background image
background image

 

G rażyna

Plebanek

BOKSERKA

Spis treści

Dedykacja

Motto

I Północ, Południe

II Przyjaciele, wrogowie

III Zwycięzcy, przegrani

IV Kolonizatorzy, kolonizowani

V Swojskość, obcość

Przypisy

Halinie, Ance Ś., Jaśkowi, Wojtkom, Maćkowi, Andrzejowi
Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie wzrok niknął w gęstych krzakach i konarach;
Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny…
(Robert Frost Droga nie wybrana, tłum . S. Barańczak)

I PÓŁNOC, POŁUDNIE
Zsuwała majtki, gdy zaskoczył ją ten dźwięk. Niewinne wirowanie, taniec przedmiociku.
Znieruchomiał  u  jej  stóp  (brązowe  sznurowane  buty,  znakomite  na  podróż).  Nijaki  guzik,  który

właśnie  się  skądś  urwał.  Jak  to  jest  –  pomyślała  –  stracić  łączność  z  całością,  odpaść,  zostać  na
swoim, na zimnej podłodze toalety na stacji Eurostara w Londynie?

Podniosła go i wsunęła do kieszeni. Dopiero kiedy zapinała suwak dżinsów, przyszło jej do  głowy,

że to chyba nie jej guzik. Musiał należeć do kogoś, kto był w kabinie obok. Wstrzymała oddech, ale
przez dmuchanie suszarek do rąk nie mogła wyłowić żadnego dźwięku zza przepierzenia.

Ciało spięła trudna do wytłumaczenia reakcja – chciała wyskoczyć z kabiny, zapukać do tamtej,

wytłumaczyć,  że  oto,  proszę,  coś  pani  odpadło…  Zacisnęła  guzik  w  dłoni.  Tam  pewnie  nikogo  nie
ma, a guzik oderwał się od jej własnej kurtki, tyle że od wewnętrznej strony.

Coś  jej  mówiło,  że  to  nieprawda.  Guzik  należał  do  kogoś  innego,  a  do  niej  się  przeturlał,  ze

wszystkim, co widział.

background image

Lu wy sunęła ręce spod dworcowej  dm uchawy. Denerwowało j ą, że nigdy  nie suszy ły  się do

końca,  a  m oże  by ła  zby t  niecierpliwa  i  zawsze  wy j m owała  dłonie,  chociaż  wciąż  by ły   lekko
wilgotne. To dlatego, że zawsze się spieszy ła. Tak by ło, kiedy  z kim ś podróżowała, j akby  czuła się
zobligowana,  by   nie  zostawiać  towarzy szy   podróży   zby t  długo  sam y ch,  nie  robić  wrażenia,  że
odłącza  się  od  stada.  Wiedziała,  że  i  tak  to  w  końcu  odkry j ą,  a  wtedy   będą  j ą  próbowali
zatrzy m ać,  oswoić,  wy perswadować  (głębsze  więzi  są  lepsze  od  powierzchowny ch,  głęboki
kontakt wartościowszy  od chęci pętania się sam opas).

Kiedy   podróżowała  sam a,  nie  zdarzało  j ej   się  spieszy ć,  a  j eśli  tak,  to  się  z  tego  śm iała.

Dopadała  pociągu  w  ostatniej   chwili,  a  potem   w  kory tarzu  wy py ty wała  współpasażerów,  czy
j edzie  w  dobry m   kierunku.  Kilkoro  obcy ch  zasy py wało  j ą  inform acj am i,  gdzie  m a  wy siąść,
zdarzało się, że pom agali nieść bagaż. Ale dziś ty lko na chwilę wy rwała się w sam otność, tu, do
toalety   na  dworcu  Eurostara.  Po  drugiej   stronie  m etalowy ch  drzwi  czekał  na  nią  m ężczy zna.
Wiedziała, że kiedy  siusiała, esem esował do żony.

Jej  m ężczy źni zaczy nali często zdanie od: „bo kobiety …”. Wściekała się. Jakie kobiety ?!
Stawiali j ą w rzędzie z kobietam i ich przeszłości, z j akąś ogólną kobietą o zam azany ch ry sach

twarzy, która „robi to”, a „nie robi tam tego”. Jej  biały  m ężczy zna podej rzewał, że Lu chce m ieć
dziecko,  w  j ej   wieku  wszy stkie  kobiety   zaczy nały   czuć  prokreacy j ne  m rowienie.  Jej   czarny
m ężczy zna potrafił się pienić, że kobieta m a okres przez trzy  dni, a nie pięć; j eśli trwa dłużej , to
znaczy, że ona kłam ie, wszy stkie kobiety  kłam ią. „Twój  nigdy  niekończący  się okres” – zży m ał się,
bo nie m ógł j ej  wtedy  tknąć, on, m uzułm anin.

Cokolwiek by   zrobiła,  j ak  bardzo  by łaby   inna,  osobna,  i  tak  stała  w  cieniu  tej   ogólnej   kobiety,

kobiety   rozpiętej   m iędzy   okresem   a  głodem   poczęcia,  abstrakcy j nej   j ak  Biały  kwadrat  na
czarnym tle
 Malewicza,  kobiety, którą  m ężczy źni dobrze  znali. Sam ej   Lu nie  dostrzegali.  Szkoda,
bo by liby  dum ni, że są właśnie z nią. A tak podniecali się, że są z kobietą.

Spoj rzała w łazienkowe lustro, zielonkawe oczy  wy rażały  zainteresowanie, o które by  się w  tej

chwili nie podej rzewała. Nie pierwszy  raz zdarzało j ej  się zauważy ć, że wy gląda lepiej , niż się
czuj e.  Chociaż  w  środku  się  m iesiło  j ak  w  betoniarce,  z  lustra  patrzy ł  na  nią  wzrok  pełen
ciekawości.  Ciekawość,  Curiosity  killed  the  cat  –  pom y ślała,  przeczesała  palcam i  brązowe
kręcone włosy  i zasunęła suwak skórzanej  kurtki (puszy sta kępka nici po urwany m  wewnętrzny m
guziku podfrunęła od podm uchu suszarki włączonej  przez kobietę, która wy szła z toalety  obok, ale
Lu  odkry ła  brak  guzika  dopiero  po  drugiej   stronie  kanału,  na  dworcu  w  Brukseli.  Kitka
przy pom inała ogon Avatara, dzięki którem u stworzenia odnaj duj ą porozum ienie).

– Ile m asz lat?
– A co cię to obchodzi?
Lu powiedziała to po polsku, nic dziwnego, że nie zrozum iał i uśm iechnął się szeroko.
Mówił  coś  szy bkim   francuskim ,  teraz  ona  nie  rozum iała,  ale  bąbelki  energii,  którą  em anował,

waliły  w nią zapam iętale, widziała twardość j ego m ięśni, szczotkę włosów w kolorze fry tek. Pot
spły wał  j ej   m iędzy   piersiam i,  m ężczy zna  m usiał  to  zauważy ć,  dlatego  tu  przy szedł.  Stał  teraz
blisko i zlizy wał kropelki wzrokiem .

–  Masz  rękawice?  –  zapy tał,  a  ona  ucieszy ła  się,  że  zrozum iała.  Odgrzewała  francuski,  który

pam iętała  ze  szkoły.  Kiedy   po  francusku  m ówili  Polacy,  wśród  który ch  pracowała,  ciężar
polskiego  akcentu  czy nił  słowa  swoj skim i.  Ale  tu,  w  brukselskim   klubie  bokserskim ,  m ówiło  się
inaczej , obcy  zaśpiew oddalał sens słów.

background image

– Nie, j eszcze nie kupiłam .
Obok nich stanął szczupły  Marokańczy k i zaczął oplatać ręce żółty m i owij aczam i. Patrzy ła j ak

urzeczona na precy zj ę j ego ruchów.

– Masz, włóż te. – Trener znów stał przed nią.
Zanim  zdąży ła zareagować, wziął j ej  dłoń i nabił na nią czerwono-czarną bokserską rękawicę,

potem   drugą.  By ły   wilgotne  od  środka,  ciepłe  od  cudzego  potu.  Zaczęło  j ej   bić  serce,  strasznie
szy bko. Zaczerwieniła się, nagle zachciało j ej  się płakać.

– Voilà! – Zacisnął rzepy  wokół j ej  przegubów.
Rękawice unierucham iały  dłonie żelazny m  chwy tem . Insty nktownie podniosła ręce do twarzy

– gdy by  chciała j e uwolnić, m usiałaby  rękawice ściągać zębam i. Ale Lu nie m iała zam iaru się
ich pozby wać. Chciała zostać w nich, j ak długo się da, chłonąć przez skórę pot poprzednika.

Kiedy   zdj ęła  j e  dwie  godziny   później ,  dłonie  pachniały   obcy m ,  walczący m   facetem .

Śm ierdziała wy siłkiem , chciała tak śm ierdzieć. Czuła na rękach cudze ciepło, które teraz należało
do niej .

– No, powiedz. Co to za historia? Dziś m i powiesz?
– Musim y  m ieć cały  wieczór. I m uszę się nawalić.
Lu zwodziła Sprite, ale naprawdę nie m ogła się przem óc, żeby  zacząć o ty m  m ówić. Poza ty m

by ła  nieufna,  dopiero  niedawno  poznała  prawdziwe  im ię  tej   dziewczy ny.  W  klubie,  gdzie
dziewczy n  by ło  raptem   kilka,  chłopców  i  m ężczy zn  kilkudziesięciu,  wszy stkie  nosiły   przezwiska,
które  dawał  im   trener.  Nadanie  przy dom ka  by ło  rodzaj em   bokserskiego  chrztu.  Lu  została
nazwana Lu, bo kiedy  trener zapy tał, j ak m a na im ię, pom y liła się i zam iast tego odpowiedziała,
gdzie m ieszka: „Avenue des Nerviens”.

–  Avenue  Louise?  –  nie  zrozum iał.  –  Avenue  Louise,  tak  ci  na  im ię?  –  parsknął.  Od  tej   pory

nazy wał j ą Louise, w skrócie Lu. Sprite naprawdę m iała na im ię Avril. Dlaczego dostała akurat
taki przy dom ek, nikt nie wiedział. Kiedy  sam a Sprite próbowała protestować, trener, akurat czy m ś
zaj ęty, rzucił nieuważnie: – Wolisz by ć Jam aican Beer?

– Coś ty.
– To o co chodzi?
Jak m iała tej  świeżo poznanej  dziewczy nie zwanej  Sprite opowiedzieć swoj e ży cie? A j ednak

zary zy kowała.

Aha, ich trener nazy wał się Ricky, chociaż nie by ł Am ery kaninem .
–  Jestem   j ak  m atka  natura,  nie  znoszę  pustki  –  powiedziała  Lu  do  Sprite,  gdy   j uż  się  do  niej

przekonała.

Tak naprawdę Sprite zwierzy ła j ej  się pierwsza i to ośm ieliło Lu, która by ła w takim  m om encie

ży cia,  że  zachowy wała  się  j ak  skotłowany   gry zoń,  który   chce  wszy stkich  kąsać.  Czuła  się  tak  w
środku, ale oczy wiście na zewnątrz wy glądała znacznie lepiej , dlatego ludzie do niej  lgnęli.

Nie wiedzieli, co nosi w środku ani że w każdej  chwili m oże bry znąć czy m ś paskudny m .
Historia  Sprite  by ła  przej m uj ąca,  będzie  się  przeplatała  z  opowieścią  Lu  nieuchronnie,  bo  te

dwie dziewczy ny  uczy ły  się walczy ć razem .

Lu zaczęła od tego, że opowiedziała Sprite, j ak się znalazła w Brukseli. Potem  wróciła do tego,

j ak poznała swoj ego m ężczy znę.

– Tego żonatego? – upewniła się Sprite.
Lu ponuro pokiwała głową.

background image

– Mów o nim  „kochanek” – podsunęła Sprite po nam y śle. – Bo j ak m a żonę, to taki on twój , j ak

i m ój .

Sprite  wszy stko  precy zowała,  co  Lu  złościło,  bo  m iała  ochotę  na  szerokie  j ak  rzeka  poj ęci

e„m ój   m ężczy zna”.  Koj arzy ło  j ej   się  z  bogaty m   nurtem   ży cia,  porządną,  a  nie  naskórkową
obecnością. A ty lko taką – naskórkową – m ógł j ej  dać.

– Takiego, j ak j eszcze kiedy ś zadam  się z żonaty m . – Lu zacisnęła pięści.
Sprite  odsunęła  z  twarzy   włosy,  a  Lu  wpatrzy ła  się  w  pom arańczowe  pasm o,  które  tchnęło

opty m izm  w czerń pozostały ch. Kolorowy  kosm y k i oczy  Sprite to by ł niesam owity  m iks pogody
i  ciekawości,  tej   sam ej ,  którą  Lu  chciałaby   widy wać  u  siebie,  ale  nie  m ogła,  bo  widy wała  się
głównie od środka, skąd wy kluła się j ej  opowieść.

Trzy lata wcześniej
Nie czuła stóp – to by ł znak, że ciało odm awiało kontaktu z tą krainą. Chociaż m iała ciepłe buty,

puchową kurtkę i inne elem enty  ubrania, które pozbawiały  j ą kobiecości i upodabniały  do reszty
m ieszkańców Północy, palce j ej  zdrętwiały. Wcześniej  to się nie zdarzało. By wało, że biegała tu  z
gołą  głową,  bez  szalika,  kokietowała  krótkim i  spódnicam i  czy   brakiem   m aj tek,  co  rozgrzewało
chłopców, z który m i się spoty kała, ale nigdy  zim no nie podpełzło do niej  tak blisko.

Czy   to  dlatego,  że  by ła  słabsza?  Podczas  ostatniego  poby tu  tutaj   w  j ej   ży ciu  zdarzy ło  się  coś

strasznego. My ślała, że sobie radzi, przecież by ła dzielna, wszy scy  j ej  to powtarzali. A tu coś w
niej  pękło, j ak w term osie, który  woziła ze sobą na kolonie. Kiedy ś spadł, wy dawało się, że nic się
nie stało, ale kiedy  go podniosła, zagrzechotał. Rozbiła m u środek. Patrząc na j ego opty m isty czną
czerwień, nikt by  się nie dom y ślił, że j uż nie trzy m a ciepła.

Ogarnęła wzrokiem  linie biały ch tarasów, po który ch widok zsuwał się do brzegu j eziora.
Warstwy   kraj obrazu  m iały   w  j ej   pam ięci  wy m iar  archeologiczny.  Niektóre  m iej sca  poznała

j ako  dziecko,  inne  j ako  nastolatka,  kolej ne  w  czasach,  gdy   wróciła  tu,  będąc  studentką.  Na  to
nałoży ły  się  naj świeższe  wspom nienia,  naj boleśniej sze.  Nabrała  w  płuca  lodowatego  powietrza.
Wracała do Szwecj i j ak bum erang, niem al uwierzy ła, że j est kobietą Północy. Dlaczego m usiała
się zakochać w chłopaku, który  nie lubił zim na? Nie chciał z nią tu m ieszkać, czekał na Lu w ich
m ieszkaniu w Warszawie (powinno j ej  się zrobić od tego cieplej , ale gdzie tam !).

Stoj ąc  nieruchom o  w  zim nej   bieli,  przy pom niała  sobie,  j ak  wspięła  się  na  to  wzgórze  po  raz

pierwszy. Miała wtedy  dziesięć lat, pokony wała strom iznę, chwy taj ąc się rękom a kępek wrzosów,
aż  stanęła  na  szczy cie  i  spróbowała  ogarnąć  wzrokiem   bezm iar  rozpościeraj ącego  się  przed  nią
widoku.  Szczodrość  północnej   natury   graniczy ła  z  ostentacj ą.  Mała  Lu,  która  wdrapała  się  tu
wbrew zakazowi m am y,  poczuła, że  dusi j ą  narcy zm  tutej szej   przy rody. Zasłoniła  oczy   rękam i,
który m i wcześniej  doty kała wrzosów i om szały ch głazów. Jej  palce pachniały  dzikością.

Od  tam tego  czasu  m inęło  osiem naście  lat.  Dorosła  Lu  przepatry wała  teraz  rozciągaj ącą  się

przed nią przestrzeń, bawiła się klockam i szwedzkiej  przeszłości. Palców w butach nie czuła, nosa
też  nie,  zupełnie  j akby   m iał  odpaść.  Kraina  Północy   chy ba  j uż  j ej   dziękowała.  Jeszcze
przy stanęła, j eszcze ogarnęła widok wzrokiem , szepnęła: Jag ska vara tillbaka här  1,  ale  zam iast
głosu z ust wy doby ł się obłok pary.

Weszła  do  ciepłej   sieni,  ogrzewana  podłoga  by ła  wy nalazkiem   w  sam   raz  na  ten  klim at;

siedziała  tam ,  dopóki  stopy   nie  odtaj ały.  W  dom u  by ło  cicho,  Dunia  j eszcze  nie  wróciła.  Lu
zerknęła na zegarek – za dwadzieścia m inut m uszą wy j ść, droga na lotnisko o tej  porze zabierze
godzinę.  Na  stole  w  kuchni  stały   kwiaty.  Jak  sięgnąć  pam ięcią,  w  ty m   dom u  zawsze  pachniały

background image

kwiaty, kolorowe, niedbale  wetknięte  do  wazonu.  Mam a  Lu  m awiała,  że  to  strach  na  wróble  dla
zby t długiej  zim y. Lu dotknęła włącznika, ale nie zapaliła światła, pozwoliła, by  do kuchni zakradły
się wspom nienia.

Kiedy  weszły  do dom u Duni osiem naście lat tem u, Lu ściskała m am ę za rękę, w drugim  ręku

trzy m ała pluszowego psa. Latam i dom agała się prawdziwego, ale w dom u „nie by ło warunków,
żeby  trzy m ać zwierzaka”. Dostała pluszową zabawkę i pogodziła się z ty m , że j ej  pies nigdy  nie
zam erda ogonem , nie podskoczy, nie liźnie j ej  po twarzy.

Z  sieni  w  dom u  Duni  skoczy ł  na  nią  prawdziwy   pies.  Mała  Lu  krzy knęła,  a  pies  przy siadł  z

zadem  do góry  i zaczął poszczekiwać, w oczach m iał zaraźliwą radość.

– Nie bój  się, to j eszcze szczeniak – uspokoiła j ą Dunia, wstawiaj ąc do przedpokoj u ich walizkę

(m iały  z m am ą j edną, sy m boliczną).

– Ile m a lat?
–  Lat?  –  roześm iała  się  Dunia.  –  Niecałe  półtora  roku.  Co  oznacza,  że  j est  m niej   więcej   w

twoim  wieku. To też dziewczy nka.

Carlita,  złocista  labradorka,  potrafiła  się  wbić  głową  w  szczękę  osoby,  którą  wy lewnie  witała,

podgry zała też rzeźby  Duni, gdy  m iała dołek psy chiczny. By ła j edy ny m  szczekaj ący m  psem  w
okolicy,  inne  przestawały   hałasować  po  odby ciu  specj alnej   tresury.  Dunia  po  kilku  lekcj ach,  na
które  zaprowadziła  Carlitę  nam ówiona  przez  sąsiadów,  powiedziała,  że  nie  będzie  robiła  ze
zwierzęcia wariata.

–  Już  i  tak  tężej ę  na  m y śl,  j ak  ubogie  będzie  j ej   ży cie  seksualne  –  biadała.  –  Nie  m ogę  j ej

poddawać j eszcze większy m  ry gorom .

– To po co w ogóle kupiłaś psa? – zdziwiła się m am a Lu.
–  Mierzi  m nie  proces  uspołeczniania.  –  Dunia  potrząsnęła  m iodowy m i  włosam i  i  poszła

pracować  do  ogrodu,  gdzie  stawiała  m etalową  rzeźbę,  która  na  razie  przy pom inała  portowego
żurawia.

Dunia,  przy j aciółka  m am y   Lu  z  liceum ,  by ła  piękna,  j ej   uroda  zatrzy m y wała  sam ochody,  a

m am a  dopowiadała,  że  i  lecące  sam oloty.  Poruszała  się  z  gracj ą  Afry kanki  idącej   z  wiadrem
wody   na  głowie,  włosy   powiewały   za  nią  poły skuj ący m i  pasm am i.  Wrażenie  obcowania  z
niezwy kły m   zj awiskiem   powodowało,  że  m ało  kto  potrafił  odpowiedzieć  na  proste  py tanie,
j akiego koloru są oczy   Duni.  Lu,  która  naty chm iast  się  w  niej   zakochała,  by ła  dum na  z  tego,  że
rozgry zła zagadkę – tęczówki Duni by ły  m iodowe, j ak j ej  włosy. Jako absolwentka Akadem ii Sztuk
Piękny ch Dunia wy j echała na wy stawę do Sztokholm u, gdzie zastał j ą stan woj enny. Została w
Szwecj i, gdzie j ej  praca nabrała szwungu – parę lat później  j eździła z wy stawam i po świecie.

Kiedy   w  Polsce  zniesiono  stan  woj enny,  odnalazły   się  listownie  z  m am ą  Lu.  Dunia  została

m atką chrzestną Lu na odległość (figurowała w papierach, chociaż fizy cznie w kościele zastąpiła
j ą sąsiadka).  Przy sy łała  piękne  ubranka  z  H& M  oraz  m nóstwo  słody czy.  Dzięki  niej   Lu  poznała
sm ak żelków w kształcie sam ochodów i przekonała się, że nie znosi „czarny ch węży ”, any żkowego
przy sm aku szwedzkich dzieci.

Tego dnia, gdy  dziesięcioletnia Lu z m am ą stanęły  w progu dom u Duni, wlokły  ze sobą bagaż

znacznie  większy   niż  walizka,  z  którą  przy j echały   –  dwa  rozwody.  Po  drugim ,  wy j ątkowo
burzliwy m , Lu zapy tała: „Mam usiu, czy  na świecie istniej ą w ogóle j acy ś norm alni m ężczy źni?”.

Miesiąc  później   stały   w  przedpokoj u  sztokholm skiego  dom u  j ej   przy j aciółki,  oganiaj ąc  się  od

karesów  złocistej   labradorki.  Trafiły   do  dom u  kobiet.  Rok  później   Dunia  m iała  urodzić  córkę,  a

background image

labradorka m ałe, z przewagą suczek. Taki by ł ich start w nowy m  ży ciu.

W dom u położony m  nad wodą w odległości pół godziny  j azdy  od Sztokholm u zostawały  często

sam e. Nie bały  się. „W Szwecj i nikt nie kradnie, bo w średniowieczu złodziej om  obcinano ręce”  –
m awiała  m am a  nieco  autom aty cznie.  No  i  by ła  z  nim i  Carlita.  Gdy by   przy szedł  złodziej ,
strzeliłaby  go py skiem  w szczękę, bo bardzo lubiła gości.

Naj pierw  m iały   wrażenie  przy krótkich  wakacj i  –  przy j echały   tu  w  czerwcu,  a  w  połowie

sierpnia poczuły  w powietrzu zapowiedź chłodu. Mam a chy ba go przeoczy ła albo nie wiedziała,
co ze sobą niesie, bo uj ęta pięknem  ogrodu i pobliskich lasów podj ęła decy zj ę: zostaną w Szwecj i.
Lu, która całe lato spędziła z Carlitą, dzięki czem u czuła się szczęśliwą dziewczy nką, nie rozum iała,
co oznaczaj ą te słowa, dopóki nie stanęła pod szwedzką podstawówką.

–  Idź,  córeczko,  poszukaj   swoj ej   klasy   –  powiedziała  m am a,  próbuj ąc  założy ć  za  ucho  Lu

spiralkę niesforny ch włosów.

– Dobrze – odparła Lu, po czy m  przy stanęła. – Ale j ak j est „klasa” po szwedzku? A „łazienka”?
Nagle  nie  wiedziała  nic.  Przez  kilka  m iesięcy   by ła  niem ową  skazaną  na  j ęzy k  m igowy,  którą

j asnowłose łobuzy  uczy ły  przekleństw i wy sy łały  do nauczy cieli, żeby  się pochwaliła szwedzkim .

Odby ła  z  tego  powodu  ileś  kar,  podczas  który ch  przepisy wała  rzędy   słów  pozbawiony ch  dla

niej   znaczenia,  aż  zrobił  j ej   się  nagniotek  na  środkowy m   palcu.  Od  tego  i  od  ry sowania  –  bo
otoczone  przez  obcość,  zaczęły   z  m am ą  ry sować,  naj pierw  każda  sobie,  a  potem   razem :
wy m y ślały   przy gody   ry sunkowy ch  bohaterów,  którzy   ciągle  coś  m usieli  zdoby wać.
Przeszkodom  nie by ło końca, ale oni zawsze wy gry wali.

Mam a Lu, z wy kształcenia history czka sztuki, zapisała się na kurs szwedzkiego, a j ednocześnie

pracowała w galerii sztuki. Praca, zdoby ta dzięki Duni, wbrew szum nej  nazwie sprowadzała się do
obm iatania  podłogi  i  uśm iechania  do  nieliczny ch  klientów.  Mam a  Lu  m iała  przy kazane
przekazy wać  ich  czy m   prędzej   w  ręce  Sary,  właścicielki  galerii,  która  prawie  nic  nie
sprzedawała, ale z przy j em nością bawiła się w pracę. Utrzy m y wał j ą m ąż, który  od lat kochał się
w Duni.

Dłużące  się  godziny   m am a  Lu  przepędzała  ry sowaniem .  Po  m aturze  z  nich  dwóch  to  Dunia

dostała się do Akadem ii Sztuk Piękny ch, m am a Lu m usiała się zadowolić historią sztuki.

–  To  świństwo,  że  Rianny   nie  przy j ęli  do  Akadem ii  –  powtarzała  Dunia.  –  Miała  niefart,  że

pochodziła z inteligenckiej  rodziny. Mnie przy j ęli, bo oj ciec by ł kom uchem .

Rianna  to  by ł  przy dom ek  m am y   Lu,  który   Dunia  nadała  j ej   w  liceum .  Anna  Rankiewicz

,Rankiewicz  Anna  –  tak  to  brzm iało,  gdy   nauczy ciele  wy woły wali  j ą  do  odpowiedzi.  R.  Anna,
Rianna  –  przedrostek  odróżniał  j ą  od  inny ch  Ann,  Ań,  Anek,  Anusiek.  Jeszcze  na  studiach  tak
m am ę Lu nazy wano, ale kiedy  Dunia zniknęła z j ej  ży cia, rozpły nął się w powietrzu i przy dom ek.
Odzy skała  go  dopiero  w  Sztokholm ie,  przy wrócił  j ej   dawną  tożsam ość,  tę  sprzed  m ałżeństw  i
rozwodów. Tam  wróciła też do panieńskiego nazwiska, które i Lu oficj alnie przy j ęła za swoj e, gdy
dorosła (oj ciec j uż wtedy  nie ży ł, nie m ogło by ć m u przy kro).

W  ry sowaniu  wkrótce  dokonały   specj alizacj i:  Lu  wy m y ślała  przy gody   główny ch  bohaterek,

m am a  j e  ry sowała.  Pewnego  razu  zwróciła  córce  uwagę,  że  postaci  są  m ałom ówne.  Lu
wzruszy ła ram ionam i. „Są zaj ęte walką” – powiedziała, a wtedy  m am a dory sowała dy m ek nad
j edną  z  bohaterek.  „Tu  m ożem y   wpisać,  co  m y ślą”  –  wy j aśniła.  Postaci  oży ły   –  dy m ki
zawierały   ich  skry te  m y śli,  o  który ch  wróg  nie  m iał  poj ęcia.  Czasem   dy m ki  zaskakiwały   sam e
bohaterki, a Rianna m iała niezłą zabawę, ry suj ąc buźki zdum ione własny m i m y ślam i. Niektórzy

background image

bohaterowie nawet w wirze walk podnosili głowy  i przy glądali się pły nący m  nad nim i napisom .
„No, czy  ty  tak nie m asz, Rianna? – chichotała Dunia, wierna czy telniczka ich kom iksów. – Robisz
coś, a tu bęc, taka m y śl?”.

Ty m czasem   pozornie  cichy   dom   pod  Sztokholm em ,  j ak  to  by wa  ze  spokoj ny m i  dom am i,

przeszedł trzęsienie ziem i. Wy buchła Sara, właścicielka galerii, w której  pracowała m am a Lu, bo
odkry ła, że j ej  m ąż m a rom ans z Dunią. Potem  wy buchł m ąż Sary, Karl, na wieść, że Dunia nie
chce z nim  dzielić ży cia, choć on gotów by ł odej ść od żony. Trzeci wy buch – Dunia twierdziła, że
to  dziwne,  bo  Szwedzi  raczej   nie  okazuj ą  em ocj i  –  nastąpił  w  chwili,  gdy   Dunia  powiedziała
Karlowi,  że  j est  z  nim   w  ciąży,  ale  i  tak  nie  zm ieni  decy zj i.  Jedy nie  ona  pozostała  po  szwedzku
spokoj na – i kiedy  odkry ła, że j est w ciąży, i kiedy  postanowiła, że wy chowa dziecko sam a. Nie
zam ierzała pozbawiać się niezależności, by ło j ą na to stać. A m atką chciała zostać, i to nie za j akiś
czas, ty lko teraz. Akurat skończy ła trzy dzieści pięć lat.

Po m ieszczańskiej  eksplozj i szlag trafił pracę m am y  Lu. Rozwścieczona żona karała wszy stko,

co  m iało  j akikolwiek  związek  z  Dunią,  pewnie  ugotowałaby   ży wcem   i  Carlitę,  o  czy m   suka  nie
m iała poj ęcia i kiedy  Rianna z Dunią siedziały  wieczoram i w kuchni, om awiaj ąc kolej ne odcinki
afery,  zasy piała  beztrosko,  śniąc  o  łaj dactwach,  który ch  dokonała  w  ciągu  dnia.  By ła  w  fazie
wielkiego  puszczania  się.  W  przeciwieństwie  do  Lu  przestała  by ć  dziewczy nką,  j ej   psie  lata
pędziły  szy bciej , z czego ochoczo korzy stała.

– Sara o m ało nie roztrzaskała m i abstrakcj i na głowie – j ęknęła m am a Lu, opieraj ąc stopy  na

kalory ferze.

–  Tak  m i  przy kro  –  bąknęła  Dunia,  a  Lu  wy obraziła  sobie  dy m ek  nad  j ej   głową:  bolesne

zderzenie z abstrakcj ą.

Rianna wzruszy ła ram ionam i. Kto się rozwiódł dwa razy, tego niewiele dziwi.
– Zaskoczy ła m nie im petem . – Dunia się zam y śliła.
– A czego się spodziewałaś? Podbierasz j ej  faceta.
– Przecież nie chcę z nim  ży ć. Karl, na co dzień?!
–  Oj ,  Dunia,  m y ślisz  j ak  dziecko  –  żachnęła  się  Rianna,  przy suwaj ąc  sobie  m iskę  z  pestkam i

słonecznika.

Wreszcie  j e  znalazła  w  ty m   bezzapachowy m   kraj u,  w  Konsum ie,  w  dziale  z  pokarm em   dla

ptactwa. Ludzie nie skubali tu słoneczników ani nie poj adali bobu. Te dziwne różnice, które zaczęła
niedawno wy chwy ty wać po okresie ślepego zachwy tu dla Zachodu i Północy, znaczy ły  równię
pochy łą  ich  poby tu  na  szwedzkiej   ziem i.  Lu  j eszcze  o  ty m   nie  wiedziała,  ale  wkrótce  m iała  się
przekonać, że j eśli j ej  m am a czegoś nie lubiła, to nie by ło siły, żeby  się z ty m  pogodziła. Rianna
„nie znosiła” i nie zam ierzała „się zm uszać” (te słowa nabrały  m ocy  kilka m iesięcy  później , kiedy
ona i Lu wy konały  kolej ną ży ciową woltę).

Tego  wieczoru  Lu  zwinęła  się  na  psim   posłaniu  pod  kuchenny m   stołem ,  z  głową  na  ciepły m

brzuchu  Carlity,  i  słuchała  splataj ący ch  się  głosów  m am y   i  Duni.  Stawiały   fundam enty   j ej
kobiecego świata, z czego nie zdawały  sobie sprawy. Mówiły  akurat o Sarze, która pracowała j ako
m asaży stka, kiedy  Karl, wówczas zatroskana głowa rodziny, przy szedł się do niej  zrelaksować.

Chętnie  słuchała,  drobny m i  dłońm i  wy ciskała  z  niego  stresy   i  zm artwienia,  zwierzenia  i

m arzenia.

Zaczął do niej  wracać, aż Sara pewnego dnia wy znała, że spodziewa się j ego dziecka. I że żona

Karla j uż wie. „Skąd wie?” – zapy tał Karl zduszony m  głosem . Stąd, że Sara j ej  o ty m  doniosła.

background image

Karl odszedł od żony, wy płaciwszy  j ej  m onum entalne alim enty, i niczy m  Sy zy f zaczął pchać

pod  górę  kam ień  kolej nego  m ałżeństwa.  Gdy   Dunia  powiedziała  m u  o  dziecku,  szy kował  się
pchać  następny.  Wy śm iała  j ego  gotowość,  a  on  poczuł  się  tak,  j akby   m u  ten  kam ień  złośliwie
spuściła na stopę. „Au, au” – powtarzał podobno, tak w każdy m  razie brzm iało to w streszczeniu
Duni.

–  Zakodował  sobie  w  tej   swoj ej   bidnej   głowie,  że  j ak  ciąża,  to  i  ślub.  –  Dunia  potrząsnęła

włosam i, sięgaj ąc po pestki słonecznika. – Tak go ta Sarka wy tresowała.

– Sarka, co sarka. – Rianna błądziła m y ślam i gdzie indziej . – Ale ich sy n j aki biedny …
– Przecież m u oj ca nie zabieram  – obruszy ła się Dunia.
– Biedny  przez to im ię. Jak m ożna nazwać dziecko Love? Sarka to wariatka! Chłopak do końca

ży cia  będzie  się  czuł  j ak  idiota.  „Dzień  dobry,  nazy wam   się  Love”.  „Panie  Miłość,  proszę  tu
położy ć paczkę”. „Kanapkę z pasztetem , panie Miłość?”.

Wzięła garść pestek. Denerwowało j ą, że nie m aj ą łupinek, odpadała przy j em ność skubania.
–  Usidliła  Karla  egzaltacj ą  –  podsum owała  Dunia.  –  Jego  pierwsza  żona  by ła  prakty czna  do

bólu,  Sarka  pograła  na  kontrastach.  Dostanie  alim enty   większe  niż  twoj e  i  m oj e  zarobki  razem
wzięte. A chłopak, m am  nadziej ę, zm ieni sobie im ię. Na przy kład na Brian.

– Brian?… – Mam a Lu zakrztusiła się pestką.
– A czem u nie?
Lu poderwała głowę, sły sząc skrobanie w drzwi. Trudno by ło się otrząsnąć ze wspom nień.
Tam ten  rok  by ł  j ej   właściwy m   dzieciństwem ,  bez  krzy ków  i  awantur,  które  znaczy ły   epoki

m ałżeństw m am y.

Drzwi skrzy pnęły  i stanęła w nich szczupła postać w białej  puchowej  kurtce. Głowę trzy m ała

wy soko, m iodowe włosy  spły wały  do połowy  pleców, spod futra patrzy ły  niebieskie oczy.

„Oczy   Karla”,  m awiała  Dunia,  gdy   urodziła  Malinę.  Dziewczy na  wzięła  urodę  po  m atce  i

przenikliwe spoj rzenie po oj cu. Siedem nastolatka przerosła j uż Lu.

Malina  (dy m ek,  czy li  próba  oddania  m y śli):  Burza  brązowy ch  loków,  j ak  j a  chciałam   m ieć

takie włosy ! Moj e by ły  białe j ak główki dm uchawca. My ślałam , że j ej  są zrobione z czekolady,
że ona cała j est czekoladowa. Dopiero tam ta krew, m ięsisty  środek. Ciało, krew, prawdziwa Lu…

–  Skrobiesz  w  drzwi?  –  Lu  się  uśm iechnęła,  a  widząc  zm ieszanie  na  twarzy   Maliny,

przetłum aczy ła zdanie na szwedzki.

Malina  znała  polski,  ale  um y kał  j ej   sens  bardziej   precy zy j ny ch  sform ułowań.  To  by ł  j ęzy k

wakacj i w Polsce, w ciągu roku szkolnego rdzewiał.

Sły sząc  to  sam o  po  szwedzku,  Malina  roześm iała  się  –  zwy czaj   skrobania  zam iast  pukania  w

drzwi  przej ęły   od  Carlity,  łączy ł  j e  z  dzieciństwem ,  chociaż  nie  by ły   dziećm i  w  ty m   sam y m
czasie:  gdy   Malina  się  urodziła,  Lu  m iała  j edenaście  lat;  stała  się  nastolatką,  kiedy   córka  Duni
poszła  do  przedszkola.  Malina  by ła  przedłużeniem   szczęśliwego  dzieciństwa  Lu  i  zapowiedzią
kolej ny ch zm ian w j ej  ży ciu – trzy  lata po Malinie na świat przy szedł Daniel, przy rodni brat Lu.

Tam ten  rok  w  Szwecj i  obrodził  j ak  j abłoń  rosnąca  przed  dom em .  Naj pierw  Carlita  powiła

szczeniaki, zupełnie nierasowe i tak piękne, że Lu o m ało nie zawaliła przez nie klasy. Trzy  suczki i
j eden piesek toczy ły  się dwukolorowy m i kulkam i po dom u, nicuj ąc szpilkam i zębów obicia kanap,
przepikowuj ąc  pościel,  posikuj ąc  ze  szczęścia.  Szy bko  nauczy ły   się  wy skakiwać  z  koj ca,  co
naj pierw  wszy stkich  bawiło,  ale  potem   stało  się  kłopotliwe,  bo  Dunia  tocząca  się  ze  swoim
brzuchem  j ak Matka Ziem ia poty kała się o biegaj ące szczeniaki. Karl, który  by wał u nich często,

background image

nalegał,  żeby   j e  oddała,  ale  Lu  protestowała  tak  rozpaczliwie,  że  zostały   przez  całe  lato,  ty le  że
wy kwaterowane  pod  werandę.  Carlita  nauczy ła  j e  drapać  w  drzwi,  kiedy   chciały   wej ść  do
dom u.

Malina urodziła się wiosną, j ak przy stało na dziecko poczęte w czerwcowej  nam iętności.
Jeśli Dunia wy obrażała sobie, że będzie chodzić z tobołkiem  rom anty cznie uwiązany m  u piersi

i spokoj nie pracować, głęboko się m y liła. Malina od początku by ła diabłem  na m iarę szczeniaków
Carlity   –  nie  spała,  co  chwila  chciała  do  piersi  i  –  zdaniem   Lu  –  nic,  ty lko  sikała.  Ten  rok  nie
sprzy j ał  nauce,  ale  j akim ś  cudem   Lu  zdała  do  następnej   klasy.  Po  kilku  m iesiącach  przebiła  się
przez barierę j ęzy ka i poczuła się j ak nowo narodzona (płodny  dom  Duni stał się gniazdem  nowej
tożsam ości j ęzy kowej  Lu).

Jakby  tego by ło m ało, Rianna się zakochała. „Wcale tego nie chciałam ” – tłum aczy ła, chociaż

nikt j ej  o to nie py tał.

Dunia  popatry wała  na  nią  znad  zawiniątka  z  Maliną,  Lu  znad  lekcj i.  A  Rianna  szkicowała  –

m iała zam ówienie na zilustrowanie książki dla dzieci, pewne szwedzkie wy dawnictwo poznało się
na  niej ,  w  przeciwieństwie  do  Akadem ii  Sztuk  Piękny ch  w  Warszawie  –  ty le  że  zam iast
kostropaty ch trolli wy chodziły  j ej  zm y słowe pary  w uściskach. Taki by ł początek historii m iłosnej
Rianny, która, nieprzy pieczętowana ślubem , trwała szczęśliwie do sam ego końca.

Drzwi znów skrzy pnęły, podm uch wiatru wrzucił do środka śnieży nki – w progu stanęła Dunia.

Płaszcz do kostek by ł m alowniczo przy sy pany  bielą, włosy  opadały  j ak dawniej  na ram iona.

Z biegiem  lat ich kolor się zm ienił, teraz m iały  barwę śniegu, zupełnie j akby  Malina skradła ich

m iodowy  odcień. W oczach Lu Dunia wy glądała j ak Królowa Śniegu; m atka i córka inspirowały
Lu,  widziała  j e  kom iksowo,  ale  także  realisty cznie:  Malina  nosiła  na  zębach  aparat  korekcy j ny,
czoło Duni przecinały  dwie zm arszczki, j edna poziom a, druga m iędzy  brwiam i.

– Nie chcę stąd wy j eżdżać – wy rwało się Lu.
Malina wy glądała na speszoną j ej  wy znaniem , ale Dunia wzięła Lu w ram iona.
– Czekaj ą tam  na ciebie, twój  brat, Tata Bis, twój  chłopak.
Lu wcisnęła twarz w płaszcz Duni.
– Wiesz, że i tu j est twój  dom . – Dunia pogłaskała j ą po niesforny ch włosach.
Rozległo  się  skrobanie,  po  chwili  dwie  suki  wpadły   do  przedpokoj u,  rozdaj ąc  liźnięcia,

podskakuj ąc,  m achaj ąc  ogonam i.  Wnuczki  i  prawnuczki  Carlity   odziedziczy ły   j ej   radosne
usposobienie. Lu wy dm uchała nos i wzięła do ręki walizkę. Jej  szwedzki dom  kipiał wesołością na
zm ianę z kobiecy m i hum oram i.

Terenowe  volvo  Duni  zaj echało  pod  budy nek  odlotów  lotniska  Arlanda.  Lu  uściskała  Dunię  i

Malinę i nie oglądaj ąc się, ruszy ła do przeszklony ch drzwi. Nie chciała, żeby  j ą odprowadzały  do
bram ek,  ten  m om ent  zawsze  j ą  rozklej ał,  za  dużo  rozstań  tu  przeży ła.  Na  tablicy   wy szukała
wzrokiem  napis „Warszawa”. Znaj om y  ucisk w żołądku – z j ednej  strony  opór przed powrotem , z
drugiej  m rowienie wy wołane oczekiwaniem . Podróż zawsze tak na nią działała, nawet naj krótsza
dawała nadziej ę na nowy  początek. Lu początków się nie bała, zaczy nała wiele razy  i wiedziała,
że prawdziwą sztuką j est konty nuacj a. Dlatego uwielbiała podróże, które choć na chwilę zwalniały
j ą z tego obowiązku.

– …gdy  m aska tlenowa wy padnie sam a, proszę j ą pociągnąć do siebie i założy ć na twarz…
– Młody  steward szarpnął za rurkę dy ndaj ącą u dołu plastikowego nam ordnika.
– …naj pierw sobie, a potem  dziecku – powtórzy ła za nim  bezgłośnie.

background image

W ostatnich latach zniknęły  ładne, wy sokie stewardesy, które odnosiły  się do podróżuj ący ch z

koj ącą rezerwą. Załogi wzbogaciły  się o stewardów, podupadły  standardy  j ęzy kowe: „Klaudia z
Andżeliką zaj m ą się państwem  od przodu, a Bohdan zaopiekuj e się państwem  od ty łu”. Wy j rzała
przez okrągłe okno – zaraz ziem ia stanie się skośny m  pasem , ucieknie spod kół, zakoły sze się pod
skrzy dłam i,  wzór  z  kwadratów  pól  i  świetliste  fastry gi  dróg  zam ienią  się  m iej scam i  z  puchem
chm ur. Niedługo tu wrócę – powtórzy ła w m y ślach, ale czuła, że przekrzy kuj e inny, bardziej  sta-
nowczy   głos.  Coś  j ej   w  środku  m ówiło,  że  odcina  pępowinę.  Północ  j ą  wy py chała.  Warszawa,
ten świetlisty  punkcik, będzie ty lko tranzy tem . Dokąd?

Sam olot  szukał  drogi  w  m roku,  prowadzony   przez  j asno  oświetlony   pas  startowy.  Ry knął

silnikam i  i  gwałtownie  przy spieszy ł.  Lu  wcisnęło  w  fotel.  „Czuj esz,  j ak  naciska,  czuj esz?”  –
usły szała  swój   dziecinny   głos  sprzed  lat.  „Czuj ę,  córeczko”  -  zobaczy ła  w  m y ślach  uśm iech
m am y.

Wtedy  Lu nie wiedziała, co j e czeka na ty m  drugim  pasie, na końcu podróży. Dziś na Okęciu

m ieli czekać j ej  m ężczy źni. Ale na razie, j eszcze przez chwilę, by ły  sam e – m am a i ona.

Lu m iała na im ię Em ilia. Żonaty  kochanek nazy wał j ą Em i, a gdy  by ł na nią zły, przekształcał

j ej  im ię na Em u. „Moj e Em u…” – ni to szeptał, ni sy czał. „Em u to nazwa strusia” – odpalała. „To
ty  j esteś ży ciowy m  strusiem , nie j a”.

Dla  swoj ego  chłopaka,  tego,  który   poprosił  j ą  o  rękę,  by ła  Mim i.  Kiedy   j akiś  czas  później

przy szło  j ej   ży ć  w  otoczeniu  j ęzy ka  francuskiego,  zaczęła  wy chwy ty wać  słowa,  który ch  na
próżno szukać w polskim , szwedzkim  czy  angielskim . Coucoudoudoubisou-bisou  –  frankofońskie
gaworzenie  dorosły ch  na  coś  się  przy dało,  dzięki  niem u  zrozum iała,  że  j ej   chłopak  chciał  j ą
widzieć dzieckiem . Albo m am ą. Lub j edny m  i drugim . On pozostałby  chłopcem . Pewnie by  j ej
nie zawiódł i przy nosił co m iesiąc pensj ę, czekałoby  j ą z nim  godne poży cie. Gdy by  Lu pozostała
Mim i,  nie  wy j echałaby   tam ,  gdzie  nigdy   wcześniej   nie  zam ierzała  j echać.  Nie  spotkałaby
Ricky ’ego, nie poczuła wilgotnego ciepła bokserskich rękawic, nie kupiłaby  pierwszy ch własny ch
– nie stałaby  się Lu.

(Potem ,  kiedy   j uż  stała  się  Lu  –  to  znaczy   kiedy   Ricky   tak  j ą  nazwał  –  zauważy ła,  że  j ej

m ężczy źni  nie  dostrzegali  Lu  w  Em ilii.  Ale  ona  Lu  w  sobie  hołubiła.  Tak  j ak  ta  wariatka  Sprite
cieszy ła się, że m ówią na nią Sprite).

Lu  pam iętała,  j ak  weszła  do  dziwnego  sklepu  położonego  na  ty łach  j ej   klubu.  Od  reszty

pom ieszczenia  oddzielały   go  kraty,  które  właściciel  otwierał  żelazny m   kluczem ,  j ak  szery f
więzienną celę w Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie. Wy bierała spośród trzech kolorów: białego,
czerwonego, czarnego.

– Te. – Wskazała czerwone.
Właściciel  dał  j ej   parę  do  przy m ierzenia,  pom ógł  dopiąć  rzepy,  sprawdził,  czy   nie  są  zby t

ciasne.

– Przy m ierz num er większe. – Podał Lu większą parę.
Te drugie wy dały  j ej  się ogrom ne. Nagle onieśm ieliła j ą m y śl: co m iałaby  z nim i robić? Czy

j ej  dłonie nie przepadną w ty ch czeluściach? Może sprzedawca z niej  kpi, cóż, kobieta kupuj ąca
rękawice bokserskie… Ale on poważnie badał wzrokiem  j ej  dłonie.

–  Jesteś  wy soka  –  powiedział  w  końcu  –  i  m asz  długie  palce.  W  ty ch  będzie  ci  się  lepiej

walczy ło.

Zapakował parę czerwony ch rękawic w przezroczy stą plastikową torbę i podał j ą Lu.

background image

(Zapach pierwszy ch bokserskich rękawic. Kiedy  Lu opowiadała o ty m  Sprite, ta pokiwała ty lko

głową. To by ło nie do opisania, nie m iały  się co silić na słowne faj erwerki. Nie sposób oddać, co
się wtedy  czuj e).

Mieszkanie Taty  Bis wy pełniał j azz, ale pod spodem  ry tm  wy tupy wał hip-hop.
– Tej  sam ej  m uzy ki, którą doprowadzałem  do szału m oich rodziców, m uszę teraz bronić przed

sy nem !  Daniel  twierdzi,  że  j azz  j est  dobry   dla  dinozaurów.  Też  tak  m y ślisz?  Że  j estem
dinozaurem ?

– Jazz się nie starzej e, staj e się klasy ką. – Lu cm oknęła w policzek Tatę Bis. – Tak j ak ty.
Tata Bis (dy m ek): No i znów wy szczuplała! Aha, pam iętać, żeby  wy łączy ć kaczkę.
Wy dał  j ej   się  starszy,  bruzdy   wokół  ust  pogłębiły   się.  Kiedy   ty dzień  tem u  odbierali  j ą  z

Danielem  z lotniska, j akoś tego nie zauważy ła, ale wtedy  odebrało j ej  m owę na widok brata – tak
wy rósł w ciągu trzech m iesięcy, gdy  by ła na prakty ce dy plom aty cznej  w Sztokholm ie, że niem al
dorówny wał j ej  wzrostem , j eszcze chwila, a dogoni Tatę Bis. Daniel i Malina, w oczach Lu wciąż
dzieci, za chwilę j ą przerosną!

– Daniel – zawołał Tata Bis. – Em ilka przy szła!
Lu nacisnęła klam kę drzwi do pokoj u brata.
– Co to, 2Pac? – przekrzy czała falę m uzy ki.
Daniel wstał sprzed kom putera i cm oknął j ą niezręcznie w policzek. Włosy, czarne po Tacie Bis

i wij ące się j ak u m am y  i Lu, przy strzy gł krótko z ty łu i z boków, ty lko z przodu zostawił dłuższe.
Wiązał  j e  w  kucy k,  który   sterczał  buńczucznie  na  czubku  głowy.  Lu  nie  widziała  u  nikogo  takiej
fry zury,  nie  sądziłaby   też,  że  kom uś  m oże  by ć  w  niej   ładnie,  ty m czasem   j ej   brat  wy glądał
świetnie. Daniel zapowiadał się na indy widualistę i łam acza serc.

– Boże, j akie grabie! – j ęknęła na widok j ego dłoni, j eszcze niedawno dziecinny ch.
–  W  ty m   poży teczny   kciuk  –  m ruknął  za  j ej   plecam i  Tata  Bis.  –  Zm iana  ewolucy j na,  bo  to

generacj a j oy sticka. Sy nu, czy  nie m ógłby ś włoży ć czy sty ch spodni, j ak sugerowałem ? Zobacz,
j aka twoj a siostra j est elegancka.

– Ale ona pracuj e w dy plom acj i.
Daniel  (dy m ek):  Marek  m ówił,  że  j est  ładna,  Sebastian  też.  Ale  to  Em ilia.  Dy plom atka  to

kobieta czy  torba właściwie? Bo kosm ety czka, to wiadom o.

Lu pochy liła się nad ekranem  laptopa.
– Masz coś nowego?
– Stare, Zelda – pry chnął Daniel.
– Poczciwa Zelda – rozm arzy ła się Lu.
– Mam  j utro test z chem ii, spięty  j estem , m uszę się wy luzować.
– A nie pouczy ć? – W głosie Taty  Bis zabrzm iał przekąs. – Od razu znikacie przed kom puterem

czy  j est szansa na rodzinny  posiłek?

–  Chodź,  Daniel,  zj em y.  –  Lu  trąciła  brata.  –  Potem   coś  ci  pokażę.  Nowa  gra,  prosto  ze

Szwecj i.

W  kuchni  Tata  Bis  uwij ał  się  z  godną  podziwu  precy zj ą.  Zawsze  lubił  gotować,  ale  ostatnio

wy glądało,  j akby   przeszedł  na  zawodowstwo.  Kuchnię  powiększy ł  o  fragm ent  przedpokoj u,  na
środku  ustawił  wy spę  z  blatem   i  palnikam i,  wokół  okapu  zawiesił  cedzaki  i  tłuczki,  pod  oknem
ustawił  bły szczące  roboty   kuchenne  i  im ponuj ący   stoj ak  na  noże.  Całość  wy glądała  j ak
sam ochodowa staj nia Form uły  1, nie by ło wątpliwości, że tu rządzi m ężczy zna.

background image

–  Nie  rozczarowałaś  się  co  do  dy plom acj i?  –  Tata  Bis  zaj rzał  do  piekarnika,  skąd  rozniósł  się

zapach pieczeni.

– Negocj owałaś j akieś warunki woj enne? – wtrącił Daniel, wrzucaj ąc do ust garść chipsów.
– Gdzie, w neutralnej  Szwecj i? – pry chnęła Lu.
– Neutralnej ! – żachnął się Tata Bis. – W czasie woj ny  też by li „neutralni” i nieźle się na ty m

dorobili.

– No, Ikeę m aj ą. – Daniel znów wy ciągnął rękę po chipsy, ale Tata Bis odsunął m iskę ruchem

m agika, arty kułuj ąc bezgłośnie: „Po obiedzie”.

– Przy naj m niej  posiedziałaś za granicą – zwrócił się do Lu.
– Dla m nie Szwecj a to nie zagranica. – Wzruszy ła ram ionam i.
Tata Bis pokiwał głową. Kiedy  poznał Lu, z rozpędu przedstawiła m u się po szwedzku. Od kilku

m iesięcy  by ł zakochany  w Riannie, a ona wciąż nie brała go poważnie, bo by ł m łodszy  o pięć lat.
„Jesteś  zby t  m łody   i  przy stoj ny ”  –  śm iała  się.  „Mam   trzy dzieści  lat”  –  odpowiadał.  Ona  sobie
żartowała, a dla niego to by ła poważna sprawa, j eszcze nigdy  tak się nie zakochał. Kiedy  poznał
Lu,  trochę  się  uspokoił.  Nie  m ógł  by ć  oboj ętny   Riannie,  by le  kom u  by   j edy naczki  nie
przedstawiała.

Oświadczy ł się j eszcze podczas tego sam ego poby tu w Sztokholm ie (większość pensj i wy dawał

wtedy   na  prom y )  –  i  odbił  się  j ak  od  ściany.  Jego  kobieta  nie  ży czy ła  sobie  ślubu,  po  dwóch
rozwodach nie wierzy ła w urzędowe przy sięgi.

– Ale j a cię kocham  – powtarzał.
Zrobili,  j ak  chciała  –  zam ieszkali  razem ,  ale  ślubu  nie  wzięli.  Kiedy   m iał  się  urodzić  Daniel,

Tata  Bis  ponowił  prośbę  o  rękę.  Bezskutecznie.  Więcej   tem atu  nie  poruszał,  ciesząc  się  ty m ,  co
m a:  swoj ą  kobietą,  sy nem   i  przy braną  córką.  Z  Lu  przy padli  sobie  do  gustu,  choć  na  początku
dziewczy nka  by ła  nieufna.  Poznał  j ą  w  niełatwy m   m om encie  j ej   ży cia.  Po  roku  poby tu  w
Szwecj i  wróciła  do  dawnej   szkoły ;  zanim   znaj om i  wzięli  j ą  znów  za  swoj ą,  przeszła  chwile
odrzucenia.  Potem   urodził  się  Daniel.  W  tam ty ch  czasach  Tata  Bis  by wał  buforem   m iędzy
rozedrganą  nastoletnio  Lu  a  Rianną,  wy kończoną  opieką  nad  noworodkiem .  Sprawdził  się  j ako
oj czy m , to wtedy  Lu nadała m u przy dom ek „Tata Bis”.

– Daniel, wy j m ij  talerze – zarządził, kroj ąc pieczeń.
Zj edli  przy   nowy m   stole,  który   zaproj ektował,  przerabiaj ąc  kuchnię.  Mogło  przy   nim   usiąść

więcej   osób  niż  przy   stary m ,  w  zależności  od  tego,  j ak  się  rozstawiło  nakry cia.  Tak  by ło  lepiej ,
widział to po m inach Lu i Daniela. Przerzucali się uwagam i, z który ch coraz m niej  rozum iał. By ł
co  prawda  inży nierem ,  ale  o  świecie  gier  kom puterowy ch,  który   łączy ł  brata  i  siostrę,  nie
wiedział nic.

Jak na dinozaura przy stało, wolał czy tać książki.
Kiedy   Lu  zaczęła  się  zbierać,  Tata  Bis  zakrzątnął  się  wokół  brudny ch  naczy ń.  Od  pewnego

czasu usiłował wdroży ć do tej  czy nności Daniela, ale dziś by ło m u na rękę, że m ógł się schować
do  kuchni.  Musiał  zapanować  nad  em ocj am i.  Lu  nie  zdawała  sobie  sprawy,  j ak  bardzo  by ła
podobna  do  m atki:  te  sam e  zielonkawe  oczy,  włosy   w  ży wiołowy ch  skrętach.  Rianna  swoj e
podcinała, Lu wiązała w wy soki koński ogon albo pozwalała im  luźno opadać na ram iona.

– Trzy m aj  się – powiedziała i j uż j ej  nie by ło.
Stał  j eszcze  chwilę  z  ręką  na  klam ce.  Z  tego  wszy stkiego  zapom niał  j ej   zapakować  kawałek

pieczeni, m iałaby  na j utro do odgrzania. Ale j uż j ej  nie by ło. Potrząsnął głową. „Nie by ło j ej ” –

background image

paskudne słowa. Z pokoj u Daniela dobiegł rap. Może dzieci m iały  racj ę? To dudnienie brzm iało
j ak m antra, by ło w nim  coś koj ącego.

Lu  schowała  się  za  osiedlowy m   śm ietnikiem .  Takie  dobre  popołudnie…  Tata  Bis  nauczy ł  się

świetnie gotować, Daniel trzy m ał się rzeczy wistości i chociaż uciekał w wirtualny  świat, to nie na
ty le,  żeby   się  ty m   zaniepokoiła.  Towarzy szy ła  m u  w  grach,  żeby   nie  spuszczać  go  z  oczu,
swoj ego m ałego wielkiego brata. Wiedziała j uż, że m ężczy znom  zdarza się wy cofać, stać się j ak
teflon na patelni, bez zadr, bez uczuć. Nie dopuści, żeby  Daniel tak się w sobie zam knął. Chciała,
żeby  m ówił, żeby  nie bał się pewny ch słów, nie om ij ał ich, nie zapom inał. Choćby  m iała go ich
uczy ć od początku.  Od  tego  by ła  kobietą  w  ich  rodzinie.  Przy   niej   niech  wy powie  znów  swoj e
pierwsze słowo: „m am a”.

Otworzy ła  torbę,  ale  chusteczek  nie  by ło.  Wy szarpnęła  kartkę  z  notesu  i  zm ięła,  usiłuj ąc  j ą

zm iękczy ć. Kapało z nosa i oczu. Znów odtworzy ła w głowie tam tą rozm owę z m am ą. Nie by ło
dnia, żeby  do niej  nie wróciła, j akby  usiłowała wcisnąć m etalową waj chę w upły waj ący  czas i
go zatrzy m ać.

–  Jakaś  franca  m nie  m ęczy,  córeczko.  –  Głos  m am y   w  słuchawce  brzm iał,  j akby   by ła

zakatarzona.

– Masz gorączkę? – zapy tała Lu.
Mim o  późnej   pory   wciąż  siedziała  w  pracy,  m usiała  wy drukować  parę  stron  dla  szefowej   i

wy słać  e-m ail  w  j akiej ś  nieistotnej   sprawie.  Chciała  to  odwalić  teraz,  żeby   nie  zaczy nać
następnego dnia od zaległości.

– Nie, to nie to. Jestem  taka zm ęczona…
– Idź do lekarza.
– Nie będę latać do lekarza z by le gównem .
Lu odetchnęła z ulgą. Jeśli m am a zaczy nała się kłócić, nie m ogło by ć źle.
– Zadzwonię j utro zapy tać, j ak się czuj esz – rzuciła nieuważnie.
Potem   Lu  w  nieskończoność  rekonstruowała  te  dni  i  wy darzenia.  Żółty   kolor  skóry   m am y

poj awił  się  niepostrzeżenie,  żartowały,  że  wy chodzą  azj aty ckie  korzenie,  m oże  Rianna  by ła
Chinką w poprzednim  wcieleniu. Badania, naj pierw z doskoku, przed pracą, po pracy, i stanowcza
sugestia lekarza, żeby   „położy ła  się  do  szpitala”.  „Po  co  m am   się  kłaść,  j ak  nie  j estem   chora”  –
protestowała  Rianna.  Kiedy   Lu  przy leciała  do  Warszawy,  lekarze  m ieli  „otwierać  brzuch”.  „Po
co?”  –  dopy ty wała  się.  Mówili  o  j ej   m am ie,  dlaczego  w  ten  sposób  o  niej   m ówili?  Otworzy li  i
zaszy li,  zgłosiła  się  do  nich  za  późno,  j uż  nic  nie  m ogli  zrobić.  Nic,  nic,  te  trzy   litery   Lu
powtarzała, pisała na kartkach, stary ch rachunkach, kwitach, biletach. Nic. N-i-c.

Potem  Lu ustaliła z lekarzam i, j aki j est stan m am y. Czy li chorej . To znaczy  m am y. Zapewni-li

j ą, m oże j echać na kilka dni, zam knąć swoj e sprawy  zawodowe, pod j ej  nieobecność nic się nie
stanie, m am a j est pod dobrą opieką. Lu leciała ty lko na chwilę. Na zawsze zapam iętała datę, na
którą zarezerwowała powrót. Nie poleciała tam ty m  sam olotem .

Tego  dnia  obudziła  się  w  białej   ciszy   poranka.  Malina  by ła  w  szkole,  Dunia  w  Stanach,  gdzie

m iała wernisaż. Stam tąd planowała lot prosto do Warszawy, do Rianny.

Z pokoj u Lu na piętrze Sztokholm  wy glądał j ak tort lodowy. Lu wzięła do ręki telefon.
Mam a nie odebrała. Znów zadzwoniła. Nic. Wy słała esem es. I drugi: „Mam usiu, co się dziej e?

Odpisz!”. Wy brała num er Taty  Bis. Nie odbierał. Na dom owy  – cisza. W j ego pracy  powiedzieli,
że j est u m am y, w szpitalu.

background image

Wy bierała num er szpitala, kiedy  Tata Bis do niej  zadzwonił. Ten telefon wy gniótł z Lu oddech.

Krzy czała, tak strasznie, że psy  Duni się rozszczekały, ale ich głosy  – tak j ak krzy k Lu – rozpły nęły
się w białej  pustce Północy. Tata Bis nie pozwolił j ej  się rozłączać, ale słuchawka gdzieś upadła,  a
Lu  wy lądowała  na  podłodze.  Przy szła  pokusa,  żeby   się  zwinąć  na  boku,  z  podkurczony m i
kolanam i, żeby  zam knąć oczy … Zabrakło sił, żeby  nabrać w płuca powietrza.

Coś  kazało  j ej   się  podnieść  –  siedzieć,  klęczeć,  by le  nie  leżeć.  Bo  j uż  by   nie  wstała.

Zam arzłaby, nie pom ogłoby  ciepło skom lący ch przy  niej  suk.

Tata Bis zadzwonił do Duni, Dunia do szkoły, Malina przy biegła i obj ęła Lu długim i j ak gałązki

ram ionam i nastolatki. Przy ciskała j ą do siebie, tuliła. Opatrzy ła skaleczenie, bo Lu zbiła szklankę  –
skąd  się  tam   wzięła  szklanka?  –  i  szkło  rozcięło  wnętrze  j ej   dłoni.  Nie  czuła  bólu,  ty lko  doty k
delikatny ch palców Maliny, widziała j ej  pobladłą twarz. Potem  Malina zadzwoniła do am basady  i
powiedziała, że Lu nie m oże dziś przy j ść do pracy. Podała powód. Lu zrobiło się od tego słabo.

A  j ednak  j est  w  ży j ący m   stworzeniu  j akaś  uparta  m oc,  pewnie  ślepa,  m oże  nieczuła  –

podpórka,  która  nie  pozwala  upaść.  Lu  przecież  się  podniosła.  Wstała,  bo  fizy cznie  nie  doznała
uszczerbku. Mogła chodzić, chociaż nie m iała m am y.

Dunia  przy leciała  ze  Stanów  pierwszy m   sam olotem   do  Sztokholm u.  Zastała  tam   Lu,  bo  Tata

Bis nie pozwolił j ej  lecieć do Warszawy  tego sam ego dnia.

– Zabraniam  ci podróżować w ty m  stanie, sły szy sz, Em ilia?! – krzy czał do słuchawki.
– Ale Daniel… – płakała.
– Jest na wy cieczce szkolnej , wraca j utro wieczorem .
– Nie powiedziałeś m u?
– Przez telefon? Dziecku?
Przez  następny   rok  Lu  pieprzy ła  się  j ak  wariatka.  Nie  wy starczał  Michał,  j ej   chłopak.  Milutki

seks i nabożna czułość – j uż j ej  to nie ruszało. Los doprowadził do niej  Barta.

– Nazwij m y  to coup de foudre  –  nalegał  Bart,  „r”  w  j ego  ustach  obracało  się  m echanicznie,

bez wdzięku.

By ł Belgiem  z Flandrii, starszy m  od niej  o dziesięć lat, francuski by ł j ego drugim  j ęzy kiem  po

holenderskim .  Coup  de  foudre,  czy li  piorun  nam iętności,  nagłe  zakochanie  –  francuskie  słowa
zabrzm iały   obco  w  angielszczy źnie,  którą  się  porozum iewali.  Coup  de  foudre?  Co  to,  opera
m y dlana?  –  pom y ślała  Lu,  a  potem   zrozum iała,  że  trochę  tak.  Ustawiła  m iędzy   nim i  m ur
cy nizm u  –  Bart  by ł  żonaty,  nie  m ożna  poważnie  traktować  żonatego  –  ale  m ur  chwiał  się  od
początku, nie ty lko pod naporem  ich ciał.

Michał  kochał  j ą  czule.  By li  parą  od  pięciu  lat,  uznał  więc,  że  przy szedł  czas  na  podj ęcie

poważnego zobowiązania. Lu nie wiedziała, skąd m u się to wzięło, bo wcześniej  rozm awiali, że są
za  m łodzi,  by   zakładać  rodzinę,  chcą  naj pierw  zobaczy ć  trochę  świata,  poza  ty m   Lu  nie  m iała
przekonania do cerem onii angażuj ący ch wielu krewny ch, który m  by ła oboj ętna.

– Pom ieszkaj m y  trochę w Sztokholm ie, zobaczy sz, j ak j est gdzie indziej  – nam awiała Michała.
– Ale co j a tam  będę robił?
–  Pom ogę  ci  znaleźć  pracę.  Znam   j ęzy k,  kraj ,  ludzi.  Na  początku  będziem y   m ieli  m ój   etat,

spokoj nie znaj dziesz coś, co będzie ci odpowiadać.

– A co z m ieszkaniem ?
– Co z m ieszkaniem ?
– No, m eble i w ogóle.

background image

Zakochała się w j ego brązowy ch oczach, poczuciu hum oru, cieple, który m  em anował. A teraz

to  ciepło  wy dało  j ej   się  rozgotowane.  Nie  chciał  Północy,  ale  od  czegoś  m usieli  zacząć  swoj e
podróżowanie.

– Nie m ożem y  tu zostać? – usły szała j ego głos.
Zanim  się odwróciła, ogarnęła wzrokiem  widok rozciągaj ący  się za oknem  ich warszawskiego

m ieszkania. Plac zabaw, na który m  w dzień pokrzy kiwały  dzieci, a wieczorem  wartę przej m owali
m enele,  klon,  z  którego  osy py wały   się  liście,  plecy   dozorczy ni.  Kobieta  widziana  z  przodu  by ła
socj alisty czny m   reliktem :  uby tki  w  uzębieniu,  obowiązkowa  trwała,  nawet  giezło  podobne  do
fartucha woźnej  z podstawówki Lu.

– Tu m am y  rodzinę, znaj om y ch, wszy stko. – Michał balansował m okrą torebką z herbatą, którą

właśnie wy j ął z paruj ącego kubka. – Zostańm y  tu.

Weźm ie  torebkę  na  ły żeczkę,  obwiąże  sznurkiem ,  żeby   wy cisnąć  j eszcze  parę  kropel,

pieczołowicie przeniesie nad zlew. Nakapie na blat, zanim  wrzuci do śm ietnika. Torebka zaczęła się
osuwać. Pac!

– Nie – powiedziała Lu. – Ja nie zostanę.
Potem  by ły  wy m iany  zdań na tem at patrioty zm u, dy żurny  tem at na obiadach z j ego rodziną.
– Wy kształcić się w Polsce, a pracować gdzie indziej  to cham stwo – zawy rokowała Mary sia,

cioteczna siostra Michała. – Jak m ożna wy j eżdżać, kiedy  w kraj u j est ty le do zrobienia?

– To j akiś dziewiętnastowieczny  koncept – m ruknęła Lu.
Przy chodziła tu ze względu na Michała, za każdy m  razem  powtarzaj ąc sobie w duchu, że nie

da  się  sprowokować.  Wiedziała,  że  Mary sia,  starsza  od  nich  o  dziesięć  lat,  j est  dla  Michała  j ak
rodzona siostra.

–  Wiecie,  że  teraz  wy rasta  pokolenie  bandy tów,  bo  ich  rodzice  wy j echali  pracować  n

aZachód? – włączy ł się Zy gm unt, m ąż Mary si.

– Jakich znów bandy tów? – roześm iał się Michał.
Lu by ła j ak zwy kle pełna podziwu, że nie dawał się wciągnąć w okołoposiłkowe gierki.
–  Nie  oglądałeś  ostatnio  wiadom ości?  –  zaperzy ła  się  Mary sia.  –  Mówili,  że  wzrasta

przestępczość  wśród  m łody ch,  bo  nie  m a  ich  kto  dopilnować.  Rodzice  wy j eżdżaj ą  na  saksy,  a
dzieciaki biegaj ą sam opas i się staczaj ą.

–  Z  tego,  co  wiem ,  m ówiono  o  rodzicach,  którzy   cały m i  dniam i  pracuj ą,  niekoniecznie  za

granicą – odparła Lu. – Jeśli wraca się do dom u o ósm ej , m a się ograniczony  kontakt z dziećm i…

– Nasze i tak wolą siedzieć przed kom puterem . – W głosie Zy gm unta zabrzm iała dum a. –
Przy wiozłem  im  naj nowsze gry  z Niem iec.
Mary sia  (dy m ek):  …i  dzięki  tem u  j est  spokój .  Niby   dzieciom   powinno  się  czy tać,

przy naj m niej   tak  się  m ądrzą  ci,  co  sam i  dzieci  nie  m aj ą.  A  ta  Em ilia,  czy   ona  aby   dobra  dla
Michałka?

Żeby   choć  m ieszkanie  m iała,  przecież  j est  z  Warszawy.  Trzy dziestka  na  karku,  a  oni  wciąż

wy naj m uj ą. Zaraz dzieci im  się zachce, ona pój dzie na m acierzy ński, z pracy  wy leci i z czego
potem  ten wy naj em ?

Michał  podsunął  Zy gm untowi  chrzan  i  zręcznie  zm ienił  tem at.  Lu  spoj rzała  na  swoj ego

chłopaka  z  dawny m   podziwem   i  całkiem   nowy m   zniecierpliwieniem .  Poczucie  bezpieczeństwa,
które j ej  dawał, kiedy ś koj ące, zaczęło j ą ostatnio drażnić. By ł taki dobry, pokoj owo nastawiony
do świata. W takim  Michale się zakochała. A j ednak coraz częściej  m iała ochotę wstać i wy j ść.

background image

Wy prostowała  się,  ciało  spręży ło  się  do  zm iany   pozy cj i.  Nagle  z  tej   gotowości  zrobił  się

zakalec, zapadła  się  w  poczuciu  winy.  Michał  denerwował  j ą,  bo  nie  by ł  Bartem ,  nie  m iał  j ego
dłoni,  błądzący ch  ze  znawstwem   po  j ej   ciele,  hory zontów  człowieka,  który   poznał  wiele  kultur.
Popatrzy ła na swoj ego chłopaka, w j ego kochane oczy.

Zy gm unt: Człowiek by  się wy niósł na j akie Seszele, ale żeby  by ło polskie j edzenie.
– Prawdziwy  Polak m ieszka w Polsce. – Zy gm unt wzniósł toast.
– Na pohy bel nasiadówce – szepnęła bezgłośnie Lu.
–  Kiedy   j est  się  w  związku  z  żonaty m ,  w  pewny m   m om encie  dochodzi  się  do  ściany.  –  Głos

Duni brzm iał, j akby  stała tuż obok.

Lu przełoży ła telefon do drugiej  ręki i rozm asowała ucho. Dobrze, że m ogła dzwonić z pracy,

gdy by   ty le  czasu  gadały   przez  kom órkę,  poszłaby   z  torbam i.  Musiała  oszczędzać,  j ej   plany
ży ciowe się gm atwały.

– Powiedziałaś Michałowi? – zapy tała Dunia.
Lu odsunęła się z krzesłem  do ty łu i oparła stopy  o biurko. Wiele razy  kusiło j ą, żeby  to sam o

zrobić  w  ciągu  dnia,  ale  siedziała  w  pokoj u  z  dwiem a  inny m i  kobietam i,  obie  by ły   z  gatunku
spięty ch i zaszczy cony ch, że pracuj ą w Ministerstwie Spraw Zagraniczny ch.

– Jeszcze nie.
Przestraszy ło  j ą  py tanie  Duni.  Uświadom iło,  że  to  wszy stko  dziej e  się  naprawdę.  Ich

pięcioletni związek chwiał się, bo ktoś m u strzelił w plecy. Czuła się ohy dnie. To ona strzeliła.

– Kocham  go – szepnęła i się zdziwiła.
Ona  i  różowy   gotowiec,  m y ślenie  rom ansowe?  No  tak,  łatwiej   powiedzieć  „kocham ”  niż

drąży ć,  skąd  nagły   rozkrok  w  sprawach  uczuciowo-łóżkowy ch.  I  ten  banał:  z  j ednej   strony
kochaj ący,  dobry   chłopak,  który   chce  się  z  nią  żenić,  z  drugiej   cudzy   m ąż,  którem u  dała  się
zerżnąć, m aj ąc w ty m  pary tetowy  udział.

–  Kochasz  go.  –  Przekąs  w  głosie  Duni  m ógł  by ć  proj ekcj ą.  –  Którego?  A  zresztą  nie

odpowiadaj .

– Jak to j est by ć sam ej ?
Dunia: Jakie podobieństwo głosów Lu i Rianny, ta sam a niewy m uszona staranność wy m owy. I

to sam o py tanie.

–  Em ilko,  j akiegokolwiek  wy boru  by ś  dokonała,  nie  unikniesz  bólu  –  odparła.  –  Rianna  wolała

ży ć  w  związkach  i  w  trzecim   okazało  się,  że  m iała  racj ę,  słuchaj ąc  siebie.  Ale  co  przedtem
przeszła,  to  sam a  wiesz.  Ja  się  do  ży cia  z  m ężczy zną  nie  nadaj ę,  odkry łam   to  dość  wcześnie  i
ty lko m ogę się cieszy ć, że nikogo nie unieszczęśliwiłam . Czy  Rianna znalazła szczęście? Czy  m nie
j est tak dobrze?

– Nie m ów ty lko, że to py tania retory czne – żachnęła się Lu.
–  Planuj esz,  kom binuj esz,  coś  sobie  poukładasz,  a  wy chodzi  co  innego.  Coś  pięknego,  coś

strasznego. I co m asz z ty m  zrobić?

– Py tanie retory czne?
Śm iech Duni dźwięczał m łodo.
– Masz sobie z ty m  poradzić.
– Jak?
– Po swoj em u. Nie wierzę w ogólne przepisy, prawdy  ży ciowe ani recepty  na szczęście, nie

wierzę w Boga ani w horoskopy. Py tasz, to ci odpowiadam .

background image

Tego wieczoru, gdy  Michał poszedł na trening wspinaczkowy, Lu usiadła na balkonie owinięta

w  koc  i  na  kartce  z  nadrukiem   Ministerstwa  Spraw  Zagraniczny ch  sporządziła  listę  „za”  i
„przeciw”. Od nastoletniości robiła listy, chociaż z czasem  nauczy ła się, że niekoniecznie pokazuj ą
to, co ukry te naj głębiej . Macki m y śli na kartce się kurczy ły, by ło im  za j asno, ale j e wy ciągała
m im o  pisków  protestu.  Pisała,  a  z  m agm y   wy łaniał  się  kontrast.  Nic  ory ginalnego:  stabilny
związek  a  pieprzenie  się  z  żonaty m .  Przy j aźń  chłopaka,  który   wspierał  j ą  w  naj trudniej szy ch
chwilach, i surowy  zew, ciało wczepione w ciało. Pod napisem  „Michał” – polskość, rodzinność,
stabilizacj a.

„Bart” – odwrotność tego wszy stkiego.
Michał wrócił zm ęczony. Pokonał ścianę o większy m  niż zwy kle poziom ie trudności, to znaczy

wspiął  się  tą  sam ą  drogą,  ale  wy brał  inne,  m niej   poręczne  stopnie.  Siedząc  na  kanapie,
rozm asowy wał  czubki  palców  u  stóp  –  buty   do  wspinaczki  na  sucho  m usiały   by ć  za  m ałe,
podobno m iało to związek z przy czepnością.

– Robert m nie ubezpieczał i dobrze, bo się osunąłem , i to w takim  głupim  m om encie.
I dalej  coś m ówił, ale gdy  Lu m y ślała potem  o tej  rozm owie, okazało się, że nie zapam iętała,

kto  co  w  czasie  j ej   trwania  robił.  Podobno  istotne  m om enty   w  ży ciu  znaczy   w  pam ięci  szlak
szczegółów,  ale  tu  nie  –  zapisało  się  to  tak,  j akby   m asowanie  sobie  przez  Michała  palców  u  stóp
stanowiło j edy ną choreografię sceny, z której  Lu został stenogram .

Michał: Za ty dzień znów spróbuj ę.
Lu: Na trudniej szy m  podej ściu?
Michał: Nie, na ty m  sam y m . Żeby  poczuć, że naprawdę potrafię.
Lu: Przecież właśnie się dowiedziałeś.
Michał: Trzeba utrwalać um iej ętności. To m ozolna praca. Jak w związku.
Lu: Związku? Wspinaczkowy m ?
Michał: Małżeńskim . Tak m ówi Mary sia (uśm iech, ciepły ). Co tak dziwnie patrzy sz?
Lu: Jak dziwnie?
Michał: Wy glądasz j ak sowa, Mim i.
Lu: Michał?
Michał: Co, Mim i?
Lu: Dłużej  tak nie m ogę.
Michał: To usiądź.
Lu: Jak usiądę, to j uż nie wstanę.
Michał: Potrzebuj esz odpoczy nku, j esteś ostatnio spięta.
Lu: Nie chcę odpoczy wać.
Michał: To m oże pój dziesz ze m ną na ściankę?
Lu: Nie chcę się wspinać.
Michał: Mim i?… Czego ty  właściwie chcesz?
By ł taki m om ent podczas wy prowadzki – akurat drobiazgi wy sy pały  się z pudła – że chciała się

cofnąć. Iść do sy pialni, obj ąć swoj ego chłopaka i powiedzieć: „Zapom nij  o ty m  świństwie, które
ci robię, zapom nij  i ży j m y  razem , tak j ak chcesz, tak j ak trzeba”. Ty lko że te słowa zostały  w j ej
głowie,  nigdy   ich  nie  wy powiedziała.  Zam iast  iść  do  sy pialni,  którą  od  kilku  lat  dzieliła  z
Michałem ,  wy padła  za  drzwi.  Dozorczy ni  coś  za  nią  zawołała,  ale  Lu  trzasnęła  drzwiczkam i
sam ochodu i ruszy ła.

background image

Na  czas  szukania  własnego  kąta  zam ieszkała  u  Taty   Bis,  dzięki  czem u  nie  m usiała

rozpakowy wać  pudeł,  w  który ch  leżały   rzeczy   przy pom inaj ące  j ej   Michała.  Dobrego  Michała,
który  na nią liczy ł, ona sam a na siebie liczy ła. Że zostanie z odpowiedzialny m  m ężczy zną, który
j ą  kocha  i  rozum ie,  będą  dla  siebie  wsparciem   i  rodziną.  Zasy piała  na  rozkładanej   kanapie  w
m ieszkaniu, po który m  nie tak dawno kręciła się m am a, i nie m ogła zm usić m y śli, by  dały  spój ny
obraz tego, co się działo z j ej  ży ciem . Skręcało, ale poza sam y m  zakrętem  nic nie widziała. I poza
trupem   niewinności  Michała.  Bo  coś  w  nim   zabiła,  j asną  wiarę,  którą  j ą  kiedy ś  olśnił.  Przy szła,
zdm uchnęła to światełko i zostawiła go w ciem nej  dupie. (Nie wiedziała, że niewinność Michała i
j ego wiara w ludzi ty lko przy gasły. Lu wy m y śliła m u zadośćuczy nienie w swoim  scenariuszu, ale
Michał i w ży ciu wy szedł na prostą).

Z  ranam i  Lu  poradziła  sobie  krzepka  codzienność  ,  która  dba  o  to,  żeby   wszy stko  się  j akoś

toczy ło.  Chociaż  Michała  przy   niej   nie  by ło,  ranek  i  tak  wstawał.  Budzik,  pry sznic,  m akij aż,
poranna herbata. Cm ok dla Taty  Bis, piątka dla Daniela. Lu w pracy. Z pracy. Jogging. Znaj om i.
Kom puter. Książka. Spać.

Przy zwy czaj enia  z  pięcioletniego  związku  ssały   posępną  tęsknotą,  ale  nowe  zwy czaj e  j uż

wy tupy wały   swoj e  ścieżki.  Coraz  rzadziej   łapała  j ą  chęć  (j ak  wtedy,  po  śm ierci  m am y ),  żeby
położy ć się i nie oddy chać. A j eśli j uż tak się działo, to przez rzeczy  upchane w pudłach, takie j ak
bluzka, prezent od Michała na urodziny  – nagle widziała j ego uśm iech, kiedy  wręczał Lu prezent z
Włoch, zachwy t, gdy  j ą m ierzy ła. Kochali się wtedy  w przedpokoj u, na stoj ąco, m iała na sobie
tę  bluzkę  i  nic  więcej .  Te  sceny   z  nią  zostały.  Chwilowo  j ednak  m usiały   sobie  pój ść,  bo  Lu
otwierała nowy  etap.

(Kiedy  Sprite  py tała Lu,  która wówczas  pokony wała kolej ne  rozstaj e dróg,  dlaczego  wy brała

żonatego, a nie kochaj ącego chłopaka, Lu m ilczała. Sprite też ucichła. Rozm awianie o m iłości nie
naj lepiej  im  wy chodziło, j akby  dopiero się tego uczy ły. Przy pom inało to chodzenie w m ule.

