background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

 

Akademia Ciemnej Strony 

 

 

AKADEMIA CIEMNEJ 

STRONY 

 

TOM II serii MŁODZI RYCERZE JEDI 

 

 

KEVIN J. ANDERSON, REBECCA MOESTA 

 
 

Przekład 

KATARZYNA LASZKIEWICZ 

 
 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

Tytuł oryginału  

SHADOW ACADEMY 

 
 

Redaktor serii  

ZBIGNIEW FONIOK 

 
 

Redakcja stylistyczna  

ANNA SZUSTKIEWICZ 

 
 

Redakcja techniczna  

LIWIA DRUBKOWSKA 

 
 

Korekta  

MARIA GŁADYSZEWSKA 

 
 
 

Ilustracja na okładce 

JOHN ALVIN 

 
 
 
 

Skład  

WYDAWNICTWO AMBER 

 
 

Wydawnictwo Amber zaprasza na stron

ę

 Internetu  

http://www.amber.sm.pl 

http://www.wydawnictwoamber.pl 

 
 
 

Copyright © 1995 by Lucasfilm, Ltd. & TM. 

Ali rights reserved. Used under authorization. 

Published originally under the title 

Shadow Academy by Berkley Books 

 

Akademia Ciemnej Strony 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 

Naszym braciom i siostrom: 
 

MARKOWI  -  który  był  moim  idolem  od  czasów  dzieciństwa.  Byłeś  dla  mnie  jak 

prawdziwy rycerz Jedi, zawsze gotów pospieszyć na ratunek 
 

CINDY  -  która  zawsze  się  mną  opiekowała.  Udowodniłaś  mi,  Ŝe  zdecydowanie  i 

upór pozwolą osiągnąć to, co nieosiągalne dzięki samym dobrym chęciom i czekaniu 
 

DIANIE - która poszerzyła moje horyzonty. Dziękuję ci za to, Ŝe zmuszałaś mnie do 

oglądania kaŜdego filmu o potworach i rycerzach, jaki kiedykolwiek wyprodukowano 
 
SCOTTOWI - który cierpliwie słuchał wszystkich ksi
ąŜek, jakie mu czytałam. Dziękuję 
ci,  
Ŝe  w  maju  1977  roku  powiedziałeś  mi,  iŜ  w  kinach  grają  ciekawy  film,  który 
powinnam obejrze
ć: „Gwiezdne wojny” 

Rebecca Moesta 

 

oraz LAURZE - za to, Ŝe nigdy ze mną nie walczyła, zawsze mnie rozumiała (Ŝartuję!) i 
była  niewyczerpanym  
źródłem  informacji,  z  którego  do  woli  korzystałem  podczas 
pisania ksi
ąŜek 

Kevin J. Anderson 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

P O D Z I

Ę

K O W A N I A  

 

Chcielibyśmy  podziękować  Lil  Mitchell  za  niestrudzone  przepisywanie  naszych 

tekstów  i  przynaglanie  nas,  Ŝebyśmy  jeszcze  szybciej  dostarczali  kolejne  rozdziały; 
Dave’owi  Wolvertonowi  za  wkład  pracy  na  temat  Dathomiry;  Lucy  Wilson  i  Sue 
Rostom  z  Lucasfilm  za  niezachwiane  poparcie;  Ginjer  Buchanan  i  Lou  Aronicy  z 
Berkley/Boulevard  za  wyjątkowy  entuzjazm;  Jonathanowi  MacGregorowi  Cowanowi 
za  to,  Ŝe  zgodził  się  być  naszym  doświadczalnym  słuchaczem...  oraz  Skipowi 
Shayotovichowi,  Rolandowi  Zarate’owi,  Gregory’emu  McNamee  i  całemu  zespołowi 
redagującemu  komputerowy  biuletyn  STAR  WARS  ImagiNet  Echo  za  pomoc  w 
wymyślaniu dowcipów. 
 

 

Akademia Ciemnej Strony 

R O Z D Z I A Ł  

Jacen  pochwycił  rękojeść  świetlnego  miecza  i  natychmiast  poczuł  w  spoconych 

palcach  kojący  cięŜar  broni.  Zaświerzbiała  go  skóra  głowy  pod  rozwichrzonymi 
brązowymi włosami, kiedy wydało mu się, Ŝe nieprzyjaciel jest całkiem blisko. BliŜej, 
jeszcze bliŜej... Chłopiec głęboko odetchnął i nieco drŜącym palcem nacisnął guzik na 
obudowie broni. 

Zimny metal obudził się do Ŝycia z pomrukiem i sykiem. Ze środka wystrzelił słup 

opalizującej energii. Śmiercionośne świetliste ostrze pulsowało i drŜało w dłoni Jacena 
jak Ŝywa istota. 

Chłopiec  czuł  coś  pośredniego  między  podnieceniem  a  przeraŜeniem.  Jego 

szczupłe  ciało  spręŜyło  się,  gotowe  do  odparcia  ataku.  Kiedy  chłopiec  próbował 
wyobrazić sobie przeciwnika, powieki jego bursztynowych oczu zatrzepotały, a potem 
na chwilę się zamknęły. 

Nagle usłyszał pomruk ostrza innego świetlnego miecza, które bez jakiegokolwiek 

ostrzeŜenia zaatakowało go z góry. 

Jacen obrócił się na pięcie w  samą porę, Ŝeby odparować atak. Ciemna czerwień 

ś

wietlistej  klingi  jego  przeciwnika  pulsowała  ogromną  energią.  Niemal  oślepiała 

chłopca, kiedy oba ostrza znów się zwarły. 

Jacen  wiedział,  Ŝe  nie  moŜe  nawet  marzyć  o  tym,  by  dorównać  przeciwnikowi 

wzrostem czy siłą. Zrozumiał, Ŝe jeŜeli chce ocalić Ŝycie, musi wykorzystać zręczność i 
spryt.  Pod  wpływem  siły  następnego  ciosu  poczuł,  Ŝe  zabolały  go  mięśnie  ramion. 
Unikając jeszcze jednego pchnięcia, zanurkował pod wyciągniętą ręką wroga, po czym 
uskoczył, chcąc znaleźć się poza zasięgiem jego broni. 

Przeciwnik zaczął się zbliŜać ku niemu, ale Jacen wiedział, Ŝe nie moŜe pozwolić 

mu  na  to  po  raz  drugi.  Ujrzał  rubinowy  błysk  świetlistej  klingi,  wymierzonej  w  jego 
ciało, ale cios ten go nie zaskoczył. Chłopiec przyjął go na ostrze swojego świetlnego 
miecza i odepchnął szkarłatną smugę na bok, po czym cofnął się o krok i zablokował 
następne pchnięcie. 

Atak  i  kontratak.  Pchnięcie.  Parada.  Zablokowanie  ciosu.  Ostrza  świetlnych 

mieczy skwierczały i buczały, raz po raz zwierając się w zaciętej walce. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

ChociaŜ  powietrze  w  komnacie  było  chłodne  i  wilgotne,  Jacen  czuł,  Ŝe  po  jego 

twarzy  ściekają  krople  potu.  Zalewają  mu  oczy,  niemal  go  oślepiają.  W  ostatniej 
sekundzie  dostrzegł  błysk  purpurowego  światła  i  uskoczył,  unikając  trafienia.  Kiedy 
zdał sobie sprawę z tego, Ŝe zaczyna podobać mu się walka, jego wargi wykrzywiły się 
w  zawadiackim,  przekornym  uśmiechu.  W  pewnej  chwili  śmiercionośne  rubinowe 
ostrze  musnęło  kamienne  sklepienie  niskiej  komnaty,  a  wówczas  w  stronę  Jacena 
poszybowały kawałki odłupanej skały. 

Uśmieszek  na  twarzy  chłopca  szybko  jednak  zniknął;  kiedy  Jacen  chciał  cofnąć 

się  jeszcze  o  krok,  poczuł,  Ŝe  docisnął  plecy  do  zimnego  skalnego  bloku.  Sparował 
kolejne pchnięcie i odskoczył w bok, ale uderzył ramieniem o inną kamienną ścianę. 

Był osaczony. Poczuł, Ŝe przeraŜenie ściska jego gardło niczym lodowata obręcz. 

Uklęknął na jedno kolano i uniósł miecz nad głową, chcąc zasłonić się przed następnym 
ciosem.  W  niewielkiej  komnacie  rozległ  się  nagle  głośny  dźwięk,  podobny  do  huku 
gromu... 

Jacen otworzył oczy i zobaczył, Ŝe w drzwiach stoi wujek Luke. Chłopiec usłyszał 

znaczące  chrząknięcie.  Zaskoczony  zaczął  nieporadnie  przebierać  palcami,  chcąc 
wyłączyć  świetliste  ostrze.  Kiedy  mu  się  to  udało,  niechcący  upuścił  rękojeść  na 
kamienną posadzkę. Potoczyła się z głośnym brzękiem. 

Odziany  w  czarny  płaszcz  z  kapturem,  jasnowłosy  mistrz  Jedi  wszedł  do  swojej 

prywatnej  komnaty.  Niewielkie  pomieszczenie  pełniło  w  akademii  równocześnie 
funkcję  biura  i  samotni,  gdzie  właściciel  oddawał  się  medytacjom.  Luke  Skywalker 
wyciągnął rękę w stronę leŜącego świetlnego miecza, a broń wskoczyła do jego dłoni, 
jakby była przywiązana. 

Jacen  przełknął  ślinę  widząc,  Ŝe  mistrz  Jedi  kieruje  nań  powaŜne  spojrzenie 

smutnych oczu. 

-  Przepraszam,  wujku  Luke’u  -  powiedział  szybko,  niemal  połykając  końcówki 

wyrazów.  -  Przyszedłem,  Ŝeby  prosić  cię  o  pomoc,  ale  kiedy  cię  nie  zastałem, 
pomyślałem,  Ŝe  poczekam.  Później  zobaczyłem  twój  miecz  świetlny,  leŜący  jakby 
nigdy  nic  na  biurku.  Pamiętam,  Ŝe  powiedziałeś  mi,  iŜ  nie  jestem  jeszcze  gotów,  ale 
doszedłem do wniosku, Ŝe nie stanie się nic złego, jeŜeli trochę poćwiczę. Wziąłem go, 
włączyłem i... myślę, Ŝe trochę mnie poniosło. 

Luke uniósł rękę i skierował otwartą dłoń w stronę chłopca. Zapewne chciał w ten 

sposób zapobiec dalszym usprawiedliwieniom. 

- Broń rycerza Jedi to nie zabawka - powiedział. - Nie moŜna z nią igrać. 
Kiedy  Jacen  usłyszał  tę  delikatną  wymówkę,  poczuł,  Ŝe  jego  policzki  się 

zaczerwieniły. 

- Ale ja wiem, Ŝe mógłbym się nauczyć posługiwać świetlnym mieczem - odparł, 

ale  bez  większego  przekonania.  -  Jestem  wystarczająco  dorosły  i  wysoki,  a  poza  tym 
ć

wiczyłem  juŜ  nieraz  w  swojej  komnacie.  Posługiwałem  się  metalową  rurką,  którą 

dostałem od Jainy. Jestem przekonany, Ŝe dałbym sobie radę. 

Luke przez chwilę sprawiał wraŜenie, jakby zastanawiał się nad tym, co usłyszał, 

ale później lekko pokręcił głową. 

Akademia Ciemnej Strony 

-  Będziesz  miał  na  to  mnóstwo  czasu,  kiedy  przyjdzie  odpowiednia  chwila  - 

oświadczył. 

- AleŜ ja jestem gotów juŜ teraz - zaprotestował energicznie Jacen. 
-  Jeszcze  nie  -  odparł  Luke,  obdarzając  chłopca  smutnym  uśmiechem.  -  Ale  ta 

chwila nadejdzie juŜ niedługo. 

Jacen  jęknął,  nie  potrafiąc  zapanować  nad  zniecierpliwieniem.  Zawsze  słyszał 

tylko: „później” albo „kiedy indziej”, albo teŜ „kiedy będziesz trochę starszy”. CięŜko 
westchnął. 

- Ty jesteś nauczycielem, wujku - powiedział. - Ja jestem tylko uczniem, a więc, 

jak sądzę, muszę ciebie słuchać. 

Luke uśmiechnął się i pokręcił głową. 
-  Aha!  Ale  uwaŜaj - powiedział. - Nie zakładaj z góry, Ŝe  nauczyciel  ma zawsze 

rację.  Powinieneś  nauczyć  się  myśleć  samodzielnie.  Czasami  my,  nauczyciele,  takŜe 
popełniamy  błędy.  Ale  w  tym  wypadku  się  nie  mylę.  Nie  jesteś  jeszcze  gotów,  by 
posługiwać  się  świetlnym  mieczem.  Uwierz  mi,  Ŝe  wiem,  co  to  znaczy  czekanie  - 
ciągnął  Luke.  -  Cierpliwość  moŜe  być  jednak  równie  silnym  sprzymierzeńcem  jak 
kaŜda  broń.  -  Zamrugał  powiekami.  -  Czy  w  tej  chwili  nie  masz  Ŝadnych  innych 
zmartwień na głowie, Ŝe toczysz pozorowane walki na świetlne miecze? Czy nie musisz 
przygotować się do wyprawy? Czy twoi ulubieńcy nie powinni zostać nakarmieni? 

-  Jestem  juŜ  spakowany,  wujku,  a  nakarmię  wszystkie  zwierzęta  dopiero  przed 

odlotem - odparł Jacen, myśląc o menaŜerii stworzeń, które zbierał od chwili przylotu 
na  czwarty  księŜyc  Yavina,  porośnięty  dŜunglą.  -  Ale  chciałem  z  tobą  porozmawiać 
właśnie o tej wycieczce. 

Luke uniósł brwi. 
- Tak? - zapytał. 
-  Ja...  Miałem  nadzieję,  Ŝe  zamienisz  kilka  słów  z  Tenel  Ka.  Myślałem,  Ŝe 

przekonasz ją, iŜ powinna polecieć z nami. Chciałbym, Ŝeby ona takŜe zobaczyła stację 
orbitalną Landa Calrissiana. 

Luke ściągnął brwi i starannie dobierając słowa, zapytał: 
- A dlaczego uznajesz za takie waŜne, bym spróbował ją przekonać? 
-  PoniewaŜ  leci  Jaina,  Lowbacca  i  ja...  Czyli  niemal  cała  nasza  grupa,  tylko  nie 

ona, a bez niej... nie będzie juŜ tak samo - dokończył, sam chyba nie bardzo wierząc w 
silę tego argumentu. 

Twarz Luke’a się rozpogodziła, a w oczach ukazały się nawet figlarne błyski. 
-  Jak  wiesz,  bardzo  trudno  przekonać  wojowniczkę  z  Dathomiry,  która  umie 

władać Mocą - stwierdził. 

- Ale przecieŜ nie ma Ŝadnego powodu, Ŝeby chciała zostać! - wykrzyknął Jacen. - 

Nie  chce  lecieć,  bo  podobno  będzie  się  nudziła!  Oświadczyła,  Ŝe,  jej  zdaniem, 
drogocenne  kamienie  corusca  nie  są  ani  trochę  piękniejsze  od  tęczowych  klejnotów  z 
Gallinore,  a  tych  przecieŜ  widziała  co  niemiara.  Nie  sprawiała  jednak  wraŜenia 
znudzonej,  kiedy  to  mówiła.  Wręcz  przeciwnie,  wyglądała  na  zdenerwowaną  albo 
zmartwioną. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

-  KaŜdy  musi  sam  decydować  o  swoim  losie  -  odparł  Luke  -  a  to  oznacza,  Ŝe 

czasami  musimy  podejmować  decyzje  niepopularne  albo  trudne.  -  Objął  ramieniem 
Jacena  i  odprowadził  go  do  progu  komnaty.  -  Idź,  nakarm  teraz  swoich  ulubieńców. 
ś

yczę  ci  szczęśliwej  podróŜy  do  orbitalnej  stacji  wydobywczej...  I  bądź  spokojny, 

Tenel Ka ma waŜny powód, by nie lecieć. 

 
Tenel  Ka  wzdrygnęła  się  i  przebudziła.  Czuła,  Ŝe  jest  spocona,  mimo  chłodu 

panującego  w  czterech  kamiennych  ścianach  jej  komnaty.  Złocistorude  włosy, 
zazwyczaj  tak  starannie  zaplecione  w  warkocz,  były  teraz  splątane,  opadały  na  oczy. 
Owinięte wokół nóg prześcieradło wyglądało, jakby dziewczyna we śnie dokądś biegła, 
przed kimś uciekała. 

Później  przypomniała  sobie,  o  czym  śniła.  Naprawdę  uciekała.  Biegła,  ile  sił  w 

nogach,  pragnąc  umknąć  przed  odzianymi  w  czarne  płaszcze  postaciami.  Kaptury 
dziwnych  istot  skrywały  twarze,  porośnięte  purpurowymi  brodawkami.  Przez  umysł 
dziewczyny,  wciąŜ  jeszcze  nie  mogący  otrząsnąć  się  ze  snu,  przelatywały  strzępy 
niewyraźnych  wspomnień;  historii,  które  opowiadała  jej  matka,  kiedy  Tenel  Ka  była 
małym dzieckiem. Nigdy nie widziała tych straszydeł, ale dobrze wiedziała, kim były... 
wiedźmami z Dathomiry, które zaprzedały dusze ciemnej stronie Mocy i czerpały z niej 
siły, Ŝeby czynić na świecie wszelkie moŜliwe zło. 

Siostrami Nocy. 
Tenel Ka pamiętała jednak, Ŝe ostatnie Siostry Nocy zginęły albo nawróciły się na 

jasną stronę, zanim jeszcze się urodziła. Dlaczego więc przyśniły jej się teraz? Jedyne 
kobiety  władające Mocą, jakie pozostały na Dathomirze, posługiwały  się siłami jasnej 
strony. 

Skąd zatem te koszmary? Dlaczego teraz? 
Kiedy  Tenel  Ka  uświadomiła  sobie,  jaki  to  dzień,  zacisnęła  powieki  i 

mruknąwszy,  opadła  na  posłanie.  Tego  dnia  jej  babka,  królowa-matka  hapańskiego 
królewskiego  rodu,  miała  wysłać  kobietę-ambasador,  Ŝeby  odwiedziła  Tenel  Ka, 
następczynię  hapańskiego  tronu.  A  dziewczyna  nie  chciała,  by  ktokolwiek  z  grona  jej 
przyjaciół dowiedział się, Ŝe jest księŜniczką... 

Ambasador  Yfra.  Tenel  Ka  wzdrygnęła  się,  kiedy  pomyślała  o  babce,  kobiecie 

obdarzonej niezłomną wolą, i innych kobietach będących jej ambasadorami. Wszystkie 
zdolne były do kłamstwa czy zabójstwa, byle tylko utrzymać się przy władzy... mimo iŜ 
jej  babka  nie  władała  juŜ  planetą  Hapes.  Tenel  Ka  pokręciła  głową,  a  na  jej  twarzy 
pojawił  się  krzywy  uśmiech.  Powodem,  dla  którego  przyśniły  się  jej  Siostry  Nocy, 
musiała być zbliŜająca się wizyta. 

Mieszkańcy Dathomiry, prymitywnej rodzimej planety jej matki, i ludzie z Hapes, 

bogatego świata jej ojca, Isoldera, Ŝyli o całe lata  świetlne jedni od drugich. Mimo to 
hapańskie  kobiety,  zajmujące  się  polityką,  i  Siostry  Nocy  z  Dathomiry  właściwie 
niewiele  się  róŜniły  od  siebie.  I  jedne,  i  drugie  Ŝądne  władzy,  posunęłyby  się  do 
ostateczności, byle tylko zdobyć ją albo utrzymać. 

Tenel Ka znów usiadła, chociaŜ niechętnie. Nie cieszyła się na myśl o spotkaniu z 

amabasador Yfrą. Prawdę mówiąc, radowała się tylko z faktu, Ŝe świadkami spotkania 

Akademia Ciemnej Strony 

10 

nie  będą  jej  przyjaciele.  Na  szczęście  Jacen,  Jaina  i  Lowbacca  znajdą  się  daleko,  na 
pokładzie  stacji  wydobywczej  Landa  Calrissiana,  na  długo  przedtem,  zanim  przyleci 
pani ambasador. Nie będą się  więc dziwili, dlaczego ich przyjaciółka, rzekomo prosta 
wojowniczka  z  Dathomiry,  jest  odwiedzana  przez  wysłanniczkę  hapańskiego  dworu. 
Tenel Ka nie była jeszcze gotowa, Ŝeby im to wytłumaczyć. 

No  cóŜ,  nie  mogła  dłuŜej  zostać  w  łóŜku.  Musiała  wstać,  Ŝeby  stawić  czoło 

wszystkiemu,  co  przyniesie  jej  ten  dzień.  Spotkania  z  ambasador  Yfrą  nie  mogła 
uniknąć.  I  to  jest  fakt  -  pomyślała  dziewczyna,  odrzucając  okrycie  na  bok  i  wstając  z 
pryczy. 

 
Otoczeni  holograficzną  mapą  systemu  Yavina,  Jaina  i  Lowbacca  siedzieli 

pośrodku komnaty dziewczyny. 

- To powinno wystarczyć - powiedziała Jaina. Jej proste włosy, długie do ramion, 

częściowo  przysłoniły  twarz,  kiedy  pochyliła  się  i  zaczęła  badać  głowicę  kontrolną 
holoprojektora.  Sama  zbudowała  to  urządzenie.  ZłoŜyła  je  z  uŜywanych  części, 
niepotrzebnych  elementów,  wymontowanych  podzespołów,  kabli  i  innych  obwodów 
elektronicznych. Wyciągnęła to wszystko z pudełek i pojemników, starannie ułoŜonych 
na regałach zakrywających całą ścianę jej komnaty. 

-  Wygląda  nieźle,  prawda,  Lowie?  -  zapytała,  obdarzając  szelmowskim 

uśmiechem młodego Wookiego, porośniętego długą rudobrązową sierścią. Spojrzała na 
szybującą  nad  ich  głowami  w  komnacie  świetlistą  kulę,  która  przedstawiała  planetę 
Yavin, gazowego giganta. 

Lowbacca 

pokazał 

wizerunek 

niewielkiego 

szmaragdowego 

księŜyca 

okrąŜającego pomarańczową planetę. Warknął pytająco. 

- Ehm  - odezwał  się Em Teedee, miniaturowy android-tłumacz, przyczepiony do 

pasa  Wookiego.  Dźwięk  ten  do  złudzenia  przypominał  chrząknięcie.  Em  Teedee  miał 
kształt połówki jajka. W górnej części wypukłej strony było widać dwa okrągłe złociste 
czujniki optyczne, w dolnej zaś otwory kryjące mały głośnik. 

- Pan Lowbacca Ŝyczy sobie wiedzieć - ciągnął android - czy ta kula, którą przed 

chwilą pokazał, przedstawia księŜyc Yavin Cztery, gdzie teraz jesteśmy? 

-  Zgadza  się  -  odparła  Jaina.  -  Co  prawda,  wokół  gazowego  giganta  krąŜy 

kilkanaście  księŜyców,  ale  nie  zdąŜyłam  wszystkich  zaprogramować.  ZaleŜało  mi 
głównie  na  tym,  by  zobaczyć,  po  jakiej  trajektorii  polecimy,  kiedy  Lando  Calrissian 
zabierze  nas  do  swojej  orbitalnej  stacji,  znajdującej  się  teraz  w  górnych  warstwach 
atmosfery Yavina. 

Lowie  warknął,  wtrącając  jakąś  uwagę,  a  Jaina  niecierpliwie  czekała,  aŜ 

pedantyczny android upora się z tłumaczeniem. 

-  Oczywiście,  Ŝe  to  trochę  niebezpieczne  -  powiedziała,  przewracając 

bursztynowopiwnymi oczami. - Ale nie za bardzo. Nie moŜemy przegapić takiej okazji. 
Poza  tym  Lando  chce,  Ŝebyśmy  nie  tylko  się  przyglądali,  ale  wzięli  udział  w 
poszukiwaniach. 

Dziewczyna pokazała jakieś miejsce tuŜ nad świetlistą powierzchnią Yavina. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

11 

Lowbacca sięgnął do pulpitu głowicy kontrolnej holoprojektora i przycisnął kilka 

klawiszy.  Po  sekundzie  w  miejscu,  w  którym  pokazała  Jaina,  pojawił  się  błyszczący 
punkcik sprawiający wraŜenie metalowego: orbitalna stacja wydobywcza. 

- Chwalipięta - mruknęła Jaina, ale zachichotała ujrzawszy, jak szybko Lowbacca 

przeprogramował  holograficzną  mapę.  -  Wiesz  co,  od  tej  chwili  ja  zajmę  się 
konstruowaniem, a ty programowaniem, zgoda? 

Lowie  przez  chwilę  udawał,  Ŝe  się  chełpi  swoimi  umiejętnościami.  Przesunął 

kosmatą  dłonią  po  ciemniejszym  paśmie  sierści  na  głowie,  zaczynającym  się  nad 
lewym okiem i kończącym na plecach. 

W tej samej chwili do komnaty Jainy wpadł Jacen. 
-  JuŜ  tu  są  -  oznajmił,  z  trudem  łapiąc  oddech.  -  To  znaczy,  prawie.  Nadlatują. 

Byłem  w  centrum  strategicznym  i  słyszałem,  Ŝe  „Ślicznotka”  Calrissiana  jest  juŜ 
całkiem blisko. 

Bliźnięta  spojrzały  sobie  w  bursztynowe  oczy,  których  kolor  przypominał  barwę 

koreliańskiej brandy. Były uradowane i podniecone. 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna. 
 
Jaina  z  podziwem  patrzyła,  jak  Lando  Calrissian  schodzi  po  opuszczonej  rampie 

„Ślicznotki”.  MęŜczyzna  dumnie  stąpał,  szeleszcząc  fałdzistą  szmaragdowozieloną 
peleryną,  a  na  jego  przystojnej  ciemnej  twarzy  widać  było  szeroki  uśmiech. 
Towarzyszył  mu  pomocnik,  cyborg  Lobot,  który  zszedł  za  nim  po  rampie  i  sztywno 
stanął u jego boku. 

Lando  powitał  Jainę,  składając  na  jej  dłoni  szarmancki  pocałunek,  po  czym 

odwrócił  się  do  Jacena  i  Lowbaccy  i  zgiął  się  przed  nimi  w  ceremonialnym  ukłonie. 
Następnie  klepnął  Luke’a  Skywalkera  po  plecach.  Mistrz  Jedi,  w  towarzystwie 
baryłkowatego  Artoo-Detoo,  toczącego  się  tuŜ  za  nim,  takŜe  wyszedł  na  powitanie 
przyjaciela. 

- UwaŜaj na nich, Lando - powiedział. - Nie ryzykuj za bardzo, dobrze? 
Artoo dodał od siebie kilka przeciągłych gwizdów i pisków.  
Lando spojrzał na Luke’a udając, Ŝe jest uraŜony. 
- Hej, przecieŜ wiesz, Ŝe nie pozwoliłbym dzieciakom zrobić niczego, czego sam 

nie uznałbym za bezpieczne.  

Luke  wyszczerzył zęby i lekko klepnął przyjaciela po ramieniu. 
- Właśnie to mnie najbardziej martwi - powiedział. 
-  Przyznaj,  Ŝe  przede  wszystkim  obawiasz  się,  Ŝe  kiedy  dzieciaki  zobaczą  moją 

stację  wydobywczą,  nie  będą  chciały  powrócić  do  twojej  akademii  Jedi  -  zaŜartował 
Lando. 

Po  chwili,  zamaszyście  machnąwszy  peleryną,  zaprosił  Jacena  i  Lowbaccę,  Ŝeby 

weszli po rampie na pokład statku. Później odwrócił się do Jainy. 

-  A  co  mogę  zrobić  dla  ciebie,  młoda  damo,  Ŝeby  ta  wyprawa  wydała  ci  się 

pouczająca i ciekawa? - zapytał. 

Wyciągnął ku niej zgiętą w łokciu rękę, chcąc osobiście zaprowadzić dziewczynę 

do wnętrza. 

Akademia Ciemnej Strony 

12 

Jaina przyjęła jego ramię i obdarzyła go szelmowskim uśmiechem. 
-  Na  początek  moŜesz  opowiedzieć  mi,  co  wiesz  na  temat  silników  napędowych 

„Ślicznotki”... 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

13 

R O Z D Z I A Ł  

Luksusowy  jacht  Calrissiana  zostawił  za  rufą  zieloną  kulę  porośniętego  dŜunglą 

księŜyca,  który  świecił  w  przestworzach  niczym  cenny  klejnot.  Lando  i  jego  wierny 
towarzysz, cyborg Lobot, pilotowali „Ślicznotkę”, kierując ją ku gazowej kuli Yavina. 

-  Wam,  dzieciakom,  powinno  się  tam  spodobać  -  powiedział  ciemnoskóry 

męŜczyzna.  -  Nie  sądzę,  Ŝebyście  kiedykolwiek  widziały  coś,  co  moŜna  byłoby 
porównać z polowaniem na klejnoty corusca. 

W miarę, jak jacht Calrissiana zbliŜał się do gigantycznej planety, coraz wyraźniej 

było  widać  orbitalną  placówkę  wydobywczą.  Przypominała  prawdziwe  morze  świateł 
pozycyjnych,  z  którego  wystawały  misy  anten  kierunkowych,  otoczone  dziesiątkami 
zautomatyzowanych  obronnych  satelitów.  Urządzenia  zwróciły  uwagę  na  nadlatującą 
„Ślicznotkę”, skierowały ku niej lufy laserów i zaczęły realizować procedury uzbrajania 
broni.  Lando  przesłał  im  jednak  umowny  kod  identyfikujący  jego  statek,  a  satelity 
zaakceptowały  sygnał.  Powróciły  do  przeszukiwania  przestworzy,  w  nadziei,  Ŝe 
dostrzegą prawdziwych intruzów czy piratów. 

-  Nigdy  dość  przezorności  i  środków  bezpieczeństwa  -  stwierdził  Lando.  -  A 

przynajmniej  nie  wtedy,  kiedy  ma  się  do  czynienia  z  czymś  tak  cennym  jak  klejnoty 
corusca. 

Lobot, łysy człowiek, wspomagany przez komputer, nie odzywał się ani słowem. 

Bezustannie obserwował wskazania przyrządów kontrolnych na pulpicie. Kiedy zwrócił 
uwagę  na  sieć  anten  i  skierował  się  ku  lądowisku,  w  tylnej  części  jego  głowy 
rozbłysnęły  i  zamrugały  mikroskopijne  lampki  implantowanego  urządzenia.  Lobot 
przeleciał  jachtem  przez  wrota  śluzy  i  łagodnie  osadził  „Ślicznotkę”  na  największym 
lądowisku orbitalnej stacji. 

-  Cieszę  się,  Ŝe  Luke  pozwolił  wam  tu  przylecieć  -  odezwał  się  Lando, 

spoglądając  po  kolei  na  Jacena,  Jainę  i  Lowiego.  -  Nie  dowiecie  się  niczego  o 
galaktyce,  jeŜeli  będziecie  wyłącznie  siedzieli  w  dŜungli  i  unosili  odłamki  skał, 
posługując  się  myślami.  -  Błysnął  zębami  w  szerokim,  rozbrajającym  uśmiechu.  - 
Musicie  poszerzyć  horyzonty.  Powinniście  się  nauczyć,  jaką  rolę  w  Nowej  Republice 
pełni handel. To pozwoli wam zdobyć cenną wiedzę, na wypadek gdyby kiedykolwiek 
zawiodły wasze świetlne miecze. 

Akademia Ciemnej Strony 

14 

-  Jeszcze  nie  mamy  świetlnych  mieczy  -  odparł  Jacen,  nie  potrafiąc  ukryć 

przygnębienia. 

- A zatem tym bardziej powinniście nauczyć się czegoś poŜytecznego - stwierdził 

Lando, po czym, widząc frustrację chłopca, dodał: - Wiesz, twój wujek Luke musi dbać 
o twoje bezpieczeństwo. Czasami moŜe wydawać ci się, Ŝe to przesadna ostroŜność, ale 
jestem  pewien,  Ŝe  dobrze  wie,  co  robi.  Nie  martw  się,  juŜ  wkrótce  dostaniesz  swój 
miecz  świetlny.  Idę  o  zakład,  Ŝe  jeŜeli  się  odpręŜysz  i  przestaniesz  o  tym  myśleć, 
będziesz ćwiczył własną bronią, zanim zdąŜysz się obejrzeć. 

Kiedy  „Ślicznotka” spoczęła  na pustym lądowisku,  Lando  odwrócił się i pomógł 

Lobotowi wyłączać systemy kontrolne i silniki. 

Później  zszedł  po  rampie  i  od  czasu  do  czasu  entuzjastycznie  gestykulując,  z 

promiennym  uśmiechem  zaczął  oprowadzać  gości  po  swojej  stacji.  Nie  zwracając 
uwagi  na  Lobota,  idącego  bez  słowa  z  tyłu,  zaprowadził  młodych  Jedi  do 
transpastalowego  iluminatora.  Przez  szyby  było  widać  gnane  porywistymi  wichrami 
kłęby pomarańczowych chmur gazowego giganta. 

Jacen  podszedł  do  samej  szyby  i  zerknął  w  dół,  na  skłębione  zwały  chmur, 

przecinanych błyskawicami. Pastelowe obłoki, Ŝółte, białe i pomarańczowe, wyglądały 
z  duŜej  wysokości  zdradliwie  niewinnie.  Chłopiec  wiedział  jednak,  Ŝe  wichury, 
szalejące  nawet  w  górnych  warstwach  atmosfery,  miały  straszną,  miaŜdŜącą  silę,  a 
potworne  ciśnienie,  panujące  w  głębinach,  było  zdolne  zgnieść  statek  do  rozmiarów 
garści atomów. 

Stojąca obok niego Jaina przyglądała się burzowym chmurom i analizowała je pod 

kątem  właściwości  fizycznych.  Pomiędzy  bliźniętami  stał  Wookie,  wyŜszy  od  nich  o 
głowę. Zdumiony, przeciągle warknął. 

-  UwaŜam,  Ŝe  ten  widok  robi  wielkie  wraŜenie  -  odezwał  się  piskliwy  głos  Em 

Teedee, przyczepionego do pasa Lowiego. - Pan Lowbacca jest tego samego zdania. 

Orbitalna  stacja  wydobywcza  Landa  Calrissiana  znajdowała  się  w  tej  chwili  tuŜ 

powyŜej granicy górnych warstw atmosfery. Eliptyczna orbita, po której krąŜyła, przez 
jakiś  czas  pozwalała  jej  szybować  wysoko  nad  planetą,  po  czym  zmuszała  do 
nurkowania w głąb warstw atmosfery, tak aby poszukujące klejnotów corusca automaty 
Calrissiana mogły zapuszczać się jeszcze niŜej, w rejony, gdzie panowało istne piekło. 

Lando postukał palcem w przezroczystą transpastalową szybę iluminatora. 
- Głęboko w dole, gdzie kończy się atmosfera, metaliczne jądro planety ociera się 

o  warstwy  ciekłych  gazów.  Panują  tam  tak  wielkie  ciśnienia,  Ŝe  zgniatają  cząsteczki 
materii,  tworząc  z  nich  niezwykle  rzadkie  kwantowe  kryształy,  zwane  klejnotami 
corusca. 

Jacen wyraźnie się oŜywił. 
- Czy moŜemy jakiś zobaczyć? - zapytał. 
Lando przez chwilę się namyślał, po czym kiwnął głową. 
- Jasne. Właśnie przygotowujemy się do wysłania kolejnego transportu. Chodźcie 

za mną. 

Powiewając  fałdami  szmaragdowej  peleryny,  powiódł  gości  idealnie  czystymi 

korytarzami.  Idący  tuŜ  za  nim  Jacen  przyglądał  się  mijanym  metalowym 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

15 

przepierzeniom,  pokojom  i  pomieszczeniom  słuŜbowym,  zastawionym  dziesiątkami 
komputerów. 

Ś

ciany  pomieszczeń  wykonano  z  gładkich  plastalowych  płyt,  pomalowano  w 

pastelowe  barwy  i  upiększono  jarzącymi  się  światłowodami  o  róŜnych  długościach  i 
ś

rednicach.  Gdzieś  z  oddali  dobiegał  cichy  szelest  kołysanych  wiatrem  liści,  plusk 

wody płynącej w strumieniu, szum fal oceanu... Kojące kolory i dźwięki sprawiły, Ŝe w 
stacji  wydobywczej  Landa  panował  miły  nastrój,  zupełnie  niepodobny  do  tego,  jaki 
wyobraŜał sobie Jacen. 

Kiedy  zbliŜyli  się  do  potęŜnych,  opancerzonych  dwuskrzydłowych  wrót,  Lando 

nacisnął  kilka  guzików  umieszczonego  na  przegubie  lewej  dłoni  urządzenia,  po  czym 
odwrócił się w stronę Lobota. 

-  ZaŜądaj  dostępu  do  pomieszczeń  chronionych  przez  specjalny  system 

bezpieczeństwa. 

Lobot  mruknął  coś  do  mikrofonu  umieszczonego  przy  kołnierzu  bluzy.  CięŜkie 

metalowe  wrota  zasyczały  i  rozsunęły  się,  ukazując  duŜą  śluzę.  W  przeciwległym 
końcu znajdowała się uszczelniona komora, umoŜliwiająca wyjście na zewnątrz stacji. 
Nieco  bliŜej  na  stojaku  spoczywały  cztery  opancerzone  pociski.  KaŜdy  miał  długość 
mniej więcej metra i był najeŜony lufami laserów, samoczynnie naprowadzających się 
na wybrane cele. 

-  To  są  automatyczne  pojemniki  transportowe  -  wyjaśnił  Lando.  -  PoniewaŜ 

klejnoty  corusca  są  tak  kosztowne,  musieliśmy  przedsięwziąć  specjalne  środki 
ostroŜności. 

Obok  jednego  pojemnika  transportowego  krzątało  się  kilka  wielorękich 

androidów. Pokrywa pojemnika była odsunięta, a przez otwór dało się zauwaŜyć grubą 
warstwę  ochronnej  izolacji.  Miedziane  korpusy  androidów  połyskiwały,  jakby  je 
niedawno wypolerowano. 

-  Przygotowują  następną  partię  do  wysyłki  -  wyjaśnił  Lando.  -  Chodźcie, 

popatrzymy. 

Młodzi  Jedi  zajrzeli  w  głąb  niewielkiego  otworu  w  górnej  części  pojemnika  i 

ujrzeli  cztery  klejnoty  corusca,  umieszczone  tam  zręcznymi  palcami  miedzianego 
androida. śaden kamień nie był większy niŜ paznokieć kciuka Jacena. Lando wyciągnął 
ze środka jeden drogocenny kryształ. 

NajbliŜszy android zaczął rozpaczliwie wymachiwać wszystkimi rękami. 
-  Przepraszam,  przepraszam!  -  zaprotestował.  -  Proszę  nie  dotykać  klejnotów. 

Przepraszam! 

- W porządku - uspokoił go Lando. - To tylko ja, Calrissian. 
Wymachiwanie natychmiast się skończyło. 
- Och, zechce pan mi wybaczyć - odezwał się android. 
Lando pokręcił głową. 
- Będę musiał kazać wymienić jego czujniki optyczne - powiedział. 
Uniósł  klejnot  corusca,  trzymając  go  między  palcem  wskazującym  a  kciukiem. 

Kamień błysnął, jakby krył w środku płynny ogień. Wydawało się, Ŝe klejnoty corusca 
nie tylko odbijają światło, zawieszonych pod sufitem paneli jarzeniowych. Odnosiło się 

Akademia Ciemnej Strony 

16 

wraŜenie,  Ŝe  kryją  we  wnętrzach  miniaturowe  piece.  Ich  blask  przez  całe  wieki 
pulsował uwięziony wewnątrz ścianek kryształów, aŜ przez czysty przypadek niektóre 
fotony wydostały się na zewnątrz. 

- Klejnotów corusca nie spotyka się w Ŝadnym innym miejscu galaktyki - mówił 

Lando.  -  Dotychczas  znaleziono  je  tylko  w  pobliŜu  jądra  Yavina.  Oczywiście,  wielu 
poszukiwaczy  bada  inne  gazowe  giganty,  mając  nadzieję,  Ŝe  je  znajdzie,  ale  na  razie 
moja  stacja  wydobywcza  jest  jedyną,  która  dostarcza  klejnoty  corusca  na  rynki  całej 
galaktyki. Przed laty legalną stację wydobywczą miało tu Imperium, ale kiedy załamały 
się imperialne rynki zbytu, tamta placówka bardzo szybko  zbankrutowała. Jak  wiecie, 
poszukiwanie  kamieni  corusca  jest  ryzykowne  i  wymaga  duŜych  nakładów, 
przynajmniej na początku... ale ja ciągnę z tego spore zyski. 

Pozwolił  Jacenowi,  Jainie  i  Lowbaccy  potrzymać  kryształ  i  podziwiać  jego 

piękno. 

- Klejnoty corusca są najtwardszą substancją w całej galaktyce - ciągnął. - Potrafią 

przeciąć transpastal tak łatwo, jak promień lasera tnie warstwę sullustańskiego dŜemu. 

Nerwowy  android  wyłuskał  klejnot  z  kosmatej  dłoni  Lowbaccy  i  z  powrotem 

umieścił  we  wnętrzu  pojemnika.  Wpuścił  do  środka  dodatkową  porcję  szczeliwa, 
pokrywając  nią  wszystkie  kamienie,  po  czym  zasunął  pokrywę,  Ŝeby  zamknąć  otwór. 
Następnie  włączył  kilka  przełączników  znajdujących  się  w  tylnej  części  pojemnika, 
uzbrajając  w  ten  sposób  umieszczone  na  obudowie  lasery.  Lufy  śmiercionośnych 
urządzeń skierowały się we wszystkie strony. 

- Pojemnik gotów do startu - oznajmił android. - Proszę o opuszczenie wyrzutni. 
Lando  wyprowadził  młodych  Jedi  z  pomieszczenia,  a  cięŜkie  pancerne  wrota 

automatycznie  zasunęły  się  za  ich  plecami.  Androidy  pozostały,  zajęte  swoimi 
czynnościami. 

-  Chodźcie  tu,  będziemy  patrzyli  przez  iluminator  -  odezwał  się  Lando.  -  Ten 

pojemnik  jest  pociskiem  wyposaŜonym  w  napęd  nadświetlny.  Poleci  na  Borgo  Prime, 
do  mojego  agenta  handlowego,  który  zajmuje  się  sprzedaŜą  klejnotów  corusca  w 
zamian za niewielki udział w zyskach. 

Stłoczyli się przy okrągłym otworze, zaopatrzonym w grubą transpastalową szybę, 

przez którą było widać pustkę przestworzy. Przyglądali się, jak pojemnik transportowy 
wystrzelił  z  wyrzutni,  na  chwilę  znieruchomiał,  aby  jego  komputer  mógł  zorientować 
się  w  połoŜeniu  i  dokonać  niezbędnych  zmian  wartości  parametrów.  Smuga  jasnego 
ś

wiatła wydobywającego się z dysz silników kreśliła linię na tle czerni przestworzy. 

Obronne satelity otaczające stację wydobywczą dostrzegły pojemnik i obróciwszy 

lufy laserów, wymierzyły je w błyszczący stoŜek. Zapewne jednak pocisk z klejnotami 
przesłał  właściwy  sygnał  identyfikacyjny,  gdyŜ  po  chwili  lasery  powróciły  w 
poprzednie  połoŜenia.  Później,  tak  szybko,  Ŝe  z  trudem  moŜna  było  to  zauwaŜyć, 
pojemnik  transportowy  zamienił  się  w  mglistą  smugę  światła,  po  czym  zniknął  w 
nadprzestrzeni, niosąc w środku bezcenne kryształy. 

-  Hej,  Lando,  czy  nie  moglibyśmy  pomóc  ci  w  poszukiwaniu  tych  klejnotów?  - 

zapytał Jacen. 

- Tak, chcielibyśmy zobaczyć, jak to się robi - poparła go Jaina. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

17 

-  No  cóŜ,  sam  nie  wiem...  -  zawahał  się  Lando.  -  To  cięŜka  praca,  a  przy  tym 

trochę niebezpieczna. 

- Tak samo jak kształcenie rycerzy Jedi, o czym sami zdąŜyliśmy się przekonać - 

zauwaŜyła Jaina. - Czy nie sądzisz, Ŝe zdobywanie wiedzy moŜe być czasem związane 
z niewielkim ryzykiem? 

Lowbacca zaryczał, wtrącając jakąś uwagę. 
- Co to znaczy, Ŝe jest pan gotów podjąć to ryzyko? - odezwał się Em Teedee. - O 

rety, myślałem, Ŝe pan Calrissian zwracał uwagę na istniejące zagroŜenie w nadziei, Ŝe 
odwiedzie pana od tej wyprawy. 

- To niewaŜne - wtrącił się trochę piskliwie Jacen. - I tak byśmy się wyprawili. 
Lando  uniósł  rękę,  jakby  podjął  jakąś  decyzję...  ale  Jacen  miał  wraŜenie,  Ŝe 

wszystko zostało juŜ dawno ustalone. 

- No cóŜ - powiedział. - MoŜe naprawdę czas, Ŝebym zajął się prawdziwą pracą, 

zamiast tylko wciąŜ pełnić obowiązki administratora. W porządku, sam zabiorę was na 
dół. 

Jacenowi  wydawało  się,  Ŝe  głębinowa  kapsuła  górnicza  przypomina  podwodny 

dzwon ratunkowy, umoŜliwiający wyciąganie nurków. Na grubych pancernych płytach 
kadłuba, pomalowanych na szaro, widniały oleiste plamy. Światło w nich odbite miało 
w sobie coś złowieszczego. Klapa włazu sprawiała wraŜenie tak grubej i wytrzymałej, 
Ŝ

e potrafiłaby się oprzeć nawet strzałom z turbolasera. 

-  Nazywamy  tę  kapsułę  „Szybką  Ręką”  -  oznajmił  Lando.  -  Jest  niewielka,  ale 

zaprojektowana  specjalnie  z  myślą  o  zapuszczaniu  się  w  najgłębsze  warstwy  Yavina. 
Kiedyś  dotarła  niemal  do  samego  jądra,  gdyŜ  największe  klejnoty  spotyka  się  na  tej 
głębokości. 

Przesunął palcami po usmarowanej olejem powierzchni płyty kadłuba. 
- „Szybka Ręka” jest pokryta od zewnątrz cienką warstwą kwantowego pancerza - 

ciągnął,  nie  potrafiąc  ukryć  dumy.  -  To  zabawka  wynaleziona  przez  naukowców 
Imperium.  Postanowiliśmy  wykorzystać  do  własnych  celów  technologię,  opracowaną 
początkowo  na  potrzeby  imperialnej  gwiezdnej  floty.  Dzięki  temu  dysponujemy 
najlepszym,  najnowocześniejszym  pancerzem  stosowanym  do  celów  handlowych.  - 
Lando  się  chełpił,  jak  gdyby  wygłaszał  przemówienie  do  grupy  dyrektorów 
zarządzających  jego  firmą,  ale  po  chwili  przypomniał  sobie,  kim  naprawdę  są  jego 
słuchacze.  -  No  cóŜ,  w  tej  chwili  to  niewaŜne.  Pancerz  tego  maleństwa  jest  tak 
wytrzymały,  Ŝe  potrafi  znieść  ciśnienia  panujące  nawet  w  samym  jądrze.  Zostaniemy 
opuszczeni,  ale  z  orbitalną  stacją  wydobywczą  będziemy  nadal  połączeni  za  pomocą 
energetycznych więzów... czegoś w rodzaju niezniszczalnej magnetycznej liny. 

- Nawet burze nie będą mogły jej rozerwać? - zainteresowała się Jaina. 
Lando szeroko rozłoŜył ręce, chcąc rozproszyć jej wątpliwości. 
- MoŜe trochę będzie nami kołysało, ale... - Roześmiał się. - Fotele są wyściełane. 

Nic się nam nie stanie. 

Lowbacca  pochylił  się,  ale  mimo  to,  kiedy  wchodził  do  wnętrza  ratunkowego 

dzwonu, zawadził głową o górną krawędź włazu. Jacen i Jaina wskoczyli w chwilę po 

Akademia Ciemnej Strony 

18 

nim.  Po  sekundzie  we  wnętrzu  „Szybkiej  Ręki”  znalazł  się  Lando,  który  zatrzasnął  i 
uszczelnił klapę włazu. 

Kilka  razy  postukał  kostkami  palców  w  płytę  kadłuba,  przysłuchując  się 

stłumionym metalicznym dźwiękom. 

- Pewność i zaufanie - oznajmił, po czym zajął miejsce na miękkim, wyściełanym 

fotelu pilota, ustawionym przed kontrolną konsoletą. Jacen usiadł obok niego na fotelu 
drugiego  pilota  i  poświęcił  chwilę  na  zapięcie  pasów  bezpieczeństwa.  Jaina  i  Lowie 
zajęli  miejsca  na  fotelach  stojących  w  drugim  rzędzie.  W  suficie,  ścianach  i  podłodze 
kapsuły  znajdowały  się  kwadratowe  iluminatory  z  bardzo  grubymi  transpastalowymi 
szybami.  Dzięki  nim  wszyscy  mogli  podziwiać  widoki,  bez  względu  na  to,  w  którą 
stronę obracali głowy. 

-  O  rety,  czy  to  nie  podniecające?  -  odezwał  się  piskliwie  Em  Teedee.  Lowie 

burknął, całkowicie zgadzając się z jego zdaniem. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

19 

R O Z D Z I A Ł  

Lando wystukał kilka instrukcji na klawiaturze kontrolnej konsolety. 
- Informuję Lobota, Ŝe jesteśmy gotowi ruszać w drogę - oznajmił. 
Kiedy „Szybka Ręka” przygotowywała się do wyprawy w głąb atmosfery Yavina, 

na  ścianach  próŜniowej  komory,  w  której  się  znajdowała,  rozbłysły  ostrzegawcze 
czerwone  lampki.  Z  pomieszczenia  wyszło  trzech  techników,  a  uszczelnione  drzwi 
zamknęły się za ich plecami. 

- Trzymajcie się - ostrzegł Lando. 
Nagle  metalowe  płyty  pod  „Szybką  Ręką”  rozsunęły  się  na  boki.  Kiedy 

opancerzony dzwon runął w przepaść, wypełnioną chmurami wirujących gazów, Jacen 
poczuł,  Ŝe  jego  Ŝołądek  podskoczył  do  gardła.  Zaskoczony  Lowie  wydał  przeciągły 
skowyt.  Serce  Jacena  biło  przyspieszonym  rytmem.  Jaina  chwyciła  kurczowo  oparcie 
fotela. 

„Szybka  Ręka”  nurkowała  coraz  głębiej,  ale  Jacen  juŜ  wkrótce  poczuł,  Ŝe 

prędkość opadania kapsuły maleje, stabilizuje się, jest lepiej kontrolowana. 

- Czuję energetyczną więź, która nas powstrzymuje - odezwała się Jaina. 
Jacen  wybiegł  myślami  w  przestworza.  Posługując  się  umiejętnościami  Jedi, 

równieŜ  wyczuł  coś,  jakby  błyszczącą  cienką  nić  łączącą  ich  z  orbitalną  stacją 
wydobywczą,  która  pozostała  wysoko  nad  ich  głowami.  Zaciekawiony  i  podniecony 
rozpiął  pasy  ochronnej  sieci  i  podszedł  do  najbliŜszego  iluminatora.  Popatrzył  na 
skłębione chmury, które się zbliŜały i uderzały o kadłub kapsuły... 

Ujrzał  takŜe  flotyllę  niewielkich  statków,  które  przemykały  tuŜ  nad  zwałami 

skłębionych chmur. Przypominały rolnicze automaty. Małe jednostki ciągnęły świecącą 
złocistą  siatkę,  podobną  do  delikatnej  pajęczyny,  w  ten  sposób,  Ŝe  dolny  skraj  sieci 
niknął w obłokach. 

- Kto to? - zapytała Jaina, jak zawsze pragnąca wiedzieć, co, jak i dlaczego. 
-  Moi  kontrahenci  -  wyjaśnił  Lando.  -  Łowcy  klejnotów  corusca.  Dysponują 

własnymi  stateczkami  i  latają  nad  kłębowiskiem  chmur,  ciągnąc  energetyczne  włóki. 
Kiedy zapuszczają je w chmury, róŜnice potencjałów istniejące pomiędzy węzłami sieci 
reagują  na  obecność  nawet  niewielkich  klejnotów.  W  ten  sposób  ci  gwiezdni  rybacy 

Akademia Ciemnej Strony 

20 

łowią  jedynie  małe  kryształy  i  okruchy,  nie  większe  od  ziarnek  piasku.  MoŜe  to 
niewiele, ale i one mają duŜą wartość, dzięki czemu praca tych ludzi się opłaca. 

Pomagam  im,  a  w  zamian  za  to  oni  oddają  mi  pewien  procent  tego,  co  zarobią. 

DuŜe  klejnoty  corusca  znajdują  się  jednak  znacznie  głębiej.  Gigantyczne  ciśnienia 
panujące  w pobliŜu jądra sprawiały dotychczas, Ŝe polowanie na największe kryształy 
było  niemoŜliwe.  Dysponując  jednak  kapsułą  z  ochronnym  pancerzem  kwantowym, 
mogę się zapuścić „Szybką Ręką” nawet tak głęboko. 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała Jaina. 
-  Masz  rację.  Ruszajmy  -  poparł  ją  Jacen,  pocierając  ręce.  Po  chwili  na  jego 

twarzy  ukazał  się  przebiegły  uśmiech.  -  Hej,  Lando,  podsłuchałem  kiedyś  rozmowę 
dwóch  androidów.  Pierwszy  zapytał:  „No  i  co,  udało  ci  się  pokonać  tego  Wookiego 
podczas gry w sabaka?” Drugi odparł... 

- ...Tak, ale kosztowało mnie to rękę i nogę - dokończył Lando. - To bardzo stary 

kawał, chłopcze. 

Jacen w pierwszej chwili się Ŝachnął, ale potem zachichotał. 
- MoŜe właśnie dlatego Tenel Ka się nie roześmiała - powiedział. 
Jaina spojrzała na brata. 
- Sądzę, Ŝe nie zrobiła tego z innego powodu - odparła. 
Tymczasem  nurkująca  kapsuła  zapuszczała  się  coraz  głębiej.  Lando  pociągał  za 

dźwignie,  zupełnie  jakby  ostroŜnie  odwijał  energetyczną  linę.  Kropelki  gęstniejącej 
mgły  i  rozpylonych  gazów  otaczających  dzwon  nabierały  energii,  pędziły  coraz 
szybciej. W pewnej chwili dał się słyszeć cichy szmer uderzających o pancerz kapsuły 
cząstek, z kaŜdą chwilą coraz głośniejszy i bardziej natarczywy. 

Szalejąca wichura przybierała na sile. Ciągnące się jak okiem sięgnąć oślepiające 

błyskawice  przecinały  raz  po  raz  we  wszystkie  strony  półmrok  za  iluminatorami.  Po 
zewnętrznym  pancerzu  pełzały  świetliste  fale  statycznej  elektryczności,  podobne  do 
kosmatych,  strzępiastych  poczwarek.  Co  chwilę  rozbłyskiwały  i  zmieniały  kształty, 
wciąŜ na nowo atakując punkt, w którym była umocowana energetyczna lina. 

Lowie  wygłosił  długie  zdanie  w  języku  Wookiech,  pełne  gardłowych  warknięć  i 

pomruków,  chcąc  w  ten  sposób  wyrazić  zaniepokojenie.  We  wnętrzu  kapsuły  rozległ 
się piskliwy głos androida-tłumacza. 

-  To  dobre  pytanie,  panie  Lowbacco.  Co  się  stanie,  jeŜeli  energetyczna  więź 

zostanie przerwana? W jaki sposób powrócimy do stacji? 

-  Och,  mamy  kilka  urządzeń,  które  umoŜliwią  nam  przetrwanie  -  odparł  Lando, 

ponownie machnąwszy beztrosko ręką. - PrzeŜyjemy wystarczająco długo, aŜ odnajdzie 
nas  ekipa  ratunkowa,  wysłana  z  orbitalnej  stacji.  Mamy  urządzenia  łączności,  duŜe 
zapasy energii... ale nie martwcie się, nic takiego się nie wydarzy. 

Jakby pragnąc zaprzeczyć jego słowom, nagły podmuch wiatru zakołysał kapsułą. 

Jacen  spadł  z  fotela  i  potoczył  się  pod  ścianę.  Niepewnie  wstał  i  z  przepraszającym 
uśmiechem ponownie zapiął pasy bezpieczeństwa ochronnej sieci. 

Nagle  wszyscy  odnieśli  wraŜenie,  Ŝe  „Szybka  Ręka”  naprawdę  zerwała  się  z 

energetycznej  uwięzi.  Zaczęli  spadać  jak  kamień,  nie  mogąc  odzyskać  stateczności 
przez  drugie  dziesięć  sekund.  Lowie  zawył,  a  bliźnięta  krzyknęły.  Lando  poruszył 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

21 

dźwignią i zwiększał dopływ  mocy  tak długo, aŜ  w  końcu  udało  mu się połączyć oba 
końce niewidzialnej liny. 

-  Widzicie?  Nie  było  Ŝadnych  problemów  -  powiedział,  nonszalancko  się 

uśmiechając.  Jacen  dostrzegł  jednak  krople  potu,  jakie  pojawiły  się  na  czole 
ciemnoskórego  męŜczyzny.  -  Prawię  mówiąc,  dobrze  będzie,  jeŜeli  zaciśnięcie  pasy 
waszych  ochronnych  sieci  -  dodał.  -  Te  wichury  szalejące  w  dolnych  warstwach 
atmosfery  wywołują  czasami  potworne  wiry,  które  docierają  do  granicy  jądra  i 
porywają klejnoty corusca. ObniŜymy się jeszcze trochę, a potem zaczniemy łowy.  

- Ja teŜ chciałbym spróbować szczęścia - odezwał się Jacen. 
- KaŜde z was będzie mogło operować dźwigniami - oświadczył Lando. - Muszę 

jednak  was  uprzedzić,  Ŝe  klejnoty  corusca  spotyka  się  bardzo  rzadko,  nawet  na  tak 
duŜej głębokości. Nie oczekujcie, Ŝe jakiś znajdziecie. 

-  Czy  ktoś,  kto  będzie  operował  dźwigniami  i  znajdzie  klejnot,  będzie  mógł  go 

zatrzymać? - zapytał Jacen. 

Lando obdarzył go pobłaŜliwym uśmiechem. 
- No cóŜ, przypuszczam, Ŝe tak... - obiecał. - Ale nie będziemy mogli poświęcić na 

łowy duŜo czasu. 

- Och, to zrozumiałe - odparł chłopiec. - Niemniej dobrze jest mieć jakąś zachętę. 
Lando się roześmiał. 
- Zupełnie jak ojciec - stwierdził. 
Jacen  takŜe  się  uśmiechnął.  Pomyślał  o  czasach,  kiedy  Lando  Calrissian  i  Han 

Solo byli partnerami - a czasami rywalami, bo i tak zdarzało się w ciągu wielu lat ich 
przyjaźni. 

Lando  ponownie  zerknął  na  kontrolny  pulpit  i  odsłonił  kilka  następnych 

iluminatorów w podłodze kapsuły, tak by wszyscy mogli lepiej widzieć kłębiące się w 
dole, naładowane potworną energią mroczne chmury. 

-  Taka  głębokość  powinna  wystarczyć  -  oświadczył.  -  Zaczynajmy  łowy.  - 

Popatrzył na tarczę chronometru, umieszczonego na przegubie lewej ręki. - Naprawdę 
niedługo będziemy musieli wracać. 

Przełknął ślinę. Jacen się zorientował, Ŝe Calrissian jest po prostu zdenerwowany 

faktem,  iŜ  znalazł  się  aŜ  tak  głęboko.  Tylko  śmiałkowie,  którzy  ryzykowali  Ŝyciem, 
polując na klejnoty corusca, zapuszczali się na takie głębokości, Ŝeby znaleźć bajecznie 
kosztowne kryształy. 

„Szybka  Ręka”  osiągnęła  najniŜsze  warstwy  atmosfery  gazowego  giganta,  gdzie 

nie  docierało  nawet  światło  słońca  Yavina.  Kapsułę  otaczały  nieprzeniknione 
ciemności,  a  silny  huragan  kołysał  nią  z  boku  na  bok.  Lando  włączył  reflektory 
ratunkowego  dzwonu  i  w  ciemności  poszybowały  świetliste  stoŜki,  ukazując 
kłębowisko zgęszczonych gazów, zmagających się ze sobą jak w upiornym tańcu. 

-  Zaraz  zapuszczę  Ŝyłki  wędek  -  odezwał  się  Lando.  -  To  elektromagnetyczne 

linki,  które  zwieszają  się  z  dna  kapsuły.  Ich  zadaniem  jest  przyciąganie  klejnotów 
corusca,  podrywanych  przez  szalejące  burze.  KaŜde  z  was  będzie  miało  tylko  kilka 
minut, gdyŜ musimy szybko wracać do stacji. Mam wraŜenie, Ŝe z kaŜdą chwilą burza 
przybiera na sile. 

Akademia Ciemnej Strony 

22 

Jacenowi  się  wydawało,  Ŝe  nawałnica  wcale  się  nie  nasila.  Jakkolwiek  przyznać 

trzeba, Ŝe i tak miała potworną siłę. Na widok malującego się na twarzy Landa napięcia 
pomyślał jednak, Ŝe i on chciałby, aby ta wyprawa jak najszybciej się zakończyła. 

