background image

Pierwsza noc nowego roku stalą pod znakiem 

mrozu. Zorza polarna pokryła niebo językami lo­
dowatych ogni, jak wytrawny malarz starannie wy­
mieszała chłodne pastele na swojej palecie. 

Południowy horyzont łamała wyraźna linia si­

nych wierzchołków gór, groźnie wznoszących się 
ku roztańczonemu sklepieniu nieba. 

Mikkal pozostał obojętny na piękno krajobrazu. 

Dostrzegał je, lecz nic nie czuł. 

Nie wiedział, że tej nocy rozpoczął się nowy 

rok. Rok 1729. 

Panowało przenikliwe zimno. Na północy bli­

skość morza sprawia, że w noce jak ta przesiąknię­
te solą powietrze wypełnia się mnóstwem mroź­
nych igiełek. 

Mikkal dawno już przestał zważać na chłód. 

Siedział ze skrzyżowanymi nogami przed wy­

gasłym paleniskiem. Podmuchy wiatru wpadają­
ce przez uchylone drzwi chaty zdławiły żar wie­
ki temu. 

Wieczność nie znaczyła wiele dla Mikkala. 
Wieczność to czas. Mikkalowi nie brakowało 

czasu. 

background image

Przestał odczuwać cokolwiek, przestał myśleć, 

zobojętniał na cały świat. 

Nawet nie miał odwagi umrzeć jak prawdziwy 

mężczyzna, ale i to nie raniło jego dumy. Ból nie 
istniał. Nie istniała radość. 

W głębi duszy był martwy. 
Martwy jak to drobne ciałko, które delikatnie 

złożył w kołysce. 

Tej nocy został ojcem. Dziecko, którego nie pra­

gnął, urodziło się z krzykiem i rozwartymi oczęta­
mi wpatrywało się w mroźną ciemność. Było po­
marszczone i brzydkie, z kępką kruczoczarnych 

wilgotnych włosów na główce. Kiedy Ravna złoży­
ła Mikkalowi niemowlę w ramiona, poczuł nagły 

przypływ czułości. Matka chłopczyka nawet nie 

chciała go dotknąć. 

Sigga o mały włos nie przypłaciła porodu ży­

ciem. Cały dzień wiła się w bólach, a w ulotnych 
chwilach ulgi dyszała taką wściekłością, że piana 

występowała jej na wargi. 

Mikkal trzymał się od żony z daleka. 
Ich wzajemne przywiązanie wypaliło się już 

dawno. Teraz potrafili się tylko ranić. 

Mikkal zdawał sobie sprawę, że to jego wina, ale 

nie mógł zdobyć się na współczucie. Cierpienie 
Siggi go nie dotyczyło. Rodziła wprawdzie jego 
dziecko, tego był pewien, ale nie poczęli go z mi­
łości. Mikkal najchętniej wyrzuciłby z pamięci 

tamten wieczór. 

Ravna nie kryła złości, kiedy przyszła po niego. 

background image

- Nie musisz tak jawnie okazywać, że między 

wami źle się dzieje - powiedziała z niezwykłą jak 

na nią surowością. Wprawdzie nie darzyła Siggi 

wielką estymą, ale tym razem wzięła stronę syno­
wej. Zmierzyła Mikkala ostrym spojrzeniem. - Sig­

ga odchodzi od zmysłów. Nie wiem, czy zdoła uro­
dzić. Nie wiem, czy przeżyje. 

Mikkal miał ciętą odpowiedź na końcu języka, 

ale zdusił ją w sobie i ruszył za matką. Weszli do 
chaty, w której leżała Sigga. Jakaś obca kobieta 
omiotła go wzrokiem. Mężczyźni nie mieli zwy­
kle przystępu do rodzącej, ale tym razem kobieta 
nie ośmieliła się sprzeciwić woli Ravny. Matka 
Mikkala nie była wysoka, ale odznaczała się sil­
nym charakterem. 

Mikkal stał się świadkiem narodzin syna, nie od­

rywał wzroku od szeroko rozwartych oczu żony. 
Sigga zachowała jasność umysłu przez kilka chwil 
po przyjściu dziecka na świat. 

- Poczęty z nienawiści - zdołała wykrztusić. -

Niech umrze przeklęty. 

Dziecię przeżyło kilka minut w ramionach ojca. 
W jedną noc Mikkal doświadczył narodzin i śmier­

ci potomka. 

Sam nie potrafił umrzeć. Pragnął śmierci, sie­

dział z nożem przyciśniętym do pulsującej tętni­
cy, ale nie wykrzesał z siebie dość odwagi, by na­
cisnąć ostrze. 

Ubrał chłopczyka i położył w kołysce. W tej ko­

łysce sam kiedyś sypiał, spała w niej jego siostra 

background image

Laila, której nie dane było dorosnąć. Leżał w niej 
Ailo, najstarsze dziecko Mikkala i Siggi. 

Teraz w kołysce spocznie młodszy synek. 

Skuta lodem ziemia nie pozwalała na pochówek, 

a do wiosny zostało kilka miesięcy. Mikkal nie 
chciał grzebać niemowlęcia w śniegu z obawy, że 
padnie pastwą dzikich zwierząt. 

Miał zamiar wciągnąć kołyskę na najwyższe 

drzewo w okolicy, by żaden drapieżnik nie naru­
szył drobnego sztywnego ciałka, i osłonić je przed 

dziobami ptaków. Wiosną pochowa je w ziemi. 

Mikkal wiedział, że niełatwo o takie drzewo na 

północy, ale zamierzał je znaleźć, choćby musiał 

wędrować całą zimę. Nie miał innego celu w życiu. 

Na nic więcej nie liczył. 
Niczego więcej nie pragnął. 
Długą mroźną noc Mikkal wpatrywał się w nicość 

i ani na chwilę nie powędrował myślami do tej, któ­
ra wypełniała każdą cząstkę jego dorosłego życia. 

Przez całą noc nie pomyślał o Raiji. 
Po raz pierwszy czuł w sobie miłość i czułość do 

kogoś innego niż Raija. 

Pokochał swoje dziecko w krótkiej chwili jego 

życia. 

Nikogo więcej nie pozwolono mu kochać. 

Zobaczyli go o poranku. Niebo pokryło się 

czerwienią, kiedy Mikkal ruszał w drogę. Nikt nie 
słyszał, jak zaprzęga renifera, nikt nie wiedział, 
dokąd zmierza. Ale domyślali się, widzieli zawi­
niątko na saniach. 

background image

Ravna nie skrywała niepokoju. Nigdy dotąd nie wi­

działa go takim jak tej nocy, choć czułe oczy matki 
śledziły rozwój syna od dziecięctwa po wiek męski. 

Oziębłość Mikkala raniła matczyne serce. W tej 

strasznej chwili los Siggi budził w niej litość i współ­
czucie, zaś Mikkal bez słowa opuścił żonę, gdy dzie­
cię wyzionęło ducha. Z bezwładnym ciałem synka 

w ramionach odwrócił się do Siggi plecami. 

Ravna dostrzegła spojrzenie, które Sigga mu posła­

ła. Wiedziała też, że gorzkie słowa, które synowa rzu­
ciła za wychodzącym, były szczere. I tkwiło w nich 
ziarenko prawdy, a to bolało Ravnę najbardziej. 

Mikkal nie pojawił się już tej nocy. Nie obe-

szłoby go, gdyby Sigga umarła. Nawet o nią nie 
zapytał. 

Ravna nie poznawała tego chłopca, którego ko­

chała nad życie i wychowała jak umiała najlepiej. 
Tkwiły w nim pokłady dobra, teraz skryte głębo­
ko. Z całą jaskrawością ukazały się przywary syna, 
które ją drażniły. 

Ravna nie wiedziała, czy dorosły Mikkal wart 

jest jej miłości. 

Stan Siggi się pogorszył. Majaczyła, zlana potem 

jak w gorączce, szczękała zębami. Śmiała się i pła­
kała na przemian, doprowadzając się na skraj wy­
czerpania. Czterech par rąk nie starczało, by uspo­
koić targane konwulsjami ciało. 

Serce Ravny krwawiło. 
Mikkal zamienił się w małą kropkę na tle wzno­

szącego się dumnie skalistego zbocza. Był równie 

background image

zimny jak śnieg pod jego stopami. I zbyt dorosły, 
by dostać burę od matki. 

Ravna westchnęła. Ailo nie może się dowiedzieć 

o niczym. Chłopiec nie powinien cierpieć tylko 
dlatego, że rodzice utracili wzajemną miłość. 
W końcu jest babką, zajmie się wnukiem. 

Przez trzy dni Mikkal nie oszczędzał ani siebie, 

ani zwierzęcia. Parł w głąb lądu poprzez morze kop­
nego śniegu. Przez trzy dni nie myślał o niczym in­
nym, nawet w rzadkich chwilach niespokojnego snu 
stawał mu przed oczyma ten sam obraz. Musiał zna­
leźć miejsce na wieczny spoczynek dla syna. 

Kiedy zdołał to uczynić, rozbił namiot, rozpalił 

ognisko i rozpłakał się. Miejsce było ustronne, le­
żało z dala od szlaków na letnie pastwiska, ale Mik­
kal nie wątpił, że potrafi ponownie je odnaleźć. Za­
pamiętał każdy szczegół okolicy, najdrobniejsze 
wzniesienie pod bezkresną pokrywą śniegu. 

Wybrał brzozę przygiętą pod naporem wschod­

nich i północnych wiatrów. Stała nieopodal rzad­

kiego zagajnika, który wyciągał czarne, nagie pal­
ce ku niebu, jakby mu urągał. 

Gruby pień świadczył o tym, że brzoza przeży­

ła więcej zim niż Mikkal. Pochyliła się, ale nie da­
ła się złamać. 

Doskonale nadawała się do tego, do czego ją wy­

brał. 

Mróz utrwalił niewinny wyraz twarzy dziecka. 

Z przymkniętymi powiekami wyglądało, jakby spało. 

10 

background image

- Zostawię cię tutaj, Matti - powiedział chrapli­

wie Mikkal. Trzymał kołyskę w ramionach, czu­

łym wzrokiem pieszcząc twarzyczkę chłopca, któ­
rą on tylko miał zapamiętać. - Spoczniesz tutaj, 
blisko nieba. - Poczuł, jak żal chwyta go za gardło. 
Zmrużył oczy, w podmuchach kąsającego wiatru 
łzy nieomal go oślepiły. - Wrócę wiosną. Wiosną 
pochowam cię w ziemi. Do tego czasu będziesz 
pod opieką gwiazd, mój Matti. 

Imię znał od początku. Kiedy wziął w ramiona 

nowo narodzone dziecię, nie wahał się ani chwili. 

Jego syn miał na imię Matti. 

Dopiero teraz, zostawiając martwe ciało syna na 

pustkowiu, Mikkal zrozumiał, skąd brała się ta 
pewność. W te dni pełne bólu jakby o niej zapo­
mniał, ale ona zawsze przy nim była. W jego pa­
mięci nie mogła umrzeć. 

Imię Matti nosił młodszy brat Raiji. 
Mikkal starał się odsunąć tę myśl. Raija znaczy­

ła cierpienie, a on dość już cierpiał. 

Zacisnął zęby i wdrapał się na brzozę. Był silny, 

więc wspinaczka nie sprawiła mu żadnych trudno­

ści, lecz nigdy dotąd nie czuł takiego ciężaru na du­
szy. Zgrabiałymi palcami owiązał rzemienie wokół 
gałęzi. Matti będzie bezpieczny, nie padnie łupem 

dzikich zwierząt. Dla Mikkala chłopczyk nie cał­
kiem umarł. Nie wiedział, jakimi przymiotami na­
tura miała obdarzyć jego dziecko, ale wyobraźnia 
podsuwała mu cudowne obrazy syna. Nikt nie za­
stąpi mu tego chłopca, którego utracił. 

11 

background image

Spędził pod drzewem resztę dnia. Kiedy zapadł 

zmierzch, zwinął namiot, zaprzągł renifera do sań 
i ruszył w kierunku obozu nad morzem. W głowie 
miał pustkę. 

Na skraju brzeziny Mikkal zostawił cząstkę sie­

bie. Na własny użytek nazywał to cząstką własnej 
duszy. 

Obóz przywitał go milczeniem. Nikt nie zapy­

tał o powód nieobecności. Domyślali się i taktow­
nie okazywali szacunek żałobie Mikkala. 

Na Ravnę zrzucili obowiązek zdania synowi re­

lacji z wydarzeń. To ona musiała opowiedzieć 
Mikkalowi o obawach, które czuli, i smutku, któ­
ry ich napełnił, kiedy złe przeczucia stały się rze­
czywistością. 

Mikkal nie zdziwił się, ujrzawszy Ailo u babki. 

Sigga była osłabiona, przeżyła przecież ciężkie 
chwile. Pewnie jeszcze nie wróciła do sił, skoro Ra-

vna zajęła się wnukiem. Sigga nigdy nie była twar­
da, pomyślał z nutą goryczy, nie potrafiłaby wieść 

takiego życia jak Raija. Nie umiała stawić czoło 
przeciwnościom losu. 

- Zawsze uciekasz, kiedy najbliżsi cię potrzebu­

ją. - Rawna kochała swe jedyne dziecko, ale nie by­
ła ślepa na jego słabości. 

- Uciekam? - rozgniewał się Mikkal. Zdążył 

zrzucić sztywne od lodu futra i właśnie przeciągał 
przez głowę miękki skórzany kaftan. Mięśnie na 
obnażonych ramionach zacisnęły się w stalowe 
sploty. - Uciekam? - powtórzył zdumiony i obcią-

background image

gnał kaftan. Przeczesał włosy palcami, nie patrząc 
na matkę. Może jednak gnębiły go wyrzuty sumie­
nia? - Musiałem znaleźć miejsce spoczynku dla 
zmarłego syna. To nazywasz ucieczką, matko? 

Ravna obrzuciła go długim spojrzeniem. 
Kiedy w kącikach oczu syna pojawiły się 

zmarszczki? Wciąż był młody, ale rysy twarzy nie 
mówiły prawdy o wieku Mikkala. W pociemnia­
łych oczach, miodowej barwy jak oczy kruka, kry­
ły się łzy, które nigdy nie popłynęły, żal bowiem 
był zbyt wielki na płacz. Ravna znała prawdę o lo­
sie syna. Wiedziała, dlaczego oblicze wykrzywia 
mu grymas bólu. Życie nauczyło ją jednak, że nie 
należy dusić zgryzoty w sercu. 

- To była ucieczka, Mikkal - odrzekła spokoj­

nie. - Mów, co chcesz. Sigga nie zasłużyła na to. 
Nie zawsze była dla ciebie sprawiedliwa, ale nie za­
służyła na takie traktowanie. 

- Sigga? - W głosie Mikkala pobrzmiewało iro­

niczne niedowierzanie. 

- Potrzebowała cię. 
Ton jego głosu nie zmienił się. 
- Ona? Od dawna mnie nie potrzebowała. 
- Tak właśnie sądzisz - Ravna pokiwała głową. 

- Nie rozmawialiście ze sobą? Nie próbowaliście 
się zrozumieć? Tak prawdziwie? - Nie czekając na 
odpowiedź, ciągnęła: - Cały czas szukałeś w niej 

wad, a ona starała się być szczęśliwa, poddając się 
twej woli. Aż do chwili kiedy zrozumiała, że stara 

się na próżno. Nigdy jej nie pragnąłeś. W waszym 

13 

background image

związku nie było ciepła. Żadne z was nie odważy­
ło się wzniecić żaru w sercu. 

- Więc dlaczego uważasz, że teraz to możliwe? 

- spytał wzgardliwie. - Mam wrażenie, że twoje ka­
zanie zakończy się morałem. 

Ravna ponownie pokiwała głową. Z jej oczu wy­

zierał bezgraniczny smutek. 

Przez ułamek sekundy w Mikkalu zbudziła się 

nadzieja, poczuł gorący dreszcz na plecach. Może 
Sigga umarła? Dlaczego matka mówi o niej w ten 
sposób? Czemu ludzie powitali go takimi dziwny­
mi spojrzeniami? 

W następnej sekundzie pożałował tej myśli. By­

ła zła. Nie wolno cieszyć się z czyjejś śmierci. Ty­
le tylko, że odruch nadziei był prawdziwszy niż żal. 

- Nie możecie już naprawić krzywd, które sobie 

wyrządziliście - powiedziała Ravna z ociąganiem. 
Wahała się, rzucała ukradkowe spojrzenia na po­
grążonego we śnie Ailo. To, co zamierzała powie­
dzieć, nie było przeznaczone dla jego uszu. - Sig­
ga przestała być sobą. 

Mikkal odetchnął. Z przerażeniem uświadomił 

sobie, że życzył żonie śmierci. 

- Co masz na myśli? - spytał nieswoim głosem. 
- Jest... zwichnięta... 
Mikkal wciąż nie rozumiał: 

- Zwichnięta? Co to, u diabła, znaczy? 
Ravna nabrała powietrza i raz jeszcze spojrzaw­

szy na śpiące dziecko, dodała z nagłą pasją: 

- Zwichnięta. Obłąkana. Postradała zmysły, Mikkal. 

14 

background image

Mikkal bezgłośnie powtórzył słowa matki, jak­

by jej nie dowierzał. 

- Do diabła! Wyrażaj się jaśniej, matko! 
Ravna nie skarciła go za tak niestosowne słowa. 
- Zaczęła majaczyć po porodzie... 
- Bredziła, rodząc - przerwał jej Mikkal. - Sigga 

ma bujną fantazję. Na swój sposób zawsze była po­
mylona. 

Ravna udała, że go nie słyszy. 

- Po twoim wyjeździe przez trzy dni nie mogła 

dojść do siebie, ledwo trzymała się na nogach. Na­
stępnej nocy doglądająca jej kobieta zasnęła. Sigga 

wyszła z namiotu boso, prawie naga, zlana potem. 

Ravna musiała zaczerpnąć tchu. 

- Przypadek sprawił, że ją dostrzegliśmy i zapro­

wadziliśmy do namiotu. Mogła umrzeć, Mikkal. Szu­
kała dziecka. Mówiła, że Raija ukradła jej dziecko... 

- Przecież widziała- jego martwe ciało! - jęknął 

bezsilnie Mikkal. - Była przy śmierci chłopca. 
Przeklęła go. 

- Nie o to dziecko chodzi - tłumaczyła łagodnie 

Ravna. - Ona myślała, że Raija zabrała jej Ailo. 

Mikkal zamknął oczy i położył się na derkach 

rozpostartych na podłodze. 

- Coś jeszcze? - spytał. - Musi być jeszcze coś, 

skoro nazwałaś ją obłąkaną. 

Było. 
Sigga nie zapadała w sen. Szeroko rozwartymi 

oczyma wpatrywała się w świat, którego nikt po­
za nią nie widział. W tym świecie przeżywała po-

15 

background image

nure koszmary. Nie opowiadała o nich, ale z roz­
mów, jakie prowadziła z widziadłami, można się 
było domyślać najgorszego. 

Lęk największy i największa nienawiść wiązały 

się z Raiją. Sigga targowała się ze złymi mocami, 
by oddały Raiję śmierci. Błagała je, by wróciły jej 
syna. 

- Nie pokazaliście jej Ailo? 
- Nie poznała go. Powiedziała, że to nie jej syn. 

Że sprzyjamy tamtej. 

- Wielkie nieba! 
Mikkal spuścił wzrok. Nie chciał, by matka wi­

działa jego łzy. 

- Jest nieobliczalna - ciągnęła Ravna. - Jeśli zosta­

wić ją bez nadzoru, wymyka się na poszukiwania 
dziecka. Nie dba o ubiór, nie dba o siebie. Karmi się 

nienawiścią... Ukradła nóż Aslaka, żeby zabić Raiję 

własnymi rękoma, skoro nikt inny nie chce tego 
zrobić... 

Mikkal potrafił wyobrazić sobie, co by się stało, 

gdyby Sigga spotkała jakąś kobietę podobną do 
Raiji. 

- Nie powstrzymałbym jej - przyznał zduszo­

nym głosem. - Nie znam słów, które by ją prze­
konały. Dawno straciła do mnie zaufanie. Mógł­
bym jej pilnować, ale nie powstrzymałbym jej 
przed niczym. 

Ravna milczała. Mikkal sam musiał dokonać ob­

rachunku z sumieniem. 

- Nie powstrzymałbym - powtórzył. - A teraz 

16 

background image

cóż mi pozostaje? Sigga nienawidzi Raiji, nic na to 
nie poradzę. Jest zazdrosna o marzenia. 

- Raija nigdy nie była dia ciebie wyłącznie ma­

rzeniem - stwierdziła rzeczowo Ravna. - Nie okła­
muj sam siebie. Zazdrość Siggi jest uzasadniona. 

- Gdzie jest teraz? - Mikkal szybko zmienił te­

mat rozmowy. 

- Przenieśli jej namiot bliżej jurty Pawy. Rodzi­

na się nią zajmuje, nawet na chwilę nie wolno spu­
ścić jej z oczu. Ailo jest u mnie. Powiedziałam mu, 
że matka zachorowała. Nie powinien ujrzeć jej 

w takim stanie... 

Mikkal też nie chciał, ale poczucie obowiązku 

kazało mu ruszyć do namiotu Pawy. Smuga dymu 
nad jurtą świadczyła, że czuwano. 

Aslak, szwagier Mikkala, siedział u siostry. 

Rzeźbił w kości renifera. Na widok Mikkala udał 
zdumienie. 

- To ty? - wykrzyknął, kierując nań spojrzenie 

zielonych oczu. 

Mikkal dostrzegł w nich ironię. Bez słowa przy­

cupnął koło Siggi. Leżała twarzą do ściany namio­
tu. Ktoś niezdarnie zaplótł jej włosy i widok nie­
zgrabnego warkocza na wąskich plecach napełnił 
Mikkala wzruszeniem. Przełknął ślinę i dotknął 
nagiego ramienia żony. Ostrożnie wymówił jej 
imię. Sigga, która doprowadzała go do ostateczno­
ści kąśliwymi docinkami, wyglądała w tej chwili 
tak bezbronnie. 

Poczuwszy jego dotyk, Sigga raptownie usiadła. 

17 

background image

Drżąc na całym ciele, wbiła w Mikkala szklisty 

wzrok, ale zdawała się go w ogóle nie dostrzegać. 

Przycisnęła skórzaną derkę do piersi, jakby chcia­
ła się osłonić przed niewidzialnymi napastnikami. 

- Moje dziecko? - pisnęła głosem małej dziew­

czynki. Kiedyś, całą wieczność temu, nią była. -
Znaleźliście moje dziecko? Czy ona nie żyje? 

Mężczyźni nie odzywali się. 
- Czy nikt nie może jej zabić? - ciągnęła żało­

śnie. - Ma moje dziecko. Ukradła moje dziecko... -
Głos Siggi rozpłynął się w jękliwym zawodzeniu, 
ale nie uroniła ani jednej Izy. 

Nigdy dotąd Mikkal nie czuł się równie bezrad­

nie. Cóż miał począć? Co mógł zrobić? Nawet nie 
znalazł w sobie dość odwagi, by jej ponownie do­
tknąć. 

Aslak odsunął go na bok łagodnie, choć zdecy­

dowanie i objął drżące ramiona siostry. Zaczął 
przemawiać do niej spokojnym głosem jak do 
dziecka, używając słów, które nie niosły żadnego 
znaczenia, lecz dawały ukojenie. 

Kiedy ucichła, Aslak podał jej kilka łyżek zupy 

z drewnianej miski. Sigga przełknęła posłusznie, 
choć grymas na jej twarzy świadczył o tym, że płyn 
nie należy do najsmaczniejszych. Potem Aslak po­
łożył ją na posłaniu i przykrył futrami. 

- Mikstura twojej matki - wyjaśnił, kiedy wyco­

fali się w drugi koniec jurty. - To ją uspokaja. Nie 
zasypia wprawdzie, ale cichnie. 

Mikkalowi zaschło w ustach. Życzył jej śmierci 

18 

background image

i Sigga na swój sposób umarła. Tylko że nie tak to 
sobie wyobrażał. Tak było dużo gorzej. 

Śmierć oznacza koniec. Szaleństwo to odrocze­

nie, przekręcenie klingi noża tkwiącego w ranie. 

- To może trwać wieki całe, rozumiesz? - Głos 

Aslaka tchnął spokojem. Zdążył już przyzwyczaić 
się do tej perspektywy. 

Mikkal skinął głową, choć wciąż jeszcze nie 

otrząsnął się z szoku. Rozumiał. Sigga mogła tkwić 
w stanie otępienia przez wiele lat. 

Ta myśl zmroziła mu serce. 
Co będzie ze mną? przemknęło mu przez głowę. 

Jestem młody. Mam spędzić resztę dni z żywym 

trupem? 

- Chcemy, żebyś zaopiekował się Ailo - ciągnął 

Aslak. - Już o tym rozmawialiśmy, Anders, ojciec 

i ja. Tak będzie najlepiej. 

Mikkal spojrzał na towarzysza z niedowierza­

niem. Aslak był młodszy od niego o dwa lata, ale 

wydał mu się rozsądniejszy i bardziej doświadczo­

ny. Zresztą nie po raz pierwszy. 

W wąskich oczach Aslaka pojawił się dziwny 

blask. 

- Nie musisz udawać, Mikkal, nie musisz kła­

mać. Wasz związek umarł, zanim zdążył się naro­
dzić. W takim stanie będzie ci kulą u nogi. 

- Jest matką Ailo - wychrypiał Mikkal. - I mi­

mo wszystko moją żoną... 

Aslak roześmiał się ponuro. 
- Nie okłamuj sam siebie. Za późno na wyrzu-

19 

background image

ty sumienia, Mikkal. Ty też ponosisz winę za to, 
co się stało, oboje zgotowaliście sobie ten los. Ale 
żal do ciebie nic nie zmieni. Zajmiemy się nią, jest 

jedną z nas. Zwalniamy cię z obowiązku, uwalnia­
my cię od niej. Dla ciebie umarła, od tej chwili 
przestaje być twoją żoną. Zaopiekuj się Ailo, wię­
cej nie żądamy. Jesteś wolny. 

Mikkal otworzył usta, ale nie wydal z siebie ani 

jednego dźwięku. 

Aslak był poważny. 
- Tak będzie - rzekł z naciskiem. - Rozmawiali­

śmy o tym. Sigga już cię nie potrzebuje, zaopieku­

jemy się nią. Jeśli kiedyś wróci do zdrowia... - Wzru­
szył ramionami, dając Mikkalowi do zrozumienia, 
że w to wątpi, ale zostawia mu uchyloną furtkę. 

- Zgadzam się. - Mikkal nie poznał własnego 

głosu. Więcej nie zapamiętał z tego, co mówił 
Aslak. Ocknął się dopiero po wyjściu z namiotu. 

Jak pijany włóczył się po okolicy, nie wierząc 

w to, co się stało. 

Zdjęto mu z ramion ciężar. 
Był wolny. 
Nie związany z Siggą. 

Wolny. 
Więc dlaczego czuł się jak więzień? 
Dlaczego czuł się tak podle? 
Wolny. 

Alta. 

Tęsknota chwyciła go za serce. Niebo widziało 

jego rozpacz i pragnienie. 

20 

background image

Raija nie mieszkała już w Alcie. Ruszyła na wy­

brzeże, nie wiedzieć dokąd. Nie znajdzie jej, nie 
powie o wolności. 

Zdjęto mu okowy, ale wciąż czuł ich ciężar. 
Był wolny, ale nie zapłacił jeszcze swojej ceny. 
Mikkal ruszył do namiotu. Musi zająć się Ailo. 

Uczyni to niechętnie, ale to właśnie stanowi część 
ceny. 

Dwa słowa kołatały mu się w głowie. Dwa sło­

wa, które oddawały jego obecne położenie. 

Okowy wolności. 

background image

Przygotowywali się do wiosny, kiedy przybyła. 

Kobieta z zachodu. Mikkal wpatrywał się z napię­
ciem w punkt na horyzoncie. Utajona tęsknota 

wybuchnęła ze zdwojoną siłą. 

Raija. 
Rozsądek podpowiadał mu, że to nie ona. Z ta­

kiej odległości nie potrafił nawet stwierdzić, czy to 
kobieta, czy mężczyzna. Poczuł nerwowy ucisk 

w żołądku, spotniały mu dłonie. Co chwila odwra­
cał wzrok ku czarnej kropce, która rosła, zbliżając 
się ku nim przez stopniały śnieg. 

Jedna myśl kołatała mu w głowie. 
Jedno imię. 

Raija. 
- To kobieta! - krzyknął Aslak, który dłużej już 

nie potrafił skrywać ciekawości. 

Postać zbliżyła się na tyle, że dostrzegli długie 

jasne loki wystające spod czapki. 

- Skąd tu, do diaska, wzięła się kobieta? - cią­

gnął Aslak, przekrzywiając z zadziwieniem głowę. 

- Przyszła - odrzekł rzeczowo Mikkal. Nadzie­

ja przyprawiła go o szybsze bicie serca, ale teraz 
puls z wolna wracał do normy. Mimo nienatural-

22 

background image

nej suchości w gardle starał się nadać głosowi zwy­
kłe brzmienie. 

W pierwszej chwili, kiedy stanęła w morzu świa­

tła zachodzącego słońca, nie dostrzegł barwy jej 

włosów. Widział jedynie długie kosmyki powiewa­

jące na wietrze. 

Nadzieja zamieniła się w pewność. 
I zaraz stopniała jak wiosenny śnieg. To nie by­

ła ona, tylko wytwór fantazji. Nie mogła bardziej 
różnić się od Raiji. Mikkal wrócił do równowagi. 

Kobieta nie była drobnej budowy, choć niewąt­

pliwie zimowe odzienie nienaturalnie ją pogrubia­
ło. Jakby to określił Aslak, kawał baby. Miała ja­
sne włosy rozdzielone nad środkiem szerokiego 
czoła, białe, niemal niewidoczne brwi, ruchliwe 

oczy, niebieskie jak niebo w chłodny wiosenny 
dzień. Szerokie usta i pulchne policzki. Wysoka jak 
na kobietę, wyższa od Mikkala. 

Nie była ładna, ale miała w sobie coś; obaj od 

razu to dostrzegli. Nie budziła w nich uczuć opie­
kuńczych, nie była jak delikatny kwiat, który trze­
ba chronić przed przymrozkami. Dość pospolita 

w porównaniu z większością kobiet, brzydka na­
wet, jeśli równać ją z Raiją, co Mikkal uczynił zu­

pełnie nieświadomie. A jednak poruszyła w nim ja­
kąś czułą strunę, kiedy zatrzymała się przed nimi 
i z impetem zrzuciła chlebak z kory brzozowej 

wprost pod nogi Mikkala. 

- Nareszcie widzę ludzi! - powiedziała z ulgą. 

Głos miała równie mocny jak ciało. 

23 

background image

Zdjęła rękawicę i kanciastą dłonią o krótkich 

palcach przetarła spocone czoło. 

- Myślałam, że już nie spotkam żywej duszy -

ciągnęła, przypatrując się obu mężczyznom kry­

tycznie. 

- Skąd idziesz? Zabłądziłaś? 
W spojrzeniu, które posłała Aslakowi, kryła się 

mądrość. I zdziwienie jego naiwnością. 

- Nie takam znów głupia, by zabłądzić. A może 

tak wyglądam? O, nie, mój chłopcze, nie zabłądzi­
łam. Mój mąż mnie przegnał. Poszedł po prostu 

w swoją stronę, wprzód objaśniwszy, co mi zrobi, 
jeśli podążę jego śladem. Wybrałam więc przeciw­
ny kierunek, licząc, że w końcu kogoś napotkam. 
- Wzruszyła ramionami. - I się nie przeliczyłam. 

- Wygnał cię? - spytał podejrzliwie Mikkal. 
- Znalazł mnie z innym mężczyzną - rzuciła 

swobodnie. - W dość niedwuznacznej sytuacji. 
Skłonność do wybaczania jest mu obca, więc prze­
pędził swą małą żonkę... 

Na dźwięk słowa „mała" Mikkal uniósł kąciki 

ust. W jego oczach musiał pojawić się wyraz dez­
aprobaty, kobieta bowiem pospieszyła z wyjaśnie­
niami. 

- Nie żałuję tego, co zrobiłam. Mój mąż to sta­

ry wieprz. Tylko on sam wie, z iloma spał. No, ale 

w końcu to mężczyzna... - Nabrała tchu. - Poza 
tym jest starszy ode mnie o dwadzieścia lat, więc 
nie płaczę, że się go pozbyłam. Mam na imię Inga. 

Mężczyźni przedstawili się, ale żaden z nich nie 

24 

background image

poświęcił przybyszce więcej uwagi. Uznali, że 

wkrótce ruszy swoją drogą, a nie zwykli byli mie­

szać się do cudzego życia. 

Źle ją ocenili. Inga postanowiła zostać z nimi na 

dłużej. Rozmowa z Ravną utwierdziła ją w tej de­
cyzji. 

Mikkał nie był zadowolony. Inga obudziła w nim 

jakiś niepokój. Bał się, że to nieprzyjemne uczucie 
będzie mu towarzyszyć, jeśli kobieta zadomowi się 
u nich na dobre. 

- Nie możemy jej zabrać - rzekł stanowczo do 

matki, kiedy zostali sami. 

- Dlaczego? - Ravna spojrzała ostro na syna. -

Przyda się para rąk do pracy. Z Siggi nie ma już 
żadnego pożytku, a Inga sprawia wrażenie praco­

witej. Z miejsca ją polubiłam. Może zamieszkać ze 

mną, często doskwiera mi samotność. 

Mikkal westchnął. 
- A więc historia się powtarza? Sprawiłaś sobie 

nową córkę? Tym razem w nic mnie nie mieszaj. 
Nie omotasz mnie pajęczyną swoich marzeń, nie 
zrobisz z Ingi synowej! Nic jej do nas. Nie potrze­
ba nam rozwiązłych kobiet. 

Ravna milczała długo. 

- Nie spodziewałam się usłyszeć z twoich ust 

słów o przyzwoitości - wycedziła oskarżycielsko. 

Przez następne dni Mikkal unikał Ingi, wma­

wiając sobie, że nie kryje się w tym nic nienatu­

ralnego. Dlaczego miałby przestawać z kobietą, 
której nie lubi? Irytowała go niepomiernie, w każ-

25 

background image

dym jej geście i czynie dostrzegał coś wyzywają­
cego. Jej siła i pewność siebie przypominały Mik-
kalowi, że Raija odznacza się tymi samymi przy­

miotami charakteru, a to porównanie wydawało 
mu się nie na miejscu. Ta brzydka, niezdarna isto­
ta miałaby rywalizować ze zwiewną, drobną Ra-
iją, która sprawiała, iż słowo „kobieta" stawało się 
niemal święte? 

Poza tym zajęła się Ailo, przejęła rolę matki, 

choć jej o to nie prosił. I dobrze się z niej wywią­
zywała, nie mógł jej nic zarzucić. Jak na rozwiązłą 
kobietę, była zadziwiająco obowiązkowa. 

Sigga nie chciała widzieć syna, a zresztą Mikkal 

bał się zostawiać chłopca w towarzystwie matki. 
Była coraz bardziej zwichnięta. Zwichnięta - przy­
zwyczaił się tak właśnie określać jej stan. Niena­
wiść do Siggi zdążyła się w nim wypalić na tyle, że 
słowo „obłąkana" sprawiało mu ból. 

Teraz, kiedy zdołał się uwolnić od żony i zrzu­

cić z siebie odpowiedzialność za jej postępki, za­
czął dostrzegać dobre strony ich związku. Gdyby 
Sigga była taka jak dawniej... 

Nie darzyliby się wielką miłością, ale mogliby 

jakoś ułożyć sobie życie. Teraz na to za późno. 

Ailo czuł się bardzo związany z matką, Sigga ko­

chała go zaborczo. Ravna nigdy nie zdobyła zaufa­

nia chłopca, Mikkal zaś przestał się starać, prze­

żywszy pierwsze rozczarowanie. Nie zamierzał 
błagać własnego syna o cokolwiek. 

Inga zastąpiła mu matkę, zdołała wślizgnąć się 

26 

background image

do zakamarków duszy Ailo, do których nikt inny 
nie miał dostępu. 

Mikkal nie chciał się przyznać, że go to zadzi­

wia i przyprawia o zawiść. Łatwo było darzyć In­

gę antypatią. Łatwiej za każdym razem, gdy osią­
gała coś, co leżało poza zasięgiem jego możliwości. 

Zaczęli wędrówkę na letnie pastwiska, harując 

od świtu do zmroku. Mikkal nie narzekał, praca 

męczyła ciało i duszę, przepędzała natrętne myśli. 
Nie była tylko lekarstwem na marzenia senne. 

Zmuszał się do czuwania. Gnali stado na wschód, 

ku znanej ziemi, z którą wiązały go gorzkie i słod­
kie wspomnienia. Kiedy pewnej nocy płachta na­
miotu odchyliła się, pomyślał, że to Aslak przyszedł 
dotrzymać mu towarzystwa. 

To była Inga. 
Mikkal zdumiał się tak mocno, że zapomniał ję­

zyka w gębie. Nie zdobył się nawet na słowa po­
witania. 

Inga usiadła, nie pytając o pozwolenie. Bez cie­

nia lęku zajrzała Mikkalowi w oczy. 

- Nie lubisz mnie? 
Choć Inga nadała słowom ton pytania, wcale nie 

spodziewała się odpowiedzi. 

- Nie za bardzo - odrzekł Mikkal tylko po to, 

by ją zirytować. 

- Jesteś szczery. Cenię szczerość u mężczyzn. 
Mikkal lekceważąco wzruszył ramionami. Na­

wet na nią nie spojrzał. 

27 

background image

- Nie obchodzi mnie, jakich mężczyzn lubisz, 

a jakich nie. 

Ku jego rosnącemu rozdrażnieniu, Inga roze­

śmiała się. Nie wyglądała na zbitą z tropu. 

- Może powinno cię to obchodzić - stwierdziła, 

poważniejąc. Jej wzrok zdradzał, co kryje się za tą 
dwuznacznością. 

- Nie potrzebuję kobiety - zbył ją brutalnie. 

Wzdrygnął się na myśl, że miałby jej dotknąć. -
Zwłaszcza takiej, która oddaje się pierwszemu lep­
szemu - dodał jadowicie. Sprawiło mu satysfakcję, 
że mógł ją zranić. 

Inga nie wpadła w złość. Nie wstała, nie rzuciła 

się na niego z pięściami. 

Nie była Rai ją. 
- Jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż ci się 

zdaje, Mikkalu Persenie - powiedziała. Rozmyślnie 
użyła znienawidzonej przez niego norweskiej wer­
sji nazwiska. Chciała go poniżyć. - Mamy ze sobą 

wiele wspólnego - ciągnęła łagodnie. - Słucham 

plotek. Nie jesteś bez winy, że Siggę spotkał taki 
los. Nie tylko ja sypiałam w cudzym łóżku. 

Mikkal bezsilnie zacisnął pieści. Z trudem po­

wstrzymał się, by jej nie uderzyć. 

- To co innego - syknął przez zaciśnięte zęby. -

To nie to samo co... łajdaczenie się! 

Inga podniosła się powoli i obrzuciła go przecią­

głym spojrzeniem. Mikkal zniósł je z trudem. Czy 
ta przeklęta kobieta zamierzała tu zostać? Miał si­
łą wyrzucić ją z namiotu? 

28 

background image

- Nie masz prawa tak mówić - powiedziała po 

chwili, która Mikkalowi wydała się wiecznością. -

Nie masz prawa mnie osądzać. Dajesz się zwodzić 

pozorom. 

Wyszła. Wyprostowana jak struna. 
Mikkal poczuł niesmak w ustach. Nie pojmował 

kobiet. 

Wtedy znalezienie odpowiedniego miejsca zajęło 

Mikkalowi trzy dni. Teraz dopiero po czterech do­
tarł do rozgałęzienia szlaku. Stado opóźniało marsz. 

I tym razem odłączył się bez słowa. Nie przej­

mował się takimi błahostkami, a oni go rozumieli. 
Potrzebowali jego silnych rąk, sprawnego i praco­

witego ciała, ale rozumieli, że musi ich opuścić. 

Nie czynili mu wyrzutów, tylko podzielili się do­
datkowymi obowiązkami. 

Jedynie Inga zadawała pytania. Zwróciła się do 

Andersa, młodszego brata Siggi. Aslaka pominęła. 
Aslak gotów był bronić Mikkala we wszystkim, co 
ten przedsięwziął, zaś Anders zawsze miał własne 
zdanie. 

Tym razem nawet Anders stanął w obronie Mik­

kala i Inga w końcu zrozumiała dlaczego. Opóź­
niał marsz, może o cały dzień, ale nie mógł postą­
pić inaczej. 

Zapadł zmrok, we wschodnim Finnmarku wsta­

ła szarawa wiosenna noc. Powietrze było wilgotne, 

wciąż miało posmak zimy. Woda w kałużach ści­

nała się lodem, a zaspy śnieżne uczepione poro-

29 

background image

śniętego wrzosem wzgórza zdawały się lekceważyć 
nadejście nowej pory roku. 

Noc przeszła w mroźny blady poranek. 
Ravna podsyciła ogień na palenisku. Jej po­

marszczona twarz wyrażała zaniepokojenie. Rzu­
cała wokół nerwowe spojrzenia, podbiegała co 
chwila do wyjścia, zrywała się na każdy dźwięk. 

