background image

Sarah Morgan

Zimowy wieczór

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sama skomplikowała sobie życie. 
Miranda   siedziała   na   skale,   pogrążona   w   niewesołych   myślach.   Wpatrywała   się   w 

oblodzone jezioro, obojętna na fakt, że palce rąk i nóg drętwieją jej z zimna. 

Wokół   niej   wznosiły   się   góry   otulone   śmiertelnym   całunem   lodu   i   śniegu,   ale 

pozostawała   obojętna   na   ich   piękno.   Ważniejsze   było,   że   mogła   się   tu   schronić   przed 
błyszczącymi świątecznymi dekoracjami i innymi oznakami powszechnej radości. 

Tutaj, w lodowej głuszy Krainy Jezior, Boże Narodzenie oznacza kilka godzin dziennego 

światła bez żadnego symbolicznego znaczenia. 

Nie powinna płakać. 
Minęło sześć miesięcy. Sześć długich miesięcy. To wystarczająco dużo czasu, by przestać 

opłakiwać   przeszłość   i   zacząć   żyć   na   nowo.   Najwyższa   pora,   aby   się   rozgrzeszyć   za 
niewybaczalną głupotę i naiwność. 

Wydawało   jej   się,   że   świetnie   sobie   radzi.   Jest   niezależna,   dobrze   zorientowana   w 

ciemnych  stronach ludzkiej natury.  Najwyraźniej  się myliła.  Zaśmiała się gorzko. Została 
oszukana i porzucona. Była tak niemądra i łatwowierna! A teraz nienawidzi samej siebie za 
to, że dała się nabrać. 

Pociągnęła nosem i roztarta lodowate policzki przemarzniętymi palcami. Rozczulanie się 

nic nie da. Rzadko sobie pozwalała na momenty słabości. Usiłowała powstrzymać płacz, ale 
nie mogła odnaleźć w sobie zawziętej woli walki. Z jej oczu popłynęły łzy. 

Na miłość boską! Niecierpliwie otarła je ręką. Co się z nią dzieje? Zazwyczaj się nie 

rozkleja. Może Boże Narodzenie sprawiło, że widzi wszystko z innej perspektywy. Cała ta 
afirmacja   szczęśliwej   rodziny!   Śmieszne,   że   ją   to   wzrusza.   Ona   przecież   dobrze   wie,   że 
prawdziwe rodziny nigdy nie bywają idealne. 

Nie chciała mieć rodziny!
Lepiej jej było samej. 
Zapomniała o tym, na krótką chwilę straciła zdrowy rozsądek. I to ona, choć lepiej niż 

inni zdawała sobie sprawę, że w życiu można liczyć tylko na siebie. Nigdy nie uzależniała się 
od innych ludzi. Nigdy. A jednak... 

Zacisnęła zęby. Nie będzie o tym myślała. Przeszłość nie ma znaczenia. Czyjej się to 

podoba, czy nie, przeszłość nie ma już znaczenia. Liczy się tylko przyszłość. Nie wolno drugi 
raz popełnić tego samego błędu. 

Wyprostowała się i wyzywająco podniosła głowę. 
Czas dorosnąć. Koniec z romantycznymi mrzonkami, trzeba się trzymać ziemi. To będzie 

jej noworoczne postanowienie. W życiu nie ma książąt nadjeżdżających na ratunek na białym 
koniu. Zwykli ludzie nie wygrywają milionów w totka. Normalne rodziny nie różnią się od 
patologicznych  i lepiej im się nie przyglądać z bliska. Boże Narodzenie to tylko jeden z 
trzystu sześćdziesięciu pięciu dni roku i wkrótce minie. 

Nie   ma   najmniejszego   sensu   siedzieć   na   skale   na   kompletnym   pustkowiu   i   żałować 

background image

czegoś, co już nie istnieje. Musi się pozbierać i znaleźć lepsze strony swojej sytuacji. 

Coś   zimnego   musnęło   jej   rękę.   Ze   zdziwieniem   zauważyła   padający   śnieg.   Po   raz 

pierwszy uświadomiła sobie, że przemarzła do szpiku kości. Kiedy podniosła głowę, ogarnął 
ją nagły niepokój. Szczyty gór spowijała gęsta mgła. 

Kiedy   wychodziła   ze   swojego   ciasnego,   nieprzytulnego,   wynajętego   niedawno 

mieszkanka, pogoda była znakomita. 

Gdzie się podziało błękitne niebo i słońce?
W nagłym przypływie paniki uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. 

Tak rozpaczliwie pragnęła się wyrwać na otwartą przestrzeń, zostawić daleko za sobą rzędy 
domków z choinkami, ulice z bajkową świąteczną dekoracją, niemiły jej widok radosnych 
rodzinnych spotkań, że po prostu wsiadła na odrapany używany rower i jechała tak długo, aż 
pozostawiła   miasteczko   za  sobą  i  znalazła  się  u  stóp  majestatycznych  gór.  Nie  znała  tej 
okolicy, sprowadziła się tu zaledwie tydzień temu. 

Zostawiła   rower   na   opustoszałym   parkingu   i   ruszyła   szlakiem   prosto   przed   siebie, 

zwiedziona złudną obietnicą świeżego powietrza i błękitnego nieba. Tu, pośród szczytów, nic 
nie przypominało jej o Bożym Narodzeniu. Nie czuła się jak jedyna na świecie osoba, która 
musi samotnie przeżyć święta. Tutaj był to dzień jak każdy inny. 

Pomijając   fakt,   że   jej   życie   znalazło   się   w   punkcie   zwrotnym   i   musi   je   na   nowo 

przemyśleć. 

Ale czas na refleksje minął. Stanęła się w obliczu bardziej palących problemów. Musi 

dotrzeć na parking. Jeśli ma znaleźć drogę powrotną, nie ma ani chwili do stracenia. 

Wstała i strząsnęła śnieg z adidasów. Uświadomiła sobie, że jej lekkie sportowe obuwie 

jest w najwyższym stopniu nieodpowiednie. 

Przez   parę   minut   szła,   usiłując   odnaleźć   szlak,   jednak   ścieżka   zniknęła   pod   świeżą 

warstwą   śnieżnego   puchu,   który   z   minuty   na   minutę   przykrywał   ziemię   coraz   grubszym 
kobiercem. Zdradziecka biel pochłonęła drogę do domu. 

Jak mogła być tak nieodpowiedzialna?
Oczywiście, zna odpowiedź. Nie myślała o niczym innym, tylko o własnych kłopotach. 

Tymczasem   wyrósł   przed   nią   prawdziwy   problem   –   jak   przeżyć.   Temperatura   wyraźnie 
spadła, a ona zgubiła się w kompletnej dziczy i nie miała jak wezwać pomocy. Nikt nie wie, 
dokąd poszła. 

W tym momencie dotarła do niej cała groza sytuacji. Strach ścisnął jej serce i pozbawił 

zdolności logicznego myślenia. 

Pogoda pogarszała się, a ona nie miała pojęcia, jak przetrwać na bezludziu w zimowych 

warunkach. 

Jeśli będzie szła przed siebie, równie dobrze może trafić na skraj przepaści, prosto w 

objęcia śmierci. Pozostanie w miejscu nie jest żadną alternatywą.  Nie ma  też ekwipunku 
potrzebnego do wykopania jamy w śniegu, nie ma ze sobą nic ciepłego. 

Wewnętrzny  głos  doradzał   jej, by  po prostu  usiąść  i się  poddać.  Ale  coś  się  w  niej 

poruszyło.   Coś   jej   przypomniało,   że   nie   ma   mowy   o   kapitulacji.   Śmierć   nie   wchodzi   w 
rachubę. Musi żyć. Musi znaleźć drogę powrotną. 

background image

Przeżyje. A kiedy tego dokona, jeszcze raz przemyśli własne życie. 

Jake   szedł   równym   krokiem.   Nagłe   załamanie   pogody   skwitował   uśmieszkiem 

rozbawienia.  Góry.  Są jak kobiety – pomyślał,  poprawiając  plecak  – nieprzewidywalne  i 
wymagające stałej uwagi i szacunku. 

Pod wieloma względami wolał nieprzewidywalną surową pogodę niż słoneczne ciepło i 

bezchmurne niebo. Piesze wędrówki i wspinaczka przedstawiały wtedy większe wyzwanie: 
walkę ludzkiego rozumu z potęgą przyrody. 

Śnieg chrzęścił pod jego butami, powietrze tamowało oddech w piersi, mróz szczypał w 

policzki. W oddali słyszał bicie dzwonów na kościelnej wieży. 

Boże Narodzenie. 
Powinien być szczęśliwy. 
Kiedy   wychodził,   jasno   świeciło   słońce.   Zjadł   świątecznego   indyka   w   towarzystwie 

swoich serdecznych przyjaciół. Widział, jak ich dzieci z piskiem radości otwierają prezenty 
wyciągane spod ozdobionej świecidełkami choinki. 

Dom promieniował radością i ciepłem. Alessandro i Christy wreszcie pokonali kryzys, 

który zagroził ich małżeństwu. 

Czuł   ulgę.   Cieszył   się   ich   szczęściem.   Jednak   kiedy   zamknął   drzwi   i   odszedł, 

pozostawiając   za   sobą   ten   sielankowy   obrazek,   dokuczało   mu   uczucie   pustki.   Nic   tak 
skutecznie nie przypomina człowiekowi o jego samotności jak Boże Narodzenie. 

Nie brakowało wokół niego stosownych kandydatek. Nie był próżny, ale dobrze zdawał 

sobie sprawę z tego, jak wiele znajomych lekarek i pielęgniarek chciałoby wyzwolić go z 
okowów starokawalerstwa. Ale żadna z nich nie była tą wybraną. Oczywiście, umawiał się na 
randki. Był zdrowym, młodym mężczyzną i nikt nie oczekiwał od niego, że będzie żył w 
celibacie. Jednak niezależnie od tego, ile kobiet przewinęło się przez jego życie  w ciągu 
minionego roku, kolejne święta spędzał samotnie. Żadna z nich nie znalazła drogi do jego 
serca. 

Żadna poza Christy, ale ona wyszła za mąż za jego najlepszego przyjaciela i od tej pory 

skutecznie   wybił   ją   sobie   z   głowy.   Alessandro   ma   niebywałe   szczęście.   Christy   jest 
nadzwyczajną kobietą, a ich dzieci są takie ładne... 

Zaklął pod nosem i przyspieszył kroku. 
Co złego w tym, że jest sam? Nic. To święta Bożego Narodzenia z ich rodzinną tradycją 

wywoływały niepożądane myśli. Dlatego właśnie wybrał się na długi spacer, zamiast wrócić 
do swojego pustego domu. Mógłby pojechać na resztę dnia do szpitala, ale i tak spędzał tam 
większość   czasu.   Trudno   prowadzić   jakiekolwiek   życie   towarzyskie,   jeśli   świątek   piątek 
człowiek tkwi na posterunku. 

Szybki   marsz   poprawił   mu   nastrój.   Wyliczał   sobie   w   myślach   powody,   dla   których 

powinien czuć się szczęśliwy. Jest okazem zdrowia, ma świetną pracę w szpitalu, współpraca 
z  górskim  ochotniczym  pogotowiem  ratunkowym   przynosi   mu  satysfakcję.  Nie   powinien 
narzekać. 

Widoczność   stale   się   pogarszała.   Wiedział,   że   pora   zawrócić.   Dobrze   znał   okoliczne 

background image

szlaki   i   miał   ze   sobą   cały   potrzebny   ekwipunek,   ale   wyprawy   ratownicze   nauczyły   go 
respektu do gór. Nie chciał, by koledzy pędzili mu na ratunek, oderwani od rodzinnej biesiady 
przy świątecznym drzewku. 

Już miał zawrócić, kiedy jego uwagę przykuło coś pod grubą warstwą śniegu. Kolorowy 

błysk. Zmrużył oczy, ale nie mógł niczego wypatrzeć w śnieżnej bieli. 

Mógł uznać, że ma do czynienia z wytworem wyobraźni, ale dwanaście lat praktyki w 

ratownictwie górskim wyostrzyło jego czujność. Podszedł bliżej i stanął jak wryty. 

Nieduża postać, zupełnie przysypana śniegiem, kuliła się w skalnej szczelinie. Dziecko?
Nagle podniosła głowę, a wtedy Jake dojrzał, że to była  kobieta.  W dodatku bardzo 

piękna. 

Nie pamiętał,  aby kiedykolwiek  widział  tak niezwykłe,  egzotyczne  oczy.  Ciemne  jak 

owoc   tarniny,   ukryte   pod   długimi   rzęsami   podkreślającymi   bladość   skóry.   Kosmyki 
wilgotnych   czarnych   włosów   otaczały   twarz,   której   owal   i   wyraziste   kości   policzkowe 
wydały mu się zbliżone do ideału. W tej twarzy przykuwały uwagę usta, pełne i wyraziste. 
Ich   kształt   i   intensywny   jasnoróżowy   kolor   mógł   doprowadzić   do   szaleństwa   każdego 
mężczyznę. 

Wyglądała   delikatnie   i   kobieco.   Była   ostatnią   osobą,   którą   spodziewałby   się   znaleźć 

podczas zamieci w górach. 

Śnieg przyklejał się jej do włosów, a całe ciało dygotało. Wystarczyło jedno spojrzenie, 

by pojąć grozę sytuacji. Kobieta z pewnością nie była doświadczoną turystką, przygotowaną 
do wyprawy w góry. To było ostatnie miejsce, w jakim powinna się teraz znajdować. 

Dreszcze są dobrym znakiem, powtarzał sobie, zrzucając plecak i wyciągając z niego 

potrzebny ekwipunek. Kiedy ustają, ludzkie ciało nie jest w stanie dłużej wytwarzać ciepła. 
Nie   potrzebował   lekarskiego   dyplomu   i   praktyki   ratownika,   by   zdawać   sobie   sprawę,   że 
dziewczyna jest ofiarą hipotermii. 

Musi  ją   rozgrzać,   zbadać   i  zdecydować,   czy   sam   da  radę   ją   sprowadzić,   czy  będzie 

potrzebował pomocy ratowników. 

– Co tu robisz sama? Gdzie reszta? – Nie było czasu na wymianę uprzejmości i formalne 

prezentacje. Po odpowiedziach dziewczyny będzie mógł ocenić, na ile jest świadoma tego, co 
się dzieje. 

Czy jej znajomi zostawili ją i poszli po pomoc? Czy nie pomyśleli, że ktoś powinien z nią 

zostać? A może i oni są w tarapatach? Przez dłuższy czas nie otrzymał żadnej odpowiedzi i 
zaczął się obawiać, że jej stan jest dużo gorszy, niż mu się na początku wydawało. 