Wolały  boks).
Mieszkanie, które wy naj ęła, zby t szy bko wy pełniało się scenam i: Bart przy bij aj ący  wieszak w

łazience,  całuj ący   kącik  j ej   ust,  w  ręku  wciąż  m łotek.  Lu  niosąca  m u  herbatę  do  łóżka,  krople
kapiące  na  nowiutki  dy wan.  Kłótnia,  żeby   do  kochania  zdej m ował  skarpetki,  więc  Bart  w
skarpetkach również na rękach. Muzy ka, którą trzeba przy ciszy ć, bo do Barta dzwonił sy n. Pustka
po  wy j ściu  Barta  do  żony.  Więcej   bólu,  tak  by   się  m ogło  wy dawać,  i  j ednoczesna  pogoń  za
ży wiczny m   szczęściem ,  lepkim ,  przenikliwy m ,  paruj ący m   z  porów  ocieraj ący ch  się  o  siebie
skór.  Dla  tego  zapachu  zgadzała  się  zostawać  sam a,  w  ciszy   po  kochaniu,  z  pusty m   m iej scem
wy gnieciony m   przez  j ego  ciało.  Szy bciej   niż  rzeczy   przy by wało  w  j ej   nowy m   m iej scu
wspom nień,  bagażu  o  niety powy ch  gabary tach,  którego  nie  m ogła  oddać  na  przechowanie  ani
zostawić.

Dla Barta j ej  m ieszkanie stało się wy spą wolności. Kokosił się w nim , wy gładzał, poprawiał.
– Nie picuj  tak, przecież to wy naj ęte! – przy woły wała go do porządku.
–  Ale  tu  odstaj e,  nie  m oże  tak  by ć.  –  Głaszczesz  karnisz,  a  m ógłby ś  m nie.  Tak  dużo  czasu

m am y  razem ?

Przy padał do niej  z pocałunkam i – dobrze całował – ale niezby t uważny m i. Dopadł go insty nkt

wicia gniazda, chociaż gdy  zapy tała go kiedy ś, przez czy stą złośliwość, kiedy  zam ierza się do  niej
sprowadzić, zasy pał j ą – właśnie! – pocałunkam i.

– Oj , nie lubisz ty  m ówić – wy kręciła głowę, rozczarowana.

background image

– Nie słowa, lecz czy ny  świadczą o człowieku.
Kwestii  czy nów  wolała  nie  drąży ć,  żeby   nie  psuć  wy j ątkowej   chwili.  Żona  Barta,  Ty m cia,

wy j echała akurat do rodziny  w Podlaskie, zabrała ze sobą ich sy na. Bart został w Warszawie sam ,
czy li z Lu, o czy m  Ty m cia nie m ogła się dowiedzieć, boby  sobie z tą wiadom ością psy chicznie
nie poradziła. Finansowo też by  nie podołała, dlatego Bart nie m ógł Ty m ci rzucić, chociaż kochał
Lu j ak wariat, powiedział j ej  to w ten swój  powściągliwy  sposób, z krzy wy m  uśm ieszkiem , i parę
razy  dobitniej , w afekcie.

(Kiedy   m ówiła  o  ty m   Sprite,  dokonała  autoodkry cia:  ironia,  w  którą  owij ała  wzm ianki  o

Barcie,  oznaczała,  że  Lu  nie  uporała  się  j eszcze  z  bólem ,  j aki  j ej   zadał.  Dopiero  gdy   zacznie  o
nim   m ówić  norm alnie,  by ć  m oże  nawet  przy   ty m   popłacze,  wy poci  resztki  choroby   zwanej
m iłością do żonatego).

Bart często  napom y kał o  bezradnej  Ty m ci,  zm ieniaj ąc im ię  Teresa bez  wy czucia  subtelności

polszczy zny.  A  m oże  podświadom ie  nadawał  m u  posm ak  głupawej   poczciwości?  Lu  w
bezradność  ry walki  nie  wierzy ła,  zby t  dobrze  pam iętała  opowieści  o  Sarze,  „bezradnej ”
m asaży stce. Kiedy  Karl um arł, oskubała j ego pierwszą żonę i sy na z pieniędzy, twierdząc, że robi
to z m iłości do Love’a.

Na  szczęście  Karl,  ku  zdum ieniu  Duni,  zabezpieczy ł  finansowo  Malinę  i  Sarka  nie  zdołała

dobrać się do tej  części schedy. Lu orientowała się, że bezradność Ty m ci j est tarczą Barta, która
chroni go przed koniecznością podj ęcia decy zj i: żona czy  kochanka (co za banał!). Podj ąć j ej  nie
chciał, bo podniecało go buj anie się na dwóch huśtawkach. Od sam ego patrzenia na to Lu robiło
się czasem  niedobrze. Dopóki nie zaczęła go rozum ieć, ale to by ło trzy  lata później .

Po  weekendzie  z  Bartem   Lu  chodziła  j ak  zaczadzona.  Niestety,  nie  wy wołał  w  niej   przesy tu

swą  obecnością,  wręcz  przeciwnie.  Krąży ła  po  m ieszkaniu,  patrzy ła  na  ślady   by cia  razem ,
szarpała  się  z  tęsknotą.  Dobrze  im   by ło  w  łóżku,  w  przekom arzankach,  w  poważnej   rozm owie;
lubiły  się ich skóry   i  um y sły,  m ieli  w  sobie  podobną  ciekawość  świata.  Oboj e  nie  znosili  spania
pod j edną kołdrą, zm orą m ałżeństwa Barta, z czego ten niepotrzebnie się Lu zwierzy ł, skłonność
żonaty ch  do  zwierzania  się  kochankom   nie  j est  zdrowa.  Przez  następne  dni  um artwiała  się
blednący m i wspom nieniam i (m iała kiepską pam ięć krótkotrwałą, m oże kiedy ś te sceny  wrócą z
całą wy razistością i wtedy  uży j e ich w swoich scenariuszach). Gdy  Bart wy j echał służbowo do
Tokio, tak za nim  tęskniła, że zaczęła sobie przy pom inać wszy stko, co z nim  związane, w porządku
chronologiczny m , rom anty czny m  siłą rzeczy.

Bart  by ł  j edny m   z  konsultantów,  który   przeparadował  po  bły szczącej   podłodze  przez  główny

kory tarz  Ministerstwa  Spraw  Zagraniczny ch  i  zapukał  do  pokoj u,  w  który m   Lu  urzędowała  z
dwiem a koleżankam i. Gdy  wszedł, obie stawiały  na kom puterze pasj ansa. Bart poprosił o wy dru-
kowanie  pewnego  dokum entu,  a  Lu  podj ęła  się  zadania.  Drukarka  wciągnęła  papier  nierówno,
następnie się zatkała, więc Lu puściła dokum ent na sprzęt, który  stał w osobny m  pom ieszczeniu.

Poszła tam , Bart za nią. Ciasny  pokój  sprzy j ał zagęszczeniu em ocj i. Bart zapatrzy ł się na Lu, a

ona się zaczerwieniła. Z pokoj u do kopiowania wy szedł z plikiem  papierów, num erem  telefonu Lu
i  obietnicą  wspólnego  wy j ścia  na  kawę.  Ledwo  wróciła  do  swoj ego  biurka,  a  telefon  piknął
esem esem   –  Bart  pisał,  że  zrobiła  na  nim   wielkie  wrażenie.  Kolej na  wiadom ość:  przepraszał  za
śm iałość, ale dawno m u się nie zdarzy ło tak zareagować na kobietę. Bart wiedział, j ak zaczy nać
znaj om ości z kobietam i, wiedział, j ak j e konty nuować; z kończeniem  by ło fatalnie.

Lu, po latach niereagowania na m ęskie zaczepki, nagle odkry ła przy j em ność eroty cznej  gry  z

background image

kim ś, kto nie by ł Michałem  i dla kogo ona nie by ła Mim i. Początkowa bezcielesność porozum ienia
z  Bartem   dawała  poczucie  lekkości,  wy m ieniali  energię  w  kategorii  m uszej ,  nie  powinna  nawet
m ieć  z  tego  powodu  wy rzutów  sum ienia,  chociaż  m iała.  Łaskotanie  kobiecej   próżności  zsuwało
się  niżej ,  teraz  podniecało  j ą,  gdy   kom órka  oży wiała  się  esem esem .  Wy łączy ła  sy gnał
dźwiękowy,  ale  zaczęła  kom pulsy wnie  spoglądać  na  ekranik.  Wolała  to  niż  py tania  Michała,
czem u  tak  dużo  pracuj e.  W  ty m   okresie  j ego  naiwność  zaczęła  j ej   działać  na  nerwy,  choć  z
drugiej  strony  litość dla oszukiwanego wzniecała w niej  fale czułości. Zastanawiała się, j ak Bart
tłum aczy  żonie  napły w „służbowy ch”  esem esów. Lu,  podobnie j ak  Michał, by ła  wtedy   naiwna.
Bart, j ak każdy  żonaty  ty pu „nieuczciwy  funkcj onariusz”, m iał j eden telefon do pracy, a drugi do
podniet; ten ostatni obsługiwał w m iej scach odosobniony ch.

Przez swoj e „chcenie” – bardzo j ej  chciał – rozpalił w Lu ogień, który  podsy cał esem esam i z

zapałem  wariata. Uzależniła się od j ego tekstowy ch powitań, pożegnań i nocny ch skom leń.

Oszałam iały  j ą niespodzianki, chociaż coś w niej  kwiczało na widok ich banalności: kwiaty  na

biurku w pracy, serduszko za wy cieraczką sam ochodu, koperta z biletam i na koncert bez podania
inform acj i,  kto  j est  nadawcą.  Zaczęła  się  przy glądać  wy stawom   sklepów  z  seksowną  bielizną,
chociaż  prakty cznie  przestała  nosić  m aj tki,  bo  i  j ą,  i  Barta  to  podniecało.  Usiłowała  j eszcze  się
cofnąć, uakty wnić  łóżkowo Michała.  Szy bko zrezy gnowała  – czuła  się, j akby   pożądała  starszego
brata,  w  czy m   nie  by ło  nic  zdrożnie  ekscy tuj ącego.  Michał  otaczał  j ą  szacunkiem ,  j akby   j uż
widział w niej  m atkę swoich dzieci.

(Dlaczego m iłość dała się wy gry źć wirusowi nam iętności do Barta – to py tanie zadawała sobie

wiele razy. Nie znalazła na nie odpowiedzi ani wtedy, ani trzy  lata później , kiedy  kolej na m iłość
wy py chała poprzednią. Sprite też potrzebowała j asnej  odpowiedzi, bo zabrnęła nawet głębiej  niż
Lu).

– Powiedziałam  Michałowi – oznaj m iła pewnego razu Bartowi, gdy  leżeli w hotelowy m  łóżku.
Wy szukiwał m iej sca na obrzeżach Warszawy, żeby  nikt ich nie zobaczy ł. Bart od roku pracował

w  Polsce,  kupili  z  Ty m cią  m ieszkanie  w  Wilanowie.  W  centrum   m ógł  się  natknąć  na  ludzi,  z
który m i  spoty kał  się  zawodowo,  którzy   widy wali  go  na  przy j ęciach  z  żoną,  dlatego  wy bierał
hotele na uboczu, chociaż doj azd zabierał cenne m inuty. A tu Lu wy pala z uj awnieniem .

– Powiedziałaś co dokładnie? – Przekręcił się w pościeli, przy ciskaj ąc j ej  niechcący  włosy.
– Że coś m iędzy  nam i wy gasło.
– A o m nie?
Lu ułoży ła się na plecach. Hotelowe łóżka wy dawały  j ej  się ostatnio wy godniej sze niż to, które

dzieliła z Michałem . Zasy piała z trudem , budziła się w środku nocy  i wsłuchiwała w j ego oddech.
Wy dawał j ej  się obcy, j akby  koło niej  leżał nie j ej  chłopak, ale obcy  m ężczy zna. Próbowała spać
na  kanapie,  j ednak  Michał  się  przestraszy ł,  więc  wróciła  do  wspólnego  łoża,  które  rozebrała  ze
stelaża, a m aterace ułoży ła na podłodze. Nie przestało by ć m adej owe.

– O tobie? – Podsunęła wy żej  kołdrę, zasłaniaj ąc nagie piersi. – Nie m ówiłam  o tobie.
– Jak to? – m ruknął Bart, siadaj ąc na brzegu łóżka.
Sięgnął po spodnie, z kieszeni wy ciągnął papierosy  i zapalniczkę. Ty m cia tępiła palenie, dlatego

pod  siedzeniem   w  sam ochodzie  oprócz  papierosów  ukry wał  szczotkę  i  pastę  do  zębów,  gum ę
m iętową i spray  do ust, który  Lu wy śm iała.

– Jak to? – powtórzy ł.
Pstry knął zapalniczką i wy chy lił się przez okno. Lu zapatrzy ła się na niego z dum ą sam icy.

background image

Tuż  przed  czterdziestką,  niewy soki,  m iał  wy pracowane  m ięśnie,  ciepły   odcień  skóry   i  j asne,

m iękko  układaj ące  się  włosy.  Dbał  o  siebie,  chociaż  robił  to  zry wam i.  Kiedy   przestawał  się
pilnować,  szy bko  przy bierał  na  wadze,  przez  co  robiły   m u  się,  według  słów  Ty m ci,  „pućki”  i
„faluj ące  boczki”.  Lu  wolałaby,  żeby   j ej   ty ch  słów  nie  przy taczał,  tracił  przez  nie  sporo
taj em niczości, ale w tam ty m  okresie brała za dobrą m onetę j ego skłonność do zwierzeń.

Bart: Kupić koperek. Co j eszcze Ty m cia wy pisała? My dło w pły nie?
– Nie m ówiłam  o tobie – wy j aśniła Lu. – Mówiłam  o sobie. Że od niego odchodzę.
Bart: Dobrze by łoby  pokazy wać się z Em i, pój ść z taką dziewczy ną na party.
Przy klęknął przy  łóżku i wtulił twarz w j ej  włosy. Wsunął dłoń m iędzy  j ej  uda. Palił, patrząc w

okno,  j ednocześnie  okrężny m i  rucham i  palców  niespiesznie  m asował  j ej   łechtaczkę.  Kiedy
wy gięła się z rozkoszy, spoj rzał na nią z rozbawieniem  i wy sunął spom iędzy  j ej  nóg m okre palce.

Wstał i sprawnie zdusił niedopałek w popielniczce, skończy ł z nim  tak, j ak przed chwilą z nią.
Mieszkanie,  które  wy naj ęła,  by ło  j asne  i  słoneczne,  otaczały   j ą  j ej   własne  książki,  ubrania  i

pam iątki, a j ednak nie czuła się w nim  u siebie, wszy stko by ło przesiąknięte Bartem . W łóżku otulał
j ą  sobą  –  to  przej ście  od  twardości  m ięśni,  członka,  woli  do  opiekuńczości,  m iękkiej   otoczki  nie
przestawało j ej  fascy nować. Marzy ła, że zostanie, że będzie się m ogła przy  nim  budzić, ale Bart
noce  spędzał  z  żoną.  Po  j ego  wy j ściu,  po  rozpły nięciu  się  szczęścia,  by ło  j ej   źle,  m ieszkanie
stawało  się  puste  j ego  pozorną  obecnością,  zim ne  opuszczeniem ,  szczy piące  oczekiwaniem .
Patrząc na j ego kosm ety ki ustawione w równy m  rządku na półce w łazience, zdała sobie sprawę,
że od czasu, kiedy  tu zam ieszkała, ży j e j ak pasażer, którego lot został opóźniony, na stand by.

Usiadła na stołku w kuchni. Ale się urządziła! Odeszła od Michała, żeby  wpaść w sieć Barta. A

m y ślała,  że  to  ty lko  nam iętne  bzy kanie.  Nie,  tak  naprawdę  nigdy   tak  nie  m y ślała.  Już  kiedy
kochali się pierwszy  raz, czuła, że nie oderwie się łatwo od tego m ężczy zny. Nigdy  dotąd takiego
nie  spotkała:  świetnego  kochanka,  pory waj ącego  rozm ówcy,  który   fascy nował  j ą  oby ciem   i
ży ciowy m  doświadczeniem . A że m iał żonę? Jakoś wtedy  o ty m  nie m y ślała. Teraz widziała to,
na  co  początkowo  zam knęła  oczy   i  co  by ło  dla  niej   zupełnie  nowe:  strategię  rom ansowania
żonaty ch,  włącznie  z  m anewrem   z  obrączką,  którą  Bart  zdej m ował  przed  spotkaniem   z  nią  i
wkładał tuż po.

Nakry ła go na ty m  kiedy  wy sadził j ą z auta, a potem  ugrzązł w korku; gdy  zrównała się z nim ,

zobaczy ła, j ak wy j m uj e z portfela obrączkę i wciska na palec.

Gdy  by ła z Michałem , nie bolało j ej  to tak bardzo. Ona też się kry ła, oszukiwała. Dopiero kiedy

odeszła  od  swoj ego  chłopaka,  zrozum iała,  że  nie  są  sobie  z  Bartem   równi:  on  wciąż  tkwił  w
związku z Ty m cią j ak w wieży. Lu m iała m u przy stawić drabinę do okna czy  liczy ć na to, że sam
skręci linę z pościeli? Powtarzał, żeby  by ła cierpliwa. Dużo j ą całował. A ona, od kiedy  zostawiła
Michała, m ocniej  ciąży ła ku Bartowi. Odczuła to j ako utratę równowagi.

Stołek  zaczął  uwierać  Lu  w  pupę.  Kochali  się  od  rana  do  czwartej ,  tak  w  każdy m   razie

wy świetlał  elektroniczny   budzik,  gdy   zam y kała  oczy,  wtulona  w  przedram ię  Barta,  obolała  z
rozkoszy.  Wchodził  w  nią  ty le  razy,  aż  wy schła  w  środku,  m im o  to  doty kał  j ej   łechtaczki,  a  Lu
wy ginała się  w  orgazm ach  przebiegaj ący ch  po  skórze  drobny m i  kroczkam i.  Ciało  rozpadało  się
na m niej sze cząstki, nie spinał j ej  j uż j eden skurcz, ty lko wiele m alutkich, tak uzależniaj ący ch, że
chociaż m iała dość, prosiła o j eszcze.

Twardy   ten  stołek!  Przy pom niała  j ej   się  ciotka,  żona  wuj a,  która  podawała  obiad  rodzinie  i

gościom , a sam a siadała na stołku pod ścianą i przy glądała się j edzący m .

background image

– Ciociu, usiądź z nam i! – zapraszali j ą, ale ona kręciła przecząco głową.
– Jedzcie, j edzcie – nie spuszczała z nich twardego spoj rzenia.
Musiało im  sm akować, spróbowałoby  nie, przecież się narobiła. Lu przeszkadzał ten j ej  wzrok,

nie czuła przez to sm aku potraw. Przy  Michale m iewała podobne uczucie – że chce j ą nasy cić, a
sam  tkwi w kącie i patrzy. Chociaż nauczy li się siebie wzaj em nie, a seks dawał im  spełnienie, nie
poruszał j ej  wy obraźni. Bart, egoista, który  czasem  zostawiał j ą niezaspokoj oną i nie m iał z tego
powodu  wy rzutów  sum ienia,  zrobił  z  niej   obżartucha,  chociaż  przy   Michale  by ła  niej adkiem .
Skru-pulatna Mim i i zdziczała Em i – dwie twarze Lu.

Wzrok  Lu  padł  na  afry kańską  m askę.  Nieduża,  ciem na  twarz  z  rozchy lony m i  ustam i  patrzy ła

na  nią  pusty m i  otworam i  oczu.  Pam iętała  tę  m askę  z  dzieciństwa,  oj ciec  dostał  j ą  od  krewnej ,
która przy wiozła j ą z Johannesburga. Pracowała tam  kilkanaście lat w restauracj i, opowiadała o
„swoich Murzy nach”.

–  Jacy   oni  leniwi!  –  Wznosiła  oczy   do  nieba.  –  Jak  się  m igaj ą  od  pracy.  –  Kręciła  głową,  aż

peruka j ej  się przekrzy wiała.

Włosów m iała j ak na lekarstwo. Twierdziła, że w Afry ce nabawiła się choroby  skóry, chociaż

teraz,  gdy   Lu  wspom inała  krewną,  przy pom niała  sobie,  że  z  tą  sam ą  dolegliwością  zm agała  się
większość kobiet w tam tej  części rodziny, czy  m ieszkały  w Afry ce, czy  nie.

Lu pogłaskała m askę po czarny m  policzku. Obce ry sy  fascy nowały  j ą harm onią, spokoj em .
Kiedy   um arł  oj ciec  Lu,  m aska  trafiła  do  niej .  Nie  m iała  po  nim   wiele  rzeczy,  więcej   by ło

wspom nień,  od  naj wcześniej szy ch,  kiedy   czy tał  j ej   Dzieci  z  Bullerbyn,  po  czasy   nastoletniości
Lu.

Mieszkały  j uż wtedy  z Tatą Bis, ale m am a zawsze dbała, żeby  Lu nie straciła kontaktu z oj cem .
– To, że by wał okropny  dla m nie, nie znaczy, że m asz się z nim  nie widy wać – tłum aczy ła.
– Przecież cię bił! – odpowiadała pory wczo Lu.
– Miał koszm arne dzieciństwo. By ła woj na.
– To go nie usprawiedliwia.
– Nic go nie usprawiedliwia. Ale to twój  oj ciec.
Lu wiedziała, że by li kiedy ś szczęśliwi. Kiedy  m am a o ty m  m ówiła, j ej  twarz j aśniała. Lu aż

j ej   czasam i  zazdrościła,  bo  wtedy   –  nie  m iała  j eszcze  dwudziestu  lat  –  nie  znała  żadnego
m ężczy zny, którego wspom nienie wy woły wałoby  w niej  ty le uczuć. Denerwowało j ą, że m am a
zapom ina  o  krzy wdach,  dlatego  czasem   złośliwie  j e  j ej   podty kała,  ale  m am a  by ła  ponad  to.
Tam ten związek, to, co w nim  dobre i złe, j uż przeży ła i zakończy ła go z właściwą sobie dobrocią.
Nie  zabierała  tem u  m ężczy źnie  j edy nego  dziecka,  wy sy łała  Lu  do  oj ca,  przy pom inała  o  j ego
urodzinach, im ieninach. Miłość m łodziutkiej  Rianny  do starszego o dwadzieścia lat fascy nuj ącego
m ężczy zny  o trudnej  przeszłości zm ieniła się we wdzięczność – m ieli wspaniałą córkę.

(Kiedy  Lu opowiadała Sprite o rodzicach, obrabiała opowieść j ak afry kański bard: odtwarzała

całość z pam ięci, dodaj ąc wciąż nowe szczegóły. Na przy kład to, że zastała kiedy ś oj ca szy j ącego
rękawiczki. Mieszkał j uż wtedy  sam , w Polsce cały  czas by ło biednie, ale nie tak, żeby  nie  m óc
kupić rękawiczek. A j ego bawiło, że m oże j e sobie uszy ć. Wy ciął pięciopalczasty  kształt z  cienkiej
skóry  i podszy ł bawełną.

Dwadzieścia lat później  Lu pochy lała się nad kolorowy m  m ateriałem . Oplatała ręce bokserską

taśm ą, a chłopak stoj ący  koło niej  wpatry wał się j ak urzeczony  w j ej  wprawne ruchy.

– Naucz go, j ak to się robi – rzucił Ricky, przechodząc koło nich.

background image

Lu zapięła rzepy  na swoich nadgarstkach i wzięła od chłopca bokserskie bandaże. Miał delikatną

skórę  dłoni,  kościste  palce.  Owinęła  m u  lewą  dłoń,  a  potem   przy glądała  się,  j ak  radzi  sobie  z
owij aniem  prawej ).

Oj ciec zostawił j ej  afry kańską m askę, a m am a dała Mity skandynawskie,  na  długo  przedtem ,

zanim   poj echały   do  Szwecj i.  Kiedy   Lu  j e  czy tała,  widziała,  j ak  skały   zm ieniały   się  w  twarze
trolli, a z j ezior otoczony ch kam ienny m i brzegam i wy nurzali się okrutni bogowie. Kiedy  poznała
Skandy nawię,  zrozum iała,  dlaczego  twarz  Północy   by ła  przeciwieństwem   afry kańskiej   m aski  –
nie by ło w  niej   spokoj u.  Mim o  pozornego  bezruchu  zim nej   krainy   pod  spodem ,  pod  lodem ,  się
kłębiło.  Tam   Lu  stanęła  oko  w  oko  z  okrucieństwem   natury.  Lata  później   w  dostoj ną  biel
szwedzkiego poranka wdarła się wiadom ość o śm ierci m am y.

Duni łatwo by ło m ówić: „Rób po swoj em u”. Lu nie chciało się wy chodzić ze znaj om y m i, nie

interesowało j ą, co powiedzą, gdzie j ą zabiorą, drażniło wszy stko, co nie m iało związku z Bartem .
Siedziała  w  dom u  sam a,  licząc  na  to,  że  wy rwie  się  do  niej ,  wpadnie  ze  służbowej   kolacj i,  ze
spaceru  z  psem .  Czekała.  A  w  duchu  się  odgrażała:  zostawi  go,  znaj dzie  innego,  chętny ch  nie
brakowało.  Ale  nie  obchodzili  j ej   inni,  nawet  Michał  nie  budził  w  niej   j uż  inny ch  uczuć  niż
wy rzuty  sum ienia. Za bardzo cierpiał, żeby  m ogła próbować z nim  przy j aźni. I tak nie m iała w
sobie m iej sca na inny ch ludzi, by ła wektorem  skierowany m  na Barta.

(Intensy wna dawka seksu i czułości, to j ą zgubiło, zaślepiło. Sprite też tak uważała).
Coraz  częściej   witała  go  narzekaniem ,  że  się  do  niej   nie  odzy wał.  Bart  bronił  się  niezby t

przekonuj ąco. Lu zaczy nała „poważną rozm owę”: „Do czego to wszy stko właściwie prowadzi?”.

Całował  j ą.  Ona  go  odpy chała.  Całował  intensy wniej .  I  ty le  z  ty ch  rozm ów  wy chodziło.

Ustawiła się na pozy cj i idiotki czekaj ącej  na j ego obecność, żebrzącej  o nią – to j uż wiedziała. Co
zrobić z ty m  uczuciem , nie m iała poj ęcia. Kiedy  patrzy ła wstecz, by ło to oczy wiste: wtedy  nic
nie m ogła zrobić.

(Lu, opowiadaj ąc Sprite „historię o żonaty m ”, zorientowała się, że nadaj e j ej  chronologiczny

bieg. A to by ło pląsanie węgorza po gorącej  patelni, i to węgorza w częściach).

Pewnego dnia Bart zadzwonił i poprosił o rozm owę. Musiał j ej  o czy m ś powiedzieć. Włoski na

przedram ionach stanęły  j ej  dęba, panika walczy ła o lepsze z bezrozum ną nadziej ą: chce odej ść
od  niej   czy   od  Ty m ci?  Cały   ranek  obm y ślała,  j ak  go  podj ąć.  Jeśli  przy szy kuj e  kolacj ę  przy
świecach i wy j edzie z ciężką arty lerią, seksowną bielizną, j akiż będzie obciach, gdy  on spróbuj e z
nią zerwać.

Ale j eżeli oznaj m i odej ście od Ty m ci, świece i reszta okażą się w sam  raz. W grę wchodziły

nawet kabaretki.

W końcu nic nie przy gotowała, bo gdy  m iała wy chodzić z pracy, wezwano j ą do szefa.
– Przepraszam , Em ilia, że tak późno – tłum aczy ł się, szukaj ąc czegoś w szufladach – ale m am

dobrą wiadom ość, a na to zawsze pora.

Lu  usiadła  w  fotelu  po  drugiej   stronie  biurka.  Łukasz  by ł  j edny m   z  naj m ilszy ch  m ężczy zn,

j akich spotkała. Kiedy ś powiedział, że żałuj e, że j est j ej  szefem , bo z m ało kim  zdarza m u się tak
śm iać  j ak  z  nią.  Mnóstwo  się  przy   nim   uczy ła,  podziwiała  j ego  klasę.  Ty lko  raz  zdarzy ło  im   się
zsunąć ze ścieżki służbowej  poprawności: Lu siedziała wtedy  do późna w pracy, a kiedy  zam y kała
program  w kom puterze, kliknęła niechcący  na zdj ęcie m am y. Kiedy  Łukasz wszedł, płakała.

Odwiózł  j ą  do  dom u,  a  zanim   wy siadła,  powiedział:  „Mnie  m ożesz  powiedzieć…”.

Powiedziała:  o  m am ie,  o  Michale,  Barcie.  Niczem u  się  nie  dziwił.  „Tak  właśnie  j est,  tak  m usi

background image

by ć” – powtarzał, j akby  opowiadała j ego własną historię. Potem  m y ślała, że otworzy ła się przed
nim  za bardzo. On przed nią też – bo chociaż nic nie powiedział, ty lko potakiwał, uj awnił równie
dużo.

– Herbaty, kawy ? – zapy tał teraz, wy ładowuj ąc z szuflady  j akieś teczki.
– Dzięki, opiłam  się j ak bąk.
– Pies to drapał, nie znaj dę tego świstka. – Wrzucił teczki z powrotem  do szuflady  i odchy lił się

w obrotowy m  krześle. – Em ilia, pewnie dotarła j uż do ciebie wiadom ość o Kopenhadze.

Pokręciła  przecząco  głową.  Koleżanki  i  koledzy   śledzili  inform acj e  o  zwalniaj ący ch  się

stanowiskach w placówkach dy plom aty czny ch za granicą. Ona, przez rozstania, zej ścia, cały  ten
m ęsko-dam ski kram , nie by ła na bieżąco z m inisterialny m i plotkam i.

– Pam iętałem , że celuj esz w Skandy nawię. – Łukasz przesunął m y szką kom putera, otwieraj ąc

na  ekranie  dokum ent.  –  Zaliczy łaś  prakty ki  w  Sztokholm ie  i  Oslo.  Jedna  przerwana  z  powodów
osobisty ch, ale by łaś drugi raz w Sztokholm ie, dzięki czem u nawet więcej  ci ty ch prakty k wy szło.

Spoj rzał na Lu znad oprawek okularów. Charakter j ego twarzy  nadawały  oczy  pełne poczucia

hum oru, um ięśniona sy lwetka i pokiereszowany  nos wy glądały, j akby  należały  do ochroniarza, a
nie dy rektora.

– Właśnie zwalnia się stanowisko attaché kulturalnego w Kopenhadze. Zainteresowana?
Grzy wka spadła j ej  na oczy, Lu odsunęła j ą ruchem  pełny m  zniecierpliwienia.
Łukasz: Ostrokątna twarz, perfekcy j ne niedoskonałości.
Takie dziewczy ny  zasługuj ą na szansę od losu, a nie na niewarty ch ich sukinsy nów.
– Dużo się nauczy sz. – Uśm iechnął się. – To m ocny  kop w górę.
Przej echała drogę do dom u, nie zauważaj ąc ulic. Dopiero na rogu Narbutta zorientowała się,

że powinna skręcić, ale by ło za późno. Obj echała kwartał i wcisnęła wiekowego forda ka m iędzy
szkolny  płot a przy czepę rozkraczoną na dwóch m iej scach do parkowania.

– Stoj ę pod ty m  drzewem  od pół godziny  – odezwał się Bart, wy chodząc z cienia, kiedy  stanęła

pod klatką. – Dzieci m y ślą, że j estem  zboczeńcem .

– Zboczeńcy  nie czaj ą się dziś pod drzewam i, ty lko w internecie – m ruknęła, przekopuj ąc torbę

w poszukiwaniu kluczy. – Dzieci o ty m  wiedzą.

– To dlaczego ich m atki obrzucały  m nie dziwny m i spoj rzeniam i?
Podniosła  na  niego  wzrok.  Naj seksowniej sze  w  j ego  twarzy   by ły   oczy,  trochę  za  blisko

osadzone,  i  brwi  unoszące  się  nad  nosem .  Żartował,  że  nadaj ą  m u  wy raz  twarzy   spaniela.
„Raczej  basseta” – rzucała, wiedząc, że wolałby  kom plem ent. By ł próżny, ale w swoj ej  próżności
uroczy, tak j ej  się wtedy  wy dawało. Dopiero później  przestraszy ła j ą ta ciągła potrzeba adoracj i,
prawdziwy  wór bez dna.

Nie  zdąży ła  nic  kupić  do  j edzenia,  wy tknęła  więc  głowę  z  aneksu  kuchennego,  żeby

zaproponować kanapki, ale Bart j uż zastawiał stół j edzeniem , które wy j ął z siatki: gołąbki, łazanki z
kapustą i grzy bam i, kom pot. Belg nawracał j ą na polskie dania.

– I ptasie m leczko. – Wy powiedział nazwę po polsku, przeciągaj ąc zby t m iękko „s”.
Polski  opanował  z  grubsza:  znał  wy m owę,  um iał  zapy tać  o  naj prostsze  sprawy,  ale  z  Lu

rozm awiał po angielsku, nie chciał się ośm ieszać. Czasem  wtrącał coś po polsku, bo wiedział, że j ą
to  podnieca.  Przy ciągnął  j ą  do  siebie  i  ugry zł  pieszczotliwie  w  policzek,  przy lgnęła  do  niego
cały m  ciałem .

– Naj pierw kolacj a. – Odsunął j ą delikatnie i rozlał wino do kieliszków.

background image

Próbowała  odczy tać  z  j ego  zachowania,  co  zam ierza  powiedzieć,  ale  przy brał  swoj ą  zwy kłą

m askę  lekkiego  rozbawienia.  Nie  dał  się  sprowokować  aż  do  kom potu.  Dopiero  gdy   odniósł  do
kuchni talerze i rozpakował ptasie m leczko, spoj rzał na nią poważnie.

– Powiesz m i sam  czy  m am  strzelać? – Nie wy trzy m ała.
– Strzelać! – roześm iał się. – Wy, Polacy, i wasza woj enna traum a.
–  Nie  wsadzaj   nas  wszy stkich  do  j ednego  wora  –  obruszy ła  się.  –  To  m oj a  babcia  przeży ła

dwie woj ny, nie j a.

– Wiem , wiem , ty  j esteś z pokolenia Jana Pawła II.
Spoj rzała na niego ze złością.
– Sto razy  ci m ówiłam , że j estem  ateistką. I nie by ło m nie w Polsce, kiedy  um arł papież.
By łam  w Sztokholm ie, nie załapałam  się na żałobę.
–  Uwielbiam   Polki.  –  Odchy lił  się  na  krześle  i  spoj rzał  na  nią  z  uśm iechem ,  lekko  kręcone

włosy  opadły  m u do ty łu.

Podeszła do szafki, wy j ęła dwie szklanki i karton soku. Starała się opanować rozdrażnienie.
Nie  znosiła,  kiedy   ich  tak  szufladkował  –  Polaków,  ludzi  j ej   generacj i,  tutej sze  kobiety.

Wy dawało m u  się,  że  zna  polską  kulturę,  ale  odbierał  j ą  przez  stereoty py.  Gdy by   m iał  napisać
sztukę,  nadałby   bohaterom   nie  im iona,  ale  funkcj e:  „żona”,  „kochanka”,  „Polak”.  Nazy wała  to
„gruby m  m y śleniem ”, bo przy pom inało niechluj ną fastry gę.

– Ja też m am  dla ciebie wiadom ość – powiedziała, stawiaj ąc na stole szklanki.
– Dobrą czy  złą?
– To zależy.
– Od czego?
– Od tego, co ty  m i powiesz.
Rozm owa  poj edy nek,  j ak  ten  związek,  j ak  każdy   związek.  Lu  by ła  zm ęczona  ssący m

czekaniem   na  niego.  To  on  dy ktował,  kiedy   się  m aj ą  spotkać  i  na  j ak  długo,  to  on  by ł  ty m
ważniej szy m , odpowiedzialny m , z rodziną. Ona m usiała się dostosować.

–  Em i  –  j asne  brwi  podniosły   się,  nadaj ąc  j ego  twarzy   przepraszaj ący   wy raz  –  dostałem

propozy cj ę pracy, stanowisko szefa wy działu anty narkoty kowego.

Sięgnęła po ptasie m leczko.
– Od kiedy  znasz się na narkoty kach? – Angielski zza czekolady  zabrzm iał niewy raźnie.
– Zatrudnię ludzi, którzy  się na ty m  znaj ą.
– Tu, w Polsce? – Wiedziała, że odpowiedź będzie przecząca.
– W Brukseli.
Odwróciła  wzrok.  Naraz  przy pom niało  j ej   się  zam arznięte  j ezioro  i  podm uch  zim nego

powietrza na twarzy, gdy  pędziła po lodzie na poży czony ch od Duni ły żwach.

– Em i, m ogłaby ś znaleźć pracę w Brukseli. By liby śm y  razem , znów w ty m  sam y m  m ieście!
Klęczał przy  j ej  krześle, zaglądał w oczy. Ty le w nich by ło nalegania, j ak u dziecka proszącego

o cukierki.

– Tak pięknie pachniesz, Em i, m oj a Em i… – Jego usta by ły  tuż przy  j ej  uchu, zsuwały  się na

szy j ę. – To te perfum y  ode m nie, Extrem e?

Kiwnęła głową, otępiała. Bart obsy py wał j ą drobny m i prezentam i, kosm ety kam i, bielizną, by ł

w  ty m   niepoprawny   polity cznie  szny t,  znak,  że  stać  go  na  kochankę.  Podśm iewała  się  z  tego  w
duchu, chociaż widziała w ty m  i staroświecki urok.

background image

– Załatwisz sobie pracę w am basadzie albo w konsulacie, prawda, Em i?
Extrem e. Ona, kobieta ekstrem ów, m iędzy  bielą Północy  a afry kańską m aską, m iałaby  j echać

w  m dły   środek  Europy …  Py tanie,  które  zadał  j ej   Michał,  gdy   nam awiała  go  na  wy j azd  do
Sztokholm u, wróciło bum erangiem .

– Bruksela? – zapy tała. – A co j a by m  tam  m iała robić?

II PRZYJACIELE, WROG OWIE
„Odór grzy ba. Kaktus. Kibel z hałaśliwą spłuczką…”.
– Em ilia, co z ty m  raportem ?
– Zaraz oddaj ę, panie dy rektorze.
„…serweteczka cepeliowska. Z lekka brudne firanki. Kraty  w oknach”. – Skasowała to, co pisała

przez ostatnie pół godziny, i wy łowiła raport z gąszczu dokum entów, które przepełniały  kom puter
odziedziczony   po  poprzedniku.  Uporanie  się  z  raportem   zaj ęło  j ej   nie  więcej   niż  czterdzieści
m inut. Gorzej  z pozostały m i cztery stu osiem dziesięciom a m inutam i – czas w nowej  pracy  dłuży ł
się niem iłosiernie.

Upewniła się, że bezm y ślna pisanina, dzięki której  m iała wy glądać na zaj ętą, nie zapisała się w

pam ięci kom putera. Kierowca, który  parę dni tem u wiózł j ą z lotniska do ty m czasowego lokum ,
wy j m uj ąc  walizkę  z  bagażnika,  m ruknął:  „Niech  pani  uważa  na  kom putery,  nie  wy sy ła  z  nich
pry watny ch e-m aili…”.

Stanęła  na  progu  gabinetu  dy rektora  z  wy drukiem   raportu.  Ży randol  w  sty lu  gierkowskiego

PRL-u  rzucał  przy gnębiaj ąco  m ało  światła,  lam py   trzeba  by ło  palić  od  rana  do  wieczora,  bo
pokoj e znaj dowały   się  na  naj niższy m   poziom ie,  zwany m   szum nie  „m inus  dwa”.  De  facto  Lu  i
czwórka pozostały ch pracowników działu adm inistracy j nego urzędowali w piwnicy.

–  Zdzichu,  poj edziesz  po  Sandrę  na  szosę  de  Mons?  –  usły szała  głos  dy rektora.  –  Wy bierała

kafelki do łazienki, ale dzwoni, że się zgubiła.

Kierowca  zdj ął  z  wieszaka  czarną  skórzaną  kurtkę.  Miał  pod  sześćdziesiątkę,  do  pracy

przy chodził skąpany  w gęsty m  obłoku wody  kolońskiej , w starannie wy prasowanej  koszuli.

– W który m  m iej scu szosy  de Mons, panie dy rektorze? – zapy tał.
Na biurku dy rektora rozdzwonił się telefon.
–  Tak,  panie  am basadorze.  Tak,  w  przy szły m   ty godniu.  Na  pewno,  panie  am basadorze  –

dy rektor  odłoży ł  słuchawkę  i  sy knął:  –  To  zwy kły   chargé  d’affaires,  ni  chuj a  m u  się  nie  należy
ty tuł am basadora!

– Wszy stkim  tak się każe nazy wać. – Kierowca wziął do ręki ni to portfel, ni m ałą torebkę, którą

Tata Bis nazy wał pederastką. – Tak to j est, j ak panuj e bezkrólewie. Strach pom y śleć, kogo przy ślą
na am basadora.

Lu niepewnie podsunęła się z raportem .
Dy rektor Jarosław Pac: Następna wy ższa ode m nie! Żeby  ty lko nie nosiła obcasów.
– Szy bko się z ty m  uporałaś. Lubię szy bkie dziewczy ny. – Obrzucił j ej  biust spoj rzeniem , j akie

świadczy  o m ęskości na dy skotece w rem izie.

Popatrzy ła  na  okrągłą  j ak  piłka  czaszkę  niezauważalnie  przechodzącą  w  szy j ę,  na  okulary   w

m usztardowej   oprawce.  Dy rektor  Pac  by ł  wy pakowany   niespokoj ną  energią,  j ak  większość
czterdziestolatków uwięziony ch za biurkam i. Zatęskniła za dawny m  zwierzchnikiem , Łukaszem .

– Co to j est „szosa dem ons”? – szepnęła do siedzącej  za przepierzeniem  księgowej , wy chodząc

background image

z pokoj u z urzędowy m  uśm iechem .

– Nie wiesz? – spy tała kobieta. By ła sam otną m atką dorastaj ącej  córki i według słów dy rektora

ubierała się, j akby  donaszała po niej  ubrania. – Chaussée de Mons. No, szosa, taka ulica.

Kopenhaga  czy   Bruksela?  Praca  czy   m ężczy zna?  –  zastanawiała  się  Lu  trzy   m iesiące

wcześniej , j eszcze w Warszawie. „Rób po swoj em u…” – telepały  się w głowie słowa Duni. Nie
zadzwoniła poradzić się ani j ej , ani Taty  Bis, nawet nie sięgnęła po kartki, żeby  sporządzić j edną
ze swoich list. Nie chciała przy szpilać m y śli do papieru, wolała dać im  oddech.

Usiadła  przed  laptopem   i  przez  kilka  godzin  grała.  Strzelała  i  burzy ła,  m iała  wiele  ży ć,  m ogła

zebrać się do kupy, w każdej  chwili zacząć od nowa. Żałowała, że w większości gier kobiety  m iały
wy gląd  striptizerek  i  inteligencj ę  Kaczora  Donalda,  ale  firm y   produkuj ące  gry   by ły
przy czółkiem  chłopców, którzy  ciągną red bulla i robią zebrania w barach go-go. Lu kusiło, żeby
im  pokazać,  j ak  m oże  wy glądać  dobra  gra.  Na  przy kład  główna  bohaterka  m ogłaby …  Sięgnęła
po długopis. Od dawna nie notowała pom y słów. Pisanie, które towarzy szy ło j ej , odkąd wy j echały
z  m am ą  do  Szwecj i,  skończy ło  się,  gdy   Rianny   zabrakło.  Teraz,  ni  stąd,  ni  zowąd,  poj awili  się
bohaterowie, j akby  urodziła ich sam a zapowiedź podróży, przenosin.

Wieczorem  zapukała do drzwi Taty  Bis i Daniela.
– Nary suj m y  razem  kom iks – zagadnęła brata bez zbędny ch wstępów.
Tata Bis sięgnął po pilota i przy ciszy ł telewizor.
– Co tam  knuj ecie?
– Ale j a nie um iem  ry sować. – Daniel chwy cił czarny  kucy k i szarpnął nim  z zakłopotaniem .
Lu klapnęła na kanapę, wy glądała, j akby  uszło z niej  powietrze.
–  A  m usi  by ć  kom iks?  –  odezwał  się  po  chwili  Tata  Bis.  –  Czem u  nie  te  wasze  gry

kom puterowe?

–  Oczy wiście!  –  Lu  klepnęła  się  w  czoło,  twarz  j ej   poj aśniała.  –  I  by liby śm y   w  kontakcie,

choćby  przez internet.

Tata Bis i Daniel wy m ienili szy bkie spoj rzenia.
– Wy j eżdżasz? – zapy tali obaj  równocześnie.
Poświata  z  ekranu  padała  na  twarz  Taty   Bis,  wy doby waj ąc  ledwo  widoczny   zary s  blizny   na

czole,  pam iątki  po  upadku  z  roweru.  Niby   uważał,  że  go  szpeci,  ale  według  m am y   Lu  Tata  Bis
dobrze wiedział, że blizna dodaj e m u m ęskości.

– Północ czy  Południe? – zapy tał ty lko.
Nowy   kraj ,  nowe  m iej sca,  Lu  ledwo  m iała  czas  j e  obwąchać.  Tego  dnia  wstała  wcześniej ,

żeby   zobaczy ć  m iasto  za  dnia.  Szła  j edny m   z  wielu  parków  Brukseli,  gdzie  o  tej   porze  nie  by ło
prawie  nikogo  poza  nią  i  biegaj ący m i.  Wciągała  w  płuca  powietrze  sty cznia,  naj cieplej szego,
j akiego doświadczy ła. W Szwecj i ziem ia by ła dawno pod śniegiem , w Polsce też rozpanoszy ł się
j uż  m róz,  m iała  się  tego  zresztą  niebawem   dowiedzieć,  bo  wieściam i  z  Polski  ży ł  cały   dział
adm inistracy j ny.

To tu po raz pierwszy  usły szała na poważnie wy powiedziane słowo „obczy zna”. Wy glądało na

to,  że  na  tej że  się  znalazła,  wraz  z  „rodakam i”,  według  który ch  praca  za  granicą  równała  się
zsy łce na Sy berię, takie w każdy m  razie odniosła wrażenie, słuchaj ąc ich rozm ów. Czy  Lu by ła za
m łoda,  żeby   zrozum ieć  tę  starczą  polskość,  czy   zby t  „tknięta  Zachodem ”?  Uty skiwania
współpracowników  na  otaczaj ącą  ich  obcość,  której   nie  zam ierzali  oswoić,  uruchom iły   w  j ej
wy obraźni  patrioty czny   kanał  utrzy m any   w  poety ce  rozbiorów:  suterenę  na  m inus  dwa

background image

przechrzciła w m y ślach na kazam aty, gdzie „wieści z oj czy zny ” docierały  z polskich program ów
em itowany ch z nielegalnego dekodera. Rozm owy  o polskich sklepach, polskich szkołach, polskich
festy nach przy woły wały  wspom nienie snu, w który m  ktoś odpy tuj e z Naszej szkapy i Siłaczki.

Poranne  słońce  dom alowało  spadaj ącem u  liściowi  aureolę.  Lu  kątem   oka  dostrzegła  ruch

przeciwny   –  ptak  poszy bował  w  górę.  Traj ektorie  j ego  lotu  i  kołowania  liścia  przecięły   się,
wy py chaj ąc  z  um y słu  Lu  obraz  sutereny   i  skrofuliczny ch  ścian  pokoj u,  gdzie  stały
nierozpakowane  pudła  z  j ej   rzeczam i.  Ruszy ła  przed  siebie  energiczny m   krokiem ,
nieprzy staj ący m  do parkowego otoczenia. By ła ciekawa tego m iej sca z m onum entalny m  łukiem
i chodnikiem  ze starej  kostki brukowej  i  tunelu  –  osi  m iasta,  tętniącej   pod  j ej   stopam i.  Podeszła
tam ,  gdzie  spadł  liść.  Z  bliska  wy glądał  j ak  bura  szm atka;  nie  m iał  j uż  aureoli.  Tutej sze  światło
retuszowało  rzeczy wistość.  Park  zaczy nał  się  zaludniać,  przecinali  go  urzędnicy   w  szary ch
ubraniach, z drzewa na drzewo przefruwały  zielone papugi.

Kiedy  szła tędy  kilkanaście m iesięcy  później , ludzie j ą zaczepiali, bo znali j ej  twarz z plakatów.

Przez  ten  czas  m iasto  stało  się  j ej   j askinią  Ali  Baby,  otwierało  się  przed  nią.  Niczego  nie
zakłam y wało,  za  to  j e  pokochała.  Przechodząc  wówczas  pod  łukiem ,  wiedziała  j uż,  że  dawniej
nazy wano  go  „łukiem   odcięty ch  rąk”,  tak  odcisnęły   się  w  j ęzy ku  prakty ki  króla  Leopolda  w
skolonizowany m   Kongu.  Lu  przy pom inały   się  słowa  m am y :  „W  Szwecj i  nikt  nie  kradnie,  bo
kiedy ś  złodziej om   obcinano  tu  ręce”.  Wy glądało  na  to,  że  do  wielu  budowli,  z  kam ienia  czy
postępków, dołoży ło się wiele par rąk.

Kiedy   szła  tędy   kilkanaście  m iesięcy   później ,  nie  by ła  j uż  w  Brukseli  sam a.  Miała  tu  swoich

m ężczy zn, białego i czarnego. Pierwszy  m iał dwie Polki - j ą i Ty m cię, drugi j ą i inną kobietę o
przy dom ku również zaczy naj ący m  się na L. Tak w każdy m  razie chciał, żeby  sądziła, gdy  by ł na
Lu zły. „Kolonizuj em y  się, odcinam y  sobie ręce, j ęzy ki, serca i em ocj e” – płakała. Ale to by ło
potem .

Nie zapom niała o swoim  pierwszy m  spacerze po Brukseli. Papugi i urzędnicy  spotkali się w  j ej

scenariuszu, szary m  graczom  dała kolorowe, skrzy dlate awatary.

Podeszła do rzeźbionego ogrodzenia i wcisnęła guzik. Zam ek furtki kliknął, Lu przeskoczy ła kilka

schodków i weszła do holu. Aniołek, który  akurat trzy m ał wartę, by ł m łody  i m iał sy m paty czną,
okrągłą twarz.

– Nie m a pani badża? – zagaił, poprawiaj ąc m undur.
– Jestem  tu dopiero ty dzień.
Aniołek: Też chciałby m  m ieć takie kręcone włosy … (i się przestraszy ł).
Weszła  do  westy bulu,  gdzie  nad  j aj owaty m   stołem   pochy lała  się  biało-czerwona  flaga,

poły skiwało szkło etażerki zastawionej  wy im kam i z rodzim ej  literatury.

–  Nie  m a  pani  badża?  –  Lu  dogoniło  py tanie  asy stentki  attaché,  pełniącego  ty m czasowo

funkcj ę am basadora.

Dziewczy na  patrzy ła  na  nią  srogo.  By ła  nowa  i  chciała  się  wy kazać,  Lu  nie  m ogła  j ej   za  to

winić.  Obiecała  sobie  w  duchu  pam iętać  o  kawałku  plastiku,  którem u  rangi  dodawała  –
paradoksalnie w tej  ostoi polskości – angielska nazwa.

–  Szukasz  m ieszkania?  –  zapy tała  kilka  godzin  później   pani  Ula,  kasj erka,  widząc,  że  Lu

ukradkiem  przegląda w internecie strony  agencj i nieruchom ości.

– Jest tu takie ładne, ty lko trochę za daleko od pracy …
– W j akiej  dzielnicy ? – zainteresował się kierowca, pan Zdzisław.

background image

– Anderlecht.
– Zapom nij . Tam  sam e Marokany.
–  A  to,  w  centrum ?  –  Lu  kliknęła  na  opis  m ieszkania.  –  Jest  napisane,  że  to  blisko  sklepów,

autobusów. I położone niedaleko am basady.

–  Przy   szosie  d’Ixelles?  Broń  Boże!  To  czarnuchowo  –  uraczy ł  j ą  opisem   m iasta,  który   m iał

ułatwić  poszukiwania:  przekreślał  dzielnice,  w  który ch  m ieszkały   „obszczy m ury ”,  sugeruj ąc
rej ony   biały ch,  gdzie  nie  strach  zostawić  sam ochodu.  Pani  Ula,  która  według  własny ch  słów
„przetrwała zby t wielu dy rektorów”, ponuro m u potakiwała.

– Ale j a nie m am  auta – wtrąciła Lu.
Pan Zdzisław: Ładnie m ówi ta Em ilia, m iły m  głosem  i słów uży wa różny ch, widać niegłupia.

Która to godzina?…

Żeby m  j eszcze po wędkę zdąży ł, zanim  sklepy  zam kną.
W  odpowiedzi  kasj erka  przy toczy ła  historię  księgowej :  Dom inika,  którą  m ąż  zostawił  dla

m łodszej   (zbitka:  „Dom inika,  którą  m ąż  zostawił  dla  m łodszej ”  prześladowała  księgową),  nie
znaj ąc  m iasta,  wy naj ęła  m ieszkanie  w  zakazanej   dzielnicy.  Wszy stko  przez  to,  że  nie  zapy tała
zawczasu, j akich dzielnic unikać.

– Bo kto to wy naj m uj e na Skarbeku! – podsum owała kasj erka.
– Gdzie? – zapy tała Lu, m y szkuj ąc wzrokiem  po m apie w poszukiwaniu nazwy.
– Całkiem  w dupie. – Pan Zdzisław dotknął słowa „Schaerbeek” na ekranie kom putera. –
W końcu Dom iniczka przeprowadziła się do norm alnej  dzielnicy, j ak j ej  od początku radziłem , i

teraz m ieszka w Woluwe, j ak człowiek.

Parę godzin później  Lu przy tupy wała z zim na na ulicy. Sty czeń w Brukseli by ł łagodny, ale ona

nic  nie  j adła  od  lunchu,  ponieważ  czekała  na  um ówioną  kolacj ę  z  Bartem .  Mały   sportowy
sam ochód zaparkował parę kroków od niej , ze środka wy siadł zakatarzony  m ężczy zna.

– Proszę dać m i j eszcze parę m inut – powiedziała do niego Lu i wy brała num er Barta. –
Właśnie przy j echał agent – rzuciła do słuchawki po angielsku. – O której  będziesz?
– Niestety, zm uszony  j estem  przełoży ć spotkanie. – Lu j uż wiedziała, że Ty m cia j est w pobliżu.
– Nie m ogłeś m nie uprzedzić?
–  Poprzednie  spotkanie  się  przedłuży ło,  przy kro  m i.  Jutro  sekretarka  skontaktuj e  się  w  sprawie

nowego term inu.

Gdzieś w tle Lu usły szała dziecięcy  głos.
– W ogóle nie przy j edziesz? Są j eszcze dwa m ieszkania, na razie oglądam  pierwsze. Powinno

ci się spodobać – dorzuciła wbrew sobie.

– Nie dam  rady. Dziękuj ę za zrozum ienie.
Klatka  schodowa  kam ienicy   z  lat  pięćdziesiąty ch  by ła  nieskazitelnie  czy sta,  złote  balustrady

wiły  się wzdłuż biały ch m arm urowy ch schodów.

–  Ładne  lokum ,  prawda?  –  Agent  robił  wrażenie  człowieka,  który   stara  się  by ć  dy nam iczny,

chociaż  urodził  się  rozlazły.  –  Świetny   punkt.  Sklepy   na  wy ciągnięcie  ręki,  na  naj bliższy m
skrzy żowaniu j est przy stanek autobusowy, doj ście do m etra zaj m uj e siedem  m inut.

– Siedem ?
– Siedem . – Agent siąknął nosem .
Mieszkanie  by ło  prakty czne,  choć  m iało  w  sobie  elem ent  szaleństwa  –  um y walkę

wm ontowaną w szafę w sy pialni. Szny t zasobnej  kam ienicy  spodobałby  się Bartowi.

background image

– Mieszkanie w sam  raz dla pary  – odezwał się agent zakatarzony m  głosem .
Biel  ścian  zgęstniała  wokół  Lu,  solidne  szafy   zdawały   się  czekać  na  to,  co  zdecy duj e.  Lu

zerknęła na kom órkę – żadny ch esem esów.

– Woli pani poczekać z decy zj ą na m ęża? – dom y ślił się agent.
Lu zdawało się, że w j ego głosie usły szała przekąs. Zaburczało j ej  w brzuchu.
– To m ieszkanie wy gląda na takie, w który m  trzeba co dzień podlewać kwiatki.
– Ale tu nie m a roślin ozdobny ch. – Agent wy glądał j ak ktoś, kom u obsunęły  się skarpetki.
– A powinny  by ć. – Lu spoj rzała na niego surowo.
Agent: Ta kobieta m a energię w kształcie pocisku. Chcę do m oj ego chłopaka!
(Kiedy  Lu opowiadała Sprite o swoich początkach w Brukseli, wy chodziła j ej  opowieść m niej

więcej   chronologiczna,  ale  czasem   uciekała  w  dy gresj e,  te  o  boksie.  To  by ł  m iąższ,  za  który m
zawsze tęskniła, ty lko nie m iała o ty m  poj ęcia.

Pam iętała,  j ak  pierwszy   raz  stanęła  naprzeciwko  Sprite,  j ej   posągowej   sy lwetki  ubarwionej

tatuażam i, z pom arańczowy m  kosm y kiem  rozj aśniaj ący m  czerń upięty ch wy soko warkoczy ków.

Lu  podniosła  zaciśnięte  pięści  na  wy sokość  kości  policzkowy ch,  przy cisnęła  łokcie,  osłaniaj ąc

boki, wy sunęła naprzód lewą nogę, oderwała piętę prawej  od podłogi. Reszta by ła lotem , tańcem ,
czuciem . Lu za nic by  ty ch chwil nie oddała, za nic. Za n-i-c).

By ło j uż ciem no, gdy  weszła do służbowego pokoj u zastawionego pudłam i pełny m i j ej  rzeczy.

Sięgnęła po dom ową bluzę i skrzy wiła się – ubrania przenikała ostra woń kadzidełek, które paliła
hinduska  rodzina  z  dołu.  Usły szała  pukanie.  Pewnie  sąsiadka  znów  dostała  przez  pom y łkę  j ej
pocztę.

– Em i… – Bart j uż by ł przy  niej , całował. – Przepraszam  za ten telefon…
– Za telefon? – Próbowała się odsunąć. – Czekałam  na ciebie godzinę. Na m rozie!
–  Oj ,  Em i,  j aki  m róz,  w  Brukseli?  Poza  ty m   ty   j esteś  dziewczy ną  Północy.  I  nie  godzinę,

ty lko… – Podniósł na nią wzrok i dokończy ł pospiesznie: – Przepraszam , j estem  idiotą. Musiałem
nieoczekiwanie poj echać po regały.

– Po regały  nie j eździ się nieoczekiwanie.
– Nie znasz Ty m ci.
Lu strząsnęła z siebie j ego ręce.
– Ciecia w swoj ej  firm ie uprzedziłby ś, że nie przy j dziesz, a m nie uważasz, że nie m usisz?
–  Przy niosłem   ci  obiad.  –  Chwy cił  j ą  w  talii,  ciepły   oddech  m usnął  j ej   szy j ę.  –  Taj skie,  j ak

lubisz.

– Dobrze, zj edzm y. – Jej  złość powoli topniała. – A potem …
– Zj edz, Em i, zj edz. Za m nie też.
– Za ciebie?
–  Wy rwałem   się  ty lko  na  chwilę,  żeby   nie  by ło  ci  sm utno…  Muszę  zaraz  wracać,  ale  j utro,

j utro się pokocham y, dobrze? Dobrze, Em i?

Podniosła  głowę  do  góry   –  płaskorzeźby   pokry wały   przestrzenie  m iędzy   oknam i.  Szare

sy lwetki tuliły   się  do  siebie,  inne  siedziały   sam otnie  w  kucki,  pląsały,  trzy m aj ąc  się  za  ręce,  lub
leniwie się przewalały. Spodobała j ej  się m iękkość póz, rozbawienie kam ienny ch postaci, by ło w
ty m   echo  pogańskiej   zabawy.  Półgłosem   przeczy tała  nazwiska  na  liście  lokatorów,  naj dłuższej ,
j aką widziała, z nazwiskam i z całego świata: – Santos, Van Derkricht, Kazim ierska…

– Oui? – zachry piał głos w dom ofonie.

background image

– Dobry  wieczór, j estem  um ówiona na oglądanie m ieszkania.
Zaburczał  brzęczy k,  Lu  wstawiła  stopę  w  szparę  drzwi.  Nie  m ogła  się  oderwać  od  listy

lokatorów, ona, która uwielbiała listy.

– Vigneron, Sabaru, Ying Yang…
Minęła swoj e odbicie w wielkim  lustrze i weszła do windy. Po obej rzeniu kilku m ieszkań, które

Tata  Bis  nazwałby   „gom ułkowskim i”,  oraz  poddaszy   wy glądaj ący ch  j ak  rozległe  karm niki  dla
ptaków  zdecy dowała  się  wy j ść  poza  dzielnice  wy pisane  na  kartce  przez  pana  Zdzisława.
Ty godnie  poszukiwań  dały   j ej   pewność,  że  w  Woluwe-Saint  Pierre  się  zanudzi,  Waterm ael-
Boitsfort  by ło  dla  niej   zby t  stateczne,  od  Uccle  odrzucał  j ą  brak  m etra.  Szukała  m ieszkania  w
uroczy m  Ixelles kipiący m  m ieszanką narodowości, ale wy skoczy ła j ej  oferta w Etterbeek: studio
na  ostatnim   piętrze  budy nku  położonego  naprzeciwko  parku  Cinquantenaire,  dwie  m inuty
spacerem  do pracy. Zafrapowała j ą nazwa ulicy : Nerviens, po holendersku Nervierslaan. By ło w
ty m  coś pociągaj ąco neuroty cznego.

Budy nek  przy pom inał  ul,  pas  frontowej   ściany   wy brzuszał  się,  tworząc  we  wnętrzach

wy kusze.  Pokój   z  wy sokim   sufitem ,  gdzie  wprowadziła  j ą  agentka,  kończy ł  się  półokrągłą
płaszczy zną  okien  wy chodzący ch  na  park  Cinquantenaire,  w  wy kusz  wbudowano  drewnianą
ławkę. Pierwsze, co Lu zrobiła, to na niej  usiadła.

Dwa  ty godnie  później   ułoży ła  tu  poduszki  i  owinięta  kocem   zapatrzy ła  się  w  okno.

Rozpakowy wanie pudeł m ogło poczekać. Bart sarkał, że m ieszkanie j est m ałe, a łazienka zapluta,
ale Lu nie dała sobie obrzy dzić dom u z brzuszkiem .

– Wy staj ący, j ak u ciebie – zachichotała.
– Wszy stko przez Boże Narodzenie, te polskie święta to przekleństwo dla linii.
Lu patrzy ła na drzewa wy ciągaj ące gałęzie do wiosennego słońca, dołem  sunęły  sam ochody,

w tle m ruczały  kafej ki z pobliskiego placu Merode. Park na m apie m iał kształt pocisku, od Merode
odchodziły  ulice zakupowe i knaj powe, alej ki, na który ch m ij ali się biegacze. Poczuła łaskotanie w
brzuchu – znalazła świetne m iej sce. Od dawna nie czuła takiej  zwy kłej , beztroskiej  radości.

– …Rafałek nie m a biurka, więc będę m usiał…
Lu podciągnęła kolana pod brodę, chłonąc m iej skie odgłosy. Upaj ało j ą poczucie, że nikogo tu

nie zna.

– …i nie chcę, żeby ś się denerwowała, bo wiesz, że…
Nagle  coś  sobie  przy pom niała.  Wstała,  podeszła  do  walizki,  do  której   zapakowała  rzeczy

pierwszej  potrzeby, i wy j ęła ry sunek lecącej  postaci.

– …chodzi o to, czy  rozum iesz. Ja wiem , że ty  rozum iesz, ale…
Przy łoży ła  obrazek  do  ściany   nad  łóżkiem .  Woziła  go  ze  sobą  wszędzie,  by ł  to  prezent  od

Daniela,  papierowa  wy dzieranka,  bezbłędnie  oddawała  m arzenie  o  lataniu.  Przed  spaniem
patrzy ła na pół ptaka, pół człowieka o kpiącej  twarzy, z aureolą włosów à la Harpo Marx.

– …naprawdę trudna sy tuacj a, wy m agaj ąca…
Święty  My szołów – m y ślała, przy klej aj ąc kawałki taśm y  do rogów kartki – kołuj e niepewnie.

Kołuj e? Kulej e? Kłuj e?

Nie powiedziała Bartowi, że tak nazwała tę postać. Śm iałby  się, nie z m y szołowa, ale z tego, że

„święty ”.  Potwierdziłoby   to  j ego  wizj ę  Polski  i  Polaków,  to,  że  pochodziła  z  katolickiego  kraj u,  z
generacj i JP 2.

– Em i, czy  ty  m nie w ogóle słuchasz?

background image

Bart stał przed nią z przekrzy wioną głową, wy glądał j ak j edna z zielony ch papug uzurpatorek z

pobliskiego parku. Lu uśm iechnęła się na to wspom nienie.

– Uff, wiedziałem , że zrozum iesz. – Bart obj ął j ą, by ło w ty m  uścisku coś spazm aty cznego.
– Rozum iem , j asne, że rozum iem  – wy m ruczała, poddaj ąc się pieszczotom .
(Szczegóły   kochania  pam iętała  przez  dobę.  Rozkoszowała  się  nim i  w  m y ślach,  wzdy chała

zadowolona  na  sam o  wspom nienie.  A  potem   ono  ulaty wało,  wm azy wało  się  w  inne.  Zostawał
kontur ciał, raz sczepiony ch od przodu, inny m  razem  bokam i lub od ty łu. Czy  to by ły  kształty  j ej  i
Barta,  czy   j ej   i  Michała,  czy   inny ch  m ężczy zn,  z  który m i  przed  nim i  się  kochała,  trudno
powiedzieć.

Martwiło  j ą  to.  Marzenie,  że  j ako  staruszka  będzie  wspom inała  niegdy siej sze  świństwa,

ulaty wało.

Dlaczego m iała tak krótką pam ięć?).
Dunia brzm iała, j akby  by ła zaziębiona.
– Na pewno dobrze się czuj esz? – dopy ty wała się Lu.
– Sto razy  ci m ówiłam , że tak. I przestań m ówić takim  spiczasty m  głosem .
– Mam  uraz. Mam a też tak…
– Przestań. Kiepsko brzm ię, bo… z wiekiem  głos się zm ienia.
– Mogłaś wy m y ślić coś lepszego!
–  Nie  wy m agaj   zby t  wiele,  m am   j et  lag,  w  dodatku  psy   rzy gały   całą  noc,  też  by ś  m iała

dziwny  głos. No dobrze, powiedz, co u ciebie, czy m  się tam  zaj m uj esz?

Lu  rozej rzała  się  po  pokoj u.  Księgowa  wy szła  kupić  raj stopy,  kasj erka  m iała  wizy tę  u

derm atologa,  dy rektora  wezwano  do  attaché  kulturalnego  pełniącego  obowiązki  am basadora,  a
pan Zdzisław wy j echał na lotnisko po delegacj ę z woj ewództwa kuj awsko-pom orskiego.

– Organizuj ę festy ny  z kiełbasam i. – Pstry knęła długopisem . – Propaguj ę polskość.
– Za pom ocą kiełbasy ?
– Flaków i bigosu też. Zależy  od regionu.
– Gotuj esz flaki?
– Zachwalam  skład – m ruknęła Lu.
Nie tak wy obrażała sobie dy plom acj ę, Dunia pewnie też.
Kasj erka pierwsza zorientowała się, że Lu nie czerpie dostatecznej  saty sfakcj i z pracy.
–  Daj   spokój ,  dziewczy no  –  rzuciła  koj ący m   tonem ,  z  racj i  wieku  czuła  się  w  obowiązku

m atkować m łody m . – To i tak nie naj gorsza robota. Mogłaby ś j eździć do wy padków, j ak ta biedna
Elżunia. Ta, co się na rudo farbuj e, z m oty lem  na opasce.

Kasj erka:  Miła  ta  Em ilka,  ale  biustu  dziewczy na  nie  m a.  Jak  by łam   w  j ej   wieku,  taka  sam a

by łam , kładłam  się na boku w łóżku, żeby  m ąż m y ślał, że m am  większe piersi, tak się wsty dziłam .

Ty le lat z j edny m  chłopem …
– Biedna Elżunia. – Pani Ula zdawała się łączy ć te dwa słowa w nierozdzielną całość. –
Wczoraj   opowiadała,  że  j ą  wezwali  do  robotnika,  który   spadł  z  rusztowania.  Na  czarno

pracował, starszy  ponoć, z Podlasia.

– Z Moniek? – dom y śliła się Lu.
– Tu wszy scy  są z Moniek. Ledwo co z niego zostało, Elżunia m ówiła, że spadł w częściach.
– Zabił się?!
– A gdzie tam . W częściach, czy li osobno łopata, osobno kalosz j akiś, sto m etrów dalej  czapka.

background image

– I co ta Elżunia z nim  zrobiła?
– A co m iała zrobić? – Pani Ula odwróciła się, daj ąc do zrozum ienia, że tem at się wy czerpał.
Lu wy obraziła sobie, że zbiera budowlańca. Z dwoj ga złego lepszy  j uż by ł bal. Miała wkuć na

pam ięć  form ułkę  zachwalaj ącą  im prezę  w  trzech  j ęzy kach  i  recy tować  j ą  nazaj utrz  podczas
lunchu,  na  który   zaproszono  belgij skich  ary stokratów  oraz  przedstawicieli  starej   Polonii.
Przepowiadała  wszy stkie  wersj e  j ęzy kowe  tekstu  po  południu  i  wieczorem ,  podczas  wy stępu
śpiewaczki,  która  dawała  koncert  w  am basadzie.  Zaproszeni  stawili  się  tłum nie,  zapełniaj ąc
główną salę i część westy bulu, Dom inika, Lu i staży ści dostawiali spóźniony m  rozkładane krzesła.

– „Mam y  zaszczy t zaprosić państwa na bal polski…” – m am rotała pod nosem  Lu. – Chy ba na

„polski bal…”? – Zaj rzała do wy druku i poprawiła się: – „…na bal polski, który …”.

– Em ilia, kwiaty !
Lu przy j ęła ze zdum ieniem  wielką wiązankę.
– Daj  j e śpiewaczce! – sy knęła Dom inika.
Lu ruszy ła z bukietem  w stronę kłaniaj ącej  się arty stki.
– Czekaj , będzie bisować.
„Nie m a większego doła niż bal polski – napisała wieczorem  Lu w e-m ailu do Taty  Bis. –
Przebij aj ą  go  ty lko  festy ny   regionalne”.  „Odwagi,  dziecko”  –  odpisał.  Przeczy tała  to  dopiero

rano,  gdy   obudziła  się  ze  wzorem   klawiatury   laptopa  odgnieciony m   na  policzku.  Zaparzy ła
herbaty  i usiadła z kubkiem  w wy kuszu okienny m . Drzewa przeciągały  się, ptaki o coś wy kłócały,
szare  postaci  z  teczkam i  uparcie  posuwały   się  naprzód.  Codzienność  pachnąca  nowością  nie
dawała przej ść obok siebie oboj ętnie, kazała się porządkować fizy cznie i w głowie. Lu w trudzie
dżdżownicy  przetwarzała obrazy, wrażenia, zapachy, twarze. Wszy stko tu by ło nowe, nawet ona
by ła inna, ta brukselska Lu. Wszy stko z wy j ątkiem  Barta.

(Kiedy  potem  m ówiła Sprite o swoich tu początkach, zauważy ła, że j ej  opowieść m a nierówną

teksturę. Tam , gdzie Lu by ła j uż osadzona, w Polsce czy  w Szwecj i, historia stawała się gęstsza.
Tu,  gdzie  się  dopiero  zadom awiała,  nieprzy szpilona  zwy czaj am i,  nieprzy bita  do  ram   ruty ny,
podfruwała. „Jest czas skrzy deł i czas korzeni” – skom entowałaby  pewnie w swoim  sty lu Dunia).

Bart dobierał się do niej  bez słowa. Już podsunął w górę koszulkę, włoży ł dłoń m iędzy  uda, teraz

przy gotowy wał cipkę. Nic z tego – pom y ślała Lu. Rano lubiła spać, a nie się kochać, powinien to
wiedzieć.  Ale  skąd?  Przecież  nigdy   m u  nie  powiedziała.  Za  to  cipka  by ła  szczera  –  sucha  j ak
pieprz, nie dawała się przebłagać j ego palcom .

Zwilży ł j ą śliną i wszedł szorstko. Chce m i się siku – pisnęło coś w Lu. Zacisnęła powieki.
„Luźniutko,  pani  Em ilko,  luźniutko…”  –  m ruczała  zwy kle  j ej   ginekolog,  gdy   Lu  spinała  się  na

„sam olocie”.  Bart  ruszał  się  szy bko,  tego  ranka  nie  by ł  altruistą.  Docisnął  j ej   biodra  do
prześcieradła.

– Ale dobrze! – Ręka, którą j ą obej m ował, stała się ciężka.
Odczekała,  aż  oddech  m u  się  pogłębi,  i  delikatnie  się  odsunęła,  prezerwaty wa  wy padła  z  niej

j ak pępowina.

Na lotnisko niem al się spóźniła. Bart, oszołom iony  m ożliwościam i, j akie dawał wy j az dTy m ci,

po śniadaniu znów rzucił się na Lu. Dobrze, że spakowała się poprzedniego wieczoru.

Ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, przy stanęła pod tablicą odlotów. Minęła Starbucks Coffee i

podeszła do bram ki.

–  Ma  pani  przy   sobie  ostre  narzędzia?  –  zapy tała  kobieta  w  m undurze,  obdarzaj ąc  Lu

background image

urzędowy m  uśm iechem .

– Nie.
– Czy  sam a spakowała pani bagaż?
– Tak.
– Czy  sądzi pani, że potem  ktoś m ógł coś do niego włoży ć?
– Ale co?
– W j akim  celu leci pani do Stanów Zj ednoczony ch?
Lu  chwy ciła  walizkę,  odwróciła  się  i  pognała  do  właściwej   bram ki.  Przez  Barta  nie  zdąży ła

wy pić herbaty  i teraz by ła ledwo przy tom na. Chciała, żeby  j ą odwiózł na lotnisko, ale wy m ówił
się zebraniem , bał się, że ktoś ich razem  zobaczy. „Cy kor” – rzuciła po polsku i wy szła. Nie chciało
j ej  się wy j aśniać, co to znaczy.

Mim o wszy stko wy j eżdżała sy ta. Leniwe spowolnienie ruchów i m iłe zoboj ętnienie na drobne

codzienne  kłopoty   zawdzięczała  odpowiedniej   dawce  seksu.  Ty m   j ą  kupił,  przez  to  straciła
czuj ność  j uż  na  początku  ich  znaj om ości.  Bart  rozgry wał  ich  związek  przy tom niej   –  m iał  bufor
bezpieczeństwa  w  postaci  Ty m ci  i  rodziny,  nie  rzucił  wszy stkiego  dla  tej   ży wiołowej
przy j em ności.

Stany   nie,  Stany   nie…  –  Mantra,  którą  Lu  powtarzała  w  m y ślach,  nagle  się  urwała.  Gdzie

właściwie  dziś  lecę?  Wszy stkie  lotniska  pachniały   tak  sam o,  nic  dziwnego,  że  zdarzało  j ej   się
zapom nieć  kierunku.  Prawda,  Warszawa.  Od  tej   chwili  j uż  się  trzy m ała  rzeczy wistości:  i  gdy
kazali j ej  zdej m ować pasek, zegarek, buty, i gdy  przepuszczali przez bram ki; nad połową Belgii i
cały m i Niem cam i czuwała, ale nad Poznaniem  zapadła w sen. My ślała, że kochaj ąc j ą, Bart j ą
dopełnia.

A on j ą zm ęczy ł.
Tata  Bis  otworzy ł  drzwi  balkonowe  i  odsunął  się,  żeby   przepuścić  Lu.  Wiosenne  słońce

rozpłaszczało  panoram ę  Warszawy,  zieleń  Pola  Mokotowskiego  by ła  ledwo  seledy nowa,  dołem
sunęły  tram waj e j askrawe od reklam . Coś by ło nie tak w ty m  kraj obrazie.

– Jest za cicho – wy rwało się Lu.
Twarz Taty  Bis rozj aśnił uśm iech.
– Przeszkliłeś balkon!
– Wreszcie nie sraj ą. – Wy glądał j ak chłopiec, który  wszy stkich przechy trzy ł.
Tata  Bis  wy powiedział  woj nę  gołębiom ,  zaraz  j ak  się  tu  sprowadzili  i  odkry li,  że  ptaki  zrobiły

sobie na ich balkonie gołębnik. „Dzicy  lokatorzy !” – sarkał Tata Bis. Mam a m rugała do Lu.

„Zupełnie  j akby m   sły szała  twoj ą  babcię”  –  m ówiła.  Przy   Tacie  Bis  m usiały   zachowy wać

powagę, to wtedy  odkry ły, że nawet m ężczy źni z naj większy m  poczuciem  hum oru tracą j e, kiedy
chodzi o woj nę. Tata Bis stoczy ł wiele bitew, ale ptaki uparcie wracały  i choć nie ry zy kowały  j uż
składania j aj , obraźliwie zanieczy szczały  balkon odchodam i.

Lu pom odliła się w duchu, żeby  nie naszła j ej  wizj a śm iej ącej  się m am y. Nakręcały  się i od

j ednego m am inego spoj rzenia Lu dostawała ataków histery cznego śm iechu, aż bolał j ą brzuch.

– Nie dały  m i wy boru. – Tata Bis podsunął Lu wy platany  fotel.
– Raz tata siedział z iPadem , a tu j ak ptak nie wleci! – Daniel od zim y  znów urósł, głos m u się

pogłębił.

– Dobrze, że się wcześniej  zorientowałem  – podj ął Tata Bis tonem  sprawozdawcy. –
Usły szałem , j ak nadlatuj e…

background image

– …Gołąb wrzucił wsteczny, a tata w krzy k – dokończy ł Daniel.
– Nieprawda!
Następnego dnia poszli do osiedlowego kościoła ze święconką. Tata Bis by ł niewierzący, Lu j uż

dawno  zdeklarowała  się  j ako  ateistka,  ale  oboj e  się  zgodzili,  że  nie  zaszkodzi  skorzy stać  z
dostępnego  obrządku,  by   dać  upust  potrzebie  celebracj i  odrodzenia.  W  półm roku  kościoła  przed
oczam i Lu zatańczy ły  j asne kręgi. Tłum  przepy chał się w kilku kierunkach – j edni wy chodzili ze
święconkam i,  drudzy   nawigowali  w  stronę  długiego  stołu,  j eszcze  inni  przebij ali  się  w  kierunku
ołtarza.  Lu  wcisnęła  koszy czek  m iędzy   pozostałe  i  odwróciła  się  do  Taty   Bis.  Pięści  m iała
zaciśnięte, twarz j ej  pobladła.

– To ten ksiądz – szepnęła.
– Nie denerwuj  się…
– Poczekam  na zewnątrz. – Już się przebij ała do wy j ścia wśród sy kań potrącany ch osób.
Z ty łu doszedł głos księdza, słowa chwalące m iłosierdzie – zaczy nało się święcenie.
Znienawidziła ten głos kilkanaście m iesięcy  tem u, kiedy  przy szła tu po śm ierci m am y.
W  ciągu  dnia  j ak  autom at  wy kony wała  zadania,  które  wy dawały   się  z  m am ą  nie  m ieć  nic

wspólnego – wy bierała wieniec, rodzaj  tabliczki, kolor pły ty  nagrobnej . Wy bierała ubranie. Gdy
wieczorem   dotarła  do  kościoła  oświetlonego  lam pam i  ufundowany m i  przez  wierny ch,  poczuła
się,  j akby   uszło  z  niej   powietrze.  Ksiądz  wskazał  j ej   krzesło,  rozpięła  płaszcz.  Powoli,  j akby
słuchała sam ej  siebie z zewnątrz, powiedziała, co się stało.

– Nazwisko pani m atki? – zapy tał, kiedy  skończy ła.
Wy j ął dokum enty, papiery  czy  teczki – dokładnie nie zapam iętała – i zaczął j e wertować.
– Pani m atka nie przy j ęła księdza, kiedy  chodził po kolędzie – powiedział.
Lu poruszy ła ustam i.
– Mam a by ła w Sztokholm ie – odezwała się wreszcie.
Ksiądz znów zaj rzał w dokum enty.
– Rok wcześniej  też księdza nie przy j ęła.
– Mam a dużo podróżuj e – odparła Lu. – Podróżowała.
Złoży ł dokum enty  w schludną kupkę.
– Pani chce ode m nie dostać zaświadczenie dla parafii cm entarza, na który m  pani m atka m a

by ć pochowana, tak?

– Miej sce j est j uż opłacone, potrzebne j est j eszcze zaświadczenie.
Melody j ka  w  telefonie  księdza  zabrzm iała  pogodnie.  Wstał  od  stolika,  szeleszcząc  czarny m i

sukniam i. Wrócił do niej , usiadł i znów zaj rzał w papiery  rozłożone na stoliku.

– Pani chce, żeby m  wy dał zaświadczenie?
– Bez tego nie m ogę m am y  pochować…
Odchy lił się do ty łu na krześle i spoj rzał w górę.
– Pani m atka nie przy j m owała księży, którzy  chodzili po kolędzie – m ówił wolno i dobitnie.
– Jak m ogę wy dać zaświadczenie, że by ła dobrą chrześcij anką? Że by ła dobry m  człowiekiem ?
(„Dałaś  m u  łapówkę?”  –  zapy tała  Sprite.  „Datek  –  uściśliła  Lu.  –  Ofiarę.  Nie  wiem ,  j ak  to

powiedzieć po francusku”. „Ile?”. „Nie pam iętam ”. „A z grubsza? W przeliczeniu na euro?”. „Nie
chcę pam iętać”. Sprite starała się zrozum ieć tę część historii naj lepiej , j ak um iała. „Ale dużo cię
to kosztowało?” – zapy tała, na co Lu m achnęła ręką. „Szkoda gadać”).

Kółka walizki zaterkotały  z przedpokoj u.

background image

– Daniel, nie ciągnij , ty lko podnieś – rzucił Tata Bis.
– Oj , tata, i co z tego, że podłoga się trochę zary suj e? – Daniel zatrzy m ał się w drzwiach.
W  ciem nej   kurtce,  z  czarny m   kucy kiem   i  gry m asem   dezaprobaty   na  twarzy   wy glądał  na

m łodego buntownika.

Tata Bis nie odpowiedział, zapatrzony  gdzieś w głąb siebie.
– Kiedy  kupowaliśm y  to m ieszkanie – odezwał się po chwili – by ło takie piękne, słoneczne.
Pam iętam , j ak pierwszy  raz weszliśm y  tu z Rianną. Otworzy ła okno i powiedziała: „Zostaj em y

tu!”.

