background image

                                                                    

 Z 

CHOMIKA

 V

ALINOR

LINO ALDANI

KSIĘŻYC DWUDZIESTU 

RĄK

(

PRZEŁOŻYŁA

 E

WA

 K

OMOROWSKA

)

background image

W OCZEKIWANIU NA ŁADUNEK

Szczupły, średniego wzrostu, nosił kurtkę z imitacji skóry i miał śnieżnobiałe włosy. 

Można by rzec - człowiek jak wielu innych. Ale ta jego beztroska mina udawanej szczerości i 

ostrożny sposób poruszania się między stolikami - chodził, rzucając tu i tam roztargnione, a 

jednak   uważne   i   przenikliwe   spojrzenie   -   nie   pozostawiały   żadnych   wątpliwości.   Był   to 

swindler,   typowa   postać   drobnego   oszusta   i   hochsztaplera,   których   nigdy   nie   brakuje   w 

poczekalniach stacji i astrodromów na całym świecie. W zamian za niewielką pożyczkę tacy 

faceci przeważnie oferują stare kwarcowe zegarki, dawne monety, kamyczki z Deneba IV lub 

skamieniałe motyle z Capelli. Niejednokrotnie proponują sztuczki karciane, dziwne zagadki 

zaczerpnięte z repertuaru prestidigitatorów  sprzed stu lat. Wszyscy posługują się techniką 

spiralną, postępującą stopniowo, pełną słownych meandrów i avances - zrazu dyskretnych, a 

potem coraz mocniej przypierających do muru.

- Jeśli postawi mi pan piwo -  zaczął - opowiem ciekawą historię. - I zaraz dodał: - 

Historię nieprawdopodobną, ale prawdziwą, która mi się przydarzyła...

Siedziałem   niewzruszony,   a   może...   nie   wiem,   może   nawet   niechcący   zrobiłem 

delikatny   ruch   albo   też   mimowolnie   mrugnąłem,   co   ten   człowiek   uznał   za   znak   zgody. 

Faktem   jest,   że   zanim   zdałem   sobie   z   tego   sprawę,   on   już   się   usadowił,   a   kelner   z 

porozumiewawczą miną niósł już kufel pieniącego się piwa.

Znalazłem   się   w   pułapce.   Poza   tym   ładunek,   na   który   czekałem,   miał   godzinne 

opóźnienie, a mój naręczny telewizor pokazywał te same co zwykle robaczki. Złożyłem wia-

domości giełdowe i odsunąłem na bok podróżną walizeczkę.

Swindler  natychmiast  zaczaj:: - Nazywani się Klaus D'Onofrio. Moje opowiadanie 

odnosi się do odległego roku 2098...

Początkowo   opowieść   była   najzwyklejsza   w   świecie.   D'Onofrio   mówił   swobodnie,   panując   nad 

słownictwem, pewnie i ze znajomością rzeczy, posługując się najbardziej nawet niezrozumiałymi terminami 

naukowymi. Jednak jego opowiadanie, może dlatego, że nazbyt logiczne, spójne i łatwe do przewidzenia, nie 

zawierało   niczego   interesującego.  Była   to  zwykła   historia,  z   tych,  które   setki  razy  czytamy  i  słuchamy  w 

reportażach i sprawozdaniach, jednakowych od początku do końca, albo też różniących się co najwyżej jakimś 

drobnym szczegółem.

Przez pięć lat Klaus D'Onofrio sprawował na pokładzie jednostki badawczej Silver 

Arrow drugorzędne funkcje: kucharz, elektryk, kulturalno- oświatowy, instalator i urzędnik 

intendentury.

background image

- Krótko mówiąc - podkreślił jednak D'Onofrio - byłem najważniejszym członkiem załogi, dżokerem, 

który w razie potrzeby mógł zastąpić pilota, lekarza, radiotelegrafistę, a nawet - czemuż by nie? - nawet samego 

dowódcę. Wszyscy członkowie jednostki badawczej są zamienni, ja jednak byłem bardziej zamienny od innych, 

rozumie pan? W 98 roku było ponad dwa tysiące zbadanych planet, ale my z Sifoer Arrow byliśmy pierwszymi, 

którzy wyprawili się poza Pas von Taulera. Tyle tylko, że nawet poza tym Pasem wszechświat był taki sam. 

Zwiedziliśmy kilkanaście planet, .podobnych jak kropla wody do setek innych, już wcześniej zbadanych przez 

nasze jednostki. Dlatego też kiedy zeszliśmy na K- 128, w Sektorze Niebieskim, nie dziwiliśmy się wcale, że jest 

tak idiotycznie podobna do tylu innych.

- A okazało się? - Naciskałem, żeby go skłonić do przejścia do sedna rzeczy.

-  Nic  -  powiedział  wymijająco  i   wypił   duży  łyk  piwa.  -  Założywszy  bazę  wokół 

polany,   ze   statkiem   kosmicznym   w   samym   jej   środku,   oddaliliśmy   się   we   czterech   na 

rekonesans:   ja,   dowódca,   biolog   i   psychotechnik,   wie   pan,   facet,   który   mierzy   iloraz 

inteligencji   za   pomocą   całej   serii   testów,   jednego   bardziej   idiotycznego   od   drugiego.   Po 

trzech godzinach marszu w lesie napotkaliśmy stado mieszkańców planety. Były to włochate 

stworzenia o wzroście trochę ponad metr - wyprostowane, oczy na przedzie, z sześcioma 

palcami u lewej ręki i siedmioma u prawej. Na nogach akurat na odwrót. Zabawny przypadek 

kompensowanej   asymetrii.   Nasze   detektory   nie   wykryły   żadnego   zagrożenia.   Wtedy 

MacLure, biolog, spróbował złapać jednego za pomocą herbatnika i udało mu się to prawie 

natychmiast. Zwierzę nie okazywało najmniejszego strachu, nawet kiedy wyjąwszy z plecaka 

aluminiowe pręty i złożywszy klatkę chwyciłem je za kark i włożyłem  do środka. Miało 

miękkie futerko i, w odróżnieniu od innych, białą plamkę pośrodku czoła.

- Zobaczymy, jak sobie teraz poradzisz - powiedział Horwitz, psychotechnik: Stado 

się nie rozpierzchło. Stało dokoła w odległości sześciu czy siedmiu metrów i zajadało żółte 

jagody zwisające z krzewów. Horwitz poszedł nazbierać garść i wróciwszy położył je koło 

klatki,   ale   w   takiej   odległości,   żeby   więzień   nie   mógł   ich   dosięgnąć   nawet   wyciągając 

kończyny.

Psychotechnik   wziął   następnie   aluminiowy   pręt   i   położył   w   pobliżu   klatki.   Przez 

chwilę nic się nie działo. Potem zwierzę chwyciło pręt i używając go jako grabi zdołało dob-

rze wymierzonymi ruchami przytoczyć jagody do siebie.

Horwitz, zadowolony,  dyktował uwagi do naręcznego magnetofonu. MacLure, ja i 

dowódca znudzeni przyglądaliśmy się zwierzęciu, które spokojnie zajadało. Potem Horwitz 

poszedł   uzbierać   następną   garść   jagód.   Tym   razem   położył   ją   w   odległości   dwukrotnie 

większej od klatki niż poprzednio, ale dał więźniowi dwa pręty aluminiowe i kłębek linki 

nylonowej. Czekaliśmy pół godziny, ale nic się nie działo, po prostu nic. Zwierzę przyglądało 

się jagodom, prętom i kłębkowi żółtymi, wilgotnymi oczami, pełnymi niewinnego otępienia. 

background image

Kilka razy obojętnie okrążyło klatkę, potem zatrzymało się, zamknęło oczy i tak tkwiło jakby 

pogrążone we śnie.

- Nic tu po nas - powiedział Horwitz - nawet gdybyśmy tu zostali przez rok, zwierzę 

nigdy nie zdoła rozwiązać tego zadania. - Horwitz był głupi. Zmarł dwa lata temu, Panie, 

świeć nad jego duszą. Ale za życia zawsze był głupi. Powiedziałem, że według mnie zwierzę 

nie robi absolutnie nic po prostu dlatego, że nie jest głodne, najadło się...

Zrobił zniecierpliwioną minę i pokręcił głową dwa albo trzy razy. - Według mnie jest 

to R-4 - stwierdził. Znaczyło to, że wedle jego rozeznania zwierzę należało do czwartego 

stadium klasy R rozwoju, a więc poziomu raczej niskiego; żeby pan lepiej mógł zrozumieć: 

tego samego, co świstaki i ziemskie tchórze. Tymczasem MacLure napchał chlebak liśćmi i 

jagodami; zdobył także próbkę wody, nabrawszy jej z pobliskiego źródła. - Jestem gotowy - 

powiedział. - Ja też - zapewnił Horwitz. Dowódca wykonał kilka endopłyt, wie pan, takich 

specjalnych  fotografii, które rejestrują nawet wewnętrzną  strukturę i metabolizm każdego 

żywego organizmu, po czym wyprostował się i zaproponował powrót.

Wobec   tego   rozmontowałem   klatkę   i   uwolniłem   zwierzę,   które   natychmiast 

przyłączyło się do swoich towarzyszy. Zwierzęta, wcale nie przestraszone, szły z nami przez 

całą   drogę   powrotną.   Kiedy   wróciliśmy   do   bazy,   słońce   stało   jeszcze   wysoko   nad 

horyzontem. Wszyscy pozostali członkowie załogi byli na zewnątrz, leżeli na plecionkach i 

rozkoszowali się południowym wiaterkiem. Również wśród nich były zwierzęta, które łaziły 

niewinnie   po   polanie   albo   ganiały   jak   szczeniaki   wokół   teleskopowych   podpór   statku 

kosmicznego. Pani doktor Almąuist chciała zabrać jednego ze sobą, ale dowódca przypomniał 

jej   oschle,   że   regulamin   na   to   nie   pozwala.   Po   paru   minutach   byliśmy   już   wszyscy   na 

pokładzie, a ja usiadłem przy ekranie wizyjnym, żeby rzucić ostatnie spojrzenie. Zwierzęta 

skupiły   się   pośrodku   polany   i   patrzyły   wilgotnymi,   żółtymi   oczami   w   naszym   kierunku. 

Siedziały tam najzupełniej nieruchome. Kiedy jednak dowódca wydał rozkaz startu i cały 

kadłub   Sifoer   Arrow   zadrżał,   zanim   ekran   zamglił   się,   zdążyłem   zauważyć   gwałtowne 

poruszenie   wśród   tej   gromady   włochatych   stworzeń:   fikołki,   koziołki,   podskoki   i   małpie 

klaskanie w ręce. Siher Arrow opuszczała planetę i nie było wątpliwości, że owe stworzenia 

tam na dole witały ten fakt jak wyzwolenie.

Klaus   D'Onofrio   otarł   usta   wierzchem   dłoni.   Patrzył   na   mnie   spode   łba   z   miną 

obłudnego kota, który ma właśnie schwytać kanarka.

- To wszystko? - skomentowałem, nadając głosowi możliwie najbardziej ironiczne 

brzmienie.

D'Onofrio wcale się nie speszył. Poszperał w kieszeniach, jakby szukając papierosów. 

background image

Zamiast nich wyjął plik pożółkłych i zniszczonych kartek. Starannie je przejrzał, wyłowił 

niebieskawy odcinek i pchnął go na środek stołu. - Tu są końcówki - rzekł - jeśli pan chce, 

może pan sprawdzić archiwa Centrum Badań Przestrzeni, a w nich zapis dotyczący planety 

K-128.

Zignorowałem   jego   słowa,   jak   również   niebieską   karteczkę.   -   To   wszystko?   - 

powiedziałem,   tym   razem   rozzłoszczony.   -   Pana   opowieść   jest   naprawdę   banalna,   nawet 

dziecko umiałoby wymyślić lepszą...

-   To   nie   moja   wina   -   usprawiedliwiał   się   D'Onofrio.   -   To,   co   przed   chwilą 

opowiedziałem, jest wersją oficjalną, zdeponowaną w archiwach. Ale jeśli mi pan postawi 

następne piwo, opowiem prawdę, historię o tym, jak faktycznie miały się rzeczy i jak się nam 

udało opuścić planetę po nieprawdopodobnym przeżyciu.

Zdałem   sobie   sprawę,   że   niechcący   się   uśmiechnąłem.   Łobuz   znał   się   na   rzeczy, 

recytował scenariusz wielokrotnie już powielany, ale robił to z wdziękiem i mimo kabotyń- 

skich pomysłów - a może właśnie dzięki nim - wydawał się sympatyczny.  Spojrzałem na 

zegarek. Brakowało jeszcze pół godziny do przybycia ładunku, nie licząc dodatkowego czasu, 

który musiałbym spędzić w oczekiwaniu na oclenie towaru.

- Cały zamieniam się w słuch - zapewniłem go, a kelner już podchodził z następnym 

piwem.

D'Onofrio schował do kieszeni niebieską kartkę. Potem otworzył paczkę papierosów, 

wyjął trzy i ustawił je pionowo pośrodku stołu. - Zróbmy krok wstecz - powiedział - i wróćmy 

do momentu przed startem. Oto ja i dowódca, razem z MacLurem i Horwitzem jesteśmy na 

ścieżce prowadzącej z powrotem do bazy, a miejscowe zwierzaki tworzą sztafetę. Rozumie 

pan?

No więc przybywamy na polanę, a nasi towarzysze są tam, jak już powiedziałem, 

wyciągnięci na plecionkach. Tyle że nie rozkoszują się świeżym powietrzem. Wydają się 

pijani i ogłupiali, jakby padli ofiarą śpięczki hipnotycznej. Ale absurdalne, nie do przyjęcia, 

było  coś innego: na środku polany stały trzy statki kosmiczne, rozumie pan? Trzy Silver 

Arrow, albo lepiej - nasza Silver Arrow trzykrotnie skopiowana.

D'Onofrio   brodą   wskazał   trzy   papierosy   na   środku   stołu.   -   Były   ustawione   - 

sprecyzował - jakby na wierzchołkach wyimaginowanego trójkąta równobocznego.

- Halucynacja przez indukcję, jak sądzę.

- Nic podobnego - zapewnił D'Onofrio - statki kosmiczne były realne, wszystkie trzy z 

niezwykle solidnego stopu tytanowego. Ale dwa z nich były fałszywe...

Przyglądałem   mu   się   zdumiony.   Przez   chwilę   zapomniałem,   że   swindler   żyje 

background image

kłamstwami i grą słów, ale tym razem D'Onofrio przesadził.

- Taki żart Sillian - wyjaśnił po chwili.

- Czyj?

-   Och,   przepraszam,   K-128   była   planetą   ostatniej   klasy   i   Horwitz   widząc,   że 

mieszkańcy są trochę głupkowaci, żartobliwie ochrzcił ją mianem “Silly". Ale teraz nawet 

pan już widzi, że rzeczy miały się nieco inaczej. Poza lile- patią i telekinezą Sillianie potrafili 

podwajać, potrajać, a nawet powielać przedmioty po stokroć; potrafili też tworzyć zupełnie, z 

gruntu nowe - z niczego. Także w środku statki kosmiczne były najdokładniej identyczne w 

każdym najdrobniejszym szczególe. Zapewniam pana, że można było zwariować.

-   To   nie   jest   zadanie,   które   możemy   tutaj   rozwiązać   -   stwierdził   dowódca.   - 

Najlepszym   wyjściem   jest   podzielenie   załogi   na   trzy   grupy   i   natychmiastowy   odlot 

wszystkimi trzema statkami. Rozwiążemy tajemnicę później, kiedy będziemy w rozsądnej 

odległości od tej planety fałszerzy.

Zaczęliśmy cucić uśpionych towarzyszy tłukąc ich po policzkach i po dobrej godzinie 

masażu   mózgu   i   kilku   zastrzykach   neuropu   zdołaliśmy   doprowadzić   ich   do   porządku. 

Tymczasem  Sillianie  podskakiwali  wokół nas  i przyglądali  się z  zaciekawieniem  ale  bez 

stwarzania   zamętu.   Następnie,   kręcąc   się   między   plecionkami,   składanymi   krzesełkami   i 

pustymi butelkami Cristal Coli MacLure zauważył dziwną drobnostkę ustawioną na ziemi. 

Przypominała dużą maszynkę do mielenia kawy, jeden z tych przedmiotów, które widuje się 

za ladą baru; u góry miała przezroczysty plastykowy lejek. - A to co? - zawołał Horwitz. 

Komendant również rzucił okiem na przedmiot, przez chwilę nie wiedział, co zrobić, i jak 

zwykle wzruszył ramionami. - Nie traćmy czasu - powiedział. Już uformował grupy i właśnie 

miał   wydać   rozkaz   wejścia   na   pokład,   kiedy   jeden   z   Sillian   wyskoczył   ze   stada   i 

zdecydowanym krokiem wszedł między nas. Był to ten z białą plamką na czole, ten sam, 

którego trzymaliśmy w klatce.

- UWAGA! UWAGA! - głos rozbrzmiewał mi w głowie z piekielnym hukiem, nie 

było sensu zatykać sobie uszu. Żadne słowo nie wydobywało się z jego ust - głos formował 

się bezpośrednio w naszym mózgu, wyraźny i stanowczy.

Teraz D'Onofrio mówił bez tchu i zdradzał pewne zakłopotanie. Ponownie otworzył 

pojemnik na papierosy i nerwowo zapalił jednego.

- Czy mam mówić dalej?

- Oczywiście! Co powiedział tubylec?

- Powiedział, że czyta nam w myślach i że nasza decyzja jest pochopna. Powiedział, 

że materiał, z którego wykonano statki kosmiczne, jest nietrwały i że po przeleceniu mniej niż 

background image

jednego parseka unicestwiłby się z konsekwencjami najoczywiściej tragicznymi dla dwóch 

trzecich   naszej   załogi.   I   dlatego   radzi   dowódcy   i   nam   wszystkim   starannie   przemyśleć 

problem, aby znaleźć bardziej odpowiednie rozwiązanie.

To właśnie wtedy dowódca dał się ponieść. Wyszarpnął pistolet laserowy i wrzasnął: - 

Jeśli   nie   spowodujecie   zniknięcia   tych   dwu   fałszywych   statków,   to   wszystkich   was 

pozabijamy] - W głowach zabrzmiało nam coś jakby śmiech. - Wasza broń jest chwilowo 

zablokowana   -   oznajmił   tubylec.   -   Chryste   -   warknął   dowódca   -   czego   więc   chcecie?   - 

Chcemy was poddać testowi - odparł Sillianin. - Chcemy zobaczyć,  czy jesteście na tyle 

inteligentni, żeby stwierdzić, który z trzech statków jest wasz, który pozwoli wam cało i 

zdrowo wydostać się z naszej planety. - Po czym dodał ważne ostrzeżenie: - Kopie - oznajmił 

- zrobione są z niestałego materiału, którego waga jest niższa o trzynaście jednostek na tysiąc 

w porównaniu z materiałem oryginalnym. - Potem podszedł do maszynki do mielenia kawy. - 

To jest elektroniczna waga, którą przygotowaliśmy specjalnie dla was. Ponieważ mamy po 

trzynaście palców, nasz system liczenia opiera się na liczbie trzynaście, ale waga stosuje 

wasze parametry dziesiętne i jest wytarowana w taki sposób, aby spełnić wszystkie warunki, 

jakie leżą u podstaw waszego systemu miar. Dzięki tej wadze będziecie mogli rozwiązać to 

zadanie, ale waga może zostać użyta  tylko jeden jedyny raz. Po jednorazowym zważeniu 

ulegnie   unicestwieniu.   Wagi   na   pokładzie   zostały   zablokowane,   a   komputer   chwilowo 

unieruchomiony.  Powtarzam, możecie użyć tej wagi jeden jedyny raz. Macie pół godziny 

czasu; jeśli upłynie  bez rezultatu,  sprawimy,  że waga zniknie, a wam nie pozostanie nic 

innego, jak stawić czoła niebezpieczeństwu z szansą wyjścia cało jedną na trzy. D'Onofrio 

przeczesał palcami srebrzyste włosy. Wypił piwo i rzekł: - Tym razem to my byliśmy w 

potrzasku,   ogarnięci   paniką.   A   jednak,   niech   mi   pan   wierzy,   rozwiązanie   problemu   było 

dziecinnie łatwe, tak jak połączenie dwóch prętów kawałkiem nylonu. Co by pan zrobił?

Pytanie   nie   było   retoryczne.   D'Onofrio   naprawdę   chciał   wiedzieć,   jak   ja   bym 

rozwiązał   problem.   Jego   zabawna   historyjka,   chaotyczna   i   pełna   nieprawdopodobnych 

głupstw, była  tylko  wstępem,  pretekstem,  żeby mnie  poddać testowi na giętkość umysłu. 

Najwidoczniej człowiek ten był chory, miał bzika na punkcie kwizów i zagadek; był jednym z 

tych ludzi, których zasadniczym celem jest zamęczyć bliźniego diabelskimi zgadywankami.

- Co by pan zrobił? - niecierpliwie powtórzył, a sam palcem rysował w powietrzu 

kółko wokół trzech papierosów stojących na środku stołu.

Rozkładając ręce dałem za wygraną, spróbowałem jednak wymyślić jakąś odpowiedź. 

- Popatrzyłbym pod spód - powiedziałem, ale bez żadnego przekonania.

background image

- Pod co?

- Pod statki kosmiczne. Jeśli polana, jak przypuszczam, było porośnięta trawą, to teren 

znajdujący się pod prawdziwą Sifoer Arrow powinien być przypalony...

D'Onofrio zaczął się śmiać. - Pan zatrzymał się na etapie astronautyki przedpotopowej 

- skomentował lodowatym głosem. - Już od ponad wieku nie używa się ani chemicznego, ani 

nuklearnego materiału pędnego, a jedynie napędu grawitacyjnego. Kiedy statki kosmiczne 

lądują, to siadają lekko jak gołąbki i niczego nie wypalają, rozumie pan?

Spróbowałem   jeszcze   raz.   -   Niech   no   sekundę   pomyślę:   może   zbudowałbym 

prymitywną wagę ramienną za pomocą jakiegoś sztywnego drążka i sztyftu pośrodku i za jej 

pomocą porównywałbym ze sobą wagę rozmaitych przedmiotów, czy jest ona właściwa czy 

nie, dopóki...

- Niech pan nie mówi głupstw - przerwał mi D'O- nofrio. - Po pierwsze, nie było czasu 

na skonstruowanie podobnej wagi, po drugie, byłaby też bezużyteczna, bo niedokładności 

wykonania   uniemożliwiłyby   wykazanie   różnic   wagi   rzędu   trzynastu   tysięcznych...   Nie, 

potrzebna była waga precyzyjna, taka jak ta, którą przygotowali nam Sillianie, ale wagi tej 

można było użyć tylko raz. Co by pan zrobił?

Zerknąłem na zegarek.

-   Poddaję   się   -   powiedziałem,   unosząc   ręce   w   żartobliwym   geście.   -   Być   może 

problem ten nie ma rozwiązania, a może jest to tylko gra słów. Niech pan poda rozwiązanie, a 

ja postawię następne piwo. Ale niech się pan spieszy, mój ładunek zaraz przyjedzie.

D'Onofrio rozejrzał się wokoło z miną nieokreślonej podejrzliwości; przyglądał mi się 

przez chwilę badawczo, potem spuścił oczy na trzy papierosy i podjął opowiadanie bardzo 

cichym głosem.

- Dali nam pół godziny, a pół godziny to w końcu wcale niedużo, dosyć jednak, by 

znaleźć się na samym dnie rozpaczy. Każdy chciał powiedzieć swoje zdanie, zasugerować, 

zamieszać, przedyskutować, a rezultat był taki, że tylko wzmogło to zamęt i spowodowało 

ogólne   osłabienie   zdolności   myślenia.   Niech   mi   pan   wierzy,   w   ciągu   tej   pół   godziny 

przedefilowały przede mną najbardziej wymyślne i barwne nonsensy, jakie kiedykolwiek w 

życiu spotkałem. Dowódca zupełnie stracił głowę, siedział koło maszynki do mielenia kawy i 

mamrotał   coś   do   siebie.   Horwitz   zrobił   się   biały   jak   nieboszczyk,   a   pozostali   chodzili 

pogrążeni   w   myślach.   Tylko   MacLure,   biolog,   wydawał   mi   się   jeszcze   przytomny. 

Odciągnąłem go na stronę i powiedziałem, że mam gotowe rozwiązanie. MacLure spojrzał na 

mnie,   jakby   zobaczył   archanioła   Gabriela.   Spytałem,   czy   mamy   na   pokładzie   wodę 

destylowaną. Kiwnął głową, że tak. - W takim razie to proste - powiedziałem. - Przelejemy 

background image

litr wody destylowanej z laboratorium pierwszego statku i dwa litry z laboratorium drugiego, 

wlejemy wszystko do lejka wagi i zobaczymy, ile waży. Jeżeli brakować będzie trzynastu 

gramów do trzech tysięcy, to Siher Arrow będzie statkiem drugim, jeśli dwudziestu sześciu - 

to będzie pierwszym, a jeśli trzydziestu dziewięciu - to właściwym statkiem będzie trzeci.

Przez  jakiś   czas,  który  wydawał  mi  się  bardzo  długi,  MacLure   tępo  się we  mnie 

wpatrywał. Potem, bardzo powoli, cała twarz rozjaśniła mu się w promiennym uśmiechu. - 

Wspaniale   -   krzyknął.   -   Jesteś   geniuszem!   -   Uściskał   mnie   cały   rozradowany   i   cmoknął 

głośno w środek czoła. - Idź, przynieś wodę - powiedziałem mu - a ja zawiadomię dowódcę.

D'Onofrio wziął trzy papierosy i wsadził je z powrotem do pudełka.

- To wszystko - powiedział z udawaną nonszalancją. - No i co pan powie?

-   Naprawdę   bardzo   pomysłowe   -   przyznałem   -   oryginalne   rozwiązanie   dla, 

wydawałoby   się,   nierozwiązal-   nego   problemu.   Gratulacje.   -   I   ironicznie   dodałem:   - 

Przypuszczam, że dostał pan raport pochwalny.

-   Nic   podobnego.   MacLure   dokonał   ważenia   i   waga   wykazała   2961   gramów. 

Prawdziwa Silver Arrow^ nasza, była zatem bez wątpienia trzecim statkiem. Pospieszyliśmy 

do podestu wejściowego, ale czterema  skokami  Sillianin  wyprzedził  nas  przed wejściem; 

każdemu z nas, gdy przekraczał próg, przesuwał swoich trzynaście palców po czole i karku. 

Wyglądało   to   na  pożegnanie,   a   okazało   się,   że   za   pomocą   tego   ruchu  zacierał   w   naszej 

pamięci wszystkie dane dotyczące tego eksperymentu.

W ten sposób wyruszyliśmy przekonani, że K- 128 jest planetą klasy R- 4 i jako taką 

ją zarejestrowaliśmy, będąc całkowicie nieświadomi, jak naprawdę przedstawiały się sprawy. 

To wszystko, proszę pana.

Wstał i zamierzał już odejść.

- Halo, chwileczkę - skarciłem go - istnieje tu pewna sprzeczność. Jeśli zatarli wam 

pamięć   o   tym,   co   się   stało,   to   jak   to   się   dzieje,   że   przypomina   pan   sobie   wszystko   z 

najdrobniejszymi szczegółami?

D'Onofrio uniósł brwi, a potem uśmiechnął się ze znużeniem.

- Nie ma żadnej sprzeczności - zapewnił. - Byłem ostatnim członkiem załogi, który 

wszedł na pokład. Być może Sillianin miał już zmęczone palce i nie mógł mnie porządnie 

pomasować, albo zrobił to w sposób niedokładny.

Faktem   jest   natomiast,   że   pamięć   o   tym,   jak   się   rzeczy   miały,   wróciła   mi 

niespodziewanie kilka lat temu, kiedy już byłem na emeryturze. Trochę za późno, żeby na 

podstawie   mojego   spóźnionego   i   odosobnionego   zeznania   można   było   poprawić 

sprawozdanie   z   odległego   roku   2098,   czy   też   żeby   zaprogramować   nową   wyprawę.   Nie 

background image

wspomnę nawet o ryzyku trafienia do lecznicy psychiatrycznej. Lepiej już siedzieć cicho, 

prawda? Albo mówić o tym, ot, tak sobie, dla żartu, jak opowiedziałem to panu. Zechce mi 

pan wybaczyć.

Podniósł   rękę,   pomachał   palcami   w   cwaniackim   geście   pożegnania,   oddalił   się 

miękkimi krokami i zniknął w tłumie za szklanymi drzwiami.

-  Nieszkodliwy   typ   -   powiedział   kelner   wycierając   szmatką   stół   -   widziałem,   że 

również i panu opowiedział swoją zagadkę o trzech statkach kosmicznych; to jego żelazny 

punkt. Dajemy mu spokój, przynajmniej do chwili, kiedy swoimi opowieściami nie zacznie 

się naprzykrzać, co zdarza się niezmiernie rzadko i tylko wtedy, kiedy wypije o jedno piwo za 

dużo.   Ale   to   porządny   człowiek   i   w   dodatku   zdolny.   W   młodości   był   naprawdę 

funkcjonariuszem drugiej klasy na pokładzie jednostki badawczej, potem przeszedł do służby 

naziemnej, a teraz jest na emeryturze, stale zajęty łamigłówkami i szaradami. Mam nadzieję, 

że nie przeszkadzał panu...

- Ależ nie - zapewniłem go dobrotliwie - to była przyjemna rozrywka.

W   tym   momencie   ze   wszystkich   głośników   astroportu   wzburzony,   drżący   głos 

oznajmił alarm czerwony. Flotylla stu sześćdziesięciu dziewięciu statków kosmicznych o nie 

znanej budowie, zbliżająca się od Sektora Niebieskiego, minęła Pas von Taulera i zmierza z 

zastraszającą   prędkością   ku   naszemu   układowi.   Nim   zdołałem   uprzytomnić   sobie,   że   sto 

sześćdziesiąt  dziewięć  jest kwadratem  trzynastu,  liczby tak  okrągłej  jak dla nas  dziesięć, 

astroport   pogrążył   się   w   ciemności   i   z   oddali   zaczęły   docierać   pierwsze   odgłosy 

przerażających wybuchów.

background image

KOPIA PSYCHOSOMATYCZNA

Non, mom petit, dii M. Darbedat

en secouant la tete, ces choses – 

la sont impossibles.

Jean-Paui Sartre (La Chambre)

1

Amanda   obraca   nerwowo   w   palcach   płaski,   dłuższy   od   normalnego   papieros,   nie 

zapala go, wącha, co chwila pozwala mu wpaść do szerokiego rękawa szlafroka, żeby go za-

raz potem wyłowić niecierpliwym ruchem.

Jej mąż jest w drugim pokoju. John nie chce, żeby paliła hipnofen. Ostatnim razem, 

kiedy ją na tym  złapał, wywiązała się gwałtowna dyskusja, raczej bardziej  nawet kłótnia 

zakończona obietnicą, że nigdy więcej nie ulegnie nałogowi.

Amanda jednak nie potrafiła z tego zrezygnować. Nazbyt ją pociąga ten sen na jawie, 

niepohamowane   niczym   marzenie,   przygoda,   w   której   jest   się   jednocześnie   widzem   i 

uczestnikiem.   Hipnofen   daje   to   wszystko.   Zapalasz   papierosa   w   półmroku   i   po   kilku 

pociągnięciach ściana zaludnia się obrazami takimi, jakich się pragnie. Można naprowadzić 

sen na rzeczy najbardziej przez siebie lubiane, sterować nim zgodnie z wcześniej powziętym 

planem albo w miarę śnie- nia decydować o tym, co ma się za chwilę stać. Wszystko odbywa 

się zgodnie z pragnieniami, raz, dwa, dziesięć razy - dopóki działanie hipnofenu nie osłabnie i 

wątek snu nie zacznie się rozmywać.

Amanda żyje tylko dla tego.

Kiedy słyszy kroki Johna rozbrzmiewające na korytarzu, pospiesznie chowa papierosa 

między stronice tygodnika, który potem z udawaną beztroską rzuca na stolik.

John otwiera drzwi. Amanda się nie rusza.

- Jadę odwiedzić Edith.

Przez chwilę John stoi nieruchomo na progu pokoju, potem wchodzi do środka, okrąża 

fotel i staje przed kobietą.

- Byłaś tam wczoraj, prawda? Amanda potakuje głową. Podnosi ze stolika mały giętki 

pilniczek i zaczyna delikatnie wodzić nim wokół paznokci.

1 “Nie, moja kochana - pan Darbedat potrząsnął kilkakrotnie głową - to są rzeczy niemożliwe." (Jean- 

Paul Sartre, “Pokój")

background image

- Jak się czuła? - pyta John. - Wczoraj wieczorem nic nie powiedziałaś, dziś przy stole 

też się nie odezwałaś. Nie odniosłaś wrażenia, że czuje się lepiej?

Amanda ledwie podnosi oczy.

- Przestań, John. Wiesz dobrze, że twoja siostra nie może czuć się lepiej. Do reszty 

zwariuje, jeśli się jej nie zabierze tej zabawki...

- Milcz - przerywa John.

- Dobrze, już nic nie powiem.

- Pytałem tylko, czy lepiej się czuła.

- Nie - odpowiada Amanda oschle - ani trochę.

Z rękami założonymi do tyłu John wolno przechadza się w pobliżu fotela.

- Dziś rano rozmawiałem o niej z doktorem Schuppem.

Rytmiczny ruch pilnika gwałtownie ustaje.

- Myślę, że zrobiłeś głupstwo - mówi Amanda. - Poza tym doktor Schuppe nie jest 

psychiatrą.

- Wiem o tym - sucho zgadza się John - ale zawsze może wyrazić swoje zdanie.

Amanda wzrusza ramionami, a ponieważ John zamilkł, pyta ze sztuczną obojętnością:

- No więc? Co powiedział doktor Schuppe?

- Na początku nie chciał mi wierzyć. Powiedział, że zapłaciłby każdą sumę, żeby móc 

zobaczyć Wiktora.

Amanda gwałtownie podnosi głowę.

- John - krzyczy  głosem  pełnym  oburzenia  - proszę  cię,  nigdy więcej  go tak  nie 

nazwaj! Nie odgrywaj komedii jak twoja siostra!

John zamyka usta i zakłopotany przesuwa palcami po twarzy.

- Dobrze - mówi sucho. - Tak mi się wypsnęło, bezwiednie. W każdym razie doktor 

Schuppe radził nie interweniować, na razie lepiej nie rozwiewać złudzeń Edith, przynajmniej 

do czasu, aż...

- Aż całkiem zbzikuje - kończy Amanda.

John uderza pięścią w otwartą dłoń.

- Co mam zrobić? - wzdycha zmartwiony. - W końcu chodzi tu o moją siostrę. Jeśli go 

zabierzemy, może się nawet zabić. Myślę, że nawet na pewno to zrobi. Nie chcesz przyjąć do 

wiadomości,   że  dla   niej   Wiktor   był   wszystkim,  i  że...   Nic  już  nie  rozumiem,   ta  historia 

zaczyna mi działać na nerwy.

Amanda poprawia się trochę w fotelu i wyciąga nogę, żeby się przyjrzeć czubkowi 

kapcia. - Edith źle się czuje - mówi. - To ty nie chcesz zdać sobie sprawy z pewnych rzeczy. 

background image

Zauważyłeś, jaka jest blada? Nigdy nie wychodzi, cały czas tkwi zamknięta w domu i nie 

opuszcza go ani na chwilę. Poza tym jest jeszcze jedno: Edith nie chce, żebyśmy jej składali 

wizyty.

- To prawda. Ja też to zauważyłem. Kiedy posiedzę u niej pół godziny, zaczyna się 

denerwować i ziewać. Chciałaby, żebym wszedł do pokoju... Hm, chciałaby, żebym ja też 

zupełnie naturalnie z nim rozmawiał. Nie jestem w stanie tego zrobić, Amando.

- Wierzę  ci. Poza tym  jej dom jest taki  ponury:  zawsze zamknięte  okiennice  i te 

ciężkie, stare, czerwone, stale zaciągnięte zasłony.

- Tak - potwierdza cicho John - i ta muzyka... Cały czas gra muzyka sprzed dwóch czy 

trzech wieków. Debussy i Strawiński. Ze stereofonicznego zestawu nie wydobywa się nic 

innego jak tylko Debussy, Strawiński i Beethoven. Można zwariować.

- Wiktor bardzo ich lubił - mówi Amanda. Odkłada pilniczek na stół, wyciąga przed 

siebie dłonie i obserwuje je przenosząc niepostrzeżenie wzrok z jednej na drugą, jakby chciała 

porównać długość palców.

- Tak, bardzo ich lubił. Teraz też bardzo ich lubi.

- Nie mów głupstw! - krzyczy Amanda, po czym nagle zaczyna się śmiać. - Mówisz 

zupełnie tak jakby ta kukła mogła zachwycać się muzyką!

- Posłuchaj, Amando. Wiem, że to dziwne, ale widziałem na własne oczy, jak ruchami 

głowy   towarzyszył   muzyce   i   wystukiwał   rytm   palcami.   Wydawało   się   to   prawdziwe, 

Amando. Wyglądał naprawdę jak Wiktor.

- Najlepiej byłoby,  żeby twoja noga więcej nie postała w tamtym  domu - wstając 

skomentowała przez zaciśnięte zęby Amanda. - Ty też w końcu zwariujesz!

Podnosząc się potrąciła kolanami stoliczek. Gazety spadły na podłogę, a hipnofenowy 

papieros potoczył się na dywan.

John   podniósł   go   w   milczeniu   i   zbladł.   Pokręcił   głową,   potrzymał   papierosa   w 

otwartej dłoni, zrobił ruch, jakby chciał go zniszczyć zaciskając palce, potem delikatnie odło-

żył na stół.

- No więc? Nie stój tak - prowokuje go Amanda wziąwszy się pod boki. - Jeśli chcesz 

mi jak zwykle zrobić scenę, to zrób natychmiast.

John z trudnością przełyka ślinę. - Obiecałaś mi, Amando.

- Że nie będę więcej paliła hipnofenu? - jej ton stał się już pogardliwy i prowokujący. - 

Nigdy nie dotrzymałam przyrzeczenia. I nie mam najmniejszego zamiaru przestać.

- Wykończysz się, Amando.

- Jak zwykle kazanie. Lepiej sam popaliłbyś co jakiś czas zamiast spędzać wieczory 

background image

milcząc jak grób, z kamienną twarzą.

- Bredzisz. Nie rozumiesz, że im dalej brniesz w nałóg, tym bardziej niestrawna staje 

się rzeczywistość. W ten sposób stracisz wszelką chęć do życia...

- Chęć do życia!  Czy kiedykolwiek  zadałeś  sobie  pytanie, dlaczego  w ogóle ktoś 

zaczyna palić hipnofen? Odpowiedz! Mylisz przyczynę i skutek, John. Kiedy już się zaczyna, 

to dlatego, że od jakiegoś czasu zniknęła chęć do życia, ponieważ wszystko jest zgaszone, 

monotonne, pozbawione znaczenia...

-   Proszę   cię   -   błaga   John   -   to,   co   mówisz,   jest   nieprzyzwoite.   Przyznaję,   może 

niekiedy cię zaniedbywałem, może się zmieniłem. Ale ty też się zmieniłaś. No i co? Nie robię 

z tego tragedii! Nie popadam w szaleństwo. Ale ty nie masz odrobiny woli, jeśli tak łatwo 

poddajesz się sztucznej przyjemności.

Amanda blednie.

- Mogłeś te słowa zachować dla swojej siostry.

- Amando!

- Ponieważ, według ciebie, palenie hipnofenu jest czymś, czego się należy wstydzić. 

Być może. Jest to... sztuczny raj, jak sam powiedziałeś. A Edith? Czy ona nie robi czegoś 

gorszego?

- Nie mów głupstw.

- To nie są głupstwa. Edith robi coś gorszego. Amanda dwa czy trzy razy okrąża pokój 

kołysząc się na piętach, potem zatrzymuje się przed Johnem i patrzy w jego pełne niepokoju 

oczy z tajemniczą miną. - John, jak sądzisz, jak oni spędzają czas?

- Hm, słuchają muzyki.

- No tak, tak. A poza tym?

- Poza tym rozmawiają. Wiesz dobrze, że Wiktor mówi.

- Nie nazywaj go Wiktorem - histerycznie krzyczy Amanda. Brak tchu zmusza ją do 

zrobienia dłuższej przerwy, usiłuje się uspokoić, potem wydobywa z siebie miękki, ironicznie 

falujący głos;

- Oczywiście, że słuchają muzyki i rozmawiają. Nie sądzisz, że robią też inne rzeczy?

- Możliwe... Myślę, że on potrafi trochę grać w pokera czy w szachy...

- Nie bądź taki niedomyślny, John. Mówię inne rzeczy, inne rzeczy. Rozumiesz?

John  zdegustowany  kręci  głową  - Uważaj, co  mówisz,   Amando.   Posuwasz się  za 

daleko.

- Ona mi to powiedziała - oznajmia triumfująco Amanda.

- Kłamiesz, nie mogła ci czegoś podobnego powiedzieć.

background image

- A jednak tak jest.

- Musiałaś źle zrozumieć...

- Nic podobnego. Naturalnie, że Edith nie zwierzyła mi się dosłownie, ale świetnie ją 

zrozumiałam.   Wczoraj.   Zrozumiałam   to   po   pewnych   drobnych   aluzjach,   które   tylko   my 

kobiety potrafimy wyłowić... Ja bym  raczej  umarła,  niż bym  się pozwoliła dotknąć temu 

potworowi.

- Proszę cię - znowu mówi prawie błagalnym głosem John. - Przestań opowiadać takie 

rzeczy.  Edith jest po prostu rozstrzęsiona. Miała męża, straciła go i nie potrafi się z tym 

pogodzić. Oszaleje przed jego fotografią.

- To nie fotografia - mówi Amanda podkreślając każde słowo. - To, co Edith trzyma 

zamknięte w domu, nie ma nic wspólnego z fotografią.

- No dobrze - westchnął John - to nie fotografia. To automat, skrzynia pełna trybów, 

zgoda. To sobowtór; nazywaj go, jak chcesz, ale dla Edith to jest Wiktor, rozumiesz? Już setki 

razy o tym rozmawialiśmy. Ty, Amando, masz nieczyste sumienie z powodu hipnofenu, który 

palisz, a teraz nie potrafisz wymyślić niczego lepszego jak szkalowanie mojej siostry.

Amanda   wzrusza   ramionami   kierując   się   ku   oknu.   -   Zostaw   mnie   samą   -   mówi 

syczącym głosem. - Udało ci się zepsuć mi cały dzień. Idź stąd!

Długa pauza, kroki wyciszone wykładziną podłogową, potem drzwi zamykają się z 

gniewnym stuknięciem.

Amanda przez chwilę tkwi przy oknie. Czuje lekkie drżenie sufitu: to John na tarasie 

włączył  motory heliood- rzutowca.  Odsuwa zasłonę  i przygląda  się przez polarplex okna 

srebrzystemu przedmiotowi szybko oddalającemu się w górze.

John   się   zmienił.   Z   pewnością   nie   jest   to   ten   sam   John,   co   kiedyś.   Zaczepny, 

zamknięty, oschły w zachowaniu i w głosie. Może i ona się zmieniła, może dlatego właśnie 

John przestał ją kochać. Czyja to wina? Jego? Jej? Czy też rzeczy? Gubi się w myślach. 

Amanda ma za małe serce, żeby mieć nadzieję na zwycięstwo nad światem, absurdalnym 

światem, gdzie w wieku trzydziestu pięciu lat musi przejść na emeryturę, do domu pełnego 

mechanicznych służących, tak że nie trzeba ruszać nawet palcem; gdzie nie ma nic, absolutnie 

nic do roboty. W jaki sposób spędzać czas? Jak nie zginąć w tym lepkim oceanie obojętności i 

monotonii! Nie ma takiej rozrywki, która po minucie czy godzinie nie stałaby się nudna, 

monotonna.

Kiedyś doktor Schuppe doradził, żeby postarała się o jakieś hobby. Zaczęła się śmiać: 

hobby   to   nic   innego   jak   naiwna   fikcja,   półśrodek.   Hobby?   A   jeśli   cały   świat   jest   gi-

gantycznym,   śmiesznym   hobby?   Miliony   poetów,   malarzy,   miliony   i   miliony   mistrzów 

background image

sportu, naukowców- dyletantów, miliony muzyków, brydżystów, kupa komediantów, którzy 

udają zainteresowanie czymś, żeby nie oszaleć.

Doktor Schuppe nigdy niczego nie rozumiał. To, co ona odczuwa, to potrzeba miłości, 

straszliwa potrzeba usprawiedliwienia własnego życia, unicestwienia tej niepotrzeb- ności, 

czucia się komuś niezbędnym.

Amanda   wraca   do   fotela,   ustawia   pochylenie   oparcia   i   sadowiąc   się   wygodnie 

wyciąga nogi na wysuwaną poduszkę. Myśli, że może Edith jest szczęśliwa. Przez chwilę 

jakby dla siebie pragnęła choroby umysłowej, która trawi życie szwagierki.

Papieros hipnofenowy leży na stoliku. Jest tuż, w zasięgu ręki. Amanda pieści go 

wzrokiem. Johna teraz nie ma, może więc go zapalić, swobodnie zapalić.

Pamięcią sięga wstecz, skok o piętnaście lat, kiedy poznała Johna. To było owego 

długiego   szczęśliwego   lata   2138   roku.   Lubiła   chodzić   wzdłuż   wyludnionej   plaży   w   Port 

Nelson, lubiła biegać brzegiem, odurzona słońcem i zapachem morza, aż do utraty tchu.

Amanda zaciąga się głęboko, łapczywie. Tam, na ścianie, jest morze, fotel staje się 

coraz bardziej miękki, coraz bardziej uległy. Pieniące się fale płyną w jej kierunku, rozbijają 

się o gąbczaste tafle pumeksu. Pod stopami czuje gorący piasek, pulsowanie młodego życia 

smaga krew w upojeniu biegiem, a potem... John, ochrypły i zdyszany głos Johna, który ją 

dogania. Pokoju już nie ma, ściana zniknęła. Amanda pogrąża się w niebieskości, w świecie 

lśniącej i dźwięcznej niebieskości. Jest ręka Johna, który łapie ją za bark. Silna, spokojna 

dłoń. Potem oboje upadają na wznak przy brzegu.

Morze wytrwale toczy żwir.

Edith  mieszka   niedaleko  Yirden,  o pięćdziesiąt   mil  od  New   Brandon.  Mieszka  w 

dużym domu o raczej przestarzałym stylu architektonicznym, w czymś, co przywodzi na myśl 

starego Le Corbusiera. Południowa fasada budynku przełamana jest dużym okapem z fbclitu; 

są tam też eliptyczne klomby, są brzozy, dróżki pokryte niebieskawym, drobno pokruszonym 

krzemieniem. Wszystko to przypomina stacje obsługi z końca ubiegłego wieku.

John leci nad drogą transkanadyjską. Kiedy Yirden znajduje się pod nim, skręca lekko 

na lewo. Biało- czerwony dom wznosi się o parę mil w bok od szosy, prawie na granicy 

między Manitobą a Saskatchewanem.

Sama Edith otwiera drzwi. John idzie za nią do salonu i siada obok na kanapie. Edith 

uśmiecha się. John bierze jej dłoń między swoje i zaczyna ją gładzić.

- Edith - zaczyna, ale nie wie, co powiedzieć. I dlatego mówi o pogodzie, o zimnie, o 

śniegu, który niebawem spadnie.

- Tak - mówi Edith - Wiktor lubi śnieg. Ale my i tak nie wyjdziemy na dwór.

background image

John przypatruje się jej uważnie. Oczy Edith są jasne, żywe. To nie jest spojrzenie 

miękkie i puste osoby chorej.

- Dobrze się czujesz, prawda? - zwraca się do niej jak do dziecka. - Jeśli ci czegoś 

potrzeba, to mi powiedz...

- Och, nie, czuję się świetnie - odpowiada Edith poprawiając włosy wolną ręką. I 

dodaje: - Wiktor też dobrze się czuje. Nigdy nie pytasz o Wiktora.

John odchrząkuje. - Masz rację, Edith. Jak się ma Wiktor?

Twarz kobiety rozpromienia się nagle. - Czuje się świetnie, John.

Jej głos stał się teraz radosnym trylem, kaskadą, melodyjnych i łagodnych dźwięków. 

- Och, John, chodź go zobaczyć.  Jest w pracowni. Wiktor bardzo się ucieszy,  jak z nim 

porozmawiasz...

Zawsze   tak   się   dzieje,   za   każdym   razem,   kiedy   jedzie   ją   odwiedzić.   W   pewnym 

momencie następuje to nieznośne i absurdalne zaproszenie: porozmawiać z Wiktorem, podać 

rękę Wiktorowi, odegrać tę niepotrzebną i politowania godną komedię.

- Tylko dwie minuty - zastrzega się niechętnie.

Pracownia Wiktora jest w głębi korytarza.

- Wik! - Mówi Edith wchodząc. - Zobacz, kto przyszedł!

Wysoka, zwalista postać o szerokich ramionach powoli się odwraca. W rękach trzyma 

jakiś dziwny przedmiot, któremu John nie może się dobrze przyjrzeć.

- Jak leci, Wiktorze? - głos wydobywa się z trudnością, bezbarwny, zupełnie nie do 

poznania.

Wiktor odkłada przedmiot na stół i wyciąga otwartą dłoń. John czuje ją w swojej dłoni 

- ciepłą, ale suchą. Natomiast jego własna musi być z emocji zroszona potem. Zauważa, że 

Wiktor,   zaraz   po   uściśnięciu   mu   ręki,   wyciera   swoją   o   wierzch   spodni.   Nieprzyjemny 

szczegół, ale John stara się o tym nie myśleć.

- Co robisz, Wiktorze? - pyta, wskazując przedmiot na stole.

- Nic...

Wiktor bierze ów przedmiot do ręki. Jest to rodzaj malutkiego koła ratunkowego z 

plastiku.

- Co to? - pyta John.

- To doughnut. Mówiąc językiem geometrii - torus.

- Wik zajmuje się topologią - wtrąca Edith. Na stole znajdują się też inne przedmioty. 

- To jest butelka Kleina - powiada Edith. - A to... Wik, wyjaśnij sam, co to jest!

Edith unosi długi, skręcony pierścień, wstęgę papieru o krańcach zlepionych ze sobą, 

background image

ale odwróconych. Wiktor wyjmuje go jej ostrożnie z rąk, potem bierze nożyczki i zaczyna 

środkiem ciąć skrawek wzdłuż całej długości, równolegle do brzegów.

- To wstęga Mobiusa - powiada.

Pod   koniec   operacji,   zamiast   dwóch   oddzielnych   pierścieni,   John   widzi   jeden,   o 

połowę węższy, ale dwukrotnie dłuższy od pierwotnego.

Wiktor uśmiecha się. John, zmieszany,  przypatruje się długiej wstędze papieru. Ta 

czarodziejska sztuczka spowodowała, że czuje się nieswojo i to nie wobec Edith, ale wobec... 

Chryste, mówi do siebie, za poważnie do tego wszystkiego podchodzę.

Patrzy wokoło. Kominek jest rozpalony, trochę za gorąco.

-   Dlaczego   go   rozpaliłaś?   -   pyta   zwracając   się   do   Edith.   -   Zepsuło   się   może 

ogrzewanie?

- Och, nie, tylko że kominek jest o wiele intymniej- szy. Poza tym Wiktor to lubi.

Edith podchodzi do kominka, schyla się, bierze krótką, dobrze wyostrzoną siekierkę i 

rozłupuje na dwoje polano uderzając nim o kamienie kominka.

- Posłuchaj, Edith. Co byś  powiedziała, gdybyśmy wrócili do salonu? Ja... - rzuca 

okiem   na   Wiktora   i   nie   zdając   sobie   nawet   z   tego   sprawy   ścisza   głos   -   muszę   z   tobą 

porozmawiać, Edith.

Jak tylko są znowu sami, wybucha: - Edith, nie możesz tak dalej żyć!

Cisza. Wzrok kobiety zatrzymuje się na jakimś bliżej nie określonym punkcie ściany.

- Skończysz u czubków - naciska John. - Rozmawiasz z nim, uśmiechasz się do niego, 

traktujesz tę rzecz jakby... Edith! Dlaczego nie chcesz zdać sobie sprawy z tego, że twój mąż 

nie żyje? Myślisz, że długo możesz tak ciągnąć? Wiktor nie żyje, rozumiesz? Nie żyje!

Edith   nawet   nie   mrugnie   okiem.   Wstaje,   podchodzi   do   mebla   i   przyciska   jakieś 

klawisze na białej desce rozdzielczej. Stoi tak odwrócona plecami, podczas gdy muzyka wy-

dobywa się z niewidocznych aparatów stereofonicznych i rozbrzmiewa w całym domu.

- Wiktor nie umarł - mówi nieobecnym głosem.

John podchodzi do niej i obejmuje ją w pasie ramieniem.

- Posłuchaj, Edith. Powinnaś mi ufać, jestem twoim bratem...

- Wiktor nie umarł.

- Posłuchaj, znam pewnego świetnego lekarza. Gdybyś się zgodziła...

Edith odsuwa się zirytowana. - Jeszcze nie zwariowałam - mówi. - Jeszcze nie.

- Daj spokój, nie o to chodzi. Amanda i ja co miesiąc poddajemy się badaniom. Jeśli 

się zgodzisz, przywiozę doktora Schuppego. Będę z powrotem przed upływem godziny.

- Jeszcze nie zwariowałam - powtarza Edith. Naciska inny klawisz i muzyka staje się 

background image

głośniejsza.

- Ścisz - prosi John i robi gest zniecierpliwienia.

- Nie. To uwertura do “Koriolana", ulubiony fragment Wiktora.

- Przestań! - krzyczy John, już zdesperowany. - Czy wolno wiedzieć, dla kogo jest ta 

muzyka? Dla ciebie czy dla niego? Włączyłaś stereo również dla niego, tak jakby był w stanie 

słuchać...

- To tak, jakby słyszał...

- Tak, tak jakby słyszał. Wystukuje rytm ręką albo nogą, ale jego reakcja jest reakcją 

elektroniczną. On nie słyszy, Edith, nie ma duszy, rozumiesz?

Na twarzy siostry pojawia się dwuznaczny uśmiech.

-   Wiem,   że   jest   tylko   robotem.   Ale   i   tak   jestem   szczęśliwa   -   srebrzysty   śmiech 

wydobywa   się   jej   z   gardła,   wybuch,   który   natychmiast   gaśnie   przechodząc   w   szereg 

przenikliwych, zmęczonych westchnień. - Jesteś głuptasem, John. Słyszysz tę muzykę? To ty 

nie   rozumiesz.   Gdyby   Wiktor   był   kompozytorem,   teraz   spędziłabym   resztę   swego   życia 

pogrążona we wspomnieniach, dalej z nim zespolona za pośrednictwem jego utworów. John! 

Wiktor był naukowcem. Tam, w tamtym pokoju jest jego dzieło, jego twór. Wiem, że to 

automat, plątanina przewodów i złączy.  Ale to Wikor go skonstruował i obdarzył  swoim 

wyglądem, swoim głosem, gestami, swoimi wspomnieniami.

Przerwała. Splata palce i powoli je wygina. - Ty... nie możesz wiedzieć, co czuję, 

kiedy widzę jak czyta, pisze, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, że się uczy...

John blednie.

- Uczy się?

- Tak, uczy się. Teraz wie rzeczy, których przedtem nie wiedział, których sam Wiktor 

nie wiedział.

- Mówisz od rzeczy, Edith. Chcesz mieć złudzenie, że tak jest, i próbujesz samą siebie 

o tym przekonać. Wiesz dobrze, że roboty się nie uczą, nie potrafią.

- Mylisz się.

- Dobrze, mylę się. Ale ty się w końcu poważnie rozchorujesz. Pewnego pięknego 

dnia obudzisz się w przekonaniu, że robot jest faktycznie Wiktorem.

- To już się stało - mówi Edith jakby do samej siebie - i zdarza się coraz częściej, co 

dzień, co godzinę. Tak łatwo jest pomylić rzeczywistość z iluzją, coraz łatwiej i łatwiej... 

Wiem, że zwariuję. Ale nie boję się szaleństwa, ja go pragnę. “

- Źle się czujesz, Edith. Pozwól mi zawołać lekarza.

- Na nic się to nie zda; nie chcę wyzdrowieć. - W jej oczach zapala się nagle złowrogi 

background image

błysk i natychmiast gubi się jakby za ścianą, dla obrony. - Chciałbyś mi odebrać Wiktora - 

mówi - wiem, że chcesz mi go zabrać...

- Uspokój się, Edith. Chcę jedynie, żebyś dała się zbadać.

Teraz Edith wybucha płaczem. - Nie będziesz próbował mi go zabrać, prawda?

- Nie, obiecuję. Teraz pozwól, że pójdę. Za niecałą godzinę wrócę razem z doktorem 

Schuppem.

Wiktor  jest nadal  przy stole,  wycina  następną  wstęgę papieru.  Edith  siedzi  blisko 

kominka.

- Wik! - woła kobieta cicho.

Wiktor leniwie podnosi wzrok. Dalej manipuluje nożyczkami.

- Wik! - woła ponownie Edith. - Usiądź tu, przy ogniu.

Wiktor niechętnie odrywa się od swoich przedmiotów, podchodzi, po czym rzuca się 

ciężko na kanapę. Teraz oboje przyglądają się czerwonemu płomieniowi wyzwalającemu się z 

wonnego polana. Kobieta zaczyna mówić.

- Pamiętasz lato czterdziestego pierwszego roku, Wiktorze?

- Pewnie. Byliśmy w Quetic Park, w Ontario.

- Lubiłeś łowić ryby, prawda?

- Tak. Ja wędkowałem, a ty się opalałaś.

Edith uśmiecha się. Przysuwa się bliżej, prawie opiera na jego plecach.

-   A   pamiętasz   Muzeum   w   Toronto?   Pokazywałeś   płaskorzeźby   Postępu,   te,   które 

swego czasu zdobiły Dworzec Centralny w Montrealu, zanim go zniszczyli. Byłeś taki wesoły 

tego dnia. Pamiętasz, Wik? Stałeś pod tymi płaskorzeźbami i mówiłeś, mówiłeś, mówiłeś... 

Była jesień czterdziestego czwartego roku.

- Czterdziestego trzeciego - poprawia Wiktor.

Edith   uśmiecha   się.   -   Wiem,   chciałam   tylko   sprawdzić,   czy   ty   też   dokładnie 

pamiętasz.

Rozmawiają   dalej   bardzo   długo.  Potem   głos   Edith   słabnie,   uczucie   dziwnego,   ale 

przyjemnego odrętwienia zniewala jej ciało, w głowie zaś ma chaos. Rzeczywistość, sen, 

halucynacja,   przeszłość   i   teraźniejszość;   niepokojąca   współobecność   obrazów,   karuzela 

niekontrolowanych uczuć.

Jego głos, delikatny i głęboki, sprawia, że wzdryga się.

- Chcą mnie zabrać, prawda?

Edith dygoce. Wiktor nie poruszył się, patrzy na polano płonące w kominku.

-   Jeszcze   nie   -   szeptem   mówi   Edith   -   jeszcze   nie.   Potem   i   ona   znowu   zaczyna 

background image

przyglądać się czerwonym językom trzaskającego płomienia.

Helioodrzutowiec przyprawia dokotora Schuppego o ból brzucha.

- Panie Rawling - powtarza przez cały czas, kiedy John prowadzi maszynę w kierunku 

Virden - zapewniam pana, panie Rawling, że jeśli się dałem namówić, to tylko po to, by 

zobaczyć robota...

Pod nimi transkanadyjska szosa - długa tasiemka z połyskującego żelaza, wijąca się 

między lasami. Utrzymywane na poduszce powietrznej dwadzieścia centymetrów nad ziemią 

olbrzymie środki transportu suną po czterech pasmach z zawrotną szybkością.

- Kto go uruchomił? - pyta doktor Schuppe.

- Nie rozumiem?

- Robota. Kto go uruchomił?

John włącza autopilota.

- Może sama Edith, nie wiem. Może obarczyła tym zadaniem jakiegoś eksperta od 

cybernetyki. Wiem tylko, że pewnego dnia wszedłem do pracowni i ujrzałem go naprzeciw 

siebie, dokładnie takiego samego jak Wiktor.

Doktor Schuppe jest zakłopotany. Jedną rękę trzyma przez cały czas na brzuchu, a 

drugą podskubuje szpiczastą bródkę.

- Jest naprawdę taki jak my? - pyta chwilę potem.

- Słucham?

- Robot. Powiedział pan, że wygląda jak prawdziwy człowiek z krwi i kości...

- Ach, tak, zapewniam pana. To dokładna kopia Wiktora, jego sobowtór - oczy, włosy, 

zmarszczki na policzkach, nawet myszka na szyi... Wszystko jak u Wiktora.

Lekarz   kręci   głową   nie   do   końca   przekonany.   Przypomina   sobie,   że   osiem   czy 

dziesięć miesięcy temu czytał długą relację w New Canadian Journal oj Research, mglistą i 

niejasną   dla   każdego,   kto   nie   jest   zagorzałym   krzewicielem   nauki   o   robotach.   Wiktor 

Curwood   w   jakiś   sposób   powiązał   technikę   galwanoplastyczną   z   produkcją   surogatów 

nabłonkowych. Nie koniec na tym:  relacja mówiła o cewce engrammicznej, o czymś,  co 

teoretycznie mogłoby zrepro- dukować z doskonałą wiernością mózg człowieka ze wszyst-

kimi   jego   wspomnieniami,   pojęciami,   zwyczajami...   Słowem,   Curwood   utrzymywał,   że 

istnieje możliwość skonstruowania kopii psychosomatycznej. Oczywiście Rządowa Komisja 

Kontroli zablokowała prace nad projektem i zabroniła Wiktorowi kontynuowania badań. Nikt 

nie mógł przypuścić, że Wiktor, biorąc siebie samego za model, już powołał do życia bardzo 

udany egzemplarz, i że trzymał go unieruchomionego na dole w   piwnicy, ukrytego przed 

wścibskimi oczyma.

background image

- Miał łeb - mruczy doktor Schuppe mówiąc niby do siebie - ten pański krewny! To 

była tęga głowa.

- Ach, tak - zgadza się z nim John. - Nawet za bardzo. Kto wie, co jeszcze mógłby 

wymyślić, gdyby nie...

- Chwileczkę. Teraz sobie przypomniałem - to był wypadek lotniczy, prawda?

- Tak, spalił się w swoim helioodrzutowcu.

Schuppe milczy, cały spięty.

- Jedno ostrzeżenie, doktorze - mówi John. - Dobrze byłoby, żeby pan nie okazywał 

nadmiernego zainteresowania robotem. Niech pan poczeka, żeby to Edith zaprosiła nas do 

pracowni, kiedy już ją pan zbada.

- Dobrze.

- Myśli pan, że hipnofen mógłby pomóc mojej siostrze?

- Sądzę, że nie. Hipnofen jest ucieczką. Natomiast pańska siostra musi przyjąć do 

wiadomości śmierć męża. Z tego, co mi pan powiedział, wynika, że jest bardzo przywiązana 

do tej kukły. Będę szczery, panie Rawling. Nie jestem specjalistą od chorób nerwowych. Ale 

jeśli moim zdaniem... słowem, jeśli stwierdziłbym konieczność odizolowania jej, to powiem 

panu bez ogródek. Zawsze jednak będzie się pan mógł zwrócić do kogoś innego.

Są już na miejscu. John ląduje na tarasie pawilonu stojącego naprzeciw domu Edith... 

W chwilę potem pukają do drzwi.

Okna są pozamykane, zasłony zaciągnięte. Dom wydaje się opuszczony, ale muzyka 

przenika zza okiennic i otacza budynek jak zaklęcie.

- Jak to - pyta zdziwiony doktor Schuppe - nie ma nikogo?

John uderza mocniej, dłużej. - Edith! Otwórz, Edith, to ja, John.

Za drzwiami słychać leciutki tupot, szelest czegoś ocierającego się o drewno, jakby 

rąk, które wahają się, czy otworzyć zamek.

- Edith, wiem, że jesteś za drzwiami, otwórz.

Wysoki, srebrzysty śmiech Edith rozbrzmiewa z drugiej strony drzwi. - Nie, John, nie 

otworzę ci. Przyjechałeś, żeby mi zabrać Wiktora, żeby go zniszczyć...

- Otwórz, Edith. Otwórz, mówię ci.

Zaczyna jak oszalały walić i kopać w drzwi. Gwałtowne uderzenie barkami, potem 

jeszcze raz. Ale drzwi wytrzymują

- Czekaj pan - mówi doktor Schuppe - otwiera.

Najpierw słychać wysoki krzyk Edith, potem drzwi wolno obracają się na zawiasach i 

w   progu   pojawia   się   Wiktor.   Dwoje   surowych,   groźnych   oczu.   Imponująca   postać, 

background image

majestatyczna i nieruchoma jak posąg. W prawym wyciągniętym ręku Wiktor mocno trzyma 

uchwyt rewolweru termicznego.

- Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy podał mi rękę - opowiada John - zaraz potem 

wytarł ją o spodnie.

- Wiktor zawsze tak robił, nie znosił spoconych rąk.

-   Tak,   ale   to   odczucie   przykrości,   które   pojawiło   się   u   robota,   nie   było   tylko 

mechaniczną reakcją...

- Czy chcesz powiedzieć, że posiada świadomość, jak my?

- Nie wiem, Amando. Czasami zaczynam myśleć, że tak właśnie jest. Doktor Schuppe 

również   nie   wie,   co   o   tym   sądzić.   To   są   wielkie   tajemnice   cybernetyczne,   rozumiesz? 

Posłuchaj,   widzi   się   tysiące   robotów,   wystarczy   się   tylko   rozejrzeć   dokoła:   kierowcy, 

sprzedawcy w sklepach, repetytorzy w szkołach, górnicy i tak dalej. Ale to są mniej  lub 

bardziej  do człowieka  podobne marionetki,  rozpoznawalne jako takie  nawet z odległości. 

Poza  tym   postaw  ich  w  sytuacji,  która  nie  jest  objęta   programem,  a  natychmiast  się  za-

trzymują. Ale nie robot Wiktora: on ocenia ł decyduje. Edith powiedziała, że się uczy, że 

teraz wie rzeczy, których sam Wiktor nie wiedział. Tutaj być może moja siostra przesadziła, 

może Edith się myli. Ale załóżmy, że tak jest.

Wiesz,   co   to   wszystko   oznacza?   Schuppe   naładował   mi   głowę   jak   balon,   zaczął 

rozprawiać o jakichś kwestiach filozoficznych, o “ja", którego najpierw nie ma, a potem, bar-

dzo powoli, tworzy się wraz z przyzwyczajeniami, powtarzaniem i tak dalej. Mówi, że z nami 

jest tak samo, ale ja mu nie wierzę. I powiedziałem mu to, wiesz? Zaczął się śmiać. Odparł, że 

są jeszcze we mnie pozostałości dogma- tyzmu religijnego. A potem stwierdził tak: ważne 

jest to, że robot działa jak gdyby, jak gdyby, jak gdyby! Powtórzył to chyba ze sto razy, kiedy 

jechaliśmy na policję.

- Jednego nie rozumiem - mówi Amanda.

- Czego?

- Zastanawiam się, czy robot wie, że jest robotem.

- Ja też zadałem to pytanie doktorowi Schuppemu.

- No i co powiedział?

- Że to nie ma znaczenia. Chryste, jak można rozmawiać z człowiekiem, który stale 

targa brodę i powtarza “jak gdyby”! Uważa, że robot nabył instynktu samozachowawczego 

albo, dokładniej, jest tak, jakby go nabył. I w tym nie mogę mu odmówić słuszności. Trzeba 

było widzieć jego oczy,  Amando, kiedy pojawił się na progu z rewolwerem w ręku. Był 

background image

gotów na wszystko, byle tylko... byle przetrwać.

- Tak, ale jednak nie strzelił.

-  Schuppe   powiedział,   że   nie   zrobił   tego,   ponieważ   Wiktor   również   by   tego   nie 

uczynił.

- Tak. A gdyby Wiktor cię nienawidził?

- Nie wiem, Amando. Prawdopodobnie spopieliłby mnie. Jedno jest pewne - on wie, 

że jego godziny są policzone, wie, że chcemy go zlikwidować, i postanowił się bronić.

- Być może popchnęła go do tego Edith.

- Nie. Zanim otworzyły się drzwi, Edith krzyknęła. Nie ma wątpliwości - ten automat 

nie jest serwomechanizmem, ale działa według swego rozeznania; to coś niemożliwego do 

skontrolowania. W każdym razie dom jest otoczony.

- Myślisz, że Edith jest w niebezpieczeństwie?

- Teraz nie. Wiktor jej z całą pewnością nie nienawidził.

Amanda zaczyna się śmiać.

-   Twoja   siostra   ma   naprawdę   szczęście!   Najpierw   Wiktor,   który   wzbudzał 

powszechny zachwyt i uwielbienie, miłość, która nadała sens jej życiu... A teraz robot. Zako-

chany robot, otaczający ją troskliwością i uwagą...

Był to śmiech pełen cierpienia, lecz John tego nie zauważył.

Dzwoni telefon. John wciska guzik i na wideo pojawia się mężczyzna w mundurze. - 

Dzień dobry, panie Raw- ling. Jestem sierżant Hawk. Major postanowił sforsować drzwi, ale 

chce, żeby pan był przy tym obecny.

- Czy w domu nikt się nie odzywa?

-   Nie,   proszę   pana.   Od   szeregu   godzin   absolutna   cisza.   Robot   musiał   wyłączyć 

instalację komunikacyjną - na telefon też nikt nie odpowiada.

- Rozumiem. Proszę powiedzieć majorowi, że zaraz będę.

Amanda nadal się śmieje. John, nieruchomy, patrzy na nią ze złością.

- Nie stój jak słup - mówi Amanda ostro. - Jeśli ciebie zabraknie, to epilog nie zostanie 

odegrany. Twoja siostra zostanie powtórnie wdową, ale tym razem nie będzie pogrzebu.

Kiedy John dociera do domu Edith, widzi, że za każdym  krzakiem schowany jest 

człowiek.

- Już dłużej nie mogę - mówi major Derek. - Ta muzyka... łeb mi od niej pęka. Coś się 

tam w środku musiało wydarzyć. Już od trzech godzin nie zmieniają nagrania.

- To znaczy od trzech dni. Już trzy dni temu Edith zablokowała stereo na uwerturze do 

background image

“Koriolana".

Major spogląda na zegarek.

- Wyłamię zamek - mówi - moi ludzie zrobią to samo z drzwiami od tyłu i oknami. 

Zaatakujemy ze wszystkich stron.

- Majorze - jąka się John - moja siostra...

- Niech pan będzie spokojny. Damy panu znak, kiedy będzie pan mógł wejść.

John  odwraca  się  plecami,   a  major  idzie   w  kierunku  domu.   Słychać  lekki   szmer, 

jeszcze   jeden,   skwierczenie   topionego   metalu,   potem   dobywającą   się   z   domu   muzykę, 

głośniejszą i gwałtowniejszą, jakby została tam w środku skondensowana. John podnosi ręce 

do uszu, wydaje się, że czas, wyrwany z rytmicznego pulsowania arterii, zatrzymał się.

W końcu pojawia się ktoś na progu. To sierżant Hawk daje mu znak, że może wejść. 

Biegnie przez ogród, wejście, korytarz i spieszy ku pracowni.

Edith jest tam, siedzi na kanapie, piękna, blada, z głową zwieszoną na piersiach. W 

palcach jeszcze ściska fiolkę z trucizną. Jest piękna w swoim purpurowym szlafroku, rysy ma 

spokojne,   niemal   pogodne.   Wiktor   klęczy   obok   niej   -   nieruchomy   i   pomarszczony,   z 

rozszarpaną głową opartą na jej łonie.

John podchodzi bliżej. Warstwa naskórka i ciało z plastyku odstają wokół szyi, a z 

głębokiego   i   czarnego   rozdarcia   wystaje   plątanina   przewodów.   John   widzi   niezliczone 

kolorowe   przewody,   miriady   mikroskopijnych   lamp   i   tranzystorów,   wiele   błyszczących 

małych cewek.

Zgnębiony, opiera się o kominek.

- Musiała go uderzyć w plecy - mówi major - tym - i wskazuje siekierkę leżącą w 

pobliżu kominka.

John spuszcza głowę. Edith wiedziała, że go jej zabiorą, że połamaliby go na kawałki, 

zniszczyli...

- Wolała zrobić to sama - mówi - własnymi rękami.

Jeszcze słychać tę nieznośną muzykę, walącą jak młotem Oplata przedmioty, meble, 

wypełnia   dom,   wnika   między   wątki   myśli   i   chciwie   drąży   mózg   jak   potwór   łaknący 

przestrzeni.

Major Derek podchodzi do deski rozdzielczej urządzenia stereofonicznego. Wciska 

jeden guzik. Ostatnia, złamana nuta pozostaje jakby zawieszona w powietrzu. Przez chwilę.

Potem, mimo hałasu kroków i zgiełku głosów, w domu zapada głęboka cisza.

background image

KOROK

Ogród   zoologiczny   na   Anakee,   gorącej   planecie   usytuowanej   prawie   w   centrum 

mgławicy Andromedy, choć niekompletny, był najlepiej wyposażony w całym wszechświe-

cie. Fauna niezliczonych światów, należących do tej galaktyki, reprezentowana była w nim w 

całej   swojej   różnorodności.   Tysiące   wyselekcjonowanych   i   starannie   uszeregowanych 

egzemplarzy   żyło   zamknięte   w   przezroczystych   sześcianach   ze   spolaryzowanego   kwarcu, 

gdzie sztucznie zostały odtworzone warunki środowiskowe planety, z której pochodziły.

Naprawdę   wspaniałe   zoo!   Mieszkańcy   Anakee   byli   z   niego   dumni.   Kiedy   zaś 

imponujący postęp techniki umożliwił im wyprawy ku innym galaktykom, nie zapominali 

zabierać elektronicznych  myśliwych  na pokład swoich szybkich statków  kosmicznych.  W 

nowym kraju nowe zwierzęta - mawiali. Po powrocie z wypraw zoo z pewnością powiększy 

się i wzbogaci o nowe i ciekawe egzemplarze.

Zdarzyło   się,   że   pewnego   pięknego   dnia   statki   kosmiczne   z   Anakee   wyjrzały 

ukradkiem poza skraj Drogi Mlecznej. Ekipy techników i specjalistów badały tuziny planet i 

ich satelitów, wykonywały odpowiednie mapy naukowe i wysyłały myśliwych - po jednym na 

każdą planetę.

Korok - bo tak nazywała się samoczynna maszyna polująca na zwierzęta dowolnego 

gatunku - podobny był  do wielkiego pająka: osiem metalowych  łap poruszających  się na 

przegubach   przytwierdzonych   do   spłaszczonej   kuli   o   średnicy   półtora   metra.   Korok   był 

niezniszczalny, odporny na bombę jądrową i promieniowanie cieplne. Dla automatycznego 

wyszukiwania łupu wyposażony był w spektrofotometr na promienie podczerwone o prawie 

niewyczerpanej   mocy   oraz   w   neuronowy   paralizator,   za   pomocą   którego   unieruchamiał 

zwierzę pod koniec pościgu.

Aparat, pozostawiony na Denebie IV, należał do najnowszego i udoskonalonego typu. 

Wyposażony   był   w   specjalny,   niezwykle   czuły   miernik   inteligencji.   Zgodnie   z   jego 

wskazówkami   Korok   unieruchamiał   tylko   zwierzęta   najbardziej   rozwinięte   i   ciekawe. 

Mieszkańcy Anakee nie mieli  najmniejszego  zamiaru  zabierać  ze sobą do domu  kolekcji 

zwierząt  głupich  i o niskim poziomie  rozwoju. Chcieli  mieć  najlepsze egzemplarze.  Sam 

Korok miał zadbać o selekcję.

Harry   Bulmer,   dowódca   Golden   Star   znalazł   się   na   Denebie  IV  wkrótce   potem. 

background image

Właściwie należałoby powiedzieć od razu: również i Ziemianie rozjeżdżali się w Kosmosie, 

ale swoje badania prowadzili w ograniczonym promieniu. Statki ziemskie były prymitywne. 

Mogły rozwijać prędkości o wiele większe od szybkości światła, na przekór Einsteinowi, 

który wieki temu ustanawiał prędkość graniczną na 300 000 km/s; a jednak była to prędkość 

śmiechu warta, przynajmniej w porównaniu z szybkością statków z Anakee wykorzystujących 

zgięcia hiperprzestrzeni dla pokonywania ogromnych odległości prawie w mgnieniu oka.

Harry   Bulmer   należał   do   Zespołu   Astrografów   wyznaczonego   do   opracowania 

astromap i badań planet położonych poza Układem Słonecznym. Kiedy na teleekranie obraz 

Deneba IV stał się wystarczająco wyraźny, Harry zrozumiał zaraz, że planeta będzie twardym 

orzechem do zgryzienia.'Postanowił zbadać ją osobiście. Zostawił  Golden Star  na orbicie i 

wylądował na powierzchni posługując się kosmicznym czółnem.

Pobrał   próbki   powietrza;   niezdatne   do   oddychania.   Zaopatrzył   się   więc   w   lekki 

respirator i wyszedł na powierzchnię. Zbadał teren, zebrał próbki skał i osadów. Ponieważ 

potrzebna mu była również próbka wody, słusznie postanowił skierować się ku gęstej kępie 

roślinności rozciągającej się na skraju polany.

Flora była niezwykła, oparta prawdopodobnie na krzemie zamiast na węglu. Wyciął 

nożycami kilka roślinek i włożył je do chlebaka. Potem, minąwszy kępę, doszedł do skraju 

falistej niziny porośniętej trawą.

Zaparło mu dech. Harry był człowiekiem odważnym, zbadał już setki planet, widział 

wszelkie   ich   rodzaje.   Ale   widok,   jaki   tym   razem   rozciągał   się   przed   jego   oczyma, 

przewyższał wszelkie oczekiwania. W odległości kilku metrów od niego leżały najróżniejsze 

zwierzęta - zamarłe, nieruchome jak posągi. Wydawało się, że wszyscy przedstawiciele fauny 

Deneba  IV  wyznaczyli  sobie spotkanie  w tym  miejscu,  żeby razem prześnić  długi sen o 

pokoju i braterstwie.

Harry zbliżył się z wycelowanym dezintegratorem, gotów strzelać przy najmniejszej 

oznace niebiezpieczeństwa. Zwierzęta nie poruszyły się. Największe wrażenie wywarł na nim 

wcale nie ich monstrualny wygląd, ale raczej zimny błysk inteligencji, jakim połyskiwało 

mrowie wytrzeszczonych oczu.

Kiedy robił fotografie, usłyszał szelest wyschniętych krzaków w zaroślach. Cokolwiek 

by to było, lepiej nie zostawać na otwartej przestrzeni. Harry pobiegł ukryć się w krzakach.

Ujrzawszy Koroka, o mało nie krzyknął. Ten olbrzymi metalowy pająk, kroczący na pięciu spośród 

ośmiu nóg i trzymający łup w pozostałych trzech, był najstraszniejszym i najbardziej niezrozumiałym spośród 

stworów, z jakimi Harry spotykał się podczas swoich wypadów w przestrzeń kosmiczną.

Korok   zbliżył   się   do   grupy  zamarłych   zwierząt   i   położył   na   ziemi   sparaliżowaną 

background image

ofiarę. Harry zobaczył, jak się oddala w poszukiwaniu innych egzemplarzy, ale po przebyciu 

kilku metrów  mała peryskopowa antena, stercząca na zewnątrz kuli, dziwnie zabrzęczała. 

Korok gwałtownie się zatrzymał i zmienił kierunek. Teraz kroczył ku niemu; najwidoczniej 

antena poszukująca dostrzegła obecność człowieka i Korok przygotowywał się do złożenia 

nowej ofiary.

Harry wycelował broń i oddał strzał. Bez rezultatu: Korok ciągle się zbliżał. Strzelił 

więc jeszcze dwa razy i wziął nogi za pas.

Natychmiast się zorientował, że biegnąc w tym kierunku coraz bardziej się oddala od 

kosmicznego   czółna,   ale   było   już   za   późno:   Korok   był   tuż   za   jego   plecami   i   gonił   go 

posuwając się wytrwale, ze stałą prędkością. Harry pozbył się dezintegratora, wyrzucił aparat 

fotograficzny i chlebak zawierający próbki. Ulżywszy sobie w ten sposób zdołał wysunąć się 

o paręset metrów do przodu. Następnie skręcił w lewo, biegnąc po zakrzywionej trajektorii, 

którą miał nadzieję dotrzeć w pobliże czółna. Wiedział, że bieg trwać będzie nie mniej niż 

trzy godziny; szaleństwem było mieć nadzieję, że uda mu się tego dokonać.

Zaczynały   go   boleć   żebra,   wydawało   mu   się,   że   serce   lada   chwila   pęknie.   Harry 

słusznie uważany był za jednego z najinteligentniejszych badaczy Służby Galaktycznej. Czy 

to możliwe, żeby z tak wysoko notowanym mózgiem nie zdołał znaleźć sposobu na okpienie 

Koroka?

