background image

HUGH LOFTING 

 

 

 

Ogród zoologiczny 

Doktora Dolittle 

background image

- Polinezjo - powiedziałem opierając się o poręcz krzesła i ogryzając czubek gęsiego 

pióra - jaki byłby według ciebie najlepszy wstęp do nowej książki o doktorze Dolinie? 

Stara papuga, która przeglądała się w szklanym kałamarzu na moim biurku, przestała 

podziwiać swoje odbicie i spojrzała na mnie bystro. 

-  Jeszcze jedna  książka!  -  zawołała  Polinezja.  - Więc  będzie  jeszcze  jedna  książka  o 

doktorze Dolinie? 

-  Rozumie  się,  oczywiście  -  powiedziałem  -  przecież  chcielibyśmy  opisać  wszystkie 

przygody z życia doktora, a pozostało ich jeszcze bardzo dużo. 

-  Tak,  tak,  masz  słuszność  -  odpowiedziała  Polinezja.  -  Zastanawiałam  się  tylko  nad 

tym, kto właściwie decyduje, ile książek o doktorze Dolinie ma się jeszcze ukazać. 

- Myślę, że przede wszystkim czytelnicy. Ale powiedz mi, od czego ty zaczęłabyś tę 

nową książkę? 

- Szanowny panie Tomaszu Stubbins - powiedziała Polinezja i zmrużyła oczy. - Na to 

pytanie trudno jest odpowiedzieć. W życiu doktora Dolittle było tyle ciekawych przygód, że 

raczej chodzi o to, co opuścić, a nie o to, co wybrać. Twoje włosy, kochany Tomku, siwieją już 

nieco na skroniach. Gdybyś rzeczywiście chciał opisać wszystko, co się doktorowi zdarzyło, 

byłbyś chyba w moim wieku, zanim byś doszedł do końca. Chociaż nie dla uczonych piszesz 

twoją książkę, muszę ci wyznać, często myślę o tym, że ty, jako jedyny człowiek, który poza 

doktorem  Dolittle  zna  mowę  zwierząt,  że  ty  właściwie  powinieneś  napisać  coś  uczonego  z 

dziedziny nauk przyrodniczych. Mam na myśli coś uczonego, z czego ludzie mogliby osiągnąć 

jakąś  korzyść.  Ale  może  to  jeszcze  kiedyś  nastąpi.  Jak  powiedziałeś,  dzieje  życia  tego 

wielkiego człowieka wciąż nas jeszcze zajmują. Jak zacząć opowiadanie? Hm! Dlaczego nie 

rozpocząć od tej chwili, kiedy to wszyscy razem wracaliśmy do Puddleby nad rzeką Marsh we 

wnętrzu olbrzymiego Ślimaka; pamiętasz tę podróż po dnie morskim? 

-  Tak  -  powiedziałem  -  sam  myślałem  już  o  tym,  żeby  od  tego  zacząć  (gdyż  liczne, 

piętrzące się jedna za drugą przygody, które potem nastąpiły, odsunęły tę historię w dal). 

- Tak, tak, ale teraz idzie mi o „co” niż o „jak”; co opuścić, a co opowiedzieć? Które 

przygody i zdarzenia są najciekawsze i powinny być opisane? 

- Hm - powiedziała Polinezja - oto pytanie! Jakże często, gdy doktor, wybierając się w 

podróż, pakował swoją czarną torbę, słyszałam go mówiącego to samo: 

„Co zostawić, a co zabrać ze sobą, oto pytanie”. Mógł przez pół godziny rozmyślać, czy 

ma zapakować brzytwę, czy nie. Twierdził, że odłamkiem szkła z potłuczonej butelki można 

się także doskonale ogolić, jeśli się umie właściwie go używać. Wiesz przecież, jak nie cierpiał 

zabierania dużego bagażu w podróż. Zazwyczaj więc postanawiał zostawiać brzytwę w domu. 

background image

Ale  obie  z  Dab-Dab  bałyśmy  się  tak  bardzo,  żeby  się  doktor  nie  skaleczył  szkłem,  że 

otwierałyśmy za każdym razem przed jego odjazdem torbę i skrycie wkładałyśmy tam brzytwę. 

A ponieważ doktor potem nie mógł sobie nigdy przypomnieć, jak ostatecznie rozstrzygnął tę 

kwestię, więc udawało się nam to bardzo dobrze. 

- Tak, tak – powiedziałem - ale na moje pytanie nie dałaś mi jeszcze odpowiedzi. 

Polinezja milczała przez chwilę. 

- Jak się ta książka ma nazywać? 

- OGRÓD ZOOLOGICZNY DOKTORA DOLITTLE. 

- Hm - mruknęła - więc musisz się jak najprędzej zabrać do tej części opowiadania, w 

której  jest  mowa  o  ogrodzie  zoologicznym.  Ale  przedtem  byłoby  dobrze  powiedzieć  coś  o 

twoim  powrocie,  o  rodzicach  i  o  innych  rzeczach.  Pomyśl,  że  byłeś  prawie  przez  trzy  lata 

nieobecny.  Jest  to  co  prawda  trochę  sentymentalne.  Ale  niektórzy  ludzie  lubią  książki 

wzruszające.  Naprawdę,  znałam  pewną  starszą  panią,  która  przepadała  za  książkami 

wzruszającymi ją do łez. Zwykła... 

- Tak, tak - przerwałem jej szybko, gdy spostrzegłem, że stara papuga zbacza na inny 

temat. - Wróćmy do tego, o czym mówiliśmy. 

- A więc - rzekła Polinezja - zdaje mi się, że będzie najlepiej, jeśli będziesz mi głośno 

czytał wszystko, co napiszesz. Gdy zasnę, poznasz po tym, że stajesz się nudny; musisz się 

starać pisać żywo i barwnie, bo teraz, gdy się starzeję, jest mi coraz trudniej nie zasypiać po 

jedzeniu. Tak, tak, właśnie przedtem, zanim przyszedłeś, zjadłam obfity obiad. Czy masz dość 

papieru? Tak. A atrament? Dobrze. Więc zaczynaj. 

Wziąłem nowe gęsie pióro, zaostrzyłem je uważnie i zacząłem. 

background image

ROZDZIAŁ I  

POSELSTWO OD DAB-DAB 

 

Doktorowi Dolittle przypomniało się nagle, że pod wrażeniem powrotu do domu nie 

pożegnał się ze Ślimakiem, który zabrał nas w tę długą i niebezpieczną podróż i szczęśliwie 

dowiózł  do  brzegów  ojczystych.  Zawołał  więc  do  nas,  żebyśmy  poczekali,  i  pobiegł  z 

powrotem na wybrzeże. 

Pożegnanie trwało niedługo, doktor rozstał się z olbrzymim mięczakiem i wrócił do nas. 

Przez  chwilę  staliśmy  na  miejscu  z  tobołkami  w  rękach  i  przyglądaliśmy  się  Ślimakowi, 

którego  olbrzymia  skorupa  ginęła  we  mgle.  Wydawał  się  istotnie  częścią  morskiego 

krajobrazu, gdyż jego ogromne szare ciało wyglądało jak dalszy ciąg długiej ławicy piasku, na 

której spoczywał. Lekkim, prawie niewidocznym ruchem, tak płynnym i miękkim, że trudno 

było dostrzec jakikolwiek wysiłek mięśni, wśliznął swe potężne ciało w głąb wody. Im bardziej 

się  oddalał,  tym  głębiej  i  głębiej,  coraz  głębiej  pogrążał  się  w  falach,  aż  było  widać  tylko 

wierzch jego skorupy, szaroróżową plamą odcinający się na tle bezbarwnego morza. Potem 

zniknął bez śladu i bez dźwięku. Zwróciliśmy teraz nasze spojrzenia na miasto Puddleby, nasze 

miasto rodzinne. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  jakie  zapasy  przygotowała  Dab-Dab  -  powiedział  doktor, 

gdyśmy szli gęsiego za Jipem, który szukał drogi w grząskim gruncie. - Spodziewam się, że 

będzie pod dostatkiem jedzenia. Jestem porządnie głodny. 

- Ja także - powiedział Bumpo. 

W tej samej chwili ujrzeliśmy nad naszymi głowami krążące we mgle i deszczu dwie 

duże, piękne dzikie kaczki, które siadły u nóg doktora Dolittle. 

- Dab-Dab  -  rzekły  -  poleciła nam  prosić pana, abyś  raczył  pośpieszyć się i  schronić 

przed deszczem jak najprędzej w domu. Oczekuje pana. 

- Ach, to świetnie! - zawołał doktor. - Skądże wie, że wracamy? 

- To myśmy ją o tym zawiadomiły - oświadczyły kaczki. - Leciałyśmy w stronę lądu 

(nad  Irlandią  szalała  gwałtowna  burza,  która  nadciąga  już  tutaj)  i  spostrzegłyśmy  pana 

wychodzącego  na  brzeg  ze  skorupy  Ślimaka.  Poleciałyśmy  do  Dab-Dab,  aby  ją  o  tym 

zawiadomić. Cieszymy się bardzo, że pan powrócił. Dab-Dab prosiła nas, abyśmy pofrunęły do 

pana z kilkoma poleceniami, bo sama była bardzo zajęta wietrzeniem pościeli. Prosi, aby pan 

po  drodze  wstąpił  do  rzeźnika  i  kupił  kilo  serdelków.  Cukru  jej  też  zabrakło,  a  poza  tym 

potrzeba jej koniecznie kilku świec. 

- Bardzo dziękuję - rzekł doktor. - To bardzo ładnie z waszej strony. Załatwię wszystko. 

background image

Jakże  prędko  przefrunęłyście  tę  drogę  tam  i  z  powrotem!  Zdaje  mi  się,  że  od  naszego 

wylądowania upłynęła zaledwie jedna minuta. 

-  O  -  rzekły  kaczki  -  jesteśmy  bardzo  szybkimi  letniczkami;  nie  latamy  pięknie,  ale 

pewnie i wytrwale. 

- Czy deszcz nie stanowi dla was przeszkody? - zapytał doktor. 

- Nam żaden deszcz nie szkodzi - odrzekły kaczki. - Istnieją co prawda ptaki lądowe, 

którym mokre upierzenie bardzo przeszkadza w locie; ale naturalnie w deszcz lata się wolniej, 

gdyż powietrze jest cięższe. 

- Oczywiście - powiedział doktor Dolittle. - Ale teraz chodźmy prędko do domu. Jip, 

pokażesz nam drogę, prawda? Potrafisz przecież lepiej od nas odnaleźć twardy grunt. 

- Teraz zważcie, co powiem, moje drogie - wmieszała się do rozmowy Polinezja, gdy 

kaczki  zabierały  się  do  odlotu.  -  Nie  rozpowiadajcie  wszystkim  o  powrocie  doktora.  Jan 

Dolittle  wraca  z  długiej  i  męczącej  podróży.  Wiecie  przecież,  co  nastąpi,  gdy  się  rozniesie 

wieść, że doktor jest znów w domu: wszystkie ptaki, wszystkie zwierzęta z całej okolicy będą 

oblegać wejście od kuchni ze swoim kaszlem, katarem i Bóg wie czym. Te, którym nic nie jest, 

wymyślą  sobie  jakąś  chorobę,  aby  tylko  mieć  powód  do  odwiedzin.  Doktor  musi  najpierw 

trochę wypocząć, zanim zacznie znów przyjmować chorych. 

- Nie, nie, nie opowiemy o tym nikomu - zapewniały kaczki - w każdym razie nie dziś 

wieczorem, jakkolwiek mnóstwo dzikich ptaków już od dawna dopytuje się o niego i wszystkie 

chciałyby wiedzieć, kiedy powróci. Nigdy dotąd nie przebywał tak długo poza domem. 

- Hm! - zamruczała Polinezja, gdy kaczki z szumem skrzydeł znikły w mokrej mgle nad 

naszymi głowami. - Teraz prawdopodobnie Jan Dolittle będzie musiał każdemu ślimakowi i 

każdemu włóczędze, którego spotka po drodze, zdawać sprawę ze swoich kroków i czynów. 

Biedny człowiek! Jakże śmiał oddalać się na tak długo! Oto sława! Cieszę się, że nie jestem 

lekarzem. Ach, co za deszcz! Weź mnie pod marynarkę, Tomku! Woda kapie mi ze skrzydeł i 

psuje humor. 

Gdyby Jip nie był tak dobrym przewodnikiem, byłoby bardzo trudno znaleźć w tych 

moczarach drogę do miasta. Było późne popołudnie i zaczynało się już ściemniać. Znad morza 

nadciągały wciąż nowe tumany mgły, skłębiały się gęsto i tak zacierały wszystko wokoło, że 

nie widać było własnej ręki. Dźwięki dzwonu z kościoła w Puddleby były jedynym odgłosem 

czy znakiem cywilizacji dochodzącym do nas. 

Ale Jip, ze swoim doskonałym węchem, był w takiej okolicy po prostu nieocenionym 

przewodnikiem. Moczary były we wszystkich kierunkach pocięte i poryte głębokimi bruzdami, 

które  teraz  ulewa  napełniła  wodą  niby  koryto  rzeki.  Mogły  przeciąć  drogę  nieopatrznemu 

background image

wędrowcowi i oddać go na łaskę i niełaskę wzbierających wód. Ale mimo chętki uganiania się 

za przebiegającymi szczurami Jip, jako dobry przewodnik, prowadził nas omijając wszystkie 

niebezpieczeństwa i zawsze znajdował dla naszych kroków stały grunt pod nogami. 

W końcu znaleźliśmy się na rozległym wysokim wzgórzu, wznoszącym się na jednym z 

brzegów  rzeki  Marsh.  Stąd  mogliśmy  się  przedostać  na  most.  Wkrótce  dotarliśmy  też  na 

przedmieście. Poza nami widać jeszcze było w tumanach mgły, wśród rwących wód, po lewej 

stronie szary, upiorny żagiel łodzi rybackiej powracającej jak my z morza do domu. 

background image

ROZDZIAŁ II 

POWRÓT WĘDROWCA 

 

Gdyśmy się zbliżali do miasta i ujrzeli światełka na Moście Królewskim, błyszczące 

poprzez szarą mgłę, Polinezja odezwała się: 

- Byłoby o wiele rozsądniej, Janie Dolittle, gdybyś polecił Tomkowi kupić serdelki, a 

sam ominął miasto, bo gdy cię dzieci i psy poznają, nie wrócisz chyba nigdy do domu. Wiesz o 

tym sam najlepiej. 

- Tak, zdaje mi się, że masz słuszność, Polinezjo - odrzekł doktor - możemy tu skręcić 

na północ i dojść polem do ulicy Wołowej. 

Poszedłem więc sam do miasta, a całe towarzystwo z doktorem na czele udało się w 

drogę  do  domu.  Było  mi  trochę  smutno,  iż  nie  wezmę  udziału  w  uroczystości  powitania 

doktora. Ale byłem za to choć w części wynagrodzony. Gdy tak sam jeden szedłem przez Most 

Królewski, wkraczałem do miasta rodzinnego niby zwycięski wędrowiec z dalekich krajów. 

Boże wielki! Krzysztof Kolumb, wracający dopiero co po odkryciu Ameryki, nie mógł się czuć 

bardziej dumny niż owego wieczoru ja, Tom Stubbins, syn szewca. 

Jedną z pomniejszych przyczyn, która potęgowała moje wzruszenie, było to,  że nikt 

mnie nie poznawał. Wydawałem się sam sobie zaczarowaną postacią z „Tysiąca i jednej nocy”, 

która,  sama  widząc,  nie  była  przez  nikogo  widziana.  Byłem  teraz  o  trzy  lata  starszy  i’ 

osiągnąłem wiek, w którym chłopiec wyrasta w górę jak młode drzewko i zmienia się bardzo. 

Gdy  w  słabym  świetle  latarń  ulicznych  szedłem  do  sklepu  rzeźnika  na  ulicy  głównej, 

poznawałem co drugiego spotykanego przechodnia. Uśmiechałem się do siebie na myśl, jak 

bardzo  byliby  zdziwieni,  gdybym  im  opowiedział,  kim  jestem  i  jakie  nadzwyczajne  rzeczy 

widziałem i robiłem od czasu, gdym po raz ostatni stąpał po tym bruku. Potem zdawało mi się, 

że widzę siebie samego siedzącego na murze przybrzeżnym, machającego nogami nad wodą, 

tak jak to często czyniłem, śledząc oczyma znikające statki i marząc o krajach, których jeszcze 

nigdy nie widziałem. 

Na rynku przed słabo oświetlonym sklepem ujrzałem postać, którą poznałbym zawsze i 

wszędzie.  Był  to  Mateusz  Mugg,  karmiciel  kotów.  Dla  żartu,  aby  się  przekonać,  czy  mnie 

pozna, stanąłem obok i  przyglądałem się  razem  z nim wystawie sklepowej.  Nagle odwrócił 

głowę i spojrzał na mnie. Nie, naprawdę nie poznał mnie! Bardzo rozbawiony wszedłem do 

rzeźnika.  Poprosiłem  o  serdelki.  Zważono  mi  je,  zapakowano  i  podano.  Rzeźnik  był  moim 

starym znajomym, ale spojrzał tylko na ubranie (połatane, poplamione i strasznie wyrośnięte), a 

poza tym nie objawił niczym ani ciekawości, ani tego, że mu kogoś przypominam. Ale gdy 

background image

przyszło do płacenia, spostrzegłem z zakłopotaniem, że nie mam w kieszeni innych pieniędzy 

prócz dwóch wielkich, hiszpańskich srebrnych monet, pamiątki naszych burzliwych odwiedzin 

na wyspach Capa Blanca. Rzeźnik spojrzał na monety i potrząsnął głową. 

- Przyjmujemy tylko angielskie pieniądze - powiedział. 

- Bardzo mi przykro - usprawiedliwiałem się - ale to jest wszystko, co posiadam. Jak 

pan widzi, to prawdziwe srebro. Jedna moneta warta jest co najmniej pięć szylingów. 

- Możliwe - powiedział rzeźnik - ale ja nie mogę tego przyjąć. 

Wydawał  się  bardzo  podejrzliwy  i  rozgniewany.  Gdy  się  zastanawiałem,  co  robić, 

zauważyłem, że w sklepie była trzecia osoba, zainteresowana tym, co się dzieje. Odwróciłem 

głowę. Był to Mateusz Mugg, który wszedł tu za mną. 

Jego  oko,  to,  które  zezowało,  mierzyło  mnie  ciekawym,  na  pół  poznającym 

spojrzeniem. Nagle rzucił się do mnie i schwycił mnie za rękę. 

- Tomek, czy to ty, czy to ty naprawdę?! - zawołał. - Jak Boga kocham, to jest Tomek 

Stubbins, rodzona matka by go nie poznała, tak wyrósł, taki się zrobił ładny, a brązowy jak 

czekoladka. 

Mateusz  był  naturalnie  dobrze  znany  wszystkim  kupcom  w  mieście,  a  szczególnie 

rzeźnikowi, u którego kupował kości i ochłapy mięsa dla psów i kotów. 

-  Ależ,  Alfredzie,  przecież  to  jest  chłopak  Jakuba  Stubbinsa,  Tomek  Stubbins,  który 

wraca z dalekich krajów. O te pieniądze nie masz potrzeby się martwić. Alfredzie. Założę się, 

że on załatwia sprawunki dla doktora. Przywiozłeś przecież doktora ze sobą, co? - zapytał i 

spojrzał na mnie z niepokojem. - Nie wróciłeś chyba sam? 

- Nie - rzekłem - doktor wrócił, jest cały i zdrów. 

-  Dopiero  coście  przyjechali,  tak?  -  pytał  dalej.  -  Dziś  wieczorem,  prawda?  Przecież 

gdyby Jan Dolittle przybył już dawniej, musiałbym o tym wiedzieć. 

Powiedziałem mu, że doktor znajduje się w drodze do domu, że prosił mnie, abym mu 

załatwił kilka sprawunków, ale że niestety mam tylko zagraniczne pieniądze przy sobie. 

Powiedziałem to wyniosłym tonem doświadczonego podróżnika i spojrzałem nieco z 

góry na upartego rzeźnika, który w swoim małomiasteczkowym ograniczeniu nie mógł pojąć 

kłopotów przybyłego z daleka żeglarza. 

- Ach, Alfred da ci serdelki - uspokajał mnie Mateusz. 

- Ależ rozumie się, wszystko w porządku, Tomku -zgodził się rzeźnik z uśmiechem. - 

Chociaż nie jesteśmy kantorem wymiany. Gdybyś był od razu powiedział, kim jesteś i dla kogo 

kupujesz serdelki, dałbym ci je natychmiast bez słowa, jakkolwiek doktor nie był nigdy zbyt 

punktualny  w  płaceniu.  Weź  wędlinę  i  powiedz  Janowi  Dolittle,  że  cieszę  się  z  jego 

background image

szczęśliwego powrotu. 

-  Bardzo  dziękuję!  -  powiedziałem  z  godnością.  Potem  udałem  się  znów  w  drogę, 

trzymając w jednej ręce serdelki - drugiej uczepił się Mateusz Mugg. 

-  Musisz  wiedzieć,  Tomku  -  mówił,  gdyśmy  skręcali  na  ulicę  Wołową  -  że  przez  te 

wszystkie lata, za każdym powrotem doktora, witałem go zaraz pierwszego wieczora w jego 

domu. Nie uprzedza mnie wprawdzie nigdy, kiedy wraca. Uchowaj Boże! Prawdopodobnie nie 

chce, żeby o tym wiedziano. Zawsze jednak dowiaduję się tego w jakiś sposób, choćby był w 

mieście zaledwie od godziny, i zaraz witam go, rozumie się. Gdy już jestem u niego w domu, 

przyzwyczaja  się  do  mnie  od  razu  i  cieszy  się,  że  mnie  widzi.  Przeżyłeś  pewnie  mnóstwo 

przygód  i  widziałeś  dużo  ciekawych  rzeczy,  Tomku,  od  czasu  gdyśmy  się  po  raz  ostatni 

widzieli? 

-  Tak,  Mateuszu  -  odpowiedziałem  –  widziałem  więcej,  niż  się  tego  kiedykolwiek 

spodziewałem  i  marzyłem.  Przywieźliśmy  całą  teczkę  notatek  z  podróży  i  wspaniały  zbiór 

roślin  zebranych  przez  indiańskiego  przyrodnika  -  bardzo  ważny  i  cenny  zbiór.  I,  wyobraź 

sobie, Mateuszu, przyjechaliśmy w skorupie olbrzymiego Ślimaka morskiego, który z nami na 

grzbiecie przepełznął przez całą drogę z jednej strony Oceanu Atlantyckiego aż tutaj, przez całe 

dno morskie. 

-  No,  no,  to  dopiero  doktor  Dolittle  widział  i  przeżył  mnóstwo  osobliwych, 

nadzwyczajnych rzeczy - powiedział Mateusz. - Przestałem już opowiadać o jego podróżach i 

niezwykłych czynach. Dawniej w gospodzie „Pod Czerwonym Lwem” mówiłem dużo o jego 

przygodach, szczególnie w takie wieczory jak dzisiejszy, kiedy się chętnie słucha opowiadań. 

Ale teraz już tego nie robię. Jest to to samo, co z mową zwierząt: ludzie nie chcą w to wierzyć. 

Po co więc o tym rozpowiadać? 

Przeszliśmy już przez całą ulicę Wołową i zbliżyliśmy się do domu doktora. Było już 

zupełnie ciemno. Ale w krzakach i obok na drzewach, i nad naszymi głowami słychać było 

świegotanie i trzepotanie się ptaków. Mimo próśb Polinezji wieść o powrocie doktora rozeszła 

się już w tajemniczy sposób, tak jak to zwykle bywa w świecie zwierzęcym. Było ciągle zimno 

i ptaki przelotne jeszcze nie wróciły. Ale wokół słynnego domku w dużym ogrodzie zebrało się 

tysiące  wróbli,  gilów,  szpaków,  drozdów,  wron,  aby  święcić  powrót  wielkiego  człowieka. 

Gromady ptactwa gotowe były czuwać całą noc, by go rano ujrzeć. 

Gdy wszedłem po stopniach i otworzyłem małe drzwiczki, uprzytomniłem sobie wielką 

różnicę między tą nadzwyczajną miłością, jaką doktor był tu otoczony, a nietrwałą przyjaźnią 

ludzką. Wystarczyło być nieobecnym przez trzy lata, aby zostać nie poznanym przez garstkę 

przyjaciół. Ale przyjaciele doktora Dolittle ze świata zwierząt witali go tym serdeczniej, im 

background image

dłużej był nieobecny. 

background image

ROZDZIAŁ III 

WIELKA NIESPODZIANKA 

 

Mimo  wszystko  jednak  i  ja  byłem  świadkiem  powrotu  doktora  Dolittle  do  domu. 

Gdyśmy  z  Mateuszem  weszli  przez  drzwi  kuchenne,  wyczuliśmy  od  razu  jakąś  tajemniczą 

atmosferę wokół domu. Oczekiwaliśmy hałaśliwego powitania, całej masy pytań i tak dalej. 

Tymczasem nikogo nie było widać prócz doktora i Dab-Dab, która od razu złajała mnie za to, 

że zmarnowałem tyle czasu na kupowanie serdelków. 

- Ale gdzież jest Geb-Geb? - zapytał doktor, gdyśmy weszli. 

-  Skądże,  na  Boga,  miałabym  o  tym  wiedzieć,  panie  doktorze?  -  odpowiedziała 

Dab-Dab. - Zjawi się z pewnością, a z nim wszyscy inni. Czyście umyli ręce przed kolacją? Nie 

odkładajcie tego, proszę was, na ostatnią chwilę, jak zwykle. Za pięć minut podaję do stołu. 

Tomku,  możesz  mi  pomóc  przy  gotowaniu  serdelków.  Ale  czy  będziemy  jedli  kolację  w 

jadalni, panie doktorze? 

-  W  jadalni?!  -  zawołał  doktor.  -  Dlaczego  w  jadalni?  Dlaczego  nie  w  kuchni  jak 

zwykle? 

-  Kuchnia  za  mała  na  to  -  mruknęła  Dab-Dab.  Poznałem  od  razu  po  jej  tajemniczej 

minie, że szykuje się jakaś niespodzianka. I rzeczywiście, wystarczyło tylko otworzyć drzwi 

jadalni! Całe towarzystwo: Geb-Geb, Tu-Tu, Sus, Toby i biała mysz, ukazało się w przebraniu. 

Była to niespodzianka obmyślona na cześć doktora. 

Jadalnia była zabawnym, staroświeckim pokojem od parady, który doktor zamknął już 

przed  laty,  wtedy  gdy  się  rozstał  ze  swoją  siostrą  Sarą;  nie  używał  go  odtąd  nigdy.  Ale  na 

dzisiejszy wieczór jadalnia była przystrojona girlandami z kolorowych papierów, wstążkami i 

zielenią. Zwierzęta przebrały się wszystkie w swe dawne kostiumy z pantomimy, nawet biała 

myszka przystroiła się w kurteczkę i maleńkie spodenki, w których występowała przed laty w 

słynnym Cyrku-Dolittle. 

Gdy  doktor  ukazał  się  w  drzwiach,  wszczął  się  gwar,  którego  brak  odczuliśmy 

wchodząc do domu. Rozległy się powitalne szczekania, kwiki i piski. Ale wszystko odbywało 

się  w  największym  porządku,  gdyż  widocznie  program  uroczystości  był  z  góry  ustalony. 

Kolacja była bardzo wystawna, stół uginał się po prostu od mnóstwa owoców i smakołyków 

wszelkiego rodzaju. Między jednym daniem a drugim odbywały się występy zwierząt, które 

pozostały  w  domu.  Geb-Geb  wypowiedziało  jeden  ze  swych  utworów  na  cześć  smacznego 

jedzenia, pod tytułem: „Zwiędły kalafior”:  Toby i  Sus zaprezentowali mecz bokserski, przy 

czym  arena  znajdowała  się  pośrodku  stołu.  Mieli  na  przednich  łapach  prawdziwe  rękawice 

background image

bokserskie. A biała myszka urządziła przedstawienie, które nazwała „cyrkiem w kieliszku”. 

Odbywało się rzeczywiście w wielkim szklanym kielichu i zrobiło na mnie ogromne wrażenie. 

Biała  myszka  była  dyrektorem  cyrku  i  z  dumną  miną  paradowała  na  tylnych  nóżkach,  w 

maleńkim papierowym  cylindrze na główce. W jej  zespole znajdowała się mistrzyni  konnej 

jazdy  bez  siodła,  klown  i  pogromca  lwów.  Mistrzyni  jazdy  była  również  białą  myszą, 

przystrojoną w spódniczkę baletniczki z ozdobnej serwetki. Rumakiem jej była wiewiórka, na 

której  jeździła  z  największą  szybkością,  jaką  kiedykolwiek  widziałem.  Pogromca  lwów  był 

również myszą, a rolę lwa odgrywał szczur, który przystroił sobie głowę sznurkami udającymi 

grzywę.  Słowem,  „cyrk  w  kieliszku”  był  największą  atrakcją  wieczoru.  Biała  myszka 

ucharakteryzowała się doskonale. Sus, stary klown z cyrku Dolittle, pożyczył jej tłustej czarnej 

szminki,  którą  wysmarowała  swoje  wąsiki;  wyglądały  jak  długie,  zakręcone  wąsy 

prawdziwego  dyrektora  cyrku.  Mistrzyni  jazdy  bez  siodła  skakała  przez  papierowe  kółka, 

mysz-klown, umalowana na czerwono i biało, fikała koziołki, a lew-szczur ryczał dziko. 

- Nie mogę pojąć, jak zdążyliście na czas z przygotowaniem tego widowiska? - zapytał 

doktor,  który  śmiał  się  do  łez  ze  sztuk  mysiego  klowna.  -  To  przewyższa  wszystko,  co 

wystawiałem we własnym cyrku. A przecież dowiedzieliście się o moim powrocie zaledwie na 

pół godziny przed naszym przybyciem tutaj. Jak wam się udało zdążyć z tym wszystkim? 

-  O  tym  się  pan  dowie,  doktorze,  gdy  pan  wejdzie  na  górę  -  powiedziała  Dab-Dab 

surowo.  -  To  był  pomysł  Geb-Geb.  Przewróciły  mi  cały  dom  do  góry  nogami,  szukając 

kostiumów i strojów, a cały ogród skopały, żeby zdobyć tę zieleninę. Dla takich głupstw! I to 

teraz, kiedy mi każde z nich było potrzebne do pomocy, żeby doprowadzić dom do porządku na 

przyjęcie pana. 

-  Ach,  nie  martw  się  tym,  Dab-Dab  -  uspokajał  ją  doktor,  nie  przestając  się  śmiać  - 

opłaciło się. Jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawiłem. Uporządkujemy dom na nowo. Masz 

przecież teraz do pomocy Tomka, Bumpa i mnie. 

- Tak, ale przecież nie wiem jeszcze, gdzie położę Bumpa - kłopotała się Dab-Dab. - 

Przecież on się nie zmieści w żadnym z naszych łóżek. 

- No, znajdziemy i na to jakąś radę - rzekł doktor. - W ostateczności można ułożyć dwa 

materace na podłodze. 

-  A  teraz,  doktorze  -  zawołało  Geb-Geb  -  zaczyna  się  pana  rola  w  przedstawieniu. 

Chcemy się wszystkiego dowiedzieć o pańskiej podróży od chwil? kiedy nas pan opuścił. 

-  Tak,  tak!  -  wykrzyknęło  całe  towarzystwo.  -Niech  pan  nam  opowie  wszystko  od 

początku. 

-  Ależ,  na  miłość  Boską!  -  zawołał  doktor  Dolittle.  -  Nie  mogę  wam  przecież  przez 

background image

jeden wieczór przeczytać całego dziennika podróży, która trwała trzy lata. 

- Więc niech pan nam opowie przynajmniej niektóre wyjątki  - pisnęła biała mysz - a 

resztę niech pan zostawi na jutrzejszy wieczór. 

Doktor Dolittle zapalił fajkę, którą mu Czi-Czi podała wraz z woreczkiem na tytoń, i 

zaczął  opowiadać  od  początku  przebieg  swojej  podróży.  Był  to  prześliczny  obraz:  wokoło 

długiego  stołu  w  jadalni,  jedno  przy  drugim,  tłoczyły  się  zasłuchane  i  wpatrzone  oblicza 

ludzkie  i  zwierzęce.  O  ile  pamiętam,  nigdy  jeszcze  otoczenie  doktora  nie  było  tak  liczne  i 

kompletne: Bumpo, Mateusz, ja, Dab-Dab, Geb-Geb, Czi-Czi, Polinezja, Jip, Tu-Tu, Toby, Sus 

i biała mysz. 

I właśnie gdy doktor rozpoczynał, ktoś zastukał w okno, a jakiś głos zawołał: 

- Wpuśćcie mnie! I ja chciałbym posłuchać. 

Był  to  kulawy  koń  ze  stajni.  Usłyszał  gwar  i  domyślił  się,  że  to  doktor  powrócił. 

Pośpieszył więc, aby również wziąć udział w przyjęciu. 

Ku  wielkiemu  niezadowoleniu  Dab-Dab  otwarto  podwójne  oszklone  drzwi,  które 

prowadziły do ogrodu, i stary kulawy koń wszedł do pokoju. Gospodyni nakazała jednak, abym 

temu  nowemu  gościowi  oczyścił  kopyta,  zanim  mu  pozwoliła  stąpnąć  na  dywan.  Było  to 

zdumiewające, z jakim zrozumieniem koń przystosował się do nowego otoczenia. Przeszedł 

przez  pokój  nie  potrącając  niczego  i  zajął  miejsce  między  krzesłem  doktora  a  kredensem. 

Musiał, jak mówił, usiąść przy doktorze, gdyż ma słuch osłabiony. Doktor Dolittle ucieszył się 

niezmiernie odwiedzinami konia. 

- Wybierałem się właśnie do stajni, gdy podano kolację - powiedział. - Wiesz przecież, 

jak Dab-Dab nie lubi czekać. Czy przez czas mojej nieobecności miałeś pod dostatkiem owsa i 

jęczmienia? 

-  Bardzo  dziękuję  -  powiedział  koń  -  wszystko  było  w  najlepszym  porządku.  Tylko 

czułem się bardzo osamotniony bez pana i bez Jipa, bardzo osamotniony. 

Doktor na nowo rozsiadł się wygodnie i chciał zacząć opowiadanie, gdy znowu rozległo 

się pukanie w okno. 

-  Olaboga,  co  tam  znowu?  -  zakwiczało  Geb-Geb.  Otworzyłem  okno,  przez  które 

wpadły trzy ptaki: 

Pyskacz ze swoją małżonką Świergotką i sławny Śmigły, przywódca jaskółek. 

- Nareszcie! - zaćwierkał wróbel i sfrunął na stół. - Jeżeli komuś uda się włamać do tego 

domu,  ma  prawo  wziąć  wszystko,  co  zobaczy.  Ja  z  moją  Świergotką  pukaliśmy  już  do 

wszystkich okien i drzwi, żeby wybadać, którędy uda się wlecieć. Nie o wiele trudniej byłoby 

włamać  się  do  Banku  Angielskiego.  No,  doktorku,  jesteśmy  znowu  razem  w  starej  budzie. 

background image

Cieszę się bardzo. Klapnęliśmy sobie właśnie z moją starą na wieży kościoła św. Pawła, a tu 

słyszymy,  że  pod  nami  gołębie  coś  tam  sobie  gruchają  do  siebie.  I  okazało  się,  że  ktoś  im 

doniósł,  że pan powrócił. Wtedy powiedziałem  do Świergotki. „Świergotko  - powiedziałem 

-polecimy do Puddleby i przekonamy się, czy to prawda”. „Dobrze mówisz” - powiedziała. I 

oto jesteśmy. Muszę powiedzieć, że... 

- Ach, bądźże już cicho - przerwała mu Tu-Tu. - Doktor zaczął nam właśnie opowiadać 

o swojej podróży. Wcale nie mamy ochoty słuchać tu ciebie przez całą noc. 

-  Już  dobrze,  starucho  krzywooka,  tylko  spokojnie  -  odrzekł  Pyskacz  dziobnąwszy 

okruch ze stołu i mówiąc dalej pełnym dziobem - tylko mi się tak nie pusz! Odkąd to ten dom 

jest twoją własnością? Chodź, Śmigły, chodź, tutaj jest cieplej. 

Sławny przywódca jaskółek, pierwszy mistrz w szybkości lotu nad Europą, Afryką i 

Ameryką, sfrunął skromnie do ciepłego kącika pod światłem świec. Śmigły przyleciał w tym 

roku  wcześniej  do  Europy,  ale  ciepło,  które  go  skusiło  do  odlotu  na  północ,  ustąpiło  teraz 

miejsca ostrym przymrozkom. Gdy Śmigły usiadł pośrodku stołu, ujrzeliśmy, że drży z zimna. 

- Cieszę się, że pana widzę, doktorze Dolittle  - powiedział spokojnie. - Przepraszam, 

żeśmy panu przerwali. Proszę, niech pan opowiada dalej. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

NOWY OGRÓD ZOOLOGICZNY 

 

Do późnej nocy Jan Dolittle opowiadał przyjaciołom historię swojej podróży. Geb-Geb 

od czasu do czasu zapadało w drzemkę, a budząc gniewało się samo na siebie, obawiając się, że 

straciło najpiękniejsze szczegóły opowiadania. 

Około godziny drugiej po północy zapędził doktor wszystkich do łóżka, chociaż nie 

dociągnął  jeszcze  do  połowy  opowiadania,  i  zostawił  resztę  swoich  przygód  na  jutrzejszy 

wieczór. 

Zdaje  mi  się,  że  następny  dzień  był  dla  doktora  jednym  z  najbardziej  męczących  w 

całym jego życiu. Wszyscy i wszystko na każdym kroku domagało się jego uwagi i opieki. 

Przede wszystkim przed drzwiami gabinetu lekarskiego czekali na niego pacjenci: wiewiórka z 

odłamanym pazurkiem, królik z wyłysiała sierścią i lis z zapaleniem oka. 

A  potem  ogród,  ukochany  ogród  doktora  Dolittle.  W  jakim  stanie  znajdował  się  ten 

ogród!  Chwasty  zarastające  go  przez  trzy  lata,  trzy  lata  zdziczenia,  trzy  lata  opuszczenia! 

Doktor płakał nieledwie, gdy wyszedłszy rano przez drzwi kuchenne, ujrzał to zniszczenie w 

jasnym blasku porannego słońca. Na szczęście ptaki, które czekały całą noc, aby go powitać, 

skierowały na pewien czas jego myśli w inną stronę. Wyglądał jak święty Franciszek, gdy szedł 

przez o-gród, okrążony chmurą gołębi, szpaków, wron, drozdów i czyżyków. 

Obaj  z  Bumpem  zauważyliśmy,  jak  bardzo  doktor  zmartwił  się  smutnym  stanem 

ogrodu, i postanowiliśmy zaraz zająć się jego uporządkowaniem. Czi-Czi także ofiarowała swą 

pomoc  i  mnóstwo  mniejszych  zwierzątek:  myszy  polne,  szczury,  bobry  i  wiewiórki. 

Zdumiewające było, co te małe stworzenia mogły zdziałać. Na przykład dwie rodziny kretów, 

od których zazwyczaj w ogrodzie opędzają się ludzie jak od zarazy, przekopały, gdy doktor 

objaśnił, czego chce, wszystkie grządki z ziołami pod murem koło drzewek brzoskwiniowych, 

a  zrobiły  to  lepiej  od  zawodowego  ogrodnika.  Oczyściły  korzenie  drzew  i  krzewów  z 

chwastów,  które  ułożyły  w  małe  pagórki,  wywożone  potem  przez  Czi-Czi  na  taczkach. 

Wiewiórki, jako zamiatacze ulic, były nieporównane. Zbierały wszystkie opadłe gałęzie, liście 

i  odpadki  zalegające  ścieżki  i  znosiły  je  na  stos  nawozu  za  szopą  ogrodową.  Borsuki  zaś 

pomagały pod ziemią przy obcinaniu korzeni jabłoni. 

Około  południa  Tu-Tu,  buchalterka,  poprosiła  doktora,  aby  omówił  z  nią  sprawy 

pieniężne  dla  poinformowania  Dab-Dab,  jaką  sumą  rozporządzać  może  na  wydatki 

gospodarskie.  Na  szczęście  doktor  przywiózł  z  sobą  trochę  srebrnych  monet  z  wysp  Capa 

Blanca (dzięki zakładowi wygranemu przez Bumpa, o czym doktor wcale nie wiedział). Bardzo 

background image

to ulżyło Dab-Dab, chociaż jak zwykle patrzyła krzywo na wszystkie nowe projekty doktora; 

wiedziała bowiem z doświadczenia, że im więcej miał pieniędzy, tym rozrzutniej je wydawał. 

Był to śmieszny widok, gdy te trzy kumoszki: Tu-Tu, Polinezja i Dab-Dab, w czasie 

nieobecności doktora, nachylając ku sobie głowy, radziły nad jego pieniężnymi sprawami. 

Do tych wszystkich rzeczy, które tego ranka przykuwały uwagę doktora, przyłączyła się 

sprawa ogrodu zoologicznego. Mateusz Mugg stawił się bardzo wcześnie, aby wybrać się tam z 

nim. W ogrodzie znajdowało się już niewielu dawnych mieszkańców. Dużo zwierząt wysłano 

jeszcze przed wyjazdem doktora; Jan Dolittle bowiem uważał, że podczas jego nieobecności 

Mateuszowi byłoby zbyt trudno samemu opiekować się zwierzętami. Tylko kilka z nich, które 

tak  bardzo  gorąco  prosiły,  żeby  im  pozwolono  pozostać,  mieszkało  tu  jeszcze;  były  to 

zwierzęta z północy, jak nurek i świstak. 

- Wiesz co, Stubbins - powiedział doktor, gdyśmy przechodzili obok pustych, czystych 

klatek, które Mateusz podczas naszej nieobecności utrzymywał istotnie w ogromnym porządku 

- wiesz, że mam ochotę inaczej zorganizować mój ogród zoologiczny. Dotychczas gościłem w 

nim  przeważnie  cudzoziemców,  dość  rzadkie  zwierzęta,  jakkolwiek  wyłączałem  zawsze 

wielkich  drapieżników.  Ale  teraz  chciałbym  mój  ogród  zoologiczny  poświęcić  niemal 

wyłącznie swojskim zwierzętom. Wiele z nich, więcej niż możemy przyjąć w naszym domu, 

chciałoby mieszkać u mnie. Widzisz: tutaj będzie dla nich dość miejsca. Przed setkami lat był 

tu rodzaj placu do zabaw, wówczas gdy na miejscu domu stał stary zamek. Dlatego to miejsce 

jest otoczone murem i zupełnie odcięte od świata. Spójrz naokoło! Moglibyśmy tu urządzić 

prawdziwie idealne miasto zwierząt. Byłoby to coś zupełnie nowego. Możesz mi pomóc przy 

opracowaniu  całego  planu.  Wyobrażam  sobie,  że  można  by  tu  zorganizować  różne  kluby  i 

stowarzyszenia. Już od dawna myślałem o klubie myszy i szczurów. Prosiło mnie o to dużo 

tych  zwierzątek.  A  potem  schronienie  dla  nierasowych  psów.  Niezliczone  ilości  psów  nie 

należących do żadnej określonej rasy chciałyby u mnie zamieszkać. Jip wie o tym najlepiej. Jest 

mi ogromnie przykro, że muszę im odmawiać, wiem przecież, że wiele z nich nie ma się gdzie 

podziać, a ludzie nie chcą ich trzymać, gdyż nie są rasowe. To głupie! Uważam, że kundle mają 

o wiele więcej charakteru i rozumu od tych nagradzanych na wystawach. Ale co na to poradzić! 