– Jak masz na imię? – Przykucnął przy dziewczynie i ujął jej twarz w dłonie, zmuszając, 

aby na niego spojrzała. – Powiedz, jak ci na imię. 

Utkwiła w nim ciemne oczy, a on dostrzegł w ich głębi coś, co zmroziło mu krew w 

żyłach. Pustkę i brak nadziei. 

– Miranda. – Jej głos wydawał się cieniutki i bezradny, zanikał w zimowym pustkowiu. – 

Jestem sama. 

– Proszę, usiądź na tym.  – Jake rzucił na śnieg grube ochraniacze. – Dobrze izolują. 

Ubranie nie będzie nasiąkać wilgocią. Musisz coś zjeść. 

background image

Wiedział, że najważniejsze jest rozgrzać ją od środka. Musi jej podać glukozę i gorący 

płyn  oraz zapobiec dalszej  utracie  ciepła. Wcisnął jej  do ręki batonik i włożył  na głowę 
wełnianą czapkę. Czekolada wyśliznęła się z jej palców, dziewczyna zamknęła oczy. 

– Nie jestem głodna. Zmęczona... – wyszeptała. 
– Musisz zjeść, Mirando. To cię rozgrzeje. Otworzyła  oczy i spojrzała na czekoladę, 

jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Niechętnie ugryzła kawałek. 

Jake zdjął z niej nasiąkniętą wilgocią kurtkę. Stanowiła wątpliwą ochronę przed deszczem 

w mieście, a co dopiero przed śnieżną nawałnicą w górach. 

– Nie zabieraj mi – wymamrotała w bezsilnym proteście, ale mokre okrycie leżało już na 

ziemi, a on wyjmował kolejne rzeczy z plecaka. 

– Musisz się cieplej ubrać, w suche rzeczy. Włóż na siebie polar, a na wierzch kurtkę 

przeciwdeszczową. 

Spojrzała  na ubrania, które rzucił  jej na kolana, ale się nie poruszyła.  Pozbierał  je z 

westchnieniem i zdecydował, że nie będzie czekał, aż ubierze się sama. Wciągnął jej bluzę 
przez głowę, włożył ręce w rękawy, powtórzył tę czynność z kolejnym polarem i wreszcie 
zapiął zamek błyskawiczny zapasowej kurtki. 

Przypominało to ubieranie szmacianej lalki. Była zupełnie bezwładna, nie stawiała oporu. 

Jego kurtka, choć o wiele za duża, była przynajmniej sucha i chroniła przed przejmującym 
wiatrem.  Owinął  jej   szalik  wysoko   wokół nosa,  by ogrzać   powietrze,  którym  oddychała. 
Zastanawiał się, co dalej. Ewakuacja helikopterem? Nie wchodzi w grę przy tej pogodzie. 
Wezwać   ekipę   ratunkową?   Dotarcie   na   miejsce   zajmie   im   parę   godzin,   a   w   tym   czasie 
Miranda zziębnie jeszcze bardziej. 

– Dobrze – pochwalił ją, zadowolony, że zjadła batonik. Podał jej następny i sięgnął do 

plecaka   po   termos.   –   Mamy   następujący   wybór.   Możemy   wezwać   ekipę   ratunkową, 
wygrzebać dół w śniegu, rozebrać się i zaszyć się w jednym śpiworze, a potem czekać na 
pomoc. 

– Czy to ma być nieprzyzwoita propozycja? – spytała z nieoczekiwanym przebłyskiem 

humoru. 

Coś w jej z lekka cynicznym tonie wywołało jego uśmiech. Zażartowała, a to dobry znak. 
– Wierz lub nie, nie ma w niej nic nieprzyzwoitego. Przemarzniętą ofiarę najszybciej 

można rozgrzać, jeśli się ją rozbierze i przytuli do nagiego człowieka. Ludzkie ciepło działa 
lepiej niż kaloryfer. 

Zęby jej szczękały, gdy z wysiłkiem przeżuwała drugi batonik. 
– To najbardziej oryginalny sposób podrywania, jaki zdarzyło mi się usłyszeć, a wierz mi, 

mam pewne doświadczenie. – Głos miała słaby i chrapliwy. – I nie jestem żadną ofiarą. 

Nie pora teraz na przekonywanie, że niewiele brakowało, aby się nią stała. 
– Druga opcja to marsz w dół. Musiałabyś wstać i iść. Dasz radę?
–   Oczywiście   –  odparła   i   wierzchem   dłoni   odgarnęła   śnieg   z   twarzy.   –  Co   ty   sobie 

myślisz? Że jestem całkiem do niczego?

Z ulgą pomyślał, że wyraźnie wraca do życia. 
– Wyjaśnij w takim razie, co tu właściwie robisz w taki dzień? Szukasz śmierci?

background image

–   Nie.   Rano   było   słońce.   –   Mimo   kilku   warstw   ubrania   nadal   szczękała   zębami.   – 

Wyszłam na przechadzkę, jak ty. 

– Nie jak ja. – Spojrzał wymownie na jej stopy w lekkich sportowych półbutach. 
– Nie mam innych. Myślałam, że mi wystarczą. 
–   Na   szlaku   przysypanym   świeżym   śniegiem?   Rękawiczek   też   nie   masz?   –   Z 

westchnieniem sięgnął do plecaka. – Bez górskich butów nie należy wybierać się w góry, 
zwłaszcza w środku zimy. Co właściwie sobie myślałaś?

Coś w wyrazie jej twarzy prowokowało go do dalszych pytań, ale przypomniał sobie, że 

chwila zwłoki może drogo kosztować. Nie było czasu na grzecznościowe konwersacje. Podał 
jej ciepłe rękawiczki. 

– Włóż, zanim odmrozisz sobie palce. Czy wiesz, jaka jest dziś temperatura?
– Nie, ale na pewno nie są to Bahamy. Chociaż kiedy wychodziłam, świeciło słońce. 
To często popełniany błąd, pomyślał Jake. Wiara, że bezchmurne niebo zapowiada piękną 

pogodę na cały dzień. 

– Jest Boże Narodzenie. Powinnaś siedzieć przy kominku razem z rodziną i jeść indyka. – 

Miał ochotę ugryźć się w język, ale było już za późno. Zachował się jak słoń w składzie 
porcelany. Jej słowa tylko to potwierdziły. 

– Nie  mam  rodziny – oznajmiła,  jakby nie stanowiło  to większego  problemu.  – Ale 

oczywiście masz rację. Nie powinnam wychodzić w góry. Zachowałam się głupio. Jednak 
było tak pięknie i chciałam spokojnie pomyśleć... 

–   I   nie   chciałaś   być   sama   w   Boże   Narodzenie.   Nie   musisz   mi   tego   tłumaczyć.   – 

Uśmiechnął   się   krzywo.   –   Ludzie   odpakowują   prezenty,   których   wcale   nie   chcieli,   od 
krewnych, których nie widzieli przez okrągły rok i objadają się, by potem przez następne 
miesiące pozbywać się zbędnych kilogramów. 

– To właśnie tu robisz? Unikasz otwierania prezentów i przybrania na wadze? – Spojrzała 

mu prosto w oczy. 

Przez chwilę chęć zamknięcia jej ust pocałunkiem była tak przemożna, że zrobił krok do 

tyłu. To nie jest właściwy czas ani miejsce. A może niewłaściwa kobieta. Nie wiedział, co ją 
gnębi, ale wyraźnie ma problemy. 

– Tak się składa, że kocham góry. To moje ulubione miejsce. 
Wstała z trudem i mocno objęła się ramionami, żeby stłumić dygot. 
– Miałam szczęście, że tędy przechodziłeś. Jeśli wskażesz mi kierunek, poradzę sobie. 

Przepraszam, że sprawiłam ci kłopot i zjadłam całą czekoladę. Może znajdziesz jej więcej pod 
choinką. 

Był   rozdarty   między   uczuciem   podziwu   i   politowania.   Wiedział,   że   jest   krańcowo 

przemarznięta i zmęczona. Znane mu kobiety wpadłyby w histerię. Miranda była wyjątkowo 
spokojna. Zbyt spokojna. 

– To nie centrum handlowe. Czy zdajesz sobie sprawę, co może ci grozić?
–  Tak.  Wystarczająco  dobrze.  Zakładam,   że  panikowanie  mi  nie  pomoże.   Lepiej   coś 

postanowić i trzymać się planu. 

– I właśnie to robiłaś, gdy znalazłem cię przy skale? Snułaś plany?

background image

– Zastanawiałam  się, która droga  prowadzi  w  górę, a która  w  dół. Nie chciałam  się 

pomylić, a w tej bieli wszystko się zlewało. Nie było różnicy między niebem a ziemią. 

– Zamieć i mgła. W górach to niebezpieczne połączenie. – Podał jej kubek i nalał z 

termosu kremowy płyn. – Wypij. 

– Co to jest? Nie pijam alkoholu, – A ja nie daję alkoholu ofiarom hipotermii. Mógłby je 

zabić. 

– Nie jestem żadną ofiarą. – Spojrzała na niego z gniewem. – Nie nazywaj mnie tak. 
Zastanowiło   go,   dlaczego   to   jedno   słowo   wyprowadzają   z   równowagi   bardziej   niż 

sytuacja, w której się znalazła. 

– Będziesz ofiarą, jeśli się prędko nie rozgrzejesz. To gorąca czekolada. Dodaje energii. 

Przestań   gadać   i   Pij–   Gorąca   czekolada?   Masz   w   plecaku   niezwykle   rzeczy.   –   Mocno 
trzymała   kubek   i   szczękała   zębami.   –   Ubrania   i   gorące   napoje.   Kim   jesteś?   Świętym 
Mikołajem?

– Dobrze wyposażonym alpinistą. 
– Nie wszystkich stać na drogi sprzęt – wymamrotała. 
–   Nie   chodzi   o   drogi   sprzęt,   tylko   o   bezpieczeństwo.   Jeśli   nie   jesteś   właściwie 

wyposażona, nie powinnaś tu być. – Usłyszał ostre tony w swoim głosie i zamilkł. Co się z 
nim dzieje? Każdy jest panem własnego losu. Ale to nie zmniejszało jego troski o Mirandę. 

Otrząsnął   się   i   pomyślał,   że   właściwie   nie   rozumie,   skąd   się   wzięło   nagłe   poczucie 

odpowiedzialności za zupełnie nieznajomą osobę. 

– Och... – Przymknęła oczy i oblizała  się. – Wspaniałe. Nigdy nie miałam w ustach 

czegoś równie pysznego. 

Widok   jej   długich   rzęs   i   pięknych   wydatnych   ust   podziałał   na   niego   jak   afrodyzjak. 

Stanowczo powinien częściej umawiać się na randki. Jest żałosny, skoro odczuwa pożądanie 
na widok półżywej kobiety. 

Wypiła czekoladę, a on wyciągnął z plecaka linę i uprząż. 
– Będziesz mnie opuszczał w dół? – spytała zaskoczona. 
– Przywiążę cię, bo twoje buty nie mają kolców, a ziemia jest śliska. Jeśli się pośliźniesz, 

to cię złapię. 

– Mogę cię pociągnąć za sobą. Powstrzymał się od uwagi, że ma więcej mięśni w jednym 

ramieniu, niż ona w całym ciele. 

– To wykluczone. 
Nabrała powietrza i uśmiechnęła się do niego w wymuszony, sztuczny sposób. 
– Dziękuję za czekoladę i okrycia. Czuję się dobrze. Dam sobie radę sama. Jeśli podasz 

mi adres, dostarczę ci rzeczy zaraz po świętach. 

Patrzył na nią, nie wierząc własnym uszom. 
– Dasz sobie radę sama?
Powinna   czepiać   się   go   kurczowo,   błagając,   by   jej   nie   zostawiał.   Tymczasem   ona 

odprawia go z kwitkiem. Widać, że przepełnia ją determinacja, by nie okazać najmniejszej 
słabości. 

–   Jest   mi   już   ciepło   i   nie   potrzebuję   pomocy,   choć   z   przyjemnością   pożyczyłabym 

background image

czapkę. Przepraszam za kłopot. 

– Kłopot? – Z trudem nadążał za tokiem jej myśli. – Mirando, nie masz pojęcia, gdzie się 

w tej chwili znajdujesz. Nie masz nic, co pozwoliłoby ci przetrwać kolejną godzinę przy tej 
pogodzie. Jak sobie wyobrażasz schodzenie w dół o własnych siłach?

– Bądź tak miły i pokaż mi szlak. Powiedz, czy mam skręcić w lewo, czy w prawo. 

Reszta będzie prosta. 

– Szlak – rzekł łagodnie – jest pod kilkunastocentymetrową warstwą śniegu. Nie idzie ani 

w lewo, ani w prawo, tylko zakosami. Jeśli zrobisz parę zbędnych kroków w lewo, znajdziesz 
się na dnie doliny szybciej, niż planowałaś. Zboczysz ze szlaku z prawej strony, spadniesz w 
przepaść. 

– Jestem przekonana, że dam radę – upierała się, ale uśmiech znikł jej z twarzy. 
– Ciekaw jestem, w jaki sposób. – Z trudem krył ironię. 
– Umiem sobie radzić. I zawsze spadam na cztery łapy.  – Coś w jej głosie zwróciło 

uwagę Jake’a. 

Czy stara się przekonać jego, czy samą siebie? Zaintrygowany i zbity z tropu potrząsnął 

głową. Raz jest rozmowna, to znowu nieobecna duchem. Jakby przetrwanie nie było sprawą 
najważniejszą. 

Zignorował jej protesty i zapiął pas uprzęży w talii. 
– Nie chcę, żebyś dla mnie rezygnował ze spaceru! Była nieustępliwa w swojej potrzebie 

niezależności. 

Potarł ręką brodę i odwołał się do innych argumentów. 
– Schodzę już w dół. Chcesz czy nie, idziemy w jedną stronę. 
– Jeśli rzeczywiście tak jest... – Ustąpiła. – Po co ci całe to wyposażenie?
– Zawodowe przyzwyczajenie. 
– Jak to?
– Należę do górskiego pogotowia ratunkowego. Jeśli w tej chwili nie ruszymy w dół, 

będziemy musieli wzywać ekipę, a dla mnie będzie to niebywale krępujące. Możesz iść?

Spojrzała z niechęcią na mgłę i śnieg przed nimi. 
– Naturalnie. Jestem tylko przemarznięta. – Potupała nogami, by udowodnić, że nadal jej 

służą. – Daleko do miasteczka?

– Nie zauważyłaś?
– Byłam zamyślona i po prostu szłam przed siebie. Coś w jej głosie znowu obudziło jego 

czujność. Co ją tak zaabsorbowało, że straciła poczucie czasu i nie zauważyła  załamania 
pogody? Ale nie skomentował, tylko wskazał głową kierunek. 

