc nie drocz się teraz ze mną, bo nie ma potrzeby. Pomyślałem sobie tylko, że może 

chciałabyś z kimś porozmawiać?

Helga wśliznęła się pod kołdrę.

- O, tak - jęknęła przygnębiona. - Kąpiel wcale mi nie pomogła. Nie da się wymyć 

tych obrazów z pamięci. Ciągle tam jestem, wśród tego koszmaru.

Roderick usiadł na brzegu łóżka i wziął ją za rękę.

- Ja także nie wiem, czy uda nam się od tego wyzwolić - odpowiedział cichym i 

poważnym głosem.

Helga westchnęła ciężko.

- Czy nie powinieneś się przespać?

- Nie mogę. Tak długo musiałem ciągle czuwać, że teraz moje nerwy są wciąż napięte.

- Doskonale cię rozumiem.

Roderick wyglądał na przygnębionego, jakby coś go męczyło. Po długim wahaniu 

zdecydował się wreszcie i zaczął, przysuwając się do niej nieco:

- Czy wiesz, jakie mam marzenie, od kiedy zobaczyłem się po raz pierwszy?

- Dokuczać mi i poprosić mnie, żebym się wyniosła stąd jak najdalej - wyrwało się 

Heldze.

- Nie żartuj sobie! Sam nie wiem, jak mam to powiedzieć.

Helga, jak pod katowskim toporem, poprosiła stłumionym głosem:

- No, wykrztuś wreszcie!

Ale to było za trudne dla niego. Wyciągnął więc powoli rękę w jej stronę i opuszkami 

palców dotknął jej ust.

- Przestań - krzyknęła gwałtownie i odwróciła głowę.

Roderick poczuł się zaskoczony i urażony jej reakcją.

- Ale przecież... Ja myślałem...

- Że jestem taką, która pójdzie do łóżka z pierwszym mężczyzną, jakiego spotka? 

Dziękuję ci, dobrze wiem, co myślałeś.

Teraz on się zaczerwienił.

- Tak było, zanim cię poznałem - przyznał zawstydzony.

- No a później? - spytała z wyraźną goryczą w głosie. - A twoja wielka pogarda dla 

kobiet! Czy przez cały czas nie powtarzałeś mi, jaka jestem głupia i nierozgarnięta? Czy nie 

wyśmiewałeś się i nie szydziłeś ze mnie dlatego, że cię podziwiałam i darzyłam sympatią? 

Przy wszystkich swoich ludziach nazwałeś mnie rzepem uczepionym psiego ogona.

background image

- Ale to było ciepło powiedziane!

- Czy nie byłeś przez cały czas pewien, że możesz mnie mieć, kiedy tylko zechcesz? - 

ciągnęła wzburzona. - I uważałeś, że wszystko jest w porządku, że możesz nadal być zimny i 

nieczuły! Myślisz, że mnie to nie bolało?

Roderick milczał przez dłuższą chwilę.

-   Moje   ty   maleństwo,   ty   rzeczywiście   niczego   nie   zrozumiałaś!   -   powiedział 

nieszczęśliwy. - Nie wiedziałem, że masz takie wyobrażenie o mnie. Zupełnie opaczne.

Helga nie odezwała się ani słowem. Było jej przykro i czuła się żałośnie.

- Czy ty naprawdę nie rozumiałaś mojej sytuacji? - spytał z goryczą. - Nigdy nie 

zastanowiłaś się nad tym, kim jesteś?

- Ja? Helga Solbraten. Norweżka.

- Nie. Ty jesteś córką lairda. Jedyną spadkobierczynią majątku większego, niż jesteś w 

stanie w ogóle sobie wyobrazić. A ja jestem tylko prostym chłopem.

Helga spojrzała na niego.

- Ale twój strój nosi ślady bogactwa i godności.

Roderick roześmiał się:

- Dostałem go od twego ojca!

- Ach, tak - bąknęła zmieszana.

- Naprawdę nie rozumiesz? Nie mogłem pozwolić sobie na to, by zakochać się w 

kimś, kto nigdy nie mógłby być mój. Ale moje wysiłki i tak na nic się nie zdały. Stawałem się  

coraz   bardziej   bezradny,   każdego   dnia   musiałem   chociaż   przez   moment   cię   zobaczyć, 

traciłem panowanie nad sobą. Byłem wściekły: na ciebie, na siebie i na całe społeczeństwo, 

które podzieliło ludzi na klasy.  Jeśli myślisz, że drwiłem sobie z ciebie, upojony własną 

wyższością, to proszę cię o wybaczenie. Musisz wiedzieć, że nigdy nie chciałem cię zranić. 