No, jak ci się podoba mój pomysł? 

- Uważam go za nadzwyczajny, doktorze! - zawołałem. - Zaoszczędzi on biednej, starej 

Dab-Dab dużo zmartwień i kłopotów. Utyskuje wciąż, że myszy gryzą jej poszewki w szafie z 

bielizną, a frędzlami ręczników wyściełają sobie gniazda. 

- Tak, a przy tym nie mogliśmy nigdy wykryć winnych - rzekł doktor Dolittle. - Każda 

mysz, którą o to pytałem, mówiła, że to nie ona. A jednak bielizna nasza znika. Co do mnie, jest 

background image

mi to zupełnie obojętne, czy moje poszewki są nadgryzione, czy nie, i uważam, że ręczniki 

mogą się obejść bez frędzli. Ale Dab-Dab przejmuje się tym ogromnie. Szafa z bielizną jest dla 

niej  -  dalibóg  -  tym  samym,  co  dla  mnie  ogród:  najważniejszą  rzeczą  na  świecie.  A  więc, 

Stubbins,  gdy  doprowadzicie  nasze  stare,  biedne  drzewa  owocowe  do  porządku,  zrobisz  mi 

plan nowego ogrodu zoologicznego. Postaraj się, aby ci Polinezja przy tym pomogła. Wiesz 

przecież, że ona ma zawsze najlepsze pomysły. Na nieszczęście mam teraz pełne ręce roboty z 

leczeniem tylu pacjentów i opracowywaniem moich notatek z podróży (chciałbym, żebyś mi i 

przy tym pomógł) - nie mówiąc już o kolekcji roślin Wielkiej Strzały. Inaczej sam ułożyłbym z 

tobą ten plan. Ale razem z Polinezją dacie sobie z tym radę. Zresztą w sprawie klubu dla myszy 

i szczurów naradzisz się z białą myszką, prawda? 

Taki oto był początek nowego Ogrodu Zoologicznego Doktora Dolittle. Interesowało 

mnie to, rozumie się, ogromnie i byłem bardzo dumny z tego, że doktor obdarzył mnie takim 

zaufaniem.  Nie  podejrzewałem  wówczas  wcale,  jaka  olbrzymia  instytucja  wyrośnie  z  tego 

planu. Należało go raczej nazwać „miastem zwierząt” niż „ogrodem zoologicznym”. Że jednak 

przywykliśmy nazywać tę część ogrodu ogrodem zoologicznym, więc ta nazwa pozostała. 

Według ogólnych pojęć nie był to właściwie ogród zoologiczny. Ale zdaniem doktora 

Dolittle taki właśnie powinien być. Nie więzienie, lecz dom zwierząt. Jak ów pierwszy ogród 

zoologiczny, który mi doktor Dolittle przed laty pokazywał, miał i ten być tak urządzony, aby 

zwierzęta  żyły  w  nim  wygodnie  i  szczęśliwie.  Zachowano  dużo  dawnych  pomysłów.  Na 

przykład, tak samo  jak  dawniej,  pomieszczenia zwierząt  zamykane były od wewnątrz, żeby 

zwierzęta mogły dowolnie wchodzić i wychodzić. Każdy lokator, który wynajął domek, izbę 

albo  norę,  mógł  w  każdej  chwili  otrzymać  klucz.  Był  pewien  regulamin,  którego  należało 

przestrzegać, chociaż doktor Dolittle nie był zwolennikiem przepisów; ale służył on raczej do 

obrony jednych zwierząt przed drugimi niż do ograniczania ich swobody w jakikolwiek sposób. 

Na przykład: jeśli ktoś urządzał u siebie przyjęcie, musiał zawiadomić o tym sąsiadów, gdyż 

mieszkało się bardzo blisko siebie i żadnemu lokatorowi nie było wolno po północy popisywać 

się śpiewem i w ogóle zachowywać się hałaśliwie. 

background image

ROZDZIAŁ V 

MIASTO ZWIERZĄT 

 

Jedną  z  największych  trudności  było  dla  doktora  utrzymanie  w  tajemnicy  swego 

pomysłu. Nie jest te wcale dziwne, gdy się zważy, jak trudno jest ludziom zachować tajemnicę. 

Zaledwie opowiedziałem Polinezji o nowym ogrodzie zoologicznym, ostrzegła mnie od razu: 

-  Zachowaj  to  przy  sobie,  Tomku,  najdłużej,  jak  tylko  będziesz  mógł.  Jeśli  tego  nie 

uczynisz, to ani ty, ani doktor nie będziecie odtąd mieli chwili spokoju. 

Naprawdę  nic  nikomu  nie  powiedziałem.  Mimo  to  wiadomość,  że  doktor  chce 

rozszerzyć swój ogród zoologiczny, aby mnóstwu nowych zwierząt dać możność zamieszkania 

u nas, rozeszła się w niewytłumaczony sposób. I zupełnie tak, jak to Polinezja przepowiedziała, 

zamęczano nas teraz - rano, w południe i wieczór. Można by pomyśleć, że zwierzęta z całego 

świata przez całe swoje życie czekały tylko na to, aby zamieszkać w pobliżu doktora Dolittle. 

Doktor  zarządził,  aby  wszystkie  zgłoszenia  kierowane  były  do  mnie,  jako  do 

wicedyrektora nowego ogrodu zoologicznego. Ale pomimo że to zarządzenie zaoszczędziło mu 

bardzo dużo trosk i  kłopotów, jednak dużo zwierząt,  które go przedtem znały, zwracało  się 

wprost do niego z prośbą o przyjęcie ich do nowego osiedla. 

A poza tym mieliśmy mnóstwo kłopotów z niektórymi dawnymi lokatorami. 

Doktor twierdził, że klimat w Puddleby jest nieodpowiedni dla wielu cudzoziemców. 

Mieszkały na przykład u niego dwa bobry, które często chorowały i nigdy nie czuły się zupełnie 

dobrze. Ale były one tak przywiązane do doktora, że ile razy im proponował, aby wróciły do 

Kanady, zawsze sprzeciwiały się temu grzecznie, ale stanowczo. Tymczasem doktor zastał je 

po  swym  powrocie  w  tak  rozpaczliwym  stanie  zdrowia,  że  doszedł  do  przekonania,  iż  nie 

powinien więcej ustępować. 

- Słuchajcie - powiedział do nich - może o tym nie wiecie, ale ten klimat jest dla was 

bardzo, bardzo szkodliwy. Nie jest ani dość zimny, ani dość suchy, jednym słowem, jest z nim 

coś  nie  w  porządku.  Nie  mogę  na  to  pozwolić,  abyście  narażały  wasze  życie  tylko  z 

uczuciowych względów. Musicie wracać do Kanady! 

Oba bobry zalały się łzami i  dopiero wtedy zgodziły się na wyjazd do Kanady,  gdy 

doktor je zapewnił, że po dwóch latach pozwoli im wrócić - jeśli wtedy będą jeszcze miały na to 

ochotę. 

Do  mnie,  jako  do  wicedyrektora  ogrodu  zoologicznego,  należało  zorganizowanie 

wyjazdu bobrów. Nie było to wcale łatwe zadanie, gdyż nie mogłem przecież powierzyć ich 

byle komu.  Musiałem kilka dni  spędzić  w dokach, dopóki  nie poznałem  pewnego stewarda 

background image

okrętowego, który wydał mi się tak uczciwym i pewnym człowiekiem, że doktor pozwolił w 

końcu  powierzyć  mu  bobry.  Za  oznaczoną  zapłatą  zgodził  się  steward  zabrać  je  z  sobą  w 

najbliższą podróż do Halifaxu w Nowej Szkocji i tam daleko od miasta wysadzić na ląd przy 

ujściu rzeki. 

Otrzymywaliśmy  nie  tylko  mnóstwo  zapytań  i  próśb  o  przyjęcie  poszczególnych 

zwierząt i ich rodzin do naszego ogrodu zoologicznego, ale również, gdy się stało wiadome, że 

Jan Dolittle organizuje swój od dawna zapowiadany klub szczurów i myszy, każdy gatunek 

zwierząt zwracał się do niego z propozycją założenia i dla nich podobnego stowarzyszenia. 

- Mówiłam wam od razu, że tak będzie - powiedziała Polinezja, gdyśmy pewnego dnia 

zasiedli  razem  nad  planem  nakreślonym  przeze  mnie  i  łamaliśmy  sobie  nad  nim  głowy.  - 

Gdyby miejsce, którym rozporządzasz, było dziesięć razy większe, nie mógłbyś ich wszystkich 

pomieścić. 

-  Jak  wam  się  zdaje  -  powiedziała  biała  myszka  (bawiło  nas  to  bardzo,  że  była  tak 

przejęta ważnością swojej osoby, odkąd zasięgano jej rady co do projektów doktora) - sądzę, że 

byłoby dobrze zaplanować naprzód te najrozmaitsze budynki, domy prywatne, hotele, domy 

społeczne i tym podobne instytucje. Potem dopiero zorientujemy się, ile nam miejsca zostało i 

ile takich budynków można by jeszcze wznieść. 

- Tak - powiedziałem - to dobry pomysł, gdyż po otwarciu ogrodu zoologicznego będzie 

zbyt  trudno  wprowadzić  zmiany  w  poszczególnych  budowlach.  Zresztą  i  zwierzęta 

sprzeciwiałyby się temu. 

- Należałoby także urządzić kilka sklepów - zaproponowała biała mysz. 

- Sklepy? - zawołałem. - A to po co? 

- Po to - rzekła biała mysz - że gdy ogród zoologiczny będzie urządzony, stanie się on 

prawdziwym miastem, miastem zwierząt, z główną ulicą, przy której zbudowane będą domy 

mieszkalne i gmachy użyteczności publicznej. Kilka sklepów, w których wiewiórki będą mogły 

zakupywać orzechy, a myszy ziarna pszenicy, ożywi miasto. Nic tak nie dodaje uroku miastu 

jak ładne sklepy. Myślę również o kilku restauracjach, do których można by wstąpić i posilić 

się, gdy się wraca późno do domu i nie ma się już czasu na przyrządzanie kolacji. Tak, tak, to 

dobry pomysł, musimy urządzić kilka restauracji. 

- Ale kto będzie prowadził te sklepy? - zapytała Polinezja. - W sklepach, restauracjach i 

kawiarniach nic się nie robi samo, jak wiesz. 

-  Ach,  to  bardzo  łatwo  -  zapewniała  ze  śmiechem  biała  mysz.  -  Znam  bardzo  dużo 

myszy i szczurów, które skakałyby do sufitu, gdyby mogły prowadzić sklep z orzechami albo 

gospodę. Mamy wrodzone zdolności kupieckie, szczególnie w dziedzinie handlu artykułami 

background image

spożywczymi. 

- No tak, zapewne, dla szczurów i myszy może to być bardzo korzystne - powiedziała 

Polinezja  -  ale  one  nie  są  jedynymi  mieszkańcami  ogrodu  zoologicznego,  o  tym  należy 

pamiętać. To nie będzie wyłącznie miasto szczurów i myszy. 

- Mnie się zdaje, że miasto podzieli się w naturalny sposób na dzielnice  - tłumaczyła 

biała  mysz.  -  Proszę  cię,  Tomku,  nie zapominaj,  że  obiecałeś  nam  na  nasz  klub  miejsce  na 

wzgórzu  przy  ogrodzeniu  w  pobliżu  wejścia.  W  myśli  podzieliłam  już  cały  teren  jak 

najszczegółowiej. Będzie to najmniejsze osiedle, jakie można sobie wyobrazić. 

Gdyśmy już mieli poza sobą olbrzymią pracę - planowanie i wykonywanie projektów- 

mogliśmy wreszcie otworzyć ogród zoologiczny. Spis budynków, od których rozpoczęliśmy, 

był następujący, dom z umeblowanymi mieszkaniami dla królików (składał się z olbrzymiej 

jamy  z  norami  króliczymi,  do  których  należał  wspólny  ogród  warzywny),  schronisko  dla 

nierasowych psów, klub myszy i szczurów, gospoda dla borsuków, sala zebrań dla lisów i hotel 

dla wiewiórek. 

Każdy z tych domów był w swoim rodzaju klubem. I musieliśmy bardzo tego pilnować, 

aby  liczba  członków  była  ograniczona,  gdyż  od  razu  po  otwarciu  zgłaszały  się  tysiące 

wszelkiego rodzaju kandydatów. Jedyne, co można było uczynić dla tych, którzy  nie zostali 

przyjęci,  było  zapisywanie  ich  nazwisk  na  liście  i  gdy  któryś  z  członków  rozstawał  się  z 

życiem,  co  zresztą  zdarzało  się  bardzo  rzadko,  przyjmowało  się  zapisanych  kolejno 

kandydatów. Każdy klub albo stowarzyszenie miało swego prezesa i swój zarząd, który był 

odpowiedzialny za prawidłową organizację i właściwe prowadzenie instytucji. 

Jak  to  biała  mysz  trafnie  przewidziała,  miasto  zwierząt,  otoczone  murami  dawnego 

placu zabaw, podzieliło się w naturalny sposób na różne dzielnice. A zwierzęta z jednej części 

miasta nie wdawały się nigdy w kłótnie lub sprzeczki z mieszkańcami z innej i troszczyły się 

wyłącznie o swoje sprawy, chociaż na głównej ulicy wszyscy się spotykali. 

Pierwsze  i  najważniejsze  zarządzenie  Ogrodu  Zoologicznego  Doktora  Dolittle, 

któreśmy  uchwalili,  brzmiało:  „W  murach  miasta  zwierząt  wszelkie  polowanie  jest 

wzbronione”. Nikomu z członków schroniska dla nierasowych psów nie wolno było polować 

na szczury. Żadnemu lisowi nie wolno było tropić wiewiórki ani ptaka. 

I stała się rzecz zdumiewająca: wszystkie te najrozmaitsze zwierzęta, gdy przestało im 

zagrażać  prześladowanie  ze  strony  wrogów,  rozpoczęły  tutaj  nowe,  swobodne,  niezależne 

życie.  W  tym  mieście  zwierząt  na  przykład  taka  scena  stała  się  codziennym  widokiem: 

wiewiórka-matka kołysząca swe dzieci na werandzie, gdy niedaleko niej przechadzały się dwa 

psy teriery. 

background image

Sklepy i restauracje prowadzone były przeważnie przez myszy i szczury, które miały 

wrodzone  zamiłowanie  do  życia  w  mieście.  Większość  gospod  mieściła  się  na  północnym 

krańcu osiedla, które później znane było jako Mysie Miasto. 

Mimo to można było często w sobotnie wieczory ujrzeć w największym sklepie lisy, 

psy i ptaki zakupujące u wielkiego szczura zapasy na niedzielę. A myszy-gońce, które odnosiły 

towar klientom do domu, nie obawiały się wchodzić do bud buldogów ani do nor lisich. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

ZNOWU BIEDA 

 

Rozumie  się,  że  trudno  było  sobie  wyobrazić,  aby  w  takiej  olbrzymiej  gromadzie 

zwierząt, zamieszkującej wspólnie jedno osiedle, nie wybuchała od czasu do czasu sprzeczka 

lub  kłótnia.  Zresztą  częściowo  leżało  to  w  planach  doktora  Dolittle,  który  pragnął  się 

przekonać, czy najrozmaitsze stworzenia z natury swojej wrogo do siebie usposobione mogą 

się przyzwyczaić do harmonijnego współżycia. 

- Jest to zupełnie oczywiste, Stubbins - mawiał doktor- że nie możemy się spodziewać, 

aby  lisy  zatraciły  za  jednym  zamachem  swoją  namiętność  do  duszenia  kurcząt,  a  psy  do 

uganiania  się  za  szczurami.  Wierzę  jednak,  że  zgodne  współżycie  wszystkich  zwierząt  w 

ogrodzie zoologicznym przyczyni się z czasem do poprawy stosunków między nimi. 

O  tak,  bywały  tu  walki,  szczególnie  w  pierwszych  miesiącach,  zanim  się  utworzyły 

rozmaite dzielnice. Ale to dziwne, że wiele z tych kłótni miało miejsce między zwierzętami 

tego samego gatunku. Najgorzej zachowywały się borsuki. W swojej oberży zwykły zabawiać 

się wieczorami w rozmaite gry. Ani ja, ani doktor Dolittle nie mogliśmy nigdy zrozumieć sensu 

tych zabaw. Jedna z nich polegała na tym, że rzucało się kamienie po liniach narysowanych na 

ziemi.  Było  to  podobne  do  naszej  gry  „w  klasy”.  Borsuki  traktowały  tę  zabawę  bardzo 

poważnie, jak to przystało zresztą tym ociężałym stworzeniom. Wydawało się, że chodziło tu o 

zdobycie jakiegoś mistrzostwa, i rezultat gry budził wielkie zainteresowanie. Ale te zabawy 

często kończyły się kłótnią. I czasem wśród nocy przerażona wiewiórka przybiegała do doktora 

albo do mnie, budziła nas i opowiadała, że w Oberży Borsuków rozpoczęła się bijatyka, która 

obudziła całe miasto. 

Wreszcie na propozycję białej myszy (która stała się teraz jeszcze ważniejsza i bardziej 

dumna, odkąd wybrano ją na burmistrza miasta zwierząt) zmuszony był doktor zorganizować w 

ogrodzie zoologicznym Oddziały Miejskiej Policji. Dwa psy, dwa lisy, dwie wiewiórki, dwa 

kruki  i  dwa szczury zostały przodownikami  policji, pewien buldog został komisarzem,  a lis 

naczelnikiem służby tajnej. I odtąd biada kłótnikowi, który by spróbował wszcząć bijatykę w 

Oberży Borsuków. Aresztowano go natychmiast i spędzał noc w miejskim areszcie. 

Jednym  z  pierwszych  winowajców,  aresztowanych  przez  policję  ogrodu 

zoologicznego,  było  biedne  Geb-Geb.  Spostrzegłszy  bowiem,  że  w  ogrodzie  warzywnym, 

przylegającym do osiedla królików, zazieleniła się kusząco wiosenna sałata, Geb-Geb zakradło 

się  tam  potajemnie  w  nocy.  A  lis,  naczelnik  tajnej  policji,  zauważył  to  i  nałożył  biednemu 

prosięciu  kajdanki  na  nóżki,  zanim zdążyło  powiedzieć:  „Tam  do  licha!”  Tylko  dlatego,  że 

background image

doktor raz na zawsze zabronił Geb-Geb wstępu do ogrodu zoologicznego i poręczył za jego 

przyzwoite zachowanie w przyszłości, następnego dnia zwolniono prosię z aresztu. 

- Następnym razem - powiedziała pani burmistrz (biała mysz przejęła urząd sędziego) - 

będziesz skazana na sześć dni przymusowej pracy w ogrodzie warzywnym - i to w kagańcu. 

Poza  Klubem  Myszy  i  Szczurów,  o  którym  później  opowiem,  Schronisko  dla 

Nierasowych Psów stało się drugim ważnym oddziałem nowego ogrodu zoologicznego. Już od 

dawna  Jip  zamęczał  doktora  prośbami  o  założenie  takiego  schroniska.  Za  czasów  Ptasiej 

Opery, gdy Jip próbował uruchomić we wschodniej dzielnicy Londynu tanią kuchnię dla psów, 

spodziewał się, że doktor Dolittle znajdzie środki i sposoby, aby zapewnić dom tym wszystkim 

wałęsającym się i odtrąconym stworzeniom. Teraz był w siódmym niebie z radości i razem z 

Toby i Susem zajmował się bezustannie opracowywaniem szczegółów tego nowego klubu. 

- Bywają psy - mawiał - które wolą mieszkać w budzie, gdzie czują się bardziej u siebie. 

Inne znów mieszkają chętnie we wspólnych domach. Będziemy więc musieli mieć mnóstwo 

psich bud i jeden przyzwoity wspólny dom. 

Po  czym  namawiał  mnie  i  Bumpa,  abyśmy  według  jego,  Susa  i  Toby  wskazówek 

zbudowali taki dom. Toby, który był zawsze rozgarniętym, dzielnym psiakiem, miał mnóstwo 

pomysłów, które wszystkie miały na względzie dobro małych psów; o to zresztą w pierwszym 

rzędzie chodziło. I muszę przyznać, że gdy w końcu dom psów był gotów, osobliwy budynek 

stanął przed nami. Wszystkie drzwi były tak urządzone, że otwierały się za lekkim dotknięciem 

koniuszka nosa. Kominki były tak ogromne, że co najmniej dwanaście psów mogło się przed 

nimi wygodnie wygrzewać. Wszystkie kanapy - a było ich bardzo dużo - były tak niskie, że 

nawet najmniejsze psy mogły na nie wskakiwać bez wysiłku, przy tym były wraz z poduszkami 

pokryte specjalnego rodzaju ceratą, którą można było bardzo łatwo czyścić, gdy ją zaplamiły 

brudne psie łapy. W każdym pokoju stały naczynia z wodą. Niedozwolone było rozrzucanie 

kości po podłodze, toteż w pobliżu drzwi stał stojak na kości, podobny do stojaka na parasole. 

Tutaj mogły psy zostawiać kości, gdy wychodziły, i stąd mogły je znowu po powrocie zabierać 

do ogryzania, o ile nie wypożyczył ich tymczasem któryś z kolegów. 

Posiłki podawane były w oddzielnym pokoju, gdzie ustawiano miski na bardzo niskich 

stołach. Wielki bufet, do którego wiodły stopnie i przy którym członkowie mogli się raczyć 

zimnym mięsem, stanowił ważne i ulubione urządzenie domu. Mateusz Mugg zobowiązał się 

do zaopatrywania kuchni dla psów w mięso i kości. Mateusz uważał się za specjalistę w tych 

sprawach i ten oddział ogrodu zoologicznego interesował go najbardziej. 

Dalej  znajdowały  się  sale  gimnastyczne  dla  psów.  Wisiały  tam  trapezy,  z  sufitu 

zwieszały się na sznurkach piłki oraz mieściły się różne przyrządy do gimnastyki i ćwiczeń 

background image

sportowych. Wspaniałe walki zapaśników, boks i zawody najrozmaitszego rodzaju odbywały 

się tu co wieczór. Doktora Dolittle, Bumpa i mnie zapraszano na nie często jako widzów, co 

bawiło nas bardzo, tak samo jak urządzane przez Jipa wyścigi i skoki. 

Dom psów nierasowych stał się jednym z najbardziej udanych przedsięwzięć doktora 

Dolittle. Jak to doktor przepowiadał,  zaraz z początku  zgłosiło się mnóstwo psów, które od 

dawna pragnęły stać się domownikami Jana Dolittle. Jednymi z pierwszych byli buldog Gryf i 

owczarek  Czarnuś,  których  doktor  Dolittle  niegdyś  uratował  ze  sklepu  ze  zwierzętami. 

Niezależnie od tych wszystkich zgłoszeń Jip, pies o miłosiernym sercu, stale włóczył się po 

mieście, poszukując bezdomnych psich włóczęgów. Codziennie też sprowadzał po kilka psów i 

niebawem klub liczył więcej członków, niż ich mógł pomieścić. I nawet potem, gdy mu doktor 

zakazał  przyjmowania  nowych  kandydatów,  Jip  nie  mógł  się  powstrzymać,  aby  w  jakimś 

szczególnie  zasługującym  na  wyróżnienie  wypadku  nie  sprowadzić  po  kryjomu  w 

ciemnościach swego pupila, nie nakarmić go przynajmniej przyzwoitą kolacją i nie użyczyć 

noclegu.  Z  zewnątrz  bramę  ogrodu  zoologicznego  można  było  otworzyć  tylko  za  pomocą 

jakiegoś ukrytego sposobu. Zamek otwierał się, jeśli się pociągało ostrożnie za sznur ukryty w 

rowie. Wszyscy członkowie ogrodu zoologicznego byli pouczeni o tym przez doktora i musieli 

przyrzec, że nie zdradzą tajemnicy. Trzeba przyznać, że dotrzymali słowa. Przez cały okres 

istnienia ogrodu zoologicznego nikt obcy nie poznał sekretu ukrytego zamknięcia i nawet gdy 

Jip  sprowadzał  po  nastaniu  ciemności  swoich  „szczególnie  zasługujących  na  poparcie” 

pupilów, kazał im się odwracać, gdy pociągał za tajemniczy sznur. 

Kiedy w kołach psich rozeszła się wiadomość, że doktor Dolittle założył klub dla psów, 

zaczęły się zgłaszać także i psy przebywające w dobrych warunkach, tylko dlatego, że wolały 

mieszkać u doktora Dolittle i że podobała im się sala sportowa i dobrane towarzystwo. Często 

zjawiał się jakiś rozgniewany właściciel psa i groził doktorowi Dolittle więzieniem za to, że jak 

twierdził, doktor przynęcił jego psa. 

Rozumie się, że koszty utrzymania nowego ogrodu zoologicznego były bardzo znaczne, 

powiększało  je  szczególnie  karmienie  psów  nierasowych.  W  sześć  tygodni  po  otwarciu 

schroniska zjawiły się u mnie Tu-Tu i Dab-Dab, z bardzo poważnymi minami. 

-  Stało  się  zupełnie  tak,  jak  przepowiadałam  -  za-kwakała  Dab-Dab,  trzepocząc 

rozpaczliwie skrzydłami. - Jesteśmy znów bez grosza. Nie wiem, ile pieniędzy przywieźliście 

ze sobą, ale zostało już bardzo niewiele. Przejrzałyśmy z Tu-Tu rachunki i wyliczyłyśmy, że 

starczy nam zaledwie na następny tydzień. Jipowi nie sposób przemówić do rozumu, a sam 

doktor Dolittle postępuje jak najgorzej. Bóg jeden wie, co robi z pieniędzmi. Jest po prostu 

zupełnie nieodpowiedzialny. Zresztą nikogo na całym świecie nie byłoby stać na wyżywienie 

background image

tych wszystkich kundli, które Jip tutaj przywlókł. No i znowu zostajemy bez grosza. Naprawdę 

nie wiem, co teraz poczniemy! 

background image

ROZDZIAŁ VII 

ZĄB BORSUKA 

 

Gdy zjawiłem się u doktora razem z Dab-Dab, Tu-Tu i Polinezją, aby go zawiadomić o 

pustkach w kasie, nie przejął się tym wcale, jak zwykle. 

- Nie zawracajcie mi teraz głowy tymi sprawami - powiedział - jakoś tam będzie, skądś 

nadejdą jakieś pieniądze, jak to zawsze dotychczas bywało. Jestem strasznie zajęty. 

Ale chociaż nam się udało wydobyć trochę pieniędzy od wydawców, którzy drukowali 

przyrodnicze książki doktora, nie starczyło tego na długo. Wkrótce działo nam się gorzej niż 

kiedykolwiek. 

Dab-Dab była bardzo rozgniewana i domagała się zamknięcia ogrodu zoologicznego, 

którego utrzymanie kosztowało prawie tyle, co utrzymanie całego domu. 

Ale okazało się, że doktor Dolittle miał znowu słuszność: zdarzyło się coś, i to dziwnym 

zbiegiem okoliczności zdarzyło się w samym ogrodzie zoologicznym, co uratowało ogród od 

zamknięcia, a gospodarstwo doktora od ruiny. Oto co się stało. Pewnego razu, gdy doktor kładł 

się spać, zmęczony całodzienną ciężką pracą nad swą nową książką o morzu, zastukał do drzwi 

borsuk. Powiedział, że go strasznie ząb boli i że bardzo prosi doktora o poradę. Doktor Dolittle 

naturalnie zgodził się zaraz. Umiał bardzo dobrze leczyć zwierzętom zęby. 

- Ach - powiedział - odłamałeś sobie kawałek zęba. Nic dziwnego, że cię tak boli. Ale 

mogę  ci  go  zaplombować.  Proszę  cię,  otwórz  szeroko  pyszczek.  Jeszcze  szerzej.  Tak,  teraz 

dobrze. Ach, jakie to dziwne. Czy ja ci już plombowałem kiedykolwiek zęby? 

-  Nie  -  odrzekł  borsuk.  -  Po  raz  pierwszy  przyszedłem  do  pana  po  lekarską  poradę. 

Zazwyczaj jestem zupełnie zdrów. 

- Ależ ty masz złoto w zębach! - zawołał doktor. - Skądże się to w nich wzięło, skoro, 

jak mówisz, nigdy nie byłeś u dentysty? 

- Tego nie wiem - odrzekł borsuk. - A co to właściwie jest złoto? 

-  Uważaj,  pokażę  ci  je  w  lustrze  -  powiedział  doktor.  -  Stubbins,  podaj  mi  ręczne 

lusterko. 

Przyniosłem  lusterko,  które  doktor  przysunął  borsukowi  do  pyska,  wskazując  mu 

jednocześnie stalowym instrumentem odpowiednie miejsce w zębach. 

- Widzisz ten żółty metal tkwiący między zębami? To złoto. 

- Ach! - zawołał borsuk i wpatrywał się w lusterko bardzo uradowany widokiem swego 

własnego, ładnego odbicia. - Razem z moją małżonką wygrzebaliśmy na łące Dobbinsa jamę i 

tam znaleźliśmy całą kupę tego żółtego kamienia. Na tym właśnie wyłamałem sobie ząb. 

background image

Polinezja, która była obecna przy tej rozmowie, zainteresowała się daleko bardziej tą 

wiadomością niż doktor. Przefrunęła przez pokój i usadowiwszy się przed borsukiem, zajrzała 

w otwarty pysk, gdy tymczasem doktor dłubał mu w zębach. Potem odwróciła się i szepnęła do 

mnie: 

-  Ojej,  on  gryzł  złoto!  Wyobraź  sobie  -  złoto!  A  my  jesteśmy  biedni  jak  myszy 

kościelne. Tomku, pomówimy jeszcze z tym panem, niech tylko doktor skończy swoją robotę. 

Wkrótce doktor istotnie pomógł pacjentowi, który poczuł się już zupełnie dobrze. Mimo 

że  doktor  miał  ręce  ciężkie  i  grube,  palce  jego  były  najzręczniejsze,  najdelikatniejsze  pod 

słońcem. 

-  Zrobiłem  ci  opatrunek,  który  uśmierzy  chwilowo  ból  zęba.  Ale  jutro  musisz  znów 

przyjść  do  mnie  -powiedział  doktor,  gdy  borsuk  zamknął  pyszczek  i  zsunął  się  ze  stołu.  - 

Musisz uważać i nie brać do pyszczka wszystkiego, co wygrzebujesz z ziemi. Żaden ząb nie 

wytrzyma, gdy nim będzie się gryzło metal, nawet twój. Dobranoc! 

Gdy pacjent wyszedł, Polinezja kiwnęła na mnie i poszliśmy za nim. 

- Gdzieżeś ty wykopał tę dziurę? - zapytała Polinezja borsuka, idąc obok niego w stronę 

zoologicznego ogrodu. 

-  W  pobliżu  łąki  Dobbinsa  -  odpowiedział  borsuk  -  nieco  na  północ.  Przekopaliśmy 

najpierw tunel przez pagórek, raczej dla rozgrzewki niż z potrzeby, było bardzo zimno. Ale 

spodziewaliśmy  się  znaleźć  trochę  orzeszków  ziemnych;  poza  tym  chcieliśmy  mieć  w  tych 

stronach jakieś kryjówki. Niektóre psy, przygarnięte przez doktora Dolittle, stają się już zbyt 

zuchwałe. Nie ruszają nas, co prawda, gdy znajdujemy się w obrębie ogrodu zoologicznego. 

Ale gdy im się zdarzy spotkać nas poza ogrodem, uważają gonitwę za nami za świetną zabawę. 

Zarząd naszego klubu postanowił więc, abyśmy tu w sąsiedztwie urządzili schron w jamie. 

- Co nazywasz schronem? - zapytałem. 

-  O,  dla  nas,  borsuków,  będzie  nim  każda  dziura.  Wykopaliśmy  je  we  wszystkich 

kierunkach w całej okolicy i wiemy, gdzie się która znajduje. Są to po prostu jamy, gdzie każdy 

borsuk może się ukryć, gdy go psy gonią. Kopiemy je bardzo głęboko i niektóre zaopatrujemy 

w  prowiant  na  wypadek,  gdyby  nas  psy  przez  dłuższy  czas  oblegały.  Musimy  się  bronić, 

poruszamy się przecież tak powoli. 

-  Uważaj  -  powiedziała  Polinezja,  gdyśmy  się  znaleźli  przed  wejściem  do  ogrodu 

zoologicznego.  -  Ja  i  Tomek  pragniemy  umówić  się  z  tobą  jutro  rano,  bardzo  wcześnie. 

Chcielibyśmy bardzo zobaczyć to  miejsce,  gdzie odłamałeś sobie ząb. Czy nie moglibyśmy 

spotkać się z tobą na północnym krańcu łąki Dobbinsa, na przykład o piątej rano? 

- Dobrze - powiedział borsuk - ale dla mnie to nie jest wczesna godzina. O tej porze roku 

background image

już na kwadrans przed piątą jest zupełnie jasno. My, borsuki, nie kierujemy się godziną, tylko 

słońcem. Udajemy się zwykle na wędrówkę jeszcze przed świtem. Będę więc czekał tam na 

was o wschodzie słońca. 

Następnego ranka Polinezja wyciągnęła mnie z łóżka i musiałem ubrać się przy świecy, 

zanim jeszcze kogut zapiał po raz pierwszy. 

-  Ależ,  Tomku  -  rzekła  w  odpowiedzi  na  moje  zaspane  pomruki,  że  muszę  o  takiej 

niemożliwej  godzinie  wstawać.  -  Ależ,  Tomku,  przecież  to  ogromnie  ważne,  żebyśmy  tam 

przyszli, zanim inni ludzie się zlecą. 

Było  mi  jednak  bardzo  trudno  o  tej  porze  przejąć  się  czymkolwiek,  nawet  myślą  o 

zdobyciu złota. 

- Jak ci  się zdaje, co my tam znajdziemy?  - zapytałem  Polinezji.  -  Czy wmawiasz w 

siebie, że stary borsuk natrafił na żyłę złota? W naszym kraju nie istnieją kopalnie złota. 

- Nie wiem więcej od ciebie - przerwała mi z niecierpliwością. - Ale to, że dotychczas 

nie znaleziono u nas złota, nie świadczy jeszcze wcale o tym, że się go nigdy nie znajdzie. To 

pozostaje faktem, że nasz poczciwy borsuk natknął się na złoto. Inaczej nie utkwiłoby mu w 

zębach. Pośpiesz się i włóż palto. Widzę już na wschodzie odblask zorzy. 

Na  dole  musiałem  na  rozkaz  Polinezji  wyciągnąć  szpadel  z  wozowni  i  przynieść  z 

gabinetu  doktora  młotek  przeznaczony  do  poszukiwań  geologicznych  i  dopiero  potem 

wyruszyliśmy w chłodnym porannym półświetle w kierunku łąki Dobbinsa. 

Stary borsuk czekał już i poprowadził nas, podskakując wzdłuż żywopłotu, do miejsca, 

gdzie wykopał norę. 

Gdyśmy podeszli bliżej, okazało się, że grunt ten nie należał do posiadłości Dobbinsa, 

lecz położony był po drugiej stronie żywopłotu, na wielkiej płaszczyźnie, znanej jako własność 

gminy  Puddleby.  Znałem  dobrze  tę  okolicę,  często  przebiegałem  te  półdzikie  zarośla, 

poszukując  gniazd  ptasich,  grzybów  i  jagód  albo  przyglądając  się  z  zachwytem  Cyganom, 

którzy tam często rozbijali swe namioty i rozpalali ogniska. Grunt był własnością publiczną i 

nikt nie miał prawa ich stamtąd wyganiać. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

GORĄCZKA ZŁOTA W PUDDLEBY 

 

- To się dobrze składa - szepnęła do mnie Polinezja, gdyśmy się zatrzymali przed jamą 

wykopaną przez borsuka. - Grunt gminy Puddleby to własność publiczna, rozumiesz, Tomku? 

Nawet  gdyby  ktoś  zauważył,  że  kopiemy,  nie  może  nam  tego  zabronić.  Mimo  to  musimy 

trzymać język za zębami. Weź szpadel i zabieraj się do roboty. 

Byłem  jeszcze  wciąż  śpiący,  stopniowo  jednak  ogarnął  mnie  szał  szukania  skarbu  i 

wkrótce  pracowałem  tak,  jakby  moje  życie  od  tego  zależało.  Chociaż  ranek  był  chłodny, 

musiałem często przerywać robotę, aby otrzeć pot z czoła. 

Opowiedzieliśmy  borsukowi,  czego  szukamy,  i  jego  pomoc  okazała  się  bardzo 

pożyteczna. Wsunął się w głąb jamy i wydobył  z niej kilka niekształtnych bryłek ciężkiego 

metalu. Gdy porysowałem je scyzorykiem, ukazało się miękkie, żółte złoto. 

- Na tej bryle połamałem sobie ząb - powiedział borsuk - więcej nie ma. Czy taka rzecz 

przyda się na coś? 

- Na miłość Boską! - zawołała Polinezja. - Rozumie się, że się przyda. Z tego przecież 

ludzie robią pieniądze, prawdziwe dukaty. Czy jesteś pewien, że to już wszystko? Gdybyśmy 

tego więcej znaleźli, doktor byłby do końca życia bogatym człowiekiem. 

Borsuk wszedł na nowo do nory i kopał w niej coraz głębiej, a ja łopatą wydobywałem 

na powierzchnię stosy żwiru, któryśmy rozrzucali i przeszukiwali dokładnie. Ale nie było w 

nim grudek metalu. 

- No, w każdym razie - powiedziała Polinezja przyglądając się uważnie ułożonym na 

mojej chustce do nosa bryłkom złota - zdobyliśmy tutaj ładny mająteczek. Zabieraj to teraz jak 

najspieszniej, zanim ktoś spostrzeże, cośmy tu robili. 

Gdyśmy  potem  przy  śniadaniu  opowiedzieli  doktorowi  o  tym,  co  się  nam  zdarzyło, 

zainteresowała  go  ta  wiadomość  raczej  ze  stanowiska  geologicznego,  naukowego  niż  jako 

sprawa pieniędzy czy zysku. 

- To wysoce zadziwiające - powiedział badając próbki, które przyniosłem zawinięte w 

chustkę. -Gdybyście znaleźli stare monety, nie byłoby to takie dziwne. Ale to wygląda na bryły 

złota,  na  rzeczywiste  złoto.  Ze  stanowiska  geologicznego  jest  to  coś  zupełnie  nowego  w 

naszym kraju. Chciałbym zobaczyć okolicę, w której to znaleźliście. 

- Na razie - odezwała się Dab-Dab - niech pan zostawi te bryłki u mnie. Znam pewne 

miejsce, gdzie możemy je schować do czasu, dopóki nie zamienimy ich na pieniądze. 

Doktor Dolittle udał się więc ze mną i z Polinezją na miejsce, gdzieśmy znaleźli złoto, 

background image

Jip i Geb-Geb towarzyszyli nam, chociaż nie zapraszaliśmy ich wcale. 

Poszukiwania  nasze  były  bardzo  gruntowne.  Przetrząsnęliśmy  cały  kopiec,  kopiąc, 

grzebiąc i rozrzucając żwir. Jip i Geb-Geb zostali również ogarnięci gorączkową namiętnością 

poszukiwaczy  złota.  Ryli  we  wzgórzu  jak  prawdziwi  górnicy.  Geb-Geb  posługiwało  się 

ryjkiem, jak gdyby węszyło trufle, a Jip odrzucał ziemię przednimi łapami, jak to czynił polując 

na szczury. 

Ale nie znaleźliśmy więcej złota. 

- To zagadkowe - rzekł doktor - rzeczywiście zagadkowe. Tajemnica geologiczna. To 

nie  jest  ten  rodzaj  piasku,  w  którym  zazwyczaj  znajduje  się  złoto,  a  przecież  to  złoto  jest 

właśnie  takie,  jakie  znajduje  się  zwykle  w  formie  brył  w  piasku.  Jedynym  wyjaśnieniem 

tajemnicy, jakie mi się nasuwa, byłby fakt, że jakiś poszukiwacz złota tutaj zakopał i ukrył swój 

skarb. 

Jakkolwiek nie udało nam się odkryć prawdziwej kopalni złota, to jednak rozpętaliśmy 

istną burzę. Gdy doktor ukończył badanie gruntu, był już późny ranek. W drodze powrotnej 

spotkaliśmy kilku ludzi, którzy nas obserwowali. Wypytywaliśmy później Mateusza Mugg i 

Bumpa,  którzy  brali  również  udział  w  wyprawie,  ale  przysięgali,  że  nikomu  o  niej  nie 

opowiadali. Mimo to rozeszła się wieść, że na piaskach gminy Puddleby znaleziono złoto. A o 

godzinie czwartej po południu cała łąka roiła się od ludzi, którzy przybyli tu uzbrojeni w łopaty, 

grabie, widły i wszelkie możliwe narzędzia na poszukiwanie złota. 

Całe  Puddleby  ogarnięte  zostało  szałem.  Niańki  zostawiały  wrzeszczące  dzieci  w 

wózkach,  a  same  rozkopywały  ziemię,  szukając  złota.  Włóczęgi,  żebracy,  Cyganie, 

domokrążcy, kupcy z miasta, starzy czcigodni panowie, dzieci szkolne, mali i duzi, bogaci i 

biedni - wszyscy ciągnęli tutaj na poszukiwanie złota. 

Opowiadano sobie, że doktor Dolittle znalazł całą masę starożytnych rzymskich złotych 

pucharów i że poszukiwacze złota wykopali dużo starych naczyń i zabrali je ze sobą, żeby się 

przekonać, z czego są zrobione. 

Na  drugi  dzień  biedne  grunty  gminne  wyglądały  tak,  jak  gdyby  przeszło  po  nich 

trzęsienie  ziemi  albo  huragan,  i  magistrat  postanowił  zaskarżyć  doktora  Dolittle  za  szkody 

wyrządzone własności publicznej. 

To  szaleństwo  trwało  przez  tydzień.  Ludzie  z  daleka,  znakomici  znawcy  górnictwa, 

zjechali ze stolicy, aby zbadać osobiście istotę sprawy, która wprawiła w obłęd tylu ludzi. 

Ze wszystkich towarzyszy doktora Geb-Geb było najbardziej ogarnięte gorączką złota i 

nie można go było  odciągnąć od łąki. Było  przekonane, że teraz dopiero natrafiło na swoje 

właściwe powołanie. 

background image

- Dlaczego by nie? - mówiło. - Moim ryjem mogę ryć w ziemi o wiele lepiej i prędzej 

niż ci głupcy swymi łopatami. 

Błagało  bezustannie,  aby  mu  nie  przeszkadzano  w  poszukiwaniach.  Było  opętane 

strachem, że ktoś inny może właśnie w tej chwili odkryć prawdziwą kopalnię, która powinna 

się stać własnością rodziny Dolittle. 

-  Nie  masz  się  czym  przejmować,  Geb-Geb  -  uspokajał  je  doktor  -  to  nie  jest  grunt 

obfitujący  w  minerały.  Złoto,  któreśmy  znaleźli,  dostało  się  tam  przypadkiem.  Borsuk 

prawdopodobnie  miał  rację  -  ten  mały  skarb,  który  został  tam  zakopany  widocznie  przed 

setkami lat, to wszystko, co można było znaleźć. 

