background image

Patricia Thomas 

 

Śnieżna panna 

Przełożył Krystian Dem 

background image

 

Ogromne  płatki  śniegu  przywierające  do  przedniej  szyby  samochodu  odgarniane  były 

łagodnie na bok przez rytmicznie poruszające się wycieraczki.  Jadąc opustoszałą autostradą 
Elizabeth  O’Neil  czuła  coraz  większe  zmęczenie,  a  ciche  mruczenie  silnika  jej  datsuna 
działało usypiająco.   

Przymknęła  na  chwilę  oczy  i  rozluźniła  dłonie  trzymające  kierownicę.  W  następnej 

jednak chwili otwarła szeroko oczy, czując, jak samochodem zarzuciło na bok. Odzyskawszy 
panowanie nad kierownicą, Elizabeth włączyła radio, potrząsnęła energicznie głową i wolną 
ręką odgarnęła znad znużonych powiek niesforne kosmyki miedziano-rudych włosów.   

Była szósta wieczór i na zewnątrz już zmierzchało. Elizabeth była w podróży od drugiej.   

Wstała  o  siódmej,  by  mieć  czas  na  porządne  spakowanie  rzeczy  i  umieszczenie  ich  w 

samochodzie. Reszta poranka upłynęła jej na płaceniu zaległych rachunków i porządkowaniu 
mieszkania, wszak jechała na dwutygodniowe wakacje do domu.   

W  duchu  przeklinała  kapryśną  kanadyjską  pogodę.  Wyjeżdżając  z  Toronto  zostawiła  za 

sobą  zimowy,  ale  pogodny  poranek,  teraz  zaś  znalazła  się  w  samym  centrum  zawieruchy 
śnieżnej.   

Dziesięć  minut  później  z  jej  piersi  wydobyło  się  westchnienie  ulgi.  O  ćwierć  mili  od 

drogi, na szczycie niewielkiego wzgórka stał jej rodzinny dom. Oświetlone okna zdawały jej 
się  tym  samym,  co  latarnie  schroniska  dla  zbłąkanych  podróżników.  Nagle  na  wzgórzu 
pojawiły  się  inne  światła,  które  szybko  zmierzały  w  jej  stronę.  Nadjeżdżający  z  przeciwka 
kierowca dał Elizabeth sygnał długimi światłami.   

Zaskoczona  i  oślepiona  Elizabeth  zamrugała  i  dopiero  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że 

przez  cały  czas  sama  jechała  na  długich  światłach.  Szybkim  ruchem  przesunęła  stopę  w 
poszukiwaniu  wyłącznika  świateł.  Niech  to  szlag,  wykrztusiła  do  siebie  nie  mogąc  od  razu 
zapanować  nad  zdrętwiałym  ciałem.  Podenerwowana  nie  opanowała  kierownicy  i  datsun 
zboczył na lewą krawędź jezdni.   

Na widok pędzącego wprost na nią samochodu, w panice szarpnęła kierownicą w prawo i 

natychmiast poczuła miękkie uderzenie. Datsun gwałtownie stanął.   

Panika  Elizabeth  wkrótce  ustąpiła  rozpaczy.  Samochód  stał  na  poboczu  prawą  stroną 

wtulając się w zaspę.   

Nagle  drzwiczki  otwarły  się  i  do  wnętrza  wdarło  się  mroźne  powietrze,  a  zaraz  potem 

czyjaś zwalista sylwetka zablokowała wyjście z auta.   

–  No  pewnie.  Powinienem  się  od  razu  domyślić,  że  za  kierownicą  siedzi  kobieta.  – 

Odezwał się mocny, lekko kpiący głos. Zakutany w kożuch mężczyzna o opalonej twarzy i 
kpiącym  uśmiechu  na  twarzy  wpatrywał  się  niebieskimi  oczami  w  dzikie  ze  złości  oczy 
Elizabeth.   

– Jak pan śmie!? Przez pana omal nie wypadłam z szosy! 
–  O!  I  to  w  dodatku  kobieta  z  temperamencikiem.  To  naprawdę  nie  moja  wina,  że 

zjechała pani z drogi. – Przeciągał powoli słowa.   

background image

Elizabeth  niecierpliwie  odgarnęła  niesforne  włosy  znad  czoła  i  odepchnąwszy  na  bok 

nieznajomego wyszła z samochodu.   

– No i co ja teraz mam robić?! 
– No nie wiem – odparł mężczyzna z nonszalancją. – Może zbudować bałwana? 
Tego  już  Elizabeth  było  za  dużo.  Zgrzytając  ze  złością  zębami  i  zaciskając  pięści  omal 

nie rzuciła się na niego, by wy drapać mu jego kpiące oczy.   

–  Czy  ktoś  już  pani  mówił,  że  jest  pani  prześliczna  w  gniewie?  –  ciągnął  mężczyzna 

całkowicie  lekceważąc  jej  wzburzenie.  Zaraz  jednak  potem  odsunął  się  na  bok  i  dodał 
bardziej  polubownie:  –  Proszę  zamknąć  samochód.  Podwiozę  panią  do  budki  telefonicznej, 
skąd będzie pani mogła wezwać pomoc drogową. O pięć mil stąd, w kierunku, w którym pani 
jechała, znajduje się Kingston. Właśnie stamtąd wracam.   

– Zbytek łaski. Sama sobie dam radę. Jak na jeden wieczór dość pan już narozrabiał.  – 

Ominęła go, by dostać się do auta.   

– Zgoda, jeśli taka pani wola.   
Ze  wszystkich  aroganckich,  zarozumiałych  i  szowinistycznych  samców,  których  znała, 

ten  zdecydowanie  zasługiwał  na  pierwszą  nagrodę,  pomyślała.  Z  auta  wyciągnęła  torebkę 
oraz podręczną torbę i zamknęła samochód, by ruszyć w pozostałą część drogi pieszo.   

–  Proszę  posłuchać  –  usłyszała  za  sobą  niski,  głęboki  głos,  którego  miała  już  powyżej 

uszu. – Proszę skończyć z tymi dziecinnymi dąsami. Zawiozę panią do miasta, a rano załatwię 
jakąś pomoc. Niech pani korzysta z mojej propozycji, póki zwyczaj zostawiania bezbronnych, 
samotnych kobiet na pustej drodze zupełnie nie wejdzie mi w krew.   

–  Powiedziałam  wyraźnie  nie  –  odparła  Elizabeth  zimno,  nie  przerywając  pakowania 

najniezbędniejszych rzeczy. Do domu miała kilka kroków.   

Głos mężczyzny zabrzmiał teraz szorstko.   
– Czy pani chce, czy nie, podwiozę panią.   
Elizabeth  postanowiła  go  zignorować,  ale  poczuła  niespodziewanie  falę  ogromnego 

zmęczenia i straciła ochotę do kłótni. W innej sytuacji powiedziałaby mu, żeby po prostu się 
odczepił, lecz nużące godziny jazdy samochodowej i niegroźny, choć denerwujący wypadek 
zrobiły  swoje.  Spojrzała  na  zaparkowaną  szaroniebieską  corwetę.  W  porównaniu  z  pustą 
drogą owiewaną mroźnym marcowym powietrzem, od którego cała drżała pod białą kurtką, 
wnętrze auta wyglądało aż nadto przytulnie.   

Bez  słowa,  które  nieznajomy  mógłby  wykorzystać  do  następnej  zaczepki,  podeszła  do 

samochodu i wślizgnęła się do środka.   

–  No  to  gdzież  to  mamy  nasz  domek?  –  spytał  nieznajomy  wyłączając  wewnętrzne 

oświetlenie.   

– Tam, na wzgórzu.   
– Przecież to dom Franka O’Neila...   
– Zgadza się. To mój ojciec.   
– No nie. Niech mnie... A więc to pani jest tą słodziuchną córeczką, o której tyle się od 

niego nasłuchałem? 

Elizabeth  była  zbyt  zmęczona,  żeby  i  tym  razem  zareagować  na  sarkazm  w  głosie 

background image

kierowcy.   

– Co to? Nie doczekam się odpowiedzi? 
– Niech pan da spokój. Jestem zmęczona.   
– To może innym razem? 
–  Jeżeli  o  mnie  chodzi,  to  dziękuję  bardzo.  Ruszyli  w  stronę  domu  jej  ojca.  Nawet  nie 

patrząc,  Elizabeth  wiedziała,  że  mężczyzna  uśmiecha  się  pod  wąsem.  Szorstkość  Elizabeth 
zdawała się sprawiać mu jakąś perwersyjną rozkosz. Reszta drogi zeszła im w milczeniu.   

Elizabeth  z  coraz  większą  niecierpliwością  obserwowała  zbliżające  się  oświetlone  okna 

domu. Od czasu, gdy po raz ostatni składała wizytę w domu ojca, dwa lata wcześniej, chyba 
nic się nie zmieniło, myślała Elizabeth z ulgą.   

Gdy zajechali pod dom, w drzwiach stał już Frank O’Neil.   
– Wreszcie, Elizabeth. Zaczynałem się już martwić. Myślałem, że będziesz wcześniej.  – 

Elizabeth zniknęła w niedźwiedzich uściskach ojca.   

–  Ale  jak  to  się  stało  –  zwrócił  się  do  stojącego  za  nią  mężczyzny  –  że  to  ty  ją 

przywiozłeś? • 

Weszli  do  środka,  gdzie  Elizabeth  natychmiast  rozciągnęła  się  z  ulgą  na  kanapie  przy 

kominku.  W  tym  czasie  mężczyzna  relacjonował  zdarzenie  na  drodze.  Mimo  zmęczenia, 
Elizabeth nie oparła się pokusie, by mu się przyglądnąć.   

Miał  ogorzałą  twarz  o  mocnych  zdecydowanych  rysach,  niebieskie  oczy,  w  których 

jarzyły  się  kpiące  iskierki.  Mimo  okrywającego  go  kożucha  widać  było,  że  jest  bardzo 
barczysty.   

Nagle odwrócił się do niej  i  Elizabeth  poczuła, że się rumieni.  Przez chwilę wpatrywali 

się w siebie, lecz zaraz ona odwróciła wzrok i tuszując zmieszanie, wybąkała coś do ojca o 
pogodzie.   

Niezobowiązująca rozmowa toczyła się jeszcze przez kilka minut. Elizabeth dowiedziała 

się,  że  mężczyzna  nazywa  się  Dan  Murdoch.  Ze  sposobu,  w  jaki  rozmawiał  z  jej  ojcem, 
wynikało, że łączyła ich spora zażyłość.   

Wreszcie, gdy Murdoch podniósł się, ojciec Elizabeth powiedział przyjaźnie: 
–  Cieszę  się,  że  zawarliście  już  znajomość,  choć  może  nie  wypadło  to  w  najbardziej 

sprzyjających  okolicznościach.  Na  pewno  znajdziecie  wspólny  język.  Macie  ze  sobą  wiele 
wspólnego.   

– O, to na pewno – odparł Murdoch z przekornym błyskiem w oczach. – Polubiliśmy się 

od pierwszego wejrzenia, nieprawdaż, Elizabeth? 

Elizabeth  miała  ochotę  odszczeknąć  się  jakąś  niecenzuralną  uwagą,  ale  ze  względu  na 

obecność ojca pohamowała się.   

–  To  wspaniały  człowiek  i  przyjaciel  –  powiedział  O’Neil,  gdy  Murdoch  wreszcie  ich 

opuścił.   

– Na pewno – odparła Elizabeth grzecznie, bez większego przekonania.   
– Chyba pójdziemy wcześnie do łóżka  – zaproponował  Frank.  – Wyobrażam  sobie, jak 

jesteś zmęczona po takiej długiej podróży. Puść sobie wodę na kąpiel, a ja przyniosę ci coś do 
jedzenia i kawę na górę.   

background image

Elizabeth uściskała ojca serdecznie i ruszyła po schodach na górę.   

Od  czasu  gdy  sześć  lat  temu  rozpoczęła  studia  na  uniwersytecie,  jej  pokój  z  różowym 

wystrojem i firankami wybranymi jeszcze przez matkę nie zmienił się nic.   

Gdy przekroczyła próg pokoju, ogarnęły ją wspomnienia z dzieciństwa. Jakże była wtedy 

szczęśliwa. Potem to się zmieniło.   

Była  na  drugim  roku  studiów,  gdy  któregoś  dnia  zadzwonił  ojciec  zawiadamiając  ją  o 

śmierci mamy. Mimo że Elizabeth zbyt dobrze wiedziała o wielomiesięcznej, bezskutecznej 
walce matki z rakiem, nie mogła się oprzeć uczuciu ogromnej pustki.   

Po  pogrzebie  zamieszkała  jakiś  czas  w  domu.  Ojciec  rzucił  się  w  wir  szaleńczej  pracy, 

spędzając w redakcji noce i dnie, tak że Elizabeth sama musiała radzić sobie z osamotnieniem 
i bólem.   

Po  dwóch  tygodniach  wróciła  na  uczelnię  z  postanowieniem,  że  od  teraz  będzie 

pracowała nad samokontrolą, że będzie silna i niezależna.   

Jej  ambicje  pozostania  dziennikarką  w  pełni  się  spełniły;  pracowała  w  poczytnym 

dzienniku w Toronto.  Ciężkie lata studiów i  pracy  nie poszły na marne.  Od czasu gdy dwa 
lata wcześniej opuściła uniwersytet, były to jej pierwsze wakacje.   

Po błogiej kąpieli otuliła się flanelowym szlafrokiem i gdy ojciec przyniósł jej kanapkę z 

indykiem oraz kawę, już smacznie spała.   

Frank  stał  przez  chwilę  w  progu  przyglądając  się  śpiącej  dziewczynie.  Witaj  w  domu, 

córeczko, wyszeptał i pocałował ją w czoło, a następnie z zamglonymi lekko oczami zgasił 
światło i zamknął za sobą drzwi.   

Następnego  ranka  Elizabeth  wyskoczyła  z  łóżka  rześka  i  radosna.  Wyglądnęła  przez 

okno. Zastygłe w uśpieniu pola pokryte były białą warstwą śniegu.   

Jakież  to  wspaniałe  uczucie  być  w  domu,  pomyślała  wzruszona.  Włożywszy  swoje 

ulubione dżinsy zbiegła na dół przyzywana kuszącym aromatem porannej kawy i smażonego 
bekonu.   

– Cześć tato! Powinnam się domyślić, że zerwiesz się o świcie, by przygotować mi taką 

ucztę! 

– Mam nadzieję, że twój apetyt dorówna twoim słowom. Coś mizerniutko mi wyglądasz. 

Muszę cię trochę podtuczyć.   

– Masz na to dwa tygodnie – roześmiała się Elizabeth. – Więc zachowaj coś ze swoich 

kulinarnych sekretów na cały ten czas.   

Elizabeth  nalała  kawę  do  filiżanek,  a  ojciec  podał  jedzenie.  Po  śniadaniu  rozsiedli  się 

wygodnie przy drugiej filiżance kawy.   

– Jak w pracy, tato? 
– Jak zawsze, chociaż w tym tygodniu będzie jeszcze większa orka, bo odchodzi jeden z 

naszych dziennikarzy. Pamiętasz Jima Masona? Dostał pracę w Ottawie.   

–  Szkoda,  że  odchodzi,  ale  trudno  go  za  to  winić.  Praca  w  większym  mieście  każdego 

może skusić.   

– Ciebie też nie trzymałem na siłę i zdaje się, że wyszło ci to na dobre.   
–  Och,  tatku.  Nawet  nie  wiesz,  jak  mi  się  wspaniale  pracuje  w  Toronto.  Każdy  dzień 

background image

niesie nowe wyzwanie. Przy tym układy z resztą personelu są bez zarzutu. Za nic w świecie 
nie zamieniłabym takiej pracy.   

Frank przyglądał się córce z pełnym uczucia uśmiechem. Przypominała mu jego samego 

z  czasów  młodości.  Był  pełen  wspaniałych  pomysłów  i  aż  kipiał  od  entuzjazmu.  Marzył 
skrycie, że Elizabeth znudzi się pracą w wielkim mieście i wróci do Kingston, do jego gazety.   

Wstał i spojrzał na zegar kuchenny.   
–  No,  córeczko.  Na  mnie  już  pora.  Zamierzasz  wylegiwać  się  cały  boży  dzień,  czy  też 

może masz ochotę wpaść do mnie do miasta na lunch? 

– Z dziką rozkoszą. Umyję włosy i w południe wpadnę do redakcji. – Elizabeth zaczęła 

sprzątać po śniadaniu, podczas gdy jej ojciec ubierał się do wyjścia.  – Aha! Ale co z moim 
samochodem? Pan Murdoch obiecał, że sprowadzi go rano. Można na nim polegać? 

– Nie ma obawy. Dan zawsze dotrzymuje słowa. – Uspokoił ją, po czym ucałował ją w 

czubek głowy i wyszedł.   

Po  porządnym  wymoczeniu  się  w  wannie  i  umyciu  głowy,  Elizabeth  wyszła  z  łazienki 

mając na sobie tylko turkusowy płaszcz kąpielowy i ręcznik zawiązany na głowie w formie 
turbana.   

Rozleniwiona  kąpielą,  pomyślała,  że  ubieranie  się  będzie  na  razie  zbyt  wielkim 

wysiłkiem, i postanowiła zrobić sobie wpierw herbatę. W chwili gdy opłukiwała czajniczek, 
usłyszała stukanie do drzwi.   

Podskoczyła nerwowo. Kogo to czort niesie? Zapominając, jak jest ubrana, otworzyła na 

oścież drzwi nachalnemu gościowi.   

– Ach to pan – wyjąkała i w panice uskoczyła do tyłu chroniąc się za drzwi. Do hallu, ź 

szerokim uśmiechem, wkroczył Dan Murdoch.   

–  Pani  samochód  czeka  na  zewnątrz  gotów  do  następnych  dzikich  eskapad.  Został 

zaholowany do warsztatu, gdzie sprawdził go mechanik. Wszystko w najlepszym porządku. 
To znaczy na razie.   

Elizabeth  zignorowała jego ostatnia uwagę i  starając się mimo  swego odzienia przybrać 

godny  wygląd,  podziękowała  mu.  Czuła,  jak  pod.  wzrokiem  Murdocha,  bezwstydnie 
przesuwającego  się  po  jej  skąpo  odzianej  figurze  od  bosych  stóp  po  zaróżowioną  kąpielą 
twarz, zaczyna palić ją kark. Zerwała z głowy ręcznik i jej puszyste włosy opadły bezładną 
masą na twarz i ramiona.   

– Och, proszę się nie krępować, Elizabeth – powiedział powoli Murdoch. – Nie jest pani 

pierwszą kobietą, którą widzę wprost po kąpieli.   

– Tak i też sądziłam – odparła zaczepnie.   
–  No  to  się  rozumiemy.  Pani  bagaże  zostawiłem  na  schodach  wejściowych.  Zaraz  je 

przyniosę.   

background image

 

Mimo krępującej sytuacji Elizabeth ucieszyła się, że wszystkie swoje rzeczy będzie miała 

znów pod ręką. Z ulgą odebrała z rąk Murdocha wielką niebieską walizkę.   

– Stokrotne dzięki, panie Murdoch. A teraz, przepraszam, ale muszę się szybko przebrać, 

by zdążyć na spotkanie w mieście.   

Wbiegła  na  górę  i  szybko  przejrzała  zawartość  walizki  w  poszukiwaniu  czegoś 

odpowiedniego do wyjścia. Jej wybór padł na jasny sweter z angory i marszczoną wełnianą 
spódnicę o barwie śliwki.   

Grzebieniem rozczesała naturalnie układające się w loki włosy, już prawie całkiem suche, 

i lekko przejechała szminką po wargach.   

Schodząc na dół,  nuciła sobie radośnie. Nagle stanęła jak wryta słysząc jakiś  dźwięk na 

dole. Jakby ktoś zakaszlał, pomyślała zdenerwowana.   

W  zupełnej  ciszy  stała  znieruchomiała  bojąc  się  ruszyć.  Co  ma  robić?  Zbiec  na  dół  i 

stawić czoło intruzowi, czy też pędzić na górę i pozamykać się na wszystkie spusty? Teraz nie 
miała  już  wątpliwości,  że  ktoś  rzeczywiście  był  na  dole.  Z  biciem  serca  słyszała  kroki,  a 
potem zobaczyła czyjąś głowę.   

–  Zadaję  sobie  pytanie,  co  też  się  stało  z  tak  pięknie  nuconą  przez  panią  melodią? 

Doprawdy,  Elizabeth,  mając  taki  głos  nie  powinna  się  pani  krępować  nawet  mnie.  Może 
jednak zdecyduje się pani i dokończy swą mozolną wędrówkę w dół? 

Przerażenie  Elizabeth  w  jednej  chwili  zmieniło  się  we  wściekłość.  To  Murdoch!  Jakim 

prawem jeszcze się tu pętał po jej domu?! 

–  Przestraszył  mnie  pan  nie  na  żarty.  Nie  miałam  pojęcia,  że  pan  został  –  powiedziała 

podniesionym głosem. – Czego pan jeszcze sobie życzy? Czy o tej porze dnia nie powinien 
pan  raczej  znajdować  się  w  pracy?  Zdaje  się,  że  już  podziękowałam  panu  za  przywiezienie 

samochodu i rzeczy? O co jeszcze chodzi? – Elizabeth wiedziała, że jej wybuch nie grzeszył 
grzecznością, ale miała tego faceta rzeczywiście już po dziurki w nosie.   

– Coraz bardziej upewniam się w swojej opinii, że ma pani niezły charakterek. Jeżeli uda 

się  pani  jakoś  uspokoić,  postaram  się  odpowiedzieć  na  wszystkie  jej  pytania.  Po  pierwsze, 
proszę mi przebaczyć, jeśli panią przestraszyłem. Musi pani jednak wiedzieć, że przez kilka 
ostatnich  miesięcy  to  miejsce  stanowiło  mój  drugi  dom.  Po  drugie,  co  do  pytania,  co  tu 
jeszcze  robię,  odpowiadam,  że  mam  ochotę  na  filiżankę  kawy.  A  co  do  pracy,  owszem, 
pracuję, ale jako pisarz sam wybieram sobie godziny pracy.   

Spokojna  odpowiedź  Murdocha  podziałała  Elizabeth  jeszcze  bardziej  na  nerwy. 

Cechował go mało dla niej sympatyczny dar, który sprawiał, że ciągle go źle oceniała.   

– Przepraszam, jeśli byłam dla pana szorstka – powiedziała tłumiąc złość. – Zdaje się, że 

muszę przywyknąć do obecności w moim domu różnych dziwnych nieznajomych mi ludzi.   

Jego  usta  zacisnęły  się  w  wąską  linię.  –  Możliwe,  że  gdyby  pani  kontakt  z  ojcem  w 

ostatnich  kilku  latach  był  mniej  sporadyczny,  wiedziałaby  pani  coś  niecoś  o  jego  kręgu 
przyjaciół.   

background image

– Co chce pan przez to powiedzieć? Murdoch przejechał dłonią po twarzy.   
–  Niech  pani  posłucha,  Elizabeth.  Ta  rozmówka  zaczyna  mnie  nudzić  –  powiedział 

głosem,  w  którym  wyczuwało  się  napięcie.  –  Miałem  jedynie  nadzieję  na  przyjacielską 
pogawędkę  z  córką  bliskiego  przyjaciela.  A  ponieważ  wygląda  na  to,  że  się  przeliczyłem, 
dajmy temu pokój. Muszę jednak przyznać, że z trudem przychodzi mi zrozumienie gorącego 
uczucia, jakim darzy panią ojciec.   

Elizabeth  nie  miała  najmniejszej  ochoty  pozwalać,  żeby  to  do  niego  należało  ostatnie 

słowo.   

–  Podobnie  jak  ja  nie  rozumiem,  jak  tak  arogancka,  zarozumiała  i  zapatrzona  w  siebie 

osoba mogła stać się przyjacielem mojego ojca, i to jak pan twierdzi bliskim.   

Murdoch uśmiechnął się i w jego oczach zapaliły się ironiczne błyski.   
– Cóż, moja droga. Jest to fakt, do którego musi się pani przyzwyczaić. Czy się to pani 

podoba, czy też nie, będziemy się dość często spotykać. I kto wie? Być może z końcem pani 
pobytu tutaj może pani żałować, że musi się pani ze mną rozstawać.   

– W dodatku jest pan nieznośnie zarozumiały.   
– Dziękuję. – Uśmiechnął się szerzej. – Narasta we mnie coraz większe przekonanie, że 

już  lubi  mnie  pani  coraz  bardziej.  Już  się  nie  mogę  doczekać  następnej  miłej  pogawędki  z 
panią.   

– To sobie długo poczekasz – powiedziała Elizabeth zawziętym głosem do siebie, gdy za 

Murdochem zamknęły się drzwi.   

Dopiero  w  drodze  do  miasta  Elizabeth  ochłonęła  nieco  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy 

jednak nie potraktowała go za ostro. Jej stosunki z ludźmi układały się zwykle jak najlepiej, 
dziś  natomiast  zareagowała  jak  histeryczka.  Ale  sam  sobie  był  winny.  Było  w  nim  coś,  co 
burzyło  w  niej  krew  ze  złości.  Był  tak  cholernie  pewny  siebie.  No,  ale  cóż,  trzeba  się  nim 
przestać denerwować, nie po to ma się wakacje.   

Jadąc  autostradą  do  Kingston  nie  mogła  opanować  uczucia  podniecenia.  Teraz  dopiero 

czuła upływ czasu, jaki ją dzielił od ostatniego pobytu w rodzinnym mieście. Mijając znajome 
widoki  przypominały  jej  się  sceny  z  dzieciństwa.  Czerwone  budynki  farmerskie,  pola 
uprawne dobrze wryły jej się w pamięć, gdy oglądała je z okien szkolnego autobusu.   

Za szybami auta pojawił się stareńki Fort Henry zbudowany jeszcze przez Brytyjczyków 

kilka  wieków  temu.  Teraz  stanowił  atrakcję  turystyczną,  która  w  lecie  dawała  zatrudnienie 
studentom.  Przebrani  w  mundury  brytyjskich  żołnierzy  obsługiwali  antyczne  działa  i 
rekonstruowali sceny z życia dawnych mieszkańców.   

Gdy  Elizabeth  przejechała  przez  most  i  wjechała  do  Kingston,  przywitał  ją  znajomy 

widok przycumowanych w porcie kutrów i jachtów.   

Jadąc  King  Street  miała  przed  sobą  miejski  ratusz.  Zbudowano  go  w  zeszłym  stuleciu, 

gdy mieszkańcy mieli nadzieję, że to ich miasto stanie się stolicą Kanady.   

Elizabeth  skręciła  i  wjechała  na  Princess  Street,  stanowiącą  centrum  biurowe.  Ruch  był 

niewielki i bez trudu znalazła miejsce do parkowania, wprost przed redakcją gazety ojca.   

Gdy  wkroczyła do redakcji, przywitały ją  radosne uśmiechy  pracowników  gazety. Mikę 

Dougal, szef redakcji miejskiej, wskazał jej wolne miejsce.   

background image

–  Twój  ojciec  ma  jakąś  pracę,  ale  za  chwilę  powinien  skończyć.  Masz  więc  okazję 

porozmawiać ze starym przyjacielem.   

Stukot  maszyn  do  pisania  przerywany  dzwonkiem  telefonu  nie  stwarzał  być  może 

wymarzonych  warunków  na  spokojną  rozmowę,  lecz  Elizabeth  czuła  się  tu  jak  ryba  w 
wodzie. Ogromna sala z piętrzącymi się pod sufit dokumentami, maszynopisami, kawałkami 
gazet i niedopałkami na podłodze dobrze przypominały jej atmosferę, do której przywykła w 
pracy.   

– Wieki całe cię nie widziałem, Elizabeth. Co wcale nie znaczy, że nic o tobie nie wiemy. 

Twój  ojciec przemyca nam  wszystkie wiadomości  o tobie. Wygląda na to, że zaczynasz już 
coś  znaczyć  w  branży.  Frank  nie  posiada  się  z  dumy  –  mówił  Dougal  z  przyjaznym 
uśmiechem.   

–  No,  to  mocno  przesadził.  Faktem  jest  jednak,  że  pracuje  mi  się  świetnie.  Praca 

dziennikarska zawsze mnie ciągnęła. Jeszcze od czasów, gdy jako dziecko pałętałam się wam 
między  nogami  podczas  wakacji.  –  Elizabeth  z  westchnieniem  ogarnęła  wzrokiem  całe 
pomieszczenie.   

– Ale na pole swej wielkiej kariery wybrałaś wielkie miasto. – Dougal uśmiechnął się z 

zaczepką.   

– Daj spokój, Mikę! Praca tam i tu niczym się nie różni. Tyle, że miasto jest większe i 

więcej tam się dzieje: teatry, dyskoteki, eleganckie restauracje...   

–  Nie  wmówisz  mi,  że  restauracje  i  teatry  to  jedyny  powód,  dla  którego  siedzisz  w 

Toronto. Kryje się za tym coś innego lub raczej ktoś inny.   

– No, właściwie, jest rzeczywiście ktoś. – Elizabeth westchnęła z udawaną rezygnacją. – I 

niewykluczone,  że  przyjedzie  mnie  odwiedzić  w  czasie  weekendu.  Nazywa  się  Stephen 
Preston i pracuje razem ze mną.   

– Czyżbyśmy więc mieli zacząć nasłuchiwać dzwonów weselnych? Twój tato milczał o 

tym jak grób.   

Z  odpowiedzi  na  to  pytanie  wyratował  ją  ojciec,  który  nagle  pojawił  się  w  biurze  i 

natychmiast  podszedł  do  Elizabeth  i  Mike’a.  Dzwony  weselne,  pomyślała?  Jak  mogła  coś 
odpowiedzieć  Mike’owi,  skoro  nawet  Stephenowi  nie  była  w  stanie  nic  odpowiedzieć,  gdy 
ponad dwa miesiące wcześniej poprosił ją o rękę.   

Jednym z powodów, dla których zdecydowała się na wakacje w domu, u ojca, była chęć 

zastanowienia się nad jego propozycją, a co do niego samego, to obiecała mu, że odpowie mu 
pod koniec wakacji.   

– Cieszę się, że już jesteś,  Lizzie.  – Frank O’Neil przywitał ją z radosnym uśmiechem. 

Dopiero  w  jasnym  oświetleniu  Elizabeth  dostrzegła  podłużną  od  zmęczenia  twarz  ojca. 
Pewnie  jak  zwykle  przepracowywał  się.  Przez  te  dwa  tygodnie  musi  o  niego  zadbać  i 
dopilnować,  by  miał  jak  najwięcej  wypoczynku.  –  Mam  kilka  spraw  do  załatwienia  w 
mieście. Pomyślałem sobie, że pobawisz się w mojego szofera, a przy okazji zobaczysz, co 
się pozmieniało. Po drodze wpadniemy gdzieś na lunch.   

– Z dziką rozkoszą, tatku. – Pożegnała się z Klikiem, który wymógł na niej obietnicę, że 

przed wyjazdem pokaże się jeszcze w redakcji.   

background image

Reszta dnia upłynęła im na wizytach u sponsorów reklamujących swe wyroby w gazecie i 

punktach  dystrybucji  czasopism.  W  każdym  miejscu  Frank  obstawał,  by  wszystkim 
przedstawić  swoją  córkę.  Elizabeth  czuła  się  nieco  zażenowana  całym  tym  zamieszaniem 
wokół swojej osoby, ale nie protestowała, widząc, jaką radość sprawia to ojcu.   

Późnym popołudniem Elizabeth zawiozła ojca z powrotem do redakcji i przesiadła się do 

swojego  samochodu.  Jadąc  do  domu  co  zmyślała  o  zdarzeniach  całego  dnia.  Nie  było 
wątpliwości,  że  jej  przyjazd  do  domu  sprawił  ojcu  ogromną  radość.  Mimo  tak  długiego 
rozstania nadal  byli sobie bardzo bliscy, co na pewno ułatwiały im częsta korespondencja i 
jeszcze  częstsze  telefony.  Ale  od  czasu  śmierci  matki  czuła  się  w  obecności  ojca  lekko 
skrępowana i te dwa lata ciągłej pracy służyły jej częściowo jako pretekst, by nie przyjeżdżać 
do  Kingston.  Decyzję  odwiedzenia  domu  rodzinnego  spowodowały  oświadczyny  Stephena. 
Bo przecież mogła to być jej ostatnia wizyta w domu rodzinnym jeszcze jako panny.   

Elizabeth zmarszczyła brwi. W niezrozumiały dla siebie sposób czuła gniew na Stephena. 

To, co osiągnęła, zdobyła ciężką pracą. Jak mógł tak bezceremonialnie stwarzać zagrożenie 
dla  jej  dziennikarskiej  kariery  propozycją  małżeństwa.  Gdyby  naprawdę  ją  kochał,  nie 
zrobiłby tego.   

Elizabeth  wahała  się  z  powiadomieniem  ojca  o  Stephenie.  Był  tak  niezmiernie 

szczęśliwy,  że  ma  ją  w  domu.  Nie  chciała  mu  niszczyć  tego  nastroju  wprowadzając  go  w 
swoje rozterki. Musi z tym poczekać, zdecydowała.   

Następnych kilka dni zleciało Elizabeth na wizytach u starych znajomych i napawaniu się 

ciszą  wokół  ich  podmiejskiego  domu.  Któregoś  dnia  czując  rozpierającą  ją  energię 
wyciągnęła  z  piwnicy  biegówki  i  z  kijkami  w  ręce  ruszyła  w  zaśnieżoną  okolicę,  aż  jej 
zupełnie zesztywniały nogi, a policzki zaczerwieniły się od mroźnego wiejskiego powietrza.   

Nadszedł  piątek.  Po  wyjściu  ojca  do  pracy  Elizabeth  zaczęła  zmywać  naczynia  po 

śniadaniu, zastanawiając się, co robić przez cały dzień.   

– O Boże – wykrzyknęła nagle do siebie. – Przecież wieczorem ma przyjechać Stephen, a 

ja nic o tym nie wspomniałam. – Gwałtownie rzuciła myjkę do zmywaka ochlapując się przy 
tym mydlinami.   

Już na spokojnie zdecydowała, że po zakupach, którymi uzupełni coraz pustszą lodówkę, 

odwiedzi ojca w pracy w porze lunchu.   

Jadąc do miasta zastanawiała się, jak przedstawić ojcu Stephena. Oto mężczyzna, którego 

pragnę  poślubić,  ojcze.  No  nie.  Musi  nieco  pohamować  swoje  zacięcie  literackie,  bo  taka 
wiadomość byłaby dla niego jak grom z jasnego nieba. To po pierwsze, a po drugie, przecież 
wcale nie musiało  dojść  do ślubu. Tylko właściwie czemu  nie? Spotykała się ze Stephenem 
od rozpoczęcia pracy w Toronto. Nie mogła sobie wyobrazić życia bez niego. Skąd więc to jej 
nagłe wahanie? 

Frank tryskał  dobrym  humorem  podczas lunchu.  Udało  mu  się bez większych kłopotów 

znaleźć kogoś nowego na miejsce Jima Masona.   

–  To  dziewczyna.  Świeżo  po  studiach  dziennikarskich.  Inteligentna  i  pełna  zapału. 

Nazywa się Martha Bennet. Powinna ci się spodobać, Lizzie – przekonywał Elizabeth. – No 
to tyle o pracy, skarbie. Jakie mamy plany na weekend? Jeżeli o mnie chodzi, to jestem wolny 

background image

i do twojej dyspozycji.   