Dobrze wiem, że, mówiąc łagodnie, byłem trochę nieprzyjemny. Nie mogłem inaczej. Ale 

chciałbym, żebyś zapamiętała jedno: nigdy dotąd nie czułem nic takiego do nikogo. A tamtej 

nocy w małej chatce... To była dla mnie prawdziwa próba. Tuż przy mnie twoje ciało... Tak 

mocno zaciskałem wtedy pięści, że do dziś mam ślady po paznokciach.

Helga przez dłuższą chwilę wręcz bała się oddychać.

- Mówisz prawdę? - spytała bezbarwnym głosem.

- Tak bardzo mi na tobie zależy. Mam odwagę to teraz powiedzieć, ponieważ twój 

ojciec...   chyba   słyszałaś   jego   słowa?   Nie   będzie   miał   nic   przeciwko   mnie   jako...   jako 

swojemu zięciowi. W każdym razie tak to zabrzmiało.

Helga skinęła energicznie głową.

background image

- Tak, tak, na pewno.

- Bóg mi świadkiem, jak bardzo cię szanuję! I dlatego poczekam, aż upewnisz się co 

do mnie. Doskonale cię rozumiem, że możesz się czuć zraniona. Tymi wszystkimi podłymi 

słowami, jakie ci mówiłem, żeby udowodnić nam obojgu i wszystkim wokół, że nic dla mnie 

nie   znaczysz.   Nic   nie   znaczysz?   O   Boże!   Poczekajmy,   póki   wszystkiego   nie   naprawię. 

Zgadzasz się?

Helga znowu skinęła głową.

- Ale uważam, że mimo wszystko łączy nas piękna przyjaźń, prawda?

-   O,   tak   -   odparł   wzruszony.   -   Najpiękniejsza,   jaką   kiedykolwiek   przeżyłem. 

Dobranoc, moja mała przyjaciółko!

Pogłaskał ją delikatnie po lekko jeszcze wilgotnych włosach, po czym zwinął się w 

kłębek na drugim łóżku.

Przez chwilę leżeli w całkowitym milczeniu. Helga próbowała zastanowić się nad tym 

wszystkim,   co   powiedział   Roderick.   Jej   serce   przepełniało   tak   nieopisane   i   niepojęte 

szczęście, że z emocji aż musiała zacisnąć palce na skraju kołdry. Powiedział „poczekajmy”. 

Czyli teraz będzie musiała panować nad sobą i nie okazywać swego uczucia w sposób tak 

wyraźny, jak czyniła to do tej pory. Musi wyjść z tego z twarzą!

Najlepiej zapomnieć, że Roderick leży blisko niej!

Nie potrafiła jednak. Bo gdy całą siłą swej woli odsunęła myśli o nim, od razu wróciły 

przeżycia   ostatniej   koszmarnej   nocy.  A  gdy  już   się   pojawiły,   nie   mogła   się   ich   pozbyć. 

Męczyły ją jak ponure zmory.

Po chwili spytała:

- Myślisz, że one bardzo cierpiały? Chodzi mi o zwierzęta.

- Nie, widziałem je z bliska. Po prostu zapadały w sen.

Helga zamilkła. Ale wkrótce Roderick usłyszał szczękanie jej zębów i spostrzegł, że 

dziewczyna drży na całym ciele.

- Helga!

-   To   tylko   reakcja   na   przeżyte   napięcie   -   wybąkała.   -   Nie   jestem   w   stanie   się 

opanować.

Przed   jej   oczami   wirowały   obrazy   z   Hiss,   słyszała   tysiące   odgłosów   i   okrzyki 

śmiertelnego   przerażenia,   czuła   zapach   dymu.   Jęczała,   z   jej   ust   dobywały   się   oderwane 

zdania, wypowiadane pod wpływem wspomnień i doznanych niedawno wrażeń; tkwiąc nadal 

w tym chaosie, trzęsła się niczym liść osiki. Czuła niewyraźnie, że Roderick jest przy niej, że 

jego ciepłe dłonie głaszczą ją, a jego usta wypowiadają kojące słowa. Nie była pewna, lecz to 

background image

chyba ona sama uczepiła się go i prosiła gorąco, by jej nie zostawił.