Ale dopóki trwało ogólne szaleństwo, nie można było odwieść Geb-Geb od tej myśli, 

gorączka  złota  owładnęła  nim  zupełnie.  A  ponieważ  doktor  zabronił  mu  chodzić  na  grunty 

gminne  (tylko  kilka  razy  udało  mu  się  zakraść  tam  po  kryjomu  w  nocy),  musiało  to  sobie 

powetować poszukiwaniem grzybów w ogrodzie warzywnym. Nawet przy obiedzie uprawiało 

swój nowy zawód, wygrzebując rodzynki z leguminy. 

Bez względu na to, skąd się złoto wzięło, Dab-Dab cieszyła się ogromnie, że zaradność 

Polinezji zapewniła doktorowi bogactwo. Gdyby on sam miał tym skarbem rozporządzać, nie 

osiągnąłby zapewne z tego żadnej korzyści. Magistrat uważał złoto za własność publiczną. I 

doktor był już gotów zrzec się swojej zdobyczy. Ale sprytny Mateusz Mugg zasięgnął porady 

adwokata i dowiedział się, że według starego prawa, znalazcy należy się połowa znalezionych 

dóbr. I nawet ta suma okazała się, po zważeniu skarbu, dość poważna. 

- Tak, tak - wzdychała Dab-Dab - jak doktor powiada, „niezdrowy to wiatr, który nie 

przynosi z sobą nic dobrego”. To był szczęśliwy przypadek, że stary borsuk złamał ząb. W 

samą porę. Nie wiedziałam naprawdę, za co jutro ugotuję obiad. No, chwała Bogu, przez pół 

roku nie będziemy się martwili, czym płacić rachunki. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

MYSI ELEMENTARZ 

 

Ciągle powtarzające się żądanie Dab-Dab, aby zamknąć ogród zoologiczny, wywołało 

w swoim czasie wielkie zaniepokojenie w różnych dzielnicach miasta zwierząt. Przyznając, że 

utrzymanie  ogrodu  było  bardzo  kosztowne  i  że  zastrzeżenia  Dab-Dab  brzmiały  rozumnie, 

mieszkańcy  ogrodu  zoologicznego  poczuwali  się  do  winy,  jednak  pomimo  tego  nie 

rozwiązywali swych klubów i stowarzyszeń. 

Toteż  gdy  w  ogrodzie  rozeszła  się  wiadomość,  że  połowa  znalezionego  skarbu 

przyznana  została  doktorowi,  wybuchł  w  mieście  zwierząt  szał  radości,  począwszy  od 

Schroniska  dla  Nierasowych  Psów,  aż  po  drugi  kraniec,  gdzie  mieścił  się  Klub  Myszy  i 

Szczurów. 

Nawet  nieśmiały  dwugłowiec,  który  miał  teraz  spokojną,  zaciszną  kryjówkę  w 

zaroślach,  wziął  udział  w  tej  ogólnej  radości,  podobnie  jak  nieliczni  cudzoziemcy, 

przebywający jeszcze między nami: rosyjskie nurki i kanadyjskie tumaki. 

Nigdy w życiu nie słyszałem tak piekielnego hałasu. Toby i Sus przynieśli tę nowinę do 

ogrodu  pod  wieczór.  Natychmiast  w  każdej  dzielnicy  utworzył  się  pochód  manifestacyjny. 

Wszyscy  mieszkańcy  wybiegli  ze  swych  klubów  na  ulicę,  krzyczeli:  hura!  albo  wydawali 

wrzaski, które miały dla nich to samo znaczenie co „hura”. 

- Doktor Dolittle jest znowu bogaty! - podawano z ust do ust, od drzwi do drzwi. 

To pomieszanie kwiku, szczekania, gruchania i ryku było tak ogłuszające, że policjant 

przechodzący przez ulicę Wołową zastukał do bramy doktora i zapytał, co to się stało. 

Niebawem zwierzęta utworzyły pochód i ze śpiewem maszerowały tam i z powrotem 

przez główną ulicę. Co to były za śpiewy i jakie pieśni, możecie sobie wyobrazić. 

Biała  mysz,  burmistrz  miasta,  dumna  ze  swego  urzędu  i  godności,  wystąpiła  z 

projektem pochodu z pochodniami, gdy ciemności ogarną ogród. Poprosiła, abym jej przyniósł 

pudełko świeczek, takich jakie zapala się na choince albo na torcie urodzinowym. Potem kazała 

mi zrobić chorągiewkę i wypisać na niej wielkimi literami: „Hura! Doktor jest znowu bogaty!” 

Pięćdziesiąt cztery myszy i pięćdziesiąt cztery szczury wystąpiły parami, a każda para niosła 

świeczkę. Spacerowały tak od ósmej wieczór do północy wokoło mysiego ogrodu, śpiewając 

najdziwniejsze pieśni, jakie sobie tylko można wyobrazić. Co chwila przystawały i krzyczały 

chórem: „Hura! Doktor jest znowu bogaty! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!” 

Wiele  nowych  i  interesujących  instytucji  powstało  samorzutnie  w  ogrodzie 

zoologicznym:  na  przykład  Publiczna  Biblioteka  dla  Zwierząt.  Po  powrocie  doktor  Dolittle 

background image

prosił mnie, abym mu uporządkował olbrzymi materiał, który zebrał i napisał w sprawie mowy 

zwierząt. Cały pokój, położony nad swoją pracownią, zapchał po prostu książkami, rękopisami, 

notatkami na ten temat. Wszystko znajdowało się w największym nieładzie-i wcale nie było 

łatwo zaprowadzić tu porządek. 

Ale Polinezja i biała mysz ofiarowały mi swą pomoc, a Mateusz Mugg sporządził nam 

mnóstwo  połęk.  Przez  cały  tydzień  układaliśmy  katalogi  i  spisy,  ustawialiśmy  książki,  aż 

wreszcie zbiór został do pewnego stopnia uporządkowany.  Zdaje mi się, że sam  doktor był 

zdumiony,  gdyśmy  go  przyprowadzili  do  pokoju  nad  gabinetem  i  pokazali  stojące  wzdłuż 

wszystkich  ścian  półki  pełne  książek,  aby  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  jaką  olbrzymią  pracę 

wykonał w dziedzinie mowy zwierząt. 

-  Proszę  spojrzeć,  doktorze  -  pisnęła  biała  mysz  wskazując  półki  -  mamy  tutaj 

prawdziwą  bibliotekę  dla  zwierząt.  Powinna  się  mieścić  nie  tutaj,  ale  na  dole  w  ogrodzie 

zoologicznym, aby zwierzęta mogły z niej korzystać. 

- Tak, istotnie - rzekł doktor - ale większość tego, co się tu znajduje, odnosi się tylko do 

teorii mowy zwierząt, są to słowniki i tym podobne dzieła. Napisałem bardzo niewiele bajek i 

powieści w języku zwierząt, a i z was mało które umie czytać. 

- Ach, mogłybyśmy się tego bardzo prędko nauczyć  - twierdziła biała mysz. - Gdyby 

pan chciał kilka z nas nauczyć czytać, mogłybyśmy nauczyć tego potem inne. Według mnie 

taka ważna instytucja jak Klub Myszy i Szczurów powinna posiadać własną bibliotekę. 

- Uczyniłbym to dla was bardzo chętnie - powiedział doktor - ale ponieważ nie istnieje 

jeszcze alfabet dla myszy i szczurów, nie można wskutek tego pisać dla nich. 

- Ale czy nie moglibyśmy - zapytała biała mysz -wspólnie wymyślić takiego alfabetu? 

Przecież był taki czas, kiedy i ludzie nie znali pisma, i alfabet nie był jeszcze wynaleziony. - 

Doktor Dolittle mógłby wynaleźć pisany alfabet dla myszy zupełnie prosty i mógłby nauczyć 

ją, białą mysz, tego alfabetu. A potem już ona w ciągu tygodnia wyuczy tego samego cały Klub 

Myszy i Szczurów. Wszystkie są bardzo żądne wiedzy. 

Można sobie wyobrazić, że taka propozycja zainteresowała bardzo doktora, który tyle 

lat swego życia poświęcił, wychowaniu i kształceniu zwierząt. Wziął się od razu do roboty i 

przy pomocy białej myszki wymyślił dla myszy i szczurów prosty alfabet, który składał się 

tylko z dziesięciu znaków. Doktor Dolittle nazwał to „Mysim elementarzem”, ale Polinezja i ja 

przezwaliśmy  to  „Piszczącym  abecadłem”,  gdyż  składało  się  z  samych  pisków  wszelkiego 

rodzaju,  a  każda  litera  miała  dwa  różne  znaczenia  zależnie  od  tego,  czy  wymawiano  ją 

wysokim, czy niskim dźwiękiem głosu. 

Potem  przyszła  kolej  na  druk  i  oprawę  książek.  Doktor  powierzył  mi  tę  robotę,  gdy 

background image

układ elementarza, czyli „Piszczącego abecadła” był już ukończony. Rozumie się, że książki 

musiały być bardzo, bardzo maleńkie, aby mogły być dostępne i dla małych mysząt. Biała mysz 

była za tym, aby młodzież rodu mysiego mogła korzystać z tej sposobności kształcenia się. 

Format książki, który nazywaliśmy „mysią ósemką”, był jeszcze o wiele mniejszy od wielkości 

znaczka pocztowego. Oprawa musiała być zszywana ręcznie i trzeba było używać do tego tylko 

najcieńszych nici. 

Stronice  książek  były  tak  małe,  że  ja,  drukując,  a  raczej  rysując  na  nich  literki, 

musiałem używać powiększającego szkła, tak jak to czyni zegarmistrz. Ale te maleńkie litery 

nie  były  jednak  za  małe  dla  oczu  myszy,  które  z  największą  łatwością  mogą  odróżniać 

oddzielne pyłki kurzu. 

Gdy ukazała się w druku pierwsza książka w mysim języku, byliśmy bardzo dumni. 

Chociaż było to przede wszystkim dzieło doktora, ja, jako wydawca i drukarz, umieszczając na 

karcie tytułowej swoje nazwisko czułem się tak dumny jak Gutenberg. 

„Stubbins  &  Stubbins,  Puddleby  nad  rzeką  Marsh”.  Nie  wiedziałem  wprawdzie,  kto 

miał być tym drugim Stubbinsem, ale czułem, że będzie to brzmiało lepiej i bardziej handlowo, 

gdy firma będzie nosiła podwójne nazwisko. 

-  To  bardzo  ważne  wydarzenie,  Tomku  -  powiedziała  biała  mysz,  gdy  ogłosiliśmy 

publicznie, że wydanie książki (w jednym egzemplarzu) zostało ukończone. Pierwsza książka 

drukowana mysim alfabetem. - Tworzymy nie tylko książki, tworzymy również i historię! 

background image

ROZDZIAŁ X 

NOWE STUDIA 

 

Tak  jak  biała  mysz  przewidziała,  wszystkie  warstwy  towarzyskie  świata  myszy  i 

szczurów  powitały  nową  możliwość  kształcenia  się  z  największym  zapałem.  Słynny  i 

naprawdę  rzadki  pierwodruk  wydawnictwa  Stubbins  &  Stubbins  niestety  nie  przetrwał,  aby 

zostać przekazanym w dziedzictwie potomności. Już w pierwszym tygodniu został przez żądną 

wiedzy publiczność, oblegającą bibliotekę dla zwierząt, zaczytany na strzępy. 

Biała mysz bowiem uparła się przy tym, aby ta książka została wcielona do biblioteki, 

której  uroczyste  otwarcie  święcono  bardzo  wspaniale.  Była  to  dla  białej  myszy  nowa 

sposobność  organizowania  ulubionych  przez  nią  uroczystości.  Ale  główną  najważniejszą 

pobudką była chęć skierowania uwagi mieszkańców miasta zwierząt na sprawy kształcenia się 

i czytania książek. 

I rzeczywiście należy przyznać, że myszy i szczury w dalszym ciągu gorliwie dbały o 

swoje wykształcenie. W tej nowej umiejętności tkwiło coś tajemniczego, odpowiadającego ich 

przyrodzonej ciekawości. Inne zwierzęta: psy, borsuki, wiewiórki i króliki, były zadowolone, 

gdy  im  ktoś  czytał  na  głos.  Na  początku  swojej  kariery  lokal  biblioteki  publicznej  służył 

głównie celom wspólnej rozrywki; każdego popołudnia biała mysz czytała na głos publiczności 

bardzo mieszanej i nieco błaznującej. 

Zapotrzebowanie  na  książki  w  języku  mysim  było  bardzo  wielkie.  Ale  jeszcze  coś 

zwiększało  w  wysokim  stopniu  rozbudzony  głód  wiedzy;  był  to  miesięcznik  dla  myszy, 

założony przez doktora Dolittle. Nazywał  się „Życie  Piwniczne” i  ukazywał  się pierwszego 

każdego miesiąca. Częściowo był ten miesięcznik pismem humorystycznym i zawierał oprócz 

nowin i plotek z ogrodu zoologicznego rozmaite żarty i zabawne rysunki. 

Pewnego  razu  zdarzyło  się,  co  następuje:  na  kominku  w  dawniejszej  poczekalni,  z 

której doktor nie korzystał, odkąd zarzucił praktykę wśród ludzi, znajdowała się miniatura. Był 

to  maleńki,  malowany  na  kości  słoniowej  portrecik  przedstawiający  doktora  Dolittle  jako 

młodego  człowieka.  Od  lat  nikt  nie  zmieniał  miejsca  tej  miniatury  stojącej  między 

staroświeckim zegarem a pasterką z saskiej porcelany. Ale pewnego dnia portrecik znikł i nikt 

nie wiedział, gdzie się podział. Doktor zapytał o to Dab-Dab, a skrzętna gosposia powiedziała, 

że widziała go jeszcze poprzedniego dnia, gdy, jak co tydzień, ścierała kurze w poczekalni. Nie 

ma pojęcia, kiedy i kto mógł go stamtąd zabrać. 

Doktor Dolittle pytał Jipa, Tu-Tu, Czi-Czi, Polinezję i mnie, ale nikt z nas nie umiał tej 

zagadkowej sprawy wyjaśnić. Jan Dolittle był przywiązany do tej miniatury, ponieważ matka 

background image

jego zamówiła ją u doskonałego malarza w dzień doktorskiego egzaminu syna. Ale mimo to 

doktor był zajęty tyloma rzeczami, że gdy poszukiwania okazały się bezskuteczne, niebawem 

zapomniał o tej sprawie. 

Było to w dwa tygodnie po otwarciu Biblioteki Publicznej dla Zwierząt, gdy pewnego 

wieczora biała mysz przyszła w odwiedziny do Jana Dolittle; doktor pracował właśnie przy 

mojej pomocy nad nową książką o roślinach głębinowych. 

- Chciałam pomówić z panem o dwóch sprawach, doktorze Dolittle - powiedziała pani 

burmistrz  miasta  zwierząt,  gładząc  z  godnością  białe  wąsiki.  -  Po  pierwsze,  byłabym  panu 

bardzo wdzięczna, gdybyś pan zechciał napisać książkę dla nas, rozumie się w mysim języku, 

techniczny podręcznik o pułapkach na myszy. Potrzebny nam jest gwałtownie, szczególnie na 

użytek dorastającej młodzieży. Nasi chłopcy i dziewczęta o-puszczają nory rodzicielskie, gdy 

osiągają  odpowiedni  wiek.  I  zanim  mają  czas  poznać  trochę  świat,  wpadają  w  pierwszą 

pułapkę, która ich przynęci kawałkiem spleśniałego sera. 

- Dobrze - powiedział doktor - to się da zrobić, jeśli Stubbins potrafi narysować pułapki 

w takim zmniejszeniu, aby można je było umieścić w książce przeznaczonej dla myszy. 

-  Na  miłość  Boską!  -  zawołała  Dab-Dab,  która  przysłuchiwała  się  naszej  rozmowie, 

siedząc przy ogniu. - Cały świat zostanie wtedy zapchany przez myszy. To chyba dość, że nie 

wolno mi umieścić w szafie z bielizną kilku pułapek. 

- Nie wiem, czyby ci się podobało, gdyby ktoś wynalazł pułapki na kaczki - powiedziała 

biała mysz, a jej białe wąsiki nasrożyły się z oburzenia. 

- Dajcie spokój, dosyć! - przerwał doktor. - A cóż to za druga sprawa, o której chciałaś 

ze mną mówić? -zapytał. 

-  Druga  sprawa  jest  równie  ważna  -  powiedziała  biała  mysz.  -  Przybywam  jako 

delegatka komitetu, aby zaprosić pana i Tomka na miesięczne uczty naszego klubu. 

- Miesięczne uczty? - zdziwił się doktor. - Co to ma znaczyć? 

-  O,  to  jest  nowo  utworzona  nazwa  -  rzekła  biała  mysz  -  każdy  język  posiada  swoje 

szczególne wyrażenia, których inne języki nie znają, nieprawdaż? Dlaczego by nie miały one 

istnieć w języku myszy? Stało się to tak: na ostatnim posiedzeniu naszego komitetu podniósł się 

pewien  Szczur  Kolejowy  -  jest  to  jeden  z  naszych  członków,  mieszkający  stale  na  dworcu, 

bardzo przyzwoity jegomość, tylko  niestety  czuć  go bardzo naftą  -  a więc Szczur Kolejowy 

wstał i zaproponował, aby dla uczczenia owocnej pracy klubu urządzić doroczną ucztę. 

- Ucztujecie i tak bez końca - mruknęła Dab-Dab od kominka. 

-  Potem  wstała  Mysz  Dorożkarska  -  ciągnęła  dalej  biała  mysz  -  inny  nasz  członek, 

mieszka w starej dorożce, a nasze miasto zna na wylot od krańca do krańca, podniosła się więc 

background image

i powiedziała: „Doroczne, to znaczyłoby za rok, a ponieważ nasz klub nie trwa jeszcze roku - 

rok to bardzo długi czas dla myszy -proponuję więc, abyśmy wyprawiali takie uczty co miesiąc, 

zarówno jak urodziny, które powinny przypadać co miesiąc, a nie co rok”. 

Przez pewien czas sprzeczano się jeszcze na ten temat, ale w końcu propozycja została 

przyjęta  i  uczty  na  cześć  naszego  klubu  zostały  nazwane  „ucztami  miesięcznymi”.  Potem 

podniosła  się  Mysz  Kościelna,  również  członek  naszego  klubu  -  mieszka  w  kościele  i  jest 

strasznie biedna - i powiedziała: „Chciałabym zaproponować, aby miesięczne uczty zaszczycił 

koniecznie swoją obecnością doktor Dolittle, gdyż tylko dzięki jego niezmordowanej pracy - 

Mysz Kościelna uważała się mianowicie za dobrego mówcę, pewnie dlatego, że wysłuchała już 

tylu kazań - a więc dzięki jego niezmordowanej pracy dla dobra szczurów i myszy klub nasz 

powołany został do życia. Proponuję, aby doktora Dolittle zaprosić na nasze miesięczne uczty 

wraz  z  niezwykłym  chłopcem,  Tomkiem  Stubbins,  który  sprawuje  tak  dobrze  obowiązki 

zastępcy  dyrektora  ogrodu  zoologicznego”.  Ta  propozycja  została  jednogłośnie  przyjęta  i 

wydelegowano mnie, abym  panu wręczyła zaproszenie. Uczta, panie doktorze, odbędzie się 

jutro wieczorem. Strój wieczorowy nie obowiązuje. Może pan przyjść w zwykłym ubraniu. Ale 

proszę nam nie odmawiać. 

-  Ależ  przyjdę,  naturalnie  -  powiedział  Jan  Dolittle  -  jestem  zachwycony  waszym 

zaproszeniem, a Stubbins również. 

background image

 

ROZDZIAŁ

 XI 

KLUB MYSZY I SZCZURÓW 

 

Niewątpliwie  budynek  Klubu  Myszy  i  Szczurów  nie  miał  równego  sobie  na  całym 

świecie. Z początku wysokość jego nie przekraczała nawet trzech stóp, ale gdy liczba członków 

wzrosła zrazu z pięćdziesięciu do trzystu, potem z trzystu do pięciu tysięcy, stało się konieczne 

znaczne  powiększenie  gmachu.  Wówczas  gdy  doktor  i  ja  zostaliśmy  zaproszeni  na  ucztę 

miesięczną, budynek był wysokości człowieka i tej samej szerokości i długości - co wysokości. 

Kształtem  dom  klubowy  przypominał  wielki  ul  z  mnóstwem  maleńkich  drzwiczek. 

Miał czternaście pięter. Na najwyższe piętra prowadziły schody, umieszczone na zewnątrz, jak 

w domach włoskich. Wewnątrz, pośrodku budynku, znajdowała się wielka sala, przeznaczona 

na koncerty, przedstawienia teatralne i zebrania, tak wysoka jak cały dom od piwnic po dach. 

Wskutek tego budynek wyglądał jak ciężka, wydrążona kopuła, w której wnętrzu mieściły się 

pokoje i mieszkania umeblowane, prywatne jadalnie, bawialnie, sale posiedzeń i tak dalej. 

Główne drzwi były naturalnie bardzo małe. Takie tylko, żeby szczur mógł się przez nie 

przedostać  wygodnie.  Ale  z  okazji  uczty  miesięcznej  biała  mysz  poprosiła  boruska  o 

przekopanie tunelu pod fundamentami, przez który doktor wraz ze mną mógłby się przedostać 

do sali zebrań. 

Gdyśmy  stanęli  u  wejścia  tunelu,  oczekiwała  nas  tam  biała  mysz  i  cały  zarząd  w 

komplecie.  Wokoło  aż  pod  strop  ze  wszystkich  drzwi  budynku  wyglądały  głowy  myszy  i 

szczurów;  wszystkie  chciały  wziąć  udział  w  powitaniu  wielkiego  człowieka.  Po  czym,  gdy 

biała mysz, z racji piastowanego przez nią urzędu prezesa klubu, wygłosiła do nas krótką mowę 

powitalną, zaczęliśmy schodzić do tunelu. 

-  Niech  pan  uważa,  panie  doktorze  -  powiedziałem.  -  Gdybyśmy  plecami  dotknęli 

pułapu tunelu, mógłby się cały budynek zawalić. 

Ale bez przeszkód dotarliśmy do sali posiedzeń, w której właśnie było dość miejsca, 

żebyśmy  obaj  z  doktorem  przywarłszy  szczelnie  do  siebie  mogli  stać  wyprostowani.  Biała 

mysz oświadczyła, że bardzo chętnie oprowadziłaby doktora po całym budynku klubowym. Że 

jednak naturalnie w żadnym z pokojów, prócz tej sali, w której znajdowaliśmy się, człowiek nie 

mógł się zmieścić, cały pokaz ograniczył się do tego, że doktor stał na swoim miejscu i patrzył 

przez  maleńkie  otwory,  nazwane  drzwiami.  Niektóre  pokoje  umieszczone  były  wzdłuż 

korytarza, do których nie można było zajrzeć z sali zebrań. Aby i to umożliwić, biała mysz 

prosiła mnie o przyniesienie lusterka dentystycznego z gabinetu doktora. Przez to lusterko mógł 

background image

doktor zajrzeć do wszystkich kątów w całym budynku. Jan Dolittle był bardzo zainteresowany 

maleńkimi  pokoiczkami,  które  te  niezwykle  uzdolnione  myszy  i  szczury  same  obmyśliły, 

zbudowały i urządziły. Nagle zawołał z przejęciem: 

- Stubbins, chodź tutaj i zobacz. Nie wiem, czy to sen, czy rzeczywistość? Ale zdaje mi 

się, że widzę tam w dole ludzką twarz, podobną do mojej. Spójrz w lustro. 

Spojrzałem i roześmiałem się. Nic dziwnego, że twarz ludzka przypominała doktorowi 

jego własną. Gdyż był to on sam, a właściwie był to zagubiony portrecik, przedstawiający go 

jako młodego lekarza. 

Jednocześnie  usłyszałem,  jak  biała  mysz,  która  opuściła  nas  na  chwilę,  za  plecami 

doktora wykłócała się gwałtownym szeptem z budowniczym. 

-  Czy  nie  mówiłam  ci  od  razu  -  piszczała  z  wściekłością  -  żebyś  nie  pokazywał 

doktorowi  sali  posiedzeń,  wystarczyłby  salon.  Głupcze!  Teraz  stracimy  nasz  najcenniejszy 

obraz. 

- Ale w jaki sposób zdobyliście ten portrecik? - spytał Jan Dolittle. 

- Właściwie, panie doktorze - zaczęła się tłumaczyć biała mysz - to nie była kradzież, 

tak  jak  się  to  ogólnie  nazywa.  Był  to  pomysł  Szczura  Więziennego,  który  jest  również 

członkiem  naszego  klubu.  Mieszkał  zawsze  po  więzieniach,  nie  ma  więc  zbyt  czułego 

sumienia,  ale  za  to  duży  zmysł  humoru  i  zna  mnóstwo  zajmujących  historii  kryminalnych. 

Podczas narad nad urządzeniem nowej sali posiedzeń kilku członków postanowiło, żeby nad 

fotelem przewodniczącego powiesić jakiś dobry obraz. Na to wstał Szczur Więzienny i zabrał 

głos: 

„Brak  nam  tu  przede  wszystkim  portretu  założyciela  klubu,  doktora  Jana  Dolittle. 

Wiem,  skąd  można  wydostać  taki  portret,  którego  wielkość  będzie  odpowiadała 

przeznaczonemu  na  to  miejscu”.  Propozycja  została  przyjęta  i  Szczur  Więzienny  udał  się 

jeszcze  tego  samego  wieczora  do  pańskiego  domu,  panie  doktorze,  i  tam  z  kominka  w 

poczekalni - powiedzmy - wypożyczył sobie portrecik. Czy pan go nam odbierze, doktorze? 

- Nie, nie mam zamiaru - odpowiedział Tan Dolittle ze śmiechem. - Wygląda na tym 

miejscu, gdzie wisi, wcale nieźle, a przy tym pochlebia mi to bardzo, że pragnęliście go tutaj 

mieć. Daruję go chętnie waszemu klubowi z tym zastrzeżeniem, że go nie zniszczycie. Tylko 

niech się Dab-Dab o tym nie dowie. 

- O, może pan być pewny, że my jej o tym nie powiemy - odrzekła biała mysz. - A teraz, 

doktorze Dolittle, gdybyście wraz z Tomkiem zechcieli zająć swoje miejsca, zwołam członków 

klubu, którzy czekają na pozwolenie wejścia. W sali zebrań musi być pusto, nim usiądziecie, 

gdyż inaczej, jak pan widzi, nie zmieściłby się pan. 

background image

Po czym zgięliśmy kolana w rodzaju ukłonu i zasiedliśmy do uczty, w tym więcej niż 

ograniczonym pomieszczeniu, przy najdziwniejszych ze wszystkich stołów. Za krzesła służyły 

nam  puste  puszki  po  biszkoptach,  wypożyczone  przez  myszy  ze  Schroniska  dla  Psów 

Nierasowych. Stół miał  kształt  owalny jak jajko, był  szeroki na trzy stopy,  a długi  na pięć. 

Dania  stanowiły  maleńkie  ilości  sera,  orzechów,  suszonej  ryby,  suchych  okruchów  chleba, 

pestek z jabłek, jądra z pestek od śliwek itp., ułożone pośrodku stołu w ten sposób, żeby wokoło 

pozostawało  dość  miejsca  dla  gości.  Ponieważ  w  mysim  grodzie,  nawet  w  najlepszych 

towarzystwach, istniał zwyczaj spożywania posiłków stojąc albo siedząc na stole. 

Gdyśmy usiedli, biała mysz dała znak i wówczas nastąpiło  coś niezwykłego: tysiące 

myszy i szczurów wyskoczyło nagle ze wszystkich dziur i otoczyło nas z piskiem i hałasem. 

- Musi pan im wybaczyć, doktorze - szepnęła pani przewodnicząca, gdy ze dwanaście 

myszy wdrapało się na kołnierzyk doktora, a potem zbiegło po jego rękawie prosto na stół. - Na 

ogół  nie  zachowują  się  w  ten  sposób.  Spodziewałam  się  tłoku  w  pobliżu  pana  -  to  wielki 

zaszczyt  dla  nich,  będą  się  chełpić  tym,  że  siedziały  obok  pana  -  dlatego  trzymałam  je  za 

drzwiami do ostatniej chwili. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

UCZTA MIESIĘCZNA 

 

Uczta miesięczna udała się znakomicie, chociaż ani ja, ani doktor nie mogliśmy później 

powiedzieć, że jesteśmy syci. Dań było bardzo dużo, to prawda, ale półmiskami były skorupki 

orzechów włoskich, a napoje podawano w miseczkach żołędziowych. I trzeba było zadać sobie 

dużo trudu, aby najeść się i napić do syta. 

Ale uczta była z innych względów tak zajmująca i niezwykła, że obaj nie zdawaliśmy 

sobie nawet sprawy z tego, czy jesteśmy syci czy głodni. Przede wszystkim nie zdarzyło nam 

się jeszcze nigdy w pokoju, w którym było zaledwie miejsce na nas dwóch, zasiąść wspólnie do 

stołu z pięcioma tysiącami szczurów i myszy. Gdyśmy już usiedli i spory myszy o to, aby usiąść 

jak najbliżej wielkiego męża ustały, członkowie klubu zachowywali się bez zarzutu. Obsługa 

składała się z dwóch grup kelnerów, z których jedni pracowali pod stołem, drudzy na stole. 

Kelnerzy na stole przynosili dania ze środka stołu gościom, którzy na kształt wieńca szerokiego 

na  dwadzieścia  szczurów  zasiedli  na  skraju  stołu.  Inni  kelnerzy  zajęci  byli  wbieganiem  i 

zbieganiem po nogach stołowych tam i z powrotem, z kuchni do sali, aby opróżnione półmiski 

napełniać i podawać. 

Gdy ostatnie danie zostało spożyte, biała mysz zastukała w stół i poprosiła o spokój. 

Natychmiast  umilkła  rozmowa  i  niektórzy  członkowie  zaczęli  uciszać  kelnerów,  którzy 

sprzątali nieco hałaśliwie skorupki orzechów i miseczki żołędzi. W końcu, gdy się drzwi do 

kuchni zawiesiło skórką banana, aby nie przeszkadzał brzęk zmywanych naczyń, podniosła się 

czcigodna  pani  burmistrz,  pierwsza  przewodnicząca  klubu  myszy  i  szczurów,  chrząknęła  z 

godnością i rozpoczęła bardzo piękną mowę. 

Najpierw zwróciła się do doktora i oznajmiła mu w imieniu całego klubu, jak bardzo 

czuje się szczęśliwa mogąc go powitać przy wspólnym stole. Potem zwróciła się do ogromnego 

tłumu myszy i szczurów i opowiedziała im w krótkich słowach, co doktor Dolittle zrobił dla 

wychowania i wykształcenia myszy, i że jego wysiłki powinny w przyszłości wydać piękne 

owoce. 

- Po raz pierwszy w historii naszego wielkiego narodu - powiedziała biała mysz - dana 

jest nam sposobność do wykazania swych uzdolnień. Jakież to życie wiodłyśmy dotychczas! 

Gonione, tępione, musiałyśmy bezustannie uciekać, kryć się - taki był nasz zwykły los. Mądre 

zarządzenie  doktora  Dolittle  umożliwiło  rodowi  mysiemu  i  szczurzemu,  tutaj,  w  mieście 

zwierząt, zainteresowanie się innymi sprawami, nie tylko uciekaniem przed pazurami psów i 

kotów  i  chronieniem  się  od  pułapek.  A  jakież,  szanowne  zgromadzenie,  są  rezultaty  czynu 

background image

doktora Dolittle? - Przewodnicząca uczyniła przerwę i pogładziła białe wąsiki, gdy tymczasem 

słuchacze siedzieli jak zaczarowani, oczekując dalszego ciągu. 

-  Wszystko  to,  co  tutaj  widzimy  -  ciągnęła  dalej  biała  mysz  wskazując  zręcznym 

ruchem łapki o-zdobne ściany sali zebrań - to wszystko, całą tę wspaniałą instytucję, nazwaną 

Klubem  Myszy  i  Szczurów,  wasze  wykształcenie,  wychowanie  waszych  dzieci,  słowem,  te 

wszystkie  zdobycze  kultury  zawdzięczamy  doktorowi  Dolittle,  który  uwolnił  nas  od  ciągłej 

trwogi i umożliwił życie swobodne i spokojne. 

Proponuję, abyśmy doktorowi Dolittle, który zaszczycił nas dzisiaj swoją obecnością, 

wyrazili nasze szczególne podziękowanie i nasze uznanie za to wszystko, co uczynił dla dobra 

myszy i szczurów. Doktor Dolittle niech żyje, niech żyje, niech żyje! 

Gdy  przewodnicząca  zakończyła  przemówienie,  powstała  wielka  wrzawa.  Każdy  z 

pięciu tysięcy członków Klubu Szczurów i Myszy podskoczył z głośnym piskiem, dając tym 

wyraz  zgodności  z  uczuciami  mówcy.  Zauważyłem,  że  doktor  był  wzruszony  tymi  bardzo 

osobliwymi demonstracjami na swoją cześć. 

Potem nastąpiła krótka przerwa, wskazująca, że zgromadzenie oczekuje w odpowiedzi 

przemówienia  gościa  honorowego.  Wobec  tego  doktor  Dolittle  wstał,  wprawdzie  z  wielką 

ostrożnością,  aby  nie  zrujnować  salonu  gościnnych  gospodarzy,  i  wygłosił  krótkie 

przemówienie,  które  również  spotkało  się  z  gorącym  przyjęciem.  Potem  nastąpiły  osobiste 

prezentacje. Wśród gości, którzy pragnęli zostać przedstawieni wielkiemu mężowi, było dużo 

ciekawych osobistości. Na przykład Mysz z Muzeum, zamieszkująca Muzeum Przyrodnicze w 

stolicy, która dla wzięcia u-działu w uroczystościach nie lękała się odbyć tak długiej podróży. 

Szczur Kolejowy umieścił ją w pociągu towarowym, o którym wiedział, że będzie przejeżdżał 

w pobliżu Puddleby. 

Mysz z Muzeum była wesołym stworzonkiem, które posiadało mnóstwo wiadomości 

przyrodniczych i przekazała ona doktorowi wiele nowin o uczonych londyńskich. 

Potem Mysz z Ogrodu Zoologicznego, która przybyła z Londynu, chwaliła się tym, że 

przebywa często w klatce lwa, aby mu wykraść trochę tłuszczu, rozumie się wtedy, kiedy lew 

śpi. Poza tym były obecne: Mysz Kawiarniana, Mysz z Lodówki, która ze względu na zimny 

klimat, w którym  stale przebywała, nosiła wyjątkowo długie i  puszyste  futerko. Był  także i 

poczciwy stary Szczur Okrętowy, ten sam, który niegdyś na Wyspach Kanaryjskich uprzedził 

doktora o spróchniałych deskach na jego statku. Porzucił teraz na zawsze służbę na morzu, aby 

w Klubie Myszy i Szczurów w Puddleby spędzić resztę dni swego życia w spokoju. Wśród 

wielu innych trzeba wymienić jeszcze Mysz Szpitalną i Mysz Teatralną. 

W takim tłumie, mógł doktor każdemu gościowi poświęcić naturalnie tylko kilka chwil. 

background image

Ale wówczas gdy przewodnicząca przedstawiała  nam  gości i  opowiadała o nich w krótkich 

słowach,  doszedłem  do  przekonania,  że  towarzystwo  myszy  i  szczurów,  jeśli  się  pozna  ich 

życie i obyczaje, może być równie ciekawe, jak najlepiej dobrane towarzystwo ludzi. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

SZCZUR HOTELOWY 

 

Gdy już niemal wszyscy goście zostali przedstawieni doktorowi Dolittle, zadziwił mnie 

on, jak to często bywało, swą niezwykłą pamięcią rozpoznawania zwierzęcych obliczy. 

Wśród tysięcy szczurów i myszy, które wszystkie wpatrywały się w niego z zachwytem 

i podziwem, wskazał nagle na jednego ze szczurów i szepnął do białej myszy: 

- Co to za szczur, ten który tam trze sobie nosek lewą łapką? 

- To Szczur Hotelowy - odrzekła biała mysz. - Czy chciałby pan z nim pomówić? 

Ale  szczur,  o  którego  chodziło,  zauważył  już,  że  doktor  Dolittle  zwrócił  na  niego 

uwagę, i bardzo dumny z tego wyróżnienia, zbliżył się natychmiast. 

- Wydajesz mi się znajomy  - rzekł doktor. - Chciałbym sobie przypomnieć, gdzie cię 

widziałem. 

- Ach, to przecież ja jestem tym szczurem, którego pewnego razu przyniesiono do pana 

doktora ledwo żywego. Pamięta pan? Było to cztery lata temu. Moi dwaj bracia obudzili pana o 

szóstej rano. Przypadek był nagły. Byłem zupełnie nieprzytomny. 

-  Och,  naturalnie,  teraz  sobie  przypominam!  -  zawołał  doktor.  -  A  następnego  ranka 

zabrano cię, zanim wstałem. Nie miałem potem sposobności porozmawiania z tobą. Jakim to 

sposobem zostałeś wtedy tak ciężko ranny? 

- Zostałem przejechany - odrzekł szczur i zapatrzył się w dal pod wpływem smutnego 

wspomnienia - przez wózek dziecinny, w którym leżało dwoje bliźniąt dobrej wagi. Stało się 

to... ale to jest długa historia. 

-  Bardzo  chętnie  jej  wysłucham  -  rzekł  doktor  Dolittle  -  pora  poobiednia  nadaje  się 

najlepiej do słuchania opowiadań. 

- Sprawi mi to prawdziwą przyjemność - brzmiała odpowiedź szczura - o ile tylko całe 

towarzystwo nie znudzi się moim opowiadaniem. 

Przez  tłum  myszy  i  szczurów  przebiegł  radosny,  pełen  oczekiwania  pisk  i  wszyscy 

zasiedli, aby słuchać wygodnie. Gdyż mało jest rzeczy, które by szczury i myszy tak lubiły jak 

słuchanie opowiadań, a wszystko wskazywało na to, że będzie to bardzo zajmujące. 

- Około pięciu lat temu - zaczął Szczur Hotelowy - postanowiłem urządzić się w hotelu. 

Wiele szczurów uważa hotel za niebezpieczne miejsce zamieszkania. Ale ja nie podzielam tego 

zdania.  Gdy  się  przywyka  do  życia  hotelowego,  nie  grozi  tam  więcej  niebezpieczeństw  niż 

gdzie indziej. A ja lubię urozmaicone, pełne wrażeń życie, ruch i tłumy ludzi chodzących tam i 

z powrotem o wszystkich porach dnia i nocy. Tak więc razem z moimi braćmi wyszukaliśmy 

background image

sobie miły, stary hotelik, niedaleko stąd, w niewielkim mieście-ogrodzie; kuchnia była dobra, 

toteż  postanowiliśmy  zamieszkać  tam  na  stałe.  W  hotelu  były  ładne,  rozległe  piwnice,  a 

wszędzie  było  mnóstwo  jedzenia,  począwszy  od  owsa  w  stajniach  po  drugiej  stronie 

dziedzińca,  aż  do  okruchów  chleba  i  sera  na  podłodze  sali  restauracyjnej.  Razem  z  nami 

mieszkał tam jeden szczur, dość dziwaczne stworzenie. Nie był on -jakby to powiedzieć - na 

poziomie  towarzyskim.  Żadne  z  osiedli  szczurzych  dbające  o  porządek  nie  zniosłoby  go  u 

siebie. Ale ja przypadkiem uratowałem mu niegdyś życie, gdy napadł go pies, i odrowej chwili 

nie odstępował mnie na krok. Nazywał się „Zez” i miał tylko jedno oko. 

Zez  umiał  wspaniale  biegać.  Mówiono,  że  w  wyścigach  oszukuje.  Ale  nie  chciałem 

temu  nigdy  wierzyć,  miał  tak  silne  płuca  i  taką  lekkość  biegu,  że  mógł  się  obejść  bez 

oszukiwania. Posiadał wszystkie warunki na to, aby zwyciężać. Jakkolwiek tam zresztą było, 

gdy się do mnie zwrócił z zapytaniem, czy może z nami zamieszkać, powiedziałem do mego 

starszego brata: „Szapsiu (moi bracia nazywali się Szapsio i Szepsio), zdaje mi się, że w tym 

Zezie tkwi jednak coś dobrego. Wiesz przecież, jak to bywa w życiu. Gdy szczur ma złą opinię, 

wszyscy  chętnie wierzą  temu, co o nim źle świadczy, a nikt  nie chce widzieć jego dobrych 

stron. Biedny Zez jest wyklęty ze społeczeństwa. Przyjmijmy go do nas”. „Dobrze - powiedział 

Szapsio  -  chociaż  obawiam  się,  że  większość  naszych  przyjaciół  odwróci  się  od  nas.  Zez 

istotnie  wygląda  dziwacznie.  Ale  nie  dbam  o  opinię.  Jeśli  ty,  Sznapsiu  (tak  mnie  nazywali 

pieszczotliwie w rodzinie), chcesz, żeby z nami zamieszkał, weźmiemy go do siebie”. 

Zez wszedł więc do naszej rodziny i zamieszkał w starym hotelu w mieście-ogrodzie, na 

moje szczęście, jak to później zobaczycie. Co prawda, pod jednym względem nie zgadzaliśmy 

się z nim nigdy. Zez był trochę filozofem i zwykł mawiać: „Polegaj tylko na samym sobie, na 

własnym  rozumie,  taka  jest  moja  zasada”.  Ja  zaś  wierzyłem  przede  wszystkim  w  ochronę 

dobrze położonej norki. Możecie sobie wyobrazić, jakie straszne niebezpieczeństwa czyhają na 

nas w takim hotelu: niezliczona liczba psów, co najmniej dwa albo trzy koty, mnóstwo pułapek 

i trucizn na szczury i tłumy ludzi, wałęsających się tam i z powrotem przez cały dzień. Norka, 

którą sobie sam urządziłem, znajdowała się tuż obok nory mego brata, ale mieliśmy wszyscy 

jedno  wspólne  wejście  -  była  to  najładniejsza  i  najwygodniejsza  nora,  jaką  kiedykolwiek 

miałem. Przylegała do tylnej ściany kuchennego komina, którego cegły były zawsze ciepłe. W 

noce zimowe spało się tam wybornie. 

Często mawiałem: „Widzisz, Zez, ja czuję się najpewniej dopiero wtedy, gdy wracam 

do mojej dziury. Wszystko mi jedno, co się dzieje, póki siedzę spokojnie u siebie w domu”. 

Zez, mrużąc złośliwie swoje jedyne oko, odpowiadał: „Zdaje ci się tak dlatego, że norę swoją 

znasz dobrze i jesteś do niej przywiązany”. 

background image

W hotelu mieszkały dwa koty; zwinięte w kłębek, najczęściej drzemały przy kominku w 

bawialni. Karmiono je dwa razy dzienne, a my, szczury hotelowe, znałyśmy ich zwyczaje i 

zdawałyśmy sobie sprawę z każdej godziny ich rozkładu dnia. Nie lękałyśmy się ich, gdyż były 

leniwe  i  przekarmione.  Ale  mniej  więcej  raz  na  miesiąc  postanawiały  i  one  zapolować  na 

myszy i szczury, a znały nasze nory równie dobrze, jak my ich zwyczaje. 