–  A  właśnie,  tato...  Możliwe,  że  będziemy  mieli  gościa.  Nazywa  się  Stephen  Preston  i 

pracuje razem ze mną. Bardzo sympatyczny. Chciałby wpaść i pojeździć trochę na nartach. – 
Elizabeth zdawała sobie sprawę, że jej nonszalancki ton brzmi sztucznie, lecz ojciec zdawał 
się tego nie dostrzegać.   

Wieczorem  siedzieli  przy  kominku  popijając  kakao,  gdy  usłyszeli  stukanie  do  drzwi. 

Elizabeth wyprzedziła ojca biegnąc do drzwi.   

– No, wreszcie, kochanie – powiedział Stephen wchodząc. – Podróż była jednym pasmem 

koszmarów.  Gdybym  to  nie  ciebie  miał  odwiedzić,  dawno  bym  już  zawrócił  z  powrotem. 
Niczego tak nie jestem spragniony, jak twojego gorącego uścisku.   

Przysunął  się  do  Elizabeth,  ale  ta,  świadoma  obecności  ojca  w  salonie,  wywinęła  się  z 

jego objęć i biorąc go za rękę poprowadziła za sobą.   

–  Tato,  to  właśnie  Stephen,  Stephen  Preston.  –  Podając  sobie  ręce  dwaj  mężczyźni 

przyglądali się sobie z ciekawością.   

– Pozwoli pan, że naleję mu drinka? A może filiżankę kakao? Proszę siadać i odprężyć 

się.   

– Trochę whisky świetnie by mi zrobiło – odparł Stephen i gdy gospodarz domu nalewał 

mu drinka, zanurzył się w głębokim fotelu.   

Elizabeth  usiadła na pufie przy  kominku przyglądając się rozmawiającym  mężczyznom. 

Stephen był o wiele bledszy niż jej ojciec. Był typem domatora. Był wysoki i szczupły, miał 
na sobie jasne spodnie i obszerny sweter. Zaczesane na bok blond włosy opadały mu nieco na 
ramiona. Łagodność jego usposobienia odzwierciedlała się w szczerych błękitnych oczach, a 
czoło  znaczyła  pionowa  bruzda,  rezultat  przyzwyczajenia:  ilekroć  się  nad  czymś 
koncentrował, marszczył czoło.   

– Liście doznały kolejnej porażki wczoraj. Mam nadzieję, że nie stawiał pan w zakładach 

na ich wygraną? – Zagadnął Frank.   

–  Liście?  –  Stephen  nie  mógł  ukryć  zdziwienia.  –  Ach  tak!  Mówi  pan  o  Liściach 

Klonowych, drużynie hokejowej... Rzadko śledzę rozgrywki hokejowe.   

– Stracił pan wiarę w naszych chłopców? – zażartował Frank.   
–  To  nie  to,  proszę  pana.  Po  prostu  nigdy  nie  przepadałem  za  pełnokontaktowymi 

sportami takimi jak hokej, czy futbol amerykański. Cechująca je brutalność chyba nie ma nic 
wspólnego ze sportem – odparł poważnie i zdecydowanie.   

Frank przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, w mig jednak opanował się.   
– Racja. Ma pan absolutną rację. Rzeczywiście, czasem trochę za dużo tej brutalności.   
Ojcze  –  Elizabeth  starała  się  zażegnać  rodzącą  się  ciszę  –  Stephen  pracuje  w  dziale 

politycznym.   

– O, to rzeczywiście świetna sprawa. Pisanie o polityce jest niezmiernie frapujące.   
–  Jestem  nieco  odmiennego  zdania,  jeżeli  pan  pozwoli.  Polityka  nie  jest  tu  chyba 

właściwym  słowem.  Przepraszam,  jeżeli  to  co  powiem,  zabrzmi  nieco  cynicznie,  lecz  to,  z 
czym  się  zetknąłem,  to  nie  polityka,  a  raczej  politykierstwo,  i  to  odebrało  mi  całkowicie 
ochotę na branie udziału w najbliższych wyborach.   

background image

– Mówi pan serio!? – Twarz Franka zaczęła nabierać kolorów, – Widzi pan... Polityka w 

mniejszych  miastach  jest  na  pewno  czym  innym  niż  w  wielkich  aglomeracjach.  Choćby  z 
tego  względu,  że  wszyscy  są  jakoś  spowinowaceni.  –  Stephen  roześmiał  się  ze  swojego 
dowcipu.   

Jednakże Frank nie zawtórował mu śmiechem. Twarz tężała mu coraz bardziej. Elizabeth 

uznała, że trzeba się włączyć.   

–  No,  dość  tego  poważnego  tonu.  Jakbyście  nie  wiedzieli,  że  polityka  jest  delikatnym 

tematem  do  rozmów.  Co  byście  w  zamian  powiedzieli  na  propozycję  pysznych  kanapek  i 
kawy? 

Stephen,  który  zaczynał  się  czuć  coraz  mniej  pewnie  pod  wzrokiem  O’Neila,  z  ochotą 

pokiwał głową. – Jak zwykle masz rację, kochanie. – Wstał i objął Elizabeth. Wzrok Franka 
stwardniał jeszcze bardziej i Stephen natychmiast opuścił rękę.   

–  Ja  dziękuję,  Elizabeth  –  powiedział  jej  ojciec.  –  Jeżeli  wybaczycie,  położę  się  spać. 

Starość  nie  radość,  trzeba  iść  spać.  –  Spróbował  się  uśmiechnąć,  a  potem  życzył  im  dobrej 
nocy i za chwilę jego kroki słychać było na schodach.   

–  Nareszcie  sami!  Nawet  nie  wiesz,  jaki  się  czułem  samotny  przez  cały  ten  tydzień  – 

Stephen wyszeptał Elizabeth do ucha.   

– Och, Stephen! Czy zawsze musisz od razu na wejściu głosić swoje poglądy? 
– Po prostu chciałem być szczery – odparł urażony.   
Przykro  mi,  jeśli  to  cię  tak  denerwuje,  ale  moim  obowiązkiem  wobec  siebie  jest  jasne 

wyrażanie swojej opinii.   

Elizabeth poczuła się głupio. W duchu przyznawała mu rację. To właśnie jego szczerość i 

uczciwość pociągały ją u niego najbardziej. Nawet za cenę osobistej porażki, Stephen mówił 
to,  co  uważał  za  słuszne.  Zresztą  z  tego  właśnie  powodu  stał  się  tak  szanowanym 
dziennikarzem.   

Trudno,  pomyślała  Elizabeth.  Jednakże  niedobrze  się  stało,  że  stosunki  Franka  ze 

Stephenem zaczęły się takim falstartem. Z czasem na pewno lepiej się. porozumieją.   

– Ładne przyjęcie mi się dostało – kontynuował z wyrzutem Stephen i Elizabeth zrobiło 

się przykro, że tak na niego naskoczyła. – Po godzinach spędzonych w zimnym samochodzie, 
aby  dotrzeć  do  tego  cholernego  miejsca,  jaka  nagroda  mi  się  dostaje?  Lekcja  na  temat 
dobrych manier.   

–  Przykro  mi,  Stephen.  Postarajmy  się  o  tym  zapomnieć.  –  Elizabeth  zmusiła  się  do 

uśmiechu. – Na pewno jesteś głodny. Chodźmy do kuchni. Zrobię ci coś do jedzenia.   

Następnego  dnia  Elizabeth  i  Frank  zerwali  się  wcześniej  z  łóżka,  nie  budząc  jednakże 

Stephena, pozwalając, by odpoczął po męczącej podróży.   

Kiedy Elizabeth zmywała po śniadaniu, a Frank z ukontentowaniem pykał fajkę, do drzwi 

kuchennych ktoś zastukał.   

–  Ja  otworzę,  tato.  –  Elizabeth  ruszyła  do  drzwi,  lecz  zanim  sięgnęła  klamki,  drzwi 

otworzyły się i do kuchni wkroczył Dan Murdoch.   

–  W  sam  raz  na  poranną  kawę  –  powiedział  Frank  z  radosnym  uśmiechem.  –  Lizzie, 

podaj proszę jeszcze jedną filiżankę.   

background image

Dan ściągnął buty i w szarych grubych wełnianych skarpetkach poczłapał do stołu. Jego 

swobodne zachowanie podziałało na Elizabeth irytująco. Rozsiadł się wygodnie na krześle z 
jedną nogą zarzuconą na drugą i rękami założonymi za głową.   

– Nie widziałem cię już kilka dobrych dni. Co się z tobą działo? 
– Musiałem wpaść do Toronto na spotkanie z moim wydawcą – odparł Dan, przeciągając 

dłonią po swoich czarnych włosach.   

– Jak ci idzie z książką? 
–  Kilka  ostatnich  retuszów  i  będzie  gotowa.  Elizabeth  z  ostentacyjną  gorliwością” 

zajmowała  się  dalej  zmywaniem  naczyń  ignorując  obecność  Dana,  lecz  ciekawość 
zwyciężyła.   

– To pańska pierwsza książka, ‘ panie Murdoch? Frank prychnął z rozbawieniem – AJe 

palnęłaś, Lizzie.   

Czy nazwisko Marka Dane’a, autora bestsellerów naprawdę nic ci nie mówi? 
– Ależ tak... tato, czemu? – spytała Elizabeth zbita z tropu.   
– Bo masz okazję poznać Marka Dane’a we własnej osobie – odparł Frank przesadnym 

gestem wskazując na Dana, co ten przyjął równie przesadnym skinieniem głowy.   

Elizabeth nie posiadała się ze zdumienia.   
– To nie do wiary – wyjąkała z trudem.   
Dan podniósł głowę. Na jego wargach błąkał się uśmiech rozbawienia. – Wszelakoż fakt, 

że  jestem  tak  słynną  osobistością  nie  spowoduje,  że  zacznę  się  domagać  specjalnego 
traktowania i mam nadzieję, że nie zadurzy się pani we mnie po uszy, jak czyni to większość 
spotykanych  przeze  mnie  panienek.  –  Jego  kpiące  oczy  spotkały  się  z  dzikimi  od  gniewu 
zielonymi  oczami.  Temu  niememu  pojedynkowi  towarzyszyła  napięta  cisza.  Wreszcie 
Elizabeth spuściła wzrok.   

Frank obserwował całą scenę z życzliwym rozbawieniem.   
–  No,  no,  Lizzie,  nie  wpadaj  w  furię.  Zawsze  była  nieco  w  gorącej  wodzie  kąpana  – 

zwrócił  się  do  Dana.  –  Kiedy  była  mała,  byłem  częstym  gościem  w  jej  szkole.  Jak  ucapiła 
kogoś za włosy, nikt nie był w stanie jej oderwać.   

Na  twarz  Elizabeth  zaczął  zakradać  się  rumieniec,  a  usta  zaczęły  jej  drgać  niepokojąco, 

kiedy patrzyła, jak ci dwaj tutaj z rozbawieniem traktują sceny z jej dzieciństwa.   

–  Coś  mi  się  wydaje,  Frank,  że  za  bardzo  jej  folgowałeś.  Nie  trzeba  tak  było  żałować 

rózgi.  –  Dan  najwyraźniej  miał  niezłą  zabawę.  –  Trzeba  ciężkiej  ręki,  żeby  okiełznać  taki 

charakterek.   

– Przecież to szowinizm najczystszej wody! – Wycedziła Elizabeth przez zaciśnięte zęby. 

–  A  poza  tym,  nie  potrzebuję,  aby  ktokolwiek  zajmował  się,  jak  to  tu  usłyszałam,  moim 
charakterkiem.   

–  A  czego  pani  potrzebuje?  –  W  ściszonym  nagle  głosie  Dana  pojawiła  się  nutka 

wyzwania.   

– Potrzebuję... potrzebuję szacunku, przyjaźni i... i...   
– Dla mnie to nuda. – Dan ziewnął, ale nagle drgnął. Do kuchni wszedł Stephen.   
–  Dzień  dobry  wszystkim.  Mam  nadzieję,  że  nie  spóźniłem  się  na  śniadanie.  Zresztą 

background image

nieważne. I tak rano zawsze pijam tylko kawę. – Elizabeth była mu wdzięczna, że pomógł jej 
wyrwać się spod natarczywego wzroku Murdocha.   

W jakiś dziwny sposób jego obecność odbierała jej całą pewność siebie. Jak gdyby ciągle 

czegoś od niej chciał, a ona nie mogła odgadnąć czego.   

Gdy Murdoch został  przedstawiony Stephenowi,  który zaraz też dostał  filiżankę gorącej 

kawy, powiedział, że musi już iść.   

–  Zanim  jednak  wyjdę,  muszę  powiedzieć,  po  co  przyszedłem.  Otóż  moi  znajomi 

organizują przejażdżkę saniami. Pomyślałem sobie, , że Elizabeth będzie miała ochotę wybrać 
się  z  nami.  Oczywiście  zaproszenie  dotyczy  również  Stephena.  Będziemy  przejeżdżać  koło 
was około ósmej wieczorem. Czekajcie przy końcu podjazdu.   

– Świetny pomysł – wykrzyknął Stephen nie widząc kwaśnego wyrazu twarzy Elizabeth, 

który  jednakże  nie  uszedł  uwagi  Murdocha.  Uśmiechnął  się  z  zadowoleniem.  Wiedział 
doskonale,  że  miała  ochotę  odrzucić  zaproszenie,  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  jej  oczy 
prowokując ją do reakcji słownej.   

Zamiast tego uśmiechnęła się czarująco, mimo że w oczach czaiły się ogniki gniewu.   
– No to doskonale – powiedział Dan wkładając burą kurtkę. – Do zobaczenia o ósmej.   
Niedługo  po  wyjściu  Dana,  Frank  udał  się  do  swego  gabinetu,  tłumacząc,  że  ma  jakąś 

pilną pracę. Elizabeth zaglądnęła w jakiś czas potem do gabinetu. Jej ojciec siedział wygodnie 
w  fotelu  pochrapując,  z  książką  rozłożoną  na  kolanach.  Elizabeth  spojrzała  na  okładkę, 
autorem był Mark Dane. Skrzywiła się i po cichu opuściła pokój.   

Po  południu  Elizabeth  postanowiła  przejść  się  na  spacer  wraz  ze  Stephenem.  Ciepłe 

promienie  popołudniowego  słońca  błyszczały  na  pokrytych  śniegiem  polach,  poznaczonych 
tu i ówdzie liniami wystających spod śniegu płotów. Kroczyli w milczeniu przyglądając się 
pozostawianym  odciskom  stóp,  pierwszym  śladom  pozostawionym  przez  człowieka  na 
dziewiczej bieli.   

–  Tak  tu  cicho...  –  rzekł  Stephen.  –  Takie  doświadczenie  jest  szalenie  oczyszczające. 

Czuję się zaszczycony, jakbym podglądał najbardziej tajemne piękno natury z ukrycia.   

Elizabeth uśmiechnęła się. Doskonale rozumiała, co czuł. Tu, w tej wiejskiej ciszy, zgiełk 

wielkomiejski zdawał się czymś nierzeczywistym, a jedyny śnieg, jaki można było zobaczyć 
w  mieście,  miał  formę  roztopionej  mazi  lub  szaroburych  zasp,  rezultatu  posypywania  ulic 
solą.   

–  Ta  cisza  jest  wręcz  nieprzyzwoita  –  ciągnął  dalej  w  zadumie  Stephen,  wciągając  w 

płuca łyk mroźnego powietrza. – Jak w antyseptycznej sali operacyjnej. Ale jak dla mnie jest 
tu  wręcz  zbyt  czysto.  Chyba  dłużej  niż  miesiąc  nie  wytrzymałbym  tutaj,  zacząłbym  się 
nudzić. Co by nie mówić, w mieście czuje się puls życia najpełniej: ruch uliczny, przechodnie 
pędzący na złamanie karku, dzwoniące telefony, energia i życie w najczystszej formie. Wieś 
jest tak cicha, że co chwila kusi mnie, by się uszczypnąć i sprawdzić, czy jeszcze żyję.   

– Mówisz tak, jak gdybyśmy znajdowali się na krawędzi świata. – Elizabeth poczuła, że 

musi jakoś bronić atmosfery tego miejsca, miejsca w którym przecież urodziła się.   

–  A  nie  znajdujemy  się?  –  roześmiał  się  Stephen  i  objął  ją.  –  Chodź,  wracamy,  jestem 

głodny jak wilk.   

background image

Wracali  do  domu  w  promieniach  zachodzącego  słońca,  stawiając  stopy  w 

pozostawionych przez siebie odciskach na śniegu. Widok ciemniejącego nieba jakby wdzierał 
się w serce Elizabeth i czuła się zagubiona i niepewna. Gdy zbliżali się do domu, Elizabeth 
ogarnęła nagła ochota stania się na powrót małą dziewczynką, dziewczynką, która ganiała po 
polach w czasie lata niczym bosonoga nimfa z rozwianymi włosami, gdy życie było jedynie 
nieustającą  sekwencją  dziwów  i  niespodzianek.  Jednakże  tamtej  dziewczynki  już  nie  było. 
Teraz  Elizabeth  O’Neil  była  dwudziestoczteroletnią  kobietą,  mającą  na  barkach  wszystkie 
troski i odpowiedzialność wiążącą się z dorosłością.   

Ich  kamienny  dom  z  zielonymi  okiennicami  dawał  jej  zawsze  uczucie  bezpieczeństwa. 

Lubiła wyobrażać sobie, że przednia ściana była twarzą olbrzyma, którego oczami były okna 
na  piętrze,  podwójne  drzwi  wejściowe  wielgachnym  nosem,  a  okna  na  parterze  wąską  linią 
ust rozciągniętych w miłym uśmiechu.   

Być  może  sprawił  to  jakiś  odblask  słoneczny,  być  może  zadziałała  tu  rozbudzona 

wyobraźnia Elizabeth, ale zbliżając się do domu, zauważyła w jego rysach ślad rozpoznania. 
Ucieszyło ją, że choć przez moment wróciła do swoich dziewczęcych fantazji.   

Gdy weszli, Frank wygrzewał się przed kominkiem.  Z ulgą rozebrali się i przysunęli do 

promieniującego ciepłem paleniska.   

Podczas  kolacji  Frank  był  o  wiele  bardziej  rozmowny  niż  wcześniej.  Wdał  się  nawet  w 

żarliwą  dyskusję  ze  Stephenem;  Elizabeth  siedziała,  kończąc  niespiesznie  posiłek.  Bez 
wyraźnego  powodu  apetyt  nie  dopisywał  jej.  Mimo  że  kolacja  była  wspaniała:  pieczeń 
wołowa  w  zawiesistym  brązowym  sosie,  ziemniaki  puree,  marchewka  w  maśle  i  brokuły 
polane rozgrzanym serem. Wszystko to Elizabeth przygotowała sama, Frank pomagał jedynie 
przy obieraniu ziemniaków.   

Nastrój poprawił się Elizabeth przy kawie. Z niecierpliwością oczekiwała na rozpoczęcie 

jazdy saniami.   

Dochodziło wpół do ósmej, gdy zaczęli zbierać się do wyjścia. Frank kazał im zostawić 

naczynia, miał je pomyć po ich wyjściu.   

– Tylko ubierzcie się ciepło – przestrzegał. – W nocy są niezłe przymrozki^ czeka was 

przynajmniej godzina na powietrzu.   

Elizabeth  wpakowała  się  w  ciepłą  bieliznę,  dżinsy  i  gruby  sweter.  Na  górę  włożyła 

narciarską  kurtkę.  Kiedy  skończyła,  przypominała  bardziej  pakunek  niż  zgrabną  młodą 
kobietę.   

Stephen przyglądał jej się z rozbawieniem.   
– Wyglądasz jak spasiony miś układający się do snu zimowego – zauważył naciągając jej 

głębiej czapkę na uszy.   

– Ale przynajmniej nie przemarznę. Czego nie jestem pewna w twoim wypadku. Wziąłeś 

przynajmniej długie kalesony od mojego ojca? 

Stephen, którego jedyne odzienie stanowiły dżinsy, sweter i kurtka, wzruszył ramionami.   
– To mi wystarczy. Niestraszny mi podmuch byle wietrzyku.   
Właśnie  w  tym  momencie  na  zewnątrz  rozległy  się  dzwonki  sań  i  śmiech.  Młodzi 

pożegnali się z Frankiem i biorąc się za ręce wybiegli w mroźną noc.   

background image

–  Hej!  Mam  tu  miejsce  z  tyłu  –  krzyknął  Murdoch  na  ich  widok.  Gdy  podbiegli,  objął 

Elizabeth pomagając jej wejść do sań.   

– Pomóc ci? – spytał następnie zwracając się do Stephena, który próbował wgramolić się 

do środka. Wyciągnął dłoń i kiedy Stephen uchwycił ją skwapliwie, pociągnął z całej siły, tak 
że  Stephen  wpadł  głową  do  środka  wyścielanych  sianem  sań.  Z  tyłu,  obok  Elizabeth  i 
Murdocha,  nie  było  już  wystarczająco  dużo  miejsca,  tak  więc  chcąc  nie  chcąc  Stephen 
przesunął się w przód sań, na miejsce obok woźnicy. Elizabeth obserwowała jego manewry 
wewnątrz sań, mając nadzieję, że go to wszystko nie wprawi w zły nastrój.   

W  gruncie  rzeczy  była  zaskoczona,  że  tak  bez  wahania  przyjął  zaproszenie  na 

przejażdżkę  saniami.  Z  natury  był  osobą  raczej  cichą  i  zwykle  bardziej  odpowiadało  mu 
zacisze  mieszkania,  gdzie  mógł  w  spokoju  poczytać  książkę  i  posłuchać  muzyki,  niż 
włóczenie się po znajomych, czy nocnych lokalach.   

Jej myśli przerwał głos Dana. – Nie martw się. To już duży kawaler. Da sobie radę.   

Elizabeth  trochę  obruszyła  się  na  to  przejście  na  ty,  ale  uznała,  że  usprawiedliwiał  to 

radosny nastrój, w jakim wszyscy się znajdowali.   

– Jest moim gościem, chciałabym, żeby czuł się tu dobrze.   
– Daj spokój. Są ważniejsze rzeczy, jak choćby zaintonowanie starej traperskiej pieśni – 

odparł Dan i  rozdarł się piosenką, którą przy  dużej  wyobraźni  można było  wziąć za wersję 
Jingle  Bells.  Elizabeth  nie  mogła  powstrzymać  śmiechu,  lecz  przykład  Dana  podziałał 
zaraźliwie i wkrótce jego głos zasiliły inne głosy.   

 

Jingle bells, jingle bells, 

Jingle all the way. 

Oh what fun it is to ride 

On a one horse open sleigh. 

 

Rozbawiona sytuacją Elizabeth przyłączyła się do nieskładnego chóru. Była tak przejęta, 

że  nie  poczuła  ramienia  oplatającego  jej  szyję.  Nie  czuła  lub  też  nie  chciała  poczuć.  Bo 
przecież,  przekonywała  się,  gest  Dana  był  tak  naturalny,  braterski,  a  poza  tym  tak  było  o 
wiele cieplej, gdy siedziała przytulona do opiekuńczego, męskiego ciała. W przypływie coraz 
lepszego  humoru,  rozgrzana  przejażdżką  i  śpiewem,  pod  wpływem  impulsu  oznajmiła 
Danowi, że miał świetny pomysł.   

–  To  znaczy,  że  bawisz  się  świetnie?  –  spytał  z  dziwnym  błyskiem  w  oku,  którego  na 

swoje nieszczęście Elizabeth nie potrafiła zinterpretować.   

– O, tak – odparła ochoczo.   
–  Od  zbytku  zabawy  przewraca  się  w  głowie  –  roześmiał  się  i  nim  Elizabeth  się 

spostrzegła, siedziała w zaspie śniegu.   

Nie  wiedząc,  czy  wybuchnąć  złością,  czy  śmiechem,  szybko  schyliła  się  i  zrobiwszy 

twardą kulkę ze śniegu rzuciła w Dana, ten jednak uchylił się z refleksem i kulka zamiast w 
winowajcę, trafiła w kogoś innego.   

–  Och,  to  nie  pana  chciałam  uderzyć  –  powiedziała,  widząc  odwracającego  się  do  niej 

background image

zdziwionego ciemnowłosego mężczyznę.   

– Dość tego, Lizzie. Lepiej wskakuj, bo zostawimy cię na pastwę wilków.   
Gdy  Elizabeth  znalazła  się  z  powrotem  w  saniach,  Dan  przedstawił  ją  młodej  parze 

siedzącej po drugiej stronie, Jimowi i Judy Walker będących nauczycielami w szkole średniej. 
Podczas  dalszej  jazdy  przerzucano  się  żartami  i  co  chwila  któryś  z  uczestników  wycieczki 
lądował w śniegu.   

Elizabeth  już  bez  poprzednich  wewnętrznych  protestów  przyjęła  braterski  gest  Dana.  Z 

ulgą zauważyła też, że Stephen bawi się świetnie; w jakimś momencie zauważyła nawet, jak 
powozi saniami, trzymając z tryumfującą miną lejce w dłoniach.   

–  Ależ  cudownie  –  wykrzyknęła  Elizabeth  nie  zwracając  się  do  nikogo  szczególnie.  – 

Czuję się, jakbym znowu była dzieckiem! 

– Bo nadal nim jesteś – odparł Dan. Poczuła, jak jego ramię zaciska się bardziej i zanim 

zorientowała się, co się święci, powtórnie wylądowała w śniegu.   

–  Hej,  Dan  –  krzyknął  Jim  Walker.  –  Nie  uważasz,  że  taka  samotna  dziewuszka,  to 

strasznie  smutny  widok?  Może  dołączysz  do  niej?  –  dodał  i  bez  czekania  na  zgodę  Dana 
mocnym,  wprawnym  pchnięciem  wyrzucił  go  za  burtę.  Dan  poszybował  w  powietrzu  i 
wylądował o kilka cali od stóp Elizabeth i pozostał tak, leżąc nieruchomo z twarzą w śniegu, 
podczas gdy sanie nie czekając na nich oddalały się.   

Elizabeth wstrzymała oddech zaniepokojona i schyliła się.   
– Dan, stało ci się coś? 
Zanim  przebrzmiało  jej  pytanie,  nieruchome  dotąd  ciało  wyskoczyło  w  górę,  a  z  ust 

cudownie uzdrowionego Dana wydarł się dziki wrzask. Elizabeth zawtórowała mu krzykiem 
przestrachu i potknąwszy się wylądowała znowu w śniegu. Ryk Dana zmienił się w radosny 
śmiech.   

– Ty półgłówku! Żarty sobie stroisz, a ja myślałam, że coś ci się stało. Powinnam się już 

nauczyć,  czego  się  po  tobie  spodziewać  –  wykrzykiwała  z  mieszaniną  wściekłości  i  ulgi. 
Dając dodatkowo upust gniewowi pchnęła go i gdy Dan lądował bezradnie w śniegu, chciała 
ruszyć w ślad za saniami, ale ze strachem poczuła, że unosi się w powietrze.   

– To jak? – usłyszała, czując jednocześnie ciepły oddech Dana na policzku. – Remis, czy 

chcesz znowu znaleźć się buźką w śniegu? – Mówiąc to, Dan uczynił ruch, jak gdyby chciał 
zrealizować swoją groźbę. Elizabeth kurczowo złapała go za ubranie.   

– O nie, proszę. Tylko nie to! 
Ten  ton  prośby  w  głosie  Elizabeth  sprawił,  że  Dan  spojrzał  na  nią  uważnie.  Odgłos 

jadącego  saniami  rozbawionego  towarzystwa  nikł  w  oddali.  Na  ciemnym  niebie  świeciły 
gwiazdy; wszystko nagle jakby znieruchomiało. Elizabeth z zapartym tchem wpatrywała się 
w jego pociemniałe nagle niebieskie oczy.   

– Czy to oznacza, że będziesz już grzeczną dziewczynką? – spytał miękko i nie czekając 

na jej odpowiedź pocałował ją delikatnie. Zacisnęła ramiona na jego karku, czując, że kręci 
jej się w głowie.   

Jego  pocałunek  stał  się  mocniejszy,  przycisnął  ją  do  siebie,  jakby  chciał  ją  zgnieść  w 

ramionach. Jakby obudzona tym poruszyła się. Oswobodził ją z uścisku i Elizabeth stanęła na 

background image

własnych nogach. Lecz Dan objął ją gwałtownie 33 

i nie mogąc się opanować, oddała się całkowicie jego gorączkowym pocałunkom.   

Kiedy  w  końcu  puścił  ją,  przez  krzyż  przeszedł  jej  dreszcz  chłodu  i  to  przywołało  ją 

natychmiast do rzeczywistości. Całe ubranie miała wilgotne od ciągłych upadków do śniegu, 
a tu czekała ich piesza wędrówka do domu Dana.   

Nie  odrywając  od  niej  wzroku,  Dan  ściągnął  z  głowy  wełnianą  czapkę  i  przejechał 

palcami  przez  wilgotne  kędziory  włosów.  Nagle  roześmiał  się.  –  Nie  ma  siły,  żebyśmy 
dogonili  sanie.  W  związku  z  czym  sami  musimy  dać  sobie  radę.  Chodź,  musimy  mocno 
wyciągać  nogi,  żeby  pojawić  się  w  domu,  zanim  ktokolwiek  zacznie  zastanawiać  się  nad 
powodem tak długiej naszej nieobecności. Cóż byłby ze mnie za gospodarz, gdybym zostawił 
mych gości samych z powodu romantycznej przygody, jakkolwiek miłej, ze śnieżną panną.   

Włożywszy  czapkę  na  uszy,  objął  Elizabeth  i  ruszył  do  przodu  pomagając  jej  kroczyć 

przez grube warstwy śniegu. Elizabeth ogarnęła czarna rozpacz. Jak mogło do tego dojść? Jak 
to  się  stało,  że  pozwala,  aby  ten  nie  znany  jej  przecież  mężczyzna  wprowadzał  w  jej  życie 
takie  zamieszanie?  Jak  to  się  mogło  stać,  że  zapomniała  o  Stephenie?  Nawet  jeśli  na  razie 
wahała się, to i tak wcześniej czy później wyjdzie za niego, a teraz robi mu coś takiego. Jak 
spojrzy  mu  w  oczy?  Myśl  o  Stephenie  dodała  jej  sił,  stanowiła  tarczę  przeciwko 
teraźniejszości, która wymknęła jej się spod kontroli.   

Reszta  drogi  do  domu  Dana  zeszła  im  w  milczeniu.  Dan  również  pogrążony  był  w 

pełnym  zadumy  milczeniu,  szedł  równym  krokiem  do  przodu,  z  głową  pochyloną,  jakby  w 
coś się uważnie wpatrywał.   

Elizabeth  dostrzegła  w  oddali  wznoszący  się  do  nieba  dym.  Gdy  podeszli  bliżej, 

zauważyła,  że  wydobywa  się  z  komina  chaty  zrobionej  z  drewnianych  bali,  której  kształty 
ledwie  majaczyły  w  ciemności.  Nie  dostrzegała  żadnego  dojazdu  i  zastanawiała  się  z 
roztargnieniem, czy Dan zostawia samochód na drodze i do domu dociera na piechotę. Po obu 
stronach  budynku,  jakby  stojąc  na  warcie,  rosły  klony,  teraz  bezlistne,  za  to  oproszone 
śniegiem. W oknach paliły się światła.   

– Oto moja samotnia. Witaj w skromnych progach mego domu. – Uśmiechnął się Dan i 

szeroko otworzył drzwi. Elizabeth weszła do środka z westchnieniem ulgi. Z zaczerwienioną 
od siedzenia zbyt blisko kominka twarzą Stephen poderwał się na równe nogi i podskoczył do 
niej.   

– Co się z wami działo?  – wyprzedził jego pytanie Jim Walker.  – Już mieliśmy zamiar 

wysłać za wami ekipę poszukiwawczą z psami bernardynami, lecz baliśmy się, że możemy w 
czymś przeszkodzić. – Jego wypowiedź skwitowana została wesołym śmiechem przez resztę 
zgromadzonego u Dana towarzystwa. Elizabeth czuła, jak na twarz wpełza jej rumieniec.   

–  Na  pewno  w  niczyi^,  ważnym  –  odparła  przez  zaciśnięte  wargi,  próbując,  by 

zabrzmiało to równie wesoło.   

– Miejmy nadzieję. Bo inaczej musiałabyś się gęsto tłumaczyć przed twoim narzeczonym 

– wtrącił Stephen z prostodusznym uśmiechem, grożąc jej żartobliwie palcem.   

– Pańska prostolinijność i wiara są coraz rzadziej spotykanymi cechami na tym ponurym 

świecie – włączył się Dan, wpatrując się przy tym w Elizabeth. – Wygląda na to, że łączy was 

background image

rzadka nić porozumienia.   

Z tymi słowami odwrócił się i wmaszerował do kuchni. Judy Walker oraz Beth Vargo, jej 

szwagierka,  zajęły  się  w  tym  czasie  ustawianiem  na  stole  talerzy  z  kanapkami,  które 
przygotowano przed wycieczką.   

Dan  przyjął  na  siebie  rolę  podczaszego  i  w  błyskawicznym  tempie  wręczył  każdemu 

szklaneczkę rumu.   

Stephen pociągnął za sobą Elizabeth do miejsca przy kominku.   
– Chciałbym poznać cię z kimś. To Martha Bennet. Właśnie co dostała pracę w gazecie 

twojego ojca. Jest świeżo po szkole dziennikarskiej i aż się rwie do pracy. Może tobie uda się 
wyperswadować jej wybór takiego fachu, póki jest jeszcze cała i zdrowa.   

– Nie taki wilk straszny, jak go malują – odpowiedziała Martha rezolutnie. – Jakoś wam 

nic strasznego się nie stało.   

–  No  to  powinnaś  mnie  zobaczyć,  zanim  zajęłam  się  dziennikarstwem  –  roześmiała  się 

Elizabeth.   

Martha  była  niezmiernie  ładna’  Długie  do  ramion,  ciemne  włosy  okalały  twarz  w 

kształcie serca zdominowaną żywymi brązowymi oczami.   

– Dlaczego zdecydowałaś się na pracę w gazecie? – spytała Elizabeth już poważniej.   
– Tak naprawdę, to był to pomysł Dana.   
– Dana? Chyba nie masz na myśli Dana Murdocha? 
– Ależ jak najbardziej.  To zresztą jedyny  Dan,  jakiego znam  – odparła  Martha, a  w jej 

oczach zapaliły się błyski.   

Jaka afektowana, pomyślała nagle z dziwnym dla siebie rozdrażnieniem Elizabeth.   
–  Bo  widzisz  –  ciągnęła  Martha  –  zawsze  chciałam  pisać,  tak  jak  Dan.  Poszłam  na 

uniwersytet,  gdzie  ukończyłam  filologię.  Kiedy  jednak  skończyłam  studia,  nie  mogłam 
znaleźć pracy. Wtedy Dan podpowiedział mi, że szkoła dziennikarska pomoże mi wprawiać 
się w pisaniu, zanim uda mi się opublikować coś własnego.   

Elizabeth z coraz pochmurniej szą miną słuchała dziewczyny, ta jednak nie dostrzegając 

tego, mówiła dalej.   

–  I  oczywiście  miał  rację.  Kiedy  więc  dowiedział  się,  że  u  pana  O’Neila,  to  znaczy  u 

twojego ojca zwolniło się miejsce, podszepnął mu moje nazwisko, a jakże, i hurra! dostałam 
pracę. Dzięki temu możemy też być częściej razem. – Spoglądając w niewinne, pełne zapału 
oczy dziewczyny, Elizabeth zaczęła czuć coraz większą niechęć do Dana Murdocha.   