Kiedy ten zbliżył się na odległość czterech metrów, Harry rzucił się w bok i po kilku 

błyskawicznych skokach szybko skręcił na lewo pod kątem prawie dziewięćdziesięciu stopni. 

To prawda, że pozwolił Korokowi się zbliżyć, ale teraz mógł mieć nadzieję, że dotrze do 

czółna w linii prostej bez opóźnienia wywołanego zboczeniem z kursu. Czy mu się uda? Biegł 

już prawie godzinę, płuca go paliły, a w ustach czuł metaliczny smak.

Był to obłędny, desperacki wyścig. Na koniec, dzięki Bogu, dotarł do wielkiej polany, 

gdzie   zostawił   swój   pojazd   kosmiczny.   Tkwił   tam   nadal,   jasny   i   zapraszający,   pod   pur-

purowymi promieniami słońca, odległy nie więcej jak o ćwierć mili. Ale Korok znów deptał 

mu po piętach. Harry słyszał szczękanie tych ośmiu łap, które były tuż-tuż, coraz groźniejsze i 

bardziej złowrogie. Korok bezlitośnie się przybliżał. Nogi Harry'ego już nie wytrzymywały, 

były miękkie jak z gumy i załamywały się pod nim przy każdym kroku. Wrzask szaleństwa 

rozbrzmiał mu w czaszce.

Był już o kilka metrów od drzwiczek, gdy potknął się o wystający kamień. Upadł, 

poturlał się i legł na wznak. Korok był nad nim.

Leżał   pod   maszyną   otoczony   przez   osiem   łap   i   przypatrywał   się   kuli   oczyma 

wytrzeszczonymi   z   przerażenia.   Wysunęły   się   z   niej   długie,   delikatne   pręty,   zakończone 

background image

gałkami i elektrodami. To już koniec, pomyślał Harry. Poczuł, że stwór bada go, maca po 

klatce piersiowej, po szyi i czole. Rozdwojona sonda dotknęła skroni. Zamknął oczy w ocze-

kiwaniu na koniec.

Strach   był   niepotrzebny.   Korok   schował   pręty   i   sondę   i   wycofał   się.   Harry   nie 

dowierzając  patrzył,   jak  maszyna   się  oddala   i  znika  w   głębi   polany  zostawiając   za  sobą 

chmurę pyłu.

Został oszczędzony.  Z niewyjaśnionych  powodów Korok postanowił go nie łapać. 

Spocony i zasapany wszedł do czółna i poleciał do statku kosmicznego oczekującego na or-

bicie. Kiedy skończył raport, przy nazwie planety napisał: P.N.N. - Planeta Niebezpieczna i 

Niegościnna. Wziął mapę galaktyki i wokół Deneba IV zakreślił czerwone kółko.

Nigdy się nie dowiedział, co go naprawdę uratowało. Harry nie mógł wiedzieć, że 

technicy z Anakee skonstruowali Koroka w taki sposób, żeby łowił tylko zwierzęta obdarzone 

wyższym   ilorazem   inteligencji   niż   przeciętna.   A   nade   wszystko   Harry   nie   wiedział,   że 

podczas badania elektroneurologicznego on, badacz chyba najsprawniejszy w całym Zespole 

okazał się mało inteligentny, nie interesujący i niegodny zasilenia zoo, które przygotowywali 

mieszkańcy Anakee.

background image

RUDA DZIEWCZYNA

Odstręczające   były   przede   wszystkim   wąsiki   -   bardzo   czarne   i   cienkie,   lekko 

podkręcone przy kącikach ust i nabrylantynowane.

Andre Clement jeszcze raz przyjrzał się mężczyźnie siedzącemu po drugiej stronie 

biurka. Nie było najmniejszych wątpliwości; całym  swoim wyglądem potwierdzał, że jest 

prywatnym detektywem starej daty.  Ale być może wszystko to było jedynie inscenizacją, 

niczym innym jak tylko zasłoną dymną mającą zwieść naiwnych.

Facet bębnił palcami lewej ręki po brzegu popielniczki. Druga ręka, którą nieznacznie 

poruszał,   była   schowana   prawdopodobnie   w   kieszeni   albo   oparta   o   nogę.   Możliwe,   że 

niewidoczna dłoń przynosiła ulgę swędzącemu pod stołem kolanu.

Andre   zauważył   wystrzępiony   mankiet,   niezbyt   czyste   paznokcie,   opuszki   palców 

pożółkłe od nikotyny. Ten człowiek nie palił fajki i w tym przynajmniej szczególe nie pa-

sował do stereotypowego obrazu detektywa.

-   Przypadek   jest   nadzwyczaj   skomplikowany   -   powiedział   detektyw,   nagle 

wstrzymując ruch palców po popielniczce.

- Tak, bardzo skomplikowany - zgodził się Andre. I w tym momencie zrozumiał, że 

lepiej   zrobiłby   zostając   w   domu.   Pomysł   zwrócenia   się   do   prywatnego   detektywa   był 

dziwaczny, przyszedł mu do głowy w chwili rozpaczy.

- A jednak Antoine Laforgue nie poddaje się, proszę pana! Na drzwiach napisano 

“Bystre Oko" i jest to prawda - rzekł z naciskiem i butą, które wywołały u Andre'go niechęć.

Z gardła wydobył  głos uniżony,  jakby się obawiał sprawić kłopot: - Co tu można 

zrobić, panie Laforgue?

Detektyw uderzył w blat biurka.

- Spokój, młody człowieku - powiedział marszcząc czoło w wyraźnie profesjonalny 

sposób. Otworzył szufladę i wyjął z niej biały formularz. - Porządek - oświadczył

- przede wszystkim porządek. Zdjął nakrętkę z pióra. - Nazwisko proszę.

Andre zapragnął wstać i pójść sobie.

- Andre Clement - powiedział szeptem.

- Wiek?

- Trzydzieści dwa lata.

background image

- Zawód?

- Lekarz.

- Czy ma pan prywatną praktykę, czy też pracuje pan w jakimś szpitalu?

- Hm, nie. Pracuję w Centrum Biologicznym Badań nad Rakiem.

- Żonaty?

- Nie, ale co to ma do rzeczy? Przyszedłem tutaj, żeby...

- Doktorze Clement - przerwał mu detektyw - wypełnienie tego formularza stanowi 

zadośćuczynienie konkretnemu wymogowi prawa. Proszę, żeby zachował pan spokój. Adres?

- Chateau Beauregard, Saint Julien.

-   Piękne   miejsce,   Saint   Julien.   Zeszłego   lata   spędziłem   tydzień   wakacji   w   tych 

okolicach.

- Naprawdę? - zawołał Andre udając zainteresowanie.

-   Tak.   Prawdę   mówiąc,   nie   był   to   żaden   wypoczynek,   byłem   tam   z   przyczyn 

zawodowych. Ale to prawie tak jakbym był na wakacjach. Zazdrosny mąż zlecił mi śledzenie 

żony, pięknej kobiety, która trochę za bardzo lubiła wakacyjne flirty.

Andre skrzywił się. Jeszcze chwila, pomyślał, a ten bałwan zaraz mi powie, że ta 

piękna kobieta romansowała również i z nim. A jednak Laforgue nic więcej nie dodał. Podał 

pióro Andre'mu i przesunął formularz ku drugiej stronie biurka.

- Poproszę o podpis. I coś a conto... Otwarcie śledztwa pociąga za sobą przedpłatę w 

wysokości dwudziestu pięciu tysięcy franków.

Opłata była wysoka, mimo to Andre podpisał i zapłacił bez szemrania.

- Więc tak... - powiedział wolno detektyw wkładając formularz i czek do szuflady. I 

powtórzył: - Więc tak, tak. Chodzi tu o znalezienie przysłowiowej igły w stogu siana.

- Tak, jednakże dziewczyna ma rude włosy. Ten szczegół ogranicza zakres śledztwa.

- Zgadza się. Mimo to natrafienie na jej ślad będzie niezwykle trudne. Widzi pan, ten 

szczegół o rudych włosach może mnie wręcz skierować na fałszywy ślad. Proszę zauważyć, 

że w dzisiejszych czasach co dziesiąta kobieta chlubi się rudą fryzurą. Chodzi oczywiście o 

farbowanie, ale na tym właśnie polega niedogodność, na tej ogromnej łatwości zmieniania 

kolorów włosów. Dziewczyna, która pana interesuje, mogła tymczasem pójść do fryzjera. 

Nałożyła farbę i tyleśmy widzieli rude włosy! Teraz mogą mieć one kolor jaskrawo niebieski 

albo wręcz platynowy.

- Weena ma piegi, delikatne piegi na skórze kości jarzmowej i trochę na ramionach. 

Jest naturalnie ruda...

Laforgue otworzył notatnik i zapisał: Piegi.

background image

- Naturalnie ruda, tak?

- Tak.

- Czy jest pan pewnien tego, co pan twierdzi, doktorze?

Andre odburknął, widocznie zirytowany.

- Proszę posłuchać,  panie Bystre  Oko. Powiedziałem,  że to prawdziwa ruda i nie 

rozumiem, dlaczego ten szczegół tak pana niepokoi. Poza tym Weena i ja byliśmy ze sobą 

bardzo blisko przez całe dwa tygodnie. Nie sądzę, żeby mogła sobie wymalować na skórze 

fałszywe piegi.

Laforgue odkaszlnął. - Najzupełniej rozumiem, doktorze. Chciałbym jednak, żeby zdał 

pan sobie sprawę z jednej rzeczy. Te pytania nie mają na celu zaspokojenia mojej osobistej 

ciekawości, ale zadawane są wyłącznie w interesie klienta... W tego typu śledztwie informacji 

wyjściowych nigdy nie jest zbyt wiele.

Szybko  przejrzał kartkę  notatnika,  potem  dwoma  palcami  nacisnął  nasadę  nosa w 

kabotyńskim geście koncentracji myśli.

- Spróbujmy zreasumować - podjął autorytatywnym tonem. - Po raz pierwszy spotkał 

pan dziewczynę o rudych włosach osiemnaście dni temu na plaży w Saint Julien. Zgadza się?

Andre, zmęczony, przytaknął.

- Zechce pan powtórzyć szczegóły tego pierwszego spotkania.

- Ależ już to wszystko panu mówiłem! - uniósł się w zdenerwowaniu Andre. - Poza 

tym nie widzę powodu, żeby sięgać do szczegółów tak pozbawionych znaczenia...

- A jednak są one nadzwyczaj istotne. Proszę pana o przedstawienie faktów, tak jakby 

mi je pan opowiadał po raz pierwszy.

- No dobrze. Była chyba jedenasta, leżałem na plaży, opalałem się...

- Czy wielu ludzi się kąpało?

- Nie, tylko dziesięć czy piętnaście osób, poza tym w pewnej odległości. Pan zna Saint 

Julien, prawda? Miejsce jest piękne, ale niewiele tam pensjonatów i hoteli, plaża jest prawie 

zawsze   pustawa.   A   więc   leżałem   nad   samą   wodą   i   miałem   zamknięte   oczy.   Może 

zdrzemnąłem się chwilkę. Ale nagle otworzyłem oczy i zobaczyłem ją.

- Zobaczył ją pan?

- Tak, Weena nieruchoma, w bikini, stała nie więcej niż o dwa metry ode mnie i 

przyglądała mi się.

- Proszę wyrazić to jaśniej.

- Ale co? Powiedziałem i powtarzam, że przyglądała mi się. Może patrzyła tak na 

mnie już jakiś czas, nie wiem, miałem zamknięte oczy.

background image

- Proszę opisać to spojrzenie. Czy był to wzrok osoby zainteresowanej panem?

Andre nie odpowiedział. Ten pedantyczny detektyw wystawiał jego system nerwowy 

na ciężką próbę.

- Niech się pan stara zrozumieć, doktorze Clement. Moje pytanie jest uzasadnione... Z 

całą pewnością nie można powiedzieć, że plaża w Saint Julien jest oblegana, ale widzi pan, 

oszustek nigdzie nie brakuje...

Andre zapłonął gniewem.

- Weena nie jest oszustką! - przerwał zmienionym głosem. - Wiem, co mówię, bo 

przez dwa tygodnie byliśmy razem i nigdy się nie zdarzyło, żeby... Poza tym zorientowałbym 

się.   Zapomina   pan,   że   Weena   zniknęła,   ale   w   domu   niczego   nie   brakuje,   nawet   jednej 

szpilki...

- Proszę się uspokoić, doktorze. Była to tylko moja robocza hipoteza, równie dobra jak 

każda inna. Poza tym... wystarczy spojrzeć, żeby pojąć, że jest pan człowiekiem majętnym. 

Mam rację? No, a... ten diament na małym palcu rozwiałby jakiekolwiek wątpliwości nawet u 

najbardziej nieufnego obserwatora. Ale wróćmy do spotkania. Co się potem wydarzyło?

Andre pogrzebał w kieszeniach szukając papierosów. Laforgue podsunął mu paczkę.

- To znaczy zaraz potem? Nic szczególnego. Jak tylko Weena się zorientowała, że 

otworzyłem oczy i że ja także przyglądam się jej zakłopotany, oddaliła się, ale nie bardzo. 

Usiadła na wystającej z wody skale, w odległości około dziesięciu metrów.

- Oczywiście, zwykły sposób postępowania. Założę się, że dziewczyna nie zaszczyciła 

już pana nawet jednym spojrzeniem.

- Wręcz przeciwnie, co chwilę odwracała twarz w moją stronę i przyglądała mi się. 

Wtedy   dałem   nurka   i   wypłynąłem   w   morze.   Widzi   pan,   z   pewnością   nie   jestem   typem 

człowieka,  który się w podobnych  przypadkach  wycofuje. Ale kiedy taka  piękna kobieta 

przygląda się mężczyźnie w pewien sposób... Mam w środku coś jakby dzwonek alarmowy. 

Lepiej wypłynąć w morze, powiedziałem sobie.

- Tak. A jak się potem potoczyły sprawy?

Andre zgasił w popielniczce dopiero co zapalonego papierosa.

- Wyciągnąłem się na tratwie - ciągnął dalej. - Nie było nikogo. Rozkoszowałem się 

oddechem morza w zupełnej samotności, kiedy w pewnym momencie z wody wychynęła jej 

głowa. “Cześć!" - powiedziała. I wyciągnęła ręcu ku boi. Zwinnie wciągnęła się na górę, bez 

najmniejszego wysiłku. Pobyliśmy tam więcej niż z godzinę, leżeliśmy zapatrzeni w niebo nie 

zamieniając ani słowa...

- A potem?

background image

- Powoli wracaliśmy do brzegu, od czasu do czasu goniąc się pod wodą i nurkując aż 

do dna. Rozumie pan? Takie zabawy, które wyczynia się w wodzie. Na plaży Weena wzięła 

mnie  za  rękę  i  poprowadziła   do zarośli.  Ubranie  miała  schowane  w  jakimś   krzaku.  Mój 

samochód był na szosie, w odległości około stu metrów. Poszedłem się przebrać i czekałem, 

aż przyjdzie...

Laforgue ponownie otworzył notatnik.

- Proszę opisać ubranie dziewczyny - powiedział bezosobowym, zimnym głosem.

-   Ubranie?   Hm,   Weena   ubierała   się   w   niewyszukany   sposób:   czarne   aksamitne 

spodnie, srebrne sandały i błyszcząca zielona bluzka, to wszystko. I torebka, taka z mie-

dzianymi okuciami i długim paskiem, jakie nosi się na ramieniu.

Laforgue zanotował.

- Czy potem odwiózł pan dziewczynę w jakieś miejsce?

- Zjedliśmy śniadanie w restauracji na otwartym powietrzu, niedaleko stąd.

- O czym rozmawialiście?

Andre skrzywił się na znak, że w tym punkcie jego wspomnienia były raczej mgliste. - 

Nie wiem - powiedział. - Nie mówiliśmy o niczym szczególnym. Dopiero co się poznaliśmy. 

Nagle dziewczyna rzekła: “Nazywam się Weena". A ja na to: “Weena jak?". Ona zaś: “Weena 

i już". Chciałem wiedzieć nieco więcej o niej, skąd pochodzi i jaka praca czeka na nią po 

zakończeniu   wakacji.   Pamiętam,   że   zaczęła   się   śmiać   jak   szalona.   Powiedziała   mi,   że 

wakacjami trzeba się cieszyć incognito. Zatem... Mogła być sprzedawczynią, nauczycielką 

albo   irlandzką   księżniczką.   Ale   tak   naprawdę   cała   ta   sprawa   niewiele   mnie   obchodziła, 

podobnie   jak   nie   interesowało   mnie,   czy   Weena   jest   panną,   czy   mężatką,   rozwódką   czy 

wdową.   Podobała   mi   się   i   tyle.   Również   potem   nie   czułem   potrzeby   zaspokojenia   tej 

ciekawości, przynajmniej przez czas, kiedy Weena była ze mną.

- No, dobrze, dobrze - burknął Laforgue. - A potem?

- Co potem?

- Gdzie pojechaliście po śniadaniu?

Andre Clement wstał rzucając rozgniewane i dzikie spojrzenie kogoś, kto doszedł do 

kresu wytrzymałości.

- Dosyć tego, panie Laforgue - powiedział opierając groźnie pięści na biurku. - Po 

wyjściu   z   restauracji   zawiozłem   Weenę   do   siebie.   Kiedy   nie   mam   zajęć   zawodowych, 

mieszkam w Chateau Beauregard, sam, mam dwadzieścia pokojów do swojej dyspozycji, 

zarządcę, kucharkę i pracownika, który również zajmuje się ogrodem. Zawiozłem Weenę do 

domu i kochaliśmy się. Ale jeśli sądzi pan, że jestem gotów opowiedzieć panu szczegóły, to 

background image

się pan wielce myli. Zwróciłem się do pana w sprawie poszukiwania. Niech pan spisuje swoje 

notatki i przestanie mnie dręczyć.

Detektyw   lekko   się   pochylił   i   obłudnie   uśmiechnął,   podnosząc   ręce   w   geście 

przypominającym nieco ceremonialnych dworaków z szesnastego wieku.

- Ma pan zszarpane nerwy, doktorze. Rozumiem, dziewczyna musiała być tak piękna, 

że dech zapierało, no a pan się zadurzył; to jest tak pewne jak to, że nazywam się Antoine 

Laforgue. Zdaję sobie również sprawę, jak bardzo żenujące i trudne musi być informowanie 

osoby postronnej o szczegółach pańskiego życia uczuciowego. Powtarzam jednak, że zadaję 

pytania   w   jak   najlepiej   rozumianym   interesie   klienta.   Moje   zadanie   byłoby   niezwykle 

ułatwione, gdybym...

- Nie mam nic do dodania - rzucił oschle Andre. - Powiedziałem, jak się nazywa i jak 

była ubrana, podałem dane i podpisałem czek. Teraz koniec, niech się pan bierze do dzieła i 

powiadomi mnie, jeśli coś pan zdoła ustalić.

Zapiął marynarkę zbierając się do wyjścia.

- Chwileczkę, doktorze Clement. Chciałbym wyjaśnić pewien szczegół. Powiedział 

pan, że dziewczyna była pańskim gościem przez dwa tygodnie. Czy kiedykolwiek oddalała 

się samotnie, choćby na krótko?

- Nie! - ryknął Andre. - Byliśmy razem, dzień i noc, jak dwoje nowożeńców podczas 

miodowego miesiąca. Czy chce pan coś jeszcze wiedzieć?

- Tak, chciałbym się dowiedzieć, kiedy dokładnie ptaszek wyfrunął z klatki.

- Trzy dni temu. Obudziłem się sam w łóżku, które wydało mi się olbrzymie, zimne i 

niepotrzebne. Do widzenia, panie Laforgue.

Bystre Oko nie przejął się. Wstał okrążając biurko i dogodnił Andre'go prawie przy 

drzwiach biura.

- Jeszcze jedno pytanie, doktorze - powiedział chwytając go za rękę. - Niech się pan 

na   mnie   nie   złości.   Powiada   pan,   że   dziewczyna   zniknęła   trzy   dni   temu,   to   znaczy   we 

czwartek   rano.   Proszę   mi   powiedzieć,   czy   nie   kłóciliście   się   poprzedniego   wieczoru? 

Zauważył  pan może coś niezwykłego w jej zachowaniu, nie wiem, jakiś gest czy słowo? 

Widzi pan, czasami kobiety dąsają się z powodu byle głupstwa i reagują w sposób zupełnie 

nieracjonalny. Weena mogła się ukryć gdzieś w okolicy, tak sobie, żeby wyobrazić sobie pana 

niepokój. I może lada chwila wrócić.

- Nie było żadnej kłótni - uciął Andre. - Ani w środę wieczorem, ani wcześniej. Były 

to dwa tygodnie doskonałej harmonii i nigdy, przenigdy nie zdarzyło się coś anormalnego czy 

niezwykłego w naszych stosunkach. Dobranoc, panie Laforgue!

background image

Dobranoc,   panie   Laforgue!   Poszedł   sobie   zostawiając   go   na   lodzie,   nieczuły   na 

kierowane do niego głośne prośby detektywa przyklejonego do poręczy schodów.

Być może Laforgue ma rację, może nie było nic niewłaściwego w tym jego głodzie 

szczegółów poza usprawied- liwonym żądaniem - tak by ułatwić rozpoczęcie poszukiwań, 

które przedstawiały się jako raczej trudne. Teraz Andre świetnie go rozumiał. O ileż byłoby 

lepiej, gdyby wszystko z siebie wyrzucił, informując Laforgue'a o najdrobniejszych nawet 

szczegółach. Wspomniał o dwu tygodniach doskonałej harmonii, ale była to tylko częściowo 

prawda,   ponieważ   na   samym   dnie   ich   związku   leżało   coś   tajemniczego   i   trudnego   do 

zdefiniowania.

Wakacjami   należy   się   cieszyć   incognito,   powiedziała   Weena.   Zgoda.   Z   początku 

przystał  na tę grę i nigdy nie zadawał  jej pytań,  które  miałyby  wyjawić  prawdę. Weena 

przypominała   mu   ogromną   budowlę   o   tysiącach   pokoi,   każdy   odmienny   od   pozostałych, 

labirynt  niepojętych  dróżek, gdzie  przyjemnie  było  się zgubić  i odnaleźć znów w jakiejś 

wspaniałej   fantazji   natychmiast   skonkretyzowanej...   Ale   potem,   w   miarę   upływu   dni,   ta 

nieokreśloność i mglistość ich związku zaczęła go denerwować. Weena była sfinksem, ko-

bietą  bez  przeszłości.   Niemożliwe   było   cofnąć  się  z nią   w  przeszłość;  wydawało   się,  że 

wspomnienia dziewczyny zatrzymały się na dniu, kiedy spotkali się na plaży w Saint Julien.

Andre przemilczał wiele rzeczy przed Laforgue'm. Na przykład nie powiedział mu, że 

pewnego dnia przeszukał torebkę Weeny. Nie miała w niej dokumentów ani pieniędzy, tylko 

trochę   drobnych   i...woreczek   diamentów.   A   przede   wszystkim   przemilczał   pewne 

zadziwiające wydarzenie, które miało miejsce w środę w nocy. Weena leżała wyciągnięta 

przy nim na łóżku, kiedy nagle... Ale być może był to tylko sen, koszmar, spowodowany jego 

wrażliwością, która doszła już do szczytu. Weena zniknęła następnego ranka, może opuściła 

dom nawet nie czekając aż się zacznie dzień. Między koszmarem a zniknięciem kobiety nie 

było   żadnego   logicznego   związku,   a   jednak   Andre   niejasno   przeczuwał   jakiś   związek 

przyczynowo-skutkowy między tymi dwoma zdarzeniami.

Nawet teraz, gdy siedział nad brzegiem morza z oczami utkwionymi w horyzoncie, 

gdzie wielka czerwona kropla słońca roztapiała się w łunie zachodu, wydawało mu się, że 

jego umysł zaprzątnięty jest wysiłkiem mającym na celu połączenie ze sobą obrazów i słów w 

składną mozaikę, która wymykała się wszelkiej próbie uporządkowania.

Weena odeszła. Natychmiast pojął, że już nigdy jej nie zobaczy. Wtedy morze wydało 

mu się absurdalne, niepotrzebne.

Weena odeszła. Weena odeszła.

background image

Podniósł kamyk i leniwym ruchem rzucił go między fale. Potem wstał i zaczął iść 

wzdłuż brzegu. Plaża była wyludniona. Andre przeszedł ją całą aż do ścieżki, która zaczynała 

się na skraju zagajnika sosen i eukaliptusów.

Wydłużały się wieczorne cienie.

- Powinieneś pomyśleć o jakiejś rozrywce - mówił Jean Aumont nieomal ojcowskim 

tonem. - Za tydzień musisz być w pracy, a daleko ci jeszcze do pełnej formy...

Andre pokręcił głową zdegustowany.

- Co ci jest? - ciągnął Jean. - Czy to możliwe, żebyś nie potrafił otrząsnąć się z tego 

paraliżu woli? Budzisz litość, jak się na ciebie patrzy, a kiedy pomyślę, że doprowadziła do 

tego jakaś kobieta, to daję słowo, że mam ochotę ci przyłożyć.

Andre ze spuszczoną głową przyglądał się wzorom na tapecie.

- Nie upieraj się - ciągnął dalej nie zniechęcony przyjaciel. - Wyjedź z Saint Julien na 

kilka dni. Weź samochód i wypuść się w kierunku Biarritz. Są tam dziesiątki nadmorskich 

miejscowości, które aż się roją od pięknych dziewczyn. Czy próbowałeś już metody “klin 

klinem"?

Andre popatrzył na niego lodowatym wzrokiem.

- Poznałeś Weenę, prawda?

- Tak, kiedy przyjechałem do Saint Julien na zaproszenie, które dostałem od ciebie 

tydzień  wcześniej.  Ale  tymczasem   dziewczyna   rozgościła  się  w  twoim  domu.  Tego  dnia 

zjadłem   wraz   z   wami   najbardziej   milczące   śniadanie   w   swoim   życiu.   Nawet   nie 

rozpakowałem bagaży, przypominasz sobie? Tego samego popołudnia wyjechałem pod ja-

kimś pozorem...

- Poznałeś ją, prawda?

-   Ależ   tak,   Andre,   widziałem   ją   wtedy.   -   Przez   chwilę   siedział   zmieszany,   ze 

zmartwioną miną osoby, która widzi, że nie jest w stanie pomóc przyjacielowi. - Była bardzo 

piękna, jeśli o to ci chodzi. Wiem, że nie jest łatwo znaleźć kogoś, kto ją godnie zastąpi...

Andre uderzył się pięścią w czoło.

- Boję się, że zwariuję - powiedział wstając i zaczął spacerować wzdłuż pokoju. - 

Gdybym ją tylko potrafił wymazać z pamięci, gdybym mógł ją wyrzucić z głowy...

-   Posłuchaj   mnie   -   jeszcze   raz   powtórzył   Jean.   -   Zmień   otoczenie.   Gdyby   nie 

wystarczył   ci   ten   tydzień,   który   jeszcze   masz,   żeby   dojść   do   formy,   to   zawsze   możesz 

poprosić o przedłużenie...

- To nic nie da - powiedział Andre tonem skargi, zatrzymując się przed przyjacielem. - 

background image

Może najlepiej będzie od razu wrócić do pracy. Muszę się otępić pracą, Jean. Kto wie, może 

jutro lub pojutrze zobaczysz mnie w Centrum Biologicznym. Zamknę się w laboratorium i 

wyjdę z niego, dopiero kiedy znowu będę spokojny.

Jean spochmurniał i pokręcił z dezaprobatą łysą głową. - Masz zszarpane nerwy - 

rzekł - twarz wycieńczoną, a oczy spuchnięte z braku snu. Przyznaj się, nie możesz zasnąć, 

prawda?

- Nie - powiedział zirytowanym głosem Andre. - Robię wszystko, żeby nie zasnąć, nie 

chcę, żeby noc zapełniła się koszmarami, rozumiesz?

- Koszmarami? Przesadzasz, Andre!

- Posłuchaj, Jean, nie wiesz, co się przydarzyło w noc poprzedzającą jej odejście... 

Zobaczyłem potworną rzecz, Jean, i ten obraz nadal mnie prześladuje. Z każdym dniem jest 

mi coraz trudniej usunąć go sprzed oczu, z każdym dniem coraz bardziej się przekonuję, że 

nie było to przywidzenie...

Jean   wybałuszył   oczy.   Zamieszanie   i   zdziwienie   malowały   się   na   jego   szerokiej, 

kościstej twarzy.

- Uspokój się - powiedział próbując nie okazywać zainteresowania tym, co powiedział 

przyjaciel. - Co takiego przydarzyło się tamtej nocy?

Andre powoli nalał sobie coś do picia. Zaczął opowiadać. - Zasnęliśmy późno, jak 

zwykle. Ja przynajmniej spałem. Raptem, w środku nocy, rozszalała się burza i znienacka się 

obudziłem. Weena przysunęła się bliżej, cała drżała ze strachu. Schowała się w moje ramiona 

jak przerażone dziecko. Wydawało się, że na zewnątrz przyroda oszalała: morze - jak pomruk 

rozgniewanego   olbrzyma,   a   wiatr   -   wycie   rozwścieczonych   zwierząt.   Chwilami   pokój 

rozjaśniał się jak za dnia. Poszedłem zamknąć okno, ale światło błyskawic i tak docierało do 

środka, mogłem rozróżnić szczegóły mebli, przedmiotów i...

- Mów dalej - powiedział Jean, nie będąc już w stanie ukryć swojej ciekawości.

- Zobaczyłem Weenę - ciągnął Andrć roztargnionym głosem. - Głaskałem ją, kiedy w 

pewnej chwili dłuższa i jaśniejsza błyskawica oświetliła pokój. Jean! Jej twarz była biała jak 

kreda, bardzo miękka  pod głaszczącymi  ją palcami...  A  oczy,  nie potrafię  opisać ci tych 

oczu... Były białe i wielkie jak dwa duże zegarki. Rozumiesz, Jean? Przy mnie, w moim 

łóżku, leżał potwór!

Jean odszedł. Poklepał go ręką po ramieniu, mrugnął okiem na znak, że tej historii o 

Weenie z białą twarzą absolutnie nie można brać poważnie. Dla niego było jasne, że Andre 

jest wyczerpany, że potrzebuje odpoczynku i rozrywki.

Jean się nie mylił. Ale Andre nie chciał oddalać się od Saint Julien, wolał pozostać w 

background image

Chateau Beauregard, mimo że miejsce to ustawicznie przypominało mu Weenę. W każdej 

chwili spodziewał się tego zarozumialca Laforgue'a, albo przynajmniej jakiegoś pisemnego 

raportu o wynikach dochodzenia. To był również bardzo istotny powód pozostania w Saint 

Julien.

Andre spędził  kilka dni pogrążony w obsesyjnej  depresji psychicznej. Kilkanaście 

razy dzwonił do biura detektywa. Bystrego Oka nie było. Sekretarka potwierdziła, że szef 

wyjechał z Bordeaux w celach służbowych. Był jednak spokojny, bo jego numer telefonu 

został zapisany; jak tylko Laforgue się pojawi, Andre zostanie powiadomiony.

Minął cały tydzień. Andre wyglądał listonosza, ze dwadzieścia razy dziennie pytał 

Gabriela, zarządcy domu, czy nie było przypadkiem telegramu lub telefonu z Bordeaux. Ten 

kręcił przecząco głową i z niezadowolonym wyrazem twarzy wycofywał się mrucząc coś pod 

nosem.

W końcu Laforgue dotarł do Chateau Beauregard. We wtorek rano. Andre był przy 

oknie i zauważył mały, czerwony, zakurzony samochód przejeżdżający przez bramę. Bystre 

Oko   z   marynarką   przewieszoną   przez   rękę,   w   samej   koszuli,   zlany   potem   przemierzał 

dziedziniec. Andre ruszył ku niemu prawie biegiem.

- Potwornie chce mi się pić - powiedział Laforgue, zanim jeszcze uścisnął mu rękę. - 

Do diabła, co za upał.

Andre zaprowadził go do sali na parterze, ozdobionej bronią. Laforgue nie powiedział 

słowa, dopóki nie wychylił dwóch szklanek lemoniady z lodem.

Andre  drżał   z   niecierpliwości.   Detektyw   przejechał   wierzchem   dłoni   po   wąsach, 

poszperał w kieszeniach, po czym wolno zapalił papierosa.

- Rude mogą  naprawdę przyprawić  człowieka  o desperację - powiedział  jakby do 

siebie.   -   A   nie   mówiłem,   doktorze   Clement?   Przeklęte   farby,   Francja   pełna   jest   rudych 

czupryn.   Czy   pan   wie,   ile   kilometrów   przemierzyłem?   Podążałem   trzema   fałszywymi 

tropami, zanim natknąłem się na właściwy!

- Ach! Dzięki Bogu udało się panu trafić na jej ślad. Gdzie jest Weena?

Laforgue skrzywił się i rozłożył ręce gestem najwyższego zniechęcenia.

- Chwileczkę, doktorze. Proszę, żeby mnie pan źle nie zrozumiał. Widzi pan, pierwszy 

trop, którym podążałem, doprowadził mnie ni mniej ni więcej talko do La Rochelle. Chodziło 

tu o farbowaną rudą, która wyjechała z Saint Julien popołudniem siódmego. Powinienem był 

od razu się połapać, że trop jest fałszywy, ale...

- Przejdźmy do sedna sprawy - przerwał mu Andre. - To są szczegóły, które mnie nie 

interesują. Proszę opowiedzieć o właściwym tropie, chcę wiedzieć coś o Weenie. Gdzie jest?

background image

- W Roąuefort, nad brzegiem rzeki Douze. Widziano ją tam w zeszłym  tygodniu, 

ponad   dwadzieścia   osób   mi   to   potwierdziło.   Ruda,   z   piegami   na   ramionach,   spodnie   z 

czarnego aksamitu, srebrne sandały i błyszcząca zielona bluzka. To była bez wątpienia ona. 

Ale zniknęła. Przepatrzyłem cały rejon, dom po domu, przeprowadziłem wywiad na wsi, w 

fabrykach,  szpitalach  i  komendach   policji.  Wie  pan,  mamy  wszędzie  trochę   znajomych   i 

przyjaciół...

Wszedł Gabriel trzymając maleńką srebrną tacę.  - Przyszedł list, panie doktorze - 

powiedział zarządca zatrzymując się w odległości dwóch metrów.

Andre   nawet   na   niego   nie   spojrzał.   Zrobił   zniecierpliwiony   ruch,   który   wprawił 

Gabriela w prawdziwe zakłopotanie.

Zarządca   domu   położył   tackę   na   podłużnej   intarsjowanej   skrzyni   i   wyszedł   ze 

spuszczoną głową.

- Niech pan mówi dalej - poprosił Andre zwracając się do detektywa - proszę mi o 

wszystkim opowiedzieć.

- Dziewczyna opuściła Saint Julien wynajętym samochodem. Dotarłem do kierowcy, 

który jej towarzyszył - to niski młody człowiek o imieniu Rene, który prowadzi wynajem 

samochodów w tej okolicy, kilka kilometrów stąd. Wyjechali koło ósmej rano przy potwornej 

pogodzie, dziewczyna była cała mokra. Spieszyła się, jakby się paliło. Renę mówi, że odniósł 

dziwne wrażenie, kiedy ją zobaczył stojącą przed nim, przemokłą, z włosami przyklejonymi 

do twarzy. Warunki jazdy były bardzo trudne i dojechanie do Roquefort zabrało im ponad 

dwie godziny. Renę powiada, że dziewczyna sprawiała wrażenie przestraszonej. Siedziała na 

tylnym siedzeniu i wyraźnie wyglądała na cierpiącą. Widział ją we wstecznym lusterku. W 

czasie   całej   podróży   trzymała   chusteczkę   na   twarzy.   Renę   powiedział,   że   nie   zdołał   się 

zorientować, czy robiła tak, bo przeszkadzało jej światło błyskawic, czy też...

Laforgue przez chwilę się zawahał, po czym kontynuował: - Nie wiem, co mam panu 

powiedzieć. Renę mówi, że dziewczyna siedziała z odwróconą głową, z rękami w kieszeniach 

i rozłożoną chusteczką na twarzy. Może dlatego, że płakała i nie chciała, żeby ją widziano. 

Tak sądzi ten młody człowiek, ale ja jestem zupełnie innego zdania...

- To znaczy? - spytał Andre niepewnym głosem.

- Dziewczyna pożegnała kierowcę na skrzyżowaniu w Saint Justin i weszła do baru 

dla kierowców ciężarówek. Rozmawiałem z kierownikiem i udało mi się powiązać ze sobą 

pewne szczegóły. Rozumie pan, doktorze, jest niemożliwe, żeby o jedenastej rano lokal był 

pełen pijanych klientów. Szef wydał mi się dorzecznym facetem. Twierdzi, że dziewczyna 

wpadła do sklepu prawie biegiem. Wypiła dwie czy trzy szklanki wody, wydawało się, że cała 

background image

pali się w środku. A potem... potem źle się poczuła. Zrobiła się trupio blada, ze sflaczałą 

zwisającą i pomarszczoną skórą jak u staruszki. Nie wiem, doktorze, może kierowcy byli pija-

ni... Kierownik mówi, że twarz kobiety cały czas się zmieniała, raz była piękna, raz straszna, 

z okrągłymi oczami białymi jak mleko...

-   Dosyć!   -   krzyknął   Andre,   doszedłszy   do   kresu   wytrzymałości.   -   Niech   mi   pan 

przestanie opisywać jej wygląd. Chcę wiedzieć, co się potem działo, gdzie pojechała, gdzie 

się ukryła...

Laforgue, niepocieszony, ponownie rozłożył ręce.

- Zniknęła - powiedział zaciskając wargi w grymasie prawdziwej przykrości. - Kiedy 

chwiejąc się wyszła z lokalu, poszła drogą prowadzącą do lasu. Rozmawiałem z ostatnią 

osobą,   która   ją  widziała   -   z   drwalem,   co   dzierżawi   kawałek   lasu.   Mówi,   że   dziewczyna 

przeszła przed jego barakiem i skierowała się jak oszalała biegiem do lasu. Wkrótce potem 

usłyszał jakby wybuch czy przytłumiony hałas, jak uderzenie w bęben. Nic poza tym. Gnany 

wątpliwościami, ja też zapuściłem się w las. Zapewniam pana, że nie ma żadnego śladu. 

Jedyna rzecz warta uwagi to okrągła plama wypalonej roślinności, ciemna plama o średnicy 

pięciu   czy   sześciu   metrów,   w   odległości   około   pół   mili   od   skraju   lasu.   Może   chodzi   o 

samospalenie, albo może... Przyszło mi do głowy, że mogło to być miejsce postoju Cyganów.

Andre już go nie słuchał. Owładnął nim trudny do opanowania niepokój. Było  to 

uczucie niejasne i nieokreślone, ale które powoli, stopniowo i niepostrzeżenie przekształcało 

się   w   coraz   jaśniejszą   myśl,   aż...   Wielki   Boże!   Jakiż   sens   mogłoby   mieć   podobne 

podejrzenie? Nie wolno, w żadnym przypadku nie wolno pozwolić wyobraźni, żeby zrobiła 

tak makabryczny żart! Weena odeszła. Ale kim była Weena? Miał jeszcze! przed oczyma tę 

białą   twarz,   nagle   mięknącą   pod   jego   pajcami,   które   ją   pieściły;   te   oczy   okrągłe   i 

wytrzeszczone jak dwie kule żelatyny, złowrogie i potworne w świetle błyskawic...

Laforgue   tłumaczył   się.   Dla   niego,   jako   dla   detektywa   poszukiwania   były 

zakjończone, ale jeśli chciałby dodatkowo zbadać...

Odprowadził go do drzwi. Oszołomiony stał na schodach wejściowych i psitrzył, jak 

zakurzony samochód oddalał się z rykiem motoru.

W chwilę potem zarządca domu przebudził go jakby ze snu.

- List, doktorze - przypomniał mu uprzejmie. - Jest w sali z bronią, na podłużnej 

skrzyni.

Wszedł do domu jak somnambulik. List. Zanim go jeszcze wziął do ręki, zorientował 

się, że jest od Weeny. Dziwne - wcale się nie spieszył, żeby go przeczytać. Była w nim jakaś 

jasna świadomość, jakby dotycząca niezmiennych rzeczy i zdarzeń, pewność podstawowa i 

background image

czysta jak instynkt.

Andre musnął palcami szorstką, dość pomiętą kopertę, całą poszarpaną i w plamkach. 

Imię   i   adres   napisane   były   dużym,   dziecinnym   charakterem   pisma.   Wolno,   prawie   z 

ociąganiem rozerwał kopertę. Cztery kawałki papieru, bez daty; litery, które stawały się coraz 

bardziej niepewne i zmęczone, a na dole, na samym końcu, napisane wielkimi literami imię: 

WEENA.

Wróciło poprzednie napięcie, naszła go gwałtowna fala wspomnień, niemal zwalając z 

nóg. Potem znowu obojętność. Tak jakby wrażenia i wspomnienia dotyczyły nie jego, a kogoś 

innego, kogoś, kto grasował wewnątrz jego “ja" jak kłusownik.

Czytał:

“Drogi Andre, tak się rozpoczyna list, prawda? Muszę poprosić cię o przebaczenie. 

Sprawiłam, że zrodziło się w tobie złudzenie, dobrze wiedząc, że nie będę go mogła stale 

podtrzymywać.   Andre,   mój   Andre,   kochany,   jedyny,   moja   nieosiągalna   miłości!   Kiedy 

dostaniesz  ten mój  list, będę  daleka,  poza  czasem  i przestrzenią,  poza  jakąkolwiek wyo- 

brażalną barierą. Nie pytaj  gdzie, nie próbuj zrozumieć, bo nie zdołasz. Winna ci jednak 

jestem przynajmniej jakieś wyjaśnienie, nawet jeśli wiem, że będzie mi bardzo trudno cię 

przekonać. Masz wszelkie prawo znać powody, które mnie popchnęły do ucieczki. No więc... 

To nie jest łatwe, Andre. Gdybyś na chwilę mógł odzyskać niewinny i ufny umysł dziecka, 

może... Spróbuj wyobrazić sobie odległy świat, świat jak wiele innych, jak twój, w którym się 

cierpi i przeżywa radości, świat istnień, których wygląd może być dla ciebie odrażający. A 

teraz pomyśl o czarodziejce, która ma dziwną moc, która może dzięki swoim umiejętnościom 

zmienić   swój   potworny   wygląd,   ale   która   jest   smutna   i   nieszczęśliwa,   ponieważ   natura 

pozbawiła ją możliwości, jaką inne kobiety posiadają: zostania matką. Pomyśl też o moż-

liwym na to lekarstwie. Pomyśl o cudownym zielu, które może dać czarodziejce to subtelne 

przeżycie miłości macierzyńskiej. Wiem, pomyślisz sobie o mnie jak o jakiejś pomylonej, 

która bredzi, albo że to jakiś żart w najgorszym guście. A jednak, jakkolwiek mpże ci się to 

wydawać absurdalne i nierealne, bajka, którą ci przedstawiłam, jest prawdziwa. W świecie, z 

którego pochodzę i do którego właśnie mam wrócić, stanowię nadzwyczaj rzadką anomalię. 

Żaden   samiec   mojego   gatunku   nie   może   uczynić   mnie   matką.   Ale   ty   tak.   Ty   albo 

którykolwiek z mieszkańców twojego małego świata. Dlatego przybyłam między was. Czy 

przypominasz sobie, Andre, nasze pierwsze spotkanie na plaży?  Leżałeś pod promieniami 

słońca jak posąg z miedzi, piękny i delikatny. A jednak... Czułam wstręt. Ponieważ jesteśmy 

odmienni, kochany! Nie pytaj, jak mogłam i jak to potem zrobiłam, że ciebie pokochałam. 

Czy królowa pszczół może się zakochać w trutniu? Tak się stało, Andre. Czułam swoje ciało, 

background image

to   prawdziwe,   to,   które   ukrywałam   przed   tobą   za   złudnymi   kształtami   tak   dla   ciebie 

atrakcyjnymi, jak z każdym dniem i każdą godziną upodabniało się do twojego. Życie obok 

ciebie było jakby cofaniem się do jakiejś wspólnej, pierwotnej matrycy. Wtedy czułam, że 

jesteś częścią mnie samej. W słoneczne popołudnia i głębokie noce czułam twoje ciało jako 

kontynuację   mojego.   I   kochałam   cię,   Andre.   Ź   oddaniem.   Całkowicie.   Całym   swoim 

jestestwem.  A potem... Myślę o ostatniej  nocy spędzonej razem,  kiedy światło błyskawic 

oświetlało pokój, a ty mogłeś przez chwilę zobaczyć, jak naprawdę wyglądam. Nie, Andre, to 

nie było przywidzenie. Nieomal czytałam wtedy w twoich myślach i przeczuwałam niepokój, 

który już nadchodził za tym twoim nagłym wstrząsem.  Pamiętasz?  Chciałam, żebyś zapalił 

światło, chciałam z najwyższym wysiłkiem pokazać ci się jeszcze raz, w całej okazatości 

mojego  pozornego piękna.  Nie wiesz, jak cierpiałam.  Ściskałeś  mnie,  chwytałeś  mnie  za 

ramiona i ręce z dzikim szałem; wydawało się, że chcesz kontrolować każdy centymetr mojej 

skóry,   konsystencję   moich   tkanek,   jedrność   mojego   ciała.   To   było   oszustwo,   Andre. 

Wydawałam ci się piękna dzięki określonemu, konkretnemu aktowi woli. Czarodziejka może 

tego   dokonać,   wiele   innych   rzeczy   też.   Ale   nie   wiesz,   jakie   bogactwa   energii   życiowej 

musiałam zmarnotrawić, żeby pozostać u twego boku, żeby wydawać ci się piękną w każdej 

chwili   dnia   i   nocy.   Nie   poznasz   nigdy   niepokoju,   dzikiego   strachu,   tego   potwornego   i 

upokarzającego   momentu,   kiedy   nie   byłabym   już   w   stanie   panować   całkowicie   nad 

komórkami   własnego   organizmu.   Byliśmy   razem   przez   dwa   tygodnie,   długie   i   krótkie 

tygodnie wakacji miłości, które wypaliły całą moją młodość. Wiedziałam o tym, Andre. I 

dalej trwałam przy twoim boku. Teraz jestem już prawie stara, wyczerpana. Wystarczyłaby 

jedna   twoja   pieszczota,   abym   rozpadła   się,   lub   umarła.   Rozumiesz,   dlaczego   uciekłam? 

Wybacz mi. Daleko poza czasem i przestrzenią, wrócę ze szkatułką cennych wspomnień i 

wydam na świat dziecko, to namacalne spełnienie pięknej i niemożliwej miłości. Tak, Andre, 

ty także byłeś jedyny, jestem tego pewna. Mój instynkt nie może mnie zawieść. Gdyby tak się 

stało, całe, całe moje życie zostałoby pozbawione sensu. Tajemnica miłości jest przeogromna, 

ale macierzyństwo... Wierz mi, nic mi już nie pozostało. Twoja na zawsze. WEENA."

- Gabriel! - zawołał rozpaczliwie Andre. - Chodź tu, Gabrielu. Kto przyniósł ten list?

- Był w skrzynce, panie doktorze.

Panie doktorze. Panie doktorze. Panie doktorze. Był  szalonym,  ślepym nieukiem i 

tyle! Nie logika, ale instynkt, albo może wygodne alibi kazało mu wierzyć.

Otworzył okno wychodzące na morze, uderzył rękoma zwiniętymi w pięść o parapet i 

wymamrotał: - Weena!

Nieszczęsna,   biedna   kobieta,   przybyła   ugasić   pragnienie   w   wyschniętym   źródle. 

background image

Czarodziejka może wiele, z pewnością! Wiedza czarodziejki jest prawie nieskończona. Ale 

także   i   ona   znajduje   swoje   granice   -   w   rzeczach   banalnych   i   przypadkach,   w   rzeczach 

nieprzewidzianych.

Andre przejechał dłonią po czole. Całe życie strawione w spazmie szalonej miłości. 

Bezużyteczna ofiara.

Wyszedł z domu jak pijany, pobiegł między ogrodami i zaroślami w dół, ku morzu. 

Przemierzył wyludnioną plażę i biegnąc myślał... Pięć lat codziennego kontaktu z substan-

cjami radioaktywnymi...

- Weena!  - krzyknął.   Morze  pochłonęło   jego głos,  przywróciło   mu   z szumem   fal 

niepokój wiecznie oczekującego łożyska. - Weena! Weena! - Andre był bezpłodny.

background image

ROZKAZY NALEŻY BEZWZGLĘDNIE WYKONYWAĆ

Howard   Drummond,   właściciel   i   dyrektor   Science-   Fiction   Magazine   w   San 

Francisco, wytknął nos spoza papierów, które pokrywały biurko, i uśmiechnął się do panny 

Merwin.

- Słucham panią? - spytał uprzejmie. - Czy coś jest nie w porządku?

Priscilla Merwin poprawiła fałdy czarnego fartucha. Stała przed dyrektorem trzymając 

pod ręką plik starych numerów czasopisma, z miną złapanego w sidła przestraszonego ptaka, 

splatając i rozplatając na przemian ręce ze zdenerwowania.

- Panie Drummond - powiedziała w końcu zgnębionym tonem - chciałabym z panem 

porozmawiać. - Spojrzała w kierunku Betty Sheridan, osobistej sekretarki dyrektora, i dodała: 

- W cztery oczy.

Drummond zerknął na zegarek. - Jest dziewiętnasta trzydzieści - rzekł zwracając się 

do sekretarki. - Niech pani idzie do domu; i tak niedługo zamykamy.

Mechanicznym gestem wskazał krzesło. Priscilla usiadła układając sobie magazyny 

możliwie wygodnie na kolanach. Była raczej brzydka, wysoka i wątła, z równymi, krótko 

obciętymi jasnymi kosmykami, o piegowatej żółtawej cerze - mnóstwo czerwonych kropek na 

pergaminowym tle.

Drummond, opierając łokcie na stole, złączył opuszki palców.

- Słucham panią - powiedział, kiedy tylko zostali sami.

- A więc - zaczęła Priscilla i odkaszlnęła. - Chodzi o Roya Donovana i Larry'ego 

Robsona.

- Jakieś przykrości w pracy?

-   Ach,   nie,   praca   idzie   dobrze   -   zapewniła   Priscilla.   Siedziała   przez   chwilę 

niezdecydowana, jakby szukając właściwych słów. - Nie wiem, jak to panu powiedzieć, panie 

Drummond, pomyśli pan, że jestem głupia albo wręcz, że mi się w głowie pomieszało. Ale 

proszę o cierpliwość, przygotowana jestem na wysłuchanie wszystkiego. Pomyślałam jednak, 

że przed zawiadomieniem policji powinnam porozmawiać z panem...

- Zawiadomić policję?

- Tak, panie Drummond, wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.

Dyrektor zrobił zniecierpliwiony gest. - Cóż takiego się stało?

background image

- Chodzi o Roya i Larry'ego, już mówiłam.

- No więc?

- To są dwaj Marsjanie!

Drummond podskoczył na krześle. Ściągnął wargi i skrzywiony przyglądał się Priscilli 

prawie z nienawiścią. - To jest żart w najgorszym guście! - krzyknął i walnął pięścią w stół. - 

A więc Marsjanie, tak? Brak pani pomysłowości, panno Merwin. Ładne rzeczy... Od rana do 

wieczora żyjemy pogrążeni po sam czubek nosa w fantastyce naukowej, otoczeni upiorami i 

wampirami, nękani przez mieszkańców Urana i Księżyca, a pani, ot, tak sobie dla odmiany 

przychodzi mi tu opowiadać o Marsjanach. Kogo chce pani rozbawić?

- Panie Drummond...  - szepnęła  Priscilla  - zapewniam  pana, że  nie żartuję.  Mam 

dowody na to, co mówię.

Dyrektor ponownie podskoczył.

-   Proszę   posłuchać...   -   ciągnęła   dalej   Priscilla   poprawiając   na   nosie   okulary.   - 

Przyjrzałam im się dokładnie. Pierwszych podejrzeń nabrałam czytając opowiadania Roya. - 

Otworzyła  jakiś  stary numer  S-F  M. - Niech pan czyta  tutaj - powiedziała.  - Niech pan 

przeczyta opis czerwonej pustyni na Marsie. Doskonały! - Wzięła do ręki inny egzemplarz 

pisma. - A tu? Proszę spojrzeć! Tu mówi o bagnach na Wenus. Czy nie wydaje się panu, że 

ma   pan   je   przed   oczami,   no   i   te   lasy,   i   wysokie   szczyty   gór?   Niech   się   pan   przyjrzy 

ilustracjom Larry'ego. - Rzuciła numer pisma na stół; na okładce pasł się dwugłowy potwór o 

guzowatej  skórze  i  dymiących   nozdrzach.  -  To  lepsze  niż  jakakolwiek  fantazja,  prawda? 

Oczywiście! Tylko ten, kto naprawdę widział na własne oczy takiego potwora, potrafi go tak 

odmalować.

Drummond   sapnął.   Panna   Priscilla   straciła   swoją   początkową   nieśmiałość   i   teraz 

zasypywała go dosłownie lawiną cytatów. Stała się agresywna, omotywała go coraz gęstszą 

siecią paradoksalnych  argumentów. Drummond  zrozumiał,  że zamiast  sprzeciwiać  się jej, 

lepiej zrobi potakując.

- No, dobrze, dobrze! - zawołał tonem pełnym zrozumienia i sympatii. - Roy i Larry to 

dwaj   młodzi,   zdolni   ludzie,   płacę   im   mnóstwo   pieniędzy   właśnie   za   to.   Gdyby   nie   byli 

utalentowani, już dawno bym się ich pozbył.

Otworzyła inny numer pisma. Jakiś fragment zakreślony był czerwonym ołówkiem. - 

Niech pan czyta - nalegała Priscilla.

Drummond z ukosa rzucił okiem na pismo.

- W tym opowiadaniu Roy opisuje drugą stronę Księżyca. A to jest rysunek Larry'ego, 

niezwykle podobny do fotografii opublikowanych we wszystkich gazetach.

background image

- No i co w tym dziwnego?

- Ależ niech pan popatrzy na datę, bardzo proszę! - błagała panna Merwin. - Ten 

numer pochodzi z kwietnia 1959. Pierwsza fotografia drugiej strony Księżyca, nie muszę 

chyba  tego panu przypominać, została  przekazana  dopiero w końcu października. W jaki 

sposób Roy mógł dać tak szczegółowy opis z wyprzedzeniem półrocznym? A Larry? W jaki 

sposób wytłumaczyć tak wczesny rysunek?

Drummond podrapał się w szyję z pewnym zmieszaniem.

- Cóż mam na to pani powiedzieć! - westchnął. - Pewnie zbieg okoliczności. To się 

czasem   zdarza,   zupełnie   niespodziewanie   dzieło   wyobraźni   okazuje   się   podobne   do 

rzeczywistości. Takie rzeczy się zdarzają.

- To nie jest dzieło wyobraźni - lodowatym głosem odrzekła panna Merwin.

- Na Boga! Nie myśli pani chyba poważnie, że... Trochę za daleko się pani posuwa!

Priscilla Merwin zaczerwieniła się. Spuściła oczy i zmieszała się w pełnej szacunku 

obawie.

- Panie Drummond - podjęła słabiutkim głosem. - Jest jeszcze coś. Panie Drummond... 

Dyrektor podniósł oczy w górę.

- Bardzo proszę, niech się pan nie śmieje - ciągnęła. - Postanowiłam wyrzucić z siebie 

wszystko, więc powiem i tak. Jakiś czas temu miałam słabość do tego młodego człowieka...

- Do którego? Roya czy Larry'ego?

- Do Roya. Mówiłam sobie: może nie zwraca na mnie uwagi, bo jestem już dla niego 

za   stara,   może   w   San   Diego   jest   jakaś   kobieta.   Wie   pan,   Roy   zawsze   mówi,   że   zanim 

przyjechał do San Francisco mieszkał w San Diego na 59 ulicy. No więc... Panie Drummond, 

niech mnie pan nie gani, zasięgnęłam języka. Żaden Roy Donovan nigdy nie istniał w San 

Diego. I jeszcze jedno - tam nie ma 59 ulicy. Roy naopowiadał nam bajek.

Drummond starał się zachować spokój. Spokojnie pukał ołówkiem po stole, ale od 

czasu do czasu wyrywało mu się pełne politowania westchnienie.

- Jest cichociemny - oświadczyła Priscilla.

- Jaki?

- Cichociemny. Niemal na pewno pochodzi z Marsa.

Drummond zmienił taktykę. Zaczął przyglądać się pannie Merwin poważnie, czy też 

lepiej - obojętnie, tak jak to robią lekarze z pacjentami chorymi umysłowo.

- A dlaczego właśnie z Marsa? - spróbował zapytać.

-   Zrozumiałam   to   ze   sposobu,   w   jaki   obchodzi   się   z   wodą.   Robi   to   oszczędnie. 

Pewnego dnia, kiedy temperował ołówek, zaciął się w palec. Poszłam z nim do toalety, żeby 

background image

mu go opatrzyć. Trzeba było zobaczyć, jak używa wody. Odkręcił kurek tak, że leciał tylko 

cieniutki strumyczek wody; to przyzwyczajenie, które mógł w sobie wyrobić ktoś, kto przez 

długi czas mieszkał w świecie, gdzie brakuje wody.  Poza tym... czy zwrócił pan uwagę? 

Zawsze nosi ciemne okulary. To także dowód. Wie pan dobrze, że na Ziemi światło słoneczne 

jest bardziej intensywne niż na Marsie.

-   Proszę   posłuchać   -   powiedział   Drummond   -   uważam   panią   za   przykładnego 

pracownika, za prawdziwą podporę naszego pisma... - ważył słowa, jakby chciał podkreślić 

to,  co  mówi.   -  Być   może   ostatnio   zbyt  dużo   pani  pracowała.  Może  tydzień  odpoczynku 

pozwoli pani wrócić do równowagi.

Priscilla   Merwin   zaczęła   płakać.   -   Wiedziałam...   -   żaliła   się   pociągając   nosem.   - 

Wiedziałam, że weźmie mnie pan za wariatkę. Ale słyszałam ich, mówię panu, że ich sły-

szałam!

- Co pani słyszała?

- Roya i Larry'ego. Sądzili, że są sami w pokoju, i rozmawiali. Językiem zabawnym, 

rwanym, samymi sylabami... Jakby po japońsku.

- Zrobili to tak sobie, żeby pożartować...

- Ależ skąd! Głośno krzyczeli i co jakiś czas walili pięścią w stół. Pomyślałam, że 

skończy się na wybiciu kilku zębów. No, a dziś rano stało się coś niesłychanego, absur-

dalnego i rozwiewającego wszelkie wątpliwości. Niech pan posłucha, panie Drummond. Jeśli 

pan chce, może pan zadzwonić do domu wariatów, żeby po mnie przyjechali, proszę bardzo. 

Zamkną mnie w oddziale dla cierpiących na halucynacje, nieważne. Już dłużej nie mogę, nie 

mogę już ukrywać tego, co widziałam, muszę to komuś powiedzieć, panu albo policji, żeby 

można było coś zrobić.

Drummond,   niepocieszony,   pokręcił   głową.   Priscilla   osuszyła   oczy,   potem   głośno 

wydmuchała nos.

-   Dziś   rano   -   podjęła   -   była   chyba   dziesiąta...   Pisałam   na   maszynie   ostatnie 

opowiadanie Roya - to, które ma się ukazać w najbliższym numerze. On stał za biurkiem, 

zamyślony   wyglądał   przez   okno,   a   Larry   był   w   głębi   pokoju,   przy   stole   rysowniczym. 

Widziałam całą scenę kątem oka. Wie pan, już od jakiegoś czasu bacznie ich obu obserwuję. 

W pewnej chwili Larry powiada: “Masz papierosa, Roy?" “Tak" - odpowiada Roy, cały czas 

wyglądając przez okno, “paczka leży na biurku". Spodziewałam się, że Larry wstanie, albo 

powie “Rzuć jednego". A jednak nie. Zobaczyłam, jak pudełko samo się otwiera, podnosi się 

brzeg cynfolii, papieros wysuwa się z pudełka i zawieszony w powietrzu przemierza pokój. 

Ku Larry'emu. Nie jestem wariatką, panie Drummond. To była najprawdziwsza tele- kineza - 

background image

coś, co potrafią tylko Marsjanie.

Ponownie   wybuchnęła   płaczem,   tym   razem   był   to   ciąg   niepohamowanych   łkań   i 

szlochów. Wydawało się, że wpadła w histerię.

Drummond nie wiedział, co robić. - To z pewnością jakaś sztuczka - powiedział. - Do 

licha!   Na   filmach   o   niewidzialnym   człowieku   zdarzają   się   rzeczy   jeszcze   bardziej 

niepokojące. Niech pani będzie spokojna, panno Merwin.

To była sztuczka, nic innego tylko jakaś sztuczka. Ci dwaj postrzeleńcy zabawiali się 

pani kosztem...

- Niech mnie pan przeniesie do innego działu, panie Drummond. Nie wrócę już do 

pokoju pracować z tymi dwoma. Boję się.

- No, cóż znowu, niech pani nie opowiada głupstw. Jak mówiłem, jest pani trochę 

wyczerpana. Po tygodniu wakacji wszystko będzie dobrze, zobaczy pani.

Priscilla Merwin nie potrafiła się z tym pogodzić. Wtedy Drummond wstał, podszedł 

do niej i zaczął gładzić po ramieniu uspokajającym, pełnym współczucia gestem.

- Rozumiem... - tłumaczył Drummond. - Nasza praca jest potworna. Mnie również w 

nocy trapią koszmary. A Betty? Betty Sheridan stale śni się, że mężczyźni z Wegi chcą ją 

zgwałcić. W każdym razie przywołam tych dwóch do porządku. Zobaczy pani, że już nigdy 

nie pozwolą sobie na żarty za pani plecami. Może pani na mnie liczyć.

Nacisnął dźwigienkę interfonu i powiedział oschłym głosem: - Panno Sullivan, proszę 

powiadomić Donovana i Robsona, że chcę ich natychmiast widzieć u siebie. - Zwrócił się do 

Priscilli: - Niech pani będzie pewna, że zaraz ich podkręcę.

Poufale uszczypnął ją w policzek i uśmiechnął się, po czym odprowadził ją do drzwi.

- Cześć szefie - powiedział wchodząc Donovan.

- A Larry?

- Już wyszedł.

- Idiota! - wrzasnął pan Drummond.

- Ależ... wyszedł, zanim panna Sullivan zawiadomiła.

- Idiota! - z jeszcze większym naciskiem powtórzył dyrektor. - Mówię do ciebie.

Donovan zmieszany podrapał się w głowę.

- A więc ty i ten drugi idiota, Larry, zabawiacie się rozmowami po marsjańsku, tak? 

Dzielni chłopcy! A jakby nie było dość, to jeszcze bawicie się w telekinezę.

Donovan zmarszczył czoło z widocznym wysiłkiem, starając się zrozumieć.

- Przepraszam, szefie, ale nie pojmuję.

- Kretynie jeden! Ta tyka, twoja sekretarka, zorientowała się, teraz rozumiesz?

background image

- Ależ niemożliwe - jęknął Roy. - To znaczy: być może. Przyłapałem ją parę razy, jak 

przeszukiwała   moją   szufladę,   może   dorobiła   sobie   nawet   klucz.   Jednakże   od   kiedy   się 

zorientowałem, zawsze noszę przy sobie kod i najbardziej kompromitujące papiery.

Nerwowo   zapalił   papierosa.   -   Szefie,   dziś   wieczorem   albo   najpóźniej   jutro   rano 

powiedziałbym panu o tym.

- O czym?

- O Merwin. Dziś rano przydybałem ją, jak przeszukiwała kieszenie Larry'ego. Może i 

jest tak jak pan mówi, ta wiedźma w lot się zorientowała.

-   No   pewnie!   -   ryknął   Drummond.   -   Wzbudziliście   jej   podejrzenia,   idioci.   Na 

szczęście niedawno przyszła mi się zwierzyć i dlatego mogłem wszystko naprawić.

Strasznym wzrokiem wpatrywał się przez chwilę w Donovana, potem walnął mocno 

pięścią w stół. - Ileż razy mam ci mówić, że trzeba być ostrożnym? Ci przeklęci Ziemianie nie 

są wcale tacy głupi, jak ci się zdaje. Te fragmenty w opowiadaniu, gdzie opisałeś drugą stronę 

Księżyca,   umknęły   i   mnie.   Ale   mówić   w   ojczystym   języku   czy   unosić   przedmioty   w 

obecności   Ziemian...,   nie,   tego   wam   nie   wybaczę.   Znacie   instrukcję   i   znacie   także   karę 

przeznaczoną dla tych, którzy się jej nie trzymają.

- Wiem, szefie - próbował usprawiedliwić się Roy. - Ale czasem się zdarzy, to siła 

przyzwyczajenia.

- Oczywiście! - ironicznie zauważył Drummond. - I w ten sposób naszą misję diabli 

biorą. Całe lata przygotowań i ofiar zmarnowane przez waszą nieostrożność.

- No to co postanawiamy? Likwidujemy ją?

- Oszalałeś?  Ta żmija chciała  zawiadomić  policję, ale ją od tego odwiodłem.  Nie 

uwierzyliby jej, zgoda, a jednak nigdy nie jest się dość ostrożnym. Posłuchaj mnie teraz. Stara 

panna   ma   do   ciebie   słabość,   czy   też   w   każdym   razie   ją   miała,   zanim   ją   obydwaj 

przestraszyliście...

- I co z tego?

- Poderwij ją - poradził Drummond - zabierz ją wieczorem na spacer. I powiedz, że 

grałeś rolę Marsjanina, żeby ją zainteresować, żeby zwrócić na siebie uwagę. Powiedz, że 

oszalałeś   z   miłości.   Jeśli   ją   zdobędziesz,   to   zdobędziesz   także   jej   zaufanie   i   ewentualne 

milczenie.

- Nie, szefie - powiedział Roy przerażony. - Nie będę się pokazywał ludziom razem z 

tą zubieraną tyką...

-  Milczeć!  -  wrzasnął   Drummond.   -  Zawiniłeś  i  musisz   to  naprawić.   Od  naszych 

przyjaciół z Filadelfii otrzymasz zezwolenie na ślub. Za miesiąc się ożenisz.

background image

Donovan zbladł. Priscilla Merwin była dla niego najbardziej odpychającą istotą, jaką 

spotkał na Ziemi.

- Szefie... - próbował mówić zdławionym głosem. - Nie, szefie, nie ożenię się z tą 

wiedźmą, nie może mi pan tego zrobić. To zbyt dużo...

- Dosyć tego! - uciął Drummond. - To jest rozkaz, rozumiesz? Rozkaz!

Roy Donovan poczuł gwałtowny przypływ buntu. Musiał użyć całej siły woli, żeby się 

opanować. Rozkaz! Był w pułapce bez wyjścia. Regulamin dyscyplinarny mówił wyraźnie. 

Punkt   pierwszy:   “Rozkazy   należy   bezwzględnie   wykonywać".   A   to   był   rozkaz, 

przenajświętszy, nieodwołalny i nie podlegający dyskusji.

Rzucił więc papierosa do popielniczki i wyprostował się na baczność.

Przy rogu budynku, na wpół schowana w cieniu, czekała Betty Sheridan. Było raczej 

ciemno, a nieliczni przechodnie spieszyli się gdzieś.

Kiedy w głębi ulicy pojawiła się Priscilla Merwin, Betty ruszyła ku niej.

- Jak poszło?

- Wszystko w porządku - oświadczyła Priscilla. - Stary połknął haczyk, jakby to był 

jakiś smakołyk. Powiedział, że jestem wyczerpana i dał mi tydzień wakacji, żebym doszła do 

siebie.

Zaczęła się śmiać. Śmiechem przenikliwym i niekontrolowanym, prawie metalicznym.

- A potem? - zapytała Betty.

Priscilla   nie   słuchała   jej.   Śmiała   się   dalej   nie   zwracając   uwagi   na   pytania,   które 

zadawała przyjaciółka. - Och, Betty, trzeba było widzieć starego Drummonda. Ten Marsjanin 

to żaden aktor. Zmartwił się, biedaczysko, a ja mu nie przeszkadzałam w tym. Traktował 

mnie jak starą pannę zdziecinniałą ze strachu, i w końcu uwierzył, że dałam się przekonać.

- To było wielkie ryzyko - powiedziała Betty.

- To co miałam zrobić? - spytała Priscilla stając się nagle znowu poważna. - Roy, ta 

ropucha, zaskoczył mnie z rękami w kieszeniach marynarki jego przyjaciela, mówiłam ci o 

tym, prawda? Jedyny sposób, żeby nie wzbudzać podejrzeń, to zachowywać się jak zwykły 

tubylec, który pewnego dnia orientuje się, że żyje wśród grupy marsjań- skich najeźdźców. 

Poszło dobrze, bądź spokojna. Zrozum, Betty. Musiałam dać poznać, że zauważyłam coś, aby 

potem pozwolić się przekonać, że miałam przywidzenia. Gdybym siedziała cicho, w końcu 

nakryliby nas obie.

Betty skinieniem głowy potwierdziła.

- Ohydni Marsjanie! - wyrzekała Priscilla. - Przybyli na Ziemię, przemieszali się z 

ludźmi,   wślizgnęli   się   do   biur,   do   punktów   dowodzenia,   wszędzie.   Ale   będziemy   ich 

background image

wyławiali, znajdziemy wszystkich i wybijemy co do jednego.

Betty ponownie przytaknęła.

-   Niestety,   wyniknął   pewien   kłopot   -   ciągnęła   dalej   Priscilla.   -   Stary   natychmiast 

wezwał   Roya   do   biura.   Zeszłam   na   dół,   do   archiwum   i   dzięki   mikrofonowi,   który   za-

instalowałyśmy razem w zeszłym tygodniu, wysłuchałam całej rozmowy.

- No i?

- Drummond rozkazał Royowi zalecać się do mnie. Polecił mu ożenić się ze mną w 

przeciągu miesiąca, tak na wszelki wypadek. Teraz chyba rozumiesz? Mam znosić te obleśne 

zaloty Marsjanina? Nie mam najmniejszej ochoty. Z drugiej zaś strony, jeśli pozostanę zimna, 

pomyślą, że nadal coś podejrzewam. Trzeba będzie znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji.

Diaboliczny błysk zamigotał w oczach Betty Sheridan.

- Nie, moja droga Priscillo - powiedziała lodowatym głosem. - Drummond myśli, że 

jest sprytny, a my pozwolimy mu łudzić się dalej. Kazał Royowi ożenić się z tobą. Świetnie. 

Zgodzisz się, i to z chęcią. Żyjąc z Royem będziesz mogła bez wysiłku zdobyć wszystkie 

potrzebne nam informacje, będziesz wiedziała, gdzie ukrywają się inni. Niedługo wszystkich 

wykończymy, zobaczysz.

Priscilla oparła się o ścianę. Zrobiło się jej słabo.

- Co ty mówisz, Betty! - wykrzyknęła głosem pełnym obrzydzenia. - Żartujesz chyba! 

Wiesz, że Marsjanie śmierdzą, a już szczególnie Roy. Ich cierpki odór przyprawia mnie o 

mdłości...

Betty przyglądała się Priscilli surowym, nieprzejednanym wzrokiem.

-   Nie,   Betty!   -   błagała   Priscilla.   -   Cokolwiek,   ale   nie   to.   Nie   możesz,   Betty.   To 

potworne...

- Milczeć! Zrobisz tak, jak powiedziałam. To rozkaz!

Chciała   rzucić   się   na   nią   z   paznokciami,   wyłupić   jej   oczy   w   przypływie   złości   i 

poniżenia. Ale przypomniała sobie, że również w wenusjańskim regulaminie dyscyplinarnym 

pierwszy punkt mówi: “Rozkazy należy bezwzględnie wykonywać".

Z latarni wydobywało się słabe, widmowe światło. Ulica była opustoszała. Priscilla 

Merwin obciągnęła ubranie, wyprostowała ręce wzdłuż ciała i zrezygnowana spuściła głowę 

na znak posłuszeństwa.

background image

TRZYDZIEŚCI SIEDEM STOPNI

Jak zwykle pierwszą osobą, którą Nico spotkał wychodząc z domu, był agent PUM, 

zasuszony   i   pomarszczony   człowieczek   w   amarantowym   kombinezonie   spływającym   po 

lekko pochylonych ramionach. Kombinezon ten, z mnóstwem kieszeni, był cały w fałdach jak 

materiał złożonego parasola. Agent nazywał się Esposito i był południowcem o oliwkowej 

cerze, cienkich wąsikach i z dużym pieprzy- kiem koło ucha, porośniętym czarnymi włosami.

Ten wścibski i natrętny facet, podobny do wszystkich innych kontrolerów PUM, miał 

pod swoją opieką kwartał budynków.

Przeszedłszy dziesięć kroków Nico zatrzymał się i zapiął płaszcz. Czuł się świetnie, 

niebo było błękitne, bezchmurne, dzień wymarzony na rozrywki i spacery w publicznych 

ogrodach.   A   jednak   na   widok   Esposita   instynktownie   podniósł   kołnierz   i   wbił   ręce   w 

kieszenie.

- Dzień dobry - pozdrowił go człowiek z PUM.

Nico   wyciągnął   rękę,   ak   tylko   na   chwilę,   pokiwal   palcami   w   pozdrowieniu 

zamierzonym jako poufałe i spróbował przejść z miną osoby mającej wszystkie papiery w po-

rządku.

Kontroler jednak chwycił go za rękę.

- Pas?

- Wszystko w porządku - oznajmił Nico.

- Ciepła koszula?

- Mam, mam!

- To dobrze - powiedział nie zbity z tropu człowiek z PUM. - Niech pan uważa, panie 

Berti. Kwiecień jest zdradliwy, niech pan nie zdejmuje płaszcza, bo zapłaci pan karę.

- Spokojna głowa, kontrolerze.

Oddalał się pospiesznie, kiedy intensywnie niebieska plama przemknęła obok niego. 

Nicola   Berti   westchnął   i   szedł   dalej   patrząc   lekko   w   lewo,   gdzie   błyszczące,   jaskrawe 

aerokary mknęły rzędem zawieszone nad szosą z pla- stiflexu. Wszystkie były piękne, nawet 

te   stare,   a   także   niewielkie   pojazdy   użytkowe,   bardzo   małe,   ale   jakże   wygodne.   Żółty, 

czerwony,   znowu   żółty,   potem   jeden   niebieski,   potem   zielony,   czerwony,   czerwony, 

niebieski, srebrzystobiały, zielony...

background image

Nico  jeszcze  raz  westchnął.   Wolnymi,  prawie  wystudiowanymi   krokami  przeszedł 

pięćdziesiąt metrów dzielących go od przystanku. Helibusu nie było jeszcze widać. Wmieszał 

się w środek gromadki oczekujących pasażerów, trzydziestu czy czterdziestu osób. Jakiś tęgi 

jegomość próbował przeszkodzić mu w posuwaniu się, ale Nico wypiął pierś i rozpychając się 

łokciami dotarł do pierwszej linii. Kiedy helibus nadjechał, mocno popchnął stojącą obok nie-

go kobietę, oparł się zakusom tęgiego jegomościa i wszedł jako pierwszy. Ktoś zaklął.

- Takie rzeczy za granicą się nie zdarzają - pyskowała zażywna kobieta o wielkim, 

gąbczastym biuście.

- Łobuz! - wrzeszczał staruszek w okularach. - Niech pan weźmie taxi-car, jak się 

panu spieszy.

Nico   poczuł   lekki   ból   w   łydce:   jakiś   chłopaczek,   chcąc   wcisnąć   się   przed   niego, 

manipulował w tłumie nóg swoim tornistrem ze sztucznego włókna.

Automatyczne   drzwi   zamknęły   się   przytrzaskując   czyjś   parasol,   usłyszał   jakieś 

zduszone   złorzeczenie,   potem   przekleństwo,   ktoś   zaczął   się   śmiać;   tymczasem   helibus 

podrywał się do góry zostawiając na ziemi dwadzieścia pięć osób wygrażających pięściami.

Nico z trudnością obszedł kobietę- armatę, kopnął chłopaczka w nogę i prześlizgując 

się między staruszkiem w okularach a kasownikiem dotarł do środka pojazdu, gdzie ścisk był 

mniejszy.   Uchwycił   się   górnej   poręczy   i,   jak   każdego   ranka,   spojrzenie   jego   padło   na 

ogłoszenia umieszczone wzdłuż boków pojazdu, między dachem a okienkami.

Znał   je   na   pamięć.   Pneumatyczne   Poduszki   Lichemin,   Aerokary,   Okazja, 

Pneumatyczne Poduszki Lireppi, Giulia-Gamma, Troecin, Demerces, Dorf, Volkscar Alfa i 

Beta. Były wszystkie. Cała galeria pokus, których nie sposób było nie dostrzec.

CZY POSTANOWIŁEŚ POZOSTAĆ

ROBAKIEM

PRZEZ CAŁE SWOJE ŻYCIE?

DLACZEGO ZWLEKASZ

Z KUPIENIEM

TROECINA?

TROECIN!

70 TYSIĘCY MIESIĘCZNIE

BEZ PRZEDPŁATY

TROECIN

AEROKAR, KTÓRY IMPONUJE

background image

I TRIUMFUJE,

TROECIN!

TROECIN!

TROECIN!

Gorzko przełknął ślinę. Pozostałe reklamy utrzymane były mniej więcej w tym samym 

tonie.

DEMERCES

AEROKAR, KTÓRY SPRAWIA,

ŻE CZUJECIE SIĘ WAŻNI.

NA CO CZEKACIE?

POŁOWA GOTÓWKĄ,

RESZTA NA RATY.

I jeszcze:

PRZYJACIELU, OTWÓRZ OCZY

JEŚLI LUBISZ JEŹDZIĆ JAK SPORTOWIEC

WYBIERZ GIULIĘ GAMMĘ

250 KM NA GODZINĘ

POJAZD ZATWIERDZONY PRZEZ

PUM

PUM, Powszechny Urząd Medyczny! To było szaleństwo i tyle! Zawsze wszędzie 

węszący,   o   średniowiecznym   regulaminie   i   setkach   tysięcy   kontrolerów   zaaferowanych 

wyłapywaniem wykroczeń.

Nico  obrócił  się  dokoła,  ale  po  drugiej  stronie  helibusu  ogłoszenia   PUM  również 

błyszczały fosforyzowanymi literami. Spróbował zamknąć oczy. Na nic. Te świnie znały swój 

fach, także w reklamie byli wszechwładni. Nie można było nie czytać ogłoszeń.

OBYWATELU

CZY NAPRAWDĘ SĄDZISZ,

ŻE MASZ

background image

CZYSTE SUMIENIE?

CZY JESTEŚ PEWIEN,

ŻE MASZ PRZY SOBIE

SWOJĄ TUBKĘ

ASPIRYNY?

Zupełnie   bezwiednie   Nico   złapał   się   na   tym,   że   szpera   w   kieszeniach   szukając 

pojemnika.

NIE MÓWCIE,

ŻE ZOSTAWILIŚCIE

TERMOMETR

W KIESZONCE

INNEJ MARYNARKI.

TO ŻADNE

TŁUMACZENIE,

KTO ZOSTANIE

ZŁAPANY

BEZ TERMOMETRU

PŁACI KARĘ

TRZYSTU OSIEMDZIESIĘCIU LIRÓW.

Przyłożył  rękę do serca. Termometr był na miejscu, obok ołówka z utwardzonego 

ołowiu i grzebienia ze sztucznego żółwia.

POMÓŻCIE NAM

LEPIEJ WAM SŁUŻYĆ!

PAMIĘTAJCIE:

POLIWITAMINA

DWA RAZY DZIENNIE

Nico westchnął. Szukał urządzenia regulującego szerokość otworu okna, ale jakaś dłoń szybko spadła 

na jego rękę.

- Co pan chce zrobić? - zapytał grzecznym, ale bardzo zdecydowanym głosem stojący 

background image

obok mężczyzna.

- Otworzyć - odpowiedział łapiąc powietrze. - Jest mi piekielnie gorąco, duszę się.

Mężczyzna  przyglądał  mu  się spokojnie, patrząc prosto w oczy,  potem stanowczo 

pokręcił głową. - Okienka się nie otwiera.

Nico zaczął się śmiać.

- A to dobre! Brakuje mi powietrza, a panu co do tego, że otworzę okno!

- Dość - stwierdził mężczyzna o bardzo stanowczym głosie. Wyciągnął z kieszeni 

legitymację i wymachiwał mu nią teraz przed nosem.

- Jestem kontrolerem PUM pierwszej klasy i okienko zostanie zamknięte: artykuł piąty 

przecinek dwa umowy podpisanej przez Towarzystwo Transportu Publicznego i Powszechny 

Urząd Medyczny.

Nico rozdziawił usta, potem wzruszył ramionami, jakby gestem protestu i tak z góry 

skazanego na niepowodzenie.

-   Szkoda   słów   -   ponaglał   mężczyzna.   -   Regulamin   mówi   jasno:   w   pojazdach 

transportu publicznego okna powinny być pozamykane do 31 maja. A mamy dopiero kwie-

cień! Pan jest ubezpieczony, prawda?

- Tak - odpwiedział Nico i od razu spuścił z tonu.

- Pańskie dokumenty proszę.

- Ależ... Co mają do tego dokumenty?

- Dokumenty, powiedziałem. Dowód osobisty, karta zdrowia i umowa o pracę.