Pewnego razu, jak gdyby opętane, rozpoczęły polowanie na szczury, które trwało przez 

trzy dni. Nasze straże dały nam znać, że nieprzyjaciel się ruszył - czuwały one dzień i noc na 

zmianę, co było konieczne przy takim natłoku psów, kotów i ludzi w hotelu. 

Odtąd nie odważałyśmy się oddalać zbytnio od naszych nor. Mimo to zdarzyło się, gdy 

wracałem przed wieczorem do domu, że natknąłem się na koty. Jeden z nich stanął na warcie 

przed moją norą, drugi zaczął mnie gonić. Nie straciłem jednak głowy. Już setki razy bywałem 

ścigany, wprawdzie nigdy przez dwa koty jednocześnie. Nie było żadnej nadziei, abym mógł 

się dostać do mojej nory, cofnąłem się więc i wyskoczyłem przez otwarte okno na ulicę. 

Szczur  Hotelowy  zamilkł  na  chwilę,  aby  odkaszlnąć,  przy  czym  nie  zapomniał  dla 

przyzwoitości zakryć sobie łapą pyszczka. Tymczasem napięcie słuchającej publiczności, która 

znała wzruszenia z podobnych gonitw z własnego doświadczenia, wzmogło się niesłychanie. 

- Wyskoczyłem więc - ciągnął dalej szczur i jego oblicze skrzywiło się na to bolesne 

wspomnienie - i wpadłem tuż pod koła dziecinnego wózka. Tylne koło przejechało przez moje 

ciało, poczułem, że jestem ciężko ranny. Niańka wrzasnęła: „Pfe, szczur!”, i uciekła wraz z 

wózkiem  i  z  bliźniętami.  Byłem  przygotowany  na  to,  że  teraz  koty  rzucą  się  na  mnie  i 

wykończą  mnie  ostatecznie.  Byłem  bezsilny.  Moje  tylne  nogi  straciły  zupełnie  władzę  i 

mogłem najwyżej posuwać się na przednich łapkach z powolnością żółwia. 

Mimo to szczęście nie opuściło mnie całkowicie. Zanim koty zdążyły skoczyć ku mnie, 

ukazał  się  na  widowni  pies,  przywabiony  hałasem.  Mnie  nie  zauważył,  ale  za  obu  kotami 

pognał z szybkością siedemdziesięciu mil na godzinę. 

Mimo to miałem świadomość swojej trudnej sytuacji. Nie wiedziałem, co mi jest, ale 

czułem  straszne  bóle.  Krok  za  krokiem,  w  przeświadczeniu,  że  mogę  być  w  każdej  chwili 

schwytany przez nieprzyjaciela, powlokłem się z powrotem w stronę domu. Na szczęście był to 

rodzaj sutereny, której okno znajdowało się na tym samym poziomie, co ulica. Gdyż inaczej nie 

mógłbym się nigdy przez nie prześliznąć. Było to niedaleko od miejsca, gdzie zostałem ranny, 

ale nigdy nie zapomnę nieskończonych cierpień doznanych w tej krótkiej drodze. Przez cały ten 

czas powtarzałem sobie wciąż i na nowo: „Moja norka! Gdy się tylko dostanę do mojej norki, 

wszystko będzie dobrze. Muszę się tam dostać, zanim koty powrócą”. 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

ZEZ WYKLĘTY Z TOWARZYSTWA 

 

- Więcej martwy niż żywy - ciągnął dalej Szczur Hotelowy - dowlokłem się wreszcie do 

mojej  ukochanej  nory  i  wlazłem  w  jej  najbardziej  skryty  zakątek;  tam  zemdlałem.  Gdy  się 

obudziłem, pochylał się nade mną Zez. 

„Sznapsiu - mówił ze łzami w oczach - widzisz teraz, że twoja mądrość życiowa na nic 

ci się nie przydała”. 

„Co się ze mną stało? - zapytałem. - Co mam złamanego?” 

„Obie  tylne  nogi  -  odpowiedział  Zez.  -  Musimy  cię  zanieść  do  doktora  Dolittle  w 

Puddleby. Tym razem nic ci nie pomoże twój umiłowany dom”. 

Obaj  moi  bracia,  Szapsio  i  Szepsio,  byli  również  przy  mnie  i  cała  trójka  urządziła 

naradę  nad  tym,  jakim  sposobem  dostawić  mnie  do  doktora  Dolittle.  Wydobyli  skądś  stary 

pantofel, który miał mi służyć za nosze. Postanowili ułożyć mnie w pantoflu i ciągnąć w nim po 

ziemi. 

- Co?! - krzyknął doktor Dolittle. - Ale chyba nie przez całą drogę do Puddleby! 

- Nie - odrzekł Szczur Hotelowy - wyruszono najpierw na zwiady po okolicy. Szczury z 

sąsiednich  osiedli  dowiedziały  się  o  moim  wypadku  i  zaofiarowały  się  z  radą  i  pomocą. 

Znaleziono  wóz,  naładowany  kapustą,  który  stał  na  dziedzińcu  pewnego  zajazdu.  Miał  on 

nazajutrz z samego rana jechać do Puddleby. Plan moich braci i przyjaciół polegał na tym, żeby 

mnie  na  noszach  z  pantofla  zaciągnąć  na  ten  dziedziniec,  tam  ukryć  mnie  na  wozie  wśród 

kapusty,  a  potem  w  Puddleby  znaleźć  sposobność,  aby  mnie  przetransportować  do  domu 

doktora Dolittle. 

Wszystko było gotowe i leżałem już nawet na noszach, gdy przed wejściem do nory 

ukazał się Zez, klnąc okropnie. 

„Nie możemy się jeszcze stąd ruszyć - szepnął - wstrętne koty wróciły i czatują przed 

norą. Wiedzą bardzo dobrze, że mamy tylko to jedno wyjście. O mało co nie wpadłem wprost w 

ich pazury. Teraz siedzimy w prawdziwej pułapce. Ach, gdybym mógł dostać się na swobodę, 

w mieście czy na wsi, gdziekolwiek bądź”. 

Nie mogliśmy zrobić nic innego, tylko  czekać.  Z moimi nogami było  coraz gorzej  i 

gorzej,  a  gorączka  podniosła  się  bardzo  wysoko.  Zez  doprowadzał  mnie  do  rozpaczy,  bo 

powtarzał wciąż w kółko, że trzeba polegać tylko na sobie samym. 

„Tutaj masz przykład - mówił. - Co ci z tego przyjdzie, że masz swoją wspaniałą norę? 

Chcemy się z niej wydostać i  nie możemy. Na  własnym  rozumie trzeba budować, na sobie 

background image

samym. To moja zasada”. 

„Ach, bądźże nareszcie cicho!  - zawołałem. - Wielka z ciebie pociecha dla chorego. 

Głowa mi płonie, wylej  mi na nią lepiej  trochę zimnej  wody.  Tam  w kącie stoi napełniony 

naparstek”. 

Chociaż sposób Zeza obchodzenia się z chorym nie był zbyt podnoszący na duchu, to 

jednak on przecież uratował mi życie i o mało co sam przy tym nie zginął. Najlepsze godziny 

dnia minęły, a wstrętne koty wciąż jeszcze czatowały przy wejściu do naszej nory. Czułem się 

tak  źle,  że  tylko  chwilami  odzyskiwałem  przytomność,  a  potem  znów  zapadałem  w 

gorączkowe majaczenia. 

Podczas jednej z moich przytomnych chwil Zez, który długo mnie obserwował, zwrócił 

się do moich braci i powiedział: 

„Jest  tylko  jeden  ratunek.  Koty  potrafią  przez  kilka  dni  nie  ruszać  się  z  miejsca. 

Sznapsio nie wytrzyma już długo. Jeśli go nie dostawimy zaraz do doktora Dolittle, będzie po 

nim. Sznapsio uratował mi niegdyś życie. Tak, uczynił to. Teraz kolej na mnie, muszę spłacić 

swój dług wdzięczności. Spróbuję. Przede wszystkim wprawię trochę koty w ruch”. 

„Co? - zawołali moi bracia. - Nie wierzysz chyba w to, że uda ci się odwrócić ich uwagę 

od nory?” 

„Tak, właśnie tego chcę - odpowiedział Zez i błysnął przekornie swym jednym okiem. - 

Jestem najlepszym szybkobiegaczem ze wszystkich szczurów w całej okolicy. Jeśli więc mnie 

się to nie uda, to już chyba nikomu innemu. Przysuńcie pantofel do wyjścia z nory i bądźcie 

gotowi. Za kilka minut będzie już tak późno, że wszystkie ulice opustoszeją. Zmuszę koty do 

gonitwy  za  mną  przez  całe  miasto.  A  wy  tymczasem  dostawcie  Sznapsia  na  dziedziniec 

gospody.  Co  dzień  o  świcie  odjeżdża  stamtąd  wóz  z  jarzynami.  Jeśli  mi  szczęście  dopisze, 

zatrzymam te podłe bestie tak długo, dopóki nie ukryjecie Sznapsia w kapuście”. 

„Nie zapominaj, że są dwa koty” - ostrzegali Zeza moi bracia. 

Zaciągnęli  pantofel  do  samego  wyjścia.  Po  czym  jednooki  pogardzany 

Zez-szybkobiegacz, najwierniejszy ze wszystkich przyjaciół, stanął przy wyjściu. 

Światło  latarni  ulicznej  padało  przez  okno  do  naszej  nory  i  oświetlało  jego  brzydki 

pyszczek. 

Na zewnątrz widać było cienie obu straszliwych kotów, które na nas czekały - czekały z 

podstępną cierpliwością szatanów. 

Chwila  była  naprawdę  wstrząsająca.  Zez  miał  awanturnicze  usposobienie.  Nieraz 

byłem świadkiem, jak stawiał lekkomyślnie wszystko na jedną kartę, jakby dla żartu. Dlatego 

myślę, że ta przejmująca chwila sprawiała mu także pewną przyjemność. 

background image

Podrygiwał i podskakiwał, gotując się do najodważniejszego skoku w swym życiu. 

Potem - hyc! I już go nie było. 

W tej samej chwili usłyszeliśmy hałas i ujrzeliśmy, jak obydwa koty dały susa i rzuciły 

się w pogoń. 

Przez  całą  godzinę  ciągnął  Zez  tę  najniebezpieczniejszą  dla  szczura  zabawę  w 

chowanego z dwoma wściekającymi się kotami i w berka z grożącą mu podwójną śmiercią. 

Najpierw  pozwolił  kotom  pędzić  wciąż  za  sobą  z  szaloną  szybkością  w  dół  ulicy. 

Obmyślił sobie szczegółowo cały plan wojenny, każdy podstęp, zasadzkę, zwrot. Za naszym 

domem znajdowało się wąskie podwórze, które Zez znal doskonale. Na tym podwórzu była 

mała  sadzawka  dla  kaczek,  a  po  sadzawce  pływało  papierowe  pudełko.  Zez  skierował 

polowanie na to podwórko i skoczył do sadzawki, posługując się pudełkiem jak trampoliną. 

Jeden z kotów, który znajdował się bliżej, skoczył za nim, ale nie przewidział, że papierowe 

pudełko może wprawdzie utrzymać ciężar szczura, ale nigdy kota. Zanurzyło się więc i kot 

pogrążył się w wodzie. Musiał się potem suszyć do końca nocy. A w każdym razie miał dość 

polowania. 

Tymczasem  drugi  kot  spostrzegł  się,  że  ma  do  czynienia  z  bardzo  mądrym 

przeciwnikiem,  i  nie  odważył  się  na  tak  ryzykowne  przedsięwzięcie.  Trzymał  się  Zeza  jak 

pijawka,  czego  zresztą  szczur  życzył  sobie  najbardziej,  co  prawda  tak  długo,  dopóki  mógł 

wymykać się z kocich pazurów. Wśliznął się wreszcie w norę, gdy był zaledwie o długość łapki 

oddalony  od  pazurów  kota.  Tam  nabrał  tchu,  gdy  tymczasem  jego  prześladowca  czekał  na 

niego, klnąc i wymyślając. I właśnie w chwili gdy kot wahał się, czy nie porzucić tej zabawy i 

nie wrócić do naszej nory, hyc! - szczur wymknął się z dziury i w nogi. A kot znowu musiał 

gnać za nim. 

Tak  pędziły  przez  całe  miasto  -  w  dół  do  piwnic,  w  górę  na  dachy,  na  mury,  na 

karkołomne  wyżyny.  Zez  nawet  zwabił  kota  na  drzewo  i  zdawało  się,  że  tam  w  gałęziach, 

zostanie już na pewno przyłapany. Tymczasem szczur sfrunął raczej niż skoczył na sznur od 

bielizny i wykrzywiał się złośliwie, zapraszając kota do dalszej gonitwy. 

Tymczasem  Szapsio  i  Szepsio  ciągnęli  mnie  na  noszach  pantoflanych  wzdłuż  ulicy. 

Jeszcze  nigdy  nie  odbywałem  tak  strasznej  podróży.  Dwa  razy  upuścili  mnie  do  rynsztoka. 

Nareszcie dobrnęliśmy na dziedziniec gospody i tam udało się moim braciom zaciągnąć mnie 

na wóz i ukryć w kapuście. O świcie wóz ruszył. O Boże, jakże marnie się czułem! Na szczęście 

wóz ze swoim ładunkiem zatrzymał się na ulicy Wołowej. Wyciągnięto mnie z wozu za ogon 

wprost przed drzwiami domu doktora Dolittle. Był już najwyższy czas. Jeszcze pól godziny, a 

byłoby  już  po  mnie.  Ale  gdyby  nie  Zez,  „wyklęty”  Zez,  nie  zostałbym  uratowany.  Jeden  z 

background image

moich braci, Szapsio, pośpieszył natychmiast do naszej nory i czekał tam godzinami na Zeza, 

lękając się śmiertelnie, żeby szczur nie przypłacił własnym życiem mego ocalenia. Gdyż moi 

bracia  dopiero  teraz  ocenili,  że  Zez,  jakkolwiek  wyrzutek  społeczeństwa,  był  w  istocie 

bohaterem.  Około  godziny  ósmej  rano  przywędrował  do  nory,  trzymając  źdźbło  słomy  w 

zębach, jak gdyby nic się nie stało i jak gdyby spędził piękny dzień na wsi. 

I  rzeczywiście,  teraz  gdy  to  minęło,  myślę,  że  zasada  Zeza  była  jednak  słuszna.  Że 

właściwie w życiu można polegać tylko i jedynie na własnym rozumie i na sobie samym. 

background image

ROZDZIAŁ XV 

SZCZUR Z WULKANU 

 

Przygoda,  opowiedziana  przez  Szczura  Hotelowego,  przypomniała  wielu  członkom 

Klubu Myszy i Szczurów interesujące zdarzenia z ich własnego życia, tak jak to często bywa w 

licznym gronie słuchaczy cudzych opowiadań. Gdy szczur skończył, rozległ się szmer ogólnej 

rozmowy. 

-  Doprawdy  -  powiedział  doktor  do  białej  myszy  -widzę,  że  szczury  i  myszy  mają 

ciekawsze i bardziej obfitujące w przygody życie niż ludzie. 

- Tak jest istotnie - odrzekła biała mysz. - Prawie każdy z członków klubu przeżył jakąś 

niezwykłą przygodę. Na przykład Szczur z Wulkanu opowiadał mi w zeszłym tygodniu bardzo 

zajmującą historię. 

- Chętnie posłuchałbym jeszcze innych opowiadań z waszego życia - powiedział doktor 

Dolittle - ale zdaje mi się, że musimy już iść do domu. Jest bardzo późno. 

-  Ach,  panie  doktorze,  proszę,  aby  zechciał  pan  nas  odwiedzić  jeszcze  raz,  i  to  jak 

najprędzej! - zawołała biała mysz. - Zbieramy się tutaj co wieczór w bardzo licznym gronie 

myszy  i  szczurów.  Przyszło  mi  na  myśl,  jakby  to  było  ładnie,  gdybyście,  pan  albo  Tomek, 

zapisali  kilka  takich  opowiadań  z  życia  naszych  członków  i  wydali  książkę  dla  naszej 

biblioteki. Moglibyśmy jej dać tytuł: „Opowiadania z życia myszy i szczurów”. 

Przed  odejściem  obiecaliśmy  wrócić  tu  następnego  wieczora,  aby  wysłuchać 

opowiadania  Szczura  z  Wulkanu.  Wiedziałem,  że  nie  będzie  łatwo  zapisać  to  opowiadanie 

słowo w słowo. Ale biała mysz zapewniła mnie, że postara się, aby szczur opowiadał powoli i 

wyraźnie,  i  przy  pomocy  doktora  Dolittle  (jego  znajomość  języka  myszy  i  szczurów  była, 

rozumie się, o wiele większa niż moja) spodziewałem się, że temu podołam. 

Gdy następnego wieczora wśród burzliwych oklasków wstał Szczur z Wulkanu, aby 

powitać zebrany tłum słuchaczy, uderzył mnie od razu jego wybitnie cudzoziemski wygląd. 

Był  tej  samej  barwy  co  większość  szczurów,  ani  mniejszy,  ani  większy,  a  jednak  czynił 

wrażenie  szczura  innego  pochodzenia,  przypominał  Włocha.  Miał  błyszczące  oczy  i  bardzo 

gibkie ruchy, mimo to widać było wyraźnie, że nie jest już młody. Jego zachowanie cechowała 

wesołość połączona z ogromnym wyrobieniem towarzyskim. 

-  Nasza  przewodnicząca  -  zaczął  kłaniając  się  u-przejmie  w  stronę  myszy  -  mówiła 

wczoraj o olbrzymich umysłowych postępach, osiągniętych przez nasze stowarzyszenie dzięki 

doktorowi  Janowi  Dolittle.  Dziś  chciałbym  wam  opowiedzieć  o  innym  wypadku,  może 

jedynym w dziejach szczurów i myszy, w którym szczury wykazały wysoki stopień kultury i 

background image

inteligencji. 

Niegdyś, przed wielu laty mieszkałem na zboczu wulkanu. O ile nam było wiadomo, 

był  to  wulkan  wygasły.  Na  jego  stokach  położone  były  dwie,  trzy  wioski  i  jedno  miasto. 

Znałem dobrze całą górę. Nawet dwa razy odbyłem wycieczki krajoznawcze aż do krateru na 

szczycie wulkanu; był to jak gdyby wielki, tajemniczy kocioł o skalistych ścianach popękanych 

na kształt potwornych gąbek w olbrzymie rozpadliny, wiodące daleko w głąb ziemi. Stamtąd, 

głęboko, głęboko w dole, można było, słuchając uważnie, rozróżnić dziwnie grzmiący łoskot. 

Po raz trzeci wbiegłem na krater, kryjąc się przed trzema psami, które gnały po moich 

śladach przez winnice i gaje oliwek aż do stóp wulkanu. Pozostałem na górze przez całą noc. 

Dziwne odgłosy nie dawały mi spokoju. Brzmiały jak jęki albo krzyki ludzkie. Ale następnego 

ranka spotkałem bardzo starego szczura, który widocznie stale tam mieszkał. Zaznajomiliśmy 

się szybko ze sobą. Pokazał mi cały krater i wszystkie osobliwości: groty, parujące podziemne 

jezioro i mnóstwo dziwnych rzeczy. Mieszkał w szczelinach wulkanu. 

„A jak zaopatrujesz się w pożywienie?” - zapytałem go. 

„Są tu żołędzie - odpowiedział. - Nieco niżej, na zboczu, rosną dęby. Każdej jesieni 

przygotowuję zapasy, a co się tyczy wody, to jest kilka źródeł. Żyje się tu wcale dobrze”. 

„Żyjesz tutaj jak wiewiórka - zauważyłem - która na zimę zbiera orzechy. Dlaczego 

obrałeś sobie tę okolicę na miejsce zamieszkania?” 

„Prawdę mówiąc - rzekł - staję się coraz starszy i słabszy. Nie mogę już tak biegać jak 

dawniej. W mieście byłbym już z pewnością schwytany przez psy i koty. A tutaj na krater się 

nie dostaną. Są przesądne. Boją się grzmiących odgłosów. Wierzą, że tam, we wnętrzu góry, 

mieszka diabeł”. 

Pozostałem przez dwa dni u starego Szczura-Pustelnika. Była to przyjemna odmiana po 

hałaśliwym, męczącym życiu miejskim. Za każdym razem, gdy grzmiące huki wydobywały się 

z  wnętrza  góry  i  brzmiały  coraz  głośniej,  stary  szczur  zbiegał  do  szczeliny  skalnej  i 

nasłuchiwał. Zapytałem go, czego oczekuje. Zrazu nie chciał odpowiadać obawiając się, że go 

wyśmieję. Ale w końcu jednak powiedział: 

„Nasłuchuję, czy nie nadchodzi wybuch”. 

„Co nazywasz wybuchem?” - zapytałem. 

„Gdy krater zaczyna wyrzucać z siebie ogień, nazywa się to wybuchem - powiedział. - 

Ten  wulkan  jest  już  od  dawna,  od  wielu  lat  nieczynny.  Ale  tyle  razy  słuchałem  już  jego 

odgłosów, że mogę zrozumieć, co mówią. Nie śmiej się - dorzucił widząc moją minę. -Mogę ci 

tylko powiedzieć: będę wiedział, dokładnie wiedział, którego dnia z tej góry wybuchnie ogień. 

Zdradzą mi to jej głosy”. 

background image

Naturalnie  uważałem  starego  szczura  za  obłąkanego  i  gdy  już  miałem  dość  tego 

pustelniczego życia, pożegnałem się z nim i powróciłem do miasta. 

Wkrótce  potem  mieszkańcy  miasta  sprowadzili  sobie  gromadę  kotów  jakiejś  nowej 

rasy. My, szczury, stałyśmy się zbyt liczne i mieszkańcy postanowili pozbyć się nas z miasta. 

Udało im się to. Koty były niezmordowanymi myśliwcami. Ścigały nas dzień i noc. Życie stało 

się prawie niemożliwe. 

Gdy wielka część naszych towarzyszy została wytępiona, przywódcy poszczególnych 

osiedli zebrali się pewnej nocy w piwnicy, aby omówić dalsze plany. Po kilku mało ważnych 

projektach  przypomniał  mi  się  nagle  mój  stary  przyjaciel  i  jego  spokojne  życie  na  skraju 

krateru.  Zaproponowałem  szczurom,  że  je  poprowadzę  na  wulkan.  Tam,  bezpieczni  przed 

prześladowaniem  psów  i  kotów,  będziemy  w  spokoju  pędzić  resztę  życia.  Niektórym  z 

przywódców  nie  podobała  się  moja  propozycja,  ale  wygnańcy  nie  mają  wyboru.  W  końcu 

jednak postanowiono zawiadomić wszystkie szczury w mieście o tym, iż o świcie następnego 

dnia wyprowadzę całą gromadę z murów miasta i skieruję ją do nowego osiedla. 

background image

ROZDZIAŁ XVI 

GŁOSY ZIEMI 

 

-  Następnego  dnia  -  ciągnął  dalej  Szczur  z  Wulkanu  -  nastąpił  wielki  wymarsz 

szczurów. Było to wielkie wydarzenie w życiu starego pustelnika na szczycie górskim, gdy z 

gniazda wroniego, w którym sprawował wartę, ujrzał tysiące szczurów wspinających się po 

zboczach, alby podzielić jego samotność. 

Na  szczęście  nie  minęła  jeszcze  jesień  i  mnóstwo  żołędzi  leżało  pod  dębami. 

Zbieraliśmy ten plon i składaliśmy w licznych zgrabnych podziemnych komóreczkach, którymi 

ściany krateru podziurawione były jak sito. 

Ponieważ  uchroniłem  moich  towarzyszy  od  grozy  śmierci  i  zawiodłem  ich  do  tej 

bezpiecznej  krainy,  stałem  się  dla  nich  jak  gdyby  przywódcą.  Rozumie  się,  gdy  minęło 

pierwsze  wzruszenie  wędrówki,  zapanował  wśród  szczurów  zgryźliwy  i  przygnębiający 

nastrój. Tłum znajduje zawsze powody do narzekania. W

7

ielu młodzieńców, uważających się 

za bardzo rozumnych, wygłaszało mowy do tych, którzy mieli ochotę słuchać. Mówili więc, że 

zaprowadziłem ich z deszczu pod rynnę. Cywilizacja myszy i szczurów ginie zamiast czynić 

postępy. Życie, które obecnie prowadzimy, nie różni się niczym od życia wiewiórek żyjących z 

nagromadzonych zapasów. W mieście natomiast, jakkolwiek niebezpieczeństwo czyha tam na 

każdym kroku, prowadzi się jednakże życie barwne i urozmaicone. Tam nie byliby zmuszeni 

zadowalać  się  dzień  w  dzień  tym  samym,  jednostajnym  pożywieniem.  A  jeśliby  kto  miał 

ochotę wyścielić swą norę jedwabiem albo miękkim futrem, to wiedziałby, gdzie tego szukać. I 

tak dalej, i tak dalej... 

Tym niezadowolonym mówcom udało się też podburzyć przeciwko mnie masy do tego 

stopnia,  że  nawet  przez  jakiś  czas  życiu  memu  zagrażał  gniew  ludu.  Wreszcie  zostałem 

zmuszony,  mimo  że  nie  byłem  mówcą,  dla  własnej  obrony  wystąpić  z  przemówieniem. 

Zwróciłem uwagę na to, że życie, które obecnie prowadzimy, nie różni się od życia naszych 

przodków. 

„Nasze obecne życie - mówiłem - podobne jest do prostego życia rolników po potopie. 

Później, gdy zostały założone miasta i ludzie stłoczyli się w ohydne zbiorowiska, skusiło nas 

wesołe  życie  w  piwnicach  i  spiżarniach.  Dałem  wam  możność  powrotu  do  zdrowego, 

niezależnego  życia  na  łonie  przyrody.  Teraz,  kiedy  słuchacie  próżniaków,  przywykłych  do 

wylegiwania się po piwnicach, tęsknicie na nowo do służalczej niewoli w domostwach ludzi. 

Wracajcie tam, wy pchły, wy pasożyty! - Byłem strasznie wzburzony. -Ale nigdy, pamiętajcie, 

nigdy więcej nie proście mnie o to, abym was prowadził”. 

background image

Ale zaledwie skończyłem przemówienie - oklaski i wiwaty moich słuchaczy brzmiały 

mi jeszcze w uszach (gdyż przeciągnąłem ich wszystkich na swoją stronę) - spostrzegłem, że 

stary pustelnik stoi za mną i krzyczy mi do ucha: „Wulkan! Wybuch wulkanu! Głosy ziemi 

przemówiły! Strzeżcie się, ratujcie się! Musimy uciekać!” 

Wówczas  wszystkie  szczury  zerwały  się  jak  jeden  szczur  i  zawołały:  „Prowadź  nas, 

pójdziemy za tobą! Wierzymy ci! Ty jesteś przywódcą, któremu ufamy”. 

Teraz powstał gwałtowny popłoch. W kilka minut musiałem ustawić w szeregi tysiące 

szczurów i myszy i sprowadzić je z góry najkrótszą drogą. Sam nie wiem, jak mi się to udało, 

mimo że ciemności zapadły, zanim wyruszyliśmy, i droga była stroma i niebezpieczna. Poza 

tym  zarządziłem,  żeby sześć szczurów niosło starego pustelnika, który nie mógł  tak prędko 

biegać - inaczej zostałby w tyle. 

Ciemną nocą, obok murów miasta, które nas wygnało,  biegliśmy coraz dalej i  dalej, 

coraz niżej i niżej w dolinę. Nawet tam, pomimo ogólnego zmęczenia, nie pozwoliłem długo 

się zatrzymywać. Prowadziłem uciekinierów pośpiesznie, po kilku minutach odpoczynku, w 

poprzek doliny przez kamienny most, pod którym płynęła szeroka rzeka. Potem wspinaliśmy 

się  na  zbocza  innego  łańcucha  wzgórz,  o  dwadzieścia  mil  odległego  od  miejsca,  z  którego 

wyszliśmy.  I  właśnie  w  chwili  gdy  zmęczonym  głosem  rozkazałem:  „Stać!”,  otworzył  się 

szczyt  wulkanu  ze  straszliwym  hukiem  i  wybuchł  błyskawicami  płomieni  i  latających 

odłamków skalnych wprost w czarne niebo. 

Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnie przerażającego jak ta szalona wściekłość 

góry, ziejącej śmiercią i zagładą, morze płonących kamieni i roztopionej lawy płynęło wzdłuż 

zboczy  i  niszczyło  wszystko,  co  napotykało  na  swej  drodze.  Nawet  tam,  gdzieśmy  stali  i 

przyglądali się, oddaleni o dwadzieścia mil, nawet tam padał na nas lekki deszcz popiołu i pyłu. 

Następnego  dnia  góra  przestała  ziać  ogniem  i  tylko  słup  dymu  unosił  się  nad  jej 

wierzchołkiem. Ale znikły wioski i znikło miasto, to miasto, które nas wygnało. 

Po  tym  zdarzeniu  przez  kilka  lat  żyliśmy  spokojnym  życiem  wiejskim.  Moje 

stanowisko  jako  przywódcy  wydawało  się  mocniejsze  niż  kiedykolwiek  i  wszyscy  byli  mi 

posłuszni,  chwaląc  sobie  Drugą  Wędrówkę.  Ale  potem  -  widocznie  taki  już  jest  mój  los  - 

przeczuwałem, że znowu będziemy musieli ruszyć w drogę. Tym razem wypłoszyły nas łasice. 

Zjawiły  się  masowo  w  tej  okolicy  i  rozpoczęły  polowanie  na  szczury,  myszy,  króliki  i 

wszystkie żywe stworzenia. 

Zacząłem  się  zastanawiać,  dokąd  poprowadzić  swoje  rzesze.  Zwykłem  często 

spoglądać  poprzez  dolinę  na  naszą  wysoką  górę,  nasze  dawne  miejsce  zamieszkania.  Stary 

pustelnik  zapewnił  mnie,  że  wulkan  będzie  nieczynny  przez  następne  pięćdziesiąt  lat.  Miał 

background image

słuszność  za  pierwszym  razem,  zapewne  będzie  miał  słuszność  i  za  drugim.  Pewnego  dnia 

postanowiłem wyruszyć w dolinę na zwiady. Udałem się w drogę sam jeden. 

O  Boże,  co  za  zniszczenie!  Piękne  zbocza  pokryte  niegdyś  winnicami,  oliwkowymi 

gajami,  i  drzewami  figowymi  zamienione  zostały  w  pustynię  popiołu,  wystawioną  bez 

jakiejkolwiek ochrony na palące słońce. Znużony, piąłem się pod górę, póki nie znalazłem się 

w  miejscu,  gdzie  niegdyś  stało  miasto.  Zastanawiałem  się,  co  się  stało  z  budowlami 

zagrzebanymi pod ziemią, i węszyłem tak długo, dopóki nie znalazłem otworu w lawie, przez 

którą zacząłem sobie torować drogę. Kopałem coraz głębiej i głębiej. W niektórych miejscach 

szło łatwiej, w innych ciężej. Ale w końcu poprzez wszystkie warstwy popiołu i skorupy lawy 

dotarłem do wnętrza miasta. 

Płakałem  niemal,  biegnąc  po  jego  ulicach.  Znałem  tam  każdy  kąt,  każdy  budynek  i 

każdy kamień. Nic się nie zmieniło. Umarłe miasto stało spokojne i milczące pod powierzchnią 

ziemi, zupełnie takie samo, jakie było wówczas, gdy deszcz ognia zmiótł je z tej powierzchni. 

„Tutaj - powiedziałem głośno - tutaj przyprowadzę mój naród, z powrotem do miasta, 

które nas wypędziło. Nareszcie będziemy w posiadaniu własnego grodu”. 

background image

ROZDZIAŁ XVII 

STANY ZJEDNOCZONE REPUBLIKI SZCZURÓW 

 

Biała mysz zauważyła, że Szczur z Wulkanu ochrypł nieco, skinęła więc na kelnera, 

żeby mu podał trochę wody. 

Szczur z Wulkanu podziękował przewodniczącemu skinieniem głowy, zaczerpnął łyk 

wody z miseczki żołędziowej i ciągnął dalej: 

-  Po  powrocie  zwołałem  cały  mój  lud  i  oznajmiłem  mu,  że  nadszedł  dla  nas  czas 

Trzeciej Wędrówki. Dużo szczurów, dowiedziawszy się, dokąd je chcę prowadzić, szemrało 

jak zwykle. Tym razem dlatego, że miałem ich poprowadzić właśnie tam, skąd już raz uciekły. 

„Czekajcie chwilę - powiedziałem. - Przed laty narzekaliście, że burzę rozwój naszej 

cywilizacji, że sprowadzam was na stopień rozwoju wiewiórki. Dobrze więc, teraz chcę wam 

dopomóc  do  takiego  duchowego  rozwoju,  o  jakim  nigdy  nie  marzyliście.  Miejcie  tylko 

cierpliwość”. 

Poprowadziłem więc jeszcze raz nasz szczurzy lud pod ochroną nocy, poprzez dolinę, 

na zbocza uśpionej góry. Gdy im wskazałem, w którym miejscu mają kopać, wygrzebali setki 

dziur, przez które dostaliśmy się do podziemnego miasta i objęliśmy je w posiadanie. 

Trwało  to  około  miesiąca,  zanim  doprowadziliśmy  wszystko  do  stanu  używalności. 

Sprzed progów domów trzeba było przede wszystkim usunąć góry popiołu. Wszystko trzeba 

było czyścić i dużo, dużo różnych rzeczy doprowadzić do porządku. Musiałbym też mieć chyba 

więcej niż miesiąc czasu, aby wam opowiedzieć ze wszystkimi szczegółami, jak stworzyliśmy 

wreszcie to osobliwe i cudowne Miasto Szczurów. Wszystko, czego ludzie dotychczas używali, 

stało się teraz naszą własnością. Spaliśmy w puchu. Mieliśmy marmurowe wanny, zbudowane 

jeszcze  za  czasów  Rzymian.  Korzystaliśmy  z  zakładów  fryzjerskich,  wyposażonych  we 

wszystkie  możliwe  perfumy,  kremy  i  olejki  do  włosów.  Eleganckie  damy  naszego  rodu 

odwiedzały salony kosmetyki i manicuru co najmniej dwa razy na tydzień. Wytworni panowie 

z  rodu  szczurów  spacerowali  wieczorami  tam  i  z  powrotem  po  bulwarach  głównej  ulicy. 

Posiadaliśmy  kluby  sportowe,  w  których  odbywały  się  zawody  w  skokach,  pływackie  i 

bokserskie.  Wszystkie  nasze  piękne  mieszkania  ozdobione  były  cennymi  dziełami  sztuki. 

Byliśmy ze wszech stron otoczeni kulturą i pięknem. 

Po  pewnym  czasie  szczury  z  różnych  osiedli  dowiedziały  się  o  naszym  cudownym 

mieście  i  odtąd  można  było  codziennie  spotykać  na  ulicach  turystów  podziwiających  jego 

osobliwości.  Budownictwo  wzniosło  się  na  wysoki  stopień  rozwoju.  Aby  się  uchronić  od 

przenikania lawy i popiołu, w wielu miejscach zbudowaliśmy dachy nad ulicami i placami. Co 

background image

prawda zawsze istnieć będą szczury, które wolą przebywać w norach, nawet jeżeli ofiaruje się 

im pałace, my jednak czuliśmy się szczęśliwi mieszkając w takich warunkach. 

Pewnego  ranka,  gdy  rozmawiałem  z  budowniczym,  który  wymierzał  plac  pod  nową 

budowlę, nadbiegł mój drugi kamerdyner wywijając w podnieceniu rurkami przeznaczonymi 

do zakręcania moich wąsów. 

„Panie! - wołał. - Panie! Przewodniczący Związku Czyścicieli Ulic czeka na dole i prosi 

o  natychmiastowe  przyjęcie.  Pojawili  się  w  mieście  ludzie!  Kopią  na  zboczu  nad  naszymi 

głowami. Dach nad rynkiem wali się i lud jest wzburzony do najwyższego stopnia”. 

Pośpieszyłem  czym  prędzej  wraz  z  Przewodniczącym  Związku  Czyścicieli  Ulic  na 

rynek.  Tam  zastałem  straszliwe  zamieszanie.  Ludzie  z  łopatami  i  widłami  walili  w  dach, 

pokryty  lawą  i  popiołem,  który  ukrywał  nasze  miasto  przed  światem.  Z  chwilą  kiedy  to 

ujrzałem, wiedziałem na pewno: to koniec. Ludzie wrócili, aby utracone miasto objąć na nowo 

w swe posiadanie i przywrócić mu dawną chwałę. 

Wielu spośród naszej zapalczywej młodzieży było za wypowiedzeniem wojny. Przez 

noc powołana została ochotnicza armia, mianująca się Synami Wolności, licząca trzy miliony 

głów.  Delegacja  oficerów  tej  armii  przyszła  do  mnie  trzeciego  dnia  i  oświadczyła,  że  taka 

olbrzymia liczebnie siła wojska z łatwością pokona kilku ludzi. 

„Nie!  -  odrzekłem.  -  Miasto,  zanim  objęliśmy  je  w  posiadanie,  należało  do  ludzi. 

Możecie  wprawdzie  odpędzić  ich  stąd  na  pewien  czas.  Ale  powrócą  tu  jeszcze  silniejsi  z 

kotami, psami, łasicami i trucizną i w końcu wytrzebią nas i wytracą. Nie! Musimy raz jeszcze 

wywędrować i jeszcze raz stworzyć sobie nową ojczyznę”. 

Jak to sobie można łatwo wyobrazić, było mi strasznie smutno, gdy torując sobie drogę 

do mego domu poprzez zburzone ulice, ujrzałem, jak kilku ludzi zabierało się do przeniesienia 

mego pomnika, stworzonego przez najwybitniejszego naszego rzeźbiarza.. Było to prawdziwe 

dzieło sztuki, jakkolwiek artysta zrobił mi za duży brzuch. Sądzę, że umieszczono go później w 

muzeum jako zabytek lub coś w tym rodzaju. Przyglądając się tym burzycielom, postanowiłem 

zrzec  się  przewodnictwa  nad  szczurami.  Zdawałem  sobie  sprawę  z  tego,  że  osiągnąłem 

najwyższą zasługę i sławę: doprowadziłem mój lud do takiego stopnia cywilizacji, na jakim 

nigdy nie był. Teraz przekażę mój urząd komu innemu. Czwarta Wędrówka szczurów odbędzie 

się beze mnie. 

Przemknąłem  się  cicho  do  mego  domu  i  spakowałem  najniezbędniejsze  manatki  do 

batystowej chusteczki do nosa. Potem wysunąłem się ukradkiem i ruszyłem przez puste ulice w 

dół  zbocza  -  ja,  do  niedawna  wódz  największego  państwa,  jakie  kiedykolwiek  rasa  nasza 

widziała, teraz szczur wędrowny, włóczęga. 

background image
background image

ROZDZIAŁ XVIII 

MYSZ Z MUZEUM 

 

Gdy  Szczur  z  Wulkanu  ukończył  swoje  opowiadanie,  nastąpiło  wymowne,  krótkie 

milczenie. Obraz końcowy, jak wielki przywódca opuszcza wspaniałe dzieło, które stworzył, i 

udaje się na samotną tułaczkę, przejął słuchaczy głęboko. 

Wreszcie biała mysz wstała ze swego fotela i podziękowawszy Szczurowi z Wulkanu 

za jego opowiadanie, przypomniała członkom, że następnego wieczora, we wtorek piętnastego 

marca, miała wystąpić ze swym opowiadaniem Mysz z Muzeum. Wobec tego zebranie zostało 

rozwiązane i wszyscy poszli do domu. 

Jakkolwiek  zarówno  doktor  Dolittle,  jak  i  ja  byliśmy  bardzo  zajęci,  następnego 

wieczoru punktualnie o ósmej zajęliśmy miejsca w sali posiedzeń, gdyż nie chcieliśmy stracić 

opowiadania o przygodach Myszy z Muzeum. Wiedzieliśmy, że była to osobistość wybitna, 

która już dawniej swymi spostrzeżeniami z Muzeum Przyrodniczego zwróciła naszą uwagę. 

Wyglądała jak mały stary profesor. Był to samczyk, miał maleńką główkę o spiczastym nosku, 

czarne oczka jak paciorki  i zabawne, łobuzerskie spojrzenie. Jego sposób  wyrażania się był 

krótki i treściwy. 

- Spędziłem całe moje życie w Muzeum Przyrodniczym - zaczął. - Odpowiadało mi to 

przede  wszystkim  z  następującego  powodu:  gdy  wieczorem  zamyka  się  Muzeum  dla 

zwiedzających,  ma  się  je  całkowicie  dla  siebie,  od  szóstej  wieczór  do  dziesiątej  rano,  a  w 

niedziele  -  od  drugiej  po  południu.  Opowiadanie  moje  dotyczy  głównie  gniazda 

trójpierściennego ptaka Jee-Jee (jest to osobliwy ptak z Indii Wschodnich, który buduje bardzo 

dziwne  gniazda)  oraz  profesora  Jeremiasza  Fussa,  jednego  z  najgłupszych  wypychaczy 

zwierząt, jakiego kiedykolwiek znałem. Gdy ożeniłem się po raz pierwszy, wybraliśmy się z 

małżonką  w  podróż  poślubną  do  Muzeum  Przyrodniczego.  Podobało  jej  się  tak  bardzo,  że 

wyraziła życzenie zamieszkania tam na stałe. Obejrzeliśmy sobie dokładnie cały gmach, aby 

zdecydować, w którym miejscu się osiedlić. 

„Musi  to  być  ciepły,  przytulny  kącik,  mężusiu  -  powiedziała  -  dla  dobra  naszych 

przyszłych dzieci. Ciężka to sprawa wychowywać małe dzieci w przeciągach i zimnie”. 

„Dobrze, żoneczko - odpowiedziałem - już wiem, gdzie będziemy mieszkali. Chodź ze 

mną!” 

To,  co  nazywaliśmy  pracownią  wypychania  zwierząt,  było  podłużnym  pokojem  w 

podziemiach,  w  których  Fuss  i  jego  pomocnicy  wypychali  ptaki  i  inne  zwierzęta  oraz 

preparowali  osobliwe  rośliny,  motyle  i  tym  podobne  okazy,  aby  je  można  było  potem 

background image

wystawiać na pokaz w gablotkach. Wszystkie muzea przyrodnicze otrzymują więcej zbiorów i 

egzemplarzy  okazowych  w  darze,  niż  mogą  je  pomieścić.  I  w  naszej  pracowni  leżały  stosy 

rozmaitości: od kłów słoni do pcheł w buteleczkach ze spirytusem. Między tymi rupieciami 

znajdował  się  zbiór  gniazd  ptasich;  niektóre  nawet  razem  z  gałęzią,  na  której  gniazdo  było 

zbudowane.  Przez  długi  czas  ten  zbiór  gniazd  wszystkich  kształtów,  wielkości  i  rodzajów 

spoczywał  na  zakurzonej  półce.  Jedno  gniazdo  było  szczególnie  zabawne.  Było  to  gniazdo 

trójpierściennego  ptaka  Jee-Jee,  okrągłe  jak  kula,  z  małym,  służącym  za  wejście  otworem, 

przez który tylko mysz mogłaby się prześliznąć. Gdybyśmy tam zamieszkali, nikt by nas nie 

zauważył. 