Za kogo on się uważa! Bawi się w mrożonego Casanovę na opustoszałej drodze, podczas 

gdy przy ognisku domowym czeka na niego jego dziewczyna. Może przedwczesna, irytująca 
uwaga  Stephena  o  ich  małżeństwie  nie  była  w  gruncie  rzeczy  taka  zła?  Przynajmniej  utrze 
rogów  temu  całemu  Murdochowi.  Nie  tylko  ty  potrafisz  bawić  się  cudzym  kosztem, 
podrywaczu od siedmiu boleści! 

– Dlaczego nie pojechałaś z nami? – zmieniła temat wpatrując się w Marthę z poczuciem 

winy.   

–  Bo  jestem  strasznym  piecuchem.  Powiedziałam  Danowi,  że  będę  doglądał  ogniska 

domowego – odparła z sympatycznym uśmiechem, nieświadoma, że takiego samego, tyle że 

background image

ironicznego sformułowania użyła przed chwilą Elizabeth w myślach.   

Czuła, jak rośnie w niej gniew. Jak gdyby wyczuwając, co się w niej dzieje, Dan zostawił 

gości,  z  którymi  dotychczas  rozmawiał  i  podszedł  do  dziewczyn.  Jednakże  ani  jednym 
spojrzeniem  nie  zaszczycił  Elizabeth.  Musnął  koniuszkami  palców  policzek  Marthy. 
Elizabeth zacisnęła wargi.   

– Dobrze się bawisz, kochanie? – spytał. – Chciałbym, żebyś wyciągnęła. gitarę i zagrała 

coś dla naszych  gości.  Zrobisz to  dla mnie? Tak? No to  chodźmy  – powiedział i  pociągnął 
Marthę za sobą.   

– Czy to dla mnie przeznaczony jest ten mars na twoim czole? – Z głębokiego zamyślenia 

wyrwał Elizabeth głos Stephena, który podszedł, by napełnić jej szklankę. 

Chyba nie jesteś na mnie wściekła, że pospieszyłem się mówiąc o naszych zaręczynach? 

Jeżeli  tak,  to  przepraszam,  ale  tak  naprawdę,  to  chyba  tylko  nieco  wyprzedziłem  fakty, 
prawda? – Stephen wyglądał na bardzo skonfundowanego i Elizabeth nie mogła powstrzymać 
się od uśmiechu.   

–  Nic  się  nie  stało,  Stephen.  Nie  jestem  na  ciebie  zła.  –  Uścisnęła  go  za  rękę  i 

uśmiechnęła się do niego jeszcze szerzej.   

background image

 

Przez resztę wieczoru Elizabeth nie odstępowała Stephena na krok, po części i po to, by 

uniknąć  bezpośredniego  stykania  się  z  Murdochem.  Mimo  że  próbowała  z  całych  sił,  nie 
mogła  wyrzucić  z  pamięci  tych  kilku  chwil  na  zaśnieżonej  drodze.  Uświadomił  jej  stronę 
osobowości,  której  nigdy  u  siebie  nawet  nie  podejrzewała.  Sądziła  dotąd,  że  w  wieku 
dwudziestu  czterech  lat  posiada  już  jasne  zrozumienie  siebie  samej  jako  kobiety.  Dan 
uświadomił jej, że pewne tajemnice kobiecości były dla niej nadal nie rozwiązane. Odkrycie 
tego faktu działało na Elizabeth przerażająco, ale i podniecająco.   

No  i  ta  Martha,  pomyślała  Elizabeth  z  grymasem.  Chyba  nie  mogłaby  mieć  bardziej 

odpowiedniego  imienia  niż  to  jak  tamta  kobieta  z  Biblii,  która  pozostała,  aby  przygotować 
posiłek,  podczas  gdy  jej  siostra,  Maria,  bawiła  się  w  najlepsze.  Czy  Martha  świadomie 
przyjęła  na  siebie  taką  pokorną  rolę  w  stosunku  do  swego  błądzącego  kochanka?  Prawdą 
było, że Dan był fascynującym mężczyzną, ale czy możliwe było, że kobieta godziła się na 
dzielenie się swoim mężczyzną z inną? 

Elizabeth  przytuliła  się  mocniej  do  Stephena;  obydwoje  siedzieli  na  podłodze.  Dzięki 

Bogu, pomyślała, że mojemu mężczyźnie wystarcza tylko jedna kobieta.   

Była już późna noc, gdy przyjęcie wreszcie skończyło się. Elizabeth miała ochotę wyrwać 

się wcześniej, ale widziała, że Stephen świetnie się bawi i nie chciała mu tego psuć.   

Dan z szerokim uśmiechem odprowadzał ich do drzwi.   
– Mam nadzieję, że traficie do siebie? To tylko pięć minut spaceru przez pola, choć przy 

tak  pięknym  świetle  księżyca  spacer  może  się  nieco  przeciągnąć.  –  Mrugnął  do  Stephena 
udając, że nie zauważa nagłego rumieńca na twarzy Elizabeth.   

Prawie  gdy  już  wychodzili,  jakby  sobie  coś  przypominając  Murdoch  położył  rękę  na 

ramieniu Stephena.   

–  Ale,  ale.  Byłbym  zapomniał.  Chciałbym  pogratulować  zaręczyn.  Być  może  to  zbyt 

wczesne,  lecz  chciałbym  ucałować  przyszłą  pannę  młodą,  za  twoim  pozwoleniem,  rzecz 
jasna. – W jego głosie zabrzmiała ironia. – Kto wie? Może nie dostanę zaproszenia na ślub? 

Stephen  roześmiał  się,  a  Murdoch  nachylił  się  i  pocałował  Elizabeth  w  czoło,  potem 

zamknął ją niedźwiedzim uścisku i szepnął, tak że tylko ona mogła go usłyszeć: Została nam 
jeszcze pewna sprawa do zakończenia. Gdy wydobyła się z jego uścisku, Elizabeth zerknęła 
na jego twarz i pomyślała, że tak musi wyglądać sataniczny uśmiech.   

Następnego  dnia,  w  niedzielę,  Elizabeth  obudziła  się  z  pulsującym  bólem  głowy. 

Ostrożnie  otworzyła  oczy  i  pod  powieki  wdarły  się  jasne  promienie  słońca,  z  czego 
wywnioskowała,  że  jest  już  późny  poranek.  Podniosła  głowę,  by  spojrzeć  na  zegar,  ale 
rozsadzający czaszkę ból wydobył z jej ust jęk; opadła na poduszkę i zamknęła oczy.   

W chwilę później spróbowała ponownie ruszyć się. Tym razem jednak zrobiła to znacznie 

ostrożniej, by nie podrażniać jeszcze bardziej napiętych nerwów. Powoli włożyła podomkę i 
powlokła się do szafki z lekarstwami w łazience. Zażyła dwie aspiryny i zeszła na dół.   

Gdy dotarła do kuchni, Frank czytał gazetę.   

background image

–  Sądząc  z  wyglądu  –  przyjrzał  jej  się  uważnie  –  masz  za  sobą  ciężką  noc.  Zdaje  się, 

nieźle balowaliście. Dobrze się bawiłaś? 

– Och, tak, tylko że wróciliśmy bardzo późno i chyba po prostu jestem zmęczona.   
–  Dan  ładnie  mieszka,  prawda?  –  Frank  miał  zdecydowanie  ochotę  na  kontynuowanie 

rozmowy.   

– O tak, bardzo ładnie – odparła mechanicznie, zaprzątnięta myślami o czymś innym. – 

Spotkałam Marthę Bennet. Wygląda na bardzo sensowną i miłą osobę.   

– Mnie też się tak wydaje. Dan uważał, że od razu się polubicie. Jesteście mniej więcej w 

tym  samym  wieku.  Martha  pochodzi  z  Toronto,  z  twojego  miasta,  więc  mam  nadzieję,  że 
okażesz jej trochę przyjaźni, zanim nie zaaklimatyzuje się tu u nas.   

–  Dla  Dana  to  chyba  bardzo  miło  mieć  ją  pod  ręką  –  rzuciła  Elizabeth  pozornie  od 

niechcenia.   

– Myślę, że. raczej wygodniej. Nie musi tak często jeździć do Toronto, żeby sprawdzić, 

co się z nią dzieje.   

– I vice versa – wyszeptała do siebie Elizabeth.   
Po śniadaniu Elizabeth poczuła się lepiej, choć ból głowy nadal nie ustępował. Było już 

prawie południe, a Stephen nadal nie schodził na dół zatem Elizabeth zdecydowała sprawdzić, 
co się z nim dzieje. Gdy weszła do jego sypialni, leżał nadal w łóżku z kołdrą naciągniętą po 
czubek nosa.   

– Źle się czujesz? 
– Chyba się przeziębiłem – wydusił z siebie ochrypłym głosem.   
Elizabeth z trudem pohamowała się, żeby nie powiedzieć: a nie mówiłam?. Zamiast tego 

zeszła na dół po gorącą herbatę. Doszli do wniosku, że Stephen powinien zostać w łóżku do 
popołudnia,  kiedy  będzie  musiał  się  zbierać  w  powrotną  podróż  do  Toronto.  Przez  prawie 
cały ten czas Stephen spał, a Elizabeth siedziała z Frankiem przeglądając książkę, nie mogła 
się jednak skoncentrować i co chwilę wstawała, poprawiała ogień na kominku lub wyglądała 
przez  okno  i  nie  widzącym  wzrokiem  wpatrywała  się  w  pokryte  śniegiem  pola.  Ten  stan 
niepokoju nie mógł ujść uwagi ojca.   

– Martwisz się o Stephena, kochanie? To chyba nic groźnego.   
– Co proszę? Och nie.   
–  Czy...  twój  związek  ze  Stephenem  to  coś  poważnego?  –  spytał  przyglądając  jej  się 

uważnie spod oka.   

– Jak by tu powiedzieć... Stephen poprosił mnie o rękę. – Elizabeth odwróciła się do ojca.   
– I twoja odpowiedź brzmi... ? 
–  Nie  wiem.  Jeszcze  nic  mu  nie  odpowiedziałam.  –  Elizabeth  opuściła  głowę.  –  Ale 

wydaje  mi  się,  że  odpowiedź  będzie  brzmiała:  tak.  Jak  na  razie  bardzo  dobrze  nam  się 
wszystko  układa.  Jest  naprawdę  bardzo  miły.  A  tobie  jak  się  wydaje?  Podoba  ci  się?  – 
Elizabeth podniosła wzrok na ojca.   

Frank milczał  przez chwilę, biorąc fajkę z popielniczki.  W zamyśleniu wygrzebał  z niej 

popiół i włożył ją do ust. Potem spojrzał na Elizabeth.   

–  Tak,  córeczko.  Chyba  tak.  Ale  jeśli  nie  jesteś  pewna,  radziłbym  ci  poczekać.  Życie, 

background image

choć  tak  krótkie,  staje  się  nieznośnie  długie,  jeżeli  trzeba  je  przeżyć  dokonawszy  złego 
wyboru.   

Słowa  ojca  dziwnie  uspokoiły  ją.  Ukoił  jej  wątpliwości  i  dał  jej  odczuć, że  aprobuje  jej 

sposób  postępowania.  Stephen  chciał,  aby  bez  wahania  i  poważnego  zastanowienia  się  nad 
przyszłością  zdecydowała  się  na  małżeństwo,  ojciec  zaś  umocnił  ją  w  przekonaniu,  że 
cierpliwe czekanie może i jej, i Stephenowi wyjść tylko na dobre.   

Podeszła i usiadła na poręczy fotela ojca obejmując go z wdzięcznością.   
–  W  zupełności  się  z  tobą  zgadzam,  tato.  Stephen  bardzo  nalega,  abyśmy  się  jak 

najszybciej  pobrali.  Ale  mnie,  jak  na  razie,  odpowiada  dotychczasowy  stan  rzeczy. 
Początkowo  sądziłam,  że  nie  dając  natychmiastowej  odpowiedzi  Stephenowi  postępuję 
egoistycznie,  lecz,  jak  powiedziałeś,  nie  można  się  pakować  w  małżeństwo  nie 
przemyślawszy tego dokładnie.   

– W tej całej sytuacji to ja jestem egoistą – odparł Frank głaszcząc Elizabeth po ręce. – 

Mając  cię  u  siebie,  choćby  na  ten  krótki  okres  czasu,  nie  chciałbym  cię  od  razu  tracić  dla 
innego mężczyzny.   

Kiedy Stephen zwlókł się wreszcie z łóżka, był  zbyt wymizerowany, aby wdawać się w 

poważną  dyskusję  z  Elizabeth  na  temat  ich  przyszłości.  Napił  się  soku  pomarańczowego  i 
zjadł zupę, co miało go wzmocnić przed długą podróżą do Toronto.   

Elizabeth było go jej żal i czuła wyrzuty sumienia, gdy już pożegnał się z nimi i wsiadł do 

samochodu, mówiąc, że zadzwoni za kilka dni.   

Jednakże  kładąc  się  spać  wieczorem,  po  raz  pierwszy  od  wielu  dni  Elizabeth  czuła  się 

odprężona  i  mniej  zestresowana.  Rano  obudziła  się  późno  i  gdy  zeszła  na  dół,  jej  ojciec 
wyszedł  już  do  pracy,  zostawiając  jej  karteczkę,  żeby  odpoczywała  przez  cały  dzień  i  że 
wróci w sam raz na kolację.   

Reszta poranka zeszła Elizabeth na krzątaniu się po domu. Uprała brudną bieliznę i umyła 

włosy.   

Po lunchu wybrała się na narty. Przez noc spadł świeży śnieg, ale rozpogodziło się i niebo 

przybrało teraz przejrzystą, błękitną barwę. Elizabeth sunęła drogą, która kiedyś traktowana 
była  jako  ścieżka  do  wodopoju  dla  bydła.  Jako  dziecko  często  tędy  biegała  unikając  tym 
samym okalających inne gospodarstwa płotów. Otaczającej ją ciszy nie mącił żaden odgłos, 
prócz regularnego chrzęstu nart przesuwających się w rytm jej samotnej wędrówki.   

Dotarła  do  wodopoju  i  postanowiła  przedrzeć  się  przez  mały  lasek  klonowy  stanowiący 

dolną granicę ich posiadłości. Posuwanie się na nartach stało się teraz trudniejsze ze względu 
na  wystające  korzenie  i  połamane  gałęzie  usłane  na  ziemi.  Wkrótce  jednak  dotarła  do 
prześwitu między drzewami. Gdy wydostała się na otwartą przestrzeń i wzrok przyzwyczaił 
jej się na powrót do jasnego zimowego słońca, zobaczyła przed sobą na wzgórzu unoszący się 
dym z komina, komina należącego do domu Dana Murdocha.   

Załomotało  jej  serce,  mogła  sobie  bowiem  wyobrazić,  co  Murdoch  pomyśli,  gdy  ją  tu 

zobaczy.  Zaraz  jednak  uspokoiła  się  widząc,  że  wyszła  na  tyły  domu  i  szansa,  że  pisarz 
nakryje ją na ukradkowej obserwacji jego posiadłości była znikoma. Jednak nie tylko to było 
powodem  jej  niepokoju.  Zdała  sobie  sprawę,  że  samotna  wyprawa  w  to  miejsce  nie  była 

background image

przypadkowa, że przyszła tu pod wpływem jakiegoś zdradzieckiego impulsu; teraz jednak nie 
było czasu na głębsze analizy. Elizabeth odwróciła się i wjechała pod ochronę drzew. Z tak 
dużej  odległości nie mogła zauważyć twarzy w  oknie, która śledziła jej  pojawienie się i  jej 
nagły odwrót.   

Wygląda  jak  zabłąkane  dziecko,  pomyślał  Dan.  Zabłąkana  kobieta  dziecko,  która 

wymaga  troski  kochającego  męża.  Roześmiał  się  ze  swoich  własnych  myśli.  Gdyby  się 
dowiedziała, o czym myślę, chyba bym nie przeżył jej wybuchu gniewu. Wzruszył ramionami 
i wrócił do swojej pracy.   

Dni  mijały  spokojnie.  Większość  czasu  Elizabeth  spędzała  siedząc  w  domu.  Czytała, 

gotowała  posiłki  i  wylegiwała  się  za  wszystkie  czasy.  Frankowi  dopisywał  dobry  humor  i 
często siedzieli do późna w nocy rozmawiając.   

W  czwartek  wieczór  Frank  zaprosił  kilku  kolegów  na  pokera.  Elizabeth  znała  ich 

wszystkich: Mike’a Dougala z gazety ojca, doktora Johnsona, który pomógł jej pojawić się na 
świecie  (i  nigdy  jej  nie  dał  tego  zapomnieć)  oraz  Charlie  Maitlanda,  farmera,  już  na 
emeryturze, który mieszkał o kilka kroków od O’Neilów.   

Elizabeth  usiadła  w  kącie  kuchni  z  książką,  a  czterej  mężczyźni  usiedli  przy  stole 

dogadując sobie i żartując trochę dla siebie, a trochę dla Elizabeth.   

–  Tylko  tym  razem  nie  oszukuj,  doktorku  –  ostrzegał  Charlie  –  nie  wiem,  czy  skleroza 

pozwoli  ci  przypomnieć sobie, że przepisałeś mi własnoręcznie nowe okulary  i  widzę teraz 
jak młody sokół.   

– Nie ucz mnie, co się robi z kartami, stary poganiaczu bydła  – odparował doktor. – A 

poza tym lepiej będzie, jeśli użyjesz tych swoich nowych okularów do oglądania swoich kart, 
nie moich.   

Przez jakiś czas gra toczyła się w ciszy. Przy następnym rozdaniu odezwał się Dougal: 
–  To  już  prawie  koniec  twoich  wakacji,  Lizzie.  Szkoda,  że  były  takie  krótkie.  Nie 

rozklejaj się, mówię to z czystego egoizmu. Od czasu jak przyjechałaś, z twoim ojcem można 
było wreszcie nawiązać jakiś cywilizowany kontakt.   

–  I  kto  to  mówi!  –  bronił  się  Frank.  –  Powinieneś  usłyszeć  komentarze  na  swój  temat, 

wygłaszane przez twoich własnych reporterów. Trudno by je nazwać cywilizowanymi.   

–  I  jesteśmy  u  sedna  rzeczy  –  wtrącił  poważniej  doktor.  –  Praca  dziennikarza,  z  jej 

nerwowością  i  stałym  napięciem  fatalnie  wpływa  na  ciśnienie  krwi  i  cały  system  krążenia. 
Lepiej więc, abyście mniej na stałe nabrali nawyku cywilizowanego zachowania.   

Gra trwała aż do jedenastej, kiedy to Elizabeth postawiła na stole dzbanek z kawą i talerz 

z kanapkami. Mężczyźni pozbierali karty i zasiedli do jedzenia.   

– Mam nadzieję, młoda damo, że odżywiasz się odpowiednio w Toronto? – spytał doktor 

Johnson,  podnosząc  jej  brodę  do  góry.  –  Młodzi  ludzie  tak  beztrosko  traktują  zdrowie.  W 
czym  pomaga  im  teraz  to  świństwo  z  supermarketów,  nie  zasługujące  nawet  na  nazwę 
jedzenia.   

Elizabeth  udało  się  jakoś  ukoić  jego  troskę.  Po  kilku  minutach  rozmowy  wróciła  do 

swojego kącika i wzięła się ponownie do czytania.   

– O, widzę, że czytasz ostatnią książkę Marka Dane^. Co pewnie znaczy, że zdążyłaś już 

background image

go spotkać, naszego słynnego autora, naszą lokalną dumę? 

Elizabeth zmieszała się, gdyż słowa doktora zainteresowały pozostałych graczy.   
– Czy zdążyłaś już ulec jego nieodpartemu urokowi? – spytał Charlie unosząc żartobliwie 

brew.   

– Jakoś nie dane mi było zauważyć tego uroku – odparła Elizabeth z niewinną miną.   
– Akurat. Uważaj, bo mamy tu lekarza, który na poczekaniu może sprawdzić twój puls. 

W  promieniu  pięćdziesięciu  mil  nie  ma  kobiety,  której  serce  nie  biłoby  szybciej  na  jego 
widok. Widząc go wszystkie niewiasty wpadają w panikę i nie wiedzą, czy do niego słodko 
gruchać,  czy  też  od  razu  zemdleć.  Zachowują  się,  jak  gdyby  nigdy  w  życiu  nie  widziały 
chłopa.   

–  A  jeżeli  na  ciebie  tak  nie  działa,  to  winę  ponosi  za  to  to  paskudne  życie  w  mieście, 

Lizzie.  –  Mikę  Dougal  mrugnął  do  niej.  –  Od  spalin  i  kurzu  zupełnie  ci  się  zepsuł  wzrok. 
Zawsze jednak możesz pożyczyć okulary od Charliego i zweryfikować swoje wrażenie.   

Na chwilę uwaga mężczyzn skupiła się na pokerze i Elizabeth skwapliwie wykorzystała 

to, mówiąc wszystkim dobranoc i uciekając do siebie na górę.   

Czuła się jak przestępca schwytany na gorącym uczynku.  Że też zachciało jej się czytać 

książkę  Dana  na  dole.  Skądinąd  interesującą  książkę.  W  zbeletryzowanej  formie  opisywał 
korupcję  w  świecie  wielkiego  biznesu.  Choć  ciężko  jej  to  przyszło,  musiała  przyznać,  że 
Murdoch miał talent i postacie z książki na pewno nie były papierowymi bohaterami.   

Z  tego,  co  mówił  Charlie,  wynikało,  że  cieszył  się  sporą  popularnością  w  kręgach 

towarzyskich.  Tak  więc  przyjazd  Marthy  miał  duży  plus,  z  pewnością  powstrzyma  napór 
zgłodniałych serc niewieścich na Murdocha. Lecz czy powstrzyma jego samego? 

No  cóż,  istniała  przynajmniej  jedna  kobieta,  której  to  nie  dotyczy.  Elizabeth 

wyprostowała się pod wpływem tej myśli, spychając w niepamięć podstępne wspomnienia ich 
przygody w śniegu.   

W  sobotni  poranek  spadł  świeży  śnieg.  Ubierając  się,  Elizabeth  stanęła  na  chwilę  przy 

oknie, napawając się widokiem nieskazitelnej bieli.   

Na myśl o opuszczeniu tego spokojnego miejsca poczuła żal. Kiedy tu jechała z Toronto, 

bała się, że wyciszone podmiejskie życie wkrótce znudzi ją. Jednakże teraz, mając przed sobą 
perspektywę  zaledwie  dwóch  tylko  dni  wakacji  w  domu,  czuła  niespodziewane  dla  niej 
rozdrażnienie.   

Oczywiście,  cieszyła  się  na  powrót  do  pracy,  brakowało  jej  podniecającej  atmosfery 

panującej  w  redakcji,  ale  jednocześnie  tych  kilka  dni  spędzonych  u  boku  ojca  uświadomiło 
jej, że wkrótce i do takiego życia przyzwyczaiłaby się bez większych oporów. Miałaby czas 
na odświeżenie czarownych wspomnień z dzieciństwa, miałaby czas na zbliżenie się do ojca, 
jak było to dawniej.   

Kiedy  zeszła  na  dół,  ojciec  wyszedł  już  do  pracy.  Gdy  robiła  sobie  filiżankę  herbaty, 

zadzwonił telefon. Elizabeth usłyszała w słuchawce głos Judy Walker.   

– Masz już jakieś interesujące plany na wieczór? 
– Niespecjalnie – Elizabeth odparła niepewnie. – Ale chyba powinnam zacząć się powoli 

pakować.   

background image

–  Eee,  daj  spokój.  To  nic  pilnego.  A  więc,  Jim  i  ja  chcielibyśmy  zaprosić  cię  na 

pożegnalną kolację. To co? Pasuje ci dziś wieczór? 

–  Oczywiście,  wspaniale  –  ucieszyła  się.  Ojciec  zostawił  jej  wiadomość,  że  będzie 

później  niż  zwykle,  bo  po  pracy  chciał  jeszcze  wpaść  do  doktora  Johnsona,  gdzie  miał 
nadzieję wprosić się na kolację.   

background image

 

Elizabeth wiedziała, że to wproszenie się ojca na kolację przyjęte będzie przez doktora z 

wdzięcznością.  Podczas  ponad  dziesięcioletniego  wdowieństwa  doktora,  cotygodniowe 
kolacje z Frankiem stały się już zwyczajem, który na okres pobytu Elizabeth w domu został 
chwilowo zawieszony.   

Jim i Judy Walker mieszkali w zbudowanym z cegieł bungalowie w nowej dzielnicy, na 

przedmieściach Kingston. Kiedy Elizabeth zjeżdżała z autostrady na podjazd prowadzący do 
ich domu, Jim czekał już na progu.   

Elizabeth  instynktownie  polubiła  Walkerów  już  podczas  ich  pierwszego  spotkania.  Byli 

bezpośredni  i  chyba  szczęśliwi  razem.  Przepadali  za  sportami  zimowymi,  jeżdżeniem  na 
łyżwach, bieganiem na nartach oraz łowieniem w przeręblach.   

Jim  miał  duży  dar  opowiadania  i  podczas  gdy  ze  smakiem  zajadali  wspaniałą  kolację, 

bawił Elizabeth opowieściami o ich niewiarygodnych, jak sam mówił, wyczynach zimowych.   

– Z taką miłością dla wszystkiego co zimne i mroźne, czy nie powinniście się zastanowić 

poważnie  nad  wyemigrowaniem  na  biegun  północny,  przynajmniej  latem?  –  śmiała  się 
Elizabeth.   

–  Mamy  zdecydowanie  odmienne,  aczkolwiek  lepsze  plany  odparł  Mikę.  Jak  już  się 

wyplatamy  ze  wszystkich  futer,  czapek  i  szalików  pędzimy  wprost  nad  morze.  W  zeszłym 
roku  kupiliśmy  żaglówkę  i  latem,  jak  tylko  skończy  się  szkoła,  chcemy  popłynąć  Jeziorem 
Ontario aż do St. Lawrence Seaway.   

Wieczór  niepostrzeżenie  szybko  mijał  i  gdy  zadzwonił  telefon,  Elizabeth  spojrzała  na 

zegarek. Była dziesiąta i powinna się już zbierać do domu.   

Judy,  która  poszła  odebrać  telefon,  wróciła  do  pokoju  z  zaniepokojoną  miną.  –  To  do 

ciebie, Elizabeth...   

Elizabeth  pospiesznie  podeszła  do  telefonu.  Natychmiast  rozpoznała  głos  doktora 

Johnsona.   

–  Lizzie...  Nie  mam  najlepszych  wiadomości.  Ale  spokojnie  –  dodał  szybko  słysząc 

przyspieszony  oddech  Elizabeth.  –  Z  twoim  ojcem  już  wszystko  w  porządku,  ale  jest  w 
szpitalu.  Miał lekki atak serca.  Leży na oddziale intensywnej  pomocy. Czekam  na ciebie w 
szpitalu.   

Odkładając  słuchawkę,  Elizabeth  czuła,  jak  drętwieje  jej  ciało.  Lunatycznym  krokiem 

wróciła do głównego pokoju i ocknęła się dopiero na głos Judy, która zaproponowała jej, że 
do szpitala zawiezie ją Jim.   

Przechodząc czystymi, pachnącymi środkami antyseptycznymi pomieszczeniami szpitala, 

Elizabeth ogarniał coraz większy strach, który powiększył jeszcze widok ojca. Jego blada jak 
ściana twarz wyzierała spod maski tlenowej. Na widok jego rąk ułożonych na kołdrze obok 
ciała przypomniała sobie z bolesnym skurczem chwile, gdy umierała jej matka. Po policzkach 
spływały jej niepohamowanie łzy, była jak skamieniała. Przez kilka minut stała wpatrując się 
w śpiącego ojca, aż wreszcie dała się wyprowadzić z sali przez doktora Johnsona.   

background image

– Chodź, kochanie. Napijesz się herbaty i wszystko ci opowiem.   
Elizabeth  z  wdzięcznością  przyjęła  jego  opiekuńczość.  Obejmując  ją  delikatnie  doktor 

zaprowadził ją do swojego gabinetu.   

– No więc jednak serce nie wytrzymało. Już od pewnego czasu ostrzegałem go, że jeżeli 

nadal  będzie tak harował,  zapłaci  za to.  Całe szczęście, że atak był  bardzo lekki. Wiem, że 
wygląda okropnie, ale to przez te wszystkie rurki przy jego twarzy. Przez kilka dni pozostanie 
u  nas  na  obserwacji,  ale  jestem  przekonany,  że  najgorsze  ma  poza  sobą.  Jednakże  później 
będzie  potrzebował  troskliwej  opieki.  Najlepiej  twojej,  Lizzie.  –  Doktor  przyglądał  jej  się 
przez chwilę. – A teraz, Lizzie, wracaj do domu. Potrzebujesz trochę snu, a teraz i tak już nic 
nie możesz zrobić.   

W  poczekalni zauważyli  samotną  postać  mężczyzny,  który  na  ich  widok  poderwał  się  z 

miejsca. Doktor rozpoznając go uśmiechnął się.   

– Dan, jak to ładnie, że jesteś.   
Dan Murdoch przyglądał się Elizabeth z niepokojem, po czym zwrócił się do doktora.   
– Jak się czuje Frank? 
– Teraz już lepiej. Wszystko powinno być dobrze. – Z głosu doktora przebijał optymizm. 

–  Ale  ty  masz  za  zadanie  zaopiekować  się  to  miłą  panną  i  zawieźć  ją  do  domu,  bo  inaczej 
będę miał następnego pacjenta – uśmiechnął się do Elizabeth. – Zadzwonię do ciebie, Lizzie, 
jak tylko będę wiedział coś nowego. A teraz do łóżka.   

Elizabeth pożegnała się z doktorem i poszła z Danem do samochodu. Jechali do domu w 

milczeniu,  Dan  koncentrował  się  na  prowadzeniu,  Elizabeth  zaś  pogrążyła  się  w  cichej 
rozpaczy.  Choroba  ojca  wstrząsnęła  nią  do  granic  możliwości  i  w  ciemności  samochodu 
wszystko rysowało jej się w najczarniejszych barwach.   

Gdy zajechali przed dom O’Neilów, Dan wyłączył silnik i przez chwilę wpatrywał się w 

twarz Elizabeth, potem nagle ze zduszonym przekleństwem odwrócił się do niej.   

–  Lizzie,  choć  w  takiej  sytuacji  mogłabyś  zapomnieć  o  swojej  wojowniczości  wobec 

mnie, i przestań grać chojraczkę. Obiecuję, że nigdy tego nie wykorzystam.   

Przygarnął ją delikatnie do siebie i Elizabeth poczuła nagle, jak doznane emocje szukają 

ujścia, i ogarnęła ją niepowstrzymana fala szlochu.   

Gdy obudziła się następnego ranka, za oknami jasno świeciło słońce. Była zdumiona, że 

spała  tak  długo.  W  jasnym  świetle  dnia  wydarzenia  ostatniej  nocy  nie  wyglądały  już  tak 
pesymistycznie,  otuchą  też  napawały  ją  słowa  zawsze  szczerego  doktora  Johnsona. 
Przypomniała  sobie  teraz  z  całą  wyrazistością  swój  przyjazd  do  domu  ze  szpitala.  Dan 
trzymał  ją  łagodnie  w  ramionach,  aż  wypłakała  z  siebie  wszystkie  nagromadzone  smutki  i 
obawy. Bez słowa kołysał ją w ramionach, aż wreszcie uspokoiła się i przestała płakać.   

Dan  zaprowadził  ją  do  domu  i  zaproponował,  że  przenocuje  na  kanapie  w  gabinecie 

Franka, na wypadek gdyby dzwoniono ze szpitala. Elizabeth nie mogła udawać, że obecność 
Dana nie przynosi jej ukojenia.   

Schodząc na dół usłyszała radosne pogwizdywanie dochodzące z kuchni. Poczuła aromat 

kawy.   

–  No.  Wreszcie  wstałaś.  Gdybyś  nie  zeszła  na  dół  w  przeciągu  następnych  dziesięciu 

background image

minut, miałem zamiar wtargnąć do twojej sypialni i obudzić cię. – Dan stał na środku kuchni 
z drewnianą łopatką w jednej ręce i patelnią w drugiej.   

Zważywszy  na  niewygody  nocy  przespanej  na  krótkiej  kanapie,  wyglądał 

nadspodziewanie  świeżo.  Pełen  energii  i  życia,  jak  zwykle,  pomyślała  Elizabeth,  ale  bez 
złości. Miał na sobie białą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci i rozpiętą u góry, tak że 
odsłaniała  nieco  jego  opalony  tors.  Na  biodrach  miał  śmiesznie  mały  w  porównaniu  z  jego 
posturą  czerwony  fartuch,  na  którego  widok  Elizabeth  nie  mogła  powstrzymać  się  od 
śmiechu.   

Ciemne  włosy  miał  gładko  przyczesane  i  jeszcze  wilgotne,  widać,  że  zdążył  już  wziąć 

prysznic.  Z  przymrużonymi  oczami  i  szerokim  uśmiechem  odsłaniającym  ładne,  białe  zęby 
spoglądał na Elizabeth.   

Podszedł do krzesła odsunął je i z galanterią wskazał miejsce Elizabeth.   
–  Łaskawie  proszę  siadać.  Za  chwilę  bowiem  doświadczy  pani  rzadkiej  przyjemności 

oceny  moich  kulinarnych  zdolności.  Naleśniki,  smażone  kiełbaski  i,  na  Jowisza, 
najsmakowitsza kawa, jakiej kiedykolwiek kosztowałaś.   

Elizabeth usiadła i rzuciła na niego pytające spojrzenie.   
– Dan – spytała cicho – są jakieś wiadomości ze szpitala? 
Dan usiadł na wprost niej i wziął ją za ręce.   
– Z samego  rana dzwoniłem  do szpitala. Doktor Johnson powiedział mi, że twój  ojciec 

spał spokojnie przez całą noc, i jest przekonany, że wszelkie niebezpieczeństwo już minęło.   

Dan  odczekał  chwilę,  aż  dobre  wiadomości  dotrą  do  świadomości  Elizabeth.  Jej  śliczne 

zielone  oczy  rozszerzyły  się  radośnie  i  zabłysły  łzami,  które  powoli  ściekały  po 
zarumienionych policzkach.   

Jakby  obawiając  się,  że  znów  się  rozklei,  choć  tym  razem  pod  wpływem  dobrych 

wiadomości, Dan poderwał się z krzesła.   

– A teraz wyrzuć wszystkie troski ze swoich myśli, gdyż, jak już nadmieniłem, czeka cię 

prawdziwa  uczta,  która  wymaga  od  ciebie  pełnej  koncentracji  umysłu  i  zmysłów.  – 
Poruszając się pomiędzy stołem i kuchenką nie przestawał mówić, wreszcie z wielką gracją 
położył  na  stole  nakrycia.  –  A  teraz  jeść  –  rozkazał,  z  natężeniem  obserwując,  jak  podnosi 
widelec i odcina kawałek naleśnika.   

– Nie najgorszy – wydusiła w końcu z siebie, wiedząc, jaką wywoła reakcję.   
–  Nie  najgorszy!  –  Dan  rozrzucił  ręce  w  udawanym  geście  urażonej  godności.  –  Moja 

dobra  kobieto,  jeśli  taka  jest  twoja  opinia  o  moich  naleśnikach,  to  wiedz,  że  prawdziwy 
koneser całowałby mnie po rękach za samą możliwość powąchania ich! 