Nie odezwała się jednak, nie powiedziała ani 

jednego złego słowa o synu. 

Inga bardzo ją polubiła, przyszło jej to zresztą 

bez trudu. Ravna promieniowała matczynym cie­
płem, którym zjednywała sobie ludzi. Nie sposób 
było nie darzyć jej sympatią. 

Niepokój Ravny napawał Ingę troską. Mikkal 

miał powód, by ich opuścić, ale nie powinien oka­
zywać lekceważenia współtowarzyszom. Żywych 

stawiać trzeba przed umarłymi. Matka kochała go, 
a on przysparzał jej siwych włosów. 

- Pójdę go poszukać - rzuciła impulsywnie Inga. 
Ravna sprzeciwiła się. 
- Nie musisz tego robić przez wzgląd na mnie -

powiedziała. - Nie lękam się o niego. Da sobie ra­
dę. Jest dorosły, sam odpowiada za swoje postępki. 

Ravna miała wiele argumentów, ale Inga już 

podjęła decyzję. Łagodnie potrząsnęła głową. 

- Pójdę - uśmiechnęła się kwaśno i zaczęła się 

ubierać. - Dasz sobie radę z Ailo. Mikkal jest 
gdzieś w pobliżu, pewnie kieruje się już do nas. 

Wrócę, jeśli się na niego nie natknę. Nie będziecie 
musieli mnie szukać. 

30 

background image

Mniej więcej znała kierunek, pomógł jej in­

stynkt. Po paru godzinach trafiła na skraj zagajni­
ka, nad którym unosiła się smużka dymu. 

Mikkal siedział nieruchomo przy ognisku. Ni­

gdy jeszcze Inga nie widziała człowieka pogrążo­
nego w tak głębokiej apatii. 

Wyruszyła z obozu, kipiąc gniewem, lecz teraz 

nie mogła czynić mu wyrzutów. Nie mogła dobi­
jać leżącego. 

Poszarzał na twarzy, łzy zostawiły wyraźne śla­

dy na kanciastych policzkach. Miał zaczerwienio­
ne oczy. Nie usiłował tego ukryć, tak jak uczynił­
by każdy inny mężczyzna na jego miejscu. 

Uniósł głowę i spojrzał na nią zamglonym wzro­

kiem. Złość Ingi stopniała w jednej chwili. Zapra­
gnęła przytulić go i ukoić, ale nie uczyniła tego. 
Upadła przed nim na kolana. Za nic w świecie nie 
zdobyłaby się na to, by objąć go ramionami. 

- Znalazłeś to, czego szukałeś? 
Mikkala nie zdziwiła miękkość głosu Ingi. Tak 

jak nie zdziwiło go jej przyjście. 

- Znalazłem - odrzekł zachrypniętym głosem -

i nie znalazłem. - Ruchem głowy wskazał za siebie. 

Inga podniosła się. 
Zobaczyła kołyskę, przykrytą rozszarpaną na 

strzępy skórą, i przez ułamek sekundy to, co skry­

wało się pod nią. Potem zacisnęła powieki i odwró­
ciła się gwałtownie. Żołądek podszedł jej do gar­
dła, ale nie zwymiotowała. Musiała się opanować. 

Dla Mikkala. 

31 

background image

Usiadła przy nim tyłem do kołyski. 

W pytaniu bezwiednie użyła właściwego słowa 

na znalezisko Mikkala. 

To. 
- Los drwi ze mnie - powiedział po dłuższym 

milczeniu. - Pokochałem to zmarłe dziecko bar­

dziej, niż kocham żyjącego syna. Zadałem sobie 
wiele trudu, by znaleźć mu bezpieczne schronienie 
na zimę. Tak bardzo pragnąłem złożyć go w ziemi. 

Odwrócił wzrok ku wzgórzu, które wyraźnie ry­

sowało się na tle odległego horyzontu, stanowiąc 
najwyższy punkt w okolicy. Z tej odległości bez 
trudu dostrzegli nieruchomą sylwetkę dumnego 
ptaka wpisaną w jasny prostokąt porannego nieba. 

- Orły! - jęknął bezsilnie Mikkal. - Stał się pa­

dliną dla orłów! - Roześmiał się gorzko, a serce In­
gi krwawiło. 

Potrzebował pociechy, ale Inga nie mogła go do­

tknąć. Chciała, ale wciąż słyszała jego pogardliwe 
słowa. Nie da mu okazji do twierdzenia, że skłon­
na jest oddać się pierwszemu lepszemu... 

Pozostawały słowa. Zwilżyła wargi, szukając 

właściwych określeń. Nie było to łatwe. 

Widok kołyski obudził w niej odczucia podob­

ne do tych, które targały Mikkalem. Nie chciała 

jednak powiększać jego cierpienia. 

- Nie stał się padliną - zaczęła i napotkała spoj­

rzenie miodowych oczu, które wzgardą witały pró­
by ukojenia smutku. 

- Nie? - Głos Mikkala był równie odpychający 

32 

background image

jak spojrzenie. Czepiał się żalu i bólu, pogrążał 
w żałobie. - Jeśli nie padliną, to czym, do diabła? 

Inga odwróciła wzrok. Nie potrafiła zmierzyć 

się z jego nienawiścią. 

- Nie pożył długo - ciągnęła niezdarnie. - W zie­

mi stałby się życiem, na swój sposób, zamienił 

w proch i żył w innej postaci. Teraz stał się pożyw­

ką dla innego istnienia... To żadna różnica. - Bez­
silnie rozłożyła ramiona. - Równie pięknie jest da­

wać życie pod niebem jak w ziemi. 

Porównanie nie przyniosło Mikkalowi ulgi. 

- Żadna różnica? Moje dziecko miało spocząć 

w grobie, Ingo. Nie pojmujesz? W grobie, wbij to 
sobie do głowy! Nie wiozłem go tu, by nakarmić 
orły. Pożywką dla innego istnienia... - Spojrzał na 

nią jak na obłąkaną. Inga skuliła się pod jego wzro­
kiem. Nawet wtedy, kiedy mąż przyłapał ją w ra­
mionach innego, nie czuła się równie wzgardzona. 

Pragnęła go pocieszyć, a jedynie pogarszała sy­

tuację! 

Przez ułamek sekundy sądziła, że Mikkal ją ude­

rzy. Tymczasem wyraz zaciętości na jego twarzy 
raptownie ustąpił. Ten bezradny, bezbronny męż­
czyzna nie zamierzał z niej drwić. Pogrążony 

w rozpaczy potrzebował bliskości drugiego czło­
wieka, a poza nią nie miał nikogo. 

Objął ją silnymi ramionami i wtuliwszy twarz 

w zagłębienie na jej szyi, rozpłakał się. 

Trząsł się, jakby zdjęty przeraźliwym zimnem. 

Szloch tłumiony skórzanym kaftanem Ingi świad-

33 

background image

czył o tym, że Mikkal doszedł do kresu wytrzy­
małości. 

- Wszystko sprzysięgło się przeciw mnie - wy­

szeptał bezsilnie. 

Inga zadrżała, poczuwszy jego ciepły oddech na 

skórze. 

- Tracę wszystko, co mogłoby nadać sens memu 

życiu. Los bez ustanku przygina mi kark... Nie 
mam już sił. Boję się, co może przynieść następny 
dzień... 

Inga niezdarnie gładziła Mikkala po włosach, 

czarnych i sztywnych, niesfornie opadających na 
czoło. Wzruszenie ścisnęło jej gardło. Wielu męż­
czyzn trzymało ją w ramionach, wielu odpoczywa­
ło na jej kolanach. Nigdy dotąd jednak nie do­
świadczyła bliskości drugiego człowieka w taki 
sposób. Zrozumiała, jak ubogie życie wiodła, nie 
znajdując w ludziach tego, co najważniejsze. 

Szukała odpowiednich słów. Przeczuwała bar­

dziej, niż wiedziała, że pusty frazes nie przyniesie 
Mikkalowi pociechy. Nie potrzebował współczucia. 

Różnił się od wszystkich mężczyzn, których 

znała. 

Był inny. 
- Nie możesz cofnąć czasu - zaczęła nieskładnie, 

bojąc się, że napotka ten sam odpychający wzrok 
i usłyszy te same wzgardliwe słowa jak poprzed­
nim razem, gdy usiłowała stanąć po jego stronie. -
Co się stało, już się nie odstanie. Masz jednak moc 

zmieniania przyszłości, Mikkal... 

34 

background image

Po raz pierwszy głośno wypowiedziała jego 

imię. Z jakiegoś powodu nie potrafiła dotąd zmu­
sić warg, by wymówiły te dźwięki, których słodycz 
czuła na języku. 

Mikkal... 
- Nie poddawaj się! - szepnęła. - Nie masz pra­

wa się poddawać! - Czuła na sobie ciężar jego mu­

skularnego ciała. Przyszła jej do głowy myśl, ab­
surdalna w tych okolicznościach, że nie gustuje 

w otyłych mężczyznach. Mikkal był świetnie zbu­

dowany. - Jesteś zbyt dobry, by się poddawać! -
ciągnęła, nawet nie wiedząc, czy Mikkal słucha. 

Miała wrażenie, że mówi do samej siebie. Może 

jemu to wystarczało, może pragnął jedynie czyjejś 
bliskości i słów wypowiadanych właściwym to­
nem. Inga radowała się, że to jej przypadła ta rola, 
choć też bolała myśl, iż Mikkal nie dostrzegłby 
żadnej różnicy, gdyby na jej miejscu był ktoś inny. 

Nic dla niego nie znaczę, pomyślała i poczuła 

bolesny, ostrzegawczy skurcz w piersi. Była doro­
sła, wiedziała, co się święci. Może odejść, powinna 
odejść. Tylko wtedy zdoła uniknąć bólu. Zdawała 
sobie jednak sprawę, że nie ruszy się z miejsca. 

Będzie trzymać się tej grupki ludzi ze wszyst­

kich sił. 

Póki będzie z nimi, poty czuć będzie bliskość 

Mikkala. Czeka ją cierpienie, ale jest na tyle doj­
rzała, by je przyjąć. 

Już dokonała wyboru. 

Do tej chwili tęskniła całe życie. 

35 

background image

Inga wypowiedziała mnóstwo słów, słów, któ­

rych żadne z nich później nie pamiętało. Ona, bo 
było ich tak wiele. On, bo słowa zlały się w rzekę 
niosącą ukojenie, a przecież nie sposób wyróżnić 

w rzece pojedynczych kropli. 

Wyraz zawziętości pozostał na jego twarzy, kie­

dy uwolnił się z jej ramion. Bez jednego słowa, bez 
podziękowania. Mikkal nie przyznawał się do swo­
ich słabości, zwłaszcza wobec kobiet. Wobec niej. 
Palcami odrzucił grzywkę, lecz ta niesfornie opa­
dła mu ponownie na oczy. 

- Pomożesz mi kopać? 
Inga skinęła głową. 
Dlaczego cała drżała w beznadziejnym oczeki­

waniu? Nie chciała szukać u niego oznak aproba­
ty, ale mimowolnie to czyniła, boleśnie się rozcza­

rowując. Mikkal nie zegnie się tak łatwo jak trawa 
na wietrze. Minie sporo czasu, zanim w tych nie­

zwykłych miodowych oczach zatli się płomyk. 

Pracowali, nie odzywając się do siebie, jakby ob­

fitość słów wypowiedzianych przez Ingę skazywa­
ła ich na milczenie. 

Ziemia była wilgotna, poprzecinana siatką ko­

rzeni. Ryli w niej rękoma, Mikkal pomagał sobie 
nożem. 

Inga poraniła dłonie, ale nie czuła bólu. Robiła 

to dla niego. Wszystko poza nim straciło znacze­
nie. Wystarczyło kilka chwil, by stał się* central­
nym punktem jej świata. 

Zamknęła oczy, kiedy wstawiał kołyskę do do-

36 

background image

łu. Wykop sięgał mu do pasa. Powinni go trochę 
pogłębić, ale warstwa zmarzniętej ziemi stawiła 
skuteczny opór poharatanym koniuszkom palców. 

Zasypanie grobu nie stanowiło wyzwania dla 

ciała, tylko dla ducha. 

Wyraz twarzy Mikkala nieomal przywiódł Ingę 

do płaczu, z najwyższym trudem powstrzymała się 
od łez. Coś jej mówiło, że Mikkal nie chciał wi­
dzieć łez. Jej łez. 

Więc nikt nie zapłakał nad niewielką mogiłą. 

Mikkal zachował kamienną twarz, zacisnął zęby, 
aż zbielały mu kąciki ust i zadrżały nozdrza. 

Pociemniałym wzrokiem wpatrywał się w skra­

wek brunatnej ziemi wycięty w zeszłorocznej 

przywiędłej trawie. Nagle odwrócił się tyłem do 
niej i wycedził: 

- Idziemy. Nie mamy tu nic więcej do roboty. 

To tylko pusta równina. 

W obozie panował rozgardiasz. Pakowano do­

bytek, by ruszyć w dalszą drogę ku letnim pa­
stwiskom. 

Mikkal zatrzymał Ingę, zanim dołączyli do reszty. 

Ani jednym gestem nie zdradził, jakie myśli kłę­

bią mu się w głowie. Jego spojrzenie było nieod-
gadnione. 

- Czy twoja propozycja pozostaje w mocy? - za­

pytał niemal obojętnie. 

Żadne z nich nie miało wątpliwości, o co mu 

chodzi. 

37 

background image

Nie odrywał od niej wzroku. Inga znała rozsąd­

ną odpowiedź. 

- Tak - odrzekła nierozsądnie. 
Mikkal puścił *ją. 
- Dobrze. Wieczorem przeprowadzisz się z Ailo 

do mojego namiotu. Nikomu się nie musimy tłu­
maczyć. Z Siggą nic mnie nie wiąże. 

Odszedł. Dla niego sprawa została rozstrzygnięta. 
Inga nie ruszyła się z miejsca. 
Z Siggą nic go nie wiąże. 
To prawda. 
Lecz Inga słyszała plotki. Wiedziała, że inne imię 

położy się cieniem między nimi. Za żadne skarby 
świata nie zapytałaby, czy coś go wiąże z Rai ją. 
I czy kiedykolwiek przestanie wiązać. 

Być może czekał ją los Siggi. 
Inga zacisnęła zęby i podążyła za Mikkalem. By­

ła bezsilna, przy Mikkalu traciła całą wolę. 

Ruszy z nim na wschód. Zostanie przy nim, jak 

długo będzie tego chciał. Nic poza tym nie miało 
znaczenia. 

background image

Dął wiatr od morza i niósł krzyki mew, sławią­

ce wiosnę. Daleką północ zamieszkiwało niewiele 
ptaków śpiewających, ale mewy wynagradzały ich 
brak nieustannym wrzaskiem. 

Raija zacisnęła zęby. Minęło już sporo czasu, ale 

wciąż pamiętała wiosnę nad Zatoką Botnicką, 

szczebiot ptaków, szum potężnych świerków, ko­
lorowy dywan łąk, który wyglądał tak, jakby tęcza 
ukryła się pośród świeżych źdźbeł trawy. 

Ocknęła się z zamyślenia. Po co się dręczyć, tutaj 

wiosna nie zawita. Przynajmniej nie ta, którą Raija 
znała. Tu lato zjawiało się nagle po falach mrozu, jak 

nieproszony gość stawało znienacka u progu. 

Kończył się kwiecień, a zima ani myślała ustąpić. 

Była już wprawdzie niezbyt dotkliwa, ale wciąż da­

wała się we znaki komuś, kto zwykł mieszkać w ła­
godniejszym klimacie. Raija zakładała kilka warstw 
odzieży pod kaftan i opatulała dzieci, które jak ku­
leczki wysypywały się z domu, by zażyć zabawy na 

świeżym powietrzu. 

Zadrżała mimowolnie i oderwała wzrok od ubo­

giego krajobrazu. Widok, który roztaczał się przed 
nią, był równie przygnębiający jak klimat i pogo-

39 

background image

da. Gdyby tylko mogła się od niego uwolnić! 

Wszystko wydawało się takie proste. Skoro Hol-

mertz, poprzedni właściciel sklepu, dawał sobie ra­

dę, cóż stało na przeszkodzie, by i jej los sprzyjał? 

By i dla niej sen stał się rzeczywistością. Wmówi­
ła sobie, że potrafi prowadzić sklep. 

Sądziła, że odwaga i energia wystarczą, ale sro­

dze się rozczarowała. Z wolna zaczynała rozumieć, 
że porwała się z motyką na słońce. 

A przecież przekonywała Reijo, że sobie pora­

dzi. Wciąż dźwięczał jej w uszach pewny siebie 

ton, którym oznajmiła mu, że sama zajmie się pro­

wadzeniem sklepu. 

W głębi ducha spodziewała się, że ją wesprze. 

Do tej pory Reijo zawsze stał u jej boku. 

Tym razem potraktował jej słowa z niezwykłą 

powagą. Zostawił handel w jej rękach, na każdym 
kroku dając do zrozumienia, że nie zamierza brać 
ani odrobiny odpowiedzialności na swoje barki. 

Zawsze pragnął spokojnego życia, nie chciał się 
wywyższać nad innych. To był jej pomysł, niech 
więc sama wypłacze się z kłopotów. 

A kłopoty spotykały Raiję ze wszystkich stron. 

Musiała zmierzyć się z tysiącem nie pisanych praw, 
o których nawet nie miała pojęcia, stojąc z drugiej 
strony lady. 

Tyle od niej oczekiwano. 
I tyle było ról, których nie chciała grać. 
Paskarki, na przykład. Wyzyskiwaczki, podbija­

jącej ceny towarów. Nikomu nie odmówi chleba, 

40 

background image

nie będzie podobna do kupców, których wspomi­
nała z zaprawioną goryczą niechęcią. Tych, którzy 
okradali biedaków. Raija też zaznała biedy i głodu. 

O, nie, taka nie będzie. 
Raija popadła w przeciwną skrajność. 
Wolała nazywać ją dobrocią, miłością bliźniego. 

Nie spodziewała się podziękowań, dobrze wiedzia­
ła, jak trudno okazywać wdzięczność komuś, kto 
ma więcej. 

Oczekiwała solidarności. 

Tymczasem ludzie w osadzie naśmiewali się z Ra-

iji. Za plecami dziewczyny naigrawali się z jej naiw­
ności. Korzystali z niej, nie szczędząc nowej właści­
cielce sklepu drwin i złośliwości. 

Liczby w księgach nie mówiły nic o małostkowo­

ści klientów, za to wiele o braku kupieckiej żyłki. 

Nazwiska dłużników powtarzały się na wielu 

stronach. Raija nie potrafiła ściągnąć należności. 
Znała wszystkie rodziny w osadzie i dobrze wie­
działa, kto cierpi niedostatek. Kiedy więc zjawiali 
się po naj niezbędniejsze towary, nie pytała o za­
płatę. Na mocy nie pisanej umowy starannie od­
notowywała rosnącą sumę długu. 

W głębi duszy miała jednak poczucie, że nie zaj­

muje się handlem, tylko dobroczynnością, za któ­
rą nie może spodziewać się zapłaty. 

Narastało w niej przygnębienie. Przecież do­

stawcom musiała się opłacać brzęczącą monetą. 

Liczby przemawiały jasnym językiem. Raija wie­

działa, że nie oszuka rzeczywistości. Chcąc zachować 

41 

background image

sklep, musi ściągnąć długi. Nie zamierzała się podda­

wać, jej praca nagle nabrała szczególnego znaczenia. 

Ludzie gadali, że handel nie jest zajęciem dla ko­

biet, że to wbrew naturze, że rezultat łatwo przewi­
dzieć. Raija chciała im pokazać, jak bardzo się mylą. 

Reijo też był przygnębiony. Czekał, aż dzieci 

położą się spać, upewniał się, że zasnęły. Dopiero 

wtedy ten zwykle opanowany mężczyzna dawał 

upust zniecierpliwieniu. Widział, że Raija nie jest 
taka jak dawniej. 

Od samego początku Raija dawała mu do zro­

zumienia, by trzymał się z dala od sklepu, nawet 
nie pokazała mu ksiąg. Reijo sądził, że żonie wy­
starczy hartu i zdecydowania, by utrzymać porzą­
dek w rachunkach. Pojawiły się jednak niepokoją­
ce oznaki świadczące o tym, że Raija nie panuje 
nad kupieckimi obowiązkami. 

Reijo objechał całą okolicę w poszukiwaniu za­

łogi na rejs do Bergen. 

Było dawnym i dobrym zwyczajem, że okoliczni 

rybacy zlecali kupcowi fracht ryb na południe. Za­

zwyczaj zleceniodawcy sami stanowili załogę kupiec­
kich łodzi, czasami pomagali jedynie w jej doborze. 

Utarło się również, że frachtujący informowali 

kupca o wielkości ładunku na długo przed termi­
nem wypłynięcia. Co najmniej dwa, trzy miesiące, 
twierdził Nils. 

Kiedy Raija przejęła sklep, wielu rybaków zapo­

mniało o starych obyczajach. 

Wprawdzie Reijo zajmował się łodziami handlo-

42 

background image

wymi, ale to w jego żonie ludzie widzieli ich właści­

cielkę. Szypra. 

Słyszano o kobietach w tym fachu, nigdy jednak 

tak młodych. Były to zwykle wdowy po wytrawnych 
marynarzach i to jeszcze uchodziło. Oddawały one 
komendę na pokładzie ludziom, którzy dorastali 
chłostani wiatrem i strugami słonej wody. Żaden 
Kwen, ledwo władający ich językiem, nie mógł ma­
rzyć o zaszczycie poprowadzenia statku z transpor­
tem ryb do kupieckiego miasta na południu. 

Szypra się nie zmieniało. Najstarsi ludzie w osa­

dzie nie pamiętali, by coś podobnego stało się za 
ich dni. Nikt by się nie ośmielił. Inny szyper mógł­
by postawić twarde warunki. 

Raija była miękka, więc rybacy zwietrzyli swą 

szansę. 

Reijo współczuł jej. Wiedział lepiej niż inni, że 

Raija się zamartwiała. Miała podkrążone oczy 
i zmizerniała na twarzy. Nie pamiętał, by kiedy­
kolwiek była taka chuda. 

-Jak ci idzie w sklepie? - spytał, udając obojętność. 
Reakcja Raiji potwierdziła przypuszczenia Re­

ijo, że jest jej ciężko. Może nawet gorzej, niż sądził. 

- Dlaczego pytasz? - burknęła. Jej oczy nic nie 

wyrażały, jakby opuściła na nie zasłonę, którą od­

gradzała się od zewnętrznego świata. - Wszak to 
mój sklep, czyż nie? - Schyliła głowę z obawy, że 
jednak ją przejrzy. - Zawsze to podkreślałeś. 

Nabrała powietrza i dodała: 
- Dobrze idzie. 

43 

background image

Mówienie nieprawdy przychodziło Raiji z rów­

nym trudem jak prowadzenie interesów. 

Reijo miał ochotę wstać, podłożyć rękę pod har­

dy podbródek Raiji i zmusić ją, by spojrzała mu 
w oczy. 

Nie uczynił tego. 
Nie ruszył się z miejsca. 

To przyszło późną wiosną. Stanął pomiędzy nimi 

niewidzialny mur. Wspomnienie wspólnie spędzo­
nych lat przestało łączyć. Małżeństwo było jak cho­
roba, która toczyła ich dusze i niszczyła przyjaźń. 

- Połowa ludzi z osady, którzy zwykli posyłać 

ryby na południe, wycofała się. 

Rai ja uniosła głowę i wysunęła brodę w przód. 

Zawsze tak robiła, kiedy gotowała się do obrony. 

- Co to ma wspólnego z moim sklepem? Cóż ja 

mogę poradzić na to, że nie potrafisz zadbać 

o fracht i załogę? Chcesz mnie obciążać za własną 
nieudolność? 

Reijo zamknął oczy. Rozsądek podpowiadał 

mu, że Raija głośno myśli. Próbuje usprawiedli­

wiać swoje słabości. 

Nie poczuł się lepiej. Oskarżenia dziewczyny 

bolały. 

Kiedy uchylił powieki i zobaczył zaciętą twarz 

Raiji, stracił panowanie nad sobą. 

- Wszystko wiąże się z tym przeklętym sklepem. 

Prowadzisz go tak nieudolnie, że ludzie zaczynają 
bawić się z nami w kotka i myszkę. Wiedzą, że nic 
się nie stanie, jeśli oddadzą ryby innemu kupcowi. 

44 

background image

Nikt na tym nie straci, nikt poza tobą i mną. Nie 
opowiadaj mi więc bajek o tym, że sprzedaż idzie 
dobrze. Wiem, jak idzie, Raiju. Źle! 

Raija nie odpowiedziała. Reijo się nie mylił, jak 

zawsze. Wszystko przez ten sklep. Tyle że on pal­
cem w bucie nie kiwnął, by jej pomóc. A teraz ją 
oskarża o nieudolność. Sam nie mając bladego po­
jęcia o handlu! 

To właśnie powiedziała. 

Jedno słowo goniło drugie. Raija odznaczała się 

ognistym temperamentem. Kiedy krew wrzała jej 
w żyłach, nie umiała się powściągnąć. Reijo zwy­
kle nie tracił panowania nad sobą, ale doprowadzo­
ny do ostateczności, potrafił eksplodować jak 
beczka z prochem. 

To była ich pierwsza prawdziwa kłótnia. Dali 

upust goryczy, którą dusili w sobie. Od dawna nie 
rozmawiali, nie o sprawach poważnych. 

- Zawsze chciałaś wszystko robić sama. Nigdy 

nie pozwalałaś, bym zaopiekował się tobą, uparta 
i dumna dziewczyno. Stałem u twego boku, a ty 
uważałaś to za rzecz oczywistą. Inni, którzy ci po­
magali, doczekali się choć słów podziękowania. Za­

wsze wiedziałaś, że jestem gotów trwać przy tobie, 

Raiju. Popełniłem błąd... 

Reijo mówił cichym, ale dobitnym głosem. Ra­

ija nie wątpiła, że te słowa płyną z głębi skrzyw­
dzonego serca. Bolały, tym mocniej, że i tym ra­
zem miał rację. 

W jego wzroku Raija dostrzegała stanowczość, 

45 

background image

znała ją tak dobrze. Nie znalazła argumentów, któ­
rymi mogłaby go zranić, by wyjść zwycięsko ze 
słownej utarczki. Raija nie potrafiłaby tak się za­
chować. Nie wobec Reijo. 

- Nie będę wtrącać się w to, jak prowadzisz 

sklep - ciągnął - solennie to sobie przyrzekłem. 
Niech ten interes piekło pochłonie, skoro taka jest 
twoja wola. Zajmę się kupieckimi łodziami, ale cu­
dów nie zdziałam. Ruszam na południe z takim ła­
dunkiem, jaki zdołam zebrać, i z ludźmi, którzy 
zechcą mi towarzyszyć. Podatek od frachtu jest 

wysoki, więc może skórka nie warta wyprawki... -

Reijo zawiesił głos i wzruszył ramionami. - Ale to 

dla mnie szansa, by wyrwać się stąd i zobaczyć 
świat. Kto wie, czy nie jedyna szansa... 

Raija uczyniła coś, co nie leżało w jej naturze. 

Zgięła kark. Najboleśniej raniły słowa, których nie 
dopowiedział. 

Nie mógł jednak wyraźniej dać Raiji do zrozu­

mienia, że jeśli nie zmieni podejścia do ludzi, stra­
cą wszystko. 

- Dam sobie radę - odrzekła pojednawczo. Re­

ijo spodziewał się kolejnego wybuchu złości, Raija 
nie zwykła ustępować bez walki. Potulność dziew­
czyny całkowicie go rozbroiła. 

- Chcesz, żebym sobie poszedł? - spytał. 
- Dokąd? 
- Choćby do Nilsa - skrzywił się. - Skoro mnie 

nie potrzebujesz... 

Raija miała ochotę pogłaskać go po jasnej czu-

46 

background image

prynie i powiedzieć, że wygląda jak mały skrzyw­
dzony chłopiec. Na jego twarzy malowało się po­
czucie winy, ale w zielonych oczach błyskała 
iskierka nadziei. 

Nie uczyniła tego. 
- Czemu chcesz się wyprowadzać? - zdziwiła się. 

- Przecież to nasz dom. Wytrzymamy pod jednym 
dachem, nawet jeśli różnimy się w poglądach. 

Nie przyznała mu racji, nie odwołała ani jedne­

go z gorzkich słów, które rzuciła mu w twarz. 

Odwróciła się i dumnie wyprostowana ruszyła 

do alkowy. Zrozumiał, że tej nocy nie uśnie w jej 
ramionach. 

Reijo miał marzenia i oczekiwania. Nie wszyst­

kie wiązały się z Raiją. 

Te dwie jednomasztowe toporne łodzie towaro­

we, których doglądał całą zimę, ukazały mu przy­

szłość w nowym świetle. 

Bergen, miasto, które dotąd znał jedynie z na­

zwy, stało się dlań realnym celem. Reijo wyglądał 

wiosny i chwili, kiedy skieruje łodzie na południe, 

tam gdzie otwierał się przed nim wielki świat. Te 
łodzie były kluczem do nieznanego. 

Marzenia mogą się jednak nie spełnić, jeśli jest 

się na bakier z tradycją. 

Z frachtem do Bergen wiązała się niezliczoność 

obyczajów. Szyper był najważniejszą i najpotęż­
niejszą figurą w tych niewielkich społecznościach 
zamieszkujących wybrzeże północnej Norwegii. 
Zdarzało się, że ta funkcja przypadała kobiecie, ale 

47 

background image

rzadko, tylko z racji dziedziczenia majątku po 

zmarłym mężu. Zazwyczaj każda osada rybacka, 

a w niektórych wypadkach parafia, frachtowała 

własną towarową łódź. Nie istniały dokumenty, 
które regulowałyby zasady najmu, jednakże ludzie 
święcie przestrzegali nie pisanych praw. 

Ani Raija, ani Reijo nie mieli o nich pojęcia, 

a mieszkańcy osady niechętnie widzieli obcych 

w roli przywódców. Nie mieli ochoty słuchać tych 
przybyszów z nieznanego kraju. 

Mimo to Reijo zdobył ładunek i załogę. Szypro­

wie z sąsiednich osad odmówili mieszkańcom wio­

ski pomocy. Połowy były obfite i mieli pełne ła­

downie. 

Niemal wszyscy miejscowi rybacy zwrócili się 

więc do młodego Kwena, wyraźnie jednak dając mu 
do zrozumienia, że nie dorósł do roli szypra. Zada­
wali mnóstwo pytań i nie dowierzali Reijo, kiedy 
ten tłumaczył, że od małego brał udział w morskich 
wyprawach. Połowy na fiordach nie budziły tu sza­
cunku, nie uznawano ich za prawdziwy rybacki 
fach. Tu nad morzem dzieci potrafiły wiosłować, 

zanim nauczyły się mówić. Uważano, że ludziom 
znad fiordów brak niezbędnej twardości. 

Reijo napomykał o długach w sklepie Raiji, 

gdzie tylko mógł. Starał się dawać ludziom do zro­
zumienia, że nie jest równie wielkoduszny jak żo­
na i ma zamiar przejąć część jej obowiązków. 

Koniec końców zgromadził jedenastu członków 

załogi, tylu ilu znalazło się w wiosce. Czterech 

48 

background image

z nich ruszało po raz pierwszy w rejs na południe. 
Tak jak Reijo brali w podróż marzenia. Pobyt 
w Bergen zamieniał młodzieńców w mężczyzn. 

Tarcia między rybakami opóźniły wyprawę. 

Przyjęło się, że osady najdalej wysunięte na północ 
podnosiły żagle w początkach maja. Tymczasem 
oni zdołali zaledwie postawić ciężką i toporną łódź 
na wodzie. 

To był wielki dzień. Wokół kłębił się tłum do­

rosłych i dzieci, kto żyw spieszył z pomocą. 

To było prawdziwe święto, więc jak to w świę­

to przygotowano obfitość jedzenia i napitku. 

Raija popadła w niełaskę u miejscowych, odma­

wiając sprzedaży gorzałki. Trzymała ją na składzie, 

ale nie odstępowała od swoich zasad. 

Pod jej nieobecność Reijo opróżnił magazyn, 

nie chciał zrażać rybaków do siebie. Niech Raija 
myśli, co chce, wszak stać go na to, by postawić 
chłopcom po szklanicy. Tak postępuje prawdziwy 
szyper. Miał spędzić kilka długich miesięcy w jed­
nej dużej łodzi z tymi jedenastoma mężczyznami 
i potrzebował ich zaufania. 

Raija szybko wykryła kradzież. Zdrowy rozsą­

dek podpowiadał jej, że taka ilość gorzałki, jaką 

wypito na pokładzie, nie mogła pochodzić z zapa­

sów mieszkańców osady. Poza tym ostatnio Reijo 
zachowywał się nadzwyczaj dziwnie. 

Kiedy mąż wrócił do domu nad ranem, Raija 

czekała na niego. 

Wcześniej była na brzegu, by posmakować go-

49 

background image

rączkowej atmosfery towarzyszącej wyprawie. 

Reijo popróbował czegoś więcej. Nie dość że 
ograbił skład, to jeszcze obficie uraczył się swoją 
zdobyczą. 

Nie spodziewał się burzy. Było mu lekko na du­

szy. Łódź stała na wodzie, pięciu ludzi spało na po­
kładzie. Nie wiedział dokładnie, gdzie podziewali 
się pozostali, ale miał ich solenną obietnicę, że zja­

wią się po niedzieli. Wtedy zamierzali opłynąć ry­

baków, zebrać ładunek i zamówienia na towary 
z wielkiego miasta na południu. 

Chwiejąc się na nogach, cicho zamknął drzwi za 

sobą. Kiedy się obrócił, zobaczył Raiję. Siedziała 
przy palenisku, ręce skrzyżowała na piersi. 

- Nie musiałaś na mnie czekać - zażartował. 

Podskoczył ku niej, chwycił ją w talii i zakręcił do­
koła w radosnym pląsie. - Płyniemy, dziewczyno -
roześmiał się cicho. 

Raija zaparła się dłońmi o męża i odwróciła 

twarz na bok. Wykrzywiła się, kiedy owionął ją pi­
jacki oddech Reijo. Wcale nie była taka delikatna, 
ale tym razem uważała, że ma powody do irytacji. 
Nie ujdzie mu to na sucho! 

- Tak, płyniecie - wycedziła. - Ożłopaliście się 

tak, że potrzeba cudu, byście odbili od brzegu... 

Reijo puścił ją i odwrócił się plecami. 
- Wystarczy ci byle pretekst, by wszcząć kłótnię. 
Raija nie ruszyła się z miejsca. 

- To, że cała wioska upija się moją gorzałką, 

trudno nazwać byle pretekstem. 

50 

background image

- Trzeba było ją wylać - rzekł i ze zdziwieniem 

spojrzał na żonę przez wąskie szparki oczu. - Nie 

rozumiem, dlaczego tego nie zrobiłaś. Z twoimi 
poglądami? 

Taka myśl nigdy nie postała w głowie Raiji, ale 

nie zamierzała się do tego przyznawać. 

- Powinnaś się cieszyć - ciągnął Reijo. - Te nie­

dorostki tygodniami nie mówiły o niczym innym, 
tylko o tym, jak wkraść się do sklepu. Mogliby wy­

nieść znacznie więcej, nie tylko alkohol. 

- Może zatem powinnam ci podziękować? - spy­

tała jadowicie. 

Reijo rozłożył ramiona i roześmiał się. Liczył na 

jej poczucie humoru. 

- Spróbuj... 
W odpowiedzi Raija obdarzyła go lodowatym 

spojrzeniem. Zamiatając suknią, podeszła do stołu 
i podniosła jakiś przedmiot. 

Reijo przełknął głośno ślinę, kiedy zobaczył, co 

Raija trzyma w dłoni. A więc wykryła coś jeszcze 
poza brakiem gorzałki. Usiadł, wyrzucając sobie 

własną głupotę. 

- A to... - Podsunęła mu pod nos bransoletę. -

Co to jest? 

- Gdzie to znalazłaś? 
Reijo znał odpowiedź, ale chciał zyskać na czasie. 
- Dobrze wiesz, Reijo - odrzekła podejrzanie 

słodkim głosem. - W twojej skrzyni. Tam, gdzie to 
schowałeś. 

Reijo skinął głową. 

51 

background image

Następne pytanie go zaskoczyło. 

- Czy mógłbyś łaskawie zdradzić mi, kogo za­

mierzałeś obdarować tym świecidełkiem? Dlaczego 
ukrywałeś je przede mną? Nigdy nie mieliśmy 
przed sobą tajemnic, Reijo... - zakończyła zjadliwie. 

Z pewnością dostrzegła jego zdumienie, ale nie 

dała nic po sobie poznać. A Reijo nie mógł otrzą­
snąć się z szoku. Czyżby słyszał w głosie Raiji ton 
zazdrości? Nie odważył się zapytać, zresztą z pew­
nością nie przyznałaby się do tego. 

Nie potrafił jednak ukryć, że spodziewał się in­

nego pytania. 

- A myślisz, że kogo? - zapytał w nadziei, że ją 

przejrzy. 

Raija usiadła i Reijo uczynił to samo. Dziewczy­

na wsparła łokcie o blat stołu, jej palce bawiły się 
bursztynową bransoletą. Gładź kamienia lśniła 
pięknym blaskiem, a jego kolor prowadził myśli 
niebezpiecznym torem. 

Oczy Reijo spoglądały na nią zagadkowo, tro­

chę kpiąco. 

Raija nabrała powietrza i oświadczyła: 
- Zawarliśmy umowę, Reijo, a jej fundamentem 

jest szczerość, całkowita szczerość. Mieliśmy 
zwrócić sobie wolność, jeśli któreś z nas znajdzie 
prawdziwą miłość. Nie musisz niczego ukrywać. 

Silna, ciepła ręka spoczęła na dłoniach Raiji. 

- Czy jesteś tylko rozczarowana, Raiju? Że nie 

zdobyłem się na otwartość? 

Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź żo-

52 

background image

ńy. Raija walczyła ze sobą. Wpatrywała się w ich 
splecione ręce. Tak luźno splecione... 

: Co poczuła na widok bransolety? Żądając szcze­

rości, nie powinna skrywać własnych uczuć... 

A jednak bała się, że najgorsze przeczucia znaj­

dą potwierdzenie, że dowie się, dlaczego Reijo od­

mówił jej wsparcia. Nabrała tej pewności, kiedy za­
cisnęła palce na błyskotce. Reijo nie należał już do 
niej duszą i ciałem. Znalazł sobie inną. 

Godziny wlokły się nieznośnie. Nocna hulanka 

męża dała Raiji pretekst, by czekać na niego. Sie­
dzieć przy stole ze wzrokiem wbitym w bransole­
tę i zastanawiać się. 

Czuła coś więcej poza rozczarowaniem. Czuła, 

jak przepaść otwiera się pod stopami na myśl 
o tym, że Reijo nie będzie dłużej jej skałą i opoką. 

Że może go utracić. 
Ta pewność była jak ból, który ścisnął jej żołą­

dek, a potem rozniósł się po całym ciele. 

Reijo chciał wiedzieć, czy jest zazdrosna. 
Tak właśnie wygląda zazdrość? 
Nie była gotowa, by przyznać się do słabości. 
- Nie wiem, Reijo, nie wiem - odrzekła. To by­

ło najbliższe prawdy. 

Reijo ścisnął dłoń żony. Zdawkowa odpowiedź 

sprawiła mu radość. A więc wciąż coś dla niej znaczył. 

- Bransoleta należy do ciebie, Raiju - wyznał, 

dławiony wzruszeniem, i ciągnął, nie dając jej dojść 
do słowa: - Miałaś ją dostać zeszłej jesieni. Postą­
piłem niemądrze, ukrywając ją. 

53 

background image

- Ukrywając? 
Skinął głową. 
- Nie jest ode mnie. Wciąż nie rozumiesz? Nie 

istnieje żadna kobieta, którą pragnąłbym przy­
ozdobić. Nikt ci nie zagraża i nigdy nie zagrażał, 
taki już mój los. Nie masz powodów do zazdrości, 
to ja raczej powinienem czuć się podle. Dostajesz 
cenne podarki od innych mężczyzn... 

Raija spojrzała na niego ze zdumieniem. Reijo 

pobladł. 

O co mu chodzi? 
Nie musiała nawet pytać. 
- Bransoleta jest twoja. Aleksiej kupił ją dla cie­

bie i prosił, bym ją tobie przekazał. Na pamiątkę... 

Raija zarumieniła się. Aleksiej... Rosjanin, któ­

rym opiekowali się w zeszłym roku. Młodzieniec, 
tak niebezpiecznie podobny do niej z charakteru. 
I tak urodziwy, że mu uległa... 

- Byłem zazdrosny - przyznał Reijo. - Zazdrość 

mnie zaślepiła. Mikkal dał ci broszkę. Bolało mnie, 
kiedy ją nosiłaś. Wiem, co was łączy, i choć uwa­

żam Mikkala za przyjaciela, zazdroszczę mu tego, 
czego nigdy mieć nie będę. Nawet teraz należysz 
bardziej do niego niż do mnie... - Zaczerpnął tchu 
i ciągnął: - A potem inny mężczyzna zapragnął 

wręczyć ci kosztowny prezent. Widziałem wasze 
spojrzenia, widziałem też, jak się całowaliście. Mo­
żesz mówić, że to nic nie znaczy, ale ja rozumuję 

inaczej. Pocałunek łączy ludzi, którzy darzą się 
uczuciem. W pocałunku mieszka miłość, Raiju... 

