background image

Ś

WIAT NOCY 

Tom 2 
CÓRKI NOCY 

    
 
 
 
 

Smith Lisa Jane 

 
 
 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Smith Lisa Jane

 

 

 

Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith – amerykańska autorka 
tworząca powieści i opowiadania skierowane głównie do 
nastoletnich odbiorców. 
Do tej pory napisała dwie serie ksiąŜkowe: liczący sobie 
juŜ 10 tomów Nightworld i sześciotomowe Pamiętniki 
Wampirów (The Vampire Diaries) oraz trzy trylogie 
(czwarta jeszcze się nie ukazała). Poza tym spod jej pióra 
wyszło kilka krótkich opowiadań. 
W Polsce nakładem wydawnictwa Amber ukazało się 
sześć tomów z serii Pamiętniki Wampirów oraz sześć 
tomów z serii Świat Nocy. 
 
Pamiętniki Wampirów: 
- Przebudzenie 2008 
- Walka 2008 
- Szał 2009 
- Mrok 2009 
- Powrót o zmierzchu / Uwięzieni 2009 
 
Ś

wiat nocy: 

- Dotyk Wampira 2009 
- Córki Nocy 2009 
- Zaklinaczka 2009 
- Anioł Ciemności 2009 
- Wybrani 2009 
- Pakt Dusz 2009 

background image

Rozdział 1 

 
 

-

 

Rowan,  Kestrel  i  Jade  -  powiedziała  Mary-Lynnette,  kiedy  mijała  z  Markiem  stary 

wiktoriański dom na farmie. 

-

 

Co? 

-

 

Rowan.  Kestrel.  Jade.  To  imiona  dziewczyn,  które  się  wprowadzają.  -  Wskazała  głową  dom.  W 

rękach  trzymała  składane  krzesło.  -  Siostrzenice  pani  Burdock.  Pamiętasz?  Mówiłam  ci,  Ŝe  mają  u  niej 
zamieszkać. 

-

 

Nie  bardzo.  -  Mark  poprawił  cięŜki  teleskop,  który  niósł  przez  wzgórze  porośnięte  mącznicą. 

Odpowiadał krótko, co znaczyło, Ŝe był onieśmielony. Mary-Lynnette to wiedziała. 

-

 

Ładne imiona - stwierdziła. - Dziewczyny na pewno są urocze, tak mówiła pani Burdock. 

-

 

Pani Burdock jest stuknięta. 

-

 

No, po prostu ekscentryczna. Wczoraj mi powiedziała, Ŝe jej siostrzenice są piękne. Pewnie, Ŝe nie 

do końca jest obiektywna, ale mówiła dość konkretnie. Wszystkie piękne, choć kaŜda w zupełnie innym 
typie. 

-

 

Mogły jechać do Kalifornii - wymamrotał Mark pod nosem - Powinny pozować do „Vogue'a". 

Gdzie ci to postawić ? - dodał, kiedy znaleźli się na szczycie. 

-

 

Tutaj. - OdłoŜyła krzesełko. Odgarnęła stopą trochę ziemi Ŝeby teleskop miał stabilne podłoŜe. 

-

 

Wiesz  -  rzuciła  od  niechcenia  -  pomyślałam,  Ŝe  moŜe  jutro  byśmy  do  nich  wpadli  Ŝeby  się 

przedstawić, przywitać... 

-

 

Przestań  wreszcie  -  uciął  krótko  Mark.  -  Sam  potrafię  zorganizować  sobie  Ŝycie.  Jak  będę  chciał 

poznać dziewczynę, to poznam. Nie potrzebuję pomocy. 

-

 

Dobrze, juŜ dobrze. Nie potrzebujesz pomocy. UwaŜaj na tę tubę z obiektywem... 

-

 

I co niby im powiemy? - spytał triumfalnie Mark. - Witamy cię w Briar Creek, gdzie nigdy nic się 

nie  dzieje.  Gdzie  jest  więcej  kojotów  niŜ  ludzi?  JeŜeli  chcecie  się  rozerwać,  to  w  soboty  wieczorem 
moŜecie pojechać do miasta i popatrzeć, jak w Gold Creek Bar harcują myszy.. 

-

 

Och,  daj  spokój  -  westchnęła  Mary-Lynnette.  Spoglądała  na  swojego  młodszego  brata, 

onieśmielonego  promieniami  zachodzącego  słońca.  Nikt  by  się  nie  domyślił,  Ŝe  kiedyś  Mark  chorował. 
Włosy  miał  tak  ciemne  i  lśniące  jak  Mary-Lynnette,  a  oczy  równie  błękitne,  jasne  i  Ŝywe.  Zdrowa 
opalenizna, rumieniec  na  policzkach. A jednak  jako  dziecko  był  chudy,  wręcz  kościsty,  a  kaŜdy  oddech 
stanowił dla niego wyzwanie. Chorował na astmę na tyle powaŜnie, Ŝe prawie cały drugi rok Ŝycia spędził 
w  namiocie  tlenowym,  walcząc  o  przeŜycie.  Mary-Lynnette,  półtora  roku  starsza  siostra,  codziennie 
zastanawiała się, czy jej brat kiedyś wróci do domu. To go zmieniło - samotne leŜenie w namiocie; nawet 
mama nie mogła go dotknąć. Kiedy juŜ wyszedł, cały czas trzymał się spódnicy matki. Przez wiele lat nie 
mógł  uprawiać  sportów  juk  inne  dzieciaki.  Dawne  czasy.  W  tym  roku  Mark  szedł  do  pierwszej  klasy 
liceum, ale nadal był nieśmiały. A kiedy przyjmował postawę obronną, wszystkich doprowadzał do szalu. 
Mary-Lynnette miała nadzieję, Ŝe któraś z nowych dziewczyn okaŜe się dla niego odpowiednia, trochę go 
rozrusza, i dzięki niej nabierze pewności siebie. Trzeba to tylko jakoś zorganizować... 

-

 

O czym tak myślisz? - spytał podejrzliwie Mark, przypatrując się Mary-Lynnette. 

-

 

O  tym,  Ŝe  dziś  będzie  wyjątkowo  dobrze  widać  -  odparła  słodko  -  Sierpień  to  najlepsza  pora  na 

oglądanie  gwiazd,  jest  ciepło  i  nie  ma  wiatru.  O,  pierwsza  gwiazda,  pomyśl  sobie  marzenie.  Wskazała 
jasny  punkcik  nad  południową  stroną  horyzontu.  Poskutkowało.  Odwróciła  uwagę  Marka.  Spojrzał  w 
górę. Mary-Lynnette wpatrywała  się w  tył jego ciemnej głowy. JeŜeli to pomoŜe,  chciałabym, Ŝebyś  się 
zakochał,  pomyślała.  Sama  teŜ  bym  chciała,  ale  niby  jak?  Nie  ma  w  pobliŜu  nikogo  fajnego.  śaden  z 
chłopaków  w  szkole  -  no,  moŜe  z  wyjątkiem  Jeremy'ego  Lovetta  -  nie  rozumiał  jej  zainteresowania 
astronomią. Na ogół się tym nie przejmowała, ale czasami czuła nieokreślony ból w piersiach. Tęsknotę 
za... 

background image

zrozumieniem. Tak, prosiłaby właśnie o to - o kogoś, z kim mogłaby dzielić noc. No cóŜ. Myślenie o 

tym  nic  nie  da.  Poza  tym  trochę  oszukała  Marka,  Ŝyczenie  wypowiedzieli,  patrząc  na  Jupitera,  nie  na 
pierwszą gwiazdę. 

Mark kręcił głową, maszerując drogą wijącą się wśród kruszyny i cykuty. Powinien przeprosić Mary-

Lynnette  przed  odejściem.  Nie  lubił  być  dla  niej  niemiły.  Właściwie  tylko  wobec  niej  starał  się 
zachowywać przyzwoicie. Ale dlaczego bez przerwy usiłuje znaleźć mu dziewczynę? Karze wypowiadać 
Ŝ

yczenia do gwiazd? I tak o niczym nie pomyślał. Gdybym jednak miał o coś prosić gwiazdy - oczywiście 

tego nie zrobię, bo to bzdura i głupota - to chciałbym, Ŝeby się coś zaczęło dziać. Coś dzikiego, pomyślał i 
poczuł wewnętrzny dreszcz, kiedy schodził ze wzgórza w gęstniejącą ciemność. 

 

Jade wpatrywała się w nieruchomy, świecący punkt nad południową stroną horyzontu. Wiedziała, Ŝe 

to planeta. Przez ostatnie dwie noce widziała, jak lśniąca kropla przemieszcza się po niebie wraz ze świtą 
maleńkich  iskierek,  które  na  pewno  są  jej  księŜycami.  Tam,  skąd  Jade  przyjechała,  nie  było  zwyczaju, 
Ŝ

eby  na  widok  gwiazdy  wypowiadać  Ŝyczenie,  ale  ta  planeta  wyglądała  jak  przyjaciel  -  podróŜnik,  jak 

ona.  Przyglądając  się  jej  dzisiaj,  poczuła  rodzącą  się  nadzieję.  Niemal  marzenie.  Musiała  przyznać,  Ŝe 
początek okazał się nie najlepszy. Panowała głucha cisza, z oddali nie dobiegał nawet najmniejszy odgłos 
nadjeŜdŜającego  samochodu.  Była  zmęczona,  zmartwiona  i  zaczynała  się  robić  bardzo,  bardzo  głodna. 
Odwróciła się do sióstr. 

-

 

No i gdzie ona jest? 

-

 

Nic wiem - odpowiedziała Rowan najłagodniej, jak mogła. - Bądź cierpliwa. 

-

 

MoŜe powinnyśmy się za nią rozejrzeć. 

-

 

Nie. - Rowan gwałtownie pokręciła głową. -Wykluczone, Pamiętaj, co postanowiłyśmy. 

-

 

Pewnie zapomniała, Ŝe przyjeŜdŜamy - stwierdziła Kestrel. - Mówiłam, Ŝe dostaje sklerozy. 

-

 

Przestań, to niegrzeczne - upomniała ją Rowan, nadal łagodnie, ale przez zęby. Rowan zachowywała 

się łagodnie, kiedy tylko mogła. Była wysoką, szczupłą dziewiętnastolatką. Miała cynamonowo brązowe 
oczy i włosy w kolorze ciepłego brązu, które falami opadały jej na plecy. 

Kestrel  skończyła  siedemnaście  lat;  włosy  koloru  starego  złota  zdobiły  jej  głowę  niczym  aureola. 

Oczy miała bursztynowe jak u jastrzębia. Nigdy nie była łagodna. Jade - najmłodsza, szesnastolatka - nie 
przypominała Ŝadnej z sióstr. Platynowe włosy wykorzystywała jak woalkę, za którą się chowała. Miała 
zielone oczy i podobno wyglądała pogodnie ale prawie nigdy tak się nie czuła. Zwykle była albo skrajnie 
podniecona, albo bezgranicznie niespokojna i zdezorientowana. 

W tej chwili ogarniał ją niepokój. Martwiła się swoją zniszczoną półwieczną marokańską walizką ze 

skóry. Ze środka nic dochodziły Ŝadne odgłosy. 

- MoŜe byście się kawałek przeszły zobaczyć, czy nie jedzie? 

Siostry spojrzały na nią jednocześnie. Rowan i Kestrel w niewielu kwestiach się zgadzały, ale jeŜeli 

chodzi o Jade, były jednomyślne. Widziała, Ŝe zaraz obie staną przeciwko niej. 

-

 

Słucham? - spytała Kestrel, lekko odsłaniając zęby. 

-

 

Coś kombinujesz - stwierdziła Rowan. 

Jade  uspokoiła  myśli  i  spojrzała  na  nie  beztrosko.  Przynajmniej  taką  miała  nadzieję. 

Przypatrywały się siostrze przez kilka minut, potem zostawiły ją w spokoju. 

-

 

Niestety będziemy musiały iść - odezwała się Kestrel do Rowan. 

-

 

Są  gorsze  rzeczy  niŜ  chodzenie  -  stwierdziła  Rowan.  Odgarnęła  sobie  z  czoła  niesforny  kosmyk 

orzechowych  włosów,  rozejrzała  się  wokół  przystanku  autobusowego,  który  składał  się  z  trójstronnie 
oszklonej wiaty i rozpadającej się drewnianej ławki. 

-

 

Szkoda, Ŝe nie ma telefonu. 

-

 

No nie ma. A do Briar Creek jest trzydzieści kilometrów. - Ze złocistych oczu Kestrel biła złośliwa 

satysfakcja. - chyba będziemy musiały zostawić tu bagaŜe. 

-

 

Nie,  nie.  -  Jade  ogarnęła  panika.  -  Ja  mam  tu  wszystkie...  ciuchy  chodźmy,  trzydzieści 

kilometrów to nie tak duŜo. 

background image

Jedną  ręką  chwyciła  klatkę  z  kotem  -  własnej  roboty,  sklejona  z  desek  i  drutów,  a  w  drugą  wzięła 

walizkę.  Dopiero  kiedy  uszła  spory  kawałek,  usłyszała  chrzęst  Ŝwiru  z  tyłu.  Szły  za  nią.  Rowan, 
wzdychając z rezygnacją, a Kestrel, której włosy lśniły w blasku gwiazd jak stare złoto, chichocząc cicho. 

Jednopasmowa  droga  była  ciemna  i  pusta.  Harmonijną  nocną  ciszę  tworzyły  dziesiątki  łagodnych 

odgłosów  nocy.  Spacer  byłby  całkiem  miły,  gdyby  nie  to,  Ŝe  walizka  z  kaŜdym  krokiem  stawała  się 
cięŜsza, a do tego Jade była głodna jak wilk. Doskonale wiedziała, Ŝe nie moŜe o tym wspomnieć Rowan, 
ale czuła się zdezorientowana i słaba. Kiedy juŜ myślała, Ŝe będzie musiała postawić walizkę i odpocząć, 
usłyszała nowy dźwięk. To odgłos nadjeŜdŜającego z tyłu samochodu. Warkot silnika słychać było bardzo 
wyraźnie - dlaczego więc tak długo nie widać auta? W końcu szybko przemknęło obok. Po chwili rozległ 
się chrzęst Ŝwiru i samochód stanął. Kiedy się cofnął, Jade zauwaŜyła spoglądającego na nią przez okno 
chłopaka. Na miejscu kierowcy siedział  drugi  chłopak. Jade przyjrzała  im się  badawczo. Byli pewnie  w 
wieku Rowan, obaj mocno opaleni. Ten za kierownicą, blondyn, wyglądał, jakby od jakiegoś czasu się nie 
mył. Drugi, szatyn, miał kamizelkę włoŜoną na gołe ciało a w zębach trzymał wykałaczkę. Przyglądali się 
jej, najwyraźniej tak samo zaciekawieni, jak ona. Kierowca opuścił szybę. 

- Podwieźć cię? - spytał z dziwnie promiennym uśmiechem. Białe zęby kontrastowały z ciemną 

twarzą. 

Jade spojrzała na Rowan i Kestrel, które  właśnie ją do dogoniły. Kestrel w milczeniu mierzyła auto 

zmruŜonymi bursztynowymi oczami, okolonymi gęstymi rzęsami. Oczy Rowan były bardzo ciepłe. 

-

 

Przydałoby się - powiedziała z uśmiechem. - Ale jedziemy na farmę Burdocków - dodała niepewnie. 

- To wam chyba nie po drodze... 

-

 

Oj,  teŜ  coś,  znam  to  miejsce.  To  niedaleko  -  odezwał  się  ten  w  kamizelce,  nie  wyjmując  z  ust 

wykałaczki.  -  A  zresztą  czego  się  nie  robi  dla  kobiety  -  dodał,  najwyraźniej  siląc  się  na  rycerskość. 
Wysiadł z samochodu. - Jedna moŜe usiąść z przodu, a ja usiądę z tyłu z dwiema. 

-

 

Mam farta, co? - zwrócił się do kolegi. 

-

 

Masz. - Kierowca znów uśmiechnął się promiennie. Klatkę z kotem postaw z przodu, a walizki 

wsadzimy do bagaŜnika - zdecydował. 

Rowan  znacząco  uśmiechnęła  się  do  Jade.  Ciekawe,  wszyscy  tutaj  są  tacy  mili?  UłoŜyły  bagaŜe, 

potem  wsiadły  do  samochodu.  Jade  zajęła  miejsce  obok  kierowcy,  a  Rowan  i  Kestrel  z  tyłu,  po  obu 
stronach chłopaka w kamizelce. Minutę póŜniej mknęły drogą z rozkoszną zdaniem Jade, prędkością. Pod 
kołami chrzęścił Ŝwir. 

-

 

Jestem Vic- powiedział kierowca. 

-

 

A ja Todd - przedstawił się chłopak w kamizelce. 

-

 

Ja mam na imię Rowan, a to Kestrel. A tam siedzi Jade. 

-

 

Jesteście przyjaciółkami? 

-

 

Siostrami - wyjaśniła Jade. 

-

 

Nie wyglądacie na siostry. 

-

 

Wszyscy  tak  mówią.  -  Jade  miała  na  myśli  wszystkich,  których  poznały  od  czasu  ucieczki.  W 

rodzinnych stronach kaŜdy wiedział, Ŝe są siostrami, więc nikt się nie dziwił. 

-

 

Co  tu  robicie  tak  późno?  -  spytał  Vic.  -  To  nie  miejsce  ani  dla  grzecznych  ani  dla 

sympatycznych dziewczyn. 

-

 

Nie jesteśmy sympatycznymi dziewczynami - rzuciła nieopatrznie Kestrel. 

-

 

Staramy  się  -  wycedziła  przez  zęby  Rowan,  z  naganą  w  glosie.  -  Czekałyśmy  na  ciotkę  Opal  - 

zwróciła się do Vica. - Miała nas odebrać z przystanku, ale nie przyjechała. Wprowadzamy się na farmę 
Burdocków. 

-

 

Pani  Burdock  jest  waszą  ciotką?  -  Todd  wyjął  wykałaczkę  -  Ta  stara  wariatka?  Vic 

odwrócił się do Todda i obaj wybuchnęli śmiechem, kręcąc głowami. 

Jade  spojrzała  w  dół,  na  klatkę  z  kotem  i  nasłuchiwała  odgłosów  popiskiwania,  które 

oznaczało, Ŝe Tiggy Ŝyje. 

Czuła się trochę... niespokojnie. Chłopcy co prawda wydalili się mili, ale miała wraŜenie, Ŝe za tym 

coś się kryje. Była za bardzo śpiąca i głodna, Ŝeby stwierdzić co. Długo jechali w milczeniu, aŜ w końcu 
Vic znów się odezwał. 

background image

-

 

Pierwszy raz w Oregonie? Jade zamrugała i potwierdziła mruknięciem. 

-

 

Jest  tu  parę  ładnych  miejsc  na  odludziu  -  oznajmił  Vic.  -  na  przykład  to.  Briar  Creek  było 

miasteczkiem  poszukiwaczy  złota  aŜ  w  końcu  wybrano  wszystko,  linia  kolejowa  je  ominęła  i  po  prostu 
wymarło. Teraz dzicz zabiera sobie Briar Creek z powrotem. 

Vic mówił wymownym tonem, ale Jade nie rozumiała, co próbuje wyrazić. 
-

 

Faktycznie wygląda na spokojne - odezwała się grzecznie Rowan z tylnego siedzenia. 

-

 

No, nie do końca chodziło mi o spokój. - Vic prychnął krótko. - Na przykład ta droga. Domy są 

od siebie oddalone o parę kilometrów. Gdybyście krzyczały, nikt by was nie usłyszał. 

Jade zamrugała. Dziwne rzeczy mówi ten chłopak. 
-

 

Usłyszelibyście ty i Todd - odezwała się Rowan, podtrzymując rozmowę w grzecznym tonie. 

-

 

Chciałem  powiedzieć,  Ŝe  nikt  poza  nami  -  wyjaśnił  Vic,  a  Jade  wyczuła  jego  niecierpliwość. 

Prowadził coraz wolniej. I wolniej. W końcu zjechał na pobocze, stanął. 

-

 

Tutaj nikt nie usłyszy - wyjaśnił, oglądając się na tylne siedzenie. 

Jade teŜ się odwróciła - Todd uśmiechał się promiennie zaciskając zęby na wykałaczce. 
-  Zgadza  się  -  powiedział.  -  Jesteście  tu  same  z  nami,  więc  chyba  lepiej  będzie,  jak  nas 

posłuchacie. 

Jade dostrzegła,  Ŝe  chłopak jedną ręką ściska za nadgarstek  Rowan, a drugą - Kestrel. Rowan nadal 

miała  grzeczną,  choć  zmieszaną  minę.  Kestrel  w  skupieniu  przyglądała  się  drzwiom  po  swojej  stronie. 
Szukała klamki. Nie było. 

Niedobrze  -  stwierdził  Vic.  -  Ten  samochód  to  kupa  złomu,  nie  da  się  nawet  otworzyć 

tylnych drzwi od środka. 

Tak mocno chwycił Jade za ramię, Ŝe aŜ zabolała ją kość 

- Dziewczyny, bądźcie miłe, to nikomu nic się nie stanie. 

 

Rozdział 2 

    
 

-

 

Widzicie jesteśmy samotni - odezwał się Todd z tylnego  siedzenia. - Nie ma tu dziewczyn... Więc 

kiedy spotykamy takie trzy fajne laski jak wy... hm, nic dziwnego, Ŝe chcemy się lepiej poznać. 
Rozumiecie? 

-

 

Tylko się nie opierajcie, wszystkim będzie miło – wtrącił. 

-

 

Miło...? O, nie - wymamrotała przeraŜona Rowan. 

Jade wiedziała, Ŝe siostra wyczytała coś z myśli Vica i ze wszystkich sił stara się załagodzić sytuację. 
-

 

Kestrel i Jade są o wiele za młode na... coś takiego - ciągnęła spokojnie Rowan. - Przykro mi, ale 

musimy odmówić. 

-

 

Nie zrobiłabym tego nawet, gdybym była starsza - oznajmiła Jade - Ale im i tak nie o to chodzi. 

Tylko o to. -Posłała do umysłu Rowan kilka obrazów wyczytanych z myśli Vica. 

-

 

O. rany - oburzyła się Rowan. - Jade, przecieŜ ustaliłyśmy, Ŝe nie będziemy szpiegować ludzi. 

-

 

Tak, ale zobacz, co im chodzi po głowie, powiedziała bezgłośnie Jade. Doszła do wniosku, Ŝe skoro 

złamała jedną zasadę, równie dobrze moŜe złamać wszystkie. 

-

 

Słuchajcie - odezwał się trochę zdezorientowany Vic. Widział, Ŝe traci kontrolę nad sytuacją. 

Chwycił Jade za ramię, zmuszając ją, Ŝeby spojrzała mu w oczy. - Nie jesteśmy tu od gadania. Jasne? - 
Potrząsnął nią lekko. 

Jade przez chwilę przyglądała się jego twarzy, potem odwróciła głowę i spojrzała pytająco na tyle 

siedzenie. Twarz Rowan wydawała się biała jak kreda przy jej brązowych włosach. Jade wyczuwała, Ŝe 
siostra jest smutna i rozczarowana. Kestrel siedziała ze zmarszczonym czołem. No i? - zwróciła się w 
milczeniu do Rowan. 

No i? - spytała Jade w ten sam sposób. Szarpała się, kiedy Vic usiłował przyciągnąć ją do siebie. 

Rowan, on mnie szczypie. 

Chyba nie mamy wyjścia, stwierdziła Rowan. 

background image

Jade natychmiast odwróciła się do Vica. Nadal usiłował ją przyciągnąć najwyraźniej zaskoczony, Ŝe 

dziewczyna się nie poddaje. W końcu przestała się opierać. Delikatnie wyswobodziła rękę z jego uścisku i 
grzbietem dłoni trafiła go dokładnie w podbródek. Szczęknął zębami, a głowa odskoczyła mu do tylu 
odsłaniając szyję. Jade błyskawicznie zatopiła w niej zęby. Czuła się winna i podekscytowana. Na ogół 
robiła to inaczej - nie napadała ofiary, która jest świadoma i się opiera, najpierw hipnotyzowała 
człowieka. Ale miała instynkt łowcy i na wszystko patrzyła w kategoriach: czy to poŜywienie, czy mogę 
je zdobyć, jakie są jego słabe punkty. Jedyny problem, Ŝe nie powinna odczuwać przy tym przyjemności, 
bo to sprzeczne zasadami, które z Rowan i Kestrel ustaliły przed przyjazdem do Briar Creek. 

Kątem oka widziała, co dzieje się na tylnym siedzeniu: Rowan uniosła rękę, którą Todd 

wcześniej ją przytrzymywał, Kestrel, z drugiej strony, zrobiła to samo. Todd się szarpał i protestował 
gromkim głosem. 

-

 

Ej, ej, co wy... Rowan go ugryzła. 

-

 

Co robicie? Kestrel go ugryzła. 

-

 

Cholera, co wyprawiacie? Kim jesteście, do diabła? Mniej więcej minutę rzucał się jak 

opętany, aŜ w końcu się poddał, kiedy Rowan i Kestrel wprawiły go w trans. 

-

 

Dość - odezwała się Rowan po kolejnej minucie. 

-

 

Oj, Rowan... - obruszyła się Jade. 

-

 

Koniec. KaŜ mu o wszystkim zapomnieć. I zobacz czy wie, gdzie jest farma Burdocków. Jade, 

ciągle pijąc, delikatnie dotknęła swoją myślą jego umysłu. Po chwili się odsunęła, zamykając usta jak po 
skończonym pocałunku. Vic cały czas był bezwładny jak wielka szmaciana lalka. Opadł na kierownicę i 
drzwi samochodu. 

-

 

Farma jest za nami, musimy wrócić do rozwidlenia dróg - oznajmiła. - Dziwne - dodała zmieszana. - 

Był przekonay Ŝe nic mu nie grozi za to, Ŝe nas zaatakuje, z powodu.... Z powodu ciotki Opal. Ale nie 
wyczułam dlaczego. 

-

 

Pewnie dlatego, Ŝe jest wariatką - powiedziała chłodno Kestrel. - Todd myślał, Ŝe nie narobi sobie 

kłopotów, bo jego ojciec jest Starszym. 

-

 

Oni nie mają Starszych - poprawiła ją Jade, zadowolona z siebie. - Chodzi ci chyba o 

gubernatora, komendanta policji albo o kogoś takiego. 

Kestrel zmarszczyła brwi, nie patrząc na siostry. 
-

 

Dobra. To była wyjątkowa sytuacja. Musiałyśmy tak zrobić, ale od tej chwili trzymamy się tego, co 

postanowiłyśmy 

-

 

AŜ do następnej wyjątkowej sytuacji. - Kestrel uśmiechnęła się patrząc w ciemność przez okno 

samochodu. 

-

 

Myślicie, Ŝe moŜemy ich tak zostawić? - spytała Jade. 

-

 

A czemu nie? - skwitowała beztrosko Kestrel. - Za kilka minut się obudzą. 

Jade spojrzała na szyję Vica. Dwie ranki w miejscu, gdzie przebiła skórę zębami, juŜ się prawie 

zasklepiły. Do jutra zostaną po nich ledwie widoczne czerwone ślady jak po ukąszeniu owada. 

Pięć minut później znów szły drogą, niosąc walizki. Jednak teraz Jade promieniała. Wreszcie się 

posiliła. Była pełna krwi jak kleszcz, naładowana energią, czuła, Ŝe mogłaby skakać po górach. 
Wymachiwała klatką z kotem i walizką. Tiggy mruczał. 

Wspaniale było tak sobie iść samotnie w ciepłą noc, kiedy nikt nie krzywił się z naganą. Słyszeć jak 

jelenie, zające i myszy polują po okolicznych łąkach. Buzowało w niej szczęście. Nigdy dotąd nie czuła 
się tak wolna. 

-

 

Miło, co? - Rowan rozejrzała się, kiedy dotarły do rozwidlenia dróg. - Prawdziwy świat. Mamy do 

niego takie samo prawo jak kaŜdy inny. 

-

 

To chyba krew - stwierdziła Kestrel. - Wolni ludzie smakują lepiej niŜ ci z niewoli. Dlaczego 

nasz ukochany brat nam o tym nie wspomniał? 

Ash, pomyślała Jade i poczuła zimny podmuch. Spojrzała za siebie, nie szukając wzrokiem 

samochodu, ale czegoś cichego i groźnego. Nagle dotarto do niej, jak ulotne są bąbelki szczęścia. 

-

 

Złapią nas? - zwróciła się do Rowan, jak za dawnych czasów, kiedy jako sześciolatka szukała 

pomocy u starszej siostry. 

background image

-

 

Nie - odpowiedziała natychmiast Rowan, najlepsza starsza siostra na świecie. 

-

 

Ale jeŜeli Ash się zorientuje, a tylko on się moŜe zorientować... 

-

 

Nikt nas nie złapie - zapewniła Rowan. - Nikt się nie domyśli, Ŝe tu jesteśmy. Jade 

od razu poczuła się lepiej. Postawiła walizkę i wyciągnęła rękę do Rowan. 

-

 

Na zawsze razem - powiedziała. 

Kestrel, która szła kilka kroków przed nimi, obejrzała i przez ramię. Cofnęła się i połoŜyła dłonie na 

ich rękach. 

- Na zawsze razem. 
Rowan wypowiedziała to uroczyście. Kestrel - mruŜąc bursztynowe oczy. A Jade z 

największą determinacją. 

Szły dalej i Jade znów czuła się podniebnie i radośnie, rozkoszując się aksamitną, ciemną nocą. Droga 

była piaszczysta. Mijały łąki i lasy jedlicy. Po lewej, za długim podjazdem znajdował się wielki dom. 
Wreszcie, niedaleko kolejny. 

- To tam - powiedziała Rowan. 
Jade teŜ rozpoznała dom ze zdjęć, które wysłała im ciotka Opal. Był piętrowy, na całej szerokości 

miał werandę i dach z mnóstwem stromych spadów. Ze szczytu dachu wyrastała kopuła, a na stodole stał 
wiatrowskaz. 

Prawdziwy, pomyślała Jadę, przystając, Ŝeby się przyjrzeć. Szczęście zalało ją z całą mocą. 
- Cudowny - oznajmiła uroczyście. 
Rowan i Kestrel teŜ przystanęły, ale ich miny nie wyraŜały zachwytu. Rowan wyglądała niemal na 

przeraŜoną. 

-

 

To ruina - westchnęła. - Popatrzcie na stodołę. Farba zupełnie wyblakła. Na zdjęciach nie było tego 

widać. 

-

 

A  weranda?  -  odezwała  się  zrezygnowana  Kestrel.  -  Rozlatuje  się.  W  kaŜdej  chwili  moŜe  się 

zawalić. 

-

 

Ile trzeba będzie pracy, Ŝeby doprowadzić ten dom do ładu... -wyszeptała Rowan. 

-

 

I pieniędzy - dodała trzeźwo Kestrel, 

-

 

A po co go remontować? - Jadę spojrzała na siostry. -Mnie się podoba taki jak teraz. Jest inny. 

Wyprostowana, z poczuciem wyŜszości wzięła swoje walizki i przeszła drogą do końca. Działka była 

ogrodzona zdezelowanym, w większości zawalonym płotem, w którym tkwiła przegniła furtka. Za nią, na 
zachwaszczonej ścieŜce, leŜał stos białych sztachet, jakby ktoś zamierzał naprawić płot, ale nigdy się do 
tego nie zabrał. Jade postawiła bagaŜe i pchnęła furtkę, a ta ruszyła się bez trudu. 

-

 

Widzicie? Nie wygląda najlepiej, ale działa... - Nie do końca, bo furtka wypadła za nią z zawiasów. - 

No cóŜ, moŜe nie działa, ale jest nasza. 

-

 

Nie, ciotki Opal - sprostowała Kestrel. Chodźcie. - Rowan poprawiła sobie włosy Na schodkach 

brakowało jednej deski, a na ganku kilku. Jade kuśtykając z godnością, ominęła dziury. Furtka nieźle 
walnęła ją w piszczel. Porządnie zabolało. Wszystko tutaj zrobione jest z drewna, co przyprawiało Jade o 
przyjemny dreszcz niepokoju. W domu z drewnem obchodzono się ostroŜnie. 

Trzeba bardzo uwaŜać, Ŝyjąc w takim świecie, pomyślała Jade. Bo inaczej stanie się 

nieszczęście. Rowan i Kestrel zapukały do drzwi. Rowan grzecznie, kostkami palców, a Kestrel 
głośno, pięścią. Nikt się nie odzywał. 

-

 

Chyba jej nie ma - stwierdziła Rowan.- Doszła do wniosku, Ŝe nas tu nie chce  

zasugerowała z błyskiem w złotych oczach. 

-

 

MoŜe wybrała się nie na ten przystanek autobusowy? - zastawiała się Jade. 

-

 

No  właśnie.  Na  pewno  -  przytaknęła  Rowan.  -  Biedna  ciotka  czeka  gdzieś  na  nas  i  myśli,  Ŝe  nie 

przyjechałyśmy. 

-

 

Czasem miewasz przebłysk inteligencji - poinformowała Kestrel Jade. W jej ustach to był wielki 

komplement. 

-

 

No to wejdźmy do środka - odezwała się Jade, Ŝeby ukryć, jak bardzo jest zadowolona. - Kiedyś 

musi wrócić. 

-

 

W ludzkich domach są zamki - zauwaŜyła Rowan. Jade przekręciła klamkę. - A jednak otwarte. 

background image

W środku było jeszcze ciemniej niŜ na dworze w bezksięŜycową noc, ale oczy Jade oswoiły się z 

ciemnością w kilka sekund. 

- Nie jest źle - powiedziała. 
Stały w nędznym, ale ładnym salonie, pełnym wielkich, masywnych mebli. Drewnianych, oczywiście, 

ciemnych i wypolerowanych na wysoki połysk. Blaty stołów były z marmuru. Rowan znalazła włącznik 
ś

wiatła i nagle w pokoju zrobiło się za jasno. Jadę zamrugała. Zobaczyła ściany w kolorze bladej 

jabłkowej zieleni, z fantazyjnymi drewnianymi zdobieniami i gzymsami w ciemniejszym odcieniu tej 
samej zieleni. Ogarnął ją dziwny spokój. Czuła się jak u siebie. MoŜe przez te masywne meble? 

Rowan rozglądała się po pokoju, powoli się rozluźniając. Z uśmiechem spojrzała w oczy Jade. 

Skinęła głową. 

- Tak. 
Jade przez chwilę upajała się satysfakcją z tego, Ŝe dwa razy w ciągu pięciu minut siostry przyznały 

jej rację. AŜ nagle przypomniała sobie o walizce. 

-

 

Zobaczmy resztę domu - zaproponowała pospiesznie. Ja wejdę na górę, a wy się 

rozejrzyjcie tutaj. 

-

 

Przyznaj się, Ŝe chcesz najlepszy pokój - powiedziała Kestrel. 

Jade puściła tę uwagę mimo uszy i pomknęła na górę szerokimi schodami wyłoŜonymi dywanem. 

Pokoi było sporo, a w kaŜdym duŜo miejsca. Nie zaleŜało jej na najlepszym, ale na najbardziej 
oddalonym. 

Na samym końcu korytarza znajdowała się sypialnia w morskim kolorze. Jade zatrzasnęła za sobą 

drzwi i połoŜyła walizkę na łóŜku. Otworzyła ją, wstrzymując oddech. O, nie. O, nie... 

Trzy minuty później usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi, ale się nie odwróciła. 

Co ty robisz? - rozległ się głos Kestrel. 

Oderwała wzrok od dwóch kociaków, które rozpaczliwie próbowała reanimować. 

-

 

Nie Ŝyją! - zawodziła. 

-

 

A czego się spodziewałaś? Muszą oddychać, idiotko. Myślałaś, Ŝe wytrzymają w 

zamknięciu dwa dni podróŜy? 

Jade pociągnęła nosem. 

-

 

Rowan ci powiedziała, Ŝe moŜesz zabrać tylko jednego.  

     Jade chlipnęła głośniej i spojrzała gniewnie. 

-

 

Wiem. I właśnie dlatego te dwa schowałam do walizki - Czknęła. - Dobrze chociaŜ, Ŝe Tiggy'emu 

nic się nie stało. - uklęknęła i zajrzała do klatki, Ŝeby sprawdzić, czy kotu rzeczywiście nic nie jest. W 
gęstwinie czarnego futra błyszczały złote oczy. Syknął, a Jadę odetchnęła z ulgą. 

-

 

Za pięć dolarów zajmę się tymi zdechłymi - oznajmiła Kestler. 

-

 

Nie! -Jade podskoczyła osłoniła martwe kotki. 

-

 

Nie tak jak myślisz - mruknęła Kestrel, najwyraźniej uraŜona - Nie jem padliny. Słuchaj, musisz się 

ich jakoś pozbyć, inaczej Rowan się dowie. Na miłość boską, dziewczyno, jesteś wampirem - dodała, 
kiedy Jade przygarnęła nieruchome kotki do piersi. - Zachowuj się jak wampir. 

-

 

Chcę je zakopać. Powinny mieć pogrzeb. 

Kestrel przewróciła oczami i wyszła. Jade owinęła koty w kurtkę i na palcach wyszła za siostrą. 

Łopata, pomyślała. Gdzie moŜe być? 
Nasłuchując, czy nie ma gdzieś Rowan, rozejrzała się po parterze. Wszystkie pokoje wyglądały jak 

salon - lekko zniszczone, ale imponujące. Kuchnia była olbrzymia. Miała otwarty kominek, oraz dwoje 
drzwi; jedne do pralni, drugie w dół do piwnicy. Jade ostroŜnie schodziła po schodach. Nie mogła 
włączyć światła, bo trzymała kociaki. Nie widziała teŜ, co ma pod nogami. 

M

usiała badać stopą, gdzie 

postawić następny krok. Na końcu schodów natrafiła na coś miękkiego, lekko spręŜystego, co zawadzało 
jej w drodze. Powoli wychyliła głowę za zawiniątko w kurtce i spojrzała w dół. Było ciemno. W dodatku 
zasłaniała sobą światło wpadające z kuchni. Mimo to dostrzegła stertę starych ciuchów. Zbitą stertę. 
Zaczęło ją ogarniać bardzo złe przeczucie. Trąciła stertę czubkiem buta. Stos lekko się poruszył. Jade 
wzięła głęboki oddech i trąciła mocniej. Kupa ciuchów przewróciła się. Przez chwilę nie mogła złapać 

background image

tchu, w końcu krzyknęła. Krzyk był donośny i przeszywający. Dodała do niego myśli telepatyczny 
odpowiednik syreny. Rowan! Kestrel! Zejdźcie tu! 

Dwadzieścia sekund później w piwnicy zapaliło się światłu i siostry zbiegły po schodach. 
-

 

Tobie moŜna gadać i gadać - wycedziła Rowan przez zęby. - Nie wykorzystujemy naszych... - 

Przerwała. 

-

 

To chyba ciotka Opal - wyjąkała Jade. 

 
 

Rozdział 3 

 
 

Nie wygląda za dobrze - stwierdziła Kestrel, spoglądając Rowan przez ramię. 
-  O BoŜe - westchnęła Rowan i usiadła. 

Ciotka  Opal  przypominała  mumię.  Ciało  miała  jak  z  wyprawionej  skóry  -  Ŝółtobrązowej.  twardej  i 

gładkiej.  Niemal  lśniącej.  Właściwie  miała  tylko  skórę  -  skórzany  pokrowiec,  którym  były  obciągnięte 
kości. Włosy zniknęły. Oczodoły zionęły czarną pustką. Nos się zapadł. 

-  Biedna ciocia - szepnęła Rowan z łzami w brązowych oczach. 

-  Tak będziemy wyglądać po śmierci - stwierdziła Kestrel z zadumą. 

Jade tupnęła nogą. 

-  Dziewczyny! Nic nie rozumiecie! Spójrzcie na to! - Wskazała stopą mostek mumii. 

Z fartucha w kwiaty wystawał gigantyczny drewniany kołek. Był prawie tak długi jak strzała, gruby u 

podstawy,  zwęŜał  się,  znikając  w  piersi  ciotki  Opal.  Z  jednej  strony  nadal  przywierały  do  niego  płaty 
białej farby. 

Na podłodze leŜało kilka innych podobnych szczap. 

-  Biedaczka - odezwała się Rowan. - Widocznie się przewróciła, kiedy je niosła. 

Jade i Kestrel spojrzały na siebie znacząco. W niewielu kwestiach się zgadzały, ale co do Rowan były 

jednomyślne. 

-

 

Rowan - odezwała się dobitnie Kestrel. - Ona została zabita. 

-

 

O, nie. 

-

 

O, tak - powiedziała Jade. - Ktoś ją zamordował. A na dodatek wiedział, Ŝe ciotka jest wampirem. 

Rowan kręciła głową z niedowierzaniem. 

-

 

Ale kto mógł o tym wiedzieć? 

-

 

Hm... - zastanawiała się Jade. - Inny wampir. 

-

 

Albo łowca wampirów - podsunęła Kestrel. 

-

 

Oni nic istnieją. - Rowan uniosła wzrok przeraŜona. - Są tylko w bajkach, Ŝeby postraszyć dzieci. 

Kestrel wzruszyła ramionami, ale jej złociste oczy pociemniały. 

Jade poruszyła się nerwowo. Po drodze czuła taką wolność, w salonie spokój, i masz. Nagle ogarnęły 

ją pustka i rozpacz. 

Rowan  siedziała  na  schodach  najwyraźniej  zbyt  zmartwiona,  Ŝeby  chociaŜ  odgarnąć  sobie  kosmyk 

włosów z czoła. 

-

 

MoŜe nie powinnam was tu ciągnąć - odezwała się łagodnie. - MoŜe tutaj jest jeszcze gorzej. MoŜe 

powinnyśmy wracać. 

-

 

O  nie.  Nie  ma  nic  gorszego  -  zapewniła  Ŝarliwie  Jade.  -  Wolę  umrzeć  niŜ  wracać.  -  Mówiła  z 

pełnym przekonaniem. 
Wracać,  Ŝeby  czaić  się  na  kaŜdego  człowieka  w  zasięgu  wzroku?  Wracać  do  świata  aranŜowanych 
małŜeństw  i  niekończących  się  zakazów?  Do  tych  pełnych  oburzenia  twarzy,  istot  tak  skorych  do 

background image

potępiania  wszystkiego,  co  inne.  co  odbiega  od  schematu  sprzed  czterystu  lat?  -  Nie  moŜemy  wrócić  - 
oznajmiła 

-

 

Zgadza  się  -  przytaknęła  sucho  Kestrel.  -  Chyba  Ŝe  chcemy  skończyć  jak  ciotka  Opal  albo...  - 

zawiesiła wymownie głos. - ...jak wuj Hodge. 

-

 

Nawet o tym nic mów! - Rowan spojrzała w górę. 

-

 

Nie zrobiliby tego. - śołądek Jade skurczył się jak zaciśnięta pięść. Odpędziła wspomnienie, które 

usiłowało wypłynąć z podświadomości. - Nie swoim wnukom. Nie nam. 

-

 

Skoro nic wracamy, musimy iść naprzód - zdecydowała Kestrel. - Trzeba pomyśleć, co tu będziemy 

robić  bez  pomocy  ciotki  Opal,  zwłaszcza  jeŜeli  w  okolicy  grasuje  łowca  wampirów.  Ale  najpierw  się 
zastanówmy, co z tym. - Skinęła w stronę ciała. 

Rowan  bezradnie pokręciła  głową.  Rozglądała się  po piwnicy,  jakby  szukała  po kątach  odpowiedzi.  Jej 
wzrok padł na Jade i się na niej zatrzymał. Jade zauwaŜyła, Ŝe uruchomił się siostrzany system alarmowy. 

-  Jade. Co masz w kurtce? 

Była za bardzo załamana, Ŝeby kłamać. Pokazała Rowan kociaki. 

-  Nie wiedziałam, Ŝe w walizce zdechną. 

Rowan nawet nie miała siły się wkurzać. Uniosła oczy i westchnęła. 

-

 

Ale po co je tu znosiłaś? - spytała ostro. 

-

 

Nie znosiłam. Szukałam łopaty. Chciałam je zakopać w ogródku. 

Zapadła cisza. Wszystkie trzy spojrzały na siebie, potem na kociaki. 

I na ciotkę Opal. 
 
Mary-Lynnette płakała. 

Piękna  noc.  idealna.  Dzięki  inwersji  w  atmosferze  powietrze  było  nieruchome  i  ciepłe,  a  widoczność 
wspaniała.  Znikąd  nie  dochodziło  bezpośrednie  światło.  Wiktoriański  dom  u  stóp  wzgórza  tonął  w 
ciemności. 

U  góry  Droga  Mleczna  ukosem  przecinała  niebo  jak  rzeka.  Na  południu,  gdzie  Mary-Lynnette 

właśnie skierowała teleskop, jaśniała konstelacja Strzelca, która bardziej przypominała czajnik. A tuŜ nad 
pokrywką czajnika widoczna była bladoróŜowa plamka czegoś, co wyglądało na parę. 

Ale to nie para, tylko chmury gwiazd, Mgławica Laguna. 
Pył i gaz zgasłych gwiazd przetwarzanych w gorące młode gwiazdy. 

Oddalona  o  cztery  i  pół  tysiąca  lat  świetlnych  siedemnastolatka  patrzyła  na  nie  właśnie  w  tej 

minucie przez uŜywany newtonowski teleskop. Obserwowała światło rodzących się gwiazd. 

Czasem była pod tak wielkim wraŜeniem i przepełniała ją  tak  ogromna  tęsknota,  Ŝe  wydawało  jej  się  iŜ 
rozsypie się w drobny mak. 

W  pobliŜu  nie  było  nikogo,  pozwoliła  więc  spokojnie  płynąć  łzom.  Nie  musiała  udawać,  Ŝe  to 

alergia. Siadła, Ŝeby wytrzeć nos i oczy w bawełnianą koszulkę. 

No juŜ, uspokój się, powiedziała sobie. Chyba jesteś stuknięta. 
ś

ałowała,  Ŝe  wcześniej  nie  pomyślała  o  Jeremym.  Bo  teraz,  nie  wiedzieć  czemu,  cały  czas 

przypominała  sobie,  jak  wyglądał  tamtej  nocy,  kiedy  przyszedł  oglądać  z  nią  zaćmienie.  W  jego 
skupionych brązowych oczach iskrzyło podniecenie, jakby naprawdę interesowało go to, co widzi. Jakby, 
przynajmniej w tej chwili, rozumiał. 

Stanowię  jedność  z  nocą,  nucił  w  niej  romantyczny,  rzewny  głos,  znów  doprowadzając  ją  do 

płaczu. 

Tak,  jasne,  pomyślała  cynicznie.  Wzięła  torebkę  chipsów  spod  polowego  krzesełka.  Kiedy  się  je 

chipsy, wszelki romantyzm i głębia majestatu znikają. 

Teraz Saturn. Wytarła lepiące pomarańczowe okruszki z palców. To dobra noc na obserwację Saturna, bo 
jego pierścienie akurat znajdowały się pod kątem. 

background image

Musi  się  spieszyć,  bo  szesnaście  po  jedenastej  pokaŜe  się  KsięŜyc.  Zanim  skierowała  teleskop  na 

Saturna,  po  raz  ostatni  spojrzała  na  Lagunę.  Właściwie  na  wschód  Laguny,  usiłując  dostrzec  otwarte 
skupisko słabiej świecących gwiazd. 

Nie mogła go wypatrzyć. Gdyby teleskop był większy, gdyby mieszkała w Chile, gdzie powietrze jest 

suche, gdyby mogła się przedostać poza ziemską atmosferę... moŜe by się udało. Ale na razie ograniczały 
ją moŜliwości ludzkiego oka. Powieki, które rozchylają się najszerzej na dziewięć milimetrów. 

I nic się na to nie poradzi. 
Kiedy  skierowała  obiektyw  na  Saturna,  w  domu  na  dole  zapaliło  się  światło.  Nie  na  ganku,  tylko 

ogrodowa lampa sodowa, która oświetlała tył działki za domem jak reflektor. 

Mary-Lynnette  usiadła  rozzłoszczona.  Właściwie  nie  miało  to  znaczenia  i  tak  widziała  pierścienie 

Saturna  -  delikatne  srebrne  linie  przecinające  planetę.  Ale  dziwne,  pani  Burdock  nigdy  nie  włączała 
tylnego światła w nocy. 

To dziewczyny, pomyślała. Siostrzenice. Widocznie ciotka oprowadza je po posesji. W roztargnieniu 

sięgnęła po lornetkę. Była ciekawa. 

Celestron ultima, zgrabna i lekka, słuŜyła jej do oglądania wszystkiego: od obiektów głębokiego nieba 

po kratery na KsięŜycu. Teraz dziesięciokrotnie przybliŜała tył domu pani Burdock. 

Ale jej samej Mary-Lynnette nie zobaczyła. Widziała ogród. Komórkę i ogrodzony teren, gdzie pani 

Burdock  trzymała  kozy.  I  dostrzegła  trzy  dziewczyny  dobrze  oświetlone  lampą  sodową.  Jedna  miała 
brązowe  włosy,  druga  złote,  a  trzecia  w  kolorze  pierścieni  Jupitera.  Srebrne.  Jak  blask  gwiazd. 
Dziewczyny, niosły coś zawiniętego w folię. Czarną. Mocny worek na śmieci o ile jej wzrok nie myli. 

Co one z tym robią? 

Zakopują. 
Mała  ze  srebrnymi  włosami  wzięła  łopatę.  Szło  jej  całkiem  nieźle.  Po  kilku  minutach  wykopała 

prawie wszystkie irysy pani Burdock. Później przyszła kolej na średnią ze złotymi włosami, a w końcu na 
wysoką brunetkę. 

Podniosły  przedmiot  w  worku  na  śmieci  -  chociaŜ  na  oko  miał  ponad  półtora  metra,  wzięły  go  bez 

trudu - i włoŜyły go do świeŜo wykopanego dołu. 