Dostosował do niej krok. Na trasie obserwował ją uważnie. Nie była już bliska śmierci z 

przemarznięcia,   jak   wtedy,   gdy   ją   znalazł.   Znajdowali   się   w   pobliżu   parkingu.   Nie   ma 
powodu do zmartwienia. Niepokoił go jednak pusty, nieobecny wyraz jej wielkich ciemnych 
oczu. Kiedy ruszyli, pogrążyła się w milczeniu, patrzyła przed siebie i posłusznie szła tam, 
gdzie jej wskazał. Intuicja mówiła mu, że coś jest nie w porządku. Czemu nie lubi świąt? Czy 
stara się uniknąć widoku cudzego szczęścia?

Bez problemów dotarli na parking. Mgła podniosła się na tyle, że widać było pojedynczy 

background image

samochód. Jego własny. 

– Gdzie stanęłaś?
– Tutaj. – Wskazała ręką. 
– Ukradli ci auto! – wykrzyknął, gdy we wskazanym miejscu nie zauważył niczego. Na 

opuszczonych parkingach takie sytuacje się zdarzają. 

– Nie mam samochodu. Mam rower. 
Teraz dostrzegł stary, przerdzewiały wehikuł oparty o drzewo. Zdjęła z głowy czapkę. 
– Co robisz?
– Oddaję ci ubranie. Dziękuję za pomoc. 
– Poczekaj. – Wcisnął jej czapkę na głowę i drgnął, gdy jedwabiste pasmo zawinęło się 

wokół jego palca. – Nie możesz wracać na rowerze. Jesteś przemarznięta. 

– Rozgrzeję się w... – zawahała się lekko – w domu. 
Czy tylko wyobrażał sobie, że jej głos zadrżał, gdy wymówiła słowo „dom”? Wyłapywał 

różne   niepokojące   sygnały   i   nie   był   pewien,   co   właściwie   znaczą.   Ale   miał   zamiar   się 
dowiedzieć. 

– Jakie masz plany? Spędzasz resztę dnia z przyjaciółmi?
– Nie. Ale to bez znaczenia. Poradzę sobie. Dlaczego ktoś taki jak ona spędza święta 

samotnie?

Nagle z całych sił zapragnął wyjaśnić, co się stało i dlaczego ma taki bezbrzeżny smutek 

w oczach. A jeszcze bardziej pragnął wziąć ją w ramiona i całować te białe policzki, aż się 
zaróżowią. 

Nie pamiętał już, kiedy ostatnio tak silnie podziałała na niego jakaś kobieta. Chwycił ją za 

rękę i pociągnął za sobą. 

– Idziemy. – Otworzył przed nią drzwi samochodu. – Wskakuj. Przyniosę twój rower. 
Popatrzyła   na   niego   niepewnie,   z   wyraźnym   oporem,   ale   on   uśmiechnął   się   do   niej 

zniewalająco. 

– To Boże Narodzenie, Mirando. Jesteśmy jedynymi ludźmi na świecie, którzy nie mają 

dziś towarzystwa. Proponuję, żebyśmy spędzili święta razem. Rozgrzejesz się, wyciągniemy 
się na miękkiej kanapie i przez cały wieczór będziemy oglądać romantyczne komedie. 

Spojrzała na niego chłodno i pokręciła głową. 
– To nie jest nieprzyzwoita propozycja – zapewnił ją – tylko przyjacielska. Bez ukrytych 

motywów. 

– Każdy ma ukryte motywy. 
– W porządku. Przyłapałaś mnie. Powody są czysto egoistyczne. Nie chcę sam spędzać 

świąt.   To   mnie   przygnębia.   Uratowałem   cię,   teraz   sam   proszę   o   pomoc.   Dotrzymaj   mi 
towarzystwa. 

Jej opór wyraźnie osłabł. Potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić niepożądaną pokusę. 
– To głupie. Ja... 
Przekonanie jej wydało mu się teraz najważniejszą rzeczą na świecie. Nie pozwoli jej 

odejść. 

– Czy masz jakieś inne zobowiązania?

background image

– Nie. – Piękne ciemne oczy zachmurzyły się. Utkwiła wzrok w oddali, a potem nagle 

podjęła decyzję. – Dobrze. Na kilka godzin. 

Reszta świąt wydała mu się nagle bardzo atrakcyjna. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Leżała w wannie wypełnionej gorącą wodą i rozkoszowała się ciepłem docierającym do 

każdego zakamarka jej przemarzniętego ciała. Na krześle po drugiej stronie wielkiej łazienki 
leżał stosik suchych ubrań przygotowanych przez tego mężczyznę. 

Ten mężczyzna... 
Świadomość, że do tej pory nie spytała go o imię, wywołała tylko lekki uśmiech na jej 

twarzy. Pewnie powinno ją to martwić, ale tak nie było. 

Nie bała się obcych. Z doświadczenia wiedziała, że ból zadają najbliżsi. Czyż policja nie 

szuka sprawców morderstwa przede wszystkim wśród krewnych ofiary?

Nie czuła lęku przed obcymi, a zwłaszcza przed mężczyzną, który ją uratował. 
Dobrze,   że   uległa   niespodziewanemu   impulsowi   i   przyjęła   jego   zaproszenie.   Jest 

pierwszy   dzień   świąt,   a   ona   nienawidzi   Bożego   Narodzenia.   Nie   miała   najmniejszego 
powodu, by wracać do swojego pustego, nieprzytulnego mieszkania. 

Nie rezygnowała z samowystarczalności. Zaproszenie jest tylko na jeden dzień. Zniknie 

wraz z nadejściem zmierzchu  i nigdy już tego  mężczyzny  nie zobaczy.  Nie będzie  mieć 
najmniejszych   wyrzutów   sumienia,   bo   to   on   uparł   się,   że   pragnie   jej   towarzystwa,   gdyż 
nienawidzi samotnych świąt. 

Dlaczego   tak   atrakcyjny   mężczyzna   uskarża   się   na   samotność?   Już   raczej   by   się 

spodziewała, że kobiety będą się bić o jego towarzystwo. 

Zycie nie zawsze sprawiedliwie rozdaje ludziom to, na co zasługują. Należy jak najlepiej 

wykorzystać każdą chwilę. W tym momencie postępowała zgodnie z tą zasadą. 

Kiedy już usprawiedliwiła we własnych oczach swoje postępowanie, mogła cieszyć się 

luksusem   pachnącej   olejkami   kąpieli.   Nuciła   pod   nosem,   by   nie   zapaść   w   drzemkę,   ale 
powieki jej same opadały. 

Głupio by było uniknąć śmierci z wychłodzenia tylko po to, by utopić się w gorącej 

kąpieli. Wyjęła korek i niechętnie wyszła z wanny. To jedyny sposób, by nie zasnąć. 

Sięgnęła po pozostawiony na oparciu krzesła puszysty ręcznik. Jak cudowne jest uczucie 

rozleniwiającego   ciepła.   Przyjrzała   się   przygotowanym   ubraniom.   Zdecydowała   się   na 
wełniane spodnie od dresów i luźny sweter. Na swój widok w lustrze zaczęła się śmiać. 
Wygląda jak kot w butach. Spodnie są o ćwierć metra za długie, a rękawy swetra zwisają 
luźno za koniuszki palców. 

To ją otrzeźwiło. 
Co właściwie tu robi?  Dlaczego przyjęła  zaproszenie?  Miała  zamiar  odmówić,  ale w 

mężczyźnie było coś, co sprawiło, że mu uległa. 

Przetarła zaparowaną powierzchnię lustra i przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu. 

Pod oczami miała podkówki. Źle sypia i powinna coś z tym zrobić. Potrzebuje odpoczynku. 
Musi przemyśleć... 

– Mirando?
Jego głos po drugiej stronie drzwi wyrwał ją z zamyślenia tak nagle, że aż podskoczyła. 

background image

– Mogę wejść?
– Tak. Już się ubrałam. 
Na jego widok serce jej podskoczyło. Taki mężczyzna musi przykuwać uwagę wszystkich 

kobiet, i to nie tylko ze względu na widoczną siłę i sprawność fizyczną. Przebrał się w obcisłe 
czarne dżinsy i niebieski sweter podkreślający błękit oczu. Wilgotne włosy świadczą o tym, 
że wziął prysznic. Widocznie w domu jest jeszcze jedna łazienka. 

Spojrzał na nią taksująco, a ona poczuła, że się czerwieni. Potem stwierdziła pulsowanie 

płynnego   ciepła   gdzieś   wewnątrz   swojego   ciała.   Nigdy   jeszcze   nie   doświadczyła   czegoś 
podobnego. 

Mężczyzna przejechał dłonią po karku i zauważył z lekkim rozbawieniem:
– Nie mamy takiego samego rozmiaru. 
– Nie szkodzi. – Podciągnęła rękawy. Ubranie ukrywa przed jego wzrokiem wszystko, co 

chciała schować. 

Nie miała ochoty na tłumaczenia. 
–   Podwiń   nogawki,   żebyś   nie   skręciła   karku   na   schodach   –   poradził   jej,   wyciągając 

kolejny ręcznik ze stosu czystych rzeczy. – Chodźmy. W salonie pali się ogień w kominku. 
Będziesz mogła wysuszyć włosy. 

Posłusznie   poszła   za   nim,   rozglądając   się  ciekawie.   Dom   jest   ogromny,   pomyślała   z 

zazdrością. Przestronny i piękny. Lśniące parkiety, puszyste dywany, wielkie okna. Całość 
była stylowa i przyjazna. 

– Moja siostra jest dekoratorką wnętrz – wyjaśnił, podchwytując jej spojrzenie. – Nie 

mogła się oprzeć pokusie i urządziła mój dom. To się nazywa nadopiekuńczość. 

– Masz szczęście. – Wiele by dała za to, by mieć równie troskliwe rodzeństwo, nawet 

gdyby oznaczało to wtrącanie się do jej życia. 

Okna   salonu   wychodziły   na   ogród   i   trawnik   opadający   aż   do   brzegu   jeziora.   Mgła 

podniosła się, śnieg przestał prószyć i w oddali widać było góry, śnieżne i majestatycznie 
piękne. 

W kominku trzaskał ogień. Miranda poczuła nieodpartą pokusę, by położyć się przed nim 

na puszystym owalnym dywaniku i mruczeć z ukontentowania jak kot. 

Trudno   było   uwierzyć,   że   ludzie   żyją   w   takich   bajkowych   warunkach,   pomyślała, 

skierowując uwagę na obrazy zawieszone na ścianie. Wszystko to wydawało się nierealne. 
Przeciwieństwo jej normalnego życia. 

Jedna   z   fotografii   na   kominku   przedstawiała   młodego   mężczyznę   tarzającego   się   w 

śniegu   z   dwójką   rozbawionych   chłopców.   Trudno   było   nie   rozpoznać   jej   gospodarza   po 
figlarnym uśmiechu, błękitnych oczach i ciemnej czuprynie. Z trudem wydobyła z siebie głos:

– Jesteś żonaty? To twoje dzieci? – Nie chciała usłyszeć odpowiedzi. Dlaczego przyszło 

jej do głowy, że mężczyzna taki jak on jest wolny?

– To moi siostrzeńcy. Nie jestem żonaty. – Utkwił w niej wzrok, czujny i surowy. – Jak 

mogłaś   pomyśleć,   że   zaprosiłbym   cię   tutaj,   gdybym   miał   rodzinę?   Czy   wyglądam   na 
żonatego?

– Pozory mylą. – Miała nadzieję, że nie zauważy nagłego drżenia jej rąk, gdy odstawiała 

background image

zdjęcie na kominek. 

Powinnam   natychmiast   wyjść,   pomyślała,   zbita   z   tropu   nieoczekiwaną   huśtawką 

nastrojów. Ale sama myśl o powrocie do lodowatej sypialni z gołymi ścianami, z których 
obłazi farba, wystarczyła, aby odebrać jej wszelką ochotę do ruszenia się stąd. Nie spieszyło 
jej się, by wracać do siebie. 

Skoro nie jest żonaty, nic nie szkodzi zostać. Nie robi nikomu krzywdy. 
Tylko na jeden dzień, obiecała sobie. Potem wróci do twardej rzeczywistości. 
Sofa, na której usiadła, była miękka i wygodna, człowiek zapadał się w nią z przyjemnym 

uczuciem, że może zwinąć się w kłębek i zasnąć. 

– To piękny pokój. 
– Dziękuję. Czego się napijesz? Wina? Szampana?
– Proszę o coś bez alkoholu. Sok, może tonik. 
– To przecież święta. Naprawdę nie masz ochoty na coś mocniejszego?
–   Dziękuję.   Czeka   mnie   jeszcze   jazda   do   domu.   Piłeś,   nie   jedź.   Nawet   jeśli   jest   to 

zardzewiały przedpotopowy rower. 

Uśmiechnął się i podał jej pełną szklankę. 
– Gdzie jest twój dom, Mirando, i dlaczego nie świętujesz Bożego Narodzenia?
–   To   nie   jest   moja   ulubiona   pora   roku   –   wykręciła   się   i   oboje   wymienili   nieśmiałe 

porozumiewawcze uśmieszki. 

– Za dużo rodzinnego szczęścia w medialnej propagandzie?
– To nonsens. Wszystko po to, żeby ludzie uwierzyli w mit rodzinnej sielanki wymyślony 

przez   specjalistów   od   reklamy.   Wystarczy   poskrobać   po   tej   błyszczącej   powierzchni,   a 
ukazuje się zupełnie inny obraz. 

– Jaki?
– Każda rodzina ukrywa swój mroczny sekret. – Sączyła napój w zamyśleniu. – Weźmy 

typową familię z reklamy jogurtu. 

– Zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci. Dwoje dzieci i pies. Słońce zawsze świeci nad ich 

głowami, a nieba nie przykrywa najmniejsza chmurka. 

– Właśnie. A chcesz znać prawdę? Ojciec rodziny najprawdopodobniej ma romans  z 

najlepszą przyjaciółką swojej żony. Ona jeszcze o tym nie wie albo jej to nie interesuje, bo 
sama prowadzi podwójne życie. Pod nieobecność męża pracuje w agencji towarzyskiej i sypia 
z przygodnymi mężczyznami. Przebywanie z nim nie sprawia jej przyjemności. Wyjątkiem są 
chwile, kiedy razem jedzą jogurt przed całą ekipą filmową. 

W   jego   oczach   zamigotało   rozbawienie.   Przechylił   głowę   na   bok   i   spojrzał   na   nią 

przekornie. 

– A dzieci?
Usadowiła   się   wygodniej   na   kanapie,   zastanawiając   się,   dlaczego   tak   dobrze   im   się 

rozmawia. 