- Ależ to niesłychane! Tylko dlatego, że próbowałem uchylić okno...

- Kierowco!  - zawołał  facet   z PUM.  - Proszę  nas  wypuścić.   Chcę  przeprowadzić 

kontrolę.

Kierowca   nacisnął   hamulce.   Wyskoczyli   z   helibusu,   a   drzwi   automatyczne 

natychmiast ponownie się zamknęły przed gromadą chichoczących osób.

- Proszę za mną.

- Ale spóźnię się, mam tylko dwanaście minut na dotarcie do biura.

Facet z PUM popchnął Nica ku jakiejś bramie.

- Są w porządku - stwierdził Nico podając mu dokumenty. - Termometr, aspiryna, 

pastylki od kaszlu... A to witamina C, to jest B-12, odkażacz, plaster, maść do oczu i etui z 

antybiotykami. Mam wszystko, nie może mi pan wymierzyć żadnej kary.

Kontroler dokładnie wszystko sprawdzał.

- Pas? - zapytał następnie, patrząc mu prosto w oczy.

-   Niech   pan   posłucha,   spóźnię   się.   Ministerstwo   Piosenki   znajduje   się   na   Placu 

background image

Flaminio, jeśli przez pana przegapię następny helibus, to nie zdążę na czas...

- Pas? - nalegał człowiek z PUM.

- Chryste! Mam pas. I ciepłą koszulkę. I wełniane rajstopy.

Rozpiął płaszcz, marynarkę, podniósł sweter i rozpiął koszulę na wysokości brzucha. - 

Oto one, panie ten. Ciepła podkoszulka i pas. Jestem w porządku.

Kontroler  otworzył   notatnik  i  zaczął   coś   w   nim  pisać.   -  Trochę   specjalnej  opieki 

dobrze panu zrobi - oznajmił.

- Specjalnej opieki! A dlaczego? Przecież jestem w porządku.

- Tak, chwilowo tak. Ale pańska próba otworzenia okna w helibusie stanowi symptom 

niezwykle   niebezpiecznych   skłonności   autonomizacyjnych.   Przekażę   pana   nazwisko   do 

Najwyższej Komisji Opieki. Może pan odejść.

Nico   rzucił   kontrolerowi   posępne,   pełne   złości   spojrzenie,   schował   do   kieszeni 

termometr, pojemnik na lekarstwa oraz dokumenty i biegiem wypadł z bramy.

Helibus stał jakieś sto metrów dalej, a przy nim gromadka szaleńców aż drżących z 

pośpiechu,   żeby   czym   prędzej   wsiąść.   Nico   popędził,   w   parę   sekund   był   już   w   środku 

gromady,   rozpychał   się   łokciami   i   biodrami,   dopóki   nie   udało   mu   się   uczepić   poręczy 

helibusu, bezczelnie się podciągnął i stanął na platformie. W tym momencie pojazd ruszył.

Otarł   wierzchem   ręki   spocone   czoło   i   popatrzył   na   zewnątrz,   na   ulicę:   sznury 

błyszczących aerokarów podążały za helibusem i okrążały go wyprzedzając. Czerwony, nie-

bieski, niebieski, żółty, srebrzystobiały, czerwony, żółty, niebieski, pękaty, zielony... Zamknął 

oczy, odwrócił się, i ponownie otworzył wpatrując się w sufit. Potem jednak jego spojrzenie 

wolno zjechało wzdłuż wklęsłej obudowy pojazdu i zatrzymało na fosforyzującym ogłoszeniu 

Troecina.

ROBACTWO PŁASZCZY SIĘ PRZED

CZŁOWIEKIEM

ZNAJĄCYM SWÓJ FACH

PODRÓŻUJ 200 KM NA GODZINĘ

TROECINEM

AEROKAREM

NASZEGO WIEKU

Nie było ucieczki. Jeszcze raz odwrócił się na pięcie. Czerwień innego napisu poraziła 

go z siłą ciosu. Była to wielka reklama zajmująca prawie cały prawy bok pojazdu.

background image

OBYWATELU

PRZY PIERWSZYCH OZNAKACH

PRZEZIĘBIENIA:

ASPICHININA!

CZŁOWIEK OSTRZEŻONY

PRAWIE WYBAWIONY

STO LIRÓW KARY

DLA UBEZPIECZONYCH,

KTÓRZY SIĘ NIE ZASTOSUJĄ.

Pracował przez dwie godziny bez przerwy, na chwilę nawet nie podnosząc głowy. O 

dziesiątej wszedł goniec i położył  mu na stole następną paczkę akt, o wpół do jedenastej 

kierownik biura wezwał go, żeby złożył raport, o jedenastej wypił kawę i połknął pastylkę 

witaminy.

O jedenastej zero pięć zabrzęczał telefon.

- Nicola Berti - przedstawił się podnosząc z drżeniem słuchawkę. Miał nadzieję, że to 

Doris, ale czekało go rozczarowanie. Odezwał się męski głos, coś między barytonem a basem.

- Mówi D'Andrea z Najwyższej Komisji Opieki.

- Słucham pana - wymamrotał Nico.

- Dziś wieczorem o dziewiętnastej wezwany jest pan do Centralnego Laboratorium na 

ulicę del Gambero.

- Ach... A dlaczego?

- Dla przeprowadzenia badania krwi i prześwietlenia płuc.

- Hm?

- Kontrola poziomu alkoholu i nikotyny. Przyjemnej pracy, panie Berti.

Jeszcze tego brakowało. Ten drań kontroler, którego spotkał na pokładzie helibusu, 

wykazał się gorliwością godną karierowicza.

Wyłowił   z   kieszeni   paczkę   papierosów   i   wyrzucił   zawartość   na   biurko:   było   ich 

jeszcze   tylko   sześć. Chciał   zapalić   jednego,  ale  się  powstrzymał.  Tych   sześć  papierosów 

musiało mu wystarczyć na resztę dnia.

- Do diabła!

Kolega siedzący przy stole naprzeciwko położył pióro i podniósł głowę znad akt.

- Co się stało?

background image

Nico wzruszył ramionami. Nie miał ochoty zwierzać się temu upartemu Hiobbiemu, 

durniowi zasługującemu na nazwisko, które nosił. Poza tym Hiobbi nigdy w życiu nie palił, 

nie mógł więc zrozumieć, że najwyższa nieprzekraczalna ilość dziesięciu papierosów dziennie 

była   śmieszna   dla   młodego,   25-   letniego   ruchliwego   człowieka   o   płucach   jak   miechy. 

Oczywiście mógł swobodnie wypalić i więcej, automaty papierosowe były pełne, wystarczyło 

wrzucić jedna, dwie, trzy czy pięć monet, a maszyna wyplułaby z siebie wszystkie papierosy 

świata. Ale... potem? Przy kontroli nikotynowej klisza natychmiast go zdradzi, wystarczyłoby 

tylko   trochę   przekroczyć   granicę   tolerancji,   żeby   spadła   człowiekowi   na   głowę   jedna   z 

najbardziej słonych kar: czterdzieści albo pięćdziesiąt tysięcy.

Nico szybko zrobił rachunek sumienia. W czasie ostatniego tygodnia wypalił sporo 

papierosów ponad normę, miał jednak zamiar wyrównać to w następnym tygodniu. Ten drań 

kontroler wszystko popsuł. Prześwietlenie płuc wyznaczono na dziś, na dziewiętnastą. Nie 

uda mu się ich nabrać. Albo może uda się, może pijąc mleko i przykazując sobie, że nie 

będzie do wieczora palił...

Wziął papierosy, wrzucił je do szuflady, zamknął ją na klucz i gwizdnął na Hiobbiego.

- Trzymaj  -  powiedział   rzucając  mu   klucze.  -  Oddasz  mi  je na  pięć  minut   przed 

wyjściem. A jeśli poproszę o nie wcześniej, zaśmiej mi się w twarz.

Chęć zapalenia przekształciła się w gwałtowną potrzebę. Nico włożył do ust kawałek 

ołówka i otworzył okładkę nowych akt: autor Smutku duszy i Rzodkiewkowych oczu donosił, 

że   podczas   paru   przeglądów   poprzedzających   nadanie   piosenek   jego   utwory   zostały 

sparodiowane w niedopuszczalny sposób. Podanie, przesłane'także do wiadomości Związku 

Zawodowego   Autorów   Tekstów   Piosenek,   kończyło   się   energicznym   wezwaniem 

skierowanym   do   najwyższych   instancji,   aby   z   większą   gorliwością   zajęły   się   ochroną 

artystycznej twórczości autora.

Nicowi   zaraz   przypomniał   się   oryginalny   tekst   piosenki:   “Miłości   słodka,   jaka 

tęsknotka, serce me spotka, w końcu żywotka dla ciebie!"

Resztę przedpołudnia spędził bardzo zajęty bogatą dokumentacją całą opierającą się 

na:   “słodka,   tęsknotka,   spotka,   żywotka,   niecnotka,   pieszczotka,   radości   łzy,   ty,   ty,   ty"; 

przeszkodzono mu tylko raz, na chwilę - był to ten nudziarz Ortensi, kontroler PUM, który 

wraz z dwoma asystentami opiekował się całym Ministerstwem Piosenki.

- Wszystko w porządku? - zagadnął Ortensi wsuwając głowę przez okienko.

- Tak jest! - jednogłośnie odpowiedzieli Hiobbi i Nico.

- Pastylka połknięta?

Obie głowy rytmicznie zafalowały w twierdzącym ruchu.

background image

- A temperatura?

- Trzydzieści sześć i osiem - oznajmił Hiobbi nie podnosząc głowy znad maszyny do 

liczenia.

- Trzydzieści sześć i siedem - rzucił Nico na chybił trafił. Tego ranka jego termometr 

pozostał nieruszony w głębi kieszeni. Ortensi chyba się spieszył i nie wyglądało na to, żeby 

chciał wejść do środka dla dokonania kontroli.

Doris   nie   dzwoniła   i   to   denerwowało   Nica   bardziej   niż   samo   wezwanie   do 

Ambulatorium. Kilkanaście razy chciał wykręcić numer notariusza Aloisiego, gdzie Doris 

pracowała, ale za każdym razem zdołał się powstrzymać: notariusz był wredny, nie znosił, by 

jego pracownice szczebiotały przez telefon w sprawach nie związanych z pracą.

W końcu wybiła trzynasta i zadzwonił dzwonek. Zsunął akta do szuflady i wyszedł z 

biura, biegiem zleciał ze schodów prowadzących do podziemi, gdzie mieściła się stołówka 

Ministerstwa.

Pomieszczenie   było  puste,  tylko   kilku   pracownikom  udało  się  go  wyprzedzić,  ale 

niebawem na automatyczne dystrybutory jedzenia zostanie przypuszczony prawdziwy szturm.

Hiobbi stanął obok niego.

- Co weźmiesz?

- Mleko i sałatkę owocową.

- Oszalałeś? Ja biorę befsztyk i młode kartofle.

- Wyświadcz mi przysługę, Hiobbi. Nie dręcz mnie, PUM zatruwa mi życie. Dziś 

wieczorem mam poddać się kontroli nikotynowej.

- Hm! Paskudna sprawa, Berti.

- Tak, w ostatnich dniach paliłem jak lokomotywa. Dostanie mi się za to kara. A całą 

winę ponosi ten śmierdziel, którego spotkałem rano w helibusie. Byłem w porządku, ale on 

mimo wszystko uparł się, żeby poddać mnie specjalnej opiece. Jak go jeszcze raz spotkam, to 

słowo daję, że go uduszę.

Ruszyli w kierunku rogu sali, usiedli plecami do wielkiego napisu przypominającego 

wszystkim   ubezpieczonym   PUM   starożytny   aforyzm   szkoły   salernitańskiej:  Defecatio 

matutina est tamquam medicina

2

. Swego czasu Nico przedstawił rodzaj podania o usunięcie 

ze ściany przynajmniej tej inskrypcji, ale mimo zebranych dwustu podpisów petycja została 

odrzucona.

Mleko miało paskudny smak. Nico wlał w siebie trzy szklanki, poprawił smak sałatką 

owocową,   a   potem,   zamyślony,   wlepił   wzrok  w   talerz   Hiobbiego.   Befsztyk   wydawał   się 

2 Co dzień rano wypróżnienie tyle znaczy co leczenie.

background image

prawdziwy, z małej piramidki kartofli polanych masłem dobywał się kuszący zapach.

Nagle zerwał się. - Pożycz mi gazetę - poprosił. - Wracam na górę.

Wziął   szklankę,   jeszcze   jedną   butelkę   mleka   i   ze   spuszczoną   głową   wyszedł   ze 

stołówki.

Przechadza się w tę i tamtą stronę po korytarzach urzędu pocztowego. Co jakiś czas 

podchodzi do wielkich stołów w hallu, rzuca okiem na formularze przekazów pocztowych i 

telegramów, zerka na świetlną tarczę wielkiego zegara elektrycznego.

Nico  zazwyczaj   jest  punktualny.  O  wpół  do ósmej  Do- ris   zaczęła  się  niepokoić. 

Pokiwała się na obcasach. Ogarnęło ją już zniecierpliwienie, znowu zaczęła spacerować tam i 

z   powrotem,   raz   z   oczami   utkwionymi   w   szklanych   drzwiach   wejściowych,   to   znowu 

niespokojnie zwróconymi ku wskazówkom zegara.

Nie przyjdzie, pomyślała. Coś mu się przytrafiło i nie przyjdzie. Poczekam jeszcze 

pięć minut, a potem pójdę do domu. Jej wzrok przesunął się ku szybce okienka “Poleconych". 

P– o– l– e– c– o– n- e. Doris zaczęła wróżyć sobie z liter napisu. Tak, nie, tak, nie, przyjdzie, 

nie przyjdzie, tak, nie,... Nie! Nie przyjdzie, już nie przyjdzie, coś mu się stało.

Nico natomiast pojawił się właśnie w tym momencie. Blady, twarz trochę spięta, oczy 

błyszczące, a krawat jak zwykle przekrzywiony.

- Co się z tobą działo, Nico!

Nic nie odpowiedział. Wziął ją za rękę i długimi krokami skierował się ku wyjściu, 

wyprowadził ją na zewnątrz w sam środek tłumu, tam gdzie ruch był ogłuszający.

Ulica   del   Corso   upodobniła   się   do   mrowiska,   zamieszanie,   korki,   straszliwie 

zatłoczone cztery pasma ruchu, tłumy ludzi stojących przed wystawami i u wejść na ruchome 

chodniki.

- Dzwoń do domu - powiedział Nico zatrzymując się przed jakimś barem. - Powiedz, 

że dziś wieczorem zjesz kolację na mieście.

- Dlaczego? Co cię napadło?

-   Zadzwoń,   zrób   to,   o   co   proszę.   Chcę   być   z   tobą,   ale   jestem   głodny   jak   wilk. 

Rozumiesz? Pizza, piwo, a potem do Villi Borghese.

Doris   weszła   do   baru,   zniknęła   we   wnętrzu   budki   telefonicznej   i   uwinęła   się   w 

trzydzieści sekund.

- Wytłumaczysz mi potem - powiedziała podchodząc do niego.

- Ależ oczywiście, oczywiście... - Skręcili za róg via Frattina, wciągnął dziewczynę do 

jakiegoś spokojnego lokalu, pomógł jej usadowić się na wysokim stołku w głębi wąskiej sali, 

gdzie nie było nikogo.

background image

Jedli w milczeniu. Nico pochłaniał łapczywie wielkie kęsy, jakby pościł przez cały 

tydzień.   Doris   natomiast   bawiła   się   sztućcami.   Patrzyła   na   niego   zamyślona,   wzrokiem 

melancholijnym, matczynym, skierowanym to na rytmicznie poruszające się szczęki, to na 

pulsowanie żył wzdłuż skroni.

To dziecko, myślała. Zupełnie jak dziecko... Czasami jednak wydawało się jej, że 

Nico jest niezależną od nikogo istotą, która przyszła na świat bez żadnego udziału rodziców, 

rodzajem jakiegoś absurdalnego, nieosiągalnego bóstwa.

Nic nie mówiła,  czekała aż Nico skończy jeść. Nico prostackim,  ale precyzyjnym 

ruchem odsunął na bok talerz, wytarł usta papierową serwetką, zwinął ją w kulkę, wrzucił do 

talerza i grzebał w kieszeniach szukając papierosów.

- Byłem na ulicy del Gambero - powiedział.

- Na ulicy del Gambero? A po co?

- Byłem na ulicy del Gambero - powtórzył  Nico. - W Centralnym  Ambulatorium. 

Przeszedłem przez kontrolę nikotynową.

Doris otworzyła torebkę, zaczęła szperać w środku, ot tak sobie, żeby czymś się zająć. 

Nico wszystko opowiedział.

- No i co?

- Wynik badań wyznaczony jest na pojutrze. Ale bądź spokojna, nic się nie stanie. 

Piłem dziś mleko aż do mdłości. I nie wypaliłem dużo, tylko cztery papierosy.

W głębi via Frattina schodki Placu Hiszpańskiego rozlewały się na boki jak kaskada 

brudnego mleka. Księżyc zerkał między dachami przez gmatwaninę anten telewizyjnych. ,

- Bądź spokojna - powtarzał Nico. - Nic się nie stanie, nabrałem ich, zobaczysz.

W dalszym ciągu trzymał ją za rękę i miękko prowadził w górę zakolami schodów 

pod jasnymi kulami lamp i'gęstymi krzewami oleandrów.

Zatrzymali się przy balustradzie ciągnącej się wzdłuż alei. Palmy i bardzo wysokie 

pinie tworzyły tam prawdziwe sklepienie. Obok woda fontanny żałośnie biła o brzeg. Wokół 

panował   głęboki,   pachnący   półmrok.   Poniżej   tarasów   wzgórza   Pincio,   pod   fosforyzującą 

kopułą, tajemniczo migotał Rzym.

Zaczął całować jej ręce, nadgarstki i ramiona. Doris próbowała się wyrwać, trochę dla 

żartu, a trochę z obawy, że ktoś ich zobaczy.

- Posłuchaj - powiedział Nico chwytając ją za ramiona i całując w szyję. - Posłuchaj...

- Uspokój się, Nico. Chodźmy stąd, usiądźmy gdzieś.

Ale już była  w jego mocy.  Całował ją bardzo długo w usta, potem jeszcze raz, i 

jeszcze, aż poczuł, że ciało Doris staje się miękkie i przytula się do niego.

background image

Jakiś aerokar zatrzymał się kilka kroków dalej. Kierowca zjechał z pasma z plastiflexu 

i zaparkował pojazd bezpiecznie z boku na żwirowatym terenie. Światło reflektorów bluznęło 

im w twarze.

- Spójrz, gdzie się ten idiota pcha!

Doris szybko się opanowała. - Usiądźmy gdzieś - powtórzyła. - Jest wolna ławka.

Poszedł  za nią niechętnie.  Doris się śmiała,  on zaś  był  rozwścieczony,  szedł cały 

spięty z zaciśniętymi pięściami.

- Przestań, Nico. Nie bądź śmieszny. Usiądź koło mnie i powiedz coś...

Nico burknął coś.

- No, daj spokój. Dlaczego tak się przejmujesz?

- Zaraz tam pójdę i rozwalę mu pojazd kopniakami. Położyła mu palce na ustach. - 

Nico, tu jest też dobrze, uspokój się.

- Tak... Tego dnia, kiedy kupię sobie aerokar, zrobię rzeź. W rurę wydechową włożę 

cuchnące bomby. Chcę za- smrodzić Rzym, chcę nawrzucać wszystkim, a pierwszego, który 

się odważy powiedzieć słowo, rozwalę.

Wziął do ręki trochę żwiru i zaczął ciskać do fontanny kamyki. Jeden po drugim. 

Złość się powoli wypaliła, ustępując miejsca melancholijnej rezygnacji. Stopniowo rozmowa 

przybrała zwykły kierunek, temat był ten sam co każdego wieczoru, jakiego koloru wolisz, ja 

szary,   koniako-   wy   też   jest   dobry,   ale   nie   czarny,   jest   pogrzebowy,   odłożonych   mam 

sześćdziesiąt  tysięcy,  trzeba  jeszcze  rok,  gdyby  każdego  miesiąca   nie  potrącali  na  PUM, 

kupiłbym natychmiast, skończy się tak, że któregoś dnia się wypiszę, przestań, Nico, ale kto 

mi każe to robić, to oszustwo, a ty z kolei nie rozumiesz, że PUM jest niezbędny, ależ tak, 

naturalnie, oczywiście... Aerokar jest też niezbędny!

I jeszcze raz od początku: czerwony też nie jest brzydki, mam sześćdziesiąt tysięcy, 

lepiej żebyś  je miał  odłożone, będę mógł zarobić drugie sześćdziesiąt  w lecie godzinami 

nadliczbowymi, niech szlag trafi PUM, wszystko byłoby takie proste, proszę cię, Nico, nie 

zaczyna] od nowa, pomyśl, że za pieniądze, które co miesiąc oddaję w prezencie tym świniom 

zapłaciłbym ratę, cicho, bądź cicho, wszystko byłoby takie proste, takie proste...

- Tak mówisz? A jeśli się wypiszesz z PUM i złapiesz jakąś chorobę?

- Kto? Ja? Ależ ja tryskam zdrowiem, nigdy w życiu nie miałem gorączki. Ci oszuści 

zabrali mi miliony. Od kiedy się tylko urodziłem, płacę ten idiotyczny podatek.

Długo   jeszcze   rozmawiali.   Potem   Doris   spojrzała   na   zegarek.   -   Jest   późno   - 

powiedziała wzdychając.

- Późno? Nie chcesz chyba teraz iść do domu?

background image

Wsunął rękę pod wełniany żakiecik i przytulając ją, pieścił... Doris położyła mu głowę 

na ramieniu poddając się pieszczotom. Lubiła głos Nica, kiedy ciepło szeptał jej coś do ucha.

Zamknęła   oczy  w   rozczuleniu,  ale  chrzęst   kroków   na  żwirze   sprawił,   że  zaraz  je 

otworzyła. Człowiek z PUM nieruchomo stał przed nimi w półmroku. Fosforyzująca pla-

kietka z dwoma splecionymi wężami rysowała się pośrodku kombinezonu, spojrzenie miał 

sadystyczne i badawcze.

- Co znowu? - zaczął natychmiast Nico podniesionym głosem. - Co jest, zabronione 

czy co?

Człowiek zapalił elektryczną  latarkę, spojrzał na zegarek, potem zdjął higrometr z 

podstawki umieszczonej na kapeluszu.

- Dość późno - powiedział. - Jest wilgotno, młodzieży. Lepiej schować się w kawiarni.

- Jakie tam późno, jaka tam kawiarnia! Ja się kocham tam, gdzie mi się podoba.

- Chwileczkę, młody człowieku. Niech się pan nie denerwuje. Dałem panu tylko dobrą 

radę... - Ponownie spojrzał na higrometr. - Za pół godziny będziemy już mieli mgłę, lepiej się 

ruszyć. Jeśli wilgotność wzrośnie i jakiś mój kolega złapie was pod tymi drzewami, będą 

kłopoty.

- Ale ja nie jestem sam! W każdym krzaczku ukrywa się jakaś parka, a pan przychodzi 

i właśnie mnie  łapie za kark. Dosyć  tego, na Boga! Niech pan idzie psuć humor komuś 

innemu, na przykład temu tam, w “maluchu".

Człowiek z PUM skierował światło latarki we wskazanym kierunku.

- Ten pan jest w aerokarze - powiedział flegmatycz- nie. - Dach jest zamknięty, szybki 

podniesione. Nie ma wykroczenia. Dla mnie to tak, jakby był zamknięty w domu.

Nico zacisnął zęby, pienił się ze złości; Doris ciągnęła go za rękaw, co go jeszcze 

bardziej denerwowało, ale miał ściśnięte gardło, nie mógł wymówić jednego słowa.

- Ostrzegłem was - powiedział człowiek z PUM. - To był mój obowiązek. Dobranoc, 

życzę zdrowia i spokoju.

Nico potrzebował kwadransa, żeby dojść do siebie. - Czarny dzień - powiedział - 

wszystko nie tak, wszystko idzie na opak.

Wolno zeszli po Pincio, przecięli Piazza del Popolo, przeszli Passeggiata di Ripetta. 

Dom Doris znajdował się na Zatybrzu, ale Nico wolał ją odprowadzić na piechotę, chociaż 

ruchome chodniki jeszcze działały.

- Cześć - pożegnał ją zatrzymując się przed zamkniętą bramą.

Lekki prztyczek w nos, zgaszony uśmiech. - Spotkamy się jutro.

Było późno. Nico przyspieszył kroku, kupił gazetę w kiosku na moście Garibaldiego i 

background image

rzucił się biegiem do przyspieszonego helibusu.

Przez całą podróż miał spuszczone oczy, miętosił gazetę w zdenerowanych rękach. 

Miał dosyć, miał tego po dziurki w nosie. PUM prześladował go wszędzie, w biurze, na 

spacerze, w domu, w helibusie, w kino- kosmosarium. Ile można wytrzymać? Nie był taki jak 

Hiobbi, nie był skretyniałym baranem pozwalającym wiecznie wodzić się za nos.

W domu wlał sobie porządną porcję koniaku, zaniósł kieliszek i gazetę na stolik nocny 

i wolno się rozebrał. Potem zapalił papierosa i wsunął się do łóżka. Palił czytając. Pił i myślał. 

Przydałaby się wyspa, bezludna wyspa. Ja i Doris na wyspie i żyć jak Pan Bóg przykazał.

- Tam w górze, na czwartym piętrze! - nagle zawolał głos mężczyzny z dołu. - Hej, 

tam na górze, panie Berti!

Był to Esposito, kontroler tego kwartału domów. Nico się nie ruszył.

- Niech pan zamknie okno, panie Berti.

- Zjeżdżaj! - powiedział cicho Nico. I wypił duży łyk koniaku.

- Okno, panie Berti.

-   Zjeżdżaj!   -   powtórzył   Nico.   I   łapczywie   chłonął   dym   papierosa.   Lepiej   nie 

odpowiadać, myślał. Jutro, kiedy go spotkam i zażąda wyjaśnień, powiem, że nie było mnie w 

domu i że zapomniałem zgasić światło.

Esposito krzyknął jeszcze pięć czy sześć razy,  potem nastąpiła cisza. Nico, zanim 

zgasił światło, dopalił do końca paczkę papierosów.

- Młody przyjacielu - mówił profesor Crescenzo - jest pan nadwrażliwy. Zresztą, jak 

wszyscy młodzi ludzie. Niech pan jednak będzie spokojny, młodość jest chorobą, która trwa 

krótko, pewnego dnia zauważy pan, że się zupełnie z niej wyleczył.

Dotknął brzegu szachownicy, wyrównał ją z krawędzią stolika i starannie poustawiał 

figury na odpowiednich polach.

- To znaczy... - powiedział Nico. - Nie ma nadziei, żeby któregoś dnia wszystko się 

zmieniło? System jest absurdalny, niesprawiedliwy, nie do wytrzymania...

- Proszę wybaczyć - przerwał mu profesor Crescenzo. - Czy pan przyszedł do mnie, 

żeby pograć w szachy, czy też żeby przedyskutować problemy społeczne?

- Ja... ja chciałbym prosić o radę, profesorze.

- O radę? - Crescenzo podniósł głowę i przez chwilę uważnie mu się przyglądał. 

Potem zdjął okulary, chuchnął na szkła i wytarł je w szmatkę.

- O radę... Hm... A jakiej natury?

Nico wahał się.

- No... Chciałbym wypisać się z PUM.

background image

Profesor   Crescenzo   trwał   niewzruszony.   Skończył   czyścić   okulary   i   zapalił 

następnego papierosa, czwartego już od przyjścia Nico.

- Niech  się  pan  nie  spodziewa,  że  pana  pochwalę  -  powiedział  Crescenzo.   - Czy 

wystarczająco długo się pan zastanawiał nad tym, co pan zamierza zrobić?

- Hm, noszę się z tą myślą już od dłuższego czasu.

- Niech mnie pan posłucha; niech pan się nosi z tą myślą, ale tylko nosi, niech pan 

nigdy nie podejmuje podobnej decyzji.

Nico uśmiechnął się. - Proszę mi powiedzieć, profesorze. Ile lat temu pan się wypisał 

z Ubezpieczenia?

- Wypisał? Ależ ja się nigdy nie zapisywałem! W siedemdziesiątym czwartym, kiedy 

stare formy opieki zdrowotnej przyjęły obecną strukturę, zrobiłem dzielnie rachunek sumienia 

i postanowiłem nie przystępować. Nie ze względu na pieniądze, zapewniam pana. Podatek 

miesięczny, przynajmniej na początku, nie był zbyt wygórowany. Ale nigdy w swoim życiu 

nie akceptowałem rzeczy narzuconych czy szantażu. Zrobiłem to dla zasady. I pomyliłem się.

- Słowem, żałuje pan tego?

Profesor wstał, otworzył szafkę i wrócił do stolika z dwoma kieliszkami i butelką 

whisky.

- Proszę dobrze posłuchać - powiedział nalewając płyn. - Zawsze paliłem czterdzieści 

papierosów   dziennie,   piłem   tyle   alkoholu,   ile   chciałem   i   ile   mi   smakowało,   nigdy   nie 

przestrzegałem   diet   żywieniowych,   nie   stosowałem   kuracji   wapniowych,   nie   robiłem 

prześwietleń, nie brałem środków wzmacniających i tak dalej. Nie wiem nawet, czym są te 

wszystkie   pastylki,   maści   i   mieszanki,   które   wszyscy   musicie   nosić   w   kieszeniach. 

Oczywiście, oszczędziłem też masę pieniędzy! Ten dom, książki, dywany, dzieła sztuki... Być 

może   nie   miałbym   tego   wszystkiego,   gdybym   przelewał   do   kas   PUM   swoją   miesięczną 

składkę. Nie znaczy to jednak, że nie cierpiałem. Młody człowieku, nie może pan wiedzieć, 

co   oznacza   gwałtowne   przebudzenie   się   w   środku   nocy,   kiedy   człowiek   oblany   jest 

lodowatym potem. Co pan może wiedzieć o powolnym sączeniu się gryzącego niepokoju, o 

strachu wkradającym się do każdej myśli, strachu wszechobecnym, zawsze gotowym zatruć 

wszystkie  chwile  radości, zapaskudzić  każdą chwilę  pogody ducha!  To nie  jest retoryka, 

młody człowieku. Od bardzo wielu lat zasypiam każdego wieczoru z potworną myślą, że 

budzę się chory, umierający, i żaden parszywy lekarz nie zechce mnie zbadać ani przepisać 

odpowiedniej kuracji.

Nico przymknął usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale profesor go ubiegł:

- Niech mi pan teraz nie zadaje głupiego pytania o stronę pragmatyczną. Wie pan 

background image

dobrze, z jakich powodów, nawet żałując tego zawsze musiałem odrzucać myśl o pogodzeniu 

się   z   PUM.   Słowem,   wie   pan,   że   aby   się   ponownie   zapisać,   trzeba   opłacić   wszystkie 

zaległości, poza karą przyprawiającą o zawrót głowy, co razem daje niebotyczną sumę. Niech 

się pan zastanowi, przyjacielu. Niech pan nie podejmuje pochopnych decyzji. Jak pan się już 

raz   wypisze,   nie   będzie   pan   miał   innego   lekarza   poza   samym   sobą,   będzie   pan   musiał 

zawierzyć swojemu rozsądkowi, swojej intuicji. Przede wszystkim szczęściu.

- W zamian za to będę wolny - westchnął gorzko Nico. - Będę od razu mógł sobie 

kupić aerokar i masę innych rzeczy. A poza tym... A poza tym nie będę musiał dłużej znosić 

regulaminu, wszystkich tych śmiesznych kontroli, oglądać zakazanych mord fuszerów, kiedy 

przeszukują człowieka, żeby sprawdzić, czy ma na sobie pas...

- To głupstwa - mówił Crescenzo. - Głupstwa... No więc jak, zaczynamy tę partię, czy 

nie? Nico odsunął szachownicę na bok.

- Muszę się panu zwierzyć, profesorze. Już dłużej nie mogę. Ja... Ja nie pojmuję, jak 

rząd może wyrażać zgodę na istnienie takiej organizacji jak PUM, nie rozumiem, jak mogła 

się ona utrzymać, narzucić własne warunki bez żadnej kontroli, bez hamulców, bez tego, żeby 

ktoś w pewnym  momencie  powiedział:  dosyć,  koniec tej błazenady,  wracamy do starego 

systemu. Wiem, że pięćdziesiąt lat temu lekarz, choć nie zarabiał milionów, też radził sobie 

niezgorzej. Kiedy ktoś był chory, wzywał go, kazał się zbadać i potem płacił, mniej więcej tak 

samo,  jak się płaci  za wszystkie  usługi  na tym  świecie.  Teraz nie, teraz  trzeba  najpierw 

zapłacić, kiedy jest się zdrowym, żeby mieć to marne pocieszenie, że przestanie się płacić, jak 

tylko człowiek się rozchoruje. To jest idiotyczne odwrócenie kolejności rzeczy, nadużycie, 

absurd naszego oszalałego stulecia...

- Nie, przyjacielu. To nie jest absurd. Jest to system, który został wprowadzony w 

życie już pięć tysięcy lat temu.

- Co takiego?

- Kończyłem historię, więc jeśli panu to mówię... Widzi pan, pięćdziesiąt wieków 

temu chłopi w Mandżurii mieli małe zaufanie do zawodowej powagi swoich lekarzy. Zawsze 

tak było, w każdej epoce i w każdym punkcie ziemi. Lekarz, ogólnie mówiąc, zawsze miał 

skłonności do tego, żeby zarabiać na chorobie swojego pacjenta. Im dłuższa choroba, tym 

wyższe honorarium. Słowem, powiedzmy sobie prawdę: nawet jeśli choroba jest lekka, to 

lekarz pozbawiony skrupułów wie, w jaki sposób ją wykorzystać przepisując choremu to i 

tamto,   nawet   pastylki,   które   nic   do   niej   nie   majaj   obraca   człowieka,   opukuje,   znowu 

przewraca, rano i wieczorem składa wizytę. No więc, pewnego pięknego dnia chiński chłop 

zmęczył się tym wodzeniem za nos. “Zapłacę ci, kiedy wyzdrowieję” powiedział lekarzowi, 

background image

który go leczył, “i będę ci płacił odpowiednie wynagrodzenie o każdym wschodzie księżyca, 

dopóki  będę  się cieszył   dobrym  zdrowiem;   ale  jeślibym   miał   powtórnie   zachorować,  nie 

otrzymasz ode mnie ani odrobiny srebra ani ziarnka ryżu, nie dostaniesz nic przez cały czas, 

kiedy   będę   leżał   powalony   chorobą".   Lekarz   przyjął   propozycję   i   chłop   wyzdrowiał 

następnego dnia. Rozumie pan? My z pięćdziesię- ciowiekowym opóźnieniem zdaliśmy sobie 

sprawę, że lepiej jest postawić na korzyści ekonomiczne niż na etykę profesjonalną...

Nico zbladł.

- A zatem... Zatem pan przyznaje rację PUM, uważa pan, że tak jest dobrze. Broni pan 

systemu!

- Tak, ale potępiam metodę, która doprowadziła do jego degeneracji. Chińska mądrość 

umożliwiła nam wybranie właściwej drogi, ale zachodnia chciwość wszystko zepsuła. I to 

trzeba było przewidzieć, od samego początku trzeba było przeszkodzić lekarzom w zdobyciu 

takiej władzy, prawo powinno interweniować, ustanowić równe stawki, a nade wszystko nie 

dopuścić, żeby interesowna gorliwość eskulapów wdarła się w prywatne życie  obywateli, 

dusząc je powoli. Ślepi i tępi prawodawcy nie dostrzegli tego wszystkiego. A może nawet i 

tak, może przeczuli, ale ktoś poluzował rzemyki sakiewki i w ten sposób prawo przeszło. Na 

początku był szał. Pan tego nie wie, nie może pan pamiętać. Ale byli w tamtych czasach 

ludzie, którzy latali cztery razy dziennie, żeby ich lekarz zbadał, ot, tak sobie, dla przyje-

mności rozebrania się przed białym kitlem. A lekarze byli zawsze mili, zawsze troskliwi. Dla 

każdego mieli dobre słowo: dla histeryczek, dla chronicznie chorych, dla chorych z urojenia. 

Poza   tym   byli   i   ci   nie   mający   świadomości   pewnych   rzeczy,   ci,   którzy   nie   zwracali 

najmniejszej uwagi na swoje zdrowie, bo i tak, mówili, jeśli zachoruję, jest lekarz, który mnie 

migiem wykuruje. PUM miał ich pełno, toteż organizacja wyłącznie lecząca przekształciła się 

w końcu w organizację również i nade wszystko prewencyjną. W ten sposób lekarze pracują, 

mniej i więcej zarabiają, im rzadsze zachorowania, tym wyższe dochody...

- Jest to ohydne i tyle!

-   Młody   przyjacielu,   wszelkie   pretensje   są   tu   bezużyteczne.   Trzeba   przyjrzeć   się 

istniejącej rzeczywistości, jak zwykł mawiać pewien historyk z XVI wieku. Metody, którymi 

posługuje   się   dzisiaj   PUM,   są   z   pewnością   łotrowskie,   ale   nie   dziwaczne.   Słowem, 

wyraziwszy zgodę, żeby zostać objętym ochroną PUM, człowiek nie powinien się dziwić, 

jeśli PUM zrobi potem wszystko, żeby temperatura ciała nie przekroczyła trzydziestu siedmiu 

stopni.

- No dobrze. A rząd? Dlaczego rząd nic tu nie pomoże?

- Ha - burknął profesor Crescenzo. - Rząd, jak świat światem, zawsze był na usługach 

background image

klas   posiadających.   Jest   to   bezpośrednia   emanacja   ośrodków   władzy   ekonomicznej.   Jego 

zadaniem jest obrona kapitału. Co się mamy oszukiwać. Dziś bogactwo jest w rękach PUM, 

konstruktorów aerokarów, autorów pioseneczek...

-   Na   litość   Boga,   niech   mi   pan   nie   mówi   o   piosenkach,   cały   dzień   żyję   wśród 

muzycznych kłótni!

Ale profesor zaczął już mówić, z jego ust słowa wydobywały się jak seria z karabinu 

maszynowego. Nico nie był w stanie śledzić tego, co mówi profesor.

- Najpotężniejszą grupą są lekarze - ciągnął dalej Crescenzo, niczym nie zniechęcony - 

tak potężną, że podporządkowali sobie również księży. Zawsze istniały pewne tarcia między 

medycyną a religią, między tymi, którzy leczyli ciało, a tymi, co uzdrawiali duszę, między 

tym, co doczesne, a tym, co “po tamtej stronie". Dziś szala zdaje się przechylać na tę stronę, 

ku ziemi. Świat ogarnięty jest szaleństwem życia bez ograniczeń, nie ma już czasu na słucha-

nie księży. Ciało wygrało swoją walkę ideologiczną, a lekarz - walkę ekonomiczną. To on jest 

szefem, władcą absolutnym i bezdyskusyjnym, tym, który ma w ręku wszystkie atuty.

- Nie rozumiem pana, profesorze.

- Żartowałem, mój drogi. Tak sobie gadałem. Mówi się jednak, że trzydzieści pięć 

procent akcji Zjednoczonego Przemysłu Samochodowego należy do PUM. Są potężni, mój 

przyjacielu.   Są  niezwykle   potężni,  mają  w   ręku  obydwa  atuty:  zdrowie   i  aerokary,   dwie 

największe troski współczesnego człowieka. Jeśli pan wierzy, może pan zawsze spróbować 

uciec w patos pioseneczek, ziarenek opium, które rozdaje się biednym, żeby ich odpowiednio 

ogłupić,   żeby   ich   odwieść   od   myślenia   o   rzeczach   ważnych.   Myślę   jednak,   że   PUM 

rozciągnął swoje macki także na wydawnictwa muzyczne.

Profesor  Crescenzo  zaczął  się  śmiać,  śmiechem  gru-  biańskim,  który  aż  poderwał 

Nica.

- Eskulapokracja - mówił Crescenzo. - ES - KU - LA - PO - KRA - CJA!

I zaśmiewał się przez zaciśnięte zęby. Śmiał się...

Sobota. Sobota rano, godzina dziewiąta. Rzym jest piękny, pełen obelisków i kopuł, 

niebo   jasnoniebieskie,   kaskady   smukłych   jaskółek   spadają   w   dół   dzwonnic.   Powietrze 

pachnie pinią i miętą. Nadtybrze jest w tym miejscu proste, nie ma na nim ruchomych pasm, 

nie   przejeżdżają   nawet   helibusy.   Wiele   jest   w   starym   Rzymie   ulic,   które   pozostały   jak 

niegdyś, sto lat temu.

Doris idzie wolno. Biura nie ma, jest zamknięte, wszyscy zniknęli, zarówno ludzie, jak 

i przedmioty uleciały jak zjawy; maszyna do pisania, papiery ze znaczkami, pieczątki, prasa 

background image

do kopiowania. Notariusz nie istnieje. Nie istnieje aż do poniedziałku. Przez dwa dni nie 

będzie musiała znosić jego skrzypiącego jak piła głosu, gniewnych wybuchów, zmęczenia i 

znużenia.

Nico ma na nią czekać u wejścia do stacji metra wiodącej w stronę Castelli.

Doris przyszła wcześniej, zwleka, zawraca prawie, na chwilę zatrzymuje się przed 

kioskiem z kwiatami, przechodzi przez ulicę, staje u poręczy mostu i patrzy w dół: Tybr wije 

się   meandrami   płynnego   złota,   spod   przęsła   mostu   wypływa   motorówka,   sunie   dalej, 

człowieczek na jej pokładzie wygląda jak ołowiany żołnierzyk.

Liście platanów stojących wzdłuż brzegu rzeki częściowo przepuszczają promienie 

słoneczne i lśnią jak kiście szlachetnych kamieni. Białoniebieskawe pnie marszczą skórę jak 

budzące się z letargu zwierzęta. Doris lubi przesunąć ręką po chropowatej korze, gładzić 

nierówności i ostre fragmenty drzewa, czuć, że poza cementem, plastikiem i żelazem istnieje 

jeszcze tajemnicze życie roślin, coś danego samo z siebie, coś, co nie zostało wykonane przez 

człowieka.

W tym momencie spostrzega, że jest naprawdę wiosna. I wtedy, w świetle alei, która 

nagle wydaje się jej odmienna, przyspiesza kroku, niemal biegnie, jakby przytulając do siebie 

to odkrycie...

- Nico!

Jest nadal blady, ma w dalszym ciągu spiętą twarz. Wokół oczu rysują się niebieskawe 

podkowy, ale spojrzenie jest jasne, pieszczotliwe. I ręce. Dostrzega je, poznaje, przypływa 

czułość, potwierdzenie.

Nico bierze ją za ramię, idzie w kierunku przeciwnym do wejścia do metra.

- Co się stało? Coś ci wypadło? Tylko mi nie mów, że nici z naszej wyprawy.

Nico zatrzymuje się przed kioskiem-barem.

- Wypijmy kawę - proponuje. I zaczyna pogwizdywać, bębni palcami po cukiernicy, 

patrzy w sufit, na neonową fioletową rurkę biegnącą dookoła ścian.

- No więc idziemy do Castelli, czy nie?

- Ależ oczywiście, tylko wypijemy kawę i już nas nie ma.

Wygląda na zewnątrz, podnosząc filiżankę do ust. Przy chodniku stoi aerokar, mały 

czerwony,   ognistoczerwony.   -   Chciałoby   się   mieć   taki...   wzdycha   wskazując   go   brodą   - 

zamiast metra, tych ponad dwudziestu kilometrów pod ziemią, stłoczeni jak sardynki...

Doris kręci głową. - Proszę cię, Nico, nie zaczynaj znowu...

Wychodzą. Ale on zwleka, obchodzi maszynę dokoła, pieści wzrokiem, potem kładzie 

rękę na masce. - Piękny - powiada. - Podoba ci się?

background image

- Pewnie, że piękny. Ale pospieszmy się, bo inaczej wszystkie miejsca będą już zajęte.

- Naprawdę ci się podoba?

Pęk kluczy. Nico trzyma w ręku pęk kluczy, trzyma je przed sobą na wysokości nosa i 

śmiejąc się podzwania potrząsając nimi.

- Jest mój!

Doris śmieje się. - Oszalałeś! Zawsze trzymają się ciebie żarty!  - Ale kiedy Nico 

wkłada kluczyki do zamka i otwiera drzwiczki, blednie.

- O Boże, a to co znowu?

- Wsiadaj.

- Nie. Najpierw żądam wyjaśnień.

- No chodźże, wsiadaj! Wszystko ci opowiem.

Doris jest niezdecydowana, nieufnie przygląda się tapicerce siedzeń, dźwigni biegów, 

pedałom. Nico już włożył klucz do stacyjki, na tablicy rozdzielczej zapaliły się czerwone i 

zielone  światełka.  Nico zabawnie wygląda  za kierownicą, wydaje  się nieprawdziwy.  Nie, 

wszystko jest żartem, zaraz wysiądzie i powie, że żartował, przeprosi, zreflektuje się, że był to 

dowcip w najgorszym guście, złośliwość...

- No, na co czekasz?

Drżą jej nogi. Wsiada do aerokaru zmieszana, prawie upada na siedzenie ł nie potrafi 

zamknąć drzwi.

- Ładny, prawda? Nowiuteńki. I wszystko ma, wiesz? Popatrz, tu jest radio, to jest 

pierścień   ogrzewania,   dmuchawa   na   szyby,   światła   prowadzenia,   schowek   na   gazety, 

lodówka... A tu jest miejsce na adapter. Jak tylko oszczędzę trochę pieniędzy, każę go sobie 

wmontować.

- A więc... Więc jest naprawdę twój!

- A czyj miałby być? Wujka z Ameryki?

Nico włącza bieg, aerokar szarpie nieco gwałtownie startując, jak to u początkującego 

kierowcy. Za szybą droga wydaje się sceną, przejeżdżający mkną bardzo szybko, są zabawni, 

wszyscy wyglądają jak nakręcane lalki.

- Proszę cię, Nico. Wyjaśnij mi...

Aerokar włączył się do ruchu. Nico prowadzi w napięciu, gwałtownie spogląda to tu, 

to tam, obawia się skrzyżowań, hamuje, dodaje gazu, a na zakrętach zarzuca go, prawie ociera 

się o przeciwległy chodnik.

- Nico...

- Cicho bądź!

background image

Aerokar   jest   mały,   takie   sobie   nic,   ale   on   ściska   kierownicę,   jakby   to   był   ster 

żaglowca. Potem miasto  się kończy,  domy stają się coraz rzadsze,  zaczynają  się fabryki, 

pozbawione   drzew   pola   wyglądają   między   jednym   kwartałem   budynków   a   drugim   jak 

zniszczone, pełne dziur dywany.

Droga jest  szeroka, ma cztery pasma ruchu. Pojazd ślizga się prędko, słychać tylko 

szmer. Teraz Nico jest spokojny, zapala papierosa.

- Były wczoraj - mówi - w południe.

- Wczoraj? Ale co?

- Wyniki badań.

Doris grozi mu palcem. - Teraz wszystko rozumiem. Nabrałeś ich? Wywinąłeś się od 

kary i za odłożone pieniądze kupiłeś pojazd. Ale z pewnością nie starczyło twoich pieniędzy. 

Kto ci dał resztę?

-   Nikt.   Wystarczyły   moje   własne.   Rozliczyłem   na   dwadzieścia   cztery   raty   po 

czterdzieści tysięcy...

- Jesteś niespełna rozumu! Przecież liczyłeś już tysiąc razy i świetnie wiesz, że nie 

będziesz mógł zapłacić takiej raty.

-   A   jednak   będę   mógł.   Posłuchaj,   Doris.   Umoczyli   mnie,   rozumiesz?   Badania 

wszystko wykazały. Zawsze polują na pieniądze, wampiry jedne. Chcieli, żebym zapłacił karę 

w ciągu miesiąca. Ale łudzą się tylko. Aż mi się ciemno zrobiło z wściekłości. Sama myśl o 

tym, że mam im przekazać wszystkie moje oszczędności, sama myśl o zaczynaniu od nowa...

- Coś ty zrobił, nieszczęśniku?

- Wypisałem  się. Śliczny liścik  polecony z pokwitowaniem odbioru. Dosyć  tego!. 

Wypisałem się z PUM, i teraz robię co mi się podoba. Jestem wolny!

Kłócili się przez cały ranek, oparci o balustradę Yilla Aldobrandini, w promieniach 

oślepiającego słońca; zupełnie jakby było lato.

Napisy znajdowały się wszędzie.

KRÓTKIE SPACERY

NIE ZATRZYMUJCIE SIĘ NA DŁUŻEJ

POD DRZEWAMI WILGOĆ!

WRÓG PUBLICZNY NUMER JEDEN

- Powiedz mi - upierał się Nico wskazując napisy. - Czy człowiek może to wszystko 

znieść? Już dłużej nie mogłem, Doris.

background image

Rozmowa pełna złości i zniecierpliwienia. Już od dwóch godzin powtarzał te same 

słowa, te same ogólnikowe oskarżenia. Doris była wyczerpana, nie znajdowała już siły, żeby 

odpowiadać - tłumacząc, że nie ma racji, że popełnił wielką nieostrożność.

Na horyzoncie bladoniebieska mgła zakrywała morze, łańcuch gór i odległe miasto. A 

wśród   dębów   parku   rozlegała   się   cicha   muzyka.   Dźwięki   wysokie,   jakby   fletu,   tryle, 

ozdobniki, dźwięki antycznych i magicznych głosów. Szepty.

Doris  nie  odpowiedziała.   Wsunęła  rękę   pod  ramię  Ni-  ca,   położyła   mu  głowę  na 

ramieniu i uśmiechnęła się. Była zmęczona, bardzo zmęczona, nie chciała już więcej myśleć, 

dyskutować, ustalać, kto ma rację, a kto się myli, nie mogła, pod tym palącym słońcem... 

Wspaniale było tak się zapomnieć  schodząc w dół po starej drodze wyżłobionej  w tufie, 

wśród porowatych skał, czarnej ziemi, kasztanów i gliny.

Kiedy ponownie wsiadła do pojazdu, zachciało się jej płakać. Nierozsądne ulżenie 

sobie, ale już bez zawziętości, bez goryczy.  Wątpliwości, niepokoje, niepewne widoki na 

przyszłość,   wszystko   to   odsuwało   się,   nieważne,   jak   karciane   sztuczki   natychmiast 

rozszyfrowane, łatwiutkie dziecinne zagadki.

Pogładziła   tandetną   skórę   siedzenia,   przejechała   palcem   po   uszczelkach   szyby, 

nacisnęła guzik otwierający wnękę lodówki.

- Czy radio działa?

- Co za pytanie! Jest nowiutkie. - Nico przekręcił gałkę i dźwięki wypełniły wnętrze. Doris odchyliła 

głowę   do   tyłu,   zamknęła   oczy   i   pozwoliła   się   kołysać   muzyce,   szumowi   motoru,   łagodnym   i   kojącym 

podskokom   pojazdu,   kiedy   brał   zakręty.   Wydawało   się,   że   Nico   zsynchronizował   prowadzenie   maszyny   z 

orkiestrą. Mrugnął do niej. Doris spróbowała odpowiedzieć w ten sam sposób, ale nie była w stanie, wyszła z 

tego zabawna dziecinna mina. I Nico zaczął się śmiać..

- Ale pędzi, co? - zapytał rzucając okiem na tablicę rozdzielczą. - Teraz to jeszcze nic, 

jest niedotarty. Zobaczysz, za miesiąc przegonię wszystkich.

W mgnieniu oka dojechali do miasteczka na dole. Na drzwiach baru znajdowała się 

lalka,   która   ruszała   głową.   Olbrzymia   dłoń   palcem   wskazującym   zwracała   uwagę   na 

świetlisty napis w kształcie serca.

KRON

NAPÓJ WZMACNIAJĄCY

DEKAFEINIZOWANY

- A ja wezmę podwójną kawę, na złość PUM!

Potem Nico wszedł do sklepu pachnącego pieprzem i korzeniami, kupił wiejski chleb, torebkę oliwek, 

background image

pieczoną wieprzowinę i pikle w occie.

- Jedziemy - powiedział. - Chcę zjeść na otwartym powietrzu, w altanie, tam gdzie nie 

ma żadnych napisów.

Aerokar   ruszył,   wjechał   na   drogę   prowadzącą   do   Grottaferrata,   mijając   szereg 

domków pastelowo zielonych, koloru ochry i różowych jak skorupa langusty. Nico przejechał 

przez miejscowość, skręcił na prawo mijając Opactwo Prawosławne i zatrzymał się przed 

domkiem  o popękanych  i upstrzonych  rdzą ścianach.  Dom miał  małe  okna z kratami  ze 

starego,   zardzewiałego   żelaza,   a   drzwi   z   pordzewiałymi   ozdobami   i   zasuwami   były 

przymknięte.

Nie   zauważyli   nikogo.   Piwnica   pełna   była   butelek,   oplatanych   gąsiorów, 

plastykowych rurek zwiniętych w kłęby i innych przedmiotów.

Zawołali   właściciela.   Spod   schodków   odpowiedział   im   jakiś   pomruk.   Tymczasem 

Nico zaczął się przyglądać warkoczom czosnku zawieszonym na czarnych hakach przy su-

ficie i girlandom czerwonych papryk poprzyczepianych wszędzie po trochu. - Fantastyczne - 

powtarzał. - Spójrz! Spójrz na ten stół i na te ściany, brudne, pokryte pleśnią, aż się je chce 

pogłaskać.

Szynkarz wszedł na górę niosąc na ramionach beczułkę. Wynieśli stolik na zewnątrz i 

ustawili przy ścianie z wijących się roślin. Nico otworzył pakunki. Potem zaczął wąchać stół. 

- Pachnie winem - powiedział. - Nie, beczkami wina. Zobacz, jakim przyjemnym zapachem 

beczek z winem przesiąknięty jest ten stół.

Doris powąchała z grzeczności.

- A mówią, że są głupi - zauważył Nico między jednym kęsem a drugim. - Oni jednak 

dalej żyją po staremu, na świeżym powietrzu, wiedzą, co jedzą i co piją. To my, mieszkając w 

miastach   wśród   smrodu   i   hałasu,   jesteśmy   zgrają   idiotów.   Mieszkamy   w   więzieniu.   Czy 

zdałaś sobie sprawę z tego, że żyjemy w więzieniu?

Kolejny   temat   Nica.   Jeszcze   jedno   niepotrzebne   oskarżenie.   Doris   pozwoliła   mu 

mówić, czekała  cierpliwie,  aż wyczerpią się argumenty.  Nico taki był,  znała go już, wy-

starczyło   nie   przeciwstawiać   się,   a   polemiczny   zapał   wygasał   w   ciągu   paru   minut,   głos 

obniżał się o oktawę, stawał się znowu miękki, spokojny. Jak teraz.

- Słuchaj - pytał się. - Co robimy potem? Chcesz pojechać nad jezioro? W Nemi są 

truskawki. A może  nie. Może lepiej do Tuscolo. Jest tam czarujący las. I nie jest wcale 

daleko.

Chciał, żeby Doris napiła się jeszcze trochę. Ona zaś przekomarzała się ze śmiechem, 

odsuwała   kieliszek   wśród   pomieszanych   okrzyków   i   urywanych   słów.   Nie   była 

background image

przyzwyczajona do wina i nawet ta niewielka ilość, którą wypiła, już poszła jej do głowy.

Z daleka szynkarz dał jakiś znak, porozumiewawczy gest. W głowie Doris kłębiło się 

jednak wszystko i zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, dopiero kiedy człowiek z PUM 

stanął za plecami Nica.

- Mamy gościa - powiedziała przez zaciśnięte zęby. W tym momencie Nico pił wino. 

Wytarł usta wierzchem dłoni i bokiem odwrócił głowę.

Amarantowy kombinezon, plakietka, opaska na ramieniu, kapelusz z termometrem, 

higrometrem, odczynnikami. Musiał to być “pedant".

- Proszę wybaczyć  - człowiek z PUM był bardzo uprzejmy. - Zwykła formalność, 

proszę państwa. Ten aerokar?

- Jest mój.

- Nowy, prawda?

- Nowiutki, dostarczono mi go wczoraj.

- A kierowanie? Przypuszczam, że jest pan początkujący...

- Zgadza się. Prowadzę fatalnie.

- Dobrze. Szczerość jest zaletą, którą bardzo cenimy, ale to przyznanie się jest czymś 

bardzo poważnym. Musi pan zdawać sobie sprawę, że jako początkującego obowiązuje pana 

najsurowsza dyscyplina. - Tu wskazał na kieliszki i butelkę wina. - Stanowi pan publiczne 

niebezpieczeństwo nawet przy jasnym umyśle, drogi panie. Musi się pan kontrolować, a nie 

pobłażać Bachusowi.

Facet z PUM pogrzebał w kieszeniach, wyciągnął plastykowy pojemniczek, otworzył 

go i wyjął białą kulkę wielkości orzecha.

- Proszę - powiedział dając ją Doris. - Proszę trzymać ją w ustach przez pół minuty.

- Chwileczkę. Aerokar ja prowadzę, moja dziewczyna nie ma nic do tego. Doris, nic 

nie rób. - Oczy Nica stały się złe.  - Nie jest pijana - mówił  dalej  - nigdy nie pije, jest 

abstynentką.   Kontrolę   poziomu   alkoholu   we   krwi   może   przejść   w   tej   chwili.   A   co   do 

kuleczki, to się nie zgadzam. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy panu sprawić tę 

satysfakcję. Proszę zrobić mi tę grzeczność, wziąć swoje odczynniki i wynieść się. No już!

Człowiek z PUM aż się zatrząsł, ale zaraz wypiął pierś i opanował się.

- Dobrze, powiedzmy, że panienka jest w porządku. Ale pan? Pan jest pijany, proszę 

pana, i mogę to wykazać. Proszę.

Położył białą kulkę koło kieliszka. Nico zaczął się śmiać.

- Chce pan, żebym ją włożył do ust? Ależ proszę!

Puścił oczko do Doris, włożył odczynnik do ust i zapalił papierosa. Potem nalał sobie 

background image

wina. Inspektor zbladł, patrzył na chronometr usiłując zachować spokój.

- Proszę pokazać - powiedział.

Nico wypluł kulkę na stół. Była koloru wiśni.

-   Jak   przypuszczałem   -   powiedział   triumfalnie   człowiek   z   PUM.   -   Zostaje   pan 

ukarany.

Nico wolno pokręcił głową.

- Myli się pan, człowieku. Nic mnie to nie obchodzi. Nie jestem ubezpieczony!

Odchylił się do tyłu chichocząc. Twarz kontrolera PUM stała się ziemista.

- To niesłychane. Dlaczego pan od razu nie powiedział?

Nico   wzruszył   ramionami.   -   Wczoraj   się   wypisałem.   -   Wyciągnął   z   kieszeni 

dokumenty i rozłożył je na stole. - Niech pan je weźmie - zaproponował - i jeśli chce pan, 

proszę sprawdzić.

Człowiek z PUM oddalił się ze spuszczoną głową. Doris śmiała się, zrobiła gniewny 

ruch, kiedy zobaczyła, jak Nico wykonuje wulgarny gest w kierunku inspektora.

- Przestań. Już dosyć.

Była jednak radosna, nie istniało nic, co mogłoby zburzyć jej pogodę ducha, cały czas 

się   śmiała.   Napięła   rękę   i   przyprawiła   mu   rogi.   Pięść   wyglądała   jak   głowa   ogromnego 

ślimaka.

- Daj mi się napić, dzisiejszy dzień jest zupełnie wyjątkowy.

Głos miała lekko ochrypły jak u aktorek grających role alkoholiczek. Nica ogarnęła 

podejrzliwość, poczuł ogromne podniecenie, chęć, żeby odkryć prawdziwą naturę Doris, tak 

jakby   dziewczyna   zawsze   ją   przed   nim   ukrywała,   jakby   całymi   miesiącami   odgrywała 

komedię, rolę porządnej dziewczyny.

Uważnie napełnił jej kieliszek. Potem jednak, spojrzawszy na nią, nagle poczuł się 

winny.

Natychmiast odjechali.

Stara   asfaltowa   szosa.   Pod   galeriami   zieleni,   między   szczelinami 

szmaragdowozielonych wzgórz i fragmentami wygrzewających się na słońcu dolin aerokar z 

największym wysiłkiem pokonywał drogę. W końcu, po całym szeregu ciasnych i trudnych 

do przebycia zakrętów szosa nagle skończyła się na polanie obramowanej poręczą. Nie było 

prawie nikogo, stały tylko trzy czy cztery aerokary zaparkowane w cieniu kasztanów.

Nico rzucił się biegiem, piął w górę niezwykle stromą ścieżką. Doris niechętnie szła 

za nim, z torebką przewieszoną przez ramię i radiem tranzystorowym w ręku.

Płaskowyż dotykający nieba. Trawa, krzewy, plamy bogatej zieleni i cienia. I ruiny. 

background image

Wystawały   spośród   trawy   zniszczone   i   chropowate   jak   ostrzegawcze   sfinksy.   Dolina 

schodziła w dół szeregiem winnic i oliwkowych gajów, głęboka i odległa, olbrzymia, a postać 

Nica, nieruchoma, rysowała się na krawędzi otchłani, na tle zarysu niebieskich gór.

Krzyknęła. Krzyk bez powodu, bez strachu, sposób dobry jak każdy inny, żeby samej 

sobie pokazać, że się żyje, żeby na nowo zdobyć czas, który się zatrzymał, żeby nie zginęła 

przytłoczona wspaniałością pejzażu.

Nastawiła   radio   na   cały   regulator.   Muzyka   jednak   brzmiała   śmiesznie, 

nieodpowiednio. Znajdowały się tu ruiny antycznego teatru rzymskiego. Próbowali tańczyć 

na   powyłamywanych,   pokrytych   mchem   schodach.   Nico   trzymał   ją   tak   mocno,   że   aż 

brakowało tchu. Muzyka - prymitywny,  jednostajny, sztuczny rytm. Doris ledwie słyszała 

piosenkarza,   młodego   kastrata   modulującego   mocno   głos   na   podobieństwo   fletu,   który 

wysilał się, żeby uwieść ich w głupi świat sentymentalnej piosenki. Jeszcze tego brakowało! 

Była to chwila doskonałości. Nie można jej było zepsuć nudną i bezpłodną sprzeczką.

- Chodź, Doris. Chodź - głos Nica był nie do poznania.

Biała brukowana ścieżka. Między starymi kamieniami rosły kępki mchu. Kiedy wziął 

ją za rękę i pociągnął za sobą, nie stawiła oporu. Dróżka gubiła się pod tunelem krzyżujących 

się gałęzi, kopułą z zielonego listowia przepuszczającego gdzieniegdzie światło.

Leżała obok niego, otoczona mchem, puszystą powłoką, oddychając niemal roślinnym 

szczęściem dobywającym się z drzew i kiści bzu.

- Słuchaj...

W dalszym ciągu przytulał ją do siebie, powtarzając te same słowa. - Słuchaj... - Nie 

był w stanie powiedzieć niczego innego. Pożądał jej, kołysał trzymając w ramionach. Wtedy 

się skaleczył o kawałek drutu kolczastego zdradliwie wystający z ziemi, dwa zadrapania na 

szyi pod karkiem, wąskie rozcięcie, które schodziło aż na środek gardła.

Ale dalej ją tulił jak oszalały. Nie zdał sobie nawet sprawy ze skaleczenia. Pieczenie 

poczuł później, kiedy zmęczony leżał na plecach.

Jest   jakaś   piosenka   mówiąca   o   porankach   wśród   kwiatów.   Inna   sławi   noc   pełną 

zapachów i cieni, białe słońce nad sierpniowym morzem. Jeszcze inna, okropnie banalna, 

opowiada o straconej miłości.

Nie ma nic innego. Nic innego nie wydobywa się z tego przeklętego radia. Zawsze tak 

jest, cały dzień, nawet wczesnym rankiem - piosenki, reklamy, piosenki i piosenki, transmisje 

dla   cierpiących   na   zapalenie   mózgu.   I   jeszcze   reklama,   jedno   ogłoszenie   za   drugim: 

background image

klimatyzatory, lodówki, aerokary, nowoczesny człowiek używa tego, używa tamtego, PUM, 

cała seria komunikatów.

Zmęczona   tym   Doris   wyłącza   radio.   Kończy   się   czesać,   przez   chwilę   stoi   przed 

lustrem, odwraca się profilem, układa oczy i usta w tajemniczy wyraz twarzy.

Kiedy dzwonią do niej, żeby powiedzieć, że Nico źle się czuje, zaczyna się śmiać. - 

Proszę mi wyświadczyć pewną przysługę, proszę powiedzieć Nicowi, żeby się nie wygłupiał, 

nie dam się nabrać...

Z drugiej strony słuchawki jakiś głos spokojnie odpowiada. Doris przeżywa chwilę 

niepewności.

- Proszę posłuchać, właśnie muszę wyjść. Muszę iść do biura. Jeśli to żart, proszę mi 

powiedzieć!

Ale głos nic takiego nie mówi. Doris odkłada słuchawkę.

- Kto to był? - pyta podchodząc do niej matka.

- Nic, nic. Nico się wygłupia.

Blisko kuchenki wypija na stojąco kawę z mlekiem. Cień podejrzenia wślizgnął się 

ukradkiem w jej myśli. Nie, to nie może być  prawda, wczoraj wieczorem zostawiłam go 

tryskającego zdrowiem. Dziś to ja się zabawię, zadzwonię do Ministerstwa i powiem mu, że 

wyjeżdżam do Ameryki.

Ale  potem,   kiedy czeka   na helibus,  znów   opanowują  ją  wątpliwości.  Ze  łzami  w 

oczach patrzy na ludzi przeciskających się, żeby wsiąść do helibusu, czeka, aż pojazd odje-

dzie, przechodzi na drugą stronę, wsiada do helibusu jadącego w przeciwnym kierunku, w 

stronę domu Nica.

Wbiega na górę na czwarte piętro, i rozzłoszczona dzwoni; idiota, myśli. Nico jest 

idiotą, ale zapłaci mi za to, zmuszać mnie, żebym niepotrzebnie przebyła tę drogę...

W drzwiach pojawia się starszy człowiek w szlafroku.

- Proszę wejść - mówi bardzo cicho. - Jestem Crescenzo, mieszkam obok. To ja do 

pani dzwoniłem.

Doris blednie.

Mieszkanie   Nica   jest   małe;   sypialnia,   łazienka,   kuchnia   i   pokój.   Dom   kawalera. 

Crescenzo popycha ją do drugiego pokoju.

- Ale co mu się stało? Co się dzieje, proszę powiedzieć!

Profesor   rozkłada   bezradnie   ręce.   -   Nudności,   zawroty   głowy,   przez   cały   ranek 

kłopoty z żołądkiem. Potem miał skurcze całego ciała. Dałem mu środek przeciwbólowy. 

Niech mu pani pozwoli teraz spać.

background image

Nieprawda. Nico nie śpi, z korytarza dochodzi długi jęk. Doris biegnie do drugiego 

pokoju: na łóżku, siedzi na łóżku i ściska żebra, kolana, mięśnie ud. W oczach ma niemal 

błaganie, całe czoło spocone, twarz wykrzywiona. Potem zaczyna się tarzać, prosi o wodę, o 

coś do picia, ciało wygina się drgawkami w łuk, jakby przeszedł przez nie prąd elektryczny. I 

znowu ten długi, udręczony jęk. Doris nie potrafi wydobyć z siebie jednego słowa, nie wie, co 

robić, nogi zaczynają jej drżeć, może traci przytomność i opiera się o ścianę.

- Trzeba coś zrobić - mówi profesor. - Zawołać lekarza czy kogoś...

Dobrze wie, że to niemożliwe. Nico wypisał się z PUM w piątek, zawiadomienie już z 

pewnością dotarło do ambulatorium rejonowego, nią ma sensu dzwonić, nikt nie przyjdzie, 

nikt   się   nie   ruszy,   nawet   żeby   zapłakać.   Nie   ma   też   najmniejszego   sensu   ponownie 

przedstawiać dokumentów, żeby go zapisali. Poza pieniędzmi na opłatę za powtórny wpis 

potrzeba trzech dni dla uporządkowania wszystkich akt i jeszcze jednego dnia, czy nawet 

dwóch, na założenie nowej kartoteki w przychodni. Jeśli wszystko nie będzie w porządku, 

lekarz się nie ruszy.

- No więc?

Crescenzo pociera palcami brodę, kiwa głową, niezdecydowany.

- Miałbym  lekarza - mówi. - Ale trzeba zobaczyć, czy przyjdzie, mieszka na wsi, 

trzydzieści kilometrów od Rzymu. Od kiedy go skreślili za leczenie chorego nie zapisanego 

do PUM, nie wykonuje już zawodu; jest rolnikiem. Ale trzeba zobaczyć, czy przyjdzie, czy 

zechce zaryzykować więzienie...

W oczach dziewczyny zapala się iskierka nadziei.

Profesor poczłapał do telefonu, Doris podchodzi do łóżka, bierze w swoje dłonie rękę 

Nica, zaczyna płakać i mówić coś od rzeczy. Nico przez chwilę patrzy na nią kręcąc się. - 

Mam w brzuchu tysiąc psów, tysiąc gryzących psów...

Potem rzucił się w drugą stronę, z gardła wydobył mu się jęk i jakaś ciecz; konwulsje; 

żółta i lepka ciecz.

- Nie ma - powiedział Crescenzo. - Żona mówi, że poszedł na ryby i wróci w południe. 

Poprosiłem, żeby posłała kogoś, kto by go zawiadomił. Zadzwonię jeszcze raz za godzinę.

- Za godzinę? Czy nie widzi pan, że stan jest poważny? Znowu zwymiotował i w 

dalszym ciągu ma drgawki... .

- Niech pani zrobi tak. Pani jest ubezpieczona, prawda? Proszę pójść na dół do apteki.. 

Te pastylki są na nic, potrzeba czegoś innego. Niech pani powie, że cierpi pani na ischias, na 

bóle lędźwiowe, nie, lepiej na nerwoból, ból nerwu trójdzielnego. Niech pani narzeka, niech 

pani zacznie krzyczeć, ale niech pani dadzą silny środek przeciwbólowy, najsilniejszy...

background image

Doris jest niezdecydowana. Patrzy na profesora, a potem na Nica rzucającego się na 

łóżku.

- Ja nie mogę - rzekł Crescenzo. - Nie jestem ubezpieczony, nie dadzą mi tego.

Wymyka  się z domu, pospiesznie zbiega ze schodów. Aerokary przejeżdżają ulicą 

całymi  stadami. Niepodobna dostać się na drugą stronę. Przejście podziemne  jest daleko, 

niepotrzebne wydłużenie drogi, kiedy apteka jest naprzeciwko, tyle straconego czasu, złość i 

nagłe osłabienie, słabość w całym ciele, załamanie, to niemożliwe, nic się nie stało, głupia, 

zobaczysz, wszystko będzie w porządku, to nic takiego.

Słońce padające na daszki bazaru na otwartym powietrzu przypomniało jej wycieczkę, 

zieloną kopułę lasu, śmiech Nica. To nic takiego, głupia, wszystko będzie dobrze.

Kiedy poprosiła o lek, mężczyzna w białej koszuli po drugiej stronie lady nie miał 

żadnych  zastrzeżeń. Zazwyczaj  na te rzeczy potrzebna była  recepta. Ale na twarzy Doris 

malowało się cierpienie. Przyjrzał jej się chwilę, potem spuścił oczy i wystukał rachunek.

W południe przyszła  jej matka.  Była  bardzo zirytowana. Cały czas  kręciła głową, 

mruczała pod nosem, a nie mówiłam, jest nierozsądny, nie powinnaś się była zadawać z tym 

zarozumialcem. A ona z kolei mówiła, przestań, Nico to zarozumialec, blagier, nazywaj go, 

jak chcesz, ale jest dobrym chłopakiem, to nie jego wina, po prostu miał pecha i tyle.

Crescenzo   miotał   się   z   jednego   pokoju   do   drugiego.   I   rozkładał   bezradnie   ręce. 

Jeszcze raz spróbował zadzwonić.

Nikt nie odpowiadał.

Dziecinna   wyliczanka,   która   w   dzieciństwie   bardzo   jej   się   podobała.   Doris   nie 

pojmuje, dlaczego właśnie teraz przychodzi jej do głowy. Matka jeszcze jest, stoi przy opar-

ciu łóżka, wygląda jak nieruchomy indyk z szyją napiętą; uważnie wsłuchana. Raz po raz z 

niedowierzaniem kręci prawie niedostrzegalnie głową.

- Nie oddycha - mówi matka obojętnym  głosem. - Nie może oddychać... Czy nie 

widzicie, że nie może oddychać?

Ale mówi to tylko tak, jest jasne, że nic jej to nie obchodzi.

Crescenzo ani na chwilę się nie zatrzymuje, wyłamuje palce, grzebie w kieszeniach i 

wyciąga  paczkę  papierosów, ale  natychmiast  chowa ją z powrotem,  bo dym  przeszkadza 

Nicowi.

O wpół do trzeciej matka bierze Doris pod rękę i namawia do wyjścia z pokoju.

- Chodźmy teraz do domu - proponuje tonem z trudnością pokrywającym złość - zjesz 

spokojnie, odpoczniesz parę godzin i wrócisz...

Doris odmawia, gwałtownie się odwraca i podchodzi znowu do łóżka.

background image

Twarz Nica jest wykrzywiona, mięśnie napięte, oczy utkwione w jednym punkcie, 

cienki strumyczek śliny wypływa z kącika ust.

Nie mówi. Próbowali nim potrząsać. Doris zaczęła płakać, błagać, żeby się odezwał, 

ale na próżno. Z gardła wydobywa  mu się tylko  długi jęk, przyduszony,  prawie rzężenie 

towarzyszące rytmowi oddychania.

Crescenzo jeszcze raz próbuje się dodzwonić. Ale leka- rza- rybaka  nie ma,  żona 

twierdzi, że na próżno kazała go szukać wzdłuż brzegu jeziora.

Crescenzo patrzy na Doris wzrokiem osoby z poczuciem winy. - Spróbuję jeszcze 

później, teraz pójdę coś przygotować do jedzenia.

Profesor jest też zmęczony. Ledwie ukrywa ziewanie i nieodpartą potrzebę zapalenia 

papierosa. Jej matka, tłusta paniusia przyobleczona w kwiecistą sukienkę prawie całkowicie 

zasłania otwór drzwiowy. Wargi mocno czerwone, pomalowane tak, że szminka wykracza 

poza   ich   naturalny   zarys,   by  zdawały   się   szersze,   niebieski   cień   wokół   oczu,   agresywny 

rysunek   ołówka  na  zdepilowanym   łuku  brwiowym...   Maska.   Bębni  palcami   po  framudze 

drzwi, mamrocze. Matka znów się włącza, nie może znieść widoku córki w roli pielęgniarki.

A potem wyliczanka.  Znowu ta wyliczanka, której Doris nauczyła  się, kiedy była 

dzieckiem. Zapomniany wierszyk, wynurzający się z ukrytych, podświadomych skojarzeń. 

Żółte, złotawe powietrze. I krąg białych  strojów, pogodne dzieciństwo, dni łatwe, z góry 

zaplanowane, jak koszule zapinane na zamek błyskawiczny działający bez zarzutu.

Czas   upływający   bardzo   wolno,   niewymierzalny.   Mijanie   skonstruowane   z 

pojedynczych chwil, długi sen na jawie gorzkich myśli.

Została   sama.  Matka   poszła  sobie,   Crescenzo  się   oddalił.  Pokój  jest  teraz  studnią 

ciszy, kratą zbudowaną z cieni i półcieni, tylko tykanie zegara na szafce, spocona ręka Nica 

lodowata z wierzchu i to zduszone jęczenie, stale takie samo, zawsze to samo, monotonne i 

denerwujące. Człowiek pozbawiony życiowych  kryteriów, buntownik. Oto, kim był  Nico. 

Pomieszanie dobrych i złych cech, odruchów szlachetnych i uporu, życzliwości i egoizmu. 

Chłopak,  który  ma   pecha.  Żeby wypisać   się  z PUM   i  zaraz,  po  upływie   kilku  dni,  taka 

choroba! Wcale nie zaziębienie, grypa czy inne głupstwo. Nie, to jest choroba, co się zowie, z 

pewnością infekcja, coś złośliwego, tajemniczego, może nawet nieuleczalnego.

Przysuwa usta do jego ucha, próbuje go zawołać, bardzo cicho.

Nico ledwie czuje rękę, która gładzi go po czole. Jest zmęczony, osłabiony, nie może 

już skupić myśli, tak jakby ktoś inny odbierał w nim wrażenia, tworzył  obrazy,  zadawał 

pytania bez znaczenia. Na ścianie plamy półcienia rozpadają się i układają według wzorów 

wyobraźni   niemożliwych   do   przewidzenia.   Zwierzęta,   kwiaty   i   ptaki,   śnieżynki,   figury 

background image

geometryczne   -   jak   w   kalejdoskopie.   Potem   wielka,   koścista   twarz   nabiera   niemal   ciała, 

olbrzymieje, wydaje się, że odrywa się od ściany, że podchodzi do niego przenikając jak duch 

przez meble. Jest biała, ma białą koszulę, jest lekarzem, Nico widzi termometr wystający z 

kieszeni; w prawej ręce postać trzyma strzykawkę, kciuk jest uniesiony, gotowy opaść, aby 

wstrzyknąć płyn.

Salwa śmiechu, nagły zamęt w mózgu i widzenie znika. Ale zaraz następują inne 

postacie, długi sznur białych kitli wychodzi z zacienionych zakamarków pokoju, podchodzą 

do   niego   pojedynczo,   dotykają   go,   osłuchują,   każdy   dokonuje   niezwykle   skrupulatnego 

badania, każdy wydaje się już robić ten ozdrawiający zastrzyk. Zamiast tego każdy, po kolei 

śmiejąc się chowa strzykawkę za siebie i znika.

Pokój wypełnia się olbrzymimi, gigantycznymi  termometrami; ich rurki z rtęcią są 

bardzo grube, a zbiorniczki dotykają sufitu. Potem dociera do Nica dzwonienie szklanek, 

przeciągłe zgrzytnięcie, tysiące zawieszonych w powietrzu kawałków układają się w mozaikę 

rozproszonych świateł. Białe plamy grobów, pola pełne krzyży jak łany zboża, wyludniony w 

słońcu cmentarz i miasto huczące za jego murem.

Ktoś zapalił światło. Przy Nicu jest Doris, Crescenzo i jeszcze ktoś, jakiś nieznajomy.

- Pan doktor zaraz ci pomoże.

Lekarz...   Nico   chciałby   ruszyć   ramieniem,   coś   powiedzieć,   ale   ściśnięte   gardło 

uniemożliwia mu wymówienie chociażby jednego słowa. Nie dowierzając własnym oczom 

przypatruje się obcemu.

Również   Doris   zaczyna   się   przyglądać   nowo   przybyłemu.   Nie   ma   w   sobie   nic   z 

lekarza, jest typem niezwykłym,  postawnym i sangwinicznym, policzki ma pomarszczone, 

srebrzysto-   szare,   krótko   ostrzyżone   włosy.   Wygląda   raczej   na   handlowca   czy   maklera 

giełdowego.   Może   sprawia   to   ubiór,   ta   flanelowa   koszula   pod   wiatrówką   i   barchanowe 

spodnie. Przez ramię ma przewieszony duży koszyk z wikliny, taki o dziurkowanej pokrywie, 

żeby   móc   włożyć   do   niego   ryby.   Stawia   go   na   szafce,   otwiera   i   wyciąga   walizecz-   kę 

lekarską.

Lekarz   wyrzucony   z   PUM   działa   nielegalnie,   jest   człowiekiem,   który   ryzykuje 

więzienie tylko dlatego, że jest teraz tu, u wezgłowia Nica. Doris śledzi każdy jego ruch, 

zapamiętuje energiczny uścisk dużej ręki o stwardniałej skórze i donośny głos, kiedy witając 

się podał swoje imię i nazwisko, oczywiście fałszywe, co wynika ze zrozumiałej ostrożności.

Lekarz pochylił się nad łóżkiem, dotyka teraz czoła Nica, jego skroni, podnosi mu 

powieki, opukuje klatkę piersiową, potem wywija wargę i odsłania blade dziąsła.

- A to co? - pyta przesuwając palcem po zadrapaniu przecinającym szyję Nica.

background image

Doris jest zakłopotana. Prawie się czerwieni, mamrocze.

- Drut kolczasty... W zeszłą sobotę, na wsi...

Lekarz drapie się w policzek. Od nowa zaczyna szczegółowe badanie. Doris nie może 

zrozumieć, dlaczego lekarz przez cały czas kręci głową. Kiedy dziewczyna widzi, że . otwiera 

walizeczkę i przygotowuje zastrzyk, chwyta go za ramię.

- Zaraz, zaraz, ale co mu właściwie jest? Lekarz wzrusza ramionami.

- Nie wiem. Może to być tężec. Ale może się mylę. Nie, z pewnością się mylę. Prawie 

na pewno chodzi tu o jakąś zwykłą infekcję. To - pokazuje strzykawkę pełną już płynu - może 

mu   pomóc.   Proszę   zrozumieć,   nie   mogę   nic   więcej   zrobić.   Moja   apteczka   została 

zredukowana do najbardziej podstawowych leków. Jeśli okaże się to zakażeniem ogólnym, to 

jesteśmy w domu. Ale jeśli przypadkiem... Słowem, nie mam szczepionki przeciwtężcowej. 