Elizabeth włożyła następny kawałek do ust. – Trochę gumowate. – W jej oczach pojawiły 

się żartobliwe ogniki.   

–  Gumowate!?  –  Głos  Dana  tym  razem  wzniósł  się  do  ryku  zranionego  olbrzyma.  – 

Gumowate! Zaraz sprawdzimy, daj mi kawałek.  – Mówiąc to  wyrwał jej widelec i nabił na 
niego następny kawałek naleśnika.   

Gdy włożył go do ust, twarz mu się rozjaśniła jak od doznawanej ekstazy. Nie wytrzymał 

jednak i roześmiał się serdecznie.   

background image

– Widzę w twoich oczach ochotę do żartów, dlatego wybaczam ci. Naleśniki są doskonałe 

ponad  wszelką  wątpliwość.  Gdybym  nie  był  tak  wspaniałym  pisarzem,  to  z  pewnością 
zostałbym wspaniałym kuchmistrzem. Musiałem jednak wybierać. A wybór był prawdziwie 
trudny. Gdy się urodziło geniuszem, to czasem ciężko się zdecydować, w jakiej dziedzinie się 
to wykaże.   

– Jesteś też geniuszem skromności – roześmiała się Elizabeth i reszta posiłku ubiegła im 

w prawdziwie przyjacielskiej atmosferze.   

Po śniadaniu Elizabeth chciała pomyć naczynia, ale Dan nastroszył się.   
–  Nic  nie  może  przeszkodzić  ci  w  rozpamiętywaniu  kulinarnych  rozkoszy,  jakie  ci 

zgotowałem. Przyziemne zajęcie, jakim  jest zmywanie naczyń, w jednej  chwili ściągnęłoby 
cię z niebiańskich wyżyn. Odpocznij sobie, a jak posprzątam, pojedziemy do szpitala.   

Elizabeth  przyjęła  plan  Dana.  Jak  na  razie  fakt,  że  Dan  przyjął  na  siebie  obowiązek 

decydowania o wszystkim, był jej bardzo na rękę. Mimo lepszego nastroju nadal bowiem nie 
mogła się pozbierać po wczorajszej nocy, nadal też była nie na żarty zaniepokojona stanem 
ojca.   

background image

 

Elizabeth  nie  miała  jednak  zamiaru  odpoczywać.  Zdecydowanym  krokiem  poszła  do 

gabinetu ojca i zamknęła drzwi za sobą. Podniosła słuchawkę, wykręciła numer i za chwilę 
usłyszała znajomy głos.   

– Cześć, Marge. Tu Elizabeth O’Neil. Jest tam gdzieś Ted? 
–  O,  Elizabeth,  jak  się  masz?  Zaraz  go  zawołam.  Odgarnia  śnieg  przed  garażem. 

Poczekaj.  –  Elizabeth  na  tyle  znała  rozkład  dnia  swojego  szefa,  że  wiedziała  na  pewno,  że 
złapie go jeszcze w domu. Po chwili w słuchawce dał się słyszeć męski, niski głos.   

–  Cześć,  Elizabeth.  Co  się  dzieje?  O  ile  mi  wiadomo,  jutro  punkt  dziesiąta  masz  być  z 

powrotem w pracy. Tylko mi nie mów, że tak się wynudziłaś na wakacjach, że zjawisz się w 
redakcji bladym świtem.   

Ted  Wilson  był  dobrodusznym,  choć  kiedy  trzeba  było,  zdecydowanym  osobnikiem 

znakomicie  nadającym  się  na  swoją  funkcję,  ponieważ  nie  poddawał  się  ciężarowi  stresów. 
Był  twardy  jak  skała  i  musiałby  się  świat  skończyć,  albo  któryś  z  jego  reporterów  napytać 
sobie biedy w postaci powództwa o zniesławienie, by odczuł lekkie zaniepokojenie.   

–  Ted,  mój  ojciec  miał  atak  serca.  Dzięki  Bogu  chyba  niezbyt  poważny.  Wzięto  go  do 

szpitala  wczoraj  wieczorem.  Chciałabym  prosić  o  kilka  dni  wolnego,  bym  mogła  się  nim 
zająć podczas rekonwalescencji.   

Żartobliwie gburowaty głos Teda natychmiast zmiękł.   
– A jak się czuje dziś? 
– Na razie leży w szpitalu i trzeba poczekać kilka dni, zanim okaże się, co dalej.   
– To przynajmniej tyle dobrze, jeżeli zaś chodzi o ciebie, Elizabeth, to nie ma sprawy. Od 

czasu rozpoczęcia pracy u nas, o ile wiem, nie byłaś ani razu na zwolnieniu lekarskim, a poza 
tym redakcja aż się roi od nadgorliwych dziennikarzy, którzy jak sępy czekają na dodatkową 
pracę. Zostań w domu, jak długo musisz, i daj mi znać, kiedy wracasz.   

Kiedy  skończyli,  Elizabeth  odetchnęła  z  ulgą.  Mogła  z  czystym  sumieniem  zostać  w 

domu i doglądać ojca.   

Po  namyśle  ponownie  zdjęła  słuchawkę  z  widełek  i  zadzwoniła  do  Stephena.  Nie 

kontaktował się z nią przez cały tydzień, prawdopodobnie mając na uwadze jej rychły powrót. 
Przez  dłuższą  chwilę  Stephen  nie  podnosił  słuchawki,  wreszcie  usłyszała  jego  zachrypnięty 
głos.   

– Stephen? Tu Elizabeth. Co się dzieję? Skąd taka chrypka? 
–  Akurat  cię  to  obchodzi.  Przez  cały  tydzień  nie  zadzwoniłaś  ani  razu,  podczas  gdy  ja 

gniję w łóżku z jakimś cholernym przeziębieniem. Wpływ zdrowego wiejskiego powietrza. – 
Jego odpowiedź co chwila przerywało kichanie i kasłanie.   

–  Oj,  biedactwo.  Tak  mi  głupio.  Dlaczego  nie  wybierzesz  się  do  lekarza?  Zwykłe 

przeziębienie  nie  powinno  trwać  tak  długo  –  powiedziała  serdecznie  Elizabeth.  Współczuła 
Stephenowi i czuła się winna wobec niego.   

– Jakoś przeżyję, a poza tym, przecież wracasz i zadekujesz się mną, prawda? 

background image

Słysząc  radość  w  jego  głosie  Elizabeth  z  ciężkim  sercem  przedstawiła  mu  sytuację  i 

decyzję o pozostaniu. Reakcja Stephena zdumiała ją.   

–  Czy  naprawdę  uważasz,  że  jesteś  tam  potrzebna?  Bardziej  przydałaby  mu  się 

wykwalifikowana pielęgniarka.   

– Nie masz racji. Nawet najlepsza pielęgniarka nie jest w stanie dać mu tego, co ja. Musi 

być odpowiednio odżywiany, odpoczywać i nie mieć żadnych zmartwień na głowie, a wiem, 
że moja obecność wpływa na niego bardzo korzystnie. Muszę i chcę zostać. Wiem, że za mną 
tęsknisz,  ale  musisz  mnie  zrozumieć.  Jestem  jedyną  bliską  osobą,  która  mu  została. 
Zapewniam cię jednak, że jak tylko poczuje się lepiej, wracam do Toronto.   

Irytacja zniknęła z głosu Stephena.   
–  Masz  rację,  kochanie.  Twój  ojciec  z  pewnością  potrzebuje  cię  teraz  bardziej  niż  ja. 

Przepraszam, to pewnie przez to, że już mam dość tej cholernej choroby. No i już się bardzo 
za  tobą  stęskniłem.  Tak  cię  kocham,  że  nie  mogę  powstrzymać  uczucia  zaborczości  wobec 
ciebie.   

Ten przypływ szczerości zupełnie rozbroił Elizabeth. – Też za tobą tęsknię, Stephen. I też 

cię kocham. I za niedługo znów będziemy razem.   

Gdy odkładała słuchawkę, miała wilgotne oczy i odwracając się, by wyjść z gabinetu, nie 

od razu spostrzegła, że w otwartych drzwiach stoi Dan. Zatrzymała się gwałtownie i utkwiła 
w nim zdumione spojrzenie. Stał w nonszalanckiej pozie, z rękami założonymi na piersi, a na 
ustach błąkał mu się cyniczny uśmiech.   

–  Jakież  to  wzruszające  –  wycedził.  –  Chyba  uwielbiasz  takie  wzruszające  sceny?  Aż 

dziw, że znajdujesz czas na cokolwiek innego.   

– Nie rozumiem. A poza tym, jak śmiesz podsłuchiwać prywatną rozmowę? 
–  Wcale  nie  podsłuchiwałem.  Gdybyś  nie  była  pochłonięta  tą  czułą  rozmówką, 

usłyszałabyś na pewno, że kilka razy stukałem do drzwi. I dopiero kiedy nie odpowiedziałaś, 
wszedłem, sądząc, że może położyłaś się na kanapie i zasnęłaś. Byłem zaskoczony widząc, że 
nie śpisz, podobnie jak  słysząc twoje do  głębi poruszające wyznanie miłosne.  Zostałem,  bo 
byłoby śmieszne, gdybym udawał, że niczego nie słyszałem. A tak przy okazji, twoje słodkie 
ple-ple nie zrobiło na mnie najmniejszego wrażenia. Jeśli to tak właśnie zwykle gruchasz do 

swojego kochanka, to wybacz, ale dla mnie to ciepłe kluchy.   

– Ty... ty... draniu! – krzyknęła Elizabeth. – A kim ty jesteś, by mieć prawo oceniać mnie 

i  moje  zachowanie.  A  to,  że  ważę  swoje  słowa  i  nie  wyję  do  ucha  bliskiej  mi  osoby  jak 
marcowa kotka, jak... jak... jakiś erotyczny napaleniec, którego niestety muszę znać... to moja 
sprawa! 

Z  drwiącego,  twarz  Dana  zaczęła  przybierać  wyraz  ironiczny,  i  na  widok  tej  zmiany 

Elizabeth  nie  czekając  ruszyła  do  wyjścia  z  gabinetu.  Gdy  omijała  Dana,  ten  złapał  ją  za 
przeguby dłoni i przycisnął do ściany. Czuła jego ciepły oddech na policzkach i tuż nad sobą 
widziała jego przenikliwe oczy. Serce zaczęło  jej  walić i  z wściekłością  dostrzegła, że  Dan 
doskonale wyczuwa, co się z nią dzieje, i doskonale się bawi.   

–  Czy  wreszcie  usłyszę  z  twoich  ust,  moja  lodowa  panno,  że  łamię  ci  serce?  –  spytał 

cicho.   

background image

– Jesteś nieznośny! – Jej poprzednie uczucie skrępowania w okamgnieniu zamieniło się w 

furię. – Chyba nie jesteś na tyle szalony, aby sądzić, że mogłabym cię potraktować poważnie? 

W  oczach  Dana  zapaliły  się  niebezpieczne  błyski,  gdy  nadal  się  uśmiechając  spytał 

powoli:  –  To  może  powinienem  być  bardziej  przekonywający?  –  Przyciągnął  ją  jeszcze 
bardziej do siebie i  przywarł do jej ust.  Elizabeth  po chwili szamotania udało  się uwolnić i 
zupełnie  zdezorientowana  stała  bez  ruchu.  Dan  uśmiechnął  się  niedbale,  potem  wyciągnął 
dłoń i nawinął sobie na palec lok jej miedziano-rudych włosów.   

– Może mi powiesz, że ci nie było przyjemnie, co? Twarz Elizabeth pokryła się głębokim 

rumieńcem, ale Dan zdawał się tego nie zauważać. Nagle odwrócił się na pięcie i  rzucił jej 
przez ramię: 

– Za kilka minut jedziemy do szpitala, lepiej się pospiesz.   
Jak  we  śnie  wspięła  się  po  schodach  po  torebkę.  Krew  nadal  tętniła  jej  w  skroniach.  W 

sypialni usiadła na brzegu łóżka i wciągnęła głęboki oddech starając się uspokoić i zapanować 
nad sobą. Przecież ten facet to jakiś maniak, pomyślała i to ją uspokoiło. Z maniakami trzeba 
spokojnie, postanowiła, obiecując sobie, że za wszelką cenę będzie unikała kontaktów z nim. 
Tym bardziej, że przecież jej głównym celem w ciągu kilku następnych dni miała być opieka 
nad ojcem. Uspokojona tą myślą zerwała się i pobiegła na dół. Jazda do miasta okazała się o 
wiele mniej krępująca, niż Elizabeth spodziewała się. Dan jakby zupełnie zapomniał o scenie 
w gabinecie. Dopytywał się, już całkiem serio, jakie ma plany związane z ojcem, i uznał, że 
jej  decyzja  pozostania  na  kilka  dalszych  dni  była  bardzo  rozsądna,  jako  że  i  on  uważał,  że 
obecność Elizabeth korzystnie wpłynie na rekonwalescencję jej ojca.   

Kiedy zjawili się w szpitalu, doktor Johnson miał właśnie obchód.   
– Elizabeth – ucieszył się na jej widok – wyglądasz o niebo lepiej. Chyba się porządnie 

wyspałaś.   

– Rzeczywiście, spałam jak suseł. – Elizabeth odpowiedziała mu z uśmiechem. Jestem o 

wiele  mocniejsza,  niż  by  się  mogło  wydawać.  –  Zerknęła  szybko  na  Dana  w  obawie,  że 
uczyni jakąś uwagę, ale tylko zmrużył do niej konspiracyjnie oko.   

– Miło słyszeć. Bo trochę się o ciebie martwiłem. – Biorąc Elizabeth za rękę prowadził ją 

korytarzem.  –  Na pewno już się nie możesz doczekać, żeby zobaczyć ojca. Stary zrzęda nie 
przestaje  narzekać  od  czasu,  jak  tylko  otworzył  oczy.  To  niechybny  znak  poprawy.  –  Don 
Johnson roześmiał się, ale zerknąwszy z boku na twarz Elizabeth, zauważył, że jego nastrój 
nie udziela się jej. Przytrzymał  ją za rękę i powiedział już poważnie:  –  Nic mu  nie będzie, 
Lizzie.  Ten  atak  był  tylko  ostrzeżeniem.  Musi  trochę  spauzować.  Jeśli  tylko  będzie 
postępował zgodnie ze wskazówkami mądrego i doświadczonego lekarza, to znaczy mnie, ma 
jeszcze wiele wspaniałych latek przed sobą. A idę o zakład, że on sam tego będzie pilnował, 
przecież musi się nacieszyć wnukami, prawda? 

Frank wyglądał znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Nadal podłączony był do aparatury 

medycznej  mierzącej  bicie  serca,  ale  zdjęto  mu  już  maskę  tlenową.  Na  widok  córki 
uśmiechnął się uszczęśliwiony.   

–  Cześć,  skarabeuszku.  Chyba  ci  niezłego  napędziłem  stracha  wczoraj?  Dziś  czuję  się 

znacznie lepiej. Trochę mi głupio, że wydarzyło się to akurat w przeddzień twojego wyjazdu. 

background image

Ale  mną  nie  musisz  sobie  zawracać  głowy.  To  moje  serce  już  mi  więcej  nie  zrobi  takiego 
numeru.   

Elizabeth przysunęła sobie krzesło do łóżka ojca, a Dan z doktorem stanęli przy drzwiach.   
– Może nie powinienem tak mówić, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – 

powiedział Dan. – Twoja córka wzięła wolne z pracy. Nigdy jednak nie pojmę, dlaczego woli 
spędzać czas z takim gruchotem jak ty, podczas gdy pod ręką ma tylu wspaniałych mężczyzn, 
jak choćby nie przymierzając ja.   

Śmiech Franka był  jedynie namiastką jego zwykłego,  radosnego śmiechu, ale Elizabeth 

od razu poczuła się lepiej słysząc go.   

–  Nie  jest  wykluczone  –  włączył  się  do  rozmowy  doktor  Johnson,  który  nie  miał 

wcześniej  okazji  zapoznać  się  z  decyzją  Elizabeth  –  że  w  takiej  sytuacji  możemy  cię 
wcześniej wypisać ze szpitala.   

Frank  z  nieskrywaną  radością  uścisnął  Elizabeth  za  rękę.  Gdy  doktor  Johnson  zostawił 

ich, by skończyć obchód, Elizabeth i Dan zostali jeszcze przez godzinę zabawiając – Franka 
rozmową.  Wreszcie  zaczęły  opadać  mu  powieki  ze  zmęczenia  i  Elizabeth  uznała,  że  czas 
zostawić go samego. Pocałowała go w czoło i razem z Danem wyszli z salki.   

Gdy zbliżali się do wyjścia, Dan przytrzymał Elizabeth za rękę.   
– Poczekaj, mam ochotę postawić ci kawę.   
Elizabeth uznała, że wypicie kawy z Danem w publicznym miejscu niczym jej nie grozi, 

poza tym ujął ją jego wyraźnie serdeczny stosunek do jej ojca i zgodziła się. W tej jednakże 
chwili usłyszeli głos wołający Dana.   

– Dan! Wreszcie cię złapałam. – Osobą, która go wołała, była Martha. – Ze zmartwienia 

wychodziłam z siebie! Gdzieś ty się podziewał przez całą noc? 

Elizabeth nie mogła nie zauważyć, jak rysy twarzy Dana tężeją.   
–  Wydawało  mi  się,  skarbie,  że  pewne  rzeczy  powiedzieliśmy  sobie  wyraźnie.  Nie 

tłumaczę się ani przed tobą, ani też przed nikim innym – uśmiechnął się lodowato.   

Elizabeth  poczuła  pełną  współczucia  serdeczność  widząc,  jak  tak  potraktowana 

dziewczyna rumieni się. Jak można zadawać taki ból z taką premedytacją, myślała ze złością. 
Powstrzymała  się  jednak  od  komentarza,  ale  kiedy  Dan  zaproponował,  aby  Martha  poszła 
razem z nimi na kawę, Elizabeth wykorzystała to jako możliwość ucieczki.   

–  Szczerze  mówiąc,  nie  mam  jakoś  ochoty  na  kawę.  Ale  wy  się  nie  krępujcie.  Mam 

jeszcze kilka rzeczy do załatwienia.   

Odwróciła  się  i  odeszła  szybko  do  wyjścia,  żeby  nie  zostawiać  im  czasu  na  ewentualne 

protesty. Idąc przypomniała sobie, że przy wejściu widziała telefon. Wyjęła żeton i wykręciła 
numer Walkerów.   

Judy bardzo się ucieszyła słysząc jej głos, nie mieli bowiem żadnej nowej wiadomości o 

stanie  ojca  Elizabeth.  Elizabeth  w  skrócie  opowiedziała  im  wszystko  i  spytała,  czy  może 
wpaść  po  auto.  Judy  odrzekła,  że  Jim  właśnie  miał  się  wybrać  na  zakupy  i  że  przy  okazji 
przywiezie Elizabeth ze szpitala, tak że zjedzą razem wczesną kolację.   

Elizabeth  zgodziła  się  i  mając  kilka  minut  do  przyjazdu  Jima,  wróciła  do  pokoju  ojca. 

Nadal  spał,  wyciągnęła  wiec  ołówek  oraz  kartkę  i  napisała:  „Tato,  jadę  do  Walkerów  na 

background image

kolację i aby odebrać auto. Wpadnę później .   

Gdy  przyjechali  do  Walkerów,  kolacja  już  czekała:  kilka  sałatek  do  wyboru,  a  także 

mięso  z  indyka  i  kurczaka  na  zimno.  Po  posiłku  i  rozmowie,  która  siłą  rzeczy  obracała  się 
wokół chorób, Elizabeth wróciła do szpitala już własnym samochodem.   

Od ojca dowiedziała się, że Dan odwiedził go ponownie, tym razem z Marthą.   
–  Cieszę  się,  że  Dan  się  tobą  zaopiekował,  córeczko.  Bo  inaczej  pewnie  jeszcze 

martwiłbym się o ciebie. Wierz mi, taki przyjaciel to skarb.   

Elizabeth  uznała,  że  nie  czas  ku  temu,  aby  wygłaszać  swoją  własną  opinię  o  Danie 

Murdochu, tym bardziej że Frank miał jeszcze coś do zakomunikowania jej.   

– Wpadł na chwilę Mikę Dougal. Twierdzi, że doskonale sobie poradzi beze mnie – co za 

tupet – ale że być może czasami będą cię prosili o pomoc, tym bardziej że Martha jest jeszcze 

nieco zielona w pracy. Nie najlepszy czas sobie wybrałem na chorobę. Przed nami wybory do 
rady miejskiej i pracy będzie w bród. Naprawdę nie wiem, jak Mikę sobie poradzi.   

Frank  był  rzeczywiście  zmartwiony,  ale  Elizabeth  udało  się  go  przekonać,  że  taka 

sytuacja  to  po  prostu  raj  dla  niej.  Nie  dość  że  siedzi  na  wakacjach,  to  jeszcze  może  sobie 
popracować  i  nie  zardzewieć  jako  dziennikarka.  Widząc,  że  ojciec  wpadł  w  zdecydowanie 
lepszy nastrój, pożegnała się z nim obiecując, że zaglądnie następnego dnia.   

Stwierdzenie, że widok zaparkowanego przed oknami jej domu auta Dana Murdocha był 

dla niej szokiem, byłby eufemizmem. Idąc do wejścia widziała pozapalane w oknach światła i 
jej gniew rósł z każdym krokiem.   

– A cóż ty tu jeszcze robisz? – spytała gwałtownie otwierając z trzaskiem drzwi. Murdoch 

leżał na podłodze w najlepsze czytając książkę.   

– Trudno to nazwać ciepłym przywitaniem gospodyni domu, lecz mając na uwadze, kim 

jest rzeczona gospodyni, niewiele więcej można się było spodziewać – odparł jej sucho.   

– Cieszę się, że przynajmniej cię nie rozczarowuję – warknęła Elizabeth. – A jeżeli tak ci 

potrzeba ciepła, to proponuję ci wracać do swojej milutkiej współlokatorki.   

Dan podniósł się na nogi.   
– Której? – spytał ze śmiejącymi się oczami. Elizabeth dopiero teraz przypomniała sobie 

daną obietnicę, że będzie schodziła mu z drogi.   

– Wybacz mi ten wybuch, ale nerwy mam ciągle jeszcze napięte. Co byś powiedział na 

filiżankę kawy? – spytała starając się uśmiechnąć.   

– Jeżeli chodzi o wybaczenie, to wybaczam, a jeżeli chodzi o kawę, to jest już gotowa – 

odparł Dan i przyniósł z kuchni dwie filiżanki gorącego napoju.   

Elizabeth  usiadła w fotelu  zrzucając kopnięciem  buty.  Była zmęczona i  całe jej ciało aż 

piszczało za gorącą kąpielą.   

–  Wyglądasz  na  zmęczoną,  Lizzie  –  zauważył  Dan,  jakby  zgadując  jej  myśli.  –  Dopij 

kawę, a potem prosto do łóżka.   

Już dawniej zauważyła, że Dan nazywa ją pieszczotliwym imieniem wymyślonym przez 

jej ojca, a zarezerwowanym dla jej najbliższych przyjaciół, ale postanowiła to ignorować. Dan 
tymczasem usiadł naprzeciwko niej.   

– No to co? Nie zamierzasz mimo wszystko dowiedzieć się, co tu robię? 

background image

Był  nagle  tak  ujmujący,  że  bez  przymusu  odwzajemniła  jego  szczery  uśmiech:  –  Nie. 

Choćby dlatego, że nie chcę, żeby zabrzmiało to niegrzecznie.   

Dan obserwował ją w milczeniu przez chwilę. Elizabeth była zupełnie nieświadoma, jak 

ślicznie wygląda. Jej gęste, o bogatej barwie włosy połyskiwały w świetle lampy, jej śmiejące 
się oczy i ślicznie wykrojone usta były więcej niż pociągające. Dan doszedł  do wniosku, że 
powinien  postarać  się,  aby  częściej  się  śmiała.  Jednakże  to,  co  miał  jej  do  powiedzenia,  na 
pewno mu w tym nie pomoże.   

–  Nie  chciałbym  ci  zepsuć  nastroju  –  zaczął  powoli  –  ale  chyba  muszę.  Elizabeth, 

zdecydowaliśmy z twoim ojcem, że zamieszkam tu przez jakiś czas.   

Twarz  Elizabeth  pobladła.  Wpatrywała  się  w  niego  nie  wierząc  własnym  uszom.  Nie, 

pomyślała.  To  niemożliwe.  Ten  mężczyzna  zbyt  mocno  działał  na  nią  fizycznie,  by  mógł 
pozostać z nią pod jednym dachem. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Wyprostowała się starając 
się nadać głosowi jak najwięcej godności i zdecydowania.   

– Dan, doceniam twoją troskę, ale opieką nad ojcem mogę się zająć sama. Na pewno nie 

potrzebuję niczyjej Przyglądając się jego twarzy, Elizabeth zastanawiała się, czy nie posunęła 
się za daleko i czy znów me przyjdzie go jej przepraszać, ale musiała być dobrze zrozumiana. 
Po   

raz kolejny jego reakcja zdumiała ją. Oczy pociemniały mu, a usta zacisnęły się w wąską 

linię.   

–  Nie  dyskutujemy  na  temat  tego,  czy  kogoś  potrzebujesz,  czy  nie.  Interesuje  mnie 

jedynie to, czego potrzebuje twój ojciec. A martwi się tym, że cała opieka nad nim spadnie 
tylko na ciebie. – Wstając Dan pochylił się nad nią i powiedział podkreślając każde słowo. – 
Zostanę  tutaj,  aby  pomóc  twojemu  ojcu.  Nawet  jeżeli  ta  pomoc  miałaby  się  ograniczać  do 
zmniejszenia jego obaw o ciebie. – Obrócił się i wyszedł z pokoju.   

Elizabeth była absolutnie zdumiona. Siedziała bez ruchu przez długą chwilę, aż wreszcie 

dotarło  do  niej,  że  w  domu  nie  słychać  żadnego  dźwięku.  Powoli  wspięła  się  na  schody  i 
zamknęła  w  swoim  pokoju.  Wsuwając  się  pod  kołdrę  wyszeptała  do  siebie:  –  I  co  ja  teraz 
pocznę? 

Następnego dnia obudziła się o siódmej. Przez całą noc rzucała się i  wierciła na łóżku i 

dopiero nad ranem zapadła w płytki sen. Rozdrażniona brakiem snu ubrała się i zbiegła na dół 
przygotowana  walczyć  do  upadłego  z  kimkolwiek,  kto  spróbowałby  wejść  jej  w  drogę. 
Niestety, dom był pusty. Została jej walka ze swoim własnym kiepskim nastrojem.   

Po  śniadaniu  złożonym  z  grzanki  i  kawy,  Elizabeth  doszła  do  wniosku,  że  swój  gniew 

musi  przekształcić  w  jakieś  produktywne  działanie,  i  zajęła  się  gruntownym  sprzątaniem 
domu  oraz przepierką. Z nadejściem  południa jej gniew już się prawie całkowicie wypalił i 
pomyślała, że lunch dobrze jej zrobi. Nie miała  specjalnego apetytu,  tak  więc zrobiła sobie 
tylko lekką sałatkę i poszła na górę wziąć prysznic.   

Odświeżona  ubrała  się  do  wyjścia  i  pojechała  do  szpitala.  Twarz  Franka  O’Neila 

nabierała  coraz  żywszych  kolorów  i  pielęgniarka  znajdująca  się  akurat  w  pokoju 
poinformowała Elizabeth, że już wkrótce opuści oddział intensywnej terapii.   

– No i jak się ma moja ulubiona córeczka? – Frank spytał pogodnie. – I jak ci się mieszka 

background image

z Danem? 

Elizabeth wciągnęła głęboki oddech i wyprostowała się. Wreszcie nadarza jej się okazja 

do wyrażenia swojej opinii, ale będzie musiała ważyć każde słowo, żeby nie popsuć humoru 
ojcu.   

–  Tato,  nie  sądzisz,  że  sprawę  jego  przeprowadzki  do  nas  powinniśmy  wcześniej 

przedyskutować? 

Frank należał do ludzi, którzy w zakłopotaniu wyglądali bardzo uroczo.   
– Cóż, kochanie... Nie gniewaj się. Zupełnie o tym nie pomyślałem, a wiedząc, jakim jest 

dobrym  człowiekiem,  doszedłem  do  wniosku,  że  jego  obecność  pomoże  ci,  gdyby...  gdyby 
coś poszło nie tak.   

–  Ale  tato!  A  co  powiedzą  ludzie?  Ty  tutaj  w  szpitalu,  a  ja  sama  w  domu  pod  jednym 

dachem z Danem Murdochem. – Elizabeth nadal panowała doskonale nad głosem.   

Frank prychnął. – Daj spokój, Lizzie. Ludzie znają Dana. Nie musi się przeprowadzać do 

kobiety, żeby ją zdobyć, bo to one. szukają okazji, żeby znaleźć się jak najbliżej niego. Poza 
tym wszyscy się domyśla, że zostaje tam tylko i wyłącznie ze względu na mnie.   

Elizabeth  cała  paliła  się  w  środku,  mimo  że  jej  ojciec  z  pewnością  był  przekonany,  że 

uśmierzył jej wątpliwości. Nie mógł jednak wiedzieć, bo i skąd, że tak naprawdę nie bała się 
opinii  ludzi,  lecz przede wszystkim  siebie samej. Czy jej ojciec naprawdę nie zdawał sobie 
sprawy, że rzuca ją jak niewinną owieczkę prosto w paszczę wilka? 

Mimo swoich niewesołych myśli uśmiechnęła się do niego.   
– Może masz rację. – Domyślała się, że ta rozmowa jest dla jej ojca męcząca i nie chciała 

jej przeciągać.   

– Mam nadzieję – powiedział, a potem całując na pożegnanie dodał jeszcze – natomiast 

pewny jestem, że jest o wiele lepszym szachistą niż ja. – Poklepał ją po dłoni i ułożył się do 
snu,  a  Elizabeth  wyszła  po  cichu  z  pokoju.  Włączając  silnik  przypomniała  sobie  obietnicę 
daną wczoraj ojcu i ruszyła w stronę redakcji. Kiedy weszła do środka, stukanie maszyn do 
pisania  uciszyło  się  jak  nożem  uciął  i  wszyscy  zaczęli  wypytywać  ją  na  wyścigi  o  zdrowie 
ojca. Gdy Elizabeth zaspokoiła ich ciekawość wrócili do pracy, a ona poszła porozmawiać z 
Mikiem Dougalem.   

–  Zdaje  się,  że  stałam  się  powodem  zakłócenia  wydajnej  pracy  –  uśmiechnęła  się  do 

niego – ale chciałam wpaść zobaczyć, czy mogę się na coś przydać.   

– Na razie spokój, ale już grzejemy silniki przygotowując się na wybory, które mamy za 

kilka tygodni. Ale bardzo miło, że się pokazałaś, Lizzie. Mimo że na pewno masz na głowie 
inne, poważniejsze sprawy.   

–  Właściwie  to  nie,  Mikę.  Jak  na  razie  moja  opieka  nad  tatą  sprowadza  się  do 

odwiedzania go w szpitalu, a poza tym jestem wolna i nudzę się. Tak więc, gdybyś tylko miał 
coś dla mnie, zadzwoń, dobrze?  – Elizabeth wstała i uśmiechnęła się szeroko do przyjaciela 

jej ojca. – A teraz będę już zmykać, bo jak coś zawalicie, to będzie na mnie.   

– Na pewno. – Odwzajemnił jej uśmiech, a potem odprowadzając ją do windy dodał:  – 

Już wkrótce będzie tu jak w domu wariatów i nawet ty znajdziesz sobie miejsce. Jeszcze raz 
dziękuję za propozycję pomocy.   

background image

Kiedy Elizabeth wróciła do domu, było już ciemno. Poszła na górę puścić sobie wodę do 

wanny,  a  potem  przebrawszy  się  zeszła  na  dół  zrobić  sobie  kolację.  Właśnie  skończyła 
jedzenie omleta i zabierała się do kawy, gdy do domu wszedł Dan.   

–  Dobry  wieczór  –  powiedział  chłodno  i  nie  zaszczycając  Elizabeth  ani  jednym 

spojrzeniem. Poszedł wprost do gabinetu.   

– No, no – powiedziała do siebie Elizabeth – jeżeli tak się będzie zachowywał przez cały 

czas, to mnie to odpowiada.   

Gdy  pozmywała  i  doszła  do  wniosku,  że  nie  zdecyduje  się  na  żaden,  z  programów 

telewizyjnych,  zaczęła  się  snuć  bez  celu  po  domu.  Dopadło  ją  poczucie  winy,  że 
wczorajszego  wieczora  zachowała  się  tak  dziecinnie.  Położyła  się  w  saloniku  przeglądając 
jakieś czasopismo, ale w końcu zebrała się w sobie i zastukała do drzwi gabinetu.   

– Co jest? – dobiegło ją suche jak trzaśniecie biczem pytanie.   
– Mogę wejść? – spytała Elizabeth zastanawiając się, czy po takim przyjęciu nie powinna 

obrazić  się.  Nim  jednak  rozwiązała  tę  kwestię,  drzwi  otwarły  się  na  oścież  i  stanął  w  nich 
Dan.  Elizabeth  omal  nie  cofnęła  się  ze  strachu.  Jeszcze  nigdy  nie  widziała  Dana  w  takim 
nastroju.   

– Masz jakiś szczególnie ważny powód, żeby przeszkadzać mi w pracy? – spytał sucho 

wracając do biurka.   

– Właściwie to nie. Przepraszam, chciałam tylko dowiedzieć się, czy już jadłeś Elizabeth 

wydusiła z siebie nerwowo.   

– Nie, nie jadłem i nie mam zamiaru. Czy to już wszystko? 
Elizabeth zdecydowała się mimo wszystko nawiązać z nim jakiś milszy kontakt.   
–  Dan,  o  co  chodzi?  –  I  nie  czekając  na  odpowiedź  brnęła  dalej.  –  Jeśli  to  sprawa 

wczorajszego wieczoru, to przepraszam. – Przerwała na chwilę, podczas gdy Dan wpatrywał 
się przed siebie. – Właściwie nie wiem, dlaczego tak bardzo protestowałam przeciwko twojej 
obecności tutaj. – Dan odwrócił powoli na nią wzrok i Elizabeth za wszelką cenę starała się 
opanować bicie serca, aby nie domyślił się, że prawdziwym powodem jej chłodnej reakcji na 
wieść o jego sprowadzeniu się było to, że bała się jego atrakcyjności oraz siebie samej. – Po 
namyśle doszłam do wniosku, że twoja obecność będzie dla mnie bardzo miła – dokończyła 
niemalże słodko.   

Dan rzucił ołówek na biurko i oparłszy się na krześle założył ręce na kark.   
–  Jak  chcesz,  to  potrafisz  być  niezmiernie  ujmująca  i  przekonywająca  –  rzucił  z 

cynicznym uśmieszkiem. – Co takiego wpłynęło na tak poważną zmianę twojego stosunku do 
mnie? Czyżby sprawiło to przyrodzone ci umiłowanie spokoju i flegmatyczny temperament, 
czy też świadomość, że na mojej obecności tutaj bardzo zależy twojemu ojcu, więc i tak nie 
masz wyjścia? 

Elizabeth mimo woli opuściła głowę.   
– Nie odpowiadaj, Lizzie. Odpowiedź zdążyłem przeczytać z twojej twarzy.   
–  No  dobrze.  Przyznaję,  że  rzeczywiście  nie  sądzę,  aby  twój  pobyt  tutaj  był  dobrym 

pomysłem,  ale  jeśli  takie  jest  życzenie  mojego  ojca,  uszanuję  je  –  odparła  mimo  woli 
podniesionym głosem.   

background image

Ten wybuch złego humoru wyraźnie rozweselił Dana.   
–  Teraz  znacznie  lepiej,  Lizzie.  Nie  lubię,  jak  próbujesz  zgrywać  się  na  milutkiego 

koteczka.   