– Córka jest tak nieszczęśliwa z powodu braku zainteresowania ze strony rodziców, że 

regularnie wyprawia się z bandą podobnych sobie wyrostków na drobne sklepowe kradzieże. 
Pali papierosy w szkolnej toalecie i zaczyna eksperymentować z narkotykami. Jej młodszy 

background image

brat jest ofiarą okrucieństwa szkolnych kolegów, ale nie zwierzył się nikomu. Nikt z bliskich 
tego nie zauważył, bo są zbyt zajęci ignorowaniem się nawzajem. 

Zatrzymała się, by nabrać powietrza, a on uniósł brwi pytająco. Rozbawienie ustąpiło 

miejsca skupieniu. 

–   A   pies?   Wygląda   jak   poczciwy,   dobrze   ułożony   labrador.   Chcesz   powiedzieć,   że 

pogryzł sąsiadkę i potrzebuje konsultacji psiego psychiatry?

– Otrzymali niejedno oficjalne upomnienie od policji, bo zanieczyścił chodnik i w nocy 

szczeka głośno, budząc sąsiadów. To, że sprawia wrażenie przyjacielskiego zwierzaka, nie 
znaczy, że taki jest. Psy, tak jak ludzie, potrafią cię zaskoczyć. 

– To prawda. – Przyjrzał jej się badawczo. – Nakreśliłaś portret prawdziwie piekielnej 

rodzinki. 

– Wydaje mi się, że raczej typowej rodziny z sąsiedztwa. – Przestała się uśmiechać. – 

Chciałam   tylko   udowodnić,   że   medialny   obrazek   rozmija   się   z   rzeczywistością.   Rodzina 
rzadko bywa idealna. 

– Mówisz tak z doświadczenia?
Nagle uświadomiła sobie, że powiedziała za dużo. Odsłoniła się bardziej, niż zamierzała. 
Powoli obracał szklankę w palcach, wpatrując się w wirujący płyn. 
– Zgadzam się, że życie rodzinne nie jest proste i łatwe – rzekł z namysłem. – Zgadzam 

się też, że niełatwo znaleźć właściwego partnera i wspólnie pokonywać trudności. Sporo ich 
piętrzy się przed ludźmi w dzisiejszym zabieganym, nastawionym na sukces i konsumpcję 
świecie. Myślę też, że każdy ma trochę inną definicję szczęścia i czego innego poszukuje. 
Dlatego tak ważne jest znaleźć drugą osobę, która podzielałaby twój sposób myślenia i z którą 
można by wspólnie odnaleźć szczęście. 

– Naprawdę sądzisz, że to możliwe? – Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
– Dlaczego nie?
– To romantyczna wizja związku. 
– Nie zgadzam się. Myślę, że bardzo realistyczna. 
– Wiara w rodzinne szczęście nie jest realistyczna. 
– Najwyraźniej nie spotkałaś nigdy szczęśliwych par. 
– Ty też. Nie możesz sądzić po pozorach. Musisz być w środku, żeby poznać prawdę. 

Masz pewnie przyjaciół, którzy sprawiają wrażenie szczęśliwych. To nic nie znaczy. 

Zmarszczył lekko brwi i dziwny cień przemknął po jego twarzy. 
– Mam przyjaciół, którzy są szczęśliwi. I wiem o tym dobrze. 
– Skąd ta pewność? Nie jesteś z nimi, kiedy zostają sam na sam. Co możesz wiedzieć o 

kłótniach, które toczą w zaciszu sypialni?

– Nic, ale wiem wiele na temat kłótni, które toczą publicznie – zauważył sucho i sięgnął 

po   butelkę,   żeby   sobie   dolać.   –   Ona   jest   Irlandką,   a   on   Hiszpanem.   Powiedzieć,   że   ich 
małżeństwo jest burzliwe, i tak będzie eufemizmem. Ale uwierz mi, trudno o szczęśliwszych 
ludzi.   To,   co   innych   by   wystraszyło,   znakomicie   zdaje   egzamin   w   przypadku   tej   pary. 
Właśnie to miałem na myśli,  kiedy mówiłem  o konieczności znalezienia swojej połówki, 
człowieka,   który   podobnie   jak   my   rozumie   i   przeżywa   świat.   Szczęście   jednej   pary   jest 

background image

piekłem innej. 

Miranda poczuła zimny dreszcz. Wiedziała wystarczająco dużo o piekle. Zapadła cisza, a 

potem sprężyny kanapy ugięły się, gdy usiadł obok. 

– Opowiedz mi o sobie. O czym w tej chwili myślisz?
–   O   niczym   szczególnym.   –   Powiedziała   już   wystarczająco   dużo.   Podała   mu   pustą 

szklankę. – Jeśli jesteś takim romantykiem, czemu się do tej pory nie ożeniłeś?

–   Nie   jestem   pewien,   czy   naprawdę   jestem   romantyczny.   Nie   mam   żony,   bo   jestem 

bardzo wybredny, jeśli chodzi o osobę, z którą miałbym dzielić życie. 

Mgiełka   w   jego   oczach   na   chwilę   odebrała   jej   dech.   Ze   złością   przywołała   się   do 

porządku. Już raz straciła głowę dla człowieka z uroczym uśmiechem i gładką wymową. Nie 
zamierzała ponawiać tego błędu. 

–   W   moim   odczuciu   największym   problemem   jest   rozziew   między   oczekiwaniami   a 

rzeczywistością. Wszyscy ludzie mają wady. Jeśli się spodziewasz, że twoja rodzina będzie 
ich pozbawiona, jesteś skazana na rozczarowanie. 

– Możliwe.  – Przypomniała  sobie  nagle, że  nic o nim nie  wie. – Czy zdajesz sobie 

sprawę, że nawet nie spytałam o twoje imię?

– Jake. Jake Blackwell. – Uśmiechnął się. Pasuje do niego, pomyślała z aprobatą. 
– Nie podziękowałam ci jeszcze za uratowanie mnie w górach, Jake. 
– Cała przyjemność  po mojej  stronie. Dobrze jest mieć  towarzystwo  w  czasie świąt. 

Obiecaj mi tylko, że nie wybierzesz się więcej w góry bez odpowiedniego wyposażenia i 
samotnie. 

–   Mogę   coś   zrobić   w   sprawie   ekwipunku,   jednak   nie   mam   wpływu   na   znalezienie 

doświadczonego przewodnika. Niedawno się tu przeniosłam i nikogo jeszcze nie znam. 

– Znasz mnie. – Ciche stwierdzenie zawisło w powietrzu. 
Coś w jego oczach spowodowało, że serce jej zadrżało. Opanuj się, upomniała sama 

siebie. Zdrowy rozsądek jest ważniejszy niż wzajemna chemia. 

– Jestem pewna, że masz lepsze rzeczy do roboty niż holowanie po górach kompletnej 

nowicjuszki. 

–   Niezupełnie.   –   Zaśmiał   się.   –   Ilekroć   będziesz   miała   ochotę   na   górską   wędrówkę, 

chętnie będę twoim przewodnikiem. 

– Dziękuję – odparła, nie patrząc mu w oczy. Nie chciała przyznać, że już się więcej nie 

spotkają. 

Jest to zupełnie wykluczone. Jej życie wystarczająco się skomplikowało i do tej pory nie 

wie,   czy   uda   się   poskładać   je   w   zborną   całość.   Zresztą   z   jego   strony   były   to   tylko 
grzecznościowe deklaracje wobec świątecznego gościa. 

– Czas na posiłek – zadeklarował. – Pobuszuję w kuchni i przygotuję coś na ząb, a potem 

wyciągniemy się na kanapie i będziemy oglądać usypiająco nudny program telewizyjny. 

Wkrótce przyniósł świąteczne dania i włączył telewizor. Więcej jednak rozmawiali, niż 

oglądali. Miranda nie mogła się nadziwić, jak szybko mija czas. 

Powinna już pójść, myślała niechętnie, ale jakoś trudno jej było się do tego zebrać. Nie 

miała ochoty wracać do zimnego łóżka w wynajmowanym mieszkanku, w którym czuła się 

background image

źle i samotnie. Jedyną zaletą był niski czynsz, a w tej chwili to jest dla niej najważniejsze. 

Kiedy Jake poszedł do kuchni po dokładkę różnych specjałów, przerzucała bezmyślnie 

kanały, aż trafiła na ogłoszenie fundacji organizującej pomoc dla sierot. Z ekranu patrzyły na 
telewidzów smutne oczy, a głos narratora informował, że to jedno z wielu dzieci czekających 
na adopcję, które kolejną Gwiazdkę spędza bez rodziców. 

Łzy zapiekły ją w oczach. Zamrugała ze złością powiekami. Co u licha się z nią dzieje? 

Doskonale zna odpowiedź. Wie, jaki jest powód niestabilności emocjonalnej, która ją tak 
denerwowała, ale wcale nie było jej z tym łatwiej. 

– Płakałaś. Wyglądasz tak smutno. Coś się stało? – spytał z niepokojem Jake. Postawił na 

stole tacę z ciastkami bakaliowymi i przysiadł obok niej. 

Zawstydziła się swojego braku samokontroli i zmusiła do uśmiechu, niezadowolona, że 

zobaczył ją w tym stanie. 

– Nie płakałam. Jestem tylko zmęczona. – Po części było to prawdą. – Powinnam pójść 

do domu. 

– Z pewnością nie wyjdziesz stąd, zanim nie skosztujesz tych babeczek. A jeśli myślisz, 

że wypuszczę cię w tym stanie, to mnie jeszcze nie znasz. Jest wcześnie. Mamy mnóstwo 
czasu.   Bardzo   bym   chciał,   abyś   mi   szczerze   powiedziała,   co   ci   jest.   Czy   to   świąteczna 
depresja, czy coś innego?

– Nie. To zwykła głupota. – Mimo jej wysiłków z oczu znowu poleciały łzy. Przyciągnął 

ją do siebie i przytulił. 

Miał twarde mięśnie i emanował siłą i bezpieczeństwem. Trochę mimowolnie Miranda 

pozwoliła sobie na moment słabości i luksus wsparcia się na cudzym ramieniu. Tylko na 
chwilę, obiecała sobie. Nic złego się nie stanie. 

Odsunął ją delikatnie i podniósł palcami jej brodę. 
– Jesteś niewiarygodnie piękna. 
Niski, zachrypnięty głos przejął ją dreszczem. Serce waliło jej w piersiach, gdy zatopiła 

wzrok w błękicie jego oczu. 

Uciekaj, Mirando, powtarzał jej wewnętrzny głos, ale nie była w stanie się ruszyć. 
Jego wzrok osunął się na jej wargi. Jack wolno pochylił  nad nią głowę, po czym  ją 

pocałował. Najpierw delikatnie, muskając tylko usta, później odważniej, smakując ją i kusząc. 
Zamknęła  oczy.  Świat wirował wokół, a potem miała  wrażenie,  że spada i nie może  się 
zatrzymać. Słyszała tylko pulsowanie własnej krwi. 

W całym dorosłym życiu nie czuła się tak jak w tej chwili. Nie pamiętała już, dlaczego 

płakała. Nie pamiętała o niczym innym. 

– Och. Co ty... Powinnam już iść – mamrotała w złudnej próbie odzyskania kontroli nad 

sytuacją. 

– Zostań. – Jego oddech musnął jej policzek. – Zostań na noc. Spędźmy razem jutrzejszy 

dzień. Nie musisz nigdzie iść. 

Odbierała go wszystkimi zmysłami. Nie chciała tego czuć. Uczucia oznaczają, że jest 

bezbronna, a to prowadzi tylko do bólu. 

– Jutro pracuję. Muszę wracać do domu – broniła się bez przekonania. 

background image

Nikt   przy   zdrowych   zmysłach   nie   nazwałby   domem   koszmarnej   nory   z   wilgotnymi 

zaciekami na ścianach i zadeptanym chodnikiem na podłodze. 

– Jutro – szeptał, szukając znowu jej ust. – Wrócisz do domu jutro. 
Gdzie nauczył się całować tak, jakby świat miał się skończyć? Jego pocałunki przenosiły 

ją w zupełnie inne miejsce. Znikały czynszowe kamienice z chodnikami zamiast dywanów i 
ich gburowaci właściciele. Spowijał ją zmysłowy obłok erotycznej obietnicy. Wszystko nagle 
wydawało się idealne, nawet jeśli rzeczywistość jest najdalsza od ideału. 

– Na górę – poprosił Jake, próbując ściągnąć z niej sweter. Nagle zamarła i pokręciła 

głową. Nie może mu na to pozwolić. Nie chce, by się zorientował. 

– Nie możemy. 
– Dlaczego? Przecież nikt na ciebie nie czeka. Jego ręce były takie ciepłe, gdy pieścił 

delikatnie jej plecy. Odepchnęła go od siebie. 

Chciało jej się śmiać i płakać jednocześnie. Dlaczego pojawił się w jej życiu teraz, kiedy 

absolutnie nie ma dla niego miejsca?

– Zapewne powinienem cię przeprosić – wyszeptał jej do ucha. – Ale nie będę tłumaczył 

się z czegoś, co było dobre i właściwe. 

Przygryzła wargi i czekała, aż serce przestanie jej walić w piersiach. 
– Przyniosłeś przed chwilą ciastka, czy mi się tylko wydawało?
– Chcesz zmienić temat? – spytał z niedowierzaniem. 
– Tak. – Mogła sobie tylko życzyć, żeby nie patrzył na nią tak prowokująco, bo gubiła 

wątek. – Jestem głodna. 

– Jak na drobną kobietkę masz monstrualny apetyt – skomentował, podając jej talerz. – 

Można by pomyśleć, że nie jadłaś od miesiąca. Zaśmiała się i wzięła dokładkę. 

– Pyszne. Sam piekłeś?
– Nie żartuj. Jestem tylko mężczyzną. Radzę sobie w kuchni, ale pieczenie ciastek z 

bakaliowym   nadzieniem   przerasta   moje   możliwości.   Zawdzięczamy   to   danie   uprzejmości 
mojej siostry. Podczas ostatniej wizyty napełniła lodówkę w kuchni. 

– To ta, która jest matką dzieci z fotografii?
– Tak. Ma na imię Jessica. 
Miranda westchnęła. Wiele by dała za siostrę, która przed świętami przywozi smakołyki 

własnej roboty. 

Zjadła kolejne dwie babeczki i zdecydowała, że następna dokładka stanowiłaby grzech 

obżarstwa, więc opadła na kanapę, rozkosznie przejedzona i rozleniwiona. 

– Pięć minut – zdecydowała, przymykając oczy. – Polezę pięć minut i pójdę do domu. 
Ale zanim skończyła mówić, zapadła w głęboki sen. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Telefon wyrwał go z cudownego snu, w którym miękkie usta darzyły go pocałunkami, a 

jedwabiste włosy przysłaniały świat. Protestując pod nosem, sięgnął po słuchawkę. 