54 

background image

Tak, zazdrość mną owładnęła i postanowiłem 

ukryć bransoletę. Postąpiłem głupio. 

Mówił szczerze, Raija nie miała żadnych wątpli­

wości. Tylko raz ją okłamał, kiedy zawiózł jej 
dziecko do Mikkala. Całą wieczność temu, gdy ży­

ła w złotej klatce jako oblubienica wójta. 

Odłożyła bransoletę na stół. Ozdoba była pięk­

na, ale w jednej chwili straciła swój magiczny urok. 
Raija zajrzała bowiem w zieloną głębię oczu Reijo 
i zobaczyła w nich ból. Aleksiej należał do innego 
świata. Urodzili się po dwóch stronach granicy 
i wszystko ich dzieliło: język, przeszłość, doświad­
czenia, odległość. 

Byli ulepieni z jednej gliny, ale żyli w odmien­

nej rzeczywistości. Aleksiej powinien pozostać 

wspomnieniem. W ułamku sekundy Raija ujrzała 

jego aksamitnie brązowe oczy i usłyszała miękki 
głos, lecz zaraz otrząsnęła się z tych myśli. 

W życiu codziennym nie było miejsca na marze­

nia, ani o przeszłości, ani o przyszłości. W codzien­
ności Raiji liczył się czas teraźniejszy. 

Najwyższa pora dorosnąć. 
Reijo był teraźniejszością. Reijo był rzeczywi­

stością. 

- Nic nie szkodzi - szepnęła miękko i lekko za­

wstydzona musnęła dłonią policzek męża. Dawno 

nie okazywała mu czułości. 

Reijo zakłopotany zamrugał powiekami. Spodzie­

wał się raczej wybuchu złości, tymczasem Raija przy­
tuliła go do siebie, nawet nie starając się ukryć łez. 

55 

background image

- Nic nie szkodzi, Reijo - powtórzyła z ustami 

przy jego policzku. - Widać musimy się czasem 
czubić - dodała głosem drżącym od płaczu. 

Reijo wstrzymał oddech i objął żonę po raz 

pierwszy od paru tygodni. Nareszcie mógł dać 
upust uczuciom, które dusił w sobie. 

- Widać musimy - uśmiechnął się, w jednej 

chwili zapominając o bólu, którego doświadczał 
przez minione dni. - Nigdy jednak nie zabraknie 

ciepła w naszym związku, Raiju. I zawsze będzie 
w nim miejsce na wybaczanie. 

Spoglądali długo na siebie z oddaniem, które da­

ne jest tylko prawdziwym przyjaciołom. Z głębo­
kim pragnieniem naprawienia krzywd. 

- Wyjeżdżasz na długo - zmartwiła się. Jej my­

śli pobiegły do tego miasta, którego chyba nigdy 
nie pozna. 

- Czyżbyś mi zazdrościła? - spytał rozbawiony. 

- A może będziesz tęsknić za mną? 

- Będę tęsknić. - Raija zwichrzyła mu czuprynę. 

- Muszę obciąć ci włosy. Nie możesz w wielkim 
świecie wyglądać jak barbarzyńca. 

- Nie boisz się? - roześmiał się. - Kto wie, co 

zrobią damy w Bergen na widok tak urodziwego 
młodzieńca. 

- Zarozumialec! - prychnęła. - Niektórzy męż­

czyźni mają doprawdy wysokie mniemanie o sobie. 

Wreszcie zachowywała się jak dawniej. Promie­

niowała radością, tuliła się doń miękko i ulegle. 

- Tutaj spędzimy noc? - spytał z błyskiem w oku. 

56 

background image

- Czy będziemy przebaczać sobie w nieskończo­
ność na środku kuchni? 

Śmiech Raiji świadczył, że myślała o tym sa­

mym. 

Drzwi do alkowy były uchylone. 

- Będziesz tak daleko - mruknęła, kiedy zamknę­

li je za sobą. 

- Ale nie od ciebie - szepnął, wtulając usta w za­

głębienie na jej szyi. - Pamiętaj, Raiju, nie od cie­
bie. Nigdy nie będę daleko od ciebie. 

Reijo nie mógł wiedzieć, że za kilka tygodni 

przypomni sobie te słowa. Teraz i tutaj liczyła się 
tylko ona. Nikt inny. 

background image

Przez kilka tygodni Reijo wraz załogą opływali 

okolicę, zbierając ładunek. 

Ludzie gromadzili się tłumnie na przybycie ło­

dzi. Niemal każdy z rybaków miał zlecenie dla 
przewoźników. 

Jakob z Viki życzył sobie sześciu funtów kono­

pi, bańkę gorzałki, trzy beczki żytniej mąki i suk­
no dla żony. 

Jakob nie potrafił pisać i musiał liczyć na to, że 

przewoźnik zapamięta zlecenie i nie pomyli z listą 
innego rybaka. Choćby Aksela z Bergan. Ten 
chciał cztery zwoje linki, pięć funtów konopi, je­

dwabne chusty dla trzech córek, dwie beczki mą­
ki żytniej i tyle samo gorzałki co Jakob. 

Każdy z przewoźników musiał pomieścić w pa­

mięci co najmniej kilkanaście list sprawunków. 

A biada i wstyd temu, kto powrócił z Bergen, za­
pomniawszy o zakupach. 

Reijo umiał czytać i pisać. Skrupulatnie notował 

życzenia Raiji i najbliższych sąsiadów. 

W drugiej połowie maja ciężka jednomasztowa 

łódź wypłynęła w morze. Raija odprowadzała ją 

58 

background image

wzrokiem, drżąc mimowolnie na wspomnienie po­
dobnego zdarzenia z niedawnej przeszłości. 

Kiedy Karl ruszał na połów do Finnmarku, nie 

wyszła na brzeg. Karl nie wrócił. Uznała, że nie ży­

je, i tylko przypadkiem los znowu ich zetknął. Oby 
Reijo nie spotkał podobny los! 

Stała w progu domu z synkiem na rękach i dziew­

czynkami u boku i patrzyła, jak nieforemna łódź 
toruje sobie drogę wśród fal ku otwartemu morzu. 
Rejowy żagiel na jedynym maszcie wypełnił się wia­
trem. Pogoda była sprzyjająca. Kiedy Reijo wkra­
czał na pokład, uśmiechał się na myśl o czekających 
go przygodach. 

Raija niepokoiła się, ale nie dała tego poznać po 

sobie. Nie chciała psuć dziecięcej radości męża, nie 
chciała, by jej instynktowny lęk przed bezmiarem 

wody zmącił optymizm żeglarzy. 

Teraz żałowała. Miała mu tyle do powiedzenia. 

Nigdy sobie nie wybaczy, jeśli Reijo nie wróci. 

Podtrzymując Knuta na ramieniu, ukryła dłonie 

pod szalem i złożyła je. Nienawykła do modlitwy, 
niezdarnie wyszeptała: 

- Niech im los sprzyja! Niech dotrą do celu! I, 

dobry Boże, daj im powrócić! 

Choć nikt jej nie widział, zaczerwieniła się, za­

kłopotana własną słabością. Potem zebrała fałdy 
sukni i pospieszyła do osady. Dziewczynki podrep­
tały za matką. 

Raija nie miała czasu, by wpatrywać się w hory­

zont. Reijo i jego załoga byli obeznani z żeglugą, 

59 

background image

wiedzieli, na co się porywają. Dadzą sobie radę. 

Raija musiała skupić uwagę na sklepie. Czekało 

ją mnóstwo pracy. Trzeba przejrzeć zawartość ma­
gazynu i przygotować się do wyjazdu na targ. 

Raija bowiem szykowała się do podróży. Zata­

iła swoje zamiary przed Reijo, wiedząc z góry, że 
mąż się sprzeciwi. Z początku bawiła się tą myślą, 
dopiero przejrzawszy księgi, zaczęła rozważać ją 
z pełną powagą. 

Holmertz zwykł odwiedzać lapońskie jarmarki. 

Raija znalazła kiedyś zapiski, które sporządził po 
jednej ze swoich handlowych wypraw, i kolumny 
liczb wprawiły ją w osłupienie. 

Na targu nikt nie prosił o kredyt. Płacono żywą 

gotówką lub towarem. 

Przebiegły Holmertz wymieniał się na skóry, 

które później ze znacznym zyskiem odsprzedawał 
w Bergen. Kupiec potrafił się targować i zaniżał ce­
nę. Raija była jednak przekonana, że traktując 
klientów uczciwie, również może się spodziewać 
godziwej zapłaty. 

Zarobi dość, by liczby w księgach straciły swą nie­

pokojącą wymowę. Dość, by nie musiała przypierać 
do muru najbardziej potrzebujących w osadzie; 
tych, którzy nie mogli się obyć bez jej towarów, a nie 
mieli czym za nie płacić. Dość, by uratować sklep. 

Reijo powiedziałby, że nie powinna jechać na 

targ, bo jest kobietą. Czeka ją uciążliwa podróż, 
a potem ciężka praca od świtu do zmroku. Zmru­
żyłby oczy i opowiadał jej o niebezpieczeństwach, 

60 

background image

jakie zagrażają młodej kobiecie w takim miejscu. 

Raija była ich świadoma. Skłamałaby, twierdząc, 

że się nie boi. Wyruszała w pojedynkę, a siłą fizycz­
ną nie mogła równać się z mężczyzną. 

Doświadczyła w życiu dość gwałtu i przemocy, 

by utracić wiarę w ludzką dobroć. Być może w głę­
bi duszy większość ludzi była dobra, ale też więk­
szości ludzi nigdy w głąb duszy nie zaglądała. 

Wyprawa na targ wiązała się z ryzykiem, ale Ra­

ija musiała je podjąć. 

Sklep należał do niej, była gotowa uczynić wszyst­

ko, by go uratować. 

Jeśli pójdzie dobrze, Reijo nie będzie mógł czy­

nić jej wyrzutów. 

A jeśli pójdzie źle... Raija nie miała zwyczaju mar­

twić się na zapas. Raz powziętych decyzji nie cofa­
ła i nie słuchała napomnień ludzi, którzy starali się 
„przemówić do rozsądku tej szalonej Kwence". 

Raija nie kierowała się głosem rozsądku. Była 

uparta, kiedy trzeba, kiedy indziej zaś słodka i przy­
milna. 

Zdecydowanym głosem informowała klientów, 

żeby poczynili zapasy na parę tygodni. Sklep zo­
stanie zamknięty. 

Ludzie sarkali, ale robili, jak kazała. Niewiele 

ich to zresztą kosztowało. Tylko nieliczni mieli 
pieniądze, więc to Raija traciła, kiedy kupowali 

więcej niż zazwyczaj. Dług rósł, ale ta dziwna 

dziewczyna nie żądała zwrotu. I skoro była na ty­
le szalona, by samotnie ruszać na targ, to niech się 

61 

background image

stanie jej wola. Nie ich rzecz, jeśli wszystko stra­
ci, przecież próbowali ją powstrzymać. Będą mo­
gli spojrzeć jej mężowi prosto w oczy, kiedy ten 

wróci z Bergen. Ostrzegali. 

Reijo zrozumie. Wszak nie jest głupi i dobrze 

zna swoją kobietę. 

Raija zdołała przekonać Pedera, właściciela do­

mostwa nad samym brzegiem morza, by sprzedał 
jej konia, poczciwą wysłużoną szkapę. 

Z początku Peder się wahał. Raija miała jednak 

wielką moc przekonywania. I najlepsze karty w ręka 

- Koń jest stary - stwierdziła i uśmiechnęła się, 

kiedy Peder skinął głową z namysłem. Był żona­
tym człowiekiem z jedenaściorgiem dzieci, ale 
wciąż ulegał działaniu kobiecego czaru. - Już na 
wiele ci się nie zda. Wkrótce zdechnie, więc jaki 
z niego pożytek? Będziesz musiał jeść koninę przez 
parę miesięcy, a zaręczam, że jest żylasta i twarda 
jak podeszwa. 

Właściciel konia uśmiechnął się, ukazując braki 

w uzębieniu. Dziewczyna mówiła prawdę, w tej 
pięknej główce kryło się sporo sprytu, wiedział 
o tym od dawna. Tyle że Peder nie chciałby mieć jej 
za żonę, nawet za cenę urody. Przemknęło mu przez 
głowę, że z taką mądralą długo by nie wytrzymał. 

Raija dysponowała argumentami silniejszymi od 

słów. Pogrzebała w kieszeni, nie odrywając wzro­
ku od twarzy Pedera. Potem otworzyła dłoń i pod­
sunęła mu pod nos ziarna żółtego kruszcu. 

Peder nigdy dotąd nie widział złota, ale rozpo-

62 

background image

znał je bez cienia wątpliwości. Taka okazja mogła 
się nie powtórzyć. Zachrypniętym z emocji głosem 

wykrztusił, że koń należy do niej. Cóż mu do te­

go, że Raija popadnie w tarapaty na targu? Sprze­
dał jej konia, nic więcej. I to ze sporym zyskiem. 

Na tyle dużym, by mógł sam myśleć o wypra­

wie na jarmark. 

Raija zdawała sobie sprawę, że przepłaca, ale 

koń znaczył dla niej więcej niż złoto. Garść tych 
grudek nie ocaliłaby sklepu. A zresztą było ich wię­
cej w miejscu, o którym opowiadał Karl. Zazna­
czył je na mapie. Kiedy Reijo wróci z Bergen, znaj­
dzie resztę złota, to tylko kwestia czasu. 

Raija mogła zaczekać. Skarb Karla rozwiązałby 

wszystkie problemy, ale zdecydowała, że sama da so­

bie radę. Pokaże, na co ją stać. Bez niczyjej pomocy. 

Dzieci musiała zostawić. Powinna pokazać lu­

dziom z osady, że nie zatraciła poczucia odpowie­
dzialności. Siebie mogła narażać na niebezpieczeń­
stwo, potomstwo nigdy. 

Znalezienie opiekunki dla trojga maleństw na 

parę tygodni nie było prostym zadaniem. Kobiety 
z osady zwietrzyły szansę, by powstrzymać Raiję 
przed szaleńczą eskapadą. 

Raija musiała użyć tych samych środków per­

swazji. 

Pomogło. 
Pewna wdowa po rybaku, który zaginął poprzed­

niego lata, matka trojga maluchów, nie potrafiła 
oprzeć się pokusie. Ostatnie grudki Karłowego zło-

63 

background image

ta zmieniły właściciela. Berta obiecała zająć się trój­
ką dzieci Raiji jak swoimi własnymi. Raija zaopa­
trzyła ją w zapas jedzenia na wiele dni. 

Mogła ruszyć na targ. 

Reijo był daleko, w drodze do innego świata. 

Teraz Raija już nie zazdrościła mężowi. Ją też 

czekała przygoda. Nie tak niezwykła, ale przecież 
stanowiła odmianę w szarej rzeczywistości, stawia­
ła wyzwania. Raija nie wiedziała, co przyszłość jej 
przyniesie, ale niepewność wzmagała jedynie jej 
ekscytację. 

Na wozie wyładowanym towarami Raija udawa­

ła się na targ. Pełna oczekiwań i nadziei na myśl 
0 spotkaniu z nieznanym. 

Czuła się tak, jakby na jarmarku miało ją spo­

tkać coś nieoczekiwanego. 

Czuła smak przygody. 
Na piersi pod kaftanem i szalem nosiła najcen­

niejszą pamiątkę. Broszkę, prezent od Mikkala. 
Dała ją Mai, ale wciąż nazywała swoją broszką. 

Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego zabrała ją 

ze sobą. Uczyniła to odruchowo, w geście tak na­
turalnym, że nie wymagał wyjaśnień. 

Później uznała to za znak. Znak więzów tak 

trwałych, że aż niepojętych dla ludzkiego rozumu. 
1 niezrywalnych... 

Raija nie była jedyną osobą, która zdążała w głąb 

lądu. 

Peder pozbył się konia za dobrą cenę. Teraz szyko-

64 

background image

wał się do drogi. Wyjął odświętne ubranie. Spodnie 
wymagały interwencji małżonki, która nie omieszka­
ła skorzystać z okazji, by wyłożyć swoje racje. 

- Dług, Peder - marudziła - to jedyna okazja, by 

spłacić dług. Pomyśl, nie będziesz nic nikomu wi­
nien - rozmarzyła się. Żona rybaka mocno stąpała 
po ziemi. Czyste konto w sklepiku stanowiło szczyt 
jej dążeń. 

Peder zapatrywał się na to inaczej. Z młodzień­

czą werwą szykował się do wyjazdu. Nie był na 
targu z górą dziesięć lat. Zadłużony po uszy u kup­
ca, nie miał nic do sprzedania ani do kupienia. 

- Nie oddam jej tych kamyków - powiedział 

z namaszczeniem i powagą, której przydają lu­
dziom pieniądze. - Nie ma mowy. Ani słowem nie 

wspomniała o spłacie należności. Dobrze się z nią 
handluje - zarechotał. 

Żona już nie protestowała. Szykowała Pederowi 

odzienie na drogę. Dała się ponieść entuzjazmowi 
męża. Żona rybaka, matka jedenaściorga dzieci, od-
młodniała w jednej chwili. W pamięci stanęły jej dni 
targowe, które oglądała oczami dziecka. Śmiech, 
żarty, ukradkowe spojrzenia chłopców, marzenia 
o przyszłości... 

To było dawno, zanim jeszcze poznała Pedera, 

zanim trafiła do tej ponurej izby w chacie nad 
brzegiem morza. 

Rozumiała go, rozumiała jego tęsknotę. Z zawsty­

dzeniem stwierdziła, że myśli o tym samym. Wyje­
chać, zostawić wszystko, nawet dzieci. Otrząsnęła się 

65 

background image

z przerażeniem. Wszak kochała je, nie była złą mat­
ką. Znała swoje miejsce, było tu, w czterech ścianach 
domu, który Peder wzniósł dla rodziny. Nie miała go­
rzej niż inni. Niech Peder jedzie, zasłużył na to. Czyż 
nie wypruwał sobie żył dla niej i dla potomstwa? 

Na ułamek sekundy jej myśli znów powędrowa­

ły w niebezpieczne rejony. Twarda dziewczyna 
z tej Raiji. I odważna. Taka samodzielność grani­
czyła nieomal z nieprzyzwoitością. Zona Pedera 

musiała jednak przyznać się przed sobą, że sama 
myśl o wyjeździe wydała jej się słodka. 

Choć raz w życiu poważyć się na coś podobnego... 
Nie, nie, chyba ma niedobrze w głowie, podzi­

wiać tę upartą dzierlatkę, która robi swoje za ple­

cami męża. Może zacznie się w końcu uważać za 
mężczyznę? To wątłe dziewczę myśli, że udźwi­
gnie ciężar odpowiedzialności. 

- Kup mi coś ładnego, Peder - poprosiła, uśmie­

chając się. - Chustkę lub materiał na suknię. Tyl­
ko nie u Lapończyków! 

Peder przystał na to. Był w tak dobrym humo­

rze, że zgodziłby się na wszystko. 

Daleko na północy, gdzie morze obmywa plaże 

ze wszystkich stron, a cienka linia stałego lądu le­
dwie majaczy na horyzoncie, dwóch mężczyzn sie­
działo przy stole. Na blacie pomiędzy nimi leżał 
kawałek metalu. 

Ich ręce stwardniały od ciężkiej harówki na ska­

listej ziemi i w słonej wodzie. 

66 

background image

Spracowane i twarde ręce wciąż potrafią pieścić. 

Obaj gładzili grudkę metalu tak tkliwie, jak nigdy 

nie dotykali kobiety. Oczy mężczyzn błyszczały 
silniej niż przedmiot ich pożądania. Złoto działało 

tak na wielu ludzi. 

Była w tym geście miłość, była i chciwość. Wy­

starczyło raz dotknąć złotego kruszcu, by nie móc 
już nigdy oderwać od niego myśli. 

Jenny zostawiła tę grudkę i weszła w morze. Oj­

ciec Jenny i jej brat nie wiedzieli, dlaczego to zro­
biła. Domyślali się, ale nie mieli pewności. 

Wiedzieli jednak, kto przybył tu ze złotem. Ja­

snowłosy młodzieniec o krzywych nogach i jego 
żona. Młodzieniec twierdził, że jest bratem Karla. 

Nie mieli pojęcia, że ma złoto. Inaczej nie prze­

gnaliby go z wyspy. 

Przekonaliby go, żeby podzielił się skarbem. 
Kto skłonny jest ofiarować grudkę kruszcu, któ­

ra ledwo mieści się w dłoni, musi posiadać więcej. 

Znacznie więcej. 

Nie mogli sobie darować, że nie poznali się na 

nim wcześniej. Biedna Jenny, zawsze była trochę 
zwariowana. Szkoda jej, bez dwóch zdań, ale to 
tylko kobieta. A od zniknięcia Karla zaniedbywa­

ła się w obowiązkach. 

Rodzina okryłaby się wstydem, gdyby Jenny 

urodziła dziecko. 

- Zapewne nie odjechali daleko - stwierdził syn. 

Ojciec przyznał mu rację. 
Rybołówstwo dałoby im zarobek, zapewniło 

67 

background image

utrzymanie. Tyle że rybołówstwo straciło dla 
nich sens. Zbyt długo wpatrywali się w błyszczą­
cy kamień. 

Złoty blask ich oślepił. 
Nie chcieli żyć z dnia na dzień. 
Chcieli więcej. 
- Ludzie zwracają uwagę na obcych - ciągnął 

z namysłem ojciec. - Tych dwoje nie ukryje się 
przed spojrzeniami. Ona jest zbyt ładna - wyjaśnił. 

Syn skinął głową. Nie zapomniał drobnej dziew­

czyny o kruczoczarnych włosach. Żaden mężczy­
zna by jej nie zapomniał. 

- Dałoby się ich odszukać - mówił dalej ojciec. 

- Popłyniemy na stały ląd, będziemy pytać. Nie 
musimy się tłumaczyć... - Zmrużył oczy i wykrzy­

wił usta w uśmiechu. - Niech ludzie myślą, że szu­
kamy dawno nie widzianych krewnych. 

Syn roześmiał się chrapliwie. 
Kamień leżał na stole pomiędzy nimi. 
Złoto. 
Błyszczące od niezliczonych dotknięć ich dłoni. 

W nim skupiały się wszystkie pragnienia i dążenia 
obu mężczyzn. 

Ojciec drapał się po podbródku. Nie był już 

młody. Jeśli miał się wyrwać z zaklętego kręgu co­
dzienności, musiał uczynić to właśnie teraz. Musiał 

zdobyć się na odwagę i opuścić wyspę. Tu czekały 
go bieda i ciężka praca. 

Poza wyspą leżał świat przygód i marzeń. 
Gdzieś tam było mnóstwo żółtego kruszcu. Ja-

68 

background image

snowłosy młodzieniec i jego żona znali miejsce. 

Nie wiedział jeszcze, jak z nimi postąpi, choć 

zdawał sobie sprawę, że dobrowolnie nie pokażą 
drogi do skarbu. Wolał nie myśleć o trudnościach. 
Nie układał planów. Na wszystko przyjdzie czas. 

Najpierw musieli ich odnaleźć. 
- Jest dobra pora - zwrócił się do syna. Ten wy­

dawał się nie rozumieć. - Pora jarmarków - wyja­
śnił z szerokim uśmiechem. - Dokąd zmierzają te­
raz wszyscy ludzie? 

Syn pojął, o co chodzi ojcu, i uśmiechnął się 

równie szeroko. 

- Poza tym - ciągnął stary - nam też się chyba 

należy coś od życia? 

Syn ochoczo przyznał mu rację. Perspektywa 

uczestnictwa w targu była wystarczająco kusząca, 
a smaczku dodawała jej możliwość spotkania 
z bratem Karla i jego urodziwą żoną. 

Nie przyznał się nigdy przed ojcem, że miał 

pewne zamiary wobec czarnowłosej piękności. 

Ojciec nie wspomniał o tym ani słowem, ale syn 

wiedział od dawna, że będą musieli pozbyć się tej 
dwójki. Lub przynajmniej brata Karla. 

Jego żonę zatrzymałby sobie. Z wielką ochotą. 

Powie o tym ojcu później, teraz jeszcze nie czas. 

Całym sercem przyznawał ojcu rację. Trzeba je­

chać na targ. 

Mikkal spakował skóry i suszone mięso. Ravna 

dołożyła kumagi, które uszyła przy wydatnej po-

69 

background image

mocy Ingi. Wszystkie te towary mogli wymienić 
na rzeczy, które były niezbędne, a których nie by­
li w stanie wykonać własnymi rękami. Mikkal znał 

wartość przedmiotów, które wyszły spod zręcz­

nych palców matki i Ingi. Całkowite przeciwień­
stwo Raiji, pomyślał z goryczą. 

Wybierał się na targ tylko z Aslakiem. Reszta zo­

stawała w obozie, pracy było mnóstwo, nawet dla 
kobiet. 

A jednak ruszyli w trójkę. Mikkal, Aslak i Inga. 

Mikkal nie miał pojęcia, dlaczego wziął ją ze sobą. 
Sam jej to nawet zaproponował. Inga ani jednym 
słowem nie zdradziła, że chce jechać. Sprawiała 

wrażenie zadowolonej z towarzystwa Ravny i Ailo. 
To Mikkal stwierdził, że Ailo może obyć się bez jej 
opieki przez jakiś czas. Uznał, że zasłużyła na od­

poczynek, parę dni bez znoju i obowiązków. 

To były tylko słowa. W głowie krążyła mu inna, 

uporczywa myśl: Chcę, byś była przy mnie. Jesteś 
mi potrzebna. Boję się samotności, uciekam od 
niej. Aslak mi nie wystarczy, znajdzie sobie jakąś 

dziewkę, zostawi mnie. Boję się samotności... 

Głośno tego nie powiedział. 
Inga domyślała się prawdy, ale milczała. Mik­

kal był dziwny. Nie lubił słuchać o własnych sła­
bościach. 

Uszczęśliwił ją swą prośbą, nie mogła mu od­

mówić. 

Cieszyła się jak dziecko. 
Targ to coś zupełnie innego niż obóz. Tam byli 

70 

background image

ludzie, obfitość wszelakich towarów. Może ujrzy 
znajome twarze. 

Ta ostatnia perspektywa budziła w Indze mie­

szane uczucia. Od czasu do czasu tęskniła do lu­
dzi, których znała w przeszłości, rozmyślała, co też 
się z nimi stało. Pragnęła jedynie uniknąć spotka­

nia z tym, który wciąż pozostawał jej mężem. Ura­

dowałaby się jednak niewymownie, gdyby jakiś je­
go znajomek ujrzał ją w towarzystwie Mikkala. 

Cóż, to byłaby prawdziwa rozkosz, gdyby tam­

ten dowiedział się o wszystkim. 

W nieobecnym spojrzeniu Mikkala kryło się 

coś, co napawało Ingę lękiem. Wiedziała, że nie po­
winna zadawać mu żadnych pytań, a jednak nie 
potrafiła się powstrzymać. 

- Myślisz o niej? O Raiji? 
- Co cię to obchodzi? - warknął z rozdrażnie­

niem, które świadczyło, że domysły Ingi są słuszne. 

Kierowała nią ta sama zazdrość, która doprowa­

dziła do szaleństwa Siggę. 

To było przerażające. Czyżby i ją czekał ten sam 

los? Czy płomień, który ją trawił, wypali jej duszę? 
Inga chciała wierzyć, że jest silniejsza niż żona 
Mikkala. 

A jednak na dźwięk imienia nieznajomej, które 

wciąż pojawiało się w rozmowach, czuła niepokój. 

Mikkal nie wspomniał o Raiji ani słowem. To 

jeszcze bardziej utwierdzało Ingę w przekonaniu, 
że tamta dziewczyna stale gości w jego myślach. 
Z prawdziwą rywalką, kobietą z krwi i kości, mo-

71 

background image

głąby walczyć. Raiji, nieuchwytnego marzenia Mik-
kala, nie można było pokonać. Nie sposób walczyć 
z ideałem, z doskonałością. 

Po prawdzie Inga wątpiła w tę doskonałość Ra­

iji z Tornedalen, ale nie miało to wielkiego znacze­
nia. Dopóki Mikkal tak uważał, nie była w stanie 
zdobyć jego serca. 

W wyobrażeniach Mikkala Raija uosabiała 

wszystko to, czego szukał u kobiety, za czym tę­

sknił. Nie wiedział, jak jest w rzeczywistości, nie 
przeżył z nią ani jednego szarego, zwykłego dnia. 
Znał małą dziewczynkę, ale ludzie się zmieniają. 
Inga miała nadzieję, że Raija zmieniła się w bestię. 

I że Mikkal przekona się o tym na własne oczy. 

Wtedy nadejdzie jej czas, jeśli wciąż będzie przy 

zdrowych zmysłach. Jeśli do tamtej chwili nie po­
dzieli losu Siggi. 

Jeśli w ogóle ta chwila nadejdzie... 

Ponure rozważania o przyszłości przerwał jej 

Aslak. 

- Nie pytaj o nią, Ingo! - powiedział tak cicho, by 

Mikkal go nie usłyszał. - Nie przypominaj mu o niej! 

- Tak jakby o niej kiedykolwiek zapomniał! -

fuknęla, dając upust nagromadzonej goryczy. 

Aslak pogładził ją po policzku, tak jak się gładzi 

dziecko potrzebujące otuchy. 

- Jesteś dla niego dobra, wiesz o tym, Ingo? 
Uśmiechnęła się. Uśmiech sprawił, że wypięk­

niała. 

- Raija sprawia, że Mikkalowi krew wrze w ży-

72 

background image

łach - ciągnął Aslak. - Nic nie może na to pora­
dzić. Ty zaś jesteś przy nim i to ci powinno wy­
starczyć. Nie wiem, czy ktoś potrafiłby zniszczyć 
jego marzenia. Za długo żył z nimi. Choć zabrzmi 
to głupio, uważam, że Mikkal stał się ich częścią. 
Musisz to przyjąć albo odejść. Pośrodku nie ma 
nic. Sigga nie umiała tak żyć... 

- Ja też nie potrafię. 
Aslak nie odpowiedział. 
- Zabaw się na targu, Ingo! Tego ci trzeba, tobie 

i Mikkalowi. 

- A tobie? - spytała z szelmowskim uśmiechem. 

- Czego tobie trzeba, Aslak? Nie jesteś wcale taki 
cnotliwy, jak się ludziom zdaje... 

Roześmiał się głośno. Ulżyło mu, że nie musi 

rozmawiać o Raiji. 

- Nie, Ingo, nie jestem. Kto wie? Może właśnie 

mnie pobyt na targu najlepiej posłuży? 

Różne mieli zamiary, ale cel ten sam. 

background image

Plac targowy wypełniało barwne kłębowisko bud, 

kramów, wozów i namiotów, służących za miejsce 
handlu i nocnego odpoczynku. 

Kupcy nadciągnęli ze wszystkich stron, ze wscho­

du, z maleńkich osad rybackich na północy, z za­
chodu, kilku nawet z samej Christianii. Mało kto 
z miejscowych potrafił sobie wyobrazić, gdzie leży 
to odległe miasto. Pewnie równie daleko jak Bergen, 
prawie w sąsiedztwie królewskiej Kopenhagi. 

Znacznie łatwiej można było przedstawić sobie 

drogę, którą odbyli kupcy z doliny rzeki Torne. 

Spośród obecnych na targu mieszkańców obszarów 
położonych na północ od koła polarnego ci bowiem 
przeszli najdłuższy szlak. Pięćset, nawet siedemset 

kilometrów. Podróż zajęła im pięć miesięcy. 

Dla tych nielicznych przesiedleńców z Torneda-

len, którzy zamieszkali w północnej Norwegii, 
kupcy z ojczystych stron byli jak świeży powiew 

wiatru. Ludzie tłoczyli się wokół straganów, w oj­

czystym języku wypytując o wieści z domu. Ci, co 
mieli więcej szczęścia, trafiali na znajomych, wszy­
scy zaś korzystali z okazji, by wznieść targowy to­
ast prawdziwą fińską gorzałką. 

74 

background image

Na rozległych ziemiach północy ludzkie sadyby 

leżały z dala od siebie. Czas jarmarku był dla jej 
mieszkańców jedyną okazją do spotkań. W te dni 
mogli zapomnieć o szarej codzienności, śmiać się 
i żartować, cieszyć oczy bogactwem towarów. 

Żyć pełnią życia. 
Czas jarmarku był czasem przygody. 
Raija przybyła na miejsce razem z większością 

kupców na kilka dni przed rozpoczęciem wielkie­
go handlowania. Trzeba było przygotować stra­
gan, rozłożyć towary, oswoić się z lokalnymi zwy­
czajami. 

Dotąd tylko raz uczestniczyła w jarmarku na 

placu targowym Nallevuopio w Skibotn, ale wte­
dy kłopoty sprzedających niewiele ją obchodziły. 
Oglądała kramy z drugiej strony lady. 

Odkryła szybko, że rola kupca niesie same nie­

spodzianki. 

Przede wszystkim to był świat mężczyzn. Pyta­

jąc o drogę do straganu Holmertza, widziała scep­
tyczne spojrzenia i uniesione w zdziwieniu brwi. 

- Podróżujesz razem z Madsem Holmertzem? 

- chciał wiedzieć jeden z kupców. Musiał być ze 
wschodu, Raija poznała to po akcencie. - Niezły 
z niego spryciarz - dodał, zanim zdążyła odpo­

wiedzieć. 

- Holmertz pojechał do Bergen - wyjaśniła Ra­

ija z dostojną miną. - Ja przejęłam jego interesy. 
Nie wiem, co się z nim dzieje, i szczerze mówiąc, 
niewiele mnie to obchodzi. To niedobry, zachłan-

75 

background image

ny człowiek. Stragan należy teraz do mnie, możesz 

wskazać mi drogę? 

Minęło dobre pół minuty, zanim mężczyzna 

zdołał wykonać jakiś gest. Z szeroko otwartymi 
ustami mierzył Raiję od stóp do głów. W jego 
oczach pojawił się jakiś błysk, ale nie oznaczał on 
uznania dla zamiarów dziewczyny. 

W końcu potrząsnął głową i wskazał kierunek. 

Kiedy Raija skierowała wóz we właściwą stronę, 
kupiec zamknął pospiesznie stragan i podążył do 
sąsiada. 

Raija nie zdążyła rozpakować towarów, a już 

wieść o młodej następczyni Holmertza rozniosła 

się po placu. 

Mężczyźni uśmiechali się znacząco i snuli ponu­

re przepowiednie. To się nie może udać, wszak jest 
kobietą. A która kobieta zna się na handlu i pie­
niądzach? Do tego trzeba mężczyzny, przecież to 

jasne jak słońce. 

Na dodatek kupiec, który rozmawiał z Raiją, 

twierdził, że z niej kobieta w każdym calu. 

Mrugał przy tym znacząco, a słuchacze zanosili 

się śmiechem. 

Tworzyli wspólnotę, do której Raija nie miała 

dostępu. 

- Przyda się nam kobieta, bez dwóch zdań - po­

wiedział jeden z kupców, przepijając do kompanów. 

- Zwłaszcza taka, co ma coś do sprzedania - do­

dał drugi z szerokim uśmiechem. 

Wymiana dowcipów trwała całe popołudnie, jed-

76 

background image

na sprośna historyjka goniła drugą. Wkrótce Raija 
stała się obiektem wyuzdanych fantazji, choć prze­
cież nikt, poza jednym ze straganiarzy, jej nie wi­
dział. Ten jednak opisał dziewczynę tak dokładnie 
i barwnie, że cała reszta uznała, iż zna ją wyśmie­
nicie. Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd zewnętrz­
ny, bo kto by tam się interesował kobiecą duszą? 

O, nie, u niewiast znacznie wyżej cenili przy­

mioty ciała. 

Po kilku kolejkach gorzałki uznali, że czas przyj­

rzeć się jej z bliska. Gromadą ruszyli do straganu, 
który Mads Holmertz zajmował poprzedniego ro­
ku, całą drogę dyskutując zawzięcie, co porządnego 
człowieka mogło przywieść do takiej bezmyślności. 
Holmertz był jednym z nich, ale głupota widać nie 

wybiera. Zresztą kto go tam wie? 

Raija zaczęła układać towary na półkach. Była 

spocona i brudna. 

Porządki na straganie zajęły jej kilka godzin, bu­

da sprawiała wrażenie nie sprzątanej od wielu lat. 
Raija wyszorowała ściany i sufit. Podłogi nie było, 
a na klepisko niewiele mogła poradzić. Rezultat 
okazał się zdumiewający, wnętrze, dotąd ponure 
i ciemne, nabrało jasnych barw. 

Otarła pot z czoła. Jeśli pozostałe stragany były 

równie zapuszczone, to zdobyła nad nimi lekką 
przewagę. Kto woli kupować żywność pośród my­
sich odchodów i fruwających kłębków kurzu? 

Żałowała, że nie wzięła większych zapasów ze 

sobą. Nie sądziła, iż stragan jest taki duży, więc 

77 

background image

wybrała tylko najniezbędniejsze towary. Niektóre 

półki świeciły teraz pustkami. 

Za częścią handlową, wielkości połowy sklepu 

w osadzie, znajdowało się niewielkie pomieszcze­

nie służące za sypialnię. Nie przewidziano miejsca 
dla konia, więc Raija uwiązała zwierzę za straga­
nem. Pogoda sprzyjała, było ciepło i sucho, choć 
lato nie rozpoczęło się jeszcze na dobre. 

Zajęta swoimi sprawami Raija zapomniała o bo­

żym świecie. 

Nie spodziewała się, że gromada kupców posta­

nowiła złożyć jej wizytę. Nie zamknęła zasuwy, 
drzwi do straganu stały otworem. 

Przeraziła się dopiero wtedy, kiedy wpadli hur­

mem do środka. 

Ożywienie mężczyzn nie pozostawiało wątpli­

wości co do tego, czym poili się całe popołudnie. 

Ich spojrzenia wprawiły Raiję w zażenowanie. 

Wiedziała, że jej uroda przyciąga uwagę, męż­

czyźni śledzili ją wzrokiem, gdziekolwiek się ru­
szyła. 

Tym razem jednak było ich zbyt wielu. Od kil­

kudziesięciu przedstawicieli męskiego rodu, którzy 
pożerali ją oczyma, oddzielała Raiję wąska lada. 

Gapili się, mrugali, rozdziawiali gęby, ten i ów 

łakomie oblizywał wargi. Jedni przeczesywali prze­
rzedzone włosy, inni klepali się nerwowo po łysi­
nach. Byli zaskoczeni. Spodziewali się ujrzeć prze­
ciętną kobietę. 

Zobaczyli Raiję. 

78 

background image

Była brudna i spocona na twarzy. Węzeł, w któ­

ry związała włosy na karku, rozluźnił się i jedwa­
biste czarne pukle spłynęły na wąskie ramiona 
dziewczyny. Spod smolistych rzęs błyszczały oczy 
tak ciemne, że nie sposób było odróżnić w nich 
źrenice. Nad bezdenną przepaścią oczu brwi ukła­
dały się w ostre łuki, które nagle przemieniły się 

w ptasie skrzydła, kiedy Raija spojrzała gniewnie 

na przybyszów. 

Potem skrzyżowała ramiona na piersi, usiłując 

nadać twarzy wyraz zdecydowania i ukryć strach. 
Zacisnęła usta, nie zdając sobie sprawy, że wyglą­
dają jak kwiat, który każdy z nich zerwałby z naj­

większą przyjemnością. 

Śmiali się z lekkim zażenowaniem i spoglądali 

po sobie. Byli w gromadzie, dodawali sobie nawza­
jem odwagi. Trudno znaleźć odważniejsze i bar­
dziej bezwzględne zwierzę niż człowiek silny po­
parciem tłumu. Byli mężczyznami. Było ich wielu. 
Trzymali się razem. Ona była sama. Była kobietą. 
Niezwykle ponętną kobietą. 

Zwrócili się do tego, który spotkał Raiję pierwszy. 
- Umiesz, doprawdy, dobierać słowa! 
- Coś nie w porządku z twoim wzrokiem? Mo­

że się starzejesz? 

- Pewnie gustujesz w starszych? 
- Gdybym ja ją zobaczył pierwszy, nikomu bym 

nie powiedział... 

Śmiech wzbił się pod powałę. Nieżyczliwy 

śmiech, skrywający dwuznaczność i pożądanie. 

79 

background image

Mężczyźni zbliżyli się do lady, poruszali się rów­

no, jakby stanowili jeden organizm kierowany tym 
samym mózgiem. 

Raija szukała gorączkowo jakiegoś rozwiązania. 

Perlisty pot wystąpił jej na czoło, ale mężczyźni 
zdawali się tego nie dostrzegać, zajęci studiowa­
niem każdego fragmentu ciała dziewczyny. 

Dreszcz przerażenia przeszedł Raiji po plecach. 

Wyobraźnia podpowiadała jej, czym zajęte są my­

śli mężczyzn. Uznała, że nie przeżyje napaści, ale nie 
cofnęła się ani o krok. Nie chciała okazać po sobie, 
że się boi, nie chciała prowokować ich do działania. 

To byli zwykli ludzie, wielu z nich nie grzeszy­

ło odwagą. W rodzinnych stronach uchodzili mo­
że za podpory społeczeństwa, strażników cnót mo­
ralnych. Widok ładnej kobiety wzbudzał w nich 
pożądliwe myśli, ale w pojedynkę żaden nie prze­
kułby ich w niecny czyn. 