A teraz j est j akieś cieniste…
Chcieli j ą odwieźć, j ak Dunia z Maliną, ale zaprotestowała. Odry wanie się od bliskich zawsze

bolało,  żeby   nie  wiadom o  ile  prakty kować.  Pożegnała  ich  w  przedpokoj u  i  wsiadła  z  walizką  do
autobusu. Za oknem  przesuwała się prosta linia Żwirki i Wigury, m igały  trawniki przed budy nkam i
pam iętaj ący m i  socj alizm .  Przy pom niała  sobie,  j ak  zobaczy ła  podobne  w  Sztokholm ie,  kiedy
poj echały   tam   z  m am ą.  Zdziwiła  się,  że  tam   klatki  nie  pachniały   kocim i  sikam i.  Właściwie  nie
m iały  żadnego zapachu i to j ą zaniepokoiło. Przez j akiś czas m y ślała, że „zagranica” nie pachnie.

Na Okęciu weszła do sklepu i ruszy ła wzdłuż półek z kosm ety kam i. Widok ty lu niepotrzebny ch

rzeczy  wy woły wał w niej  sm utek. Zazwy czaj  kupowała z doskoku, j eśli czegoś zabrakło lub coś
spodobało  j ej   się  na  wy stawie.  Zaplanowane  zakupy   zwy kle  kończy ły   się  klęską,  dusiły   j ą
przedm ioty,  kłębiący   się  wokół  nich  ludzie,  drażniły   ich  m echaniczne  ruchy   –  pac,  doty kali
rękawa,  szarp,  ciągnęli  za  nogawkę  spodni.  Zastanowiła  się,  co  kupić  Bartowi.  Nie  obchodził
im ienin, ale ona m u j e urządzała w dniu Bartosza, m ałe zwy cięstwo kochanki, Ty m cia na to nie
wpadła.

Sm użka zapachu przebiła się przez inne.
– Przepraszam , co to za perfum y ? – zapy tała Lu kobietę z żółtą torbą, trzy m aj ącą w palcach

pachnącą tekturkę.

– Escale à Pondichéry. Szukam  czegoś dla m atki – dorzuciła ni to do Lu, ni to do siebie – ale  to

zapach nie w j ej  sty lu, woli m ocniej sze. Zresztą i tak nigdy  j ej  się nic nie podoba, cokolwiek by m
kupiła.

Lu wzięła z półki tester i psiknęła na przegub.
„Pasażerów odlatuj ący ch do Brukseli prosim y  o udanie się…” – dobiegło z głośników.
Odwróciła się do wy j ścia.
– Nie bierze pani ty ch perfum ? – usły szała za sobą.
– Nie m am  kom u dać.
– Ten zapach pasuj e do pani.
Lu popatrzy ła na nią uważnie, aż tam ta się speszy ła i podj ęła swój  obchód wzdłuż półek.
A  Lu  wciąż  stała  –  uderzy ło  j ą,  j ak  m ałe  znaczenie  m iały   rzeczy,  a  j ak  duże  to,  co  się  wokół

nich działo. Escale, postój , chwila na oddech w podróży. Wzięła buteleczkę i poszła z nią do kasy.

– To na prezent? – upewniła się sprzedawczy ni, a Lu twierdząco kiwnęła głową.
Nitka  Wisły   zagięła  się,  poły skuj ąc  w  słońcu.  Z  góry   rzeka  wy glądała  na  niewinną,  dopiero

kiedy   przej eżdżało  się  j edny m   z  warszawskich  m ostów,  widać  by ło,  j ak  j est  rozległa.  Jako
dziewczy nka Lu uwielbiała opowieści o Wiśle, stare legendy  i Grubą Kaśkę, uj ęcie wody, które
pokazy wał  j ej   oj ciec.  Fascy nowało  j ą,  że  rzeka  j est  trudna  do  uj arzm ienia,  nieoczekiwanie
wy stępuj e z brzegów. „Jak m oj a opowieść dla Sprite” – pom y ślała Lu.

background image

– Proszę spoj rzeć za okno na to przepiękne niebo – zachry piał w głośnikach głos pilota – przez

które pły nie nasz sam olot linii lotniczy ch Lot ty pu Em braer sto dziewięćdziesiąt dwieście.

W  takich  chwilach  wiem ,  dlaczego  wy brałem   lotnictwo.  Dziękuj ę  Panu,  że  pozwala  m i

doświadczać takich chwil. Rozkoszuj cie się państwo ty m  krótkim  lotem , zrelaksuj cie się.

– Ale rozpoety zowany  pilot – m ruknął ktoś, przeciskaj ąc się kory tarzem  w stronę toalety.
Lu  wcisnęła  w  uszy   słuchawki.  Głos  Azealii  Banks  przy woły wał  skoj arzenia  z  salą  bokserską,

tam  też ćwiczy li przy  hip-hopie. Przy pom niała j ej  się pierwsza walka z kobietą, z Leą. Lu sam a
poprosiła, żeby  m ogła się z nią bić. Dwa dni przedtem  nie m ogła ze strachu nic j eść, a kiedy  tuż
przed  walką  wkładała  ochraniacz  na  zęby,  trzęsły   j ej   się  ręce.  Lea  j ej   nie  oszczędzała,
naty chm iast  zepchnęła  Lu  do  defensy wy.  Lu,  która  ćwiczy ła  raptem   od  kilku  m iesięcy,  nagle
zapom niała wszy stko, czego się nauczy ła.

– Pracuj  nogam i – usły szała.
Wy j rzała  zza  rękawic  złożony ch  w  gardę  –  Cheick  opierał  się  o  liny   ringu,  przy glądaj ąc  się

walce, potężne m ięśnie ry sowały  się pod spoconą, ciem ną skórą.

– Jesteś silna, nie bój  się, kop – powiedział cicho. Nigdy  nie podnosił głosu, a i tak wszy scy  go

słuchali.

Lea  zbliżała  się  do  Lu,  ręce  m iała  złożone  do  ciosów,  lewy,  prawy,  sierp.  Lu  uchy liła  się  i

kopnęła.

– Jeszcze raz – rzucił Cheick.
Lu  dołoży ła  boczny m   kopnięciem .  Lea  cofnęła  się,  Lu  poszła  za  ciosem   i  zary zy kowała

sekwencj ę: lewy, prawy  i znów prawy, ty m  razem  m ocniej szy.

– Dobrze… Masz długie nogi, wy korzy staj  to.
Mężczy źni nieraz  j ej   m ówili,  że  m a  długie  nogi.  Ale  żaden  nie  powiedział  j ej ,  że  dzięki  tem u

m oże wy grać walkę.

Głośniki zachry piały, Lu otrząsnęła się ze wspom nień.
– Tu znowu m ówi kapitan. Puśćm y  wodze fantazj i. W ty siąc dziewięćset trzecim  roku bracia

Wright pracuj ący  w fabry ce rowerów skonstruowali pierwszy  sam olot. Lecieli nim  krótko, ale od
tego się zaczęło, dzięki czem u nasz piękny  sam olot Em braer sto dziewięćdziesiąt dwieście pły nie
dziś na trasie Warszawa – Bruksela, a m y  m ożem y  podziwiać ten baj eczny  zachód słońca.

Lu  wy j rzała  przez  okno.  Żółć  tarczy   słonecznej   widzianej   po  drugiej   stronie  chm ur

przechodziła w czerwień ry suj ącą się w oknie o kształcie patelni. Wkrótce odcień kisielu przeszedł
w  plam ę  fioletu,  która  wsiąkła  w  granat  nieba.  Lu  wy ciągnęła  z  uszu  słuchawki.  Telep  przez
warstwę  ciem ny ch  chm ur,  wy równanie  i  nurkowanie  w  drugą  warstwę,  w  chm ury   puszy ste.
Sam olot  położy ł  się  na  prawy m   skrzy dle,  zaczepiaj ąc  figlarnie  skrzy dłem   szarawy   puch,  a  Lu
przy m knęła oczy. Jeszcze chwilę chciała pom y śleć o wilgotny ch śladach rękawic na worku, pocie
spły waj ący m  z nosa.

Na  początku  lata  wy czuła,  że  wektor  codzienności  zaczy na  wskazy wać  pewną  powtarzalność:

wstawała,  piła  herbatę  w  wy kuszu  okienny m ,  zbiegała  po  schodach  z  siódm ego  piętra  –  winda
j eździła, j eśli chciała. Na dole wpadała w sidła połączony ch sm y czy  psów, które wy prowadzała
em ery tka  z  parteru,  pani  Verm eegstah.  Lu  przebiegała  wzrokiem   po  tabliczkach  z  nazwiskam i:
Rey biktech, Męczy ński, Tfong. Idąc w stronę Merode, doganiała Ritę, sąsiadkę z m ieszkania obok.

Początkowo znała ty lko j ej  głos. Zasy piaj ąc, sły szała gardłowy  śm iech Rity, w nocy  budziło j ą

j ej   m iłosne  zawodzenie,  nad  ranem   chrapanie,  wieczoram i  odgłosy   awantury.  Rita  często

background image

zm ieniała  kochanków,  a  w  powody   j ej   decy zj i  Lu,  chcąc  nie  chcąc,  by ła  wtaj em niczona  –  ich
m ieszkania  dzieliło  ty lko  przepierzenie,  dawniej   stanowiły   one  całość,  Lu  i  Rita  m iały   wspólną
drewnianą  podłogę,  która  ruszała  się  raz  pod  stopam i  j ednej ,  raz  drugiej .  Pod  Ritą  podłoga  w
dzień  skrzy piała  bardziej ,  a  w  nocy   częściej ;  głos  sąsiadki  nie  ty lko  zapowiadał  szczy towanie,
wibrował też zawodowo – Rita by ła piosenkarką hiphopową.

Lu  wy obrażała  sobie  często  kobietę,  której   inty m ne  zwy czaj e  poznawała  w  detalach.  Sądząc

po akcencie, Rita by ła Włoszką. Urodziła się w Som alii, w Mogadiszu, co wy szło w rozm owach,
które prowadziła w ram ach gry  wstępnej  z który m ś z kochanków. Lubiła się kochać przy  m uzy ce
groove,  na  podłodze  przy kry tej   długowłosy m   dy wanem   (j eden  z  j ej   am antów  by ł  alergikiem   i
spuchł  po  kotłowaninie  w  parterze).  Sądząc  po  zapachach,  Rita  niezby t  dobrze  gotowała,
uwielbiała za to wonne świece. Nie lubiła wietrzy ć i spodziewała się śniadań podany ch do łóżka –
by ły  to dwa główne powody  j ej  awantur z kochankam i.

Szczy tuj ąc, Rita j ęczała tak sugesty wnie, że Lu czasem  nie m ogła zasnąć, bo wzbierało w  niej

podniecenie.  Bart,  który   z  rzadka  zostawał  u  Lu  na  noc,  regularnie  podniecał  się  m iauczeniem
sąsiadki. Pewnego razu wziął Lu na podłodze w ty m  sam y m  czasie, gdy  deski skrzy piały  pod Ritą
i j ej  kochankiem , ty lko cienka ściana dzieliła ich czwórkę od orgii. Kochał j ą wtedy  tak dobrze, że
Lu  długo  po  ty m ,  j ak  poznała  Ritę,  nie  powiedziała  m u,  j ak  tam ta  wy gląda,  wolała,  żeby
podniecał  się  wy obrażeniem .  By ł  to  rodzaj   bezgrzesznego  trój kąta,  na  który   m u  pozwalała  –
gdzie, j ak nie u kochanki, cudzy  m ąż m oże spełniać fantazj e seksualne?

Mężczy źni odwiedzaj ący  Ritę m ieli swoj e dziwactwa – j eden kukał, gdy  dochodził, inny  błagał

o rozgrzeszenie. Raz zza ściany  dobiegło wy cie koj ota, inny m  razem  seria wy zwisk. Bart, sły sząc,
co się dziej e za ścianą, ubolewał nad Ritą, że szuka, a nie m oże trafić na właściwego faceta.

Lu  przeczuwała,  że  prawda  j est  inna  –  Rita  spełniała  się  w  różnorodności.  Nie  zdradziła  się  z

ty m i  podej rzeniam i,  żeby   Bart  nie  poczuł  się  zagrożony   w  swoim   m onopolu  na  Lu,  która  na
tam ty m  etapie m iłosnego zaangażowania chciała, żeby  koj arzy ł j ą z dobrem , żeby  do niej  z tego
powodu lgnął.

Wtedy  wierzy ła, że dobroć i oddanie popłacaj ą w nam iętności.
Pierwszy  raz zobaczy ła Ritę pewnego dnia rano, w drzwiach j ej  m ieszkania. By ła wzrostu Lu,

waży ła ze dwa razy  ty le, j ej  ciało układało się w seksowne górki i dołki. Kiedy  się odwróciła, Lu
zobaczy ła  wielkie,  kpiące  oczy   i  przy cupnięty   na  głowie  szm aragdowy   turban.  Od  tej   pory
codziennie doganiała sąsiadkę, razem  szły  do Merode – spędzały  wspólnie trzy  i pół do czterech
m inut porannego spaceru.

(O ty ch chwilach opowiadała Sprite z takim  entuzj azm em , że ta, zazdrosna, aż się krzy wiła).
Gdy by   Lu  m iała  odpowiedzieć  na  py tanie,  co  j ej   praca  m a  wspólnego  z  dy plom acj ą,  po

zastanowieniu się  przy znałaby, że  w służbowej   krzątaninie znalazłby   się m argines  na  zawodowy
m akiawelizm . Oddawała służbowe sam ochody  na przeglądy, wzy wała fachowców, gdy  którem uś
ze  współpracowników  coś  przeciekało,  urządzała  nowy m   m ieszkania  w  ram ach  przy dzielonego
budżetu.  Poznała  większość  brukselskich  sklepów  z  m eblam i,  dogadała  się  w  sprawie  zniżek  i
upustów, weszła w sy m biozę z polskim i i belgij skim i robotnikam i. Jej  praca polegała na ty m , że
każdy   m ógł  m ieć  –  i  m iał  –  do  niej   pretensj e.  Ale  j eśli  rzucał  się  za  bardzo,  m ogła  m u  kupić
niewy godne łóżko za służbowe pieniądze.

Pokusa  by wała  silna,  zwłaszcza  gdy   m iała  do  czy nienia  z  Sandrą,  żoną  dy rektora  Paca,

wy szczekaną blondy ną z włosam i układany m i prostownicą. Sandra by ła j edną z ty ch osób, które

background image

sły sząc, że ktoś m ówi w j ęzy ku dla niej  niezrozum iały m , uznawały, że j est od nich głupszy. Sam a
znała  ty lko  polski,  dlatego  potrzebowała  asy sty,  kiedy   chciała  kupić  coś  do  dy rektorskiego
m ieszkania. Lu urucham iała całą dy plom aty czną wiedzę z akadem ii, by  poskrom ić tem peram ent
Sandry   i  nie  doprowadzić  do  py skówki  ze  sprzedawcam i.  Wracała  z  ty ch  wy praw  spocona  i
chowała się za ekranem  kom putera. Potrzebowała czasu na dekom presj ę.

–  To  co  zrobim y,  pani  Ptaszy ńska?  –  dopy ty wała  się  Dom inika  na  stanowisku  obok.  –  No,  ale

j ak pani m y śli, pani Ptaszy ńska, że j ak to niby  będzie?

Dom inika:  Wszy scy   j esteśm y   żuczkam i  gnoj arkam i,  niestrudzenie  popy cham y   śm ierdzącą

kulkę świata.

W  ty m   m om encie  zadzwonił  telefon  –  dy rektor  chciał  się  dowiedzieć,  j ak  poszły   zakupy   z

Sandrą.

– Wiedziałem , że ci się spodoba – podsum ował dy plom aty czne zapewnienia Lu, że wy prawa

po  glazurę  do  m iej scowości  Huy   w  towarzy stwie  j ego  żony   sprawiła  j ej   przy j em ność.  –
Dziewczy ny  lubią zakupy.

Chociaż  lansował  wizerunek  swoj aka,  nikt  się  na  to  nie  nabierał.  Pan  Zdzisław  by ł  stary m

wy j adaczem , pani Ula wy strzegała się spoufalania z szefem  i ty lko Dom inika robiła wrażenie na
ty le  kruchej ,  żeby   wziąć  kum pelski  sztafaż  za  dobrą  m onetę.  Lu  podej rzewała,  że  księgowa
podkochuj e się w szefie, choć równy m  podziwem  zdawała się otaczać Sandrę. Mim o że dy rektor
m awiał  o  sobie  „Jarek”,  właśnie  tak,  w  trzeciej   osobie  („a  Jarek  m u  na  to,  wałowi  j ednem u”,
„niech  wie,  że  nie  z  Jarkiem   takie  num ery !”),  j ego  podwładni  om ij ali  dy plom aty czną  rafę,
ty tułuj ąc go służbiście panem  dy rektorem .

„Wpadniesz do m nie?” – zaesem esowała Lu do Barta. Po powrocie z Huy  potrzebowała czegoś

więcej  niż dekom presj i, m arzy ła j ej  się inteligentna rozm owa. „Spróbuj ę” – odpisał naty chm iast,
a  Lu  j ak  zwy kle  zdum iało,  że  tak  szy bko  reaguj e,  wy stukiwał  wiadom ości  ze  sprawnością
telegrafisty. Uporała się z zam ówieniem  hotelu dla wizy tuj ącego dy gnitarza, poinform owała żonę
zaprzy j aźnionego z szefem  europosła, gdzie kupić prawdziwą karkówkę, i załatwiła furgonetkę na
catering. Po piątej  opuściła poziom  m inus dwa i wy szła z kazam at na słońce. W Delhaize kupiła
półprodukty  na kolacj ę na dwoj ga. „Czekam  z j edzeniem ” – wy słała esem esa do Barta.

Ty m  razem  odpisał dopiero po paru m inutach. „Nie j estem  pewien, czy  będę m ógł się urwać”.

Lu przy stanęła na ruchliwy m  rondzie. Słońce grzało, ale j ej  ciało pokry ło się gęsią skórką.

Wy brała num er kochanka.
– Godzinę tem u m ówiłeś, że wpadniesz, a teraz nie j esteś pewien?
Bart  m ówił  przepraszaj ący m   tonem .  Chy ba  nie  m ógł,  ale  nie  by ł  pewien,  za  godzinę,  dwie

powinno się wy j aśnić, wszy stko zależało od…

–  Od  Ty m ci,  tak?  –  Głos  Lu  przepłoszy ł  kilka  wróbli.  –  A  j a  m am   czekać,  aż  ona  da  ci

pozwolenie  na  wy j ście,  i  to  naj wy żej   na  spacer  z  psem ?  Wy obrażasz  sobie,  że  kim   j a  j estem ,
nielegalną Penelopą?!

Stanęła w cieniu kam ienicy. Bąkał coś przepraszaj ąco, ale go zignorowała.
– Mam  dosy ć – sy knęła. – Dość czekania, dopasowy wania się, by cia piąty m  kołem  u wozu.
Ja też m am  prawo do norm alnego ży cia, do m ężczy zny, który  m nie kocha, ty lko m nie. Wracaj

do żony !

Jedno wciśnięcie klawisza ucięło słowotok Barta. Siatka zaciąży ła j ej  w ręku, Lu rozej rzała się,

gdzie  by   j ą  postawić.  I  wtedy   zobaczy ła  Violę,  asy stentkę  attaché.  Mij ały   się  w  budy nku

background image

am basady, wy m ieniały  banały  na przy j ęciach, ale chociaż by ły  w ty m  sam y m  wieku, każda po
pracy  szła w swoj ą stronę. To Viola służbiście wy py ty wała Lu o „badża”.

–  Pewnie  j eszcze  nie  j adłaś?  –  Viola  wskazała  siatkę  Lu,  z  której   wy stawało  pióro  pora.  Nie

by ło  wątpliwości,  że  sły szała  j ej   rozm owę  z  Bartem .  –  Ja  też  nie.  Zj edzm y   coś,  a  potem
wpadniem y  do Bar du Matin.

Kobiety, które łączy  podobieństwo doświadczeń, naj pierw sonduj ą grunt. Słowa klucze, w  ty m

wy padku  „żonaty ”,  „od  kilku  lat”,  „przy j echałam   tu  dla  niego”,  otwieraj ą  drzwi  do  znaj om ości,
opartej  na wspólnocie m izerii. Dobrze, że zj adły, zanim  zakotwiczy ły  w Bar du Matin.

Mim o  sporej   dawki  alkoholu  nie  wy py ty wały   się  nawzaj em   o  nazwiska  swoich  nie  swoich

m ężczy zn. Mówiły  o nich „ten m ój ”, „wiadom y ”, Lu wy rwało się nawet „rzeczony ”, na co Viola
wpatrzy ła się w nią ciem ny m i świdruj ący m i oczam i i wy buchnęła śm iechem . Potem  m iały  j uż
niewiele  m ożliwości  terapeuty cznego  wy rzekania,  bo  wciąż  zaczepiali  j e  m ężczy źni.  Oprócz
singli poj awiali się i ci z nieopalony m  paskiem  na serdeczny m  palcu. Viola wy j ęła j ednem u w
tańcu obrączkę z kieszeni i pokazała pląsaj ącej  obok Lu. Mężczy zna wy rwał j ej  obrączkę i uciekł z
parkietu, j ego m iej sce szy bko zaj ął inny.

– Widzisz? Mam y  opcj e – przekrzy czała m uzy kę Viola.
By ła j uż wstawiona, krótkie czarne włosy, które w pracy  nosiła przy lizane, m iała nastroszone.

Dłonie tańczącego z nią chłopaka wędrowały  w dół pleców Violi i zatrzy m ały  się na j ej  wąskich
j ak  u  chłopca  pośladkach.  Lu  rozej rzała  się  –  wszy scy   tu  by li  nastawieni  na  łowy,  wszy scy
odgry wali  singli.  W  rozm owach  m ieszały   się  j ęzy ki,  w  powietrzu  wisiał  dy m   z  papierosów  i
m arihuany.

–  Spotkałam   tu  starszy ch  ludzi,  którzy   m ówili,  że  Belgowie  Kongo  ucy wilizowali.

„Ucy wilizowali”, rozum iesz? – W stoj ącej  obok blondy nce Lu z m ety  rozpoznała Szwedkę.

–  Przecież  to  m y   daliśm y   im   Kongo.  –  Sy lwetka  chłopaka  przy pom inała  szy dełko.  –  My

,Francuzi. No i Anglia, i Stany.

Ktoś dotknął łokcia Lu.
– Hej , j estem  Carlos, m oże m asz ochotę…
Kiedy   wracały   z  Violą,  Lu  m iała  gardło  opuchnięte  od  wy krzy kiwania  nieistotny ch  zdań,

m uzy ka grała tak głośno, że nie m ożna by ło nic usły szeć. „Dlaczego tu taki hałas?” – krzy knęła do
ucha chłopaka, który  j ą akurat podry wał. „Żeby  nie m usieć rozm awiać” – odkrzy knął. Zam ówiła
taksówkę i oderwała Violę od zby t m łodego Hiszpana. Z ulgą stanęła pod drzwiam i, skąd wkrótce
m iały  wy biec psy  pani Verm eegstah.

– Sukom u, Vladim ski, Pey lot – przeczy tała nazwiska współlokatorów.
Powtarzała j e j eszcze w łóżku, zasnęła przy  ty m  j ak przy  koły sance.
Nad ranem  usły szała, że winda zatrzy m uj e się na siódm y m  piętrze, ale pom y ślała, że to ktoś

do Rity. Nie usły szała, j ak sąsiadka bąka: „Sorry, m y ślałam , że to ktoś do m nie”, a niespodziewany
gość odpowiada: „To zależy …”.

Rita  (stoi  w  drzwiach,  patrząc  na  uniesione  przy m ilnie  brwi  kochanka  Lu  w  stroj u  biegacza;

dy m ek wy raża drwinę): Są faceci, którzy  zdradzą nawet naj piękniej szą. A to ci „prezent” z rana!

Pachniały   frezj e.  A  m oże  to  by ły   żonkile?  Mam a  zawsze  dawała  j ej   bukiety   na  urodziny,  Lu

budził ich zapach, witały  kolory. Kwiaty  dzieciństwa zachwy cały  j ą, plastikowe wstążki nie m ogły
zasłonić ich urody. Co się stało z tam tą zm y słowością, którą czuła w otaczaj ący m  j ą świecie, nie
ty lko w m ężczy znach?

background image

Lu wstała z m ateraca; wbrew naleganiom  Barta ułoży ła go na podłodze.
– Pracownicy  polskiej  am basady  dostaj ą przy dział ty lko na gołe m aterace? – zadrwił.
– Dobiłeś wieku, kiedy  wy goda liczy  się przede wszy stkim ? – odpaliła.
Zastanawiała się czasem , czem u z nią j eszcze by ł, z babą o niewy parzony m  j ęzy ku, ale j ego

to chy ba podniecało, bo po spięciach brał j ą ty m  energiczniej .

– Widać ta Ty m cia j est rozlazła – podsum owała Viola podczas lunchu, na który  wy rwały  się z

pracy. – Żona m oj ego j est z piekła rodem , więc j a udaj ę łagodną.

Lu  uśm iechnęła  się  na  wspom nienie  tej   rozm owy   –  Viola  łagodna!  Kochanki  to  m istrzy nie

iluzj i.  Przeciągnęła  się  przed  lustrem .  Siedzący   try b  ży cia  i  belgij skie  j edzenie  zrobiły   swoj e:
wcięta talia,  którą  u  siebie  lubiła,  stała  się  nieco  m niej   wcięta.  Lu  weszła  na  wagę  –  dodatkowe
trzy   kilogram y.  Do  stosowania  diet  się  nie  nadawała,  bo  brak  regularny ch  posiłków  przy płacała
napadam i złości, na co nie m ogła sobie pozwolić ani w am basadzie, ani w związku. Mim o że przez
Barta wy lądowała w naj nudniej szej  pracy  świata, powinna się cieszy ć, że w ogóle j ą m iała, w
j ej   pokoleniu  to  nie  by ło  takie  oczy wiste.  Co  do  związku  –  lepiej   nie  m y śleć  w  podobny ch
kategoriach.

background image

Wy j rzała przez okno. Bruksela… Bart nie wy rażał się o niej  z entuzj azm em . Urodził się na wsi

pod  Antwerpią,  wielkie  m iasta  podświadom ie  go  m ęczy ły,  chociaż  nie  chciał  się  do  tego
przy znać.  Lu,  warszawianka,  odnalazła  coś  koj ącego  w  m ieście  o  połowę  m niej szy m   od
rodzinnego,  pozornie  spokoj ny m   dzięki  m ieszczańskim   kam ienicom ,  parkom ,  rozległy m
pałacowaty m  budowlom .

Niskie  zaby tkowe  budy nki  dawały   poczucie  ciągłości  czasowej ,  której   brakowało  zburzonej   i

odbudowanej   Warszawie.  Bruksela,  przy tulniej sza  od  Sztokholm u,  stawała  się  coraz  bardziej   j ej
m iastem . Gdy by  ktoś zapy tał Lu, kim  są dzisiej si brukselczy cy, powiedziałaby, że nom adam i.

„Biały m i, czarny m i, żółty m i czy  sraczkowaty m i” (usły szała to zdanie w m etrze; zapam iętała

głos, ale sam ego m ężczy zny, który  j e wy powiedział, nie zdołała dostrzec, zasłonił go tłum . Kiedy
go poznała parę m iesięcy  później , j ej  ży cie się zm ieniło. Ale to by ło potem ).

Dziś nie zbudził j ej  zapach kwiatów. Dopiero gdy  otworzy ła okno wy chodzące na park, poczuła,

że  m a  urodziny,  lato  wsunęło  się  do  pokoj u  szum em   drzew,  w  lipcowy m   słońcu  zieleniły   się
eskadry   papug.  Oparła  głowę  o  fram ugę.  By ła  tu,  czuła  zapach  rozgniatanej   upałem   zieleni  z
dom ieszką  spalin.  Z  okna  widziała  łuk  –  prezent  od  króla  Leopolda  II  na  pięćdziesiąte  urodziny
państwa  belgij skiego.  Lu  kończy ła  dziś  trzy dziestkę.  Co  też  j ej   ofiaruj e  j ej   belgij ski  król,  Bart
Żonaty ?

Podeszła  do  lodówki  i  szy bko  przej rzała  j ej   zawartość.  Powinna  się  um y ć  i  wy skoczy ć  po

zakupy, Bart zapowiedział, że zostanie dziś u niej  na noc. Idąc do łazienki, przy stanęła koło lustra.

To  prawda,  co  m ówił  Tata  Bis,  m iała  oczy   m am y.  Po  złożeniu  j ej   ży czeń  m am a  py tała

zawsze,  czego  sam a  Lu  by   sobie  ży czy ła.  Odpowiadała  różnie:  „Naprawdę  nie  wiem ”  albo
„Żeby m   zdała  m aturę”.  Dziś  popatrzy ła  w  swoj e-m am ine  oczy   i  zary zy kowała:  „Szczęścia  w
m iłości”.

Drgnęła  na  dźwięk  dzwonka.  Nikogo  się  nie  spodziewała  tak  wcześnie,  kolacj ę  z  Bartem

zaplanowali dopiero na siódm ą.

– Em i – usły szała w dom ofonie.
– Co się stało? – zapy tała zaniepokoj ona, kiedy  stanął w drzwiach w stroj u do j oggingu.
Podał j ej  kwiaty  i obj ął j ą w pasie.
– Happy birthday…
Płatki  i  liście  dotknęły   j ej   piersi  przy słonięty ch  cienką  koszulką.  Powiedział  coś,  czego  nie

zrozum iała,  i  posadził  j ą  na  blacie  dzielący m   kuchnię  od  pokoj u.  Owinął  się  w  biodrach  j ej
nagim i nogam i, kwiaty  usiłował położy ć z dala od nich, ale Lu trzy m ała j e kurczowo.

– Odwróć się. – Bart przy cisnął j ej  twarz do blatu.
Zanurzy ła  nos  w  kwiatach,  poczuła  doty k  liści  na  policzkach  i  niecierpliwy   ucisk  rąk  na

pośladkach. Insty nktownie wy gięła się do ty łu.

Sy gnał telefonu zabrzm iał j ak stukanie chorego dzięcioła. Lu poczuła za sobą chłód.
– Teraz? – usły szała głos Barta. – A nie po południu? Przecież m ówiłem , że… Jestem  zdy szany,

bo biegam .

Wciąż leżała bez ruchu z twarzą w kwiatach, nagą pupą i koszulką zrolowaną pod piersiam i.
Przy pom niało j ej  się, j ak się kiedy ś wy wróciła, a chłopcy  śm iali się z niej , bo spódnica j ej  się

zadarła i odsłoniła m aj tki.

Zobaczy ła przed sobą brzuch Barta. Stał przed nią, przestępuj ąc niepewnie z nogi na nogę.
Nie  chciało  j ej   się  podnieść  wzroku.  Uj ęła  w  czubki  palców  długi  liść  z  bukietu  i  zaczęła  go

background image

powoli rolować.

–  …m y ślałem ,  że  wy rwę  się  wieczorem ,  ale…  dlatego  teraz  wpadłem ,  a  tu  się  okazuj e…

wściekły  j estem , nie m asz poj ęcia…

Liść wy sunął się j ej  z wilgotny ch palców, znów zaczęła go rolować.
– Wszy stkiego naj lepszego, Em i. – Poczuła na włosach j ego palce.
Wstrzy m ała oddech. Kiedy  zsunął ręce na j ej  nagie plecy, zerwała się, kwiaty  spadły  z blatu.
Jedny m  susem  dopadła łazienki. Poczuła pod stopam i odpry sk farby, która odpadła od fram ugi,

gdy  trzasnęła drzwiam i; sły szała pukanie, prośby, ale nie reagowała. Odkręciła pry sznic, kucnęła
w wannie i skierowała strum ień wody  m iędzy  nogi.

–  Odpieprz  się  –  sy czała  zza  zaciśnięty ch  zębów,  czuj ąc,  j ak  tężej ą  j ej   m ięśnie  ud.  –

Odpieprzcie się wszy scy !

Stała  pod  pry sznicem ,  dopóki  nie  poczuła  świdrowania  głodu.  Mokre  stopy   odcisnęły   ślad  na

dy waniku  przed  wanną,  woda  z  włosów  zakapała  podłogę  kuchni.  Lu  wbiła  na  patelnię  j aj ka  i
zj adła j e z chlebem . Ulga, nawet chwilowa, też dobrze robi – pom y ślała. Po co upierać się przy
perm anentny m  szczęściu?

Wieczorem  odpakowała Escale à Pondichéry, które kupiła w drodze powrotnej  z Polski.
Kwiaty  od  Barta  zostawiła  na  podłodze,  nie  chciało  j ej   się  ich  podnieść  ani  włoży ć  do  wody.

Jutro – pom y ślała, chociaż nie lubiła tak m y śleć. Jutro j e wy rzuci.

– Będzie bolało? – zapy tała Lu, patrząc w sufit.
– Ty lko trochę, j ak uszczy pnięcie.
Lu wzięła głęboki oddech. Ból zaświdrował w podbrzuszu i zgasł.
– Proszę j eszcze chwilę poleżeć. – Głos lekarki nałoży ł się na dy skretne pobrzękiwanie narzędzi.
Mówiła  po  polsku,  ale  słowa  brzm iały,  j akby   ktoś  j e  wrzucił  do  pudełka  i  nim   potrząsnął  –

wy chodziły  pogięte, poobtłukiwane.

– Od dawna j est pani w Belgii? – Lu zeszła z „sam olotu” i zaczęła się ubierać za kotarą.
–  Dwadzieścia  lat.  –  Ginekolog  przy stawiła  pieczątkę  na  rachunku.  –  Przy j echałam   tu  na

wakacj e i… zostałam .

Lu usiadła na krzesełku po drugiej  stronie biurka.
– W Polsce wtedy  właśnie zdałam  na studia, m iałam  chłopaka. – Lekarka się uśm iechnęła. –
Tu przy j echałam  ty lko na m iesiąc, pilnować dzieci, studencka praca. Zakochałam  się. Poszłam

tu na studia, urodziłam  sy na…

Podała j ej  rachunek.
– Czy li historia m iłości. – Lu się uśm iechnęła.
Lekarka  zrobiła  gest,  j akby   ham owała  się  od  wzruszenia  ram ionam i.  Mogła  m ieć  koło

czterdziestki, ale robiła wrażenie m łodszej , coś w j ej  urodziwej  twarzy  przy pom inało Lu Dunię.

–  Już  nie  j esteśm y   razem .  Ale  m am y   wspaniałego  sy na.  A  wracaj ąc  do  pani,  kobiety

przy zwy czaj one do spiralki czasem  zapom inaj ą po j ej  wy j ęciu, że m uszą uży wać prezerwaty w.
Do  czasu  założenia  nowej   radzę  uważać,  cy kl  m oże  by ć  nieprzewidy walny.  A  to  na  wszelki
wy padek. – Podała j ej  receptę. – Pigułka „po”. Może j ą pani wziąć do siedem dziesięciu dwóch
godzin  po  stosunku,  j eśli  podej rzewa  pani,  że  m ogła  zaj ść  w  ciążę.  Radziłaby m   wy kupić  i  m ieć
pod ręką.

Lu wy szła na sierpniowy  upał i włączy ła telefon – cztery  nieodebrane połączenia, wszy stkie od

Barta. Wy j echał z rodziną na wakacj e, z który ch wy sy łał Lu po kilkanaście esem esów dziennie,

background image

e-m aile  z  linkam i  do  rom anty czny ch  piosenek  (m iał  skłonność  do  klasy czny ch  szlagierów,  od
który ch Lu, wielbicielce hip-hopu, cierpła skóra).

–  Em i!  Gdzie  się  podziewałaś?  –  głos  Barta  słabł  przy   podm uchach  wiatru,  pewnie  kry ł  się  z

kom órką na wy dm ach, kicaj ąc po kłuj ącej  nadbałty ckiej  trawie.

– By łam  u lekarza.
– Wszy stko dobrze?
Lu  usły szała  głos  Ty m ci,  j ej   nawoły wania.  Bart  nagle  zaczął  kończy ć.  Nie  zdąży ła  m u

powiedzieć  o  ty m ,  że  wy j ęła  spiralkę,  ani  o  ty m ,  że  zrobiła  to,  bo  nie  planowała  na  razie
intensy wnego ży cia  seksualnego.  On,  który   m iał  j ą,  kiedy   chciał,  właśnie  stracił  do  niej   dostęp,
j ej  ciało chciało odpocząć – od horm onów i od niego.

Lu stała w odprasowanej  sukience, nowe buty  gniotły  j ą w pięty, j ak tam te, które dwadzieścia

lat tem u włoży ła na kom unię – Dunia przy słała j ej  wtedy  białe czółenka ze Szwecj i, ale stopy   Lu
urosły  i buty  okazały  się za m ałe.

– Zapom niałam  uży ć dezodorantu – j ęknęła pani Ula, dy skretnie obwąchuj ąc pachę.
Stoj ąca w rzędzie obok niej  Dom inika obciągnęła nerwowo spódnicę, m etr dalej  wy prężał się

służbiście  pan  Zdzisław.  Lu  przestąpiła  z  nogi  na  nogę.  Buty   nasuwaj ące  skoj arzenia  z
kom unij ny m i  piły   coraz  bardziej .  W  nudzie  czekania  pam ięć  nagle  ruszy ła  w  głąb,  Lu
przy pom niał się wiersz z przedszkola. „Naplotkowała sosna, że j uż się zbliża wiosna. Kret skrzy wił
się ponuro: – Przy j edzie pewno furą…”.

Do westy bulu, gdzie stali rzędem  wraz z pozostały m i pracownikam i am basady, dotarły  strzępki

rozm owy  aniołków.

– Zdaj e się, że sam olot m a opóźnienie – świsnęła pani Ula, poprawiaj ąc świeżą trwałą.
Wzrok Lu zawisł na gablocie z dziełam i literackim i. „Kos gwizdnął: – Wiem  coś o ty m , przy leci

sam olotem …”. Dy rektor Pac wbiegł do westy bulu i wy konał dziwny  gest, ni to nakaz m ilczenia,
ni  ustawienia  się  na  baczność.  „A  j a  wam   dowiodę,  że  właśnie  sam ochodem …”  –  snuło  się  po
głowie Lu.

Z  zewnątrz  doszło  trzaskanie  sam ochodowy ch  drzwiczek.  Dy rektor  zniknął  tak  nagle,  j ak  się

poj awił, a Lu poczuła, że nie wy trzy m a dłużej  w ty ch butach, pięty  chy ba zaczęły  krwawić.

Dy skretnie  zaj rzała  do  torebki  w  poszukiwaniu  plastra.  Dom inika  znów  obciągnęła

podj eżdżaj ącą spódnicę, ty m  razem  bardziej  nerwowo niż zwy kle, i zaczepiła łokciem  o torebkę
Lu. Zawartość rozsy pała się po m arm urowej  podłodze.

– O, dezodorant – wy rwało się pani Uli.
Dezodorant przetoczy ł się pod paradny m  stołem  i poturlał do drzwi. Lu kucnęła i  wy ciągnęła

rękę w stronę kosm ety ku, ale zam iast niego chwy ciła czy j ś but.

„A wiosna przy szła pieszo, j uż kwiatki za nią spieszą…”.
Podniosła  wzrok  na  długie,  zgrabne  nogi.  I  resztę  eleganckiej   sy lwetki,  którą  wieńczy ła  ruda

fry zura. Lu wstała i wy m am rotała przeprosiny, starannie om ij aj ąc wzrokiem  dy rektora Paca.

–  Proszę  państwa  –  głos  attaché  kulturalnego  uniósł  się  nad  westy bulem   –  oto  am basador

Rzeczy pospolitej , Virginia Panikos!

„Już trawy  przed nią rosną i szum ią: – Witaj , wiosno”.
– No, czegoś takiego to j eszcze nie by ło – powtarzała po kilka razy  dziennie pani Ula. –
Ty lu am basadorów widziałam , ale kogoś takiego… takiej  to j eszcze nie.
Kasj erka  dem onstrowała  pełen  szacunku  stosunek  do  nowej   pani  am basador,  pan  Zdzisław

background image

wdzięcznie Virginii czapkował, dy rektor Pac robił wrażenie, j akby  chciał j ą podj ąć pod nogi. Nie
on  j eden.  By ły   to  piękne  nogi,  o  czy m   świadczy ły   spoj rzenia  aniołków,  tonące  w  rozporkach
długich spódnic Virginii.

– Te j ej  nogi to trój kąt berm udzki, faceci tracą głowy. – Lu przekrzy kiwała harm ider w barze,

gdzie siedziała z Violą w piątkowe popołudnie.

– My ślisz, że robi sobie bikini brazy lij skie? – Viola łowiła wzrok barm ana.
– Ile ona m oże m ieć lat? – zastanowiła się Lu.
– Pięćdziesiąt pięć i pół.
Ruda Virginia m usiała m ieć bez przerwy  czerwone uszy, bo wszy scy  j ą obm awiali. Ciągle się

m y lili,  zwracaj ąc  się  do  niej   per  „pani  am basadorowo”  zam iast  „pani  am basador”,  co  Virginia
bezwzględnie tępiła. Mówiąc o niej  m iędzy  sobą, skracali j ej  im ię do swoj skiego „Gienia”.

–  Na  spotkanie  z  am basadorem   Cy pru  włoży ła  m ary narkę  od  Yves  Saint  Laurenta,

zauważy łaś? – traj kotała Viola. – A na koncert żakiet Chanel. Że nie wspom nę o butach.

– Ona m a w sobie coś takiego… – Lu szukała właściwego słowa.
–  Bogatego  m ęża.  Grek,  Asklepios  Panikos,  producent  tzatzików.  Mieszkaj ą  osobno,  chociaż

form alnie  nigdy   się  nie  rozeszli.  Whisky   z  lodem   i  desperados.  –  Viola  przy ciągnęła  wreszcie
uwagę barm ana, po czy m  znów odwróciła się do Lu. – Dlatego tak dobrze wy gląda – stać j ą na
drogie ciuchy.

– Przecież sam a też zarabia.
– Ma bogatego m ęża – powtórzy ła Viola m echanicznie.
Lu  pom y ślała,  że  gdy by   Virginia  by ła  m ężczy zną,  Violi  nie  przy szłoby   do  głowy   przy pisać

zasług am basadora zam ożności j ego żony. Viola to prostaczka – strzy knęło coś w Lu.

– A j ak z ty m  twoim ? – usły szała.
W  tłum ie  nasy cony m   zapacham i  alkoholu  i  ciał  Lu  zrobiło  się  naraz  chłodno.  Kiedy   Bart

zostawił  j ą  w  j ej   urodziny,  podj ęła  decy zj ę:  nie  będzie  na  niego  czekać,  czatować  na  resztki  po
uczcie Ty m ci. Chociaż zapewniał j ą, że z Ty m cią seksu nie uprawia, to ży ł ży ciem  kapcia. Jego
rozpaczliwe telefony  z wy j azdu na wakacj e wy woły wały  w Lu falę pogardy. I, niestety, wciąż
j eszcze czułości.

(Kiedy  Lu opowiadała o ty m  Sprite, doszła do wniosku, że to, co Bart nazy wał m iłością, by ło

zaćm ą, która spadła na nią, gdy  straciła grunt pod nogam i. Ani Michał, ani nikt inny  nie m ógł j ej
wtedy   pom óc,  dopóki  nie  przy leciał  Bart  kolorowy m   balonem   nam iętności.  „Żałuj esz?”  –
zapy tała  Sprite.  Lu  pokręciła  przecząco  głową  i  powtórzy ła  słowa  Łukasza,  swoj ego  m ądrego
by łego szefa: „Tak m usiało by ć”. I dodała: „Ale nie powinnam  by ła pozwolić, żeby  nazwał to, co
j est m iędzy  nam i, ani ty m  bardziej  w to wierzy ć”.).

Kiedy   Bart  wrócił  z  wakacj i,  Lu  wy m awiała  się  od  spotkań  pracą,  zrzucała  brak  czasu  na

wy m agaj ącą  panią  am basador.  Nie  um iała  odciąć  się  od  niego  całkiem ,  nie  m iała  siły,  wciąż
łapały  j ą ataki głodu, gdy  go nie widziała. Jednak w środku się zaparła – wy kopy wała obecność
Barta  z  codzienności,  wy ry wała  chwast  uzależnienia.  W  pracy   się  trzy m ała,  ale  nocam i,
słuchaj ąc m iłosnego m ruczenia Rity  i szlochów j ej  kochanków, płakała.

– Spróbuj  klin klinem . – Viola ły knęła whisky.
– Nie interesuj ą m nie inni m ężczy źni.
– A kobiety ? Gienia j est niezła. – Viola m rugnęła.
–  Nie  odpisuj ę  na  j ego  esem esy   j uż  od  ośm iu  dni.  –  Lu  ściskała  butelkę  desperadosa  tak

background image

m ocno, aż ścierpły  j ej  palce.

– A pod drzwi nie podchodzi? Mój  podchodził.
– Wy  też zerwaliście?
–  „Zerwaliście”.  –  Kostki  lodu  zabrzęczały   w  szklance,  na  brzegu  poły skiwał  ślad  wiśniowej

szm inki.  –  A  bo  to  z  żonaty m   m ożna  tak  po  prostu  zerwać.  Singiel  prędzej   odpuści,  zaraz  pozna
kogoś innego. Żonaty  wraca do żony  i dostaj e ataku klaustrofobii.

– My ślisz, że są z nam i z wy gody, żeby  nie m usieć się m ęczy ć kolej ny m  podry wem ?
Viola ły knęła whisky  i m ruknęła:
– Pij  swoj ego desperadosa.
Lu  wy ciągnęła  przed  siebie  gołe  nogi  i  przy m knęła  oczy.  Gdzieś  blisko  m iauczał  kot,  do  j ego

głosu  dołączy ło  zawodzenie  koguta  karetki.  Kot  nadawał  z  podwórka  na  ty łach  avenue  des
Nerviens, a m oże z ogródków na dole, przy  chaussée Saint Pierre, am bulans gnał w stronę ronda
Schum anna.  Jęk  sy reny   świdrował  w  uszach,  kot  rozm iauczał  się  na  dobre,  ry tm y   dźwięków
wy równały   się.  Kom órka  warknęła  w  dłoni  Lu,  Bart  donosił,  że  zaraz  przy j dzie.  Karetka
przej echała  obok,  kot  wrzasnął,  po  czy m   dźwięki  się  rozdzieliły   i  każdy   znalazł  swoj ą  m elodię.
Naraz zam ilkły.

Lu wy stawiła twarz do słońca. By ło ciepło j ak w połowie wakacj i, chociaż wrzesień dawno j uż

się zaczął. Bart stanął nad nią, płowe włosy  kręciły  się w półdługiej  fry zurze. Ty lko ona wiedziała,
ile w ty m  blond odcieniu j est siwizny. Nie, nie ty lko ona, j eszcze Ty m cia.

– Śliczna j esteś.
– Bart…
– Po prostu tak m y ślę, to wszy stko.
Um ówiła się z nim  na ławce przed dom em . Nie chciała go zapraszać na górę, bo skończy liby

w  łóżku,  j ak  zwy kle,  a  ona  zam ierzała  m u  coś  ważnego  powiedzieć,  nie  chciała,  żeby   zby ł  j ą
pieszczotam i.  Rozej rzał  się  po  zakątku,  j akby   przy szedł  w  gości.  Ławki  by ły   zasłonięte  krótkim
ży wopłotem  i drzewam i, które kwitły  na wiśniowo, gdy  Lu się tu wprowadzała. Usiadł koło niej .

Poczuła, j ak j ego palce wędruj ą w górę j ej  uda, wsm y kuj ą się pod letnią sukienkę.
– Nie – powiedziała, ale nie przestawał pieścić nagiej  skóry.
Nagle  podnieciła  j ą  świadom ość,  że  siedzą  na  ulicy,  gdzie  każdy   m oże  ich  zobaczy ć.

Rozchy liła  lekko  nogi.  Jakaś  sy lwetka  zam aj aczy ła  w  głębi  ulicy,  ręka  Barta  znieruchom iała
m iędzy  j ej  udam i. Zaczął coś m ówić, nie rozum iała co, otum aniło j ą podniecenie. Przechodzień
m ij ał  ich  ławkę,  kiedy   Bart  wsuwał  palce  do  cipki.  Gdy by   tam ten  się  obej rzał,  zobaczy łby,  co
robią. Lu przy m knęła oczy. Palce Barta ugniatały  j ą od środka, on sam  pachniał ty m , co tak j ą
podniecało – sobą.

–  Bart,  Bart  –  szeptała,  gdy   kilka  m inut  później   zatrzy m ał  windę  m iędzy   piętram i.  Oparta

plecam i  o  podrapane  lustro  sły szała  dochodzące  z  dołu  szczekanie  psów  pani  Verm eegstah,
stukanie w drzwi windy  gdzieś na inny m  piętrze, wy rzekania, że znowu się zepsuła. Sukienka lepiła
się do brzucha na wy sokości talii, trzy m ała j ą w palcach za brzegi, j ak dziewczy nka, która tańczy.

Nie  powiedziała  Bartowi,  że  z  nim   zry wa.  Skinęła  głową,  kiedy   zaproponował,  że  pod  koniec

października poj adą we dwoj e do Londy nu. Długi weekend ty lko dla siebie, to znaczy  wieczory  i
noce,  bo  w  dzień  Bart  m usiał  pracować.  Ale  pokój   z  podwój ny m   łóżkiem ,  taka  okazj a,  Lu  nie
m ogła powiedzieć, że się nie stara. Robił dla nich, co ty lko m ógł. Co powiedziawszy, wy szedł.

(Ostatnie  zdanie  trudno  j ej   by ło  przełoży ć  na  angielski  czy   francuski,  ale  Sprite  i  tak

background image

zrozum iała).

Potem   Lu  wracała  m y ślam i  do  tego  stanu  zaniku  woli,  zahipnoty zowania  Bartem .  Co  wtedy

czuła? Obezwładniaj ące zasy sanie, j akby  zsuwała się po niekończącej  się zj eżdżalni. Łaskotanie w
podbrzuszu,  świst  powietrza  w  uszach  i  lekkie  m dłości.  Kiedy   weszła  na  ring  i  pierwszy   raz
porządnie  oberwała,  poczuła  różnicę.  Ból  na  ringu  poj awiał  się  tuż  po  uderzeniu.  Ciosy   Barta
by wały  tak zakam uflowane, że m ożna j e by ło pom y lić z pieszczotą.

– Nie boisz się? – py tano j ą, kiedy  m ówiła, że trenuj e kick-boxing. – To taki brutalny  sport.
Wzruszała  ram ionam i.  Na  początku,  kiedy   nauczy ła  się  kilku  ciosów  i  kopnięć,  czuła  się

niety kalna.  Nie  m iało  j ej   się  prawa  nic  stać,  ciało  dawało  taką  siłę,  takie  oparcie,  aż  coś  j ą
unosiło.

Po walce z Leą odważy ła się nam ówić na sparing Sprite. Ty le razy  wspólnie trenowały, znała

j ą, ufała.

Sprite przy j m owała ciosy, zachęcała do atakowania. Lu nacierała, lewa, prawa, cios, odskok.
I znów: prawa, lewa, hak. Sprite zasłaniała się, przy j m owała ciosy. A kiedy  j uż kończy ły  rundę,

wy konała  ruch,  którego  Lu  nie  zauważy ła.  Nagle  liny   ugięły   się  pod  ciężarem   j ej   ciała,  twarz
zwilgotniała  z  j ednej   strony,  światło  lam p  się  rozm azało.  Jak  się  tam   znalazła?  To  wtedy   Lu
nauczy ła się, że przed bólem  poj awia się zdziwienie.

– Lu, wszy stko w porządku? – Zobaczy ła nad sobą zatroskane oczy  Sprite.
Lu  patrzy ła  na  nią  bez  słowa.  Sekundę  wcześniej   te  sam e  oczy   zwęziły   się  prawie

niedostrzegalnie,  kolor  tęczówek  przy żółkł,  a  Sprite  wy prowadziła  ledwo  zauważalne  wy sokie
kopnięcie.

Jej  stopa przesunęła się po uchu Lu, obtarła policzek i wy lądowała na nosie.
–  My ślałam ,  że  zrobisz  unik.  –  Sprite  wy cierała  krew  spod  nosa  Lu  we  własny   bandaż,  który

odwinęła z rąk.

–  Nic  się  nie  stało  –  m ruknęła  Lu,  rej estruj ąc  j akby   z  pewnego  oddalenia  reakcj e

zaszokowanego  ciała:  pulsowanie  w  nosie,  gorąco  rozlewaj ące  się  po  policzku.  –  Nic  się  nie
stało…

„Nic się nie stało” – m ówiła, ale to nie by ła prawda. Coś się stało. Żółty  bły sk w oczach Sprite,

zwierzęcy   odruch  wy gry wania,  iskra,  która  tli  się  w  każdy m ,  również  w  ty ch,  który ch  się  zna,
który m  się ufa.

– Em ilia, pan europoseł…
– Em ilia, pan m inister…
– Em ilia, pani hrabina…
– Em ilia, gdzie płaszcz m ałżonki…?
– Czy j ej ?
– Em ilia, gdzie etola?!
– Małżonki m inistra?
– Zwariowałaś? Hrabiny.
Lu  otarła  pot  spod  nosa,  na  palcach  została  sm uga  m ake-upu.  Dłoń  hrabiny   w  nieskazitelnie

białej  rękawiczce wy ciągała się w j ej  stronę. Może dy gnąć, zam iast podawać rękę? – przem knęło
Lu przez m y śl. „Lepiej  tak, dziecko, bo j ak m i uwalasz rękawiczkę sm ugą pudru…” – zdawały  się
przestrzegać  oczy   starej   ary stokratki.  Jej   towarzy sz  przy glądał  się  dobrotliwie  dwoj ącej   się  i
troj ącej  Lu.

background image

– Pam iętam , j ak kiedy ś w Wilnie…
– No wiem , niezłe j aj a by ły  – dotarł gdzieś z bliska głos Sandry.
A ci znów, służbiście wy watowani – pom y ślało coś nieszlachetnie w Lu na widok woj skowy ch i

ich żon w sukniach, tak, w sukniach, bo nie w sukienkach, za dużo tu by ło koturnu, żeby  cieniować
znaczenia.  Wszy scy   tutaj   ubrali  się  „na  okazj ę”,  żeby   by ło  „elegancko”:  koki,  loki,  gołe  plecy,
biżuteria  i  „wy j ściowy ”  m akij aż  (Lu  m ściwie  wstawiała  cudzy słowy,  j awna  zgry źliwość  z  j ej
strony ).

– Pani Em ilio, Tom bola – usły szała za plecam i.
Gienia  wy stawała  spom iędzy   żon  oficerów  j ak  portowy   żuraw,  przy ćm iewaj ąc  kobiety   i

m ężczy zn klasą, urodą i stanowiskiem .

– Losy  do Tom boli przekazałam  staży stce, która pilnuj e ich w głównej  sali – odparła Lu.
– To pani m a by ć w głównej  sali, żeby  tego dopilnować, nie staży stka – upom niała j ą Gienia.
– Ale pan dy rektor kazał m i by ć tu, żeby …
Virginia Panikos przestała się uśm iechać.
– Pani Em ilio – zaczęła, a pierwszy  rząd żon woj skowy ch wstrzy m ał oddech. – Powierzy łam

pani zadanie. Proszę j e wy konać.

Lu m inęła woj skowy ch, zastanawiaj ąc się, czy  nie karcą j ej  w m y ślach, bo nie zasalutowała

Virginii, ale oni patrzy li na nią pożądliwie, aż żony  zaczęły  brać ich pod ręce i kierować w stronę
sali balowej  (by ł to naj droższy  hotel w Brukseli i nic tu nie wy m agało cudzy słowu).

–  Jest  o  ciebie  zazdrosna.  –  Viola  tuptała  koło  Lu  j ak  dzielny   gierm ek  przy   wkurwiony m

ry cerzu.

– Przecież nie podry wam  Panikosa. – Strój  plątał się Lu m iędzy  nogam i.
Nie spała od kilkunastu godzin, bo Sandra zabrała j ą j ako tłum aczkę do fry zj era, który  podobno

czesał gwiazdy  telewizj i. Miał wolne m iej sce j edy nie o siódm ej  rano, Lu wstała więc o  piątej ,
żeby   zawieźć  Sandrę  służbowy m   sam ochodem   do  salonu  w  m iej scowości  Erps-Kwerps,  w
drodze na Veltem -Beisem . Potem  Sandra m usiała poj echać do sty listki poznanej  na przy j ęciu w
am basadzie,  „naj lepszej   we  Francj i”.  Sty listka  by ła  właściwie  Belgij ką  i  m ieszkała  w
m iej scowości  Jam bes,  czy li  Nogi.  Lu  usiłowała  wy m ówić  się  pracą,  ale  Sandra  zadzwoniła  do
m ęża, który  potwierdził, że wożenie żony  należy  do służbowy ch obowiązków j ego podwładnej .

– Gienia j est zazdrosna o naszą m łodość i urodę. – Viola wzięła ostry  wiraż na obcasach.
Lu  rzuciła  okiem   w  j edno  z  m ij any ch  luster.  Nie  m iała  się  dziś  za  urodziwą,  nie  po  ty m   j ak

Sandra,  kierowana  poczuciem   wdzięczności,  kazała  j ą  uczesać  i  ubrać.  Po  ty ch  zabiegach  Lu
przy pom inała pudla, który  całą noc telepał się osobowy m .

–  No,  wreszcie  wy glądasz  elegancko.  –  Dy rektor  Pac  rozłoży ł  na  j ej   widok  ręce,  j akby

zam ierzał j ą wziąć w obj ęcia. By ł podpity.

–  Jak  j ą  porządnie  ubrać,  um alować,  to  od  razu  wy gląda.  –  Sandra  przy glądała  się  Lu

kry ty cznie. – Ale włosy  to j uż ci się rozwalaj ą.

– A i tak Gienia j est o nią zazdrosna. – Viola zachichotała.
– Gienia m iała racj ę, to kwestia obowiązków służbowy ch – bąknęła Lu, ale j ej  nie słuchały.
We wzroku Sandry  m y szkuj ący m  po stroj u Violi widać by ło rozterkę. Czarna sukienka wy dała

j ej  się elegancka, chociaż niepokoiło j ą podobieństwo z j ej  własną. Krótkie, ulizane żelem  włosy
Violi  nadawały   całości  zby t  drapieżny   wy raz.  Lepszy   by łby   tapir,  taki  j ak  j ej .  Na  szczęście
wy naj ęli pokój  w Conradzie, żeby  nie wracać po pij aku do Jezus-Eik, m ogła tam  więc poprawiać

background image

fry zurę  i  m akij aż,  nie  tłocząc  się  w  hotelowy ch  ubikacj ach.  Sięgnęła  do  kieszeni  m ęża,  skąd
wy j ęła kartę do drzwi pokoj u, po czy m  strzepnęła m u z rękawa py łek. Dy rektor Pac by ł ubrany
w zestaw, o który m  Sandra rozpowiadała wszem  wobec, że uszy to go na zam ówienie. Buty  też.

Sandra  (dy m ek  poj awia  się  nagle):  Wy łączy łam   żelazko?!  By łby   obciach  spalić  Conrada.  To

naj lepszy  hotel w…

Lu  przem ieściła  się  w  stronę  stołu,  gdzie  spodziewała  się  znaleźć  staży stkę  z  losam i,  ale

dziewczy na gdzieś się zapodziała, za to ruda grzy wa właśnie wpły nęła przez drzwi.

– Jak m ogłaś m nie z nim i zostawić – wy dy szała Viola za plecam i Lu. – Pac chciał m i wcisnąć

Sandrę. „Poplotkuj cie sobie, dziewczy ny, j esteście w ty m  sam y m  wieku” – m ówi do m nie!

Przecież ona m a czterdziestkę! Ja nie m am  nawet trzy dziestu.
– Masz – przy pom niała j ej  Lu.
– Raptem  od pół roku.
Lu wy brała num er staży stki, ale odpowiedziała autom aty czna sekretarka. Gienia podpły wała w

j ej  kierunku, łopocząc spódnicą.

– Gdzie ta dziewucha? – W Lu wezbrała panika.
Viola chwy ciła j ą za ram ię.
– Chodź, pewnie j est w kiblu. Jak by łam  na stażu, też się po sraczach chowałam .
Hotelowa  toaleta  charaktery zowała  się  zdum iewaj ącą  poj em nością,  efekt  wzm acniały

wszechobecne lustra.

– A nie m ówiłam ? – rzuciła Viola, gdy  z oczka wy nurzy ła się staży stka.
Lu przechwy ciła od dziewczy ny  poj em nik z losam i.
– Mój  żonaty  zaraził m nie HPV – oznaj m iła Viola, gdy  stanęły  z Lu przed lustrem .
– Czy m ?
– Wirusem  brodawczaka – podpowiedziała szaty nka, pudruj ąca się tuż koło nich.
– To groźne? – Lu patrzy ła na lustrzane odbicie to j ednej , to drugiej .
–  Trzeba  m ieć  dobrego  ginekologa  –  rzuciła  z  przekonaniem   stoj ąca  po  lewej   blondy nka  z

m ocną opalenizną, chowaj ąc do torby  konturówkę.

– Zna pani kogoś sensownego? – zwróciła się do niej  Viola.
Blondy nka zaczęła grzebać w złotej  torebce.
– Zaraz znaj dę wizy tówkę… To Flam and, ale bardzo dobry.
Szaty nka rzuciła okiem  na nazwisko lekarza.
– Tak, j est niezły. A j a chodzę do takiej  m iłej  Polki, która co prawda m a belgij skie nazwisko…
– Monika coś tam ? – weszła j ej  w słowo Lu.
– Tak, tak – ucieszy ła się szaty nka. – Sy m paty czna, prawda?
Kiedy   wracały   –  Viola,  ściskaj ąc  w  dłoni  wizy tówki  ginekologów,  Lu  –  poj em nik  z  losam i  –

usły szały, j ak podpity  pan Zdzisław m ówi do pani Uli: „A to sikoreczki, j ak się przy j aźnią!”.

„Psiapsiółki” – zachichotała kasj erka.
–  Zaraził  m nie  skurwiel  –  rzuciła  Viola  spod  przy lepionego  uśm iechu,  który m   obdarzy ła

attaché kulturalnego. – Zapom niałam  wy kupić pigułkę „po”. – Lu wy m inęła herm ety czną grupę
ary stokratów. – A m am  j echać ze swoim  do Londy nu!

„Jonathan,  naprawdę  m usieliśm y   tu  przy chodzić?”  –  złowiła  skargę,  przeciskaj ąc  się  koło

j akiej ś pary. Żachnęła się w duchu – gdy by  i ona m ogła tak się użalić. Ale nie m iała kom u, Barta
nigdy  przy  niej  nie by ło. Powinnam  się cieszy ć ty m , co m am  – skarciła się w m y ślach. Jestem

background image

m łoda, niezależna, robię karierę w dy plom acj i.

–  Proszę  państwa  o  uwagę  –  usły szała  m elody j ny   głos  Virginii  Panikos  wzm ocniony   przez

m ikrofony. – Przed nam i kolej na atrakcj a wieczoru… Tom bola! Zabawę poprowadzi pani Em ilia
z działu adm inistracy j nego.

Potem   Lu  odpadł  guzik  od  kurtki.  Nie  wiedziała,  gdzie  się  to  dokładnie  stało,  w  każdy m   razie,

gdy  wróciła z Londy nu do Brukseli, j uż go nie by ło, ty lko kępka nitek sterczała z podszewki.

Dopadło  j ą  nagle  nieproporcj onalne  do  zdarzenia  poczucie  straty,  j akby   oderwała  się  od

całości, gdzieś odtoczy ła. Nie lubię niczego gubić – racj onalizowała. Jestem  control freak  i  ty le.
Fakty cznie,  prawie  nigdy   nic  nie  gubiła,  panowała  nad  swoim   m ały m   chaosem ,  by ła  z  nim
związana, tak j ak guzik z kurtką. A teraz on gdzieś się odtoczy ł.

(Lu nie powiedziała Sprite, że przez tę sprawę z guzikiem  m iała wrażenie, j akby  wy puściła coś

w  świat.  Nie  opowieść,  nad  którą  m iała  kontrolę,  ty lko  coś  ży wiołowego.  Nie  powiedziała  tego
Sprite,  której   przecież  uj awniała  wiele  z  nagiej   prawdy   o  sobie.  Zresztą  guziki  to  przecież  ty lko
kawałki plastiku).

Wy j azd do Londy nu m iał by ć ultim atum , które postawiła Bartowi. Wóz albo przewóz, ona albo

Ty m cia.  W  końcu  m u  tego  nie  powiedziała,  chociaż  przepowiadała  tę  kwestię,  raz  nawet  przed
lustrem  w toalecie Eurostara, dopóki nie usły szała, że j akaś kobieta wy chodzi z kabiny  obok. Bart
czekał na nią na zewnątrz, a kiedy  wy szła, pospiesznie wsunął do kieszeni kom órkę – oczy wiście
esem esował.

(Kiedy  wspom inała ten m om ent, dużo później , wy dawało j ej  się, że m y ślała wtedy  nie ty lko o

Barcie,  ale  też  o  swoim   drugim   m ężczy źnie.  Ty le  że  wtedy   j eszcze  go  nie  znała.  Zwrot  „znać
kogoś od zawsze” zapowiada zakochanie. Może j uż wtedy  czuła, że kolej na m iłość turkocze).

W  czasie  tego  poby tu  w  Anglii  Lu  zaszła  w  ciążę.  By ł  koniec  października,  ale  londy ński

poranek  pachniał  wrześniem   i  przy pom inał  o  początku  szkoły.  Nowy   rok  szkolny,  nowe  zeszy ty,
początek.  Zam ierzała  postawić  Bartowi  ultim atum ,  j eszcze  zanim   zej dą  na  śniadanie  –  Bart:
j ogurt, m uesli, sok pom arańczowy, Lu: j aj ecznica, bułka, herbata – ale wziął j ą na fali porannej
erekcj i.

Poszła w kom ercy j ne piekło Oxford Street, a wracaj ąc, przy siadła w błogim  zakątku Tavistock

Square.  Zrudziałe  liście  trzy m ały   się  gałęzi,  niektóre  j uż  się  zsuwały.  Lu  zauważy ła  w  rogu
popiersie Virginii Woolf. Chciała tam  podej ść, ale by ło j ej  dobrze na ławce. Jutro – pom y ślała,
przy m y kaj ąc oczy  w j esienny m  słońcu. Jutro tu przy j dę.

Ostatniego, trzeciego dnia poby tu coś j ą obudziło. Ty m  razem  nie Bart, trzy  noce seksu trochę

go wy czerpały. Jakaś m y śl, bardzo pilna, dom agała się, by  j ą złapać za śliski ogonek. Lu usiadła
na łóżku. Ogonek, ogonek…

– Bart! – Potrząsnęła go za ram ię.
Wciąż  nie  m ogła  się  przy zwy czaić,  że  spał  koło  niej ,  by li  razem   ponad  rok,  a  ona  nie  m iała

poj ęcia, że w nocy  zgrzy ta zębam i ani że do śniadania ły ka garście witam in.

– Bart, m usim y  do Brukseli – prawie krzy knęła.
Nie wy kupiła pigułki „po”, naj pierw przez ten cały  bal, potem  zwy czaj nie zapom niała.
A kiedy  kochali się w entuzj azm ie londy ńskiego poranka, na podwój ny m  łóżku, zapom niała, że

nie m a j uż spirali. Patrzy ła teraz na dwa puste opakowania po prezerwaty wach – tak, by ła pewna
–  tam tego  ranka  zapom niała  się  zabezpieczy ć.  Dopadła  recepty,  którą  nosiła  w  portfelu.  Do
Brukseli  –  pom y ślała  i  znów  zaczęła  liczy ć.  Siedem dziesiąt  dwie  godziny,  czas  kiedy   pigułka

background image

powinna  za-działać,  właśnie  m inęły.  A  m oże  nic  nie  będzie  –  wy skoczy ła  j ej   w  głowie  m y śl,
kobieca  m antra,  koły sanka  ty ch,  które  się  boj ą.  Znów  liczy ła  (kobiety   j ednak  są  dobre  w
m atem aty ce) – okres m iała wtedy, a dni płodne wtedy … Może nic nie będzie, m oże nic… Nic, n-
i-c.

Wracała  do  Brukseli  i  zapam ięty wała  dziwne  szczegóły.  Guzik,  który   odpadł  od  j ej   kurtki,

niety powo um ieszczony   przy cisk do  spuszczania wody   w toalecie  Eurostara, napis  na  drzwiach:
Please do not dispose of sanitary towels in the WC. Please use the bin 2. Uśm iechała się do Barta,
który  się tam tej  nocy  nie obudził. Nie powiedziała m u o swoich lękach, żeby  nie potraktował j ej
j ak zwy kle – j ak idiotki, która m artwi się złam any m  paznokciem . Uśm iechała się do pól m ij any ch
za oknem  i do swoj ego odbicia. To j ej  ży cie, j ej  historia, j akoś nad ty m  panuj e.

…zanim  wsunęła  do  kieszeni  guzik  znaleziony  na  podłodze,  przyglądała  mu  się  długo.  Aż  ktoś

zaczął przyglądać się jej, kobiecie, która wpatruje się w guzik. Założyła nogę na nogę i zobaczyła,
że  sznurowadło  w  brązowym  bucie  się  rozwiązało.  Schyliła  się,  żeby  je  zawiązać,  w  czym
przeszkadzał ściskany w dłoni przedmiot. Już wiedziała, że to nie jej guzik, ale nie umiała go tak po
prostu wyrzucić. Coś widział, miał nawet jeszcze nitki, które łączyły go z całością. Był zagubiony,
  a
jej zrobiło się go żal. To przez te nitki schowała go do kieszeni.

(Dość głośne okazały  się zdania, które m y śleli o Lu inni. Lu cicho powierzała swoj ą opowieść

Sprite, a oni j ą zakrzy kiwali, „dy m ki” m y śli unosiły  się nad j ej  historią).

Pod  kierunkiem   Virginii  praca  zaczęła  przy pom inać  pracę.  Precy zj a,  z  j aką  należało

wy kony wać  zadania,  i  tem po  ich  wy kony wania  zdum iały   podwładny ch.  Większość
przy spieszała,  widząc  j ą  na  hory zoncie,  choćby   szli  ty lko  do  ubikacj i.  Gienia  działała  j ak
bizneswom an:  niewiele  wnoszące  spotkania  ograniczy ła  do  m inim um ,  nie  zważaj ąc  na  rady
attaché kulturalnego, który  m ówił, że należy  podtrzy m y wać stosunki.

– Niech pan podtrzy m uj e, j a m am  ważniej sze rzeczy  do zrobienia – ripostowała.
„Mniej  bicia piany ” – napisała Lu do Taty  Bis. Szczególnie spodobała j ej  się inicj aty wa, żeby

zrobić akcj ę plakatową przeciwdziałaj ącą tworzeniu niekorzy stny ch dla Polaków stereoty pów.

– Polak to pij ak i biedny  em igrant – ty m  zdaniem  Virginia otworzy ła zebranie.
Rozległy  się pufania i fukania, zaszurały  nogi krzeseł.
– Historii naszej  nie znaj ą… Westerplatte!
– A sam i Belgowie to co za naród w ogóle?
– I krew Murzy nów na rękach m aj ą.
– Teraz czarnuchy  chodzą po m ieście i się narkoty zuj ą.
– A Marokany  lepsze?
Virginia pozwoliła im  m ówić, dopóki nie podniosła głowy  znad notatek, spoj rzeniem  uciszaj ąc

harm ider.

– „Murzy ni się narkoty zuj ą” – odczy tała. – „Marokańczy cy  nie lepsi”. A m y, Polacy, dlaczego

j esteśm y  lepsi?

Zabrzęczało j ak w gnieździe os.
– Monte Cassino!
– Sobieski przed pogaństwem  Europę obronił… Teraz Turki się tu pchaj ą.
– A m nie zaczepiał wczoraj  pij ak, chy ba bezdom ny … To by ł Polak – odezwała się nieśm iało

Dom inika.

Zakrzy czeli  j ą.  Owszem ,  chodzą  m oczy m ordy   po  m ieście,  ale  ty lko  pij ą  wódkę,  a  nie  trawę

background image

palą czy  inne zioło, j ak czarnuchy.

– Pani Dom iniko, dziękuj ę za tę obserwacj ę – odezwała się znów Virginia. – Polacy  to dobrzy

pracownicy,  obrotni,  niektórzy   wręcz  twierdzą,  że  zabieraj ą  pracę  Belgom .  Widać  to  zwłaszcza
teraz, w czasie kry zy su. Mam y  bogatą kulturę i historię…

Potakiwanie i pochrząkiwanie.
– …o której  w Europie pies z kulawą nogą nie wie.
Gardłowe odgłosy  wy rażaj ące oburzenie.
– …i która, bądźm y  szczerzy, nikogo nie interesuj e. Tak j ak nas nie interesuj e historia Azj i czy

Afry ki. Kto wie, gdzie leży  Burkina Faso?

Ogłupiałe m ilczenie. Szepty : „Gdzieś na dole?…”.
– Zm ierzam  do tego, że nie trzeba wciskać tortu kom uś, kto nie lubi słody czy. Nie przekonam y

nikogo do polskości przez agresy wne prezentowanie naszy ch history czny ch krzy wd, bo one ludzi
nie obchodzą. Program y  kulturalne, im prezy, wszy stko pięknie. Ale co działa naprawdę?

Szeroko  otwarte  oczy.  Przy kurcz  ram ion  j ak  w  podstawówce,  gdy   nauczy cielka  otwierała

dziennik.

–  Naprawdę  działam y   m y   –  oznaj m iła  Virginia.  –  Wszy scy,  j ak  tu  siedzim y,  j esteśm y

am basadoram i Polski.

Odpręży li się nagle.
– He, he, a gdzie tam  m y …
– By śm y  nie śm ieli, pani am basador!
Virginia popatrzy ła na spoconą twarz dy rektora Paca, na dłonie Dom iniki nerwowo obracaj ące

długopis.

– Wszy scy  j esteśm y  am basadoram i Polski. Pan, panie dy rektorze, i pani, pani Urszulo, i pan

Zdzisław… Wszy scy, j ak tu siedzim y. I pij acy, który ch widziała pani Dom inika, też. Część z nas to
dobrzy  pracownicy, a część nieroby, osoby  inteligentne i głupki. Za granicę nie wy j eżdżaj ą ty lko
szum y  ani sam e orły. Wy j eżdżaj ą różni ludzie. Różni Polacy, tak j ak różni są Belgowie, Niem cy,
Włosi czy  Kongij czy cy.

Cisza, nawrót skonfundowania.
– I to im  powinniśm y  uświadom ić: że j esteśm y  różni i m am y  do tego prawo. Jeżeli Europa m a

by ć  naszy m   dom em ,  powinniśm y   się  tu  dobrze  czuć,  tak  j ak  oni  powinni  się  dobrze  czuć  w
Polsce.  Nie  chcem y,  żeby   nasze  dzieci  m usiały   się  tłum aczy ć  z  obecności  polskich  pij aków  na
ulicach, tak j ak Belgowie nie tłum aczą się ze swoich grzechów. Opracuj em y  program , w który m
tę m y śl rozwiniem y.

Dużo by ło zam ieszania po zebraniu u Virginii.
–  „Rozwinąć  m y śl”?  „We  współpracy   z  inny m i  działam i”?  –  Dy rektor  Pac  czerwienił  się  i

bladł.

Lu zrobiło się go żal, więc spontanicznie rzuciła pom y sł, który  przy szedł j ej  do głowy  zaraz po

zebraniu. Naj pierw zaczął wy brzy dzać („My ślisz, że j esteśm y  organizacj ą chary taty wną?

A m oże zespołem  rockowy m ?”), ale w końcu kazał j ej  przy gotować proj ekt.
Kiedy  złoży ła swój  proj ekt na j ego biurku kilka dni później , sprawnie go wy kastrował i  wy słał

Lu,  żeby   zaprezentowała  go  pani  am basador.  Virginia  uważnie  przestudiowała  kartki,  po  czy m
odsunęła  j e  dłonią  o  perfekcy j nie  pom alowany ch  paznokciach  takim   gestem ,  j akby   usuwała  z
biurka robaka.

background image

– A gdzie w ty m  pazur? – zapy tała ty lko.
Lu otworzy ła usta, ale nie śm iała wskazać palcem  winnego, czy li dy rektora Paca. Wy szła od

Virginii z płonący m i uszam i.

–  Już  dawno  zauważy łam ,  że  Gienia  cię  nie  lubi  –  zawy rokowała  Viola,  gdy   om awiały

zdarzenie na piątkowy m  piwie. – Zwy czaj nie się na ciebie uwzięła.

–  Coś  ty,  ten  proj ekt  by ł  do  dupy.  –  Lu  upiła  ły k  corony.  –  Wszy stko,  co  dobre,  Pac  kazał

wy rzucić.

–  Gienia  zazdrości  ci  m łodości  i  urody   –  m ruknęła  Viola  nieuważnie,  przeglądaj ąc  wpisy   z

Facebooka na telefonie.

– Urody  nie m ożesz j ej  odm ówić – żachnęła się Lu.
– Sy pie się i dlatego wy ży wa się na m łody ch.
Dwa  ty godnie  później   posy pało  się  na  głowę  Lu.  Naj pierw  aniołki  obrzuciły   j ą  dziwaczny m i

spoj rzeniam i,  potem   zagapiła  się  na  nią  sprzątaczka,  wreszcie  Dom inika  podeszła,  żeby   coś
powiedzieć, ale ty lko otworzy ła usta i tak j uż została, bo do pokoj u wszedł dy rektor Pac.

– Nie wiedziałem , że m asz takie buj ne ży cie eroty czne – odezwał się bez wstępów. – By ła tu

żona twoj ego lubego. Takiej  rozpierduchy, j ak ży j ę, nie widziałem ! Teraz wszy scy  wiedzą, że się
zadaj esz z żonaty m , nie ty lko aniołki i staży ści, ale też m y, a nawet…

Żołądek Lu skurczy ł się i wzbił w górę.
– Teresa van coś tam , m ówi ci to coś? Żona niej akiego Barta, oby watela belgij skiego, znanego

ci  skądinąd  z  łóżka.  Chciała  się  widzieć  z  Virginią,  ale  aniołki  j ej   do  niej   nie  dopuściły.  Wtedy
zrobiła rozpierdziawę na środku holu, aż się wszy scy  zlecieli. Nas zawiadom ił Zdzisiek.

Raz,  dwa,  trzy,  cztery   –  co  cztery   sekundy   –  raz,  dwa,  trzy   –  co  trzy,  coraz  częściej …  Lu

liczy ła częstotliwość skurczów żołądka, j ak liczy  się skurcze przedporodowe.

–  W  końcu  Gienia  przy szła  i  zam knęły   się  w  j ej   gabinecie.  Co  tam   robiły,  nie  wiem ,  długo

gadały, ale Gienia to j ednak dy plom atka, bo j ak tam ta wy chodziła, j uż grzeczna by ła, nie rzucała
bluzgów, j ak przedtem …

…raz, dwa – j uż ty lko raz i dwa… Coraz częstsze skurcze. Może uda się narzy gać na Paca.
– …że porządną rodzinę rozbij asz, oj ca dziecku odbierasz, chłopa ogłupiłaś i teraz chce bliskich

zostawiać. Że zdzira j esteś.

Biegła  po  schodach.  Już  widziała  aniołka  w  budce,  ale  do  wy j ścia  nie  dotarła,  skręciła  do

łazienki – w ostatniej  chwili.

Kiedy  oderwała ram iona od m uszli klozetowej , zobaczy ła, że Virginia zam y ka za sobą drzwi  do

toalety  takim  gestem , j akby  to by ł j ej  gabinet.

–  Pewnie  przełożony   opowiedział  pani  o  dzisiej szy m   zaj ściu  –  oznaj m iła,  staj ąc  nad  skuloną

Lu.

Lu sięgnęła po szklankę stoj ącą na um y walce. Dłoń drżała j ej  j ak pij akowi.
– Rozum iem , że m ilczenie oznacza odpowiedź twierdzącą. – Głos Virginii zabrzm iał ostro.
W łazience zapadła cisza, którą zakłócał ty lko szum  napełniaj ącego się rezerwuaru.
– Jest pani m łoda i… – Virginia by ła wzburzona – …naiwna. Ludzie to wy korzy stuj ą. Praca to

nie j est m iej sce na szukanie powierników. Proszę zwery fikować tak zwane przy j aźnie.

Odbicie  ich  twarzy   w  lustrze,  sy m etry czność  rudej   i  brązowej   głowy.  Żołądek  powoli  się

uspokaj ał. Lu opuściła wzrok na szklankę. Palce widziane przez dno wy dawały  się m niej sze, j akby
obserwowała j e przez oddalaj ącą lupę.

background image

–  Nie  wy ciągnę  służbowy ch  konsekwencj i  w  związku  z  wtargnięciem   tam tej   pani.  –  Gło

sVirginii  nieoczekiwanie  złagodniał.  –  Chociaż  opanowanie  em ocj i  zazdrosnej   kobiety   j est
zadaniem  porówny walny m  z neutralizowaniem  zam ieszek uliczny ch. – Spoj rzała na drżącą dłoń
Lu i dodała ciszej : – Niech pani spróbuj e spoj rzeć na tę sprawę j ak… j ak na swoj ą rękę widzianą
w dnie tej  szklanki. Proszę zachować perspekty wę, pani Em ilio. To polecenie służbowe.

Potem   Lu  wielokrotnie  zdarzało  się  pom y śleć:  Gieniu,  czem u  nie  j esteś  m ężczy zną?  Ty lko  że

nie m iała się z kim  podzielić tą uwagą, bo wzięła sobie do serca radę Virginii i zwery fikowała tak
zwane  przy j aźnie.  Na  piątkowy m   wy j ściu  Viola  w  końcu  przy znała,  że  powiedziała  swoj em u
żonatem u, kto j est kochankiem  Lu. Możliwe, że tam tem u coś się wy m sknęło w gronie, w który m
by wała Ty m cia. Viola nie wiedziała tego na pewno, zgady wała j edy nie.

Wy szły   z  pubu,  Viola  przekonana,  że  Lu  nie  m a  do  niej   pretensj i,  Lu  pewna,  że  to  wspólne

wy j ście  j est  ostatnie.  I  tak  by ło,  ich  ścieżki  wielokrotnie  schodziły   się  służbowo,  a  nawet
towarzy sko,  ale  na  indy widualne  wy pady   Lu  nie  m iała  j uż  czasu.  Do  pracy   przy chodziła  z
uśm iechem  Sfinksa i z takim  sam y m  z niej  wy chodziła. Ile j ą to kosztowało, wiedziała ty lko ona i
m oże j eszcze j edna osoba – Virginia.

Bart  nie  odbierał  telefonu.  Lu  próbowała  się  z  nim   skontaktować  od  dnia  nalotu  Ty m ci  na

am basadę.  Bezskutecznie.  Przestał  dla  niej   istnieć  w  wersj i  głosowo-telefonicznej ,  wirtualno-
esem esowej   i  cielesnej .  Zy skał  za  to  nowy   ży wot,  a  nawet  kilka,  j ak  święty.  Ich  rom ans,
przem ielony  w ty lu ustach, wy dawał się za każdy m  razem  inną historią. Według dy rektora Paca
Em ilia leciała na belgij skie pieniądze. Pan Zdzisław gorszy ł się, że panna, a z żonaty m . Pani Ula
gotowa by ła przy m knąć oko, że się „dziewczy na zapom niała, chociaż co ta żona m a powiedzieć”.
Dom inika naj ściślej  trzy m ała się ram  rom ansu, z m iłością w postaci grom u i karzącą ręką żony.
Roli cichej  konsultantki serialu podj ęła się Viola.