- Lowbacco, dlaczego nie miałbyś spróbować pierwszy? - zaproponował Lando. - 

Zajmij miejsce pilota i przejmij stery. 

Młody  Wookie  usiadł  w  fotelu,  który  był  dla  niego  o  wiele  za  mały,  i  połoŜył 

dłonie  na  najeŜonym  dźwigniami  i  przełącznikami  pulpicie.  Zaczął  naprowadzać 
zwieszające  się  i  skwierczące  linki,  które  niczym  magnetyczne  macki  przeszukiwały 
najniŜsze warstwy atmosfery. 

Jacen ponownie odpiął pasy ochronnej sieci i popełznął po podłodze, Ŝeby zerknąć 

przez  jeden  z  kwadratowych  iluminatorów.  Dostrzegł  Ŝółte  magnetyczne  bicze, 
zwieszające  się  z  kadłuba  „Szybkiej  Ręki”.  Przecinały  chmury  gazów,  ale  nie 
schwyciły niczego. 

Po  kilku  minutach  sfrustrowany  Lowie  warknął,  dając  za  wygraną.  Em  Teedee 

przetłumaczył: 

- Pan Lowbacca pragnie, by ktoś inny zaznał tej przyjemności. 
Lowie przekazał dźwignie Jainie. Dziewczyna usiadła i zaczęła skupiać się jak w 

transie, wysuwając z ust koniuszek języka. Kiedy poruszała drąŜkami, jej przymknięte, 
bursztynowopiwne  oczy  patrzyły  w  nicość  i  pustkę.  Jacen  obserwował,  jak 
energetyczne linki wiją się jak węŜe pod kapsułą, przecinają kłęby chmur, szukają... 

- Nie poddawaj się tak łatwo  - odezwał  się Lando. - Mówiłem, Ŝe bardzo trudno 

jest  znaleźć  choćby  jeden  kamień.  Są  niezwykle  rzadkie.  Gdyby  spotykało  się  ich 
więcej, nie byłyby takie cenne. 

Przez kilka następnych minut Jaina szukała, ale potem i ona zrezygnowała. Jacen 

wstał  z  podłogi  i  ruszył  w  stronę  fotela.  Z  trudem  utrzymywał  równowagę  w 
rozkołysanej  kapsule.  Schwycił  oparcie  fotela  i  usiadł,  po  czym  połoŜył  ręce  na 
kontrolnych dźwigniach. 

Pociągając  za  nie,  czuł  wyraźnie  opór,  jaki  stawiały  skwierczące  linki. 

Przeszukiwał  kłęby  chmur  po  omacku.  Przeczesywał  je  zwinnie  jak  przeszukuje  się 
kopiec piasku, mając nadzieję, Ŝe moŜe znajdzie się w nim bryłkę złota. Wysyłał takŜe 
wici myśli i skupiał się tak samo, jak przed nim robiła to Jaina. Starał się wykorzystać 
całą  wiedzę  Jedi,  by  odszukać  chociaŜ  jeden  drogocenny  klejnot.  Nie  wiedział,  co 
powinien poczuć, kiedy go znajdzie, ale liczył na to, Ŝe potrafi odróŜnić to uczucie od 
wszystkich  innych.  Kłęby  wirujących  chmur  były  jednak  wciąŜ  puste.  Zawierały 
jedynie  mieszaninę  bezuŜytecznych  gazów  i  unoszonego  pyłu;  nic,  co  byłoby  godne 
uwagi. Obok niego usiadła Jaina. Jacen czuł, Ŝe i ona liczy na to, Ŝe mu się powiedzie. 
Chłopiec  siedział  jeszcze  bez  ruchu  przez  minutę  czy  dwie.  W  chwili  kiedy  i  on  miał 
zrezygnować,  poczuł  nagle  w  umyśle  jakiś  błysk,  jakieś  olśnienie.  Trącił  lekko 
dźwignię,  przesuwając  ją  o  milimetr  w  prawo.  Wyciągnął  długie  elektromagnetyczne 
palce i zaczął  szukać, zapuszczać je tak  głęboko jak było  moŜliwe. Przecinając zwały 
chmur  naelektryzowaną  końcówką,  sięgał  jeszcze  dalej,  sięgał...  i  w  końcu  ponownie 
pochwycił ów błysk myślami. Kontrolny pulpit rozjarzył się światełkami. 

- Mam go! - krzyknął Jacen. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

23 

Lando sprawiał wraŜenie równie zaskoczonego co pozostali uczestnicy wyprawy. 
-  Doskonale,  a  teraz  trzeba  go  przyciągnąć  -  powiedział.  -  Tylko  szybko.  Czas 

wracać  do  domu.  -  Ujął  dźwignie  i  zaczął  wciągać  magnetyczną  linkę  do  kadłuba 
„Szybkiej Ręki”. UwaŜał, by nie zgubić zdobyczy. Kiedy ustabilizował więź łączącą go 
ze stacją w górze, pochylił się i otworzył niewielką śluzę w podłodze. Wyciągnął z niej 
oszronioną  durastalową  skrzynkę  i  wyjął  piękny  klejnot  corusca  o  nieregularnych 
kształtach,  ale  większy  niŜ  ten,  który  pokazywał  wcześniej.  Kamień  błysnął 
uwięzionym  blaskiem.  Wstrzymując  oddech,  Jacen  wyłuskał  klejnot  z  palców  Landa. 
OstroŜnie połoŜył go w zagłębieniu dłoni. 

- Popatrzcie, co znalazłem! - powiedział z dumą.  
Jaina  i  Lowie  pospieszyli  z  gratulacjami.  Lando,  pamiętając,  Ŝe  obiecał  młodym 

Jedi, iŜ staną się właścicielami klejnotów, które znajdą, pokręcił głową. Nie mógł wyjść 
z podziwu. Z trudem wierzył własnym oczom. 

-  UwaŜaj  na  niego,  Jacenie  -  powiedział.  -  ZałoŜę  się,  Ŝe  kiedy  go  sprzedasz, 

uzyskasz  taką  sumę,  Ŝe  będziesz  mógł  kupić  pół  wieŜowca  w  samym  centrum 
Coruscant. 

-  AŜ  tyle  jest  wart?  -  zdziwił  się  chłopiec.  Przesunął  czubkami  palców  po 

wygładzonej, ale nieprawdopodobnie twardej powierzchni klejnotu. - Co będzie, jeŜeli 
go zgubię? - zapytał. 

- WłóŜ do buta - poradziła Jaina. - Wiesz przecieŜ, Ŝe nie gubisz niczego, co tam 

schowasz. 

-  Masz  rację  -  zgodził  się  Jacen.  -  Myślę,  Ŝe  dam  go  w  prezencie  mamie  na 

następne urodziny. 

Lando uderzył się otwartą dłonią w czoło. 
- Nawet Han nigdy nie dał Leii czegoś tak kosztownego. Czasami Ŝałuję, Ŝe sam 

nie mam choćby kilkorga dzieci - mruknął. - No dobrze, a teraz wracamy! 

Następny  podmuch  huraganu,  jakby  chcąc  go  zachęcić,  uderzył  w  kadłub 

„Szybkiej Ręki” i zakołysał kapsułą. Jacen przez sekundę walczył, by utrzymać się na 
nogach. Omal nie upuścił kamienia na podłogę, ale zdąŜył go złapać i zamknąć w dłoni. 
Natychmiast  włoŜył  klejnot  do  buta.  Nie  musiał  juŜ  się  martwić,  Ŝe  mu  stamtąd 
wypadnie. 

Niespokojnie  marszcząc  brwi,  Lando  zaczął  zwijać  energetyczną  linkę  łączącą 

„Szybką  Rękę”  z  orbitalną  stacją.  Kierował  kapsułę  ku  górnym  warstwom  atmosfery 
Yavina, trochę spokojniejszym i bezpieczniejszym. 

Wichura  nie  przestawała  nimi  kołysać,  rzucając  to  w  tę,  to  w  tamtą  stronę.  W 

pewnej chwili usłyszeli głośny metaliczny dźwięk uderzenia czegoś twardego o pokryty 
kwantowym  pancerzem  kadłub.  Lando  jęknął,  po  czym  uniósł  głowę  i  popatrzył  na 
ś

cianę. 

-  Jeszcze  jeden!  -  zawołał.  -  Jaino,  idź  w  tamto  miejsce  i  zobacz,  czy  nie 

przedziurawił kadłuba. 

- Co się stało? - zainteresował się Jacen. 
Jaina uklękła i zaczęła przyglądać się ścianie. 
- Wygląda na to, Ŝe nie zrobił nic złego - powiedziała. 

Akademia Ciemnej Strony 

24 

-  Co  to  było?  -  nalegał  Jacen.  Widział  niewielką  wypukłość  w  ścianie,  ale  nie 

wyczuwał, by z kapsuły ulatniało się powietrze. 

-  Zostaliśmy  trafieni  przez  klejnot  corusca,  niesiony  z  bardzo  duŜą  prędkością 

przez wichurę. Miał energię pocisku i mógłby przebić kadłub kapsuły, ale uratował nas 
kwantowy pancerz. Nie mogę uwierzyć, Ŝe mieliśmy takie szczęście. - Lando pokręcił 
głową.  -  Wielokrotnie  bywało  tak,  Ŝe  szukałem  tych  klejnotów  przez  wiele  godzin  i 
powracałem  z  pustymi  rekami.  Ale  kiedy  wyprawiłem  się  z  wami,  najpierw  Jacen 
znajduje  jeden  po  kilku  minutach  poszukiwań,  a  potem  drugi  trafia  w  kadłub,  kiedy 
wracamy do stacji. 

Lowie zaryczał, wtrącając jakąś uwagę. 
-  Ze  wszystkich  sił  zgadzam  się  z  panem  Lowbaccą  -  zapiszczał  Em  Teedee.  - 

Miejmy nadzieję, Ŝe Ŝadnego więcej nie spotkamy. 

W  pobliŜu  kadłuba  kapsuły  raz  po  raz  przemykały  błyskawice,  rozjaśniając 

panujące ciemności błękitnym blaskiem. Dopiero kiedy wznieśli się wyŜej i zbliŜyli na 
bezpieczną odległość do orbitalnej stacji wydobywczej, burza zaczęła się uspokajać, a 
siła wichury osłabła. Lando sprawiał wraŜenie wyraźnie odpręŜonego. 

W  końcu  znaleźli  się  w  rozjarzonej  komorze  próŜniowej  stacji.  Gdy  podłoga 

zamknęła się za kapsułą, Lando cięŜko westchnął i wygodnie rozparł się w fotelu. 

Komora  zaczęła  się  wypełniać  powietrzem.  Lando  wcisnął  kilka  guzików,  chcąc 

otworzyć uszczelniony pancerny właz kapsuły. 

- Jesteśmy w domu - oznajmił z ulgą. - Wróciliśmy cali i zdrowi. - Wstał z fotela, 

ale lekko się zachwiał, kiedy na chwilę jego nogi odmówiły posłuszeństwa. - Myślę, Ŝe 
na  razie  macie  dosyć  wraŜeń.  Co  powiecie,  Ŝebyśmy  teraz  trochę  się  odpręŜyli, 
przyrządzając sobie jakiś posiłek? 

Zaledwie  zdąŜył  przedstawić  tę  propozycję,  kiedy  w  głośniku  interkomu  stacji 

rozległo się przeraźliwe wycie alarmowych syren. 

- Co to takiego? - zapytał zdumiony Lando. - Co się dzieje? 
Trójka młodych Jedi wyskoczyła z kapsuły i podąŜyła za nim do zawieszonego na 

ś

cianie komory komunikatora. 

- Mówi Lando Calrissian. Proszę mi powiedzieć, co się stało. 
-  Z  nadprzestrzeni  wyłoniła  się  duŜa  flota  nieznanych  statków  -  odezwał  się 

napięty głos odpowiedzialnego za bezpieczeństwo stacji funkcjonariusza. - Nie reagują 
na  nasze  sygnały  i  kierują  się  z  duŜą  prędkością  w  stronę  stacji.  Nie  znamy  ich 
zamiarów. 

Głośnik szczęknął i połączenie zostało przerwane. 
Jacen  i  Jaina  podbiegli  do  jednego  z  iluminatorów  i  spojrzeli  w  mroki 

przestworzy.  Nagle  chłopak  ujrzał  statki  kierujące  się  ku  stacji.  Nie  wiedział 
wprawdzie,  dlaczego,  ale  czuł,  Ŝe  ich  dowódcy  uzbrajają  systemy  pokładowej  broni. 
Wątpił, aby miało wyniknąć z tego coś dobrego. Przełknął ślinę. 

- Wyglądają na imperialną flotę - powiedział. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

25 

R O Z D Z I A Ł  

Lando pospieszył na mostek dowodzenia orbitalnej stacji wydobywczej. 
- Idziemy, dzieciaki! - krzyknął. - Za mną! 
Jaina pobiegła pierwsza, a tuŜ za nią podąŜyli Jacen i Lowie. Po kilku sekundach 

długonogi  Wookie  wyprzedził  dziewczynę  i  w  pośpiechu  omal  nie  stratował 
Calrissiana. 

-  Och,  proszę  trochę  bardziej  uwaŜać,  Lowbacco  -  zapiszczał  oburzony  Em 

Teedee. 

Wszyscy  wskoczyli  do  kabiny  turbowindy  i  po  kilku  chwilach  dotarli  na 

najwyŜszy  poziom,  gdzie  mieściło  się  obserwatorium  stacji.  Wpadli  na  mostek  w 
kształcie  cylindrycznej  wieŜy,  wystającej  ponad  silnie  opancerzony  kadłub  stacji 
wydobywczej. W bocznych ścianach pomieszczenia znajdowało się  mnóstwo  wąskich 
prostokątnych iluminatorów, zapewniających dobry widok we wszystkie strony. Ekrany 
diagnostycznych  komputerów,  jarzące  się  dyskretnym  blaskiem  pod  kaŜdym  oknem, 
rozbłyskiwały  teraz  sygnałami  alarmowymi.  Korytarzem  przebiegały  oddziały 
uzbrojonych  straŜników.  MęŜczyźni  przypinali  do  pasów  dodatkowe  blastery  i 
przygotowywali się do obrony stacji. 

-  Jesteśmy  atakowani,  proszę  pana  -  odezwał  się  Lobot.  Jego  cichy  głos, 

pozbawiony  emocji,  z  trudem  było  moŜna  usłyszeć.  Cyborg  był  w  ciągłym  ruchu. 
Wydawało się, Ŝe przebiera palcami po kilku  klawiaturach  naraz. Kierował  spojrzenia 
na  kontrolne  ekrany  i  w  milczeniu  ocenia!  sytuację.  Światełka  implantowanych 
miniaturowych komputerów błyskały jak szalone po bokach jego głowy. 

Lando  wyjrzał  przez  wąskie  obserwacyjne  iluminatory  i  natychmiast  dostrzegł 

flotę statków  zbliŜających  się do stacji. Wyglądało  na to, Ŝe  wciąŜ  nowe  wyskakują z 
nadprzestrzeni. 

-  Myślisz,  Ŝe  to  piraci?  -  zapytał,  zwracając  się  do  cyborga.  Po  chwili,  pragnąc 

uspokoić bliźnięta i Lowiego, dodał: - Nie martwcie się. W całej stacji został ogłoszony 
alarm.  Bez  względu  na  to,  kim  są  napastnicy,  nie  mają  cienia  szansy,  Ŝeby  pokonać 
naszą obronę. 

Jaina  przez  chwilę  spoglądała  na  jeden  z  ekranów  diagnostycznych,  po  czym 

zacisnęła usta. 

Akademia Ciemnej Strony 

26 

-  To  nie  są  piraci  -  oświadczyła,  rozpoznawszy  kilka  statków  po 

charakterystycznym  elipsoidalnym  kształcie  głównej  części  kadłuba  i  kryjących  dysze 
silników nadbudówkach, wystających niczym wystrzępione skrzydła z góry i z dołu. - 
To jednostki imperialne. Te cztery lecące po bokach szyku to kanonierki klasy Skipray. 
KaŜda  jest  uzbrojona  w  trzy  potęŜne  działa  jonowe,  a  takŜe  wyrzutnie  torped 
protonowych  i  pocisków  udarowych.  Mają  takŜe  baterie  podwójnych  sprzęŜonych 
laserowych działek. 

Calrissian wyglądał na zaskoczonego. 
- Ta-a, chyba masz rację - powiedział. 
Jaina spojrzała spokojnie na twarz męŜczyzny, na której malowało się zdumienie. 
-  Tata  prosił  kiedyś,  Ŝebym  się  zapoznała  z  kształtami  róŜnych  typów  statków  - 

wyjaśniła.  -  Uwierz  mi,  imperialne  kanonierki  dysponują  taką  siłą  ognia,  Ŝe  twoje 
systemy obronne nie mogą nawet marzyć, by się im przeciwstawić. 

Lando uderzył otwartą dłonią w czoło i jęknął. 
-  To  nie  flota  piratów,  to  prawdziwa  armada!  A  ten  ogromny  statek  w  samym 

ś

rodku szyku? Nie mogę rozpoznać go po kształtach. 

Jaina  przebiegła  w  pamięci  wszystkie  dane  techniczne  rozmaitych  jednostek,  z 

jakimi zapoznawał ją ojciec, ale i ona nie była w stanie rozpoznać typu jednostki z tej 
odległości. 

- MoŜe jakiś zmodyfikowany szturmowy  wahadłowiec? - powiedziała,  wpatrując 

się  w  jeden  z  ekranów  kontrolnych,  na  którym  mogła  zobaczyć  dziwny  statek  w 
powiększeniu.  -  Nie  wiem  jednak,  czym  moŜe  być  ta  niezwykła  nadbudówka  na 
dziobie. 

Tajemniczy  szturmowy  wahadłowiec  miał  naprawdę  zamontowane  w  przedniej 

części dziwaczne  urządzenie. Okrągłe, ale  najeŜone szpikulcami, przypominało zębatą 
paszczę podwodnego drapieŜnika. 

-  Wyślij  sygnał  SOS  -  odezwał  się  ciemnoskóry  męŜczyzna,  spoglądając  na 

Lobota. - W jak najszerszym paśmie częstotliwości. Chcę być pewien, Ŝe wszyscy będą 
wiedzieli, iŜ zostaliśmy zaatakowani. 

Android pokręcił głową i z doprowadzającym do szału spokojem, jaki zapewniały 

mu implantowane komputery, powiedział: 

- JuŜ próbowałem, proszę pana. Jesteśmy zagłuszani. Nasze sygnały nie mogą się 

przedostać przez ich ekrany. 

- Ciekawe, czego chcą? - zastanawiał się zrozpaczony Lando. 
-  Nie  wysuwali  Ŝadnych  Ŝądań  -  odparł  Lobot.  -  Nie  odpowiadają  na  nasze 

sygnały. Nie wiemy, o co im chodzi. 

Jaina spoglądała przez iluminator na zbliŜające się statki, czując w Ŝołądku bryłę 

lodu.  Wzdrygnęła  się.  Jacen  ścisnął  jej  rękę.  Jego  czoło  pokryło  się  zmarszczkami. 
Oboje doszli do takiego samego wniosku. Chłopiec nie potrafił ukryć niepokoju. 

- Nie podoba mi się to wszystko - odezwał się po chwili. - To... o nas im chodzi, 

prawda? 

- Ta-a, i ja mam takie przeczucie - odparła Jaina cichutko, niemal szeptem. 
Lowie kiwnął kudłatą głową i warknął, zgadzając się z jej zdaniem. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

27 

-  O  czym  wy,  dzieciaki,  mówicie?  -  zapytał  Calrissian,  kierując  na  nich  wielkie 

piwne  oczy,  w  których  malowało  się  niedowierzanie.  -  Z  pewnością  chodzi  im  o 
klejnoty corusca. Nie ma tu niczego innego, co mogłoby mieć dla nich jakąś wartość. 

Jaina pokręciła  głową, ale  Lando był zbyt zajęty obserwacją, Ŝeby zwrócić  na to 

uwagę.  Cztery  kanonierki  osłaniające  największy  statek,  który  był  z  pewnością 
szturmowym  wahadłowcem,  zmieniły  kurs  i  skierowały  się  ku  obronnym  satelitom, 
otaczającym orbitalną stację wydobywczą. 

-  Czy  usunąłeś  zabezpieczenia  z  ich  systemów  celowniczych?  -  zapytał 

ciemnoskóry męŜczyzna, ponownie zwracając się do Lobota. 

Cyborg kiwnął głową. 
- Wszystkie są gotowe do otwarcia ognia - mruknął. 
Z  luf  blasterów  urządzeń  obronnych  stacji  poszybowały  ku  kanonierkom  smugi 

ś

wiatła.  Małe  satelity  nie  dysponowały  jednak  mocą  wystarczającą  do  przebicia 

grubych pancerzy imperialnych jednostek. 

KaŜda  kanonierka  klasy  Skipray  wzięła  na  cel  grupę  satelitów,  po  czym  wysłała 

potęŜne dawki energii z luf dział jonowych.  Urządzenia obronne chciały przygotować 
się do następnego strzału, ale nagle ich systemy celownicze odmówiły posłuszeństwa. 

-  Energia  jonowych  dział  przepaliła  ich  obwody  -  odezwał  się  beznamiętnie 

Lobot. - śaden nie funkcjonuje. 

Kanonierki przystąpiły do następnego ataku. Lufy ich laserowych działek zakwitły 

smugami światła, zamieniając wszystkie satelity w ogniste kule roztopionego metalu. 

-  To  nic,  nadal  dysponujemy  pancerzem  stacji  -  odezwał  się  Lando.  Jego  drŜący 

głos zdradzał jednak, Ŝe męŜczyzna sam nie bardzo wierzy w swoje słowa. 

Tymczasem  zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec,  lecący  pośrodku  armady, 

skierował  się  ku  jednej  ze  śluz  znajdujących  się  w  dolnej  części  stacji.  Po  chwili  od 
strony najniŜszych pokładów dobiegł głośny metaliczny huk. Coś cięŜkiego uderzyło o 
zewnętrzny pancerz kadłuba... ale się nie odłączyło. 

- Co oni chcą zrobić? - zaniepokoił się Calrissian. 
-  Zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec  przyczepił  się  do  dolnej  części 

pancernej powłoki ochronnej - oznajmił spokojnie Lobot. 

- W którym miejscu? 
Łysy cyborg spojrzał na ekran diagnostyczny. 
-  Do  wrót  jednej  ze  śluz  towarowych  -  powiedział.  -  Przypuszczam,  Ŝe  będą 

usiłowali się wedrzeć do środka.  

Lando machnął lekcewaŜąco ręką. 
- No cóŜ, mogą pukać, ale nie wejdą. - Uśmiechnął się z wyraźnym przymusem. - 

Upewnij się, Ŝe wszystkie śluzy zostały uszczelnione. Nasz pancerz ich powstrzyma. 

-  Przepraszam  -  wtrąciła  się  nagle  Jaina.  -  Myślę,  Ŝe  wiem,  na  czym  polega 

modyfikacja tego  wahadłowca. UwaŜam, Ŝe zamierzają przewiercić pancerz, by  w ten 
sposób dostać się do wnętrza stacji. To szczerbate urządzenie na dziobie wyglądało jak 
zęby... Wydaje mi się, Ŝe mogą słuŜyć do wycinania otworów w metalu. 

-  Ale nie  w  tym  metalu. -  Calrissian pokręcił głową.  - Moja stacja ma podwójny 

pancerz, wyjątkowo twardy. Nic nie jest w stanie wywiercić w nim otworu.  

Akademia Ciemnej Strony 

28 

-  Niedawno  mówiłeś,  Ŝe  klejnoty  corusca  mogą  ciąć  najtwardsze  materiały  - 

wtrącił się Jacen. 

Lando ponownie pokręcił głową. 
- Jasne, ale musieliby dysponować całym transportem takich klejnotów i to bardzo 

duŜych... Urwał, a jego oczy nagle się rozszerzyły. - No cóŜ, prawdę mówiąc, całkiem 
niedawno wysłaliśmy spory transport takich kamieni, kiedy udało się nam udoskonalić 
technikę poszukiwań. 

Sięgnął po mikrofon interkomu. 
- Uwaga, tu Lando Calrissian - powiedział. - Proszę wzmocnić obronę wrót śluzy 

towarowej  numer...  -  Pochylił  się  nad  ramieniem  Lobota,  Ŝeby  rzucić  okiem  na  ekran 
diagnostyczny. - ...numer trzydziesty czwarty. Wszyscy straŜnicy mają być uzbrojeni i 
odziani w pancerze. Nieprzyjaciel próbuje się wedrzeć do wnętrza stacji. 

Z  opancerzonej  skrzynki  stojącej  na  mostku  wyciągnął  blasterowy  pistolet  i 

zapasowy zasobnik. Odwrócił się w stronę Lobota. 

- Nikt nie dostanie się bez pozwolenia na pokład mojej stacji - oświadczył. Zaczął 

biec  w  stronę  korytarza,  ale  jeszcze  obejrzał  się  przez  ramię  i  krzyknął:  -  A  wy, 
dzieciaki, znajdźcie jakieś bezpieczne  miejsce i zostańcie tam, dopóki to  wszystko się 
nie skończy! 

Oczywiście  młodzi  Jedi  natychmiast  pobiegli  za  nim.  Z  odgałęzień  korytarza 

wybiegały  grupy  wciąŜ  nowych  straŜników,  odzianych  w  opancerzone,  granatowe 
mundury.  Pastelowe  barwy  ścian  i  kojące  dźwięki,  dochodzące  nie  wiadomo  skąd, 
wydawały  się  teraz  dziwnie  nie  na  miejscu.  Wcale  nie  koiły  nerwów,  szarpanych 
jękiem alarmowych syren i zgiełkiem przygotowań do obrony stacji. 

Kiedy  Lando  i  troje  młodych  Jedi  znaleźli  się  w  ładowni  numer  trzydziesty 

czwarty,  zobaczyli,  Ŝe  oddział  straŜników  zdąŜył  zająć  stanowiska  obronne  za 
skrzyniami  z  towarami  i  kontenerami  z  zaopatrzeniem  stacji.  Wszyscy  mierzyli  z 
blasterowych karabinów we wrota śluzy. 

W  pomieszczeniu  było  słychać  zgrzytliwy  jęk,  szarpiący  nerwy.  Jaina  miała 

wraŜenie, Ŝe drŜą jej wszystkie zęby. Pośrodku wrót śluzy jarzyła się kolista wiśniowa 
linia.  Dziewczyna  wyobraziła  sobie  szturmowy  wahadłowiec,  przyczepiony  od 
zewnątrz  do  stacji, jak  na  podobieństwo  monstrualnego  oceanicznego  węgorza  usiłuje 
przegryźć pancerz, chcąc przedostać się do środka. 

W miarę, jak ostre zęby, sporządzone z klejnotów corusca, coraz głębiej wgryzały 

się  w  pancerz  stacji,  kolista  linia  jarzyła  się  coraz  jaśniej,  coraz  bielszym  światłem. 
Jaina miała nadzieję, Ŝe połączenie szturmowego wahadłowca z kadłubem stacji jest na 
tyle szczelne, iŜ nie spowoduje rozhermetyzowania ładowni. 

Jeden  ze  straŜników  ich  opiekuna,  nie  potrafiąc  utrzymać  nerwów  na  wodzy, 

dwukrotnie  wystrzelił  z  karabinu  blasterowego.  Błyskawice  odbiły  się  od 
wewnętrznego pancerza śluzy. Pozostawiły na nim ciemne smugi, ale nie powstrzymały 
szczęk wiercącego urządzenia, które nadal przegryzało ochronną powłokę stacji. 

Nagle  pomieszczenie  rozjaśniło  się  oślepiającym  błyskiem,  nieco  rozproszonym 

przez  chmury  przegrzanej  pary.  Rozległ  się  huk  eksplozji  wielu  małych  ładunków 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

29 

wybuchowych,  po  czym  rozŜarzona  okrągła  tarcza  z  głośnym  brzękiem  wpadła  do 
ładowni. 

Obrońcy stacji zaczęli strzelać, jeszcze zanim rozproszyły się chmury dymu, ale i 

napastnicy  nie  próŜnowali.  Przez  otwór  zaczęli  wskakiwać  imperialni  szturmowcy, 
zakuci  w  ochronne  białe  pancerze.  Po  chwili  było  ich  juŜ  dziesiątki.  Przypominali 
Jacenowi  rój  rozwścieczonych  jaszczurmrówek,  które  stanowiły  kiedyś  część  kolekcji 
jego  egzotycznych  zwierząt.  Szturmowcy  takŜe  strzelali,  rozbiegali  się  po  ładowni. 
Jaina z ulgą zauwaŜyła Ŝe z luf ich broni, nastawionej tylko na ogłuszanie,  wyskakują 
rozproszone stoŜki błękitnego światła. 

Czterech  napastników,  trafionych  przez  obrońców,  upadło  na  posadzkę.  W  ich 

białych  pancerzach  było  widać  dymiące,  czarne  dziury.  Z  głębin  szturmowego 
wahadłowca  wpadali  jednak  wciąŜ  następni  i  następni.  W  powietrzu  krzyŜowały  się 
jaskrawe błyskawice blasterowych strzałów. 

Za  plecami  uzbrojonych  szturmowców,  otoczonych  kłębami  dymu,  pojawiła  się 

nagle  wysoka,  przeraŜająca  kobieta,  odziana  w  czarną  pelerynę  ze  spiczasto 
zakończonymi  naramiennikami.  Jej  błyszczące  włosy,  czarne  jak  prawdziwy  heban, 
spływały  na  plecy  niczym  skrzydła  drapieŜnego  ptaka.  Z  narastającym  przeraŜeniem 
Jaina stwierdziła, Ŝe oczy kobiety mają dziwny kolor, podobny do barwy opalizujących 
fioletowych kwiatów rosnących w dŜungli na Yavinie Cztery. Poczuła, Ŝe jej serce się 
kurczy, jakby ściśnięte lodową obręczą. 

Złowieszcza  czarna  postać  wyłoniła  się  z  dymiącego  otworu  w  pancerzu  śluzy 

stacji  wydobywczej.  Nie  zwracała  uwagi  na  błyskawice  laserowych  strzałów, 
odbijające  się  od  ścian  pomieszczenia.  Jej  ciało  było  spowite  błękitnawą  poświatą, 
jakby  statycznym  ładunkiem  elektrycznym,  podobnym  do  krzaczastych  błyskawic, 
jakie pełzały po kadłubie „Szybkiej Ręki” w głębinach atmosfery Yavina. 

-  Pamiętajcie...  Nie  zróbcie  krzywdy  dzieciom!  -  zawołała  kobieta.  Mówiła 

powoli,  wyraźnie  akcentując  kaŜde  słowo,  a  w  jej  niskim  głosie  brzmiała  nieopisana 
groźba. 

Lando,  który  dopiero  teraz  przypomniał  sobie  o  dzieciach,  odwrócił  się  i 

stwierdził, Ŝe bliźnięta i Lowie idą za nim. 

-  Co  wy  tutaj  robicie?  -  zapytał.  -  Chodźcie  ze  mną,  muszę  znaleźć  dla  was 

bezpieczne miejsce. 

Machnął  blasterem  w  stronę  wyjścia  ładowni.  Później,  jakby  sobie  o  czymś 

przypomniał,  odwrócił  się  i  trzykrotnie  szybko  wystrzelił.  Udało  mu  się  trafić  w  sam 
ś

rodek piersi jednego szturmowca. 

Jacen  i  Jaina  wyskoczyli  na  korytarz.  Lowie,  nie  potrzebując  zachęty,  ryknął  i 

puścił się za nimi. 

Po chwili dogonił ich Calrissian. 
-  Myślę,  Ŝe  jednak  mieliście  rację  -  powiedział,  z  trudem  łapiąc  oddech.  -  Z 

jakiegoś powodu rzeczywiście chodzi im o was. 

-  Jestem  tylko  zwyczajnym  androidem  -  jęknął  piskliwie  Em  Teedee.  -  Mam 

nadzieję, Ŝe nie zaleŜy im na mnie. 

Akademia Ciemnej Strony 

30 

Zza  ich  pleców  dobiegły  odgłosy  kilku  stłumionych  eksplozji,  a  fala  gorącego 

powietrza,  która  w  chwilę  potem  rozeszła  się  korytarzami  stacji,  omal  ich  nie 
przewróciła. 

Ciemnoskóry  męŜczyzna  z  trudem  utrzymał  równowagę.  Wyciągnąwszy  rękę, 

pochwycił Jainę i nie pozwolił jej upaść. 

- Teraz w prawo - wysapał. - Tutaj. 
Biegli  dalej.  Za  plecami  słyszeli  kanonadę  blasterowych  strzałów,  a  po  chwili 

dobiegł ich huk jeszcze jednej eksplozji. Calrissian zgrzytnął zębami. 

- To z pewnością nie jest mój szczęśliwy dzień - mruknął. 
-  Z  całego  serca  zgadzam  się  z  pana  zdaniem  -  zapiszczał  Em  Teedee, 

przyczepiony do pasa Lowiego. 

-  Tu!  Do  komory  wysyłkowej!  -  Lando  gestem  nakazał  młodym  Jedi,  by 

zatrzymali  się  przed  opancerzonymi  drzwiami  wyrzutni.  To  właśnie  tu  oglądali 
niedawno  gotowe  do  wysyłki  klejnoty  corusca,  układane  w  pojemnikach 
transportowych przez wielorękie androidy. 

Ciemnoskóry  męŜczyzna,  zamierzając  otworzyć  drzwi,  przycisnął  kilka  klawiszy 

na  zawieszonej  na  ścianie  tablicy  kontrolnej,  ale  jego  palce  drŜały.  Zapaliła  się 
czerwona  lampka  podświetlająca  napis:  WSTĘP  WZBRONIONY.  Lando  syknął,  po 
czym  przycisnął  klawisze  jeszcze  raz,  tym  razem  starając  się  nie  pomylić.  Na  tablicy 
rozjarzyło się zielone światło i opancerzone drzwi zaczęły się rozsuwać. Dwa androidy, 
pokryte  miedzianymi  pancerzami,  układały  drogocenne  kamienie  we  wnętrzach 
transportowych pojemników. 

- Przepraszam - powiedział jeden z nich. Jego metaliczny głos sprawiał wraŜenie, 

Ŝ

e automat jest  wzburzony.  -  Czy  nie zechciałby pan zrobić czegoś, Ŝeby te eksplozje 

ustały? Ich wibracje utrudniają naszą pracę. 

Ignorując automaty, Lando wepchnął dzieci do pomieszczenia. 
- Nie mogę teraz wysłać was do domu - powiedział. - Te kanonierki natychmiast 

rzuciłyby  się  za  wami  w  pościg.  To  miejsce  jest  najbezpieczniejsze  ze  wszystkich  w 
stacji. Ja zostanę na korytarzu i będę bronił drzwi. 

Ś

cisnął  mocniej rękojeść blasterowego pistoletu, chcąc pokazać  młodym Jedi, Ŝe 

mogą mu zaufać. 

Lowie  warknął.  Było  widać,  Ŝe  bardzo  chciałby  wziąć  udział  w  walce.  Zanim 

jednak Jacen czy Jaina zdąŜyli cokolwiek powiedzieć, Lando z rozmachem uderzył  w 
przycisk  awaryjnego  zasuwania  drzwi.  CięŜkie  płyty  zatrzasnęły  się  z  metalicznym 
łoskotem, zamykając całą trójkę w niewielkim pomieszczeniu. 

Jacen  przyłoŜył  ucho  do  pancernych  drzwi,  ale  słyszał  tylko  stłumione  odgłosy, 

ś

wiadczące o tym, Ŝe bitwa się nie skończyła. Lowie, jeŜąc długą, rudobrązową sierść i 

ugniatając  kostki  wielkich  palców,  szykował  się  do  walki.  Jaina  rozejrzała  się  po 
pokoju, szukając czegokolwiek, co przydałoby się do obrony. 

- Hej, czy są tu jakieś pancerze? Macie jakąś broń? - krzyknął Jacen, zwracając się 

do androidów. 

Automaty  przerwały  pakowanie  i  zwróciwszy  ku  niemu  głowy,  spojrzały 

błyszczącymi czujnikami optycznymi. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

31 

-  Bardzo  proszę  nam  nie  przeszkadzać.  Nasza  praca  jest  niezwykle  waŜna  - 

odpowiedziały, po czym znów zajęły się pakowaniem. 

Zza pancernych drzwi dobiegły nagle głośniejsze odgłosy blasterowych strzałów. 

Słysząc  krzyk  Landa,  Jaina  odciągnęła  Jacena  od  drzwi.  Masywne  płyty  zadrŜały, 
trafione  błyskawicami  niosącymi  ogromną  moc,  ale  po  kilku  chwilach  odgłosy  walki 
ucichły. Jaina nasłuchiwała, od czasu do czasu spoglądając w bursztynowe oczy brata. 
Bliźnięta  przełknęły  ślinę.  Lowbacca  cicho  zaskomlał.  Wielorękie  automaty  nadal 
pracowały, nie zwracając na nic uwagi. 

Nagle  ze  szczeliny  między  płytami  drzwi  wytrysnął  snop  iskier.  Młodzi  Jedi 

zorientowali się, Ŝe napastnicy, chcąc wyciąć otwór w pancerzu, posłuŜyli się cięŜkimi 
spawarkami laserowymi. 

-  Czy sądzisz, Ŝe  w  ciągu najbliŜszych  kilku sekund  mogłabyś  wymyślić dla  nas 

jakąś broń? - zapytał Jacen, zwracając się do siostry. 

Jaina rozpaczliwie szperała w pamięci, ale nic nie przychodziło jej do głowy. 
Nagle  zamek  drzwi  puścił  i  oba  skrzydła  zaczęły  się  rozsuwać.  Umieszczone  w 

pancernych  płytach  czujniki  wszczęły  alarm,  ale  jęk  jeszcze  jednej  syreny  ginął  w 
rozgardiaszu i tumulcie walki, toczonej we wnętrzach orbitalnej stacji wydobywczej. 

Do środka wdarli się szturmowcy. 
Ku imperialnym Ŝołnierzom poczłapały natychmiast oba oburzone androidy. 
-  Pojawili  się  intruzi  -  oznajmił  jeden  automat.  -  Ostrzegam  was.  Do  tego 

pomieszczenia nie wolno wchodzić bez upowaŜnienia. Musicie wrócić na... 

W  odpowiedzi  szturmowcy  dali  ognia  z  wszystkich  luf.  Zamienili  miedziane 

korpusy obu androidów w stopione, dymiące szczątki, które rozsypały się po metalowej 
posadzce pomieszczenia. 

Jaina  zauwaŜyła  nieprzytomnego  Landa,  rozciągniętego  niedaleko  pancernych 

drzwi na korytarzu. Jego ciało było częściowo okryte szmaragdowozieloną peleryną, a 
palce  jednej  ręki,  wyciągniętej  obok  głowy,  wciąŜ  ściskały  rękojeść  blasterowego 
pistoletu. 

Do  pomieszczenia  wkroczyła  wysoka  czarna  kobieta.  Kiedy  spojrzała  na  trójkę 

młodych  Jedi,  w  jej  fioletowych  oczach  pojawiły  się  błyski.  Szturmowcy  wymierzyli 
blastery w Jacena, Jainę i Lowbaccę. 

- Zaczekajcie! - odezwała się dziewczyna. - Czego od nas chcecie? 
-  Nie  pozwólcie  im  manipulować  waszymi  umysłami!  -  ostrzegła  kobieta.  - 

Ogłuszcie ich! 

Zanim Jaina zdąŜyła powiedzieć cokolwiek więcej, rozproszone stoŜki błękitnego 

ś

wiatła poszybowały w stronę młodych Jedi. Wszyscy troje stracili przytomność. 

Jaina poczuła, Ŝe pogrąŜa się w mroczną nicość. 

Akademia Ciemnej Strony 

32 

R O Z D Z I A Ł  

Tenel Ka niecierpliwie przemierzała najwyŜszy taras wielkiej świątyni na Yavinie 

Cztery,  gdzie  mieściła  się  akademia  Jedi  Luke’a  Skywalkera.  Jak  przystało  na 
wojowniczkę z Dathomiry, była ubrana w tunikę z jaszczurcza skóry, która błyszczała 
jakby  niedawno  wypolerowana...  i,  prawdę  mówiąc,  taka  była.  Złocistorude  włosy 
dziewczyny  zostały  splecione  w  mnóstwo  cienkich,  ceremonialnych  warkoczyków, 
ozdobionych  piórkami  albo  paciorkami.  Jej  szare  oczy  wpatrywały  się  w  zasnute 
cięŜkimi ołowianymi chmurami niebo. Tenel Ka usiłowała wypatrzyć statek, na którego 
pokładzie miała przylecieć groźna ambasador Yfra, wysłanniczka babki. 

Podmuch  wiatru  zsunął  na  czoło  dziewczyny  kilka  ozdobnych  warkoczyków. 

Tenel Ka odgarnęła je sprzed oczu gestem świadczącym o irytacji. Przesycone wilgocią 
powietrze  przytłaczało  ją  i  draŜniło.  Sprawiało,  Ŝe  czuła  się  zagroŜona.  Pora  sucha  na 
księŜycu Yavina właśnie się skończyła. 

Tenel  Ka  czuła  dziwne,  nieprzyjemne  świerzbienie  w  głębi  duszy.  Miała 

przeczucie, Ŝe juŜ wkrótce wydarzy się coś niezwykłego, tak nagle jak grom z jasnego 
nieba.  Dyplomatki  i  wysłanniczki  jej  babki  potrafiły  być  równie  śmiercionośne  jak 
błyskawice. 

Nie cofały się przed mordowaniem wrogów ani nawet przyjaciół, by upewnić się, 

Ŝ

e  następcą  hapańskiego  tronu  zostanie  ten,  którego  wybrały.  W  komnatach 

królewskiego pałacu krąŜyła nawet plotka, Ŝe najemni zabójcy, nasłani przez królową-
matkę, zamordowali kiedyś wuja Tenel Ka, brata jej ojca, księcia Isoldera. 

Zdumiona  dziewczyna  spojrzała  nagle  w  górę,  kiedy  kropla  deszczu,  gorąca  jak 

krew,  rozprysnęła  się  na  jej  obnaŜonym  ramieniu.  Wzdrygnęła  się,  chociaŜ  nie  było 
zimno. 

Babka  wywoływała  u  niej  mieszane  uczucia.  Podziwiała  ją,  ale  takŜe  trochę  nią 

gardziła.  Podobnie  jak  jej  matka,  Teneniel  Djo,  wojowniczka  z  Dathomiry,  ona  takŜe 
wolała  tradycyjne  tuniki  z  jaszczurczej  skóry,  a  nie  cienkie  jak  pajęczyny  jedwabie, 
jakie zwykle nosili członkowie królewskiego rodu w gromadzie gwiezdnej Hapes. 

Dziewczynie  udawało  się  na  razie  zachowywać  kompromis  między  własną 

niezaleŜnością  a  spełnianiem  zachcianek  babki.  Tenel  Ka  wiedziała  jednak,  Ŝe  gdyby 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

33 

kiedykolwiek przekroczyła cienką linię, oddzielającą jedno od drugiego, pewnego dnia 
mogłaby oczekiwać wizyty skrytobójców, nasłanych przez królową-matkę... 

Ołowiane  niebo  przecięła  nagle  krzaczasta  błyskawica  i  po  kilku  sekundach 

rozległ się huk gromu. Tenel Ka spacerowała po tarasie obserwacyjnym na najwyŜszym 
poziomie  świątyni  jak  zaszczute  zwierzę,  zamknięte  w  klatce.  Czuła  narastający 
niepokój za kaŜdym razem,  kiedy przystawała na  krańcu platformy i zastanawiała się, 
dlaczego  ambasador  Yfra  nie  przylatuje.  Denerwowała  się  tak  bardzo,  Ŝe  nawet  nie 
zauwaŜyła pojawienia się Luke’a Skywalkera, dopóki nie stanął przed nią. 

Mistrz Jedi połoŜył obie dłonie na ramionach dziewczyny i spojrzał jej w oczy. Od 

męŜczyzny promieniowało ciepło i spokój. Tenel Ka poczuła, Ŝe zaczyna się odpręŜać. 

-  Jest  dla  ciebie  wiadomość  w  ośrodku  łączności  -  odezwał  się  cicho.  -  Czy  nie 

chciałabyś, Ŝebym był w pobliŜu, kiedy będziesz rozmawiała z ambasador Yfrą? 

Tenel Ka nie potrafiła ukryć dreszczu obrzydzenia na myśl o rozmowie z okrutną 

wysłanniczką babki. 

-  Twoja  obecność  byłaby...  -  zawahała  się  na  chwilę,  szukając  odpowiedniego 

słowa - ...byłaby dla mnie zaszczytem, mistrzu Skywalkerze. 

 
Tenel  Ka  stała  sztywno  wyprostowana.  Z  uniesioną  głową  wpatrywała  się  w 

wizerunek  ambasador  Yfry,  widoczny  w  centrum  łączności  na  duŜym  ekranie.  Mimo 
okrucieństwa,  malującego  się  na  twarzy  kobiety,  moŜna  było  dostrzec  na  niej  takŜe 
ś

lady  piękna  i  dumy.  Włosy  i  oczy  hapańskiej  wysłanniczki  miały  barwę 

wypolerowanej cyny. 

-  Nasze  sprawy  na  Coruscant  zajęły  nam  więcej  czasu  niŜ  sądziłyśmy,  młoda  - 

odezwała  się  Yfra.  Jej  stanowczy  głos  dowodził,  Ŝe  nie  nawykła,  by  ktoś  zadawał  jej 
pytania. - W związku z tym z tobą zobaczymy się o dwa dni później. 

Tenel Ka Ŝadnym gestem nie zdradziła rozpaczy, jaka ogarnęła ją na te słowa, ale 

jej  serce  niemal  zamarło.  Do  tego  czasu  powinni  przecieŜ  powrócić  Jacen,  Jaina  i 
Lowbacca. Odwróciła głowę i błagalnie popatrzyła na Luke’a Skywalkera. 

Mistrz Jedi zbliŜył się do ekranu komunikatora. 
- MoŜe ja przyleciałbym z księŜniczką Hapes, Ŝeby mogła się spotkać z panią na 

Coruscant? - zaproponował cicho. 

Ambasador  Yfra  ułoŜyła  wargi  w  grymasie,  który  miał  być,  jej  zdaniem, 

uprzejmym uśmiechem, ale w oczach kobiety nie było widać ani śladu łagodności czy 
uprzejmości. 

-  Otrzymałam  wyraźny  rozkaz,  by  dokonać  obserwacji  następczyni  hapańskiego 

tronu w miejscu, w którym pobiera nauki - oświadczyła. 

Tenel  Ka  otworzyła  usta,  pragnąc  takŜe  coś  powiedzieć,  ale  okazało  się  to 

zbyteczne.  Na  obudowie  urządzenia,  tuŜ  obok  ekranu,  zapaliło  się  światełko 
wiadomości alarmowej. Luke zareagował na to w jednej chwili. 

-  Pani  ambasador,  właśnie  otrzymaliśmy  wiadomość  o  wyŜszym  priorytecie  - 

oznajmił. - Proszę chwilę poczekać. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  hapańskiej  wysłanniczki,  przełączył  kanał 

komunikatora. 

Akademia Ciemnej Strony 

34 

Na ekranie pojawiło się oblicze Landa Calrissiana. Rysy jego przystojnej, ciemnej 

twarzy  zdradzały  nurtujący  go  niepokój.  W  załzawionych  oczach  malowało  się 
zakłopotanie.  Włosy  Landa  były  rozwichrzone,  a  strój  w  nieładzie.  Z  odbiornika 
dobiegało stłumione zawodzenie alarmowych syren. 

- Luke, chłopie - wychrypiał Lando. - Sam nie wiem, co się stało. Oni... Zniszczyli 

nasze  obronne  satelity  i  wdarli  się  do  stacji...  Nie  wiem,  co  było  później,  zapewne 
zostałem  ogłuszony.  Nic  mi  się  nie  stało,  ale...  -  Zamknął  umęczone  oczy  i  zacisnął 
zęby. - Jacen, Jaina i Lowbacca zniknęli. Zostali porwani. 

Luke  głęboko  odetchnął.  Tenel  Ka  była  pewna,  Ŝe  mistrz  Jedi  posłuŜył  się  jakąś 

techniką  relaksacyjną,  ale  uświadomiła  sobie,  Ŝe  z  mniejszym  powodzeniem  niŜ 
zazwyczaj.  Jego  ciało  sprawiało  wraŜenie  odpręŜonego,  ale  jasnoniebieskie  oczy 
wyglądały, jakby za chwilę miały wystrzelić z nich laserowe błyskawice. 

- Kto to zrobił? - zapytał zwięźle. 
Lando pokręcił głową. 
-  Nie  wiemy,  kto  ani  dlaczego  porwał  dzieci,  ale  moi  najlepsi  ludzie  starają  się 

tego  dowiedzieć.  Jestem  pewien  tylko  jednego.  To  był  ktoś,  kto  ma  jakieś  związki  z 
Imperium. 

-  Będę  tam  za  godzinę  -  powiedział  mistrz  Skywalker  i  wyciągnął  rękę,  chcąc 

przełączyć kanał komunikatora. 

- Proszę chwilę zaczekać - odezwała się dziewczyna. - Oni są moimi przyjaciółmi. 

Wiem,  jak  mogą  rozumować  w  takiej  sytuacji.  Wiem,  co  myślą  i  co  czują.  Wiem,  co 
mogą  chcieć  zrobić.  Poza  tym  nie  mogę  siedzieć  bezczynnie,  gdy  znaleźli  się  w 
niebezpieczeństwie. Proszę. Muszę polecieć z tobą. 

Luke kiwnął głową. 
-  Twoja  obecność  będzie  dla  mnie  zaszczytem  -  odrzekł,  powtarzając  jej 

wcześniejsze  słowa.  Później  znów  przeniósł  spojrzenie  na  wizerunek  Calrissiana.  - 
Będziemy  tam  za  godzinę  -  poprawił  się,  po  czym  przełączył  urządzenie  na 
częstotliwość, na której rozmawiał z ambasador Yfrą. 

Kobieta  miała  otwarte  usta,  jakby  zamierzała  wyrazić  sprzeciw  wobec  takiego 

obcesowego traktowania, ale mistrz Jedi odezwał się pierwszy. 

-  Przepraszam,  Ŝe  kazałem  pani  czekać,  ale  pojawiła  się  waŜniejsza  wiadomość. 

Dotyczyła  mnie  i  księŜniczki.  Musimy  natychmiast  ruszać  w  drogę.  Obawiam  się,  Ŝe 
dopóki  sytuacja  się  nie  wyjaśni,  powinniśmy  odłoŜyć  na  później  wszelkie  plany 
spotkania.  Proszę  przekazać  pozdrowienia  i  wyrazy  szacunku  dostojnikom 
królewskiego dworu na Hapes. 

Zgiął się w lekkim ukłonie, po czym przerwał połączenie. 
Tanel Ka, mimo iŜ zmartwiona losem przyjaciół, poczuła zadowolenie widząc, jak 

zręcznie mistrz Skywalker poradził sobie z ambasador Yfrą.  

Luke popatrzył w oczy dziewczyny.  
-  Jestem  pewien,  Ŝe  pani  ambasador  nie  przywykła  do  tak  skąpych  wyjaśnień 

uzasadniających odmowę, ale mamy teraz na głowie waŜniejsze sprawy.  

Tenel Ka energicznie kiwnęła głową. 
- To jest fakt - powiedziała. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

35 

 
Kiedy  Luke  Skywalker  pewnie  pilotował  wahadłowiec,  kierując  go  ku  orbitalnej 

stacji  wydobywczej  Landa  Calrissiana,  dziewczyna  starała  się  odgrywać  rolę 
bezstronnego,  obojętnego  obserwatora.  Musiała  zachować  trzeźwy  umysł  i  rozwagę, 
jeŜeli  chciała  znaleźć  jakiś  ślad,  który  pomógłby  jej  ocalić  trójkę  młodych  Jedi... 
jedynych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miała. 

JuŜ z daleka dostrzegli mrugające róŜnobarwne światła stacji. Kiedy otworzyły się 

wrota  śluzy,  mistrz  Jedi  osadził  wahadłowiec  na  lądowisku.  MoŜliwe,  Ŝe  w  innych 
okolicznościach  Tenel  Ka  zwróciłaby  uwagę  na  otoczenie,  pastelowe  kolory  ścian  i 
wysiłek,  włoŜony  w  urządzanie  pomieszczeń  stacji.  Kiedy  jednak  otworzyła  się  klapa 
włazu  wahadłowca,  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  ogarnia  ją  uczucie  przemocy,  gwałtu  i 
ciemności. Bezprawia, zła, niesprawiedliwości. 

Na  lądowisku  czekał  udręczony  Lando  Calrissian.  Jego  włosy  były  nadal 

rozwichrzone,  a  ubranie  w  nieładzie.  Gestem  zaprosił  Luke’a  i  Tenel  Ka,  by  szli  za 
nim, po czym zaprowadził ich do opancerzonej komory wysyłkowej, miejsca końcowej 
walki. 

Dziewczyna  powiodła  spojrzeniem  po  ścianach  i  suficie.  ZauwaŜyła  na  nich 

ciemne  smugi  po  blasterowych  strzałach.  Dostrzegła  takŜe  krople  zakrzepłej  plastali  i 
kawałki  stopionego  metalu.  Później  zauwaŜyła,  Ŝe  Luke  przyklęknął  na  jedno  kolano, 
przyłoŜył dłonie do podłogi i zamrugał, a potem nawet zamknął oczy. 

-  Tak,  to  wydarzyło  się  tutaj  -  mruknął.  Kilka  razy  głęboko  odetchnął,  po  czym 

przeszył Calrissiana spojrzeniem błękitnych oczu. 

- Nie czyń sobie wyrzutów sumienia - powiedział. - Zrobiłeś wszystko, co było w 

twojej mocy. Walczyłeś bardzo ofiarnie. 

Na twarzy ciemnoskórego męŜczyzny odmalował się smutek. 
- Nie dość ofiarnie, chłopie - odparł, kręcąc głową. - Nie udało mi się ich ocalić. - 

W jego głosie zabrzmiała nuta złości na samego siebie. - Zbyt wiele czasu poświęciłem, 
starając się ratować stację. Myślałem, Ŝe to piraci, którzy pragną ukraść moje klejnoty 
corusca.  Nie  przypuszczałem,  Ŝe  moŜe  chodzić  im  o  dzieciaki.  A  potem  było  juŜ  za 
późno. 

Tenel Ka zauwaŜyła, Ŝe Luke Skywalker ani nie usprawiedliwiał, ani nie obwiniał 

Landa. Po prostu słuchał. 

Po chwili przerwy Calrissian powiedział, tym razem znacznie ciszej: 
-  JeŜeli  jest  coś,  w  czym  mógłbym  ci  pomóc  albo  co  chciałbyś  mieć,  Ŝeby  ich 

odnaleźć... moją stację, jej załogę, mój statek... cokolwiek zechcesz... 

Propozycję  Landa  przerwało  pojawienie  się  jego  pomocnika,  Lobota.  Światełka 

implantowanych  komputerów  na  jego  głowie  błyskały  wciąŜ  nowymi  sekwencjami 
kolorów. 

-  Skończyliśmy  łatać  otwór  na  jednym  z  niŜszych  poziomów  stacji,  we  wrotach 

ś

luzy lądowiska trzydziestego czwartego - odezwał się bez jakiegokolwiek wstępu. 

Ciemnoskóry  męŜczyzna odwrócił się  w stronę Luke’a i Tenel Ka. Widoczne  na 

jego czole zmarszczki dowodziły, Ŝe jest oburzony. 

Akademia Ciemnej Strony 

36 

-  Przecięli  pancerz  jak  wieczko  jednorazowej  puszki  z  racją  Ŝywnościową  - 

powiedział. 

Łysy cyborg na poparcie jego słów tylko kiwnął głową. 
-  Ich  sprzęt  został  specjalnie  przygotowany  do  wycięcia  otworu  w  pancerzu 

kadłuba. 

Lando takŜe kiwnął głową. 
-  Jedynym  przedmiotem,  jaki  znam,  wystarczająco  twardym,  Ŝeby  wyciąć  tak 

szybko otwór w durastali, jest... 

- Klejnot corusca - dokończył Luke. 
- Bardzo wielki i bardzo twardy - dodał Lobot. 
- Zgadza się - przyznał markotnie Calrissian. - Wykorzystali przeciwko nam nasze 

własne kamienie. 

- Bardzo rzadkie i kosztowne - uzupełnił Lobot. - Niewielu stać na to, by je kupić. 
Tenel Ka zauwaŜyła, Ŝe oczy Luke’a Skywalkera rozjarzyły się nową nadzieją. 
- Czy moŜesz powiedzieć nam, dokąd zostały wysłane transporty tych klejnotów? 
Lando wzruszył ramionami. 
-  Jak  powiedział  mój  przyjaciel,  tak  ogromne  kamienie  spotyka  się  niezwykle 

rzadko.  Od  chwili  rozpoczęcia  działalności  wysłaliśmy  tylko  dwa  transporty  takich 
klejnotów. 

Popatrzył pytająco na cyborga. 
Lobot  przycisnął  jakiś  mikroprzełącznik,  umieszczony  z  tyłu  głowy,  po  czym 

przekrzywił  ją  na  bok,  jakby  wsłuchiwał  się  w  głos,  którego  nie  słyszał  nikt  oprócz 
niego. Po chwili kiwnął głową. 

- Oba transporty zostały sprzedane za pośrednictwem naszego agenta handlowego 

na Borgo Prime. 

- Czy nie moŜna byłoby się dowiedzieć, kto je kupił? - zapytał mistrz Jedi. 
- Wątpię - odrzekł Lando. - Handlarze kamieni są bardzo ostroŜni. Płacą uczciwie, 

ale  szczegóły  transakcji  zachowują  w  tajemnicy.  Obawiają  się,  Ŝe  gdybyśmy  się 
dowiedzieli, komu je sprzedają, zrezygnowalibyśmy z ich pośrednictwa. 

-  A  zatem  musimy  polecieć  na  Borgo  Prime  i  sami  zapytać  -  odezwała  się, 

zdecydowana na wszystko Tenel Ka. 

Luke przesłał jej ciepły uśmiech, po czym znów odwrócił się w stronę Calrissiana. 
- Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czym jest ta Borgo Prime - oświadczył. 
- To niewielka asteroida. Znajduje się na niej kosmoport i ośrodek handlowy... a 

takŜe  przystań  handlarzy,  złodziei,  morderców  i  przemytników...  najróŜniejszych 
szumowin z całej galaktyki. - Lando błysnął zębami w uśmiechu i dodał, zwracając się 
do Luke’a: - Coś w rodzaju kantyny w Mos Eisley na Tatooine. Będziesz się czuł tam 
jak w domu. 

 
Tenel  Ka  spoglądała  w  milczeniu  na  mistrza  Skywalkera.  Oboje  stali  przed 

ekranem komunikatora w ośrodku łączności orbitalnej stacji wydobywczej. 

Na  monitorze  było  widać  Hana  Solo,  obejmującego  ramieniem  Ŝonę,  Leię.  Z 

drugiej strony kobiety stał wuj Lowiego, Chewbacca. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

37 

Tenel Ka przyjrzała się wizerunkom na ekranie i stwierdziła, Ŝe w tej chwili Leia 

Organa  Solo  wygląda  bardziej  jak  zatroskana  matka  niŜ  polityk,  obdarzony  ogromną 
władzą. 

-  AleŜ,  Luke,  to  są  nasze  dzieci  -  mówiła.  -  JeŜeli  zagraŜa  im  jakieś 

niebezpieczeństwo, nie moŜemy siedzieć bezczynnie i czekać. 

- Mowy nie ma! - poparł ją Han. 
-  Oczywiście,  Ŝe  nie  -  przyznał  łagodnie  mistrz  Jedi.  -  Jesteś  jednak 

przywódczynią  Nowej  Republiki  i  nie  moŜesz  się  naraŜać  na  niebezpieczeństwo. 
Zmobilizuj  swoje  wojska,  wyślij  szpiegów  i  zwiadowcze  automaty,  ale  zostań  tam, 
gdzie jesteś teraz. Zorganizuj ośrodek dowodzenia i zbierania wszystkich informacji. 

-  Zgoda,  Luke  -  odrzekła  Leia.  -  Na  razie  zostaniemy  na  Coruscant,  ale  kiedy 

stwierdzimy,  Ŝe  nie  da  się  zrobić  stąd  niczego  więcej,  sami  wyruszymy  na 
poszukiwania. 

- Przylecę i zabiorę cię „Sokołem” - oświadczył Han. 
- Daj mi dziesięć standardowych dni - odparł mistrz Skywalker. - Jestem na tropie, 

którym  muszę  podąŜyć  jak  najszybciej,  jeŜeli  nie  chcę  go  zgubić.  A  teraz  musimy 
ruszać w drogę. Będziemy informowali was o postępach. 

- My? - zapytał Han. - Lando leci z tobą? 
- Nie - odpowiedział Luke. - Swoim towarzystwem zaszczyciła mnie następczyni 

hapańskiego tronu - dodał, gestem pokazując Tenel Ka. 

- Jesteśmy wdzięczni za twoją pomoc - odezwała się oficjalnym tonem Leia. 
Dziewczyna zbliŜyła się do ekranu i takŜe oficjalnie lekko kiwnęła głową. 
-  Jacen,  Jaina  i  Lowbacca  znaczą  dla  mnie  więcej  niŜ  honor  -  powiedziała.  -  Są 

moimi przyjaciółmi. 