W gromadzie czuli się zwolnieni od respektowa­

nia granic przyzwoitości, zwolnieni od odpowie­
dzialności za własne postępki. Alkohol sprawiał, że 

wyzbyli się zahamowań. 

Mężczyźni z pierwszego szeregu znaleźli się już 

przy ladzie, naciskani przez rozochoconych współ­
towarzyszy. 

W budzie zrobiło się duszno. Pomieszczenie, któ­

re wcześniej wydało się Raiji obszerne, zdawało się 
pękać w szwach. Jedyna droga ucieczki prowadziła 
na zaplecze, ale pokoik na tyłach straganu nie za­
pewniał schronienia. Ściany zewnętrzne wzniesiono 

80 

background image

z solidnych desek, natomiast na drzwi i przegrody 
użyto materiału cienkiego nieomal jak papier. 

Dłonie wyciągnęły się ku Raij i. Jak szpony pta­

ka, pomyślała, drapieżnie wykrzywione. 

W pierwszym odruchu chciała je odepchnąć, 

przeklinać ich, wrzeszczeć. 

Potem w niemym krzyku rozpaczy zwróciła się 

do tego, którego zawsze prosiła o pomoc. 

- Mikkal, jestem sama! Boję się! Mikkal, pomóż! 
Ale Mikkal przebywał daleko, na pastwiskach 

na wschodzie. Nie mógł przybyć, nie mógł odebrać 
jej wołania. Tylko naiwni młodzi kochankowie 
skłonni są wierzyć, że potrafią czytać w swoich 
myślach. 

Nie zjawi się wybawca, Raija skazana była tylko 

na siebie. 

Kierując się nagłym impulsem, uczyniła coś, co 

zdawało się nie mieć sensu. 

Chwyciła jedną z wyciągniętych dłoni i ściska­

jąc mocno, zaszczebiotała do jej zdumionego wła­
ściciela: 

- A więc przychodzicie mi pomóc. Zupełnie już 

opadłam z sił. Powiadano mi, że to robota ponad 
dziewczęce siły, ale musiałam się jej podjąć. 

Nabrała oddechu i pomyślała o ojcu. Wierzyła, 

że wybaczy jej kłamstwo. 

- Mój ojciec przejął interesy Holmertza, ale nie­

dawno zmarło mu się, biedakowi. Zostałam sama 
z trójką młodszych sióstr. Nie mamy nic poza skle­
pem. Przyjechałam tutaj, by pozbyć się towarów, 

81 

background image

bo nikt nam nie chce zaofiarować porządnej ceny. 
Wszyscy myślą, że mogą wykorzystywać biedne 
dziewczęta... 

Poruszyła gwałtownie powiekami, by wywołać 

łzy. Na twarzach niektórych mężczyzn ukazał się 

wyraz zdziwienia, nastrój w grupie wyraźnie ule­

gał zmianie. 

Raija coraz mocniej potrząsała dłonią kupca, 

który trzeźwiał w przyspieszonym tempie. 

- Niech Bóg was błogosławi - ciągnęła z miną 

bezradnego dziewczątka. - Mój ojciec, świeć, Panie, 
nad jego duszą, patrzy na was z nieba i dziękuje za 
pomoc ofiarowaną córce. - I kierując wzrok na naj­
bliższego kupca, dodała z udanym zakłopotaniem: 
- Przypominasz mi go. Masz takie same mądre i do­
bre oczy. 

Podziałało. 
Śmiechy cichły, spojrzenia straciły pewność siebie. 
Na powrót stali się zwykłymi ludźmi. Zdarzało 

im się naciągnąć tego czy owego klienta, ale prze­
cież brzydzili się większą podłością. 

Żaden z nich nie tknąłby młodej dziewczyny. 

Przynajmniej nie takiej, nad którą z nieba czuwał 

ojciec. 

Chowali pospiesznie brudne myśli w głąb duszy. 

Usiłowali zająć czymś ręce w nagłej potrzebie od­

wrócenia uwagi od ciała Raiji. 

Nie przystoi tak się zachowywać wobec sieroty. 

Przecież to dziecko nieledwie, wystarczy przyjrzeć 
się bliżej. 

82 

background image

Nie stanowi dla nich konkurencji. Pomogą jej 

urządzić stragan, podeślą klientów. Niech mała 
pozbędzie się towarów, niełatwo jej na świecie, 
skoro musi zajmować się trzema młodszymi sio­
strami. Najlepsze, co mogłoby ją spotkać, to do­
bre zamążpójście. 

2 takim wyglądem nie będzie długo czekać na 

kandydata. 

Raija rozegrała sytuację po mistrzowsku. Męż­

czyźni nie opuścili straganu, póki w środku nie za­
panował idealny porządek. Wszyscy ofiarowali się 
z pomocą w trakcie trwania targu. Po ojcowsku 
przestrzegali ją przed niebezpieczeństwami. 

- Na jarmarku można spotkać różnych ludzi -

wyjaśniali. 

Raija kiwała poważnie głową i obiecywała pytać 

ich o radę, jeśli znajdzie się w potrzebie. 

Każdy z nich uważał się za zastępcę ojca, które­

go dziewczyna niedawno utraciła. 

W ciepłych słowach mówili o tym biednym, ale 

odważnym dziecku. Żaden już nie pamiętał, z ja­
kimi zamiarami przybyli do straganu Raiji. 

I żaden z nich by nie uwierzył, że ta biedna sie­

rota urodziła dwoje dzieci i miała trzeciego męża. 

Raija odetchnęła z ulgą i zamknęła drzwi na za­

suwę. 

Nie miała pojęcia, skąd wziął się jej ten szalony 

pomysł, ale uchronił ją przed najgorszym. Poznała 
uroki jarmarku. I, pomyślała z gorzkim uśmiechem, 
zdobyła sobie nieoczekiwanych sprzymierzeńców. 

83 

background image

Raiji przyszła z pomocą wyobraźnia. To, co lu­

dzie nazywali dzikimi fantazjami, stało się jej ra­

tunkiem. Opłaca się marzyć. Warto ćwiczyć przy­
tomność umysłu. 

Przed zmrokiem plac zapełnili ludzie z gminu, 

których można było poznać po odzieniu z samo­
działu i barwionego płótna. Spacerowali wokół, za­
poznając się z układem straganów. 

Raija zdała sobie wtedy sprawę, że mimo woli 

stała się lokalną sensacją. Gadano o niej, plotka 
rozniosła się jak ogień w suchej trawie. 

Grupy ciekawskich gromadziły się w pobliżu 

straganu. Raija nie otwierała drzwi, ale przez nie­
wielki otwór widziała spojrzenia kierowane w jej 
stronę. 

Kupiec w spódnicy musiał budzić zainteresowa­

nie. Opowieści samozwańczych obrońców i opie­
kunów Raiji jeszcze bardziej je podsycały. Dziew­
czyna myślała, że wznosi się na wyżyny fantazji, 

wymyślając historyjkę o zmarłym ojcu i gromadce 
młodszych sióstr. Tymczasem to niewinne kłam­
stewko było niczym w porównaniu z opowieścia­

mi, które zaczęły krążyć wśród zgromadzonych na 
placu targowym. 

Zanim dzień dobiegł końca, dzieje odważnej 

i pięknej sieroty, opiekującej się niezliczonym ro­
dzeństwem, wywołały łzę w niejednym oku. 

Całe szczęście, że dławieni wzruszeniem space­

rowicze nie ujrzeli Raiji pierwszego dnia. Gotowi 
by ją jeszcze uznać za jakąś boginię. 

84 

background image

Historia o dziewczynie dotarła też do uszu Pe-

dera, który solennie obiecał sobie, że wybierze się 
do niej na zakupy. Do głowy mu nie przyszło, że 
chodzi o tę, której winny jest roczny zarobek. Ra-
ija ze sklepiku w osadzie z pewnością nie była bez­

radną sierotą. 

Po prawdzie rozglądał się po placu, szukając Ra-

iji, ale nigdzie jej nie widział. Uznał więc, że nie 
dotarła na miejsce. Niczego innego się po niej nie 
spodziewał. Kobiety nie nadawały się do handlu. 

Ojciec i brat Jenny też zainteresowali się naj­

nowszą plotką, choć nie przyprawiła ich ona o łzy 

wzruszenia. Kobieca słabość pobudza zmysł opie­
kuńczości u większości mężczyzn, potwierdza bo­
wiem ich siłę i znaczenie. 

Pierwszego wieczora nie natknęli się na jasno­

włosego i zielonookiego Fina, jego niezwykle uro­

dziwą żonę i gromadkę dzieci. 

Musieli czekać. Rozpytywać się, mieć oczy i uszy 

otwarte. 

Nikomu nie wspomnieli o złocie. 

Tymczasem korzystali z uroków jarmarku. By­

ło co oglądać, było z kim gadać, było co wypić dla 
tego, kto miał czym płacić. Oni mieli. I tak jak 
wszyscy poszli oglądać stragan sieroty. 

Nie ujrzeli nic poza szarą budą, niczym nie róż­

niącą się od pozostałych. 

I tak jak inni, którzy słyszeli wzruszającą opo­

wieść, usiłowali stworzyć portret jej bohaterki. 

Wyobrazili sobie małą, wystraszoną istotę, dzie-

85 

background image

cięco ufną. Taką, której nikt nie miałby sumienia 

wyprowadzić w pole. 

I nie mieli pojęcia, że ta istota i czarnowłosa 

piękność to jedna i ta sama osoba. 

Mikkal postawił namiot przy wydatnej pomocy 

Ingi. Asłak z miejsca zanurzył się w ciżbie. Miał 
dość pogawędek z reniferami i komarami. Potrze­
bował kontaktu z ludźmi. 

Po powrocie zastał kompana rozciągniętego w le­

niwej pozie przed namiotem. Inga szykowała jedze­
nie. Mikkal nie kiwnął palcem, by jej pomóc. 

Aslak pomyślał, że Mikkalowi wszystko przy­

chodzi łatwo. Wszystko to, na czym mu nie zależy. 

- Nie znalazłeś nikogo, z kim mógłbyś pogawę­

dzić? - spytał kwaśno Mikkal. - Nie spodziewałem 
się ciebie tak szybko. Czyżby piękne dziewczęta 
jeszcze nie przybyły? 

Aslak roześmiał się. Był w świetnym humorze. 

Pośród ludzi czuł się jak ryba w wodzie. Życie na 
płaskowyżu miało swoje uroki, ale nie dla spra­

gnionych towarzystwa. 

- Pięknych dziewcząt nie brakuje - odrzekł spo­

kojnie - tyle że ich uroda mi nie wystarcza. Je­
stem wybredny. Szukam czegoś więcej... - wzru­
szył ramionami. - Na targu opowiadają historię 

dziewczyny, która ma własny stragan. Ponoć ca­
ła jej rodzina wymarła na tajemniczą chorobę, 

a ona musi sprzedać towar, by móc ruszyć do ja­
kichś krewnych... 

86 

background image

Aslak uśmiechnął się krzywo. Coś mu mówiło, 

że w tej opowieści sporo jest przesady. 

- Taka by mi pasowała - dodał, a Mikkal prze­

wrócił oczami. - Ty też powinieneś czuć słabość 
do przedsiębiorczych kobiet - zakończył, mruga­

jąc znacząco. 

Może miał na myśli Ingę, ale myśli Mikkala po­

wędrowały w innym kierunku. Wykrzywił się, a na 
jego twarzy pojawił się wyraz wrogości. 

- Raiji do tego nie mieszaj! - warknął. 

Aslak westchnął i rzucił ukradkowe spojrzenie 

w kierunku namiotu. 

- Nie o nią mi chodzi - zniżył głos. - Masz gło­

wę zaprzątniętą Raiją. Inga nie zasługuje na takie 

traktowanie. 

Mikkal spojrzał na przyjaciela z rezygnacją. 
- Nie po raz pierwszy mi to mówisz - zauważył 

szorstko. - Inga da sobie radę. Jest twarda, tward­
sza niż twoja siostra. Nic jej nie obiecywałem, zo­
stała z własnej woli. To dorosła kobieta, Aslak. Nie 
potrzebuje twojego wstawiennictwa. 

Aslak nie odrywał wzroku od Mikkala. Przyjaź­

nili się od dzieciństwa. Mógł sobie pozwolić na 
szczerość wobec niego. 

- Inga jest twarda - zaczął spokojnie, lecz sta­

nowczo - ale nie tak jak skała. Prawda, to dorosła 
kobieta. Kwestia woli nie ma tu jednak nic do rze­
czy. Nie zauważyłeś, że ona cię kocha? Potrzebu­
je czegoś więcej poza twoim ciałem, Mikkal. 

Mikkal milczał, zamknięty w świecie, do które-

87 

background image

go nikt nie miał przystępu. W końcu Aslak wzro­
kiem odszukał przyjaciela. W jego przedziwnie 

miodowych oczach mieszkał ból. 

Aslak sądził dotąd, że Mikkal przestał czuć co­

kolwiek, całkiem zobojętniał. To jedno spojrzenie 
powiedziało mu, jak bardzo się mylił. 

- Myślisz, że nie wiem, Aslak? - spytał Mikkal. 

W jego glosie znać było cierpienie. - Tyle że nic 
poza ciałem nie mogę jej ofiarować. 

Aslak odwrócił wzrok. 
Inga skończyła przygotowywać posiłek. 
W nieznośnej ciszy gotowali się do spędzenia 

pierwszej nocy na targowisku. 

background image

Mikkal naprawdę starał się poświęcać Indze spo­

ro uwagi. Dobrze wiedział, że Inga jest dobrą ko­
bietą. Znacznie lepszą, niż sobie na to zasłużył. 

Pierwszego dnia zostawił handel w rękach Aslaka. 
- Tylko nie zużyj całego zapasu swego męskie­

go czaru - roześmiał się. - Zostaw trochę dla dziew­
czyny ze straganu. Rozejrzymy się z Ingą po pla­
cu. Wstąpimy też do twojej wybranki, żebyś się 
później nie wygłupił. 

Aslak nie protestował. Nie chciał psuć nastroju In­

dze uradowanej tym, że Mikkal troszczy się o nią. 
Będzie miał mnóstwo czasu na zabawę. Zresztą ran­
kiem nic się nie działo, największe atrakcje czekały 
o zmierzchu. Aslak gotował się na wieczór. 

- Nie żałuj grosza! - poradził przyjacielowi. -

Kup Indze coś ładnego! 

Mikkal objął dziewczynę ramieniem. Wyglądali 

na dobraną parę, na osobie postronnej Mikkal 
mógł sprawiać wrażenie prawdziwie zakochanego 

w swojej towarzyszce. Promienny uśmiech Ingi nie 

pozostawiał żadnych wątpliwości co do szczerości 
jej uczuć. 

Mikkal był w wyśmienitym humorze. Spojrzał 

89 

background image

ciepło na Ingę i zapewnił ją, że dostanie prezent. 

- Najlepszy, jaki znajdziemy. Co sobie życzysz, 

Ingo? Naszyjnik? Bransoletę? Może chustkę? 

Inga wzruszyła ramionami, zakłopotana jego 

niespodziewaną troskliwością. Nie wiedziała, czy 
Mikkal żartuje, czy mówi poważnie. Nie chciała 
przedwcześnie zdradzać się ze swoją radością, od­
kryć uczucia. A może kpi sobie z niej? 

- Podarki nie mają dla mnie większego znacze­

nia - powiedziała ostrożnie. 

Mikkal prychnął. 
- Nie ma dziewczyny, która nie pragnęłaby bły­

skotek... 

Urwał i zmienił się na twarzy. 
Inga wiedziała, co to oznacza. Istniała inna ko­

bieta, która nie dbała o stroje i błyskotki. Nie mu­
siała pytać o jej imię. 

Raija. 
Pod ostrzegawczym spojrzeniem Aslaka Mikkal 

wziął się w garść. Pamiętał słowa przyjaciela wy­
powiedziane poprzedniego wieczora. Inga zasługu­
je na więcej... 

- Znajdziemy dla ciebie coś pięknego - stwier­

dził z naciskiem, odsuwając natrętne myśli. Nie 
warto zagłębiać się w bolesne wspomnienia. Nie 

przyjechał na targ, by rozdrapywać stare rany. -
U dziewczyny z marzeń Aslaka. Sprawdzimy, czy 

jest warta, by o niej śnić. 

Aslak odetchnął z ulgą, kiedy zniknęli w tłumie, 

ściągając na siebie spojrzenia ciekawskich. Inga 

90 

background image

nie mogła uchodzić za piękność, ale była postaw­
ną panną, którą niejeden pragnąłby mieć u swego 
boku. 

Mikkal zawsze budził zainteresowanie kobiet, 

choć bywał wobec nich opryskliwy. Miał w sobie to 
coś, co sprawia, że kobiece serce mięknie jak wosk. 

Krążyli po placu, zatrzymując się przy niektó­

rych kramach, ale z nikim nie dobili targu. Mikkal 
zachęcał Ingę, by wybrała sobie coś z mnóstwa wy­
stawionych towarów, ale ona za każdym razem po­
trząsała przecząco głową. 

Szukała czegoś taniego. 
Nie chciała wiązać go kosztownym podarunkiem. 
Mikkal z radością zanurzał się w tętniący śmie­

chem i radością tłum. Miło było spacerować po­
śród nieznanych sobie ludzi z dziewczyną u boku. 
Być jednym z wielu. 

Zatrzymywali się raz po raz, by wymienić parę 

słów z przypadkowymi przechodniami. 

Miłych, nie zobowiązujących słów z osobami, 

które widzieli po raz pierwszy i ostatni w życiu. 

Przed jedną z bud Mikkal posłyszał rozmowę, 

która brutalnie przywróciła go do rzeczywistości. 

Jakiś mężczyzna dociekliwie wypytywał ryba­

ków z wybrzeża. 

- Szukamy krewnych - mówił. Mikkalowi wy­

dał się antypatyczny, ale coś kazało mu się zatrzy­
mać. - Młodzieńca o jasnych włosach. Ma ze dwa­
dzieścia lat. Zielone oczy... 

Mikkal zesztywniał. Nie musiał słuchać dalej, by 

91 

background image

domyślić się, o kogo chodzi. Kiedy nieznajomy za­
czął opisywać piękną dziewczynę o czarnych wło­

sach i brązowych oczach, Mikkal pozbył się wszel­
kich wątpliwości. 

Ten człowiek szukał Reijo i Raiji. I kłamał. Ani 

Reijo, ani Raija nie mieli krewnych w Finnmarku. 

A nieznajomy z pewnością nie należał do rodziny. 

W nagłym przebłysku zrozumienia Mikkal po­

jął przyczynę dociekliwości mężczyzny. 

Złoto Karla... 
A więc nie uciekli przed famą o złocie Karla. 

Łowcy skarbów podążali ich śladem. 

- Mikkal! 
Głos Ingi wyrwał go z zamyślenia. 
- Co z tobą? - spytała rozbawiona. - Ujrzałeś 

ducha? 

Zmusił się do uśmiechu, starając się jednocze­

śnie zapamiętać twarz nieznajomego. 

- Nie, wydawało mi się przez chwilę, że znam 

tamtego człowieka. 

Żeby tylko mógł ostrzec Reijo i Raiję! 
Inga wsunęła rękę pod jego ramię. 
- Pełno tutaj ludzi - powiedziała z nagłym nie­

pokojem. Co się stanie, jeśli natkną się na Raiję? Je­
śli i ona jest pośród tłumu? - Ja też mam wrażenie, 
że rozpoznaję różne twarze, lecz zaraz okazuje się, 
iż zwiódł mnie kształt nosa czy ust... - Zaśmiała się 
nerwowo, sama nie wierząc w to, co mówi. 

Mikkal znów zamknął się w sobie. Kiedy był 

w takim stanie, nie miała do niego przystępu. 

92 

background image

Inga nieświadomie wiodła go do straganu dziew­

czyny, o której głośno było na targu. Spacerując 
wśród ludzi, usłyszeli kilka nowych wersji jej losów. 

Ingą kierowała nie tylko ciekawość. Chciała prze­

rwać tok ponurych rozważań Mikkala. 

- Przyjrzyjmy się wybrance Aslaka - szepnęła 

mu na ucho, ustawiając się w kolejce przed straga­
nem. - Jeśli okaże się brzydulą - ciągnęła z rozba­

wieniem - Aslak będzie niepocieszony. 

Mikkal zdobył się na słaby uśmiech i posłusznie 

zajął miejsce w rządku czekających. Nic go to nie 
kosztowało. Chciał sprawić Indze przyjemność. 

Przyjrzy się dziewczynie, będzie miał powód, by 

pożartować z przyjaciela. 

Musieli uzbroić się w cierpliwość, bo przed drzwia­

mi straganu wił się długi ogonek klientów. Mikkal 
przyciągnął Ingę do siebie. 

- Obiecaj, że kupisz sobie tutaj coś ładnego -

wyszeptał, muskając wargami jej policzek. 

Inga zaczerwieniła się i rozejrzała wokół. Ten 

nieomal intymny gest wprawił ją w zakłopotanie. 
Mikkal nie zwykł się tak zachowywać. 

Nikt nie zwracał na nich uwagi. 
Inga odprężyła się. 
- Obiecuję - powiedziała. 
Dotarli do drzwi. Mikkal objął ją opiekuńczo, 

by ochronić przed naporem klientów opuszczają­
cych stragan. 

- Przekupka musi mieć wyśmienity towar -

szepnął - skoro wszyscy robią tu zakupy. Znacz-

93 

background image

nie lepszy niż w tych podłych budach z gorzałką... 

Inga prychnęla i rzuciła mu ostre spojrzenie. 

Musi mówić tak głośno? Żeby wszyscy wokół wy­
tykali ich palcami? 

Wcisnęła się w tłum, trzymając Mikkala za kaf­

tan i ciągnąc za sobą. 

Znaleźli się w środku grupki wychodzących 

klientów, wyraźnie uradowanych zakupami w naj­
bardziej obleganym straganie na placu targowym. 
Inga posuwała się z prądem, wsłuchując się w ła­
godny kobiecy głos, który wypowiadał słowa po la-
pońsku, fińsku i norwesku. W powietrzu krzyżo­

wały się komentarze kupujących, a dziewczyna za 
ladą odpowiadała z niezwykłą bystrością. Dojrza­

ła przed sobą czarny warkocz. W tej samej chwili 
idący za nią Mikkal wstrzymał oddech i jęknął. Po­
tem zacisnął dłonie na ramionach Ingi i bezwied­
nie odsunął ją na bok. 

Inga znalazła się między jakąś tęgą kobietą i męż­

czyzną, który był prawdopodobnie jej mężem. 

Szeroko rozwartymi oczyma przyglądała się, jak 

Mikkal toruje sobie drogę wśród tłumu. Zachowy­
wał się jak szalony, nie zważał na swoją kolej. 

Parł do przodu. Inga nigdy nie widziała go w takim 

stanie. Wytrącony z równowagi, z odmienioną twa­
rzą, wpatrywał się w postać za ladą. Usta mu drżały, 
nozdrza poruszały jak u zranionego zwierzęcia. 

Inga nie była w stanie myśleć jasno. Była jedy­

nie widzem, oglądała całe zdarzenie jak przez 
mgłę, jakby dotyczyło kogoś innego. 

94 

background image

Zrozumiała wszystko, kiedy tłum przepuścił 

Mikkala. Ujrzała właścicielkę straganu i poczuła, 
jak ból w płucach odbiera jej zdolność oddychania. 

Ujrzała, jak ta oszałamiająco piękna dziewczy­

na podnosi oczy, otwiera usta w zdumieniu, a po­

tem układa je w promienny uśmiech. Indze wyda­
ło się, że słońce zajrzało do środka. 

Była zdruzgotana. 
Z całą mocą zdała sobie sprawę z pospolitości 

własnej urody. 

- Mikkal! - szepnął miękki głos łagodnie jak let­

ni wiatr. 

Zanim Inga się odwróciła, ujrzała jeszcze, jak 

tamtych dwoje nachyla się ku sobie. Zrobiło się jej 
niedobrze. 

Drżącym głosem Mikkal wypowiedział to imię, 

które prześladowało Ingę od chwili, kiedy go po­
znała. 

- Raija! 
Inga zatoczyła się ku wyjściu. Nie miała siły pa­

trzeć, słuchać. Nie mogła pojąć, że ta sierota z wzru­
szających jarmarcznych plotek i wielka miłość Mik­
kala to jedna i ta sama osoba. Tak jednak było. 

Sama zaprowadziła go w jej objęcia. 
Co za ironia losu. 
Inga nic nie widziała przez łzy. Zaczęła biec, po­

tykała się i przewracała, ale wstawała i biegła dalej. 
Nie zważała na to, że ludzie wezmą ją za pijaną. 

Nigdy dotąd nie czuła takiego bólu. Zawsze lek­

ko traktowała swe emocje, ale z żadnym mężczy-

95 

background image

zną nie związała się tak mocno jak z Mikkalem. 
I żaden tak mocno jej nie zranił. 

Wiedziała, że sama jest sobie winna. Mikkal dał 

jej do zrozumienia na początku znajomości, że je­
go uczucia nie przekraczają granicy przyjaźni i cie­
lesnego pożądania. Inga liczyła na więcej. Dopóki 
walczyła z pozbawionym twarzy cieniem, dopóty 

miała nadzieję. 

Teraz ujrzała Raiję. 
I poczuła się jak mała szara mysz. Mikkal nie 

mógł traktować jej inaczej. Ten, który trzymał Ra­
iję w ramionach, musiał patrzeć z pogardą na inne 
kobiety. Nawet Sigga nie wytrzymywała porówna­
nia z tą czarowną istotą. 

Kiedy Inga dotarła do Aslaka, była kompletnie 

roztrzęsiona. Przywarła do niego, zupełnie nie 
zważając na otaczających go klientów. 

Musiała się wypłakać na czyimś ramieniu. Po­

trzebowała kogoś, kto ją przytuli i przywróci wia­
rę we własną wartość. 

- Co się stało? - wykrzyknął Aslak. Był zdumio­

ny i zażenowany, nie przywykł, by kobiety rzuca­
ły mu się na szyję na oczach tłumu. 

Inga szlochała. 
Niezdarnie poklepał ją po plecach, usiłując zna­

leźć słowa, które by ją uspokoiły. Wzrokiem szu­
kał Mikkala. 

Nigdzie go nie widział. 

Zrozumiał, że to przyjaciel jest przyczyną tej 

rozpaczy. 

96 

background image

Przeklęty Mikkal! Nie ma za grosz taktu! Co 

zrobił tym razem? 

- Gdzie jest Mikkal? - spytał ostrożnie, kiedy 

dziewczyna uspokoiła się nieco. 

Inga ukryła twarz, jej ciałem wciąż wstrząsał 

szloch. Aslak gotów był zabić Mikkala gołymi rę­
kami. 

- Co on ci zrobił, Ingo? 
Odpowiedziała jednym słowem: 
- Rai ja. 
Aslak zrozumiał. 
Zaprowadził Ingę do namiotu. Nie mógł zrobić 

nic więcej. 

Historia się powtarza, pomyślał z goryczą. Sig-

ga też się tak zachowywała, zanim gniew i niena­

wiść przyćmiły jej rozum. 

Nie chciał, by Ingę spotkał ten sam los. 
Próbował pomóc siostrze, ale na próżno. 
Nie było słów, które niosły pociechę. 
Były słowa, które niosłyby wyjaśnienie. Te jed­

nak tylko pogarszały sytuację. 

Siedział bezradny u boku Ingi. Dziewczyna usi­

łowała zapanować nad płaczem. Nieskładnie za­
częła opowiadać mu o poniżeniu, jakie stało się jej 
udziałem. Aslak słuchał w milczeniu. 

- Dlaczego nikt nie powiedział mi, jak ona wy­

gląda? - powtarzała raz po raz, odwracając zapła­
kaną twarz w jego stronę. - Dlaczego? Nie wysta­

wiłabym się przynajmniej na pośmiewisko... 

Aslak pozwolił jej się wygadać, wyrzucić z sie-

97 

background image

bie dręczące ją wątpliwości. Kiedy zamilkła, poły­
kając łzy, chrząknął i powiedział: 

- Uroda nie ma tu nic do rzeczy. Związek Mikka-

la i Raiji nie karmi się rzeczami tak przyziemnymi. 
To prawda, oboje są urodziwi, ale ich uczucie sięga 
poza przymioty ciała. Myślę, że Raija kochałaby go, 
nawet gdyby był kaleką lub miał szpetną twarz. Mik­
kal ubóstwiałby Raiję, choćby ta straciła zęby i wło­
sy. Łączy ich więcej, Ingo. Trudno to wytłumaczyć, 
jeszcze trudniej zrozumieć. Losy tych dwojga splotły 
się ze sobą. Taka miłość zdarza się raz na tysiąc lat. 
Nie mogą zaznać szczęścia, kiedy są z dala od siebie. 
I... - Aslak zawahał się i wbił wzrok w ściankę namio­
tu. - I nie potrafią być szczęśliwi, kiedy się zejdą. To 
uczucie trawi ich jak żywy ogień. Nie wiem, czy po­
trafisz zrozumieć, Ingo. Ja sam śledzę ten związek od 
początku i wciąż nie mogę się mu nadziwić... 

Indze wydawało się, że rozumie, ale ta świado­

mość nie przyniosła jej ulgi. Gotowa była umrzeć 
dla Mikkala. Tymczasem Aslak pozbawiał ją na­

dziei, że kiedykolwiek zdoła dać Mikkalowi szczę­
ście. Raija zawsze będzie stać między nimi. 

Kiedy przymknęła oczy, ujrzała ponownie jego 

twarz. Mikkal całkiem się odmienił, gdy torował 
sobie drogę przez tłum. 

Jej życie straciło sens. Wszelkie nadzieje legły 

w gruzach. 

Nie miała już nic. 
Mogła czekać. Oszukiwać samą siebie, łudzić 

się, że los się odmieni. 

98 

background image

Może. 

Ale Rai ja zawsze będzie stać między nimi. 

Dla Mikkala nie istniała żadna inna. 

- Chcę umrzeć - wyszeptała do Aslaka. 
Oboje wiedzieli, że mówi prawdę. 
W straganie Raiji panował rozgardiasz. Zainte­

resowanie jej osobą nie osłabło. Wręcz przeciwnie, 
świadkowie gorącego powitania Raiji i Mikkala 
musieliby być całkiem pozbawieni bystrości, by 
nie zauważyć, że tych dwoje łączy coś więcej niż 
zwykła przyjaźń. 

Efekt był aż nadto oczywisty. Współczucie dla 

biednej sieroty zbladło równie szybko, jak szybko 
policzki Raiji oblały się rumieńcem. Ogień, który 
Mikkal zapalił w jej oczach, nie pojawia się 

w oczach dziecka. 

Ci, którzy ocenili wiek Raiji na czternaście, mo­

że szesnaście lat, szybko dodali jej parę wiosen. 
Czuli się oszukani. Wymyślili sobie bohaterkę, 
piękność, boginię nieomal. Tymczasem ta dziew­
czyna była istotą z krwi i kości jak oni wszyscy. 

Piękną, to prawda! 

Ale taką jak oni wszyscy. Bogini miałaby całować 

i tulić zwykłego, niezbyt czystego Lapończyka? 

Raija spadła z hukiem z piedestału. 
Być może w plotkach o jej smutnym losie tkwi­

ło ziarenko prawdy, ale mało kto chciał teraz w to 

wierzyć. 

Kram opustoszał. 

Ani Raija, ani Mikkal nie mieli nic przeciw temu. 

99 

background image

Wciąż jeszcze byli po dwu stronach lady, ale nie 

mogli oderwać od siebie wzroku. 

- Zamknę drzwi - powiedział zdecydowanie 

Mikkal i uczynił to, nie czekając na jej odpowiedź. 
- Nie będę dzielić się tobą z innymi. 

Zrobił trzy kroki i znów był przy niej. Stali tuż 

obok siebie, nie dotykając się, napawając się magią 
chwili. 

- Nie mogę uwierzyć, że to ty - szepnęła Raija 

i ujęła w dłonie twarz Mikkala. Znała każdą linię je­
go ciała, ale przy każdym spotkaniu odkrywała coś 
nowego. - Muszę cię dotknąć, żeby sprawdzić, czy 
to naprawdę ty - dodała, uśmiechając się przez łzy. 

Mikkal też się uśmiechnął i objął ją wpół. Wciąż 

uważał, że Raija jest równie wąska w talii jak wte­
dy, kiedy w miłosnym uniesieniu przytulił ją 
pierwszy raz. 

- Nie mam nic przeciwko temu, że mnie dotykasz 

- powiedział czule. - Tęskniłem do twych dotknięć 
od chwili, kiedy się rozstaliśmy niedaleko Alty. 

Otarł się czołem o czoło Raiji, żartobliwie po­

tarł nosem koniuszek jej nosa. Budził w niej wspo­
mnienia. Słodko-gorzkie wspomnienia. 

Wargami muskał policzki dziewczyny, potem 

poszukał jej ust. 

Zwarli się na krótko w pocałunku, upojeni 

szczęściem tak nieziemskim, że graniczącym z cier­
pieniem, po czym odsunęli się od siebie odrobinę, 
by ostudzić budzącą się namiętność. 

- Po co zmyśliłaś tę szaloną historyjkę o sobie? 

100 

background image

- spytał Mikkal, splatając dłonie z jej dłońmi. 

Raija uśmiechnęła się zawstydzona. 
- Przyznaję, dość naciągana, ale dzięki niej za­

chowałam cześć i życie. 

- Cześć? - zdziwił się rozbawiony, ale uśmiech 

zgasł mu na ustach, kiedy Raija opowiedziała mu, 
jak to było. 

Gdyby nie trzymała go w objęciach, wybiegłby po­

szukać tamtych mężczyzn. Raija ostudziła jego gniew. 

- Uratowałam się z opresji - prychnęła lekcewa­

żąco. - Nie zrobią mi krzywdy, nawet jeśli wyda się 
cała prawda o mnie. Wystarczy, że przypomnę im, 
czego chcieli się dopuścić. Właściwie to wyrządziłam 
im przysługę, myślę, że zdają sobie z tego sprawę. 

Mikkal pociemniał na twarzy. Raija zbyt lekko 

podchodziła do rzeczy poważnych. 

- Gdzie jest Reijo? - zapytał. Wciąż nie mógł za­

pomnieć dociekliwych pytań nieznajomego, które­
go spotkał na placu targowym. - I Karl? 

Mężczyzna wspomniał o jednym młodzieńcu, 

ale w Mikkalu obudził się promyk nadziei. 

- Kalle nie żyje. Teraz już wiem na pewno - spo­

ważniała Raija. - Reijo popłynął do Bergen. 

Więcej nic nie dodała. 

Mikkal uznał, że to zły znak. Zwykle nie była 

tak zdawkowa. 

- A dzieci? Maja? 
- Są u kobiety, do której mam zaufanie. Nie mo­

głam przecież przywieźć tu dzieci. Sama ledwie 
uszłam z życiem. 

101 

background image

Uśmiechnął się. 
- Czy istnieje jakieś proste wytłumaczenie tego, 

że w ogóle się tutaj znalazłaś? 

Raija wzruszyła ramionami i odpowiedziała uśmie­

chem. 

- Istnieje, Mikkal. Przejęłam sklep, ale to długa 

historia. Opowiem ci innym razem. 

Skinął głową. 
- Czy jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? 

- spytał, wsłuchując się w przyspieszony rytm wła­
snego serca. 

- Wójt, ten mój niby-mąż z Alty, nie żyje. To 

też długa historia, na dodatek straszna. 

- Dajmy sobie na razie spokój z długimi histo­

riami - zaproponował Mikkal. - Czy moja Maja 
miewa się dobrze? 

Raija skinęła głową. 
- Bardzo cię przypomina. Za każdym razem, kie­

dy patrzę na nią, myślę o tobie. 

- To źle? - drążył. 
Raija przyglądała mu się długo. 
- Czasem bardzo boli - odrzekła po chwili z ca­

łą szczerością. Przemilczała okoliczności śmierci 

wójta. Mikkal zbyt łatwo wpadał w gniew. Zresz­

tą wszystko się dobrze skończyło. W ten sposób 
nie musiała wspominać o Reijo. 

Nie mogła nawet myśleć o nim. Nie mogła spoj­

rzeć Mikkalowi prosto w oczy i wyznać, że wyszła za 
mąż za Reijo. I że sama dążyła do tego małżeństwa. 

Opowiedziała mu jednak o śmierci Karla. 

102 

background image

Mikkal pomyśli więc, że jest wolna. 
Chciała poczuć się wolna. Wolna, by go obejmo­

wać i kochać bez wyrzutów sumienia. Należeć do 

niego. Jeszcze raz być tylko jego... 

- Mam się dobrze - powiedziała jedynie. - Nie 

jestem szczęśliwa, ale mam się dobrze. 

Mikkal przełknął ślinę. Nie był nigdy tak blisko 

spełnienia marzeń. 

Karl umarł. 
Człowiek, który zmusił ją do małżeństwa, też 

nie żył. 

Mikkal w mgnieniu oka zapomniał o nieznajo­

mym z placu, który rozpytywał o Raiję. 

Teraz liczyło się tylko to jedno. 

Raija była wolna, po raz pierwszy od chwili, kie­

dy skończyła piętnaście lat. 

- Jestem samotny - wyznał. - Tak bardzo samot­

ny, Raiju. 

- A Sigga? - spytała ostrożnie. 
- Nie żyje - westchnął. 
Raija spojrzała nań z niedowierzaniem, ale Mik­

kal powtórzył z całą mocą: 

- Sigga nie żyje. 
Raija zamknęła powieki i oparła się o ścianę. 

Miała ochotę się roześmiać. 

Los drwił sobie z niej. 
Sigga nie żyje. 
Mikkal jest wolny. 
Prawdziwie wolny. 

A ona go okłamała. Zataiła prawdę. 

103 

background image

Jakże mogła mu teraz powiedzieć, że należy do 

Reijo? Że to, co wydaje się naturalną koleją rzeczy, 
nie może nastąpić? 

Mikkal opacznie zrozumiał milczenie Raiji 

i z przepraszającym uśmiechem dodał: 

- Właściwie Sigga jeszcze nie umarła, ale dla 

mnie jest martwa. 

- Co masz na myśli? - spytała ostro. - Albo 

umarła, albo żyje, jedno z dwojga. 

Mikkal wzruszył ramionami. 
- Sigga straciła rozum, Raiju. Urodziła mi dziecko, 

które przeżyło ledwie kilka godzin. Poród był strasz­
ny, Sigga o mało co nie umarła. Tak może byłoby le­
piej. Po tym wszystkim nie wróciła do równowagi... 

- A ty mówisz, że umarła? - Rai ja nie mogła 

uwierzyć własnym uszom. 

- Rodzina Siggi zwolniła mnie ze słowa - bronił 

się. - Sigga już nigdy nie będzie normalna. Jest 
obłąkana, Raiju! Obłąkana! 

Raija potrząsnęła głową, jakby chciała przywró­

cić sobie jasność myślenia. Mikkal nie mógł wie­
dzieć, że rozwiązał dylemat, z którym się zmaga­
ła, uwolnił od wyrzutów sumienia. 

To, że zataiła prawdę, przestało mieć znaczenie. 
- Obłąkana czy nie - oświadczyła zdecydowanie, 

patrząc mu prosto w oczy - Sigga żyje. I będzie 

żyć, póki nie złożycie jej w ziemi. Dla mnie pozo­

stanie twoją żoną. 

Mikkal westchnął zrezygnowany. 
W głębi duszy nie spodziewał się innej reakcji. 

104 

background image

Nie mogli tak po prostu zejść się ze sobą. Dotąd 
musiał zadowolić się marzeniami o Raiji. Perspek­
tywa wspólnego życia nawet go trochę przerażała. 

- Niczego nie dostaniemy za darmo - powie­

dział ponuro. 

Raija potrząsnęła głową. 
- Szczęście warte jest więcej, niż zapłaciliśmy -

odrzekła cicho. - Zanim dane nam będzie osiągnąć 
pełnię radości, możemy uszczknąć choć odrobinę... 

Objęła go za szyję. Mikkal wiedział, że już go nie 

puści. I nie miał zamiaru uwalniać się z uścisku. 

- Choć odrobinę - powtórzył chrapliwie, szuka­

jąc ust Raiji. 

Nie powiedzieli ani słowa więcej. Przemówiła 

miłość. 

background image

Nie zasnęli na długo. Czas był zbyt cenny. 

Zaspokoili palące pożądanie. Teraz mogli doty­

kać się, tulić do siebie, nie czując tego ognia na­
miętności, który niósł im tyleż rozkoszy, co bólu. 

- Nie zmieniłaś się, Raiju - szepnął Mikkal, wy­

ciągając się z zadowoleniem u jej boku. 

Raija leniwie tarła policzkiem o jego ramię. 
- Zmieniłam się - odrzekła zdecydowanie. - Ty 

też. Tylko to się nie zmieniło... 

Potargał jej włosy. 
- Mam wrażenie, że mówimy o tym samym -

przyznał. - Zawsze składniej wyrażałaś myśli. 

Patrzył w górę, nie mogąc dostrzec sufitu. W po­

koiku na tyłach straganu nie było okien. Otaczała 
ich całkowita ciemność, tworząca iluzję świata, 
który należy wyłącznie do nich. 

- Czy to nie dziwne? To, co się nam przytrafia 

pomiędzy kolejnymi spotkaniami, nie ma właści­

wie większego znaczenia. - Mikkal niezdarnie wy­

rażał myśli, z trudem przychodziło mu znalezienie 

właściwych sformułowań. - Kiedy cię nie ma, za­

stanawiam się, co się z tobą dzieje. A kiedy jesteś 

obok mnie, wcale nie chcę słyszeć o przeszłości. 