Zwielokrotnione, przekształcone wersj e aktów ży ciowy ch Lu, w ty m  aktów m iłosny ch, krąży ły

po am basadzie i poza nią. W pierwszy m  odruchu Lu chciała złapać te rozwij aj ące się opowieści
za gardło, uciąć im  łeb. Kontrolować, co się m ówi o j ej  ży ciu, wy krzy czeć prawdę. Ale co by ło
prawdą? To, co przeży wała z Bartem , czy  to, co przeży wali opowiadaj ący, którzy  m ielili wersj e,
dowolnie j e obrabiaj ąc?

(Lu  powiedziała  Sprite,  że  dawniej   ludzie  siady wali  przy   ogniskach  i  snuli  opowieści.  Potem

przy szło  pism o.  Tak,  ludzie  tęsknią  za  opowieściam i.  „Obrabianie  dupy   j ako  wy raz  nostalgii  za
pierwotną wspólnotą?” – zakpiła Sprite. „No cóż, doceniam  twoj e pląsy  intelektualne”).

Potem   przy szedł  czas  rezy gnacj i.  Lu  m iała  chęć  się  schować,  a  nawet  zm ienić  pracę.

Wy j echać,  wrócić  (dokąd?).  Przy glądała  się  czasem   sobie  w  lustrze,  dziwiąc  się,  j ak  niewiele  z
ty ch em ocj i widać na j ej  twarzy. Może ty lko by ła trochę bledsza, pod oczy  m usiała kłaść więcej
korektora,  na  usta  warstwę  szm inki.  Wy chodziła  z  dom u,  szła  do  pracy.  Busschoten,  Madam e
Lim a,  Ying  Yuan  –  czy tała  nazwiska  z  listy   lokatorów.  Wracała  z  pracy.  Sy rilla,  Maria  Helena
Velasquez-Cedros,  Prince.  Nie,  Price.  Uj ąć  j edną  literę  i  z  „księcia”  robi  się  „cena”.  Wy j ęła
flam aster i zm ieniła „c” na „z”. Niech będzie „Prize” – „nagroda”.

Gdy  okres nie poj awił się w term inie, zrobiła test ciążowy. Leżała potem  na łóżku i patrzy ła na

unoszącą się sy lwetkę Świętego My szołowa. Oto, co wy szło z tego gapienia: Gra on-line (wszelkie
prawa  zastrzeżone):
  Gra  w  zwierzeni  aGracz  posuwa  się  do  przodu,  pokonuj ąc  przeszkody,  do
pom ocy   m a  przy j aciół.  Zdoby wa  ich,  zwierzaj ąc  im   się.  Kto  się  zwierza,  ten  ry zy kuj e.  Jeśli
gracz  zdradzi  swoj e  taj em nice  prawdziwem u  przy j acielowi,  dostanie  m oc,  j eśli  fałszy wem u  –

background image

straci wszy stko, co m a. Prawdziwy  przy j aciel da graczowi wskazówki, j ak posuwać się naprzód w
grze. Ale j eśli gracz dopuści do siebie fałszy wego, napadną go pękate ludziki, wy j edzą m u zapasy,
zabiorą zdoby cze, w końcu rzucą się na niego sam ego.

W grze liczy  się insty nkt gracza. „Prawdziwy ch” od „fałszy wy ch” trudno odróżnić. Prawdziwy

przy j aciel zdarza się rzadko, w grze m ożna spotkać naj wy żej  j ednego, dwóch, reszta to fałszy wi.
„Rozegrać” fałszy wego m ożna, zdradzaj ąc m u taj em nicę, która nie j est tak naprawdę taj em nicą,
ale m usi zawierać elem enty  prawdopodobieństwa, bo j eśli fałszy wy  wy czuj e podstęp, zniszczy
gracza. Jeśli uda się go nabrać, zdem askowany  fałszy wy  zm ienia się we wroga, dzięki tem u gracz
m oże  go  otwarcie  zniszczy ć.  Przed  graczem   otwiera  się  cały   arsenał  broni.  Fałszy wego
przy j aciela m oże rozstrzelać, posiekać, powiesić na hakach.

Gracz  m a  do  dy spozy cj i  skarbnicę  fałszy wy ch  zwierzeń,  który ch  m oże  uży wać,  konstruuj ąc

pułapkę  na  fałszy wego.  Ale  j eśli  podsunie  fałszy we  zwierzenie  prawdziwem u  przy j acielowi,
zabij e go  ty m .  Utrata  prawdziwego  przy j aciela  pozbawia  gracza  m ocy.  Graficznie  wy gląda  to
tak, że przestaj e m u bić serce.

Gracz m a swoj ego pom ocnika, tak zwanego Świętego. Pom aga m u on ty lko wtedy, gdy  gracz

na  j ego  pom oc  nie  liczy.  Święty   m a  cechy   zwierzęcia,  które  gracz  wy bierze.  Gdy   gracz
decy duj e się zm ienić postać, nie m oże się j uż zwierzać. Od tej  pory  walczy  bezpardonowo, do
krwi, korzy staj ąc z cech swoj ego zwierzęcia. O ile nie zginie w walce, odzy skuj e siły, które stracił,
zwierzaj ąc się. Zam ienić się w zwierzę m oże wtedy, gdy  j est j eszcze w j akiej  takiej  form ie; j eśli
j est zby t osłabiony, przem iana się nie uda.

Prawdziwi przy j aciele nie są dani na zawsze. Mogą się zm ienić, chcieć odej ść. Trzeba im  na

to pozwolić i szukać następny ch przy j aciół.

Gracz,  który   boi  się  m ierzy ć  z  przy j aciółm i  lub  przeciwnikam i,  wkrótce  znika.  Żeby   istnieć,

m usi podej m ować grę.

Nie  zauważy ła,  kiedy   zapadła  w  drzem kę;  ocknęła  się,  m y śląc  półprzy tom nie:  Kogo  by   tu

odstrzelić?  Dopiero  po  chwili  przy pom niała  sobie,  co  wy m y śliła.  Sięgnęła  po  laptop  i  zaczęła
pisać.

…Napuszona  postać  przem knęła  na  skos  przez  ekran.  Jej   własna,  chociaż  w  pozy cj i  do  walki,

by ła j uż m ocno osłabiona. Zwierzy ła się zby t wielu przy j aciołom , wszy scy  okazali się kanaliam i.
Z  barwnej   figurki  został  cień,  którem u  padały   sy stem y   obronne.  Fałszy wi  podgry zali  j ą  ze
wszy stkich stron. Ktoś zabrał j ej  pas, do którego by ły  przy troczone nóż i siekierka. Jej  środek ział
czarną dziurą w m iej scu, gdzie trafił j ą fałszy wy  przy j aciel, który  przy brał postać nosorożca…

Wy j rzała  przez  okno.  „Miss  Calam ity   Jane”  –  dopisała  ty tuł.  Sięgnęła  po  kom órkę  i  wy brała

num er swoj ej  ginekolog.

Bała  się  krwi,  każdy   boi  się  krwi  –  tak  m y ślała  rok  później ,  kiedy   wracała  po  treningach  do

dom u  z  brzuszkiem .  Naj bardziej   m ęczący   by ł  strach  przed  walką,  przy   zakładaniu  ochraniaczy,
przy   ocenianiu  form y   przeciwnika.  Przy spieszony   oddech,  kiedy   ustawiała  się  w  pozy cj i  do
walki: garda, czy li pięści na wy sokości policzków, łokcie przy  bokach, żeby  osłonić brzuch i nerki,
lewa stopa do przodu, prawa w ty le, pięta oderwana od podłoża, żeby  łatwiej  balansować, zginać
kolana w unikach. Czerwony  kask tłum ił dźwięki, ochraniacz na zęby  deform ował usta, niby  ty le
osłon, a w ty m  wszy stkim  bezradność ciała, pierwotna nagość skulonej  istoty.

– Lu! – Ricky  przy woły wał j ą do narożnika. Wy ciągnął rękę w stronę j ej  twarzy ; odruchowo

się uchy liła.

background image

– Spokoj nie. – Dotknął j ej  nosa, po czy m  energicznie go rozm asował.
– Co robisz? – wy bełkotała zza ochraniacza na zęby.
–  Zawsze  rozm asowuj e  się  nos  przed  walką  –  powiedział  Ricky.  –  Jak  oberwiesz,  to

przy naj m niej  się nie złam ie.

„Naprawdę?” – chciała zapy tać, ale wy szło „y y y ?”.
Nie  złam ią  m i  nosa,  bo  Ricky   go  rozm asował  –  tłukło  się  w  głowie  Lu,  gdy   przy j m owała

postawę bokserską. Nie złam ią, tak m ówi m ój  trener. Nie złam ią, nie będzie krwi. I wy prowadziła
pierwszy  cios.

Śnieg zsuwał się z czerwony ch dachów, zdum ione gawrony  ostrożnie stawiały  nogi, co chwila

zapadały   się  w  biały   puch  wy ściełaj ący   gzy m sy.  Na  plac  Merode  przy j echały   ciężarówki,
wy ładowano choinki z Niem iec, sy m etry czne, soczy ście zielone. Przechodząc obok, Lu upiła ły k
herbaty   z  im birem   z  tekturowego  kubka.  Nawał  przedświąteczny ch  spotkań  w  am basadzie
wy m agał  obecności  po  godzinach  i  zaj m owania  się  logisty ką,  czasam i  spontaniczną,  tak  j ak
wtedy,  kiedy   pom ocnikowi  kucharza  wy ślizgnęły   się  zim ne  nóżki  i  obkleiły   galaretą  hol
przy stroj ony  bom bkam i.

Spoj rzała  na  choinki.  Kupi  swoj ą  tuż  przed  świętam i,  przed  sam y m   przy j azdem   Taty   Bis  i

Daniela.  Będzie  m iała  trochę  czasu,  żeby   przy gotować  wigilię,  j uż  zapowiedziała  w  pracy,  że
bierze  ty dzień  urlopu.  Ginekolog  zasugerowała  j ej   to  sam o.  Lu  wsadziła  nos  w  szalik  i
przy spieszy ła.

Musiała się dziś wy kazać na przy j ęciu dla m ediów, żeby  m óc j utro wy j ść w porze lunchu, nie

narażaj ąc się na sarkania szefa.

Godzinę  później   hol  zapełnił  się  gośćm i,  z  góry   by ło  sły chać  stroj enie  instrum entów.  Lu

dostawiała  krzesła  dla  spóźniony ch,  uśm iechaj ąc  się  uprzej m ie  do  dziennikarzy,  skrzy pce
skom liły,  popły nęły   strofy   o  żłobie  i  Jezuniu.  Spodziewała  się  finału,  j uż  m iała  wy startować
Dom inikę z kwiatam i dla zespołu, gdy  okazało się, że pieśniarz zachęca publiczność, by  śpiewała
razem  z nim .

Zbiorowe  fałszowanie  sły szała  j eszcze  następnego  dnia,  kiedy   leżała  na  krześle

ginekologiczny m .  I  potem ,  kiedy   wy budzała  się  po  zabiegu.  „Gdy   śliczna  panna…”  –  nuciło  w
głowie Lu, a  świadom ość  przepędzała  wspom nienie  starszego  dziennikarza,  który   stanął  wczoraj
zby t  blisko  niej .  Zęby   i  palce  m iał  zażółcone  nikoty ną  i  patrzy ł  tak  chy trze,  j akby   parodiował
Mariana Opanię w roli dziennikarza z Człowieka z żelaza.

–  Dziś  proszę  poleżeć,  dużo  spać,  a  w  weekend  odpoczy wać.  –  Głos  lekarki  przebił  się  przez

wspom nienie wczoraj szego wieczoru. – Ktoś po panią przy j edzie czy  zam ówić taksówkę?

„Gdy  śliczna panna…”. Głosy  rozj eżdżały  się, pieśń zdy chała z braku entuzj azm u.
Ły siej ący  brunet zerknął na Lu i m rugnął. Nie sądziła, że nieznaj om i w ty ch czasach j eszcze

do  siebie  m rugaj ą.  Znów  m rugnął,  a  niby -Opania  poszedł  za  j ej   wzrokiem   i  uśm iechnął  się
dom y ślnie.

W pierwszej  chwili chciała zaprzeczy ć ruchem  głowy, nie, nic j ej  z tam ty m  nie łączy ło, ale

zam iast tego  przerwała  pienia  stoj ącej   obok  Dom iniki  i  dała  j ej   znak,  by   ruszy ła  z  kwiatam i  dla
arty stów.

–  Ty   j esteś  śliczna  panna.  –  Ły siej ący   brunet  wy rósł  koło  Lu,  gdy   wszy scy   przeszli  do  sali,

gdzie stały  świąteczne potrawy.

Zagry zł kom plem ent uszkiem  i popił barszczem , czerwona kropelka została m u na brodzie.

background image

Przy ty ły  Dracula – pom y ślała Lu i pokazała zęby  w nic nieznaczący m  uśm iechu. Zniknęła w

tłum ie, a on próbował j ą j eszcze wy łowić wzrokiem , ale nie chciało j ej  się flirtować, nie z kim ś,
kto bez py tania przeszedł z nią na ty. Nie z kim ś, kto m iał brwi j ak Bart.

„Śliczna  panna”.  W  ty m   roku  idealnie  wkleiła  się  w  bożonarodzeniową  trady cj ę:  panna,  która

zaszła w ciążę z kim ś nieuchwy tny m .

– Wrócę taksówką. – Usiadła ostrożnie na fotelu ginekologiczny m .
Poczekała,  aż  świat  w  niej   trochę  się  uspokoi:  wczoraj sze  głosy,  dzisiej szy   strach  przed

zabiegiem . Bart zniknął z j ej  ży cia, zostawiaj ąc j ą w sm rodzie plotkarskiej  afery. Kochała go, ale
ważniej sza by ła ona, panna, nieważne, czy  śliczna.

Dobrze, że Lu kupiła wcześniej  prezenty, bo w czasie ty godniowego urlopu, który  m iał j ej  dać

doj ść  do  siebie,  zapadła  się.  Nagle  nie  by ła  w  stanie  się  podnieść,  wizj a  kupienia  choinki  j ą
przerastała. Ty le ruchów – usiąść na łóżku, podreptać do łazienki, um y ć zęby … Zakopy wała się w
kołdrę  i  nieruchom iała,  ni  to  we  śnie,  ni  w  czuwaniu.  My śli  pły nęły   j ak  w  gorączce,  raz  wolno,
inny m  razem  skacząc bez logicznego powiązania. Powietrze w m ieszkaniu zatęchło, bo nie chciało
j ej   się  otwierać  okna.  Czem u  po  prostu  nie  wy wietrzy ła?  Nie  wiedziała  dlaczego,  logika  j ą
zawodziła.

Bart  też  j ą  zawiódł.  Zam ilkł,  zniknął,  niczego  nie  wy tłum aczy ł.  Przy j echała  tu  dla  niego,

wy brała nudę w dziale adm inistracy j ny m  zam iast awansu w Kopenhadze. Ale on nie wy brał Lu.

Nie wiedziała dlaczego, logika j ą zawodziła. Mam a by  j ej  poradziła, wy wietrzy ła sm ród z j ej

ży cia.

A m oże ty lko tak j ej  się wy daj e? Lu by ła dorosła, m am a ufała j ej  wy borom . Lu też m usiała

sobie wierzy ć. To, co robiła, robiła dobrze, coś j ą tu sprowadziło, nawet zawodowe dziadowanie w
dziale adm inistracy j ny m  m usiało by ć po coś. Na chwilę zapaliła się w niej  iskierka ciekawości,
ssącego  oczekiwania,  takiego,  j akie  poj awiało  się,  gdy   j ako  dziecko  czekała  na  święta.  Coś
nadchodziło, coś się m iało zdarzy ć.

Iskierka zgasła, a Lu zrobiło się zim no. To przez bezruch, za długo leżała w j ednej  pozy cj i.
Poszła do łazienki i usiadła na sedesie. Wy leciały  z niej  resztki krwistego koloru.
Lu  j ednak  wy szła.  Owinęła  się  j ak  babuleńka  i  zj echała  windą  na  dół.  Ruszy ła  przed  siebie,

wzdłuż  parkowego  ogrodzenia,  w  górę  avenue  des  Nerviens.  „Nervii”,  Nerwiowie,  czy li  „ludzie
m ocni” – tak nazy wano celty cki lud, od którego wzięła nazwę j ej  ulica, ulica Mocny ch Ludzi.

Skręciła  w  rue  des  Gaulois,  ulicę  Galów.  Zapatrzona  w  kostkę  brukową,  dała  się  prowadzić

skręcaj ący m   łagodnie  uliczkom ,  aż  zaczęła  spokoj niej   oddy chać.  Musiała  się  wziąć  w  garść,
wy prostować psy chicznie. Poszła do fry zj era.

Siedziała  w  fotelu  i  patrzy ła,  j ak  końcówki  włosów  spadaj ą  na  śliski  fartuch.  Na  ścianie  obok

lustra wisiała okładka starej  pły ty  Niny  Hagen. Mam a uwielbiała tę wokalistkę, Lu pam iętała, j ak
darły  się z Dunią: I wanna go to Africa to the black jah rastaman, To the black culture (Heaven I,  I
and I, what you mean?),  I will do things  like my black friends do  it, Do delaomgi, holaotrihi,  cu-
cou,  Greeting  from  Germany…
  3.  Piosenka  by ła  o  rok  starsza  od  Lu.  Młody   fry zj er,  który   j ą
strzy gł, powiesił okładkę pły ty  Niny  Hagen na ścianie, bo dla niego to by ł m uzy czny  vintage.

Lu  spoj rzała  na  nastroszone  włosy   Niny   Hagen,  potem   na  swoj e.  Prostowane  grzebieniem

fry zj era, j uż zaczy nały  się kręcić, odbij ać od skóry  w różne strony. Mam a powtarzała j ej , że j est
rasowa, że m a w sobie m agnes. Mężczy źni m ówili Lu: „Kokietuj esz nawet wtedy, kiedy  nie wiesz,
że to robisz”. Te zdania spadały  z pam ięci j ak resztki włosów z fartucha, j uż podbiegła pom ocnica

background image

i zgarnęła j e m iotłą, zm ieszały  się z cudzy m i.

Zostać  osobną,  odpaść  od  całości,  j ak  to  j est?  –  zastanawiała  się  Lu,  idąc  przed  siebie

brukselskim i  ulicam i.  Zachciało  j ej   się  siku,  weszła  do  knaj pki,  położy ła  drobne  na  spodeczku
przed babką  klozetową,  za  trzy dzieści  centów  kupiła  j ej   bezzębny   uśm iech.  W  autobusie  usiadła
obok  Arabki,  która  pachniała  j akąś  przy prawą.  Lu  m ęczy ła  m y śl:  co  to  j est,  skąd  j a  znam   ten
zapach?

Ktoś  powiedział  po  polsku:  „Megi,  usiądź,  zwolniło  się  m iej sce…”.  Nagle  j ą  olśniło  –  m aggi!

Arabka  pachniała  przy prawą  m aggi,  taką,  j aka  stała  na  stole  w  dom u  Lu,  wkrapiało  się  j ą  do
rosołu, bez niej  by łby  m dły. Lu spoj rzała w górę, ciekawa, j ak wy gląda ta Megi, która nasunęła
j ej   skoj arzenie  z  przy prawą,  ale  usły szała  ty lko  j ej   głos:  „Nie  opłaca  się,  na  następny m
przy stanku wy siadam y …”.

Lu poj echała dalej  i wy siadła gdzieś, gdzie j eszcze nigdy  nie by ła. Ulica pięła się łagodnie, a

im   dalej   Lu  szła,  ty m   dziwniej sze  twarze  wy chy lały   się  z  bram .  Ludzie  zaczęli  j ą  zaczepiać,
podawać  ceny,  kręciła  odm ownie  głową.  Ktoś  sięgnął  po  j ej   torebkę,  cofnęła  się  odruchowo,
zaczęła biec.  Dopiero  gdy   wy padła  z  tej   ulicy   i  znalazła  się  na  większej ,  pełnej   ludzi,  zachciało
j ej  się płakać.

– Pani Em ilio!
Monika, j ej  lekarka, wy chy lała się z sam ochodu, czekaj ąc na zm ianę świateł przy  przej ściu dla

pieszy ch. Łzy  pociekły  po twarzy  Lu.

– Niech pani wsiada – nakazała lekarka. – Co pani robiła na ulicy  transwesty tów?
Nagle Lu zaczęła się śm iać.
– Zm ienne nastroj e? – Lekarka uniosła brew.
Podwiozła j ą pod dom  i obiecała, że zadzwoni następnego dnia.
– Dziękuj ę. – Lu czuła się wy czerpana. – Dam  sobie radę, przecież idą święta, pewnie m a pani

pełne ręce roboty.

– Mój  by ły  m ąż zabiera sy na do rodziny  we Flandrii, j a m am  dy żur w Wigilię. Gorący  czas,

ludzie m y lą bóle z przej edzenia z porodowy m i. I proszę m i m ówić „Monika”. Jakoś odwy kłam  od
tego „paniowania”.

Niewiele  m y śląc,  Lu  zaprosiła  j ą  do  siebie  na  pierwszy   dzień  świąt.  Monika  wy glądała  na

zdum ioną, ale przy j ęła zaproszenie.

Rita naj pierw przepędziła kochanka, potem  go przy j ęła, wreszcie nagrodziła ciałem  i kobiecy m

chceniem , które rozsadzało nocną ciszę potokiem  sy ty ch j ęków. Lu znieruchom iała pod kołdrą.

Miłosne  zawodzenia  by ły   częścią  nocnego  pej zażu  j ej   piętra,  a  Lu  tak  się  do  nich

przy zwy czaiła,  że  zbudziłaby   się  raczej ,  gdy by   ich  nie  sły szała.  Ty m   razem   j ednak  j ęki  Rity
stanowiły   niepożądane  tł  o–  kilka  m etrów  od  ściany   spał  Daniel.  Tata  Bis  właśnie  korzy stał  z
łazienki, gdzie również niosło, o czy m  Lu wiedziała z doświadczenia. Uchy liła lekko powieki – uff,
brat spał, zwinięty  na dm uchany m  m ateracu. Tata Bis wy szedł z łazienki i tak sam o j ak ona przed
chwilą obrzucił czuj ny m  wzrokiem  posłanie Daniela.

– Niespokoj ny  pion – m ruknął, kładąc się na polówce.
Święta  wy szły   im   inne  niż  te,  które  spędzali  z  m am ą,  cichsze  i  j akby   ciaśniej sze,  nie  ty lko

dlatego, że m ieszkanie Lu by ło m ałe, ale też dlatego, że lgnęli do siebie m ocniej  niż zwy kle.

– Tak to j uż j est, tak to j est – m ówił Tata Bis, patrząc na park przez okno.
Rozruszali się dopiero, kiedy  przy szła Monika. Zasiadła do gry  z Danielem , pożartowała z  Lu,

background image

pom ogła w kuchni Tacie Bis. Lu pom y ślała, że Monika j est trochę j ak Dunia, ty lko m niej  osobna.
Kiedy ś snuło j ej  się po głowie, żeby  zeswatać Tatę Bis z Dunią, ale szy bko zrozum iała, że to  się
nie  uda.  Dunia  m iała  swój   świat,  rozległy   j ak  szwedzka  przestrzeń.  I  trochę  chłodny.  Tata  Bis
potrzebował ciepła, choćby  iskry, czegoś, co ogrzałoby  go po śm ierci j ego Rianny.

Gdy   Monika  wy chodziła,  wzrok  Taty   Bis  by ł  j aśniej szy.  Dopiero  się  poznali,  a  ty le  sobie

powiedzieli,  chociaż  nie  o  wszy stkim   przy   „dzieciach”  wy padało.  Monika,  raptem   dziesięć  lat
starsza  od  Lu,  pokoleniowo  stanęła  po  stronie  Taty   Bis,  od  czego  zrobiło  m u  się  raźniej .  Bez
ceregieli  przeszli  na  ty :  Monika,  Janusz.  Um ówili  się  na  kawę  za  m iesiąc  w  Warszawie,  gdzie
Monika m iała wziąć udział w konferencj i.

– Odprowadzisz m nie do sam ochodu? – zapy tała Monika Lu.
Uszły   spory   kawał,  ale  m im o  zim na  Lu  j akoś  tego  wy siłku  nie  odczuła,  bo  całą  drogę

przegadały   –  o  sy nu  Moniki,  Tadeuszu,  o  kobiecie,  która  wy lądowała  na  ostry m   dy żurze,  bo
połknęła  prezerwaty wę,  o  dom niem any ch  kochankach  Virginii  Panikos,  którzy   zaprzątali
wy obraźnię j ej  podwładny ch.

–  Boks,  krav  m aga,  full  contact  –  przeczy tała  Lu,  gdy   przechodziły   koło  przeszklony ch  drzwi

klubu sportowego.

–  Ćwiczy łam   kiedy ś  karate.  –  Monika  próbowała  zaj rzeć  do  środka.  –  Teraz  chodzę  na  wing

chun.

– Pam iętasz, j ak m nie spotkałaś? Wy biegłam  z tej  ulicy  transwesty tów…
– Oj , tak. By łaś zielona.
– Ktoś m i chciał wy rwać torbę, a j a m ogłam  ty lko uciekać. Czułam  się bezsilna.
– Naj lepiej  j est w takich przy padkach uciekać.
– Ale j a m u chciałam  przy walić!
Monika spoj rzała na nią i powiedziała:
– O, teraz j esteś różowa. Zapisz się do tego klubu. – Popukała palcem  w szy bę.
– Tam  pewnie chodzą sam e nastolatki, j ak Daniel…
– I to j est argum ent? – Lekarka wy dęła usta. – Żeby  się czuć bezsilną?
Patrząc  za  Moniką  odj eżdżaj ącą  swoim   czy ściutkim   peugeotem ,  Lu  pom y ślała,  że  tak  j ak

m iała  szwedzki  dom   kobiet  i  polski  dom   m ężczy zn,  tak  po  fazie  Barta  w  j ej   ży ciu  nadszedł  czas
Bzy kaj ącej   Rity,  Karate  Moniki  i  Ży ły   Virginii.  Lu  odetchnęła  głębiej   –  w  sy m etrii  łapała
równowagę, buj anie j ą uspokaj ało, od dziecka uwielbiała huśtawki. Z ich ruchu form owało się coś
radosnego,  na  m y śl  o  czy m   czuła  wewnętrzne  ssanie,  dziecinny   niepokój ,  j akby   zbliżały   się
święta – j ej  święta – chociaż te kalendarzowe właśnie m inęły.

Siedzieli z Danielem  na ławce i j edli pizzę, patrząc na zderzaj ące się sam ochodziki.
Naj eżdżały   na  siebie  ze  zdum iewaj ącą  zaciętością,  głowy   prowadzący ch  odskakiwały   przy

każdy m  zderzeniu. Lu wy tarła palce w serwetkę i opowiedziała Danielowi o swoim  pom y śle na
grę.

–  „Miss  Calam ity   Jane”?  Dlaczego  dałaś  grze  taką  dziwną  nazwę?  –  zapy tał  Daniel.  –  Kto  to

j est ta Jane?

–  Kowboj ka,  kobieta  rewolwerowiec,  postrach  Dzikiego  Zachodu.  Nie  sły szałeś  o  Calam ity

Jane?

– Fałszy wi przy j aciele? – Pokręcił z powątpiewaniem  głową. – Kogo to obchodzi?
– Jest walka, są wrogowie.

background image

Wsunął do ust ostatni kawałek pizzy.
– Ale oni są j acy ś tacy … Naj pierw udaj ą, że się przy j aźnią, a potem …
– O to chodzi! Tak j est w ży ciu.
Daniel  zrobił  ruch,  j akby   chciał  wy trzeć  ręce  w  dżinsy,  ale  w  porę  zauważy ł  ostrzegawcze

spoj rzenie Lu. Zachciało j ej  się śm iać – niby  m łody  buntownik z kozacką kitą na czubku głowy, a
w środku j eszcze ty le z dziecka.

– Zapisałam  się na boks – zm ieniła tem at Lu.
Sam ochodzik  z  dwudziestoparolatkiem   za  kierownicą  gruchnął  w  bandę,  dwa  inne  wpadły   na

niego.

– Siostra Marka też trenuj e. – Daniel aprobuj ąco kiwnął głową.
Lu wciągnęła w płuca zim owe powietrze. Zacznie chodzić na boks od sty cznia. Nowy  początek.
–  Kup  sobie  ochraniacz  na  zęby   –  usły szała  z  boku  głos  brata.  –  Siostra  Marka  m a  czerwony.

Ale naj lepsze są czarne – wy gląda się w nich, j akby  się nie m iało przednich zębów.

Wstali i ruszy li do dom u. Robiło się ciem no.

III ZWYCIĘZCY, PRZEG RANI
Worki by ły  cierpliwe. Odsuwały  się od ludzi z lekkim  ukłonem , szczękały  łańcucham i i  wracały

na swoj e m iej sce, j akby  uderzenia by ły  pieszczotą. Rozbuj ane, ruszały  na człowieka. Lu się  do
nich spieszy ła. Czasem  rozgrzewka wciąż trwała, gdy  doświadczeni bokserzy  zaczy nali wokół nich
swój   taniec.  Pierwsze  ciosy,  szy bkie  klaśnięcia  o  skórę,  podzwanianie  łańcuchów,  na  który ch
wisiały   worki.  Lu  robiło  się  sucho  w  ustach  z  przej ęcia.  Mocniej sze  uderzenia,  sły szalna  praca
nóg,  seria  szy bkich  ciosów.  Sy m bioza,  ścisły   związek  człowieka  z  przedm iotem ,  rozm azany   od
szy bkości ruch. Lu chciała obj ąć wór wilgotny  od potu, m ocno m u przy łoży ć. Wciąż nie czuła, że
m oże, surowe ściany  sali bokserskiej  j eszcze nie należały  do niej , nie śm iała m arzy ć, że kiedy ś
poczuj e się j ak u siebie wśród ciężkich worków i naprężony ch lin otaczaj ący ch ring.

Kiedy  pierwszy  raz tu weszła, wszy stko wy dało j ej  się m ocniej sze niż w rzeczy wistości, inne

niż w salach, gdzie zdarzało j ej  się ćwiczy ć. Tu nie by ło czy ściutkich podłóg, różowy ch podkładek
pod plecy  ani wy pucowany ch luster. W klubie bokserskim  szarożółte ściany  by ły  odrapane, lustra
zaparowane od potu, spod sufitu sterczały  m etalowe haki, na który ch buj ały  się worki.

Kiedy  przy szła pierwszy  raz, weszła do środka i stanęła przy  ścianie. Mężczy źni w bokserskich

rękawicach  nie  zwracali  na  nią  uwagi,  dwóch  czy   trzech  kiwnęło  j ej   głową,  usta  m ieli
zdeform owane  ochraniaczam i  na  zęby.  Postawiła  torbę  pod  ścianą  i  wy prostowała  się,  nagle
bezradna,  na  obcy m   tery torium ,  którego  praw  nie  znała,  oddzielona  ścianą  potocznego
francuskiego  i  testosteronem   o  nieznany m   składzie.  Nikt  j ej   tu  nie  obm acy wał  wzrokiem ,
właściciele tego  terenu  nie  atakowali.  Jeszcze  nie  –  pisnęło  w  środku,  w  lustrze  zobaczy ła,  że  na
dekolcie wy skoczy ły  j ej  czerwone placki.

– Pierwszy  raz? – Wy soka dziewczy na z rudy m i włosam i ściągnięty m i w koński ogon stanęła

za nią.

– Yes. Oui. Yes.
– Wolisz po angielsku? Nie m a sprawy.
Lu  uśm iechnęła  się  z  wdzięcznością.  Otworzy ła  usta,  ale  do  rudej   podeszła  właśnie  wy soka

blondy nka  z  warkoczem ,  cm oknęła  tam tą  na  powitanie,  tak  witali  się  tu  wszy scy,  nawet
naj większe draby. Lu przez chwilę rozum iała, o czy m  m ówią, ale po chwili francuski zaterkotał w

background image

takim   tem pie,  że  m ogła  ty lko  patrzeć  na  dziewczy ny   –  nigdzie  nie  spotkała  równie  urodziwy ch
kobiet  j ak  w  tej   sali,  m oże  z  wy j ątkiem   dom u  Duni.  W  końcu  głos  trenera  zapędził  j e  do
rozgrzewki.

Ubranie  kleiło  j ej   się  do  ciała,  kiedy   tego  wieczoru  stanęła  pod  spisem   lokatorów.

Kontogianinis,  Bussholt,  Tsebu  K.  My ła  się,  a  ręka,  w  której   trzy m ała  pry sznic,  trzęsła  się  ze
zm ęczenia. Lu, obolała i poobij ana, z rozm azany m  tuszem  do rzęs, włosam i szty wny m i od potu,
nie pam iętała, kiedy  ostatni raz by ła tak szczęśliwa.

Sprzy m ierzy li  się  z  Danielem   w  obronie  wspólnego  tery torium .  Lu  powściągała  siostrzane

uczucia,  pozwalaj ąc  m u  się  bronić  sam em u,  gdy   ktoś  go  atakował,  w  przeciwny m   razie  się
obrażał.

Zgodzili się, że będą razem  budować kry j ówki, j ednak z wrogam i rozprawiali się osobno, każdy

m iał  swoj e  dem ony   i  własne  sposoby,  j ak  sobie  z  nim i  radzić.  Granie  z  bratem   w  MineCraft
weszło j ej  w krew, opuszczała sesj e ty lko wtedy, kiedy  m iała trening.

– Jak u ciebie? – zapy tała, kiedy  połączy li się na Sky pie.
– W porządku.
– W szkole?
– Norm alnie.
– Stopnie?
– Jak zwy kle.
– A koledzy ?
– Jak to koledzy.
Jego  twarz  na  ekranie  wy dawała  się  dziecinna,  chociaż  nad  górną  wargą  ry sowała  się

ciem niej sza linia zarostu. Już m iała się rozłączy ć, kiedy  Daniel bąknął:

– Tata j uż nie j est sm utny.
Lu przekrzy wiła głowę, w podglądzie wy dała się sobie ptasia.
– Monika tu by ła… I potem  znów.
– By ła w Polsce, i to dwa razy ? Nic nie m ówiła!
– Jak nie ze trzy. A tata m a ostatnio ciągle delegacj e. – Daniel przeczesał włosy  tak, że zasłoniły

m u oczy. Wy ciągnął z kieszeni gum kę i niecierpliwie ściągnął j e w kitkę.

– Delegacj e?…
– De-le-ga-cj e.
W  grupie  bokserskiej   dziewczy n  by ło  kilka,  chłopców  i  m ężczy zn  ponad  trzy dziestu.

Rozgrzewka  trwała  ty le  co  godzina  lekcy j na,  ty lko  że  czterdzieści  pięć  m inut  w  sali  bokserskiej
by ło autenty czną  nauką.  Lu  wsłuchiwała  się  w  swoj e  ciało,  oddech  szukał  własnego  ry tm u.  Na
początkuszy bko się m ęczy ła, łapały  j ą kolki i skurcze, następnego dnia po zaj ęciach ledwo m ogła
się ruszać.

Ale  z  czasem   zaczęła  się  uczy ć  gospodarowania  energią,  oddechem .  Ricky,  ich  trener  ze

szczotką j asny ch włosów i zaraźliwą chęcią ruszania się, ustawiał j ej  ciało, dbał, żeby  poprawnie
wy kony wała  wszy stkie  ruchy.  Pot  lał  się  z  niej   tak,  że  by ła  m okra  aż  po  skarpetki,  ale  przy   nim
chciało  j ej   się  biegać,  skakać,  boksować.  Oprócz  Ricky ’ego  pom agały   j ej   dwie  bokserki,  ruda
Sim one  o  twarzy   j ak  z  portretów  szesnastowieczny ch  Flam andów  i  Lea,  Norweżka  z  j asny m
warkoczem .

– Uderz m ocniej  – m ówiła Sim one.

background image

Lu  celowała,  ale  zanim   uderzy ła,  gotowość  do  ciosu,  którą  czuła  w  m ięśniach,  gdzieś

ulaty wała.

– O, przepraszam  – szeptała, a j ej  rękawica słabo doty kała ram ienia Sim one.
– Nie głaszcz, uderz! Czego się boisz? Że m nie skrzy wdzisz? Jestem  duża i silna, obronię się.
Jeszcze przez parę m iesięcy  Lu przepraszała, gdy  uderzy ła kogoś m ocniej  na treningu. Potem

chodziła z siniakam i, bo j ą bili, ale przy naj m niej  przestała się ekskuzować. Aż przy szedł trening,
na który m  kom uś przy lała.

Nie  opuszczała  żadny ch  zaj ęć.  Starała  się  dorównać  grupie  w  form ie,  zachłannie  uczy ła  się

ciosów, zostawała, żeby  ćwiczy ć po treningach.

– Podnosisz zgiętą nogę, obracasz, kopiesz – instruowała j ą Lea. – „Uzbrój ” nogę, o tak, widzisz?

Teraz obróć się na stopie.

Lu kopnęła. Lea j ą poprawiła. I znów. Jeszcze raz. Kiedy  zrobiła le middle po raz, j ej  zdaniem ,

ty sięczny, Lea kiwnęła głową z aprobatą. W nagrodę pokazała j ej  wy sokie kopnięcie okrężne, high
kick
. Lu ćwiczy ła tak długo, aż trafiła w sam ą górę worka.

–  Niezła  j est  –  rzucił  Ricky   do  Lei,  a  do  Lu  powiedział:  –  Przy j dź  do  klubu  w  sobotę,  trenuj ę

zawodników.

– Ja wśród zawodników…?
– Wy ślę ci esem es, o której  zaczy nam y.
Wieczorem   stanęła  przed  drzwiam i  dom u  z  brzuszkiem ,  czuj ąc  napięcie  w  nogach.  Ferrer

,Diam ande-Nzekeke,  Szpry c.  Pchnęła  przeszklone  drzwi,  psy   pani  Verm eegstah  zaszczekały.
Przechodząc  koło  lustra,  autom aty cznie  się  wy prostowała,  ale  nie  by ło  w  ty m   ruchu  kokieterii,
ty lko sy gnał dla ciała, żeby  się nie zapadało. Dopiero po kąpieli zauważy ła dwa esem esy. Jeden
od  Ricky ’ego,  że  w  sobotę  zaczy naj ą  w  południe.  Drugi  od  Barta  –  pierwszy   od  czasu  afery   z
Ty m cią.

Pisał, j akby  nigdy  nic: co u niej , bo on tęskni.
Lu  odłoży ła  kom órkę  i  stanęła  przed  lustrem .  „Podnieś  nogę,  zegnij ,  obróć  się.  Przekręć

stopę…” – odtwarzała w m y ślach słowa Lei. Kopnięcie przecięło powietrze na wy sokości skroni
średniego wzrostu m ężczy zny. Spróbowała j eszcze raz. „Mocniej !” – wy pły nął z pam ięci okrzy k
Sim one. Kopnęła z całej  siły, niem al tracąc równowagę.

„Będę!”  –  odpisała  Ricky ’em u,  zanim   wy łączy ła  kom órkę.  Zasy piała,  a  m ięśnie  uwierały   j ą

błogo. Esem es Barta zignorowała.

Tata  Bis  nie  powiedział,  że  spoty ka  się  z  Moniką.  Skakał  z  tem atu  na  tem at,  coraz  bardziej

nerwowo, aż zrobiło j ej  się go żal. Widać nie by ł j eszcze gotowy  na oficj alny  kom unikat. Związek
na odległość, m iędzy  Boży m  Narodzeniem  a Wielkanocą, pewnie Tata Bis sam  nie wiedział, co o
ty m  wszy stkim  sądzić.

–  Spotkałem   Michała  –  powiedział,  kiedy   j uż  się  m ieli  rozłączać.  –  Wpadliśm y   na  siebie  w

superm arkecie.

Lu  przy j rzała  m u  się  uważniej   i  pom y ślała,  że  wy gląda  m łodziej ,  niż  kiedy   rozm awiali

ostatnim  razem , a m oże to by ła sprawka Sky pe’a. Musiał by ć fotogeniczny, ona prezentowała się
na ekranie suchotniczo.

– Ma dziewczy nę. Wy glądała na trochę starszą od niego. – Tata Bis um knął wzrokiem , Sky pe

przekazał ruch z sekundowy m  opóźnieniem . – Spodziewaj ą się dziecka.

Uwaga  Lu  się  wy ostrzy ła.  Michał  oj cem ?  Poczuła  drgnienie  sy m patii,  j akby   Tata  Bis

background image

opowiadał  o  j ej   koledze  z  podwórka.  Nagle  się  przestraszy ła.  By li  kiedy ś  tak  blisko,  a  teraz  ta
oboj ętność,  j akby   śnieg  zasy pał  ich  ścieżkę,  biały,  nieodwołalny   koniec,  pieski  los  wszelkich
m iłości.

– Szkoda, że nie przy j eżdżasz na Wielkanoc – powiedział Tata Bis.
– Mam  treningi, Ricky  m ówi, że wiosną powinnam  biegać, nabrać kondy cj i.
– Skoro Ricky  tak m ówi…
Po  treningu  Lu  zaanektowała  j eden  z  worków,  żeby   poćwiczy ć  proste  i  sierpy.  Prawy,  lewy,

sierp,  sierp,  prawy,  lewy …  Uwielbiała  tę  harm onię,  nie  m ogła  się  nacieszy ć  poznawaniem
własnej  siły.

(Kiedy   opowiadała  o  ty m   Sprite,  złapała  się  na  ty m ,  że  boks  zaczął  dom inować  nad

pozostały m i wątkam i. W tam ty m  okresie widziała głównie swoj e ciało sprężone w wy siłku. Pracę
odfaj kowy wała, ludzi ledwo dostrzegała, m ężczy zn o ty le, o ile uczy li j ą, j ak się bić. Zakochała
się w boksie. Wolała ten stan sam a nazwać, zanim  nazwą go inni).

– Ej , Polka! – usły szała głos Ricky ’ego. – Ile ty  m asz właściwie lat?
Prawy, lewy, sierp, sierp…
– Nie m am  wieku. – Strużka potu spły nęła z brody, kapnęła na podłogę. – Jak poczuj ę się stara,

to ci powiem .

Gauche, droite, crochet, crochet…
– Nie m usisz nikogo karać. Siła j est w tobie – usły szała.
Głos nie należał do Ricky ’ego, choć zabrzm iał znaj om o. Przestała okładać czerwony  wór.
Obok  stał  wy soki  czarnoskóry   m ężczy zna,  w  twarzy   o  wy datny ch  kościach  policzkowy ch

rozpoznała klasy czny  nos boksera.

– Poznałaś j uż Cheicka? Mistrz Europy  w m uay  thai.
– W stanie spoczy nku – uściślił Cheick, wkładaj ąc rękawice.
– Dziesięć lat tem u nie by ło na ciebie m ocny ch, nawet teraz m ógłby ś wrócić na ring, gdy by ś

ty lko  chciał  –  odparł  Ricky,  zagarniaj ąc  talię  Lu  ruchem   właściciela.  –  A  to  nasza  Polka.
Pracuj em y  nad nią, żeby  coś z niej  by ło, co, Na Zdrowie?

Lu  chciała  wy j aśnić,  co  to  znaczy   „na  zdrowie”  i  dlaczego  nie  m a  sensu  uży wać  tego  j ako

przezwiska, ale francuskie słowa rozpierzchły  się, bo w głowie tłukła się m y śl: gdzie j a sły szałam
ten  głos?  Wy winęła  się  z  uścisku  Ricky ’ego.  Cheick  dopiął  rękawice  i  zaczął  uderzać  w  worek,
ciosy   by ły   bły skawiczne,  ruchy   rozm azy wały   się  w  oczach.  Patrzy ła  oczarowana  –  nikt  z  ich
grupy  nie m ógł pochwalić się taką harm onią ruchów, takim  tańcem  nóg.

Dopiero  kiedy   brała  pry sznic,  przy pom niała  sobie  ten  głos:  usły szała  go  w  m etrze,  m ówił  o

ludziach „biały ch, czarny ch, żółty ch czy  sraczkowaty ch”. Czy  to m ożliwe, żeby  to by ł on?

(„Głos, którego się nie zapom ina” – potwierdziła Sprite, kiedy  Lu j ej  o ty m  opowiadała.
„Też  tak  m y ślisz?”  –  zapy tała  Lu.  „Pewnie.  Kochałam   się  w  nim   j ako  nastolatka”  –  odparła

Sprite).

Właściwie  m ożna  by   przy toczy ć  tę  rozm owę  j uż  bez  nawiasów,  ale  dopiero  po  tej   scenie  –

scenie poznania się Lu i Sprite. Opis poznania się dziewczy n i tak zepchnął dalej  scenę, w której
zaczęła się znaj om ość Lu i m ężczy zny.

Oto, j ak poznały  się Lu i Sprite:
Ricky  (dy m ek): Lesbij ki?
Przechodził koło nich wiele razy, zerkaj ąc na pupę Lu i piersi dziewczy ny, z którą ćwiczy ła.

background image

Ricky   popierał  równość  płci  w  sporcie  i  chętnie  trenował  kobiety.  Obraziłby   się,  gdy by   ktoś

powiedział o nim , że j est j edny m  z ty ch trenerów, którzy  poza kształtowaniem  zawodników m aj ą
równoległą m isj ę pokry wania zawodniczek. Ricky  by ł bokserskim  fem inistą. Ricky  – harm onij nie
um ięśnione ciało, szczotka gsty ch włosów, ręce pokry te piegam i – by ł też sam cem  alfa, a to by ł
j ego kurnik.

Ricky : Nie zwracaj ą na m nie uwagi!
Lu  nie  siedziała  w  j ego  głowie,  a  w  dodatku  by ła  m aksy m alnie  skupiona:  dziewczy na,  którą

przy dzielił j ej  do ćwiczeń trener, m iała za sobą walki, większość wy grany ch. Lu pam iętała j ą z
zaj ęć, potem  tam ta wy j echała do Taj landii, gdzie ćwiczy ła w szkołach m uay  thai. By ła wy ższa
od  Lu,  niem al  wzrostu  Ricky ’ego,  m iała  wąskie  biodra  i  pięknie  um ięśnione  ram iona.  Spod
różowej   koszulki  wy suwał  się  fragm ent  tatuażu,  tęczowe  skrzy dło  kolibra  j aśniej ące  na  czarnej
skórze.

Włosy   zaplecione  w  cienkie  warkoczy ki  upięła  w  koński  ogon,  na  skroni  j adowiciło  się

pom arańczowe pasm o.

– Garda – rzuciła.
Lu podniosła dłonie w rękawicach na wy sokość oczu.
– Osłaniaj  brzuch.
Lu obniży ła łokcie, zbliżaj ąc j e dołem  do siebie. Pach, pach! Oko niem al wpadło do środka, ból

zapiekł pod żebrem .

– Mówiłam , trzy m aj  gardę, chroń brzuch.
W Lu przewalały  się em ocj e. Naj pierw tam tą podziwiała, potem  przepraszała, że niedokładnie

stosuj e się do j ej  instrukcj i, ale kiedy  dostała w twarz i brzuch, poczuła, że j ej  nienawidzi. Dała
znak, że m a dość, ale tu nie działały  sposoby  skuteczne poza salą – uśm iechy, porozum iewawcze
spoj rzenia,  westchnienia  „ale  j estem   zm ęczona”.  Lu  złapała  swoj e  odbicie  w  lustrze  –  spodnie
wpij ały   j ej   się  m iędzy   uda,  daj ąc  efekt  „wielbłądziego  kopy ta”,  gum ka  się  przekręciła,  włosy
sterczały  w m okry ch spiralkach.

– Wy glądam  j ak Magrat Garlick – m ruknęła. Nad głową świsnął j ej  sierp.
– Kto?
–  Czarownica,  Magrat  Garlick  –  wy sapała.  Prawy,  lewy,  kopnięcie  okrężne.  –  Zaczęła

uprawiać karate, żeby  się odnaleźć. Zanim  wy j dzie za m ąż za błazna.

Szy bkie pacnięcia  lewy m  prosty m ,  dla zbadania  dy stansu. Lu  zacisnęła zęby   i  wy prowadziła

prosty,  potem   sierp  i  niskie  kopnięcie.  Zwinęła  się  pod  boczny m   kopem   przeciwniczki,  zupełnie
nieoczekiwany m , spodziewała się raczej  prawego prostego.

– Autorem  j est Pratchett – wy dy szała, bardziej  do siebie.
–  Aaa,  m ówisz  o  Nariko?  –  Przeciwniczka  zafundowała  j ej   dwa  kopnięcia,  dolne  dla  zm y łki,

wy sokie naprawdę. Lu m ało nie pękł nadgarstek, ale przy naj m niej  zasłoniła głowę.

–  Nie  Nariko,  ty lko  Magrat.  –  Lu  zacisnęła  zęby   i  strzeliła  lewy m   prosty m .  –  Napisał  Terry

Pratchett.

–  Nie  Magrat,  ty lko  Nariko.  –  Dziewczy na  zbiła  j ej   gardę  wy sokim   kopnięciem .  –  Napisała

Rhianna Pratchett.

– Jak?…
– Rhianna…
Po co Lu zam knęła oczy ? Nawet na chwilę nie wolno zam y kać oczu. Oberwała w nos z boku, z

background image

wy sokiego kopa. Poczuła, że twarz j ej  puchnie, zasłoniła głowę, ale tam ta j uż nie atakowała.

– Odpocznij . – Popchnęła Lu w stronę, gdzie leżały  ich bokserskie torby.
– Nie, co z tą Rhianną? – Lu wy cierała pot w koszulkę.
Bokserka sięgnęła po butelkę z wodą.
–  Rhianna  Pratchett  pisze  scenariusze  gier  kom puterowy ch  –  powiedziała.  –  Znasz  Heavenly

Sword? Z woj owniczką Nariko. My ślałam , że o ty m  m ówisz.

– Mówiłam  o książkach Terry ’ego Pratchetta.
– Aaa… to pewnie j ej  oj ciec.
Ricky  klepnął Lu w ram ię.
– Czego się opieprzasz?
– Dobrze ćwiczy ła – odezwała się dziewczy na.
– A ty  m i j ej  nie broń, Sprite!
Lu spoj rzała py taj ąco na dziewczy nę.
– To j ej  im ię do walk – wy j aśnił Ricky.
Lu pozazdrościła Sprite. Ją nazy wali „Polką” lub „Em ily ” czy  też „Em ilie”, za każdy m  razem  z

inny m  akcentem , j akby  to im ię by ło roztrzęsioną galaretą.

– Ciebie też nazwę, ale j eszcze trochę popracuj  – rzucił Ricky.
– A tak naprawdę j ak się nazy wasz? – zapy tała Lu dziewczy nę.
– Avril. Ale wolę, j ak m ówią na m nie Sprite.
Zim no przelaty wało Lu po plecach, twarz zdrętwiała. Uśm iechała się od kilku godzin. Fotograf

wy łączy ł  wreszcie  dm uchawę,  która  rozwiewała  j ej   włosy,  i  zaj ął  się  przeglądaniem   zdj ęć  na
kom puterze.  Przed  Lu  wy rosła  m akij aży stka,  z  pasa  przewiązanego  na  biodrach  wy ciągnęła
pędzelek i zanurzy ła go w pudrze. Chłód naszy j nika, pieszczota pędzla – j ak dobrze by ło tu stać, w
świetle reflektorów, na papierowy m  tle rozwinięty m  z wielkiego zwoj u.

Wchodziła  do  wielkiego  studia  fotograficznego  z  duszą  na  ram ieniu.  Nie  by ła  m odelką,  nigdy

nie  pozowała,  bała  się,  że  narobi  wsty du  Sprite,  która  j ą  tu  poleciła.  Ale  nikt  się  nie  dziwił
obecności Lu, sty listka przedstawiła j ą fotografowi i m akij aży stce, pokazała, gdzie stoj ą term osy  z
kawą  i  herbatą.  Lu  usiadła  na  fotelu  przed  j asno  oświetlony m i  lustram i  i  przy m knęła  oczy,
rozkoszuj ąc  się  ty m ,  j ak  doty kaj ą  j ej   twarzy   gąbeczki,  pędzelki,  waciki  i  inne  przedm ioty   o
zdrobniały ch  nazwach.  Mocne  skręty   włosów  rozciągnęli  j ej   w  fale,  sty listka  wy brała  dla  niej
długą  suknię  ceglastego  koloru  i  szpilki  –  kiedy   Lu  zobaczy ła  się  w  lustrze,  m iała  wrażenie,  że
wy dłuży li j ą o dobre pół m etra.

Dopiero po wielu pstry knięciach m igawki poczuła się swobodniej . Głaskała j ą skupiona uwaga

zawodowców,  ciało  polubiło  ten  rodzaj   istnienia,  po  drugiej   stronie  zwy czaj ności,  po  przekątnej
ruchu i  potu,  do  który ch  przy zwy czaiła  j e  na  treningach.  Tam   j ą  ustawiali  i  poszturchiwali,  a  tu
m alowali i przebierali.

Sty listka stanęła na wprost Lu, przekrzy wiaj ąc na bok głowę.
– O! – Chwy ciła pierścionek, który  Lu założy ła przed wy j ściem . – To m i nie grało.
Pierścionek  by ł  prezentem   od  Barta.  Lu  nie  lubiła  biżuterii,  zwłaszcza  złotej ,  ale  Bart  by ł

przekonany, że j est inaczej . „Kobiety  lubią dostawać biżuterię” – m ówił z uśm iechem . „Kobiety
lubią dostawać biżuterię” – wy złośliwiła się Lu przed Sprite parę m iesięcy  później . Po co założy ła
ten pierścionek na sesj ę? Sty listka bezcerem onialnie ściągnęła go j ej  z palca.

– Czekaj , m oże to ważny  pierścionek, a ty  go j ej  tak ściągasz – zwrócił się fotograf do sty listki z

background image

lekką naganą w głosie.

Sty listka  spoj rzała  na  nią  py taj ąco,  a  Lu  kiwnęła  głową  z  aprobatą  –  i  j uż  złoty   pierścionek

zniknął w pudełku z biżuterią, a sty listka zaobrączkowała j ą czarno-biały m  kam ieniem  na szerokim
srebrny m  pasku.

–  Zatuszuj ę  te  obtarcia.  –  Makij aży stka  wskazała  kostki  prawej   dłoni  Lu  i  zanurzy ła  gąbkę  w

korektorze.

– Co ci się tu stało? – zapy tała sty listka Lu.
– Biłam  się… Na treningu.
– Zostaw – sty listka powstrzy m ała m akij aży stkę ruchem  ręki. – Podoba m i się to.
Kiedy  Lu zeszła ze zwoj u, nie m iała czasu zm y ć m akij ażu, wpadła do dom u, chwy ciła torbę i

tak j ak stała, pobiegła na trening. Na j ej  widok Farid trącił Bilala, ten spoj rzał na Walida, Walid dał
znak  Seném u.  Sené  zagapił  się  tak,  że  zwrócił  uwagę  Ricky ’ego.  Okrąży li  j ą,  przepy chaj ąc  się  i
żartuj ąc.

– Jesteś m odelką? – zapy tał Sené, koszulka lepiła m u się do m uskularny ch pleców.
–  Nie,  to  pierwszy   raz.  Sprite  m nie  poleciła  do  sesj i  prom uj ącej   m łody ch  belgij skich

proj ektantów.

– Zrób m i z nią zdj ęcie! – Ricky  podał swój  telefon Walidowi i obj ął Lu. – Żeby  by ło widać

j ej  nogi, dam  na Facebooka.

– Zostaw. – Próbowała odczepić j ego ręce od swoj ej  talii.
– Ricky  – rozległ się nad nim i głos Cheicka i uścisk trenera zelżał – grupa na ciebie czeka.
Kiedy   Lu  opowiadała  o  ty m   Sprite,  chciała  z  rozpędu  opisać  Cheicka,  ale  przecież  Sprite  go

znała. „Wtedy  ty  do m nie podeszłaś i przez chwilę gadały śm y  o sesj i” – tak Lu om inęła wątek, w
który m  Cheick wy bawił j ą z rąk rozochoconego Ricky ’ego. Sprite uśm iechnęła się z podziwem  –
oczy wiście,  że  Cheick  pasował  do  ry cerskich  wizj i  ze  swoim   niskim   głosem ,  wzrostem   i
m uskułam i graj ący m i pod skórą. Jak świat światem , zawsze znalazł się ktoś, kto pasował do takiego
wzorca.

Na szczęście Lu w porę to wy czuła.
Wielkie plakaty  z twarzą Lu ukazały  się na m ieście m iesiąc później . Naszy j nik, którego chłód

wciąż pam iętała, widziała teraz na rogu każdej  większej  ulicy, przy pom inał kształtem  powy ginany
korzeń im biru. Proj ektant nazwał ozdobę Ginger, taki podpis widniał na dole zdj ęcia.

–  …proszę  um ieścić  w  raporcie  dla  m inisterstwa,  że  pracownica  m oj ego  działu  dzięki  m oim

staraniom   wzięła  udział  w  prom owaniu  kraj u…  –  usły szała  głos  dy rektora  Paca,  kiedy   zj echała
do kazam at.

Viola podbiegła do niej  i zaszeptała:
– Ale sesj a, wszy scy  się zesrali!
–  Tak,  m oj ego  działu…  Dzięki  m oim   staraniom ,  przecież  powiedziałem   –  powtórzy ł  dy rektor

Pac do słuchawki. – Jak? Ma się swoj e wej ścia. Nie od dziś robię w dy plom acj i.

– Całą zasługę przy pisuj e sobie – świsnęła j ej  do ucha Viola. – To on ci to załatwił?
–  Jest  nasza  gwiazda.  –  Twarz  pani  Uli  rozprom ienił  m acierzy ński  uśm iech.  –  Ty lko  się  nie

zagłodź, j ak te inne. Skóra i kości teraz m odne, sy nowa też ciągle się odchudza, na szczęście wciąż
m a na czy m  usiąść.

–  Em ilia,  a  czem u  ty   taka  sm utna  na  ty m   zdj ęciu?  –  zagaił  pan  Zdzisław.  –  By ło  się

uśm iechnąć.

background image

– Bardzo ładnie wy szłaś, Em ilko. – Dom inika patrzy ła na nią z podziwem . – Wy glądasz na ty ch

plakatach j ak prawdziwa m odelka. Wszy stkim  znaj om y m  na Facebooku rozesłałam  zdj ęcia.

Dy rektor odłoży ł słuchawkę i podszedł do nich.
– Nie m ogłaś wy brać ładniej szej  biżuterii? – zwrócił się do Lu. – Sandra m ówi, że ten wisior

wy gląda j ak wy pluta gum a do żucia.

Po  południu,  kiedy   Lu  wracała  z  pracy,  zaczepił  j ą  m ężczy zna,  który   przy sięgał,  że  gdzieś  j ą

widział.  Inny   dom agał  się  j ej   num eru  telefonu.  Odm ówiła,  ale  on  wcisnął  j ej   swój ,  zapisany
fluorescency j ny m  flam astrem  na pom iętej  serwetce. Poprosił, żeby  zadzwoniła po dwudziestej
drugiej ,  kiedy   j ego  m atka  j uż  śpi.  Kiedy   Lu  pokazała  Sprite  karteluszki  z  num eram i  telefonów,
które wcisnęli j ej  tego dnia m ężczy źni, uznały, że zrobią z nich kolaż (copy right: Lu/Sprite).

Zdj ęcie  Lu,  otwieraj ące  serię  fotografii  prom uj ącą  m łody ch  belgij skich  proj ektantów,

wzbudziło spore zainteresowanie m ediów. Lu nie wiedziała, co robić z prośbam i o wy wiady  ani z
ty m , że nieoczekiwanie stała się sensacj ą m iesiąca. W końcu poszła się poradzić Virginii.

– Mogę uj awnić, że j estem  pracownicą polskiej  am basady ?
–  Dy plom acj a  nie  j est  ty m ,  co  się  m ówi,  ty lko  ty m ,  co  się  przem ilcza  –  m ruknęła  pani

am basador, wertuj ąc plik dokum entów.

– A j eśli zapy taj ą, dlaczego reklam uj ę belgij ską biżuterię, skoro j estem  Polką?
Ale  Virginia  j uż  nie  słuchała,  zaj ęta  pracą.  Lu  zj echała  do  kazam at,  gdzie  po  euforii

wy wołanej   ty m ,  że  ich  koleżanka  j est  znana  „poza  kraj em ”,  w  pracownikach  działu
adm inistracy j nego zaczęły  się budzić wątpliwości.

– Ja nie m ówię, że źle zrobiła – tłum aczy ł pan Zdzisław ty m , którzy  chcieli słuchać. – Ty lko że

m oim  zdaniem  m ogła wy brać j akąś polską m arkę.

– Miała Mazowszankę reklam ować? – pry chnęła Dom inika. – A m oże Pudliszki?
– Przy naj m niej  poszłoby  w świat, że u nas dobre j edzenie – zgodził się pan Zdzisław.
Lu  nie  brała  udziału  w  ty ch  dy skusj ach,  bo  m y śli  m iała  zaj ęte  czy m   inny m .  Lewy,  prawy,

kopnięcia  –  nauczy ć  się  ruchów  to  j edno,  a  um ieć  j e  zastosować  to  drugie.  Jej   ciało  wciąż
przy stosowy wało  się  do  wy siłku  na  treningach.  Po  ponad  dwóch  godzinach  intensy wnego
ruszania się w Lu długo j eszcze buzowała adrenalina. Potem  zasy piała tak twardo, że rano ledwo
sły szała  budzik.  Bóle  m ięśni,  które  m ęczy ły   j ą  przez  pierwszy   m iesiąc,  przeszły.  By wało,  że  po
cały m  dniu pracy  nie chciało j ej  się iść na trening, ale szła, a kiedy  się rozgrzała, ciało stawało
się lekkie. Upaj ało j ą to.

W klubie ucieszy li się, że ich bokserka została dziewczy ną z plakatu. Ricky  zrobił j ej  reklam ę na

Facebooku, po czy m  kazał trenować intensy wniej . Sława sławą, on m iał wobec niej  plany.

Po rozgrzewce odciągnął j ą na bok.
– Pam iętasz, j ak cię py tałem , ile m asz lat? To dlatego, że chcę, żeby ś dla m nie walczy ła.
– Ćwiczę dopiero od kilku m iesięcy …
– Za pół roku będziesz gotowa. Przy gotuj ę cię. Naturalnie, j eśli się ze m ną um ówisz, zrobię to

j eszcze lepiej …

Podniosła  głowę,  j akby   ktoś  dał  j ej   w  twarz.  Ży cie  pokazy wało,  j ak  niewiele  wiedziała  o

dy plom acj i.

– Żartowałem . – Śm iał się, aż oczy  zaczęły  m u łzawić. – Chciałem  zobaczy ć twoj ą m inę!
Podał j ej  ciężką piłkę, żeby  odbij ała o ścianę, ponad głową. Stanął przy  niej  i liczy ł, szło lżej ,

kiedy  nadawał ry tm .

background image

– Jak ci naprawdę na im ię? – Przerwał liczenie. – Bo na plakacie j est napisane „Ginger”, a  ty

m ówiłaś, że Em ilie.

Wy padła z ry tm u, ale nie przestała odbij ać. By le zrobić serię stu… Om dlewały  j ej  ręce.
O co Ricky  j ą py ta? Chy ba o to, gdzie m ieszka.
– Avenue des Nerviens – rzuciła przez zaciśnięte z wy siłku zęby.
–  Avenue  Louise?  –  nie  zrozum iał.  –  Avenue  Louise,  tak  ci  na  im ię?  –  parsknął.  –  Od  dziś

nazy wasz się Louise! W skrócie Lu.

Odtąd trenowały  we trzy  – Lea i Sprite, które przy gotowy wały  się do walk, a z nim i Lu, nowa

nadziej a  Ricky ’ego.  Po  rozgrzewce  dawał  im   specj alnie  ćwiczenia  na  rozwinięcie  m uskulatury,
na  koniec  treningów  stawały   do  sparingu.  Lu  opierała  się  o  liny   otaczaj ące  ring  i  obserwowała
walkę, słuchaj ąc kom entarzy  trenera.

Sprite przewy ższała Leę o głowę, ale Lea by ła solidniej  um ięśniona. Obie by ły  bardzo szy bkie,

wy soka  Sprite  trzy m ała  Leę  na  dy stans  za  pom ocą  kopnięć,  Lea  go  skracała,  wchodząc  w
zwarcie, ciosy  stanowiły  j ej  m ocną stronę.

– A j aką j a m am  ćwiczy ć strategię? – zapy tała Lu trenera.
–  Jesteś  prawie  tak  wy soka  j ak  Sprite,  do  tego  dobrze  rozciągnięta.  Twoj ą  bronią  będą

kopnięcia. Ale uważaj , bo…

Na  ringu  Lea  bły skawicznie  wsunęła  ram ię  pod  nogę  Sprite,  uniesioną  w  wy sokim   kopnięciu.

Pchnęła – Sprite wy wróciła się z hukiem , uderzaj ąc głową o podłogę.

–  …bo  j eśli  twój   high kick  nie  będzie  szy bszy   od  tego  przed  chwilą,  wy ląduj esz  j ak  Sprite  –

dokończy ł Ricky.

W  szatni  nie  om awiały   walki,  j akby   wraz  z  zam knięciem   drzwi  wy czerpały   tem at.  Tu

cielesność m iała wy m iar kobiecy.

– Znów m uszę kupić stanik – powiedziała Lea, uwalniaj ąc z warkocza długie j asne włosy.
– Mnie też zm alały  – m ruknęła Sprite.
– Zm alały ? – Lu zdębiała.
– Nie wiedziałaś, że od boksu m alej ą piersi?
Lu parsknęła śm iechem .
– A penisy  kurczą się w zim nej  wodzie.
– A nie kurczą się? – Sprite spoj rzała na nią z politowaniem .
Wkładała  długą  falbaniastą  spódnicę,  która  opty cznie  j eszcze  dodawała  j ej   wzrostu.  Ubierała

się  ultrakobieco,  tatuaże  też  m iała  „dziewczęce”,  koliber  na  łopatce,  na  ram ieniu  m oty l,  talię
oplatała łody ga z rozkwitaj ący m i pąkam i.

– Od czasu j ak zaczęłam  trenować, biust m i się zm niej szy ł o dwa num ery  – powiedział aLea,

zapinaj ąc stanik. – Piersi to głównie tłuszcz, zm niej szaj ą się, kiedy  rozrastaj ą się m ięśnie.

Lu  przy pom niała  się  Dunia.  Kiedy   wy cięli  j ej   guzek  z  piersi,  pielęgniarki  wy słały   Lu,  żeby

pobiegła j ej  kupić większy  stanik. Po operacj i biust m usiał by ć podtrzy m y wany, ale nie uciskany.

Lu pobiegła na Drottninggatan do sklepu z bielizną, ale kiedy  przy niosła Duni stanik, okazało się,

że j est za m ały. Wy m ieniła – znów za m ały. Trzy  razy  chodziła do sklepu, zanim  przy niosła dobry
rozm iar.  „I  po  co  m i  taki  biust?”  –  sum itowała  się  Dunia,  zażenowana,  że  ktoś  koło  niej   biega.
Malina by ła wtedy  nastolatką, Dunia nie pozwoliła j ej  przy j ść do szpitala, Lu też przeganiała, ale
ta się uparła. Nie przy znała się Duni, że założy ła wtedy  nowe j aponki, które pocięły  j ej  stopy  do
krwi.

background image

– Kup sobie ochraniacze na piersi – podsum owała Lea, wkładaj ąc dżinsy. – Kiedy ś oberwałam

podczas walki i parę m iesięcy  później  wy m acałam  guzek. Na szczęście okazało się, że to zwy kła
cy sta – dokończy ła pospiesznie, widząc m inę Lu.

Lu zapam iętała początek m aj a, bo wtedy  pierwszy  raz zwierzy ła się Sprite. Oprócz treningów

zbliży li  j e  Rhianna  Pratchett,  scenarzy stka  gier  kom puterowy ch,  i  j ej   oj ciec,  Terry,  ulubiony
pisarz  Lu.  Wtedy   j eszcze  nie  powiedziała  Sprite  o  Riannie,  swoj ej   m am ie,  której   im ię,  nadane
przez Dunię, ty lko o j edną literę różniło się od im ienia scenarzy stki gier. Powiedziała za to Sprite o
Barcie.

Um ówiły   się  na  sobotę  na  wspólne  granie  w  Heavenly   Sword.  Zanim   usiadły   na

wściekłopom arańczowej  kanapie, w takim  sam y m  kolorze j ak pasm o we włosach Sprite, i zaczęły
grać, oparły  się o barierkę tarasu. By ł większy  niż całe m ieszkanie, a widok stąd zapierał dech –
obej m ował całą Brukselę ze szpicam i katedr i poły skuj ący m i w słońcu kulam i Atom ium . Toczone
wy pustki kom inów wy rastały  z sąsiednich dachów rzędam i, po kilka w j edny m .

– Uwielbiam  te kom iny, wy glądaj ą j ak piszczałki, fletnia Pana – rzuciła Sprite.
–  Albo  j ak  zwinięte  krokusy   –  dodała  Lu.  –  W  Polsce  kwitną  na  przedwiośniu,  pam iętam ,  j ak

babcia m i j e pierwszy  raz pokazała. W Szwecj i też rosły, u Duni w ogrodzie. Sarny  przy chodziły
j e wy j adać. – Urodziłaś się w Szwecj i?

–  W  Polsce.  –  Lu  pokręciła  głową.  –  W  Szwecj i  m ieszkałam   rok,  potem   tam   studiowałam ,

pracowałam . Ale nie czuj ę się Szwedką.

–  A  j a  nie  czuj ę  się  Afry kanką,  chociaż  urodziłam   się  w  Kongu.  To  znaczy   nie  do  końca  –

poprawiła się Sprite. – Zresztą to się zm ienia.

– Tak, to się zm ienia.
Lu  popatrzy ła  na  czerwonoceglasty   wzór  brukselskich  dachów.  Tu  spoty kała  ludzi,  którzy

m ogliby  o sobie powiedzieć to co one. Dwuj ęzy czni od urodzenia albo z m ieszany ch par czy  tacy
j ak  ona,  Polka  z  perspekty wą  europej ską,  produkt  postkom unisty czny,  uprzy wilej owany.  Albo
wy rwani z j edny ch m iej sc, zakorzenieni w inny ch, j ak Sprite, która urodziła się w Kongu. Została
adoptowana  przez  parę  Belgów,  przy leciała  do  Brukseli,  kiedy   m iała  cztery   lata.  Nic  nie
pam iętała ze swoj ego afry kańskiego ży cia. Jej  belgij ska babcia winiła o to zm ianę, m usiała by ć
zby t  wielka,  skoro  dziewczy nka  wszy stko  zapom niała.  Afry kańskiej   babci  Sprite  nie  poznała,
wy straszy ła  się  obcości  swoj ego  nie  swoj ego  konty nentu,  a  m oże  własnej   dziwności  –  by ła
Kongij ką, ale nie m ówiła ani w suahili, ani w lingala.

Sprite  weszła  do  pokoj u  z  butelką  wina  i  pism em ,  z  którego  okładki  uśm iechała  się  Lu  w

im birowy m  naszy j niku.

– Ciągle te m odelki. – Przewróciła oczam i.
Jej   m atka  by ła  fotografką,  robiła  zdj ęcia  m ody.  Od  kiedy   Sprite  sięgała  pam ięcią,  do

przy dom owego  studia  przy chodziły   piękne,  wy sokie  dziewczy ny.  Kiedy   dorosła,  odcięła  się  od
tego  świata.  Skończy ła  grafikę  kom puterową,  j ako  studentka  recenzowała  gry   w  piśm ie
branżowy m ,  bawiła  się  w  proj ektowanie  własny ch  gier,  na  początku  am atorsko,  potem   coraz
poważniej . Ale naj więcej  uwagi poświęcała treningom . Zarabiała niewiele, na szczęście j ej  biali
rodzice – i m atka, i oj ciec notariusz – by li zam ożni.

–  Do  pewnego  m om entu  uważałam ,  że  j estem   naj brzy dszą  istotą  na  świecie.  –  Odsunęła  z

czoła pom arańczowe pasm o i nalała wino do kieliszków.

– Już tak nie uważasz? – zapy tała, a raczej  stwierdziła Lu.

background image

– Po prostu unikam  m odelek. Chociaż dziś m i się nie udało. – Sprite wskazała wzrokiem  okładkę

pism a leżącego na niskim  stoliku. – Ale m ówiłaś, że coś m i chcesz powiedzieć.

Lu nagle się zbiesiła.
– No, powiedz. – Sprite j ą szturchnęła. – Co to za historia? Dziś m i powiesz?
– Musim y  m ieć cały  wieczór. I m uszę się nawalić.
Dopiero parę godzin później , kiedy  upiły  się tak, że Lu, patrząc na biegaj ące po ekranie postaci,

nie wiedziała, w co strzela, opowiedziała Sprite, co zdarzy ło się poprzedniego wieczoru.

– Mam  chy ba sy ndrom  sztokholm ski – zakończy ła.
– A ty  z ty m  Sztokholm em  zno… – Sprite czknęła.
– Jestem  zakochana w ssswoim  oprawcy.
Ponieważ  strasznie  bełkotała,  lepiej   opowiedzieć  o  ty m ,  co  wy darzy ło  się  poprzedniego

wieczoru,  z  m niej   pij anej   perspekty wy.  Scena  z  Bartem   wy glądałaby   m niej   więcej   tak:  Lu
wracała  z  pracy,  pełna  obrzy dzenia  dla  służbowy ch  woj en  podj azdowy ch,  kręcenia  lodów  i
zabezpieczania  ty łów.  Mikrokosm os  j akiej kolwiek  firm y,  m oże  z  wy j ątkiem   rodzinnie
prowadzonej   cukierni,  odzwierciedlał  prawa,  który m i  rządził  się  gatunek  hom o  sapiens.  Nic
odkry wczego, a j ednak wpły wało to na człowieka. Lu przy szło na m y śl, że brązowa wy cieraczka
przed j ej  dom em  wy gląda j ak rozdeptana kupa.

Bart  nigdy   by   nie  zgadł,  że  j est  zdolna  coś  takiego  pom y śleć,  bo  należał  do  ty ch  m ężczy zn,

którzy  wy obrażaj ą sobie, że gdy  kobieta bierze kąpiel, leży  wdzięcznie w pianie, a kiedy  goli nogi,
wy ciąga  j e  nad  wodą  ruchem   wy sm uklaj ący m .  Widy wał  j ą  ostatnio  na  plakatach,  gdzie
spoglądała w dal enigm aty cznie uśm iechnięta, znaj om a nieznaj om a, estety czna i m ilcząca.

– Em i.
Nie sły szała j ego głosu od kilku m iesięcy. Praca, sport, sport, praca, sesj e zdj ęciowe, przy j aźń

ze  Sprite.  Udało  j ej   się  przy sy pać  pam ięć  o  nim   szczegółam i  nowej   codzienności.  A  on  nagle
wy łonił się spod drzewa, pod który m  j ą kiedy ś obm acy wał. Poczuła się j ak papierowa chustka do
nosa. Oby  się w nią znów nie wy sm arkał.

– Musiałem  cię zobaczy ć.
Wy dał  j ej   się  szczuplej szy   i  j akby   zapadnięty.  Ostatni  raz  widziała  go  tuż  przed  ty m ,  kiedy

zostawił  j ą  brodzącą  po  kostki  w  ży ciowy m   gównie,  kochanicę  bogatego  Belga,  złodziej kę
cudzy ch m ężów. Gdzie by ł, że j ej  nie obronił?

Miał ty siące usprawiedliwień. Wy rzucał j e z siebie pod ty m  sam y m  ży wopłotem , gdzie kiedy ś

wkładał palce do j ej  cipki. Słuchała go, nie śm iąc m u przerwać. W końcu wstała, Bart przerwał w
pół zdania.

– Do widzenia – rzuciła i j uż stała po klatką: Yeboul H., Czernova, Tuha-Buy.
– Spotkałem  niedawno twoj ego szefa – rzucił Bart zupełnie inny m  tonem . – To dopiero ty p.
Jak ci się z kim ś takim  pracuj e?
Kiedy  j ą zostawił kilka m iesięcy  tem u, nauczy ła się bić. Ale nie nauczy ła się skutecznie m ówić

„nie”. Chociaż nie zaprosiła go na górę, j uż j echał z nią windą, zabawiał rozm ową j ak za dawny ch
czasów.  Zawsze  by ł  świetny m   obserwatorem ,  obdarzony m   spory m   poczuciem   hum oru,  dawał
przy datne rady, bo lepiej  niż ona funkcj onował we wszelkich strukturach; nie m iał w sobie cienia
buntu, za to bez trudu rozgry zał ludzkie am bicy j ki i na nich grał. Od słowa do słowa, od kieliszka do
kieliszka  –  przy niósł  wino  –  otworzy ła  się  na  j ego  słowotok,  a  nawet  opowiedziała  o  frustracj i
nieciekawą  pracą,  o  podziwie  dla  Virginii.  Wreszcie  zaczęła  wy lewać  i  żale  doty czące  ich

background image

dwoj ga, a właściwie troj ga, bo trudno by ło pom inąć Ty m cię.

–  Zrobiła  awanturę  na  całą  wieś  i  okolice.  –  Żal  rozkręcał  się  w  Lu  powoli,  bała  się  efektu

lawiny. – Aniołki patrzy ły  na m nie j ak na królową porno, sprzątaczki j ak na zdzirę.

– Em i, tak m i przy kro…
– Mieli o czy m  plotkować do kwietnia. Teraz na szczęście om awiaj ą m oj e plakaty.
– Ślicznie na nich wy szłaś, Em i. Moj a piękna Em i.
– A ty  w ty m  czasie pławiłeś się w rodzinny m  szczęściu!
– Nie pławiłem  się. – Spuścił głowę j ak uczeń.
– Pławiłeś się. – Lu by ła wstawiona.
–  Ty   też  spadłaś  na  cztery   łapy.  –  Spoj rzał  na  nią  spode  łba.  By ła  w  ty m   wzroku  zaciętość

zbitego psa, który  chce ugry źć.

– Spadłam ?! – Odwróciła się szy bko, aż odskoczy ł. – Masz hory zonty  j ak puszka po m ielonce!
– What’s „mielonce”?
Histery czny   śm iech  zakipiał  j ej   w  głębi  brzucha.  Śm iała  się  i  płakała.  Bart  obej m ował  j ą,

coraz  ciaśniej ,  coraz  m ocniej .  A  potem   się  w  niej   ruszał,  raz  koj ąco,  raz  gorąco,  nocą  leniwie,
nad ranem  niecierpliwie. Ocknęła się, kiedy  słońce m aj owego poranka kładło się na drewniany ch
deskach, które skrzy piały  pod kochankiem  Rity, serwuj ący m  sąsiadce śniadanie do łóżka.

– Nie m usisz wracać? – Lu usiłowała się zerwać, ale ręka Barta przy gniatała j ą. – A Ty m cia?
– Ciiii…
Przy   śniadaniu  znów  się  pokłócili.  To,  co  się  m iędzy   nim i  wy darzy ło  parę  m iesięcy   tem u,

eksplodowało  w  nieoczekiwany ch  chwilach,  które  z  zewnątrz  m ogły   się  wy dawać  „chwilam i
szczęścia”, takim i j ak ta – śniadanie kochanków – ale nim i nie by ły. Lu nie m ogła się pozbierać,
on usiłował j ą ugłaskać. Rozpadł się dopiero, gdy  powiedziała o przerwanej  ciąży.

Kiedy  Lu doszła do tego m om entu w opowieści dla Sprite, obie nagle wy trzeźwiały.
–  I  co  on  na  to?  –  Sprite  odsunęła  nerwowo  pom arańczowe  pasm o.  Przy   sam ej   skórze

odrastały  kręcone włosy, Sprite zam ierzała dać im  odbić, m ogłaby  zrobić afropuff à la wczesny
Michael Jackson.

– Wy biegł z dom u. A m oże to j a go wy rzuciłam ?… Nie pam iętam .
Sprite wy ciągnęła się na j askrawej  kanapie i zapatrzy ła w sufit. Delikatne kwiatowe zdobienia

zapętlały  się wokół ży randola.

– Ale po co się z nim  w ogóle przespałaś?
– Mam  swoj e potrzeby.
– Seks?
Lu wzruszy ła ram ionam i.
– Mówiłam  ci, sy ndrom  sztokholm ski, niewy tłum aczalne przy wiązanie do oprawcy.
Tłukła w wór, aż łańcuchy  j ęczały. „Nie m usisz nikogo karać, siła j est w tobie – powtarzała w

duchu słowa Cheicka – …siła j est w tobie – zgrzy tała zębam i – siła j est w…”. Ale co to, kurwa,
znaczy ?!  Gdy by   Cheick  tu  by ł,  przerwałaby   m u  finezy j ny   taniec  przy   worku  i  zapy tała,  co
właściwie m iał na m y śli. Ale Cheicka nie by ło, nie widziała go od kilku treningów. Nigdy  nie by ł
j edny m   z  nich,  korzy stał  ty lko  z  sali  i  sprzętów.  Sprite  potwierdziła,  że  by ł  kiedy ś  czem pionem
Europy, potem  przerwał karierę i zniknął. Nie wiedziała, co przez te lata robił, a Lu to i tak teraz
nie interesowało. Chciała ty lko wiedzieć, o co chodziło z tą „siłą w sobie”. Skoro m a boks, czem u
m y śli j eszcze o Barcie? Dlaczego nie wy starcza j ej  to, co sam a osiągnęła?

background image

Żałowała,  że  Sprite  znów  wy j echała,  brakowało  j ej   na  treningach  i  poza  nim i.  By ły   to  dwa

braki  dwóch  różny ch  Sprite,  bokserskiej   m entorki  i  kobiety,  której   Lu  powierzy ła  część  swoj ej
historii. Opowieść j e połączy ła, dała poczucie ciągłości i równowagi, dom agała się um acniania i
konty nuacj i.  „Kiedy   m arznie  dusza,  trzeba  ogrzać  ciało,  by ć  z  kim ś  naj bliżej ,  j ak  się  da”  –
m awiała Dunia. Ale z kim ? Boks stał się ży ciowy m  grzej nikiem  Lu, a w każdy m  razie Lu bardzo
chciała, żeby  tak by ło.

Ricky   puścił  I  just  can’t  get  enough.  Muzy ka  zm ieniała  ruchy,  autom aty zowała  gesty,  ciało

podporządkowy wało się ry tm owi z zewnątrz. Naj naturalniej  boksowało się Lu w ry tm  hip-hopu.