Twarz Leii złagodniała. 
- A zatem jestem winna ci wdzięczność równieŜ jako matka - oznajmiła. 
Chewbacca  takŜe  warknął  coś,  co  Tenel  Ka  mogła  uznać  jedynie  za  wyraz 

aprobaty. 

- Nie martwcie się, na pewno ich znajdziemy - odezwał się Luke. - Teraz jednak 

musimy się pospieszyć. 

Han uniósł głowę i uśmiechnął się do przyjaciela. 
- W porządku, a zatem ruszaj w drogę, mały.  
Zanim połączenie zostało przerwane, Leia dodała: 
- I niech Moc będzie z tobą. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

38 

R O Z D Z I A Ł  

6

 

Jaina  ocknęła  się  i  stwierdziła,  Ŝe  Lowie  potrząsa  ją  za  ramię.  Młody  Wookie 

Ŝ

ałośnie  lamentował  i  czynił  to  tak  długo,  aŜ  dziewczyna  jęknęła  i  oprzytomniała, 

mrugając powiekami. 

Natychmiast pojawiły się wszystkie nieprzyjemne dolegliwości, o jakich słyszała: 

zawroty  głowy,  mdłości,  bóle  mięśni...  pozostałości  po  ogłuszających  promieniach 
blasterów,  jakimi  porazili  ją  imperialni  szturmowcy.  Ludzkie  ciało  nie  znosiło  tak 
duŜych  dawek  energii.  Jaina  stwierdziła  takŜe,  Ŝe  szumi  jej  w  uszach,  ale  instynkt 
podpowiadał  jej,  Ŝe  ten  dźwięk  słyszy  naprawdę.  Zorientowała  się,  Ŝe  jest  to  odgłos 
pracy silników duŜego statku, lecącego w nadprzestrzeni. 

Nie  wiedziała,  czy  moŜe  zaryzykować  i  usiąść  prosto.  Powoli  obróciła  głowę. 

Zobaczyła,  Ŝe  wszyscy  troje  znajdują  się  w  niewielkim  pomieszczeniu,  nie 
wyróŜniającym  się  niczym  szczególnym.  Głęboko  odetchnęła,  podrapała  się  po 
porośniętej  prostymi  brązowymi  włosami  głowie,  po  czym  przesunęła  dłonią  po 
poplamionym  materiale  kombinezonu.  Chciała  się  upewnić,  Ŝe  nie  odniosła  Ŝadnych 
obraŜeń. 

Nagle  przypomniała  sobie,  co  zaszło  podczas  ataku  na  orbitalną  stację 

wydobywczą. Wyprostowała  się tak raptownie, Ŝe ogarnęła ją nowa  fala  mdłości, a  w 
skroniach  eksplodowały  impulsy  bólu.  Z  trudem  oddychała,  ale  siłą  woli  postanowiła 
się odpręŜyć i pozwoliła, Ŝeby odpłynęła chociaŜ cześć bólu. 

- Gdzie jesteśmy? - zapytała. 
Jacen,  który  zdąŜył  usiąść  na  wąskiej  pryczy,  właśnie  przecierał  bursztynowe 

oczy. Kiedy skończył, przeczesał długimi palcami rozwichrzone włosy. Jego spojrzenie 
ś

wiadczyło o zdezorientowaniu. Jaina wyczuła falę niepokoju płynącą od strony brata. 

- Nie mam pojęcia - odpowiedział. 
Lowbacca  burknął  coś,  co  zabrzmiało  jak  pytanie.  On  takŜe  sprawiał  wraŜenie 

zaniepokojonego. 

- Przynajmniej jesteśmy wszyscy razem - oznajmiła dziewczyna. - No i wcale nas 

nie związali. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

39 

Uniosła ręce, zdumiona faktem, Ŝe imperialni Ŝołnierze nie rozdzielili ich ani nie 

skrępowali.  W  niszy  w  murze  ujrzała  tacę,  a  na  niej  pojemniki  z  wodą  i  talerze  z 
poŜywieniem. Lowie zdąŜył skosztować owocu. 

-  Hej,  zastanawiam  się,  co  się  stało  z  pracownikami  stacji  -  odezwał  się  Jacen.  - 

Jak myślisz, co zrobili Calrissianowi? 

-  Na  chwilę  przedtem,  zanim  nas  ogłuszyli,  widziałam  go,  jak  leŜał  bez 

przytomności  na  korytarzu  -  odparła.  -  Nie  sądzę  jednak,  Ŝeby  chcieli  go  zabić. 
Odniosłam wraŜenie, Ŝe zaleŜało im tylko na nas. 

- Ta-a... jedynie my przedstawialiśmy dla nich jakąś wartość, no nie? - stwierdził 

ponuro Jacen.  

Lowie warknął. 
Jaina wstała i rozprostowała kości. Wydawało się jej, Ŝe kiedy się porusza, czuje 

się trochę lepiej. 

- Myślę, Ŝe i mnie nic nie jest - oznajmiła. - A co z wami? 
Jacen  uśmiechnął  się,  chcąc  ją  uspokoić,  a  Lowie  tylko  kiwnął  kudłatą  głową. 

Ciemniejsza sierść nad jego okiem jeŜyła się jednak z niepokoju. Lowbacca przygładził 
włosy i mruknął. 

Dopiero  wówczas  Jaina  zauwaŜyła,  Ŝe  coś  jest  nie  w  porządku.  Popatrzyła  na 

pleciony pas, otaczający biodra Wookiego, ale nie zauwaŜyła miniaturowego androida-
tłumacza. 

- Lowie! Co się stało z Em Teedee? - zapytała. 
Lowbacca wydał dziwny Ŝałosny dźwięk i poklepał się po biodrze. 
- Musieli mu go zabrać szturmowcy - stwierdziła Jaina. - Ciekawe, czego chcą? 
-  Och,  pragną  tylko  opanować  całą  galaktykę,  narobić  mnóstwo  zamieszania...  a 

przy okazji skrzywdzić wielu ludzi - odparł nonszalancko Jacen. - Wiesz; to, co zwykle. 
-  Podszedł  do  płaskiej  metalowej  płyty  będącej  najwyraźniej  drzwiami.  -  Hmmm... 
prawdopodobnie są zamknięte, ale nie zaszkodzi spróbować. 

Przycisnął kilka klawiszy, wybranych na chybił trafił. 
Ku  zdumieniu  Jainy  drzwi  się  otworzyły,  ukazując  uzbrojonego  straŜnika,  który 

stał  niemal  na  progu.  Podobny  do  czerepu  biały  hełm  szturmowca  obrócił  się  w  ich 
stronę. 

- Hurra! - krzyknął Jacen, a potem dodał znacznie ciszej: - Przynajmniej drzwi się 

otwierają. 

- MoŜe po prostu nie umieli ich zamknąć - zasugerowała Jaina. - Pamiętacie, jakie 

zawodne i toporne są imperialne urządzenia? - Chcąc dokuczyć Ŝołnierzowi, pozwoliła, 
by  w  jej  głosie  zabrzmiała  nuta  sarkazmu.  -  I  wiecie,  jaki  dziurawy  jest  pancerz 
szturmowca? Zapewne nie mógłby wytrzymać nawet strzału z wodnego blastera. 

-  Po  prostu  przejdźmy  obok  niego  -  zaproponował  scenicznym  szeptem  Jacen 

widząc, Ŝe szturmowiec się nie poruszył. - MoŜe nas nie zatrzyma. 

Dopiero wówczas imperialny Ŝołnierz zdjął z ramienia karabin blasterowy. 
- Zaczekajcie tutaj - rozkazał. 
Jego  beznamiętny  głos,  przefiltrowany  przez  głośnik  w  białym  hełmie,  sprawiał 

wraŜenie pozbawionego wszelkich emocji, ale mimo to dało się wyczuć w nim groźbę. 

Akademia Ciemnej Strony 

40 

StraŜnik powiedział coś po cichu do mikrofonu komunikatora, po czym, zatrzasnąwszy 
drzwi, ponownie zamknął młodych Jedi w celi. 

Przez chwilę wszyscy troje siedzieli w pełnej napięcia ciszy. 
- MoŜemy opowiadać sobie dowcipy - zasugerował Jacen. 
Zanim  Jaina  zdąŜyła  pomyśleć,  by  udzielić  najlepszej  odpowiedzi,  drzwi  celi 

znów  się  otworzyły.  Tym  razem  u  boku  szturmowca  stała  ta  sama  bardzo  wysoka, 
złowieszczo  wyglądająca  kobieta,  którą  widzieli  podczas  ataku  na  stację  Landa 
Calrissiana. Jaina niemal wstrzymała oddech. 

Kruczoczarne  włosy  kobiety  spływały  na  ramiona  niczym  mroczne  fale.  Jej 

peleryna, czarna jak ebonit, iskrzyła się blaskiem setek naszytych małych szlachetnych 
kamieni,  błyszczących  przy  kaŜdym  ruchu  jak  gwiazdy  na  nocnym  niebie.  Fioletowe 
oczy  płonęły  w  twarzy  tak  bladej,  Ŝe  chyba  wyrzeźbionej  z  kawałka  wypolerowanej 
kości.  Ciemnowiśniowe  usta  wyglądały, jak gdyby  na  wargach zastygł  sok dojrzałego 
egzotycznego owocu. Kobieta była piękna... ale jej piękno było okrutne i ponure. 

-  A  wiec,  rycerze  Jedi,  nareszcie  się  zbudziliście  -  warknęła.  W  jej  niskim, 

gardłowym  głosie  nie  było  jednak  słychać  syku,  czego  oczekiwała  Jaina.  -  Muszę 
zacząć  od  stwierdzenia,  Ŝe  bardzo  mnie  rozczarowaliście.  Miałam  nadzieję,  Ŝe  tacy 
potęŜni uczniowie, nawykli do  władania Mocą, stawią  mi  silniejszy opór. Tymczasem 
wasze siły Jedi okazały się śmiechu warte! Ale my to zmienimy. Nauczycie się nowych 
sztuczek. Skutecznych sztuczek. 

Kobieta  obróciła  się  na  pięcie,  a  czarna  peleryna  zawirowała  wokół  niej  niczym 

smuga dymu. 

- Chodźcie za mną - odezwała się, po czym wyszła na korytarz. 
-  Nie  -  odparła  Jaina.  -  Za  kogo  się  uwaŜasz?  Jakim  prawem  trzymasz  nas  tu 

wbrew naszej woli? 

- Powiedziałam: Chodźcie! - powtórzyła kobieta. 
Kiedy  młodzi  Jedi  Ŝadnym  gestem  nie  zdradzili,  Ŝe  zamierzają  usłuchać  jej 

rozkazu,  kobieta  wymierzyła  w  nich  czubki  wypolerowanych  paznokci  i  zaczęła 
przebierać w powietrzu palcami. 

Nagle Jaina poczuła, Ŝe na jej szyi zaciska się niewidzialna pętla. Kobieta zagięła 

palce,  a  Jaina  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  jest  tylko  małym  zwierzątkiem,  bezlitośnie 
ciągniętym na smyczy. Zachwiała się, kiedy niewidoczny powróz wywlekał ją z celi na 
korytarz. 

Tymczasem Lowbacca i Jacen zmagali się z takimi samymi pętami Mocy. Wookie 

wył,  usiłował  stawiać  opór.  Obaj  walczyli,  ale  mimo  to,  potykając  się  i  zataczając, 
takŜe zostali wyciągnięci powrozami Mocy z celi. 

-  Mogę  ciągnąć  was  w  ten  sposób  aŜ  na  mostek  -  odezwała  się  kobieta.  Jej 

wiśniowosine wargi wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu. - MoŜecie jednak zachować 
siły na to, Ŝeby stawić mi skuteczniejszy opór nieco później. 

- Niech będzie jak chcesz - wychrypiała Jaina czując, Ŝe kobieta włada ciemnymi 

siłami Jedi, którym nie moŜe się przeciwstawić... a przynajmniej jeszcze nie teraz. 

Kiedy peta Mocy opadły, wszyscy troje stanęli, drŜąc i z trudem łapiąc oddechy. 

Spoglądali po sobie, mając świadomość, Ŝe nie tylko zostali pokonani, ale i poniŜeni. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

41 

Jaina pierwsza otrząsnęła się z przeŜytego wstrząsu. Przełknęła kluchę, jaka tkwiła 

w jej gardle, po czym  wyprostowała  się, dumnie  uniosła głowę i podąŜyła za  kobietą. 
TuŜ za nią ruszyli Jacen i Lowbacca. 

- Kim jesteś? - zapytała po kilku chwilach Jaina. 
Kobieta przystanęła w pół kroku, przez chwilę się wahała, po czym odparła: 
- Nazywam się Tamith Kai. Jestem członkinią nowego zakonu Sióstr Nocy. 
- Sióstr Nocy? - powtórzył zdumiony Jacen. - W rodzaju tych,  które Ŝyły kiedyś 

na Dathomirze? 

Jaina  pamiętała  historie,  które  opowiadała  im  przyjaciółka,  Tenel  Ka,  kiedy 

chciała  ich  przerazić,  Ŝeby  ćwiczyć  później  techniki  relaksacyjne,  stosowane  przez 
rycerzy  Jedi.  Były  to  opowieści  o  przeraŜających,  złych  kobietach,  które  kiedyś 
wypaczyły bieg historii na jej rodzimej planecie. 

Tamith Kai popatrzyła na Jacena. Na fioletowowiśniowych ustach kobiety błąkał 

się grymas, będący czymś pośrednim między pogardą a uśmiechem. 

-  A  więc  słyszeliście  o  nas?  To  dobrze.  Na  mojej  planecie  nie  brakuje  kobiet 

władających  Mocą, a Imperium pomogło naszemu zakonowi  się odrodzić. MoŜe teraz 
uświadomicie  sobie,  Ŝe  nie  zdołacie  przeciwstawić  się  naszej  woli.  Z  drugiej  strony, 
jeŜeli będziecie współpracowali, moŜecie spodziewać się nagrody. 

- Nie będziemy współpracowali z tobą - oświadczyła hardo Jaina. 
-  Tak,  tak  -  stwierdziła  Tamith  Kai,  jakby  znudzona  tym  oświadczeniem.  - 

Przekonamy się o tym we właściwym czasie. 

-  Hej,  dokąd  nas  prowadzisz?  -  zapytał  w  pewnej  chwili  Jacen,  spiesząc  się,  by 

dotrzymać  kroku  siostrze.  Lowie  kroczył  u  jego  boku.  Gniewnie  warczał  i  przebierał 
palcami w okolicach pasa, jakby naprawdę brakowało mu obecności Em Teedee. 

-  Wkrótce  sami  zobaczycie  -  odezwała  się  Siostra  Nocy.  -  Jesteśmy  prawie 

gotowi, Ŝeby wyskoczyć z nadprzestrzeni. 

Wszyscy  czworo  wstąpili  na  platformę  nośną,  która  zawiozła  ich  na  najwyŜszy 

poziom, gdzie znajdował się mostek statku. Młodzi Jedi ujrzeli samotnego męŜczyznę, 
pilotującego wahadłowiec. Pochylony nad kontrolnym pulpitem, siedział tyłem do nich 
na  wyściełanym  fotelu  z  wysokim  oparciem.  Pilot  miał  przed  sobą  iluminator,  przez 
który Jaina mogła widzieć wielobarwne świetliste smugi gwiazd, charakterystyczne dla 
lotu w nadprzestrzeni. 

MęŜczyzna  wyciągnął  prawą  rękę  i  uchwycił  rękojeść  dźwigni  napędu 

nadprzestrzennego. Kiedy zmieniające się cyfry na tarczy chronometru pokazały same 
zera,  pociągnął  za  dźwignię.  Smugi  gwiazd  zamieniły  się  w  czerń  normalnych 
przestworzy, usianą świecącymi punkcikami. 

-  Jesteśmy  w  pobliŜu  systemów  gwiezdnych  jądra  -  odezwała  się  natychmiast 

Jaina,  widząc  gęste skupiska  gwiazd i serpentyny  gwiezdnych gazów, które zakrzepły 
w pobliŜu środka galaktyki. 

Systemy  gwiezdne  znajdujące  się  w  pobliŜu  jądra  były  ostatnimi  bastionami 

imperialnej  władzy.  Znajdowały  się  tak  blisko  siebie,  Ŝe  nawet  wojska  Nowej 
Republiki  nie  mogły  się  z  nimi  rozprawić.  Jaina  nie  dostrzegała  jednak  w  pobliŜu 

Akademia Ciemnej Strony 

42 

Ŝ

adnej gwiazdy. Wydawało się jej, Ŝe wiszą w przestworzach, w samym środku czarnej 

pustki, rozjaśnionej świetlistymi punktami. 

-  Dotarliśmy  do  celu,  Tamith  Kai  -  odezwał  się  pilot,  po  czym  obrócił  się  na 

wysokim fotelu. 

Serce Jainy zamarło, kiedy dziewczyna rozpoznała pooraną zmarszczkami twarz i 

stalowosiwe  włosy  byłego  pilota  myśliwca  typu  TIE.  MęŜczyzna  przez  wiele  lat 
ukrywał się w gęstwinie dŜungli porastającej czwarty księŜyc Yavina. 

- Qorl! - wykrzyknął Jacen. 
Lowie gniewnie zaryczał. 
Kiedy  młodzi  uczniowie  z  akademii  Luke’a  znaleźli  w  dŜungli  roztrzaskaną 

imperialną maszynę i usiłowali ją naprawić, Qorl zaatakował ich, strzelając z blastera. 
Nie trafił Lowiego ani Tenel Ka, którzy w porę ukryli się w gęstwinie, ale pochwycił i 
uwięził Jacena i Jainę. 

-  Witajcie,  młodzi  przyjaciele.  Zapomniałem  podziękować  wam  za  to,  Ŝe 

naprawiliście mój myśliwiec i umoŜliwiliście mi powrót do mojego Imperium. 

-  Zdradziłeś  nas!  -  krzyknęła  Jaina,  rozzłoszczona  na  męŜczyznę,  który  zamiast 

myśleć samodzielnie, powtarzał slogany, wyuczone podczas szkolenia, jakie przeszedł 
w imperialnej akademii. Kiedy bliźnięta były więźniami pilota, w pewnym sensie się z 
nim  zaprzyjaźniły.  Siedząc  wieczorem  przy  ognisku,  opowiadali  sobie  róŜne  historie. 
Jaina była przekonana, Ŝe Qorl mięknie, kiedy uświadamia sobie, iŜ slogany Imperium 
są  najzwyczajniejszymi  kłamstwami.  W  końcu  jednak  przezwycięŜenie  imperialnych 
wojskowych nawyków okazało się dla niego zbyt trudne. 

- Postąpiłem jak kaŜdy dobry Ŝołnierz i złoŜyłem meldunek - ciągnął monotonnie 

pilot. - Ci ludzie przyjęli mnie i... na nowo przeszkolili. Opowiedziałem im o waszym 
istnieniu...  o  istnieniu  nowego  zakonu  potęŜnych  młodych  Jedi,  którzy  nie  mogą  się 
doczekać, Ŝeby zacząć słuŜyć Imperium. 

-  Nigdy!  -  krzyknęli  równocześnie  Jacen  i  Jaina.  Lowbacca  poparł  ich  głośnym 

rykiem. 

Tamith Kai popatrzyła na nich z góry. Na jej twarzy pojawił się kpiący uśmiech. 

Stojąca  teraz  obok  pilota  czarnowłosa  kobieta  wydawała  się  jeszcze  wyŜsza  niŜ 
poprzednio, groźniejsza niŜ kiedykolwiek. 

- Cieszy  mnie  wasz gniew  - powiedziała. - Podsycajcie go. Pozwólcie, by nabrał 

siły.  Wykorzystamy  go,  kiedy  zacznie  się  wasze  szkolenie.  Teraz  jednak...  dotarliśmy 
do celu podróŜy. 

Lowie warknął. Nie wierzył jej słowom. 
Jaina  popatrzyła  przez  dziobowy  iluminator.  Starała  się  uspokoić.  Mistrz 

Skywalker powiedział kiedyś, Ŝe poddawanie się gniewowi oznaczało wstępowanie na 
ś

cieŜkę wiodącą prosto w objęcia ciemnej strony Mocy. Dziewczyna wiedziała, Ŝe nie 

moŜe się złościć. Musiała wymyślić inną metodę obrony. 

- Jesteśmy w samym środku pustej przestrzeni - stwierdziła. - Czego właściwie tu 

szukamy? 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

43 

- Przestrzeń czasami nie jest pusta - odparła Siostra Nocy. Jej niski, nieco śpiewny 

głos,  brzmiał  jednak  monotonnie,  jakby  kobieta  myślała  o  czymś  innym.  - 
Rzeczywistość nie zawsze bywa taka, jak sądzimy. 

Qorl  obrócił  się  w  fotelu  pilota  i  zaczął  sprawdzać  współrzędne,  po  czym 

wystukał na klawiaturze kod umoŜliwiający dostęp. 

- Przesyłam - zameldował. 
Tamith Kai skierowała okrutne fioletowe oczy na młodych Jedi. 
-  Właśnie  zaczyna  się  nowy  etap  w  waszym  Ŝyciu  -  oświadczyła,  pokazując  na 

dziobowy iluminator. - Popatrzcie! 

W  przestworzach  przed  dziobem  statku  zaczęła  lśnić  jakaś  mgiełka,  jakby  ktoś 

ś

ciągał  niewidzialną  zasłonę.  Nagle  oczom  dzieci  ukazała  się  gwiezdna  stacja, 

zawieszona pośrodku czarnej pustki. Miała kształt pierścienia i przypominała ogromny 
obwarzanek.  Zewnętrzny  obwód  stacji  jeŜył  się  lufami  broni,  wymierzonymi  we 
wszystkie  strony.  Cała  konstrukcja  przypominała  kolczastą  obroŜę,  sporządzoną  dla 
jakiejś groźnej bestii. W centralnym miejscu torusa piętrzyły się wysokie obserwacyjne 
wieŜe, podobne do spiczastych iglic. 

Jaina z wysiłkiem przełknęła ślinę. 
- Zasłona maskująca usunięta - zameldował Qorl. 
- Dobrze się jej przyjrzyjcie - ciągnęła Tamith Kai, ale sama nawet nie spojrzała 

przez iluminator. Jej fioletowe oczy miotały błyski, kiedy wpatrywała się w dzieci. - Tu 
będziecie kształceni, Ŝeby zostać kiedyś Ciemnymi Jedi... na słuŜbie Imperium. 

-  Musimy  jak  najszybciej  wylądować  i  reaktywować  niewidzialną  zasłonę  - 

przypomniał jej Qorl. 

Siostra Nocy kiwnęła głową, ale nie wydawało się, Ŝe go usłyszała. Bez przerwy 

wpatrywała się w młodych Jedi. 

- Witajcie w Akademii Ciemnej Strony - szepnęła. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

44 

R O Z D Z I A Ł  

7

 

Tenel Ka, siedząca na fotelu drugiego pilota, wsunęła dłoń pod ochronną siatkę i 

przesunęła palcami po szorstkiej, zgrzebnej tkaninie stroju stanowiącego jej przebranie. 
Po raz dziesiąty Ŝałowała, Ŝe nie moŜe mieć na sobie wygodnego ubrania z jaszczurczej 
skóry; elastycznego, ale wytrzymałego, które w dodatku nigdy nie draŜniło jej skóry. 

Przez większą część podróŜy na Borgo Prime milczała, onieśmielona i zalękniona, 

niezdolna  wykrztusić  choćby  słowo.  Obok  niej  siedział  przecieŜ  sam  mistrz 
Skywalker...  najsłynniejszy,  najpotęŜniejszy  i  najbardziej  powaŜany  Jedi  w  całej 
galaktyce.  Spokojnie  i  pewnie  pilotował  „Znikomą  Szansę”,  wysłuŜony  przemytniczy 
frachtowiec, który Lando wygrał kiedyś w sabaka, ale poŜyczył Luke’owi twierdząc, Ŝe 
go nie potrzebuje. 

Babka  Tenel  Ka  nalegała,  Ŝeby  szkolenie  następczyni  hapańskiego  tronu 

uwzględniało  nawiązywanie  stosunków  dyplomatycznych  i  naukę  reguł  zwracania  się 
do istot róŜnych ras i płci, piastujących rozmaite stopnie czy tytuły. I chociaŜ Tenel Ka 
nie zaliczała się do osób gadatliwych, nie była takŜe nieśmiała. A jednak, przebywając 
przez  dłuŜszy  czas  w  ciasnej  sterowni  sam  na  sam  ze  słynnym  mistrzem  Jedi,  nie 
wiedziała,  o  czym  z  nim  rozmawiać.  Starała  się  coś  wymyślić,  ale  jej  ocięŜały  umysł 
nie  chciał  być  posłuszny  jej woli.  Zmęczenie  lgnęło  do  niej jak  wilgotny,  przepocony 
strój,  który  miała  na  sobie.  Zaczęła  kręcić  się  na  fotelu,  starając  się  ukryć  nerwowe 
ziewnięcie. 

Luke rzucił jej ukradkowe spojrzenie. W kącikach jego ust czaił się wyrozumiały 

uśmiech. 

- Zmęczona? 
-  Niewiele  spałam  -  odparła  dziewczyna,  zakłopotana  faktem,  Ŝe  mistrz  Jedi 

jednak zauwaŜył jej zmęczenie. - Miałam złe sny. 

Błękitne oczy Luke’a na krótką chwilę się zwęziły. MęŜczyzna sprawiał wraŜenie, 

Ŝ

e usiłuje sobie coś przypomnieć, ale później pokręcił głową. 

-  Ja  takŜe  nie  spałem  najlepiej  -  przyznał.  -  Bez  względu  jednak  na  to,  czy 

jesteśmy  zmęczeni,  czy  nie,  nie  moŜemy  popełnić  Ŝadnego  błędu.  Powtórzymy  sobie 
naszą fikcyjną historię. Powiedz mi, kim jesteś. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

45 

-  Jesteśmy  hadlarzami  z  Randon  -  zaczęła  Tenel  Ka.  -  Staramy  się  nie  podawać 

naszych  nazwisk,  ale  jeŜeli  będziemy  musieli,  ty  nazywasz  się  Iltar,  a ja jestem  twoją 
kuzynką  Beknit,  którą  się  opiekujesz.  Handlujemy  drogocennymi  starociami, 
zabytkami z zamierzchłych epok, wykopanymi przez archeologów. Chcąc osiągnąć jak 
największy zysk, nie cofamy się przed łamaniem prawa. Przybyliśmy z miejsca, gdzie 
potajemnie prowadzi się wykopaliska na planecie... 

Na chwilę przerwała, usiłując przypomnieć sobie jej nazwę. 
- Ossus - podpowiedział mistrz Jedi. 
-  A.  Aha  -  rzekła  dziewczyna.  -  Ossus.  -  Głęboko  odetchnęła,  równocześnie 

starając  się  wyryć  tę  nazwę  w  pamięci.  -  Na  Ossus  znaleźliśmy  ukryty  skarbiec, 
zamknięty  pieczęcią  Starej  Republiki.  Skarbiec  znajduje  się  głęboko  we  wnętrzu  litej 
skały,  a  chroni  go  pancerz  tak  gruby,  Ŝe  nie  przebije  go  Ŝaden  blaster  ani  laser. 
Wzdragamy  się  przed  rozsadzeniem  skal,  w  obawie,  Ŝe  moglibyśmy  zniszczyć  sam 
skarbiec.  Przybywamy  na  Borgo  Prime,  Ŝeby  kupić  kilka  bardzo  duŜych  klejnotów 
corusca. Chcemy przeciąć nimi pancerz i dostać się do skarbca. Jesteśmy gotowi dobrze 
zapłacić za kamienie o odpowiedniej wielkości. 

 
Tenel  Ka  patrzyła  z  ciekawością  na  nieregularną  bryłę  asteroidy  Borgo  Prime, 

powiększającą  się  przed  dziobowym  iluminatorem  statku.  W  ciągu  niezliczonych 
stuleci  skalna  bryła  była  dziurawiona  i  drąŜona  przez  całe  pokolenia  górników 
poszukujących  raz  tego,  raz  innego  minerału,  zaleŜnie  od  zmian  zapotrzebowania 
rynku.  Planetoida  wyglądała  z  daleka  jak  plaster  miodu.  Ostatecznie  przed  stu 
kilkudziesięciu  laty  Borgo  Prime  została  pozbawiona  nawet  najmniej  wartościowych 
surowców  i  rud  metali.  Poszukiwacze  opuścili  asteroidę,  zostawili  jednak  sieć 
połączonych  jaskiń  i  krzyŜujących  się  korytarzy,  zaopatrzonych  w  szczelne  śluzy, 
ochronne  pola,  lądowiska  i  wszystkie  urządzenia,  niezbędne  do  przeŜycia. 
Przekształcenie  wyeksploatowanej  kopalni  w  tętniący  Ŝyciem  port  kosmiczny  było 
jedynie kwestią czasu. 

Luke  wysłał  standardowy  sygnał,  prosząc  o  zgodę  na  lądowanie,  którą  otrzymał 

bez najmniejszych trudności. 

- Zezwolono nam pozostawić statek na lądowisku dziewięćdziesiątym czwartym - 

oznajmił. - Czy jesteś gotowa, hmmm... Beknit? 

Tenel Ka rzeczowo kiwnęła głową. 
- Oczywiście, Iltarze. 
Mistrz Jedi przez chwilę ją obserwował. Na jego twarzy malował się niepokój. 
- Tam, na dole, moŜe być bardzo cięŜko - powiedział w końcu. - Na Borgo Prime 

nie  brakuje  ludzi  pozbawionych  wszelkich  skrupułów...  złodziei,  morderców  i  istot, 
które równie łatwo mogą pozdrowić cię albo zabić. 

- A. Aha - unosząc brew, odparła Tenel Ka. - To zupełnie jak składanie wizyty na 

królewskim dworze mojej babki. 

 
Dwoje  handlarzy  z  Randonu:  „Iltar”  i  powierzona  jego  opiece  „Beknit” 

pozostawiło wysłuŜony frachtowiec za ogromnymi wrotami jaskini kryjącej lądowisko, 

Akademia Ciemnej Strony 

46 

po  czym  ruszyło  wąskim  korytarzem  w  głąb  asteroidy,  gdzie  mieściły  się  lokale 
rozrywkowe oraz biura przedsiębiorców i pośredników. 

Mimo  wielu  wcześniejszych  prób  Tenel  Ka  zapomniała,  Ŝe  musi  wyglądać  jak 

doświadczony  handlarz,  przyzwyczajony  do  bywania  w  gwarnych  kosmoportach. 
Gapiła  się  na  szeregi  wysokich  prefabrykowanych  budowli,  które  wtopione  były  w 
ś

ciany jaskiń i korytarzy. Raz po raz mruŜyła oczy, oślepiane błyskającymi światłami, 

zdobiącymi przedstawicielstwa handlowe obcych istot. Wiele takich biur umieszczono 
we wnętrzach oddzielnych kopuł, w których panowały róŜne mikroklimaty. 

To  miejsce  tak  bardzo  się  róŜniło  od  jej  rodzimej,  prymitywnej,  nieujarzmionej 

Dathomiry.  Nie  mogło  być  porównywane  nawet  ze  statecznymi,  malowniczymi 
hapańskimi  miastami,  czasami  większymi  niŜ  cała  asteroida.  śaden  ze  znanych  jej 
ś

wiatów  nie  miał  takiego  nieporządnego,  krzykliwie  oświetlonego  kosmoportu  ani 

tętniących  własnym Ŝyciem biur czy przedstawicielstw. W pewnym  miejscu Tenel Ka 
ujrzała  w  sklepieniu  łukowato  wygiętą  transpastalową  szybę,  łączącą  oba  brzegi 
szczeliny.  Widziała  przez  nią  tylko  największe  gwiazdy.  Jaskrawe  oświetlenie 
korytarzy Borgo Prime zaćmiewało blask pozostałych. 

Luke  przystanął  obok  Tenel  Ka  i  cierpliwie  czekał,  aŜ  dziewczyna  oswoi  się  z 

otoczeniem. 

- Jeszcze nigdy nie byłaś w takim miejscu, prawda? - zapytał. 
Tenel  Ka  pokręciła  głową  i  ruszyła  korytarzem.  Szukała  właściwych  słów, 

którymi mogłaby opisać to, co dzieje się w jej głowie. 

- Czuję się tu... śmiesznie. Nie na miejscu. 
Przesunęła  czubkiem  buta  po  powierzchni  chodnika,  pokrytej  róŜnobarwnymi, 

jarzącymi się reklamami. 

Przystanęła,  by  przeczytać  jedną,  a  po  chwili  następną.  Kiedy  jej  stopa  dotknęła 

krawędzi pierwszego napisu, fosforyzujące litery rozbłysnęły oślepiającym światłem. 

 

ZACISZNA PRZYSTAŃ 

WYNAJEM STOCZNI REMONTOWYCH 

NA GODZINY ALBO NA MIESIĄCE 

 
Następna reklama głosiła po prostu: 
 

PEWNOŚĆ I ZAUFANIE 

ZGŁOŚ SIĘ DO NAS, JEśELI POTRZEBUJESZ 

JAKIEJKOLWIEK INFORMACJI 

DYSKRECJA ZAPEWNION 

 
Tenel Ka pokręciła głową. 
-  Nie  rozumiem  tego  miejsca  -  oświadczyła.  -  Muszę  przyznać,  ze  zarazem 

odpycha mnie i przyciąga... 

- Wiesz, nie musisz przechodzić przez to wszystko - odezwał się Luke. - Potrafię 

sobie sam poradzić. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

47 

Tenel Ka uświadomiła sobie, Ŝe jest to szczera prawda... ale myśl ta nie przyniosła 

jej  ulgi.  Potrząsnęła  głową  i  nerwowo  przeczesała  palcami  włosy.  Jak  przystało  na 
mieszkankę Randonu rozpuściła je, tak Ŝe teraz spływały na jej ramiona złocistorudymi 
puklami  niczym  oświetlone  promieniami  zachodzącego  słońca  wodospady. 
Dziewczyna starała się odzyskać pewność siebie, ale  miała  wraŜenie, Ŝe jej niewiedza 
ją przytłacza. 

-  Zrobię  wszystko,  co  muszę,  by  ratować  przyjaciół  -  oznajmiła  tak  rzeczowo  i 

dziarsko, jak umiała. – Gdzie znajduje się to gniazdo czy ul, które kazał nam odnaleźć 
Lando? 

Luke wskazał kolejną reklamę, jaka rozjarzyła się pod ich stopami. 
 

MROWISKO SHANKA  

DOSKONAŁE TRUNKI, WYŚMIENITA ROZRYWKA  

DLA ISTOT RÓśNYCH RAS I W RÓśNYM WIEKU 

 
Umieszczony 

obok 

reklamy 

dwuwymiarowy 

rysunek 

przedstawiał 

insektoidalnego  barmana  wyciągającego  dziesiątki  połączonych  przegubowo  i 
pokrytych  chitynowym  pancerzem  kończyn,  w  których  trzymał  pojemniki  z  trunkami. 
Rząd wtopionych w płyty chodnika mrugających strzałek nieomylnie wskazywał drogę 
do „mrowiska”. 

Tenel  Ka  poczuła  nagły  atak  scenicznej  tremy,  ale  wiedziała  teŜ,  jak  jest  waŜne, 

Ŝ

eby nie wypadła z roli. Wygładziła fałdy ubrania i chrząknęła, po czym uniosła głowę 

i spojrzała na Luke’a. 

- Musisz być bardzo spragniony po tak długiej podróŜy, Iltarze - powiedziała. 
- Tak. Masz rację, Beknit. Dziękuję - odparł mistrz Jedi bez mrugnięcia okiem. - 

Bardzo chciałbym się czegoś napić. - Pochylił się nad dziewczyną i półgłosem zapytał: 
- Czy jesteś absolutnie pewna, Ŝe chcesz to zrobić? 

Tenel Ka stanowczo kiwnęła głową. 
- Jestem gotowa na wszystko - oświadczyła. 
 
- Nie spodziewałam się, Ŝe na tak  małej asteroidzie zobaczę tak ogromny lokal  - 

odezwała  się  Tenel  Ka.  Odchyliła  głowę  i  spojrzała  na  faliste  zmarszczki  zdobiące 
ś

ciany  i  sklepienie  Mrowiska  Shanka.  Pomieszczenie  miało  kształt  wielkiego 

szarozielonego  stoŜka  i  było  chronione  przez  własne  pole  siłowe,  zapobiegające 
uciekaniu  atmosfery.  Budowla  wznosiła  się  na  wysokość  co  najmniej  dwustu 
pięćdziesięciu metrów powyŜej poziomu głównego chodnika asteroidy. 

Tenel  Ka  miała  wraŜenie,  Ŝe  jej  Ŝołądek  kurczy  się  i  rozkurcza,  draŜniony  przez 

niepewność  i  trwogę.  Musiała  przystanąć,  Ŝeby  kilka  razy  głęboko  odetchnąć.  Z 
rozpaczą zauwaŜyła, Ŝe w oczach mistrza Jedi tańczą iskierki rozbawienia. 

- Wiesz, kto czeka na nas w środku, prawda? - odezwał się Skywalker. 
- Złodzieje - odparła dziewczyna. 
- Mordercy - dodał Luke. 
- Kłamcy, szumowiny, przemytnicy, zdrajcy... - Nie dokończyła wyliczanki. 

Akademia Ciemnej Strony 

48 

-  Prawie,  jak  w  rodzinie  na  Hapes?  -  zapytał,  rozciągając  twarz  w  Ŝartobliwym 

uśmiechu. 

Tenel  Ka,  będąc  następczynią  hapańskiego  tronu,  widywała  zawodowych 

skrytobójców.  Nawet  rozmawiała  z  nimi  podobnie  jak  przed  nią  czynił  to  jej  ojciec, 
ksiąŜę  Isolder.  JeŜeli  wtedy  nie  brakowało  jej  odwagi,  z  pewnością  poradzi  sobie  i 
teraz, w środku kantyny na niewielkiej asteroidzie. 

- Dziękuję - powiedziała, przyjmując podane ramię. - Teraz jestem juŜ gotowa. 
Luke  wcisnął do  widocznego w  skalnej ścianie otworu czytnika  kartonik słuŜący 

za przepustkę. 

- Postaramy się nie rzucać nikomu w oczy - powiedział.  
Drzwi kantyny się otworzyły. 
Kiedy Tenel Ka przestąpiła próg, pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był insektoidalny 

barman, Shanko. Istota miała ponad trzy metry wzrostu. 

W  pomieszczeniu  unosiła  się  mieszanina  trudnych  do  opisania  woni,  których 

dziewczyna  nawet  nie  potrafiłaby  zidentyfikować.  Nie  były  przyjemne,  ale  teŜ  nie 
sprawiały jej przykrości. Sporą część tej mieszaniny stanowiły dymy, wydzielane przez 
róŜne  płonące  przedmioty:  świece,  fajki  z  tytoniem,  kadzidła  i  bryłki  wonnego  torfu, 
umieszczone w jamach z tlącą się murawą, a nawet tkaniny ubrań czy sierść klientów, 
którzy niebacznie znaleźli się zbyt blisko źródeł ognia. 

Nie  odzywając  się,  Luke  kiwnął  głową  w  stronę  baru.  Nawet  gdyby  powiedział 

coś na głos, Tenel Ka nie usłyszałaby go z powodu jazgotu, który tworzyło co najmniej 
sześć  zespołów  muzycznych  grających  najnowsze  przeboje  z  takiej  samej  liczby 
gwiezdnych systemów. 

Na  szczęście  przed  wejściem  uzgodnili,  od  którego  miejsca  rozpoczną 

poszukiwania.  Dziewczyna  wiedziała,  jakim  szacunkiem  cieszą  się  na  Ranacie  osoby 
płci  Ŝeńskiej  -  głównie  z  uwagi  na  fakt,  Ŝe  to  one  zazwyczaj  dziedziczyły  rodowe 
fortuny.  Pamiętała  teŜ  o  tym,  Ŝe  zawsze  są  obsługiwane  w  pierwszej  kolejności. 
Ruszyła prosto w stronę baru, Ŝeby złoŜyć zamówienie. 

-  Sssserdecznie  witamy  was,  przybysze  -  odezwa!  się  na  ich  widok  Shanko. 

Zaplótł aŜ trzy pary przegubowych górnych kończyn i zgiął się w ukłonie tak niskim, Ŝe 
anteny na jego głowie niemal dotknęły lady baru. 

-  Twoja  gościnność  jest  równie  miła  co  perspektywa  odpoczynku  po  długiej 

podróŜy - odparła Tenel Ka. 

-  Aaa,  widzę,  Ŝe  zaliczasz  ssssię  do  ludzi  wykształconych  -  rzekł  insektoidalny 

barman. - Jesssteś moŜe sssstudentką albo dyplomatką? 

- Jest kuzynką, powierzoną mojej opiece - wtrącił się od niechcenia Luke. 
-  A  więc  mam  tym  większy  zaszczyt  móc  cię  obssssługiwać,  pani  -  powiedział 

Shanko, prostując się na całą trzymetrową wysokość. 

- Proszę o randońską Ŝółtą zarazę - odparła bez wahania Tenel Ka - Ochłodzoną. 

MoŜe być podwójna porcja. 

- A dla mnie zdalnie sterowany skrytobójca - odezwał się Skywalker. 
Membrany  przysłaniające  wielofasetkowe  oczy  barmana  dwukrotnie  zadrŜały  ze 

zdumienia. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

49 

- Nieczęssssto zamawiany trunek - stwierdził. - Niezwykle mocny, nieprawdaŜ? - 

Przez  chwile  sprawiał  wraŜenie  wzburzonego.  Gdzieś  w  głębinach  jego  klatki 
piersiowej  wezbrał  bulgot,  który  Tenel  Ka  musiała  uznać  za  wybuch  śmiechu.  -  Czy 
skład ma być z góry zaprogramowany, czy moŜe być przypadkowy? 

- Oczywiście, Ŝe przypadkowy - odparł Luke. 
- Aaa, ryzykant - stwierdził Shanko, z aprobatą uderzając parą górnych kończyn o 

ladę baru. 

Później jego  ręce  zaczęły  uwijać  się  jak  w  ukropie,  pociągać  za  róŜne  dźwignie, 

przyciskać  guziki.  Insektoid  dolewał  coraz  innych  napojów  z  rozmaitych  fiolek, 
napełniając pucharki i  mieszając ich zawartości. Przyrządzenie zamówionych drinków 
zajęło mu mniej czasu niŜ gościom ich zamówienie. 

-  Nie  ma  zysku  bez  ryzyka  -  oświadczył  Luke,  przyjmując  pucharek  z  jednej 

spośród wielu górnych kończyn barmana. 

Tenel Ka zbliŜyła się do lady baru i odezwała się półgłosem: 
- Potrzebujemy informacji. 
Wyciągnęła  sznur  niewielkich  klejnotów  corusca,  ukrytych  dotychczas  pod 

szorstką tkaniną jej szaty.  

Shanko ze zrozumieniem kiwnął głową. 
-  JeŜeli  chodzi  o  informacje,  dyssssponujemy  najlepszymi  handlarzami  w  całym 

sssektorze  -  odparł.  -  Mamy  nawet  jednego  Hutta.  -  Gestem  jednej  kończyny  pokazał 
część sali znajdującą się po prawej stronie jego baru. - JeŜeli tam nie znajdziecie tego, 
czego szukacie, nie znajdziecie tego nigdzie indziej na całej Borgo Prime - oświadczył 
z nie ukrywaną dumą. 

Mistrz  Jedi  i  dziewczyna  podziękowali  barmanowi,  po  czym  skierowali  się  w 

stronę,  którą  pokazał.  Kiedy  zagłębiali  się  w  skłębiony  tłum  gości  raczących  się 
ulubionymi  potrawami  czy  trunkami,  zorientowali  się,  Ŝe  jazgotliwa  muzyka  juŜ  nie 
razi tak bardzo ich uszu. CiŜba istot z najróŜniejszych światów była tak gęsta, Ŝe Tenel 
Ka nie widziała nawet, dokąd idą. 

Nagle idący u jej boku Luke przystanął i zamknął oczy. 
- Hutt będący handlarzem informacji, tak? - zapytał na głos. - Tacy są zazwyczaj 

najlepsi w swoim fachu. 

Tenel Ka poczuła lekki dreszcz obserwując, jak mistrz Jedi wysyła myślowe wici, 

dotyka nimi mózgów róŜnych istot  w jaskini, szuka. Ona takŜe zaczęła robić to samo, 
ale  nie  zamknęła  szarych  oczu.  Szybki  rzut  oka  na  gęsty  tłum  nie  ujawnił  jednak 
niczego  ciekawego.  Spojrzała  w  górę,  ku  ściętemu  wierzchołkowi  stoŜka.  ZauwaŜyła 
kręcone  schody,  wijące  się  wzdłuŜ  pochyłych  ścian  i  wiodące  do  mniejszych  i 
większych otworów. Napisy  sugerowały, Ŝe znajdują się  w nich jaskinie  hazardu albo 
sypialnie dla strudzonych gości. 

Luke otworzył oczy. 
- W porządku, juŜ wiem - oznajmił. 
Ujął Tenel Ka pod rękę i zaczął przeciskać się przez tłum. W pewnej chwili oboje 

przeszli  obok  rzędów  rytmicznie  pulsujących  róŜnobarwnych  paneli  jarzeniowych. 

Akademia Ciemnej Strony 

50 

Oświetlały niewielkie podwyŜszenie, na którym grupki fotoczułych gości zwijały się i 
wyginały w rytm niesłyszalnej, podniecającej „muzyki”. 

Znaleźli huttańskiego handlarza informacji niemal ukrytego pod ścianą jaskini za 

niskim  stołem.  U  jego  boku  stał  niewysoki  Ranat,  porośnięty  siwobrązową  sierścią. 
Pochylał się  nad Huttem, ale  nie potrafił  ukryć nerwowego drŜenia bokobrodów. Hutt 
był szczupły, a nawet chudy jak na Hutta, i z pewnością nie cieszył się powaŜaniem na 
rodzimej  planecie.  Dziewczyna  pomyślała,  Ŝe  moŜe  właśnie  dlatego  postanowił 
otworzyć swoje biuro na Borgo Prime. 

- Poszukujemy informacji i jesteśmy gotowi za nią dobrze zapłacić - odezwał się 

mistrz Jedi bez Ŝadnych wstępów. 

Hutt sięgnął po leŜący przed nim na blacie stołu niewielki komputerowy notatnik i 

przycisnął kilka klawiszy. 

- Jak się nazywacie? - zapytał. 
- A jak ty się nazywasz? - zapytała Tenel Ka, lekko unosząc głowę. 
Oczy  Hutta  zamieniły  się  w  wąskie  szparki.  Dziewczyna  odniosła  wraŜenie,  Ŝe 

handlarz informacji właśnie zmienia o nich zdanie. 

- Oczywiście - odezwał się Hutt po chwili. - Takie rzeczy nie mają znaczenia. 
Luke wzruszył ramionami. 
- KaŜda informacja ma swoją cen? - powiedział. 
-  Oczywiście  -  powtórzył  huttański  handlarz.  -  Proszę,  zechciejcie  spocząć  i 

powiedzieć mi, czego szukacie. 

Luke  usiadł  na  repulsorowej  ławie,  po  czym  dostosował  jej  wysokość  do 

rozmiarów własnego ciała. Gestem zaprosił Tenel Ka, by usiadła obok niego na skraju 
ławy,  w  pobliŜu  ozdobnego  stojaka,  który  podtrzymywał  wysoki  krzak  porośnięty 
gęstym listowiem. Mistrz Jedi upił spory łyk trunku z pucharka, którego nie wypuszczał 
z  dłoni,  ale  kiedy  Tenel  Ka  uniosła  swoją  czarkę  do  ust,  chcąc  pójść  w  jego  ślady, 
posłał  jej  ostrzegawcze  spojrzenie.  W  pewnej  chwili  Hutt  pochylił  się,  aby  zamienić 
kilka  słów  ze  swoim  asystentem,  Ranatem,  a  wówczas  Luke  skorzystał  z  okazji  i 
odwróciwszy głowę w stronę dziewczyny, szepnął: 

-  Ten  trunek  moŜe  cię  zwalić  z  nóg  tak  szybko,  Ŝe  zanim  się  zorientujesz, 

znajdziesz się w samym środku jądra galaktyki. 

- A. Aha - odezwała się dziewczyna równieŜ szeptem. 
Zdecydowanym  ruchem  odstawiła  czarkę  na  blat  stołu,  tak  mocno,  Ŝe 

zadźwięczała. 

Kiedy  Ranat  w  pośpiechu  odszedł,  zapewne  aby  wykonać  rozkaz  Hutta,  Luke  i 

Tenel Ka zaczęli opowiadać swoją zmyśloną historię. Starali się sprawiać wraŜenie, Ŝe 
nie chcą powiedzieć za duŜo, ale zaleŜy im na osiągnięciu celu. 

Kiedy przeskakiwali z jednego tematu na drugi, na zmianę upiększając opowieść 

barwnymi szczegółami, inni klienci jaskini zajmowali się zwykłymi sprawami. Z kilku 
mrocznych kątów sali dobiegały odgłosy blasterowych pojedynków, toczonych w słabo 
oświetlonych  niszach.  Tu  i  tam  przeciskały  się  przez  tłum  ogromne  opancerzone 
androidy,  strzegące  porządku  w  wielkiej  sali.  Tocząc  się  na  kołach,  chwytały  i 
wyrzucały z sali klientów, odmawiających zapłaty za szkody, które wyrządzili. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

51 

W innym kącie grupa przemytników spędzała beztrosko czas, rzucając rakietowe 

strzałki. W pewnej chwili jeden z nich nie trafił w duŜy cel wiszący na ścianie i zamiast 
tego  wbił  płonący  pocisk  w  bok  jakiegoś  Talsa,  porośniętego  puszystą  brudnobiałą 
sierścią. Stworzenie ryknęło z przeraŜenia i bólu, po czym widząc, Ŝe jego sierść się tli, 
zaczęło się uŜalać pijanemu Ithorianinowi, siedzącemu obok niego przy stole.  

Silniejsi  i  więksi  klienci  próbowali  zjadać  słabszych  i  mniejszych.  Zespoły 

muzyczne  grały  bez  wytchnienia,  a  Shanko  nadal  mieszał  trunki,  nie  opuszczając 
posterunku za ladą baru. Huttański informator nie zwracał na to wszystko uwagi. 

W trakcie rozmowy  Luke raz po raz pociągał łyk trunku z pucharka, a Tenel Ka 

rozglądała  się,  chcąc  pozbyć  się  zawartości  swojej  czarki.  Kiedy  powrócił  Ranat  i 
ponownie  wdał  się  w  cichą  rozmowę  z  Huttem,  dziewczyna  sięgnęła  po  czarkę,  po 
czym wyciągnęła rękę w stronę liściastego krzaka i chlusnąwszy, wylała połowę płynu. 

Dopiero  kiedy  ujrzała,  Ŝe  łodygi  rośliny  zaczynają  konwulsyjnie  drŜeć,  a  liście 

kurczą się i zwijają, zorientowała  się, Ŝe krzak  nie jest ozdobną rośliną, a inteligentną 
istotą,  jednym  z  gości!  Szeptem  zaczęła  tłumaczyć  się  i  przepraszać.  Na  szczęście 
odwróciła się  w samą porę, by zobaczyć, jak Ranat ponownie odchodzi z notatnikiem 
Hutta, by wykonać jego nowe polecenie. 

Po chwili powrócił w towarzystwie brodatego męŜczyzny, który szedł obok niego, 

lekko utykając. 

- Ten oto Ranat powiedział, Ŝe Ŝadnych nazwisk, i jeŜeli rozchodzi się o mnie, nie 

mam nic przeciwko temu - odezwał się brodacz, siadając z boku stołu. - Ranat gada, Ŝe 
jesteśta  zainteresowane  kupieniem  wielgachnych  kamieni  corusca.  To  je  prawda?  Nie 
ma  tu  nikogo  innego,  któren  by  mógł  załatwić  takie  sprawę.  Wielgachne  kamienie 
corusca... wcześniej czy później muszą przejść przez moje łapy. 

- A zatem jesteś agentem handlowym? - odezwała się Tenel Ka, nie myśląc o tym, 

co mówi. 

Brodaty męŜczyzna prychnął. 
- A co powiedzielibyśta na to, Ŝe jezdem po prostu pośrednikiem? - zapytał. 
Luke ponownie opowiedział,  tak zwięźle jak było  moŜliwe, historię odnalezienia 

skarbca  na  Ossus.  Bez  większego  trudu  udało  mu  się  ustalić  cenę  zakupu  jednego 
duŜego klejnotu corusca. 

Kiedy  transakcja  pomyślnie  dobiegła  końca,  mistrz  Jedi  spróbował  wyciągnąć  z 

brodacza  informację,  kto  jeszcze  kupował  od  niego  tak  duŜe  klejnoty.  W  oczach 
pośrednika zapaliły się jednak iskry nieufności i podejrzliwości. 

- śadnych nazwisk... tak Ŝeśmy się umówili - oświadczył stanowczo. 
Tenel  Ka  zdjęła  kolejny  sznur  niewielkich  klejnotów  corusca,  dotychczas 

zawieszony  na  szyi,  i  połoŜyła  go  obok  poprzedniego,  będącego  zapłatą  za  ogromny 
kamień, kupiony przed chwilą przez Luke’a. 

- Jasne, rozumiemy, Ŝe chcesz być ostroŜny - rzekł mistrz Jedi. - Musimy jednak 

wiedzieć, czy jest ktoś, kto moŜe chcieć pozbawić nas skarbu. 

Pośrednik sięgnął po sznur kamieni, poniósł do oczu i zaczął uwaŜnie oglądać. 

Akademia Ciemnej Strony 

52 

-  Niewiele  ze  mnie  wyciągnięta  -  powiedział  cicho,  prawie  szeptem.  -  Ostatnie 

dostawę większych kamieni, jakie miałem, kupiła jedna osoba. To było diabelnie duŜe 
zamówienie. 

- Czy moŜesz opisać nam jej statek albo powiedzieć, z jakiej planety przyleciała? - 

nalegał Luke. 

Brodaty pośrednik nadal siedział ze spuszczoną głową, wpatrując się w blat stołu. 
-  Prawdę  gadając,  nie  -  powiedział.  -  Nigdy  Ŝem  nie  widział  statku,  którym 

przyleciała.  Wiem  tylko  tyle,  Ŝe  nazywała  siebie...  damą  wieczoru...  albo  córą 
ciemności... albo teŜ coś innego w podobnem stylu. 

Tenel Ka z  wraŜenia zapomniała o oddychaniu. Poczuła, Ŝe Luke, siedzący  u jej 

boku, takŜe zesztywniał. 

- A moŜe Siostra Nocy? - zapytała, nie mogąc ukryć drŜenia głosu. 
-  Ta-a,  to  było  właśnie  to!  Siostra  Nocy!  -  odezwał  się  pośrednik.  -  Głupkowata 

nazwa. 

Spojrzenie Luke’a nie odrywało się od oczu dziewczyny. 
-  Dziękujemy  wam,  panowie  -  powiedział  w  końcu  mistrz  Jedi.  -  JeŜeli  się  nie 

mylicie, moŜe ta Siostra Nocy juŜ ukradła nam coś bardzo cennego. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

53 

R O Z D Z I A Ł  

Jacen  stał  za  fotelem  imperialnego  pilota  i  przygryzał  wargę.  Obok  tkwiła 

złowieszcza  i  straszna  Siostra  Nocy,  Tamith  Kai,  patrząc  na  nich  z  góry.  Chłopiec 
spojrzał rozpaczliwie na Jainę, chociaŜ nie sądził, by mogli stawić jakikolwiek opór. 

A przynajmniej nie w tej chwili. 
W  absolutnej  ciszy  przestworzy  otworzyły  się  wrota  hangaru,  umieszczone  w 

zewnętrznej  powierzchni  gwiezdnej  stacji.  Oczom  Jacena  i  Jainy  ukazał  się  mroczny 
otwór,  podobny  do  jaskini  albo  paszczy  drapieŜnika.  Był  obrzeŜony  błyskającymi 
Ŝ

ółtymi  światłami  mającymi  prowadzić  statek  Qorla.  Imperialny  pilot  pociągał  za 

dźwignie  sterownicze  z  ponurą  zręcznością  i  wprawą.  Jacen  zwrócił  uwagę  na  jego 
lewą  kończynę,  złamaną  podczas  katastrofy  myśliwca  typu  TIE  na  Yavinie  Cztery, 
która nigdy dobrze się nie zrosła. Ręka była teraz trochę grubsza i okryta od ramienia w 
dół  czarną  skórą,  owiniętą  rzemieniami,  które  przytrzymywały  baterie  umieszczone  w 
pojemnikach. 

-  Qorl,  co  stało  się  z  twoją  ręką?  -  zapytał  Jacen.  -  Czy  została  wyleczona,  jak 

zamierzaliśmy to zrobić w akademii Jedi? 

Pilot odwrócił głowę i skierował na chłopca umęczone blade oczy. 
-  Nie  -  powiedział.  -  Została  zastąpiona.  Mam  teraz  rękę  podobną  do  kończyny 

androida,  lepszą  niŜ  poprzednia.  Jest  o  wiele  silniejsza,  zdolna  do  wykonywania 
cięŜszej pracy. 

Zgiął w łokciu okrytą czarną skorą rękę. 
Jacen usłyszał cichy szmer serwomotorów i poczuł, ze jego Ŝołądek skręcił się w 

konwulsyjnym skurczu. 

- Nie  musieli ci tego robić - powiedział. - Mogliśmy byli uleczyć ją  w zbiorniku 

bacta albo mógł się nią zająć jeden z naszych  medycznych  androidów. W najgorszym 
wypadku  otrzymałbyś  biomechaniczną  protezę,  która  wygląda  jak  prawdziwa  ręka. 
Jedną taką ma nawet mój wujek Skywalker. Nie było potrzeby zastępowania twojej ręki 
kończyną androida. 

Twarz  Qorla  nie  zmieniła  kamiennego  wyrazu,  kiedy  imperialny  pilot  ponownie 

zajął się prowadzeniem statku. 

Akademia Ciemnej Strony 

54 

- NiewaŜne - oświadczył. - Co się stało, to się nie odstanie. A zresztą moja nowa 

ręka jest teraz lepsza, silniejsza. 

Imperialny  statek  wleciał  przez  wrota  hangaru,  a  rzędy  pulsujących  świateł  nie 

przestawały rozjaśniać mroków, oświetlając błyszczące metalowe ściany. U góry jednej 
z nich, pod sklepieniem, wystawała wieŜa kontrolna o prostokątnych transpastalowych 
oknach.  Jacen  widział  przez  nie  małe  figurki  ludzi  siedzących  za  konsoletami  i 
wykonujących  procedury  diagnostyczne  albo  kierujących  statek  Qorla  na  wyznaczone 
miejsce na lądowisku. 

Maszyna osiadła z ledwo wyczuwalnym  wstrząsem. Wrota hangaru się zasunęły, 

zamykając więźniów we wnętrzu złowieszczej Akademii Ciemnej Strony. 

Tamith Kai pochyliła się nad mikrofonem komunikatora. 
- Włączyć zasłonę maskującą - powiedziała. Jej niski, gardłowy głos, nawykły do 

rozkazywania i nie znoszący sprzeciwu, miał siłę promienia ściągającego. 

ChociaŜ  Jacen  nie  widział  ani  nie  czuł,  Ŝeby  wydarzyło  się  coś  niezwykłego, 

wiedział,  Ŝe  ogromna  stacja  gwiezdna  nagle  zniknęła,  pozostawiając  wraŜenie  pustki 
przestworzy, w których nikt nigdy ich nie odnajdzie. 

Tamith  Kai  zapewniła  młodym  Jedi  eskortę  w  postaci  oddziału  uzbrojonych 

szturmowców, po czym poprowadziła wszystkich troje po rampie szturmowego statku, 
który  porwał  ich  z  pokładu  orbitalnej  stacji  wydobywczej  Calrissiana.  Przeszli  po 
płycie  lądowiska  w  stronę  szerokich,  purpurowych  dwuskrzydłowych  drzwi,  które 
rozsunęły się na boki, kiedy się zbliŜyli. 

Po drugiej stronie stał młody męŜczyzna, odziany w fałdzistą srebrną szatę. Jego 

gładka  skóra  i  jedwabiste  jasne  włosy  sprawiały  wraŜenie,  Ŝe  jarzą  się  własnym 
ś

wiatłem.  MęŜczyzna  był  jedną  z  najpiękniejszych  istot  ludzkich,  jakie  Jacen 

kiedykolwiek  widział.  Dzięki  klasycznym  proporcjom  i  budowie  ciała  wyglądał  jak 
symulacja  holograficzna  idealnego  człowieka  albo  jak  alabastrowa  rzeźba,  wykuta 
dłutem  prawdziwego  mistrza.  Za  męŜczyzną  stał  oddział  szturmowców  z  bronią 
spoczywającą na ramionach. 

- Witajcie, młodzi uczniowie - odezwał się cicho męŜczyzna. Jego miły, łagodny 

głos brzmiał jak muzyka. - Jestem Brakiss, naczelnik Akademii Ciemnej Strony. 

Jacen  usłyszał,  jak  jego  siostra  raptownie  wciągnęła  powietrze.  On  takŜe  nie 

potrafił ukryć zaskoczenia. 

- Brakiss? - powtórzył. - Blasterowe błyskawice! Słyszeliśmy o tobie. To ty jesteś 

tym  imperialnym  szpiegiem,  który  zjawił  się  w  akademii  mistrza  Skywalkera  i  chciał 
poznać techniki kształcenia rycerzy Jedi. 