Pewność siebie Elizabeth wróciła natychmiast. Wyprostowała się.   
–  To  świetnie,  bo  ja  też  nie  lubię  tak  się  zachowywać.  Była  już  teraz  całkowicie 

rozluźniona i w dziwny sposób ich wzajemna wrogość minęła.   

Dan wstał i podszedł do niej, a następnie zupełnie naturalnym gestem dotknął jej włosów.   
– Ponieważ nadszedł czas szczerości, to ja również muszę przeprosić. Chyba zachowuję 

się czasem jak niedźwiedź w klatce. – Gdy mówił dalej, w jego spojrzeniu pojawiło się, coś 
chłopięcego. – Nic dzisiaj nie zrobiłem.   

Zupełnie  nie  mogłem  się  skoncentrować  na  książce.  A  potem,  na  domiar  złego, 

dowiedziałem  się  od  twojego  ojca,  że  obawiasz  się  mojej  reputacji.  –  Tym  razem  w  jego 
spojrzeniu pojawił się wyrzut. – A wydawało mi się, że jesteś ponad głupawe plotki.   

– Plotki plotkami – broniła się Elizabeth. – Ale chyba sam przyznasz, że twoja reputacja 

nie jest plotką.   

– Czy naprawdę wierzysz we wszystko,  co słyszysz? Nie wpadło  ci  do głowy, że moja 

kariera  pisarska  przyniosła  mi  trochę  popularności,  w  związku  z  czym  ludzie  zaczynają 
koloryzować moje prywatne ‘życie? – Przez chwilę przyglądał się Elizabeth z nadzieją, że coś 
powie.  Potem  jego  oczy  przygasły  i  spytał  zwykłym  już  tonem:  –  Co  byś  powiedziała  na 
zawieszenie  broni?  Twój  ojciec  nie  będzie  zachwycony,  jak  się  dowie,  że  drzemy  koty.  A 
więc przyjaźń? 

Elizabeth wpatrzyła się w jego niebieskie, tym razem pełne ciepła oczy.   
– Przyjaźń. A teraz, chodź do kuchni, bo dziś ja mam ochotę rzucić cię na kolana swoim 

talentem kulinarnym.   

background image

 

Reszta  tygodnia  upłynęła  szybko.  Dan  większość  czasu  spędzał  w  gabinecie,  natomiast 

Elizabeth  przesiadywała  długie  godziny  w  szpitalu  z  ojcem,  a  pozostałą  część  czasu 
zajmowała się domem.   

Wieczorami  zwykle  zjadała  posiłek  razem  z  Danem,  a  potem,  gawędzili  przy  kawie. 

Potem  Dan  pomagał  Elizabeth  w  zmywaniu,  a  następnie  znikał  za  drzwiami  gabinetu, 
Elizabeth  zaś  dzwoniła  do  ojca  do  szpitala,  a  następnie  szła  spać  kołysana  przytłumionym 
stukotem maszyny do pisania.   

W  piątek  wieczór  Elizabeth  wniosła  kawę  do  salonu.  Dan  rozpierając  się  w  swoim 

ulubionym fotelu wziął podaną mu filiżankę.   

– Lizzie – powiedział – muszę jutro wyjechać. Jak wstaniesz, pewnie mnie już nie będzie 

i wrócę dopiero wieczorem w niedzielę.  – Spojrzał na nią uważnie. – Poradzisz sobie jakoś 
beze mnie? 

Elizabeth roześmiała się. Myśl, że zupełnie zdrowa, dorosła i inteligentna kobieta nie jest 

w stanie spokojnie przeżyć sama kilkunastu godzin, byłaby może dla niej uwłaczająca, gdyby 
Dan nie zadał tego pytania tak poważnie i z taką troską w oczach. Zamiast „więc gniewać się, 
poczuła się wzruszona.   

–  Oczywiście,  nic  mi  nie  będzie.  Nie  martw  się.  Jakoś  dawałam  sobie  radę  przez  tych 

kilka lat dorosłego życia.   

–  Nie  mam  wątpliwości,  lecz  czuję  się  niezręcznie  zostawiając  cię  samą,  mimo  że 

obiecałem Frankowi co innego. Ale – wstał i stanął zamyślony przed kominkiem – mam coś 
bardzo ważnego do załatwienia. – Nagle odwrócił się z wesołym uśmiechem do Elizabeth. – 
Słuchaj, jest jeszcze dość wcześnie. Co byś powiedziała na drinka w Vineyard, a może nawet 
oszałamiający taniec? Zgoda? No to wskocz szybciutko w jakąś kieckę.   

Idąc  po  schodach  na  górę  Elizabeth  nie  mogła  się  nie  śmiać  ze  swojej  konsekwencji. 

Zaledwie  kilka  dni  wcześniej  przysięgała  sobie  utrzymywać  tego  pana  na  dystans,  a  teraz 
zastanawiała  się  w  popłochu,  w  czym  będzie  wyglądać  bardziej  zabójczo.  Miała  do  wyboru 
czarną  jersejową  sukienkę  lub  też  koralową  spódnicę  z  dobraną  do  niej  koralowo-kremową 
bluzką.   

W  końcu  zdecydowała  się  na  sukienkę,  przykład  elegancji  w  prostocie.  Choć  prawdę 

rzekłszy  prostota  sukienki  była  pozorna,  co  zresztą  odbiło  się  na  jej  cenie;  kosztowała 
Elizabeth półmiesięczną pensję w jednym z najbardziej ekskluzywnych sklepów w Toronto. 
Ale była tego warta, musiała to przyznać sama przed sobą, oglądając się w wielkim lustrze. 
Czerń  sukienki  interesująco  kontrastowała  z  ognistą  barwą  jej  włosów  i  jasną  barwą  skóry. 
Zadowolona  okręciła  się,  następnie  wyszukała  odpowiednią  biżuterię.  Zdecydowała  się  na 
złoty  łańcuszek  i  ręcznie  kute  złote  klipsy.  Jeszcze  tylko  delikatne  pociągnięcie  tuszem  po 
rzęsach i odrobina kredki na wargi i była gotowa. Była już w drodze na dół, gdy uświadomiła 
sobie,  że  o  czymś  jeszcze  zapomniała.  Wróciła  do  pokoju  i  poperfumowała  się  delikatnie. 
Zrobiła małpią minę do swojego odbicia w lustrze i zeszła na dół.   

background image

Na  widok  Dana,  przeklinała  się  w  duchu,  że  jednak  nie  poświęciła  więcej  czasu  na 

staranniejszą  toaletę.  W  szarym  sportowym  garniturze  i  ciemnoczerwonym  kaszmirowym 
golfie wyglądał jednocześnie dystyngowanie jak i na luzie.   

– Całe szczęście, że tak  rzadko się tak ubierasz  – jego  głos  był  przyjacielski i  zupełnie 

pozbawiony ironii – bo Frank mógłby żałować, że kazał mi się tu wprowadzić.   

Elizabeth poczuła suchość w gardle i śmiech, którym chciała skwitować ten komplement, 

zabrzmiał jak nerwowy chichot, lecz Dan zdawał się tego nie zauważać. Wpatrując się w nią 
pomógł  jej zarzucić na  ramiona biały  wełniany szal.  Kiedy nachylał się  nad nią, czuła jego 
ciepły oddech we włosach i delikatną woń dobrych kosmetyków.   

– Bardzo mi się podobają twoje perfumy – powiedział cicho. – Pachniesz niesamowicie 

uwodzicielsko.   

Ta  uwaga,  zapewne  w  przeciwieństwie  do  oczekiwań  Dana,  przywróciła  Elizabeth  do 

rzeczywistości. Czuła bowiem, że sytuacja znów wymyka jej się spod kontroli, i zaczęła się 
zastanawiać,  czy  wyjście  z  Danem  było  dobrym  pomysłem,  ale  doszła  do  wniosku,  że 
wycofanie się byłoby dziecinadą i że tylko trzeba trzymać go na dystans. Zarzucili wierzchnie 
okrycia i zatrzasnęli za sobą drzwi.   

Bar Vineyard znajdował się w piwnicach pod ekskluzywną restauracją francuską. Zeszli 

do długiej i wąskiej sali, oświetlonej świecami. Po przeciwnej stronie od wyjścia znajdował 
się bar, a obok niego na niskim podium grał skrzypek.   

Właścicielem  lokalu  był  Francuz,  Pierre,  który  pojawił  się  w  Kingston  dwa  lata  temu. 

Kiedy  Elizabeth  i  Dan  weszli,  stał  akurat  za  barem.  Na  widok  Dana  uniósł  rękę  w  geście 
powitania.   

– Mon ami. Tu dois  me presenter a ton  amie si belle.  Dan z uśmiechem  skinął głową i 

Pierre. zbliżywszy  się do nich nachylił  się, by  pocałować Elizabeth  z prawdziwie  galijskim 
szykiem.   

–  Witam  panią,  ma  petite.  Niech  pani  sobie  nie  żałuje  wina  oraz  tańca  w  towarzystwie 

mon ami, Dana.   

Dan  zamówił  butelkę  francuskiego  białego  wina  i  wybór  kilkunastu  serów.  Elizabeth, 

która początkowo czuła się nieco nieswojo, powoli zaczęła się odprężać.   

Kiedy Dan poprosił ją do tańca, pozbyła się wszystkich obaw. Znaleźli się na parkiecie i 

zaczęli tańczyć w rytm wolnego utworu. W normalnej sytuacji Elizabeth unikałaby bliskiego 
kontaktu  z  Danem,  ale  dzisiaj  czuła  się  zbyt  wspaniale,  żeby  psuć  sobie  nastrój  ciągłą 
kontrolą.  Przytuliła  się  do  niego  opierając  głowę  na  jego  ramieniu;  Dan  uśmiechnął  się 
nieznacznie  do  siebie,  a  kiedy  oparł  lekko  brodę  na  jej  głowie,  wtuliła  twarz  w  jego 
marynarkę i westchnęła z przyjemnością.   

Tak  złączeni  tańczyli  dalej,  nawet  gdy  skrzypek  skończył  już  grać.  Pierre  mrugnął  do 

niego  znacząco.  Cest  l’amour,  mon  ami  –  powiedział  cicho.  Wreszcie  ocknęli  się  i  nieco 
zażenowani wrócili do stolika, ale zaraz uznali, że na nich pora. Pożegnali się z Pierre’em i 
wsiedli do samochodu, gdzie Elizabeth może pod wpływem wypitego wina, a może zwykłego 
zmęczenia,  usnęła.  Kiedy  zajechali  przed  dom,  Dan  wyłączył  silnik  i  zwrócił  oczy  na 
Elizabeth.  Ogarnął  spojrzeniem  jej  urokliwą  twarz,  okoloną  ognistymi  kędziorami,  długie 

background image

ciemne  rzęsy,  teraz  zakrywające  pełne  wyrazu,  zielone  oczy,  nos  o  delikatnym  kształcie  i 
pełne czerwone usta.   

–  Moja  śnieżyczka  zaczyna  topnieć  –  wyszeptał  do  siebie  bawiąc  się  delikatnie  jej 

włosami. – Może nie powinienem nakłaniać jej do picia wina, by pomóc jej roztopić się, ale 
czyż stara piosenka nie mówi, że miłość ci wszystko wybaczy? – Roześmiał się do siebie, ale 
z  jakimś  odcieniem  smutku.  Już  jednak  w  następnej  chwili  był  znów  sobą.  Wysiadł  z 
samochodu, wziął Elizabeth na ręce i położył do łóżka.   

Następnego ranka Elizabeth odkryła, że leży w łóżku w samej tylko halce, którą miała na 

sobie poprzedniego wieczora; jej czarna suknia wisiała na wieszaku w szafie, a jej buty stały 
na  baczność  przy  łóżku,  ale  nie  była  zła  na  Dana,  wiedziała,  że  jego  działanie  wynikało  z 
czystej  nadopiekuńczości.  Wzięła  prysznic,  ubrała  się  i  zeszła  na  dół,  lecz  czuła  się  nieco 
zawstydzona.  Z ulgą zauważyła, że  w kuchni  nie było  nikogo i  dopiero teraz przypomniała 
sobie o wyjeździe Dana. Była za to wdzięczna losowi, bo po wczorajszym wieczorze miała o 
czym  myśleć  w  samotności.  Jak  to  się  mogło  stać,  że  zachowywała  się  z  taką  swobodą  w 
stosunku  do  innego  mężczyzny,  skoro  uważała,  że  kocha  Stephena?  Z  westchnieniem 
pokręciła głową. Bo gdyby nawet zniszczyła swoje relacje ze Stephenem, to jak mogła nawet 
przypuszczać, że ułoży jej się jakoś z Danem Murdochem. Nie istniała kobieta, która byłaby 
w  stanie  utrzymać  go  przy  sobie  na  dłużej...  A  zresztą,  przecież  już  dawno  odkryła,  że 
pociąga  ją  w  nim  jedynie  urok  fizyczny,  co  zresztą  mogło  jakoś,  usprawiedliwić  to,  iż 
zatracała się w jego obecności, bo przecież z naturą i tak się nie wygra. Pocieszona tą myślą 
zabrała się żwawo do pracy przy układaniu książek w biblioteczce ojca.   

Po lunchu zadzwonił do niej Mikę Dougal.   
–  Lizzie,  świetnie,  że  jesteś.  Rozmawiałem  wczoraj  z  twoim  ojcem  i  chyba  czuje  się  o 

wiele lepiej.   

– To fakt. Jest nawet spora nadzieja, że w poniedziałek będzie już w domu. A jak u was? 
– Widzisz... sprawa jest następująca: jeden z reporterów zachorował, a mamy pełne ręce 

roboty. Nie nasuwa ci się może jakaś doskonała rada? 

Elizabeth roześmiała się. – Kiedy mam przyjechać? 
– Na przykład dziś po południu.   
– Oczywiście. Będę o drugiej. To na razie i do zobaczenia.   
Elizabeth  przebrała  się  wkładając  na  siebie  bardziej  roboczy  strój:  flanelową  spódnicę, 

luźny żakiet i prostą bluzkę, w czym od razu poczuła się jak rasowa dziennikarka. Telefon od 
Mike’a  ucieszył  ją,  gdyż  z  coraz  większą  tęsknotą  myślała  o  pracy,  szczególnie,  że  mogła 
wyciszyć wtedy swoje inne myśli.   

Kiedy  Elizabeth  przyjechała  do  redakcji,  wrzało  tam  jak  w  ulu.  Wszyscy  dziennikarze 

mieli już przydzielone sprawy do załatwienia, a na kilka minut przed przyjazdem Elizabeth, w 
jednej  ze  szkół  na  przedmieściu  wybuchł  pożar  i  trzeba  było  wysłać  jednego  z  młodszych 
dziennikarzy, który zwykle zajmował się redakcją tekstów i ich układem w wydaniu.   

– Popracuj trochę za niego – zaproponował Dougal – a kiedy tylko wróci, dostaniesz coś 

ciekawego  na  mieście.  Na  razie  jednak  pomyśl,  co  zrobić  z  następnym  wydaniem.  Jest  już 
przeładowane  artykułami,  a  jeszcze  trzeba  dodać  kilka  najświeższych  wiadomości  i 

background image

informacji.   

Elizabeth zajmowała się już podobną pracą w Toronto, tak więc zadanie nie przeraziło jej 

i  natychmiast  przystąpiła  do  zrealizowania  go.  Siedziała  niedaleko  jednego  z  weteranów 
gazety jej ojca, Phila Jefreya, z którym w krótkich przerwach w pracy dla złapania oddechu 
plotkowała o wszystkim i o niczym.   

– No i jak ci się pracuje na starych śmieciach? Zdaje się, w Toronto nie zajmujesz się taką 

pracą? – spytał Phil podczas którejś z przerw. – Tutaj zwykle robi to ta nowa, Martha Bennet, 
ale wyjechała z narzeczonym na weekend.   

Elizabeth poczuła, że robi jej się ciepło.   
– A tak – powiedziała, modląc się, by nie zdradziło ją drżenie głosu. – Poznałam ją, ale 

nie wiedziałam, że ma narzeczonego? 

–  A  tak,  tego  Murdocha,  pisarza.  Wszyscy  tak  mówią.  Słyszałaś  pewnie  o  nim?  – 

Elizabeth  pokiwała  niecierpliwie  głową.  –  Otóż  –  ciągnął  dalej  Phil  –  zadzwoniła  nagle  w 
piątek wieczór twierdząc, że musi nagle wyjechać w ważnej sprawie. Nikt w redakcji nie ma 
wątpliwości, co lub raczej kto jest tą ważną sprawą. W każdym razie, fakt jest faktem, że nie 
wróci  wcześniej  niż  jutro  wieczorem.  A  tak  między  nami,  to  dziewczyna  ma  tupet,  żeby 
pracować przez zaledwie trzy tygodnie i brać sobie wolne. Nie do wiary.   

Phil pokręcił głową i wrócił do pracy. Elizabeth miała ochotę wrzeszczeć na całe gardło. 

Odłożyła  ołówek  i  poszła  do  toalety.  Widok  jej  odbicia  w  lustrze  przeraził  ją:  z  bladej  jak 
ściana twarzy wyzierały wielkie, pełne łez oczy.   

– Dobrze ci tak, Elizabeth O’Neil – powiedziała na cały głos. – Niech to doświadczenie 

posłuży  ci  jako  ostrzeżenie.  Tak  to  zwykle  bywa,  jeśli  dziewczyna  zadaje  się  z  mężczyzną 
pokroju pana Murdocha, któremu się wydaje, że jest połączeniem Casanovy i Don Juana.   

Aż wrzała z wściekłości na myśl, że pozwoliła mu się tak zbliżyć do siebie. Ale też facet 

ma tupet, Martha przy nim to zdziebko. Zarozumiały pyszałek. Wydaje mu się, że jak tylko 
spojrzy na kobietę, ta zaraz poleci za nim aż na koniec świata. Może tak jest, ale na pewno nie 
ze mną. Już ja mu zgotuję przywitanie, przy którym chłód Arktyki będzie miłym ciepełkiem. 
Pocieszona  tą  myślą,  Elizabeth  zebrała  się  w  sobie  i  wróciła  do  pracy  przy  biurku,  a  gdy 
skończyła, pojechała wprost do domu, mimo że koledzy z pracy namawiali ją na drinka.   

W  nocy  spała  niespokojnie.  Śniło  jej  się,  że  jest  zamknięta  w  pokoju,  z  którego  nie  ma 

wyjścia. Było tam jedynie okno, ale nie mogła go dosięgnąć, a kiedy wreszcie udało jej się 
jakoś  wyjrzeć,  zobaczyła  czarną  ścianę,  a  zza  niej  usłyszała  jakiś  znajomy  śmiech,  ale  nie 
mogła sobie przypomnieć czyj. Rano obudziła się rozbita i gdyby nie potrzeba odwiedzenia 
ojca, zostałaby w łóżku. Wstała i przypomniawszy sobie sen, pod wpływem impulsu wyjrzała 
przez okno i od razu zachciało jej się żyć na nowo. Była pierwsza niedziela kwietnia i słońce 
jakby  podporządkowując  się  ludzkiemu  kalendarzowi  postanowiło  zaświecić  bardziej 
wiosennie. Elizabeth modliła się w duchu, żeby ten pierwszy dzień oznaczał koniec zimy, jak 
gdyby wraz z odejściem zimy mogły odejść wszystkie jej smutki ostatnich dni.   

Po śniadaniu zdecydowała się zadzwonić do Stephena. Nie kontaktowali się już od ponad 

tygodnia i zaczęły ją gnębić wyrzuty sumienia.   

– Stephen! Jak ci tam samemu, kochany? 

background image

–  Już  lepiej,  skarbie.  A  co  u  was,  jak  się  czuje  ojciec?  –  Nie  czekając  jednak  na 

odpowiedź,  mówił  dalej  pospiesznie  tonem  usprawiedliwienia.  –  Przepraszam,  że  nie 
dzwoniłem, ale jak tylko poczułem się lepiej,  rzuciłem się w wir pracy i nie miałem na  nic 
czasu.   

–  Och,  Stephen  –  zaniepokoiła  się  Elizabeth.  –  Nie  powinieneś  tego  był  robić.  Jesteś 

jeszcze osłabiony. Nie wolno tak.   

–  Nie  martw  się.  Wszystko  jest  w  najlepszym  porządku.  Ale  poczekaj,  bo  jak  na  razie 

tylko narzekam i to w dodatku na twój koszt, a ty nie możesz nawet nic wtrącić. Ale słysząc 
twój głos, trochę mnie poniosło.   

– Nic nie szkodzi. U mnie wszystko okay, a tato czuje się znacznie lepiej i jutro powinien 

wyjść ze szpitala. Jak wszystko dobrze się ułoży i upewnię się, że da sobie sam radę, wracam 
do Toronto i ciebie. Kocham cię.   

– Ja ciebie też, i to bardzo. Postaram się zadzwonić w środku tygodnia, a gdybym cię nie 

złapał, spróbuj ty. Na razie moc ucałowań, pa.   

Telefon  do  Stephena  pomógł  jej  jeszcze  bardziej  oderwać  się  od  jej  rozterek  i 

przypomnieć  sobie  spokój,  jakiego  doznawała  będąc  z  nim  w  Toronto.  Leżała  na  kanapie  i 
rozmyślając o tym, nawet nie wiedziała, kiedy usnęła. We śnie znów usłyszała ten sam męski 
głos,  który  słyszała  w  swoim  koszmarze.  Przestraszona  obudziła  się,  ale  głos  nie  zamilkł. 
Otworzyła  oczy.  Nad  nią  stał  Dan  Murdoch  i  wpatrywał  się  w  nią  z  sympatycznym 
uśmiechem.   

–  Widzę,  że  próbujesz  spać,  by  skrócić  oczekiwanie  na  mnie  –  powiedział  ciepło  i 

pogodnie. – Bardzo się stęskniłaś? 

Elizabeth  usiadła  natychmiast  na  kanapie  starając  się  wygładzić  włosy  i  mierząc  go 

zimnym wzrokiem, z całą godnością, na jaką pozwalała jej sytuacja, warknęła: 

– Odczep się... – i sztywnym krokiem wyszła z pokoju, nie zatrzymując się, aż znalazła 

się w bezpiecznym zaciszu swojego pokoju. Była bardzo dumna ze swojego zachowania do 
czasu, gdy uświadomiła sobie, że nic nie jadła od jedenastej rano.   

background image

 

Po kąpieli włożyła ulubioną piżamę, która była już tak sprana, że aż zabarwiona na żółto, 

i która zupełnie luźno wisiała na niej. Lubiła ją tak bardzo, że nigdy nie zdecydowałaby się 
wyrzucić  jej,  chyba  żeby  się  już  zupełnie  rozlatywała.  Zadowolona  wskoczyła  do  łóżka  i 
zaczęła czytać książkę.   

Kiedy  dom  wydawał  się  już  pogrążony  w  zupełnej  ciszy,  odłożyła  książkę  na  nocną 

szafkę i po cichu zeszła do kuchni; jedynym dźwiękiem, jaki wydała, był syk bólu, kiedy w 
ciemnościach  kopnęła  w  nogę  krzesła.  Po  obejrzeniu  swojego  biednego  palca  u  stopy  i 
stwierdzeniu,  że  jest  cały  i  zdrów,  Elizabeth  przystąpiła  do  rutynowego  opróżniania 
zawartości lodówki. O dwunastej w nocy nie wiadomo, czy była to późna kolacja, czy bardzo 
wczesne śniadanie. Nagle zamarła z nie przełkniętym kęsem w ustach, słysząc za sobą kroki i 
trzask drzwi.   

–  Jeśli  już  naprawdę  musisz  myszkować  po  kuchni  w  środku  nocy,  to  mogłabyś 

przynajmniej robić to ciszej – odezwał się gniewnie Dan.   

Elizabeth aż podskoczyła waląc się boleśnie głową w drzwi lodówki.   
–  Niech  to  szlag!  To  przez  ciebie!  –  siedziała  na  podłodze  rozcierając  sobie  głowę  i 

rzucając  na  intruza  gniewne  spojrzenie.  –  A  poza  tym  –  zaczerpnęła  głęboko  powietrza  – 
mogę korzystać z mojej lodówki, kiedy mi się podoba.   

– Masz absolutną rację. To rzeczywiście nie moja sprawa, że w nocy zachowujesz się w 

kuchni  jak  raniony  słoń  –  odparł  Dan  sucho.  –  A  teraz,  jeżeli  pozwolisz,  chciałbym  sobie 
zrobić  coś  do  jedzenia.  –  Przerwał,  po  czym  dodał  już  znacznie  bardziej  pojednawczym 
tonem: – Nie potrafię zasnąć bez kolacji.   

– A ja mam pewnie rozczulać się nad tobą? – spytała Elizabeth sarkastycznie. Dan wyjął 

z lodówki talerz zimnej wołowiny.   

–  Odrobina  współczucia  by  nie  zaszkodziła  –  odparł  łagodnie.  –  Mogłabyś  podać 

musztardę? 

– Jeżeli tak bardzo brakuje ci współczucia, to znam wiele miejsc, gdzie możesz je znaleźć 

łatwiej  – odparła zaczepnie, podając mu  słoik dwoma palcami, żeby tylko nie dotknąć jego 
dłoni.   

– Owszem i niewykluczone, że ich poszukam – rzekł znużonym głosem – tym bardziej, 

że  nie  musiałbym  wtedy  mieć  do  czynienia  z  histeryczkami.  –  Odłożył  kanapkę  na  talerz  i 
spojrzał  na  Elizabeth.  –  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  Kiedy  wyjeżdżałem,  byliśmy  na  jak 
najlepszej  drodze  do  ułożenia  sobie  przyjacielskich  relacji,  a  kiedy  wróciłem,  przywitałaś 
mnie,  jakbym  nie  wiem  co  ci  zrobił.  Nie  zareagowałem  jednak,  biorąc  to  za  objaw  czy  to 
zmęczenia,  czy  chwilowej  chandry.  Teraz  jednak  widzę,  że  był  to  objaw  zupełnej  zmiany 
stosunku do mnie i tego już nie jestem w stanie zrozumieć. No, ale skoro tak chcesz, ja też 
potrafię  być  nie  do  zniesienia.  Dobranoc.  –  Dan  wziął  swoją  kanapkę  i  ruszył  w  stronę 
gabinetu.   

–  Proszę  bardzo!  –  krzyknęła  za  nim  Elizabeth.  –  Bądź  sobie  jaki  chcesz.  I  tak  nie 

background image

dostrzegę różnicy.   

–  Ale  nim  skończyła,  drzwi  gabinetu  odgrodziły  ją  od  Dana.  Była  tak  wzburzona,  że 

przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  podejść  pod  gabinet  i  nie  powtórzyć  mu  jeszcze  raz 
swojej odpowiedzi,  żeby mieć pewność, że ją usłyszy,  ale opamiętała się  w porę.  Zamknęła 
drzwi lodówki i powędrowała do siebie na górę.   

Długo  nie  mogła  zasnąć.  Zastanawiała  się,  czy  Murdoch  już  śpi.  W  kuchni  był  nadal 

ubrany, tak jak przyjechał, i nic nie wskazywało na to, że ma zaraz ochotę iść spać. Jednakże 
nie słyszała stukotu maszyny. Może czyta, zastanawiała się? A zresztą cóż mnie to obchodzi. 
Z  irytacją  przełożyła  poduszkę  i  ułożyła  się  na  plecach.  Gapiąc  się  ponuro  w  sufit,  nie 
wiedziała, kiedy zasnęła.   

Budząc się rano nie zaprzątała już sobie głowy nocną awanturą, gdyż teraz najważniejszy 

był powrót ojca ze szpitala. Zastanawiała się jedynie, jak sprawić, żeby ojciec nie zauważył 
wrogości między nimi. Nie można mu serwować żadnych zmartwień, i chcąc nie chcąc będzie 
musiała porozmawiać z Danem.   

Po kąpieli  zeszła na dół. Gabinet był  nadal  zamknięty. Włączyła  ekspres  do kawy,  a do 

tostera włożyła kilka kromek chleba. Nie była jednak spokojna i co chwila oglądała się przez 
ramię, sprawdzając, czy drzwi gabinetu nadal pozostają zamknięte.   

Skończyła  śniadanie,  a  Dana  ciągle  ani  śladu.  Zebrała  się  w  sobie  i  zdecydowała  się 

sprawdzić, czy już nie śpi. Zastukała do drzwi, które otwarły się natychmiast, jak gdyby Dan 
tylko  na  to  czekał.  Miał  surowy  wyraz  twarzy,  przez  co  Elizabeth  nie  zauważyła,  że  pod 
oczami  ma  podkowy  z  niewyspania,  a  wokół  ust  wyżłobione  bruzdy  ze  zmęczenia,  a  może 
zmartwienia? Mówiąc do niego, wbiła wzrok w kołnierzyk jego koszuli.   

–  Może  przypominasz  sobie,  że  dziś  przyjeżdża  mój  ojciec.  Uważam,  że  powinniśmy 

zachowywać się przy nim jak dwójka cywilizowanych ludzi i zostawić na boku nasze drobne 
niesnaski.   

– Drobne? Rzeczywiście  – powiedział to takim  tonem,  że podniosła głowę i  jej zielone 

oczy  wpatrzyły  się  w  jego  niebieskie  o  nieodgadnionym  wyrazie.  Nie  wytrzymała  jego 
spojrzenia  i  odwróciła  nerwowo  głowę.  –  Faktem  jest  –  ciągnął  spokojnie  Dan  –  że  spokój 
twojego  ojca  jest  sprawą  najważniejszą.  W  związku  z  czym  obiecuję  unikać  wszelkich 
niepotrzebnych zadrażnień w jego obecności.   

Elizabeth poczuła ulgę. – To doskonale. Ja z mojej strony mogę obiecać to samo. A teraz 

jadę do szpitala. Powinniśmy wrócić w porze lunchu.   

Dan spoglądał za nią, a w jego oczach pojawił się wyraz rozczarowania.   

 

Kiedy  Elizabeth  weszła  do  pokoju  ojca,  Frank  siedział  na  brzegu  łóżka,  już  ubrany. 

Elizabeth podeszła do niego i pocałowała go. – Jak widzę, tato, już się nie możesz doczekać, 
kiedy wreszcie się stąd wyniesiesz? 

–  Rzeczywiście.  Siedzę  już  tak  ubrany  od  ósmej  rano.  Co  cię  zatrzymało?  Zresztą 

nieważne, chcę już stąd znikać, zanim doktor Johnson zmieni zdanie. – Pocałował Elizabeth 
w czoło i biorąc do ręki marynarkę dodał: – Chodź, kochanie. Wracamy do domu.   

W drodze do domu Frank mówił z ożywieniem o swoich planach, o tym co zrobi, z czego 

background image

zrezygnuje, i jak się cieszy, że znowu wszystko zależy od niego. A gdy podjechali pod dom i 
Elizabeth wyłączyła silnik, przez chwilę siedział bez ruchu, a potem powiedział: 

– Wiesz, strasznie się cieszę, że jestem znów w domu. Tak, prawdę mówiąc, trochę się 

martwiłem. Ale całe szczęście już po wszystkim. – Uśmiechnął się do córki. – Cieszę się, że 
mam was przy sobie, ciebie i Dana, bardzo mi pomagacie.   

W tym właśnie momencie z domu wyskoczył Dan i podbiegł się przywitać z Frankiem.   
– Cześć, Dan – zawołał radośnie Frank – mam nadzieję, że dobrze się sprawowałeś? 
Dan  pomógł  wysiąść  Frankowi  z  samochodu.  –  Zależy  jak  kiedy  –  roześmiał  się  w 

odpowiedzi.   

Gdy weszli do saloniku, Dan zaoferował się, że zrobi herbatę.   
–  Ależ  zostaw,  Dan.  Jestem  strasznie  ciekaw,  jak  ci  idzie  z  książką,  a  o  herbatę  może 

poprosimy Lizzie, co skarbie? – Odwrócił się z pytającym wzrokiem do Elizabeth.   

Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, Dan także popatrzył na nią i spytał słodko: 
– Naprawdę nie będziesz miała nic przeciwko temu, droga Elizabeth? I może zrobiłabyś, 

jeszcze kilka kanapek, ostatnio nie jadałem zbyt regularnie. – Spojrzał jej w oczy z zaczepką, 
ale  Elizabeth  odpowiedziała  mu  spokojnym  spojrzeniem  i  równie  spokojnym  głosem,  w 
którym wręcz zabrzmiała matczyna troska.   

–  Ależ  oczywiście,  mój  drogi.  Byłoby  obojgu  nam  z  ojcem  przykro,  gdyby  nasz  gość 

głodował  podczas  pobytu  w  naszym  domu.  A  z  pewnością  musisz  być  bardzo  głodny  po 
wzmożonym wysiłku podczas ostatniego weekendu.   

Na widok nieco zbaraniałej miny Dana, uśmiechnęła się w duchu. Nie tylko ty potrafisz 

prawić zawoalowane złośliwości, pomyślała. Kiedy wróciła z parującą herbatą i kanapkami, 
ni z tego, ni z owego Dan zerwał się, aby jej pomóc. Przejmując od niej tacę, spojrzał na nią 
śmiejącymi się oczami.   

– A więc to o to chodzi. Teraz już rozumiem to chłodne przyjęcie po moim powrocie z 

weekendu. Panna Elizabeth jest po prostu zazdrosna.   

Dobrze, że Dan stał tak, że zasłaniał twarz Elizabeth przed wzrokiem jej ojca. – Spadaj! – 

Wysyczała  przez  zaciśnięte  zęby.  Wcisnęła  mu  tacę  w  dłonie  i  tłumacząc  się  ojcu,  że  nie 
zdążyła jeszcze wziąć kąpieli, wyszła z pokoju. Koniec z przejmowaniem się uwagami tego 
durnia, pomyślała zawzięcie.   

W ciągu następnych dni ustalił się w miarę stały układ dnia. Frank wstawał stosunkowo 

późno.  O  dziesiątej  jadł  razem  z  Danem  lekkie  śniadanie  i  pił  kawę,  potem  szedł  czytać,  a 
popołudniami pozwalał sobie na drzemkę.   

Elizabeth robiła mężczyznom śniadanie, a potem znikała u siebie. Nie odczuwała żadnej 

ochoty  na  wdawanie  się  w  pogawędkę  z  Danem,  a  nie  mogłaby  tego  uniknąć,  siedząc  we 
wspólnym pokoju. Dzięki temu dom był posprzątany jak nigdy.   

Wieczorami  Elizabeth  przygotowywała  najwymyślniejsze  kolacje,  a  potem,  nie  mogąc 

ciągle zostawiać mężczyzn samych, wypijała z nimi kawę.   

Któregoś  wieczoru,  gdy  zmywała,  do  kuchni  wszedł  Dan.  Podszedł  do  pieca  na  węgiel 

drzewny  i  podnosząc  pogrzebaczem  żelazną  płytę  wrzucił  do  środka  niedopałek  papierosa, 
którego właśnie skończył. Następnie podwinął rękawy i wziął do ręki ścierkę do naczyń.   

background image

–  Ty  będziesz  myła,  a  ja  będę  wycierał,  zgoda?  .  –  Obejdzie  się  –  odparła  sztywno 

Elizabeth.   