Pokazałem je mojej małżonce, która była zachwycona. Nie zwlekając, przynieśliśmy 

kilka  kawałeczków  jedwabiu,  używanego  przez  Fussa  przy  wypychaniu  zwierząt;  tym 

jedwabiem wysłaliśmy gniazdko bardzo starannie, jakkolwiek było ono już wysłane włosiem i 

puchem ostów przez trójpierściennego Jee-Jee, który je zbudował. Przez wiele dni wiedliśmy w 

naszym  nowym  domu  spokojne  i  szczęśliwe  życie.  W  określonych  godzinach,  kiedy  w 

Muzeum odbywała się praca, zachowywaliśmy się bardzo cicho; wprawdzie było nam nieraz 

trudno  wstrzymać  się  od  śmiechu,  gdyśmy  obserwowali  profesora  Fussa,  wypychającego 

zwierzęta, ponieważ pozbawiał je całkowicie naturalnych ich kształtów, a potem przywoływał 

swych pomocników i kazał im podziwiać swoje arcydzieła. 

Potem  przyszły  na  świat  dzieci  i  byliśmy  bardzo  zadowoleni  z  wyboru  naszego 

mieszkania. Gdyż na pewno nie istniało nigdzie idealniejsze wnętrze dla mysich piskląt jak to 

stare gniazdo, osłonięte od przeciągów, ze swymi zaokrąglonymi ścianami. Jedyną złą stronę 

takiego życia w Muzeum stanowi to, że posiłki trzeba jadać poza domem. W budynku bowiem 

nie ma nic jadalnego, a wosku i tym podobnych preparatów, które się tam znajdują, nie wolno 

tknąć, gdyż profesorowie dodają do nich mnóstwo silnej trucizny, żeby odstraszyć mole. 

Oczywiście każda mysz potrafi zakraść się i wykraść coś z gmachu, mimo że wszystkie 

drzwi  są  zamknięte.  Ale  czasem,  szczególnie  gdy  jest  brzydka  pogoda,  nie  jest  to  bardzo 

wygodne,  jeśli  trzeba  po  każdy  kęs  pożywienia  wyruszać  w  świat.  A  kiedy  nasza  rodzina 

powiększyła się o gromadkę małych żarłoków, sprawiało nam to dużo trudności. 

Zawsze  jedno  z  nas,  moja  małżonka  Sasparilla  albo  ja,  pozostawało  na  zmianę  przy 

dzieciach,  gdy  drugie  udawało  się  po  prowiant.  Pewnej  nocy  bardzo  długo  szukałem 

pożywienia  i  dopiero  o  świcie  wróciłem  do  domu.  Byłem  śmiertelnie  zmęczony,  ale  nie 

mogłem  spać,  gdyż  dzieci  kłóciły  się  ze  sobą,  biły  i  nie  dawały  mi  spokoju.  Z  nadejściem 

wieczoru Sasparilla zostawiła dzieci pod moją opieką i udała się sama na poszukiwanie żeru. 

Po jej odejściu dzieci uciszyły się i zasnęły, a ja, zupełnie wyczerpany ze zmęczenia, zapadłem 

background image

również w głęboki sen. 

Gdy  się  obudziłem,  słońce  zaglądało  do  naszego  gniazda.  Pomyślałem  sobie,  że 

widocznie  zaspałem  i  przespałem  swoją  zwykłą,  wczesną  porę  wstawania,  ale  uwagę  moją 

zwróciło to, że nigdy dotychczas promienie słoneczne nie przenikały z taką siłą przez otwór w 

gnieździe. Wstałem i wyjrzałem ostrożnie. 

Nie wierzyłem własnym oczom. Nasze mieszkanie nie znajdowało się już w pracowni, 

lecz  w  oszklonej  szafce  w  jednej  z  głównych  sal  muzealnych.  Wokół  nas,  w  szafach  i  na 

półkach,  ułożone  były  gniazda  ze  starego  zbioru,  który  tyle  czasu  spoczywał  na  zakurzonej 

półce. Wystawiono nasz dom na pokaz dla zwiedzających, zamknięto go w oszklonej szafie, a 

stary głupiec Fuss, który je tam umieścił, stał przed szafą i pokazywał pełen dumy to dzieło 

swoich rąk jakiejś grubej pani z dwojgiem dzieci, które zwiedzały Muzeum. 

background image

Rozdział XIX 

ARCYDZIEŁO PROFESORA FUSSA 

 

- Możecie sobie wyobrazić  -  westchnęła Mysz z Muzeum  -  co czułem!  Oto siedzę z 

moimi dziećmi zamknięty w szklanym pudełku. Nie odważyłem się wysunąć nosa z gniazda, 

bo chociaż śmieszny profesor Fuss i  gruba pani  z dziećmi odeszli, to w każdej chwili mógł 

nadejść ktoś inny z tych głupich zwiedzających, którzy włóczyli się pojedynczo lub parami i 

zaglądali do oszklonych gablotek. Trudno sobie wyobrazić bardziej niewygodne mieszkanie od 

tego, wystawionego na ogólną ciekawość. 

Czasami jednak w tej części  sali nikt się nie zjawiał; w takiej  chwili ujrzałem nagle 

Sasparillę ze zmienionym wyrazem twarzy, poszukującą rozpaczliwie swej zaginionej rodziny. 

Stałem przy wejściu do gniazda, kiwałem na nią, dawałem jej znaki i w końcu zwróciłem jej 

uwagę. Podbiegła do szklanej szyby i zawołała: 

„Wydostań dzieci, mężusiu! Natychmiast wydostań dzieci!” 

Tylko tego mi brakowało. 

„Sasparillo!  -  zawołałem  w  odpowiedzi.  -  Nie  bądź  głupia.  Czy  myślisz,  że  to  ja 

zaniosłem tutaj całe gniazdo wraz z dziećmi? Jakże mogę je stąd wydostać? Nie mogę przecież 

przegryźć szyby”. 

„Ależ trzeba je koniecznie nakarmić. Pora śniadania dawno minęła!” - lamentowała. 

„Daj mi święty spokój z ich głupim śniadaniem - powiedziałem. - Czy ja myślę o swoim 

śniadaniu?  Dzieci  muszą  zaczekać.  Nie  możemy  nic  na  to  poradzić,  dopóki  nie  zamkną 

Muzeum - a więc do piątej. Zmykaj lepiej, zanim cię ktokolwiek zobaczy” 

Ale Sasparilla była, jak wszystkie niewiasty, zupełnie nierozsądna. Biegała bez przerwy 

przed gablotką tam i z powrotem, jęczała, wzdychała i załamywała łapki. 

„Czy nie możesz im dać kawałka tej wypchanej kaczki, co stoi na półce nad wami?” 

„Nie,  nie  mogę  -  odrzekłem.  -  Kaczki  muzealne  są  napchane  trucizną.  Nie  bój  się. 

Dzieci wytrzymają do piątej, tak samo jak i ja”. 

Sasparilla sprzeczałaby się prawdopodobnie ze mną do końca dnia, gdyby nie nadszedł 

dozorca Muzeum, przed którym musiała się ukryć. 

Przez  resztę  dnia  miałem  pełne  łapki  roboty.  Gdyż  dzieci,  które  nie  dostały  dwóch 

posiłków,  stały  się  nagle  tak  niespokojne  jak  koniki  polne.  Chciały  koniecznie  wyleźć  z 

gniazda, chociaż dopiero od kilku dni w ogóle widziały na oczy. Najchętniej obiłbym je za to. 

„Gdzie  jest  mama?!  -  wołały  bezustannie.  -  Co  się  stało  z  mamą?!  Jesteśmy  takie 

głodne! Dlaczego mama nie przychodzi?! Poszukajmy mamy! Do mamy!” 

background image

Naprawdę  przyprawiały  mnie  o  utratę  tchu,  bez przerwy  musiałem  jedno  po  drugim 

odciągać od dziury. Nie zdawały sobie wcale sprawy z tego, ile ludzi  przyglądało  się w tej 

chwili naszej gablotce. Myślały tylko o tym, że są głodne i że tęsknią do swojej mamy -głupie 

małe  stworzenia!  Nigdy  w  ciągu  całego  mego  życia  w  murach  Muzeum  nie  czułem  się  tak 

szczęśliwy jak owego dnia po południu, gdy dozorcy wyprosili publiczność i zamknęli drzwi. 

Znałem ich wszystkich dobrze, tych starych umundurowanych woźnych. Prowadzili śmieszne, 

na ogół przyjemne życie. 

Do obowiązków ich należało między innymi przeszukiwanie gmachu z  obawy przed 

podrzuconymi  bombami.  Po  co  miałby  ktoś  rzucać  bomby  do  Muzeum,  nie  mogłem  nigdy 

zrozumieć.  Ale  jednak  to  się  podobno  zdarza,  a  raczej  ludzie  obawiają  się,  żeby  się  nie 

zdarzyło.  Dlatego  przynoszenie  paczek  było  zwiedzającym  wzbronione.  Mógłby  się  w  nich 

przecież znajdować dynamit. 

Jeden  ze  starych  woźnych  stale  zabierał  obiad  ze  sobą  i  zajadał  go  ukryty  za 

wypchanym  słoniem,  gdyż  nikt  tam  nie  zaglądał,  jedzenie  było  mianowicie  w  Muzeum 

zabronione. I tych kilka okruszyn, które spadały na podłogę, było jedynym pożywieniem, które 

kiedykolwiek zdobyłem wewnątrz Muzeum. Gdy dozorca tego wieczoru zdejmował mundur, z 

papieru, w którym miał zawinięty chleb z serem, wypadło kilka skórek. Wiedziałem, że jeżeli 

dziś wieczorem nie zdobędę tego skarbu, kobieta sprzątająca Muzeum wyrzuci go jutro rano na 

śmietnik. Ale gdy tak o burczącym z głodu żołądku spoglądałem spoza szklanej szyby na chleb, 

nadbiegła nagle Sasparilla, schwyciła skórkę i przyniosła przed szafę. 

„Mężusiu - zawołała - to dla dzieci!” 

„Rety,  miej  rozum,  kobieto!  -  krzyknąłem  na  nią.  -  Najważniejszą  sprawą  jest  teraz 

znalezienie wejścia, a raczej wyjścia z tego więzienia”. 

„Wygryź dziurę w podłodze - poradziła - to najprostsze w świecie. Nie masz potrzeby 

obawiać się, że ktoś cię przy tym zaskoczy, nocny stróż przychodzi dopiero za godzinę”. 

„Czyż  nie  wiesz  -  powiedziałem  już  całkowicie  wyczerpany  -  że  te  wszystkie  pudła 

wybite są blachą cynkową! Nie mogę przegryźć ani cynku, ani szkła”. 

Teraz zaczęło się na nowo. Załamała łapy. 

„Moje dzieci umrą z głodu!” - krzyczała biegając jak oszalała tam i z powrotem po sali. 

Wiedziałem,  że  nie  wpadnie  jej  nic  mądrego  na  myśl,  musiałem  więc  sam  zbadać 

położenie i opracować plan. Przede wszystkim przebiegłem całą szafę wszerz i wzdłuż, potem 

sprawdziłem wszystkie spojenia w ścianach, na dole i na górze, aby się przekonać, czy gdzieś 

nie znajdzie się jakaś szpara. Potem zbadałem wszystkie deski jedną, po drugiej, w nadziei, że 

mi jakiś szczęśliwy przypadek dopomoże. Wreszcie odkryłem na górnej półce coś, co mogłoby 

background image

mi ułatwić ucieczkę. 

W  zbiorze  gniazd  znalazło  się  między  innymi  także  kilka  gniazd  ptaków  morskich. 

Umieszczone były między kamieniami,  tak jak to  mewy i tym podobne  ptaki budują swoje 

gniazda: po prostu garść gałązek i trawy morskiej na skalistym wybrzeżu. Tu profesor Fuss 

przeszedł sam siebie. Całą górną półkę zajął dekoracją przedstawiającą nadmorski krajobraz. 

Na ścianie, w  głębi, namalował  morze, okręty i latarnie morskie.  Na tym  tle umieścił kilka 

wypchanych ptaków i parę gniazd wśród kamieni. 

Były  to  kamienie  różnej  wielkości,  przeważnie  okrągłe.  Przyszło  mi  na  myśl,  że 

mógłbym  z  łatwością  zrzucić  kilka  takich  większych  kamieni  z  górnej  półki.  Jeśli  spadną 

ukosem na dno szafy, uderzą o szklaną ściankę i rozbiją ją. 

Nie traciłem czasu i wziąłem się zaraz do roboty. Trzeba było koniecznie znaleźć takie 

miejsce, od którego spadający kamień mógłby się odbić, bo tylko wtedy mój plan udałby się. 

Zsunąłem  się  na  najniższą  półkę  szafy,  tam  ułożyłem  stos  gałęzi,  które  zebrałem  z  innych 

gniazd. Była to trudna robota, gdyż większość ptaków buduje swoje gniazda tak, jakby miały 

trwać wiecznie. Kolekcja została wskutek tego poważnie uszkodzona. 

Gdy  skończyłem,  zsunąłem  się  na  dół  i  przeniosłem  dzieci  na  górną  półkę,  aby 

spadający kamień albo odłamek szkła nie wyrządził im krzywdy. Potem oznajmiłem Sasparilli, 

co zamierzam zrobić. 

„Bądź w pobliżu - wołałem - aby dzieci odstawić w bezpieczne miejsce! Nie tak łatwo 

jest utrzymać je w karbach”. 

„Dobrze!  -  odkrzyknęła.  -  Wezmę  troje,  a  ty  weźmiesz  drugą  trójkę.  Ale,  na  litość 

Boską, uważaj, gdy będziesz je prowadził przez rozbite szkło”. 

Właśnie gdy miałem się oprzeć całą siłą o okrągły kamień, aby go zrzucić, usłyszałem 

wołanie mojej małżonki: „Uważaj! Stróż nocny nadchodzi! Ukryj czym prędzej dzieci!” 

Sasparilli  było  łatwo  powiedzieć:  „Ukryj  czym  prędzej  dzieci”.  Ale  dzieci  wcale  nie 

miały ochoty dać się ukryć. Zobaczyły mamę i chciały dostać się do niej jak najszybciej. A 

kiedy znowu straciły ją z oczu, wpadły po prostu w szał i kręciły się w kółko, krzycząc: 

„Gdzie mama? My chcemy do mamy! Jesteśmy głodne! Co się stało z mamą?!” 

O  rety,  jeszcze  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  denerwowałem!  Zaledwie  zdążyłem 

pochwycić dwoje z nich i schować je za wypchanym ptakiem, gdy, siup! wymknęły mi się na 

nowo - a ja uganiałem się za pozostałymi. 

Na  szczęście  stary  dozorca  nawet  w  najlepszych  czasach  nie  należał  do 

najczujniejszych. Światło jego podniesionej latarki  nie padło tej nocy na naszą szafkę. Gdy 

sobie poszedł, Sasparilla zjawiła się znowu przed szalką, a ja wróciłem do wykonywania mego 

background image

planu. 

Bęc! 

Wszystko  odbyło  się  bezbłędnie  -  tak  jak  zaplanowałem.  Kamień  wybił  w  szybie 

dziurę, przez którą i buldog mógłby się przedostać. Naprawdę, wszystko udałoby się cudownie, 

gdyby nie moje niemądre dzieci. Gdy usłyszały brzęk stłuczonego szkła, zaczęły biegać jak 

oszalałe wokoło i nie mogliśmy żadnego z nich złapać. Mieliśmy dość czasu, aby się wynieść. 

Ale  gdyśmy  się  uganiali  za  dziećmi  w  korytarzach  Muzeum,  zaczęły  brzęczeć  jak  szalone 

dzwonki alarmowe. Natychmiast potem przebiegł przez salę stróż nocny z krzykiem: 

„Bomba!  Bomba!  Halo!  Ratunku!  Straż  ogniowa!  Policja!  Tutaj  gdzieś  wybuchła 

bomba! Ratunku!” 

„To bezcelowe, Sasparillo! - zawołałem. - Teraz się nam nie uda. Daj tu skórkę chleba i 

chodź  do  nas,  zanim  się  nie  uspokoją.  Och,  żeśmy  się  takich  dzieci  dochowali!  Pomóż  mi 

wpakować  je  czym  prędzej  do  gniazda!  Przy  tobie  będą  spokojniejsze  i  bardziej  posłuszne. 

Później, jeżeli nam szczęście dopisze, będziemy się mogli wydostać”. 

Udało nam się w ostatniej chwili ukryć małych awanturników. W pięć minut po brzęku 

szyb zjawili się ludzie na widowni - najpierw policjant z notesem, ten sam, który stał zwykle na 

posterunku  przed  głównym  wejściem  do  Muzeum;  potem  wpadło  sześciu  strażaków, 

wlokących za sobą sikawkę; w końcu żona stróża nocnego z opatrunkami i butelką spirytusu. 

Wszyscy  zebrali  się  przed  stłuczoną  szafą  i  dopytywali  o  „bombę”.  O,  z  pewnością 

stróż nocny był przekonany, że to była bomba, wystarczy spojrzeć, jak zrujnowała wszystkie 

gniazda w gablotce. 

Przez  ten  czas  my,  odpowiedzialni  za  to  zamieszanie,  siedzieliśmy  w  gnieździe 

trójpierściennego Jee-Jee i musieliśmy wysłuchiwać tej głupiej gadaniny. 

W końcu zjawił się i wielki uczony, gruby profesor Fuss, którego stróż nocny wyciągnął 

z łóżka, gdyż było już koło północy. Prawie że zalał się łzami, gdy zobaczył leżące w gruzach 

swoje ostatnie arcydzieło. Był daleko bardziej przejęty zniszczeniem swej cudownej sceny z 

wybrzeża  morskiego  niż  faktem,  że  Muzeum  uniknęło  szczęśliwie  wysadzenia  w  powietrze 

przez  maszynę  piekielną.  Zamierzał  właśnie  zająć  się  szczątkami  i  doprowadzić  je  do 

porządku, gdy - na nasze szczęście - ostrzegł go przed tym policjant. 

To  uratowało  nas  z  bardzo  ciężkiej  sytuacji.  Po  burzliwej  rozprawie  między  strażą 

ogniową  a  policją  zostało  postanowione,  że  wszystko  należy  pozostawić  nietknięte,  dopóki 

nazajutrz rano biegli od zamachów bombowych nie zajmą się tą sprawą z ramienia prezydium 

policji. Policjant, strażnicy i pan profesor 

doszli  do  przekonania,  że  tymczasem  mogą  równie  dobrze  położyć  się  spać.  Co  się 

background image

tyczy starego woźnego, to obawiał się on tak bardzo drugiego wybuchu, że w tej samej chwili, 

gdy tamci poszli, przymknął wszystkie drzwi, a sam opuścił salę. 

Tego  właśnie  pragnęliśmy.  Mieliśmy  przed  sobą  siedem  spokojnych  godzin,  zanim 

posługaczka  przyjdzie  do  sprzątania,  i  przez  siedem  godzin  mogliśmy  zorganizować  naszą 

przeprowadzkę.  Pierwszą  rzeczą,  którą  zrobiliśmy  potem,  gdyśmy  już  szczęśliwie 

przeprowadzili nasze dzieci przez rozbite szkło, była uczta pośrodku sali, złożona ze skórek 

chleba, pozostawionych przez starego woźnego. Potem zaprowadziliśmy dzieci po schodach do 

pracowni,  gdzie  wypychano  zwierzęta.  Tam  Sasparilla  wzięła  je  pod  swoją  opiekę,  gdy 

tymczasem ja zabrałem się do stworzenia dla nas nowego domu wśród rupieci zalegających 

półki przy ścianach. 

Ale  możecie  być  pewni,  że  nigdy  więcej  nie  osiedliłem  się  w  gnieździe  ptasim  czy 

czymś podobnym, co znowu mogłoby, podczas naszego najsłodszego snu, zostać wystawione 

na pokaz dla gapiów. 

background image

ROZDZIAŁ XX 

SZCZUR WIĘZIENNY 

 

-  Chciałbym  wiedzieć  -  powiedział  doktor  Dolittle  następnego  wieczoru,  gdy  miał 

zacząć  opowiadanie  Szczur  Więzienny  -  dlaczego  zamieszkałeś  z  własnej  woli  na  stałe  w 

więzieniu?  I  ja  siadywałem  już  w  więzieniu.  Uważałem  wprawdzie,  że  można  tam  pędzić 

bardzo  spokojne  życie,  a  nawet  wypocząć,  nigdy  jednak  nie  wybrałbym  sobie  więzienia  na 

stałe i przyjemne miejsce pobytu. 

- A więc - zaczął opowiadanie Szczur Więzienny - historia mego życia wyjaśni panu, 

dlaczego  postanowiłem  osiedlić  się  w  więzieniu.  Rozpocząłem  od  pracowni  malarskiej.  W 

pierwszych  czasach  interesowałem  się  wyłącznie  pracowniami,  które  uważałem  za  bardzo 

wygodne miejsca zamieszkania. Po pierwsze, malarze nie są przesadni pod względem porządku 

i jeden szczur więcej lub mniej nie robi im różnicy. Po drugie, gotują sobie sami posiłki, a po 

jedzeniu  bardzo  rzadko  zmywają  naczynia.  Czynią  to  przeważnie  tuż  przed  jedzeniem. 

Wskutek  tego  można  u  nich  znaleźć  zawsze  dużo  pożywienia.  Jeśli  dobrze  poszukać,  to  w 

każdej  pracowni malarskiej znajdzie się rybia  głowa, kość od sznycla albo talerz oblepiony 

gęsto sosem. 

Mieszkając tak przez dłuższy czas w różnych pracowniach i nabrawszy upodobania do 

łatwego życia artystycznego, osiadłem wreszcie w pracowni, której właściciel był prawdziwym 

dziwakiem.  Mieszkał  zupełnie  sam  i  zdawało  się,  że  nie  ma  wcale  przyjaciół  i  nie  chce 

zawierać  znajomości.  Robiło  to  bardzo  dziwne  wrażenie.  W  innych  pracowniach,  które 

przedtem  zamieszkiwałem,  bywało  bardzo  liczne  towarzystwo,  które  bawiło  się,  cieszyło  i 

śmiało wesoło. A ten człowiek nigdy nikogo nie widywał. Może -wszystko jest możliwe - był 

niegdyś nieszczęśliwie zakochany. Ale to jest tylko moje przypuszczenie. Czasami odwiedzał 

go  pewien  stary  filozof;  wtedy  siedzieli  obaj  do  późnej  nocy  i  rozmawiali  o  polityce.  Nie 

interesowałem się nigdy ich rozmowami, ale pewnego wieczoru usłyszałem słowo, które tak 

mną wstrząsnęło, że ukryłem się za kubłem od węgla, strzygąc uszami, żeby lepiej słyszeć. 

Ćwicząc się ciągle, doszedłem do tego, że rozumiałem już mowę ludzką, szczególnie niektóre 

słowa często powtarzane. 

„Michale (tak nazywał się malarz), dlaczego nie ma pan kota w mieszkaniu?” - zapytał 

filozof. 

„Zabawne pytanie! Po co mi kot?” 

Rozumie się, że słowa te bardzo mnie ucieszyły. 

„No więc psa albo inne żywe stworzenie - upierał się filozof. - Jesteś tutaj zbyt samotny, 

background image

to niedobrze”. 

„Nie, nie - mówił malarz patrząc z roztargnieniem przed siebie. - Mnie niepotrzebne 

towarzystwo, daję sobie sam doskonale radę”. 

Ale wiedziałem dobrze, pomimo wszystkich zastrzeżeń malarza, że czuje się samotny. 

Odkryłem to w następujący sposób. 

Pewnego  dnia,  szukając  pożywienia  wśród  naczyń  kuchennych,  pośliznąłem  się  i 

wpadłem w wiadro, które stało przy zlewie. W wiadrze nie było wody i mógłbym z niego łatwo 

wyskoczyć,  ale  wpadając  zaczepiłem  się  o  coś  i  nadwerężyłem  sobie  nogę.  Nie  mogłem 

skoczyć nawet na cal, a wspięcie się na śliskie ścianki wiadra było dla mnie w tych warunkach 

niemożliwe. Siedziałem więc w pułapce. 

Wkrótce potem nadszedł mój pan malarz i chciał wziąć wiadro, aby przynieść wody. 

Zajrzał do środka i ujrzał mnie. Pomyślałem naturalnie, że nadszedł mój koniec. Podszedł do 

pieca i powrócił z pogrzebaczem. Wydawał się bardzo stanowczy i wzbudzał strach. Ale nagle 

wyraz jego twarzy zmienił się. 

„Ach - szepnął - zapewne życie ma dla ciebie wartość. Po cóż miałbym cię zabijać? 

Wynoś się z tego wiadra, muszę się zabrać do zmywania”. 

Ostrożnie  przechylił  wiadro  tak,  żebym  mógł  się  wydostać.  Pobłogosławiłem  swoją 

szczęśliwą gwiazdę. Zwichnięta noga bolała mnie bardzo i z trudem pokuśtykałem do mojej 

norki. Malarz przyglądał mi się uważnie. 

„Tak. tak - powiedział w zamyśleniu - spotkał cię widocznie jakiś wypadek, masz tu coś 

na  kolację”  -  i  rzucił  mi  skórkę  słoniny.  Wziąłem  i  starałem  się  spojrzeniem  wyrazić  mu 

wdzięczność, zanim zniknąłem w norce. 

Potem po kilku dniach zaczął mnie szukać i gdy się zjawiłem, rzucał mi okruszyny i 

kawałki mięsa, zamiast ciskać we mnie butem, jak to czynią inni ludzie. Starał się zawrzeć ze 

mną znajomość. 

Odtąd wiedziałem, jak bardzo czuł się samotny. 

W krótkim czasie oswoiłem się zupełnie. Gdy się bowiem przekonałem, że nie ma nic 

przeciwko temu, że biegam swobodnie, siadałem przy nim i przyglądałem się, jak malował. 

Nawet posiłki spożywałem razem z nim. Przysuwał mi przewrócone wiadro, abym mógł usiąść, 

i  okazywał  zainteresowanie  dla  moich  ulubionych  potraw.  Nazywał  mnie  zawsze 

Machiavellim. Nie rozumiałem dlaczego. Może tak nazywał się jego przyjaciel. 

„Machiavelli - mawiał - jesteś idealnym przyjacielem. Nie ograniczasz mojej swobody. 

Gdy  opuszczam  pracownię,  nie  muszę  się  o  ciebie  troszczyć.  Dbasz  sam  o  siebie.  Twoje 

zdrowie, Machiavelli, mój przyjacielu, który mi pozostawiasz swobodę”. 

background image

Skłonił się przede mną i wypił za moje zdrowie szklaneczkę piwa. 

Pod  podłogą  pracowni  mieszkały  jeszcze  dwa  albo  trzy  inne  szczury.  Pewnego 

pięknego wiosennego dnia odbyliśmy we trójkę krajoznawczą wycieczkę w tym rodzaju, jakie 

się  na  wiosnę  zazwyczaj  chętnie  odbywa.  Przypadek  chciał,  że  wywęszył  nas  pies  -  terier. 

Musieliśmy się rozłączyć i w końcu pies dogonił tylko mnie, a tamte porzucił. Zanim udało mi 

się go pozbyć, zagnał mnie porządny kawał drogi od domu. Dopiero po trzech dniach wróciłem 

do pracowni. Ku memu wielkiemu zdziwieniu nie zastałem w niej malarza. Inne szczury nie 

były z nim nigdy tak zaprzyjaźnione jak ja. Zapytałem je, kiedy i dokąd malarz poszedł. 

Potrafiły mi powiedzieć tylko to, że przyszło kilku policjantów i zabrało go z sobą. One 

nie rozumiały mowy ludzkiej, przynajmniej nie tak dobrze jak ja. Ale miały wrażenie, że ma to 

coś wspólnego z rewolucją, w której mój malarz odgrywał jakąś rolę. 

Nie umiem wam wcale powiedzieć, jak mi było ciężko na sercu. Powiedział, że jestem 

takim przyjacielem, jakiego mieć powinien, że nic sobie nie będę z tego robił - było to jakby 

przeczucie - gdy odejdzie. Ale mylił się. Możecie mi wierzyć, że płakałem biegając po pustej 

pracowni i oglądając jego obrazy. Były to dobre obrazy. I przysięgałem sobie, że go odnajdę, 

nawet gdybym miał przeszukać wszystkie więzienia całego kraju. Tak zaczęło się moje życie - 

Szczura Więziennego. 

background image

ROZDZIAŁ XXI 

PIELGRZYMKA SZCZURA 

 

Poszukując mego przyjaciela malarza, trafiałem do najdziwniejszych miejsc i stykałem 

się z najróżniejszymi ludźmi. Zdaje mi się, że w sumie zwiedziłem  w owym  czasie ze dwa 

tuziny więzień. Poznałem więźniów wszelkich rodzajów: tak zwanych „politycznych” (są to 

ludzie, którzy się pokłócili z rządem); złodziei kieszonkowych, fałszerzy pieniędzy, złodziei 

psów, fałszywych graczy, morderców. Wszystko to, chociaż takie smutne, interesowało mnie z 

różnych względów bardzo. 

Wszyscy - albo prawie wszyscy  - starali się zawrzeć ze mną znajomość. Zrobiłem to 

odkrycie  po  raz  pierwszy,  że  na  ogół  człowiek  tylko  w  więzieniu  pragnie  przyjaźni  ze 

szczurem.  Czy to  nie dziwne? Przypuszczam,  że pochodzi  to  stąd, iż człowiek w więzieniu 

czuje się samotny i przygnębiony. Jedynie mój malarz był i na wolności przyjaźnie do mnie 

usposobiony. Na tym polegała różnica między nim a innymi ludźmi. Bardziej niż kiedykolwiek 

postanowiłem szukać go, dopóki nie znajdę. 

Rozumie  się,  że  podczas  tych  wędrówek  poznałem  dużo  innych  szczurów, 

mieszkających  stale  po  więzieniach.  Do  nich  zwracałem  się  za  każdym  razem,  gdyż 

spodziewałem się, że udzielą mi wiadomości o miejscu pobytu mego malarza. Niektóre z nich 

uważały mnie za szaleńca. 

„Ach - mówiły - na pewno dawno o tobie zapomniał. Gdyby chciał przyjaźnić się ze 

szczurami,  może  znaleźć  mnóstwo  ich  w  każdym  więzieniu.  A  zresztą  nie  ufaj  żadnemu 

człowiekowi. Ludzie są zaprzysiężonymi wrogami szczurów”. 

Ale ja odpowiadałem tylko to: „On jest w trudnej sytuacji i muszę go odnaleźć. Był dla 

mnie dobry, takiej rzeczy się nie zapomina”. 

Przez długie tygodnie odbywałem moją pielgrzymkę, często ścigany przez koty, a celu 

swego  nie  osiągałem.  Cierpliwie  wędrowałem  z  więzienia  do  więzienia  i  w  każdym 

pozostawałem tylko tak długo, dopóki się nie przekonałem, że nie ma tam mego przyjaciela. 

Ale nie było to takie proste. Musicie wiedzieć, że w większości więzień jest mnóstwo cel. Gdy 

przybywałem do nowego więzienia, przede wszystkim sprawdzałem ilość cel i ile z nich było 

zajętych. Potem należało znaleźć sposób przedostania się po kolei z jednej celi do drugiej. Gdy 

mi  się  to  nie  udawało  -  w  niektórych  nowych  więzieniach  nawet  szczury  mają  bardzo 

utrudnioną swobodę ruchów - musiałem trwać w pobliżu, dopóki więźnia nie wyprowadzono 

na  spacer,  żeby  móc  zobaczyć  jego  twarz.  Zdarzało  się,  że  więźnia  bardzo  rzadko 

wyprowadzano, w ten sposób traciłem dużo czasu. Muszę przyznać, że po dwóch lub trzech 

background image

miesiącach odczułem zniechęcenie. Mimo to nie traciłem nadziei. 

Mój  malarz  miał  zwyczaj  przy  malowaniu  nucić  pewną  melodię.  Pewnego  dnia 

przybyłem do jeszcze jednego więzienia i zwiedziłem już po kolei wszystkie cele, z wyjątkiem 

jednej. Do tej celi nie mogłem się dostać, a więzień nie wychodził z niej nigdy na spacer. Tylko 

z powodu tej jednej celi przebywałem już cały tydzień w tym więzieniu, gdyż miałem wciąż 

nadzieję, że uda mi się wreszcie do niej dostać i poznać jej mieszkańca. 

Przy końcu tygodnia zacząłem się poważnie zastanawiać, czy nie czas przenieść się do 

następnego więzienia. Wydawało mi się, że nie opłaca się tracić tyle czasu dla jednej celi, gdy 

mam przed sobą jeszcze tyle innych więzień, których nie przeszukałem. A jednak nie mogłem 

się zdecydować na odejście, dopóki nie zbadam dokładnie wszystkiego. 

O, jakże byłem szczęśliwy, że tego nie zrobiłem! Gdyż tej samej nocy, gdy odbywałem 

straż  przed  zamkniętymi  drzwiami  celi,  usłyszałem  -  nareszcie,  nareszcie  -  znajome 

pogwizdywanie  ulubionej  melodii  mego  malarza.  Po  trzymiesięcznych  poszukiwaniach 

nareszcie go znalazłem. Co za radość! 

Teraz z lżejszym sercem dokładałem wszelkich starań, aby dostać się do tej celi. Tak 

bardzo pragnąłem zobaczyć mego przyjaciela, że naraziłem się na straszne niebezpieczeństwo. 

Postanowiłem wkraść się do celi wraz z dozorcą, który przynosił rano śniadanie. Był to bardzo 

śmiały  krok,  gdyż  jak  wam  może  wiadomo,  w  celi  więziennej  znajduje  się  bardzo  mało 

sprzętów, za którymi szczur mógłby się ukryć. 

Mimo  to  udało  mi  się.  Siedziałem  w  oczekiwaniu  przed  drzwiami  i  gdy  dozorca 

nadszedł ze śniadaniem, wcisnąłem się za nim niepostrzeżenie. Potem w odpowiedniej chwili, 

właśnie  gdy  dozorca  zalewał  zupę,  wsunąłem  się  pod  pryczę  i  czekałem  tam,  dopóki  nie 

wyszedł  i  nie  zamknął  drzwi  za  sobą.  Potem  wyszedłem  śmiało  z  ukrycia  i  ukazałem  się 

więźniowi. 

„Halo - powiedział mój malarz - jesteś tak zuchwały i bezczelny, że mógłbyś uchodzić 

za mego przyjaciela Machiavellego”. 

A potem dodał dziwnym tonem: 

„Ależ to jest naprawdę Machiavelli. Poznaję go po tym, że kuleje”. 

Był blady i wychudły. Ale wydawał mi się tak samo mądry i imponujący jak dawniej; 

tak samo gotowy do mówienia rzeczy zabawnych, śmiesznych, nieoczekiwanych jak niegdyś. 

Nie posiadał się z radości na mój widok. Podnosił mnie i głaskał jak pieska pokojowego. 

„Mój  pierwszy  gość  -  powtarzał  -  właściwie  mój  jedyny  gość:  Machiavelli.  Mój 

kochany, dobry Mak”. 

Zaprosił mnie, abym z nim razem zjadł śniadanie, i przepraszał, że jest takie skromne. 

background image

Ja jednak teraz, kiedy już wiedziałem, gdzie jest, zacząłem rozmyślać przede wszystkim 

nad tym, jaki znaleźć sposób, aby móc bezpiecznie wchodzić i wychodzić z celi. Obejrzałem 

sobie mury i podłogę, ale nigdzie nie było ani śladu jakiejś dziury. A wygryzienie przejścia w 

tym nowym, gładkim cementem pokrytym murze było zupełnym niepodobieństwem. 

Byłem niemal pewny, że wdrapując się po szorstkiej kamiennej ścianie dosięgnę okna. 

Zrobiłem próbę. Mój malarz stał na dole, przyglądał mi się i  - naprawdę  - drżał ze strachu, 

żebym nie spadł i nie skręcił sobie karku. Stojąc na parapecie okna spostrzegłem, że można i z 

zewnątrz dostać się do okna za pomocą rynny zbiegającej po murze. 

Gdy się wydostałem z celi, odszukałem natychmiast pewnego szczura, który mieszkał 

stale w więzieniu, i rozpylałem go o różne rzeczy. Poza tym mówiłem wam już, że rozumiałem 

dobrze mowę ludzką - więc korzystałem z każdej sposobności, żeby podsłuchiwać rozmowy 

strażników i  dozorców.  Z tego, com  usłyszał,  wywnioskowałem, że mój przyjaciel zostanie 

wkrótce zesłany, to znaczy będzie musiał odbyć z daleka od ojczyzny długoletnie więzienie, 

połączone z ciężkimi robotami. Nie mogłem się dokładnie dowiedzieć, którego dnia to miało 

nastąpić. Ale miałem wrażenie, że to już niedługo i że nie ma czasu do stracenia. 

Po pierwsze, musiałem się zorientować, co byłoby potrzebne mojemu przyjacielowi do 

ucieczki. Zasięgnąłem rady u bardzo starego szczura, który całe swe życie spędził w więzieniu 

i był świadkiem wielu ucieczek więźniów. Powiedział mi, że najważniejszą rzeczą jest piła, 

którą by można przepiłować kraty w oknie. Mój przyjaciel musi więc natychmiast otrzymać 

piłę.  W  więzieniu  znajdowały  się  warsztaty,  w  których  pracowali  więźniowie.  Ale  gdy 

wychodzili,  rewidowano  ich  dokładnie,  aby  nie  dopuścić  do  zabrania  narzędzi  do  celi.  W 

krótkim czasie dobrałem się do warsztatów i wyszukałem sobie dobrą, ostrą piłę - tak małą, 

żebym ją mógł udźwignąć. 

Pośród nocy wdrapałem się na rynnę, wskoczyłem przez okno i odwiedziłem ponownie 

mego przyjaciela. Spał. Obudziłem go kładąc mu piłę na nosie. Z początku nie wiedział, co to 

ma znaczyć. Ale gdy się zorientował, czym jest ten zimny kawałek metalu, który mu położyłem 

na twarzy, wstał i wziął się od razu do roboty: 

Taki  jest  koniec  mojego  opowiadania.  Przez  dwie  noce  więzień  piłował  kraty  i 

musiałem mu z warsztatów przynieść nową piłę na miejsce starej, która się zupełnie stępiła. Na 

trzecią noc, około północy, wyszedł przez okno. Nikt nie zauważył jego ucieczki. Szczęście mu 

dopisało, gdyż straż na zewnątrz murów więziennych drzemała, przeszedł z łatwością granicę, 

zanim  ktokolwiek  spostrzegł  jego  ucieczkę.  Nie  widziałem  go  nigdy  więcej.  Moja  pomoc 

przyszła w samą porę. Gdy bowiem dozorca wszedł następnego ranka do celi i zastał ją pustą, 

przed bramą stała już karetka więzienna, która miała przewieźć mego malarza na okręt. 

background image
background image

ROZDZIAŁ XXII 

MYSZ STAJENNA 

 

Moja  książka  pod  tytułem  „Opowiadania  z  Klubu  Myszy  i  Szczurów”  powiększyła 

wydatnie swoją objętość i stawała się coraz grubsza. Wiedziałem oczywiście, że gdy zostanie 

przepisana,  a  raczej  wydrukowana  i  ukaże  się  w  oprawnym  egzemplarzu,  z  pewnością  nie 

będzie  zajmowała  tyle  miejsca,  co  w  rękopisie.  Spostrzegłem  jednak,  kończąc  czwarte 

opowiadanie  (Szczura  Więziennego),  że  najwyżej  jeszcze  jeden  utwór  zmieści  się  w  mojej 

książce. 

- Od których członków spodziewamy się jeszcze opowiadań? - zapytał doktor Dolittle. 

- Ach, panie doktorze - powiedziała biała mysz - setki członków czeka tylko na to, aby 

dojść do słowa. Ale tylko dziewięciu przyrzekłam na wpół, że przyjdzie na nich kolej. Z tych 

dziewięciu  wybierzemy  jednego,  inni  -  musimy  na  to  być  przygotowani  -  będą  obrażeni  i 

dotknięci.  Zastanówmy  się:  Szczur  Kolejowy  ma  przygotowane  opowiadanie  podróżnicze. 

Innym podróżnikiem jest Szczur Okrętowy, nasz stary przyjaciel z Wysp Kanaryjskich, panie 

doktorze. I jeszcze jest Mysz z Lodówki i Mysz z Teatru. O nich niewiele wiem - należą do 

Klubu  od  niedawna.  Następnie  trzeba  wymienić  Mysz  z  Ogrodu  Zoologicznego.  Ta  się 

przechwala swoją znajomością ze lwem - a Pyskacz twierdzi, że naprawdę wchodzi swobodnie 

do  klatki  króla  pustyni.  Jeszcze  Mysz  Kawiarniana  -  to  plotkarka.  Skreślam  ją  bez  żalu.  Z 

opowiadania  Myszy  Kościelnej  można  śmiało  też  zrezygnować.  Byłoby  to  coś  w  rodzaju 

kazania, pełnego cytatów i rad dla młodych myszy. A poza tym mam już dość wysłuchiwania 

jej ciągłych narzekań na swoją nędzę. Pozostaje jeszcze Mysz Dorożkarska - to rnoże być coś 

ciekawego. No i Mysz Szpitalna. Ale powiem wam, co zrobię: każę, aby wszyscy opowiedzieli 

mi w streszczeniu swoje historie, a potem wybiorę tę, którą będę uważała za najlepszą. I ta 

zostanie opowiedziana jutro w Klubie. Zgoda? 

-  Bardzo  dobrze  -  pochwalił  doktor  -  a  pozostałym  możesz  powiedzieć,  że  wydamy 

kiedyś drugi tom „Opowiadań z Klubu Szczurów i Myszy”. W nim zamieścimy wszystkie ich 

opowiadania. 

Gdyśmy  z  doktorem  następnego  wieczoru  zajęli  nasze  miejsca  w  sali  posiedzeń, 

ujrzeliśmy  ze  zdziwieniem,  że  ani  jeden  z  członków,  których  poprzedniego  wieczoru 

wymieniła przewodnicząca, nie został wybrany do opowiadania piątej historii. Zamiast nich 

podniosła  się  mysz,  której  nikt  z  nas  nie  zauważył  ani  o  niej  nie  słyszał,  i  została  nam 

wszystkim przedstawiona jako Mysz Stajenna. 

- Według mnie historia jej jest daleko ciekawsza od tamtych - szepnęła mi biała mysz do 

background image

ucha. - Musimy dbać o urozmaicenie w naszej książce. Poza tym tamte dziewięć myszy były 

zazdrosne wzajemnie o siebie. Postanowiłam więc zaprosić zupełnie nowego członka. 

Mysz Stajenna była małym, delikatnym i nieco nieśmiałym stworzeniem. Na początku 

przemówienia  proszono  ją  kilkakrotnie  o  głośniejsze  opowiadanie,  gdyż  wielu  słuchaczy 

siedzących daleko od niej nic nie słyszało. 

- Moje opowiadanie dotyczy głównie mego pierwszego małżonka Korki - zaczęła. - Był 

to  najlekkomyślniejszy  mąż,  jakiego  sobie  można  wyobrazić,  mimo  że  serce  miał  dobre. 

Głównie  z  jego  winy  zamieszkałam  w  stajni,  gdyż  uważałam,  że  stajnia  jest  dla  niego 

najodpowiedniejszym  miejscem  pobytu.  Sądziłam,  że  tam  najpewniej  uniknie  nieszczęść  i 

zasadzek, w które tak łatwo wpaść. W stajniach myszy zazwyczaj przebywają w doskonałych 

warunkach. 