MęŜczyzna uśmiechnął się lekko, jakby czymś rozbawiony. 
- To prawda! - dodała podniecona Jaina. - Mistrz Skywalker zorientował się, kim 

jesteś, ale kiedy chciał cię ocalić, próbował nawrócić cię na jasną stronę, uciekłeś, nie 
mogąc znieść brzydoty kryjącej się w twojej duszy. 

Brakiss nie przestawał się uśmiechać. 
- Ach, więc w ten sposób wam to przedstawił? - zapytał. - Mistrz Skywalker i ja 

nie  zgadzaliśmy  się  w  sprawie...  szczegółów  ćwiczeń  doskonalących  władanie  Mocą. 
Muszę  jednak  powiedzieć,  Ŝe  miał  co  najmniej  jeden  dobry  pomysł.  Nie  mylił  się, 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

55 

dąŜąc do odrodzenia zakonu rycerzy Jedi. Dobrze wiedział, Ŝe to właśnie Jedi bronili i 
chronili  Starą  Republikę.  To  oni  doprowadzili  do  zjednoczenia  starego  rządu, 
chylącego  się  ku  upadkowi,  i  utrzymywali  go  przy  Ŝyciu  przez  długi  czas,  nie 
dopuszczając,  by  ogarnęła  go  anarchia.  Teraz,  kiedy  anarchią  są  opanowane  resztki 
imperialnej  władzy,  my  potrzebujemy  takiej  jednoczącej  siły.  Znaleźliśmy  juŜ 
potęŜnego przywódcę, wielkiego i silnego... - Brakiss znów lekko się uśmiechnął - ale 
chcemy  mieć  takŜe  swoją  grupę  Ciemnych  Jedi,  imperialnych  Jedi.  Pragniemy,  Ŝeby 
zjednoczyli  zwaśnione  grupki  i  rozbudzili  w  nich  wolę  walki  z  nikczemnym  i 
bezprawnym  rządem  Nowej  Republiki,  by  w  ten  sposób  mogło  powstać  Drugie 
Imperium. 

- Hej, przecieŜ przywódczynią Nowej Republiki jest nasza matka! - sprzeciwił się 

Jacen. - Ona nie jest nikczemna. Nie porywa ludzi ani nie poddaje ich torturom. 

- To wszystko zaleŜy od tego, jak kto patrzy na te sprawy - odparł męŜczyzna. 
- Kim jest ten nowy przywódca? - zainteresowała się Jaina. - Czy juŜ kiedyś  nie 

staraliście  się  znaleźć  takiej  osoby?  Czy  nie  zakończyło  się  to  walką  o  władzę  nad 
resztkami, które pozostały z Imperium? I teraz się wam nie uda. 

- Milczeć! - rozkazała Tamith Kai. W jej niskim głosie kryła się groźba. - Od tej 

chwili  nie będziecie zadawali Ŝadnych pytań.  Zostaniecie przeszkoleni,  uświadomieni. 
Będziecie  się  uczyli  tak  długo,  aŜ  staniecie  się  potęŜnymi  wojownikami,  gotowymi 
walczyć w słuŜbie Imperium. 

- Nie sądzę - odezwał się buntowniczo Jacen. 
Na twarzy jego siostry pojawił się rumieniec gniewu. 
- Nie będziemy z wami współpracowali - oświadczyła. - Nie moŜecie porywać nas 

i  oczekiwać,  Ŝe  staniemy  się  posłusznymi  uczniami,  wypełniającymi  wasze  rozkazy. 
Mistrz  Skywalker  i  nasi  rodzice  przemierzą  całą  galaktykę  i  nie  spoczną,  dopóki  nie 
dowiedzą  się,  gdzie  jesteśmy.  Bądźcie  pewni,  Ŝe  nas  odnajdą,  a  wówczas  poŜałujecie 
tego, co zrobiliście. 

Stojący za bliźniętami Lowbacca warknął i szeroko rozłoŜył długie, włochate ręce, 

jakby  pragnął  rozerwać  kogoś  na  kawałki  albo  chociaŜ  wyrwać  kończynę.  KrąŜyła 
plotka,  jakoby  tak  zareagował  kiedyś  jego  wuj,  Chewbacca,  kiedy  przegrał  partię 
holograficznych szachów. 

Szturmowcy  jak  na  komendę  wymierzyli  lufy  blasterów  w  rozzłoszczonego 

Wookiego. 

-  Hej,  nie  strzelajcie  do  niego!  -  odezwał  się  Jacen,  stając  między  Ŝołnierzami  a 

przyjacielem. 

Jaina  odezwała  się  tak  autorytatywnym  tonem,  Ŝe  Jacen  popatrzył  na  nią  nie 

próbując nawet ukrywać zdumienia. 

-  Co  zrobiliście  z  Em  Teedee,  miniaturowym  androidem-tłumaczem  Lowiego? 

Nasz przyjaciel musi się porozumiewać... a moŜe wszyscy szturmowcy potrafią chociaŜ 
trochę mówić językiem Wookiech? 

-  Zwrócimy  mu jego  małego androida - oświadczyła Tamith Kai  - zaraz po tym, 

jak poddamy go... odpowiedniemu przeprogramowaniu. 

Brakiss klasnął w dłonie, dając jakiś znak dowódcy szturmowców. 

Akademia Ciemnej Strony 

56 

- Udacie się teraz do swoich kwater - powiedział, zwracając się do młodych Jedi. - 

Wasze  szkolenie  powinno  zacząć  się  jak  najszybciej.  Drugie  Imperium  bardzo 
potrzebuje zakonu Ciemnych Jedi. 

- Nigdy  nie  namówicie nas do przejścia na ciemną  stronę  - odezwała  się Jaina.  - 

Tracicie tylko czas, próbując nas skaptować. 

Brakiss popatrzył na nią, uśmiechnął się pobłaŜliwie, ale przez dłuŜszą chwilę stał 

w milczeniu. 

- MoŜe kiedyś zmienicie zdanie - powiedział w końcu. - Dlaczego nie mielibyśmy 

poczekać, by się o tym przekonać? 

ś

ołnierze  otoczyli  młodych  Jedi  zwartą  grupą  i  poprowadzili  korytarzem, 

wyłoŜonym dźwięczącymi metalowymi płytami. 

Akademia  Ciemnej  Strony  była  zupełnym  przeciwieństwem  orbitalnej  stacji 

wydobywczej  Landa  Calrissiana.  Metalowe  ściany  nie  miały  pastelowych  barw.  Nie 
słyszało  się  kojącej  muzyki  ani  odgłosów  przyrody  w  głośnikach  komunikatorów, 
umieszczonych  na  korytarzu.  Dobiegały  z  nich  jedynie  szorstkie  rozkazy,  meldunki  i 
komunikaty,  a  takŜe  kuranty  chronometrów,  odmierzających  kaŜdy  kwadrans.  Niemal 
nad  wszystkimi  drzwiami  widniały  napisy,  namalowane  za  pomocą  szablonów.  Od 
czasu  do  czasu  moŜna  było  zobaczyć  monitory  końcówek  systemu  komputerowego, 
umocowane  na  ścianach  i  ukazujące  schematy  pomieszczeń  stacji  albo  obrazujące 
metody postępowania w sytuacjach alarmowych. 

-  To  bardzo  skromna  stacja  -  odezwała  się  Tamith  Kai,  spojrzawszy  na  Jacena, 

który  nie przestawał  wpatrywać się  w  nagie, ponure  ściany. -  Nie zawracaliśmy  sobie 
głowy  luksusami,  do  jakich  zapewne  przywykliście  w  waszej  akademii  w  dŜungli. 
Dopilnowaliśmy  jednak,  Ŝeby  kaŜdy  uczeń  miał  swój  pokój,  w  którym  będzie  mógł 
wykonywać  zadane  ćwiczenia,  oddawać  się  medytacjom  czy  skupiać  na  doskonaleniu 
umiejętności posługiwania się Mocą. 

- Nic z tego! - zaprotestowała Jaina. 
- Wolelibyśmy, Ŝeby nas nie rozłączano - dodał Jacen. 
Lowbacca ryknął na znak, Ŝe popiera przyjaciół. 
Tamith Kai zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na nich z góry. 
- Nie pytałam  was o zdanie -  warknęła. Jej fioletowe oczy  miotały błyskawice.  - 

Zrobicie to, co wam kaŜemy. 

Dotarli  w  końcu  do  skrzyŜowania  korytarzy,  gdzie  rozdzielili  się  na  trzy  grupy. 

Brakiss,  który  prowadził  oddział  szturmowców  otaczających  Jainę,  skręcił  w  prawo. 
Znacznie  większa  grupa  straŜników,  trzymających  gotowe  do  strzału  blastery, 
pomagała Tamith Kai eskortować Lowbaccę. Pozostali imperialni Ŝołnierze skupili się 
wokół Jacena i poprowadzili go w lewą odnogę korytarza. 

- Zaczekajcie! - zawołał chłopiec i odwrócił się w stronę siostry. Miał przeczucie, 

Ŝ

e  widzi  ją  po  raz  ostatni  w  Ŝyciu.  Jaina  takŜe  się  odwróciła.  W  jej 

bursztynowopiwnych oczach krył się niepokój, ale kiedy dumnie uniosła głowę, jej brat 
poczuł nagły przypływ odwagi. Znajdą jakiś sposób wyjścia z tej sytuacji. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

57 

StraŜnicy poprowadzili go długim  korytarzem, ale  w pewnej chwili stanęli przed 

jakimiś  drzwiami,  wyglądającymi  tak  samo  jak  wszystkie  inne.  Pokoje  uczniów  - 
pomyślał Jacen. 

Drzwi  się  otworzyły  i  szturmowcy  wprowadzili  Jacena  do  małego  ponurego 

pomieszczenia  o  nagich  ścianach.  Chłopiec  nie  dostrzegł  na  nich  Ŝadnej  końcówki 
komunikatora,  Ŝadnych  dźwigni  czy  przycisków  ani  niczego,  co  umoŜliwiłoby  mu 
porozumiewanie się z kimkolwiek. 

- Mam tu mieszkać? - zdziwił się, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. 
- Tak - odparł dowódca grupy szturmowców. 
-  A  co  się  stanie,  jeŜeli  będę  czegoś  potrzebował?  -  zapytał  chłopiec.  -  W  jaki 

sposób mam kogoś zawiadomić? 

ś

ołnierz  odwrócił  ku  niemu  głowę,  ukrytą  w  białym  plastalowym  hełmie 

przypominającym czerep. 

- Będziesz cierpiał tak długo, dopóki ktoś po ciebie nie przyjdzie. 
Szturmowcy  wyszli  na  korytarz.  Drzwi  zasunęły  się  za  nimi,  pozostawiając  w 

pokoju Jacena, samotnego i bezbronnego. 

Po chwili, jakby chcąc jeszcze bardziej pogorszyć jego sytuację, zgasły wszystkie 

ś

wiatła. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

58 

R O Z D Z I A Ł  

Tenel  Ka  obudziła  się  w  nieprzeniknionym  mroku  i  stwierdziła,  Ŝe  leŜy,  ale  nie 

ma  się  gdzie  poruszyć.  Słyszała  stłumiony,  monotonny  łoskot.  Jej  serce  waliło  jak 
młotem,  a  na  skórze  wystąpiły  krople  potu.  Dziewczyna  miała  przeczucie,  Ŝe 
wydarzyło się coś złego, coś strasznego. Próbowała usiąść, ale uderzyła głową - dosyć 
mocno - o metalową ramę pryczy znajdującej się nad nią. Zdławiła okrzyk przeraŜenia, 
gdyŜ przypomniała sobie, Ŝe leci na pokładzie „Znikomej Szansy”. OdpręŜyła się... ale 
tylko trochę. 

Kiedy Luke i Tenel Ka skończyli rozmawiać z huttańskim handlarzem informacji 

na  Borgo  Prime,  doszli  do  przekonania,  Ŝe  największą  szansą  odnalezienia  Jacena, 
Jainy  i  Lowbaccy  będzie  wyprawa  na  Dathomirę,  rodzimą  planetę  pierwszego  klanu 
wiedźm,  zwanych  Siostrami  Nocy.  Jedynym  śladem,  jakim  dysponowali,  była 
informacja o Siostrze Nocy, a więc musieli się dowiedzieć, kim była i dlaczego porwała 
bliźnięta i Lowiego. 

Mistrz Jedi przekonał Tenel Ka, Ŝeby w czasie podróŜy chociaŜ trochę odpoczęła, 

a  moŜe  nawet  się  przespała.  To  miała  być  pierwsza  okazja  odpoczynku  od  chwili 
porwania jej przyjaciół. Tenel Ka przyjęła z wdzięcznością propozycję mistrza Jedi. 

A zatem zapewne się zdrzemnęła w jednej z koi na pokładzie „Znikomej Szansy”. 

Jakiś  czas  spędziła  w  ciemnościach,  odizolowana  od  głośniejszych  dźwięków. 
Wypoczynek  dziewczyny  zakłócały  jednak  senne  koszmary.  Tenel  Ka  przycisnęła 
guzik, umieszczony nad głową, i ciasną kabinę zalało jaskrawe światło. Obróciła się na 
bok,  przerzuciła  nogi  przez  krawędź  koi  i  opadła  z  wysokości  półtora  metra  na 
metalowe  płyty  pokładu.  Potrząsnęła  głową,  chcąc  ułoŜyć  nie  zaplecione  złocistorude 
włosy,  po  czym  przeciągnęła  się,  by  rozprostować  kości.  Ucieszyła  się  ze  swobody 
ruchów,  jaką  zapewniała  jej  elastyczna,  ale  bardzo  wytrzymała  tunika  z  jaszczurczej 
skóry. Pomyślała, Ŝe znów wygląda jak wojowniczka. 

Przez  cały  czas,  kiedy  szła  wąskim  korytarzem  w  stronę  sterowni  i  siadała  na 

miejscu drugiego pilota, usytuowanym obok fotela mistrza Skywalkera, nie opuszczało 
jej  uczucie  niepokoju.  Spojrzała  przez  dziobowy  iluminator  na  ogniste  smugi 
przemykające po obu stronach statku i stwierdziła, Ŝe „Znikoma Szansa” znajduje się w 
nadprzestrzeni. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

59 

Luke uniósł głowę znad kontrolnego pulpitu. 
- Udało ci się trochę przespać? - zapytał. 
- To jest fakt - odparła Tenel Ka. 
Zapięła  pasy  ochronnej  sieci,  po  czym  zaczęła  zaplatać  gęste  włosy  w  gruby 

warkocz.  Od  czasu  do  czasu  wplatała  paciorki  i  piórka,  które  wyjmowała  z 
przytroczonej do pasa niewielkiej torby. 

- Ale czy dobrze spałaś? - nalegał Luke. 
Dziewczyna zamrugała, trochę zaskoczona, Ŝe mistrz Jedi jednak to zauwaŜył. 
- Nie bardzo i to jest równieŜ fakt - przyznała. 
Mistrz  Jedi  nie  odpowiedział.  Czekał.  Tenel  Ka  z  narastającym  zakłopotaniem 

uzmysłowiła sobie, Ŝe jej nauczyciel czeka na dalsze wyjaśnienia. 

- Ja... miałam sen - powiedziała. - Nie sądzę, Ŝeby miał jakieś znaczenie. 
Luke skierował uporczywe spojrzenie błękitnych oczu na twarz dziewczyny. 
- Wyczuwam, Ŝe jesteś zatrwoŜona - odezwał się półgłosem. 
Dziewczyna skrzywiła się i wzruszyła ramionami. 
- JuŜ kiedyś śniło mi się to samo. 
Mistrz  Skywalker  zamrugał  powiekami  i  na  chwilę  zamknął  oczy,  po  czym 

przekrzywił głowę i skierował ku niej twarz, jakby chciał spojrzeć, gdyby miał otwarte 
oczy. 

- Siostry Nocy? - zapytał w końcu. 
- Tak. Wiem, Ŝe to dziecinada - przyznała Tenel Ka czując, Ŝe na jej policzkach 

pojawiają się rumieńce wstydu. 

- To dziwne... - odezwał się Luke. - Mnie takŜe śniły się Siostry Nocy. 
Jego uczennica spojrzała na niego nie wiedząc, czy się nie przesłyszała. 
-  Zawsze  myślałam,  Ŝe  wiedźmy  istnieją  tylko  w  historiach,  które  opowiadały 

matki  i  babki  z  Dathomiry,  kiedy  chciały  przestraszyć  swoje  dzieci  i  wnuki  - 
powiedziała.  -  PrzecieŜ  wszystkie  Siostry  Nocy  zginęły.  Jakim  cudem  niektóre 
mogłyby przeŜyć? 

- Kobiety Ŝyjące na Dathomirze umieją dobrze władać Mocą. MoŜliwe, Ŝe pojawił 

się  tam  ktoś,  kto  nauczył  je  posługiwać  się  siłami  ciemnej  strony  -  powiedział  mistrz 
Skywalker.  Odchylił  się  w  fotelu  i  wpatrzył  w  iluminator,  jakby  szukał  w 
nadprzestrzeni dawnych wspomnień. - Prawdę mówiąc, przed wielu laty, jeszcze zanim 
się  urodziłaś,  wyprawiłem  się  na  Dathomirę.  Szukałem  tam  Hana  i  Leii,  rodziców 
Jacena  i  Jainy.  To  właśnie  wówczas  spotkałem  twojego  tatę  i  twoją  mamę. 
Połączyliśmy siły, by pokonać wszystkie wiedźmy z zakonu Sióstr Nocy. 

Tenel Ka spojrzała na niego zdumiona. Rodzice zazwyczaj nie opowiadali jej tej 

części historii. 

- Moja mama ma o tobie bardzo dobre mniemanie - odezwała się po chwili, mając 

nadzieję, Ŝe mistrz Skywalker zechce dokończyć tę historię. 

Luke popatrzył na nią z przekornym uśmiechem. 
-  Czy  kiedykolwiek  ci  mówiła,  w  jakich  okolicznościach  się  spotkaliśmy?  - 

zapytał. - Czy moŜe opowiadała ci o tym, jak mnie pochwyciła? 

Akademia Ciemnej Strony 

60 

- Chyba nie chcesz powiedzieć, Ŝe... - zaczęła Tenel Ka. - Z pewnością nie mogła 

liczyć na to... 

Mistrz Jedi zachichotał, widząc jej zakłopotanie. 
- To jest fakt - stwierdził. 
- Och, mistrzu Skywalkerze! 
Dziewczyna  niemal  przestała  oddychać,  zmartwiona  samą  perspektywą,  iŜ  Luke 

mógłby  zostać  zmuszony  do  poddania  się  prymitywnemu  obrzędowi  zawarcia 
małŜeńskiego  związku,  który  zawsze  uwaŜała  za  dziwaczny  i  staromodny.  Kobiety  z 
Dathomiry miały zwyczaj wybierania i chwytania męŜczyzn, których chciały poślubić. 
Czy jej matka, Teneniel Djo, tak samo postąpiła z mistrzem Skywalkerem? 

Sama  myśl  o  tym,  Ŝe  jej  matka  mogła  pochwycić  największego  mistrza  Jedi  w 

całej galaktyce i przypuszczać, Ŝe się z nią oŜeni i zostanie ojcem jej dzieci, sprawiła, 
Ŝ

e  policzki  Tenel  Ka  na  nowo  zarumieniły  się  ze  wstydu.  Później  jednak,  w  jednej 

sekundzie cała sytuacja wydała się jej tak nieprawdopodobnie zabawna, Ŝe wybuchnęła 
czymś, co słyszało się u niej niezwykle rzadko... perlistym śmiechem. 

- Moja matka nauczyła mnie, bym darzyła szacunkiem  wszystkich Jedi, a przede 

wszystkim  ciebie,  mistrzu  Skywalkerze,  ale...  proszę  cię,  nie  obraź  się  -  głęboko 
odetchnęła,  czując  pod  powiekami  łzy  rozbawienia  -  bardzo  się  cieszę,  Ŝe  jej  plany 
spełzły na niczym. 

Luke,  nie  przestając  się  uśmiechać,  wyciągnął  rękę  i  przyjaźnie  uścisnął  ramię 

dziewczyny, dając znak, Ŝe rozumie jej uczucia. 

- Ja teŜ - powiedział. - Twoi rodzice byli jakby stworzeni dla siebie. 
- Wiesz, kocham ojca - rzekła Tenel Ka, nagle powaŜniejąc. - Matkę takŜe. 
- A jednak nigdy nie powiedziałaś przyjaciołom, kim naprawdę są twoi rodzice - 

stwierdził mistrz Jedi. - Dlaczego? 

Dziewczyna  zaczęła  się  niespokojnie  kręcić  na  fotelu.  Miała  wraŜenie,  Ŝe 

ochronna  sieć  za  bardzo  krępuje  jej  ruchy.  Sama  często  o  tym  rozmyślała,  ale  za 
kaŜdym razem dochodziła do jednego i tego samego wniosku. 

-  To  trudno  wytłumaczyć  -  powiedziała.  -  Nie  wstydzę  się  rodziców;  mam 

nadzieję, Ŝe mnie o to nie posądzałeś. Jestem dumna, Ŝe moja matka potrafi tak dobrze 
władać  Mocą  i  Ŝe  ona,  prosta  wojowniczka  z  Dathomiry,  rządzi  teraz  całą  gromadą 
gwiezdną Hapes. Jestem takŜe dumna z ojca i z tego, kim zdołał się stać mimo sposobu, 
w jaki był wychowywany... mimo to, kim była osoba, która go wychowała. 

Luke z powagą kiwnął głową. 
- Twoja babka? 
-  Tak  -  Tenel  Ka  zgrzytnęła  zębami.  -  Nie  jestem  dumna  z  tej  części  mojej 

rodziny.  Moja  babka  jest  kobietą  Ŝądną  władzy.  Zrobi  wszystko,  by  ją  zdobyć  i 
utrzymać.  Nie  jestem  pewna,  czy  potrafi  kogokolwiek  kochać.  -  Odwróciła  głowę  i 
popatrzyła na swego nauczyciela, nie potrafiąc ukryć zakłopotania i wstydu. - A jednak 
ojciec jest człowiekiem kochającym  i  mądrym. Jest zupełnym przeciwieństwem  mojej 
babki. 

-  To  prawda  -  przyznał  Luke.  -  Kiedyś,  przed  wielu  laty  twój  ojciec,  ksiąŜę 

Isolder,  dokonał  bardzo  trudnego  i  odwaŜnego  wyboru.  Kiedy  uświadomił  sobie,  Ŝe 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

61 

matka kocha władzę tak bardzo, Ŝe nie zawaha się zabić kaŜdego, kto mógłby stanąć na 
jej drodze, odrzucił głoszone przez nią nauki. Twoja babka jest silną i dumną kobietą, 
ale  jej  nauki  są  pełne  jadu.  Ojciec  nie  chciał  ich  słuchać,  gdyŜ  cenił  Ŝycie  ponad 
wszystko inne. Podjął trudną, ale słuszną decyzję. 

Tenel Ka kiwnęła głową. Jej myśli były przepełnione goryczą. 
-  Mój  rodowód  roi  się  od  pokoleń  krwioŜerczych,  Ŝądnych  władzy  tyranów  - 

powiedziała.  -  Nie  jestem  dumna  z  tego,  Ŝe  urodziłam  się  jako  członek  hapańskiego 
królewskiego  rodu.  -  Parsknęła.  -  Nie  chcę,  Ŝeby  moi  przyjaciele  wiedzieli,  iŜ  jestem 
następczynią  tronu,  poniewaŜ  nie  zrobiłam  niczego,  Ŝeby  na  ten  tron  zapracować  czy 
zasłuŜyć. 

Na twarzy Luke’a odmalowało się zamyślenie. 
-  Jacen  i  Jaina  by  to  zrozumieli  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Ich  matka  jest  jedną  z 

najpotęŜniejszych kobiet w całej galaktyce. 

Tenel Ka energicznie potrząsnęła głową. 
- Zanim im to powiem, muszę sama sobie udowodnić, Ŝe nie jestem taka jak moi 

przodkowie. Chcę chlubić się tylko tym, co sama osiągnę, najpierw dzięki własnej sile, 
a  potem  za  pośrednictwem  Mocy...  ale  nigdy  za  pomocą  odziedziczonej  władzy.  Moi 
rodzice są bardzo dumni z faktu, Ŝe postanowiłam zostać Jedi. 

-  Rozumiem  -  odparł  Luke.  -  Wybrałaś  trudną  drogę.  -  Obdarzył  dziewczynę 

ciepłym uśmiechem. - To dobry początek dla kaŜdego Jedi. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

62 

R O Z D Z I A Ł  

10

 

Następnego dnia Jaina nie posiadała się z radości, kiedy znów zobaczyła brata. Jej 

uczucie mącił jedynie fakt, Ŝe kaŜde z nich było prowadzone korytarzem przez dwóch 
krzepkich,  dobrze  uzbrojonych  szturmowców,  którym  towarzyszyła  Siostra  Nocy, 
Tamith Kai. 

Kiedy  Jacen  wyrwał  się  z  rąk  straŜników  i  podbiegł,  by  uściskać  siostrę, 

dziewczyna szepnęła najszybciej jak umiała: 

- Mam pewien plan. Będzie mi potrzebna twoja pomoc. 
Silne opancerzone ręce rozłączyły siostrę i brata. Jeden ze straŜników, zakutych w 

biały pancerz, wyciągnął blasterowy pistolet, wymierzył lufę w bliźnięta i rozkazał, by 
szły dalej. 

Jaina  uśmiechnęła  się  z  przymusem.  Mimo  towarzystwa  Tamith  Kai  Brakiss  nie 

był pewien, czy bliźnięta zechcą z nim współpracować. śołnierze mieli dopilnować, by 
oboje nie sprawiali kłopotów. 

Dziewczyna  ujrzała,  Ŝe  Jacen  lekko  kiwnął  głową  na  znak,  Ŝe  zrozumiał,  co 

powiedziała. 

-  Opowiedzieć  ci  dobry  dowcip?  -  zapytał  beztrosko,  celowo  pragnąc  zmienić 

temat rozmowy. 

- Jasne - odparła dziewczyna udając, Ŝe niczego się nie domyśla. 
Jacen chrząknął. 
- Ilu szturmowców potrzeba, Ŝeby zmienić przepalony panek jarzeniowy? 
Jaina  skurczyła  się  ze  strachu,  ale  nie  okazała  tego  w  Ŝaden  sposób.  Jej  brat  był 

naprawdę  odwaŜny...  a  moŜe  tylko  nierozsądny.  Nie  próbując  rozstrzygnąć  tego 
dylematu, udała, Ŝe pochwyciła przynętę. 

-  Naprawdę  nie  wiem  -  odparła.  -  Ilu  szturmowców  potrzeba,  Ŝeby  zmienić  taki 

panel? 

Jeden  z  jej  straŜników  wyprzedził  ją  i  stanął  przed  uchylonymi  drzwiami  sali 

wykładowej,  w  której  Jaina  ujrzała dziesiątki  siedzących  osób.  Dziewczyna  domyśliła 
się, Ŝe spogląda na innych uczniów Akademii Ciemnej Strony. Drugi straŜnik trącił ją 
lufą blastera, dając znak, Ŝe ma wejść do środka. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

63 

-  By  wymienić  przepalony  panel  jarzeniowy,  potrzeba  dwóch  szturmowców  - 

odezwał  się  Jacen  tak  głośno,  aby  usłyszeli  go  wszyscy  uczniowie  siedzący  w  sali.  - 
Jeden  szturmowiec  do  tego,  by  wymienił  panel,  i  drugi,  Ŝeby  zabił  pierwszego  i 
przypisał sobie całą zasługę za naprawę. 

Jaina  usiłowała  bezskutecznie  stłumić  wybuch  śmiechu.  Tamith  Kai  przeszyła 

Jacena spojrzeniem przypominającym dwie fioletowe włócznie. 

Chłopiec, czując siłę jej gniewnej reakcji, skurczył się i mruknął: 
- Widzę, Ŝe ty teŜ pochodzisz z Dathomiry. Mieszkańcy tego świata z pewnością 

nie słyną z poczucia humoru. 

Kiedy dwaj straŜnicy ujęli Jainę pod ręce tak mocno, Ŝe musieli pozostawić sińce 

na jej ramionach, dziewczyna była zmuszona przyznać, Ŝe akt odwagi brata uświadomił 
jej pewną prawdę. Jej umysł był wolny, przynajmniej na razie. Nadal mogła dokonywać 
wyborów. 

Została  zaciągnięta  do  sali  wykładowej  i  zmuszona  do  zajęcia  miejsca  na  skraju 

wąskiej,  pozbawionej  oparcia  ławy.  StraŜnicy  prowadzący  Jacena  posadzili  go  w 
przeciwległym  kącie sali...  niewątpliwie dlatego, by  ukarać go za opowiedzenie Ŝartu. 
Jaina  z  zachwytem  stwierdziła,  Ŝe  Lowie  siedzi  o  niecały  metr  od  niej,  na  tej  samej 
ławie.  Między  nią  a  młodym  Wookiem  znajdował  się  tylko  jeden  uczeń.  Lowbacca 
zaryczał na powitanie Jacena i Jainy. 

Wszyscy  pozostali  uczniowie  byli  ludźmi,  krótko  przystrzyŜonymi  i  schludnie 

odzianymi w takie same czarne kombinezony. Sprawiali wraŜenie chętnych do nauki, a 
nawet  zachwyconych  faktem,  Ŝe  mogą  studiować  w  Akademii  Ciemnej  Strony. 
Wyglądali na prawdziwych imperialnych zapaleńców. Jaina widziała juŜ kiedyś takich 
ludzi. Pomyślała, Ŝe ona, Jacen i Lowbacca są zapewne jedynymi istotami uczącymi się 
pod przymusem. 

Dziewczyna  zmarszczyła  brwi,  kiedy  zauwaŜyła,  Ŝe  Em  Teedee  nadal  nie  ma  u 

pasa Lowbaccy. To z pewnością utrudni im porozumiewanie się ze sobą. Zastanawiała 
się,  co  zrobiłby  jej  wujek  Luke,  gdyby  znalazł  się  w  takiej  sytuacji.  Usiadła  prosto, 
usunęła  z  mózgu  wszystko,  co  w  tej  chwili  uznała  za  zbyteczne,  i  wysłała  delikatną 
myślową wić w stronę Wookiego. Nie wyczuła promieniującego od niego bólu. Mogła 
być zatem pewna, Ŝe jej przyjacielowi nie wyrządzono Ŝadnej krzywdy. Zarejestrowała 
jednak napięcie, niepewność i kipiącą frustrację. Postarała się uspokoić przyjaciela. Nie 
była  pewna,  czy  się  jej  to  udało,  ale  kiedy  Lowie  na  chwilę  wyciągnął  kudłatą  rękę  i 
dotknął jej ramienia, zrozumiała, Ŝe odebrał jej kojące myśli. 

Była ciekawa, czy odwaŜy się odezwać do  młodego Wookiego. Najpierw będzie 

musiała  się  przekonać,  jak  zareaguje  na  to  siedzący  między  nią  a  Lowiem  uczeń.  Był 
mniej więcej w tym samym wieku, ale trochę  wyŜszy. Jak wszyscy gorliwi uczniowie 
nosił  obcisły,  gładki,  czarny  jak  węgiel,  błyszczący  kombinezon  i  fałdzistą  pelerynę 
takiej samej barwy, narzuconą na bluzę. Miał jasne włosy i zielone oczy barwy mchu. 
Odwzajemnił  spojrzenie  dziewczyny,  ale  w  jego  obojętnych  oczach  nie  było  widać 
ciekawości ani podejrzliwości. 

Jaina  zapuściła  myślową  wić  do  umysłu  chłopca.  Nie  odkryła  w  nim  jednak 

niczego  ciekawego  poza  kilkoma  trudno  uchwytnymi  strzępami  myśli,  które,  nie 

Akademia Ciemnej Strony 

64 

powiązane  ze  sobą,  z  wrzaskiem  przeleciały  przez  jej  mózg  niczym  przypadkowe 
dźwięki instrumentów, strojonych przez muzyków przed koncertem. 

- Dlaczego tu jesteśmy? - zapytała niemal szeptem. 
-  Dlatego  Ŝe  tu  jesteśmy  -  odparł  chłopiec  z  rezerwą,  jakby  chciał  obronić  się 

przed spodziewanym atakiem. - Dlatego Ŝe tak Ŝyczy sobie mistrz Brakiss. - Popatrzył 
podejrzliwie  na  Jainę,  jakby  uwaŜał,  Ŝe  postradała  zmysły.  -  CzyŜ  wszyscy  nie 
przybyliśmy tu po to, Ŝeby uczyć się od niego, jak władać Mocą? 

Zanim  Jaina  zdąŜyła  odpowiedzieć,  do  sali  wkroczył  Brakiss.  W  jednej  chwili 

zapanowała  absolutna  cisza.  Nie  zakłócał  jej  Ŝaden  szmer  czy  szelest,  Ŝadne 
wypowiadane  słowo,  Ŝadne  kaszlnięcie  czy  chrząknięcie.  MęŜczyzna  przeszył 
spojrzeniem rzędy siedzących uczniów. Kiedy jego oczy zmierzyły się z oczami Jainy, 
dziewczyna poczuła niewytłumaczalny lodowaty dreszcz, który zaczął pełznąć wzdłuŜ 
jej kręgosłupa. Brakiss zaczął wykład bez Ŝadnego wstępu. 

-  Moc  jest  formą  energii  otaczającej  i  przenikającej  wszystko,  co  Ŝyje  we 

wszechświecie. Wypływa z nas. Przepływa przez nas. 

Kiedy  fale  jego  melodyjnego  głosu  opływały  uczniów,  Jaina  pomyślała,  Ŝe  jej 

umysł  zaczyna  się  odpręŜać.  Mimo  wszystko  to  nie  jest  takie  złe  -  pomyślała.  -  To 
wszystko  prawda.  Siła  jego  głosu  zachęcała  do  działania,  zmuszała  do  przyznania  mu 
racji. Jaina zauwaŜyła, Ŝe wielu uczniów kiwa głowami. Ona takŜe kiwnęła. 

Nie  zwracała  uwagi  na  poszczególne  słowa,  wiedziała  jednak,  Ŝe  następne 

wypływa  logicznie  z  poprzedniego.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  odbiera  tylko  myśli,  uczucia. 
Wszystkie wydawały się jej słuszne, sprawiedliwe. 

I  nagle,  nie  wiadomo  z  jakiego  powodu  -  moŜliwe,  Ŝe  był  nim  lekki  dotyk 

włochatej  ręki  na  ramieniu  -  słowa  Brakissa  nabrały  znów  ostrości.  Zaczęły  się 
przedzierać  przez  mgiełkę  samozadowolenia  i  bezkrytycznego  przyzwolenia,  które 
niczym całun spowijały jej umysł. 

- Wszyscy dysponujecie umysłowymi narzędziami, dzięki którym moŜecie władać 

sobą i posługiwać się Mocą - usłyszała melodyjny, spokojny, pewny siebie głos. - JeŜeli 
chcecie czerpać siłę z Mocy, musicie nauczyć się wykorzystywać to, co w was samych 
najsilniejsze: silne emocje, pragnienia, Ŝądze, strach, agresję, złość, nienawiść... 

Przez umysł Jainy przemknęło stanowcze: „Nie”! Dziewczyna potrząsnęła głową, 

chcąc odzyskać jasność myśli. 

- To... nie moŜe być prawda - szepnęła. - To nieprawda! 
Uczeń  siedzący  obok  niej  błysnął  białkami  oczu.  Z  pogardą  spojrzał  na 

dziewczynę. 

-  Oczywiście,  Ŝe  to  jest  prawda  -  oświadczył,  jakby  nie  ulegało  to  najmniejszej 

wątpliwości. - Mistrz Brakiss tak powiedział, a więc musi to być prawdą. 

-  Skąd  moŜesz  być  tego  taki  pewien?  -  syknęła  Jaina.  -  Czy  nie  widzisz,  Ŝe 

sprawuje  władzę  nad  twoimi  myślami?  Powinieneś  uciekać  stąd,  póki  moŜesz,  i 
spróbować zacząć myśleć samodzielnie. 

- Nie zamierzam stąd nigdzie wychodzić - odparł uczeń nieprzejednanym tonem. - 

Chcę się uczyć pod kierunkiem mistrza Brakissa, Ŝeby zostać kiedyś rycerzem Jedi. 

Jaina zakipiała, nie rozumiejąc takiego uporu. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

65 

- Czy naprawdę nigdy o tym nie myślałeś? - zapytała. - Nie moŜesz przyjmować 

w  ciemno  wszystkiego,  co  mówi,  nie  poświęcając  jego  słowom  Ŝadnej  myśli.  A  co 
będzie, jeŜeli nie ma racji? 

- PrzecieŜ on jest nauczycielem! 
Oczy  ucznia,  zielone  jak  mech,  zamrugały,  jakby  pytanie  dziewczyny  nie  miało 

sensu. Chłopiec wstał i uniósł rękę, chcąc zwrócić uwagę Brakissa. 

Jaina skorzystała z okazji i pochyliła się, Ŝeby szepnąć kilka słów Lowiemu. 
- Mam pewien plan! Za kilka dni będę chciała, Ŝebyś dokonał sabotaŜu systemów 

zasilania stacji. Przygotuj się! 

Kiedy się prostowała, jej umysł w końcu zarejestrował fakt, Ŝe uparty jasnowłosy 

uczeń rozmawia z Brakissem. 

-  ...próbuje  przekonać  innych  uczniów,  Ŝe  nie  powinni  ci  ufać  Twierdzi,  Ŝe  nie 

nauczasz nas prawdy o Mocy. Dlatego oświadczam, Ŝe ta... dziewczyna nie jest godna 
tego, Ŝeby być twoją uczennicą, mistrzu Brakissie. 

Piękne oczy męŜczyzny zwęziły się do szparek, a przenikliwe spojrzenie spoczęło 

na  twarzy  Jainy.  Dziewczyna  poczuła,  Ŝe  jego  potęŜny  umysł  usiłuje  wywrzeć  nacisk 
na jej myśli. Spróbowała stawić opór. 

- Jesteś tutaj nowa - odezwał się męŜczyzna. - Jeszcze nie znasz praw, jakimi się 

tu  rządzimy.  Wysłuchaj  moich  nauk  do  końca,  a  później  będziesz  mogła  je  osądzić. 
Sama  podejmiesz  decyzje.  Ale  nigdy,  przenigdy  nie  zachęcaj  innych,  Ŝeby  wątpili  w 
moje słowa. 

Wszyscy  uczniowie  jak  jeden  mąŜ  zamruczeli,  wyraŜając  poparcie...  z  trzema 

wyjątkami. 

-  W  tej  akademii  nie  uczymy  się  tylko  praw  ciemnej  strony  -  ciągnął  Brakiss, 

wracając  do  wykładu,  chociaŜ  jego  słowa  sprawiały  teraz  wraŜenie  kierowanych 
głównie  do  Jacena, Jainy  i  Lowbaccy.  -  To  nie  jest  szkoła,  w  której  poznaje  się  tylko 
cechy  ciemnej  strony.  Słuszniej  byłoby  ją  nazwać  szkołą  cienistej  strony,  bo  czymŜe 
jest samo Ŝycie, jeŜeli nie kroczeniem po drodze, na której są i jasne, i ciemne miejsca? 
Jedynie  wówczas,  kiedy  będziecie  korzystali  ze  wszystkich  uczuć  i  emocji,  jasnych  i 
ciemnych, staniecie się prawdziwymi władcami Mocy i wypełnicie to, co jest waszym 
przeznaczeniem.  Sama  jasna  strona  zapewni  wam  tylko  częściową  władzę.  Dopiero 
kiedy zmieszacie światłość z ciemnością i będziecie się poruszali w cieniu, wzniesiecie 
się na szczyty swoich moŜliwości. Korzystajcie zatem takŜe z siły ciemnej strony. 

Jaina popatrzyła w przeciwległy kąt sali i ujrzała, Ŝe jej brat powoli kręci głową. 

Lowbacca  siedzący  o  wiele  bliŜej  dziewczyny  tłumił  warczenie  narastające  w  głębi 
gardła. Dziewczyna poczuła, Ŝe nie moŜe się powstrzymać. Wstała. 

-  To  nieprawda  -  powiedziała.  -  Ciemna  strona  Mocy  nie  uczyni  nikogo 

silniejszym.  To  prawda,  Ŝe  jest  szybsza,  łatwiejsza,  bardziej  uwodzicielska.  Jest  takŜe 
bardziej nieustępliwa. I w przeciwieństwie do jasnej strony, która wiedzie ku wolności, 
ciemna strona czyni z człowieka niewolnika. JeŜeli ktoś pozwoli się jej zniewolić, moŜe 
juŜ nigdy nie odzyskać swobody. 

Po sali poniósł się szmer spazmatycznych oddechów, ale Ŝaden uczeń nie odezwał 

się  ani  słowem.  Jaina  i  Brakiss  mierzyli  się  spojrzeniami  ponad  głowami  uczniów. 

Akademia Ciemnej Strony 

66 

MęŜczyzna  milczał  przez  dłuŜszą  chwilę  i  tylko  jego  myśli  przytłaczały  umysł  Jainy 
niczym miaŜdŜący cięŜar. 

Dziewczyna  uczyniła  wysiłek,  by  usunąć  obce  myśli  z  głowy,  po  czym  sama 

rzuciła myślowe wyzwanie. Uniosła dumnie głowę i spojrzała na męŜczyznę. 

Brakiss w końcu ze smutkiem pokręcił głową. 
- Nie chciałem, Ŝebyś stała się przykładem dla innych uczniów - powiedział - ale 

nie  pozostawiłaś  mi  wyboru.  Postanowiłaś  przeciwstawić  mojej  mocy  swoje  śmiechu 
warte  siły  jasnej  strony.  Ostrzegłem  cię  juŜ  przed  chwilą.  Nie  otrzymasz  następnego 
ostrzeŜenia. 

Powiedziawszy  to,  Brakiss  uniósł  poziomo  jedną  rękę  i  wykonał  nią  gest,  jakby 

czule  machał  na  poŜegnanie.  Z  końców  jego  palców  wystrzeliły  błękitne  błyskawice. 
Otoczyły ciało dziewczyny błękitną drŜącą mgiełką. Jaina miała wraŜenie, Ŝe ogarnia ją 
ognista agonia. Straciła przytomność. 

 
Wyrafinowane  okrucieństwo  Brakissa  względem  Jainy  wprawiło  Lowbaccę  w 

niepohamowaną wściekłość. Młody Wookie stracił panowanie nad sobą i zerwał się na 
równe  nogi  z  ławy,  obalając  jasnowłosego  ucznia  na  posadzkę.  Zawył,  ile  miał  sił  w 
płucach,  po  czym  obnaŜył  długie  kły,  z  których  słynęli  wszyscy  Wookie.  Sięgnął  po 
ławę,  na  której  siedział,  i  uniósł  ją  nad  głowę,  a  wszystkie  włosy  jego  rudobrązowej 
sierści zjeŜyły się jak w napadzie szału. 

StraŜnicy, zaniepokojeni zamieszaniem panującym w sali wykładowej, wpadli do 

ś

rodka  z  wyciągniętymi  paralizatorami.  Rozejrzeli  się  po  sali  w  poszukiwaniu 

sprawcy... i nie mieli trudności z zauwaŜeniem rozwścieczonego Wookiego. 

Lowbacca  rzucił  ławą  w  stronę  nadchodzących  szturmowców.  CięŜki  przedmiot 

trafił w pierwszy rząd straŜników i przewrócił ich na tych, którzy szli za nimi. Wszyscy 
upadli na posadzkę jak dziecinne klocki. Pięciu następnych szturmowców potknęło się 
o ciała leŜących kolegów, ale mimo to utorowało sobie drogę do środka. 

Pozostali uczniowie Akademii Ciemnej Strony zaczęli krzyczeć, usiłując uspokoić 

szalejącego  Lowiego.  Wookie  odpowiadał  im  donośnymi  rykami.  Brakiss,  który  nie 
zszedł  z  podwyŜszenia,  wzywał  wszystkich  do  zachowania  spokoju,  ale  w  panującym 
rozgardiaszu nikt go nie słuchał. 

Nagle otworzyć się drzwi znajdujące się w przeciwległym  kącie i do sali wpadła 

następna grupa uzbrojonych szturmowców. 

Jacen  podbiegł  do  nieprzytomnej  siostry.  Uklęknął  u  jej  boku  i  ujął  w  dłonie 

głowę  dziewczyny.  Z  prawdziwą  ulgą  wyczuł,  Ŝe  błyskawica  ciemnej  Mocy  nie 
wyrządziła  jej  większej  krzywdy.  W  pewnej  chwili  Jaina  jęknęła  i  zamrugała 
powiekami  bursztynowopiwnych  oczu.  Było  widać,  Ŝe  walczy,  stara  się  odzyskać 
przytomność. 

- Jaino! - krzyknął Jacen. - Jaino, ocknij się! 
- JuŜ dobrze... jestem przytomna - odezwała się dziewczyna, z wysiłkiem siadając. 

Zapewne dopiero w tej sekundzie uświadomiła sobie, jakie zamieszanie wywołał Lowie 
z jej powodu. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

67 

Wszyscy szturmowcy z drugiego oddziału takŜe  wyciągnęli paralizatory. Widząc 

to, Lowie wyszarpnął ławę spod jakiejś uczennicy Akademii Ciemnej Strony. Po prostu 
zrzucił ją na posadzkę. PrzeraŜona dziewczyna zapiszczała. Lowbacca zignorował ją i 
uniósł ławę, zamierzając cisnąć w nadchodzących szturmowców. 

ś

ołnierze wymierzyli pistolety i strzelili... ale Lowie zasłonił się ławą jak tarczą. 

Ś

wietliste  stoŜki  odbiły  się  od  ławy  i  nie  czyniąc  nikomu  krzywdy,  poszybowały  ku 

sklepieniu.  Młody  Wookie  rzucił  ławę,  ale  szturmowcy  w  pośpiechu  rozbiegli  się  na 
boki  i  groźny  pocisk  roztrzaskał  się  o  ścianę.  Lowbacca  zanurkował,  rozpaczliwie 
szukając  czegokolwiek,  czym  mógłby  rzucić...  i  w  tej  samej  chwili  straŜnicy  z 
pierwszej  grupy,  którzy  tymczasem  zdąŜyli  wstać  z  posadzki,  dali  ognia  ze  swoich 
paralizatorów. 

Jarzące  się  stoŜki  światła  przecięły  powietrze  tuŜ  nad  głową  Lowiego  i  trafiły 

trzech Ŝołnierzy naleŜących do drugiej grupy, która pojawiła się w przeciwległym kącie 
sali.  PoraŜeni  szturmowcy  upadli  i  z  grzechotem  białych  pancerzy  potoczyli  się  po 
posadzce. 

-  Zachowajcie  spokój!  -  krzyczał  Brakiss.  -  Skończcie  wreszcie  z  tym 

bezsensownym zamieszaniem! 

Jego miła, pogodna twarz, była teraz wykrzywiona w grymasie złości. 
Jeden  ze  straŜników  z  pierwszej  grupy  zbliŜył  się  o  dwa  kroki  i  wymierzył 

paralizator  w  plecy  Lowiego.  Zapewne  pomyślał,  Ŝe  wstający  Wookie  będzie  łatwym 
celem do trafienia. 

Jacen  to  zauwaŜył...  i  na  chwilę  przedtem,  zanim  szturmowiec  przycisnął 

czerwony  guzik,  posłuŜył  się  całą  siłą  Mocy,  by  pochwycić  lufę  pistoletu  Ŝołnierza  i 
obrócić  ją  w  przeciwną  stronę.  Wykręcił  broń  w  ten  sposób,  Ŝe  kiedy  straŜnik 
przyciskał  spustowy  guzik,  lufa  była  wymierzona  w  jego  tors.  ParaliŜująca  smuga 
rozprysnęła  się  po  białym  pancerzu,  a  ogłuszony  imperialny  Ŝołnierz,  pozbawiony 
przytomności, osunął się na posadzkę. 

-  Lowbacco,  nic  mi  się  nie  stało!  -  krzyknęła  Jaina,  której  w  końcu  udało  się 

odzyskać równowagę. - Popatrz, jestem cała i zdrowa! 

Z  obu  stron  sali  wpadali  wciąŜ  nowi  szturmowcy,  wyciągając  paralizatory  i 

przygotowując je do strzału. 

- Lowie, uspokój się - powiedział Jacen. 
Wookie zerknął w prawo i w lewo. Szeroko rozłoŜone ręce i rozczapierzone pałce 

wskazywały,  Ŝe  jest  gotów  rozerwać  coś  na  kawałki.  Oprzytomniał  jednak,  kiedy 
zorientował się, Ŝe jest otoczony. 

Brakiss stał na podwyŜszeniu i wyciągał ręce. Między jego palcami przelatywały 

błękitne błyskawice, jakby tylko czekały na rozkaz, gotowe poszybować ku celowi. 

- Nie chcemy robić wam krzywdy - oznajmił. W jego głosie kryła się jakaś dzika 

siła. - Musicie jednak nauczyć się posłuszeństwa. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony popatrzył w stronę szturmowców. 
- Zaprowadzić ich do pokojów i uniemoŜliwić porozumiewanie się między sobą - 

rozkazał.  -  Mamy  tu  mnóstwo  pracy  i  nie  moŜemy  dopuścić,  aby  przeszkadzał  nam 
czyjś niepohamowany temperament. 

Akademia Ciemnej Strony 

68 

Później Brakiss poświęcił kilka chwil, by zapanować nad rysami twarzy, która po 

sekundzie  znów  wyglądała  kojąco  i  łagodnie.  MęŜczyzna  uniósł  brwi  i  z  podziwem 
popatrzył na młodego Wookiego. 

-  To  jest  coś,  nad  czym  trzeba  będzie  jeszcze  popracować  -  powiedział.  - 

Dysponujesz ogromnym potencjałem. 

StraŜnicy,  chronieni  przez  białe  pancerze,  omal  nie  zmiaŜdŜyli  kudłatych  rąk 

Lowiego,  kiedy  pochwycili  je  pozbawionymi  czucia  palcami.  Imperialni  Ŝołnierze 
wyprowadzili całą trójkę młodych Jedi na korytarz i towarzyszyli im aŜ do pokojów. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

69 

R O Z D Z I A Ł  

11

 

Kiedy  Luke  przelatywał  „Znikomą  Szansą”  przez  górne  warstwy  atmosfery 

Dathomiry,  planeta  zdawała  się  przyciągać  Tenel  Ka,  błyszcząc  w  dole  niczym 
ogromny  topaz.  Dziewczyna  miała  wraŜenie,  Ŝe  z  podniecenia  nie  moŜe  usiedzieć  na 
fotelu.  Zapomniała,  jak  niefortunne  okoliczności  zmusiły  ich  do  przylotu.  Czuła  tylko 
radość przenikającą jej ciało z kaŜdym uderzeniem serca: Dom-dom, Dom-dom. 

W  pewnej  chwili  jakaś  turbulencja  zakołysała  starym  przemytniczym 

frachtowcem,  obniŜającym  się  ku  powierzchni.  Luke  przyglądał  się  odczytom 
wskaźników  na  pulpicie  konsolety  nawigacyjnej  i  od  czasu  do  czasu  trącał  dźwignię, 
korygując trajektorię lotu. 

- Wiele czasu upłynęło od chwil, kiedy po raz pierwszy złoŜyłem wizytę w klanie 

kobiet  ze  Śpiewającej  Góry  -  powiedział.  -  JuŜ  nawet  nie  pamiętam,  jak  tam  lecieć. 
Myślę,  Ŝe  mógłbym  dotrzeć  w  pobliŜe  samej  góry,  ale  moŜe  znasz  dokładne 
współrzędne... 

Jeszcze nie skończył mówić, kiedy dziewczyna wyrecytowała z pamięci wszystkie 

potrzebne liczby. Równocześnie pochyliła się nad klawiaturą i wpisała dane do pamięci 
komputera astronawigacyjnego. 

-  Bardzo  często  tu  przylatuję  -  wyjaśniła.  -  To  mój  drugi  dom  w  galaktyce,  a 

pierwszy, jeŜeli chodzi o miejsce w moim sercu. 

- Tak - odparł Luke. - Doskonale cię rozumiem. 
„Znikoma  Szansa”  wyrównała  lot  i  skierowała  się  ku  Śpiewającej  Górze.  Luke  i 

Tenel  Ka  przelatywali  nad  iskrzącymi  się  oceanami,  gęstymi  lasami,  bezkresnymi 
pustyniami, łagodnymi wzgórzami i zielonymi równinami. Dziewczyna miała wraŜenie, 
Ŝ

e  jej  ciało  przenika  nowa  energia  i  siła,  zupełnie  jakby  sama  bliskość  rodzimego 

ś

wiata poprawiała jej samopoczucie. 

-  Popatrz  -  odezwał  się  nagle  Luke,  pokazując  spore  stado  niebieskoskórych 

gadów, biegnących z duŜą prędkością przez równinę. 

-  To  Błękitni  Ludzie  Pustyni  -  odrzekła  Tenel  Ka.  -  Przemierzają  te  równiny 

dwukrotnie kaŜdego dnia; rano i wieczorem. 

Mistrz Jedi kiwnął głową. 

Akademia Ciemnej Strony 

70 

-  Jedno  takie  stworzenie  pozwoliło  mi  kiedyś  przejechać  się  na  grzbiecie  - 

powiedział. 

-  To  wyjątkowy  zaszczyt,  mistrzu  Skywalkerze  -  odezwała  się  dziewczyna.  - 

Nawet ja nie miałam okazji go dostąpić. 

 
Kiedy  dotarli  do  przestronnej  doliny  w  kształcie  wielkiej  misy,  siedziby  klanu 

kobiet  ze  Śpiewającej  Góry,  która  dla  Tenel  Ka  była  drugim  domem,  bladoróŜowe 
słońce  zdąŜyło  wznieść  się  wysoko  nad  horyzont.  Jego  złocistoróŜowe  promienie 
oświetlały  teraz  zielone  i  brązowe  plamy  uprawnych  pól  i  sadów,  ciągnących  się  jak 
okiem sięgnąć. W niecce było widać kilka niewielkich skupisk mniejszych i większych 
pokrytych strzechami chat, a tu i ówdzie było widać płomienie porannych ognisk. 

Luke  wskazał kamienną  fortecę, zbudowaną  na  szczycie skalnego urwiska, które 

wznosiło się wysoko ponad dolinę. 

- Czy w fortecy rządzi nadal Augwynne Djo? - zapytał. 
- Tak - odparła Tenel Ka. - To moja prababka. 
- To dobrze. A zatem powinniśmy się z nią spotkać. Wolałbym powiedzieć tylko 

kilku osobom, po co tu przylecieliśmy, i nie rozgłaszać wiadomości, Ŝe tu jesteśmy. 

Zręcznie manewrując sterami, posadził „Znikomą Szansę” na lądowisku w dolinie 

u stóp górskiej fortecy. 

-  To  nie  powinno  być  bardzo  trudne  -  oświadczyła  dziewczyna.  -  Kobiety  z 

mojego klanu nie są gadatliwe. 

Mistrz Skywalker zachichotał. 
- Mogę sobie to wyobrazić - powiedział. 
 
Tenel  Ka  przystanęła  w  połowie  schodów  wiodących  na  wierzchołek  góry.  Nie 

była zmęczona; chciała tylko nacieszyć oczy widokiem doliny. 

Luke,  który  pewnie  i  śmiało  kroczył  za  nią,  takŜe  stanął  i  bez  słowa  czekał,  aŜ 

dziewczyna podejmie wspinaczkę. Mimo iŜ stopnie były bardzo strome, nie był nawet 
zdyszany.  Jak  zwykle  oddychał  powoli  i  miarowo,  co  nie  było  czymś  zwyczajnym, 
zwaŜywszy na szybkie tempo, jakie narzuciła Tenel Ka. 

Im dłuŜej dziewczyna znała mistrza Skywalkera, tym bardziej go podziwiała. Tym 

lepiej  teŜ  rozumiała,  dlaczego  jej  matka,  która  nie  ceniła  Ŝadnego  męŜczyzny  z 
wyjątkiem swojego męŜa, księcia Isoldera, tak bardzo szanowała Luke’a Skywalkera. 

Tenel  Ka  głęboko  odetchnęła.  Powietrze  było  rześkie  i  czyste,  jeŜeli  nie  liczyć 

niesionych  z  wiatrem  rozkosznych  woni  pieczonego  mięsiwa  i  duszonych  jarzyn.  W 
dolinie  panowało  późne  lato  i  ciepłe  powietrze  było  przesycone  aromatami 
dojrzewających owoców, schnącej złocistej trawy i niedawno skoszonych łanów zbóŜ. 
Mimo  swoistych  woni,  napływających  od  strony  zagród  dla  jaszczurek  i  stad 
oswojonych rankorów, dziewczyna czuła, Ŝe w jej serce wstępuje nowa nadzieja. 

Ruszyła  pod  górę,  jakby  nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nie  ma  ani  chwili  do 

stracenia. W końcu znalazła się przed wrotami fortecy. Zapukała i przedstawiła się jako 
jedna z kobiet klanu. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

71 

Wrota  zostały  otworzone  i  członkinie  klanu  powitały  krewniaczkę  czułymi 

uściskami  i  ciepłymi  pozdrowieniami.  Wszystkie  były  odziane  w  barwne  tuniki  z 
jaszczurczej skóry, podobne do tej, którą nosiła Tenel Ka. Niektóre  miały na  głowach 
fantazyjne hełmy, a inne po prostu upięły włosy albo zaplotły w ozdobne warkocze. 

Jedna  z  sióstr  klanu,  mająca  czarne  włosy,  które  sięgały  do  bioder,  zaprosiła 

podróŜnych do środka. 

-  Augwynne  powiedziała  nam,  ze  przybędziecie  -  oznajmiła  z  powaŜnym 

wyrazem twarzy, ale dziewczyna widziała uśmiech czający się w kącikach jej oczu. 

- Przybywamy  w bardzo  waŜnej sprawie  - odparła Tenel Ka, nie tracąc czasu  na 

przywitanie się z kobietą. - Musimy natychmiast zobaczyć się z Augwynne. 

Nigdy przedtem nie odzywała się tak stanowczo w obecności mistrza Skywalkera, 

ale wiedziała, Ŝe siostra klanu nie będzie obraŜona jej szorstkim obejściem. W trudnych 
chwilach,  podobnych  do  tej,  uprzejmości  były  uwaŜane  przez  jej  ziomków  za  luksus. 
Kobieta lekko przekrzywiła głowę. 

-  Augwynne  domyślała  się  tego  -  stwierdziła.  -  Czeka  na  was  w  wielkiej  sali 

narad. 

 
Kiedy znaleźli się w sali, staruszka wstała na ich powitanie. 
- Witaj, Jedi Skywalkerze - powiedziała. - I ty,  moja wnuczko, Tenel Ka Chume 

Ta’Djo. 

Podeszła i uściskała oboje.  
Tenel Ka jęknęła. 
-  Proszę  cię,  nie  wymawiaj  całego  mojego  nazwiska  -  rzekła.  -  I  nie  przekazuj 

wiadomości, Ŝe przylecieliśmy. 

-  PodąŜamy  tropem,  który  wiedzie  z  Yavina  przez  Borgo  Prime  na  Dathomirę  - 

wyjaśnił Luke. - Przybyliśmy tu w poszukiwaniu pewnej informacji. 

Tenel  Ka  głęboko  odetchnęła,  szukając  odpowiednich  słów,  by  przedstawić 

sprawę.  Popatrzyła  na  twarz  prababki.  Oczy  Augwynne,  otoczone  gęstą  siecią 
zmarszczek, były uwaŜne, bystre, cierpliwe. 

-  Poszukujemy  Siostry  Nocy  -  powiedziała.  -  Czy  jeszcze  jakieś  pozostały  na 

Dathomirze? 

CięŜkie westchnienie staruszki powiedziało dziewczynie, Ŝe rzeczywiście znaleźli 

się we właściwym miejscu. Augwynne przeniosła spojrzenie na mistrza Jedi. 

-  To  nie  są  te  same  Siostry  Nocy,  które  kiedyś  oboje  znaliśmy  -  zaczęła.  -  W 

niczym  nie  przypominają  pomarszczonych  staruch  o  purpurowej  skórze,  porośniętej 
brodawkami,  gnijących  od  wewnątrz  wskutek  mrocznych  uroków  i  czarów,  które 
rzucały. - Pokręciła głową. - Nie, teraz to jest nowy zakon Sióstr Nocy, młody; pręŜny i 
związany  z  Imperium.  -  Uniosła  dłoń  i  pieszczotliwie  przesunęła  palcem  po  policzku 
prawnuczki.  -  Ich  czary  są  subtelne  -  ciągnęła.  -  Nowe  wiedźmy  potrafią  ujarzmiać 
rankory i jeździć na ich grzbietach tak samo jak my to czynimy. JeŜeli chcą, ubierają się 
jak wojowniczki. A zresztą, do zakonu Sióstr Nocy naleŜą teraz nie tylko kobiety... ale 
wszyscy jego członkowie są dziećmi ciemności. Są niebezpieczni, gdyŜ stawiają sobie 
nowe cele. JeŜeli moŜecie, starajcie się trzymać od nich z daleka. 

Akademia Ciemnej Strony 

72 

-  Nie  moŜemy  -  odparła  zwięźle  Tenel  Ka.  -  To  nasza  jedyna  nadzieja  ocalenia 

przyjaciół. 