Ricky   skory gował  j ej   postawę,  wy j aśnił  technikę  ciosów.  Zarażał  energią,  to  j ą  w  nim

nieustannie  zachwy cało,  że  potrafił  ich  porwać,  zachwy cić  boksem ,  zarówno  m ężczy zn,  j ak  i
kobiety.  Pokazał  j ej   sekwencj ę  ruchów,  powtórzy ła  j ą  w  zwolniony m   tem pie,  potem   szy bciej .
Niby   prosta  rzecz,  a  ty le  elem entów  do  zgrania.  Ram ieniem   otarła  pot  z  twarzy,  na  worku
odcisnęły  się wilgotne plam y  od pacnięć j ej  rękawic.

–  Autom aty zuj   ciosy,  bo  potem   doj dzie  strategia,  obserwacj a  przeciwnika.  –  Ricky   podniósł

lekko  j ej   ram ię,  nakazuj ąc  celować  wy żej .  –  A  j ak  ktoś  j est  leworęczny,  j ak  Cheick?  Wiesz,  ilu
przeciwników dzięki tem u załatwił? Mam  nagrania sprzed paru lat, chcesz wpaść obej rzeć?

– Nie, dziękuj ę. – Lu kopnęła wór, aż odkształciła się czarna skóra.
– Dobrze pracowałaś przez te parę m iesięcy, ty łek ci się wy robił – usły szała głos Ricky ’ego.
– Jako trener ci m ówię, a trener j est j ak lekarz. Takiego ty łka nawet Sprite nie m a.
– Sprite j est pięknie zbudowana.
– Nie lubię zapachu czarny ch.
Przeniosły   się  z  bieganiem   z  parku  Cinquantenaire  do  Forêt  de  Soignes,  a  i  tak  spacerowicze

prosili Lu o autograf; by wało, że ruszały  za nim i dzieci na rowerach lub hulaj nogach.

–  Nie  zwracaj   na  to  uwagi  –  uspokaj ała  j ą  Sprite,  którą  w  dzieciństwie  niańczy ły   znane

m odelki.

–  Nie  lubię,  j ak  wchodzą  na  m oj e  tery torium .  Albo  Ricky,  uwielbiam   go  j ako  trenera,  ale

wczoraj  próbował m nie klepnąć po ty łku! Do takiej  Lei się nie lepi.

–  Lea  to  dziewczy na  właściciela  klubu,  by łby   idiotą,  gdy by   j ą  chciał  klepać.  Co  prawda

niedawno zerwali, ale dla Ricky ’ego to j ednak cudza kobieta.

Lu przy stanęła na ścieżce.
– Cudza kobieta?
– Nie gub tem pa. – Sprite pociągnęła j ą za sobą.
– Jak j esteś taka m ądra – odezwała się Lu po chwili – to powiedz, czem u Bart chce się znów ze

m ną spoty kać?

Od  czasu,  j ak  się  z  nim   przespała,  bom bardował  j ą  esem esam i.  „Em i  naj m ilsza…”,

„dziewczy no  o  czekoladowy ch  włosach…”.  Nie  reagowała,  j ego  nalegania  przy brały   na  sile,
brzm iały  niem al j ak zawoalowane groźby. „To by łoby  i m oj e dziecko” – napisał wreszcie, na co
Lu złam ała złożoną sobie przy sięgę m ilczenia i odpisała: „Gdzie wtedy  by łeś?!”.

– Podniosłaś się po ty m , co ci zrobił. – Sprite przeskoczy ła przez kierownicę różowego rowerku,

który   niedzielnie  wy fiokowana  dziewczy nka  porzuciła  na  skraj u  ścieżki.  –  Spój rz  na  j ego
podbródek.

– Podbródek?
– Cofnięty. Nie obraź się, ale m ało tam  charakteru, za to dużo kom pleksów. To psuj .

background image

Lu wy łączy ła kom puter i sięgnęła po torbę.
– Jadę na inspekcj ę. – Idąc po m ary narkę, m inęła schowaną za kom puterem  Dom inikę.
Księgowa m iała na sobie letni seledy nowy  kom plet; kolor gasił zieleń paprotki przy sy chaj ącej

na drugim  planie.

–  Rozm ów  się  z  ty m   wy konawcą  –  rzucił  za  Lu  dy rektor  Pac.  –  Sandra  m i  głowę  suszy,

denerwuj e j ą ten odpadnięty  ty nk. „Gdzie j ak gdzie, m isiu, ale w salonie?” – m ówi.

–  Do  m nie  żona  dawno  tak  ładnie  nie  m ówiła  –  westchnął  pan  Zdzisław  i  wy j ął  kanapkę.  Po

pokoj u rozniósł się zapach kiełbasy.

–  Jak  to  w  stary m   m ałżeństwie.  –  Pani  Ula  podeszła  do  okna,  na  wpół  zardzewiałe  żabki

zgrzy tnęły, gdy  odsuwała firankę.

– Srebrne gody  j użeśm y  obeszli, teraz żona m ówi, że na złote czeka… Teściowie diam entowe

obchodzili niedawno, m edal od państwa dostali za wy sługę lat.

– Chy ba za długoletnie poży cie – m ruknęła Dom inika.
–  O,  słońce  wy szło.  –  Pani  Ula  wpatry wała  się  z  nadziej ą  w  spłachetek  przestrzeni  widoczny

zza krat. – Chociaż trudno powiedzieć.

–  A  j a  cię  wczoraj   chy ba  widziałem   w  parku,  Em ilia.  –  Słowa  pana  Zdzisława  grzęzły   w

biały m  pieczy wie. – Ty lko nie by łem  pewien, bo obok ciebie Murzy nka.

Lu zapięła m ary narkę, ale zanim  zdąży ła odpowiedzieć, z kory tarzy ka doszedł tupot szpilek i  do

pokoj u weszła Sandra.

– O, złapałam  cię! – zwróciła się z ulgą do Lu. – Jarek m ówił, że dziś się widzisz z wy konawcą.

Chcę m u do słuchu powiedzieć, bo spartaczy ł robotę!

– Murzy nka? Z naszą Em ilką? – Pani Ula wy j ęła poj em nik z sałatką dom owej  roboty.
– …m ówię do żony, niby  j ak nasza Em ilia, ale to chy ba nie m oże by ć ona.
– Masz kontakty  z czarny m i? – włączy ł się dy rektor Pac.
– Sprite j est Belgij ką – powiedziała Lu, dziwiąc się, że twarz j ej  szty wniej e. – A urodziła się w

Kongu.

Pani  Ula  spoj rzała  py taj ąco  na  Lu,  pan  Zdzisław  m rugał,  żuj ąc  kanapkę,  wiśniowe  oprawki

okularów Dom iniki zniknęły  za kom puterem . Dy rektor założy ł ręce na piersiach.

–  No  i  co,  że  czarna?  –  Ciszę  przerwał  głos  Sandry,  brzm iał,  j akby   się  zady szała.  –  A  j akie

m urzy ńskie dzieci są ładne!

Tupiąc  obcasam i,  wy m aszerowała  z  kazam at,  Lu  za  nią.  Dopiero  kiedy   siedziały   w

sam ochodzie,  Sandra  wy rzuciła  z  siebie,  że  nie  m ogą  m ieć  z  Jarkiem   dzieci,  została  im   ty lko
m ożliwość adopcj i. Sandra by ła tak zm ęczona staraniam i, że wzięłaby  j akiekolwiek dziecko, białe,
żółte, czarne, bez różnicy. Nic j ej  nie obchodziło, co u niej  w m iasteczku powiedzą.

– A ta dziewczy na z Konga – zapy tała, kiedy  Lu j uż m iała wy siadać. – To twoj a przy j aciółka?
„Przy j aciółka”… Lu stanęła przed oczam i Viola. Ze Sprite znały  się raptem  kilka m iesięcy.
Przy j aźń, m iłość – tak łatwo m ożna się sparzy ć.
– Tak. – Teraz głos Lu brzm iał, j akby  się zady szała. – Przy j aciółka.
Na  początku  lata  do  klubu  przy chodziło  niewielu  ćwiczący ch,  większość  wy j echała  na

wakacj e. Ulice Brukseli by ły  ciepłe i rozgadane, kawiarniane krzesła i stoliki zastawiały  chodniki.

Park  bzy czał  leniwie,  klom by   na  Merode  m ieniły   się  coraz  to  inny m i  koloram i,  kwiatom   nie

pozwalano przekwitać, w m iej sce j edny ch zaraz sadzono drugie.

Ściany   starej   kam ienicy,  w  której   m ieścił  się  klub  bokserski,  trzy m ały   wprawdzie  chłód,  ale

background image

upał  wtaczał  się  przez  otwarte  okna  i  zaklej ał  ćwiczący m   płuca.  Lu  z  gorąca  rozbolała  głowa,
ruszała się wolniej  niż zwy kle, ciało by ło j ak zby t m iękka plastelina. Ricky  nie trenował j ej  tego
dnia  zby t  ostro,  zachęcał  do  kick-boxingu  dwie  nowe  dziewczy ny,  m łodziutką  Manon  o  urodzie
porcelanowej  laleczki i Fatim ę, m atkę dwój ki dzieci.

– Mąż się zgadza, żeby ś tu przy chodziła? – zapy tał Ricky  Marokankę.
– Jest bardzo tolerancy j ny. – Zerknęła na niego zalotnie. Oczy  obwiodła czarny m i kreskam i.
– A po ciebie – zwrócił się Ricky  do Manon – kto przy chodzi po treningu?
– Mój  tata.
Ricky   pokazy wał  im   podstawowe  ciosy,  a  Lea  z  Lu  weszły   po  m etalowy ch  schodkach  do

górnej  sali.

–  Nie  prostuj   całkiem   łokcia  –  poinstruowała  Lu  Lea.  –  Musisz  czuć  lekki  luz.  Jeśli  łokieć  j est

szty wny, łatwo złam ać rękę.

Lu uderzy ła worek, dbaj ąc, żeby  ram ię nie by ło całkiem  proste. Prawy, lewy, prawy …
– Pój dziem y  w weekend do siłowni? – zapy tała Lea, zanim  zeszła na dół, a Lu kiwnęła głową.
Sam a  na  górze,  nagle  poczuła  się  onieśm ielona.  Worki  zwisały   nieruchom o  z  m etalowy ch

haków, zaparowane  lustra wy j awiały   nieczy telne wzory.  Ring, m niej szy   niż dolny,  widoczny   ze
schodów,  by ł  teraz  pusty.  Zazwy czaj   walczy ły   tu  dziewczy ny,  chłopcy   woleli  dolny,  większy.
Czasem  ludzie wy chodzący  z inny ch zaj ęć przy stawali na schodach i przy glądali się walczący m .
Nie  by ło  widać  ich  twarzy,  ty lko  ciem ne  sy lwetki.  Ona  też,  kiedy   pierwszy   raz  poj awiła  się  w
klubie, przy glądała się ćwiczący m . Przerażała j ą kontaktowość tego sportu, czuła przed nim  wręcz
fizy czny  strach. Ale przezroczy ste drzwi do sali bokserskiej  ciągnęły  j ak m agnes. Marzy ła, że tu
wej dzie, że j ej  pozwolą, chociaż j est kobietą, przeciętnie um ięśnioną, nie naj m łodszą.

A teraz Lea, bokserka, wzór tutej szy ch dziewczy n, dziewczy na, która wy gry wała z chłopcam i,

zaproponowała, że będą razem  ćwiczy ć w siłowni. Lu uśm iechnęła się do zaparowanego lustra i
zaczęła walczy ć z cieniem  – w szczękę, w skroń, w splot słoneczny, w wątrobę. Naraz zobaczy ła,
że  na  schodach  ktoś  stoi  i  j ej   się  przy gląda.  Wy soka,  m ocna  sy lwetka,  dobrze  wy rzeźbione
m ięśnie opięte podkoszulkiem . Wy szedł z cienia – to by ł Cheick.

– Ricky  się dziś wam i nie zaj m uj e? – na wpół zapy tał, na wpół stwierdził.
Wszedł do niej  na górę i rzucił w kąt torbę. Proste, sierpy, kopnięcia – znała j e, ale teraz, kiedy

Cheick j e dem onstrował, zrozum iała, dlaczego sekwencj e ciosów są takie a nie inne.

Wy j aśniał przej rzy ście, ruchy  m iał precy zy j ne, chciało się go naśladować.
–  Przy ciśnij   ram ię  do  policzka  podczas  wy prowadzania  prostego,  a  osłonisz  się  przed  ciosem

przeciwnika  –  tłum aczy ł.  –  Możesz  też  zadać  cios  „na  zakładkę”,  prześlizguj ąc  się  po  j ego
wy ciągnięty m  ram ieniu, widzisz? Trafisz go prosto w odsłoniętą część twarzy.

Powtarzała j ego ruchy, pot spły wał j ej  spod włosów, po nosie, kapał na podłogę.
– Tak, dobrze. – Obserwował j ą uważnie. – Nie wy chy laj  się za bardzo.
Nie czuła bólu m ięśni, ciało łapało własny  ry tm , oddech stawał się regularny, głębszy.
– Wy prostuj  się. – Dotknął j ej  pleców i delikatnie ściągnął ram iona do ty łu.
Prosty,  sierp,  prosty,  kopnięcie.  Włosy   spięte  w  koński  ogon  uderzały   o  ram iona  z  ciężkim i

plaśnięciam i.

– Trzy m aj  gardę. Biodra ustaw przodem  do przeciwnika. – Zsunął ręce z j ej  ram ion w dół.
Nagle ciało straciło ry tm . Wy padła z transu, zam iast tańczy ć, zatoczy ła się j ak kura.
– Znaj dź swój  środek – usły szała.

background image

Odwróciła się, ale Cheicka j uż nie by ło.
W  połowie  lata  poczuła  się  j ak  sklonowana  owieczka  Dolly.  Z  dawnej   Lu  rodziły   się  nowe:

pracownica  am basady   wy pączkowała  w  m odelkę,  m odelka  wiodła  ży wot  bokserki,  a  tu  j eszcze
j ej  tożsam ość płciowa zaczęła budzić wątpliwości – od czasu, j ak poszły  z Leą do siłowni, Ricky
zaczął j e wy śm iewać, że są lesbij kam i. „Lu lubi dziewczy ny ” – rzucał od czasu do czasu. Wzięła
to za grubiański żart, ale Lea tężała, sły sząc j ego naigrawanie się.

– Lubisz dziewczy ny, co? – Ricky  pogroził Lu palcem , j ak srogi wuj ek.
– Lubię dziewczy ny ?
– A nie m ówiłem ? – roześm iał się. – Nie m asz m ęża ani nawet chłopaka, chodzisz wszędzie z

dziewczy nam i… Lea, Sprite, a i na m ieście cię z j akąś widziałem .

Lu poczuła, że francuski j ą opuszcza, że zostawia j ą na łasce polskiego i szwedzkiego, ale kto  tu

rozum iał  te  j ęzy ki?  Przy pom niała  sobie  wy raz  twarzy   Lei,  gdy   tłukła  w  worek,  po  ty m   j ak
usły szała wy głupy  Ricky ’ego. Lea, której  narwany  nastolatek złam ał nos podczas j ej  pierwszego
sparingu,  a  m im o  to  wróciła  do  boksu.  Lea,  która  uczy ła  boksu  m ężczy zn.  Lea,  bezsilna  wobec
żartów  Ricky ’ego,  wy straszona,  że  ktoś  weźm ie  j e  na  poważnie.  Co  się  dziej e  z  ty m   światem   –
m y ślała Lu. Teraz m y, kobiety, się bij em y, a m ężczy źni plotkuj ą?

Sprite wróciła z Nowego Jorku kilka dni później  z przedłużony m i warkoczy kam i. Zm iana dodała

j ej   powiewności.  A  nawet  kobiecości  –  pom y ślałaby   Lu,  gdy by   nie  to,  że  ostatnio  nie  by ła
pewna, co to poj ęcie dokładnie oznacza.

– Honey, I’m dead! – wy sapała Sprite, rzucaj ąc się na ławkę w szatni. – Cztery  ty godnie bez

treningów i j estem  flak.

– Ricky  rozpowiada, że j estem  lesbij ką.
– A j esteś? – zapy tała Sprite nieuważnie, przetrząsaj ąc torbę w poszukiwaniu m y dła.
– Tak twierdzi Ricky.
–  Daj   znać,  j ak  i  ty   tak  zaczniesz  twierdzić.  Jak  twój   żonaty ?  Mało  o  nim   ostatnio  gadam y,  a

powinny śm y, w końcu od czego j est dam ska szatnia.

– Dam ska szatnia j est tam . – Lu popukała w ścianę, zza której  dochodziły  m ęskie głosy. –
A Bart… Esem esuj e, wy sy ła e-m aile, linki do piosenek, listy  przeboj ów dla seniorów.
Sprite przy cupnęła na ławce.
–  Wiesz  co?  –  powiedziała  po  chwili.  –  W  film ach  i  książkach  j est  początek,  rozwinięcie  i

zakończenie.  A  ten  wasz  rom ans  przy pom ina  grę  kom puterową.  Zry wacie,  schodzicie  się,
szarpiecie…  Ale  dzięki  ty m   walkom   wchodzicie  na  kolej ne  poziom y.  Ty lko  gdzie  „ży li  długo  i
szczęśliwie”? A m oże w to nie wierzy cie? Kto w ogóle w to teraz wierzy ?

Miesiąc później  Lu kupowała seksowną bieliznę. Sprite podsuwała j ej  koronkowe kom binacj e,

ale  ona  wciąż  kręciła  nosem .  „Ten  stanik  dobry   na  twój   biust,  j a  m uszę  m ieć  push-up”,  „Tego
ty gry sa  m am   założy ć?  Żeby m   wy glądała  j ak  kuguar?”,  „Żółty ?  W  ty m   kolorze  wy glądam   j ak
trup”.

W  końcu  wy brała  czerwony   stanik  i  kurewski  pas  do  pończoch.  „Bo  m ówił,  że  chciałby   m nie

zobaczy ć w czerwony m ”.

Sprite  nie  zdziwiła  się,  że  wy bór  padł  na  czerwony.  Mężczy zna  Lu  wy glądał  na  kogoś,  kom u

podoba  się  to,  co  przy ciąga  uwagę.  A  Lu  j ą  przy ciągała,  plakaty   z  nią  wisiały   we  wszy stkich
większy ch  m iastach  Belgii,  również  w  Liège.  Na  im prezie,  na  której   się  znalazły,  ludzie  m ieli
pam ięć  do  znany ch  twarzy,  sam i  przy j echali  tu,  żeby   zy skać  sławę.  Mężczy zna,  który   chciał

background image

zobaczy ć Lu w czerwony m , przy kuł uwagę wszy stkich urodą, zawdzięczał j ą zm ieszany m  genom
co  naj m niej   sześciu  nacj i.  Odcień  skóry   podkreślał  j asny m i  koszulam i,  ozdoby   dobierał  ze
sm akiem , raz  nawet  założy ł  korale  –  i  zrobił  w  nich  furorę.  Sprite  m usiała  przy znać,  że  Lu  i  tak
długo się opierała. Chłopak przy ciągał spoj rzenia wszy stkich kobiet, ale im  bardziej  bły szczał, ty m
bardziej  Lu podchodziła do niego j ak pies do j eża. „By ć, a nie m ieć” – tłum aczy ła Sprite, która
niewiele z tego zrozum iała.

Sprite  (skołowana):  Lu  j est  przeciwko  „bling-bling”.  O  co  chodzi  z  ty m   „etosem   inteligencj i”?

Lu woli nie m ieć pieniędzy ?

(Perspekty wa  Sprite  będzie  się  przewij ać  przez  ten  fragm ent,  żeby   Lu  znów  nie  m usiała  się

sam a szarpać z ram am i rom ansowy m i).

Poj echały   razem   do  Liège,  gdzie  m łodsza  siostra  Sprite  brała  udział  w  program ie  The  Voice

Belgique.  Zawsze  dobrze  śpiewała,  a  teraz  zakwalifikowała  się  do  pierwszej   belgij skiej   edy cj i
program u.  Kiedy   dziewczy na  przy witała  j e  przed  przeszklony m   budy nkiem   telewizj i  RTBF,  Lu
nie zdołała ukry ć zaskoczenia – sm ukła j asnowłosa nastolatka m iała głos starej  pij aczki.

–  Wszy scy   tak  reaguj ą  –  uspokoiła  j ą  Sprite,  a  j ej   siostra  zachichotała.  –  Poczekaj ,  aż  Chloe

zaśpiewa.

Minęły  tłum ek i weszły  do budy nku, gdzie przy padła do nich dziennikarka z ekipą telewizy j ną.
– Jak się czuj esz przed wy stępem , Chloe? Kto cię dziś wspiera?
– Moj a siostra i j ej  przy j aciółka – zachry piała Chloe.
Dziennikarka skierowała m ikrofon w stronę Lu.
– Będzie pani kibicować siostrze?
Chloe wskazała Sprite.
– To j est m oj a siostra.
Dziennikarka spoj rzała na Sprite, po czy m  wróciła wzrokiem  do Lu.
– Czy  j a pani gdzieś j uż nie widziałam …?
– To Ginger Girl – podsunął oświetleniowiec. – By ła na plakatach.
–  Chloe,  wspiera  cię  nie  ty lko  siostra,  ale  też  Ginger  Girl,  m odelka  z  plakatu  reklam uj ącego

dzieła m łody ch belgij skich proj ektantów – zaterkotała do m ikrofonu dziennikarka. – Jak się z ty m
czuj esz?

Po  czerwony m   dy wanie  przeszły   na  drugi  koniec  budy nku,  gdzie  przy stanęły   w  tłum ku  i

przy glądały  się nadciągaj ący m  celebry tom .

– Zobaczcie, to j est… – pisnęła Chloe.
– O, a to… – rzuciła Sprite.
– Ale brzy dka na ży wo!
– A patrz na tego! – dochodziło z tłum ku.
Lu  te  nazwiska  nic  nie  m ówiły.  Pom y ślała,  że  przez  podróżowanie  uodporniła  się  na  siłę

przy ciągania lokalny ch sław, nie odróżniała j edny ch od drugich, w Polsce j uż, w Belgii j eszcze.

–  E,  a  to  nie  j est  czasem   ta  dziewczy na,  co  by ła  niedawno  na  plakatach  w  takim   dziwny m

naszy j niku? – usły szała za sobą.

Nie zdąży ła się obej rzeć, bo w ty m  m om encie otworzy ły  się drzwi do wielkiego telewizy j nego

studia.  Chloe  przy łączy ła  się  do  grupki  kandy datów,  Lu  i  Sprite  przepchnęły   się  za  inny m i
kibicuj ący m i.

–  Należy cie  do  rodziny ?  –  zapy tała  m łoda  kobieta  w  dżinsach  i  z  plakietką  pracownicy

background image

telewizj i. – Kibicuj ecie kom uś bliskiem u?

–  Moj ej   siostrze  –  odparła  Sprite,  a  kobieta  wskazała  im   m iej sca  otaczaj ące  wielką  scenę,

przed którą um ieszczono czerwone fotele j urorów.

– Kam ery  będą cały  czas ustawione na publiczność. Patrzcie na m oderuj ącego i wy konuj cie

j ego polecenia.

Moderator, tłuściutki starszy  pan o nieby wałej  energii, ustalił z publicznością, kiedy  m a klaskać,

przy  j akich gestach wstawać, a przy  j akich siadać. Rozbuj ał wszy stkich, każąc wy dawać okrzy ki,
m achać rękam i i uśm iechać się. Kiedy  uznał, że poczuli się zgraną całością, pozwolił im  usiąść.

Dopiero  wtedy   Lu  zebrała  się  na  odwagę,  żeby   zadać  py tanie,  które  nurtowało  j ą  od  chwili,

gdy  zobaczy ła Chloe. Ale Sprite j ą uprzedziła:

–  Chloe  j est  córką  m am y   z  drugiego  związku  –  wy j aśniła.  –  Kiedy   m am a  by ła  po

czterdziestce, zakochała się. Miałam  m niej  więcej  dziesięć lat. Wszy stko się szy bko potoczy ło: j ej
ciąża, rozwód z oj cem .

– My ślałam , że twoi rodzice nie m ogli m ieć dzieci.
– Razem  nie. Ale z tam ty m  drugim  m am ie się udało.
Na scenie poj awili się m uzy cy.
– Już nie są razem  z oj cem  Chloe – dodała Sprite.
– Kim  on j est? – zapy tała Lu.
– Nie uwierzy łaby ś…
Moderator  dał  znak,  żeby   przerwać  rozm owy.  Rozbły sły   światła,  w  czerwony ch  fotelach

zasiedli  j urorzy.  Moderator  kazał  klaskać  –  kolej ny   ruch  i  brawa  um ilkły.  W  studiu  pociem niało,
ty lko  na  scenie  został  j asny   krąg.  Chloe  w  snopie  światła  wy dawała  się  wy ższa  niż  w
rzeczy wistości,  j asne  włosy   spły wały   j ej   do  połowy   pleców  po  biały m   kołnierzy ku  i  ciem ny m
m ateriale sukienki.

Wy glądała  na  kogoś,  kim   by ła  –  trochę  przestraszoną  nastolatkę.  Ale  kiedy   zaśpiewała,

publiczność  znieruchom iała,  a  j urorzy   zaczęli  j ak  j eden  m ąż  wciskać  brzęczy ki  dzwonków.
Chrapliwy,  niski  głos  Chloe  wy pełniał  studio,  wy woły wał  ciarki  na  plecach  słuchaj ący ch.
Nastolatka  patrzy ła  wielkim i  j asny m i  oczam i  na  zam ieszanie,  które  wy wołała,  i  spokoj nie
dokończy ła piosenkę.

– Jest niesam owita! – Lu podskakiwała obok Sprite, na szczęście m oderator dał pozwolenie na

okazy wanie em ocj i.

Sprite klaskała obok niej  j ak wariatka.
– W końcu to dziecko nam iętności!
Tego wieczoru Lu nie dowiedziała się, kto by ł oj cem  Chloe, bo na scenę wszedł Diallo. Coś w

niej  drgnęło na j ego widok. Piętnaście sekund później  okazało się, że oczarował również j urorów i
stał  się  drugim   po  Chloe  obj awieniem   wieczoru.  Kiedy   Lu  ze  Sprite  przy szły   po  Chloe  do
m niej szego studia, gdzie zgrom adzono kandy datów, Diallo stał otoczony  wianuszkiem  wielbicielek.

Chloe pom achała m u na pożegnanie, a on wy rwał się z grom adki i podszedł do nich.
– To j est Diallo – przedstawiła go Chloe. – A to m oj a siostra i j ej  przy j aciółka.
Diallo patrzy ł to na Lu, to na Chloe.
– Trochę j esteście podobne – zawy rokował. – Ty lko włosy  inne.
Sprite wzniosła oczy  do nieba.
– To j a j estem  j ej  siostrą – powiedziała kolej ny  raz tego wieczoru, ale Diallo j ej  nie słuchał,

background image

wpatrzony  w Lu.

– Ja cię j uż gdzieś widziałem …
Z bliska wy dawał się wy ższy  niż na scenie, przerastał j ą o głowę. Włosy  sterczały  w  krótkich

dredach, wy glądało to tak, j akby  na głowie m iał m nóstwo m ały ch różków.

– To Ginger Girl, by ła na plakatach – podsunęła Chloe swoim  chrapliwy m  głosem .
Diallo  patrzy ł  na  Lu,  a  j ej   się  wy dawało,  że  różki  łaskoczą  j ą  od  środka.  Chloe  pociągnęła  za

sobą Sprite i obie zniknęły  w grupie dziewczy n, które też tego dnia wy stępowały. Lu i Diallo zostali
sam i.  Krótko  to  trwało,  poza  ty m   by li  film owani  –  nie  wiedzieli  o  ty m ,  a  m oże  ty lko  Lu  nie
wiedziała.  Diallo  otworzy ł  usta,  ale  zanim   się  odezwał,  dopchnęła  się  do  nich  dziennikarka,  ta
sam a, która odpy ty wała wcześniej  Chloe. Diallo odwrócił się do kam ery, a Lu zrobiło się sm utno.
To j ej  z ty ch kilku chwil zostało w pam ięci: j ego intensy wny  wzrok i chłód, gdy  go zabrakło.

Odwróciła  się  i  zanurkowała  w  tłum ie  w  poszukiwaniu  Sprite.  By ły   j uż  w  drzwiach,  kiedy

Diallo złapał Lu za rękaw kurtki.

– Dasz m i num er telefonu, Ginger? – Uśm iechnął się i podsunął j ej  nagie przedram ię.
Zapisuj ąc cy fry  na ciem nej  skórze, Lu nie m ogła oprzeć się wrażeniu, że pod ty m  rękawem

kry j e się pewnie j uż kilka inny ch num erów telefonów.

– Mam  na im ię Lu – powiedziała, oddaj ąc m u długopis.
– OK, Ginger. – Pochy lił się nad nią i zam iast cm oknąć j ą w policzek, leciutko ugry zł.
Tego  dnia  boksowała  tak  słabo,  że  Ricky   się  zniecierpliwił.  A  Lu  starała  się  nie  spocić,  żeby

wy glądać sportowo, ale i świeżo, kiedy  przy j dzie po nią Diallo. Zawsze pięknie pachniał i chociaż
m ówił,  że  boksuj ące  kobiety   są  cool,  wolała  nie  przeciągać  struny.  Kiedy   uczciwie  ćwiczy ła,
zdarzało j ej  się m ieć m okre włosy, m aj tki, skarpetki.

Diallo zadzwonił do niej  następnego dnia po ty m , j ak dała m u num er telefonu. Zaprosił j ą do

Liège, gdzie m iał nagrania, ale się wy m ówiła. Aksam itny  głos, uderzaj ąca uroda, ży ciory s lekki
j ak bańka m y dlana: śpiewał „od zawsze”, m uzy ka by ła „j ego ży wiołem ”, wspierali go „m am a i
przy j aciele”.  Media  oszalały   na  j ego  punkcie:  wy wiady   z  nim   puszczano  w  radiu  i  telewizj i,
zdj ęcia um ieszczano na okładkach gazet z program em  telewizy j ny m . Popularność Dialla rosła w
tem pie lawinowy m , podobnie j ak scepty cy zm  Lu.

– Chcę się z tobą zobaczy ć. – Zawsze zaczy nał zdanie od „chcę”.
Śm ieszy ło j ą to, ale też pociągało. Nawet j eśli by ła bom bką na choince Dialla, to j eg o„chcę”

brzm iało szczerze. Piękny  chłopak j ej  chciał, m iał dla niej  czas, nie bał się z nią pokazy wać.

– Um ów się ze m ną, Ginger – kusił. – Jak m y ślisz, dlaczego się poznaliśm y ? To przeznaczenie.
Le destin, przeznaczenie, brzm iało tęsknie w j ego ustach. On  n’échappe  pas  à  sa  destinée  4  –

szeptał,  kiedy   m ilczała,  wsłuchana  w  j ego  głos.  Nie  powiedziała  m u,  że  rozbawił  j ą  ty m
kultowy m   tekstem   podry waczy.  To  dlatego,  wbrew  insty nktowi  –  czy   to  nie  takie  sam o
wy świechtane poj ęcie j ak „przeznaczenie”? – um ówiła się z nim .

Trening właśnie się kończy ł, gdy  Diallo zaj rzał do sali. Wy szukał wzrokiem  Lu i uśm iechnął się

do  niej ,  choć  tak  naprawdę  uśm iech  m iał  wszechogarniaj ący.  „Czy   to  nie  ten,  który   wy grał
pierwszy  etap…?”, „To ten z The Voice…”  –  sala  wezbrała  szeptam i.  Ricky   przerwał  pakowanie
skakanek i podszedł do niego.

background image

– Chcesz się do nas zapisać?
–  Wy starczy,  że  ona  tu  chodzi  –  roześm iał  się  Diallo,  po  czy m   wy konał  kilka  fingowany ch

ciosów, które Lu odruchowo oceniła j ako niewprawne, ale dobre aktorsko.

Podeszła do niego, a on delikatnie potarł nosem  o j ej  skroń.
– Czekam  na dole, Ginger.
Wzięła  pry sznic  i  szy bko  zbiegła  na  dół.  Czekał  na  nią  otoczony   wianuszkiem   kobiet.  Lu

pom y ślała,  że  j est  j ak  piorunochron,  ściąga  dam ską  uwagę  nawet  w  m iej scach  przesiąknięty ch
testosteronem , takich j ak klub bokserski. Kiedy  m u to powiedziała, wy j aśnił z niewinną m iną, że w
ty m  sam y m  budy nku odby wa się kurs tańca, kilka uczestniczek go rozpoznało.

Wy sunął  się  z  otaczaj ącego  go  kółka  i  obj ął  Lu.  W  oczach  j ego  rozm ówczy ń  zauważy ła

oczy wiście  zazdrość,  wszy stko  to  wy glądało  j ak  scena  z  kiepskiego  film u,  czego  nie  om ieszkała
streścić  potem   Sprite.  Gesty   zawłaszczania  j ej   ciała  przez  Dialla  i  j ego  talent  do  skupiania  na
sobie uwagi, zwłaszcza kobiecej , zaczy nały  j ą niepokoić, ale Sprite przy tom nie j ej  uświadom iła,
że  przecież  ślubu  z  nim   brać  nie  będzie.  Lu  przy znała  j ej   racj ę  i  ucieszy ła  się,  że  m ogą  o  ty m
gadać.  Gdy by   nie  Sprite,  ten  związek  pozostałby   czarno-biały,  głębię  i  barwy   nadawała  m u
opowieść.

Na ulicy  m inął ich sam ochód, z którego wy chy lił się Ricky.
– Faj ny  ten twój  instruktor, prawda? – rzucił Diallo.
Ricky  (m achaj ąc przy j aźnie): Suka, sy pia z czarny m i.
Diallo  cudownie  całował,  o  czy m   naocznie  przekonała  się  pani  Verm eegstah,  której   psy

obszczekały  ich, gdy  stali pod pogańskim i płaskorzeźbam i, wtuleni w załom  budy nku.

– Nie chce, żeby  patrzy ły  na bezeceństwa – m ruknęła Lu, kiedy  sąsiadka m inęła ich bez słowa,

ciągnąc za sm y cze.

Diallo m y szkował j ęzy kiem  po szy i Lu, kąsał uszy, wsuwał długie palce pod bluzkę. Już dawno

by ła  gotowa  pój ść  do  łóżka,  ale  coś  j ą  powstrzy m y wało  od  zaproszenia  go  na  górę.
„Przy zwoitość” – zary zy kowała Sprite, gdy  o ty m  rozm awiały, ale obie wiedziały, że to nie to. Lu
brakowało  tego,  czego  nie  powinno  brakować  singielkom   –  łatwości  wpuszczania  m ężczy zn  na
swoj e  tery torium .  Drażniła  j ą  m y śl,  że  obcy   przy j dzie  i  będzie  doty kał  j ej   ręcznika,  ram ek
fotografii, ukochany ch książek. Naj pierw powinien przestać by ć obcy. Paradoksalnie ten warunek
nie obowiązy wał, j eśli chodziło o ciało – fizy czna obcość Dialla podniecała Lu.

– Może pój dziem y  do ciebie? – Przy gry zł j ej  górną wargę.
– Albo do ciebie… – Jego włosy  pachniały  podniecaj ąco, inaczej  niż włosy  m ężczy zn, który ch

znała.

– Nie m ieszkam  sam .
Zeszty wniała. No tak, czego się spodziewała, m usiał m ieć „j akąś”. I to niej edną.
– A z kim ?
– Z m am ą.
Spoj rzała w górę na trój kątną, sm agłą twarz. Diallo nawinął sobie na palec włosy  Lu, brązowe

pasm o zlało się kolory sty cznie z odcieniem  j ego skóry.

– Ile ty  właściwie m asz lat? – Odsunęła się, kosm y k wy m knął się z j ego palców.
– Dwadzieścia cztery.
Cm oknęła  Dialla  w  policzek  i  ruszy ła  pod  klatkę  za  psam i  pani  Verm eegstah.  Muhaha-Roy,

Ching  Kim ,  Charles  O’Noufrey   –  m ignęły   nazwiska  z  listy   lokatorów.  Kiedy   następnego  dnia

background image

opowiedziała o wszy stkim  Sprite, ta wzruszy ła ram ionam i.

– Ja też j estem  od ciebie m łodsza i co nam  to przeszkadza? Jedno j est pewne: j ak się z nim  nie

prześpisz, to nie zapom nisz o Barcie.

– A boks? – pisnęła Lu.
– Boks to ty. Mężczy źni to co innego.
–  Facet  m usi  m nie  zaznaczy ć  j ako  swoj e  tery torium ,  żeby   m i  się  wreszcie  poustawiało  w

głowie?

– Że co?
– Klin klinem ?
W Sprite coś się zagotowało, zabulgotało, wreszcie wy rzuciła odpowiedź:
– No, m niej  więcej .
Nie liczy ła na dalszy  ciąg znaj om ości z Diallem , bo m ożliwości wy boru wśród kobiet, które nie

przej m owały by  się j ego wiekiem , m iał nieskończone. A j ednak od tego wieczoru, gdy  pożegnała
go  pod  klatką,  nie  by ło  dnia,  żeby   się  nie  spotkali.  Czekał  na  nią  po  treningach,  wy ciągał  na
spacery,  zapraszał  do  kina,  proponował  szwendanie  się  po  wrześniowy m   parku.  By ł  do  j ej
dy spozy cj i w ty godniu i w weekendy, aż j ą to dziwiło, bo z okładek plotkarskich m agazy nów, które
widziała  przy   kasie  w  Delhaize,  dowiady wała  się,  że  kandy daci  na  naj lepszy   głos  w  Belgii
m ozolnie ćwiczą.

– Nie powinieneś się przy łoży ć? – Drażniła się z nim , uży waj ąc nauczy cielskich zwrotów.
– Wiem , j ak się śpiewa, m am  to we krwi – odpowiadał z zaczepny m  uśm iechem .
Poj echała  z  nim   do  Liège,  gdzie  przy gotowy wał  piosenkę  pod  okiem   j urorów,  m uzy ków  z

zespołu Joshua.

– Oni są tacy  cool – zachwy cał się.
Przy taknęła,  wy czuwaj ąc,  że  Diallo  woli  widzieć  świat  dwuwy m iarowo.  Dla  dobra  tego,  co

m iędzy  nim i iskrzy ło, postanowiła nie zdradzać się z inklinacj am i w kierunku 3D. A on przeszedł
do następnego etapu, nie zostawiaj ąc żadny ch wątpliwości, kto j est naj lepszy.

– Jestem  czarny m  koniem  The Voice!
– W ty m  zwrocie nie ty le chodzi o kolor skóry, ile… – zaczęła i urwała.
Pławił  się  w  sławie  j ak  w  basenie  z  kolorowy m i  kulkam i.  Zrobiono  m u  nawet  takie  zdj ęcie:

Diallo  ze  sterczący m i  różkam i  wy skakuj ący   spośród  kolorowy ch  piłek.  Zarażał  wszy stkich
dziecięcą  energią,  kiedy   się  uśm iechał,  żartował,  wy głupiał  albo  śpiewał  –  a  podśpiewy wał  bez
przerwy.  W  dom u  rodzinny m   Lu  wszy scy   słuchali  m uzy ki,  ale  śpiew  nie  by ł  elem entem   ży cia
codziennego. Teraz koił j ą głęboki, aksam itny  głos Dialla, który  nucił ty lko dla niej .

Pokazano ich w m igawkach z kulis The Voice, j ak spaceruj ą roześm iani po uliczkach Liège, co

sprowokowało  nową  falę  zainteresowania  i  j ej   osobą.  Ludzie  zagady wali  do  niej   na  ulicy,
bokserzy   kibicowali  Diallowi;  Ricky   głośno  doradzał,  żeby   nie  uprawiała  z  Diallem   seksu  przed
wy stępem  – to, co j est złotą zasadą w świecie sportu, na pewno działa i w rozry wce. Panie z kursu
tańca podchodziły  pod salę bokserską, przewiduj ąc, że Diallo wpadnie po Lu, a przy  okazj i rozda
parę autografów. W pracy  do Lu przy biegły  staży stki.

– Boże, j aki on piękny ! – zachwy cały  się.
– Możesz nam  skołować j ego podpis?
– Niech m i się na ty m  podpisze. – Jedna podała j ej  różowy  tiszert.
Pani  Ula  przy znała,  że  Diallo  j est  „naprawdę  zabawny ”,  Dom inika  ciepło  zauważy ła,  że

background image

wy gląda na zainteresowanego Lu, ty lko pan Zdzisław nic nie powiedział, nie śledził program u, bo
żona wolała Złotopolskich.

Kiedy   Diallo  oznaj m ił  publicznie,  że  j ego  dziewczy na  j est  znaną  m odelką,  pracuj e  w

dy plom acj i oraz przy gotowuj e się do zawodów bokserskich, do Lu zadzwonił Bart.

–  Em i,  co  ty   widzisz  w  ty m   paj acu?  –  zapy tał  tonem ,  którego  uży wał  zarówno  wtedy,  kiedy

oznaj m iał Lu, że wy padł m u niespodziewany  wy j azd z żoną, chociaż m ieli zaplanowany  wspólny
weekend, j ak i wtedy, kiedy  proponował j ej  szy bki num erek. – Gustuj esz w licealistach.

– Mam   spore  am plitudy   wahań,  j eśli  chodzi  o  wiek  m ężczy zn  –  odparła,  dziwiąc  się,  że  j ego

głos wy wołuj e w niej  tak silne em ocj e.

– Teraz widzę, że wolisz kolorowy ch.
Ale  choć  Lu  się  zdenerwowała,  nie  m iała  czasu  przeży wać  tej   rozm owy,  bo  codzienność  z

Diallem   wirowała  j ak  karuzela  –  zapraszano  ich  na  im prezy,  film owano,  przeprowadzano
wy wiady. Niewiele m ieli czasu, żeby  zam ienić ze sobą dwa słowa.

– Masz rom ans – skonstatowała Dunia ze śm iechem , gdy  Lu j ej  o ty m  opowiedziała.
– Rom anse m iewaj ą m ężatki – pry chnęła.
– Kobiety  niezależne też. Jest m łodszy, im ponuj esz m u.
– Uważasz, że Diallo leci na m oj ą niby -sławę?
– Na twoj ą urodę i na twoj ą pozy cj ę. – Dunia zaakcentowała spój nik.
– Moj e wnętrze go nie obchodzi?
– A ty  j esteś ciekawa j ego wnętrza?
Tata Bis na wieść, że Lu spoty ka się z Diallem , westchnął.
– Widać związki z m łodszy m i m asz w genach. Ja też by łem  m łodszy  od twoj ej  m am y.
– Dunia m ówi, że z tego nie wy chodzi zazwy czaj  nic poważnego.
– Ja tak chciałem , żeby  wy szło, że przekonałem  Riannę.
Ricky  coraz bardziej  iry tował się na Lu.
– Masz walkę za trzy  m iesiące!
– Przecież nie opuściłam  ani j ednego treningu.
– Ale się opieprzasz! My ślisz, że nie widzę?
W  duchu  przy znała  m u  racj ę.  Unikała  ostrego  trenowania,  żeby   nie  by ć  spocona,  bo  Diallo

często wpadał po nią bez zapowiedzi. Migała się od ćwiczenia kopnięć z obawy  przed siniakam i,
od sparingów, żeby  nie pokazy wać się publicznie z podbity m  okiem .

– Chcesz by ć bokserką czy  lalą na pokaz? – sarknął Ricky, a Lu skuliła się ze wsty du.
Kiedy   wy szła  z  budy nku  na  parking,  gdzie  m iała  na  nią  czekać  Sprite  (Diallo  m usiał  tego

wieczoru zostać w Liège), znów usły szała głos trenera.

– …m ówię wam , ona j est bi! – dobiegło j ą z ciem ności parkingu. – Sy pia z czarny m i, ale baby

też lubi.

– Ricky, uspokój  się – m ity gował go Bilal. – To, że gorzej  ćwiczy, nie znaczy, że m ożesz…
– Teraz chodzi z ty m  z The Voice. – Ricky  go nie słuchał. – A przedtem  leciała na Leę.
– Zam knij  się, Ricky  – m ruknęła Lea.
Lu  stała,  m ilcząc,  w  bram ie,  słowa  nie  układały   się  j ej   w  głowie,  zdawały   się  wsiąkać  w

panuj ącą  dokoła  ciem ność;  obce  j ęzy ki  by ły   naraz  fakty cznie  obce,  by ła  im   oboj ętna.  Zanim
skonstruowała ripostę po francusku, doszedł j ą głos Sprite: – Gadasz na Lu, bo cię nie chce!

– To m oj a bokserka – uniósł się Ricky. – Jestem  j ej  trenerem , dla m nie j est niety kalna.

background image

Bilal parsknął śm iechem .
–  Tak?  –  zaperzy ła  się  Sprite.  –  To  dlaczego  próbowałeś  j ą  klepnąć  w  ty łek?  My ślisz,  że  nie

widziałam ?

– A co, to twoj a dziewczy na? – warknął Ricky, ale zaraz się zm ity gował. – Co j est, Sprite, na

żartach się nie znasz?

Zam knął bagażnik, wsiadł do sam ochodu i odj echał bez słowa. Lu wy szła z ciem ności bram y

na parking.

– Na żartach się nie znasz? – powtórzy ła zdanie Ricky ’ego.
Sprite m achnęła ręką i wsadziła klucz do zam ka żółtej  furgonetki, którą kiedy ś j ej  m atka woziła

sprzęt  fotograficzny.  Auto  zam y kało  się  na  klucz  ty lko  od  strony   kierowcy,  drzwi  pasażera
otwierało się za pom ocą spinki do włosów.

– Żarty  Ricky ’ego potrafią narobić sporo złego – odparła. – Py tałaś, kim  j est oj ciec Chloe.
Nie, to nie Ricky  – dodała szy bko, widząc m inę Lu. – Jego brat. Przy szedł kiedy ś do niego do

klubu,  m am a  akurat  odprowadzała  m nie  na  taniec.  Zagadał  j ą,  od  słowa  do  słowa…  Zaszła  w
ciążę,  rozwiodła  się  z  oj cem .  Gdy by   wciąż  by li  razem ,  Ricky   by łby   m oim   przy szy wany m
wuj kiem  – zakpiła.

– Dlaczego twoj a m am a rozstała się z oj cem  Chloe?
–  Miał  trzy dzieści  parę  lat,  a  wciąż  m ieszkał  z  m atką  i  nie  zam ierzał  tego  zm ienić.

Zaproponował  m oj ej   m am ie,  że  będą  m ieszkać  we  trój kę.  Nie  zgodziła  się,  oczy wiście.  Ricky
przy pisy wał  m oj ej   m am ie  winę  za  ich  rozstanie,  twierdził,  że  chciała  ty lko  m ieć  dziecko,  że
wy korzy stała j ego brata. Cały  klub znał tę historię, oczy wiście w wersj i Ricky ’ego. By łam  wtedy
nastolatką. Znaj om i zaczęli się ze m nie śm iać. Obraziłam  się na m am ę, robiłam  głupie rzeczy.

– I m im o to chodzisz do Ricky ’ego na treningi?
– To naj lepszy  trener kick-boxingu w Brukseli. Nie licząc Cheicka, ale on nie uczy.
Dopiero kiedy  podj echały  pod dom  z brzuszkiem , Lu odważy ła się zapy tać:
– Jak się teraz układa m iędzy  tobą a m am ą?
–  Już  dobrze.  –  Sprite  wzruszy ła  ram ionam i.  –  Czy   to  j ej   wina,  że  się  zakochała?  Że  chciała

urodzić dziecko?

Ten chłopak to lekkość nad lekkościam i – pom y ślała Lu i wy pchnęła kulki piersi w górę stanika,

żeby   wy dawały   się  pełniej sze.  Denerwowała  się  przed  pierwszy m   razem   z  Diallem ,  ale  m iała
świadom ość,  że  j eśli  teraz  tego  nie  zrobią,  nie  stanie  się  to  nigdy.  Ich  znaj om ość  m usowała
zabawą,  śm iechem ,  żartam i,  kręciła  się  wokół  przy j ęć,  wy wiadów  i  pokazów.  Dostali  nawet
publiczne błogosławieństwo na by cie parą m im o dzielącej  ich różnicy  wieku. Ale j ak wy j aśniła
j edna z gazet, trzy dziestolatka z dwudziestoczterolatkiem  dobrze się kom ponuj ą, gorzej , gdy by  Lu
m iała czterdziestkę.

Delikatne  pukanie  przy pom inało  ry tm em   przebój ,  który   Diallo  m iał  zaśpiewać  w  kolej ny m

etapie  The  Voice.  Lu  rzuciła  ostatnie  spoj rzenie  w  lustro:  bielizna  w  kolorze  czerwonego  wina
dobrze kom ponowała się z brązowy m i włosam i, brzuch wy robiony  ćwiczeniam i napawał dum ą,
korektor zakry ł siniaki. Uchy liła drzwi, dbaj ąc, by  w szparze zaprezentować się seksownie. Diallo
westchnął na j ej  widok, po czy m  wsunął stopę m iędzy  fram ugę a drzwi. By ło w ty m  ruchu coś
tak  seksownego,  że  Lu  zwilgotniała.  Pom y ślała,  że  będzie  cudownie.  Ten  chłopak  znał  się  na
niuansach i całował naj lepiej  ze wszy stkich, lepiej  od Barta.

Pół  godziny   później   wciąż  j eszcze  leżała  na  plecach  z  szeroko  otwarty m i  oczam i.  Diallo  brał

background image

pry sznic, a kiedy  wrócił, znów j ą zapy tał:

– Dlaczego nic nie m ówisz, Ginger?
Do końca znaj om ości powtarzał to py tanie, dodaj ąc: „Dlaczego by łaś wtedy  taka cicha?”.
Dlaczego? – py tała wtedy  i potem  sam ą siebie Lu. Nawet w studenckich czasach nie zdarzy ł

j ej   się  stosunek,  który   trwałby   niecałe  cztery   m inuty.  Zalewała  j ą  m ieszanina  podniecenia  i
rozczarowania,  fale  niezaspokoj enia  łom otały   o  podbrzusze,  dudniły   w  uszach  kobiecą  skargą.
„Dlaczego?” – py tała Lu bezgłośnie, a Diallo py tał aksam itny m  głosem : „Czem u j esteś taka cicha,
Ginger?”.

Przesunęła wnętrzem  dłoni po sterczący ch włosach kochanka. Pewnie dlatego, że to pierwszy

raz. Pierwsze razy  by waj ą do dupy.

Na zdjęciu w kolorowej gazecie urodziwa para je śniadanie na hotelowym tarasie.
Wrześniowe  słońce  wydobywa  czekoladowy  odcień  włosów  młodej  kobiety,  pada  złocistym

promie-niem na zachwycone oczy chłopaka. Nie ma wątpliwości: jest zakochany.

Kobieta  w  brązowych  sznurowanych  butach  odkłada  gazetę  i  zerka  na  monitory  z  godzinami

odjazdu pociągów. Znowu w drodze, w morzu nieznanych twarzy. Ale jedna wydaje jej się znajoma.

Sięga jeszcze raz po gazetę, którą czytało przed nią wielu podróżnych. Twarz młodej kobiety ze

zdjęcia  –  czy  gdzieś  jej  już  nie  mignęła?  Napis  głosi:  „Diallo  i  Ginger  Girl  jedzą  śniadanie  na
tarasie hotelu, w którym spędzili upojną noc”.

Kobieta  przygląda  się  Ginger  Girl.  Jej  twarz  wygląda  znajomo.  Sięga  do  kieszeni  i  dotyka

brązowego guzika. Urwał się, biedak, i teraz leży w jej kieszeni, z tym, co widział, z nitkami cudzych
zdań. Kobieta przekłada kartkę gazety. Jest prawie pewna, jak potoczą się losy tych dwojga, jak ro-
zegra się love story Dialla i Ginger Girl.

Publiczność nie chciała wy puścić ze sceny  Chloe i Dialla, którzy  zaśpiewali w duecie. Jurorzy

siedzieli  zasępieni  –  j ak  tu  wy brać  m iędzy   j asnowłosą  nastolatką  o  chrapliwy m   głosie  a
zm y słowy m  chłopakiem , ulubieńcem  m ediów?

– Diallo, Diallo – krzy czeli ludzie za plecam i Lu.
–  Chloe,  Chloe!  –  dopingowali  inni,  stłoczeni  za  Sprite.Jurorzy   szeptali,  naradzali  się,  kiwali

głowam i.  Kam ery   telewizy j ne  śledziły   naj m niej sze  drgnięcia  ich  twarzy.  Już  dwóch  się
wy powiedziało – głos za Chloe, głos za Diallem  – co zrobi pozostali sędziowie?

– Chce m i się siku! – krzy knęła Sprite do ucha Lu.
– A m nie burczy  w brzuchu!
Sprite zaciskała dłonie w perfekcy j ny m  splocie, j akby  m iała zaraz zadać cios. Lu podskakiwała

obok  niej   nerwowo,  odruchowo  „drobiła”,  niczy m   na  ringu.  Popatrzy ły   na  siebie  i  wy buchnęły
śm iechem . W ty m  m om encie ze sceny  padło im ię zwy cięzcy.

Godzinę później  stały  z kieliszkam i w rękach, obserwuj ąc kłębiący  się wokół tłum . Kandy daci,

którzy  nie odpadli z konkursu, próbowali trzy m ać się razem , ale dziennikarze co chwila odciągali
kogoś  na  bok,  żeby   przeprowadzić  wy wiad.  Członkowie  rodzin  i  znaj om i  kręcili  się
zdezorientowani. Dzięki swoim  kandy datom  znaleźli się na przy j ęciu, gdzie ich film owano, py tano
publicznie o wrażenia, pierwszy  raz w ży ciu.

– Diallo m ówi o pani „m oj a kobieta” – zagadnęła Lu dziennikarka. – Proszę nam  zdradzić, co

pani teraz czuj e?

Lu uśm iechnęła się enigm aty cznie i pokręciła odm ownie głową.
–  A  pani?  –  Dziennikarka  nie  rezy gnowała,  zwróciła  się  teraz  do  Sprite.  By ła  m łoda,  m ówiła

szy bko, dbaj ąc, by  w zdaniach znalazły  się wy rażenia slangowe. – Jest pani siostrą Chloe, co pani

background image

m y śli o dzisiej szy m  wieczorze?

Sprite uniosła do góry  dłonie w geście odm owy. Dziennikarka zacisnęła usta.
Dziennikarka: Skąd j est ta biała, z Polski? Ta druga też z j akiej ś dziczy. Kom unizm  i kolonializm ,

biała i czarna, egzoty czne, ładne.

–  Film uj   j e  –  rzuciła  dziennikarka  kam erzy ście,  gdy   Lu  i  Sprite  odchodziły.  –  Zrobim y   story

m ulti-kulti.  Dam y   do  tego  lid:  „Chloe  a  Diallo  –  czy   ich  wy stęp  zniszczy   przy j aźń  bokserki  i
m odelki? Siostra i narzeczona kandy datów na The Voice Belgique bij ą się na ringu i w ży ciu”.

Dopiero w hotelu Lu włączy ła kom órkę. Trzy  nieodebrane połączenia, wszy stkie od Barta.
I esem es: „Em i, nie m asz poj ęcia, j ak m i przy kro, że twój  licealista odpadł”.
Wy grana Chloe zm ieniła układ sił w grupie bokserskiej . Ci, który m  zawsze podobała si ęSprite,

m ieli  wreszcie  pretekst,  by   się  do  niej   zbliży ć.  Nieśm iały   olbrzy m   Sené,  Farid,  wschodząca
gwiazda klubu z kitą czarny ch włosów, i zadziorny, sły nny  z szy bkich ciosów Walid zagady wali j ą
o postępy  Chloe. Ty lko drobny  Bilal trzy m ał się z dala.

– Kocha się w tobie – oznaj m iła Lu, gdy  przebierały  się w szatni.
Sprite ściągnęła przepoconą koszulkę i upięła warkoczy ki na czubku głowy.
–  My ślałam ,  żeby   przed  sy lwestrem   wy tatuować  sobie  taką  łody gę,  o  tu.  –  Dotknęła  palcem

pleców.

– Jest niższy  od ciebie. Przy  takim  Sené ginie. I nie m a urody  Farida – podpuszczała j ą Lu.
Lubiła  oczy tanego,  wy kształconego  Bilala,  j ego  opowieści  o  Maroku,  z  który ch  wy łaniał  się

inny   świat  niż  znany   ze  stereoty pu.  Bilal  m iał  subtelne  poczucie  hum oru,  delikatnie  kory gował
francuski  Lu,  nie  śm iał  się  z  j ej   błędów.  Do  walk  zdej m ował  okulary.  Przeciwników  zwy ciężał
przez zaskoczenie, nikt nie spodziewał się po m ikrusie tak m ocny ch ciosów.

– Ty lko żeby  nie wy szło za dużo kwiatowy ch m oty wów. – Sprite obracała się przed lustrem .
– Wy raźnie się poci, j ak cię widzi.
– Tu się wszy scy  pocą. – Sprite zarzuciła ręcznik na ram ię i ruszy ła w kierunku pry szniców.
Lu wy łuskała z torby  m y dło, ale zanim  weszła do sąsiedniej  kabiny, przy siadła na ławce.
Wszy stko  wokół  przy spieszało,  czuła  to  po  sposobie,  w  j aki  opowiadała  o  różny ch  rzeczach

Sprite.

Zdania stawały   się krótkie,  wy darzenia napierały   na siebie  – boksowanie,  pozowanie,  związek

w świetle j upiterów, nurkowanie we francuski. Pulsuj ąca, kolorowa tkanka-tkanina.

Nagie brązowe ram ię wy sunęło się zza zaparowany ch drzwi, w ślad za nim  poj awiła się twarz

Sprite.

– My ślisz, że powinnam  m u dać swój  num er telefonu? Bilalowi?
Diallo wy glądał, j akby  uszło z niego powietrze, Lu wy dało się nawet, że różki afro oklapły.
Siedział naprzeciw niej  i przeżuwał kęs kaczki po wietnam sku, ale j edzenie go nie cieszy ło.
– Może pój dziem y  do kina? – zaproponowała Lu.
Wbił  wzrok  w  talerz  i  rozm azał  pałeczkam i  gęsty   sos.  Lu  przem knęło  przez  m y śl,  że  j ej

bazgroły  nieodm iennie przechodziły  w napis: „dupa”.

– Graj ą dobry  film , czy tałam  recenzj ę.
Westchnął i zapatrzy ł się w punkt gdzieś ponad j ej  głową.
–  I  co  z  tego,  że  przegrałeś?  –  Obj ęła  palcam i  j ego  nadgarstek  opleciony   kolorowy m i

bransoletkam i. – Wszy scy  kiedy ś przegry wam y. To część ży cia.

Niecierpliwie odsunął pałeczki.

background image

– Nie przej m uj  się, to ty lko etap.
–  A  ciebie  nie  wkurza,  że  j uż  cię  nie  rozpoznaj ą,  Ginger?  –  Wy glądał  j ak  rozzłoszczony

nastolatek. – By łaś i cię nie m a! Na m nie też nikt j uż nie patrzy. By ły  wy wiady, autografy, a teraz
nagle… nic.

Kelner położy ł na stole rachunek.
– Nic? – zapy tała. – Jak to nic? Po prostu ktoś wy łączy ł reflektory. Ty lko ty le.
Diallo uderzy ł otwartą dłonią w stół, paty czki sturlały  się z talerzy.
– Ale co j a m am  teraz robić? No co?!
Lu spoj rzała z niedowierzaniem . Py tał zupełnie serio.
– A co robiłeś przedtem ?
– Wszy stko, żeby  dostać się do The Voice. Wy dałem  oszczędności na lekcj e śpiewu, tańca.
Naprawdę się przy gotowałem .
Lu zerknęła na rachunek – Diallo wy bierał drogie restauracj e.
–  Możesz  za  m nie  zapłacić?  –  rzucił.  –  Liczy łem   na  zarobki  z  m uzy ki  po  wy granej .  Jestem

spłukany.

Lu zapłaciła i poszła do toalety. Stała przed lustrem , dopóki ktoś nie poprosił, żeby  się przesunęła

–  Wietnam ka  z  obsługi  puściła  wodę  w  um y walce.  Lu  sięgnęła  do  torby   po  szm inkę,  a  kiedy
podniosła wzrok, zobaczy ła, że kobieta m y j e nie ręce, ale stopy.

Tego wieczoru nigdzie nie poszli, Lu wy m ówiła się bólem  głowy. Dopiero później  przy szło j ej

do  głowy,  że  j ako  bokserka  m ogła  zm y ślić  naderwane  ścięgno  albo  naciągaj ący   siniak.  Nie
chciało  j ej   się  kochać  z  Diallem ,  bo  by ł  kiepski  w  łóżku,  nie  m iała  chęci  z  nim   rozm awiać,  bo
interesowało go ty lko to, co doty czy ło j ego. Oburzało j ą, że żąda, by  za niego płacić.

Sonlot, Mj uta, Portugales – przeczy tała, staj ąc pod dom em . Wj echała na górę, zdj ęła ubranie i

wzięła długi pry sznic.

– Prośba o grzebień.
– Zaakceptowana.
– Prośba o kieliszek.
– Zaakceptowana.
– Prośba o wstążkę.
– Zwariowałaś?
Lu odchy liła się na krześle, sięgnęła po słuchawki i założy ła j e na uszy.
– Grzebień, bo wy rośnie z niego las – powiedziała do m ikrofonu – kieliszek, bo będzie j ezioro…
–  Ale  z  tą  wstążką  to  przesadziłaś  –  sapnął  Daniel.  –  Jak  chcesz  się  bawić  w  księżniczki,  to  j a

odpadam !

–  …a  wstążka  rozwinie  się  w  rzekę.  Nie  pam iętasz?  Mam a  nam   czy tała  tę  baj kę,  to  znaczy

czy tała tobie, j a się przy słuchiwałam .

Twarz Daniela zszarzała. Lu pom y ślała, że dziwnie się m ilczy  na Sky pie, obecność na ekranie

zobowiązuj e do działania.

– Muszę j uż kończy ć – wy krztusił.
– Czekaj . – Lu zrobiła ruch, j akby  chciała go dotknąć, ale ekran pociem niał.
Nacisnęła  słuchawkę  z  im ieniem   brata,  nie  odbierał.  Od  paru  ty godni  spoty kali  się  w  grze

Adventure  Quest.  Tworzy li  swoj e  postaci,  na  wpół  baśniowe  stwory.  Przy j m owali  zadania  i
staczali  walki  z  przeciwnikam i,  tworząc  wspólny   front.  Wcześniej   próbowali  gry,  w  której   by li

background image

bogam i,  ale  Danielowi  się  znudziła.  Tu  by ło  więcej   przeszkód,  konflikty   wy buchały   często,
m usieli  obm y ślać  strategie  przechy trzania  przeciwników.  Uciekali  przed  potworem ,  który
przy pom inał  wielki  m onolit,  toczy ł  się,  m iażdżąc  wszy stko,  co  napotkał  po  drodze.  Deptał
Danielowi po piętach, dlatego Lu poprosiła, żeby  brat przekazał j ej  trzy  m agiczne przedm ioty, tak
j ak w baj ce, którą czy tała m u m am a.

Sky pe zabuczał, Lu szy bko odebrała. Na ekranie poj awiła się twarz Taty  Bis.
– A gdzie Daniel? – zapy tała.
– Nie wiem . – Tata Bis się zdziwił. – Pewnie w swoim  pokoj u.
Włosy  m iał świeżo ostrzy żone, nowy  sweter wy doby wał błękit oczu.
– Jak by ło w Hiszpanii? – zapy tała Lu. – Dwa ty godnie, nie nudziłeś się sam ?
–  Nie  –  odchrząknął.  –  Tak  naprawdę  to…  nie  by łem   sam .  –  Wy glądał  j ak  skarcony   uczeń,

który  j ednak cieszy  się, że nabroił. – Poj echaliśm y  we dwoj e. Z Moniką.

– Z Karate Moniką?! – wy rwało się Lu.
Skinął głową bez słowa. Lu pom y ślała, że m ężczy znom  powinno się dawać w szkole dodatkowe

lekcj e m ówienia. Ty le że teraz to j ej  zabrakło słów.

– I… i j ak by ło?
Odpowiedź wy czy tała z j ego oczu.
– Cieszę się – wy bąkała.
– Naprawdę, Em ilko? – Patrzy ł na nią z obawą.
Pokiwała głową. Teraz j ej  przy dałby  się m agiczny  przedm iot, żeby  przenieść j ą do pokoj u, w

który m   siedział  Tata  Bis,  przy   biurku,  na  który m   wciąż  stało  zdj ęcie  j ego  i  m am y.  Lataj ący
dy wan – pom y ślała. Poleciałaby m  tam , a potem  go Tacie podarowała. Jem u i Karate Monice.

Ostatnie spotkanie z Diallem  przy brało we wspom nieniach Lu obły  kształt, do tego stopnia, że

kiedy   opowiadała  o  ty m   Sprite,  zatoczy ła  koło.  A  wszy stko  dlatego,  że  rozm owa  z  nim
przy pom inała  toczącą  się  kulę  śnieżną  –  zaczęło  się  od  drobiazgu,  a  skończy ło  na  zbitej   m asie,
która wy rwała im  się spod kontroli.

–  …on  m ówi,  że  go  nudzi  spoty kanie  się  zawsze  w  ty m   sam y m   parku,  a  j a  m u  na  to,  że  to

pierdoły,  że  m nie  denerwuj e,  kiedy   chce,  żeby m   za  niego  płaciła,  a  co  j a  j estem ,  j ego  m atka,
poza ty m  m nie na to nie stać i co to za zwy czaj  w ogóle, a on na to, że j estem  dy plom atką i znaną
m odelką  i  m am   więcej   forsy   niż  on,  a  j a  na  to,  że  j aką  znaną  i  żeby   się  nie  wy głupiał  z  tą
dy plom acj ą, bo j a rury  naprawiam  przy  pom ocy  wy naj ęty ch fachowców…

– A on co, nie pracuj e? – weszła j ej  w słowo Sprite.
Lu spoj rzała na nią z podziwem . Takie proste py tanie! Sam a w świetle j upiterów nie widziała

tego,  co  dostrzegła  teraz  dzięki  uwadze  Sprite:  dwudziestoparolatka  Dialla,  który   nie  pracował,
m ieszkał z m atką, a od kobiet dom agał się opieki i nieustannej  uwagi.

Kiedy   zerwali  –  na  szczęście  nikt  ich  ty m   razem   nie  film ował  –  Lu  przez  j akiś  czas  czuła

ssanie,  j ak  zwy kle,  gdy   coś  znika.  Jego  wrażliwość,  urok,  pocałunki,  piękny   głos,  niekłam any
podziw dla niej , a na pewno dla Ginger – wszy stko to sprawiało, że parę razy  sięgała po telefon,
żeby  do niego zadzwonić. Zam iast tego ruszy ła przed siebie szy bkim  m arszem . Sadziła wielkim i
krokam i  po  alej kach  parku  Forêt,  przem ierzała  rozległe  trawniki,  przeglądała  w  pam ięci  ich
rozm owy  i spotkania, j akby  układała album  ze zdj ęciam i. Ostatnie uj ęcie – Lu obej m uj e Dialla i
zaraz się od niego odsuwa, j akby  by ł kruchą wy dm uszką.

– Takie ładne i puste to by ło – podsum owała w rozm owie ze Sprite.

background image

Wszy stko się w niej  ułoży ło, i to wcale nie dzięki j ej  sile woli.
– Mieszkam y  w środku Europy  – odparła Sprite. – Mam a m ówi, że tu m ożna wieść dolce vita  i

nawet nie zauważy ć, kiedy  ży cie przeleciało.

– To co m am y  robić?
– Boksować. Szukać czegoś prawdziwego.
– Mogłaby ś j aśniej ?
–  Mam   dopiero  dwadzieścia  osiem   lat,  czego  ode  m nie  wy m agasz?  Moj a  m am a  na  własne

ży czenie poszła w ży ciowe zwarcie, dostała po łbie, bolało.

– My ślisz, że żałuj e?
– Przy naj m niej  coś czuła.
Dy rektor Pac wpatry wał się w sufit z taką m ina, j akby  m iał się zaraz rozpłakać. Lu też zadarła

głowę – z dziury  po odpadnięty m  ty nku zdawało się coś wy rastać. Paweł, szef ekipy  fachowców,
który ch  Lu  wy naj m owała  do  prac  rem ontowy ch,  przerwał  ciszę:  –  Ja  ci  powiem ,  Jarek,  m asz,
kurwa,  dom .  Ja  też  m am ,  kurwa,  dom .  Ja  naświetliłem   sprawę  do  swoj ego  notariusza.  Sąsiadka
j est proprieterem  ogródka, nie? Ale j ak się płot, kurwa, obali, to j a też m am  płacić. Więc ten twój
proprieter niech nie pierdoli, bo j ak ci się zwala sufit na łeb w salonie, to on m a to naprawić, a nie
ty  czy  j a. I m asz, Jarek, twardo stać przy  swoim  kurwa!

– Ale właściciel nie chce naprawić.
Zapatrzy li się w sufit. Paweł ocknął się pierwszy.
– Ty ! No, grzy b. Co j a ci poradzę!
–  Sandra  m i  głowę  suszy.  Właściciel  m ówi,  że  to  nie  j ego  problem ,  bo  polska  ekipa  tu

pracowała i pewnie coś popsuła.

–  Bo  to  wszy stko  m ądrusie!  –  Paweł  dziobnął  żółtą  m iarką  w  sufit.  Płat  ty nku  rozsy pał  się  na

tureckim   dy wanie,  wzbij aj ąc  chm urę  py łu.  –  Ty !  Powiedz  tem u  proprieterowi,  że  grzy b  by ł,
m y śm y  go, kurwa, nie urodzili. Jak tu ściany  m alowaliśm y, kazałem  chłopakom  ży broki położy ć,
ale wy lazł. Ty ! Ten twój  proprieter kom binuj e, żeby ś, kurwa, ze swoj ego budżetu zapłacił.

Dy rektor Pac spoj rzał znacząco na Lu. Poprawiła się na krześle i uśm iechnęła kokietery j nie do

Pawła.

–  To  j ak  to  załatwim y ?  –  zapy tała.  –  Nie  m usi  by ć  na  am basadę,  ale  żeby   rachunek  nie  za

duży …

Paweł: Cwaniara! Ale m a j aj a. Nie to, co ten tu, pół dupy  zza krzaka.
Fachowiec  znów  dziobnął  m iarką  w  sufit,  ty nk  pacnął  na  stolik  j am nik,  obsy puj ąc  py łem

koronkowy  bieżnik.

– Ty ! – huknął, a dy rektor podskoczy ł.
Dopiero uczy ł się tego, co Lu od dawna wiedziała: że Paweł nie um ie m ówić bez wy krzy knień.

Tego, że nie um ie przestać m ówić, m iał się dowiedzieć za chwilę.

–  Ty !  –  Głos  Pawła  wy doby wał  się  z  wielkiej   piersi.  –  Tu  wszy scy,  kurwa,  należą  do  tego

sufitu, to nie j est twój  pry watny  sufit! Ja ci powiem : kiedy ś j ednem u chłopu dusz zaciekał. Trzy
lata by ło dobrze, chłop się nie doj rzał, że sy likon odstał. Dzwoni do m nie i m ówi: bo tu w duszu
cieknie. Zaj echałem , m ówię: to żeście się nie dopatrzy li?! Chłop, że się nie zna, to nie zauważy ł.
Ja m ówię: to asurans będzie płacił, bo to nie m oj a sprawa. Co, przecież j a nie będę j eździł i m u na
dusz codziennie patrzy ł! To asurans m ówi, że on sy likonu nie pokry j e. Jak to, kurwa, nie pokry j e?!

– Ale co z ty m  sufitem ? – Dy rektor Pac wy glądał na zdezorientowanego.

background image

– Ty ! – Paweł wcisnął m u do ręki latarkę. – Masz lam pkę, tu m asz buton, przekręcasz.
Złapał go za nadgarstek i wy kierował latarką w górę, strum ień światła padł na sufit.
– Tak m u pokaż! Że grzy b!
I  to  m a  by ć  m oj a  kariera?  –  zży m ała  się  Lu  w  duchu  tego  wieczoru,  przy gotowuj ąc  sobie

kolacj ę.  Ale  zaraz  się  skarciła.  Przy pom niała  sobie,  j ak  by ło  na  początku:  nie  znała  nikogo  z
wy j ątkiem  Barta. Wracała do hotelowego pokoj u i nie m iała nawet do kogo zadzwonić. Czekała
na  kochanka,  ale  on  ostrożnie  dawkował  j ej   swoj ą  obecność.  Twierdził,  że  nie  m ogą  się  zby t
często  widy wać,  żeby   nie  budzić  podej rzeń  Ty m ci;  że  m a  dużo  pracy,  że  m usi  dbać  o  szkołę
Rafałka i j eszcze chodzić do siłowni, żeby  Lu nie rzuciła go dla m łodszego.

Dziś  Lu  odzy skiwała  równowagę  po  rzuceniu  m łodszego  i  przy zwy czaj ała  się  do  sam otny ch

wieczorów. My śli uparcie wracały  do kwestii seksu. Wolała nie drąży ć, kiedy  kochała się tak, że
naprawdę by ło j ej  dobrze. Chy ba wtedy  w windzie, z Bartem .

Musiała  go  ściągnąć  m y ślam i,  bo  kom órka  piknęła  esem esem .  Bart  pisał:  „Em i,  j estem   pod

twoim  dom em , m ogę wpaść na chwilę?”.

Zakręciła gaz pod garnkiem  i przelała ry ż wodą. Dawno nie gotowała, z Diallem  zwy kle j edli

na m ieście. Kiedy  tu przy j echała, gotowała dla Barta, ona, wiecznie go głodna. Martwiła się też
wtedy   o  Daniela  i  Tatę  Bis.  Dziś  brat  i  oj czy m   sobie  radzili,  a  Lu  m iała  Sprite  i  bokserów.
Gotowała dla siebie.

Um y ła ręce i wzięła do rąk telefon. Co m oże j ej  teraz zrobić Bart?
„Wpadnij  – odpisała. – Ale rzeczy wiście na chwilę”.
Mężczy zna szarżował na nią. Pierwsze, co przy szło j ej  to głowy, to żeby  zwiać. Ale wszy scy

na  nich  patrzy li.  Lu  sły szała  własny   oddech,  pot  zalewał  j ej   oczy,  ściekał  z  nosa.  „Garda,  front
kick,  blokuj !”  –  krzy czał  Ricky   z  rogu  ringu.  Opuszczały   j ą  siły,  przeciwnik  wy korzy sty wał  to,
okładaj ąc  j ą  po  głowie  i  nerkach.  Jak  to  dobrze,  że  m iała  kask,  to  Sené  nalegał,  żeby   założy ła.
„Znam  tego ty pa” – m ruczał, dopinaj ąc j ej  klam erkę pod brodą.

Nagle  poczuła,  że  leci.  Nie  zdąży ła  się  przestraszy ć,  po  prostu  zdziwiła  się,  że  znalazła  się  na

linach.  Twarze  otaczaj ące  ring  zawirowały.  Nie  m ogli  pokazać,  że  się  o  nią  m artwią,  bo  by ła
bokserką, podj ęła wy zwanie; nie m ogli j ej  pom óc, to by ła j ej  walka. Czekali i patrzy li, j ak sobie
poradzi.

Przeciwnik szedł na nią. By ł wzrostu Lu, ale znacznie cięższy, nie drobił, sunął. Odbiła się od  lin.

Zwrócił się w j ej  kierunku, teraz widziała, że i on j est zm ęczony. Odskoczy ła. By ł dużo silniej szy,
ale reagował wolniej  niż ona. Zatoczy ła półkole i zaatakowała, kopnięcie w splot słoneczny  i  zaraz
drugie,  okrężne  wy sokie.  Potrzasnął  głową  j ak  niedźwiedź  i  znów  na  nią  ruszy ł.  W  bliskiej
konfrontacj i  nie  m iała  szans,  na  odskakiwanie  nie  m iała  j uż  sił.  Przy pom niały   j ej   się  słowa
Cheicka: „Uchy l się przed j ego ciosem  i wy prowadź taki sam , zanim  zdąży  cofnąć ram ię, tam ,
gdzie  j est  odsłonięty ”.  Przeciwnik  zaatakował,  a  ona  zrobiła  unik,  obserwuj ąc,  j ak  wy prowadza
cios.  Przed  następny m   j uż  nie  uskoczy ła.  Uchy liła  się  i  zanim   zdąży ł  się  zorientować,
wy prowadziła swój  – prosto w j ego nos.

Zabrzm iał dzwonek na zakończenie rundy, Ricky  znalazł się przy  niej , ściągał j ej  rękawice.
– No widzisz! Jak słuchasz, co m ówię, to wy gry wasz. Dobry  ten ostatni cios. A przecież Jean-

Pierre j est doświadczony m  bokserem .

– Ale kilka lat nie boksowałem  – żachnął się j ej  przeciwnik, wy pluwaj ąc ochraniacz na zęby.
– Jesteś od Lu dwa razy  cięższy. – Sené górował nad Jeanem -Pierrem  posągową sy lwetką, ale

background image

m ówił cicho, j akby  nie chciał nikom u przeszkadzać.

–  Jak  zaczy nałem   w  ty m   klubie,  boksowali  ty lko  m ężczy źni,  a  teraz…  –  poskarży ł  się  kom uś

Jean-Pierre.

Aniołek odwrócił od Lu wzrok z zażenowaniem . Minęła go z głupawy m  uśm iechem  i zj echała

do kazam at.

– W im ię Oj ca i Sy na! – przeżegnała się na j ej  widok pani Ula.
Dom inika  zza  swoj ego  kom putera  wbiła  w  Lu  przestraszone  spoj rzenie.  Pan  Zdzisław

zaniem ówił i zaczął szukać po kieszeniach okularów.

–  Napadli  cię,  dziecko?  –  Głos  pani  Uli  wzbił  się  pod  sufit.  –  To  takie  niebezpieczne  m iasto,

sy nowa chciała m nie odwiedzić, ale j ej  m ówię: „Żanetko, nie j edź, zostań w Polsce, bo tu takie
się ty py  kręcą, że sobie nie wy obrażasz!”.

– A m i wczoraj  ukradli wędkę, j ak poszedłem  za potrzebą – poskarży ł się pan Zdzisław. –
I to w centrum , niedaleko avenue Louise łowiłem .
– Jest pan pewien, że tam  m ożna łowić? – m ruknęła Dom inika z powątpiewaniem .
Dy rektor Pac podniósł wzrok znad papierów i wpatrzy ł się ze zgrozą w twarz Lu.
–  Em ilia,  j eżeli  twoj e  kontakty   z  osobam i  obcego  pochodzenia  wy daj ą  takie  owoce,  to  z  nich

zrezy gnuj   –  wy cedził.  –  Pracuj esz  w  dy plom acj i,  reprezentuj esz  nasz  kraj .  Co  Belgowie
pom y ślą,  widząc  cię  w  takim   stanie?  Że  cię  m ąż  Polak  pobił.  Jak  zaczniesz  wy j aśniać,  że  twój
gach j est kolorowy, ty lko pogorszy sz sprawę.

–  Bij a  cię  ten  ty p?!  –  Pan  Zdzisław  znalazł  wreszcie  okulary   i  teraz  oglądał  Lu,  j akby   by ła

wy pchany m  ptakiem .

– Sam otne kobiety  zawsze m aj ą gorzej  – użaliła się pani Ula. – Powtarzam  sy nowej :
„Żanetko,  nawet  j ak  Mareczek  zapij e  czy   pieniędzy   nie  przy niesie,  to  j ednak  j est  ten

m ężczy zna w dom u”.

– Lepszy  pij ak niż nic… – żachnęła się Dom inika.
–  Ja  wiem ,  Dom iniczko,  że  tobie  się  w  ży ciu  nie  poukładało,  ale  przy j dą  lepsze  lata,  spotkasz

j eszcze kogoś.

Dom inika przetrząsnęła torbę i wy ciągnęła z niej  szty ft.
– Daj , zam aluj em y  to korektorem . – Podeszła do Lu.
W  zam ieszaniu  nikt  nie  usły szał  odgłosu  obcasów,  dopiero  gdy   Virginia  Panikos  stanęła  w

drzwiach,  znieruchom ieli  –  Dom inika  z  korektorem   tuż  nad  policzkiem   Lu,  pani  Ula  z  lusterkiem
wy grzebany m   z  torebki,  pan  Zdzisław  wspinaj ący   się  na  palce,  żeby   nie  uronić  nic  z
przedstawienia.

– Ten kolorowy  j ą tak załatwił – chrząknął w ciszy  pan Zdzisław.
– Dom iniczka j uż to tuszuj e, pani am basadoro… pani am basador. – Pani Ula m ięła nerwowo

bluzkę na piersiach.

Virginia zlustrowała śliwę pod okiem  Lu.
– Trenuj ę boks – odezwała się Lu, pierwszy  raz od czasu, j ak zj echała do kazam at. –
Miałam  wczoraj  sparing.
– Akurat! – Pan Zdzisław zerwał okulary  z nosa.
– Ciii. – Pani Ula położy ła m u dłoń na ram ieniu. – O ty ch sprawach się głośno nie m ówi…
– No tak, lepiej  zam ieść pod dy wan… – Dom inice wy skoczy ły  na dekolcie czerwone plam y.
– Boks? – odezwała się Virginia.

background image

– Kick-boxing. Przy gotowuj ę się do walki. Wczoraj  wy grałam .
Virginia spoj rzała na Lu znad połówek okularów.
– Przy naj m niej  pani wie, j aka j est cena zwy cięstwa – podsum owała.
Lu  stała  się  sensacj ą  am basady.  Gdziekolwiek  się  ruszy ła,  śledziły   j ą  spoj rzenia  pełne

ciekawości.  Czasem   widziała  w  nich  współczucie,  niekiedy   potępienie.  Tłum aczenie,  że  trenuj e
boks,  przegrało  z  wersj ą,  że  „bij e  j ą  facet”,  i  wy szło  z  głuchego  telefonu  am basady   w  postaci
pewnika, że Lu trafiła na dam skiego boksera. Lu z ulgą wy szła z pracy  i szy bkim  krokiem  ruszy ła
wzdłuż parku. Pod dom em  – Mahony, Plej tus, Śpich-Precz – dogoniła j ą Rita.

– Niezłe zapasy  – cm oknęła na widok twarzy  Lu.
– Miałam  wczoraj  walkę – zaczęła Lu, obiecuj ąc sobie, że zaraz pój dzie po korektor.
–  Sły szałam !  –  Zawój   na  głowie  Rity,  spięty   z  przodu  m asy wny m   kam ieniem   im ituj ący m

rubin, zakoły sał się.

Pani Verm eegstah wy rosła w drzwiach swoj ego m ieszkania. Gdy by  Lu m iała ocenić, na którą

z nich patrzy ła z większy m  potępieniem , nie um iałaby  zdecy dować.

– Pół nocy  nie m ogłam  przez was spać! – Śm iech Rity  wprawił w drżenie windę.
Lu  spoj rzała  na  swoj e  odbicie  w  lustrze.  Podbite  oko,  otarty   nos,  ale  gdzieś  za  ty m   czaił  się

sy ty  uśm iech.

– Znów ten żonaty ?
Lu  przy łoży ła  palec  do  ust.  Słuch  pani  Verm eegstah,  j ak  pięciooktawowy   głos,  obej m ował

wszy stkie piętra.