Ale mój małżonek znajdował i w stajni mnóstwo sposobności, aby siebie narażać na 

kłopoty, a mnie pogrążać w śmiertelnym strachu. Pewnego dnia znalazł w kącie stajni wielką 

sikawkę ogrodową. Uważał to za doskonały dowcip, żeby wejść do środka i biegać tam i z 

powrotem, jak gdyby sikawka była tunelem albo czymś w rodzaju kolejki linowej. Było z niego 

istne  dziecko  i  teraz  dopiero  widzę,  że  nigdy  właściwie  nie  dorósł.  Gdy  więc  się  tak  bawił 

radośnie bieganiem w gumowej rurze, przyszedł stajenny i odkręcił kurek, aby wyszorować 

podłogę  stajni.  Gwałtowny  strumień-wody  wypchnął  mego  małżonka  z  sikawki  jak  kulę  z 

armaty.  Jego  kolejka  górska  dostarczyła  mu  o  wiele  rozkoszniejszej  jazdy,  niż  się  tego 

spodziewał.  Przypadkowo  chłopiec  stajenny,  który  wypuścił  pierwszy  strumień  wody, 

skierował gumowego węża na podwórze. Nagle zobaczyłam mego Korki, jak na pół zatopiony 

i łapiący powietrze wylatywał ponad dach chlewu. Wylądował po drugiej stronie w korycie 

świńskim i mało co - zanim się wygramolił w bezpieczne miejsce - nie został pożarty przez 

ogromną maciorę, która wzięła go za pływającą marchewkę. 

Często przychodziło mi na myśl, że mój lekkomyślny małżonek po prostu dla jakiejś 

diabelskiej  uciechy  naraża  się  na  niebezpieczeństwo.  Jednak  ani  to,  ani  inne  przykre 

doświadczenia  nie  nauczyły  go  rozumu.  Pozostaje  dla  mnie  zagadką,  że  nie  zginął  już  w 

pierwszym roku życia. 

Pewnego  dnia  o  mały  włos  byłby  zginął  -  gdybym  mu  nie  przyszła  z  pomocą,  i 

prawdopodobnie  nastąpiłby  koniec  jego  awanturniczego  życia.  Na  podwórzu  przed  stajnią 

przebywała  stara  sroka.  Korki  nie  znosił  jej.  Muszę  przyznać,  że  i  ja  uważałam  ją  za 

nieprzyjaznego, mrukliwego, skąpego ptaka. Miała punkt obserwacyjny na dachu stajni i gdy 

tylko gospodyni wysypywała jakieś okruchy, rzucała się na nie, zanim pomyśleliśmy, aby się 

do  nich  zbliżyć.  A  gdy  przypadkiem  udało  nam  się  podejść  pierwszym,  odpędzała  nas  z 

background image

wściekłością swym wielkim, nożycowatym dziobem. Mogło być nie wiem ile jadła, wszystko 

pożerała,  nic  dla  nas  nie  zostawiając.  Największe  szczury  bały  się  tej  sroki,  gdyż  była 

groźniejsza  od  najbardziej  wojowniczego  koguta.  Nawet  kot  zmykał  przed  nią.  Usiłował 

wprawdzie atakować ją znienacka, ale nigdy nie wdałby się w otwartą walkę z tym strasznym 

stworzeniem. 

Skutek był taki, że sroka - nazywaliśmy ją Czarownicą - stała się wyrzutkiem wśród 

mieszkańców podwórka. Wiedziała o tym. Była przez wszystkich znienawidzona. 

Pewnego dnia przyszedł do mnie Korki, rozpromieniony, z mnóstwem nowin. 

„Czy  już  wiesz?  -  wołał.  -  Znasz  przecież  tego  nowego  rudowłosego,  zezowatego 

chłopca stajennego? Więc wyobraź sobie, przygotowuje sidła, aby w nie i złapać Czarownicę. 

Sam widziałem”. 

„Ach - powiedziałam - nie przejmuj się tym tak bardzo, nie złapie jej z pewnością. Ten 

ptak zna wszystkie sidła, jakie kiedykolwiek zostały wynalezione” 

Mimo  to  Korki  nie  tracił  nadziei.  Spędzał  godziny  i  dnie  na  przyglądaniu  się 

rudowłosemu chłopcu, który robił próby złapania sroki. Najpierw brał sito i sznur i zawieszał 

na nim kawał surowego mięsa na przynętę. 

Ale Czarownica rzucała tylko okiem na tę niezdarną pułapkę i nie spoglądała więcej w 

tę  stronę.  Następnie  chłopiec  rozpinał  różnego  rodzaju  siatki  spodziewając  się,  że  ptak 

pewnego  dnia  w  nich  uwięźnie.  Dwa,  trzy  razy  dziennie  wpadał  Korki  do  mnie  z 

wiadomościami. Teraz zastawione są sidła z włosia końskiego - donosił - przygotowuje się też 

torebki papierowe z rodzynkami i syropem. 

Ale, tak jak powiedziałam, sroka była sprytna i znała się równie dobrze na sidłach, jak 

chłopiec stajenny. A co gorsze, spostrzegła szybko, że Korki przygląda się tym zabiegom z 

wielkim zainteresowaniem. Gdyż pewnego dnia, odpędzając go od kawałka mięsa, leżącego na 

śmietniku, powiedziała: 

„Chciałbyś mnie pewnie zobaczyć już w sidłach, ty mała zuchwała bestyjko. Uważaj, 

abym ci nie obcięła ogona”. 

„Doczekasz się tego z pewnością, tłusty, czarny potworze! - odkrzyknął Korki i uciekł 

do swej nory. - Liczę na to”. 

„Ha, ha, ha! - skrzeczała sroka rzucając się na mięso. - Ten rudy głupiec mnie nie złapie, 

nawet gdyby całe swoje życie temu poświęcił”. 

Ale ten „rudy głupiec” był bardzo uparty i wcale nie taki głupi, na jakiego wyglądał. 

Obserwując zwyczaje sroki spostrzegł, że miała swoje ulubione miejsce, w którym zaspokajała 

pragnienie; była to mała kałuża pod studnią w kącie podwórza. Poza tym zauważył, że ptak 

background image

nigdy nie siada tam, gdzie położono coś nowego albo skąd zabrano coś starego. 

Innymi słowy, chłopiec zetknął się z faktem, że ptaki, podobnie jak myszy, obawiają się 

wszystkiego nieznanego. Stanowi to ich największą ochronę. Są obdarzone spostrzegawczością 

i gdy w jakimś kącie podwórza albo ogrodu pokaże się coś nowego albo zajdzie jakaś zmiana, 

stają się natychmiast podejrzliwe i mają się na baczności. 

Gdy  chłopiec  to  zauważył,  zmienił  swoje  dotychczasowe  postępowanie.  Doszedł  do 

przekonania, że wszystko, cokolwiek zmienia albo wprowadza nowego, powinno stawać się 

stopniowo i nieznacznie. Zaczął od tego, że w pobliżu kałuży położył jedną jedyną gałązeczkę. 

Czarownica popatrzyła na nią nieufnie, ale w końcu uznała ją za niegroźną i podskoczyła jak 

zwykle do kałuży po wodę. 

Następnego ranka chłopiec położył w tym samym miejscu dwie gałązki. Czarownica 

zachowała się tak samo jak poprzednio. Trzeciego dnia leżało już cztery czy pięć gałązek. I tak 

dalej, dopóki kałuży pod studnią nie otoczył mały gaik gałęzi i sroka chcąc zbliżyć się do wody, 

nie mogła ich już ominąć. 

Ale to obudziło czujność pani Czarownicy. Poskakała kilkakrotnie wokoło gałązek i w 

końcu odleciała. Udała się na poszukiwanie innego wodopoju. 

Korki był w rozpaczy. 

„Masz rację - powiedział - ten ptak to istny diabeł. Boję się, że go nigdy nie złapie”. 

Ale wkrótce naszemu rudowłosemu łowcy przyszła z pomocą pogoda. Był już koniec 

listopada i pewnego ranka, zbudziwszy się, ujrzeliśmy ziemię pokrytą białą szatą śnieżną, a 

wszystkie  kałuże,  sadzawki  i  strumienie  ścięte  lodem.  Jak  zwykle  sroka  zjawiła  się  na 

podwórku, aby rozejrzeć się za śniadaniem. Ale nie znalazła nic. Wszystko było ukryte, zimne 

i nieme. 

Czarownica  zajrzała  do  stajni  i  zobaczyła  nas  gryzących  ziarnka  owsa  na  skrzyni. 

Weszłaby tam na pewno chętnie, ale obawiała się widocznie. 

„Takiej  hołocie  jak  wam  -  skrzeczała  stojąc  w  drzwiach  -  dzieje  się  zawsze  dobrze. 

Nażeracie  się  do  syta,  tutaj  pod  dachem  w  cieple  i  suszy,  a  przyzwoite  stworzenia  muszą 

marznąć  na  dworze  i  zdychać  z  głodu,  bo  każde  źdźbło  trawy  przywalone  jest  śniegiem. 

Przeklęta zima”. 

„Rzucilibyśmy ci chętnie kilka ziarenek - powiedzieliśmy - gdybyś nie była zawsze taką 

podłą, samolubną istotą i nie odpędzała nas od każdego kęsa, nawet gdyś miała pod dostatkiem 

pożywienia.  Tak,  tak,  masz  słuszność,  zima  jest  rzeczywiście  straszna  dla  tych,  co  sobie  w 

życiu nie zdobyli przyjaciół”. 

background image

ROZDZIAŁ XXIII 

PODSTĘPY CZAROWNICY 

 

W  tym  miejscu  kilku  starych  mysich  inwalidów  z  końca  sali  zawołało:  „Głośniej, 

głośniej!” Doktor Dolittle zaproponował, aby przynieść Myszy Stajennej puszkę od herbaty lub 

coś podobnego, aby mogła na niej stanąć. Gdy będzie stała wyżej, głos jej obejmie większą 

przestrzeń. Po krótkiej przerwie przyniesiono pustą puszkę od musztardy, która nadawała się 

bardzo  dobrze  do  tego  celu.  Gdy  mówczyni  weszła  na  nią  i  przezwyciężyła  onieśmielenie, 

zaczęła dalej opowiadać: 

- Sroka rzuciła mi w odpowiedzi kilka ordynarnych słów i odleciała. Wdrapaliśmy się 

na parapet okna i przyglądaliśmy się, jak skakała po głębokim, sypkim śniegu na podwórzu. Żal 

mi jej było. Wiedziałam, że jest głodna i że przez cały dzień nie mogła znaleźć nic do jedzenia. 

Chciałam  ją  nawet  zawołać  i  dać  jej  kilka  ziarenek  owsa,  ale  Korki  nie  pozwolił  mi  na  to: 

„Obejdzie  się  -  powiedział  -  niech  się  sama  troszczy  o  siebie.  Nie  zasłużyła  na  lepsze 

traktowanie stara jędza”. 

Gdy sroka mijała swój dawny wodopój, rzuciła nań przelotne spojrzenie, pewna, że jest 

tak  samo  zmarznięty  jak  wszystkie  inne  wody  pod  gołym  niebem.  Ale  o  dziwo  -  nie  był 

zamarznięty. Rudowłosy chłopak rano, zanim sroka się zjawiła, sam własnoręcznie porąbał lód. 

Czarownica  była  równie  spragniona,  jak  głodna.  Na  wpół  podskakując,  na  wpół 

podlatując po śniegu, zbliżyła się do wody. Korki był ogromnie przejęty, obserwując jej ruchy. 

Oboje odgadliśmy, że te gałęzie stanowiły rodzaj pułapki, chociaż żadne z nas nie wiedziało, na 

czym  to  polega.  Tego  ranka  były  do  połowy  zasypane  śniegiem  i  wyglądały  zupełnie 

niewinnie, jak gdyby należały do krajobrazu. Woda wyglądała bardzo kusząco. Czarownica 

zbliżyła się. Korki był na wpół nieprzytomny z przejęcia. 

W  końcu  sroka  skoczyła  na  gałęzie  i  zaczęła  pić  i  pić,  jak  gdyby  nigdy  nie  mogła 

skończyć.  Korki  był  rozczarowany,  zdawało  się,  że  nic  się  nie  stanie.  Wyglądało  na  to,  że 

mechanizm, jaki miał znajdować się w pułapce, zawiódł. Dopiero gdy ptak chciał odlecieć z 

tego miejsca, spostrzegliśmy, na czym polegała zasadzka. Nogi sroki przylepiły się do gałęzi, 

gałęzie nasmarowane były klejem. 

Boże drogi, jak Czarownica skakała i trzepotała się! 

Ale  im  bardziej  się  miotała  i  wysilała,  i  wyrywała,  tym  mocniej  przyklejały  się 

nasmarowane  gałęzie  do  niej.  Teraz  widzieliśmy  dokładnie,  że  pod  śniegiem  leżało  jeszcze 

mnóstwo takich lepkich gałęzi. Stopniowo przykleiły się wszystkie do sroki i stawało się jasne, 

że teraz już nie będzie mogła odlecieć. 

background image

Wtem  otworzyła  się  furtka  po  przeciwnej  stronie  podwórza,  przez  którą  wszedł 

triumfalnie  rudowłosy  chłopak  i  pochwycił  bezbronną  Czarownicę.  Korki  fiknął  koziołka  z 

radości. 

Chłopak  wsadził  srokę  do  klatki,  uplecionej  z  gałązek  wierzbowych,  której  pręty 

wzmocnione były drutami, i klatkę tę zawiesił w naszej stajni. Muszę przyznać, że teraz było mi 

żal  ptaka.  Wystarczyło,  że  został  schwytany  i  uwięziony,  ale  jeszcze  przez  cały  dzień  być 

wystawionym na pokaz wobec wroga cieszącego się wolnością - tego było już za wiele. 

Ach  Boże!  W  jakim  stanie  była  ta  biedna  Czarownica!  Klej  zabrudził  jej  gładkie, 

błyszczące  upierzenie  -  wyglądała  jak  stary  cylinder,  wyciągnięty  ze  śmietnika.  Przez  cały 

pierwszy  dzień  więzień  tłukł  głową  o  pręty  więzienia,  chcąc  się  wydostać.  Przy  tym  sroka 

powyrywała sobie wszystkie pióra z głowy i wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. 

Korki, mały urwis bez serca, siedział rozradowany przed klatką i drwił ze swego wroga. 

Tyle razy, gdy Czarownica była na wolności, musiał przed nią uciekać, że teraz postanowił się 

zemścić. Uważałam to za podłość i powiedziałam mu to. 

„Poza tym - dodałam - ja boję się Czarownicy, nawet teraz jeszcze”. 

„Ach!  -  śmiał  się  Korki.  -  Co  ten  gruby  pyszałek  może  nam  teraz  zrobić,  siedzi  w 

dożywotnim więzieniu!”. 

„Bardzo  pięknie  -  rzekłam  -  bądź  jednak  ostrożny.  Ona  jest  bardzo  mądra,  nie 

zapominaj o tym”. 

Przez cały dzień sroka nie mówiła ani słowa, nie odpowiadała nawet na najzłośliwsze 

zaczepki małego Korki. W jej rozpaczy było coś wzruszającego i dostojnego. Przestała tłuc się 

o  pręty,  siedziała  nieruchomo,  skurczona  na  dnie  klatki,  jak  posąg  rozpaczy.  Jedyne,  co 

zdawało się jeszcze żyć w niej, to były oczy, błyszczące nienawiścią i goryczą. Gorzały jak 

płonące węgle, gdy śledziła nimi każde poruszenie Korki i innych myszy, które szydziły z niej, 

siedząc pod klatką. 

To dziwne, jak niektóre stworzenia pozbawione są serca. Gdy sroka poddała się swemu 

losowi, Korki  i  jego przyjaciele, bezmyślne stworzenia, wdrapały się na klatkę i  rzucały na 

głowę ptaka kawałki wapna i gipsu. Robiłam wszystko, aby je od tego powstrzymać, ale było 

ich za dużo i nie chciały mnie słuchać. 

Ach! Niestety, niestety moje obawy okazały się uzasadnione. Ten straszny ptak nawet 

za kratkami był jeszcze niebezpieczny. Gdy pewnego popołudnia to grono głupców zabawiało 

się  jak  zwykłe,  ja  zajęta  byłam  wielkimi  porządkami  W  naszym  mieszkaniu  pod  podłogą 

strychu.  Nagle  usłyszałam  przeraźliwy  pisk.  Wybiegłam  i  wskoczyłam  przez  szczelinę  w 

pułapie  do  stajni.  Wszyscy  przyjaciele  mego  małżonka  otaczali  klatkę  sroki,  która  stała  na 

background image

parapecie okna, a oczy wyłaziły im na wierzch z przerażenia. Rozejrzałam się szukając mego 

męża. Nie było  go. Gdy się zbliżyłam, ujrzałam, że znajdował  się wewnątrz klatki,  a sroka 

trzymała go mocno prawą łapą. Jak zwykle zachowywał się najzuchwalej ze wszystkich. Gdy 

wdrapał się na klatkę, zbliżył się za blisko do ptaka, z którego szydził. Szybko jak błyskawica - 

tak opowiadano mi później - wysunęła Czarownica dziób przez pręty, schwyciła go za ogon i 

wciągnęła do klatki. Gdy podeszłam, mój małżonek darł się wniebogłosy, wołając o pomoc. 

„Cicho - rozkazywała sroka - przestań się rzucać albo zabiję cię na miejscu. Gdzie twoja 

żona?” - zapytała, zwracając się do nas, innych myszy. 

„Jestem tutaj” - odezwałam się i podeszłam do klatki. 

„Dobrze  -  powiedziała.  -  Przychodzisz  w  porę,  aby  uratować  życie  swojemu 

małżonkowi. Wygryź mi natychmiast  dziurę w podłodze klatki,  dość dużą, abym  się mogła 

przez nią wymknąć. Myszy potrafią przegryźć drzewo. Ja tego nie umiem. Możesz wleźć pod 

klatkę, tam jest dość miejsca, klatka stoi na nóżkach. Nie trać czasu, chłopak stajenny może 

nadejść każdej chwili”. 

„Ależ - zaczęłam - to będzie bardzo mało...” 

„Żadnych sprzeciwów - oświadczyła krótko. - Jeśli w podłodze klatki nie zrobisz tak 

wielkiego otworu,  abym się mogła przedostać, i  to  jeszcze przed nadejściem nocy, odgryzę 

głowę twemu małżonkowi”. 

Widziałam, że mówi poważnie. Pozostawało mi jedynie posłuchać, jeśli nie chciałam 

zostać wdową. Na szczęście reszta myszy czekała naokoło klatki. Sama nie byłabym nigdy w 

stanie w tak krótkim czasie wygryźć dziury dostatecznie dużej dla tego olbrzyma. Namówiłam 

w końcu śmiertelnie przestraszonych przyjaciół mego męża, aby mi dopomogli. 

Korki, wciąż jeszcze objęty pazurami sroki, przyglądał się nam,  gdyśmy wsunęli się 

pod klatkę i przystąpili do roboty. 

Nie było to wcale łatwe. Wątpię, czy byłabym wy-dążyła na czas, gdyby nie zależało od 

tego życie mojego małżonka. Główna trudność polegała na tym, jak zacząć. Jak wszyscy wiecie 

- może z wyjątkiem doktora i Tomka - w gładkim drzewie wygryźć dziurę, to nawet dla myszy 

jest  bardzo  trudnym  zadaniem.  Obgryźć  kant  albo  powiększyć  mały  otwór  to  zupełnie  co 

innego. 

Jednym słowem, byłam w rozpaczy; ale w końcu udało mi się jakoś - moje zęby były 

nadwerężone potem przez długie tygodnie - przez pierwszy kwadrans wygryzłam cztery dziury 

w podłodze klatki, jedną w każdym kącie. Po wykonaniu tego powierzyłam dalszy ciąg ośmiu 

innym  myszom  i  postawiłam  po  dwie  przy  każdej  dziurze.  Gdy  tylko  zęby  którejś  myszy 

tępiały,  kazałam  jej  przerywać  pracę  i  zastępowałam  ją  inną.  Pobiegłam  nawet  do 

background image

fundamentów stajni i wezwałam wszystkie myszy i szczury, które się tam znajdowały. Korki 

cieszył się wszędzie i zawsze wielką sympatią, więc gdy się tylko dowiedziały, że życiu jego 

grozi niebezpieczeństwo, okazały natychmiast gotowość pomocy. W ten sposób przybywały 

wciąż świeże siły. 

W bardzo krótkim czasie wszystkie cztery dziury złączyły się w jedną. Teraz pozostał 

już tylko wąski pasek drzewa, nie grubszy od ołówka, który podtrzymywał dno klatki i chronił 

ją  od  rozpadnięcia.  Stara  sroka,  trzymając  jeszcze  wciąż  w  szponach  swoją  ofiarę,  śledziła 

pracę orlim wzrokiem. Jej plan polegał na tym, aby gdy tylko dno wyleci, odrzucić klatkę na 

bok. Mogła to  z łatwością uczynić opierając nogi  o parapet  okna, ponieważ klatka nie była 

ciężka. 

Ukończyliśmy naszą robotę w samą porę, to znaczy w samą porę dla mego męża, gdyż 

jestem pewna, że jeśliby nam przeszkodzono, zanim dokończyliśmy pracy, sroka zabiłaby go z 

pewnością. Gdy dno klatki wyleciało, Czarownica wypuściła swoją ofiarę i jednym uderzeniem 

potężnego  dzioba  nie  tylko  odtrąciła  klatkę,  ale  zrzuciła  ją  na  podłogę  stajni,  wraz  z  moim 

biednym mężem. 

‘ W tej samej chwili chłopak wszedł do stajni i ujrzał swą cenną zdobycz, siedzącą na 

wolności,  na  parapecie  okna.  Przyskoczył  do  niej,  ale  ptak  wzbił  się  jednym  uderzeniem 

skrzydeł  w  górę,  przeleciał  mu  nad  głową  i  wyfrunął  przez  otwarte  drzwi  w  daleki  świat. 

Wokoło  osłupiałego  chłopca  rozbiegły  się  myszy,  które  uwolniły  znienawidzonego  ptaka,  a 

teraz chroniły się w bezpieczne miejsca. 

background image

ROZDZIAŁ XXIV 

DWÓR NA WRZOSOWISKACH 

 

W  tej  samej  chwili,  gdy  nie  wiedziano  jeszcze  dokładnie,  czy  Mysz  Stajenna 

zakończyła  swoje  opowiadanie,  wśród  zgromadzonych  dał  się  zauważyć  pewien  niepokój. 

Słychać było podniecony szept, jakiś nowy przybysz prawie bez tchu wbiegł na salę. Chciał 

natychmiast mówić z doktorem Dolittle. 

Biała mysz, jako przewodnicząca i prezes Klubu, chciała zbadać powód tego niepokoju. 

Ale nowy gość nie miał widocznie czasu na formalności. Zaledwie przewodnicząca podniosła 

się ze swego miejsca, ujrzano przybysza, jak rozpychając się łokciami, torował  sobie drogę 

wprost do doktora Dolittle. 

- Doktorze - wołał - pali się w piwnicy Dworu na Wrzosowiskach! Wszyscy śpią i nikt 

nic nie zauważył. 

- Na litość boską! - zawołał doktor i zerwał się spoglądając na zegarek. - Wszyscy śpią? 

Któraż to godzina? Prawda, już pierwsza w nocy! Co tam leży w piwnicy - drzewo, węgiel? 

- Jest pełno drzewa - rzekła mysz - ale na szczęście ogień jeszcze się tam nie dostał. 

Moja nora, w której leży naszych pięcioro maleństw, mieści się wśród stosów drzewa. Moja 

żoną

5

uważała,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  przybiegnę  tutaj  i  zawiadomię  pana.  Nikt  im  nie 

rozumie przecież naszego języka. Ona została przy dzieciach. Ogień wybuchł w stercie starych 

worków, w kącie piwnicy. Cała piwnica jest już pełna dymu.  Nie możemy  naszych małych 

wynieść, gdyż zbyt wiele kotów kręci się w pobliżu. Jeśli ogień rozszerzy się na stos drzewa, 

jesteśmy zgubieni. Czy nie może się pan pośpieszyć, doktorze Dolittle? 

-  Rozumie  się  -  powiedział  doktor,  wyłażąc  przez  tunel  i  narażając  tym  na 

niebezpieczeństwo cały gmach Klubu Myszy i Szczurów. - Stubbins! - zawołał, gdy już był na 

dworze. - Idź, obudź Bumpa i poślij Jipa po Mateusza. Musimy zebrać wszystkie siły, którymi 

rozporządzamy. Jeśli płomienie dotąd się nie rozszerzyły, będziemy mogli prawdopodobnie 

zapobiec  nieszczęściu.  Oto  kartka,  którą  Jip  ma  zanieść  Mateuszowi  -  trzeba  wezwać  straż 

ogniową. Ale i tak będzie trwało nie wiem jak długo, zanim straż przybędzie na miejsce. 

Pośpiesznie  nakreślił  parę  słów  na  starej  kopercie,  z  którą  pobiegłem  w  jednym 

kierunku, gdy on znikł w przeciwnym. Pierwszy kwadrans poświęciłem na zbudzenie Bumpa i 

Jipa i wyjaśnienie im, o co chodzi. Budzenie Bumpa trwało zawsze najdłużej. Ale po ciężkiej 

pracy udało mi się wzbudzić w nim zainteresowanie pożarem. Jipa posłałem od razu z kartką do 

Mateusza. 

Potem schwyciłem na pół ubranego i zaspanego Bumpa za rękę i pobiegłem z nim w 

background image

stronę ognia. Dwór na Wrzosowiskach należał do największych i najbogatszych posiadłości w 

Puddleby. Podobnie jak dom  doktora Dolittle był  położony za miastem i otoczony polami  i 

łąkami. Jego obecny właściciel, pan Ernest Dornton, był jegomościem w średnim wieku, który 

dopiero niedawno objął te dobra w posiadanie. Miał ojca milionera, który zmarł w zeszłym 

roku  i  zostawił  mu  nie  tylko  te,  ale  i  inne  piękne  posiadłości  w  różnych  okolicach  Anglii  i 

Szkocji. 

Większość ludzi w Puddleby dziwiła się, dlaczego przebywał on przez cały rok właśnie 

tutaj, gdy przecież mógł sobie mieszkać w tylu innych pałacach i wspaniałych dobrach. 

Obok  głównej  bramy  Dworu  na  Wrzosowiskach  znajdował  się  domek  odźwiernego. 

Gdy nadbiegłem, zastałem już doktora walącego w bramę i usiłującego zbudzić odźwiernego. 

Naturalnie brama była zamknięta, a cały dwór otoczony wysokim murem, o wiele za wysokim, 

aby można było go przeskoczyć. Prawie w tej samej chwili nadbiegł i Mateusz, prowadzony 

przez Jipa. 

-  Boże  święty!  -  wołał  doktor  waląc  pięściami  w  bramę.  -  Ależ  ci  ludzie  tutaj  mają 

mocny  sen!  Wszystko  może  spłonąć,  zanim  ich  dobudzimy.  Może  odźwiernego  nie  ma  w 

domu? 

- Przeciwnie - rzekł Mateusz - odźwierny albo jego żona są na pewno. Jedno z nich musi 

zawsze być na posterunku. Wiem o tym z pewnością. Spróbuję rzucić kamieniem w okno. 

Karmiciel kotów wziął mały kamyczek, ale rzucił go z taką siłą, że rozległ się brzęk 

stłuczonej szyby. 

Gniewne głosy w domu dały znać, że wreszcie udało się nam kogoś zbudzić. W chwilę 

później ukazał się w drzwiach mężczyzna w nocnej koszuli, z dubeltówką w jednej, a świecą w 

drugiej ręce. Gdy doktor podszedł, odźwierny postawił świecę i ujął dubeltówkę jak do strzału. 

-  Niech  się  pan  uspokoi  -  powiedział  doktor  Dolittle.  -  Przyszedłem  tutaj,  aby  pana 

zawiadomić, że we dworze wybuchł  pożar, pali się w piwnicy. Trzeba natychmiast  zbudzić 

ludzi. Proszę mnie wpuścić. 

- Ani myślę - powiedział mężczyzna z uporem. - Znamy dobrze takich włamywaczy, co 

używają podobnych wybiegów. Co za bezczelność w nocy rzucać kamieniami w moje okno! 

Skąd to pan wie, że pali się we dworze? 

- Pewna mysz mi powiedziała - rzekł doktor. A gdy. zobaczył, z jakim niedowierzaniem 

odźwierny patrzy na niego, dodał: 

- Niechże się pan ze mną nie sprzecza. Wiem na pewno, że dwór się pali. Czy pan mnie 

teraz wpuści? 

Ale odźwierny nie miał wcale zamiaru go wpuścić. 

background image

Właściwie nie można było mieć do niego o to pretensji. Wraz z Bumpem i Mateuszem 

musieliśmy bardzo dziwacznie wyglądać, dobijając się tak wśród nocy. 

Kto wie, jak długo byśmy tam jeszcze stali (tymczasem ogień w piwnicy szerzył się 

coraz bardziej), gdyby Mateusz nie postanowił wziąć tej sprawy w swoje ręce. Szepnął kilka 

słów  do  Bumpa,  schylił  się,  skoczył  i  wyrwał  odźwiernemu  dubeltówkę.  Bumpo  schwycił 

lichtarz ze świecą. Zdobyliśmy twierdzę. 

Bumpo  znalazł  tymczasem  drugie drzwi, otworzył  je i zanim zaskoczony  odźwierny 

nabrał znowu tchu, byliśmy już na podwórzu i biegliśmy aleją wiodącą do dworu. 

- Zapewne i tutaj będzie trwało wieki, zanim kogokolwiek zbudzimy - rzekł zdyszany 

doktor spoglądając na podwójne drzwi, gdyśmy stanęli przed wspaniałym wejściem. 

-  O  nie!  -  zawołał  Mateusz.  Podniósł  dubeltówkę,  wystrzelił  w  gwiazdy  i  krzyknął 

najgłośniej  jak  mógł:  -  Pali  się!  -  Ten  hałas  powiększyliśmy  jeszcze  wszyscy  trzej:  doktor, 

Bumpo  i  ja,  waląc  w  drzwi  i  krzycząc,  żeby  nam  otwierali.  I  tym  razem  rzeczywiście  nie 

czekaliśmy długo. Strzał okazał się dobrym alarmem. Natychmiast zapalono światło w różnych 

miejscach domu. Potem otworzyły się okna, wychyliły głowy i przestraszeni ludzie pytali, co 

się właściwie stało. 

- Pali się! - zawołał doktor. - Wasz dom się pali! Otwórzcie drzwi i wpuśćcie nas. 

W chwilę później odsunięto ciężkie zasuwy i  stary lokaj ze świecą w ręku otworzył 

drzwi. 

-  Nie  mogę  znaleźć  pana  -  powiedział  do  doktora  Dolittle.  -  Nie  ma  go  w  sypialni. 

Musiał zasnąć w innej części domu. Wszystkich innych zbudziłem. 

- Gdzie jest piwnica? - zapytał doktor Dolittle, schwycił lichtarz i pobiegł przodem. - 

Proszę mi pokazać drogę do piwnicy. 

- Ale przecież nasz pan nie może być w piwnicy - powiedział stary lokaj - czego pan 

szuka w piwnicy? 

-  Rodziny  myszy,  młodych  myszek,  znajdują  się  w  wielkim  niebezpieczeństwie.  Ich 

nora mieści się wśród stosów drzewa. Proszę mi prędko pokazać drogę. 

background image

ROZDZIAŁ XXV 

POŻAR 

 

Zdaje mi się, że dla nas obu, dla doktora i dla mnie, noc ta była jedną z najdziwniejszych 

nocy w naszym życiu. Jan Dolittle, jak wszyscy wiemy, od dłuższego czasu nie brał udziału w 

życiu  sąsiadującego z nim społeczeństwa ludzkiego. Chociaż był  miły i  dobry dla każdego, 

unikał swoich sąsiadów więcej jeszcze niż oni jego. A teraz nagle został wplątany w łańcuch 

wydarzeń i spraw, od których najchętniej stałby z daleka. 

Gdyśmy wszyscy - Mateusz, Bumpo i ja - weszli z doktorem do przedsionka wielkiego 

domu, natrafiliśmy na straszliwe zamieszanie. Mnóstwo ludzi, mniej lub bardziej odzianych, 

biegało  po  schodach  tam  i  z  powrotem,  dźwigało  kufry,  przerzucało  przez  poręcz  schodów 

drogocenne przedmioty i w ogóle zachowywało się jak przestraszone kwoki. Dym przenikał już 

wszędzie  i  stawał  się  coraz  bardziej  gryzący;  gdy  zapalono  więcej  świec,  zobaczyłem,  że 

większa część przedsionka była już zasnuta dymem. Doktor Dolittle nie potrzebował już pytać 

o drogę do piwnicy.  Z przedsionka na lewo prowadziły drzwi do staroświeckich kręconych 

schodów i stamtąd z gwałtowną szybkością walił dym. Ku memu przerażeniu doktor owiązał 

sobie twarz chusteczką, wbiegł we drzwi i znikł za kłębami dymu, zanim ktokolwiek zdążył go 

zatrzymać. Gdyśmy z Bumpem chcieli za nim podążyć, zastąpił nam drogę Mateusz. 

-  Nie  róbcie  tego!  -  zawołał.  -  Będziecie  mu  raczej  zawadą,  a  nie  pomożecie  nic. 

Gdybyście zemdleli, musiałby jeszcze poza wszystkim wynosić was na górę. Zejdziemy lepiej 

na dół i  wybijemy szyby w piwnicach. Tam, na dole, jest pewnie pełno dymu, może nawet 

więcej dymu niż ognia. Jeśli zrobimy ujście dla dymu, będzie miał doktor trochę światła przy 

swojej robocie. 

Pobiegliśmy więc we trzech do głównego wejścia. 

Po drodze o mało co nie przewróciliśmy starego służącego, który wciąż jeszcze błąkał 

się, łamał ręce i biadał, że nie może znaleźć swego pana. Mateusz wziął go za rękę i popchnął 

przed siebie. 

- Gdzie są piwnice?! - wołał. - Prędko, prowadź nas do piwnic! 

W  końcu  skłoniliśmy  biednego,  starego,  lamentującego  człowieka  do  tego,  że 

zaprowadził nas na tyły domu, gdzie po jednej stronie drzwi kuchennych znajdowały się dwa 

okienka. Ku jego zdumieniu i przerażeniu jednym kopnięciem rozbiliśmy szyby. Gęste kłęby 

dymu buchnęły natychmiast, grożąc nam zaduszeniem. 

- Halo! Halo! Panie doktorze! - zawołał Mateusz. -Jak się panu powodzi? 

Karmiciel kotów przyniósł z sobą latarkę i skierował światło w głąb dymiącej piwnicy. 

background image

Przez  kilka  chwil  długich  jak  wieczność  byłem  półżywy  ze  strachu,  oczekując  odpowiedzi, 

która nie następowała. Mateusz spojrzał przez ramię na nas. 

- Hm, hm - mruknął marszcząc czoło. - Zdaje się, że będziemy tu musieli zorganizować 

pogotowie ratunkowe. 

Ale w chwili gdy miał już zejść do piwnicy, uchwyciłem go za rękę. 

- Patrz! - zawołałem wskazując na dół. W świetle latarni widać było rękę wychylającą 

się przez stłuczoną szybę. Była to ręka doktora Dolittle, w której wnętrzu skupiło się pięcioro 

różowych, nie owłosionych, maleńkich myszek. 

- Do pioruna! - mruknął Mateusz, pochwycił mysią rodzinę i podał ją mnie. 

Dłoń doktora cofnęła się, żeby po chwili ukazać się na nowo. Tym razem podał nam 

śmiertelnie przestraszoną mysz-matkę, którą razem z młodymi ukryłem w kieszeni. 

Ale Mateusz nie czekał na ponowne zniknięcie ręki doktora, lecz schwycił ją mocno i z 

ogromnym wytężeniem porwał doktora wraz z ramą okienną w górę. Spostrzegliśmy od razu, 

że  doktor  chwiał  się  i  był  prawie  zamroczony.  Na  wpół  niosąc  go,  na  wpół  podtrzymując, 

zaciągnęliśmy go na pobliski trawnik z dala od duszącego dymu. Tam położyliśmy go na płask 

na’ ziemię i rozpięliśmy mu kołnierzyk. Ale zanim zdążyliśmy zastosować jeszcze inne środki 

ratunkowe, doktor sam wygramolił się i wstał. 

- Nic mi nie jest - wyjąkał - to tylko z dymu. Musimy lać wodę wiadrami. Ogień dostaje 

się już do stosu drzewa. Jeśli się go nie zdusi, rozszerzy się dalej i cały dom spłonie. 

To  jedno  jest  pewne:  mysz,  która  przyniosła  doktorowi  wiadomość  o  pożarze, 

uratowała Dwór na Wrzosowiskach od zniszczenia, a wielu ludziom ocaliła życie. Gdybyśmy 

nie użyli wszystkich swoich sił - mieszkańcy dworu nie uratowaliby go nigdy, nawet gdyby się 

w  porę  obudzili.  Nie  widziałem  nigdy  podobnie  przerażonej  i  bezmyślnej  bandy.  Każdy 

udzielał rad, a nikt nie odważył się na czyn. 

Doktor, Mateusz, Bumpo i ja nie czekaliśmy zresztą na nich, lecz zorganizowaliśmy 

pomoc  na  własną  rękę,  biorąc  z  wodociągu  w  kuchni  ogromną  ilość  wody  do  wiader  i 

wylewając  ją  na  płonące  worki  i  sterty  drzewa  w  piwnicy.  Wkrótce  pozostała  już  tylko 

zwęglona  i  sycząca  masa,  z  której  o  włos  powstałby  straszliwy  pożar.  Prócz  tego  Mateusz 

odkrył  w  ogrodzie  kran  i  za  pomocą  gumowego  węża,  którego  wyciągnęliśmy  z  ogrodu, 

naleliśmy przez stłuczoną szybę wody do piwnicy, na wypadek gdyby ogień miał się na nowo 

zatlić. 

Tymczasem gdy w ogrodzie umocowywaliśmy sikawkę, spoza krzaków wystąpił nagle 

mężczyzna i zapytał doktora bardzo niegrzecznie: 

- Kim pan jest? 

background image

- Ja? - powiedział doktor zaskoczony. - Ja jestem Jan Dolittle. A kim pan jest? 

-  Nazywam  się  Ernest  Dornton  -  odrzekł  -  i  chciałbym  wiedzieć,  jakim  prawem 

wtargnął pan tu wśród nocy, wybił okna i napadł na mego odźwiernego? 

- Ależ na miłość Boską! - zawołał doktor. - Chcieliśmy was ostrzec przed ogniem. Nie 

mieliśmy  czasu  myśleć  o  formach  towarzyskich.  Odźwierny  nie  chciał  nas  wpuścić. 

Przyszliśmy na szczęście w samą porę. Mogę pana zapewnić, że gdybyśmy tu nie przybyli, cały 

dom pański spłonąłby doszczętnie wraz z murami. 

Spojrzałem przez ramię Dorntona i ujrzałem odźwiernego stojącego za nim. 

-  Działał  pan  bardzo  samowolnie,  mój  panie  -  oświadczył  Ernest  Dornton.  -  Mój 

odźwierny ma nakazane, kogo mu wolno wpuszczać, a kogo nie. Poza tym istnieje w mieście 

straż ogniowa, której zadaniem jest gasić pożary. Nieprzyzwoite i brutalne wtargnięcie pana 

wśród nocy do mego domu to skandal, mój panie, i miałbym ochotę kazać pana aresztować. 

Proszę razem ze swymi towarzyszami opuścić natychmiast moją posiadłość. 

background image

ROZDZIAŁ XXVI 

SKÓRZANE PUDEŁKO 

 

Przez kilka chwil doktor był tak oszołomiony, że nie mógł wydobyć głosu. Przy słabym 

świetle latarki Mateusza widziałem, jak w jego twarzy walczył gniew z obrazą. Ale w końcu 

doszedł  do  przekonania,  że  ten  człowiek  nie  zrozumie  żadnego  wyjaśnienia  ani 

usprawiedliwienia. 

- Moja marynarka została w pańskiej piwnicy - powiedział doktor zupełnie spokojnie - 

przyniosę ją, a potem pójdziemy. 

Aby  swoje  obraźliwe  słowa  poprzeć  jeszcze  obrażającym  czynem,  Dornton 

towarzyszył nam do piwnicy, jak gdyby pilnując, żebyśmy czego nie skradli. 

W piwnicy paliły się zapalone przez nas lampy, które pozwalały dojrzeć, czy nie tli się 

jeszcze jakaś iskierka. Dornton zaklął cicho na widok podłogi zalanej wodą. Ten ostatni dowód 

jego niewdzięczności oburzył Bumpa. 

- Co pan sobie właściwie myśli, niewdzięczny głupcze! - zaczął i podszedł do Dorntona 

z wojowniczym błyskiem w oczach. 

-  Bumpo,  proszę,  proszę  -  przerwał  mu  doktor  Dolittle.  -  Każde  dalsze  słowo  jest 

zbyteczne. Idziemy. 

Przy  silniejszym  świetle  lampy  zauważyłem,  że  Dornton  dźwiga  pod  pachą  kilka 

małych  skórzanych  pudełek.  Gdy  wlazł  na  stertę  drzewa,  aby  zobaczyć,  jakie  szkody 

wyrządziliśmy  po  drugiej  stronie  piwnicy,  położył  pudełka  na  chwilę  na  beczce  od  wina. 

Stałem tuż przy Mateuszu i przez ułamek sekundy zobaczyłem, że gdy Dornton odwrócił się do 

nas plecami, karmiciel kotów otworzył pokrywkę jednego z pudełek i zamknął ją natychmiast. 

Pudełko zawierało cztery ogromne brylantowe spinki. 

Gdy doktor Dolittle odzyskał swoją marynarkę, nie czekał ani chwili, lecz wyszedł z 

nami po schodach i opuścił ten dom, który uratował od zniszczenia. 

W  bramie  spotkaliśmy  się  ze  strażą  ogniową.  Na  ten  widok  Mateusz  nie  mógł  się 

opanować i gdyśmy wyszli na ulicę, zawołał do strażaków: 

-  Możecie  wracać  i  położyć  się  spać.  Ugasiliśmy  ogień,  zanim  zdążyliście  wciągnąć 

buty. 

Poza  obrębem  Dworu  na  Wrzosowiskach  już  nawet  doktor  nie  mógł  powstrzymać 

wybuchów oburzenia Mateusza i Bumpa. 

- Ten nikczemny, podły, bezczelny, niewdzięczny łotr - zagrzmiał karmiciel kotów - ten 

nadęty worek z milionami. To przechodzi już wszelkie granice! Po tym wszystkim, cośmy dla 

background image

niego  zrobili!  Wśród  nocy  wyskoczyć  z  łóżek,  harować  jak  konie  tylko  po  to,  żeby  jego 

wspaniały  pałac  ocalić  od  ognia!  A  potem  wysłuchiwać  jego  narzekań,  żeśmy  mu  wodą 

piwnicę zniszczyli! 

-  Taki  potwór!  -  krzyczał  Bumpo.  -  Każdego  doprowadzi  do  wściekłości.  Całym 

wysiłkiem wstrzymywałem się, żeby go nie zdzielić kijem. 

- Dosyć - powiedział doktor - nie będziemy już więcej na ten temat mówili. Postaram się 

zapomnieć o tym, co tu zaszło. Chwała Bogu, żeśmy przynajmniej zdążyli ocalić myszki przed 

ogniem. Czy włożyłeś je do kieszeni, Stubbins? 