Augwynne obdarzyła wnuczkę powaŜnym, dociekliwym spojrzeniem. 
- Czy obiecywałaś przyjaźń tym osobom, które musisz uratować? - zapytała. 
Tenel Ka kiwnęła głową. 
- Z zachowaniem całego ceremoniału. 
-  A  zatem  nie  mamy  innego  wyjścia  -  oświadczyła  stanowczo  Augwynne, 

przesądzając sprawę. - Będziesz musiała przedstawić swoją prośbę radzie sióstr klanu. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

73 

R O Z D Z I A Ł  

12

 

Brakiss  miał swoje prywatne  biuro, ukryte  w  głębi  Akademii  Ciemnej Strony,  w 

którym mógł w spokoju i samotności oddawać się medytacjom. 

Właśnie teraz rozmyślał, spoglądając na róŜnobarwne wizerunki, umieszczone na 

wszystkich  ścianach  pomieszczenia.  Przyglądał  się  kaskadzie  szkarłatnej  lawy  na 
rozŜarzonej powierzchni  Nkllonu.  Podziwiał  wybuch  gwiazdy  supernowej  w  systemie 
Denarii,  posyłający  we  wszystkie  strony  strugi  gwiezdnego  ognia.  Cieszył  oczy 
widokiem  wciąŜ  płonącego  jądra  Mgławicy  Kocioł,  gdzie  przed  kilkunastu  laty 
eksplodowało siedem supernowych naraz. Napawał się widokiem panoramy szczątków 
planety  Alderaan,  zniszczonej  przed  ponad  dwudziestu  laty  za  pomocą  strzału  z 
superlasera imperialnej stacji bojowej, zwanej Gwiazdą Śmierci. 

Brakiss  zachwycał  się  pięknem,  ukrytym  we  wszystkich  dzikich,  gwałtownych 

przemianach zachodzących we wszechświecie, bez względu na to, czy były wytworem 
nieokiełznanych  sił  samej  galaktyki,  czy  zostały  spowodowane  przez  wyjątkową,  nie 
znającą granic pomysłowość istot ludzkich. 

Stał i podziwiał wizerunki w samotności i ciszy. Posługiwał się technikami Mocy, 

by  rozmyślać  o  wszystkich  kosmicznych  kataklizmach  i  w  ten  sposób  krystalizować 
duchową siłę. Dzięki ciemnej stronie wiedział, jak naginać Moc do swojej woli. Mógł 
dysponować  całą  zgromadzoną  w  galaktyce  energią.  Kiedy  chwytał  ją  i  zamykał  w 
sercu, potrafił zachowywać się spokojnie. Rzadko wpadał w gniew, w przeciwieństwie 
do swojej asystentki, Tamith Kai, której zdarzało się to bardzo często. 

Opadł na wyściełany, miękki fotel i pozwolił, Ŝeby wypuszczanie powietrza z płuc 

zajęło mu duŜo czasu. Syntetyczna skóra oparcia zapiszczała w zetknięciu z materiałem 
jego  kombinezonu.  Ukryte  w  fotelu  ocieplacze  natychmiast  zwiększyły  temperaturę, 
Ŝ

eby sprawić przyjemność właścicielowi. Miękkie siedzenie i oparcie, chcąc zapewnić 

największą wygodę, dostosowały się do kształtów jego ciała. 

Tamith  Kai  nie  uznawała  pławienia  się  w  takich  luksusach.  Była  upartą  kobietą, 

twardą jak durastal, nawykłą w surowych warunkach doskonalić umiejętność władania 
Mocą.  Twierdziła,  Ŝe  robi  to  dla  dobra  Imperium,  które  poznało  się  na  jej  talencie  i 
pewnego dnia zabrało Siostrę Nocy z ponurej Dathomiry. Brakiss był jednak pewien, Ŝe 

Akademia Ciemnej Strony 

74 

lepiej  mu  się  myśli,  kiedy  jest  wypoczęty,  odpręŜony.  Mógł  wówczas  snuć  plany, 
rozpatrywać moŜliwości. 

Przycisnął przełącznik przenośnego urządzenia rejestrującego, leŜącego na blacie 

biurka,  by  przypomnieć  sobie  wydarzenia  minionego  dnia.  Będzie  musiał  sporządzić 
wyczerpujący  raport  i  przesłać  w  opancerzonej  nadprzestrzennej  kapsule  nowemu 
wodzowi Imperium, ukrywającemu się w głębi jądra galaktyki. 

Sporo  czasu  minęło,  zanim  w  osadzie,  którą  załoŜył  w  wielkim  kanionie  na 

Dathomirze,  urodziło  się  kilku  uzdolnionych  uczniów,  zaś  troje  utalentowanych 
młodych  Jedi,  których  porwał  z  akademii  mistrza  Skywalkera,  było  wartych  duŜego 
ryzyka, jakie poniósł. Nie miał co do tego cienia wątpliwości. 

Jednak  ich  nastawienie  było  zupełnie  błędne.  Mistrz  Skywalker  nauczył  ich  zbyt 

wiele  i  nie  tego,  co  potrzeba.  Trójka  uczniów  nawet  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób 
wykorzystać  własny  gniew,  Ŝeby  stał  się  zaostrzonym  grotem  znacznie  potęŜniejszej 
broni.  Za  duŜo  czasu  poświęcała  zastanawianiu  się,  medytacjom.  Była  zbyt  spokojna, 
zbyt  bierna...  wszyscy  z  wyjątkiem  Wookiego.  Brakiss  będzie  musiał  się  zająć  ich 
nauką.  Korzystając  z  pomocy  Tamith  Kai,  trzeba  będzie  popracować  nad  mmi,  Ŝeby 
wpoić im cechy swojego charakteru. 

Zabębnił palcami po błyszczącym, śliskim blacie biurka. Od czasu do czasu czuł 

napady smutku na  myśl o tym, Ŝe  musiał opuścić  Akademię Jasnej Strony  na Yavinie 
Cztery.  Wiele  się  tam  nauczył,  chociaŜ  zawsze  najwaŜniejsze  było  zlecone  mu  przez 
Imperium zadanie. 

Imperium wybrało Brakissa juŜ dawno, kiedy zauwaŜyło jego niezwykły talent do 

władania  Mocą.  Brakiss,  będąc  jeszcze  młodzieńcem,  przeszedł  intensywne, 
wyczerpujące  szkolenie.  Miał  zostać  szpiegiem  i  przeniknąć  do  akademii  mistrza 
Skywalkera, Ŝeby  wykraść jej najwaŜniejsze tajemnice. Nikt nie  miał prawa  wiedzieć, 
Ŝ

e  jest  agentem  i  stara  się  poznać  techniki,  Ŝeby  kształcić  później  Ciemnych  Jedi  na 

potrzeby  Drugiego  Imperium.  Nowy  wódz  Imperium  przykładał  duŜą  wagę  do 
posiadania zastępów  własnych rycerzy. Chciał, Ŝeby stali się symbolami. Chciał, Ŝeby 
skupiali się wokół nich ci wszyscy, którzy nadal dochowywali wierności Imperium. 

A  jednak  jakimś  cudem  mistrz  Skywalker  od  pierwszej  chwili  nie  miał  Ŝadnych 

wątpliwości, kim naprawdę jest jego nowy uczeń. Zorientował się, komu słuŜy Brakiss. 
W  przeciwieństwie  do  innych  szpiegów,  nieporadnych  i  niezręcznych,  którzy 
przybywali  do  akademii  mistrza  Skywalkera  w  tym  samym  celu,  Brakiss  nie  został 
natychmiast  wydalony.  Mistrz  jasnej  strony  nie  okazał  tamtym  niezdarom 
cierpliwości... ale wyglądało na to, Ŝe dostrzegł prawdziwy talent u Brakissa. 

Mistrz Skywalker zaczął nad nim pracować. Nie kryjąc Ŝadnych tajemnic, zaczął 

zapoznawać go z technikami, których pragnął się nauczyć nowy uczeń. Okazało się, Ŝe 
Brakiss  ma  naprawdę  niezwykły  talent  do  władania  Mocą.  Mistrz  Skywalker  pokazał 
mu, jak z niego korzystać. Zbyt często jednak usiłował skazić umysł Brakissa naukami 
jasnej  strony.  Zbyt  nachalnie  wpajał  mu  komunały  i  uczył  go  pokojowych  metod 
rozstrzygania sporów... metod, stosowanych przez Nową Republikę. Brakiss wzdrygnął 
się na samą myśl o tym. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

75 

W  końcu,  w  ramach  indywidualnej  ostatecznej  próby,  mistrz  Skywalker  polecił 

Brakissowi, Ŝeby  udał się  w  umysłową podróŜ  w  głąb  własnego  mózgu. Nie pozwolił 
mu  spoglądać  gdzie  indziej  ani  płynąć  zewnętrznymi  rzekami  Mocy,  ale  skierował 
Brakissa  w  stronę  zakamarków  jego  serca.  Chciał,  Ŝeby  jego  uczeń  poznał  prawdę  o 
tym, kim jest i kim moŜe zostać. 

Brakiss  otworzył  drzwi  zapadni  i  runął  w  czeluść  przepełnioną  okłamywaniem 

samego  siebie  i  potencjalnymi  okrucieństwami,  do  których  popełnienia  mogłoby 
zmusić  go  Imperium.  Mistrz  Skywalker  stał  u  jego  boku  i  zmuszał  go  do  patrzenia  i 
przyglądania się, i obserwowania... Brakiss wywijał się i skręcał, usiłując umknąć przed 
samym sobą. Nie chciał stawiać czoła kłamstwom, stanowiącym sens i cel swego Ŝycia. 

Imperialne  nauki  jednak  za  bardzo  zakorzeniły  się  w  jego  myślach.  Jego  umysł 

był  zbyt  oddany  Imperium  i  Brakiss,  poddany  ostatecznej  próbie,  omal  nie  postradał 
zmysłów.  Uciekł  z  akademii  mistrza  Skywalkera,  zabrał  statek  i  poleciał  w  bezmiar 
przestworzy. 

Nim  powrócił  na  łono  Drugiego  Imperium,  przez  bardzo  długi  czas  błąkał  się 

samotnie  po  całej  galaktyce.  W  końcu  postanowił  wykorzystać  zdobyte 
doświadczenie... w sposób, jaki od początku planowano. 

Był  przystojny,  proporcjonalnie  zbudowany  i  wcale  nie  okaleczony  czy 

zniekształcony  jak  Imperator  w  ostatnich  chwilach  Ŝycia,  kiedy  ciemna  strona  Mocy 
zaczęła  trawić  go  od  środka.  Podawał  nawet  w  wątpliwość,  Ŝeby  coś  takiego  się 
wydarzyło. Pocieszał się tym, Ŝe jest przystojny, a nawet piękny... ale nie mógł patrzeć 
na brzydotę, jaka kryła się w mrocznych zakamarkach jego serca. 

Wiedział,  Ŝe  kiedyś  zasłuŜy  na  nagrodę,  a  więc  teraz  pełnił  słuŜbę,  jak  mógł 

najlepiej. Jego największym triumfem było zorganizowanie Akademii Ciemnej Strony, 
w  której  mógł  kierować  nauką  nowych  Ciemnych  Jedi.  Kształcił  dziesiątki  uczniów, 
spośród  których  wielu  nie  miało  Ŝadnego  talentu,  a  inni  mieli,  ale  bardzo  mały.  Miał 
jednak grupę bardzo utalentowanych studentów, którzy mogli kiedyś stać się naprawdę 
wielcy, co najmniej tacy jak Darth Vader. 

Rzecz  jasna,  nowy  wódz  Imperium  zdawał  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa, 

jakim było kształcenie takiej potęŜnej grupy nowych Ciemnych Jedi. Dobrze wiedział, 
Ŝ

e  rycerze  będący  na  usługach  ciemnej  strony,  kuszeni  przez  siły,  nad  którymi 

sprawowali  władzę,  mogą  się kierować  własnymi ambicjami.  Zadaniem Brakissa było 
zatem wpojenie im posłuszeństwa i karności. 

Wielki  wódz  przedsięwziął  takŜe  własne  środki  ostroŜności.  Cała  Akademia 

Ciemnej Strony była wprost naszpikowana ładunkami wybuchowymi, umoŜliwiającymi 
jej  zniszczenie.  Zawierała  dosłownie  dziesiątki,  jeŜeli  nawet  nie  setki  termicznych 
detonatorów,  działających  na  zasadzie  reakcji  łańcuchowej.  Gdyby  Brakiss  nie  zdołał 
stworzyć  oddziału  Ciemnych  Jedi  albo  gdyby  nowi  uczniowie  zbuntowali  się 
przeciwko  Drugiemu  Imperium,  jego  wódz  wysłałby  zakodowany  sygnał,  nakazujący 
zniszczenie placówki. W ciągu ułamka sekundy Brakiss i jego Ciemni Jedi zginęliby w 
ognistym błysku. 

Akademia Ciemnej Strony 

76 

A  zatem  Brakiss,  będąc  zakładnikiem  ciemności,  nigdy  nie  mógł  opuścić  swojej 

akademii.  Wielki  wódz  Imperium  rozkazał,  by  przebywał  tam  niczym  więzień  albo 
jeniec do czasu, aŜ jego uczniowie udowodnią, ile są warci. 

Brakiss  stwierdził,  Ŝe  świadomość,  iŜ  właściwie  siedzi  na  ogromnej  bombie, 

utrudnia  mu  myślenie,  nie  pozwala  się  skupić.  Miał  jednak  duŜe  zaufanie  do 
umiejętności  tak  własnych,  jak  Tamith  Kai,  swojej  asystentki.  NaleŜałoby  zacząć  od 
tego, Ŝe bez owego zaufania nigdy nie zostałby potęŜnym Jedi... i nigdy nie ośmieliłby 
się nawet tknąć nauk ciemnej strony. Poznał jednak ciemną wiedzę, która dała mu siłę. 

Nawróci tych troje młodych uczniów. Był pewien, Ŝe poradzi sobie z nimi. 
Uśmiechnął się, kiedy skończył raport, w którym wyłuszczył swoje plany. Gniew 

wymizerowanego  Wookiego  był  czymś,  co  trzeba  było  wykorzystać,  a  najlepiej 
potrafiła  to  robić  Tamith  Kai.  Nowa  Siostra  Nocy  była  urodzoną  dręczycielką,  a  co 
najwaŜniejsze, pełniła obowiązki wyjątkowo dobrze i gorliwie. Brakiss chciał pozwolić 
jej skupić się na kształceniu Lowbaccy. 

On  sam  zamierzał  się  zająć  nauczaniem  bliźniąt,  wnuków  wielkiego  Dartha 

Vadera. Jacen i Jaina byli jednak zbyt spokojni, za dobrze wyszkoleni. Opierali się mu 
tak subtelnie, Ŝe zadanie przeciągnięcia ich na ciemną stronę mogło się okazać o wiele 
trudniejsze. 

Będzie  musiał  uŜyć  wobec  nich  innych  metod.  Przede  wszystkim  powinien 

ustalić, czego Jacen i Jaina naprawdę pragną... a później spełnić ich pragnienia. 

Gdy to się uda, znajdą się w jego władzy. 
 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

77 

R O Z D Z I A Ł  

13

 

Sala  treningowa  w  Akademii  Ciemnej  Strony  była  wielkim,  pustym 

pomieszczeniem,  wysokim  i  pozbawionym  okien,  ograniczonym  ze  wszystkich  stron 
metalowymi  ścianami.  Te  były  pomalowane  na  smutny  szary  kolor  i  upstrzone 
zestawami  komputerowych  kamer  i  czujników.  Metalowe  drzwi  sali  zamknęły  się  za 
Jacenem,  zostawiając  go  sam  na  sam  z  Brakissem  i  tym,  co  ukrywał  w  zanadrzu  z 
myślą  o  nim.  Chłopiec  nie  widział  obok  drzwi  Ŝadnych  dźwigni  ani  panelu  z 
przyciskami; niczego, co pozwoliłoby mu się wydostać. 

Popatrzył  na  urodziwego  męŜczyznę,  który  stał  przed  nim,  odziany  w  srebrzystą 

szatę, i odwzajemniał jego spojrzenie ze spokojnym, wyrozumiałym uśmiechem. 

Brakiss  zapuścił  dłoń  między  fałdy  peleryny  i  wyciągnął  czarny  metalowy 

cylinder  o  długości  dwudziestu  kilku  centymetrów.  Na  obudowie  było  widać  trzy 
guziki  kontrolne  i  kilka  poprzecznych  zagłębień,  znajdujących  się  daleko  od  siebie  i 
umoŜliwiających ułoŜenie palców. 

Miecz świetlny. 
-  Będziesz  tego  potrzebował  do  dzisiejszych  ćwiczeń  -  odezwał  się  Brakiss, 

szeroko się uśmiechając. - MoŜesz go wziąć. Jest twój. 

Oczy  Jacena  rozszerzyły  się  ze  zdumienia.  Chłopiec  wyciągnął  rękę  w  stronę 

miecza, ale natychmiast ją cofnął, starając się ukryć podniecenie. 

- Co będę musiał zrobić, by go dostać? - zapytał. 
- Nic - odparł Brakiss. - Po prostu nim się posłuŜ. To wszystko. 
Jacen  przełknął  ślinę  i  spojrzał  w  bok.  Starał  się,  Ŝeby  z  jego  twarzy  nie  moŜna 

było  wyczytać,  jak  bardzo  pragnie  mieć  własny  miecz  świetlny.  Nie  chciał  jednak 
przyjmować go w tym miejscu i w takich okolicznościach. 

- Hej, nie powinienem tego robić - powiedział. - Jeszcze nie jestem gotów, by się 

nim  posługiwać.  Nie  ukończyłem  nauki.  Zaledwie  przed  kilkoma  dniami  mistrz 
Skywalker rozmawiał ze mną na ten temat. 

-  Nonsens  -  oświadczył  stanowczo  Brakiss.  -  Skywalker  niepotrzebnie  cię 

powstrzymuje.  Dobrze  wiesz,  jak  posługiwać  się  bronią  rycerzy  Jedi.  No,  dalej,  bierz 
go. 

Akademia Ciemnej Strony 

78 

Wyciągnął  rękojeść  świetlnego  miecza  ku  Jacenowi  i  poruszył  nią  przed  oczami 

chłopca, jakby chciał sprowokować go albo zahipnotyzować. 

-  Tu,  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  uwaŜamy,  Ŝe  umiejętność  posługiwania  się 

ś

wietlnym  mieczem  jest  pierwszym  talentem,  jaki  powinien  rozwijać  kaŜdy  Jedi, 

poniewaŜ  waleczni  i  dzielni  rycerze  będą  zawsze  potrzebni.  JeŜeli  rycerz  Jedi  nie  jest 
gotów do walki w słusznej sprawie, jakiŜ z niego poŜytek? 

Brakiss wsunął rękojeść świetlnego miecza w dłoń Jacena, a chłopiec odruchowo 

zacisnął  palce  na  metalowym  czarnym  cylindrze.  Czuł,  Ŝe  broń  w  jego  dłoni  jest 
zarazem i cięŜka, gdyŜ jej uŜycie mogło być brzemienne w skutki, i lekka, domagająca 
się  wykorzystania  ukrytej  mocy.  Wgłębienia  na  palce  były  wprawdzie  wykonane  w 
zbyt duŜych odstępach, nie dostosowanych do jego młodej dłoni, ale Jacen wiedział, Ŝe 
szybko się przyzwyczai. 

Przycisnął  guzik, chcąc  włączyć urządzenie.  Z buczeniem i sykiem  wysunęło się 

szafirowe  ostrze.  Świetlista  smuga  miała  barwę  ciemnoniebieską  w  środku,  blisko 
rdzenia,  ale  krawędzie  klingi  jarzyły  się  błękitnym  blaskiem.  Jacen  na  próbę  ciął 
ostrzem  z  prawej  strony  na  lewą.  Promienista  smuga  przecięła  powietrze  ze 
skwierczeniem,  pozostawiając  ledwo  uchwytną  woń  ozonu.  Jacen  cofnął  klingę,  tym 
razem nieco szybciej, nieco śmielej. 

Brakiss skrzyŜował ręce na piersi. 
- Dobrze - pochwalił. 
Jacen wykonał obrót, po czym uniósł miecz świetlny nad głowę. 
-  Hej,  Brakiss,  co  miałoby  powstrzymać  mnie  od  przecięcia  cię  na  połowę?  - 

zapytał.  -  Jesteś  zły.  Porwałeś  nas.  Szkolisz  ludzi,  którzy  staną  się  wrogami  Nowej 
Republiki. 

MęŜczyzna  się  roześmiał.  Nie  był  to  jednak  kpiący  chichot,  ale  szczery  śmiech 

kogoś, kto nie kryje rozbawienia. 

-  Nie  zabijesz  mnie,  młody  Jedi  -  odparł.  -  Nie  zrobiłbyś  krzywdy  bezbronnemu 

przeciwnikowi.  Mordowanie  ludzi  z  zimną  krwią  nie  naleŜy  do  programu  ćwiczeń, 
jakie  kaŜe  wykonywać  Skywalker  swoim  młodym  uczniom...  chyba  Ŝe  od  czasów, 
kiedy opuściłem Yavin Cztery, program nauki uległ duŜym zmianom. 

Twarz  Brakissa,  gładka  jak  alabaster,  wydawała  się  wyjątkowo  pogodna,  ale 

młody męŜczyzna uniósł jasne brwi. 

-  A  poza  tym  chyba  uświadamiasz  sobie,  Ŝe  jeŜeli  dasz  upust  gniewowi  i 

rozetniesz mnie na pół, uczynisz tym samym pierwszy waŜny krok na drodze wiodącej 
ku  ciemnej  stronie  -  dodał.  -  I  chociaŜ  mnie  nie  będzie,  by  oglądać  owoce  twojego 
czynu, Imperium bez wątpienia wykorzysta twój talent w szczytnym celu. 

- Dość tego - odezwał się szorstko Jacen, chowając świetlne ostrze. 
-  Masz  rację  -  przyznał  Brakiss.  -  Dość  rozmowy.  Jesteśmy  przecieŜ  w  sali 

treningowej. 

-  Co  chcesz  ze  mną  zrobić?  -  zaniepokoił  się  Jacen  unosząc  w  obronnym  geście 

rękojeść miecza, gotów w kaŜdej chwili wysunąć energetyczną klingę. 

- Tylko trochę poćwiczyć, drogi chłopcze - odrzekł Brakiss, kierując się do drzwi. 

-  Widzisz,  ta  sala  jest  wyposaŜona  w  urządzenia  wytwarzające  zdalnie  sterowane 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

79 

hologramy,  które  będą  twoimi  urojonymi  przeciwnikami.  Walka  z  nimi  pomoŜe  ci 
udoskonalić techniki posługiwania się nową bronią. Twoim świetlnym mieczem. 

-  JeŜeli  te  obrazki  będą  tylko  holograficznymi  zdalniakami,  dlaczego  w  ogóle 

miałbym  z  nimi  walczyć?  -  zapytał  buntowniczo  Jacen.  -  Dlaczego  miałbym  z  tobą 
współpracować? 

Brakiss odwrócił się, spojrzał na Jacena i ponownie skrzyŜował ręce na piersi. 
-  Mam  ochotę  odpowiedzieć,  Ŝe  dlatego,  aby  spełnić  moje  Ŝyczenie,  ale  wątpię, 

czy  uznałbyś  to  za  wystarczający  powód...  przynajmniej  w  tej  chwili.  -  Jego  głos  stał 
się  nagle  nieprzyjemny,  ostry  jak  szlachetny  kryształ.  -  Holograficzne  zdalniaki  będą 
potworami,  straszliwymi  zabijakami.  Skąd  jednak  moŜesz  wiedzieć,  czy  zamiast 
jednego  z  hologramów  nie  przemycę  do  sali  prawdziwego  potwora,  który  cię  zabije? 
Zdalniaki są tak podobne do oryginałów, Ŝe nigdy nie będziesz wiedział, czy walczysz 
z  prawdziwym  wojownikiem,  czy  tylko  z  hologramem.  A  zatem,  jeŜeli  będziesz  stał 
bezczynnie i nie zgodzisz się walczyć, prawdziwy wróg moŜe po prostu ściąć głowę z 
twojego karku. 

Oczywiście,  zapewne  nie  zechcę  zrobić  czegoś  takiego  podczas  pierwszych 

ć

wiczeń.  Jest  szansa,  Ŝe  nie  zechcę.  A  moŜe  właśnie  spróbuję,  by  przekonać  cię,  Ŝe 

mówię  prawdę?  Spędzisz  tutaj  duŜo  czasu,  kształcąc  się  i  ćwicząc  techniki  ciemnej 
strony. Nigdy się nie dowiesz, czy nie stracę cierpliwości do ciebie. - Brakiss odwrócił 
się  i  wyszedł  z  sali  treningowej.  Metalowe  drzwi  zamknęły  się  za  nim  z  dźwięcznym 
łoskotem. 

Jacen został sam w ogromnej, słabo oświetlonej sali o ponurych, szarych ścianach. 

Czekał, czując przyspieszone  uderzenia pulsu. Oprócz bicia serca i  własnego oddechu 
nie  słyszał  Ŝadnych  innych  odgłosów,  jakby  pomieszczenie  pochłaniało  wszelkie 
dźwięki.  Przestąpił  z  nogi  na  nogę  i  wyczuł  twardy  klejnot  corusca,  wciąŜ  ukryty  w 
bucie.  Pocieszał  się  faktem,  Ŝe  imperialni  Ŝołnierze  nie  znaleźli  i  nie  zabrali  kamyka, 
aczkolwiek nie wiedział, w jaki sposób cenny kryształ mógłby mu teraz pomóc. 

Obrócił  rękojeść  świetlnego  miecza  w  palcach,  starając  się  podjąć  decyzję,  co 

robić.  W  głębi  duszy  był  przekonany,  Ŝe  Brakiss  chciał  tylko  go  nastraszyć;  Ŝe  nie 
odwaŜy  się  wpuście  prawdziwego  śmiercionośnego  potwora.  Jakaś  część  jego  umysłu 
mówiła mu jednak, Ŝeby nie był tego taki pewien, i to ukłucie niepewności sprawiało, 
Ŝ

e ogarniał go niepokój. 

Nagle w sali coś rozbłysnęło. Jacen usłyszał za plecami donośny zgrzyt i obrócił 

się,  chcąc  dostrzec  jego  źródło.  Zobaczył,  Ŝe  drzwi,  których  przedtem  nie  zauwaŜył, 
otwierają  się  ukazując  wylot  mrocznej  pieczary.  Z  jej  czeluści  wyłoniło  się  coś 
ogromnego, po czym, powłócząc łapami i drapiąc ostrymi pazurami posadzkę, ruszyło 
w jego stronę. 

Jedną z ulubionych rozrywek Jacena, kiedy przebywał w domu było studiowanie 

niezwykłych  i  dziwnych  okazów  roślin  i  zwierząt.  Chłopiec  przeglądał  setki 
dokumentów  z  zarejestrowanymi  wizerunkami  obcych  istot,  starając  się  wszystkie 
zapamiętać,  ale  dopiero  po  dłuŜszej  chwili  zorientował  się,  kim  jest  ohydny  potwór, 
który wyłonił się z mrocznego lochu. 

Akademia Ciemnej Strony 

80 

To był Abyssin, jednooka maszkara o zielonkawobrązowej barwie skóry i długich, 

zwieszających  się  niemal  do  ziemi,  mocarnych  górnych  kończynach  zakończonych 
szponami, które mogły łamać drzewa. 

Stworzenie, podobne do cyklopa, z wysiłkiem stąpając, wyszło z nory, warknęło i 

powiodło jedynym okiem po sali treningowej. Abyssin sprawiał wraŜenie oszalałego z 
bólu,  a  jedyną  istotą,  którą  widział  i  na  której  mógł  wywrzeć  gniew,  był  młody  Jedi, 
uzbrojony tylko w miecz świetlny. 

Abyssin ryknął, ale Jacen się nie przestraszył. Wyciągnął poziomo rękę, w której 

nie trzymał miecza, i rozczapierzył palce. Starał się posłuŜyć Mocą, a w szczególności 
techniką  relaksacyjną,  którą  z  takim  powodzeniem  stosował  podczas  chwytania  i 
oswajania nowych okazów zwierząt do swojej menaŜerii. 

-  Uspokój  się  -  powiedział.  -  Uspokój.  Nie  zamierzam  zrobić  ci  krzywdy.  Nie 

jestem jednym z uczniów tej akademii. 

Abyssin  jednak  nie  chciał,  by  ktokolwiek  go  uspokoił,  i  zaczął  się  zbliŜać  do 

Jacena,  wymachując długimi  łapami jak groźnymi  szponiastymi cepami.  Oczywiście  - 
pomyślał chłopiec. - JeŜeli potwór jest tylko hologramem, Ŝadna z technik Jedi się nie 
przyda. 

Nagle Abyssin wyciągnął długą sękatą pałkę, dotychczas umocowaną do pleców. 

Pałka  przypominała  powykręcaną  gałąź,  zakończoną  ostrymi  szpikulcami,  o  wiele 
dłuŜszą  niŜ  klinga  świetlnego  miecza  Jacena.  Jednooki  potwór  mógł  zatem  dosięgnąć 
chłopca bez obawy, Ŝe zostanie choćby muśnięty przez świetliste ostrze. 

- Blasterowe błyskawice! - mruknął pod nosem Jacen.  
Włączył  miecz  świetlny  i  poczuł  przed  sobą  pulsowanie  mocy  energetycznego 

ostrza, którego błękitny blask niemal go oślepiał. 

Abyssin zamrugał jedynym ogromnym okiem, a potem, otwierając paszczę, pełną 

ostrych  kłów,  ruszył  do  ataku.  Stworzenie  zamachnęło  się  kolczastą  pałką  niczym 
łomem. 

Jacen,  usiłując  obronić  się  przed  ciosem,  ciął  niemal  odruchowo  świetlnym 

mieczem.  Jarzące  się  ostrze  odcięło  czubek  pałki  tak  łatwo,  jakby  kroiło  kawałek 
miękkiego  sera.  Kolczasty  szpikulec  z  głuchym  stukiem  upadł  i  potoczył  się  po 
metalowej posadzce. 

Straszliwa  bestia  spoglądała  przez  sekundę  na  dymiący  koniec  pałki,  po  czym 

zawyła  i  ponownie  zaatakowała  chłopca.  Tym  razem  Jacen  był  gotów  do  obrony. 
Czując  przypływ  adrenaliny  i  słysząc  szybkie  uderzenia  własnego  serca,  zestroił  swój 
organizm z Mocą i spróbował skupić uwagę na potworze. 

Abyssin  zamachnął  się  pałką  po  raz  drugi.  Drewniana  kłoda  przecięła  jednak 

powietrze  zbyt  blisko  Jacena,  Ŝeby  chłopiec  mógł  obronić  się  świetlnym  mieczem. 
Uchylił  się,  ale  maszkara  zaatakowała  ponownie,  tym  razem  usiłując  go  rozszarpać 
wyciągniętymi szponami drugiej ręki. 

Jacen  upadł  na  posadzkę  i  przeturlał  się,  nie  wypuszczając  świetlnego  miecza  z 

dłoni. Starał się trzymać go w wyciągniętej ręce nad głową, tak by śmiercionośne ostrze 
nie zrobiło mu krzywdy. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

81 

Abyssin zamachnął się pałką, starając się trafić chłopca grubszym końcem. Jednak 

Jacen, leŜąc na plecach, uniósł rękę ze świetlnym mieczem, po czym szybkim ruchem 
nadgarstka odciął pozostałą część pałki, tak Ŝe  w dłoni potwora został dymiący  kikut. 
W  ostatniej  sekundzie  chłopiec  przeturlał  się  na  bok.  Nie  chciał  zostać  trafiony  przez 
odcięty kawał drewna. 

Abyssin odrzucił na bok nieprzydatny  kikut i ponownie zaryczał, po czym rzucił 

się ku Jacenowi, chcąc porwać go w szpony. Jacen zasłonił się świetlnym mieczem, a 
potem wyciągnął go do góry niczym włócznię. Jarzący się szpic ostrza pogrąŜył się w 
szerokim torsie pochylającego się nad Jacenem zwierzęcia. Ze skwierczeniem i sykiem 
zagłębiał się w dymiącej ranie, aŜ wypalił ogromną dziurę w sercu Abyssina. 

Ś

miertelnie ranna maszkara wydała cichnący skrzek bólu, po czym straciła władzę 

w łapach i zaczęła  się przewracać. Jacen zamrugał, kiedy  uświadomił sobie, Ŝe za pół 
sekundy zostanie zmiaŜdŜony... ale w tej samej chwili upadająca bestia zamieniła się w 
mrowie  świetlistych  iskier,  które  z  wolna  gasły,  aŜ  zupełnie  zniknęły.  PrzeraŜający 
hologram przestał istnieć. 

CięŜko  dysząc  i  ocierając  krople  potu,  chłopiec  wyłączył  swój  miecz  świetlny. 

Syczące  ostrze  zostało  połknięte  przez  rękojeść  ze  stłumionym,  cichnącym  ni  to 
mlaśnięciem,  ni  furkotem.  Jacen  wstał  i  zaczął  otrzepywać  kombinezon  z  kurzu. 
Słysząc  jednak,  Ŝe  znów  otwierają  się  jakieś  drzwi,  błyskawicznie  się  obrócił,  gotów 
walczyć  z  następnym  koszmarnym  potworem.  W  drzwiach  sali  treningowej  ujrzał 
jednak tylko Brakissa, który stał i z aprobatą kiwał głową. 

- Bardzo dobrze, mój młody Jedi - powiedział.- To wcale nie było takie straszne, 

prawda?  Masz  naprawdę  ogromny  talent.  Brakuje  ci  tylko  okazji,  by  rozwijać  go  i 
doskonalić. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

82 

R O Z D Z I A Ł  

14 

Lowie przycupnął w swojej celi na skraju platformy z pryczą. Przycisnął plecy do 

ś

ciany  i  podciągnął  kosmate  kolana  pod  brodę.  PogrąŜony  w  bezbrzeŜnym  smutku  i 

dręczony przez wyrzuty sumienia, od czasu do czasu cicho jęczał. 

Jak mógł być taki nierozumny? Dał się ponieść wzburzonym falom nauk Brakissa, 

które  wyniosły  go  na  głębokie  wody  oceanu  gniewu.  Zanurzył  się  w  nim  i  zaczął 
płynąć, niezdolny się przeciwstawić. 

Jacen się nie poddał, mimo iŜ nauki Brakissa były bardzo kuszące... Lowie wciąŜ 

nie zgadzał się myśleć o nim jako o mistrzu Brakissie. Jaina takŜe się nie poddała. Po 
prostu wstała i powiedziała, co myśli. 

Głęboko  w  gardle  Lowiego  wezbrało  głuche  warknięcie,  świadectwo  zarzutów 

stawianych samemu sobie. PrzecieŜ zawsze był taki dumny z własnej roztropności. Tak 
szczycił  się  chęcią  nauki,  poznania,  zrozumienia.  Tymczasem  pozwolił,  Ŝeby  jad 
obcych nauk zapanował nad jego instynktami. W przyszłości będzie musiał być o wiele 
ostroŜniejszy. Powinien nauczyć się przeciwstawiać, pozostawać nieczuły na słowa. 

JeŜeli  Jacen  i  Jaina  potrafili  okazać  siłę  charakteru,  on  nie  moŜe  być  gorszy  niŜ 

bliźnięta. Jaina się nie ugięła. Powiedziała, Ŝe ma plan, a więc, kiedy przyjdzie chwila 
ucieczki,  musi  być  gotów  wykonać  swoje  zadanie.  Lowie  poczuł  się  lepiej,  mając 
ś

wiadomość, Ŝe jego przyjaciele są naprawdę silni. MoŜe przeciwstawić się własnemu 

gniewowi.  Uderzył  pięścią  w  ścianę  nad  pryczą  i  buntowniczo  zaryczał.  Przeciwstawi 
się gniewowi. 

Jakby  w  odpowiedzi  na  to  wyzwanie  drzwi  celi  się  otworzyły  i  do  środka 

wkroczyła  Tamith  Kai,  poprzedzana  przez  dwóch  szturmowców.  Lowie  zmarszczył 
nos,  wyczuwając  coś  jeszcze,  co  znalazło  się  w  celi  bez  zaproszenia:  nieprzyjemny 
odór, promieniujący od ich ciał, woń zła, esencję ciemności. Obaj imperialni Ŝołnierze 
trzymali  odbezpieczone  paraliŜujące  pręty.  Lowie  domyślił  się,  Ŝe  spodziewali  się,  iŜ 
będzie stawiał opór. 

- Teraz wstaniesz - rozkazała Tamith Kai. 
Lowie był ciekaw, czy odwaŜy się nie usłuchać. Odpowiedź na to pytanie uzyskał 

natychmiast, kiedy jeden ze szturmowców dźgnął go paraliŜującym prętem pod Ŝebro. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

83 

Spojrzenie  fioletowych  oczu  Tamith  Kai  przeszyło  go  na  wylot,  ale  kobieta 

odetchnęła  z  ulgą.  Zapewne  uwaŜała,  Ŝe  ma  za  sobą  najtrudniejszą  część  zadania, 
jakiego się podjęła. 

-  Jeszcze  nie  potrafisz  władać  Mocą  -  odezwała  się  całkiem  łagodnie.  -  Umiesz 

jednak  wybuchać  niepohamowanym  gniewem.  -  Z  aprobatą  kiwnęła  głową.  -  Na  tym 
właśnie polega twoja największa siła. Nauczę cię teraz, jak ten gniew wykorzystywać, 
Ŝ

eby czerpać jak najwięcej siły z Mocy. Będziesz zaskoczony, jak bardzo przyspieszy 

to twoje szkolenie. 

Zwróciła się do Ŝołnierzy. 
- Zabierzcie mu pas - rozkazała. 
W  obronnym  geście  Lowie  połoŜył  dłoń  na  połyskujących  splotach 

przebiegających  przez  ramię  i  opasujących  biodra.  Jednym  z  rytuałów  Wookiech, 
dowodzących  gotowości  do  samodzielnego  Ŝycia,  było  odcinanie  włókien 
krwioŜerczego  kwiatu  syreniowca.  Lowie  zaryzykował  wówczas  Ŝycie,  Ŝeby  zdobyć 
bezcenne  włókna.  Później  starannie  splótł  z  nich  pas,  który  odtąd  był  symbolem  jego 
dojrzałości i samodzielności. 

Otworzył usta, chcąc zaprotestować gniewnym warknięciem, ale się powstrzymał. 

Uświadomił  sobie,  Ŝe  z  pewnością  takiej  reakcji  oczekuje  Tamith  Kai....  chce,  Ŝeby 
uniósł się gniewem. Tym razem nie da się tak łatwo omamić. Wstał i nie sprzeciwiając 
się, pozwolił, by szturmowcy zdjęli drogocenną plecioną przepaskę. 

Tamith  Kai  gestem  nakazała,  Ŝeby  wyszedł  z  celi.  Jeden  ze  straŜników  zachęcił 

go, szturchając prętem. Kobieta obdarzyła Lowiego kpiącym uśmiechem. 

- Tak, mój młody Wookie - powiedziała. - Twój gniew stanie się największą siłą. 
 
Zaprowadzono go do duŜego pomieszczenia, pozbawionego jakichkolwiek mebli. 

Z  nie  osłoniętych  jarzeniowych  paneli,  zawieszonych  pod  sufitem,  padało  jaskrawe 
pomarańczowe  i  czerwone  światło.  Zimne,  niemal  mroźne  powietrze  było  przesycone 
wonią  zastarzałego  potu  i  oliwionych  metali.  Drzwi  sali  zamknęły  się  z  sykiem  i 
metalicznym  stukiem.  Lowie  rozejrzał  się  po  sali,  ale  oprócz  niego  nie  było  w  niej 
nikogo. 

Stał i czekał przez czas, który wydał mu się całą wiecznością. WytęŜał wszystkie 

zmysły, starając się przygotować na wszystko, co moŜe chcieć zrobić Tamith Kai, Ŝeby 
go sprowokować. Jego złociste oczy podejrzliwie przyglądały się gładkim ścianom. 

Nic się nie działo. 
W pewnej chwili zaczęło mu się wydawać, Ŝe oświetlenie sali staje się jaśniejsze, 

a powietrze chłodniejsze. Podszedł do ściany i usiadł, opierając się o nią plecami, nadal 
czujny i ostroŜny. 

Nic. 
Po  długim  czasie  raptownie  się  wyprostował.  Uprzytomnił  sobie,  Ŝe  omal  nie 

zasnął. Ponownie powiódł spojrzeniem po ścianach, jakby chciał się upewnić, Ŝe nic się 
na  nich  nie  zmieniło.  śałował  teraz,  Ŝe  nie  ma  przy  sobie  wiecznie  zrzędzącego  i 
gadatliwego Em Teedee, który nie pozwoliłby mu zasnąć... i dotrzymał towarzystwa. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

84 

Jakiś  dźwięk  eksplodował  w  głowie  Lowiego,  ogłuszający  i  piskliwy. 

Natychmiast  wyrwał  go  z  niespokojnej  drzemki.  Nad  głową  Wookiego  błyskały 
jaskrawe światła, oślepiające i natarczywe. Lowbacca zerwał się na równe nogi. 

Starając  się  odzyskać  ostrość  wzroku,  rozejrzał  się  po  sali.  Usiłował  odnaleźć 

ź

ródło  paraliŜujących  dźwięków.  Zakrył  dłońmi  uszy  i  jęknął  z  bólu,  ale  nie  potrafił 

zagłuszyć jazgotu przeszywającego jego mózg tak łatwo, jak laser mógłby ciąć miękkie 
drewno. 

Nagle,  bez  Ŝadnego  powodu,  pisk  ucichł  i  w  sali  zapanowała  dźwięcząca  cisza. 

Jarzeniowe  panele  takŜe  przestały  pulsować,  a  ich  blask  powrócił  do  poprzedniego 
poziomu. 

Za  umieszczoną  w  ścianie  prostokątną  transpastalową  płytą,  której  Lowie 

przedtem  nie zauwaŜył, pojawiła  się twarz Tamith Kai. Młody Wookie,  wciąŜ jeszcze 
trochę  rozespany  i  bardziej  niŜ  trochę  sfrustrowany,  rzucił  się  na  ogromną  płytę. 
Natychmiast  jednak  oprzytomniał,  kiedy  usłyszał  pełen  satysfakcji  chichot  Siostry 
Nocy: 

- Doskonały początek - zadrwiła kobieta. 
Lowie  wycofał  się  na  środek  sali  i  usiadł,  po  czym  objął  kolana  długimi, 

kudłatymi rękami. Nie chciał mówić, w obawie, Ŝe znów mógłby stracić panowanie nad 
sobą. 

W pustej sali głośno rozbrzmiał drwiący głos Tamith Kai: 
- Och, wcale jeszcze nie skończyliśmy tej lekcji, Wookie. A teraz wstaniesz. 
Lowie przycisnął czoło do kolan. Nie chciał nawet patrzeć na kobietę, nie chciał 

słuchać jej rozkazów. 

- Ach - ciągnął głos. - MoŜe tak będzie lepiej. Płomień twojego gniewu zapłonie 

silniej, jeŜeli jeszcze bardziej go podsycę. 

Przenikliwy  świdrujący  pisk  ponownie  przeszył  mózg  Lowbaccy,  a  jaskrawe 

pulsujące światła zaatakowały jego oczy. Młody Wookie skupił się, usiłując nie myśleć 
o tym, co dzieje się w sali. Siedział, nie odzywając się ani słowem. 

Atak  świateł  i  dźwięków  urwał  się  jak  ucięty  noŜem,  a  po  chwili  obok  Lowiego 

wylądowała z głuchym hukiem jakaś cięŜka czarna skrzynka, wrzucona przez otwór w 
ś

cianie.  Młody  Wookie,  pogrąŜony  w  transie,  nawet  nie  drgnął,  ale  później  uniósł 

głowę, Ŝeby spojrzeć na przedmiot. 

-  To  generator  dźwięków  -  odezwał  się  niski,  wibrujący  głos  Siostry  Nocy.  - 

Właśnie on wytwarza tę uroczą muzykę, która dzisiaj tak bardzo cieszy twoje uszy. - W 
głosie kobiety dało się usłyszeć przewrotną radość. - W jego wnętrzu znajduje się takŜe 
stroboskopowy przekaźnik, odpowiedzialny za pulsowanie świateł paneli jarzeniowych. 
Twoja dzisiejsza lekcja dobiegnie końca, jeŜeli zniszczysz to urządzenie. 

Lowie  popatrzył  na  kanciasty  przedmiot,  przypominający  sześcian  o  boku 

kilkudziesięciu  centymetrów  i  zaokrąglonych  krawędziach  oraz  naroŜnikach.  Był 
wykonany  z  ciemnego  błyszczącego  metalu,  ale  nigdzie  nie  było  widać  otworów  ani 
uchwytów. Lowie wstał i pochylił się, chcąc unieść przedmiot. 

- Nie trudź się - usłyszał głos Tamith Kai. - MoŜesz być pewien, Ŝe nawet dorosły 

Wookie nie podniesie go, o ile nie posłuŜy się Mocą. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

85 

Lowie  spróbował  szarpnąć  generator,  ale  przekonał  się,  Ŝe  kobieta  powiedziała 

prawdę.  Zamknął  oczy  i  skupił  się,  zaczerpnął  siły  z  Mocy,  po  czym  ponowił  próbę. 
CięŜkie  urządzenie  jednak  nie  drgnęło  nawet  o  milimetr.  Lowie  potrząsnął  głową, 
zakłopotany i zdziwiony. Powiedział sobie, Ŝe ani masa przedmiotu, ani jego rozmiary 
nie  powinny  mieć  znaczenia.  Pomyślał,  Ŝe  po  prostu  jest  zbyt  zmęczony.  A  moŜe 
Siostra Nocy, posługując się Mocą, nie pozwala, Ŝeby podniósł je z posadzki. 

-  Myśl,  mój  młody  Jedi  -  zbeształa  go  Tamith  Kai.  -  Nie  moŜesz  oczekiwać,  Ŝe 

uniesiesz najcięŜszy przedmiot, korzystając tylko z siły najsłabszych mięśni. 

Ponownie  rozbłysnęły  jaskrawe  światła,  a  w  uszy  i  mózg  Lowiego  wbiły  się 

sztylety przeraźliwych pisków. Wszystko trwało jednak tylko krótką chwilę. 

-  Nie  powstrzymuj  swojego  gniewu  -  ciągnął  kpiący  głos  Siostry  Nocy,  jakby  w 

tym  czasie  nie  wydarzyło  się  nic  dziwnego.  -  Musisz  posłuŜyć  się  nim...  uwolnić  go. 
Dopiero wówczas będziesz mógł podołać zadaniu. 

Lowie  zorientował  się,  do  czego  dąŜy  Tamith  Kai,  i  ta  świadomość  stała  się 

ź

ródłem  jego  siły.  Zamknął  oczy,  nabrał  głęboko  powietrza  i  skupił  się,  by 

przygotować na następny atak świateł i dźwięków. 

Nie był jednak gotów na to, co się stało. 
Z  niewidocznych  otworów  w  ścianach  wystrzeliły  strumienie  lodowatej  wody. 

Lowie  zachwiał  się,  omal  nie  stracił  równowagi.  W  jednej  chwili  został  przemoczony 
do  skóry.  Trząsł  się,  ale  wystrzeliwane  pod  ogromnym  ciśnieniem  strugi  nadal 
atakowały  go,  bezlitośnie  wwiercając  się  w  ciało.  Jak  złośliwe  węŜe  wciskały  się  do 
oczu,  uszu  i  pod  zamknięte  powieki,  po  czym  spływały  na  posadzkę.  Lowie  miał 
wraŜenie, Ŝe lodowaty chłód przenika jego ciało do szpiku kości. 

Atak  biczów  wodnych  skończył  się  tak  samo  niespodziewanie,  jak  się  zaczął. 

Lowie  czuł,  Ŝe  wstrząsają  nim  konwulsyjne  dreszcze.  Popatrzył  w  dół  i  stwierdził,  Ŝe 
stoi  po  kostki  w  wodzie,  która  miała  zapewne  temperaturę  topniejącego  lodu. 
Zorientował  się,  Ŝe  gdzieś  w  głębi  jego  duszy  wzbiera  gniew.  Stłumił  go,  a  potem 
pozwolił,  Ŝeby  wyciekł  z  niego  tak  samo,  jak  krople  wody  ściekały  z  jego  sierści. 
Ponownie spróbował przesunąć urządzenie, ale bezskutecznie. 

W  tej  samej  chwili  generator  dźwięków,  jakby  pobudzony  do  Ŝycia  wysiłkiem 

Lowiego,  ponowił  atak  na  jego  zmysły.  Panele  jarzeniowe  zaczęły  pulsować 
oślepiającym  światłem,  a  w  pomieszczeniu  rozległo  się  takie  piskliwe  zawodzenie,  Ŝe 
młody Wookie zaczął obawiać się, iŜ postrada zmysły. 

Spróbował pomyśleć o Jacenie i Jainie. Postanowił, Ŝe nie okaŜe słabości. 
Kiedy generator przestał działać, ponownie ze wszystkich stron naraz zaatakowały 

Lowiego potęŜne strumienie lodowatej wody. 

Lowbacca nie mógłby powiedzieć, jak długo trwały te tortury. Po pewnym czasie 

zaczęło  mu  się  nawet  wydawać,  Ŝe  całe  jego  Ŝycie  było  długą  litanią  świateł, 
dźwięków,  strumieni  wody,  świateł,  dźwięków,  strumieni  wody...  Mimo  to  nadal  nie 
pozwolił  sobie  na  wybuch  gniewu.  Kiedy  Tamith  Kai  odezwała  się  znów  do  niego, 
leŜał  na  generatorze,  zwinięty  w  nieszczęśliwy  kłębek,  marznący  i  ociekający  wodą. 
Bezskutecznie usiłował przywrócić krąŜenie krwi w rękach i nogach. 

Akademia Ciemnej Strony 

86 

-  Dysponujesz  wystarczającą  siłą,  Ŝeby  przerwać  te  katusze  -  zabrzmiał  głos, 

przeniknięty  kpiącym  współczuciem.  -  Niestety,  mój  młody  Jedi,  hart  ducha  jest 
chwalebną cnotą tylko wówczas, kiedy moŜesz dzięki niemu cokolwiek zyskać. 

Lowie nawet nie uniósł głowy ani Ŝadnym innym gestem nie zdradził, Ŝe usłyszał 

jej słowa. 

- Nie pomoŜesz sobie  w ten sposób - ciągnął głos Siostry  Nocy. - Nie pomoŜesz 

takŜe  swoim  przyjaciołom.  A  zresztą  bliźnięta  juŜ  zdąŜyły  zorientować  się,  Ŝe  mówię 
prawdę. 

Lowie uniósł głowę, a w głębi jego gardła wezbrał niedowierzający skowyt. 
-  Ach,  ale  to  prawda  -  powiedziała  Tamith  Kai.  Jej  kuszący  głos  zdradzał,  Ŝe 

chciałaby zachęcić Lowiego. – Czy nie pragniesz ich zobaczyć? 

Zanim  Lowie  zdąŜył  choćby  warknąć  na  znak  zgody,  w  powietrzu  przed  jego 

oczami  zmaterializowały  się  dwa  wielobarwne  hologramy.  Pierwszy  przedstawiał 
Jacena  trzymającego  miecz  świetlny.  Na  twarzy  chłopca  malowało  się  niezwykłe 
uniesienie.  Na  drugim  wizerunku  było  widać  Jainę  posługującą  się  Mocą,  by  unosić  i 
odrzucać cięŜkie przedmioty. Dziewczyna, odchyliwszy głowę, szeroko się uśmiechała. 

Lowie  wyciągnął  rękę  w  stronę  świetlistych  wizerunków.  Wydał  skowyt,  pełen 

niedowierzania i zdumienia... i spadł z generatora prosto w lodowatą wodę, która nadal 
nie  odpłynęła  z  posadzki.  Zanim  zdąŜył  wstać,  generator  dźwięków  zaczął  na  nowo 
torturować jego uszy piskliwym jazgotem. 

Lowie poczuł, Ŝe narasta  w nim odraza zmieszana z przeraŜeniem i  wściekłością 

na  myśl  o  tym,  Ŝe  bliźnięta  go  zdradziły.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  węgle  tlące  się  gdzieś  w 
głębi  duszy  zaczynają  płonąć  Ŝywym  ogniem.  Gniew,  który  zapalił  się  w  jego  sercu, 
rozgrzał  jego  ciało prawdziwym  ciepłem,  po  czym  zaczął  wzbierać  i  wzbierać,  aby  w 
końcu wyrwać się z gardła wściekłym wyciem. 

Lowbacca nie pamiętał, co wydarzyło się później. 
 
Kiedy  się  obudził,  spoczywał  wygodnie  w  półmroku  własnej  celi.  W 

pomieszczeniu  było  ciepło,  a  on  leŜał  na  pryczy,  okryty  miękkim  pledem.  Bolały  go 
wszystkie mięśnie, ale czuł się odpręŜony. Odruchowo wyciągnął rękę i przekonał się, 
Ŝ

e znów ma swój pleciony pas okrywający biodra. 

Nagle  usłyszał  głos  Tamith  Kai,  dobiegający  z  bardzo  bliskiej  odległości.  Nie 

zdziwił  się  faktem,  Ŝe  Siostra  Nocy  stoi  tuŜ  obok  jego  pryczy.  W  słabym  świetle 
jarzeniowych  paneli  zobaczył,  Ŝe  kobieta  trzyma  błyszczący  metalowy  przedmiot  o 
nieregularnych kształtach. 

- Spisałeś się doskonale, mój młody Wookie - oświadczyła. 
Lowie smutno jęknął, kiedy powróciła mu pamięć tego, co zrobił. 
-  Uwalniając  swój  gniew,  odniosłeś  sukces  przekraczający  moje  najśmielsze 

oczekiwania  -  ciągnęła  Tamith  Kai,  spoglądając  na  niego  z  prawdziwą  dumą.  -  W 
nagrodę postanowiłam zwrócić ci twojego małego androida. 

Lowie czuł, Ŝe nie moŜe pozbierać myśli. Czy naprawdę mógł być dumny z tego, 

co  się  stało?  Czy  nie  powinien  się  raczej  wstydzić?  Z  ulgą  przyjął  Em  Teedee  z  rąk 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

87 

Siostry  Nocy,  po  czym  przypiął  androida-tłumacza  z  powrotem  na  to  samo  miejsce  u 
pasa. 

-  Będziesz  kiedyś  znakomitym  Jedi  -  oznajmiła  Tamith  Kai.  Tajemniczo  się 

uśmiechnęła.  -  Po  tym,  jak  pozwoliłeś  sobie  na  uwolnienie  gniewu,  nawet  nie 
próbowaliśmy  naprawiać  generatora  dźwięków,  jak  robiliśmy  to  za  kaŜdym  razem  po 
wybuchach złości innych uczniów. 

Odwróciła się i  wyszła z celi, pozostawiając Lowiego pogrąŜonego  we  własnych 

myślach. 

Lowbacca  wstał  z  pryczy,  ale  jęknął  czując,  Ŝe  jego  mięśnie  wciąŜ  jeszcze 

odmawiają mu posłuszeństwa. Ponownie opadł bezwładnie na platformę z pryczą. 

-  No  cóŜ,  jeŜeli  chce  pan  znać  moje  zdanie  -  odezwał  się  piskliwy  głosik  Em 

Teedee  -  swoim  bezmyślnym  uporem  zadał  pan  sobie  bardzo  duŜo  niepotrzebnego 
bólu. 

Zdumiony Lowbacca warknął w odpowiedzi. 
-  Co  to  znaczy,  kto  pytał  mnie  o  zdanie?  -  odparł  Em  Teedee.  -  Naprawdę  nie 

rozumiem, dlaczego miałby pan być taki rozdraŜniony. Mimo wszystko przybył pan tu, 
do  Akademii  Ciemnej  Strony,  po  to,  Ŝeby  się  uczyć.  MoŜe  pan  się  tylko  cieszyć,  Ŝe 
poświęcają panu tyle uwagi. 

Wie  pan,  imperialni  nauczyciele  są  bardzo  spostrzegawczy.  Prawdę  mówiąc,  tak 

bardzo, Ŝe poznali się na mnie i nawet uwzględnili mnie w swoich planach. To dla mnie 
ogromny zaszczyt. 

Lowie, tknięty dziwnym, nieprzyjemnym podejrzeniem, pytająco szczeknął. 
-  Ze  mną  ma  być  coś  złego?  -  odparł  pytaniem  Em  Teedee.  -  AleŜ  nie!  Wręcz 

przeciwnie, czuję się doskonale! Brakiss i Tamith Kai, chcąc okazać mi zaufanie, kazali 
dokonać pewnych zmian  w  moim oprogramowaniu. Prawdę mówiąc, czuję się teraz o 
wiele lepiej niŜ kiedykolwiek przedtem. Musi pan sobie uświadomić, Ŝe oboje mają na 
uwadze tylko pańskie dobro. Imperium jest pana przyjacielem. 

Lowie  warknął  z  namysłem,  jakby  zgadzał  się  ze  słowami  Em  Teedee...  ale 

ukradkiem wyciągnął rękę w stronę pasa, by wyłączyć małego androida. 

Poczuł nagle, Ŝe znów moŜe zebrać myśli. Słowa Em Teedee sprawiły, Ŝe w jego 

mózgu  zaszła  jakaś  zmiana.  Lowie  moŜe  się  potknął,  ale  nie  przewrócił. 
Prawdopodobnie tak samo było z Jacenem i Jainą. A jeŜeli bliźnięta się nie poddały, on 
takŜe nie mógł okazać się gorszy niŜ oni. Przynajmniej taką miał nadzieję. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

88 

R O Z D Z I A Ł  

15 

Tenel  Ka  powróciła  wczesnym  popołudniem.  Dziewczyna  zastała  mistrza 

Skywalkera  pogrąŜonego  w  rozmyślaniach  w  małej  komnacie,  w  jakiej  zwykle 
mieszkali niewolnicy. W pomieszczeniu tym przebywali za zgodą Augwynne, która nie 
chciała naraŜać Luke’a i wnuczki na wścibskie spojrzenia pozostałych mieszkańców. 

-  Wracam  właśnie  z  posiedzenia  rady  sióstr  -  oznajmiła  Tenel  Ka.  Fale 

popołudniowego Ŝaru atakowały urwisko, na którym wznosiła się forteca klanu kobiet 
ze  Śpiewającej  Góry,  nadając  powietrzu  woń  spalenizny.  -  Siostry  klanu  oczekują,  Ŝe 
goście  pojawią  się  o  zmierzchu.  Dopiero  wówczas  poznamy  odpowiedź  na  wszystkie 
nasze pytania i wątpliwości. 

-  A  zatem  zaczekamy  -  oświadczył  mistrz  Skywalker,  kierując  na  dziewczynę 

przenikliwe  jasnoniebieskie  oczy.  -  To  jedna  z  najtrudniejszych  rzeczy,  jakie  trzeba 
robić... zwłaszcza teraz, kiedy się tak spieszymy,  nie  wiedząc, co się stało z Jacenem, 
Jainą  i  Lowbaccą.  A  jednak,  jeŜeli  czekanie  pozwoli  nam  na  uzyskanie  odpowiedzi, 
których  nie  przyniosło  nam  działanie...  wówczas  jedynym  działaniem,  jakie 
podejmiemy, będzie czekanie. 

 
Tenel Ka chciała udowodnić, Ŝe jest dobrą gospodynią. Zajęła się najróŜniejszymi 

czynnościami,  pragnąc  pomóc  siostrom  ze  Śpiewającej  Góry.  Wydawało  się  jej,  Ŝe 
godziny ciągną się w nieskończoność. 

Słońce chyliło się ku zachodowi. Zapadał zmierzch. Nieliczne chmury, widoczne 

na  niebie  nad  samym  horyzontem,  zdawały  się  płonąć  róŜowym  i  pomarańczowym 
blaskiem,  sporadycznie  przepuszczając  do  nagrzanej  atmosfery  świetliste  strzały. 
Owady  i  jaszczurki  poczuły,  Ŝe  zbliŜa  się  wieczór  i  powietrze  zaczyna  się  ochładzać. 
Obudziły  się  do  Ŝycia,  zakłócając  dotychczasową  ciszę  dnia  brzęczeniem,  szmerami  i 
szelestami. 

Tenel  Ka  i  mistrz  Skywalker,  przebywający  na  jednej  z  niŜszych  kondygnacji 

fortecy, patrzyli w dół, na spieczone skaliste pustkowie. Przyglądali się, jak zachodzące 
słońce  rzuca  na  równiny  coraz  dłuŜsze  cienie.  W  porównaniu  z  jaskrawą  tuniką  z 
jaszczurczej  skóry,  którą  miała  na  sobie  Tenel  Ka,  ciemnobrązowy  płaszcz  Luke’a 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

89 

Skywalkera  sprawiał  wraŜenie  bezbarwnego  i  ponurego.  Dziewczyna  dobrze  jednak 
znała umiejętności i siłę kryjącą się w umyśle i sercu męŜczyzny. 

W pewnej chwili dostrzegła jakiś duŜy i ciemny przedmiot, poruszający się dosyć 

daleko  po  równinie.  Wyciągnęła  szyję  i  zmruŜyła  oczy.  DłuŜszy  czas  obserwowała 
zbliŜające  się  stworzenie.  Stwierdziła,  Ŝe  patrzy  na  jakąś  ogromną  bestię  niosącą 
jeźdźca... nie, dwoje jeźdźców. 