Zaczęły zasypywać dziurę. 
Nie.  powiedziała  sobie  Mary-Lynnette.  Nie  bądź  śmieszna.  Nie  wariuj.  To  na  pewno  coś  zupełnie 

prozaicznego. 

Problem w tym, Ŝe Ŝadne zwykłe wyjaśnienie nie przychodziło jej do głowy. 
Nie, to nie jakiś horror. One po prostu zakopują... 

Co  oprócz  zwłok  moŜe  mieć  półtora  metra  długości,  być  sztywne  i  przed  zakopaniem  musi  być 

owinięte w worek na śmieci? 

A..., pomyślała Mary-Lynnette, czując przypływ adrenaliny. Serce waliło jej jak młotem. A... A... 
Gdzie pani Burdock? 

AŜ  zdrętwiała  ze  zdenerwowania.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  przestała  nad  sobą  panować,  a  tego  uczucia 

nienawidziła. Tak jej drŜały ręce, Ŝe musiała opuścić lornetkę. 

Z panią B. wszystko w porządku. Nic jej nie jest. Takie rzeczy w prawdziwym Ŝyciu się nie zdarzają. 

Co by zrobiła Nancy Drew? 
Ogarnięta nagłą paniką Mary-Lynnette zachichotała słabo. Nancy Drew oczywiście zbiegłaby tam bez 

namysłu  i  podglądała.  Podsłuchiwałaby  zza  krzaków,  a  później  przekopała  ogródek,  kiedy  dziewczyny 
wróciłyby do domu. 

Ale  takie  rzeczy  się  nie  zdarzają.  Mary-Lynnette  nawet  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  Ŝe  ryje  w 

ogrodzie  sąsiadki  w  samym  środku  nocy.  Zostałaby  przyłapana  i  sytuacja  zmieniłaby  się  w  poniŜającą 
farsę.  Pani  Burdock  wyszłaby  z  domu  Ŝywa  i  przeraŜona,  a  ona  umarłaby  ze  wstydu,  usiłując  się 
wytłumaczyć. 

W ksiąŜce mogłoby to wyglądać zabawnie. W prawdziwym Ŝyciu - wolała o tym nie myśleć. 

background image

Paranoja.  W  głębi  duszy  Mary-Lynnette  wiedziała,  Ŝe  wszystko  jest  w  porządku.  Inaczej  by  tu  nie 

siedziała. Wezwałaby policję, jak kaŜda rozsądna osoba. 
Nagle poczuła się zmęczona. Nie miała juŜ ochoty oglądać gwiazd. Spojrzała na zegarek przez rubinowe 
ś

wiatło  latarki  z  czerwonym  filtrem.  Zaraz  jedenasta,  za  szesnaście  minut  i  tak  cale  niebo  zaleje  blask 

księŜyca. 

Zanim złoŜyła teleskop przed drogą powrotną, ostatni raz spojrzała na dom przez lornetkę. 
Ogród  był  pusty.  W  miejscu,  gdzie  została  naruszona  ziemia,  widniał  ciemny  prostokąt.  Nagle  lampa 
sodowa zgasła 

Nie zaszkodzi podejść tam jutro, pomyślała. Właściwie i tak się wybierałam. Powinnam przywitać się 

z  dziewczynami.  I  oddać  noŜyce  ogrodnicze,  które  poŜyczył  tata,  i  nóŜ,  który  pani  B  mi  dała,  Ŝeby 
podwaŜyć nakrętkę na wlewie paliwa. Wtedy się upewnię, Ŝe pani B. jest cała i zdrowa. 

Ash dotarł na szczyt krętej drogi i zatrzymał się, Ŝeby podziwiać jasny punkt światła na południu. Z 

tych wiosek na odludziu zawsze lepiej widać. Jupiter, król planet, wyglądał stąd jak UFO. 

-

 

Gdzie byłeś? - spytał głos. - Czekam na ciebie od paru godzin. 

-

 

Gdzie byłem? - odpowiedział Ash nie odwracając się. - Raczej gdzie ty byłeś? Mieliśmy się spotkać 

na tamtym wzgórzu, Quinn. - Wskazał łokciem, bo ręce trzymał w kieszeniach. 

-

 

Mylisz się. Na tym wzgórzu. Cały czas tu siedzę i na ciebie czekam. Ale niewaŜne. Są czy ich nie 

ma? 

Ash  podszedł niespiesznie do otwartego kabrioletu, zaparkowanego tuŜ przy drodze, z wyłączonymi 

ś

wiatłami. Oparł się o drzwi i spojrzał w dół. 

-

 

Są. Mówiłem ci Ŝe będą. Tylko tu mogły przyjechać. 

-

 

Wszystkie trzy? 

-

 

Jasne. Zawsze trzymają się razem. 

-

 

Lamie są ujmująco prorodzinne. - Kąciki warg Quinna uniosły się. 

-

 

A stworzone wampiry są ujmująco niskie - rzucił spokojnie Ash, znów spoglądając w niebo. 

Quinn posłał mu lodowate spojrzenie. Mała. korpulentna postać siedziała w samochodzie bez ruchu. 

-  Nie  udało  mi  się  dorosnąć  -  powiedział  bardzo  cicho  Quinn.  -  jeden  z  twoich  przodków  się  o  to 

postarał. 

Ash rozsiadł się na masce i zaczął wymachiwać długimi nogami 
-

 

Sam  się  zastanawiam,  czy  w  tym  roku  nie  przestać  się  starzeć  -  powiedział  uprzejmie,  nadal 

spoglądając na zbocze. - Osiemnastka to całkiem niezły wiek. 

-

 

MoŜe  i  tak.  jeŜeli  ma  się  wybór.  -  Głos  Quinna  nadal  był  cichy  jak  szmer  spadających  liści.  - 

Spróbuj być osiemnastolatkiem przez cztery wieki, i juŜ tak na zawsze. 

Ash odwrócił głowę i znów się do niego uśmiechnął. 
-

 

Przykro mi z powodu mojej rodziny. 

-

 

Mnie teŜ przykro z powodu twojej rodziny. Redfernowie od jakiegoś czasu mają chyba kłopoty, co? 

Nie  wiem,  czy  dobrze  zrozumiałem.  Najpierw  twój  wuj  Hodge  łamie  zasady  świata  nocy  i  zostaje 
naleŜycie ukarany... 

-

 

Nie  byt  z  Redfernów.  tylko  z  Burdocków  -  przerwał  mu  Ash  grzecznym  tonem,  unosząc  palec 

wskazujący. - To mąŜ mojej ciotecznej babki. Poza tym to się stało ponad dziesięć lat temu. 

-

 

A potem twoja ciotka Opal... 

-

 

Moja cioteczna babka Opal... 

-

 

Znika  jak  kamfora.  Całkowicie  zrywa  kontakt  ze  światem  nocy.  Najwyraźniej  woli  mieszkać  na 

końcu świata, z ludźmi. 

Ash wzruszył ramionami, skupiając wzrok na południowej stronie horyzontu. 
-

 

Widocznie  na  końcu  świata,  wśród  ludzi,  dobrze  się  poluje.  Zero  konkurencji.  I  nie  obowiązują 

zasady świata nocy. Nikt ci nie dyktuje, ile moŜesz upolować. 

background image

-

 

I nie ma nadzoru - zauwaŜył cierpko Quinn. - Właściwie nie chodzi aŜ tak bardzo o toŜ Ŝe ona tu 

mieszka.  Tylko  Ŝe  zachęcała  twoje  siostry  do  przyjazdu.  Powinieneś  na  nie  donieść,  kiedy  się 
dowiedziałeś, Ŝe piszą do ciotki w tajemnicy. 

Ash poczuł się nieswojo. 

-

 

Nie łamały zasad. Nie wiedziałem, co im chodzi po głowie. 

-

 

Nie  tylko  im.  -  Głos  Quinna  był  niepokojąco  łagodny.  -  Wiesz,  Ŝe  krąŜą  plotki  o  tym  twoim 

kuzynie,  Jamesie  Rasmussenie.  Podobno  zakochał  się  w  dziewczynie.  Umierała,  więc  postanowił  ją 
odmienić, nie pytając o zgodę... 

Ash zeskoczył z maski i się wyprostował. 

-

 

Nie  słucham  plotek  -  uciął  energicznie,  kłamiąc.  -  Poza  tym  w  tej  chwili  nie  to  jest  problemem, 

zgadza się? 

-

 

Tak.  Problemem  są  twoje siostry  i  zamieszanie  wokół  nich.  I  to,  czy  jesteś  w  stanie zrobić z  tym 

porządek. 

-

 

Nie martw się, Quinn. Poradzę sobie. 

-

 

A jednak się martwię, Ash. Nie wiem, dlaczego dałem ci się w to wciągnąć. 

-

 

Przegrałeś w pokera. 

-

 

Bo  oszukiwałeś. -  Quinn  spoglądał przed siebie, mruŜąc ciemne oczy. Jego wargi tworzyły prostą 

linię.  -  Nadal  uwaŜam,  Ŝe  powinniśmy  powiedzieć  Starszym  -  oznajmił  nagle.  -  Tylko  wtedy  zyskamy 
pewność, Ŝe dochodzenie będzie skrupulatne. 

-

 

Bez przesady, są tu dopiero kilka godzin. 

-

 

Twoje siostry tak. A ciotka? Ile? Dziesięć lat? 

-

 

Co masz do mojej ciotki, Quinn? 

-

 

Jej mąŜ był zdrajcą. Ona teŜ nas zdradziła, skoro zachęcała dziewczyny do ucieczki. Poza tym kto 

wie, co tu robiła przez dziesięć lat? Ilu ludziom opowiedziała o świecie nocy? 

-

 

MoŜe nikomu. - Ash wzruszył ramionami, przyglądając się swoim paznokciom. 

-

 

A moŜe całemu miasteczku. 

-

 

Quinn  -  odezwał  się  Ash  spokojnie,  jakby  przemawiał  do  małego  dziecka.  -  JeŜeli  moja  ciotka 

złamała zasady świata nocy, musi umrzeć. KaŜda plama na honorze rodziny jest ujmą równieŜ dla mnie. 

-

 

O, to  na  pewno  -  wymruczał  pod  nosem Quinn.  -  Jesteś  wyjątkowym  egoistą.  Zawsze  chcesz być 

najwaŜniejszy. 

-

 

Chyba jak kaŜdy? 

-

 

Nie kaŜdy ma na tym punkcie obsesję. - Zaległa cisza. - A co z twoimi siostrami? - spytał Quinn po 

chwili. 

-

 

Jak to co? 

-

 

Zabiłbyś je, gdyby to było konieczne? Ashowi nawet nie drgnęła powieka. 

-

 

Oczywiście. W imię honoru rodziny. 

-

 

JeŜeli coś im się wymknęło na temat świata nocy... 

-

 

Nie są głupie. 

-

 

Ale  naiwne.  MoŜe  dały  się  podejść.  śyły  na  wyspie,  w  całkowitej  izolacji  od  ludzi.  Nie  miały 

okazji się przekonać, jak plugawe jest robactwo. 

-

 

CóŜ, my wiemy, co to za jedni. I jak z nimi postępować - powiedział Ash z uśmiechem. 

-

 

Tak, znam twoje poglądy w tej kwestii. - Po raz pierwszy Quinn się uśmiechnął, czarująco, niemal 

marzycielsko.  -  Dobra.  Zostawię  cię  tu,  Ŝebyś  się  tym  zajął.  Chyba  nie  muszę  mówić,  Ŝebyś  sprawdził 
kaŜdego człowieka, z którym się kontaktowały. Jak się dobrze spiszesz, to moŜe uratujesz honor rodziny. 

-

 

Nawet nie chcę myśleć o kompromitacji, gdyby doszło do publicznego procesu. 

-

 

Wrócę  za  tydzień.  JeŜeli  nie  zrobisz  porządku,  idę  do  Starszych.  I  nie  mam  na  myśli  starszych  z 

rodziny Redfernów. Pójdę z tym od razu do Rady. 

background image

-

 

No  dobra  -  mruknął  Ash.  -  O  rany,  Quinn,  naprawdę  powinieneś  sobie  znaleźć  jakieś  hobby. 

Wybierz się na polowanie. Jesteś za bardzo sfrustrowany. 

Quinn nie zareagował na tę uwagę. 

-

 

Wiesz, gdzie zacząć? - spytał krótko. 

-

 

Jasne. Dziewczyny są teraz... tam... na dole. - Ash odwrócił się na wschód. Przymykając jedno oko, 

wycelował palcem w plamkę światła w dolinie. - Na farmie Burdocków. Zbadam sprawy w miasteczku, a 
potem sprawdzę najbliŜsze robactwo. 

 
 

Rozdział 4 

 
 

Jednak  w  dziennym  świetle  wszystko  wygląda  inaczej.  W  gorącym,  mglistym  słonecznym  blasku 

sierpniowego  słońca,  o  poranku  Mary-Lynnette  jakoś  nie  potrafiła  powaŜnie  myśleć  o  tym,  Ŝeby 
sprawdzić, czy pani Burdock Ŝyje. To po prostu śmieszne. Poza tym miała duŜo roboty - za niecałe dwa 
tygodnie  zaczyna  się  szkoła.  Pod  koniec  czerwca  Mary-Lynnette  wydawało  się,  Ŝe  lato  będzie  trwać 
wiecznie i nigdy nie powie:  „Ojej, jak te wakacje  zleciały".  A tymczasem,  w połowie sierpnia, myślała: 
„Ojej, jak te wakacje zleciały". 

Potrzebne  mi  ubrania,  pomyślała.  Nowy  plecak,  zeszyty  i  kilka  niebieskich  długopisów.  I  muszę 

dopilnować, Ŝeby Mark teŜ wszystko  miał, bo sam się tym nie zajmie, a Claudine nigdy go do tego nie 
zmusi. 

Claudine,  ich  macocha  -  bardzo  ładna  Belgijka,  z  brązowymi  kręconymi  włosami  i  ciemnymi 

błyszczącymi oczami - była starsza od Mary-Lynnette tylko o dziesięć lat, a wyglądała jeszcze młodziej. 
Zatrudnili  ją  jako  pomoc  domową  pięć  lat  temu,  kiedy  mama  się  rozchorowała.  Mary-Lynnette  lubiła 
Claudine, ale ta w roli matki zupełnie się nie sprawdzała. Markiem zajmowała się więc Mary-Lynnette. 
Więc nie ma czasu, Ŝeby iść do pani B. Cały dzień spędziła na zakupach. O pani Burdock pomyślała znów 
dopiero wieczorem. 

Pomagała wynosić naczynia z jadalni, gdzie zwykle jedli kolację, oglądając telewizję. 

-

 

Słyszałem dziś coś na temat Todda Akersa i Vica Kible'a - zagadnął ojciec. 

-

 

Łazęgi - wymamrotał Mark. 

-

 

Co? - spytała Mary-Lynnette. 

-

 

Mieli jakiś wypadek na Chiloąuin Road, w górach między Hazel Green Creek a Beavercreek. 

-

 

Samochodowy? - dociekała Mary-Lynnette. 

-

 

Właśnie w tym cała zagadka. Podobno samochód nie jest uszkodzony, ale im się wydaje, Ŝe mieli 

wypadek. Wrócili do domu po północy i twierdzili, Ŝe coś im się stało. Nie wiedzieli tylko co. Nie było 
ich kilka godzin. - Spojrzał na Marka i Mary -Lynnette. - I co wy na to? 

-

 

UFO! - krzyknął natychmiast Mark, przyjmując pozę miotacza dyskiem i wymachując talerzem. 

-

 

UFO  to  brednie  -  skwitowała  Mary-Lynnette.  -  Wiesz,  jaką  odległość  musiałyby  przebyć  małe 

zielone  ludziki?  A  nie  ma  czegoś  takiego  jak  prędkość  warp.  Dlaczego  ludzie  muszą  wymyślać 
niestworzone historie, skoro wszechświat wprost kipi od niewiarygodnych rzeczy, które są prawdziwe... - 
Przerwała  spiorunowana  dziwnymi  spojrzeniami  rodziny.  -  Przywalili  w  coś,  i  tyle  -  dodała  i  włoŜyła 
swoje naczynia do zlewu. 

Ojciec lekko się skrzywił. Claudine ściągnęła usta. Mark uśmiechnął się promiennie. 

-  Mam nadzieję, Ŝe porządnie - powiedział. 

Kiedy wchodziła z powrotem do jadalni, dopadła ją pewna myśl. 
Chiloąuin Road odchodzi od Kahneta, drogi, przy  której stoi jej dom. I dom pani B. Z Chiloąuin na 

farmę Burdocków są tylko trzy kilometry. 

Na pewno nie ma to Ŝadnego związku. Chyba Ŝe wtedy w ogrodzie dziewczyny zakopywały małego 

zielonego ludzika, który uprowadził Vica i Todda, zakpiła w duchu. 

background image

Jednak nie dawało jej to spokoju. Tej samej nocy, w tej samej okolicy wydarzyły się dwie naprawdę 

dziwne  rzeczy.  W  maleńkiej,  spokojnej  miejscowości,  która  nigdy  nie  była  świadkiem  niczego 
ekscytującego. 

O, zadzwonię do pani B. Upewnię się, Ŝe nic jej nie jest, a potem będę się z siebie śmiała. 

Telefon u Burdocków dzwonił i dzwonił. Nikt nie podnosił słuchawki, a automatyczna sekretarka się 

nie włączyła. Mary-Lynnette zaczęła się czuć nieswojo, ale zachowywała spokój. Wiedziała, co zrobi. 

Zaczepiła Marka wchodzącego na górę. 

-

 

Chcę z tobą pogadać. 

-

 

JeŜeli chodzi o twojego walkmana... 

-

 

Co? Nie, nie o to. - Spojrzała na niego. - A co z moim walkmanem? 

-  Ekhm, nic. Zupełnie nic. Jęknęła, ale odpuściła. 

-

 

Słuchaj, musisz mi pomóc. Wczoraj w nocy na wzgórzu widziałam coś dziwnego... - Wyjaśniła mu 

najkrócej, jak umiała. - A teraz słyszałeś o Toddzie i Vicu. 

-

 

Mary, Mary. - Pokręcił głową z politowaniem. - Ty naprawdę jesteś stuknięta. 

-

 

Wiem. NiewaŜne. I tak tam dziś pójdę. 

-

 

Po co? 

-

 

ś

eby sprawdzić. Chcę tylko zobaczyć panią B. Wyluzuję, jak z nią porozmawiam. A jak sprawdzę, 

co jest zakopane w ogrodzie, będę zupełnie spokojna. 

-

 

MoŜe zakopały Wielką Stopę. Rząd prowadził badania u Klamatów, ale go nie znaleźli. 

-

 

Mark, jesteś mi coś winien za walkmana. Cokolwiek się z nim stało. 

-

 

Uh...  -  mruknął  zrezygnowany  i  westchnął.  -  Zgoda.  Ale  od  razu  uprzedzam,  Ŝe  nie  zamierzam 

gawędzić z tymi dziewczynami. 

-

 

Dobra. Nie musisz nawet się z nimi widzieć. Jesteś mi potrzebny do czegoś innego. 

Słońce  chowało  się  za  horyzont.  Chodzili  tą  drogą  setki  razy,  Ŝeby  dostać  się  na  wzgórze.  Tyle  Ŝe 

dzisiaj Mark zamiast teleskopu niósł sekator, a Mary-Lynnette zdjęła z latarki czerwony filtr. 

-

 

Chyba tak naprawdę nie myślisz, Ŝe załatwiły staruszkę 

-

 

Nie - powiedziała otwarcie. - Chcę tylko postawić świat z powrotem na swoim miejscu. 

-

 

Co? 

-

 

KaŜdy  ma  jakieś  wyobraŜenie świata,  ale  czasem  się zastanawia:  „O BoŜe, a  moŜe  on  jest  jednak 

inny?"  Albo:  „A  moŜe  tak  naprawdę  jestem  adoptowana  i  ludzie,  których  uwaŜam  za  swoich  rodziców, 
wcale nie są moimi rodzicami?" Gdyby tak się okazało, wszystko by się zmieniło. Ale najpierw przez mi-
nutę  człowiek  nie  ma  pojęcia,  co  jest  prawdą.  Tak  właśnie  się  teraz  czuję  i  chcę  się  z  tego  otrząsnąć, 
wrócić do swojego starego świata. 

-  Wiesz, co mnie przeraŜa? - odezwał się Mark. - śe chyba cię rozumiem. 

Zanim  dotarli  na  farmę  Burdocków,  zapadła  juŜ  ciemność.  Przed  nimi,  na  zachodzie,  nad  domem 

wisiała gwiazda Arktur, która delikatnie migotała na czerwono. 

Mary-Lynnette  nie  zamierzała  się  bawić  z  rozklekotaną  furtką.  Stanęła  za  krzewami  czarnych 

porzeczek, gdzie parkan leŜał na ziemi. 

Dom był podobny do jej domu, ale miał mnóstwo drobiazgów w wiktoriańskim stylu. Mary-Lynnette 

uwaŜała,  Ŝe  wyszukane  obramowania  i  ornamenty  nadają  mu  dziwaczny  charakter  -  ekscentryczny,  jak 
pani Burdock. Spojrzała w okno na piętrze. Za roletą dostrzegła cień poruszającej się postaci. 

Dobrze,  przynajmniej  wiem,  Ŝe  ktoś  tu  jest.  Mark  zaczął  się  ociągać,  kiedy  schodzili  porośniętą  chwa-
stami ścieŜką. 

-

 

Mówiłaś, Ŝe mogę się schować. 

-

 

Zgoda. Weź sekator, podejdź na tył... 

-  I obejrzyj grób Wielkiej Stopy. Przy okazji moŜesz trochę pokopać. Nie ma mowy. 

background image

-  O  rany  -  mruknęła  Mary-Lynnette.  -  No  to  schowaj  się  gdzieś  tutaj  i  módl  się,  Ŝeby  cię  nie 

zobaczyły,  kiedy  podejdę  do  drzwi.  Z  sekatorem  przynajmniej  będziesz  miał  wytłumaczenie,  jeśli  cię 
znajdą w ogrodzie. 

Kiedy Mark zrobił naburmuszoną minę, wiedziała, Ŝe wygrała. 

-  UwaŜaj - ostrzegła go niespodziewanie, kiedy zaczął się oddalać. 

Machnął lekcewaŜąco ręką, nie odwracając się. 

Kiedy zniknął z pola widzenia, zapukała do drzwi. Później kilka razy uderzyła kołatką. Słyszała, jak 

po domu niesie się odgłos stukania, ale drzwi nikt nie otwierał. 

Zaczęła walić mocniej. Miała nadzieję, Ŝe zaraz zobaczy panią B.. drobną, z chropowatym  głosem i 

niebieskawymi włosami, ubraną w starą bawełnianą sukienkę. Ale tak się nie stało. Nikt nie wyszedł. 

Przestała  się  silić  na  grzeczność  -  teraz  łomotała  w  drzwi  i  pięścią,  i  kołatką.  W  tym  szale 

uświadomiła sobie, Ŝe jest przeraŜona. 

I  to  całkiem  mocno.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  traci  grunt  pod  stopami.  Pani  Burdock  zawsze  otwierała 

drzwi. A Mary-Lynnette na własne oczy widziała, Ŝe ktoś jest w domu. 

Więc dlaczego nie otwiera? 

Serce biło jej jak oszalałe. Czuła nieprzyjemny ucisk w Ŝołądku. 
Powinnam stąd zwiewać i zadzwonić do szeryfa Akersa. On chyba wie, co robić w takich sytuacjach. 

Ale jakoś trudno jej było znaleźć w sobie choćby okruch wiary w zdolności ojca Todda. Strach i frustrację 
wyładowała na drzwiach. 

Które  się  otworzyły.  Nagle.  Pięść  zawisła  w  powietrzu,  a  Mary-Lynnette  przez  chwilę  czuła  czystą 

panikę, strach przed nieznanym. 

-  W czym mogę pomóc? 

Łagodny,  pięknie  modulowany  głos.  Dziewczyna  -  prześliczna.  Ze  szczytu  wzgórza  Mary-Lynnette 

nie  widziała,  Ŝe  brązowe  włosy  rozświetlone  są  lśniącymi  orzechowymi  pasemkami,  rysy  twarzy 
klasyczne, a wysoka postać zgrabna i szczupła. 

-

 

Ty jesteś Rowan - odezwała się. 

-

 

Skąd wiesz? 

A  kim  innym  moŜesz  być.  pomyślała  Mary-Lynnette.  PrzecieŜ  „rowan"  to  jarzębina,  a  nigdy  nie 

widziałam nikogo, kto bardziej by ją przypominał. 

-  Twoja  ciotka  mi  o tobie  mówiła. Nazywam  się  Mary-Lynnette Carter,  mieszkam  tam  wyŜej,  przy 

Kahneta Road. Pewnie mijałyście mój dom po drodze. 

Rowan najwyraźniej nie zamierzała się spoufalać.  
Ma  taką  słodką,  dostojną  twarz  i  cerę.  która  przypomina  płatki  białej  orchidei,  pomyślała  Mary 

Lynnette. 

-  Chciałam się tylko z wami przywitać, przedstawić się i spytać, czy czegoś nie potrzebujecie. 

Rowan  wyglądała  juŜ  mniej  wyniośle,  niemal  się  uśmiechała,  a  jej  brązowe  oczy  nabrały  ciepłego 

wyrazu. 

-  Miło z twojej strony. Dziękujemy, ale niczego nam nic brakuje... Naprawdę wszystko mamy. 

Mary-Lynnette  zorientowała  się,  Ŝe  Rowan  bardzo  grzecznie  właśnie  zakończyła  rozmowę.  Szybko 

rzuciła kolejny temat. 

-

 

Jesteście trzy. prawda? Będziecie tu chodzić do szkoły? 

-

 

Moje siostry będą. 

-

 

Super. Mogę  im wszystko  pokazać. W  tym roku idę do  ostatniej  klasy. - Następny temat, szybko, 

pomyślała  Mary-Lynnette.  -  Jak  ci  się  podoba  Briar  Creek?  Chyba  nie  jesteście  przyzwyczajone  do  tak 
spokojnej okolicy? 

-

 

Nasze rodzinne strony są dość spokojne. Ale bardzo nam się tu podoba, cudowne miejsce. Drzewa, 

małe zwierzaki - przerwała. 

-

 

Tak,  śliczne  stworzonka  -  przytaknęła  Mary-Lynnette.  Do  rzeczy,  ponaglał  ją  wewnętrzny  głos. 

Czuła, jakby zamiast języka miała rzep. - A jak tam wasza ciotka? - wydusiła w końcu. 

-

 

Ciotka... dobrze. 

background image

Mary-Lynnette  wystarczyła  ta  chwila  zawahania.  Jej  wcześniejsze  podejrzenia  i  panika  natychmiast 

znów doszły do głosu. Poczuła nagłe olśnienie i chłód, jakby ktoś dźgnął ją ostrzem z lodu. 

-  Mogłabym z nią chwilę porozmawiać? - spytała pewnym, niemal radosnym głosem. - Poprosisz ją? 

Mam coś dość waŜnego do powiedzenia... - Zrobiła ruch, jakby zamierzała przekroczyć próg. 

Rowan blokowała wejście. 

-  Oj. niestety. W tej chwili to niemoŜliwe. 

-

 

Znów  ma  atak  migreny?  JuŜ  widziałam  ją  w  łóŜku.  -  Mary-Lynnette  zaśmiała  się  lekko  i 

dźwięcznie. 

-

 

Nie, to nie migrena - wyjaśniła Rowan łagodnie, rozwaŜnie. - CóŜ... wyjechała na kilka dni. 

-

 

Wyjechała? 

-

 

Wiem. - Rowan zrobiła lekki grymas, przyznając, Ŝe to dziwne. - Postanowiła zrobić sobie krótkie 

wakacje. 

-

 

Ale przecieŜ wy dopiero co przyjechałyście... - Mary-Lynnette łamał się głos. 

-

 

No... wiedziała, Ŝe przypilnujemy jej domu. Dlatego na nas czekała. 

-

 

Ale przecieŜ... - zaczęła znów Mary-Lynnette. Spazm chwycił ją za gardło. - Dokąd pojechała? 

-

 

Na północ, gdzieś na wybrzeŜe. Nie pamiętam dokładnie 

-

 

Ale... - Mary-Lynnette zawiodły struny głosowe. Wewnętrzny głos zaczął ją ostrzegać. Teraz bądź 

grzeczna  i  ostroŜna.  Nie  naciskaj,  bo  się  domyśli,  Ŝe  coś  podejrzewasz.  Ta  dziewczyna  moŜe  być 
niebezpieczna... 

CięŜko  było  w  to  wierzyć,  kiedy  patrzyło  się  na  słodką,  powaŜną  twarz  kuzynki  pani  Burdock.  Nie 

wyglądała  groźnie.  Ale  Mary-Lynnette  zauwaŜyła  coś  jeszcze.  Rowan  była  boso.  Stopy  miała 
kredowobiałe, jak resztę ciała, i mocno zbudowane. Jakby stworzone do biegania. Z dziką prędkością. 

Kiedy podniosła wzrok, za Rowan stanęła inna dziewczyna: z ciemnozłotymi włosami, mleczną skórą 

i Ŝółtymi oczami. 

-

 

To Kestrel. 

-

 

Aha - wymamrotała Mary-Lynnette, gapiąc się na siostrę Rowan. Z przeraŜeniem. Dziewczyna szła 

tak, jakby frunęła. 

-

 

O co chodzi? - spytała. 

-

 

To  Mary-Lynnette  -  wyjaśniła  Rowan  nadal  przyjemnym  głosem.  -  Mieszka  niŜej  przy  drodze. 

Przyszła do cioci Opal 

-

 

Właściwie  chciałam  sprawdzić,  czy  niczego  nie  potrzebujecie  -  wtrąciła  szybko  Mary-Lynnette.  - 

Jesteśmy  jedynymi  sąsiadami.  -  Zmiana  strategii,  pomyślała  szybko.  W  tył  zwrot.  Patrząc  na  Kestrel. 
uwierzyła w niebezpieczeństwo. Oby tylko te dziewczyny nic domyśliły się, co wie. 

-  Jesteś przyjaciółką ciotki Opal? - spytała Kestrel.  
ś

ółtymi oczami zmierzyła Mary-Lynnette. najpierw z dołu do góry. a potem z góry na dół. 

-  Tak, wpadam czasami pomóc jej... - O BoŜe, tylko nie palnij „w ogródku" - ...przy kozach. Hm, 

chyba wspomniała wam. Ŝe trzeba je doić co dwanaście godzin? 

Mina Rowan  zmieniała się powoli.  Serce Mary-Lynnette  zabiło z całej siły.  Pani B. przenigdy nie 

wyjechałaby, nie zostawiając poleceń dotyczących kóz. 

-  Oczywiście, Ŝe nam powiedziała - zapewniła gładko Rowan, chwilę za późno. 

Mary-Lynnette zaczęły się pocić dłonie. Kestrel ani na moment nie spuszczała z niej przeszywającego, 

beznamiętnego, uporczywego wzroku. Jak sęp wpatrujący się w ofiarę. 

-  CóŜ, juŜ późno, a na pewno macie co robić. Nie powinnam wam przeszkadzać. 

Rowan i Kestrel spojrzały na siebie, potem na Mary-Lynnette, wlepiając w jej twarz cynamonowo 

brązowe i złote oczy. . Mary-Lynnette znów poczuła ucisk w Ŝołądku. 

-  Nie, nie idź jeszcze. MoŜe wejdziesz? - wymamrotała Kestrel. 

 
 

background image

Rozdział 5 

 
 

Mark, ciągle mrucząc pod nosem, krąŜył wokół zakątka z tyłu domu. Co on tu w ogóle robi? 

Niełatwo było się dostać do ogrodu. Musiał przedzierać się przez przerośnięte krzewy rododendronu i 

czarnych jagód, które tworzyły gęsty Ŝywopłot. Kiedy w końcu wyłonił się z tunelu mięsistych zielonych 
liści, nie od razu zrozumiał to, co zobaczył. Z rozpędu zrobił jeszcze kilka kroków. 

Ej, stój. Tam jest dziewczyna. 
Ładna  dziewczyna.  Niewiarygodnie  piękna  dziewczyna  Widział  ją  wyraźnie  w  blasku  lampy 

oświetlającej  ganek.  Miała  platynowe  włosy  aŜ  do  bioder,  delikatne  jak  u  dziecka.  Przy  kaŜdym  kroku 
owiewały ją niczym miękki jedwab. Była maleńka. Drobnokoścista. 

Ubrana  w  jakąś  staromodną  koszulę  nocną  tańczyła  do... reklamy  leasingu. Na  schodach  ganku  stal 

zdezelowany radioodbiornik. Był teŜ czarny kociak - zerknął na Marka i pomknął się ukryć w ciemności. 

-  Złyyyyy kredyt. beeeeez kredytu, nieeee martw się, zabierzeeeemy cię... - świergotało radio. 
Tańczyła,  unosząc  ręce  nad  głową.  Lekko  jak  puszek,  pomyślał  Mark.  przyglądając  się  ze 

zdumieniem. I to światło... Co z tego, Ŝe wszystko wygląda kiczowato? 

Reklama  się  skończyła  i  zaczęła się  piosenka  country  Dziewczyna  zrobiła  obrót  i  zobaczyła  Marka. 

Przystanęła z rękami nad głową, skrzyŜowanymi w nadgarstkach. Jej oczy zrobiły się wielkie, a usta się 
otworzyły. 

Boi  się.  pomyślał  Mark.  Mnie.  Nie  wyglądała  juŜ  wdzięcznie.  Miotała  się.  Ŝeby  chwycić  radio, 

obmacywała je, potrząsała nim. Najwyraźniej usiłowała znaleźć wyłącznik, jej nerwowość była zaraźliwa. 
Mark odruchowo upuścił sekator i doskoczył do niej, Ŝeby wziąć radio. Przekręcił tarczę na górze, szybko 
ucinając piosenkę. Przyglądał się dziewczynie, a ona patrzyła na niego srebrno zielonymi oczami. Oboje 
oddychali szybko, jakby właśnie rozbroili bombę. 

-  Ja teŜ nie cierpię country - odezwał się po minucie Mark, wzruszając ramionami. 

Nigdy wcześniej tak nie zagadywał do dziewczyny. Ale teŜ nigdy wcześniej Ŝadna dziewczyna się go 

nie  przestraszyła.  I  to  w  dodatku  tak  mocno  -  wydawało  mu  się,  Ŝe  widzi  krew  pulsującą  w 
bladoniebieskich Ŝyłach pod przezroczystą skórą jej szyi. 

I  nagłe  przestała  wyglądać  na  przeraŜoną.  Zagryzła  wargę  i  zachichotała.  Ciągle  się  uśmiechając, 

zamrugała i kichnęła. 

-

 

Zapomniałam - powiedziała, trąc kącik oka. - Was nie obowiązują te same zasady co nas. 

-

 

Dotyczące muzyki country? - ośmielił się spytać Mark. Spodobał mu się jej głos. Był  zwykły, nie 

niebiański. Dzięki temu wydawała się bardziej ludzka. 

-

 

Zasady dotyczące kaŜdej muzyki spoza - wyjaśniła. -I telewizji równieŜ. 

Spoza czego? - pomyślał Mark. 
-

 

Hm, cześć. Jestem Mark Carter. 

-

 

A ja Jade Redfern. 

-

 

Siostrzenica pani Burdock. 

-

 

Tak. Przyjechałyśmy wczoraj wieczorem. Będziemy tu mieszkać. 

-

 

Moje kondolencje - prychnął. 

-

 

Kondolencje? Czemu? - Jade rozejrzała się szybko po ogrodzie. 

-

 

Bo Ŝycie w Briar Creek jest niewiele bardziej ekscytujące niŜ Ŝycie na cmentarzu. 

Obrzuciła go długim, pełnym podziwu spojrzeniem. 
-

 

Mieszkałeś na cmentarzu? 

-

 

Hm. właściwie chciałem powiedzieć, Ŝe tu nudno. 

-

 

Och... - Zawiesiła na chwilę głos, a potem się uśmiecha. - To dla nas interesujące. Coś innego niŜ 

miejsce, z którego przyjechałyśmy. 
-

 

A skąd przyjechałyście? 

-

 

Z wyspy. Tak jakby... - Zastanowiła się. - W Maine. 

-

 

W Maine - powtórzył. 

background image

-

 

Tak. 

-

 

A ma jakąś nazwę? 

    Przyglądała mu się szeroko otwartymi zielonymi oczami. 

-

 

No, tego nie mogę ci powiedzieć. 

-

 

Uhm, dobra. 

Czy  ona  się  z  niego  nabija?  W  jej  twarzy  nie  było  szyderstwa  czy  kpiny.  Wyglądała  tajemniczo...  I 
niewinnie.  MoŜe  jest  psychiczna?  Dzieciaki  ze  szkoły  Dewitt  miałyby  niezły  ubaw.  Nie  grzeszyły 
tolerancją. 

     - Słuchaj - powiedział szorstko. - JeŜeli będę mógł coś dla ciebie zrobić... wiesz, gdybyś kiedykolwiek 
wpakowała się w kłopoty, to daj mi znać, dobra? 
Przechyliła  głowę.  Jej  rzęsy  rzucały  cień  w  świetle  ganku  Bez  odrobiny  nieśmiałości  uwaŜnie  mu  się 
przyglądała, jakby musiała się z nim oswoić. Nie spieszyła się. W końcu się uśmiechnęła, a w policzkach 
zrobiły jej się małe dołki. Serce Marka drgnęło niespodziewanie. 

-

 

Dobra - odparła łagodnie. - Porządny z ciebie chłopak co, Mark? 

-

 

Hm... - Nikt nigdy nie nazwał go porządnym. Nie bardzo więc wiedział, jak się zachować. - Hm. ja, 

hm, mam nadzieję. 

-

 

Wiesz, juŜ postanowiłam. - Jade spoglądała na niego spokojnie. - Spodoba mi się tutaj. - Znów się 

uśmiechnęła, a Markowi zabrakło tchu. Nagłe wyraz jej twarzy się zmienił. 

Mark teŜ to  usłyszał - przeraźliwy huk  w  gąszczu rododendronów i krzewów czarnych jagód z tyłu 

ogrodu. Odgłos był dziwny, szalony, ale Jade zareagowała nieprawdopodobnie. Zamarła, jej ciało stęŜało 
i zaczęło drŜeć, oczy skierowała w stronę zarośli. Wyglądała na przeraŜoną. 

     - Hej - odezwał się łagodnie Mark i dotknął jej ramienia. - Nic się nie stało. Pewnie jakaś koza uciekła; 
one potrafią przeskoczyć kaŜdy płot... 

Kręciła głową. 

-

 

Albo jeleń. Kiedy się nie boją, chodzą swobodnie jak ludzie. 

-

 

To nie jeleń - syknęła. 

-

 

W nocy wyłaŜą z lasu i objadają ogródki. Tam, skąd przyjechałaś, pewnie nie ma wałęsających się 

jeleni... 

-

 

Nic nie czuję - wyszeptała. - To przez tę głupią zagrodę Wszystko pachnie kozami. 

Nie czuje? Mark zrobił jedyną rzecz, jaka w tej sytuacji przyszła mu do głowy: objął dziewczynę. 

     - Nic się nie bój - uspokoił ją łagodnie. Nie mógł nie zauwaŜyć, Ŝe jest jednocześnie zimna i gorąca, 
miękka i cudownie pręŜna pod nocną koszulą. - Zaprowadzę cię do domu. co? Tam będziesz bezpieczna. 

-  Puść - zawołała opryskliwie Jade, krzywiąc się. – MoŜe będę musiała walczyć. - Wywinęła mu się z 
objęć i znów stanęła twarzą do krzaków. - Stój za mną. 

No trudno, jest stuknięta. To nic. Chyba się w niej zakochałem. 
Stanął za nią. 

-

 

Słuchaj, ja teŜ będę walczył. Jak myślisz, co to? Niedźwiedź? Kojot? 

-

 

Mój brat. 

-

 

Twój...  -  Marka  ogarnęło  przeraŜenie.  Chyba  przekroczyła  granicę  szaleństwa,  które  moŜna 

zaakceptować. - Och. 

Kolejny  trzask  z  krzaków.  Nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  to  coś  znacznie  większego  od  kozy.  Mark 

zastanawiał się gorączkowo, czy to moŜliwe, Ŝeby wapiti przeszedł sto pięćdziesiąt kilometrów od jeziora 
Waldo, kiedy ciszę przeszył krzyk. 

Ludzki,  a  właściwie,  co  gorsza,  prawie  ludzki.  Potem  rozległ  się  plącz  -  na  pewno  nie  ludzki  - 

najpierw ledwie słyszalny, po chwili przeszywający i bliski. Mark oniemiał. Kiedy zawodzenie w końcu 
ustało, dało się słyszeć łkanie i jęk. Później zapadła cisza. 

Mark odetchnął i zaklął. 

-

 

Co do... co to było? 

-

 

Ćśśś

. Nie ruszaj się. - Jade przykucnęła i utkwiła wzrok w krzakach. 

background image

-

 

Posłuchaj.  Musimy  wejść  do  domu.  -  Zdecydowanym  ruchem  objął  Jade  w  talii,  usiłując  ją 

podnieść.  Była  lekka,  ale  nie  dała  mu  się  złapać,  jak  wiatr.  Jak  kot,  który  nie  chce  być  głaskany.  - 
Cokolwiek to jest, potrzebujemy broni. 

-

 

Nie. 

Mówiła  dziwnie,  jakby  przez  zaciśnięte  zęby.  Stała  do  niego  tyłem,  więc  nie  widział  jej  twarzy,  ale 

dłonie miała rozczapierzone. 

-  Jade  -  ponaglił  ją  Mark.  Nieźle  przestraszony  chciał  uciekać,  ale  nie  mógł  jej  zostawić.  śaden 

porządny facet by się tak nie zachował. 
Za  późno.  Krzewy  czarnej  porzeczki  od  południowej  strony  się  zatrzęsły,  rozdzieliły  i...  coś  z  nich 
wyszło. 
Mark miał wraŜenie, Ŝe serce przestało mu bić. Ale o dziwo, mógł się ruszać. Brutalnie odsunął Jade na 
bok. Stanął przed nią, Ŝeby zmierzyć się z tym, co czai się w ciemności. 

 
Mary-Lynnette przedzierała się przez gąszcz czarnych porzeczek. Ręce i nogi miała podrapane; czuła, jak 
o jej ciało ocierają się dojrzałe czarne owoce. Chyba wybrała złe miejsce na pokonanie Ŝywopłotu, ale nie 
zastanowiła się nad tym wcześniej. Myślała o Marku, o tym, Ŝeby go jak najszybciej znaleźć i uciec. 

BoŜe, niech tu będzie, modliła się w duchu. Cały i zdrowy, a nigdy o nic więcej nie poproszę. 

Przedarła się przez ostatni rząd krzewów do ogródka. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. 

Najpierw  dostrzegła  Marka  i  poczuła  ulgę.  Potem  chwilowe  zaskoczenie.  Mark  zasłaniał  dziewczynę, 
wyciągając ręce jak obrońca koszykówki. 

Nagle,  tak  szybko,  Ŝe  Mary-Lynnette  ledwie  nadąŜyła  wzrokiem,  dziewczyna  rzuciła  się  biegiem  w 

jej stronę. Mark zaczai krzyczeć. 

-  Nie. to moja siostra! 

Dziewczyna  zatrzymała  się  krok  przed  Mary-Lynnette.  To  była  ta  najmłodsza,  srebrnowłosa.  Z  bliska 
Mary-Lynnette widziała jej zielone oczy i skórę tak przezroczystą, Ŝe przypominała kryształ kwarcu. 

-  Jade, to moja siostra - zawołał znów Mark. - Ma na imię Mary-Lynnette. Nic ci nie zrobi. Mary. 

powiedz, Ŝe nie zamierzasz jej skrzywdzić. 

Skrzywdzić?  Mary-Lynnette  nie  wiedziała,  o  czym  on  mówi,  i  nie  chciała  wiedzieć.  Dziewczyna 

miała  urodę  tak  niezwykłą  jak  siostry,  a  w  oczach  -  niemal  srebrnych  -  coś,  co  przyprawiało  Mary-
Lynnette o dreszcze. 

-

 

Cześć - powiedziała Jade. 

-

 

Cześć. Mark, idziemy. W tej chwili. 

Spodziewała się. Ŝe brat posłucha natychmiast. PrzecieŜ nie chciał tu przychodzić, a teraz znajdował 

się w szponach dziewczyny! 

-

 

Słyszałaś to wycie? - spytał. - Nie wiesz, skąd dochodziło? 

-

 

Jakie  wycie?  Byłam  w  domu.  Dalej.  -  Mary-Lynnette  chwyciła  Marka  za  ramię,  ale  nic  nie 

wskórała.  -  MoŜe  i  coś  słyszałam.  Nie  zwracałam  uwagi.  -  Rozglądała  się  wtedy  rozpaczliwie  po 
wiktoriańskim  salonie,  bełkocząc  kłamstwa,  Ŝe  obiecała  szybko  wrócić  do  domu.  O  tym.  Ŝe  jej  ojciec  i 
macocha są przyjaciółmi pani Burdock i czekają na wieści o jej siostrzenicach. Nadal nie była pewna, czy 
to dlatego ją wypuściły. Tak czy inaczej. Rowan w końcu wstała, posłała Mary-Lynnette serdeczny, słodki 
uśmiech i otworzyła drzwi. 

-

 

Wiesz co, to chyba wilczyca - powiedział z przejęciem Mark do Jade. - Przyszła z lasu Willamette. 

-

 

Wilczyca? - Jade zmarszczyła brwi. – Tak, to moŜliwe. Nigdy wcześniej nie słyszałam wilczycy. - 

Spojrzała na Mary-Lynnette. - Ty teŜ tak uwaŜasz? 

-

 

Jasne  -  przytaknęła  Mary-Lynnette  bez  zastanowienia.  -  Na  pewno  wilczyca.  -  Powinnam  spytać, 

gdzie  jej  ciotka,  pomyślała  nagle.  To  doskonała  okazja,  Ŝeby  przyłapać  ją  na  kłamstwie  Zakład,  Ŝe  nie 
odpowie, Ŝe pani Burdock wyjechała na północ na krótkie wakacje. 

Ale nie zapytała. Zwyczajnie zabrakło jej odwagi. Chciała tylko jak najprędzej się stąd ulotnić. 

-  Mark. proszę... 

Spojrzał na nią i dopiero w tej chwili zauwaŜył, jak bardzo jest roztrzęsiona. 

background image

-  Uhm... no. dobra. - Odwrócił się do Jade. - Słuchaj, wracaj juŜ do domu. Tam nic ci nie grozi. Czy... 

kiedyś będę mógł jeszcze wpaść? 

Mary-Lynnette nie przestawała go ciągnąć. Poczuła ulgę kiedy wreszcie się ruszył. Skierowała się w 
stronę krzewów pączkowych. przez które przedarła się do ogrodu. 

-  Lepiej przejdźcie tamtędy. Tam jest ścieŜka - wskazała Jade. 

Mark  natychmiast  skręcił  gwałtownie.  Mary-Lynnette  omal  się  nie  przewróciła.  Kiedy  odzyskała 

równowagę, dostrzegła sporą przerwę między krzewami rododendronu na tyłach ogrodu. Sama na pewno 
by jej nie wypatrzyła. 

Kiedy znaleźli się przed Ŝywopłotem, Mark obejrzał się za siebie. Mary-Lynnette teŜ się odwróciła. 
Stąd  Jade  była  tylko  ciemną  postacią.  Podświetlone  od  tyłu  włosy,  które  wyglądały  jak  srebrna 

aureola, roztaczały wokół niej blask. Mary-Lynnette usłyszała, Ŝe Mark wstrzymuje oddech. 

-  Oboje  kiedyś  wpadnijcie  -  zaprosiła  ich  serdecznie.  -  PomoŜecie  nam  doić  kozy.  Ciotka  Opal 

zostawiła dokładne wskazówki przed wyjazdem. 

   Mary-Lynnette była jak ogłuszona. Przedarła się przez dziurę, kręcąc głową. 

-  Mark, co się stało tam, w ogrodzie? - spytała, kiedy znaleźli się na drodze. 

Mark wyglądał na zmartwionego. 

-

 

Jak to co? Nic. 

-

 

Patrzyłeś na to wykopane miejsce? 

-

 

Nie. W ogrodzie zastałem Jade. Nie miałem jak się rozejrzeć. 

-

 

Mark, czy ona tam była cały czas? Nie wchodziła do domu? A moŜe wyszła któraś z dziewczyn? 

Mark prychnął. 

      -  Nawet nie wiem, jak one wyglądają. Widziałem tylko Jade i była tam cały czas. - Spojrzał na siostrę 
ponuro. - Chyba nie chodzi ci ciągłe po głowie jakiś horror? 

Mary-Lynnette nie odpowiedziała. Usiłowała zebrać rozbiegane myśli. 
Nie wierzę. A jednak Jade to powiedziała. O kozach i ciotce Opal. 

Rowan na pewno wcześniej nic wiedziała o kozach. I myślałam, Ŝe te wakacje ciotki wymyśliła sobie 

na poczekaniu... 

Dobra,  moŜe  się  myliłam.  Ale  to  wcale  nie  znaczy,  Ŝe  powiedziała  prawdę.  UłoŜyły  sobie  całą  tę 

historyjkę, a Rowan po prostu jest kiepską aktorką. A moŜe... 

-  Mark, to zabrzmi dziwacznie... ale czy Jade nie miała przy sobie telefonu komórkowego? 

Przystanął i zmierzył siostrę długim powolnym spojrzeniem, które wyraźniej niŜ słowa mówiło, co o 

tym myśli. 

-

 

Mary-Lynnette, co się z tobą dzieje? 