Poza tym i tak byłoby za późno, i tak by się nie zdążyło.

- Ale to znaczy...

- Dlaczego chce pani myśleć o najgorszym? Zrobimy teraz zastrzyk, a za trzy czy 

cztery godziny tempertura powinna opaść.

Doris odwraca się do niego plecami, podchodzi do okna, spogląda w dół na podwórko, 

jakby prostopadłościan z brudnego lodu, w którym sznury rozwieszonych chusteczek ciągną 

się od jednego okna do drugiego.

Już po wszystkim. Lekarz zamyka walizeczkę, ogląda się szukając Bóg wie czego.

- Nic więcej nie mogę zrobić - powtarza. Zakłopotanym, pełnym rezygnacji gestem 

podaje swoją wielką dłoń.

Crescenzo odprowadza go do drzwi. - Mnie może pan powiedzieć - szepcze. - Czy jest 

jakaś nadzieja?

Jedynie nieokreślony gest i zgaszone spojrzenie. Niedostrzegalne zaprzeczenie.

Ale Doris o tym nie wie, Doris nie widziała tego, nie zorientowała się w niczym. 

Jeszcze ma nadzieję. Siedzi koło łóżka i czeka.

background image

KSIĘŻYC DWUDZIESTU RĄK

Czy wiecie, jak jest zbudowany organizm jednokomórkowy? No, to Ibis był mniej 

więcej taki sam. Nie był to statek kosmiczny skonstruowany kawałek po kawałku, nie powstał 

w wyniku połączenia wielu części, powiązania instrumentów, śrub i płyt. Słowem nic takiego, 

co   by   przywodziło   na   myśl   maszynę,   której   pojedyncze   elementy   mogą   zostać   wyjęte   i 

zastąpione innymi. Nie, Ibis był cały z jednego kawałka, odlany z jednego bloku zgodnie z 

surowymi zasadami najnowszych teorii dotyczących adhezji molekularnej. Był podobny do 

statków   kosmicznych   dnia   dzisiejszego;   mniejszy   i   wolniejszy   od   nich,   to   prawda,   nie 

wszystko  w  nim grało jak należy,  ale kiedy sześćdziesiąt  lat temu  wyszedł ze stoczni, a 

zamierzenie   Krusiusa   i   Blogovicha   stało   się   po   raz   pierwszy   rzeczywistością,   wszyscy 

radowali się tym cudem.

Napęd   elektromagnetyczny.   Przez   całe   miesiące   nie   mówiło   się   o   niczym   innym. 

Krusius   i   Blogovich   po   raz   pierwszy   praktycznie   i   niezbicie   wykazali,   że   w   podróżach 

międzyplanetarnych nie jest konieczne paliwo napędowe. Wystarczał przyspieszacz i zestaw 

antygrawitacyjny; statek mógł z łatwością przebyć dowolną odległość lecąc wzdłuż linii sił 

przecinających przestrzeń. Rewolucyjne odkrycie i wynalazek.

Rok 2025 znaczył koniec epoki atomowej i początek epoki elektromagnetycznej, ale z 

innych względów rok ten należał do najtragiczniejszych, jakie pamięta historia.

Ibis   wspaniale   przeszedł   trzeci   sprawdzian,   podróż   na   trasie   Ziemia-   Mars   i   z 

powrotem, kiedy najzupełniej nieoczekiwanie na Ziemi wybuchła epidemia Czerwonej Zara-

zy. Tylko najstarsi spośród nas są w stanie ją pamiętać, a kto wie, czy naprawdę ją pamiętają. 

Pewne przyżycia są nazbyt straszne, podświadomy instynkt optymizmu pamięciowego niemal 

zawsze ingeruje i zmusza  nas, ze względu na jakąś higienę psychiczną,  do zapomnienia. 

Jednakże nie ma takiej książki z dziedziny'historii czy medycyny, która nie wspomniałaby o 

owym tragicznym roku 2025. Oblicza się, że w ciągu pół roku zmarło ponad półtora miliarda 

osób,   prawie   połowa   całej   ludności   świata.   Jeśli   pozostała   połowa   zdołała   wyjść   z   tej 

hekatomby obronną ręką, to zawdzięcza to ksemedrynie z Tytana i Ibisowi, który z zadzi-

wiającą wówczas szybkością udał się na szósty księżyc Saturna.

Podróż nie należała do najbardziej ryzykownych; człowiek już wielokrotnie stawiał 

stopę na satelitach planety otoczonej pierścieniami, wyprawiał się poza nią, przekroczył orbitę 

background image

Urana,   zbadał   cały   układ   słoneczny.   Wszystko   za   pomocą   przestarzałych   statków 

kosmicznych o napędzie atomowym.

Słowem, Ibisowi nie groziło niebezpieczeństwo. I nic nieprzewidzianego nie powinno 

się było wydarzyć. Faktycznie przez pierwsze trzydzieści dni lotu wszystko toczyło się jak 

najlepiej. Ale lądowanie na Tytanie było wadliwe, coś w układzie anty- g nie zadziałało tak 

jak powinno.

Minęły dwadzieścia cztery godziny, zanim dowódca Arne Lagersson i inżynier pilot 

zorientowali   się,   że   licznik   się   zablokował   wskazując   poziom   normalny.   Tymczasem 

drogocenna energia anty- g wydostawała się przez złącza przewodów i ulegała rozproszeniu.

Dowódca Lagersson powiedział: - Zdarzyło nam się to, co poganiaczowi wielbłądów, 

kiedy w połowie drogi pęka mu bukłak z wodą, a on nie zdaje sobie z tego sprawy.

Potem Alexei, inżynier pokładowy, pojawił się w sali nawigacyjnej i przyłączył do 

grupy dowódców.

-   Zespawałem   złącza   -   oznajmił   -   i   sprawdziłem   cały   zespół   anty-g;   wszystko   w 

porządku. - Przez chwilę przyglądał się swoim ubrudzonym smarem rękom, po czym dodał: - 

Jak pomyślę,  że przez  dwa dni byliśmy  spokojni nie podejrzewając, że kondensatory się 

wyładowują, to tak bym się sprał, że...

- Daj spokój - rzekł Fulton, drugi oficer. - Ja natomiast zastanawiam się, w jaki sposób 

taka awaria mogła się wydarzyć.

Arne Lagersson siadł na uboczu. Patrzył przed siebie i wyłamywał sobie stawy palców 

powoli, jeden za drugim. Fulton podszedł do niego.

- Prawdopodobieństwo, że zajdzie jakaś utrata energii w zestawie anty- g - powiedział 

-   wynosi   mniej   więcej   jeden   na   tysiąc.   Poza   tym   pamiętaj,   że   wyleciał   zawór   układu 

alarmowego. A jakby jeszcze nie dość na tym, również urządzenia zabezpieczającego. To 

stanowczo za dużo.

Lagersson wzruszył ramionami.

-   Nie   wiem,   co   myśleć   -   podjął   na   nowo   Fulton.   -   Tysiąc   razy   tysiąc   równa   się 

jednemu miliardowi. Rozumiesz, Lagersson? Szansa jedna na miliard, i musiało się to właśnie 

nam przytrafić...

- Mylisz się w obliczeniach - powiedział Lagersson. - Lądowanie nie było bezbłędne i 

szereg zaworów puściło. Ja nie widzę w tym nic dziwnego. Stało się, co się stało, i tym gorzej 

dla nas. Ile pokazuje wskazówka anty-g?

-   A   ile   miałaby   pokazywać!   Mamy   teraz   sześćset   pięćdziesiąt   poniżej,   ale   jeśli 

weźmiesz pod uwagę, że na zewnątrz mamy tysiąc sześćset kilogramów masy w ludziach i 

background image

urządzeniach, to łatwo obliczyć: dziewięćset pięćdziesiąt za dużo.

Lagersson zagryzł wargi i pokręcił głową.

- Paskudna sprawa, Fulton.

- Paskudna sprawa, to prawda. - Drugi oficer popatrzył  dookoła, tak jakby chciał 

jednym pełnym spojrzeniem oszacować to, co go otacza. - Będą trudności ze znalezieniem tu 

w środku dziewięciuset zbędnych kilogramów.

Lagersson wezwał do siebie obecnych. Podeszli także Alexei, Irina i doktor Paulsen. - 

Zalecam milczenie - powiedział. - Nie ma sensu niepokoić załogi.

Wszedł na pomost dowodzenia i skierował się wolno do swojej osobistej kabiny. Był 

tak zmęczony, że czuł się bliski zemdlenia. Jestem stary, myślał, mam prawie czterdzieści lat; 

za dużo, o wiele za dużo jak na tego typu pracę.

Zapalił papierosa i wyjrzał przez bulaj, przez podwójne pleksiglasowe zabezpieczenie 

okienka. Tytan był ponurą równiną zawaloną aż po horyzont taflami lodu. Czerwone kosmyki 

ksemedryny gdzieniegdzie wystawały nieco ponad pęknięcia czy szczeliny między płytami 

posępnego lodu. Nie pierwszy raz był na Tytanie; trafił tu w jedenastym roku dla dokonania 

zdjęć terenu, robionych co dziesięć lat, i drugi raz w roku dwudziestym pierwszym. Teraz był 

po raz trzeci i mocno się obawiał, że będzie to raz ostatni.

Zobaczył   członków   załogi   wyłaniających   się   spoza   śnieżnobiałego   grzbietu   góry, 

odległego nie więcej jak o trzysta metrów. Zamknięci w skafandrach termicznych zbliżali się 

szeregiem jak Indianie. Każdy niósł na plecach ksemedrynę  pracowicie zebraną w czasie 

godzin wyczerpującej pracy. Lagersson policzył ich kolejno w myśli. Rozpoznawał swoich 

ludzi   po   chodzie.   Nie   wszystkich,   niektórzy   byli   nowi,   ale   swoich   ludzi,   z   którymi   już 

kilkakrotnie stawiał czoło Kosmosowi - tych poznałby nawet z odległości mili.

Lekko zdyszany rzucił się na leżankę.

Dziewięć   kwintali.   Trzeba   je   za   wszelką   cenę   znaleźć,   ale   jakoś   nie   mógł 

skoncentrować się na tym problemie. Zaskoczyło go, że rozważał nieracjonalność świata i 

historii.   To  zabawne,   mówił  do  siebie,  mój   świat  kona  z   powodu  nie   znanej  choroby,  a 

Jekarsrwo ;est lula}, odległe o miliony kilometrów. Potem zdawało mu się, że dostrzega we 

wszystkim jakiś opatrznościowy i logiczny plan. Ksemedryna! Kiedy wiele lat temu robił 

badania Tytana, któż by pomyślał, że w tych niepokaźnych czerwonych strzępkach ludzkość 

któregoś dnia znajdzie swoje wybawienie? A ten lekarz z Hamburga? To on wpadł na to, że 

potrzebna jest ksemed- ryna. Stwierdził to zupełnie przypadkowo, kiedy szukał katalizatorów 

dla przyspieszenia produkcji surowicy antyepi- demicznej. Przypadek czy przeznaczenie?

Spróbował   wyobrazić   sobie,   co   by   się   wydarzyło,   gdyby   epidemia   wybuchła   rok 

background image

wcześniej, kiedy projekt Krusiu- sa i Blogovicha był jeszcze na papierze. Zwykły statek kos-

miczny   o   napędzie   atomowym   potrzebowałby   ponad   dziesięć   miesięcy   na   odbycie   tej 

podróży. To zbyt dużo; przez ten czas można by umrzeć z dziesięć razy. Błogosławiony Ibis, 

pomyślał, i błogosławiona ksemedryna. Zachciało mu się śmiać, kiedy przyszło mu do głowy, 

że nawet tuzinkowy filozof mógłby go oskarżyć o dogmatyczny finalizm.

Papieros   zgasł   i  Lagersson   zapadł   w   ciężki   sen.  Żeglował   zanurzony  w   chmurze, 

bardzo szybki, lekki i nieosiągalny. Potem, zupełnie nagle, nogi stały się jakby z ołowiu i 

spadł, wessany przez otchłań.

Brzęczenie   zegarka,   chociaż   bardzo   delikatne,   gwałtownie   go   zbudziło.   Sprawdził 

czas na chronometrze o podwójnej tarczy. Obiad, pomyślał. Umył się preparatem w aerozolu i 

zszedł na dół.

Jedli w milczeniu. Doktor Paulsen wyglądał na zaniepokojonego. Fulton starał się tego 

nie   okazywać,   podczas   gdy   Alexei   i   Irina   obrzucali   się   co   pewien   czas   dziwnymi, 

tajemniczymi   spojrzeniami.   Z   piętra   niżej   docierał   gwar   ściszonych   głosów   pozostałych 

członków załogi.

- Ile ksemedryny dziś zebrano? - spytał Lagersson.

-   Dwanaście   kilo   -   odpowiedział   Fulton.   -   Jeszcze   dwa   zbiory,   i   dojdziemy   do 

wyznaczonych sześćdziesięciu kilogramów.

- Trzeba to zebrać za jednym razem.

-   Dlaczego?   Będziemy   w   korzystnym   układzie   planetarnym   dopiero   za   blisko 

pięćdziesiąt godzin.

- Wiem - mruknął Lagersson - ale chcę, żeby wszyscy ludzie, powtarzam: wszyscy, 

byli jak najprędzej do dyspozycji, żeby rozpocząć operację odciążania. - Zwrócił się do Iriny: 

- Chcę mieć spis wszystkiego, co jest na pokładzie zbędne: przedmioty dekoracyjne, książki i 

tak   dalej,   wraz   z   przybliżoną   wagą   podaną   obok.   Pan,   Alexei,   sporządzi   drugi   spis 

zawierający wszystko to, co nie jest pierwszej potrzeby. A pan, doktorze... Chciałbym, żeby 

mi pan wyliczył najmniejszą rację żywności i absolutnie niezbędny przydział tlenu. Obawiam 

się, że będziemy musieli ścisnąć paski i płuca.

Wstał   i   zbierał   się   do   odejścia.   -   Zapomniałem...   -   powiedział   zwracając   się   do 

Fultona. - Jutro, kiedy będziemy mieli całą ksemedrynę, dopilnujesz odebrania broni całej 

załodze.

- Opróżnij kieszenie, John.

Mężczyzna mruknął niechętnie.

-  Powiedziałem,   opróżnij   kieszenie!   -  rzekł   dowódca   Lagersson.  Na   stół   wypadły 

background image

papierosy, zapalniczka, pilnik do paznokci, rożek przynoszący szczęście.

- A portfel? - zapytał surowym głosem Lagersson.

- Proszę - powiedział John. Wyjął portfel z tylnej kieszeni spodni i położył na stole. - 

Dowódco - powiedział łamiącym się głosem - to fotografie mojej żony... ważą tylko kilka 

gramów.

- Milczeć! - ryknął Lagersson. - Wyrzuć wszystko, nawet zegarek. - John zebrał swoje 

rzeczy   i   ze   spuszczoną   głową   pomaszerował   ku   środkowi   sali.   Było   tam   już   sporo 

najprzeróżniejszych przedmiotów, które' ucieszyłyby handlarza starzyzną: pióra, szpilki do 

krawatów, notatniki, łańcuszki, ołówki z utwardzonego ołowiu. John rzucił swoje rzeczy na 

stos.

- Następny.

Był to mężczyzna czterdziestoletni o gęstych, rudych włosach. Nowy.

- Clift Evans, szefie.

- Opróżnij kieszenie, Clift.

-   Już   to   zrobiłem,   szefie   -   powiedział   Clift   pokazując   wywinięte   szare   kieszenie 

spodni.

- Dobra - rzekł Lagersson.

Clift miał już odejść, kiedy dowódca gniewnie wezwał go z powrotem.

- Sygnet, Clift. Ściągaj sygnet.

- Próbowałem, szefie. Nie mogę.

- To spróbuj posmarować mydłem, bo inaczej utnę ci palec.

Załoga zebrana była w komplecie w sali nawigacyjnej i stała plecami do ścian statku.

- Szybciej! - rozkazał  Lagersson, jak tylko  przegląd  się zakończył.  - Wyrzucajcie 

wszystko na zewnątrz.

Czterech mężczyzn  podniosło płachtę i skierowało się do komory dekompresyjnej. 

Minęło   pięć   minut   napiętego   milczenia.   W   końcu   zapaliła   sią   lampka   zielona,   potem 

czerwona i znowu zielona.

- Ile pokazuje wskazówka?

- Dwieście pięćdziesiąt ponad, szefie.

Arne Lagersson, zniechęcony, przesunął dłonią po oczach.

Wszystko   już   wyrzucili:   stoły,   leżanki,   urządzenia   kuchenne   na   promienie 

podczerwone, pasy przytrzymujące, naczynia stołowe, sztućce. Pozbawili się wszystkiego, co 

było wygodą, to znaczy wszystkiego, co było zbędne, jak również wszystkiego tego, co nie 

było absolutnie niezbędne. Czego mogli się jeszcze pozbyć?

background image

- Fulton! - zawołał głośno dowódca. - Ile zostało zapasowych skafandrów?

- Pięć.

- Każ wyrzucić trzy. - Zawołał doktora Paulsena.

- Proszę ze mną na górę - rzekł. - Musimy porozmawiać o przydziałach.

Jak   tylko   lekarz   i   Lagersson   weszli   na   górę,   ludzie   rozproszyli   się   po   całej   sali. 

Zaczęło ich ogarniać zdenerwowanie i niepokój. Ktoś, trzymając głowę w rękach, usiadł na 

ziemi  ze  zgaszonymi  oczami.  Inni  próbowali  brać  sprawę  na wesoło,  żeby nie  myśleć  o 

prawdziwie tragicznej perspektywie, która się przed nimi rysowała.

Bob Argitay, młody człowiek o wadze dziewięćdziesięciu kilo, skupił wokół siebie 

małe kółko.

- Nigdy nie rozumiałem tego przyciągania - mówił, specjalnie udając naiwny sposób 

mówienia.

- Bo jesteś osłem - stwierdził stojący obok kolega.

- Posłuchaj, to ci wytłumaczę. - I podwinął rękawy koszuli. - Wyobraź sobie, że jesteś 

w domu na trzydziestym albo czterdziestym piętrze budynku. No więc, jeśli cię chwycę i 

wystawię przez okno, a potem nagle puszczę... no? Co się stanie, jeśli cię puszczę?

- Wziąłeś zły przykład, Joe - powiedział ktoś inny.

- Nic by się nie stało; Bob jest wcieleniem ducha przekory. Mógłby nie spaść, żeby 

tylko zrobić ci na złość...

Ktoś   się   zaśmiał,   ktoś   zezłoszczony   słuchaniem   żarcików   wzruszył   ramionami   i 

oddalił się.

-   Hej   tam,   nie   żartujcie   sobie!   -   zawołał   Bob.   -   Naprawdę   nie   rozumiem.   A   wy 

przestańcie udawać wszystkowiedzących, bo wiecie o tym tyle samo co i ja. Wskazówka 

pokazuje   dwieście   pięćdziesiąt   ponad.   Do   licha,   czy   to   możliwe,   żebyśmy   musieli   tu 

ugrzęznąć z powodu dwóch żałosnych kwintali? Słowo daję, że nie rozumiem.

- Bo osioł z ciebie - powtórzył Joe. - Zaraz ci wyjaśnię. Wyobraź sobie, że masz wagę 

z szalkami, dobra? No więc, ty siedzisz na jednej, a na drugiej znajduje się dziewięćdziesiąt 

kilo towaru. Co się stanie, jeśli i ty ważysz dziewięćdziesiąt kilo?

- A co by się miało stać? - spytał Bob. – Szalki pozostaną w równowadze.

- Zgadza się - przyznał Joe. - Nie pójdą ani w górę, ani w dół. Ale jeśli wyrzucisz z 

kieszeni piórko, to wtedy talerz z towarem pójdzie w dół, a ty pójdziesz w górę. Rozumiesz?

- Idiota! - syknął Bob. - Już od jakiegoś czasu wiem, jak działa waga.

- Ależ tak samo jest z urządzeniami anty- g! - zapewnił Joe. - Ta sama zasada.

- Cisza! - powiedział któryś. - Idzie zastępca. Fulton zbliżył się do grupy. - Chłopcy - 

background image

powiedział dobrotliwym głosem - musimy zredukować do minimum ubranie...

Bob Argitay zaczął  się śmiać.  - Świetnie! - zawołał  z udawanym  entuzjazmem.  - 

Dowódca postanowił posłać nas do domu w kalesonkach...

- Przestań! - przerwał mu drugi oficer. - Zdejmijcie buty, koszule, podkoszulki.

- Panie Fulton - znowu spytał Bob Argitay - czy to rozporządzenie dotyczy wszystkich 

bez wyjątku?

Fulton zrobił twierdzący ruch.

- Również tej dziewczyny z góry?

- Oczywiście.

- Świetnie! - stwierdził Bob zacierając ręce. - Mam nadzieję, że inżynier Alexei Platov 

nie będzie się krzywił, jeśli od czasu do czasu dziewczyna zejdzie na dół, żebyśmy i my ją 

zobaczyli!

- Dureń! - skarcił go Fulton.

Pozostali   zaczęli   się   śmiać.   Bob   zaczął   się   usprawiedliwiać:   -   Żartowałem,   panie 

Fulton. Tak sobie gadałem, żeby podtrzymać ducha...

Fulton z pewnym zakłopotaniem popatrzył na niego przez chwilę. Ścisnął go za ramię 

i lekko klepnął po plecach. Potem oddalił się szybkim krokiem.

Do odlotu brakowało osiemnastu godzin. Lagersson i Fulton, doktor Paulsen, Alexei i 

Irina zebrali się w sali na piętrze.

- Posłuchajcie - mówił komendant. - Wiecie  dobrze, że ksemedryny nie ruszymy. 

Powiedzieli: sześćdziesiąt kilo, więc zamierzam dostarczyć sześćdziesiąt, ani grama mniej.

Pozostali przytaknęli.

- Zgoda - westchnął lekarz. - Wskazówka anty-g pokazuje teraz sześćdziesiąt cztery 

ponad. Mamy osiemnaście godzin, żeby znaleźć sześćdziesiąt cztery zbędne kilogramy.

- Nigdy ich nie znajdziemy - przerwał Alexei. - Tu w środku nie ma już niczego 

zbędnego...

Lagersson   przyglądał   się   im   kolejno.   Patrzyli   nań,   jakby   rozwiązanie   problemu 

zależało wyłącznie od niego. Na dole, piętro niżej, załoga szemrała, nie słyszało się już śmie-

chów, był tylko szum, który cały czas przybierał na sile.

- Co chcecie, żebym  zrobił? - zapytał  Lagersson głosem surowym,  a jednocześnie 

ironicznym. - Pewnie, byłoby bardzo prosto zawołać tu wszystkich i powiedzieć: “Panowie, 

jest   nas   o   jednego   za   dużo,   teraz   będziemy   losować;   na   kogo   padnie,   ten   wychodzi   na 

zewnątrz, żeby zdechnąć jak pies".

Przyglądali   mu   się   w   milczeniu.   Cztery   skupione,   pełne   wymówek,   przerażone 

background image

spojrzenia.

- Niektórzy z was pewnie myślą, że to ja powinienem opuścić Ibisa, prawda? Pewnie, 

to ja jestem dowódcą, a więc to ja powinienem się poświęcić.

- Nikt tego nie twierdzi - zauważył Fulton.

-   To   śmieszne   -   ciągnął   dalej   Lagersson.   -   Przyjęte   jest,   że   w   razie   zagrożenia 

dowódca opuszcza statek jako ostatni. W tym jednak przypadku powinienem opuścić go jako 

pierwszy... - Wybuchnął śmiechem i śmiał się nieopanowanie przez długi czas.

-  Posłuchaj   -   zasugerował   Fulton.   -  Wskazówka   anty-g  zablokowała   się   w   czasie 

lądowania. Może się zepsuła?

- Co chesz przez to powiedzieć?

-   Wykazuje   sześćdziesiąt   cztery   ponad,   ale   może   to   nie   jest   zgodne   z   prawdą? 

Dlaczego nie spróbujemy wystartować?

Lagersson zastanawiał się przez parę chwil. - Zgoda - powiedział. - Dopilnuj wydania 

odpowiednich zarządzeń.

Dwadzieścia minut później Alexei wcisnął klawisz i cały kadłub statku kosmicznego 

zaczął drżeć. Oczy Lagersso- na wpatrzone były w wysokościomierz. Upłynęło piętnaście 

sekund męki.

- Zero! - wrzasnął rozzłoszczony Lagersson. - Nie podnosimy się ani o centymetr.

Ponownie zebrali się na środku sali. Dowódca zwrócił się do doktora Paulsena: - Co 

pan proponuje, doktorze?

- Hm, nie pozostaje nam nic innego, jak poddać się diecie odchudzającej. W ciągu 

najwyżej czterech dni będziemy w stanie odlecieć.

- To niemożliwe.

- Nie widzę innego rozwiązania,  komendancie.  Albo zostawimy ksemedrynę,  albo 

poczekamy, aż załoga schudnie...

- Nie zdajecie sobie sprawy - przerwał Lagersson - że trasa i czas zostały obliczone z 

wyprzedzeniem. Start za cztery dni oznaczałby wbicie się w połowie drogi w obłok B-36, co 

oznacza  śmierć  dla wszystkich.  A zatem  albo startujemy  za osiemnaście  godzin,  albo  za 

dwadzieścia dni, kiedy obłok nie będzie już na naszej drodze.

- Czy nie można by zboczyć z trasy?

- Nie, bo żeby zboczyć, musielibyśmy bardzo wznieść się na średniej płaszczyźnie 

orbitalnej,   co   pociąga   za   sobą   znaczne   zmniejszenie   szybkości.   Wtedy   przylecimy   z 

dwudziestodniowym   opóźnieniem,   nie   mówiąc   już   o   podjętym   ryzyku.   Czy   wiecie,   co 

oznacza spóźnienie o dwadzieścia dni?

background image

- Wiem! - krzyknął lekarz. - Tam na dole umiera średnio trzydzieści tysięcy osób w 

ciągu godziny. Mówił pan to już tysiąc razy. A co ja mam na to poradzić? Czy to moja wina, 

że wybuchła epidemia?

- Niech pan milczy!

- O, nie. To pan poprosił mnie o powiedzenie, co myślę.

Lagersson odwrócił się do niego plecami. Maszerował z opuszczoną głową wzdłuż 

zaokrąglonej ściany statku kosmicznego, raz po raz waląc rękami w kadłub.

- Zmniejszymy racje o połowę! - mruknął.

Fulton podszedł do niego. - Nie możesz, Arne. Zrobiliśmy to już dwukrotnie i zostało 

nam tylko kilka kilogramów koncentratu.

- Wyrzućmy wiec jeszcze sześćdziesiąt cztery litry wody!

- Arne... - głos Fultona był zgaszony, melancholijny. - Sam zobacz, Arne, ile wody 

nam zostało. I tak bez zmniejszania racji będziemy ją musieli pić z kroplomierza. Dalsze 

zmniejszenie ilości wody czy tlenu oznaczałoby pewne niepowodzenie misji.

- Tracę głowę... - szepnął Lagersson. Zdesperowany rozejrzał się dokoła. - Czy to 

możliwe, żeby nie można było ze środka niczego więcej wyrzucić?

Tablica rozdzielcza sterowania była odkryta, pozbawiona płyt osłaniających. Niektóre 

sterczące   wyłączniki   zastąpiono   korkowymi   zatyczkami.   Wszystko   zostało   wyrzucone, 

wszystkie przyrządy nie zespolone ze statkiem i nie mające podstawowego znaczenia.

-   Przeklęty   statek!   -   krzyknął   Lagersson.   -   Przeklęty   Ibis   wykonany   z   jednego 

kawałka. Nic, co można by odpiłować czy zdrapać... Przeklęty! - Znowu zaczął krążyć jak 

zwierzę w klatce. Potem stanął wyczerpany i oparł się plecami o ścianę.

Właśnie wtedy przyszło mu to do głowy. Lagersson w roztargnieniu obserwował Irinę, 

długą rudą czuprynę Iriny. Wyobraził sobie nożyczki, jak wnikają lubieżnie w środek tych 

bujnych, miękkich włosów... Ach, nie, rozwiązanie problemu nie znajdowało się wcale tutaj; 

nawet strzygąc na zero całą załogę uzyskałby raptem trochę ponad kilkaset gramów. Ale 

obraz   nożyczek   obcinających   włosy   Irinie   nasunął   mu   inną   myśl,   potworną,   lecz 

olśniewającą.   Słyszał   jakiś   głos   w   głowie,   swój   głos,   surowy   i   rozkazujący.   “Spróbuj 

posmarować   mydłem,   bo   inaczej   utnę   ci   palec!"   Kiedy   to   powiedział?   Kilka   godzin 

wcześniej,   do   Cliffa,   z   powodu   sygnetu,   który   nie   chciał   zejść.   “Spróbuj   posmarować 

mydłem, bo inaczej utnę ci palec!"

- Doktorze Paulsen! - zawołał poruszony.

- Słucham pana, komendancie.

- Doktorze... - Lagersson zawahał się, trzęsącą ręką targał brodę. - Doktorze, ile waży 

background image

ręka człowieka?

Doktor Paulsen podskoczył.  - To zależy... - powiedział zaniepokojonym  głosem. - 

Powiedzmy, trzy - cztery kilogramy...

Lagersson  nie   potrafił   ukryć  uśmiechu   gorzkiej  satysfakcji.  -  Myślę,  że   będziemy 

potrzebowali pańskich umiejętności, doktorze.

Paulsen rzucił pozostałym spojrzenie pełne niepokoju, jakby prosił o pomoc.

-   Czy   może   pan   dokonać   dwudziestu   amputacji?   Doktor   zdegustowany   wzruszył 

ramionami.

- No więc, jest pan w stanie, czy nie?

- Oczywiście, że jestem w stanie, ale w tych warunkach nigdy tego nie zrobię.

- Zrobi pan! - rzekł Lagersson. Błyskawicznie wyjął fulminator i wycelował go w 

brzuch lekarza. Paulsen zrobił krok do tyłu.

- Nie może mnie pan zmusić! - krzyknął. - Powtarzam, że nigdy tego nie zrobię.

- Niech pan posłucha, Paulsen. Znalazłem sześćdziesiąt cztery kilo. Teraz do pana 

należy pozbycie się ich z pokładu Ibisa. Jeśli pan odmówi, nacisnę cyngiel; jak pan widzi, 

problem będzie i tak rozwiązany.

- Nie wiem, jak mam pana nazwać - powiedział z pogardą doktor. - Może jest pan 

potworem, a może tylko marnym dowódcą szukającym chwały. Czego się pan spodziewa? Że 

po powrocie wystawią panu pomnik? Ten pański kaprys zaprowadzi pana raczej przed Sąd 

Najwyższy...

- Dosyć! - przerwał Lagersson. Pozostali zaczynali się zbliżać. - Stać! - krzyknął. - 

Stać tam, gdzie jesteście, przy ścianie.

- Słyszeliście? - zapytał lekarz zwracając się do pozostałych trzech osób. - Komendant 

oszalał, chce uciąć rękę każdemu członkowi załogi.

Irina pobladła, przytuliła się do Alexeia. Lagersson ciągle trzymał wycelowaną broń. - 

Posłuchajcie, ludzie - powiedział zmęczonym głosem. - Posłuchajcie, przyjaciele, państwo... 

nie wiem, jak się do was zwracać. Możliwe, że mój mózg nie funkcjonuje tak jak powinien. 

Może, jak twierdzi doktor, faktycznie szukam chwały, a może po prostu kłopotów. Ale to są 

wszystko czcze rozmowy, tracimy tylko czas. Nic więcej. Posłuchajcie, Ibis nie jest w niebez-

pieczeństwie. Wasze życie również. Gdyby dwadzieścia dni opóźnienia nie miało znaczenia, 

problem   byłby   rozwiązany:   trochę   ruchu,   zrzuciłoby   się   trochę   zbędnego   tłuszczu   i   mo-

glibyśmy wiać z tego przeklętego Tytana. Ale dobrze wiecie, dlaczego nie możemy sobie 

pozwolić na najmniejsze opóźnienie. W grę wchodzi życie innych ludzi. Wiem, że to, czego 

od was żądani, jest wielkim poświęceniem. Ale proszę was, nie żądajcie mojego całopalenia. 

background image

Nie byłoby to sprawiedliwe; mógłbym tego samego zażądać od każdego z was. Dlatego daję 

pół godziny czasu; ja już wysiliłem swoją głowę, teraz wy wysilcie wasze. Jeśli nie chcecie 

stracić ręki, znajdźcie coś do wyrzucenia, coś, co będzie ważyło sześćdziesiąt cztery kilo. Ale 

ksemedryny nie ruszymy, podobnie jak dwóch zapasowych skafandrów. Jeśli w ciągu pół 

godziny niczego nie wymyślicie...

Otarł zimny pot, który spływał  mu  na oczy i osunął się znużony,  żeby usiąść na 

podłodze. Widział niewyraźnie, straszliwy ciężar uciskał mu powieki. Może miał gorączkę.

Fulton stał nieruchomo plecami  do kolumny wskaźnika anty-  g, Paulsen nerwowo 

chodził mamrocząc coś, Alexei i Irina przytulali się do siebie nic nie mówiąc.

- Wiem, co myślicie - oznajmił Lagersson. - Macie nadzieję, że lada chwila ktoś z 

załogi wejdzie tu na górę, żeby mi skoczyć do gardła, a ja go wykończę. To jest jakiś sposób 

na rozwiązanie naszych trudności, prawda? Byłoby to zupełnie tak, jakbyśmy wyciągali z 

ognia kartofel czyjąś ręką. Nie, drodzy państwo. Tym razem wszyscy stracimy rękę...

Lagersson   dalej   mówił   rozgorączkowany.   Z   ust   wydobywały   mu   się   słowa   nie 

powiązane ze sobą, raz gorzkie, to znów brutalne, innym razem obraźliwe.

- Fulton! - zawołał sennym głosem. - Czy zdobyłbyś się na to, by wyjść na zewnątrz i 

umrzeć?

Drugi zmarszczył czoło nie odpowiadając.

- Czy byłbyś w stanie? - nalegał dowódca.

- Nie wiem, Lagersson. Myślę, że nie.

- No to dlaczego przyglądają mi się w ten sposób? Ludzie, nie jesteśmy małpami ani 

mrówkami. Nie jesteśmy owadami, jesteśmy tylko egoistycznymi i nikczemnymi ludźmi...

A jednak... Widział długie szpitalne sale, chorych ściśniętych wewnątrz i na zewnątrz 

budynku, w korytarzach, na ulicach, i bezsilnych lekarzy biegających tam i z powrotem. A 

także odór wagonów rozkładających się ciał, czuł rozpalone powietrze pieców, w których je 

palono... Ludzie, cała ludzka rasa obracała się w proch.

Lagersson spojrzał na chronometr. - Panowie - rzekł - pół godziny minęło.

Długa, nie kończąca się cisza. Chwile jak krople padające równomiernie w otchłań 

rozpaczy. Lęk.

- No dobrze - oznajmił doktor Paulsen. - Dosyć się już naobrażaliśmy wzajemnie, 

teraz do roboty.

Powiedział, że muszą mieć  dużo napojów i innych  rzeczy,  które już wyrzucili na 

zewnątrz. Potrzebny jest także ktoś do pomocy. Dlatego wezwano Joego, bo zanim wszedł na 

pokład, studiował medycynę.

background image

Joe poszedł na górę razem z Bobem Argitayem. Doktor zapytał oschle: - Joe, czy umie 

pan chwycić szczypcami żyłę?

- Tak, doktorze. Robiłem to wiele razy.

Tymczasem Lagersson kazał Bobowi Argitayowi założyć skafander. - Na zewnątrz, na 

stosie, powinny być dwa albo trzy pudła gazy. Niech ci też doktor powie, co jeszcze będzie 

mu potrzebne.

Bob patrzył na dowódcę przerażonym wzrokiem. Bał się, że ledwie przekroczy próg 

statku, Ibis się wzniesie zostawiając go na tej ogromnej przestrzeni lodu. Lagersson pojął, o 

co chodzi. Miał ponowić rozkaz, kiedy włączył się Fulton.

- Ja pójdę - powiedział drugi.

Oczy dowódcy rozpromieniły się.

- Jesteś ze mną?

- Jak zawsze, Lagersson.

Westchnął głęboko z ulgą. Czuł teraz jasność umysłu, już nie był rozgorączkowany, 

nowe siły wnikały wraz z krwią w całe jego ciało. Bardzo ożywiony krążył po całej sali 

wydając rozkazy, osobiście sprawdzając wykonanie najbardziej skomplikowanych poleceń.

Kiedy Fulton powrócił z gazą i resztą rzeczy,  Lagersson zażądał,  aby cała załoga 

zebrała się przed nim. Powiedział niewiele. Ludzie słuchali w milczeniu, pobledli. Potem 

Clift Evans zaczął płakać. Był dorosłym mężczyzną, a płakał jak niesłusznie zbity chłopak. - 

Ale dlaczego? - wybuchnął w pewnej chwili. - Wyrzućmy ksemedrynę, szefie! Wyrzućmy ją 

albo poczekajmy dwadzieścia dni, kiedy nadejdzie nowy korzystny układ. - Masz żonę, Clift, 

prawda?

Clift pociągnął nosem i dwa czy trzy razy kiwnął potakująco głową.

- Założę się, że masz też śliczne dziecko.

- Dwoje, szefie.

- No to spróbuj zrozumieć, Clift. Wyruszyliśmy z Ziemi ponad miesiąc temu. Twoja 

żona i dzieci. Jeśli się tymczasem rozchorowały?

Clift   wytarł   ręką   nos   i   podniósł   głowę.   Ktoś   spojrzał   na   dowódcę   złym   okiem. 

Lagersson   dostrzegł   to,   zobaczył   wiele   groźnych   rąk   zaciśniętych   w   pieści,   zobaczył,   że 

niezdecydowana załoga waha się jakby czekając na sygnał, najmniejszy znak porozumienia, 

żeby   się   na   niego   rzucić.   Wtedy   podniósł   broń   i   trzymał   ją   nieruchomo,   stanowczo 

wycelowaną.   Widział,   jak   ludzie   powoli   się   rozluźniali,   dłonie   się   znowu   rozwierały,   a 

spojrzenia nie były już tak groźne.

Lagersson podjął:  - Postępować będziemy tak: ja pójdę pod nóż pierwszy.  Fulton 

background image

będzie ostatni. Nie jest to brak zaufania, chociaż może i tak, w każdym razie nie chcę, żeby 

miały miejsce jakieś zamieszki. Zaraz potem... nie będę się czuł najlepiej. Fulton będzie się 

mną   opiekował.   Zanim   przyjdzie   jego   kolej,   ja   już   dojdę   do   siebie.   Dla   pozostałych 

osiemnastu osób ustalimy kolejność za pomocą losowania.

Jeszcze jedno. Być może Ibis mógłby się wznieść, zanim dojdziemy do dwudziestej 

amputacji. Ale niech ci ostatni nie liczą na szczęście; jeśli musimy utracić rękę, to utracimy ją 

wszyscy, oczywiście z wyjątkiem doktora, co jest zrozumiałe. A ponieważ nie chcę żadnych 

zbędnych narzekań, nacisnę guzik wskaźnika anty- g dopiero wtedy, gdy dwadzieścia rąk 

zostanie złożonych razem tam na zewnątrz. Wtedy wyrzucę broń. To wszystko.

Alexei i Irina stali trochę na boku. Przytulali się do siebie objęci, jak niewinne ofiary 

czekające na śmiertelny cios. Lagersson podszedł do nich.

- Przykro mi, Alexei. Naprawdę mi przykro, Irino. Wy dwoje... - nie wiedział, jak 

mówić dalej.

Alexei nic nie powiedział. Podobnie Irina. Lagersson zobaczył czworo wpatrzonych w 

siebie wilgotnych, pełnych łez oczu i poszedł dalej.

- Doktorze! - zawołał. Głos lekko mu drżał. - Jestem gotów, doktorze. Może pan 

zaczynać.

background image

GDZIE SĄ WASI KUMAR?

16 lipca 1997 roku o godz. 14.30 czasu ziemskiego nieznany obiekt znalazł się w 

okolicach   Bazy   Międzyplanetarnej   R-3.   Elektroniczny   komputer   bazy   włączył   się 

natychmiast, aby ustalić orbitę statku. Zaledwie w kwadrans potem turbokar ruszył w pościg 

za   obiektem   i   po   upływie   dwóch   godzin   kapitan   Barney,   po   odważnym   i   delikatnym 

manewrze, zdołał go przechwycić.

Była   to   równoboczna,   stożkowata   kapsuła   z   porowatego   metalu,   o   wysokości   stu 

sześćdziesięciu centymetrów.

Znaki szczególne: brak.

Radioaktywność: nieznaczna.

Dwadzieścia   cztery   godziny   później   kapsuła   znalazła   się   na   Ziemi   w   dyspozycji 

personelu technicznego Centrum Badań w New Denver.

Trzeba się było  napracować, żeby ją otworzyć.  Homunkulus  znaleziony wewnątrz 

został natychmiast przekazany dyżurnym technikom. Była to przerażona istota o wysokości 

czterdziestu centymetrów, o niebieskawej skórze, opatulona w skafander z szarego plastyku. 

Rywalizowało   o   nią   dwudziestu   naukowców.   Przez   trzy   dni   i   trzy   noce   czterdzieści 

rozgorączkowanych   rąk   skrupulatnie   ją   badało.   Była   dotykana,   ważona,   poddana 

prześwietleniom,   przeszła   niezliczoną   ilość   prób   i   badań.   Czterdzieści   wścibskich   oczu 

przebadało ją aż po najgłębiej ukryte włókna organizmu. Skąd pochodzi? Nie wiadomo. A 

kapsuła? Jak to możliwe, żeby w jej wnętrzu nie było żadnych  urządzeń. Następny znak 

zapytania.   Po   siedemdziesięciu   dwóch   godzinach   nieprzerwanej,   wyczerpującej   pracy 

najtęższe umysły C.B. poddały się bezsilne.

Homunkulus musi za wszelką cenę zacząć mówić. To była jedyna nadzieja. Niestety z 

jego ust wydobywał się tylko przeciągły, żałosny, ale i męczący krzyk, niezrozumiały ciąg 

ostrych, piskliwych dźwięków.

Teraz najwybitniejsi naukowcy i same tuzy Centrum zebrali się w oczekiwaniu na 

profesora   Watsona,   który   zamierzał   porozumieć   się   z   homunkulusem   za   pomocą   Uni-

wersalnego Tłumacza, nadzwyczajnego aparatu niedawno przezeń skonstruowanego.

- Będę na miejscu o piątej po południu - zapowiedział profesor.

Powietrze   było   duszne   i   gorące.   Bladzi,   wymęczeni   naukowcy   zabijali   czas 

background image

oczekiwania przechadzając się nerwowo tam i z powrotem po pokoju.

- No, jest! - zawołał pułkownik Simpson. Doktor Schroeder, doktor Ludwig, generał i 

wielu innych pospieszyło do okna, żeby spojrzeć w dół na ulicę. Punktualny jak zaćmienie, 

lewikar profesora Watsona dotarł przed budynek  dokładnie o piątej. Jakiś agent pomagał 

kierowcy profesora przenieść skrzynki zawierające Tłumacza.

- Wielkie nieba! - zagrzmiał pułkownik Simpson. - Małpę też przywiózł ze sobą. - 

Była to prawda. Wszyscy widzieli, jak na krzywych  nóżkach profesor spieszy w górę po 

schodkach prowadzących do głównego wejścia, a tuż za nim biegnie Togo, jego nieodłączny 

szympans.

Watson, czerwony na twarzy i zasapany, pojawił się na górze; nie mogąc się doczekać 

spotkania z wybitnymi kolegami, zapomniał pojechać windą.

- A to co znowu! - obruszył się pułkownik Simpson. - Nie ma pan chyba zamiaru 

trzymać tu w środku swojej śmierdzącej małpy!

- Bardzo przepraszam - wybełkotał profesor Watson - Togo wskoczył do lewikaru w 

momencie odlotu, nie miałem najmniejszego zamiaru zabierać go ze sobą.

Rozejrzał   się   wokoło   swymi   ciekawskimi,   żywymi   oczkami,   czekając,   aż   generał 

Hastings zacznie przedstawiać mu zebranych. Tymczasem pułkownik Simpson, cierpiąc na 

nieuleczalną   zoofobię,   dobrze   wymierzonym   kopniakiem   wykatapultował   szympansa   z 

pokoju i powierzył opiece obsługi.

- A więc - powiedział widocznie podekscytowany profesor Watson - gdzież jest ten 

homunkulus? Chciałbym go natychmiast zobaczyć...

- Spokojnie - upomniał go generał Hastings. - “Malec" jest tam, pod czujnym okiem 

kilku   agentów.   Zanim   zaczniemy   eksperyment,   chciałbym,   aby   poinformował   pan   tu 

obecnych o zasadzie, na jakiej funkcjonuje pański Tłumacz.

-   Łatwo   powiedzieć!   -   westchnął   profesor.   Zaczął   otwierać   skrzynki   z   rosnącym 

zakłopotaniem.

-   Posłuchajcie   -   powiedział   zezłoszczonym   głosem   -   wyjaśnić,   jak   działa   to 

urządzenie, jest niemożliwe; potrzeba by co najmniej tygodnia, żeby dać wam o tym naj-

bardziej   mgliste   pojęcie.   Mogę   jedynie   powiedzieć,   że   Tłumacz   przechwytuje   impulsy   z 

mózgu   i   przedstawia   je   jako   obrazy   pojęciowe.   Zaraz   potem   specjalne   urządzenie   elek-

troniczne wyłuskuje z nich odpowiednie schematy matematyczne i przekształca je następnie 

w nasze słownictwo, słyszalne za pośrednictwem głośnika. Problem teraz polega na tym, żeby 

się przekonać, czy to stworzenie posiada umysł.

- Posiada - zapewnił generał Hastings. - To organizm doskonały w każdym szczególe, 

background image

prawdziwy  miniaturowy człowiek.   Poza   tym  fakt,  że   dotarł  do  nas,  stanowi   dowód  jego 

inteligencji.

- Tak, ale nie mówi - wtrącił się pułkownik Simpson. - Serce, płuca, wnętrzności - 

wszystko w porządku, dokładnie jak u nas. Ale nie mówi.

- Mówi -  stwierdzili   doktorzy Ludwig  i  Schroeder  - tylko  niestety  jego słowa  są 

niezrozumiałe.

- Nie mówi! - wrzasnął Simpson. - Jest tylko małym potworkiem i zupełnie go nie 

trawię. - Zwrócił się do profesora Watsona: - Profesorze, czy kiedykolwiek ciągnął pan mysz 

za ogon? Tak właśnie brzmi głos tego “czegoś": popiskiwanie, piskliwy bełkot wystraszonego 

zwierzaka...

- Jego przerażenie jest jak najbardziej uzasadnione - wtrącił się profesor Ludwig - 

każdy z nas byłby przerażony stając oko w oko z grupą gigantów.

- Dobrze - przerwał profesor, niecierpliwie gładząc brodę. - Czy możemy zacząć? W 

zeszłym   tygodniu   dzięki   Tłumaczowi   odbyłem   bardzo   przyjemną   rozmowę   z   pewnym 

Chińczykiem.  Próbowałem też z Togo, ale szympansy nie są jeszcze w stanie  myśleć  w 

kategoriach logiczno- matematycznych.

Przeszli do sąsiedniego pokoju. Homunkulus schował się w głębi fotela, okutany w 

swój szary skafander. Profesor w osłupieniu przez chwilę mu się przyglądał, potem zaczął się 

krzątać przy urządzeniach Tłumacza.

- Skąd on może być? - zastanawiał się. - Układ Słoneczny został całkowicie zbadany. 

Żadna planeta nie nosi śladu inteligentnego życia. Rośliny na Marsie, myszy i wiewiórki na 

Wenus, mikroorganizmy na Merkurym i Jowiszu. Nic poza tym.

- Gotowe - powiedział profesor, założywszy najlepiej, jak umiał, coś w rodzaju anteny 

na   maleńką   głowę   stworzenia.   -   Jesteśmy   gotowi   -   i   wręczył   mikrofon   generałowi 

Hastingsowi.

- Niech pan pyta - rzekł generał. Watson kilka razy chrząknął. Chwila była podniosła. 

Wszyscy uklękli wokół fotela. Tylko pułkownik Simpson stał z boku, zdegustowany. - Strata 

czasu - gderał - to zwierzę nigdy nie przemówi...

Profesor Watson, głosem zupełnie zmienionym z przejęcia, skandował: - Nie chcemy 

ci   wyrządzić   żadnej   krzywdy.   Słyszysz   mnie?   Jesteśmy   przyjaciółmi.   Przy-ja-ciół-mi. 

Chcemy wiedzieć, skąd przybywasz.

Cisza. Z głośnika wydostawał się tylko przeciągły, monotonny szum, a na centralnej 

tablicy rozdzielczej Tłumacza zapaliła się czerwona lampka.

Watson   wstał   kręcąc   głową.   -   Nic   z   tego   -   powiedział   -   nie   działa.   -   Pułkownik 

background image

Simpson z głębi pokoju zachichotał z zadowoleniem.

- Niech pan spróbuje jeszcze raz - zaproponowali pozostali.

- Nie ma sensu, zapaliła się czerwona lampka, co znaczy, że stworzenie nie myśli, a 

przynajmniej nie myśli według schematów matematycznych.

- Niech pan spróbuje jeszcze raz - nalegał generał Hastings - może nawet zmieniając 

pytania... Profesor ponownie przyklęknął.

- Kto ty jesteś? - wyskandował do mikrofonu. - Chcemy wiedzieć, kim jesteś, nie 

zrobimy ci żadnej krzywdy.

Homunkulusem   jakby   wstrząsnął   dreszcz,   potoczył   małymi,   czarnymi   oczkami   po 

obecnych, przyglądając się to jednemu, to drugiemu z nich, po czym podniósł ręce, żeby 

poprawić   sobie   antenę   na   głowie.   Na   desce   rozdzielczej   Tłumacza   zapaliła   się   zielona 

lamijka. Profesor Watson drgnął. *

- Udało się - powiedział bardzo cichym głosem. I nakazał milczenie, podnosząc palec 

do ust.

Z głośnika wydobywał  się zimny,  bezosobowy głos maszyny:  - Ja jestem Kobe - 

mówił   głos   -   gdzie   są   wasi   Kumar?   Nie   chcę   rozmawiać   z   wami,   zaprowadźcie   mnie 

natychmiast do waszych Kumar, czekają na mnie. Gdzie są wasi Kumar?

I dalej powtarzał: - Gdzie są wasi Kumar? Gdzie są wasi Kumar?

Nawet pułkownik Simpson, nie dowierzając, przysunął się do fotela.

- Kumar? - spytał przestraszony - dlaczego maszyna nie tłumaczy tego słowa?

-   Widocznie   jest   nieprzekładalne   -   wyjaśnił   profesor.   -   Nasz   język   musi   być 

pozbawiony dokładnego odpowiednika tego terminu.

- Czy chce pan powiedzieć - insynuował doktor Schroeder - że nie mamy słowa, bo 

nie mamy takiego pojęcia?

- Dokładnie tak.

Tymczasem   stworzenie   nabrało   wigoru.   Gestykulowało   jak   oszalałe,   wymachując 

rękami zaciśniętymi w pięści i piszczało zupełnie jak mysz, zgodnie z określeniem pułkowni-

ka Simpsona.

-   Bardzo   źle   zrobiliście   łapiąc   mnie   -   mówił   głos.   -   Kumar   dowiedzą   się   o   tym 

wcześniej czy później i ukarzą was. Kumar wiedzą wszystko, są naszymi panami i władcami. 

Ja jestem Kobe, gdzie są wasi Kumar? Dlaczego nie widzę przy was waszych Kumar? Nie 

powinniście byli mnie złapać. Kumar ukarzą was zabierając jedzenie, nie będą was głaskali, 

nie będą się chcieli z wami bawić. Gdzie są wasi Kumar?

Profesor, cały przerażony, podkręcił głośnik.

background image

- Dlaczego ośmielacie się dotykać maszyny? - mówił głos. - Nie powinniście bawić 

się maszynami, to zabronione. Kumar ukarzą was także i za to. Maszyny należą do nich. 

Gdzie są wasi Kumar? Proszę was, zaprowadźcie mnie do waszych Kumar!

Dosyć długo ciągnął w tym duchu. W końcu naukowcy zniecierpliwili się. Wszyscy 

chcieli   uzyskać   informacje,   ale   każdy   z   nich   pragnął   wiadomości   dotyczących   możliwie 

najściślej jego dziedziny zawodowej. Dlatego też zaczęli się przepychać, żeby zdobyć miejsce 

najbliżej stworzenia. Wyrywali sobie wzajemnie mikrofon i głośno się kłócąc jak oszalali 

wykrzykiwali swoje pytania.

Dziwne   stworzenie   w   końcu   zdenerwowało   się.   Z   rozzłoszczoną   miną   zerwało   z 

głowy   antenę   i   schowało   się   w   głębi   fotela.   Musiało   być   wyczerpane,   bo   mimo   strachu 

zamknęło oczy i zdrzemnęło się.

Profesor Watson pierwszy się opanował. Wyłączył urządzenie i poprosił kolegów o 

spokój. - Spróbujmy podsumować sytuację - powiedział.

- Nie rozumiem - zaczął doktor Ludwig. - Wydaje się, że Tłumacz umożliwia nam 

odbiór, ale nie nadawanie. Mam wrażenie, że stworzenie nie odebrało naszych pytań...

-   Zostawmy   Tłumacza   w   spokoju   -   przerwał   Watson,   prawie   obrażony.   -   Jeśli 

pozwolicie, chciałbym przedstawić moje wrażenia. Myślę, że to stworzenie jest tylko świnką 

morską. Ktoś umieścił je w kapsule, żeby zdobyć dane dotyczące warunków panujących w 

naszym systemie. My sami zrobiliśmy kiedyś coś podobnego, kiedy dwadzieścia lat temu 

wyruszaliśmy na badanie innych planet. Pytać teraz, skąd pochodzi homunkulus, pytać, czy 

kapsuła przybyła bezpośrednio, czy też została przetransportowana przez statek kosmiczny - 

jest bezcelowe. Nigdy się tego nie dowiemy, chyba żeby się zdarzył jakiś cud. Nie ma sensu 

obwiniać o to Tłumacza. Homunkulus niczego nie wie i nie może nam niczego powiedzieć. 

Zamknięto go w środku, ale mimo że jest inteligentny, nie zdał sobie sprawy z podróży, którą 

odbył.   Mówcie,   co   chcecie,   ale   według   mnie   homunkulus   jest   przekonany,   że   nigdy   nie 

opuścił świata, z którego pochodzi...

Byli   tacy,   którzy   usiłowali   zgłaszać   jakieś   obiekcje,   ale   profesor   Watson 

nieustraszenie ciągnął dalej.

- Kumar! Oto cała tajemnica! Na tej planecie Kumar są gatunkiem dominującym, to 

chyba   zrozumieliście.   A   ho-   munkulusy   są   im   podległe,   i   jak   zwierzęta   domowe,   pełne 

szacunku.   Tak,   moi   panowie,   między   Kumar   a   tym   stworzeniem   zachodzi   analogiczny 

związek jak między nami a naszymi psami. Z przykrością trzeba to stwierdzić, ale wydaje mi 

się,   znakomici   koledzy,   że   w   powszechnej   skali   inteligencji   gatunek   ludzki   nie   zajmuje 

najwyższego miejsca.

background image

- Sprzeciwiam się! - wrzasnął pułkownik Simpson.

- Nigdy się z tym nie zgodzę. Ten potworek chce nas wodzić za nos, albo też pański 

Tłumacz wszystko poprzekręcał.

- Możliwe - przyznał profesor z udawaną grzecznością. I zwrócił się do innych: - 

Gdybyśmy tylko wiedzieli coś więcej o tych Kumar! Na przykład - jak wyglądają? Dla mnie, 

biologa i antropologa, jest to nadzwyczaj interesujące.

Wzburzeni zaczęli rozprawiać nad przypuszczalnym wyglądem fizycznym Kumar.

- Może są jak aniołowie - powiedział doktor Ludwig. - Przepiękni i wspaniali, a nade 

wszystko niebywale wykształceni...

- Być może są czystymi duchami - rzekł ktoś inny

-   czymś   eterycznym,   co   przybiera   konkretną   formę   tylko   wtedy,   gdy   się   chce 

porozumieć z homunkulusami.

- Półbogowie - dodał ktoś trzeci - z pewnością są jednostkami pośrednimi między 

Bogiem a człowiekiem...

- To niemożliwe - wrzeszczał pułkownik Simpson

- najwyższą formą stworzenia jest człowiek.

- Popytajmy go jeszcze - zaproponował profesor. - Może zdołamy dowiedzieć się 

czegoś na temat wyglądu Kumar.

Podszedł   do   homunkulusa   i   poklepał   go   lekko   dłonią   po   nóżkach.   Stworzenie 

otworzyło oczy. Watson natychmiast założył mu antenę i włączył przycisk Tłumacza.

W tym momencie otworzyły się z tyłu za nimi drzwi pokoju i Togo, wymknąwszy się 

nie wiadomo jak spod opieki agentów, wpadł do środka wyczyniając różne harce.

- Przebrzydła małpo! - krzyknął pułkownik Simpson. - Precz! Precz stąd!

Togo   uniknął   gniewu   pułkownika   wskakując   na   biurko;   wykonał   trzy   czy   cztery 

koziołki, po czym usadowił się przed homunkulusem.

- Kumar! - zabrzmiał głośnik. - Kumar, najpotężniejszy, nareszcie przybyłeś!

Homunkulus, zeskoczywszy z fotela rzucił się, żeby objąć nogi Togo w przypływie 

oddania. Szympans  najpierw  przypatrywał  się mu ze zdziwieniem, po czym  obojętnie go 

odepchnął i jednym zwinnym skokiem usadowił się na zwolnionym przed chwilą fotelu.

Pułkownik Simpson zemdlał.

background image

ŚMIERĆ TAJNEGO AGENTA

Już od czterystu lat Ziemi i Marsowi nie udaje się żyć w zgodzie. Dzieje się tak od 

chwili, kiedy koloniści z Czerwonej Planety, zakończywszy długotrwałą i zaciekłą wojnę, 

ogłosili swoją niezależność polityczną.

Dziś Mars jest kwitnącą planetą w pełni rozwoju; planetą bogatą w zasoby naturalne, 

na której młodzi i silni ludzie marzą o wyruszeniu na podbój całego Układu.

Dlatego właśnie Ziemia roi się od szpiegów. Marsjańscy szpiedzy są ukryci wszędzie: 

w biurach, za ladami wielkich sklepów, w fabrykach i laboratoriach, w wojsku. Nie ma na 

nich   żadnej   rady;   na   miejsce   każdego   unieszkodliwionego   pojawiają   się   setki   nowych, 

bardziej przebiegłych, lepiej zorganizowanych, bardziej niebezpiecznych.

Zło jest nieuniknione. Także Mars roi się od ziemskich szpiegów, równie przebiegłych 

i świetnie zorganizowanych. Toczy się cicha wojna, walka prowadzona w klimacie zimnej, 

najbardziej zaciekłej i szarpiącej nerwy wojny, jaką pamięta historia ludzkości.

Gregory Barnes wyszedł z portu lotniczego w Nowym Waszyngtonie punktualnie o 

15.00.   Niezdecydowany   zatrzymał   się   na   chwilę   pod   olbrzymim   sklepieniem.   Miał 

zameldować się u pułkownika Lunigana do godziny osiemnastej, żeby złożyć  ten sam co 

zwykle podpis kontrolny. Pomyślał, że zdąży jeszcze się ogolić, wziąć prysznic i odpocząć 

kilka godzin.

Przywołał helitaksówkę. A raczej stała tuż przed nim i nie musiał jej wzywać ruchem 

ręki.

- Czy nie zechciałby pan usiąść z przodu? - spytał kierowca - odnowiłem siedzenia i 

lakier jest jeszcze świeży.

Gregory usiadł obok taksówkarza. Czuł się zdenerwowany i zmęczony; osiemnaście 

godzin jednym ciągiem to nie w kij dmuchał, nawet jeśli na pokładzie nie brak wygód. Bębnił 

palcami po walizce, po czym zerknął na kierowcę. Przeciętny typ. Oczy czujne, wystający 

podbródek, duże, niezbyt  zadbane ręce wystawały z rękawów kurtki wykonanej ze skóry 

pokrytej   plastykiem,   może   nieco   za   małej   na   niego.   Należał   do   kategorii   kierowców 

gadatliwych, prawdziwej udręki dla nierozmownych pasażerów.

Zaczął  mówić  o  pogodzie,   ale   Gregory  nie  słuchał.  Zmienił   więc  temat   na  sport. 

background image

Gregory nie reagował. Potem kierowca zapytał: - Jak się mają rzeczy tam, w górze? Czy 

zdołamy uniknąć wojny?

Gregory drgnął. Zaniepokojony odwrócił się, żeby się przyjrzeć kierowcy, ale zaraz 

zdał sobie sprawę, że podejrzenia były bezpodstawne. Wyszedł z portu lotniczego punktualnie 

o piętnastej, a kierowcy, którzy stoją pod daszkiem przystanku dla taksówek, znają na pamięć 

wszystkie godziny przylotów rakiet, a także wiedzą, skąd są te loty. Nie było więc żadną 

filozofią domyślić się, że przyleciał z Wenus.

- Przypuszczam, żeście się cichaczem wynieśli - ciągnął kierowca uśmiechając się pod 

wąsem. - Chyba się nie mylę?

Gregory wyjrzał na zewnątrz. Budynki i ogrody Nowego Waszyngtonu błyskawicznie 

przesuwały się w gorącym świetle popołudnia. Kierowca włączył automat i dalej uśmiechał 

się siedząc nieruchomo z założonymi rękoma. Gregory włożył do ust papierosa.

- Sytuacja nie jest jasna - powiedział - ale nie wydaje mi się, żeby trzeba było długo 

czekać na zwinięcie żagli...

Grzebał   w   kieszeniach   szukając   zapałek.   Kierowca   pochylił   się   ku   niemu   z 

automatyczną zapalniczką, przycisnął palcem i żółtawy ostry gaz strzelił Gregory'emu prosto 

w   twarz.   Sekunda,   tyle   tylko,   żeby   pomyśleć   “koniec   ze   mną"   i   upadł   nieprzytomny   na 

siedzenie.

Nad  Kryształową Przystanią na Wenus zapadła już noc. Koloniści śpią. To ludzie, 

którzy cały dzień ciężko pracują walcząc z przeciwnościami środowiska, w klimacie, który 

zwala z nóg i tłumi refleks.

Życie na Wenus jest ciężkie. Ziemianie postanowili skolonizować planetę dopiero w 

następstwie niepokojów społecznych spowodowanych rosnącą w zawrotnym tempie liczbą 

ludności. Mars zamknął swoje granice. Trzeba było koniecznie znaleźć jakieś wyjście, źródła 

nowych zasobów bogactw naturalnych, i zdobyć pożywienie dla setek milionów żywych istot.

W Kryształowej Przystani również znajdują się szpiedzy. Tajni agenci Marsa i Ziemi 

snują od jakiegoś czasu gęstą sieć jntryg. Na szachownicy wojny, która może w każdej chwili 

wybuchnąć, Wenus zajmuje zbyt ważne miejsce.

Koloniści wiedzą o tym. Ale ponoszone ofiary, niewygody i zmęczenie nie zostawiają 

im   czasu,   by   się   tym   przejmować.   Śpią.   W   ciszy   wilgotnej   i   ciepłej   nocy   Kryształowa 

Przystań tonie w szarości spokojnych, uśpionych sumień.

Na   odległej   o   miliony   kilometrów   Ziemi   Gregory   Bar-   nes   przygotowuje   się   do 

spędzenia najbardziej upiornej nocy swojego życia.

Pokój był ponury, prawie pozbawiony mebli, tynk płatami odpadał ze ścian. Pierwszą 

background image

rzeczą,   którą   zauważył,   był   właśnie   odpadający   kawałkami   tynk.   Zaskoczyło   go   to,   że 

zastanawia nad dziwnym przebiegiem swego przebudzenia - nad tym, że dostrzegł najpierw 

szczegóły, a dopiero potem otaczającą go całość.

Siedział. Spróbował poruszyć nogami, ale nie mógł. Był jednak pewien, że nie jest 

związany. Pokój nie miał okien, mogła to być jakaś piwnica - zielonkawe plamy na ścianach i 

pęknięcia muru potwierdzałyby jego przypuszczenie.

Ktoś   stał   za   plecami.   Czuł   tę   obecność   dzięki   pewnym   cichym,   niewyraźnym 

szmerom,   ustawicznemu   przestępo-   waniu   z   nogi   na   nogę   i   oddechowi   ciężkiemu, 

zduszonemu jak u astmatyka.

Poczuł nacisk na oparcie krzesła, po czym wykonało ono półobrót. Dwa czy trzy razy 

zamrugał powiekami. Przed nim stało biurko, przy biurku siedział jakiś mężczyzna o surowej 

i niewzruszonej twarzy.

Drugi stał obok. Nie był to kierowca taksówki. Przyglądał mu się, marszcząc cały czas 

brwi: mały, szczupły mężczyzna o żółtych, niezwykle ruchliwych oczach.

Ten, który siedział, niepostrzeżenie kiwnął głową. Na ów znak szczupły mężczyzna 

podszedł do Gregory'ego sprężystym, elastycznym krokiem. Wziął go delikatnie za brodę, 

zmusił do podniesienia głowy. W oczach, które mu się teraz przyglądały, Gregory dostrzegł 

złe, sadystyczne błyski.

Szczupły wymierzył silny cios w policzek Gregory'ego. W ustach poczuł słodkawy 

smak krwi. Jakaś ręka chwyciła go za włosy, znowu zmuszony był podnieść głowę. Drugi 

potworny cios spadł na niego z jeszcze większą siłą.

- No więc? - zapytał szczupły napastliwym, pełnym ironii głosem. - Czy możemy 

zacząć przesłuchanie, majorze Barnes?

Był to głos, który może się przyśnić tylko w najgorszym koszmarze przyprawiając 

człowieka o gęsią skórkę. Gregory Barnes z trudnością podniósł ramię, przesunął ręką po 

dopiero co uderzonym policzku, zebrał językiem krew z rozciętej wargi i splunął na podłogę.

- Nie nazywam się Barnes - próbował powiedzieć. Starał się zachowywać możliwie 

naturalnie mówiąc głosem nieco zmieszanym i zdziwionym. - Nazywam się Edmond Brooks, 

jestem inżynierem elektronikiem w Silver i Bauer Company.

- Nic  podobnego  - przerwał   suchy  głos  jak  smagnięcie   biczem.   - Jesteś  majorem 

Gregorym Barnesem z wywiadu.

Otworzyły się jakieś drzwi i pojawiła się w nich platynowa blondynka w wieku mniej 

więcej trzydziestu lat. - Czy mam przygotować zastrzyk? - spytała najzupełniej obojętnym 

tonem.

background image

Człowiek   przy   biurku   kiwnął   twierdząco   głową.   Blondynka   wyszła   i   po   kilku 

chwilach wróciła niosąc strzykawkę i tamponik.

Odsłoniła mu ramię. Gregory zerknął na zegarek: była 19

45

  27 kwietnia 3842 roku. 

Upłynęło   zatem   tylko   jakieś   sześć   godzin   od   przybycia   do   portu   lotniczego   w   Nowym 

Waszyngtonie.

Zupełnie się nie broniąc pozwolił, żeby kobieta wstrzyknęła mu płyn prawdy, a tymczasem myślał. Kim 

mogły   być   te   typy   i   skąd   wiedzieli,   że   jest   agentem?   Nie   było   wątpliwości   -   wpadł   w   łapy   wywiadu 

marsjańskiego. Z pewnością chcieli się od niego dowiedzieć, gdzie jest ukryty Kolektor.

Upłynęło wiele minut, w czasie których nie wydarzyło się nic szczególnie ciekawego. 

Szczupły mężczyzna przechadzał się wokół jego krzesła, blondynka odeszła na stronę, a facet 

przy biurku palił z kamiennym wyrazem twarzy.

Szczupły spojrzał na zegarek. Odczekał kilka minut i podszedł do Gregory'ego.

- Imię i nazwisko?

- Mówiłem już, Edmond Brooks.

- Kłamca! - zagrzmiał tamten zgrzytając zębami.

- Przysięgam, że jestem Edmond Brooks. Edmond Brooks, inżynier elektronik z...

- Dość! - wrzasnął człowiek siedzący za biurkiem.  - Niech mu pani spróbuje dać 

Betaphil.

Blondynka wyszła. Gregory starał się opanować. Wiedział, że Betaphil też nic im nie 

da. Pół roku wcześniej został uodporniony także przeciw temu lekowi na okres dłuższy niż 

dwa lata. A jednak kiedy usłyszał tę nazwę nie potrafił stłumić dziwnegu uczucia wstrętu. Dla 

tych, którzy nie zostali uodpornieni, Betaphil był  najwymyślniejszą z tortur. Sprawiał, że 

nawet ci, którzy nie mieli nic do powiedzenia, śpiewali wszystko, co wiedzieli. Był to lek 

budzący w człowieku  podświadome  obawy,  owe  głęboko ukryte  i niezbadane  lęki,  które 

nagle się pojawiały, żeby dręczyć nieszczęśnika.

Kiedyś,   w   czasie   kursu   szkoleniowego,   miał   okazję   rozmawiać   z   lekarzem,   który 

tytułem eksperymentu poddał się na ochotnika działaniu Betaphilu. Był wtedy świadkiem 

niebywałej rzeczy. Lekarz podświadomie przeraźliwie bał się insektów. Po zastrzyku omal 

nie   oszalał.   Olbrzymie,   dwu-   ,   trzymetrowe   karaluchy   okrążały   go   i   nie   było   dla   niego 

ratunku. W każdej chwili mogły go chwycić w swoje szczypce. Wokół zaś unosił się ostry 

zapach   kwasu   mrówkowego,   kwaśny   i   przyprawiający   o   mdłości   zapach   rozgniecionych 

mrówek.

Gregory pomyślał, że nie ma sensu udawać strachu, którego w żaden sposób nie mógł 

przeżywać. Nawet gdyby był najwybitniejszym aktorem świata, nie zdołałby zwieść swoich 

background image

oprawców. Tymczasem obmyślił inny plan obrony.

Kiedy blondynka wróciła, Gregory udał zaniepokojenie i zmieszanie.

- Co robicie? - krzyknął i próbował wymigać się od zastrzyku. Zmusił w ten sposób 

niskiego   do   wymierzenia   jeszcze   kilku   ciosów.   Potem   spokojnie   pozwolił,   żeby   kobieta 

wykonała swoje zadanie.

Człowiek   zapalił   papierosa.   Blondynka   usiadła   z   boku   przyglądając   się   swoim 

paznokciom. Czas płynął, wolno sączyły się minuty, zawisając nad otchłanią niepokoju.

Szczupły   poruszył   się,   dwa   razy   obszedł   dookoła   krzesło   Gregory'ego,   po   czym 

wymamrotał: - Nic z tego, Betaphil nie działa. Można się było spodziewać.

Oparł ręce na biurku i powiedział: - No i co? Cała sprawa wydaje mi się jasna. Jeśli 

Betaphil nie działa, to znaczy, że niewątpliwie jest członkiem wywiadu. Co mam "robić? 

Dalej nad nim popracować?

Człowiek   za   biurkiem   mruknął.   -   Zawołaj   Steve'a   -   powiedział   i   podrapał   się   za 

uchem.

Chudzielec zwrócił się ku drzwiom, dał znak i wszedł Steve. Był to wysoki, potężny 

młodzieniec o wadze ponad sto kilo, gładkich włosach i oliwkowej cerze. Miał olbrzymie 

ręce. Gregory zauważył ręce Steve'a i poczuł skurcz w dołku.

- Idę coś przegryźć - powiedział chudzielec. - A ty pracuj dalej.

Steve   uśmiechnął   się.   Gregory   zobaczył   rząd   białych,   bardzo   regularnych   zębów, 

potężną szczękę, która ściskała cygaro, jakby było ono rurką z kremem.

Steve pochylił się nad nim i dmuchnął mu prosto w twarz dymem z cygara. Potem 

zaczął go przesłuchiwać.

- Nazywasz się?

Gregory wzruszył ramionami.

- Nie udawaj idioty - powiedział Steve. I uśmiechnął się. Energicznym ruchem wyrwał 

mu kępkę włosów. Przez krótki czas stał tak, przyglądając się włosom pod światło. Następnie 

dmuchnął na nie i wytarł palce.

- Czy naprawdę mam powtórzyć pytanie?

- Dość! - krzyknął Gregory. - Nazywam się Brooks, powiedziałem to już chyba z 

dziesięć razy. Moje dokumenty są w porządku...

- Są fałszywe. Twoje prawdziwe nazwisko brzmi Gregory Barnes.

Gregory energicznie zaprzeczył głową.

- Posłuchaj mnie, głupcze. Trzy dni temu znajdowałeś się na Wenus, w Kryształowej 

Przystani. Jeden z naszych agentów zauważył cię i śledził, potem zgubił twój ślad. Wiemy 

background image

dobrze, jakie zadanie miałeś wypełnić - miałeś zainstalować Kolektor.

- Nieprawda! Nawet nie wiem, co to jest Kolektor...

- Czyżby? Być może zmiana klimatu spowodowała, że zawodzi cię pamięć. Posłuchaj 

mnie uważnie, Ziemianinie. Postawmy pewną hipotezę, dobrze? Świetnie. A więc załóżmy 

przez chwilę, że nie chcesz nam powiedzieć, gdzie znajduje się Kolektor. Wiesz dobrze, co z 

ciebie zrobimy...

- Wyobrażam sobie. Zabijecie mnie. Ale nie mogę wam powiedzieć tego, czego nie 

wiem.

- Zobaczymy.

Steve przysunął sobie krzesło i usadowił się bardzo blisko, naprzeciw Gregory'ego. 

Prawie delikatnie wziął jego rękę między swoje.

- Zaczynamy od początku. Imię i nazwisko?

- Edmond Brooks!

Wielkie, kościste palce Steve'a ścisnęły rękę Grego- ry'ego prawie jak kleszcze. Kciuk 

został powoli wygięty do tyłu. Poczuł przenikliwy ból i drgnienie całego przedramienia. Palec 

trzasnął.

- Jak powiedziałeś?

- Brooks! - Również palec wskazujący trzasnął. Potem przyszła kolej na środkowy, ale 

jeszcze raz Gregory stwierdził, że nazywa się Brooks. Wtedy Steve wyjął z ust zapalone 

cygaro i przycisnął mu je do ucha.

Ciało Gregory'ego  wygięło  się w łuk, wyskoczyło  jak ściśnięta  sprężyna  i upadło 

tocząc się po podłodze. Krzyknął raz i drugi, potem dostał kopniaka w brzuch i jęk bólu 

zabrzmiał zduszony w głębi gardła.

Steve chwycił go za ubranie. Gregory poczuł, jak go tamten podnosi. Sufit i ściany 

wirowały w przeraźliwym tempie, zarysy przedmiotów były zamglone. Potem wszystko się 

uspokoiło  jak woda  w stawie.  Steve ponownie  umieścił  go na krześle,  pośrodku pokoju. 

Zapalił następne cygaro i zaciągnął się mocno, pospiesznie. Potem strzepnął popiół. Gregory 

nie widział już nic innego. Zamęt w głowie nagle zniknął i jego oczy, jak namagnesowane, 

wpatrzone były w rozżarzoną czerwień, która bardzo powoli się przybliżała...

Zanim   jeszcze  Steve   ponownie   zadał   pytanie,   Gregory   zrobił   słaby   ruch,   żeby 

zatrzymać niebiezpieczeństwo.

- Nazywam się Gregory Barnes - powiedział szeptem.

Steve uśmiechnął się. - Dobrze, Gregory - powiedział. - Dobrze. Robisz postępy.

Kolektor nie zajmuje dużo miejsca. Skrzynia o wymiarach półtora na półtora metra 

background image

może   go   z   łatwością   pomieścić.   Jednakże   jego   skuteczność   jest   niezrównana.   Ekran 

magnetyczny, który wytwarza, ma moc wystarczającą do zablokowania całej flotylli statków 

kosmicznych. Może je zmusić do krążenia wokół planety uniemożliwiając lądowanie.

Sześcian   zawierający   mechanizmy,   zawory   i   tranzystory.   Broń   doskonała, 

niezawodna. Dopóki nie padnie ofiarą sabotażu.

- Majorze Barnes!

Głęboka studnia wyłożona czarną watą, złowrogie światła jak błyśniecie metalowego 

ostrza. Potem wyludniona łąka pokryta brudnym śniegiem i zesztywniałe drzewa bez liści jak 

szkielety rąk.

- Majorze Barnes!

Poważny   głos,   jak   antyczne   napomnienie   o   przewinieniach,   jak   gorzki   wyrzut, 

docierał z głębi. Coś go ciągnęło ku górze, obdzierało ze spokojnej ciemności, z cichego dna 

niebytu.

- Majorze Barnes!

Gdzie, gdzież go ciągnęli? Nie chciał, bardzo nie chciał, żeby przeszkadzali mu w 

odpoczynku. Czerwone i niebieskie kule drgały na czarnym tle ciszy; teraz głos rozpruwał mu 

mózg, świdrował nerwy igłami lodu. Zakrzywione palce olbrzymki szarpały duszę. Powoli 

wyłaniał się ku istnieniu, ku bolesnemu istnieniu w strachu i konwulsjach.

Otworzył oczy... To nie był Steve. Steve siedział z boku. Nad nim stał Nick, mały 

chudzielec.

Trzymał   w   ręku   szklankę.   Gregory   był   niemiłosiernie   spragniony   i   kiedy   Nick 

przytknął mu szklankę do ust, łapczywie wypił. Ale natychmiast tego pożałował.

- Co to było? - spytał drżącym głosem. - Co mi daliście do wypicia? To nie była 

woda!

Nick zaśmiał się. Również Steve wstał i podszedł bliżej. Tylko człowiek za biurkiem 

nadal niewzruszenie palił. Blondynki nie było.

- Słusznie powiedziałeś - zauwżył Steve. - To nie była woda.

- A co? - wrzasnął Gregory, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Nie upłynęła nawet minuta, kiedy napadły go gwałtowne skurcze wymiotne. Zaczął 

się trząść, dostał drgawek jakby w niepohamowanym szlochu.

Steve   śmiał   się.   -   Dlaczego   się   wysilasz?   -   spytał   ironicznie.   -   Posłuchaj   mnie, 

chłopcze. Wymiotuj! Dalejże, odwagi, rzygaj, oczyść sobie dobrze żołądek.

Gregory   odwrócił   głowę   w   bok.   Całe   ciało   wielokrotnie   gwałtownie   drgnęło   i 

background image

uspokoiło się.

- Po co? - zapytał dysząc. - Do czego ma to służyć?

Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła blondynka. Miała w ręku jakąś inną szklankę i 

podała ją Steve'owi. Była to gęsta ciecz, żółtawa, podobna do zsiadłego mleka.

- Pij! - powiedział Steve podtykając mu szklankę pod nos. Gregory poczuł zgniły 

smród zepsutych jajek. Zacisnął nos i oczy odsuwając się.

- Pij! - powtórzył Steve.

- Już zwymiotowałem - błagalnie powiedział Gregory. - Nie mam już nic w żołądku...

- Pewnie, pewnie. Ale to nie jest na wymioty.

Gregory usiłował zyskać na czasie. Coraz częściej wstrząsały nim ataki gorączki. Co 

to za świństwo, do którego wypicia chcą go zmusić? Czy jest to sposób równie dobry jak 

każdy inny, żeby torturować, żeby osłabić jego opór, czy też coś, co wbrew niemu zmusi go 

do mówienia?

- Lepiej go związać - stwierdził Nick.

Ale Steve wydawał się pewny siebie. - Nie ma potrzeby - rzekł. - Postaraj się zmusić 

go do przełknięcia tego, a ja go przytrzymam.

Podał   szklankę   Nickowi,   podszedł   do   pleców   Grego-   ry'ego   i   unieruchomił   go 

ramionami. Nick zamknął mu nos, zmusił do oddychania ustami i świetnie wymierzywszy 

moment wlał mu płyn do gardła.

- Nie próbuj tylko zwymiotować - ostrzegł. - Nie zdołasz, już ci się przylepiło do 

ścianek żołądka.

Steve zwolnił uścisk. Gregory przesunął wierzchem dłoni po brudnych  wargach. - 

Świnie! - powiedział. - Przeklęte świnie!

Blondynka wyszła, człowiek za biurkiem dalej palił jednego papierosa za drugim.

Steve spytał: - Wiesz, czym jest ten żółty płyn, który wypiłeś?

Gregory przyłożył rękę do brzucha i pokręcił głową.

- Jajka żółwie - powiedział Steve. - Taka miła papka z żółwich jajek. - I dodał: - 

Spokojnie, nie są trujące.

- Tak? To po co wypełniliście mi żołądek?

- Zaraz zrozumiesz.

Drzwi ponownie się otworzyły i weszła blondynka trzymając duże szklane naczynie. 