- Już wszystko minęło, mój skarbie - powiedział cicho i jakby w pośpiechu. - Jesteś 

znowu w domu, całkowicie bezpieczna przy mnie. Kocham się ponad wszystko w świecie! 

Nie płacz już, moje maleństwo!

Wśród dręczących ją upiornych wizji Helga doznała nagle radosnej pewności, że oto 

Roderick przestał się bać i wreszcie zdołał głośno wyznać, że ją kocha; przekonała się, że 

może na nim polegać. Jego uczucia były głębokie i czułe, a on umiał je okazywać!

- Helga, Helga - szeptał zatroskany. - Nie myśl już o tych okropnościach, odpręż się! 

Słyszałaś, co powiedział twój ojciec: nie ma nic przeciwko temu, żebyśmy się pobrali, a ja 

pragnę   tego   tak   gorąco,   że   nie   obchodzi   mnie,   co   mówią   ludzie.   Niepotrzebne   mi   ani 

pieniądze, ani władza, to nieprawda! Pragnę ciebie, tylko ciebie. Jeśli tylko ty zechcesz mnie!

Helga uspokoiła się trochę. Wreszcie zrozumiała, dlaczego Roderick dotychczas tak 

bronił się przed miłością do niej. Nie chciał, by uważano, że interesuje się nią z uwagi na jej 

pozycję i majątek. Jak on mógł myśleć, że ludzie osądzą go w ten sposób?

Helga zakryła twarz rękami, próbując odpędzić wciąż powracające koszmarne obrazy. 

Był w niej lęk, a jednocześnie nie znane dotychczas podniecenie, rozpalone dotykiem jego 

dłoni. W pewnym momencie poczuła, że nocna koszula zsunęła się jej do góry, a dłonie 

Rodericka spoczywają na jej nagim ciele.

Nagle   wszystkie   zmory   gdzieś   się   rozpłynęły.   Napięte   mięśnie   rozluźniły   się, 

przepełnione miłym ciepłem. Westchnąwszy głęboko, Helga odsłoniła twarz i opuściła ręce. 

Roderick zaczął delikatnie całować jej szyję, a ona poddawała się jego pieszczotom z lekkim 

uśmiechem cudownego upojenia. A gdy jego usta odnalazły jej usta, nie broniła się przed 

pocałunkiem, leżąc nadal z opuszczonymi rękami i zamkniętymi oczami. Było to dla niej 

zupełnie naturalne, że Roderick niecierpliwymi dłońmi pieści jej ciało, i nagle, nie zdając 

sobie z tego sprawy, oplotła rękami jego szyję.

Tylko przez krótką chwilę czuła niepokój i próbowała uwolnić się z jego objęć. Gdy 

jednak Roderick przytulił ją mocniej, nie pozwalając jej unieść się z posłania, szybko się 

poddała i szepnęła mu czule do ucha:

- Kocham cię, Rodericku.

Wiedziała bowiem teraz, że on nie będzie już się bronił przed tymi słowami.

Z oczu Helgi płynęły łzy. Nieznośny żar trawił jej ciało. Nie stawiając już żadnego 

oporu, posłuszna jego życzeniom, dała mu wszystko, czego pragnął.

Roderick leżał cicho. Słychać było jedynie jego oddech, ale i on stawał się coraz 

spokojniejszy. Helga z czułością i rozmarzeniem głaskała ciemne włosy ukochanego.

background image

I tak oto wreszcie zasnął Roderick MacCullen. Z twarzą wtuloną w jej ramiona zapadł 

w sen tak głęboki, że nic nie mogło go obudzić.

Zaraz potem zasnęła także Helga, spokojna i szczęśliwa.

Roderick obudził się dopiero późnym popołudniem. Gdy otworzył oczy, ujrzał Helgę 

siedzącą przy komódce z piórem w ręce.

Była już ubrana, a piękne złote włosy miała związane wstążką.

Roderick uśmiechnął się i patrzył na nią długo, czując, jak serce przepełnia mu miłość. 

Wreszcie spytał:

- Co robisz?

Odwróciła się do niego z promiennym uśmiechem na twarzy:

- Już nie śpisz? Piszę list do mamy. Długi i szczegółowy. Mam dla niej mnóstwo 

radosnych nowin.


Document Outline