– Doktor Blackwell?
Rozpoznał głos starszej położnej z porodówki i z miejsca oprzytomniał. 
– Ruth?
Rozejrzał się wokół i w tym momencie uświadomił sobie, że jest sam. Gdzie się podziała 

Miranda? Zasnęła na kanapie, więc przykrył ją kocem i sam także się zdrzemnął. Ale teraz nie 
było po niej śladu. Słabe zimowe słońce prześwitywało przez okna, a on uświadomił sobie, że 
jest już ranek. 

– Jestem, jestem – odrzekł, gdy ze słuchawki popłynął potok słów. – Co się dzieje?
– Mamy tu zupełny koszmar. Przed chwilą przyjęliśmy kobietę, która zamierzała rodzić w 

domu. To jej piąte dziecko. Poprzednie urodziła przez cesarskie cięcie. 

–   Piąte   dziecko?   Cesarskie?   –   upewniał   się,   jeszcze   zaspany.   Przeciągnął   się,   by 

rozprostować   nogi.   Od   studenckich   czasów   nie   spał   na   kanapie.   –   To   nie   jest   dobra 
kandydatka do porodu domowego. 

–   W   dodatku   nie   zarejestrowała   się   u   żadnej   położnej   –   powiedziała   Ruth   wyraźnie 

zdegustowana. – Przyjechała na święta do rodziców męża i teściowa zmusiła ją do zgłoszenia 
się na oddział położniczy. Strasznie trudna pacjentka. Rozhisteryzowana. Nienawidzi szpitali. 
Nie   ufa   lekarzom.   Udało   mi   się   namówić   ją   na   zbadanie   rytmu   serca   płodu   i   jestem 
zaniepokojona lekką arytmią. Wesołych świąt, Jake. 

– Coś jeszcze?
– Ale to ci się nie spodoba. 
– Pierwsza wiadomość też mi się nie spodobała. Mów. 
– Lucy Knight odeszły wody. 
– Do diabła, to dopiero trzydziesty czwarty tydzień. Kiedy to się stało?
– Zadzwoniła rano. Jest już na miejscu. Doktor Hilton robił obchód i chciał ją obejrzeć, 

ale powiedziałam, że jesteś w drodze. 

– Dziękuję. Jesteś nieoceniona. 
Taki   kolega   jak   Edgar   Hilton   to   wątpliwa   korzyść.   Był   szanowanym   położnikiem   i 

autorem licznych publikacji, ale znany był też z ingerowania w proces porodu niezależnie od 
tego, czy istniała taka potrzeba, czy nie. Jake często spierał się z nim na ten temat. 

– Ma skurcze? – Z telefonem przy uchu poszedł do kuchni, słuchając wyjaśnień położnej. 

– Proszę ją monitorować. Będę tak szybko, jak to tylko możliwe. 

Nigdzie   nie   było   śladu   Mirandy.   Kiedy   wyszła?   W   nocy   czy   rano?   Ta   kobieta 

zaintrygowała   go   bardziej   niż   jakakolwiek   inna.   A   teraz   zniknęła   jak   sen.   Czy   był   zbyt 
natarczywy? Nie miał pojęcia, gdzie jej szukać. Nie wziął adresu i telefonu, przekonany, że 
będzie na to czas. Nie przewidział, że odejdzie bez słowa. 

Niech to diabli!

background image

Teraz   musi   pojechać   do   szpitala,   by   nie   zostawiać   swojej   pacjentki   na   łasce   Edgara 

Hiltona. Nie podobała mu się też historia o wieloródce, która po cesarskim cięciu planowała 
poród domowy. Zapowiadał się męczący dzień. 

Przed domem stwierdził, że zardzewiały rower zniknął, a za wycieraczką jego samochodu 

była zatknięta kartka z jednym słowem: „Dziękuję”. 

Dziękuję za co? Za ratunek? Za pocałunki?
Żadnego nazwiska, telefonu, adresu. 
Miranda. 
Drugi raz w życiu zdarzyła mu się taka spontaniczna i silna fascynacja kobietą. Pierwszą, 

wiele   lat   temu,   była   Christy.   Stracił   już   nadzieję,   że   ponownie   przeżyje   oszałamiające   i 
cudowne uczucie zauroczenia. Do wczoraj. 

Wszystko   w   Mirandzie   go   pociągało.   Chodziło   nie   tylko   o   erotyczną   atrakcyjność. 

Zawsze   uważał,   że   rozumie   kobiety,   tymczasem   ona   była   zupełnie   nieprzewidywalna. 
Okazała siłę i odwagę w sytuacji, w której inne kobiety wpadłyby w panikę. Wygłaszała 
cyniczne   opinie   o   sprawach,   które   inne   kobiety   prowokują   do   demonstrowania   ich 
wrażliwości   i   uczuciowości.   Rozmowa   w   górach   świadczyła   o   tym,   że   nie   ma   bliskiej 
rodziny, ale ludzie na ogół mają krewnych. Czyżby się z nimi pokłóciła? Zmarszczył brwi, 
zgniótł kartkę i schował ją do kieszeni. 

Postanowił   odnaleźć   Mirandę.   Wyjaśnić   źródło   jej   tajemniczości.   Co   skrywa   i   przed 

czym się ukrywa? Czego się boi?

Odnajdzie ją, obiecał sobie, gdy zatrzymał samochód na szpitalnym parkingu. 
Jest skomplikowaną osobą, ale między nimi nawiązało się coś silnego i spontanicznego. 

Nie zamierzał tak łatwo zrezygnować. 

Kilka minut później był już na oddziale położniczym. Ruth uśmiechnęła się na powitanie. 
– Nowa fryzura? – zapytał, wskazując na błyszczącą zapinkę we włosach. 
– Odświętna. I nie zamierzam się przejmować sarkastycznymi uwagami. Macie szczęście, 

że   staram   się   przynajmniej   wyglądać   uroczyście,   zamiast   siąść   i   płakać   nad   tym 
pandemonium, z jakim mamy do czynienia. 

–   Czy   ja   bywam   sarkastyczny?   –   zdziwił   się   Jake.   Podniósł   brwi   na   widok   sterty 

papierów   na   swoim   biurku.   Nie   było   go   tylko   jeden   dzień.   Skąd   się   wzięła   taka   masa 
formularzy do wypełnienia? – Jak się czuje Lucy?

– Jest przerażona. Jej poprzednia ciąża zakończyła się urodzeniem martwego dziecka. 

Długo nie mogła dojść do siebie. Boi się powtórki. 

– Skoro odeszły wody, należy się spodziewać, że rozpocznie się poród. Jaka jest sytuacja 

z łóżkami?

– Mam gotowy pokój. Sprawdziłam wcześniej, bo wiedziałam, że o to spytasz. 
– Jestem taki przewidywalny?
–   Jesteś   taki   przewidujący.   Dlatego   jesteś   świetnym   położnikiem.   Każdą   kobietę 

traktujesz jak osobę, nie jak przypadek. 

– Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie. Jak sytuacja z personelem? – Wiedział, że 

cały szpital został zdziesiątkowany przez grypę i oddział położniczy nie różnił się pod tym 

background image

względem od innych. 

– Panujemy nad sytuacją.  Mamy nową położną na zastępstwo. Przemiła  dziewczyna. 

Uśmiechnięta i spokojna. Zostanie z nami jakiś czas. 

– To dobrze. Lucy potrzebuje zrównoważonej położnej. 
– Chciałaby, aby poród odbył się siłami natury. 
– Wszyscy tego chcemy – westchnął Jake. – Uważam zresztą, że każde dziecko powinno 

przychodzić na świat w ten sposób. 

– To odkrywcze w ustach położnika – uśmiechnęła się Ruth. 
– Nie wiem, czemu oczekujesz, że będziemy sobie przysparzać roboty – odrzekł. 
– Chciałam tylko powiedzieć, że świetnie się pracuje z kimś, kto nadaje na tych samych 

falach.   Lucy   też   to   czuje.   Wystarczyła   informacja,   że   wkrótce   będziesz,   by  ją   uspokoić. 
Umieściłam   ją   w   jedynce,   bo   są   tam   najbardziej   domowe   warunki.   Nie   krwawi,   ale   ma 
niepokojące skurcze i bóle. 

– Mąż jest z nią?
– Oczywiście. I denerwuje się bardziej niż żona. 
– To zrozumiałe. 
– A przy okazji, jak minęły ci święta?
Przez moment Jake widział przed sobą piękną tajemniczą nieznajomą z burzą ciemnych 

włosów i delikatnymi wargami, które smakowały równie słodko, jak wyglądały. 

– Interesująco. 
– To znaczy? – spytała zdziwiona Ruth. 
– Interesująco – powtórzył, pchnął drzwi do porodówki i stanął w miejscu, nie wierząc 

własnym oczom. Przy łóżku siedziała Miranda i mówiła coś do Lucy. 

Jego Miranda. 
Przez chwilę myślał, że padł ofiarą halucynacji. Te same hebanowe włosy, blade policzki 

i różowe usta. 

Usta, które zdążył tak dobrze poznać. 
Przez chwilę patrzył na nią bezmyślnie, starając się pojąć, skąd się tu wzięła. Nie mówił 

jej, gdzie pracuje, więc nie mogła przyjść w ślad za nim. 

– Oto Miranda Harding. – Wyraz twarzy Ruth świadczył o tym, że zarejestrowała szok 

odbity na jego twarzy. – Jest położną i zastępuje nieobecny personel. 

Położną? Miranda jest położną?
–   Witaj,   Mirando.   –   Udało   mu   się   powstrzymać   od   zgryźliwego   komentarza   i   z 

satysfakcją zauważył rumieniec na jej policzkach. Nie jest zadowolona z tego spotkania. 

Przygryzł  wargi. Oczywiście,  nie spodziewała  się  go tutaj  spotkać. Gdyby  wiedziała, 

pewnie nie zadałaby sobie tyle trudu, by wymknąć się po kryjomu, nie zostawiając nawet 
numeru telefonu. Będą musieli porozmawiać, obiecał sobie w duchu. Im szybciej, tym lepiej. 

– Mirando, doktor Blackwell  jest jednym  z naszych  lekarzy – przedstawiła  go Ruth, 

bacznie obserwując jego twarz. – Prowadzi ciążę Lucy. 

Miranda odchrząknęła, ale to Lucy zaczęła mówić i napięcie między nimi stało się sprawą 

drugorzędną. 

background image

– Panie doktorze, przykro mi, że wyciągnęłam pana z domu w czasie świąt. Na pewno 

chciał pan być z rodziną. 

– Niech się pani nie przejmuje, Lucy. Zjadłem swój świąteczny obiad i zrealizowałem 

plan na ten rok. W zeszłym tygodniu czuła się pani świetnie. Kiedy zaczęły się problemy?

– W Wigilię  robiłam jeszcze  ostatnie  zakupy w  towarzystwie  mojej  mamy  i  miałam 

lekkie bóle, ale nie przywiązywałam do nich wagi. Natomiast dziś rano odeszły mi wody. 

– Były skurcze?
– Żadnych  od Wigilii.  Wczoraj leniuchowaliśmy,  zjadłam za dużo indyka  i wcześnie 

położyłam się spać. Dzisiaj rano w łazience nagle trysnęło ze mnie na podłogę. Czułam się 
taka bezradna i zakłopotana. – Przygryzła wargę i spojrzała na niego przerażonymi oczami. – 
To niedobrze, prawda? Dziecko będzie wcześniakiem?

– Prawdopodobnie. Spróbujemy przetrzymać je w macicy, dopóki się da. Tymczasem 

zrobimy zastrzyk, który powinien ułatwić dziecku oddychanie, jeśli urodzi się przedwcześnie. 
Obawiam   się,   że   będzie   pani   musiała   zostać   w   szpitalu,   żebyśmy   mogli   przeprowadzić 
konieczne   badania.   –   Zwrócił   się   do   Mirandy   sucho   i   oficjalnie.   –   Proszę   zaraz   zrobić 
zastrzyk dwunastu miligramów betametazonu. Zatrzymamy pacjentkę na oddziale. 

Unikała patrzenia mu prosto w oczy. 
– Oczywiście. Czy mogę prosić o wpisanie polecenia do karty pacjentki?
Dlaczego na niego nie patrzy? Nie zrobili nic poza pocałunkami. Czy to tłumaczy jej 

wyraźne zakłopotanie? Wpisał nazwę leku i podał kartkę Mirandzie. 

– Nie będzie pan wywoływał porodu? – spytała Lucy. 
– Na razie nie – odrzekł Jake. – Jeśli przetrzymamy jeszcze tydzień, będzie to z korzyścią 

dla dziecka. Lepszy tydzień w łonie matki niż w inkubatorze. 

Lucy kiwnęła głową z wymuszoną odwagą. 
– Dobrze. 
Usłyszał drżenie  w je} głosie i przysiadł obok niej. Ręce miała kurczowo zaciśnięte. 

Delikatnie zamknął je w swoich dłoniach. 

– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Wiem, że się pani martwi, ale nie spuszczę z pani 

oka, póki się nie upewnię, że nic złego się nie stanie. Tymczasem proszę odpoczywać. – 
Ponownie zwrócił się do Mirandy, która stała, odwrócona do niego plecami. – Chciałbym 
jeszcze zrobić USG. 

– Chodź, Mirando, pokażę ci, gdzie mamy ultrasonograf – poleciła Ruth. 
Jake obserwował Mirandę, zaskoczony, dlaczego odwróciła się do niego plecami. Gdy w 

końcu   stanęli   twarzą   w   twarz,   powód   okazał   się   całkowicie   oczywisty.   Spojrzał   na   jej 
zaokrąglony brzuch i z wysiłkiem wciągnął powietrze. 

–   Położne   też   bywają   w   ciąży.   Przyszłe   matki   uwielbiają   to.   Mogą   się   wymieniać 

doświadczeniami. Miranda jest w szóstym miesiącu, ale zgodziła się pracować w pełnym 
wymiarze – wtrąciła Ruth. 

Jake poczuł, że twarz mu kamienieje. 
Jego Miranda jest w ciąży. 
Jakim cudem niczego nie zauważył? Przecież jest ginekologiem położnikiem. Codziennie 

background image

ma do czynienia z ciężarnymi kobietami. Gościł we własnym domu dziewczynę w szóstym 
miesiącu i nawet tego nie spostrzegł?

Dobra robota, Jake. Tak trzymać.  Wszystkie objawy miał  jak na tacy.  Jej nadmierny 

apetyt, wyraźne zmęczenie i senność, niespodziewany płacz bez wyraźnego powodu... 

Ale   co   właściwie   robiła   sama   w   górach   w   Boże   Narodzenie?   I   dlaczego   się   z   nim 

całowała, skoro nosiła pod sercem dziecko innego mężczyzny?