Coś było w środku, ale Gregory nie zdołał zauważyć co konkretnie. Potem kobieta postawiła 

naczynie na blacie biurka. Wtedy Gregory zobaczył: w naczyniu był mały wąż ruszający się 

na dnie, wił się i rzucał, skakał jak ryba wyjęta z wody.

background image

Steve   pochwycił   naczynie   obiema   rękami   i   przysunął   je   bardzo   blisko   oczu 

Gregory'ego. - Przypatrz się! - powiedział. - Wiesz, co to jest?

Źrenice mu się zwęziły. Czuł głęboki wstręt do gadów, a ten, który wił się w naczyniu, 

wzbudzał w nim szczególne obrzydzenie. Nie miał więcej niż piętnaście centymetrów i był 

trochę cieńszy niż mały palec. Wił się szeregiem żółtych i czarnych pierścieni. Skórę miał 

porowatą   i   ziarenko-   watą   jak   ślimaki.   Podobnie   jak   one,   górę   ciała   miał   cylindryczną, 

natomiast   podbrzusze   wydawało   się   raczej   płaskie,   wyposażone   w   niezliczone   maleńkie 

ssawki. Nie miał oczu.

Pysk   bardzo   szeroki,   w   porównaniu   z   wąską   i   szpiczaste   zakończoną   głową, 

nieustannie otwierał się i zamykał.

- To jest sung-water - powiedział wolno Nick. - Jego naturalnym środowiskiem są 

wenusjańskie mokradła.

Gregory odwrócił wzrok.

- Nie jest trujący - dodał Steve pełnym namaszczenia i fałszywie życzliwym głosem. - 

Jest tylko wygłodzony.

Gregory zamknął oczy i spuścił głowę. Ale Nick wziął go za włosy.

- Spróbuj - powiedział - spróbuj wyobrazić sobie, co teraz zrobi sung-water...

W   głowie   kłębiły   mu   się   nieskładnie   przerażające   wizje.   Jeszcze   raz   zobaczył 

blondynkę wychodzącą i powracającą do pokoju z jakimiś dziwnymi  przedmiotami, które 

położyła na stole. Steve podał jej pustą szklankę. - Przygotuj tego jeszcze trochę - powiedział. 

- Szybko!

Gregory nie rozumiał.

- Brak ci fantazji i wyobraźni - powiedział Steve. - Naprawdę się nie domyślasz, co cię 

czeka?

Nie,   nie   potrafił   sobie   wyobrazić.   Albo   też   może   przerażenie,   przeczucie   prawdy 

zaćmiewało mu umysł do tego stopnia, że wykluczało wszelką możliwość zrozumienia.

Stało się to, kiedy blondynka powróciła do pokoju i podała Steve'owi szklankę. Steve 

uniósł pokrywę szklanego naczynia.

- Popatrz - powiedział i wlał do naczynia kilka kropli żółtawego płynu. - Sung- water 

lubi jajka żółwie. Przypatrz się dobrze, Gregory. Jest ślepy, ale zapach płynu jest bardzo 

intensywny. Patrz, jak łapczywie się nim pożywia!

Wąż rzucił się z otwartym  pyskiem na żółte  krople, wchłonął je w jednej chwili; 

potem   jak   pijawka   przywarł   podbrzuszem   do   szkła   naczynia,   żeby   ssawkami   wchłonąć 

ostatnie krople płynu.

background image

Gregory'emu wyrwało się jęknięcie. Potężny dreszcz przeszedł przez całe jego ciało, 

od   karku   po   pięty.   Oblał   się   zimnym   potem.   Szklane   naczynie   zdawało   się   kołysać   jak 

wahadło   zegara   przed   jego   pełnymi   łez   oczami.   Osłupiały   przyglądał   się   krągłościom 

pojemnika, który nagle wydał mu się miękkim, gorącym, pulsującym workiem. Jego brzu-

chem. Jego brzuchem.

Głos Steve'a dotarł do niego jak cios pałki, nieuchronny jak wyrok, od którego nie ma 

odwołania: - Rozumiesz już, Gregory? Tak, widzę, że zdałeś już sobie sprawę. Teraz już 

wiesz, dlaczego przynieśliśmy tu sung-watera.

Tortura jest cierpieniem we dwoje. Zawsze. Najbardziej zaś, kiedy stosuje się ją dla 

zdobycia   informacji.   W   takim   przypadku   nienawiść   i   nikczemność   odgrywają   rolę 

drugorzędną,   czysto   zewnętrzną,   ponieważ   świętość   bólu   stosunkowo   szybko   ustanawia 

związek   wzajemnego   szacunku   pomiędzy   tym,   kto   cierpienie   powoduje,   i   tym,   kto   mu 

podlega.

Lepiej umrzeć. Boże, dlaczego nie ma pod ręką trucizny? Szybko działającej trucizny; 

połknąć ją jeszcze szybciej, zanim by mogli w tym przeszkodzić, zanim upiorna perspektywa, 

że będzie musiał przyjąć węża do swojego brzucha, stanie się faktem.

Steve   siedział   naprzeciw   niego.   Bawił   się   długą   plastykową   sondą,   przekładał   ją 

nerwowo z ręki do ręki.

- Ostatni raz, Gregory. Chcemy wiedzieć, gdzie jest Kolektor.

-   Nie   wiem...   -   jęknął   stroskany.   -   Nie   wiem...   -   Ale   głos   miał   zmęczony, 

zrezygnowany. Ostatnie bastiony padały, poddanie było bliskie. Kiedyś łudził się, że zdoła 

wszystko przetrzymać. Łamania, zwichnięcia, ciosy i przypalania - wszystko zniósł. Ale węża 

nie zniesie. Sam widok tego czegoś żółto- czarnego, wijącego się w naczyniu, przyprawiał go 

o szaleńczy strach.

Była   już   prawie   szósta   rano.   Gdyby   mógł   wytrzymać   jeszcze   dwanaście   godzin! 

Gregory  wiedział,   że   Kolektor   zostanie   przeniesiony  28   kwietnia.   Kiedy  w   Kryształowej 

Przystani zainstalował urządzenie w podziemiach Biura Imigracyjnego, pułkownik Horbiger 

powiedział wyraźnie:

- Będziemy go tu trzymać do popołudnia dnia 28 kwietnia, potem przetransportujemy 

go   w   bezpieczniejsze   miejsce.   -   Pamiętał   doskonale,   że   Horbiger,   zasłaniając   się   ko-

niecznością zachowania tajemnicy wojskowej, nie sprecyzował gdzie.

- Gregory! - głos Steve'a był także zmęczony. - Ustalmy jedno, Gregory. Kolektor ty 

background image

zainstalowałeś, do tego już się przyznałeś. Powiadasz, że w Kryształowej Przystani zawiązali 

ci oczy i kazali wsiąść do helioodrzutowca. Jak długo trwała podróż?

- Nie pamiętam. Godzinę, może dwie...

- A potem? Gdzie wylądowaliście?

-   Nie   wiem,   już   wam   powiedziałem.   Kiedy   odwiązali   mi   oczy   byłem   w   jakimś 

podziemiu, jakby w grocie. Kolektor już tam był, ja założyłem bezpieczniki i wyregulowałem 

wskaźniki na desce rozdzielczej...

-   Tak,   Gregory.   To   też   już   nam   mówiłeś.   Potem   ponownie   zawiązali   ci   oczy   i 

przewieźli  do Kryształowej  Przystani, gdzie wsiadłeś  do statku kosmicznego  lecącego  na 

Ziemię. - Steve pokazał swoje białe, regularne uzębienie.

- Kłamiesz - syknął. - Nie wierzę ani jednemu twemu słowu. Prawda jest taka, że nie 

zawiązali ci wcale oczu, Gregory. Powiedz nam, gdzie znajduje się Kolektor, a puścimy cię 

wolno.

Przełknął z trudnością.

- Na co czekamy? - spytał Nick. - Ukrywa prawdę w brzuchu. Zobaczysz, że sung- 

water skłoni go do mówienia...

Steve mruknął. Człowiek za biurkiem spuścił głowę dając ledwie dostrzegalny znak. 

Wtedy Steve wstał i mocno uderzył Gregory'ego w szczękę.

Oparł głowę na piersi jak złamana lalka, ale nie utracił zupełnie świadomości. Jakaś 

jej   resztka   pozostała   i   przez   przymknięte   oczy,   nie   mając   siły,   żeby   poruszyć   żadnym 

mięśniemj zobaczył Steve'a i Nicka jak manipulowali przy sondzie. Widział, jak ją w środku 

zwilżali tym samym żółtym i śmierdzącym płynem, który niedawno zmuszony był wypić. 

Steve   przybrudził   także   otwór   przy   wlewie   sondy,   potem   zdjął   pokrywę   ze   szklanego 

naczynia i wziął węża przy pomocy małych szczypiec.

NIE! POCZEKAJCIE, WSZYSTKO POWIEM! Nie usłyszał dźwięku swego głosu. 

Słowa wybuchły mu w mózgu jak świetlne kule, błaganie utknęło w głębi gardła. Teraz świat 

był po prostu mrowiskiem rojącym się od małych, głupich stworzeń. Zobaczył wielką stopę 

depczącą   owe   owadzie   grona   z   opętańczą   zawziętością.   W   tej   chwili   nic   go   już   nie 

obchodziło, gotów był  poświęcić  cały świat,  żeby tylko  uniknąć  jednej  chwili  cierpienia. 

Jeszcze raz spróbował mówić, ale głos uwiązł mu w gardle.

Ktoś   go   chwycił   za   ramiona,   spocona   dłoń   ścisnęła   mu   brodę   zmuszając   do 

podniesienia   głowy.   Poczuł   sondę   cisnącą   go   w   podniebienie,   potem   schodzącą   wzdłuż 

przełyku jak pigułka żelatyny. Bezużytecznie się wiercił, kiedy zdał sobie sprawę, że wąż 

pełznie już w dół plastykowej rurki. Najpierw niczego nie poczuł. Potem jego żołądek oszalał, 

background image

kamienny pierścień, tnący jak ostrze, rozciągał się i kruczył rytmicznie.

Nieludzki krzyk wydobył mu się z gardła. Steve przesunął ręką po spoconym czole i 

ujął go za ubranie.

- Posłuchaj, Gregory. Sung- water jest w twoim żołądku. Może tam żyć jeszcze cztery 

dni,   zanim   soki   będą   go   mogły   unieszkodliwić.   A   wiesz,   czemu?   To   proste   -   bagna 

wenusjańskie są bogate w kwas solny, sung-water będzie więc myślał, że wrócił do siebie. 

Pomyśl, Gregory, cztery dni! Do tego czasu sto razy zdążysz zwariować... Wkrótce, kiedy 

wąż wchłonie cały płyn, zaczniesz tańczyć. Przyssie ci się do ścianek żołądka i zacznie ssać, 

ssać... Będziesz czuł jego dzikie kąsania jak uderzenia pięścią.

Gregory upadł na brzuch na podłogę. Leżał przez chwilę dysząc, potem zaczął się 

toczyć  od jednej ściany do drugiej. Teraz już nie krzyczał. Zęby miał zaciśnięte, a przez 

ledwie uchylone wargi wydobywał się płaczliwy jęk, burczący, zduszony charkot.

W pewnym momencie całe ciało zwinęło się w kłębek, kończyny prostowały się mu i 

kurczyły jak w ataku epilepsji. Podniósł głowę i opuścił ją gwałtownie na podłogę.

- Zatrzymaj go - powiedział Steve'owi Nick. - Jeśli dalej tak będzie walił głową o 

podłogę, to postrada zmysły.

Drżący, zlany potem Steve już go chwycił. Nick szczękał zębami. Także człowiek za 

biurkiem, jak dotąd niewzruszony, zesztywniał i ściskał pięści.

- Gregory - zaczął Steve, podniósł go na kolana. - Uparty głupcze. Mów! Jeśli powiesz 

nam, gdzie jest Kolektor, uwolnię ci żołądek. Nie możesz zwrócić węża, Gregory. Potrzebna 

jest sonda, żeby mógł wyjść!

Trwał   tak   na   kolanach   jak   konający,   oczekujący   na   ostatni   cios.   Całe,   całe   jego 

jestestwo wypierało się go. Skronie szaleńczo waliły, zalewało go obrzydzenie i ból, a w nim 

samym narastała absurdalna potrzeba, niewykonalna potrzeba bycia kimś innym, kimkolwiek 

innym, ale nie sobą.

Był   samym   żołądkiem,   osiemdziesięcioma   kilogramami   bolącego   żołądka.   Uniósł 

ramiona w błagalnym geście prosząc o litość. Wfedy Stere przeraził stę i cofafąc plecami 

ściany.   Gregory   uniósł   się,   zbliżył   do   niego   i   uchwycił   się   jego   ubrania.   Oczy   miał 

zaczerwienione i wytrzeszczone, pianę na ustach, całą twarz ściągniętą skurczem.

- Nie może mówić - podchodząc powiedział Nick cały drżący. - Może i chce, ale nie 

może - ma zatkane gardło.

- Racja - zgodził się z nim Steve. - Przynieś sondę.

Nerwowymi i zmieszanymi ruchami ponownie zaczął smarować rurkę żółtym płynem. 

Potem wlał jeszcze trochę płynu do szklanego naczynia, wprowadził do niego koniec sondy i 

background image

podał drugi Gregory'emu, który jęcząc czekał z otwartymi ustami.

Potrzeba było dobrej minuty, żeby wąż przyciągnięty zapachem płynu wypełzł na górę 

i   wrócił   do   naczynia.   Steve   przesunął   spoconymi   palcami   po   ubraniu.   Nick   dalej   drżał, 

mężczyzna za biurkiem zdusił papierosa w popielniczce.

Stali nad nim we trójkę, spięci w oczekiwaniu na wyznanie, nie mogąc doczekać się 

chwili, kiedy podniesie głowę.

- Powiem - powiedział Gregory. I powiódł oczami dookoła pokoju. - Zwolnicie mnie 

potem?

- Tak. Powiedz nam, gdzie jest Kolektor, a puścimy cię wolno.

- Nie wierzę w to...

- Masz nasze słowo.

Gregory rzucił okiem na swój ręczny zegarek. Była siódma rano.

- Najpierw wynieście naczynie. Nie chcę już dłużej widzieć tego węża.

Steve dał znak. Nick wziął naczynie i wyszedł.

- Dajcie mi mapę Wenus - rzekł Gregory.

Mars, obszar pólnocno- zachodnich kanałów. Dwieście statków kosmicznych w pełni 

wyposażonych i uzbrojonych nieruchomo oczekuje na sygnał na pasach startowych.

Wenus   i   Mars   są   w   koniunkcji.   Jeden   sygnał,   wiadomość,   że   Kolektor   został 

unieszkodliwiony i zniszczony, a dwieście statków kosmicznych uniesie się w jednym cichym 

wybuchu ognia.

Trzy godziny super- napędu, lądowanie bez kłopotów i militarna  okupacja Wenus 

stanie się faktem dokonanym.

- Dajcie mi mapę Wenus - powiedział Gregory. Człowiek za biurkiem wolno otworzył 

szufladę, wyjął mapę i rozłożył ją.

- To tutaj - powiedział Gregory,  wskazując palcem - w rejonie Czarnych Gór. W 

odległości   dwóch   mil   od   rzeki   stoją   urządzenia   siłowni   atomowej,   teraz   nie   używanej. 

Kolektor jest tam, w piwnicy największego pawilonu.

Nie była to prawda. Mówił tak sobie, żeby ich nabrać. Chciało mu się śmiać, kiedy 

zobaczył, jak Nick pospiesznie wychodzi z pokoju. Idioci, pomyślał, nabrałem was. Wiedział, 

że   jest   już   skończony.   Nick   natychmiast   skomunikuje   się   z   agentami   marsjańskimi 

rozmieszczonymi  na Wenus. Widział,  jak obmyślają  w pośpiechu  i złości  plan działania, 

wysyłają w największej tajemnicy patrol do Czarnych Gór. Widział, jak wszędzie zaglądają, 

jak przewracają do góry nogami całą siłownię. Miną godziny, nim zorientują się, że jego 

background image

wyznanie było nieprawdziwe... Odpowiedź mogłaby dotrzeć dopiero wieczorem. Zabiją mnie 

dziś wieczorem, pomyślał. Może przedtem jeszcze trochę mnie będą torturowali, ale ja nie 

będę mógł powiedzieć, żaden wąż nie zmusi mnie do wyznania tego, czego nie wiem. Słowa 

Horbigera przypomniały mu się kojąco: “Kolektor pozostanie w Przystani do popołudnia 28 

kwietnia, potem przetransportujemy go w bezpieczniejsze miejsce.”

Człowiek   za   biurkiem   wstał.   -   Odprowadźcie   go   -   rozkazał.   -   Dziś   wieczorem 

będziemy wiedzieli, czy powiedział prawdę.

Punktualnie o dziewiętnastej weszli do pokoiku, w którym był zamknięty. Gregory 

podniósł   się,   usiadł   na   sienniku   i   popatrzył   na   Steve'a   i   Nicka   rozgorączkowanymi, 

spuchniętymi od snu oczami.

- Wstawaj - powiedział Steve.

Znowu go zaprowadzą do tego samego pokoju, przed biurko. Znowu zaczną z tym 

przeklętym wężem. Jasne, że jego zmyślona informacja musiała ich rozwścieczyć.

Już   miał   im   wytłumaczyć,   jak   się   faktycznie   rzeczy   miały.   Jeśli   zdołałby   ich 

przekonać, że teraz Kolektor był już nie do zdobycia, być może uniknąłby niepotrzebnej tor-

tury. Palnęliby mu w łeb i cześć!

- Idź - powiedział Steve.

Przeszli   przez   korytarz,   który   w   głębi   skręcał   pod   kątem   prostym.   Potem   strome 

schody. Nick otworzył jakieś drzwi i...

Gregory z trudnością powstrzymał okrzyk zdziwienia. Przed nim otwierała się szeroka 

i pachnąca sianem przestrzeń. Było prawie ciemno, na niebie świeciły już pierwsze gwiazdy.

Przed   rozwaloną   wiejską   chałupką   stał   mały   aerokar   gotów   do   odlotu.   Gregory 

zobaczył blondynkę wsiadającą do środka. Był też ten trzeci, człowiek o niewzruszonej twa-

rzy.

- Szybko - nakazał Steve. - Właź do bagażnika.

Gregory   nic   nie   rozumiał.   Oszukał   ich   i   zakpił   sobie   z   nich,   a   oni,   zamiast   go 

sprzątnąć, zabierają go na przejażdżkę.

Skulony w ciemności bagażnika zastanawiał się. Może przenoszą go w inne miejsce, 

żeby łatwiej go było przesłuchać. Kto wie, może zmuszeni byli opuścić wiejską chałupę, bo 

stała się za mało bezpieczna.

Mylił się. Po blisko godzinie lotu aerokar wylądował na brzegu lasu.

- Wychodź - rzekł Steve, otworzywszy drzwiczki. Podniósł się i skoczył w dół, na 

wilgotną ziemię.

- Powodzenia - powiedział Steve. - Uciekaj. Idź prosto przed siebie i nie odwracaj się. 

background image

- Był pewien, że strzelą mu w plecy. W myśli liczył kroki... Trzy, cztery, pięć... I wyobrażał 

sobie, jak Steve albo Nick mierzą do niego. Boże, na co czekają?

Nie stało się nic. Motor aerokaru zwiększył obroty. Gregory poczuł podmuch ciepłego 

powietrza, potem hałas zmniejszył się, osłabł i stał się ledwie słyszalny. Odlecieli.

Czy to możliwe? Zdawało mu się, że śni. Pomacał trzy wyłamane palce, przesunął po 

spalonej skórze na twarzy, przycisnął ręką wciąż bolący i wycieńczony brzuch. To nie był 

sen. Ale dlaczego, dlaczego go nie zabili? Dlaczego puścili wolno, skoro ich oszukał?

Kiedy dotarł do wielkiej arterii komunikacyjnej, spojrzał na tablice informacyjne: był 

o czterdzieści pięć mil od Nowego Waszyngtonu. Jego zegarek wskazywał godzinę 20

15

 dnia 

28   kwietnia.   Musiał   zameldować   się   u   pułkownika   Lunigana,   a   miał   już 

dwudziestoczterogodzinne opóźnienie.

Jego   kroki   rozbrzmiewały   po   metalowej   jezdni,   a   ciężkie   środki   transportu,   podtrzymywane   na 

poduszkach powietrznych, szybko go mijały wzbijając gorące wiry powietrza.

Na   rozstaju   dróg   zatrzymał   się.   Jakiś   pojazd   stanął   przed   wejściem   do   sklepu. 

Kierowca, staruszek o rudych wąsach, zgodził się go podwieźć.

Kiedy w końcu zasapany zastukał do domu pułkownika Lunigana - była 21

30

.

- Jedyna rzecz, której nie potrafię zrozumieć - mówił Gregory kończąc swój raport - to 

dlaczego pozwolili mi odejść.

Oczy pułkownika Lunigana wpatrywały się w niego szyderczo, pytająco.

- Był pan bardzo sprytny, Barnes. Powiedziałbym, że również odważny. Przypalenia, 

które ma pan na twarzy, wydają się prawdziwe...

Otworzył szufladę biurka i błyskawicznie wycelował w niego broń.

Gregory osłupiał.

-   Dziś   w   południe   -   oznajmił   Lunigan   -   siłownia   atomowa   w   Czarnych   Górach 

wyleciała w powietrze.

- Cóż w tym dziwnego? To oczywiste, że ją zbombardowali, myśląc, że Kolektor tam 

jest ukryty.

-   Nie   zbombardowali   jej   -   zezłościł   się   Lunigan.   -   Wybuchła   od   środka   dzięki 

urządzeniu wprowadzonemu w niewiadomy sposób do podziemi centralnego pawilonu... Poza 

tym   niech   pan   skończy   już   z   tą   śmieszną   opowieścią   o   fałszywej   informacji.   Kolektor 

naprawdę   był   ukryty   w   siłowni.   Został   tam   przeniesiony,   jak   tylko   skończył   go   pan 

regulować.

Gregory zrobił się trupio blady. Lunigan był typem, który nigdy nie żartował, więc i 

tym razem mówił poważnie.

background image

- Tylko pan, Horbiger i kilku innych wiedziało, gdzie się znajduje.

- Nie! Ja nie wiedziałem. Horbiger powiedział mi, że Kolektor zostanie w Przystani aż 

do dzisiejszego popołudnia. Niech pan go zapyta, a zobaczy pan, że potwierdzi.

- Horbiger nie żyje. Znaleziono go podziurawionego kulami przy resztkach Kolektora. 

To pan go zdradził. Pan, który się wczoraj nie stawił, a teraz przychodzi do mnie z tą głupią 

historyjką. Nawet dziecko by panu nie uwierzyło.

Lunigan miał najzupełniejszą rację. Nawet dziecko nie mogłoby uwierzyć... w przypadek, w zdarzenie 

tak nieprawdopodobne. Przypomniał sobie, jak wskazywał  palcem  na chybił  trafił na mapie Wenus. - Tu - 

powiedział wtedy - w rejonie Czarnych Gór. Wielki Boże! Spośród tysięcy miejsc wybrał właśnie to, gdzie bez 

jego wiedzy przeniesiono Kolektor!

Oparł   ręce   na   biurku   i   zaczął   się   hałaśliwie   śmiać.   Broń   pułkownika   była   także 

śmieszna, wyglądała jak grymas lub karykatura śmierci, tej śmierci, której zbyt wiele razy w 

ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin gorzko się nawąchał.

Kołysał się cały, wyciągnął się w niepowstrzymanym

ataku śmiechu.

- Uwaga! - ostrzegł Lunigan. - Jeszcze jeden ruch i wykończę pana. Dostałem rozkaz 

strzelać od razu.

Strzelać do kogo? Do trupa? Boże, co za okropność, jakże niemożliwie absurdalne jest 

przeznaczenie! Śmiech stał się histeryczny, oczy zamgliły się. Łzawił. Wtedy włożył rękę do 

kieszeni.

Naprawdę.   Chciał   tylko   wyjąć   chusteczkę.   Ale   pułkownik   Lunigan   ostrzegał   go 

przecież. Lunigan nie był człowiekiem mogącym zaryzykować zaskoczenie, więc jego reakcja 

była błyskawiczna.

Kula trafiła Gregory'ego w środek piersi. Drgnął; ze- sztywniały, zachował przez trzy 

sekundy równowagę - trzy sekundy zduszonej i łagodnej agonii. Jednakże nie starczyło ich, 

by mógł zdać sobie do końca sprawę z ostatniego żartu, jaki zgotował mu los.

Poczuł, jak cała krew spływa mu w dół po nogach i nagle upadł.

Dwadzieścia cztery godziny później zaczęła się wojna.

background image

DOBRANOC, SOFIO

Ulicą przechodziły szare i niebieskie kombinezony. Szary i niebieski, nie było innych 

kolorów. Nie było sklepów, nie było biur, nie było baru ani żadnej witryny z zabawkami czy 

też drogerii. Od czasu do czasu w brudnych od sadzy fasadach domów, obrośniętych kurzem i 

mchem   otwierały   się   kręcone   drzwi   jakiegoś   sklepu.   W   środku   był   “sen";   onirofilmy, 

szczęście dostępne każdemu, na każdą kieszeń; była też naga Sofia Barlow dla każdego, kto 

zechce ją kupić.

Siedmiu niewolników zbliżało się do niego ze wszystkich stron. Niezwykle silnym 

ciosem wyrżnął jednego w szczękę, po czym rzucił go na ziemię, aż ten stoczył się w dół po 

schodach   z   zielonego   marmuru.   Następny,   wysoki   i   silny,   wywijał   maczugą.   Nagle   się 

pochylając uniknął ciosu, chwycił niewolnika w pasie i cisnął nim o kolumnę świątyni. Kiedy 

jednak starał się ustawić przodem do trzeciego, żelazne kleszcze zacisnęły mu się na gardle. 

Próbował się uwolnić, ale czwarty niewolnik wczepił się w jego nogi, a piąty unieruchomił 

mu lewe ramię.

Został odciągnięty siłą. Z głębi olbrzymiej piwnicy dochodziły dźwięki sitarów i tabli 

- muzyka drażniąca, szalona, pełna przeciągłych szelestów.

Niewolnicy   związali   go   nagiego   przed   ołtarzem,   po   czym   zniknęli   w   chodnikach 

otwierających   się   w   ścianach   jaskini   jak   oczodoły.   W   powietrzu   unosił   się   silny   zapach 

żywicy,   piżma   i   nardu,   podniecający   zapach   ulatniający   się   z   pochodni,   trójnogów   i 

płonących pojemników z żarem.

Kiedy   pojawiły   się   tańczące   dziewice,   muzyka   na   chwilę   zamilkła,   następnie 

odezwała się znowu, tym razem głośniejsza. Towarzyszył jej daleki chór kobiecych głosów.

Był   to   orgiastyczny,   upajający   taniec.   Dziewice   przemykały   kolejno   obok   niego 

muskając mu brzuch, twarz i tors zwiewnymi szatami oraz długimi i delikatnymi  piórami 

nakryć głowy. Diademy i naszyjniki iskrzyły się w półmroku.

W końcu szaty wolno opadły. Zobaczył nabrzmiałe piersi, niemal poczuł miękkość 

wszystkich  tych  części ciała, które poruszały się przed nim w  plątaninie  niezaspokojonej 

lubieżności.

W pewnej chwili paraliżujący i przeciągły dźwięk gongu przerwał taniec. Muzyka 

umilkła. Również tancerki jak zjawy, które coś zawiniły, skryły się w czeluści jaskini, a w 

background image

głębokiej ciszy pojawiła się piękna kapłanka otulona w pelerynę ze skóry leoparda. Miała 

małe, nagie, zaróżowione stopy, a w dłoniach ściskała długi, niebieskawy nóż. Wydawało się, 

że jej czarne, głębokie, ruchliwe oczy przenikają go do głębi.

Jak   długo   trwało   to   nieznośne   oczekiwanie?   Nóż   ciął   więzy   przeraźliwie   powoli, 

czarne, wielkie, wilgotne i spragnione oczy dalej mu się przypatrywały, podczas gdy do jego 

uszu dochodziły bezładne słowa oraz rytmicznie wabiące, zachęcające szepty i szmery.

Pociągnęła go do stóp ołtarza. Peleryna ze skóry leoparda opadła na ziemię, ona zaś 

położyła się, omdlewająca, i przywołała go ku sobie słodkim, rozkazującym gestem.

W   jaskini,   muszli   dźwięków   i   cieni,   świat   przybliżał   się   i   oddalał   w   kołysaniu 

oddechów.

Bradley wyłączył aparat i zdjął z głowy plastykowy kask. Wyszedł z kabiny z dłońmi i 

czołem pokrytym potem, ciężko oddychając, z przyspieszonym biciem serca.

Dwudziestu   techników,   reżyser   i   główna   aktorka   podbiegło   do   Naczelnego 

Przeglądacza i niecierpliwie go otoczyło. Bradley rozejrzał się w poszukiwaniu fotela.

- Poproszę o szklankę wody - powiedział.

Wycierając pot i głęboko oddychając usiadł wygodnie na fotelu pneumatycznym o 

szerokim, odchylanym oparciu. Któryś z techników odszedł, po czym wręczył mu szklankę, 

którą Bradley opróżnił jednym haustem.

- No? Co o tym myślisz? - niespokojnie zapytał reżyser.

Bradley zrobił zniecierpliwiony ruch, potem pokręcił głową.

- Nie o to chodzi, Gustaffson.

Sofia Barlow spuściła oczy. Bradley pogładził ją po ręku.

- Do ciebie nic nie mam, Sofio. Byłaś świetna. Ja... przeżyłem wrażenia, jakich tylko 

wielka aktorka może dostarczyć. Jednakże jako całość onirofilm jest nieprawdziwy, brak mu 

harmonii, równowagi...

- Co ci się nie podoba? - zapytał reżyser.

- Powiedziałem, że film jest pozbawiony harmonii, nie rozumiesz, Gustaffson?

-   Pewnie,   że   rozumiem.   Twierdzisz,   że   jest   pozbawiony   harmonii,   że   nie   jest 

zrównoważony. Zgoda, muzyka jest hinduska sprzed czterech wieków, a kostiumy pochodzą 

z centralnej Afryki. Ale Odbiorca nie zważa na takie szczegóły, to, co go interesuje...

- Gustaffson! Odbiorca ma zawsze rację, nie zapominaj o tym. Tu jednak nie chodzi 

ani o muzykę, ani o kostiumy. Błąd polega na czymś innym - ten onirofilm zszarpałby nerwy 

nawet ze stali!

Gustaffson zmarszczył brwi.

background image

- Daj mi scenariusz - poprosił Bradley - i zawołaj Technika od Estetyki.

Przejrzał kartki w przód i wstecz, mrucząc niezrozumiałe słowa, jakby chciał zebrać 

myśli.

- A zatem - powiedział w końcu, zamykając jednym ruchem teczkę z papierami - film 

zaczyna się od długiej podróży czółnem, bohater jest sam, w nieznanym i wrogim mu świecie, 

następnie jest walka z kajmanami w rzece i czółno tonie. Potem jest bardzo męczący marsz 

przez dżunglę, zażarta walka z tubylcami. Bohater zostaje zamknięty w jakiejś chacie, ale w 

nocy przychodzi Aloa, córka wodza, uwalnia go i daje wskazówki, jak dotrzeć do świątyni. 

Potem mamy miłość z Aloą w świetle księżyca. A propos, gdzie jest Moa Mohagry?

Technicy i reżyser odsunęli się na boki i wysoka Soma- lijka o rzeźbionym ciele, Moa 

Mohagry, wysunęła się do przodu.

- Ty, Moa, też byłaś świetna, ale trzeba będzie jeszcze raz nakręcić tę scenę.

- Od nowa? - krzyknęła Moa. - Mogę ją powtarzać i sto razy, ale wątpię, czy efekt 

będzie lepszy. Zrobiłam wszystko, na co mnie stać, Bradley, zaangażowałam się do granic 

możliwości...

- I na tym właśnie polega błąd Gustaffsona. W tym onirofilmie główną •sceną jest 

ostatnia  -  ta,  w  której   kapłanka  uwodzi  bohatera.  Pozostałe   sceny muszą  być  dozowane, 

muszą być zarysem, przygotowaniem. Nie można zrobić onirofilmu składającego się tylko z 

samych scen głównych.

Zwrócił się do Technika od Estetyki.

- Jaki jest wskaźnik emocji na średniej próbce?

- W scenie z Aloą?

- Tak, w scenie z nią.

- Osiemdziesiąt cztery i pięć.

- A sceny końcowej?

- Nieco mniej niż dziewięćdziesiąt siedem.

Bradley podrapał się w szyję.

-   Teoretycznie   można   by   to   zostawić,   ale   praktycznie   absolutnie   nie.   Dziś   rano 

przejrzałem jedną po drugiej sceny z pierwszej części. Są doskonałe. Ale film nie kończy się 

na brzegu rzeki, kiedy Aloa ulega bohaterowi. Są jeszcze inne, dosyć męczące sceny; te, które 

obejrzałem niedawno - jeszcze jeden marsz przez dżunglę, walka z niewolnikami w świątyni. 

Kiedy Odbiorca dochodzi do tego punktu w filmie, jest wykończony, jego wrażliwość została 

zredukowana do minimum. Erotyczny taniec dziewic tylko częściowo rozwiązuje problem. 

Przeżyłem ten film dwukrotnie i dlatego właśnie mogłem odebrać uścisk z Sofią w całej jego 

background image

perfekcji   stylistycznej.   Ale   nie   możemy   mylić   wskaźnika   bezwzględnego   ze   względnym. 

Liczy się ten ostatni. Jestem pewien, że gdybyśmy dokonali montażu filmu ze scenami, tak 

jak   po   sobie   teraz   następują,   wskaźnik   końcowy   postrzegania   spadłby   o   co   najmniej 

czterdzieści punktów, nawet mimo świetnej gry Sofii.

- Bradley - odezwał się błagalnie reżyser - teraz przesadzasz.

- Wcale nie przesadzam - sprzeciwił się Naczelny Przeglądacz. - Powtarzam, że scena 

końcowa   jest   dziełem   sztuki,   ale   Odbiorca   dochodzi   do   niej   zmęczony   i   już   usa-

tysfakcjonowany, w takim stanie, że nawet najbardziej aromatyczny owoc musi wydać mu się 

mdły.   Gustaffson,   nie   możesz   się   spodziewać,   że   Sofia   dokona   cudu;   układ   nerwowy 

człowieka jest jaki jest, ze swoimi ograniczeniami i prawami nim rządzącymi.

- Co mamy w takim razie zrobić?

-   Posłuchaj.   Przez   dwadzieścia   pięć   lat   byłem   reżyserem,   a   od   sześciu   jestem 

Naczelnym Przeglądaczem. Myślę, że mam wystarczające doświadczenie, żeby ci udzielić 

pewnej rady. Jeśli zostawisz onirofilm tak jak jest, nie zgodzę się na wyświetlanie go. Nie 

mogę.   Poza   tym,   że   wywołałby   niezadowolenie   publiczności,   to   jeszcze   ryzykowałbym 

schyłek kariery takiej aktorki jak Sofia Barlow. Zrób, jak ci radzę, wycisz wyszystkie sceny 

poza   ostatnią,   wyrzuć   miłość   z   Aloą,   zredukuj   tę   scenę   do   zwykłego   erotycznego 

przekomarzania się.

Moa   Mohagry   zrobiła   gniewny   ruch.   Bradley   chwycił   ją   za   przegub   i   zmusił   do 

przycupnięcia na oparciu fotela.

- Posłuchaj, Moa. Nie myśl, że chcę ci zabrać dobrą okazję do odniesienia sukcesu. 

Wiem,  że masz  talent.  Scena  nad rzeką  dowodzi temperamentu,  namiętności,  jest w  niej 

niewinne   i   prymitywne   pożądanie,   które   z   pewnością   zafascynowałoby   Odbiorcę.   Byłaś 

świetna, Moa. Ale zdajesz sobie sprawę, że nie mogę zepsuć filmu, który kosztuje miliony, 

prawda? Zaproponuję producentom kilka filmów, w których będziesz miała główne role. Są 

miliony   Odbiorców,   którzy   szaleją   za   onirofilmami   rozgrywającymi   się   w   świecie 

prymitywnym; ty też odniesiesz sukces, obiecuję ci. Ale nie teraz, to nie jest odpowiednia 

chwila...

Bradley wstał. Czuł się słaby, zmęczony, nogi miał jak z waty.

- Pamiętaj, Gustaffson. Wycisz także tę scenę walki z niewolnikami. Za dużo ruchu, 

za wiele przemocy. Bardzo dużo energii psychicznej idzie na marne.

Chwiejnie przeszedł parę kroków w otoczeniu techników.

- Gdzie jest Sofia? - zapytał dotarłszy do końca sali. Sofia Barlow uśmiechnęła się do 

niego.

background image

- Chodź do mojego biura - poprosił Bradley - muszę z tobą porozmawiać.

- Zgoda, nie mówię niczego nowego, to oklepane, zużyte słowa. Słyszałaś je setki razy 

w   szkole   i   w   czasie   kursu   szkoleniowego.   Ale   są   to   słowa,   nad   którymi   powinnaś   się 

zastanowić.

Bradley powoli  spacerował  po pokoju z rękami  skrzyżowanymi  na plecach.  Sofia 

Barlow na wpół leżała na fotelu. Co pewien czas wyciągała nogę i przyglądała się czubkowi 

buta.

Bradley na chwilę zatrzymał się przed nią.

- Co ci jest, Sofio? Przeżywasz kryzys?

Zakłopotana, poruszyła się nerwowo. - Kryzys? Ja?

-  Tak.  To   dlatego   poprosiłem   cię   tu  do   biura.   Nie   zrozum   mnie   źle,   nie   chcę   ci 

wygłaszać kazania. Chcę tylko przypomnieć zasady leżące u podstaw naszego systemu. Nie 

jestem już młody, Sofio. Pewne rzeczy chwytam w lot, na pierwszy rzut oka. Sofio! Gonisz za 

jakąś ułudą!

Sofia Barlow przymknęła oczy, potem otworzyła je szeroko jak kotka.

- Za ułudą? A co to jest ułuda?

-   Powiedziałem,   że   pewne   rzeczy   pojmuję   w   lot.   Przeżywasz   kryzys,   Sofio.   Nie 

dziwiłbym się, gdyby pozostawał on w związku, z bezlvto%ua, tpTO$«gesydĄ *\&w««cttt 

przez te świnie z Ligi Antyonirycznej w celu obalenia naszego porządku społecznego.

Sofia zdawała się nie rozumieć insynuacji.

- Czy Moa była naprawdę dobra? - spytała. Bradley przesunął ręką po karku.        x

- Oczywiście! Mohagry wybije się, jestem tego pewien...

- Lepsza niż ja?

- Twoje pytania są bezsensowne - odburknął.

- Wyraziłam się jednak jasno. Chciałabym wiedzieć, która z nas dwóch bardziej ci się 

podobała. Ja czy Moa?

- A ja ci powtarzam, że twoje pytanie jest głupie, nierozsądne i dokładnie potwierdza 

moje podejrzenie, czy raczej pewność, że przechodzisz kryzys. To minie, Sofio!

Wszystkie   aktorki   wcześniej   czy   później   przechodzą   przez   ten,   jak   się   wydaje, 

obowiązkowy etap...

- Chciałabym wiedzieć tylko jedną rzecz, Bradley. Jedną rzecz, o której nie mówią w 

szkołach, o której nie mówi nikt. Przedtem! Co było przedtem? Czy naprawdę wszyscy byli 

nieszczęśliwi?

background image

Bradley podjął na nowo swoją przechadzkę wokół fotela.

- Przedtem był chaos.

- Bradley! Ja chcę wiedzieć, czy naprawdę byli nieszczęśliwi.

Mężczyzna, niepocieszony, rozłożył ręce.

- Nie wiem, Sofio. Nie było mnie w tym czasie, jeszcze się nie urodziłem. Jedno jest 

pewne:   jeśli   system   się   przyjął,   to   znaczy,   że   warunki   obiektywne   na   to   pozwoliły. 

Chciałbym, żebyś zdała sobie sprawę z nadzwyczaj prostego faktu - technologia umożliwiła 

nam   spełnienie   wszystkich   marzeń,   nawet   tych   najbardziej   skrytych.   Technika,   postęp, 

doskonałość urządzeń i dokładna znajomość naszego mózgu, naszego “ja"... wszystko to jest 

realne, konkretne. A zatem także nasze sny są rzeczywistością. Sofio, nie zapominaj, że tylko 

w   bardzo   rzadkich   przypadkach   onirofilmy   są   instrumentem   służącym   wygodzie   czy 

kompensacji. Prawie zawsze są one celem samym w sobie, tak jak kiedy niedawno cieszyłem 

się twoim ciałem, twoimi słowami, twoim zapachem.

- Tak, jednak cały czas chodziło o coś sztucznego...

-   Zgoda,   ale   nie   miałem   tej   świadomości.   A   poza   tym   nawet   znaczenie   słów   się 

zmienia. Używasz słowa “sztuczny" w znaczeniu pogardliwym, jakie miało ono dwa wieki 

temu. Ale dziś sztuczny produkt nie jest namiastką, Sofio. Lampa fluorescencyjna, właściwie 

używana, daje światło lepsze od słonecznego. Podobnie jest z onirofilmem.

Sofia Barlow patrzyła na swoje paznokcie.

- Kiedy to się zaczęło, Bradley?

- Co?

- System.

- Osiemdziesiąt pięć lat temu, powinnaś to wiedzieć...

- Wiem, ale mówiłam o śnie. Kiedy ludzie zaczęli woleć go od rzeczywistości?

Bradley ścisnął nasadę nosa jakby chcąc zebrać myśli.

- Kinematografia   zaczęła  rozwijać  się na  początku   dwudziestego  wieku.  Najpierw 

były to obrazy dwuwymiarowe, które wyświetlano na białym tle. Potem wprowadzono film 

dźwiękowy, panoramiczny, fotografię kolorową. Odbiorcy, zebrani w setkach specjalnych sal 

projekcyjnych,   widzieli   i   słyszeli,   ale   nie   odczuwali   filmu;   co   najwyżej   mogło   zaistnieć 

cząstkowe   uczestnictwo   za   pomocą   wysiłku   wyobraźni.   Oczywiście,   film   był   namiastką, 

najprawdziwszym  sztucznym  tworem, zmierzającym  do tego, by wzbudzić u publiczności 

upodobanie do namiętności i przygody. A jednak już wtedy kinematografia reprezentowała 

przepotężny instrument przemian psycho- społecznych. Kobiety tamtej epoki czuły potrzebę 

naśladowania  aktorek   w  ich  gestach,  melodii   głosu, w   ubraniu.  Mężczyźni  wcale   im  nie 

background image

ustępowali. Życie przeżywało się zgodnie z tym, co narzucał film. Przede wszystkim okazało 

się,   że   uwarunkowana   jest   przezeń   gospodarka.   Ogromne   zapotrzebowanie   na   dobra 

konsumpcyjne - ubrania, samochody, wygodne mieszkania - było oczywiście spowodowane 

przez   faktyczne   potrzeby   naturalne,   ale   także,   i   przede   wszystkim,   prze.z   bezlitosną   i 

niezmordowaną   propagandę,   która   uwodziła   i   drażniła   Odbiorcę   o   każdej   porze   dnia. 

Propaganda kinematograficzna. Już w§wczas kusił człowieka sen, był nim opętany we dnie i 

w nocy, ale był jeszcze daleki od wprowadzenia go w życie.

- Byli nieszczęśliwi, prawda?

- Powtarzam ci, że nie wiem. Ograniczam się tylko do przedstawienia etapów procesu. 

Około połowy dwudziestego wieku istniała już standardowa kobieta, standardowa sytuacja. 

To   prawda,   że   byli   w   tamtej   epoce   reżyserzy   i   producenci,   którzy   próbowali   robić   z 

powodzeniem   filmy   o   kulturze,   filmy   ideologiczne   -   jako   forma   przekazywania   myśli   i 

podnoszenia poziomu szerokich mas. Ale zjawisko to trwało krótko. W 1956 uczeni odkryli w 

mózgu ośrodki przyjemności i drogą doświadczeń doszli do tego, że bodziec elektryczny, 

skierowany   na   określoną   część   kory   mózgowej,   powodował   u   badanego   silną   reakcję 

zmysłową.   Potrzeba   było   dwudziestu   lat,   by   dobrodziejstwa   odkrycia   oddać   na   użytek 

publiczny.   Projekcja   pierwszego   filmu   trójwymiarowego   przy   częściowym 

współuczestnictwie widza oznaczała wyrok śmierci dla filmu intelektualnego. Publiczność już 

odbierała zapachy, przeżycia, mogła już częściowo identyfikować się z tym, co działo się na 

ekranie. Gospodarka przeżyła bezprecedensowy szok. Cała ludzkość zgłodniała przyjemności, 

luksusu   i   władzy,   żądała   jedynie   zaspokojenia   jej   pragnień   w   zamian   za   zapłacenie 

niewysokiego podatku.

- A onirofilm?

- Onirofilm  w swej formie  definitywnej  pojawił się kilka lat  później. Nie istnieje 

rzeczywistość,   która   zdolna   byłaby   przewyższyć   sen,   publiczność   szybko   się   o   tym 

przekonała. Kiedy uczestnictwo jest całkowite, wszelkie współzawodnictwo natury staje się 

śmieszne,   wszelki   bunt   zbyteczny.   Taki   jest   system,   Sofio.   I   z   całą   pewnością   twoje 

przemijające kryzysy nie zmienią go, podobnie jak go nie zmieni melodramatyczna gadanina 

naturystów,   ludzi   pozbawionych   skrupułów,   którzy   zbierają   środki   nie   dla   triumfu   myśli 

zakłamanej od samych narodzin, ale dla swoich własnych korzyści. Chce ci się śmiać? W 

zeszłym tygodniu Hermann Wolfried, jeden z hersztów Ligi Antyonirycznej, udał się do biur 

Norfolk   Company.   A   wiesz   dlaczego?   Chciał   mieć   prywatny   onirofilm,   pięć   sławnych 

aktorek w orgii, która może przyprawić o zawał. Norfolk przyjęła zamówienie, a jeśli obedrą 

go ze skóry, tym gorzej dla niego.

background image

Sofia Barlow nagle wstała.

- Kłamiesz, Bradley! Specjalnie, bezczelnie kłamiesz.

- Mam dowody, Sofio. Liga Antyoniryczna jest organizacją mającą na celu nabieranie 

naiwniaków,   nieuleczalnych   melancholików   i   konserwatystów.   Wśród   jej   szeregowych 

członków znajdą się może jakieś resztki uczuć religijnych, ale wśród kierujących jest tylko 

chciwość.

Sofia już się bała rozpłakać. Bradley szybko podszedł do niej, opiekuńczym ruchem 

położył rękę na ramionach.

- Nie myśl o tym więcej, Sofio. Popchnął ją do stolika, otworzył szufladę i wyjął małe, 

płaskie, czworokątne pudełko.

- Masz - powiedział Bradley.

- Co to jest?

- Prezent.

- Dla mnie?

-   Tak,   to   dlatego   zawołałem   cię   do   biura.   Nakręciłaś   dla   Naszego   Towarzystwa 

Produkcyjnego dwadzieścia oni- rofilmów... Można powiedzieć, że to duże osiągnięcie. Po-

darunek od firmy jest małym dowodem uznania dla twoich zasług...

Sofia zrobiła ruch, jakby chciała otworzyć pakuneczek.

- Poczekaj  - poradził  Bradley.  - Otworzysz  w domu.  A teraz  idź już, mam masę 

roboty.

Przed samym budynkiem stała kolejka helitaksówek. Sofia wsiadła do pierwszej, z 

bocznej   kieszeni   pojazdu   wyciągnęła   pismo,   zapaliła   papierosa   i   przyglądała   się   z 

zadowoleniem własnej podobiźnie na okładce. Helitaksówka łagodnie się uniosła, kierując do 

centrum miasta.

Nęcąco wpółotwarte usta, kolor, kontrast między światłem a cieniem, dwuznaczny 

wyraz twarzy... Każdy szczegół był wyeksponowany ze znawstwem.

Sofia patrzyła na siebie jak w lustrze. Niegdyś praca aktorki miała wiele negatywnych 

stron.   Kiedy   kręciło   się   scenę   miłosną,   to   z   partnerem   z   krwi   i   kości;   trzeba   go   było 

obejmować,  znosić  kontakt   fizyczny  z  nim,  pocałunki   i  słowa chuchane   prosto  w  twarz. 

Kamera filmowa fotografowała scenę, którą potem widzowie oglądali na ekranie. Teraz było 

inaczej.   Był   “Adam",   model   nafaszerowany   elektronicznymi   urządzeniami,   z   dwiema 

maleńkimi   kamerami   filmowymi   umieszczonymi   w   oczodołach.   “Adam"   był   majster-

sztykiem,   jeśli   chodzi   o   odbiór   wrażeń;   kiedy   aktorka   pieściła   go,   komórka   receptywna 

background image

rejestrowała wrażenie pieszczoty i wraz z obrazem wzrokowym umieszczała na taśmie oniro- 

filmu.   W   ten   sposób   Odbiorca,   który   następnie   odtwarzał   tę   taśmę,   wiernie   odbierał 

pieszczotę. Widz nie był już pasywny, był uczestnikiem.

Naturalnie,   istniały   onirofilmy   dla   kobiet   i   dla   mężczyzn.   Nie   można   ich   było 

dowolnie   wymieniać;   gdyby   jakiś   Odbiorca   powodowany   chorą   ciekawością   włożył   do 

swojego kasku odbiorczego rolkę filmu  przeznaczonego  dla Odbiorczyń  przyprawiłby się 

tylko o okropny ból głowy, ryzykując poza tym stopienie się delikatnych obwodów aparatu.

Poprosiła   kierowcę,   żeby   się   zatrzymał.   Helitaksówka   minęła   dopiero   jakiś   tuzin 

kwartałów, ale Sofia wolała dalej pójść na piechotę.

Szare i niebieskie kombinezony przemykały wzdłuż ulicy. Szary i niebieski, nie było 

innych kolorów. Nie było sklepów, nie było biur, nie było baru ani nawet wystawy sklepowej 

z   zabawkami   czy   też   drogerii.   Co   jakiś   czas   w   przybrudzonych   sadzą   fasadach   domów, 

obrośniętych kurzem i mchem, otwierały się obrotowe drzwi jakiegoś sklepiku. W środku, na 

półkach z polerowanego kryształu znajdował się “sen", szczęście dostępne wszystkim, na każ-

dą kieszeń; była też ona sama, naga, dla każdego, kto zechce ją kupić.

Spacerowali. Sofia Barlow przechadzała się wśród armii ludzi żyjących marzeniami, 

ludzi, którzy pracują trzy godziny dziennie przeżywając katusze, ludzi, którzy wzdychają do 

ciszy swoich nor: pokoju, amplexu i kasku. Oraz do tysięcy rolek onirofilmów, milionów 

snów o miłości, potędze i sławie.

- Obywatele!

Głos brzmiał czysto i mocno jak w onirycznych rozważaniach, kiedy ten, co śni, ma u 

swoich stóp cały wychwalający go świat.

- Obywatele! Pewien starożytny filozof mawiał, że cnota jest strojem umysłu. Nie 

jestem tu po to, żeby was prosić o rzeczy niemożliwe, byłbym szaleńcem, gdybym oczekiwał 

od was całkowitego i pełnego wyrzeczenia się. Od lat jesteśmy niewolnikami i poddanymi, 

więźniami w labiryncie snu, od lat po omacku chodzimy w mrocznym grzęzawisku izolacji i 

niemożności   porozumienia.   Obywatele,   wzywam   was,   żebyście   byli   wolni.   Wolność   jest 

cnotą,   a  cnota   jest  strojem.  Ze   zbyt  wielu   rzeczy  okradliśmy   naturę,  teraz  trzeba  szukać 

ratunku, zanim nadejdzie całkowita i ostateczna śmierć duszy...

Ile   razy   słuchała   podobnych   wywodów?   Propaganda   Ligi   Antyonirycznej   była 

natrętna i zawsze ją bardzo irytowała. Ostatnio jednak zaskoczyło ją to, że czuła się zakłopo-

tana. Może dlatego, że była aktorką, i kiedy mówcy na placach mówili o grzechu, o zgubie, 

kiedy   podżegali   tłum   Odbiorców   do   porzucenia   “snu",   odbierała   to   jako   oskarżenie 

background image

skierowane przede wszystkim przeciwko sobie samej, czuła odpowiedzialność za cały system. 

Może za tym  żarliwym  sposobem mówienia  kryło  się jednak coś prawdziwego. Może w 

szkole nie powiedzieli jej wszystkiego, może Bradley się mylił.

Gruby mężczyzna  miotał  się na podwyższeniu,  bił pięścią  w drewniany blat, cały 

czerwony na twarzy. Nikt go nie słuchał.

Kiedy z bocznych drzwi wyszła dziewczyna otulona w szale, niektóre osoby w tłumie 

nawet się zatrzymały. Z głośników dobywała się muzyka starożytnego Wschodu. Tańcząc, 

dziewczyna   zaczęła   zdejmować   z   siebie   szale.   Była   piękna,   bardzo   młoda,   ruszała   się 

rytmicznie, lekko i harmonijnie.

- Amatorka - powiedziała do siebie Sofia - nieudana aktorka.

Kiedy dziewczyna stała już naga na środku podwyższenia, nawet nieliczni mężczyźni, 

którzy zatrzymali się, czekając na finał, teraz ruszyli. Byli tacy, co się śmiali, i tacy, którzy 

rozczarowani kręcili głowami.

Dziewczyny   z   Ligi   Antyonirycznej   zatrzymywały   przechodniów,   podchodziły   do 

mężczyzn wypinając piersi w absurdalnej i wzruszającej propozycji.

Sofia wydłużyła  krok. Ktoś chwycił ją za ramię. Był to jakiś mężczyzna, młody i 

ciemnowłosy, który przyglądał się jej czarnymi, nieruchomymi oczami.

- Czego chcesz?

Młody człowiek wskazał na purpurową odznakę, którą miał na swoim kombinezonie 

na wysokości serca.

- Jestem z Ligi Antyonirycznej - powiedział.

- No to co? Czego chcesz?

- Chcę ci coś zaproponować.

- Mów.

- Spędźmy razem noc.

Sofia zaczęła się śmiać.

- Z tobą! A po co? Co bym z tego miała?

Chłopak   delikatnie   się   uśmiechnął,   uśmiechem   cierpliwym,   pewnym   i   pełnym 

wyższości. Najwidoczniej był przyzwyczajony do tego typu zastrzeżeń.

- Nic - przyznał nie zmieszany - ale naszym obowiązkiem jest...

-   Przestań.   Spędzimy   noc   obrzucając   się   wzajemnie   inwektywami   na   żałosnych 

próbach   osiągnięcia   naturalnego   stosunku...   Synu,   ten   twój   przyjaciel   na   podwyższeniu 

opowiada same głupstwa.

- To nie są głupstwa - odparował chłopak - cnota jest strojem. Ja mógłbym...

background image

- Oczywiście, że nie mógłbyś. Nie mógłbyś, bo mnie nie pożądasz, a nie pożądasz, bo 

jestem   prawdziwa,   realna,   żywa   i   ludzka,   ponieważ   byłabym   namiastką,   namiastką   rolki 

filmowej,   którą   możesz   kupić   za   kilka   groszy.   A   ty?   Co   ty   mógłbyś   mi   dać?   Głupi, 

zarozumiały szczeniaku!

- Posłuchaj mnie, proszę...

- Żegnaj - ucięła Sofia i poszła dalej.

Za   ostro   obeszła   się   z   tym   chłopcem.   Jej   reakcja   była   niepotrzebnie   agresywna, 

mogłaby odrzucić propozycję  po prostu tak, jak to czynili  inni przechodnie, grzecznie,  a 

przynajmniej z uśmiechem. W końcu chłopak działał w najlepszej wierze; ranić to, co być 

może w nim najlepsze? W najlepszej wierze, zgoda. Ale przywódcy?  Bradley wiele razy 

zapewniał ją, że kierujący Ligą Antyoniryczną są kupą świń. A jeśli Bradley zawsze kłamał?

Podejrzenie to dręczyło ją już od wielu tygodni. Te wszystkie przemównia na placach, 

napisy na murach, wydawnictwa propagandowe, publiczne propozycje odbycia naturalnych 

stosunków z aktywistami Ligi... Czy możliwe, żeby to wszystko było kłamstwem? A może 

była prawda w tym, co twierdzili mówcy i prelegenci, może świat był zepsuty aż do samego 

szpiku, a tylko niewielu świadomych ludzi zdolnych było dostrzec jego potworność i ocenić 

stopień upadku?

Człowiek-wyspa. Do tego się doprowadzili. Z jednej strony klasa producentów, klasa, 

która sprawowała władzę, i do której ona sama należała jako aktorka; z drugiej strony ślepa i 

uległa armia Odbiorców, kobiet i mężczyzn spragnionych samotności i półmroku jak larwy 

jedwabnika   oplecione   wydzieliną   swoich   własnych   snów,  blade   larwy   pozbawione   krwi, 

zatrute od bezruchu.

Sofia urodziła się z probówki. Jak wszyscy zresztą. Nie znała swojej matki. Miliony 

kobiet zgłaszały się raz w miesiącu do Banku Życia,  miliony mężczyzn  osiągały orgazm 

przez sen i oddawały nasienie do Banku, który je selekcjonował i wykorzystywał zgodnie z 

rygorystycznymi kryteriami genetycznymi. Małżeństwo było instytucją archaiczną. Sofia była 

dzieckiem snu, jakiegoś nieznanego, anonimowego mężczyzny, który we śnie posiadł jakąś 

aktorkę. Każdy mężczyzna,  który przekroczył  czterdziesty rok życia  mógł  być  jej ojcem, 

każda kobieta między czterdziestym a osiemdziesiątym rokiem życia jej matką.

Kiedy była młodsza, ta myśl bardzo ją niepokoiła, ale potem powoli przyzwyczaiła się 

do niej. Ostatnio wszystkie wątpliwości i niepokoje wieku dojrzewania znowu się odezwały 

jak sępy, które cierpliwie krążyły czekając na chwilę słabości. Kim był ten chłopak, który 

zatrzymał ją na środku ulicy? Próbką wyższego człowieczeństwa czy też półgłówkiem?

Pewnie,   gdyby   powiedział:   “Poznałem   cię,   Sofio.   Poznałem   mimo   standardowego 

background image

ubrania i czarnych okularów..." Gdyby jej powiedział: “Jesteś moją ulubioną aktorką, obsesją 

moich wszystkich dni...". I gdyby jeszcze na dodatek powiedział jej: “Chcę cię poznać taką, 

jaka jesteś, jaka jesteś naprawdę..."

Zamiast tego ten bałwan mówił o obowiązku. Zaproponował jej, żeby razem spędzili 

noc, ale jedynie po to, by oddać w ten sposób cześć nowej, hipotetycznej tylko moralności. 

Cnota   jest   strojem.   Strój,   przyzwyczajenie   do   naturalnych   stosunków.   Kochajcie   się 

mężczyźni i kobiety, łączcie się w pełni wyrzeczenia! Każdy wasz akt stanowić będzie wkład 

do dzieła klęski i rozpadu nikczemnego systemu.  Łączcie  się, łączcie  naprawdę, subtelna 

radość zmysłów objawi się w odpowiednim momencie, radość dźwięków i świateł wypełni 

waszą duszę, uświetni  wasze ciało. A nasze dzieci ponownie będą się tworzyły  w cieple 

wnętrzności, a nie w zimnym szkle probówki. Czy nie to właśnie przepowiadał grubas na 

podwyższeniu?

Weszła   do   bardzo   zatłoczonego   sklepu,   zbliżyła   się   do   długiej   lady,   gdzie   w 

przykładnym   porządku   wystawione   były   setki   onirofilmów   zamkniętych   w   eleganckich 

pudełkach z plastyku. Lubiła czytać opisy wydrukowane na kopercie, słuchać rozmów, które 

czasami nabywcy prowadzili między sobą, lub skrupulatnych rad szeptanych nieomal przez 

sprzedawców do uszu niezdecydowanym Odbiorcom.

Przeczytała kilka tytułów.

“SINGAPUR - Euroazjatycka piosenkarka (Milena Chung- lin) ucieka z Odbiorcą. 

Przygody w półświatku portowym, czas akcji około roku 1950. Noc miłosna na sampanie.

BITWA   -   W   osobie   bohaterskiego   oficera   Odbiorca   przedostaje   się   na   stronę 

nieprzyjaciela i wysadza w powietrze magazyn paliwa. Końcowa bitwa krwawa, ale zwycię-

ska.

EKSTAZA - Prywatny helioodrzutowiec księżniczki perskiej, wspaniale granej przez 

Sofię Barlow, spada do Wielkiego Kanionu. Księżniczka i pilot (Odbiorca) spędzają noc w 

jaskini".

Bardziej szczegółowe opisy znajdowały się wewnątrz pudełek. Nie istniała obawa, by 

znajomość treści spowodowała u Odbiorcy spadek wskaźnika pożądania. Projekcji mentalnej, 

amplexowi,   towarzyszyło   odrętwienie   katatonicz-   ne,   w   którym   pamięć   o   faktach 

przypadkowych   ulegała   całkowitemu   zatarciu.   Nie   można   było   wiedzieć,   przeżywając 

pierwszą scenę, co się stanie w scenie drugiej i następnych.  Nawet jeśli nauczyło  się na 

pamięć opisu, nawet jeśli oglądało się i przeżywało ten sam film już dwadzieścia razy. “Ja" 

świadome, “ja" codzienne znikało pochłonięte przez następujące po sobie reakcje, które film 

wywoływał? przestawało się być sobą samym, aby przejąć osobowość, ruchy, głos i impulsy 

background image

sugerowane przez film.

Jakiś sprzedawca szybko do niej podszedł.

- Doradzę, co będzie dobrym prezentem.

Sofia nagle zorientowała się, że jest jedyną kobietą wśród tłumu kupujących. Był to 

dział dla mężczyzn. Skierowała się ku przeciwległej ladzie, wmieszała w tłum kobiet różnego 

wieku, przystanęła przed okazałymi fotografiami najpopularniejszych aktorów.

“PRZESTRZEŃ JEST NASZA - Dowódca statku kosmicznego (aktor Alex Morrison) 

zakochuje się w lekarce pokładowej (Odbiorczyni), skierowuje rakietę na księżyc Jowisza, 

żeby wysadzić załogę, i odlatuje z ukochaną. Podróż galaktyczna.

TORTUGA   -   Rok   1650.   Wytworny   pirat   (Manuel   Alvarez)   porywa   damę   dworu 

(Odbiorczynię). Zazdrość i pojedynki. Miłość i morze pod rozpalonym niebem".

-   Jakie   to   jest?   -   spytała   wysoka   dziewczyna   o   jędrnym   ciele   ściśniętym   w   zbyt 

ciasnym kombinezonie.

- Pasjonujące - oświadczyła jej towarzyszka. - Od razu kupiłam następne cztery kopie.

Pierwsza dziewczyna pozostała mimo wszystko sceptyczna. Wyciągała szyję nad ladę, 

wznosząc się na samych palcach, żeby móc przeczytać opisy najdalej poukładanych pudełek. 

Powiedziała coś cicho, jej koleżanka odpowiedziała jeszcze cichszym głosem. Wtedy Sofia 

oddaliła się, zatrzymała na kilka minut w dziale “Klasyków", ukradkiem rzuciła okiem na tył 

sklepu, gdzie mężczyźni i kobiety tłoczyli się, żeby kupić tak zwane onirofilmy dla obojga.

Gdy   była   młodsza,   w   szkole   powiedziano   jej,   że   kiedyś   ludzie   uznawali   za   tabu 

wszystko   to,   co   dotyczyło   seksu.   Pisanie   czy   mówienie   o   rozlicznych   aspektach   życia 

erotycznego   było   w   najwyższym   stopniu   niewłaściwe,   a   żadna   kobieta   nigdy   nie 

opowiedziałaby obcym o swoich pragnieniach i marzeniach seksualnych. Istniały fotografie i 

wydawnictwa pornograficzne, ale wiele z nich zabronionych było przez prawo. Ten, kto je 

kupował,  zawsze robił  to ukradkiem i towarzyszyło  mu  poczucie  winy czy zakłopotania, 

nawet   jeśli   opatrzone   były   stemplem   cenzury.   Ale   już   wraz   z   nadejściem   “systemu" 

prymitywna moralność wstydu seksualnego całkowicie upadła. Wstyd, jeśli w ogóle istniał, 

pozostał jeszcze w pewnego typu snach, w filmach dla pięćdziesięciolatków obojga płci, w 

których  Odbiorca uwodził  czy gwałcił  drżącą i spłonioną młodziutką  dziewczynę.  Ale w 

rzeczywistości   wstyd,   przynajmniej   werbalny,   zniknął.   Każdy   mógł   poprosić   bez   cienia 

zażenowania o film erotyczny, podobnie jak o jakikolwiek film wojenny czy przygodowy.

Ale  prawdziwy  wstyd?  Kto  spośród  tych,  co  tłoczyli  się  przy  ladach,   żeby  kupić 

luksus w pudełku, miałby odwagę rozebrać się pośrodku tłumu? Kto by się nie przeraził, 

gdyby   musiał   odbyć   naturalny   stosunek?   Oczywiście,   aktywiści   Ligi   Antyonirycznej 

background image

swobodnie przedstawiający swoje propozycje, ale kto wie, czy byliby równie nieskrępowani 

stojąc wobec konieczności spełnienia tego, co sami uważali za ważny obowiązek. Prawda 

była   taka,   że   od   niemal   stu   lat   kobiety   i   mężczyźni   przestrzegali   prawie   całkowitej 

wstrzemięźliwości seksualnej. Mieli samotność, dozowany półmrok wewnątrz ciasnych ścian 

domu i fotel z zamontowanym amplexem. Ludzkość nie pragnęła niczego innego. Wobec 

wyższej atrakcyjności snu wygasły ambicje zdobycia wygodnego mieszkania, ubierania się w 

eleganckie   stroje,   posiadania   aerokaru   i   innych   dóbr.   Po   co   się   trudzić   zdobywaniem 

przedmiotów faktycznie istniejących, kiedy dzięki onirofilmowi za kilka groszy można było 

przez godzinę żyć  jak szejk otoczony wspaniałymi  kobietami - podziwiany, obsługiwany, 

szanowany?

Osiem miliardów istnień ludzkich, karmionych wita- minizowanymi koncentratami i 

mąką sojową, żyło w ponurych ulach, w odizolowanych od siebie nędznych norach. Ludzie ci 

nie czuli  żadnej  potrzeby jedzenia  niczego  naprawdę. Już jakiś  czas  temu  w  związku  ze 

zniknięciem rynku zbytu przemysł produkujący dobra konsumpcyjne został porzucony przez 

grupy finansistów, którzy przelali swoje środki na produkcję onirofilmów, jedynego towaru 

naprawdę poszukiwanego.

Spojrzała w górę, ku oświetlonej tablicy i uczuła wstręt do samej siebie. Cyfry były 

wymowne, wymowna była też tabela wskaźników sprzedaży. To ona była najpopularniejszą 

aktorką! Jej onirofilmy były najbardziej poszukiwane.

Wyszła ze sklepu. Wolno, ociężale ruszyła z pochyloną głową w kierunku domu. Nie 

wiedziała,  co   myśleć   o  tym  tłumie   mężczyzn,  którzy  mijali   ją,  nie  rozpoznając.   Byli  jej 

niewolnikami czy też panami?

Zadzwonił wideotelefon. Jak promień światła w otchłani z czarnego aksamitu, jak 

bicie dzwonów dochodzące z wyniosłych katedr, których iglice ukryte są w ponurym świcie 

senności.

Sofia wyciągnęła rękę w poszukiwaniu przycisku.

Czerwony  wąż przesunął się zygzakiem po ekranie, ociągał chwilę, zdawało się, że 

wybuchnie, i w końcu zniknął ustępując miejsca Bradleyowi.

- Co się dzieje? - spytała Sofia zaspanym głosem.

- Która godzina?

- Południe. Wstawaj, kochana, musisz pojechać do San Francisco.

- Do San Francisco? Czyś ty oszalał?

- Mamy kontrakt na koprodukcję z wytwórnią Norfolk, Sofio. Miało to być w przyszły 

poniedziałek, ale czas nagli. Chcą cię natychmiast.

background image

- Ależ ja jeszcze jestem w łóżku, strasznie mi się chce spać. Wyjadę jutro, Bradley.

- Ubieraj się! - uciął sucho Naczelny Przeglądacz - samolot Norfolku czeka na ciebie 

na zachodnim lotnisku. Nie trać czasu.

Mruknęła niezadowolona. Ta nagła praca nie była uwzględniona w programie, miała 

zamiar spędzić cały dzień odpoczywając.

Wysunęła się z łóżka z zamkniętymi jeszcze oczami, w łazience rozebrała się ospale, 

niestarannie.  Metaliczny  strumień  lodowatej  wody  przyprawił   ją  o  dreszcze.  Wytarła   się, 

szybko ubrała, prawie biegiem wyszła z domu.

Znała   system   pracy   w   wytwórni   Norfolk.   Ci   faceci   byli   niebywale   pedantyczni. 

Bardziej niż Bradley. Zawsze gotowi znaleźć usterki w najbardziej udanych scenach.

Helitaksówka   zawiozła   ją   do   wejścia   na   lotnisko   w   ciągu   ośmiu   minut.   Poszła 

wejściem   wychodzącym   na   pasy   dla   prywatnych   samolotów   i   rozejrzała   się   dokoła   w 

poszukiwaniu awionetki.

Pilot wyszedł z przybudówki i podszedł sprężystym krokiem.

- Sofia Barlow?

Był wysoki, o blond włosach i smagłej cerze, jakby mu twarz przypalano w piecu.

- Jestem Mirko Glikorić, z Norfolk Company.

Sofia nic nie powiedziała.  Pilot nie zaszczycił  jej  ani jednym  spojrzeniem,  mówił 

utkwiwszy wzrok w jakimś bliżej nie określonym punkcie przestrzeni. Miał zimne, agresywne 

oczy   o   pięknym   kolorze   szarego   antracytu.   Wziął   wa-   lizeczkę   Sofii   i   szybko   ruszył   w 

kierunku   środkowego   pasa,   gdzie   samolot   Norfolku   był   już   gotów   do   odlotu.   Sofia   z 

najwyższym wysiłkiem dotrzymywała mu kroku.

- Halo! - krzyknęła rzucając się jak koń czystej krwi - nie mógłbyś iść trochę wolniej?

Pilot szedł dalej nawet nie odwróciwszy się.

- Jesteśmy spóźnieni - powiedział spokojnie - za trzy godziny musimy być w San 

Francisco.

Poczuła się zaniepokojona, kiedy dotarli do samolotu.

- Czy będzie ci przeszkadzało, jeśli siądę z przodu? - spytała Sofia.

Pilot wzruszył ramionami. Pomógł jej wsiąść, chwycił stery i poczekał na sygnał z 

wieży kontrolnej.

Sofia   rozglądała   się   dokoła   zaciekawiona   i   trochę   przestraszona   zegarami   i 

dźwigniami   tablicy   rozdzielczej.   Pilot   niecierpliwie   pogwizdywał.   Sofia   poszperała   w 

kieszeni siedzenia i wyciągnęła z niej tuzin pogniecionych pism. Na wszystkich okładkach 

widniała jej fotografia. Przypięty do kartki był również katalog wszystkich filmów, w których 

background image

Sofia występowała w głównej roli.

- To twoje?

Pilot nie odpowiedział. Cały usztywniony patrzył prosto przed siebie. Start był bardzo 

łagodny,   tak   że   Sofia   nawet   go   nie   poczuła;   rzuciła   okiem   przez   okienko   i   z   trudem 

powstrzymała   okrzyk   zachwytu:   pod   nimi   rozciągało   się   morze   domów,   a   niżej,   na 

horyzoncie, jak kosmata powieka otwierała się popielata muszla pól.

- To twoje? - nalegała Sofia.

Pilot niedostrzegalnym ruchem zwrócił ku niej głowę i rzucił jej szybkie spojrzenie. 

Potem znowu się usztywnił.

- Tak - powiedział niezadowolony.

Sofia starała się ukryć wewnętrzną przyjemność, jaką za każdym razem odczuwała, 

kiedy widziała, że docenia się jej urok.

- Mówiłeś mi, jak się nazywasz, ale nie pamiętam.

- Glikorić - wymamrotał pilot - Mirko Glikorić.

- Rosjanin?

- Jugosłowianin.

Przez chwilę  mu  się  przyglądała.  Wargi  wąskie i  zaciśnięte,  profil  prosty,  ostry... 

Mirko wydawał się wyrzeźbiony w skale, milczący, nieruchomy. Sofia zniecierpliwiła się.

- Mogę cię o coś spytać?

- Mów.

- Najpierw... Na lotnisku. Podszedłeś do mnie i zapytałeś: “Sofia Barlow?" Dlaczego? 

Przecież mnie znasz, prawda? Te pisma i katalog... Założę się, że jesteś moim wielbicielem. 

Dlaczego udałeś, że mnie nie poznajesz?

- Nie udawałem. Zobaczyć cię we własnej osobie to coś zupełnie innego. W końcu 

rozpoznałem cię, bo wiedziałem, że masz się lada chwila pojawić w wejściu na lotnisko. Ale 

w tłumie przeszłabyś niezauważona.

Sofia zapaliła papierosa. Pilot może i miał rację, w tłumie nikt by jej nie zauważył, 

nawet bez czarnych okularów. Poczuła coś w rodzaju cichej urazy do znajdującego się obok 

mężczyzny. Spróbowała jeszcze raz odezwać się do niego. Mirko okazał się nieprzenikniony, 

nieufny.

- Dlaczego nie włączysz automatu? - spytała Sofia. - Nudzę się, Mirko. Powiedz coś.

Pilot pozostał niewzruszony.  Dwa czy trzy razy mrugnął powiekami i wysunął do 

przodu brodę.

Sofia chwyciła go za rękę.

background image

- Mirko! Zrób jak mówię, włącz automat i wypalmy razem papierosa.

- Wolę osobiście prowadzić.

- Idiota!

Zapaliła   kolejnego   papierosa,   potem   odpaliła   jeszcze   następnego   od   niedopałka 

poprzedniego, przejrzała pisma maWm\x)ąc ich stronice w nieopanowanym zdenerwowaniu. 

Zaczęła podśpiewywać, uderzać nogą o gumowe uszczelnienie kabiny, mruknęła coś, odpięła 

się i wręcz zaczęła udawać, że źle się czuje.

Mirko poszperał w kieszeniach kombinezonu lotniczego i podał jej pastylkę.

Sofia zbladła.

- Idiota - powtórzyła. - Nie chcę już dłużej siedzieć z przodu, idę do tyłu.

Mały   salonik   otwierający   się   za   kabiną   pilota   był   przytulny.   Stała   tam   kanapa, 

składana leżanka, stolik i szafka- - bar.

Nalała sobie coś do picia. Dużymi łykami wypiła kieliszek brandy. Natychmiast nalała 

sobie   następny,   chociaż   zarysy   przedmiotów   już   zaczynały   drgać   w   gęstej   niebieskawej, 

pociągającej mgiełce. Położyła się na kanapie myśląc o Mirku, tym idiocie, Odbiorcy takim 

jak wszyscy inni. Nie mogła doczekać się chwili przybycia  do San Francisco, nakręcenia 

filmu i powrotu do Nowego Jorku.

Tym razem z trudnością przełknęła brandy. Kiedy postawiła kieliszek, na chwilę jakby 

straciła przytomność. Poczuła się wciskana w bok kanapy, potem pustkę pod sobą, jak kiedy 

winda zaczyna nagle jechać w górę. Zobaczyła, jak kieliszek zsuwa się ze stolika, pada na 

ziemię... Potem ból w plecach, uderzenie w przód głowy i mgła, czerwone i niebieskie kulki, 

rzężenie oszalałych motorów.

-   Mirko!   -   krzyknęła   wstając.   Drzwi   prowadzące   do   kabiny   pilota   wydawały   się 

zaklinowane.   Nacisnęła  oporną  klamkę,   z trudem  pchnęła  drzwi  chwiejąc  się  na nogach. 

Pustka wewnątrz klatki piersiowej, chwila równowagi, absurdalne poczucie utraty własnego 

ciężaru.   Zobaczyła   plecy   Mirka,   jego   ręce   zaciśnięte   na   dźwigni   sterów   i   chmury,   które 

nalatywały na nich jak opary snu.

Teraz Mirko mówił. Krzyczał, a ona nie zdawała sobie

z tego sprawy. Runęła na oparcie siedzenia, zacisnęła z?by czekając na uderzenie.

Samolot spadał na ziemię kręcąc korkociąg.

Kiedy   ponownie   otworzyła   oczy,   zobaczyła   białą   chmurę   pośrodku   nieba.   Bardzo 

wysoko szybował sęp. Leżała wyciągnięta na ziemi i coś wilgotnego i chłodnego uciskało jej 

czoło. Uniosła ramię, dotknęła twarzy, skroni, zdjęła chusteczkę nasyconą wodą przewracając 

się na bok.

background image

Mirko stał przy szczątkach samolotu. W oddali ściana czerwonej cyklopowej skały 

przydawała krajobrazowi agresywności.

- Jak to się stało? Pilot rozłożył ręce.

-   Nie   wiem   -   powiedział   kręcąc   głową   -   nie   mogę   zrozumieć.   W   pewnej   chwili 

maszyna przestała reagować na polecenia, straciła wysokość i w korkociągu spadła na ziemię. 

Cudem   odzyskałem   panowanie,   ale   było   już   za   późno.   Popatrz,   jak   zlecieliśmy,   zanim 

uderzyliśmy w skałę.

Sofia z trudem wstała, masując potłuczone plecy.

- I co teraz? Wiesz, gdzie spadliśmy? Mirko spuścił oczy.

- To jest Wielki  Kanion - powiedział  - znajdujemy się w  bocznej odnodze, teren 

należy do najbardziej niedostępnych, ale myślę, że nie powinno być daleko do Bńght Angel 

Tro.il...

Sofia zamrugała: - Wielki Kanion?

Na kilka chwil zaniemówiła, potem wybuchnęła śmiechem.

- Wielki Kanion! - powtórzyła. - A to naprawdę pyszne! Nie do wiary.

- Co jest nie do wiary?

- Nie udawaj idioty, Mirko. Awaria motorów, przymusowe lądowanie, właśnie tu, w 

Wielkim Kanionie... Wszystko jak w filmie, który nakręciłam rok temu - Ekstaza, pamiętasz 

go, prawda?

Podejrzenie jak błyskawica przemknęło jej przez głowę.

- Posłuchaj no - powiedziała posępnie - nie zrobiłeś tego chyba naumyślnie? Spójrz 

sam, zbyt wiele szczegółów się zgadza. Ty naprawdę jesteś pilotem, ja co prawda nie jestem 

perską księżniczką, ale tylko Sofią Barlow. Chcesz być ze mną, prawda? Chciałeś zostać ze 

mną tak jak w filmie.

Mirko, oburzony, wydął pierś. Odwrócił się do niej plecami, podszedł do samolotu i 

odsuwając na bok poskręcane blachy z trudem dostał się do środka. Wyrzucił na zewnątrz 

masę rzeczy - dwa koce, plastykowy pojemnik na wodę, skrzynkę syntetycznego pożywienia, 

elektryczną latarkę. Wyszedł z rozwalonej kabiny z butelką brandy w jednej ręce i ciężką 

aparaturą w drugiej.

- Idziemy - powiedział - zabierz jak najwięcej rzeczy.

Sofia przyglądała mu się rozczulona.

- Idziemy, ale dokąd?

- Nie chcesz chyba zdychać tu wśród tych skał. Musimy dojść do głównego Kanionu. 

Phantom Ranch powinno się znajdować w odległości nie większej niż pięćdziesiąt mil stąd, 

background image

ale  zawsze  znajdzie  się  jakiś   głupi  romantyczny  turysta,  który  pcha  się  na zachód,   żeby 

sfotografować panoramę.

- Próbowałeś porozumieć się przez radio?

- Radio jest zepsute. Pospiesz się. Weź to, co niezbędne, i idziemy.

Kroczył przodem szybko, sprężyście, wyciągając nogi. Butelkę brandy wsunął sobie 

do   kieszeni   na   wysokości   uda   i   szedł   nieco   przygarbiony   pod   ciężarem   wielkiej   paczki 

utworzonej z koca, w który zawinął zestaw akumulatorów i ciężką metalową skrzynkę.

Sofia obarczona jedzeniem i pojemnikiem na wodę szła doganiając go co jakiś czas.

Zatrzymali   się   po   pół   godzinie.   Sofia   była   zaniepokojona,   patrzyła   błagalnym 

wzrokiem. Mirko natomiast wzrok miał utkwiony prosto przed siebie. Było jasne, że kobieta 

stanowi dla niego przeszkodę, przysłowiową kulę u nogi, od której nie mógł się tak łatwo 

uwolnić.

- Idziesz za szybko, Mirko.

Mężczyzna spojrzał na niebo zasnute groźnymi chmurami.

- Idziemy - powiedział - za kilka godzin będzie

zupełnie ciemno.

Kiedy dotarli do głównego Kanionu, ledwie co było widać. Mirko wskazał jakiś punkt 

na skalistej ścianie, czerwonej i brunatnej jak przypalony papier.