106 

background image

Wystarczy mi, że cię widzę, mogę przytulić, poroz­
mawiać. 

Chyba pragniesz więcej, pomyślała z pasją Ra-

ija, ale nie odezwała się. Mikkal inaczej pojmował 
emocje. Nie chciała go zranić. 

- Czułem się wolny - rzucił w mrok i zacisnął 

dłoń opartą na miękkim zaokrągleniu ramienia 
dziewczyny. 

Raija wstrzymała oddech. 
- Prawie nie widuję Siggi - wyznał - ale się tego 

nie wstydzę, Raiju. Czy to źle? 

- Źle - odrzekła instynktownie. 

Jęknął bezsilnie. 

- Przestała mnie obchodzić - tłumaczył nie­

zdarnie. - Od dawna nic mnie z nią nie wiąże. Jej 
stan psychiczny nie ma znaczenia. Popełniłem 

błąd, żeniąc się z Siggą. Dopiero teraz, ostatniej 
zimy, poczułem, co to znaczy wolność. Drogo 
okupiona wolność... 

- Więc myślałeś, że mogłabym zamieszkać z to­

bą, wiedząc, że Sigga będzie nam przypominać 
o przeszłości? - spytała spokojnie. - Sądziłeś, że 
moglibyśmy żyć razem ze świadomością jej cier­
pienia, któremu oboje jesteśmy winni? Przecież 
znasz mnie, Mikkal! 

- Nie wiem, co myślałem - mruknął. - Czułem 

się wolny - powtórzył mechanicznie. 

- Wolny... 
Słowo straciło znaczenie, zabrzmiało szyderczo. 
Raija mogła doświadczyć wolności. Żyła z człowie-

107 

background image

kiem, który zwróciłby jej swobodę, gdyby miało to 
uczynić ją szczęśliwą. Miłość Reijo była ogromna. 

Mikkal żył w okowach. Nieważne, co czuł i są­

dził, wciąż żył w związku z obłąkaną kobietą, któ­
ra nie chciała, nie mogła go uwolnić inaczej niż po­
przez własną śmierć. 

- Znaleźliście złoto Karla? 
Raija zdumiała się tym pytaniem. Spojrzała na 

Mikkala, ale w ciemności nie była w stanie nic wy­
czytać z rysów jego twarzy. 

Musiała wsłuchiwać się w głos kochanka, odga­

dywać znaczenia ukryte w słowach, łączyć je z mo­
wą ciała. 

- Nie szukaliśmy - odrzekła zwięźle. Ten roz­

dział życia także wiązał się z Reijo. 

Nie chciała myśleć o Reijo. On był w drodze do 

Bergen. Ona tutaj. 

W tej chwili nie należeli do siebie. W osadzie sta­

nowili jedność. Teraz Raija była wolna... 

- Dlaczego pytasz? 
- Podsłuchałem rozmowę na placu targowym. 

Jakiś człowiek rozpytuje o was. Twierdzi, że jest 

waszym krewnym. 

Raija oparła się na łokciu. 
- Krewnym? Oboje z Reijo nie wiemy, co to sło­

wo oznacza - roześmiała się. Oboje z Reijo, jak 
dziwnie to teraz brzmi... 

Mikkal nie zwrócił uwagi na to sformułowanie. 
- Ten człowiek ma dobrą pamięć. Nie spodoba­

ła mi się jego twarz... - niepokoił się Mikkal. 

108 

background image

Raija uśmiechnęła się. Mikkal pałał niechęcią do 

wszystkich, którzy chcieli ją skrzywdzić. 

- A jak wyglądał? - zachęcała go rozbawiona. 
Mikkal opisał wygląd człowieka z targowiska. 

Raija przestała się uśmiechać. Tamten człowiek 
miał rzeczywiście dobrą pamięć. Ona zresztą też 
nie zapomniała. 

- Znam go - oznajmiła z nagłym uczuciem lęku. 

Przecież Mikkal nie pojedzie z nią do osady. Reijo 

wróci dopiero za parę miesięcy. - Kalle miał kogoś 

- dodała cicho - zanim odzyskał pamięć. Dziew­
czyna kochała go, a on odwzajemniał jej uczucia. 
Spodziewała się dziecka, Kalle prosił nas, byśmy 
zaopiekowali się obojgiem. Pojechaliśmy tam i zo­
stawiliśmy kawałek kruszcu... 

Zaczerpnęła tchu. Nie powiedziała Mikkalowi 

wszystkiego, nie wspomniała ani słowem, że prze­

gnano ich z wyspy. Nie dodała nic na temat Jenny. 

- Człowiek z targowiska musi być ojcem tej 

dziewczyny. 

Mikkal milczał, usiłując znaleźć sens w gąszczu 

półprawd i przemilczeń. 

- Mężczyzna szuka was obojga. Ciebie, Reijo. 

I dzieci. Wszystkich razem. Ludzie, którzy widzie­
li tylko ciebie, nie powiążą cię z tamtą osobą. 

Raija schowała twarz w zagłębieniu na szyi Mik-

kala. Ciepła skóra kochanka była jak miękka po­
duszka. Mogłaby tak leżeć całą wieczność, zasypiać 
i budzić się na jego ramieniu. 

Marzenia. 

109 

background image

Była mistrzynią marzeń. 
- Pytasz, czy nasze drogi się rozeszły, moje i Reijo? 
Potwierdził niechętnie. Jego podenerwowanie 

wskazywało na to, że odpowiedź nie jest mu obo­
jętna. 

- Nie. Jesteśmy wciąż razem. Na dobre i na złe... -

Na tyle mogła zbliżyć się do prawdy. Nie chciała go 

okłamywać, ale nie potrafiła przyznać się do wszyst­
kiego. To, co powiedziała, i tak znaczyło wiele. 

Mikkal nie pytał o więcej. Zacisnął usta, Raija 

znała ten wyraz twarzy. 

- Musisz zostać na targu? - zmienił temat, dba­

jąc o lekki, swobodny ton głosu. 

Raija wiedziała, że nie zostało jej dużo towaru. 

Pierwszy dzień przeszedł najśmielsze oczekiwania, 
ale nie zarobiła dość, by uratować sklep. Powinna 
zostać i sprzedać resztę... 

- Nic nie muszę - odrzekła. 
W towarzystwie Mikkala zapominała o kłopotach. 
- Ten człowiek nie powinien cię zobaczyć -

oznajmił stanowczo. - Wystarczy jedno spojrze­
nie, by cię rozpoznał. 

Wolałaby usłyszeć inny, mniej prozaiczny powód. 

Skoro jednak przyznała się do związku z Reijo, trud­
no było oczekiwać od Mikkala czegoś więcej. 

- Mogłabyś spakować nie sprzedany towar - my­

ślał głośno. - Pojechalibyśmy gdzieś, mielibyśmy 
kilka dni dla siebie. 

- Od razu? - spytała sennie, muskając wargami 

jego szyję. 

110 

background image

- Czemu nie? - Mikkal podniósł się ciężko, tłu­

miąc w sobie narastające pożądanie. 

Obecność Ingi gasiła w nim radość ze spotkania 

z Raiją. Na płaskowyżu tylko niebo i ziemia były­
by świadkami ich miłości. Ominęłyby ich karcące 
spojrzenia i wybuchy zazdrości. 

- Chyba że wolisz się lenić? - drażnił się z nią. 

To był najlepszy sposób, by pobudzić Raiję do 
działania. 

Wstali w środku nocy i z dziecięcym rozbawie­

niem spakowali rzeczy Raiji. Potem wyślizgnęli się 
ze straganu, załadowali wóz i zaprzęgli konia. Za­
bawa była przednia, czuli się jak dwaj złodziejasz-
kowie, skradający się w mroku. Dawno już nie czu­
li się równie młodo i beztrosko. 

Zamknęli drzwi budy, gotowi do wyjazdu. 
Mikkal zasłonił twarz Raiji chustą. Było wpraw­

dzie ciemno i na placu targowym panował spokój, 
ale wolał nie ryzykować. Człowiek, który szukał 
Raiji i Reijo, mógł czaić się w pobliżu. 

- Muszę pogadać z Aslakiem. 
- Aslak jest tutaj? - Raija pojaśniała na twarzy. 

Zawsze go lubiła. 

Aslak też kiedyś darzył ją sympatią, może nawet 

było to coś więcej. 

Mikkal prowadził konia między straganami i na­

miotami. Milczał, nie miał ochoty rozmawiać 
o swoich towarzyszach podróży. Raija była wyczu­
lona na punkcie sprawiedliwości. 

Zanim dziewczyna zdążyła zeskoczyć z wozu, 

111 

background image

wszedł do namiotu i szeptem wywołał Aslaka na ze­
wnątrz. Inga spała, odwrócona do nich plecami. 

Mikkal poczuł niewypowiedzianą ulgę, ale nie po­
zbył się wyrzutów sumienia. Nie wiedział, jak zare­
aguje Aslak, na wszelki wypadek unikał jego wzro­
ku. Nikt nie zakłóci szczęścia, które go spotkało. 

Nie tym razem. 
Śmiech Raiji zabrzmiał perliście w letnią noc. 

Dziewczyna zsunęła chustę z głowy i spojrzała na 

Aslaka. 

- Znów się spotykamy! - krzyknęła radośnie. 
- Czy ty w ogóle myślisz? - szepnął Aslak do 

przyjaciela. - Dlaczego ją tu sprowadziłeś? Czy In­
ga nie dość się wycierpiała? 

Mikkal nie odpowiedział. Raija przytuliła ser­

decznie Aslaka. 

- Świat pełen jest niespodzianek - uśmiechnął 

się Aslak. 

Uśmiech przyjaciela wydał się Mikkalowi lekko 

wymuszony, ale zważywszy na okoliczności, nie 
mógł oczekiwać od niego innej reakcji. 

- Uciekamy - powiedziała Raija z błyskiem 

w oczach. Jej policzki oblały się rumieńcem. 

Aslak pamiętał, że był kiedyś w niej bezprzy-

tomnie zakochany. Choroba młodości, szybko 
przyszła, szybko odeszła. Tylko w przypadku Mik-
kala zamieniła się w chroniczne cierpienie. 

- Mikkal mnie porywa - dodała, rzucając szel­

mowskie spojrzenie na ukochanego. 

Mikkal zdawał się bardziej zakłopotany niż je-

112 

background image

go bogdanka. Miał zobowiązania wobec towarzy­
szy podróży. Aslak wiedział jednak, że przyjaciel 
nic nie może na to poradzić. Raija była dla niego 

wszystkim, w takich chwilach jak ta znaczyła wię­

cej niż życie. 

- Spróbuję sam zająć się handlem - westchnął. 
W nagrodę otrzymał wdzięczny uśmiech Raiji. 

Ona nie była niczemu winna. 

- Wiedziałam, że możemy liczyć na Aslaka -

oznajmiła zadowolona. 

- Wynagrodzę ci to później - mruknął Mikkal, 

unikając wzroku szwagra. Miał świadomość, że za 
tę przysługę trudno mu będzie się odwzajemnić. 

- Musisz chyba wziąć swoje rzeczy? - Raija my­

ślała praktycznie. 

Mikkal przełknął ślinę i wymienił szybkie spoj­

rzenia z Aslakiem. Bał się wejść do namiotu, by nie 

zbudzić Ingi. Za wszelką cenę starał się nie dopu­
ścić do spotkania obu kobiet. 

Inga nie spała. Udawała, by nie utrudniać zada­

nia Aslakowi. Kiedy Mikkal wrócił, myślała tylko 
o jednym: wstać, objąć go ramionami i trzymać 
z całych sił. Słyszała każde słowo. Kiedy zapadła 
cisza, podjęła decyzję. Wyszła z namiotu. 

Wyszła, by zmierzyć się z najtrudniejszym zada­

niem życia. Zacisnęła zęby i wyprostowała się 
z godnością. 

- Mikkal wrócił? - spytała z udaną obojętnością. 

Stanęła blisko Aslaka. Miała ochotę go uściskać, 

kiedy objął ją wpół. Pojął jej intencję. 

113 

background image

- A więc nas opuszczasz? - Wbiła wzrok w twarz 

Mikkala. Pytanie brzmiało jak żart, ale nim nie było. 

- Na to wygląda - odrzekł drżącym głosem. 
Przez kilka sekund nie odrywał od niej oczu. In­

ga dojrzała w tym spojrzeniu prośbę o wybaczenie 
lub przynajmniej zrozumienie. Odwróciła głowę, 
nie mogła mu ofiarować ani jednego, ani drugiego. 

- Przyniosę moje rzeczy - mruknął zażenowany 

i uciekł w bezpieczną ciemność namiotu. 

- Ty jesteś Raija - powiedziała Inga, kierując 

spojrzenie na dziewczynę koło wozu. Stłumiła chęć 
do płaczu, teraz nie mogła pozwolić sobie na łzy. -
Wiele o tobie słyszałam. 

Podeszła do Raiji i wyciągnęła do niej rękę. Obie 

kobiety wymieniły uścisk dłoni. Kochały tego sa­
mego mężczyznę, ale nie mogły różnić się bardziej. 

- Mam na imię Inga. 
Znów stanęła koło Aslaka. 
Raija dała się oszukać. Uniosła brwi i uśmiech­

nęła się. 

- Teraz rozumiem. 

I zwróciwszy się do Mikkala, który właśnie wy­

chynął z namiotu, dodała z łagodną wymówką: 

- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Sprawy mo­

ich starych przyjaciół są moimi sprawami. 

Mikkal wykrzywił twarz w grymasie udającym 

uśmiech. Inga go zadziwiała. 

- Nie pomyślałem o tym - wystękał. Zgodnie 

z prawdą. 

- Mężczyźni! - prychnęła Raija i spojrzała na In-

114 

background image

gę. Ta kiwnęła potakująco głową, ale nie wygląda­

ła na szczęśliwą. 

Mikkal posadził Raiję na wozie. Podniósł ją tak 

ostrożnie, jakby była zrobiona z porcelany. 

Inga miała wrażenie, że ktoś wbija jej nóż pro­

sto w serce. Jej nigdy nie traktował z czułością. 
Chyba żadnej kobiecie nie okazywał takich 

względów. 

Aslak miał rację. Związek tych dwojga był nie­

zniszczalny. 

Taka miłość zdarza się raz na tysiąc lat. 

Inga odwróciła się, kiedy odjeżdżali. Nie chcia­

ła, by ujrzeli jej łzy. 

Nie mogła walczyć z Raiją. 
Nie mogła jej znienawidzić. 
Raija zarzuciła Mikkala gradem pytań na temat 

Aslaka i Ingi. Na próżno. 

- Nie ma o czym mówić - odparł wymijająco 

i wbił ponury wzrok w jakiś punkt przed siebie. 
Bał się spojrzeć na Raiję. 

- Zawsze jest o czym - zaprotestowała. - Tylko 

mężczyźni nie potrafią mówić o uczuciach. Ani 
o swoich, ani o cudzych. 

- Ja też nie potrafię? - Spojrzał na nią z ukosa. 
Raija zacisnęła usta. 
- Wydawało mi się, że nie muszę zapewniać cię 

o mojej miłości. Dawno przestała być tajemnicą. 

Zmienił temat. 
Raija zauważyła to od razu. 
Dziwne. 

115 

background image

Ilekroć wspomniała o dziewczynie Aslaka, usi­

łował zmienić temat. 

Bardzo dziwne. 
Mikkal zachowywał się nienaturalnie, wymie­

niał z Aslakiem znaczące spojrzenia. 

A kiedy zjawiła się dziewczyna Aslaka, obaj 

wpadli w popłoch. 

Dziewczyna Aslaka? 
- Czemu tak na mnie patrzysz? - Mikkal poczuł 

się nieswojo pod przenikliwym wzrokiem Raiji. -
Coś ze mną nie tak? - dodał ze śmiechem, kiedy 
nie odpowiedziała. - Odkąd sięgam pamięcią, za­

wsze tak wyglądałem. 

Śmiech brzmiał sztucznie. Ciemne oczy Raiji 

przeszywały go na wylot. Mikkal poczuł kropelki 
potu na czole. 

Czyżby domyśliła się wszystkiego? 
Że też przyszło jej do głowy ruszyć w drogę! 

Mogli spędzić razem cudowną noc. 

Raija zmarszczyła czoło. Usiłowała sobie przy­

pomnieć tę chwilę, kiedy Mikkal pojawił się w bu­
dzie jarmarcznej. 

Musiał rozpoznać ją, zanim ona dostrzegła go 

w tłumie. Był jedną z wielu twarzy. Czy przyszedł 
sam? 

Trudno powiedzieć. 
Raija nie pamiętała, nie była w stanie odtworzyć 

kolejności zdarzeń. 

Coś jej mówiło, że nie zjawił się sam. 
Pewnych rzeczy nie wolno przemilczeć. 

116 

background image

- Inga nie jest dziewczyną Aslaka? - spytała 

z nienaturalnym spokojem. 

Mikkal nie spojrzał w jej stronę. 
- Odpowiadaj! Ona nie ma z Aslakiem nic 

wspólnego. Przyjechała z tobą na targ, Mikkal. 

Z tobą... 

Zatrzymał konia w milczeniu. Raija cofnęła lek­

ko kolano, którego nieomal dotykał. Jej ściągnięte 
usta mówiły więcej niż słowa. 

- Tak, była ze mną... 
- Jak mogłeś? 
Mikkal podniósł głowę i odrzekł brutalnie: 
- I kto to mówi? Ilu miałaś oprócz mnie? Z ilo­

ma mnie zdradziłaś? 

- Nie o zdradę mi chodzi - odrzekła z pasją. -

Jak mogłeś tak ją potraktować? 

- Jak? - Mikkal nie wierzył własnym uszom. -

Przyczyna jest prosta. Kocham cię, Mały Kruku. 
Dlatego. 

- Kochać... Jak łatwo ci wypowiadać to słowo -

powiedziała spokojnie. - Wystarczy wyznać mi­
łość, a kłamstwo łatwiej przychodzi. 

- Nigdy cię nie okłamywałem w uczuciach. 
Nie odpowiedziała. Przypomniała sobie jasne 

oczy Ingi. W czerwonych obwódkach. Inga płakała. 

Sigga straciła rozum. 
Inga płakała. 
Raija kochała Mikkala. Do szaleństwa. 

Czy tamte kochały go w taki sam sposób? 
- Kim ona jest? 

117 

background image

- Ona nie ma nikogo - odrzekł. - Matka się nią 

zaopiekowała. Ja nie zwracałem na nią uwagi - tłu­
maczył. Czuł się podle. - Inga zajęła się Ailo. Nie 
wiedziałem, że coś do mnie czuje, aż do dnia, kie­
dy dopadła mnie samotność. Jestem tylko człowie­
kiem, Raiju... 

- Powiedziałeś, że jesteś wolny! - Raija spojrza­

ła na Mikkala jak na trędowatego. - Wolny, Mik-
kal! Żyjesz z nią? 

Mikkal ukrył twarz w dłoniach. 
Wpakował się w niezłą kabałę. Mógłby spać spo­

kojnie, gdyby się nie wygadał! 

Wszystko przez zachłanność. Będąc z Raiją, chciał 

zmienić dzień codzienny w święto. 

- Odpowiedz! 
- Można to tak wyrazić. 

Raija odsunęła się od niego aż na skraj kozła. 
Nie pamiętała twarzy Ingi, tylko jasne, zaczer­

wienione od płaczu oczy. 

- Powiedziałeś, że jesteś wolny - wycedziła. - Wię­

cej w tobie wyrachowania, niż sądziłam, Mikkal. 

Mikkal puścił lejce i przechyliwszy się w tył, wy­

szukał swój worek. Raija unikała jego wzroku. 

- Więc tu kończy się nasza przygoda? - spytał. 
-Tak. 
Zeskoczył z wozu. 
- Co teraz poczniesz? 
- Na targ nie wrócę - odrzekła ostro, wpatrując 

się w mrok. - Pojadę do domu. Mam jakieś inne 

wyjście? 

118 

background image

- Znasz odpowiedź. 
Raija obrzuciła Mikkala długim spojrzeniem. 

Kochała go. Była wściekła na niego. Spodziewała 
się po nim szlachetności. 

- Nie mogę zostać z tobą na takich warunkach, 

Mikkal. Nawet na parę dni. 

Uśmiechnęła się marzycielsko, jej twarz złagod­

niała. Przez ułamek sekundy Mikkal sądził, że 
zmieniła zdanie. 

- Byłoby nam tak dobrze - powiedziała tylko. -

Mogłoby nam być tak dobrze... 

Znowu zmarnował szansę. 
- Gdzie cię znajdę? - spytał, zaciskając dłonie na 

krawędzi wozu. - Muszę wiedzieć, gdzie cię szu­
kać. Kiedyś na pewno będę wolny. Wtedy się zja­

wię takim, jakiego mnie pragniesz... 

- Sama cię znajdę - ucięła. - Nie myśl o tym, 

Mikkal. Ten rozdział właśnie się zakończył. 

background image

Jarmark zapowiadał się wspaniale, a skończył 

katastrofą. Żeby dopełnić czary goryczy, Mikkal 
postanowił zawrócić. 

Szedł w kierunku placu targowego i z każdym 

krokiem czuł większe przygnębienie. 

Kobiety wciąż stanowiły dlań zagadkę. Raija 

największą. 

Jak mogła przejąć się taką błahostką! 

Miał ochotę ruszyć za nią i przemówić jej do 

rozsądku. 

Nie uczynił tego. Znał Raiję, nie zmieniała raz 

podjętej decyzji. 

Aslak ukrył gdzieś flaszkę gorzałki. Na czarną 

godzinę, twierdził. 

Powrót w takim stylu był poniżający. Trzeba bę­

dzie, prędzej czy później, spojrzeć Indze w oczy... 

Mikkal wtargnął do namiotu z hałasem, budząc 

Asiaka i Ingę. Wyraz twarzy dziewczyny wskazy­
wał, że w ogóle nie zasnęła. 

- Gdzie schowałeś wódkę? - spytał Mikkal bez­

ceremonialnie i zaczął przeszukiwać rzeczy przy­
jaciela. Znalazł butelkę i ruszył do wyjścia. 

Aslak podążył za nim, w pośpiechu narzucając 

120 

background image

na siebie kaftan. Mikkal obrał kurs na jedną z bud, 

w której wciąż panował ruch. 

Właściciel kramu nigdy nie zamykał drzwi, 

przez które nieustannie wlewał się strumień klien­
tów, głównie mężczyzn. Towar, którym handlo­

wał, jednym poprawiał nastrój, drugim pogarszał. 

Aslak dopadł Mikkala przed wejściem. Przydu-

sił przyjaciela do ściany i potrząsnął. 

- Zdawało mi się, że wyjeżdżasz. Co się stało? 

Coś z Raiją? 

Usłyszał za sobą lekkie kroki. Jakaś kobieta za­

trzymała się i wstrzymała oddech. 

Mikkal uśmiechnął się z rezygnacją. 
- Nie, Aslak, Raija ma się dobrze. Nasz uparty 

kwiatuszek poradzi sobie w każdej sytuacji... 

Śmiech przyjaciela przyprawił Aslaka o dreszcze. 
- Dziękuję, Ingo! - Mikkal odwrócił się do dziew­

czyny. - Starałaś się. Ja bym dał się nabrać. Raija 
jest, zdaje się, dużo sprytniejsza... 

Oddychał ciężko. Usiłował powstrzymać łzy, 

ale nie zdołał. 

Mikkal stał oparty o ścianę budy jarmarcznej 

i płakał jak dziecko. 

- Przepędziła mnie - przyznał, rozpaczliwie pró­

bując zapanować nad emocjami. Przetarł twarz 
niezbyt czystą dłonią, zostawiając ciemne smużki 
wokół oczu. 

Inga wysunęła rękę i spłoszonym gestem otarła 

mu łzy. 

Mikkal nie poruszył się. 

121 

background image

- Raija ma dziwne poglądy - wykrztusił. - Nie 

zachowuje się tak jak wszyscy... 

- Może na nic innego nie zasługujesz - stwier­

dził cierpko Aslak. 

Mikkal wzruszył ramionami i podniósł flaszkę. 
- Niech i tak będzie. Nie pozostaje mi nic inne­

go, jak upić się do nieprzytomności. 

- Moją gorzałką! - westchnął Aslak. 
- Dołącz do mnie. 

Aslak westchnął powtórnie. 

Wzrok Ingi podpowiadał mu, że ktoś musi za­

jąć się Mikkalem. 

Mikkal miał talent do litowania się nad sobą sa­

mym. 

- Ingę też zapraszam! - Wspaniałomyślnie roz­

łożył ramiona. - Niech cały świat wypije za moją 
porażkę. Odtrąciła mnie kobieta. Nie znam lepsze­

go powodu, by opróżnić butelczynę... 

- Inga nie pójdzie z nami - zdecydował Aslak. -

To nie miejsce dla niej. 

Kazał dziewczynie wracać do namiotu. 
- Damy sobie radę - zapewnił ją. 
Nikt nie zwrócił uwagi na ich wejście. Ani Aslak, 

ani Mikkal nie różnili się zbytnio od tłumu męż­
czyzn ciasno wypełniających zadymione wnętrze. 

Alkohol lał się strumieniami. 

Mikkal usiadł pod ścianą i przypiął się do butel­

ki. Taki już był, że w każdą czynność wkładał ca­
łe serce. Picie nie stanowiło wyjątku. 

Aslak zaczął się na dobre niepokoić stanem psy-

122 

background image

chicznym przyjaciela. Sam nie tknął wódki. Musiał 
czuwać, skoro Mikkal nie chciał brać odpowie­
dzialności za swoje czyny. 

A jednak smutek nie przytępił Mikkalowi zmy­

słów. Od razu zwrócił uwagę na mężczyznę siedzą­
cego po przeciwnej stronie sali. 

Na pierwszy rzut oka człowiek ten nie wyróż­

niał się niczym szczególnym. Chudy, o rysach, na 
których ostry morski klimat odcisnął swe piętno. 
W średnim wieku, łysawy, z wyraźnymi brakami 

w uzębieniu. Kilkudniowy zarost świadczył o tym, 

że mężczyzna przybył na targ bez żony. 

Ludzie bowiem tacy jak on zawsze mieli żony. 
Zdradzał to sposób, w jaki wychylali kieliszki. 

Jakby dawno nie mieli po temu okazji. 

Jako się rzekło, nie wyróżniał się niczym szcze­

gólnym. Poza jednym drobiazgiem. Nie płacił mo­

netami, tylko małymi kamyczkami. Niezliczone 
marzenia karmiły się ich zimnym blaskiem. 

Peder z osady bawił się wyśmienicie. Mikkal nie był 

jedyną osobą, która zwróciła na niego uwagę. Dwóch 
mężczyzn śledziło każdy jego ruch. Byli trzeźwi. 

Mikkal rozpoznał nieznajomego, który rozpyty­

wał o Raiję i Reijo. 

I wyciągnął taki sam wniosek z obserwacji Pede-

ra. Kruszec musiał pochodzić z tego samego źródła. 

Wydawało się niepodobieństwem, by kilka róż­

nych osób trafiło na złoto w tym samym czasie. 

Spod przymkniętych powiek Mikkal obserwo­

wał poczynania mężczyzn. Siedzący obok niego 

123 

background image

mogli sądzić, że zasnął. Nawet Aslak, który dobrze 
znał przyjaciela, uznał, iż Mikkal się upił. 

Iver, brat Jenny, pierwszy przysiadł się do Pede­

ra. Zajął miejsce tuż obok niego, ale zdawał się 

wcale nie interesować sąsiadem. To Peder zagaił 

rozmowę z młodzieńcem, proponując mu coś 
mocniejszego. 

Iver nie odmówił. 
- Dzisiaj ja stawiam - zachichotał Peder, podsu­

wając Iverowi bryłkę złota pod nos. - Czegoś ta­

kiego w życiu nie widziałeś? - szepnął na tyle gło­
śno, że usłyszeli go wszyscy. 

Iver zareagował błyskawicznie. Z pobłażliwym 

uśmiechem zacisnął dłoń Pedera na bryłce. Tylko 
najbliżej siedzący zdążyli dostrzec blask kruszcu. 
Przed porankiem zdążą o tym zapomnieć. 

- Chyba za dużo wypiłeś - roześmiał się rozbra­

jająco. I kopnął Pedera w goleń. 

Kiedy zainteresowanie Pederem opadło, Iver 

wyprowadził go na zewnątrz. Ole, jego ojciec, po­
szedł w ich ślady. 

Mikkal odczekał chwilę, podniósł się i ruszył do 

drzwi. Zdumiony Aslak podążył za nim. 

- Sądziłem, że ledwie trzymasz się na nogach -

wykrzyknął, patrząc badawczo na przyjaciela. -

Czy możesz mi powiedzieć, co się stało? 

Mikkal położył palec na wargach i ruchem gło­

wy wskazał kierunek. Trójka mężczyzn, która 

opuściła szynk przed nimi, zatrzymała się pod ścia­
ną szopy służącej za stajnię. 

124 

background image

Mikkal i Aslak weszli bezszelestnie do szopy 

i stanęli blisko mężczyzn, oddzieleni od nich jedy­
nie ścianą z cienkich desek. 

Tamci nic nie zauważyli. 

Rozmawiali o zlocie. 
Peder musiał właśnie uznać, że nowo poznani 

kamraci powiedzieli coś niezwykle zabawnego. 

- Nie, ja nie szukam takich skarbów - pokładał 

się ze śmiechu. - Zawsze wierzyłem, że utrzymam 
się z darów morza. Bogactwo przyszło niespodzia­
nie, więc używam, póki starczy. 

Z typową dla pijanych wylewnością zaczął opo­

wiadać, jak sprytnie pozbył się starej kobyły. Wtrą­
cał tyle niepotrzebnych szczegółów, że zarówno je­

go kamraci, jak i Mikkal zaczęli się niecierpliwić. 

W końcu jednak dowiedzieli się tego, czego 

chcieli. 

Mikkal nawet znacznie więcej, niżby sobie ży­

czył. 

Rozmowę z Pederem prowadził Iver. Przy pierw­

szym spotkaniu z Raiją i Reijo robił wrażenie 
milczka. Kiedy było trzeba, okazywał jednak nie­
zwykłe talenty krasomówcze. 

- Jest piękna, ma ciemne włosy - ciągnął Pedera 

za słówka. 

Ten nie nadążał. 
- Nie, nie - odrzekł poirytowany. - Już mówi­

łem. To była stara kobyła, bezzębna, z wygiętym 
grzbietem. Mała kasztanka. 

Iver zniecierpliwił się. 

125 

background image

- Chodzi mi o kobietę. Tę, która kupiła konia. 

Jest piękna i ma czarne włosy. 

- A, Raija - cmoknął z uznaniem Peder. - Pięk­

na, trzeba przyznać. Tylko niech mnie ręka boska 
chroni przed taką babą! - I nagle nabrał podejrzeń. 
- A dlaczego pytacie o Raiję? 

Iver roześmiał się rozbrajająco. Nie miał miłej 

powierzchowności, ale potrafił wzbudzać w lu­
dziach zaufanie. 

- Była razem z jasnowłosym chłopakiem. Moc­

no zbudowanym, o krzywych nogach. 

Peder przytaknął skwapliwie. 
- Reijo, zgadza się. Nie zazdroszczę mu. 
- Widzisz, tatku, znaleźliśmy ich. - Iver klepnął 

ojca po plecach i zwrócił się do Pedera: - Reijo to 
szwagier mojej siostry. Siostra i jej mąż pomarli... 

Kłamał jak z nut. 
- Szukamy ich od dawna. Reijo ma prawo do 

schedy po bracie. 

Mikkal aż zazgrzytał. Dawno już nie słyszał 

równie naciąganej historyjki. 

Peder był prostym człowiekiem, w gruncie rze­

czy dość prostolinijnym i sentymentalnym. I choć 
Raija nie przypadła mu do gustu, wcale źle jej nie 
życzył. Spełnił więc ochoczo prośbę dwóch niezna­

jomych i opisał drogę do osady. 

Mikkal słuchał uważnie. Raija nie chciała się 

przyznać, gdzie mieszka. 

Teraz wiedział! 
- Raija wybierała się na targ - dodał naiwnie Pe-

126 

background image

der. Zapadła znacząca cisza. Mikkal przełknął śli­
nę. - Ale jej nie widziałem, a rozglądałem się do­
brze - ciągnął. - Stało się tak, jak przewidywałem, 
kiedy kobiety biorą się za męskie zajęcie. Po co jej 

sklep? Co chciała zdziałać na targu? Musiała gdzieś 
się zapodziać po drodze, kobiety nie powinny sa­
motnie włóczyć się po płaskowyżu. Mówię wam, 
tak jak powiedziałem mojej babie... 

Zagłębił się w szczegóły pożegnalnej rozmowy 

z żoną, ale mężczyźni z wyspy i Mikkal puścili je 
mimo uszu. Mikkal zaczął słuchać, kiedy Peder 
zmienił temat. 

- Reijo nie znajdziecie - wyjaśnił. - Reijo popły­

nął do Bergen łodzią, która należy do sklepu. Chło­
pakowi pomieszało się w głowie, skoro pozwala 
kobiecie zajmować się handlem. Mógłby znaleźć 
szypra w osadzie i zostać. Tak to jest, kiedy baba 
rządzi w domu. Pozwalać żonie robić, co jej się 
żywnie podoba! To niesłychane... 

Mikkal poczuł, jak zimny pot oblewa mu ciało. 
Nie chciał słuchać dalej, zresztą i tak zdążył do­

wiedzieć się najważniejszego. 

Opuścił szopę równie bezszelestnie, jak przy­

szedł. Aslak nie zrozumiał, co nakazało przyjacie­
lowi odwrót, ale posłusznie podążył za nim. 

Mikkal szedł bez celu. Aslak dreptał cierpliwie 

u jego boku. 

Stracił pół nocy na coś, czego nie pojmował. Go­

tów był poświęcić drugą połowę, by się dowie­
dzieć, o co chodzi. 

127 

background image

Z pewnością o Raiję. Zawsze chodziło o Raiję. 
Zadziwiające, że ta niewielka wzrostem kobieta 

nieustannie znajdowała się w centrum wydarzeń. 
Była serdeczna i dość impulsywna, ale zdawało się, 
że nie wadzi nikomu. Tymczasem wokół niej za­

wsze szalała burza. 

Budy jarmarczne zamieniły się w niewielkie 

punkciki na horyzoncie, kiedy Mikkal usiadł cięż­
ko na ziemi. 

- Słyszałeś, Aslak? - spytał. - Słyszałeś? 
Aslak nie uronił ani słowa z rozmowy męż­

czyzn, ale nie wiedział, który fragment wywołał 
wzburzenie przyjaciela. 

- Potępiła mnie i odtrąciła. Powiedziała, że nie 

jestem wolny, że wciąż pozostaję w związku z Sig-
gą. Obecność Ingi jeszcze bardziej pogrążyła mnie 
w jej oczach. 

- Miała rację... - przyznał rzeczowo Aslak. 
Mikkal wykrzywił twarz w grymasie. Wydawał 

się bardzo zmęczony. 

- Może i miała. Była taka surowa. Sprawiła, że 

czuję się podle. Mam wrażenie, że zawiodłem ją 
i siebie. Raija dała mi do zrozumienia, że nie powi­
nienem wiązać się z nikim, tylko karmić się marze­
niami o niej. Marzyć i mieć nadzieję... - Nabrał po­

wietrza. - Powiedziała, że Kalle nie żyje, a ja jej 

uwierzyłem. Powiedziała, że jest z Reijo. Wiem, że 
Reijo darzy Raiję uczuciem. Nie jestem głupi, do­
myśliłem się, iż żyją ze sobą... - Spojrzał na Aslaka. 

- Ale powiedziała też, że jest wolna. Prosto w oczy. 

128 

background image

I znów jej uwierzyłem, nie dopuszczałem do siebie 
myśli, że może mnie okłamywać. A jednak... 

Aslak zaczynał z wolna kojarzyć fakty. 

Mikkal był zgorzkniały i rozczarowany. 
- Kazała mi żyć w przeświadczeniu, że jest wol­

na. Twierdziła, iż zamykam nam drogę do wspól­
nego szczęścia. I cóż? Okazuje się, że została żoną 
Reijo. I nie wspomniała o tym ani jednym słowem... 

- Więc wyrównaliście rachunki. - Aslak do pew­

nego stopnia rozumiał rozczarowanie Mikkala, ale 
uważał, że przyjaciel przesadza. - Oboje poplątali­
ście sobie życie. Po co się dręczyć? Nie lepiej pójść 

własną drogą? 

Obrażona mina Mikkala była jedyną odpowie­

dzią na propozycję Aslaka. 

- Więc przynajmniej przestańcie wierzyć, że zej­

dziecie się przy następnym spotkaniu. Masz ogrom­

ne oczekiwania, Mikkal. Za kolejnym razem, my­
ślisz, połączymy się na dobre. W głębi ducha wiesz 

jednak, że to niemożliwe. I z każdym rozstaniem 
zadajecie sobie większy ból. Nie wiń losu. Sami się 
niszczycie. 

- Powiedz to Raiji! - mruknął Mikkal. Cóż z te­

go, że Aslak ma rację? 

Łatwo mówić, łatwo myśleć w ten sposób. 
Znacznie trudniej żyć. 

- Po co właściwie śledziłeś tę trójkę? - Aslak 

chciał odwrócić myśli Mikkala od Raiji. - O co 
chodzi? Nie wszystko zrozumiałem. To byli krew­
ni Reijo? Reijo miał brata? 

129 

background image

- Nie miał - odrzekł Mikkal. - Chodzi o złoto. 
Aslak nie zdumiałby się bardziej, gdyby Mikkal 

oznajmił, że Raija jest duńską księżniczką. 

- Żartujesz. O złoto? Tu nie ma złota. Wielu szu­

kało. Łatwiej by było pokroić je drewnianym no­
żem, niż znaleźć w okolicy. 

Roześmiał się. Mikkal był śmiertelnie poważny. 
W Tornedalen opowiadano sobie różne legendy 

o Ruiji, cudownej krainie na północy Norwegii. 

Jedna z nich głosiła, że złoto w Ruiji można kroić 

drewnianym nożem... 

Nędza sprawiała, że fińscy emigranci łatwo da­

wali wiarę niestworzonym historiom. 

Prawda była inna. Aslak miał rację, wielu szuka­

ło nadaremnie. 

- Karl, mąż Raiji, znalazł złoto - powiedział Mik­

kal. - Raija wie gdzie. 

Aslak zrozumiał. 
Zrozumiał niepokój przyjaciela. 
- Pojechała sama? - zapytał. - A Reijo jest w Ber­

gen... 

Mikkal skinął głową. 
- Co zamierzasz zrobić? 

Aslak z mieszanymi uczuciami myślał o możli­

wościach, które otwierały się przed Mikkalem. 

- Są tam chyba jacyś sąsiedzi - zasugerował. 
Mikkal potrząsnął przecząco głową. 
- Mogę zrobić tylko jedno - stwierdził spokoj­

nie. - Ruszyć na wybrzeże. Ostrzec ich. Ostrzec ją... 

- Co będzie z nami? - spytał Aslak. - Co z Ailo? 

130 

background image

Z Ingą? Sądzisz, że nie jesteś nam potrzebny? Że 
mamy dość rąk do pracy? 

Mikkal nie odwrócił spojrzenia. Już podjął de­

cyzję. 

- Raija bardziej mnie potrzebuje - rzekł. - Nie 

mogę jej zawieść. Byłoby tak, jakbym zawiódł sa­
mego siebie. 

Raija była przybita. Podróż na targ skończyła się 

katastrofą. 

Tylko dlatego, że spotkała Mikkala! 
Wiedziała, że stawia mu większe wymagania niż 

sobie, ale zawsze widziała w nim wzór do naślado­

wania. Jeśli nawet nie potrafiła żyć czysto i szlachet­

nie, to pragnęła, by on zbliżał się do ideału. Rozcza­
rowanie faktem, że miał inną, było ogromne. 

Rozczarowanie... 
Doprawione odrobiną zazdrości. 
Nie sądziła, że jest do niej zdolna, ale z upły­

wem czasu odkrywała nowe strony swojej natury. 

Była zazdrosna. 
Na dodatek tamta nie grzeszyła urodą. 
Z niechęcią myślała o Indze. Wstrętna i poniża­

jąca była świadomość, że Mikkal trzymał w ramio­
nach inną kobietę. Na dodatek o takiej powierz­
chowności. 

Raija zawsze dbała o to, by się podobać Mikka-

lowi, choć wiedziała, że on kocha ją nie dla urody 
oblicza. 

Tym bardziej cierpiała, że zamienił ją na brzydulę. 

131 

background image

Wobec pięknej dziewczyny pokazałaby pazury. 

Wobec Ingi nie mogła. 

Rozumiała, dlaczego Inga miała zaczerwienione 

oczy. Dziwne, ale Mikkal musiał znaczyć dla tej 
nieszczęsnej dziewczyny tyle samo co dla niej. 

Porażająca świadomość. 
Mikkal należał do niej. 
Sigga nie stanowiła już zagrożenia, choć wiąza­

ła Mikkalowi ręce aż do śmierci. Raija nigdy nie 

widziała w niej prawdziwej rywalki. Mikkal nie 

dbał o Siggę. Raija nie musiała się jej obawiać. 