- Tak - odrzekłem i wsadziłem rękę do kieszeni, żeby się upewnić. - Ale gdzie jest pana 

kapelusz, doktorze Dolittle? Pewnie go pan zostawił w piwnicy? 

Doktor chwycił się za głowę. 

- Ach, na Boga! - zawołał. - Co za głupia przygoda! No, więc będę musiał tam wrócić, 

nie ma innej rady. 

Wiedziałem, że było mu bardzo nieprzyjemnie, ale jego ulubione nakrycie głowy było 

dla  niego  zbyt  cenne.  W  milczeniu  poszliśmy  wszyscy  czterej  z  powrotem.  Brama  po 

przejeździe straży ogniowej była jeszcze otwarta. Bez przeszkód mogliśmy wejść i udać się w 

stronę dworu. W połowie drogi doktor zatrzymał się. 

- Może będzie lepiej, jeśli zaczekacie na mnie tutaj. To zbyteczne, żebyśmy wszyscy 

czterej wracali po jeden kapelusz. 

Poszedł  więc  sam,  a  my  zostaliśmy  w  cieniu  drzew  czekając  na  jego  powrót. 

Tymczasem  wzeszedł  księżyc  i  w  jego  świetle  widzieliśmy  wszystko  najdokładniej. 

Zauważyłem,  że  Mateusz  był  bardzo  niespokojny  i  przejęty.  Mruczał  coś  do  siebie  i 

odprowadzał wzrokiem oddalającego się doktora. Nagle zerwał się. 

- Nie, raczej zginę, niż dam mu samemu iść. Nie ufam temu panu Dorntonowi ani przez 

chwilę. Chodźcie ze mną, chłopcy, pójdziemy za doktorem. Nachylcie się i skradajcie wśród 

drzew, tak żeby was nie zauważono. Tak mi się coś zdaje, że będziemy mu potrzebni. 

Nie miałem pojęcia, co Mateusz miał na myśli. Ale wiedziałem z doświadczenia, że gdy 

ulegał  pierwszemu  popędowi,  który  na  pozór,  tak  jak  ten,  wydawał  się  nierozsądny  i 

niezrozumiały, miał w końcu zawsze słuszność. Tłumaczyłem to sobie tym, że musiał wraz ze 

swą cygańską krwią odziedziczyć jakieś tajemnicze właściwości. 

Jak Indianie skradaliśmy się od drzewa do drzewa, nie tracąc doktora z oczu, dopóki nie 

stanął przed domem. 

Pan Dornton żegnał się właśnie ze strażą ogniową i jej dzielnym kapitanem. Ujrzeliśmy, 

jak doktor Dolittle podszedł  do niego, ale tamten udawał,  że jest  zbyt  zajęty, żeby zwracać 

background image

uwagę na kogoś innego oprócz strażaków. Dopiero kiedy wóz z ludźmi i strażakami z turkotem 

odjechał i prócz niego i doktora nikt nie pozostał, raczył zauważyć obecność Jana Dolittle. Tym 

razem nie czekał, aż doktor się odezwie. 

-  Znowu  pan  tu  jesteś?!  -  ryknął.  -  Czy  panu  nie  mówiłem,  żebyś  się  stąd  wynosił?! 

Precz, bo inaczej poszczuję psami! 

- Przyszedłem tylko po mój kapelusz - odparł doktor, który zadziwiająco panował nad 

sobą. - Zostawiłem go w przedsionku. 

- Proszę się wynosić! - powtarzał tamten groźnie. -Nie pozwolę już nikomu z waszej 

bandy wałęsać się tej nocy po mojej posiadłości. Wykryłem, żeście wybili okna w piwnicy tak 

samo jak w domku odźwiernego. Wynoście się stąd, bo wyszczuję psami! 

-  Nie  odejdę  -  powiedział  doktor  Dolittle  pewnym  głosem  -  dopóki  nie  odbiorę 

kapelusza. 

Odpowiedź doktora rozwścieczyła Dorntona do najwyższego stopnia. Wyjął z kieszeni 

gwizdek i gwizdnął przeciągle. Z ciemnego ogrodu odpowiedział mu okrzyk. 

- Wypuśćcie Dianę i Wilka! - ryknął Dornton. 

background image

ROZDZIAŁ XXVII 

PSY PODWÓRZOWE 

 

Po  chwili  usłyszeliśmy  chrzęst  żwiru  i  ujrzeliśmy  dwa  ogromne  psy,  które  jednym 

skokiem wybiegły z ciemności na oświetlone podwórko. 

- Huzia na niego! Pokażcie mu! - ryczał Dornton. Oba psy rzuciły się jednocześnie na 

obcego, ale w tej samej chwili przeżył pan Dornton wielką niespodziankę. Obcy człowiek nie 

uciekał  i  nie wydawał  się wcale przestraszony.  Zwrócił się tylko  do nadbiegających psów i 

wydał kilka osobliwych dźwięków, przypominających warczenie. Na co oba psy zachowały się 

bardzo  dziwnie.  Zamiast  pochwycić  swoją  ofiarę  za  gardło,  zaczęły  machać  ogonami,  lizać 

doktora  Dolittle  po  rękach,  jak  gdyby  wcale  nie  był  obcym,  tylko  ich  starym,  kochanym 

przyjacielem.  Potem  na  dany  przez  niego  rozkaz  znikły  w  ciemnościach,  z  których  się 

wyłoniły.  Obok  mnie  ukryty  za  drzewem  Mateusz  zasłaniał  sobie  usta  ręką,  żeby  nie 

wybuchnąć śmiechem. 

- Teraz pójdę po mój kapelusz - powiedział doktor i poszedł spokojnie w stronę domu. 

Dornton  oniemiał  z  wściekłości.  Chwalił  się  zawsze  tym,  że  jego  dwa  wielkie  psy 

podwórzowe, Diana i Wilk, rozerwą w kawałki każdego obcego, który odważy się dostać do 

dworu.  Zostać  w  ten  sposób  ośmieszonym  przez  tego  cichego,  małego  człowieczka 

przechodziło jego wytrzymałość. 

Tymczasem  doktor  ukazał  się  w  przedsionku  ze  swoim  drogocennym  kapeluszem. 

Dornton schował się za kolumnę i czekał w ciemnościach. 

-  Tego  się  spodziewałem  -  mruknął  Mateusz,  wysunął  się  jak  cień  spoza  drzewa  i 

przyczołgał do czatującego Dorntona. 

Doktor  Dolittle,  który  pragnął  jedynie  wydostać  się  jak  najprędzej  z  tego 

nieprzyjemnego  miejsca,  szedł  szybko  aleją  wysypaną  żwirem.  Wtem  spadł  na  niego  nagle 

ogromny ciężar i przygniótł go do ziemi. 

- Ja cię tu nauczę - krzyczał zdyszanym głosem Dornton - kręcić się po moim domu, jak 

gdyby... 

Nie  dokończył,  gdyż  Mateusz  rzucił  się  na  niego,  tak  samo,  jak  on  poprzednio  na 

doktora.  Ale  Dornton  mimo  swego  chorobliwego,  nalanego  wyglądu  był  silnym,  ciężkim 

mężczyzną. Podniósł się i odrzucił Mateusza, jak gdyby ten był muchą. Właśnie zamierzał się 

do  ciosu,  który  miał  zadać  doktorowi  leżącemu  wciąż  na  ziemi,  gdy  nagle  został  z  tyłu 

schwytany i uniesiony w górę jak zabawka. Istotnie Bumpo. nucąc swój ulubiony afrykański 

marsz, podniósł swoją zażywną ofiarę do góry i zabierał się właśnie do tego, aby ją zanieść do 

background image

domu. 

- Ojej, cóż to za zapalczywy człowiek! - powiedział doktor wstając i otrzepując kurz z 

ubrania. - Kto by się po nim tego spodziewał! Musiał stracić rozum! Hej, Bumpo! Stój, stój! Na 

litość Boską! 

Doktor  Dolittle  przyskoczył  w  najodpowiedniejszej  chwili,  gdyż  książę  z  Jolliginki 

miał właśnie zamiar roztrzaskać panu Dorntonowi czaszkę o jego własny próg. 

-  Dlaczego  by  nie?  -  zapytał,  gdy  doktor  go  oderwał.  -  Czyż  nie  jest  on  zupełnie 

zbytecznym chwastem na tej ziemi? Doktorze, proszę mi się nie sprzeciwiać! Jedno uderzenie 

w czaszkę i wszystko będzie w porządku. 

- Nie, nie - zawołał doktor Dolittle szybko - nie jesteś teraz w Afryce, Bumpo! Zostaw 

go, idziemy! 

- Ja was wszystkich wsadzę za to do więzienia - groził Dornton, gdy Bumpo opuścił go 

ciężko na ziemię, jak worek kartofli. 

-  Jeśli  pan  chce  posłuchać  mojej  rady  -  zadrwił  Mateusz  -  niech  pan  lepiej  zamknie 

gębę. Trzech świadków widziało, jak pan napadł na doktora - skradał się do niego i czatował za 

filarem. Jego honor jest co najmniej równie ważny jak pański, może nawet bardziej, chociaż na 

ogół większość ludzi uważa go za pomieszanego dziwaka. Nie wszystko daje się osiągnąć za 

pieniądze. 

-  Dobrze,  aleja  mam  świadków,  którzy  widzieli,  jak  wtargnęliście  do  domku 

odźwiernego i użyli przemocy. 

- Tak, żeby ocalić pański pałac od ognia - dodał Mateusz. - Niech pan robi, co chce, 

radzę panu nawet podać tę sprawę do sądu. 

- Chodźcie, chodźcie! - zawołał doktor zagarniając nas jak dzieci do kupy. Pójdziemy! 

Uspokójcie się, Mateuszu! Proszę cię, chodź, Bumpo. 

Opuściliśmy  wrzeszczącego  i  przeklinającego  pana  posiadłości,  pozwalając  mu  o 

własnych siłach podnieść się z ziemi, i poszliśmy swoją drogą. 

W drodze byliśmy wszyscy milczący i nieco znużeni, gdyż, jak powiedział Mateusz, 

wysililiśmy się bardzo przy tej niewdzięcznej robocie. Dopiero kiedyśmy już przeszli połowę 

drogi, jeden z nas otworzył usta. Był to karmiciel kotów. 

- Wiecie co?! - zawołał nagle. - Coś tu jest nie w porządku w tej sprawie! Tak sądzę 

- Jak to? - zapytał doktor zaspanym głosem i usiłował okazać zainteresowanie. 

- Jego niewdzięczność, jego pragnienie pozbycia się nas jak najprędzej i w ogóle jego 

całe zachowanie - coś w tym jest zagadkowego. Nie zdaje mi się, żeby on nas naprawdę uważał 

za podejrzaną hołotę. Może odźwierny, ale nie jego pan. Każdy człowiek w Puddleby zna pana 

background image

przecież,  doktorze,  chociaż  pan  unika  herbatek  proszonych  i  przyjęć.  Zresztą  jak  to  się 

wszystko w tym domu dziwnie odbyło. Nikt nie pilnował, nikt nie wydawał poleceń, dopóki 

„jaśnie pana” nie było, a „jaśnie pana” nie było. Dlaczego go nie było? Co robił przez ten cały 

czas, gdy stary służący biegał i szukał go? W tym tkwi jakaś tajemnica, z pewnością. Jeśli ktoś 

zbada tę tajemnicę, to założę się, że będzie miał dość powodów do zdziwienia. Tak i z tym 

odźwiernym  coś  nie  jest  w  porządku.  Przypuśćmy,  że  sposób,  w  jaki  go  zbudziliśmy, 

przestraszył go, ale mimo to przecież każdy człowiek przy zdrowych zmysłach - rozkaz czy nie 

rozkaz - przejmie się alarmem pożarowym. Jeśli już nie chciał nas wpuścić, to mógł zawołać 

żonę i posłać ją do dworu, aby sprawdziła, co się tam dzieje. Potem, gdy już wreszcie poszedł 

za nami i widzi, że w domu istotnie wybuchł pożar - dlaczego nie pomaga nam go ugasić? Nie, 

tego nie robi. Ale za to opowiada swemu jaśnie panu, jak źle potraktowaliśmy go, dlatego że 

chcieliśmy ich wszystkich uratować od śmierci w ogniu. A poza tym jeszcze jedno wydaje mi 

się dziwne. Skąd wiedział, gdzie znaleźć swego pana? Stary służący tego nie wiedział i nikt 

inny również. 

Doktor odetchnął z ulgą, gdyśmy w końcu dotarli do furtki ogrodowej. Po tej ciężkiej i 

przykrej nocy myśl o wygodnym łóżku wydała mu się bardzo nęcąca, tak samo jak nadzieja 

przerwy w głośnym rozumowaniu Mateusza. 

background image

ROZDZIAŁ XXVIII 

SKRAWEK PERGAMINU 

 

Uratowana  mysia  rodzina,  którą  przyniosłem  w  kieszeni,  została  przyjęta  do  Klubu. 

Biała mysz czuwała osobiście nad tym, żeby nowym gościom dane były do użytku najlepiej 

umeblowane  pokoje.  Stały  się  też  one  naturalnie  bohaterami  mysiego  grodu.  Interesująca 

historia  pożaru,  mysz-ojciec,  biegnący  galopem  po  pomoc;  uratowanie  ich  przez  doktora 

połączone z tyloma niebezpieczeństwami; wreszcie obelgi i napaść nikczemnego właściciela 

dworu na doktora Dolittle - wszystko to było bezsprzecznie największą sensacją sezonu. 

Wielu członków Klubu było tak oburzonych tym bezczelnym potraktowaniem doktora 

Dolittle, że chciano zorganizować w odwet  wyprawę wojenną na Dwór na Wrzosowiskach, 

której,  gdyby  nie  powstrzymano,  z  pewnością  uszkodziłaby  poważnie  posiadłość  Dorntona. 

Myszy bowiem miały zamiar pogryźć firanki i portiery, pokruszyć boazerie, wygryźć dziury w 

dywanach, potłuc kieliszki i wyrządzić jeszcze mnóstwo innych najrozmaitszych szkód, które 

przychodzą myszom i szczurom z największą łatwością, o ile się do tego zabierają z ochotą. Ale 

ku  ich,  jak  i  Mateusza  niezadowoleniu  doktor  pozostał  głuchy  na  te  plany.  Chciał  o  tym 

wszystkim zapomnieć. 

Pomimo  to  niewdzięczność  Dorntona  i  jego  skandaliczne  zachowanie  pozostały  na 

długi czas głównym tematem rozmów w Klubie Myszy i Szczurów. 

W  ten  sposób  biedny  doktor,  mimo  szczerej  chęci,  żeby  nie  zaprzątać  sobie  więcej 

głowy panem Dorntonem, został wciągnięty w sprawę, o której stale twierdził, że go nic a nic 

nie obchodzi. 

Zaczęło się od tego, że biała mysz zjawiła się pewnego wieczoru u mnie i powiedziała: 

- Dziś przyszła do nas pewna mysz z dworu Dorntona, która mieszka tam przez pewien 

czas. Chce ona pokazać coś doktorowi. Ale ten biedak jest wciąż tak zajęty, że chciałam ciebie 

najpierw o tym uprzedzić. Czy chcesz przyjść do Klubu i pomówić z nią? 

- Chętnie - powiedziałem. Przerwałem swoją robotę i poszedłem. 

W sali zebrań tłoczył się tłum wokół myszy, która była bardzo zadowolona z wrażenia, 

jakie  wywołała.  Wszyscy  wpatrywali  się  w  oddarty  kawałek  papieru,  wielkości  biletu 

wizytowego. 

- Zdaje mi się, że to jest rzecz dużej wagi - rzekła mysz do mnie - naturalnie ja nie mogę 

tego odczytać. Ale w każdym razie nie jest to zwykły gatunek papieru. Na papierze mianowicie 

znam się nieco. Pomyślałam więc sobie, że może byłoby dobrze, gdyby doktor to zobaczył. Ale 

może i ty mógłbyś nam to wyjaśnić? 

background image

Przyjrzałem się papierkowi dokładniej. Był on wokoło nierówno obgryziony, jak każdy 

papier, który dostaje się do nory mysiej. Ale zgadzało się - był to istotnie niezwykły gatunek 

papieru.  Był  to  prawdziwy  pergamin.  Przeczytałem  kilka  słów,  które  w  czterech  wierszach 

nakreślono na pergaminie. 

Po  czym  postanowiłem,  że  doktor  musi  na  to  spojrzeć,  i  bez  dłuższych  wyjaśnień 

zaniosłem skrawek. Przypadkowo w gabinecie doktora znajdował się Mateusz, który chociaż 

nie umiał czytać, dowiedziawszy się o pochodzeniu skrawka zainteresował się nim ogromnie. 

-  Ale  skąd  mysz  wpadła  na  myśl,  że  to  może  być  ważne?  -  zapytał  doktor  biorąc 

papierek i wsadzając na nos okulary. 

-  Z  powodu  gatunku  papieru.  To  jest  prawdziwy  pergamin  -  powiedziałem  -  taki, 

jakiego się używa tylko na pisma urzędowe. 

Gdy  doktor  odczytywał  napisane  słowa,  obserwowałem  uważnie  jego  twarz.  Po  jej 

wyrazie poznałem, że odgaduje to, co i ja odgadłem. Ale pozornie nie chciał tego dać znać po 

sobie. Pośpiesznie oddał mi skrawek pergaminu. 

- Hm, tak, to bardzo interesujące, Stubbins - powiedział i wrócił znów do swojej pracy 

rozłożonej na stole. - Czy mogę cię przeprosić? 

Był to jego zwykły uprzejmy sposób, w jaki dawał mi do zrozumienia, że chce, abym 

wyszedł i nie przeszkadzał mu, W tych warunkach uważałem, że istotnie nie pozostaje mi nic 

innego do zrobienia. 

Z drugiej strony, zainteresowanie Mateusza wzrastało coraz bardziej. Gdy opuszczałem 

pokój, wyszedł za mną. 

- Co o tym sądzisz, Tomku? - zapytał, gdyśmy zamknęli drzwi za sobą. 

- Między nami mówiąc, Mateuszu - powiedziałem - uważam to za testament, właściwie 

mówiąc, za kawałeczek testamentu, co jest jeszcze ważniejsze. 

Zdaje mi się, że doktor jest tego samego zdania. Ale widać wyraźnie, że nie chce mieć z 

tym nic wspólnego. Nikt nie może mu tego brać za złe po tym wszystkim, czego doznał od tego 

okropnego Dorntona. 

- Testament? - zapytał Mateusz. - Czyj? 

- Tego nie wiem - odpowiedziałem - posiadamy przecież tylko jego rożek. 

-  Testament,  tak,  tak  -  zamruczał  Mateusz.  -  Chciałbym  tylko  wiedzieć,  do  czego  to 

przystaje... hm, hm. 

- Przystaje? Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałem. 

- Łamigłówka - powiedział pogrążony w myślach, wpatrując się w podłogę. 

- Nie rozumiem cię, Mateuszu - odparłem z niecierpliwością. - Jaka łamigłówka? 

background image

- To ci później powiem, gdy znajdę jeszcze coś. Ale wiem, że mam rację. W tym domu 

tkwi jakaś tajemnica. Schowaj tylko dobrze ten papierek. 

Po czym poszedł i zostawił mnie ze skrawkiem pergaminu, którego treść starałem się 

zgłębić. 

background image

ROZDZIAŁ XXIX 

KLING ZJAWIA SIĘ NA WIDOWNI 

 

Przez kilka dni  nie słyszałem nic o Mateuszu. To, co mi powiedział, zainteresowało 

mnie ogromnie, ale miałem zbyt mało czasu, żeby się nad jego „tajemnicą” dłużej zastanawiać. 

Moje  bieżące  obowiązki,  jako  zastępcy  dyrektora  ogrodu  zoologicznego,  pochłaniały  mnie 

całkowicie, a szczególnie dużo roboty miałem od czasu przybycia Klinga. 

Kling,  który  później  zosta!  przez  nas  nazwany  „psem-detektywem”,  był  tak 

niezwykłym  zwierzęciem,  że  muszę  poświęcić  trochę  czasu  na  opowiadanie,  w  jaki  sposób 

dostał się do naszego ogrodu zoologicznego. 

Pewnego dnia, gdy Jip, jak to często bywało, włóczył się na własną rękę po ulicach, 

zetknął się z psem, którego musiało spotkać coś złego. Leżał na ziemi w kącie pod murem i 

jęczał przeraźliwie. 

- Co ci się stało? - zapytał Jip podchodząc do niego. 

- Zjadłem szczura i dostałem straszliwych boleści. 

- Gwałtu, rety! - zawołał Jip. - Teraz, o tej porze roku, jeść szczury! Nie mogłeś wpaść 

na lepszy pomysł? Szczury można jeść tylko w takim miesiącu, w którego nazwie na początku 

znajduje się litera S. W każdym innym - to czysta trucizna. 

- A co znaczy to S? - zapytał pies i jęknął znów rozpaczliwie. 

- No, naturalnie „szczury” - odpowiedział Jip i mrucząc coś do siebie o tym, że doktor 

Dolittle powinien by mieć nosze, niezbędne w takich przypadkach jak ten, pobiegł najprędzej, 

jak mógł. Gdy przybiegł do domu, okazało się, że doktor wyszedł, zwrócił się więc do mnie. 

Obaj ruszyliśmy z pomocą choremu psu. 

Wziąłem go na ręce i gdy przyszliśmy do domu, zastaliśmy już doktora. Popędziłem z 

psem do gabinetu, gdzie doktor natychmiast go zbadał. 

-  Zatrucie  -  powiedział  -  prawdopodobnie  szczur,  którego  pożarłeś,  był  otruty.  Ale 

zaradzimy temu. Będzie najlepiej, jeśli zostaniesz tutaj przez kilka dni. 

Możesz spać w bawialni. Tam będę cię miał ciągle na oku. Masz, napij się. Stubbins, 

zanieś go na kanapę i przykryj kilkoma kołdrami. Ma gorączkę i nie powinien się zaziębić. 

Nazajutrz wczesnym rankiem usłyszałem niezwykły hałas w sypialni doktora. Zupełnie 

jakby ktoś każdy mebel w pokoju przesuwał z miejsca na miejsce i przewracał wszystko do 

góry nogami. Chciałem właśnie wstać, żeby zobaczyć, co się tam dzieje, gdy doktor otworzył 

drzwi i zawołał: 

- Ach, Stubbins, czy nie widziałeś mego buta? Nie mogę go nigdzie znaleźć. But z lewej 

background image

nogi. 

- Nie, panie doktorze - powiedziałem. - Nie widziałem. 

- To dziwne - mruczał - mógłbym przysiąc, że gdy wczoraj wieczorem zdjąłem buty, 

postawiłem je obok łóżka. 

Naturalnie,  że  owego  ranka  uważałem  za  swój  pierwszy  obowiązek  zajrzenie  do 

nowego  pacjenta  Klinga.  Gdy  więc  zeszedłem  na  dół,  wstąpiłem  przede  wszystkim  do 

bawialni. Można sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy zastałem kanapę pustą. Pacjent znikł. 

Zaniepokojony do najwyższego stopnia, pobiegłem do ogrodu i tam, pośrodku murawy, 

ujrzałem nie tylko Klinga, ale i lewy but doktora, który nowy pacjent obrabiał gorliwie zębami. 

Gdy podbiegłem do niego, zjawił się jednocześnie doktor z jedną nogą obutą w but, z drugą zaś 

w jaskrawoczerwony pantofel. 

- Na Boga! - zawołał doktor Dolittle. - Tak prędko wróciłeś do zdrowia! Przecież nie 

pozwoliłem ci wstawać. Ale co ty wyprawiasz z moim butem? 

Było to zbyteczne pytanie. Jeszcze zanim doktor je zadał, stało się widoczne, że pies 

wygryzł wielką dziurę z jednej strony buta. 

- No, no - powiedział doktor - przyjrzyj się, coś zrobił. Co ja teraz pocznę? 

- Ach, ten but jest panu potrzebny? - zapytał Kling z ubolewaniem. - Bardzo mi przykro, 

panie doktorze. Zdawało mi się, że to są stare buty, które pan doktor już dawno przestał nosić. 

-  Ale  skądże?  -  powiedział  doktor.  -  To  są  moje  najlepsze  buty,  właściwie  jedyne. 

Słuchaj,  Stubbins,  bądź  tak  dobry  i  pobiegnij  po  śniadaniu  do  twego  ojca.  Pokłoń  mu  się 

serdecznie ode mnie i zapytaj go, czy zechciałby mi łaskawie załatać ten but. Mógłbyś na to 

poczekać.  Muszę  pójść  dziś  wieczorem  do  miasta  i  wygłosić  odczyt  w  Towarzystwie 

Zoologicznym, a nie wypada chyba, abym tam poszedł w tych czerwonych rannych pantoflach. 

Ale powiedz mi, Kling, dlaczego gryziesz buty? Przecież nie jesteś już niemowlęciem, prawda? 

- Tak jest - powiedział Kling. - Ale mam ten nałóg od dzieciństwa. Sam wiem, że to jest 

dziwne. Moja matka mawiała zawsze, że to oznaka genialności. Ale mój ojciec uważał to za 

dowód głupoty, z której nigdy nie wyrosnę. 

- Zdaje mi się, Kling - rzekł doktor - że będę ci musiał kupić parę butów na własność, 

abyś je sobie mógł gryźć do woli. Moich, rozumiesz, nie mogę ci na ten użytek dawać. Jakie ci 

lepiej smakują: brązowe czy czarne? 

- Brązowe, jeśli można - rzekł Kling - miewają zazwyczaj lepszy smak i, jeśli to panu 

nie  zrobi  różnicy,  wolałbym  buciki  zapinane  na  guziki  zamiast  sznurowanych.  Obgryzanie 

guzików jest mianowicie moją namiętnością. To tak dobrze działa na nerwy. 

- Ależ bardzo chętnie - rzekł doktor. - Tylko obawiam się, że w Puddleby będzie trudno 

background image

dostać brązowe buty zapinane na guziki. Nasze sklepy, widzisz, nie są zaopatrzone w modny 

towar. Może będzie lepiej, żebyś ze mną poszedł, bo nie chciałbym ci kupić butów, które by ci 

się  nie  podobały.  A  wątpię,  aby  je  chciano  zamienić,  gdy  je  raz  wypróbujesz,  to  znaczy 

spróbujesz zębami. 

I  tak  oto  się  stało,  że  opinia  sąsiadów  o  doktorze  Dolittle  jako  o  narwanym  i 

zwariowanym jegomościu powiększyła się o jeszcze jedną prawdziwą historię. 

Po śniadaniu, gdy ja pobiegłem do ojca z butem do załatania, doktor udał się z Klingiem 

do największego sklepu z obuwiem, aby mu kupić parę bucików. Minęła dłuższa chwila, zanim 

sprzedawca pojął, że klient, który sam chodzi w rannych pantoflach, chce kupić buty nie dla 

siebie, tylko dla psa. Potem przez kilka tygodni zabawiał sąsiednich kupców opowiadaniem, 

jak to doktor Dolittle kazał ustawiać rzędem na podłodze wszystkie pary brązowych bucików 

zapinanych na guziki, które znajdowały się w sklepie, i jak to ten nędzny kundel na uprzejme 

wezwanie doktora obwąchiwał je wszystkie po kolei, zanim dokonał wyboru. 

Całe  otoczenie  doktora,  zarówno  członkowie  Klubu  Psów  Nierasowych,  jak  i  cały 

Ogród Zoologiczny Doktora Dolittle, poczuło od razu sympatię do Klinga. Również doktor i ja 

byliśmy  tego  zdania,  że  nigdy  jeszcze  nie  zdarzyło  nam  się  spotkać  tak  interesującej  psiej 

indywidualności, mimo jego dziecinnego upodobania do gryzienia butów. Służył za przykład, 

potwierdzający zdanie doktora, że pospolite kundle mają o wiele więcej charakteru od psów 

rasowych.  Zdaje  mi  się,  że  trzeba  to  przypisać  duchowi  panującemu  w  naszej  instytucji,  iż 

żaden z jej członków (nawet uprzywilejowany Toby) nie zazdrościł Klingowi sympatii, jaką się 

cieszył w ogrodzie zoologicznym od pierwszego dnia pobytu. 

background image

ROZDZIAŁ XXX 

TAJEMNICA DWORU NA WRZOSOWISKACH 

 

Rozumie się, że w kilka dni po pokazaniu doktorowi skrawka pergaminu zjawiła się 

biała  mysz,  żeby  się  dowiedzieć,  co  doktor  na  to  powiedział.  Musiałem  ją  dotkliwie 

rozczarować przykrą nowiną, że doktor się w ogóle tym nie interesuje. 

Jip był właśnie u mnie, gdy przyszła biała mysz. Nie mógł mi nigdy wybaczyć tego, że 

owej nocy, kiedy wybuchł pożar, odesłałem go do domu - szczególnie gdy się dowiedział o 

bijatyce i o tym, że jego ukochany doktor został tak niegościnnie potraktowany przez Dorntona. 

Było już po kolacji, około pół do dziewiątej wieczorem. Gdy rozmawiałem jeszcze z 

białą myszą, przyszedł właśnie w odwiedziny karmiciel kotów. Nie widziałem go od kilku dni. 

- No, Mateuszu - zapytałem - czy już rozwiązałeś tajemnicę? 

- Hm - mruknął sadowiąc się w fotelu - niestety dotychczas pozostaje jeszcze tajemnicą. 

Jip  nastawił  uszy,  aby  się  dowiedzieć,  o  czym  rozmawiamy.  Wyjaśniłem  mu  różne 

rzeczy, które Mateusz zauważył owej nocy we Dworze na Wrzosowiskach; naprowadziły go 

one na myśl, że ten dom i jego mieszkańcy otoczeni są tajemnicą. 

-  Tomku  -  powiedział  Mateusz  -  nie  mogę  ruszyć  z  miejsca,  dopóki  nie  znajdziemy 

pozostałych części testamentu. 

-  Obawiam  się,  że  to  będzie  bardzo  trudno,  sądząc  z  tego,  czego  się  dotychczas 

dowiedziałem. 

- Słuchaj - szepnęła mi biała mysz - mogę każdej chwili, jeśli chcesz, sprowadzić tamtą 

mysz ze dworu Dorntona. 

- Dobrze - odrzekłem - poślij po nią. Istnieje zawsze możliwość, że znalazła jeszcze coś 

nowego. 

Po czym biała mysz zniknęła, a my z Mateuszem prowadziliśmy dalej naszą rozmowę. 

Ale nie minął kwadrans, gdy biała mysz była już z powrotem i jak zwykle zajęła miejsce 

na moim ramieniu. Wraz z nią przybyła owa mysz, która nam przyniosła skrawek pergaminu. 

Zapytałem ją, czy nie dowiedziała się czegoś więcej o tej sprawie. 

-  Owszem,  dziwnym  trafem  -  odpowiedziała  -  dziś  wieczorem.  Tamten  skrawek 

znalazłam,  jak  wiesz,  w  starej  mysiej  norze,  którą  przypadkiem  odkryłam  i  zaczęłam 

rozgrzebywać.  Chciałam  ją  przebudować  na  mieszkanie  dla  siebie.  A  dziś  wieczorem 

spotkałam dawną właścicielkę tego starego gniazda. 

- Ach! - zawołałem. - To pachnie nowinami. Czegoś się dowiedziała? 

- A więc - zaczęła - ta mysz jest bardzo, bardzo stara, już osłabiona ze starości, ale ona 

background image

najdłużej z nas wszystkich mieszkała w tym dworze. Musiało to być za życia ojca Dorntona, 

gdy zamieszkała w gabinecie starego pana na pierwszym  piętrze. Urządziła tam za obiciem 

norę dla siebie i dla swojej rodziny - między obiciem a murem. Było zapewne wówczas trudno 

o materiał budowlany, więc mysz wygryzła dziurę w biurku starego pana Dorntona i dostała się 

do środka. Przejrzała wszystkie szuflady, poszukując czegoś odpowiedniego. Znalazła tylko 

rozmaite papiery i czerwony sznurek. Wśród tych papierów, którym ogryzła rogi, znajdował się 

i  ten  wielki,  który  stary  pan  schował  w  górnej  szufladzie.  Myszy  posłużył  ten  papier  przy 

budowie gniazda za fundament, gdyż był gruby, wyglądał porządnie i doskonale mógł chronić 

od przeciągów. Widocznie stary pan przywiązywał do tego papieru wielką wagę, gdy bowiem 

otworzył po kilku dniach szufladę i zobaczył odgryziony jego róg, zaczął się okropnie gniewać 

i  kląć. Mysz przyglądała mu  się spoza zegara, stojącego na kominku, i  powiada, że jeszcze 

nigdy nie widziała nikogo tak rozgniewanego. Stary pan poznał od razu ze sposobu, w jaki ten 

róg  został  odgryziony,  że  musiały  to  zrobić  myszy.  Przerzucił  wszystko  do  góry  nogami, 

poszukując  brakującego  rożka,  nawet  meble  poprzestawiał.  Ale  rozumie  się,  nie  mógł  go 

znaleźć, bo nie zajrzał  do mysiej norki między  obiciem  a tapetą. W końcu dał  za  wygraną, 

zabrał wielki papier i gdzieś go schował. 

- Gdzie?! - zawołałem zrywając się z krzesła. 

- Stara mysz nie wie gdzie. Ale jedno jest pewne, że nie w gabinecie. 

Zawiedziony, opadłem na krzesło. 

- Czy nie sądzisz, że gdyby wszystkie myszy we dworze rozpoczęły poszukiwania, to 

może by go w końcu znalazły? 

Szara mysz potrząsnęła głową. 

- Prawdę powiedziawszy - rzekła - zabrałyśmy się już do tego. Gdyśmy się z rozmów 

prowadzonych w Klubie dowiedziały, że zależy ci na tym papierze, wzięłyśmy się na własną 

rękę do poszukiwań. Ale nie znalazłyśmy żadnego śladu. 

Przetłumaczyłem  Mateuszowi,  co  mysz  powiedziała,  i  jego  zawód  był  jeszcze 

dotkliwszy niż mój. 

Gdy skończyłem, Jip wsunął się pod stół i trącił mnie w kolano. 

-  Tomku  -  powiedział  -  według  mnie  tak  trudne  sprawy  najlepiej  załatwią  Pyskacz  i 

Kling. 

- Hm - zastanowiłem się. - Pyskacz. To możliwe, słyszy przecież wszystko, co wróble 

na ulicach ćwierkają. Ale Kling? Dlaczego to on miałby rozwiązać tak trudne zadanie? 

-  Właśnie  on  -  powiedział  Jip  -  wie  mnóstwo  o  przestępstwach,  o...  podziemnym 

świecie i o różnych związanych z tym rzeczach. Był niegdyś własnością złodzieja. 

background image

- Złodzieja?! - zawołałem. 

- Tak, złodzieja. Znajdź sobie chwilę czasu i poproś go, żeby ci opowiedział historię 

swego  życia.  Na  pewno  nie  słyszałeś  jeszcze  nigdy  nic  podobnie  przejmującego.  Już  jako 

szczenię został ukradziony przez pewnego włóczęgę, który go nauczył rozmaitych sztuczek i 

kawałów.  Ten  włóczęga  prowadził  Klinga  na  smyczy  i  gdy  widział  przechodnia  zamożnie 

wyglądającego,  pytał:  „Czy  nie  chciałby  pan  kupić  psa?”  Na  co  w  końcu  prawie  każdy  się 

zgadzał, gdyż Kling był nauczony różnych przypochlebnych sztuczek, którymi sobie ujmował 

ludzi. Potem pies uciekał od swego nowego pana i wracał do dawnego. Był tak przez niego 

nauczony. Następnie włóczęga zabierał psa do innego miasta i tam go znowu sprzedawał. Kling 

powiada,  że  bywał  tak  sprzedawany  dwadzieścia  razy  w  ciągu  miesiąca.  W  końcu  stary 

włóczęga, żeby zarabiać jeszcze więcej pieniędzy, wymyślił nową sztuczkę. Nauczył Klinga 

orientowania  się  w  domach,  które  odwiedzali,  i  kazał  mu  zwracać  uwagę  na  miejsca,  gdzie 

przechowywano  srebra  i  inne  kosztowności.  Potem  pies  prowadził  tam  swego  pana,  który 

okradał mieszkanie i uciekał do innego miasta. 

- Boże! - zawołałem. - Co za straszne życie! 

- Tak - rzekł Jip. - Ale Kling nie wiedział wcale, że robi coś złego; zrozumiał to dopiero 

wtedy, kiedy zaprzyjaźnił się z psem proboszcza i opowiedział mu swoje przygody, a tamten 

oburzył się gwałtownie i zażądał, aby Kling porzucił to przestępcze życie. Więc Kling, chociaż 

włóczęga był dla niego bardzo dobry, uciekł i nigdy nie powrócił do swego pana. 

Tak, Kling to fachowiec w sprawach świata przestępców. W ciągu swojej współpracy 

ze  starym  złoczyńcą  natrafiał  na  różnych  wydrwigroszów  i  na  całe  bandy  prawdziwych 

zbrodniarzy. I w ten sposób poznał najrozmaitsze fortele i podstępy. Potem dostał posadę psa 

policyjnego w Belgii i zadaniem jego było pomagać policji w ściganiu złodziei i włamywaczy. 

O ile wiem, znany był w Brukseli pod nazwą ,,psa-detektywa”. Miał tam doskonałą opinię. Ale 

praca  ta  nie  interesowała  go  i  uciekł  stamtąd  w  niespełna  rok.  Potem  sam  został  włóczęgą, 

psem-włóczęgą, gdyż chciał poznać świat. O, to było cudowne życie. Trudno teraz uwierzyć 

widząc go tak spokojnego i skromnego. Z początku robi wrażenie kogoś głupkowatego, gdy tak 

ciągnie za sobą obgryziony but. Ale jestem pewny, że jeśli macie z Mateuszem jakieś trudne 

zadanie, nikt wam tak dobrze nie poradzi jak Kling. 

- Tak - rzekłem - zdaje mi się, że masz słuszność. Idź do Klinga i powiedz mu, żeby tu 

przyszedł na naradę. Tylko nie mów nic innym psom z Klubu, wiesz, jakby się tym przejęły. A 

jeśli przypadkiem spotkasz Pyskacza, to także go tutaj sprowadź. Dobrze? 

Gdy Jip poszedł, powtórzyłem Mateuszowi w skrócie, co postanowiliśmy. Mateusz nie 

znał  jeszcze  Klinga,  ponieważ  pies  przybył  do  nas  w  tych  właśnie  dniach,  które  Mateusz 

background image

spędzał, jak to nazywał, na „studiach badawczych”. 

Ale gdy pies-detektyw zjawił się w pokoju w towarzystwie Jipa, ciągnąc za sobą jeden 

ze swych nowych butów przeznaczonych do obgryzania, Mateusz zaniepokoił się. Również i 

Kling  zachował  się  dziwnie.  Przez  chwilę  przyglądał  się  Mateuszowi  bacznie  zmrużonymi 

oczami, jak gdyby natężał swoją pamięć. Potem, ruszając grzbietem, położył się na podłodze i 

zaczął  obracać  swój  but  łapami  na  wszystkie  strony,  usiłując  znaleźć  najlepsze  miejsce  do 

obgryzienia. Jip rzucił mi wielomówiące spojrzenie. 

Ponieważ  wiedziałem,  że  Mateusz  nie  rozumie  języka  psów,  zapytałem  Klinga,  czy 

widział już kiedyś dawniej tego człowieka. 

Pies w zamyśleniu oderwał guzik ze swego buta, potem dopiero odpowiedział. 

- Ach - rzekł - mniejsza o to. Jest przecież przyjacielem twoim i doktora. Spotkałem w 

moim życiu już tyle ludzi. Przeszłość każdego człowieka jest jego własnością. To, co minęło... 

Jip powiedział mi, że pan chciałby ze mną pomówić. 

-  Tak  -  powiedziałem  -  mamy  zagadkę  do  rozwiązania.  Rodzaj  tajemnicy.  Ach!  Oto 

nadchodzi Pyskacz. Chętnie posłuchamy również i jego zdania. 

background image

ROZDZIAŁ XXXI 

PIES-DETEKTYW 

 

Opowiedziałem  Klingowi  od  początku  do  końca  całą  historię,  jak  nas  o  północy 

wezwano do pożaru we Dworze na Wrzosowiskach i co nas tam potem spotkało. Zważałem na 

to, aby nie opuścić ani jednego szczegółu, który mógłby się okazać przydatny. 

Jip miał słuszność, że przy pierwszym wrażeniu mogło się każdemu wydawać, że Kling 

jest głupi. Gdy mówiłem, obgryzał dalej swój but i zdawał się interesować tylko tą czynnością, 

a nie treścią moich słów. Wkrótce jednak przekonałem się, że nie tylko słuchał uważnie, ale i 

dokładnie zapamiętał każdy szczegół mego opowiadania. 

-  A  więc  -  powiedział,  gdy  skończyłem  opowiadanie  -  w  takich  wypadkach  należy 

przede wszystkim odbudować całą historię. To znaczy, że należy znaleźć klucz do rozwiązania 

tej zagadki. Rozwiązuje się zagadkę, gdy odgaduje się całość. Potem przystępuje się do roboty, 

aby  się  przekonać,  czy  się  miało  słuszność,  czy  nie.  Zresztą,  gdy  spotkaliście  się  z  panem 

Dorntonem albo raczej gdy on się na was natknął, czy miał coś przy sobie? 

- Tak - odrzekłem - kilka skórzanych pudełek. 

- Może przypadkiem wiecie, co te pudełka zawierały? 

-  Tak-  odpowiedziałem.  -  Mateusz  otworzył  jedno  z  nich  w  chwili,  gdy  Dornton  nie 

patrzył. Leżały w nim cztery wielkie brylantowe spinki. 

Kling pokiwał głową. 

- A te obydwa rozjuszone psy czy nocowały zawsze we dworze? Może Mateusz wie coś 

o tym? - zapytał po chwili. 

Powtórzyłem pytanie karmicielowi kotów. 

-  Tak  -  powiedział  Mateusz.  -  Jeszcze  jedna  dziwna  rzecz,  o  której  przedtem  nie 

pomyślałem.  Psy  sprowadzano  zwykle  z  nadejściem  ciemności  do  dworu  i  mogły  się  tam 

włóczyć, gdzie tylko chciały. Zagryzły włamywacza, gdy go zastały przy otwieraniu szuflady 

ze srebrem stołowym. Opowiadał mi o tym ogrodnik. To dziwne, że owej nocy Diana i Wilk nie 

znajdowały się we dworze. Musiał je ktoś zatrzymać. Zdaje mi się, że przybiegły ze stajni. 

Przetłumaczyłem te słowa Mateusza Klingowi, który znów pokiwał głową, jak gdyby to 

odpowiadało jego przypuszczeniom. 

Po chwili namysłu powiedział: 

- Zaczniemy teraz składać to wszystko. Może byłoby dobrze, gdyby pan to, co mówię, 

tłumaczył od razu Mateuszowi, abyśmy wiedzieli, czy jest tego samego zdania. Zacznijmy od 

przypuszczenia, że pan Dornton dlatego tak się gniewał na was za ugaszenie pożaru, gdyż to on 

background image

sam podpalił dwór. 

Aż podskoczyłem. To było niezwykle śmiałe przypuszczenie. 

- Chwileczkę, Kling - powiedziałem. - Chcę powtórzyć Mateuszowi. 

Gdy to usłyszał karmiciel kotów, również skoczył do góry. 