Mistrz Skywalker kiwnął głową. 
- Tak, ja takŜe ich widzę - powiedział. - To rankor z dwójką osób na grzbiecie. 
Tenel  Ka  ponownie  zmruŜyła  oczy,  ale  uświadomiła  sobie,  Ŝe  Luke  wspomógł 

swój wzrok Mocą. Nie tylko patrzył, ale i wyczuwał. 

Inne mieszkanki fortecy naleŜącej do klanu kobiet ze Śpiewającej Góry podeszły 

do  otworów  okiennych  i  stanęły  na  wykutych  w  litej  skale  balkonach.  One  takŜe 
spoglądały w dół, nie potrafiąc ukryć nerwowego oczekiwania. 

Rankor  z  wysiłkiem,  ale  wytrwale  parł  wciąŜ  naprzód.  Tenel  Ka  widziała  teraz 

całkiem  wyraźnie  sylwetkę  potwora,  którego  brązowozielonkawe,  pokryte  guzami 
cielsko, wyglądało jak kadłub piaskoczołgu, najeŜony niesamowitymi kłami i pazurami. 
Na grzbiecie stworzenia jechała wysoka, silnie umięśniona kobieta. TuŜ za nią siedział 
młody  ciemnowłosy  męŜczyzna  o  krzaczastych  brwiach,  ubrany  w  czarną  opończę, 
przetykaną srebrzystymi nićmi. Jego towarzyszka miała na sobie taką samą szatę. 

- To Siostra Nocy - odezwała się Tenel Ka. - Czuję to.  
Mistrz Skywalker kiwnął głową. 
- Tak, ale kobiety naleŜące do tego nowego zakonu sprawiają wraŜenie doskonale 

wyszkolonych  i  jeszcze  niebezpieczniejszych  niŜ  dawne  wiedźmy.  Czuję,  Ŝe  w  tym 
wszystkim  kryje  się  jakaś  mroczna  tajemnica.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  jesteśmy  na  dobrym 
tropie. 

-  Ale...  co  robi  ten...  męŜczyzna  za  jej  plecami?  -  zapytała  Tenel  Ka.  -  śadna 

władczyni na Dathomirze nie traktowałaby męŜczyzn jak równych sobie. 

- No, cóŜ - odparł Luke. - MoŜe naprawdę zaszły tu duŜe zmiany. 
Tymczasem  Siostra  Nocy  dotarła  do  podnóŜa  urwiska  i  ściągnęła  wodze 

olbrzymiemu rankorowi. Potworna bestia wyciągnęła pazury i uniosła pokryty guzami 
łeb.  Drąc  pazurami  spieczoną,  twardą  glebę,  głośno  zasyczała  i  stanęła.  Siostra  Nocy 
zeskoczyła  na  ziemię,  a  po  chwili  to  samo  uczynił  jej  odziany  w  czarną  opończę 
towarzysz.  Oboje  tkwili  pomiędzy  dwiema  wysokimi  skalnymi  kolumnami, 
wyrastającymi z piaszczystej wydmy. 

-  Posłuchajcie  mnie,  zacni  ludzie!  -  zawołała  kobieta,  stając  twarzą  w  stronę 

urwiska. Krzyk odbił się od skalnej ściany, a echo powtórzyło jej słowa, dzięki czemu 
głos  Siostry  Nocy  nabrał  głębi,  stał  się  donośniejszy.  Tenel  Ka  była  zdziwiona,  jakim 
cudem  mroczna  kobieta  mogła przemówić z taką siłą. Dziewczyna stała nieruchomo i 
słuchała, mając wraŜenie, Ŝe słowa Siostry Nocy oddziałują na jej wyobraźnię. 

-  Posługuje  się  prostą  sztuczką  Mocy  -  wyjaśnił  mistrz  Skywalker.  -  Pobudza 

twoje emocje, stara się zainteresować ciebie tym, co chce powiedzieć. 

Akademia Ciemnej Strony 

90 

Tenel  Ka  kiwnęła  głową.  Podmuch  chłodnego  wiatru,  wywołanego  szybko 

obniŜającą się temperaturą powietrza, rozwiał jej złocistorude włosy, tak iŜ przysłoniły 
część twarzy. 

- Ponownie przybyliśmy tu, Ŝeby szukać innych, którzy mogą być zainteresowani 

tym,  co  mamy  do  zaoferowania.  Tak,  doskonale  wiemy,  Ŝe  przed  laty  Dathomirą 
rządziły  podstępne  wiedźmy.  Sprawowały  władze,  nie  licząc  się  z  nikim  i  niczym 
oprócz  własnej  woli.  Były  złymi  kobietami,  ale  to  nie  znaczy,  Ŝe  złe  były  takŜe  ich 
nauki.  Nie  uwaŜamy,  Ŝe  wszystko,  co  wiedziały  na  temat  władzy,  winno  zostać 
potępione. 

Nazywam  się  Vonnda  Ra,  a  to  jest  mój  uczeń  i  towarzysz,  Vilas.  Tak...  jest 

męŜczyzną.  Wyczuwam,  Ŝe  jesteście  wstrząśnięte  i  zdumione,  ale  naprawdę  nie 
powinnyście.  Nasi  sprzymierzeńcy  nauczyli  nas,  Ŝe  ta  siła,  którą  nazywamy  Mocą, 
przenika  wszystkie  istoty,  zarówno  płci  męskiej  jak  i  Ŝeńskiej.  A  zatem  mogą 
wykorzystywać  ją  nie  tylko  Siostry.  RównieŜ  Bracia,  męŜczyźni,  mogą  władać  taką 
samą siłą. 

Wiele osób zamieszkujących komnaty skalnej fortecy niespokojnie się poruszyło. 
- Czuję wasze niedowierzanie - ciągnęła Vonnda Ra. - Zapewniam was jednak, Ŝe 

mówię prawdę. 

Tenel Ka przysunęła się do mistrza Skywalkera. 
- W ciągu ostatnich kilku lat widziałam tyle nowych rzeczy - szepnęła. - Wydaje 

mi  się,  Ŝe  wiem,  jak  funkcjonują  inne  społeczeństwa,  ale  obawiam  się,  Ŝe  niektóre 
bardziej  konserwatywne  klany  Dathomiry  nie  są  jeszcze  gotowe  pogodzić  się  z 
równouprawnieniem. 

Mistrz  Skywalker  kiwnął  głową,  ale  zacisnął  wargi.  Było  widać,  Ŝe  jest 

zaniepokojony. 

- W naukach Jedi nie  ma niczego, co faworyzowałoby  kobietę albo męŜczyznę  - 

powiedział.  -  Czy  nawet  istotę  ludzką,  jeŜeli  o  tym  mowa.  Twoi  ziomkowie  zwodzą 
samych siebie. 

W dole, u stóp urwiska, Vonnda Ra nadal stała obok oswojonego rankora. 
-  Vilas,  mój  najlepszy  uczeń,  zademonstruje  wam  teraz  drobną  cząstkę  wiedzy, 

jaką posiadł! - zawołała. – PokaŜe wam coś, co wprawi was w osłupienie! 

Ciemnowłosy  męŜczyzna  rozwiązał  czarną  pasiastą  opończę,  zdjął  ją  z  ramion  i 

przerzucił przez siodło, przywiązane do grzbietu rankora za pomocą elastycznych skór 
whuffy.  Odszedł  trochę  na  bok  i  stanął  na  płaskim  spieczonym  przez  słońce  kawałku 
skały  miedzy  dwiema  kamiennymi  kolumnami,  po  czym  opuścił  ręce  wzdłuŜ  boków, 
zacisnął dłonie w pięści i zaczął się skupiać. 

Tenel Ka, obserwująca wszystko z fortecy, nawet z tak duŜej odległości słyszała, 

jak  męŜczyzna  coś  nuci.  Vilas  zamknął  osadzone  głęboko  pod  krzaczastymi  brwiami 
oczy.  Jego  ciemne  włosy  zaczęły  się  jeŜyć,  jakby  przesycone  statycznym  ładunkiem 
elektrycznym. Jego ciało zadrŜało, zapewne nie mogło powstrzymać narastającej siły. 

Na purpurowym niebie nad jego głową zalśniły pierwsze gwiazdy. Świeciły coraz 

jaśniej  i  jaśniej,  w  miarę,  jak  znikały  ostatnie  ślady  słońca.  Zaczęły  się  pojawiać 
pierwsze  chmury.  Z  początku  przypominały  pierzaste  obłoki,  ale  napływały  ze 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

91 

wszystkich  stron  niczym  prąŜkowane  cienie.  Z  kaŜdą  chwilą  jednak  przybywało  ich 
coraz  więcej,  tak  Ŝe  w  końcu  przysłoniły  niemal  całe  niebo.  Tenel  Ka  cofnęła  się  od 
okna czując, Ŝe wieczorny chłodny wiatr przybiera na sile, zaczyna przemieniać się w 
lodowaty wicher. 

- Zawsze chętnie widzimy u siebie nowych uczniów! 
Vonnda Ra czuła, Ŝe grono słuchających jej osób z kaŜdą sekundą się powiększa. 

Niemal  wszyscy  mieszkańcy  skalnej  fortecy  zgromadzili  się  przy  oknach  czy  na 
balkonach. 

- JeŜeli ktoś z was chciałby nauczyć się władać Mocą, Ŝeby robić to samo co ja i 

Vilas, moŜe przyłączyć się do nas bez względu na to, czy jest męŜczyzną czy kobietą, 
osobą  wolną  czy  niewolnikiem.  Nasza  osada  znajduje  się  na  samym  dnie  wielkiego 
kanionu. To tylko trzy dni marszu od waszej fortecy. 

Nie  moŜemy  zagwarantować,  Ŝe  was  przyjmiemy,  ale  sprawdzimy  wasze 

umiejętności. I jeŜeli znajdziemy kogoś, kto wykazuje odpowiedni talent, przyłączymy 
do  naszego  klanu.  Nauczymy,  jak  być  waŜną  cząstką  machiny  wszechświata.  JeŜeli 
będziecie z nami, czeka was świetlana przyszłość. 

Kiedy  Vonnda  Ra  kończyła  mówić,  głośny  huk  gromu  zagłuszył  jej  ostatnie 

słowa. Po całym nieboskłonie przelatywały ogniste, krzaczaste, błękitne błyskawice. 

Vilas  wspiął  się  na  jedną  z  wysokich  kamiennych  kolumn,  tak  szybko  i  łatwo 

jakby  ktoś  wciągnął  go  na  linie.  Kiedy  stanął  na  płaskim  wierzchołku,  zwietrzałym 
wskutek  działania  deszczów  i  wichrów,  uniósł  ręce.  Jego  ciało  otoczył  świetlany  wir 
statycznej  elektryczności,  a  nadciągająca  burza,  sprowadzona  jego  potęgą  woli, 
rozszalała się ze zdwojoną siłą. 

Ś

wietliste  smugi  raz  po  raz  trafiały  w  samotne  skały,  rozsiane  na  równinie, 

posyłając  we  wszystkie  strony  strugi  ognistych  odprysków.  Burza  nadal  się  nasilała, 
smagając  twarze  mieszkańców  fortecy  huraganowym  wichrem.  Tenel  Ka  zamrugała, 
usiłując powstrzymać łzy, które napływały do jej oczu sieczonych włosami. 

Vilas  stał  na  szczycie  kolumny  i  sprawował  władzę  nad  burzą.  Ciemne  chmury 

nadal gęstniały, a niebo przybrało czarną barwę. 

Tenel Ka spojrzała w dół i zobaczyła, Ŝe Vonnda Ra, stojąca obok rankora, takŜe 

uniosła ręce. Rozczapierzywszy palce, przyzywała burzę. Nad równinami przelatywały 
oślepiające błyskawice. Rankor parskał i drŜał, ale nie rzucał się do ucieczki. 

-  Przybywajcie  do  wielkiego  kanionu!  -  zawołała  Vonnda  Ra,  starając  się 

przekrzyczeć  wycie  wichury.  -  JeŜeli  chcecie  w  ten  sposób  panować  nad  Mocą, 
przybywajcie do wielkiego kanionu! 

Vilas  zeskoczył  z  kamiennej  kolumny  i  delikatnie  jak  liść  opadł  na  stertę  piachu 

nie opodal zatrwoŜonego rankora. Pomógł Siostrze Nocy wspiąć się na siodło, po czym 
sam zajął miejsce za jej plecami. 

Vonnda Ra chwyciła  wodze zwierzęcia i szarpnęła, zmuszając je, aby zawróciło. 

Koszmarny  potwór  zaczął  niknąć  w  mroku,  ale  burza  nadal  wyładowywała  swoją 
wściekłość na samotnych głazach i skałach. 

Tenel  Ka  wpatrywała  się  w  ciemności,  usiłując  śledzić  spojrzeniem  niknącą 

sylwetkę rankora z dwójką jeźdźców na grzbiecie. 

Akademia Ciemnej Strony 

92 

- A więc teraz juŜ wiemy... - powiedziała. - Co zrobimy? 
Luke  połoŜył  rękę  na  jej  ramieniu,  a  dziewczyna  poczuła  promieniującą  od 

mistrza Jedi pewność siebie. 

- Udamy się do tego wielkiego kanionu i zgłosimy się jako kandydaci - odparł. - 

Mimo  wszystko  naprawdę  szukają  nowych  uczniów,  Ŝeby  zająć  się  ich  szkoleniem. 
Teraz juŜ  nie  wątpię,  Ŝe  jesteśmy  na  właściwym  tropie.  MoŜliwe  nawet,  Ŝe  spotkamy 
tam Jacena, Jainę i Lowbaccę. 

Tenel Ka przygryzła wargę i kiwnęła głową. 
- To jest fakt - powiedziała. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

93 

R O Z D Z I A Ł  

16 

Jaina  wyłączyła  świetlny  miecz  i  podała  go  Brakissowi,  ale  męŜczyzna  nie 

wyciągnął ręki po broń Jedi. 

- Nie będę się tym więcej bawiła - oświadczyła stanowczo. 
- My nie bawimy się w Akademii Ciemnej Strony - odparł Brakiss. - Ćwiczymy. 

Umiejętność  posługiwania  się  świetlnym  mieczem  jest  bardzo  waŜnym  elementem 
szkolenia rycerza Jedi. 

-  Masz  na  myśli  walczenie  z  bezrozumnymi  holograficznymi  potworami?  - 

parsknęła Jaina. - Nie będę więcej tego robiła. I tak zbyt długo byłam posłuszna twojej 
woli. Równie dobrze moŜesz juŜ teraz odesłać mnie do domu, bo nigdy  nie zgodzimy 
się uczyć w twojej Akademii Ciemnej Strony. 

MęŜczyzna rozłoŜył ręce. 
-  Ach,  a  przecieŜ  tak  dobrze  radzisz  sobie  ze  świetlnym  mieczem  -  powiedział, 

jakby  próbował  przemówić  do  rozumu  rozkapryszonemu  dziecku.  -  Spróbuj  jeszcze 
raz. Tym razem dam ci godnego przeciwnika; kogoś obdarzonego o wiele większą wolą 
walki. 

- Dlaczego miałabym się na to zgodzić? - zapytała Jaina. - PrzecieŜ niczego ci nie 

zawdzięczam. Chcę zobaczyć się z bratem. Chcę zobaczyć się z Lowiem. 

- JuŜ wkrótce ich zobaczysz. 
- Nie zgodzę się walczyć, jeŜeli nie obiecasz, Ŝe pozwolisz mi się z nimi spotkać. 
Brakiss westchnął. 
-  No,  dobrze.  Obiecuję,  Ŝe  pozwolę  ci  ponownie  zobaczyć  się  z  nimi  podczas 

zajęć. Ale tylko pod warunkiem - zawiesił głos i uniósł dłoń z wyciągniętym palcem - 
Ŝ

e nie będziesz sprawiała mi kłopotów. 

Jaina zacisnęła usta w ponurą wąską linię. Pomyślała, Ŝe w tych okolicznościach 

zapewne nie moŜe spodziewać się niczego więcej. 

- Zgoda. 
- Pomyśl o tym w ten sposób - odezwał się Brakiss tonem kuszącej zachęty. - Im 

więcej będziesz ćwiczyła, tym szybciej zdołasz mnie pokonać, gdybyś zechciała kiedyś 
mi  się  przeciwstawić.  Zastanów  się  nad  tym...  Trenujesz,  bo  chcesz  zdobyć 
umiejętności, które kiedyś mogą pomóc ci w ucieczce, hmmm? 

Akademia Ciemnej Strony 

94 

Jaina stwierdziła, Ŝe pewny siebie uśmieszek, widoczny na nieskazitelnie gładkiej 

twarzy męŜczyzny, doprowadza ją do wściekłości. 

-  Podczas  dzisiejszych  porannych  ćwiczeń  zamierzam  dokonać  jeszcze  jednej 

zmiany  -  ciągnął  Brakiss.  -  Będziesz  walczyła  otoczona  holograficznym  wizerunkiem 
maskującym.  Nie  będzie  ograniczał  swobody  twoich  ruchów,  ale  moŜe,  przynajmniej 
na  początku,  rozpraszać  twoją  uwagę.  Musisz  nauczyć  się  walczyć  osłonięta  taką 
trójwymiarową  maską.  Dla  dobra  Imperium  od  czasu  do  czasu  musimy  ukrywać 
prawdziwą toŜsamość naszych Ciemnych Jedi. 

Jaina uniosła rękojeść świetlnego miecza na wysokość piersi. 
-  W  porządku,  zgodzę  się  na  jeszcze  jedną  walkę...  ale  później  musisz  pozwolić 

mi zobaczyć się z moim bratem i Lowbaccą. 

-  Taka  była  umowa  -  oświadczył  Brakiss.  -  A  teraz  idę,  Ŝeby  wszystko 

przygotować. Tymczasem Ŝyczę ci powodzenia. 

Wyślizgnął  się  przez  drzwi,  które  zasunęły  się  za  jego  plecami.  Ponure,  szare 

ś

ciany  sali  treningowej  zalśniły  i  Jaina  zauwaŜyła,  Ŝe  jej  ciało  zostało  otoczone  przez 

migotliwe cienie, podobne do świetlistej mgiełki. Nie uniemoŜliwiały jej patrzenia, co 
najwyŜej zamazywały kontury. Jaina pomyślała, Ŝe musi to być jej nowy holograficzny 
kostium, o którym wspominał Brakiss. 

W  przeciwległej  ścianie  ze  skrzypieniem  otworzyły  się  urojone  wrota.  Jaina 

przewróciła oczami. Jeszcze jedno wyświechtane złudzenie, jak zresztą wszystkie inne, 
które  oglądała  do  tej  pory.  Naprawdę  przestało  to  ją  bawić.  Jej  jedynym  pragnieniem 
było poznanie zasady funkcjonowania aparatury wytwarzającej te hologramy. Pewnego 
dnia  ją  pozna,  a  wówczas  oszuka  urządzenie  i  spowoduje  awarię  wszystkich 
automatycznych  systemów  sterowania  Akademii  Ciemnej  Strony.  Na  razie  jednak 
powinna udawać, Ŝe zgadza się spełniać Ŝądania Brakissa, dopóki nie znajdzie sposobu, 
by obrócić knowania nauczyciela przeciwko niemu. 

Nowy przeciwnik Jainy przeszedł przez prostokąt okratowanych wrót mrocznego 

lochu.  Dziewczyna  dostrzegła  wysoką  sylwetkę  groźnego  męŜczyzny,  okrytego 
czarnym  płaszczem.  Czarna  plastalowa  maska,  osłaniająca  jego  głowę,  rozbrzmiała 
złowieszczym  sykiem,  z  jakim  Darth  Vader  wciągnął  powietrze  przez  aparat 
oddechowy. 

Zdumiona  Jaina  na  chwilę  zapomniała  o  oddychaniu,  ale  w  następnej  sekundzie 

odruchowo włączyła miecz świetlny. To było niesprawiedliwe! Brakiss nie powiedział 
jej  całej  prawdy!  To  nie  był  jeszcze  jeden  zwyczajny  urojony  potwór,  jakie  dotąd 
przeciwko niej wysyłał. Darth Vader został zabity, zanim się urodziła, ale Czarny Lord 
Sithów był jej dziadkiem i Jaina znała kaŜdy szczegół jego Ŝycia. 

Ostrze  świetlnego  miecza  Dartha  Vadera  pulsowało  ciemną  czerwienią,  podobną 

do  barwy  świeŜej  krwi.  Zapewne  czerpało  siłę  z  mrocznych  zakamarków  duszy 
męŜczyzny.  Jaina  poczuła,  Ŝe  zaczyna  budzić  się  w  niej  złość  zmieszana  z 
przeraŜeniem,  ale  postąpiła  kilka  kroków,  Ŝeby  stawić  czoło  przeciwnikowi. 
Holograficzny  kostium  zawirował  wokół  niej,  ale  dziewczyna  nie  pozwoliła,  by 
rozproszył jej uwagę. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

95 

Jaina potępiała wszystkie złe, podstępne czyny, jakie popełnił Darth Vader, będąc 

na słuŜbie Imperatora, ale zarazem pociągała ją myśl, kim mógłby się stać jej dziadek, 
Anakin  Skywalker.  W  ostatnich  chwilach  Ŝycia  okazał  się  przecieŜ  dobrym 
człowiekiem, który przeciwstawił się swojemu władcy i zakończył okres jego rządów, 
opartych na przemocy i strachu. 

Bez względu na to, czy było to spowodowane tylko jej przeraŜeniem, czy czymś 

innym,  Jaina  czuła  wielki  niepokój  przenikający  całą  przestrzeń  sali  treningowej. 
Wyczuwała pulsujący lęk, który ograniczał szybkość ruchów. 

Darth  Vader  wykorzystał  jej  przeraŜenie  i  niezdecydowanie.  Podszedł  do  niej,  a 

szkarłatne  ostrze  jego  świetlnego  miecza  zaskwierczało,  kiedy  unosił  je  nad  głowę. 
Chrapliwy  oddech  hologramu  spowił  Jainę  jak  całun.  Vader  zamachnął  się,  a 
dziewczyna w ostatniej chwili sparowała jego cios swoim ostrzem. Kiedy energetyczne 
klingi skrzyŜowały się i zwarły, w powietrze trysnęły fontanny róŜnobarwnych iskier. 

Przez  kilka  następnych  chwil  walczyli,  zadając  i  odbijając  ciosy.  Pchnięcie. 

Sparowanie. Atak. Obrona. 

Jaina  zamachnęła  się  mieczem,  pragnąc  trafić  w  opancerzoną  płytę  na  torsie 

Dartha Vadera, ale Czarny Lord uniósł rękojeść swojej broni i krwiste ostrze zetknęło 
się z klingą miecza Jainy. Dziewczyna musiała się cofnąć czując, Ŝe przeciwnik naciera 
coraz  energiczniej,  tnie  i  zadaje  ciosy  ze  zdwojoną  siłą.  Skwierczenie  rozpraszanej 
energii  niemal  ją  ogłuszało.  A  jednak  w  chwili,  kiedy  zaczęło  się  jej  wydawać,  Ŝe 
słabnie,  powiedziała  sobie,  iŜ  walczy  nie  z  Darthem  Vaderem,  ale  z  Brakissem  czy 
Tamith  Kai,  którzy  porwali  ją  i  sprowadzili  do  tej  mrocznej  akademii.  Czując,  Ŝe 
wstępuje w nią nowa energia, nie tylko uniknęła ciosu, ale nawet zaatakowała Vadera, 
zmuszając go do obrony. 

Zadawała  cios  za  ciosem.  Miecze  świetlne  krzyŜowały  się  i  buczały,  ale 

wyglądało  na  to,  Ŝe  Darth  Vader  czerpie  siły  z  jej  wściekłości.  Walczyli  tak  przez 
dłuŜszy  czas,  a  mimo  to  Ŝadne  nie  potrafiło  uzyskać  zdecydowanej  przewagi.  Jaina 
straciła rachubę czasu. Nie mogłaby powiedzieć, ile upłynęło minut czy godzin. 

Oboje  stali  w  miejscu  ze  skrzyŜowanymi  ostrzami  świetlnych  mieczy,  otoczeni 

snopami tryskających  iskier.  śadne nie chciało się cofnąć, napierało  na przeciwnika z 
całej siły. Vader nie potrafił jednak pokonać Jainy, podobnie jak dziewczyna nie mogła 
zwycięŜyć Czarnego Lorda. Okazali się równorzędnymi przeciwnikami. 

Jaina zgrzytnęła zębami i zebrała wszystkie siły. CięŜko dyszała, czuła w płucach 

lodowate  pieczenie.  Zaczerpnęła  powietrza  i  nie  ustępowała.  Vader  takŜe  nie 
rezygnował z dalszej walki. 

- Wystarczy! - odezwał się głos Brakissa w interkomie sali treningowej. 
Holograficzne  wizerunki  otaczające  Jainę  i  Vadera  zniknęły  i  dziewczyna 

stwierdziła, Ŝe znów stoi w czterech ponurych szarych ścianach wielkiej sali, krzyŜując 
ostrze  świetlnego  miecza  z  klingą  broni  przeciwnika.  Dopiero  teraz  jednak  mogła 
przekonać się, z kim naprawdę walczyła. 

Z Jacenem. 
 

Akademia Ciemnej Strony 

96 

Brakiss, siedzący  wygodnie w sterowni sali treningowej, spoglądał na maskujące 

wizerunki,  lekko  uderzając  palcami  jednej  dłoni  o  palce  drugiej.  Z  satysfakcją 
obserwował, jak bliźnięta walczą ze sobą. 

Pilot  Qorl,  odziany  w  czarny  imperialny  mundur,  stał  obok  niego  i  takŜe 

przyglądał  się  pojedynkowi.  Na  ekranie  monitora  nie  było  jednak  widać  maskujących 
hologramów,  dzięki  czemu  Qorl  mógł  podziwiać,  jak  bliźnięta  zmagają  się  w 
ś

miertelnej  walce,  nie zdając sobie nawet sprawy  z tego, z kim  naprawdę  walczą! Ich 

ś

wietlne miecze krzyŜowały się i zwierały, ale Ŝadne z bliźniąt nie mogło obezwładnić 

drugiego. 

Pilot przez długi czas nic nie mówił, ale walczył z trawiącym go niepokojem. W 

końcu zapytał: 

-  Czy  to  nie  jest  zbyt  niebezpieczne,  panie  Brakiss?  Jeden  nieostroŜny  ruch  i 

bliźnięta  mogą  się  pozabijać.  Straciłby  pan  wówczas  dwoje  najlepszych  uczniów, 
jakich mamy w Akademii Ciemnej Strony. 

- Nie sądzę, Ŝebym miał ich stracić - odparł Brakiss, lekcewaŜącym machnięciem 

ręki zbywając obawy Qorla. - JeŜeli jednak jedno zabije drugie, wówczas dowiemy się, 
które  jest  silniejsze,  waleczniejsze.  Właśnie  temu  będziemy  musieli  poświęcić  więcej 
czasu i uwagi podczas szkolenia. 

- To byłoby marnotrawstwo - upierał się pilot. - Dlaczego pan to robi? To chyba 

nie ma sensu. 

Brakiss odwrócił się w stronę starego pilota myśliwca typu TIE. Pozwolił, Ŝeby na 

jego nieskazitelnie pięknej twarzy pojawił się grymas gniewu. 

-  Ma  sens,  poniewaŜ  Imperium  pragnie  kształcić  tylko  najlepszych,  najbardziej 

uzdolnionych Ciemnych Jedi. 

- Bez względu na koszt? - zapytał Qorl. 
-  Koszt  nie  ma  znaczenia  -  odparł  Brakiss.  -  Te  młode  bliźnięta  są  po  prostu 

narzędziami, którymi musimy się posłuŜyć... podobnie jak narzędziem jest pan czy my 
wszyscy. 

Pilot Ŝachnął się i przez chwilę obserwował na ekranie toczący się pojedynek. 
- Chce pan przez to powiedzieć, Ŝe ich Ŝycie się nie liczy? - zapytał. 
-  Są  tylko  elementami...  częściami,  które  trzeba  zainstalować  w  ogromnej 

maszynerii.  JeŜeli  nie  spełnią  wszystkich  surowych  wymagań,  okaŜą  się  nieprzydatni 
do  naszych  celów.  Ale  moŜe  ma  pan  rację  -  dodał  po  chwili,  w  końcu  ustępując.  - 
Oboje  stoczyli  zacięty  pojedynek  i  udowodnili,  Ŝe  potrafią  posługiwać  się  świetlnymi 
mieczami. Postaram się, Ŝeby nie zapomnieli tej lekcji. 

Odwrócił się w stronę mikrofonu interkomu. 
-  Wystarczy!  -  powiedział  i  wyłączył  generator  wytwarzający  maskujące 

hologramy. 

Bliźnięta  krzyknęły,  po  czym  odskoczyły  od  siebie.  Ze  zdziwieniem  odkryły,  Ŝe 

cały czas walczyły ze sobą. 

Po kilku chwilach Brakiss wyłączył interkom, nie chcąc dłuŜej słuchać gniewnych 

okrzyków Jacena i Jainy. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Qorla. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

97 

-  Obiecałem  dziewczynie,  Ŝe  pozwolę  jej  zobaczyć  się  z  bratem.  Nie  rozumiem, 

dlaczego jest teraz taka rozdraŜniona. 

Pilot  odwrócił  się  i  ruszył  w  stronę  wyjścia  ze  sterowni,  aby  Brakiss  nie  widział 

jego niepewności. Surowe, bezduszne potraktowanie bliźniąt wstrząsnęło nim bardziej, 
niŜ sam byłby skłonny przyznać. 

-  Ich  szkolenie  przebiega  prawidłowo  -  odezwał  się  jeszcze  Brakiss,  kiedy  Qorl 

docierał do drzwi. - Jestem zadowolony z postępów, jakie czynią. JuŜ niedługo staną się 
naszymi wiernymi sługami, Ciemnymi Jedi. 

Pilot  bąknął  coś  w  odpowiedzi,  po  czym  wyszedł  ze  sterowni  i  zamknął  za  sobą 

drzwi. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

98 

R O Z D Z I A Ł  

17 

Tenel  Ka  i  Luke  jechali  na  grzbiecie  oswojonego  młodego  rankora,  do  którego 

jeszcze nie rościły sobie praw siostry Ŝadnego klanu. 

Nocne powietrze było ciepłe i przesycone wilgocią z powodu deszczu, jaki spadł 

podczas  niezwykłej  burzy,  wywołanej  przez  Vonndę  Ra  i  jej  ucznia  Vilasa.  Dwa 
księŜyce  Dathomiry  to  znikały,  to  ukazywały  się  w  przerwach  między  pierzastymi 
chmurami, oświetlając drogę nieziemską, błękitnawą poświatą. 

Tenel  Ka  siedziała  przed  Luke’em  na  siodle,  splecionym  ze  skór  whuffy,  i 

kierowała  rankora  w  stronę  wielkiego  kanionu.  Wiedziała,  Ŝe  jest  dobrym  jeźdźcem. 
Musiała  przyznać,  Ŝe  czuje  się  doskonale,  mogąc  zademonstrować  mistrzowi 
Skywalkerowi coś, w czym sama jest mistrzynią. 

Lekki  podmuch  wiatru  zaszeleścił  liśćmi  mijanych  niewysokich  krzaków  tak,  Ŝe 

kiedy  mistrz  Skywalker  pochylił  się,  Ŝeby  szepnąć  coś  do  jej  ucha,  dziewczyna  z 
trudem go usłyszała. 

-  Kiedyś  musiałem  zabić  rankora  -  oświadczył  mistrz  Jedi.  -  Wstydziłem  się 

później tego, co zrobiłem. Rankory są wspaniałymi zwierzętami. 

-  Mimo  to  są  niebezpieczne  dla  wszystkich,  których  nie  uwaŜają  za  przyjaciół  - 

odparła Tenel Ka. 

Luke przez chwilę się nie odzywał. 
-  Walczyłem  w  wielu  bitwach  -  powiedział  w  końcu.  -  I  owszem,  musiałem 

zabijać.  Jasna  strona  Mocy  nauczyła  mnie  jednak,  Ŝe  lepiej  jest  przedtem  zrobić 
wszystko, co moŜliwe, Ŝeby... doprowadzić do zmiany sytuacji... 

-  Ale  z  pewnością  jakaś  Siostra  Nocy  czy  ktoś  inny,  zwiedziony  przez  ciemną 

stronę  Mocy,  nie  zawaha  się  przed  zabiciem  ciebie,  mistrzu  Skywalkerze  -  przerwała 
mu dziewczyna. 

- Masz całkowitą rację! - Łagodny okrzyk Luke’a zaskoczył dziewczynę. - Osoby 

posługujące  się  jasną  stroną  wierzą  w  te  same  prawdy,  którym  dają  wiarę  ci,  co 
korzystają z usług ciemnej strony. My jednak moŜemy zademonstrować nasze róŜnice 
tylko  wówczas,  jeŜeli  będziemy  postępowali  zgodnie  z  tym,  w  co  wierzymy.  W 
przeciwnym razie... właściwie niczym nie będziemy się róŜnili. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

99 

- A. Aha - odparła Tenel Ka. - To zupełnie tak samo, jak ja staram się udowodnić, 

Ŝ

e  jestem  inna  niŜ  moja  babka  z  Hapes...  -  urwała,  nie  kończąc  zdania.  -  Tak,  teraz 

dobrze to rozumiem. 

 
Pomimo ciemności, młody rankor pewnie wybierał drogę, krocząc stromą ścieŜką 

wiodącą na dno wielkiego kanionu. Dziewczyna i mistrz Jedi minęli po drodze gromadę 
prawie  dwudziestu  ognisk,  co  świadczyło,  Ŝe  w  końcu  dotarli  do  obozowiska  Sióstr 
Nocy. 

W chwili, kiedy znaleźli się  na dnie  wąwozu, stwierdzili, Ŝe oboje są zmęczeni i 

czują  ból  we  wszystkich  mięśniach.  Powietrze  się  ochłodziło,  a  nad  samą  ziemią 
unosiła  się  delikatna  mgiełka.  Oboje  cieszyli  się,  Ŝe  mają  ciepłe  szaty.  Pamiętali,  Ŝe 
wcisnęła  je  im  Augwynne  w  ostatniej  chwili  podczas  gorączkowych  przygotowań  do 
podróŜy.  Stara  kobieta  dała  im  zresztą  zapasowe  stroje,  które  miały  świadczyć  o 
prawdziwości  ich  opowieści,  a  takŜe  worek  z  Ŝywnością  na  drogę.  Później  gorąco 
uściskała Tenel Ka. 

- Córko córki mojej córki - powiedziała. - Idź w pokoju. Myśli wszystkich kobiet 

klanu  ze  Śpiewającej  Góry  będą  z  tobą.  -  Odwróciła  się  do  Luke’a.  -  I  niech  Moc 
będzie z wami - dodała. 

Augwynne wypuściła wnuczkę z objęć i ponownie się do niej zwróciła. 
-  Jestem  dumna  z  tego,  co  robisz  dla  przyjaciół,  Ŝeby  ich  uratować.  Jesteś 

prawdziwą  wojowniczką,  jedną  z  kobiet  naszego  klanu.  Zawsze  pamiętaj  o  naszej 
najświętszej zasadzie, zapisanej w Księdze Praw: „Nigdy nie ustępuj przed złem”. 

Teraz, kiedy zbliŜali się do tego zła, Tenel Ka wzdrygnęła się i owinęła szczelniej 

opończą. Zastanawiała się, czy w obozie Sióstr Nocy znajdą Lowbaccę, Jacena i Jainę, 
czy moŜe ich wizyta u wiedźm będzie tylko jednym z pośrednich etapów poszukiwań. 
Czy moŜliwe, Ŝeby Siostry Nocy kształciły wszystkich troje w posługiwaniu się ciemną 
stroną  Mocy? Tenel  Ka  zamknęła  oczy  i  próbowała  wybiec  przed  siebie  myślami,  ale 
nigdzie nie wyczuła ani śladu obecności porwanych przyjaciół.  

Luke  Skywalker  zapewne  dobrze  wiedział,  co  dzieje  się  w  jej  głowie,  gdyŜ 

ponownie pochylił się ku dziewczynie. 

-  JeŜeli  nie  znajdziemy  ich  tutaj,  Moc  poprowadzi  nas  jeszcze  dalej  -  szepnął.  - 

Jesteśmy blisko... Czuję to. 

Od  strony  skalnych  ścian  wąwozu  dobiegło  nagle  przeciągłe  wycie.  Tenel  Ka 

drgnęła, zaskoczona. 

-  To  straŜniczka  podniosła  alarm  -  powiedziała,  zła  na  siebie,  Ŝe  nie  była  na  to 

przygotowana. 

- To dobrze - odparł Luke. - A zatem wiedzą, Ŝe się zbliŜamy. 
Dziewczyna wahała się przez chwilę; nie wiedziała, czy powinna jechać dalej, ale 

później  jednak  przynagliła  młodego  rankora  do  dalszej  drogi.  Uniosła  głowę  i 
popatrzyła na niebo, które właśnie zmieniało barwę z czarnej na sinoszarą, świadczącą 
o zbliŜaniu się świtu. Po raz kolejny pomyślała o tym, ile czasu minęło od porwania jej 
przyjaciół. 

Akademia Ciemnej Strony 

100 

Rankor  pokonał  następny  zakręt  wąskiego  szlaku  i  raptownie  stanął.  Tenel  Ka 

spojrzała  przed  siebie  i  stwierdziła,  Ŝe  dalszą  drogę  zagradzają  trzy  dorosłe  rankory. 
Zwierzęta były dosiadane przez straŜniczki, a kaŜda była ubrana tak samo jak Vonnda 
Ra i Vilas poprzedniego wieczora. 

Luke  połoŜył  dłoń  na  biodrze  Tenel  Ka,  chcąc  ją  ostrzec,  ale  dziewczyna  juŜ 

wiedziała. Mimo panującego półmroku było widać, Ŝe kaŜda kobieta trzyma imperialny 
blaster, wymierzony w ich stronę. 

Tenel  Ka  była  wychowywana  w  ten  sposób,  Ŝeby  mogła  w  trudnych  chwilach 

objąć dowództwo. ChociaŜ rzadko korzystała z tej umiejętności, traktowała ją jako coś 
oczywistego. Wyprostowała się w siodle i uniosła rękę w geście pozdrowienia. 

-  Siostry  i  bracia  klanu  z  Wielkiego  Kanionu  -  powiedziała.  -  Wasze  wezwanie 

dotarło aŜ do kobiet z Mglistych Wzgórz. Zdecydowałam się wyruszyć w drogę, by się 
do  was  przyłączyć.  Jesteśmy  trochę  obeznani  z  Mocą,  ale  pragniemy  poznać  wasze 
nauki. Chcemy umieć korzystać z całej Mocy, byśmy mogli w ten sposób stać się silni. 

 
Tenel  Ka  i  Luke  zostawili  rankora  razem  z  innymi  zwierzętami  na  niewielkim 

pastwisku,  otoczonym  palisadą,  po  czym  udali  się  za  straŜniczkami  do  środka  obozu. 
Dziewczyna  była  zdumiona  widokiem  dwóch  imperialnych  zwiadowczych  robotów 
kroczących typu AT-ST, chodzących jak mechaniczne ptaki po obwodzie obozowiska i 
strzegących zagrody z rankorami. 

Tenel  Ka,  mijając  szeregi  jaskrawych  namiotów,  sporządzonych  z  jaszczurczych 

skór,  zauwaŜyła  około  dziesięciu  kobiet  i  co  najmniej  tyluŜ  męŜczyzn,  zapewne 
zajętych  codziennymi  porannymi  obowiązkami.  Chodzili  tu  i  tam  w  absolutnej  ciszy, 
jakby  ciepłe  mgliste  opary  wiszące  nad  ziemią  poniŜej  ich  kolan  tłumiły  wszystkie 
dźwięki. Dziewczyna nie widziała jednak w całym obozie Ŝadnych dzieci. Nie słyszała 
teŜ  dziecięcego  płaczu  ani  śmiechu,  ani  odgłosów  świadczących  o  tym,  Ŝe  się  bawią. 
Prawdę  mówiąc,  pośród  osób  naleŜących  do  klanu  z  Wielkiego  Kanionu,  jakie 
widziała, nie dostrzegała nikogo, kto byłby młodszy niŜ ona czy chociaŜby w jej wieku. 

ChociaŜ dobrze wiedziała, czego oczekiwać, zdumiewała się widokiem męŜczyzn 

chodzących  tak  samo  swobodnie  jak  kobiety.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  nie  są  niczyimi 
niewolnikami.  Dziewczyna  była  ciekawa,  czy  naprawdę  było  moŜliwe,  Ŝeby  kobiety 
uwaŜały tych osobników za równych sobie. 

Cała  grupa  zatrzymała  się  przed  ogromnym  wielobarwnym  namiotem, 

ustawionym  w  samym  środku  obozowiska.  Konstrukcja,  przypominająca  pawilon, 
unosiła  się  nad  morzem  mgły  niczym  barbarzyńska  wyspa,  sporządzona  z 
pozszywanych skór jaszczurczych i futer. NaroŜniki i środek pawilonu przytwierdzono 
do czubków ogromnych włóczni o długości około trzech metrów i średnicy co najmniej 
równych grubości przegubu dłoni Tenel Ka. 

Jedna  z  Sióstr  Nocy  uniosła  klapę  namiotu  i  gestem  zaprosiła  ich  do  środka. 

Usłuchali, ale Siostra Nocy pozostała przed pawilonem. Opuściła klapę nie pozwalając, 
by  do  środka  przedostały  się  opary  czy  blask  poranka.  Tenel  Ka  czekała,  aŜ  jej  oczy 
przyzwyczają się do ciemności. Ponownie spróbowała wysłać myślowe wici, ale znów 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

101 

nie  odnalazła  ani  śladu  przyjaciół.  Delikatny  dotyk  ręki  mistrza  Skywalkera  na 
ramieniu przekonał ją jednak, Ŝe nie powinna upadać na duchu. 

Mała iskierka światła, widoczna w samym środku pawilonu, przemieniła się nagle 

w jasny płomień. Dziewczyna stwierdziła, Ŝe źródłem światła jest kaganek wykonany z 
odwróconego  czerepu  górskiej  jaszczurki.  Obok  lampki  ujrzała  przestronne 
podwyŜszenie,  zaścielone  skórami  i  futrami  najróŜniejszych  dzikich  zwierząt.  Z  tego 
samego  surowca  były  wykonane  takŜe  poduszki.  Na  podwyŜszeniu  stało  masywne 
krzesło,  sporządzone  z  wypchanego  łba  dorosłego  rankora,  a  na  krześle  rozpierała  się 
odziana  w  szykowne  szaty  kobieta.  Władczym  ruchem  ręki  zaprosiła  ich,  aby  się 
zbliŜyli. Zapewne chciała, Ŝeby znaleźli się w kręgu rzucanego przez kaganek światła. 

Nie zadając sobie trudu powitania gości, Vonnda Ra zapytała: 
- Po co tutaj przybywacie? 
Tenel  Ka,  która  rozpoznała  ciemnowłosą  kobietę  od  pierwszego  rzutu  oka, 

odparła: 

-  Przybywam  tu,  aby  przyłączyć  się  do  Sióstr  Nocy.  Przyprowadziłam  takŜe 

swojego niewolnika. 

-  Co  pragniesz  nam  zaoferować?  -  Vonnda  Ra  sprawiała  wraŜenie 

zainteresowanej,  ale  nie  bardzo  przejętej  wizytą  gości.  -  Wielu  przybywa,  chcąc 
przyłączyć się do naszego klanu, ale na ogół są to sami słabeusze. Kobiety szukają nas, 
poniewaŜ  mają  niewielkie  umiejętności  albo  nie  cieszą  się  szacunkiem  pośród  cór 
własnego  klanu.  Przybywają  takŜe  męŜczyźni,  którzy  nigdy  nie  mieli  Ŝadnej  władzy, 
ale dzięki naszym naukom mogą się czuć wolni. Na ogół oni takŜe nie mają niczego do 
zaoferowania. A wy z czym przychodzicie? 

Vonnda Ra wyciągnęła rękę i wskazała jaszczurczą czaszkę z olejem i płonącym 

knotem. 

- Czy potraficie zrobić coś takiego? - zapytała. 
Oliwna  lampka  uniosła  się  w  powietrze  i  poszybowała  ku  sklepieniu  namiotu, 

rzucając  coraz  szerszy,  ale  i  coraz  ciemniejszy  krąg  blasku,  po  czym  bardzo  powoli 
znów osiadła obok podwyŜszenia z tronem Siostry Nocy.  

Tenel Ka kiwnęła głową. 
- Przyznaję, Ŝe kiedyś trochę ćwiczyłam takie sztuczki. 
Dziewczyna postanowiła nie uciekać się do Ŝadnych teatralnych gestów ani słów. 

Przymknęła  oczy  i  zaczęła  się  skupiać,  po  czym  spróbowała  pochwycić  kaganek 
myślami.  Nigdy  przedtem  nie  posługiwała  się  Mocą,  Ŝeby  sprawić  komukolwiek 
przyjemność  czy  pochwalić  się  swoim  talentem.  Korzystała  z  siły  Mocy  tylko 
wówczas,  kiedy było to absolutnie konieczne, ale teraz postanowiła dać pokaz swoich 
umiejętności, myśląc o porwanych przyjaciołach. JeŜeli nie pokaŜe Siostrom Nocy, co 
naprawdę potrafi, prawdopodobnie juŜ nigdy nie zobaczy Jacena, Jainy i Lowbaccy. 

Głęboko odetchnęła i powoli wypuściła powietrze. Kaganek, nie wydając Ŝadnego 

dźwięku,  uniósł  się  nad  podwyŜszenie,  po  czym  poszybował  ku  sklepieniu  pawilonu. 
Tenel Ka zaczęła rozmyślać o płomieniu. Podsycając go myślami, sprawiła, Ŝe z kaŜdą 
chwilą  świecił  coraz  jaśniej  i  jaśniej.  Przestała,  kiedy  blask  oliwnej  lampki  oświetlił 
wszystkie najmroczniejsze zakamarki namiotu, po czym nakłoniła lampę, Ŝeby okrąŜyła 

Akademia Ciemnej Strony 

102 

pawilon,  przelatując  o  kilka  centymetrów  pod  sklepieniem.  Kaganek  zatoczył  pełny 
krąg tak szybko, Ŝe Tenel Ka usłyszała, jak zdumiona Vonnda Ra gwałtownie nabrała 
powietrza. Nie otwierając szerzej oczu, ujrzała, Ŝe ciemnowłosa kobieta wyprostowała 
się i wyciągnęła poziomo rękę w ten sposób, iŜ otwarta dłoń była skierowana do góry. 
Zapewne chciała przerwać pokaz albo zadać jakieś pytanie. 

Tenel Ka pozwoliła, Ŝeby lampka zatoczyła drugi krąg, o nieco mniejszej średnicy 

i nieco niŜej niŜ poprzedni, a potem trzeci i czwarty, jeszcze niŜej i jeszcze szybciej. W 
końcu  kaganek  zaczął  się  obniŜać,  krąŜąc  nadal  tak  szybko  po  spirali,  Ŝe  z  trudem 
moŜna  było  nadąŜyć  za  nim  spojrzeniem.  Przez  cały  czas  jasno  płonął,  ale  wszystko 
trwało  zaledwie  kilka  sekund.  Na  koniec  Tenel  Ka  delikatnie  opuściła  lampkę  na 
wyciągniętą dłoń Siostry Nocy. 

Uradowana Vonnda Ra głośno zachichotała. 
- Witaj w naszym klanie, siostro - powiedziała. - Jak się nazywasz? 
Tenel Ka otworzyła szeroko oczy i uniosła głowę. 
-  Moje  nazwisko...  Nasze  nazwiska  w  tej  chwili  nie  mają  dla  nas  znaczenia. 

Odrzuciliśmy je, kiedy opuściliśmy rodzinne strony. 

- Podejdź do mnie - rozkazała Siostra Nocy. 
Kiedy  Tenel  Ka  usłuchała,  Vonnda  Ra  wstała  z  niesamowitego  krzesła,  ujęła  w 

palce podbródek dziewczyny i zajrzała głęboko w jej oczy. 

-  Tak  -  powiedziała,  z  zadowoleniem  kiwnąwszy  głową.  -  Masz  w  sobie  duŜo 

gniewu.  Czy  jesteś  gotowa  udać  się  do  innego  miejsca,  by  się  kształcić?  Do  miejsca 
pośród gwiazd, gdzie nauczysz się, czego tylko zechcesz? 

Tenel  Ka  poczuła,  Ŝe  serce  w  jej  piersi  zaczyna  bić  przyspieszonym  rytmem. 

MoŜe  to  właśnie  było  to  miejsce,  do  którego  zostali  uprowadzeni  Jacen,  Jaina  i 
Lowbacca? 

- Chciałabym udać się tam, gdzie znajdę najlepszych nauczycieli - oświadczyła. 
- Ale przedtem będziesz musiała pozostawić tu swojego niewolnika - powiedziała 

Vonnda Ra. - Nie będziemy mogły skorzystać z jego usług. 

- Nie! 
Vonnda Ra westchnęła. 
- Czy uwierzysz, jeŜeli ci powiem, Ŝe męŜczyźni rzadko mają prawdziwy talent, a 

my nigdy nie zajmowałyśmy się kształceniem takich starych osób? JeŜeli go zabierzesz, 
nie będziesz mogła się skupić na tym, czego pragniesz się nauczyć. Nie sądzę, Ŝeby on 
mógł nauczyć się czegoś nowego. A teraz, kiedy juŜ wiesz to wszystko, co odpowiesz? 

- Odpowiem  - odparła Tenel Ka, obrzucając Vonndę Ra najbardziej stanowczym 

spojrzeniem szarych oczu - Ŝe jesteś strasznie głupia. 

Oczy Siostry Nocy wyszły na wierzch ze zdumienia, ale dziewczyna nie czekała, 

aŜ ciemnowłosa kobieta odzyska zdolność mowy. 

-  Ten  męŜczyzna  uczy  się  posługiwać  i  władać  Mocą  od  czasów,  kiedy  mnie 

jeszcze nie było na świecie - oświadczyła. - Niewielu... niewielu, którzy Ŝyją, widziało, 
co potrafi. Ja widziałam. 

Vonnda Ra obdarzyła sceptycznym spojrzeniem Luke’a Skywalkera. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

103 

-  JeŜeli  potrafisz  unieść  to  -  powiedziała,  wskazując  kaganek  z  jaszczurczej 

czaszki  -  i  równieŜ  sprawisz,  Ŝe  zapłonie  tak  jasno  jak  za  sprawą  tej  dziewczyny  - 
kiwnęła głową w stronę Tenel Ka - wówczas będziesz mógł jej towarzyszyć. 

Siostra  Nocy  popatrzyła  na  mistrza  Jedi,  a  potem  przeniosła  spojrzenie  z 

powrotem  na  oliwną  lampkę.  Widząc,  Ŝe  się  nie  porusza,  obdarzyła  męŜczyznę 
pogardliwym  uśmieszkiem,  wyraźnie  widocznym  w kącikach ust. Nagle przed oczami 
kobiety  pojawiło  się  coś  wielkiego  i  mrocznego,  co  przysłoniło  jej  widok  oliwnej 
lampki.  Jej  płomyk  zamienił  się  w  jasny  płomień  i  Siostra  Nocy  ujrzała  przed  sobą 
paskudny  pysk  rankora,  na  którym  niedawno  siedziała,  szczerzący  kły  jakby  w 
uśmiechu. W pustych oczodołach bestii widniały teraz figlarne błyski. Nagle łeb uniósł 
się jeszcze wyŜej i jak upiorny wahadłowiec poszybował pod sklepienie pawilonu. 

Tenel  Ka  spostrzegła,  Ŝe  mistrz  Jedi  stoi  z  rękoma  skrzyŜowanymi  na  piersi. 

Zgiąwszy lekko jedną nogę w kolanie na znak, Ŝe jest odpręŜony, przekrzywił głowę i 
uśmiechnął  się  do  Siostry  Nocy,  ale  nie  przestał  panować  nad  łbem  rankora, 
zataczającym kręgi pod sklepieniem pawilonu. 

-  PoniewaŜ  prosiłaś  o  światło  -  powiedział  -  będziesz  miała  tyle  światła,  ile 

zechcesz. 

Wypchany  łeb  rankora,  nie  przestając  wirować,  wystrzelił  nagle  w  górę  jak 

blasterowa błyskawica. Rozerwał  sklepienie  namiotu i zniknął. Pozostawił poszarpaną 
dziurę, przez którą wpadły jaskrawe promienie wschodzącego słońca. 

Siostra  Nocy  sprawiała  wraŜenie  zakłopotanej  i  bardziej  niŜ  trochę 

zdenerwowanej,  ale  podeszła  do  Luke’a  i  uniosła  palcami  jego  brodę.  Przez  ponad 
minutę zaglądała głęboko w jego oczy. 

- Tak jessst  - syknęła  w końcu. - Tak, ty naprawdę pojmujesz, czym jest ciemna 

strona. 

Nie ukrywając zdumienia, cofnęła się i jeszcze raz zerknę a na dziurę w sklepieniu 

namiotu, po czym znów przeniosła spojrzenie na Tenel Ka i Luke’a. 

-  Spodziewamy  się,  Ŝe  imperialny  wahadłowiec,  który  zwykle  dostarcza  nam 

zapasy  Ŝywności,  przyleci  jutro  o  świcie  -  oznajmiła.  -  Kiedy  będzie  opuszczał  tę 
planetę, musicie być na jego pokładzie. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

104 

R O Z D Z I A Ł  

18 

Jacen,  Jaina  i  Lowbacca  byli  w  pierwszej  chwili  zachwyceni  i  zdumieni,  Ŝe 

następne  ćwiczenie  będą  mogli  wykonać  razem,  ale,  widząc  ponure  twarze  Brakissa  i 
Tamith Kai, bardzo szybko stracili dobry humor. Oczywiście - pomyślał Jacen. - Oboje 
instruktorzy  Akademii  Ciemnej  Strony  z  pewnością  wymyślili  dla  nas  coś  trudnego  i 
niebezpiecznego. 

-  PoniewaŜ  musicie  czynić  postępy  w  nauce  -  zaczął  Brakiss,  wykonując  gest, 

jakby  coś  odsuwał  czy  unosił  -  kolejne  ćwiczenia,  jakie  zaprojektowaliśmy,  będą  dla 
was coraz większym wyzwaniem. 

Zaniepokojony Lowie jęknął. 
-  Podczas  następnego  ćwiczenia  wszyscy  troje  będziecie  musieli  działać  razem  - 

ciągnął Brakiss. - Wszyscy uczniowie, którzy chcą pomóc naszej sprawie, powinni się 
nauczyć  współdziałać  z  innymi.  Nadejdzie  czas,  kiedy  będziemy  musieli  się 
zjednoczyć, Ŝeby móc odpowiedzieć na wezwanie Drugiego Imperium. 

Em  Teedee,  popierając  słowa  urodziwego  męŜczyzny,  odezwał  się  ze  swojego 

miejsca u pasa Lowiego. Powtórzył słowa Brakissa jak papuga: 

- O tak, z całą pewnością. Odpowiemy na wezwanie Drugiego Imperium. 
Lowie warknął, nakazując miniaturowemu androidowi-tłumaczowi, by był cicho. 
-  PrzecieŜ  nie  musi  pan  się  zwracać  do  mnie  takim  tonem  -  odparł 

przeprogramowany Em Teedee, wyraźnie uraŜony. - Pragnę tylko zwrócić pana uwagę 
na rzeczy, które powinien pan zapamiętać. 

Troje młodych Jedi zostało zaprowadzonych do innego pomieszczenia, tym razem 

znacznie  mniejszego,  niemal  przyprawiającego  o  klaustrofobię.  We  wszystkich 
czterech  ścianach  pokoju  znajdowały  się  niewielkie  okrągłe  otwory,  przysłonięte 
metalowymi klapami. 

Tamith  Kai  udała  się  do  kontrolnego  pulpitu,  umieszczonego  w  jednym  rogu,  i 

wyciągnąwszy palce z długimi paznokciami, wystukała na klawiaturze jakieś polecenie. 
Cztery metalowe klapy się odchyliły i z kaŜdego otworu wysunął się zdalnie sterowany 
kulisty przedmiot, unoszący się na repulsorach. 

Zdalniaki  były  wykonane  z  metalu,  a  z  ich  sferycznych  powierzchni  wystawały 

krótkie  lufy  miniaturowych  laserowych  działek.  Jacen  pomyślał,  Ŝe  ich  widok 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

105 

przypomina  obronne  satelity,  chroniące  orbitalną  stację  wydobywczą  Landa 
Calrissiana, którym nie udało się odeprzeć ataku imperialnych kanonierek. Zaniepokoił 
się przypuszczając, Ŝe za chwilę zdalniaki mogą zacząć strzelać do nich. 

- To są wasi obrońcy - wyprowadziła go z błędu Tamith Kai. - Oczywiście, o ile 

Wookie nauczy się prawidłowo nimi posługiwać. 

Lowie burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie. 
-  Naprawdę,  mógłbyś  okazać  trochę  więcej  cierpliwości,  Lowbacco  -  skarcił  go 

Em Teedee. - Jestem pewien, Ŝe wszystkiego się dowiesz we właściwym czasie. Wiesz, 
ta kobieta jest doskonałą instruktorką. 

Brakiss wyciągnął rękę i pokazał pozostałe - zamknięte - otwory, umieszczone w 

ś

cianach. 

-  Wszystkie  inne  będą  otwierane  w  przypadkowej  kolejności  -  wyjaśnił  -  a  wy 

będziecie bombardowani przedmiotami, wystrzeliwanymi z nich z duŜą siłą. 

MęŜczyzna  wsunął  dłoń  między  fałdy  srebrzystej  szaty  i  wyciągnął  parę  pałek  o 

długości mniej więcej czterdziestu centymetrów kaŜda, wykonanych z wypolerowanego 
drewna. Wręczył po jednej Jacenowi i Jainie. 

- To wasza jedyna broń - oznajmił. - Będziecie bronili się tymi pałkami... i Mocą. 

Mając Moc za sprzymierzeńca, nie musicie korzystać z innej broni. 

- To juŜ wiemy - stwierdziła oschle Jaina. 
-  To  doskonale  -  odparł  Brakiss.  W  kącikach  jego  ust  błąkał  się  przeraŜająco 

spokojny uśmiech. - A zatem nie zaprotestujecie przeciwko pozostałym ograniczeniom, 
jakie  na  was  nałoŜymy.  -  Wyciągnął  z  rękawa  dwa  drugie,  wąskie  paski  czarnego 
materiału.  -  Musicie  posługiwać  się  Mocą,  jeŜeli  chcecie  wykrywać  przedmioty, 
wystrzeliwane ku wam z otworów. Będziecie ćwiczyli z zawiązanymi oczami. 

Jacen poczuł, Ŝe jego serce kurczy się z przeraŜenia. 
-  Kiedy  przedmioty  będą  leciały  w  waszą  stronę  -  mówił  Brakiss  -  powinniście 

albo zmieniać tory ich lotu, posługując się Mocą, albo bronić się przed nimi za pomocą 
drewnianych  pałek.  -  Wzruszył  ramionami.  -  To  wszystko.  Ćwiczenie  nie  jest  chyba 
bardzo trudne. 

Tamith Kai postanowiła udzielić dodatkowych wyjaśnień. 
-  Wookie  będzie  przebywał  w  sterowni  obserwując,  co  dzieje  się  w  waszej  sali. 

Powinien  starać  się  was  chronić.  Udostępnimy  mu  komputer  z  kompletnym 
oprogramowaniem,  za  pomocą  którego  będzie  sprawował  nieograniczoną  władzę  nad 
tymi  czterema  zdalniakami.  KaŜda  kula  dysponuje  wieloma  silnymi  laserami.  Ich 
promienie  mogą  zniszczyć  kaŜdy  wystrzelony  z  otworu  przedmiot.  Oczywiście,  jeŜeli 
chybi, a promień lasera przez przypadek trafi  któreś z  was,  moŜecie odnieść powaŜne 
rany. 

- A zatem - podjął Brakiss, zacierając ręce i radośnie się uśmiechając - będziecie 

mieli  własną  broń,  a  Wookie  moŜe  sterować  ruchami  zdalniaków.  JeŜeli  chcecie 
przeŜyć, musicie nauczyć się współpracować. 

Jacen  nerwowo  przełknął  ślinę.  Jaina  dumnie  uniosła  głowę  i  wyzywająco 

popatrzyła  na  dwoje  imperialnych  nauczycieli.  Lowie  zjeŜył  sierść  i  zaczął  zaciskać  i 
rozwierać palce ogromnych dłoni. 

Akademia Ciemnej Strony 

106 

- Pozwólcie, Ŝe powiem to bez ogródek - odezwała się ponownie Tamith Kai, nie 

kryjąc  groźby  w  niskim  głosie  -  Te  pociski  nie  są  hologramami.  Będą  stanowiły 
prawdziwe zagroŜenie i jeŜeli któryś was trafi, poczujecie prawdziwy ból. 

-  Co  to  będą  za  pociski?  -  zapytał  zniecierpliwiony  Jacen.  -  Czym  chcecie  nas 

bombardować? 

- Nasze ćwiczenie zostało podzielone na trzy etapy  - odparł Brakiss.  - W trakcie 

pierwszego  będziemy  wystrzeliwali  ku  wam  twarde  piłki.  Ich  trafienia  mogą  zaboleć, 
ale  was  nie  zranią.  Kiedy  zwiększymy  tempo  ćwiczenia  i  przejdziemy  do  drugiego 
etapu,  zamierzamy  bombardować  was  odłamkami  skał  i  ostrymi  kamieniami.  Te 
pociski mogą łamać kości i zadawać bardzo cięŜkie rany. 