– Ależ nie obejdzie się, moja droga. Wycieranie przeze mnie naczyń jest częścią naszej 

zabawy  w  cywilizowanych  ludzi,  którą  prowadzimy  dla  twojego  ojca.  Przecież  nie  mogę 
wyglądać na kompletnego lenia, który traktuje gospodynię jak służącą, nawet jeżeli formalnie 
jest jej gościem. Tak więc od czasu do czasu muszę ci pomagać, choć wierz mi, moja droga, 
wycieranie naczyń w twojej obecności to nikła przyjemność.   

Nie  chcąc  rozpętywać  awantury  Elizabeth  zajęła  się  zmywaniem,  udając,  że  absolutnie 

ignoruje  jego  obecność.  Dobrze,  że  nie  widziała  jego  zadowolonej  miny,  bo  niechybnie  na 
jego twarzy wylądowałby któryś z półmisków. Przez chwilę nie odzywali się do siebie, ale w 
jakimś  momencie  Dan  musiał  spytać  się  Elizabeth,  gdzie  schować  porcelanową  miskę  na 
sałatę.   

–  W  spiżarni.  Chodź,  pokażę  ci.  –  Wytarła  ręce  i  poprowadziła  go  do  małego 

pomieszczenia  przylegające  –  go  do  piwnicy.  Na  półkach  stały  rzędy  konserw  i  słoików  z 
marynatami. Wzięła ostrożnie miskę od Dana i stanęła na palcach, starając się umieścić ją na 
półce ponad jej głową. Dan przysunął się chcąc jej pomóc. Ich ciała zetknęły się i Elizabeth 
drgnęła nerwowo.   

Pocałunek  był  delikatny  i  głęboki.  Elizabeth  w  jednej  chwili  zupełnie  zatraciła  się  w 

ramionach  Dana,  niezdolna  się  kontrolować.  Dopiero  kiedy  odsunął  się  od  niej  –  zakryła 
dłońmi zarumienioną twarz.   

– Przepraszam, Lizzie. Ale czasami nie mogę się przy tobie powstrzymać.  – Powiedział 

cicho  i  zostawił  ją  samą.  Elizabeth  wróciła  po  chwili  do  kuchni  i  jak  otępiała  dokończyła 
sprzątanie,  by  jak  najszybciej  zostać  sama.  Na  szczęście  dla  niej,  gdy  skończyła  pracę  w 
kuchni,  Dana  nie  było  już  w  salonie,  tak  więc  tłumacząc  się  zmęczeniem  poszła  do  siebie, 
decydując, że najlepszym środkiem na jej wzburzenie będzie sen.   

Następny dzień minął bez żadnych niespodzianek ze strony Dana. Wieczorem odwiedził 

ich doktor Johnson, który po zbadaniu Franka stwierdził znaczną poprawę, ale polecił, żeby 
nadal  nie  przemęczał  się.  Doktor  został  oczywiście  na  kolacji,  a  po  posiłku  Frank 
zaproponował  grę  w karty. Ponieważ było  ich czworo mogli zagrać  w brydża.  Frank  grał  z 
doktorem, natomiast Elizabeth została partnerką Dana. Po kilku robrach okazało się, że para 
Elizabeth – Dan przegrała z kretesem i Elizabeth wiedziała doskonale, że stało się tak w dużej 
mierze przez nią.   

Gdy  już  Frank  i  doktor  niezmiernie  zadowoleni  z  siebie  nacieszyli  się  już  do  woli 

wygraną, przeprosili i poszli oglądać telewizję i chcąc nie chcąc, Elizabeth została z Danem 
sama.   

– Przykro mi, że akurat ja ci się dostałam za partnera – powiedziała, żeby jakoś przerwać 

krępującą ciszę  – nie byłam dziś  w najlepszej  formie. Chyba w ogóle nie najlepiej  gram  w 
karty.   

– Nie najlepiej – Dan prychnął okropnie! Elizabeth wyprostowała się gwałtownie. „ 
– Ale to cię nie upoważnia to takiej grubiańskości! Dan wstał kierując się do gabinetu.   
–  Oto  i  cała  moja  Lizzie.  Która  nie  wytrzyma  ani  pięciu  minut,  żeby  nie  pokazać 

background image

pazurów.   

– W twojej obecności na pewno nie – odszczeknęła, zanim zamknęły się za nim drzwi.   
 

W  piątek  rano  Elizabeth  obudził  telefon.  Była  zdziwiona,  że  Dan  nie  odbiera,  jako  że 

telefon  był  w  gabinecie,  gdzie  spał.  Zbiegła  na  dół.  Kiedy  weszła  do  gabinetu,  Dan  leżał 
skurczony  na  krótkiej  kanapie  i  spał  w  najlepsze.  Wzruszyła  poirytowana  ramionami  i 
podniosła słuchawkę.   

–  Cześć  Elizabeth,  tu  Martha.  Przepraszam,  że  dzwonię  tak  wcześnie  rano,  ale  muszę 

rozmawiać z Danem.   

Gdyby nie to, że musiała rozespana zwlekać się z łóżka, aby podnieść słuchawkę, i gdyby 

to  kto  inny  dzwonił,  być  może  Elizabeth  bardziej  łagodnie  obudziłaby  Dana.  W  tej  jednak 
sytuacji  miała  ochotę  się  odegrać.  Z  zimną  satysfakcją  potrząsnęła  Danem  i  przystawiwszy 
usta nieomalże do jego ucha krzyknęła: 

– Dan, obudź się! Telefon do ciebie.   
Ku jej jednakże zdumieniu jej bezlitosne zabiegi nie poskutkowały. Popatrzyła na niego i 

poczuła  nagły  przypływ  współczucia.  Musiał  pracować  całą  noc,  a  potem  jeszcze  musiał 
cierpieć katusze na maleńkiej jak na jego potężny wzrost kanapie.   

–  No,  Martusiu,  poczekasz  sobie  –  powiedziała  do  siebie.  Odwracała  się  właśnie  do 

telefonu,  gdy  nagle  poczuła  na  ramieniu  uścisk,  a  później  silne  palce  zacisnęły  się  na  jej 
przegubie  i  nim  zdążyła  się  zorientować,  Dan  pociągnął  ją  na  kanapę.  Dławiąc  krzyk 
przestrachu,  obejrzała  się.  Jedną  ręką  trzymając  ją  mocno,  Dan  leżał  jak  gdyby  nigdy  nic  i 
podpierając się na drugiej ręce przyglądał jej się z uśmiechem.   

–  Co  za  miła  niespodzianka.  Czy  to,  że  leżysz  ze  mną  w  łóżku,  oznacza  pełne  i 

bezwarunkowe przebaczenie – spytał z kpiną.   

Przez chwilę Elizabeth  jakby zamurowało.  Gdy  wreszcie odzyskała  głos, z jej ust dobył 

się wściekły syk: 

– Puszczaj mnie w tej chwili. Ty draniu! – Z całej siły próbowała się wyrwać, lecz Dan 

był zbyt silny, a potem nim zdążyła zareagować, poczuła jego gorące wargi na swoich ustach. 
Szamocząc  się  starała  się  uwolnić,  ale  pocałunek  stawał  się  coraz  bardziej  natarczywy,  aż 
wreszcie Elizabeth wbrew sobie zaczęła go oddawać. Gdy Dan puścił jej rękę, zarzuciła mu 
ręce na szyję i powoli gładziła jego ramiona, przywierając całym ciałem do niego. Zaczęła się 
powoli  zatracać  w  żarliwej  rozkoszy.  Nie  mogła  się  powstrzymać,  mimo  że  jej  bardziej 
racjonalna  część  broniła  się  przed  tym  z  całej  siły,  bowiem  odkryła,  że  przez  cały  czas 
marzyła o jednym – żeby znaleźć się w ramionach Dana.   

Nagle  Dan  odsunął  się  od  niej  i  usiadł.  Spoglądając  na  szeroko  otwarte  ze  zdziwienia 

oczy  dziewczyny  i  lekko  rozchylone,  pełne  wargi,  Dan  musiał  się  powstrzymywać  z  całą 
mocą, by jej znowu nie pocałować.   

Jednak odgarnął tylko pieszczotliwie jej ogniste włosy z policzka i powiedział: 
– A nie wiesz przypadkiem, kto dzwoni? 
–  Ty  potworny  draniu!  –  krzyczała.  –  Ty  łazęgo!  Przez  cały  czas  nie  spałeś!  – 

Wyszarpnęła  spod  niego  poduszkę  i  z  całą  siłą  grzmotnęła  go  nią  w  plecy,  a  następnie 

background image

odkrywając nagle, że jest tylko w kusej koszuli nocnej wybiegła z pokoju. Już na schodach 
słyszała początek rozmowy Dana z Marthą.   

– Cześć, skarbie. Cieszę się, że już wróciłaś.   
W sobotę Frank był w wyjątkowo dobrym humorze i z ochotą zgodził się na propozycję 

Elizabeth, żeby w niedzielę zaprosić kilku znajomych na kolację.   

– Chciałabym jakoś odwdzięczyć się Walkerom za ich gościnność – wyjaśniała Elizabeth 

– i przy okazji zaprosić innych.   

Frank  był  tym  bardziej  zadowolony,  że  od  czasu  powrotu  ze  szpitala,  jego  jedyne 

towarzystwo stanowili Elizabeth i Dan. Po zaproszeniu gości, Elizabeth miała wreszcie czas, 
żeby przemyśleć w spokoju zdarzenie w gabinecie. Postanowiła porozmawiać z Danem.   

Drzwi do gabinetu, z którego dochodziło nieregularne stukanie maszyny do pisania, były 

otwarte  na  oścież,  więc  bez  pukania  wsunęła  głowę  do  środka.  Dan  siedział  przy  biurku, 
mozolnie przepisując rękopis książki.   

– Dan? – powiedziała z wahaniem.   
Dan uniósł brwi pytająco. Włosy miał zburzone i nieco nieobecny wyraz twarzy.   
– Czym ci mogę służyć  – spytał napiętym głosem. Wiedziała już, że nienawidził, kiedy 

przeszkadzano mu w pracy.   

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że w niedzielę o siódmej będzie kilku gości na kolacji.   
– Mam to traktować jako zaproszenie, czy też raczej informujesz mnie o tym, żebym się 

zdążył zmyć na czas? 

Elizabeth  zniecierpliwiła  się.  Jakoś  zawsze  tak  prowadził  rozmowę,  że  wychodziła  na 

nieokrzesanego gbura.   

–  Oj,  daj  spokój.  Oczywiście,  że  jest  to  zaproszenie,  a  mówię  ci  o  tym  jedynie  po  to, 

żebyś ewentualnie zdążył zaprosić Marthę.   

– Uważasz, że to dobry pomysł? Wpuszczać wroga na swoje terytorium? – Roześmiał się 

rozbrajająco widząc jej zmieszanie i już poważniej dodał: – Dobrze. Zadzwonię do niej. Na 
pewno nie odmówi. Ostatnio czuje się nieco zaniedbywana.   

Następny  dzień  był  deszczowy  i  pochmurny,  co  pokrzyżowało  nieco  plany  Elizabeth, 

która miała zamiar zaprosić gości na spacer przed kolacją. Teraz jednak doszła do wniosku, 
że z większą przyjemnością przyjmą nasiadówkę przy ciepłym kominku.   

Jako  główny  posiłek  Elizabeth  przygotowała  stek  z  pieczonymi  kartoflami  w 

mundurkach,  sos  na  dziko  oraz  marchewkę  i  groszek.  Jako  przystawkę  podała  pasztet  z 
kurczaka, według własnego przepisu, i sałatkę z selera; Dan zajął się drinkami.   

Frak  zasiadł  w  ulubionym  fotelu,  natomiast  pozostali  rozsiedli  się  na  dywanie  przed 

kominkiem. Elizabeth nie miała czasu na rozmowy, krążyła między kuchnią i pokojem i tylko 
w  przelocie  miała  czas  napić  się  sherry,  której  nalał  jej  Dan.  Właśnie  sprawdzała,  czy 
ziemniaki są już gotowe, gdy do kuchni weszła Judy z konspiracyjną miną.   

– Co to się dzieje między tobą i Danem? – spytała bez wstępów.   
– To znaczy? – Elizabeth spojrzała na nią niewinnym wzrokiem.   
– To znaczy, że nie mieszka się pod jednym dachem z mężczyzną, żeby się nic nie działo.   
Elizabeth  przez  krótki  czas  pobytu  bardzo  polubiła  Judy  oraz  czuła  do  niej  wielki 

background image

szacunek i zdawała sobie sprawę, że jej dociekliwość płynie z czystej przyjaznej ciekawości.   

– Nic się nie dzieje, Judy. Nie z nim. Dan zdaje się lubować w konsumpcji swych miłości 

pęczkami, ja zaś wolę robić to pojedynczo.   

– Nie rozumiem, o czym mówisz. – Na twarzy Judy pokazał się wyraz zdziwienia. – To 

on ma kogoś? 

Elizabeth nie mogła się powstrzymać od ironii.   
– No nie wiem, chyba że Martha Bennet jest jego siostrą.   
Judy roześmiała się. – Ależ Dan jest jej opiekunem. Nic ich nie łączy.   
– Akurat.   
– Jeśli mi nie wierzysz, spytaj się Dana.   
Po wyjściu  gości Elizabeth  wróciła myślą do rozmowy z Judy. Mimo  że bardzo  chciała 

uwierzyć  w  jej  opinię,  to  jednak  relacje  Dana  z  Marthą  zdecydowanie  nie  wyglądały  na 
związek  opiekuna  z  podopieczną.  Co  więcej,  Dan  jakby  celowo  podkreślał,  że  Martha  była 
kimś  specjalnym  w  jego  życiu.  Zresztą,  jak  miała  traktować  taki  chociażby  obrazek:  kiedy 
odpoczywali po kolacji, Martha przytuliła się do Dana, a ten nie zważając na wzrok Elizabeth 
pocałował  ją  czule  w  czubek  głowy.  Albo  to:  po  kolacji  Walkerowie  zaoferowali  się,  że 
odwiozą Marthę, lecz Dan zaprotestował, mówiąc, że chętnie zrobi to sam, tym bardziej, że 
jak twierdził, musi przywieźć z domu jakieś notatki.   

Właśnie układała się do snu, kiedy usłyszała stukanie do drzwi.   
– Telefon do ciebie – zawołał zza drzwi Dan. – Stephen.   
Elizabeth otuliła się w szlafrok i zbiegła na dół.   
– Stephen, kochany – wykrzyknęła radośnie do słuchawki. – Jak wspaniale, że dzwonisz. 

Bardzo się już stęskniłam  za tobą, wiesz?  – wymruczała. Zupełnie jej nie obchodziło, że w 
tym czasie Dan rozłożył się na kanapie. – Kiedy przyjeżdżasz? Tak? Na przyszły weekend? 
To świetnie. Już się nie mogę doczekać.   

Kiedy odłożyła słuchawkę, w patrzących na nią oczach Dana dostrzegła kpinę, ale jeszcze 

coś innego: niepewność, gniew, tylko skąd? 

– Gdybym wiedział, że twoje miłosne uczucia doznają takiego uszczerbku, pomógłbym ci 

coś z tym zrobić.   

– Tylko że okrutnie byś się rozczarował, bo nie pozwoliłabym ci.   
– Nie jestem tego taki pewny.   
– Twoje opinie nie mają dla mnie żadnego znaczenia  – fuknęła i wyszła z pokoju. Dan 

był wyraźnie podenerwowany. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie pokłócił się z Marthą, i 
ta myśl w dziwny sposób wprawiła ją w lepszy nastrój.   

Dni  następnego  tygodnia  mijały  szybko.  Elizabeth  spędzała  mnóstwo  czasu  z  ojcem  i  z 

radością obserwowała, jak odzyskuje siły. Policzki nabrały zdrowych rumieńców, przytył też 
nieco, a dobry humor nie odstępował  go nawet  wtedy, gdy doktor Johnson kazał mu rzucić 
palenie  fajki.  Do  tak  szybkiej  rekonwalescencji  Franka  przyczyniły  się  z  pewnością  piesze 
wędrówki, które urządzali sobie we dwoje, choć często Frank po jakimś czasie zawracał do 
domu,  a  Elizabeth  włóczyła  się  jeszcze  przez  jakiś  czas  sama  po  okolicy.  Pogoda  uległa 
całkowitej  zmianie  podczas  ostatnich  tygodni.  Dni  stawały  się  coraz  cieplejsze  i  nawet  w 

background image

nocy  temperatura  nie  opadała  zbyt  mocno.  Słońce  coraz  częściej  przedostawało  się  przez 
chmury  i  choć pęki  na drzewach nie zdążyły się  jeszcze otworzyć na powitanie wiosny, na 
gałęziach  wiły  już  gniazda  pierwsze  ptaki,  które  wróciły  z  dalekich  podróży  do  ciepłych 
krajów.  Wkrótce  i  ona  miała  wracać  do  Toronto,  do  swojej  pracy  i  Stephena.  Elizabeth 
postanowiła  poważnie  zastanowić  się  nad  swoją  przyszłością  i  jakoś  uporządkować  sobie 
życie.  Wakacje  w  domu  były  tylko  przerwą  na  oddech  i  podjęcie  decyzji;  i  choć  zostały 
przedłużone z powodu choroby ojca, nadszedł czas, by postanowić, co robić dalej. Musi się 
zdecydować, czy dalsze swe życie wieść przy boku Stephena, czy też sama.   

Jakoś tak się stało, że jej myśli o przyszłości nabrały ostatnio głębszego sensu i wagi. We 

wcześniejszym etapie dorosłego życia żyła trochę z dnia na dzień, ale nadszedł czas decyzji, 
tylko  jakiej?  Ciągle  łudziła  się  nadzieją,  że  to  samo  życie  przyniesie  rozwiązanie,  które 
ustrzeże ją przed złym wyborem. Może jutrzejsze spotkanie ze Stephenem pomoże jej? 

W sobotę rano obudziła się pełna werwy i radości. Ubrawszy się, zbiegła na dół.   
– Dzień dobry, tatku – powiedziała całując go w czoło. – Jak ci się spało? 
Frank  poklepał  ją  po  dłoni.  –  Sądząc  z  twojego  nastroju,  nie  tak  jak  tobie,  ale  jakoś  się 

trzymam.   

Przez cały czas rozmowy z ojcem, Dan przyglądał jej się bez słowa.   
– Dzień dobry, Dan. Mam nadzieję, że dobrze spałeś – powiedziała i natychmiast ugryzła 

się  w  język,  widząc,  że  Dan  ma  podkrążone  oczy  i  zmarszczkę  na  czole.  –  Dan?  Okropnie 
wyglądasz. Co się stało? – spytała ze szczerym zatroskaniem.   

Dan odłożył filiżankę kawy na stół i dopiero potem odpowiedział chłodnym głosem: 
– Nic mi nie jest. Może tylko ostatnio zbyt wiele pracowałem. A ty wydajesz się dziś cała 

w  skowronkach.  Co  wcale  nie  znaczy,  że  kiedykolwiek  zauważyłem  u  ciebie  napady  złego 
humoru – powiedział zaczepnie.   

Ale Elizabeth nie miała najmniejszej ochoty wdawać się z nim w kolejną walkę na słowa, 

tym bardziej że wyraźnie Dan wstał dziś lewą nogą i miał ochotę na kimś to sobie odbić.   

Pod wpływem jakiegoś przewrotnego impulsu podeszła nagle do niego od tyłu, objęła go 

leciutko i żartobliwie pociągnęła za ucho.   

– Powinieneś więcej sypiać, bo stajesz się nieprzyzwoicie zrzędliwy.   
Dan odwrócił się do niej szybko, ale Elizabeth odskoczyła do tyłu. Twarz Dana pobielała 

z  wściekłości,  a  po  ruchu  zaciskających  się  dłoni  widać  było,  że  stara  się  za  wszelką  cenę 
zapanować  nad  sobą.  Elizabeth  przesławszy  mu  uroczy  uśmiech,  odwróciła  się  do  ojca  i  z 
ulgą zauważyła, że pochłonięty pałaszowaniem pysznego śniadania nie dostrzegł ich spięcia. 
Dan powoli opuścił głowę i w milczeniu kończył śniadanie.   

– Aha, tato. Pamiętasz, że wieczorem przyjeżdża Stephen? 
– Mhm – mruknął ojciec, natomiast Dan rzucił na nią szybkie spojrzenie, ale nie odezwał 

się.   

Dopiero kiedy zostali sami, by pozmywać, wrócił do rozmowy przy stole.   
– To dlatego aż kipisz od szczęścia. Bo kochaneczek przyjeżdża w odwiedziny, czy tak? 

Zupełnie  zapomniałem.  –  Przez  chwilę  stał  zamyślony,  a  potem  zwrócił  się  do  niej  już 
zupełnie  innym  tonem.  –  Wiesz,  odnoszę  wrażenie,  jakby  twój  ojciec  nic  nie  wiedział  o 

background image

twoich zaręczynach. A przy okazji, uważasz, że to rozważny krok, Lizzie? 

–  Niech  cię  nie  obchodzą  moje  osobiste  sprawy,  z  łaski  swojej.  –  Elizabeth  odparła 

sztywno i wyszła z kuchni nie chcąc zastanawiać się nad krytycznym wyrazem twarzy Dana. 
A przecież tak naprawdę nie była jeszcze zaręczona, ale Dan nie miał o tym pojęcia, a ona 
była  ostatnią  osobą,  która  by  mu  to  powiedziała.  Na  wspomnienie  zaręczyn  straciła  dobry 
humor.  Jeżeli  bowiem  Stephen  wróci  do  tego  tematu,  będzie  musiała  dać  mu  odpowiedź,  a 
następnie  powiadomić  o  swojej  decyzji  ojca,  a  tego  bała  się  jak  ognia.  Nietrudno  było 
dostrzec, że Frank i Stephen nie zapałali do siebie wielką sympatią już podczas pierwszego 
spotkania.  Istniało  jednak  duże  prawdopodobieństwo,  że  z  czasem  mimo  niezgodności  w 
wielu  opiniach  ich  wzajemne  relacje  jakoś  się  ułożą.  Miała  na  to  wielką  nadzieję,  gdyż  na 
niczym jej tak nie zależało, jak na tym, aby jej przyszły mąż zaprzyjaźnił się z jej ojcem. Za 
nic nie zaakceptowałaby sytuacji, w której musiałaby się go wyrzec.   

– Niech pana szlag trafi, panie Murdoch – wymamrotała do siebie z gniewem. Obudziła 

się taka szczęśliwa, a teraz rozmowa z Danem napełniła ją starymi wątpliwościami. Z drugiej 
jednak strony, zapominanie o nich nie znaczyło, że w ogóle nie istniały... No ale trudno, jakoś 
sobie z tym wszystkim musi poradzić, a poza tym po co się martwić na zapas.   

Stephen  przyjechał  o  dziewiątej,  gdy  Elizabeth  nakarmiła  już  domowników  i  obaj 

pojechali  na  pokera  do  doktora  Johnsona.  Elizabeth  podejrzewała,  że  zrobili  tak,  by  nie 
krępować jej i Stephena swoją obecnością. Gdy zatem zastukał do drzwi, była już przebrana i 
zupełnie rozluźniona. Na powitanie objął ją, a potem trzymając na odległość wyciągniętych 
rąk, taksował ją z zachwytem wzrokiem.   

– Ależ jesteś ładna. Widać to powietrze wiejskie służy ci lepiej niż mnie.   
Usiedli przy kominku, na którym nadal się paliło, choć nie tyle z powodu zimna, co raczej 

wilgoci wiosennego powietrza, i przy butelce czerwonego wina opowiadali sobie wydarzenia 
z  ostatnich  tygodni  spędzonych  z  dala  od  siebie.  Potem  rozmowa  w  sposób  nieunikniony 
zeszła na tematy zawodowe.   

– Mamy nową dziennikarkę – powiedział Stephen. – Pochodzi z Vancouver i zajmuje się 

mniej więcej tym samym, co ty. Teraz pracuje nad cyklem artykułów pod wspólnym tytułem 
„Kobiety w polityce”.   

Stephen  opowiadał  jeszcze  dalej,  ale  Elizabeth  odkryła  ze  zdumieniem,  że  sprawy 

zawodowe  zupełnie  jej  nie  wciągały.  Wydawały  się  takie  odległe  od  jej  życia.  Stephen 
wkrótce zauważył, że ją nudzi.   

– Ale, ale. Ja ciągle mówię, a jeszcze nie usłyszałem, co ty tu robiłaś.   
– Przeróżne rzeczy – odparła Elizabeth. – Poznałam nowych ludzi, trochę pomagałam w 

gazecie ojca, ale głównie zajmowałam się nim samym.   

Zaczęła mu opowiadać o ich wspólnych spacerach, o rozkwitającej wiośnie, ale teraz ona 

zauważyła, że Stephen ma coraz bardziej nieobecny wzrok. Wstała.   

– Musisz być bardzo zmęczony i pewnie głodny. W lodówce jest trochę kurczaka, zaraz 

zrobię też kawę. Chodźmy do kuchni.   

background image

 

Frank  i  Dan  wrócili  o  wpół  do  dwunastej.  Przywitali  się  ze  Stephenem,  a  potem  przy 

kawie  rozmawiali  jeszcze  przez  chwilę,  aż  Frank  poczuł  się  zmęczony  i  zaproponował 
wczesne pójście spać.   

Sobotni  poranek  był  zimny  i  ponury.  Przed  przyjazdem  Stephena  Elizabeth  miała 

nadzieję, że wyciągnie go na wiosenny spacer, ale bała się, że może znowu złapać grypę. Tak 
więc postanowili wybrać się do miasta, aby powłóczyć się trochę po sklepach i zjeść lunch w 
jakiejś  dobrej  restauracji.  Nie  jedli  jednak  zbyt  wiele,  bo  czekała  ich  jeszcze  kolacja  u 
Walkerów.   

Po  powrocie  do  domu  pomogli  Frankowi  rozwiązać  jakiś  problem  szachowy  i  gdy 

skończyli, był już czas do wyjścia.   

U Walkerów Elizabeth i Judy zajęły się przygotowaniem kolacji, zostawiając Stephena i 

Jima  w  salonie.  W  jakimś  momencie  Judy  wysłała  Elizabeth  do  pokoju  z  tacą  z  sałatkami. 
Zbliżając  się  do  wejścia  Elizabeth  ze  zdumieniem  skonstatowała,  że  w  środku  panowała 
głucha cisza. Gdy weszła, obaj mężczyźni siedzieli tam, gdzie ich usadowiła Judy, wpatrując 
się w trzymane w dłoniach drinki.   

Na jej widok Jim roześmiał się nieco z przymusem.   
–  Oto  jesteś  świadkiem  konfrontacji  wyznawców  dwóch  filozofii:  życia  w  zaciszu 

domowym i życia traperskiego. Stephen uważa, że zbyt wiele pieniędzy wydajemy na rzeczy 
takie  jak  żaglówka,  czy  sprzęt  narciarski,  ja  zaś  nie  podzielam  jego  poglądu,  że  trzeba 
inwestować w książki mając pod nosem bibliotekę miejską, czy w kolekcję płyt, skoro akurat 
nie przepadamy za muzyką klasyczną.   

Stephen dorzucił coś jeszcze o swoim mieszczuchowstwie, próbując obrócić wszystko w 

żart, mimo to Elizabeth była zażenowana i nieco zła na siebie. Mogła to przecież przewidzieć 
i uprzedzając Stephena o zamiłowaniach Walkerów, prosić go, aby  choć raz zmilczał swoje 
opinie.   

Wieczór  ciągnął  się  jak  guma  arabska  i  chociaż  Walkerowie  starali  się,  jak  mogli,  nie 

udało  im  się znaleźć  punktu  stycznego  z  poglądami  Stephena.  Pożegnanie  z  nimi  Elizabeth 
przyjęła z najwyższą ulgą.   

Pogoda w niedzielę polepszyła się nieco i Elizabeth postanowiła iść jednak na spacer ze 

Stephenem.  Z  ziemi  zaczęły  wystrzeliwać  w  górę  kępki  zielonej  trawy,  wszechobecny 
świergot ptaków świadczył o ich coraz liczniejszym przybyciu. W powietrzu nadal unosiła się 
ciężka  woń  zbutwiałych  liści  i  wilgotnej  gleby,  lecz  coraz  śmielsze  słońce  nie  pozwalało 
wątpić,  że  zima  odeszła  już  bezpowrotnie.  Gdy  wrócili,  zjedli  wystawny  obiad 
przyszykowany przez Elizabeth, potem Stephen spakował się i po wypiciu strzemiennej kawy 
odjechał. Dopiero wtedy Elizabeth uświadomiła sobie, skąd brał się niepokój, który męczył ją 
przez  cały  dzień.  Spodziewała  się,  że  na  spacerze  Stephen  wróci  do  rozmowy  o  ślubie,  co 
zresztą  nie  nastąpiło,  i  teraz  z  kolei  to  zaczęło  ją  zastanawiać.  Jeszcze  kilka  tygodni  temu 
Stephen  bardzo  nalegał  na  jak  najszybsze  małżeństwo,  teraz  zaś  nie  wspomniał  o  nim  ani 

background image

słowa. Czyżby zrobiła coś takiego, co spowodowało zmianę jego nastawienia do niej, czy też 
po  prostu  tak  zwykle  odważny,  tym  razem  wolał  zostawić  sprawy  własnemu  biegowi? 
Jakkolwiek było, Elizabeth czuła się po jego odjeździe zdecydowanie bardziej na luzie.   

Postanowiła  wziąć  kąpiel  i  zdrzemnąć  się  nieco,  gdyż  kiedy  opadło  z  niej  już  całe 

napięcie, poczuła się nagle bardzo znużona. Po dwóch godzinach wstała i zeszła na dół zrobić 
sobie herbatę.   

Ojciec leżał już pewnie w łóżku i jedyne dźwięki rozpraszające ciszę domu dochodziły z 

gabinetu. Włączywszy elektryczny czajnik, postanowiła zaproponować herbatę Danowi, który 
przez cały czas wizyty nie powiedział chyba nawet dwóch słów.   

Zastukała do drzwi i weszła do gabinetu.   
– Dan, robię sobie herbatę. Zrobić ci też? 
Dan odsunął się na krześle i dopiero teraz dostrzegła za nim otwartą walizkę.   
– Pakujesz się? – zdziwiła się, bo nic nie wspominał o żadnej podróży.   
– Owszem. A co, będziesz za mną tęskniła, Lizzie? 
– No... nie o oto chodzi – odparła szybko, żeby nie dostrzegł drżenia w jej głosie. – Tak 

tylko się pytam, bo nic nam nie mówiłeś o wyjeździe.   

– No więc – oznajmił jej gasząc światło i wychodząc za nią – nie wątpię, że ucieszy cię 

wiadomość, że zdecydowałem pomieszkać znowu u siebie.   

Elizabeth zatrzymała się gwałtownie.   
– Ale czemu? – spytała nie odwracając się do niego.   
–  A  czemu  nie?  –  odparł  chłodno.  Stali  teraz  twarzą  w  twarz.  Widząc  w  jej 

przygaszonych oczach, że ta odpowiedź nie zadowala jej, dodał:  – Twój ojciec czuje się już 
znacznie lepiej, a ja mam do ukończenia książkę. Ostatnio niezbyt dobrze mi się pracowało, 
dlatego wolałbym wrócić na własne śmieci i bardziej się skoncentrować.   

Elizabeth poczuła, że ma miękkie kolana. Mimo ich ciągłych konfliktów, nie mogła sobie 

wyobrazić, że nagle go zabraknie. Wpadła w taką panikę, że myślała nawet, czy go nie prosić 
o zmianę decyzji, ale duma nie pozwoliła jej na to.   

–  Oczywiście,  masz  rację.  I  tak  już  bardzo  wiele  zrobiłeś  dla  mojego  ojca.  Jesteśmy  ci 

niezmiernie wdzięczni.   

Dan zbliżył powoli do niej twarz.   
– Lizzie, twój ojciec jest bardzo dobrym człowiekiem i zrobiłbym dla niego wszystko, tak 

więc  mój  pobyt  tutaj  był  czymś  zupełnie  naturalnym,  teraz  jednak  naprawdę  muszę  już 
wracać do siebie.   

Niestety  Elizabeth  nie  zauważyła  miękkości  jego  głosu  i  jakby  łagodnej  prośby  o 

wyrozumiałość.   

– No, oczywiście – wypaliła z zawziętością. – Marteczka musi się czuć bardzo samotnie. 

– Natychmiast zaczęła żałować swojego wybuchu, ale musiała jakoś zagłuszyć uczucie żalu, a 
może  nawet  zemścić  się  na  nim  za  to,  że  uświadomiła  sobie,  że  jego  wyprowadzka  tak  ją 
obchodzi.   

Dan wyprostował się jak po policzku. Następnie wziął walizkę i skierował się do wyjścia.   
– Masz rację. Ale jakoś jej to wynagrodzę – syknął przez ramię. – Z twoim ojcem już się 

background image

pożegnałem.  Zadzwonię  jutro.  Nie  musisz  mnie  odprowadzać.  Znam  drogę.  –  I  już  go  nie 
było.   

Następne  dni  wlokły  się  Elizabeth  niemiłosiernie.  Często  przystawała  na  podeście, 

sprawdzając,  czy  z  gabinetu  nie  słychać  stukotu  maszyny  do  pisania,  lub  serdecznego 
śmiechu  Dana,  gdy  rozmawiał  z  Frankiem.  Nie  próbowała  się  oszukiwać,  że  brakowało  jej 
jego obecności. Wniósł do życia O’Neilów powiew świeżości oraz witalności i teraz ich dom 
wydawał  się  bardziej  ponury.  Również  Frank  rzadziej  miewał  dobry  humor,  w  który  Dan 
potrafił go wprawiać tak łatwo, i Elizabeth zaczęła się o niego niepokoić. Wstawał późnym 
rankiem, a w ciągu dnia snuł się po domu jakby w półśnie; nie miał też już takiej ochoty na 
spacery.   

Wieczory były jeszcze gorsze. Siedzieli w dwójkę w salonie prowadząc rozmowę, którą 

często przerywała długa cisza.   

Dan  telefonował  do  jej  ojca  każdego  dnia.  Praca  nad  książką  szła  mu  znacznie  lepiej  i 

kończył  już  ostatni  rozdział.  Nigdy  jednak  nie  poprosił  do  telefonu  Elizabeth  i  Elizabeth 
wyczuwała z rozpaczą rosnącą między nimi przepaść. Gorsze jeszcze było to, że nie potrafiła 
zrozumieć  swojego  smutku,  przecież  zawsze  o  taką  sytuację  jej  chodziło,  przecież  tyle 
wysiłku  włożyła  w  trzymanie  Dana  na  dystans;  teraz  brakowało  jej  nawet  jego  zaczepek  i 
kpin, których tak nie lubiła.   

W  czwartek  rano  poszła  na  długi  samotny  spacer,  gdyż  ojciec  wymówił  się  złym 

samopoczuciem.  Elizabeth  coraz  częściej  myślała,  że  czas  najwyższy  poprosić  doktora 
Johnsona  o  zbadanie  Franka,  gdyż  jego  stan  zdrowia  wydawał  jej  się  coraz  gorszy. 
Uświadomiwszy  sobie  teraz  to  wszystko  nagle  jej  smutki  okazały  się  drugorzędne. 
Najważniejszą  sprawą  było  zdrowie  ojca  i  musiała  się  koncentrować  przede  wszystkim  na 
nim, a nie na sobie. Ta myśl wyrwała ją ze smutku i postanowiwszy, że jak tylko wróci do 
domu, zatelefonuje do szpitala, zawróciła.   