– Tak, ale zgodziliśm y  się, że chodzi ty lko o seks. O nic więcej .
Turban Rity  znów zakoły sał się m aj estaty cznie.
–  To  wielka  ulga,  kiedy   m ężczy zna  wie,  co  robić  w  łóżku  –  m ruknęła,  wkładaj ąc  klucz  do

zam ka.

Telefon wy rwał Lu ze snu w środku nocy.
– Tęsknię za tobą.
Oparła się na łokciu, usiłuj ąc wy m acać w ciem ności zegarek.
– My ślę o ty m , j ak nam  by ło dobrze.
– Któ… która godzina?
– Czwarta. Prawie wpół do piątej .
– Rano?! Możesz o tej  porze rozm awiać? Nie usły szy  cię?
– Nocuj e dziś u gacha.
– Ma kochanka?
– A bo to j ednego? Ty  przy  niej  j esteś j ak zakonnica.
– Super, że znaj duj e m ężczy zn w swoim  wieku. – Lu próbowała wy m acać przy cisk lam pki.
– Podobno po pięćdziesiątce nie j est tak łatwo.
– Moj a m am a m a czterdzieści dwa lata – pry chnął Diallo z rozbawieniem . – Jej  faceci są w

m oim  wieku.

Lu pstry knęła włącznikiem , światło lam pki wy grało z brzaskiem  kluj ący m  się na zewnątrz.
– A teraz pewnie j eszcze chce udowodnić oj cu, że m a faj ne ży cie. – Diallo brzm iał zgry źliwie,

zupełnie nie j ak on.

– Czy j em u oj cu? – Lu się zgubiła.
Diallo nigdy  nie m ówił o oj cu, ty lko o m atce. Pokazy wał Lu j ej  zdj ęcia, by ła piękną Mulatką,

background image

wdową po Belgu, o którego fortunę szarpały  się z nią j ego dorosłe dzieci z poprzedniego związku.

– Moj em u oj cu. Właśnie przy j echał do Brukseli.
– Skąd się tu wziął?
– Z piekła. Otwieram  drzwi, patrzę, stoi, chudy, z dredam i za ty łek. Py tam : „Do kogo?”, a  on:

„Ty  j esteś Diallo?”. „Tak” – m ówię. A on na to: „Ja też”.

Lu  spuściła  nogi  z  m ateraca.  Wolała  poczuć  pod  stopam i  grunt,  choćby   by ła  to  podłoga

siódm ego piętra. Ta rozm owa za bardzo przy pom inała sen.

– Wchodzi, siada na kanapie, zwij a skręta, podaj e m i i m ówi: „Prosto z Marty niki. Tak j ak i  twój

tata”.  Zadzwoniłem   do  m am y,  a  ona,  żeby m   go  nie  wpuszczał.  „Kiedy   siedzi  na  kanapie”  –
m ówię, a ona na m nie krzy czy  przez telefon. Przy j echała, awantura od progu, m atka wrzeszczy,
oj ciec pali, trawa śm ierdzi, aż m nie głowa rozbolała.

– Po co przy j echał?
– O to sam o go py taliśm y, ale m am a m ówi, że on nigdy  nie udzielił j ej  norm alnej  odpowiedzi

na  żadne  py tanie.  Nawet  j ak  nas  zostawiał,  nie  powiedział  dlaczego.  Miałem   wtedy   pięć
m iesięcy. I nagle tu stoi, dwadzieścia cztery  lata później .

– I co z nim  zrobiliście?
Diallo zam ilkł na chwilę, Lu m ogłaby  przy siąc, że przesuwa wnętrzem  dłoni po różkach.
– Leży  tu. W kącie.
Nagle do niej  dotarło – Diallo dzwoni o piątej  rano, m a dziwny  głos.
– Ży j e…? – wy rwało j ej  się.
Parsknął śm iechem .
– Tak się upalił, że j a by m  j uż nie ży ł, a on śpi j ak dziecko. Mam a chciała go wy rzucić, ale nie

zdąży ła,  bo  odpły nął.  W  cały m   dom u  śm ierdzi  ziołem .  Mam a  poszła  spać  do  kochanka,  j a
zostałem . Fakty cznie niezłe te j ego skręty.

– Paliłeś?
– A co m iałem  robić? Co by ś zrobiła, gdy by  twój  oj ciec się nagle poj awił?
– Dostałaby m  zawału – powiedziała z przekonaniem  Lu. – Mój  oj ciec nie ży j e od lat.
Wstała  i  zapaliła  górne  światło.  Piąta  rano,  a  czuło  się,  j akby   nadszedł  czas  duchów.  Nic

dziwnego, za parę dni Zaduszki.

–  Tak  patrzy łem   na  niego  i  wiesz…  –  Głos  Dialla  się  załam ał.  –  On  też  j est  Mulatem ,  j ak

m am a,  chociaż  tam   u  niego  m ówią,  że  j est  czarny.  Na  m nie  by   też  tak  m ówili,  bo  tam   j ak  nie
j esteś biały, to znaczy, że czarny. Tu j estem  m ieszańcem , kolorowy m , raz ty m , raz tam ty m . Albo
ni ty m , ni owy m .

Słowo  mettise  zakłóciło  ciszę  poranka  j ak  nagłe  utrudnienie  w  ruchu  drogowy m .  Lu

uświadom iła sobie, że francuski w pewny m  m om encie stał się dla niej  j ęzy kiem  zabawy, lekkim
j ęzy kiem   do  lekkich  rzeczy,  rozry wki,  flirtu,  seksu.  A  tu  nagle  ta  niepewność,  bezradność
człowieka,  z  który m   do  niedawna  ty le  j ą  łączy ło.  Diallo,  zawsze  wesoły,  zarażaj ący   energią,
dum ny  ze swoich różnorodny ch korzeni, płakał, bo nie wiedział, kim  j est.

Kiedy  opowiedziała o ty m  Sprite, ta przez chwilę m ilczała, aż Lu przestraszy ła się, że palnęła

coś nietaktownego.

– Nic m u nie będzie. – Sprite wy j ęła z włosów spinkę i otworzy ła przed Lu drzwi furgonetki. –

Mnie  też  czasem   rzuca,  tak  j ak  tego  twoj ego  Dialla.  No,  co  tak  patrzy sz,  na  zewnątrz  j estem
czarna, ale w środku biała, tam  się urodziłam , a tu wy chowałam .

background image

– Dla m nie j esteś… – Lu rzuciła na ty lne siedzenie torbę bokserską.
– Jestem  czarna – przerwała  j ej  Sprite. – Nie  bądź hipokry tką. To co się  w końcu stało z  ty m

oj cem  rastam anem ?

– Podobno przy j echał, bo chciał poznać Dialla.
– Wcześniej  nie m iał ochoty ?
– Uważał,  że  dziecko  powinno  by ć  przy   m atce,  bo  j e  urodziła.  Ale  teraz,  kiedy   Diallo  dorósł,

oj ciec  uznał,  że  powinni  się  poznać.  Diallo  m ówi,  że  chociaż  m a  do  niego  pretensj e,  że  ich
zostawił, to go rozum ie. – Lu pokręciła głową z niedowierzaniem .

Sprite przekręciła kluczy k w stacy j ce i przez chwilę słuchała pracy  silnika.
– Ja też go rozum iem  – powiedziała w końcu. – I rozum iem  Dialla, że tak czuj e.
–  Upaliłaś  się?!  Dziecko  przy   m atce,  a  oj ciec  m a  korzy stać  z  ży cia?  To  po  co  walczy ły śm y

o… o…

Sprite wrzuciła j edy nkę.
– Zostaw te arm aty, Lu. Mieszkałam  ty dzień z m am ą, a ty dzień z oj cem  i tak przez parę lat.
Dwa dom y, dwie szczoteczki do zębów, dwa zestawy  podręczników. Dwa pam iętniki, bo wtedy

pisałam  na papierze ze strachu, że j ak zostawię w kom puterze, to ktoś się do tego dorwie.

– Ja m ieszkałam  ty lko z m am ą – wtrąciła Lu.
– I co, brakowało ci oj ca?
– Nie brakowało m i awantur – odparła bez nam y słu. – Poza ty m  i tak się z nim  widy wałam .
Ale bazę m iałam  u m am y.
–  Ja  u  m am y   m iałam   Chloe.  A  u  oj ca  psa.  Tęskniłam   za  nim ,  j ak  by łam   u  m am y.  U  oj ca  z

kolei brakowało m i siostry.

Dopiero kiedy  podj echały  pod dom , Lu przy znała się Sprite, że Diallo zadzwonił poprosić j ą o

pieniądze.  Musiał  zaj ąć  się  oj cem ,  bo  m atka  odm ówiła  j akichkolwiek  z  nim   kontaktów.  Załatwił
m u nocleg u j ednego z kuzy nów, ale pozostawała reszta – j edzenie, przej azdy.

– To Diallo nadal nie pracuj e? – zapy tała Sprite, parkuj ąc furgonetkę.
– Nie j est tak łatwo coś znaleźć. A j eszcze czarnem u… – Lu z opóźnieniem  zorientowała się,  że

cy tuj e Dialla.

Sprite wy łączy ła silnik. Na szy bę zaczęły  padać pierwsze drobne krople deszczu.
–  Masz  do  wy boru  następuj ące  zestawy   puzzli  –  odezwała  się,  patrząc  przed  siebie.  –

Potrzebuj ący   czarny   i  biała  sam ary tanka.  Albo  żigolo  i  naiwna.  Albo  niezaradny   chłopak  i
obrotna kobieta. Albo m łodziak i kuguar. Albo…

– Sądzisz, że o ty m  nie m y ślałam ? – przerwała Lu, wzburzona.
Diallo przy tulał j ą i całował tak, j akby  wciąż się zastanawiał, j ak w danej  chwili wy gląda.
Mówił j ej  kom plem enty, a potem  prosił o pieniądze. Który  Diallo by ł prawdziwy ? To j uż nie

by ła prosta sy m etria: ulubieniec m ediów a prawdziwy  chłopak, pęknięcia w ty m  człowieku szły
znacznie głębiej .

Sprite  przekręciła  kluczy k  w  stacy j ce,  z  m agnetofonu  popły nął  głos  Lucky ’ego  Dube’a.  Lu

sięgnęła  po  swoj ą  torbę  bokserską,  paski  zaczepiły   się  o  coś.  Szarpnęła,  nie  puszczały.  Sprite
zaczęła nucić, koły sząc się w ry tm  reggae. Lu zostawiła w spokoj u torbę – i j uż buj ały  się obie, aż
sam ochód się rozkoły sał, a bębenki w uszach pękały  od głośnej  m uzy ki i ich wrzasków.

Drzewo stało sam otnie pośrodku trawnika. Gałęzie układały  się w zapraszaj ący  kształt ham aka,

ale zielone igły  robiły  wrażenie sztuczny ch. Lu, przechodząc obok, stłum iła potrzebę, by  om inąć

background image

j e szerokim  łukiem . By ło w nim  coś m echato-ży wego.

– Małpie drzewo – usły szała głos Sandry. – Wszy scy  się nim  zachwy caj ą.
Lu  weszła  do  środka.  Po  raz  kolej ny   uderzy ła  j ą  staranność  wy stroj u  tego  wnętrza.  Sandra

bły skawicznie  rozprawiła  się  z  chaosem ,  który   towarzy szy   każdej   przeprowadzce,  pani  Ula
m ówiła,  że  j uż  ty dzień  po  zainstalowaniu  się  dy rektorostwa  w  podbrukselskiej   m iej scowości
Jezus-Eik  w  dom u  nie  by ło  śladu  pudeł.  Nawet  obrazy   wisiały   w  precy zy j nie  wy znaczony ch
m iej scach, dokładnie nad sofam i.

– Siadaj . – Sandra wskazała fotel stoj ący  naj bliżej  tarasu. – Napij esz się kawy ?
Pobrzękiwanie naczy ń dochodzące z kuchni by ło j edy ny m  dźwiękiem , który  rozbij ał ciszę.
Beżową  m onotonię  salonu  przełam y wała  czerwień  proporczy ka,  nigdzie  nie  by ło  ani  j ednej

książki,  za  to  za  stolikiem   j am nikiem ,  na  który m   leżał  koronkowy   bieżnik,  py sznił  się  regał
wy pełniony  zastawą. Jego szy bki bły szczały, podobnie j ak szy by  w oknach. Lu skierowała wzrok
w róg pokoj u.

Przy naj m niej  j akaś skaza – pom y ślała, patrząc na grzy b.
–  Ten  ty nk  m i  wszy stko  psuj e.  –  Sandra  postawiła  przed  nią  filiżankę  z  kawą  na  spodeczku  ze

złoty m  szlaczkiem  dokoła. – Próbowałam  go podlepić, ale zleciał m i na głowę. Twój  fachowiec
się wy piął, Jarek do niczego się nie nadaj e. Awanturuj ę się z właścicielem , ale on po polsku nie
rozum ie.

– Dzwoniłam  j uż do niego, zaproponowałam  podział kosztów.
– Ja tak nie um iem  siedzieć z założony m i rękam i – fuknęła Sandra, wy równuj ąc nieistniej ącą

fałdkę na bieżniku. – Jak się coś psuj e, to się do tego biorę. A j ak sam a się nie wezm ę, to nikt  tego
za m nie nie zrobi, tak m nie ży cie nauczy ło. Farbę kupiłam , żeby  to zam azać.

– Lepiej  nic nie ruszaj , bo właściciel powie, że popsuliśm y, i nie zapłaci.
–  Nie  rób,  nie  ruszaj ,  j akby m   Jarka  sły szała!  –  zaperzy ła  się  Sandra.  –  Czekaj ,  co  ży cie

przy niesie, j ak Bóg zechce, to da, j ak nie, to się nie dopom inaj . Dosy ć m am  tego!

Sandra  z  rozm achem   otworzy ła  drzwi  od  tarasu,  j esienny   powiew  wpadł  do  środka.  Oparła

czoło o fram ugę okna.

–  To  nerwy   –  odezwała  się  po  chwili.  –  Jestem   na  ty lu  prochach,  że  dziwię  się,  że  j eszcze

chodzę.

Zapatrzy ła się na m ałpie drzewo.
–  Żeby   adoptować  dziecko,  m usim y   naj pierw  przej ść  kurs  w  Polsce  –  podj ęła.  –  Jarek  się

zgadzał, m ówił, że weźm ie urlop, a teraz nagle twierdzi, że j est zby t zaj ęty, że m usi zostać, bo bez
niego sobie nie poradzicie. Co się tam  dziej e, w ty m  waszy m  dziale?

Lu  gorączkowo  przerzuciła  m y śli  na  sprawy   am basadzkie,  ale  nie  znalazła  powodu,  który

trzy m ałby   j ej   szefa  w  Brukseli.  Virginia  nad  wszy stkim   czuwała,  w  ty m   roku  odwołała  nawet
j esienny   wy j azd  do  spa.  W  am basadzie  huczało,  że  m a  rom ans,  ale  na  razie  nikt  nie  wy kry ł  z
kim .

– Sporo pracy, j ak to przed świętam i – zaczęła Lu, ale Sandra j ej  przerwała.
–  Jarek  kogoś  m a  –  wy paliła.  –  Naj pierw  m y ślałam ,  że  to  ty,  ale  Jarek  uważa,  że  j esteś

zarozum iała, m asz się za Bóg wie kogo i… No, nieważne, j a tam  cię lubię, dlatego zadzwoniłam ,
żeby ś przy j echała i m i pom ogła.

Zniży ła głos, j akby  podej rzewała, że ktoś m oże j e podsłuchiwać w cichy m  dom u w Jezus-Eik.
– Em ilia, wy śledź, czy  Jarek nie m a kochanki. Pracuj ecie razem , co to dla ciebie popatrzeć, z

background image

kim   wy chodzi  na  lunche,  gdzie  w  ciągu  dnia  przepada.  Sprawdziłam   m u  kom órkę,  ale  m a
zablokowaną. Nagle założy ł sobie kod na kom órce, rozum iesz?…

Jesienny  wiatr dm uchnął z uchy lony ch drzwi prowadzący ch na taras.
– Kom binowałam , czy  to nie Gienia – ciągnęła Sandra. – Takie stare pudła lecą na m łody ch.
Ale on prędzej  by  się połakom ił na którąś z ty ch cwany ch staży stek, co przez łóżko chcą zrobić

karierę.

– Ponosi cię wy obraźnia. – Lu starała się, żeby  j ej  głos brzm iał uspokaj aj ąco. – Dy rektor dużo

pracuj e, a…

– W m ieście ty le się dziej e – Sandra j ej  nie słuchała – ty le m ożna m ieć przy j em ności! Ale j a

j estem  ze wsi i wiem  j edno: j ak się ży cie rozm ieni na drobne, to nic nie zostanie. Nic. N-i-c.

Dała się pokry ć, przy kry ć m ęskim  ciałem , czuła j ego brzuch przy klej ony  do swoich pleców.
Skóra  tarła  o  skórę  od  zewnątrz  i  od  wewnątrz,  wy pełniał  Lu,  aż  rozsunęła  bardziej   pośladki,

żeby  dać m u więcej  m iej sca, żeby  m ieć go w sobie j ak naj głębiej . Bliżej  nie m ogło j uż by ć, a
m im o  to  by ło  j ej   m ało.  Kiedy   się  skończy ło,  gdy   przestał  się  w  niej   ruszać,  zachciało  j ej   się
płakać – nie za orgazm am i, ale za doty kiem . Wciąż go czuła w cipce, a chciała, żeby  wy pełnił j ą
bardziej , przeniknął coś j eszcze oprócz ciała, które leżało teraz pod nim  i bezgłośnie popłakiwało.

– Co się stało, Em i? – Bart odgarnął j ej  włosy  z policzka. Całował j ej  skroń, wąchał skórę na

granicy  włosów, tam , gdzie by ła wciąż lekko wilgotna. – Czem u płaczesz?

Łzy   ciekły   j ej   po  policzku,  bulgotały   w  nosie.  Jeśli  nie  przestanie,  będzie  m usiała  wstać  po

chusteczkę,  wy sunąć  się  z  j ego  obj ęć.  A  chciała  tu  leżeć,  przy kry ta  m ęską  bliskością,  ukoj ona
ciepłem  drugiego człowieka.

Ty lu nas j est, biały ch, czarny ch, żółty ch – pom y ślała. Nieoczekiwanie stanął j ej  przed oczam i

Cheick, przy pom niał j ej  się j ego doty k. Ufała m u, j ego wzrok, ręce coś w niej  wy zwalały, czuła
się przy  nim  prawdziwa.

– Em i?…
Środek, j ej  środek. Teraz okupował go Bart.
– Zawsze j estem  łzawa przed okresem  – powiedziała i ugry zła się w j ęzy k.
Chociaż  leżeli  nadzy,  j edno  w  drugim ,  słowam i  rzadko  zapuszczali  się  w  głąb  ciał.  Bart  lepiej

się czuł  wśród zdrobnień,  senty m entalizował i  zm iękczał, stronił  od bezpośredniości.  Lubił,  kiedy
się  dla  niego  seksownie  ubierała,  a  on  j ą  odpakowy wał  j ak  cukierek.  Wy próbowy wał  z  nią
gadżety, grał nastroj em . Miał wy obraźnię, lubił zaskakiwać, ale fizj ologię dekorował, j akby  bał się
z nią zm ierzy ć. Lu nie odważy łaby  m u się pokazać spocona, taka, j aką widział j ą w sali Cheick.

Roztrzęsiona ze strachu, j aką zobaczy ł Sené, gdy  zakładał j ej  kask przed walką. Śm iej ąca się i

płacząca  na  przem ian,  j aką  widziała  j ą  Sprite.  Przerażona,  j ak  wtedy,  gdy   znalazła  j ą  Dunia,
kiedy  przy j echała ze Stanów po śm ierci Rianny. Bezbronna, taka, j aką widy wała j ą m am a. Przed
każdy m  człowiekiem  trzeba stawać w zbroi, przed Bartem  Lu zj awiała się w zbroi estety cznej .

Cofnął biodra. Nigdy  nie zostawał w niej  po stosunku, ale teraz go przy trzy m ała. Niech j ej  da

choć tę ciepłą chwilę, lepką kruchość ciał, załam ania obej m uj ący ch się rąk. Czy  udzielił m u się
j ej   nastrój ,  czy   Bart  dostosował  się  do  j ej   potrzeb,  dość,  że  zam knął  j ą  w  uścisku  i  leżał,
dm uchaj ąc j ej  delikatnie we włosy. Zaczęła przy sy piać, ukoj ona. Naraz poczuła, że wy suwa się z
niej   i  cicho  rusza  w  stronę  łazienki.  Nigdy   nie  wy chodził  z  j ej   m ieszkania,  nie  wziąwszy
pry sznica. Zm y wał z siebie Lu, bo po drugiej  stronie m ęskiej  wędrówki czekała na niego Ty m cia.
Wy szedł, a Lu wpatry wała się w Świętego My szołowa, dopóki nie zasnęła.

background image

Stopy   zaczęły   j ej   m arznąć,  a  nie  wy padało  przy tupy wać.  Przy stroj ony   kwiatam i  cm entarz

wy glądał  uroczy ście.  Lu  nie  znosiła  Święta  Zm arły ch,  od  dziecka  odm awiała  uczestniczenia  w
szaleństwie  cm entarny ch  parad,  prezentacj ach  norek  i  karakułów,  w  powitaniach  krewny ch,
którzy  m ierzy li się znad grobów wzrokiem  rewolwerowców. „Patrz, co na siebie włoży ła…”. „O,
j uż  m łodą  sobie  wziął,  stara  ledwo  co  do  piachu  poszła…”,  „Taki  m aj ątek,  ty lko  czekali,  żeby
zam knął oczy …”. Zm arli, który ch kwatery  zastawiano zniczam i, w Zaduszki, tak j ak i przez resztę
roku, by li nieważni. Tu panoszy li się ży wi.

Lu, Tata Bis i Daniel stali na ścieżce utwardzonej  pierwszy m  m rozem , pogrążeni w  m y ślach.

Lu  słusznie  nalegała,  żeby   na  grób  m am y   poszli  po  Zaduszkach,  dwa  dni  po  naj eździe  tłum ów
cm entarz by ł cichy, kwiaty  bielił szron.

– A m ówiłam , żeby ś włoży ł czapkę z uszam i. – Lu naraz usły szała swój  głos.
Daniel spoj rzał na nią zdum iony. Jakiś czas tem u przestała m u m atkować, co robiła po śm ierci

m am y. Udało j ej  się wrócić do roli starszej  siostry, odbudować bratersko-siostrzaną więź.

Skąd nagle to rodzicielskie zrzędzenie? Lu też się połapała, bo uśm iechnęła się krzy wo.
– Masz uszy  czerwieńsze niż ten znicz – powiedziała.
– Przecież kupiłem  ci grubą czapkę – włączy ł się Tata Bis. – Nie m ogłeś włoży ć? Jak będziesz

udawał twardziela, zaziębisz zatoki.

– Oj  tata, przestań. – Daniel się skrzy wił.
– Albo ci wszy stkie włosy  wy padną, nie żartuj ę.
Lu podchwy ciła spoj rzenie brata. Wszy stko wróciło do norm y  – oj ciec się czepiał, rodzeństwo

się z niego podśm iewało. Lu zaczęła przy tupy wać na ścieżce, Daniel, niewiele m y śląc, dołączy ł
do niej . Resztki liści i gałązki strzelały  im  pod stopam i, tupanie zm ieniło się w ry tm iczny  taniec.
Staruszka skulona na ławce w alej ce obok rzuciła im  spłoszone spoj rzenie.

– Ty lko m i tu nie zacznij cie rapować. – Tata Bis się rozpogodził.
– Mam a się cieszy, kiedy  nas takim i widzi – szepnęła Lu do brata, kiedy  dochodzili do głównej

bram y, gdzie rozłoży sta kobieta sprzedawała pańską skórkę.

Beztroski uśm iech zniknął z twarzy  Daniela. Wciąż nie um iał m ówić o m am ie, ani na sm utno,

ani na wesoło. Lu też to m iej sce się z nią nie koj arzy ło, ale gdzieś m usieli j ą spoty kać, ona, brat i
Tata Bis. W rozm owach nie bardzo im  się to udawało.

Następnego wieczoru na lotnisku Tata Bis i Daniel m achali j ej  na pożegnanie. Nagle złapał j ą

strach, wy rwała się z kolej ki i podbiegła do nich.

– My ślałam , że zapom niałam … – bąknęła i uścisnęła ich kurczowo.
Sam olot by ł pustawy, większość Polaków wróciła z Zaduszek poprzedniego dnia.
–  Dzień  dobry   państwu  –  zachrobotał  w  głośnikach  głos  stewarda.  –  Prosim y   usiąść,  zapiąć

pasy   i  wy łączy ć  wszelkie  urządzenia  elektroniczne.  Prosim y   nie  otwierać  schowków  w  czasie
lotu, gdy ż rzeczy  tam  um ieszczone m ogą z nich wy paść i spowodować uraz czaszki.

– Uraz czaszki? – wy rwało się Lu po polsku.
Białe bandaże zaciekły  krwią, lustra zwielokrotniały  kontrast bieli z czerwienią.
– Co? – zacukał się Jean-Pierre.
– Co ci się stało? – zapy tała po raz drugi, ty m  razem  po francusku.
Rozgrzewała się na skakance, kiedy  wy kwitł przed nią spocony, z bandażam i pociem niały m i od

krwi z rozbitego nosa.

– Miałem  sparing – rzucił, staraj ąc się, by  j ego głos brzm iał oboj ętnie.

background image

– Dobrze, że założy ł kask – Ricky  wy rósł za Jeanem -Pierrem . – Nieźle oberwał.
– Walczy łeś z Sené – dom y śliła się Lu.
– Jakie znów oberwał! – obruszy ł się i rzucił do skaczącej  Lu: – Zm ierzy sz się ze m ną?
– Nie ćwiczy łam  od ty godnia.
Nie chciała m u wy j aśniać, że z Polski przy j echała zaziębiona, a tu przy szła przede wszy stkim

dlatego, że się za nim i stęskniła.

–  Sené  go  wy kończy ł.  –  Ricky   poklepał  Jeana-Pierre’a  po  m okry m   podkoszulku.  –  Musisz

popracować nad form ą, Jean-Pierre, wy siadasz po dwóch rundach.

– Ja wy siadam ? No j ak, Lu, bij em y  się?
Ricky  rzucił j ej  czerwony  kask, zaczęła go zakładać, kiedy  podszedł Farid. O głowę wy ższy  od

Jeana-Pierre’a  i  Lu,  szczupły,  naturalnie  um ięśniony,  by ł  obiektem   westchnień  dziewczy n,  które
przy chodziły  tu na próbę. Lu m iała podej rzenia, że wracały  na kolej ne zaj ęcia ty lko po to, żeby
popatrzeć  na  j ego  ciem ne  brwi,  czarne  włosy   zebrane  w  kucy k  i  orli  nos,  który   j akim ś  cudem
wy chodził cało z walk.

– Jak by ło w Polsce? – Cm oknął Lu na powitanie. – Chodź, pokażesz Manon, j ak robić high  kick.

Pokazy wałem  j ej , ale coś nie łapie.

– Pewnie nie m oże się skoncentrować…
Dał  j ej   sój kę  pod  żebra.  Peszy ł  się,  kiedy   zwracano  uwagę  na  j ego  urodę.  Lu  droczy ła  się  z

nim ,  budził  w  niej   zeszłowieczną  chęć,  żeby   go  swatać,  zwłaszcza  z  prześliczną  Manon.  Ona
szesnastoletnia,  on  dwudziestolatek,  kiedy ś  by liby   j uż  parą,  m oże  nawet  m ieliby   dzieci.  Sto  lat
tem u  trzy dziestoletnia  Lu,  kobieta  w  wieku  balzakowskim ,  zaczy nałaby   się  powoli  rozglądać  za
kandy datam i  na  m ężów  dla  swoich  córek.  Mężczy zn  widy wałaby   w  salonach,  ale  nie  m ogłaby
dotknąć żadnego z nich z wy j ątkiem  m ęża.

– A co z naszy m  sparingiem ? – zaprotestował Jean-Pierre.
Farid popchnął Lu w stronę worków.
– Ricky  sam  powiedział…! – Jean-Pierre podniósł głos.
– Chodź, powalczy sz ze m ną. – Farid odwrócił się do niego.
– Dziewczy ny  też powinny  się bić, a nie ty lko… – zaczął Jean-Pierre, ale urwał, bo przed nim

wy rosła Sprite. By ła od niego wy ższa o głowę, włosy  upięła na czubku w woj owniczy  pióropusz.

– Zm ierzy sz się ze m ną? – powiedziała niewy raźnie zza ochraniacza na zęby.
Farid stanął m iędzy  nim i.
– Spokoj nie, Sprite.
– Niech m nie nie denerwuj e – warknęła. – Jestem  tuż przed okresem .
Dziewczy na coś m ówiła, ale Lu, która na j ej  prośbę przy m knęła oczy, nie słuchała.
Odpły nęła  w  błogość  m uśnięć,  wklepy wań,  delikatnego  doty ku.  Jeśli  o  nią  chodziło,

m akij aży stka  m ogłaby   j ą  m alować  cały   wieczór.  By ła  pszczołą,  a  Lu  kwiatem ,  koiło  j ą
niezobowiązuj ące bzy czenie.

– Et voilà! – dziewczy na patrzy ła na nią z zawodową dum ą wy pisaną na twarzy.
Lu  przy j rzała  się  swoim   wy szlachetniały m   ry som ,  rozprostowany m   włosom ,  wiśniowy m

ustom .

– Magnifique, wspaniale. – Sty listka przy kładała teraz do niej  różnokolorowe sukienki.
W  powietrzu  przecinały   się  okrzy ki  w  kilku  j ęzy kach:  sty listka  pochodziła  z

niderlandzkoj ęzy cznej  części Belgii, m akij aży stka z frankofońskiej , proj ektantka by ła Niem ką, Lu

background image

Polką, a dziewczy ny, które brały  udział w pokazie razem  z nią, m ówiły  po angielsku.

– Fantastic.  You  look  great.  –  Sty listka  kręciła  się  teraz  wokół  szaty nki  o  talii  osy,  podaj ąc  j ej

sandały  na kolorowy ch platform ach. – Skręć j ej  bardziej  włosy  – rzuciła do m akij aży stki. – Ma
by ć etno look, aluzj a do afro, a nie anglezy.

Lu wstała z fotela, ustępuj ąc m iej sca rudowłosej  dziewczy nie o kobiecy ch kształtach.
– Jest twarzą naj większego banku w Belgii – szepnęła Lu na ucho m akij aży stka, zanim  przeszła

z rudą na niderlandzki.

– Zrób j ej  paznokcie u stóp na niebiesko. – Sty listka wy rosła obok nich z naręczem  bransoletek i

podała Lu plastikową obręcz we fluorescency j ne wzory. – Załóż tę.

Zanim  wy szły  na podium , Lu sprawdziła, czy  przy szła wiadom ość od Sprite. Obiecała wpaść

na  pokaz,  potem   m iały   uczcić  debiut  Lu  na  wy biegu.  No  i  pogadać,  bo  od  czasu,  kiedy   Sprite
zaczęła  chodzić  z  Bilalem ,  widy wały   się  rzadziej .  Lu  rozej rzała  się  po  kulisach  pokazu  –  j asno
oświetlone stanowisko do robienia m akij ażu, stoj ące wieszaki na kółkach, buty  na stole, obok torby,
biżuteria, paski, chustki, ciem ne okulary. Jej  przy goda z m odą m ogła trwać ty le co ży wot m oty la,
ten pokaz by ł pierwszy  i m ógł się okazać ostatni. To nie by ł j ej  świat, właśnie dlatego chciała się
nim  nacieszy ć do sam ego końca, uczcić go, celebrować i przeży wać.

– Lu, idziesz za Jasm ine, potem  Marina, potem …
Wy szły   w  blask  reflektorów,  głowy   uniesione,  cień  uśm iechu  na  ustach.  Nie  widziały   twarzy

widowni, ty lko zary sy  głów odwracaj ący ch się za nim i. W j edną stronę, obrót, w drugą. Dopiero
tuż  przed  kulisam i  Lu  odważy ła  się  odetchnąć.  Naraz  przy szło  j ej   do  głowy,  że  postaci  w  grze
Miss Calam ity  Jane m uszą m ieć skrzy dła, j edne zielone, j ak u skrzekliwy ch papug z brukselskich
parków, inne kolorowe, j ak pióra kolibra wy tatuowanego na ram ieniu Sprite. Skrzy dła – m usi j ej  o
ty m   powiedzieć.  Kiedy   m odelki  wy szły   ostatni  raz  na  wy bieg  i  otoczy ły   proj ektantkę,  Lu
rozej rzała się po zwrócony ch  do  nich  twarzach.  Chociaż  nie  by ło  wśród  nich  Sprite,  m ignął  j ej
ktoś  znaj om y.  Lu  wróciła  do  niego  wzrokiem ,  wy łuskała  z  tłum u  –  pod  sam y m   podium   klaskał
Bart.

–  By łaś  zachwy caj ąca,  Em i.  –  Parę  m inut  później   usiłował  j ą  obj ąć  za  kulisam i.  –

Przy padkiem   dowiedziałem   się,  że  będziesz  tu  wy stępować,  i  zdoby łem   zaproszenie,  znam
organizatora.

Załatwiłem  z nim , że m ożesz poży czy ć na dzisiej szy  wieczór tę piękną sukienkę. Zapraszam  cię

na kolacj ę.

– Skąd wiesz, że j uż się nie um ówiłam ? – m ruknęła, wy ławiaj ąc z torby  kom órkę.
Sprite przepraszała, nie m ogła przy j ść, bo Bilal wy j eżdżał na ty godniowe szkolenie do Francj i,

chciała spędzić ten wieczór razem  z nim .

– Kto m a więcej  szczęścia, j a czy  on? – Bart wskazał telefon w ręku Lu.
Wy prostowała się, próbuj ąc ukry ć rozczarowanie. W ty ch butach by ła m u równa wzrostem .
Podnieciło to zarówno j ą, j ak i j ego. Kiedy  poszła do toalety, wcisnął się szy bko za nią, zam knął

drzwi  i  bez  słowa  j ą  wziął,  opartą  o  um y walkę.  Wy szła  na  m iękkich  nogach,  przez  całą  kolacj ę
patrzy ła  na  niego  oczam i,  które  dom agały   się  więcej .  W  ram ach  deseru  poj echali  do  niej .
Konkurowali  z  Ritą  i  Hiszpanem ,  którzy   posuwali  się  za  ścianą  wśród  okrzy ków  Olé!  Dochodzili
we czwórkę na zm ianę, na j ęczącej  podłodze.

– To ty lko seks. – Lu związała włosy  w wy soką kitę.
–  A  u  m nie  m iłość.  –  Sprite  przy siadła  na  ławce  z  ochraniaczam i  na  piersi  w  ręku.  Długie

background image

warkoczy ki  przy słoniły   j ej   policzek,  zm iękczaj ąc  ry sy.  Mówiła  z  przekonaniem ,  w
przeciwieństwie do Lu.

Tego dnia żadnej  z nich nie chciało się ćwiczy ć, ale kiedy  weszły  do sali i stanęły  obok Senégo,

Farida,  Lei,  Manon,  Bilala,  Fatim y,  zm ęczenie  przeszło,  j ak  zwy kle.  Każdy   ruch  podczas  ostrej
rozgrzewki  wy dawał  się  ostatnim ,  ledwo  wy trzy m y wali  tem po,  a  j ednak  nie  ustawali.  Gonili  to
uczucie, które zdawało się wy pełniać m ięśnie, m im o zady szki odbij ało się szczęściem  w oczach i
uśm iechach.

Wtedy  j eszcze Lu, Sprite i Lea nie wiedziały, że te m iesiące to by ł ich naj lepszy  bokserski czas.

By li  wszy scy   razem ,  ludzie  z  różny ch  światów,  kultur,  j ęzy ków,  złączeni  potem ,  wy siłkiem ,
śm iechem . Wszy stko to m iało się kiedy ś rozsy pać, przepoczwarzy ć – j uż odeszła Sim one, Walid
zm ienił klub – ale na razie trwało. Wy chodzili razem  z sali, zagaduj ąc się, popy chaj ąc, żartuj ąc,
zakładali  ochraniacze  na  zęby,  golenie,  piersi,  um awiali  się,  kto  z  kim   walczy.  Ricky   brał  na  bok
Leę,  Sprite  i  Lu  i  ćwiczy ł  j e  osobno.  Lu  patrzy ła  w  lustrze  na  trzy   sy lwetki  –  Leę  z  j asny m i
włosam i,  gibką  Sprite  i  siebie,  z  delikatny m   ry sunkiem   m ięśni,  które  wy ćwiczy ła  przez  te
dwanaście  m iesięcy.  Koncentrowała  się  naj lepiej ,  j ak  um iała,  żeby   dorównać  dziewczy nom
fizy cznie i żeby  zapam iętać siebie pom iędzy  nim i.

Chłopcy  schodzili z ringu, teraz walczy ły  one: Sprite z Leą, Lu ze Sprite.
– Co tak słabo! – dźgał j e głos Ricky ’ego. – Sprite, pokaż Bilalowi, że cię stać na więcej !
Lu, m ówiłem , żeby ś nie uprawiała seksu dzień przed treningiem , m y ślisz, że to się nie odbij a

na walce?

Sprite  dawała  Lu  fory,  ale  czasem   przy walała  m ocniej ,  ucząc,  żeby   trzy m ała  gardę.  Kiedy

walczy ła z Leą, nie by ło pardonu.

– Patrz i się ucz – powtarzał Ricky, a do dziewczy n wrzeszczał: – Prawy  sierp, Sprite! Podetnij

j ą, Lea!

Lu  podskakiwała  pod  ringiem ,  upoj ona  entuzj azm em   dla  naturalnej   agresj i,  która  się  tu

wy zwalała, upoj ona świadom ością, że wszy scy  się tu nawzaj em  lubili.

–  To  j est  coś  prawdziwego  –  traj kotała  potem   w  szatni,  aż  Sprite  zaczęła  udawać,  że  zaty ka

sobie uszy. – To się czuj e! Prawda, że to się czuj e?

Starała  się  nie  poddać  fali  czułości,  która  w  niej   wzbierała  w  związku  z  Bartem ,  w  związku  z

człowiekiem   po  prostu.  Wszy stko  przez  to,  że  j ej   ciało  się  otworzy ło,  nauczy ło  się  atakować,
bronić,  szukać  swoich  granic,  przełam y wać  ociężałość;  doj rzało  do  głębokiego  związku  z  inny m
ciałem .

W  powietrzu  czuło  się  wszechobecność  rom ansu  –  patrząc  na  Bilala  i  Sprite,  Lu  poczuła

dotkliwą  tęsknotę  za  zakochaniem .  Bart  wy czuł  j ej   nastrój :  zaspokaj ał  w  niej   sam icę,  czarował
pom y słam i, inteligencj ą, poczuciem  hum oru. Mogła z nim  o wszy stkim  porozm awiać, cieszy ł się
j ej  sukcesam i, nie widział w niej  konkurencj i, nie zazdrościł, nie chciał od niej  pieniędzy. Ty le że
nie dzielił z nią codzienności. No tak, ale ludzie od stuleci się zdradzali, żonaci m ieli kochanki, banał
stał się insty tucj ą – takie m y śli również przelaty wały  j ej  przez głowę.

„Żonatość”  Barta  znów  usunęłaby   się  j ednak  na  dalszy   plan,  gdy by   Lu  na  przy j ęciu

przedświąteczny m  w am basadzie nie podsłuchała pewnej  rozm owy.

– Trafiaj ą na słabszy  m om ent w związku i próbuj ą zgarnąć j ak naj więcej  dla siebie – zape-rzał

się dam ski głos. – Kradną!

– …odchowanego m ężczy znę… – dopowiedziała kobieta, której  Lu nie widziała, bo tam ta stała

background image

za filarem .

– Nikt nie chce zm anierowanego singla, każda woli faceta um iej ącego ży ć w związku.
A trzeba lat, żeby  go sobie wy chować. I potem  przy chodzi taka, m łodsza, cwańsza…
– Z drugiej  strony … Jeśli i on tego chce?
– Chce, chce, co ty  m ówisz, Megi! – Lu rozpoznała głos Dom iniki.
Nie  sły szała  j ej   nigdy   tak  przej ętej .  Wy chy liła  się  zza  filara  i  dostrzegła  zary s  głowy   j ej

j asnowłosej  rozm ówczy ni, włosy  przy cięte by ły  równiutko z linią brody.

–  On  ty lko  chce  na  chwilę  uciec  –  dokończy ła  Dom inika.  –  Nie  j est  łatwo  by ć  m ężczy zną,

zwłaszcza  prawdziwy m ,  z  m ocny m   kręgosłupem .  Na  nich  trwa  polowanie,  ich  zagarniaj ą  „te
trzecie”.

Na ostatnim  treningu przed zawodam i Ricky  ćwiczy ł j e tak, że pod koniec ledwo się ruszały.
– Dalej , wy sil się, Lea! – pokrzy kiwał, patrząc, j ak odbij a pięciokilową piłkę o ścianę. –
Sprite, na ring. Lu, na sm y cz. Od j utra będziecie m iały  ty dzień wolnego, żeby  się nie przerobić

przed zawodam i, ale teraz pracuj cie.

Farid  przewiązał  Lu  skórzany m   pasem   z  przy czepioną  do  niego  gum ową  liną.  Napinała  j ą,

wy konuj ąc proste, sierpy, kopnięcia. Za nią Sené owij ał ręce Sprite czarny m i bandażam i, wsuwał
j ej   włosy   pod  kask.  Kiedy   schy lała  się  pod  linam i,  wchodząc  na  ring,  Bilal  z  drugiego  kąta  sali
podniósł  kciuk.  Na  treningach  się  om ij ali,  to  nie  by ł  czas  na  rom ansowanie,  eroty czny   podtekst
przeszkadzał.

– Dziewięć, osiem , siedem  – odliczał Farid. – Dawaj , Lu, j eszcze trochę, trzy, dwa…
Po walce z cieniem  grała w niej  adrenalina, działały  odruchy, ale szy bkość osłabła. Na ringu

Lu ruszała się j ak m ucha w sm ole.

– Co tak słabo? – krzy knął do niej  Jean-Pierre.
Jean-Pierre: Podobno Polki są dobre w łóżku. Ale Ricky  m ówił, że ona woli kolorowy ch.
I m łodszy ch.
Farid  j ej   nie  cisnął,  ćwiczy li  technikę,  powtarzali  sekwencj e  ciosów.  Ricky   stał  przy   linach  i

patrzy ł  na  nich.  Gdy   zabrzm iał  dzwonek  na  koniec  rundy,  Farid  klepnął  j ą  po  ram ieniu,  Lu
uśm iechnęła się zza ochraniacza na zęby.

–  Dobra  praca  nóg  –  powiedział  Farid  do  Lu.  –  Podczas  zawodów  pam iętaj   o  ty m   i  trzy m aj

dy stans.

Ricky  wy wołał Lu z ringu, stanęli w rogu sali.
– To dla ciebie. – Podał j ej  nieduży  pakunek.
W środku by ły  nowe czarne rękawice bokserskie z delikatny m  ry sunkiem  złotego sm oka.
Założy ła j e na przepocone bandaże. Rękawice pachniały  nowością, by ły  spręży ste w środku.
– Dla m nie? – Wtuliła twarz w czarną skórę. Serce tłukło j ak oszalałe.
– Od twoj ego trenera. Niech ci się dobrze walczy.
Ludzie  wpły wali  przez  podwój ne  drzwi  szerokim   strum ieniem ,  bram karze  zakładali

wchodzący m   bły szczące  taśm y   na  przeguby.  Zapełniła  się  główna  try buna  z  siedzeniam i
ustawiony m i  schodkowo,  teraz  siadano  pod  pozostały m i  dwom a  bokam i  ringu.  Stoły   i  krzesła  za
ringiem  czekały  na sędziów.

– Dziewczy ny, do ważenia! – zawołał Ricky.
Lea, Sprite i Lu podeszły  do wagi w szortach i koszulkach. Wszy scy  się na nie gapili, w grupie

ponad czterdziestu zawodników kobiet by ło ty lko sześć. Kiedy  zeszły  z wagi, Sprite wskazała napis

background image

„Toalety ”.

–  Po  ważeniu  wszy scy   bokserzy   tam   polecą  –  szepnęła  do  Lu.  –  Nie  py taj   dlaczego,  ale  tak

j est. Będzie prawdziwe oblężenie. Nas, dziewczy n, j est z grubsza ty le co toalet, ale oni…

–  Nie  m a  się  co  śm iać  –  skarcił  j e  Ricky.  –  Przed  zawodam i  ciało  się  zam y ka  z  nerwów,

dopiero teraz odpuszcza, to norm alne.

Nad ringiem  rozbły sły  światła, sędziowie zasiedli rzędem  przy  stołach. Kam erzy ści wspięli się

na  słupy,  z  głośników  popły nął  hip-hop,  poj awił  się  pierwszy   zawodnik.  Przeszedł  po
ciem noczerwony m   dy wanie,  wspiął  się  na  ring.  Drobnej   budowy,  niepozorny,  na  głowie  m iał
taj ską  przepaskę,  złocista  końcówka  zady ndała,  kiedy   kłaniał  się  na  cztery   strony.  Po  przeciwnej
stronie hali ukazał się j ego przeciwnik. Widownia skoczy ła na równe nogi, do hip-hopu dołączy ły
bębny. Na głowie czarnoskórego chłopaka sterczał irokez, spodenki i ochraniacze na piszczele by ły
we wzory  m askuj ące koloru khaki.

– Czem pion Beneluksu. – W głosie Ricky ’ego sły chać by ło uznanie.
Zabrzm iał  gong.  Powitalne  dotknięcie  rękawic,  pierwsza,  testowa  wy m iana  ciosów.  I

naty chm iastowe  zaskoczenie  –  niepozorny   chłopak  j edny m   uderzeniem   zwalił  z  nóg  fawory ta
zawodów. Tam ten podniósł się bły skawicznie i zatańczy ł, dem onstruj ąc piękną pracę nóg, ale nie
odważy ł się więcej  na dezy nwolturę. Wy grał raptem  parom a punktam i.

Lu stała pod drzwiam i szatni i obserwowała walki. W pierwszej  rundzie zawodnicy  zazwy czaj

ostro  atakowali,  w  drugiej   przeczekiwali,  w  trzeciej   bili  całą  parą.  Kibice  zaciekle  dopingowali
ulubieńców,  ale  by wali  bezlitośni,  kiedy   widzieli  zm ęczenie  zawodników;  przy szli  po  dawkę
adrenaliny, buczeli rozczarowani, j eśli m ieli za m ało. Kiedy  na ring wy szli kilkuletni chłopcy, po
widowni przeszedł szm er rozbawienia, ale po pierwszej  rundzie nikom u nie by ło do śm iechu. Mali
zawodnicy   kopali  naj wy żej   i  naj precy zy j niej   z  wy stępuj ący ch,  ledwo  dawali  się  rozdzielić
sędziem u, gdy  wy ciągał ich z klinczu.

Po  nich  na  ring  weszły   dziewczy ny :  niewy soka  Marokanka  w  czarny ch  spodenkach  i  Lea  w

różowy ch  szortach  ze  złocisty m i  wzoram i,  które  podkreślały   j asny   kolor  warkoczy ków
przy legaj ący ch do skóry  głowy. Chłopcy  z ich klubu zaczęli bić brawo, ale z inny ch stron rozległy
się śm iechy. Ricky  założy ł Lei kask, dopiął rzepy  rękawic, w usta włoży ł ochraniacz na zęby.

Przez pierwszą rundę walczy ła zachowawczo, aż z widowni zaczęły  dochodzić gwizdy.
W  drugiej   zaczęła  skracać  dy stans  m iędzy   sobą  a  wy ższą  od  niej   dziewczy ną,  tłukła  j ą  po

żebrach,  kopała  po  nerkach.  Tam ta  odrzucała  j ą  kopnięciam i,  ale  Lea  zm ęczy ła  j ą  tem pem .
Widząc, że przeciwniczka szy kuj e się do front kicka, Lea schwy ciła j ej  nogę, pociągnęła i weszła
w bliskie zwarcie.

Mocny   sierp  i  hak  –  z  widowni  zam iast  śm iechów  rozległy   się  oklaski.  Lea  kopnęła.

Przeciwniczka  uskoczy ła  do  ty łu,  a  wtedy   stopa  Lei  wy celowana  w  splot  słoneczny,  trafiła  j ą
m iędzy   nogi.  Dziewczy na  osunęła  się  na  liny.  Kiedy   sędzia  podniósł  w  górę  rękę  Lei  na  znak
zwy cięstwa, kibice, klaszcząc, wstali z m iej sc.

Po  przerwie  przy szła  kolej   na  walkę  Sprite.  W  czerwony ch  szortach  i  topie  odsłaniaj ący m

m uskularny  brzuch, z warkoczy kam i ściągnięty m i w wy soki kucy k pom aszerowała w stronę ringu
w  ry tm ie  dudniącego  hip-hopu.  Weszła  na  ring  i  bardzo  wolno  się  ukłoniła.  Sené,  Farid  i  Bilal
zerwali się z m iej sc, wy krzy kuj ąc j ej  im ię, reszta widowni dołączy ła do nich – Sprite by ła m arką,
kibice  niecierpliwie  czekali  na  j ej   wy stęp.  Przez  pierwsze  sekundy   Sprite  obserwowała
przeciwniczkę,  wy czuwaj ąc  j ej   sty l.  Następnie  przebiła  się  przez  j ej   gardę  ruchem ,  którego

background image

prawie nikt nie zarej estrował. Dziewczy na zatoczy ła się i upadła.

– Knock-out! – ogłosił sędzia i podniósł w górę ram ię Sprite.
–  Teraz  ty.  –  Lea  stanęła  obok  Lu  w  bluzie  narzuconej   na  strój ,  w  który m   walczy ła.  Oko

naciągało siniakiem , przy kładała do niego worek z lodem .

– Ostro walczy ły ście – powiedziała Lu. Jej  j ęzy k by ł suchy  j ak pieprz.
– Kobiety  walczą brutalniej  niż m ężczy źni.
– Teraz m i to m ówisz?!
– Sły szałaś te śm iechy  na początku? Jak widzą nasze warkocze i różowe gatki, to gwiżdżą.
Ale j ak schodzim y  z ringu, j uż im  nie do śm iechu.
– Gotowa? – Ricky  stanął w drzwiach szatni.
Stanęła tam , gdzie wcześniej  j ej  koleżanki. Jestem  j ak Lea, j estem  j ak Sprite… – powtarzała w

ry tm  kroków. Nie widziała m ij any ch twarzy, tak j ak nie widziała widowni, kiedy  szła po wy biegu
podczas  pokazu  m ody.  Tam   płacono  za  urodę,  tu  uroda  rozśm ieszała.  Tam   m iała  się  z  gracj ą
przej ść, m inąć z inną m odelką i zawrócić. Tu m usiała stanąć twarzą w twarz z inną dziewczy ną i
j ej  przy rżnąć.

Światła  ringu  oślepiły   j ą,  poczuła,  że  brakuj e  j ej   oddechu.  Ricky   założy ł  j ej   kask,  wcisnął  na

dłonie rękawice, wepchnął w usta ochraniacz na zęby.

–  Oddy chaj   norm alnie  –  m ówił,  rozcieraj ąc  czubek  j ej   nosa  wnętrzem   dłoni.  –  Pam iętaj ,

dziesięć sekund na obserwacj ę, dopiero potem  uderzaj .

Stanęła  naprzeciwko  krótkowłosej   m asy wnej   dziewczy ny,  dotknęły   się  rękawicam i  na

powitanie. Zabrzm iał gong. Nogi niosły  Lu w ostrożny ch półkolach, lewa z przodu, prawa stopa z
lekko  uniesioną  piętą.  Przeciwniczka  zaatakowała,  szy bki  cios  w  splot  słoneczny,  Lu  odruchowo
złączy ła łokcie, blokuj ąc uderzenie. Noga poszła do przodu, poczuła brzuch dziewczy ny  pod swoj ą
stopą.

Tam ta  odskoczy ła  i  zaatakowała.  Lu  na  chwilę  straciła  orientacj ę,  sły szała,  że  Ricky

wy krzy kuj e  wskazówki,  ale  niewiele  z  tego  rozum iała.  Wy czekała  m om ent,  aż  tam ta  lekko  się
odsunie, uniosła nogę i odepchnęła j ą z cały ch sił, tak j ak uczy ł j ą Farid.

Po pierwszej  rundzie usiadła w rogu, wy pluła ochraniacz.
– Miałaś robić, co m ówię! – Ricky  wlał j ej  do ust wodę, nie m ówił, ty lko krzy czał.
– Właśnie tego nie um iem  – odparowała.
Przegrała  swoj ą  pierwszą  walkę.  Sprite,  dzięki  wy granej ,  dostała  się  do  klasy

półprofesj onalistów, a przeciwniczka Lei wy lądowała na ostry m  dy żurze z naderwaną łechtaczką.

Do Brukseli wracali busem  Senégo, w środku wrzało j ak w ulu, chociaż by ło prawie rano.
W bokserach grała adrenalina, nikom u nie chciało się spać.
–  Sprite,  po  tobie  od  razu  widać,  że  wy szłaś  z  trady cy j nego  boksu,  za  późno  dodaj esz  pracę

nóg. – Um y sł Ricky ’ego krąży ł uparcie wokół wy darzeń wieczoru.

– Przecież wy grałam !
– Ale m ożesz by ć j eszcze lepsza.
Obrócił się na siedzeniu, zwracaj ąc się do Lei, wsłuchanej  w nagranie Akona.
–  Trener  tej   dziewczy ny   napisał,  że  j ą  pozszy wali.  W  szpitalu  m y śleli,  że  została  ry tualnie

obrzezana.

– Mogła założy ć ochraniacz pod m aj tki.
– Ty  nosisz? – zapy tała Leę Lu.

background image

– Pewnie. Już raz sikałam  krwią po zawodach, j ak m nie przeciwniczka kopnęła.
–  Lu  –  zwrócił  się  do  niej   Ricky.  –  Następny m   razem   słuchaj ,  co  do  ciebie  m ówię,  trener  i

zawodnik to j ak woźnica i koń.

– Ricky, ty  m ówisz różne rzeczy …
Świtało, kiedy  podj echali pod dom  Lu. Sprite spała, oparta o ram ię Bilala, Lea położy ła głowę

na kurtce zwiniętej  przy  szy bie. Lu dopiero teraz poczuła napięcie w m ięśniach.

– Wy śpij  się, zasłuży łaś. – Sené klepnął j ą po plecach, kiedy  gram oliła się ze środka.
– Przecież nie wy grałam .
–  Walczy łaś,  to  się  liczy   –  powiedział  Sené,  a  Lu  stanęła  pod  listą  lokatorów.  Buchon,

Markeleiev, Cap.

Ty dzień  później   wracała  z  kolacj i  sy lwestrowej .  Polukrowany   śniegiem   park  bielił  się  za

prętam i  ogrodzenia,  łuk  wznosił  się  sam otnie  do  księży ca.  Brzuchaty   dom   świętował  nadej ście
dwa ty siące dwunastego roku. Na drugim  piętrze ludzie tańczy li, na czwarty m  para wpatry wała
się  w  rozgwieżdżone  niebo,  z  ósm ego  ktoś  wy sy py wał  chipsy.  Okna  Rity   by ły   ciem ne,  za  to  u
pani  Verm eegstah  paliła  się  m ała  lam pka.  Kiedy ś  nie  znałam   pani  Verm eegstah  ani  Rity   –
zdziwiła  się  Lu.  Trzeźwiała,  m arsz  po  zim nie  zrobił  swoj e.  Nie  m iała  siły   na  podsum owania
m inionego roku, m arzy ła ty lko, żeby  się położy ć spać.

Stopa poślizgnęła się na lusterku lodu, Lu przy trzy m ała się m aski m ij anego sam ochodu.
Skrzy dła  –  pom y ślała.  Aleby   m i  się  przy dały.  Tego  wieczoru  powiedziała  Sprite  o  swoim

pom y śle  na  grę  Miss  Calam ity   Jane.  Sprite  wy słuchała  uważnie  –  zawsze  tak  słuchała,  ty lko
ostatnio m iała dla Lu m ało czasu, bo się zakochała. Może dlatego teraz, ostatniego dnia roku, Lu
gadała  i  gadała,  j akby   m iała  werbalne  ADHD  –  o  Calam ity   Jane,  o  ty m ,  j ak  zbiera  druży nę
składaj ącą się z ludzi określony ch specj alności, dzięki który m  wy konanie zadania będzie m ożliwe.
O  ty m ,  że  oprócz  oddany ch  przy j aciół  trafiaj ą  się  fałszy wi,  a  rozpoznanie  ich  zaj m uj e  sporo
czasu, niektórzy  odkry waj ą się  dopiero,  gdy   przy chodzi  czas  próby,  atakuj ą  swoich,  przy j aciół.
Poza  ty m   fałszy wi,  j eszcze  niezdekonspirowani,  obniżaj ą  ducha  walki  druży ny,  j akby   j ej
członkowie wspólnie, insty nktownie wy -czuwali podstęp; chęć do walki spada, co pokazuj ą liczby
w  rogu  ekranu.  Kiedy   m im o  przeszkód  woj ownicy   wy konaj ą  zadanie,  m ogą  się  dozbroić.  Do
kupienia za zgrom adzone punkty  m aj ą hełm y, m iecze, konie i skrzy dła.

– Jakie skrzy dła? – przerwała Sprite.
Lu wy ciągnęła przed siebie rękę i zaczęła zaginać palce.
– Zielone skrzy dła papug, tęczowe kolibrów i brązowoszare kaczek.
Naraz zaczęło j ej  strasznie zależeć, żeby  Sprite doceniła pom y sł, tak j ak m am a chwy tała w  lot

wy m y ślane przez nią historie i przekładała na kom iksowe obrazki.

–  Super  –  rozj aśniła  się  Sprite.  –  Już  widzę  te  zawzięte  figurki,  łopoczące  skrzy dła!  Powinnaś

wy słać proj ekt scenariusza do tej  firm y  produkuj ącej  gry  kom puterowe, wiesz, tam , gdzie by łam
na  stażu  dwa  lata  tem u,  w  Stanach.  Chcieli  m nie  zatrudnić,  ale  nie  m ieli  wtedy   etatów,  dopiero
teraz zwolniło im  się m iej sce. Właśnie m i zaproponowali, żeby m  przy j eżdżała.

Uśm iech Lu zgasł.
– Wy j eżdżasz do Stanów? I dopiero teraz m i o ty m  m ówisz?!
– Ty le się działo, a j eszcze te zawody …
– Kiedy ? – wy dukała Lu.
Sprite  przesunęła  ręką  po  włosach.  Lu  odruchowo  poszukała  wzrokiem   pom arańczowego

background image

pasm a, ale gdzieś znikło.

– Nie wiem , czy  w ogóle poj adę…
Déj à  vu.  Lu  siedziała  w  gabinecie  swoj ego  szefa,  Łukasza,  który   właśnie  zaproponował  j ej

świetne  stanowisko  w  Kopenhadze.  „Nie  wiem ,  czy   poj adę”  –  odparła  wtedy.  Wciąż  pam iętała
j ego m inę.

– Czy  to nie j est szansa zawodowa, o j akiej  m arzy łaś? – powtórzy ła słowa by łego szefa.
– Ale przecież Bilal…
Lu  wracała  do  dom u  w  zby t  cienkich  botkach.  Śnieg  na  ulicach  Brukseli,  Sprite  na  granicy

udom owienia, śpiąca grzecznie Rita, czuwaj ąca pani Verm eegstah. Jakie j eszcze czekały  j ą dziś
anom alie przy rodnicze?

– Em i – usły szała znaj om y  głos.
Bart  wy siadł  z  subaru  zaparkowanego  pod  j ej   dom em .  Obrócił  w  palcach  kluczy ki,  j akby   na

coś  czekał,  po  czy m   podszedł  bez  słowa  do  bagażnika,  wy j ął  ze  środka  walizkę  i  postawił  j ą  na
śniegu. Shisian, Rem ul, Popova, 306 – Lu przeleciała wzrokiem  nazwiska na liście lokatorów.

A potem  j uż m usiała wrócić do niego wzrokiem , bo powiedział:
– Odszedłem  od Ty m ci.

IV KOLONIZATORZY, KOLONIZOWANI
– Czy  m ężczy źni przy chodzą w ży ciu param i j ak…? – Lu urwała.
By ła przesądna, a m usiała przetłum aczy ć Sprite polskie powiedzenie o nieszczęściach.
W j ego angielskim  odpowiedniku, it never rains but it pours – „nie pada, ty lko lej e” – nie by ło

m owy  o żadny ch parach.

– „Nieszczęścia chodzą param i”, tak m ówicie? – zdziwiła się Sprite.
Polski wy dał j ej  się j ęzy kiem  pesy m istów, ucieszy ła się, że m y śli po francusku.
– U nas powiedzenie „zaznać szczęścia” m ożna wy razić j ako „szczy tować szczęściem ”, jo-uir

du bonheur. To j ęzy k opty m istów, non?

– Nie, j eśli kończy cie zdania słowem  „nie” – odgry zła się Lu.
– Mów „szczęścia chodzą param i”. Odczaruj esz część tego waszego słowiańskiego sm utku.
Na tem at tego, czy  m ężczy źni – j ak szczęścia, niech będzie – chodzą param i, Sprite nie m iała

zdania, twierdziła, że j est za m łoda, żeby  to wiedzieć.

Ale to by ło później . Na razie na scenę wkroczy ł Bart. Z walizką.
Déj à  vu  –  pom y ślała  znów  Lu,  stoj ąc  pod  drzwiam i  szacownej   kam ienicy,  pod  którą  agent

nieruchom ości  parkował  sam ochód  z  aptekarską  dokładnością.  Ten,  tak  j ak  tam ten,  który
wy naj m ował  j ej   m ieszkanie,  też  m iał  sportowe  auto.  A  ona  znów  włoży ła  za  cienkie  buty.  Bart
oczy wiście się spóźniał. Poj awił się na końcu ulicy, powiewaj ąc połam i m ary narki. Jak większość
Belgów zim ę zaznaczał w stroj u j edy nie szalikiem . Ubrany  w podobny  zestaw agent uścisnął m u
rękę.

Zwiedzili trzy  m ieszkania, Bart w każdy m  zadawał agentowi m asę py tań, po czy m  zwracał się

do  Lu:  „Co  o  ty m   sądzisz?”.  Wzruszała  ram ionam i  –  obaj   by li  Flam andam i,  rozm awiali  po
niderlandzku, ona widziała ty lko to, co m iała przed oczam i – solidne m ieszczańskie wnętrza. Barta
nie interesowały  rom anty czne poddasza ani lofty  otoczone tarasam i.

– Co m y ślisz, Lu? – py tał.
– Ważne, czy  tobie się podoba.

background image

– Nie wiem , Lu, ty  zdecy duj .
– Przecież ty  będziesz tu m ieszkał.
Bart uśm iechnął się nerwowo do agenta, który  patrzy ł na nich, nie kry j ąc ciekawości. Dobrze

sy tuowany   czterdziestolatek  i  m łodsza  kobieta  z  dziwny m   akcentem ,  ile  razy   widział  j uż  takie
sy tuacj e.  W  końcu  Bart  wy naj ął  m ieszkanie,  które  naj bardziej   przy padło  Lu  do  gustu.  Musiała
przy znać,  że  do  wy naj m u  zabrał  się  szparko,  ty lko  z  właściwy m   określeniem   dla  nowego
m ieszkania m ieli kłopot. On m ówił o nim  „nasze”, ona – „twoj e”. Upierał się, że przeniosą się do
niego razem , chociaż Lu wy raźnie zapowiedziała, że nigdzie się nie ruszy  z dom u z brzuszkiem .

–  Na  pewno  nie  chcesz  z  nim   zam ieszkać?  –  zapy tała  Sprite,  gdy   Lu  j ej   o  wszy stkim

opowiedziała.

Lu pokręciła głową j ak dziecko, które odm awia zj edzenia m archwianki.
– Z drugiej  strony  wreszcie coś zrobił. Nie uważasz, że teraz ty  powinnaś zrobić krok? I że od

tej  chwili j uż wszy stko będzie dobrze?

Lu wy glądała, j akby  m iała zam iar pluć.
– Bzy kasz się z nim , a kiedy  on odchodzi od żony, ty  się chowasz do tego swoj ego m ieszkania,

gdzie  uprawiacie  seks  niem al  zbiorowo  z  sąsiadką  –  ciągnęła  Sprite.  –  Tego  dom u,  gdzie  lista
lokatorów  przy pom ina  spis  pasażerów  sam olotu,  gdzie  nie  m a  ani  j ednego  Belga,  sądząc  po
nazwiskach.

– A pani Verm eegstah? – zripostowała Lu. – To przecież Belgij ka.
Pani Verm eegstah pierwsza zorientowała się, że Bart m a poważne zam iary  względem  Lu.
W noc sy lwestrową nie m ogła spać, bo j eden z j ej  m opsów zj adł końcówkę petardy. Gotowała

m u kaszę,  kiedy   zobaczy ła  Barta  wchodzącego  do  klatki  z  walizką.  Przed  nim   szła  Lu,  j ej   m ina
niewiele  różniła  się  od  m iny   nękanego  niestrawnością  m opsa.  Kiedy   pani  Verm eegstah  piąty
dzień z rzędu m inęła  Barta  wy chodzącego  z  ich  dom u  do  pracy,  nacisnęła  dzwonek  dom ofonu.
Em ilia Rankiewicz, Rita Swan, 778.

– Kto tam ? – zapy tała Lu przez dom ofon zaspany m  głosem .
– Ten m ężczy zna – zadudniła pani Verm eegstah, j akby  sądziła, że rozm awia z nią bezpośrednio

przez siedem  pięter. – Pani wie, że należy  zgłaszać dodatkowy ch lokatorów? To porządny  dom ,  i
tak dziej ą się tu różne rzeczy. Ale j eśli ten m ężczy zna tu m ieszka…

– Nie m ieszka. – Lu ziewnęła.
– Ale to ciągle ten sam .
–  Tak,  ciągle  ten  sam .  –  W  głosie  Lu  zdum ienie  m ieszało  się  z  rozczarowaniem .  –  Co,  pani

zdaniem , m am  z nim  zrobić?

– To zależy, j akie m a zam iary.
– Poważne.
– Proszę go zgłosić j ako drugiego lokatora, a co za ty m  idzie, płacić wy ższy  czy nsz, opłaty  za

wy wóz śm ieci i…

– Wciąż j est żonaty  – przerwała j ej  Lu.
–  W  takim   razie  proszę  m u  się  kazać  wy nieść  –  oznaj m iła  pani  Verm eegstah  tonem

nieznoszący m  sprzeciwu.

Dwa ty godnie później  Bart opuszczał dom  z brzuszkiem  z walizką w ręku, żegnany  przez panią

Verm eegstah  spoj rzeniem   przez  wizj er.  Kiedy   białe  subaru  odj echało,  Lu  ruszy ła  w  stronę
am basady.  Bart  przy sięgał,  że  spacy fikował  Ty m cię,  tak  że  nie  powinna  j uż  robić  kłopotów.  Lu

background image

powtarzała,  że  j est  wolną  kobietą  i  nie  zam ierza  się  wiązać.  „Poza  ty m   dlaczego  m am   ci  teraz
zaufać, skoro ty le razy  robiłeś m nie w trąbę?” – wy pom inała m u. „Bo m nie kochasz” – m ówił z
chłopięcy m  uśm iechem . Ale siebie bardziej  – odparowy wała w duchu Lu. Wzruszy ł j ą j ego akt
odwagi,  ale  drażniła  presj a,  j aką  na  nią  wy wierał.  Dum ny   ze  swoj ego  kroku,  chciał  z  nią  teraz
wszędzie chodzić, m ówić o niej  „m oj a kobieta”. A ona nie czuła się „j ego”.

Idąc do am basady, rozej rzała się za Ritą, ale nigdzie j ej  nie by ło. Podłoga skrzy piała do rana,

widać  sąsiadka  zaspała.  Lu  m inęła  rozłoży sta  kobieta  w  czerwony ch  spodniach.  Oprócz  tego
koloru  nic  innego  j ej   nie  wy różniało,  by ła  płaska  i  m y szowata  j ak  kandy daci  na  radny ch
uśm iechaj ący   się  z  plakatów  przedwy borczy ch,  który m i  w  ostatnich  dniach  zostało  obwieszone
m iasto.

Jedno  ze  zdj ęć  przy kuło  uwagę  Lu,  kandy dat  nazy wał  się  Cuebel.  „Kubeł,  Kubeł”  –

zam am rotała pod nosem . Przy szły  radny  Kubeł obiecy wał, że ulice w dzielnicy  będą j uż zawsze
czy ste.  To  nieciekawie  –  pom y ślała  Lu  –  urok  ty ch  ulic  polega  na  lekkim   zaniedbaniu.  Czasem
lepiej  zostawić rzeczy  takim i, j akie są, non?

A  potem   zdarzy ło  się  coś,  co  wy m agało  ciągłego  opowiadania,  przy patry wania  się,

wsłuchiwania.  Zanim   Lu  zaczęła  m ówić  o  ty m   Sprite,  naj pierw  próbowała  streścić  to  sobie.
Wy szła z tego j akaś  gorąca  litania,  j akby   m ówiła  j ęzy kiem ,  którego  nie  rozum iała,  albo  kreśliła
runy  i wgapiała się w nie, nie potrafiąc z nich nic wy czy tać. Sprite orientowała się m niej  więcej
w  faktach,  ale  ważniej sza  by ła  relacj a  Lu,  j ej   opowieść  siłuj ąca  się  z  wy rażeniem ,  snuciem ,
nazwaniem .

–  Jak  to  by ło,  j ak  to  się  właściwie  zaczęło?  –  py tała  sam a  siebie  Lu,  wtedy   i  później ,  kiedy

wszy stko ruszy ło z kopy ta, swoj ą drogą, własny m  ry tm em . – I dlaczego?

Zakochanie przy darza się ty m , którzy  chcą j e na siebie sprowadzić (tak j ak sprowadza się na

siebie  –  szczęście?  –  Lu  naprawdę  starała  się  odczarować  pesy m isty czny   wy dźwięk
polszczy zny ).

Zakochanie  nieproszone  nie  przy chodzi,  m usi  się  na  nie  znaleźć  m iej sce.  Często  by wa

niewidoczne,  zaskakuj ące,  bo  dlaczego  zakochiwały by   się  m ężatki,  zakonnice,  dlaczego
zakochiwaliby  się m ali chłopcy ? „Zakochanie” to j uż próba nazwania – później sza, j eśli przy j ąć
za punkt widzenia historię Lu.

Kiedy  Cheick wrócił – nie wiadom o skąd, dowiedzieć się czegokolwiek od niego by ło nie lada

wy zwaniem   –  nie  wy dawał  się  j ej   j uż  taki  m onum entalny.  A  m oże  to  ona  wy dawała  się  sobie
waleczna.  Miała  za  sobą  przej ścia  z  Diallem ,  na  bieżąco  siłowała  się  z  kwestią  Barta,  na  ringu
obij ała  Jeana-Pierre’a.  Kiedy   Cheick  zawołał:  „Trzy m aj   łokcie  przy   sobie!  W  boksie  pilnuj
m anier, j ak przy  stole”, udawała, że nie m oże sobie przy pom nieć j ego im ienia.

– Cheick – przedstawił się, kiedy  zeszła z ringu.
Zapisała na zaparowany m  lustrze: „Czej k” i podniosła na niego py taj ące spoj rzenie.
– Jeszcze się nauczy sz – m ruknął swoim  niskim  głosem .
Sięgała  m u  do  grdy ki,  j ak  swoj em u  oj cu  i  nikom u  innem u,  bo  by ła  wy soka.  Nie  lubiła

m ężczy zn,  którzy   nad  nią  górowali  wzrostem ,  zwy kle  wy bierała  chłopaków  równy ch  sobie,
naj wy żej   kilka  centy m etrów  wy ższy ch,  dobrze  j ej   się  z  nim i  chodziło,  kochało.  Teraz  zadarła
głowę i  spokoj nie  spoj rzała  Cheickowi  w  oczy.  Dziś  by ła  kim ś  inny m   niż  wtedy,  gdy   się  poznali
parę m iesięcy  tem u. (Ile? Nie pam iętała, ale potem  skrupulatnie to policzy li). Patrzy ła na niego
wreszcie  bez  tam tego  drżenia,  chociaż  j ego  głos  nadal  czuła  w  brzuchu.  Ciem ną  skórę

background image

porówny wała do swoj ej , tak zwanej  białej , czy li w prakty ce trudnej  do opisania, ni to różowej , ni
żółtawej .  Ona,  j ak  wszy scy   j ej   rasy,  m iała  tu  i  ówdzie  pieprzy ki,  w  poprzek  nosa  latem
wy skakiwały   j ej   piegi.  Jego  karnacj a  by ła  równa,  trochę  ciem niej sza  od  koloru  j ej   włosów.
Włosy  golił, eksponuj ąc piękny  kształt głowy.

Jako j eden z niewielu m ężczy zn m ógł sobie na to pozwolić.
„Wiem ,  znam   go  dłużej   niż  ty   –  Sprite  bezcerem onialnie  przerwała  słowotok  Lu.  –  Kiedy

by łam   nastolatką,  przy kleiłam   sobie  j ego  zdj ęcie  na  ścianie  w  dom u,  i  u  m am y,  i  u  oj ca.
Wszy stkie się do niego m odliły śm y ”.

Ty m czasem   Bart…  (Lu  z  taką  werwą  zaczęła  streszczać  Sprite  ostatnie  wy darzenia,  że

opowieść sam a z siebie nabierała cech trady cy j nej  narracj i; oby  nie wy kręciła także wy darzeń
ani nie wpły nęła na decy zj e Lu). Ty m czasem  Bart wy ciągnął cały  arsenał środków uwodzenia w
zachodnim   sty lu:  zapraszał  j ą  na  wy szukane  kolacj e  albo  szy kował  wieczory   przy   świecach.
Weekendy, dawniej   zarezerwowane  wy łącznie  dla  rodziny,  ofiarował  Lu  (inna  sprawa,  że  by ły
ferie i Rafałek poj echał na zim owisko). Unikał dom u z brzuszkiem , j akby  obsikały  go m opsy  pani
Verm eegstah,  zam iast  tego  podj eżdżał  pod  am basadę  i  zabierał  Lu  do  siebie,  do  świeżo
wy naj ętego m ieszkania z dwiem a sy pialniam i, salonem  i ogródkiem , o który  dbał z determ inacj ą
em ery tki. Usiłował zainteresować nim  Lu, ale ona nie cierpiała babrania się w ziem i.

Teraz, gdy  m iał dla niej  czas, nie m ógł zrozum ieć, czem u wciąż poważnie traktowała treningi.

By ł  cały   dla  niej ,  m ogła  się  zaj ąć  nim   i  m ieszkaniem ,  pom óc  j e  urządzać,  gotować,  pozwolić
sobie szy kować wonne kąpiele z szam panem  i truskawkam i. A ona wciąż gdzieś wy chodziła, j akby
chciała m u pokazać, j aka j est niezależna, sam odzielna. Brakowało m u kobiecego zaangażowania
w sprawy  dom u, ze związku z Ty m cią wy niósł konkretne przy zwy czaj enia.

– Znowu idziesz na boksik? – py tał, gdy  odrzucała zaproszenia na kolacj ę przy  świecach.
– Znowu idziesz do siłowni? – sarkał, kiedy  wy m igiwała się od niedzielnego spaceru.
–  Znowu  biegasz?  –  krzy wił  się,  kiedy   ignorowała  j ego  propozy cj ę,  żeby   spędzić  weekend  w

Pary żu.

– Znowu j edziesz na zawody ?
– Ze Sprite, znowu?…
Zbierała swoj e rzeczy  i m achała m u na pożegnanie. Nie lubiła u niego nocować, bo m usiała

rano  wstawać  wcześniej ,  żeby   wpaść  do  siebie  i  się  przebrać,  zanim   pój dzie  do  pracy.  Nie
przepadała  za  piątkowy m i  kolacj am i,  bo  w  sobotę  nie  m iała  siły   biegać.  Sobotnie  wy j ścia  –  i
znów  te  kolacj e!  Dlaczego  ludzie  na  Zachodzie  ciągle  j edzą,  w  dodatku  tak  późno?  Ciało  nie
nadążało z trawieniem .

Dopiero teraz zobaczy ła, j ak bardzo się rozeszli. Przez te m iesiące od czasu, kiedy  j ą zostawił –

żeby, j ak teraz przy znał, dać szansę związkowi z Ty m cią ze względu na dobro rodziny  – zbudowała
dla  swoj ej   codzienności  m ocną  ram ę.  Nie  m iała  gdzie  wcisnąć  rom ansu,  bo  j ej   grafik  by ł
wy pełniony  po  brzegi.  Bart,  co  prawda,  nie  tracił  nadziei  na  wdrożenie  j ej   do  ży cia  w  związku,
przecież zanim  została j ego kochanką, by ła kilka lat z Michałem , czy li um iała ży ć z m ężczy zną.
Ale Lu zdziczała. Na propozy cj ę, żeby  do siłowni chodzili razem , odm ownie kręciła głową. Kiedy
próbował żartować z j ej  pasj i do walki i przy bierał pozy cj ę, którą uważał za bokserską, nie chciała
się z nim  potem  kochać. Aż j ej  w końcu wy garnął: zostawił zakochaną dziewczy nę, a wrócił do
sam icy  broniącej  zębam i i pazuram i swoj ego tery torium .

– Skoro tak, to m oże czas na m łode? – próbował łagodzić, ale wy warło to ty lko skutek odwrotny

background image

do zam ierzonego.

W  ty m   wszy stkim   Cheick…  (wkraczał  na  scenę,  Lu  bardzo  chciała,  żeby   nie  wy stąpił  w

banalnej   roli).  Żartował  z  nią  –  czem u  nie  robił  tego  wcześniej ,  gdy   się  poznali?  „Bo  się  m nie
bałaś”  –  m ówił,  patrząc  na  nią  oczam i,  który   przewiercały   na  wy lot,  dlatego  chował  j e  za
okularam i. Wy chodził teraz z nim i z treningów; Sprite i Bilal wsiadali do furgonetki, Sené szedł do
swoj ego  busa,  po  Manon  podj eżdżał  oj ciec,  a  oni  szli  razem   dalej .  Cheick  wy kręcał  francuski,
wplataj ąc w niego obce elem enty, a ona śm iała się z tego j ak wariatka.

Przy chodził na każdy  trening. Nie ty lko Lu to zauważy ła, dostrzegli to też Ricky  i Jean-Pierre.

Każdy   z  nich  odciągnął  j ą  w  pewny m   m om encie  na  bok,  proponuj ąc  drinka  we  dwoj e.  „Nie
j estem  wolna” – odpowiadała im , odwrotnie niż Bartowi, którem u powtarzała, że j est wolna. „Nie
szkodzi”  –  odparł  Ricky   i  zapewnił,  że  potrafi  by ć  dy skretny.  „Aha”  –  powiedział  Jean-Pierre  i
przestał przy chodzić na treningi.

– Jesteś z kim ś? – zapy tał Lu Cheick.
By ł początek wiosny, ledwo odm arzało.
– Tak. Nie. Jestem  wolna. Nie całkiem .
Uśm iechnął  się  ty m   swoim   uśm iechem ,  który   wy dawał  j ej   się  czasem   pogardliwy,  j akb

y Cheick wiedział o niej  więcej  niż ona sam a.

– Musisz by ć wolna, żeby  ze m ną by ć. Nie chcę, żeby ś się m iotała m iędzy  m ną a tam ty m .
Lu zatkało. Te dwa zdania zapowiadały  oburzenie, szok i m om enty  przekraczania granic, które

m iały  j ej  się przy darzy ć w związku z Cheickiem .

– By ć z tobą? Skąd ci przy szło do głowy, że j a w ogóle…
–  Nie  dasz  rady   by ć  ze  m ną  i  z  j eszcze  inny m .  Ze  m ną  m ożna  robić  wy starczaj ąco  dużo

rzeczy.

I  m ówił  dalej ,  bo  chociaż  na  pozór  by ł  m ałom ówny,  to  kiedy   j uż  zaczął,  wy snuwał  z  siebie

długie zdania przechodzące w przem owy. Jego filozofię ży ciową, tak różną od tego, co wy dawało
się Lu  swoj skie,  m ogła  odrzucić  albo  się  w  nią  zapaść.  Odrzucić  nie  potrafiła.  Trafiła  j ą  m iłość
m iędzy kulturowa.

Oto ich pierwszy  pocałunek (chy ba). Cheick wskazał j ej  ławkę i sam  usiadł, szerokie ram iona

zasłaniały  pół oparcia.

– Pocałuj  m nie – powiedział.
Pokręciła głową. A gdzie rom anty zm , podprowadzenie, j ego głowa pochy lona nad j ej  głową?

W końcu by ł o ty le wy ższy.

– Pocałuj  – powtórzy ł, patrząc gdzieś przed siebie.
– Nie.
– Nie?
– Jesteś… Jesteśm y  tacy  inni. – Pachniał obco, pociągaj ąco.
Wziął j ą za rękę, wstał. Poszli aż do przy stanku.
– Jadę j utro do studia, poj edź ze m ną – powiedział, wy glądaj ąc, czy  nie j edzie tram waj .
– Jakiego studia?
–  Telewizy j nego,  będę  m ontował  m ateriał.  Czekaj   na  Rogier,  przed  wej ściem   do  m etra,  o

szóstej . Podj adę po ciebie.

Miała ty le py tań, a na powierzchnię wy pły nęło naj głupsze:
– Masz sam ochód?

background image

– Chcesz, żeby m  ukradł?
Wskoczy ł  do  tram waj u,  a  ona  patrzy ła  za  nim .  Zanim   puścił  j ej   rękę,  cm oknął  j ą  szy bko  w

usta na pożegnanie – czy  to by ł ich pierwszy  pocałunek? Z nim  nic nie by ło oczy wiste. Wszy stko,
co  robił,  szy dziło  ze  schem atów,  j ęzy kowy ch  i  każdy ch  inny ch.  Lu  odwróciła  się  i  ruszy ła  w
stronę  dom u.  Stanęła  pod  listą  lokatorów.  Kaczm arek,  Mr  Fakoputos,  Johan  Blitz.  Zam iast
oszołom ienia  „pierwszy m   pocałunkiem ”  czuła  zdziwienie.  Jeszcze  nie  wiedziała,  że  to  uczucie
będzie  j ej   towarzy szy ć  przez  cały   związek  z  Cheickiem ,  że  doświadczy   zdziwienia  pod  różny m i
postaciam i:  od  niedowierzania,  przez  osłupienie,  po  przerażenie.  I  zachwy tu,  nade  wszy stko
zachwy tu.

Raz dał j ej  m ango.
– Jak m am  to j eść? – zapy tała, obracaj ąc w ręku owoc w kształcie m ałej  piłki do rugby.
– A j ak j esz brzoskwinię?
Wgry zła się w m iąższ, krople słodkiego soku ściekły  j ej  po brodzie. Bart zlizałby  j e fry wolnie,

Cheick  przy glądał  się  j ej   bez  słowa  zza  szkieł  okularów,  które  nie  pasowały   do  boksersko  po-
turbowanego nosa – by ł trudny  do rozgry zienia. W przeciwieństwie do m ango, które j ej  dał, żeby
się zregenerowała po treningu. Mango pochłonęła od razu, Cheicka nadgry zała powoli, kawałek po
kawałeczku.