Fioletowoczerwone  wargi  Tamith  Kai  rozciągnęły  się  w  szerokim  uśmiechu, 

jakby kobietę ogarnęło jakieś radosne podniecenie. 

-  W  czasie  trzeciego  etapu  ćwiczenia  będziemy  strzelali  do  was  noŜami  - 

oświadczyła. 

Jainę na chwilę zamurowało. 
-  Cieszę  się,  Ŝe  macie  takie  duŜe  zaufanie  do  naszych  umiejętności  -  burknął 

Jacen. 

- Będę bardzo rozczarowany, jeŜeli oboje zostaniecie zabici - oświadczył Brakiss. 

Nie ulegało wątpliwości, Ŝe mówi powaŜnie. 

- Hej, my teŜ! - wykrzyknął Jacen. 
- Wydaje mi się, Ŝe on otrząśnie się z tego znacznie szybciej niŜ my - zauwaŜyła 

półgłosem Jaina. 

Jacen  przestąpił  z  nogi  na  nogę,  ale  kiedy  poczuł  pod  stopą  coś  twardego,  w 

ostatniej  chwili  przypomniał  sobie,  by  nie  skrzywić  twarzy.  Nie  wiedząc,  co  innego 
mógłby  zrobić  z  klejnotem  corusca,  przez  cały  czas  trzymał  go  w  bucie.  Nie  chciał 
jednak,  Ŝeby  twardy  kryształ  kaleczył  mu  ciało  i  rozpraszał  jego  uwagę  podczas 
zmagań z pociskami. Wyginał stopę tak długo, aŜ klejnot znalazł się z boku buta, gdzie 
było trochę więcej wolnego miejsca. 

Brakiss  przysłonił  oczy  Jacena  czarną  opaską,  po  czym  chłopiec  przestał 

cokolwiek widzieć. 

- Wookie będzie robił, co moŜe, Ŝeby was chronić - powiedział. 
Jacen  mocno  uchwycił rękojeść twardej pałki i przez chwilę się zastanawiał, czy 

porządnie  nie  uderzyć  nią  Ciemnego  Jedi  po  kolanach  i  tłumaczyć  się  później,  Ŝe 
niczego  nie  widział  i  uczynił  to  przez  przypadek.  Doszedł  jednak  do  przekonania,  Ŝe 
taki  czyn  wpędziłby  ich  w  jeszcze  gorsze  tarapaty,  a  w  tej  chwili  oboje  potrzebowali 
wszystkich sił, Ŝeby walczyć o Ŝycie. 

- Powodzenia - odezwał się jeszcze Brakiss. ChociaŜ Jacen nie mógł go widzieć, 

miał wraŜenie, Ŝe męŜczyzna przyłoŜył usta do jego ucha. 

Chłopiec  nie  odpowiedział.  Po  chwili  usłyszał  chichot  Tamith  Kai 

wyprowadzającej  Lowiego  z  niewielkiej  sali.  Wookie  jęknął,  ale  natychmiast  rozległ 
się piskliwy, metaliczny głosik Em Teedee, strofującego swojego właściciela: 

-  No,  no,  Lowbacco,  narzekanie  niewiele  ci  pomoŜe.  Musisz  nauczyć  się  być 

odwaŜnym i skłonnym do poświęceń, tak jak ja się nauczyłem. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

107 

Jacenowi  wydawało  się,  Ŝe  stoi  w  nieprzeniknionych  ciemnościach  i  nie  dotyka 

niczego  oprócz  trzonka  pałki.  Nagle  chłopiec  usłyszał,  Ŝe  drzwi  sali  z  cichym  sykiem 
się zasuwają. 

- Jesteś przygotowana, Jaino? - zapytał. 
- TeŜ pytanie! - odparła. 
W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Jacen słyszał tylko szmer oddechów i 

wyczuwał przyspieszone pulsowanie krwi w uszach. Czuł, Ŝe Jaina stoi obok niego. Od 
czasu do czasu, gdy się poruszała, słyszał takŜe szelest materiału jej kombinezonu. 

- MoŜe byłoby lepiej, gdybyśmy oparli się o siebie plecami? - zaproponował. - W 

ten sposób będziemy chronieni przynajmniej od tyłu. 

Bliźnięta  zetknęły  się  plecami.  Czekały  i  nasłuchiwały.  Po  kilku  sekundach 

usłyszały  pomruk  jakiejś  maszynerii,  zduszony  zgrzyt  dobiegający  od  strony  jednej 
ś

ciany.  Zrozumiały,  Ŝe  jedna  z  klap  przysłaniających  otwór  została  odchylona.  Jacen 

usiłował  posłuŜyć  się  Mocą,  by  coś  zobaczyć,  mimo  opaski  przysłaniającej  oczy. 
Chciał wiedzieć, skąd mógłby nadlecieć pocisk. 

Nagle  usłyszał  cichy  syk  rozpręŜanego  powietrza,  z  jakim  pierwszy  przedmiot 

wyleciał  z  otworu  jak  armatnia  kula.  Posługując  się  innymi  zmysłami,  obrócił  się  w 
miejscu i  machnął drewnianą pałką jak  kijanką.  Zamierzał odbić twardą piłkę  na bok, 
ale ta uderzyła go w ramię. Była naprawdę bardzo twarda i jej uderzenie zabolało. 

- Au! - krzyknął odruchowo. 
Później  usłyszał  odgłos  wystrzeliwania  drugiej  piłki,  a  po  nim  skwierczenie 

strzałów lasera zdalniaka, w tej samej chwili zagłuszone przez okrzyk Jainy, stojącej za 
jego plecami. Jacen wyczuł, Ŝe był to raczej okrzyk pełen zdumienia i zakłopotania niŜ 
bólu. 

Starał  się  uzmysłowić  sobie,  skąd  moŜe  nadlecieć  następny  pocisk.  Zgrzyty 

odchylanych klap powtarzały się w coraz krótszych odstępach czasu. Jacen usłyszał, jak 
otwiera się  następna, i zorientował się, Ŝe kolejna twarda piłka szybuje  w jego stronę. 
Zamachnął  się  drewnianą  pałką  i  poczuł,  Ŝe  tym  razem  udało  mu  się  musnąć 
powierzchnię  piłki.  JuŜ  miał  wydać  okrzyk  triumfu,  ale  uświadomił  sobie,  Ŝe  trafił 
wystrzelony przedmiot bardziej dzięki szczęśliwemu trafowi niŜ umiejętności władania 
Mocą. 

Następny  szmer  otwieranej  klapy  i  następny  pocisk,  a  po  nim  kolejny  i  jeszcze 

jeden,  nadlatujący  z  innej  strony.  Unoszące  się  zdalniaki,  sterowane  przez  Lowiego, 
starały się zestrzeliwać lecące piłki. W pewnej chwili Jacen usłyszał odgłos wybuchu i 
pomyślał, Ŝe zapewne Lowie trafił chociaŜ jeden cel. Miał nadzieję, Ŝe wymizerowany 
Wookie nie zrani przez pomyłkę jego ani Jainy. 

Brakiss nie omieszkał powiedzieć im, Ŝe nie powinni tłumić w sobie gniewu, gdyŜ 

tylko w ten sposób zwiększą swoją władzę nad Mocą. Kiedy więc kolejna piłka trafiła 
Jacena w okolice Ŝebra, chłopiec przez chwilę czuł taki ból, Ŝe rozwścieczony, omal nie 
zaczął  wymachiwać  pałką  na  oślep.  W  porę  przypomniał  sobie  jednak  nauki  wujka 
Luke’a. Mistrz Jedi uczył go, Ŝe rycerz włada Mocą najskuteczniej wówczas, kiedy jest 
spokojny  i  odpręŜony;  kiedy  pozwala  Mocy  przepływać  przez  siebie,  a  nie  stara  się 
naginać jej do swojej woli ani wykorzystywać do własnych celów. 

Akademia Ciemnej Strony 

108 

Jacen usłyszał głośny trzask uderzenia twardego przedmiotu o drewno i domyślił 

się, Ŝe jego siostra odbiła jakąś piłkę.  

- Mam cię! - zawołała. 
Jacen pozwolił, Ŝeby jego umysł otworzył się na działanie Mocy. W pewnej chwili 

dostrzegł niewyraźną plamkę światła, pojawiającą się w morzu ciemności, i zrozumiał, 
Ŝ

e następna piłka nadleci  właśnie z tej strony. PosłuŜył się Mocą Ŝeby zmienić tor jej 

lotu.  Piłka  była  posłuszna  jego  woli  i  z  głuchym  stukiem  uderzyła  o  ścianę.  W 
następnej chwili ujrzał kolejną rozmytą plamkę, a po niej następną i następną. Pociski 
zaczęły nadlatywać z róŜnych stron, coraz szybciej i szybciej, jeden po drugim. 

Chłopiec  posługiwał  się  Mocą.  Wymachiwał  drewnianą  pałką,  starając  się 

nadąŜać za wystrzeliwanymi piłkami. Wyczuwał, Ŝe Jaina takŜe radzi sobie coraz lepiej 
i Ŝe laserowe błyskawice zdalniaków, sterowanych przez Lowiego, takŜe coraz częściej 
trafiają  do  celów.  Pocisków  nadlatywało  jednak  tak  wiele,  Ŝe  młody  Wookie  do 
niektórych chybiał, a moŜe po prostu nie nadąŜał trafiać wszystkich. 

Nagle  coś  bardzo  ostrego  i  twardego  uderzyło  Jacena  w  prawą  rękę  w  okolicy 

łokcia,  a  fala  przenikliwego  bólu  sprawiła,  Ŝe  chłopiec  na  chwilę  zapomniał  o 
oddychaniu.  Poczuł,  Ŝe  jego  ręka  zdrętwiała,  i  natychmiast  przełoŜył  pałkę  do  lewej 
dłoni. Uświadomił sobie, Ŝe ćwiczenie weszło w drugą fazę. Byli teraz bombardowani 
ostrymi odłamkami skał i kamieniami. 

 
Lowbacca,  który  siedział  w  obserwatorium  będącym  równocześnie  sterownią, 

gorączkowo  przebierał  palcami  po  klawiaturze  komputera,  kierując  ruchami  czterech 
obronnych zdalniaków. Raz po raz strzelał z ich laserowych działek i nawet udało mu 
się  trafić  kilka  celów.  Kiedy  jednak  pociski  zaczęły  być  wystrzeliwane  w  coraz 
krótszych  odstępach  czasu,  zrozumiał,  Ŝe  musi  być  ostroŜniejszy.  Wiedział,  Ŝe  gdyby 
nawet musnął laserową smugą którekolwiek z bliźniąt, zraniłby je co najmniej tak samo 
jak spiczasty kamień. 

Nie  trafił  w  kolejny  odłamek  skały,  który  uderzył  Jainę  w  udo.  Na  jej  twarzy, 

przewiązanej czarną opaską,  pojawił  się  grymas bólu. Kolana dziewczyny  się  ugięły i 
Jaina  omal  nie  upadła,  ale  jakoś  zachowała  równowagę.  Wymachiwała  zapewne  na 
oślep pałką i odbiła następny kamień, który szybował ku niej, gotów roztrzaskać głowę. 

W  kierunku  bliźniąt  poleciało  kilka  następnych  kamieni  wystrzeliwanych  ze 

ś

miercionośnymi prędkościami. Lowie zaczął strzelać z laserów wszystkich zdalniaków 

naraz.  Celował,  strzelał,  celował,  strzelał...  Udało  mu  się  w  końcu  stopić  jeden  z 
mechanizmów  odchylających  klapy,  dzięki  czemu  z  tego  otworu  przestały  wylatywać 
pociski.  A  jednak,  mimo  iŜ  tak  się  starał,  w  pewnej  chwili  znów  chybił.  Tym  razem 
spory skalny odłamek trafił Jacena w bok w okolicach pasa. 

I  chłopiec  i  dziewczyna  byli  w  kilku  miejscach  ranni  a  w  wielu  innych 

posiniaczeni.  Słaniali  się  na  nogach,  ale  nadal  walczyli,  jak  najlepiej  umieli.  Lowie 
mruknął  cicho,  jakby  chciał  przeprosić  bliźnięta,  i  jeszcze  szybciej  zaczął  przebierać 
palcami po klawiaturze. 

Nagle usłyszał ostry, natrętny głosik miniaturowego androida: 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

109 

- Czy muszę przypominać, Lowbacco, Ŝe Imperium będzie bardzo rozczarowane, 

jeŜeli w trakcie tego ćwiczenia nie wzniesiesz się na szczyty swoich moŜliwości? 

Lowie  nie  chciał  tracić  energii  ani  czasu  na  rozkazywanie  Em  Teedee,  aby  był 

cicho.  Sterował  pracą  skomplikowanych  mechanizmów  celowniczych,  korzystając  z 
pomocy  rozmaitych  podprogramów  i  dokonując  oceny  wartości  róŜnych  parametrów. 
Wprowadzał  polecenia  palcami  lewej  ręki,  a  palcami  prawej  kierował  ruchami 
zdalniaków.  Wykorzystywał  dosłownie  wszystko,  czego  dotąd  nauczył  się  o 
komputerach. Doprowadzony do rozpaczy, opracował plan... ale jego wykonaniu mógł 
poświęcić tylko cząstkę uwagi. W ciągu krótkiego czasu, kiedy o nim myślał, znacznie 
więcej  spiczastych  odłamków  skał  trafiło  bliźnięta  niŜ  wówczas,  gdy  poświęcał  całą 
uwagę celowaniu i strzelaniu. JeŜeli jednak chciał, Ŝeby jego plan się powiódł, nie mógł 
przestać o nim rozmyślać. 

Wyczuwał,  Ŝe  instruktorzy  Akademii  Ciemnej  Strony,  pragnąc  zademonstrować 

pełnię  władzy,  są  gotowi  zaryzykować  nawet  Ŝycie  swoich  podopiecznych.  Nie 
obchodziło  ich,  Ŝe  niektórzy  mogą  zginąć  podczas  ćwiczeń  mających  wyłonić 
najlepszych  kandydatów.  Lowie  liczył  tylko  na  to,  Ŝe  będzie  umiał  jak  najszybciej 
połoŜyć kres tej udręce. 

Odgarnął  z  czoła  kosmyk  rudobrązowej  sierści  i  spojrzał  w  dół,  na  małą  salę. 

Kamienie nie przestawały zadawać ran bliźniętom. 

Jacen klęczał i gorączkowo wymachiwał drewnianą pałką, ale trzymał ją w lewej 

dłoni.  Jego  prawa  ręka  zwisała  bezwładnie  jakby  sparaliŜowana.  Lowie  widział,  Ŝe 
bliźnięta  są  poranione  i  posiniaczone,  a  mimo  to  z  otworów  wylatywały  wciąŜ  nowe 
kamienie, bezlitośnie je bombardując. 

Nagle  nastąpiła  kilkusekundowa  przerwa,  po  której  coś  uległo  zmianie.  Z 

otworów zaczęły wylatywać długie i ostre metalowe noŜe. 

Lowie  poczuł,  Ŝe  zaczyna  ogarniać  go  panika,  ale  siłą  woli  zmusił  się  do 

poświęcenia uwagi komputerowi. Pokładał w nim całą nadzieję. Komputer był jedynym 
urządzeniem, które mogło ocalić Ŝycie Jacena i Jainy. 

Bliźnięta  posługiwały  się  teraz  Mocą.  Odchylały  tory  lotu  noŜy,  tak  Ŝe  ich 

ś

miercionośne  ostrza  odbijały  się  od  metalowych  ścian  sali,  pozostawiając  na  nich 

długie białe szramy. Jeszcze jeden nóŜ. I jeszcze jeden. 

Lowbacca,  gorączkowo  wystukując  na  klawiaturze  kolejne  polecenie,  pozwolił, 

by  unoszące  się  kule  z  laserami  znieruchomiały  i  przestały  strzelać.  Miał  pomysł.  To 
była jego ostatnia szansa. 

- Panie Lowbacco - odezwał się gderliwie Em Teedee. - Co pan sobie wyobraŜa... 
Lowie  wystukał  kolejną  serię  poleceń.  Miał  nadzieję,  Ŝe  ich  wykonanie  pomoŜe 

uniewaŜnić  sekwencje  wszystkich  poprzednich  rozkazów.  Wcisnął  ostatni  klawisz, 
zezwalając na rozpoczęcie akcji. 

Zobaczył,  Ŝe  w  małej  sali  otworzyło  się  aŜ  pięć  otworów  naraz.  Za  ułamek 

sekundy z kaŜdego miał wystrzelić śmiercionośny nóŜ... 

Nagle  wszystko  w celi zamarło. Światła zamrugały i ściemniały.  Klapy otworów 

ponownie się zatrzasnęły. Ich mechanizmy przestały być zasilane. 

Akademia Ciemnej Strony 

110 

Lowie wydał przeciągle warknięcie, pełne ulgi, po czym bezwładnie zgarbił się na 

fotelu operatora. Przesunął wielką dłonią po pasemku ciemnej sierści, zaczynającym się 
nad  lewym  okiem.  Zrozumiał,  Ŝe  nareszcie  udało  mu  się  unieruchomić  podprogram, 
odpowiedzialny za ostatnią fazę niesamowitego ćwiczenia. 

-  Och,  Lowbacco!  -  zapiszczał  zrozpaczony  Em  Teedee.  -  O  rety,  popatrz, 

wszystko  spartoliłeś!  Czy  masz  pojęcie,  ile  czasu  i  trudu  będzie  kosztowało 
doprowadzenie tego do poprzedniego stanu? 

Lowie uśmiechnął się, ukazując długie kły, i z zadowoleniem cicho zamruczał. 
Do obserwatorium wpadli Tamith Kai i Brakiss. Siostra Nocy była rozwścieczona. 

Czarna  opończa  zawirowała  za  jej  plecami  jak  gradowa  chmura.  Fioletowe  oczy 
płonęły, jakby za chwilę miały wystrzelić z nich oślepiające błyskawice. 

- Coś ty narobił! - krzyknęła, domagając się odpowiedzi. 
Brakiss  uniósł  brwi,  a  na  jego  pięknej  twarzy  pojawił  się  wyraz  podziwu  i 

rozbawienia. 

-  Wookie  zrobił  dokładnie  to,  czego  od  niego  Ŝądałem  -  powiedział.  -  Obronił 

swoich  przyjaciół.  Nie  powiedzieliśmy  mu,  Ŝe  musi  postępować  zgodnie  z  naszymi 
regułami. Wygląda na to, Ŝe doskonale wywiązał się ze swojego obowiązku. 

Wiśniowosine  wargi  Tamith  Kai  wykrzywiły  się  w  grymasie,  jakby  kobieta 

połknęła coś kwaśnego. 

- Czy to znaczy, Ŝe zamierzasz mu przebaczyć? - zapytała. 
-  Wystąpił  ze  śmiałą  inicjatywą  -  odparł  imperialny  nauczyciel.  - 

Wykorzystywanie  własnych  umiejętności  do  rozwiązywania  trudnych  problemów  jest 
bardzo cenną zaletą. Jestem pewien, Ŝe Lowbacca zostanie kiedyś jednym z najlepszych 
obrońców naszego Imperium. 

Lowie ryknął, usłyszawszy tę zniewagę. 
- Och, Lowbacco, jestem z ciebie taki dumny! - zapiszczał miniaturowy android. 
Szturmowcy  wyprowadzili  Jacena  i  Jainę  z  niewielkiej  sali.  Było  widać,  Ŝe 

bliźnięta  słaniają  się  na  nogach.  Ich  ubrania  były  podziurawione  i  w  wielu  miejscach 
rozdarte, a twarze, ręce i nogi pokryte licznymi ranami i sińcami. Z wielu rozcięć skóry 
ciekły krople krwi. Kiedy straŜnicy zdjęli im opaski, Jacen i Jaina zamrugali, oślepieni 
ś

wiatłami, które na nowo zapłonęły w niewielkiej sali. 

Brakiss pochwalił bliźnięta za to, Ŝe go nie zawiodły. 
-  Spisaliście  się  bardzo  dobrze  -  powiedział.  -  Wy,  młodzi  rycerze  Jedi,  nie 

przestajecie mnie zadziwiać. Mistrz Skywalker musi starannie was wybierać. W swojej 
akademii ma zapewne samych bardzo dobrych kandydatów. 

-  Lepszych  niŜ  ty  będziesz  miał  kiedykolwiek  -  odcięła  się  Jaina.  Mimo  ran 

znalazła  w  sobie  dość  hartu  ducha  i  siły,  by  przeciwstawić  się  imperialnemu 
nauczycielowi. 

-  To  prawda  -  przyznał  Brakiss.  -  Właśnie  dlatego  postanowiłem  porwać  kilku 

innych,  których  wybrał  i  naucza.  Wy  troje  jesteście  pierwszymi,  których  udało  mi  się 
pozyskać z jego akademii. Macie tak wielki talent, Ŝe jesteśmy gotowi porwać z Yavina 
Cztery  kolejną  grupę.  Stopniowo  chcemy  ściągnąć  wszystkich  uczniów  Jedi,  dla 
których będziemy mogli znaleźć miejsce w naszej akademii. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

111 

Lowie warknął. Jacen i Jaina spojrzeli sobie w oczy, przeraŜeni i skonsternowani, 

po  czym  popatrzyli  na  Wookiego.  Wszyscy  troje  nawet  nie  posługując  się  Mocą 
wiedzieli, Ŝe myślą o tym samym. 

Musieli coś zrobić. Musieli zacząć działać... i to szybko. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

112 

R O Z D Z I A Ł  

19 

Tenel  Ka  postanowiła  skorzystać  z  techniki  relaksacyjnej,  stosowanej  przez 

rycerzy Jedi. Liczyła na to, Ŝe moŜe ukryje zdenerwowanie, zanim dostrzeŜe je Vonnda 
Ra. Luke, stojący u jej boku na kawałku udeptanej ziemi, słuŜącym Siostrom Nocy za 
lądowisko,  sprawiał  wraŜenie  pogodnego  i  beztroskiego.  Tenel  Ka  wyczuwała  jednak 
promieniujące  od  niego  podniecenie,  zmieszane  z  zaciekawieniem,  jakby  mistrz  Jedi 
uwaŜał, Ŝe czeka go wielka przygoda. 

- Jest - odezwała się nagle Vonnda Ra. 
Wyciągnęła rękę ku horyzontowi, na którym ukazał się srebrzysty punkcik. Tenel 

Ka  obserwowała,  jak  metalowy  przedmiot  o  opływowych  kształtach  z  kaŜdą  chwilą 
staje się coraz większy, dosłownie rośnie w oczach. 

- Macie  nieprawdopodobne szczęście - odezwał  się cicho  Vilas,  który podszedł i 

stanął za ich plecami. Vonnda Ra obdarzyła go pytającym spojrzeniem, ale męŜczyzna 
w odpowiedzi wzruszył ramionami. - Wyczułem jej obecność i musiałem przyjść, Ŝeby 
ją  powitać.  -  Gestem  wskazał  nadlatujący  statek.  -  To  jedna  z  naszych  najbardziej 
utalentowanych  sióstr  -  wyjaśnił.  -  Nazywa  się  Garowyn  i  zabierze  was  tam,  gdzie 
będziecie mogli się dalej uczyć. 

Tenel Ka domyśliła się, Ŝe Garowyn pochodzi takŜe z Dathomiry, jako Ŝe jej imię 

było popularne na tej planecie. A zatem jeszcze jedna Siostra Nocy. Dziewczyna była 
ciekawa, skąd mogło się wziąć aŜ tyle nowych Sióstr Nocy w jednym miejscu. PrzecieŜ 
nie  upłynęło  nawet  dwadzieścia  lat  od  chwili,  kiedy  Luke  i  jej  rodzice  wytępili 
wszystkie  stare  Siostry  Nocy.  A  jednak  znów  powstała  nowa  wioska  zakonu, 
zamieszkiwana  przez  kobiety  i  męŜczyzn.  Wszystkich  uwiodła  ciemna  strona  Mocy, 
skusiła obietnicą sprawowania władzy. Co więcej, zaglądało takŜe tutaj Imperium, jak 
zawsze szukające nowych sprzymierzeńców. 

Tenel Ka zgrzytnęła zębami. Czy mieszkańcy jej planety byli rzeczywiście aŜ tacy 

słabi?  A  moŜe  pokusa  zdobycia  wielkiej  władzy,  której  raz  ulegli,  okazała  się  zbyt 
silna,  Ŝeby  mogli  się  jej  przeciwstawić?  Postanowiła,  Ŝe  nie  będzie  się  posługiwała 
Mocą,  dopóki  jej  siły  nie  okaŜą  się  zbyt  skromne,  Ŝeby  sprostać  jakiemuś  wyzwaniu. 
Nie lubiła łatwych wyjść z trudnych sytuacji. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

113 

Stłumiła emocje, gdy ujrzała, Ŝe zgrabny statek, błyszczący w promieniach słońca, 

osiada z gracją na lądowisku w pobliŜu miejsca, w którym stali. Mimo iŜ była pewna, 
Ŝ

e  maszyna  naleŜy  do  Sióstr  Nocy  czy  teŜ  kogokolwiek,  kto  porwał  Jacena,  Jainę  i 

Lowbaccę, zachwycała się jej pięknymi kształtami. 

NieduŜy statek, zbudowany zapewne z myślą o transportowaniu kilkunastu osób, 

cieszył  oczy  prostotą  konstrukcji  i  idealnym  stanem  kadłuba.  Tenel  Ka  czuła  niemal 
nieodpartą  chęć  wyciągnięcia  ręki  i  pogładzenia  powierzchni  burty.  Na  kadłubie  nie 
było widać osmalonych, ciemnych plam po blasterowych błyskawicach. Nie było takŜe 
Ŝ

adnych  wgięć  ani  śladów  uderzeń  meteorytów,  dosyć  często  spotykanych  w 

przestworzach  albo  górnych  warstwach  atmosfery.  Sylwetka  maszyny  pozwalała 
przypuszczać, Ŝe statek zbudowano w imperialnej stoczni, ale Tenel Ka nie potrafiłaby 
powiedzieć, jakiego był typu albo klasy. 

Usłyszała, Ŝe Luke Skywalker cicho gwizdnął, po czym wymruczał jakieś pytanie, 

jakby rozmawiał z samym sobą. 

- Kwantowy pancerz? 
- Masz rację - odezwał się Vilas, wyraźnie ucieszony. 
Z  gładkiego,  błyszczącego  podbrzusza  statku  wysunęła  się  rampa.  Vonnda  Ra 

ruszyła  ku  niej,  chcąc  powitać  schodzącą  kobietę.  Na  jej  widok  aŜ  klasnęła  w  dłonie. 
Kiedy  pilotka  stanęła  na  ziemi,  Tenel  Ka  zauwaŜyła,  Ŝe  nowo  przybyła  kobieta  jest  o 
pół  metra  niŜsza  od  Yonndy  Ra.  ChociaŜ  niskiego  wzrostu,  była  jednak  silnie 
zbudowana.  Jej  długie,  jasnobrązowe  włosy,  przetykane  ciemnobrązowymi  pasmami, 
opadały  do  pasa.  Jak  przystało  prawdziwej  wojowniczce  z  Dathomiry  były  jednak 
zaplecione  w  tyle  warkoczy  i  przewiązane  tyloma  wstąŜkami,  Ŝeby  w  niczym  nie 
przeszkadzały.  

Pilotka  bez  zbytecznych  ceremonii  oderwała  się  od  Vonndy  Ra  i  podeszła,  by 

stanąć  przed  Tenel  Ka  i  Luke’em.  Jej  orzechowe  oczy  krytycznie  taksowały  i 
dziewczynę, i męŜczyznę. 

- To wy jesteście tymi nowymi rekrutami? - zapytała. 
Zanim  Tenel  Ka  zdąŜyła  odpowiedzieć,  do  rozmowy  wtrącił  się  Vilas,  jakby 

rozpaczliwie pragnął zamienić choćby kilka słów z pilotką. 

- Pani kapitan Garowyn, przekona się pani, Ŝe mają niezwykły talent - powiedział. 
Tenel  Ka  usłyszała  w  głosie  męŜczyzny  niepokój  i  nadzieję...  a  takŜe  niezwykłą 

tęsknotę.  Zastanawiała  się,  czy  przypadkiem  Vilas  nie  kocha  się  potajemnie  w 
Garowyn.  Pilotka  wyglądała  na  kobietę  bywałą  w  szerokim  świecie,  a  biel  jej  skóry 
kontrastowała z czerwienią pancerza z jaszczurczej skóry, ściśle przylegającego do jej 
ciała.  Czarna  peleryna,  rozpięta  z  przodu  i  sięgająca  kolan,  sprawiała  wraŜenie 
jedynego  zewnętrznego  dowodu  na  to,  Ŝe  kobieta  jest  jedną  z  Sióstr  Nocy.  Tenel  Ka 
zwróciła uwagę na zaciśnięte usta pilotki i ruchliwe, przebiegłe oczy. Domyśliła się, iŜ 
Garowyn nie nawykła, aby ktoś sprzeciwiał się jej woli. 

-  Vilas,  zajmij  się  rozładowaniem  statku  -  powiedziała  pilotka,  gestem 

odprawiając męŜczyznę. - Ja sama zajmę się tymi dwojgiem. 

Akademia Ciemnej Strony 

114 

MęŜczyzna jakby się skurczył. Nie ukrywając przygnębienia i powłócząc nogami, 

skierował się do ładowni, ale Garowyn przestała zwracać  na niego  uwagę.  Rzuciwszy 
Luke’owi i Tenel Ka wyzywające spojrzenie, zapytała: 

- Co sądzicie o moim statku, „Ścigaczu Cieni”? 
- Jest piękny - odparł cicho Luke. - Jeszcze nigdy nie widziałem takiego pięknego 

statku. 

-  Tak,  to  jest  fakt  -  przyznała  Tenel  Ka.  W  jej  głosie  zabrzmiał  niekłamany 

zachwyt. 

-  Tak.  To  jest  fakt  -  powtórzyła  Garowyn,  najwidoczniej  zadowolona  z 

odpowiedzi.  -  „Ścigacz  Cieni”  jest  ostatnim  krzykiem  techniki  budowy  gwiezdnych 
statków. W tej chwili nie istnieją inne statki tej klasy. 

Kobieta sprawiała wraŜenie, jakby zapomniała o istnieniu Vonndy Ra i Vilasa. 
-  Wchodźcie  na  pokład  -  rozkazała.  -  Nie  zamierzam  marnować  czasu.  Kiedy 

ładownia będzie pusta, startujemy. 

Powiedziawszy to, odwróciła  się i  weszła po rampie do środka. Tenel Ka i Luke 

podąŜyli za nią. 

 
Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  przyspieszył  i  znalazł  się  w  nadprzestrzeni,  a  mrugające 

ś

wiatełka  gwiazd  w  dziobowym  iluminatorze  zamieniły  się  w  świetliste  smugi, 

Garowyn  powierzyła  opiekę  nad  statkiem  automatycznemu  pilotowi,  a  sama  wstała  z 
fotela, na którym dotąd siedziała. 

-  Nasza  podróŜ  zajmie  dwa  standardowe  dni  -  oznajmiła,  mijając  dziewczynę  i 

mistrza  Jedi  i  wychodząc  ze  sterowni.  -  Mogę  teraz  zapoznać  was  z  wnętrzem  statku. 
Projektując go i budując, nie liczono się z kosztami. 

Pilotka  pokazała  im  urządzenia  do  przerabiania  odpadków  oraz  do  uzdatniania 

powietrza i wody, silniki umoŜliwiające latanie z prędkościami nadświetlnymi, a takŜe 
niewielkie  kabiny  z  pryczami  do  spania...  Większość  tego  wszystkiego  migała  przed 
oczami Tenel Ka jak rozmazane plamy. 

-  A  to  -  powiedziała  Garowyn,  pokazując  kilka  klap  w  tylnej  części  głównego 

pomieszczenia  -  są  wyrzutnie  kapsuł  ratunkowych.  KaŜda  kapsuła  moŜe  pomieścić 
jedną  osobę  i  jest  wyposaŜona  w  automatyczny  nadajnik  sygnału  namiarowego.  Jego 
częstotliwość  jest  zmieniana  w  zaszyfrowany  sposób,  a  kod  umoŜliwiający  te  zmiany 
moŜe  być  odczytany  tylko  za  pomocą  odbiorników  znajdujących  się  w  Akademii 
Ciemnej Strony. To właśnie tam lecicie, Ŝeby rozwijać swoje umiejętności. 

Powiedziawszy  to  Garowyn,  zajęła  się  pokazywaniem  innych  urządzeń  statku,  i 

nie zauwaŜyła, Ŝe Tenel Ka rzuciła zaniepokojone spojrzenie mistrzowi Skywalkerowi. 
MęŜczyzna popatrzył na nią z takim samym niepokojem. Tenel Ka czuła, Ŝe ogarnia ją 
zawrót  głowy  na  myśl  o  tym,  Ŝe  gdzieś  istnieje  jakaś  inna  uczelnia,  takŜe  kształcąca 
rycerzy  Jedi.  Szkoła,  której  uczniowie  poznają  techniki  posługiwania  się  niewłaściwą 
połową Mocy. Akademia Ciemnej Strony. 

 
Garowyn  postanowiła  nieco  lepiej  poznać  umiejętności  nowych  kandydatów. 

Bardzo długo wypytywała po kolei Tenel Ka i Luke’a o techniki, jakimi się posługują, 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

115 

władając  Mocą.  Luke  udzielał  wymijających  odpowiedzi,  ale  Garowyn,  zapewne 
dlatego, Ŝe sama pochodziła z Dathomiry i zapewne uwaŜała męŜczyzn za niegodnych 
uwagi, znacznie więcej czasu poświęcała egzaminowaniu jego towarzyszki. 

Kiedy zapytała Tenel Ka o doświadczenie w posługiwaniu się Mocą, dziewczyna 

postanowiła udzielić szczerej odpowiedzi. 

-  Posługiwałam  się  Mocą  i  myślę,  Ŝe  władam  nią  całkiem  nieźle.  Postanowiłam 

jednak - dodała, a w jej głosie zabrzmiała niezwykła siła - Ŝe nie uŜyję jej, jeŜeli będzie 
miało to mnie osłabić. JeŜeli potrafię cokolwiek zrobić, korzystając tylko z własnej siły, 
nie posłuŜę się Mocą. 

Garowyn  roześmiała  się,  a  jej  chrapliwy  cyniczny  rechot  zabrzmiał  w  uszach 

dziewczyny jak krakanie. 

- Bez trudu zmienimy twoje postanowienie - oświadczyła Siostra Nocy. - PrzecieŜ 

właśnie dlatego przybywasz do naszej akademii. 

Tenel  Ka  przez  chwilę  myślała,  zastanawiając  się  nad  odpowiedzią,  i  w  końcu 

postanowiła, Ŝe musi być ostroŜna. 

- Niczego nie pragnę bardziej, niŜ nauczyć się posługiwać Mocą - odparła. 
Garowyn kiwnęła głową i zapewne uwaŜając tę sprawę za załatwioną, zwróciła się 

do Luke’a. 

-  Nie  zgadzam  się  na  korzystanie  ze  świetlnych  mieczy  na  pokładzie  „Ścigacza 

Cieni”,  ale  chciałabym  się  przekonać,  czy  posługując  się  Mocą,  potrafisz  odgadnąć 
moje zamiary. 

Sięgnęła  po  parę  paraliŜujących  pałek  i  rzuciła  jedną  Luke’owi.  Mistrz  Jedi 

wyciągnął rękę, ale przez chwilę udawał, Ŝe ma kłopoty ze złapaniem lecącej palki. W 
końcu jednak pochwycił ją, zanim dotknęła pokładu. 

W ten sposób spędzili większą część pierwszego dnia podróŜy. 
Tenel Ka starała się, jak umiała, Ŝeby wypaść podczas kaŜdej próby jak najlepiej, 

ale zauwaŜyła, Ŝe Luke nie wykorzystuje wszystkich swoich umiejętności. Mistrz Jedi 
nie  zdradzał,  jak  dobrze  potrafi  władać  Mocą.  A  moŜe  -  ta  myśl  przyprawiła 
dziewczynę  o  ból  głowy  -  moŜe  mimo  wszystko  jej  nauczyciel  nie  ma  racji?  MoŜe 
ciemna  strona  Mocy  jest  naprawdę  silniejsza?  JeŜeli  byłoby  to  prawdą,  ona  i  mistrz 
Skywalker nie mieli Ŝadnej szansy ocalenia Jacena, Jainy i Lowbaccy. 

Tenel  Ka  czuła  się  słaba  i  wyczerpana,  kiedy  unosiła  dziesiąty  duŜy  przedmiot. 

Pragnęła  zadowolić  Garowyn,  która  nalegała,  Ŝeby  ukończyła  całe  ćwiczenie.  Kiedy 
ostroŜnie  opuszczała  bryłę  tytanu  na  płyty  pokładu,  duŜy  sześcian  zadrŜał  i 
niebezpiecznie się zakołysał. 

Garowyn pozwoliła sobie na drwiący chichot. 
-  Twoja  duma  i  chęć  polegania  na  własnych  siłach  jest  twoją  słabością  - 

powiedziała. 

Zamknęła  powieki,  kryjąc  za  nimi  orzechowe  oczy,  po  czym  odchyliła  głowę  i 

wyciągnęła rękę ku dziewczynie. 

Tenel  Ka  miała  wraŜenie,  Ŝe  włosy  na  jej  głowie  zaczynają  się  jeŜyć  jak 

naelektryzowane. Poczuła w Ŝołądku wielki cięŜar i zakręciło się jej w głowie. Zdawało 
się  jej,  Ŝe  straciła  orientację;  Ŝe  nie  wie,  gdzie  jest  dół,  a  gdzie  góra.  Ugięła  nogi  w 

Akademia Ciemnej Strony 

116 

kolanach,  chcąc  usiąść,  ale  przekonała  się,  Ŝe  nie  moŜe.  Unosiła  się  metr  nad  płytami 
pokładu.  Zdławiła  okrzyk  przeraŜenia  i  spróbowała  posłuŜyć  się  myślami,  pragnąc 
uwolnić się spod władzy Siostry Nocy. 

Mlecznobrązowa skóra twarzy Garowyn była w tej chwili pokryta siecią ponurych 

zmarszczek. Było widać, Ŝe kobieta jest pogrąŜona w głębokim transie. 

-  Tak  jest  -  odezwała  się  w  pewnej  chwili.  Jej  triumfujący  głos  miał  gardłowe 

brzmienie.  -  Postaraj  się  walczyć,  by  przeciwstawić  się  mojej  woli.  Nie  powstrzymuj 
gniewu. 

Dziewczyna  uświadomiła  sobie,  Ŝe  właśnie  to  zamierzała  zrobić,  i  natychmiast 

pozwoliła, by jej mięśnie zwiotczały. W tej samej chwili Garowyn jakby straciła część 
władzy  nad  dziewczyną,  gdyŜ  Tenel  Ka  lekko  zachwiała  się  w  powietrzu,  ale  nie 
opadła. A zatem - pomyślała dziewczyna - Siostra Nocy wcale nie jest taka silna, jak jej 
się wydaje. 

Następnie, starając się ukryć to, co robi, wyciągnęła cienką linkę z wieloramienną 

kotwiczką,  które  zawsze  nosiła  w  kieszeni  u  pasa,  i  zaczęła  się  rozglądać  w 
poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłaby ją zaczepić. Wkrótce znalazła coś, co nadawało 
się doskonale: metalowe kółko na klapie śluzy wyrzutni kapsuły ratunkowej. 

Garowyn  wciąŜ  jeszcze  napawała  się  „walką”  Tenel  Ka,  kiedy  dziewczyna 

jednym wprawnym ruchem nadgarstka rzuciła linkę w ten sposób, Ŝe kotwiczka pewnie 
zahaczyła  o  metalowe  kółko.  Zanim  Siostra  Nocy  zdąŜyła  zareagować  na  odgłos 
uderzenia  metalu  o  metal,  Tenel  Ka  ponownie  rozluźniła  mięśnie.  Kiedy  myślowy 
uchwyt Garowyn znów osłabł, Tenel Ka szarpnęła za linkę i uwolniła się z myślowych 
więzów kobiety. Wylądowała na płytach pokładu, boleśnie uderzając o nią pośladkami. 

Uniosła  głowę  i  ujrzała  niewysoką  sylwetkę  Garowyn  stojącej  o  metr  od  niej. 

Spodziewała się usłyszeć gniewną naganę, ale zamiast niej dobiegł ją krótki, chrapliwy 
ś

miech, podobny do szczeknięcia. 

Garowyn wyciągnęła rękę i pomogła dziewczynie wstać z pokładu. 
-  Tym  razem  twoja  duma  dobrze  ci  się  przysłuŜyła,  ale  kiedyś  moŜe  się 

przyczynić do twojej klęski - powiedziała. 

- Tak zwykle dzieje się z kaŜdą dumą - odezwał się cicho Luke, jakby zgadzał się 

z  jej  zdaniem.  Jego  spojrzenie  nie  odrywało  się  od  niewysokiej  Siostry  Nocy.  - 
Przypuszczam, Ŝe i ja bym to potrafił. 

Usta Garowyn wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu. 
- Co takiego? Wydaje ci się, Ŝe ty teŜ umiałbyś wylądować na... 
-  Nie  -  przerwał  mistrz  Jedi.  -  Przypuszczam,  Ŝe  i  ja  potrafiłbym  unieść  jakąś 

osobę. 

- Naprawdę? - Garowyn zarechotała, ale wyglądało na to, Ŝe chwyciła przynętę. - 

No, to pokaŜ, co potrafisz. 

SkrzyŜowała ręce na piersi, a wyzywające spojrzenie jej orzechowych oczu kusiło 

Luke’a, by spróbował j ą unieść. Nagle jej oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia, a 
po chwili odmalowało się w nich niedowierzanie. Kobieta ujrzała, Ŝe jej stopy oderwały 
się od płyt pokładu i uniosły na wysokość pięćdziesięciu centymetrów. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

117 

- Wydaje mi się, Ŝe najwyŜszy czas, aby i ciebie nauczyć władania ciemną stroną 

Mocy  -  warknęła  wyniośle.  Zamknęła  oczy  i  zaczęła  ze  wszystkich  sił  wywijać  się  z 
myślowego uchwytu Luke’a. 

Tenel  Ka  zorientowała  się,  Ŝe  mistrz  Jedi  osłabił  uchwyt...  ale  tylko  trochę. 

Garowyn  nadal  unosiła  się  nad  pokładem,  ale  Luke  zmienił  kierunek  działania  siły 
nakazując, by jej ciało zaczęło wirować wokół własnej osi. 

Następnie,  nie  odrywając  spojrzenia  od  wirującej  z  zawrotną  prędkością  Siostry 

Nocy, Luke powiedział: 

-  Tenel  Ka,  bądź  taka  dobra  i  zechciej  otworzyć  klapę  śluzy  wyrzutni  pierwszej 

kapsuły ratunkowej. 

Dziewczyna  natychmiast  zrozumiała,  co  zamierza  zrobić  jej  nauczyciel,  i 

pospieszyła, by spełnić jego polecenie. W ciągu kilku następnych chwil oboje umieścili 
wirującą i niemal nieprzytomną Siostrę Nocy we wnętrzu kapsuły, po czym zamknęli i 
uszczelnili  pokrywę  pojemnika.  Ręka  Tenel  Ka  zatrzymała  się  nad  włącznikiem 
automatycznego odpalania kapsuły. Luke kiwnął głową. 

Dziewczyna, nie kryjąc satysfakcji, uruchomiła wyrzutnię. Rozległ się głośny syk 

spręŜonego powietrza i huk zatrzaskiwanej klapy śluzy, po czym kapsuła ratunkowa z 
półprzytomną Garowyn poszybowała w przestworza. 

- Mistrzu Skywalkerze - odezwała się Tenel Ka, nagle powaŜniejąc. - Wydaje mi 

się,  Ŝe  teraz  rozumiem,  co  znaczą  twoje  słowa,  które  kiedyś  powiedziałeś...  Ŝe  trzeba 
zrobić wszystko, Ŝeby zmienić sytuację. 

Luke  popatrzył  na  dziewczynę.  Kilka  razy  zamrugał,  jakby  nie  mógł  uwierzyć 

własnym uszom, ale później wybuchnął beztroskim śmiechem. 

-  Wiesz  co,  Tenel  Ka?  -  powiedział.  -  Wydaje  mi  się,  Ŝe  właśnie  opowiedziałaś 

dobry dowcip. Jacen byłby z ciebie naprawdę dumny. 

 
Nieco  później  tego  samego  dnia  wyskoczyli  z  nadprzestrzeni,  a  automatyczny 

pilot ostrzegł ich, Ŝe zbliŜają się do wyznaczonego celu. Tenel Ka i Luke siedzieli obok 
siebie  w  sterowni  i  nie  mając  nic  innego  do  roboty,  rozglądali  się  w  poszukiwaniu 
planety,  orbitalnej  stacji  czy  czegokolwiek,  na  czym  mogliby  wylądować.  Nie  ujrzeli 
jednak niczego. 

Zdezorientowana Tenel Ka odwróciła się do Luke’a.  
- Czy moŜliwe, Ŝeby automatyczny pilot uległ uszkodzeniu? - zapytała. - Wygląda 

mi na to, Ŝe pomylił się przy obliczaniu współrzędnych. 

- Nie sądzę - odparł mistrz Skywalker. Sprawiał wraŜenie spokojnego i pewnego 

siebie. - Musimy uzbroić się w cierpliwość. 

Nagle  wydało  im  się,  Ŝe  przed  ich  oczami  rozsunęła  gę  niewidzialna  zasłona  i 

ujrzeli  cel  podróŜy:  gwiezdną  stację.  A  więc  to  jest  Akademia  Ciemnej  Strony  - 
pomyślała  dziewczyna.  Ujrzała  wirujący  w  przestworzach  spłaszczony  pierścień, 
chroniony  przez  gniazda  baterii  laserowych,  umieszczonych  na  obwodzie  i 
skierowanych  dosłownie  we  wszystkie  strony.  W  centralnej  części  zobaczyła  grupę 
strzelistych iglic obserwacyjnych o róŜnych wysokościach i kształtach. 

- Musiała być chroniona przez maskujące pole - stwierdził Luke. 

Akademia Ciemnej Strony 

118 

Kiedy  statek  zbliŜył  się  do  gwiezdnej  stacji,  mieszczącej  Akademię  Ciemnej 

Strony,  automat  otworzył  przed  nim  wrota  hangaru  z  lądowiskiem.  Mistrz  Jedi,  chcąc 
uspokoić dziewczynę, połoŜył dłoń na jej ramieniu. 

- Ciemna strona Mocy nie jest silniejsza - powiedział. 
Tenel  Ka  powoli  wypuściła  powietrze.  Pozwoliła,  Ŝeby  razem  z  nim  uszła  część 

zdenerwowania. 

- To jest fakt - szepnęła. 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

119 

R O Z D Z I A Ł  

20 

Kiedy w Akademii Ciemnej Strony panowała noc, wszystkich uczniów zamykano 

w  osobistych  komnatach.  Nakazywano  im,  Ŝeby  odpoczywali  albo  oddawali  się 
medytacjom, mającym zregenerować ich siły przed kolejnymi meczącymi ćwiczeniami. 
Nocny  odpoczynek  był  jedną  z  reguł  obowiązujących  w  imperialnej  akademii,  a 
większość uczniów przestrzegała ich, nie zadając zbędnych pytań. 

Posiniaczony i pokaleczony Jacen siedział sam  w  niewielkiej celi. Czuł, jak jego 

ciało  przenikają  fale  pulsującego  bólu.  ZwilŜył  jedną  skarpetę  i  próbował  uśmierzyć 
część bólu. Przemył przynajmniej najgroźniejsze skaleczenia i rany, zadane przez ostre 
odłamki skał i noŜe. 

Bliźnięta  po  zakończeniu  ćwiczenia  poprosiły  o  tabletki  uśmierzające  ból,  ale 

Tamith  Ka  zdecydowanie  odmówiła.  Oświadczyła,  Ŝe  mają  cierpieć,  Ŝeby 
przyzwyczaić  się  i  uodpornić.  KaŜde  ukłucie  bólu  powinno  przypominać  im  o 
niepowodzeniu,  jakim  była  nieudana  próba  odchylenia  toru  lotu  twardej  piłki  albo 
kamienia.  Jacen  posłuŜył  się  Mocą,  na  ile  umiał,  chcąc  znieczulić  ogniska 
najsilniejszego bólu, ale nadal czuł się obolały. 

Siedział  ze  skrzyŜowanymi  nogami  na  pryczy  w  swojej  komnacie  i  rozpaczliwie 

usiłował opracować jakiś plan ucieczki, zanim Brakiss  wyprawi się na Yavina Cztery, 
Ŝ

eby porwać kolejną grupę uczniów z akademii wujka Luke’a. 

Jego siostra, Jaina, była zawsze znacznie lepsza niŜ on, jeśli chodziło o układanie 

skomplikowanych  planów.  Rozumiała,  jak  funkcjonują  urządzenia  i  jak  wszystkie  ich 
części tworzą załość. W przeciwieństwie do niej Jacen, który lubił Ŝyć bieŜącą chwilą i 
cieszyć  się  tym,  co  robi,  nieco  mniej  się  znał  na  planowaniu.  Potrafił  co  prawda 
doprowadzać  do  końca  niektóre  sprawy,  ale  niekoniecznie  w  tej  samej  kolejność  w 
jakiej przedtem planował. 

MoŜliwe,  Ŝe  najwaŜniejszym  posunięciem  powinno  być  uwolnienie  Jainy  i 

Lowiego.  Później  mogliby  wspólnie  postanowić,  co  dalej.  Rzecz  jasna,  zawsze 
pozostawał  nie  rozstrzygnięty  problem,  w  jaki  sposób  mógłby  uwolnić  siostrę  i 
Wookiego z zamkniętych komnat.  

I nagle chłopiec przypomniał sobie o klejnocie corusca.  

Akademia Ciemnej Strony 

120 

Omal  nie  roześmiał  się  na  całe  gardło.  Dlaczego  nie  pomyślał  o  tym  wcześniej? 

Schwycił lewy but, zdjął z nogi, potrząsnął... ale ze zdziwieniem przekonał się, Ŝe nic z 
niego nie wypadło. Dopiero wówczas przypomniał sobie, Ŝe przecieŜ ukrył drogocenny 
kamień  w  drugim  bucie.  Ściągnął  go  i  wytrząsnął  kosztowny  kryształ  do  zagłębienia 
podstawionej  dłoni.  Jeden  koniec  klejnotu  był  całkiem  gładki,  a  drugi  spiczasty,  co 
nadawało  mu  kształt  wielobocznego  ostrosłupa,  nieco  zwęŜającego  się  u  podstawy. 
Kamień  zdawał  się  płonąć  wewnętrznym  blaskiem...  zapewne  uwięzionym  przed 
wiekami, kiedy tworzył się gdzieś w głębinach jądra Yavina. 

Lando  Calrissian  powiedział,  Ŝe  klejnot  corusca  moŜe  ciąć  transpastal,  jak 

promień  lasera  tnie  warstwę  sullustańskiego  dŜemu.  Lando  jednak  dość  często  mówił 
rzeczy,  w  które  nie  moŜna  było  wierzyć  bez  zastrzeŜeń.  Jacen  miał  nadzieję,  Ŝe  tym 
razem ciemnoskóry męŜczyzna nie przesadzał. 

Chłopiec  ujął  kamień  corusca  w  trzy  palce  i  podszedł  do  zamkniętych  drzwi 

swojej  celi.  Pamiętał,  Ŝe  kiedy  Tamith  Ka  i  jej  szturmowcy  wdzierali  się  na  pokład 
orbitalnej stacji wydobywczej Calrissiana, posłuŜyli się wielką machiną, wyposaŜoną w 
ogromne kamienie corusca, Ŝeby wyciąć otwór w pancerzu stacji. Bez wątpienia mały 
klejnot Jacena powinien poradzić sobie z cienką  metalową płytą drzwi oddzielających 
go od korytarza... 

Jacen  przesunął  palcami  po  gładkiej  metalowej  płycie  w  pobliŜu  miejsca,  gdzie 

znajdował  się  zamek.  śałował,  Ŝe  nie  zna  się  na  urządzeniach  elektronicznych  i 
mechanizmach  tak  dobrze  jak  siostra,  ale  postanowił,  Ŝe  zrobi  wszystko,  co  będzie  w 
jego mocy. 

Nie sądził, Ŝeby tylko przy pomocy siły własnych palców potrafił wyciąć tak duŜy 

otwór  w  drzwiach,  aby  wyjść  na  korytarz.  Wiedział  jednak,  gdzie  znajduje  się  panel 
kontrolny po drugiej stronie. MoŜe więc wytnie tylko maty otwór, a później zerknie od 
wewnątrz  na  układy  i  obwody,  choćby  po  to,  by  przełączyć  kable  i  zmusić  drzwi  do 
otwarcia...  Nie  miał  jednak  najmniejszego  pojęcia,  jak  to  zrobić.  Mimo  to  uniósł 
kamień  i  odnalazł  miejsce  na  ścianie,  naprzeciwko  którego  powinna  znajdować  się 
tablica  kontrolna.  PosłuŜył  się  Mocą,  by  zapuścić  delikatne  myślowe  palce  w  tamto 
miejsce,  i  wyczuł  obecność  źródła  energii,  a  takŜe  prądu  elektrycznego,  płynącego  w 
wiązkach przewodów. A zatem się nie pomylił. 

Przytknął  szpic  klejnotu  do  gładkiej  ściany  i  pociągnął  nim  cztery  razy.  Na 

metalowej  powierzchni  ukazały  się  cztery  cienkie  białe  linie  ograniczające  spory 
prostokąt. Dobry początek - pomyślał Jacen. 

Przycisnął  kamień  trochę  mocniej  i  ponownie  pociągnął  czubkiem  po  liniach. 

Czuł,  jak  ostry  koniec  klejnotu  zagłębia  się  w  metal.  Powtórzył  czynność,  chociaŜ 
zabolały  go  palce.  Ucieszył  się,  kiedy  stwierdził,  Ŝe  zdołał  przeciąć  metalową  płytę. 
Poczuł  przyspieszone  bicie  serca,  a  podniecenie  zdwoiło  jego  siły.  Zapomniał  o  bólu 
pulsującym w licznych ranach i skaleczeniach. 

Przeciął linię stanowiącą jeden bok prostokąta i przekonał się, Ŝe płyta wgięła się 

do  środka.  Z  trudem  łapał  powietrze.  Czuł,  Ŝe  zbliŜa  się  do  upragnionego  celu.  Z 
przecięciem  dłuŜszego  boku  poradził  sobie  jeszcze  szybciej.  Usłyszał  metaliczny 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

121 

dźwięk, kiedy oba przecięcia się połączyły. Pozostałe dwa boki prostokąta nie sprawiły 
mu większego trudu. Przecięcie ich zajęło mu niewiele czasu. 

Niestety,  nie  udało  mu  się  pochwycić  wyciętego  prostokąta.  Kawałek  metalu 

wyślizgnął  się  z  jego  obolałych  palców  i  z  głośnym  brzękiem  wylądował  na  płytach 
posadzki. 

- Och, blasterowe błyskawice!  -  mruknął do siebie Jacen.  Był  niemal pewien, Ŝe 

pozostali uczniowie Akademii Ciemnej Strony obudzili się i za chwilę do jego komnaty 
wpadnie cały oddział imperialnych szturmowców.  

Na korytarzu panowała jednak nadal cisza jakby całą stację spowijał niewidzialny 

całun,  tłumiący  wszelkie  dźwięki.  Wszyscy  uczniowie  przebywali  przecieŜ  zamknięci 
w swoich celach, a w nocy czuwało tylko kilku straŜników. 

Na  razie  wiec  był  bezpieczny.  Zajrzał  do  środka  otworu,  który  wyciął  i  z 

przeraŜeniem  popatrzył  na  wiązki  przewodów,  krzyŜujące  się  ze  sobą,  i  płytki  z 
obwodami elektronicznymi, sprawującymi władzę nad drzwiami jego celi. W porządku, 
co  zrobiłaby  teraz  Jaina?  -  pomyślał.  Zamknął  oczy  i  postarał  się  otworzyć  umysł,  by 
prześledzić trasy kablowe i zorientować się w połączeniach. Niektóre przewody biegły 
do  systemów  łączności,  a  inne  do  końcówek  komputerowych,  rozmieszczonych  w 
równomiernych  odstępach  na  korytarzu.  Chłopiec  odnalazł  te,  które  łączyły  panele 
jarzeniowe,  i  następne,  zasilające  termostaty.  Niektóre  wiązki  dostarczały  energii  do 
systemów alarmowych, a jeszcze inne... prowadziły do mechanizmu zamka drzwi jego 
celi! 

Jacen  postarał  się  uspokoić  oddech.  No,  dobrze,  a  teraz  co  ma  zrobić  z  tymi 

przewodami?  Najprawdopodobniej  powinien  je  zewrzeć  albo  połączyć  z  pozostałymi, 
ale  w inny sposób. Nie  miał innego  wyjścia. Musiał próbować i  mieć nadzieję, Ŝe mu 
się uda. 

Czując  ból  w  palcach,  odłączył  pierwszy  przewód  z  wiązki  wiodącej  do  zamka 

drzwi, po czym zwarł go z innym. UwaŜał, by odizolowane łączówki przewodzące prąd 
nie  dotknęły  jego  skóry.  Trysnęło  kilka  iskier,  a  wszystkie  światła  w  jego  celi 
zamrugały  i  przygasły...  ale  drzwi  się  nie  otworzyły.  Jacen  spróbował  dotknąć  innego 
przewodu, ale tym razem nic się nie wydarzyło. 

Miał  nadzieję,  Ŝe  w  pomieszczeniu  straŜników  nie  zapłonęły  Ŝadne  lampki 

alarmowe. CięŜko westchnął. Co będzie, jeŜeli mu się nie uda? No cóŜ, moŜe wówczas 
mimo  wszystko  będę  musiał  wyciąć  znacznie  większą  dziurę  w  drzwiach  -  pomyślał. 
Zaczął  przebierać  palcami,  niemal  spodziewając  się  bólu.  Przede  wszystkim  powinien 
spróbować zetknąć odizolowany przewód z ostatnim, jaki jeszcze pozostawał. 

Zetknął  przewody,  a  wówczas  oba  skrzydła  drzwi,  jakby  czując  rozpacz  i 

zdenerwowanie chłopca, bezszelestnie się rozsunęły. 

Jacen głośno się roześmiał, po czym  wytknął  głowę na  korytarz. Rozejrzał się  w 

prawo  i  lewo,  ale  dostrzegł  tylko  dwa  rzędy  takich  samych  gładkich  drzwi, 
pozbawionych  jakichkolwiek  znaków  szczególnych,  dzięki  którym  róŜniłyby  się  od 
siebie.  Korytarz  był  oświetlony  blaskiem  jarzeniowych  paneli,  nastawionych  na  pół 
mocy.  Zapewne  chodziło  o  oszczędzanie  energii  w  porze,  kiedy  wszyscy  uczniowie 
powinni spać, zamknięci w swoich celach. 

Akademia Ciemnej Strony 

122 

Posługiwanie  się panelem  kontrolnym od strony korytarza było o  wiele prostsze. 

Jacen nie sądził, by miał kłopoty z uwolnieniem Jainy i Lowiego... pod warunkiem, Ŝe 
ich odnajdzie. 

To  zadanie  okazało  się  łatwiejsze  niŜ  oczekiwał.  Zapamiętał,  w  które  korytarze 

skręcali  straŜnicy,  kiedy  po  zakończeniu  ćwiczeń  odprowadzali  jego  siostrę  i 
Wookiego. Udał się w tamtą stronę, przywołując w myślach Jainę. Z nią powinno pójść 
najłatwiej  -  pomyślał.  Szedł  na  palcach  obawiając  się,  Ŝe  w  kaŜdej  chwili  zza  rogu 
korytarza moŜe pojawić się oddział biegnących szturmowców. 

Akademia Ciemnej Strony pozostawała jednak cicha i uśpiona. 
Jaino! - myślał Jacen. - Jaino! 
Szedł korytarzem, zatrzymując się na krótko i nasłuchując pod kaŜdymi drzwiami. 

Nie  chciał  wywoływać  zamieszania,  poniewaŜ  uczniowie,  mający  zostać  kiedyś 
Ciemnymi Jedi, z pewnością ogłosiliby alarm, gdyby go zauwaŜyli. 

Dopiero  przy  siódmych  drzwiach  zorientował  się,  Ŝe  nie  musi  dalej  szukać. 

Wyczuł  za  nimi  siostrę,  rozbudzoną  i  podnieconą,  jakby  pewną,  Ŝe  jej  brat  stoi  tuŜ 
obok.  Jacen  posłuŜył  się  klawiaturą  panelu  kontrolnego  i  wkrótce  trafił  na  szyfr 
odblokowujący zamek drzwi celi jego siostry. Jaina wybiegła ze środka i rzuciła mu się 
na szyję. 

- Byłam pewna, Ŝe przyjdziesz - powiedziała. 
-  UŜyłem  klejnotu  corusca  -  wyjaśnił  chłopiec,  pokazując  na  but,  w  którym 

ponownie ukrył drogocenny kamień. 

Jaina kiwnęła głową, jakby od początku w to nie wątpiła. 
- Musimy odszukać Lowiego i jego takŜe uwolnić - oświadczył Jacen. 
-  Oczywiście  -  odparła  dziewczyna.  -  A  później  uciekniemy,  Ŝeby  ostrzec  wujka 

Luke’a, zanim Brakiss wyprawi się po uczniów z jego akademii. 