Gdy weszła, w domu panowała cisza.   
– Tato? – zawołała, ale ojciec nie odpowiadał. Coraz bardziej zaniepokojona pobiegła w 

płaszczu do salonu. Ojciec na wpół leżał w fotelu z głową na poręczy.   

– Tato! – krzyknęła – co się stało!? 
Frank podniósł się niemrawo. Twarz miał trupio bladą i drżały mu usta.   
– Nic takiego, Lizzie – wychrypiał słabym głosem. – Po prostu nie najlepiej się czuję.   
Elizabeth  rzuciła  się  do  telefonu,  dzwoniąc  wpierw  do  doktora,  a  potem  do  Dana.  Ten 

ostatni zaraz się pojawił.   

– Dan! – Elizabeth podbiegła do niego. – Ojciec miał chyba następny atak.   
Dan podszedł do Franka i zaraz wrócił.   
– To nie atak, Lizzie – uspokajał ją. – Po prostu nie wyzdrowiał jeszcze do końca. Może 

to z powodu zmiany pogody? W każdym razie nic mu nie będzie. A teraz skup się. Dzwoniłaś 

do doktora? 

Elizabeth pokiwała głową. Łzy toczyły jej się wolno po policzkach.   
–  Dan.  Boję  się.  Ostatnio  coś  niedobrego  się  z  nim  działo.  Był  zupełnie  nieswój.  Nie 

wiem, dlaczego. – Od nie kontrolowanego szlochu drżało jej całe ciało.   

background image

Dan gładził ją delikatnie po włosach.   
– Ja też. Ale teraz nie czas na mazanie się. Trzeba go położyć do łóżka.   
Gdy położyli Franka do łóżka, zjawił się podenerwowany doktor Johnson.   
– Lizzie. Co się dzieje? Stracił przytomność? 
– Nie. Ale strasznie wygląda i ledwie się rusza.   
– Dobrze, poczekaj tutaj. – I widząc, w jakiej rozpaczy jest Elizabeth, dodał starając się, 

żeby  zabrzmiało  to  lekko.  –  Nie  martw  się,  Lizzie,  zbadam  go  i  oddam  w  twoje  ręce 
tryskającego zdrowiem.   

Za niedługą chwilę Dan, który zaprowadził doktora na górę, wrócił z mniej zafrasowaną 

miną.   

– To nie był atak serca. Doktor siedzi teraz z nim i rozmawia. – Dan zamyślił się. – Nic z 

tego nie rozumiem.   

Elizabeth zrobiła kawę i pijąc ją w milczeniu czekali na doktora.   

Kiedy  zszedł  na  dół,  miał  nieobecny  wyraz  twarzy  i  kiedy  Elizabeth  spytała  go,  co 

wykazało badanie, odpowiedział dopiero po chwili. – To na pewno nie serce – odparł powoli. 
–  Raczej  przygnębienie,  może  trochę  niestrawność.  Ale  nie  dochodzi  już  tak  szybko  do 
zdrowia, jak poprzednio. Jest też w konflikcie: z jednej strony czuje się samotnie, z drugiej 
zaś  uważa,  że  jest  dla  ciebie  zbyt  wielkim  ciężarem.  Naprawdę  nie  wiem,  co  robić.  Może 
gdyby w domu jeszcze ktoś był, miałby mniejsze poczucie winy? 

Dan położył dłoń na jej ręce, jakby chcąc dodać jej otuchy. Domyślał się, co myślała i jak 

się czuła. Wyglądało na to, że jej opieka nad ojcem poniosła kompletne fiasko.   

– Słuchaj, Lizzie – powiedział cicho. – Jeżeli wytrzymałabyś ze mną jeszcze jakiś czas, 

mógłbym na powrót przeprowadzić się do gabinetu. Książka jest już na ukończeniu, a wiesz, 
jak lubię towarzystwo Franka. Jednocześnie – uśmiechnął się półgębkiem – obiecuję schodzić 
ci z drogi.   

W  oczach  Elizabeth  zabłysły  łzy.  Doceniała  szczere  intencje  Dana  i  niczego  tak  bardzo 

nie pragnęła jak jego powrotu. Doskonale rozumiała uczucie pustki u ojca po wyprowadzeniu 
się Dana. Ona czuła to samo.   

–  To  wszystko  załatwione  –  zawołał  doktor  zadowolony  i  Elizabeth  dopiero  teraz 

pomyślała,  że  być  może  specjalnie  tak  pokierował  rozmową,  by  osiągnąć  to,  co  chciał.  – 
Wskoczę jeszcze tylko na górę zakomunikować to twojemu ojcu, Lizzie, i zapiszę mu jakieś 
lekarstwo na wzmocnienie.   

Dan spoglądał na Elizabeth. – Już lepiej? – spytał delikatnie.   

Ocierając łzy, Elizabeth uśmiechnęła się.   
– Tak, dziękuję. Ale nie jestem pewna, czy nie za bardzo cię wykorzystujemy.   
–  Tym  się  zupełnie  nie  martw,  Lizzie  –  mrugnął  do  niej  łobuzersko  –  któregoś  dnia 

odbiorę  to  sobie  z  nawiązką.  –  Elizabeth  uśmiechnęła  się  do  niego.  Dan  zdumiał  się.  –  Co 
jest? Żadnej odpowiedzi na zaczepkę? To chyba rzeczywiście jesteś zmartwiona. No dobra, 
idę po swoje rzeczy. Na razie.   

Następnego ranka, jak tylko Elizabeth wstała, zaniosła ojcu śniadanie do łóżka. Wyglądał 

znacznie lepiej.   

background image

–  Czuję  się  jak  nowo  narodzony.  Cieszę  się,  że  Dan  znowu  u  nas  pobędzie  przez  jakiś 

czas. A ty? 

Elizabeth  udawała,  że  nie  usłyszała  pytania,  bo  nie  wiedziała,  czy  nie  zdradzi  się 

odpowiedzią. – Proszę wszystko zjeść do ostatniej kruszynki, tato. I koniec z opuszczaniem 
posiłków  pod  pretekstem  braku  apetytu.  Rozumiemy  się?  A  więc  smacznego,  a  ja  skoczę 
przygotować ci kąpiel.   

Gdy  Frank  z  rozkoszą  zanurzył  się  w  kąpieli  po  śniadaniu,  Elizabeth  zajęła  się 

zmywaniem  naczyń,  z  przyjemnością  słuchając  miarowego  stukotu  maszyny  do  pisania. 
Następnie  przygotowała  śniadanie  dla  Dana  i  zaniosła  mu  je  do  gabinetu.  Ale  widząc,  że 
pogrążony  w  pracy  nie  zauważył  jej  wejścia,  postawiła  tacę  z  kawą  i  rogalikami  na  stoliku 
przy biurku i wyszła po cichu na palcach.   

Po  sprawdzeniu,  czy  w  domu  wszystko  jest  w  najlepszym  porządku,  wybrała  się  do 

miasta na zakupy. Kingston tętniło życiem. Po ulicach kręcili się studenci z Queen University 
w  swoich  różnobarwnych  strojach,  oznaczających  przynależność  do  różnych  wydziałów, 
sklepikarze prześcigali się w reklamowaniu swojego towaru, a ulica pełna była przechodniów 
w  wiosennych  strojach  i  nastrojach.  Po  zrobieniu  zakupów  do  domu,  Elizabeth  postanowiła 
zrobić  sobie  frajdę  jakimś  nowym  ciuchem.  Skierowała  się  na  Princes  Street,  do  małego 
sklepu,  gdzie  często  chadzała  jako  podlotek.  Po  przedarciu  się  przez  kilkanaście  rzędów 
wieszaków  pełnych  ubrań,  jej  wzrok  padł  na  żakiet  i  spódnicę  z  kremowego  jedwabiu  i 
wiedziała,  że  musi  je  mieć.  Po  przymierzeniu  i  stwierdzeniu,  że  pasowały  na  nią  jak  ulał, 
Elizabeth zapłaciła, złapała paczkę pod pachę i pojechała do domu.   

Frank i Dan siedzieli w saloniku pogrążeni w wesołej rozmowie, towarzyszącej poważnej 

grze w szachy.   

– Cześć – przywitała ich Elizabeth pogodnie. – Przepraszam, że mnie tak długo nie było.   
–  Nic  nie  szkodzi,  kochanie.  Jak  widzisz,  jakoś  staramy  się  zapełnić  wlokący  się  bez 

ciebie czas. – Frank mrugnął wesoło do Dana.   

W  kuchni  Elizabeth  z  lekkim  sercem  zabrała  się  do  przygotowania  kolacji.  Ojciec 

wyglądał  znacznie  lepiej  i  chyba  w  niczyim  towarzystwie  nie  czuł  się  tak  dobrze,  jak  w 
towarzystwie Dana. Postanowiła przygotować coś na specjalną okazję.   

Gdy  po  kilkunastu  minutach  kończyła  przygotowywanie  posiłku,  zajrzała  do  saloniku  i 

zawołała  do  obydwu  mężczyzn.  –  Kolacja  będzie  za  trzy  kwadranse.  Macie  więc  czas  na 
prysznic  i  przebranie  się.  –  Obydwaj  spojrzeli  na  nią  pytającym  wzrokiem,  ale  natychmiast 
znikła.   

Po  kąpieli  Elizabeth  zdecydowała  się  włożyć  nowy  kostium  i  kiedy  spojrzała  do  lustra, 

nie  żałowała.  Kombinacja  kremowego  jedwabiu  z  delikatną  karnacją  jej  ciała  robiła 
niecodzienne  wrażenie  i  jeszcze  bardziej  podkreślała  barwę  jej  miedziano-rudych  włosów. 
Zbiegała ze schodów nieomal tańcząc i wpakowała się wprost na Dana.   

–  Och!  –  wydała  z  siebie  okrzyk.  Dan  chwycił  ją  za  ramiona,  powstrzymując  przed 

upadkiem, a potem przeszywał ją wzrokiem, nie starając się nawet kryć podziwu.   

Elizabeth po raz pierwszy od wielu dni znalazła się tak blisko niego i przyprawiło ją to o 

bicie serca. Bojąc się, że Dan może to zauważyć, delikatnie wydostała się z jego objęć.   

background image

– Muszę jeszcze dokończyć kolację – powiedziała bez tchu i weszła do kuchni.   
Potrawy,  które  przygotowała,  były  pozornie  bardzo  proste,  ale  ich  przygotowanie 

wymagało niemałego kunsztu: papryka nadziewana grzybami, kotleciki z kurczaka, osmażane 
w  bułce  ziemniaki.  Wszystko  to  zaserwowała  na  kryształowych  półmiskach  używanych  od 
wielkiego dzwonu. Zapaliła też świece, a stół nakryła haftowanym obrusem.   

Poprosiła Dana, aby otworzył francuskie białe wino.   
– Czy mamy zgadywać, z jakiej  okazji jest ta uczta, czy też podpowiesz nam?  – spytał 

Frank przebrany w garnitur; patrząc się na niego, trudno było uwierzyć, że jeszcze kilkanaście 
godzin wcześniej wyglądał tak niedobrze.   

– A czy zawsze musi być jakaś okazja? Nie wystarczy dobre towarzystwo? – roześmiała 

się.  –  No  dobrze.  Jak  już  tak  bardzo  chcecie,  żeby  była  jakaś  okazja,  to  świętujemy  twój 
powrót do zdrowia, tato, i – tu zerknęła na Dana – oddajemy hołd mojej sztuce kulinarnej.   

Dan  przez  cały  czas  posiłku  opowiadał  im  przeróżne  historyjki  ze  swoich  spotkań 

autorskich.  Elizabeth  i  Frank  słuchali  z  rozbawieniem  i  zainteresowaniem,  a  mrugające 
światło świec nadawało  całemu posiłkowi jakiejś aury romantyzmu i niecodzienności, która 
wszystkim powoli udzielała się. Gdy skończyli jeść, Frank zwrócił się do Elizabeth: 

– Bardzo ci dziękuję, Lizzie. Ta kolacja podziałała na mnie jak najlepsze lekarstwo.   
– A mnie przyrządzenie jej sprawiło niekłamaną przyjemność, tato. A teraz idźcie sobie 

odpocząć,  a  ja  przygotuję  kawę  i  trochę  uprzątnę  naczynia.  –  To  mówiąc  zaczęła  zanosić 
wszystko do kuchni. Była tak zaabsorbowana tym zajęciem, że nie usłyszała za sobą kroków, 
dlatego słysząc za sobą głos Dana, wzdrygnęła się.   

–  Ja  pozmywam.  Czułbym  się  zrozpaczony,  gdyby  ten  piękny  strój  pobrudził  się.  A  ty 

będziesz wycierała, zgoda? 

– No cóż – odpowiedziała wesoło – to propozycja nie do odrzucenia. No to do pracy.   
– Twój ojciec proponuje, żebyśmy się wybrali do kina. Twierdzi, że odrobina samotności 

mu nie zaszkodzi.   

– Świetna propozycja. Tylko radzę ci uważać, Dan. Tato bardzo lubi narzucać wszystkim 

swoją wolę i czyni to z wdziękiem. Lepiej bądź ostrożny, żebyś nagle nie zauważył, że robisz 
wszystko pod jego rozkaz.   

– O, co to, to nie. Nikt nie jest w stanie mi rozkazywać.   
Kończyli wycierać naczynia, gdy w salonie usłyszeli jakieś głosy, a potem wyraźniejszy 

głos Franka: 

– Możesz iść do nich, są w kuchni.   
Ku ich zdziwieniu do kuchni wkroczyła Martha.   
– No proszę, jaka sielanka – powiedziała.   
–  Dan  zawsze  oferuje  mi  swą  pomoc  –  odpowiedziała  Elizabeth  siląc  się  na  beztroskę, 

choć wizyta Marthy wytrąciła ją z równowagi – więc czasami muszę mu dać szansę.   

–  Cały  Dan  –  wymruczała  Martha.  –  Zawsze  stara  się  wszystkim  pomóc.  –  Podeszła 

powoli do Dana i wspinając się na palce pocałowała go w usta.   

Elizabeth  miała  ochotę  uciec,  ale  stopy  miała  jakby  wmurowane  w  podłogę.  Czuła,  jak 

piecze  ją  kark,  a  na  twarz  wpełza  rumieniec.  Kiedy  Martha  zniżyła  głowę,  Elizabeth  mimo 

background image

woli  rzuciła  okiem  na  twarz  Dana  i  z  wewnętrzną  furią  stwierdziła,  że  ta  sytuacja  go 
doskonale bawi.   

Elizabeth  odwróciła  się  i  zaczęła  gwałtownymi  ruchami  wycierać  ostatnie  naczynia, 

starając  się  udawać,  że  jest  pochłonięta  pracą.  Nie  mogła  jednak  udawać,  że  nie  słyszy 
pieszczotliwego głosu Marthy.   

– Dan – mówiła dziewczyna – czyżbyś zapomniał, jaki to dziś mamy dzień? 
Dan spojrzał na nią zaskoczony.   
– Jak mogłeś, Dan? – Martha wydęła nadąsana wargi. – Przecież dziś są moje urodziny.   
Elizabeth  miała już dość tej rozmowy, czuła się jak intruz. Pod pretekstem,  że musi coś 

zanieść ojcu, wyszła szybko z kuchni  i  by  uniknąć następnej  krępującej  sytuacji, poszła się 
położyć spać.   

Leżała  nie  mogąc  zasnąć.  Usiłowała  przekonać  samą  siebie,  że  nic  ją  relacje  Dana  z 

Marthą  nie  obchodzą,  ale  na  próżno.  Widok  Marthy  całującej  Dana  zabolał  ją  do  żywego. 
Elizabeth  chciała  być  jedyną  kobietą,  którą  Dan  trzymałby  w  ramionach.  Przestała  się  już 
oszukiwać,  że  jest  jej  zupełnie  obojętny.  Tak  samo  jak  tym,  że  kiedykolwiek,  teraz  czy 
przedtem, kochała Stephena. Miłość, którą czuła do Dana Murdocha, była najsilniejszym, ale 
i  najbardziej  raniącym  uczuciem,  jakie  kiedykolwiek  w  swoim  życiu  czuła  w  stosunku  do 
mężczyzny.   

Wtuliła  głowę  w  poduszkę  i  zapłakała  bezgłośnie.  Nieco  później  do  jej  drzwi  zastukał 

ojciec,  mówiąc,  że  Dan  zaprosił  Marthę  gdzieś  na  drinka  i  że  jest  już  sam  na  dole.  Ale 
Elizabeth  nie  miała  ochoty  na  rozmowę  z  kimkolwiek,  nawet  z  ojcem.  Długo  jeszcze 
przewracała  się  z  boku  na  bok,  tak  że  słyszała,  jak  samochód  Dana  zajechał  pod  dom  o 
świcie.   

Kiedy  się  obudziła  następnego  dnia,  było  już  prawie  południe.  Przy  łóżku  stał  ojciec 

trzymając  tacę  ze  śniadaniem.  –  Znudziłem  się  już  czekaniem,  aż  panna  się  obudzi,  i 
doszedłem do wniosku, że tym razem ja ci mogę przynieść śniadanie do łóżka – powiedział 
serdecznie. Natychmiast zauważył, że ma podkrążone oczy i zmęczoną, zszarzałą twarz, ale 
udał,  że  nic  nie  zauważa,  pytając  tylko  mimochodem:  –  A  może  byś  została  dziś  w  łóżku? 
Ostatnio miałaś tyle na głowie.   

– Nic mi nie jest, tato – odparła i przestraszywszy się nagle, że ojciec może domyślić się 

prawdziwej  przyczyny  bezsenności,  dodała  z  wymuszonym  uśmiechem  –  nie  martw  się, 
twarda ze mnie sztuka.   

Wyczuwając,  że  z  jakiejś  przyczyny  jego  córka  nie  chce  mu  się  zwierzyć,  pogłaskał  ją 

tylko po głowie i odparł: 

– Nie jesteś wcale taka twarda, jak ci się wydaje, Lizzie. Jesteś romantyczką, tak samo jak 

ja, więc skończ z tym oszukiwaniem samej siebie.   

Po  wyjściu  ojca  Elizabeth  leżała  jeszcze  przez  chwilę,  potem  zjadła  śniadanie  i 

zdecydowała  się  wstać  i  doprowadzić  do  porządku.  Za  żadną  cenę  Dan  nie  może  się 
domyślić, że jest w nim zakochana. Nie da mu tej satysfakcji. Nie po tym, jak przez cały czas 
bawił się nią, traktował jak zabawkę dla zabicia czasu. Wiedziała doskonale, że bardzo mu się 
podoba fizycznie,  ale Elizabeth  chciała  czegoś  więcej,  a on nie miał  ochoty niczego  więcej 

background image

dawać.   

Kiedy  spotkała  Dana  na  dole,  uśmiechnęła  się  uprzejmie,  jak  gdyby  to,  co  działo  się 

wczoraj  w  kuchni,  było  dla  niej  zupełnie  nieistotne,  i  poszła  wprost  do  kuchni,  mając 
nadzieję, że nie pójdzie za nią. I rzeczywiście, za chwilę usłyszała jego oddalające się kroki i 
trzask zamykanych drzwi do gabinetu.   

Po południu Elizabeth wybrała się na spacer, po którym zrobiła lekką kolację dla siebie i 

ojca.  Dan  wyszedł  gdzieś  wcześniej  mówiąc,  że  wróci  późno.  Elizabeth  poczuła  ulgę,  gdy 
wyszedł.  Przez  cały  czas  starała  się  go  unikać,  ale  stale  czuła  na  sobie  jego  baczny  wzrok. 
Jednakże choćby nie wiadomo jak ją świdrował  wzrokiem, Elizabeth nigdy nie pozwoli mu 
dowiedzieć się o stanie jej uczuć. Trzymała go na dystans uprzejmością, jaką stosuje się do 
zupełnie  nowo  poznanych  osób,  uśmiechała  się  grzecznie,  gdy  do  niej  zagadywał,  ale  z 
zielonych oczu wiało chłodem.   

Po kolacji wpadł doktor Johnson, by wyciągnąć Franka na przejażdżkę.   
–  Nie  czekaj  na  swojego  drogiego  ojca,  Lizzie,  bo  mam  ochotę  skusić  go  na  pokera  u 

Dougala.   

Elizabeth pomachała im na pożegnanie i włączyła telewizor. Za kilka minut miał być film 

Casablanca, który Elizabeth widziała już setki razy i znała niemalże na pamięć, ale mimo to 
zawsze płakała na końcu. Położyła się wygodnie na poduszkach i zaczęła chrupać orzeszki. 
Oglądając  film  rozkoszowała się każdą sceną, aż wreszcie nieuchronnie  pod koniec zaczęła 
pociągać nosem, a z oczu toczyły się łzy. W tym właśnie momencie do pokoju weszli Dan i 
Martha, ale Elizabeth była zbyt pochłonięta oglądaniem, by to dostrzec.   

– Hej, mała – powiedział Dan siadając przy niej. – Co się dzieje? 
Elizabeth drgnęła przestraszona, ale zaraz opanowała się i otarła twarz.   
– A co się ma dziać? Nic. Po prostu zawsze ryczę przy tym filmie.   
Dan popatrzył na nią czule, ocierając palcem nie zauważoną przez nią łzę.   
– Ty głuptasie.   
Martha stała za nim i cała sytuacja zdecydowanie nie podobała jej się.   
– Jakie to wzruszające – powiedziała z sarkazmem w głosie.   
Elizabeth  zupełnie  nie  wiedziała,  co  robić.  Najchętniej  pobiegłaby  do  siebie  do  pokoju, 

ale nie miała ochoty dawać satysfakcji dziewczynie Dana, a poza tym leżała, a Dan siedział w 
nogach kanapy i miała uwięzione nogi.   

–  Oczywiście,  że  wzruszające  –  powiedział  Dan  i  dotknął  dłoni  Elizabeth,  która 

pomyślała, że musi natychmiast zmienić temat rozmowy.   

– Jak się udał wieczór? 
– Wspaniale – odparła Martha z entuzjazmem. – Wpierw pomagałam Danowi w korekcie, 

a potem wziął mnie do takiego ślicznego baru... jakże on się nazywał... ? – Zamyśliła się, ale 
Elizabeth i tak już domyśliła się, o jaki lokal chodziło. – Mam! – pstryknęła palcami Martha. 
– Nazywa się Vineyard. – W pokoju zapanowała nagle napięta cisza. Zdumiona tym Martha 
przyglądała  się  przez  chwilę  to  Danowi,  to  Elizabeth.  Elizabeth  uśmiechnęła  się  z 
przymusem.   

–  To  rzeczywiście  świetnie.  –  Wykorzystując  chwilowe  zmieszanie  Dana,  Elizabeth 

background image

szybko wyciągnęła nogi spod koca i mówiąc im dobranoc, wyszła z pokoju.   

Najwyższy czas, żeby wracać do Toronto, myślała w gniewie Elizabeth ścieląc łóżko, nie 

mogę  ciągle  żyć  w  takim  stresie.  Ojciec  czuł  się  już  lepiej  i  na  pewno  bez  większych 
problemów będzie mógł zadbać o siebie, a poza tym miał  przecież pod  ręką Dana, którego 
traktował jak syna.   

Pomyślała,  że  taki  stosunek  do  Dana  jest  nieco  denerwujący,  zważywszy  cierpienie,  o 

jakie Dan ją przyprawiał. Ale przecież ojciec nie mógł o tym wiedzieć. I na pewno mu o tym 
nie  powie,  gdyż  nie  ma  prawa  burzyć  ich  przyjaźni.  Zresztą,  ile  w  tym  winy  Dana,  że 
zakochała  się  w  nim?  Nie  robił  w  tym  kierunku  nic,  przeciwnie:  jeżeli  nie  dokuczał  jej,  to 
ledwie ją zauważał lub traktował po bratersku.   

Prawie nigdy nie traktował jej poważnie, nigdy nawet nie rozmawiali z sobą na poważne 

tematy.  Ze  Stephenem  było  inaczej.  W  myśli  stanęła  jej  jego  twarz.  Ach,  Stephen,  a  co  ja 
mam robić z tobą? Wyrzuciła go ze swojego życia jak stare kalosze. To porównanie nie tyle 
krzywdziło jego, co ją. Tyle w jej postępowaniu było bezduszności, braku lojalności i stałości. 
Wiedziała  przy  tym,  że  Stephen  nadal  drogi  był  jej  sercu  i  zawsze  tak  będzie,  ale  to  nie  to 
samo, co miłość. Czekało ją nielekkie zadanie ułożenia wszystkiego na nowo, ale trudno. Im 
wcześniej zacznie, tym lepiej. Następnego dnia oznajmi ojcu o wyjeździe.   

Okazja nadarzyła się w czasie spaceru. Ojciec mówił jej o spotkaniu z Dougalem.   
– Mikę nie ma żadnych kłopotów z prowadzeniem gazety i to przyspieszyło moją myśl o 

pójściu na emeryturę. Mikę pewnie też  za niedługo pójdzie V moje ślady, ale to dopiero za 
kilka  lat.  Nie  chciałem  się  przyznawać,  nawet  sam  przed  sobą,  ale  już  od  pewnego  czasu 
gonię resztkami sił, a poranne wstawanie stało się prawdziwą udręką.  – Przerwał na chwilę 
dla zaczerpnięcia oddechu. – Oczywiście nadal będę kontrolował sytuację w gazecie, choćby 
przez uczestnictwo w kolegium redakcyjnym, chciałbym też od czasu do czasu napisać jakiś 
wstępniak...  –  zawiesił  głos.  –  Ale  tak  naprawdę,  Lizzie,  to  zawsze  miałem  nadzieję,  że 
któregoś  dnia  to  ty  przejmiesz  gazetę.  –  Przez  chwilę  czekał  na  odpowiedź,  ale  nie 
doczekawszy się jej ciągnął dalej: – Wiem oczywiście, że masz swoje własne życie i byłbym 
egoistą, gdybym chciał cię zatrzymywać tu na siłę, gdy masz perspektywę wielkiej kariery w 
Toronto,  ale  mimo  to,  chcę,  żebyś  o  tym  wiedziała.  W  życiu  dzieją  się  różne  rzeczy  i  być 
może któregoś dnia będziesz chciała na stałe osiąść w Kingston.   

– Tato...  – zaczęła Elizabeth.  Frank odwrócił do niej głowę. Wiedział, co usłyszy.  Znał 

swoją córkę lepiej, niż zdawała sobie z tego sprawę. – Tato, dziękuję, że mi to powiedziałeś i 
że zostawiłeś mi otwartą furtkę, to znaczy, że gdybym nie zdecydowała się teraz, to zawsze 
będę to mogła zrobić później. Na razie bowiem koniecznie chcę wracać do Toronto. Czujesz 
się już lepiej, a jakby co, to Dan mieszka o kilka kroków, a doktor Johnson na pewno załatwi 
ci jakąś pielęgniarkę. A ja... ja naprawdę chcę... muszę wracać do Toronto, nie zrozum mnie 
źle...   

–  Ależ  oczywiście,  kochanie  –  Frank  objął  ją  –  jasne,  że  nie.  I  tak  już  za  długo  cię  tu 

trzymałem.  –  Przerwał.  –  Jest  jeszcze  coś,  co  chciałem  ci  powiedzieć.  Opuścił  wzrok.  – 
Pamiętasz nawrót mojej choroby. Otóż, właściwie to nie była choroba ciała, co raczej ducha. 
Widzisz,  zauważyłem,  że  zaczynasz  się  coraz  bardziej  nudzić,  że  coraz  częściej  myślisz  o 

background image

wyjeździe. Pomyślałem sobie więc, że może mógłbym cię jakoś zatrzymać... Przepraszam, to 
trochę  taki  gest  rozpaczy  starego,  stęsknionego  człowieka...  –  Nagle  uśmiechnął  się 
niespodziewanie i powiedział ożywionym głosem. – Tak więc, jak widzisz, nie musisz mieć 
najmniejszego poczucia winy. Czuję się świetnie i dam sobie doskonale radę sam. Mogę to 
przyrzec, pod warunkiem jednakże, że z kolei ty przyrzekniesz odwiedzać mnie regularnie.   

– Och, tatku – Elizabeth rzuciła mu się na szyję. – Oczywiście, jże obiecuję i... i tak cię 

kocham.   

–  Ja  też  cię  bardzo  kocham,  córeczko.  Żałuję  tylko,  że  nie  mogę  ci  już  pomagać  jak 

dawniej.   

–  Ależ,  tato.  Tyle  mi  pomogłeś  w  życiu.  A  najważniejsze,  co  teraz  możesz  dla  mnie 

zrobić, to być zdrowym i szczęśliwym.   

–  Tego  samego  chcę  dla  ciebie,  Lizzie  –  powiedział  i  uniósł  jej  brodę  do  góry, 

przyglądając jej się uważnie. – A tak przy okazji, czy jesteś zdrowa i szczęśliwa? 

Oczy zaświeciły jej się, ale wytrzymała jego wzrok. – Na jedno z tych pytań odpowiedź 

brzmi tak. – Udało jej się roześmiać.   

– To w takim razie trzeba coś zrobić, żeby podobnie brzmiała również na drugie pytanie. 

– Ojciec zawtórował jej śmiechem i zawrócili do domu.   

Wieczorem zadzwoniła do Teda Wilsona i oznajmiła mu, że wraca do pracy. Ted odparł, 

że może zacząć od poniedziałku, by mieć jeszcze czas na zaaklimatyzowanie się w Toronto. 
Dzwoniła  też  kilka  razy  do  Stephena,  ale  nikt  nie  odpowiadał.  Wreszcie  pożegnała  się 
telefonicznie z Walkerami, zapraszając ich w odwiedziny do Toronto.   

Spakowała swoje rzeczy i nie mając ochoty spotykać się z Danem, postanowiła położyć 

się wcześnie spać.   

Rano  wstała  najwcześniej  ze  wszystkich,  tak  więc  po  wpakowaniu  rzeczy  do  bagażnika 

auta zrobiła pobudkę. Śniadanie zjedli w milczeniu, właściwie nikt z nich nie wiedział, jak się 
zachować, dlatego też przybrali maskę chłodu i rezerwy, tylko w ich oczach widać było, co 
naprawdę  czują.  U  mężczyzn  można  było  dostrzec  mieszankę  żalu  i  niepokoju  jej  daleką 
podróżą, zaś Elizabeth była bliska łez. Oto za chwilę miała rozstać się z najważniejszymi w 
jej życiu osobami. Ale nie mam wyboru, przekonywała się w duchu.   

Ciszy nie wytrzymał jednak Dan. – A więc opuszczasz nas, Lizzie.   
–  Muszę.  Mam  jednak  pracę,  a  przynajmniej,  jak  wyjeżdżałam  z  Toronto,  to  miałam  – 

odparła  siląc  się  na  beztroskę.  I  na  wszelki  wypadek  zaraz  zwróciła  się  do  ojca,  żeby 
rozmowa nie rozkleiła jej. – A ty dbaj o siebie, drogi panie, bo przyjadę i wezmę się za ciebie. 
– Potem wstała szybko od stołu.   

Pożegnanie było krótkie i już za chwilę wjeżdżała na autostradę do Toronto. Kiedy ostatni 

raz jechała tędy, przed kilkoma tygodniami, padał śnieg. Na wspomnienie tamtego wieczora, 
Elizabeth  poczuła,  że  ściska  jej  się  serce,  wkrótce  jednak  opanowała  się  i  z  radością 
obserwowała mijający za oknami krajobraz, pokryte nową zielenią drzewa i krzewy, pierwsze 
kwiaty na łąkach.   

W  kilka  godzin  później  ruch  na  drodze  zwiększył  się,  Elizabeth  zbliżała  się  do 

przedmieść Toronto. Zjechała z autostrady na drogę biegnącą obok jeziora Ontario i za kilka 

background image

chwil była już u siebie.   

Mieszkała  na  najwyższym  piętrze  domu  zbudowanego  w  stylu  Tudorów  w  dzielnicy, 

którą wybrała ze względu na jej odmienny, nieco staroświecki charakter.   

Wypakowała  samochód  i  zaniosła  rzeczy  do  siebie.  Na  widok  swojego  przytulnego, 

urządzonego ze smakiem mieszkania, natychmiast poczuła się lepiej.   

Po rozpakowaniu rzeczy, wzięła prysznic i przebrała się. Zrobiła sobie kawę oraz omlet i 

zabrała się za przeglądanie nagromadzonej poczty.   

Kładąc  się  spać,  czuła  się  zmęczona  i  samotna.  Zastanawiała  się,  czy  nie  zadzwonić  do 

Stephena, ale nie miała sił na rozmowę. Obiecując sobie, że zrobi to zaraz po przebudzeniu, 
szybko zapadła w sen.   

Rankiem  czuła  się  już  bardziej  sobą,  dawną  Elizabeth.  Świadomość,  że  już  za  niedługo 

rzuci się w wir pracy, uśmierzyła jej smutek i poczucie osamotnienia. Po śniadaniu nakręciła 
numer Stephena.   

– Stephen? Cześć. Zgadnij, kto mówi? 
– Elizabeth? Skąd dzwonisz? Z Toronto? 
–  Aha.  Wróciłam  wczoraj  wieczorem.  –  Rozmawiali  jeszcze  przez  jakiś  czas,  ale  ich 

rozmowa  była  wymuszona.  W  końcu  Stephen  zaproponował  lunch  w  klubie  dziennikarzy. 
Elizabeth włożyła żółtą bawełnianą bluzkę oraz marszczoną spódnicę w zielone i żółte kwiaty 
i  pojechała  na  spotkanie  ze  Stephenem.  Przyszedł  jak  zwykle  punktualnie.  Pocałował  ją 
krótko w policzek i usiadł. Zjedli lekki lunch, jakoś żadne z nich nie miało apetytu. Przez cały 
czas  rozmowy  nie  schodzili  na  tematy  osobiste.  Elizabeth  wyczuwała  podenerwowanie 
Stephena. Wreszcie zapadła między nimi krępująca cisza.   

–  Chodźmy  stąd  –  zaproponował  Stephen.  Wyszli  na  skąpaną  w  słońcu  ulicę  i  jako  że 

Stephen nie musiał jeszcze wracać do pracy – ruszyli w dół ulicy wolnym krokiem. Trzymali 
się za ręce, i każdy na ich widok musiałby dojść do wniosku, że stanowią dobraną parę. Nikt 
jednak nie zauważał, że milczą pogrążeni głęboko w myślach. Skręcili do parku i usiedli na 
ocienionej  ławce.  A  potem,  w  tym  samym  momencie,  popatrzyli  na  siebie  w  milczącym 
porozumieniu. Stephen pierwszy przerwał ciszę.   

– Nic by z tego nie wyszło – powiedział bez emocji.   
– Wiem, Stephen – odparła Elizabeth.   
Siedzieli  dalej  w  milczeniu,  ale  zniknęło  gdzieś  ich  poprzednie  napięcie.  Szczerość  i 

wzajemny  szacunek  sprawiły,  że  narodziła  się  między  nimi  nowa  więź,  bliższa  jednak 
przyjaźni niż miłości.   

Kiedy  rozstawali  się  pod  redakcją,  Elizabeth  czuła  dla  niego  ogromną  sympatię  i 

wiedziała, że zawsze będą przyjaciółmi.   

W  poniedziałek  rano  Elizabeth  wstała  wcześnie,  podekscytowana  perspektywą  powrotu 

do redakcji. Współpracownicy przywitali ją bardzo ciepło, a Ted Wilson kazał jej wziąć sobie 
kawę i wpaść do niego na pogawędkę.   