- Jaskinia - powiedział rozmarzony.

- Jaskinia - powtórzyła za nim Sofia. - Dokładnie jak w filmie. Wszystko jest jak w 

filmie, Mirko!

Pomógł   jej   wspiąć   się   na  stok.   Pakunek   ułożył   na   ziemi,   na   progu  czarnego   leja 

prowadzącego w głąb skały.

- Nie bój się - powiedział - zaraz wracam.

Widziała,   jak   piął   się   po   urwiskach   piaskowca   i   prastarego   kamienia,   wyrywał   z 

korzeniami wyschnięte krzewy, robił z nich grube wiązki chrustu, które ciągnął w dół, aż do 

wejścia do groty.

- Niedługo zrobi się zimno - powiedział – trzeba by zapalić ogień.

Włączył   latarkę   elektryczną   i   zbadał   jaskinię.   Miała   piętnaście   metrów   długości   i 

prawie w połowie skręcała niemal pod kątem prostym. Umieścił wiązki krzewów na samym 

zgięciu korytarza i z dziką radością podłożył ogień.

Jedli   w   milczeniu,   w   jaskini   pełnej   świateł   i   cieni,   pod   ogromnym,   drgającym 

skrzydłem nietoperza.

- Otworzyłam pakunek - oznajmiła Sofia - kiedy poszedłeś zbierać opał. Zobaczyłam, 

background image

co jest w środku. Amplex! Dlaczego musiałeś zabrać go ze sobą?

- Kosztuje sto dwadzieścia patyków - odpowiedział Mirko. - Dla ciebie jako aktorki 

jest to śmieszna suma, ja jednak muszę pracować trzy miesiące, żeby tyle zarobić, rozumiesz?

Wziął metalowe pudło i pojemnik z filmami.

- O! - zauważyła zdziwiona Sofia. - A co teraz masz zamiar zrobić?

- Idę w głąb groty. Mam prawo odizolować się, prawda?

- Tak, ale co ma z tym wspólnego amplex? Co chcesz zrobić, Mirko?

Mężczyzna coś burknął. Kiedy Sofia chwyciła pojemnik z filmami i otworzyła go, nie 

stawiał oporu. Obojętnie pozwolił kobiecie przyjrzeć się do woli rolkom filmów i pozwolił jej 

przeczytać treść wytłoczoną na plastykowych pudełeczkach.

- Ależ to są moje filmy, Mirko! Mój Boże, są wszystkie. Lazurowe nieba, Uwiedzenie, 

Przygoda na Cejlonie... jest jakaś matryca, to matryca Ekstazy. To twój ulubiony oniro- film, 

prawda?

Mirko   spuścił   oczy   nie   odpowiadając.   Sofia   zamknęła   pojemnik.   Matryce   to   był 

luksus, na który tylko niewiele osób mogło sobie pozwolić. Zwykły onirofilm raz obejrzany 

trzeba było wyrzucić, bo ulegał demagnetyzacji na głowicach odbiorczych amplexu. Matryca 

natomiast była wieczna, praktycznie niezniszczalna. I właśnie dlatego kosztowała majątek.

- Kiedy ją kupiłeś? - spytała Sofia. Mężczyzna, zezłoszczony, wzruszył ramionami.

- Daj spokój - powiedział. - Jesteś ciekawska w bardzo przykry sposób. Czego chcesz 

się ode mnie dowiedzieć? Twoje filmy są w milionach egzemplarzy sprzedawane milionom 

Odbiorców. Jestem jednym z wielu. Kupiłem matrycę Ekstazy. No i co? Co w tym widzisz 

dziwnego? Ten film szczególnie mi się podobał. Ja...

- Mów dalej - poprosiła go Sofia ściskając za ramię.

- Nie ma dnia, żebym go nie oglądał - oświadczył szorstko pilot. - A teraz idź już i 

postaraj się zasnąć, bo jak tylko nastanie dzień, będziemy musieli przejść sporo mil. Ja idę w 

głąb jaskini.

- Z amplexem?

- Oczywiście, że tak! Co się wtrącasz? Chcę nacieszyć się filmem w spokoju.

Sofia z trudem przełknęła ślinę. Nagle ogarnęła ją frustracja, tak jakby uszła z niej 

wszelka chęć życia. To niemożliwe, myślała, co się ze mną dzieje? Czego ja w końcu chcę od 

tego   człowieka,   który   ma   tysiące   powodów,   żeby   nie   obdarzyć   mnie   nawet   jednym 

spojrzeniem?

Poczuła ochotę, żeby dotknąć go do żywego, rzucić mu prosto w twarz palące obelgi, 

spoliczkować.  Ale obraz Mirka obejmującego  ją przezwyciężył  wszystkie  zahamowania  i 

background image

opanował wszystkie jej myśli.

- Ja tu jestem - sama się zdziwiła zachęcającym tonem, jakim to powiedziała. Mirko 

odwrócił się nagle.

- Co takiego?

- Powiedziałam, że ja tu jestem. Mirko, dzisiejszej nocy nie będą ci potrzebne te filmy.

- Niepotrzebne?

- Nie. Możesz mnie mieć jak we śnie, bardziej niż we śnie...

Mirko zaczął się śmiać.

-   To   nie  to   samo   -   powiedział.   -   Poza   tym   nie   bądź   śmieszna   z   tymi   tekstami 

aktywistki Ligi Antyonirycznej. Trzymają się ciebie żarty, czy co?

- Powtarzam, że możesz mnie mieć.

- A ja ci powtarzam, że to nie to samo.

- Mirko! - błagalnie powiedziała kobieta, zupełnie już prawie wyszedłszy z siebie - 

potrzebujesz mnie każdego dnia, kiedy przewijasz tę matrycę i śnisz, stale śnisz o tej jaskini, 

o zapalonym ognisku, stale śnisz o moich pocałunkach i o moim ciele, które teraz chcę ci dać. 

Wszystko  jest jak w filmie, przeklęty głupcze. Czemu  zwlekasz? Mogę dla ciebie  zrobić 

wszystko, co chcesz, mogę zrobić, zrobić naprawdę...

Przez chwilę Mirko zdawał się niezdecydowany. Potem pokręcił głową i udał się w 

głąb jaskini.

- Mirko! - zawołała zdesperowana. - Jestem Sofia Barlow! Sofia Barlow, rozumiesz?

Rozpięła zamek kombinezonu. Wyłoniły się ramiona, ściągnęła ze złością ubranie i 

rzuciła je na ziemię.

- Spójrz na mnie! - krzyknęła.

Długie, czerwono- zielone języki ognia tańczyły zmysłowo, w powietrzu unosił się 

przenikliwy zapach pradawnego boru. Zobaczyła, że ręce mężczyzny zwinęły się w pięści, 

wargi zadrżały jak w długim, wyczerpującym cierpieniu.

Mirko wahał się przez chwilę jeszcze, potem rzucił filmy do ognia i pobiegł ku niej.

Najpierw światło niebieskie, potem czerwone. Potem znowu niebieskie. Kiedy rolka 

filmu się skończyła, wyłącznik zadziałał automatycznie.

Sofia   zdjęła   kask   amplexu.   Skronie   miała   spocone,   serce   waliło   i   cała   drżała. 

Szczególnie   zaś   drżały   jej   ręce.   Nie   mogła   ich   spokojnie   utrzymać.   Nigdy   w   życiu   nie 

przeżyła tak intensywnie “snu", onirofilmu, który kazał jej być samą sobą. Musi natychmiast 

podziękować Bradleyowi.

background image

Zadzwoniła do niego wideotelefonem. Ale kiedy mii przed sobą twarz Naczelnego 

Przeglądacza, słowa uwię; jej w gardle; bełkotała coś ogromnie przejęta. W końcu 2 częła 

płakać.

Bradley cierpliwie czekał.

- To taki mały prezent, Sofio. Drobnostka. Kie aktorka osiąga szczyt swojej kariery, 

ma prawo do inny dowodów uznania niż dotychczas. I będziesz je miała, S fio. Otrzymasz 

wszystkie   zadośćuczynienia,   które   ci   się   i   leżą.   Ponieważ   system   jest   doskonały. 

Nieodwracalny.

- Tak, Bradley. Ja...

- Przejdzie ci, Sofio. Zdarza się to prędzej czy później wszystkim aktorkom. Ostatnią 

przeszkodą do pokonania jest zawsze próżność; ty również myślałaś, że mężczyzna może 

woleć ciebie od snu, w dalszym ciągu krążą ci po głowie najniebezpieczniejsze herezje, ale 

zorientowaliśmy i co się z tobą dzieje, i znaleźliśmy środki zaradcze. Ten podarunek. Ta 

matryca pozwoli ci przezwyciężyć kryzys.

- Tak, Bradley, podziękuj technikom, operatorowi, reżyserowi, podziękuj wszystkim, 

którzy współpracowali przy realizacji onirofilmu. Przede wszystkim aktorowi, który zagrał 

rolę pilota...

- To nowy, zdolny chłopak...

-   Podziękuj   mu.   Przeżyłam   wspaniałe   chwile.   I   dziękuję   też   tobie,   Bradley. 

Wyobrażam   sobie,   ile   czasu   i   pieniędzy   kosztował   was   ten   film.   Jest   doskonały.   Będę 

trzymała w honorowej przegródce mojej oniroteki.

-  Głupstwo,  Sofio.   Należysz   do   klasy  wiodącej.   Możesz   sobie   pozwolić   na  filmy 

robione   specjalnie   dla   ciebie.   My   wszyscy,   producenci,   możemy   sobie   na   to   pozwolić. 

Zawsze   sobie   wzajemnie   pomagaliśmy,   prawda?   Chciałbym   jednak,   żebyś   pamiętała   o 

jednym.

- O czym, Bradley?

- Ta matryca. Bardziej niż warunkiem ma być ostrzeżeniem.

- Zgoda, Bradley. Chyba wiem, co masz na myśli.

- Nie zapominaj o tym. Nic nie może przewyższyć snu. I tylko we śnie możesz się 

łudzić, że tak nie jest. Jestem pewien, że obejrzawszy pięć czy sześć razy matrycę pojmiesz 

morał.

Zgodziła się z tym, cała we łzach.

- Zobaczymy się jutro, w sali prób.

- Zgoda, w sali prób. Dobranoc, Bradley.

background image

- Dobranoc, Sofio.

background image

RYBY DLA WENUS

W   rogu  werandy,   na  wpół   ukrytej   w   gęstwinie   oleandrów,   rytmicznie   kołysał   się 

bujany fotel Sama Ellingtona. Był zachód słońca, słusznie określany przez niego porą muszek 

i   komarów.   Ogromne   słońce,   czerwone   jak   nasiona   magnolii,   zachodziło   skąpane   w 

płomiennej łunie wśród poszarpanych sztandarów ponurych chmur.

Sam   był   zmęczony,   podobnie   jak   jego   brat   Archie.   Cały   dzień   polowali   ścigając 

zwierzynę przez lasy i pola, przebywając strumienie i mokradła. Godziny szybkiego marszu 

przez teren nierówny, często zdradliwy, zrobiły swoje. Teraz siedzieli na werandzie poddając 

się miłemu otępieniu, które ogarnia ciało po dużym wysiłku; jeden wygodnie usadowiony w 

bujanym fotelu, drugi na ziemi, z plecami opartymi o ścianę.

Wewnątrz willi kobiety przygotowywały kolację. Słychać było ciche pokrzykiwania 

młodych   żon,   zaaferowanych   przyrządzaniem   niezwykłych   potraw.   W   ogrodzie   chłopcy 

bawili się w inwazję z Kosmosu. Co chwila z krzaków wynurzał się plastykowy pistolet i 

długi   strumień   wody   docierał   do   werandy.   Sam   i   Archie   byli   zbyt   zmęczeni,   żeby   na- 

krzyczeć na chłopców i kazać im przerwać zabawę.

Drogą   za   ogrodem   z   coraz   większą   częstotliwością   pędziły   samochody,   których 

bagażniki załadowane były  sprzętem wędkarskim.  Rejon ten był  bowiem odwiedzany nie 

tylko przez zwolenników polowań, ale także przez miłośników wędkarstwa.

- Mięczaki! - mruknął Archie z pogardą.

- Nieruchawe trutnie - dodał Sam.

- Leniwce - ciągnął Archie tym samym pogardliwym tonem.

Typowa i przysłowiowa już niechęć, jaką myśliwi żywią dla wędkarzy, przybierała w 

tym momencie najbardziej obraźliwe formy wyrazu.

- Zdziecinniali starcy - podjął Archie. - Kiedy ciągną wędkę, to mógłby nawet księżyc 

spaść, a oni i tak by niczego nie zauważyli...

- Fakt - zgodził się Sam, uderzając w szyję, żeby zabić komara. - Właśnie w zeszłym 

tygodniu,   kiedy   przetrząsałem   składzik   znalazłem   stary   numer   Puncha,   w   którym 

przeczytałem opowiadanie fantastyczno- naukowe napisane przez T.S. Watta; bardzo dobrze 

pokazuje w nim tępe skupienie wędkarza, kiedy zmaga się ze swoimi głupimi rybami. Pomyśl 

tylko, w opowiadaniu Watta statek kosmiczny z Wenus ląduje nad brzegiem rzeki Hawther, 

background image

załoga wychodzi i prowokuje jednego z tych nawiedzonych wędkarzy, co to wiesz, słuchają 

cię tylko, kiedy im mówisz o muszce marki Turle albo o błyszczyku firmy Peter Ross. No 

więc Wenusjanin podchodzi do niego i powiada: Dobry wieczór, jesteśmy z Wenus. Watt 

pisze, że Wenusjanie są mniej więcej podobni do nas, tyle że oczy mają pionowo, a nie po-

ziomo, i w dodatku na czole. Co byś zrobił? W takiej sytuacji trzeba albo wiać, ile sił w 

nogach, albo znieruchomieć ze strachu. Tymczasem - nic podobnego. Wędkarz rzuca okiem 

na   statek   kosmiczny,   obojętnie   patrzy   na   załogę,   potem   spokojnie   namipuluje   dalej   przy 

haczyku, żeby zamocować na nim tę swoją idiotyczną muszkę. I, nie podnosząc oczu, wiesz, 

co mówi? Chwileczkę, powiada. Ot, tak sobie.

- Hm... wydaje mi się to trochę przesadzone - zauważył Archie wstając. - Prawie nie 

do wiary.

- Nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi, że Helen spaliła ten magazyn, bo...

-   Źle   mnie   zrozumiałeś.   Chciałem   powiedzieć,   że   według   mnie   Watt   przesadził. 

Stanąwszy twarzą w twarz z Marsjanami może nawet i wędkarz wziąłby nogi za pas.

- Mylisz się, wszyscy by zwiali, ale nie wędkarz. Kiedy ciągnie linkę, nie czuje, nie 

widzi i nie mówi. A ty mi powiadasz, że uciekłby. Nie zapominaj, że wędkarz jest zawsze 

mięczakiem.

Po   kolacji   rozmawiali   dalej.   Położywszy   dzieci   do   łóżek,   kobiety   gawędziły   o 

haftowaniu i budyniach. Archie i Sam wymknęli się na werandę. Sam powiedział:

- Jeśli jutro przejdziemy wzdłuż brzegów rzeki przebrani za Marsjan, to wędkarze 

nawet się nie zorientują, zakład?

Archie  powątpiewał.  Jako porządny myśliwy nie  czuł  żadnego szacunku  dla osób 

pasjonujących się wędkarstwem. Ale wszystko ma swoje granice. Było nie do pomyślenia, 

żeby człowiek, nawet wędkarz, dalej najspokojniej robił swoje wobec nagłego pojawienia się 

istot z innego świata.

- Chodź - ciągnął Sam - chcę ci coś pokazać.

Przeszli   przez   ogród   i   dotarli   do   domku   dozorcy   Ernesta.   Pod   portykiem,   oprócz 

narzędzi rolniczych i ogrodniczych walały się nie używane od dawna przedmioty.

- Do diabła! - zawołał Archie zobaczywszy ten stos zardzewiałych rupieci. - Co to 

wszystko tu robi?

- Nie mam pojęcia. Ernest ma chyba żyłkę kolekcjonera.

Sam   wskoczył   na   stertę   i   zaczął   ją   przeszukiwać.   -   Jest   -   powiedział   rzucając 

Archiemu pod nogi hełm od skafandra nurka. - Powinien być jeszcze jeden. - Szukał dalej, aż 

go w końcu znalazł.

background image

- Do licha! - zawołał Archie - co masz z tym zamiar zrobić?

-   To   proste   -   odpowiedział   Sam.   -   Jutro   rano   włożymy   kombinezony   w   kolorze 

zaśniedziałej   miedzi.   W   gumowych   butach   aż   po   biodra,   w   hełmach   i   z   pistoletami 

kosmicznymi chłopców - zobaczysz jakie wywołamy wrażenie! Pójdziemy tak wzdłuż rzeki i 

damy popalić wędkarzom.

- Wydaje mi się, że to kawał w najgorszym guście.

- Daj spokój! - żachnął się Sam. - Rzucą na nas okiem, albo i nie, i dalej będą łowić, 

zobaczysz.

Jeśli komary są szczególnie dokuczliwe o zachodzie, to o świcie są po prostu nie do 

zniesienia. Latają wtedy zgłodniałe, wściekłe. Ten, kto zapuszcza się w lasy i moczary albo 

wzdłuż brzegów rzeki, jest stracony. Nalatują na człowieka chmurami, uparte i zuchwałe. Nie 

ma   sensu   się   miotać   czy   próbować   je   odpędzić.   Chyba   jedynym   sposobem,   żeby 

zneutralizować ich ataki, jest trwać bez ruchu, poczekać, aż usiądą, a potem je ubić dobrze 

wymierzonym ciosem.

Archie   i   Sam   szli   dróżką   prowadzącą   do   rzeki.   Obydwaj   mieli   na   sobie   bardzo 

wysokie kalosze bagienne i zielonkawe skafandry zapinane z przodu na suwak. Sam przy-

czepił   sobie   z   przodu   dwie   puste   butle   tlenowe.   Natomiast   Archie   musiał   się   zadowolić 

założeniem na plecy starego rozpylacza Ernesta, którego dozorca używał do opryskiwania 

winorośli. Plastykowa broń kosmiczna wykradziona chłopcom uzupełniała rynsztunek.

- Załóżmy hełmy - zaproponował Archie widząc, że komary bezlitośnie nacierają. - W 

ten sposób będziemy osłonięci.

Hełm   był   bardzo   ciężki.   Pozbawiony   podpórki   ze   śrub,   które   znajdują   się   we 

wszystkich zwykłych skafandrach, opierał się bezpośrednio na plecach i trzeba go było kar-

kiem utrzymać w równowadze.

Dotarli do szosy i szli nią około stu metrów. W pewnej chwili zza zakrętu wyłonił się 

na rowerze chłop z widłami. Jechał spokojnie, ale skoro tylko ich dostrzegł, nagle się za-

trzymał, cisnął rower i widły na płot i z krzykiem rzucił się do ucieczki.

Sam i Archie chichotali rozbawieni. Potem przyszła kolej na kierowcę samochodu. 

Gwałtownie   zahamował   jakieś   pięćdziesiąt   metrów   przed   nimi,   wgniótł   bok   karoserii, 

wykonał manewr i uciekał na wstecznym biegu, a dojechawszy do bocznej drogi ruszył z 

maksymalną szybkością.

- A niech to wszyscy diabli! - zawołał Archie. - Nasze przebranie chyba rzeczywiście 

robi wrażenie!

background image

Zeszli z drogi i wrócili na ścieżkę prowadzącą do rzeki.

- Stańmy na chwilę - poradził Sam, jak tylko weszli do lasu. - Rzeka jest blisko, na 

odległość strzału z dubeltówki. - Zdjął hełm z głowy i położył na ziemi obok plastykowej 

broni. - Pójdę teraz na zwiady - oznajmił.

Szybko się oddalił i wrócił po chwili. - Jest ich dwóch na brzegu błotnistego zalewu - 

stwierdził. - Wyglądają jak posągi.

Podnieśli hełm i broń i ruszyli. - Ja będę mówił - rzekł Sam - ty stój koło mnie i 

postaraj się nie śmiać.

Dotarli do małej polanki, a dalej Sam prowadził brata w dół stromą ścieżką rysującą 

się ledwie wśród traw i trzcin. Roślinność była bardzo gęsta, stojąca woda zalewu zakrywała 

korzenie topól oraz wierzb rosnących wzdłuż brzegów.

Wędkarz siedział nieruchomo na dużym przegniłym pniu zatopionym w miękkim i 

błotnistym terenie. Jego towarzysz był trochę dalej, może o jakieś dwadzieścia metrów od 

niego.   Wszędzie   czuć   było   silny   zapach   błota   i   zgnilizny,   tak   charakterystyczny   dla 

podmokłych terenów.

- Pozdrawiam was, Ziemianie!  - powiedział  głośno Sam wystawiając  przed siebie 

plastykową broń. - Jesteśmy z Marsa!

Wędkarz nie ruszył się. - Ssss - syknął pokazując głową w kierunku wody. Wydawało 

się,   że   oczy   ma   przykute   do   unoszącego   się   na   wodzie   spławika,   który   właśnie   w   tym 

momencie zaczął się kołysać.

Sam jeszcze raz spróbował: - Hej, tam! Nie słyszeliście? Jesteśmy z Marsa.

Człowiek   powoli   odwrócił   głowę   i   popatrzył   na   nich   przez   chwilę   zmrużonymi 

oczyma. Potem wstał i wyciągnął z wody linkę.

-   Poczekajcie   chwilę   -   powiedział   bezbarwnym   głosem.   Pochylił   się,   otworzył 

pudełeczko na robaki i zaczął grzebać w nim palcem, żeby znaleźć odpowiedniego. Przez 

chwilę manipulował przy haczyku, po czym wolnym, szerokim ruchem ponownie zarzucił 

wędkę.

- Że co? Aha, że z Marsa! - mówił rzucając na Ar- chiego i Sama szybkie spojrzenie. 

Nie miał najmniejszego zamiaru spuścić oka z unoszącego się na wodzie spławika. - Hej, 

Winnic - odezwał się do łowiącego w pobliżu towarzysza - oni są z Marsa!

Kolega mruknął na znak, że usłyszał. Tymczasem Sam cicho zwrócił się do Archiego: 

- Widziałeś? Zupełnie jak w opowiadaniu T.S. Watta.

- Jestem Sanders - przedstawił się wędkarz. - Przez was przepadła mi taaka ryba - i 

szeroko rozłożył  ręce. - To rejon bogaty w ryby,  ale są podejrzliwe, wystarczy byle co i 

background image

zmykają.

- Musieliśmy latami słuchać transmisji radiowych, żeby nauczyć się waszego języka - 

oznajmił Sam, ot, tak żeby cokolwiek powiedzieć.

- Rozumiem. No tak, transmisji radiowych... Kiedy wylądowaliście?

- Wczoraj po południu. Zostawiliśmy nasz latający talerz na polanie w pobliżu.

- Aha!

W tym momencie spławik zniknął. Mężczyzna, który nazywał się Sanders, zręcznie 

wyciągnął linkę. Zębacz o wadze około pół funta skakał teraz wśród trawy, na próżno usiłując 

się wyswobodzić z haczyka. Wędkarz zdjął go z największą delikatnością, podniósł pokrywę 

wiadra i wrzucił rybę do środka.

- Posłuchajcie - rzekł grzebiąc w pudełku, żeby wybrać następnego robaka. - Teraz 

jestem   zajęty.   To   dobra   pora,   rozumiecie   chyba?   Przyjdźcie   za   kilka   godzin,   to   sobie 

pogadamy.

Nie było sensu dłużej nalegać. Lepiej wrócić do domu. Również Archie zrozumiał, że 

historyjki opowiadane na temat wędkarzy nie są wcale przesadzone, skoro nawet pojawienie 

się Marsjan nie zdołało oderwać ich od ulubionej rozrywki.

Mężczyzna, który nazywał się Sanders, wyciągnął z wody linkę i złożył przybory. 

Jego   towarzysz   zrobił   to   samo   i   podszedł.   Obydwaj   przyglądali   się   zawartości   kubłów; 

wyglądali na zadowolonych z połowów.

- Czego chcieli? - zapytał Winnic.

-   Niczego.   Wiesz,   jacy   są   ci   tubylcy.   Zawsze   gotowi   do   żartów.   I   nie   wiadomo 

dlaczego, zawsze kiedy chcą się pobawić w przebierańców, przychodzą im do głowy Mars-

janie i latające talerze.

- Cóż chcesz! Nie mogą przecież wiedzieć, że Mars jest nie zamieszkany.

- Zgoda. Ale drażni mnie ich brak fantazji.

Ruszyli. Kiedy doszli do połowy ścieżki, Winnic spytał: - Myślisz, że te zębacze będą 

się umiały przystosować do naszych bagien?

- Chyba tak - odrzekł drugi. - Wystarczy zaaklimatyzować je najpierw w bagnach 

północnych, które są chłodniejsze, a potem przeniesiemy je do równikowych.

Z pewnością nie będą miały łatwego życia. Ryby na Wenus nie cierpią obcych. Ale 

dadzą sobie radę, zobaczysz.

Doszli już na miejsce. Sanders wyjął z kieszeni dziwny świecący przedmiot, nacisnął 

kilka   guzików   i   jak   za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   na   środku   polany   zjawił   się 

srebrzysty latający talerz.

background image

- Ten idiota  Ziemianin  udawał, że  wylądowali  właśnie tutaj  - powiedział  Sanders 

wchodząc na schodki. Jak tylko zamknęły się drzwi, talerz zniknął. Szum przy odlocie był 

bardzo cichy, niewiele głośniejszy od brzęczenia latającego owada, a przy tych wszystkich 

komarach błąkających się po lesie nikt nie zwrócił na to uwagi. Poza tym nawet jeśli talerz 

byłby widoczny, któż by go zauważył? Na tym odcinku rzeki byli sami wędkarze, ci zaś, jak 

wszyscy wiemy, patrzą tylko na własny spławik, kiedy łowią.

background image

ZAĆMIENIE

CZĘŚĆ I

l

- Niech go pan poprosi, Albenitz. Niech wejdzie i miejmy to wreszcie za sobą.

Tymczasem   należałoby   zacząć   od   opisu   otoczenia,   wymienić   szereg   drobnych 

szczegółów, rzeczy mało ważnych, niejednoznacznych i nieuchwytnych, tak by oddać jednak 

poczucie zamknięcia świata w hermetycznej otoczce czegoś metalicznego i zimnego, świata, 

gdzie   wszyscy   podlegają   prawom,   których   celowości   trudno   dociec.   A   może   w   tym 

przypadku byłoby lepiej od razu przejść do sedna sprawy. Brzmiałoby to mniej więcej tak:

Nazywam się Vargo Slovic. Mam dwadzieścia cztery lata i jestem kolonistą pierwszej 

klasy na pokładzie Matki Ziemi...

Tylko   że   w   ten   sposób   nic   z   tego   wszystkiego   nie   zrozumiem,   ryzykując 

zaprzepaszczenie szansy rzucenia światła na sedno sprawy; byłoby to tak, jakby zamiast całej 

lampy wziąć jedynie  najzupełniej  bezużyteczny przewód elektryczny.  Jakby do przebycia 

Wielkiego Korytarza potrzebna była wyłącznie poręcz.

Mógłbym też zacząć od opisu statku, którego topografia wcale nie jest prosta. Albo 

opowiedzieć o Eugenio Stol- lerze, o Wandzie i Norze Kereny. Dianę i koordynatora Po- cara 

zostawiłbym   na   później,   podobnie   jak   funkcjonowanie   basenów   hydroponicznych, 

elementarny układ kabin mieszkalnych, Spitzera i smutną konieczność pracy na zmianach. I 

tak dalej.

Chyba już powiedziałem, że nazywam się Vargo Slo- vic. Mam dwadzieścia cztery 

lata i jestem kolonistą pierwszej klasy na pokładzie  Matki Ziemi.  Mógłbym  opowiedzieć 

swoje życie w kilkunastu słowach, ponieważ i tak prawdopodobnie nie starczyłoby na nie 

setek książek. Wszystko zależy od punktu widzenia, to znaczy, od punktu odniesienia. Kiedy 

go zupełnie brakuje, nikt nie potrafi odróżnić tego, co jest ważne, od tego, co nieistotne.

Na Matce Ziemi nigdy nie dzieje się nic niezwykłego. Od samego początku wszystko 

przebiega tu spokojnie i zgodnie z pewnym porządkiem. Urodziłem się tutaj, na pokładzie, 

tak jak mój ojciec i ojciec mojego ojca. Trzeba byłoby cofnąć się jeszcze o dwa pokolenia, 

background image

jakieś sto dwadzieścia pięć lat wstecz, żeby trafić na ślad przodka urodzonego na Ziemi, 

protoplasty, który rozkoszował się słońcem, zapachem morza, szumem wiatru wśród drzew i 

skał.

To wszystko jest dla mnie jedynie urojeniem i fikcją. Prawdziwe i realne jest tylko 

głuche skrzypienie drugich metalowych korytarzy, szum atomowych silników, odpychający 

ziąb kabin i galerii. Niezmienna rzeczywistość, zamrożona, którą nietkniętą przekażę moim 

dzieciom, one swoim i tak dalej, i tak dalej, aż zakończy się Szczęśliwa Podróż, z której nie 

można zrezygnować.

- Już ci mówiłem, Albenitz. Przyprowadź go tutaj i miejmy to wreszcie za sobą.

Są trzy problemy.

Pierwszy: problem zależności między słowem a pojęciem.

Drugi: problem zależności między pojęciem a obrazem.

Trzeci: problem zależności między obrazem a wyobrażeniem obrazu.

W ten sposób ja, Vargo Slovic, mógłbym jak senny pociąg z łoskotem wyładowywać 

towary   wzdłuż   bezpiecznego   toru,   którego   wszystkie   podkłady   są   trwałe,   przytwierdzone 

zgodnie z zasadami sztuki. Spokój, pogoda, dobrobyt. Ale mógłbym też zejść aż do samych 

głębi   lęków   rozkładu   i   na   powrót   wznieść   się   falą   woniejącą   siarką   i   rtęcią,   a   potem 

wybuchnąć na podobieństwo kiełka, który rozbija twardą grudkę ziemi. Żyć. Utwierdzić się. 

Odrzucić tego, kto mnie odrzuca. Nikt pewnie lepiej ode mnie nie zna bajki o małpce, tym 

szkaradnym   stworzeniu,   które   wspina   się   z   gałęzi   na   gałąź   coraz   wyżej   po   drzewie,   z 

wierzchołka którego jasno widać horyzont. Pociąg, tory, rtęć, siarka, małpa, pęd, wiosna: 

obrazy, słowa, wyobrażenia słów, wyobrażenia wyobrażeń.

Nic się nigdy nie dzieje na pokładzie Matki Ziemi. Szare godziny pracy na przemian z 

godzinami odpoczynku, długie, monotonne czuwanie, bezsenność, którą spędzam w kabinie 

przewracając się na posłaniu z boku na bok, przebierając w postrzępionych, chaotycznych 

myślach.   Porządek,   czystość,   poszanowanie   regulaminu.   A   nade   wszystko   dawkowana, 

kontrolowana sprawność.

Nigdy   nic   się   tutaj   nie   dzieje.   Albo   raczej   od   czasu   do   czasu   jakieś   niezwykłe 

wydarzenie kołacze do naszej świadomości. Trzeba umieć je rozpoznać. Na przykład w ze-

szłym tygodniu Vladimiro Spitzer, mój współtowarzysz, poszedł do szpitala. Nie wiedziałem, 

że jest chory. Nie zamieniłem z nim nigdy ani słowa, jak zresztą wszyscy, bo dla każdego z 

nas współmieszkaniec kabiny jakby nie istniał. Nie wiem, co się stało. Pamiętam, jak budząc 

background image

się   w   zeszłym   tygodniu   zauważyłem,   że   wnęka   Yladimira   jest   pusta.   Natychmiast 

zadzwoniłem do intendentury, w takich przypadkach zalecenia regulaminu są bardzo jasne, 

obowiązuje natychmiastowe zgłoszenie wszelkich nieprawidłowości.

- Wszystko w porządku, kolonisto - po chwili zachrypiał głos urzędnika - Vladimiro 

Spitzer jest w szpitalu. Szczęśliwej Podróży.

- Szczęśliwej Podróży - odparłem bez przekonania.

Nieco  później,  kiedy  po  skończonej   pracy  wróciłem  do  kabiny,  spotkałem  dwóch 

pracowników wynoszących osobiste rzeczy mojego współtowarzysza.

- Jak się czuje? - spytałem nieobecnym głosem.

Jeden z nich wyprostował plecy i zrobił minę, jakby chciał dać do zrozumienia, że nic 

nie wie. Natomiast drugi z ogromnym pesymizmem pokręcił głową.

- Ale co mu jest?

Jeszcze   jeden   grymas   i   jeszcze   jeden   ruch   pełen   nieufności.   Zanim   poszli, 

pomajstrowali trochę przy metalowej plakietce na drzwiach wejściowych. Zobaczyłem, że 

zdejmowali wizytówkę Yladimira Spitzera, a na jej miejsce, obok mojej, przytwierdzali inną.

Kiedy tylko zostałem sam, ogarnęła mnie chęć, żeby pójść i odczytać nazwisko. Ale 

potem zrezygnowałem. Jakie może mieć znaczenie nazwisko współtowarzysza, jeśli wszelka 

rozmowa czy kontakt są niemożliwe? Nazwisko to mniej niż nic. Stary czy młody, gruby czy 

chudy,  współ-   mieszkaniec   kabiny  jest   tylko  przedmiotem   bez  znaczenia.   Nie  mówi,  nie 

śmieje   się,   nie   je.   Jest   nieruchomy   dzień   i   noc,   ledwie   oddycha,   wyciągnięty   w   swojej 

hermetycznie   zamkniętej   wnęce.   Jeśli   chcesz,   możesz   go   sobie   godzinami   oglądać   pod 

pokrywą z pleksiglasu albo możesz zabawiać się w liczenie mu rzęs, włosów, włosków na 

brodzie,   możesz   za   pomocą   soczewki   przyglądać   się   poszczególnym   porom   jego   skóry, 

załamaniom ust, zmarszczkom, fałdom na rękach, wszystkiemu. Wszystkiemu temu, czego 

nie   przykrywa   kombinezon.   Ale   nigdy   się   nie   dowiesz,   jakiego   koloru   ma   oczy.   Bo 

współtowarzysz   jest   podobny  do   zmarłego,   śpi   spokojnie,   nieobecnie,   śnią   mu   się   sny   z 

innego świata. Pewnie, że możesz do niego mówić, jeśli tylko chcesz. Niektórzy to robią, 

mają   ten   nawyk.   Noc   jest   czasem   długa,   książka   nudna,   papierosy   się   skończyły.   A 

bezsenność   doskwiera,   jakby   była   bestią   o   tysiącu   żądeł.   Na   korytarzach   statku   nie   ma 

żywego   ducha,   Sala   Kontemplacji   jest   także   wyludniona   i   czujesz   się   jakby   otoczony 

szaleństwem zimna i ciszy. To wtedy zdarza się stracić panowanie, podnieść pokrywę wnęki i 

zacząć mówić, rozmawiać z towarzyszem głuchym i milczącym, nieruchomą zjawą, czasem 

nawet obrzucając ją groźbami i wyzwiskami.

Ja nigdy tego nie robiłem. Vladimiro Spitzer mieszkał ze mną przez dwa lata i od 

background image

czasu do czasu rzucałem na niego roztargnione  spojrzenie - zazwyczaj  wieczorem, kiedy 

przypadała zmiana dyżuru, w tych krótkich chwilach poprzedzających moment hipnosnu. On 

natomiast być może znał mnie dogłębnie, mógł mnie wielokrotnie długo obserwować. Ale to 

mnie nie obchodzi.

Vladimiro Spitzer jest zielony.

Ja, Vargo Slovic, jestem czerwony.

2

- Dobrze, Albenitz. Zawołajcie go i przemaglujcie dobrze, ta historia zaczyna działać  

mi na nerwy.

Albenitz   Benito   Jorge,   koordynator   pierwszej   klasy,   szalenie   ważna   figura   na   tej  

szachownicy, w stałym kontakcie z Najwyższym. Jego twarz jest mała, trójkątna, zęby ma 

żółte i szpiczaste jak u gryzonia, coś między bobrem a wiewiórką...

Sala Kontemplacji. Półokrągły ekran, olbrzymi, biegnący od ściany do ściany. Fotele 

wygodne, z podgłówkiem i miękkimi oparciami, ustawione w równych rzędach obniżających 

się stopniowo. Słowem, teatr.

Kiedyś mój przyjaciel Eugenio Stoller próbował nakłonić mnie do zastanowienia się 

nad miernością tego widowiska. - To są tylko świetlne punkty - mówił - chmura świecących 

grudek, a wśród nich jakiś diament skrzy się bardziej od innych. Eugenio jest cyniczny, albo 

przynajmniej  bawi go granie takiej  roli.  Prawda jest taka, że widok gwiazd, leżących  na 

zewnątrz w czarnej i przepastnej przesterzeni nakrapianej tymi wszystkimi ognikami, które, 

lodowate i ostrzegawcze, zdają się leżeć na wyciągnięcie ręki, fascynuje nawet najbardziej 

tępego członka załogi.

Budowniczy   statku   wiedział   o   tym.   A   ten,   kto   zaprojektował   to   przerażające 

panoramiczne okno, musiał być świetnym psychologiem i estetą o dużej wrażliwości. Za-

zwyczaj sala jest pełna aż do ostatniego miejsca. Czasem, późno wieczorem, kiedy lampy na 

korytarzu dają słabe niebieskie światło, żeby stworzyć nam wrażenie nocy - a więc czasami, 

jak mówiłem, sala jest prawie opustoszała. Gdzieniegdzie małe grupki trwają na miejscach, 

przeważnie   na   obrzeżach   sali,   tajemnicze   szepty   krążą   po   półokrągłym   sklepieniu,   a   w 

półmroku   narasta   zwątpienie;   tysiące   dogmatów   rozpadają   się   w   pył,   wystarczy   jedno 

spojrzenie, docinek, barwa głosu, która załamuje  się na ostatnim  słowie, wystarczy jakaś 

przerwa.

background image

- Szczęśliwej Podróży - życzy sąsiad na pożegnanie.

- Szczęśliwej Podróży!

- Do widzenia, przyjaciele. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia. Szczęśliwej Podróży!

Często   pozdrowienie   brzmi   fałszywie   i   nieszczerze.   Jak   kpina.   Niestety,   nie 

zobaczymy   Ziemi   Obiecanej.   Być   może,   jeśli   wszystko   potoczy   się   tak   jak   zostało   na 

początku przewidziane, jeśli statek utrzyma swój kurs i nie zboczy w otchłanie przestrzeni, 

wtedy być może dotrą do niej nasze prawnuki. Dwanaście pokoleń tworzy wystarczająco 

długi łańcuch. Ja i moi rówieśnicy stanowimy jego środkowe ogniwo. Jesteśmy ledwie w 

połowie   drogi,   Matka   Ziemia   musi   przebyć   jeszcze   około   dziewiętnastu   milionów 

kilometrów, nim dotrze do celu. Mimo szalonej prędkości rozwijanej przez silniki potrzeba 

jeszcze mniej więcej stu pięćdziesięciu lat, czasu tak długiego, że wiele razy można umrzeć. 

Eugenio Stoller ma cięty język.

- Jesteś głupi - powiedział siadając koło mnie. - Zbyt poważnie traktujesz zewnętrzny 

sztafaż, slogany i frazesy.

Rozglądałem się dokoła i jąkałem onieśmielony wielkością pomieszczenia.

- Jesteś głupi - powtórzył Eugenio - tu nie ma niczego do kontemplowania, to salon 

niedyskrecji i plotek, te gwiazdy na zewnątrz wcale nie są ważne, liczy się tylko nasza pasja, 

nasza bezradność jako jednostek małodusznych i małostkowych.

Kiedy tak mówi, czuję się zakłopotany. Długo mu się przyglądałem, ale uśmiechał się 

tylko dwuznacznie i chyba cieszył się z mojego zmieszania.

- Chodźmy stąd - rzekł pociągnąwszy mnie za ramię - chodźmy pogadać do starego 

Bulmera.

Wyszliśmy z Sali Kontemplacji i przemierzyliśmy około dwustu metrów Wielkiego 

Korytarza. W tym miejscu winda nie była zatłoczona. Eugenio popchnął mnie do środka i po 

dziesięciu sekundach zjechaliśmy już na trzeci poziom.

U starego Bulmera nie jest źle. To spokojne miejsce, odwiedzane przeważnie przez 

szachistów i pary zakochanych.  Jest wspólna sala z ciasno poustawianymi  stolikami oraz 

szereg oddzielonych od siebie wnęk, które pozwalają na prawie całkowitą izolację.

Eugenio, uśmiechając się, wyciągnął z kieszeni garść żółtych żetonów.

- Dziś wieczór urżniemy się - powiedział machając nimi przed nosem.

Zawsze   jest   dobrze   w   nie   zaopatrzony.   Nigdy   nie   potrafiłem   pojąć,   jak   to   robi. 

Gdybym go nie znał od dawna, gdyby nie był moim bliskim przyjacielem, pomyślałbym, że te 

żetony  to   owoc  pracy  donosiciela.   Eugenio   Stoller   -   tajny  informator   “białych"!   Ale   tak 

background image

absolutnie nie jest. Także dlatego, że skoro wszystko idzie jak najlepiej, bez niepokojów i 

nieporządków,   nie   potrafię   sobie   wyobrazić,   o   czym   “biali"   mieliby   być   informowani. 

Prawdopodobnie Eugenio jest typem, który dobrze zna swój fach i to zapewnia mu dużo 

żetonów- premii..

Stary Bulmer przyszedł osobiście, żeby podać blumar. Obrócił tak dwa albo trzy razy 

nosząc tacę z wąskimi kieliszkami, potem znudziło mu się chodzić tam i z powrotem co pięć 

minut i zostawił butelkę.

Eugenio ciągnął jak gąbka. W dalszym  ciągu uśmiechał się, podnosił kieliszek na 

wysokość nosa, przyglądał mi się tymi swoimi przymkniętymi, świdrującymi oczyma koloru 

malachitu.

Po pół godzinie rozwiązał mu się zupełnie język.

-   Który   mamy   rok?   -   zapytał   lekko   szyderczym   głosem.   Jeszcze   się   uśmiechał, 

ironicznie, niechętnie.

Pytanie   było   śmieszne.   Znudzony,   rozprostowałem   ramiona,   spoglądając   w   inną 

stronę, tak by mu dać do zrozumienia, że zrobiłby dobrze zmieniając temat. Ale Eugenio 

nalegał:

- No, odpowiedz. W którym roku jesteśmy?

- W sto dwudziestym ósmym - powiedziałem przez grzeczność.

Ale on naciskał:

- To znaczy?

Taka zabawa. Rozumiałem, że to zabawa, ale bardzo ważna dla Eugenia. Nie mogłem 

się wyłączyć. Powiedziałem:

- Jest rok sto dwudziesty ósmy, co oznacza, że upłynęło sto dwadzieścia osiem lat, od 

kiedy Matka Ziemia opuściła planetę.

- A rok? Co to jest rok?

- Rok, to czas, jaki potrzebny jest planecie Ziemi do okrążenia Słońca.

Zaczął się głupio śmiać.

- Ziemia jest daleko - rzekł. - I bez względu na to czy istnieje, czy też nie, faktem 

pozostaje, że nie widać jej. Ziemia jako punkt odniesienia warta jest mniej niż nic.

-   Ale   mamy   zegar   pokładowy.   Atomowy   zegar   wyregulowany   według   czasu 

ziemskiego. Eugenio napełnił kieliszki.

- Zegar mógł się popsuć - powiedział zmieniając wyraz twarzy. Stała się poważna i 

napięta, spojrzenie głębokie, przestraszone. Nie było śladu niestosownej wesołości. - Zegar 

może się późnić, rozumiesz? Nikt by się nie zorientował.

background image

Niemożliwe. Próbowałem mu przypomnieć, że zegar atomowy nigdy się nie psuje, 

jest   właściwie   wieczny   i   nie   gubi   nawet   jednej   setnej   sekundy   na   sto   lat.   Stoller   był 

niewzruszony. Potem pochylił się nad stołem przysuwając do mnie.

- A gdyby ktoś go dla zabawy zepsuł?

Mówił   bardzo   cicho,   prawie   szeptem.   W   głowie   zaczął   mi   gwałtownie   brzęczeć 

dzwonek alarmowy. Słowa jeszcze wisiały w powietrzu, spowite w dwuznacznie pytający 

ton.   Chciałem   zyskać   na   czasie,   zastanowić   się   choć   przez   chwilę   nad   tym   potwornym 

podejrzeniem.

Ale  Stoller  przyglądał   mi  się  bacznie,   jego  surowy  i władczy  wzrok domagał   się 

natychmiastowej odpowiedzi.

- Żarty się ciebie trzymają - rzekłem. Słyszałem swój głos, sztuczny, wydobywający 

się z zaślinionego, pustego gardła. - W imię czego mieliby zepsuć zegar?

W   tym   samym   momencie  zdałem   sobie   sprawę   z   wielu   rzeczy.   Popełniłem 

niewybaczalny   błąd.   W   końcu   to,   co   Stoller   mówił,   było   przypuszczeniem   czysto 

akademickim; podsunął hipotezę o zepsuciu zegara mówiąc o “kimś", tak jakby “ktoś", dla 

żartu,   zabawiał   się   igraniem   z   czasem.   Natomiast   ja   swoją   odpowiedzią   dowiodłem,   że 

dopuszczam - nawet jeśli tylko w celu odparcia tej tezy - myśl o spisku. Zdradziłem się. 

Dbanie   o   zegar   pokładowy   to   obowiązek   “białych".   A   tego,   co   robią   “biali",   nie   wolno 

poddawać   w   wątpliwość.   Tak   przynajmniej   do   tej   pory   sądziłem.   Ale   słowa   Eugenia 

zdradziły mnie przed samym sobą. Teraz zrozumiałem, że w utajonej sferze umysłu zawsze 

miałem   jakiś   przesmyk   otwarty   dla   najśmielszych   wątpliwości   oraz   kłębiącego   się 

sceptycyzmu  i strachu, których  żadne sprawdzanie nie może rozwiać, a jedynie zepchnąć 

jeszcze głębiej.

- Zgoda - odparł Stoller - nie ma żadnego powodu. Według nas. Ale oni - wyraźnie 

napastliwie zaakceptował to ostatnie słowo - oni mogą mieć tysiące powodów najzupełniej 

nieoczekiwanych, powodów, które nam umykają, bo o niczym nie wiemy.

Teraz   grał   już   w   otwarte   karty.   Jeśli   ja   zdradziłem   się   tym   hipotetycznym 

potwierdzeniem,   to  on  odkrył  się   zupełnie.   Zegar   był  tylko   przykładem,  być  może  mało 

znaczącym, ale niewątpliwie bogatym w konsekwencje. Właściwie Stoller przypominał mi, że 

nasze życie toczy się w obrębie systemu zamkniętego, doskonale izolowanego.

- Prawda jest mrzonką - dodał.

Nie podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała rozmowa. Stoller wciągał mnie na 

teren zdradliwy, niebezpieczny, pełen zasadzek. Spróbowałem więc zareagować.

- Stawiasz ponownie stary problem Boga, problem, który dręczył ludzi żyjących na 

background image

Ziemi. Oni też funkcjonowali w systemie zamkniętym.  Tak było od zarania i zawsze tak 

będzie. Czym jest świat, cały świat, jeśli nie systemem zamkniętym? Ludzie bali się własnych 

myśli, bali się decydować o tym, co jest, a co nie jest prawdziwe i dlatego, aby uchylić się od 

tej przygniatającej odpowiedzialności, stworzyli Boga...

- Zmieniasz temat - przerwał mi Eugenio.

- Wcale nie  zmieniam. Jeśli Bóg istnieje, to prawda należy do niego, a nam zostaje 

tylko   szamotanie   się   po   omacku   w   wiecznej   nocy   bez   świtu.   Za   daleko   się   posuwasz, 

Eugenio. Chciałbyś, żebym myślał o “białych" jak o bogach mikrokosmosu, jakim jest Matka 

Ziemia - tylko dlatego, że dowodzenie statkiem należy do nich.

- Nie chodzi tylko o dowodzenie statkiem...

- A o cóż innego?

W tym momencie na progu wnęki pojawiła się Wanda, zaraz za nią Nora Kereny. 

Obie miały niepewne, dziwne miny, wyraz twarzy właściwy dla wielu spośród nas, szcze-

gólnie kobiet, w wieczór, gdy przypada zmiana. Trzy dni hipnosnu mijają bardzo szybko, a 

człowiek budzi się świeży i wypoczęty. A jednak to jest jakby umieranie, trzy dni życia są 

nam zabrane, kradzione w mgnieniu oka. Może dlatego właśnie w wieczory, kiedy przypada 

zmiana, jesteśmy bardziej gadatliwi, skłonni do poufałości i zabawy. Żądza życia staje się 

silniejsza; nim znikniemy na trzy dni w szarej otchłani nieświadomości, czujemy potrzebę 

pięknego zakończenia swego dyżuru.

Tak więc kiedy Nora Kereny, którą znałem tylko z widzenia, usiadła koło mnie, zaraz 

otoczyłem ją ramieniem. Napiliśmy się jeszcze razem. Potem Wanda zaczęła dyskutować z 

Eugeniem, śmiała się, Eugenio też się śmiał, Nora otoczyła mi szyję ręką, poszukała mojej 

dłoni i było  bardzo przyjemnie tak razem siedzieć w małej  salce, mając  dla siebie pełną 

butelkę blumaru, nie rozmawiać o niczym konkretnym i czuć się ociężałym i sennym.

Dość późno wyszliśmy z lokalu starego Bulmera. Na korytarzach panował jeszcze 

ruch ludzkich cieni, które wolno posuwały się w zimnym, niebieskawym świetle. Tam i z 

powrotem, trzy albo cztery razy. Wielki Korytarz był tunelem szeptów, Eugenio i Wanda szli 

objęci, ona raz po raz odwracała się, a potem na skrzyżowaniu wybuchł fajerwerk docinków i 

westchnień.

- Szczęśliwej Podróży - pożegnała nas Wanda przytulając się do Eugenia.

- Szczęśliwej Podróży. Do zobaczenia, przyjaciele.

- Szczęśliwej Podróży!

W   półmroku   utrzymywał   się   zwiewny   nastrój   melancholii,   jakby   niespełnionych 

snów, obietnic i długiego oczekiwania. Byłem sam, sam z Norą Kereny. W labiryncie tysięcy 

background image

wątpliwości, na które nie ma odpowiedzi. Wtedy popchnąłem ją ku ścianie i pocałowałem ze 

złością. Pragnąłem tego ciała, delikatnego  i jędrnego, chciałem je gryźć, zapomnieć  się i 

więcej o niczym nie myśleć. Okrutne, przenikliwe pragnienie, żeby uciec od siebie samego. 

Był }eszc7,e bezładny szmer słów, bezładne jęki towarzyszące poddawaniu się całego jej 

jestestwa. Potem ręka Nory ścisnęła moją, by poprowadzić mnie przez półmrok oświetlony 

niebieskimi lampami korytarza. Jej kabina była na samym końcu.

3

Są   więcej   niż   trzy   problemy.   Jest   ich   masa.   Poza   zależnością   między   słowem, 

pojęciem i obrazem istnieje także problem prawdopodobieństwa. Gdybym, na przykład, był 

przywiązany tu, do tego krzesła, albo sparaliżowany, bez czucia, albo w jakikolwiek inny 

sposób   pozbawiony   możliwości   poruszania   się   czy   wstania,   by   podejść   i   sprawdzić   coś 

własnoręcznie... nigdy bym się nie dowiedział, czy ta butelka, która zdaje się być postawiona 

na stole i rysować na tle ściany, istnieje rzeczywiście, czy jest tylko namalowana.

Czasem   wzrok   się   myli.   Czasem   zmysły   kłamią.   Platon   zaś   mówi   o   cieniach 

poruszających   się   na   ścianie   jaskini.   A   umysł?   Czym   jest   nasz   mózg?   Może   tylko 

instrumentem “praktycznym"?

Wcześniej   czy   później   będę   się   jednak   musiał   zdecydować   na   zastanowienie   się 

jeszcze raz nad całym systemem. Raz na zawsze, w sposób rozstrzygający. Co oznacza, że 

będę musiał, wcześniej czy później, dokonać jakiegoś wewnętrznego wyboru.

Wydarzyło się wiele rzeczy, a wszystkie niepokojące. Najpierw tego wieczoru, kiedy 

przypadała zmiana dyżuru. Wróciłem bardzo późno i nie zauważyłem w ciemności nowej 

wizytówki,   którą   przymocowano   do   drzwi.   Przypomniałem   sobie   o   niej   dopiero   później, 

kiedy układałem się we wnęce. Ulegając nagłej i niezrozumiałej ciekawości podszedłem do 

drzwi kabiny, nacisnąłem świecący przycisk i odczytałem imię: Diana Abgrund. Natychmiast 

poczułem się nieswojo, jakby ktoś rzucił obelgę pod moim adresem. Nigdy się nie zdarza, 

żeby   współmieszkaniec   kabiny   był   odmiennej   płci.   A   raczej:   tylko   w   wyjątkowych 

przypadkach.

Nora zostawiła mi trzy papierosy. Wypaliłem wszystkie chodząc tam i z powrotem po 

ograniczonej przestrzeni mojej kajuty. Przeczuwałem kłopoty i komplikacje, zasadzki, żeby 

złapać mnie na jakimś fałszywym kroku. Wiele innych spraw gwałtownie kłębiło mi się w 

głowie:   rozmowy   z   Eugenio   Stollerem,   wszystkie   wątpliwości,   jakie   wyłoniły   się   w 

przebłyskach delirycznej jasności. W końcu, znużony, schroniłem się we wnęce, spuściłem 

background image

wieko i przymocowałem elektrody do skroni. Hipnoprąd dostarczano już od kilku godzin. 

Natychmiast zasnąłem.

Po   czym   dziś   rano,   po   trzech   dniach   hipnosnu,   niespodzianka.   Nigdy   nie 

przypuszczałem, że Diana Abgrund jest taka piękna. Wstałem, zajrzałem do wnęki obok i 

przez długie minuty trwałem nieruchomy podziwiając jej rysy. Jest coś tajemniczego w tej 

doskonale pięknej twarzy o łagodnym, a jednocześnie władczym profilu. Stałem przed wnęką 

ogłupiały, zaczęło mi nie wiadomo dlaczego mocno walić serce i nie potrafiłem logicznie 

myśleć.

Z trudnością odszedłem. Nikt nie zauważył małego spóźnienia, z jakim stawiłem się 

do pracy - koloniści pierwszej klasy nie są poddawani kontroli, zależymy bezpośrednio od 

“białych".

Sprawdziłem czternaście wanien hydroponicznych w mojej sekcji. Jedna nie działała 

właściwie.   Razem   z   technikiem   odpowiedzialnym   straciłem   dwie   godziny,   żeby   znaleźć 

uszkodzenie w łopatkach mieszających wodę. Potem zamknąłem się w moim mikroskopijnym 

biurze, żeby zebrać dane statystycznie i napisać sprawozdanie... Ale mój umysł zachowywał 

się jak oszalała bestia. Na papierze, plastyku, na płytach z polistyrolu nagle pojawiała się 

twarz Diany Abgrund, nakładała się na nie w całej drażniącej precyzji szczegółów.

Bezskutecznie usiłowałem odpędzić ten obraz, skoncentrować się na pracy.

Potem, w stołówce, kiedy udawałem zainteresowanie rozważaniami Stollera i innych 

siedzących obok osób, głośnik wymienił moje imię.

- Hej, Vargo! - zawołał Stoller dając mi kuksańca. - Spisz? Wołają ciebie.

Oddaliłem   się,   jakbym   był   somnabulikiem.   Na   progu   stołówki   Nora   Kereny 

uśmiechnęła się do mnie, lekko dotknąwszy ramienia w niepewnym znaku porozumienia. Ja 

jednak nie zwlekałem ani chwili i wyszedłszy na Wielki Korytarz przemierzyłem go aż do 

rufy - upieramy się, aby tak nazywać sektor, w którym mieszkają i pracują “biali".

- Pokój 24 - powiedziałem strażnikowi przy wejściu. W meandrze wąskich korytarzy 

podążałem za jasnymi lampkami i kierunkowskazami. Wydawało mi się, że pokój 24 jest 

bardzo daleko, na peryferiach labiryntu. Odczytałem nazwisko na wizytówce: Claudio Pocar, 

Koordynator Drugiej Klasy.

Zapukałem.

Oczy niebieskie, lodowate i pełne dystansu. Twarz szeroka, masywna. Stół zawalony 

papierami;   Koordynator   Pocar   ma   na   sobie   kombinezon,   bardzo   biały,   bielą   bezczelną, 

oślepiającą, jak wszystkie kombinezony dowódców.

background image

Niezwykle   uprzejmy.   Uśmiecha   się,   ale   jego   uśmiech   jest   przelotny   i   zimny   jak 

lodowa klinga. Prosi, żebym usiadł, przysuwa pojemnik z papierosami. Potem, jakby zupełnie 

do siebie:

- Vargo Slovic - mówi głosem bezosobowym i szorstkim - odpowiedzialny za trzeci 

dział hydroponiczny. Zgadza się.

Ale zaraz otwiera swoje niebieskie szparki i agresywnie wpatruje się nimi we mnie.

- Chodzi o pańskiego towarzysza - mówi - Vladi- mira Spitzera.

Czekam,   mając  się   na  baczności.   W  tym   momencie  Yladimir   Spitzer   jest  daleko, 

głowę zaś mam całkowicie pochłoniętą jedną myślą - twarzą kobiety, która zajęła miejsce 

Spitzera. Dobrze znam historię, nawet tę najdawniejszą. No więc Diana Abgrund przywodzi 

na myśl egipskie hieroglify, pewne malowidła ścienne, wapienne popiersia królowych, nieme 

sfinksy pełne nierozwiązywalnych tajemnic. Claudio Pocar rusza się jak maszyna.

-   Spitzer   nie   żyje   -   powiada   obojętnie   -   nieuleczalna   choroba   uniemożliwiła   mu 

kontynuowanie Szczęśliwej Podróży.

Nadal czekam, jeszcze bardziej mając się na baczności.

- Chcielibyśmy coś wiedzieć. Spitzer był egzaltowany, umysłowo chory. Wiemy, że 

miał dziwne poglądy. Czy Spitzer nigdy nie próbował porozumieć się z panem?

- Spitzer był zielony - zauważam zrobiwszy przeczący grymas - a ja jestem czerwony. 

Nigdy nie miałem możliwości porozmawiania z nim.

- Rozumiem, ale mnie chodzi o inny sposób porozumiewania się. Spitzer kontaktował 

się   z   różnymi   ludźmi   z   dyżuru   zielonych,   żeby   zorganizować   bunt.   Śmieszny   zamiar, 

poroniona   myśl.   Podejrzewamy   jednak,   że   próbował   rozpowszechniać   swoje   szaleńcze 

pomysły   także   w   waszym   sektorze.   Przez   długi   czas   był   pan   jego   współtowarzyszem   w 

kabinie.   Czy   nigdy   nie   otrzymał   pan   jakiejś   wskazówki,   jakiegoś   kontaktu,   jakiejś 

wiadomości?

Nabija się ze mnie. Claudio Pocar, “biały" drugiej klasy, przekracza granicę, której 

nawet “biały" nie powienien nigdy naruszać. Najwidoczniej uważa mnie za naiwnego. A tego 

nie znoszę.

- Przyjmijmy, że tak - mówię. Zdaję sobie sprawę, że mówię głosem wystarczająco 

prowokacyjnym. - Przyjmijmy, że Vladimiro Spitzer skierował do mnie nie jedną, ale wiele 

wiadomości. Są dwie hipotezy: mogłem uważać Spitzera za szaleńca, ale w takim przypadku 

powiadomiłbym kogo trzeba. Albo też przeciwnie, Spitzer mógł mnie pozyskać dla swojej 

sprawy. A skoro tak, to nie rozumiem, dlaczego miałbym się do tego spontanicznie przyznać.

Pocar   zaczyna   się   śmiać,   rozbawiony.   Uderza   w   stół   ołówkiem   z   utwardzonego 

background image

ołowiu i już zamierza coś powiedzieć, lecz ja go ubiegam:

- Jest także hipoteza trzecia, być może najbardziej zasługująca na uwagę.

- To znaczy?

-   Hipoteza,   że   nigdy   nie   miałem   nic   wspólnego   z   Yla-   dimirem   Spitzerem   poza 

kabiną, którą dzieliliśmy przez dwa lata.

Koordynator Pocar już się nie śmieje. Podsuwa sobie kartę pod sam nos i ponownie 

bada ją beznamiętnie. Powtarza:

-   Vargo   Slovic,   odpowiedzialny   za   trzeci   dział   hyd-   roponiczny.   -   A   potem, 

skrzywiwszy się: - Ma pan bystry umysł, kolonisto Vargo.

Wzruszam ramionami. Claudio Pocar wstaje, okrąża stolik i podchodzi do mnie. Jest 

niski, krępy, z jego grubo ciosanej postaci emanuje poczucie siły i wewnętrznej pewności, 

które przez chwilę onieśmielają mnie bardziej niż powinny.

-   A   bunt?   -   napada   na   mnie   suchym,   prawie   ironicznym   tonem.   -   Nie   chce   pan 

wiedzieć, jakie były motywy buntu?

Teraz   dopiero   zdaję   sobie   sprawę.   Żadnego   zdziwienia,   kiedy   parę   minut   temu 

koordynator   wspomniał   mi   o   wywrotowej   działalności   Spitzera.   Powinienem   był   okazać 

najwyższe   zaskoczenie.   Bezskutecznie   staram   się   znaleźć   jakieś   przekonywujące 

wytłumaczenie   dla   tego   braku   reakcji.   Claudio   Pocar   zdaje   się   bardzo   cieszyć   z   mojego 

zmieszania.

- Myślę, że się znów zobaczymy - mówi klepiąc mnie lekko w plecy i odprowadza do 

drzwi. Ale na progu, przytrzymując za ramię zadaje mi nagle pytanie:

- Czy pariVie, co to jest noumen?

- Noumen? - nie jestem w stanie dalej kontrolować gry, koordynator Pocar zmienia za 

każdym razem zasady, dąży do celu, który jest mi zupełnie nieznany. - Noumen? Hm, myślę, 

że pod tym terminem należy rozumieć rzeczywistość samą w sobie, to, co niemożliwe do 

poznania, w odróżnieniu od fenomenu, to znaczy rzeczywistości takiej, jaka się objawia.

- Tak - potwierdza Claudio Pocar skinąwszy głową - mniej więcej tak. Naprawdę 

myślę, że się jeszcze spotkamy, kolonisto Vargo. Szczęśliwej Podróży!

4

Albenitz   Benilo   Jorge,   koordynator   pierwszej   klasy,   bardzo   ważna   figura   na   lej 

szachownicy, w bezpośrednim kontakcie z Najwyższym. Jego twarz jest mała, trójkątna, zęby 

ma   żółte   i   szpiczaste   jak   u   gryzonia,   coś   między   bobrem   a   wiewiórką.   Kiedy   stoi   przed 

background image

Najwyższym Kalifem, całe jego ciało staje się jakby bryłą lodu, wydaje się, że kręgosłup za  

chwilę rozleci się w kawałki; stoi tak, wyprostowany, na lekko podwyższonych obcasach, żeby 

wyglądać na trochę wyższego, ale z rękoma drżącymi, niepewny, co z nimi zrobić. - Co mówią  

testy? - pyta Kalif.

Bardzo łatwo jest opisać kabinę. Jedno pomieszczenie - cztery na cztery. W kącie, za 

plastykową zasłoną są dwie wnęki przeznaczone  na hipnosen. Wewnętrzna ścianka z na-

ciągniętego polistyrolu prawie w połowie kabiny oddziela urządzenia od części gościnnej, 

gdzie znajdują się: stolik, szafa, trzy krzesła i składane łóżko. To wszystko.

Koło łóżka jest wideoekran odbierający obrazy; jego podpórka wmontowana jest w 

metalową ścianę. Leżąc wygodnie można oglądać setki mikrofilmów. Jest także urządzenie 

do nadawania muzyki - malutki aparacik, nie większy od pudełka papierosów, rodzaj okienka 

otwierającego się w suficie. Wystarczy nacisnąć guzik, a potok dźwięków i akordów zaraz 

spłynie na ciebie.

Bulajów nie ma. Żadna kajuta nie posiada własnego okna. Może w kajutach “białych", 

na rufie statku... Ale ja nigdy nie byłem w kajucie “białych". Myślę jednak, że nawet oni nie 

mogą sobie pozwolić na luksus własnego okna. Jedyne okno Matki Ziemi to to olbrzymie, 

znajdujące się na dziobie, owa przerażająca półkula przykrywająca Salę Kontemplacji.

Całe wyposażenie kajuty jest wspólne, to znaczy jest używane na zmianę przez dwóch 

kolonistów, którzy je mają do dyspozycji - ze zmiany zielonych i ze zmiany czerwonych. 

Każdy przez trzy dni. Najzupełniej prywatne są wnęka do hipnosnu, część szafy w ścianie i 

jedna z dwóch szuflad w stole. Nic więcej.

Drobne,   drobniutkie   myśli,   odpryski,   które   przychodzą   do   głowy   tak   z   niczego, 

głupstwa.   Porozumiewawcze   mrugnięcia   ledwo  dostrzegalne,   delikatne   aluzje   i   przelotnie 

sugerowane alegorie wyzute z jakichkolwiek niewłaściwych elementów.

Trzeba jedno powiedzieć. Nie jestem idiotą. Zawsze spędzałem trzy czwarte wolnego 

czasu w bibliotece, przeczytałem setki książek, przejrzałem tysiące mikrofilmów w Sekcji 

Specjalnej, do której wchodzi się za okazaniem odpowiedniego zezwolenia, niełatwego do 

zdobycia. Nigdy nie utraciłem równowagi psychicznej, nawet jeśli czasem dyskutowałem na 

głos sam ze sobą, kiedy w Sali Wiedzy nie było nikogo. Ale poza tym  zawsze uczciwie 

spełniałem obowiązki i nigdy nie miałem żadnego upomnienia ani nagany na swoim koncie.

Dziś wieczorem, kiedy Stoller pojawił się w drzwiach na końcu sali, także siedziałem 

na zwykłym miejscu znajdującym się nieomal w samym prawym rogu pomieszczenia.

background image

Eugenio ma twarz szeroką i pełną, oczy duże, okrągłe, symetrycznie rozstawione. Ale 

tego   wieczora   jego   twarz   wydawała   się   zapadnięta,   powieki   zmarszczone   wokół   dwóch 

szczelin. Wpatrywał się we mnie stojąc nieruchomo na progu sali, podniósł rękę w leniwym i 

sztywnym geście powitania, a potem podszedł kołysząc się na bardzo długich nogach.

Czułem jego drażniącą obecność za moimi plecami. Prawie odgadywałem jego wzrok 

ponad moimi ramionami, dwie sondy badające stronice książki, którą czytałem.

-   Siadaj   -   powiedziałem   mechanicznie,   żeby   pozbyć   się   ciążącej   mi   fizycznej 

obecności Stollera. - Chcesz wiedzieć, co czytam?

Eugenio wzruszył ramionami. Potem rozwarł szpary oczu i ziewając poszukał stołka 

pod metalowym stolikiem.

-   Jestem   zmęczony   -   powiedział   przygnębionym   głosem   -   pół   godziny   temu 

skończyłem   niezwykły   dyżur   w   sektorze   B-45.   -   I   przez   dłuższą   chwilę   nic   nie   mówił, 

pukając palcem cały czas w stolik, szybko, coraz szybciej i szybciej, lecz nic nie mówiąc i ze 

wzrokiem utkwionym w półkach z książkami za moimi plecami.

Zamknąłem książkę i sam też zacząłem bębnić palcami po stole. Wpatrywałem mu się 

prosto w oczy,  nie popuszczałem ani przez chwilę i myślałem:  - No, zobaczymy,  kto się 

zmęczy pierwszy. - Ale on, jakby czytając w moich myślach, zaczął się śmiać i powiedział: - 

Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać. Chciałem tylko zamienić kilka słów, ale u starego 

Bulmera nie było nikogo, kto by mi przypadł do gustu. - I dodał: - Wanda ma dyżur.

Odszedłem na chwilę, odłożyłem książkę na półkę, sprawdziłem godzinę, wpisałem 

do   karty   swój   numer   rejestracyjny   umożliwiający   komputerowi   biblioteki   dokonanie 

ewentualnej kontroli.

W   sali   Sekcji   Specjalnej   nie   było   nikogo.   Tylko   ja   i   Stoller.   -   Jestem   do   twojej 

dyspozycji - rzekłem siadając z powrotem na krześle. - Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

Stoller zaczął się znowu śmiać.

- Od jakiegoś czasu nigdzie cię nie widzę. Nora Ke- reny też cię szukała - bez skutku. 

Nie było cię u Bulmera, ani w kabinie, nie figurujesz też na liście pracy dodatkowej. Mogłeś 

być tylko tutaj, no, a poza tym Matka Ziemia nie jest znów taka duża!

Zapytałem, czy on też ma zezwolenie na wstęp do Sekcji Specjalnej.

Skinięcie głową. Moje pytanie było zbyteczne: bez zezwolenia nikt nie zdobyłby się 

na śmiałość wejścia tu; poza tym nieraz go widziałem kręcącego się w pobliżu półek. Pytanie 

zadałem, ot, tak sobie, żeby zyskać na czasie.

Długie milczenie.

- Jesteś wykończony - zauważył celowo obojętnym głosem - wychudzony, jakbyś nie 

background image

spał. Coś nie gra?

Wcale nie łatwo mu odpowiedzieć. Straciłem nad sobą panowanie.

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz? - naskoczyłem na niego ze złością. - Wcale nie 

masz ochoty na rozmowę. Jesteś tu tylko po to, żeby mnie prowokować!

- Być może. Albo też po to, żebyś mógł dać upust swoim myślom. Coś nie gra?

- Wszystko. Wszystko jest nie tak. Nie mogę się pogodzić z numerem, jaki mi wycięli 

ci z Intendentury. Gdybym miał bombę, to wysadziłbym ich wszystkich.

- Dlaczego?

-   Dlatego.   Chodź   i   zajrzyj   do   mojej   kajuty.   Zobacz   kogo   tam   wsadzili.   Kobietę! 

Piękną kobietę, rozumiesz? Umieścili ją tam, ona sobie błogo śpi, a ja mam wrażenie, że 

jestem śledzony. Nie trawię jej. I nie trawię myśli o tym, że kiedy ja jestem pogrążony w 

hipnośnie, ona może mi się przyglądać albo przetrząsać moje rzeczy, spać w moim łóżku, 

używać stołu, szafy, urządzeń nagłaśniających, i innych - słowem wszystkiego, co mamy do 

wspólnego użytku. Stoller zrobił zarozumiałą minę.

- Daj spokój, zawsze tak było. Po co się przejmujesz?

Poczułem skurcz w brzuchu. Pewnie, zawsze tak było. Ale kiedy współmieszkańcem 

jest   kobieta,   w   dodatku   tak   piękna,   że   dech   zapiera   -   to   co   innego,   sytuacja   staje   się 

wyjątkowa   i   cała   ta   sprawa   jest   nie   w   porządku,   niedobrze   pachnie.   Powiedziałem   to 

wszystko Stollerowi, starałem mu się wyjaśnić, w jakim jestem stanie, ale jedyną jego odpo-

wiedzią było ziewanie.

- A przedtem? - spytał w końcu obojętnym tonem. Chciał wiedzieć, kto przedtem 

mieszkał ze mną zamiast “śpiącej królewny”.

- Przedtem był Vladimiro Spitzer.

Wypowiedziałem to imię z naciskiem, prawie wysyla- bizowałem, specjalnie po to, 

żeby stało się jak najbardziej znaczące.

Przeciągły gwizd, podobny do gwizdu głośnika, w którym nastąpiło zwarcie. Potem 

suche uderzenie ręką w stół.

- Spitzer! - westchnął Eugenio - Paskudna sprawa, kolego...

- Dlaczego paskudna?

Wytrzeszczył oczy. - Nie było z niego nic dobrego, wywrotowiec, który na zmianie 

zielonych wywołał wielkie zamieszanie. Na szczęście nie żyje.

- Zgadza się, nie żyje. Powiedział mi o tym koordynator Pocar. Powiedział mi też, że 

Spitzer chciał zorganizować bunt. Ale nie rozumiem dlaczego.

-   Był   szalony   -   zakończył   nagle   rozmowę   Eugenio   wstając   z   krzesła.   A   potem, 

background image

opanowując się: - Chodź. Pójdziemy napić się czegoś u starego Bulmera.

Nie zdążyłem zapytać, jak to się stało, że zna tyle szczegółów. Z pewnością “biali" 

musieli   go   wezwać   i   przepytać,   tak   jak   mnie.   Eugenio   chwycił   mnie   za   ramię   gestem 

gburowatym, ale serdecznym i pociągnął na zewnątrz.

Wielki Korytarz był zapchany jak zwykle o tej porze. Odgłosy kroków, zgiełk, szepty, 

często   z   przebijającym   przez   nie   melancholijnym   wybuchem   pozdrowienia,   które   już   od 

jakiegoś czasu brzmi dla mnie tak, jakby było jedynie mechaniczną grzecznością. Szczęśliwej 

Podróży!   Stojąc   przed   barem   Bulmera   Eugenio   wypił   trzy   blumary   z   kosmiczną   miętą. 

Musiałem zrobić to samo. I jak zwykle zapłacił on - miał w garści tak wiele żółtych żetonów, 

że wzbudzać to mogło zazdrość. Zazdrość i podejrzenia.

- Co robisz po kolacji? Zagramy w szachy?

Pokręciłem odmownie głową. Potem poczułem, że ktoś lekko dotknął mnie w plecy. 

Odwróciłem się: była to Nora Kereny.

- Przyjdziesz? - spytała niespokojnie - mam blu- mar, papierosy, słodycze...

Nie. Pragnąłem być sam, zupełnie sam. Czy też raczej poczułem nieodpartą potrzebę 

zamknięcia  się  w   kajucie  i...   Nigdy  tego  nie   robiłem,  ale   tym   razem   dałem   się  ponieść. 

Uległem,   odsunąłem   zasłonę   z   plastyku,   oddzielającą   prowizorycznie   dwie   wnęki   do 

hipnosnu i stanowiącą  ochronę  maskującą  poczucie  wstydu,  które  w pewnych  sytuacjach 

może zostać pogwałcone.

Diana Abgrund spała. Stałem podziwiając ją nie wiem nawet jak długo. Zdawało mi 

się,   że   czas   się   zatrzymał   zatracając   swą   spójność;   nawet   skrzypienia   statku   docierały 

przytłumione, prawie niezauważalne.

Byłem opętany. Opętany tym egipskim profilem o włosach niebieskawo- czarnych, 

owym  rytmicznym  regularnym  oddechem, który poruszał jej piersi miękkim,  wolnym  ru-

chem. Oddychałem tym samym rytmem, jak zahipnotyzowany. Wtedy nagle opanowała mnie 

ślepa złość. Zapragnąłem mieć w ręku drąg, klucz francuski, coś ciężkiego, żeby rozwalić na 

kawałki przezroczyste pokrycie klapy i wejść w posiadanie tego obrazu, wchłonąć go, aby 

poczuć się z kimś jednością, przede wszystkim z nią, w świadomie absurdalnym i namiętnym 

uścisku. - Szczęśliwej Podróży! - To ja, ja sam głośno mówiłem. A potem... Potem wypiłem 

cały swój zapas blumaru, wypaliłem do ostatniego wszystkie papierosy. A jeszcze później, 

wyciągnięty   na   składanej   leżance,   z   wytrzeszczonymi   w   ciemności   oczyma,   myślałem, 

myślałem, myślałem.

5

background image

Myślałem.   Na   przykład   przejrzałem   ostatnio   cały   spis   biblioteki   pokładowej. 

Najnowsza książka pochodzi z roku 2005 - jest to praca na temat fizyki nuklearnej, wymienia-

jąca wszystkie praktyczne implikacje energii atomowej. Na pierwszy rzut oka nic w tym 

dziwnego. Ale pewien drobny szczegół wygląda bardzo zagadkowo: Matka Ziemia opuściła 

planetę w roku 2010. Otóż nie chce mi się wierzyć, żeby przez ostatnich pięć lat przed startem 

nie wydano książek, które godne byłyby włączenia do księgozbioru. Albo może takie książki 

istnieją, tylko strzeże się ich w specjalnym dziale, do którego wstęp mają wyłącznie “biali". 

Według mojego rozeznania również prace z dziedziny astronautyki są niekompletne. J[est 

relacja z podboju Marsa, rok 1997. A potem pustka. Żadnej wzmianki o projektowaniu Matki 

Ziemi,   o   tej   szalonej   przestrzeni   międzygwiezdnej,   której   człowiek   stawiał   czoła   już 

wcześniej - tak przynajmniej sądzę - zbadawszy cały Układ Słoneczny, Wenus, Jowisza i jego 

księżyce,   i   inne   planety   zewnętrzne,   leżące   jeszcze   dalej.   Istnieje   poza   tym   pełny   zbiór 

wszystkich   wiadomości   otrzymanych   przez   nas   z   Ziemi   przez   ostatnich   125   lat,   zbiór 

dyspozycji wydanych przez różnych Najwyższych Koordynatorów całej załodze. Ale, ściśle 

biorąc, zbiór ten jest niekompletny, zawiera dane tylko za okres ostatnich 75 lat. Aluzje i 

odwoływanie się do pierwszych pięćdziesięciu lat trwania podróży są nadzwyczaj rzadkie; 

nikt do tej pory nie wyjaśnił tych tajemniczych luk w tekstach. Na nic zdaje się wypytywanie 

najstarszych   kolonistów.   Nie   pamiętają.   A   kiedy   przycisnąć   ich   do   muru   natarczywymi 

pytaniami,  natychmiast  chowają się za wymogami  regulaminu. Zgoda. Mamy książeczkę, 

która wyjaśnia wszystkie sprawy, znaczenie podróży, moralności i solidarności, konieczność 

pracy na dwie zmiany, podziału załogi na zielonych i czerwonych.

Na   początku   wcale   tak   nie   było,   wiedzą   o   tym   nawet   dzieci,   które   tłoczą   się   w 

przedszkolu; jeszcze lepiej wiedzą uczniowie przebywający w dziale szkolnym. Wyjaśniono 

to także mnie swego czasu, kiedy ciśnięto mi pod nos rzędy równań matematycznych, które 

jasno   wykazywały,   że   niemożliwy   jest   normalny   rozwój   demograficzny.   Matka   Ziemia 

została   zaprojektowana   dla   3000   kolonistów,   a   ze   względu   na   wynikłe   trudności   ściśle 

związane z podróżą musi na niej żyć 6000 specjalistów. Tak więc, żeby ta łajba mogła płynąć, 

musi nas być sześć razy po tysiąc, ale statek może wyżywić tylko połowę. I tak... I tak Kalif 

IV wpadł na olśniewający pomysł hipnosnu. Wydaje się, że nikt się nie buntował przeciwko 

ofiarowaniu   połowy   swego   życia   dla   sprawy.   Zakończenie   to   łatwo   było   przewidzieć. 

Szczególnie   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że   szczęśliwy   koniec   ekspedycji   oznacza   przeżycie 

wszystkich, także tych, którzy dopiero się narodzą.

Jak mówiłem, długo rozmyślałem. Myślałem o wszystkich rozmowach z Eugeniem, 

background image

obfitujących w prowokacje. Zastanawiałem się też nad rozmową z koordynatorem Poca- rem. 

Taki sondaż, ostrzeżenie, dobrotliwe upomnienie, żebym się nie wykoleił. Słowem, jedno jest 

pewne: nie chcą, żebym uległ pokusie.

A jednak... Weźmy Spitzera. Mówią, że zmarł na nieuleczalną chorobę. Mówią też, że 

był  wywrotowcem,  szaleńcem,  który organizował  rozruchy i bunty.  Dlaczego?  Pytam się 

dlaczego, nawet jeśli to pytanie będzie musiało przez bliżej nieokreślony czas pozostać bez 

odpowiedzi. Poza tym jest Diana Abgrund. Imię, które wiele znaczy.

Diana było boginią polowań. A po niemiecku Abgrund oznacza otchłań. Oczywiście, 

ofiarą jestem ja - ścigany, tropiony, a w końcu rzucony w przepaść. Dzięki zewowi miłości. 

Bo być może prawdą jest całkowite przeciwieństwo tego, co początkowo utrzymywałem. Być 

może chcą właśnie, abym uległ pokusie i zdradził się.

Zew miłości. W tym miejscu konieczne byłyby pewne uściślenia. Na przykład nie 

znam dokładnie znaczenia wyrażenia “kochać". Ja kocham, ty kochasz, on kocha. Czasownik, 

który   wymawiałem   już   Bóg   wie   ile   razy   idąc   korytarzami   Matki   Ziemi,   słowa   szeptem 

podarowane przypadkowej towarzyszce', która była obok mnie w Sali Kontemplacji, albo też 

wykrzyczane ze ściśniętym gardłem w splotach uścisku wewnątrz anonimowych kabin z kim 

popadło, nie wiem, być może dla głupiej potrzeby udramatyzowania, albo może tylko po to, 

by   odtworzyć   pewne   sceny   widziane   na   mikrofilmach.   W   każdym   razie   kłamstwo. 