-

 

Rowan  i  Kestrel  oznajmiły,  Ŝe  pani  B.  jest  na  wakacjach.  śe  niespodziewanie  postanowiła 

wyjechać. 

-

 

I co z tego? Jade powiedziała to samo. 

-

 

Mark, pani B. mieszka tu od dziesięciu lat i nigdy nie wybierała się na wakacje. Nigdy. Myślisz, Ŝe 

wyruszyła sobie w świat akurat w tym samym dniu, kiedy przyjechały jej siostrzenice? 

-

 

MoŜe dlatego, Ŝe przypilnują jej domu - zauwaŜył Mark z rozbrajającą logiką. 

      Dokładnie  to  samo  powiedziała  Rowan.  Mary-Lynnette  nagle  poczuła  się,  jakby  miała  paranoję; 
odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  wszyscy  dookoła  są  w  zmowie.  Chciała  mu  powiedzieć  o  kolegach,  ale  juŜ 
zrezygnowała. 
      No, weź się w  garść,  dziewczyno.  Nawet Mark myśli logicznie. MoŜesz przynajmniej to  racjonalnie 
przeanalizować, zanim biegniesz do szeryfa Akersa. 
    Prawda  jest  taka,  Ŝe  spanikowałaś,  stwierdziła  Mary-Lynnette  z  brutalną  szczerością.  Kierujesz  się 
przeczuciem i zupełnie zapomniałaś o logice. Nie masz Ŝadnych dowodów. Uciekłaś.Powiesz szeryfowi, 
Ŝ

e  coś  podejrzewasz,  bo  zauwaŜyłaś  Rowan  mocne  nogi?  Nie  masz  Ŝadnych  dowodów,  powtórzyła  w 

duchu. Poza... 

Jęknęła mimowolnie. 
-  Wszystko sprowadza się do tego, co jest w ogrodzie - powiedziała na głos. 

background image

-  Co? - Mark, który szedł przy niej w pełnym napięcia milczeniu, nagle przystanął. 

-

 

Wszystko sprowadza się do tego... - zaczęła od nowa z zamkniętymi oczami. - Powinnam chociaŜ 

spojrzeć na to wykopane miejsce; niewaŜne, Ŝe Jade patrzyła. To jedyny prawdziwy dowód... więc trzeba 
sprawdzić, co tam jest. 

-

 

Słuchaj... - Mark kręcił głową. 

-

 

Wrócę  do  ogrodu. Nie  dzisiaj.  Jestem  śmiertelnie  zmęczona.  Ale  jutro. Mark, muszę  się  upewnić, 

zanim pójdę do szeryfa Akersa. 

Mark wybuchnął. 

-  Zanim co? - krzyknął, aŜ słowa poniosły się echem. - Co ty wygadujesz? Do jakiego szeryfa? 

Mary-Lynnette  patrzyła  na  niego. Nie  zdawała sobie sprawy,  Ŝe  brat  podchodzi  do  całej tej  sytuacji 

zupełnie inaczej niŜ ona. Dlaczego, pomyślała, dlaczego on jest... 

-  Chciałaś,  Ŝebyśmy  sprawdzili,  gdzie  jest  pani  B.,  no  i  sprawdziliśmy  -  stwierdził  dobitnie.  - 

Powiedziały  nam.  I  widziałaś  Jade.  Wiem,  Ŝe  jest  trochę  inna,  jak  pani  B.,  ekscentryczna.  Ale  czy 
wygląda na osobę, która mogłaby komukolwiek zrobić krzywdę? No, wygląda? 

Jasne, zakochał się w niej, pomyślała Mary-Lynnette. Albo przynajmniej bardzo polubił. 
Teraz była juŜ całkiem zdezorientowana. 

Niby dobrze, Ŝe Mark zainteresował się dziewczyną - tylko szkoda, Ŝe jest stuknięta. A nawet gdyby 

miała lekkiego świra, trudno. Ale tu chodzi o mordercze szaleństwo. Tak czy siak. nie moŜna donieść na 
nową dziewczynę Marka, zwłaszcza bez dowodów. 

Ciekawe, czy ona teŜ go lubi? - zastanawiała się Mary-Lynnette. Nic ulega wątpliwości, Ŝe jedno było 

gotowe bronić drugiego, kiedy się pojawiłam. 

-  Nie, masz rację - powiedziała na głos zadowolona, Ŝe poćwiczyła dziś kłamanie. - Nie wygląda na 

osobę, która mogłaby komuś zrobić krzywdę. Dam sobie spokój. 

Z tobą. A jutro w nocy,  kiedy będziesz myślał, Ŝe obserwuję gwiazdy, zakradnę się tam. Zabiorę ze 

sobą łopatę. I moŜe kij do obrony przed wilkami. 

-

 

Naprawdę sądzisz, Ŝe to była wilczyca? - zmieniła temat. 

-

 

Hm, moŜe. - Z twarzy Marka powoli znikała groźna mina. - W kaŜdym razie coś dziwnego. Nigdy 

wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. Odpuścisz sobie te wszystkie wariactwa na temat pani B.? 

-

 

Tak. - Tym razem nie spanikuję i dopilnuję, Ŝeby mnie nie zobaczyły, pomyślała. Poza tym, gdyby 

miały mnie zabić, zrobiłyby to dzisiaj, prawda? 

-

 

A moŜe to było wycie Wielkiej Stopy? - odezwał się Mark. 

 
 

Rozdział 6 

 

Dlaczego jej po prostu nie zabiłyśmy? - spytała Kestrel. Rowan i Jade spojrzały na siebie. W niewielu 

rzeczach się zgadzały, ale w kwestii Kestrel bez wątpienia były jednomyślne. 

-

 

Po pierwsze, uzgodniłyśmy, Ŝe nie wykorzystujemy naszej mocy... 

-

 

...nie  Ŝywimy  się  ludźmi  ani  nie  zabijamy  -  dokończyła  wyliczankę  Kestrel.  -  Ale  przecieŜ 

posłuŜyłaś się dziś swoją mocą. Skontaktowałaś się z Jade. 

-

 

Musiałam  jej  przekazać  historyjkę,  którą  opowiedziałam  o  ciotce  Opal.  Właściwie  powinnam 

przemyśleć to wcześniej, przewidzieć, Ŝe ludzie mogą przychodzić i pytać, gdzie ciotka. 

-

 

Pytała tylko ona. Gdybyśmy ją zabiły... 

-

 

Nie moŜemy ot, tak sobie mordować ludzi w naszym nowym domu - oznajmiła stanowczo Rowan. - 

Poza tym mówiła, Ŝe czeka na nią rodzina. I co, załatwimy ich wszystkich? 

Kestrel wzruszyła ramionami. 

-

 

Nie będziemy urządzać rzezi - przypomniała Rowan jeszcze bardziej zdecydowanie. 

background image

-

 

A moŜe byśmy na nią wpłynęły? - zaproponowała Jade Siedziała, trzymając Tiggy'ego na rękach i 

całując aksamitny czarny łepek kociaka. - Sprawimy, Ŝeby zapomniała o podejrzeniach albo pomyślała, Ŝe 
widziała ciotkę Opal. 

-

 

To zdałoby egzamin, gdyby chodziło tylko o nią - tłumaczyła cierpliwie Rowan. - Ale co, będziemy 

zmieniać  myśli  kaŜdego,  kto  przyjdzie  do  domu?  Albo  zadzwoni?  A  nauczyciele.  Za  dwa  tygodnie 
idziecie do szkoły. 
      -  No to sobie odpuścimy - stwierdziła Kestrel bez Ŝalu Rowan pokręciła głową. 

-

 

Potrzebne  nam  rozwiązanie  na  dłuŜszą  metę.  Jakieś  sensowne  wytłumaczenie  zniknięcia  ciotki 

Opal. 

-

 

Musimy ją przenieść - stwierdziła Kestrel. - Pozbyć się zwłok. 

-

 

Nie, nie. A moŜe... odtworzymy ciało - zaproponowała Rowan. 

-

 

Z takiego stanu? 

Zaczęły się sprzeczać. Jade oparła brodę o łepek Tiggy'ego i patrzyła przez okno kuchenne. Myślała o 

Marku Carterze który ma rycerskie serce. Na samą myśl o nim ogarniało ją przyjemne, zakazane uczucie. 
U  nich  nie  było  zbyt  wielu  wolnych  ludzi.  Nigdy  jej  nie  kusiło,  Ŝeby  złamać  zasady  świata  nocy  i  za-
kochać się w człowieku. Ale tutaj... owszem, bardzo ją ciągnęło do Marka Cartera. Zupełnie jak zwykłą 
dziewczynę. 

ZadrŜała z rozkoszy. Kiedy  próbowała  wyobrazić sobie, Ŝe się zakochuje, Tiggy  nagle  zeskoczył na 

podłogę i puścił się biegiem przez kuchnię. Miał najeŜone futro. 

Jade znów spojrzała za okno. Nic nie widziała. Ale. czuła... 

     - Tam w ogrodzie coś dziś było - powiedziała do sióstr. Rowan i Kestrel dalej się kłóciły. W ogóle jej 
nie usłyszały. 
 

Mary-Lynnette  otworzyła  oczy  i  kichnęła.  Zaspała.  Promienie  słońca  dosięgały  juŜ  krawędzi  jej 

granatowych zasłon. 

Wstawaj  i  bierz  się  do  roboty,  nakazała  sobie.  Ale  nadal  leŜała,  ścierając  z  oczu  sen  i  starając  się 

obudzić. Lubiła siedzieć po nocach. 

Pokój był duŜy, pomalowany na zgaszony niebieski kolor. Mary-Lynnette sama przyczepiła do sufitu 

ś

wiecące w ciemności gwiazdy i planety. Do lustra na szafie przykleiła naklejkę samochodową z napisem: 

„Gonię  asteroidy".  Na  ścianach  powiesiła  gigantyczną  wypukłą  mapę  KsięŜyca,  plakat  ze  .,Sky-Gazers 
Almanach" i fotografie Plejady. Mgławicy Końskiego Łba i całkowitego zaćmienia z 1995 roku. 

To było schronienie Mary-Lynnette, miejsce, do którego uciekała, kiedy czuła się nierozumiana. Noc 

dawała jej poczucie bezpieczeństwa. 

Ziewnęła  i  poczłapała  do  łazienki,  chwytając  po  drodze  dŜinsy  i  koszulkę.  Kiedy  schodziła  po 

schodach, czesząc włosy, usłyszała dobiegające z salonu odgłosy. 

Claudine... i drugi, męski. Nie, nie Marka - w weekendy brat zwykle chodził do swojego przyjaciela 

Bena. Głos naleŜał do kogoś obcego. 

Zerknęła  przez  kuchnię.  Na  kanapie  w  salonie  siedział  chłopak.  Widziała  tylko  tył  jego  głowy  z 

popielatymi  włosami.  Wzruszyła  ramionami  i  właśnie  miała  otworzyć  lodówkę,  kiedy  usłyszała  własne 
imię. 

-  Mary-Lynnette  jest jej dobrą  przyjaciółką - mówiła Claudine z lekkim akcentem. - Kilka lat temu 

pomagała postawić zagrodę dla kóz. 

Rozmawiają o pani B.! 

-

 

Po co jej kozy? 

-

 

Chyba mówiła Mary-Lynnette, Ŝe się przydadzą, bo juŜ nie moŜe tyle wychodzić. 

-

 

Dziwne - skwitował chłopak. Miał leniwy, beztroski głos. - Ciekawe, co miała na myśli. 

Mary-Lynnette intensywnie wpatrywała się  poza kuchnię, stojąc zupełnie nieruchomo. Widziała, jak 

Claudine lekko i ujmująco wzrusza ramionami. 

-  Chyba chodziło o mleko. Teraz codziennie ma świeŜe. Nie musi fatygować się do sklepu. Ale nie 

wiem. Sam zapytaj. - Roześmiała się. 

background image

Nie  będzie  łatwo,  pomyślała  Mary-Lynnette.  Czemu  zjawił  się  tu  jakiś  obcy  chłopak  i  wypytuje  o 

panią B.? 

Jasne. To na pewno policjant. Albo agent FBI. ChociaŜ miał za młody głos jak na gliniarza; chyba Ŝe 

został przysłany do szkoły Dewitt jako wtyczka. Mary-Lynnette przeszła w głąb kuchni: stąd widziała go 
w lustrze. 

Poczuła rozczarowanie. 

Wyglądał  zdecydowanie  za  młodo  na  agenta  FBI.  Bardzo  chciała,  Ŝeby  był  bystrym, 

spostrzegawczym,  ostrym  detektywem,  ale  niestety.  Okazał  się  po  prostu  najprzystojniejszym 
chłopakiem, jakiego w Ŝyciu widziała. 

Szczupły  i  elegancki,  przypominał  wielkiego  oswojonego  kocura.  Wyciągnięte  długie  nogi  trzymał 

skrzyŜowane  w  kostkach  pod  ławą.  Miał  wyraziste  rysy  twarzy,  lekko  skośne  szelmowskie  oczy  i 
rozbrajający leniwy uśmiech. 

Nie tylko leniwy, doszła do wniosku. Bezmyślny. Pusty. Wręcz głupi. Starała się nie zwracać uwagi 

na wygląd. Cudowni chłopcy, którzy wyglądali jak wielkie popielate kocury, nie mieli Ŝadnej motywacji, 
Ŝ

eby rozwijać umysł. Byli egocentryczni i próŜni. A poziom ich IQ wystarczał ledwie do tego Ŝeby uga-

niać się za dziewczynami. 

Ten chłopak sprawiał wraŜenie lekko nieprzytomnego, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje. 

Nie obchodzi mnie. po co tu przylazł. Idę na górę. 

Akurat wtedy podniósł dłoń i pomachał palcami. Odwrócił się lekko. Nie spojrzał na Mary-Lynnette. 

ale dał jasno do zrozumienia, Ŝe mówi do kogoś z tyłu. Teraz w lustrze widziała jego profil. 

-

 

Cześć. 

-

 

Mary-Lynnette, to ty? - spytała Claudine. 

-  Tak. - Otworzyła lodówkę i zaczęła hałasować. - Zeszłam tylko po sok i wracam na górę. 

Serce  waliło  jej  jak  oszalałe  -  z  zawstydzenia  i  ze  złości.  Widocznie  zobaczył  ją  w  lustrze.  Pewnie 

sobie pomyślał, Ŝe ona gapi się na niego z powodu wyglądu. Bo ludzie zawsze wlepiali w niego  wzrok. 
Wielkie mi halo, idź stąd. 

-  Poczekaj - zawołała Claudine. - Chodź tu i porozmawiaj chwilę. 

Nie.  Mary-Lynnette  wiedziała,  Ŝe  to  dziecinna  i  głupia  reakcja,  ale  nic  nie  mogła  na  to  poradzić. 

Brzęknęła butelką soku brzoskwiniowego o butelkę wody mineralnej Calistoga. 

-Poznaj siostrzeńca pani Burdock - krzyknęła Claudine. Mary-Lynnette zamarła. 

Stała w chłodnym powietrzu bijącym z lodówki i bezmyślnie wpatrywała się w regulator temperatury 

na tylnej ściance. Odstawiła butelkę z sokiem. Nie patrząc, wyjęła colę z sześciopaku. 

Jakiego siostrzeńca? Nie przypominam sobie, Ŝeby staruszka wspominała o siostrzeńcu. 

     To  prawda,  nie  rozmawiała  z  panią  Burdock  za  wiele  o  jej  rodzinie,  dopóki  nie  okazało  się,  Ŝe 
przyjeŜdŜają dziewczyny. 

Więc to siostrzeniec pani B. Dlatego o nią pyta. Ale czy on wie? Czy jest w zmowie z siostrami? A 

moŜe przeciwko nim? 

Całkowicie zdezorientowana weszła do salonu. 

      -  Mary-Lynnette, to Ash. Przyjechał w odwiedziny do ciotki i do sióstr - oznajmiła Claudine. - Ash. 
oto Mary-Lynnette. Przyjaciółka twojej ciotki. 

      Ash wstał. Ruszał się wolno i zmysłowo. Jak kot; nawet lekko się przeciągnął. 

-  Cześć. 

Podał jej  rękę.  Mary-Lynnette  chwyciła  ją  palcami  mokrymi  i  zimnymi  od  puszki  z  colą i  spojrzała 

mu w oczy. 

-  Cześć. 

A właściwie wyglądało to tak: Mary-Lynnette weszła, wlepiając oczy w dywan. Widziała buty Nike i 

dziurawe  na  kolanach  dŜinsy  Asha.  Kiedy  się  podniósł,  spojrzała  na  koszulkę  z  ciemnym  wzorem  - 
czarnym kwiatem na białym tle, pewnie symbolem jakiejś grupy rockowej. A gdy jego ręka znalazła się w 
polu widzenia Mary-Lynnette, automatycznie wyciągnęła swoją mamrocząc pod nosem coś na powitanie. 
Spojrzała mu w twarz, dotykając dłoni. I... 

Tę właśnie chwilę cięŜko opisać. 

background image

Kontakt. 
Coś się wydarzyło. 
Ej, czy ja cię przypadkiem nie znam? 
Nie znała. W tym rzecz. A czuła, Ŝe powinna. Miała teŜ wraŜenie, jakby ktoś sięgnął do jej wnętrza i 

dotknął kręgosłupa przewodem elektrycznym pod napięciem. Okropnie nieprzyjemne. Ale jakimś cudem 
wszystko to razem wywoływało drŜące oszołomienie jak... 

Jak  wtedy,  kiedy  patrzyła  na  Mgławicę  Laguna.  Albo  wyobraŜała  sobie  galaktyki  zgromadzone  w 

skupiska, coraz większe i większe, aŜ czuła, Ŝe się zapada. 
     Teraz teŜ się zapadała. Nie widziała nic poza jego oczami Były dziwne, zmieniały kolor jak gwiazda 
oglądana przez gęstą atmosferę. Raz niebieskie, raz złote, raz fioletowe. 

Och, niech to zniknie. Nie chcę tego. 

-  Miło  widzieć  tu  nową  twarz,  prawda?  Nudno  nam  tu  tak  samym  -  powiedziała  Claudine,  lekko 

podnieconym tonem. 

Wyrwana  z  transu  Mary-Lynnette  zareagowała,  jakby  Ash  właśnie  podał  jej  mangustę,  nie  rękę. 

Odskoczyła,  patrząc  wszędzie,  byle  nie  na  niego.  Cudem  uratowała  się  przed  wpadnięciem  do  szybu 
górniczego - tak właśnie teraz się czuła. 

-  No tak... - odezwała się Claudine z wdzięcznym akcentem. - Hm... - Owijała wokół palca kosmyk 

kręconych czarnych włosów, a robiła to tylko wtedy, kiedy była skrajnie zdenerwowana. - Wy się znacie? 

Zapadła cisza. 
Powinnam  coś  powiedzieć,  pomyślała  oszołomiona  Mary-Lynnette.  wpatrując  się  w  kamienny 

kominek. Zachowuję się jak wariatka i przynoszę wstyd Claudine. 

Ale co tu się właściwie dzieje? 

NiewaŜne. Później będę się martwić. Z trudem przełknęła linę i wysiliła się na uśmiech. 

-  Na jak długo przyjechałeś? 

Popełniła błąd;  spojrzała na Asha. I  wszystko się powtórzyło, ale nie tak intensywnie jak wcześniej, 

moŜe dlatego, Ŝe go nie dotykała. Ale znowu przeszył ją prąd. 

A  on  wyglądał  jak  poraŜony  kocur.  NajeŜony.  Nieszczęśliwy.  Zaskoczony.  No,  przynajmniej 

otrzeźwiał, pomyślała Mary-Lynnette. Przyglądali się sobie, a pokój wirował i zrobił się róŜowy. 

-

 

Kim jesteś? - spytała, odrzucając juŜ pozory grzeczności. 

-

 

Kim ty jesteś? - powtórzył niemal dokładnie tym samym tonem. 

Spiorunował ją spojrzeniem. 

Claudine po cichu kląskała, sprzątając sok pomidorowy. Mary-Lynnette zrobiło się Ŝal macochy, ale 

nie  mogła  poświęcić  jej  uwagi.  Cała  skupiała  się  na  stojącym  przed  nią  chłopaku,  na  walce  z  nim,  na 
odpychaniu go od siebie. Na otrząśnięciu się z dziwnego odczucia, Ŝe jest jednym z dwóch pasujących do 
siebie puzzli, które właśnie się połączyły. 

-  Słuchaj... - powiedziała stanowczo. 

-  Słuchaj...  -  odezwał  się  opryskliwie  w  tej  samej  chwili. Oboje  zamilkli  i  znów  spojrzeli  na  siebie 
groźnie. W końcu Mary-Lynnette udało się odwrócić wzrok. Coś tłukło jej się po głowic... 

-

 

Ash... - Chwyciła go za ramię. - Pani Burdock rzeczywiście o tobie wspominała... o małym chłopcu, 

który ma na imię Ash. Nie wiedziałam, Ŝe mówi o swoim siostrzeńcu. 

-

 

Wnuku siostry - poprawił Ash, niezupełnie panując nad głosem. - Co mówiła? 

-  Ze jesteś złym chłopcem i Ŝe jak dorośniesz, będziesz pewnie jeszcze gorszy. 

      -  No  to  się  nie  pomyliła  -  przyznał  z  nieco  łagodniejszym  razem  twarzy,  jakby  znalazł  się  na 
znajomym gruncie. 

Serce  Mary-Lynnette  zaczęto  bić  wolniej.  Zorientowała  się,  Ŝe  jeŜeli  się  skupi,  jest  w  stanie 

zapanować nad dziwnymi uczuciami. Łatwiej było, kiedy nie patrzyła na Asha. 

Oddychaj  głęboko,  przykazała  sobie.  Jeszcze.  Dobra,  wyjaśnijmy  sobie  parę  rzeczy.  Na  razie 

zapomnij o tym, co się stało Ustal waŜne fakty. 

Po pierwsze, ten chłopak jest bratem dziewczyn. Po drugie, moŜe brał udział w spisku przeciwko pani 

B.  Po  trzecie,  jeŜeli  nie,  moŜe  posiada  jakąś  pomocną  informację.  Na  przykład,  czy  ciotka  zostawiła 
testament, a jeŜeli tak, kto dostanie rodzinne klejnoty. 

background image

Spojrzała na Asha kątem oka. Trochę się uspokoił. Oddychał o wiele wolniej. Oboje wyluzowali. 

-

 

Więc Rowan, Kestrel i Jade to twoje siostry? - spytała z największą uprzejmą nonszalancją, na jaką 

zdołała się wysilić. - Wydają się... miłe. 

-

 

Nie  wiedziałam,  Ŝe  je  poznałaś  -  wtrąciła  się  Claudinc  Przystanęła  w  drzwiach,  oparta  drobnym 

ramieniem o futrynę, ze splecionymi na piersiach rękami i ścierką w dłoni. - Powiedziałam mu, Ŝe ich nie 
znasz. 

-

 

Poszliśmy  tam  wczoraj  z  Markiem  -  wyjaśniła  Mary-Lynnette  i  zauwaŜyła,  Ŝe  na  twarzy  Asha 

odmalowało się coś, co zniknęło bardzo szybko, więc nie zdąŜyła stwierdzić co. Ale poczuła się tak. jakby 
stała nad urwiskiem w zimnym wietrze. 

Czemu? Co w tym złego, Ŝe znam dziewczyny? 

-

 

Ty i Mark... Mark to twój.... brat? 

-

 

Zgadza się - potwierdziła Claudine. 

-

 

Masz jeszcze inne rodzeństwo? Mary-Lynnette zamrugała. 

-

 

Robisz spis ludności? 

Ash spróbował się uśmiechnąć, ale wyszła mu marna kopia poprzedniego leniwego uśmiechu. 
-

 

Po prostu lubię wiedzieć, z kim się zadają moje siostry.  

-

 

Czemu? Musisz ich pilnować? 

      -  Właściwie  tak.  -  Znów  się  uśmiechnął,  tym  razem  wyszło  mu  lepiej.  -  Jesteśmy  staroświecką 
rodziną. Bardzo staroświecką. 
Mary-Lynnette zaniemówiła. Potem nagle poczuła się szczęśliwa. Nie musiała juŜ myśleć o morderstwach 
ani o tym, co ten chłopak wie. Zastanawiała się tylko nad tym. co mu zrobi. 

-  Więc jesteście staroświecka rodziną - powtórzyła, robiąc krok do przodu. 

Skinął głową. 

-

 

I ty rządzisz - ciągnęła. 

- No, tutaj. W domu rządzi mój ojciec. 

-

 

I po prostu mówisz siostrom, z kim mogą się zadawać. MoŜe jeszcze dyktujesz ciotce, z kim ma się 

przyjaźnić? 

-

 

Prawdę mówiąc, o tym właśnie rozmawiałem... - Skinął ręką w stronę Claudine. 

Jasne. Mary-Lynnette zrobiła kolejny krok w stronę Asha. który cały czas się uśmiechał. 

-

 

O, nie. - Claudine strzepnęła ścierkę do naczyń. - Nie uśmiechaj się. 

-

 

Lubię  dziewczyny  z  charakterem.  -  Ash  zastanawiał  się  nad  najbardziej  obraźliwą  rzeczą,  jaką 

mógłby  powiedzieć.  W  końcu,  z  zamierzoną  zuchwałością,  skrzywił  się  i  pogłaskał  Mary-Lynnette  pod 
brodą. 

Fzzzz! Iskry. Mary-Lynnette odskoczyła. Ash teŜ, spoglądając na swoją dłoń, jakby go zdradziła. 
Mary-Lynnette  ogarnęła  niewytłumaczalna  ochota,  Ŝeby  powalić  Asha  na  podłogę  i  przydusić  go 

sobą.  Nigdy  wcześniej  Ŝaden  chłopak  nie  wywoływał  w  niej  takich  emocji.  Pod  wpływem  nagłego 
impulsu kopnęła Asha w piszczel. 

Jęknął i zrobił kilka podskoków do tyłu. Zniknął mu z twarzy wyraz leniwego zadowolenia. Wyglądał 

na przeraŜonego. 

-  Lepiej  juŜ  sobie  idź  -  powiedziała  uprzejmie  Mary-Lynnette.  Zaskoczyło  ją  własne  zachowanie. 

Nigdy nie była brutalna. Widocznie gdzieś głęboko tkwiło w niej coś, o co sama siebie nie podejrzewała. 

Claudine oddychała cięŜko i kręciła głową. Ash  cały  czas podskakiwał, ale nigdzie się nie wybierał. 

Mary-Lynnette znów do niego podbiegła. Mimo Ŝe był od niej o pół głowy wyŜszy, cofnął się z lękiem i 
zdziwieniem. 

-  Hej. słuchaj, ty chyba sobie nie zdajesz sprawy, co robisz - wycedził. - Gdybyś wiedziała... 

Mary-Lynnette znów dostrzegła w jego oczach lśnienie, przypominające błysk noŜa w świetle. Nagle 

przestał wyglądać głupawo i znajomo. Stał się groźny. 

-  Idź nękać kogoś innego - warknęła Mary-Lynnette. Zamierzyła się nogą. Ŝeby znów go kopnąć. 

Otworzył usta. ale zaraz je zamknął. Cały czas trzymając się za piszczel, spojrzał na Claudine i zdobył się 

na zbolały, budzący litość uśmiech. 

background image

-  Dziękuję bardzo za całą pani... 

-

 

Wynocha! - wrzasnęła Mary-Lynnette. Uśmiech zniknął. 

-

 

JuŜ się robi! - Pokuśtykał do drzwi. Ona za nim. 

 

-

 

A  tak  właściwie,  jak  ci  na  imię?  -  spytał,  stojąc  przed  domem,  jakby  w  końcu  znalazł  punkt 

zaczepienia, którego szukał. - Mary? Maryli? M'lin? M.L.? 

-

 

Mary-Lynnette - oznajmiła oschle. - To imię oddaje mój charakter - dodała pod nosem. W zeszłym 

roku czytała na angielskim Poskromienie złośnicy. 

-

 

Naprawdę? A co powiesz na: M'lin? Przeklęta? - Cały czas się cofał. 

Mary-Lynnette  była  przeraŜona.  MoŜe  jego  klasa  teŜ  omawiała  tę  lekturę.  Ale  nie  wyglądał  na 

takiego, co rzuca cytatami z Szekspira. 

-  Baw się dobrze z siostrami - rzuciła, zatrzaskując drzwi Oparła się o nie i próbowała złapać oddech. 

W całym ciele czuła mrowienie, jakby zaraz miała zemdleć. 

Nie byłabym zaskoczona, gdyby go zamordowały. Cała ta rodzina jest dziwna. 

PrzeraŜająco dziwna, pomyślała Mary-Lynnette. Gdyby wierzyła w zabobony, naprawdę wpadłaby w 

panikę. Miała złe przeczucie, Ŝe coś się stanie... 

Claudine przyglądała się jej z salonu. 

-

 

Cudownie - podsumowała. - Wykopałaś gościa z domu. Co to wszystko ma znaczyć? 

-

 

Nic chciał wyjść. 

-

 

Wiesz, o co mi chodzi. Znacie się? 

Mary-Lynnette  leniwie  wzruszyła  ramionami.  Oszołomienie  ustępowało,  ale  po  głowie  krąŜyła 

niezliczona ilość pytań. 

Claudine patrzyła na nią badawczo, w końcu pokręciła głową 

-  Pamiętam,  jak  mój  młodszy  brat  kiedy  miał  cztery  lata,  w  piaskownicy  popchnął  dziewczynkę  na 

twarz. W ten sposób chciał pokazać, Ŝe ją lubi. 

Mary-Lynnette puściła tę uwagę mimo uszu. 

-

 

Claude... po co Ash tu przyszedł? O czym rozmawialiście? 

-

 

O  niczym  -  odpowiedziała  rozdraŜniona.  -  Zwykła  pogawędka.  Co  za  róŜnica,  skoro  go  tak 

nienawidzisz?  -  Westchnęła,  kiedy  Mary-Lynnette  nie  spuszczała  z  niej  wzroku.  -  Był  bardzo 
zainteresowany wszelkimi historiami z Ŝycia na wsi. Miejscowymi opowieściami. 

Mary-Lynnette prychnęła. 

-

 

Powiedziałaś mu o Wielkiej Stopie? 

-

 

Nie. o Vicu i Toddzie. Mary-Lynnette zamarła. 

-

 

ś

artujesz. Dlaczego? 

-

 

Bo o takie rzeczy pytał! Ludzie zagubieni w czasie... 

-

 

Marnujący czas. 

-  NiewaŜne. Po prostu pogadaliśmy sobie miło. To sympatyczny chłopak. I tyle. 

Serce Mary-Lynnette biło szybko. 

Nie myliła się. Teraz była tego pewna. Sprawa Todda i Vica miała związek z przyjazdem sióstr i tym, 

co się stało z panią B. Ale jaki? 

Dowiem się, pomyślała.

 

 
 

Rozdział 7 

 

Okazało się, Ŝe wcale nie tak łatwo odnaleźć Todda i Vica. Późnym popołudniem Mary-Lynnette weszła 
do  sklepu  wielobranŜowego  w  Briar  Creek.  gdzie  sprzedawano  wszystko  od  gwoździ  i  pończoch  po 
groszek konserwowy. 

-  Cześć, Bunny. Nie widziałeś przypadkiem Todda albo Vica? 

background image

Bunny  Marten uniosła  wzrok  znad  lady.  Była  ładna, miała  blond  włosy,  okrągłą  twarz z  dołkami  w 

policzkach i nieśmiałe spojrzenie. Chodziła z Mary-Lynnette do jednej klasy. 

-  Sprawdzałaś w Gold Creek Bar? Mary-Lynnette skinęła głową. 

      -  A  u  nich  w  domu?  W  drugim  sklepie?  W  biurze  szeryfa?  W  biurze  szeryfa  mieściły  się  równieŜ 
siedziba władz miejskich i biblioteka publiczna. 

-

 

JeŜeli nie grają w snookera, to na ogół strzelają. Ćwiczyli strzelanie do puszek. 

-

 

Tak,  ale  gdzie?  -  dopytywała  Mary-Lynnette.  Bunny  pokręciła  głową,  pobrzękując 

kolczykami. 

-  Wiem tyle co i ty. - Zawahała się, spoglądając na swoje skórki przy paznokciach, które odpychała 

małym, tępo zakończonym drewnianym patyczkiem. - Słyszałam, Ŝe czasem chodzą do Mad Dog Creek. - 
Wymownie spojrzała na koleŜanki wielkimi błękitnymi oczami. 

Mad Dog Creek... No, super, Mary-Lynnette się skrzywiła 

-

 

No właśnie. - Bunny wyprostowała się i wzruszyła ramionami. - Ja bym tam nie poszła. Cały czas 

myślałabym o tym ciele. 

-

 

Ja teŜ. No to dzięki. Bun. Na razie. 

Bunny krytycznie spojrzała na swoje paznokcie. 

      -  Owocnych łowów - rzuciła w roztargnieniu. Mary-Lynnette wyszła ze sklepu, mruŜąc oczy w gorą-
cym,  mglistym  sierpniowym  słońcu.  Main  Street  nie  była  długa.  Stało  przy  niej  kilka  ceglanych  i 
kamiennych  budynków  z  czasów  gorączki  złota  w  Briar  Creek  i  kilka  nowoczesnych  budynków,  z 
odpadającym tynkiem. Todda i Vica w Ŝadnym z nich nie było. 

No  i  co  teraz?  Mary-Lynnette  westchnęła.  Do  Mad  Dog  Creek  prowadził  szlak  zawsze  zarośnięty 

chwastami i obstawiony pułapkami. KaŜdy doskonale wiedział, Ŝe tam się strzela. 

JeŜeli  są  w  Mad  Dog  Creek,  to  pewnie  polują,  pomyślała.  Nie  wspominając  o  piciu,  a  moŜe  i  o 

narkotykach. Broń i piwo. No i jeszcze to ciało. 

Zwłoki  znaleziono  rok  temu,  mniej  więcej  o  tej  porze.  MęŜczyzna  z  plecakiem  -  prawdopodobnie 

turysta.  Nikt  nie  wiedział,  kim  jest  ani  jak  zginął  -  ciało  było  za  bardzo  wysuszone  i  nadjedzone  przez 
zwierzęta. Ale ludzie mówili, Ŝe nad strumykiem zeszłej zimy latały duchy. 

Mary-Lynnette znów westchnęła i wsiadła do swojego kombi. 
Stary,  zardzewiały  samochód  wydawał  straszne  dźwięki,  kiedy  się  przyspieszało,  ale  był  jej. Robiła 

wszystko, Ŝeby utrzymać go na chodzie. Kochała ten wóz, bo z tyłu miał mnóstwo miejsca, gdzie mogła 
połoŜyć teleskop. 

Na jedynej stacji benzynowej w Briar Creek spod siedzenia wyjęła składany nóŜ do owoców i zaczęła 

majstrować przy zardzewiałej zakrętce wlewu benzyny. 

Troszkę do góry... prawie, prawie... teraz przekręcić... 

Zatyczka się otworzyła. 

-  Myślałaś kiedyś, czy nie zająć się włamywaniem do sejfów? - odezwał się głos za nią. - Masz rękę. 

      -  Cześć,  Jeremy.  -  Mary-Lynnette  się  odwróciła.  Uśmiechnął  się  oczami  -  jasnobrązowymi,  z 
niewiarygodnie długimi rzęsami. 

Gdybym miała się zakochać - ale na razie nie zamierzam - to na pewno w takim chłopaku jak on. Nie 

w Ŝadnym blondynie, któremu się zdaje, Ŝe moŜe dobierać znajomych Siostrom. 

Tak czy siak, to próŜne rozwaŜania, bo Jeremy nie umawia! się z dziewczynami. Był samotnikiem. 

-

 

Chcesz, Ŝebym zajrzał pod maskę? - Wytarł dłonie w szmatę. 

-

 

Nie,  dzięki.  Sprawdzałam  wszystko  w  zeszłym  tygodniu.  -  Mary-Lynnette  zaczęła  nalewać 

benzynę. 

Wziął butelkę z płynem i zaczął myć przednią szybę. Wprawnie, delikatnie, ze skupieniem. 

Mary-Lynnette musiała tłumić śmiech, ale doceniała, Ŝe Jeremy  nie wyśmiewa  porysowanej szyby i 

przeŜartych  rdzą  wycieraczek.  Zawsze  miała  dziwne  poczucie  więzi  z  tym  chłopakiem.  Jako  jedyny  z 
Briar Creek wydawał się chociaŜ trochę zainteresowany astronomią - pomógł jej zbudować model Układu 
Słonecznego w ósmej klasie i oczywiście oglądał z nią zaćmienie KsięŜyca w zeszłym roku. 

background image

Rodzice Jeremy'ego zmarli w Bedford, kiedy był niemowlakiem, a do Briar Creek przywiózł go wuj - 

dziwny  człowiek.  Często  wyprawiał  się  na  poszukiwania  złota  w  dziczy  Klamath.  Któregoś  dnia  po 
prostu nie wrócił. 

Od tamtej pory Jeremy  mieszkał sam w przyczepie w lesie. Imał się róŜnych zajęć;  pracował teŜ na 

stacji  benzynowej,  Ŝeby  zarobić  na  Ŝycie.  Nie  miał  tak  ładnych  ciuchów  jak  inne  dzieciaki,  ale  nie 
zaleŜało mu na tym, a w kaŜdym razie nie dawał tego po sobie poznać. 

Końcówka węŜa paliwa kliknęła. Mary-Lynnette zorientowała się, Ŝe śni na jawie. 

-

 

Coś jeszcze? - spytał Jeremy. Przednia szyba lśniła czystością. 

-

 

Nie... A właściwie tak. Nie widziałeś dzisiaj Todda Akersa albo Vica Kimble'a? 

Ręka Jeremy'ego, którą wyciągał, Ŝeby wziąć od niej dwudziestodolarowy banknot, zatrzymała się w 

pół drogi. 

-

 

A co? 

-

 

Chciałam z nimi porozmawiać. - Natychmiast poczuła wypieki na policzkach. O BoŜe, on myśli, Ŝe 

się zadaję z Toddem i Yikiem i Ŝe chyba zgłupiałam, skoro właśnie jego dopytuję o tych dwóch. - Bunny 
powiedziała,  Ŝe  mogą  być  w  Mad  Dog  Creek  -  pośpieszyła  z  wyjaśnieniem.  -  Pomyślałam,  Ŝe  skoro  tu 
mieszkasz, moŜe ich rano widziałeś. 

-  Wyszedłem  w  południe.  -  Pokręcił  głową.  -  Ale  nie  słyszałem  rano  Ŝadnych  strzałów  znad 

strumyka. Zresztą chyba nie było ich tam całe lato. Ciągle im powtarzam, Ŝeby się trzymali z daleka. 

Mówił cicho, spokojnie, bez emocji, ale Mary-Lynnette podejrzewała, Ŝe Todd i Vic mogą się go bać. 

Nigdy  nie  słyszała,  Ŝeby  Jeremy  wdał  się  w  bójkę.  Ale  czasami  w  jego  powaŜnych  brązowych  oczach 
pojawiał się przeraŜający błysk. Jakby w tym spokojnym chłopaku tkwiła jakaś prymitywna i śmiertelna 
siła, zdolna wyrządzić wiele szkody, gdyby została uwolniona. 

-  Mary-Lynnette, wiem, Ŝe to nie moja sprawa, ale... cóŜ, myślę, Ŝe nie powinnaś się spotykać z tymi 

chłopakami. JeŜeli naprawdę chcesz ich znaleźć, pójdę z tobą. 

Och. Poczuta ciepły przypływ wdzięczności. Nie zamierzała prosić Jeremy'ego o pomoc, ale miło, Ŝe 

to zaproponował. 

-  Dzięki. Dam sobie radę. 
Patrzyła, jak Jeremy idzie do budki po resztę dla niej. Jak to jest być zdanym na siebie od dwunastego 

roku  Ŝycia?  MoŜe  potrzebuje  wsparcia?  MoŜe  powinna  poprosić  tatę,  Ŝeby  dał  mu  jakąś  robotę  przy 
domu?  Jeremy  pracował  dla  wielu ludzi  w  okolicy.  Trzeba  tylko  uwaŜać  -  wiedziała,  Ŝe  chłopak  niena-
widzi litości. 

-

 

Mary-Lynnette - odezwał się po powrocie. Uniosła wzrok. 

-

 

JeŜeli znajdziesz Todda i Vica, to uwaŜaj. 

-

 

Jasne. 

-

 

Mówię powaŜnie. 

-  Wiem.  -  Wyciągnęła  rękę  po  pieniądze,  ale  on  ich  nie  wypuścił.  Zrobił  za  to  coś  dziwnego: 

rozchylił jej palce jedną dłonią, a drugą wsunął banknoty i monety. Później zacisnął jej palce. Trzymał ją 
za rękę. 

Moment fizycznego kontaktu zaskoczył Mary-Lynnette i wzruszył. Patrzyła na szczupłe, śniade dłonie 

Jeremy'ego, na złoty sygnet z czarnym wzorem, który miał na palcu. 

Jeszcze  bardziej  się  zdziwiła,  kiedy  spojrzała  mu  w  oczy.  Dostrzegła  w  nich  szczery  niepokój  i... 

szacunek.  Przez  chwilę  odczuwała  dziki  i  zupełnie  niewytłumaczalny  impuls,  Ŝeby  o  wszystkim 
powiedzieć  Jeremy'emu.  Ale  juŜ  sobie  wyobraŜała,  co  on  pomyśli.  Zawsze  kierował  się  zdrowym  roz-
sądkiem. 

-

 

Dzięki - powtórzyła, siląc się na słaby uśmiech. - UwaŜaj na siebie. 

-

 

To  ty  uwaŜaj.  Niektórym  by  ciebie  brakowało,  gdyby  coś  ci  się  stało.  -  Uśmiechnął  się,  ale 

odjeŜdŜając, Mary-Lynnette czuła na sobie jego zaniepokojony wzrok. 

No dobra, i co teraz? 

Większość  dnia  zmarnowała  na  szukanie  Todda  i  Vica.  A  teraz,  mając  w  głowie  wspomnienie 

powaŜnych brązowych oczu Jeremy'ego, zastanawiała się, czy od początku nie był to głupi pomysł. 

background image

Brązowe  oczy...  A  jakiego  koloru  oczy  miał  ten  wielki  blond  kocur?  Dziwne,  ale  nie  mogła  sobie 

przypomnieć.  W  pewnym  momencie  wyglądały  na  brązowe  -  wtedy  akurat  opowiadał  o  staroświeckiej 
rodzinie. Ale kiedy mówił, Ŝe lubi dziewczyny z charakterem, widziała mdły błękit. A gdy pojawił się w 
nich ten dziwny błysk noŜa, stały się lodowato szare. 

Kogo to obchodzi? Niech sobie będą i pomarańczowe. Jedź do domu. Przygotuj się na wieczór. 

Jakim cudem Nancy Drew zawsze odnajdywała ludzi, których chciała przesłuchać? 

Dlaczego? Dlaczego ja? 

Ash gapił się na Ŝółty cedr pochylony nad strumykiem. Jemu z kolei przypatrywała się wiewiórka za 

głupia, Ŝeby usunąć się ze słońca. Na kamieniu obok jaszczurka podniosła najpierw jedną nogę, a potem 
drugą. 

To nie w porządku. 

PrzecieŜ nigdy w to nie wierzył. 

Zawsze miał szczęście. A w  kaŜdym  razie udawało mu się uciec, choćby o włos, od  katastrofy. Ale 

tym razem katastrofa juŜ nastąpiła, powodując całkowitą zagładę. 

Wszystko, czym jest... w  co wierzył na swój temat... mógłby to  stracić w ciągu  pięciu minut? Przez 

dziewczynę, prawdopodobnie stukniętą i na pewno bardziej niebezpieczną niŜ wszystkie trzy jego siostry 
razem wzięte? 

Doszedł do ponurego wniosku. Nie. Nie trzeba było pięciu minut. Wystarczyło zaledwie pięć sekund. 
Znał mnóstwo całkiem miłych dziewczyn. Czarownic o tajemniczym uśmiechu, ponętnych wampirek, 

zmienno-kształtnych  z  fajnymi  futrzanymi  ogonami.  Nawet  ludzkie  dziewczyny  w  szpanerskich 
sportowych samochodach, które pozwalały gryźć się w szyję. Dlaczego nie mogła to być któraś z nich? 

No trudno, nie była. Nie ma sensu się zastanawiać, gdzie tu sprawiedliwość. Pytanie tylko, co z tym 

zrobić. Siedzieć i czekać, aŜ przeznaczenie zmiaŜdŜy go jak cięŜarówka? 

„Przykro mi z powodu twojej rodziny'', powiedział Quinn. MoŜe w tym cały szkopuł? Widocznie jest 

ofiarą genów Redfernów Bez przerwy ściągali na siebie kłopoty i na kaŜdym kroku zadawali się z ludźmi. 

Więc co, będzie czekał na powrót Quinna i przedstawi mu to usprawiedliwienie? „Przykro mi, ale nie 

jestem w stanie sobie poradzić z sytuacją, nie mogę nawet dokończyć dochodzenia". 

Gdyby tak zrobił, Quinn wezwałby Starszych. Ash czuł, Ŝe twarz mu tęŜeje. ZmruŜonymi oczami popa-
trzył  na  wiewiórkę,  która  nagle  jednym  susem  skoczyła  na  drzewo,  zostawiając  po  sobie  błysk  rudego 
futerka. Jaszczurka przestała się ruszać. 

Nie, nie  zamierza czekać, aŜ przeznaczenie go wykończy.  Zrobi wszystko, co  się da, Ŝeby uratować 

sytuację i honor rodziny. 

I to dziś wieczorem. 
 

-  Zrobimy to dziś wieczorem - oznajmiła Rowan. - Kiedy będzie zupełnie ciemno, zanim pojawi się 

księŜyc. Przeniesiemy ją do lasu. 

Kestrel uśmiechnęła się wielkodusznie. Wygrała sprzeczkę. 

-

 

Musimy uwaŜać - ostrzegła Jade. - Ten odgłos, który usłyszałam wczoraj na dworze, to nie zwierzę. 

To chyba ktoś z nas. 

-

 

Oprócz nas nie ma w pobliŜu Ŝadnych ludzi nocy - powiedziała łagodnie Rowan. - Głównie dlatego 

tu przyjechałyśmy. 

-

 

MoŜe to łowca wampirów? - zastanawiała się Kestrel. -Ten, który zabił ciotkę Opal? 

-

 

O ile ciotkę zabił łowca wampirów - zauwaŜyła Rowan. - Tego nie wiemy. Jutro rozejrzymy się po 

mieście. MoŜe przynajmniej przyjdzie nam do głowy pomysł, kto mógł to zrobić. 

-

 

A potem się nim zajmiemy - stwierdziła zapalczywie Jade. 

-

 

Tymi  odgłosami,  które  słyszałaś  w  ogrodzie,  teŜ  się  zajmiemy  -  dodała  Kestrel  i  uśmiechnęła  się 

łakomie. 

background image

Zapadł  zmierzch.  Mary-Lynnette  spojrzała  na  zegarek.  Reszta  rodziny  spokojnie  spędza  wieczór  - 

ojciec czyta ksiąŜkę o II wojnie światowej, Claudine robi na drutach, Mark próbuje nastroić swoją starą 
gitarę, która przez lata leŜała w piwnicy. 
On pewno usiłuje wymyślić rymy do „Jade". 

 

-

 

Idziesz oglądać gwiazdy? - Ojciec uniósł wzrok znad ksiąŜki. 

-

 

Tak. Zapowiada się ładna noc, do północy nie będzie KsięŜyca. To ostatnia szansa, Ŝeby zobaczyć 

niektóre perseidy. - Nie do końca kłamała. Będzie zerkać na zabłąkane obiekty roju meteorów perseidy po 
drodze na farmę Burdocków. 

-

 

Dobrze, tylko uwaŜaj - powiedział ojciec. 

Dziwne, od lat nie mówił czegoś takiego. Claudine wymachiwała drutami, zagryzając wargi. 

-  MoŜe powinien pójść z tobą Mark - zasugerowała, nie podnosząc wzroku. 

O BoŜe, myśli, Ŝe jestem szurnięta, jęknęła w duchu Mary-Lynnette. Właściwie nie mam do niej Ŝalu. 

-

 

Nie, nie. nie ma potrzeby - zapewniła zbyt pośpiesznie. 

-

 

A nie pomóc ci ze sprzętem? - Mark zmruŜył oczy. 

-

 

Wezmę samochód. Poradzę sobie. Naprawdę. - Pognała do garaŜu, Ŝeby nikt nie zdąŜył wyskoczyć 

z nowym pomysłem. 

Nie  spakowała  teleskopu.  Na  tylne  siedzenie  wrzuciła  szpadel.  Zawiesiła  sobie  na  szyję  aparat 

fotograficzny, a do kieszeni wsunęła latarkę. 

Zaparkowała  u  stóp  wzgórza.  Zanim  wyjęła  szpadel,  stanęła  na  chwilę,  Ŝeby  uwaŜnie  spojrzeć  na 

północny wschód, na konstelację Perseusza. 

Akurat  teraz  nie  było  Ŝadnych  meteorytów.  Dobrze.  Z  kluczykami  w  dłoni  odwróciła  się,  Ŝeby 

otworzyć tylną klapę kombi, i gwałtownie podskoczyła. 

-  O BoŜe! 

Mało nie wpadła na Asha. 

-  Cześć. 

Puls jej szalał, a kolana miała miękkie. Ze strachu, wytłumaczyła sobie. To wszystko. 

-  Przez ciebie omal nie dostałam zawału! - sapnęła. - Zawsze tak się zakradasz? 

Spodziewała się cwanej odpowiedzi, Ŝartobliwej pogróŜki albo flirciarskiej zaczepki. Tymczasem Ash 

zmarszczył brwi i spojrzał na nią markotnie. 