Ted  w  skrócie  opowiedział  jej,  co  ciekawego  wydarzyło  się  w  redakcji  podczas  jej 

nieobecności, i przydzielił jej temat na artykuł.   

Dni mijały teraz dla Elizabeth jak z bicza trząsł. Teraz dopiero zauważyła, czym była dla 

background image

niej  praca  i  ile  jej  dawała  poczucia  bezpieczeństwa  i  godności.  Była  tak  przepojona 
entuzjazmem, miała tak świeże spojrzenie, że napisała kilka wystrzałowych artykułów, chyba 
najlepszych w swojej dotychczasowej karierze.   

Jednakże  jej  entuzjazm  znikał,  gdy  wracała  wieczorami  do  domu.  Mieszkanie  już  nie 

wydawało jej się tak przytulne, nie miała ochoty na spotkania towarzyskie, a do Stephena nie 
chciała  dzwonić,  by  go  nie  krępować.  Tak  więc  w  rezultacie  kolacje  zjadała  samotnie  przy 
kuchennym  stole,  nie  mając  nawet  ochoty  na  celebrowanie  posiłków,  tak  jak  robiła  to 
dawniej.   

background image

 

W czwartek po południu szef poprosił ją do siebie.   
– W piątek wieczór jest przyjęcie, na którym masz się pojawić.  – Powiedział. – Będzie 

wiele znanych osób i twoim zadaniem będzie złowienie którejś z nich i zrobienie wywiadu. 

Przyjęcie odbywało się z okazji corocznych spotkań wydawców, jak i ukazania się kilku 

nowych, przebojowych książek na rynku. Elizabeth umówiła się z fotografem, że wpadnie po 
nią taksówką, i pojechała do domu poszukać czegoś specjalnego na taką okazję w szafie. Jej 
wybór padł na czerwoną aksamitną suknię.   

Zgodnie z umową o siódmej trzydzieści przyjechał po nią fotograf i już razem pojechali 

do portu, gdyż przyjęcie miało odbywać się na statku.   

Fotograf, Len Anderson, był miłym chłopakiem i świetnym, a co najważniejsze szybkim 

specjalistą i ilekroć Elizabeth potrzebowała fotografa, zawsze prosiła o niego.   

Gdy wtopili się w tłum, Elizabeth pociągnęła Lena za rękaw.   
–  Porozglądaj  się  trochę.  A  nuż  nawinie  ci  się  ktoś  ciekawy.  Muszę  dołapać  jakąś 

naprawdę wielką fiszę.   

–  Co  byś  powiedziała  na  tamtą  babę?  To  chyba  Jackie  Onassis?  –  Wskazał  na  niską, 

przysadzistą kobietę w ciemnych okularach.   

– Ooo, na pewno – roześmiała się Elizabeth. – – W każdym razie sfotografuj ją, a później 

wymyślimy dla niej jakieś sławne nazwisko.   

Postanowili  rozłączyć  się  na  jakiś  czas,  by  sprawniej  przeczesać  tłum  ludzi.  Elizabeth 

przeczytała  program  przyjęcia.  Po  oficjalnych  przemówieniach  przedstawicieli  wydawnictw 
ich  delegacja  miała  podarować  dwie  wybrane  książki  burmistrzowi  miasta.  Elizabeth 
pomyślała,  że  w  najgorszym  wypadku  zrobi  z  nim  wywiad  i  poprosi  go  o  opinię  na  temat 
książek, albo cenzury, czy czegoś tam jeszcze.   

Len dołączył do niej podając jej drinka. Przed mównicą zaczęło się zbierać coraz więcej 

gości i Elizabeth wyciągnęła z torebki notatnik oraz długopis, a następnie, gdy poszczególni 
mówcy  wygłaszali  swoje  mowy,  robiła  krótkie  notatki.  Po  części  oficjalnej  poproszono 
wszystkich  do  bufetu.  Len  wykorzystał  fakt,  że  bar  nie  był  jeszcze  oblężony  i  poszedł  po 
kolejne drinki. Gdy wrócił, powiedział szybko: 

– Chodź, Elizabeth! Chyba trafia nam się niezła gratka. – Jednocześnie ciągnął ją za sobą 

w stronę jadalni.   

Gdy Elizabeth zobaczyła, do kogo ją prowadzi i kogo oblegają największe tłumy, jej oczy 

zaokrągliły  się  ze  zdumienia.  Jednocześnie  zrozumiała,  dlaczego  tak  mało  dziennikarzy 
widziała na pokładzie podczas przemówień. Nagle wpatrzyła się w nią para niebieskich oczu. 
Tym  kimś  okazał  się  Dan  Murdoch,  znany  lepiej  pod  pseudonimem  pisarskim  jako  Mark 
Dane.  Oblegały  go  istne  tłumy  dziennikarzy,  a  szczególnie  dziennikarek  i  mimo,  że 
zasypywany był pytaniami, na każde z nich odpowiadał ze spokojem i urokiem.   

Chociaż  miał  na  sobie  tylko  letni  garnitur,  wśród  tego  tłumu  wyglądał  jak  jakiś 

egzotyczny  książę.  Czarne  włosy  rozwiewał  mu  wiatr,  a  w  opalonej  twarzy  co  chwila 

background image

błyskały żywe oczy, raz humorem, raz gniewem, a raz sympatią.   

Wygląda  wspaniale,  pomyślała  Elizabeth  i  zauważyła,  że  jej  opinię  podzielają  jej 

koleżanki po fachu, z których każda by chyba zemdlała, gdyby uczynił jej jakieś awanse.   

Len pociągnął ją zniecierpliwiony za rękaw.   
–  Chodźmy  bliżej,  zobaczymy,  co  się  dzieje.  Właśnie  kiedy  podchodzili,  jednej  z 

dziennikarek udało się wreszcie dorwać do głosu i przekrzykując innych spytała: 

– A można wiedzieć, kto jest teraz pańską kobietą życia? 
Elizabeth  właśnie  pomyślała,  że  już  głupszego  pytania  nie  można  wymyślić,  kiedy 

zauważyła  wokół  siebie  jakiś  ruch.  Tłum  dziennikarzy  rozstępował  się  robiąc  miejsce 
Danowi, który podszedł do Elizabeth i objął ją ramieniem.   

– Pozwólcie sobie państwo przedstawić kobietę mojego życia, śnieżną pannę.   
Zaczęły błyskać flesze aparatów, a Elizabeth jak otępiała stała w tłumie krzyczących coś 

do niej dziennikarzy. Usłyszała, jak jej nazwisko podawane jest z ust do ust.   

–  Wyglądasz  w  tej  sukience,  jakbyś  płonęła  –  wyszeptał  do  jej  ucha  Dan  i  to  ją 

otrzeźwiło.   

– Zabieraj tę rękę z mojego ramienia. I to już! – zasyczała.   
– A niby czemu? – spytał. – Uśmiechnij się ładnie do zdjęcia. Chyba nie chcesz wyglądać 

jak uosobienie ponuractwa na pierwszych stronach jutrzejszych gazet? 

Podniosła  nogę  i  kopnęła  go  w  kostkę.  –  Lepiej  uważaj,  żeby  w  jutrzejszych  gazetach 

twoje nazwisko nie znalazło się w nekrologach! 

Dan uśmiechnął się rozbawiony i schylając się wycisnął na jej ustach gorący pocałunek. 

Gdy  ją  puścił,  odwróciła  się  i  pobiegła  w  stronę  trapu.  Zeszła  na  brzeg,  wskoczyła  do 
taksówki i kazała się zawieźć wprost do domu. Wbiegła do mieszkania i rzuciła się na łóżko 
waląc wściekle pięściami w poduszkę.   

– Jak mógł?! Kiedy wreszcie przestanie mnie ranić? Wyczerpana długim płaczem zasnęła 

wreszcie nie rozebrawszy się nawet.   

Rano obudził ją telefon od Teda Wilsona.   
– Miałaś tylko znaleźć jakiś ciekawy temat na artykuł, a nie sama stawać się tematem – 

zachichotał wesoło.   

– Nie rozumiem? – spytała, ciągle jeszcze nie do końca rozbudzona.   
– Ty i Mark Dane jesteście na pierwszych stronach gazet.   
– Ó nie! Mam nadzieję, że żartujesz, Ted? 
– Absolutnie nie. Na przykład u nas ukazało się śliczne kolorowe zdjęcie słynnego pisarza 

Marka  Dane’a  z  jakąś  czarującą  damą  u  boku  i  jeśli  ta  dama  to  nie  ty,  to  chyba  masz 

sobowtóra.   

– Owszem... zrobiono nam zdjęcie... ale to nie tak, jak myślisz – jąkała się Elizabeth.   
–  Eee  tam,  wykręty.  Szkoda  tylko,  że  nie  wiedziałem  wcześniej,  bo  mógłbym  po 

znajomości  zamówić  u  ciebie  długi  wywiad  z  tym  panem  na  wyłącznych  prawach.  Ale 
wszystko jeszcze przed nami. No, trzymaj się, do zobaczenia w redakcji.   

Kiedy  Elizabeth  odłożyła  słuchawkę,  popatrzyła  bezmyślnym  wzrokiem  przed  siebie. 

Wpakowała  się  w  podwójną  kabałę:  nie  dość,  że  zrobiła  z  siebie  widowisko,  to  jeszcze  jej 

background image

szef każe jej zrobić wywiad z Danem, a dobrze wiedziała, że za nic się na to nie zdobędzie.   

W jej myślach stanęły sceny z wczorajszego przyjęcia w najdrobniejszych szczegółach i 

znów opanowała ją furia. Cisnęła poduszkę na podłogę.   

– Ja tego drania jeszcze dopadnę i odpłacę mu się za wszystkie upokorzenia! 
Przez  cały  ranek  zastanawiała  się,  jak  się  może  najlepiej  na  nim  zemścić,  upokorzyć, 

stłamsić i to wreszcie uspokoiło ją na tyle, że miała siły zebrać się i pójść na spacer.   

Po  powrocie,  gdy  zabierała  się  właśnie  do  przygotowania  sobie  czegoś  do  jedzenia, 

zabrzmiał brzęczyk telefonu.   

– No więc? Jakie to uczucie być sławnym? – spytał powoli znajomy głos.   
–  Sławny!  –  krzyknęła  w  słuchawkę.  –  Chyba  ośmieszony.  Jak  śmiałeś  przedstawiać 

mnie, jak gdybym była jedną z twoich licznych wielbicielek!? 

W odpowiedzi usłyszała jego serdeczny śmiech.   
–  Panie  Murdoch,  jeżeli  nie  odczepi  się  pan  wreszcie  ode  mnie,  to...  to...  nie  wiem,  co 

panu zrobię! 

–  Dzwonię  właśnie  po  to,  aby  ci  to  ułatwić.  Co  byś  powiedziała  na  kolację  we  dwoje. 

Obiecuję, że będziesz miała okazję zrobić ze mną, co ci się tylko zamarzy.   

Ta propozycja tak ją zamurowała, że przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Wreszcie 

wykrztusiła: 

– Jesteś najbardziej...   
– Daj spokój, Lizzie. Dość już wyzwisk, nawet ja nie mam takiej inwencji w wymyślaniu 

wyzwisk, którymi do tej pory mnie uraczyłaś. I nie udawaj, że jesteś  tak strasznie wściekła. 
Są kobiety, które dałyby wszystko za możliwość pstryknięcia sobie ze mną fotki.   

Ta  uwaga  rozwścieczyła  ją  do  granic  możliwości  i  nie  mogąc  przez  zaciśnięte  wargi 

wydusić żadnej odpowiedzi, trzasnęła słuchawką.   

By  jakoś,  dać  upust  swojej  wściekłości,  zabrała  się  do  systematycznego  i  gruntownego 

sprzątania  mieszkania,  tak  że  kiedy  wreszcie  skończyła,  po  kilku  godzinach  mieszkanie  aż 
lśniło  od  czystości,  a  Elizabeth  od  razu  wpadła  w  lepszy  nastrój.  Postanowiła  w  nagrodę 
zrobić  sobie  porządną  kąpiel.  Leżąc  w  wannie  nie  słyszała  pukania  do  drzwi  ani  wołania  i 
dopiero kiedy z bliska usłyszała znajomy głos, zdrętwiała.   

– Lizzie, jesteś tam? 
– Dan! – wrzasnęła rozpaczliwie, zanurzając się gwałtownie w pianie.   
– A kto inny miałby czelność wchodzić nie proszony do twojego mieszkania i czuć się jak 

u siebie w domu? 

Elizabeth zaczęła drżeć.   
– Dan – powiedziała pojednawczo, zmuszona sytuacją – usiądź i zrób sobie kawy. Zaraz 

wyjdę.   

Szybko wyszła z wanny i otuliła się w ręcznik kąpielowy. Bezczelność tego człowieka nie 

zna granic, ale posuwa się za daleko. Kto to słyszał, żeby wchodzić ot tak sobie do czyjegoś 
mieszkania!  Wciągnęła  głęboko  powietrze.  Spokój,  nie  będzie  robiła  cyrków  w  swoim 
własnym domu. Poczeka na dogodniejszą sytację, a wtedy niech się ma na baczności. Ubrała 
się i spokojnie wyszła z łazienki.   

background image

Dan siedział w fotelu sącząc drinka i przyglądając się z uznaniem mieszkaniu, które nagle 

przy jego posturze wyraźnie zmalało. Ubrany był w ciemną sportową kurtkę i białą koszulę, 
która podkreślała jego męski urok.   

Na  jej  widok  wstał  i  powoli  podszedł  do  niej  z  przylepionym  na  twarzy  niedbałym 

uśmieszkiem. Elizabeth miała ochotę uciekać. Przecież to głupie, strofowała się w myśli, była 
u  siebie,  a  własne  terytorium  powinno  dodawać  odwagi.  Postanowiła  to  wykorzystać  i 
zdecydowała się zaatakować.   

– Czy mogłabym się teraz dowiedzieć, jakim prawem wtargnąłeś do mojego mieszkania? 
–  Takim,  że  chcę  cię  wziąć  na  kolację  –  odparł  patrząc  spokojnie  na  zegarek.  –  Masz 

dwadzieścia minut. Stolik mamy zarezerwowany na ósmą.   

–  Ty  masz  stolik  zarezerwowany  na  ósmą,  bo  ja  nie  mam  najmniejszego  zamiaru  iść  z 

tobą  na  kolację,  ani  gdziekolwiek  indziej.  –  Elizabeth  była  dumna,  że  udało  jej  się  tak  go 
usadzić.   

– No dobrze – zgodził się natychmiast i Elizabeth była nieco zdumiona, że tak łatwo jej 

poszło.   

Dan  odwrócił  się,  ale  zamiast  pożegnać  się  i  wyjść,  wrócił  na  fotel.  –  Skoro  nie  chcesz 

nigdzie wyjść, możemy zostać u ciebie.   

–  Ty  nie  możesz  zostać  –  odparła  z  naciskiem.  –  Ponieważ  natychmiast  opuścisz  moje 

mieszkanie.   

– Czyżby? Na jakiej podstawie tak sądzisz? – rozluźniał sobie węzeł krawata. – Mnie tu 

jest bardzo miło. Bardzo przytulne gniazdko. Czy ktoś ci pomagał w urządzeniu, czy robiłaś 
wszystko sama? 

– Niech pan nie stara się zmieniać tematu. Mówię poważnie, panie Murdoch. – Elizabeth 

tupnęła nogą z gniewem. – Wynoś się w tej chwili! 

Dan nachylił się i postawił szklaneczkę na stoliku. Potem spojrzał na nią przenikliwie.   
– Ja też mówię poważnie, Lizzie. Albo idziemy gdzieś razem, albo zostajemy tu. Wybór 

należy do ciebie.   

Elizabeth  przez  chwilę  rozważała  możliwość  zamknięcia  się  w  łazience.  Ale  znając 

Murdocha,  nic  by  sobie  z  tego  nie  robił  i  siedziałby  tu  do  rana,  a  ona  głupia  zostałaby  w 
łazience  bez  jedzenia  i  picia.  Doszła  więc  do  wniosku,  że  łatwiej  jej  będzie  pozbyć  się 
Murdocha, kiedy wyjdzie z nim, a potem wróci pod jakimś pretekstem do domu. Bez jednego 
słowa  przeszła  do  sypialni,  przebrała  się  i  stanęła  przed  Danem  mierząc  go  spokojnym 
wzrokiem.   

Zupełnie  nie  podejrzewając,  jakie  myśli  zaprzątały  jej  głowę,  ruszył  z  nią  do  wyjścia 

podgwizdując  i  bawiąc  się  kluczykami  do  samochodu.  Po  dziesięciu  minutach  dotarli  do 
wybranej  przez  Dana  restauracji,  w  Yorkville,  nowej  dzielnicy  Toronto,  która  swą 
popularność zawdzięczała mnogości drogich sklepów i najlepszych restauracji.   

Maitre  d’hôtel  natychmiast  rozpoznał  Dana  i  z  ukłonem  zaprowadził  ich  do  stolika. 

Elizabeth nie mogła nie zauważyć atencji, z jaką traktowano tutaj Dana, i przy okazji ją. Była 
już  w  wielu  restauracjach,  ale  nigdzie  nie  czuła  się  taka  ważna  jak  tu.  Kelnerzy  nie  byli  w 
najmniejszym stopniu nachalni i z szacunkiem czekali, aż Dan i Elizabeth wybiorą potrawy. 

background image

Dan,  widać  przyzwyczajony  do  takiego  traktowania,  nie  spieszył  się  i  leniwie,  ale  z  gracją 
zamawiał kolejne potrawy. Ta nonszalancja zezłościła Elizabeth.   

– Widzę, że doskonale się bawisz i strasznie jesteś z siebie zadowolony. Masz może jakiś 

specjalny powód? 

– Mam ich całe mnóstwo.   
–  Nieco  więcej  umiaru,  mój  drogi,  bo  wyglądasz  jak  napuszony  samiec  pawiana.  A 

chciałam zwrócić ci uwagę, że przygląda nam się wiele osób. – Wzrokiem wskazała na salę i 
odwrócone w ich stronę głowy.   

– A co mnie to obchodzi – odparł niedbale. – Patrzą się na nas, bo pewnie rozpoznają cię 

po wczorajszym zdjęciu w prasie.   

Oczy  Elizabeth  zaświeciły  gniewem.  Ale  uprzedzając  atak  Dan  szybko  schwycił  ją  za 

rękę.  –  Daj  spokój,  nie  zaczynaj.  Postarajmy  się  miło  spędzić  wieczór.  Na  walkę  mamy 
zawsze czas. – Popatrzył na nią z takim naleganiem, że gniew Elizabeth od razu zelżał.   

Wcale  nie  ulegam  jego  prośbom,  przekonywała  się  w  duchu.  Po  prostu  są 

cywilizowanymi ludźmi, więc nie ma co bez potrzeby wywoływać awantury, szczególnie że 
już i tak tyle osób im się przyglądało.   

W  miarę  trwania  posiłku  Elizabeth  bawiła  się  coraz  lepiej,  w  czym  na  pewno  pomogło 

doskonałe wino, co chwila uzupełniane w kieliszkach przez usłużnych kelnerów, ale przede 
wszystkim osobowość tego mężczyzny, który siedział z nią przy stole. Jego ironiczny humor, 
prowokująca  konwersacja,  niedbały  wdzięk  i  oszałamiający  uśmiech  sprawiły,  że  nawet 
wścibskie spojrzenia przestały ją interesować.   

Kiedy  kończyli  deser  popijając  go  kawą  z  ekspresu  i  likierem,  swój  koncert  rozpoczęło 

trio jazzowe.   

–  Zatańcz  ze  mną  –  poprosił  Dan.  Weszli  na  parkiet.  Elizabeth  kołysząc  się  w  jego 

ramionach,  oszołomiona  szczęściem  nie  zauważała  nawet  tempa  utworu.  Czuła,  jak  jego 
ramiona zaciskają się coraz bardziej, jak przyciska się do niej swym silnym ciałem, i znalazła 
się w świecie, w którym było miejsce dla tylko jeszcze jednego oprócz niej mieszkańca...   

Ocknęła  się,  gdy  muzycy  przestali  grać.  Dan  zaprowadził  ją  do  stolika  i  poprosił  o 

rachunek. Elizabeth  już dawno zapomniała o jakichkolwiek planach zemsty, uszczęśliwiona 
obecnością mężczyzny, którego kochała.   

– Pojedziemy do mnie – zaproponował Dan, gdy wsiedli do samochodu. Elizabeth doszła 

do  wniosku,  że  po  tym  jak  mieszkali  razem  pod  jednym  dachem,  byłoby  śmieszne,  gdyby 
teraz  zaczęła  się  nagle  krygować.  Wjechali  do  jednej  z  najbardziej  eleganckich  dzielnic 
Toronto i Elizabeth nie zdziwiła się specjalnie, gdy zatrzymali się przed potężnym domem o 
śmiałej architekturze.   

– To pewnie twoja tutejsza chata z bali? – spytała z uśmiechem, gdy wchodzili do środka.   
Dan roześmiał się.   
– Ponoć pieniądze to nie wszystko. Tak naprawdę to jest mi obojętne, gdzie mieszkam, a 

ten dom kupiłem po prostu dlatego, że był tani. Podoba ci się? 

– Tak, choć zastanawiam się, czy to nie hotel.  – Odparła lustrując wzrokiem duży hall, 

zwisające z sufitu kryształowe kandelabry i kręte schody prowadzące na wyższe piętra. Dan 

background image

otworzył jedne z drzwi i zaprosił gestem Elizabeth do środka. Pokój był kombinacją salonu i 
biblioteki,  a  także,  jak  się  okazało,  małego  baru,  do  którego  Dan  zaraz  podszedł  i  gdy  go 
otworzył, Elizabeth oniemiała na widok ilości różnych trunków.   

–  To  dla  rozmiękczenia  potencjalnych  wydawców  –  wyjaśnił  widząc  jej  zdumione 

spojrzenie. – A ciebie czym mogę rozmiękczyć? 

– Dziękuję, nic nie chcę.   
– Nawet kawy? – nalegał Dan.   
– No dobrze, jeśli ci tak bardzo zależy.   
– Rozgość się, a ja za chwilę wrócę.   
Elizabeth  wstała  i  przejrzała  jeden  z  wielu  rzędów  książek,  uświadamiając  sobie,  że 

właściwie tak mało wie o osobowości Dana.   

Gdy  Dan  wrócił  z  kawą,  spojrzała  na  niego  zupełnie  nowym  okiem.  Nie  ulegało 

wątpliwości,  że  był  bardzo  inteligentny  i  oczytany,  a  swój  sukces  okupił  latami  żmudnej 
pracy. Uświadomiła sobie także, że właściwie nie wie, jaki jest naprawdę Dan Murdoch, i że 
być może przez cały czas widziała w nim Marka Dane’a, playboya, lwa salonowego i tak go 
właśnie traktowała, a on był zbyt dumny, żeby nie przyjąć takiej gry.   

Dan jakby zgadywał jej myśli, usiadł koło niej i wziął ją w ramiona.   
– Wiesz, że znalazłaś się w pułapce, prawda? – spytał śmiejąc się cicho z ustami przy jej 

włosach.   

– To znaczy? 
– To znaczy, że teraz nie możesz mi kazać się wynieść, bo to mój dom, a gdybyś chciała 

wrócić do siebie, to na piechotę masz niezły kawałek drogi.   

– Nie przeszkadza mi to – wyszeptała.   
– Nie? – Na chwilę odsunął ją od siebie, by zbadać uważnym wzrokiem jej twarz. – A to 

czemu? 

– Bo może będę chciała zostać. I co wtedy ty z kolei zrobisz? 
–  Niemożliwe,  żebym  słyszał  to  naprawdę.  A  gdzie  się  podziała  moja  dumna  śnieżna 

panna? – roześmiał się.   

Elizabeth zawtórowała mu śmiechem.   
– Spójrz za okno, głuptasie. Nadeszła odwilż.   
Ale  Dan  nie  odpowiedział,  tylko  przywarł  ustami  do  jej  gorących  ust.  Złączyli  się  w 

namiętnym pocałunku, od którego Elizabeth mieszały się zmysły. Dan całując jej usta, oczy i 
płatki uszu, przesunął ręce na jej plecy, potem na biodra.   

–  A  co  Martha  powiedziałaby  na  to  wszystko?  –  Elizabeth  miała  ochotę  odgryźć  sobie 

język za to pytanie, ale nie była w stanie się powstrzymać.   

– Pewnie byłaby mocno zdumiona, że jej stary, zramolały opiekun przygruchał sobie taką 

śliczną dziewczynę.   

– Nie nazwałabym cię zramolałym. I Martha pewnie także nie.   
Dan zanurzył twarz w jej włosach, potem oderwał się od niej i powiedział:  – Może czas 

wreszcie wyjaśnić pewne rzeczy. Otóż, Marthę znam od czasu, gdy jeszcze sikała w pieluszki. 
Jej ojciec był moim profesorem na uniwersytecie i jednocześnie moim bliskim przyjacielem. 

background image

Niestety,  dziesięć  lat  temu  on  i  jego  żona  zginęli  w  wypadku  samochodowym,  więc 
postarałem  się  o  opiekę  nad  Martha.  Nie  można  się  więc  dziwić  jej  posesywności  wobec 
mnie. Zająłem miejsce zarówno jej ojca, jak i matki, a że była w wieku dojrzewania, stałem 
się dla niej najważniejszą osobą na świecie. Pewnie czasami wyobraża sobie, że mnie kocha 
jak  kobieta  mężczyznę,  ale  musiałabyś  dobrze  poznać  Marthę,  żeby  wiedzieć,  że  to 
nieprawda. – Elizabeth czuła, jak z każdym słowem zaczyna coś w niej krzyczeć radośnie. – 
A  te  numery  z  przytulankami  i  tak  dalej  robiłem  ci  trochę  na  złość,  a  trochę,  by  wzbudzić 
twoją zazdrość.   

Elizabeth wrzasnęła na niego z udawaną złością: 
– Ty łobuzie! Gdybyś wiedział, jak byłam zazdrosna, lepiej byś chronił Marthy. Miałam 

ochotę wydrapać jej oczy! 

Ze śmiechu Dan aż przechylił głowę do tyłu.   
– O, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Elizabeth spoważniała nieco.   
– Nie spytasz mnie o Stephena? 
–  Nie  muszę.  Już  wszystko  wiem  od  twojego  ojca.  Jak  sądzisz,  dlaczego  tak  nagle 

zjawiłem  się  w  Toronto?  I  to  po  co?  –  dodał  zaczepnie.  –  Tylko  po  to,  żeby  jakiś  szalony 
rudzielec zepsuł mój wizerunek playboya. Ale chyba się opłacało. Jeszcze nigdy nikogo nie 
kochałem, tak jak ciebie...   

Elizabeth podniosła wzrok i zobaczyła w jego oczach tyle ciepła, tyle głębi, tyle miłości. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i wyszeptała mu do ucha: 

– A gdybyś wiedział, jak ja cię kocham... Nadeszła chwila rozstania. Dan odwiózł ją do 

domu  i  gdy  pożegnali  się,  Elizabeth  pobiegła  radośnie  na  górę  i  tu  omal  nie  zemdlała  z 
wrażenia. Zawinięty w płaszcz, pod drzwiami siedział skulony Stephen i spał.   

– Stephen! Na Boga, co się stało!? 
– O, jesteś wreszcie, Elizabeth. Przepraszam cię najmocniej, ale muszę cię prosić, żebyś 

mnie  przenocowała.  Właścicielowi  mojej  kamienicy  nie  spodobał  się  jeden  z  moich 
artykułów. Zaraz ci wszystko wyjaśnię.   

Weszli do środka i gdy Elizabeth robiła zziębniętemu Stephenowi herbatę, ten opowiadał 

jej całe zdarzenie.   

– Pamiętasz mój artykuł o nielegalnych transakcjach w handlu nieruchomościami? Otóż, 

znalazło się w nim również nazwisko właściciela kamienicy, w której mieszkam. Kiedy dziś 
wróciłem, zamek w drzwiach był zmieniony, a ja zostałem na lodzie na dzisiejszą noc.   

Mimo  swojego  uniesienia,  Elizabeth  potrafiła  wczuć  się  w  sytuację  biednego,  zawsze 

szlachetnego i zawsze walczącego z wiatrakami Stephena.   

Pościeliła mu w saloniku i gdy wypił herbatę, położyli się zaraz spać.   

Spała  śniąc  o  Danie  i  ich  szczęśliwej,  wspólnej  przyszłości.  Nagle  w  jej  sen  wdarło  się 

głośne  dudnienie  do  drzwi.  Wyskoczyła  z  łóżka  i  pobiegła,  By  otworzyć,  ale  ubiegł  ją 
Stephen.   

– Dan... – wyszeptała, ale człowiek, który stał teraz w drzwiach nie był już tym samym 

mężczyzną,  który  wczoraj  wyznawał  jej  swoją  miłość.  Teraz  jego  stężała  twarz  przybrała 
wyraz  wprost  niewyobrażalnego  rozczarowania  i  wrogości.  W  dłoniach  trzymał  bukiet 

background image

czerwonych róż.   

– No, Stephen – wycedził zgrzytliwym głosem. – Moje gratulacje. Tobie się udało, ja zaś 

poniosłem porażkę. Ale  – popatrzył  zimno na Elizabeth  – nie bój się, wkrótce znajdę sobie 
pocieszycielkę. – Z furią cisnął róże pod nogi Elizabeth i nim zdążyła otworzyć usta, zbiegł 
jak oszalały po schodach.   

Stephen zamknął drzwi nic nie rozumiejąc.   
–  Ten  gość  powinien  chyba  iść  do  lekarza  –  zauważył,  ale  Elizabeth  nawet  go  nie 

usłyszała. Stała jak słup soli, a wielkie łzy toczyły jej się powoli po policzkach...   

Minął tydzień, podczas którego Elizabeth pracowała jak automat, próbując jakoś dojść do 

siebie. Zawalił jej się cały świat i przepadły jej marzenia o szczęściu tylko z powodu głupiego 
nieporozumienia.  Początkowo  chciała  natychmiast  zadzwonić  do  Dana,  aby  wszystko  mu 
wyjaśnić, ale gdy się zastanowiła nad wszystkim, zrezygnowała.   

Było oczywiste, że widząc na wpół ubranego Stephena, Dan mógł sądzić, że dziennikarz 

spędził noc u Elizabeth. I miał rację. Jednakże nie zadał sobie trudu dowiedzenia się, dlaczego 
tak się stało, i to zabolało Elizabeth. Zranił ją do żywego brakiem zaufania. Jak mógł sądzić, 
że  należy  do  dziewczyn,  które  od  jednego  mężczyzny  przyjmują  wyznanie  miłości,  a  z 
drugim spędzają noc? 

Zraniła jego ambicję i tego nie mógł znieść. Zastanawiała się, czy to właśnie nie ambicja 

była głównym powodem tego, że zainteresował się właśnie nią. Stanowiła niełatwą zdobycz i 
to  zachwiało  jego  pewność  siebie  jako  mężczyzny.  Może  więc  to,  że  widział  u  niej  w 
mieszkaniu  Stephena,  nie  było  ostatecznie  taką  tragedią?  Może  zaoszczędziło  to  Elizabeth 
przyszłych rozczarowań i destrukcyjnej miłości? 

Jednakże serce mówiło jej coś innego. Nie mogła zapomnieć tamtego wieczoru, tamtych 

słów o miłości. Co noc, gdy kładła się spać, w oczach stawał jej obraz Dana z jego ciepłymi 
niebieskimi  oczami,  rozpogodzoną  opaloną  twarzą  i  łobuzerskim  uśmiechem.  Zasypiała 
bardzo  późno,  co  sprawiało,  że  w  pracy  była  rozdrażniona  i  często  na  krawędzi  łez. 
Współpracownicy  wkrótce  zauważyli  to,  ale  domyślając  się  powodu,  milczeli.  Wszyscy 
widzieli jej zdjęcie z Markiem Dane’em, wszyscy też znali jego reputację i w ich przekonaniu 
Elizabeth została rzucona dla innej.   

W  zależności  od  nastroju,  raz  myślała  o  zemście,  innymi  razy  o  pójściu  do  niego  pod 

pretekstem  zrobienia  wywiadu,  o  który  prosił  ją  Ted  Wilson,  ale  przypominając  sobie  ten 
pełen zła wyraz twarzy, kiedy zastał u niej Stephena, szybko odrzuciła ten projekt.   

Starała  się  na  powrót  scementować  swoje  życie,  ale  przychodziło  jej  to  z  trudem;  nie 

pomagała nawet praca. Elizabeth pozbyła się pragnienia dalszego życia.   

Ted  Wilson  już  od  pewnego  czasu  przyglądał  jej  się  z  troską.  Wreszcie  poprosił  na 

rozmowę Stephena, wiedząc o łączącym ich kiedyś związku. Postanowili razem, że Stephen 
zadzwoni  wieczorem  do  Franka  O’Neila  informując  go  o  stanie  Elizabeth  i  prosząc  o 

przyjazd.   

Któregoś  dnia  Elizabeth  wracała  wolnym  krokiem  do  domu.  Mimo  późnej  pory  dnia 

słońce  nadal  mocno  piekło.  Zatrzymała  się  na  chwilę  w  supermarkecie,  skąd  wyszła 
obładowana najpotrzebniejszymi zakupami.   

background image

Zbliżając  się  do  domu,  zauważyła  przed  wejściem  jakąś  samotną  postać,  która  na  jej 

widok zaczęła zbliżać się do niej. Elizabeth serce łomotało jak oszalałe i zupełnie wyschło jej 
w ustach.   

– Dan... – wyszeptała do siebie. Dan uśmiechał się do niej, ale w tym uśmiechu nie było 

już tej co zwykle zaczepki, a raczej jakaś pokora, ciepło i jakby niepewność.   

I  nagle  znaleźli  się  na  wyciągnięcie  rąk.  Zajrzała  mu  w  oczy  i  odkryła  w  nich 

nieskończone pokłady miłości, ale również wiary. Zaraz jednak zapaliły się w nich żartobliwe 
ogniki i Dan na powrót był sobą.   

Wyjął jej z rąk torbę z zakupami i postawił na chodniku. Położył ręce na jej ramionach, a 

potem nie mogąc się już pohamować przytulił ją gwałtownie do siebie.   

– A więc przychodzę, Lizzie. Przychodzę, by cię przeprosić i powiedzieć, że cię kocham. 

I spytać, czy ty także mnie kochasz?  – Zanim jednak Elizabeth  zdążyła  odpowiedzieć, Dan 
jakby  przestraszywszy  się,  że  nadal  może  czuć  się  zraniona,  dodał  pospiesznie:  –  Przebacz 
mi.  Zachowałem  się  jak  głupiec.  O  tym,  jak  naprawdę  wyglądała  ta  sprawa  ze  Stephenem, 
dowiedziałem  się  od  twojego  ojca,  któremu  Stephen  wszystko  wyjaśnił.  Miałem  ochotę 
wrzeszczeć.  Bałem  się,  że  wszystko  stracone.  Proszę  cię,  Lizzie,  spróbuj  zrozumieć  moje 
zachowanie  i  zapomnieć.  Kocham  cię  tak  bardzo,  że  poty  będę  zachowywać  się  jak 
nierozsądny  głupiec, póki  nie zobaczę na  twym palcu obrączki  i  póki  nie będę wiedział, że 
należysz tylko do mnie.   

Elizabeth już nie mogła powstrzymać radosnego, szalonego wybuchu: 
– Dan! Kochany! Oczywiście, że wszystko ci wybaczam i kocham, kocham, kocham!