Po kolej ny m  treningu to ona dała m u m ango.
–  To  m ango  brazy lij skie  –  powiedział  w  końcu  z  uprzej m ą  m iną,  obracaj ąc  owoc  w  długich

palcach.

– Aha.
– Afry kańskie są słodsze.
I  j uż  wiedziała,  j ak  sm akuj e  dezaprobata  Cheicka.  A  przy   okazj i  dostała  lekcj ę  afry kańskości.

Nigdy  nie zdołała zachwy cić go polskością w takim  stopniu, w j akim  on zaraził j ą entuzj azm em
dla swoich korzeni. Czy  to dlatego, że kobiety  chłoną chętniej  to, co doty czy  ich m ężczy zn,  czy
j ej  patrioty zm  rozpuścił się w roztworze europej skości, dość, że nie czuła potrzeby  wy chwalania
polskiej  gruszki.

A j ednak gdzieś sty kały  się ich światy, konty nenty. Kiedy  Cheick wspom inał, j ak chował się na

drzewie,  bo  na  dole  kręcili  się  żołnierze,  Lu  przy pom niała  sobie  opowieść  babci  o  ty m ,  j ak
wy wieziona podczas woj ny  do Niem iec wracała do Polski po wy zwoleniu. Musiała przeczekać na
drzewie  naj ście  radzieckich  żołnierzy   na  dom   Niem ki.  Gdy by   zeszła,  zrobiliby   z  nią  to  co  z
Niem ką.

– Um iałby ś zabić? – zapy tała Lu Cheicka.
Uśm iechnął  się  tak,  j ak  uśm iechała  się  j ej   babcia.  Lu,  która  woj ny   nie  doświadczy ła,  ten

uśm iech niepokoił. Nagle Cheick podniósł j ą, naj pierw na wy sokość swoich piersi, potem  wy żej .

Trzy m ał  j ą  na  rękach  wy ciągnięty ch  w  górę,  m ogła  dotknąć  gałęzi  drzew,  bezpieczna  w

koronie j ego dłoni.

–  Chodź,  trzeba  się  ruszać.  –  Postawił  j ą  na  ziem i  i  ruszy ł  leśną  ścieżką,  wskazuj ąc  krzaki

rosnące  po  bokach  dróżki.  –  Te  rośliny   m ożna  j eść,  ale  ty ch  nie,  zobacz,  j aki  m aj ą  sok,  kiedy
złam iesz łody gę. A te z kolei…

Szła  za  nim ,  a  podbrukselski  lasek  wy dawał  się  dżunglą.  Opowiadała  o  ty m   później   Sprite,  a

właściwie wy krzy kiwała:

– Niósł m nie na rękach, bez wy siłku!

background image

– Wie wszy stko o roślinach!
– Wszędzie sobie poradzi!
– Te j ego długie zdania, brzm ią j ak m uzy ka!
Sprite  przy pom inała  sobie,  co  sam a  wiedziała  o  Cheicku,  i  tak  powstały   dwie  wersj e:

wy krzy kiwana i zrównoważona, pretenduj ąca do m iana obiekty wnej .

–  Urodził  się  w  Kongu,  j ak  j a  –  zaczęła  Sprite.  –  Jest  nas  tu  więcej ,  urodzony ch  tam ,

wy chowany ch tu. Cheick przy j echał do Belgii j ako nastolatek. Jego oj ciec uciekł przed reżim em
Mobutu,  naj pierw  do  Stanów,  potem   osiedlił  się  tu,  wy kładał  na  uniwersy tecie  w  Nam ur,  by ł
profesorem  historii. W tam ty ch latach w Nam ur nie m ieszkało wielu czarny ch. Podczas studiów
Cheick  zaczął  prowadzić  audy cj e  w  studenckim   radiu  i  od  tego  się  wszy stko  zaczęło,  od  j ego
głosu.

– Chciał m nie zabrać do studia.
– Do radia? Dziwne, od lat go nie sły szałam .
– Do telewizj i, coś m iał m ontować. Nie m ogłam  poj echać, by łam  j uż um ówiona.
–  Dziwne  –  powtórzy ła  Sprite  –  od  dawna  nigdzie  nie  pokazuj e  się  publicznie.  Wtedy   ze

studenckiego radia przeszedł do publicznego, dostał nawet swoj ą audy cj ę. To by ł hit! Opowiadał o
Kongu,  a  m y,  tutej si  Kongij czy cy,  odkry waliśm y   wreszcie  naszą  historię.  Przecież  w  szkole
uczy liśm y  się ty lko o Belgii, Europie. Cheick ściągał do radia Kongij czy ków, nie ty lko DJ-ów czy
sportowców,  ale  też  profesorów,  działaczy,  intelektualistów,  m łody ch  ludzi,  którzy   chcieli  coś
zrobić.

Wy rażał to, co czuliśm y, m y, tutej si czarni. Dziewczy ny  kochały  się w j ego głosie.
– I co dalej ? – ponagliła Lu.
– Nic. Zniknął. Ludzie m ówili, że stał się zby t popularny, że za dużo m ówił o historii stosunków

kongij sko-belgij skich. Mówią ci coś takie nazwiska j ak Cheikh Anta Diop albo Aim é Césaire?

Lu pokręciła przecząco głową.
– Dzięki niem u odkry liśm y  ich książki. Czarni pisarze, a m y śm y  ich nie znali! Cheick opowiadał

o  nich,  by ł  taki  chary zm aty czny,  pory wał  nas.  Recy tował  fragm enty   na  koncertach,
współpracował  ze  świetny m i  m uzy kam i,  robili  rewelacy j ne  kawałki.  A  potem   zapadł  się  pod
ziem ię. Zniknął z radia i ze sceny, podobno nie skończy ł studiów. Chodziły  słuchy, że wy j echał do
Konga, podobno j eździł po kraj u i rozm awiał z ludźm i, nie wiem , czy  to prawda. Inni m ówili, że
został  pielęgniarzem .  Kiedy ś  m ój   kolega  dostał  zapaści  po  przedawkowaniu,  j ak  wezwali
pogotowie, okazało się, że przy j echał Cheick.

– Przedawkował? – przerwała j ej  Lu. – Ty  też brałaś?
– Robiłam  różne rzeczy, kiedy ś ci opowiem .
Lu starała się dowiedzieć od Cheicka czegoś o j ego ży ciu, ale szło to wy j ątkowo opornie.
W rozm owie o sobie by ł taki j ak na ringu – obserwował, uskakiwał, osłabiał im pet. „Nie m usisz

zby t  wiele  wiedzieć”  –  m awiał,  kiedy   przy szpilała  go  py taniam i.  Sprite  popy tała  wśród
znaj om y ch,  ktoś  sobie  przy pom niał,  że  parę  lat  tem u  poznał  kobietę  Cheicka,  ktoś  twierdził,  że
Cheick m a dziecko. Krąży ły  wokół tem atu, w końcu Sprite zapy tała: – A nie m ożesz go po prostu
zapy tać? Bilal m i wszy stko m ówi. – I zanim  Lu zdąży ła otworzy ć usta, sam a sobie odpowiedziała:
– No tak, ale to j est Cheick.

To zdanie Lu powtarzała sobie potem  często.
– Gdziekolwiek by śm y  poszli, ludzie go rozpoznaj ą, pozdrawiaj ą – tokowała ty m czasem . –

background image

A kuzy ni, m a ich wszędzie!  Jest ciągle w ruchu,  a to wy j eżdża, a to  j eździ po Brukseli, ot,  tak

sobie.

To takie inne…
„To takie inne” – to by ło kolej ne zdanie, które często powtarzała.
Raz zadzwonił, kiedy  j adła kolacj ę z Bartem . Nie odebrała, a on więcej  nie próbował.
Następnego  dnia  siedziała  od  rana  w  pracy   j ak  na  szpilkach.  Wreszcie  urwała  się  w  porze

lunchu,  ale  zam iast  j eść,  pobiegła  do  parku.  Wiosna  ogrzała  ziem ię,  wy doby ła  z  drzew  trochę
seledy nowej  zieleni. Lu wy j ęła telefon i zaczęła się w niego wpatry wać.

Jest j eden m om ent, który  decy duj e o zakochaniu. Usiadła na ławce i wpatrzy ła się w num er

Cheicka.  Jeśli  zadzwoni,  wej dzie  w  to.  Zadzwonić  czy   nie?  Bo  potem   to  j uż  sam o  idzie,  nie  m a
odwrotu.

Wchodzi  w  to,  szczęśliwa,  przestraszona.  Nie  wie,  co  dalej .  Trzęsie  j ej   się  głos  i  ręka,  którą

trzy m a słuchawkę.

– No i? – sły szy  cichy  głos Cheicka.
Jeszcze  trochę  się  pospoty kali  „na  sucho”,  j ak  to  potem   określała  w  rozm owach  ze  Sprite,  ale

oboj e wiedzieli, że słowa, gesty, godziny, m inuty  są ty lko odliczaniem  do chwili, gdy  znaj dą się
sam i  w  j akim ś  pokoj u.  Włóczy li  się  razem   po  Molenbeeku,  dzielnicy,  gdzie  wszy scy   Cheicka
znali.

Aż  któregoś  dnia  stanęli  przed  zielony m i  drzwiam i  wąskiej   kam ienicy.  Weszła  za  nim   po

schodach na drugie piętro.

Małe m ieszkanie kończy ło się tarasem  wy łożony m  drewnem , barierka by ła zrobiona z  długich,

grubo  ociosany ch  desek.  Można  by ło  usiąść  na  prostej   ławce,  oprzeć  się  plecam i  o  ścianę
nagrzaną słońcem  i patrzeć na ceglaste dachy  Brukseli.

Lu  j eszcze  nigdy   nie  kochała  się  tak  intensy wnie,  aż  niewiele  j ej   z  tego  zostało  w  pam ięci,

j akby  coś wy paliło taśm ę z zapisem  w j ej  głowie. Ostały  się ty lko fragm enty  obrazów, który m i
wy m ościła ściany  pokoj u z napisem  „Cheick”, pokoj u, do którego drzwi otworzy ł, naj gorętszego
pom ieszczenia w j ej  wnętrzu. Nie wiedziała, że m oże by ć tak wilgotna, tak nam iętnie go gościć.

I  znów,  j ak  to  z  Cheickiem ,  zabrakło  chwil  trady cy j ny ch  –  sy ty ch  uśm iechów,  postkoitalny ch

karesów.  Po  prostu  zasnęli  j edno  w  drugim ,  Lu  owinięta  j ego  nogam i  i  rękam i,  z  cipką  zatkaną
j ego członkiem , on z ustam i zasy pany m i brązowy m i skrętam i j ej  włosów.

To j est zupełnie inne, intensy wne, poza schem atam i – m ówiła do siebie, zanim  odważy ła się o

ty m  opowiedzieć.

– Poza schem atam i? – zapy tała ostrożnie Sprite.
– Takie niezwy czaj ne, inne. Boj ę się, żeby  nas coś w te schem aty  nie wepchnęło.
– Dlaczego?
– Nieubłagana sy m etria – odparła Lu. – Mężczy zna i kobieta, czarny  i biała.
Nie chciała, żeby  nurt rom ansu znów zawładnął j ej  ży ciem  ani opowieścią, chociaż nie m ogła

nie zauważy ć, że m ówi teraz głównie o Cheicku. Sprite kiwała głową, a w końcu zadała py tanie,
celne j ak j ej  ciosy :

– A Bart?
Lu  wy katapultowało  z  wy krzy kiwanej   opowieści,  m onotem aty cznej ,  gorącej ,  doprawionej

innością.

– Czuj ę się j ak zdradzaj ąca m ężatka – j ęknęła.

background image

Tata  Bis  siedział  u  szczy tu  stołu,  m aj ąc  po  prawej   ręce  Monikę.  Dalej   siedziały   „dzieci”  –

dziesięcioletni Tadeusz, sy n Moniki, i Daniel. Między  chłopcam i usiadła Lu. Wkrótce dołączy ł do
niej   Bart  i  Lu  nagle  straciła  status  dziecka,  stała  się  częścią  drugiej   pary.  Bart  wkleił  się  w
rodzinny  obrazek z właściwą sobie swobodą. Tatę Bis wy ciągnął na spy tki na tem aty  zawodowe,
Monikę uj ął wątkiem  rodzicielskim , j ego sy n by ł w wieku Tadeusza; Daniela zagadnął o sportowe
pasj e.

– Wolę snowboard, narty  są za wolne. – Daniel ostrożnie nabił na widelec krewetkę.
– Jak za wolne – zaprotestował Tata Bis. – Przecież ci siedziałem  na ogonie!
– Dogoniłeś m nie, bo się wy waliłem .
– Dzieci zawsze konfabuluj ą. – Tata Bis chrząknął.
– Faktem  j est, że j eździsz nieco… zachowawczo. – Monika dotknęła delikatnie blizny  na twarzy

Taty  Bis.

– Mam  naturę kontem placy j ną! – obruszy ł się. – Lubię popatrzeć na kraj obraz, a nie go m ij ać

w pędzie.

– Narty  są do tego idealne, j eździ się na nich wolno j ak na orczy ku. – Daniel położy ł krewetkę

na talerzu.

–  Gdzie  j eździliście?  –  Bart  zam ówił  ślim aki,  które  wy ciągał  ze  spiralny ch  m uszli  m ały m

widelczy kiem .

– En France, Les Trois Vallées! – wy krzy knął Tadeusz.
– Po polsku, m ów po polsku – zwróciła sy nowi uwagę Monika.
–  Trzy   Doliny.  We  czwórkę.  On  i  m am a,  i  Daniel,  i  j a.  –  Tadeusz  m ówił  po  polsku  z  obcy m

akcentem .

– Chodzi do francuskoj ęzy cznej  szkoły, trudno j est utrzy m ać polski na j akim  takim  poziom ie –

sum itowała się Monika.

Bart m rugnął do Tadeusza.
– Twój  polski j est lepszy  od m oj ego.
–  Może  w  przy szły m   roku  poj edziem y   razem   w  góry,  wszy scy ?  –  zapy tała  Monika.  –  Bart,

m ógłby ś zabrać Rafałka, Tadeusz m iałby  kolegę w swoim  wieku.

Tata Bis wskazał talerz sy na.
– Zj esz wreszcie tę krewetkę? Czem u j ą szturchasz?
– Sprawdzam , czy  od tego oży j e. – Daniel wzruszy ł ram ionam i.
Po deserze wy szli z restauracj i i skierowali się w dół ulicy. Patchworkowa rodzina – pom y ślała

Lu,  patrząc  na  idący ch  przodem   Barta  i  Monikę.  By li  rówieśnikam i,  rozm awiali  o  czy m ś  z
oży wieniem  po francusku, płowe włosy  Barta podfruwały  na wietrze, kobiecy  kok Moniki rozluźnił
się i groził rozsy paniem . Przed nim i z rękam i w kieszeniach kurtki m aszerował Daniel, czarna kitka
lśniła w słońcu,koło niego podskakiwał Tadeusz, peroruj ąc łam aną polszczy zną. Daniel uśm iechał
się,  ale  widać  by ło,  że  m y ślam i  by ł  gdzie  indziej .  Mij ane  dziewczy ny   rzucały   m u  zalotne
spoj rzenia.

– Daniel polubił Monikę – zagaiła Lu, staraj ąc się dotrzy m ać kroku Tacie Bis.
– Bo to świetna kobieta – odparł niezby t uważnie. Nagle zatrzy m ał się pośrodku ulicy. –
Czasem  trudno z nią wy trzy m ać. Nie usiedzi w m iej scu, nie poczy ta – rzucił bez tchu. – Czy  j a

nie j estem  za stary  na taką m łodą kobietę?

Lu też przy stanęła i wskazała podbródkiem  Barta.

background image

– A j a nie za m łoda dla niego j estem ? – usły szała sam ą siebie.
Bart, idący  przodem  z Moniką, obej rzał się.
Bart: Jaka ta Em i śliczna! Gdy by  tak złoży ć w całość j ej  ciało i doj rzałość Moniki…
Monika: Tadeusz oszalał na punkcie Daniela, chy ba dorósł do tego, żeby  m ieć rodzeństwo.
Lu pom achała im , ruszy li za chłopcam i uspokoj eni, blond kobieta Taty  Bis i płowowłos y Belg

Lu.

– Jest ktoś inny  – wy krztusiła, nie patrząc na Tatę Bis. – Strasznie m nie wzięło, ale prawie go  nie

znam . Nie wiem , czy  to m a sens. Czy  gdziekolwiek prowadzi. On j est taki… inny.

Ktoś  ich  m inął,  śm iej ąc  się,  szy bki  francuski  zagłuszy ła  policy j na  sy rena.  Tata  Bis  coś

powiedział, ale Lu zarej estrowała ty lko ruch j ego ust.

– Słucham ?
– Będziesz wiedziała – powtórzy ł.
– Kiedy ? – Głos Lu zabrzm iał błagalnie.
– Będziesz, zobaczy sz.
W  klubie  bokserskim   ty lko  Sprite  wiedziała,  co  łączy   Lu  i  Cheicka,  oni  sam i  się  z  ty m   nie

zdradzali. Za wcześnie – powtarzała sobie Lu. „Rozwiąż naj pierw sprawę z tam ty m ” – upierał się
Cheick. Ale Lu nie by ła na to gotowa. Zdrobnienia Barta uzupełniały  sarkazm  j ęzy kowy  Cheicka,
zam iatanie wszy stkiego  pod dy wan  kontrastowało ze  zwy czaj em  wy kładania  kawy  na  ławę.  Jej
Belg  o  różowiej ącej   od  słońca  skórze  planował  każdy   ruch  z  wy przedzeniem ,  j ej
Afroeuropej czy k nie um awiał się dalej  j ak na ten sam  dzień. Lu nie chciała wy bierać, w chaosie
świeży ch zachwy tów i dawny ch przy zwy czaj eń nie widziała wy raźnie. Wolała zaczekać, aż ten
m om ent, kiedy  będzie wiedziała, sam  nadej dzie, tak j ak obiecał Tata Bis.

Z zewnątrz wy glądało to inaczej .
– Dlaczego po prostu nie powiesz Bartowi? – dziwiła się Sprite.
– Nie wiem , co robić. – Lu rozczochrała włosy  tak, że utworzy ły  na głowie buj ną szopę. –
Nie podoba m i się, że „m uszę” wy bierać, to całe „albo-albo”. Dobrze m i robi kochanie dwóch

m ężczy zn.

Nagle dotarło do niej , że m ówi tak, j ak kiedy ś m y ślał Bart, rozdwoj ony  m iędzy  nią a Ty m cią.

Co  za  ironia  –  gdy by   szukała  zrozum ienia,  znalazłaby   j e  u  tego,  który   rościł  sobie  teraz  do  niej
prawo  wy łączności.  Za  to  Sprite  nie  m ogła,  nie  chciała  zrozum ieć,  że  poznawanie  dwóch
m ężczy zn m ęczy, ale też fascy nuj e. Do Lu w końcu dotarło, że kiedy  m ówi o podwój ności, Sprite
boi się, że Bilal j ą zdradzi. Dlatego zam iast zwierzać się przy j aciółce, swoim  zwy czaj em  zrobiła
spis na kartce.

Podwój ność – etapy :
1. euforia;
2. wy rzuty  sum ienia;
3. próby  ugłaskania j ednego i drugiego;
4. próby  przepraszania to j ednego, to drugiego;
5. w tle: nieustaj ące ścieranie się „chcenia” oby dwu;
6.  oby !  wsłuchanie  się  w  swoj e  „chcenia”.  Coraz  m niej szy   lęk  przed  ty m ,  co  oni  zrobią.

Pozwolenie, żeby  m y śleć ty le czasu, ile się potrzebuj e; 7. insty nktowne odsuwanie się do swoich
spraw.

Dwa  ostatnie  punkty   wy pisała  ży czeniowo,  z  nadziej ą,  że  uda  j ej   się  j e  zrealizować,  o  ile  po

background image

drodze nie okaże się, że „j uż wie”, j ak obiecy wał Tata Bis. Punkt czwarty  napisała na wy rost, bo
na  razie  ty lko  Cheick  wiedział  o  Barcie,  Bart  o  Cheicku  nie.  A  j ednak  punkty   od  drugiego  do
piątego  odczuwała  tak,  j akby   rzecz  by ła  wiadom a  obu.  Tak  czy   inaczej   prowadziła  podwój ne
ży cie  m iłosne,  ze  wszy stkim i  j ego  wadam i  i  zaletam i.  Czerpała  podwój ną  radość  z  czułości  i
swoj skości Barta, z szorstkiej  prawdziwości Cheicka. Żarła j ą zazdrość o żonę Barta, wciąż obecną
w j ego ży ciu, i o to, j akie wrażenie na kobietach robi Cheick.

– Jesteś łakom a – powiedział ten ostatni, kiedy  sunęła ustam i w dół j ego brzucha. – On i j a… –

m ruknął i urwał, a Lu nie wiedziała, czy  m ówi o sobie i Barcie, czy  o sobie i swoim  członku.

– Po co ci ta szarpanina? – zapy tała j ą Sprite, kiedy  przebierały  się w szatni przed treningiem .
– Może podwój ny  rom ans to sposób na wy j ście z ram  rom ansu trady cy j nego – m ruknęła Lu,

układaj ąc piersi pod sportowy m  stanikiem .

– Co m asz przeciwko m onogam ii? – zdziwiła się Sprite i zebrała warkoczy ki w wy soki ogon.  –

Dzięki  Bilalowi  wszy stko  we  m nie  topniej e,  wreszcie  j est  m i  dobrze.  Miłość  odgradza  od
sam otności.

– Właśnie, roztapiasz się! Przestaj esz by ć sobą.
– Chcesz m ieć dwóch, żeby  nie dać się określić j ednem u?
–  Posłuchaj ,  dla  Cheicka  j estem   biała,  j ak  kolonizatorzy.  Dla  Barta  j estem   Słowianką  z

katolickiego kraj u. Według Cheicka j ako kobieta m am  potrzebę opiekowania się inny m i. Bart widzi
we  m nie  słabszą  płeć,  to  on  chce  się  m ną  opiekować.  Przy szpilaj ą  m nie  ty m i  swoim i
określeniam i, aż ciężko oddy chać.

Sprite włoży ła czerwone spodenki i poklepała się po płaskim , um ięśniony m  brzuchu.
– Ludzie przy pinaj ą sobie nawzaj em  łatki, bo tak im  łatwiej . – Wzruszy ła ram ionam i.
Lu  zam ilkła.  Nie  cierpiała  poczucia  dookreślenia.  Wreszcie  zrozum iała  Barta,  który   wolał

podwój ność.  Ironia,  której   kiedy ś  uży wała,  opowiadaj ąc  o  nim   Sprite,  wróciła.  Potrzeba
podwój ności krąży ła teraz w niej , j akby  Bart j ą w nią wsączy ł.

Dom inika przy witała lato wściekły m  turkusem . Paski sandałów, szlaczek na bluzce pod biustem ,

nawet turban – wszy stko m iała turkusowe.

– Dom iniczko, nie gorąco ci w ty m  stroiku? – dopy ty wała się pani Ula, a kiedy  nie doczekała

się odpowiedzi, szepnęła do pana Zdzisława: – Pewnie włosów nie um y ła, sam otna m atka nie m a
czasu dla siebie.

–  Może  przeszła  na  j akąś  inną  religię.  –  Kierowca  zawsze  powtarzał,  że  j est  tolerancy j ny,

dopóki  ktoś  zby tnio  od  Boga  nie  odej dzie.  Sam   odwiedzał  go  w  każdą  niedzielę  w  świeżo
wy pastowany ch butach.

– Chce się podobać. – Pani Ula uśm iechnęła się dom y ślnie.
– W ty m ?!
Kasj erka zaczęła m rugać do pana Zdzisława, który  nie zrozum iał znaków.
– Pan pój dzie do kuchni – podpowiedziała Lu. – Pani Ula chce pana poczęstować ciastem .
Pani Ula zaczęła m rugać i na nią. Z tłum iony m  westchnieniem  Lu podąży ła za nim i.
W kuchni kasj erka zaświstała scenicznie:
– Pan dy rektor kogoś m a.
Lu zerknęła nerwowo na drzwi. Dy rektor Pac poruszał się bezszelestnie, j ak to zwierzchnik.
– No bo tak – pani Ula rozczapierzy ła palce – ostrzy gł się. Nowa woda kolońska. Jak dzwoni, to

wy chodzi.

background image

–  Ja  też  się  ostrzy głem .  –  Pan  Zdzisław  starał  się  nie  okazy wać  rozczarowania,  że  nie  dostał

ciasta. Pani Ula celowała w sernikach. – A nową m a, bo m oże m u się stara skończy ła.

– Jak pan brzy dko o pani Sandrze m ówi!
– Ja o wodzie… – zaczął pan Zdzisław, ale pani Ula weszła m u w słowo.
–  Nie  wierzy cie  m i,  to  zapy taj cie  sprzątaczki.  –  Wy prostowała  się  z  godnością.  –  Znalazła  w

j ego palcie paczkę ty ch… kondonów.

– Kondom ów – poprawiła Lu odruchowo. – Grzebała m u po kieszeniach?
– Wy padło, j ak wieszała j ego płaszcz.
Pan Zdzisław patrzy ł to na j edną, to na drugą.
– To j ak, będzie to ciasto?
– Ale czem u nie chciała pani o ty m  m ówić przy  Dom inice? – zapy tała Lu panią Ulę.
– Bo to ona j est tą flam ą.
Cheick kiepsko znosił by cie „ty m  trzecim ”. „Spoty kam y  się raptem  od m iesiąca, prawie się nie

znam y ” – próbowała tłum aczy ć, ale nie słuchał. Chciał by ć j ej  j edy ny m  m ężczy zną. Stawiał j ej
wy m agania,  „karał”,  j eśli  nie  dotrzy m ała  słowa.  Kiedy   obiecała  zadzwonić  rano,  a  zrobiła  to
dopiero w południe, ignorował j ej  telefony.

– Nie odbierałeś! – W Lu wszy stko się trzęsło. Nagła świadom ość, że m oże go nie by ć, wy dała

się przy gniataj ąca.

– Widocznie by łem  zaj ęty.
–  Nie  dzwoniłam   rano,  bo  to  weekend,  m y ślałam ,  że  śpisz.  –  Nawet  nie  zauważy ła,  kiedy

zaczęła się tłum aczy ć.

– Toby m  się obudził – odparł.
– Nie chciałam  cię budzić…
– My ślisz, że by cie obudzony m  przez ciebie to naj gorsze, co m oże się zdarzy ć?
– Mim o wszy stko nie by ło nawet dziesiątej .
– Po prostu sam a spałaś. – Głos Cheicka brzm iał, j akby  nudziła go ta rozm owa.
– Nie, skąd! To znaczy …
– Czem u nie powiesz po prostu: spałam , by łam  zm ęczona?
– Wy chowanie. To przez m oj e wy chowanie.
– To hipokry zj a.
– Nie, to m aniery.
– Chcesz powiedzieć, że j a nie m am  m anier?
– Jesteśm y  inni…
– Aha. Brawo.
Dał się udobruchać, a Lu pluła sobie w brodę, że nie zadzwoniła do niego rano, j ak obiecała.
Co z tego, że tego ranka obudziła się koło Barta, ile razy  on odbierał telefony  od Ty m ci, będąc z

nią?  Nie  um iała  m u  się  odpłacić  ty m   sam y m ,  nie  chciała  go  zranić.  A  m oże  to  hipokry zj a,  j ak
m awiał Cheick.

Zorientowała się, że podświadom ie próbuj e złapać Barta na j akiej ś winie, żeby  w odpowiedzi

wy palić:  „Mam   dość,  z  nam i  koniec”.  W  końcu,  j ak  twierdził,  dla  niej   zostawił  żonę.  Poczucie
winy,  naj lepszy   przy j aciel  dziewczy ny,  tuż  po  diam entach.  Kiedy   Bart  oznaj m ił,  że  j edzie  na
urlop  z  sy nem   i  że  będzie  tam   też  Ty m cia,  w  Lu  wezbrały   stare  żale.  Jak  zwy kle  m usiała
dopasować  się  do  ich  grafiku.  Wy czuł  napięcie  i  zasy pał  j ą  zdrobnieniam i,  wizj am i  słonecznej

background image

plaży.

– Em i i Bart na Maj orce!
– Posłuchaj …
–  Albo  Em i  i  Bart  na  Seszelach.  A  m oże  wolisz  Portugalię?  Będzie,  j ak  chcesz:  Em i  i  Bart  w

Portugalii!

Nie cierpiała, gdy  m ówił o nich w trzeciej  osobie. Denerwowało j ą j ego rozedrganie, łaknęła

spokoj u,  długich  zdań.  Naraz  wszy stko  j ą  w  Barcie  zaczęło  denerwować.  Wy szła,  trzasnąwszy
drzwiam i, zbiegła do m etra. Dwadzieścia m inut później  wy siadła na stacj i w Molenbeeku – i j uż
stała pod drzwiam i Cheicka.

O kochance dy rektora Paca doniósł Lu aniołek. Norm alnie nie plotkował (tak twierdził), ale Lu

lubił (tak twierdził), dlatego wy szedł z budki i ruszy ł za nią.

– A pani znów zapom niała badża. – Pogroził j ej  palcem .
– My śli pan, że j estem  kim ś inny m ? To ty lko w Mission: Impossible zakładaj ą gum owe m aski i

udaj ą  kogo  innego.  –  Lu  wcisnęła  guzik  windy.  –  Chociaż  kto  wie,  m oże  tak  naprawdę  j estem
dy rektorem  Pacem …

– Jest pani za ładna, żeby  by ć panem  dy rektorem .
Winda  naj wy raźniej   utknęła  w  kazam atach,  z  dołu  doszły   stęknięcia  i  postukiwanie.  Aniołek

przy sunął się do Lu.

– Nigdy  by  pani nie uwierzy ła, co tu się dziej e…
Z sekretariatu wy szła Viola z plikiem  dokum entów.
– Lepiej  zej dź schodam i – poradziła Lu. – Na dole wy ładowuj ą katering.
– W naszy m  dziale? – upewniła się Lu.
– Twój  szef świętuj e czterdziestkę. Nawet Gie… pani am basador obiecała wpaść.
Lu ruszy ła w stronę schodów, a aniołek podreptał za nią.
– Pani am basador m a wpaść na przy j ęcie pana dy rektora, bo… – Zawiesił znacząco głos. –
Pan dy rektor kogoś m a…
Lu  nieoczekiwanie  poczuła  nić  porozum ienia  z  dy rektorem   Pacem .  Może  fakty cznie  zdradzał

Sandrę? Widać chciał się zakochać.

Aniołek poprawił rękawy  m unduru.
– Pan dy rektor kręci z panią am basador – zaraportował.
Okolice  dworca  lepiły   się  od  pożądania.  Kraj obraz  z  klientam i  szukaj ący m i  prosty tutek

oży wiali swoj ą obecnością przy padkowi kochankowie. Kręcili się tu, podnieceni upałem , zwabieni
niskim i  cenam i  m iej scowy chhoteli.  W  m iarę  j ak  im   odm awiano,  by li  gotowi  płacić  coraz
więcej .

Cheick  i  Lu  m inęli  dworzec,  poszli  w  górę  ulicy.  Weszli  do  afry kańskiego  baru,  gdzie  na

niedużej  scenie grała grupa z Mali. Lu odwróciła się do Cheicka, żeby  o coś zapy tać, ale by ło za
głośno, i tak by  nie usły szał. Ludzie wokół klaskali, czarny  chłopak tańczy ł z białą nastolatką, para
po  pięćdziesiątce  popij ała  piwo,  kelnerka  niosła  talerz  z  ry bą  tak  długą,  że  py sk  wy stawał  poza
naczy nie. Stopy  Lu sam e zaczęły  się ruszać, bębniarz uśm iechnął się do niej , zachęcaj ąc, żeby
zatańczy ła. Śm ielej  puściła w ruch biodra. Nie wy puszczała z rąk butelki, którą podał j ej  Cheick.

Ty lko ten chłodny  doty k łączy ł j ą ze światem , który  znała.
Zapam iętała się w tańcu, aż straciła z oczu Cheicka. Gdy  odszukała go wzrokiem , zobaczy ła, że

przy glądał  j ej   się,  spoj rzenie,  gęstsze  od  m uzy ki,  przy legało  do  j ej   ciała,  wilgotnego  od  upału  i

background image

tańca. Spoj rzała na parę nastolatków – tańczy li zm y słowo. Bębniarz przy spieszy ł, Lu poczuła, że
Cheick kładzie j ej  dłoń na biodrze.

Wy szli ostudzić się na powietrzu, z baru wciąż dobiegały  dźwięki m uzy ki. Cheick patrzy ł na nią

bez  słów,  a  ona  nie  siliła  się  na  zagady wanie  ciszy.  Przerwał  j ą  dopiero  dźwięk  telefonu.  Kiedy
zaczął  m ówić  do  słuchawki,  j ego  francuski  brzm iał  pieszczotliwie.  Lu  wy chwy ciła  zdrobnienia,
j edno się powtarzało, coś, co przetłum aczy ła j ako „m alutka”. Nagle zapragnęła, żeby  i do niej  tak
się  zwrócił,  nadał  j ej   pieszczotliwe  im ię.  Do  tej   pory   m ówił  do  niej   „Em ilia”,  wy powiadał  j ej
im ię  uważnie,  staraj ąc  się  go  nie  wy koślawić  obcy m   akcentem .  Czasem   wołał  ironicznie:
„m adem oiselle”, pij ąc do j ej  m anier, które j ak twierdził, ograniczały  przeboj owość Lu na ringu i
w  ży ciu.  Jej   zwy czaj   „dawania  do  zrozum ienia”  by ł  słabszy m   odpowiednikiem   Bartowego
owij ania w bawełnę, ale  dla  Cheicka  i  tego  by ło  nadto.  Chwy tał  j ej   intencj e,  zanim   zdąży ła  j e
wy powiedzieć, czasem  zanim  sam a się w nich połapała. Śm iał się, widząc j ej  na poły  zdum ioną,
na poły  urażoną m inę.

„My ślę  szy bciej   niż  ty,  niż  większość  ludzi  –  m ówił.  –  Poznałem   ludzi  różny ch  kultur,  wiem ,

kiedy  kom binuj ą, bo tak im  wy godnie, a kiedy  kręcą, bo nie um iej ą m ówić wprost”. „Ale Cheick,
pewny ch rzeczy  się nie m ówi!” – upierała się, a on j ak dziecko powtarzał: „A dlaczego?”.

Rozłączy ł się i wsunął kom órkę do kieszeni.
– Coś ważnego? – zapy tała.
– Ktoś – odparł. – Kobieta, którą kocham .
Ból j ak ten z ringu – naj pierw niedowierzanie, potem  m ięśnie zbij aj ą się kulkę, oddzieloną od

reszty  ciała cierpieniem .

– Dzwoniła m oj a córka Fiona – wy j aśnił szy bko, widząc j ej  m inę.
Nie m ogła tak od razu się uspokoić, więc zaczął m ówić. Nigdy  j ej  nie przy tulał, kiedy  by ła w

takim  stanie, wolał owij ać j ą słowam i. Dzięki tem u Lu dowiedziała się wreszcie czegoś o nim , i  to
od niego sam ego.

–  Jej   m am a  j est  Angielką  –  zaczął.  –  Ale  zanim   się  z  nią  związałem ,  kochałem   inną

dziewczy nę…

Miał  siedem naście  lat,  kiedy   się  w  niej   zakochał.  By ła  starsza  od  niego,  skończy ła  szkołę

pielęgniarską i poj echała do rodziców, do Rwandy. Cheick chciał z nią j echać, ale j ego oj ciec się
nie zgodził.

– By ł początek ty siąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Oj ciec j est history kiem ,

wiedział, na co tam  się zanosi. Miał nosa, rok później  wy buchła woj na.

Lu przetłum aczy ła sobie to sform ułowanie na polską m odłę, chociaż Cheick powiedział nie ty le

„wy buchła woj na”, ile „zaczęło się ludobój stwo”.

– Szukałem  j ej  przez Czerwony  Krzy ż, odnalazłem  j ą dopiero trzy  lata później .
Zapalił skręta.
– By ła j uż z kim ś inny m , m ieli dziecko.
Lu  nie  drąży ła,  co  się  działo  m iędzy   „szukałem ”  a  „znalazłem ”,  sposób,  w  j aki  m ówił,

zniechęcał do py tań. Odważy ła się spy tać ty lko o j edno, chociaż właściwie znała odpowiedź:

– Miała na im ię Fiona?
Spoj rzał  na  nią  i  zaczął  się  śm iać.  Kiedy   się  śm iał,  robił  to  cały m   sobą,  obej m uj ąc  rękom a

głowę w geście, który  j ej  babcia dołączała do okrzy ku „Olaboga!”. Ale u Cheicka nie oznaczało to
trwogi, ty lko zaraźliwą wesołość.

background image

– A tobie ty lko rom anse w głowie – powiedział wreszcie. – To im ię nadała córce m oj a eks.
W dniu, w który m  zaczęła rodzić, um arła j ej  babcia, też Fiona.
Spadł deszcz, by ł to krótki spazm  w upalnej  nocy. Cheick nasunął na głowę kaptur bluzy.
– Kocham  cię – powiedział nieoczekiwanie.
Otworzy ła usta, żeby  odpowiedzieć, ale w ty m  m om encie koło nich wy rósł nastolatek.
– Masz zioło? – Popatrzy ł błagalnie na Cheicka.
Lu wzięła Cheicka za rękę i pociągnęła za sobą.
– Jak to, nie j esteś dealerem ? – darł się za nim i chłopak.
Rano, kiedy  obudzili się w j ego m ieszkaniu w Molenbeeku, kochali się, potem  znów zasnęli.  Lu

m y ślała o tam ty m  „kocham  cię”, Cheick o śniadaniu.

– Jedz, tu m asz m leko, płatki są j uż cukrzone – powiedział.
– A ty  co zj esz?
– Jestem  m ężczy zną, na śniadanie palę i pij ę whisky  – zakpił, ale naprawdę tak zrobił.
Dunia  zadzwoniła  do  niej ,  j akby   coś  przeczuwała.  Lu  opowiedziała  j ej ,  że  Cheick  chce  z  nią

by ć.

– A ty ? – zapy tała Dunia. – Też tego chcesz?
Lu pom y ślała, że m am a zadałaby  j ej  dokładnie to sam o py tanie.
– Cheick j est pory waj ący …
– Ale?
– To się za szy bko dziej e! – wy buchła Lu. – A j eszcze Bart zostawił Ty m cię, akurat teraz…
Nie wiem , co z nim  zrobić. Jakby  tego by ło m ało, j eszcze Cheick!
–  Chciałaby ś  m ieć  czas,  żeby   sobie  wszy stko  ułoży ć,  wiedzieć,  czego  chcesz.  –  To  nie  by ło

py tanie.

Lu kiwała twierdząco głową, czego Dunia nie m ogła widzieć, ale się dom y śliła.
– To sobie ułóż – powiedziała tonem  pani Verm eegstah.
– Muszę wy bierać – m ruknęła Lu.
– Kto ci każe? Oni? – pry chnęła Dunia.
I dorzuciła coś o ży ciu, które rozdaj e karty, a chociaż m arzy  się o inny ch, to trzeba grać ty m i,

które się m a. Po czy m , nie robiąc żadny ch przerw ani wstępów, wy paliła:

– Malina się zakochała.
– Malina? Mała Malina?
Malina m a chłopaka! – pom y ślała Lu i nagle coś w niej  pisnęło: Ja też! I j uż wiedziała, co dziś

powie Bartowi.

Ale kiedy  zobaczy li się wieczorem , Bart j ą przeprosił i położy ł się do łóżka – by ł zestresowany

przed rodzinny m  wy j azdem , nie m iał siły  na żadne rozm owy. A m oże złapał gry pę. Zanim  poszła
do siebie, popatrzy ła na swoj e odbicie w łazienkowy m  lustrze. Nikt by  nie powiedział, że tak się  w
niej  gotuj e.

Sandra  zrzuciła  klapki  i  wsunęła  nogi  w  piasek.  Wiśniowy   lakier  poły skiwał  w  słońcu,  zanim

przy sy pały  go ziarenka. Lu stała nad nią, czuła się j ak intruz.

– Zam ówiłam  dla dziecka, ale na razie j a z niej  korzy stam  – wy j aśniła, kiedy  prowadziła Lu do

ogródka, gdzie pod m ałpim  drzewem  wy kwitła piaskownica.

Usadowiła się na wy godny m  obram owaniu i wskazała Lu m iej sce obok siebie.
– Klapnij  sobie. Dla Jarka zrobiłam , żeby śm y  razem  na dziecko patrzy li, ale tak rzadko by wa

background image

teraz w dom u…

Lu  przy cupnęła  na  brzegu  obram owania,  które  przy kry wała  wy profilowana  ławeczka,  dzieło

zdolnego polskiego stolarza, którego poleciła Sandrze.

– Jak zam knę oczy, to widzę Bałty k, sły szę głosy  z polskiej  plaży. – Sandra się rozm arzy ła.
Lu  przy m knęła  powieki  i  zobaczy ła  starsze  panie  w  bieliźniany ch  stanikach  i  spódnicach  z

Tesco,  m ężczy zn  w  galotach  trzy   czwarte.  Wy pluwali  pestki  czereśni  i  poj adali  j agodzianki,
obserwuj ąc lodziarza ciągnącego środkiem  plaży. „Looo-dy y ! Looo-dy y y  czekoladowe!” – darł
się  lodziarz.  „Przem ek,  chodź  no  zj edz!”  –  wołały   babcie,  celuj ąc  we  wnuczków  kanapkam i  z
serem .

Osy   unosiły   się  nad  koszam i  na  śm ieci,  opadały   chm aram i  na  porzucone  resztki,  koły sało  się

m orze, fale szurały  o piasek.

–  Już  wiem ,  kto  j est  kochanką  Jarka  –  usły szała  głos  Sandry,  w  który m   nie  by ło  ani  śladu

rozm arzenia.  –  Wy śledziłam   kurwę.  Miałam   nawet  do  niej   iść  z  awanturą,  ale  pom y ślałam ,  że
inaczej  j ą załatwię. Na zawsze popam ięta, że z Sandrą się nie zadziera.

Wiśniowe paznokcie wy strzeliły  w górę, piasek sy pnął na boki.
–  Jechałam   za  nim i  taksówką,  w  peruce,  żeby   m nie  Jarek  nie  poznał.  Nie  kry li  się,  poj echali

prosto do j ej  m ieszkania. Jarek wy szedł po półgodzinie. To by  się zgadzało, dobrze go znam .

Gałęzie m ałpiego drzewa pilnuj ącego willi w Jezus-Eik zakoły sały  się j ak m asy wne ogony.
Lu pom y ślała, że nie zasnęłaby, m aj ąc coś takiego za oknem .
– Załatwię j ą! I j ego. Popam iętaj ą Sandrę.
– Ale kto to j est? Ta trzecia?
Sandra spoj rzała na nią, osłaniaj ąc bok twarzy  od słońca.
– No, Viola! A m y ślałaś, że kto?
Kiedy ś Lu m y ślała, że gdy by  się okazało, że Cheick m a więcej  kobiet, nie ty lko j ą, tak bardzo

by   j ej   to  nie  dotknęło.  Sam a  m iała  ich  dwóch.  Jako  j edna  z  kobiet  Cheicka  m oże  czułaby   się  w
dwój nasób kobieca. Tak m y ślała, dopóki nie zobaczy ła go z inną.

Dziewczy na by ła wy soka, wy ższa od Lu, i tak śliczna, że nie by ło m ężczy zny, który  by  się za

nią nie obej rzał. Lu też naj pierw zwróciła uwagę na j ej  urodę, dopiero potem  zauważy ła, z kim
tam ta rozm awia. Cheick pochy lał się nad nią opiekuńczo, tak j ak czasem  nad Lu.

Schowała  się  za  przy stankiem .  I  tak  daleko  by   nie  uszła,  nogi  m iała  j ak  z  waty.  Dziewczy na,

Afry kanka z wy prostowany m i włosam i, uśm iechała się do niego, kładła na j ego ram ieniu rękę z
paznokciam i  um alowany m i  na  czerwono.  W  końcu  Cheick  wziął  j ą  pod  łokieć  i  poprowadził  do
sam ochodu zaparkowanego po drugiej  stronie ulicy. Dziewczy na podała m u kluczy ki i usadowiła
się na m iej scu pasażera.

Lu wy ciągnęła telefon i trzęsący m i się rękam i wy brała num er Cheicka. Nie odbierał.
Spróbowała  j eszcze  raz  i  znów.  Jakby   wsty du  nie  m iała  –  przecież  on  zobaczy   te  osiem   czy

dziesięć darem ny ch prób połączeń.

Oddzwonił  dopiero  po  kilku  godzinach.  Powiedział,  że  wy czerpała  m u  się  bateria  i  że  m usi

wy j echać. Zanim  zdąży ła zapy tać o dziewczy nę, rozłączy ł się.

–  Ten  twój   związek  z  nim   j est  bardziej   wy obrażony   niż  prawdziwy.  –  Sprite  pokiwała  głową,

kiedy  Lu j ej  o wszy stkim  opowiedziała.

– Ból j est prawdziwy ! I szczęście też…
– Ale to są chwile kradzione. To nie j est codzienność.

background image

– Z żadny m  m ężczy zną nie doty kałam  tak bardzo tego, co naj inty m niej sze. Nigdy  się tak nie

kochałam , nie czułam  tak swoj ego ciała. Może ty lko w boksie.

– Co ty  o nim  właściwie wiesz? O ty m  dzisiej szy m  Cheicku?
–  Nie  m asz  poj ęcia,  ile  on  wie  o  m nie,  ile  odgadł,  i  to  rzeczy,  który ch  sam a  o  sobie  nie

wiedziałam .

– Co on robi, z czego się utrzy m uj e?
–  Jak  z  nim   rozm awiam ,  otwiera  się  nowy   świat.  Niesam owite,  że  m ożna  m y śleć  tak  j ak  on,

by ć outsiderem  i j ednocześnie czuć się na swoim  m iej scu. Pieprzy ć sy stem .

– Poznałaś j ego znaj om y ch, bliskich? Rodzinę?
– Kim  j est dla niego ta laska, j ak m y ślisz? – Lu stała teraz tak blisko Sprite, j akby  zam ierzała nią

potrzasnąć.

Sprite bez słowa pchnęła drzwi klubu. Potem  wszy stko szło nie tak: Ricky  próbował poklepać Lu

po pupie, a ona odskoczy ła, wściekła, że nie potrafi ostrzej  zareagować. Dopiero kiedy  klepnął w
siedzenie  szesnastoletnią  Manon,  Lu  nawrzeszczała  na  niego,  staj ąc  w  obronie  dziewczy ny.
Manon patrzy ła wielkim i ze zdziwienia oczam i na pieniącą się Lu i Ricky ’ego, który  twierdził, że
nie zna się na żartach. Rozsierdzona Lu poszła obij ać worek, a on sy knął do Manon, że Lu zaczy na
by ć za stara do walk i przestaj e interesować się boksem , bo pewnie chce m ieć dziecko, j ak każda
kobieta po trzy dziestce, z kim kolwiek.

– Z kim kolwiek? – Młodziutka Manon się zgubiła.
–  A  m y ślisz,  że  skąd  te  j ej   hum ory ?  Zegar  biologiczny.  Twoj a  m am a  ile  m iała,  j ak  cię

urodziła?

– Czterdzieści.
– No tak, ale ty  j esteś naj m łodsza z całego rodzeństwa.
– Nie…
Ricky  spoj rzał na nią, j akby  się właśnie obudził.
– Manon, j esteś prześliczna – powiedział po chwili zupełnie inny m  tonem . – Ale pam iętaj , że

naj ważniej sza dla kobiety  j est niezależność. Skończ szkołę, studia i znaj dź dobrą pracę, żeby ś nie
m usiała by ć zależna od m ężczy zny. Zawsze ich będziesz m iała, ale nic im  nie zawdzięczaj .

Spocona  Lu  nieoczekiwanie  wy nurzy ła  się  zza  słupa,  podeszła  do  Ricky ’ego  i  cm oknęła  go  w

piegowaty  policzek.

– Za co? – Uśm iechnął się niepewnie.
Lu wy tarła pot goły m  ram ieniem  i zwróciła się do Manon:
– Zapam iętaj , co ci trener powiedział.
Cheick wrócił po pięciu dniach i od razu chciał się widzieć z Lu.
– Nie m ogę – odparła szty wno.
– Właśnie przy j echałem  i pierwsze, co robię, to do ciebie dzwonię, do swoj ej  kobiety.
Przy j dę po ciebie po pracy.
– Jest letnie przy j ęcie w am basadzie, m uszę na nim  by ć.
– To co m am  zrobić, czekać z erekcj ą do wieczora? O której  kończy sz? Przy j dę po ciebie.
Kilka godzin później , gdy  wy m y kała się z im prezy, aniołek wy j rzał przez przeszklone drzwi.
– Niech pani uważa – ostrzegł Lu. – Kręci się tu Murzy n.
Podeszła do Cheicka, szty wno poddała się j ego uściskowi. Spoj rzał na nią i pokiwał głową.
– No, m ów – rzucił, ruszaj ąc w stronę wej ścia do m etra.

background image

– Ale o czy m ? – Lu by ła taka naburm uszona, że ledwo m ogła m ówić.
–  Mów  –  powtórzy ł  znudzony m   tonem ,  wy ciągaj ąc  ty toń  i  bibułkę  do  skręta.  –  Znam   cię

przecież.

Widziała  go!  Miała  prawo  wiedzieć,  kim   j est  ta  kobieta,  z  którą  on  znika  na  cały   ty dzień  i  nie

raczy  nawet zadzwonić. Ty le by ło bólu w j ej  głosie – a on zaczął się śm iać.

–  Nie  na  ty dzień  –  wciąż  j eszcze  się  śm iał  –  ty lko  na  cztery   dni.  By łem   w  Holandii,

pom agałem   kuzy nowi  w  przeprowadzce,  nie  m am   włączonego  roam ingu.  A  ta  dziewczy na,  o
którą py tasz, to prosty tutka.

– Miłego wieczoru, Em ilko – usły szała Lu za sobą.
Dom inika  m inęła  ich  ze  spuszczony m i  oczam i.  Lu  spoj rzała  na  Cheicka  –  na  niespodzianki,

które j ej  fundował, naj szy bciej  reagowało j ej  ciało. Ty m  razem  zaczęły  j ą m rowić ręce.

– Korzy stasz z usług prosty tutek? – wy rzuciła z siebie, zastanawiaj ąc się m im ochodem , dlatego

prosty tutki oferuj ą „usługi”, j ak centra stom atologiczne.

– Nigdy  w ży ciu. Brałem  ty lko od niej  pieniądze.
– Aha.
– Nie m ogłem  przecież tego robić w m iej scu publiczny m .
– Pewnie.
Z  am basady   wy szła  Viola,  zm ierzała  teraz  w  ich  kierunku.  Jeszcze  chwila  i  we  trój kę  będą

rozważać, kim   j est m ężczy zna,  który  pobiera  od prosty tutek  pieniądze w  ustronny ch  m iej scach.
Lu ruszy ła przed siebie na oślep.

– Chodź, poj edziem y  do m nie – usły szała za sobą głos Cheicka.
– Naj pierw zobacz, czy  nie m a tam  prosty tutek!
– Tam  nie. – Dogonił j ą kłębek dy m u wy puszczony  w powietrze.
Zrobiła  zwrot  i  znów  ruszy ła  przed  siebie,  ty m   razem   w  kierunku  dom u.  Mało  nie  wpadła  na

Violę.

– Do j utra, Em ilia – bąknęła dziewczy na, nie kry j ąc zdziwienia.
Lu  szła  coraz  szy bciej ,  niem al  biegła.  Kiedy   się  obej rzała,  zobaczy ła,  że  Cheick  idzie  za  nią

ulicą w takim  tem pie, j akby  wy prowadzał m opsy  pani Verm eegstah. Lu przy stanęła i poczekała,
aż do niej  niespiesznie dotrze.

– Jak czarny, to alfons, tak? – powiedział cicho, j ak to on. – Czarny  to dealer narkoty ków, czarny

to koszy karz, czarny  to m uzy k. Jak by łem  bokserem , nikt się nie dziwił, wiadom o, czarni są dobrzy
w boksie. Gorzej , j ak próbowałem  robić inne rzeczy.

– Przestań grać na rasistowską nutę!
Zdusił butem  papierosa.
– Jedy ne dobre z tego, co o nas m ówią, to że m am y  dużego.
– Na tej  im prezie ktoś m ówił, że Polacy  są zby t bladzi, żeby  by ć biali. – Głos Lu podnosił się

niepostrzeżenie. – Że to ty lko sprzątaczki i budowlańcy, m otłoch ze Wschodu. Że j esteśm y  j akąś
inną  rasą,  nie  biały m i  ludźm i.  A  ci,  w  tej   am basadzie,  w  ogóle  tego  nie  widzą.  Ani  w  Polsce,
zadowoleni z siebie. Polska j est pępkiem  świata. Ty lko nikt nie wie, gdzie leży  – niem al krzy czała.

Popatrzy ł na nią bez słowa, na ustach błąkał m u się zm ęczony  uśm iech.
–  Aleśm y   się  dobrali!  –  odezwał  się  w  końcu.  –  Ty   zby t  biała,  j a  zby t  czarny.  To  ty lko  na

początku  boli.  Biali,  czarni,  żółci  czy   sraczkowaci  to  ety kietki.  Znaj dź  swój   środek,  m alutka.  A  ta
dziewczy na, z którą m nie widziałaś, j est m oj ą kuzy nką ze strony  m atki. Rodzice dali j ej  na bilet do

background image

Belgii, bo powiedziała, że będzie pracować j ako sprzedawczy ni, tak j ak w Kinszasie. Ty m czasem
ona tu się zakochała, ty le że facet j est żonaty. Bogaty, nie chce się rozwieść, bo straciłby  m aj ątek
na alim enty. Więc wciska kochance pieniądze z poczucia winy, a ona j e przesy ła rodzicom .

– Sam  m ówiłeś, że dawała pieniądze tobie, a nie rodzicom .
– Jak m a j e przesłać, skoro nie m a swoj ego konta? Nie m oże założy ć, bo wciąż nie pracuj e.
Jakby  j ą zapy tali, skąd m a pieniądze, to co powie?
– Mówiłeś, że to prosty tutka.
– Ona tak o sobie m ówi, to nasz pry watny  żart. Została j ego kochanką, bo się zakochała, ale on

z  niej   zrobił  utrzy m ankę.  Woli  j ej   dawać  pieniądze,  niż  żeby   chodziła  do  pracy   i  wracała
zm ęczona, m niej  chętna.

– A ty ? Masz konto, pracę? Co ty  właściwie robisz, Cheick?
– Pracuj ę tam  – wskazał budy nek u wy lotu ulicy  – i w inny ch szpitalach. Kiedy ś j eździłem  w

pogotowiu, potem  zostałem  rehabilitantem . My ślałem , że wiesz.

Bart wrócił z wakacj i wy poczęty, chociaż przed Lu grał zbolałego, by ć m oże tak według niego

powinien  się  zachowy wać  przy szły   rozwodnik.  By ł  chętny   do  seksu,  ale  nie  wiedziała,  czy   to
dlatego, że wy pościł się przy  Ty m ci, czy  ty lko cieszy  się zm ianą. Kiedy  opowiadała o ty m  Sprite,
obie zwróciły  uwagę na przekąs w głosie Lu – nie uwolniła się od dawny ch dem onów. To sam o
powiedziała Bartowi, a ten fragm ent opowieści dla Sprite nazwała m elodram aty cznie: Za późno.

Bart  z  wy j azdu  przy wiózł  j ej   prezent,  pas  do  pończoch.  Gadżeciarz,  wielbiciel  koronek  i

wy cięty ch staników, ze swy m i gustam i wy dał j ej  się nagle dziwaczny, poczuła się przy  nim  j ak
pudel na wy stawie. Cheick wolał j ą sauté.

–  Lubię,  j ak  podkreślasz  swoj ą  kobiecość  –  m ruknął  Bart,  kiedy   rozwinęła  papier  i  dotknęła

poły skliwego m ateriału w kolorze bordo.

– To nazy wasz kobiecością? – Podniosła w palcach pas do pończoch. – Chcesz ze m nie zrobić

lalkę. Boisz się prawdziwej  kobiecości.

– Em i?
– Jest ktoś – wy rzuciła z siebie.
Wziął od niej  pas i zaczął m achinalnie gładzić poły skliwe tasiem ki.
– To ty lko strach przed zobowiązaniam i, Em i – odezwał się w końcu.
– My ślałam , że to nic poważnego – odparła, j akby  go nie sły szała. – Ale to trwa.
Bart: Kiedy  Ty m cia chciała m ieć drugie dziecko, znalazłem  sobie Lu. Ale Lu zerwała dla m nie

z chłopakiem . Kobiety  chcą m nie na poważnie. Nawet ta ostatnia, przez którą Ty m cia wy rzuciła
m nie z dom u, też chciała związku. A tak m nie dobrze pocieszała po ty m , j ak Lu m nie rzuciła.

– Zostawiłeś m nie. – Głos Lu brzm iał rzeczowo. – Pozwoliłeś się odpłakać i odżałować.
I nagle zm artwy chwstałeś. Czego ty  ode m nie chcesz?
– Chcę by ć z tobą.
– Dałeś m i czas, żeby m  nauczy ła się by ć bez ciebie, przestała cię potrzebować. Żeby m  stała

się gotowa na nową m iłość.

– Jestem  tu dla ciebie, Em i. Kochaj  m nie.
– Za późno.
W  opowieści  dla  Sprite  przy prawiła  ten  fragm ent  sarkazm em ,  chociaż  wtedy   zrobiło  j ej   się

niewy raźnie. Kpiarski ton przy brała również, kiedy  opowiadała, j ak Bart tłum aczy ł, że walczy ł o
związek  z  żoną,  bo  tak  robi  prawdziwy   m ężczy zna.  On,  czterdziestolatek,  nie  chciał  zostawić

background image

sprawy  z Ty m cią niedokończonej , wchodzić w banał odej ścia do m łodej  kochanki. Dopiero kiedy
się przekonał, że m ałżeństwo z Ty m cią nie m a szans, że j est pewien swoich uczuć do Lu, odszedł.

Tak m ówił.
– Za późno – powtórzy ła Lu.
Szarpnął pasem  do pończoch, j akby  by ł procą.
–  Kto  to  w  ogóle  j est,  ten  ty p?  Spoty kasz  się  z  nim   raptem   parę  ty godni  i  j esteś  gotowa

zniszczy ć to, co m iędzy  nam i trwa od kilku lat? Dla ciebie rzuciłem  żonę!

– Rzuciłeś j ą dla siebie, nie dla m nie.
Twarz m u poczerwieniała, wargi zaczęły  się trząść. Lu nigdy  go takim  nie widziała.
– Nie denerwuj  się…
– I’m not fucking stressed! – krzy knął. – AnaÏs, kurwa, Nin!
„Przestał by ć obły ” – wy j aśniła Lu Sprite. To by ła ich pierwsza naprawdę poważna rozm owa,

dopiero  wtedy   Lu  zobaczy ła  Barta,  prawdziwszego  niż  ten  obrazek,  który   sobie  przy klej ał  w
m iej scu  twarzy.  Wreszcie  j ą  do  siebie  dopuścił,  do  tego,  co  czuj e.  Dlatego  podeszła  i  go
przy tuliła.

– Będę na ciebie czekał – powiedział, a Lu przy pom niała się Sandra i j ej  „będę walczy ć”. –
Postawiłem  na nas.
– Nie m a j uż „nas”…
– Za późno – powiedział. – Postawiłem  na nas.
Następny  „rozdział” opowieści dla Sprite (niepokoiły  j ą te rozdziały, takie trady cy j ne, ale nikt

j ej   nie  nauczy ł  inaczej   m ówić  o  m iłości)  Lu  nazwała:  Rozjeżdżanie  traktorami.  Teraz  j uż  obaj
wiedzieli o swoim  istnieniu i obaj , każdy  na swój  sposób, niszczy li j ą zazdrością. Jesień upły nęła
pod znakiem  m iotania się, Ricky  przestał nawet zagady wać Lu, czem u kiepsko ćwiczy, po prostu
wy pisał j ą z grafiku zawodów na ten sezon, bo widział, że nie j est wy starczaj ąco zm oty wowana.

W pracy  też czekały by  j ą pewnie problem y, gdy by  nie to, że dy rektor Pac sam  się m iotał się

m iędzy  dwiem a kobietam i i nie m iał siły  czepiać się Lu.

Bart  zapraszał  j ą  do  wanny   pełnej   pachnącej   piany,  serwował  szam pana,  a  potem   zaczy nał

całować  j ej   kark,  ssać  piersi,  m uskać  palcam i  brzuch,  by   wsunąć  się  ledwo  dostrzegalny m
ruchem  w  przy gotowaną  pieszczotam i  cipkę.  Woda  opły wała  m ięśnie  spięte  w  orgazm ie,  piana
poły skiwała pod zam glony m  wzrokiem . Otulał j ą puchaty m  ręcznikiem , stroił w nocne koszulki z
lej ącego się m ateriału. Sam  zasy piał obok, płowe włosy  rozsy pane na poduszce, tiszert i bokserki
świeżo pachnące praniem .

Cheick brał j ą nagą, rozpaloną, oszałam iał swoim  zapachem , otum aniał potem , który  zlizy wała

kropla  po  kropli.  Słowa  rozciągały   się  w  gorące  serie  westchnień,  m y śli  ulaty wały,  zostawała
m ądrość  ciał  przy warty ch  j edno  do  drugiego;  tarm osiły   się,  pochłaniały,  zj adały,  dopóki  za
oknem  nie zaczy nało j aśnieć. Zostawały  słody cz i czczość, zasy pianie o świcie, zetknięcie skóry
ze skórą, j ak naj większą powierzchnią. Ram iona, piersi, biodra, uda, a j akby  tego nie by ło dosy ć –
j eszcze m ały  palec u nogi.

Zdradzała  –  Barta  z  Cheickiem ,  Cheicka  z  Bartem   –  i  nie  żałowała.  Gnębiły   j ą  wy rzuty

sum ienia (m oże Bart m iał racj ę, przy pisuj ąc j ej , ateistce z Polski, katolickość), ale j ej  ciało, gdy
wracała nad ranem , by ło surowo szczęśliwe. Kładła się j eszcze na godzinę albo szła do pracy  z
bły szczący m i oczy m a – wy kochana, prom ienna.

Późną  j esienią  podwój ność  schowała  j asne  oblicze.  Zaczęła  przy tłaczać,  wkręcać  w  spiralę

background image

codziennego upadania i wstawania. Bolało, Lu ciągle zbierała siły  gdzieś w kącie. Porówny wała
dwie  m iłości  –  z  Bartem   przeży ła  euforię  na  początku,  razy   przy szły   później .  Związek  z
Cheickiem  od  początku  stanowił  m ieszankę  wy buchową.  Otwierała  się  i  obry wała,  raz  czuła  się
szczęśliwa  j ak  wy biegany   pies,  inny m   razem   budziła  się  na  dnie  dziury   w  ziem i.  Bilans  obu
m iłości by ł podobny, a  gdzieś  w  tle  żarzy ła  się  niem oralna  radość,  że  dane  j est  j ej   coś  takiego
przeży wać (to by ła j edy na i ostatnia wzm ianka o m oralności w rozm owach ze Sprite).

Ty m czasem  Cheick…
– To dla niego się tak depiluj esz – m awiał. – Dla tego białego dupka. Robi z ciebie lalkę.
Ty m czasem  Bart…
–  Dla  niego  się  tak  m ęczy sz  z  ty m   boksem   –  sy czał.  –  Dla  tego  czarnego  m ięśniaka.  Jesteś

kobietą, Em i, nie pasuj e ci to.

Darła  z  nim i  koty,  raz  z  j edny m ,  raz  z  drugim .  Chciała  przetłum aczy ć  dla  Sprite  słow

o„wkurw”, ale francuskie chiant – wkurzaj ące – by ło za słabe. Se fâcherembêter – z żadnego nie
by ła zadowolona.

–  Pigm aliony !  –  zawołała  w  końcu.  –  Nie  chce  im   się  m nie  zobaczy ć,  wolą  m nie  wciskać  w

schem aty.

– My ślisz, że j esteś taka ory ginalna? – Sprite sy knęła, bo ukłuła się spinką, którą otwierała drzwi

furgonetki.

– Nie chcę by ć ani biała, ani czarna, ani w łaty. A ludzie ciągle m i j akieś przy klej aj ą, nawet

m oi m ężczy źni.

Sprite: „Moi m ężczy źni”, liczba m noga. Pewnie sam a nie sły szy, ile w j ej  głosie dum y.
Ty m czasem  w Lu, kiedy  wsiadała do furgonetki, się gotowało. Nie chcę by ć w łaty  – m y ślała.

Mam a m ówiła, że j estem  rasowa.

Bart  zaczął  dla  nich  szukać  większego  m ieszkania,  wy godnego,  z  ogrodem .  Cheick

zaproponował,  że  się  do  niej   wprowadzi  albo  ona  do  niego,  wszy stko  j edno,  po  prostu  chciał
„zasy piać z nią i z nią się budzić”, j ak m ówił. Lu nie chciała m ężczy zn w swoim  m ieszkaniu, nie
zam ierzała też  wy prowadzać  się  z  dom u  z  brzuszkiem ,  j eszcze  nie.  Nie  wiedziała,  j ak  im   o  ty m
powiedzieć, j edy ne, co j ej  przy szło do głowy, to napuścić na nich panią Verm eegstah. Żeby  ich
j akoś  udobruchać,  chodziła  raz  do  j ednego,  raz  do  drugiego,  coś  tam   dla  nich  gotowała,
wy poży czała  film y.  Odwdzięczali  się  ty m   sam y m ,  puszczali  swoj ą  ulubioną  m uzy kę.  Przy
poważnej  Barta cierpły  j ej  zęby, odży wała u Cheicka, przy  hip-hopie (potem  wy szło na j aw, że i
on  słucha  czasem   m uzy ki  poważnej ,  ale  nie  przy   niej ,  bo  wiedział,  że  j ej   nie  znosi).  Robili
wszy stko, żeby  j ą zatrzy m ać. A Lu dwoiła się i troiła, żeby  się nie rozbiegli.

– Kiedy  się m ną zaj m iesz? – py tał Cheick. – Kobieta to m atka, zaj m ij  się m ną, poczuj esz się

kobietą.

– Em i, gubisz się, widzę, że cierpisz – m awiał Bart. – Daj  m i się sobą zaopiekować, pozwól m i

się poczuć m ężczy zną.

Lu  m atka,  Lu  dziecko,  tak  się  przy   ty ch  m askach  upierali,  że  ledwo  pam iętała  własną  twarz,

wy raźniej   widziała  afry kańską  m askę  od  oj ca.  Ta  j esień  pozbawiła  j ą  sił,  j akby   Lu  się
wy krwawiła.

Zrobiła nawet badanie krwi, okazało się, że poziom  żelaza spadł alarm uj ąco. Rano – u siebie, u

Barta  lub  u  Cheicka  –  brała  na  czczo  czerwoną  tabletkę,  by ło  j ej   po  ty m   niedobrze  i  bolał  j ą
brzuch.

background image

Na  te  późnoj esienne  dni  przy padło  przesilenie  Rity.  Lu  poniewczasie  zorientowała  się,  że  za

ścianą  j est  cicho,  Rita  nie  śpiewa,  nie  nuci,  nie  rapuj e,  a  deski  podłogi  skrzy pią  w  nocy,  ty lko
kiedy   sąsiadka  człapie  do  łazienki.  Lu  obudziła  się  blady m   świtem ,  w  godzinie,  którą  Dunia
określała j ako czas podsum owania grzechów, i doczekała do ósm ej , kiedy  Rita zaczęła zbierać się
do pracy.

Zapukała.  W  drzwiach  ukazała  się  zaspana  twarz,  zam iast  turbanu  Rita  m iała  na  głowie

przepastną, wełnianą, wściekłoróżową czapkę.

– Wszy stko w porządku? – zapy tała Lu.
Sąsiadka ściągnęła czapkę, oczom  Lu ukazały  się krótkie, ciem ne włosy. Uświadom iła sobie, że

nigdy   nie  widziała  Rity   bez  nakry cia  głowy.  Zastanowiła  się  m im owolnie,  czy   to  sam o  m ogli
powiedzieć j ej  kochankowie.

–  Bzy kam   się  od  dobry ch  piętnastu  lat.  –  Rita  przeszła  do  rzeczy.  –  Ale  powiem   ci,  że  j uż

j estem  zm ęczona. Powiedziałam  m oim  facetom , żeby  poszli sobie do inny ch dziewczy n.

– Jakich inny ch?
–  No,  swoich,  ty ch,  co  j e  tam   m aj ą.  My ślisz,  że  j estem   dla  nich  j edy na?  Dla  niektóry ch

ważna, m oże nawet naj ważniej sza, ale j edy na na pewno nie. Wszy scy  m aj ą swoj e „biura”.

– Biura?
–  Dom y,  gdzie  czekaj ą  na  nich  inne  kobiety.  „Biura”  m aj ą  single  i  żonaci,  czarni  i  biali,

m ężczy źni i kobiety. Jestem  zm ęczona.

– A to nie gry pa? – Lu patrzy ła uważnie w podkrążone wy raziste oczy  Rity.
Sąsiadka m achnęła przed nosem  różową czapką, j akby  zam ierzała się powachlować.
– Gry pa? Raczej  poligam ia. Mam  j akieś przesilenie.
Lu  m y ślała  o  tej   rozm owie,  j adąc  do  Jezus-Eik.  Autostrada  by ła  zakorkowana,  rząd  tirów

zablokował prawy  pas, lewy  by ł w rem oncie. Do dom u pod m ałpim  drzewem  spóźniła się dobre
pół godziny.

Sandra od progu rozpoczęła wątek rom ansu m ęża, j akby  ciągnęła dawno rozpoczętą rozm owę.
– Poszłaby m  do Gieni naskarży ć na Violę, ale pam iętam , j ak wy rzuciła żonę twoj ego gacha.
Nie  obraź  się,  Em ilia,  j a  do  ciebie  nic  nie  m am ,  ale  j akby m   by ła  Gienią,  toby m   wy waliła

ciebie,  a  nie  tę  żonę.  Jak  przy chodzi  zapłakana  kobieta  do  szefowej   m ęża,  to  szefowa  powinna
kochankę wy walić na zbity  py sk, a nie prowadzić j akieś negocj acj e. Tu by  się prawdziwa kobieca
solidarność przy dała.

Lu zerknęła dy skretnie na zegarek. Paweł, znów wezwany  do grzy ba, m iał tu by ć za kwadrans.

Piętnaście m inut z Sandrą złą j ak osa. Wreszcie rozległo się pukanie, a raczej  łom otanie do drzwi.
Odetchnęła z ulgą, kiedy  Paweł wszedł do salonu.

– Ja m ówiłem  pani m ężowi, że to nie dla m nie robota – zadudnił Paweł, wchodząc do salonu. –

To sprawa proprietera, m ówiłem  m ężowi i…

– Da pan spokój  z ty m  m ężem  – przerwała m u Sandra – i z ty m  proprieterem . Zam iast gadać,

niech pan zdej m ie grzy b, bo m i sufit na głowę zleci.

– …i m u powiedziałem : „Panie, tu m asz pan dewi podpisane przez fachowca”…
– Wy cena, którą Paweł m oże spisać – przetłum aczy ła Lu.
–  Dewi,  sri!  –  krzy knęła  Sandra.  –  Przy chodzą  tu,  j eden  z  drugim ,  niby   w  spodniach,  m ąż,

właściciel, fachowiec, a żaden nic nie um ie zrobi. Ty lko gadać! Próbowałam  ten szaj s zalepiać, to
m i na bieżnik zleciało, plam y  się porobiły, j eszcze na pralnię m usiałam  się wy kosztować. Pan to

background image

zrobi, ale j uż! Am basada zapłaci. – Wskazała upierścieniony m  palcem  za siebie, na Lu.

Ale  Lu  j uż  tam   nie  by ło.  Zaczy nała  nabierać  wprawy   w  angielskich  wy j ściach  z  dom u  w

Jezus-Eik. Przem y kała teraz pod m ałpim  drzewem , a ze środka dochodziły  wrzaski:

– Doradca się znalazł! Pan m i tu nie włazi w m oj e sprawy …
– Ja włażę? To m nie pani j eszcze nie zna…!
Dunia  zadzwoniła  pod  koniec  października.  Szła  do  szpitala,  m ieli  j ej   zrobić  badania

sprawdzaj ące, czy  nie odradzaj ą się kom órki rakowe. Twierdziła, że to ruty na, ale potem  Lu sobie
wy rzucała, że nie odczy tała naj prostszego sy gnału – skoro zadzwoniła, żeby  o ty m  z nią pogadać,
to znaczy, że się denerwowała. Potem  pom y ślała, że m am a by łaby  teraz w wieku Duni. Wszy stko
to dotarło do niej  z opóźnieniem , bo pogrążona w m iłosny m  chaosie, odsuwała m y śl o chorobie,
wolała trzy m ać się wspom nień Duni silnej , j aką pam iętała j ą z dzieciństwa.

Dunia m ówiła, że m usi położy ć się na parę dni do szpitala, a Lu przy pom niało się, j aki ubaw

m iał Cheick z pozy cj i m isj onarskiej . Kiedy ś opowiadał, co m isj onarze wy prawiali w Kongu.

Czy   j ego  kpiny   wy nikały   z  pogardy   dla  sam y ch  m isj onarzy ?  Ta  m y śl  j ą  rozbawiła,  wbrew

wszelkiej  polity cznej  poprawności.

„Marker  –  wy j aśniała  Dunia  –  to  sposób  na  oznaczenie,  czy   kom órki  rakowe  się  nie

rozm nażaj ą”.  A  Lu  przy pom niało  się,  że  Cheick,  wracaj ąc  z  Gom y,  gdzie  odnalazł  swoj ą  by łą
dziewczy nę Fionę, zaj echał do Kinszasy. Tam  okazało się, że j ego m atka um iera.

Dunia  by ła  pełna  nadziei  na  dobry   wy nik,  guzek  okazał  się  m ały,  po  operacj i  nie  zrobili

chem ioterapii, wy starczy ły  naświetlania. Lu stanęło przed oczam i skośne okno na poddaszu, stali
tam  z Cheickiem , ciało przy  ciele, m ilczeli, rozm y ślaj ąc o swoich m atkach.

Dunia  m ówiła,  że  blizna  po  wy cięciu  tam tego  guzka  j est  nieduża,  że  to  nic  w  porównaniu  z

kobietam i,  które  przeszły   m astektom ię.  Lu  wspom inała,  j ak  Cheick  przy cisnął  j ą  m ocno,  kiedy
powiedziała,  że  brak  rodzica  zostawia  w  środku  wy rwę,  wieczny   ślad.  Wtedy   pierwszy   raz
ucieszy ła się, że j est od niej  znacznie większy.

Dunia powiedziała, że zadzwoni, j ak ty lko dostanie wy niki badań. Lu pom y ślała, że Cheick j est

intensy wny. Cheick, Cheick, Cheick…

Kobieta w sznurowanych butach wyszła ze Starbucksa, przeszła na drugą stronę ulicy i ruszyła w

kierunku bramy. Było za chłodno, żeby siadać na ławce. Zaczęła krążyć z kubkiem herbaty w  ręku
po skwerze Tavistock, plamy jesiennego słońca przebijały się przez liście wielkich drzew.

Minęła  popiersie  Virginii  Woolf,  pochyliła  się  nad  napisem.  Kiedy  pisarka  spacerowała  po  tych

alejkach,  narodziły  się  postaci  pani  Ramsay  i  malarki  Lily,  bohaterek  Do  latarni  morskiej.  Pani
Ramsay – rodzi, obradza, swata; Lily – obmyśla, zmienia, ustawia inaczej.

Jakiś biegacz potrącił j ą, herbata chlupnęła na kurtkę. Kobieta sięgnęła do kieszeni i  wy ciągnęła

chusteczkę, razem  z nią wy padł guzik. Schy liła się, żeby  go podnieść. Ile głosów, m y śli, cały  ten
szeptany  chaos! Ledwo wy łowiła kilka zdań.

Farid: A j eśli Ricky  m a racj ę i Lu chce m ieć dzieci? Szkoda, tak się dobrze z nią gada i ćwiczy.
Lu: Bart ty le dla m nie zrobił.
Sené: Ricky  m ówi, że Lu lubi czarny ch.
Pieprzony  rasista.
Sprite: Ludzie sobie dogadzaj ą, każdy  w pierwszy m  rzędzie dba o siebie.
Fatim a: Mówili m i, że j ak zostanę m atką, to się uspokoj ę. A j a się rozwodzę.
Cheick: Wy bierz m nie, m nie, a nie kogoś, kim  m ożesz rządzić. Wy bierz m nie, m alutka.

background image

Lu: „Znaj dź swój  środek, wokół niego buduj  równowagę”. Dowiem  się wreszcie, co to znaczy ?
Kobieta  podniosła  głowę  i  spojrzała  na  rastamana,  który  niespiesznie  przekopywał  grządki

pośrodku skweru. Ciemne ręce dotykały grudek ziemi, było w jego ruchach coś kojącego. Spojrzał
na nią i uśmiechnął się. Pozdrowiła go nieśmiałym kiwnięciem ręki i schowała guzik do kieszeni.

– Ja m u m ówię: „Nie właź w nie swoj e sprawy ”, a on do m nie: „To ty  m nie nie znasz”. Wtedy

j eszcze na „pan” i „pani” by liśm y …

Sandra  wy dzwoniła  j ą  z  pracy   i  zaproponowała  kawę.  Lu  sądziła,  że  będą  rozm awiać  o

grzy bie, ale okazało się, że chodzi o coś zupełnie innego. Lu została powiernicą Sandry  na całego.

– …i wlazł! – entuzj azm owała się Sandra. – Ale j ak, kochana! To prawdziwy  m ężczy zna.
Teraz, żeby  m nie stary  na klęczkach błagał, nawet go kij em  od szczotki nie dotknę.
Żuj ąc kanapkę, Lu dopasowy wała w m y ślach Sandrę do Pawła, dy rektora Paca do Violi – i po

przekątnej . Bawiła się nim i j ak lalkam i, by le ty lko nie wy obrażać sobie seksu w ich wy konaniu.

– Ty lko nikom u nie m ów, Em ilia. Nasłałam  na Jarka detekty wa po dowody, że m a flam ę, żeby

rozwód z j ego winy  orzekli. To on zaczął, niech płaci!

Lu pokiwała głową, nieco ogłupiała. Za dużo się działo.
Cheick  w  końcu  nie  wy trzy m ał  „podwój ności”  i  niezdecy dowania  Lu,  tego,  że  nie  chce

rozwij ać ich związku, odm awia m ieszkania z nim . Zaczął odpowiadać na sy gnały  kokietuj ącej  go
Lei.

Kiedy   Lu  zobaczy ła,  co  się  dziej e,  tak  obtłukła  wór,  że  przy biegł  Ricky   i  zapy tał,  co  j ą  tak

zm oty wowało do pracy. Le coach de jalousie  5  –  m y ślała  o  Cheicku.  Tego  wieczoru  nie  wy szli
razem  z klubu. Lu, dum na, wy pry snęła do dom u, ale potem  zaczęła nasłuchiwać, aż zadzwoni. W
końcu nie wy trzy m ała i wy brała j ego num er.

– Ćwiczy sz m nie w zazdrości?
– Ucz się, j ak sobie z nią radzić.
W tle sły szała odgłosy  m uzy ki, gwar rozm ów.
– Gdzie j esteś? – zapy tała ostro. – Jesteś z nią, tak?
– Ja z nią, ty  z nim . Są kobiety, które wiedzą na pewno, że m nie chcą.
– Ach, to Lea cię chce?
– Wiesz, że naj lepiej  zapam iętuj e się bolesne przeży cia? – Usły szała, j ak zapala skręta.
–  Chcesz,  żeby m   nas  zapam iętała  przez  ból?  –  Gardło  m iała  suche,  francuski  ledwo  się  przez

nie przeciskał.

Rozłączy ł  się.  Wy darła  kartkę  z  bloku  i  zaczęła  pisać:  po  j ednej   stronie  lista  słów,  który ch

nauczy ła  się  od  czasu,  j ak  zaczęła  się  spoty kać  z  Cheickiem ,  po  drugiej   te  z  esem esów  Barta.
„Upokarzać”, „wy m agać”, „konkurować” pod nagłówkiem  „Cheick”. „Naj m ilsza”, „prześliczna”,
„stópki” na części Barta. Zem dliło j ą od ich brutalności i sztuczności.

Bart kręcił się po kuchni z zaaferowany m  wy razem  twarzy. Natarł m ięso ziołam i i wsunął j e

do piekarnika, teraz ukręcał sos. Lu rozej rzała się dokoła. Urządził m ieszkanie w szarościach i bieli,
nawet drewno półek m iało kolor wy m y ty ch desek, j edy ną kolorową plam ę stanowiły  tu grzbiety
książek. Sy m etria i m inim alizm  – pom y ślała – j ak u starego kawalera. Wzięła pilota, wy łączy ła
sonatę i stanęła na progu tarasu, łowiąc odgłosy  m iasta.

Bart  podał  kolacj ę  na  podgrzewany ch  talerzach,  nalał  wina  do  kieliszków.  Wznosiła  toasty   i

patrząc m u w oczy, m y ślała: Dlaczego Lea? Ocierała fry wolnie stopę o j ego stopę. Czy  Cheick
robi  z  nią  to  co  ze  m ną?  –  rozważała.  Żuj ąc  kęsy   przy prawionego  ziołam i  m ięsa,  w  m y ślach

background image

skandowała: Nie-na-wi-dzę j ej , nie-na-wi-dzę go, nie-na-wi-dzę.

Dlaczego, kiedy  opowiadała o ty m  Sprite, nazwała ten fragm ent historii Kolonizacja? Bo kiedy

Bart  zabrał  ze  stołu  talerze,  pieczołowicie  zsunął  z  nich  resztki  i  wstawił  naczy nia  równiutko  do
zm y warki,  kiedy   zaserwował  deser,  a  j ego  części  uży ł  do  gry   wstępnej   –  truskawki  ułoży ł  w
serduszko wokół j ej  pępka – nagle przestał by ć fry wolny  i uprzej m y. Rozsunął j ej  uda i wpakował
się w  nią  brutalnie,  truskawki  m iażdżone  j ego  ciałem   rozpaćkały   się,  tworząc  surową,  czerwoną
papkę.

Zaczęła  go  odsuwać,  coraz  rozpaczliwiej .  Bart,  którego  znała,  nie  by ł  agresy wny.  Ten

m ężczy zna podporządkował sobie j ej  ciało z zim ną furią, spuścił się w nią, j akby  napluł.