-  Nie. Co ty tu robisz? 

Serce  Mary-Lynnette  pominęło  kilka  uderzeń.  Jednak  usłyszała,  jak  własnym  głosem  odpowiada 

stanowczo: 

-  Oglądam gwiazdy. Jak co noc. MoŜe chcesz sobie to zanotować dla policji? 

Spojrzał najpierw na nią, potem na samochód. 

-  Obserwujesz gwiazdy? 

-  Oczywiście. Z tego wzgórza. - Wskazała ręką. Przyglądał się aparatowi fotograficznemu. 
-  Nie masz teleskopu - zauwaŜył sceptycznie. - Aha, pewnie jest w samochodzie? 
Uświadomiła sobie, Ŝe cały czas ściska kluczyki z zamiarem otwarcia bagaŜnika. 

-

 

Dziś nie przywiozłam teleskopu. - Otworzyła drzwi od strony pasaŜera i wyjęła ze środka lornetkę. 

- Mnóstwo gwiazd moŜna zobaczyć dzięki temu. 

-

 

Naprawdę? 

-

 

Tak. naprawdę. - Popełniłeś błąd, pomyślała z ponurym rozbawieniem. Zachowujesz się, jakbyś mi 

nie  wierzył...  No  to  poczekaj.  -  Chcesz  zobaczyć  światło  sprzed  czterech  milionów  lat?  -  spytała.  Nie 
czekała na odpowiedź. - Dobra. Popatrz na wschód. - Wskazała palcem. - Weź lornetkę.  Spójrz na linię 
jodeł  na  horyzoncie.  A  teraz  przesuwaj  wzrok  w  górę...  -  Rzucała  polecenia  jak  sierŜant  prowadzący 
musztrę. - Widzisz jasną tarczę otoczoną smugą? 

-

 

Uhm. 

-

 

To Andromeda.  Inna  galaktyka.  Przez teleskop  nie  zobaczyłbyś  całej  naraz. Miałbyś  wraŜenie,  Ŝe 

oglądasz niebo przez słomkę. Bardzo zawęŜa pole widzenia. 

background image

-

 

Jasne. Punkt dla ciebie. - Opuścił lornetkę. - Słuchaj, zostawmy na minutę oglądanie gwiazd, dobra? 

Muszę z tobą porozmawiać... 

-

 

Chcesz zobaczyć środek naszej galaktyki? - przerwała mu. - Spójrz na południe. 

Robiła  wszystko,  Ŝeby  się  odwrócił.  Nie  miała  tylko  odwagi  go  dotknąć.  Była  juŜ  tak  nabuzowana 

adrenaliną, Ŝe fizyczny kontakt pewnie by ją wykończył. 

-  Odwróć się - poleciła. 

Zamknął na chwilę oczy, a potem wykonał polecenie, znów unosząc lornetkę. 

-

 

Spójrz  na  konstelację  Strzelca.  -  Wskazała  kierunek.  -  Widzisz? Tam  jest  środek  Drogi  Mlecznej. 

Gdzie ten cały gwiezdny pył. 

-

 

Ładne. 

-

 

No pewnie. Dobra, teraz do góry i na wschód. Powinieneś znaleźć coś, co przypomina przytłumiony 

blask... 

-

 

To róŜowe? 

Zerknęła na niego przelotnie. 

-  Tak. Większość ludzi tego nie dostrzega. To mgławica Trójlistna Koniczyna. 
-  A co to za ciemne linie? Mary-Lynnette zamarła. 
Zapomniała  o  wojskowym  tonie.  Cofnęła  się  o  krok.  Przyglądała  mu  się  ze  zdumieniem  i  z 

przyspieszonym biciem serca. 

Opuścił lornetkę i spojrzał na Mary-Lynnette. 

-

 

Coś nie tak? 

-

 

To ciemne mgławice. Linie pyłu przed gorącym gazem. Ale... ich się nie da zobaczyć. 

-

 

A jednak widziałem. 

-

 

Nic.  Ich  nie  widać.  Przez  lornetkę.  Nawet  gdybyś  miał  dziewięciomilimetrowe  obiektywy...  - 

Wyjęła z kieszeni latarkę i oświetliła mu twarz. 

-

 

Ej! - Odskoczył, mruŜąc i zasłaniając oczy ręką. - To boli! 

Ale  Mary-Lynnette  juŜ  zobaczyła,  co  chciała.  Nie  potrafiła  stwierdzić,  jakiego  koloru  są  teraz  jego 

oczy, bo tęczówki były ledwie widzialnymi pierścieniami wokół wielkiej jak u kota źrenicy. 

O,  mój  BoŜe...  ile  on  musi  widzieć.  Gwiazdy  wielkości  ósmego  rzędu,  moŜe  dziewiątego. 

Niesamowite, gołym okiem dostrzegać gwiazdę dziewiątego rzędu; kolory gwiezdnych obłoków - lśniący 
róŜ gorącego wodoru, tlen połyskujący zielono-niebieskimi odcieniami; tysiące innych gwiazd... 

-

 

Szybko - powiedziała gorączkowo. - Ile gwiazd widzisz w tej chwili na niebie? 

-

 

Nic nie widzę - mruknął stłumionym głosem, ciągle zasłaniając oczy. - Oślepiłaś mnie. 

-

 

Mówię powaŜnie. - Chwyciła go za ramię. 

To było głupie. Nie myślała, co robi. Ale kiedy dotknęła jego skóry, poczuła się tak. jakby zamknęła 

obwód elektryczny. Przeszył ją prąd. Ash zabrał swoją rękę i popatrzył na Mar--Lynnette. 

Przez  sekundę  stali  twarzą  w  twarz  jak  zahipnotyzowani.  Potem  jakby  przeszła  między  nim 

błyskawica. Mary-Lynnette się odsunęła. 

Więcej  tego  nie  zniosę.  O  BoŜe,  dlaczego  w  ogóle  tu  stoję  i  z  nim  rozmawiam?  Dość  mnie  jeszcze 

czeka. Muszę znaleźć ciało. 

-  To nie lekcja astronomii. - Sięgnęła po lornetkę. Głos lekko jej drŜał. - Idę na wzgórze. 

Nie spytała, dokąd on się wybiera. NiewaŜne, byle trzymał się od niej z daleka. 
Zawahał się na chwilę, potem oddal lornetkę, ostroŜnie, Ŝeby nie dotknąć przy tym Mary-Lynnette. 
Dobrze, pomyślała. Oboje czujemy to samo. 

-

 

Do widzenia. 

-

 

Cześć  -  wymamrotał  cicho.  Zaczął  się  oddalać.  Przystanął  z  opuszczoną  głową.  -  Chciałem  ci 

powiedzieć... 

-

 

Tak? 

-

 

Nie  zbliŜaj  się  do  moich  sióstr,  dobra?  -  dokończył  stanowczym,  opanowanym  głosem,  nie 

odwracając się. 

background image

Mary-Lynnette stała jak wryta. Z wściekłości i niedowierzania aŜ zabrakło jej słów. A moŜe Ash wie, 

Ŝ

e to one zabiły ciotkę, i chce mnie chronić? - pomyślała po chwili. Jak Jeremy. 

-  Czemu? - zdołała spytać mimo ściśniętego gardła. Pokręcił opuszczoną głową. 
-  Po prostu uwaŜam, Ŝe znajomość z tobą mogłaby im zaszkodzić. Są dość podatne na wpływy. Nie 

chcę, Ŝeby uczyły się nieodpowiednich rzeczy. 

Mary-Lynnette wypuściła powietrze. A więc to tak. 

-  Ash? Niech cię diabli wezmą - rzuciła słodkim głosem.

 

 
 

Rozdział 8 

 
 

      Mijała godzina, odkąd ruszył na wschód. Nie miała pojęcia po co. W tamtym rejonie nie było nic poza 
dwoma strumieniami, mnóstwem drzew  i... jej domem. Miała  nadzieję, Ŝe próbuje dostać  się do miasta, 
ale nie ma pojęcia, jak to daleko. 

Dobra, poszedł, teraz o nim zapomnij. Przed tobą niebezpieczne zadanie. On nie ma z tym związku. 

Wątpliwe, Ŝeby wiedział, co się stało z panią B. 

Wzięła łopatę i pomaszerowała na zachód. Myślała tylko o tym, co ją czeka. 

Nie boję się tego zrobić, nie boję się, nie boję... Oczywiście, Ŝe się boję. 
MoŜe  i  dobrze,  dzięki  temu  będzie  ostroŜna.  Załatwi  sprawę  szybko  i  po  cichu.  Wejdzie  do  środka 

przez dziurę w Ŝywopłocie, zrobi trochę szybkich wymachów łopatą i zniknie, zanim ktoś ją zobaczy. 

Starała się nie wyobraŜać sobie tego, co odkryje, o ile się nie myli. 

OstroŜnie podeszła do farmy Burdocków, kierując się na północ, a później zawróciła na południowy 

wschód,  Ŝeby  wejść  od  tyłu  posiadłości.  Okoliczne  tereny  były  zdziczałe,  porośnięte  sumakiem 
jadowitym,  niedźwiedzią  trawą  i  kanianką,  nie  licząc  wszechobecnych  krzaków  czarnych  porzeczek  i 
janowca.  Zaczynały  się  pojawiać  dęby  i  buki.  Zanosiło  się  na  to,  Ŝe  pastwiska  niedługo  zamienią  się  w 
las. 

Nie wierzę, Ŝe to robię, pomyślała Mary-Lynnette, kiedy znalazła się przed Ŝywopłotem okalającym 

ogród. Ze teŜ się na to odwaŜyła. Zamierzała wtargnąć na teren sąsiadki i oglądać zwłoki, a mimo to nie 
panikowała. Choć, owszem, miała lekkiego stracha. 

MoŜe nic jestem taka, za jaką zawsze się uwaŜałam? 
Ogród był ciemny i pachnący. Nie z powodu irysów i Ŝonkili zasadzonych przez panią B. ani rosnącej 

dziko wierzbówki, ani krwawiących serc. Z powodu kóz. 

Mary-Lynnette  przywarła  do  Ŝywopłotu,  kierując  spojrzenie  na  wysoką,  strzelistą  sylwetkę  domu. 

"tylko w dwóch oknach paliło się światło. 

Proszę, Ŝeby mnie nie zobaczyły i Ŝebym nie narobiła hałasu. 

Nie  spuszczając  wzroku  z  domu,  ostroŜnie  szła  drobnymi  krokami  do  miejsca,  gdzie  ziemia  była 

naruszona. Kilka pierwszych uderzeń łopatą ledwie wzruszyło powierzchnię. 

Dobra. PrzyłóŜ się bardziej. I nie patrz na dom. Nie ma sensu. Jak wyjrzą przez okno, to cię zobaczą i 

nic nie poradzisz. 

Kiedy opierała stopę na szpadlu, coś zaszeleściło w rododendronach z tyłu. 
Zamarła, pochylona nad szpadlem. 
Spokojnie, przykazała sobie. To nie siostry. Ani Ash. Pewnie jakieś zwierzę. 

Nasłuchiwała.  Z  zagrody  kóz  dobiegło  Ŝałosne  beczenie.  To  nic  takiego.  Chyba  zając.  Kop. 

Wyciągnęła łopatę z ziemi i znowu usłyszała dziwny odgłos Szszszsz. 

Sapanie. Potem szelest. Okropnie głośny ten zając. 

Co  cię  obchodzą  jakieś  szurania?  -  uspokajała  się  Mary-Lynnette.  Nie  ma  tu  Ŝadnych  niebezpiecznych 
zwierząt A ciemności się przecieŜ nie boję. To moje naturalne otoczenie Kocham noc. 

Jednak dziś wieczorem, nie wiedzieć czemu, czuła się inaczej. MoŜe z powodu zajścia z Ashem, które 

wytrąciło ją z równowagi? Przez niego była zdezorientowana i niezadowolona Ale teraz coraz bardziej się 

background image

przekonywała,  Ŝe  mrok  nie  sprzyja  ludziom.  Człowiek,  ze  swoim  słabym  wzrokiem,  przytępionym 
słuchem i ograniczonym węchem, nie jest stworzony do mrocznego Ŝycia. 

Szszszsz. 

MoŜe i mam przytępiony słuch, ale to akurat słyszę dobrze. W krzakach węszy coś duŜego. 

Jakie  zwierzę  moŜe  tam  być?  Na  pewno  nie  jeleń,  one  trochę  prychają.  Brzmiało  to  jak  odgłos  czegoś 
większego od kojota. Niedźwiedź? 

Nagle  usłyszała  inny  dźwięk  -  energiczne  szeleszczenie  suchych,  mięsistych  liści  rododendronu.  W 

słabym świetle domu widziała, Ŝe gałęzie się poruszają, coś usiłuje się spomiędzy nich wydostać... 

Wychodzi. 

Chwyciła szpadel i zaczęła biec. Nie w stronę dziury w Ŝywopłocie ani domu - oba miejsca były zbyt 

niebezpieczne. Pognała do koziej zagrody. 

Tutaj mogę się bronić, przegonić to, uderzyć szpadlem... 

Problem  w  tym,  Ŝe  stąd  nic  nie  było  widać.  Zagroda  miała  wprawdzie  dwa  okna,  ale  brudne,  a  na 

dworze panowała ciemność. Mary-Lynnette nie widziała nawet kóz, chociaŜ je słyszała. 

Nie włączaj latarki. Od razu się wydasz. Stała zupełnie bez ruchu i nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz. 

Nic. 

Osaczał  ją  zapach  zwierząt.  Warstwy  słomy  owsa  i  rozkładających  się  bobków  śmierdziały  i 

podwyŜszały temperaturę w zagrodzie. Spoconymi dłońmi chwyciła szpadel. 

Nigdy  nikogo  nie  uderzyłam...  odkąd  jako  dziecko  biłam  się  z  Markiem...  ale,  kurczę,  dzisiaj  rano 

kopnęłam nieznajomego. 

Miała nadzieję, Ŝe drzemiąca w niej brutalność ujawni się w odpowiednim momencie. 

Koza zaczęła obwąchiwać jej ramię. Mary-Lynnette strąciła szorstki łeb. Druga nagle zaczęła beczeć. 

Mary-Lynnette zagryzła wargi. 

O BoŜe, usłyszałam coś. Koza teŜ. 

Czuła  smak  przygryzionej  wargi.  Uświadomiła  sobie  nagle,  Ŝe  krew  ma  smak  miedzi  i  strachu.  Coś 
otworzyło drzwi zagrody. Wpadła w panikę. 

Ś

ciga  ją  coś  potwornego.  Coś,  co  węszy  jak  zwierzę,  ale  potrafi  otworzyć  drzwi  jak  człowiek. 

Widziała jednak tylko ciemny cień. Nie wyłączyła latarki - czuła tylko impuls, Ŝeby 

zamachnąć się łopatą i załatwić potwora, zanim ten ją załatwi. Czuła dreszcz pierwotnej agresji. 

-

 

Kto to? Kto tu jest? - syknęła. 

-

 

Wiedziałem. Wszędzie cię szukałem. - Usłyszała znajomy głos. 

-

 

O BoŜe, Mark. - Osunęła się po ścianie, wypuszczając z rąk szpadel. 

Obie kozy beczały. Mary-Lynnette dzwoniło w uszach. Mark wsunął się głębiej. 

-

 

Jezu, jak śmierdzi. Co tu robisz? 

-

 

Ty dupku - burknęła Mary-Lynnette. - Mało nie rozwaliłam ci łba! 

-

 

Powiedziałaś, Ŝe dasz sobie spokój z tymi wszystkimi bzdurami. Okłamałaś mnie. 

-

 

Mark, ty nie... Później pogadamy. Słyszałeś coś? - Starała się zebrać myśli. 

-

 

Na przykład co? - Był całkiem spokojny, przez co Mary-Lynnette poczuła się trochę jak idiotka. - 

Wycie? - spytał ostrzej. 

-

 

Nie, węszenie. - Jej oddech się uspokajał. 

-

 

Nic nie słyszałem. Lepiej stąd spadajmy. Co powiemy, jak wyjdzie Jade? 

Mary-Lynnette  nie  wiedziała,  jak  zareagować.  Brat  najwyraźniej  znajdował  się  w  innym  świecie  - 

szczęśliwym,  jasnym  -  gdzie  najgorszą  rzeczą,  jaka  moŜe  się  przydarzyć  dziś  wieczorem,  jest 
zawstydzenie. 

-  Posłuchaj - powiedziała w końcu. - Jestem  twoją siostrą. Nie mam Ŝadnego  powodu, Ŝeby robić 

cię  w  konia  ani  oczerniać  kogoś,  kogo  lubisz.  Nie  wyciągam  teŜ  pochopnych  wniosków,  nie  mam 
wybujałej wyobraźni. Mówię całkiem powaŜnie: z tymi dziewczynami jest coś nie tak. 

Mark otworzył usta, ale nie dała mu dojść do słowa. 

-  Więc teraz moŜesz wierzyć tylko w dwie rzeczy. Albo w to, Ŝe zupełnie zbzikowałam, albo Ŝe to 

wszystko prawda. Myślisz, Ŝe jestem wariatką? 

background image

Pomyślała o przeszłości, o nocach, kiedy lgnęli do siebie, kiedy matka chorowała; o ksiąŜkach, które 

czytała mu na głos. O tym. Ŝe zaklejała mu skaleczenia plastrem i dawała dodatkowe ciastka na deser. I 
wyczuwała, Ŝe Mark teŜ to wspomina. Tyle ich łączy. Zawsze będą ze sobą mocno związani. 

-

 

Nie jesteś wariatką - odparł w końcu cicho. 

-

 

Dzięki. 

-

 

Ale nie wiem, co myśleć. Jade nie zrobiłaby nikomu krzywdy. Na pewno. Odkąd ją poznałem... - 

Przerwał. - Mary, po prostu teraz czuję, Ŝe Ŝyję. Ona jest inna niŜ dziewczyny, które do tej pory znałem. 
Jest... taka odwaŜna, zabawna i... naturalna. 

A  ja  sądziłam,  Ŝe  wszystko  przez  te  blond  włosy,  prychnęła  w  duchu  Mary-Lynnette.  Ale  ze  mnie 

idiotka. 

Była  przejęta  i  zaskoczona  zmianą,  jaka  zaszła  w  Marku,  ale  przede  wszystkim  przeraŜona. 

Ś

miertelnie  przeraŜona.  Jej  chorowity,  cyniczny  brat  w  końcu  znalazł  kogoś,  na  kim  mu  zaleŜy,  a  jego 

wybranka prawdopodobnie pochodzi od Lukrecji Borgii. 

Nie widziała twarzy Marka, ale słyszała szczerą prośbę w jego głosie. 

-

 

Mary, po prostu wróćmy do domu. Poczuła się jeszcze gorzej 

-

 

Mark... 

Przerwała.  Oboje  gwałtownie  zwrócili  głowy  w  stronę  okna  zagrody.  Na  zewnątrz  zapaliło  się 

ś

wiatło. 

-  Zamknij  drzwi  -  syknęła  takim  tonem,  Ŝe  Mark  natychmiast  wykonał  polecenie.  -  I  siedź  cicho  - 

dodała, przyciągając go do ściany. OstroŜnie wyjrzała przez okno. 

Przez tylne drzwi domu najpierw wyszła Rowan, za nią Jade, a na końcu Kestrel. Ta ostatnia niosła 

szpadel. 

O mój BoŜe. 

-  Co  się  dzieje?  -  Mark  usiłował  wyjrzeć  przez  okno.  Mary-Lynnette  zakryła  mu  usta  dłonią. 
Dziewczyny znowu kopały w ogrodzie. Tym razem nie widziała Ŝadnego pakunku w worku na śmie 

ci. W takim razie, co one robią? Zacierają ślady? Chcą zabrać to do domu i spalić albo poćwiartować? 

Serce waliło jej jak oszalałe. 

Mark wdrapał się wyŜej i wyglądał przez okno. Mary-Lynnette słyszała, jak brat nabiera powietrza i się 
krztusi. MoŜe usiłuje wymyślić jakieś niewinne wytłumaczenie. Ścisnęła go za ramię. 
Oboje  obserwowali  dziewczyny,  które  na  zmianę  brały  szpadel.  Mary-Lynnette  była  coraz  bardziej 
zadziwiona ich siłą. Jade wyglądała przecieŜ na tak kruchą. 
Za  kaŜdym  razem,  kiedy  jedna  z  sióstr  rozglądała  się  po  ogrodzie,  Mary-Lynnette  zamierało  serce.  Nie 
widzą nas, nie słyszą, nie złapią, uspokajała się. 

Hałda ziemi nabrała pokaźnych rozmiarów, wtedy Rowan i Kestrel sięgnęły do dziury. Wyjęły długi 

pakunek w worku Wydawał się sztywny i zaskakująco lekki. 

Po  raz  pierwszy  Mary-Lynnette  zastanawiała  się,  czy  nie  jest  zbyt  lekki  jak  na  ciało.  Albo  za 

sztywny... Jak długo trwa stęŜenie pośmiertne? 

Mark niemal sapał. 

Dziewczyny niosły pakunek do dziury w Ŝywopłocie. Mark zaklął. 

Umysł Mary-Lynnette pracował na przyspieszonych obrotach. 

-

 

Zostań tu - syknęła. - Ja za nimi pójdę... 

-

 

Idę z tobą! 

-

 

Nie. musisz powiedzieć tacie, gdyby coś mi się stało.. 

-

 

Idę z tobą. 

Nie czas na kłótnie. W głębi duszy Mary-Lynnette cieszyła się, Ŝe będzie miała wsparcie. 

- No dobra - westchnęła. - Tylko ani mru-mru. 

Zmartwiła  się,  gdy  siostry  zniknęły  im  w  gęstej  ciemności  Ale  kiedy  przecisnęła  się  z  Markiem  przez 
dziurę w Ŝywopłocie, dostrzegła przed sobą błysk. Maleńkie, drŜące białe światło Miały latarkę. 

background image

      Bądź cicho,  poruszaj  się  ostroŜnie.  Mary-Lynnette  nie odwaŜyła  się  powiedzieć  tego  na  głos. Ale  w 
myślach powtarzała bez przerwy, jak mantrę. Całą świadomość skupiała na małej i światła, która była dla 
nich drogowskazem, jak ogon komety w ciemności. 

Ś

wiatło zaprowadziło ich na południe, do szkółki jedlicy. Po chwili wchodzili juŜ do lasu. 

Dokąd one to niosą? - zastanawiała się Mary-Lynnette. Z wysiłku drŜały jej mięśnie - próbowała iść 

najszybciej,  jak  się  da,  a  przy  tym  bezszelestnie.  Mieli  szczęście  -  na  ziemi  zalegała  gruba  ściółka  z 
igliwia.  Było  pachnące,  lekko  wilgotne  i  tłumiło  odgłosy  kroków.  Mary-Lynnette  prawie  nie  słyszała 
podąŜającego za nią Marka; raz tylko syknął, kiedy się skaleczył. 

Wydawało się im, Ŝe droga ciągnie się w nieskończoność. Było ciemno jak w grobie i Mary-Lynnette 

szybko przestała się orientować, gdzie są. Nie wiedziała teŜ, jak wrócą. 

O  BoŜe,  chyba  zwariowałam,  Ŝe  się  na  to  zdecydowałam,  a  w  dodatku  ciągnę  ze  sobą  Marka. 

Jesteśmy w środku lasu ze stukniętymi dziewczynami... 

Ś

wiatło znieruchomiało. 

Mary-Lynnette się zatrzymała, wyciągając rękę, na którą zaraz wpadł Mark. Wpatrywała się w jasny 

promień, czy się nie oddala. 

Nie. Nie zmieniało miejsca. Było skierowane na ziemię. - Podejdźmy bliŜej - wyszeptał Mark prosto 

do ucha siostry. 

Skinęła głową i zaczęła się skradać tak wolno i cicho, jak tylko mogła. Co kilka kroków przystawała, 

Ŝ

eby sprawdzić, czy zaraz nie oświetlą jej latarką. 

Nie.  PołoŜyła  się  na  ziemi  i  przeczołgała  ostatnie  trzy  metry  do  skraju  polany,  na  której  stały 

dziewczyny. Stąd miała dobry widok. 

Kestrel odgarnęła łopatą igliwie i wykopywała dół. 

Mary-Lynnette poczuła, Ŝe Mark przyczołgał się za nią, zgniatając paprocie. Wiedziała, Ŝe brat widzi 

to samo, co ona. 

Tak mi przykro, Mark. Tak mi przykro. 

DłuŜej nie dało się zaprzeczać faktom. Mary-Lynnette miała pewność. Nie musiała nawet zaglądać do 

worka. 

Jak  później  odnajdę  to  miejsce?  Jak  zapamiętać,  Ŝeby  przyprowadzić  szeryfa?  Czuła  się  jak  w 

labiryncie  z  gry  komputerowej  -  dookoła  jednostajny  las  iglasty.  Zagryzła  dolną  wargę.  PodłoŜe  z 
wilgotnych  igieł  było  miękkie,  spręŜyste  i  nawet  wygodne.  Mogą  czekać  tak  długo,  aŜ  siostry  pójdą,  a 
później jakoś oznaczyć drzewa. Zrobić zdjęcia Przywiązać skarpetki do gałęzi. 
       Na  polanie  w  świetle  latarki  ukazała  się  dłoń  odkładająca  szpadel.  Później  Rowan  i  Kestrel  wzięły 
pakunek w worku - widocznie latarkę trzyma Jade. pomyślała Mary-Lynnette - i opuściły go do dziury. 

Dobrze. Teraz zakopią i zabiorą się stąd. 
Strumień  światła  ukazał  Rowan  -  schylała  się  po  szpadel.  Szybko  zaczęła  zakopywać  dół  ziemią. 

Mary-Lynnette była szczęśliwa. JuŜ niedługo, pomyślała i po cichu odetchnęła z ulgą. 

I nagle na polanie wszystko się zmieniło. 

Ś

wiatło  latarki  gwałtownie  zaczęło  się  kołysać.  Mary-Lynnette  przylgnęła  do  ziemi.  W  jasnej  smudze 

widziała postać -złote włosy okalające twarz. Kestrel. Stała przodem do Marka i Mary-Lynnette. napięta i 
nieruchoma. Nasłuchiwała. I nasłuchiwała. 

Mary-Lynnette  leŜała  bez  ruchu,  z  otwartymi  ustami,  starając  się  oddychać  bezgłośnie.  Coś  się  pod 

nią  poruszało  w  miękkim,  spręŜystym  podłoŜu.  Gąsienice  i  stonogi.  Ale  nawet  nie  drgnęła,  kiedy  coś 
zaczęło ją łaskotać w plecy pod koszulką. 

Tak  wytęŜała  słuch,  aŜ  dzwoniło  jej  w  uszach.  W  lesie  panowała  absolutna  cisza.  Mary-Lynnette 

słyszała tylko oszalałe bicie własnego serca, pulsujące aŜ w gardle. W głowie jej dudniło. 

Bała się. 

      I to nie był zwykły strach. Czegoś takiego nie przeŜywała, odkąd skończyła dziewięć czy dziesięć lat. 
To upiorny strach przed czymś, czego istnienia nie jest się nawet pewnym. Nie wiadomo czemu, patrząc 
na Kestrel w ciemnym lesie, z przeraŜeniem pomyślała o potworach. Miała okropne przeczucie. 

Och, BoŜe, nie powinnam ciągnąć tu Marka. 

background image

Mark  oddychał  głośno.  Nie  przypominało  to świstu, raczej  prychanie  kota. Takie  odgłosy  wydawał, 

kiedy był mały i miał problemy z płucami. 

Kestrel zesztywniała. Odwróciła głowę, jakby chciała zlokalizować źródło hałasu. 
Och, Mark, nie. Wstrzymaj oddech... 

Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. 

Kestrel rzuciła się  do przodu. Biegła z niewiarygodną  prędkością. Nikt nie  porusza się tak szybko... 

ś

aden człowiek... 

Kim są te dziewczyny? 

Widziała  urywki  okolicy,  jak  w  stroboskopowym  świetle.  Kestrel  skacze.  Ciemne  drzewa  dookoła. 

Ć

ma w strumieniu światła. 

Kestrel dopada czegoś. 
Chroń Marka... 

Jeleń. Kestrel złapała jelenia. Umysł Mary-Lynnette był pełen chaotycznych, rozkołysanych migawek. 

Obrazów  bez  sensu.  Przemknęła  jej  przez  głowę  dzika  myśl,  Ŝe  to  wcale  nie  Kestrel,  ale  krwioŜerczy 
dinozaur z filmu. Bo Kestrel poruszała się tak jak on. 
A  moŜe  to  nie  jeleń?  Mary-Lynnette  widziała  pod  szyją  biały  kolor,  tak  czysty  jak  koronkowy  Ŝabot.  I 
ruchome, czarne oczy. Jeleń zaryczał. Nie wierzę. 

Chyba mnie wzrok myli... 
Zwierzę  leŜało  na  ziemi,  wymachując  smukłymi  nogami.  Kestrel  się  z  nim  szarpała.  Twarz  miała 

zanurzoną w jego białej szyi. Obejmowała ją rękami. 

Znów ryk. Gwałtowne, konwulsyjne szarpnięcie. 

Ś

wiatło latarki błądziło po całej polanie. Nagle się zatrzymało. Na samej krawędzi jasnego strumienia 

Mary-Lynnette  dostrzegła  dwie  postaci,  zbliŜające  się  do  Kestrel.  TeŜ  chwyciły  jelenia.  Po  ostatnim 
spazmie przestał walczyć. Wszystko zamarło. Mary-Lynnette dostrzegła włosy  Jade, tak delikatne, Ŝe  w 
ciemności światło podkreślało pojedyncze kosmyki. 

Na cichej polanie nad jeleniem klęczały trzy osoby. Rytmicznie poruszały ramionami. Mary-Lynnette 

nie rozpoznawała, co robią, ale scena wydawała się jej znajoma. Oglądała ją w filmach dokumentalnych. 
O dzikich psach, lwach czy wilkach, które poŜywiają się upolowaną zdobyczą. 

Zawsze się starałam być bacznym obserwatorem. A teraz trudno mi uwierzyć własnym oczom. 
Mark szlochał. 
O BoŜe, chcę go stąd zabrać. PomóŜ nam odejść. 
Poczuła  się  tak,  jakby  nagle  ustąpił  paraliŜ.  Warga  znów  krwawiła  -  widocznie  tak  mocno  ją 

zagryzała, obserwując jelenia. Usta wypełnił miedzianokrwisty smak. 

-  Chodź - wyszeptała niemal bezgłośnie, przesuwając się do tyłu. Gałęzie i igły drapały ją w brzuch, 

bo podciągnęła jej się koszulka. Chwyciła Marka za ramię. - Chodź! 

Poderwał się na równe nogi. 

-  Mark! - Podniosła się na kolana i usiłowała ściągnąć go na ziemię. 

Odepchnął ją brutalnie. Zrobił krok do przodu. Nie... 

-  Jade! 

Szedł na polanę. 

Mary-Lynnette ruszyła za bratem. I tak się wydali, więc nie ma znaczenia, co zrobi Mark. Chciała być 

z nim. 

-  Jade!  -  krzyknął  i  chwycił  latarkę.  Skierował  strumień  światła  wprost  na  małą  hałdę  na  skraju 

polany. Odwróciły się do niego trzy twarze. 

Umysł  odmawiał  Mary-Lynnette  posłuszeństwa.  Domyślać  się,  co  robią  dziewczyny  -  to  jedno,  a 

zobaczyć z bliska - drugie. Trzy piękne buzie, białe w świetle latarki... z czymś, co wyglądało na roztartą 
szminkę na ustach i brodach. W kolorze krwistej czerwieni, w malinowym odcieniu. 

Ale to nie szminka ani sok z malin. To krew, którą splamiona była teŜ biała szyja jelenia. 

Piją krew jelenia... 

O BoŜe, naprawdę... 

background image

Właściwie,  przypominając  sobie  sceny  z  horrorów,  spodziewała  się,  Ŝe  dziewczyny  sykną,  odwrócą 

się od światła, zasłonią się zakrwawionymi dłońmi i zrobią dzikie miny. 

Tak  się  jednak  nie  stało.  Nie  było  zwierzęcych  odgłosów,  przeraŜającego  zawodzenia  ani 

demonicznych grymasów. 

Mary-Lynnette  stała  sparaliŜowana  strachem,  a  Mark  usiłował  uspokoić  oddech.  Jade  się 

wyprostowała. 

-  Co  wy  tu  robicie?  -  spytała  zmieszana,  lekko  rozdraŜnionym  głosem.  Tak,  jak  się  mówi  do 

chłopaka, który wszędzie za tobą łazi i nęka cię, Ŝebyście poszli na randkę. 

Myśli Mary-Lynnette zaczęły wirować. 
Zapadła  długa  cisza.  W  końcu  Rowan  i  Kestrel  wstały.  Mark  dyszał  cięŜko,  przesuwając  strumień 

ś

wiatła z jednej dziewczyny na drugą. 

      -  To raczej co wy tu robicie?! - krzyknął rozwścieczony. Światło latarki powędrowało w stronę dołu, 
a potem znów na dziewczyny. - No, co? 

      -  Ja  spytałam  pierwsza.  -  Jade  zmarszczyła  czoło.  Gdyby  chodziło  tylko  o  nią,  Mary-Lynnette 
zaczęłaby  się  zastanawiać,  czy  sytuacja  rzeczywiście  jest  tak  okropna  i  czy  faktycznie  grozi  im 
niebezpieczeństwo. 

Rowan  i  Kestrel  spojrzały  na  siebie,  później  na  Marka  i  Mary-Lynnette.  Na  widok  ich  min  Mary-

Lynnette ścisnęło w gardle. 

-

 

Ź

le, Ŝe za nami przyszliście - powiedziała Rowan. Miała powaŜny i smutny wyraz twarzy. 

-

 

Ze teŜ ich nie zauwaŜyłyśmy - wtrąciła Kestrel. Wyglądała ponuro. 

-

 

To dlatego, Ŝe pachną jak kozy - stwierdziła Jade. 

-

 

Co wy tu robicie?! - krzyknął znów Mark, prawie szlochając. 

Mary-Lynnette chciała go chwycić, ale nie mogła się ruszyć. Jade otarła usta grzbietem dłoni. 

-  Chyba widać? - Odwróciła się do sióstr. - I co teraz? Zapadła cisza. 

      -  Nie mamy wyjścia. Musimy ich zabić - oznajmiła Kestrel. 

 
 

Rozdział 9 

 
 

Słowa  Kestrel  zabrzmiały  w  uszach  Mary-Lynnette,  jakby  wypowiadała  je  postać  z  horroru.  „Zabić 

ich, zabić ich, zabić ich". 

Mark zaśmiał się bardzo dziwnie. 
To  będzie  dla  niego  potwornie  druzgoczące,  pomyślała  Mary-Lynnette  z  niespodziewaną 

obojętnością. Znaczy, byłoby, gdybyśmy mieli wyjść z tego cało. Ale nie wyjdziemy. JuŜ przedtem bał się 
dziewczyn i w ogóle miał pesymistyczne podejście do Ŝycia. 

-  MoŜe  usiądziemy?  -  zaproponowała  Rowan,  tłumiąc  westchnienie.  -  Musimy  się  nad  tym 

zastanowić. 

Mark odrzucił głowę do tyłu i znowu wybuchnął histerycznym śmiechem. 
-  Czczczemu nie? - powiedział. - Usiądźmy sobie, jasne. 

Są  szybkie  jak  charty  wyścigowe,  pomyślała  Mary-Lynnette.  JeŜeli  teraz  spróbujemy  uciekać,  na 

pewno  nas  złapią.  Ale  jeŜeli  usiądziemy,  poczują  się  swobodniej,  wtedy  ja  odwrócę  ich  uwagę  albo  je 
czymś uderzę... 

-  Siadaj! - nakazała szorstko Markowi. 

Rowan i Kestrel odeszły od jelenia i usiadły. Jade przez chwilę stała z rękami na biodrach, a potem 

zajęła miejsce obok sióstr. 

Mark dalej zachowywał się jak pijany. Wymachiwał latarką. 

-

 

Ale z was dziwadła... Tak naprawdę... 

-

 

Jesteśmy wampirami - przerwała mu ostro Jade. 

-

 

Tak. - Mark roześmiał się po cichu do siebie. - Oczywiście. 

background image

Mary-Lynnette zabrała mu latarkę - była z cięŜkiego plastiku i metalu, mogła posłuŜyć za broń. 

Część umysłu podpowiadała jej: zaświeć im w oczy w odpowiedniej chwili, a później jedną z nich uderz. 
Inna  mówiła:  to  na  pewno  ludzie,  tylko  im  się  wydaje,  Ŝe  są  wampirami,  bo  mają  dziwną  dolegliwość, 
która powoduje anemię. A jeszcze inna: lepiej przyjmij to do wiadomości, taka jest prawda. 

Dotychczasowa wizja świata Mary-Lynnette legia w gruzach. 

-  MoŜna  oszaleć  -  mówił  Mark.  -  Poznajesz  dziewczynę,  wydaje  się  całkiem  miła,  mówisz  o  niej 

wszystkim swoim znajomym, a tu się okazuje, Ŝe jest wampirem. I jak tu się nie wściec? 

O BoŜe, wpadł w histerię, pomyślała Mary-Lynnette. 

-

 

Natychmiast weź się w garść - syknęła mu do ucha, chwytając go za ramię. 

-

 

Nie  rozumiem,  po  co  miałybyśmy  z  nimi  rozmawiać,  Rowan  -  odezwała  się  Kestrel.  -  PrzecieŜ 

wiesz, co musimy zrobić. 

-

 

Pomyślałam,  Ŝe  wpłynęlibyśmy  na  ich  umysł...  -  zasugerowała  cicho  Rowan  i  podrapała  się  w 

czoło. 

-

 

Nic z tego. - Głos Kestrel był delikatny, ale stanowczy. 

-

 

Dlaczego? - spytała ostro Jade. 

-

 

Przyszli za nami celowo - powiedziała Rowan znuŜonym głosem. Skinęła głową w stronę dziury. - 

Więc od jakiegoś czasu nas podejrzewają. Od kiedy? - Spojrzała na Mary-Lynnette. 

-

 

Zobaczyłam, jak wykopujecie dół we wtorek wieczorem. To wasza ciotka tam leŜy? 

Zapadła krótka cisza. Rowan wyglądała na zakłopotaną. W końcu lekko skinęła głową. Wdzięcznie. 

-

 

O cholera - wymamrotał Mark. Oczy miał zamknięte, a głowa mu się kołysała. - O cholera. Mają w 

worku panią B. 

-

 

Dwa dni - zwróciła się Rowan do Jade. - Podejrzewają nas od pełnych dwóch dni. Nie jesteśmy w 

stanie wymazać wspomnień z tak długiego okresu. Nigdy nie będziemy mieć pewności, czy usunęłyśmy 
co trzeba. 

-

 

PrzecieŜ moŜemy zlikwidować wszystko z ostatnich dwóch dni - stwierdziła Jade. 

Kestrel prychnęła. 

      -  śeby w okolicy kolejne dwie osoby cierpiały na zanik pamięci? 

Mary-Lynnette olśniło. 

-

 

Todd Akers i Vic Kimble - zawołała. - Zrobiłyście coś, Ŝeby dostali amnezji. Wiedziałam. 

-

 

Nie mamy wyjścia - szepnęła Kestrel do Rowan. - Wiesz dobrze... 

Ona nie jest złośliwa, uświadomiła sobie Mary-Lynnette. Tylko praktyczna. Lwica, jastrząb albo wilk 

powiedziałyby to samo, gdyby przemawiały ludzkim głosem. 

     -  Sytuacja  jest  prosta:  albo  zabijemy,  albo  zginiemy.  Mary-Lynnette  mimowolnie  poczuła  coś  w 
rodzaju fascynacji i szacunku. 

Mark miał juŜ otwarte oczy. Rowan wyglądała na bardzo smutną. To potworne, mówiła jej mina, ale 

komuś z nas musi stać się krzywda. 

Schyliła głowę, potem ją uniosła i spojrzała w oczy Mary-Lynnette. Ich wzrok spotkał się i zatrzymał. 

Po chwili twarz Rowan lekko się zmieniła. Dziewczyna skinęła głową. 

Mary-Lynnette wiedziała, Ŝe w tej chwili porozumiewają się bez słów. KaŜda uznała drugą za godną 

rywalkę, skłonną walczyć i umrzeć za rodzinę. 

Obie były starszymi siostrami. 

Tak, komuś stanie się krzywda, pomyślała Mary-Lynnette. ZagraŜasz mojej rodzinie, będę walczyć. 

Rowan na pewno zrozumiała. Ale nienawidziła myśli, Ŝe musi zabić... 

-  Nie - odezwał się ktoś stanowczo. 

To Jade. Sekundę później juŜ stała z zaciśniętymi dłońmi, wyrzucając z siebie słowa jak eksplodujący 

piec parowy. 

-

 

Nie, nie moŜecie zabić Marka. Nie pozwolę. 

-

 

Wiem, Ŝe to trudne... - zaczęła Rowan. 

-

 

Nie bądź mięczakiem - wtrąciła Kestrel. 

background image

Jade się trzęsła, ciało miała spięte jak kot gotowy do walki. Jej głos brzmiał donośniej niŜ obu sióstr. 

-  Nie moŜecie i juŜ! Chyba... Chyba... 

-

 

Jadę... 

-

 

On chyba jest moją bratnią duszą! Martwa cisza. 

-

 

O, rany... - jęknęła w końcu Rowan. 

-

 

Akurat - skwitowała Kestrel. 

Obie wpatrywały się w Jade. Mary-Lynnette pomyślała: teraz! 

Energicznie zamachnęła się latarką, chcąc najpierw załatwić Kestrel. Zakładała, Ŝe Rowan zajmie się 

ranną siostrą. Ale niespodziewanie Mark wyskoczył przed nią i chwycił ją za nadgarstek. 

-  Nie rób nic. Jade! 
Nagle wszystko zamieniło się w szaleńczą gmatwaninę. Ręce, nogi, ściskające palce, kopiące stopy. 

Jade i Mark krzyczeli, Ŝeby przestać. Mary-Lynnette poczuła, Ŝe ktoś wyrywa jej latarkę z dłoni. Natrafiła 
na długie włosy, złapała je i szarpnęła. Dostała kopniaka. Ból przeszył Ŝebra. 

Ktoś  zaczął  odciągać  ją  z  miejsca  bójki.  To  Mark.  Jade  leŜała  na  Kestrel,  jednocześnie  trzymając 

Rowan. 

Wszyscy dyszeli. Mark był bliski płaczu. 

-

 

Nie moŜemy tego zrobić - wysapał. - To okropne. Wszystko jest nie tak. 

-

 

To moja bratnia dusza, jasne? - warknęła w tym samym czasie Jade. - Jasne? Chcę, Ŝeby Ŝył! 

-

 

On nie jest Ŝadną twoją bratnią duszą, idiotko - wybełkotała Kestrel stłumionym głosem. LeŜała z 

twarzą w iglastej ściółce. - Kiedy spotykasz bratnią duszę, czujesz się, jakby trafił cię piorun, i wiesz, Ŝe 
to  ta  jedyna  osoba  na  świecie,  z  którą  powinnaś  być.  Przy  bratniej  duszy  nie  ma  miejsca  na  „chyba". 
MoŜna tego nie chcieć, ale ma się pewność; to przeznaczenie i koniec. 

Gdzieś  w  głębi  umysłu  Mary-Lynnette  zapaliła  się  ostrzegawcza  lampka.  Ale  teraz  miała 

powaŜniejsze zmartwienia na głowie. 

-  Mark, uciekajmy stąd - rzuciła bez tchu. - Biegnij! Nawet nie poluźnił uścisku. 

-

 

Dlaczego musimy być wrogami? 

-

 

Mark, one zabijają. Tego się nie da usprawiedliwić. Zamordowały własną ciotkę. 

Trzy twarze odwróciły się do niej wyraźnie zaskoczone. Nad drzewami jaśniał półksięŜyc, więc Mary-

Lynnette dobrze je widziała. 

-  Nie zabiłyśmy jej! - powiedziała uraŜona Jade. 

-

 

Skąd wam to przyszło do głowy? - spytała Rowan. Mary-Lynnette opadła szczęka. 

-

 

Bo ją zakopałyście, na miłość boską! 

-

 

Tak, ale znalazłyśmy juŜ martwą. 

      -  Ktoś  ją  zabił  kołkiem  -  wyjaśniła  Kestrel,  wybierając  sosnowe  igły  ze  złotych  włosów.  -  Chyba 
łowca wampirów. Pewnie nic o tym nie wiecie? 

Mark przełknął ślinę. 

-

 

Kołkiem? 

-

 

No, sztachetą z płotu - uściśliła Kestrel. 

-

 

Była juŜ nieŜywa? - dopytywała Mary-Lynnette. - To po jakie licho zakopałyście ją w ogrodzie? 

-

 

PrzecieŜ nie mogłyśmy zostawić w piwnicy. 

-

 

Ale dlaczego nie zabrałyście jej na cmentarz? Rowan wyglądała na zakłopotaną. 

-

 

Hm, nie widziałyście ciotki Opal - powiedziała Jade. 

-

 

Nie wygląda za dobrze - dodała Kestrel. - Jest jak mumia. 

-

 

Tak się z nami dzieje - powiedziała Rowan, niemal przepraszająco. 

Mary-Lynnette osunęła się na ziemię obok Marka, próbując przyswoić nową wizję świata. Wirowało 

jej w głowie. 

-

 

To znaczy... Ŝe tylko starałyście się ukryć ciotkę. Ale... Toddowi Akersowi i Vicowi Kimbleowi coś 

zrobiłyście... 

background image

-

 

Zaatakowali  nas  -  przerwała  Jade.  -  Mieli  złe  zamiary,  wykręcili  nam  ręce.  Chcieli...  -  Mary-

Lynnette nagle się wyprostowała. Natychmiast zrozumiała. - O, mój BoŜe. Bydlaki! - Dlaczego wcześniej 
nie  przyszło  jej  to  do  głowy?  Todd  i  Vic...  W  zeszłym  roku  krąŜyły  plotki,  Ŝe  napadli  dziewczynę  z 
Westgrove.  Więc  teraz  znowu...  Westchnęła  i  prychnęła.  tłumiąc  śmiech.  -  O,  nie.  Mam  nadzieję,  Ŝe 
dałyście im porządną... 

-

 

Tylko trochę ich ugryzłyśmy - powiedziała Rowan. 

-

 

Szkoda, Ŝe tego nie widziałam. 

Ś

miała  się  w  głos,  Rowan  się  uśmiechała,  a  Kestrel  barbarzyńsko  szczerzyła  zęby.  I  nagle  Mary-

Lynnette zrozumiała, Ŝe nie będą juŜ ze sobą walczyć. 

Wszyscy odetchnęli głęboko, siedzieli i przyglądali się sobie. 
One rzeczywiście wyglądają inaczej niŜ normalni ludzie, pomyślała Mary-Lynnette, wpatrując się w 

dziewczyny w blasku księŜyca. Teraz wydawało jej się to oczywiste. 

Były nieziemsko piękne. Rowan z orzechowymi włosami i słodką twarzą. Kestrel z dziką elegancją i 

blaskiem złotych oczu. Jade o delikatnych rysach twarzy, z włosami jak światło gwiazd. Jak Trzy Gracje, 
tylko bardziej srogie. 

      -  Dobra - odezwała się łagodnie Rowan. - Mamy problem. I trzeba go rozwiązać. 

-  Nie wydamy was - zapewnił Mark. Spoglądali na siebie z Jade. 

-

 

O. Mamy tu Romea i Julię - zwróciła się Rowan do Mary-Lynnette. 

-

 

NiewaŜne, co obiecują. Skąd pewność, Ŝe moŜna im wierzyć? - odezwała się Kestrel. 

Rowan zastanawiała się, błądząc wzrokiem po polanie. Wzięła głęboki wdech i skinęła głową. 

-

 

Jest tylko jeden sposób - stwierdziła. - Związek krwi. 

-

 

Chyba Ŝartujesz? - Kestrel uniosła brwi. 

-

 

Co to jest? - spytała Mary-Lynnette. 

-

 

Związek  krwi?  -  Rowan  sprawiała  wraŜenie  bezradniej.  -  To  ceremonia...  Dzięki  temu  nasze 

rodziny się spokrewnią. Jeden z naszych przodków zrobił tak z rodziną czarownic. 

No, nieźle, pomyślała Mary-Lynnette. Więc czarownice teŜ istnieją. Ciekawe, o ilu rzeczach jeszcze 

nie wiem. 

-

 

Wampiry  na  ogół  nie  trzymają  z  czarownicami  -  tłumaczyła  Rowan.  -  Hunter  Redfern,  nasz 

przodek, wszedł z nimi w powaŜny konflikt w XVI wieku. 

-

 

Ale nie mógł mieć dzieci - dodała rozbawiona Kestrel. -Potrzebował pomocy czarownic, bo inaczej 

na  nim  skończyłby  się  cały  ród  Redfernów.  Więc  musiał  je  przeprosić  i  zorganizować  ceremonię 
spokrewnienia. Urodziły mu się same córki Ha, ha. 

Mary-Lynnette zamrugała. Ha, ha? 

-

 

Widzicie, po części jesteśmy czarownicami. Jak wszyscy Redfernowie - ciągnęła Rowan łagodnym, 

nauczycielskim tonem. 

-

 

Nasz  ojciec  twierdził,  Ŝe  dlatego  sprawiamy  tyle  kłopotów  -  wtrąciła  Jade.  -  Podobno 

nieposłuszeństwo mamy w genach. Bo w rodzinach czarownic rządzą kobiety. 

Mary-Lynnette zaczynała lubić czarownice. 

-  Ha, ha - powiedziała. 

Mark rzucił jej z ukosa szelmowskie spojrzenie. 