Gdyby Inga była piękna, Raija zrozumiałaby za­

chowanie Mikkala. Dlatego tym razem odczuwała 
niepewność. 

Tamta dziewczyna musiała odznaczać się in­

nymi przymiotami. Znacznie groźniejszymi niż 
gładkość lica. 

Byłoby lepiej, gdyby Mikkal znalazł sobie pięk­

ną kochankę. 

Raija poganiała konia. Nieświadomie zboczyła 

z drogi, która prowadziła do osady. Jej myśli krą­
żyły wokół innych spraw. 

Było południe, kiedy zdała sobie sprawę, że po­

dąża w złym kierunku. Rozejrzała się wokół. 

Z początku myślała, że zabłądziła. Po chwili roz­

poznała okolicę. 

Kiedyś już jechała tą drogą. Jesienią, krajobraz 

wyglądał wtedy inaczej. Przyroda płonęła barwami 

ognia, po czym zszarzała, jakby zawstydzona swo­
ją nagością. 

132 

background image

Teraz świat wokół tryskał urodą. Zbliżało się 

krótkie lato. Jeszcze jeden ciepły dzień, a przyroda 
eksploduje feerią zieleni. Maleńkie pąki kwiatów 
ozdobią łąki mnogością najniezwyklejszych barw. 

Był czerwiec. 
Raija znajdowała się niedaleko Alty. 
Kolejne zrządzenie losu? 
Raija nie lubiła, by ktoś decydował za nią, ale 

jak tu kłócić się z losem? 

Lub z własną pamięcią? 
Nigdy nie wpadłaby na taki pomysł, ale teraz 

wydał jej się wcale niegłupi. 

Nie woziła ze sobą mapy Karla, ale studiowała ją 

na tyle często, że pamiętała najdrobniejsze szczegóły. 

Poznała okolicę. 
Nie spodziewano się jej w osadzie przed upły­

wem tygodnia. 

Może uratować sklep. 

Jeśli znajdzie złoto Karla. 

Da sobie radę. 
Sama. 

background image

Jak większość fantastów i marzycieli Raija lek­

ceważyła trudności. Wierzyła, że wszystko pójdzie 
dobrze. 

Zwykle szło, choć nie zawsze było to jej zasługą. 
Nie umiała układać planów. Działała impulsyw­

nie. Kierowała się porywem serca, zapominając 

o rozsądku i bezpieczeństwie. 

Wkrótce odnalazła miejsce, gdzie stała chata, 

w której schroniła się po ucieczce od wójta. Wte­
dy, kiedy zamordowano szwedzkiego pastora. 

Nie potrafiła jasno myśleć o tamtym zdarzeniu. 

Coś łączyło ją z morderstwem. Nie przestawała 

myśleć o nim, mieszała fakty z domysłami. Z prze­
rażającymi domysłami... 

Ole Edvard spalił chatę. Raija zeskoczyła z wo­

zu i weszła pomiędzy zwęglone resztki budowli. 

Tutaj spotkała Karla, którego już raz zdążyła 

pochować. Tutaj w jej życiu dokonał się zwrot. 

To miejsce budziło tyle wspomnień. 

Skarb musi znajdować się niedaleko. Karl wę­

drował przez kilka dni, ale przecież był chory i po­
ruszał się na piechotę. Raija miała konia. 

134 

background image

Trzeba dać zwierzęciu odetchnąć przez parę go­

dzin. Potem ruszy dalej. 

Raija nie czuła zmęczenia. Przyszło lato, noce 

były jasne. Mogła podróżować dużo szybciej, sie­
dząc na koźle i oddając się rozmyślaniom. Sił jej 
nie brakowało, podekscytowanie przygodą kazało 
zapomnieć o troskach. 

Raija skupiła całą uwagę na złocie. 
Odsunęła Mikkala w głąb świadomości i od ra­

zu poczuła się lepiej. 

Zdrzemnęła się na wozie. Kiedy się obudziła, tar­

cza słońca stała na wschodzie. 

Zjadła kawałek suszonego mięsa i popiła wodą 

ze strumienia. To nad jego brzegami Karl przypo­
mniał sobie swoją przeszłość. 

Tyle bolesnych wspomnień wiązało się z tym miej­

scem. Oby nigdy więcej nie musiała tutaj wracać! 

Przyszło jej nagle do głowy, że podróż w poje­

dynkę nie jest całkiem bezpieczna, zwłaszcza dla 
młodej kobiety. Doświadczenia z targu nauczyły ją 
ostrożności. 

Odwaga zaczęła ją opuszczać, ale wpadła na 

wspaniały pomysł. 

Postanowiła się przebrać. 
Uczyniła to z niesmakiem, wciąż prześladowało 

ją wspomnienie balu kostiumowego u wójta, na 
którym doznała poniżenia. 

Raija była pamiętliwa. 

Ole Edvard nie żył, lecz ona nie potrafiła wyba­

czyć ani zapomnieć. 

135 

background image

Przebrała się za mężczyznę. Nie za rybaka ani 

myśliwego, w takim bowiem stroju nie zdołałaby 
ukryć swojej kobiecości. Mogła jednak udać mło­
dego chłopca o dziewczęcej urodzie. Liczyła na to, 
że i tak nie natknie się na nikogo. Płaskowyż był 
rozległy, a większość podróżnych zdążała wszak 
na jarmark. Miejsce, do którego zmierzała, leżało 
z dala od utartych szlaków. 

Rozsądek podpowiadał jednak dziewczynie, że 

tak będzie lepiej. Znalazła spodnie męża, które 
przypadkiem zaplątały się pośród towarów. Raija 
uznała, że to znak niebios. Reijo był mocniejszej 
budowy, więc musiała urwać kawałek sukna i prze­

wiązać się nim w pasie. Szerokie spodnie zwisały 
nieelegancko wokół jej chłopięco szczupłych bio­
der, ale nic nie mogła na to poradzić. Nogawki 

skróciła, wpychając je do butów. Wyglądała dość 
niezdarnie, ale nie zamierzała schodzić zbyt często 

z kozła. Koń sam znajdzie drogę. 

Piersi stanowiły większy problem. Mogła przy­

wdziać najlepsze przebranie, ale krąglość piersi 
wciąż zdradzała jej płeć. 

Raija musiała poświęcić jedną z bluzek. Podarła 

ją na szerokie pasy i obwiązała się nimi, zaciskając 
sukno nieomal do utraty tchu. Utrudniało jej to 
ruchy, ale skutecznie ukrywało kobiece wdzięki. 
Na wierzch założyła zwykłą koszulę, taką którą 
nosiła na co dzień. Sposób zapięcia mógł ją zdra­

dzić, ale dziewczyna nie podejrzewała podróżują­
cych po płaskowyżu o zbytnią przenikliwość. 

136 

background image

Włosy upięła w kok i ukryła pod kapeluszem 

z szerokim rondem, który naciągnęła na czoło, tak 
że twarz pozostawała w cieniu. Zanim ruszyła 
w drogę, przejrzała się w strumieniu. Rwąca woda 
zniekształcała odbicie, ale Raija uznała, że efekt 
jest zadowalający. 

Przynajmniej w niczym nie przypominała siebie. 
Mogła teraz rozpocząć poszukiwania. Wkrót­

ce musiała uznać, że porwała się z motyką na 
słońce. 

Jej optymizm stopniał jak wiosenny śnieg. 

Pamiętała dobrze mapę, którą Kalle wyrył po 

wewnętrznej stronie skórzanego worka, ale prze-

patrując okolicę stwierdziła, że nie zaznaczył na 
rysunku zbyt wielu charakterystycznych elemen­
tów. Nie mogła też pominąć faktu, że Kalle odtwo­
rzył mapę z pamięci i że wtedy była jesień. Pory 
roku odmieniały okolicę nie do poznania. 

Upływały godziny, słońce zatoczyło łuk i skła­

niało się ku zachodowi. 

Raija zatrzymywała się raz po raz na popas, by 

dać odpocząć zwierzęciu. Jej los zależał od konia. 
Droga do osady była daleka, a przecież musiała 
wrócić do domu o tym samym czasie, co inni lu­
dzie powracający z jarmarku. 

Zapadła noc, lecz Raija wciąż popędzała konia. 

Zwierzę okazało się nadzwyczaj dzielne. Dziew­
czyna nie zaznała snu przez całą dobę, lecz nie od­
czuwała zmęczenia. Wręcz przeciwnie, przenikało 
ją podniecenie. Kiedyś śmiała się z chłopięcych ro-

137 

background image

jeń Karla i Reijo, uważała, że tracą czas na pogoni 
za mirażami. 

Nazywała ich marzycielami. 

Trzeba było dziecięcej naiwności, by uwierzyć 

w opowieści o złocie w Ruiji. Kalle nie był marzy­

cielem, ale zachował w sobie tęsknotę za cennym 
kruszcem. Nawet wtedy, gdy utracił pamięć o prze­
szłości, zachował w sobie ten sen. 

I znalazł miejsce, gdzie zaczyna się tęcza. 
Wtedy Raija nie potrafiła ich zrozumieć. Nigdy 

nie marzyła o bogactwie. 

Teraz pojęła. 
Teraz każdym skrawkiem ciała czuła narastają­

ce napięcie. 

Nie na myśl o dostatku. Tak, chciała zatrzymać 

sklep. On nadawał sens jej życiu, tak jak dzieci, ro­
dzina, tęsknota za Mikkalem. 

Przede wszystkim jednak pragnęła zapewnić 

przyszłość swoim najbliższym. Sama dość się wy­

cierpiała za młodu. 

Musiała zmagać się z przeciwnościami losu, by­

wała samotna, straszliwie samotna. Przez tę samot­
ność, biedę, fińskie pochodzenie zdana była na ła­
skę i niełaskę innych ludzi. 

Ojciec Raiji musiał ją odesłać, bo cierpiał niedo­

statek. 

Musiał ją sprzedać... 
To była bolesna myśl, ale jakże prawdziwa. 
Raija pragnęła lepszej przyszłości dla swego po­

tomstwa. Osada rybacka nie była może najlepszym 

138 

background image

miejscem na tej ziemi, ale Maja, Knut i Elise zbyt 

wiele dni spędzili w drodze. 

Przeżyli więcej niż większość dzieci w ich wieku. 
I widzieli zdarzenia, których oczy dziecka nie 

powinny oglądać. 

Marzyła, by zapewnić im bezpieczeństwo. Ubo­

gie dzieci mogły czuć się bezpieczne. Jakże łatwiej 
jednak o pewność jutra, jeśli ma się nabity trzos. 

Skarb Karla mógł zmienić wszystko. 
Skarb Karla oznaczał spokojną przyszłość dzieci. 

Z tego właśnie powodu Raija czuła gorączkę złota. 
Dlatego też zrozumiała wreszcie siłę chłopię­

cych marzeń Karla i Reijo. 

Tyle można ofiarować tym, których darzy się 

miłością. Można dać im cały świat. 

Pamiętała słowa z odległej przeszłości. 
Słyszała słaby głos starej kobiety, czuła zapach 

skóry i dymu. 

Elle wyrzekła do niej te słowa, kiedy Raija była 

dzieckiem. 

„Widzę zimne światło, Raiju..." 
Raija trzymała w dłoni bryłki kruszcu. Poznała 

ich ciężar i blask. 

Złoto błyszczało zimnym światłem... 
Mijała niezliczone strumyki, niektóre na tyle 

rwące, że przy odrobinie przesady można było 

uznać je za rzeki. 

Kalle wspominał o jakiejś rzece. 
Co miał na myśli? 
Raczej pod wpływem nagłego impulsu niż prze-

139 

background image

myślanej decyzji Raija skierowała wóz wzdłuż brze­
gu jednego ze strumieni. Był odrobinę szerszy niż po­
zostałe. 

Kiedy dotarła do uskoku, uznała, że popełniła błąd. 

Rzeczka opadała kaskadą. Żeby znaleźć się znów u jej 
brzegów, Raija musiała nadłożyć drogi i dotrzeć do 
podstawy wzgórza. 

Tak też uczyniła, choć objazd zajął parę godzin. 

Uznała, że podnóże góry świetnie nada się na wypo­
czynek. Potrzebowała chwili wytchnienia, musiała 
dać odpocząć strudzonemu zwierzęciu. Oporządze­
nie konia sprawiło jej przyjemność, był jedyną żywą 
istotą na tym odludziu. Tylko do niego mogła teraz 
przemawiać. 

Miejsce było przepiękne. Raija postanowiła rozło­

żyć się na spoczynek pod skałą, ale drogę zagrodziły 
jej głazy wysokości człowieka. 

Między głazami nie dostrzegła żadnej ścieżki. Po­

rastały je krzewy wierzby. W pęknięciach na stro­
mej skale gromadziły się grudy ziemi, której czepia­
ły się korzenie wierzbiny i czerwonego wrzosu. 
Przyroda północy nie jest bogata, ale zachwyca głę­

bią kontrastów. 

Mimo tych plam zieleni i czerwieni ciemna gładź 

zbocza działała na Raiję odpychająco. Góry nigdy jej 
nie pociągały. Wychowała się na otwartych przestrze­
niach. W Tornedalen nic nie przesłaniało nieba. 

W górach Raija odczuwała instynktowny lęk, nad 

brzegiem rzeki oddychała swobodniej. Rzeki przycią­

gały ją z magiczną mocą, były wiecznymi wędrowca-

140 

background image

mi jak i ona, życiodajną wstęgą łączyły ludzi i miej­
sca. Raija zawsze mieszkała nad brzegiem rzeki. 

Nie mogła oderwać wzroku od wodospadu, któ­

ry spienioną kaskadą opadał z urwiska, pełen nie­
zwykłej siły i energii. 

I nagle zrodziła się w niej pewna myśl. Z począt­

ku wątła, potem coraz mocniejsza. 

Z namysłem przyglądała się wodospadowi, któ­

ry miała po lewej ręce. 

Zbocze... 

Sądziła, że jest wyższe, bardziej strome. 
Może dlatego, że bała się gór, i w wyobraźni 

zbocze urosło do niebotycznych rozmiarów. 

Położenie skały, wodospadu i wijącej się rzeki 

odpowiadało z grubsza znakom na mapie Karla. 

Nieprawdopodobne. 

A jednak. Im dokładniej przyglądała się okolicy, 

tym większej nabierała pewności. 

Cały czas zdążała we właściwym kierunku, in­

stynktownie obrała właściwą drogę. 

Kalle tu był. 
Mimo ogromu płaskowyżu dotarła do miejsca, 

które Kalle oznaczył na mapie. 

Nie do wiary. 
A jednak. W głębi duszy Raija wiedziała, że tym 

razem się nie myli. 

Kalle był tu przed nią. 

Tutaj znalazł złoto. 

Skarb. 

Jak szalona rzuciła się w nurt rzeki. Zimna wo-

141 

background image

da natychmiast przeniknęła przez ubranie, ale Ra-
ija nie zwracała na to uwagi. 

Nie miała czasu. 

Gdzieś tu leży skarb. 
Złoto Karla. 

Jej złoto. 

Mikkal nie dał się przekonać Aslakowi. Gotów 

był poświęcić wszystko, by móc ruszyć na wybrze­
że w poszukiwaniu Raiji. 

Inga też próbowała przemówić mu do rozsądku, 

choć sporo ją to kosztowało. Niełatwo obnażać 
uczucia wobec kogoś, komu to obojętne. 

Spróbowała. 
Na prośbę Aslaka. 
Szczerze mówiąc, i tak by spróbowała. 
Nisko upadła. 

Mikkal był nieubłagany. 
- Wiem, że źle cię traktuję, Ingo - powiedział. -

Podróż na jarmark przybrała nieoczekiwany obrót 
- dodał z ponurym wzrokiem. - Możesz mi wie­
rzyć lub nie, ale nie spodziewałem się spotkać tu­
taj Raiji. Po prostu stało się... 

- Dobrze ci z nią? - spytała poważnie. 
Odwrócił spojrzenie. 
- Nie jest mi dobrze bez niej - odrzekł wymija­

jąco, lecz zgodnie z prawdą. - Muszę jechać, nie 
mam wyboru. Nic i nikt mnie nie powstrzyma. 

Inga westchnęła zrezygnowana. 

- Rozumiem... 

142 

background image

- Nie sądzę - wyszeptał Mikkal. - Mam nadzie­

ję, że nigdy tak nie pokochasz. Taka miłość to nie­
bo i piekło... 

Inga milczała. 

- Zaopiekuj się Ailo! - poprosił. 
Inga skinęła głową, ale Mikkal już tego nie za­

uważył. Ruszył w drogę. 

Do Raiji. 
Zawsze do Raiji. 

background image

40 

Czterdzieści lat przed tymi wydarzeniami, kolo 

roku 1690, Petter Dass, pastor i poeta z Alstahaug, 

spisał pamiętne strofy o kupieckich łodziach i ry­
backich spotkaniach w Bergen. Podawał w nich, że 
żeglarze z północy wyznaczali trzy daty w roku, 
kiedy to przypływali do tego wielkiego miasta, by 
sprzedać towary: trzeciego maja na święto Krzyża, 

w czerwcu na świętego Jana i dwudziestego szóste­
go lipca na świętego Olafa. 

Reijo i jego ludzie zmierzali na spotkanie świę­

tojańskie, choć zwloką na początku wyprawy ła­
two mogła spowodować, że nie uda im się dotrzeć 
na miejsce przed trzecim terminem. 

W pierwszych dniach wiatr im nie sprzyjał. 

Na północ od wyspy Skjerv dogonili pięć łodzi 

i, jak to było w zwyczaju, przyłączyli się do nich. 

Wspólna żegluga miała dużo zalet. Razem sta­

wano na kotwicy, poznawano się nawzajem, wy­
mieniano wieści i uwagi o pogodzie. W gromadzie 
łatwiej było uniknąć niebezpieczeństw, które czy­
hały na żeglarzy. 

Przybrzeżne wody Norwegii bywały kapryśne, 

Reijo zdawał sobie z tego sprawę. W swojej pierw-

144 

background image

szej podróży na południe, na dodatek w roli szy­
pra, musiał słuchać rad doświadczonych rybaków. 

Ci z Senji, stare morskie wygi, opowiadali z po­

nurymi minami o sześciu łodziach, które parę lat 

wstecz wypłynęły na letnie spotkanie i przed po­

czątkiem grudnia nie zdołały wrócić do domu. Re-
ijo zrozumiał ukryty przytyk, rejs do Bergen to nie 
zadanie dla gołowąsów. 

Podróż zajęła im cztery tygodnie. Trochę dłużej 

niż zazwyczaj, ale po drodze napotykali okresy 
flauty. Dopiero w okolicach przylądka Stad powiał 
północny wiatr i pędził łodzie wzdłuż wybrzeża 
Vestlandet. 

Reijo ujrzał fiordy wcinające się w głąb lądu 

i grzbiety gór dumnie wyrastające z Morza Północ­
nego. 

Przyroda objawiała tu swą potęgę, surowość i du­

mę. 

Krajobraz przypominał Reijo północ Norwegii. 

Oddalał się od domu, ale wcale nie czuł się obco. 
Od każdej osady, którą mijali po drodze, odbijała 
kolejna ciężka łódź i dołączała do pozostałych. 

Dopłynęli do kupieckiego miasta ogromną flo­

tyllą. Była połowa lipca, kiedy siedemdziesiąt nie­
omal łodzi wpłynęło do zatoki Vagen i przybiło do 
nabrzeża zwanego Bryggen. Rybacy z północnej 
Norwegii przybywali, by sprzedać towary i zapew­
nić środki utrzymania dla swoich wiosek i osad. 

Bez zbędnych ceregieli rozpoczęli wyładunek. 
Pobyt w Bergen stanowił atrakcję samą w sobie, 

145 

background image

ale czasu nie wolno było marnować. Przybywali tu 
przede wszystkim po to, by zdobyć żywność dla 
bliskich. W stronach rodzinnych rozpoczął się czas 
żniw i liczyła się każda para rąk do pracy. I choć 
miasto kusiło, rybacy czuli na sobie brzemię odpo­
wiedzialności. 

Czekała ich droga powrotna, w której nie mogli 

liczyć wyłącznie na sprzyjające wiatry. Czekał ich 
wysiłek i trud, zanim staną na progu domostw 
i chełpliwie opowiadać będą o przygodach. 

Przez trzy dni opróżniali łodzie. To był dobry 

rok, wieźli obfitość towarów. 

Reijo zrobił przegląd ładowni. Nie zamierzał dać 

się oszukać pierwszemu lepszemu kupcowi z Bergen, 
który sądził, że wystarczy upić naiwnego, niepi­
śmiennego rybaka z północy, by ten przystał na każ­

dą cenę. Reijo wiedział, co wiezie: prawie trzy i pół 

tony sztokfisza, dwieście kilogramów klipfisza, prze­
szło pół tony wątłusza i szesnaście beczek tranu. 

Jeśli ktoś będzie próbował zakwestionować wa­

gę, dowie się, że nie ma do czynienia z byle głup­
kiem z prowincji. 

Kupcy zjawili się, zanim dokończono wyładunku. 
Byli to doświadczeni ludzie, znawcy rynku. Rów­

nie dobrze jak przybysze z północy orientowali się 
w wysokości połowów i plonów. Starannie przygo­
towywali się na spotkanie z rybakami. Pierwsza lu­
stracja przybyłych łodzi pozwalała im oszacować ja­
kość ładunku. 

Kupcy wspólnie ustalali cenę własnych towarów 

146 

background image

i decydowali, ile gotowi są zapłacić za rybę przy­

wiezioną z północy. Odstępstw od cen nie było, 

chyba że wobec zadłużonego rybaka, któremu 
zwykle składano gorszą ofertę. Dłużnik musiał 
spłacić wierzyciela i zwykle nie miał innego wyj­
ścia, jak zadowolić się mniejszym zarobkiem. Kup­
cy rozkładali bezradnie ręce, twierdząc, że nie spła­
cona należność naraża ich na straty. 

Rybacy z północy niewiele mogli na to poradzić. 

Musieli sprzedać towary, byli uzależnieni od kre­
dytu bergeńskich kupców. 

Reijo nie miał długów, mógł więc wybrać tego, 

kto zaoferuje najwyższą cenę. 

Zdawało mu się, że ma silną pozycję przetargową. 
Zdawało mu się tak do chwili, kiedy postawił 

stopę na nabrzeżu Bryggen i od razu znalazł się 

w tłumie perorujących kupców. Nie docenił ich 
daru przekonywania i talentów krasomówczych. 

Prześcigali się w uprzejmościach, wyrzucali 

z siebie potoki słów w dialekcie, którego Reijo po 
części w ogóle nie rozumiał. Opuściła go otucha 
i dał się bezwolnie wciągnąć w wir wydarzeń. 

Ten, który zaklinał się, że nie padnie ofiarą na­

ciągaczy, wpadł wprost w pułapkę. Reijo zauwa­
żył, że kupcy zdają się nie rozumieć jego fińskiego 
akcentu, i w zdenerwowaniu zaczął gubić norwe­
skie frazy. W końcu zamilkł na dobre. 

I bez oporu dał się przekonać pewnemu sprytne­

mu handlarzowi, który nie zapomniał języka w gę­
bie i miał silny argument w postaci flaszki gorzałki. 

147 

background image

Reijo nie odmówił poczęstunku. Nie uważał, by 

łyk gorzałki obligował go do czegokolwiek. Miał też 
nadzieję, że alkohol przywróci mu jasność myślenia. 

Ułożył

 sobie przemowę, ale swada kupca zbiła 

go z pantałyku. 

Reijo poczuł się głupio i bezradnie, podejrzewał 

zresztą, że w oczach kupca uchodzi właśnie za bez­
radnego głupca. Po pierwszym kielichu przyszedł 
następny, i jeszcze jeden... 

Rozwiązał mu się język, ale gdzieś zapodziała kla­

rowność myśli. Kupiec, który z początku odgrywał 
rolę bratniej duszy, przybrał nagle rzeczowy ton. 

Kupiec wypił tyle, ile trzeba. Dość, by dotrzymać 

towarzystwa prostakowi z północy. Dość, by zacho­

wać trzeźwy osąd sytuacji. 

Trzy i pół tony sztokfisza straciło cudownie na 

wadze jakieś dwieście kilogramów. 

Dwieście kilo klipfisza stopniało o czterdzieści 

kilogramów. 

Reijo mógł przysiąc, że ma w ładowni przeszło 

pół tony wątłusza, ale waga kupca nie wskazała 

więcej niż czterysta pięćdziesiąt kilogramów. 

Liczba beczek tranu zgadzała się z jego rachun­

kami. 

Reijo nie protestował. Kupiec wyglądał uczci­

wie, z pewnością nie parał się oszustwem. Miejskie 
wagi muszą być dokładniejsze niż te, którymi dys­

ponowali w osadzie. 

W mieście znali się na wszystkim. Przybysz 

z prowincji nie powinien pouczać oświeconego, 

148 

background image

mądrego człowieka, jak prowadzić interesy. I jesz­
cze podejrzewać o oszustwo. 

Reijo nie mrugnął więc, choć obliczenia kupca 

nie zgadzały się z jego własnymi. Kupiec dostrzegł 
to i ostrożnie zaproponował cenę. 

Reijo znów nie zaprotestował, choć cena znacz­

nie odbiegała od średniej. 

Kupiec poczuł się na pewnym gruncie, więc kiedy 

wyliczał łączną sumę, rozmyślnie pomylił się tu i ów­

dzie na swoją korzyść. Po czym doliczył odrobinę do 
cen towarów, które Reijo zabierał na północ. 

Oszukiwał z szerokim uśmiechem na twarzy. 
Reijo przyjmował słowa handlarza za dobrą mo­

netę. Rzeczywistość przerastała go, zapierała dech 

w piersiach. W tym wielkim, nieznanym świecie 

nie znaczył nic. Mógł tylko potakiwać i zgadzać się 
na wszystko, by mieć to już za sobą. 

Zakupione towary odwieziono na łódź Reijo. 

Dwanaście beczek jęczmienia, dwanaście żyta. Kil­
ka beczek duńskiego słodu. Pięć beczek mąki żyt­
niej, trzy mąki jęczmiennej. Fasola, zwykła gorzał­
ka, wino, trochę francuskiej wódki. No i towary 
z list zleceniodawców. 

Reijo miał już wszystko, choć zapłacił więcej, niż 

się spodziewał. Teraz musiał pomyśleć o prezencie 
dla Raiji. Co kupić, nie wiedział. Tyle tylko, że ma­
rzył o czymś odmiennym od zwykłych podarków, 
które rybacy zawozili swoim wybrankom. 

O czymś pięknym, co by przyćmiło broszkę 

Mikkala i bransoletę Aleksieja. 

149 

background image

Raija musi wreszcie zrozumieć siłę jego uczucia. 

Nie mniejszą niż miłość tych wszystkich mężczyzn, 
którzy krążyli wokół niej jak ćmy wokół świecy. 

Być może nudził ją, bo ciągle stał u jej boku. 
Reijo zamierzał przewyższyć rywali szczodro­

ścią. Szukał czegoś niezwykłego. Wyrafinowanego. 

Nie znał wcześniej tego słowa, ale brzmiało do­

stojnie. Kupiec użył go w rozmowie, a Reijo zapa­
miętał. 

Powtarzał je wielokrotnie. Nie wiedział, skąd 

pochodzi, ale uznał je za niezwykle piękne. 

Miał zamiar powtórzyć je Raiji. Żeby wiedziała, 

że bywał w wielkim świecie. 

Kupi jej coś wyrafinowanego. 
Najpierw jednak ruszy na miasto, by uczcić 

transakcję. 

Załoga Reijo zamierzała spędzić parę dni w Ber­

gen, by mieć co opowiadać po powrocie. Nie wy­
padało wracać, nie poznawszy miejskich nowinek. 

W pierwszy wieczór rybacy z osady nie dowie­

dzieli się wiele. To znaczy nabyta wiedza nie zyska­
łaby uznania w oczach ich współziomków. Zapo­
znali się bowiem z działaniem francuskiej wódki. 

Efekt nie był, rzecz jasna, odmienny od tego, 

który powodowała rodzima gorzałka, ale któż 
mógł to wiedzieć, jeśli nie spróbował wprzód zło­
cistego napitku. 

Reijo wzniósł kilka toastów podczas targu, ko­

lejnych kilka, by przybić cenę. Poza tym był szy­
prem i nie mógł odmówić załodze. 

150 

background image

Zapomniał, że źle znosi alkohol. Że od dawna 

nie miał mocnego trunku w ustach. 

Z tego wieczora i nocy niewiele zapamiętał. 

Upił się do nieprzytomności. 

Wyrzucono go z szynku przy wtórze urągli­

wych śmiechów miejscowych opilców. 

Pamiętał to zdarzenie jak przez mgłę. 
I jeszcze to, że bez przerwy w coś wpadał. Zda­

wało mu się, iż błądzi między nadmorskimi skała­

mi, usiłując uciec przed falą przypływu. 

Przewracał się wiele razy. 
Zetknięcie z bergeńskim brukiem było brutalne. 

Reijo zabłądził w wąskich uliczkach, w pijanym wi­

dzie krążył po wielokroć tymi samymi zaułkami. 

Z otwartym sercem przybył do tego kupieckie­

go miasta, a ono go oszukało. 

Rybacy z północy stanowili łatwy łup. 
Bywalcy szynku z miejsca zwrócili na niego 

uwagę. Był najbardziej pijany, miał najwięcej pie­
niędzy. 

Nie zdążył przepić wszystkiego, zanim go wy­

rzucono. 

Kilku opryszków postanowiło uwolnić Reijo od 

nadmiaru gotówki. 

Dowcipkując i rechocząc, śledzili jego pijacki 

marsz przez miasto. 

Będą mieli co opowiadać kamratom. 
Rybacy z północy stanowili wdzięczny obiekt 

do żartów, zwłaszcza te trzy razy do roku, kiedy 
licznie zjeżdżali do miasta. 

151 

background image

W końcu zdecydowali się zaatakować. Ktoś 

mógł zobaczyć pijanego i mu pomóc. Lub, co gor­
sza, zwietrzyć okazję i ich uprzedzić. 

Dopadli Reijo w wąskiej opustoszałej uliczce, 

wysłali do krainy snu i opróżnili kieszenie z wszyst­

kiego, co miało jakąś wartość. 

Potem zostawili na bruku. 
Trwało to raptem parę minut. Napastnicy byli 

przekonani, że nikt ich nie widział. 

Chodziło wszak o jakiegoś prostaczka z półno­

cy. Komu miałoby na nim zależeć? 

Na szczęście dla Reijo komuś zależało. Ktoś był 

świadkiem napadu. 

Obudził się zbity i obolały. Leżał w łóżku, pa­

trzyły nań najbardziej niebieskie oczy, jakie kiedy­
kolwiek widział. 

Reijo sądził, że obudził się w niebie. 
Powiedział to właścicielce błękitnych oczu. 
- Mylisz się - odrzekła miękko. - Wciąż przeby­

wasz w Bergen. A ja jestem przeciwieństwem anioła. 

Reijo zapadł ponownie w miłosierną ciemność. 

background image

11 

Reijo budził się wiele razy, zatracił rachubę dni. 
Za każdym razem widział nad sobą błękitne 

oczy i uspokajał się. 

Po czym znów zapadał w głęboki sen, w czarną 

otchłań, która zdawała się być błogosławieństwem. 

Minęła wieczność, kiedy w końcu zebrał dość 

sił, by usiąść. Spróbował nawet wstać, ale nogi od­
mówiły mu posłuszeństwa. 

- Co się stało? - spytał. 
Rozejrzał się wokół. Znajdował się w ciasnym 

pokoiku o ścianach z cegły. Poza łóżkiem był tam 
jeszcze piec, stół i lawa. Okienko pod sufitem 
świadczyło o tym, że pokoik mieścił się w piwnicy. 

Pokój, pogrążony w mroku, rozświetlany byl 

tylko nikłym światłem lampy. 

Dziewczyna o błękitnych oczach wyłoniła się 

z cienia. 

W jej oczach można było utonąć. Reszta z ła­

twością doprowadziłaby każdego mężczyznę do 
szaleństwa. 

Oprócz Raiji nie widział nigdy równie pięknej 

istoty. Gdyby postawić je obok siebie, nie wiedział­
by, którą wybrać. 

153 

background image

Była pierwszą kobietą, która wytrzymałaby po­

równanie z Raiją. 

Miała dość szeroką twarz o mocno zarysowa­

nych kościach policzkowych. Zmysłowe usta, ja­
kich dotąd nie widział. Pełne, miękkie wargi roz­
chylały się nieco, odsłaniając czubek języka. 

Nos wąski o szlachetnym królewskim kształcie. 

Nozdrza dziewczyny drżały lekko, kiedy podeszła 

do łóżka. 

Nad przecudnymi oczyma brwi układały się 

w proste i szerokie kreski o odcień ciemniejsze od 
włosów barwy złota. 

Reijo dotykał już jedwabistych włosów. Czarne 

loki Raiji zdawały mu się najpiękniejszym dziełem 
natury na kobiecej głowie. 

Włosy tej dziewczyny układały się w miękkie 

sploty wokół twarzy i opadały faliście aż do pasa. 

Grube sploty tak błyszczące, jakby utkane były 

ze złota. 

Reijo zaniemówił. Słowa wydały mu się niepo­

trzebne, skoro mógł pochłaniać ją wzrokiem. 

Poruszała się lekko, kołysząc biodrami. Miała 

kusząco zaokrąglone piersi i wąską talię. 

- Chorowałeś - powiedziała tym samym słod­

kim głosem, który działał na Reijo tak uspokajają­

co, kiedy on sam krążył między czarną otchłanią 
a świadomością. - Pobito cię przed moim domem. 
Zabrałam cię do środka. Musiałeś być pijany i bar­
dzo zmęczony. Inaczej obudziłbyś się wcześniej. 

- Wcześniej? - Reijo usiłował wstać. Bez powo-

154 

background image

dzenia. Zakręciło mu się w głowie. - Jak długo tu 
leżę? - spytał, pełen niedobrych przeczuć. 

- Cztery doby - odrzekła z uśmiechem. 
Oślepiony urodą dziewczyny zareagował z opóź­

nieniem. 

- Cztery doby? - krzyknął niedowierzająco. 

Pochyliła lekko głowę. Jak Madonna. 
- Nie mogę tu zostać - jęknął bezsilnie. - Nie 

mogę tu dłużej zostać. Moja łódź czeka w zatoce. 
Muszę płynąć do Finnmarku. Muszę wstać! 

Zareagowała z nieziemskim spokojem. 
- Musisz odpocząć - powiedziała z naciskiem. 

Nie uniosła się, ale jej głos zabrzmiał władczo. -
Wszystkie łodzie handlowe dawno już odpłynęły. 

Reijo nie uwierzył. Zebrał siły, opuścił nogi po­

za skraj łóżka i usiadł. 

- Moja została - oświadczył stanowczo. - Nie 

mogli odpłynąć beze mnie. Jestem szyprem, łódź 
należy do mnie. Nie mogli mnie zostawić, do 
diabła! 

Wzruszyła ramionami, obserwując jego heroicz­

ne wysiłki. Reijo usiłował stanąć na nogi. Dziew­
czyna nie ruszyła się z miejsca, by mu pomóc. 

Reijo opadł bezsilnie na posłanie. Nie miał sił 

się podnieść. Świat tańczył mu przed oczyma. Wy­
dawało mu się, że znalazł się na rozszalałym mo­
rzu w środku burzy. 

Z burzą dałby sobie radę, słabości nie potrafił 

opanować. 

- Muszę przekazać wiadomość załodze - wy-

155 

background image

szeptał po chwili. - Przyjdą po mnie. Trzeba wra­
cać do domu. 

Nie odezwała się. 
Reijo wpadł w złość. Wyrażał się chyba dość jasno. 

Miał ją błagać? 
- Mój statek nazywa się „Maja Elise". Załoga cze­

ka na mnie. Jeden z nich ma na imię Nils. Nie od­
płynie beze mnie. Musisz przekazać mu wiadomość! 

Odstawiła lampę. 
- To nie takie proste. 
Reijo popadł w zwątpienie. 
- Przecież trafisz na nabrzeże - westchnął. - Mu­

szę wracać do domu, nie pojmujesz? Zapłacę za 
przysługę... 

Pogrzebał w kieszeniach, ale nic nie znalazł. 
- Przecież nie pobili cię dla przyjemności -

stwierdziła sucho. - Zabrali wszystko, co miałeś. 

Reijo westchnął ponownie. 
- Mam więcej na łodzi - nalegał. - Zapłacę. 
Uśmiechnęła się pobłażliwie. 
- Nie chodzi mi o zapłatę - powiedziała mięk­

ko. - To dla mnie zbyt niebezpieczne. 

Reijo zdumiał się. 
- Całe miasto mnie szuka - dodała. - Jestem 

groźnym przestępcą. 

Reijo roześmiał się serdecznie, dziewczyna była 

poważna. 

- Nazywają mnie czarownicą. 
- A jesteś nią? - zapytał z głupia frant. 
Wreszcie się uśmiechnęła. 

156 

background image

- Wyglądam na czarownicę? 
Potrząsnął przecząco głową. 
- Choć - dodał żartobliwie - nie wiem, jak wy­

glądają wiedźmy. Nie ma ich tam, skąd pochodzę. 

Nie odpowiedziała. 
- A co zrobiłaś? - spytał. Nie mógł uwierzyć, że 

ktoś obdarzył tę piękność przeklętym mianem. 

- Obraziłam księdza - wyjaśniła. - Poza tym je­

stem cierniem w oku pewnej szlachetnie urodzo­
nej damy. Znam się też na ziołach, a to nie w smak 
miejscowym cyrulikom. No i jestem kobietą... 

Reijo zadrżał. 
- To wystarczy, by nazywać cię czarownicą? 
- Wystarczy. 
- Co zrobią, jak cię znajdą? 

Usiadła na skraju łóżka. 
- Chyba rzeczywiście nie spotkałeś dotąd żadnej 

wiedźmy, skoro nie znasz odpowiedzi na to pyta­

nie - rzekła z uśmiechem. - Rzecz jasna, wtrącą 
mnie do lochu, potem skażą i spalą na stosie. 

Reijo nie uwierzył. 
- Nie przystoi palić ludzi! - wykrzyknął. 
Dziewczyna o złotych włosach milczała. 
Reijo zamyślił się. Jego kłopoty zeszły nagle na 

drugi plan. Wprawdzie nie wiedział, jak wrócić do 
domu, ale lepsze to niż perspektywa spłonięcia na 
stosie. 

- Jak się nazywasz? - spytał nagle i roześmiał się 

zakłopotany. - Zajmujesz się mną od kilku dni, ura­
towałaś mi życie, a ja nawet nie znam twego imienia. 

157 

background image

- Imię nic nie znaczy - odrzekła wymijająco. -

Lepiej, żebyś go nie znał. 

Reijo zrozumiał powagę sytuacji. 
Była prześladowaną kobietą. 
Zwali ją czarownicą. 
Traktowała to serio. 
Mógłby wpaść w tarapaty, gdyby wiedział za dużo. 

- Chyba się nic nie stanie, jeśli poznasz moje imię? 

- spytał z nerwowym uśmiechem. 

Po czym opowiedział jej całą historię, gadaniem 

usiłując zagłuszyć niepokój. 

Nie mogli tak go zostawić. 
Nils by tego nie zrobił. 
Słuchała go z roztargnieniem. Dla niej opowieść 

Reijo brzmiała jak baśń. 

- Mógłbym zabrać cię ze sobą. 
Reijo ożywił się. Chwycił dłonie dziewczyny 

i ścisnął z pasją. 

- Mógłbym zabrać cię do Finnmarku. Tam nikt 

nie nazwałby cię czarownicą. 

Spojrzała nań z powątpiewaniem. Dłonie miała 

wąskie, skórę chłodną. Wyzwoliła się z uścisku 
i odsunęła od Reijo. 

- Twoja opowieść była ciekawa - powiedziała 

z ociąganiem po dłuższej chwili milczenia - ale nie 
mogę jechać z tobą. To moje miasto, mieszkam 

w nim od urodzenia... - Roześmiała się nerwowo. 
- Przywiązuję się do miejsca... 

- Chyba lepszy Finnmark niż pewna śmierć! 
- Do wszystkiego można się przyzwyczaić... 

158 

background image

Podwinęła nogi pod siebie i usiadła w przeciwle­

głym kącie łóżka. Przechyliła głowę w zamyśleniu. 

Reijo oparł się o wezgłowie. Nie mógł oderwać 

oczu od dziewczyny. Miała na sobie prosty strój, 
zwykłą spódnicę z samodziału i bluzkę pod kami­

zelką zrobioną z dwóch włóczek o różnych odcie­
niach szarości. Raija nie umiała robić na drutach, 
przemknęło mu przez głowę. Nie cierpiała robótek. 

- Boję się - szepnęła, nie patrząc na Reijo. Utkwi­

ła wzrok w powale. - Nikomu nie ufam... 

Wtedy dopiero spojrzała na Reijo. Nie zdawała 

sobie sprawy, jak działa na niego błękit jej oczu. 

- Gdyby cię nie pobito, gdybyś nie był tak bez­

radny, nie siedziałbyś tu teraz. 

Reijo zapomniał o „Mai Elise". Zapomniał o do­

mu. Ta oszałamiająco piękna kobieta nie była 

wiedźmą, ale miała czarowny dar uwodzenia. Nie 

zdawała sobie sprawy z jego mocy. 

Reijo znalazł się pod działaniem tego czaru. Nie 

miał nic przeciwko temu. 