- Masz rację - przyznał jej brat, zawadiacko się uśmiechając. - Uhm... jeŜeli juŜ o 

tym mowa, miałem nadzieję, ze moŜe ty mogłabyś ułoŜyć resztę planu. 

Jaina  obdarzyła  go  promiennym  uśmiechem,  jakby  usłyszała  z  ust  brata 

największy komplement, jaki mogła sobie kiedykolwiek wyobrazić. 

- JuŜ to zrobiłam - odparła. - Na co jeszcze czekamy? 
Udało im się znaleźć Lowiego, a takŜe Em Teedee. Młody Wookie ucieszył się na 

ich widok, ale srebrzysty android nie ukrywał irytacji. 

-  Czuję  się  w  obowiązku  ostrzec  was,  Ŝe  po  prostu  muszę  ogłosić  alarm  - 

odezwało  się  miniaturowe  urządzenie.  -  Jestem  teraz  na  usługach  Imperium  i  moim 
obowiązkiem... 

Jaina kilka razy puknęła kostkami palców w obudowę androida-tłumacza. 
-  JeŜeli  chociaŜ  piśniesz  -  zagroziła  -  przełączymy  twoje  obwody  wyjściowe  w 

taki  sposób,  Ŝe  będziesz  bełkotał,  a  wówczas  twoje  Imperium  odda  cię  do  składnicy 
złomu. 

- Nie ośmielicie się! - obruszył się Em Teedee. 
- Chcesz się załoŜyć? - zapytała Jaina, ale w jej słodkim głosie zabrzmiała groźba. 
Jacen,  stojący  obok  siostry,  spiorunował  spojrzeniem  miniaturowego  androida. 

Lowie wzmocnił pogróŜkę gardłowym warknięciem. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

123 

-  Och,  dobrze,  juŜ  dobrze  -  odezwał  się  Em  Teedee.  -  Ustępuję,  ale  zgłaszam 

stanowczy sprzeciw. Mimo wszystko Imperium jest naszym sprzymierzeńcem. 

Jaina parsknęła. 
-  Nie,  wcale  nie  jest  -  oświadczyła.  -  Myślę,  Ŝe  kiedy  powrócimy  na  Yavina 

Cztery, będziemy musieli poddać twój mózg gruntownemu przeprogramowaniu. 

- O rety! - zapiszczał przeraŜony android. 
Dziewczyna  spojrzała  najpierw  w  jeden,  a  potem  w  drugi  koniec  cichego 

korytarza. Zatarła dłonie i przygryzła dolną wargę, zastanawiając się, co robić. 

-  No,  dobrze,  tak  wygląda  mój  plan  -  zaczęła,  pokazując  jedną  z  końcówek 

komputerowych na korytarzu. - Lowie czy mógłbyś skorzystać z tego urządzenia, Ŝeby 
unieruchomić  główne  obwody  kontrolne  stacji?  Chciałabym  teŜ,  byś  zlikwidował 
ochronne  pole  maskujące  akademię,  a  takŜe  zablokował  wszystkie  drzwi,  tak  by  nikt 
nie  mógł  opuścić  Ŝadnego  pomieszczenia.  Nie  ma  sensu,  Ŝebyśmy  niepotrzebnie 
wpadali w tarapaty. 

Wookie mruknął, ochoczo wyraŜając zgodę. 
-  Lowbacco,  przecieŜ  nie  będziesz  w  stanie  tego  zrobić  -  odezwał  się  gderliwie 

Em Teedee. - Jestem pewien, Ŝe sam zdajesz sobie z tego sprawę. 

Lowie warknął, nakazując androidowi, by był cicho. 
- JeŜeli zdołamy przedostać się na lądowisko - ciągnęła Jaina - przypuszczam, Ŝe 

będę  umiała  pilotować  któryś  ze  stojących  tam  statków.  Ćwiczyłam  na  symulatorze 
latanie  róŜnymi  maszynami.  Pamiętacie,  chciałam  nawet  polecieć  tym  imperialnym 
myśliwcem typu TIE, zanim zabrał go Qorl. 

Wookie zaczął przebierać długimi, włochatymi palcami po klawiaturze końcówki 

komputerowej.  Musiał  pochylić  się,  Ŝeby  spojrzeć  na  ekran  monitora,  który  nie 
znajdował się na wysokości odpowiedniej dla kogoś tak wysokiego jak młody Wookie. 
Lowie wyświetlił na ekranie informację dotyczącą maszyn zaparkowanych na głównym 
lądowisku. 

-  Doskonale  -  ucieszyła  się  Jaina.  -  Właśnie  wylądował  jakiś  nowy  statek.  Jego 

pilot  jeszcze  nie  zdąŜył  wyłączyć  silników,  a  więc  z  pewnością  jest  gotów  do  startu. 
Porwiemy go, kiedy Lowie zablokuje drzwi pomieszczeń stacji. 

Wookie  mruknął  na  znak  zgody  i  zaczął  jeszcze  szybciej  przebierać  palcami  po 

klawiaturze,  ale  wkrótce  natrafił  na  przeszkodę  w  postaci  nieprzebytego  muru  haseł  i 
szyfrów, uniemoŜliwiających uruchomienie blokady. Sfrustrowany, głośno ryknął. 

-  No  i  co,  nie  mówiłem,  Ŝe  tak  będzie?  -  odezwał  się  piskliwie  Em  Teedee.  - 

Powiedziałem ci, Ŝe sobie nie poradzisz. 

Lowie  warknął,  ale  Jaina  się  uśmiechnęła,  jakby  nagle  przyszedł  jej  do  głowy 

jakiś pomysł. 

-  Android  ma  rację  -  powiedziała.  -  Tylko  Ŝe  on  sam  został  przeprogramowany 

przez  Imperium.  Dlaczego  nie  moglibyśmy  podłączyć  jego  do  terminala  głównego 
komputera i kazać, by odszukał dla nas te hasła? 

Odczepiła miniaturowego androida-tłumacza od pasa Lowiego i zaczęła otwierać 

klapkę  umoŜliwiającą  dostęp  do  obwodów  elektronicznych,  umieszczoną  na  tylnej 
powierzchni obudowy. 

Akademia Ciemnej Strony 

124 

- Z całą pewnością tego nie zrobię - oświadczył Em Teedee. - Po prostu nie mogę. 

Okazałbym się nielojalny wobec Imperium, a na coś takiego nie mógłbym się... 

Lowie zawarczał ostrzegawczo i mały android natychmiast umilkł. 
Dziewczyna  spiesząc  się,  zaczęła  przebierać  zwinnymi  palcami  we  wnętrzu 

obudowy  androida.  Dokonała  przełączeń  kilku  obwodów  i  wyciągnęła  kilka 
przewodów  zakończonych  odizolowanymi  łączówkami.  Po  chwili  umieściła  je  w 
odpowiednich  gniazdach  na  płycie  czołowej  terminala  komputera  Akademii  Ciemnej 
Strony. 

- O rety - odezwał się zdumiony Em Teedee. - Tak, teraz jest o wiele lepiej. Widzę 

tyle nowych rzeczy! Mam wraŜenie, Ŝe mój mózg nie zdoła pomieścić tych wszystkich 
informacji. Jest ich tutaj tak duŜo, Ŝe naprawdę... 

-  Hasła,  Em  Teedee  -  przypomniała  mu  Jaina,  wyciągając  rękę  w  stronę 

krnąbrnego androida. 

- Och, prawda, zapomniałem. Oczywiście, hasła - odparł pospiesznie Em Teedee. 

- Pragnę jednak podkreślić, Ŝe naprawdę nie powinienem. 

- Pospiesz się - burknęła dziewczyna. 
- Ach tak, oto one. Ale proszę nie mieć do mnie Ŝalu, jeŜeli za chwilę pojawi się tu 

cały oddział szturmowców. 

Ekran  monitora  zamrugał  i  po  chwili  ukazała  się  na  nim  informacja,  którą 

usiłował  wyświetlić  Lowbacca.  Jacen  i  Jaina  westchnęli  z  ulgą,  a  młody  Wookie 
pomrukiem  wyraził  swoje  zadowolenie.  Gorączkowo  przebierając  rudobrązowymi 
włochatymi palcami po klawiszach, wyświetlał katalog po katalogu. W końcu zdołał się 
przedostać do obwodów sterujących pracą rdzenia pamięciowego głównego komputera. 

Lowie wystukał dwa krótkie polecenia i usunął siłowe pole maskujące Akademie 

Ciemnej  Strony.  Później,  z  głośnym  metalicznym  szczęknięciem,  które  poniosło  się 
echem po korytarzach stacji, zablokował wszystkie drzwi z wyjątkiem tych, przez które 
mieli przechodzić w drodze na lądowisko. Triumfująco zawył. 

Poniewczasie rozjęczały się syreny alarmowe akademii. Uszy trojga uciekinierów 

poraził  zawodzący  przenikliwy  jazgot,  tak  nieprzyjemny,  Ŝe  z  pewnością 
zaprojektowany przez imperialnych inŜynierów. 

Lowie odczepił Em Teedee od terminala komputera. 
-  No  cóŜ,  starałem  się  was  ostrzec  -  odezwał  się  gderliwie  srebrzysty  android.  - 

Ale nie posłuchaliście mnie. I co teraz zrobicie? 

 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

125 

R O Z D Z I A Ł  

21 

ChociaŜ  wszyscy  inni  pracownicy  akademii  juŜ  dawno  udali  się  na  spoczynek, 

Brakiss  siedział  i  rozmyślał  w  półmroku  swojej  prywatnej  komnaty.  Sycił  oczy 
widokiem dramatycznych wizerunków na ścianach i podziwiał galaktyczne katastrofy, 
wywołane  działaniem  potęŜnych  niszczących  sił.  Siedząc  pośrodku  komnaty,  miał 
wraŜenie,  Ŝe  znajduje  się  w  samym  oku  szalejącego  cyklonu.  Mógł  zachwycać  się 
pięknem kataklizmu bez obawy, Ŝe stanie mu się coś złego. 

Niedawno  ukończył  układanie  planów  błyskawicznego  ataku  na  Yavin  Cztery, 

których  celem  miało  być  porwanie  kilku  innych  uczniów  Jedi  z  akademii  mistrza 
Skywalkera.  Przesłał  zaszyfrowaną  wiadomość  w  głąb  jądra  galaktyki,  do  samego 
wielkiego  wodza  Imperium,  który  natychmiast  wyraził  zgodę  na  realizację  planu. 
Imperialny przywódca wprost nie mógł się doczekać, kiedy będzie miał jeszcze więcej 
utalentowanych uczniów Jedi, gotowych do walki w obronie ciemnej strony. 

Wyprawa  miała  się  rozpocząć  za  kilka  dni.  Brakiss  był  przekonany,  Ŝe  mistrz 

Skywalker  nie  otrząsnął  się  ze  wstrząsu,  jaki  przeŜył  na  wieść  o  porwaniu  bliźniąt  i 
Wookiego. Było nawet moŜliwe, Ŝe opuścił akademię, by ich szukać. Tamith Kai miała 
takŜe wziąć udział w tej wyprawie. Siostra Nocy musiała wyładować gniew, dać upust 
choćby  części  nienawiści,  jaka  niemal  ją  dławiła.  Uczestnictwo  w  wyprawie  powinno 
poprawić jej samopoczucie. 

Brakiss  wstał  i  popatrzył  na  olśniewająco  piękny  wizerunek  wybuchającej 

Denarii, układu dwóch słońc, nawzajem przenikających się kosmicznym Ŝarem. Coś nie 
dawało  mu  spokoju,  ale  nie  potrafiłby  określić,  co  takiego.  Dzień  upłynął  właściwie 
normalnie.  Troje  młodych  Jedi  spisywało  się  o  wiele  lepiej  niŜ  oczekiwał.  Imperialny 
instruktor miał jednak złe przeczucia, czuł nieokreślony niepokój. 

Powoli wyszedł z komnaty, a srebrzysta szata za jego plecami zamigotała niczym 

płomień  świecy.  Pozostawił  otwarte  drzwi  i  w  zadumie  zaczął  iść  korytarzem. 
Panowała głęboka cisza, jak zwykle zresztą kaŜdej nocy. 

Brakiss  stanął  i  zmarszczył  brwi,  po  czym  wzruszył  ramionami.  Doszedł  do 

przekonania,  Ŝe  mu  się  wydawało.  Odwrócił  się  i  ruszył  z  powrotem  do  komnaty. 
Zanim jednak zdąŜył przekroczyć próg, nieoczekiwanie drzwi z hukiem się zatrzasnęły. 
MęŜczyzna zorientował się, Ŝe nie moŜe wejść do środka. 

Akademia Ciemnej Strony 

126 

Inne  wejścia  na  korytarzu,  które  dotąd  były  otwarte,  takŜe  się  zamknęły. 

MęŜczyzna  słyszał  szczęknięcia  innych  blokad.  Zapewne  urządzenia  zamykające 
wszystkie drzwi w jego akademii zostały zablokowane. 

Odezwały  się  syreny  alarmowe.  Brakiss  nie  zamierzał  tolerować  takiego 

naruszenia  dyscypliny.  Ktoś  będzie  musiał  ponieść  zasłuŜoną  karę.  Hamując  wybuch 
gniewu, ruszył korytarzem. Zamierzał połoŜyć kres temu zamieszaniu. 

 
Jacen, Jaina i Lowbacca wbiegli na płytę głównego lądowiska. Rozglądając się na 

boki, szukali sposobu, który umoŜliwiłby im ucieczkę z Akademii Ciemnej Strony. 

Pośrodku  jaskrawo  oświetlonego  lądowiska  ujrzeli  błyszczący  kadłub 

imperialnego  wahadłowca  o  niezwykłych  opływowych  kształtach.  Statek  musiał 
niedawno wylądować, gdyŜ jego pilot nie zakończył wykonywać wszystkich czynności 
związanych  z  lądowaniem.  Oprócz  wahadłowca  na  lądowisku  stało  kilka  myśliwców 
typu  TIE  i  kanonierek  klasy  Skipray,  na  ogół  naprawianych  albo  remontowanych. 
Ogłuszający  jęk  syren  alarmowych  nie  przestawał  przenikać  do  kaŜdego  zakamarka 
pomieszczenia. 

Jacen  ujrzał,  Ŝe  we  wnętrzu  wahadłowca  ktoś  się  porusza,  i  zaczął  dawać 

rozpaczliwe  znaki  pozostałym,  by  się  ukryli.  W  tej  samej  chwili  wszyscy  ujrzeli 
sylwetki  dwóch  osób  schodzących  po  opuszczonej  rampie.  Jedna  z  nich  nagłe  się 
zatrzymała i wyciągnęła miecz świetlny. 

- Wujek Luke! - zawołała zdumiona Jaina, zrywając się na równe nogi. 
Druga  postać,  wojowniczo  wyglądająca  dziewczyna,  słysząc  okrzyk  Jainy, 

obróciła się, w jednej chwili gotowa do odparcia ataku. Jej splecione złocistorude włosy 
niczym ognista burza przysłoniły szare oczy. 

- I Tenel Ka - rzekł Jacen. - Hej, naprawdę się cieszę, Ŝe was widzę! 
Zachwycony  Lowie  ryknął,  witając  mistrza  Skywalkera  i  wojowniczkę  z 

Dathomiry. 

- No cóŜ, to prawdziwa radość móc znów widzieć znajome twarze po całym tym 

piekielnym galimatiasie - zapiszczał Em Teedee. 

- No, dobrze, dzieciaki - odezwał się Luke. - Przylecieliśmy, by was uratować, ale 

skoro  sami  dotarliście  na  lądowisko,  przypuszczam,  Ŝe  moŜemy  odlecieć.  I  to 
natychmiast. 

Jaina postanowiła złoŜyć bardzo zwięzłe sprawozdanie. 
-  Wujku  Luke’u,  zlikwidowaliśmy  ochronne  pole,  maskujące  akademię. 

Zablokowaliśmy  zamki  większości  drzwi  w  stacji.  Nie  sądzę,  Ŝeby  mogło  nas  ścigać 
wielu straŜników, ale powinniśmy wynosić się stąd jak najszybciej. 

- A jak otworzymy wrota hangaru? - zapytała Tenel Ka, oglądając się przez ramię. 

-  Nie  poradzimy  sobie  bez  pomocy  kogoś,  kto  będzie  znajdował  się  w  sterowni 
akademii. Czy to nie jest fakt? 

Lowie  odpowiedział  jej  całą  serią  przeciągłych  warknięć  i  pomruków.  Zaczął 

machać długimi chudymi rękami. 

Em  Teedee,  wciąŜ  jeszcze  grzechocząc  nie  domkniętą  chromowaną  płytką  na 

tylnej powierzchni obudowy, nie omieszkał go skarcić. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

127 

-  Nie,  nie  poradzisz  sobie  sam,  Lowbacco.  Znów  zaczyna  cię  ogarniać  mania 

wielkości.  Pamiętaj,  Ŝe  to  ja  pomogłem  unieruchomić  systemy  obronne  Akademii 
Ciemnej Strony, i to ja... o rety, co ja zrobiłem? 

-  MoŜe  ja  będę  mogła  pomóc?  -  zaproponowała  Jaina.  -  Chodźmy  do  sterowni 

wahadłowca. Spróbujemy posłuŜyć się jej urządzeniami. 

 
Pilot Qorl, pełniący dyŜur w sterowni lądowiska, stał, zdumiony nieoczekiwanym 

zawodzeniem syren alarmowych. 

Obserwował,  jak  troje  młodych  Jedi  wbiega  na  płytę  głównego  lądowiska. 

„Ścigacz  Cieni”,  który  dostarczył  Ŝywność  i  niezbędny  sprzęt  na  Dathomirę,  właśnie 
wrócił  z  rutynowego  rejsu.  Na  opuszczonej  rampie  ukazał  się  jednak  jasnowłosy 
męŜczyzna  w  towarzystwie  młodej  dziewczyny,  wyglądającej  jak  wojowniczka.  Qorl 
natychmiast  rozpoznał  jedną  z  uczennic  akademii  na  Yavinie  Cztery,  która  pomagała 
naprawiać  jego  uszkodzony  myśliwiec  typu  TIE,  spoczywający  od  ponad  dwudziestu 
lat w gęstwinie dŜungli. 

Od pierwszej chwili, w której rozjęczały się syreny, imperialny pilot wiedział, Ŝe 

powodem alarmu są z pewnością Jacen, Jaina i Lowbacca. Pozostali uczniowie, mający 
zostać  Ciemnymi  Jedi,  ucieszyli  się  z  przybycia  trójki  nowych  kandydatów.  UwaŜali 
zapewne, Ŝe w ten sposób ich zakon będzie silniejszy, ale Qorl był pewien, Ŝe tych troje 
narobi sporo zamieszania... tym bardziej Ŝe Brakiss i Tamith Kai poddawali wszystkich 
troje ćwiczeniom, w trakcie których młodzi Jedi mogli stracić Ŝycie albo odnieść rany. 

Qorl  był  szczególnie  zaniepokojony  pojedynkiem  na  śmierć  i  Ŝycie,  jaki  stoczyli 

Jacen  i  Jaina,  zamaskowani  holograficznymi  wizerunkami,  nie  wiedząc  o  tym,  Ŝe 
walczą  ze  sobą.  Pamiętał  równieŜ,  Ŝe  niebezpieczne  ćwiczenie,  polegające  na 
bombardowaniu  kandydatów  ostrymi  odłamkami  skał  i  noŜami,  spowodowało  kiedyś 
ś

mierć kilkorga obiecujących uczniów Akademii Ciemnej Strony. 

Nie  zgadzał  się  z  metodami  Brakissa,  ale  był  tylko  zwykłym  pilotem.  Bez 

względu na to, jak bardzo był przekonany o słuszności tego, co myśli, wiedział, Ŝe nikt 
nie będzie się liczył z jego zdaniem. Qorl słuŜył jednak Imperium i musiał robić to, co 
uwaŜał za słuszne. 

Włączył zasilanie mikrofonu interkomu i burkliwie zaczął meldować: 
-  Panie  Brakiss,  Siostro  Tamith  Kai...  ktokolwiek,  kto  moŜe  mnie  słyszeć. 

Więźniowie  podjęli  próbę  ucieczki.  W  tej  chwili  znajdują  się  na  płycie  głównego 
lądowiska.  Przypuszczam,  ze  zamierzają  porwać  „Scigacz  Cieni”.  Z  powodu  awarii 
komputera nie funkcjonuje Ŝaden system obronny. JeŜeli moŜecie pomóc, niezwłocznie 
przybądźcie do głównego hangaru. 

 
W  tej  samej  sekundzie,  kiedy  rozległo  się  zawodzenie  syren,  Tamith  Kai 

otworzyła fioletowe oczy i zeskoczyła z niewygodnej, twardej pryczy. Natychmiast się 
rozbudziła.  Czuła,  Ŝe  jej  mózg  domaga  się  informacji  o  wszystkim,  co  dzieje  się  w 
stacji. Jakieś niebezpieczeństwo zagraŜało Akademii Ciemnej Strony. 

Siostra Nocy narzuciła czarną opończę, która zawirowała za jej plecami wieloma 

migotliwymi srebrzystymi pasmami, podobnymi do smug gwiazd, widzianych podczas 

Akademia Ciemnej Strony 

128 

skoku  w  nadprzestrzeń.  Sięgnęła  do  drzwi  celi,  ale  te  się  nie  otworzyły.  Uderzyła 
pięścią  w  metalową  płytę  i  pospiesznie  wystukała  kombinację  cyfr,  chcąc  usunąć 
blokadę  zamka,  ale  mimo  to  mechaniczne  szczęki,  ukryte  we  wnętrzu  zamka,  ani 
myślały się rozłączyć. 

- Chcę stąd wyjść! - warknęła. 
Ponownie przebiegła palcami po klawiszach i ponownie szarpnęła drzwi, ale znów 

bez  rezultatu.  Czuła,  Ŝe  budzi  się  w  niej  wściekłość.  Coś  musiało  się  wydarzyć,  coś 
strasznego... Zrozumiała, Ŝe powodem zamieszania musi być troje porwanych młodych 
Jedi.  Sprawiali  więcej  kłopotów  niŜ  byli  warci.  Akademia  Ciemnej  Strony  mogła 
znaleźć  wielu  innych  chętnych  kandydatów  we  wszystkich  innych  zamieszkanych 
ś

wiatach  w  całej  galaktyce.  Bez  względu  na  to,  jak  wielki  talent  miało  tych  troje, 

stanowili zbyt duŜe zagroŜenie. 

Zniszczy ich raz na zawsze, Ŝeby Ŝycie w Akademii Ciemnej Strony znów mogło 

toczyć się utartą koleiną. Chciała sprawować władzę w uczelni, a Brakissowi zostawić 
zajmowanie się drobiazgami. Dopiero wówczas będzie znów szczęśliwa. 

Zakrzywiła  palce  jak  szpony  i  przyglądała  się,  jak  przeskakują  między  nimi 

fioletowo-purpurowe ogniki i pojawiają się obłoki siwego dymu. 

- Wyjść! - zawyła. - Chcę wyjść! 
Gniewnie  wyciągnęła  obie  ręce  do  przodu,  kierując  je  ku  zablokowanemu 

zamkowi. 

Z  jej  palców  wystrzeliły  błyskawice.  Kiedy  trafiły  w  metalową  płytę,  drzwi  się 

wygięły,  a  przewody  doprowadzające  prąd  do  mechanizmów  zostały  przerwane.  Z 
uszkodzonego  zamka  trysnęły  snopy  iskier  i  wydostały  się  kłęby  dymu.  Tamith  Kai 
podbiegła do drzwi, wyciągnęła ręce i szarpnęła za uchwyt tak silnie, Ŝe jedno skrzydło 
wyrwało  się  z  prowadnic  i  z  dźwięcznym  łoskotem  runęło  na  metalową  podłogę. 
Siostra Nocy zatrzymała się na korytarzu, a jej oczy płonęły jak fioletowa lawa. 

Właśnie  wówczas  usłyszała  meldunek  Qorla,  przekazany  przez  głośniki 

interkomu,  ale  nie  pozwoliła,  by  jej  gniew  osłabł  chociaŜby  na  chwilę.  Główne 
lądowisko. Puściła się biegiem, chcąc dotrzeć tam jak najszybciej. 

 
Kiedy Jacen, Jaina i Lowie wbiegli na pokład „Ścigacza Cieni”, Luke i Tenel Ka 

pozostali  na  płycie  lądowiska.  Mistrz  Jedi  obejrzał  się  przez  ramię  i  krzyknął, 
zwracając się do bliźniąt: 

-  Muszę  trochę  lepiej  poznać  to  miejsce!  Wyczuwam  tu  coś  znajomego...  ale 

zarazem bardzo złego. 

-  Tak!  -  odkrzyknęła  Jaina.  -  Wujku  Luke’u,  naczelnikiem  Akademii  Ciemnej 

Strony jest... 

Luke  jednak  jej  nie  słuchał.  Sprawiał  wraŜenie  roztargnionego...  a  nawet 

urzeczonego. Nagle wyprostował się i zmarszczył brwi. 

-  Zaczekajcie  -  powiedział.  -  Coś  czuję.  Wyczuwam  obecność  kogoś,  kogo  od 

bardzo dawna nie widziałem. 

Powoli  przeszedł  przez  lądowisko  i  czując  zawirowania  Mocy,  ponownie 

wyciągnął miecz świetlny. Przygotował się do walki. Szedł jak w transie. Kierował się 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

129 

ku  zamkniętym  dwuskrzydłowym  drzwiom,  które  prowadziły  na  korytarz  wiodący  ku 
niŜszym poziomom gwiezdnej stacji. 

- Hej, wujku Luke’u! - krzyknął za nim Jacen, ale Skywalker uniósł rękę, prosząc 

chłopca, by mu nie przeszkadzał. 

Powinni  jak  najszybciej  odlecieć...  szybkość  była  ich  jedyną  szansą.  Powinni 

skorzystać z okazji, Ŝe na razie nikt jeszcze ich nie ścigał. Luke musiał jednak wiedzieć, 
musiał  się  upewnić.  Usłyszał  za  plecami  odgłos  świadczący  o  tym,  Ŝe  systemy 
uzbrojenia  „Ścigacza  Cieni”  zostały  uruchomione.  Lufy  zewnętrznych  laserowych 
działek obróciły się i skierowały ku wybranym celom. 

Kiedy nagle oba skrzydła czerwonych drzwi przed Luke’em się otworzyły, mistrz 

Jedi  stanął  jak  zahipnotyzowany.  Wpatrywał  się  w  urodziwą  twarz  swojego  byłego 
ucznia, sprawiającą wraŜenie wyrzeźbionej. 

- Brakiss! - szepnął tak głośno, Ŝe jego szept poniósł się po całym pomieszczeniu. 

Na chwilę zdołał nawet zagłuszyć zawodzenie syren alarmowych. 

Brakiss takŜe znieruchomiał, ale w następnej chwili lekko się uśmiechnął. 
-  Ach,  mistrz  Skywalker  -  powiedział.  -  Jak  to  dobrze,  Ŝe  jednak  przyleciałeś. 

Wydawało mi się, Ŝe wyczuwam ciebie na swojej stacji. Czy nie jesteś zdziwiony, jak 
dobrze sobie poradziłem? 

Luke uniósł miecz świetlny w obronnym geście, ale Brakiss pozostał na korytarzu. 

Nie przestąpił progu czerwonych drzwi i nie podszedł do mistrza Skywalkera. 

- Och, daj spokój - powiedział, ujrzawszy gest mistrza Jedi. - Gdybyś chciał mnie 

zabić, mógłbyś uczynić to wówczas, kiedy byłem słabym uczniem w twojej akademii. 
Wiedziałeś przecieŜ, Ŝe jestem imperialnym szpiegiem. 

- Chciałem dać ci szansę przejścia na jasną stronę - odparł Luke. 
- Jak zawsze jesteś niepoprawnym optymistą - zauwaŜył beztrosko Brakiss. 
Luke  poczuł,  Ŝe  przenika  go  fala  chłodu.  Nie  chciał  walczyć  z  Brakissem, 

zwłaszcza  teraz,  kiedy  nie  było  na  to  czasu.  Chyba  jednak  powinien  stawić  czoło 
byłemu uczniowi... jakoś rozstrzygnąć konflikt istniejący miedzy nimi. 

Musiał  jednak  natychmiast  odlecieć.  Musiał  ratować  dzieciaki  zanim  technicy 

Akademii  Ciemnej  Strony  uporają  się  z  awarią  komputera  i  ponownie  uruchomią 
systemy obronne stacji. 

Brakiss  wyciągnął  przed  siebie  wypielęgnowane  ręce  na  dowód  tego,  Ŝe  nie  ma 

Ŝ

adnej broni. 

- Chodź i stań do  walki ze  mną,  mistrzu  Skywalkerze - zakpił. -  Chyba Ŝe jesteś 

tchórzem.  A  moŜe  twoja  nieskalana  jasna  strona  nie  pozwala  ci  zaatakować 
bezbronnego człowieka? 

- Moc jest moim sprzymierzeńcem, Brakissie - odparł Luke. - Ty jednak nauczyłeś 

się wykorzystywać ją do własnych celów. A poza tym nigdy nie jesteś bezbronny, tak 
samo jak i ja nie jestem. 

- No, dobrze, niech ci będzie - ustąpił Brakiss. 
Opuścił  ręce  i  potarł  dłonie  o  połyskującą  tkaninę  opończy.  Chyba  w  końcu 

zdecydował się przejść przez próg. Jego oczy zapłonęły blaskiem, jakby promieniowała 

Akademia Ciemnej Strony 

130 

z nich cała  nagromadzona  w  jego ciele  wściekłość  wszechświata, gotowa  wystrzelić z 
czubków palców. 

W  tej  samej  chwili  tuŜ  obok  głowy  Luke’a  przemknęła  gorąca  nitka 

ś

miercionośnej energii. Trafiła w panel kontrolny, umieszczony na ścianie obok drzwi, 

i zamieniła jego obwody w dymiącą masę. Druga taka sama nitka, takŜe wystrzelona z 
lufy  laserowego  działka  „Ścigacza  Cieni”,  dokończyła  dzieła  zniszczenia.  Obwody 
kontrolne  panelu  zostały  zwęglone.  CięŜkie  dwuskrzydłowe  drzwi  z  hukiem  się 
zatrzasnęły, oddzielając mistrza Jedi i Brakissa grubą warstwą metalu. 

-  Wujku  Luke’u,  pospiesz  się!  -  zawołała  Jaina,  czekająca  u  szczytu  rampy.  - 

Musimy startować! 

Luke wzdrygnął się, czując zdumienie i ulgę. Odwrócił się i zaczął biec w stronę 

wahadłowca.  Wiedział,  Ŝe  konflikt  między  nim  a  Brakissem  nie  został  zakończony. 
Jego rozstrzygnięcie musiało jednak jeszcze trochę zaczekać. 

 
Jaina,  Lowie  i  Em  Teedee  usiłowali  otworzyć  ogromne  wrota  hangaru  z 

lądowiskiem, posługując się pokładowymi komputerami „Ścigacza Cieni”. Tymczasem 
Tenel Ka, biegnąca skrajem lądowiska, blokowała zamki wszystkich czerwonych drzwi 
wiodących  na  niŜsze  poziomy  stacji.  Chciała  być  pewna,  Ŝe  Ŝadne  się  nie  otworzą. 
Złowieszczo  wyglądający  męŜczyzna  w  czarnej  opończy  odwrócił  uwagę  Luke’a  od 
tego,  co  mistrz  Jedi  miał  robić,  a  naprawdę  nie  mogli  pozwolić  sobie  na  dalszą  stratę 
czasu.  Tenel  Ka  musiała  więc  zablokować  drzwi,  choćby  dlatego,  Ŝeby  na  lądowisko 
nie wpadł oddział uzbrojonych szturmowców. 

Luke wszedł po rampie i zniknął we wnętrzu wahadłowca. Tenel Ka zablokowała 

zamek kolejnych drzwi, a potem pobiegła do ostatnich, by dokończyć dzieła. Jednak w 
chwili, gdy dotknęła palcami klawiatury panelu kontrolnego, drzwi nagle się rozsunęły. 
Oczom  zdumionej  dziewczyny  ukazała  się  wysoka  czarnowłosa  kobieta,  stojąca  za 
progiem, kipiąca z wściekłości i gotowa do walki. 

Tenel Ka uniosła głowę i natychmiast zrozumiała, z kim ma do czynienia. 
- Siostra Nocy! - syknęła. 
Wysoka kobieta, odziana w czarną szatę, spiorunowała wojowniczkę spojrzeniem 

ś

wiadczącym o tym, Ŝe i ona się zorientowała. 

-  Ty  takŜe  pochodzisz  z  Dathomiry,  dziewczyno!  -  zawołała.  -  Jesteś  moja! 

Zastąpisz mi tych troje, których zaraz unicestwię! 

Tenel  Ka  rozstawiła  nogi  i  rozłoŜyła  ręce.  Stała  przed  Siostrą  Nocy,  zagradzając 

jej drogę swoim ciałem. 

- Będziesz musiała najpierw mnie pokonać - oświadczyła.  
Czarnowłosa kobieta wybuchnęła pogardliwym śmiechem. 
- JeŜeli tego chcesz... - powiedziała. 
Wyciągnęła  ręce  i  zaatakowała  Tenel  Ka  błyskawicami  ciemnej  strony  Mocy. 

Dziewczyna zatoczyła się, ale nie  upadła. Odparowała cios, odchylając błyskawice na 
boki.  Mocno  zacisnęła  wargi  i  zdecydowana  stawić  opór,  nie  cofnęła  się  nawet  o 
milimetr. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

131 

Zdumiona Siostra Nocy wyprostowała się i spojrzała z góry jak czarny drapieŜny 

ptak na dziewczynę. 

-  Ach,  a  więc  juŜ  umiesz  posługiwać  się  Mocą  -  stwierdziła.  -  To  dobrze,  tym 

łatwiej będę mogła cię nauczyć; nawrócić na moją stronę Mocy. 

Tenel Ka, napinając wszystkie mięśnie, stała w miejscu, gotowa do dalszej walki. 
-  To  wcale  nie  jest  fakt  -  oświadczyła.  -  Nie  pozwolę,  abyś  skrzywdziła  moich 

przyjaciół. 

Tamith Kai sprawiała  wraŜenie gotowej  wybuchnąć straszliwym  gniewem, jakby 

zamierzała uwolnić go z delikatnej klatki. 

- A więc nie zawaham się i unicestwię takŜe ciebie! - krzyknęła. 
Fałdy  jej  czarnej  szaty  zadrŜały  jak  smagnięte  upiornym  wichrem.  Wpijając 

fioletowe oczy w twarz Tenel Ka, wyciągnęła poziomo ręce i zagięła palce jak szpony. 
W miarę, jak jej ciało syciło się energią ciemnej strony Mocy, coraz częściej zaczęły się 
pojawiać ogniki wyładowań między nitkami błyszczących czarnych włosów. 

Tenel  Ka  stała  przed  nią,  nawet  nie  mrugnąwszy  powieką.  Wyglądało  na  to,  Ŝe 

czeka, aŜ energia, zgromadzona w ciele Siostry Nocy, osiągnie stan krytyczny. 

Nagle, bez Ŝadnego ostrzeŜenia, zamachnęła się  nogą,  wkładając w cios całą siłę 

mięśni uda i łydki. Ostry koniec buta, wykonanego z pokrytej łuskami, bardzo twardej 
skóry,  trafił  w  bezbronną  rzepkę  kolana  Siostry  Nocy.  Kiedy  czubek  buta  Tenel  Ka 
dotarł  do  celu,  dziewczyna  bardzo  wyraźnie  usłyszała  trzask  łamanej  kości  i  chrzęst 
rozrywanych  mięśni.  Tamith  Kai  skrzeknęła  i  wijąc  się  jak  w  agonii,  upadła  na 
podłogę. 

Tenel Ka uśmiechnęła się i zadowolona z siebie, skierowała szare oczy na leŜącą 

kobietę. 

-  Nigdy  nie  posługuję  się  Mocą,  jeŜeli  nie  muszę  -  oświadczyła.  -  Czasami 

staroświeckie metody walki są równie skuteczne. 

Pozostawiła na podłodze jęczącą i zwijającą się z bólu kobietę i odwróciwszy się 

na  pięcie,  pobiegła  w  stronę  „Ścigacza  Cieni”.  U  szczytu  rampy  stał  Luke  i  machając 
ręką,  przynaglał  ją  do  pośpiechu.  Tenel  Ka  wbiegła  po  rampie,  która  natychmiast  się 
schowała. 

 
Syreny alarmowe  nie przestawały  wyć, ale  w  sterowni  wahadłowca było słychać 

tylko  stłumione  zawodzenie.  Luke  który  usiadł  na  fotelu  pilota,  włączył  repulsory  i 
oderwał  statek  od  płyty  lądowiska.  Jaina  i  Lowie  nadal  siedzieli,  pochyleni  nad 
komputerowymi  klawiaturami.  Gorączkowo  przebierając  palcami,  usiłowali  wydać 
polecenie otworzenia cięŜkich metalowych wrót hangaru gwiezdnej stacji. 

Nagle rozległ się stłumiony huk eksplodujących termicznych detonatorów. Dwoje 

czerwonych metalowych drzwi, zablokowanych przez Tenel Ka, wypadło z prowadnic i 
z  donośnym  brzękiem  runęło  na  płytę  lądowiska.  Razem  z  drzwiami  wpadły  kłęby 
dymu,  a  po  sekundzie  takŜe  dwie  grupy  szturmowców,  w  biegu  strzelających  do 
wahadłowca. 

- Lepiej uporajcie się z tymi wrotami - mruknął Luke. - I to szybko. 
Lowie zawył. 

Akademia Ciemnej Strony 

132 

- PrzecieŜ robimy, co moŜemy - poskarŜyła się zrozpaczona Jaina, wystukując na 

klawiaturze jeszcze inne polecenie, chyba nawet szybciej niŜ wszystkie poprzednie. 

Przez  dymiące  otwory  po  wysadzonych  drzwiach  wpadali  wciąŜ  nowi 

szturmowcy. Całą przestrzeń wielkiego lądowiska przecinały błyskawice blasterowych 
strzałów.  Uciekinierzy  słyszeli  odgłosy,  z  jakimi  ogniste  smugi  trafiały  do  celu  i 
rozpryskiwały  się  na  kadłubie  wahadłowca.  Kwantowy  pancerz  „Ścigacza  Cieni” 
jednak dobrze spełniał swoje zadanie. 

- Mamy towarzystwo - oznajmił Luke, w napięciu spoglądając na zamknięte wrota 

hangaru. - Nasz czas dobiega końca. 

- Nie  mogę... - zaczęła Jaina  i nagle cięŜkie  wrota rozsunęły się  na tyle szeroko, 

by  umoŜliwić  „Ścigaczowi  Cieni”  ucieczkę.  Na  tle  czerni  przestworzy,  usianej 
ognikami  odległych  gwiazd,  zalśniło  energetyczne  pole  zapobiegające  ucieczce 
powietrza  z  wnętrza  stacji.  Imperialny  wahadłowiec  mógł  jednak  wyrwać  się  na 
wolność. 

-  No  cóŜ,  na  co  w  takim  razie  czekamy?  -  odezwała  się  Jaina,  usiłując  ukryć 

zakłopotanie. 

- W drogę! - zawołał mistrz Jedi i pchnął rękojeść dźwigni akceleratora. 
Kiedy  przyspieszenie  docisnęło  ich  plecy  do  oparć  foteli,  wszyscy  odruchowo 

chwycili  za  poręcze.  „Ścigacz  Cieni”  z  rykiem  silników  wystrzelił  z  czeluści  hangaru 
imperialnej stacji. Pozostawił za rufą malejący pierścień, naszpikowany lufami działek i 
wieŜyczek obserwacyjnych, ale pozbawiony maskującej osłony. 

Luke pozwolił sobie na głębokie, przeciągłe westchnienie ulgi, po czym wpisał do 

pamięci  astronawigacyjnego  komputera  zestaw  współrzędnych  nakazujących  lot  na 
Yavina Cztery. 

- Wracamy do domu, dzieciaki - oznajmił. 
ś

adne  z  młodych  Jedi  się  nie  sprzeciwiło  i  po  chwili  wahadłowiec  zniknął  w 

nadprzestrzeni. 

-  Jaino  i  Lowie,  spisaliście  się  na  medal  -  odezwał  się  w  końcu  Skywalker.  - 

Straciłem nadzieję, Ŝe uda się wam otworzyć te masywne wrota. 

Lowbacca mruknął cicho coś, czego Luke nie zrozumiał, a wyraźnie zakłopotana 

Jaina zaczęła się nerwowo kręcić na fotelu. 

-  Uhm,  wujku  Luke’u  -  zaczęła.  -  Przykro  mi  to  powiedzieć,  ale...  to  nie  my 

otworzyliśmy te wrota. 

Luke wzruszył ramionami. Było widać, Ŝe nie chce wdawać się w szczegóły. 
-  No  cóŜ,  w  takim  razie  powinniśmy  być  wdzięczni  temu,  kto  to  zrobił, 

kimkolwiek jest - powiedział. 

 
Qorl  stał  za  pulpitami  kontrolnymi  w  sterowni  lądowiska.  Przyglądał  się,  jak 

„Ścigacz  Cieni”  przelatuje  przez  otwarte  wrota  i  znika  w  przestworzach.  Ucieczka 
narobiła  sporo  zamieszania  i  wszyscy  w  Akademii  Ciemnej  Strony  zastanawiali  się 
teraz,  jak  najlepiej  przystosować  się  do  zmienionej  sytuacji.  Pilot  sięgnął  do  dźwigni 
kontrolnej mechanizmu wrót, uśmiechnął się do siebie, po czym zamknął wrota. Rzecz 
jasna, nie zamierzał nigdy powiedzieć Brakissowi ani Tamith Kai o tym, co zrobił. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

133 

Po chwili do sterowni wpadł zdyszany i zaniepokojony Brakiss. Przystanął przed 

pulpitem obok Qorla. 

-  Czy  nasze  pole  maskujące  juŜ  działa?  -  zapytał.  Było  widać,  Ŝe  jest 

zdenerwowany.  -  Musimy  uruchomić  je  jak  najszybciej.  Rebelianci  bez  wątpienia 
wyślą  flotę,  Ŝeby  zniszczyć  naszą  akademię.  Musimy  przelecieć  nią  w  inne  miejsce. 
Właśnie dlatego nasza stacja została wyposaŜona w odpowiedni napęd. 

Zaczął bębnić palcami po płycie jakiegoś pulpitu kontrolnego. 
- Naprawdę nie wiem, co powiem teraz naszemu wielkiemu wodzowi - ciągnął. - 

JeŜeli  będzie  z  nas  niezadowolony,  w  kaŜdej  chwili  moŜe  wydać  rozkaz  zniszczenia 
akademii. 

Qorl ponuro kiwnął głową. 
- MoŜe nie będzie aŜ tak bardzo niezadowolony... tym razem - powiedział. 
Brakiss uniósł głowę i popatrzył na starego pilota. 
- Miejmy nadzieję. 
W  drzwiach  sterowni  ukazała  się  rozwścieczona  Tamith  Kai.  Z  trudem  przeszła 

przez  próg,  wyraźnie  utykając.  Jej  fioletowe  oczy  nieustannie  miotały  błyskawice,  a 
palce  pozostawały  zakrzywione,  jakby  Siostra  Nocy  zamierzała  rozszarpać  długimi 
paznokciami płyty pomieszczenia. 

- A więc jednak uciekli - warknęła, zwracając się do Brakissa. - Czy to ty im na to 

pozwoliłeś? 

MęŜczyzna  popatrzył  na  nią,  ale  w  jego  spojrzeniu  nie  było  widać  ani  śladu 

gniewu. 

-  Na  nic  im  nie  pozwalałem,  Tamith  Kai  -  odrzekł.  -  Naprawdę  nie  wiem,  co 

więcej  mogliśmy  zrobić  w  tej  sytuacji.  Musimy  teraz  uciekać,  a  później  zastanowimy 
się,  co  dalej...  poniewaŜ  moŜesz  być  pewna,  Ŝe  nasza  praca  nie  została  jeszcze 
ukończona. 

Qorl  uruchomił  potęŜne  silniki  stacji  i  zaczął  kierować  ogromny  pierścień 

Akademii Ciemnej Strony do nowej kryjówki. 

 

Akademia Ciemnej Strony 

134 

R O Z D Z I A Ł  

22 

Jacen i Jaina, przebywający w ośrodku łączności akademii Jedi na Yavinie Cztery, 

stanęli  obok  siebie,  chcąc  znaleźć  się  jak  najbliŜej  holoprojektora.  Czekali,  aŜ 
wizerunek Hana i Leii nabierze ostrości i pełnego blasku. Później zaczęli wykrzykiwać 
słowa powitania. 

Zachwycony Han Solo uśmiechnął się na widok bliźniąt. 
-  Wygląda  na  to,  Ŝe  niepotrzebnie  uganiałem  się  za  wami  „Sokołem”  po  całej 

galaktyce - powiedział. 

-  A  ja  nie  musiałam  mobilizować  wszystkich  wojsk  Nowej  Republiki,  by 

spieszyły  wam  na ratunek.  - Leia promieniała. - Dopiero wczoraj otrzymaliśmy raport 
Luke’a.  Zwiadowcy,  którym  kazałam  was  odnaleźć,  szukają  teraz  nowej  kryjówki 
Akademii Ciemnej Strony. 

Chewbacca,  kryjący  się  za  plecami  Hana  i  Leii,  ryknął  w  swojej  mowie  słowa 

powitania, kierując je do siostrzeńca, a Lowbacca odpowiedział mu w taki sam sposób. 

Luke  Skywalker,  stojący  w  ośrodku  łączności  obok  niewielkiego  Artoo-Detoo,  z 

wyrozumiałym  uśmiechem  pozwalał  podnieconym  uczniom  nacieszyć  się  rozmową. 
Jacen mówił tak szybko, Ŝe tylko z trudem moŜna było go zrozumieć. 

-  Lando  Calrissian  mówi,  Ŝe  coś  takiego  juŜ  nigdy  się  nie  powtórzy  w  jego 

placówce.  Razem  ze  swoim  pomocnikiem  Lobotem  pracuje  nad  udoskonaleniem 
systemów  obronnych  orbitalnej  stacji  wydobywczej.  Przypuszczam,  Ŝe  nawet  będzie 
chciał wykorzystać klejnoty corusca... 

- To moŜliwe, ale nie sądzę, aby ktoś z Akademii Ciemnej Strony zechciał znów 

tu przybyć, Ŝeby porwać kogoś z naszych uczniów - przerwał mu Luke. - Wiemy teraz, 
co  knuje  Brakiss...  Przypuszczam,  Ŝe  raczej  poleci  gdzie  indziej  szukać  innych 
potencjalnych kandydatów, Ŝeby kształcie ich na nowych Ciemnych Jedi. 

-  Ale  za  to  mamy  najnowocześniejszy  statek  Akademii  Ciemnej  Strony  - 

przypomniała Jaina. - Powinniście go zobaczyć. Wiesz, tato, pod względem konstrukcji 
to  ostatni  krzyk  techniki.  Jest  zupełnie  niepodobny  do  tych,  które  widzieliśmy  w 
katalogach gwiezdnych statków.  

Mistrz Jedi połoŜył dłoń na jej ramieniu. 
- Musimy oddać go Nowej Republice, Jaino - powiedział. - Nie naleŜy do nas... 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

135 

-  Hej,  Luke  -  przerwał  mu  Han.  -  A  moŜe  wolisz,  byśmy  przysłali  ci  kilku 

inŜynierów  mechaników,  którzy  mogliby  zapoznać  się  z  konstrukcją  statku  i 
zorientować się w tym, jak jest zaprojektowany? 

Mistrz Jedi wzruszył ramionami. 
-  JeŜeli  chcesz,  proszę  bardzo,  ale  na  Yavinie  Cztery  mamy  i  doświadczonego 

mechanika,  i  wytrawnego  informatyka...  Jainę  i  Lowiego.  Są  gotowi  zacząć  badać 
statek choćby dzisiaj. 

Leia błysnęła zębami w szerokim, ciepłym uśmiechu. 
- W porządku, Luke - oznajmiła. - Wyślemy tych inŜynierów, Ŝeby go zbadali, ale 

ty zatrzymasz  statek u siebie. Korzystaj z niego, kiedy będziesz  musiał. ZasłuŜyłeś na 
niego.  Powiedzmy,  Ŝe  to  nagroda  za  ocalenie  Jacena,  Jainy  i  Lowiego.  A  poza  tym 
twoja  akademia  jest  istotną  częścią  Nowej  Republiki.  Wszyscy  będziemy  spokojniejsi 
wiedząc, Ŝe dysponujesz bezpiecznym i szybkim statkiem, którym moŜesz przemierzać 
całą  galaktykę...  tylko  nie  mów,  Ŝe  zapomniałeś,  jak  się  lata  naprawdę  szybkim 
statkiem! 

Zakłopotany mistrz Jedi zachichotał. 
- Nie, nie zapomniałem... - odparł. - Tylko, prawdę mówiąc, trochę wyszedłem z 

wprawy. 

 
Jaina  i  Lowbacca  siedzieli  w  komnacie  dziewczyny,  majstrując  przy 

holoprojektorze.  Ślęczeli  nad  nim,  zajęci  opracowywaniem  orientacyjnego  schematu 
urządzeń  nowego  statku,  „Ścigacza  Cieni”.  Schemat  nie  był  moŜe  tak  dokładny  jak 
rysunki skoczka typu T-23 naleŜącego do Lowiego, które kiedyś sporządzili, ale oboje 
byli  pewni,  Ŝe  w  miarę,  jak  będą  poznawali  nowe  tajniki  konstrukcji  imperialnego 
wahadłowca, i na tym schemacie pojawi się więcej szczegółów. 

W  pewnej  chwili  Lowie  ryknął  ujrzawszy,  Ŝe  hologram  ze  schematem  stracił 

ostrość. 

-  Pan  Lowbacca  dał  wyraz  głębokiemu  przekonaniu,  Ŝe  w  letniskowy  domek 

projektanta tego podsystemu trafi jakaś kometa - odezwał się Em Teedee, przyczepiony 
jak zwykle do pasa młodego Wookiego. 

Lowie warknął, spojrzawszy z góry na miniaturowego androida. Oprogramowanie 

Em  Teedee  zostało  oczyszczone  z  wszelkich  zmian  i  poprawek,  dokonanych  przez 
imperialnych informatyków, dzięki czemu irytujący mały android zachowywał się teraz 
jak dawniej. 

-  No  cóŜ,  skąd  mogłem  wiedzieć,  Ŝe  pan  nie  chce,  bym  tłumaczył  wszystkie 

epitety  języka  Wookiech?  -  zapytał  tonem  usprawiedliwienia  Em  Teedee.  -  Musi  pan 
jednak  przyznać,  Ŝe  udało  mi  się  wiernie  przekazać  pana  uczucia.  Kiedy  pomyślę  o 
wszystkich  idiomach,  które  powinienem  uwzględniać  podczas  tłumaczenia  kaŜdego 
zdania... 

Lowie wyciągnął rękę i z radosnym pomrukiem wyłączył gadatliwego androida. 
 
Tenel  Ka  przestąpiła  próg  ośrodka  łączności.  Czuła  się  wypoczęta.  Od  chwili, 

kiedy powróciła, nie męczyły jej Ŝadne nocne koszmary. Była ciekawa, co się stanie z 

Akademia Ciemnej Strony 

136 

nowym  zakonem  Sióstr  Nocy,  który  zagnieździł  się  na  Dathomirze  i  sprzymierzył  z 
Imperium,  ale  cieszyła  się,  Ŝe  myśli  o  wiedźmach  przynajmniej  nie  zakłócają  jej 
nocnego wypoczynku. 

Dziewczyna  połączyła  się  z  hapańskim  królewskim  dworem  i  porozmawiała  z 

rodzicami.  Zapewniła  ich,  Ŝe  jest  cała  i  zdrowa,  po  czym  przekazała  pozdrowienia  od 
klanu  kobiet  ze  Śpiewającej  Góry.  Kiedy  skończyła  rozmowę,  napięła  mięśnie  w 
oczekiwaniu, Ŝe za chwile usłyszy całą serię władczych rozkazów, a potem poprosiła o 
połączenie z babką, poprzednią królową Hapes. 

Kiedy  pojawił  się  holograficzny  wizerunek  jej  twarzy,  jak  zwykle  ukrytej  za 

półprzezroczystą woalką, Tenel Ka ujrzała na ustach babki uśmiech, a w jej oczach coś, 
czego zapewne się nie spodziewała... czyŜby zdziwienie? 

- Dziękuję, Ŝe nie zapomniałaś poinformować mnie o tym, co się stało - odezwała 

się  władczyni.  W  jej  głosie  brzmiało  chyba  prawdziwe  zadowolenie.  -  Moi  zaufani 
szpiedzy  donieśli  mi,  Ŝe  powinnam  być  z  ciebie  bardzo  dumna.  Przykro  mi,  Ŝe  moja 
ambasador  nie  mogła  się  z  tobą  spotkać.  Obawiam  się,  Ŝe  jej  wizyta  musi  zostać 
przełoŜona  na  bliŜej  nieokreślony  termin,  a  moŜe  nawet  odwołana.  Musiałam  wysłać 
Yfrę do systemu Duros w innej, nie cierpiącej zwłoki sprawie. 

Tenel Ka otworzyła usta, ale nie potrafiła zdobyć się na Ŝadną odpowiedź. 
-  Zechciej  jednak  wybaczyć  troskliwej  babce,  jeŜeli  obmyśli  inny  sposób 

obserwowania  z  pewnej  odległości,  jak  radzi  sobie  jej  wnuczka,  dobrze?  -  ciągnęła 
hapańska  królowa-matka.  -  Co  powiedziałabyś  na  jedną  czy  dwie  straŜniczki, 
przebywające na przykład  w  sąsiednim  systemie gwiezdnym, tak by  nie rzucały się  w 
oczy? Myślę, Ŝe to byłoby najlepsze rozwiązanie i dla mnie, i dla ciebie. 

Wizerunek  jej  twarzy  się  powiększył,  jakby  kobieta  zamierzała  sięgnąć  do 

wyłącznika holoprojektora, ale zanim przerwała połączenie, jeszcze szepnęła: 

-  A poza tym odniosłam  wraŜenie, Ŝe nie byłaś specjalnie  zmartwiona z powodu 

zmiany terminu wizyty ambasador Yfry, prawda? 

-  To  jest  fakt  -  mruknęła  zakłopotana  Tenel  Ka.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  po  raz 

pierwszy od wielu lat zgodziła się w jakiejś sprawie ze zdaniem babki. 

 
Jacen  stał  na  wierzchołku  wielkiej  świątyni  Massassów  na  Yavinie  Cztery, 

czekając  na  przybycie  mistrza  Skywalkera.  Po  porannej  ulewie  pozostały  na  niebie 
tylko szare chmury, prześwietlane pomarańczowym blaskiem, odbitym od gigantycznej 
tarczy  planety,  i  jarzące  się  pastelowymi  barwami  na  krawędziach.  Lekki  wiatr 
rozwiewał włosy chłopca i od czasu do czasu odświeŜał go zabłąkaną kroplą deszczu. 

Jacen, chociaŜ obawiał się  wymówek  Luke’a, jakich  wuj z pewnością nie będzie 

mu szczędził, cieszył się, Ŝe znów przebywa w jego akademii na księŜycu porośniętym 
gęstą  dŜunglą.  Od  czasu,  kiedy  wszyscy  młodzi  Jedi  powrócili  z  Akademii  Ciemnej 
Strony,  mistrz  Jedi  odbył  rozmowy  w  cztery  oczy  i  z  Jainą,  i  z  Lowbaccą.  ChociaŜ 
Jacen nie miał pojęcia, o czym Luke mógł z nimi rozmawiać, kaŜde z nich było później 
zamknięte w sobie, nieskore do jakichkolwiek zwierzeń. 

A teraz nadeszła jego kolej. 

background image

Kevin J. Anderson, Rebecca Moesta 

137 

Kiedy Luke zjawił się cicho jak duch i stanął za plecami Jacena, chłopiec wyczuł 

jego  obecność,  zanim  odwrócił  się  i  spojrzał  na  wuja.  Przez  długi  czas  obaj  stali  w 
milczeniu,  jakby  się  umówili,  Ŝe  Ŝaden  nie  odezwie  się  ani  słowem.  Stopniowo  Jacen 
zaczął się odpręŜać. Był gotów na wszystko, co zechce powiedzieć mu jego nauczyciel. 

No, prawie na wszystko. 
- Weź to - odezwał się w końcu mistrz Jedi, podając chłopcu metalowy cylinder. - 

PokaŜ mi, czego się nauczyłeś. 

Zdumiony  Jacen  popatrzył  na  rękojeść  świetlnego  miecza  Luke’a.  Czuł  w  dłoni 

cięŜar  broni  rycerza  Jedi,  ale  rękojeść  miecza  nie  wydawała  mu  się  chłodniejsza  niŜ 
jego  skóra.  Jacen  zwaŜył  cylinder  w  dłoni,  a  potem  uniósł  go  do  oczu,  chcąc  mu  się 
lepiej  przyjrzeć.  Przesunął  czubkiem  palca  po  poprzecznych  zagłębieniach, 
wyŜłobionych  na  powierzchni,  aŜ  dotarł  do  guzika  wyzwalającego  świetliste  ostrze. 
Zamknął  oczy.  Usłyszał  w  głowie  buczenie  broni;  miał  wraŜenie,  Ŝe  czuje  jej 
pulsowanie, kiedy ostrze przecina powietrze... 

Otworzył oczy i wyprostował się. 
-  Oto,  czego  się  nauczyłem  -  odparł,  wręczając  mistrzowi  Jedi  miecz  świetlny, 

którego nawet nie zapalił. - Miałeś rację, kiedy mówiłeś, Ŝe jeszcze nie jestem gotów. 
Broni rycerzy Jedi nie wolno traktować jak zabawki. 

-  A  mimo  to  nauczyłeś  się  nią  posługiwać  -  nalegał  Luke.  -  Przypuszczam,  Ŝe 

Brakiss cię nauczył? 

Jacen kiwnął głową. 
- To umiem. Wiem, jak się posługiwać mieczem podczas walki z przeciwnikiem... 

ale nie jestem pewien, czy byłbym  gotów do takiej  walki pod względem  umysłowym. 
MoŜliwe,  Ŝe  nie  jestem  dość  dorosły,  jeŜeli  chodzi  o  umiejętność  panowania  nad 
emocjami. 

-  Nie  cieszyłeś  się  walką  tak  bardzo, jak  się  spodziewałeś?  -  zapytał  Skywalker, 

marszcząc brwi. 

- Tak. Nie. No cóŜ, tak... Nauczyłem się pewnych rzeczy, ale nie jestem pewien, 

czy  właściwych.  Miecz  świetlny  nie  jest  urządzeniem,  którym  moŜna  się  posługiwać, 
Ŝ

eby  komukolwiek  zaimponować.  To  wielka  odpowiedzialność.  Jeden  błąd  i  moŜna 

zabić kogoś niewinnego. 

Luke kiwnął głową, a jego jasnoniebieskie oczy wyraŜały zrozumienie. 
-  Ja  takŜe  czasami  mam  wraŜenie,  Ŝe  ta  odpowiedzialność  mnie  przerasta. 

Pamiętaj  jednak  o  tym,  Ŝe  Moc  prowadzi  nas  podczas  walki.  Nie  tylko  podpowiada 
nam,  jak  pokonywać  przeciwników,  ale  takŜe  często  wskazuje,  kiedy  ich  nie 
pokonywać. 

Obaj spojrzeli sobie w oczy. 
-  Nawet  wówczas,  jeŜeli  nasi  wrogowie  uczą  nas  lub  robią  złe  rzeczy?  -  zapytał 

Jacen. 

Luke Skywalker nie odwrócił głowy. 
- Nikt nie jest całkowicie zły - odparł. - Ani całkowicie dobry. - Błysnął zębami w 

smutnym uśmiechu. - A przynajmniej nikt z tych, których ja spotkałem. 

- Ale Brakiss... - zaczął Jacen. 

Akademia Ciemnej Strony 

138 

- Brakiss przekazuje swoim uczniom wiedzę o ciemnej stronie - przerwał Luke. - 

Sam  słyszałeś,  czego  ich  uczy.  Nauczyciele  nie  zawsze  jednak  mają  rację.  Ty  zaś, 
poniewaŜ się odwaŜyłeś myśleć samodzielnie, zrozumiałeś, Ŝe nie moŜesz mu ufać. 

Mistrz Jedi z aprobatą kiwnął głową. 
Jacen przez chwilę milczał, pogrąŜony we własnych myślach. 
-  Brakiss  pozwolił  mi  zrobić  to,  o  czym  marzyłem  bardziej  niŜ  o  czymkolwiek 

innym - odezwał się w końcu. - PosłuŜyć się świetlnym mieczem. Nie mogłem jednak 
mu zaufać. Liczył na to, Ŝe przeciągnie mnie na ciemną stronę Mocy, Ŝe zrobi ze mnie 
sługę  Imperium.  Tobie  mogę  zaufać.  A  jeŜeli  chodzi  o  świetlny  miecz,  miałeś  rację. 
Zaczekam, aŜ będziesz uwaŜał, Ŝe jestem gotów. 

- Kiedy pomyślę o Akademii Ciemnej Strony, ukrytej w jakimś innym miejscu, i o 

młodych  kandydatach,  szkolonych  przez  Brakissa,  Ŝeby  zostali  Ciemnymi  Jedi  - 
powiedział Luke - obawiam się, Ŝe ta chwila nadejdzie szybciej, niŜ myślimy.