Był wściekły na siebie, a jeszcze bardziej na nią. Myślał, że jest piękna, tajemnicza i 

pociągająca.  Okazała  się  uwodzicielką   bez  skrupułów.  To  tłumaczyło  cyniczne   uwagi  na 
temat rodzinnego życia. Najwyraźniej pojęcie odpowiedzialności jest jej obce. 

–   Czy   myśli   pan,   że   dziecku   nic   nie   będzie?   Niespokojny   głos   Lucy   wyrwał   go   z 

zamyślenia. 

Jake wziął się w garść i uśmiechnął się z wysiłkiem. 
– Sprawdzimy wszystko i będziemy monitorować panią i dziecko. Dobrze będzie, jeśli 

zmartwienia zostawi pani mnie. W końcu za to mi płacą. 

Miranda   wróciła   z   ultrasonografem.   Na   jej   widok   Jake   odczul   nagłą   potrzebę,   by 

wyciągnąć ją na korytarz i natychmiast zażądać wyjaśnień. Niestety, trzeba z tym poczekać na 
stosowną okazję. Musi z nią porozmawiać, czy jej się to będzie podobało, czy nie. 

Gdzie   był   ojciec   jej   dziecka,   kiedy   spędzała   z   nim   Boże   Narodzenie?   Pokłócili   się? 

Musiał umierać ze zdenerwowania. Przynajmniej on nie mógłby znaleźć sobie miejsca, gdyby 
jego dziewczyna czy żona zniknęła bez uprzedzenia. 

Oczy Jake’a ześliznęły się na jej kształtny okrągły brzuszek i znowu zadał sobie pytanie, 

jakim cudem nie zauważył  go wcześniej. Kiedy zobaczył ją pierwszy raz, miała na sobie 
luźną kurtkę, którą zmieniła szybko na obszerną bluzę, przynajmniej sześć numerów za dużą. 
Wystarczająco obszerną, by ukryć ciążę. Dlaczego kryła się ze swoim stanem?

Jake   z   wysiłkiem   skoncentrował   się   na   badaniu.   Posmarował   skórę   śliskim 

fizjologicznym   żelem   i   przesunął   przetwornikiem   po   zaokrąglonym   brzuchu   pacjentki. 
Przyjrzał się uważnie obrazowi na ekranie. 

– Nie ma powodu do obaw. Dziecko jest w dobrym stanie, ale i tak chcę mieć na panią 

baczenie – oznajmił i wytarł jej brzuch papierowym ręcznikiem. 

– To świetnie. Bo najchętniej zatrzymałabym pana do porodu w tym pokoju – wyznała 

Lucy. 

Jake przykrył pacjentkę kołdrą. 
– Proszę się nie martwić – powiedział serdecznie i zwrócił się do Mirandy. – Chcę być 

informowany, gdyby coś się zmieniło w odczytach. Wrócę tutaj, ale teraz muszę zobaczyć 
drugą pacjentkę. 

– Ulokowałam Gail pod dwójką – oznajmiła Ruth. Jake widział po zachowaniu położnej, 

że spodziewa się problemów w trakcie tego badania. W chwili, gdy wszedł do gabinetu, jego 
przypuszczenia się potwierdziły. Mężczyzna i kobieta siedzieli w milczeniu, ale atmosfera 
była ciężka. Mąż kręcił się bezsilnie, a pacjentka opierała się o poduszkę, blada i spocona. Na 
widok Jake’a wyraźnie zesztywniała. 

– Chcę jasno powiedzieć, że jestem tu wbrew mojej woli i nie życzę sobie lekarskiej 

background image

interwencji. 

– Nazywam się Jake Blackwell i jestem lekarzem położnikiem – odrzekł spokojnie. – 

Słyszałem, że planowała pani poród domowy. Rozumiem, że pobyt w szpitalu jest dla pani 
nieprzyjemnym szokiem. 

– Urodziłam  troje dzieci  w  domu  i jedno w  szpitalu.  – Nagły grymas  na jej  twarzy 

świadczył   o   bolesnym   skurczu.   Po   chwili   podjęła   wątek.   –   Nie   chcę   powtarzać   tego 
doświadczenia.   Wszędzie   ekrany   i   mechaniczne   odgłosy   maszyn.   Natura   tak   tego   nie 
zaplanowała. 

– Zgadzam się z panią – potwierdził Jake. – Należy pozwolić działać siłom natury, chyba 

że dzieje się coś, co zagraża życiu matki lub dziecka. Czasem niestety interwencja lekarza jest 
konieczna.  – Odwrócił  się do Ruth i spojrzał pytająco.  – Chciałbym  zobaczyć  wszystkie 
wyniki badań. 

– Dostałam je z rejonowego szpitala – szepnęła Ruth. – Przyślę tu Mirandę. Myślę, że jej 

obecność dobrze wpłynie na pacjentkę. 

Jake uważnie przyjrzał się podanym wydrukom. Odłożył je i z uwagą spojrzał na Gail, 

wiedząc, że musi taktownie przeprowadzić tę rozmowę. 

– Uważam, że moim pacjentkom należy się uczciwa i pełna informacja, więc nie będę 

niczego przed panią ukrywał. 

– Chce pan wywołać poród, żeby zwolnić łóżko dla kolejnej nieszczęsnej kobiety – rzekła 

z otwartą wrogością. 

– Nigdy nie przyspieszałem porodu sztucznie, jeśli życie dziecka nie było zagrożone – 

odparł spokojnie. W tym momencie do pokoju weszła Miranda. – Z pewnością nigdy nie 
posunąłbym się do tego, bo tak jest wygodniej personelowi albo potrzebne jest łóżko. Nie 
zamierzam tego robić teraz ani nigdy. 

– Mam w domu troje dzieci, które urodziłam bez lekarza. – Jej głos był na pograniczu 

histerii,   a   mąż   położył   jej   rękę   na   plecach,   by   się   uspokoiła.   –   Przy   czwartym   miałam 
przodujące łożysko i zrobili mi cesarskie cięcie. Co za partacze! Przyplątało się zakażenie i 
ciężko to odchorowałam. 

– Biedactwo! – Miranda pospiesznie przeszła przez pokój. – Świetnie rozumiem, czemu 

tym razem chciała pani uniknąć szpitala. Musi się pani bardzo bać. 

Jake   spojrzał   na   nią   z   uznaniem.   Pod   pozorami   kłótliwości   i   trudnego   charakteru 

zobaczyła przerażoną kobietę. 

– Rozumiemy, że złe doświadczenia spowodowały uraz do porodu w szpitalu. Bardzo mi 

przykro. To duża trauma. 

– To był koszmar. – Gail spojrzała na swojego męża. – Nie powinnam być w szpitalu. I 

nie byłabym, gdyby moja teściowa mnie do tego nie zmusiła. 

–   Nie   chciała,   żebyś   rodziła   w   kuchni   na   podłodze   –   tłumaczył   cierpliwie   mąż,   z 

zakłopotaniem skubiąc sweter, jakby go uwierał pod szyją. 

– Doprawdy bardzo mi przykro, że sprawiam wam wszystkim kłopot, ale teraz chcę już 

iść do domu!

Miranda objęła ją za ramiona. 

background image

–   Proszę,   Gail,   niech   pani   wysłucha   doktora   Blackwella.   Obejrzy   panią   i   przedstawi 

swoje propozycje. Nikt nie będzie podejmował decyzji wbrew pani woli. 

– Urodziłam troje dzieci w domu. Proszę podać mi jeden powód, dla którego powinnam 

tu zostać! – Głos kobiety znowu podniósł się histerycznie. 

– Cesarskie cięcie wykonane przy ostatniej ciąży stwarza niebezpieczeństwo, że blizna się 

rozejdzie. To pierwszy powód. Drugim jest arytmia serca pani dziecka. Tutaj możemy wam w 
każdej chwili pomóc. 

–   Nierównomierności   w   pracy   serca   pewnie   występują   często   –   odparowała   Gail 

wyzywająco – tylko przy porodach domowych nie widać ich na monitorze. A dziecko i tak 
rodzi się zdrowe. 

– Czasem tak jest – potwierdził Jake – ale nie zawsze. Chce pani wziąć na siebie ryzyko? 

Proszę tylko, żeby pozwoliła pani Mirandzie na monitorowanie pracy serca płodu, żebym 
upewnił się, jak reaguje na skurcze porodowe. 

– A potem przy pierwszej sposobności zawleczecie mnie do sali operacyjnej i pokroicie, 

bo tak wam wygodniej!

– Dużo rzadziej uciekam się do cesarskiego cięcia niż statystyczny położnik w naszym 

kraju. Ale ja też nie będę narażał dziecka tylko po to, by mieć wyższy wskaźnik naturalnych 
porodów. Nie mogę pani obiecać, że nie wykonam operacji, jeśli uznam ją za niezbędną. Ale 
z pewnością skonsultuję z panią tę decyzję. Jeśli nie będzie żadnych przeszkód, poród może 
się odbyć w tym pokoju. To nie jest dom, ale z pewnością zrobimy wszystko, żeby mogła się 
pani zrelaksować. 

Gail   zawahała   się.   Popatrzyła   na   niego,   potem   na   swojego   męża,   zmęczonego, 

zdenerwowanego i całkowicie wytrąconego z równowagi. 

– Sama już nie wiem – powiedziała niepewnie. – Czy rzeczywiście coś może dziecku 

grozić?

– Nie mogę tego rozstrzygnąć bez dalszej obserwacji. 
– Zostanę. Przynajmniej na razie – zgodziła się niechętnie. – Ale nie chcę, żeby się tu 

kręciły tłumy praktykantów, którzy będą patrzeć na mnie jak na królika doświadczalnego. 

– Będę tylko ja. Może pani na mnie liczyć przez cały czas – zapewniła uspokajająco 

Miranda. 

– Już to słyszałam – odparła Gail z goryczą. – Obie wiemy, że jeśli mój poród będzie 

trwał dłużej niż pani zmiana, przyjdzie tu inna położna. W poprzednim szpitalu zmieniły się 
aż trzy. 

– Tym razem tak nie będzie. Nie odejdę od pani, dopóki dziecko nie przyjdzie na świat. 

Obiecuję. 

Gail zaśmiała się z niedowierzaniem. 
– Jest pani w ciąży. To drugi dzień świąt. Na pewno czeka na panią rodzina. Wystarczy, 

że ma pani dyżur, a co dopiero godziny nadliczbowe. 

– Obiecałam, że zostanę z panią do końca porodu. A teraz chciałabym, żeby się pani 

wygodnie ułożyła i pozwoliła mi na monitorowanie serca dziecka. 

Jake żałował, że Gail nie była bardziej obcesowa w swoich pytaniach. Może usłyszałby 

background image

coś na temat ojca dziecka i rodziny Mirandy. Może padłyby odpowiedzi na pytania, które 
kłębiły mu się w głowie. 

– Gdybym  był  potrzebny,  jestem na oddziale  – rzucił,  wychodząc  z pokoju. Poszedł 

sprawdzić, jak się czuje Lucy, a potem zbadał kolejną pacjentkę przyjętą na porodówkę. 

Kiedy znowu zobaczył Mirandę, przyszła do niego zaniepokojona pewnymi objawami u 

Gail. 

– Akcja porodowa rozwija się bardzo wolno. Jak rozumiem, nie będziemy przyspieszać 

porodu zastrzykiem oksytocyny?

– Chcę tego uniknąć. Jak serce płodu?
– Wykazuje wyraźne spowolnienie. – Miranda podała mu wydruki. – Martwi mnie, że 

Gail skarży się na bóle. Mogą to być normalne skurcze, ale mam złe przeczucia. 

Nigdy nie lekceważył instynktownych obaw położnych. 
– Miała poprzeczne cięcie w dolnym odcinku macicy. Nie powinno być powikłań. 
–   Bóle,   na   które   się   skarży,   brzmią   niepokojąco.   Nie   przypominają   skurczów 

porodowych. Poród postępuje bardzo wolno, a serce dziecka nie pracuje prawidłowo. 

– Zaraz do niej przyjdę. Obawiam się, że będzie się broniła przed moją interwencją. Czy 

wciąż jest wrogo nastawiona?

– Myślę, że jest bardziej wystraszona niż niechętna. 
– Trudno sądzić po pozorach, prawda?
– Prawdopodobnie. – Zarumieniła się mimo woli. 
– Czeka nas długa rozmowa. 
– Nie ma o czym mówić. 
– Zapewniam cię, że jest, ale najpierw trzeba się zająć Gail. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Miranda zastanawiała się, dlaczego wszystko zawsze obraca się przeciwko niej. 
Kiedy pod wpływem nagłej zachcianki poszła do domu Jake’a, nie spodziewała się, że go 

jeszcze kiedykolwiek zobaczy, a co dopiero, że będzie z nim pracować. 

Teraz już wie o jej ciąży i, jak mogła się spodziewać, wyciągnął fałszywe wnioski. 
Nie mogła go za to winić. Nie znał prawdy, bo mu nic nie powiedziała. Ale też nie miała 

zamiaru przed nim się tłumaczyć. 

Przyjęcie jego zaproszenia było błędem. Nie powinna sobie pozwalać na luksus cieszenia 

się życiem. Naiwnością było myśleć, że nie trzeba za to później płacić. Na szczęście opieka 
nad Gail pochłaniała teraz całą jej uwagę. 

– Nie jestem zadowolony. – Jake pokręcił głową. – Puls dziecka słabnie, a pęknięcie 

macicy jest realnym zagrożeniem. 

–   Nic   mi   nie   będzie   –   odrzekła   Gail   defensywnie,   choć   krople   potu   i   wyraz   oczu 

zdradzały,   że   bardzo   ją   boli.   –   Czytałam   dużo   na   ten   temat   i   wiem,   że   zagrożenie   jest 
minimalne. W żadnym wypadku nie zgadzam się na kolejne cesarskie cięcie. 

– To prawda, że takie powikłania są rzadkie, ale jednak się zdarzają. Niebezpieczeństwo 

grozi nie tylko pani, ale także dziecku. 

Gail spojrzała na niego z nieukrywanym lękiem. Jej oczy napełniły się łzami. 
–   Powinnam   była   zostać   w   domu   –   wymamrotała.   –   Wszystko   byłoby   w   porządku, 

gdybym im nie uległa. 

–   Nie,   Gail.   Nic   nie   byłoby   w   porządku.   –   Miranda   zdecydowała   się   dołączyć   do 

perswazji Jake’a. – Jestem zwolenniczką porodów domowych, ale w tym wypadku jest zbyt 
wiele przeciwwskazań. I myślę, że w głębi duszy sama pani o tym wie. 

– Gdzie będzie pani rodziła? – chlipnęła Gail. 
– Jeszcze nie zdecydowałam. – Miranda poczuła, że oblewa się rumieńcem. – Dopiero się 

tu przeprowadziłam i nie miałam czasu się nad tym zastanowić. 