-

 

Moglibyśmy  zrobić  podobną  ceremonię  -  wróciła  do  tematu  Rowan.  -  Dzięki  temu  na  zawsze 

stalibyśmy się rodziną Nie moglibyśmy się zdradzić. 

-

 

Nie ma sprawy - rzucił natychmiast Mark. nie spuszczając wzroku z Jade 

-

 

Ja teŜ jestem za. - Jade posłała mu krótki, promienny uśmiech. 

Mary-Lynnette  musiała  się  zastanowić.  Rowan  mówiła  o  powaŜnej  sprawie.  Takiej  decyzji  nie  moŜna 
podjąć ot, tak sobie. To coś więcej niŜ wzięcie szczeniaka. To jak małŜeństwo Odpowiedzialność na całe 
Ŝ

ycie. Co prawda dziewczyny nie zabijają ludzi, ale... zagryzają zwierzęta. 

Ale  ludzie  robią  przecieŜ  to  samo.  Nie  zawsze  po  to,  Ŝeby  mieć  co  jeść.  Czym  się  róŜni  picie  krwi 

jelenia od przerabiania cielaków na buty? 

background image

Poza tym, chociaŜ wydawało jej się to dziwne, juŜ czuła się związana z siostrami. W ciągu kilku ostatnich 
minut między nią a Rowan zrodziła się więź silniejsza niŜ dotychczas z jakąkolwiek koleŜanką ze szkoły. 
Fascynacja i szacunek zmieniły się w instynktowne zaufanie. Poza tym jaki ma wybór? 

Spojrzała na Marka, potem na Rowan. Powoli skinęła głową. 

-  Dobrze. 

Rowan odwróciła się do Kestrel. 

-

 

Więc decyzja zaleŜy ode mnie? - spytała Kestrel. 

-

 

Bez ciebie tego nie zrobimy - odparła Rowan. - Wiesz o tym. 

Kestrel odwróciła wzrok, mruŜąc złociste oczy. W blasku księŜyca na tle ciemnych drzew rysował się 

idealny profil jej twarzy. 

-

 

To  oznacza,  Ŝe  juŜ  nigdy  nie  będziemy  mogły  wrócić  do  domu.  Nie  darowaliby  nam  tego,  Ŝe 

spokrewniłyśmy się z robactwem. 

-

 

Jakim znowu robactwem? - spytał Mark wyrwany z łączności duchowej z Jade. 

Nikt się nie kwapił, Ŝeby mu odpowiedzieć. 

      -  Ja  i  tak  nie  mogę  jechać  do  domu  -  oznajmiła  wyniośle  Jade.  -  Jestem  zakochana  w  obcym.  I 
zamierzam mu powiedzieć o świecie nocy. Więc nie Ŝyję, tak czy siak. 

Mark  otwierał  i  zamykał  usta.  Mary-Lynnette  przypuszczała,  Ŝe  brat  chce  zaprotestować,  Ŝeby  Jade 

tak dla niego nie ryzykowała. 

       -  Oczywiście on teŜ juŜ jest martwy - dodała z roztargnieniem Jade. 

Mark znieruchomiał. 

-  Kestrel, za daleko zabrnęłyśmy, Ŝeby wracać. 

Kestrel wpatrywała się w las przez kolejną minutę. Nagle ze śmiechem odwróciła się do pozostałych. 

W oczach miała dziki błysk. 

-  Dobra, w takim razie cała naprzód - zawołała. - Powiedzmy im wszystko. Złammy zasady. To juŜ 

bez znaczenia. 

Mary-Lynnette poczuła wyrzuty sumienia. Miała nadzieję, Ŝe nie będzie Ŝałować swojej decyzji. 

-

 

A jak będzie wyglądała ta... ceremonia? - spytała tylko. 

-

 

Wymienimy się krwią. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale to proste. 

-

 

MoŜe wam się wydać trochę dziwne - dodała Jade. - Później będziecie trochę jak wampiry. 

-

 

Trochę jak co? - Mary-Lynnette mimowolnie podniosła głos. 

-

 

Ale  tylko  trochę.  -  Jade  odmierzała  maleńki  odcinek  powietrza  między  kciukiem  a  palcem 

wskazującym. - Kapkę. 

Kestrel uniosła oczy do nieba. 

-

 

Za kilka dni wam minie - wydusiła to, co Mary-Lynnette chciała wiedzieć. 

-

 

O ile w tym czasie znów nie zostaniecie ugryzieni przez wampira - sprecyzowała Rowan. - Inaczej 

to zupełnie niegroźne. Z ręką na sercu. 

Mary-Lynnette  i  Mark  spojrzeli  na  siebie  porozumiewawczo.  Nie  po  to,  Ŝeby  się  skonsultować  - 

wszystko  było  juŜ  postanowione.  Po  prostu,  Ŝeby  dodać  sobie  otuchy.  W  końcu  Mary-Lynnette  wzięła 
głęboki wdech i strzepnęła z kolana kawałki paproci. 

     - Dobrze - powiedziała oszołomiona, ale zdecydowana. -Zaczynajmy. 

 
 

Rozdział 10 

 

Przypominało  to  poparzenie  przez  meduzę.  Mary-Lynnette  z  zamkniętymi  oczami  odwróciła  twarz, 

kiedy  Rowan  ją  ugryzła.  Miała  w  pamięci  ryk  jelenia.  Okazało  się.  Ŝe  ból  nie  jest  taki  straszny.  Prawie 
natychmiast ustąpił. 

Czuła ciepło na szyi, z której wypływała krew, a po minucie zrobiło jej się trochę słabo i zakręciło się 

w głowie. Najciekawsze, Ŝe w jednej chwili posiadła nowy zmysł. Mogła zajrzeć do umysłu Rowan. Ale 

background image

nie potrzebowała do tego oczu. bo korzystała z innych fal niŜ świetlne. Od Rowan biła ciepła czerwień; 
przypominała Ŝarzące się w ognisku polana. Była teŜ niewyraźna i miała otoczkę jak kula gorącego gazu 
unosząca się w powietrzu. 

Czy tak właśnie wygląda aura? 

Kiedy Rowan się odsunęła, wszystko prysnęło. Nowy zmysł zniknął. 

Palce  Mary-Lynnette  automatycznie  powędrowały  do  szyi.  Wyczuła  wilgoć.  Miejsce  było  trochę 

obolałe. 

-  Nie przejmuj się. - Rowan otarła wargi kciukiem. - Zaraz minie. 
Mary-Lynnette zamrugała. Czuła się ocięŜale. Spojrzała na Marka, którego uwolniła Kestrel. Nic mu 

nie  było.  sprawiał  wraŜenie  tylko  lekko  zamroczonego.  Uśmiechnęła  się  do  niego,  a  on  uniósł  brwi  i 
pokręcił głową. Ciekawe, jak wygląda jego umysł, pomyślała Mary-Lynnette. 

-  Co robisz? - spytała przestraszona. 

Rowan podniosła gałąź i sprawdzała, czy ma ostry koniec. 

-

 

KaŜdemu  gatunkowi  coś  szkodzi  -  powiedziała.  -  Wilkołakom  srebro,  czarownicom  Ŝelazo,  a 

wampirom drewno. Tylko tym przetnę sobie skórę - dodała. 

-

 

Nie  o  to  mi  chodziło.  Chciałam  wiedzieć,  po  co  -  wyjaśniła  Mary-Lynnette,  ale  juŜ  znała 

odpowiedź.  Przyglądała  się  czerwonemu  zagłębieniu,  które  zostawiała  po  sobie  gałąź,  kiedy  Rowan 
przesuwała nią po nadgarstku. 

Wymiana krwi. 

      Mary-Lynnette z trudem przełknęła ślinę. Nie patrzyła na Marka i Kestrel. 

Zrobię to pierwsza, a wtedy zobaczy, Ŝe to nie takie straszne, pomyślała. Dam radę. dam radę... Po to, 

Ŝ

ebyśmy Ŝyli. 

Rowan podsunęła jej nadgarstek. 

      Miedziano krwisty strach. Mary-Lynnette poczuła mdłości. 

Zamknęła oczy i dotknęła wargami ręki Rowan. 

Ciepło. Miłe wraŜenie. I smak... nie miedzi, ale intensywny i dziwny. Później będzie się zastanawiała, 

jak  to  opisać...  połączenie  zapachu  wanilii  z  dotykiem  jedwabiu  i  wyglądem  wodospadu.  Ciecz  była 
mdląco słodka. 

JuŜ po wszystkim Mary-Lynnette czuła, Ŝe mogłaby góry przenosić. 

-

 

O  rany  -  odezwał  się  Mark  najwyraźniej  oszołomiony.  -  Gdybyście  mogły  sprzedawać  to  w 

butelkach, zbiłybyście fortunę. 

-

 

Nie ty pierwszy na to wpadłeś - skomentowała chłodno Kestrel. - Ludzie polują na nas. Ŝeby zdobyć 

krew. 
     - Porozmawiamy później - przerwała im stanowczo Rowan. - Teraz trwa ceremonia. 
     Umysł Kestrel był złoty. Miał lśniące krawędzie i wysyłał blask we wszystkie strony. 
     - Dobra, Jade - powiedziała Rowan. - Mark. Wystarczy. Puśćcie się. 
Niemal  siłą  rozdzieliła  Marka  i  Jade.  Mark  uśmiechał  się  głupawo  i  Mary-Lynnette  poczuła  maleńkie 
ukłucie zazdrości. Jak to jest zajrzeć w głąb ukochanej osoby? 
Srebrny i koronkowy umysł Jade wyglądał jak misterna filigranowa sfera, ozdoba boŜonarodzeniowa. Po 
wypiciu  krwi  Jade  Mary-Lynnette  usiadła  oszołomiona  i  nabuzowana.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  w  jej  Ŝyłach 
pędzi rwący górski potok. 
      - Dobrze - odezwała się Rowan. - Teraz płynie w nas ta sama krew. 

Wyciągnęła  rękę.  Jade  i  Kestrel  zrobiły  to  samo.  Mary-Lynnette  zerknęła  na  Marka,  potem  oboje 

złączyli ręce tak. Ŝe wyglądały jak szprychy w kole. 

-

 

Obiecujemy być dla was krewnymi, zawsze was ochraniać i bronić - wyrecytowała Rowan i skinęła 

głową Mary-Lynnette. 

-

 

Obiecujemy być dla was krewnymi - powtórzyła powoli Mary-Lynnette. - Zawsze was ochraniać i 

bronić. 

-

 

I juŜ - stwierdziła po prostu Rowan. - Jesteśmy rodziną. 

-

 

Wracajmy do domu - powiedziała Jade. 

background image

Najpierw  musiały  dokończyć  zakopywanie  ciotki  Opal.  Mary-Lynnette  przyglądała  się,  jak  Rowan 

rozrzuca na grobie igliwie. 

-  Przejęliście teŜ nasze porachunki - oznajmiła pogodnie Kestrel, zwracając się do Mary-Lynnette. - 

To znaczy, Ŝe powinniście nam pomóc znaleźć zabójcę. 

-  Cały czas do tego dąŜę. Zostawili jelenia tam, gdzie leŜał. 
-  Jest tu mnóstwo padlinoŜerców. Nie zmarnuje się - wyjaśniła Rowan. 
Takie  Ŝycie,  pomyślała  Mary-Lynnette,  kiedy  opuszczali  polanę.  Obejrzała  się  za  siebie...  i  przez 

sekundę widziała cień i błysk zielonkawo-pomarańczowych oczu na wysokości swoich. To nie mógł być 
kojot... o wiele za duŜy. 

Otworzyła usta, Ŝeby powiedzieć reszcie, ale cień zniknął. 

CzyŜby to tylko moja wyobraźnia? Chyba wzrok mi wariuje. Wszystko jest dziwnie jasne. 
Miała  wraŜenie,  Ŝe  jej  zmysły  się  zmieniły  -  wyostrzyły.  Droga  powrotna  z  polany  wydawała  się 

łatwiejsza. Mark i Jade nie szli za rękę - byłoby im niewygodnie - ale Jade często się na niego oglądała. A 
kiedy natrafiali na jakąś przeszkodę, pomagali sobie. 

-  Jesteś szczęśliwy, co? - zagadnęła go Mary-Lynnette, kiedy znaleźli się obok siebie. 

Posłał jej przestraszony, pokorny uśmiech, biały w blasku księŜyca. 

-

 

Chyba  tak.  Nie  wiem,  jak  to  opisać  -  dodał  po  minucie.  -  Ale  czuję,  jakbyśmy  byli  sobie 

przeznaczeni. Ona naprawdę widzi  moje wnętrze. I bardzo mnie lubi. Od nikogo innego wcześniej poza 
tobą tego nic zaznałem. 

-

 

Cieszę się, Mark. 

-

 

Słuchaj. Chyba powinniśmy rozejrzeć się za kimś dla ciebie. Jest tu mnóstwo chłopaków... 

Mary-Lynnette prychnęła. 

-  Jak będę miała ochotę się spotkać z chłopakiem, to się spotkam. Nie potrzebuję pomocy. 

-  Przepraszam. - Znów posłał jej pokorny uśmiech. 

Ale  Mary-Lynnette  cały  czas  zastanawiała  się  nad  tym,  co  powiedział.  Pewnie,  Ŝe  chciała  poznać 

kogoś, kto akceptowałby ją w pełni, dzielił z nią wszystko. Chyba kaŜdy o tym marzy Ale ilu osobom się 
spełnia to marzenie? Poza tym. gdzie Mark widzi to „mnóstwo chłopaków” 

Uświadomiła sobie, Ŝe znów myśli o Jeremym Lovetcie. O jego jasnobrązowych oczach... 

Nie  mogła  zatrzymać  obrazu.  Cały  czas  się  rozmazywał  i  ku  jej  przeraŜeniu  zamieniał  w  same  oczy  - 
lśniły na niebiesko, złoto i szaro, w zaleŜności od tego. jak padało światło. 
O BoŜe, nie. Ash był ostatnią osobą, która potrafiłaby ją zrozumieć. Nie chciałaby z nim dzielić siedzenia 
w autobusie, a co dopiero Ŝycia. 

-

 

Kto  zrobił  z  was  wampiry?  -  spytał  Mark.  Siedzieli  na  olbrzymiej,  tapicerowanej  wiktoriańskiej 

kanapie  w  salonie  na  farmie  Burdocków.  Rowan  rozpaliła  ogień  w  kominku.  -  Staruszka?  Ta  wasza 
ciotka? 

-

 

Nikt - obruszyła się Jade. - Jesteśmy lamiami. - Wymówiła to „la-mij-ami". 

-

 

Uhm. - Mark spojrzał na nią z ukosa. - A co to takiego? 

-

 

To  my.  MoŜemy  mieć  dzieci,  jeść,  pić  i  starzeć  się,  jeśli  tylko  chcemy.  Najlepszy  gatunek 

wampirów. 

-

 

W zasadzie to rasa wampira - wtrąciła się Kestrel. - Wytłumaczę wam. Są dwa rodzaje wampirów. 

Jedni zaczynają jako ludzie i zmieniają się, kiedy ugryzie ich wampir, a drudzy rodzą się jako wampiry. 
My jesteśmy właśnie takimi. Nasz ród pochodzi z dawien dawna. 

-

 

Jest najstarszy - przerwała Jade. - Redfernowie Ŝyli juŜ w czasach prehistorycznych. 

Mary-Lynnette zamrugała. 

-

 

Ale chyba nie wy trzy, co? - spytała nerwowo. 

-

 

Ja  mam  dziewiętnaście  lat.  -  Rowan  się  roześmiała.  -  Kestrel  siedemnaście,  a  Jade  szesnaście. 

Jeszcze nie zatrzymałyśmy procesu starzenia. 

-

 

Na ile lat wyglądała, według ciebie, nasza ciotka? - Kestrel spojrzała na Mary-Lynnette. 

-

 

Hm. na jakieś siedemdziesiąt, siedemdziesiąt pięć. 

background image

-

 

A kiedy my ją widziałyśmy ostatnio, wyglądała moŜe na czterdzieści - ciągnęła Kestrel. - To było 

dziesięć lat temu. kiedy wyjechała z naszej wyspy. 

-

 

Ale rzeczywiście do tego czasu przeŜyła siedemdziesiąt cztery lata - powiedziała Rowan. - Tak się 

właśnie z nami dzieje. Kiedy przestajemy powstrzymywać proces starzenia, wszystko w jednej chwili się 
wyrównuje. 

-  Co moŜe się okazać interesujące, jeŜeli się Ŝyło pięćset czy sześćset lat - zauwaŜyła sucho Kestrel. 

-  Wyspa, z której pochodzicie, to ten świat nocy? - spytała Mary-Lynnette. 

Rowan wyglądała na zaskoczoną. 

-

 

To  po  prostu  bezpieczne  miejsce.  Mieszkamy  tam  sami,  bez  ludzi.  W  XVI  wieku  przepędzi!  ich 

Hunter Redfern, Ŝebyśmy mogli spokojnie Ŝyć. 

-

 

Problem tylko w tym - zaczęła Kestrel z błyskiem w złotych oczach - Ŝe tam się ciągle Ŝyje jak w 

XVI wieku. Wymyślili zasady, Ŝe nikomu nie wolno wyjeŜdŜać, poza paroma męŜczyznami i chłopakami, 
którym ufają bezgranicznie. 

Takimi jak Ash. pomyślała Mary-Lynnette. JuŜ miała to powiedzieć, ale Rowan znów się odezwała. 

-

 

Dlatego  uciekłyśmy.  Nie  chciałyśmy  wychodzić  za  mąŜ,  kiedy  kaŜe  nam  ojciec.  Pragnęłyśmy 

zobaczyć świat ludzi. 

-

 

Jeść  niezdrowe  jedzenie  -  dokończyła  radośnie  Jade.  -  Czytać  czasopisma,  nosić  pończochy  i 

oglądać telewizję. 

-

 

Ciotka  Opal  opuściła  wyspę  -  wyznała  Rowan.  -  Tylko  mi  powiedziała,  Ŝe  jedzie  do  małego 

miasteczka o nazwie Briar Creek, gdzie rodzina jej męŜa sto pięćdziesiąt lat temu wybudowała dom. 

Mary-Lynnette przesunęła palcami po jedwabistych frędzlach ciemnozielonej poduszki. 

-  No dobra, ale w takim razie, gdzie jest ten świat nocy? 

-

 

Och...  To  nie  miejsce...  -  Rowan  miała  niepewną  minę.  -  To  trochę  trudno  wam  wytłumaczyć. 

Właściwie nie powinniście nawet wiedzieć, Ŝe istnieje. Dwie najwaŜniejsze zasady świata nocy mówią, Ŝe 
nie moŜna dopuścić, aby człowiek się o nim dowiedział, i nie moŜna się zakochać w człowieku. 

-

 

Nasza najmłodsza siostra właśnie złamała obie - wymruczała Kestrel. 

Jade wyglądała na zadowoloną. 

-  Karą  za  złamanie  zasad  jest  śmierć  wszystkich  zamieszanych  -  dokończyła  Rowan.  -  Ale  wy 

naleŜycie  do  rodziny.  I  juŜ.  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Świat  nocy  to  rodzaj  tajnego  stowarzyszenia.  Nie 
tylko wampirów. RównieŜ czarownic, wilkołaków i zmiennokształtnych. Wszelkich istot nocy. Jesteśmy 
wszędzie. 

Wszędzie?  -  zastanawiała  się  Mary-Lynnette.  To  niepokojąca,  ale  jednocześnie  interesująca  myśl. 

Więc istnieje cały świat, o którym nie wiedziała. Miejsce nieznane, tak odległe jak galaktyka Andromedy. 

Na  Marku  informacja  Ŝe  wampiry  są  wszechobecne,  najwyraźniej  nie  zrobiła  większego  wraŜenia. 

Uśmiechał się promiennie do Jade, opierając się łokciem o poręcz ciemnozielonej kanapy. 

-

 

Więc umiesz czytać w moich myślach? 

-

 

Oczywiście, pokrewne dusze mogą to robić spontanicznie - odparła Jade pewnym głosem. 

Pokrewne dusze... Mary-Lynnette przeszedł dreszcz; miała ochotę zmienić temat. 

-  Przestań Jade. Masz  coś lepszego  niŜ  pokrewną  duszę  -  powiedziała  Rowan.  -  Na  pokrewieństwo 

dusz nikt nie ma wpływu, nie musisz nawet polubić tej osoby, kiedy ją poznasz. MoŜe się okazać, Ŝe jest 
dla ciebie zupełnie nieodpowiednia z powodu róŜnicy  gatunku, temperamentu, wieku. Ale wiesz, Ŝe bez 
niej juŜ nigdy nie będziesz w pełni szczęśliwa. 
      Mary-Lynnette ogarniało coraz większe rozdraŜnienie. 

-  A jeŜeli tak się stanie... jeŜeli się okaŜe, Ŝe ktoś jest twoją pokrewną duszą, a ty tego nie chcesz? - 

spytała dziwnie niskim głosem. - Istnieje jakiś sposób, Ŝeby się tego pozbyć? 

Zapadła cisza. 

-  O  niczym  takim  nie  słyszałam  -  odparła  powoli Rowan.  Jej  brązowe  oczy  wpatrywały  się  w  oczy 

Mary-Lynnette. - Ale chyba mogłabyś się poradzić czarownicy, gdybyś miała taki problem. 

Mary-Lynnette z trudem przełknęła ślinę. Rowan patrzyła  na nią  łagodnym i  przyjaznym  wzrokiem, 

przez co Mary-Lynnette poczuła jeszcze większą potrzebę porozmawiania z kimś, kto by ją zrozumiał. 

background image

-  Rowan... 

Przerwała. Rowan, Kestrel i Jade nagle spojrzały w stronę drzwi - jak koty, które usłyszały coś, czego 

nie usłyszy człowiek. Chwilę później do Mary-Lynnette teŜ dotarł ten odgłos - kroki na ganku. Tup, tup, 
tup... i nagły huk. 

-  Ej, ktoś tam jest - zawołała Jade i zanim Mark ją powstrzymał, ruszyła do drzwi. 

 
 

Rozdział 11 

 
 

Jade! Poczekaj! - powiedział Mark. 

      Oczywiście  nie  czekała  ani  sekundy.  Otwieranie  zamków  zajęło  jej  trochę  czasu  i  Mary-Lynnette 
usłyszała szybkie tup, tup, tup uciekających stóp. 

Jade  z  rozmachem  otworzyła  drzwi,  wyskoczyła  na  ganek  i  krzyknęła.  Mary-Lynnette  wybiegła  i 

zobaczyła, Ŝe noga Jade wpadła do jednej z dziur, gdzie brakowało deski. Zdarzało się to kaŜdemu, kto nie 
znał tego miejsca. Ale nie dlatego krzyknęła. 

Chodziło o kozę. 

- O BoŜe - wymamrotał Mark. - Kto to mógł zrobić? Mary-Lynnette poczuła pieczenie w piersiach – 
bolesne, nieprzyjemne. Ścisnęło ją w mostku tak. Ŝe z trudem łapała oddech. Obraz jej się zamazał. 

      - Wracajmy do środka - rozkazała Rowan. - Jade, nic ci nie jest? 

Jade łapczywie, z wściekłością nabierała powietrza. Mark pomógł jej wyciągnąć nogę z dziury. 

Rowan i Kestrel podniosły kozę za nogi. Mary-Lynnette weszła do domu, zaciskając zęby na i tak juŜ 

pogryzionej wardze Znów czuła smak miedzi. 

PołoŜyły  kozę  na  staromodnym  dywaniku  we  wzory  przy  wejściu  do salonu.  Spazmatyczny  oddech 

Jade zamienił się w świszczący szloch. 
       - To Ethyl - wyszeptała Mary-Lynnette. Jej teŜ się chciało płakać. 

Uklęknęła przy Ethyl. Koza była śnieŜnobiała, miała słodki pyszczek i szerokie czoło. Mary-Lynnette 

delikatnie dotknęła jednego kopyta. Pomagała pani B. przycinać je sekatorem. 

       - Nie Ŝyje - odezwała się Kestrel. - Nie zrobisz jej krzywdy. 

Mary-Lynnette  szybko  uniosła  głowę.  Twarz  Kestrel  była  opanowana  i  wyniosła.  Pod  skórą  Mary-

Lynnette przetoczyła się fala przeraŜenia. 

-

 

Powyjmujmy je - powiedziała Rowan. 

-

 

I tak juŜ po skórze - stwierdziła Kestrel. 

-

 

Kestrel. proszę cię... Mary-Lynnette wstała. 

-

 

Zamknij się, Kestrel! 

Zaległa cisza. Ku zaskoczeniu Mary-Lynnette Kestrel milczała. 
Mary-Lynnette i Rowan zaczęły wyciągać małe drewniane kołki z ciała kozy. 
Niektóre były małe jak wykałaczka. Inne dłuŜsze niŜ palec i grubsze niŜ szpikulec z roŜna na kebab, z 

tępym  zakończeniem  z  jednej  strony.  Zrobił  to  ktoś  silny,  pomyślała  Mary-Lynnette.  Poprzebijał  skórę. 
Tyle razy. W setkach miejsc. Ethyl wyglądała jak jeŜozwierz. 

-  Nie  krwawiła  za  mocno  -  stwierdziła  łagodnie  Rowan.  -  To  znaczy,  Ŝe  zdechła  juŜ  wcześniej. 

Popatrzcie tutaj. - Delikatnie dotknęła purpurowej szyi kozy. 

Mary-Lynnette przypomniał się jeleń. 

-

 

Ktoś  naciął  jej  gardło  albo  ugryzł  -  ciągnęła  Rowan.  -  Więc  pewnie  szybko  się  wykrwawiła.  Nie 

jak... 

-

 

Co? - spytała Mary-Lynnette. 

Rowan się zawahała. Spojrzała na Jade. ta pociągnęła nosem, potem wytarła go w ramię Marka. 

-  Nie jak wuj Hodge. - Rowan zerknęła na Mary-Lynnette, później ostroŜnie wyjęła kolejny kołek i 

odłoŜyła na rosnącą kupkę. - Widzisz, tak zabili wuja Hodge'a. Starsi. Tylko Ŝe on był przy tym Ŝywy. 

Mary-Lynnette zaniemówiła. 

background image

      - Dlaczego? - wymamrotała w końcu. 

Rowan wyjęła jeszcze dwa kołki ze skupieniem na twarzy. 

- Za to, Ŝe powiedział ludziom o świecie nocy.  
Mary-Lynnette przysiadła na piętach i popatrzyła na brata. Mark osunął się na podłogę, pociągając 

za sobą Jade. 

-

 

To dlatego ciotka Opal wyjechała z wyspy - mówiła dalej Rowan. 

-

 

A teraz ktoś zabił kołkiem ciotkę Opal - powiedziała Kestrel. - I kozę. Tak samo jak wuja Hodge'a. 

-

 

Ale kto? - spytała Mary-Lynnette. 

-

 

Ktoś, kto zna się na wampirach. - Rowan pokręciła głową. 

Niebieskie oczy Marka były ciemniejsze niŜ zwykle i nieco zamglone. 

-

 

Wspominałyście o łowcy wampirów... 

-

 

Ja tak uwaŜam - powiedziała Kestrel. 

-

 

Dobra, kto tutaj moŜe być łowcą wampirów? A w ogóle kto to jest łowca wampirów? 

-

 

W tym problem - westchnęła Rowan. - Nie wiem, po czym takiego poznać. Zresztą niezbyt wierzę 

w łowców wampirów. 

-

 

Podobno  to  ludzie,  którzy  usłyszeli  o  świecie  nocy.  -  Jade  otarła  łzy.  -  Nie  potrafią  nikogo 

przekonać, Ŝe wampiry istnieją, a moŜe nie chcą, Ŝeby inni ludzie wiedzieli. Więc na nas polują. Usiłują 
wybić jednego po drugim. Podobno znają świat nocy tak samo jak istoty nocy. 

-

 

I doskonale się orientują, jak został zabity wasz wuj -wtrąciła Mary-Lynnette. 

-

 

Tak, ale to nie jest wielka tajemnica - powiedziała Rowan. - Nie trzeba znać historii wuja Hodge'a, 

Ŝ

eby o tym wiedzieć. To wśród lamii tradycyjna egzekucja. Niewiele rzeczy poza kołkiem czy spaleniem 

jest w stanie zabić wampira. 

Mary-Lynnette zastanowiła się nad tym. Tak czy inaczej, kto mógł chcieć zabić starą kobietę i kozę? 

-

 

Rowan? Po co twoja ciotka trzymała kozy? Zawsze myślałam, Ŝe chodzi o mleko, ale... 

-

 

Na  pewno  dla  krwi  -  wyjaśniła  spokojnie  Rowan.  -  JeŜeli  wyglądała  na  taką  starą,  jak  mówisz, 

raczej nie mogła wychodzić do lasu na polowanie. 

Mary-Lynnette  znów  spojrzała  na  kozę,  usiłując  znaleźć  jakąś  podpowiedz.  Starała  się  prowadzić 

chłodną, metodyczną obserwację. Kiedy jej wzrok powędrował do głowy Ethyl, zamrugała i pochyliła się. 

-  Ona ma coś w pysku. 

      - Powiedz, Ŝe Ŝartujesz - wysapał Mark. Mary-Lynnette uciszyła go ręką. 

-  Nie, potrzebne mi coś, Ŝeby... poczekaj chwilę. - Popędziła do kuchni i wyjęła z szuflady misternie 

zdobiony srebrny nóŜ. Biegiem wróciła do salonu. - Dobra - mruknęła, rozchylając szczęki Ethyl. Coś tam 
jest, jakby kwiat. - Wyjęła go palcami. 

-  Milczenie  owiec  -  skomentował  ponuro  Mark.  Mary-Lynnette  zignorowała  go,  przekładając  w 

dłoniach psującą się rzecz. 

-  Wygląda jak irys, tylko Ŝe czarny. 
Jade i Rowan wymieniły spojrzenia. 

-

 

Więc  to  ma  coś  wspólnego  ze  światem  nocy  -  stwierdziła  Rowan.  -  Czarne  kwiaty  są  jego 

symbolem. 

-

 

Symbolem? - Mary-Lynnette odłoŜyła wilgotną roślinę. 

-

 

Nosimy  je  jako  znak  rozpoznawczy.  Na  pierścionkach,  spinkach,  ubraniach...  KaŜdy  gatunek  ma 

własny  kwiat.  Poza tym niektóre  oznaczają, Ŝe przynaleŜysz do  danego klubu albo rodziny. Czarownice 
uŜywają czarnych dalii, wilkołaki naparstnicy, wampiry stworzone róŜy... 

-

 

Jest teŜ sieć klubów Czarny Irys - dodała Kestrel, stając przy pozostałych. - Wiem, bo do jednego z 

nich naleŜy Ash. 

-

 

Ash... - Jade wpatrywała się w Kestrel dzikimi zielonymi oczami. 

Mary-Lynnette siedziała bez ruchu. Po głowie tłukło jej się mgliste wspomnienie, związane z czarnym 

znakiem. 
     - O BoŜe - jęknęła. - Znam kogoś, kto nosi sygnet z czarnym kwiatem. 

background image

 Wszyscy na nią spojrzeli. 

- Kogo? - spytali jednocześnie Mark i Rowan. Mary-Lynnette nie wiedziała, które z nich wyglądało na 

bardziej zaskoczone. Walczyła ze sobą przez minutę. 

-  To Jeremy Lovett - odparła w końcu niezbyt pewnie. 

-

 

Ten dziwak. - Mark się skrzywił. - Mieszka sam w przyczepie w lesie, a zeszłego lata... - Głos go 

zawiódł.  Szczęka  mu  opadła,  a  kiedy  znów  się  odezwał,  mówił  o  wiele  wolniej.  -  A...  w  pobliŜu  jego 
przyczepy znaleziono ciało. 

-

 

Umiecie rozpoznać, czy ktoś jest istotą nocy? - spytała po cichu Mary-Lynnette. 

-

 

Hm  -  mruknęła  Rowan  skonsternowana.  -  No,  nie  na  pewno.  JeŜeli  ktoś  potrafi  osłaniać  umysł... 

Gdybyśmy zdołały go zaskoczyć, moŜe by coś wyjawił, ale inaczej raczej nie. 

-

 

No, super. - Mark oparł się o ścianę. - Moim zdaniem Jeremy idealnie pasuje do opisu istoty nocy. 

Właściwie Vic Kimble i Todd Akers teŜ. 

-

 

Todd - powtórzyła Jade. - Chwileczkę. - Wzięła jedną z wykałaczek i dokładnie ją obejrzała. 

      -  Nie  ulega  wątpliwości,  Ŝe  powinniśmy  się  spotkać  z  twoim  przyjacielem  Jeremym.  -  Rowan 
patrzyła  na  Mary-Lynnette  -  Pewnie  się  okaŜe  zupełnie  niewinny.  Czasami  do  rąk  ludzi  trafia  nasz 
pierścionek albo spinka i wtedy robi się niezłe zamieszanie. Zwłaszcza jeŜeli taka osoba  zabłąka się do 
któregoś z klubów... 

Ale  Mary-Lynnette  ogarnęło  potwornie  złe  przeczucie.  Jeremy  był  skryty,  zawsze  trzymał  się  na 

uboczu,  miał  nawet  niepospolitą  urodę  i  niezwykle  zwinne  ruchy.  Wszystko  wyraźnie  prowadziło  do 
jednego wniosku. W końcu rozwiązała zagadkę Jeremyego Lovetta i nie było to szczęśliwe zakończenie. 

-

 

Dobra, w porządku - powiedziała Kestrel. - MoŜemy sprawdzić tego Jeremy'ego. Ale co z Ashem? 

-

 

Jak to co z Ashem? - spytała Rowan. 

Wyjęła ostatni kołek. Delikatnie zarzuciła jedną stronę dywanu na ciało kozy, jak całun. 

-

 

No nie kapujesz? To jego klubowy kwiat. Więc moŜe zrobił to ktoś z jego znajomych? 

-

 

Zaraz, zaraz. Przepraszam, ale ja znów nie wiem, o czym mówicie - wtrącił się Mark. - Kto to jest 

Ash? 

Trzy  siostry  spojrzały  na  niego.  Mary-Lynnette  odwróciła  wzrok.  Miała  tyle  okazji,  których  nie 

wykorzystała,  więc  teraz  bardzo  dziwnie  by  zabrzmiało,  gdyby  od  niechcenia  wspomniała:  och.  tak, 
widziałam Asha, dwa razy. Ale nie było wyjścia. Musiała się przyznać. 

-

 

To nasz brat - wyjaśniła Kestrel. 

-

 

Jest stuknięty - dodała Jade. 

-

 

Tylko on z naszej rodziny mógł wiedzieć, Ŝe jedziemy do Briar Creek - stwierdziła Rowan. - Nakrył 

mnie, jak prosiłam Crane Lindcn, Ŝeby przemyciła list z wyspy. Ale nie sądzę, Ŝe zauwaŜył adres ciotki 
Opal. Nie jest za bardzo spostrzegawczy, jeŜeli chodzi o coś, co nie dotyczy jego. 

-

 

Mów wprost - wtrąciła się Jade. - Ash myśli wyłącznie o sobie. To  skończony egoista. 

-

 

Jego interesują tylko dziewczyny i imprezy. - Kestrel okrasiła tę opinię takim uśmiechem, Ŝe Mary-

Lynnette się zastanawiała, czy dziewczyna rzeczywiście tego nie pochwala. - I polowanie. 

-

 

Nie  lubi  ludzi.  -  Jade  pokręciła  głową.  -  Gdyby  nie  to,  Ŝe  ugania  się  za  dziewczynami  i  się  nimi 

bawi, pewnie zaplanowałby zagładę całej ludzkości i przejęcie świata. 

-

 

Nie ma co, fajny koleś - skwitował Mark. 

-

 

Dosyć  konserwatywny  -  uściśliła  Rowan.  -  Pod  względem  politycznym.  Bo  w  sensie  osobistym 

jest... 

-

 

Wolny - zasugerowała Kestrel, unosząc brwi. 

-

 

Delikatnie  rzecz  ujmując  -  mruknęła  Jade.  -  W  dziewczynach  za  którymi  lata,  widzi  tylko  jedno. 

Poza ich samochodami, oczywiście. 

Mary-Lynnette łomotało serce. Z kaŜdą mijającą sekundą miała większe opory, Ŝeby się odezwać. A 

kiedy juŜ nabierała powietrza, odzywał się ktoś inny. 

      -  Chwileczkę - powiedział Mark. - Myślicie, Ŝe to jego sprawka? 

-

 

Nie wykluczałabym Asha - stwierdziła Kestrel. Jade skwapliwie przytaknęła. 

background image

-

 

Ale to była teŜ jego ciotka - zdziwił się Mark. 

-

 

Zrobiłby wszystko, gdyby uznał, Ŝe chodzi o honor rodziny - powiedziała Kestrel. 

-

 

Tak, ale szkopuł w tym... - zaczęła z namysłem Rowan -...Ŝe Ash jest w Kalifornii. 

-

 

Nie, nie jest - rzucił od niechcenia Ash. 

 
 

Rozdział 12 

 
 

To, co stało się później, było bardzo interesujące. Mary-Lynnette zobaczyła siostry w akcji, której nie 

widziała na polanie. Syczenie i rozczapierzone palce. Jak w filmach. 

W  dodatku  syk  wampira  brzmiał  prawdziwie.  Jak  kota,  nie  jak  osoby  udającej  kota.  Dziewczyny 

podskoczyły i stanęły gotowe do walki. 

Jade  i  Kestrel  pokazywały  zęby  -  długie  i  pięknie  wygięte,  zakończone  delikatnymi  ostrymi 

punkcikami, które wcinały się w dolną wargę. 

I jeszcze coś. Zmieniły im się tęczówki. Srebrno zielone oczy Jade stały się jeszcze bardziej srebrne. 

Złote Kestrel przypominały Ŝółte klejnoty, jak u jastrzębia. Z oczu Rowan bił ciemny blask. 

-

 

O rany - wyszeptał Mark. Spoglądał to na Jade, to na Asha. 

-

 

Cześć - odezwał się Ash. 

Nie  patrz  na  niego,  powiedziała  sobie  Mary-Lynnette.  Serce  waliło  jej  jak  oszalałe  i  drŜały  kolana. 

Przyciąganie cząsteczki do antycząsteczki, pomyślała, przypominając sobie lekcję fizyki z zeszłego roku. 
Ale istniała inna. krótsza nazwa tego zjawiska I Mary-Lynnette za nic nie mogła odpędzić tej myśli. 

 Bratnia dusza. 

O  BoŜe.  Proszę,  błagam,  nie.  Pragnę  odkryć  Supernową  i  badać  minikwazary  w  Obserwatorium 

Promieniowania  Gamma.  Rozwiązać  tajemnicę,  gdzie  we  wszechświecie  znajduje  się  cała  czarna 
materia... 

 Nie chcę tego. 

To  się  powinno  przydarzyć  Bunny  Marten  -  ona  całe  Ŝycie  marzy  o  romansie.  Ja  potrzebuję  tylko 

kogoś, kto by mnie rozumiał... 

...rozumiał z tobą noc, wyszeptała odległa część jej umysłu. 

A tymczasem trafiła na chłopaka, którego się boją jego własne siostry. 
To prawda. Dlatego stały gotowe do walki i wydawały groźne odgłosy. Nawet Kestrel obleciał strach. 
W  chwili,  gdy  Mary-Lynnette  uświadomiła  to  sobie,  złość  przegoniła  z  jej  wnętrza  rozedrgane 

przeraŜenie. 

      -  Czy ty nigdy nie pukasz? - spytała, niemal podbiegając do niego. 

Musiała pomóc swojej nowej rodzinie.  Jade i Kestrel usiłowały ją chwycić i  powstrzymać, Ŝeby nie 

zbliŜała się do ich brata. Chroniły ją. Ale Mary-Lynnette się wyrwała. 

Ash ostroŜnie zmierzył ją wzrokiem. 

-

 

O, to ty - powiedział bez entuzjazmu. 

-

 

Co tu robisz? 

-

 

To dom mojego wuja. 

-

 

Twojej ciotki - poprawiła go. - I nikt cię nie zapraszał. Ash spojrzał na siostry. Mary-Lynnette widziała, 

jak  w  jego  głowie  poruszają  się  trybiki.  ZdąŜyły  juŜ  powiedzieć  o  świecie  nocy  czy  jeszcze  nie? 
Oczywiście, ich zachowanie daje duŜo do myślenia. Większość dziewczyn nie syczy. 

-  Dobra. - Ash uniósł palec. - Słuchajcie. 

Mary-Lynnette kopnęła go w piszczel. Wiedziała, Ŝe to niewłaściwe, Ŝe nie wypada, ale nie mogła się 

powstrzymać. Musiała to zrobić. 

-

 

No, na miłość boską. - Ash odskoczył. - Czy ty jesteś rąbnięta? 

background image

-

 

Tak, jest! - Mark zostawił Jade i wybiegł do przodu, Ŝeby wziąć Mary-Lynnette za rękę. - Wszyscy 

to  wiedzą.  Nic  na  to  nie  poradzi.  -  Zaczął  się  cofać,  ciągnąc  siostrę.  Spoglądał  na  Mary-Lynnette  tak, 
jakby zrzuciła z siebie ciuchy i zaczęła tańczyć mambo. 

Oczy Kestrel i Jade zrobiły się zwykłe, a zęby skróciły. Nigdy wcześniej nie widziały, Ŝeby ktoś tak 

odnosił się do ich brata. W dodatku człowiek... 

Dziewczyny  miały  ponadludzką  moc,  ale  Ash  był  od  nich  jeszcze  silniejszy.  Prawdopodobnie 

powaliłby Mary-Lynnette jednym uderzeniem. 

Mimo  to  nadal  nie  mogła  się  powstrzymać.  Nie  bała  się  jego,  tylko  siebie.  I  tego,  Ŝe  czuła  głupie 

mrowienie w Ŝołądku i Ŝe uginały się pod nią nogi. 
       -  Czy ktoś moŜe jej powiedzieć, Ŝeby przestała? - spytał Ash. 

Kestrel  i  Jade  spojrzały  z  ukosa  na  Mary-Lynnette.  Wzruszyła  ramionami  i  zaczęła  coraz  szybciej 

oddychać. Widziała, Ŝe Rowan na nią patrzy, ale nie ze zdziwieniem. Wyglądała na zmartwioną i smutną. 

-

 

Znacie się - stwierdziła. 

-

 

Miałam wam powiedzieć - odezwała się Mary-Lynnette. - Przyszedł do nas. Pytał moją macochę o 

was i waszych znajomych. Mówił, Ŝe musi ich zaakceptować, bo jest głową rodziny. 

Trzy dziewczyny spojrzały na Asha, mruŜąc oczy. 

-  Więc się tu kręciłeś - prychnęła Kestrel. - Jak długo? 

-

 

Co tu tak naprawdę robisz? - wyszeptała Rowan. Ash potarł obolałą nogę. 

-

 

MoŜemy usiąść i rozsądnie porozmawiać? 

Wszyscy spojrzeli na Mary-Lynnette. Odetchnęła głęboko, Ŝeby się uspokoić. Ciągle miała wraŜenie, 

Ŝ

e cała jej skóra jest naelektryzowana, ale serce zaczynało bić wolniej. 

-

 

Tak. - Starała się wyglądać normalnie, Ŝeby wiedzieli, Ŝe minął jej napad. 

-

 

Wiesz  co?  -  wyszeptał  Mark,  prowadząc  siostrę  do  kanapy.  -  Nigdy  nie  widziałem,  Ŝebyś 

zachowywała się tak... niedojrzale. Jestem z ciebie dumny. 

Nawet  starsza  siostra  czasem  musi  sobie  odpuścić,  pomyślała  Mary-Lynnette.  Poklepała  go  lekko. 

Czuła się zmęczona. 

Ash  usiadł na obitym pluszem krześle.  Rowan i Kestrel zajęły miejsca  obok Mary-Lynnette.  Mark i 

Jade usadowili się razem na otomanie. 

-

 

Dobra - zaczął Ash. - MoŜe najpierw się poznamy? Domyślam się, Ŝe to twój brat. 

-

 

Mark - przedstawiła go Mary-Lynnette. - A to Ash. 

Mark skinął głową. Trzymali się z Jade za ręce. Mary-Lynnette widziała, Ŝe wzrok Asha powędrował 

w kierunku ich splecionych palców. Z jego miny nie potrafiła jednak nic wyczytać. 

Ash spojrzał na Rowan. 

-

 

Przyjechałem tu, Ŝeby was zabrać do domu, bo wszyscy za wami strasznie tęsknią. 

-

 

Przestań - wyszeptała Jade. 

-

 

A jeŜeli nie damy się zabrać? - spytała Kestrel i lekko odsłoniła zęby. 

Dziwne, Ash nie odwzajemnił uśmiechu. Nie miał rozleniwionej ani złośliwej miny, nie wydawał się 

teŜ zadowolony z siebie. Wyglądał jak ktoś, kto chce mieć robotę z głowy. 

-

 

Nie moŜemy jechać do domu, Ash. - Rowan mówiła trochę drŜącym głosem, ale dumnie zadzierała 

brodę. 

-

 

Trudno, nie macie wyjścia. Jeśli zostaniecie, skutki będą tragiczne. 

-

 

Wiedziałyśmy o tym, kiedy wyjeŜdŜałyśmy - powiedziała Jade z przejęciem, ale teŜ z podniesioną 

głową. 

-

 

Chyba nie przemyślałyście tego do końca - rzucił ostro Ash. 

      - Prędzej umrzemy, niŜ wrócimy - oznajmiła Jade. Kestrel zerknęła na nią szybko, unosząc jedną  
brew. 
      -  No, dobra, nie ma sprawy - skwitował oschle Ash. - Zapamiętam to sobie. - Zrobił ponurą i zaciętą 
minę. 

background image

Zupełnie nie przypomina  jasnego kocura, pomyślała Mary-Lynnette. Wyglądał jak zwinny, dostojny 

tygrys. 

-  Słuchajcie  -  zaczął  po  chwili.  -  Jest  parę  drobnych  szczegółów,  których  nie  rozumiecie,  a  ja  nie 

mam  czasu  na  zabawy.  Więc  moŜe  odeślijcie  swoich  przyjaciół  do  domu  i  pogadamy  w  rodzinnym 
gronie. 

Mary-Lynnette  zacisnęła  dłonie  w  pięści.  Mark  przywarł  mocno  do  Jade.  Delikatnie  odepchnęła  go 

łokciem. Miała zmarszczone czoło. 

-  MoŜe tak będzie lepiej - powiedziała. 

- Nie zostawię cię.  
Rowan zagryzła wargi. 

-

 

Mark... 

-

 

Nie ma mowy. Nie próbujcie mnie chronić. On nie jest głupi, wcześniej czy później się zorientuje, 

Ŝ

e wiemy o świecie nocy. 

Rowan  wstrzymała  oddech.  Mina  Kestrel  się  nie  zmieniła,  ale  mięśnie  jej  twarzy  stęŜały  jak  przed 

walką. Oczy Jade zrobiły się srebrne. Mary-Lynnette siedziała nieruchomo. 

Wszyscy patrzyli na Asha. Ash gapił się w sufit. 

-  JuŜ  się  domyśliłem  -  oznajmił  ze  śmiertelnym  spokojem.  -  Staram  się  was  wyrzucić,  wy  biedne 

durnie, zanim się dowiem, ile usłyszeliście. 

Siostry wlepiły w niego wzrok. Mary-Lynnette otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. 

-

 

Myślałem, Ŝe nie lubisz ludzi - powiedział Mark. 

-

 

Bo nie lubię. Wręcz nienawidzę - przyznał Ash z lekkim rozbawieniem. 

-

 

To dlaczego chcesz zostawić mnie w spokoju? 

-

 

Bo gdybym cię zabił, musiałbym to samo zrobić z twoją siostrą - poinformował Ash z uśmiechem, 

który idealnie pasowałby do Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. 

-

 

I co z tego? PrzecieŜ cię kopnęła. 

Asha przestało bawić odpowiadanie na pytania. 

-

 

W kaŜdej chwili mogę zmienić zdanie. 

-

 

Nie, czekaj - zaprotestowała Jade. Siedziała z podkulonymi nogami i intensywnie wpatrywała się w 

brata. - To wszystko jest zakręcone. Czemu nagle cię obchodzi, co się stanie jakiemuś człowiekowi? 

Ash w milczeniu spoglądał z goryczą na kominek. 

-

 

Bo są bratnimi duszami - wyjaśniła Rowan.  

Po chwili ciszy wszyscy zaczęli mówić naraz. 

-

 

Czym są? Chcesz powiedzieć, Ŝe... tak jak Jade i ja? 

-

 

No, Ash, nieźle. Szkoda, Ŝe nasz ojciec tego nie widzi. 

      -  To nie moja wina - wyjąkała Mary-Lynnette ze łzami w oczach. 

Rowan pochyliła się nad Kestrel i połoŜyła rękę na ramieniu Mary-Lynnette. 

-

 

Czyli to prawda? - Mark przenosił wzrok z siostry na Asha. 

-

 

Tak. Chyba. Nie wiem - wymamrotała, skupiając się na tym. Ŝeby opanować łzy. 

-

 

To prawda - potwierdził Ash melancholijnym tonem. - Ale to wcale nie znaczy, Ŝe musi z tego coś 

wyniknąć. 

-

 

Dobrze, Ŝe to rozumiesz - rzuciła Mary-Lynnette. Cieszyła się, Ŝe znów jest zła. 

-

 

Więc  niech  kaŜdy  zabiera  swoje  zabawki  i  wraca  do  domu  -  powiedział  Ash,  głównie  do  swoich 

sióstr. - Zapomnimy o wszystkim. Umówimy się, Ŝe nic się nie zdarzyło. 

      Rowan patrzyła na brata, lekko kręcąc głową. Oczy miała szkliste od łez. ale się uśmiechała. 

-

 

Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe usłyszę od ciebie coś takiego. Strasznie się zmieniłeś. Po prostu nie 

wierzę... 