- To mi pomysł! - zawołał. - Pomysł, co się zowie! Do stu piorunów! A jednak zgadza 

się  bardzo  dobrze  z  kilkoma  innymi  rzeczami.  Przez  cały  czas  myślałem,  że  chce  się  nas 

pozbyć, bo sam robi coś takiego, czego nie powinien. Wprawdzie nigdy nie przypuszczałem, że 

mógłby podłożyć ogień pod swój własny dom, gdyż z całym urządzeniem i wszystkim, co się 

tam mieści, musi być wart grube tysiące. A potem znowu był wściekły, żeśmy wybili okna. To 

znowu nie zgadzałoby się z tym, że nie zależy mu

 

na domu. Ale mimo to warto się nad tym 

zastanowić. Powiedz psu, aby mówił dalej. 

- Sprawa wygląda przecież tak - ciągnął dalej Kling - okoliczności, iż Dornton miał przy 

sobie klejnoty i że w nocy psy nie znajdowały się jak zwykle wewnątrz domu, świadczą o tym, 

że spodziewał się pożaru. 

- Tak - rzekłem - to się zgadza. Ale jego straty byłyby jednak olbrzymie. 

- Poczekaj chwilkę - powiedział Kling - może się okazać, że jego straty byłyby jeszcze 

większe,  gdyby  pożar  nie  wybuchł.  Zastanówmy  się:  teraz,  gdy  dojdziemy  do  wniosku,  że 

Dornton  podłożył  ogień  pod  swój  własny  dom  -  a  takie  rzeczy  się  zdarzały,  ja  sam  znam 

podobne  przypadki  -  to  najbliższe  pytanie  powinno  brzmieć:  co  go  skłoniło  do  podpalenia? 

Przypuśćmy, że chciał się czegoś pozbyć. Ale czego? Może istnieje ktoś, kogo chciał zgładzić? 

Zapytałem Mateusza. Odpowiedział, że nie zna nikogo takiego. 

- Czy ma rodzeństwo? - zapytał Kling. 

- Nie - odrzekł Mateusz - wiem to na pewno. 

- Dobrze - mówił dalej Kling. - Chciał więc zniszczyć jakiś przedmiot, jeśli ludzie nie 

wchodzą  w  rachubę.  Dlaczego  nie  zniszczył  tego  przedmiotu  zamiast  palić  cały  dom? 

Ponieważ go szukał i nie mógł znaleźć. To możliwe. A nawet mocno prawdopodobne, jeśli to 

był... 

- Testament? - przerwałem mu. 

- Tak jest, właśnie tak - powiedział Kling i skinął głową. - Dlaczego chciał zniszczyć 

testament? Może dlatego, ponieważ wiedział, że ojciec zapisał majątek nie jemu, synowi, lecz 

komu  innemu.  Jeśli  testament  nie  istnieje,  on,  jako  jedyne  dziecko,  dziedziczy  wszystko. 

Wiedział jednak zapewne, że testament istnieje i że prawie na pewno znajduje się w domu. On 

sam  nie  mógł  go  znaleźć,  ale  obawiał  się.  że  znajdzie  ktoś  inny.  Nie  trzeba  zapominać,  że 

odprawił całą dawną służbę i zakupił dwa złe psy podwórzowe, aby odstraszały ludzi. W końcu 

background image

postanowił spalić cały dom, a wraz z nim testament. Cóż znaczyła ta strata wobec posiadania 

tuzina innych domów i dóbr, których nigdy nie odwiedzał, ponieważ obawiał się, że w czasie 

jego nieobecności we dworze ktoś znaleźć może testament. 

background image

ROZDZIAŁ XXXII 

STARY PAN DORNTON 

 

-  Zgadza  się!  Zgadza  się!  -  zawołał  Mateusz  podskakując  z  wrażenia,  gdy  mu 

przetłumaczyłem, co Kling powiedział. 

-  Ogrodnik  opowiadał  mi,  że  ojciec  i  syn  nie  mogli  się  pogodzić  i  dlatego  Ernest 

Dornton przebywał przeważnie w podróżach, dopóki stary pan nie umarł. A ojciec nie chciał, 

aby  ludzie  wiedzieli  o  jego  złych  stosunkach  z  synem,  jasne?  I  pewnie  dlatego  trzymał  w 

tajemnicy swoją ostatnią wolę. To wszystko zgadza się ze sobą - jak kropka z i. Ten pies to 

czarownik! Ale pamiętajcie: musimy szybko działać. Dornton jest zdolny podpalić dom po raz 

drugi. 

-  Ach!  -  odezwałem  się.  -  Tak  prędko  się  na  to  nie  odważy.  To  by  zbyt  podejrzanie 

wyglądało. Musi przecież mieć się nieco na ostrożności. Jeśli wie, że testament istnieje, to to, 

co chciał uczynić, jest prawdziwym przestępstwem. Teraz wszystko rozumiem - wcale się nie 

dziwię, że był na nas taki wściekły. 

-  Przede  wszystkim  musicie  się  dowiedzieć  -  ciągnął  dalej  Kling  -  komu  stary  pan 

Dornton zapisał majątek. 

W tej chwili skoczył na stół Pyskacz, o którym ze wzruszenia zapomnieliśmy zupełnie, 

i przemówił: 

- Słuchajcie, może ja będę wam mógł służyć pomocą. Znałem bardzo dobrze starego 

Dorntona. To był prawdziwy pan. Nie widywałem go we Dworze na Wrzosowiskach, ponieważ 

przyjeżdżał  tu  tylko  raz  do  roku  na  kilka  tygodni.  Ale  do  innej  z  jego  posiadłości,  gdzie 

przebywał stale, zwykłem przylatywać wcześnie w jesieni. Gdy był już w podeszłym wieku, 

wycofał się z pracy i spędzał ostatnie swe lata bardzo spokojnie, zdobywając nagrody za swoje 

krowy, owce i konie, a przede wszystkim konie pociągowe. Był bardzo dobry dla zwierząt ten 

poczciwy staruszek. W swoim ogrodzie stawiał wszędzie naczynia z wodą, skrzyneczki do lęgu 

i różne tym podobne urządzenia dla ptaków, a jego stary służący musiał co rano sypać ziarno i 

okruchy dla wróbli i innych ptaków żyjących na swobodzie. Czasem, gdy stary pan czuł się 

dość  dobrze,  czynił  to  sam.  Stąd  moja  z  nim  znajomość.  Poza  tym  robił  bardzo  dużo  dla 

polepszenia doli zwierząt. Ufundował w miasteczku koryta z wodą dla koni i utrzymywał z 

własnych  pieniędzy  pomocnicze  zaprzęgi  zapasowe  na  stromych  jezdniach  we  wszystkich 

miastach, w których posiadał domy. Był to przyjaciel zwierząt i najwytworniejszy stary pan, 

jakiego kiedykolwiek znałem. Nie dziwiłbym się wcale, Tomku, gdyby zapisał część swego 

majątku na wyższe cele, na opiekę nad zwierzętami. 

background image

Jeszcze  Pyskacz  nie  skończył,  a  ja  już  wyciągnąłem  swój  notes,  w  którym 

przechowywałem  troskliwie  skrawek  pergaminu.  Rozpostarłem  go  przed  sobą  i  odczytałem 

tych  kilka  słów  odgryzionych  z  testamentu.  Było  tego  cztery  linie.  Pierwsza  brzmiała: 

Wykonawca  powinien...;  druga:  zapisuję...;  trzecia:  powyższemu  Towarzystwu  lub 

Towarzystwom; a ostatnia: ...Opieki nad... 

Ku zdziwieniu wszystkich, skoczyłem na równe nogi i powiedziałem: 

- Idziemy do doktora, i to jak najprędzej. 

Mysz z Dworu na Wrzosowiskach przeprosiła nas. Musi wracać do domu, bo już późno 

i jej małżonek będzie niespokojny. 

Biała mysz zaofiarowała się odprowadzić swoją przyjaciółkę do furtki, po czym miała 

zaraz wrócić. Mateusz, Jip, Kling, Pyskacz i ja udaliśmy się natychmiast do gabinetu doktora, 

gdzie zastaliśmy go, jak zwykle, nad książkami. 

- Doktorze - zawołałem - jest mi bardzo przykro, że panu przeszkadzam, ale musi nas 

pan wysłuchać. 

Z wyrozumiałym westchnieniem doktor położył pióro i słuchał mego sprawozdania. 

-  Sam  pan  widzi  -  kończyłem  pokazując  mu  znowu  skrawek  pergaminu  -jest  prawie 

pewne, że gdy się ten kawałek przyłoży do reszty, ostatni wiersz musi brzmieć: „Towarzystwo 

Opieki nad Zwierzętami” albo coś w tym rodzaju. Gdyż na ten cel przeznaczał stary pan jeszcze 

za  życia  duże  sumy  i  prawdopodobnie  ta  miłość  do  zwierząt  pozbawiła  wyrodnego  syna 

wielkiego majątku. Doktorze, tu idzie o oszustwo popełnione na zwierzętach. 

Obserwowaliśmy  z  przejęciem  twarz  doktora,  gdy  zastanawiał  się  w  milczeniu  nad 

znaczeniem mojej z lekka patetycznej przemowy. Wreszcie spostrzegłem wyraz zrozumienia, 

chociaż jeszcze nie - zgody. 

-  Ależ,  Stubbins  -  powiedział  spokojnie  -  czyż  nie  budujesz  większej  części  swego 

oskarżenia na przypuszczeniach i domysłach, jakkolwiek przyznaję, że są one dość rozsądne. 

Ale co ja mam tu do zrobienia? 

- Doktorze - rzekłem - musimy znaleźć ten testament. 

- Tak, tak - powiedział. - Przyznaję. Ale jak? Nawet gdybym się udał do tego domu, 

narażając się na uwięzienie za usiłowanie kradzieży i tym podobne nieprzyjemności, jaką mogę 

mieć nadzieję odnalezienia testamentu, skoro nie znalazł go syn, który od śmierci ojca tam stale 

mieszkał i szukał bezustannie? 

Uznałem  natychmiast,  że  miał  słuszność.  Trudności  zamierzonego  przeze  mnie 

przedsięwzięcia były ogromne. Ale gdy tak stałem w milczeniu, zniechęcony, usłyszałem nagle 

w ogrodzie pisk białej myszy: 

background image

- Tomku, Tomku! Znalazły go! Znalazły! Myszy znalazły testament! 

background image

ROZDZIAŁ XXXIII 

SKRYTKA 

 

Biała  mysz  była  tak  zdyszana,  gdy  stanęła  na  progu  gabinetu,  że  nie  mogła  mówić. 

Posadziłem ją na stole i powoli udało mi się wydobyć z niej wypowiedziane urywanym głosem 

następujące sprawozdanie. 

Było  więc  tak:  gdy  w  ogrodzie  pożegnała  się  z  Myszą  ze  Dworu,  przybiegł  do  niej 

pewien znajomy szczur i oznajmił, że testament został znaleziony. Okazało się, że stary pan 

Dornton  schował  go  w  skrytce  na  najwyższym  piętrze  domu.  Szczury  nie  mogły  wydobyć 

dokumentu, gdyż był to bardzo wielki i ciężki zwój pergaminu, a dziura, którą dwa szczury 

wygryzły w tylnej ścianie skrytki, była tak wąska, że nie mogły się zmieścić. Widziały jednak 

przez nią, że w skrytce znajdują się papiery. Sprowadziły więc najmniejszą myszkę we dworze, 

kazały  jej  wejść  przez  otwór  i  wszystko  sprawdzić.  Teraz  były  już  zupełnie  pewne,  że  to 

właśnie  poszukiwany  testament  tam  się  znajduje,  gdyż  jest  to  taki  sam  pergamin  jak  ten, 

którego skrawek posiadamy; prócz tego ma oderwany róg, któremu nasz kawałek w zupełności 

odpowiada. 

Łatwo sobie wyobrazić, że to opowiadanie przejęło nas do najwyższego stopnia. Potem 

zjawił się ów szczur we własnej osobie, potwierdził opowiadanie białej myszy i zaofiarował się 

natychmiast  zaprowadzić  doktora  do  skrytki.  Zauważyłem,  że  tajemnica  Dworu  na 

Wrzosowiskach  wstrząsnęła  teraz  również  i  samym  doktorem  Dolittle.  Mateusz  był  zdania, 

żeby natychmiast wyruszyć. 

-  Nie,  nie,  czekaj  jeszcze  chwilkę!  -  zawołał  doktor.  -  Nie  tak  prędko!  To  bardzo 

poważna sprawa. Jeżeli się nam nie uda i zostaniemy schwytani, będzie nam bardzo trudno 

wyjaśnić motywy naszego postępowania. Szczególniej, że Ernest Dornton czeka tylko na to, 

żeby nas wtrącić do więzienia. Musimy zabrać się ostrożnie do roboty i starać się zrobić jak 

najmniej błędów. Która teraz godzina właśnie? Za piętnaście dwunasta? Przed drugą w nocy 

nie  wolno  nam  wyruszyć.  Musimy  się  najpierw  przekonać,  że  wszyscy  już  śpią.  Jip, 

pobiegniesz do dworu! Nie wiem tylko, czy się tam przedostaniesz. 

-  Tak,  na  pewno  -  rzekł  Jip  -  mogę  z  łatwością  przemknąć  się  przez  kraty  wielkiej 

bramy. 

-  Musisz  jednak,  na  miłość  Boską,  trzymać  się  w  ukryciu!  Mogliby  cię  zastrzelić. 

Skradaj się cicho wokół domu, póki nie uda ci się porozmawiać z tymi dwoma psami, Dianą i 

Wilkiem. Powiedz im, żeby na mnie czekały o drugiej po północy. Kto wie, jak ja się do tego 

domu dostanę. Zbadam to dopiero na miejscu. Powiedz im tylko, żeby się nie przejmowały i nie 

background image

robiły alarmu, gdy usłyszą wyłamywanie zamków albo rygli. Zrozumiałeś? 

-  Naturalnie  -  powiedział  Jip,  skoczył  przez  otwarte  okno  i  zniknął  w  ciemnościach 

ogrodu. 

- Po drugie - powiedział doktor - potrzebna nam jest lina. Stubbins, poszukaj na strychu 

mojej liny do wspinaczki. 

- Czy weźmiemy z sobą Bumpa? - zapytał Mateusz. 

-  Chyba  tak.  Bumpo  jest  znakomitą  pomocą  we  Wszystkich  kłopotliwych 

okolicznościach. 

- Tak, tak, jestem tego samego zdania- rzekł doktor 

- niekiedy tylko ta pomoc bywa zbyt gwałtowna. 

- Wobec tego pójdę go obudzić - powiedział karmiciel kotów. - To trwa zwykle dość 

długo. 

Jakkolwiek mieliśmy przed sobą dwie i pół godziny na przygotowania, okazało się, że 

nie  było  to  wcale  za  dużo.  Po  kolei  przypominały  się  doktorowi,  Mateuszowi,  Klingowi, 

Pyskaczowi, białej myszy i mnie różne rzeczy, które należało zrobić albo zabrać, żeby 

się wyprawa udała. I gdy wreszcie doktor, spojrzawszy na zegarek, oznajmił nam, że 

czas wyruszyć, mieliśmy wrażenie, że upłynęło zaledwie kilka minut od chwili, gdy postanowił 

wziąć udział w tej przygodzie. 

Na  szczęście,  księżyc  nie  miał  wzejść  przed  trzecią  godziną.  Korzystaliśmy  więc 

przynajmniej z początku z ochrony całkowitych ciemności. 

Mimo że podzielałem wiarę Polinezji w szczęście i powodzenie doktora Dolittle, muszę 

przyznać, że miałem duszę na ramieniu, gdyśmy otworzyli cicho bramę i wyszli na ulicę. 

Doktor  Dolittle  i  Mateusz,  zanim  wyruszyliśmy,  opracowali  wszystkie  szczegóły 

naszego  planu  i  naznaczyli  każdemu  z  nas  rolę,  która  mu  przypadała  do  odegrania.  Nie 

mówiliśmy więc nic do siebie idąc ulicą prowadzącą do dworu. 

W miejscu gdzie konary wielkiego jaworu zwieszały się nad murem otaczającym dwór, 

doktor zatrzymał się i rozwinął linę. Przywiązawszy kamień do długiego sznura przerzuciliśmy 

jeden koniec liny przez gałąź, a drugi zwisał na ulicę. Wspięliśmy się po kolei po linie w górę, 

gdy tymczasem Pyskacz pełnił straż na drzewie, aby nas nikt nie zaskoczył od strony domu. 

Kling zaś czatował na spóźnionych przechodniów, którzy mogliby przechodzić drogą. 

Gdyśmy się już wszyscy znaleźli w parku i lina została wciągnięta, Kling pobiegł w 

kierunku bramy, aby tak samo jak Jip przecisnąć się przez okratowane. 

Gdy się zsunąłem z drzewa, pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była jasna sylwetka 

Jipa, który biegł naprzeciwko nas przez trawnik. 

background image

- Wszystko załatwione - szepnął do doktora. - Zawiadomiłem Dianę i Wilka. Będą na 

pana czekały i zaprowadzą pana wszędzie, dokąd pan zechce, niech się pan tylko dostanie do 

środka. 

-  Tak,  ale  obawiam  się,  że  to  przedostanie  się  do  środka  będzie  najtrudniejsze  ze 

wszystkiego  -  powiedział  doktor.  -  Stąd,  gdzie  stoję,  nie  mogę  się  zorientować,  gdzie  się 

znajduje  dwór,  nic  nie  widać  wśród  tych  wszystkich  zarośli  i  krzewów.  Przeprowadź  nas, 

dobrze?  Ale  proszę  cię,  prowadź  nas  przez  jakieś  zalesione  miejsca.  Nie  możemy  iść  po 

otwartej przestrzeni. 

- Bardzo chętnie - rzekł Jip. - Poprowadzę pana przez ogród warzywny. Tam będziecie 

przez cały czas ukryci wśród krzaków. Ale gdyby was dostrzeżono i gdybyśmy mieli uciekać, 

powiedz pan wszystkim, aby biegli za mną. Znam najkrótszą drogę do wyjścia. 

Szliśmy więc gęsiego za Jipem, który prowadził nas przez długie dziesięć minut wśród 

zarośli i krzewów. Nagle stanęliśmy przed domem. Wtedy zauważyłem, że Kling przyłączył się 

do nas. 

- Uwaga - szepnął do doktora. - Czy tutejszy szczur jest w pana kieszeni? 

- Tak jest - odrzekł doktor - i biała mysz również. 

- Szczur ułatwi panu dostanie się do domu - powiedział Kling. - Gdyby pan pozwolił 

Mateuszowi wyłamać zamek, mógłby się pan później narazić na przykrość ze strony policji. 

Niech  pan  poleci  szczurowi  przemknąć  się  przez  dziurę  do  domu,  on  zna  mnóstwo  przejść 

prowadzących na dół do piwnicy. I powiedz mu pan, żeby przyniósł klucz do głównych drzwi. 

Z pewnością leży na nocnym stoliku w sypialni Dorntona. 

- Doskonale - szepnął doktor. Wyjął szczura z kieszeni i powtórzył mu słowa Klinga. 

Potem puścił go na ziemię. Czekaliśmy. 

W  pięć  minut  potem  mały  i  ostry  przedmiot  uderzył  mnie  w  głowę.  Zabolało  mnie 

nawet przez czapkę. Od mojej głowy przedmiot odskoczył na ziemię i w słabym świetle gwiazd 

ujrzałem jego matowy połysk. Podniosłem go. Był to mały kluczyk. Przypuszczalnie sypialnia 

Dorntona znajdowała się tuż nad naszymi głowami i szczur dla zaoszczędzenia czasu wyrzucił 

klucz przez okno. 

Wetknąłem go doktorowi w rękę i w milczeniu udaliśmy się w stronę dworu. 

background image

ROZDZIAŁ XXXIV 

DZIKA JAZDA BIAŁEJ MYSZY 

 

Umówiliśmy się, że jedynie Mateusz będzie towarzyszył doktorowi w jego wyprawie 

na strych. Ja miałem czekać w przedsionku, a Bumpo przed domem. Jego i moja rola w tym 

planie  polegała  na  pilnowaniu  i  czatowaniu.  W  razie  potrzeby  mieliśmy  umówione  znaki  i 

określone miejsce spotkania. 

Kiedy  doktor  cicho,  cichuteńko  otworzył  drzwi  kluczem  pana  domu,  poczułem 

pierwszy  raz  tego  wieczoru  prawdziwy  strach.  Z  niespodzianą  szybkością  wyskoczyły 

jednocześnie wielkie, groźne głowy obu psów podwórzowych witając doktora. 

W przedsionku panowały głuche ciemności. Byłem rad, że obowiązki moje nie kazały 

mi iść dalej. Tak jak się umówiliśmy, usiadłem na podłodze i rozpocząłem straż. 

Chwała Bogu, Jip został ze mną. Doktor i Mateusz trzymając za obrożę wielkie psy i 

prowadzeni  przez  nie  posuwali  się  prędko  i  cicho  przez  zasłane  dywanem  schody  wśród 

najgłębszej ciemności na najwyżej położone piętro. 

Zdawało mi się, że wieczność minęła od ich odejścia. Zanim ta noc przeszła, doszedłem 

do przekonania, że nie mam żadnych zdolności do zawodu włamywacza. Było to dla mnie zbyt 

denerwujące.  Za  każdym  razem,  gdy  wiatr  wstrząsał  oknem  albo  poruszał  zasłoną,  byłem 

pewny, że odkryto nas i że ktoś celuje do mnie z pistoletu albo zamierza się pałką. Walczyłem z 

pokusą otworzenia drzwi do sieni, aby dać dostęp do domu światłu gwiaździstego nieba. Ale 

miałem  polecenie  zostawić  je  zamknięte,  aby  przeciąg  nie  zwrócił  uwagi  kogokolwiek  z 

domowników. 

Wreszcie Jip szepnął: 

- Nie przestrasz się, jeśli cię ktoś potrąci. Schodzą ze schodów. Czuję to węchem. 

W chwilę potem dotknął mego ucha wilgotny pysk Diany, która prowadziła doktora 

przez przedsionek. Co za szczęście, że mnie Jip ostrzegł! Inaczej zacząłbym pewnie skakać ze 

strachu  na  wszystkie  strony.  Niewyraźne  zarysy  postaci  doktora  i  Mateusza  minęły  mnie  w 

przejściu na dziedziniec. Poszedłem za nimi. Doktor odwrócił się, z wdzięcznością pogłaskał 

oba  psy,  wpuścił  je  z  powrotem  do  przedsionka  i  zamknął  drzwi.  Potem  wyjął  szczura  z 

kieszeni,  dał  mu  klucz  i  spuścił  go  na  ziemię.  Z  mroków  ogrodu  wynurzyła  się  olbrzymia 

postać Bumpa i przyłączyła się do nas. 

Znowu rozpoczęliśmy pod przewodnictwem  Jipa wędrówkę przez ogród  w kierunku 

murów otaczających posiadłość. Pałałem chęcią zapytania doktora o to, czy powiodła mu się 

wyprawa, ale powstrzymałem się, dopóki nie stanęliśmy pod jaworem. Tam dopiero uważałem, 

background image

że mogę go bezpiecznie zapytać, czy ma testament przy sobie. 

-  Tak  -  szepnął  -  jest  w  mojej  kieszeni.  Wszystko  dobrze  poszło.  Udało  nam  się 

otworzyć  skrytkę,  a  potem  zamknąć,  nikt  nie  pozna,  żeśmy  tu  byli.  Ale,  rozumie  się,  nie 

czytałem jeszcze testamentu. Chodź, gdzie jest lina? 

Znowu wleźliśmy jeden za drugim na mur, przerzuciliśmy kołyszący się sznur na drugą 

stronę muru i spuścili się po nim cichutko na drogę. 

Z westchnieniem ulgi udaliśmy się z powrotem. Gdyśmy przybyli do głównej bramy, 

zajaśniał świt. Jip i Kling niby duchy przecisnęli się przez sztachety i przyłączyli się do nas. 

Po  przybyciu  do  domu  pobiegliśmy  wszyscy  do  gabinetu  doktora.  Zapalono  kilka 

świec, gdy tymczasem doktor rozłożył na stole testament. Była to dla nas wstrząsająca chwila, 

gdy tak staliśmy wokoło, patrząc mu przez ramię. 

Istotnie, jeden róg dokumentu był odgryziony i skrawek, który był w moim posiadaniu, 

doskonale  do  niego  przystawał.  Pomijając  wstępne  paragrafy  testamentu  doktor  wskazał 

palcem  na  interesujący  nas  rozdział.  Przeczytał:  „Zapisuję  sumę  stu  tysięcy  funtów  na  cele 

Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Wykonawcy testamentu wybierają...” 

Ale nie pozwoliliśmy mu dalej  czytać. Mateusz, ja i  Bumpo zawołaliśmy:  „Hura!” i 

zatańczyli wokoło stołu z radości. Minęła długa chwila, zanim uspokoiliśmy się dostatecznie, 

aby dopuścić doktora do dalszego czytania. 

Gdyśmy znowu zasiedli na krzesłach, spostrzegłem, że doktor patrzy w osłupieniu na 

coś,  co  Mateusz  obraca  w  palcach.  Przestraszyłem  się,  gdy  zobaczyłem,  że  jest  to  jedna  z 

brylantowych spinek ze skórzanego pudełka Ernesta Dorntona. 

- Skąd to macie. Mateuszu? - zapytał doktor cichym, nieco przestraszonym głosem. 

- To? - rzekł karmiciel kotów i usiłował przybrać niewinny wyraz twarzy.  - To tylko 

mała pamiątka, którą sobie wziąłem z domu Dorntona. 

Przez chwilę doktor był zbyt przerażony, żeby móc wydobyć głos. 

- Przecież to nie jest jego własnością - mówił dalej Mateusz - przecież to on pozbawił 

zwierzęta tak wielkiego majątku, który im przypadał według testamentu. 

- Ale kiedyście to wzięli, Mateuszu? - zapytał doktor. - Przecież byliście przez cały czas 

ze mną. 

- Ach, tylko na chwilę zajrzałem do jego pokoju, gdy przechodziliśmy obok. To cacko 

znajdowało  się  na  gotowalni  i  nie  mogłem  się  oprzeć  pokusie,  żeby  go  sobie  nie  wziąć  na 

pamiątkę. 

Doktor zakrył twarz rękami i upadł jak ogłuszony na krzesło. 

-  Oh,  Mateuszu,  Mateuszu  -jęknął  -  przecież  obiecaliście  mi  porzucić  raz  na  zawsze 

background image

podobne sprawy! 

Przez chwilę milczeliśmy wszyscy. Wreszcie doktor powiedział: 

-  Nie  wiem  naprawdę,  co  mamy  teraz  począć.  Biała  mysz  wlazła  mi  na  rękaw  i 

szepnęła: 

- Co się dzieje z doktorem? Co się stało? Wytłumaczyłem jej to tak krótko i zrozumiale, 

jak potrafiłem. 

-  Proszę  mi  dać  ten  guzik,  panie  doktorze  -  zawołała  skacząc  poprzez  stół  do  Jana 

Dolittle - zaniosę go raz-dwa-trzy na miejsce. 

-  Czy  naprawdę  mogłabyś  to  zrobić?  -  zapytał  doktor.  I  na  tę  myśl  natychmiast 

rozjaśniły nam się wszystkim twarze. - Ale przecież już jest biały dzień. Na pewno zniknięcie 

brylantu zostało zauważone. I pomyśl, jak to długo potrwa, zanim się tam dostaniesz! 

- Bardzo prędko, gdy mysz siądzie na mój grzbiet - odezwał się Jip. - Mogę ją zanieść 

do dworu. Tam będzie mogła prześliznąć się przez szparę do domu i odnieść klejnot. Warto 

spróbować. 

- Dobrze - rzekł doktor. 

Ku  wielkiemu  zawodowi  Mateusza  doktor  sięgnął  przez  stół,  wyjął  mu  z  ręki 

kosztowny klejnot i oddał myszy. 

- Uratujesz nas  od wielkiego kłopotu, jeśli  ci  się  uda odnieść ten brylant  na miejsce. 

Szczęść ci, Boże, w drodze. 

Biała mysz wzięła spinkę w łapki, wskoczyła na grzbiet Jipa i zniknęła w galopie przez 

okno kuchenne. 

Po jej zniknięciu nastało długie i kłopotliwe milczenie. Wreszcie odezwał się doktor: 

-  Stubbins  i  Bumpo,  mam  nadzieję,  że  ta  sprawa  zakończy  się  pomyślnie  i  że 

zachowacie w zupełnej tajemnicy to, co tu zaszło. 

Było nam bardzo ciężko na sercu, ale skinęliśmy w milczeniu głowami na znak zgody. 

- A co do was, Mateuszu - ciągnął doktor dalej - muszę was ostrzec, że jeśli się jeszcze 

raz coś takiego powtórzy, rozstaniemy się na zawsze. Wiem, że własny majątek mogę wam 

zaufać. Ale muszę być pewny, że w stosunku do cudzej własności zachowacie się tak samo. 

Jeśli się będziecie opierać, nie możemy odtąd mieć ze sobą nic wspólnego. Rozumiecie? 

- Rozumiem - powiedział Mateusz cichym głosem. - Powinienem był przewidzieć, że 

wprawię przez to pana w kłopotliwą sytuację. Ale nie mówmy już o tym. 

Doktor odwrócił się, jak gdyby chciał wyjść do ogrodu. Szukał swego kapelusza. Nagle 

twarz ściągnęła mu się w wyrazie przerażenia. 

- Stubbins - jęknął - gdzie jest kapelusz? 

background image

- Nie chce pan chyba przez to powiedzieć, że znowu zostawił go pan w pałacu? 

background image

ROZDZIAŁ OSTATNI 

ZOSTAJEMY ARESZTOWANI 

 

Tak było naprawdę. Byliśmy tak przejęci nocną przygodą, że nikt z nas nie zauważył, 

czy doktor wyszedł z pałacu w kapeluszu na głowie, czy z gołą głową. Ale teraz zastanawiając 

się  nad  tym,  przypomnieliśmy  sobie  wszyscy,  że  idąc  tam  miał  kapelusz.  On  również 

przypomniał  sobie  zupełnie  dokładnie,  że  położył  go  na  krześle  obok  tajemniczej  skrytki, 

ponieważ mu przeszkadzał. 

- Boże święty! - westchnął potrząsając głową. - Taki ze mnie włamywacz, zostawiam na 

miejscu  przestępstwa  mój  kapelusz,  jedyną  rzecz,  którą  wszyscy  sąsiedzi  natychmiast 

rozpoznają  jako  moją  własność.  Można  by  pęknąć  ze  śmiechu,  gdyby  to  nie  było  takie 

poważne. No, teraz wszystko, więcej niż kiedykolwiek, zależy od białej  myszy. Ach, Boże, 

Boże! Ale w każdym razie - dodał, gdy Dab-Dab stanęła w progu - nie będziemy wyprzedzać 

nieszczęścia. Czy śniadanie gotowe, Dab-Dab? 

- Nie - rzekła gosposia, weszła do pokoju i zniżyła głos. - Ale trzech mężczyzn idzie 

przez ogród. Jeden trzyma pański kapelusz. Drugi jest policjantem. 

Gdy przetłumaczyłem Mateuszowi, co Dab-Dab powiedziała, zerwał się i w mgnieniu 

oka był już w połowie drogi do okna. Ale musiał zmienić zamiar, gdyż opamiętał się i pozostał 

na swoim miejscu. 

- Nie, panie doktorze - powiedział - nie opuszczę pana i nie pozwolę, aby pan wypił sam 

to piwo, którego nawarzyłem. Już nieraz siedziałem w więzieniu. Powiem, że to ja zrobiłem. 

- Mateuszu - rzekł doktor surowo - życzę sobie, żebyście, dopóki ta cała sprawa się nie 

wyjaśni, trzymali język za zębami, o ile wam nie każę mówić. Stubbins, pozwól wejść  tym 

trzem ludziom. 

Otworzyłem  drzwi.  Znałem  ich  wszystkich  trzech  z  widzenia.  Jednym  był  Ernest 

Dornton,  drugim  odźwierny,  trzecim  wachmistrz  policji.  Zachowanie  się  policjanta 

wskazywało  na  to,  że  chętnie  by  nas  przeprosił.  Znał  doktora  Dolittle  i  wykonanie  swego 

obowiązku  było  dla  niego  w  owym  wypadku  bardzo  nieprzyjemne.  W  przeciwieństwie  do 

niego zachowanie Dorntona było od początku do końca wyzywające. Minął mnie, wszedł do 

domu bez pukania i poszedł prosto do gabinetu doktora. 

- Ach! - zawołał. - Oto mamy całą bandę, wachmistrzu. To samo towarzystwo, które 

udawało,  że  chce  gasić  pożar  w  moim  domu,  przyszło  na  zwiady  przed  zamierzonym 

włamaniem. Proszę ich wszystkich zaaresztować i sprowadzić do dworu. 

Chociaż wachmistrz był nieco pod wrażeniem stanowiska, jakie Dornton zajmował w 

background image

gminie, znał jednak swoje obowiązki i nie potrzeba mu było ich przypominać. Zwrócił się do 

Jana Dolittle i powiedział: 

-  Ten  pan  wniósł  skargę  na  pana,  panie  doktorze.  Kosztowny  brylant  został  mu 

skradziony tej nocy, a pański kapelusz znaleziono tego ranka w jego domu. Muszę pana prosić 

o pójście ze mną do dworu. 

Byliśmy radzi, że idziemy o tak wczesnej godzinie pustymi ulicami, gdyż z pewnością 

ten  pochód  -  my  wszyscy  w  towarzystwie  wachmistrza  -  wywołałby  masę  płotek  w  całym 

Puddleby, gdyby nas dostrzeżono. Podczas całej drogi nikt nie odezwał się ani słowem, jeden 

Dornton ciskał obelgi, na które nikt nie miał ochoty odpowiadać. 

Stary służący wpuścił nas do domu i poszliśmy wszyscy od razu na górę do sypialni 

Dorntona, który rozpoczął natychmiast dramatyczną opowieść o tym, jak wstał, codziennym 

zwyczajem, o szóstej rano i natychmiast zauważył, że pudełko z brylantowymi spinkami nie 

stoi na tym samym miejscu, na którym je wczoraj wieczorem pozostawił. Otworzył je i okazało 

się, że jednej spinki brak. Gdy przesłuchano służbę i przeszukano dom, znaleziono kapelusz 

doktora  na  najwyższym  piętrze.  Ten  dowód  i  nasze  podejrzane  zachowanie  w  noc  pożaru 

świadczyło o tym, że to my jesteśmy winowajcami. 

- Chwileczkę - powiedział doktor. - Czy pudełko znajduje się w tym samym miejscu, na 

którym pan je znalazł dziś rano? 

- Tak - odrzekł Dornton. 

-  Dobrze,  czy  zechciałby  pan  nam  łaskawie  pokazać,  jak  pan  wszedł  do  gotowalni  i 

otworzył pudełko? 

- Rozumie się - rzekł Dornton. - Wstałem z łóżka, odsunąłem zasłony z okna. Potem 

rzuciłem okiem na gotowalnię i zauważyłem, że coś na niej nie jest w porządku. Podszedłem - 

ot tak - wziąłem pudełko do ręki, otworzyłem je, tak jak teraz. Co u licha!... 

Na  ten  okrzyk  zdumienia  odetchnęliśmy  wszyscy  skrycie,  gdyż  upewniliśmy  się,  że 

biała mysz spełniła swe zadanie. 

Nie  zapomnę  nigdy  twarzy  Dorntona,  gdy  tak  stał  i  wytrzeszczał  oczy  na  pudełko. 

Leżały w nim nie trzy, jak się tego spodziewał, lecz wszystkie cztery spinki. 

Wachmistrz patrzył mu przez ramię. 

- Zaszła widocznie jakaś pomyłka, proszę pana, nieprawdaż? - powiedział spokojnie. 

- T-t-t-o muszą być czary! - zawołał Dornton jąkając się. Jego niepohamowany gniew 

był  w  tych  warunkach  dostatecznie  zrozumiały.  Wołałby  wpakować  doktora  Dolittle  do 

więzienia  niż  odzyskać  swoją  spinkę.  Ten  mały,  spokojny  jegomość  musiał  mieć  jakąś 

szczególną właściwość robienia z niego głupca w najdramatyczniejszych chwilach. 

background image

-  Jeśli  go  pan  nie  skradł  -  ryknął  i  odwracając  się  wskazał  swym  tłustym  palcem 

oskarżające na doktora - w jaki sposób pański kapelusz znalazł się w moim domu? 

- Zdaje mi się  - powiedział doktor Dolittle  - że byłoby najlepiej, gdybym panu na to 

pytanie odpowiedział na osobności w cztery oczy. 

-  Nie!  -  krzyknął  Dornton.  -  Jeśli  to  prawda,  to  pan  wachmistrz  może  jej  również 

wysłuchać. 

- Jak pan sobie życzy - rzekł doktor. - Ale zdaje mi się, że tak byłoby lepiej dla pana. To 

ma związek z pewnym testamentem, któryśmy przypadkiem znaleźli. 

Zdumienie, lęk, nienawiść odbiły się kolejno w tej krótkiej chwili na twarzy Dorntona. 

- Dobrze - powiedział w końcu. - Możemy przecież zejść na dół do biblioteki. 

W milczeniu i zamyśleniu zstępowaliśmy ze schodów. Na końcu szedł Mateusz ze mną. 

- Bóg zapłać białej myszy, Tomku - szepnął mi do ucha. - Ale boję się zostawić tego 

draba sam na sam z doktorem. 

- Nie bój się - odpowiedziałem - będziemy czekali przed drzwiami. Nie odważy się użyć 

siły w obecności wachmistrza. Przegrał sprawę. 

Słyszałem bicie wielkiego zegara, gdy doktor i Dornton szli do biblioteki i zamykali 

drzwi za sobą. Wyszli dokładnie po trzech kwadransach. 

Dornton był bardzo blady, ale opanowany. Zwrócił się natychmiast do wachmistrza i 

powiedział: 

-  Odwołuję  niniejszym  swoją  skargę,  panie  wachmistrzu.  Wszystko  polegało  na 

omyłce, za co bardzo pana przepraszam. Bardzo mi przykro, że pana trudziłem o tak wczesnej 

godzinie. 

Znowu  wyszliśmy  przez  przedsionek  zasłany  dywanem  i  poszliśmy  w  milczeniu 

wysypanym żwirem dziedzińcem. 

U bramy pożegnaliśmy się z wachmistrzem i zauważyłem, że doktor nie powiedział mu 

nic więcej o tej sprawie. Gdy wachmistrz oddalił się, Mateusz zapytał z ciekawością: 

- Ależ, panie doktorze, jak pan wytłumaczył Dorntonowi obecność swego kapelusza? 

- O tym  wcale nie było  mowy  - odrzekł doktor Dolittle - powiedziałem mu tylko, że 

wszyscy czterej jesteśmy przekonani, że to on sam podłożył ogień. A potem zależało mu więcej 

na  tym,  żebyśmy  zachowali  milczenie,  niż  na  jakichkolwiek  innych  wyjaśnieniach.  Boi  się 

teraz mnie i wierzy, że mogę dowieść, że to on jest podpalaczem. Dobrze, że w to wierzy, gdyż 

jest nim z pewnością. Wraca teraz do Australii. 

- Do Australii? - zdziwił się Mateusz. - Dlaczego? 

- No, musi zarabiać na utrzymanie - powiedział doktor Dolittle. - Według testamentu 

background image

nie  tylko  Towarzystwo  Opieki  nad  Zwierzętami  dziedziczy  swoje  sto  tysięcy  funtów.  Gdy 

przeczytałem testament w całości, dowiedziałem się, że i cały pozostały spadek zapisany jest na 

cele dobroczynne. 

Gdy zwierzęta dowiedziały się o rozwiązaniu tajemnicy Dworu na Wrzosowiskach, w 

Ogrodzie Zoologicznym Doktora Dolittle zapanowała powszechna radość. Świętowano pełne 

dwa  dni.  Jakkolwiek  mieszkańcy  ogrodu  przyzwyczajeni  byli  do  uroczystości,  musieli 

przyznać, że jeszcze nigdy nic podobnego nie widzieli. 

Uzdolnienie  białej  myszy  do  organizowania  zabaw  przechodziło  wszystko,  co  sobie 

można wyobrazić. Dlatego została po raz drugi obrana burmistrzem. 

Ponieważ  na  skutek  odnalezienia  testamentu  zwierzęta  stały  się  posiadaczami  tak 

znacznego  majątku,  postanowiły,  że  dla  uczczenia  tego  faktu  należy  urządzić  uroczystość 

jeszcze większą i  wspanialszą niż kiedykolwiek.  Doktor pozwolił im porozsyłać na dwa dni 

przedtem  zaproszenia  do  wszystkich  zwierząt  w  sąsiedztwie.  Spodziewając  się  wielkiego 

napływu  gości,  poczyniono  ogromne  przygotowania.  Cały  ogród  zoologiczny  został  na  ten 

dzień  przystrojony  wstążkami  i  chorągiewkami,  a  w  nocy  lampionami  i  fajerwerkami. 

Przygotowano wielkie zapasy picia i jedzenia i zaopatrzono w nie rozmaite kioski i bufety. 

Ale tłum, który się zebrał, był jeszcze większy, niż się spodziewano. 

Członkowie klubów i schronisk dla szczurów i myszy, królików, psów nierasowych, 

borsuków, wiewiórek, lisów objęli obowiązki gospodarzy. Pomagały im Czi-Czi, sowa Tu-Tu, 

prosię  Geb-Geb.  dwugłowiec,  kaczka  Dab-Dab  i  papuga  Polinezja.  Wszyscy  pracowali  bez 

wytchnienia, aby nakarmić i zabawić tak licznych gości. 

Doktor, Mateusz, Bumpo i ja musieliśmy ciągle biegać między ogrodem a miastem i 

przynosić  coraz  nowe  napoje  chłodzące  i  smakołyki,  gdyż  wciąż  wzrastająca  ilość  gości 

pochłaniała wszystko, cośmy przygotowali. 

Tu-Tu, buchalterka, opowiadała mi później, że według jej książek kupiono na ten dzień 

cały wóz sałaty, trzysta worków zboża i ziarna, niemal beczkę kości i mięsa, cztery wielkie sery 

i dwa tuziny chlebów, nie licząc mnóstwa drobnych przysmaków. 

Na dawnym placu zabaw trudno było się poruszać, tak ciasno stłoczyły  się tam jeże, 

świerszcze,  wiewiórki,  szczury,  borsuki,  myszy,  bobry,  zające  i  tym  podobne  stworzenia. 

Coraz  to  wznosił  ktoś  z  kąta  okrzyk  na  cześć  doktora,  starego  pana  Dorntona  i  jego 

Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, powtarzany chórem przez całe wielkie zgromadzenie. 

Każde  drzewo  i  krzak  w  ogrodzie  zoologicznym  i  w  ogrodzie  doktora  Dolittle 

obsadzone  były  i  zatłoczone  ptakami  wszelkich  gatunków  i  wielkości,  od  mysikró-lika  do 

bażanta. Ich ciągły świergot i szczebiot po prostu ogłuszały. 

background image

Już przed końcem dnia trawnik na placu zabaw był przez to bezustanne bieganie po nim 

milionów  nóg  całkowicie  zdeptany.  I  po  odejściu  gości  mieszkańcy  ogrodu  zoologicznego 

musieli  zużyć  cały  dzień  na  sprzątanie  i  przywrócenie  swemu  miastu  zwykłego  schludnego 

wyglądu.