Mistyfikacja, która powoli mogłaby nas wykrwawić, pozbawić tej niewielkiej ilości płynu, 

jaki jeszcze pulsuje w naszych żyłach, i w końcu zamienić nas w kamienie. Ja kocham, ty 

kochasz, on kocha. Kocha - co? Kocha - kogo?

Eugenio Stoller powiedział mi kiedyś, że miłość to instynkt. Jeśli tak, to musielibyśmy 

zachowywać się jak zwierzęta, tylko  jak zwierzęta,  jedynie  jak one. Jakiś przypływ  krwi 

uderza do mózgu, grozi wybuchem, który rozbije psychikę na szczątki, według mnie miłość 

to   zjedzenie   drugiej   osoby,   zniszczenie   jej,   a   jednocześnie   przyswojenie,   jakby   była 

pożywieniem.   Kiedy   Nora   muska   mnie   swoimi   kryształowymi   rękoma,   niezmiennie 

sztywnymi   wypustkami,   nachodzi   mnie   jakiś   szał,   chciałbym   poczuć   całe   jej   ciało   roz-

pływające się i wzburzone jak gotująca lawa i wtedy prę, wchodzę w nią ze spazmem, który 

przyprawia o zawrót głowy, ale nie ma miłości tam, w owej przyjmującej mnie wklęsłości, 

ani w szeregu gorączkowych zwarć, które nie mają jednak w sobie nic intymnego, ponieważ 

jesteśmy   od   siebie   odgrodzeni.   Otóż   to,   miłość   powinna   się   objawiać   jak  przeznaczenie. 

Mniej więcej tak, jak na tym filmie dokumentalnym o motylach, na którym oszalały samiec 

pędzi unosząc się nad lasami i bagnami na spotkanie z oczekującą go, odległą o cztery mile 

background image

samiczką. Obraz jest poetycki i wieloznaczny. Ale według norm ludzkich ma w sobie coś 

niestosownego, jakiś nieokreślony posmak mitologii.

No dobrze, Eugenio Stollerze, masz rację. Miłość jest tylko instynktem. To tak jakby 

powiedzieć, że nie istnieje.

Wczoraj zauważyłem, że ktoś grzebał w mojej szufladzie i osobistej szafie. Niczego 

nie brakowało, ale papiery nie leżały tak, jak je zostawiłem.

Notes   na   przykład.   Notes,   w   którym   zapisuję   uwagi,   i   zeszyt   do   obliczeń,   żeby 

sprawdzić kurs statku, wydały mi się lekko poruszone. Ich zewnętrzna krawędź nie była rów-

noległa   do   boku   szuflady,   ale   raczej   leżała   w   stosunku   do   niej   ukośnie.   Zaś   pisak   z 

utwardzonego ołowiu nie znajdował się pośrodku szuflady, jak go zawsze kładę, ale został 

przesunięty prawie do samego zamka.

W szafie też się coś nie zgadzało. Kawałek plastyku, który przytwierdza tylną ściankę, 

był   częściowo   uniesiony.   Ktoś   tam   czegoś   szukał,   na   tych   kilku   milimetrach   przestrzeni 

między ścianką a przytrzymującym pokładem.

Jutro albo później - w każdym razie zanim skończy się moja zmiana - zamelduję o 

sprawie,   komu   trzeba.   Nietykalność   szuflady   i   osobistej   szafy   jest   gwarantowana   w   re-

gulaminie. Jeśli zechcę, mogę domagać się zmiany zamków i nowych kluczy.

6

Albenitz   Benito   Jorge,   koordynator   pierwszej   klasy,   bardzo   ważna   figura   na   tej 

szachownicy. Kiedy staje przed Najwyższym Kalifem, cale jego ciało staje się jakby z lodu,  

wydaje się, że kręgosłup lada moment rozleci mu się na kawałki. Unosi wtedy lekko pięty, 

żeby wyglądać na trochę wyższego, ale ręce mu drżą, nie wie, co z nimi zrobić.

- Co mówią testy? - pyta Kalif wyniośle unosząc palec, jakby był on rodzajem brani.

-   Pozytywne   -   zapewnia   Albenitz,   stając   jeszcze   bardziej   na   palcach   -   bardzo 

pozytywne. - Otwiera teczkę i niewprawnie szuka kartek, potem przegląda je, chrząknąwszy 

przedtem. - Psychizm pierwszego stopnia: 93,6. Psy- chizm drugiego stopnia: 94,3. Korelacja  

psycho- fizyczna: 92,8...

-   Do   diabła   -   wyrzuca   z   siebie   wyraźnie   poruszony   Najwyższy   Kalif   -   mamy   do 

czynienia z jednostką o wybitnych zdolnościach.

- Nigdy nie twierdziłem niczego innego - potakuje Albenitz.

- No to wprowadźmy go tu. Kubler nie żyje, Ramsey nie żyje, Romizov chory, Borowiki 

background image

i Slezek bliscy załamania nerwowego. Potrzebujemy nowej krwi wśród naszej kadry.

Albenitz przez chwilę waha się. Kalif przygląda mu się pytająco. Potem, widząc, że 

wahanie   się   przedłuża,   pyta   wprost:   -   Coś   nie   w   porządku?   -   Albenitz   ponownie   od- 

chrząkuje:   -   Koordynator   Pocar   nie   zgadza   się.   Twierdzi,   że   karta   zachowania  

emocjonalnego   nie   jest   jeszcze   pełna,   co   zresztą   odpowiada   prawdzie.   Pocar   proponuje  

wstrzymać się chociaż jeszcze przez chwilę, tym bardziej, że badany jest pod ścisłą kontrolą.  

Myślę jednak, że zwłoka może się dla nas okazać zgubna, nie możemy się narazić na takie 

ryzyko jak w przypadku Spitzera.

W sprawie topografii Matki Ziemi panuje całkowita niezgodność. Sądząc po wielkich 

plastykowych  mapach eksponowanych  wszędzie - są nawet w każdej kajucie - statek ma 

kształt   brzuchatego   cygara,   którego   przekrój   podłużny   jest   spłaszczony   elipsą.   Ale   nie 

wszystkie mapy są jednakowe. Na przykład ta wielka, która pokrywa całą prawie ścianę w 

lokalu Bulmera. Jest jedną z najstarszych, będzie miała ponad sto lat. No więc według tej 

mapy przekrój podłużny Matki Ziemi owszem, jest elipsą, ale znacznie bardziej spłaszczoną 

w porównaniu z tym, co widzi się na innych mapach.

Jest   poza  tym   schemat   wprawiony  w   drzwi   wejściowe  do  Sali   Wiedzy,   prostokąt 

czterdzieści na osiemdziesiąt centymetrów. Rysunek jest staranny i sądząc po materiale, na 

który   go   naniesiono,   stosunkowo   niedawny.   Otóż   szkic   jest   generalnie   ten   sam,   ale   bez 

pewnych szczegółów znajdujących się na innych mapach. Na przykład wypukłości - cztery, 

mówiąc ściśle - które rozciągają się symetrycznie: dwie nad krzywizną górną i dwie pod 

dolną.

Nikt nie wie, co one przedstawiają, również dlatego, że te cztery bańki wydają się ledwie zarysowane i 

są pozbawione podpisów. Na schemacie - mam na myśli ten na drzwiach biblioteki - istnieje ponadto jeszcze 

jeden szczegół, delikatnie mówiąc, niepokojący: rufa statku, tzn. strefa przeznaczona dla “białych", w ogóle nie 

istnieje. Widnieje tam długie cięcie zdecydowanie zamykające prawy koniec Matki Ziemi; poza nim króluje 

bezczelna biel mapy, tak bezczelna, że pewnego dnia ktoś - z pewnością jakiś wesołek albo po prostu ktoś o 

większym ode mnie zacięciu polemicznym - postanowił wypełnić ją wielkim znakiem zapytania. Potem na tejże 

białej przestrzeni pojawiały się i znikały rozmaite napisy. Pamiętam jeden, drukowanymi literami, którego autor 

popisywał się znajomością łacińskiego określenia używanego na najstarszych mapach geograficznych: Hinc sunt 

leones.

Gdybym  miał się założyć  co do autorstwa tego hasła, to przypisałbym  je Eugenio 

Stollerowi, profanatorowi - nie wiem, czy z charakteru, czy też z przyjętej postawy.

Na przykład dziś, kiedy przyszedł mnie odwiedzić w kajucie.

- Pokaż mi ją - powiedział - chcę zobaczyć śpiącą królewnę.

background image

Siedziałem   przy   stoliku,   pochłonięty   jak   zwykle   obliczeniami.   Nie   ruszyłem   się. 

Podszedł   do   wnęki   i   podniósł   zasłonę.   Kilka   chwil   absolutnej   ciszy,   a   potem   przeciągły 

gwizd.

- O, cholera! - zawołał. - Naprawdę piękna kobieta! - Po czym podszedł do mnie i 

zaczął  mi  docinać:  - Kurczaczku,  laleczko,  co teraz  robisz?  - Musiałem  na niego wrogo 

popatrzeć, bo przez chwilę jakby się pohamował, ale potem ciągnął dalej nie speszony: - Daj 

spokój, wszystko można wyczytać na twojej twarzy. Ta, tam - i brodą wskazał na wnękę - 

pochłania wszystkie twoje myśli. - I dodał: - Nie ma co, naprawdę ekstra babka. Wiesz, co 

zrobiłbym na twoim miejscu?

- Co?

- Poprosiłbym o przeniesienie na zmianę zielonych, nawet jeśli podanie od początku 

miałoby   być   skazane   na   odmowę,   bo,   jak   wiesz,   przejście   do   innej   zmiany   jest   prawie 

niemożliwe. O ile mi wiadomo, odstępstwo od reguły zdarzyło się tylko dwa albo trzy razy w 

historii Matki Ziemi.

246

Możesz jednak zawsze spróbować. Zanim wykończyłbym się z jej powodu, rzuciłbym 

się na kolana przed Najwyższym Kalifem...

- Oszalałeś.

- Wcale nie! Jeśli zdołasz przejść do zielonych... No cóż, stracisz takiego przyjaciela 

jak ja, ale będziesz mógł się z nią spotykać, rozmawiać z nią i...

- Oszalałeś - powtórzyłem, starając się mówić z najwyższym przekonaniem.

- No dobrze, oszalałem. Ale ty jesteś stracony dla świata, mój drogi. Zakochany po 

same uszy.

- Miłość to tylko instynkt - przypomniałem mu - wiele razy sam mi to mówiłeś. A 

teraz idź stąd. Chcę być sam.

- Sam z nią? Ze snem?

- Idź już - nalegałem.

Eugenio podniósł do góry rozwarte dłonie w śmiesznym geście poddania. - Zgoda, 

przyjacielu. Wychodzę, żeby nikt nie przeszkadzał ci śnić do woli.

Półobrót, szybki rzut oka na papiery, na których pisałem. Po czym suchy śmiech jak 

dźwięk wyskakującego bezpiecznika.

- Tracisz czas - stwierdził. - Żeby skontrolować kurs statku, potrzebny jest komputer, 

papier i pióro nie wystarczą. A komputer, mój drogi, jest po drugiej stronie, na rufie, gdzie 

mieszkają “biali". Szczęśliwej Podróży!

background image

Poprosiłem  o  spotkanie  z   koordynatorem   Pocarem.   Z  powodu  przeszukania   mojej 

szuflady, przetrząśnięcia szafy i innych spraw, które są dla mnie podejrzane.

Dyżurny pracownik przekazał mi odpowiedź już po dziesięciu minutach:

- Koordynator Pocar jest bardzo zajęty. Ponowić prośbę po następnej zmianie.

Przerwa.   Kilka   godzin,   które   wydawały   mi   się   bardzo   długie,   spędzonych   na 

wypełnianiu kartek zawiłymi wyliczeniami. Przede wszystkim zaś niepotrzebnymi. Bo Euge-

nio Stoller ma sto procent racji: żeby sprawdzić kurs statku, nie wystarczą pióro i kawałek 

papieru. No więc zebrałem wszystkie kartki i wrzuciłem do spopielacza.

Diana Abgrund nadal jest tu i śpi pod pokrywą z ple- ksiglasu. Nie chcę podnosić 

zasłony, nie chcę na nią patrzeć. Nadal słyszę w uszach suchy śmiech Eugenia, jego ironię, 

jego zachwyty nad “śpiącą królewną".

Szaleństwo. Jeszcze raz, opierając się zewowi, zapytuję siebie o najgłębiej ukryty sens 

tego, co czuję w głębi duszy, o sens dziwnego zmieszania, niepokoju, że odkryję, iż jestem 

chory na coś wstydliwego i nieuleczalnego. Kto - pytam się - kto chce mnie skazać na ten 

rodzaj godnego pogardy rozczulania się nad sobą?

Nie mam już ani kropli blumaru, skończyłem przydział papierosów, a w środku z 

każdą minutą narasta obrzydzenie do siebie. Uciekam. Pójdę do starego Bulmera, gdzie panu-

je cisza albo gwar, co kto woli. Poza tym dziś wieczorem jest małe przyjęcie. Jeśli dobrze 

sobie przypominam, zostałem na nie zaproszony.

Zgadza się. Arsenio Tauber i Roda Salinas dostali pozwolenie na posiadanie dziecka. 

Przyjęcie odbyło się naprawdę, u Bulmera, w położonej nieco na uboczu salce.

Gości niewiele. Byli Diego, Norberto, Katharine i De- metrio, Rufus, Ludmilla Zorda, 

Gancio Derek i Lazło Fol- di. Byli też Nora Kereny, Eugenio i Wanda.

W   samym   środku   przyjęcia   zjawił   się   koordynator   Al-   benitz.   Wszedł,   mały   i 

rozczochrany, kołysząc się na swoich cienkich i pałąkowatych nogach. Objął Rodę, uścisnął 

rękę   Arseniowi   mrucząc   “Szczęśliwej   Podróży!".   Wszyscy   wstaliśmy.   Albenitz,   “biały", 

podniósł   do   ust   kieliszek   blumaru,   upił   z   niego   trochę   oglądając   się   dookoła   z   pewnym 

zadowoleniem, ale także zakłopotaniem. Po czym znowu ścisnął rękę Arseniowi, ponownie 

objął Rodę. W progu pomachał na pożegnanie ręką. “Szczęśliwej Podróży!" powtórzył, ale 

ponieważ wszyscy z szacunkiem milczeliśmy, jego głos był tak cichy, że dotarł do nas jak 

szept.

-   Jest   zmęczony   -   skomentowała   Ludmilla   Zorda   zwracając   się   po   trosze   do 

background image

wszystkich - jest zmęczony jak wszyscy “biali".

Nikt jej nie słuchał. Śmiano się, wznoszono toasty, podziwiano prezenty wystawione 

do   oglądania   na   małym   stoliku   pośrodku   salki:   statuetkę   z   prawdziwej   glinki,   zamek 

wykonany   z   wykałaczek,   wazonik   fiołków   alpejskich,   piękne   szachy   zrobione   z   włókna 

stwardniałej chlorelli.

Ludmilla  usadowiła się obok mnie. - Powiedz - cicho spytała - nie chciałbyś  być 

białym?

- A czy już nim nie jestem?  - ale  to była  aluzja do anomalii  związanej  z moimi 

włosami, przedwcześnie osiwiałymi.

- Widzisz - ciągnęła Ludmilla - jesteś taki sam jak wszyscy pozostali - bardzo lubisz 

krytykować, ale na samą myśl o wzięciu na siebie odpowiedzialności...

- Jakiej odpowiedzialności? - spytałem nie patrząc na nią.

Puknęła   tylko.   Ja   też   za   całą   odpowiedź   tylko   fukną-   łem.   Ludmilla   ma   prawie 

czterdzieści lat, ale czasami gada jak głupia. To jej zawdzięczałem inicjację - była pierwszą 

kobietą,   z  którą   się  kochałem.  Ile  lat   temu?  Nie  pamiętam  dokładnie.   Wiem,   że  było   to 

podczas   ostatnich   miesięcy   pobytu   w   Sektorze   Edukacyjnym.   Ludmilla   uczyła   chemii   i 

biologii,   ja   miałem   twarz   całą   w   pryszczach.   Ludmilla   była   swobodna,   agresywna, 

apodyktyczna. Ja nieśmiały, zmieszany, jąkałem się. Ludmilla miała ręce pokryte jasnym, gę-

stym  puszkiem,  który wydawał  mi  się aksamitny,  ja zaś  miałem  wystające  gdzieniegdzie 

włoski   brody,   co   nie   chciała   wyrosnąć.   Ludmilla   była   pulchna,   wybuchowa.   Ja   cichy   i 

kościsty.

Ludmilla.   Nakryła   mnie   pewnego   dnia,   kiedy   goniąc   za   marzeniami   nastolatka 

pieściłem swoje ciało. Oszalałem ze wstydu. Ale ona zaczęła się śmiać. Następnego dnia za-

ciągnęła mnie pod jakimś pozorem do swojej kajuty. - Daj mi tylko miesiąc, a staniesz się 

mężczyzną - powiedziała. Po czym rozebrała mnie, zmusiła do położenia na kanapie i uklękła 

nade mną, miękka i pełna, a jej brzuch był bujny i aksamitny.

Położyła   mi   rękę   na   kolanie.   Norberto   recytował   jakiś   wiersz   -   z   pewnością   coś 

improwizowanego, co przyszło do głowy, pozostali bili brawo, a Arsenio krążył dokoła na-

pełniając kieliszki blumarem.

Wolno ręka Ludmilli przesunęła się ku mej pachwinie. Usta zbliżyły się do mojego 

ucha: - Nie czujesz żadnej tęsknoty? - spytała. - Nie pragniesz swojej mamusi? - I jeszcze 

jakieś bezładne słowa: Vargo, orlik, blumar mojej muszli.

Tak, odczuwałem tęsknotę, na którą nie ma ani znieczulenia ani lekarstwa, przemożną 

chęć cofnięcia się do rozmarzonych lat dorastania, dzieciństwa, i jeszcze dalej - do kołyski, w 

background image

której   byłem   w   pełni   uzależniony,   do   wód   płodowych   i   jeszcze,   jeszcze   dalej   -   do 

pierwotnego lasu, skąd wywodzi się nasz rodzaj, do oceanu.

Kiedy ja i Ludmilla oddalaliśmy się pod jakimś pretekstem, Nora Kereny wykonała 

gniewny   gest.   Zdążyłem   zauważyć   dziwny   wyraz   twarzy   Eugenia,   na   której   widniało 

zdziwienie i sprzeciw.

Trzymając się za ręce biegliśmy prawie Wielkim Korytarzem, kiedy nagle megafony 

bardzo głośno zaczęły nadawać: “Zapraszamy całą załogę do Sali Kontemplacji". Nie, nie 

mieliśmy   najmniejszej   ochoty   wysłuchiwać   komunikatu   Najwyższego   Kalifa   i   zwykłych 

wiadomości, które w regularnych odstępach czasu dochodzą do nas z Ziemi. Zawahałem się 

przy wejściu.

- Co się stało? - spytała jakby z niepokojem - interesują cię te bajki?

Ale zanim mogłem odpowiedzieć, otworzyła drzwi kajuty i, jak zawsze agresywna, 

pociągnęła mnie do środka.

“Biali" są strażnikami, sprawują władzę na statku, władzę nad całą społecznością, to 

ogromny obowiązek. Tak mówiła Ludmilla.

Zgoda. Nawet jeśli to tylko tyle, “biali" muszą dbać o korygowanie nieuniknionych 

błędów w kursie, jeśli chcemy, żeby Szczęśliwa Podróż mogła się zakończyć. Ale wszystko 

zostało   od   samego   początku   zaprogramowane,   polecenia   przychodzą   z   ojczystej   planety, 

dlatego instrukcje są jednakowe dla wszystkich, dla czerwonych, zielonych i białych. Przede 

wszystkim dla nich.

Była dwudziesta druga, kiedy wróciłem do kajuty; brakowało dwóch godzin do chwili, 

kiedy   należało   położyć   się   we   wnęce   hipnosnu.   Nie   zrobiłem   tego,   żeby   nacieszyć   się 

resztkami swobody - to taka gorączka, która napada każdego z nas, kiedy nieuchronnie zbliża 

się koniec zmiany. Rzuciłem okiem - bardzo szybko i raz tylko - za zasłonę z plastyku. Przez 

jeden jedyny moment zdawało mi się, że zauważyłem na twarzy Diany Abgrund, schowanej 

pod   przezroczystym   pokryciem,   cień   ironicznego   uśmiechu.   Potem   sprawdziłem   swoją 

szufladę, szafę i każdą inną kryjówkę w kajucie. Wszystko było w porządku.

Ale potem... Stało się to ot, tak, bezwiednie, mechaniczny, bezmyślny gest. Ja... Moja 

ręka spoczęła na zielonym uchwycie szuflady po prawej stronie, szuflady, która nie jest moja, 

szuflady tego, kto dzieli ze mną kajutę. I niepostrzeżenie - może chciałem sprawdzić, czy ktoś 

próbował sforsować także i tę zazdrośnie strzeżoną skrytkę - wysunąłem tę szufladę na całą 

długość. Okazało się, że nie była zamknięta na klucz, i teraz oglądałem jej wnętrze. Ale nie 

wypełnione papierami i rzeczami osobistymi, jakby można się było spodziewać.

background image

Na   samym   środku   leżał   tylko   notatnik.   Albo   raczej   oprawa   notatnika,   ponieważ 

brakowało mu wszystkich stron prócz jednej.

Na tej jednej stronie, wyraźnie, drukowanymi literami było napisane:

VLADIMIRO SPITZER

CZYLI

NIEMOŻNOŚĆ SZCZĘŚLIWEJ PODRÓŻY

Serce zaczęło mi szaleńczo walić. Fajerwerk, groteskowy kalejdoskop słów i pojęć, 

które wypłynęły na powierzchnię jakby wyssane przez pompę wodną. Głos Eugenio Stollera 

“Jesteś głupi...  gwiazdy na zewnątrz  się nie liczą...  zegar atomowy mógł  się zepsuć..." I 

Ludmilla:   “Interesują   cię   te   bajki?"   No,   a   wszystkie   moje   lektury,   obliczenia,   miriady 

niezgodności i lata podejrzeń, rozmowa z koordynatorem Pocarem: “Czy pan wie, co to jest 

noumen?"

Nie spałbym całą noc, aby rozmyślać nad upajającym i niepokojącym poszukiwaniem 

klucza   do   rozwikłania   całej   sprawy.   Ale   w   tym   momencie   na   suficie   kajuty   zapaliła   się 

fioletowa lampka i trzykrotny dzwonek ponaglający: sygnał zmiany dyżuru.

Zamknąłem szufladę i jak pijany skierowałem się ku wnęce.

7

Od   jakiegoś   czasu   trzeci   basen   hydroponiczny   w   moim   dziale   stale   się   psuje,   coś   nie   działa   w 

urządzeniu regulującym funkcjonowanie łopatek mieszających. Tak przynajmniej utrzymuje Laszlo Foldi.

Foldi jest dobrym technikiem, zna swój fach i nie mam powodu wątpić w to, co mówi. 

Ale dziś rano drapał się w szyję i kręcił głową: w oczach, w wyrazie ust, słowem na całej 

twarzy malowały się oznaki zakłopotania.

- Już trzeci raz naprawiam usterkę - rzekł - i za każdą zmianą dyżuru znowu wypływa 

ta sama sprawa. Wydaje się, że robią to specjalnie.

-   To   znaczy?   -   powiedziałem,   pozwalając   sobie   zapaść   w   bezdenną   otchłań 

akademickich pytań.

Foldi   parsknął:   -   Nic,   nic   -   rzekł   -   nic   nie   mogę   powiedzieć,   ale   ta   usterka   jest 

zabawna: środkowy sworzeń nie na swoim miejscu i nakrętki łopatek odkręcone, chociaż ja 

sam zacisnąłem je jak trzeba.

- No i co?

background image

- Jak to co? Śruby przykręciłem, środkowy sworzeń wyregulowałem i całe urządzenie 

powinno działać bez zarzutu co najmniej przez sześć miesięcy. Natomiast...

Laszlo Foldi znowu parsknął: - Przeklęta Matka Ziemia, Najwyższy Kalif, “biali" i 

cała załoga. Naprawdę chcesz wiedzieć, co o tym myślę? Mam wrażenie, że ci ze zmiany 

zielonych to banda kretynów.

-   To   znaczy?   -   powtórzyłem,   ale   bez   specjalnego   przekonania,   może   nawet 

zmęczonym   i   niechętnym   głosem.   Z   widocznym   rozdrażnieniem   wzruszył   ramionami, 

poszedł do automatu z wodą i jednym haustem wypił całą szklankę.

- Powtarzam ci: śruby dokręciłem jak trzeba, nie mogły się obluzować w ciągu trzech 

dni. Kolego, tu chodzi o najprawdziwszy sabotaż.

Zawahałem się. Patrzyłem na swojego współtowarzysza w nadziei, że jakiś gest czy 

inny drobiazg go zdradzi. Ale Laszlo spokojnie mówił dalej:

- Tak, sabotaż. Powtarzam ci, że śruby dokręciłem do maksimum.  Ktoś je musiał 

specjalnie obluzować...

- Zmyślasz!

- Niczego nie zmyślam. Wiem, co mówię. Ci ze zmiany zielonych są heretykami, był 

wśród   nich   taki   jeden,   niejaki   Spitzer,   który   wszędzie   rozsiewał   jakieś   wiadomości. 

Wichrzyciel, głosił konieczność buntu, i chyba nie brakowało mu zwolenników.

W mózgu  rozdzwonił mi  się ten sam co zwykle  dzwonek alarmowy.  Nie miałem 

najmniejszej ochoty dyskutować z Foldim i kiedy odszedł, żeby przejrzeć pozostałe wanny 

hydroponicznc, poczułem ulgę.

Przewrót - tak, przewrót - dokonał się w moim biurze, w tej ciasnej klitce o sześciu 

metrach kwadratowych powierzchni. Wypiłem swego rodzaju kawę i zapaliłem papierosa, 

który także jest namiastką: alga chlorella zaprawiona pozostałościami po fermentacji blumaru.

Powiedziałem “przewrót", ale nie w sensie, jaki przypisują temu słowu politycy lub 

historycy. Mam na myśli raczej to drugie znaczenie, używane przez astronomów. Albo może 

znaczenie kaniowskie, kiedy Kant przeciwstawiał sobie Kopernika i Ptolemeusza, to znaczy 

przewrócenie do góry nogami jakiegoś Weltanschauung.

Właśnie   tak.   Potrzeba   było   setek   wieków,   zanim   człowiek   zdołał   pojąć   związek 

przyczynowo- skutkowy łączący dwa wydarzenia na powszechną skalę, takie jak spółkowanie 

i prokreacja. Dostrzeżenie zależności pomiędzy dwoma zdarzeniami, oddzielonymi od siebie 

okresem trwającym dziewięć miesięcy, wymagać musiało ogromnego wysiłku wyobraźni, a 

także śmiałości i otwartości umysłu. Podobnie kiedy człowiek pierwotny w końcu pojął, że 

background image

gwiazda poranna jest stale ta sama, że to stale zachód tego samego słońca, co poprzedniego 

wieczoru, a nie nowej, odmiennej gwiazdy, która jest codziennym darem bogów. Byli tacy, co 

zostali spaleni na stosie za utrzymywanie, że istnieje wiele zamieszkanych światów, oraz tacy, 

którzy zmuszeni byli uroczyście wyrzec się swoich przekonań tylko dlatego, że przedkładali 

teorię kopernikańską nad geocentryczną.

Historia   to   parada   błędów.   A   jednak   prawda   jest   jedna,   niewzruszona,   chociaż 

dyskusyjna. Pojąłem to w jednej chwili, ulotnym błysku, który przeszył mi mózg paraliżując 

całe ciało. Wiedziałem to. Tak jakbym wiedział od zamierzchłych czasów: między kartkami 

rejestru, w którym ja i Fibaak - człowiek ze zmiany zielonych pracujący na moim miejscu - 

piszemy   sprawozdania   dotyczące   wanien   hydroponicznych   w   naszym   dziale,   tkwiła 

karteczka.   Maleńki   prostokąt   spłowiałego   papieru   zawierał   coś   jakby   ostrzeżenie   albo 

przypomnienie rzucone przypadkiem:

VLADIMIRO SPITZER

CZYLI

NIEMOŻNOŚĆ SZCZĘŚLIWEJ PODRÓŻY

Bomba.   A   raczej   jej   niewypał.   Faktycznie   eksplozja   nastąpiła   wcześniej,   kiedy 

wszystkie moje problemy jakby nagle przestały istnieć. Nagłe światło w mózgu. A potem nie-

pokój, ale zaraz zneutralizowany gwałtownym i potężnym poczuciem dumy.

Ja  byłem   ośrodkiem   wszystkiego.   Nie   istniały   już   tajemnice,   a   jedynie   igraszki, 

szarady i rebusy, które można było rozwiązać mając inteligencję dziecka. Jajko Kolumba? 

“Szukać wschodu", a skierowani jesteśmy ku zachodowi. Ależ oczywiście, że tak jest, nie ma 

już żadnych wątpliwości. W tym momencie odgadłem największą tajemnicę Matki Ziemi.

Spędziłem resztę dnia powtarzając sobie, że jestem głupi. Ja, Vargo Slovic, kolonista 

pierwszej klasy. Ja...

Jakbym to wiedział od niepamiętnych czasów. I wszystko było jasne, przejrzyste w 

swoim zasadniczym zarysie. Oczywiście pozostały jeszcze pewne mroczne obszary, ale w 

tym momencie, pod wpływem entuzjazmu spowodowanego odkryciem, jakby nie istniały.

Wyjąłem   z   rejestru   przesłanie   -   przyznajmy,   że   zbyteczne   -   i   ukryłem   je   w 

najgłębszym zakamarku torby.

W stołówce najbardziej zniechęciła mnie bliskość Eugenia, to jego stałe drażnienie i 

aluzje odnoszące się do spraw, które nie powinny go wcale interesować. A potem... Nora 

Kereny: - Przyjdź do mnie dziś wieczorem. Mam blumar, papierosy, słodycze... - Nalega tym 

swoim zaniepokojonym głosem i cała drży.

Biedna,   mała   Nora.   Głupia   mała.   Niespokojna,   niedorzecznie   macierzyńska,   może 

background image

zakochana. We mnie? Nie mam oczu, żeby odczytywać jej cierpienie, ja też niosę swój krzyż, 

dawną zawziętość, która mnie niszczy od środka.

Odchodząc bałem się, że jej wysoki czy ochrypły krzyk zabrzmi za plecami. Krzyk tak 

rozdzierający, że zagłuszy dźwięk moich kroków przemierzających metalowy korytarz. Ale 

nic takiego się nie stało.

Byłem tak samotny, jak samotny może być Bóg. Jedno było pewne - nikt nigdy nie 

będzie mnie mógł obrabować z tożsamości. Gry, pułapki i wybiegi były już bezużyteczne. Bo 

ja byłem sobą, języczkiem u wagi mojej własnej przyszłości.

Przed kajutą zawahałem się przez chwilę, sekundę, żeby zebrać siły do stawienia czoła 

temu, co mnie czekało za progiem. Potem zwolniłem urządzenie otwierające.

8

Światło  było  włączone. Pierwszą rzeczą,  jaką zauważyłem,  było  zapalone  światło; 

paliło   się   z   pewnością   nie   dlatego,   że   zapomniałem   je   wyłączyć.   Nie   miałem   cienia 

wątpliwości, że nacisnąłem wyłącznik, kiedy osiem godzin temu wychodziłem z kajuty.

Przytrzymywałem drzwi ledwo przymknięte, cały spięty, a w głowie kłębił mi się rój 

pytań. Potem głuchy dźwięk czegoś upadającego na podłogę za ścianką z polistyrolu rozwiał 

moje wątpliwości. Ktoś był w mojej kajucie.

No, pomyślałem, teraz się wszystko wyjaśni. Zbyt dużo dziwnych rzeczy wydarzyło 

się ostatnio. Zbyt dużo starć, ostrzeżeń i złowieszczych sygnałów. Nadszedł czas wyrównania 

rachunków.

Dziwne,   ale   w   tym   właśnie   momencie   nie   odczułem   najmniejszego   strachu. 

Nieomalże pchnięty wewnętrznym rozgorączkowaniem otworzyłem drzwi na oścież.

Diana Abgrund stała koło biurka.

Od tej chwili moja pamięć rejestrowała fakty ze zwykłą precyzją, ale rozciągając czas. 

Wszystko wyraźnie pamiętam, a jednak wypadki jawią mi się uszeregowane jakby w bardzo 

odległej przeszłości, która już do mnie nie należy, właśnie począwszy od tego dnia, kiedy 

otworzyłem drzwi i ujrzałem Dianę Abgrund na zewnątrz wnęki hipnosnu.

- Widzisz - powiedziała głaszcząc mnie po ramieniu delikatnym, ale pewnym ruchem, 

przedziwnym gestem posiadania. - Widzisz, nie mogłam już dłużej czekać...

Spojrzałem   jej   w   oczy.   Były   olbrzymie   i   bardzo   ciemne,   dwie   niebieskawe 

magnetyczne   studnie.   Widziałem   je   po   raz   pierwszy   i   były   takie,   jak   zawsze   je   sobie 

background image

wyobrażałem w niespokojnych marzeniach.

-   Czemu   to   zrobiłaś?   -   spytałem   mówiąc   jakby   do   siebie   samego.   Z   trudnością 

wydobyłem  głos słaby i jeszcze uwięziony w głębi gardła. Wtedy poczułem falę wstydu, 

uniosłem się gniewnie i prawie krzyknąłem.

- Co ci wpadło do głowy, narwana wariatko, jak śmiałaś przekroczyć granicę?

Okrążyła   biurko   i   podeszła   do   drzwi.   Suchym   gestem   zwolniła   urządzenie 

zabezpieczające.

- Mów ciszej - poprosiła głośnym szeptem - ściany są doskonale dźwiękoszczelne, ale 

nigdy nic nie wiadomo, niedyskretne uszy są wszędzie.

- Dlaczego to zrobiłaś? - ponownie spytałem.

- Mówiłam już, nie mogłam dłużej czekać.

Wyjęła z torby klucz i otworzyła swoją szafę. Widziałem, że przeglądała rzeczy na 

najwyższych półkach. Potem odwróciła się i podeszła do stolika trzymając butelkę blu- maru i 

dwa kieliszki.

- Siadaj - powiedziała - i przestań mi się tak przyglądać. Może jestem narwana, ale nie 

zwariowałam.

Instynktownie   odsunąłem   się   tak   daleko,   jak   na   to   pozwalała   ciasna   kajuta. 

Odwróciłem się plecami, oparłem o ścianę, przytknąłem głowę do chłodnego metalu. Zapa-

nowało pełne napięcia milczenie, powietrze zesztywniało, zawisły w nim bryły lodu, jakby 

cały świat w tej chwili znalazł się na krawędzi, o krok od kosmicznego unicestwienia. Potem 

usłyszałem dźwięk blumaru nalewanego do kieliszków, stuknięcie butelki odstawianej na stół. 

Następnie długie westchnienie.

-   No   dobrze   -   powiedziała   nieufnie   -   zepsułam   urządzenie   hipnosnu,   naruszyłam 

regulamin, a teraz jestem tutaj nielegalnie i w niebezpieczeństwie, żeby porozmawiać z tobą, 

z człowiekiem ze zmiany czerwonych. Jeśli chcesz, możesz mnie zadenuncjować. Wystarczy 

zadzwonić interfonem, a za trzy minuty będą tutaj, żeby mnie zabrać. Ale wiem, że tego nie 

zrobisz.

- Jesteś pewna?

- Najzupełniej.

- Dlaczego?

- Bo mnie kochasz.

Piliśmy blumar usadowieni na leżance, jedno obok drugiego, w ciszy. Drążyło mnie 

tak  wiele  podejrzeń,  że   nie  odczuwałem   już  żadnego  zainteresowania   Dianą.  Tak   mi   się 

przynajmniej wtedy wydawało.

background image

Kiedy   pocałowała   mnie   w   szyję,   pozostałem   niewzruszony,   ale   natychmiast 

zrozumiałem, że moje zachowanie było niewłaściwe, że lepiej zrobię przyjmując tę grę w ot-

warte karty. Wtedy chwyciłem ją, przyciskając do siebie i szukając jej ust.

Diana   ulegała   mi   przez   jakiś   czas,   potem   wysunęła   się   z   objęć.   -   Później...   - 

powiedziała szeptem. Wstała, żeby napełnić kieliszki.

Kręciło  mi  się w głowie. Jedna myśl  goniła  drugą, żeby odbić się później o mur 

frustracji. Błądziłem w labiryncie bez wyjścia.

Diana podała mi blumar i przykucnęła na podłodze.

- Otworzyłeś moją szufladę - powiedziała z udaną naganą w głosie. - Zdradził cię 

kawałek papieru, który położyłam wzdłuż listwy.

Mogłem zaprzeczyć, ale pomyślałem, że lepiej będzie się przyznać. W ten sposób 

dojdziemy od razu, bez wykrętów, do samego sedna.

- Szuflada była otwarta - odparłem - może dlatego, że zapomniałaś...

- Może... Ale widziałeś, co jest w środku!

- Tak, nie jestem ślepy i umiem czytać...

Oczy dziewczyny błyszczały z zadowolenia.

- Więc widziałeś, a jednak nie poszedłeś mnie zadenuncjować...

- Wygląda na to, że nie.

- To znaczy, że to prawda!

- Co?

- Że mnie kochasz.

Tego   było   już   za   wiele.   Chciała   kierować   grą   narzucając   reguły   wedle   swego 

upodobania.   Bezwarunkowo   ustanawiała   aksjomaty   i   z   nich   wyprowadzała   teorematy   i 

wnioski ironicznie zaskakujące.

- Miłość to instynkt - próbowałem się bronić. A ponieważ kręciła głową uśmiechając 

się sceptycznie i ironicznie, dodałem: - Naprawdę interesują cię moje uczucia?

- Bardzo. Ale teraz musimy porozmawiać o czymś innym.

Udałem zdziwienie. Zrobiła długą pauzę, ale nie spuszczała ze mnie oczu, cały czas 

mi się przyglądając, analizując moje reakcje.

-   Rozumiem   -   powiedziałem,   zdecydowany   przyjąć   jej   zasady   gry.   -   Chcesz 

porozmawiać o Vladimiro Spitzerze.

- Zgadza się. Chcę jego notatek o niemożności Szczęśliwej Podróży. Masz je, prawda?

Tym razem nie musiałem udawać zdziwienia.

- Nie - zapewniłem ją - Spitzer był zielonym, dzieliłem z nim kajutę przez dwa lata, 

background image

ale nigdy nie zepsuł urządzenia do hipnosnu, żeby się ze mną skontaktować, ani też nigdy nie 

zostawiał wiadomości dla nas, ze zmiany czerwonych. Wy, zieloni, z pewnością wiecie o nim 

znacznie więcej, z wami mógł swobodnie rozmawiać...

- To prawda, ale zdążył  upowszechnić swoje odkrycie tylko wśród niewielu osób. 

Zmarł nagle. Mówią, że był chory, ale mam poważne powody podejrzewać, że... - Przerwała, 

jakby   zapraszając   mnie   do   skończenia   zdania.   Ja   jednak   nie   połknąłem   tak   widocznego 

haczyka. Diana zdenerwowała się. - No więc - podjęła prawie ze złością - są umotywowane 

podejrzenia, że to “biali" się z nim rozprawili.

- Bluźnisz!

- Nic podobnego. “Biali"  rządzą statkiem,  “biali" obawiali  sje, że Spitzer  mógłby 

zorganizować bunt...

- Przestań. Nie czas żebyśmy tak otwarcie rozmawiali.

Teraz   ja   arogancko   kierowałem   grą.   Spytałem:   -   A   ty,   co   ty   wiesz   o   tajemnicy 

Spitzera?

Położyła się pode mną, uległa, poddająca się z łagodną biernością. Ale w jej uścisku 

nie było żaru, gry miłosne oddalały się jak we śnie, kiedy jakiś niekontrolowany mechanizm 

oniryczny pozbawia cię  tej chwili  od dawna upragnionej. Czy to była  dziewczyna,  która 

owładnęła moją chorobliwą samotniczą wyobraźnią? Ta, którą chciałem z miłości wskrzesić 

magią starożytnych baśni? Całowaliśmy się, ale już bez przekonania, jak dwoje zmęczonych 

kochanków, chcących jedynie jak najszybciej się pożegnać, by zostać sam na sam ze swoimi 

myślami.

- Wychodzę teraz - powiedziałem, przyszedłszy do siebie - postaram się o jedzenie 

także dla ciebie. A potem wypracujemy jakąś linię postępowania...

Pokazała mi zapasy w szafie. - Codziennie coś odkładałam. Słodycze wzięłam od 

Tibora.

Spytałem, kto to jest.

- Nie wiesz, kto to Tibor? Patrzcie go! To ten ze sklepu, wszyscy go znają.

- Na mojej zmianie nazywa się Bulmer. Dobfze, talt czy owak ja wychodzę, nawet 

jeśli   problem   jedzenia   jest   rozwiązany.   Muszę   się   zastanowić.   Poza   tym,   żeby   uniknąć 

podejrzeń i niebezpiecznych domysłów, byłoby dobrze, żfc- by mnie ktoś widział kręcącego 

się w stołówce albo w Sali Kontemplacji. Ty czekaj spokojnie tutaj, niedługo wrócę...

Uchwyciła   się   mojej   szyi.   Patrząc   posępnie,   powiedziała:   -   Idziesz   mnie 

zadenuncjować, nic cię nie obchodzę.

background image

-   Powiedziałem   już,   żebyś   spokojnie   czekała.   Zamknij   dobrze   drzwi,   a   jeśli   ktoś 

będzie dzwonił, nie odbieraj.

Z trudnością zdołałem uwolnić się z jej uścisku. Już byłem na progu, miałem właśnie 

otworzyć drzwi, kiedy znowu przytuliła się do mnie.

- Jestem w twoich rękach, Vargo. Cokolwiek się ile, pamiętaj, że cię kocham.

- Ja też, maleńka. Bądź spokojna.

Przemierzając Wielki Korytarz spotkałem Arsenia i Rodę Salinas. Trzymali  się za 

ręce, a raczej prowadzili się oczyma i wcale mnie nie zauważyli. Spotkałem Ganeia Derka 

okrąglutkiego jak kulka, o twarzy szerokiej i jowialnej.

- Szczęśliwej Podróży, Vargo.

- Szczęśliwej Podróży.

Następnie, prawie przed samą salą starego Bulmera, przyłączył się do mnie Demetrio. 

Chciał zagrać w szachy.

- Innym razem, Demetrio. Dziś boli mnie głowa.

- Dobrze, innym razem. Szczęśliwej Podróży.

- Szczęśliwej Podróży, Demetrio.

Doszedłem   do   samego   końca   korytarza,   gdzie   zaczyna   się   Sala   Kontemplacji. 

Wszedłem   i   zająłem   miejsce   w   ostatnich   rzędach.   Sala   była   pełna.   Wszyscy   wygodnie 

siedzieli oparłszy głowy o podgłówki i palili z oczyma utkwionymi w przestrzeń rozciągającą 

się poza kopułą, nakrapianą mrugającymi gwiazdami.

Stoller powiedział, że to są tylko świetlne punkciki. To są tylko świetlne punkciki, 

powiedziałem do siebie i odwróciłem się z niesmakiem. W tym momencie najchętniej wy-

krzyczałbym z całych sił swoje rozżalenie i wściekłość na kłamstwo, którego padłem wraz z 

wszystkimi innymi ofiarą. Wściekłość, tak. Ale też dumę, że domyśliłem się prawdy.

Wypaliłem   papierosa,   zmuszając   się,   żeby   mieć   równie   tępy   wyraz   twarzy,   jak 

pozostali. Potem wymknąłem się niezdarnie.

Ponownie przemierzyłem Wielki Korytarz. Przed Salą Wiedzy zatrzymałem się na 

chwilę,   niezdecydowany   -   przed   tym   jedynym   miejscem,   które   dałoby   mi   pół   godziny 

całkowitej izolacji. Czułem jednak ogromną potrzebę napicia się i dlatego poszedłem dalej, 

aby dotrzeć do starego Bulmera.

Zauważyłem, że Eugenio, oparty o bufet, rozmawiał z Laszlo Foldiim. Skinąłem im 

tylko głową i poszedłem schować się w wolnej wnęce. Bulmer natychmiast przyniósł coś do 

picia.

background image

Chciałem zastanowić się nad tą złożoną sytuacją, w jaką się wpędziłem, ale moja 

zdolność koncentracji malała z każdą minutą. Znów byłem bezbronny, w oku cyklonu, znów 

pogrążony   w   ciemności.   A   przecież   dopiero   co,   kilka   godzin   temu,   omamiony 

niespodziewanym światłem, które się we mnie zapaliło, czułem się niezwyciężony jak bóg, 

odporny na wszelkie pułapki, wszelkie możliwe intrygi.

Winę   za   wszystko   ponosi   Diana   Abgrund.   To   ona   naruszyła   moje   poczucie 

bezpieczeństwa,   zjawiając   się   nagle   ze   swoimi   wyznaniami   miłosnymi,   ale   także,   by 

porozmawiać o Spitzerze, nazwisku, wokół którego skupiały się wszystkie moje niepokoje. 

Niewiele powiedziała, jeszcze mniej jej się wyrwało. Bardzo dużo przemilczała. Stwierdziła, 

że jest pewna mojej miłości tylko dlatego, że nie poleciałem jej zadenuncjować za to, co 

znalazłem   w   szufladzie.   A   potem   opowiedziała   mi   nieprawdopodobną   historię   o   spisku 

zmierzającym   do   pozbawienia   “białych"   dowództwa   nad   statkiem.   Na   czele   tego 

wywrotowego ruchu stał Spitzer, który twierdził, że Matka Ziemia podąża złym kursem pro-

wadzącym już nie ku Proximie Centauri, ale od dłuższego już czasu zbaczającym w nieznane, 

ku gwiezdnym otchłaniom.

Zacząłem   się   śmiać,   ale   nie   dlatego.   Był   jeszcze   jeden   drobiazg,   który   mnie   nie 

przekonywał: Diana powiedziała, że w momencie śmierci Spitzera organizacja powierzyła jej 

misję   odzyskania   notatek   zmarłego   przywódcy.   Papiery   mogły   być   ukryte   w   celi,   którą 

Spitzer przez dwa lata dzielił ze mną. Przekupując kogoś z Intendentury udało się jej dostać 

przydział do mojej kajuty, żeby ją móc spokojnie przeszukać. Szperała wszędzie, używając 

podrobionych   kluczy   do   mojej   szafy   i   szuflady,   ale   nie   znalazła   niczego   poza   moimi 

bazgrołami astronomicznymi.

- A okładka notatnika? - spytałem.- Gdzie ją znalazłaś?

- Tam gdzie i ty, z tyłu, za kratą głośnika. Ale byłeś sprytny, wyrwałeś ze środka 

wszystkie strony i zostawiłeś tylko okładkę.

Mówiłem,   że   nie,   zaprzeczałem   używając   wszelkich   argumentów,   a   ona   nalegała, 

prawie płacząc. Potem, żeby uniemożliwić mi zadawanie nadto dociekliwych pytań, zdjęła 

ubranie i...

Eugenio   Stoller   ukazał   się   w   wejściu   do   wnęki,   zatrzymał   na   chwilę   i   zgrabnie 

przysiadł.

- Cóż to, pijesz sam?

Popchnąłem w jego kierunku butelkę z blumarem i kieliszek.

- Trochę jestem wytrącony z równowagi - powiedziałem, żeby jakoś usprawiedliwić tę 

moją samotność.

background image

- Kłopoty w pracy?

- Poniekąd.

- Foldi mi właśnie mówił, że dostajecie szału w związku z łopatkami jednej z wanien 

hydroponicznych. Potwierdziłem mruknięciem.

- Foldi twierdzi, że to sabotaż tych ze zmiany zielonych.

- Foldi jest głupcem.

Eugenio   wypił   jednym   haustem,   potem   powoli   przeciągnął   wierzchem   dłoni   po 

ustach.

- Ja byłbym tutaj ostrożny - powiedział marszcząc czoło.

- Mów jaśniej.

- Byłbym ostrożny z nazywaniem go głupcem. Dziwne rzeczy zdarzają się prawie 

wszędzie i być może Foldi ma rację. Jak to się mówi? Nie ma dymu bez ognia...

Wzruszyłem   ramionami   udając   leniwy   brak   zainteresowania,   ale   serce   zaczęło   mi 

szaleńczo walić, a lekki pot pokrył skronie i wnętrze dłoni. W tym momencie głośnik w 

pomieszczeniu wywołał moje imię. - Vargo Slovic, Var- go Slovic. Pilne wezwanie dla Vargo 

Slovica. Zgłosić się natychmiast w biurze koordynatora Pocara. Vargo Slovic, Vargo Slovic, 

zgłosić się natychmiast...

- Wołają cię - sarkastycznie, ironicznie zachichotał Eugenio. - Powodzenia!

- Ja sam prosiłem o rozmowę już w czasie poprzedniego dyżuru.

- Tak? Mimo wszystko połam kości!

9

- Co mówią testy? - to pytanie Kalifa.

-   Niezwykle   pozytywne   -   zapewnia   Albenitz.   Otwiera   teczkę   i   niewprawnie   szuka 

kartek, potem przegląda je, chrząknąwszy uprzednio. - Psychizm pierwszego stopnia: 93,6. 

Psychizm drugiego stopnia: 94,3. Korelacja psychofizyczna: 92,8...

Najwyższy Kalif z trudnością powstrzymuje cisnące mu się na usta przekleństwo. - 

Mamy do czynienia z utalentowaną jednostką...

- Zawsze tak mówiłem - potakuje Albenitz.

- No właśnie. Tymczasem Kubler nie żyje, Ramsey nie żyje, a Romizov zachorował. 

Borowski i Slezek bliscy są załamania nerwowego. Musimy bezzwłocznie odświeżyć nasze 

kadry.

background image

Albenitz waha się przez chwilę.

Albenitz znowu odchrzakuje. - Koordynator Pocar nie zgadza się, zwraca uwagę, że 

karta zachowania emocjonalnego nie jest jeszcze pełna. Słowem, Pocar proponuje wstrzyma-

nie się chociaż na chwilę, tym bardziej, że badany jest pod ścisłą kontrolą. Myślę jednak, że  

zwłoka może być zgubna, nie wolno nam narazić się na takie ryzyko jak w przypadku Spi-  

tzera.

-  Dobrze   -   wzdycha   Kalif.   -  Wezwijcie   go   natychmiast   i   jeśli   rozmowa  wypadnie 

pozytywnie, dajcie mu stopień trzeciej klasy. Jeśli nie, to dajcie sobie z nim spokój.

Połam kości, życzył  mi Eugenio. Kiedy przemierzałem Wielki Korytarz  kierując się ku rufie, jego 

słowa jeszcze dźwięczały mi w uszach. Główna arteria Matki Ziemi była ciągle zatłoczona, grupki kolonistów 

stały   na   skrzyżowaniach   korytarzy   bocznych   przed   tablicami,   gdzie   wywieszano   kolejność   dyżurów;   inni 

poruszali się niezdarnie idąc może do Sali Kontemplacji albo też do przedszkoli, żeby zobaczyć dzieci - widok, 

który rozczula prawie każdego.

Kiedy   doszedłem   do   zapory   oddzielającej   sektor   “białych"   od   reszty   statku, 

zrozumiałem, że moja partia szachów, rozgrywana z niewidocznym przeciwnikiem, dobiega 

końca. To ja prosiłem o rozmowę z Koordynatorem.  Jeśli teraz  Koordynator pilnie mnie 

wezwał, to z pewnością nie po to, żeby wysłuchać moich narzekań dotyczących pogwałcenia 

nietykalności szuflady i szafy. “Biali" chcieli ode mnie czegoś zupełnie innego i doskonale 

zdawałem sobie z tego sprawę.

Pokazałem   strażnikowi   swoją   znakowaną   kartę.   Szybko   sprawdził,   a   potem 

lakonicznie złożył raport do interfonu: “Zgłosił się kolonista Vargo Slovic".

Z drugiej strony urządzenia dobiegło mnie niezrozumiałe mruknięcie pomieszane z 

kaszlem. Urzędnik zamknął interfon. - Koordynator Pocar czeka na ciebie - powiedział - 

pokój 24.

W   chaotycznych   zasiekach   wąskich   korytarzy   szedłem   wzdłuż   zapalonych 

kierunkowskazów, szlakiem już kilkakrotnie przedeptanym.  Pokój 24 wydawał się bardzo 

odległy, na peryferiach labiryntu. W środku górnej części drzwi znajdowała się wizytówka: 

Claudio Pocar, Koordynator Drugiej Klasy.

Zapukałem.

Te same  niebieskie, pełne dystansu  oczy,  ale jeszcze bardziej  lodowate, niż kiedy 

przyglądały mi się podczas pierwszej rozmowy. Ta sama szeroka, masywna twarz. Żadnej 

zmiany w biurze. Stół zawalony papierami, a biały kombinezon, który Koordynator Pocar 

miał   na   sobie,   był   olśniewająco   biary,   bezczelnie   i   agresywnie   biały   jak   wszystkie 

background image

kombinezony dowódców.

Był uprzedzająco uprzejmy. Poprosił, żebym usiadł, przysunął pudełko z papierosami. 

Znów usłyszałem ten bezosobowy i szorstki głos: - Vargo Slovic, odpowiedzialny za trzeci 

dział hydroponiczny. - Przejrzał jakieś kartki i dodał: - Zgadza się.

Scenariusz był ten sam, teksty i ruchy powtarzały się bez zasadniczych zmian. Ale ja 

byłem inny, tym razem pewny, śmiały, a nade wszystko świadomy, gotów do wytrzymania 

jakiegokolwiek przesłuchania i - jeśli zaszła- by taka konieczność - do przejścia do ataku.

Zapalił papierosa, badawczo przyglądając mi się nad płomieniem zapalniczki, potem 

utkwił wzrok gdzieś na skos ode mnie, w jakimś nieokreślonym punkcie ściany. Teraz mnie 

spyta  o Spitzera,  pomyślałem.  Zamiast  tego, oparłszy brodę na dłoni, Koordynator  Pocar 

bardzo ciepłym, nieoczekiwanie ciepłym głosem powiedział po prostu:

- No więc, słucham pana.

On   też   nie   przejmował   inicjatywy.   Nie   zadawał   mi   pytań,   a   raczej   zachęcał   do 

mówienia. W końcu było to słuszne, ponieważ to ja poprosiłem o rozmowę.

Zmuszony byłem teraz zagrać w otwarte karty.

- Ktoś - powiedziałem - przeglądał moją szafę i szufladę.

- Włamanie? - spytał koordynator spokojnie.

- Nie. Zarówno szuflada, jak i szafa zostały otwarte za pomocą podrobionych kluczy.

- Czy coś zostało zabrane?

- Nic. Jednakże...

Nie dał mi czasu na dokończenie. - Rozumiem - powiedział pojednawczym tonem. - 

Wydam polecenie, żeby dopilnowano wymiany kluczy i zamków.

Wstał, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. Zanim jednak 

zdążyłem wstać, znowu skulił się w obrotowym fotelu.

- Jedno pytanie, kolonisto Slovic. Co pan przechowywał w szufladzie? Może zapas 

papierosów, albo sporo żetonów kredytowych?

- Nie, w szafie było tylko pół butelki blumaru, a w szufladzie...

- No właśnie, co było w szufladzie?

- Moje rysunki astronomiczne. To moje hobby, proszę pana. Taka niewinna rozrywka.

Koordynator wyprostował się i zmarszczył  czoło. Ale jego głos brzmiał fałszywie, 

nieco zarozumiale. - Rozrywka - burknął - niewinna rozrywka.

Odwrócił   fotel   o   dziewięćdziesiąt   stopni   i   siedział   tak   wpatrując   się   w   ścianę. 

Wyglądało na to, że rozmyśla nad jakąś rzeczą wymagającą najwyższego skupienia. Pewny 

siebie   obserwowałem   jego   ostry   profil,   gotów   sparować   atak,   który   prędzej   czy   później 

background image

koordynator Pocar z pewnością przypuści.

I faktycznie, nagle odwrócił się i celując we mnie palcem arogancko spytał: - Czy pan 

wie, co to jest noumen?

Uśmiechnąłem się. Więcej nawet, mój uśmiech bliższy był wybuchowi śmiechu, który 

omal nie przekroczył granicy szacunku i względów należnych zwierzchnikowi. Natychmiast 

się opanowałem.

- Już zwracał się pan do mnie z tym pytaniem - zauważyłem - cztery czy pięć zmian 

temu. Sądzę, że dałem wtedy zadowalającą odpowiedź...

Koordynator Pocar zdusił niedopałek w popielniczce, szybko przejrzał kartki w jakimś 

notesie, po czym zaczął uderzać ołówkiem w stół.

- Okazuje się, że jest pan częstym  gościem  biblioteki.  Co więcej, w Sali Wiedzy 

najbardziej interesuje pana sektor Sekcji Specjalnej.

-   Mam   odpowiednie   zezwolenie   na   wstęp   do   niej,   wydane   przez   koordynatora 

Górskiego.

- Wiem, wszystko w porządku. Ale komputer Sekcji Specjalnej sygnalizuje mi pewien 

niezwykły fakt. Ostatnio pożyczał pan stale tę samą książkę. A raczej dwie książki: Platona i 

Kanta. Dlaczego?

Nie   dał   mi   nawet   czasu   na   przygotowanie   odpowiedzi.   -   Dlaczego?   -   naciskał 

gwałtownie. - Skąd tyle zainteresowania filozofią? Pewnego dnia, kiedy Szczęśliwa Podróż 

się zakończy, będziemy mogli powrócić do rozważań o naturze wszechświata i myśli. Ale 

dziś,   na   pokładzie   Matki   Ziemi,   studiowanie   tych   książek   to   strata   czasu,   prawie 

przestępstwo...

- Nie - przerwałem mu. - To nie jest strata czasu. Mit pieczary i pojęcie noumenu, z 

ich siłą analogii, przybliżyły mnie do prawdy. A teraz pan mnie przepytuje właśnie dlatego, 

chce pan ustalić do jakiego stopnia mam świadomość i...

Koordynator gwałtownie walnął pięścią w biurko.

- Dosyć tego - syknął przez zaciśnięte szczęki. - Opowiada pan bzdury. - Nerwowo 

zapalił jeszcze jednego papierosa i przez chwilę w zupełnej ciszy obserwował kółka dymu. 

Potem   podjął   na   nowo.   -   Porozmawiajmy   o   czymś   innym,   wróćmy   do   pańskie;   szafy   i 

szuflady. A wiec ktoś' je podobno otworzył używając w tym celu wytrycha...

-   Nie   wytrycha   -   poprawiłem   -   mówiłem   o   podrobionych   kluczach,   a   raczej 

egzemplarzach identycznych z moimi. Ktoś rządzi się moimi własnymi kluczami i zabawia w 

przeglądanie moich skrytek.

- Podejrzewa pan kogoś?

background image

No,   dotarliśmy   do   momentu   prawdy,   do   tego   punktu   rozgrywki,   w   którym   ruch 

decyduje o zwycięstwie albo przegranej.

- Żadnych podejrzeń - oznajmiłem, starając się opanować drżenie głosu.

Zauważyłem na twarzy koordynatora rysujący się wyraz rozczarowania i zdziwienia. 

Tego się spodziewałem, potwierdzało to, że wybrałem właściwą drogę.

- Żadnego podejrzenia - powtórzyłem. Ale natychmiast dodałem: - Wiem na pewno, 

kto to był.

Tym   razem   zauważyłem   wewnętrzne   zadowolenie.   Koordynator   Pocar   na   próżno 

starał się je ukryć. To jeszcze raz potwierdzało, że trafiłem w dziesiątkę.

- Bardzo ciekawe - brzmiał jego komentarz. I niemalże zatarł ręce, ale w porę się 

powstrzymał. - Odwagi, kolonisto Slovic. Niech mi pan opowie wszystko jak naj- szczerzej.

Wyciągnąłem   rękę   do   biurka.   Pogładziłem   palcem   popielniczkę,   przycisk   do 

papierów, brzeg pojemnika, w którym znajdowały się ołówki. Koordynator podskoczył na fo-

telu, kiedy zobaczył,  że bawię się jego zapalniczką. Stała pośrodku stołu. Popchnąłem ją 

czubkiem palca i upadła. Powiedziałem:

- To, co za chwilę powiem, jest najwyższej  wagi. Nie wystarczy jedna osoba, by 

przyjąć moje zeznanie...

- To znaczy? Niech się pan jaśniej wyraża, na Matkę Ziemięl

- Powiedziałem, że nie wystarczy jedna osoba. Jestem gotów zeznawać, powiedzieć 

wszystko, co wiem, ale chcę, żeby obecni byli również inni...

Pocar uważnie mi się przyglądał, niespokojnie maltretując ręką podbródek.

- To niesłychane - powiedział w końcu. - Pan nie ma do mnie zaufania, domaga się 

świadków   naszej   rozmowy.   Czy   zdaje   pan   sobie   sprawę,   że   mógłbym   pana   z   miejsca 

aresztować?

Nawet przez chwilę nie wziąłem poważnie tej groźby.

-   To   nie   jest   kaprys,   proszę   pana.   Zapewniam,   że   niezbędna   jest   obecność 

przynajmniej dwóch innych koordynatorów, abyśmy mogli dalej prowadzić naszą rozmowę...

- No, tego już naprawdę za wiele! Mogę zawołać Górskiego i sprowadzić go tutaj...

- Górski nie wystarczy.  Górski jest koordynatorem drugiej klasy, jak pan. Ja chcę 

kogoś wyższego rangą. Niczego nie powiem, jeśli nie będzie również koordynatora pierwszej 

klasy.

Pocar   opuścił   dźwigienkę   interfonu   i   zawołał   dyżurnego   urzędnika.   Przez   chwilę 

bałem się, że naprawdę zechce mnie aresztować. Kiedy jednak urzędnik zapukał, a następnie 

background image

pojawił się w pokoju, Pocar po prostu powiedział mu, żeby poczekał w biurze na jego powrót. 

Po czym wyszedł.

Urzędnik zamknął drzwi i stał, oparłszy się plecami o metalową futrynę. Kątem oka 

widziałem, jak bawił się czerwonym sznurkiem, który biegł od ramienia w dół przez tors i 

przytwierdzony był do kieszeni munduru. Odwróciłem się trochę; teraz mogłem go lepiej 

obserwować. Nie wyglądało na to, że mnie chce pilnować czy przeszkodzić w wyjściu z 

pomieszczenia. Tkwił tak, żeby samą swoją obecnością odwieść mnie od myszkowania w 

papierach koordynatora.

Upłynęło   kilkanaście   minut   w   całkowitym   milczeniu.   Ta   cisza   potęgowała   moje 

zdenerwowanie również dlatego, że bałem się, iż cała siła ducha, która mnie do tej pory pod-

trzymywała, lada chwila załamie się.

W końcu bez żadnego pukania otworzyły się drzwi. To nie był koordynator Pocar. Na 

progu stał jakiś człowiek w mundurze, jakiś inny urzędnik, który przywołał mnie palcem.

- Idziemy, kolonisto Slovic. Koordynator Albenitz czeka na ciebie.

Było ich teraz trzech, tak jak chciałem. Koordynator Górski siedział osobno, prawie w 

rogu pokoju, ze spuszczoną głową i palcami splecionymi  u nasady nosa. Pocar stał obok 

Albenitza na wpół leżącego na składanej kanapie. Biuro było obszerne, ale surowe, żadnego 

ukłonu w stronę zbytku.

Wystrzelałem się ze wszystkich swoich argumentów i musiałem zebrać je na nowo, 

zacząć   wszystko   od   początku.   Dlatego   też,   kiedy   koordynator   Pocar   nacisnął   przycisk 

magnetofonu i zaprosił mnie do mówienia...

- Ktoś - powiedziałem - włamał się do mojej prywatnej szafy i szuflady biurka...

Górski gwałtownie podniósł głowę i prawie że mruknął zniecierpliwiony: - Zdaje się, 

że już pan to mówił koordynatorowi Pocarowi. Proszę od razu przejść do sedna sprawy i 

skończmy z tą historią, nie mamy czasu na błahostki.

- Szuflada - ciągnąłem dalej starając się być spokojny - została otworzona za pomocą 

podrobionych kluczy w fałszywym przekonaniu, że zawiera notatki Vladimiro Spitzera...

Tym   razem   przerwał   mi   Albenitz,   koordynator   pierwszej   klasy,   jedna   z   najwyżej 

postawionych figur w hierarchii Matki Ziemi.

- Notatki Spitzera? - zmarszczył brwi, przybierając wyraz twarzy jakby chciał sobie 

przypomnieć jakąś zupełnie nieważną osobę, po czym uderzył się ręką w czoło.

-   Ach,   oczywiście,   Spitzer!   Ten   szaleniec   ze   zmiany   zielonych,   który   opowiadał 

bzdury o Szczęśliwej Podróży. Jest tylko jedna rzecz, chłopcze, której nie zrozumiałem: jak 

dowiedziałeś się, że ten, kto otworzył szufladę, szukał zapisków Spitzera.

background image

- To proste. Przyznała mi się do tego osoba, która otworzyła szufladę.

- To znaczy? - spytali jednocześnie Górski i Pocar.

- Diana Abgrund - oświadczyłem niszcząc marzenie. - Diana Abgrund, kobieta ze 

zmiany zielonych, która zajęła w mojej kajucie miejsce po Vladimirze Spitzerze.

Koordynator   Albenitz   poderwał   się   do   pozycji   siedzącej.   Przyglądał   mi   się   przez 

chwilę z obojętnym wyrazem twarzy, po czym wstał z kanapy i zaczął przechadzać się po 

niewielkiej przestrzeni z jednej strony mojego siedzenia i za plecami. Jego głos brzmiał sucho 

i odrobinę sarkastycznie:

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że Diana Abgrund zostawiła ci jakąś informację?

- Żadnej szczegółowej wiadomości. Diana Abgrund po prostu zdołała .zablokować 

urządzenie   hipnosnu   i   kiedy   dziś,   skończywszy   swój   dyżur   w   pracy,   wróciłem   do   po-

mieszczenia, czekała na mnie zupełnie przytomna. Wszystko mi opowiedziała...

Koordynator   Górski   zrobił   groteskową   minę.   Natomiast   Pocar   naciskał:   -   Co 

opowiedziała?

-   Teorie   Spitzera   -   wykrzyknąłem.   -   O   buncie   przygotowywanym   przez   ludzi   ze 

zmiany zielonych, żeby pozbawić was, “białych", dowództwa nad Matką Ziemią. Mówią, że 

statek utracił kurs i że zbaczamy z drogi w przestrzeń...

-   A   to   dobre!   -   powiedział   z   ironią   koordynator   Albenitz.   -   Co   jeszcze   mówią, 

kolonisto Slovic?

- Że Szczęśliwa Podróż to kłamstwo. Tu włączył się koordynator Górski. - A pan, 

kolonisto Slovic? Czy pan też jest tego zdania?

-   Jestem   tutaj,   żeby   donieść   o   faktach   -   odpowiedziałem.   -   Mogę   wam   także 

powiedzieć, kto ze zmiany czerwonych połknął chyba haczyk propagandy rozpowszechnianej 

przez ludzi Spitzera. - I nie czekając podałem nazwiska Stollera, Foldiego i Ludmilli Zordy. 

Dodałem:   -   Jest   ich   z   pewnością   więcej,   teraz   wasza   kolej,   żeby   się   wywiedzieć   i 

odpowiednio postąpić.

Koordynator Pocar zatrzymał magnetofon. Nacisnął inny przycisk i z następujących 

po sobie szeptów i szybkich pisków wydawanych przez urządzenie zorientowałem się, że 

cofał   taśmę.   Jeszcze   przez   chwilę   manipulował   przy   guzikach   po   czym   rzekł:   -   No, 

posłuchajmy od tego miejsca.

- Co jeszcze mówią, kolonisto Siewie? - to był głos Albenitza.

Moja odpowiedź: - Że Szczęśliwa Podróż to kłamstwo.

Głos Górskiego: - A pan, kolonisto Slovic? Czy pan też jest tego zdania?

- Jestem tutaj, żeby donieść o faktach. Mogę wam także powiedzieć, kto ze zmiany 

background image

czerwonych połknął chyba haczyk propagandy rozpowszechnianej przez ludzi Spitzera. To 

Eugenio Stoller, Laszlo Foldi, Ludmilla Zorda... Jest ich z pewnością więcej, teraz wasza 

kolej, żeby się wywiedzieć i odpowiednio postąpić...

Koordynator zatrzymał urządzenie, ale tylko na chwilkę. Zaraz je włączył wciskając 

czerwony przycisk nagrywania.

- Eugenio Stoller, Laszlo Foldi' i Ludmilla Zorda - wyskandował koordynator - czy 

potwierdza pan zeznanie przeciwko nim?

- To moi przyjaciele - wymamrotałem - nie mogę ich oskarżyć o nic konkretnego, ale 

od jakiegoś czasu ich rozmowy są dziwne, pełne aluzji, czasem przejrzystych, a czasem nie. 

Co   do   Diany   Abgrund   nie   ma   wątpliwości.   Poinformowała   mnie   o   istnieniu   spisku 

zamierzając zwerbować dla swojej sprawy. Mówi, że to wy, “biali", zabiliście Spitzera, a 

potem... nie wiem... ta kobieta wydaje się chyba trochę szalona. Jeśli chcecie ją aresztować, 

jest teraz w mojej kajucie...

Albenitz, który przez ten czas zdążył już ponownie usiąść na kanapie, uniósł brwi w 

szybkim geście porozumiewawczym, zwracając jednocześnie głowę najpierw ku Górskiemu, 

a potem ku Pocarowi.

- Spróbujmy przywołać ją interfonem - zaproponował - w końcu to on sam może być 

szalony   i   przyszedł   tu,   żeby   nam   poopowiadać   masę   bredni.   No,   spróbujmy   wezwać 

dziewczynę przez interfon.

- Nie odbierze - powiedziałem. I skomentowałem: - Jest może narwana, ale nie głupia. 

W każdym razie na pewno jest w mojej kajucie, nie mogła stamtąd wyjść ubrana w zielony 

kombinezon.

Albenitz   mruknął.   Podszedł   do   mnie,   kołysząc   się   na   swoich   krzywych   nogach, 

pochylił się nade mną i przybliżył twarz.

- Młodzieńcze - zganił mnie podnosząc mi do góry podbródek palcem jakby odlanym 

z   metalu   -   a   gdybyśmy   tak   znaleźli   w   twojej   kajucie   śpiącą   królewnę,   która   leży   sobie 

spokojnie pod przykryciem z pleksiglasu? Zażądałeś rozmowy z trzema koordynatorami tylko 

po to, żeby podzielić się niesprecyzowanymi podejrzeniami, żeby rzucić oskarżenie, którego 

być może nigdy nie zdołasz dowieść...

Hipoteza taka nie była w końcu wcale wydumana. Przewidując, że ją zadenuncjuję, 

Diana mogła naprawdę zamknąć się we wnęce hipnosnu. Tylko że Diana - jeśli oczywiście 

moje przypuszczenia są słuszne - nie bała się tak naprawdę żadnego donosu. Diana działa 

otwarcie, nie obawiając się zdrady.  Poza tym  koordynatorowi  Albenitzo- wi wyrwało się 

bardzo   znaczące   sformułowanie.   Śpiąca   królewna,   powiedział.   A   zatem   był   świadomy 

background image

niezwykłej piękności Diany. No i tego wyrażenia użył już Stoller...

Tymczasem podszedł do mnie także Górski z groźną miną.

- Kłamiesz - rzekł i on także zwracał się do mnie per ty. - Twierdzisz, że wróciłeś do 

kajuty zaraz po skończeniu dyżuru w pracy. Utrzymujesz, że Abgrund czekała już na ciebie. 

Dlaczego nie przyszedłeś zadenuncjować jej natychmiast?

To było celowo głupie pytanie, nie zasługujące na odpowiedź. Wobec tego lekko się 

uśmiechnąłem i wzruszyłem ramionami.

- Daj spokój, Górski - wtrącił się koordynator Po- car. - Spytajmy raczej tego młodego 

człowieka, z jakiegoż to powodu chciał, żeby nas trzech wysłuchało tych głupstw. Co więcej, 

zażądał obecności koordynatora pierwszej klasy.

Jeszcze   raz   się   uśmiechnąłem,   ale   tym   razem   nie   udawałem   już   w   żaden   sposób 

sarkazmu.

- To, co wam opowiedziałem, to szczera prawda, a nie brednie. Jeśli Diana Abgrund 

nie   kłamała,   jeśli   mówiła   szczerze,   to   działa   w   tej   chwili   wielki   spisek,   którego   macki 

wciągnęły kogoś z “białych". Diana Abgrund stwierdziła, że cieszy się poparciem kogoś z 

Intendentury. Jest to oczywiście ktoś z szefów, jeśli to dzięki niemu zdołała uzyskać przydział 

pomieszczenia   uprzednio   zajmowanego   przez   Spitzera.   Panowie,   nie   wiem,   który   z   was 

kieruje Intenden- turą. Zażądałem jednak, żeby złożyć zeznanie w obecności trzech, a nie 

jednego koordynatora po to, by mieć pewność, że nie zostanie ono gdzieś zagrzebane.

- Bardzo sprytnie - zauważył Pocar - ale tu chodzi o poważne oskarżenia...

- To nie ja je rzucam, ale Diana Abgrund. To ona was oskarża!

Koordynator   chwycił   jakiś   stołek   i   usadowił   się   przede   mną.   -   Posłuchaj   mnie, 

chłopcze - zaczął ojcowskim tonem - okazałeś się zdolny, ostrożny, wierny instytucjom Matki 

Ziemi   do   tego   stopnia,   że   zadenuncjowałeś,   powodowany   przesadnymi   wątpliwościami, 

swoich   własnych   przyjaciół.   Ale   nie   możemy   pochwalić   cię   za   sam   ten   fakt.   Jedno   jest 

pewne: nie mogłeś  inaczej  odpowiedzieć na zadane ci pytania. Chcemy jednak od ciebie 

czegoś zupełnie innego. Zrzućmy maski i powiedzmy sobie wszystko otwarcie, bez obawy. 

Nigdy   nie   wierzyłeś   w   bajeczki   opowiadane   ci   przez   Dianę   Abgrund,   prawda?   Zawsze 

myślałeś samodzielnie, niezależnie, niezwykle śmiało, tak śmiało, że strzegłeś myśli jak oka 

w głowie, nigdy się nimi z nikim nie dzieliłeś...

- Chce mi się pić - powiedziałem - i kręci mi się w głowie...

- Poczekaj chwilę, synku. Odkryłeś tajemnicę Matki Ziemi, odkryłeś ją sam, dzięki 

swojej błyskotliwości, inteligencji, dzięki zdolnościom obserwowania. Diana Abgrund nic do 

tego   nie   ma.   Podobnie   jak   Stoller   i   inni   przyjaciele,   których   wymieniłeś.   Sam   odkryłeś 

background image

tajemnicę. A teraz odwagi, wyrzuć z siebie to, co cię gnębi i skończmy z tym...

- Co gnębi...

- Tak. Tę złość, która cię zżera od środka. Co wiesz? Koszmar się skończył. Z gardła 

dobywałem głos jakby kogoś innego, zupełnie nierozpoznawalny.

- Wiem, że wy, “biali", zawsze nas oszukiwaliście. Wiem, że podróż międzygwiezdna 

nie   jest   możliwa   w   świetle   obecnej   wiedzy   naukowej.   A   zatem   Szczęśliwa   Podróż   jest 

kłamstwem,   jest   jednak   także   prawdą,   która   mi   się   chwilowo   wymyka.   Wiem,   że   ten 

olbrzymich rozmiarów kompleks nazywany przez wszystkich Matką Ziemią nie jest statkiem 

kosmicznym,   ale   podziemnym   schronem   ukrytym   pod   powierzchnią   naszej   planety.   To 

wszystko.

Blumar był dobry, znakomitej jakości. Potem przyniesiono inny napój, bardzo mocny, 

trunek zupełnie mi nie znany. W głowie zaczęło mi się jeszcze bardziej kręcić i jakaś dziwna 

euforia, nigdy dotąd nie odczuwana, wybuchła w całym moim krwioobiegu.

Rozglądałem   się   dookoła,   zadowolony   i   szczęśliwy,   a   oczy   paliły   mnie   jak   w 

gorączce. Była  to okrągła sala, przestronna, o bardzo skromnym  umeblowaniu i ścianach 

pokrytych materią w różnorodnych, żywych kolorach.

Trzy “białe skafandry" siedziały w głębi, z mojej lewej strony. Inna grupka stała koło 

automatu z napojami. Była też jedna kobieta w średnim wieku o twarzy jeszcze świeżej, ale 

włosach zupełnie białych. Była to koordynator Borow- ski. Wiele razy jej postać ukazywała 

się na wielkim ekranie w Sali Kontemplacji. Umiała prowadzić wykłady na najróżniejsze 

tematy miłym, fascynującym głosem.

Albenitza   nie   było   już   od   pół   godziny,   Górski   wyszedł   wkrótce   po   nim.   Tylko 

koordynator Pocar został, żeby... dotrzymać mi towarzystwa. Ale teraz Pocar nic nie mówił, 

wlewał w siebie jeden blumar za drugim i raz za razem nalewał i sobie i mnie płyn z butelki 

zawierającej   ten   dziwny   trunek,   i   przyglądał   mi   się,   i   uśmiechał,   i   przekręcał   głowę   w 

żartobliwym komentarzu bez słów.

Otworzyły   się drzwi  i  wszedł   jakiś   młody  człowiek  w   czerwonym   kombinezonie, 

smętny typ o głęboko osadzonych oczach, którego znałem z widzenia. Przez chwilę wzrok 

jego padł na mnie,  być  może  przyciągnięty czerwienią mojego skafandra, który był  tego 

samego koloru co i jego. Przeszedł przede mną i skierował się ku automatowi z napojami. 

Widziałem, jak przywitał “białe skafandry", pożartował z nimi, po czym siadł z dala od nich 

w towarzystwie Eleny Borowski. Młodzieniec w czerwonym  skafandrze ponownie mi się 

przyglądał. Kobieta również zaczęła patrzeć w moim kierunku.

background image

Trunek   pogrążał   mnie   w   głębokiej   błogości.   Podobały   mi   się   te   oczy   o   lekko 

spuszczonych powiekach i ta biała czupryna, o wiele bielsza od mojej, a także miękkość 

głosu, który pobrzmiewał mi w głowie przez kamerton mojej pamięci. I jeszcze coś innego, 

jakiś czar, który mnie otulił, tak jakby...

Pocar   potrząsał   mnie   za   ramię.   Obudziłem   się.   Zobaczyłem,   że   podnosi   rękę 

wskazując na lewo, prawie za moimi plecami. Stali tam Stoller, Foldi i Ludmilla Zorda. I była 

Diana, która patrzyła na mnie jak na przedmiot.

- Dobry wieczór - przywitał ich Pocar, zapraszając szerokim ruchem ręki. - Wejdźcie. 

Przedstawiam wam koordynatora Slovica.

background image

CZĘŚĆ II

10

Nazywam się Vargo Slovic, mam 25 lat i jestem koordynatorem trzeciej klasy na 

pokładzie   Matki   Ziemi.   My,   “biali’,   także   posługujemy   się   ogólnie   używanym 

sformułowaniem. Mówimy “na pokładzie", tak jakby Matka Ziemia naprawdę była statkiem 

prującym wody oceanu albo pojazdem kosmicznym pędzącym w przestrzeń międzygwiezdną.

Jest to jednak tylko powszechnie używane sformułowanie. Poza tym jest kłamstwem. 

Nazywam się Vargo Slo- vic i tyle na razie mogę powiedzieć. Następnie należałoby przejść 

do opisu otoczenia, wymienić szereg drobiazgów, rzeczy właściwie nieważnych., mimo że 

dwuznacznych   i   uchodzących   uwadze.   Nade   wszystko   jednak   powinno   się   przekazać 

poczucie zamknięcia, świata otoczonego hermetyczną powłoką, czegoś metalicznie zimnego, 

świata, gdzie wszyscy podlegają prawom, których celowości trudno dociec. Wszystko jak 

kiedyś.

Rok temu   mogłem  o  wiele  łatwiej  rozwodzić   się nad  Eugeniem  i  Wandą,  Laszlo 

Foldim i basenami hydroponicz- nymi, nad Ludmillą Zordą. Mogłem się wyszaleć opisując 

Wielki Korytarz i jego światełka, które wieczorami przybierają kolor niebieski, żeby stworzyć 

złudzenie   nocy.   Albo...   Sala   Wiedzy   także   miała   swoje   zakątki   pełne   mroku   i   tajemnic. 

Zakurzone półki i tomy, których nikt prawie nigdy nie przeglądał, mimo że obfitowały w 

tajemnice   i   nierozwiązane   zagadnienia.   Rok   temu   mogłem   utkać   wiersz   wysławiający 

świetlisty   pył   przestrzeni,   wychwalać   chór   westchnień   pod   ogromną   kopułą,   która   jak 

inkubator dawała pożywkę naszym marzeniom.