-

 

Ja teŜ - przyznał Ash z rezygnacją. - MoŜe to tylko sen. 

-

 

Ale teraz musisz przyznać, Ŝe ludzie to nie robactwo. Nikt z robactwa nie mógłby być twoją bratnią 

duszą. 

background image

-

 

Tak. Dobra. Ludzie są wspaniali. Wszyscy się zgadzamy, moŜemy wracać do domu. 

-

 

Pamiętam cię takiego z dzieciństwa - zagadnęła Rowan. - A potem zacząłeś się zachowywać, jakbyś 

był  ponad  wszystkimi.  Zawsze  miałam  wraŜenie,  Ŝe  tylko  udajesz.  śeby  ukryć,  jak  bardzo  się  boisz.  I 
wiedziałam,  Ŝe  tak  naprawdę  nie  wierzysz  w  te  wszystkie  potworne  rzeczy,  które  wygadujesz.  W  głębi 
duszy ciągle jesteś miłym chłopcem. 

Ash wykrzesał z siebie pierwszy tego wieczoru promienny uśmiech. 

-  Nie bądź taka pewna. 

Mary-Lynnette słuchała tego coraz bardziej roztrzęsiona. 

-

 

Wasza ciotka chyba jednak by się ze mną nie zgodziła - powiedziała do Rowan, Ŝeby się otrząsnąć. 

-

 

Ej.  właśnie,  gdzie  stara?  -  Ash  się  wyprostował.  -  Muszę  z  nią  zamienić  kilka  słów,  zanim  stąd 

znikniemy. 

Tym razem wydawało się, Ŝe cisza trwa nieskończenie długo. 

-

 

Ash, nie wiesz? - spytała Rowan. 

-

 

Oczywiście, Ŝe wie. Zakład, Ŝe on to zrobił - parsknęła Kestrel. 

-

 

Ze niby co? - Ash najwyraźniej powoli tracił cierpliwość. 

-

 

Twoja ciotka nie Ŝyje - wyjaśnił Mark. 

-

 

Ktoś zabił ją kołkiem - dodała Jade. 

Ash  rozejrzał  się  po  pokoju.  Z  jego  miny  moŜna  było  się  domyślać,  Ŝe  uwaŜa  to  za  niezły  Ŝart.  O 

BoŜe,  pomyślała  oszołomiona  Mary-Lynnette.  Kiedy  jest  zaskoczony  i  zdziwiony  jak  teraz,  wygląda 
bardzo młodo. Bezbronnie. Prawie jak człowiek. 

-

 

Ktoś... zamordował... ciotkę Opal. Tak? 

-

 

Chcesz nam wmówić, Ŝe o tym nie wiesz? - zadrwiła Kestrel. - Co robiłeś przez całą noc? 

-

 

Waliłem głową w ścianę. A później was szukałem. Kiedy wszedłem, rozmawiałyście o mnie. 

-

 

A nie wpadłeś przypadkiem na jakieś zwierzę? Powiedzmy... na kozę? 

Ash obrzucił ja przeciągłym, pełnym niedowierzania spojrzeniem. 

-  Owszem, piłem krew. Ale nie kozy. A co to ma wspólnego z ciotką Opal? 

- Lepiej mu pokaŜmy - odezwała się Rowan. Podniosła dywan, którym była przykryta koza. Ash obszedł 
kanapę, Ŝeby zobaczyć, co robi siostra. Mary-Lynnette odwróciła się, Ŝeby widzieć jego twarz. 

Skrzywił się. Ale szybko nad sobą zapanował. 

-

 

Patrz, co ma w pysku - szepnęła Rowan. 

-

 

Irys. I co z tego? - Ash ostroŜnie wziął kwiat. 

-

 

Byłeś ostatnio w klubie? - spytała Kestrel. 

-

 

Gdybym ja to zrobił, po co miałbym zostawiać irys? 

-

 

ś

eby nam wskazać sprawcę. 

-  Nie muszę zabijać kóz, Ŝeby coś zakomunikować. Umiem mówić. 

Kestrel pozostawała niewzruszona. 

-

 

Ale taka wiadomość ma bardziej dosadny przekaz. 

-

 

Czy ja wyglądam na kogoś, kto marnuje czas na robienie z kozy jeŜozwierza? 

-

 

Nie. Nie, ja nie twierdzę, Ŝe to ty... - wtrąciła się cicho Rowan. - Ale ktoś musiał to zrobić. Pewnie 

ta sama osoba, która zabiła ciotkę Opal. Staramy się dociec kto. 

-

 

No a jakich mamy podejrzanych? 

Wszyscy spojrzeli na Mary-Lynnette. Odwróciła wzrok. 

-

 

Jednego. Prawie pewniak - powiedział Mark. - Nazywa się Jeremy Lovett. Jest naprawdę... 

-

 

Spokojnym  chłopakiem  -  dokończyła  Mary-Lynnette.  JeŜeli  ktoś  ma  opisać  Jeremy’ego,  niech  to 

będzie ona. - Znam go od podstawówki i nigdy w Ŝyciu nie uwierzyłabym, Ŝe mógłby zrobić komuś coś 
złego, tym bardziej staruszce i zwierzakowi. 

-

 

Ale miał szurniętego wuja - wtrącił się Mark. - I słyszałem dziwne rzeczy o jego rodzinie... 

background image

-

 

O jego  rodzinie  nikt  nic  nie  wie.  - Mary-Lynnette czuła się  tak,  jakby  zmagała  się Ŝeby  utrzymać 

głowę nad powierzchnią wody, mając kamienie przywiązane do rąk i nóg. Jednak na dno nie ściągało jej 
podejrzenie  Marka,  ale  własne.  Cichy  głos  w  głowie  powtarzał:  „A  wydawał  się  takim  miłym  chłopa-
kiem". 

-

 

Jak wygląda ten Jeremy? - Ash przyglądał się jej w skupieniu z ponurą miną. 

Jego ton mocno zirytował Mary-Lynnette. 

-  A co cię to obchodzi? 

Ash zamrugał i przeniósł wzrok gdzie indziej. Lekko wzruszył ramionami. 

-

 

Tak pytam, z ciekawości - odparł z wymuszoną swobodą. 

-

 

Jest bardzo przystojny. - Mary-Lynnette uznała, Ŝe to świetny sposób, Ŝeby dać upust swojej złości i 

frustracji.  -  Inteligentna  twarz.  Nie  jak  u  pustego  przystojniaka.  Włosy  koloru  sosnowych  szyszek  i 
najcudowniejsze brązowe oczy... Szczupły, opalony i trochę ode mnie wyŜszy,  bo oczy mam zwykle na 
wysokości jego ust... 

Ash był wyraźnie niezadowolony. 

-

 

Widziałem kogoś takiego na stacji benzynowej w mieście. - Odwrócił się do Rowan. - Myślisz, Ŝe 

to zbuntowany wampir? 

-

 

Na  pewno  nie  został  zamieniony  w  wampira,  skoro  Mary-Lynnette  widziała,  jak  dorastał.  Prędzej 

podejrzewałabym,  Ŝe  to  zbuntowany  lamia.  Nie  ma  co  siedzieć  i  gdybać.  Jutro  moŜemy  pojechać  go 
zobaczyć, wtedy dowiemy się więcej. Zgoda? 

Mark skinął głową. Zaraz potem Jade. I Mary-Lynnette. 

       - Dobra - powiedział Ash. - Rozumiem, Ŝe nie moŜecie wrócić do domu, zanim  nie rozwiąŜecie tej 
sprawy. Więc znajdziemy zabójcę ciotki Opal, zrobimy, co trzeba, i do domu Jasne? 

Siostry spojrzały po sobie. Nie odpowiedziały. 

Wracając  z  Markiem,  Mary-Lynnette  zauwaŜyła,  Ŝe  na  wschodzie  nad  horyzontem  pojawił  się 

Syriusz.  Wisiał  jak  klejnot,  jaśniejszy  niŜ  kiedykolwiek  dotąd.  Wyglądał  niemal  jak  miniatura  Słońca; 
ś

wiecił niebieskimi, złotymi i fioletowymi promieniami. 

Pomyślała,  Ŝe  ma  przywidzenia,  aŜ  przypomniała  sobie,  Ŝe  wymieniła  się  krwią  z  trzema 

wampirzycami. 

 
 

Rozdział 13 

 
 

Jade siedziała na bujanym  fotelu, na kolanach trzymała Tiggy'ego, który leŜał na grzbiecie. Głaskała 

go po brzuchu, a mimo to mruczał z wściekłości. Wpatrywała się w jego wzburzone, lśniące zielone oczy. 

-  Drugiej  kozie  nic  nie  jest  -  oznajmiła  Kestrel  od  progu,  wymawiając  słowo  „kozie”  tak,  jakby  nie 

wypadało go uŜywać w towarzystwie. - MoŜesz wypuścić kota. 

Jade nie była co do tego przekonana. W Briar Creek grasuje szaleniec, więc wolała trzymać Tiggyego 

przy sobie, Ŝeby mieć pewność, Ŝe jest bezpieczny. 

-

 

Chyba nie przyjdzie nam pić krwi kozy? - spytała surowo Kestrel. 

-

 

Oczywiście,  Ŝe  nie  -  obruszyła  się  Rowan.  -  Ciotka  Opal  piła,  bo  była  za  stara,  Ŝeby  polować.  - 

Wyglądała na zmartwioną. 

-

 

Lubię polować - wtrąciła się Jade - To fajniejsze niŜ przypuszczałam. - Spojrzała na siostrę, która 

jej nie słuchała, zagryzała dolną wargę i patrzyła w próŜnię przed siebie. - Rowan, o co chodzi? 

-

 

Zastanawiam się nad naszym połoŜeniem. Nad tobą i Markiem, na przykład. Chyba musimy o tym 

porozmawiać. 

Jade  wpadła  w  popłoch.  Rowan  ogarnął  organizacyjny  szał  -  a  to  znaczy,  Ŝe  zanim  się  człowiek 

obejrzy, ona zdąŜy mu przemeblować sypialnię albo zarządzi przeprowadzkę do Oregonu. 

background image

-

 

O czym? - spytała ostroŜnie. 

-

 

O tym, co zamierzacie zrobić. Czy on zostanie człowiekiem? 

-

 

Nie moŜemy go zmienić w wampira, to nielegalne - zauwaŜyła trzeźwo Kestrel. 

-

 

Wszystko,  co zrobiłyśmy  w  tym  tygodniu,  jest  nielegalne  -  skontrowała Rowan.  - A  jeŜeli  znowu 

wymienią się krwią... wystarczy kilka razy. ZaleŜy ci, Ŝeby się stał wampirem? 

Jade  o  tym  w  ogóle  nie  myślała.  Lubiła  Marka  takiego,  jaki  jest.  Ale  moŜe  on  chciałby  zostać 

wampirem. 

-

 

A ty co zrobisz ze swoją? - spytała Asha. 

-

 

To znaczy? - warknął rozdraŜniony. 

-

 

Chodzi mi o twoją bratnią duszę. Mary-Lynnette zostanie człowiekiem? 

-

 

To kolejna rzecz, która mnie martwi. - Rowan westchnęła. - Zastanawiałeś się nad tym, Ash? 

-

 

Tak wcześnie mózg mi jeszcze nie pracuje. 

-

 

JuŜ prawie południe - zauwaŜyła z pogardą Kestrel. 

      -  Nie  obchodzi  mnie,  która  godzina.  Jestem  śpiący.  -  Poczłapał  do  kuchni.  -  A  ty,  Rowan,  się  nie 
martw - dodał trzeźwiejszym głosem, oglądając się za siebie. - Nic z tą dziewczyną nie zrobię, ani Jade z 
jej bratem. Bo wracamy do domu. - Zniknął. 

Serce  biło  Jade  jak  oszalałe.  Ash  moŜe  i  zachowywał  się  beztrosko,  ale  wiedziała,  Ŝe  jest 

bezwzględny. Spojrzała na Rowan. 
      -  Czy  Mary-Lynnette  to  rzeczywiście  jego  bratnia  dusza?  Rowan  opadła  na  oparcie  kanapy,  a  jej 
brązowe włosy spłynęły jak wodospad na zielone obicie. 

-

 

Obawiam się, Ŝe tak. 

-

 

To czemu chce wyjeŜdŜać? 

-

 

Hm. - Rowan się zawahała. - Bratnie dusze nie zawsze zostają razem. Czasami jest między nimi za 

duŜo ognia, iskier. Niektórzy nie są w stanie tego znieść. 

MoŜe Mark i ja wcale nie jesteśmy pokrewnymi duszami, pomyślała Jade. I moŜe to dobrze. To chyba 

bolesne. 

-  Biedna Mary-Lynnette - powiedziała. 

W głowie pobrzmiewał jej wyraźny głos: dlaczego nikt nie powie „biedny Ash"? 

-

 

Biedna Mary-Lynnette - powtórzyła. 

-

 

Słuchajcie  -  odezwał  się  Ash.  który  znów  się  pojawił  i  usiadł  na  jednym  z  rzeźbionych 

mahoniowych krzeseł. - Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw. Nie chodzi tylko o to, Ŝe ja chcę, Ŝebyście 
wróciły do domu. Ktoś jeszcze wie o waszym pobycie tutaj. 

Jade zesztywniała. 

-

 

Wygadałeś się? - spytała Kestrel niemal miłym głosem. 

-

 

Byłem  z  kimś.  kiedy  rodzice  zadzwonili  i  powiedzieli,  Ŝe  zniknęłyście.  Pomyślałem,  Ŝe  pewnie 

wyjechałyście. Tak się składa, Ŝe on jest wyjątkowo silnym telepatą. Na szczęście zdołałem go przekonać, 
Ŝ

eby mi pozwolił spróbować namówić was do powrotu. 

Jade wpatrywała się w niego. Rzeczywiście, co za szczęście! Poza  tym dziwne, Ŝe Ash  zadał  sobie tyle 
trudu dla niej, Rowan i Kestrel. MoŜe jednak nie znała brata tak dobrze, jak jej się wydawało? 

-

 

O kim mówisz? - spytała trzeźwo Rowan. 

-

 

O nikim takim. - Ash oparł się i wpatrywał melancholijnie w sufit. - O Quinnie. 

Skrzywiła się. Quinn, ten padalec. Miał serce jak bryła lodu i gardził ludźmi. Rwał się do tego, Ŝeby 

brać prawo świata nocy w swoje ręce, kiedy uwaŜał, Ŝe nie jest naleŜycie egzekwowane. 

-

 

Wraca w poniedziałek, Ŝeby sprawdzić, czy sobie poradziłem - ciągnął Ash. - A jeśli się przekona, 

Ŝ

e nie zapanowałem nad sytuacją, to wszyscy jesteśmy martwi: wy, ja i wasi nowi kumple. 

-

 

No to do poniedziałku musimy coś wymyślić - stwierdziła Rowan. 

-

 

JeŜeli coś wywinie, to poŜałuje. 

Jade ścisnęła Tiggy'ego tak, Ŝe zamruczał. 
 

background image

Mary-Lynnette spała jak kamień - ale taki z niezwykle Ŝywymi snami. Śniły jej się gwiazdy jaśniejsze 

niŜ  te,  które  w  Ŝyciu  widziała,  i  gwiezdny  pył  mieniący  się  kolorami  zorzy  polarnej.  Wysyłała 
astronomiczny telegram do Cambridge w Massachusetts, Ŝeby zarejestrować prawa związane z odkryciem 
supernowej. Informowała, Ŝe jako pierwsza dostrzegła ją swoimi nowymi, cudownymi oczami, które - jak 
zobaczyła w lustrze - składały się niemal z samej tęczówki, jak u sowy albo kota... 

Później zmieniła się w sowę. Sfrunęła z zawrotną prędkością z dziupli w sośnie. Chwyciła pazurami 

wiewiórkę  i  poczuła  nagły  przypływ  czystej  radości.  Zabijanie  wydawało  jej  się  zupełnie  naturalne. 
Musiała tylko łapać ofiarę stopami, jak najlepsza sowa. 

Nagle gdzieś z góry padł cień. We śnie pojawiła się potwornie przeraŜająca świadomość - Ŝe nawet na 

drapieŜców mogą polować inni drapieŜcy. I Ŝe coś poluje na nią... 

Obudziła  się  zdezorientowana.  Nie  miała  wątpliwości,  gdzie  się  znajduje,  ale  nie  była  pewna,  czy  jest 
Mary-Lynnette  czy  drapieŜcą  ściganym  przez  coś  z  białymi  zębami,  połyskującymi  w  blasku  księŜyca. 
Jeszcze schodząc ze schodów, nie mogła się otrząsnąć z nieprzyjemnego wraŜenia. 

-

 

Cześć - zawołał Mark. - To śniadanie czy obiad? 

-

 

Dwa w jednym. - Mary-Lynnette usiadła na kanapie w salonie z batonikami zboŜowymi. 

-

 

I co? Ty teŜ nad tym myślałaś? - zagadnął Mark. 

-

 

Nad czym? - Rozdarła zębami opakowanie batonika. 

-

 

No wiesz. 

Wiedziała. Rozejrzała się, czy w pobliŜu nie ma Claudine. 

-

 

Nawet o tym nie wspominaj. 

-

 

Czemu?  Nie  mów,  Ŝe  się  nie  zastanawiałaś,  jak  by  to  było.  Widzieć  lepiej,  słyszeć  lepiej,  być 

telepatą  i  Ŝyć  wiecznie.  WyobraŜasz  sobie,  Ŝe  zobaczylibyśmy  rok  trzytysięczny?  No  wiesz,  wojny 
robotów, kolonizacja innych planet... No nie udawaj, Ŝe nie jesteś ani trochę ciekawa. 

Mary-Lynnette  tłukł  się  po  głowie  wers  z  wiersza  Roberta  Service'a:  „A  nieba  nocy  Ŝyły  światłem, 

pulsującym, rozedrganym płomieniem"... 

-  Jestem  ciekawa  -  przyznała.  -  Ale  nie  ma  co,  pewnych  rzeczy  nie  będziemy  w  stanie  robić.  Oni 

zabijają. 

Odstawiła szklankę z mlekiem, jakby straciła apetyt. A jednak chciało jej się jeść, i właśnie tym się 

martwiła. Na samą myśl o zabijaniu i piciu krwi z ciepłego ciała powinna poczuć mdłości. 

Była tylko przeraŜona. Tym, co jest na świecie, i sobą samą. 

-  To  niebezpieczne  -  ciągnęła  wywód.  -  Nie  rozumiesz?  Wpakowaliśmy  się  w  ten  świat  nocy,  a  to 

miejsce złych rzeczy. Gorszych niŜ wagary. Okropnych jak... 

...białe zęby w blasku księŜyca... 

-  ...zabijanie - dokończyła. - Naprawdę, Mark. To nie film. 

Przyglądał jej się uwaŜnie. 

-  Jasne, ale przecieŜ to nie nowina - powiedział takim tonem, jakby mówił: „Wielka mi rzecz". 

Mary-Lynnette nie potrafiła wyjaśnić, co ma na myśli. Wstała gwałtownie. 

- Lepiej się zbierajmy. JuŜ dochodzi pierwsza.  
Siostry i Ash czekali na farmie Burdocków.  

-

 

Ty  i  Mark  moŜecie  usiąść  ze  mną  z  przodu.  -  Mary-Lynnette  zwróciła  się  do  Jade,  nie 

patrząc na Asha. - Chyba nie powinnaś brać kota. 

-

 

Kot jedzie z nami - oznajmiła stanowczo Jade. - Inaczej zostaję. 

Mary-Lynnette wrzuciła bieg i wyjechała. 

      -  Oto centrum Briar Creek w całej krasie - poinformował Mark, kiedy mijali mały zlepek budynków 
przy Main Street. - Typowe piątkowe popołudnie, zupełnie puste ulice. 

Dziwne,  w  jego  głosie  nie  było  goryczy.  Zwracał  się  do  Jade,  a  ona  rozglądała  się  z  prawdziwym 

zainteresowaniem, mimo Ŝe u szyi wisiał jej kot uczepiony pazurami. 
      -  Nie są tak puste - stwierdziła radośnie. - Jest Vic i ten drugi, Todd. I jacyś dorośli. 

Mary-Lynnette  zwolniła  obok  biura  szeryfa,  ale  zatrzymała  się  dopiero  przed  stacją  benzynową  na 

przeciwległym rogu. Wysiadła i zerknęła od niechcenia na drugą stronę ulicy. 

background image

Stali tam Todd Akers i Vic Kimble ze swoimi ojcami. Pan Kimble był właścicielem farmy na wschód 

od miasta. Wszyscy, wyraźnie podnieceni, wsiadali do samochodu szeryfa. Bunny Marten przyglądała się, 
jak odjeŜdŜają. 

Mary-Lynnette poczuła ukłucie strachu. Tak to jest, kiedy się ukrywa potworną tajemnicę, pomyślała. 

Wszystkiego zaczynasz się bać i martwisz się, czy przypadkiem nie zostaniesz złapana. 

- Ej, Bunny! - krzyknęła. - Co się dzieje? Dziewczyna się odwróciła. 

      -  O,  cześć,  Mary.  -  Przeszła  wolno  przez  ulicę.  Nigdy  się  nie  spieszyła.  -  Jak  leci?  Pojechali 
sprawdzić, co z tym koniem. 

-

 

Jakim koniem? 

     O... nie słyszałaś? - Bunny zerkała na Marka i czworo nieznajomych wysypujących się z kombi. Nagle 
jej niebieskie oczy zrobiły się większe. Odruchowo poprawiła sobie miękkie jasne włosy. 

No, ciekawe, na kogo patrzy, pomyślała ironicznie Mary-Lynnette. Bardzo ciekawe. 

-

 

Cześć - powiedział Ash. 

-

 

Nie słyszeliśmy o Ŝadnym koniu. - Mary-Lynnette delikatnie drąŜyła temat. 

-

 

Och... uhm... jeden z koni pana Kimble'a wczoraj w nocy przeciął sobie gardło drutem kolczastym. 

Tak  wszyscy  mówili  rano.  Ale teraz  pan  Kimble  przyjechał  do  miasta i  powiedział,  Ŝe jego  zdaniem to 
chyba  jednak nie był  drut. Tylko ktoś  to zrobił celowo. Podciął koniowi gardło i zostawił, Ŝeby się wy-
krwawił. 

Skuliła ramiona i wzruszyła nimi lekko. Teatralnie, pomyślała Mary-Lynnette. 

-  Widzisz? - Jade zmarszczyła czoło. - To dlatego pilnuję Tiggy'ego. 

Mary-Lynnette zauwaŜyła, Ŝe koleŜanka mierzy wzrokiem Jade. 

-

 

Dzięki, Bun. 

-

 

Muszę wracać do sklepu - powiedziała dziewczyna, ale ani drgnęła. Spoglądała na Kestrel i Rowan. 

- Odprowadzę cię - zaoferował się rycersko  Ash. Widocznie taki ma sposób podrywania, pomyślała 
Mary-Lynnette. 

-

 

Nie wiemy przecieŜ, co tu się moŜe czaić - dodał. 

-

 

Jest biały dzień - wycedziła zdegustowana Kestrel. 

Ale Ash juŜ szedł z Bunny. I dobrze, pomyślała Mary-Lynnette. Przynajmniej mam go z głowy. 
-  Co to za dziewczyna? - spytała Rowan z dziwną nutą w głosie. 

Mary-Lynnette spojrzała na nią zaskoczona. 

-

 

Bunny Marten. KoleŜanka ze szkoły. A co? 

-

 

Gapiła się na nas. 

-

 

Przede  wszystkim  na  Asha.  Ale  na  was  pewnie  teŜ.  Jesteście  nowe  i  ładne,  moŜecie  zabrać  jej 

chłopaków. 

-

 

Rozumiem. - Rowan cały czas wyglądała na zmartwioną. 

-

 

Co się stało? 

-

 

Nic. Tylko Ŝe... imię ma jak lamia. 

-

 

Bunny? 

-

 

Tak.  -  Rowan  się  uśmiechnęła.  -  Imiona  lamii  są  związane  z  naturą:  kamieniami,  zwierzętami, 

kwiatami i drzewami. „Bunny" to chyba rodzaj dzikiego królika? 

Na obrzeŜach umysłu Mary-Lynnette pojawiła się niepokojąca myśl. Bunny... las. 

Niestety, szybko się rozproszyła. 

-

 

Wyczuwasz w niej coś podejrzanego? To znaczy, czy ona wygląda na jedną z was? Bo ja jakoś nie 

wyobraŜam sobie, Ŝe jest wampirem. 

-

 

Nie,  nic  nie  wyczuwam.  -  Rowan  się  uśmiechnęła.  -  Pewnie  takie  imiona  nie  są  zarezerwowane 

tylko dla nas. Ludzie teŜ czasem je noszą i zdarzają się przez to nieporozumienia. 

Nie wiedzieć czemu Mary-Lynnette ciągle myślała o lesie. 

-

 

Nie  rozumiem,  dlaczego  wybieracie  sobie  na  imiona  nazwy  drzew.  Drzewo  jest  przecieŜ  dla  was 

niebezpieczne. 

background image

-

 

Tak, to nadaje mu moc. Imiona pochodzące od drzew mają największą siłę. 

Ash wyszedł ze sklepu. Mary-Lynnette natychmiast się odwróciła, szukając wzrokiem Jeremy'ego. 

Na  stacji  benzynowej  go  nie  było,  ale  dobiegał  stamtąd  jakiś  odgłos.  Po  chwili  dotarło  do  niej,  Ŝe 

słychać go od dobrych kilku minut. Łomotanie. 
       -  Chodźcie, rozejrzymy się. - Ruszyła, nie czekając, aŜ dołączy do nich Ash. 

Kestrel i Rowan poszły z Mary-Lynnette. 

Jeremy'ego  znaleźli  na  tyłach.  Mocował  długą  deskę  w  rozbitym  oknie.  Wszędzie  dookoła  leŜały 

grube odłamki zielonkawego szkła. Jasnobrązowe włosy wpadły mu do oczu, kiedy chciał podnieść deskę. 
       -  Co się stało? - spytała Mary-Lynnette. Odruchowo przytrzymała mu prawy koniec deski. 

Uniósł twarz i odetchnął z ulgą. 

-

 

Dzięki. Poczekaj sekundę. - Sięgnął do kieszeni po gwoździe i zaczął wbijać je szybkimi, pewnymi 

uderzeniami  młotka.  -  Nie  wiem.  co  się  stało  -  powiedział  w  końcu.  -  Wczoraj  w  nocy  ktoś  je  wybił. 
Narobił niezłego bałaganu. 

-

 

No to się napracował - zadrwiła Kestrel. 

Jeremy  spojrzał  tam.  skąd  dochodził  głos.  Nagle...  zamarł  z  młotkiem  i  gwoździem  w  ręku.  Długo 

patrzył na Kestrel i Rowan. W końcu odwrócił się do Mary-Lynnette. 

-

 

JuŜ ci się skończyła benzyna? 

-

 

O. nie. Nie. - Mogłam trochę spuścić, pomyślała. Nancy Drew na pewno by na to wpadła. - Tylko... 

bardzo stuka... silnik... więc moŜe... byś zerknął pod maskę... dawno nie zaglądałeś. 

Ale  naciągana  wymówka,  stwierdziła  w  ciszy,  która  zapadła.  Jeremy  nic  spuszczał  z  niej 

jasnobrązowych oczu. 

-  Jasne, Mary-Lynnette - powiedział nie sarkastycznie, łagodnie. - Tylko skończę. 

     Nie, on nie moŜe być wampirem. Co ja tu robię? Okłamuję go, podejrzewam, a przecieŜ on zawsze był 
dla mnie taki dobry... Tacy pomagają staruszkom, a nie zabijają. 

Sssssss. 

      Ciszę rozdarło dzikie syczenie. Rozejrzała się. Dobiegało zza jej pleców. Przez jedną potworną chwilę 
myślała,  Ŝe  to  Kestrel.  Później  zobaczyła,  Ŝe  za  rogiem  stoją  Jade  i  Mark.  Tiggy  w  ramionach  Jade 
szarpała się jak mały leopard. Kociak syczał i wystawiał pazury, a jego czarne futerko było nastroszone 
Nagle wspiął się Jade po ramieniu, zeskoczył na ziemię i puścił się pędem. 

-  Tiggy! 

     Jade ruszyła za nim z rozwianymi srebrnymi włosami, szybka jak kot. Za nimi biegł Mark. odpychając 
z drogi Asha, który właśnie wyłaniał się zza rogu. Ash wpadł na ścianę stacji benzynowej. 

-  Zabawne - stwierdziła Kestrel. 

     Mary-Lynnette  nie  słuchała.  Jeremy  gapił  się  na  Asha,  a  jego  mina  przyprawiła  Mary-Lynnette  o 
zimne dreszcze. 

     Ash odwzajemniał spojrzenie zielonkawymi oczami podobnymi do lodowca. Przez chwilę wpatrywali 
się  w  siebie  z  instynktowną  nienawiścią.  Mary-Lynnette  poczuła  przypływ  strachu  o  Jeremyego,  ale  on 
najwyraźniej się nie bal. Mięśnie miał napięte; wyglądał tak, jakby szykował się do obrony. 

Odwrócił  się  celowo.  Stanął  tyłem  do  Asha.  Kiedy  zaczął  poprawiać  deskę,  Mary-Lynnette  dopiero 

teraz spojrzała na jego dłoń. Na palcu wskazującym lśnił złoty sygnet z czarnym znakiem. Wysoka kępka 
kwiatów z dzwonkami. Nie irysy, nie dalie, nie róŜe. Z kwiatów, które wymieniła Rowan. to mógł być tyl-
ko jeden gatunek - rosnący dziko w okolicy, śmiertelnie trujący. 

Naparstnica. 

A więc jednak. 

Mary-Lynnette  zrobiło  się  gorąco  i  niedobrze.  Zaczęła  drŜeć.  Nie  chciała  się  ruszać,  ale  nie  mogła 

zostać tu. gdzie stała. 

-  Przepraszam, muszę coś wziąć... - wymamrotała na bolesnym wydechu. Wiedziała, Ŝe wszyscy się 

na nią gapią. Trudno. Puściła deskę i uciekła. 

background image

Przystanęła  dopiero,  kiedy  znalazła  się  z  daleka  od  zasłoniętych  drewnianymi  okiennicami  okien 

hotelu  Golden  Creek.  Oparła  się  o  ścianę  i  wpatrywała  w  miejsce,  gdzie  kończy  się  miasto,  a  zaczyna 
dzicz. W słonecznym świetle, na ciemnym tle sosen tańczyły jasne tumany kurzu. 

Ale jestem głupia. PrzecieŜ od dawna miałam wszystko czarno na białym. Czemu nie wpadłam na to 

wcześniej? Chyba nie chciałam. 

-  Mary-Lynnette... 

     Odwróciła  się  w  stronę  łagodnego  głosu.  Ogarnęła  ją  chęć.  Ŝeby  rzucić  się  w  ramiona  Rowan  i 
rozpłakać, ale nie zrobiła tego. 

-

 

Zaraz mi przejdzie. Naprawdę. To dla mnie szok... 

-

 

Mary-Lynnette... 

-

 

Bo znam go tak długo. On... Sama się przekonasz. Ludzie nigdy nie są tacy. na jakich wyglądają. 

-

 

Mary-Lynnette... - Rowan pokręciła głową. - O czym ty mówisz? 

-

 

O nim. O Jeremym, a o kim? - Wzięła głęboki wdech Powietrze było gorące i duszące od pyłu. - On 

to zrobił. Naprawdę. 

-

 

Dlaczego tak myślisz? 

-

 

Dlaczego? Bo jest wilkołakiem. 

Zapadła cisza. Mary-Lynnette nagle poczuła się zakłopotana. Rozejrzała się, czy nikt nie usłyszy. 

-  Nie sądzisz? - dodała ciszej. 

Rowan spoglądała na nią zaintrygowana. 

-

 

Skąd wiesz? 

-

 

No... mówiłaś, Ŝe naparstnica jest symbolem wilkołaków. A on nosi sygnet z naparstnicą. A ty skąd 

wiesz? 

-

 

Po prostu wyczułam. Co prawda w słonecznym świetle wampiry mają słabszą moc, ale Jeremy nic 

nie ukrywa. Jest sobą.       . 

-

 

Jasne  -  powiedziała  z  goryczą  Mary-Lynnette.  -  Powinnam  się  domyślić.  Tylko  on  z  całego 

miasteczka  interesował  się  zaćmieniem KsięŜyca.  Poza  tym,  jego  ruchy  i  oczy...  I  mieszka  w  Mad  Dog 
Crack,  na  miłość  boską. Ta  ziemia  naleŜy  do  jego  rodziny  od  pokoleń.  I...  -  Nagle  pociągnęła  nosem.  - 
Podobno widziano tam Wielką Stopę. Owłosionego potwora, półczłowieka, półbestię. No i co ty na to? 

Rowan  stała  w  milczeniu,  z  trudem  utrzymując  powaŜną  minę.  Kąciki  ust  miała  uniesione.  Oczy 

Mary-Lynnette zaszły mgłą, a po chwili po policzkach zaczęły płynąć łzy. 

-

 

Przykro mi. - Rowan połoŜyła jej dłoń na ramieniu. - Nie śmieję się. 

-

 

Miałam go za miłego chłopaka - wyszlochała Mary-Lynnette, odwracając się. 

-

 

Bo jest miły. I właściwie... on chyba tego nie zrobił. 

-

 

Dlatego, Ŝe jest miłym chłopakiem? 

-

 

Dlatego, Ŝe jest wilkołakiem. 

-

 

Co? 

-

 

Widzisz  -  zaczęła  Rowan  -  wilkołaki  są  inne  niŜ  wampiry.  Nie  potrafią  wypić  małej  ilości  krwi  i 

przestać, nie robiąc większej krzywdy. Kiedy polują, zabijają. 

Mary-Lynnette pociągnęła nosem. 

-

 

Czasami  pochłaniają  całe  zwierzę  -  ciągnęła  łagodnie  Rowan.  -  Zawsze  wyjadają  organy 

wewnętrzne, serce i wątrobę. 

-

 

A to znaczy... 

-

 

ś

e on nie zabił ciotki Opal. Ani kozy. Oba ciała były nienaruszone. - Rowan westchnęła. - Słuchaj. 

Wilkołaki  i  wampiry  z  zasady  się  nienawidzą.  Rywalizują  ze  sobą,  a  lamie  uwaŜają  wilkołaki  za...  coś 
gorszego. Ale tak naprawdę nie wszystkie wilkołaki są groźne. Niektóre polują tylko, Ŝeby jeść. 
      - Och. - Mary-Lynnette chyba powinna poczuć się lepiej. 

- Więc chłopak, którego uwaŜałam za miłego, od czasu do czasu musi poŜreć czyjąś wątrobę. 

-

 

Nie moŜesz go winić. Jak ci to wyjaśnić? Wilkołaki to nie ludzie, którzy czasem zamieniają się w 

wilki. To wilki, które czasami wyglądają jak ludzie. 

background image

-

 

1 zabijają - dodała zrezygnowana Mary-Lynnette. 

-

 

Tak. ale tylko zwierzęta. Prawo jest w tym względzie bardzo stanowcze. Inaczej ludzie od razu by 

się połapali. Ślady po wampirach, drobne ranki na szyi, moŜna zamaskować, ale roboty wilkołaka nie da 
się pomylić z niczym innym. 

-

 

Dobra, super. - A gdzie entuzjazm, zadrwiła w duchu Mary-Lynnette. Jak moŜna zaufać komuś, kto 

jest podszyty wilkiem? MoŜna go podziwiać jak zwinnego i ładnego drapieŜnika, ale zaufać? Nie. 

-

 

Zanim  wrócimy.  Jest  pewien  problem...  -  uprzedziła  Rowan.  -  JeŜeli  Jeremy  się  zorientuje,  Ŝe 

rozpoznałaś symbol na pierścieniu, domyśli się, Ŝe powiedziałyśmy ci o... no, wiesz. 

- Rozejrzała się i ściszyła głos. - O świecie nocy. 

-

 

O BoŜe. 

-

 

Tak. To znaczy, Ŝe miałby obowiązek wydać nas wszystkich. Albo zabić. 

-

 

O BoŜe - wymamrotała znów Mary-Lynnette. 

-  Prawdę mówiąc, nie sądzę, Ŝeby to zrobił. On cię lubi. Bardzo. Chyba nie byłby w stanie cię wydać. 

Mary-Lynnette się zarumieniła. 

-

 

No ale wtedy on teŜ wpakowałby się w kłopoty? 

-

 

Pewnie tak, gdyby ktoś się dowiedział. Lepiej wracajmy sprawdzić, jak wygląda sytuacja. I miejmy 

nadzieję, Ŝe się nie zorientuje, Ŝe wiesz. MoŜe Kestrel i Ashowi uda się go zbajerować. 

 
 

Rozdział 14 

 
 

Wracały  na  stację  szybkim  krokiem,  niemal  dotykając  się  ramionami.  Mary-Lynnette  znajdowała 

pociechę w bliskości Rowan. w jej opanowaniu. Nigdy wcześniej nie miała przyjaciółki tak podobnej do 
siebie. 
     Kiedy dotarły na miejsce, zobaczyły, Ŝe wszyscy tłoczą się wokół samochodu Mary-Lynnette. Jeremy 
zaglądał pod maskę. Mark i Jade stali tuŜ za nim, trzymając się za ręce. Nigdzie nie było śladu Tiggyego. 
Kestrel opierała się o zbiornik z benzyną, a Ash rozmawiał z Jeremym. 

-  Więc przychodzi wilkołak do lekarza i mówi: Doktorze, chyba mam wściekliznę. A lekarz na to... 

Faktycznie, niezły bajer, pomyślała z goryczą Mary-Lynnette 

-

 

Ash, to nie jest śmieszne - wycedziła Rowan z zamkniętymi oczami, napięta jak struna. Otworzyła 

oczy. - Przepraszam - zwróciła się do Jeremy'ego. - Nie mówił tego złośliwie. 

-

 

Mówił,  ale  niewaŜne.  Słyszałem  gorsze  kawały.  -  Jeremy  znów  się  pochylił  nad  silnikiem. 

OstroŜnie, ale pewnie zakręcił korek. W końcu spojrzał na Mary-Lynnette. 

     Nie  wiedziała,  jak  się  zachować.  Bo  co  trzeba  zrobić,  kiedy  się  dowiesz,  Ŝe  ktoś  jest  wilkołakiem? 
Który, być moŜe, będzie musiał ciebie zjeść? 

Jej oczy wypełniły się łzami. Dziś zupełnie nad sobą nic panowała. 

      Jeremy odwrócił wzrok. Lekko pokręcił głową. Wargi miał zaciśnięte. 

-

 

Tak  przypuszczałem.  Wiedziałem,  Ŝe  zareagujesz  w  ten  sposób.  Inaczej  sam  bym  ci  powiedział 

dawno temu. 

-

 

Powiedziałbyś? - Mary-Lynnette rozjaśniło się przed oczami. - Ale przecieŜ miałbyś kłopoty. 

-

 

CóŜ, tu niezbyt gorliwie przestrzegamy zasad świata nocy - stwierdził jakby nigdy nic i uśmiechnął 

się blado. 

Ash i jego siostry rozejrzeli się czujnie dookoła. 

-

 

My? - spytała Mary-Lynnette. 

-

 

Moja  rodzina.  Oni  pierwsi  się  osiedlili  w  tym  miasteczku,  bo  było  na  uboczu.  Tu  nikomu  nie 

przeszkadzali i nikt nie wchodził im w paradę. Wszyscy juŜ nie Ŝyją. Zostałem tylko ja. 

background image

      Powiedział to bez uŜalania się nad sobą, a jednak Mary-Lynnette ogarnęła fala współczucia. 

-  Przykro mi. Jeremy. 
Jade stanęła z drugiej strony, szeroko otwierając srebrno--zielone oczy. 

-  Właśnie po to tu przyjechałyśmy! śeby nikt nie wtrącał się w nasze Ŝycie. My teŜ nie lubimy świata 

nocy. 

      Na twarzy Jeremy'ego znów pojawił się lekki uśmiech, który widać było teŜ w oczach. 

-

 

Wiem - zwrócił się do Jade. - Jesteście krewnymi pani Burdock, prawda? 

-

 

Była naszą ciotką-wyjaśniła Kestrel, wpatrując się w niego nieruchomymi złotymi oczami. 

Wyraz twarzy Jeremy'ego nieznacznie się zmienił. 

-

 

Była? 

-

 

Tak. miała mały wypadek... z kołkiem w roli głównej - wtrącił się Ash. - Zabawne, jakie rzeczy się 

zdarzają na tym świecie. 

Twarz  Jeremyego  znów  przybrała  inny  wyraz.  Wyglądał  tak,  jakby  musiał  opierać  się  o  samochód, 

Ŝ

eby utrzymać się na nogach. 

-

 

Kto  to  zrobił?  -  Spojrzał  na  Asha  i  Mary-Lynnette  dostrzegła  błysk  białych  zębów.  -  Zaraz. 

Myślicie, Ŝe to ja? 

-

 

Zaświtała  nam  taka  myśl  -  przyznał  Ash.  -  I  chyba  cały  czas  krąŜy  nam  po  głowie.  W  tę  i  z 

powrotem. Właściwie szkoda, Ŝe na próŜno pokonuje tyle kilometrów. 

-

 

Ash, przestań - zganiła go Mary-Lynnette. 

-

 

Więc twierdzisz, Ŝe ty tego nie zrobiłeś - zwrócił się Mark do Jeremy'ego. 

-

 

Kestrel uwaŜa, Ŝe to robota łowcy wampirów - powiedziała Rowan łagodnie, ale wszyscy znów się 

rozejrzeli. Ulica nadal była pusta. 

-

 

W okolicy nie ma łowcy wampirów - stwierdził stanowczo Jeremy. 

-

 

Więc jest wampir - stwierdziła Jade podnieconym szeptem. - Bo inaczej ciotka Opal nie zostałaby 

tak zabita. Ani koza. 

-

 

Koza? Nie, nawet mi nie mów. Wolę nie wiedzieć. - Jeremy zatrzasnął klapę bagaŜnika. Spojrzał na 

Mary-Lynnette. - Wszystko w porządku - poinformował szybko. - Od czasu do czasu powinnaś zmieniać 
olej.  -  Odwrócił  się  do  Rowan.  -  Przykro  mi  z  powodu  ciotki.  Ale  jeŜeli  rzeczywiście  jest  tu  gdzieś 
wampir, to się dobrze kryje. Naprawdę nieźle. Łowca wampirów teŜ. 

-  JuŜ  do  tego  doszliśmy.  -  Kestrel  wzruszyła  ramionami.  Mary-Lynnette  spodziewała  się,  Ŝe  zaraz 

wtrąci się Ash, ale on gapił się zamyślony na ulicę. Najwyraźniej na chwilę wyłączył się z rozmowy. 
      I  Nie  zauwaŜyłeś  nic,  co  mogłoby  być  jakąś  wskazówką?  -  spytała  Mary-Lynnette.  -  Zamierzamy 
rozejrzeć się po mieście. 

Popatrzył jej prosto w oczy. 

-

 

Gdybym wiedział, to bym powiedział. Tobie na pewno - dodał z lekkim naciskiem. - I pomógłbym. 

-

 

No to przejedź się z nami. Pozwolę ci wystawić głowę przez okno. - Ash wrócił do rzeczywistości. 

Tego było za wiele. Mary-Lynnette zrobiła krok naprzód i chwyciła go za rękę. 
-  Przepraszam. 

Szarpiąc go, zaciągnęła na tyły stacji benzynowej. 

-

 

Ty dupku! 

-

 

Oj, słuchaj... 

-

 

Zamknij  się!  -  Wbiła  mu  palec  w  szyję.  Nie  miało  znaczenia,  Ŝe  dotyk  wyzwalał  serię 

elektryzujących  wyładowań.  Przez  to  jeszcze  bardziej  chciała  zabić  Asha.  Zorientowała  się,  Ŝe  róŜową 
mglistą aurę, podobnie jak złość, trudno przekrzyczeć. - Musisz być bohaterem kaŜdego przedstawienia, 
co? Musisz być w centrum uwagi, brylować i się wtrącać! 

-

 

Oj... 

-

 

Nawet  jeŜeli  w  ten  sposób  krzywdzisz  innych?  Kogoś,  kto  przez  całe  Ŝycie  miał  pod  górkę?  Nie 

tym razem. 

-

 

Oj... 

background image

-  Podobno  uwaŜacie  wilkołaki  za  gorszy  gatunek.  A  wiesz,  jak  to  się  nazywa  w  moim  świecie? 

Uprzedzeniami.  To  nic  fajnego,  a  wręcz  jedna  z  najgorszych  rzeczy.  Było  mi  za  ciebie  wstyd.  -  Mary-
Lynnette zorientowała się, Ŝe płacze i Ŝe zza rogu stacji Mark i Jade ich podglądają. 

Ash opierał się o zabite deską okno, unosząc ręce na znak, Ŝe się poddaje. Brakowało mu słów i chyba 

był zawstydzony. BoŜe, pomyślała Mary-Lynnette. 

     - Musisz go tak sztorcować? - spytał niepewnie Mark. Mary-Lynnette widziała za nim Rowan, Kestrel 
i Jade. Wszyscy wyglądali na przestraszonych. 

-

 

Nie  mogę  się  przyjaźnić  z  fanatykiem  -  zwróciła  się  do  nich  i  szturchnęła  Asha  dla  większego 

efektu. 

-

 

Nie jesteśmy fanatykami - zaprotestowała stanowczo Jade. - Nie wierzymy w te bzdury. 

-

 

Naprawdę  -  zapewniła  Rowan.  -  Nasz  ojciec  zawsze  wrzeszczał  na  Asha,  Ŝe  zadaje  się  z 

nieodpowiednimi ludźmi z zewnątrz. Ze naleŜy do klubu, który przyjmuje wilkołaki, i Ŝe wśród przyjaciół 
ma wilkołaków. Wszyscy Starsi uwaŜają, Ŝe w tej kwestii jest za bardzo liberalny. 

Och. 

      -  W  takim  razie  okazuje  to  w  dziwny  sposób  -  skwitowała  Mary-Lynnette,  tracąc  nieco  pewności 
siebie. 

-

 

Wydawało  mi  się,  Ŝe  ci  o  tym  wspominałam  -  powiedziała  Rowan.  -  Zostawimy  was  samych.  - 

Odgoniła pozostałych na przód stacji. 

-

 

Mogę się juŜ ruszyć? - spytał Ash, kiedy zniknęli. Najwyraźniej był w bardzo złym nastroju. 

Mary-Lynnette się poddała. Nagle poczuła się wypompowana. Za duŜo się wydarzyło przez ostatnich 

kilka dni. I ciągle coś się działo. Po prostu jest zmęczona, to wszystko. 

-

 

Najlepiej, gdybyś stąd szybko wyjechał. - Odsunęła się od Asha. Czuła lekkie dudnienie w głowie. 

-

 

Mary-Lynnette...  -  W  jego  głosie  pojawiło  się  coś,  czego  wcześniej  nie  słyszała.  -  Słuchaj,  to 

niezupełnie zaleŜy ode mnie. W poniedziałek przyjeŜdŜa jeszcze ktoś ze świata nocy. Nazywa się Quinn. I 
jeŜeli moje siostry i ja nie wrócimy z nim, całe miasto będzie miało kłopot. JeŜeli stwierdzi, Ŝe coś tu jest 
nie tak... Nie wiesz, do czego są zdolne istoty nocy. 

Mary-Lynnette słyszała bicie własnego serca. Nie odwróciła się, Ŝeby spojrzeć na Asha. 

-

 

Mogą zmieść Briar Creek z powierzchni ziemi. Mówię powaŜnie. Nie cofną się przed niczym, byle 

tylko tajemnica nie wyszła na jaw. Tylko tak mogą się przed wami chronić. 

-

 

Twoje siostry nie wyjadą - powiedziała Mary-Lynnette bez przekory, ale ze zwykłą pewnością. 

-

 

Więc  szykują  się  powaŜne  kłopoty.  Mamy  tu  dzikiego  wilkołaka,  trzy  zbuntowane  lamie  i 

tajemniczego  zabójcę  wampirów,  który  grasuje  po  okolicy.  Nie  wspominając  o  dwóch  osobach  z 
zewnątrz, które wiedzą o świecie nocy. To obszar dotknięty paranormalną katastrofą. 

Zapadło długie milczenie. Mary-Lynnette z całych sił starała się nie patrzeć na rzeczywistość z punktu 

widzenia Asha. 

-

 

Więc twoim zdaniem co powinniśmy zrobić? - spytała w końcu. 

-

 

MoŜemy  urządzić  sobie  wielką  imprezę  z  pizzą  i  oglądaniem  telewizji  -  rzucił  Ash  szyderczym 

tonem. - Nie mam pojęcia, co robić - dodał juŜ bez przekąsu. - A wierz mi, sporo nad tym myślałem. Nie 
przyszło  mi  do  głowy  nic  innego  poza  tym,  Ŝe  dziewczyny  muszą  wrócić  ze  mną  i  Ŝe  wszyscy  musimy 
kłamać Quinnowi w Ŝywe oczy. 

Mary-Lynnette usiłowała się skupić, ale myśli wirowały jej jak szalone. 

      -  Jest  jeszcze  jedna  moŜliwość  -  powiedział  Ash  ledwie  słyszalnym  szeptem,  jakby  nie  miał  nic 
przeciwko temu, Ŝeby ona udawała, Ŝe go nie słyszy. 

Mary-Lynnette rozluźniła zesztywniałe mięśnie, zamknęła oczy i obserwowała niebiesko-Ŝółte plamy 

słońca na powiekach. 

-

 

Jaka? 