Nie chciała mówić o tych sprawach przy Jake’u. To było dla niej zbyt intymne. 
Gail nie zdążyła kontynuować tematu, bo nagle złapała się za brzuch. 
– Oj, bardzo boli!
– Skurcz?
– Nie. To zupełnie inny ból. – Kobieta była śmiertelnie blada. 
– Gail, wiem, że to ostatnia rzecz, której by pani chciała, ale muszę panią zabrać na salę 

operacyjną. Nie możemy ryzykować – oświadczył Jake. 

Miranda   pochwyciła   jego   spojrzenie   i   zdała   sobie   sprawę,   że   jest   naprawdę 

zaniepokojony. 

– Rozwarcie ma tylko trzy centymetry – poinformowała go cicho. 
– Wiem. Przenosimy pacjentkę na salę. 
– Sama nie wiem. – Gail ciągle nie była przekonana. 
– Chcę, aby zdrowa matka urodziła zdrowe dziecko. Utrudnia mi pani. Rozumiem pani 

background image

obiekcje, ale proszę mi zaufać. 

– Ja tylko... – zaczęła, po czym znowu złapała się za brzuch. – Dlaczego tak boli?
– Nastąpiło wyraźne spowolnienie tętna dziecka – szepnęła Miranda. 
– Nie możemy dłużej czekać – zadecydował Jake. – Poród będzie pod narkozą. 
Ruth wybiegła, żeby wezwać anestezjologa. 
– Co się dzieje? – dociekała przerażona Gail. 
– Dziecko czuje się dobrze – oznajmił Jake – ale obawiam się, że są problemy z macicą. 

Podejrzewam, że to ona jest źródłem bólu. Przykro mi, ale nie widzę innego wyjścia. Nie 
mogę narażać dziecka ani pani. 

–   Nie   chcę   operacji.   Śmiertelnie   się   boję  znieczulenia   zewnątrzoponowego.   –  Gail   z 

trudem kontrolowała emocje. 

– Zostanie pani uśpiona. Obiecuję, że wszystko będzie w porządku, gdy się pani obudzi – 

uspokajał ją Jake. 

Gail trzymała go kurczowo za rękę. 
– Bardzo się boję. 
– Ma pani prawo się bać, ale proszę mi zaufać. Zaopiekuję się panią. 
Miranda  podziwiała  jego spokój  i emanującą  z  niego życzliwość.  Nie miała  dobrych 

doświadczeń   z   mężczyznami,   ale   w   tym   momencie   mogłaby   powierzyć   Jake’owi   własne 
życie. Najwyraźniej rodząca odczuła to także, bo bez dalszych protestów kiwnęła głową i 
pozwoliła się wywieźć z pokoju. Mąż Gail zachowywał się spokojnie, choć był blady ze 
zdenerwowania. Ruth zaprowadziła go do poczekalni. 

Miranda trzymała Gail za rękę, kiedy anestezjolog usypiał ją do operacji. Wkrótce stała 

się nieświadoma gorączkowych działań całego zespołu. 

Jake zdążył się przebrać i umyć ręce. 
– Musimy teraz działać szybko. Czy zamówiliśmy krew?
– Tak, sześć pełnych jednostek. Aparat do transfuzji już podłączony. Hematolog zaraz do 

nas dołączy. 

– Ciśnienie wyraźnie spada. Jest jakieś wewnętrzne krwawienie – stwierdził anestezjolog. 
Miranda patrzyła zafascynowana na szybkie i precyzyjne cięcia, którymi Jake otworzył 

brzuch kobiety. 

– Kleszcze – powiedział krótko i nie patrząc, wyciągnął rękę. Instrumentariuszka podała 

mu kleszcze, a następnie lancet, którym poszerzył cięcie. Uważnie obejrzał macicę. – Bardzo 
krwawi, ale nie widzę skąd. Ssak, proszę. – Usunął skrzepy. – Pęknięcia macicy są niezwykle 
rzadkie. Dlaczego musiało się zdarzyć akurat na mojej zmianie i akurat z pacjentką, która nie 
pozwalała się dotknąć! Dobrze, już jest lepiej. Wreszcie widzę, co się dzieje. 

Miranda   nie   spotkała   do   tej   pory   chirurga   tak   szybkiego   i   pewnego   jak   Jake.   Był 

całkowicie   skoncentrowany.   Nie   wykonywał   niepotrzebnych   ruchów.   W   następnej   chwili 
wyjął już dziecko i łożysko z brzucha matki. Odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała skrzekliwy 
płacz noworodka. Jake nie oderwał wzroku od wykonywanej operacji. Odpowiedzialność za 
dziecko przejął już pediatra. 

On koncentrował się na matce. 

background image

– Duża strata krwi – zauważył,  badając macicę, by ocenić stopień jej uszkodzenia. – 

Dwadzieścia jednostek oksytocyny w litrze soli fizjologicznej. Sześćdziesiąt kropli na minutę 
do momentu obkurczenia się macicy. Kleszczyki. 

Pielęgniarka   podawała   mu   instrumenty,   a   on   sprawnie   zakładał   szwy   i   tamował 

krwawienie. 

– Poprzednie cesarskie cięcie zostało zszyte pojedynczą warstwą szwów. To skróciło czas 

zabiegu, ale zwiększyło  ryzyko  pęknięcia  macicy.  Tym  razem założymy  podwójny szew. 
Więcej   światła,   proszę.   Siostro,   proszę   osuszyć   ranę.   Jestem   gotowy   do   zakładania 
zewnętrznych szwów. Macica się zwija. Proszę zmniejszyć kroplówkę do dwudziestu kropli 
na   minutę.   Jak   dziecko?   Proszę   o   dobre   informacje,   Howard   –   zwrócił   się   do   pediatry, 
spokojny, że położnicy już nic nie grozi. 

– To dziewczynka. Dziesięć punktów w skali Apgar. 
Miranda uśmiechnęła się z ulgą. Skala Apgar służy do oceny pracy serca, oddechu i 

odruchów noworodka zaraz po urodzeniu. Dziesięć punktów jest wartością maksymalną. 

–   Dziękuję   wszystkim.   –   Jake   skończył   i   zwrócił   się   do   zespołu.   –   Możemy   sobie 

pogratulować. Ruth, przekaż pielęgniarkom, że proszę o ściągnięcie mnie o każdej porze dnia 
i nocy, gdyby był najmniejszy ślad infekcji. Gail miała wystarczająco ciężki poród. Musimy 
poprawić jej zdanie o naszej profesji. 

Był   tak   spokojny   i   zrównoważony,   jakby   nie   przeprowadził   przed   chwilą   poważnej 

operacji. Zupełnie jak wtedy, gdy ratował ją w górach. Ocenił sytuację i zrobił wszystko, co 
uznał za konieczne. Panika i Jake Blackwell najwyraźniej do siebie nie pasują. 

Jest świetnym lekarzem, ale nie trzeba specjalnej spostrzegawczości, by zauważyć, że jest 

na nią wściekły. Nie może mieć do niego o to pretensji. 

Miranda obawiała się konfrontacji, więc zwlekała, pomagając Ruth w porządkowaniu sali 

operacyjnej. Siadła potem przy Gail, by upewnić się, czy można ją już przenieść na normalny 
oddział. 

Pod koniec zmiany wróciła na porodówkę, ale po Jake’u nie było ani śladu. Odczuła ulgę 

na myśl, że przynajmniej na razie los zaoszczędził jej trudnej rozmowy. 

– Coś jeszcze mam zrobić? – zapytała. 
– Chyba żartujesz – odparła Ruth. – I tak siedziałaś dłużej, niż powinnaś. Jestem pewna, 

że drugiego dnia świąt masz przyjemniejsze rzeczy do zrobienia. Powinnaś odpocząć. 

– Czuję się świetnie. – Słowo „wykończona” lepiej opisywałoby jej samopoczucie, ale 

ostatnio przyzwyczaiła się już do uczucia zmęczenia. Pracowała bardzo intensywnie, by jak 
najwięcej zaoszczędzić. 

– Dziękuję. Jesteś prawdziwym gwiazdkowym prezentem – westchnęła z ulgą Ruth. – 

Bałam się, że zostanę na święta bez pielęgniarek, a tu agencja zaproponowała mi położną. 

–   Ucieszyłam   się,   że   dostałam   tę   pracę   –   zwierzyła   się   Miranda.   –   Obawiałam   się 

trudności ze względu na mój stan. – Pogłaskała się ręką po brzuchu. 

– Jesteś zdrowa i kompetentna. Tylko to się liczy. Do zobaczenia jutro. 
Miranda ubrała się i poszła wolnym krokiem na parking. Była tak zmęczona, że chciało 

jej się płakać. Bolały ją nogi i głowa, powieki jej opadały. Nagle usłyszała za sobą znajomy 

background image

głos. 

– Uciekasz, Mirando?
Jake opierał się o barierkę. Miał surowy wyraz twarzy. 
– Przestraszyłeś mnie. 
– Dlaczego? Spodziewałaś się tu kogoś innego? Może męża?
Wysoki i barczysty, spoglądał na nią nieprzyjaźnie. Trudno było nie zauważyć, że jest 

zły. Na nią. Nie przypominał już ciepłego i wyrozumiałego lekarza. 

Nie   przypuszczała,   że   widok   jej   ciąży   tak   go   rozgniewa.   Ale   przecież   w   ogóle   nie 

przypuszczała,  że  jeszcze  go zobaczy.  Wygląda  na to,  że drobne grzeszki  rzucają  długie 
cienie. 

Nie powinna była z nim iść i z pewnością nie powinna była go całować. Zignorowała 

oczywiste napięcie i spróbowała zmienić temat. 

– Byłeś wspaniały w sali operacyjnej. – Miała nadzieję, że przypomnienie o wspólnej 

pracy zmusi go do zmiany tonu, ale jej taktyka nie poskutkowała. 

– Nie chcę rozmawiać o szpitalu, Mirando. Chciałbym wiedzieć, dlaczego spędziłaś ze 

mną Boże Narodzenie i całowałaś się ze mną, skoro jesteś w ciąży z innym mężczyzną. 

Nie miała siły się bronić. Powiał mroźny wiatr, a ona poczuła, że ledwo stoi. Czeka ją 

jeszcze trzykilometrowa przejażdżka rowerowa. Utarczka z nim to ostatnia rzecz, na jaką 
miałaby ochotę. 

– Możemy o tym porozmawiać innym razem?
– Nie. 
– Dobrze. – Poczuła, że w niej także narasta gniew. 
– Po pierwsze, to ty mnie pocałowałeś. 
– Więc to moja wina?
Skąd jej przyszło do głowy, że jest miły? Był szorstki, nieprzyjemny i

1

  budził strach. 

Jestem kiepskim sędzią ludzkich charakterów, pomyślała ironicznie. Beznadziejnym. 

– Nie powiedziałam, że to twoja wina. 
–   Ustalmy   fakty.   Pocałowałem   cię,   ale   odpowiedziałaś   mi   tym   samym.   Jaką   masz 

wymówkę?  Atmosfera  temu  sprzyjała?  Zaszumiało  ci w głowie od alkoholu,  którego nie 
wypiłaś? Czy przynajmniej pomyślałaś w tym czasie o ojcu dziecka?

– Do diabla, Jake! – Zmęczenie i rozczarowanie spowodowały, że nie zamierzała dłużej 

się hamować. 

– Nie masz zielonego pojęcia o mnie i moim życiu! Jeden pocałunek nie daje ci prawa do 

prawienia mi morałów. 

Zachwiała się, ale to wystarczyło, by przytrzymał ją za ramiona. 
– Jesteś przemęczona. Co ty wyprawiasz, Mirando? Wczoraj o mało nie wyprawiłaś się 

na tamten świat, a dzisiaj usiłujesz zapracować się na śmierć. Jesteś w ciąży. Powinnaś dbać o 
dziecko. 

Te słowa były kroplą przepełniającą czarę. Ona troszczy się o dziecko. Musi, bo nie robi 

tego nikt inny. 

– Nie potrzebuję pouczeń, jakie mam obowiązki względem mojego dziecka – parsknęła 

background image

jak wściekła kotka, wyrywając się z jego objęć. – Pracuję dla jego dobra. Nie każdy może 
przez całą ciążę leniuchować w łóżku. Nie wtykaj nosa do moich spraw. 

– Sama mnie prowokujesz – odpowiedział z równą pasją. – Musiałem się wtrącić wczoraj 

w górach, kiedy znalazłem cię prawie zamarzniętą na pustkowiu. Muszę się wtrącić dzisiaj, 
skoro pracujesz na moim oddziale. 

Odskoczyła i mocno objęła się ramionami, by powstrzymać dygotanie całego ciała. Musi 

poszukać innej pracy. Pokojowa koegzystencja im nie wyjdzie. 

–   Popełniłam   błąd,   wychodząc   na   spacer   w   niepewną   pogodę.   I   popełniłam   błąd, 

przyjmując   zaproszenie   nieznajomego.   Wtedy   uważałam,   że   jesteś   nieszkodliwy,   ale   jak 
widać, pomyliłam się. Teraz jadę do domu. 

– Tym? – Patrzył z niedowierzaniem na jej stary rower. 
– Nie każdy jest szczęśliwym  posiadaczem porsche. Do zobaczenia jutro. – Niestety, 

dodała w myślach. Miała ochotę zadzwonić do agencji pośrednictwa pracy i poprosić o inną 
ofertę, ale wiedziała, że w promieniu wielu kilometrów jest to jedyna klinika położnicza. Nie 
stać jej na kolejną przeprowadzkę. Musi myśleć o sobie i dziecku. Musi stworzyć dom dla 
nich obojga. 

Wzmocnił ją nagły przypływ odwagi i instynktu macierzyńskiego. Towarzyszyły jej od 

momentu   odkrycia,   że   jest   w   ciąży.   Zważywszy   na   okoliczności,   powinna   odczuwać 
przygnębienie i lęk, ale w rzeczywistości była podniecona i szczęśliwa. Wielu rzeczy w życiu 
żałowała, ale zajście w ciążę nie było jedną z nich. 

– Czy to wszystko, co chcesz mi powiedzieć? – Przytrzymał kierownicę, żeby nie mogła 

odjechać. 

– Co chcesz usłyszeć? – zapytała zmęczonym głosem. – Że jestem nimfomanką, która 

rzuca   się   na   mężczyzn,   choć   jest   w   ciąży?   Że   jestem   kobietą   lekkich   obyczajów?   Nie 
powinnam była w ogóle korzystać z twojego zaproszenia. 

– Ale to zrobiłaś. 
– Bo się upierałeś. Poza tym – urwała, po czym przyznała się z oporem – nie chciałam 

siedzieć sama w Boże Narodzenie. Czułam się taka samotna. 