Rok temu. Wtedy byłem głupi i nieszczęśliwy. Tak jak dziś. Rok temu marniałem w 

oczach   gnębiony   niepewnością,   albo   też   rozpalałem   się   z   przejęcia   nad   najgłębszymi 

domysłami, szalonymi hipotezami, które w końcu mroziły mi umysł.

Nic się nie zmieniło. Vladimiro Spitzer jest tylko wspomnieniem. Mówimy o nim, 

jakby był naroślą, rośliną wypaloną przy pomocy azotanu srebra logiki i racji stanu. Ale być 

może   wszyscy   tylko   udajemy.   A   Diana   Abgrund...   Nie   wiem,   mam   wrażenie,   że   jakieś 

wyższe zamysły oddaliły ją ode mnie na zawsze. A może jest nieosiągalna tylko z winy 

mojego kaprysu.

Tu, na pokładzie Matki Ziemi, nigdy nic się nie dzieje. Wolno płyną godziny między 

kabiną- biurem, salą spotkań, gdzie wypijam drinka z przypadkowymi kolegami, i prywatną 

background image

kwaterą z jej samotnością.

Czasami biel kombinezonu, który mam na sobie, jeszcze teraz przyprawia mnie o 

zawrót głowy. Zupełnie jakby ktoś niespodziewanie dotknął mojego ramienia po to, żeby móc 

skierować ku mnie, kiedy się odwrócę, swój oskarży- cielsko wyciągnięty palec. To prawda, o 

ile   rok   temu   czułem   się   ofiarą,   to   teraz   się   okazuje,   że   role   się   odwróciły.   Trudno   jest 

zagłuszyć poczucie winy postępując zimno i obojętnie.

Pamiętam  to spotkanie  w lokalu  starego  Bulmera.  Panowała  niezwykła  atmosfera. 

Arsenio Tauber i Roda Soli- nas dostali zgodę, żeby mieć dziecko. Pamiętam Ludmillę, starą 

kochaną Ludmillę, pulchną i matczyną, jak się mnie pytała: - Nie chciałbyś być “biały"?

Wtedy   wzruszyłem   ramionami.   Dziś   już   bym   tak   nie   mógł,   poza   tym   są   już 

przygarbione pod ciężarem owej odpowiedzialności, którą wtedy, zupełnie instynktownie, od-

rzucałem. Funkcja “białego" nie jest prosta, nawet jeśli wypełnienie pewnych poleceń niesie 

ze sobą poczucie dumy i pełni.

Tutaj na rufie przejąłem miejsce Slezka, który zmuszony był odpocząć po nerwowym 

wyczerpaniu spowodowanym nadmiarem pracy. Oczywiście wszyscy na rufie znamy prawdę. 

Wiemy, co się wydarzyło 129 lat temu, w roku 2010, w roku wielkiej masakry. Niektórzy z 

nas   wolą   nie   odwoływać   się   do   głupich   eufemizmów   i   wybierają   określenie   bardziej 

apokaliptyczne i brutalne: koniec świata.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Także do myśli, że Matka Ziemia jest tylko 

samowystarczalnym schronem atomowym, ale nie potrafię powiedzieć, na jak długo jeszcze. 

Nie   wiem   również,   nawet   w   przybliżeniu,   wielu   innych   rzeczy.   Na   przykład   nie   znam 

dokładnego punktu kuli ziemskiej, w którym znajduje się nasze schronienie. Nie wiem też, 

czy istnieją inne schrony, a jeśli tak, to czy funkcjonuje sieć łączności między naszą a innymi 

wyspami przeżycia. Te wszystkie informacje przypisane są najwyższym stopniom, to znaczy 

Najwyższemu Kalifowi i pięciu otaczającym go koordynatorom.

Hierarchia rządzi się swoimi prawami; nawet jeśli czasem są one niezrozumiałe, to 

jednak mają rację bytu, jeśli opierają się zmianom w czasie. Być może tak być powinno, a 

może nie. Nie wiem, do jakiego stopnia może być dobre to, że pewne sprawy znane są tylko 

na samej górze. Tak, jak czasem uważam za niesłuszne, że czerwoni i zieloni są przekonani, 

iż żeglują w zewnętrznej przestrzeni, a nie że są zamknięci pod powierzchnią planety.

Pamiętam niekończące się dyskusje z Uhlandem, Li- lievem i Rutiliem Rogozem. Jak 

również z Górskim i Poca- rem. Naturalnie, początkowo byłem po stronie kolonistów. Ale 

wśród starych zawsze był ktoś gotów poruszyć temat tabu. Koloniści zbuntowaliby się, z dnia 

na dzień coraz bardziej kusiłoby ich, żeby wyjść na otwartą przestrzeń, nic sobie nie robiąc ze 

background image

wszystkich przedsięwziętych środków ochronnych, które nas przykuwają do podziemia.

-   Rozwaliliby   wszystko   -   powiedział   mi   pewnego   dnia   Górski.   -   Myśl,   że   za 

ołowianymi grodziami nie ma bezkresnej przestrzeni, pustki międzygwiezdnej, ale podziemne 

chodniki prowadzące ku powierzchni planety, odebrałaby im rozum. Cała dyscyplina Matki 

Ziemi opiera się na tym koniecznym kłamstwie: na Szczęśliwej Podróży, mitycznym celu, do 

którego będą mogły dotrzeć tylko nasze prawnuki.

A Albenitz: - Zbuntowaliby się, nie daliby najmniejszej wiary naszej argumentacji, 

która jest niepodważalna... Już raz to się zdarzyło, dawno temu...

- Ja się nie zbuntowałem - próbowałem replikować.

- Nie zrobiłeś  tego, ponieważ  prawda nie  została  ci  podana, ale  sam ją odkryłeś. 

Wiedziałeś, że tu na rufie jest dla ciebie miejsce, wiedziałeś, że wszyscy czekaliśmy, abyś 

przyszedł je zająć.

Wszyscy  czekali.  Komputer,  ta  potworna machina,,  której  funkcjonowanie jest mi 

całkowicie nie znane, sprawuje nade mną pieczę od chwili urodzenia. Także Ludmilla miała 

mnie pod swoją opieką. Ludmilla należy do “trzeciej klasy", ale zawsze wolała działać “poza 

rufą", wmieszana w tłum załogi. Laszlo Foldi jeszcze dziś działa w oderwaniu od góry, jako 

zwykły pracownik odpowiedzialny za wanny hydroponiczne. A też jest dowódcą. Takich jak 

on jest wielu, zarówno na zmianie czerwonych, jak i zielonych, schowanych pod przykrywką 

mało znaczących funkcji, jednakże ich istnienie ma wagę strategiczną.

Eugenio   Stoller   już   od   czterech   miesięcy   zajmuje   biuro   dokładnie   naprzeciwko 

mojego, po drugiej stronie korytarza. Jest nie do poznania. Zawsze ponury, zamknięty w so-

bie, wykonuje zadania nie ufając nikomu.

Pewnego razu, w sali spotkań, przypadkowo pił ze mną blumar. Podniósł kieliszek 

pod   światło   i   wzniósł   toast:   -   Za   przyjaźń,   gówniane   uczucie.   -   Świetnie   rozumiałem 

znaczenie tego stwierdzenia. Mógł mnie krytykować za cynizm, z jakim go zadenuncjowałem 

jedynie po to, żeby zasłużyć na szacunek przełożonych. A on to co? 1 tych samych powodów 

bawił   się   ze   mną   w   kotka   i   myszkę   już   świadomy   swojej   przyszłości   i   z   papierami   w 

najwyższym   porządku,   kiedy   ja   jeszcze   miotałem   się   wśród   wątpliwości   i   balansowałem 

między awansem a unicestwieniem.

Parszywa komedia, to prawda. A jednak podczas tych długotrwałych potyczek, owego 

codziennego wzajemnego badania i wypytywania się, w owym wzajemnym braku zaufania 

zatruwającym   każdy   gest   i   słowo,   zawsze   pozostawała   nieznaczna   przestrzeń,   maleńki 

skrawek   ziemi   niczyjej,   gdzie   można   było   podtrzymywać   złudzenie   o   bezinteresownym 

background image

uczuciu.

Mimo wszystko lubiłem Eugenia. Również wtedy, kiedy wyrzucał z siebie sentencje, 

gdy mówił,  że  miłość   jest  instynktem   i  budził  we mnie   na  nowo  pełen  niepokoju obraz 

samotnego motyla z rozpostartymi skrzydłami, pogrążonego w szaleńczym poszukiwaniu.

Nie mam już jednak czasu na tego rodzaju intymne rozważania, nawet jeśli tu, “na 

rufie",   nie   istnieją   okresy   hipnosnu.   Kiedy   mam   ochotę   na   miłość,   wołam   Ludmillę,   to 

najprostsze   wyjście.   Albenitz   przypomniał   mi,   że   jako   “biały"   mogę   swobodnie   szukać 

rozrywki zarówno na zmianie czerwonych, jak i zielonych. Co więcej, mogę jej szukać także 

na rufie, ale w tym  przypadku  wybór  jest znacznie  bardziej  ograniczony i krępujący.  W 

każdym razie Albenitz nakazał mi dyskrecję.

Wiele razy myślałem o Norze Kereny. Ale zawsze byłem przekonany, że Nora nie 

potrafi utrzymać języka za zębami. Nie potrafi też powstrzymać się od łez. Jest płaczliwa i 

sentymentalna, zamieniałaby każde nasze spotkanie w jeden wielki melodramat. Lepsza jest 

Ludmilla, starsza i bardziej zrównoważona, a ponadto jest także “Białym kombinezonem". Z 

nią mogę się nie pilnować, mogę pić, dyskutować. A kiedy nadchodzi moment pożegnania, 

wszystko przebiega pogodnie, bez sentymentalnej otoczki.

- Co mówią o mnie na zmianie czerwonych? - spytałem ją któregoś dnia. Ludmilla 

zaśmiała się. - Niektórzy przeczuwają prawdę, ale wielu myśli, że nastąpiła zamiana dyżurów. 

No i jest Nora Kereny, która jeszcze nie przestała się przejmować... - Biedna mała Nora. 

Głupia mała. Niespokojna, niezręcznie zachłanna, być może zakochana.

Schemat   organizacyjny   przypomina   piramidę.   Na   szczycie   jest   Najwyższy   Kalif, 

człowiek, który zna wszystkie najbardziej zazdrośnie strzeżone tajemnice Matki Ziemi. Jego 

prawdziwe   nazwisko  brzmi   Zoran   Ujevic,   czy  też   pod  takim   występuje   na   pokładzie,   to 

znaczy zostało mu ono nadane przez Urząd Stanu Cywilnego niezależnie od woli rodziców. 

Widziałem go tylko dwa razy z okazji plenarnych posiedzeń, które zwoływane są co semestr. 

Najwyższy jest człowiekiem w wieku około 60 lat, średniego wzrostu, o rzadkich białych 

włosach. Pionowa, głęboka jak rana zmarszczka przecina wysokie czoło. Ma lodowate jasne 

oczy i nigdy się nie uśmiecha.

Szczebelek niżej znajduje się piątka koordynatorów pierwszej klasy. Jednym z nich 

jest Albenitz, pozostali to: Jakub Liska, Sandor Yaradj i Dimco Vazov. Jest też Yiori- ca 

Eminescu,   sędziwa,   na   wpół   sparaliżowana   kobieta   poruszająca   się   na   wózku.   Niektórzy 

mówią,   że   ma   ponad   dziewięćdziesiąt   lat.   Mimo   tego   należy   do   tej   najwęższej   grupy 

współdziałającej z Kalifem.

background image

Na niższym poziomie znajduje się szesnastu koordynatorów drugiej klasy. Wydaje mi 

się, że spośród nich Pocar i Górski najbardziej rzucają się w oczy. W tym sektorze są cztery 

kobiety. Jest Elena Borowski, która według powszechnej opinii wykonuje zadania najwyższej 

wagi. Pozostałe są, podobnie jak Elena, w średnim wieku. Kobiety prowadzą życie wyraźnie 

na uboczu, raczej z dystansem do wszystkich, i unikają kontaktów nie związanych bezpośred-

nio z pracą.

No   i   w   końcu   jesteśmy   my,   należący   do   trzeciej   kategorii:   czterdziestu   sześciu 

koordynatorów, młodszych wiekiem, pomiędzy dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem 

życia. Ja i Diana jesteśmy najmłodsi, Ludmilla jest najstarsza. W sumie sześćdziesięciu ośmiu 

“białych", włączywszy w to także i “sowy" na zmianie zielonych i czerwonych, wmieszane w 

resztę załogi. Sześćdziesięciu ośmiu “białych", z których każdy ma za zadanie koordynowanie 

pracy jakiegoś określonego sektora, każdy obdarzony odmiennym stopniem świadomości o 

tym, co się dzieje, każdy obciążony własną prawdą, własnymi wątpliwościami.

Kiedyś   zadawałem   sobie   zawiłe   pytanie   o   związek   między   słowem   a   pojęciem, 

pojęciem a obrazem, obrazami a wyobrażeniami obrazów. Kiedy błądziłem po wnętrzu jas-

kini,   uważałem   za   rzeczywistość   banalne   następstwo   cieni   i   odbić.   Potem   jednak 

przeczytałem książki, które przebudziły mnie z dogmatycznego snu. Długo się zastanawiałem 

i dotarłem do tego, co kryje się poza zjawiskami dostrzegalnymi.

Był komputer, który śledził moje kroki; były i “sowy" zawsze gotowe do pobudzenia 

mojej ciekawości, do wejścia do akcji, jakby były katalizatorami. Wszyscy “biali" tak się 

rodzą.   Teraz   mogę   się   nawet   śmiać   z   westchnień   krzyżujących   się   pod   kopułą   Sali 

Kontemplacji. Patrzę na gwiazdy, które jakiś oryginalny mechanizm zapala, jak tylko ktoś 

znajdzie się po drugiej stronie przezroczystego sklepienia, i mogę już sobie powiedzieć “to są 

tylko   świecące   punkty",   taka   sztuczka,   żeby   utrzymać   ten   płomyczek   nadziei,   “chmura 

świecących   punktów,   wśród   których   jakiś   diament   błyszczy   bardziej   od   innych", 

psychologiczny majstersztyk zdolny do odsunięcia szaleństwa i samobójstwa.

Szczęśliwa Podróż! To kłamstwo, zgoda. A jednak jest prawdą bezdyskusyjną, jeśli 

tylko jest się gotowym zamienić przestrzeń z czasem. W czasie ostatniego posiedzenia Kalif z 

radością oznajmił, że stopień radioaktywności na powierzchni zmalał o 0,85 procent w ciągu 

ostatniego semestru. A Jakub Liska zapewnił, że biorąc pod uwagę okres rozpadu kryptonu 

85, cezu 137, prometu i strontu 90, biorąc pod uwagę obliczenia rozpadu i typ wydzielanego 

promieniowania, biorąc pod uwagę... już nie wiem nawet co, bo Jakub Liska używał bardzo 

trudnego języka  technicznego, jakby był  najwyższym  kapłanem i kładł nacisk na terminy 

raczej dla nas niejasne - takie jak rad, rem, curie, mili- curie, mikrocurie, mikromikrocurie, a 

background image

potem   znowuż   na   jednostkę   cezu,   najmniejszą   tolerowaną   dawkę,   jednostkę   strontu, 

leukemię, pył radioaktywny, jod 131, potas 40... No więc biorąc pod uwagę wszystko, być 

może   za   pięćdziesiąt   lat   społeczność   Matki   Ziemi   będzie   mogła   ponownie   wyjść   na 

powierzchnię   zachowując   dopuszczalny   stopień   ryzyka.   Tego   dnia   Szczęśliwa   Podróż 

zostanie zakończona. Będziemy musieli rozpocząć wszystko od początku, jakby naprawdę 

chodziło o zejście ze statku na dziewicze planety Proximy Centauri.

Teraz jednak Szczęśliwa Podróż jest tylko formalnie kłamstwem. Wczoraj, kiedy w 

Sali   Kontemplacji   miałem   wykład   dla   ludzi   ze   zmiany   zielonych,   mówiłem   głosem 

zdecydowanym i łagodnym, ale nogi mi dygotały z napięcia. To był mój pierwszy wykład, 

moje   pierwsze   publiczne   wystąpienie.   Albenitz   wysłał   mnie   na   rozpoznanie,   żeby   wy-

sondować,   jak   załoga   przyjmie   zadziwiającą   wiadomość   o   tym,   że   Szczęśliwa   Podróż 

znacznie   się   skróciła   dzięki   geniuszowi   Sandora   Yaradja,   koordynatora   pierwszej   klasy, 

wynalazcy   potencjometru   pozwalającego   motorom   na   trzykrotne   zwiększenie   szybkości. 

Osiągniemy cel sto lat wcześniej.

- Wielu z was, którzy mnie słuchają - krzyczałem z emfazą - osiągnie cel! Chwała 

Sandorowi Varadjowi, który oddał swój talent na nasze usługi, chwała Kolektywowi, który 

wydał Sandora Varadja i chwała wam, którzy daliście i dzień po dniu dajecie życiodajne siły 

umożliwiające Kolektywowi odnawianie swoich kadr...

Powstało zamieszanie, potem długotrwałe oklaski i chaotyczny hałas spowodowany 

entuzjastycznymi okrzykami, ożywionymi rozmowami, ale też cierpkimi i melancholijnymi 

komentarzami ze strony starszych członków załogi. W głębi sali koło drzwi wyjściowych 

zauważyłem samotną Dianę Abgrund w zielonym lśniącym kombinezonie. Nie widziałem jej 

już od roku, ponieważ od roku unikałem jej celowo, podobnie jak i ona mnie.

Ale   wczoraj   było   inaczej.   Zbiegłem   w   dół   z   podium,   przepychając   się   przez 

kolonistów, którzy mnie otaczali. Jakaś bardzo młoda dziewczyna dotknęła białego mankietu 

mojego kombinezonu i... nagle odcisnęła mi pocałunek między nosem i ustami. Jakiś stary 

kolonista zaczął płakać i coś bełkotał, reszta stojących ściskała mnie. - Albenitz - krzyknąłem 

- Albenitz przyjdzie, żeby wygłosić dłuższe przemówienie, a potem przyjdzie sam Najwyższy 

i opowie wam o wszystkim, o każdym szczególe tego niezwykłego wynalazku...

Trudno  się było  od  nich  uwolnić.   Szczęśliwej   Podróży,  tak,  Szczęśliwej  Podróży. 

Tymczasem  Diana już zniknęła  po drugiej  stronie drzwi; biegłem Wielkim Korytarzem  i 

wszyscy przywierali do ścian, kiedy tak pędziłem, z trudnością powstrzymując się od wołania 

jej   imienia   donośnym   głosem.   Grupka   osób   na   samym   środku   Wielkiego   Skrzyżowania 

zasłoniła mi widok. Skręciłem na lewo, gdzie otwierała  się Sala Wiedzy,  otworzyłem  na 

background image

oścież drzwi, ale nie było tam nikogo.

-   Banda   idiotów   -   zakląłem   cicho.   Wróciłem   do   Wielkiego   Korytarza   tym   razem 

przemierzając około dwustu metrów rytmicznymi wolnymi krokami. Następnie zaszedłem do 

Tibora, faceta prowadzącego sklep na zmianie zielonych. Lokal był pełen, prawie wszystkie 

wnęki zajęte. Wymieniłem setki spojrzeń i dostrzegłem w nich ponownie te dwa podstawowe 

uczucia, które koloniści zarezerwowali dla nas, “białych": służalczy strach albo badawcza 

pogarda,   ale   najczęściej   była   to   kłopotliwa   mieszanina   obydwu.   Diana   siedziała   w   głębi 

trzymając   papierosa.   Schowała   się   w   przedostatniej   wnęce,   na   stole   zaś   stała   na   wpół 

opróżniona butelka blumaru; światła były przygaszone.

-   Zabawiłeś   się?   -   spytała   nie   podnosząc   wzroku.   Głos   miała   suchy,   ledwie 

zabarwiony sarkazmem. - Ile dni zabrało ci przygotowanie tego przemówienia?

- Porozmawiajmy o czymś innym - powiedziałem siadając koło niej.

-   Widzicie   go,   jaki   ważniak.   Porozmawiajmy   o   czymś   innym!   A   te   wszystkie 

idiotyzmy,  które rzuciłeś  w ten tępy tłum. Kiedyś  my dwoje stanowiliśmy jego część, to 

prawda. Ale być może właśnie dlatego nasze zachowanie jest godne potępienia...

- Proszę cię - nalegałem - porozmawiajmy o czymś innym.

Diana   zgasiła   papierosa   w   popielniczce,   a   potem   nalała   nam   blumaru.   Suchymi, 

nerwowymi ruchami otworzyła ponownie etui z papierosami. Jeszcze jeden papieros, którym 

puka w blat stołu, zapada długie milczenie, po czym słyszę jej głos pełen żalu i złości.

- Dobrze, porozmawiajmy o czymś innym. Co znaczy, że będziemy tak tu siedzieć nic 

nie mówiąc, tak jakby się nic nie stało...

-   Tak   jakby   się   nic   nie   stało.   Zapomnijmy   o   moich   kłamstwach   i   o   twoich, 

zapomnijmy o wszystkim. Nie sądzisz, że moglibyśmy zacząć wszystko od początku?

- Niemożliwe. Próbowałam cię usidlić mając nadzieję, że jednak nie dasz się złapać w 

sieć, a ty poleciałeś mnie zadenuncjować mając nadzieję, że nawet robiąc to i tak mi w żaden 

sposób nie zaszkodzisz. Bo ty wiedziałeś! Tak jak i ja wiedziałam, że wiesz. A jednak nigdy 

nie przestały mnie dręczyć wątpliwości. I zawsze by tak było, nawet gdybyś obsypał mnie 

wszystkimi słowami miłości na świecie...

Z trudnością przełknąłem blumar.

- Masz  rację  - przyznałem  z  ciężkim  sercem - od samego  początku  wszystko  się 

popsuło. Tamtego dnia kochaliśmy się z bezwstydnym cynizmem, jak dwa automaty, tylko po 

to, by zastosować się do spaczonych  i nieludzkich  reguł Matki Ziemi i być  może wtedy 

śmialiśmy się jedno z drugiego, nawet jeśli...

Tak, to było godne pożałowania. Nawet jeśli. Zrobiłem zniecierpliwiony gest i wtedy 

background image

wydało mi się, że zamierza odejść.

- Zaczekaj - prawie błagałem. Trzymałem rękę na jej dłoni i oczami szukałem jej 

oczu. - To nie nasza wina, że taka jest praktyka rekrutacji do szeregów “białych". Wszyscy 

musieliśmy   mniej   więcej   przejść   przez   tę   oszalałą   zasadę   poznania,   jak   w   antycznych 

dramatach. Czy nie było tak i w twoim przypadku?

- Może nawet gorzej, ale nie chcę mówić teraz o tym, co zdarzyło się prawie dwa lata 

temu. Wiem tylko, że okropnie się tym brzydziłam i dlatego właśnie nigdy nie chciałam 

słyszeć o życiu na rufie. Wolę pracować jako “sowa", inspirować, siać wątpliwości, a potem 

rozbudzać świadomość tych,  którzy mają  dosyć  rozumu,  żeby przeczuć  prawdę. Wolę to 

wszystko niż założyć biały kombinezon i wygłaszać przemowy, takie jak ty przed chwilą. 

Kupa kłamstw, koncentrat demagogii i protekcjonalności...

- Kłamać wobec jednej osoby czy wobec tysiąca to to samo.

Diana nagle podniosła głowę.

-   Nieprawda!   Ja   budzę   świadomość,   ty   ją   usypiasz.   Zaakceptowałeś   system   bez 

zmrużenia oka, bo jesteś ambitny, jak Stoller, i chesz pójść wyżej, osiągnąć szczyty władzy. 

Władzy,   rozumiesz?   To   słowo   przyprawia   mnie   o   dreszcz,   to   pojęcie,   które   należałoby 

zniszczyć,   a nie  uwiecznić.  Nie  może  być  wolności,  nie  może  być  Szczęśliwej   Podróży, 

dopóki   wszyscy   ludzie   na   pokładzie   Matki   Ziemi,   wszyscy   bez   wyjątku,   nie   zostaną 

wyprowadzeni z błędu. Musimy mieć odwagę mówienia prawdy! A teraz wypij i idź sobie. 

Zostaw mnie samą, bardzo proszę.

11

- Jakieś wieści, Albenitz?

Najwyższy   Koordynator   ma   zmęczony,   znużony   głos.   Albenitz   wydaje   się  

niezdecydowany, unosi lekko stopy i za wszelką cenę stara się opanować drżenie rąk.

- Spotkali się - informuje. - Spotkali po wzajemnym unikaniu się przez rok.

- Chcę wiedzieć, co mówili...

-   To   niemożliwe   -   zapewnia   Albenitz.   -   Spotkanie   nie   było   przewidziane,   nie  

zdążyliśmy umieścić aparatów rejestrujących. ..

Najwyższy Kalif przeczesuje palcami rzadkie białe włosy.

- Miejcie ich pod skrupulatną kontrolą. Chcę być na bieżąco informowany o każdym 

słowie i kroku.

background image

Nic się nie zmieniło. W głębi jaskini dalej snują się cienie podobne do tych, które uważałem kiedyś za 

rzeczywistość. Zdarłem  zasłonę pozorów, ale oszustwo istnieje nadal, jestem bardzo daleki od świadomości 

obiektywnej.

Nie zmieniło się nic. Tyle tylko, że noumen przesunął się trochę dalej, jest poza moim 

zasięgiem. Nie ma sensu usiłować go osiągnąć. Byłoby to śmieszne i frustrujące, podobne do 

prób pozbycia się własnego cienia.

Możliwe,   że   jeśli   podsumuję   wszystko,   okaże   się,   że   wiem   mniej   niż   niegdyś. 

Albenitz nie mówi, Jakub Liska nie mówi, wszyscy najważniejsi ludzie Matki Ziemi siedzą 

cicho, schowani w skorupkach jak ostrygi. Pocar i Górski ociągają się. Najwyższy nie udziela 

nikomu   audiencji,   a   między   nami,   koordynatorami   trzeciej   klasy,   szerzy   się   powszechna 

nieufność.

Nie mam już nawet zaufania do hierarchii, to znaczy nie wiem już, czy odpowiada ona 

naprawdę   zróżnicowanym   poziomom   wiedzy.   Viorica   Eminescu   jest   koordynatorem 

pierwszej klasy jak Albenitz, ale to zidiociała sklerotyczka. Nie liczy się. Natomiast Stoller, 

zajmujący pozycję taką jak ja, sprawia wrażenie, że wie zbyt wiele. Nawet kiedy zdawało się, 

że jest prostym kolonistą, był “biały".

A Diana? Raz chciała mnie usidlić. Ale kto mnie zapewni, że w dalszym ciągu nie 

chodzi jej o to samo?

Poprosiłem   o   pomoc   mojego   znajomego   Laszlo   Foldie-   go,   koordynatora   trzeciej 

klasy oddelegowanego w charakterze kolonisty zmiany czerwonych, odpowiedzialnego za 

dział hydroponiczny. Przez trzy lata byliśmy kolegami z pracy, a ja nigdy nie podejrzewałem 

w nim “białego".

Pewnego wieczoru zaciągnąłem go do mojej kwatery, poczęstowałem czymś do picia, 

a on zaczął mówić.

- Pamiętasz? - spytał Laszlo swoim sztucznie agresywnym głosikiem. - Pamiętasz, jak 

ci   mówiłem,   że   wanny   nie   działają?   To   ja   potajemnie   poodkręcałem   nakrętki,   a   potem 

wrzeszczałem,  że to sabotaż... Człowieku, mówię  ci, że widząc cię z otwartymi  ustami  i 

zmarszczonymi brwiami zawsze o mało nie wybuchałem śmiechem...

- Opowiedz mi o Spitzerze - prosiłem. - Co on faktycznie odkrył? A bunt? Chciałbym 

bardzo wiedzieć, czy było to rzeczywiście zmontowane przez koordynatora Albenitza? No 

tak,   kto   rozpowszechniał   te   wszystkie   karteczki   z   napisem,   że   Szczęśliwa   Podróż   jest 

niemożliwa?

Laszlo: - Być może Spitzer nic tu nie ma do rzeczy, może wcale niczego nie odkrył, 

może   to   wszystko   była   zabawa,   zwykła   zabawa,   żeby   wybadać   postawy   kandydatów   na 

background image

“białych"...

-   Naturalnie!   Ale   jednak   Spitzera   już   nie   ma,   zmarł   w   szpitalu   na   nieuleczalną 

chorobę, tak się mówi. Tylko że ja przeprowadziłem wywiad i wynika z niego, że Spitzera 

nigdy nie było w szpitalu. Rozumiesz?

Laszlo z zakłopotaniem podrapał się w kark.

-   Co   mam   ci   powiedzieć!   Na   twoim   miejscu   nie   przypisywałbym   temu   takiego 

znaczenia. Pozwól, żeby tymi problemami zajmowali się koordynatorzy drugiej klasy albo 

nawet sam Najwyższy. Myśl tylko o swojej pracy, a reszta pójdzie sama...

Dałem spokój. Nalałem do kieliszków  i wypiliśmy obaj śmiejąc się wymuszonym 

śmiechem.

- Szczęśliwej Podróży, Laszlo.

- Szczęśliwej Podróży, przyjacielu Vargo. Znowu byłem zupełnie sam w labiryncie. 

Wtedy poprosiłem o pomoc Ludmillę. Słodka włochata kuleczka natychmiast przyszła, żeby 

mi dodać otuchy.

- Co ci jest, orlątko? Co chcesz wiedzieć?

- Wszystko. Chcę wiedzieć wszystko. Ludmilla z goryczą pokręciła głową.

- Przeznaczenie ma dwa oblicza - rzekła - albo jeśli wolisz: dwa parametry. Jedno - 

maleńkie,   znikome;   jeśli   chcesz   wiedzieć,   zostało   ono   zarezerwowane   dla   mnie...   I   jest 

przeznaczenie wyższe, takie, które czeka na ciebie, czy chcesz tego, czy nie, przeznaczenie 

już zapisane i zdeterminowane, przed którym będziesz się tylko mógł .ugiąć.

- Ukorzę się tylko przed racją rozumu.

-   Słusznie.   Ale   rozum   ma   swoje   zasadzki.   Jesteś   naznaczony,   Vargo.   Twoje 

przeznaczenie określone jest w zwycięskim znaku.

-   Naprawdę?   Za   wielu   rzeczy   nie   wiem,   nie   wiem   nawet,   jak   się   nazywają   moi 

rodzice, i wszystko to jest okrutne. Dlaczego pozbawiać mnie moich korzeni?

- Bo tak jest lepiej. Uwierz mi, orlątko, nie łam sobie głowy rzeczami bez znaczenia... 

Przestań. Czego chcesz? Kochać się? No, rozbiorę się i będę przy tobie, tak jak wtedy, kiedy 

byłeś nieopierzonym pisklęciem, szalejącym, żeby dorosnąć. Chcesz znowu być dzieckiem?

- Nie, chcę wiedzieć...

- Co chcesz wiedzieć? - spytała Elena Borowski, nie odwracając się do mnie.

Widziałem   jej   obraz   odbity   w   lustrze,   długie,   białe,   falujące   włosy,   skórę   twarzy 

gładką jak porcelana i dziwny blask rezygnacji w jej oczach. - Oto - powiedziałem - jesteśmy 

w pułapce tu pod Ziemią, we wnętrzu planety i zadaję sobie pytanie, czy faktycznie minęło 

background image

sto dwadzieścia dziewięć lat... Zastanawiam się, czy rzeczywiście nastąpiła katastrofa - może 

wojna - ze wszystkimi tego konsekwencjami. A czasem pytam sam siebie, czy całe nasze 

cierpienie nie jest bólem daremnym...

Odwróciła się nagle, poirytowana.

-   Myślę   sobie   tak   -   ciągnąłem   -   a   jeśli   to   wszystko   nie   odpowiada   prawdzie? 

Przypuśćmy, że to jest laboratorium, sztuczne środowisko dla przestudiowania reakcji rodzaju 

ludzkiego, reakcji krótko- , średnio-  i długotrwałych... eksperyment rozpoczęty nie wiadomo 

jak   dawno   temu,   w   którym   ja   stanowię   tylko   stadium,   niezauważalne   ogniwo   łańcucha, 

kukiełkę, albo, jeśli wolisz, jestem świnką morską...

- Wyjdź stąd, Vargo Slovic!

- Chwileczkę, Elena. To nie ja wybłagałem tę rozmowę. Przez rok patrzyłaś na mnie, 

jakbym był szklaną płytą, a potem ni stąd ni zowąd zapraszasz mnie tutaj, do swojej kwatery i 

wypytujesz mnie; chcesz wiedzieć, nagle interesują cię nawet moje najskrytsze, najbardziej 

osobiste myśli, pytasz, czy jestem szczęśliwy i czy jest coś, co mnie dręczy. A ja otwieram 

się,   odkrywam   nawet   to,   co   w   każdym   razie   powinno   we   mnie   pozostać   ukryte   i   nie 

niepokojone...

Elena położyła palec na ustach. - Bądź cicho, Vargo. Chciałam mieć cię tutaj ze sobą, 

ale nie żeby rozmawiać o tak ważnych sprawach. Pragnęłam tylko twojego towarzystwa, nie 

rozumiesz?

Mojego towarzystwa. Nie, to raczej ta sama co zwykle pułapka, przeznaczenie, to 

pieprzone przeznaczenie, o którym mówiła Ludmilla. Lepiej uciec, lepiej zamknąć oczy i 

uszy, odejść w milczeniu, zapomnieć, że jest się “białym" na pokładzie Matki Ziemi pod 

ziemią, zapomnieć o wszystkim.

- Szczęśliwej Podróży - powiedziałem, zwracając się w kierunku wyjścia. Ale Elena 

już była za moimi plecami, kiedy dotknąłem ręką urządzenia otwierającego.

Czułem jej zdyszane piersi przylegające do moich pleców, przepiękne ręce klinem 

weszły pod pachy jak dwie sondy poszukujące mojej twarzy. Palce głaskały mnie u nasady 

włosów, przesuwały się po brwiach, po kości jarzmowej, wokół zarysu warg. Jak ręce ślepca.

- Nie rozumiesz? Pragnęłam tylko twojego towarzystwa...

W jednej sekundzie miałem  ją w ramionach. Jej głos pełen tysięcy niewyznanych 

pragnień drażnił mnie jeszcze bardziej.

-   Uspokój   się,   chłopcze.   Nie   widzisz   moich   białych   włosów?   Co   robisz?   Cóż   ty 

mówisz?...

A ja na to odpowiedziałem: - Jesteś najpiękniejszą kobietą na Matce Ziemi. Twoje 

background image

włosy są najdłuższe i najpiękniejsze, a twoje ręce, oczy, usta...

- Uspokój się, Vargo. Mogłabym być twoją matką...

- A cóż to mnie obchodzi, podobasz mi się taka, jaka jesteś... - Niecierpliwym ruchem 

nieomal   zerwałem   lekki   materiał   pokrywający   jej   piersi.   I   wtedy   poczułem   na   twarzy 

uderzenie jakby dziesięciu pięści, a potem jej paznokcie rozorały mi policzki.

- Idioto! Nie rozumiesz, że naprawdę jestem twoją matką! Jestem twoją matką, tą, 

która nosiła cię w łonie i wydała na świat!

12

Małe, maleńkie. Być może tylko larwy mikroskopijnych owadów, malutkie grupki 

komórek, mikroskopijne struktury. Jutro będzie następny dzień i klepsydra przesypuje przez 

cienkie zwężenie piasek i krew, spada pyłek czasu pociągając za sobą sznur zmęczonych 

wspomnień, może wymyślonych. Dwie rzeczy są piękne: pić i spać, pić i spać...

Kto to idzie?

Przyjaciele. Przyjaciele i nieprzyjaciele. Są jednak mali, mikroskopijni. Istoty, które 

nie czynią żadnej szkody, tylko mają ochotę, leniwą chęć rozwalić wszystkich o mur.

Naprawdę mali. W mózgu kręci się jakiś gnom, który nie jest skłonny przebaczać. 

Polecą wszystkie głowy, to pewne. Wszystkie. Także moja.

Kto tam idzie? Labirynt nie ma uprzywilejowanych chodników, błaganie odbija się we 

wszystkich korytarzach, traci na wyrazistości, słabnie i zamiera. Zgoda, zamiera. Ale moich 

błagań jest więcej niż tysiąc, tysiąc stryczków, tysiąc poduszek położonych na ustach, tysiąc 

strumieni, które pochłania wiecznie wyschnięta ziemia.

- O co chodzi, Albenitz?

- Vargo spotkał się z Laszlo Foldm. Sprawa Spitzera w dalszym ciągu nie daje mu 

spokoju. Przeprowadził także wywiad w dziale szpitalnym i wszędzie po trochu...

Najwyższy kalif zaniepokojony zaciska pięści.

- Ten chłopak jest zbyt  spostrzegawczy - mówi tonem, w którym  słychać dumę  i 

rozczarowanie. - Jeszcze jeden fałszywy krok i będzie stracony dla siebie i dla nas.

Nieruchoma, pośrodku pokoju, skulona w swoim fotelu na kółkach. Odwraca się do 

mnie plecami opadającymi i kanciastymi jak ramiona nietoperza.

Viorica, mówię szeptem. I prawie zaczynam śpiewać. Viorica, Viorica, powiedz mi 

prawdę. Od ścian z plastyku i metalu odbija się skrze- kliwy głos owego gnoma, który już się 

zadomowił w mojej głowie, powiedz mi prawdę, powiedz mi prawdę, a w górze na suficie 

background image

światło jakby dostało drgawek, po czym nagle gaśnie.

Fotel   na   kółkach   odwraca   się   o   sto   osiemdziesiąt   stopni.   Viorica   Eminescu   ma 

fosforyzującą   skórę,   powieki   z   lodu  i   siarkowe   wykwity   wokół   ust.  Viorica,   powtarzam, 

powiedz mi prawdę. Ale ona bardzo powoli robi odmowny ruch głową. W ciemności jest 

tylko ta żółta czaszka, która porusza się jak wahadło. Viorica. Jesteś taka stara, Viorica. Jesteś 

taka stara, że powiedzenie mi prawdy nie może ci niczym grozić. No, mów! Jutro dzień jak 

codzień, a klepsydra odmierza kroplami piasek i krew. Viorica, stara idiotko, która wiesz 

różne rzeczy nie wiedząc, że je wiesz...

Kiedy

jej zakładam pętlę wokół szyi, wybucham śmiechem. Yiori- ca, Viorica. Czy kiedykolwiek wyobrażałaś 

sobie taki żarcik? Wiesz, że teraz cię uduszę? Ale przedtem wszystko mi opowiesz.

Żółta, koścista twarz Yiorici stała się jeszcze bardziej fosforyzująca, ale stara się mnie 

nie boi. Uśmiecha się tak, jakby pętla wokół szyi była girlandą kwiatów.

Viorica,

wstrętna wiedźma. Mocno zaczynam trząść jej wózkiem na kółkach, a złapane w pułapkę ciało starej 

wzdycha za każdym poruszeniem. No, dalejże, opowiedz mi wszystko od samego początku, chcę wiedzieć, który 

mamy rok, ten prawdziwy rok, chcę wiedzieć, od jak dawna jesteśmy tu w środku zamknięci, wiedzieć, jak 

dochodzi tlen - bo ja zrobiłem obliczenia, wiesz? Tlen wyprodukowany przez algę chlorella i przez laboratorium 

nie wystarczyłby, a poza tym nie wierzę w tę opowiastkę o parabolicznych lustrach, w których odbija się światło 

słoneczne, nie wierzę jednemu słowu z tego, co oznajmia Jakub Liska, kiedy mówi o pyle radioaktywnym, o 

radzie,   remie   i   curie.   To   wy,   koordynatorzy   pierwszej   klasy,   kontrolujecie   sondy   wyprowadzone   na 

powierzchnię planety. Tylko wy znacie prawdę, tylko wy...

A teraz - co wolisz? Mogę dusić cię powolutku, albo złamać ci kark silnym ciosem i 

przynieść ci szybszą śmierć. Nie obchodzi cię to? No dobra, to zabiję was wszystkich.

Viorica  wzrusza   ramionami   w   geście   zupełnej   obojętności.   Viorica,   zdziecinniała 

staruszko, nie obchodzi cię śmierć, bo za długo żyjesz! W tym momencie włączają się setki 

dzwonków   alarmowych,   na   ścianach   zapalają   się   czerwone   i   fioletowe   lampki,   piekielny 

hałas, po suficie i podłodze jakby przebiegał niekontrolowany dreszcz.

Viorica śmieje się, podnosi skurczoną dłoń i szybko porusza wargami, ale nie wydobywa się z nich 

żaden dźwięk. Jej oczy także śmieją się złośliwie i ironicznie, tak jakby chciały mi powiedzieć: mówię do ciebie, 

mój chłopcze, odpowiadam na wszystkie twoje pytania, ale ty nie rozumiesz, nie zdołasz, bo jesteś jakby głuchy.

Gorączka.   I   wysoki   dźwięk   sygnalizacji   akustycznej   grozi   mi   pęknięciem   bębenków   w   uszach. 

Chwytam za tył fotela i wypycham Yioricę z pokoju, przemierzywszy cały boczny korytarz, przechodzimy przez 

kwadrat rufy, kratę zapory izolującej sektor “białych".

Nie

ma nikogo, nawet  strażnika, a wszystkie drzwi magnetyczne  są odblokowane. Wyprowadzę cię na 

spacerek,  stare  ścierwo, zaprowadzę cię tam, gdzie nie ma hałasu, do Sali  Wiedzy,  i tam  zaczniesz swoją 

background image

opowieść od początku.

Także

Wielki Korytarz jest wyludniony jak zawsze w środku nocy. Ale w głębi, tam gdzie 

otwiera  się  Sala  Kontemplacji,   skrzy  się  raz  po raz  coś   zielonego.   I nagle,  bez  żadnego 

powodu, przychodzi mi do głowy myśl. Nie potrafię pojąć dlaczego, ale w głębi tak jakby był 

Stoller. Jestem tego pewien, tak jak jestem pewien, że istnieję, więc wołam kilkakrotnie, robię 

hałas,   głębokie   i   coraz   częściej   powtarzające   się   echo,   Stoller,   akustyczna   halucynacja, 

Stoller, igraszka, Stoller, czy to ty? Odpowiedz, Stoller. Co robisz w głębi korytarza?

Cisza. Ale to tak, jakby mi odpowiedział. Stoller, mam coś dla ciebie. Bądź gotów ją 

przyjąć, pociśnij ją trochę i wypraw z powrotem do mnie... Popycham fotel, pcham go wzdłuż 

zakrętów stale przyspieszając, odpycham od siebie i ciskam w głąb korytarza.

Krzyk starej rozsadza

mi głowę, słyszę przeciągły syk kół toczących się po skrzypiącym metalu, następnie szereg głuchych 

odgłosów uderzeń o ściany korytarza i zduszony jęk, tak bardzo odległy, że niebiesko świecące lampki nie 

pozwalają niczego dostrzec.

Stoller! Czy dotarła już stara? Zaciśnij pętlę założoną na szyi i zapytaj, jak skończył 

Vladimiro Spitzer. Stoller, słyszysz mnie?

Jeszcze jeden jęk i pomruk w głębi korytarza. I ponownie dźwięk toczących się kół. W 

niebieskawej   mgle   widzę   rozwrzeszczany   żółty   punkcik,   który   rośnie,   w   miarę   jak   się 

przybliża; to mała czaszka z siarki, to zasuszona postać Yiorici wpada na mnie. Podobała ci 

się przejażdżka? Zaraz pojedziesz na następną, ale najpierw powiedz mi o Spitzerze. Założę 

się, że mojemu przyjacielowi w głębi korytarza powiedziałaś wszystko. No więc odwagi, 

powiedz prawdę także i mnie. Czy naprawdę umarł nagle na nieuleczalną chorobę? Czy też 

Spitzer wiedział za dużo i skończył w piecu zamieniającym wszystko w proch, przed swoim 

czasem...

Viorica,   Viorica,   opowiedz   mi   o   wodzie.   Czy   ta,   którą   pijemy,   jest   naprawdę 

odkażona?   A   przewody   prowadzące   na   zewnątrz,   a   windy   -   gdzie   są   umieszczone?   Nie 

odpowiadasz?

Stara porusza wargami, udaje, że mówi, ale jej głos to tylko przeżute powietrze. Hej, 

Stoller! Nie chce ze mną rozmawiać. Ty spróbuj ją spytać, kto jest moim ojcem, jest tak stara, 

że nie może nie wiedzieć... Ponownie popycham fotel, ciskam go w dół korytarza, odrzucam 

od siebie. Tym razem krzyk jest wyższy, pokrywa prawie hałasy wyściełające ściany.

Stoller! Dlaczego milczysz, Stoller? Wiem, że stara opowiada ci, rozmawiacie o mnie, 

tchórze, chcę też wiedzieć, chcę wiedzieć wszystko, odpowiedzcie!

Czuję zesztywniałe, ołowiane kończyny. Chodzenie jest utrudnione, męczące. Kroki 

background image

rozlegają się po metalowej podłodze, a niebieskie światła są jeszcze bardziej przyciemnione. 

Nawet głos wydobywam z gardła z trudnością. Stoller, idę, już niedługo dojdę do was i zabiję 

was oboje własnymi rękoma.

Kiedy   jednak   docierani   do   końca   korytarza,   prawie   do   samych   drzwi   Sali 

Kontemplacji, znajduję tylko Yioricę Eminescu w fotelu na kółkach. Po Stollerze ani śladu.

- To byłam ja - mówi Diana Abgrund wyłaniając się z ciemnego korytarza. A potem 

już nic nie mówi, z jej ust wydobywają się nie słowa, lecz czerwone i pomarańczowe kule, 

barwne, bardzo lekkie, podobnie jak z ust Yiorici - kule wznoszące się ku górze i opadające; 

rozpływają się po całym korytarzu i rozpryskują przy najlżejszym dotknięciu. Panuje suchy 

zapach   ozonu.   Ostatnia   rzecz,   jaką   widzę,   to   koścista   ręka   Yiorici   podnosząca   się   na 

wysokość głowy niedostrzegalnymi szarpnięciami, żeby chwycić kępkę białych włosów.

Obudziłem się zlany potem. Goląc się widziałem w lustrze zmęczoną i skrzywioną 

twarz. Obrazy ze snu wciąż jeszcze były żywe, w uszach rozbrzmiewały mi krzyki starej, 

ponure, raniące, a także głuche odgłosy, kiedy fotel na kółkach wpadał na ściany. Potem 

odezwał się brzęczyk interfonu i to było dla mnie jakby powtórne przebudzenie.

Długo się wahałem.  Niejasno czułem,  że  rozmowa  będzie  miała  związek  z moim 

snem.   Byłem   przekonany,   że   ktoś   coś   knuje   na   moją   szkodę.   Rozumiałem   jednak   także 

absurdalność ucieczki i to, że byłoby głupie próbować wywinąć się z sideł intrygi, jaką na 

mnie szykowano.

Zrezygnowany przycisnąłem dźwignie odbioru. Kobiecy głos, słaby, niepewny i nagle 

pomyślałem, że Viorica Eminescu prosi o mnie, żeby... Dzwoniła Diana.

- To ty, Vargo? Musze z tobą jak najszybciej pomó- 

wić.

- Dlaczego? Co się stało?

- Chyba odkryłam, jak skończył Vladimiro Spitzer.

13

-   Widzisz   -   mówiła   swoim   niskim,   ostrożnym   głosem,   stale   obawiając   się 

niedyskretnych uszu - zawołałam cię, przyszedłeś, mówię teraz i słuchasz. Wyglądasz, jakbyś 

spijał mi słowa z warg. Czy to, co mówię, nie jest interesujące? Byłem w jej kabinie, tej 

samej, którą kiedyś dzieliłem ze Spitzerem, a potem z Dianą. Kabiny są wszystkie jednakowe, 

a jednak wśród tysiąca rozpoznałbym tę, która do mnie należała przez tyle czasu - po owych 

background image

podłużnych rowkach na stole i kropeczkach na ścianach i podłodze układających się we wzór, 

który przywodził na myśl bliżej nieokreślone figury antropomorficzne.

- Widzisz - mówiła Diana ściszonym głosem, jak zwykle ostrożna - jesteśmy tu teraz i 

rozmawiamy, ja jestem “biała”, jestem dowódcą tak jak i ty, ale... cóż, jesteśmy wspólnikami!

- Opowiedz mi o Spitzerze - uciąłem. - Powiedziałaś, że wiesz, jak skończył.

- Tak, oczywiście - zapewniła Diana. - Ale niemal boję się ci to wyjawić. Traciłem 

cierpliwość.

- Rok temu w związku ze Spitzerem opowiedziałaś

mi kupę bzdur...

-   To   Albenitz   tak   chciał..   Prawda   jest   taka,   że   Spitzera   znałam   słabo,   nigdy   nie 

zamienił ze mną słowa. Ani z nikim innym, nie ufał nikomu...

- No więc, jak skończył?

Diana zrobiła gest zniecierpliwienia. - Nie wiesz, co ryzykuję zwierzając ci się.

- Niczego nie ryzykujesz, bawisz się w chowanego, tak jak poprzednio. W każdym 

razie twoje wyznania są zbędne. Wiem doskonale, gdzie skończył Spitzer.

Tylko przez chwilę zdziwienie malowało się na jej twarzy.

- No, to dalejże - rzuciła prowokacyjnym tonem. - Powiedz sam, skoro jak widać, 

jesteś tak znakomicie poinformowany.

Podniosłem oczy ku sufitowi.

- Vladimiro Spitzer jest na górze, na zewnątrz, jes'li mamy być dokładni. Rok temu 

wyszedł na powierzchnię. Nie wiem, jak to zrobił, i nie mam dowodów na to, co twierdzę, 

albo raczej mogę przytoczyć dowody nie wprost - jeśli jest prawdą, a na to mi wygląda - że 

Spitzer nigdy nie był chory, nie był w szpitalu, nie umarł i nie został unicestwiony. Skoro 

zatem nie ma go na pokładzie, to gdzie miałby być?

Zauważyłem w jej oczach cień strachu.

- Skąd to wiesz? Czy wywiadywałeś się może o przypadku Spitzera po tym, jak cię 

mianowali koordynatorem?

- Od tego momentu bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

- I do jakich doszedłeś wniosków?

- Wnioski ci już podałem. Spitzer wyszedł na powierzchnię i zostawił nas tu, żebyśmy 

gnili.

Diana nalała w milczeniu. Miała tę co zwykle dwuznaczną minę - ironia i dystans 

pomieszane z zewnętrznymi oznakami niepokoju. Następnie, cały czas milcząc, wychyliła 

kieliszek i popchnęła ku mnie przez stół butelkę, kiedy czekałem cierpliwie na jej słowa.

background image

- No dobra - sapnęła w końcu. - I tym razem zgadłeś. Zawsze zgadujesz, zawsze jesteś 

pierwszy...

- Opowiadaj - przerwałem jej niespokojnie.

- Domyśliłeś się, już powiedziałam. Spitzer jest na zewnątrz, zakończył Szczęśliwą 

Podróż...

- Chcę wiedzieć, w jaki sposób wyszedł - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

Diana wstała, rzuciła okiem na zegar ścienny i wyłączyła odbiornik muzyki, który 

dotąd   był   włączony,   żeby   bezpieczniej   można   było   rozmawiać.   Potem   sprawdziła   coś   w 

kieszeni swego zielonego kombinezonu.

- Chodź - rzekła. - Zobaczysz na własne oczy.

Wielki Korytarz był, jak zwykle o tej porze, zatłoczony. Normalny dyżur właśnie się 

zakończył   i   wszyscy   krążyli   albo   zatrzymywali   się   na   skrzyżowaniach   korytarzy,   przed 

sklepem z napojami i blisko wejścia do Sali Kontemplacji.

Szedłem szybkim krokiem za Dianą, która przecinała tłum i umiejętnie okrążała korki. 

Dokąd ona mnie u diabła prowadzi? Wiele zielonych kombinezonów z szacunkiem robiło mi 

przejście. Ta forma poważania złościła mnie, podobnie jak irytowało mnie pozdrowienie, z 

jakim się do mnie zwracano: - Szczęśliwej Podróży, koordynatorze.

Odpowiadałem ze spuszczonymi  oczyma  i niepewnym głosem, nie potrafiąc ukryć 

narastającego we mnie wstydu.

Następnie Diana skręciła na lewo w boczny korytarz i przemierzyła go do samego 

końca, gdzie otwierała się prostokątna wolna przestrzeń.

- Jesteśmy w sektorze B-45 - oznajmiła. - Pracuję tu od dwóch lat, od kiedy jestem 

koordynatorem...

Przyszło   mi   na   myśl,   że   również   Eugenio   Stoller   sporadycznie   pracował   w   tym 

sektorze.

- Musi być to ważny sektor - zauważyłem.

- Pewnie, to skład materiałów  chemicznych.  Są tu zbiorniki i części zamienne  do 

aparatury nuklearnej. Ale są też inne rzeczy...

Na   najdłuższej   ścianie   prostokątnej   przestrzeni   widniało   troje   drzwi.   Dwoje   było 

wysokości   człowieka,   trzecie   natomiast   szerokie   i   wygodne,   umożliwiające   przeniesienie 

przedmiotów zajmujących dużo miejsca.

- Wejdźmy - zaprosiła mnie Diana otwierając jedne z węższych drzwi. - Uważaj, żeby 

się nie zdradzić.

background image

Nigdy nie byłem w sektorze B-45. Był to rejon Matki Ziemi poza moim nadzorem i 

zupełnie go nie znałem. Kiedy już jednak wszedłem, nie zauważyłem niczego szczególnego. 

Zwykły   magazyn   z   wysokimi   półkami,   zapchanymi   pojemnikami,   na   których   widniały 

nalepki, ławki pozajmowa- ne przez pudła, worki i różne inne rzeczy. W środku był jakiś 

starzec. Szczupły, o siwych włosach, z wielkimi workami pod oczyma. Przysiadł sobie na 

metalowej drabince przystawionej do półek; trzymał w ręku jakiś spis.

- Szczęśliwej Podróży - pozdrowił nas, kiedy idąc wzdłuż ławy doszliśmy do niego. 

Diana odwzajemniła pozdrowienie i swobodnie dodała: - Prowadzę koordynatora Slovica w 

głąb   działu   i   na   górę.   Musi   dokonać   inspekcji   prac   dokonanych   wczoraj   przez   ekipę 

konserwatorów. - Doszedłszy do końca magazynu skręciliśmy w prawo, potem na lewo i 

znowu na prawo. Nie było nikogo.

- Kto to jest? - zapytałem, żeby przerwać długotrwałe milczenie. - Znam go, zdaje się, 

przynajmniej z widzenia.

- Nazywa się Mirek, jest zdolnym kolonistą. Lubi pracować i co jakiś czas bierze 

dodatkowe dyżury.

- Stoller również sporadycznie tu pracował, kiedy już był koordynatorem.

- Tak, również Spitzer - oświadczyła Diana zatrzymując się. - Również i on, od czasu 

do czasu; jego normalnym zajęciem była praca w ekipie konserwatorów...

Chwyciłem ją za rękę. - Czy Spitzer... - spytałem ostro ściskając ją ze złością - czy on 

też był koordynatorem?

- Nie, nie sądzę. Ale z pewnością zostałby nim, gdyby...

Przerwała   na   chwilę   i   nasłuchiwała   pilnie,   jakby   chcąc   się   upewnić,   że   nikt   nie 

nadchodzi.

-   To   moje   biuro   -   powiedziała   wskazując   na   normalne   szare   drzwi   -   dzielę   je   z 

Magdaleną Rab, ze zmiany czerwonych. A to winda, którą wjeżdża się piętro wyżej, gdzie 

jest właściwy magazyn.

Rozsunęła szerokie drzwi i wepchnęła mnie do środka. Winda wolno pojechała ku 

górze pokonując z szumem mniej więcej trzy metry. Potem szarpnięcie i wreszcie zatrzymała 

się na dobre. Diana otworzyła drzwiczki. Byliśmy na górnym piętrze magazynu.

- Działa, prawda?

-   Pewnie,   a   dlaczego   nie   miałaby   działać?   -   wymamrotałem   raczej   zdziwiony   jej 

postępowaniem.

Diana zamknęła ponownie drzwiczki i zjechaliśmy na dolne piętro.

-   Musimy   trochę   pohałasować.   Mam   na   myśli   Mirka.   Teraz   spróbujmy   pojechać 

background image

windą awaryjną.

Nie dała mi czasu na odpowiedź. Wyjęła z kieszeni magnetyczny klucz i otworzyła 

drzwi laminowane na pomarańczowo. Kabina była wąska, mogła pomieścić najwyżej dwie 

albo trzy osoby.

- Przyjrzyj się dobrze przyciskom - powiedziała.

Nie wiedziałem w nich niczego dziwnego. Przypatrując się jednak lepiej zauważyłem, 

że   poza   przyciskami   oznaczonymi   “góra",   “dół",   “stop"   i   “alarm"   był   tam   jeszcze   jeden 

przycisk oznaczony napisem   “ALARM   BEZPIECZEŃSTWA".

Diana nacisnęła przycisk “góra" i po trzech sekundach byliśmy znowu piętro wyżej; 

potem nacisnęła przycisk “dół" i zjechaliśmy z powrotem na dół.

- Dosyć tego - mruknąłem - wodzisz mnie za nos.

- Nieprawda, serce moje. Pokazuję ci tylko, w jaki sposób Spitzer wyszedł. Odwagi, 

naciśnij   dwa   razy   przycisk   niebieski,   potem   biały   z   napisem   “góra",   a   potem   znowu 

niebieski...

Patrzyłem na nią kompletnie zdezorientowany.  W głosie Diany wyczuwałem jakąś 

dziwną euforię. - Ruszże się, tchórzu. Powiedziałam niebieski, niebieski, biały i jeszcze raz 

niebieski...

- Ale ten niebieski jest przyciskiem alarmu - oponowałem.

-   Nie,   mój   drogi.   Jest   już   przycisk   alarmu,   ten   czerwony.   Poza   tym...   “Alarm 

bezpieczeństwa" nic nie znaczy, to jasne, że chodzi tu o zwykły kamuflaż.

Znieruchomiałem. Wtedy odsunęła mnie na bok i nacisnęła przyciski w kolejności, 

jaką mi podała. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu winda przesunęła się poziomo chyba o 

kilka   metrów,   po   czym   zaczęła   wznosić   się   pionowo   przez   pięć,   dziesięć,   dwadzieścia 

sekund, a może i więcej. Kiedy stanęła, drzwiczki otworzyły się same. Przed nami widniał 

metalowy podest i metalowa drabinka, której haki wbite były w mur. Diana wskazała mi 

punkt, w którym ktoś używając jakiegoś ścieralnego materiału wyskrobał inicjały V.S.; nad 

nimi widniała strzałka skierowana ku górze.

Z najwyższym trudem stłumiłem okrzyk zdziwienia i instynktownie dałem krok do 

przodu, jakbym chciał wyjść z windy, żeby obejrzeć podest. Diana przytrzymała  mnie za 

ramię.

-   Ostrożnie!   Na   tym   poziomie   winda   zachowuje   się   zgodnie   z   automatycznie 

zaprogramowanym  planem.  Niedługo drzwiczki  zamkną  się  same  i zjedziemy  na  dół nie 

dotykając żadnego guzika.

background image

14

-   Sytuacja   rozwija   się,   Kalifie.   Vargo   i   dziewczyna   odkryli   jedną   z   wind 

bezpieczeństwa, tę w sektorze B-45. Dla niego tajemnica Spitzera jest już rozwikłana.

- Jeszcze coś, Albenitz?

- Chyba tak. Mam wrażenie, że to nie zadowala młodego człowieka. Dziewczyna i on z  

pewnością coś zamierzają.

Kiedy zamknęliśmy się w jej biurze, wszystko mi opowiedziała. Poprzedniego dnia 

przyszła   ekipa   konserwatorów,   żeby   sprawdzić   urządzenia   w   dziale.   Powierzonym   sobie 

kluczem magnetycznym otworzyła drzwi windy bezpieczeństwa, sam kierownik ekipy nalał 

olej do otworów przewodów smarujących i przejechał się parę razy w górę i w dół. Potem 

zdjął przykrywę  z przycisków  i, żeby manipulować bez żadnego ryzyka,  przesunął w dół 

dźwignię, która wyłącza prąd.

To właśnie zobaczyła. Zobaczyła, że technik dokręca niektóre śruby, sprawdza coś w 

małym poradniku odbitym na powielaczu, a potem gmera w okolicy czerwonego przycisku.

- Co robisz? - spytała trochę zaciekawiona.

- Sprawdzam przycisk alarmu bezpieczeństwa.

Wzruszyła   ramionami   i   rzekła:   -   Szczęśliwy   jesteś,   że   się   możesz   połapać   w   tej 

plątaninie przewodów. - Na co on: - To nietrudne, trzeba tylko postępować zgodnie z in-

strukcją w poradniku. Tu na przykład powiada ona: - “Żeby sprawdzić alarm bezpieczeństwa, 

trzeba najpierw wyłączyć prąd przez opuszczenie czarnej dźwigni, a potem nacisnąć przyciski 

w kolejności niebieski- niebieski- biały- - niebieski. Jeśli urządzenie jest w porządku, zapali 

się lampa zasilacza bateryjnego, który dostarcza prądu do przycisków". Jasne, nie? No i to 

właśnie robię... - Kierownik wypowiedział te słowa albo coś w tym sensie, a potem...

Ekipa   konserwatorów   poszła   sobie,   ona   zamknęła   na   klucz   drzwi   windy 

bezpieczeństwa   i   Bóg   jeden   raczy   wiedzieć   dlaczego,   zaczęła   przemyśliwać   nad   tym 

zabawnym sposobem przeprowadzania kontroli, bez następującej po niej próby faktycznej. 

Myślała nad tym przez całe popołudnie. A pod wieczór, prawie pod koniec dyżuru, przyszedł 

koordynator Górski.

- Pójdę rzucić okiem na górne piętro.

Diana  odczuła  najpierw  przykrość,  a   potem   nawet  prawie   wściekłość,   bo  ona,  do 

diabła, przecież wszystko już sprawdziła - ona, “biały kombinezon” - i nie potrafiła zrozumieć 

sensu tej podwójnej kontroli; ostatecznie w dziale B-45 nie było niczego ważnego.

background image

- Poszłam za nim - powiedziała Diana. - Nie zorientował się w niczym. Zobaczyłam, 

jak   otwiera   windę   bezpieczeństwa   własnym   kluczem,   usłyszałam   cichutki   dźwięk 

działającego wyciągu, ale bieg windy był długi, Var- go, znacznie dłuższy od biegu windy na 

górne   piętro...   Natychmiast   domyśliłam   się   prawdy.   Górski   przybył   sprawdzić   faktyczne 

działanie windy. I tak, kiedy Górski poszedł, chciałam sama spróbować; przypomniała mi się 

kolejność niebieski- niebieski- biały- niebieski i pojechałam na górę, gdzie, jak sam widziałeś, 

jest drabinka  i inicjały Spitzera wraz ze strzałką... Potem,  kiedy stałam  tam,  ze łzami  w 

oczach przypatrując się wszystkiemu, winda szarpnęła i sprowadziła mnie na dół.

Zapaliła jeszcze jednego papierosa i położyła nogi na biurku.

-   Wierzysz   mi?   -   spytała   po   dłuższym   milczeniu.   -   Nie   wydaje   ci   się   to 

prawdopodobne?

-   Ależ   oczywiście!   -   wykrzyknąłem   agresywnie,   a   może   nawet   szyderczo   - 

prawdopodobna była także historia, którą mi opowiadziałaś rok temu...

Diana   fuknęła,   wypuściła   z   płuc   powietrze,   a   potem   zrezygnowana   wzruszyła 

ramionami. Nie miałem racji traktując ją w ten sposób. Nagle zdałem sobie z tego sprawę, w 

jednej chwili. Podszedłem do niej i chwyciłem za nadgarstki, zmuszając w ten sposób do 

wstania.

- Wierzę ci - powiedziałem i długo ją całowałem. W końcu jej opowieść była tylko 

potwierdzeniem tego, czego domyśliłem się sam. Spytałem, co ją skłoniło do zwierzenia mi 

się z odkrycia.

-   Samotność   -   odpowiedziała   -   samotność   i   strach.   Nie   mogłam   zatrzymać   tej 

tajemnicy tylko dla siebie, czułam potrzebę podzielenia się nią z kimś, a ty... ty powiedziałeś, 

że chcesz zacząć wszystko od nowa, zapomnieć o swoich i moich kłamstwach. Oboje byliśmy 

głupi przez tyle czasu pozostając z dala od siebie...

Długo dyskutowaliśmy i doszliśmy do paru pewników: Punkt pierwszy: Spitzer odkrył 

prawdę podczas konserwacji urządzeń w sektorze B- 45. Może już wcześniej przeczuwał, że 

Matka   Ziemia   nie   jest   statkiem   kosmicznym.   Spitzer   nie   podzielił   się   z   innymi   swoim 

odkryciem,   powodowany   naturalną   nieufnością   do   wszystkich.   Poprosił   jednakże   o 

przydzielenie mu dyżurów nadzwyczajnych w sektorze B- 45, żeby łatwiej zdobyć klucz i 

móc spokojnie przestudiować windę bezpieczeństwa.

Punkt drugi: Spitzer w pewnym momencie znika, to znaczy opuszcza Matkę Ziemię i 

wychodzi na powierzchnię, zostawiwszy jakieś przesłania, które jednak nie docierają do nas, 

być   może   dlatego,   że   zostały   natychmiast   przejęte   przez   “białych".   Albenitz   i   inni 

koordynatorzy pierwszej klasy pomyśleli potem o rozkolportowaniu historyjki o konspira-

background image

torze i szaleńcu Spitzerze, przekonanym, że statek kosmiczny zbacza z toru.

Punkt trzeci: Spitzer wyszedł na powierzchnię nic sobie nie robiąc z promieniowania.

- Jak sądzisz, dlaczego to zrobił? - spytała Diana. I dodała: - Z pewnością nie po to, by 

odebrać sobie życie.

- Tak. Faktycznie, bardziej logicznie byłoby przyjąć, że Spitzer wyszedł, bo dobrze 

wiedział, że niczego nie ryzykuje.

- A jednak na górze czeka śmierć - oświadczyła Diana - tak przynajmniej mówią.

- Śmierć była kiedyś - powiedziałem - dawno temu. Początkowo wszyscy wiedzieli, że 

Matka Ziemia jest tylko olbrzymim schronem atomowym. Inaczej być nie mogło. Być może z 

biegiem czasu ktoś stracił głowę, może były bunty, ludzie chcieli powrócić na powierzchnię, 

ponieważ nie ufali temu, co mówili przywódcy. Całe to robienie z nas idiotów zaczęło- się, 

kiedy wprowadzono dwie zmiany i wszyscy tak czy inaczej dali się przekonać, że znajdują się 

na olbrzymim  statku kosmicznym  zmierzającym  ku Proximie  Centauri.  Nie wiem w  jaki 

sposób   dowódcom   udało   się   wytworzyć   nagle   takie   złudzenie.   W   dostępnych   archiwach 

dokumenty i kroniki zatrzymują  się wszystkie  na jednej  dacie; prawdziwą historię  Matki 

Ziemi znają tylko ci na górze. W każdym razie ja nie wierzę w sprawozdania informacyjne 

Jakuba Liski.

Diana   na   chwilę   ponownie   usiadła.   Zaraz   jednak   porwało   ją   zdenerwowanie, 

zmuszając do niespokojnego przechadzania się tam i z powrotem po pokoju.

- Ja też jestem raczej sceptyczna - zgodziła się ze mną. - Jak sądzisz, co jest tam, na 

górze?

- Na górze jest życie, Diano, wolność! Tylko że Kalif i klika koordynatorów pierwszej 

klasy trzymają nas tutaj pod ziemią z kłamliwych powodów. Czy sprawdzałaś kiedyś sama 

peryskopy?   A   sondy?   Czy   kiedykolwiek   widziałaś   urządzenia   oczyszczające   wodę?   Czy 

widziałaś kiedy ozoni- zatory? Czy możesz coś powiedzieć o braku kontaktów radiowych z 

tym, co jest na zewnątrz? Prawda jest taka, że jesteśmy odcięci jak poprzednio, kiedy byliśmy 

zwykłymi kolonistami. Władza jest w rękach niewielu... Diana zrobiła gest zniecierpliwienia.

- Władza - szepnęła półgłosem... - powiedz, co myślisz, Vargo. Możesz być szczery, i 

tak  jesteśmy  wspólnikami...   Dlaczegóż  Kalif  miałby  nas   wszystkich  trzymać  pod  ziemią, 

powiewając przed nosem perspektywą śmiertelnego promieniowania?

- Ponieważ chce mieć władzę, nie rozumiesz? Ostatnim razem, kiedyśmy się widzieli, 

przegoniłaś mnie, okrutnie oskarżając o nadmiar ambicji, bo taki ci się wydałem, i o chęć 

wspięcia   się   po   szczeblach   drabiny   władzy.   Wiesz,   co   się   kryje   za   tym   słowem,   znasz 

nieuleczalną chorobę umysłu ludzkiego. Tu na pokładzie Matki Ziemi władza opiera się na 

background image

kompetencji, ale także na wyłączności pewnej wiedzy. My mamy władzę nad kolonistami, 

ponieważ wiemy rzeczy, o których oni nie mają pojęcia. W ten sposób Kalif i jego szajka 

mają władzę  nad nami,  a więc nad wszystkimi,  ponieważ sprawują wyłączną  pieczę  nad 

urządzeniami   zasadniczymi,   poza   tym   zajmują   strategiczne   miejsca   na   Matce   Ziemi. 

Gdybyśmy wszyscy wyszli na powierzchnię, ich władza skończyłaby się w jednej chwili...

- Ależ oczywiście! - wykrzyknęła Diana. - Tam na górze, zanim można by zacząć 

odbudowę, potrzebny byłby okres mało  zależny od techniki.  Wiadomo  dobrze, że w wa-

runkach   bliższych   stanowi   naturalnemu   pewne   kompetencje   przechodzą   w   dół...   Kalif, 

Albenitz i towarzysze nie mogliby już narzucać swojej władzy wobec walorów siły fizycznej, 

młodości i entuzjazmu rozpoczynania wszystkiego od nowa.

- W pewnym sensie jest jak mówisz, jeśli nie brać pod uwagę możliwości, że na górze, 

na powierzchni, może setki kilometrów stąd, ludzie, opuściwszy inne schrony, mogli już dać 

początek owemu nowemu społeczeństwu bez praw, które jest logicznym wynikiem naszej 

doktryny - społeczeństwem wymarzonym  przez człowieka. Jest też jeszcze inna hipoteza, 

może szalona, ale nie niemożliwa. Kto ci powiedział, że nie jesteśmy świnkami morskimi w 

jakimś   nieludzkim,   olbrzymim   eksperymencie,   czy   ja   wiem...   eksperymencie,   który   ma 

ustalić, przez ile pokoleń może utrzymać się gatunek ludzki zamknięty w całkowicie izolo-

wanym środowisku...

Diana pokręciła głową, zaniepokojona.

- Eksperyment o tak długim trwaniu nie miałby żadnego znaczenia.

- Ależ oczywiście, że miałby! - zawołałem zmęczonym głosem. - Człowiek był na 

Księżycu, był na Marsie. Mógł się także wyprawić na dalsze planety, a jednocześnie marzyć o 

dotarciu do gwiazd. Teorię takiej podróży, trwającej przez wiele pokoleń, można opracować 

przy stoliku, ale nie można wyliczyć wytrzymałości tego materiału, jakim jest człowiek. Stąd 

konieczność eksperymentu, symulowanej podróży, która trwa właśnie wiele dziesiątków lat.

Diana dalej kręciła z niedowierzaniem głową.

-   To   jest   tylko   hipoteza   -   podkreśliłem.   -   Nie   wiemy   nic   a   nic,   ale   szczytem 

wszystkiego   byłoby,   gdyby   w   czasie   kiedy   my   tu   gnijemy,   Kalif   i   inni   co   jakiś   czas 

wychodzili na powierzchnię i helitaksówką jechali sobie do tych luksusowych lokali, które od 

czasu do czasu oglądamy na filmach...

-   Przestań,   Vargo!   To   są   niczym   nie   uzasadnione   hipotezy.   Powiedz   raczej,   co 

postanowiłeś.

Czułem się zmęczony i zwlekałem z odpowiedzią, ale nie dlatego, żebym nie chciał 

wtajemniczyć jej w swoje zamierzenia. Zwlekałem ot tak sobie, przez niedołęstwo, chwilowe 

background image

lenistwo, które obejmowało każdy temat.

- Kilka dni temu poznałem swoją matkę. Diana skoczyła na równe nogi, przerażona.

- To niemożliwe! - krzyknęła. - Nikt nie może znać swoich rodziców, nie pozwalają 

na to struktury naszej społeczności.

- A jednak dowiedziałem się, kto jest moją matką...

- Nie mów mi kto, Vargo.

-   A   dlaczego   miałbym   ci   nie   powiedzieć?   Moją   matką   jest   Elena   Borowski, 

koordynator drugiej klasy.

Przez kilka minut myślała nad czymś. Potem podniosła głowę, roztargniona.

- Podobna do ciebie - stwierdziła - te same białe włosy, o nieskazitelnej bieli, mówią, 

że miała je także w młodości, a ty...

- A ja, dwudziestopięciolatek, będę kompletnie  siwy najdalej za dwa lata. Chcesz 

wiedzieć, jak to zrobiłem?

- Co zrobiłeś?

- Jak się dowiedziałem, że Elena Borowski jest moją matką?

- Nie, Vargo, nie  chcę tego teraz wiedzieć.  Teraz  musimy  porozmawiać  o czymś 

znacznie ważniejszym. Ja... Przerwałem jej.

- Dzisiejszej nocy miałem sen - mówiłem jakby do siebie - śniło mi się, że ja i Stoller 

bawiliśmy się Vioricą Eminescu jak piłką. Puszczaliśmy jej fotel na kółkach z jednego końca 

Wielkiego  Korytarza  na drugi. Potem Stollera  już nie było,  jego miejsce  zajęłaś  ty,  a ja 

chciałem dowiedzieć się od starej, kto jest moim ojcem, tylko że ona nie mówiła, z jej ust 

wydostawały się jedynie wielobarwne kule.

W pewnym momencie podniosła swoją kościstą dłoń i chwyciła za pukiel białych 

włosów...

- Naprawdę dziwaczny sen - skomentowała Diana.

- Tak, przez cały dzień rozmyślałem nad tym szczegółem z pękiem włosów. Stara 

Viorica cała osiwiała i nie ma w tym niczego dziwnego, jeśli się pomyśli, że liczy ponad 

dziewięćdziesiąt lat. Ale poza starymi, kto na pokładzie ma całkiem białe włosy?

- Elena Borowski i...

- No, powiedz!

- Elena Borowski i Najwyższy Kalif.

-   Zgadza   się.   Moja   matka   i   mój   ojciec.   Ale   może   sny   nic   nie   znaczą.   Może 

wystarczyła tylko moja matka i Kalif nie ma tu nic do rzeczy ze swoimi białymi włosami. 

Lepiej, żeby tak było, bo go nienawidzę!

background image

Na biurku stał blumar. Diana jeszcze raz nalała i znowu przyparła mnie do muru.

- Co zdecydowałeś, Vargo?

-   Wychodzę   dziś   w   nocy   -   chłodno   oznajmiłem,   bez   najmniejszego   wahania.   - 

Przyłączam się do Spitzera.

- A jeśli tam na górze pojawiły się z winy dawnego promieniowania monstrualne 

formy życia?

- Nie sądzę. Czy my jesteśmy potworami? A jednak od ponad wieku pijemy wodę 

pochodzącą z powierzchni. Nigdy nie wierzyłem w historyjkę o oczyszczalniach.

-   Dzisiejszej   nocy   -   westchnęła   Diana.   I   przytuliła   się   do   mnie   jak   wystraszone 

zwierzątko.

- Tak, dziś w nocy. I ty naturalnie razem ze mną. Czyż nie mówiłaś, że między nami 

wszystkie słowa miłości tego świata byłyby daremne? Znaczy to, że zawierzymy faktom. 

Wyjdziesz razem ze mną i kiedy będziemy już na zewnątrz, cóż... będziemy zmuszeni sobie 

ufać. Na zawsze.

- Naprawdę na zawsze?

- Na zawsze.

15

- Mogliśmy ich jeszcze zatrzymać - powiedział Jakub Liska, przerywając swój spacer 

wokół biurka Kalifa.

- Nie ulega wątpliwości - zgodzili się nieomal jednogłośnie Vazov i Varadj. - Mieliśmy 

trzy godziny czasu, żeby zablokować wszelką inicjatywę.

Viorica Eminescu siedziała w swoim fotelu na kółkach, trochę oddalona od Kalif a. Z  

drugiej strony stał Albenitz. Cały sztab Matki Ziemi od kilku godzin obradował w samym 

środku nocy.

Kalif był ziemisty, twarz miał jakby nabrzmiałą, a ramiona przygarbione zmęczeniem i 

niepokojem. Patrzył sobie na ręce, zamykał je w pięści i otwierał w powtarzającym się geście  

przygnębienia.

- Mogliśmy ich jeszcze zatrzymać - powtórzył Jakub Liska.

Podszedł   do   biurka   Najwyższego.   -   Posłuchaj   mnie,   Kalifie.   Możemy   jeszcze 

spróbować,   możemy   wysłać   na   zewnątrz   automat   z   urządzeniem   na   promieniowanie  

podczerwone. Mógłby ich wytropić i przyprowadzić z powrotem...

background image

Kalif podniósł głowę. - Ileż żałosnych kłamstw! Wiesz lepiej ode mnie, że i tak by 

umarli. Są już zatruci.

- To prawda. Tak tylko mówiłem z szacunku dla ciebie, wiedząc, że Vargo jest twoim  

synem.

W oczach Kalifa pojawił się gniew. Walnął potężnie pięścią w stół i wyprostował się.

- Ja nie mam dzieci. Nikt z nas nie ma dzieci. Nasze wszystke dzieci są załogą Matki  

Ziemi. Vargo, Spitzer czy ktokolwiek inny, to nie ma znaczenia. Viorica, przypominasz sobie  

wielki bunt siedemdziesiąt pięć lat temu? Byłaś bardzo młoda, widziałaś na własne oczy. 

Czterystu naszych, którzy uciekli na powierzchnię, umierało w mękach od promieniowania 

tylko dlatego, że nie wierzyli już w to, co mówili dowódcy... Geniusz Kalifa Trzeciego raz na  

zawsze rozwiązał problem. Przekształcił życie w bajkę, sprawił, że wszyscy uwierzyli, iż nasz 

schron atomowy jest superstatkiem kosmicznym lecącym ku gwiazdom, wyjaśnił, że czterystu 

zbuntowanych   zmarło   w   komorze   dekompresyjnej   na   skutek   implozji,   kiedy   przekroczyli 

Wielkie   Drzwi   przekonani,   że   prowadzą   na   powierzchnię.   Kalif   zafałszował   dokumenty, 

ocenzurował bibliotekę i wszystkie źródła informacji, skonstruował Wielką Kopułę i wziął 

odpowiedzialność za Wielkie Kłamstwo. A jednak Kalif nie okłamał nikogo. Powiedzieć, że za 

barierą jest śmierć pustki międzygwiezdnej zamiast śmierci z powodu promieniowania, to nie 

jest kłamstwo. Pewnego dnia - nieważne, że bardzo odległego - będziemy mogli powrócić na 

powierzchnię. Tego dnia koniec długiej podróży nie będzie już metaforą...

- Mogłeś jednak uratować swojego syna - przerwała mu stara Viorica głosem drżącym 

i stłumionym - miałeś dość czasu, żeby zablokować tę przeklętą windę bezpieczeństwa.

Z widocznym wysiłkiem Kalif starał się pozostać niewzruszony.

- Znaczyłoby to pozbawić go wolności, wolności niewie- rzenia, sprawdzenia swoich  

teorii za cenę własnej osoby. Fargo nie był człowiekiem niewiedzącym. Vargo był dowódcą, 

miał bardzo wysoki współczynnik i pewnego dnia być może zostałby Najwyższym. Ale jego  

najgłębsza natura była zawsze naturą buntownika. Nie ufał górze... Może zrobiliśmy błąd  

roszcząc   sobie   prawo   do   zaufania   totalnego,   ślepego,   bezwarunkowego.   Może...   Nikt   nie 

rządzi bez popełniania błędów. Mogę przypomnieć jednakże, że celem tego, kto sprawuje wła-

dzę, nie zawsze musi być władza sama w sobie. Mogę przypomnieć, że młodość i mądrość 

często chadzają odmiennymi drogami, że wiedza przychodzi stopniowo wraz z doświadcze-

niem, i że szkoła przewodników narodu jest ciężką szkołą, nie dopuszczającą błędów.

Rozejrzał   się   dokoła   wstrząśnięty.   Oczy   miał   wilgotne,   pełne   cierpienia   i 

rozczarowania.

- Jest późno - rzekł. - Ja, Zoran Ujevic zwany Kalifem, siódmy najwyższy koordynator 

background image

Matki Ziemi, ogłaszam, że posiedzenie zostało zakończone. Szczęśliwej Podróży!


Document Outline