- Nie potrafię przyglądać się bezczynnie, jak 

ktoś cierpi... - dodała. 

Był dla niej istotą egzotyczną. Ekscytującą, choć 

niebezpieczną. Kuszącą. 

- Moje szczęście - ucieszył się Reijo. - Gardło 

miał ściśnięte, ciało ociężałe. - Jak długo tu miesz­
kasz? Od dawna cię szukają? 

Uśmiechnęła się, w obu policzkach pojawiły się 

zabawne doleczki. 

- Pytasz, czy od dawna jestem wiedźmą? - wy-

159 

background image

krzywiła twarz w grymasie. - Pół roku. Pewna da­

ma wyrzuciła mnie wtedy na ulicę. Nie pytaj dla­

czego. Mam powody, by milczeć. Tak będzie lepiej 
dla ciebie. 

Odrzuciła włosy z czoła. 
Zdawała sobie sprawę ze swej urody? 
- Często zmieniałam mieszkanie. Dobrze znam 

to miasto, Rei jo. Dziwne imię, jak tytuł pieśni. 

- Nikt mi tego wcześniej nie mówił - stwierdził 

zakłopotany. - To całkiem normalne imię. 

- Moje życie jest niezwykle... - szukała właściwe­

go słowa - ...pobudzające. 

Wzrok Reijo kazał jej wyjaśnić bliżej, co przez 

to rozumie. 

- Śmierć może przyjść w każdej chwili. Muszę 

więc żyć pełnią życia. Nie mogę zmarnować ani 

minuty. Każda może być ostatnią na wolności... 

Reijo zadrżał. 
Taka perspektywa nie wydała mu się „pobudza­

jąca". Raczej śmiertelnie przerażająca. 

- Oczywiście, że się boję. 
Musiała czytać w jego myślach, bo przecież nie 

zadał żadnego pytania. 

Nie wyglądała na przestraszoną. 

Wręcz przeciwnie, panowała nad sobą. 
Reijo wyzierał strach z oczu, choć groził mu je­

dynie dłuższy pobyt w tym mieście. 

- Zrobiłabym to dla ciebie - powiedziała. - Po­

szłabym na Bryggen do twojego przyjaciela, ale się 
boję. Jeszcze nie jestem gotowa... 

160 

background image

Jej policzki zaróżowiły się w ciemnym świetle 

lampy. Reijo sądził, że wzrok go zwodzi, ale tak 
było naprawdę. Dziewczyna zaczerwieniła się 
i spuściła powieki. 

- Niedawno chciałam zrezygnować, miałam 

dość tego flirtu ze śmiercią. O mały włos nie od­
dałam się w ich ręce. 

- Po co? - Reijo nie mógł zrozumieć. - Nie je­

steś wiedźmą! Oni się mylą. Nie możesz dać się za­
bić przez czyjąś tragiczną pomyłkę. 

Wzruszyła ramionami. 
- Uważają, że mają rację. Nie jestem w stanie 

ich przekonać. Już wydali wyrok. Dla niektórych 
ludzi stanowię zagrożenie. Dlatego nazywają mnie 
czarownicą 

- Nie pozwól im! - Reijo mówił z pasją w głosie. -

Nie pozwól się pokonać. Nie pomagaj im w zbrodni! 

- Nie uczynię tego. Jeszcze przez jakiś czas... 
W głosie dziewczyny pojawiła się nowa nuta. 
- Muszę wykorzystać wszystkie szanse, które 

zsyła mi los - wyznała szczerze. 

Reijo zaniemówił. 
- To i ciebie dotyczy, Reijo. 
Pożerała go wzrokiem. 
- Czułam pociąg do ciebie od chwili, kiedy cię 

znalazłam, a przecież nie gustuję w pijakach. Masz 
coś w sobie, Reijo. Pielęgnowałam cię też z ego­
istycznych pobudek. 

Przerwała. Reijo wstrzymał oddech. 
- Pragnę cię. 

161 

background image

Tylko Raija zdobyła się na podobną bezpośred­

niość. Ta dziewczyna przypominała chwilami Ra-
iję, choć przecież tak bardzo się od niej różniła. 

I budziła w nim równie silne pożądanie. 
- Nic nie mów. 
Położyła mu palec na wargach. 
Chciał uchwycić tę delikatną dłoń i ją ucałować. 

Nie zrobił tego, w ogóle się nie poruszył. 

- Teraz nie możesz - szepnęła. - Zaczekam. 

Umiem czekać... 

Reijo też nie mógł zrobić nic innego. Czekać. 

Na to, by siły pozwoliły mu wstać z łóżka i odejść. 

Aby dotrzeć na nabrzeże. 
Popłynąć do domu. 
A może czekać na coś więcej? 

Dlaczego nie mógł oderwać wzroku od dziew­

czyny? Dlaczego śledził spojrzeniem jej wdzięczną 
sylwetkę? 

Dlaczego krążył myślami wokół rzeczy grzesz­

nych? 

Zapomniał, że jest żonaty. Zapomniał o istnie­

niu Raiji. 

Miał zamęt w głowie. 
Czyżby nie kochał Raiji? 
Ta dziewczyna, której imienia nie znał, pociąga­

ła go z równą siłą jak Raija. 

Może nawet bardziej. 
Bał się przyznać do tego, ale taka była prawda. 
Patrzył na nią. Zapisywał w pamięci każdy ruch, 

mimikę, rysy twarzy. 

162 

background image

Zastanawiał się, jakich użyć słów, by ją przekonać. 
Musi wywieźć tę dziewczynę z Bergen. 
To miasto oznaczało śmierć. 

Nie chciał, by umarła. 
Była stworzona, by żyć. Stworzona, by kochać. 

Jego... 

I znów zadał sobie to samo pytanie. Czy nigdy 

nie kochał Raiji? Dumał. Spał. Marzył. 

Dziewczyna nie opuszczała go ani na chwilę. 

Kładła się na podłodze pomimo protestów Reijo. 
Na nic się nie zdały. Nie sposób kłócić się z ko­
bietą jej pokroju. Wiedział o tym, miał żonę ule­
pioną z tej samej gliny. 

Nie myślał o Raiji. Przestała dla niego istnieć. 
Całą uwagę skupił na tej jednej jedynej. 

Tej, która wkradła się w jego sny. 

Stała się częścią jego myśli. 
Pragnął ją poznać, zrozumieć. 
Ona nie zdjęła maski. 
Nie odkryła tajemnicy. 
Reijo czekał. 

Minęły dwie doby. Reijo leżał bezczynnie w ciem­

nej, ponurej piwnicy, oddalonej o setki mil od wy­
brzeży Finnmarku, i nie popadł w szaleństwo. 

Poznawał bliżej złotowłosą piękność. 
Dziewczyna nie mówiła wiele, unikała tematów, 

które wiązały się z jej osobą. 

Za to chciała wiedzieć więcej o Reijo, a on nic 

przed nią nie ukrywał. 

163 

background image

Zapomniał o łodzi. 
Kiedy zbudził się kolejnego poranka, wiedział, 

że ma dość sił, by wstać. 

Został. 

Udawał osłabienie. 
Nie chciał odejść. 
Zrozumiała wszystko po południu. Przez okien­

ko wpadało mniej światła i tylko z rzadka mijali je 
jacyś ludzie. 

Na północy o tej porze roku noce i dnie nie róż­

niły się wiele. Tutaj wieczorami zapadał zmrok, 
a noce były czarne i jedwabiście miękkie. 

Podzielili się kawałkiem chleba, popili domo­

wym piwem z drewnianego kubka. 

Reijo nie miał pojęcia, skąd dziewczyna bierze 

jedzenie. Twierdziła, że nie wychodzi z piwnicy, 
lecz przecież musiała. Pewnie nocami, kiedy spał. 
Daleko nie mogła odchodzić, wszak bała się iść 
z wiadomością na Bryggen, a nabrzeże nie mogło 
znajdować się daleko. 

Może ktoś mieszkający w pobliżu nie odmówił 

jej pomocy. 

- Więc wypływasz? 
Oboje znali odpowiedź. 
- Zabiorę cię ze sobą. 
Potrząsnęła wolno głową. Zaplotła warkocz i upię­

ła go wokół głowy. 

- Możesz zabrać wspomnienia. 
- Jakie wspomnienia? - Reijo wzruszył ramiona­

mi. - Tej parszywej dziury? 

164 

background image

Jego głos zabrzmiał obco, chrapliwie. 

- Wiele wspomnień. Pięknych wspomnień. 
Podniosła rękę i wyjęła spinki z włosów. Potrzą­

snęła głową, rozluźniając warkocz, a długie sploty 
otoczyły jej twarz złotą aureolą. 

- Zabierzesz ze sobą mnóstwo cudownych wspo­

mnień - szepnęła i wyciągnęła dłonie ku Reijo. 

Spletli palce. 
Usta dziewczyny drżały. Na jej twarzy malowa­

ło się wzruszenie. 

Zielone oczy Reijo pociemniały. Uwolnił dłonie 

i przesunął je w górę, gładził miękkie zaokrąglenia 

jej ramion. Miała szerokie ramiona jak na kobietę, 
ale jemu się podobały. Były oznaką siły. 

Potem zamknął dłonie na karku dziewczyny, 

wplótł je w deszcz złotych nici. 

Nie rozczarował się. Włosy miały gładkość ak­

samitu. 

Kim była? Kto mógł równać się z tą nieziemską 

istotą? Ciało dziewczyny wyginało się pod doty­
kiem dłoni Reijo, jakby nie chciało uronić najdrob­
niejszej pieszczoty. 

Objął ją w talii. Figury dziewczyny nie uformował 

gorset. Natura obdarzyła ją harmonijną linią bioder. 

Jej wargi rozchyliły się jak kwiat o poranku. 

Reijo zachwiał się. Nie wiedział, czy to pod wpły­

wem chwili, czy raczej z wyczerpania. Wiedział je­
dynie, że musi pocałować te usta. Choć jego ciałem 
wstrząsały fale pożądania, trzymał dziewczynę tak 
delikatnie, jak potrafił. 

165 

background image

Była silna, ale jemu jawiła się kruchą figurką 

z porcelany. 

To ona go pocałowała. Reijo, przepełniony reli­

gijną nieomal czcią, zawahał się w ostatniej chwili. 

Pocałunek wstrząsnął nim, zawierał w sobie bez­

miar tęsknoty. 

Tęsknoty, której się u siebie nie spodziewał. 

Głodu, którego do tej pory nie musiał zaspokajać. 

Stopili się w uścisku, stali jedną istotą. 
Szumiało mu w głowie. Jego dłonie błądziły ner­

wowo po jej ciele, walczyły z opornymi wstążka­

mi i guzikami. 

Ona gorączkowo czyniła to samo. Nie byli w sta­

nie oderwać się od siebie, by ułatwić sobie zadanie. 

Wargi płonęły ogniem, który nie palił. Płomie­

niami, które niosły rozkosz. Niebezpiecznymi, być 
może, lecz któż chciałby żyć bez nich? 

Bez tego żaru i niewysłowionej tęsknoty... 
Więc mylił się dotąd? 
Więc Raija nigdy nie dotknęła jego serca? 

Więc łudził się cały czas? 
Teraz dopiero czuł naprawdę? 
To właśnie zwie się miłością? 
Ciało Reijo śpiewało z radości. 

Każdy ruch rąk dziewczyny słał iskierki rozko­

szy. Jej rozjarzone oczy mówiły, że czuje to samo. 

- Sprawiam ci ból? - szepnął, Bal się swojej gwał­

towności. 

- Nie jestem dzieckiem - przypomniała mu. -

Nie jestem zawstydzoną dziewicą... 

166 

background image

Reijo połaskotał ją wargami w policzek. 

- To nic. Dla siebie jesteśmy nowi. Tylko to się 

liczy. 

Uśmiechnęła się ciepło. 
- Nie sprawiasz mi bólu. Dajesz mi rozkosz, Re­

ijo! Nie przestawaj! Już nic nie mów! 

Reijo pocałował jej uśmiechnięte wargi. Uniósł 

kąciki ust i odwzajemnił się taką samą radością. 

Miał wrażenie, że rodzi się na nowo. 
Sądził dotąd, że wie, co to szczęście, zna pokręt­

ne ścieżki miłości. Sądził, że potrafi kochać i że za­
znał cierpienia... Ta kobieta, której imienia nie 
znał, udowodniła mu, iż nie wiedział nic. 

Połączył się z nią i znalazł się w niebie. 
Czary... 
Nazywali ją wiedźmą... 
Reijo odsunął od siebie tę szaleńczą myśl. 
Mieli mało czasu. 
Dała mu tyle rozkoszy, że gotów był przejść 

przez piekło, by znów wziąć ją w ramiona. 

background image

Żyli bez marzeń. Tworzyli wspomnienia, tęsk­

noty, które ocierały się o cierpienie. 

Reijo zasnął szczęśliwy. Nigdy nie zaznał tyle 

radości, tyle miłości w jedną noc. 

Budził się powoli. 
Pełen oczekiwania wyciągnął rękę, by jej do­

tknąć, przyciągnąć do siebie i zanurzyć twarz 
w złocistych włosach. 

Łóżko było puste. 
Reijo otworzył gwałtownie oczy. 
Lampa zgasła. 
Przez okienko sączył się blady świt. 

Ogień na palenisku żarzył się, Reijo poczuł igieł­

ki chłodu na nagim torsie. 

Był sam. 
Dziewczyna zniknęła. 
Reijo wystraszył się. Zerwał się na równe nogi, 

lekceważąc zawroty głowy. 

Naciągnął ubranie, szukając rozpaczliwie jakiejś 

wiadomości. 

Zdawał sobie sprawę, że i wcześniej wychodziła 

z piwnicy, ale nigdy nie za dnia. 

Mrok był jej sprzymierzeńcem. 

168 

background image

Teraz wstawał dzień, a dziewczyna nie wracała. 
Reijo szalał z niepokoju. 
Kto ją raz zobaczy, nigdy nie zapomni. 

Jeśli ją znajdą, wszystko się skończy. 

Nie mogła umrzeć. 
Reijo podjął decyzję, kiedy dziewczyna spoczy­

wała na jego piersi w tę najszczęśliwszą noc, jaką 
dane mu było przeżyć. 

Postanowił zabrać ją do Finnmarku. 
Zdoła ją przekonać. Przecież spędziła noc w je­

go ramionach. 

Ludzie będą gadać. 
Reijo nie przejmował się tym. 
Zabierze ją ze sobą, da nowe życie, w którym 

nie będzie musiała flirtować ze śmiercią. 

Sam zacznie nowe życie... 
Raija zrozumie go. Obiecali nie zamykać sobie 

drogi do szczęścia. 

Wtedy myśleli oboje, że to Reijo będzie musiał 

zwrócić wolność Raiji. Żadne z nich nie przypusz­
czało, że on pokocha inną kobietę. 

Zrozumie go. 
Zapiął koszulę na ulicy. 
Świeże powietrze oszołomiło go, od tygodnia 

nie wychodził z zatęchłej piwnicy. Zaczerpnął tchu 
i poczuł się jak nowo narodzony. 

Dokąd poszła? 
Dokąd? 
Rozejrzał się wokół. Zobaczył nieznajome fasa­

dy domów. 

169 

background image

Dobry Boże, dokąd poszła? 
Zatrzymał się raptownie. Przypomniał sobie sło­

wa, które wykrzyczała w ekstazie. Teraz nabrały 

przerażającego znaczenia. 

Mogłabym umrzeć dla ciebie, powiedziała. 
Naraziła się na niebezpieczeństwo? 
Poszła na nabrzeże? 
Reijo ocknął się. 
Nie czuł bólu, tylko strach. 
Ruszył biegiem. Jak szalony popędził ku morzu. 
Zadyszany wpadł na przystań. 
„Maja Elise" stała u nabrzeża. Jedyna z kilkudziesię­

ciu łodzi handlowych, które rzuciły kotwicę w zatoce. 

Nie zostawili go. 
Reijo łapczywie łapał oddech, kiedy poczuł, jak 

ktoś wali go pięścią w plecy. 

- Nie sądziłem, że się tak ucieszę na widok two­

jej krzywej gęby! - Nils odetchnął z ulgą i jeszcze 
raz trącił kułakiem przyjaciela. - Gdzie się podzie-
wałeś, stary? Jakbyś się pod ziemię zapadł. Prze­
szukaliśmy całe miasto. 

- To długa historia. 
Dziewczyna była ważniejsza. Musiał ją znaleźć. 

Nie zamierzał odpływać bez niej. 

- Nikogo tu nie było? - spytał, wstrzymując od­

dech. - Nikt nie przyniósł ci wiadomości ode mnie? 

- Któż taki? - zdziwił się Nils. 
Reijo stracił nadzieję. 
- Nikt... - westchnął ciężko. 
- To część tej długiej historii? 

170 

background image

Nils był bystry. Reijo skinął głową. 
- Opowiesz mi w drodze do domu - skrzywił się 

Nils. - Kiepsko wieje, będziemy mieć mnóstwo 

czasu na rozmowy. 

Reijo zamierzał powiedzieć, że nie może jeszcze 

wypłynąć, kiedy Nils dodał z niechęcią w głosie: 

- Mam dość tego miasta. Uważają nas za dziku­

sów, bo mieszkamy na północy. - Splunął. - Fuj! -
Pociągnął Reijo za sobą. - Miasto, w którym topią 
kobiety, nie jest w moim guście. 

-Co? 

Reijo stanął jak wryty i chwycił Nilsa za klapy 

kaftana. Wbił w kompana oszalałe spojrzenie. 

- Co powiedziałeś? - wychrypiał. - Co powie­

działeś, Nils? 

Nils wyswobodził się z uścisku i poprawił ubranie. 
- Raduję się, że mogę opuścić miasto, w którym 

topi się kobiety - powtórzył, patrząc ze zdumie­
niem na kompana. - Czy to też ma związek z two­
ją opowieścią? 

Reijo był szary na twarzy. 
- Nie wiem - jęknął. - Mam nadzieję, że nie. Co 

widziałeś, Nils? 

- To samo, co inni - rzekł ponuro Nils. - Kilku 

mężczyzn przywlokło tu związaną kobietę. Kopa­
li ją, bili, pluli na nią. Słyszeliśmy przekleństwa, 
którymi ją obrzucali. Na nabrzeżu związali jej sto­
py i cisnęli ją do wody. 

Nils przerwał. Był tak poruszony, że miał trud­

ności z mówieniem. 

171 

background image

- Nikt nie ruszył palcem, by jej pomóc. Utonę­

ła. Po prostu zniknęła pod wodą. Wyrzucam sobie, 
że nie podpłynąłem, by ich powstrzymać. 

Reijo zgiął się wpół i usiadł na drewnianym po­

moście. Zwiesił nogi w dół. 

Patrzył w wodę. 
Szukał tego miejsca. 
Nie spytał Nilsa. Nie chciał wiedzieć. 

- Była młoda - wykrztusił. - Miała złociste włosy... 
Nils skinął głową. 
- Skąd... - zaczął, ale przerwał. - Nie, nic nie mów! 

Usiadł obok Reijo i spojrzał przed siebie. 

- Podpłynąłem tu później - powiedział. - Nie 

mogłem się powstrzymać. Pytałem ludzi. Byli rów­
nie przerażeni jak ja... 

- Nazywali ją czarownicą - rzekł Reijo nieswo-

im głosem. 

- To była próba wody - wyjaśnił z odrazą Nils. 

- Czarownica pływałaby na powierzchni pomimo 

więzów. Niewinna idzie na dno. 

- Była niewinna. - Reijo nie próbował ukryć łez. 
- Tak czy siak by ją zabili - stwierdził Nils. 
- Spaliliby na stosie. - Głos Reijo nigdy nie 

brzmiał tak martwo. Pierwszy raz w życiu czuł ta­
ki ból. 

- Nie krzyczała. Nie wydała z siebie dźwięku. 

Po prostu utonęła. 

Reijo oddychał ciężko. Połykał słone łzy. 
- Dlaczego? - spytał, nie spodziewając się odpo­

wiedzi. Zwrócił twarz ku niebu. - Dlaczego? 

172 

background image

Nils wiedział, że to nie jest najlepszy moment, 

ale słowa same cisnęły się na usta. 

- Ludzie mówili, że była aniołem dla ubogich. 

Pracowała jako pokojówka u jednej z miejscowych 
dam. Dalekiej krewnej, której nie wypadało wy­
rzucić jej na ulicę. W nielicznych wolnych chwi­
lach opiekowała się tymi, których los potraktował 
najsrożej. Znała się na ziołach i potrafiła leczyć na­
wet wtedy, gdy lekarze bezradnie rozkładali ręce. 

Reijo rozpoznał dziewczynę. Taka była. Anioł, 

nie czarownica. 

- Ksiądz uznał to za bluźnierstwo. Mówił, że ra­

tuje ludzi z pomocą diabła. Zaprzeczyła... 

Nils poczuł się równie źle jak Reijo. 
- Synek damy poważnie zachorował. Żaden le­

karz nie był w stanie przywrócić mu zdrowia, więc 
pozwolono jej użyć ziół. Nie pomogły i wyrzuco­
no ją na ulicę. Kiedy chłopiec umarł, uznano 
dziewczynę za wiedźmę i morderczynię. 

Reijo otarł łzy. 
Taka była jej historia. 
Takie było życie kobiety, którą kochał przez kil­

ka chwil. 

- Miałem ją zabrać do Finnmarku, Nils. To dla 

mnie przyszła sprawdzić, czy łódź nie odpłynęła. 

Tak powiedziała. 
„Mogłabym umrzeć dla ciebie, Reijo". 

Nie poznał jej imienia. 

Wiedział tylko, że kochał ją całym sobą, jak ni­

gdy dotąd. 

173 

background image

Mogła otworzyć mu drzwi do nowego życia. 
- To nie twoja wina, Reijo! - powiedział Nils. 
Skąd mógł wiedzieć. 

Jak mógł zrozumieć. 

To jego wina. 
Tylko jego... 

Na dnie zatoki złociste włosy dziewczyny roz­

kładały się w mokry wachlarz. 

Jak słońce w bezbrzeżnej ciemności. 

Nazwali ją czarownicą. 
Zabili jak czarownicę. 
Była aniołem ubogich. 

Znajdywał słabą pociechę w tym, że nie on je­

den zachowa ją w pamięci. 

I nigdy nie zapomni. Mogła odmienić mu życie. 
Reijo wstał z trudem. 
- Masz rację, Nils - wyrzekł z bólem. - Ruszajmy. 

Miasto, w którym topi się kobiety, nie jest dla nas. 

Wiedział, że odwiedza Bergen po raz pierwszy 

i ostatni. 

background image

13 

Opis Pedera był tak dokładny, że Mikkal bez 

trudu odnalazł osadę. 

Nie wątpił, że ojciec i brat Jenny z równą łatwo­

ścią trafią na właściwy szlak. 

Nadzieję pokładał w tym, że poruszali się pie­

szo, więc może zdoła ich wyprzedzić. 

Wszyscy w osadzie znali Raiję. Powiedzieli mu, 

że szalona dziewczyna ruszyła na targ i jeszcze nie 

wróciła. 

Niepokój ścisnął mu serce. 
Nie wróciła...? 
Pytali, kim jest. 
Odpowiadał, że jej bratem. Uniesione brwi miej­

scowych mówiły, że Lapończycy nie są w wielkim 
poważaniu. 

Być może oddawał jej tym kłamstwem niedźwie­

dzią przysługę. 

Pozwolili mu spotkać się z dziećmi, by spraw­

dzić, czy naprawdę zna Raiję. 

Serce Mikkala łomotało, kiedy zobaczył dziew­

czynki. Elise przywitała się wstydliwie. Maja też go 
rozpoznała, ale nie okazała zawstydzenia. Patrzy-

175 

background image

la na niego krnąbrnie. Zobaczył w niej odbicie sie­
bie i go to zabolało. 

- Reijo milszy od ciebie - oświadczyła z taką 

bezczelnością, na jaką stać trzyletnie dziecko. 

Zdobył się na uśmiech. 
Przypominała Raiję, gdy tak stała z rączkami 

wspartymi o biodra w geście, który podpatrzyła 
u dorosłych. Podobnie jak matka przekrzywiała 
głowę. Jej ruchy, charakter, jej uroda. 

- Reijo jest z pewnością milszy ode mnie - przy­

znał, uśmiechając się szelmowsko. - No, ale chyba 
mogę was odwiedzić? 

- Oczywiście, Mikkal! - odrzekła poważnie Elise. 

Zachowywała się już jak mała dama. 

Maja ułożyła usta w ciup i nic nie powiedziała, 

ale nie odrywała wzroku od Mikkala. 

Oddałby dłoń za miłość tego dziecka! 

Jego dziecka. 
Jego jedynej córki. 
Jego i Raiji. Zrodzonej z miłości... 

Wdowa była zadowolona. Dzieci poznały Mik­

kala. Pomyślała, że to wiele wyjaśnia. Czarne wło­
sy Raiji, jej upór... 

Powinna była zgadnąć... 
Trudno ukryć Japońskie pochodzenie. 
- Dom jest pusty - powiedziała, taksując Mik­

kala wzrokiem. 

Pokrewieństwo wyszło na jaw. Ta nieznośna 

dziewczynka przypominała wujka. 

- Mam dość zajęć... 

176 

background image

Mówiła nie wprost, ale Mikkal zrozumiał. 
- Klucz? - spytał. - Gdzie jest klucz? 
- Wisi w schowku przy drzwiach. Dasz sobie ra­

dę z dziećmi? 

Mikkal nie był pewien, ale nie miał zamiaru tłu­

maczyć się przed wdową. 

- Mam własne - rzucił. 
Kobieta odetchnęła z wyraźną ulgą, po czym ze­

brała rzeczy dzieci i podała mu małego Knuta. 

Wtedy dopiero zawahała się. 
- Nie wiem, czy powinnam... 
Mikkal z radością uniknąłby odpowiedzialności, 

ale zachowanie kobiety zaczęło go drażnić. 

Dzieci Raiji nie zostaną z nią ani chwili dłużej. 
- Opiekowałem się już takimi maleństwami -

skłamał z czarującym uśmiechem. 

Wdowa złagodniała. Musiała przyznać, że jak na 

Lapończyka jest dość przystojny. 

Mikkal poprowadził pochód, kierując się wska­

zówkami Elise. 

Maja nie odzywała się, ale też nie protestowała, 

kiedy opuszczali dom wdowy. Uznała widać, że 
Mikkal oznacza zmianę na lepsze. 

Wszystko poszło tak, jak się spodziewał. Maja 

przeciwstawiała się mu na każdym kroku, Elise po­
magała, jak mogła. 

Kiedy w końcu Maja położyła się do łóżka, spoj­

rzała wrogo na Mikkala i wypaliła: 

- Możesz tu zostać, póki nie wróci Reijo! Potem 

już ciebie nie potrzebujemy. 

177 

background image

Zabolało. 
Elise dostrzegła to na swój dziecięcy sposób. 

Mikkal miał się sporo nauczyć tego wieczora. 

Myślał, że śpią, kiedy tupot małych stóp prze­

rwał ciszę. 

Elise wsunęła się wstydliwie na ławę tuż obok 

niego. 

- Nie przejmuj się Mają - szepnęła i dodała jak 

dorosła: - Ona dla wszystkich jest taka. Nawet dla 
Aleksieja. Ale on jej nie rozumiał. Na szczęście. 

- Aleksieja? - spytał machinalnie. Raija nie po­

wiedziała mu wszystkiego. 

Elise skinęła energicznie głową. 
- Ona myśli, że straci Reijo, jeśli Raija polubi 

kogoś bardziej od niego. Ale przecież Reijo jest 
mężem Raiji, więc nie wolno. - Nabrała powietrza. 
- Raija nie lubiła Aleksieja bardziej niż Reijo. Je­
stem pewna. 

Mikkal przełknął ślinę. Miał ochotę krzyczeć. 
- Nie przejmuj się Mają - powtórzyła Elise. - Ja 

cię lubię. Raija też. 

Zamyśliła się. 
- Ale nie bardziej niż Reijo... 
Mikkal pogładził ją po włosach. 
Tysiące pytań cisnęło się mu na usta, ale nie wy­

padało wypytywać małego dziecka. 

- Ja też cię lubię - powiedział łagodnie. 
Nigdy tak poufale nie rozmawiał z małą dziew­

czynką. Nie licząc Raiji, ale wtedy sam był dziec­
kiem. 

178 

background image

- Połóż się! Nie myśl już o tym, co powiedziała 

Maja. Rozumiem ją i nie mam jej tego za zle. 

Elise wróciła szczęśliwa do łóżka. Mikkal się nie 

kładł. Uchylił drzwi do alkowy, ale zaraz je za­
mknął. 

Za żadne skarby świata by się tam nie położył! 
Elise chciała dobrze, ale dodała mu nowych 

zmartwień. 

Myśł o Reijo była wystarczająco gorzka. Niezna­

ny Aleksiej przyprawiał go nieomal o szaleństwo. 
Musi pomówić z Raiją, kiedy dziewczyna wróci. Je­
śli wróci, podpowiadał mu złośliwy głos. Jeśli wróci. 

Mikkal zasnął przy stole kompletnie wyczerpany. 
Dwóch mężczyzn dotarło do osady dzień póź­

niej niż Mikkal. Nie musieli pytać o drogę. Peder 

dokładnie opisał dom Raiji. 

Mikkal obudził się na jakiś chrobot. Ktoś maj­

strował przy zamku. 

Rai ja? 
Niemożliwe. Raija wiedziała, gdzie jest klucz. 
Domyślał się, kim są nieproszeni goście. 
Przeszedł zdecydowanymi krokami przez izbę 

i otworzył drzwi. Na twarzach przybyszów odma­
lowało się zaskoczenie. 

- Myśleliśmy, że tu mieszka Raija - wykrztusił 

starszy z nich. 

Mikkal nie zapytał, dlaczego usiłowali sforso­

wać drzwi. 

- Mieszka - odrzekł zimno i zagrodził ciałem 

wejście. 

179 

background image

- I Reijo - dodał młodszy. 
Obaj usiłowali zajrzeć do środka nad ramieniem 

Mikkala. 

- Owszem. 
- Więc kim ty jesteś? - spytał młodszy. 
- Bratem Raiji. - Mikkal posłużył się tym samym 

kłamstwem. - Kto pyta? 

Mierzyli go wzrokiem, młodszy bezczelnie, star­

szy ostrożnie. 

- Przyjaciele Reijo. Przechodziliśmy obok, cał­

kiem przypadkowo, i postanowiliśmy go odwiedzić. 

Mikkal zatknął kciuki za pas, celowo skierowu­

jąc ich uwagę na nóż, który wisiał u jego biodra. 

- Dziwna pora na odwiedziny - wycedził. - Re­

ijo nie ma w domu. 

Urwał. 

- Raiji też nie ma - dodał po dłuższym milcze­

niu. - Tylko ja. Nie spodziewałem się gości. W no­
cy śpię. 

Nie wiedzieli, czy Mikkal mówi prawdę, ale nie 

chcieli ryzykować. 

Wycofali się. 
Mikkal zauważył, że młodszy z trudem się hamo­

wał. Odmowa Lapończyka podrażniła jego dumę. 

Odeszli. 
Mikkal stal w progu, odprowadzając ich wzro­

kiem. Doszli do zabudowań osady i zniknęli. 

Mikkal obawiał się jednak, że nie zrezygnują tak 

łatwo. 

Stary był przebiegły. 

180 

background image

Wierzył, że Raija doprowadzi ich do złota. 

Nie chcieli zmarnować szansy przez głupi błąd. 
Mikkal miał rację. Ojciec i syn ruszyli do skle­

pu, zgrzytając zębami ze złości. Nie zamierzali się 
poddawać. 

- Co się stało z tą diablicą? - dziwił się Iver. 
- Nie było jej na targu. Nie ma jej tutaj... - za­

stanawiał się głośno ojciec. 

Obaj doszli do tego samego wniosku. 
- Żadna kobieta nie podjęłaby się takiej wypra­

wy w pojedynkę! - Iver nie miał zbyt wysokiego 

mniemania o kobiecej zaradności. Miał za to zde­
cydowane poglądy co do ich roli i miejsca. 

Ojciec żyl dłużej na tym świecie. 
- Hm - chrząknął - kto ją tam wie... 
- Co robimy? 
Ole uśmiechnął się. 
- A co możemy zrobić? Czekać. Rozglądać się. 

Przecież musi w końcu wrócić. 

Iver też się uśmiechnął. Tyle że znacznie groźniej. 

Koń padł trzy dni drogi od skały. Raija zostawi­

ła wóz i towary i ruszyła do domu piechotą. 

Zwolniła, kiedy okolica wydała się jej znajoma. 
Mogła dojść do osady przed wieczorem, ale wo­

lała uniknąć szyderczych spojrzeń mieszkańców. 

Przeczekała parę godzin, a potem cichcem 

przemknęła pomiędzy nagimi wzgórzami ku do­
mowi. Duma dziewczyny doznała poważnego 
uszczerbku. 

181 

background image

Kłucza nie było w schowku. 
Raija zaniepokoiła się. Wsunęła dłoń do kiesze­

ni kaftana i zacisnęła ją na nożu. Wciąż miała na 
sobie męskie przebranie. 

To był kolejny powód, dla którego wolała scho­

wać się przed ludzkim wzrokiem. I tak dość gada­
li o niej w osadzie. 

Wstrzymała oddech i mocniej ścisnęła rękojeść 

noża. 

Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiły, że Ra­

ija była gotowa go użyć. Nie warto modlić się za 

ludzi, którzy chcą jej krzywdy. 

Raija przestała wierzyć w ludzką życzliwość. 
Ostrożnie nacisnęła klamkę. 
Drzwi nie stawiły oporu. 
Raija pchnęła je gwałtownie. 
- Tego już za wiele! - usłyszała głos, który po­

znałaby na końcu świata. 

Zdumienie było obopólne. 
Po kilku sekundach Raija otrząsnęła się z szoku 

i weszła do izby. Zamknęła drzwi nogą i oparła się 
o nie. Kapelusz zsunął się jej na plecy, odsłaniając 

włosy. 

- Co ty masz na sobie? - wykrzyknął Mikkal, 

obrzucając dziewczynę zdumionym wzrokiem. -
W życiu nie widziałem cię w równie dziwacznym 
stroju. 

Raija zignorowała ten komentarz. 
- Co tu robisz? - spytała. - Chyba wyraziłam się 

jasno. Nie chcę cię znać, póki nie będziesz wolny. 

182 

background image

Mikkal uśmiechnął się kwaśno. Podszedł do Ra-

iji»i ujął ją za podbródek. Drugą rękę wsparł 
o drzwi ponad ramieniem dziewczyny. 

Była brudna na twarzy. Brudna i niewypowie­

dzianie piękna. 

- Wolny - powtórzył, zaglądając jej w oczy. -

Tak jak ty, Raiju? 

Odwróciła twarz ze złością. Była jednak zbyt 

zmęczona, by stawić mu opór. 

Poza tym widok Mikkala sprawił jej radość. 

Jarmark leżał daleko stąd. 

Inga, Sigga znaczyły nie więcej niż pusty dźwięk. 

Reijo przestał się liczyć. 

- Skąd wiesz? - spytała znużona. 
Odwrócił się tyłem do niej, usiłując zapanować 

nad emocjami. Nie krzyknął tylko dlatego, że bał 
się zbudzić dzieci. 

- Prawda zawsze wyjdzie na jaw - wyrzekł sztyw­

no. - Nawet jeśli Raija Alatalo, przepraszam, Raija 
Kesaniemi usiłuje ją ukryć... 

- Nie masz prawa mnie oskarżać, Mikkal! - Ra­

ija chwyciła go za ramię i obróciła ku sobie. - Sły­
szysz? Nie jesteś lepszy! 

Spojrzał na dziewczynę z niezgłębionym uśmie­

chem. 

- Ani gorszy - powiedział po chwili. Gorycz 

przebijała przez jego słowa. - Przegnałaś mnie jak 
psa - dodał z bólem. 

Raija puściła jego ramię. 
- Dlaczego? Czy to było konieczne? 

183 

background image

Raija wypuściła powietrze z płuc. Była bliska 

omdlenia. 

Nie miała się gdzie ukryć. Mikkal zagradzał jej 

drogę jak skała, żądając wyjaśnienia, którego nie 
umiała już odnaleźć. 

- Popełniam błędy - wyszeptała. 
- A ja? - Nachylił się. - Czy też mam prawo się 

mylić? Jestem tylko człowiekiem, na dodatek nie 
tak silnym jak ty. 

Raija wzruszyła ramionami. Wątpiła, czy ją zro­

zumie. 

- Dla mnie nigdy nie byłeś zwykłym człowie­

kiem, Mikkal. Byłeś czymś więcej. Ideałem... 

Przewrócił oczyma. 
- Też wymyśliłaś! - Nie dawał się udobruchać. - Ide­

ałem? - mruknął i odwrócił się, by ukryć zadowolenie. 

Raija opadła bezsilnie na ławę. 
Uśmiechnęła się potulnie i skinęła głową. 
Teraz dopiero Mikkal dostrzegł, jak bardzo jest 

zmęczona. 

- Powinnaś się położyć - powiedział czule. 
Przytaknęła. 
- Położysz się ze mną? 
Drzwi do alkowy były jak mur. 
Ciemne oczy dziewczyny błagały go. Wybacza­

ły. Pragnęły. 

Skinął głową. Przeprowadził Raiję przez próg 

i pomógł pozbyć się krępującego przebrania. 
Dziewczyna wisiała na jego szyi. Zasnęła, zanim 
zdążył ją położyć. 

184 

background image

Mikkal przykrył ją kocem, ale nawet tego nie za­

uważyła. Oddychała równo i głęboko, pogrążona 

w sennych marzeniach. 

Jakże pragnął je z nią dzielić! 

Usiadł na skraju łóżka, opuściło go zmęczenie. 

Nie chciał spać z Raiją. 

Właściwie to chciał, ale opowieść Elise dała mu 

dużo do myślenia. 

Dzieci rozumiały więcej, niż przypuszczał. Nie 

zamierzał zajmować miejsca Reijo. Dla dzieci Ra-
ija i Reijo stanowili jedność. Reijo był im oparciem. 

Dzieci też kochają. 
Dzieci Raiji kochały Reijo. 
Najbardziej zaś mała córeczka Mikkala. 
Pogładził Raiję delikatnie po policzku. Wciąż 

miała najdelikatniejszą skórę, jakiej kiedykolwiek 
dotykał. 

Uśmiechnęła się przez sen; poczuł, jak jego ser­

ce napełnia się ciepłem. 

Mikkal przełknął ślinę. Po raz pierwszy był blisko 

niej w tak niezwykły sposób. W te rzadkie chwile, 
którymi obdarzył ich los, nie mieli czasu. Rzucali się 
na siebie z namiętną gwałtownością, mówili jedno 
przez drugie, czuwali z podkrążonymi oczyma, by­
le tylko nie zasnąć, byle być ze sobą na jawie. 

Żeby zapamiętać każdą wspólnie przeżytą se­

kundę. 

To było nowe doświadczenie. 
Łagodne. 
Piękne. 

185 

background image

Mikkal złapał się na myśli, że chciałby zasnąć 

u jej boku. Wtulić się w ciepło jej ciała i zanurzyć 
się w bezpieczny sen. 

Obudzić się przy niej. Mieć pewność, że będzie 

przy nim. Budzić się wolno i spokojnie. 

Nigdy dotąd tego nie przeżył. 
Nigdy nie przeżył chwil zwykłego szczęścia 

z kobietą, którą kochał. 

Pochylił się nad Raiją i dotknął wargami ust 

dziewczyny. Czoła. Oczu. 

Przytknął policzek do jej policzka i poczuł, że 

czas się zatrzymał. 

Miłość przepełniała mu serce. 
Wyszedł z alkowy na palcach. Był zmęczony. 

Zmęczony i szczęśliwy. 

Zasnął z uśmiechem na podłodze przed paleni­

skiem. 

Obudził się, czując na sobie czyjś wzrok. Cała 

trójka stała nad nim. Dzieci były bose, potargane, 
przecierały zaspane oczy. 

- Jesteś głupi, Mikkal! - Maja potrząsnęła głów­

ką. - Przecież mamy łóżko. 

Mikkal wstał ociężale. Zrobiło mu się ciepło na 

duszy. 

Jego córka po raz pierwszy nazwała go po imie­

niu. 

- Mogłeś położyć się w drugiej izbie - wyjaśni­

ła Elise. - Tam, gdzie spał Aleksiej. 

Znów ten Aleksiej! 
Mikkal ucieszył się, że wybrał podłogę. 

186 

background image

Maja nie mogła się zdecydować, czy warto się 

do niego odzywać. W końcu uznała, że warto. 

- Musisz dać nam jeść - stwierdziła i jednym 

tchem spytała: - Kiedy wróci mama? 

Mikkal wciąż był zaspany. 

- Mama jest w domu - odrzekł bez zastanowie­

nia. - Wróciła w nocy. 

Za późno zrozumiał swój błąd. Dzieci rzuciły się 

do alkowy. 

Przecież Raija potrzebowała snu! 

- Dlaczego masz na sobie spodnie Reijo? - usły­

szał głos Mai. 

Uśmiechnął się. Raija zasnęła tak, jak stała. Ma­

ja ujęła go swoją bezpośredniością. Bystra dziew­
czynka! 