-

 

Wiem.  Ŝe  połączyliście  się  z  dziewczynami  więzami  krwi.  Nielegalnie,  ale  mniejsza  z  tym.  Po 

części to z waszego powodu nie chcą stąd wyjechać. 

background image

Mary-Lynnette otworzyła usta, Ŝeby wyjaśnić, Ŝe dla nich Ŝycie w świecie nocy jest po prostu nie do 

zniesienia, ale Ash nie dał jej dojść do słowa. 
      -  MoŜe  gdybyście  stali  się  tacy,  jak  my...  Zabrałbym  dziewczyny  na  wyspę,  a  później,  za  kilka 
miesięcy, znów bym je stamtąd wywiózł. W miejsce, gdzie nikt nas nie zna i nie dopatrzyłby się w was 
niczego dziwnego. Moje siostry byłyby wolne i szczęśliwe. Mark teŜ by pojechał. 

Mary-Lynnette  odwróciła  się  powoli.  Zmierzyła  Asha  wzrokiem.  Promienie  słońca  dodały  jego 

włosom blasku i podkreśliły ich ciepły kolor. Oczy miał pochmurne, ciemne. Był przystojny i elegancki 
jak zwykle, jedną rękę trzymał w kieszeni. Stał ze zbolałą miną. 

      -  Nie marszcz czoła, bo ci się zrobią zmarszczki - powiedziała. 

- Na miłość boską, przestań mnie pouczać! - wrzasnął. Mary-Lynnette się wystraszyła. Dobra. Jasne. 

      -  Podejrzewam  -  zaczęła  takim  tonem,  Ŝeby  dać  Ashowi  do  zrozumienia,  Ŝe  to  ona  ma  powody  do 
zdenerwowania - Ŝe chcesz zmienić mnie w wampira. 

Ashowi drgnęły kąciki warg. Wsadził drugą rękę do kieszeni i odwrócił wzrok. 

-

 

Taki jest ogólny zamysł, zgadza się. 

-

 

ś

eby twoje siostry były szczęśliwe... 

-

 

ś

eby nie zabił was jakiś nadgorliwiec pokroju Quinna 

-

 

A jak stanę się wampirem, istoty nocy zostawią mnie w spokoju? 

-

 

Tylko wtedy, jeŜeli cię nie znajdą - odparł Ash bez ogródek. - Dlatego musimy stąd zniknąć. Poza 

tym jako wampir moŜe zdołałabyś ich pokonać. 

-

 

Mam się zmienić w wampira i zostawić wszystko, co kocham, Ŝeby twoje siostry były szczęśliwe? 

Ash wpatrywał się ze złością w dach budynku po drugiej stronie ulicy. 

-

 

Zapomnij o tym. 

-

 

Wierz mi, w ogóle o tym nawet nie myślałem. 

-

 

Dobra. - Nie przestawał gapić się na dach. 

Nagle Mary-Lynnette z przeraŜeniem dostrzegła, Ŝe jego oczy są wilgotne. 
Nie wiem, ile razy płakałam w ciągu ostatnich dwóch dni. a przecieŜ płaczę tylko, kiedy gwiazdy są 

tak piękne, Ŝe aŜ boli Coś jest ze mną nie tak. 

Z Ashem najwyraźniej teŜ. 

-  Ash. 

Nie spojrzał na nią. Miał zaciśnięte zęby. Problem w tym, Ŝe nie istnieje Ŝadne rozsądne rozwiązanie, 

pomyślała Mary-Lynnette. 

-

 

Przepraszam - wychrypiała, usiłując otrząsnąć się z dziwnych uczuć, które ją dopadły. - Wszystko 

stało  się  takie  zwariowane.  Nigdy  nie  prosiłam  o  nic  takiego.  -  Przełknęła  ślinę.  -  Ani  ty,  jak  sądzę. 
Najpierw uciekają ci siostry, potem ja. To jakiś Ŝart, co? 

-

 

Tak. - Nie patrzył juŜ w dal. - Słuchaj... Nie prosiłem o to, a gdyby ktoś tydzień temu mi powiedział, 

Ŝ

e zadam się z dziewczyną, ukręciłbym mu łeb. Najpierw bym się nieźle uśmiał. A jednak. 

     Przerwał.  Najwyraźniej  tym  zakończył  swoją  spowiedź:  a  jednak.  Właściwie  nie  musiał  mówić  nic 
więcej. Był zakochany. To oczywiste. Mary-Lynnette, z rękami skrzyŜowanymi na piersiach, wpatrywała 
się w zaokrąglony kawałek szkła na ziemi. Chciała go kopnąć, ale się powstrzymała. 

-

 

Mam zły wpływ na twoje siostry. 

-

 

Powiedziałem to, Ŝeby cię ochronić. 

-

 

Umiem sobie radzić sama. 

-

 

ZauwaŜyłem - stwierdził sucho. - Lepiej ci? 

-

 

Nie,  bo  wcale  w  to  nie  wierzysz.  Tak  naprawdę  myślisz,  Ŝe  jestem  od  ciebie  słabsza,  bardziej 

miękka. 

Ash  zrobił  nagle  chytrą  minę.  Jego  intensywnie  zielone  oczy  przypominały  kolorem  kwiaty 

ciemiernika. 

-

 

Jako wampir, nie byłabyś słabsza. I znałabyś moje myśli. -Wyciągnął rękę. - Chcesz się przekonać? 

-

 

Lepiej wracajmy - rzuciła ostro. - Pomyślą, Ŝe się pozabijaliśmy. 

background image

-

 

No i co z tego? - Ash nadal wyciągał rękę, ale Mary-Lynnette tylko pokręciła głową i odeszła. 

Była przeraŜona. Nie miała pojęcia, dokąd zmierza znajomość z Ashem. ale czuła, Ŝe jest stanowczo 

za bliska. Zastanawiała się teŜ, ile z tej rozmowy usłyszeli inni. 

Kiedy skręcili za róg, natychmiast spojrzała na Jeremy'ego. Rozmawiał z Kestrel przy dystrybutorze. 

Stali blisko siebie i przez ułamek sekundy Mary-Lynnette poczuła lekkie rozczarowanie. 

Zwariowałaś?  -  spytał  ją  wewnętrzny  głos.  Nie  moŜesz  być  o  niego  zazdrosna,  skoro  martwisz  się 

tym. Ŝe on moŜe być zazdrosny o ciebie, i jednocześnie tym, co zrobić ze swoją bratnią duszą. Dobrze by 
było, gdyby polubili się z Kestrel. 

-

 

Mam  to  gdzieś,  nie  zamierzam  dłuŜej  czekać  -  mówiła  Jade  do  Rowan  na  chodniku.  -  Muszę  go 

znaleźć. 

-

 

Myśli, Ŝe Tiggy wrócił do domu - wyjaśniła Rowan na widok Mary-Lynnette. 

Ash podszedł do Rowan. Kestrel teŜ. Mary-Lynnette została sama z Jeremym. 

Znowu  nie  wiedziała,  jak  się  zachować.  Popatrzyła  na  niego  i  przestała  czuć  się  niezręcznie. 

Przyglądał się jej spokojnie. 

Nagle jednak ją przeraził. 

-

 

Mary-Lynnette, uwaŜaj. 

-

 

Co? 

-

 

UwaŜaj. - Tym samym tonem ostrzegał ją wcześniej przed Toddem i Vikiem. 

Spojrzała tam, gdzie on - na Asha. 

-  Dobrze - powiedziała. 

Nie  umiała  wyjaśnić,  czemu  nie  czuła  niepokoju.  Nawet  siostry  Asha  nie  wierzyły,  Ŝe  nie  zrobi  jej 

krzywdy. 

      -  Znam takich jak on. - Jeremy miał ponurą minę. - Czasami przyprowadzają do klubu dziewczyny. 
Wolałabyś nie wiedzieć po co. Więc... po prostu uwaŜaj na siebie. 

Jego słowa były jak zimny prysznic. Rowan, Kestrel i Jade mówiły to samo, ale w ustach Jeremy'ego 

ostrzeŜenie  brzmiało  bardzo  przekonująco.  Ash  na  pewno  robił  takie  rzeczy,  Ŝe  gdyby  się  o  nich 
dowiedziała, miałaby ochotę go zabić. 

      -  Będę  uwaŜać  -  obiecała.  Uświadomiła  sobie,  Ŝe  zaciska  pięści.  -  Poradzę  sobie  z  nim  -  dodała  z 
odrobiną humoru. 

Jeremy  nadal  wyglądał  smętnie.  Brązowe  oczy  mu  pociemniały,  a  zęby  zaciskał  jak  Ash.  W  jego 

milczeniu  Mary-Lynnette  wyczuwała  opanowaną  siłę.  Zimną  wściekłość.  Instynkt  obronny.  I  to,  Ŝe  nie 
znosi Asha. 

Zaczęli do nich wracać pozostali. 

-

 

Nie martw się o mnie - wyszeptała szybko Mary-Lynnette. 

-

 

Będę myślał o ludziach z miasta - powiedział na głos Jeremy. - Dam ci znać, jak coś mi przyjdzie 

do głowy. 

-

 

Dzięki.  Jeremy.  -  Mary-Lynnette  skinęła  głową.  Próbowała  posłać  mu  pocieszające  spojrzenie, 

kiedy wszyscy wsiadali do samochodu. 

Patrzył, jak Mary-Lynnette wyjeŜdŜa ze stacji. Nie pomachał. 

       -  Dobra, wracamy do domu - odezwał się Mark. - I co dalej? 

Milczenie. Dopiero Mary-Lynnette powiedziała po chwili: 

-

 

Trzeba się zastanowić, czy mamy jakichś innych podejrzanych. 

-

 

Najpierw musimy zrobić coś innego - oznajmiła Rowan. -To znaczy, my, wampiry. 

Mary-Lynnette od razu się domyśliła, o co chodzi. 

-

 

Co? - spytał Mark. 

-

 

Napić się krwi - wyjaśniła Kestrel z najbardziej promiennym uśmiechem. 

Znaleźli  się  z  powrotem  na  farmie  Burdocków.  Nie  było  ani  śladu  kota.  Czwórka  wampirów 

skierowała  się  w  stronę  lasu.  Jade  przywoływała  Tiggyego.  Mary-Lynnette  podeszła  do  biurka  z 
sekretarzykiem.  Wzięła  papeterię  z  nadrukiem,  lekko  wilgotną  na  brzegach,  i  srebrne  pióro  z 
wygrawerowanym fantazyjnym wiktoriańskim zdobieniem. 

background image

-

 

A teraz - zwróciła się do Marka, siadając przy kuchennym stole - zabawimy się w detektywów. 

-

 

W tym domu nie ma nic do jedzenia - jęknął. ZdąŜył juŜ zajrzeć do wszystkich szafek. - Tylko jakaś 

kawa rozpuszczalna i zielone Ŝelki. Te, których nikt nie lubi. 

-

 

Co poradzę, Ŝe twoja dziewczyna jest wampirem? Chodź. Siadaj i się skup. 

Mark westchnął. 

-

 

Kogo mamy? - zaczęła. 

-

 

Powinniśmy pojechać i się dowiedzieć, o co chodzi z tym koniem. 

Mary-Lynnette znieruchomiała, trzymając pióro nad kartką. 

-

 

Fakt. Zupełnie wyleciało mi to z głowy. To tylko dowodzi, Ŝe pracy detektywa nie naleŜy mieszać z 

myśleniem o niebieskich migdałach. Dobra, załóŜmy, Ŝe ten, kto zabił konia, zabił teŜ ciotkę Opal i kozę. 
I moŜe jeszcze wybił okno na stacji benzynowej. To teŜ się stało zeszłej nocy. I co z tego wynika? 

-

 

Moim zdaniem to robota Todda albo Vica - oznajmił Mark. 

-

 

Daj spokój. 

-  Mówię powaŜnie. Wiesz, Ŝe Todd zawsze Ŝuje wykałaczkę. A w kozie znaleźliśmy ich mnóstwo... 

Wykałaczki...  Z  czymś  jej  się  to  kojarzy...  Nie,  to  nie  były  wykałaczki,  tylko  większe  patyki. 

Dlaczego nie moŜe sobie przypomnieć? 

Potarła czoło i się poddała 

-

 

W  porządku.  Wpiszę  Todda  i  Vica,  łowców  wampirów,  ze  znakiem  zapytania.  Chyba  Ŝe  według 

ciebie oni teŜ są wampirami. 

-

 

Nie.  -  Mark  nie  przejął  się  sarkazmem  siostry.  -  Jade  na  pewno  by  wyczuła,  pijąc  ich  krew.  - 

Zmierzył siostrę badawczym wzrokiem. - To ty jesteś ta bystra. Więc kto to zrobił? 

Wzruszyła  ramionami  i  zaczęła  rysować  na  kartce  patyk  Rysunek  przybrał  postać  kołka 

przypominającego długopis który trzyma kobieca ręka. Nigdy nie umiała rysować dłoni... 

-

 

O, mój BoŜe, Bunny. 

-

 

Myślisz, Ŝe to ona? - Mark podejrzewał, Ŝe Mary-Lynnette Ŝartuje. 

-

 

Tak - powiedziała jednak. - To znaczy, nie. Nie wiem. Ale te kołki w koziej skórze... widziałam, jak 

uŜywała takich patyków. Odsuwała nimi skórki przy paznokciach. 

-

 

Hm... - mruknął Mark skonsternowany. - Ale przecieŜ Bunny... Przestań, nie zabiłaby nawet muchy. 

Mary-Lynnette energicznie pokręciła głową. 

-

 

Ma imię jak lamia i powiedziała coś dziwnego, kiedy szukałam Todda i Vica. - Nagle wszystko jej 

się  przypomniało  nadciągnęła  fala  wspomnień,  niezupełnie  poŜądanych.  -  Powiedziała  „owocnych 
łowów". 

- Mary, to z Księgi dŜungli. 

-

 

Wiem. Mimo wszystko... Dziwne, bo jest taka słodka i przestraszona. Ale moŜe to tylko gra? 

Mark nie odpowiedział. 

-  To chyba tak samo prawdopodobne jak to, Ŝe Todd i Wic są łowcami wampirów - dodała. 

- Więc ją teŜ zapisz. Mary-Lynnette tak zrobiła. 

      - Wiesz, cały czas chcę zapytać Rowan o jedno - odezwała się po chwili. - Jak napisały do pani B. z 
wyspy... - Przerwała i zesztywniała, kiedy trzasnęły tylne drzwi. 

-Jestem  pierwsza?  -  Do  domu  wpadła  rozpromieniona  i  lekko  zdyszana  Rowan.  Włosy  tworzyły 
wokół niej orzechowy obłok. 
- Gdzie reszta? - spytała Mary-Lynnette. 

      - Rozdzieliliśmy się. Nie ma innej rady, jeŜeli jest nas czworo na takim małym terenie. 
      -  Małym!  -  powtórzył  Mark  uraŜony.  -  Czego  jak  czego,  ale  w  Briar  Creek  przestrzeni  akurat  nie 
brakuje. 
      - Z punktu widzenia polowania, owszem. - Rowan się uśmiechnęła. - Bez urazy. Nam wystarczy. Na 
wyspie nie musiałyśmy polować. Przynosili nam jedzenie, ogłuszone i bierne. 

Mary-Lynnette odpędziła z umysłu obraz, jaki się w nim zrodził. 

- Hm, chcesz się zabawić w detektywa? 

background image

Rowan usiadła na kuchennym krześle, odgarniając sobie z czoła kosmyk brązowych włosów. 

- A jest jeszcze ktoś, kogo pominęliśmy? Mary-Lynnette przypomniała sobie, o czym myślała, kiedy 
trzasnęły drzwi. 

-

 

Rowan,  cały  czas  chcę  cię  o  coś  zapytać.  Mówiłaś,  Ŝe  tylko  Ash  mógł  się  zorientować,  dokąd 

uciekłyście.  A  ten.  kto  pomógł  wam  przekazać  list  z  wyspy?  On  chyba  wie,  gdzie  mieszkała  ciotka? 
Widział adres na kopercie. 

-

 

Crane  Linden.  -  Rowan  posłała  jej  blady,  smutny  uśmiech.  -  Nie,  on  nie  wie.  Jest...  -  Lekko 

dotknęła  skroni.  -  Jak  na  to  mówicie?  Umysłowo  nie  rozwinął  się  do  końca.  Nie  umie  czytać.  Ale  to 
bardzo miły chłopak. 

Wśród wampirów są analfabeci? CóŜ, czemu nie? 

-  Aha. No, to chyba moŜemy wyeliminować kolejną osobę - stwierdziła Mary-Lynnette. 

- Zróbmy burzę mózgów  - zaproponował  Mark. - To  pewnie głupie, ale moŜe wuj Jeremyego  wcale 

nie umarł? A moŜe... 

Od strony drzwi dobiegł trzask. Bardzo cichy. O BoŜe, Tiggy... 

 
 

Rozdział 15 

 
 

Mary-Lynette biegła. Otworzyła drzwi z hukiem. Z wizją kociaka naszpikowanego małymi kołkami. 

Ale  to  nie  Tiggy'ego  zobaczyła  na  ganku.  Ash.  LeŜał  na  wznak  w  fioletowym  blasku.  Wokół  niego 

latały  małe  ćmy.  Mary-Lynnette  poczuła  nagłe  ukłucie  w  mostku.  Świat  się  na  chwilę  zatrzymał. 
Wszystko się zmieniło. JeŜeli Ash nie Ŝyje... jeŜeli został zabity... JuŜ nic nie będzie jak dawniej. Nigdy 
się nie pozbiera. Będzie tak, jakby noc - z gwiazdami i KsięŜycem - zniknęła na zawsze. Nikt nie zdoła 
zapełnić tego miejsca. Nie wiedziała dlaczego. To zupełnie bez sensu, ale taka prawda, uświadomiła sobie 
nagle. Nie mogła oddychać, nogi i ręce zrobiły się bezwładne. Straciła nad nimi panowanie. 

Ash się poruszył. Uniósł głowę, podparł się na łokciach i rozejrzał. 

      Mary-Lynnette znów zaczęła oddychać, ale ciągle czuła się zamroczona. 

-  Stało  ci  się  coś?  -  spytała  głupio.  Nie  miała  odwagi  go  dotknąć.  Teraz  nawet  lekkie  spięcie 

elektryczne spaliłoby ją na dobre. Stopiłaby się jak Zła Czarownica z Zachodu. 

      - Wpadłem w dziurę - jęknął. - A co myślałaś? Rzeczywiście, coś trzasnęło. Nie, huknęło. Jak zeszłej 
nocy. A to coś znaczy... gdyby tylko potrafiła rozwinąć tę myśl do końca... 

-

 

Jakieś  problemy.  Ash?  -  spytała  Kestrel  słodkim  głosem.  Po  chwili  wyłoniła  się  z  ciemności. 

Wyglądała jak anioł ze złotymi włosami i cudownie łagodnymi rysami twarzy. Za nią stała Jade z Tiggym 
na rękach. 

-

 

Siedział na drzewie. - Pocałowała kociaka w łepek. - Musiałam zwabić go na dół. - W świetle ganku 

jej oczy były szmaragdowe i wydawało się. Ŝe nie idzie, tylko płynie. 
     Ash  podniósł  się  i  otrzepał.  Tak  jak  siostry,  po  posiłku  wyglądał  niewiarygodnie  pięknie.  Miał  w 
oczach księŜycowy blask. Mary-Lynnette zamyśliła się na dłuŜej. 

-  Chodźcie - powiedziała zrezygnowana. - PomoŜecie zgadywać, kto zabił waszą ciotkę. 

Teraz, kiedy miała pewność, Ŝe Ashowi nic nie jest, chciała zapomnieć o tym, co czuła jeszcze minutę 

temu. W kaŜdym razie nie zastanawiać się. co to znaczy. 

      To znaczy, Ŝe masz duŜy problem, dziewczyno, podpowiadał słodko cichy głos w jej głowic. Ha. ha. 

-

 

O co chodzi? - spytała obcesowo Kestrel. kiedy usiedli przy kuchennym stole. 

-

 

O to, Ŝe nie wiadomo, o co chodzi - zaŜartowała ponuro Mary-Lynnette. Sfrustrowana wpatrywała 

się w kartkę. - MoŜe zaczniemy od początku, co? 

-

 

Zgoda. - Rowan zachęcająco skinęła głową. 

-

 

Po pierwsze, koza. Ten, kto ją zabił, musi być silny, bo niełatwo przebić skórę kołkami. Poza tym 

wie jak skończył wasz wuj Hodge, bo koza została zabita w ten sam sposób. I musiał mieć powód, Ŝeby 

background image

włoŜyć  kozie  do  pyska  czarnego  irysa.  Albo  doskonale  się  orientuje,  Ŝe  Ash  naleŜy  do  klubu  Czarnego 
Irysa. Albo sam jest jego członkiem. 

-

 

A  moŜe  myślał,  Ŝe  czarny  irys  jest  znakiem  wszystkich  lamii  lub  w  ogóle  istot  nocy  -  dodał  Ash 

stłumionym głosem. Pochylał się i rozcierał kostkę. - Niewtajemniczeni często popełniają ten błąd. 

Ś

wietnie, pomyślała mimowolnie Mary-Lynnette. 

      -  Dobrze  -  powiedziała.  -  I  miał  do  dyspozycji  dwa  rodzaje  małych  patyków,  ale  to  niewiele  nam 
mówi, bo oba są do kupienia w mieście. 
      - No i nienawidził pani B. albo w ogóle wampirów - włączył się Mark. - Inaczej, po co by ją zabijał? 

Mary-Lynnette spiorunowała go wzrokiem. 

      - Do pani B. jeszcze nie doszłam. Ale niech ci będzie. Omówimy ją teraz. Po pierwsze, zabójca musiał 
wiedzieć, Ŝe pani B. jest wampirem, bo uŜył kołka. A po drugie, hm, po drugie... - Zawiesiła głos. Nic nie 
przychodziło jej do głowy. 
      -  Po  drugie,  prawdopodobnie  zabił  ją  pod  wpływem  impulsu  -  dokończył  Ash  zdumiewająco 
spokojnym,  analitycznym  tonem.  -  Powiedziałaś,  Ŝe  posłuŜył  się  sztachetą  z  płotu.  Gdyby  zaplanował 
zabójstwo, pewnie przyniósłby ze sobą kołek. 
      - Świetnie. - Tym razem Mary-Lynnette głośno go pochwaliła. Nie mogła się powstrzymać. Spojrzała 
Ashowi w oczy. Niesamowite, wyglądał tak, jakby mu zaleŜało na tym, Ŝeby uznała go za bystrego. 

No, no, pomyślała. Chyba pierwszy raz ze sobą normalnie rozmawiamy. Nie kłócimy się, nie drwimy. 

To miłe. Zaskakująco miłe. I dziwna rzecz - wiedziała, Ŝe Ash teŜ tak uwaŜa. Rozumieli się. Posłał jej nad 
stołem ledwie zauwaŜalne skinienie. 

Mary-Lynnette straciła poczucie czasu,  kiedy tak  siedzieli i analizowali sytuację.  W końcu  spojrzała 

na zegarek i z przeraŜeniem zorientowała się, Ŝe juŜ prawie północ. 

      -  Musimy  jeszcze  myśleć?  -  spytał  apatycznie  Mark.  -  Jestem  zmęczony.  -  Prawie  leŜał  na  stole. 
Podobnie jak Jade. 

Mnie teŜ mózg się prawie wyłączył, pomyślała Mary-Lynnette. Czuję się wyjątkowo głupio. 

      - Oj, dziś chyba nie rozwiąŜemy zagadki zabójstwa - stwierdziła Kestrel z zamkniętymi oczami. 

Racja. Problem w tym, Ŝe Mary-Lynnette nie miała ochoty kłaść się spać. Dręczył ją niepokój. 

Chcę... czego właściwie chcę? - pomyślała. Chcę... 

       -  Gdyby  nie  to,  Ŝe  w  okolicy  grasuje  zwyrodniały  zabójca  kóz,  poszłabym  popatrzeć  na  gwiazdy  - 
powiedziała. 
      - Pójdę z tobą - oznajmił Ash, jakby to była najbardziej naturalna rzecz. 

Kestrel i Jade spojrzały na brata z niedowierzaniem. Rowan pochyliła głowę, ale nie do końca zdołała 

ukryć uśmiech. 

-

 

Uhm - mruknęła Mary-Lynnette. 

      -  Słuchaj  -  zaczął  Ash.  -  Nie  sądzę,  Ŝe  zabójca  kozy  czai  się  tu  cały  czas,  polując  na  ludzi  ze 
szpikulcem.  A  w  razie  czego,  dam  sobie  radę.  -  Przystanął  z  miną  winowajcy  -  To  znaczy,  damy  sobie 
radę. 

Tak lepiej, ale nic z tego, koleś, pomyślała Mary-Lynnette. Jednak czuła, Ŝe jest bardzo silny i szybki i 

nie cofnie się przed niczym. 

Ale nigdy go nie widziała w takiej akcji. Za kaŜdym razem, kiedy się na nim wyŜywała, świecąc mu w 

oczy, kopiąc w piszczele, nie próbował jej oddać. Podejrzewała, Ŝe nie przyszło mu to nawet do głowy. 

-

 

Dobrze - zgodziła się w końcu. 

-

 

Ale - zaczął Mark. - Słuchaj... 

- Nic nam się nie stanie - przerwała mu Mary-Lynnette. - Pojedziemy niedaleko. 

Mary-Lynnette  prowadziła.  Nie  wiedziała  dokładnie,  dokąd  jechać,  ale  na  pewno  nie  na  swoje 

wzgórze. Wiązało się z nim zbyt  wiele wspomnień. ChociaŜ obiecała Markowi co innego, mknęła przez 
noc  coraz  dalej  i  dalej.  Tam,  gdzie  strumienie  Hazel  Green  i  Beavercreek  niemal  się  zbiegają,  a  teren 
między nimi przypomina las równikowy. 

-

 

To  najlepsze  miejsce  do  oglądania  gwiazd?  -  spytał  z  powątpiewaniem  Ash.  kiedy  wysiedli  z 

samochodu. 

background image

      -  JeŜeli  mocno  zadrzesz  głowę.  -  Mary-Lynnette  stała  zwrócona  na  wschód.  -  Widzisz  tam 
najjaśniejszą gwiazdę? To Vega, królowa gwiazd lata. 
      - Tak. Tego lata z kaŜdym dniem jest na niebie coraz wyŜej - powiedział Ash bez przejęcia. 

Mary-Lynnette spojrzała na niego. Wzruszy! ramionami. 

-  Kiedy spędza się noc na dworze, zaczyna się rozróŜniać gwiazdy - wyjaśnił. - Nie znając ich nazw. 

Mary-Lynnette znów patrzyła na Vegę. Przełknęła ślinę. 

-  Widzisz pod nią coś małego i jasnego? W kształcie pierścienia? 

-

 

To coś, co wygląda jak mglisty pączek? Mary-Lynnette lekko się uśmiechnęła. 

-  To  mgławica  Pierścień.  Ja  ją  widzę  przez  teleskop.  Czuła  na  sobie  jego  wzrok.  Słyszała,  Ŝe  Ash 

bierze wdech, jakby chciał coś powiedzieć. Wypuścił jednak powietrze i znów spojrzał w gwiazdy. To był 
idealny  moment,  Ŝeby  wspomnieć  o  tym,  Ŝe  wampiry  widzą  lepiej.  A  gdyby  to  zrobił,  Mary-Lynnette 
wybuchłaby słuszną złością. 

      Ale  nie  zrobił  tego.  więc  poczuła,  Ŝe  zbiera  się  w  niej  inna  złość.  Buntownicza,  jak  u  złośnicy  z 
wierszyka dla dzieci. Co, stwierdziłeś, Ŝe nie jestem na tyle dobra, Ŝeby być wampirem? 

A  właściwie,  po  co  ja  cię  tu  w  ogóle  przywiozłam?  Do  najbardziej  odosobnionego  miejsca,  jakie 

znam. Tylko po to, Ŝeby patrzeć na gwiazdy? Chyba nie. 

Ja juŜ nawet nie wiem, kim właściwie jestem, przypomniała sobie z przygnębieniem. Mam wraŜenie, 

Ŝ

e zaraz zaskoczę samą siebie. 

-  Nie drętwieje ci szyja? - spytał Ash. Mary-Lynnette lekko pokręciła głową w obie strony, Ŝeby 

rozluźnić mięśnie. 

-

 

Trochę. 

-

 

MoŜe ci rozmasować? - zaproponował z odległości kilku kroków. 

Prychnęła i zgasiła go spojrzeniem. 

Nad cedrami na wschodzie wyłaniał się sierp księŜyca. 

-

 

Chcesz się przejść? 

-

 

Co? Jasne. 

      Szli, a Mary-Lynnette rozmyślała.  Jakby  to  było  widzieć  mgławicę  Pierścień  własnymi  oczami albo 
Pętlę Łabędzia bez filtru. Tęsknota za gwiazdami prawie ciągnęła do góry jak sznur. 

Oczywiście, znała juŜ to uczucie. Doświadczyła go  wcześniej wiele razy i zwykle kończyło się tym, 

Ŝ

e kupowała kolejną ksiąŜkę na temat astronomii, kolejny obiektyw do teleskopu. Coś, co zbliŜało ją do 

tego czego pragnęła. 

Ale teraz  dręczy mnie  całkiem nowa pokusa. O czymś tak wielkim i przeraŜającym nigdy dotąd nie 

myślałam. 

A jeŜeli mogłabym być czymś więcej niŜ teraz? Tą samą osobą, ale z wyostrzonymi zmysłami? Mary-

Lynnette, która naprawdę naleŜy do nocy? ZdąŜyła się juŜ zorientować, Ŝe właściwie nie jest taka, za jaką 
się  zawsze  uwaŜała.  Jest  bardziej  brutalna  -  kopnęła  Asha.  I  to  kilka  razy.  I  podziwiała  czystą  dzikość 
Kestrel. Dostrzegała logikę w filozofii „zabić albo zostać zabitym". Marzyła o radości polowania. 

Czego jeszcze trzeba, Ŝeby się stać istotą nocy? 

-

 

Chciałem ci coś powiedzieć - wyznał Ash. 

-

 

Hm. - Zachęcić go czy nie? 

-

 

MoŜemy przestać ze sobą walczyć? - spytał.  

      Mary-Lynnette zastanowiła się. - Nie wiem - odpowiedziała powaŜnie. 

      Cały  czas  szli.  Cedry  otaczały  ich  jak  kolumny  w  ruinach  gigantycznej,  ciemnej  świątyni.  Dookoła 
panowała taka cisza, jakby spacerowali po KsięŜycu. 

Schyliła  się  i  zerwała  dziki  kwiat,  który  wyrastał  z  mchu.  Zygaden  trujący.  Ash  podniósł  odłamaną 

gałąź cisu, leŜącą u stóp skręconego drzewa. Nie patrzyli na siebie. Zachowywali między sobą odległość 
kilku kroków. 

-

 

Wiesz,  ktoś  mi przepowiedział, Ŝe to się  wydarzy  - odezwał się Ash, jakby  kontynuował zupełnie 

inną rozmowę. 

-

 

ś

e przyjedziesz do dziury zabitej dechami i będziesz ścigał zabójcę kozy? 

background image

-

 

ś

e któregoś dnia zacznie mi na kimś zaleŜeć i Ŝe to będzie boleć. 

Mary-Lynnette nie zwolniła ani nie przyspieszyła kroku. Tylko serce nagle zaczęło jej walić z całych 

sił, pod wpływem niepokoju połączonego z euforią. 

O BoŜe, dzieje się to, co się miało stać. 

-

 

Jesteś inna niŜ osoby, które do tej pory poznałem. 

-

 

Nawzajem. 

Ash oderwał cienką jak papier purpurową korę z cisowej gałęzi. - Widzisz, to jest trudne. Bo zawsze 

uwaŜałem, Ŝe ludzie... 

-

 

...to robactwo - dokończyła ostro Mary-Lynnette. 

      - Ale - ciągnął wytrwale Ash - to zabrzmi dziwnie... chyba cię kocham. Dosyć rozpaczliwie. - Dalej 
zdzierał korę z patyka. 

Nie patrzyła na niego. Zupełnie odebrało jej mowę. 

      -  Zrobiłem  wszystko,  Ŝeby  stłumić to  uczucie,  ale  nie  chce  zniknąć  i  koniec.  Najpierw  sądziłem,  Ŝe 
jeŜeli wyjadę z Briar Creek, to zapomnę. Ale teraz wiem, Ŝe nie. Dokądkolwiek pojadę, to uczucie będzie 
ze mną. Nie mogę go stłumić. Więc muszę wymyślić coś innego. 

W Mary-Lynnette wezbrał bezgraniczny bunt. 

      - Przepraszam - odezwała się chłodno. - Ale nie bardzo jest się z czego cieszyć, kiedy ktoś ci wyznaje, 
Ŝ

e cię kocha wbrew swojej woli, wbrew swojemu rozsądkowi, a nawet... 

      - Wbrew swojemu charakterowi - dodał Ash słabym głosem. - Tak, wiem. 

Przystanęła. 

-

 

Nie czytałeś Dumy i uprzedzenia - stwierdziła. 

-

 

Czemu? 

-

 

Bo Jane Austen była człowiekiem. 

-

 

Skąd wiesz? - Spojrzał na nią pytająco. 

Celna uwaga. PrzeraŜająca. Skąd właściwie ma wiedzieć, kto w historii ludzkości był człowiekiem? A 

Galileusz? Newton? Tycho Brahe? 

      -  CóŜ,  przynajmniej  na  pewno  kobietą.  -  Przeniosła  się  na  bezpieczniejszy  grunt.  -  A  ty  jesteś 
szowinistą. 

-  Tak. cóŜ. nie przeczę, Ŝe... Mary-Lynnette znów ruszyła. On za nią. 
-  Więc czy teraz mogę ci wyznać, jak. hm, gorąco cię kocham i podziwiam? 

Kolejny cytat. 

-  Twoje siostry mówiły, Ŝe tylko imprezujesz. Zrozumiał aluzję. 

-  Tak, ale rano po imprezie kładziesz się do łóŜka. A skoro juŜ leŜysz, to czasami sobie czytasz... 

Szli. 

-  Tak  czy  inaczej  jesteśmy  bratnimi  duszami  -  stwierdził  Ash.  -  Nie  mogę  być  skończonym  idiotą 

albo zupełnie do ciebie nie pasować. 

Ash mówił prawie z pokorą. Co na pewno nie zdarzało mu się wcześniej. 

-

 

No  nie wiem  -  wymamrotała. - To znaczy,  owszem, jesteśmy dla siebie nieodpowiedni. Po prostu 

zupełnie róŜni. I nawet gdybym była wampirem, nie łączyłoby nas zbyt wiele. 

-

 

Hm.  -  Potrącił  coś  gałęzią,  którą  niósł.  Odezwał  się  tak.  jakby  się  spodziewał,  Ŝe  zostanie 

zignorowany. - Hm... moŜe by mi się udało zmienić twoje poglądy. 

-

 

Na temat? 

-

 

Bycia róŜnym. Wydaje mi się, Ŝe całkiem dobrze byśmy do siebie pasowali, gdybyś... 

-

 

Gdybym? - Mary-Lynnette przerwała przeciągającą się ciszę. 

-

 

No. gdybyś mnie pocałowała. 

-

 

Pocałowała? 

-

 

Wiem,  Ŝe  to  dość  radykalny  pomysł.  Wiedziałem,  Ŝe  raczej  się  nie  zgodzisz.  -  Walnął  w  kolejne 

drzewo. - Oczywiście ludzie robią to od tysięcy lat. 

Mary-Lynnette przyjrzała mu się z ukosa. 

background image

-

 

Pocałowałbyś dwustukilogramowego goryla? Zamrugał dwa razy. 

-

 

No, wielkie dzięki. 

-

 

Nie chodzi o twój wygląd. 

      - Nic nie mów, niech zgadnę. Pachnę jak goryl? Mary-Lynnette zagryzła dolną wargę, uśmiechając się 
ponuro. 

      -  Chcę powiedzieć, Ŝe jesteś o wiele silniejszy niŜ ja. Pocałowałbyś samicę goryla, która zgniotłaby 
cię jednym uściskiem? A ty nie mógłbyś się bronić? 

Teraz z kolei on przyglądał się jej z ukosa. 

-

 

Ale ty przecieŜ nie jesteś w takim połoŜeniu. 

      - Nie? Mnie się wydaje, Ŝe powinnam się stać wampirem po to, Ŝeby rozmawiać z tobą jak równy z 
równym. 

- Masz. - Podał jej gałąź cisu. Mary-Lynnette osłupiała. 

-

 

Chcesz mi dać tę gałąź? 

      -  To nie gałąź. Dzięki temu będziesz mogła rozmawiać ze mną jak równy z równym. - Ostry koniec 
patyka przyłoŜył sobie do gardła. 

Mary-Lynnette chwyciła drugi koniec patyka: zaskakująco twardego i cięŜkiego. 

Ash  patrzył  jej  w  oczy.  Było  za  ciemno,  Ŝeby  stwierdzić,  jakiego  koloru  są  w  tej  chwili,  ale  wyraz 

twarzy miał zaskakująco trzeźwy. 

      -  Jedno porządne pchnięcie załatwi wszystko - powiedział. - Najpierw tu, potem w serce. I problem z 
głowy. 

Mary-Lynnette  pchnęła  lekko.  Zrobił  krok  do  tyłu.  Później  kolejny.  Wycofała  go  do  drzewa, 

trzymając gałąź przy jego szyi niczym miecz. 

      -  JeŜeli  naprawdę  jesteś  tego  pewna...  -  Wpadł  na  nagi  cedrowy  pień.  Nie  wyminął  go,  Ŝeby  się 
bronić. - Tak naprawdę wcale nie trzeba duŜego kija. Wystarczyłby ołówek. 

Mary-Lynnette spojrzała na niego zmruŜonymi oczami, przesuwając cisową gałęzią po jego ciele jak 

szermierz mierzący odległość. 

Odrzuciła patyk na ziemię. 

-

 

Naprawdę się zmieniłeś - stwierdziła. 

-

 

Owszem, bardzo. AŜ sam nie poznaję siebie w lustrze. 

-

 

I nie zabiłeś swojej ciotki. 

-

 

Dopiero teraz do tego doszłaś? 

- Nie. Ale zawsze pozostawał cień niepewności. Dobrze, pocałuję cię. 

Ustawianie się w odpowiedniej pozycji było dosyć dziwne. Nigdy wcześniej nie całowała chłopaka. 

Ale kiedy juŜ zaczęła, stwierdziła, Ŝe to proste. 

Czuła  to  samo  co  kilka  dni  temu,  kiedy  dotykała  jego  dłoni,  tylko  o  wiele  intensywniej.  Teraz 

wydawało się jej to miłe. Nieprzyjemne jest tylko wtedy, jak się tego boisz, pomyślała. 

W końcu Ash się odsunął. 

-  No  i  widzisz  -  wyszeptał  drŜącym  głosem.  Mary-Lynnette  wzięła  kilka  głębokich 

wdechów. 

      - Podejrzewam, Ŝe tak się człowiek czuje, wpadając do czarnej dziury. 

-

 

Och, przepraszam. 

-Nie ma za co, to było interesujące. - Specyficzne, inne niŜ wszystko, pomyślała. I juŜ wiedziała, Ŝe 

nic nie będzie takie jak do tej pory. 

Więc  kim  teraz  jestem?  Chyba  kimś  dzikim.  Komu  sprawia  radość  bieganie  w  ciemności,  pod 

gwiazdami jasnymi jak miniaturowe słońca, a nawet polowanie na jelenia. Kto moŜe Ŝartować ze śmierci 
jak jego siostry. 

Odkryję  supernową  i  zacznę  syczeć,  kiedy  się  znajdę  w  niebezpieczeństwie.  Stanę  się  piękną, 

przeraŜającą i niebezpieczną Mary-Lynnette. I oczywiście w kółko będę całować Asha. 

Euforia niemal ją rozsadzała. 
Zawsze uwielbiałam noc, pomyślała. I w końcu naleŜę do niej całkowicie. 

background image

      -  Mary-Lynnette? - odezwał się z wahaniem Ash. - Podobało ci się? 

Zamrugała i spojrzała na niego ze skupieniem. 

-  Pragnę, Ŝebyś zamienił mnie w wampira. 
 

Tym razem nie przypominało to oparzenia przez meduzę. Było szybkie i niemal przyjemne. Dotyk warg 
Asha wywołał w niej rozkoszny dreszcz. Z jego ust biło ciepło. Mary-Lynnette odruchowo głaskała go po 
karku, po miękkich włosach, miłych pod palcami jak futerko kota. 

A  jego  umysł  miał  całe  spektrum  barw.  Purpurowy  i  złoty,  zielonkawy,  szmaragdowy  i  głęboki 

fioletowo  niebieski.  Splątany  gąszcz  opalizujących  kolorów,  które  zmieniały  się  z  sekundy  na  sekundę. 
Mary-Lynnette była oszołomiona. 

I trochę przestraszona. Wśród tych mieniących się kolorów czaiła się teŜ ciemność. Rzeczy, które Ash 

zrobił w przeszłości... Teraz się ich wstydzi. Ale wstyd nie odmieni samych czynów. 

Wiem, Ŝe nie, ale jakoś je wynagrodzę. Zobaczysz, znajdę sposób. 

Więc  to  jest  telepatia,  pomyślała  Mary-Lynnette.  Czuła  Asha,  kiedy  wypowiadał  te  słowa.  Mówił  z 

rozpaczliwą Ŝarliwością. Wiedziała, Ŝe wyrządził wiele zła. 

NiewaŜnie. Ja teŜ się stanę istotą ciemności. Bez skrupułów będę robić to, co w mojej naturze. 

Kiedy Ash zaczął unosić głowę, zacieśniła uścisk, starając się go zatrzymać przy sobie. 

-  Proszę, nie kuś mnie - odezwał się ochrypłym głosem, zostawiając na jej szyi ciepły oddech. - JeŜeli 

wypiję za duŜo, za bardzo cię osłabię. Mówię powaŜnie, skarbie. 

Puściła go. Podniósł cisowy patyk i zrobił nim małe nacięcie u podstawy szyi, przechylając głowę na 

bok jak facet, który się goli. 

-  Aua. 

Zorientowała  się,  Ŝe  nigdy  wcześniej  tego  nie  robił.  Mój  szacunek,  Ash.  PrzyłoŜyła  wargi  do  jego 

szyi. 

Piję  krew.  JuŜ  jestem  drapieŜnikiem.  Nie  czuję  smaku  strachu  i  miedzi,  tylko  coś  dziwnego, 

magicznego jak gwiazdy. 

Kiedy Ash delikatnie ją odsunął, zachwiała się. 

-

 

Wracajmy do domu - wyszeptał. 

-

 

Czemu? Nic mi nie jest. 

-

 

Za chwilę osłabniesz. A jeŜeli będziemy kończyć zmienianie cię w wampira... 

-

 

JeŜeli? 

-  Dobra. Kiedy. Ale najpierw trzeba dopracować szczegóły. I musisz odpocząć. 

Wiedziała, Ŝe Ash ma rację. Chciała tu zostać, sama z nim w ciemnej świątyni lasu, ale rzeczywiście 

stawała się coraz słabsza. Apatyczna. Widocznie przeistaczanie się wymaga wysiłku. 

Ruszyli  z  powrotem.  Mary-Lynnette  czuła,  Ŝe  zaszła  w  niej  zmiana  -  większa  niŜ  wtedy,  kiedy 

wymieniła się krwią z dziewczynami. Zrobiła się senna i nadwraŜliwa. 

Blask  księŜyca  wydawał  jej  się  o  wiele  jaśniejszy.  Wyraźnie  widziała  kolory  -  jasną  zieleń 

zwieszonych  gałęzi  cedrowych,  niesamowity  fiolet  dzikich  kwiatów  papuziego  dziobu,  wyrastających  z 
mchu. 

Las  nie  był  juŜ  niemy.  Słyszała  tajemnicze  odgłosy  -  cichy  szelest  igieł  na  wietrze,  swoje  kroki  na 

wilgotnych, pokrytych grzybem ułamanych gałęziach. 

Nawet węch mam lepszy, pomyślała. Pachnie tu cedrowym kadzidłem i rozkładającymi się roślinami, 

i czymś naprawdę dzikim, jak w zoo. I gorącym... palonym... 

Mechanicznym. Zapach uderzył ją w nozdrza. Przystanęła i spojrzała na Asha przestraszona. 

-

 

Co to? 

-

 

Pachnie jak guma i olej. - On teŜ przystanął. 

-

 

O BoŜe, samochód. 

Patrzyli na siebie przez chwilę, potem oboje zaczęli biec. Spod zamkniętej maski unosił się biały dym. 

Mary-Lynnette zaczęła podchodzić bliŜej, ale Ash odciągnął ją na bok. 

-

 

Chcę tylko otworzyć maskę... 

background image

-

 

Nie, patrz tam. 

Westchnęła. Spod dymu wysuwały się maleńkie języki ognia. 

-

 

Claudine zawsze powtarzała, Ŝe tak to się skończy - powiedziała ponuro. - Tylko chyba myślała, Ŝe 

ja wtedy będę w środku. 

-

 

Musimy wracać pieszo - stwierdził Ash. - Chyba Ŝe ktoś zobaczy ogień. 

-

 

Nie  ma  szans.  -  Tak  to  jest,  gdy  zabiera  się  chłopaka  do  najbardziej  osamotnionego  miejsca  w 

Oregonie, powiedział triumfalnie jej wewnętrzny głos. - Nie sądzę, Ŝe potrafisz zamienić się w nietoperza, 
Ŝ

eby dolecieć do domu - rzuciła. 

-

 

Przykro mi, przeobraŜania się nie zaliczyłem. Zresztą, nie zostawiłbym cię tutaj. 

Mary-Lynnette nadal wydawało się, Ŝe jest groźna, i czuła się beztrosko. 

-  Umiem sobie radzić sama - oznajmiła, zadzierając brodę. 

I wtedy z góry spadł kij. Ash poleciał na twarz, nieprzytomny. 

 
 

Rozdział 16 

    
 

Potem wszystko potoczyło się szybko, a jednocześnie jak w zwolnionym tempie. Ktoś wykręcił ręce 

Mary-Lynnette  do  tyłu.  I  ścisnął  mocno.  Po  chwili  poczuła  wrzynający  się  w  nadgarstki  sznur  i 
zrozumiała, co się dzieje. Muszę szybko coś zrobić. 

Szarpała się, starając się wyrwać, usiłując kopać. Za późno - ręce miała związane. Nic dziwnego, Ŝe 

ludzie  w  filmach  wrzeszczą,  kiedy  są  zakuwani  w  kajdanki,  pomyślała  niespodziewanie.  To  boli.  Po 
ramionach rozlał się ból, kiedy ktoś ciągnął ją do tyłu, do drzewa. 
      - Przestań się rzucać - warknął niski głos, którego nie rozpoznawała. Usiłowała zobaczyć, kto to jest, 
ale zasłaniało jej drzewo. 

-

 

Jak się rozluźnisz, nie będzie boleć. 

Cały czas się szarpała, ale to nic nie dawało. Przy rękach i plecach czuła głębokie bruzdy kory. 
O BoŜe, nie mogę uciec. Ani nawet się ruszyć. 

Przestań  panikować  i  myśl,  upominał  ją  surowo  wewnętrzny  głos.  UŜyj  mózgu,  zamiast  histeryzować. 
Stała, dysząc, i usiłowała opanować strach. 

-  Mówiłem. Boli tylko, kiedy się szarpiesz. Z wieloma rzeczami tak jest - powiedział głos. 
Odwróciła głowę i zobaczyła kto to. Serce podskoczyło jej do gardła. Nie powinna być zaskoczona, a 

jednak była - zaskoczona i bezgranicznie rozczarowana. 

-  Och, Jeremy - wyszeptała. 
Tyle  Ŝe  takiego  Jeremy'ego  nie  znała.  Twarz  identyczna,  włosy,  ubranie  teŜ  -  ale  było  w  nim  coś 

dziwnego, potęŜnego, przeraŜającego i nieobliczalnego. Oczy miał nieludzkie i płaskie jak u rekina. 

-  Nie chcę  ci zrobić krzywdy.  -  Zniekształcony  obcy  głos.  - Związałem cię tylko  dlatego, Ŝebyś  się 

nie wtrącała. 

Umysł Mary-Lynnette rejestrował róŜne rzeczy na róŜnych płaszczyznach. Jedna  część mówiła:  mój 

BoŜe, stara się być miły. Inna: do czego mam się nie wtrącać? A jeszcze inna powtarzała tylko: Ash. 

Spojrzała  na  Asha.  LeŜał  nieruchomo.  Cudowne  nowe  oczy  Mary-Lynnette,  które  widziały  kolory 

księŜyca, dostrzegły, Ŝe jego jasne włosy powoli nasiąkają krwią. Na ziemi obok niego leŜał twardy biały 
kij z cisu. Nic dziwnego, Ŝe Ash stracił przytomność. 

Ale skoro krwawi, to znaczy, Ŝe Ŝyje. O BoŜe, nie moŜe być martwy. Wampira zabije tylko kołek albo 

ogień. 

-  Muszę  się  nim  zająć  -  oznajmił  Jeremy.  -  Potem  cię  wypuszczę,  obiecuję.  Zrozumiesz,  kiedy  ci 

wszystko wytłumaczę. 

background image

Mary-Lynnette  przeniosła  wzrok  z  Asha  na  nieznajomego  z  twarzą  Jeremy'ego.  Z  przeraŜeniem 

zrozumiała, co miał na myśli, mówiąc „zająć się". Zabijanie to dla drapieŜnika - dla wilkołaka - po prostu 
część Ŝycia. 

Więc jednak się znam na wilkołakach. Są zabójcami. Cały czas miałam rację. Rowan się myliła. 
-  To zajmie tylko minutę. - Jeremy odsłonił zęby. 
Serce dudniło Mary-Lynnette jak szalone. Rozchylił wargi tak, jak nie byłby w stanie Ŝaden człowiek. 

Widziała róŜowo białe dziąsła. I zrozumiała, dlaczego Jeremy miał zmieniony głos. Z powodu zębów. 