Wy rzuciła go z siebie. Biegła do m etra, zęby  szczękały, m żawka łagodziła ból obtarć od zarostu

Barta  na  j ej   twarzy,  ledwo  dobiegła  do  dom u.  Zdradziła  Cheicka,  zdradziła  Cheicka,  zdradziła…
Pani  Verm eegstah,  która  wracała  ze  spaceru  z  psam i,  bez  słowa  otworzy ła  j ej   drzwi  do  klatki
schodowej . Lu nie m iała siły  podziękować ani nawet spoj rzeć na nazwiska lokatorów.

Pani Verm eegstah (dy m ek): Em ilia Rankiewicz, Rita Swan, 778.
Dy gotała  u  siebie  na  górze,  nie  potrafiła  się  rozebrać.  Skóra  pod  ubraniem   by ła  pogry ziona,

czerwona od cudzego doty ku.

Cheick podszedł do niej  w sali bokserskiej . Miał na sobie bluzę z długim i rękawam i, nigdy  nie

nosił obcisły ch ani wy cięty ch ubrań, żeby  nie epatować szerokością barów. Powinna by ła się od
niego odsunąć, ale nie m ogła, chciała, żeby  by ł blisko. Podszedł, wy ciągnął rękę, nie zwracaj ąc
uwagi na obserwuj ącego ich Ricky ’ego. A potem  opuścił dłoń i zrobił krok do ty łu. Powinna by ła
się od niego odsunąć wcześniej  – zanim  zobaczy ł m alinkę wy ssaną przez Barta.

Pobiegła  za  nim ,  ale  wy padł  z  sali,  chwy taj ąc  w  biegu  torbę  bokserską.  Biegła  w  dół  po

schodach,  przez  hol  na  parterze,  wołaj ąc  coś,  ale  j ej   francuski  kicał  żałośnie.  Huknęły   drzwi,
przeszy ła j ą fala zim na.

– Przecież ty  z Leą! – krzy knęła, m ożliwe, że po polsku, bo nie zareagował.
Zniknął  za  rogiem ,  a  ona  została  pod  klubem ,  w  szty wniej ący m   na  m rozie  podkoszulku

m okry m  od potu.

Czy   istniej ą  j acy ś  norm alni  faceci?  –  ty lko  to  zdanie  odnalazła,  strzęp  dzieciństwa,  py tanie,

które zadała m am ie, kiedy  wy j eżdżały  z Polski.

Wróciła  na  górę,  chwy ciła  torbę,  Farid  narzucił  j ej   kurtkę  na  ram iona.  Przez  całą  drogę  na

Molenbeek dzwoniła do Cheicka. Nie odbierał. Pukała do j ego drzwi, nie otworzy ł.

V SWOJSKOŚĆ, OBCOŚĆ
Szczęścia chodzą param i, szczęścia chodzą… Mantra w m y ślach nadała tem po j ej  krokom .
Czasem  Lu wy padała z ry tm u, bo noga osuwała się z pry zm y  śniegu.
– Takiej  zim y  nawet j a nie pam iętam  – powiedziała staruszka, uśm iechaj ąc się do niej . Drobiła

pod  ścianam i  budy nków,  m acaj ąc  laską  ukry te  pod  śniegiem   łachy   lodu.  Zadowolona,
zagady wała ży czliwie j ak większość tutej szy ch staruszek.

Śnieg  skrzy piał  pod  butam i,  nowy   odgłos  na  brukselskiej   ulicy,  ludzie  robili  zdj ęcia,

nieprzy zwy czaj eni  do  białego  kraj obrazu.  Lu  podeszła  do  przy stanku,  ale  tram waj   stał
unieruchom iony,  kierowca  obtłukiwał  śnieg  z  torów.  Schy liła  się,  podniosła  garść  śniegu  i
przy łoży ła do twarzy.

Bolała  j ą  szczęka.  Dziś  boleśnie  nauczy ła  się  tego,  co  od  m iesięcy   powtarzali  j ej   Ricky   i

background image

Cheick:

„Nigdy  nie lekceważ przeciwnika”.
Tego  dnia  weszła  na  ring  i  stanęła  naprzeciw  początkuj ącej ,  m y śląc  o  ty m ,  że  m usi  załatwić

sam ochody, żeby  przewieźć z lotniska polity ków. Dziewczy na by ła j ej  wzrostu, o połowę m łodsza,
patrzy ła  na  nią  z  obawą.  Lu  pom y ślała,  że  będzie  się  z  nią  obchodzić  delikatnie,  tak  j ak  kiedy ś
Sené i Farid z nią. W głowie dogry wała szczegóły  wizy ty  delegacj i z Polski – pokoj e, przej azdy,
tłum aczy, m argines na niespodzianki. Wy m ieniły  pierwsze ciosy. Lu właśnie sobie przy pom niała,
że  j ednego  z  polity ków  m usi  um ieścić  w  pokoj u  dla  palaczy,  kiedy   dziewczy na  strzeliła  j ą
prosty m  w policzek. Lu aż odrzuciło.

– Ostrożnie, ćwiczy m y  technikę, a nie siłę ciosów – powiedziała zza ochraniacza na zęby.
Niewprawny  sierp wy lądował na szczęce Lu.
– Rozum iesz, co to znaczy  „ostrożnie”? – powtórzy ła.
– Hej , m ała, pokaż Lu, co to znaczy  m łodość! – krzy knął Ricky  do j ej  przeciwniczki.
Stał oparty  o liny, oczy  m u bły szczały. Dziewczy na ruszy ła na Lu z pięściam i. Ręce m łóciły

powietrze, szła na nią, twarz odsłonięta, brzuch niechroniony. Lu osłoniła górę, wy prowadziła front
kick
, poprawiła kopnięciem  w głowę. Nastolatka zachwiała się.

– Prosty m  j ą, m ała! – krzy czał Ricky  do nowej .
Dziewczy na z rozpędu poszła j eszcze do przodu, ale zaraz się skuliła – Lu zanurkowała pod j ej

ram ieniem  i trafiła j ą w wątrobę.

Lu zeszła z ringu i zobaczy ła wpatrzone w siebie oczy. Jakiś chłopak o chudy m  ciele pokry ty m

tatuażam i  podszedł  do  niej   i  zagadał  dziwną  polszczy zną.  Ledwo  rozum iała,  co  m ówi,
uśm iechnęła się więc ty lko, a on szy bko wy ciągnął do niej  rękę i przedstawił się: – Igor.

– Jesteś z Rosj i?
– Nie, z Pom orza. Wy chowałem  się w Austrii.
Lu  przeniosła  spoj rzenie  z  niego  na  pozostały ch  –  sam e  nowe  twarze.  Dopiero  teraz  do  niej

dotarło,  że  straciła  swoj ą  grupę.  Tak  przeży wała  m iłosne  rozdwoj enie,  że  nie  zauważy ła,  kiedy
wszy scy  się rozeszli. Sené, Farid, Lea, a nawet Jean-Pierre przenieśli się do inny ch klubów; Sprite
przy chodziła  coraz  rzadziej .  Pękła  wy j ątkowa  j edność,  wzaj em ne  zagrzewanie  się  do  wy siłku,
radość  z  ćwiczeń.  Ci  nowi  o  niewy ćwiczony ch  ruchach  by li  obcy.  Lu  m usiała  j eszcze  raz
wy gry źć sobie m iej sce w grupie.

Wracała  z  treningu  i  powtarzała:  „szczęścia  chodzą  param i”.  Starała  się  dla  sam ej   siebie

brzm ieć  przekonuj ąco.  Nie  dość,  że  straciła  grupę  bokserską,  to  j eszcze  w  j ej   ży ciu  zabrakło
j ednego z j ej  m ężczy zn.

Sandra postawiła przed Lu paterę z ciastkam i, usiadła naprzeciwko i wpatrzy ła się w nią swoim i

wy pukły m i oczam i.

– Nie m asz poj ęcia, j akie  to dla m nie trudne  – oznaj m iła. – Ale nie  m a takiej  rzeczy, z  którą

Sandra by  sobie nie poradziła.

Lu  nałoży ła  sobie  eklerkę,  rozważaj ąc,  czy   j ej   ży cie  nie  stałoby   się  łatwiej sze,  gdy by   też

zaczęła o sobie m ówić w trzeciej  osobie.

– Trudno ci wy brać, z który m  chcesz by ć? – zapy tała, krusząc zębam i warstewkę czekolady  na

ciastku.

– Gdzie tam , dobrze wiem , z który m ! Jarek j est j ednak dy plom atą, Paweł to budowlaniec, m a

własną  firm ę.  Jarkowi  kończy   się  kontrakt,  m usi  wrócić  do  Polski,  naj m niej   na  dwa  lata,  sam a

background image

wiesz  naj lepiej .  Polska…  –  rozm arzy ła  się  nieoczekiwanie.  –  Na  święta  tak  się  u  rodziców
obżarłam ,  że  patrz,  j akie  brzucho.  –  Sięgnęła  po  kolej nego  pączka.  –  Zam ów  m i  wóz  m eblowy
j akoś  tak  za  m iesiąc  –  zatraj kotała.  –  Dłużej   w  ty m   dom u  nie  zostanę.  Dla  zdrowia  niedobrze,
nawet  Jarkowi  m ówiłam ,  że  pewnie  od  tego  m a  ten  liszaj   na  plecach.  Paweł  m ówi,  że  j ak  raz
grzy b, to nie m a co ratować, trzeba się wy nieść.

Lu zdołała wcisnąć w m onolog Sandry  krótkie py tanie:
– To kogo wy brałaś?
– No, Pawełka! – Sandra przełknęła kęs pączka. – A Jarek niech się try nda z tą swoj ą Violą.
Dunia zadzwoniła do Lu, kiedy  ta m ordowała się z j adłospisem  kolacj i dla delegatów z Turcj i.

Kucharz  poj echał  na  urlop,  a  Virginia  zaprosiła  am basadora  i  j ego  żonę,  zleciła  Lu  organizacj ę
spotkania. Lu stanęła przed zawodowy m  dy lem atem : zam ówić polskie fry kasy, ry zy kuj ąc, że nie
zasm akuj ą gościom , czy  urozm aicić j e daniam i inny ch kuchni?

– Dostałam  wy niki badań – powiedziała Dunia.
Lu zam knęła w kom puterze okno z przepisem  na pilaw i wy prostowała się na krześle.
– Nie m a żadny ch kom órek rakowy ch – usły szała głos Duni.
– Na pewno? Jesteś pewna? – Serce Lu łom otało.
– Żadny ch.
Łzy  ulgi zam azały  zdj ęcie z podpisem  „Danie tureckie: tabbouleh i słodka baklawa” widoczne

na kom puterze.

– Nie denerwuj  się, wszy stko j est dobrze. – Dunia m ówiła do niej  j ak do dziecka, po czy m , j ak

to  ona,  dorzuciła  filozoficznie:  –  Z  ciałem   bierzesz  ślub  w  chwili  urodzenia.  Taki  ślub
zeszłowieczny, bez m ożliwości wzięcia rozwodu, na dobre i na…

– …m niej  dobre – weszła j ej  w słowo Lu.
Przez Sprite i j ej  uty skiwanie na to, że w polszczy źnie uwy datnia się to, co negaty wne, stała się

j eszcze bardziej  przesądna.

Kiedy  w drodze m ij ała sklep z j edzeniem  tureckim , pchana absurdalny m  odruchem  weszła do

środka  i  poprosiła  o  hum us.  Turecki  j adłospis  przy niósł  j ej   szczęście  –  Dunia  by ła  zdrowa,  w
końcu szczęścia chodzą param i.

Bart zaszedł j ej  drogę, kiedy  wy szła w niedzielę pobiegać dokoła parku. By ł to j edy ny  sposób,

żeby   się  z  nią  porozum ieć,  tłum aczy ł,  bo  nie  odbierała  telefonów,  nie  odpowiadała  na  esem esy
ani na e-m aile.

– Em i – zaczął, ale nie pozwoliła m u dokończy ć.
– To koniec.
– By ło j uż ty le „końców”… – Płowe włosy  opadły  na nos zaczerwieniony  od m rozu.
Włoży ła na głowę kaptur bluzy.
–  Skończy łeś  ze  m ną,  kiedy   zostawiłeś  m nie  w  ciąży,  a  twoj a  żona  niem al  pozbawiła  m nie

pracy.

– Nie wiedziałem , że by łaś w ciąży.
– Drugi raz skończy łeś ze m ną, kiedy  m nie niem al zgwałciłeś.
– Co ty  pleciesz, j akie „zgwałciłeś”…
Uśm iechnęła się, bo nagle pom y ślała o Duni i o ty m , że j est zdrowa. Bart opacznie odebrał tę

zm ianę wy razu j ej  twarzy  i przy sunął się do Lu.

–  Czekałem ,  aż  ci  przej dzie  pociąg  do  tego  Murzy na.  Czekałem ,  czy   to  się  nie  liczy ?  Nie

background image

świadczy   o  m iłości?  A  ty   chciałaś  się  na  m nie  zem ścić.  Mój   terapeuta  m ówi,  że  to  dlatego  tak
długo nie m ogłaś podj ąć decy zj i, czy  by ć ze m ną, czy  z ty m  lum pem . Chciałaś wreszcie m ieć
nade m ną kontrolę.

Wy j ęła ręce z kieszeni.
– Nie kocham  cię – powiedziała wy raźnie.
Kiedy  Bart się w końcu odezwał, j ego ton brzm iał niem al beztrosko:
– To j esteś w końcu z nim , tak?
– Nie twoj a sprawa.
– Norm alny  związek, ty lko ty  i on, po bożem u? – Postawił kołnierz płaszcza. – Zobaczy m y, j ak

to długo potrwa. Jesteśm y  zby t podobni do siebie, Em i.

–  Dziś  pierwszy   raz  m ówisz  o  m nie  –  odparła.  –  O  m nie,  a  nie  o  j akiej ś  „kobiecie”.  Dopiero

teraz.

Ulicą przeszły  dzieci, ciągnąc sanki, dziewczy nka rzuciła śnieżką w chłopca, śnieg odlepił się  od

kulki  i  upadł  pod  nogi  Barta.  W  klatce  zaj azgotało,  za  szy bą  zam aj aczy ła  sy lwetka  pani
Verm eegstah z wy prężony m i sm y czam i m opsów. Lu szy bkim  ruchem  zarzuciła na głowę kaptur i
wy m inęła Barta.

–  Nie  wiesz,  z  kim   m asz  do  czy nienia.  Nie  znasz  go  –  krzy knął  za  nią.  –  Takich  j ak  on

rozpracowuj ą m oi ludzie.

Zatrzy m ała  się.  Psy   drapały   pazuram i  o  szy bę,  ale  pani  Verm eegstah  ich  nie  wy puszczała,

zaj ęta wkładaniem  rękawiczek.

–  Twoi  ludzie?  –  zapy tała  wolno.  –  Z  wy działu  anty narkoty kowego?  Cheick  nie  m a  nic

wspólnego z narkoty kam i.

– Naiwna Em i, zakochana w ofierze!
– Ale j uż nie w oprawcy. – Odwróciła się i przebiegła przez j ezdnię, zanim  m opsy  wy padły  z

uj adaniem  przed klatkę.

Zeszty wniała gąbka leżała na brzegu zlewu, w środku stała szklanka z resztkam i kawy, kożuch  w

niej  nosił wszelkie znam iona pleśni. Pościel by ła wy gnieciona, tak j ak j ą zostawili.

– Kiedy  by łeś tu ostatni raz? – Rozglądała się po pom ieszczeniu, zdum iona.
–  Wtedy,  kiedy   stąd  wy szłaś.  –  Cheick  wzruszy ł  ram ionam i.  –  Nie  m ogłem   tu  by ć  sam ,

wszędzie tobą pachniało.

– Aż tak czuj esz m ój  zapach?
– Zawsze czuj ę zapach kobiety.
– Wolałaby m , żeby ś m ówił „twój  zapach”, „zapach Lu”…
– A czy j  wącham ?
–  Teraz  m ój ,  ale  kiedy   m ówisz  „zapach  kobiety ”,  czuj ę  się  nieważna,  uogólniona.  W  złości

m ówiłeś, że j ak cię rzucę, to znaj dziesz sobie inną kobietę. Nawet to zrobiłeś.

– Wolałaby ś, żeby m  znalazł sobie m ężczy znę?
– Żeby ś powiedział, że nigdy  innej  nie weźm iesz, bo to j a j estem  ta j edna j edy na!
– I uwierzy łaby ś m i?
Lu opuściła głowę.
– To j est wasze kłam stwo, hipokry zj a biały ch – roześm iał się.
Zadzwonił  do  niej   dzień  po  ty m ,  j ak  rozstała  się  przed  dom em   z  Bartem .  Zaczęła  j ej   nawet

krąży ć po głowie spiskowa teoria, że j ą obserwował albo że o przebiegu wy padków doniosła m u

background image

pani Verm eegstah.

– No i? – zapy tał po swoj em u.
Kochali  się  w  niezm ienianej   od  m iesiąca  pościeli,  a  Lu  nie  wiedziała,  czy   to  eksplozj a

ludzkiego pożądania, czy  zwierzęcej  czułości. Zasnął, a ona leżała, oszołom iona j ego urodą – by ł
wielki, sm ukły, m iał wcięty  brzuch, um ięśnione ciało, j ego ram iona oplatały  j ą j ak liany.

I znów się z nim  kocha, unosi nad gęstwą tętniącego ży cia, sły szy  śpiewy, wrzaski i skrzeki, w

uszach j ej  świszcze, m iędzy  nogam i czuj e czarny  powróz j ego ręki. Otwiera oczy  i widzi go nad
sobą. Spuszcza go, a potem  patrzy  na śpiącego lwa.

Tata  Bis  chciał  wiedzieć,  czy   Lu  nie  poj echałaby   na  narty   z  nim ,  Moniką,  Danielem   i

Tadeuszem . Ustalali wszy stko w ostatniej  chwili, po tak zwany m  pogodzeniu.

– Utrzy m ać związek na odległość nie j est łatwo. – Lu przy cisnęła słuchawkę do ucha, bo wiatr

zagłuszał  słowa  Taty   Bis.  –  Rianna  szy bko  zdecy dowała,  że  wróci  ze  Szwecj i,  i  zam ieszkaliśm y
razem . Monika m i wy rzuca, że ciągle j ą z nią porównuj ę… Ma trochę racj i. Już m y ślałem , że się
m iędzy  nam i posy pie, ale pogodziliśm y  się, oboj e się staram y.

Lu  pożegnała  Tatę  Bis  i  pchnęła  bram ę  am basady.  Aniołek,  zam iast  j ak  zwy kle  wy j rzeć  z

przeszklonej  budki, stał u szczy tu schodów, m ieniąc się na twarzy. Naprzeciw niego gesty kulował
dy rektor Pac.

– Panie dy rektorze… Ja m uszę do budki, placówka j est niepilnowana.
Na j ej  widok dy rektor poczerwieniał i wsiadł do windy. Z sekretariatu dobiegły  chichoty.
– O! – Aniołek wskazał w tam ty m  kierunku. – Od rana plotkuj ą, cała am basada aż huczy, a  on

się m nie czepia, bo zapy tałem  o zdrowie m ałżonki. Nie warto by ć uprzej m y m , słowo daj ę.

– Coś nie tak z Sandrą?
–  Można  tak  powiedzieć.  –  Aniołek  podrapał  się  w  ty ł  głowy.  –  Zostawiła  pana  dy rektora  dla

tego Pawła, co w am basadzie przety kał rury.

Drzwi  windy   otworzy ły   się  i  ukazał  się  w  nich  dy rektor  Pac.  Wciąż  m iał  na  głowie  kaszkiet,

wy glądało  na  to,  że  wcale  nie  wy siadł  na  dole.  Gestem   nakazał  Lu,  żeby   podąży ła  za  nim .
Wspięła się po schodach i stanęła w progu pustej  sali bankietowej .

–  To  ty   ich  poznałaś.  –  Wy celował  w  nią  kaszkietem .  –  Zeszli  się,  a  teraz  cała  am basada

plotkuj e, śm iej ą m i się w twarz. To ty  j ej  doradziłaś, żeby  go wy brała, sam a by  na to nie wpadła,
j uż j a j ą znam . To wszy stko twoj a wina, j a… j a wy ciągnę z tego służbowe konsekwencj e!

Nie zauważy li, gdy  w drzwiach stanęła wy soka postać w białej  spódnicy.
– Z tego, co właśnie usły szałam  – odezwała się Virginia lodowaty m  tonem  – wnioskuj ę, że nie

j est pan dżentelm enem , panie dy rektorze. Radzę uważać, bo j a też nie.

Osuwała się  w  kleistość,  w  „teraz  to  cokolwiek”,  w  gęstą  esencj ę  rozkoszy.  Zapadała  w  sen,  a

potem  znów by li razem , skóra j ą od tego paliła, j ęzy k sechł, grzbiet wy ginał się spręży ście.

Przy pom niało j ej  się, j ak w podstawówce kolega pocałował j ą na górce, kiedy  nikt nie patrzy ł.

Tak im  się wy dawało, ale gdy  przy szła do dom u, okazało się, że doniosła na nich koleżanka z  klasy.
A  Lu  nic  nie  zrobiła,  pozwoliła  sobie  ty lko  na  bezruch,  ciepły   bezwład  w  brzuchu,  po  prostu
zam knęła oczy. Mam a zrobiła j ej  o to awanturę, bała się o nią, m am y  zawsze się boj ą. W dom u
naprzeciwko  m ieszkała  dziewczy na,  która  „dawała  w  piwnicy ”,  chłopcy   złazili  się  do  niej   j ak
głodne  koty.  Lu  często  wy obrażała  sobie,  j ak  tam ta  to  robiła  –  opierała  się  o  ścianę  i  zadzierała
sukienkę czy  kładła się na plecach na j akim ś stary m  kartonie?

O świcie zadzwonił budzik. Lu nie m iała siły  wstać, Cheick oplótł j ą swoim i długim i rękom a  i

background image

nogam i.  Za  oknem   płatki  śniegu  m iękko  osuwały   się  po  szy bie,  pom y ślała,  że  weranda  będzie
biała.

– Muszę do dom u… – Delikatnie przesunęła j ego ram ię. – Za kilka godzin lecę do Polski.
Udawał, że śpi, ale kiedy  zaczęła wy swobadzać się z j ego obj ęć, m ruknął:
– Śpij , m alutka.
– Muszę się spakować. – Lu pogłaskała go twarzy.
– Jakby śm y  razem  m ieszkali, m ogliby śm y  j eszcze spać – powiedział, nie otwieraj ąc oczu. –
Zawsze wy chodzisz.
– Zawsze protestuj esz.
Spoj rzał na nią spod wpółprzy m knięty ch powiek.
– Jakby m  tego nie robił, to by  znaczy ło, że m i na tobie nie zależy.
– Na m nie czy  na ty m , czego ty  chcesz?
– Co za różnica? – Zaczął się zbierać z łóżka. – Jesteś m oj ą kobietą.
Poj echali do niej , spakowała się szy bko, podwiózł j ą na lotnisko. Chciała, żeby  wy rzucił j ą na

„kiss  &   go”,  ale  zaparkował  i  odprowadził  j ą  do  hali  odlotów.  Stanęli  pod  elektroniczną  tablicą,
wodospad liter i cy fr przestał szum ieć, bły snęła inform acj a o locie do Warszawy.

– Cheick – powiedział ktoś koło nich.
Ciem noskóry   m ężczy zna  by ł  ubrany   w  szary   garnitur,  białe  włosy   przy słaniał  elegancki

kapelusz.

–  Profesorze!  –  Cheick  potrząsnął  j ego  dłonią,  drugą  ręką  obj ął  Lu.  –  Profesor  Ray m ond

Ngonga. A to j est Em ilia Rankiewicz, m oj a kobieta.

–  Bardzo  m i  m iło.  –  Mężczy zna  uchy lił  kapelusza  i  zwrócił  się  do  Cheicka:  –  Jak  ci  idzie

m ontowanie? Kiedy  m ożna się spodziewać film u?

– Część j uż zm ontowałem , ale nie m am  stałego dostępu do studia. To praca wielu ludzi dobrej

woli.

–  Nie  m y ślałeś,  żeby   spisać  te  relacj e  i  wy dać  j e  w  postaci  książki?  Mógłby m   to  zrobić  na

swoim  wy dziale, poprosić uniwersy tet o dotacj ę.

– Nie j estem  pisarzem , profesorze. – Cheick pokręcił głową. – Ani akadem ikiem .
– Wielu ludzi czeka na twój  film , Cheick – powiedział profesor, zanim  zniknął w rozsuwany ch

drzwiach.

– Nie j esteś pisarzem  ani akadem ikiem ? – Lu pociągnęła Cheicka za rękaw. – Kim  ty  j esteś?
– Rehabilitantem , m ówiłem  ci. – Znała ten uśm iech, bawił się z nią j ak kot z m y szą.
– Jesteś scenarzy stą? – drąży ła Lu. – Kam erzy stą? Dziennikarzem ? Dokum entalistą?
Zaczął się śm iać. Już wiedziała, że nie m a szans, żeby  się czegoś konkretnego dowiedzieć.
– Cheick! – krzy knęła, a on zakry ł sobie głowę rękam i, cały  się trząsł ze śm iechu.
– Idź, m alutka, bo się spóźnisz na sam olot. – Popchnął j ą w stronę bram ki.
– O czy m  on m ówił? Kim  ty  j esteś?
– Lum pem ! – Pom achał j ej  i ruszy ł do drzwi, w który ch zniknął profesor Ngonga.
Daniel kichnął. Lu popatrzy ła ze zniecierpliwieniem  na szklankę, która stała przed nim i.
Przy gotowała m u napój , który  m am a zawsze im  podawała, kiedy  by li chorzy : m iód z cy try ną

zalany  wodą m ineralną. Jakim ś cudem  napój  m am y  by ł zawsze gotowy, kiedy  go potrzebowali, a
ten wciąż się m acerował. Kiedy ś Lu j ą zapy tała, czy  zalewa m iód gorącą wodą, ale m am a się
oburzy ła.

background image

Wrzątek  całkowicie  zabij ał  właściwości  i  m iodu,  i  cy try ny,  nie  wolno  by ło  przy spieszać

procesu, napój  m usiał się odstać, a m iód sam  odkleić od ły żki, rozpuścić w swoim  czasie.

Daniel znów kichnął.
– Nie wy wieraj  na m nie presj i. – Lu nerwowo zam ieszała w szklance.
– Zostaw – rzucił. – Mam a m ówiła, że m usi się przem acerować. I że naj gorzej  przy gotować to

w nerwach. Daj  m u się spokoj nie odstać.

Wreszcie sam  z siebie powiedział coś o m am ie. Z tłum iony m  westchnieniem  ulgi Lu postawiła

szklankę z m iksturą pod oknem , przy kry ła folią.

– Muszę ci coś pokazać. – Daniel ruszy ł do swoj ego pokoj u. – Ty lko się nie denerwuj .
Poszła za nim , zastanawiaj ąc się m im owolnie, kiedy  dorobił się takich m ięśni ram ion. Nic nie

m ówił, że coś ćwiczy ł. Powinna go by ła zapy tać, a nie ty lko rozm awiać o grach.

– Co tam  zm alowałeś? – powiedziała zam iast tego z rozpędu. – Coś w szkole?
–  Nie  ty le  j a,  ile…  –  otworzy ł  laptop  i  podsunął  j ej   krzesło.  „…wczoraj   przy szła  na  trening

pogry ziona m ówiła że sie ruhała z dwom a czarny m i naraz ona to lubi…”.

–  „Ruchać”  przez  „ch”  –  powiedziała  odruchowo  Lu.  „…po  zaj ęciach  Lu  podeszła  do

dziewczy ny  i wsadziła j ej …”. Nagle wszy stko zaczęło j ą swędzieć. Lu wstałaby  z krzesła, gdy by
nie to, że j ą do niego przy gwoździło.

–  Jakiś  zwy rol  się  koło  ciebie  kręci.  –  Głos  Daniela  brzm iał  rzeczowo.  –  Zrobił  sobie  z  ciebie

tem at bloga. „…m iała pogry zioną szy j e pewnie j ej  wsadzali aż do…”.

– Kum pel m i przesłał, zaczęliśm y  gościa tropić – dodał.
Musiała chronić Daniela, za wszelką cenę. Przekręciła się na krześle tak, j akby  chciała zasłonić

sobą ekran.

– Nie m ieszaj  się do tego! Nie czy taj  tego!
Z boku doszedł j ą cichy  śm iech, który  szy bko przerodził się w kaszel.
– Siostra, taki j est teraz świat. Internet to naturalne środowisko zboczeńców. Trzeba ich om ij ać,

to wszy stko.

– Ale nie szukaj  go, nie pozwalam , j a…
– Przecież nie chcę m u nawrzucać, boby  od tego dostał orgazm u. Wpuścim y  m u paskudnego

wirusa, to wszy stko.

Lu  spoj rzała  na  Daniela,  na  j ego  surowo  wy rzeźbioną  twarz,  m ocne  ram iona,  czarne  włosy

spięte w zadziorny  kucy k na czubku głowy. Gdy by  spotkała takiego m ężczy znę gdzieś w ciem ny m
zaułku,  pogratulowałaby   sobie,  że  um ie  się  bić.  Nagle  dotarło  do  niej   z  wielką  wy razistością,  że
j ej  brat j est dorosły.

– Jak go znaj dziecie? – usły szała swój  głos.
– Brat m oj ego kum pla pracował w policj i, w wy dziale przestępczości internetowej .
– My ślisz, że powinnam  złoży ć skargę?
Daniel odchy lił się na krześle, założy ł ręce za głowę.
– Gość pisze „Lu”, nie „Em ilia”. Nie wiem , czy  policj a chciałaby  się ty m  zaj ąć. Na upartego

m ożna  się  nie  dom y ślić,  że  to  ty,  nie  m a  tu  twoj ego  im ienia  ani  nazwiska,  chociaż  wszy stko
wskazuj e na to, że to ty, bo on pisze, że j esteś m odelką, i szczegółowo opisuj e twoj e zdj ęcia. Ale
spry tnie  nie  wstawia  ich  na  swoj ego  bloga.  My śli,  że  j est  cwany.  Ty le  że  nie  wie  o  internecie
połowy  tego co m y.

Lu wstała z krzesła, m iała wrażenie, że się od niego odlepia.

background image

– Ale dlaczego? – Jej  głos pisnął dziecinnie.
– Co dlaczego?
– Dlaczego on to robi?
Znów  ten  śm iech.  Lu  przy m knęła  oczy.  To  ona  dram aty zowała  czy   Daniel  i  j ego  pokolenie

zupełnie inaczej  patrzy li na kwestię kom prom itacj i? Ty le się działo w internecie, że wy robili sobie
skórę  nosorożca,  żeby   się  uodpornić  na  obrzucanie  się  błotem .  Wy rastała  nowa  generacj a
zaszczepiona przeciw wirtualny m  zarazom .

–  Dlaczego?  –  usły szała  głos  Daniela.  –  Bo  j esteś  znana.  Dla  takich  ty pów  j ak  on  każdy,  kogo

widać, j est lepszy  od niego, anonim a.

Daniel zam knął stronę, na ekranie zostało tło, nieskończona przestrzeń sawanny.
–  Pam iętasz,  co  m am a  m ówiła  o  takich  ludziach?  „Gówno  przy kleiło  się  do  statku  i  m ówi,  że

pły niem y ” – zachichotał.

– Świat j est takich pełen.
– Co do świata, to j eszcze nie wiem , ale internet na pewno.
Wieczorem  zadzwoniła do Cheicka. Chciała m u powiedzieć o znalezisku brata, ale zam iast tego

zaczęła:

– Nie tęskniłeś za m ną.
– Aha – odparł.
– Tak m y ślałam  – j ęknęła.
– Chcesz m i przekazać swój  sm utek?
– Nie, to taka gra. Kokietuj ę – powiedziała Lu i poczuła się głupio.
– Mów. – Głos Cheicka, ten j ego głos w j ej  brzuchu. – No m ów, m alutka.
Pola  przy kry te  łacham i  śniegu,  rozsianie  tu  i  tam   gospodarstwa,  kępy   drzew,  szkółki  m łody ch

choinek – szczera polskość uciekała za oknam i pociągu. Lu poskrobała palcem  w szy bę, j ak  robiła,
kiedy  by ła dzieckiem , żeby  dogrzebać się kraj obrazu przy słoniętego kwiatam i m rozu.

Dogrzebać  się  prawdy.  Przy m knęła  oczy   –  pod  powiekam i  przesuwali  się  ludzie,  kobiety   i

m ężczy źni,  katalogowała  ich  w  m y ślach,  obm ierzała,  oglądała  ze  wszy stkich  stron.  Kto
wy pisy wał o niej  te bzdury  – Ty m cia? Viola? Dy rektor Pac? Spoj rzała na zegarek. Za kwadrans
doj edzie, po południu  m a  powrotny,  ty lko  odda  tę  paczkę,  Dom inika  j ą  poprosiła,  żeby   zawiozła
siostrze lekarstwa, którego nie m ożna by ło dostać w Polsce.

Lu  wstała  i  otworzy ła  okno,  zim ne  powietrze  wpadło  do  przedziału,  schłodziło  m y śli.  Szlaban

zam y kał się, stary  m ercedes wy puszczał dy m  w rury  wy dechowej , chłop trzy m ał na łańcuchu
krowę, przy  słupie węszy ł łaciaty  kundel. O j ej  m am ie też plotkowali, i o Duni. Kiedy  wy buchła
afera z Karlem , m asaży stka wieszała na Duni psy. Mam a nie kry ła podziwu dla przy j aciółki: „Jak
to m ożliwe, że się ty m  nie przej m uj esz?” – py tała. „Przecież to oni te wszy stkie rzeczy  m y ślą o
m nie,  nie  j a  o  sobie”  –  m ówiła  Dunia.  „Nie  czuj esz  się  przez  to  brudna?”  –  py tała  m am a.  Lu
wciąż pam iętała śm iech Duni.

Wy ciągnęła  notes  i  napisała  „Cheick”,  a  pod  spodem   zaczęła  wy pisy wać  słowa,  które  j ej   się

koj arzy ły   z  ich  związkiem .  Faire  de  reproche  –  czy nić  wy rzuty,  résoudre  un  problème  –
rozwiązać problem . Jej  m ężczy zna dopiero się uczy ł, że ona chce z nim  ustalać, a nie robić to, co
on postanowił. Przedzieliła stronę na pół, j uż nie, j ak kiedy ś, na części „Cheick” i „Bart”, ty lko na
„dobre”, „do poprawienia”. Pod „dobre” wpisała: une joie – radość.

Pociąg zaczął zwalniać, Lu schowała notes. Ostatnie lata m inęły  szy bko, tak j ak ten kraj obraz.

background image

Za oknem  zobaczy ła napis „Łódź Kaliska”, na słupie rozm azał się skrót nazwy  – „Łka”.

Na oficj alny m  pożegnaniu dy rektora Paca nie by ło Sandry, ale wszy scy  m ówili ty lko o niej .
– Jest w ciąży ! – Pani Ula chciała by ć pierwszą, która przekaże Lu nowinę.
Lu  pokiwała  głową,  udaj ąc  zdziwioną.  O  ciąży   Sandry   wiedziała  od  ty godnia,  sam a  poleciła

j ej   Monikę  j ako  ginekologa.  Sandra  zadzwoniła  do  Lu  pod  koniec  wizy ty,  j eszcze  z  gabinetu
lekarskiego.

–  Jestem   w  ciąży,  w  ciąży !  –  krzy czała  do  słuchawki.  –  Prawdziwy   cud!  Przy   Jarku  by łam

bezpłodna, a j ak Pawełek się do m nie zabrał, od razu sprawę załatwił.

Lu usły szała w tle śm iech Moniki.
– Tak m nie coś zdziwiło, że m iesiączka się spóźnia – traj kotała Sandra do słuchawki. –
My ślę  sobie,  stara  j uż  j estem ,  pewnie  przekwitam ,  a  pani  doktor  m ówi,  że  właśnie  koło

czterdziestki takie wy padki się zdarzaj ą.

Wiadom ość przeniknęła do am basady  bez pom ocy  Lu i trafiła na m om ent, w który m  żegnano

dy rektora  Paca.  Podczas  gdy   Virginia  dziękowała  m u  w  przem ówieniu  za  pracę,  podwładni
szeptali gorączkowo o j ego żonie i j ej  kochanku. Pani Ula sprawnie rozprowadziła nowinę wśród
pracowników am basady, teraz wy ciągnęła telefon kom órkowy, żeby  powiadom ić resztę świata.

– Czekaj , Danusia, właśnie załączy łam  telefon. Wcześniej  by ły  toasty, to nie m ogłam  m ówić.

Nie uwierzy sz! Słuchaj …

Dom inika  podeszła  do  Lu  z  kieliszkiem ,  w  który m   j ak  zwy kle  ledwo  um oczy ła  usta.  Nie  piła

alkoholu, czy m  zraziła do siebie pana Zdzisława i zaskarbiła sobie szacunek pani Uli.

– Sandra w ciąży … – Dom inika obróciła kieliszek w palcach. – Jedni w ciąży, inni zakochani.
– Sandra fakty cznie robi wrażenie…
– Zakochałam  się, Em ilko! – przerwała j ej  Dom inika. – Z wzaj em nością.
– No m ówię ci, kochana, że ona zostaj e w Belgii – traj kotała do słuchawki pani Ula. – Ja też nie

wiem   dlaczego,  ale  ponoć  tak  zdecy dowali.  On  m a  tu  firm ę  budowlaną,  nieźle  zarabia,  dla  nas
pracuj e, przecież  dzięki  tem u  się  poznali.  Jak?  To  j a  ci  nie  opowiadałam ?  No,  przez  Em ilięto  się
stało…

Dom inika podsunęła się pod okno, pociągaj ąc za sobą Lu. W nakrapiany m  gieźle zlewała się  ze

wzoram i firanki.

– Poznaliśm y  się przez internet –– zaczęła. – Reszta w realu. Spotkaliśm y  się, raz i drugi, i  tak

kilka  m iesięcy.  Rozwodnik,  trochę  ode  m nie  starszy,  m ieszka  w  Poznaniu.  Chcem y   razem
zam ieszkać.

–  Kiedy   on  się  przeniesie  do  Brukseli?  –  zapy tała  Lu.  Dom inika  właśnie  dostała  przedłużenie

kontraktu na rok.

Pani Ula zatkała sobie ręką drugie ucho.
– …m ówię ci, że tu zostaj ą, nie wiem  dlaczego, przecież oboj e m aj ą w Polsce rodziny. Pewnie

przez  to,  że  pani  Sandra  to  w  końcu  żona  dy plom aty,  taka  się  niby   światowa  zrobiła.  By ła  żona,
m asz racj ę, Danusiu, ciągle się zapom inam …

–  On  nie  chce  do  Brukseli.  –  Dom inika  pokręciła  głową.  –  Mówi,  że  w  Poznaniu  m a  pracę,

znaj om y ch, całe ży cie.

– A ty ? Gdzie chcesz by ć?
– Ja tam , gdzie m ój  m ężczy zna. – Rum ieniec Dom iniki spły nął z twarzy  na szy j ę i dekolt.
– No co ty ! – usły szały  głos Violi.

background image

Nie  zauważy ły,  j ak  podeszła.  Stała  tuż  obok  w  obcisłej   sukience,  z  czarny m i  włosam i

zaczesany m i do góry  na żel.

– A ty  nie wracasz do Polski z dy rektorem ? – zapy tała Dom inika.
Viola wy piła duszkiem  wino i postawiła pusty  kieliszek na tacy  m ij aj ącego j e kelnera.
– Jaruś wte, a j a wewte. Ży cie j est usrane skrzy żowaniam i.
Lu wracała do dom u szy bkim  krokiem , chociaż się nie spieszy ła – dziś nie m iała ani treningu,

ani  zdj ęć,  a  Cheick  wy j echał  na  parę  dni  do  Pary ża.  Obok  przej echał  autobus  z  obrazkiem
raj skiego zakątka i podpisem  „Spa in Poland”. Pod płotem  parku potknęła się o śpiwór, ze środka
dobiegły  swoj skie przekleństwa. „Kurwa – zam am rotał bezdom ny  po polsku – za dobrze tu m aj ą,
aż ludzi nie widzą”.

Wciągnęła w płuca wieczorne powietrze. By ł kwiecień, ale w ty m  roku wiosna nadchodziła z

oporam i, trzeba by ło wciąż nosić ciepłe ubrania. Zasunęła suwak skórzanej  kurtki, palce dotknęły
kępki nitek po odpadnięty m  guziku. Jak to j est odpaść od całości? Lęk, ale też ulga. Pogładziła nitki.
Zawsze  nadchodził  w  ży ciu  m om ent,  gdy   swoj skość  zaczy nała  dusić.  Obcy   stawali  się
znaj om y m i,  wciągali  j ą  w  swoj e  orbity,  dopasowy wali  j ej   ży cie  do  swoj ego,  a  gdy   się
odsuwała, obrażali się.  Skubnęła  nitki,  ale  siedziały   m ocno.  Nie  szukała  ucieczki,  ty lko  wy j ścia  z
sy tuacj i. Szarpnęła, zwinęła nitki w kulkę i rzuciła za siebie. Przy szedł czas, żeby  zobaczy ć pewne
rzeczy  z dy stansu.

– Jak to, chcesz wy j echać i nie wiesz gdzie ani na ile? – Cheick nigdy  nie podnosił głosu. –
Mieliśm y  razem  zam ieszkać, a teraz ty  chcesz wy j echać? Sam a?
Wy j ął  paczkę  z  ty toniem ,  wkruszy ł  do  środka  pęczek  ususzony ch  ziół,  które  wy j ął  z  m ałej

plastikowej  torebki. Rozprostował bibułkę, nasy pał do środka suszu, zrolował, polizał brzeg białego
papierka.  Dopiero  teraz  na  nią  spoj rzał.  Bał  się,  że  odsuwa  się  od  niego,  a  ona  nie  um iała  m u
powiedzieć tego, co j ej  się dopiero kry stalizowało: że to nie od niego m usi się odsunąć, ty lko od
tego kawałka ży cia. Ty lko w rozm owach ze Sprite by ła taka wy m owna, przy  Cheicku j ą zaty kało.
By ło j ego chcenie i j ej  insty nktowny  opór, pom iędzy  nim i brak słów.

– Co to za związek? – zapy tał.
Zam iast tłum aczy ć, przy tuliła się do niego. Odsunął się.
– Daj  m i zapalić – m ruknął.
Znów spróbowała.
– Nie teraz – rzucił oschle. – Naj pierw zj edz, j esteś głodna.
– Nie j estem  głodna.
Jestem  brzy dka i okropna, dlatego m nie nie chcesz – pom y ślała. Wbiła się w kąt, siedziała tam

osowiała, aż dopalił i przy ciągnął j ą do siebie.

– Rozbierz się.
Kochaj ą się, m rok zaciera osobność, oddy chaj ą razem , j ego pot pokry wa skórę Lu. Cheick liże

j ej  pachę. „Wciąż pachniesz dezodorantem  – m ówi – ale zaraz zaczniesz pachnieć sobą”.

…profil  Lu  na  prześcieradle,  Cheick  wodzi  palcem   po  j ej   czole,  nosie,  ustach.  Kiedy ś  tak

wodził po ciele innej  dziewczy ny, ale teraz tam tej  nie pam ięta. Gdzie ona chce j echać – m y śli i
uj m uj e  w  dłonie  j ej   pupę,  wgry złby   się  w  nią.  Prawda,  zapom niał  kupić  m ango,  Lu  tak  lubi
m ango…

…ram iona  Cheicka  się  naprężaj ą,  Lu  specj alnie  pochy la  się  nad  nim ,  żeby   j ą  lekko  uniósł,

zawsze tak robi, j akby  nic nie waży ła, tak ciężko od niego wy j ść, kiedy  j ą w siebie wplata, w niej

background image

się porusza…

…zapach  Lu,  coraz  wy raźniej szy,  świeże  wspom nienie,  j ak  się  dla  niego  rozbierała,  m ateriał

liżący   j asną  skórę,  czekoladowe  m aźnięcia  włosów  na  ram ionach.  Wchodzi  w  j ej   słody cz,  w
ustach ciepło, j akby  napił się krwi…

…otwiera usta, j ego j ęzy k, j aki gorący, śliskie ciepło na skórze i pod nią, Cheick otwiera oczy …
…Lu otwiera szeroko oczy …
Ich ciała są razem  do rana. My śli rozdzielaj ą się dużo wcześniej .
Światło  gasło  powoli,  głosy   cichły.  Widownia  j eszcze  chwilę  wstrzy m y wała  oddech,  potem

wy buchły  oklaski. Lu rozej rzała się po sali. Obok siedziała Sprite, wokół nich prawie sam e kobiety.

Białe,  czarnoskóre,  starsze,  m łode;  naj m łodsza  –  córka  bohaterki  wieczoru,  Sister  Fa  –  m iała

pięć  lat.  Lu  cieszy ła  się,  że  Sprite  j ą  tu  przy prowadziła,  film   o  raperce  z  Senegalu  walczącej
przeciwko obrzezy waniu kobiet zrobił na niej  wrażenie.

– A j a się m artwiłam  ty m  zboczeńcem  od bloga. Jakie to m a znaczenie przy  ty m , co ona robi!

– powiedziała Lu, przeciskaj ąc się do wy j ścia. – Dzięki niej  ludzie nie będą tak cierpieli.

– Zranić m ożna na różne sposoby  – m ruknęła Sprite.
– Nie m ożesz porówny wać tego bólu do… – Lu wskazała ciem ny  ekran.
Sprite zatrzy m ała się przy  drzwiach i odsunęła na bok, żeby  przepuścić wy chodzący ch.
– Widziałam , co plotki zrobiły  m oj ej  m am ie – m ówiła szy bko. – I m nie. Nie m asz poj ęcia, j ak

to j est m ieć kilkanaście lat i słuchać, j ak obśluny  rozm awiaj ą o twoj ej  m atce, j ak j ą rozbieraj ą
oczam i, słowam i, oblepiaj ą ty m  swoim  gównem  j ak, j ak…

Lu przy ciągnęła j ą do siebie i m ocno przy tuliła. Kobiety  przeciskały  się koło nich, ale Lu nie

puszczała Sprite.

– Jak spotkałam  Bilala, nie m ogłam  uwierzy ć, że ktoś m oże by ć taki. – Sprite obtarła twarz.
– Dobry, czuły. Niczego nie chce, nie udaj e przy j aciela, żeby  m nie podej ść. Chcem y  razem

zam ieszkać. Chcę z nim  m ieć dzieci.

Sprite  pozby ła  się  długich  cienkich  warkoczy ków,  od  skóry   odbij ały   naturalne  włosy,  tworząc

wokół głowy  czarną aureolę. Nagle Lu przy pom niał się Michał i j ego dobre brązowe oczy.

Niedawno urodziła m u się córka, dał j ej  na im ię Em ilia. Michał, Tata Bis, Daniel – dzięki nim

wiedziała, że na świecie są norm alni m ężczy źni.

–  Wy starczy,  że  cię  obrzy gaj ą  epitetam i  i  j uż  nigdy   z  nikim   nie  porozm awiasz,  nikom u  nie

zaufasz? – powiedziała teraz do Sprite.

– Ufam  tobie i Bilalowi. Reszta m nie nie obchodzi.
– Chowasz się, Sprite.
– Jestem  zm ęczona.
Tłum  kobiet się przerzedzał, salę kinową wietrzono, za chwilę zaczy nała się inna im preza.
Kiedy   opowieść  dla  Sprite  przestała  swobodnie  pły nąć?  –  zastanowiła  się  Lu.  Czy   to  j a

zaczęłam  j ą ograniczać, czy  ona postawiła tam ę ze swoj ej  wierności, j edności z Bilalem , planów
m ałżeństwa?

– Co się stanie z bokserką z pom arańczowy m  pasem kiem ? – Dotknęła krótkiej  m ufki czarny ch

włosów przy j aciółki.

– Boisz się, że zostanę żoną ze Stepford? – żachnęła się Sprite.
–  Naj lepiej   teraz  zrób  sobie  pasem ka  popielato-blond.  –  Lu  zwichrzy ła  j ej   afro  i  poszła

porozm awiać z Sister Fa.

background image

Lu  wy szła  spod  pry sznica  i  sięgnęła  po  ręcznik.  Mokre  ubrania,  które  zdj ęła  po  treningu,

m ogłaby   wy żąć.  Powoli  wracała  do  form y,  ćwiczy ła  tak  intensy wnie,  że  Ricky   zapisał  j ą  na
walki  w  kategorii  light  contact.  Miała  startować  na  ty ch  sam y ch  zawodach  co  Sprite,  która
ubiegała się o m istrzostwo Europy  w kategorii full contact. Lu podeszła do ławki, gdzie leżały  j ej
rzeczy. Fatim a m alowała się przed lustrem , długie czarne kreski okalały  lewe oko, teraz pracowała
nad prawy m .

– Wy bierasz się gdzieś? – Lu grzebała w torbie w poszukiwaniu dezodorantu.
–  Na  kolacj ę  z  m oim   chłopakiem   i  j ego  przy j acielem .  Świętuj ę  rozwód.  Nie  by ło  łatwo,  w

m oim  środowisku kobiety  się nie rozwodzą. Ale nie j estem  trady cy j ną kobietą, chociaż uważam
się za dobrą m uzułm ankę. – Fatim a schowała kredkę i zaczęła tuszować rzęsy.

– Mój  m ężczy zna j est m uzułm aninem .
Lu wy szła z szatni i stanęła j ak wry ta – przed drzwiam i tkwił Diallo. Włosy  zaczesy wał teraz do

góry  i zbierał j e kolorową opaską. Lu patrzy ła na niego bez słowa, ignoruj ąc przy glądaj ącego im
się Igora.

– Miałem  do ciebie zadzwonić – odezwał się Diallo. – Dawno się nie widzieliśm y. Wiedziałem ,

że tu cię znaj dę. Widziałem  cię też na zdj ęciach, staj esz się coraz bardziej  znana.

–  To  wy   się  znacie?  –  Fatim a  stanęła  koło  nich,  szeroko  otworzy ła  perfekcy j nie  um alowane

oczy.

– Czy  m y  się znam y ? – roześm iał się Diallo, odrzucaj ąc do ty łu głowę. Po czy m  obj ął Fatim ę

i powiedział do Lu: – To m oj a dziewczy na.

Cheick czekał na nią w Au Soleil d’Afrique na Matonge. Tego wieczoru nie naby ła się z nim , bo

ciągle  ktoś  zagady wał  go  w  suahili.  W  końcu  Cheick  j ą  przeprosił  i  wy szedł  rozm awiać  na
zewnątrz. Ktoś podszedł do ich stolika – nad Lu stała kuzy nka Cheicka, ta, z którą Lu zobaczy ła go
kiedy ś na ulicy.

– Cheick ty le m i o tobie opowiadał. – Z bliska wy dawała się j eszcze bardziej  posągowa, czarne

fale włosów opły wały  twarz z wy sokim i kośćm i policzkowy m i. – Mam  na im ię Aisha.

Po j akim ś czasie Cheick wrócił do stolika.
– Ale się zagadałam ! – Aisha spoj rzała na zegarek. – Przecież się um ówiłam !
– Z twoim  żonaty m ? – zapy tał Cheick.
– Taki on m ój , j ak i twój . – Aisha m achnęła ręką.
Lu pochy liła się do Cheicka.
–  Dlaczego  m i  nie  powiedziałeś,  że  pom agasz  się  osiedlić  ludziom ,  którzy   tu  przy j eżdżaj ą  z

Konga?  Że  po  studiach  j eździłeś  po  kraj u,  zbierałeś  m ateriały ?  Co  to  za  film ,  o  który m   m ówił
profesor Ngonga?

Spoj rzał  na  nią  spod  wpółprzy m knięty ch  powiek.  No  tak,  m inie  trochę  czasu,  zanim   się

odezwie.

–  Widziałaś  m nie  takim ,  j akim   chciałaś  m nie  widzieć  –  odezwał  się  w  końcu.  –  Ludzie  łatwo

osądzaj ą. Wolałem  poczekać, aż sam a się przekonasz, co o m nie m y śleć.

– Jesteś m oim  m ężczy zną, a j a nic o tobie nie wiem , dowiaduj ę się od inny ch!
Znów te na wpółprzy m knięte powieki.
–  Mam   ci  się  skarży ć,  że  kiedy   dzwonię  w  sprawie  pracy,  um awiaj ą  m nie  na  rozm owę,

zachwy ceni m oim  francuskim , a j ak wchodzę, wielki i czarny, to m ówią, że nieaktualne? Ci ludzie,
którzy  uciekaj ą ze swoich kraj ów i próbuj ą tu ży ć, nie m ówią nawet dobrze po francusku. Po co

background image

m am  ci o ty m  m ówić, zarażać niedobrą energią?

– To są twoj e sprawy, a ty  j esteś m oim  m ężczy zną. Razem …
–  Razem !  –  żachnął  się.  –  Jesteś  kobietą,  a  j a  m ężczy zną.  Jesteśm y   osobni,  każdy   m a  swoj e

przeznaczenie. Przez j akiś czas idziem y  razem , ale um ieram y  osobno.

Kelnerka  postawiła  przed  nim i  talerze  ze  sm ażony m i  bananam i  i  liśćm i  m anioku.  Dopiero  w

dom u  Lu  przeczy tała  esem es  od  Daniela.  „Zwy rol  właśnie  napisał,  że  dziś  pobiłaś  dziewczy nę
swoj ego eksfaceta”.

Monika m iała twarz koloru piasku, takiego j ak j ej  torba.
–  To  pewnie  błąd,  że  się  z  tobą  spoty kam   –  powiedziała,  nie  patrząc  na  Lu.  –  Ale  j estem   na

m iłosny m  odwy ku i właśnie m am  cofkę. Strasznie ciężko się odkochać w m oim  wieku.

Lu  popatrzy ła  na  nią  ze  współczuciem ,  pod  który m   tliła  się  złość.  Karate  Monika  i  Tata  Bis

właśnie się rozstali.

–  To  wszy stko  m oj a  wina.  –  Jasne  pasm a  wy suwały   się  z  koka  Moniki.  –  Nie  chciałam   się

przenieść do Polski, bo m am  tu pracę, znaj om y ch, całe ży cie, od dwudziestu lat. A Tadeusz…

– Musiałby  zm ieniać szkołę – podpowiedziała Lu.
– Jem u by  się to nawet podobało, uwielbia Polskę. I Daniela, i Tatę Bis, j ak go nazy wacie.
Tadeusz bardzo cię lubi, m ówi, że j esteś cool. To j a, przeze m nie… Przepraszam , że zawracam

ci głowę, ale m usiałam  się zobaczy ć z kim ś, kto go zna. Tak ciężko się odkochać.

– To się nie odkochuj  – wy rwało się Lu.
– Nie wy obrażam  sobie powrotu do Polski. – Monika potrząsnęła głową. – Jestem  lekarką, m am

tu  prakty kę,  dobrze  zarabiam .  Jak  by m   się  teraz,  w  połowie  kariery,  m iała  wkleić  w  tam ten
lekarski świat?

Lu spoj rzała przez okno kawiarni na ulicę. Niski człowiek w m undurze szedł z puzonem .
Spoj rzała  na  j ego  twarz  –  instrum ent  dęty,  właściciel  nadęty.  Um undurowanego  m inęła

dziewczy na  w  spódnicy   na  halce,  z  ceglasty m i  rum ieńcam i  wy m alowany m i  na  policzkach.
Nadęty  z cy rkówką, co za parada za tą szy bą – zdum iała się Lu.

– Jedy na prawdziwa m iłość na świecie to m iłość do dziecka i dziecka do rodzica. Na pozostałe

m iłości trzeba sobie zasłuży ć – usły szała głos Moniki.

Wieczorem  Lu połączy ła się przez Sky pe’a z Tatą Bis.
–  Czułem   się  przy   niej   niepotrzebny.  –  Przeczesy wał  palcam i  szpakowate  włosy.  –  Może

j estem  staroświecki, ale czuj ę, że nie m a dla m nie m iej sca w j ej  ży ciu, sam a sobie ze wszy stkim
radzi.  Chciała,  żeby m   się  przeniósł  do  Brukseli,  ale  j ak  m am   się  przenieść?  Daniel  za  rok  m a
m aturę, nie m ogę go sam ego zostawić. Jestem  oj cem , przede wszy stkim .

Furgonetka zakrztusiła się, silnik zgasł.
– Jesteś pewna, że doj edziem y  ty m  do Francj i? – zapy tała Lu z powątpiewaniem .
Sprite klepnęła deskę rozdzielczą.
– Allez… – m ruknęła po francusku i przekręciła kluczy k w stacy j ce. Silnik kaszlnął i zaskoczy ł.
Wy j echały  ze stacj i benzy nowej  i ruszy ły  autostradą.
– Wy słałam  twój  scenariusz do gry  tej  firm ie w Stanach, w której  m iałam  prakty ki – zagaiła

Sprite. – Wczoraj  odpisali, że im  się podoba. Rozważaj ą, czy  go od ciebie nie kupić.

Teraz Lu klepnęła deskę rozdzielczą, wy suszony  ogry zek wy skoczy ł z wgłębienia i spadł j ej  na

kolana. Wzięła go za ogonek i puściła z wiatrem .

– Sugeruj ą ty lko, żeby ś dobudowała j eszcze j edno piętro, bo fabuła j est zby t czarno-biała.

background image

Wiatr chłodził zarum ienioną twarz Lu. Ledwo zdołała wy rzucić:
– Razem  to napiszem y, prawda?
Sprite zwolniła przed rozj azdem .
– Za dwieście m etrów skręć w prawo – wy recy tował GPS.
Wj echały  m iędzy  zabudowania rozsiane po obu stronach drogi.
– Mam  teraz za dużo rzeczy  na głowie. – Sprite szukała wzrokiem  m iej sca do zaparkowania pod

halą  sportową.  –  Już  i  tak  Bilal  pakował  m oj e  rzeczy   przed  przeprowadzką,  kiedy
przy gotowy wałam  się do walki. I w pracy  m uszę nadgonić.

Na  kory tarzu  od  razu  natknęły   się  na  Sim one,  chwilę  później   wpadły   w  obj ęcia  Senégo,

podbiegł  do  nich  Farid.  Wszy scy   m ieli  walki,  ale  to  Sprite  by ła  bohaterką  wieczoru,  walczy ła  o
m istrzostwo Europy.

– Że też cię ustawili do walki z Leą – dziwiła się Sim one. – Jesteście z tego sam ego klubu…
– Przecież Lea zm ieniła klub – przy pom niał j ej  Sené.
– Mim o wszy stko – upierała się Sim one. – Zaczy nały śm y  we trzy, znam y  się j ak ły se konie.
Po ważeniu wm ieszały  się w tłum  widzów. Farid wy grał w pierwszej  rundzie, j ak zwy kle przez

knock-out.  Jego  technikę  walki  nazwały   m iędzy   sobą  „na  detekty wa”.  Przez  kilkanaście  sekund
sondował przeciwnika, lekko odpieraj ąc ataki, po czy m  przy walał raz, ale zdecy dowanie.

Podczas walki Senégo Lu zaczęła się denerwować – ona m iała by ć następna. Ricky  instruował

j ą, co m a robić, ale ledwo go słuchała. Sené przegrał, a Sim one, która przebierała się obok niej  w
złoto-biały  strój , m ruczała: „To przez to, że urodziło m u się dziecko, biedak nie dosy pia”.

Ricky   popchnął  Lu,  wy szła  z  szatni  na  trzęsący ch  się  nogach.  Zacisnął  j ej   rzepy   rękawic,

włoży ł  na  zęby   ochraniacz.  Lu  stanęła  naprzeciwko  szczupłej   skośnookiej   dziewczy ny   w
niebieskim  kasku. Ty lko do tego m om entu pam iętała swoj ą walkę, resztę zobaczy ła na nagraniu.
„Z trudem  orientowałam  się, co robię” – opowiadała potem  Sprite. Sły szała okrzy ki Ricky ’ego, na
niektóre nawet reagowała. Ale dopiero w trzeciej  rundzie zaczęła walczy ć chłodniej  – udało j ej
się  zapędzić  dziewczy nę  do  narożnika  i  trafić  podbródkowy m .  Kiedy   zabrzm iał  gong,  sędzia
ogłosił rem is.

Naj ważniej sza  walka,  o  m istrzostwo  Europy,  odby ła  się  dopiero  pod  koniec  wieczoru.  Lea

wy szła na ring w czerwony ch spodenkach i koszulce, j asny  warkocz zaplotła luźniej  niż zwy kle.

Potem   wszy scy   m ówili,  że  właśnie  ten  warkocz  j ej   zaszkodził.  Sprite  poj awiła  się  w  żółty m

stroj u, z grzy wką afro. Nie traciły  czasu na sondowanie się, za dobrze się znały. Lea przy wierała
do Sprite, okładaj ąc j ej  brzuch, Sprite odkopy wała j ą, zy skuj ąc dy stans. Lu znów pom y ślała, że
kobiety  bij ą się brutalniej . Mam y  by ć takie j ak m ężczy źni – przem knęło j ej  nieoczekiwanie przez
m y śl – ty lko podlej sze?

W ty m  m om encie warkocz Lei się rozplótł, j asne włosy  zasłoniły  twarz. Sprite wy konała m ały,

niem al czuły  ruch – z dala wy glądało to, j akby  chciała odsunąć luźne pasm a włosów tam tej  – i
Lea  zatoczy ła  się  na  liny   z  zakrwawioną  twarzą.  Sędzia  doliczy ł  do  dziesięciu  i  uniósł  w  górę
ram ię Sprite.

Wracały  do Brukseli, kiedy  Sprite powiedziała Lu, że wy cofuj e się z boksu. Lu, która trzy m ała

na kolanach pas i puchar, trofea Sprite z ty ch zawodów, w pierwszej  chwili chciała protestować,
py tać dlaczego.

– Rozum iem  – powiedziała zam iast tego. – Sam a też czuj ę, że m uszę ruszy ć dalej .
Przy j echały  do Brukseli nad ranem , ale Lu nie chciało się spać, buzowała w niej  adrenalina.

background image

Uruchom iła  laptop  i  dopisała  do  gry   kolej ne  fragm enty.  „Wy próbowani  przy j aciele  czasem

odchodzą,  gracz  daj e  im   odej ść  i  szuka  nowy ch,  chociaż  się  boi,  że  go  zdradzą”  –  napisała.
Zapatrzy ła  się  na  świt  wstaj ący   nad  parkiem .  Sy m bolem   odej ścia  przy j aciela  będzie  skrzek
zielony ch papug.

„Agresy wne  papugi  i  przekarm ione  gołębie,  które  sraj ą  wielkim i  plackam i”  –  wy stukała,  po

czy m   zaczęła  opisy wać  sy lwetki  pierwszy ch  woj owniczek:  strzelistą  postać  z  m iodowy m i
włosam i i drugą, łudząco do niej  podobną, z białą grzy wą. Ubrała j e w śnieżnobiałe płaszcze do
kostek.  Jedna  nosiła  na  zębach  aparat  korekcy j ny,  czoło  drugiej   przecinały   zm arszczki,  j edna
poziom a i druga m iędzy   brwiam i  (dała  im   prawo  do  skaz,  ale  ich  sy lwetki  obrobiono  tak,  żeby
by ły  idealne).

Początek  akcj i  um ieściła  w  m ieście  pełny m   kam ienny ch  budowli,  gdzie  woj owniczki

zaczy nały  rekrutować swoj ą druży nę.

Zanim  wy łączy ła laptop, napisała e-m ail do Sister Fa. Leżała na m ateracu w świetle poranka i

wpatry wała się w czarną m askę od oj ca, w lekko uchy lone usta, spokoj ne puste oczy. Przerzuciła
wzrok na Świętego My szołowa i dopiero wtedy  zasnęła.

–  By łaś  kiedy kolwiek  w  Afry ce?  –  Nie  widziała  j eszcze  Cheicka  tak  wzburzonego.  –  Masz

poj ęcie, j ak tam  j est? I pierwszy  raz chcesz tam  j echać sam a?

– W drogę trzeba ruszać sam em u.
Nie  m ogła  m u  powiedzieć,  że  z  m iłości  do  Michała  siedziała  w  Warszawie,  za  Bartem

przy j echała  do  Brukseli,  teraz  m iłość  kieruj e  j ą  dalej .  Ale  nie  m iłość  do  m ężczy zny,  ta  istniej e
równolegle, obok tego, co Lu m usi odkry ć.

– Mężczy źni chcieli cię dla twoj ej  urody  – m ówi Cheick. – Ja chcę z tobą zasy piać i się koło

ciebie budzić, chcę cię obok siebie czuć. Chcę m ieć z tobą dziecko, bez dziecka nic nie m a sensu.

Chce by ć z nią, m ieszkać, ale ona czuj e, że j eszcze m usi poby ć sam a, powalczy ć, nie m oże się

j eszcze chować. On się o nią m artwi, naciska. Ona odważa się przeciwstawić.

– J’suis, j’suis… – wy rzuca z siebie skrótam i Cheick, francuski skwierczy  w ogniu gniewu. –
Jestem , j estem … – powtarza. – J’suis con! 6 – woła wreszcie.
– Tu n’es pas con 7 – uspokaj a go Lu.
Boże – m y śli – m am  nadziej ę, że po polsku nie m ówiłby  „j ezdem ”.
Właściciel  restauracj i  gasi  światła  w  sąsiedniej   sali,  oni  zostaj ą  nad  niedoj edzoną  ry bą.  Coś

szura w kącie, Lu zasty ga w przerażeniu – to przebiegaj ą szczury. Co się stało z ty m  wieczorem ? –
py taj ą w duchu każde siebie.

Wcześniej   by li  razem   na  prem ierze  książki.  Sala  się  podzieliła,  Lu  z  balkonu,  na  który m

siedziała  obok  Cheicka,  zobaczy ła  Barta  z  Ty m cią.  Słuchaj ąc  ostrej   debaty   o  historii  Konga,
m y ślała  o  Lordzie  Jimie,  którego  nie  przeczy tała  w  liceum ,  dostała  za  to  dwój ę.  Kiedy
wy chodzili, podszedł do nich profesor Ray m ond Ngonga.

– Kolej  na ciebie, Cheick. – Przesunął ręką po biały ch włosach. – Ty  opowiesz naszą historię.
– Ale j a… – zaczął Cheick.
– Kolej  na ciebie – powtórzy ł profesor Ngonga.
Potem   Lu  powiedziała  Sprite  –  a  właściwie  chciała  powiedzieć,  ty lko  się  nie  odważy ła,  bo

Sprite by ła zaj ęta – że widzi Cheicka w szczególe, j ak m ówi, śm iej e się zaraźliwie, gotuj e, siusia.

A Barta wreszcie zobaczy ła z dy stansu, ona na balkonie, on na dole. Jaka szkoda, że nie widziała

go tak, kiedy  by li razem . Szkoda, że nie m oże teraz tak zobaczy ć Cheicka.

background image

Pożegnali profesora i poszli na kolacj ę.
–  Będziesz  teraz  zaj ęty   –  powiedziała  Lu.  –  Masz  ty le  do  zrobienia,  profesor  powiedział,  że

ludzie na to czekaj ą.

Za rogiem  niem al wpadli na Dialla, Fatim ę i Igora. A rano Lu odczy tała esem es od brata – na

blogu znowu poj awiły  się świństwa o niej  i czarny ch. „Ale by ki sadzi, powinni m u dać nagrodę
Polish-free Blog, za naj bardziej  odpolszczonego bloga” – napisał Daniel.

Kobieta w brązowych butach wchodzi na stację King’s Cross. Tłum szumi, buczy, bzyczy,  niewiele

może się przebić przez ten hałas. Kobieta przystaje pod ścianą i pochyla się – sznurowadło znów  się
rozwiązało.  Zerwania,  pogodzenia,  happy  endy  –  natężenie  głosów  rośnie,  wokół  niej
  i  w  środku.
Tylko tamtej najcichszej opowieści już prawie nie słychać, tej, którą Lu snuła dla Sprite.

No, nic. Kobieta zaciska sznurowadło i rusza przed siebie.
Lu,  w  nocy,  py ta  m am ę:  „Gdzie  j esteś?”.  Mam a  odpowiada:  „W  m oich  naj lepszy ch

wspom nieniach”. Lu m y śli: warto zabiegać o szczęśliwe chwile, bez tego nie m a się potem  gdzie
podziać.

Rano budzi Lu dzwonek dom ofonu – właściwie to nie rano, ty lko prawie południe – zaspała!
– Już, j uż. – To do listonosza, przy zwy czaj onego, że w dom u z brzuszkiem  każdy  odzy wa się  w

swoim  j ęzy ku.

Przy szła  paczka  od  Duni,  ze  środka  wy sy puj ą  się  kom iksy,  te,  które  ry sowały   z  m am ą.  Lu

przegląda  stos  pożółkły ch  bloków  z  pery petiam i  woj owniczek,  swoj e  zapiski,  sporządzane
polszczy zną usianą błędam i ortograficzny m i, wspom aganą przez kulawy  szwedzki.

– Gdzie j e znalazłaś? – woła do słuchawki.
– Uratowałam  j e! – śm iej e się Dunia. – Kiedy  by łaś nastolatką, te kom iksy  wy dawały  ci się

dziecinne, wszy stko wtedy  niszczy łaś. No past – m ówiłaś. Malina też m iała taki etap, na szczęście
j uż z niego wy szła. Teraz j est zakochana.

– Mała Malina m a chłopaka… – wzdy cha Lu.
– Dziewczy nę. Malina m a dziewczy nę. Dawno nie widziałam  j est tak szczęśliwej .
Dom  Duni dom em  kobiet. Śm iej ą się, Dunia zastanawia się, czy  będą z tego wnuki. Lu odkłada

słuchawkę i m y śli: Malina przeży wa swoj e szczęśliwe chwile. Ja też.

Po rozgrzewce Lu wy j ęła z torby  niebieskie bandaże i zaczęła j e owij ać wokół dłoni. Zza filara

wy chy liła się śliczna twarz Manon.

– Chodź, Ricky  cię woła.
Lu weszła do sali, gdzie wszy scy  tłoczy li się wokół otwartego laptopa. W pierwszej  chwili Lu

chwy cił strach, że czy taj ą obleśnego bloga, ale Ricky  podszedł do niej  i j ą obj ął.

–  To  m oj a  bokserka  –  powiedział.  –  Zrem isowała  na  zawodach  we  Francj i  z  dużo  bardziej

doświadczoną zawodniczką.

Rozległy  się brawa.
– Musisz się porządnie przy gotować do kolej ny ch zawodów, Lu. Pierwszą walkę przegrałaś, tę

zrem isowałaś, następną m asz wy grać, j asne?

–  Patrz  na  Lu  –  powiedział  Ricky   do  Manon.  –  Jakie  zrobiła  postępy,  j ak  walczy,  na  ringu,  o

siebie.

Wy m ieniły  spoj rzenia – w Ricky ’ego znów coś weszło, m ówiło j ego głosem .
– Widziałem  cię, Lu, j ak szłaś ulicą, wy prostowana, takim  krokiem , że m ogłaby ś wej ść m iędzy

przestępców i by  cię nie zaczepili. Bierz z niej  przy kład, Manon.

background image

Zapy tał  j ą  o  coś,  ale  Lu  nie  odpowiedziała,  zaj ęta  przy glądaniem   się  nowej ,  która  skakała

przed workiem ,  próbuj ąc boksować.  Łokcie trzy m ała  odsunięte od  tułowia, kiedy   uderzała,  ręce
skręcały  j ej  się w przegubach. Zady szana, rozej rzała się dokoła, ale nikt nie zwracał na nią uwagi.

Rękawice zsuwały  j ej  się z rąk przy  każdy m  ruchu.
Lu  zostawiła  Ricky ’ego  z  Manon  i  podeszła  do  niej .  Pokazała  j ej   podstawowe  ciosy,  a  potem

kazała  j ej   zdj ąć  rękawice.  Podała  j ej   swoj e  i  patrzy ła,  j ak  tam ta  j e  wkłada,  j eszcze  ciepłe,
przesy cone potem  Lu; patrzy ła na j ej  twarz, na której  zachwy t m ieszał się z gry m asem  wstrętu.

Cheick czekał na Lu po treningu. Nie widzieli się od tam tego wieczoru, kiedy  zobaczy ła szczury

przebiegaj ące po  podłodze ciem nej   sali restauracj i.  Ten fragm ent  opowieści dla  Sprite  nazwała
Ostatnia rozmowowieczerza.

Podał j ej  ry ż z kozim  m ięsem  i korzeniem  m anioku, wiedział, że uwielbia kongij skie j edzenie.

Jadła,  a  on  m ówił  o  egocentry zm ie,  wpatry waniu  się  we  własne  wnętrze,  doskonaleniu  nie
wiadom o  po  co  i  cały m   zachodnim ,  patologiczny m   narcy zm ie.  Przełknęła,  a  on  powiedział:
„Chcę  zasy piać  z  tobą  i  przy   tobie  się  budzić.  I  dzieci,  bez  tego  nic  nie  m a  sensu…”.  Dopiła
herbatę z pły waj ący m  w środku korzeniem  im biru. Cheick zam ilkł.

– Jak m usisz j echać, to m usisz – podj ął w końcu po długiej  chwili. – Kiedy ś też tak czułem , że

m uszę  j echać.  Poj echałem   na  pogrzeb  m am y   i  zostałem   kilka  lat.  Jeździłem   po  cały m   kraj u,
poznawałem   to,  co  dawno  powinienem   znać,  swoj ą  kulturę.  Nie  m ieliśm y   w  belgij skiej   szkole
historii Konga, żadnej  wzm ianki o Afry ce. Sam  m usiałem  wszy stko odkry ć, do wszy stkiego sam
doj ść.

Wstał i podał j ej  kartkę.
– Co to j est? – zapy tała.
– Adresy  m oich kuzy nów.
Przełknęła ry ż, popatrzy ła na niego, wreszcie zapy tała:
– Cheick… Poczekasz?
–  Nie  wiem .  Naprawdę  nie  wiem ,  m alutka.  Jestem   m ężczy zną,  potrzebuj ę  kobiety.  Żeby   ze

m ną by ła.

– Kobiety ? Nie m nie?
– A co, j esteś m ężczy zną?
– Czuj ę się j ak j edna z wielu…
– Przecież nie z wielom a rozm awiam , ty lko z tobą.
– U nas w Polsce m ówi się, że „j ak kocha, to poczeka” – powiedziała, ale Cheick ty lko spoj rzał

na nią spod wpółprzy m knięty ch powiek.

Odprowadził j ą do dom u, cm oknął w policzek i rzucił na pożegnanie:
– Live your life.
Stała  na  lotnisku,  m ij ały   j ą  kobiety   w  woalach,  m ężczy źni  w  turbanach.  Wreszcie  z  daleka

dostrzegła  kozacko  sterczący   czarny   kucy k.  Daniel  by ł  wy ższy   nie  ty lko  od  niej ,  ale  też  od
większości podróżny ch.

– Dałeś sobie radę. – Obj ęła go i ugry zła się w j ęzy k.
Poklepał  j ą  z  pobłażaniem   po  plecach.  Pierwszy   raz  przy j echał  do  niej   sam ,  Tata  Bis  ty m

razem  nie chciał lecieć do Brukseli.

–  Przeży wa  rozstanie  z  Moniką.  –  Daniel  wciągnął  walizkę  na  ruchom e  schody.  –  Naj pierw

m am a, teraz Monika…

background image

– A tobie j est sm utno?
Wzruszy ł ram ionam i.
– Mnie j est łatwiej  niż j em u. Pam iętasz, co m am a powtarzała: przed nam i całe ży cie.
Kiedy  zasnął, Lu wertowała pism a, które j ej  przy wiózł z Polski. „Wśród pań panuj e m oda na

boks”  –  przeczy tała.  Boks,  j ej   autenty k,  prawda  j ej   ciała  –  j est  m odny.  Na  zdj ęciu  estety czna
atletka o napięty ch m uskułach m ierzy ła do obiekty wu prosty m . Lu odłoży ła gazetę. Wszy stko j est
schem atem .  Przy j aciele  i  wrogowie,  zwy cięzcy   i  przegrani,  kolonizatorzy   i  kolonizuj ący,  ci  z
Północy  i z Południa – wszy scy  wszy stkich określaj ą, form atuj ą. Nie m a j ak się wy rwać.

Sala by ła ogołocona z m ateraców, w m iej scu ringu walały  się resztki lin, m iej sca po zdj ęciach

bokserów j aśniały  pusty m i kwadratam i na tle żółty ch ścian. Lu oparła się o drzwi, przez które  tu
kiedy ś zaglądała z bij ący m  sercem . Nie wiedziała, czy  kiedy ś ten świat stanie się j ej , a teraz on
odchodził,  dem ontowany   j ak  ring,  na  który m   uczy ła  się  walczy ć.  Budy nek  sprzedano,  j ej   klub
przestał istnieć.

Oparła  się  o  ścianę  i  popatrzy ła  w  lustro.  Walid,  Sené,  Farid,  Sim one,  Jean-Pierre,  Fatim a,

Manon. Cheick, Sprite. Teraz to niewy raźne postaci, a przecież by li tu kiedy ś z nią.

Oderwać się od całości, odtoczy ć.
W  kory tarzu  coś  zaszurało.  Obtarła  twarz,  zgasiła  światło  i  wy szła  z  pustej   sali.  Na  kory tarzu

stał Diallo. Bez słowa wy ciągnął przed siebie rękę i obj ął j ą za ram iona.

– Przepraszam . Oj ciec m nie strasznie opieprzy ł. Powiedział, że m u przy noszę wsty d.
Patrzy ła na niego, nie rozum iej ąc.
–  Oj ciec  poznał  tu  Polkę,  która  m u  powiedziała,  co  Igor  wy pisy wał  na  swoim   blogu.  Nie

m iałem  o ty m  poj ęcia, nie znam  polskiego. Polka oj cu przetłum aczy ła, a on wy ciągnął ze m nie,
gdzie Igor m ieszka. Oj ciec j est szczupły, rastam ana nikt nie podej rzewa, że um ie się bić.

– Co m u zrobił? – Lu się przestraszy ła.
Diallo zachichotał.
–  Poszturchał  go  trochę.  Igor  m ówi,  że  takich  oczu  nigdy   nie  widział,  teraz  m u  się  śnią  po

nocach.  I  że  oj ciec  m u  wpuścił  paskudnego  wirusa,  Igor  stracił  wszy stkie  pliki  w  kom puterze.
Oj ciec  m ówi,  że  nic  m u  wpuścił,  że  to  nie  on,  ty lko  ręka  sprawiedliwości.  Szkoda,  że  oj ciec
wy j echał do Londy nu. Ma tam  inne dzieci, odwiedza nas po kolei. Znalazł tam  j akąś pracę przy
sadzonkach.

Zeszli  po  schodach,  który m i  ty le  razy   wbiegała,  wdy chaj ąc  zapach  worków,  spocony ch  ciał,

m aści  na  siniaki.  Schodziła  zawsze  z  ociąganiem ,  czekaj ąc  na  inny ch,  żeby   razem   m ogli  wy j ść
przed budy nek i stać w bram ie, gadaj ąc, śm iej ąc się, dopóki ciała nie wy ziębiły  się w przeciągu.

– …związek, prawda? – Diallo coś m ówił, spoj rzała na niego zaskoczona, zapom niała, że tu j est.
– Mówię, że dobry  by ł nasz związek, ty  i j a, prawda? – powtórzy ł.
– Nasz związek?…
– Super by ło.
Ostatni  raz  ogarnęła  spoj rzeniem   żółte,  odrapane  ściany,  wciągnęła  w  płuca  to,  co  zostało  po

znaj om y ch zapachach.

– Tak, by ło super – powiedziała z przekonaniem .
Szła  przez  plac  targowy.  Kubły   z  kwiatam i,  plam y   kolorów,  zapowiadały   lato.  Pom y ślała,  że

kupi  kwiaty,  ale  j ej   uwagę  odwróciły   czerwone  grzbiety   tom ów  ułożony ch  j eden  na  drugim   na
parapecie  w  pom ieszczeniu  z  bankom atam i.  Weszła,  żeby   zobaczy ć,  co  to  za  książki,  ale  ty tuły

background image

by ły  po niderlandzku. Znad czerwony ch tom ów spoj rzała na kolorowe główki kwiatów. Mogę j e
kupić – pom y ślała. Ale w gruncie rzeczy  wy starczy, że na nie popatrzę.

Weszła  do  dom u  z  brzuszkiem .  Beauguerlange,  Diam broso,  Biful.  Sm y cze  m opsów  pan

iVerm eegstah owinęły  j ej  ły dki, psy  drapały  kolana Lu, cieszy ły  się, że j ą widzą.

– A pani gdzie się znowu spieszy ? – zagaiła sąsiadka gderliwie.
Lu uśm iechnęła się i ruszy ła do windy  bez słowa. Usiadła przed kom puterem , otworzy ła em ail

od Sister Fa. Organizuj ą kolej ną wy prawę, czy  Lu j edzie?

Lu (dy m ek): Wczoraj  oparłam  się o drzewo, naj pierw ram ieniem , potem  biodrem . Twardość

ciała  Cheicka,  bliskość  naszy ch  skór.  Nieprzewidy walny,  kłótliwy   Cheick,  coach  de  j alousie.  Tak
się bałam , że nabiorę koloru związku.

Bez niego j est j ak bez drzew. Stracić łączność z całością, odpaść, zostać na swoim  – wiem , j ak

to  j est.  Miłości  chodzą  po  ludziach,  ale  nie  wiadom o,  z  j aką  częstotliwością.  Wej ść  głęboko  w
ży cie. Wej ść na ring.

Kobieta założyła nogę na nogę i spojrzała na brązowe sznurowadła. Wyglądała na zadowoloną z

siebie. Właścicielka guzika – ta pierwsza, od której kurtki odpadł – pewnie układała sobie  z  kimś
życie, oby z kimś, kto okaże się tego wart. Tak się kończą dobre historie.

Wstała,  poprawiła  dżinsy  i  poszła  na  peron  Eurostara.  Guzik  wyrzuciła  po  drodze.  Celowała  w

kosz,  ale  upadł  obok.  Nie  zauważyła,  że  guzik  podniosła  mała  dziewczynka  i  teraz  obracała  go  z
ciekawością w palcach.

2013, Bruksela – Norm andia – Bruksel a Jag ska vara tillbaka här (szw.) – Wrócę tu niedługo.
Please do not… (ang.) – Proszę nie wrzucać ręczników papierowy ch do m uszli klozetowej .
Proszę korzy stać z kosza na śm ieci.
3 N. Hagen, B. Potschka, R. Heil, African Reggae, 1980 [1979].
On n’échappe pas à sa destinée (fr.) – Nie m ożna uciec przed przeznaczeniem .
Le coach de jalousie (fr.) – dosł. instruktor zazdrości.
J’suis con! (fr.) – Jestem  idiotą!
Tu n’es pas con (fr.) – Nie j esteś idiotą.

background image

Document Outline

I PÓŁNOC, POŁUDNIE
II PRZYJACIELE, WROGOWIE
III ZWYCIĘZCY, PRZEGRANI
IV KOLONIZATORZY, KOLONIZOWANI
V SWOJSKOŚĆ, OBCOŚĆ


Document Outline