Serce Mikkala napełniło się ojcowską dumą. 
Raija wzięła się do pracy. Nie lubiła domowych 

obowiązków, ale wypełniała je sprawnie i szybko. 
Ubrała całą gromadkę i nakarmiła. Potem usiadła 
otoczona dziećmi. Maleństwa nie chciały się od 
niej oderwać. Mocno odczuły nieobecność matki. 

- Dlaczego przyszedłeś? - spytała Mikkala po la-

pońsku. - Skąd znałeś drogę? 

- Nieznajomi z targowiska, którzy wypytywa­

li się o was, spotkali kogoś z osady. Podsłucha­
łem ich. 

Twarz Raiji nie wyrażała nic. 
Mikkal pieścił ją spojrzeniem. 
- Są tutaj. Przybyli w nocy przed tobą. Przego­

niłem ich, ale wątpię, by odeszli daleko... 

187 

background image

- Głupio mówicie - uznała Maja, która poczuła 

się zlekceważona. 

- Dorosłe gadanie - wyjaśniła rezolutnie Elise. 
Maja ześlizgnęła się z lawy i tupnęła nóżkami. 
- Nie lubię dorosłego gadania! Nie lubię tajemnic! 
- Nie lubisz cudzych tajemnic - uśmiechnęła się 

z miłością Raija. 

Maja udała, że nie słyszy. 
- Chcę Reijo. - Patrzyła wrogo na Mikkala, wi-

niąc go za to, że nikt nie okazuje jej należnej uwa­
gi. - Nie lubię ciebie! Chcę Reijo! 

- Mikkal jest naszym gościem - zwróciła jej uwa­

gę Raija. - Nie wiem, kiedy wróci Reijo, skarbie. 
Niebawem. 

Postawiła Knuta na podłodze i wyszła. Po chwi­

li wróciła z kawałkiem papieru, kałamarzem i pió­
rem. Z haczyka na ścianie zdjęła zniszczony kawa­
łek skóry i rozpostarła go na stole. 

Mikkal nic nie rozumiał. Dopiero kiedy zoba­

czył znaki wyryte w skórze, domyślił się. 

Raija zaczęła kopiować mapę. 

- Szukałaś złota, prawda? 

Skinęła głową. 
- Znalazłaś to miejsce? 
Powtórnie skinęła głową. 
Mikkal wstrzymał oddech. 
Nie rozumiał zachowania Raiji. Pracowała z właści­

wą sobie determinacją, tyle że nie wiedział dlaczego. 

Skończyła odrysowywać mapę i odwiesiła orygi­

nał na haczyk. Złożyła arkusz papieru i odstawiła 

188 

background image

przybory do pisania na miejsce. Wszystkie te czyn­
ności wykonała z nadzwyczajną skrupulatnością. 

- Dokąd się wybierasz? - zapytał ostro, kiedy 

poczęła gotować się do wyjścia. - Jesteś nieostroż­
na. Oni z pewnością czają się gdzieś w pobliżu... 

- Mam taką nadzieję. 
Ani słowem nie wyjaśniła swego dziwnego zacho­

wania. Spojrzała wyzywająco na Mikkala i dodała: 

- Chodź ze mną, jeśli chcesz mnie bronić... 

Nie mógł nie zauważyć uszczypliwości w tonie 

Raiji, ale ruszył za nią. Dzieci pobiegły za matką. 

Ole i Iver spędzili noc pod schodami do sklepu. 

Jeszcze spali. 

- Kto śpi, nie grzeszy - powiedziała głośno Ra-

ija. 

Na dźwięk tego głosu mężczyźni podnieśli się, 

przecierając zaspane oczy. Ich zdumienie urosło 
do niebotycznych rozmiarów, kiedy ujrzeli, kto do 
nich przemawia. 

Za dziewczyną stał ten sam Lapończyk z dłonią 

groźnie opartą na rękojeści noża. 

- Szukaliście mnie - ciągnęła niewinnie Raija. -

Krewniacy Reijo, nieprawdaż? -Jej oczy zwęziły się 

w dwie szparki. - A co na to Jenny? Czy ona i dziec­

ko mają się dobrze? 

- Jenny nie żyje - warknął Iver. - Utopiła się 

w dniu, w którym opuściliście wyspę. Daruj sobie 
współczucie! Poradzimy sobie bez niego! 

Raija wsunęła rękę za kaftan. Wyjęła arkusz pa­

pieru i rzuciła go starszemu z mężczyzn. 

189 

background image

- Ale bez tego sobie nie poradzicie? 
Ze ściągniętymi brwiami przyglądała się, jak 

rozkładają rysunek. 

- Co to jest? - wykrztusił Ole. 
Mikkal zdumiał się równie mocno jak on. 
Czy Raija oszalała? 
- To jest mapa - wyjaśniła spokojnie Raija. - Ma­

pa, bez której nie dacie sobie rady. Szukaliście nas 
ze względu na złoto. 

Nie pytała, stwierdzała fakt. 

- Tę mapę zostawił Karl. Złoto należało do niego. 
Ole i Iver nadal nic nie pojmowali. Podejrzliwie 

przyglądali się znakom i literom na papierze. Nie 
umieli ani czytać, ani pisać. 

Nie dali jednak tego poznać po sobie. Nie chcie­

li się poniżać w oczach kobiety. 

- Dlaczego nam ją dajesz? 
Na ich twarzach malowało się zaskoczenie. 
Raija roześmiała się serdecznie. 

Mikkal nabrał pewności, że samotna wędrówka 

po płaskowyżu musiała odbić się na psychice 
dziewczyny. Silniejsi od niej przeżywali załamania 
nerwowe. Powinien był ją powstrzymać. 

Tyle że w życiu nie widział nikogo, kto potrafił 

sprzeciwić się Raiji. 

- Spodziewałam się wdzięczności - skrzywiła się. 

- Oszczędzam wam mnóstwa kłopotów. 

Ojciec Jenny złożył papier. Chciał go wyrzucić, 

ale w ostatniej chwili powstrzymał się i wsunął ar­
kusik do kieszeni. 

190 

background image

- Nie oddaje się skarbu - powiedział zdecydo­

wanie. 

- Masz rację, ojcze - dodał Iver. - Coś się za tym 

kryje. 

Raija ponownie się roześmiała. 

- Wręcz przeciwnie. Szukałam przez trzy dni, 

brodząc w wodzie po pas. Tam nie ma ani ziaren­
ka złota, mogę was zapewnić. Nic poza tym, co 
znalazł Karl. 

Z satysfakcją przyglądała się rozczarowanym 

minom mężczyzn. 

- Życzę szczęścia - dodała, odwracając się. - Bę­

dzie wam bardzo potrzebne. 

background image

14 

- Nic! - Mikkal potrząsał głową z niedowierza­

niem. - Nie mogę uwierzyć. Nic nie znalazłaś! 

Raija drapała się leniwie po nodze, w miejscu 

gdzie ukłuł ją komar. Siedzieli wsparci o ścianę do­
mu, mając przed sobą morze i osadę. 2 zabudowań 
widać ich było jak na dłoni. 

Siedzieli tak blisko siebie, że mogli się dotykać, 

ale nie robili tego. 

Wiedzieli, że śledzi ich wiele spojrzeń. 
Mikkal udawał wszak jej brata. 
- Nic! - uśmiechnęła się, lecz Mikkal wiedział 

dobrze, że Raija jest na granicy płaczu. - Nic nie 
znalazłam. 

2astanawiał się, czy ma to dla niej duże znaczenie. 
- Szukałam wszędzie, Mikkal. Podniosłam każ­

dy kamień w rzece u podnóża skały. Nie pod wo­
dospadem, ale tam nikt nie zdołałby się dostać. 
Kalle wyniósł wszystko. 

Mikkal skłonny był uwierzyć dziewczynie, choć 

nie miał pewności. Wolałby sam przeszukać to 
miejsce. Nie dla siebie. 

2łoto nic dla niego nie znaczyło. 

192 

background image

Dla Raiji. 
Dla Mai. 
- Kalle musiał sądzić, że jest tego więcej - gło­

śno myślała. - Był chory... 

Głos ją zdradzał. 
Starannie przeczesała dno rzeki pod skałą, ale 

wciąż nie była pewna. 

- To nie koniec świata. 

Raija uśmiechnęła się z rezygnacją. Podwinęła 

rękawy bluzki i wystawiła przedramiona na dzia­
łanie słońca. 

Dzieci bawiły się w pobliżu. 
- Ale koniec sklepu - stwierdziła. - Jak tylko 

wróci Reijo, będziemy musieli wynieść się stąd. 

Opowiedziała mu wszystko. 
Mikkal nie wiedział, jak zareagować. Nigdy nie 

marzył o tym, by posiadać więcej, niż trzeba mu 
było do życia. 

Nie znał takiego uczucia. 
Rzeczy nic dla niego nie znaczyły. 
Nie musiał mieć płaskowyżu na własność, by 

korzystać z jego darów. Nie musiał mieć rzek, by 
łowić w nich ryby. 

- Boję się, co na to Reijo - zwierzyła się Raija. -

On tak polubił tę osadę. 

- Dlaczego wyszłaś za niego? 
- Bo uznałam to za słuszne. Zależy mi na nim. 
- Mnie nie zależy na Indze - podkreślił. 
Znać było po nim urazę. 
- Niezbyt to miłe z twojej strony - przyznała. 

193 

background image

- Nie jestem miły. Kocham ciebie. Tylko ciebie. 
Żar w głosie Mikkala pochlebił jej. I przestra­

szył. 

Nie chciała być uwielbiana. 

- To, że tu przyszedłeś, nic nie zmienia - wy­

szeptała, na krótką chwilę kładąc rękę na jego dło­
ni. - Dobrze, że jesteś, ale to nic nie zmienia. 
Wkrótce wróci Reijo. Nie zasługuje na to, bym go 
zdradzała. 

- A ja zasługuję? 
Westchnęła. 
- Już rozmawialiśmy o tym, Mikkal. Zmień te­

mat albo ruszaj w drogę. 

Mikkal zmienił temat. 
- Kim jest Aleksiej? 
Raija spojrzała gniewnie na niego. 
- Widzę, że sporo wiesz. Wziąłeś dzieci na 

spytki? 

- Wiem tyle, co nic. Tobie zadaję pytanie. Kim 

jest Aleksiej dla ciebie? 

Oboje byli dumni i uparci. Takie potyczki spra­

wiały im ból. 

- Nikim. 
Kłamstwo przyszło jej z taką łatwością, że aż się 

przestraszyła. 

Miłość powinna opierać się na prawdomówności. 
- Nie wierzę. 
- I co z tego? - wzruszyła ramionami. - To nie 

moja rzecz. Dorośnij wreszcie, Mikkal. Nie jeste­
śmy już dziećmi, musimy brać odpowiedzialność za 

194 

background image

własne postępki. Zbyt łatwo odsuwasz ją od siebie. 

- Ty zaś uważasz się za lepszą, niż jesteś. 
- Być może. Ale nie porzucam tych, którzy mnie 

potrzebują. 

- Z jednym wyjątkiem... 
- Ty, Mikkal, dasz sobie radę beze mnie. Masz 

w sobie dość siły. 

Już słyszał te słowa. Za każdym razem powta­

rzali te same argumenty. Za każdym razem żegna­
li się w ten sam sposób. 

- Wyjadę - westchnął. - Pięknie tutaj. - Przyglą­

dał się nagim skałom, morzu pociętemu spieniony­
mi falami. Linii horyzontu, gdzie woda stykała się 
z niebem. Surowa, otwarta przestrzeń pełna niewy­
powiedzianego piękna. 

Raija zadrżała. 
- Następnym razem osiedlimy się z dala od 

brzegu. 

W duchu gotowała się już do przeprowadzki i jej 

serce krwawiło. Mikkal prowadził koczownicze 
życie, lecz ona nie była stworzona do wędrówek. 

Powiedziała „osiedlimy się"... Miała na myśli sie­

bie, Reijo i dzieci. Mikkal był bliski łez. 

- Dziwne... - Raija odprowadziła wzrokiem me­

wę, która kołysała się na lekkim wietrze. - Przesta­

łam się lękać. Dawniej bałam się, że się nie odnaj­
dziemy. Teraz wiem, że to nie będzie trudne. 

Mikkal nie miał pewności. 
- Mogę ci obiecać, że nie zjawię się, póki nie od­

zyskam wolności - spoważniał. - Nie chcę cię dłu-

195 

background image

żej dręczyć, Raiju. Następnym razem nie dam ci 
powodów do bólu. 

- Reijo obiecał, że zwróci mi słowo, jeśli sobie 

tego zażyczę - powiedziała cicho. - Dlatego, na 
swój sposób, wciąż jestem wolna... 

Mikkal potrząsnął głową. 
- Nie rozumiem go. Nigdy nie złożyłbym ci ta­

kiej obietnicy. 

- Nie jesteśmy tacy jak Reijo. On jest lepszy od 

nas. 

- Bo nigdy tak nie kochał - rzucił z pasją Mik­

kal. Nabrał powietrza i dodał: - Jeśli będę wolny... 
Następnym razem, Raiju... kiedy zrzucę więzy, po­
prosisz go o to? Zostaniesz ze mną? 

- Nie wiem - odrzekła drżącym głosem. - To ta­

kie nierzeczywiste. 

Załamał ręce. 
- Nie potrafię w to wierzyć, Mikkal. To nie jest 

moje życie, chyba możesz to zrozumieć... 

Mikkal nie mógł. 
- To byłaby drogo okupiona wolność. 
- Znam więc odpowiedź - stwierdził ponuro. 
- Rozdzieramy się na strzępy - westchnęła, pod­

suwając kolana pod brodę. 

Wyglądała tak młodo i niewinnie. W istocie by­

ła dojrzalsza od niego. 

Widziała rzeczy wyraźniej. 
On myślał tylko o niej. 
Snuł marzenia. 
Żył, by kiedyś do niej należeć. 

196 

background image

Ona miała większe serce. 
Dlatego oddalała się od niego. Dlatego gorzkniał 

i stawał się małostkowy. 

Chciał, by kochała tylko jego, a ona nie potrafi­

ła kłaść tamy uczuciom. 

Pełna ciepła i miłości dla ludzi. Była jego. Reijo. 

Tylu innych... 

Odejdzie, nie wziąwszy jej w ramiona. Bez po­

całunków. 

Nazwała go ideałem. 

Miał zamiar okazać się godnym tego miana. 
- Był czas, kiedy liczyły się tylko uczucia. - Ra-

ija wpatrywała się w rozległy horyzont. - Tylko to, 
czy krew płynie szybciej w żyłach. Tylko ten, kto 
sprawiał rozkosz. 

Mikkal wstał. Nie był pewien, czy chce tego słu­

chać. Słowa Raiji brzmiały inaczej. Bardziej dojrza­
le. Odsuwały go na daleki plan. 

- Jak jest teraz? 
Nienawidził siebie za to pytanie. Odpowiedź 

musiała sprawić mu ból. 

- To wciąż jest ważne. Czuć, że możesz umrzeć 

pod czyimś dotykiem. Potem jednak czar chwili 
pryska i wiesz już, że inne rzeczy są równie ważne. 

- A ludzie? - wyszeptał przez zaciśnięte wargi. 
- Ludzie też są ważni. Każdy ma coś w sobie. 

Trzeba umieć to dostrzec. Mikkal? 

Tak żałośnie wymówiła jego imię, że musiał 

spojrzeć na nią. Chęć, by wziąć ją w ramiona, przy­
tulić i pocałować, doprowadzała go do szaleństwa. 

197 

background image

Nie mógł. 
Grali swoje role. 
- Co takiego, miła? 
- Czy Elle nas miała na myśli, kiedy powiedzia­

ła, że będę szczęśliwa? 

Mikkal miał ciętą odpowiedź na końcu języka. 

Dawno już zapomniał o bajdurzeniach starej ko­
biety. Powstrzymał się jednak. Raija znów była je­
go Małym Krukiem, zgubiła gdzieś niedawną doj­
rzałość i pewność siebie. 

Potrzebowała pociechy. 
Potrzebowała jego. 

- Z pewnością nas! - Czy jego głos zabrzmiał 

przekonująco? - Kogóż by innego? Elle obiecała, 
że będziesz szczęśliwa. Kto oprócz mnie mógłby 
dać ci szczęście? 

Znów obdarzyła go żałosnym spojrzeniem. Mik­

kal doznał nieprzyjemnego uczucia, że przez uła­
mek sekundy pomyślała o kimś innym. 

-Jest tyle rzeczy - zaczęła bez przekonania, jak­

by wątpiąc, że niesforne myśli dadzą się złożyć 

w słowa. - Jest tyle innych rzeczy, które sprawiają 

mi radość. I nie ma w tym nic złego. Lubię się 
śmiać, lubię ludzi. Zadaję sobie jednak pytanie, 
czym jest życie. Co jest ważniejsze, zauroczenie 
czy zdrowy rozsądek. A może da się połączyć jed­
no z drugim? 

Przerwała, by zaczerpnąć tchu, i smutnym gło­

sem ciągnęła: 

- Czasami żałuję, że się spotkaliśmy. Uniknęła-

198 

background image

bym tylu bolesnych myśli, miałabym mniejsze 
oczekiwania. Czasami znowu uświadamiam sobie, 
że gdybym nie zaznała twojej miłości, mogłabym 

równie dobrze się nie narodzić. 

Jak trudno zapanować nad drżeniem rąk! Nad 

chęcią, by jej dotknąć! 

Ile trzeba wysiłku, by zostać ideałem. Tym ra­

zem jednak Mikkal nie chciał jej zawieść. 

- Zadręczasz się myślami, Raiju - zdołał wy­

krztusić. 

Dziewczyna ożywiła się. 
- Masz rację. Ach, te moje fantazje! Bywam okrop­

nym ponurakiem... 

- Taka już twoja melancholijna fińska natura -

uśmiechnął się uszczypliwie. - Cenię ją, tak jak 

wszystko, co ciebie dotyczy. Nie zapominaj o tym. 

- Nie zapominam o niczym. Nie potrafię... 
Mikkal wstrzymał oddech. 
Zawsze to samo! 
Każda rozmowa kończyła się kłótnią. 
Tym razem się mylił. 
Tym razem miała na myśli jasne cechy jego cha­

rakteru. 

- Wydawałeś mi się taki dorosły, kiedy ujrzałam 

cię pierwszy raz, Mikkal. - Twarz Raiji przybrała 

wyraz rozmarzenia. - Sama byłam mała i nieszczę­

śliwa - dodała gorzko. Wspominała czas, kiedy oj­
ciec odesłał ją do Ruiji. - Dziś wciąż uważam cię 
za chłopca. Może nie chcę zaakceptować, że się po­
starzałam? 

199 

background image

- Postarzałaś się? Masz dziewiętnaście lat! Co to 

znaczy przy moich dwudziestu pięciu? 

- Jesteś starszy, to prawda. Wciąż jednak widzę 

w tobie chłopca. 

- Myślisz o tym, by wrócić? 
- Dokąd? 
- Do domu. Do Tornedalen. 
Raija wbiła wzrok w chmury. W białych obło­

kach ujrzała złote pola zboża... 

Złote? 
Zmarznięte! 
Dlatego zamieszkała na kamienistym wybrzeżu 

północnej Norwegii. 

- Tak, Mikkal. Często myślę o domu. Chciała­

bym znów ujrzeć Tornedalen, choćby przez parę 
chwil. Chciałabym powiedzieć ojcu, że nie czuję 
do niego żalu. Zobaczyć Mattiego. Ma teraz jede­
naście lat. Jeśli żyje... 

Raija zamilkła. 
Chciałaby przytulić się do matki i powiedzieć, 

że ją kocha. Pokazać jej wnuki. 

Wciąż umiała marzyć. 
- Kiedy byłem chłopcem, postanowiłem za­

wieźć cię do Tornedalen - wyznał Mikkal z zakło­
potaniem. - Gdy ojciec karał cię lub krzyczał na 
ciebie, myślałem o tym, by zawieźć cię do domu. 
Oddać cię twojemu ojcu i powiedzieć mu, że Ru-
ija to nie raj. 

- Czemu nigdy mi o tym nie mówiłeś? - Raija 

spojrzała na Mikkala z błyskiem w oku. Odnajdy-

200 

background image

wała w nim uczucia, które starannie ukrywał przez 

te wszystkie lata. 

Nawet przed nią. 
- Jestem trochę tchórzem - przyznał się. -

W wielu okolicznościach nie potrafiłem zdobyć się 

na odwagę. 

Nie zaprzeczyła. 
- Szkoda, że nie ma Reijo! - Mikkal zmienił te­

mat. - Powiesz mu, że byłem? 

Raija skinęła głową. 
- Nie mamy przed sobą tajemnic. Mów, co 

chcesz, ale Reijo jest moim najlepszym przyjacie­
lem. Nigdy mnie nie zawiódł. 

Ani mnie, pomyślał Mikkal. Cenił wysoko Re­

ijo, też uważał go za przyjaciela. 

- Nigdy nie byłbym tak dobrym mężem jak on... 
- Coś mi się zdaje, że domagasz się pochlebstw 

- roześmiała się. 

- Przydałoby mi się dobre słowo na drogę. Nie 

wiem, kiedy się znów spotkamy. - Mikkal spoważ­

niał. - Tym razem tak się stanie, Raiju. Nie będę 

cię szukał, póki nie odzyskam wolności. Wtedy do­
piero poproszę, byś poszła ze mną. Dotrzymam 

słowa, choćbym miał czekać dziesięć lat. 

Dotknął palcami woreczka, który zawsze nosił 

na szyi. 

- Przysiągłem, że będę nosić pukiel twoich wło­

sów, póki cię kocham - wyrzekł z płonącym wzro­
kiem. - Następnym razem też ujrzysz go na moim 
sercu. 

201 

background image

- Jesteś diabłem, Mikkal - wyszeptała - ale masz 

coś w sobie. 

- Z takim pożegnaniem mogę żyć - uznał. 
I zrobił tak, jak sobie obiecał. 

Nie dotknął jej ani nie pocałował. 
Następnym razem przybędzie jako wolny czło­

wiek. I wszystko zależeć będzie od Raiji. 

background image

15 

Zaczęli wypatrywać kupieckiej łodzi w lipcu. 
Lato zbliżało się ku końcowi, a o Reijo i jego za­

łodze wciąż nie było żadnych wiadomości. 

Niepokój ogarnął ludzi z osady. 
Szeptano, że Reijo nie ma doświadczenia i do­

brał sobie nieodpowiednich ludzi. 

Zapomniano, iż doświadczeni żeglarze odmówi­

li uczestnictwa w wyprawie. Reijo musiał zaufać 
młodym. 

Opowieści o morskich katastrofach stały się naj­

częstszym tematem rozmów. Wspominano lata, któ­
re obfitowały w tragiczne zdarzenia. 

Strach dławił im gardła. 

Wszyscy odczuwali to samo. Zatonięcie łodzi 

oznaczałoby ciężką zimę dla mieszkańców osady 
i najbliższej okolicy. Ich los zależał od powrotu 
Reijo. 

Nieszczęścia zdarzały się często. Wody przy­

brzeżne były zdradliwe, pogoda zmienna i kapryśna. 

Nastroje ludzi obróciły się przeciwko Raiji. Ona 

i Reijo nie należeli do miejscowej społeczności. 

Jeśli łódź z towarami nie wróci, zwalą winę na 

Reijo. A przecież nie sam nią sterował. 

203 

background image

A jednak z pewnością obarczą winą Reijo. 

Peder uznał, że powinien powiedzieć Raiji parę 

słów na temat konia. Nie pojmował, jak mogła 
kupić szkapę za złoto, a potem ją zajeździć. Nie 
dotarłszy nawet na jarmark. Do głowy mu nie 
przyszło, by łączyć tajemniczą sierotę z osobą wła­
ścicielki sklepu. 

Peder kochał wiersze. Znał na pamięć całe wer­

sety, zwłaszcza swego ulubieńca, Pettera Dassa, pa­
stora z Helgeland. Pewien, że Raija nie zażąda spła­
ty długu, siadał na beczce koło lady i, oparłszy się 
na łokciach, recytował z przejęciem strofy o roku 

1692. Zdradliwe wody wokół przylądka Stad zebra­

ły wtedy tragiczne żniwo. 

- Tak to bywa - dodał z przekorą, kiedy Raija 

obojętnie przyjęła ponurą wierszowaną wróżbę. -
Szesnaście łodzi utonęło Roku Pańskiego dzie­
więćdziesiątego drugiego. Potem przyszedł... 

- Nie wątpię - przerwała mu Raija. 
Peder mógł przysiąc, że pokornieje w oczach. 

Jeśli łódź nie wróci, będzie wreszcie musiała za­

chowywać się jak kobieta! 

Raija dzieliła niepokój mieszkańców osady. Spo­

tkałby ją taki sam los, taka sama strata, osobista 
tragedia. 

Poza tym Reijo był tylko szyprem, w rzeczywi­

stości łódź należała do niej. Jej utrata oznaczała 
ruinę. 

Prowadziła sklep dzięki zyskom z jarmarku, po­

mniejszonym o ładunek pozostawiony na wozie. 

204 

background image

Jeśli Reijo uzyskał uczciwą cenę od kupców 

w Bergen, wciąż mieli szansę. 

Rai ja zaczęła liczyć dni. 
Był koniec sierpnia, kiedy jakieś bystre oko doj­

rzało cień na horyzoncie. Po paru godzinach wszy­
scy widzieli wyraźnie zarys statku i przez osadę 
niosło się westchnienie ulgi. 

Raija popłakała się z radości. 
Przez ostatnie tygodnie wychudła i zmizerniała. 

Teraz czuła, jak z każdą minutą wracają jej siły. 

Ludzie zebrali się u brzegu. Mężczyźni stali z rę­

kami w kieszeniach, z braku tytoniu żuli owoce 
dzięgla, pluli i komentowali przybycie łodzi. 

Wspominali własne wyprawy, rozprawiali z prze­

jęciem o przebytych niebezpieczeństwach, zupełnie 
zapominając, że jeszcze do wczoraj nie wierzyli 

w powrót Reijo i jego załogi. 

Wokół kręciły się rozgorączkowane dzieci. 

Przyszły nawet kobiety. Z robótkami w dłoniach 
czekały na przypłynięcie łodzi i wieści z wielkiego 
świata. 

Raija odczekała, aż łódź się przybliży. Już daw­

no chciała pędzić na nabrzeże, ale wolała uniknąć 

towarzystwa ludzi, którzy przez ostatnie tygodnie 
traktowali ją pogardliwie. 

Elise i Maja dołączyły do dzieci. 
Raija nie bała się o córeczki, małe oswoiły się 

z morzem. Elise nauczyła się prowadzić łódź. Tyl­
ko Maja wpadała we wściekłość, bo wiosła nie 
chciały jej słuchać. Była mała i drobna, więc ledwie 

205 

background image

unosiła ciężkie drągi, ale jak zawsze źle znosiła po­
rażkę. 

Dzieci z osady umiały wiosłować, zanim opano­

wały sztukę chodzenia. Morze było dla nich żywio­

łem równie naturalnym jak ziemia. 

Kiedy „Maja Elise" stanęła na kotwicy, Raija 

wzięła Knuta na ramię i zmieszała się z tłumem. 

Kilku mężczyzn rzuciło się do małych łodzi 

i z zapałem zdążało ku statkowi. Chętka na świe­
ży tytoń dodawała energii uderzeniom wioseł. 

Reszta śledziła ich wzrokiem. Dzieci krzyczały 

i wskazywały palcami ludzi na pokładzie. Maja 
wpadła w euforię na widok Reijo i Raija nie była 

w stanie jej uspokoić. 

Kobiety z osady wymieniały znaczące spojrze­

nia. Raija wiedziała, że jej metody wychowawcze 
staną się kolejnym tematem plotek. 

Oczy kobiet mówiły więcej. Wiedziały. Znały jej 

tajemnicę. 

Żeglarze schodzili na ląd. Radość powitania ogar­

nęła wszystkich. 

Matki ocierały łzy, narzeczone padały w objęcia 

ukochanych. 

Reijo był jedynym żonatym mężczyzną w załodze. 
Zszedł ostatni. Brudny, wychudzony, zmęczony 

- takim Raija nigdy go nie widziała. Piski Mai przy­
wołały uśmiech na zarośniętym obliczu, ale Raija 
znała go zbyt dobrze, by nie wiedzieć, w jakim jest 
stanie ducha. Maja wisiała mu u szyi, kiedy stanął 
u boku żony. 

206 

background image

Skinął tylko głową w jej kierunku, dotknął brud­

nym palcem policzka Knuta i potargał włosy Elise. 

- Idziemy do domu, Raiju - powiedział. - Nie 

będę sobą, póki się nie umyję i nie założę czyste­
go odzienia. 

Raija przewidziała wszystko. Przed wyjściem 

podgrzała wodę i wystawiła balię na środek izby. 

Czekała, aż się umyje. Zastawiła stół. 
Pojawił się, miał mokre włosy, skórę wyszoro­

waną do białości. 

Jadł niewiele. 

Raija nie była głodna. 
Nie zwrócił na to uwagi. 
Żeby zagłuszyć ciszę, opowiedziała mu wszyst­

ko to, co zdarzyło się pod jego nieobecność. Nie 
czynił jej wyrzutów z powodu nieudanej wyprawy 
na targ. 

- Dobrze, że był tam Mikkal - rzucił z roztar­

gnieniem. 

- Jest jakaś inna kobieta, prawda? 
Raija przedarła się przez mgłę, którą się oto­

czył. 

Odsunął talerz, złożył dłonie na blacie stołu i za­

mknął oczy. 

- Nie jestem gotów, by o tym mówić, Raiju. 

Wracam na pokład. Nie mogę spać z tobą. Nie 
wiem, czego chcę. Daj mi czas! 

Skinęła głową. 
Dwa dni później popłynęli do zleceniodawców. 

Ludzie z osady otrzymali zamówione towary. 

207 

background image

Kobiety dostały jedwabne chusty i broszki. Naj­

szczęśliwsze mogły gładzić nabożnie suknie, ostat­
ni krzyk mody z wielkiego świata. 

Miasto Bergen było bramą do Europy. Zdarza­

ło się, że kobiety rybaków z północy stroiły się wy­
tworniej niż urzędnicze żony w Christianii. 

„Maja Elise" wróciła po tygodniu. Nadszedł czas 

na ostatni akt wyprawy: trzeba było wspólnym wy­
siłkiem wciągnąć łódź na ląd. 

Załoga pracowała najciężej. Ci ludzie nie opusz­

czali pokładu od maja. Marzyli tylko o tym, by po­
stawić stopy na suchym lądzie i żyć, karmiąc się 

wspomnieniami z wyprawy na południe. 

Liczyła się każda para rąk. I tak jak wodowanie 

zakończyło się świętowaniem, tak i teraz cała osa­
da szykowała się do zabawy. 

Humory dopisywały, gorzałka lała się obficie. 

Noc nastraja do zwierzeń. 
Od chwili, kiedy późnym popołudniem Reijo 

wszedł do izby, Raija chodziła na palcach. 

Wymienili ledwie kilka słów. 
Maja wypełniła ciszę świergotaniem, więc mil­

czenie dorosłych nie było dokuczliwe. 

Teraz była noc. Raija usiadła przy stole. Ta roz­

mowa nie powinna odbyć się w łóżku. 

Musieli zdobyć się na szczerość. 
- Nie każ mi cierpieć katuszy, Reijo! - poprosi­

ła. - Mam prawo wiedzieć, co cię gnębi. 

- Nawet gdybym miał cię zranić? 

208 

background image

Miała ochotę pogładzić go po zapadniętych po­

liczkach, potargać po włosach, uradować. 

Nie mogła. Najpierw musi wyrzucić z siebie 

wszystko. 

- Zniosę to, Reijo. Sama zraniłam cię nie raz. Obie­

cywaliśmy sobie nie skrywać niczego. 

Usiadł naprzeciw żony. Jego oczy płonęły gorącz­

ką. Odpowiedział na pytanie, które zadała przed ty­
godniem. 

- Tak, Raiju, jest inna kobieta. 
Raija wiedziała przez cały ten czas, długie sie­

dem dni. 

Zawsze mogła wierzyć w jego miłość. Zawsze 

mogła liczyć na wybaczenie. 

Reijo był najbardziej oczywistą częścią jej co­

dzienności. 

Przez ostatni tydzień zastanawiała się, czy mo­

że pozwolić mu odejść. 

Zajrzała w głąb duszy, by poznać, ile dla niej 

znaczy. 

Zobaczyła, jak wiele. 

Szyderstwo losu miało sprawić, że zostawi ją 

właśnie teraz? 

- Możesz odejść, kiedy zechcesz. Tak się umó­

wiliśmy - uśmiechnęła się blado. - Tylko sądzili­
śmy, że umowa bardziej mnie dotyczy, prawda? 

Nie dotknął jej, nie chciał łamać reguł gry. 

- Cieszysz się? - spytał z krzywym uśmiechem. 
- To złe słowo. 
- Chcesz wolności? 

209 

background image

Roześmiał się. 
To był przerażający śmiech, jakiego Raija nigdy 

nie słyszała. 

- Ja jej nie potrzebuję - wyjaśnił drżącym gło­

sem. - Jest inna kobieta, Raiju, tyle że nie żyje. 

Reijo znalazł się na skraju załamania. 

- Opowiedz mi wszystko! Chcę znać prawdę. 

Nie duś jej w sobie! 

Płakała cały czas, kiedy mówił. Roniła łzy za nie­

go, za tę nieznaną kobietę utopioną w bergeńskim 
porcie, za siebie. 

Reijo też płakał. Całą drogę na północ tłamsił 

w sobie ból, złość i żałobę. Nieustannie myślał 

o tej, z którą mógłby być szczęśliwy. Z nikim z za­
łogi, nawet z Nilsem, nie podzielił się tęsknotą za 
tą bezimienną dziewczyną. 

Tylko z Rai ją. 
Z własną żoną. 
- Polubiłabym ją - powiedziała Raija, kiedy 

obojgu zabrakło łez. - Zdziwiłabym się na jej wi­
dok, byłabym może trochę zazdrosna, ale polubi­
łabym ją. 

- Jesteś do niej podobna - rzucił Reijo. - Nie 

przypadkiem znaczyła dla mnie tak wiele... - Po­
trząsnął głową, jakby budząc się ze snu. - Wiesz, 

dopiero teraz zaczynam rozumieć, co czujesz do 
Mikkala. 

- Nie, Reijo! Mikkal żyje. Zawsze miałam pew­

ność, że gdzieś jest, blisko lub daleko. Nie mogę 
nawet wyobrazić sobie, co bym zrobiła na wieść 

210 

background image

o jego śmierci. Mikkal żyje, więc żyje nadzieja... 

Spojrzała na Reijo poprzez łzy. 

- Jakże bym chciała, byś i ty zachował choć na­

dzieję! 

Uśmiechnął się słabo. 
- Która żona zareagowałaby jak ty... 

- Które małżeństwo jest takie jak nasze - odrze­

kła cicho. 

Reijo nie mógł usiedzieć na miejscu. Wstał i za­

czął krążyć po izbie. 

Raija była pełna zrozumienia, tego się po niej 

spodziewał. W myślach przeżywał tę sytuację na 
tysiące sposobów. 

Może rozczarował się odrobinę, bo nie okazała 

zazdrości. Może trochę uraziła jego dumę. 

- Sądziłem, że jakoś się pozbieram - rzekł do 

ściany. Do Raiji. Do samego siebie. - Sądziłem, że 
oddalając się od Bergen, choć trochę zapomnę. Że 

wrócę do ciebie i będę mógł żyć jak przedtem. 

Raija roześmiała się płaczliwie. 
- Nigdy tak nie jest, Reijo. 

Odwrócił się gwałtownie i rozłożył ramiona. 
- Nie wiedziałem, Raiju! Skąd miałem wie­

dzieć? ZaWsze byłaś tylko ty. Nie znam innego 
życia... 

Nie skończył. Nie wypowiedziane słowa zawi­

sły w powietrzu. 

- Teraz pragniesz sprawdzić, jak to jest? - spy­

tała bezbarwnie. - Jak wygląda życie beze mnie? 

Skinął głową. 

211 

background image

- Tak myślę! - jęknął bezsilnie. - Nie mam pew­

ności! 

Rozejrzał się po izbie. Był taki dumny z tego 

domu. 

Teraz wydawało mu się, że ściany zamykają się 

wokół niego. 

Gorzej. Odgradzają go od świata. 
Zrozumiał, że tam na zewnątrz czekają nań rze­

czy, których dotąd nie potrafił sobie nawet wy­
obrazić. 

- Nie wiem, co robić. Gnębią mnie wyrzuty su­

mienia. Czuję się odpowiedzialny za was, a tęsknię 
za światem. Jestem rozbity... Chcę wyjechać. 

- Więc jedź. 

Reijo przełknął ślinę. 
Nie powinna mówić z takim spokojem. 

- Wyjedź na rok - zaproponowała i dodała z pa­

sją: - Teraz, od razu. Zanim wymyślisz nowe po­

wody, by zostać. Wróć za rok, nie wcześniej. Mo­

że do tego czasu odnajdziesz siebie. 

- Czy wiesz, co mówisz, Raiju? 
Kiwnęła głową. Wiedziała, co mówi. 
- Chcesz tak żyć? - spytał. - Mogłabyś odzyskać 

wolność. 

- Na to trzeba czasu - odparła wymijająco. -

Wielcy panowie nie pozwolą nam maluczkim się 
rozejść. Nazywają to grzechem... 

- Co powiedzą ludzie? 
Raija spojrzała twardo na Reijo. Musiała zastą­

pić mu matkę, podjąć decyzję za niego. 

212 

background image

- Jedź. Nie mogę cię powstrzymywać, nie chcę, 

byś zgorzkniał u mego boku. To zły sposób na 
szczęśliwe małżeństwo. Masz dwadzieścia jeden 
lat, Reijo. Będziesz żałował całe życie, jeśli zmar­

nujesz okazję. 

Wciąż się wahał. Czytała w twarzy męża jak 

w otwartej księdze. 

- Damy sobie radę. Utrzymam sklep, Nils mi 

pomoże. Dom jest w dobrym stanie, przetrwamy 
jakoś zimę. A czas biegnie szybciej, kiedy zbliża 
się lato. 

- Jeśli jesteś pewna... 
- Jestem. To twój rok, Reijo! Zrób z nim, co ze­

chcesz. 

- Jutro - zdecydował z ulgą, że mają to za sobą. 

- Nie wyjadę, nie pożegnawszy się z Mają. 

Chciał objąć Raiję, ale powstrzymała go ruchem 

dłoni i przepraszającym uśmiechem. 

- Nie teraz, Reijo! Nie róbmy niczego, co by ka­

zało nam cofnąć decyzję! 

Spoglądali na siebie dłuższą chwilę. Rozumieli 

się w pełni. 

- Położę się w drugiej izbie - powiedział w końca 
- Tak będzie najlepiej... 

Reijo wyjechał w południe. 
Maja płakała, choć powiedział jej, że jedzie szu­

kać skarbów dla niej. Przyznał, że długo go nie bę­
dzie. 

213 

background image

Tak długo, że może go zapomnieć. Lecz on bę­

dzie myślał o niej co dzień. 

Zgodziła się, bo tak mówił Reijo. Reijo nie kła­

mał jak inni dorośli. 

Wyjechał, nie przytuliwszy żony. Nie dała mu 

okazji, zachowywała się jednak tak naturalnie, że 

nie zwrócił na to uwagi. Raija została sama i przy­
pomniała sobie rozmowę z Mikkalem. 

To była wolność. 
Tyle że wolność w okowach. 

background image

Epilog 

Przyszła noc Bożego Narodzenia. 
W domku nad morzem paliły się światła. 

Tej zimy sztormy były szczególnie dotkliwe. 

Rybacy świętowali. 

Władca morza nie próżnował. 
W domku nad morzem rozległ się krzyk dziecka. 
Mała, rudowłosa dziewczynka witała surowy, 

zimny świat. 

Raija wzięła ją z miłością w ramiona. To dziecię 

zadało jej najwięcej cierpień. Przez trzy miesiące 
była chora, nie opuszczała łóżka. 

Mieszkańcy osady okazali jej serce. Wcześniej 

darzyli ją niechęcią, teraz z otwartymi ramionami 
przyjęli do swojej społeczności. 

Pokochali Raiję, bo ich potrzebowała. 
Nie rozumieli jej, lecz otoczyli opieką. Ktoś mu­

siał to zrobić, kiedy Reijo odszedł. 

Raija powiedziała im, że Reijo nie wie o dziec­

ku. I że wróci. 

Kręcili głowami. 
Raija nie wątpiła. 

Trzymała córeczkę w ramionach. Niemowlę 

wcale nie przypominało matki. 

215 

background image

Miało zielone oczy, nosek zabawnie wykrzywio­

ny jak u wszystkich z rodu Kesaniemi. Dobrze zro­
biła, że kazała Reijo ruszać w drogę. 

- Damy sobie radę - wyszeptała, przykładając 

usta do główki dziecięcia. - Damy sobie radę. Elise, 
Maja, Knut, ty i ja. Poradzimy sobie, skarbie. Przyj­
dzie jesień i on wróci. Ten, którego tak bardzo 
przypominasz. Reijo, twój tatuś. 

Dała jej na imię Ida. 

Zielonooka, rudowłosa, miała dołeczki w policz­

kach i uśmiech Reijo. 

Raija zastanawiała się, czy Reijo znienawidzi ją 

za to, że milczała. 

Nie mogła postąpić inaczej. 
Reijo nie zdawał sobie sprawy, ile kosztuje swo­

boda. 

Był wolny. 

Ale kiedyś powróci.