Białe  zęby  w  blasku  księŜyca.  Obraz  z  jej  snu.  Kły  wampira  w  porównaniu  z  tymi  były  niczym. 

Siekacze, stworzone do rozrywania ciała ofiary, miały po pięć centymetrów długości. 

Mary-Lynnette nagle przypomniała sobie, co trzy lata temu powiedział ojciec Vica Kimble'a. śe wilk 

potrafi odgryźć ogon krowy równiutko, jakby odciął go sekator. SkarŜył się, Ŝe ktoś wypuścił na wolność 
wilkowatego mieszańca, który nęka jego stado. 

Oczywiście to nie był Ŝaden mieszaniec, tylko Jeremy. Codziennie widziałam go w szkole. W domu 

musiał się zmieniać w kogoś takiego. śeby polować. 

Teraz, kiedy stał nad Ashem, szczerząc zęby i cięŜko dysząc, wyglądał jak obłąkany. 
-  Ale dlaczego? - wybuchnęła. - Dlaczego chcesz go skrzywdzić? 

Uniósł  wzrok  i  przeŜyła  kolejny  wstrząs.  Jego  oczy  się  zmieniły.  Wcześniej  ich  biel  lśniła  w 

ciemności. Teraz były całe brązowe, z wielkimi płynnymi źrenicami. Oczy zwierzęcia. 

Więc wcale nie potrzebuje pełni księŜyca, pomyślała. MoŜe się zmieniać zawsze. 

-  Nie wiesz? Czy nikt tego nie rozumie? To moje terytorium. 

O rany. 
Więc to takie proste. A oni łamali sobie głowy, sprzeczali się i zabawiali w detektywów. Tymczasem 

wszystko sprowadzało się do tak pierwotnej kwestii: zwierzę broni swojego terytorium. 

Jak na teren łowiecki, to mały obszar, powiedziała niedawno Rowan. 

      -  Zabierały  moją  własność  -  ciągnął  Jeremy.  -  Mojego  jelenia,  moje  wiewiórki.  Nie  miały  do  tego 
Ŝ

adnego prawa. Usiłowałem je zmusić do wyjazdu, ale nie chciały. Zostały i zabijały dalej. 

Przestał  mówić,  ale  nagle  wydał  inny  odgłos.  Z  początku  ledwie  słyszalny  dla  Mary-Lynnette,  ale 

ciche  burczenie  poruszyło  jakąś  czułą  strunę strachu. Było  tak  upiorne  i  nieziemskie,  jak  niebezpieczne 
bzyczenie roju atakujących pszczół. 

Warczał. On warczał. Naprawdę. Jak pies, który chce zmusić człowieka do ucieczki. Albo rzucić mu 

się do gardła. 

      -  Jeremy!  -  krzyknęła.  Szarpnęła  się  do  przodu,  nie  zwracając  uwagi  na  biały  płomień  bólu,  który 
objął jej ramiona. 

Sznur  trzymał  mocno.  Jeremy  doskoczył  do  Asha,  z  głową  wysuniętą  do  przodu  jak  jadowity  wąŜ, 

rozwścieczony pies, jak kaŜde zwierzę, które zabija zębami. 

Mary-Lynnette usłyszała czyjś krzyk. Nie! Dopiero po chwili dotarło do niej, Ŝe to jej własny wrzask. 

Zmagała  się  ze  sznurem,  czując  pieczenie  i  wilgoć  w  nadgarstkach.  Ale  nic  była  w  stanie  się  uwolnić. 
Doskonale wiedziała, co się dzieje. I jeszcze to nieustające złowieszcze warczenie, które niosło się echem 
w jej głowie i piersiach. 

Wtedy  spojrzała  na  wszystko  spokojnie.  Zawładnęła  nią  część  natury  silniejsza  niŜ  przeraŜenie. 

Chłodnym  okiem  przyjrzała  się  scenie  przy  drodze  -  samochodowi,  który  nadal  płonął,  wyrzucając 
chmury  duszącego,  białego  dymu  przy  kaŜdym  podmuchu  wiatru;  bezwładnej  postaci  Asha  na  igliwiu; 
niewyraźnej warczącej plamie, którą był Jeremy. 

      -  Jeremy! - Mimo bólu gardła mówiła spokojnym i władczym głosem. - Zanim to zrobisz, niczego mi 
nie wytłumaczysz? PrzecieŜ chciałeś, Ŝebym zrozumiała. Jeremy, pomóŜ mi zrozumieć. 

Przez  długą  chwilę  z  rozczarowaniem  myślała,  Ŝe  to  nie  poskutkuje.  śe  on  jej  nawet  nie  słyszy.  A 

jednak podniósł głowę. Dostrzegła jego twarz, krew na brodzie. 

Nie  krzycz,  nie  krzycz,  powtarzała  sobie  gorączkowo.  Nie  okazuj  przeraŜenia.  Musisz  go  zagadać, 

utrzymać z daleka od Asha. 

Nie  przestawała  mechanicznie  pocierać  dłońmi  za  plecami,  jakby  od  zawsze  wiedziała,  co  trzeba 

robić, Ŝeby uwolnić się z więzów. Śliska wilgoć w zasadzie ułatwiała zadanie. Sznur się lekko przesuwał. 

background image

-  Proszę,  pomóŜ  mi  zrozumieć  -  powtórzyła  zdyszana,  starając  się  uchwycić  wzrok  Jeremy'ego.  - 

Jestem twoją przyjaciółką. Znamy się od dawna. 

Białawe  dziąsła  Jeremy'ego  ociekały  czerwienią.  Jego  twarz  nadal  miała  ludzkie  rysy,  mimo  to  nie 

było w niej nic ludzkiego. 

Wargi  powoli  zaczęły  przykrywać  dziąsła.  Coraz  bardziej  przypominał  człowieka,  a  coraz  mniej 

zwierzę. Kiedy się odezwał, juŜ rozpoznawała jego głos. 

-  To prawda, od dawna - powiedział. - Obserwowałem cię od dziecka, a ty mnie. 

Skinęła głową. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa. 

-

 

Zawsze  wyobraŜałem  sobie,  Ŝe  pewnego  dnia,  kiedy  dorośniemy,  opowiem  ci  o  sobie.  O 

wszystkim. Wydawało mi się, Ŝe jesteś jedyną osobą, która moŜe się nie bać... 

-

 

Nie  boję  się  -  przytaknęła  Mary-Lynnette,  starając  się  opanować  drŜenie.  Mówiła  do  postaci  w 

koszuli  zbryzganej  krwią,  pochylającej  się  nad  rozszarpanym  ciałem  jak  bestia  cały  czas  gotowa 
zaatakować.  Nie  miała  odwagi  spojrzeć  na  Asha.  Nie  spuszczała  wzroku  z  Jeremy'ego.  -  I  chyba 
rozumiem. Zabiłeś panią Burdock, prawda? Bo Ŝyła na twoim terytorium. 

-

 

Nie  chodziło  o  nią  -  odezwał  się  Jeremy  głosem  ostrym  ze  zniecierpliwienia.  -  Była  spokojną 

staruszką,  nie  polowała.  W  ogóle  mi  nie  przeszkadzała.  Nawet  trochę  jej  pomagałem,  kiedyś  za  darmo 
naprawiałem płot i ganek... Wtedy mi powiedziała, Ŝe przyjeŜdŜają. Te dziewczyny. 

Tak  jak  i  mnie,  pomyślała  Mary-Lynnette  oszołomiona.  Rzeczywiście  wtedy  naprawiał  płot.  Nic 

dziwnego, wielu ludziom pomagał przy domu. 

-  Mówiłem jej, Ŝe to nie wypali. 

Mary-Lynnette znów to usłyszała - warczenie. Jeremy był spięty i drŜał. Ona teŜ zaczęła się trząść. 

      -  Jeszcze trzy osoby do polowania na tej małej przestrzeni... Nie chciała słuchać. Nic nie rozumiała. 
W końcu mnie poniosło. 

Nie  patrz  na  Asha,  nie  kieruj  uwagi  w  jego  stronę,  myślała  rozpaczliwie.  Wargi  Jeremy'ego  znów 

odsłoniły zęby, jakby na nowo szykował się do ataku. 

Więc dlatego posłuŜył się sztachetą. Ash miał rację, to był impuls. 

      -  CóŜ,  kaŜdemu  się  zdarza  stracić  cierpliwość  -  przyznała.  I  chociaŜ  głos  jej  się  łamał  i  miała łzy  w 
oczach, Jeremy najwyraźniej trochę się uspokoił. 
      - Później stwierdziłem, Ŝe moŜe tak lepiej - ciągnął zmęczonym głosem. - Dziewczyny znajdą martwą 
ciotkę i zrozumieją, Ŝe muszą wyjechać. Czekałem... czekałem. 

Wpatrywał się poza nią, w las. Mary-Lynnette z łomoczącym sercem zebrała się na odwagę i zerknęła 

na Asha. 

O BoŜe, nie rusza się wcale. A wokół niego tyle krwi... Nigdy nie widziałam takiej ilości krwi. 

Wykręcała nadgarstki w tę i z powrotem, nadal usiłując rozerwać sznur. 

      -  Obserwowałem je, ale nie wyjechały - podjął po chwili Jeremy. 

Natychmiast na niego spojrzała. 

      -  Za to pojawiłaś się ty. Słyszałem, jak Mark rozmawiał w ogrodzie z Jade. Oznajmiła, Ŝe będzie jej 
się tu podobać. I wtedy się wściekłem. Narobiłem hałasu i mnie usłyszeli. 

Twarz  mu  się  zmieniała.  Ciało  przekształcało  się  na  oczach  Mary-Lynnette.  Kości  policzkowe  się 

rozszerzały, nos i wargi robiły się coraz dłuŜsze. Między brwiami wyrastały włosy, tworząc jedną prostą 
linię. Widziała, jak bladą skórę przebijają pojedyncze ciemne grube włosy. 

Zaraz zwymiotuję. 

      -  Co  ci  jest,  Mary-Lynnette?  -  Wstał  i  wtedy  dostrzegła,  Ŝe  jego  ciało  teŜ  się  zmienia.  Nadal  było 
ludzkie, ale dziwnie chude, wyciągnięte. Jakby składało się z długich kości i ścięgien. 

-  W  porządku  -  wyszeptała.  Gwałtownie  wykręciła  nadgarstek.  Dłoń  wyśliznęła  się  z  jednej  pętli 

sznura. 

Dobra. Teraz go zajmuj, Ŝeby odsuwał się od Asha. 

-

 

Mów dalej - wysapała. - Co potem? 

-

 

Wiedziałem,  Ŝe  muszę  im  przekazać  wiadomość.  Następnej  nocy  wróciłem  po  kozę,  ale  znowu 

byłaś  tam  ty.  Uciekłaś  przede  mną  do  zagrody.  -  Przysunął  się  jeszcze  bliŜej  i  wtedy  światło  księŜyca 

background image

odbiło się  w jego oczach. Źrenice  rzucały  zielonkawo-pomarańczowy blask. Mary-Lynnette  patrzyła jak 
zahipnotyzowana. 

Cień na polanie - te oczy widziałam. To nie był kojot, tylko Jeremy. Cały czas nas śledził. 

Dostała  gęsiej  skórki.  Ale  pojawiła  się  jeszcze  jedna,  gorsza  myśl  -  obraz  Jeremy'ego  zabijającego 

kozę. Z rozmysłem, celowo, Ŝeby przekazać wiadomość. 

Dlatego  nie  zjadł  jej  serca  ani  wątroby,  uświadomiła  sobie.  Nie  zabił  jej  dla  poŜywienia,  nie  padła 

ofiarą wilkołaka. Bo on nie jest zwyczajnym wilkołakiem. 

To nie szlachetne zwierzę, które poluje, Ŝeby jeść, jak mówiła Rowan 

Tylko Ash miał rację. On i jego kawały o wściekliźnie... 

-  Jesteś taka piękna - wyznał nagle. - Zawsze tak uwaŜałem. Uwielbiam twoje włosy. 

Stał tuŜ przed nią. Widziała pory na jego twarzy, z których wyrastała szczecina. I czuła jego zapach - 

dziki, jak w zoo. 

Dotknął  jej  włosów.  Miał  ciemne,  grube  paznokcie.  Oczy  Mary-Lynnette  robiły  się  coraz  większe. 

Powiedz coś, powiedz coś, nie daj po sobie poznać, Ŝe się boisz. 

-

 

Wiedziałeś, jak został zabity mąŜ pani Burdock - wydusiła z siebie. 

Powiedziała  mi  dawno  temu  -  odparł  prawie  nieobecnym  głosem,  nadal  przeczesując  palcami  jej 

włosy. Głos zmienił mu się tak bardzo, Ŝe Mary-Lynnette ledwo go zrozumiała. - UŜyłem patyczków ze 
swoich modeli. I czarnego irysa dla niego. Dla Asha. - Wypowiedział to imię z czystą nienawiścią. - Zo-
baczyłem ten kwiat na jego głupiej podkoszulce. Klub Czarnego Irysa... mój wuj kiedyś do niego naleŜał. 
Traktowali go jak osobnika gorszej kategorii. 

Jego  oczy  od  oczu  Mary-Lynnette  dzieliło  teraz  zaledwie  kilka  centymetrów.  Czuła  dotyk  jego 

paznokci  na  uchu.  Zebrała  w  sobie  dość  siły  Ŝeby  gwałtownie  szarpnąć  ręką  za  plecami  i  jedną  dłoń 
wyswobodziła. Zamarła, bojąc się, Ŝe Jeremy coś zauwaŜy. 

-  Rzuciłem  kozę  na  ganek  i  uciekłem  -  powiedział,  niemal  zawodząc.  Głaskał  Mary-Lynnette.  - 

Wiedziałem,  Ŝe  wszyscy  tam  jesteście.  Byłem  tak  wściekły,  Ŝe  po  drodze  zabiłem  jeszcze  konia.  I 
rozwaliłem  okno  na  stacji  benzynowej.  Zamierzałem  ją  spalić,  ale  stwierdziłem,  Ŝe  jeszcze  trochę 
poczekam. 

Tak, tak, tak, myślała Mary-Lynnette, ostroŜnie manipulując drugim nadgarstkiem. Wpatrywała się w 

szalone oczy Jeremy'ego, czuła jego zwierzęcy oddech. Oczywiście, to ciebie słyszałyśmy, jak uciekałeś. 
Nie wpadłeś w dziurę na ganku, bo wiedziałeś, Ŝe tam jest. Sam go naprawiałeś. I fakt, to ty rozbiłeś okno 
- kto inny tak bardzo nienawidziłby stacji benzynowej? 

Rozwiązała  sznur  na  drugim  nadgarstku.  Zwycięstwo.  Ale  panowała  nad  swoją  miną  i  zaciskała 

dłonie, usiłując wymyślić, co robić. Był taki silny i szybki... Przy nim nie ma Ŝadnych szans. 

-

 

A dzisiaj wszyscy razem przyjechaliście do miasta - spokojnie kończył opowieść, tak cedząc słowa 

przez  wilcze  wargi,  Ŝe  trudno  było  uwierzyć,  iŜ  mówi  ludzkim  głosem.  -  Słyszałem,  jak  on  z  tobą 
rozmawia. Zrozumiałem, Ŝe cię pragnie i chce zamienić w jedną z nich. Musiałem cię przed tym uchronić. 

-

 

Wiem, Jeremy -  wyznała niemal opanowanym  głosem.... Jak go zaatakować, skoro nie ma Ŝadnej 

broni, nawet patyka. A nawet gdyby, drewno się na nic nie zda. On nie jest wampirem. 

Jeremy  się  cofnął.  Mary-Lynnette  na  chwilę  odetchnęła  z  ulgą.  Nagle  z  przeraŜeniem  zobaczyła,  Ŝe 

Jeremy zdziera z siebie koszulę. A pod nią nie miał skóry Tylko sierść. Futro, które falowało i drgało na 
wietrze. 

-

 

Poszedłem za wami tutaj i załatwiłem twój samochód tak. Ŝebyś nie mogła odjechać. Słyszałem, jak 

mówiłaś, Ŝe chcesz zostać wampirem. 

-

 

Jeremy, to puste słowa... 

      Ciągnął, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co powiedziała. 

-  Ale to błąd. Wilkołaki są o wiele lepsze. Zrozumiesz, kiedy ci pokaŜę. KsięŜyc wygląda tak pięknie, 

kiedy jest się wilkiem. 
      O BoŜe - więc to miał na myśli, mówiąc, Ŝe chce wszystko wyjaśnić i ją chronić. Zamierzał zmienić ją 
w coś podobnego do niego. 

Potrzebna mi broń. 

background image

      Rowan wspominała, Ŝe na wilkołaki działa srebro. Więc legenda o srebrnej kuli musi być prawdziwa. 
Ale nie miała srebrnej kuli. Ani nawet srebrnego sztyletu... 

Srebrny sztylet... Srebrny nóŜ... 

      Samochód  za  Jeremim  spowijały  kłęby  dymu.  Gdzieniegdzie  przedzierał  się  czerwony  blask 
buzującego ognia. 

To zbyt niebezpieczne, pomyślała Mary-Lynnette. Zaraz wybuchnie. Nie ma mowy, Ŝeby udało mi się 

wejść i wyjść. 

-  Świat  nocy  jest  beznadziejny  -  ciągnął  Jeremy.  -  Z  tymi  wszystkimi  głupimi  ograniczeniami:  nie 

zabijać  ludzi, nie polować za często... Nikt mi nie będzie mówił, jak  mam polować. Mój wuj próbował, 
ale się nim zająłem. 

Nagle  stwór  -  bo  juŜ  nie  człowiek  -  przerwał  i  odwrócił  się  gwałtownie.  Znów  odsłonił  dziąsła  i 

rozchylił  zęby.  szykując  się  do  ataku.  Mary-Lynnette  zrozumiała  dlaczego  -  Ash  się  poruszył.  Usiadł, 
chociaŜ miał ranę na gardle. Rozejrzał się nieprzytomnie. Dostrzegł Mary-Lynnette. Spojrzał na to w co 
zmienił się Jeremy. 

      -  Odsuń się od niej! - krzyknął ze śmiertelną furią. Jednym zwinnym ruchem przygotował się 
do skoku. 

Ale wilkołak zareagował pierwszy. Dał susa jak zwierzę z rękami. Jedną chwycił cisowy kij. Walnął 

nim Asha i powalił na ziemię. Później wyrzucił kij na dywan z igliwia. JuŜ go nie potrzebował. Odsłaniał 
zęby. Zamierzał rozedrzeć Ashowi gardło, tak jak koniowi i turyście... Mary-Lynnette puściła się pędem. 

Nie  w  stronę  Asha.  Gołymi  rękami  nie  była  w  stanie  mu  pomóc.  Biegła  do  samochodu,  w  stronę 

kłębów gryzącego dymu. 

O BoŜe, jak gorąco. PomóŜ mi się tam dostać. 

Czuła Ŝar na policzkach, na rękach. Upadła na kolana i zaczęła się czołgać tam, gdzie było chłodniej. 

I wtedy za plecami usłyszała najdziwniejszy odgłos, jaki istnieje - wycie wilka. Wie, co robię. Widział 

ten  nóŜ  za  kaŜdym  razem,  kiedy  podwaŜałam  zatyczkę  wlewu  paliwa.  Na  pewno  będzie  chciał  mnie 
powstrzymać.  Rzuciła  się  na  ślepo  w  kłęby  dymu  i  Ŝar.  Z  silnika  jak  szalone  strzelały  pomarańczowe 
płomienie. Szarpała za parzącą klamkę. 

Otwórz się. otwórz... 

      Drzwi się otworzyły. Buchnęło w nią gorące powietrze. Jako zwykły człowiek nie zniosłaby tego. Ale 
w ciągu dwóch dni wymieniła się krwią z czterema wampirami, więc nie była juŜ zwykłym człowiekiem. 
Nie była Mary-Lynnette. Ale czy zdoła zabić? 

      Spod  deski rozdzielczej wydostawały się języki ognia. Pomacała skwierczący  plastik i wsunęła dłoń 
pod siedzenie kierowcy. 

No, gdzie jesteś! 

      Palce  natrafiły  na  metal,  srebrny  nóŜ  do  owoców  z  wiktoriańskim  ornamentem,  który  poŜyczyła 
kiedyś od pani Burdock. Był strasznie gorący. Zacisnęła na nim dłoń. wyciągnęła spod siedzenia... i wtedy 
coś dopadło ją od tyłu. 

Odwróciła  się  instynktownie.  Musiała  spojrzeć  napastnikowi  w  twarz.  Później  zawsze  będzie 

towarzyszyła  jej  świadomość,  Ŝe  mogła  wycelować  nóŜ  w  ziemię albo  w  siebie.  I  pewnie  dawna  Mary-
Lynnette tak by zrobiła. 

Ale teraz wysunęła nóŜ do przodu. Napastnik na nią skoczył. 

W głowie pojawiła się odległa myśl: ostrze weszło dokładnie między Ŝebra.I nagle zrobiło się wielkie 

zamieszanie.  Poczuła  we  włosach  zęby,  które  szukały  gardła. Drapiące  pazury  zostawiały  szramy  na  jej 
rękach. Atakowało ją coś włochatego, cięŜkiego - nie człowiek ani nawet półczłowiek. Wielki, warczący 
wilk. Z trudem utrzymywała nóŜ w dłoni. Wilk szarpał się na wszystkie strony, wykręcał jej nadgarstek w 
nieprawdopodobnych kierunkach. 

Przez chwilę, kiedy napastnik się odsunął, mogła mu się dobrze przyjrzeć. Piękne zwierzę. Zgrabne i 

ładne, ale z szaleństwem w oczach. Wydając ostatnie tchnienie, usiłowało ją zabić. 

Musisz  mnie  nienawidzić.  Wybrałam  Asha  zamiast  ciebie,  zraniłam  cię  srebrem.  A  teraz  umierasz. 

Zostałeś potwornie zdradzony. 

background image

Dostała  gwałtownych  dreszczy.  Nie  mogła  tego  dłuŜej  znieść.  Puściła  nóŜ  i zaczęła  odpychać  wilka 

rękami i nogami Gramoląc się i odsuwając na plecach, zdołała odejść kilka metrów. Wilk stal na tle ognia. 
Zbierał siły, Ŝeby skoczyć na nią po raz ostatni... 

Nastąpił  bardzo  cichy,  zwarty  wybuch.  Cały  samochód  przechylił  się  i  nagle  kula  ognia  objęła 

wszystko. Mary-Lynnette przywarła do ziemi, w połowie oślepiona, ale musiała obserwować. 

Więc  tak  to  wygląda.  Samochód  w  płomieniach.  Nie  ma  Ŝadnej  wielkiej  eksplozji  jak  w  filmach. 

Tylko zwykłe: puf! A później ogień unoszący się coraz wyŜej. 

ś

ar  odpędzał  ją  coraz  dalej,  więc  ciągle  się  czołgała,  ale  nie  mogła  przestać  się  przyglądać. 

Pomarańczowe płomienie we wszystkie strony strzelały z metalowego szkieletu na kołach. 

Wilk nie wydostał się z poŜaru. 
Mary-Lynnette usiadła. Dusił ją dym. Chciała krzyknąć: Jeremy!. ale tylko zaskrzeczała ochryple. 
Wilka  cały  czas  nie  było  widać.  Nic  dziwnego  -  w  piersi  miał  srebrny  nóŜ,  a  dookoła  szalały 

płomienie. 

Siedziała, obejmując się ramionami, i wpatrywała w płonący wrak. 

      On by mnie zabił. Jak kaŜdy porządny drapieŜnik. Musiałam się bronić, ratować Asha. I dziewczyny... 
Zamordowałby je wszystkie. Innych ludzi te,. tak jak turystę. Był stuknięty i zły. Zrobiłby wszystko, Ŝeby 
zdobyć to, co chciał. 

Wyczuwała  to  od  samego  początku.  Co  rusz  widziała  to  pod  maską  tego  ..miłego  chłopaka",  ale  za 

kaŜdym  razem wmawiała sobie, Ŝe nic dziwnego  w  nim nie ma.  Powinna od razu zaufać intuicji, kiedy 
dotarło do niej, Ŝe rozwiązała ponurą zagadkę Jeremy'ego Lovetta. 

Trzęsła się. ale nie uroniła nawet jednej łzy. 

Ogień szalał, strzelając w górę małymi iskierkami. 

Nie  obchodzi  mnie.  czy  to  usprawiedliwione.  Nie  przypominało  zabijania  z  mojego  snu.  Nie  było 

łatwe, nie przyszło mi naturalnie i nigdy nie zapomnę tego, jak na mnie patrzył. 

Nagle pomyślała: Ash. 

      Oszołomiona  prawie  o  nim  zapomniała.  Odwróciła  się  tak  bardzo  przeraŜona,  Ŝe  ledwie  mogła  na 
niego patrzeć. Podczołgała się do miejsca, gdzie leŜał. Tyle krwi... NiemoŜliwe, Ŝeby nic mu się nie stało. 
Ale jeŜeli nie Ŝyje... 
      Jednak oddychał. A kiedy dotknęła jego zakrwawionej twarzy, poruszył się. Spróbował usiąść. 

-

 

LeŜ. - Podniosła z ziemi koszulę Jeremyego i przyłoŜyła do szyi Asha. - Spokojnie... 

-

 

Nie martw się, obronię cię. - Znowu próbował się podnieść. 

-

 

PołóŜ się - poprosiła. Nic posłuchał jej, więc delikatnie go pchnęła. - Nie trzeba nic robić. Nie Ŝyje. 

Opadł, zamykając oczy. 

-  Zabiłem go? 

      Mary-Lynnette  wydała  zdławiony  odgłos,  który  tylko  trochę  przypominał  śmiech.  DrŜała  pod 
wpływem ulgi. Ash oddychał i mówił, nawet tak głupio jak zwykle. Nie miała pojęcia, jak miło to moŜe 
brzmieć.  Widziała,  Ŝe  szyja  pod  koszulą  juŜ  mu  się  goi.  Cięta  rana  zamieniała  się  w  róŜowe,  płaskie 
blizny. Ciało wampira jest niewiarygodne. 

-

 

Nie odpowiedziałaś. - Przełknął ślinę. 

-

 

Nie, nie zabiłeś go. Ja to zrobiłam. 

Otworzył oczy. Przez chwilę patrzyli na siebie. Mary-Lynnette zrozumiała, Ŝe do obojga dociera teraz 

wiele spraw. 

-  Przykro  mi  -  odezwał  się  w  końcu  Ash  najpowaŜniejszym  tonem,  jaki  u  niego  słyszała.  Zerwał 

koszulę z szyi i usiadł - Przykro mi. 

Nie wiedziała, kto do kogo się przytulił, ale znaleźli się w swoich objęciach. Mary-Lynnette myślała o 

drapieŜcach, niebezpieczeństwie i kpinach ze śmierci. O tym  wszystkim,  co wiąŜe się z  przynaleŜnością 
do  świata  nocy.  I  o  tym,  Ŝe  juŜ  nigdy,  patrząc  w  lustro,  nie  zobaczy  tej  samej  osoby,  którą  do  tej  pory 
widziała. 

-  Przynajmniej to  juŜ  koniec  -  powiedział  Ash. Czuła  uścisk  jego  ramion, ciepło, moc  i  wsparcie.  - 

Nie będzie więcej zabijania. Skończyło się. 

background image

Tak jak i wiele innych rzeczy. 

Pierwszy  szloch  przyszedł  jej  z  wielkim  trudem.  Myślała,  Ŝe  kolejny  wydobędzie  się  po  długiej 

przerwie. A  jednak między pierwszym a następnym i  kolejnym nie było Ŝadnej przerwy. Płakała długo. 
Ogień się dopalał, iskry strzelały w górę, a Ash cały czas ją tulił. 

 
 

Rozdział 17 

 
 

Nie  powiedziała  nic  ludziom,  ale  sprzeciwiła  się  władzom  świata  nocy  -  powiedział  Ash  leniwym, 

zupełnie beztroskim tonem. 

- Jak? - spytał zwięźle Quinn. 

Było  późne  poniedziałkowe  popołudnie  i  do  domu  na  farmie  Burdocków  słońce  wpadało  przez 

zachodnie  okna.  Ash  miał  na  sobie  nową  bluzę,  kupioną  w  Briar  Creek,  z  golfem  i  długimi  rękawami, 
która  zakrywała  prawie  wyleczone  blizny  na  szyi  i  rękach.  W  wybielonych  dŜinsach,  włosach  zaczesa-
nych tak, Ŝeby przykrywały strup z tyłu głowy, odgrywał scenę swojego Ŝycia. 

      -  Wiedziała o dzikim wilkołaku i nie pisnęła o tym ani słowa. 

- Więc zdradziła. I co zrobiłeś? Ash wzruszył ramionami. 
- Zabiłem ją kołkiem. Quinn roześmiał się na głos. 

      -  Serio  -  zapewnił  skwapliwie  Ash,  wpatrując  się  w  Quinna  szeroko  otwartymi,  szczerymi  oczami, 
pewnie niebieskimi. - Zobacz. 

Nie  odrywając  wzroku  od  rozmówcy,  zerwał  róŜowo-zieloną  narzutę  ze  wzgórka  na  kanapie.  Quinn 
gwałtownie uniósł brwi. 

Gapił się chwilę na ciotkę Opal, która wcześniej została przygotowana tak, Ŝeby nikt się nie domyślił, 

Ŝ

e leŜała w ziemi. Poza tym starannie z powrotem wsadzono jej pal w piersi. 

Quinn przełknął ślinę. Ash po raz pierwszy widział, Ŝe koleś spuścił z tonu. 

      - Naprawdę to zrobiłeś - wymamrotał z nutą niepewnego szacunku i wyraźnym zaskoczeniem. 

Wiesz, pomyślał Ash, chyba wcale nie jesteś tak twardy, na jakiego się zgrywasz. Choćbyś nie wiem 

jak się starał udawać Starszego, masz tylko osiemnaście lat. I zawsze pozostaniesz osiemnastolatkiem, a 
ja za rok od ciebie będę starszy. 

      - No, no... - Quinn zamrugał kilka razy. - Jestem pod wraŜeniem. 
      - Po prostu stwierdziłem, Ŝe najlepiej oczyścić teren. Starzała się, wiesz... 

Ciemne oczy Quinna otworzyły się jeszcze szerzej. 

-  Nie wiedziałem, Ŝe jesteś aŜ tak bezwzględny. 

      - Jak trzeba, to trzeba. Oczywiście, ze względu na honor rodziny. 

-

 

A co z wilkołakiem? - Quinn odkaszlnął. 

-  No,  nim  teŜ  się  zająłem.  -  Ash  podszedł  do  drugiego  eksponatu  i  zdarł  z  niego  brązowo-białą 

narzutę. Ciało wilka było zwęglone i powykrzywiane. Mary-Lynnette wpadła w histerię, kiedy Ash uparł 
się, Ŝeby je wyciągnąć z pogorzeliska, a Quinnowi drŜały nozdrza, kiedy na nie patrzył. 

      -  Niestety,  śmierdzi  jak  spalone  włosy,  co?  Sam  się  trochę  okopciłem,  kiedy  trzymałem  drania  w 
ogniu... 

-

 

Spaliłeś go Ŝywcem? 

-

 

To jedna z tradycyjnych metod. 

-

 

Przykryj to, dobra? 

Ash naciągnął na ciało koc. 

      - Więc widzisz, wszystko gra. Nikt z ludzi nie jest w to wmieszany, nie trzeba Ŝadnej zagłady. 

      - No... tak, dobra. - Quinn nie spuszczał oczu z narzuty. Ash uznał, Ŝe to odpowiedni moment. 

-

 

A przy okazji, okazało się, Ŝe przyjazd dziewczyn był zupełnie usprawiedliwiony. Po prostu chciały 

się nauczyć polować. To chyba legalne? 

background image

-

 

Co? No, tak. - Quinn zerknął na ciotkę Opal, potem na Asha. - Więc juŜ wracają... 

-

 

Niezupełnie. Jeszcze się nie nauczyły. 

-

 

Zostają? 

-

 

Słuchaj. Ja jestem głową rodziny na Zachodnim WybrzeŜu, zgadza się? I ja mówię, Ŝe zostają. 

-

 

Ash. 

-

 

NajwyŜsza pora, Ŝeby w tym regionie stworzyć przyczółki świata nocy, nie sądzisz? Widzisz, co się 

działo, jak nie było Ŝadnego. Po okolicy zaczęły się szwendać rodziny  zbuntowanych  wilkołaków. Ktoś 
musi zostać w Briar Creek i pilnować porządku. 

-

 

Ash,  nie  przyciągniesz  tu  istot  nocy  za  Ŝadne  skarby.  Do  jedzenia  tylko  zwierzęta,  zadawać  się 

moŜna wyłącznie z ludźmi... 
      - Tak, ale cóŜ... trzeba odwalić brudną robotę. Poza tym sam mówiłeś, Ŝe niedobrze całe Ŝycie siedzieć 
w izolacji na wyspie. 
      - Moim zdaniem tu jest niewiele lepiej. - Quinn wpatrywał się w niego. 
      - Więc dobrze zrobi  moim siostrom. Za kilka lat bardziej docenią rodzinne strony. Później  przekaŜą 
zadanie komuś innemu. 

-

 

Ash, nikt inny tu nie przyjedzie. 

- Hm. - Mając na koncie wygraną bitwę, a obok zupełnie spłoszonego Quinna, który wyraźnie marzył, 

Ŝ

eby  jak  najszybciej  wrócić  do  Los  Angeles,  Ash  pozwolił  sobie  na  małą  dawkę  prawdy.  -  Wpadnę  je 

odwiedzić któregoś dnia.  
      - Spisał się na medal - obwieściła Rowan. - Słyszałyśmy wszystko z kuchni. Byłabyś zachwycona. 

Mary-Lynnette się uśmiechnęła. 

      - Quinn juŜ bierze nogi za pas. - Jade splotła dłoń z dłonią Marka. 
      - Chciałabym być przy tym, jak będziesz tłumaczył wszystko tacie - zwróciła się Kestrel do Asha. 

-

 

Tak? A ja wolałbym tam nie być. 

Wszyscy się roześmieli, z wyjątkiem Mary-Lynnette. Wielka kuchnia wiejskiego domu była ciepła i 

jasna, ale za oknami robiło się ciemno. W gęstniejącym mroku nic nie widziała - w ciągu ostatnich dwóch 
dni skutki wymiany krwi ustąpiły. Znów odbierała świat ludzkimi zmysłami. 

-

 

Na pewno nie będziesz miał kłopotów? - spytała Asha. 

-  Nie.  Powiem  tacie  całą  prawdę.  Prawie  całą.  śe  zbuntowany  wilkołak  zabił  ciotkę  Opal,  a  ja 

załatwiłem wilkołaka. I Ŝe dziewczyny będą tu spokojnie polować i obserwować, czy po okolicy nie kręcą 
się  jakieś  dranie.  Na  pewno  są  gdzieś  zapiski  na  temat  rodziny  Lovetta.  Tata  moŜe  sobie  sprawdzać  tę 
historię, ile tylko chce. 
      - Rodzina zbuntowanych wilkołaków - parsknęła z rozbawieniem Kestrel. 
      -  Stukniętych  wilkołaków  -  poprawił  ją  Ash.  -  Tak  niebezpiecznych  dla  świata  nocy  jak  łowcy 
wampirów. Bóg jeden wie. jak długo tu Ŝyli. 

-

 

Ludzie brali ich za Wielką Stopę - zauwaŜył Mark. 

- To wszystko przeze mnie - zwróciła się Rowan do Mary-Lynnette. - To ja ci powiedziałam, Ŝe on na 

pewno nie jest zabójcą. Przepraszam. 

Mary-Lynnette pochwyciła jej zatroskane spojrzenie. 

      -  Daj  spokój.  Skąd  mogłaś  wiedzieć?  Nie  zachowywał  się  jak  normalny  wilkołak.  Zabijał  nie  dla 
jedzenia, tylko Ŝeby bronić swojego terytorium i nas odstraszyć. 
      - I pewnie by mu się udało - wtrącił się Mark. - Tylko Ŝe nie miałyście dokąd pojechać. 

Ash spojrzał na Marka, potem na siostry. - Jedno pytanie. Czy ta okolica będzie dla was wystarczająco 
duŜa? 

-

 

Oczywiście - zapewniła Rowan lekko zaskoczona. - PrzecieŜ nie zawsze musimy zabijać zwierzęta - 

wyjaśniła Jade. - JuŜ się w tym obeznałyśmy. Napijemy się trochę krwi tu, trochę tam. Kurczę, moŜemy 
nawet spróbować kozy. 
      - Wolałabym spróbować Tiggy'ego - oznajmiła Kestrel i na chwilę w jej złocistych oczach pojawił się 
blask. 

background image

Mary-Lynnette  słuchała  tego  w  milczeniu.  Czy  pewnego  dnia  Kestrel  nie  zapragnie  dla  siebie 

większego terytorium? Pod wieloma względami bardzo przypominała Jeremy'ego. 

Była piękna, bezwzględna i myślała o jednym. Prawdziwa istota nocy. 

-

 

A co z tobą? - Ash spojrzał na Marka. 

-

 

Ze mną? Jak się nad tym zastanowić, wolę hamburgery. 

-  Wczoraj  w  nocy  chciałam  go  zabrać  na  polowanie  -  wytłumaczyła  Jade.  -  śeby  mu  pokazać.  Ale 
zwymiotował. 

-

 

No niezupełnie. 

- Owszem, zupełnie - odparła Jade z rozbawieniem. Mark odwrócił wzrok. Mary-Lynnette zauwaŜyła, 

Ŝ

e brat i Jade cały czas trzymają się za ręce. 

-  Więc rozumiem, Ŝe nie planujesz przemiany w wampira - stwierdził Ash. 

-

 

No... moŜe nie tak szybko. 

- A co z zakończeniem historii dla ludzi? - Ash odwróci! się do Mary-Lynnette. - Wymyśliliśmy coś? 

      - Nie musimy. Zorientowałam się, co słychać w mieście. Rano rozmawiałam z Bunny Marten. Tak się 
cieszę, Ŝe nie jest wampirem. 

-

 

Ja wiedziałem od początku - powiedział Mark. 

-  W  skrócie  wygląda  to  tak.  -  Mary-Lynnette  wyciągnęła  palec.  -  Po  pierwsze,  wszyscy  wiedzą,  Ŝe 

Jeremy  zniknął.  Szef  stacji  benzynowej  zaniepokoił  się,  Ŝe  Jeremy  wczoraj  nie  zjawił  się  w  pracy,  i 
poszedł sprawdzić do przyczepy. Znaleźli tam duŜo dziwnych rzeczy. Ale niczego się nie domyślają. 

- Dobrze. - Rowan kiwnęła głową. Mary-Lynnette wystawiła drugi palec.  
-  Tacie  jest  przykro,  Ŝe  kombi  się  spaliło,  ale  nie  jest  zaskoczony.  Claudine 

przepowiadała to od roku. - Kolejny palec. 

- Po trzecie, pan Kimble nie ma pojęcia, co zabiło jego konia, ale myśli, Ŝe to zwierzę, nie człowiek. 

Vic Kimble twierdzi, Ŝe Wielka Stopa. On i Todd są nieźle przestraszeni i chcą wyjechać z Briar Creek na 
dobre. 

      - Uczcijmy minutą ciszy ich rychłą nieobecność - zaproponował z powagą Mark i wypiął tyłek. 
      -  Po  czwarte  -  ciągnęła  Mary-Lynnette  -  dziewczyny,  będziecie  musiały  w  końcu  wspomnieć,  Ŝe 
wasza ciotka nie wróciła z wakacji. Ale to za jakiś czas. Nikt tak prędko się nie zorientuje, Ŝe jej nie ma. 
Chyba moŜemy spokojnie pochować ją i Jeremy'ego. Nawet jeŜeli ktoś ich znajdzie, niczego nie skojarzy. 
Zobaczy po prostu wiekową mumię i wilka. 
      - Biedna stara ciotka Opal - zaszczebiotała Jade promiennie. - Mimo wszystko nam pomogła. 

Mary-Lynnette spojrzała na nią z ukosa. Tak, w niej teŜ to jest, pomyślała. Srebrny blask w oczach, 

kiedy drwi ze śmierci. Druga prawdziwa istota nocy. 

-  Będzie mi jej brakować - powiedziała na głos. 

-

 

Więc sprawa załatwiona - podsumowała Kestrel. 

-

 

Na to wygląda. - Ash się zawahał. - Quinn czeka na drodze. Powiedziałem mu, Ŝe potrzebuję kilku 

godzin, Ŝeby wszystko dopiąć i się poŜegnać. 

Zapadła cisza. 

- Odprowadzę cię - odezwała się w  końcu Mary-Lynnette. Podeszli razem  do drzwi. Kiedy  znaleźli 

się na zewnątrz, w mroku, Ash zatrzasnął je za nimi. 

-

 

MoŜesz jeszcze jechać ze mną. 

-

 

Z tobą i z Quinnem? 

- Odprawię go. Albo wrócę jutro i cię zabiorę, albo w ogóle zostanę. 

      -  Musisz  porozmawiać  z  ojcem  i  wszystko  z  nim  załatwić,  Ŝeby  twoje  siostry  były  bezpieczne. 
PrzecieŜ wiesz. 
      - No to wpadnę później - oznajmił Ash z nutą desperacji w głosie. 

Mary-Lynnette  odwróciła  wzrok.  Niebo  na  wschodzie  miało  kolor  najciemniejszego  fioletu,  niemal 

czarnego. Patrząc w tamtą stronę, dostrzegła gwiazdę. A właściwie Jupitera. 

-

 

Jeszcze nie jestem gotowa. ChociaŜ chcę. 

-

 

Nie chcesz - stwierdził Ash i oczywiście miał rację. 

background image

Wiedziała o tym od chwili, kiedy siedziała i płakała, wpatrując się w płonący samochód. I chociaŜ od 

tamtej pory bez przerwy o tym myślała, nijak nie mogła się przekonać, Ŝeby zmienić zdanie. 

Nigdy nie zostanie wampirem. Po prostu się do tego nie nadaje. Nie potrafiłaby zachowywać się jak 

wampir  i  nie  zwariować.  Nie  była  podobna  do  Jade  ani  do  Kestrel,  ani  nawet  do  Rowan  z  jej  bladymi, 
mięsistymi  stopami  i  instynktownym  uwielbieniem  dla  polowania.  Zajrzała  w  serce  świata  nocy...  i  nie 
mogła do niego dołączyć. 

-

 

Po prostu bądź sobą - powiedział Ash. 

- Przestań. - Nie patrzyła na niego. - Nie moŜemy tak jak Jade i Mark trzymać się za ręce i chichotać, 

nie myśląc o przyszłości. 
      - Ale łączy nas pokrewieństwo dusz. Jesteśmy sobie przeznaczeni na wieki. 
      -  Skoro  mamy  przed  sobą  wieczność,  chyba  moŜesz  dać  mi  trochę  czasu  do  namysłu.  Wracaj  i 
rozejrzyj się trochę. Upewnij się, czy chcesz porzucić świat nocy na zawsze. 

-

 

Ja to juŜ wiem. 

- I czy na pewno zdołasz się związać z człowiekiem - ciągnęła. 

-

 

I moŜe zastanowię się nad tym, co zrobiłem ludziom? 

- Tak. - Mary-Lynnette spojrzała mu w oczy. Odwrócił wzrok. 

      - Dobrze. Przyznaję. Wiele rzeczy powinienem im wynagrodzić. 

CóŜ, ludzie byli dla niego robactwem i poŜywieniem. W jego umyśle Mary-Lynnette zobaczyła takie 

rzeczy, Ŝe wolała więcej nie widzieć. 

      - Więc postaraj się wynagrodzić to, co moŜesz - szepnęła, chociaŜ nie miała odwagi uwierzyć, Ŝe Ash 
to zrobi. - Nie spiesz się. I daj mi czas. Muszę dorosnąć. Jestem jeszcze w liceum. 

-

 

Za rok skończysz. Wtedy wrócę. 

-

 

MoŜe się okaŜe, Ŝe to za szybko. 

- Mimo wszystko wrócę. - Uśmiechnął się ironicznie. - A do tego czasu będę walczył ze smokami, jak 

rycerz dla damy. Sprawdzę się. Będziesz ze mnie dumna. 

Mary-Lynnette ścisnęło w gardle. Uśmiech Asha zniknął. Powinni się pocałować. Ale po prostu stali 

jak  skrzywdzone  dzieci,  aŜ  w  końcu  przytulili  się  do  siebie.  Mary-Lynnette  ściskała  go  coraz  mocniej, 
chowając twarz w jego ramieniu. Ash, który najwyraźniej zupełnie stracił głowę, zasypywał pocałunkami 
jej kark. 

-

 

ś

ałuję, Ŝe nie jestem człowiekiem. śałuję - powtarzał. 

-

 

Wcale nie - zaprzeczyła Mary-Lynnette. 

-

 

ś

ałuję. śałuję. 

      Ale  to  nic  nie  zmieniało.  Problemem  nie  było  tylko  to,  kim  jest,  ale  to,  co  do  tej  pory  zrobił  -  i  co 
jeszcze zrobi. Zbyt długo przebywał po ciemnej stronie Ŝycia, Ŝeby być normalną osobą. Naturę juŜ miał 
ukształtowaną i Mary-Lynnette wątpiła, czy zdoła z nią wygrać. 

- Wierz we mnie - poprosił, jakby usłyszał jej myśli. 
Nie odpowiedziała. Uniosła głowę i jej usta połączyły się z jego wargami. Elektryzujące iskry juŜ nie 

sprawiały bólu, a róŜowa mgła wydawała się całkiem fajna. Przez chwilę wszystko było ciepłe, słodkie i 
dziwnie spokojne. 

I  nagle,  za  nimi,  ktoś  zapukał  do  drzwi.  Mary-Lynnette  i  Ash  odskoczyli  od  siebie.  Spojrzeli 

przestraszeni, kipiąc pod  wpływem silnych uczuć. Mary-Lynnette dopiero po chwili uświadomiła  sobie, 
gdzie jest. Roześmiała się. Ash teŜ. 

- Wychodźcie - zawołali jednocześnie. 
Z domu  wyszli  Mark i Jade. Za nimi, Rowan i Kestrel. Wszyscy stali na ganku, uwaŜając, Ŝeby nie 

wpaść w dziurę. Uśmiechali się tak, Ŝe Mary-Lynnette się zaczerwieniła. 

- Do widzenia - poŜegnała Asha pewnym głosem. Przyglądał jej się długą chwilę, potem spojrzał na 

drogę. 

Odwrócił się, Ŝeby odejść. 

Mary-Lynnette zamrugała, Ŝeby odegnać łzy. Ciągle nie była w stanie w niego uwierzyć. Ale zawsze 

moŜe mieć nadzieję. Marzyć. ChociaŜ marzenia prawie nigdy się nie spełniają... 

background image

- Patrzcie! - westchnęła Jade. 

Mary-Lynnette  serce  gwałtownie  podskoczyło  do  piersi.  Od  północnego  wschodu  ciemne  niebo 

przeszywała  kuła  światła.  To  nie  była  słaba  spadająca  gwiazda,  ale  świecący  zielony  meteoryt,  który 
pokonał  połowę  nieba,  sypiąc  iskrami.  Znajdował  się  dokładnie  nad  ścieŜką,  którą  szedł  Ash,  jakby 
oświetlał mu drogę. 

Dawna perseida. Ostatni meteoryt lata. Jak błogosławieństwo. 

      -  Szybko,  szybko,  marzenie  -  Mark  gorączkowo  ponaglał  Jade.  -  Pod  taką  gwiazdą  na  pewno  się 
spełni. 

Mary-Lynnette spojrzała na przejętą twarz brata, na jego błyszczące z podniecenia oczy. Jade klaskała 

z zachwytu. 

Tak  się  cieszę,  Ŝe  jesteś  szczęśliwy,  pomyślała  Mary-Lynnette.  Spełniło  się  to,  czego  ci  Ŝyczyłam. 

Więc teraz chyba mogę pomyśleć własne Ŝyczenie. 

Chciałabym... 

      - Do zobaczenia za rok. - Ash się odwrócił i uśmiechnął zawadiacko. - Wrócę, jak zabiję smoka! 

Zaczął iść porośniętą chwastami ścieŜką. Przez chwilę, w ciemnofioletowym zmierzchu, rzeczywiście 

wyglądał jak ksiąŜę, który wyrusza na poszukiwanie smoka. Jak błędny rycerz z lśniącymi blond włosami, 
bez broni, wybierający się w bardzo ciemną i niebezpieczną, dziką okolicę. Odwrócił się i przez moment 
szedł tyłem, machając ręką. Zepsuł cały efekt. 

Cała gromada krzyczała na poŜegnanie. 
Mary-Lynnette  czuła,  Ŝe  od  wszystkich  wokół  niej  -  brata  i  trzech  sióstr  krwi  -  bije  ciepło  i  chęć 

pomocy. Od beztroskiej Jade. Zapalczywej Kestrel. Mądrej i łagodnej Rowan. I od Marka, który przestał 
juŜ być mrukiem i samotnikiem. Tiggy wił się jej wokół kostek, mrucząc przyjacielsko. 

      - Z daleka od siebie, będziemy spoglądać w to samo niebo! - wrzasnął Ash. 

-

 

Co za cytat! - odkrzyknęła Mary-Lynnette. 

Ale  miał  rację.  Obserwując  niebo  zawsze  będzie  pamiętała,  Ŝe  on  gdzieś  tam  jest  i  patrzy  na  nie  z 

zachwytem. Wiedząc, Ŝe to waŜne. 

I  w  końcu  nie  miała  wątpliwości,  kim  jest.  Mary-Lynnette.  I  któregoś  dnia  odkryje  supernową  albo 

czarną dziurę - jako człowiek. Ash wróci za rok. 

A ona zawsze będzie kochać noc.