– Pokłóciłaś się z mężem?
Mężem? Nie chciała kontynuować tej farsy. 
– Nie jestem mężatką. 
– Partnerem, chłopakiem, ukochanym, czy jak tam go chcesz nazwać. 
Dobry żart. 
– Jestem wdzięczna za pomoc w górach. Wspólny dzień też był bardzo miły.  Ale to 

przeszłość. W święta wszyscy jesteśmy trochę wytrąceni z równowagi. Pomyśl o statystykach 
samobójstw   albo   tych   wszystkich   ludziach,   którzy  robią   z  siebie   głupków   na   firmowych 
przyjęciach. Zapomnijmy o całej sprawie. Muszę wracać do domu. 

– Czy on na ciebie czeka? – zapytał z uporem. 
– Jakie to ma znaczenie? – westchnęła. 
– Chcę wiedzieć, co za mężczyzna pozwala swojej dziewczynie na niebezpieczne górskie 

wędrówki i nie zawiadamia policji, gdy ta nie wraca do domu!

background image

Ten sam mężczyzna, który nie dba o to, że zrobił dziewczynie dziecko, przemknęło jej 

przez myśl. Zagryzła wargi. Nie będzie o nim myślała. Nie jest tego wart. Nie potrzebuje go 
w swoim życiu ani jako partnera, ani jako ojca. 

– To nie twoja sprawa. 
– Powiedzmy, że stało się to moją sprawą od momentu, kiedy ci ocaliłem życie, albo od 

chwili, gdy mnie pocałowałaś. Nie możesz jechać do domu na rowerze. Czemu nie przyjechał 
cię odebrać z pracy?

– Na miłość boską, co cię to obchodzi? Dobranoc, doktorze Blackwell. 
Starała się utorować sobie drogę, ale blokował jej przejście. 
–  Podwiozę   cię.  Rower zmieści  się  z  tyłu,   to  już  nie  pierwszy  raz.  – Oddalił   się w 

kierunku   swojego   samochodu,   a   ona   patrzyła   na   niego   z   mieszaniną   irytacji,   bezsilnej 
frustracji i osłupienia. 

Nie chciała jego troski. Nie prosiła o podwiezienie. Nie życzyła sobie, by wypytywał o jej 

życie. 

– Mirando! – zawołał, gdy schował rower do samochodu. – Wskakuj do auta, zanim tu 

zamarzniemy. 

Nie miała wyboru. Poszła za nim i wsiadła do samochodu. Musi szybko znaleźć jakieś 

wyjście z tej sytuacji. Jeśli zobaczy, gdzie mieszka, zaczną się dalsze pytania. 

– Dokąd? – Zatrzasnął drzwi i uruchomił silnik. 
– Niedaleko. Najpierw w prawo, a potem skręć w pierwszą przecznicę w lewo. – Poczuła, 

jak dziecko rozpycha się w jej ciele i położyła dłoń na brzuchu. Jakby jej przypominało, że to 
ich tajemnica. – Teraz druga w lewo. Tutaj na rogu wysiądę. – Nie mieszkała w tej okolicy, 
ale nie zamierzała się do tego przyznawać. 

Stali przed rzędem wysokich wiktoriańskich domów. 
– Tutaj mieszkasz? – spytał, wyjmując rower. 
–   Dziękuję   za   podwiezienie.   I   będę   wdzięczna,   jeśli   zapomnisz   o   wszystkim.   Do 

zobaczenia w szpitalu – odparła, ignorując pytanie. 

Jego   gwałtowne   protesty   przerwał   dźwięk   telefonu.   Wdzięczna,   że   w   tym   właśnie 

momencie  jest potrzebny na oddziale,  Miranda szybko  wskoczyła  na rower i zniknęła w 
ciemności. Piętnaście minut później, w innej dzielnicy, weszła do maleńkiego mieszkanka i 
oparła rower o ścianę. Na szczęście zajęty rozmową Jake nie pojechał za nią. 

Starannie   zamknęła   drzwi   i   wolno   podeszła   do   łóżka.   Z   rezygnacją   popatrzyła   na 

wilgotny zaciek na ścianie. 

– Dobrze, że cię jeszcze nie ma na świecie, maluszku. – Starała się często rozmawiać ze 

swoim dzieckiem. – Na szczęście nie wiesz, w jakiej norze teraz mieszkamy. Przed twoim 
urodzeniem znajdę coś lepszego. Na razie oszczędzamy. 

Przyszedł jej na myśl przestronny salon u Jake’a. Nie będzie już marzyła o tej wielkiej 

wannie i ogniu płonącym w kominku. A już na pewno nie o pocałunkach Jake’a. To była 
chwila zapomnienia i nigdy się nie powtórzy. 

Nie   powinna   mieć   do   niego   pretensji.   Ocenił   ją   po   pozorach,   ale   ona   sama   często 

pochopnie wyciąga wnioski. Fakty, które znał, świadczyły o tym, że rozmyślnie go oszukała. 

background image

Bardzo   dobrze   wiedziała,   jak   bolesne   jest   odkrycie,   że   było   się   obiektem   manipulacji   i 
oszustwa. 

Chciała się bronić, wyrzucić z siebie całą prawdę, ale nie miałoby to najmniejszego sensu. 

Nieważne, co Jake o niej myśli. A nawet – im gorzej, tym lepiej. Jeśli uzna ją za niewiele 
wartą, nie będzie się starał do niej zbliżyć. 

Szyderstwo wykrzywiło jej twarz. Cóż za żałosna myśl. Żaden mężczyzna przy zdrowych 

zmysłach nie mógłby na serio zainteresować się kobietą w szóstym miesiącu ciąży. Zwłaszcza 
Jake Blackwell.  Przez moment  przypomniała  sobie jego delikatność  i serdeczność wobec 
pacjentek. Potem ciepło, które ją ogarnęło, kiedy ją po raz pierwszy pocałował. Przykryła 
głowę poduszką, by stłumić głośny jęk. 

Ten pocałunek! Płaciła za niego wysoką cenę. Jej długo uśpione ciało przebudziło się. 

Chciała rzeczy całkowicie nieosiągalnych. 

Zdecydowanym ruchem odgarnęła włosy z twarzy i usiadła. Nie będzie myśleć o Jake’u. 

W pracy dopilnuje, aby ich stosunki ograniczały się do spraw zawodowych. Bez wątpienia on 
również zmieni swoje zachowanie. 

Poczuł się oszukany i to podrażniło jego ambicję. Jutro zobaczy wszystko we właściwych 

proporcjach i będzie ją traktował jak każdą inną położną. I o to jej chodziło. Wyłącznie o to. 

Opadła na poduszkę. Nie zawracając sobie głowy rozbieraniem się, naciągnęła na siebie 

koc i zapadła w sen. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kiedy dotarła na oddział następnego dnia rano, wszyscy byli zabiegani. 
– To niewiarygodne, ile kobiet zgłosiło ale ostatniej nocy – rzuciła jej w przelocie Ruth, 

zajęta   dopisywaniem   kolejnego   nazwiska.   –   Chciałabym,   żebyś   poszła   pod   trójkę.   Daisy 
Priest. Bardzo miła osoba, ale to jej pierwsze dziecko i trochę się denerwuje. Wody odeszły, 
rozwarcie dwa centymetry. Myślę, że będzie długo trwało. Jej lekarzem jest doktor Hardwick, 
ale na razie nie będziemy go wzywać. 

Coś w tonie Ruth spowodowało, że Miranda chciała zapytać  o położnika,  ale starsza 

pielęgniarka zajęła się już innymi sprawami. Miranda poczuła ulgę. To nie Jake prowadzi tę 
pacjentkę. Jego pomoc przy normalnie przebiegającym porodzie nie jest konieczna, ale i tak 
wolała wiedzieć, że nie będzie na niego wpadała na każdym kroku. Ten dzień przerwy był jej 
potrzebny, by się pozbierać po wczorajszej konfrontacji. 

–   Zawołaj   mnie,   jeśli   będziesz   miała   jakieś   problemy.   I   jeszcze   jedno.   Pacjentce 

towarzyszy do ula, kobieta opiekująca się rodzącymi. Ma na imię Annie. Była już przy innych 
porodach. Bardzo miła i spokojna osoba. 

Miranda   kiwnęła   głową.   Wiedziała   z   doświadczenia,   że   obecność   zrównoważonej, 

opiekuńczej starszej kobiety dobrze wpływa na pacjentki. 

Kiedy Ruth oddaliła się, wyraźnie zaaferowana nadmiarem obowiązków i niedostatkiem 

personelu, Miranda skierowała się do wyznaczonego pokoju. Daisy miała dwadzieścia parę 
lat   i   była   blondynką   z   gęstymi   kręconymi   włosami.   Rozmawiała   ze   starszą   kobietą, 
sprawiającą wrażenie solidnej i opanowanej. 

Miranda przedstawiła się, a pacjentka spojrzała wyczekująco. 
–   Mam   nadzieję,   że   nie   przeszkadza   pani   obecność   mojej   towarzyszki.   Co   prawda 

niewiele kobiet korzysta z takiej pomocy... 

–   Zostałam   uprzedzona   –   zapewniła   ją   Miranda.   –   Na   praktykach   w   Londynie 

stwierdziłam,   że   wiele   kobiet   woli   mieć   przy   sobie   przyjaciółkę   lub   doulę.   Rodząca 
potrzebuje emocjonalnego wsparcia. 

– Chciałam widzieć znajomą twarz, a mój mąż Callum jest beznadziejny, jeśli chodzi o 

opiekę nad chorym. Poszedł do kiosku po gazety, bo przestraszył się skurczów. To żałosne. 

– Wielu mężczyzn nie wie, jak się zachować, gdy ich żona cierpi – potwierdziła Miranda, 

biorąc do ręki kartę zdrowia pacjentki. 

– Przeczytałam wszystkie możliwe podręczniki i obejrzałam liczne filmy instruktażowe – 

przyznała Daisy z uśmiechem. – I dowiedziałam się, że poród rzadko przebiega zgodnie z 
planem. Annie powtarza mi, żebym się odprężyła i współpracowała z naturą. Dobrze, że tu 
jest, bo, szczerze mówiąc, doktor Hardwick mnie przeraża. Zawsze jest zirytowany. 

– Jeszcze go nie spotkałam, ale jestem pewna, że nie gniewa się na panią. Może jest tylko 

zbyt poważny. Widzę, że chciałaby pani odbyć poród w wodzie. 

– Przez całą ciążę codziennie pływałam. Bardzo lubię być w wodzie. Moja przyjaciółka 

rodziła w ten sposób i mówiła mi, że jej się podobało. Czy to będzie możliwe?

background image

–   Oczywiście,   choć   nie   na   początku.   To   mogłoby   spowolnić   poród.   –   Miranda 

postanowiła zasięgnąć informacji, jaka jest polityka szpitala w sprawie porodów w wodzie. 

– W porządku. Nie spieszy mi się. – W tym  momencie Daisy zagryzła  wargi. – Oj! 

Zaczyna boleć. 

–   Pamiętaj   o   oddychaniu.   –   Annie   masowała   plecy   młodszej   kobiety.   –   Nie   wolno 

wstrzymywać oddechu. 

Miranda przyłożyła rękę do brzucha Daisy, by ocenić siłę skurczu. Przemawiała do niej 

kojącym tonem, gdy tamta pojękiwała i zaciskała pięści. Wreszcie kobieta odprężyła się. 

– Minęło. – Daisy odetchnęła. – Ciekawa jestem, czemu w szkole rodzenia przekonują, że 

wszystko jest takie proste. Tymczasem ból paraliżuje i zapomina się wówczas o dobrych 
radach. 

– Wiele kobiet to mówi. – Miranda wyprostowała się. – Skurcz był bardzo silny. Woda 

rzeczywiście   może   przynieść   ulgę.   Czy   zastanawiała   się   pani   nad   środkami 
przeciwbólowymi?

– Zacznę od wody – odparła Daisy z przekonaniem, szukając wsparcia w Annie. – Może 

będę potrzebowała znieczulenia, ale chcę się przekonać, jak długo dam sobie radę o własnych 
siłach. Boję się, że znieczulenie utrudni mi aktywną współpracę przy porodzie. 

– Pokój dziecinny już gotowy? – spytała Miranda, żeby odwrócić uwagę Daisy. 
– Jest prześliczny. – Kobieta rozpromieniła się. – Jasnożółty, z firankami w tym samym 

kolorze. 

Miranda zbadała pacjentkę, po czym wymknęła się porozmawiać z Ruth. 
– Rozwarcie pięć centymetrów, skurcze silne i regularne. Można ją umieścić w wannie, 

jeśli szpital to aprobuje. 

–   Nie   widzę   żadnego   problemu   –   odrzekła   Ruth   bez   wahania.   –   Daisy   jest   idealną 

kandydatką. Niestety, nasi lekarze nie lubią porodów w wodzie. Uczciwie mówiąc, doktor 
Hardwick jest im przeciwny, ale musiał się przystosować, bo pacjentki się tego domagały. 

– A doktor Blackwell? – zapytała Miranda i zaraz ugryzła się w język, widząc pytające 

spojrzenie Ruth. 

– Jake? On nie ma z tym żadnych problemów. Nigdy nie spotkałam lepszego położnika, a 

pracowałam   z  różnymi.   Jake  uważa,   że   kobieta   najlepiej   wie,   czego   jej   potrzeba.   Co  za 
kontrast   w   porównaniu   ze   zwyczajami   niektórych   jego   kolegów,   którzy   tylko   patrzą   na 
zegarek i najchętniej sięgnęliby po kleszcze. 

– Chcieliby skończyć jak najszybciej?
– Chodzi im o kontrolę nad przebiegiem porodu. Szybko i bez komplikacji. Niektórzy 

boją   się,   że   w   przypadku   urazów   okołoporodowych   zostaną   oskarżeni   o   błędy   w   sztuce 
lekarskiej. 

– Doktor Blackwell nie boi się ryzyka?
– Z pewnością nie ryzykuje bez potrzeby. Jest bardzo dobrym specjalistą i zależy mu na 

dobru przyszłych matek. Pozwala kobietom na rodzenie, siłami natury. Szczerze, mówiąc, 
gdybym  była  w ciąży,  wybrałabym  właśnie jego na swojego lekarza. A skoro już o tym 
mowa, gdzie urodzisz?

background image

Miranda zarumieniła się i półświadomym gestem położyła rękę na brzuchu. 
– Uczciwie mówiąc, nie wiem. Zapewne tutaj, skoro jest to jedyny w okolicy oddział 

położniczy. 

– Powinnaś się zapisać do któregoś z naszych lekarzy. 
– Wiem. – Wykrzywiła  się zabawnie. – Mam to na liście  spraw do załatwienia. Nie 

zdecydowałam jeszcze, do kogo. 

–   Poproś   Jake’a.   Moim   zdaniem   jest   tu   najlepszy.   Tom   Hunter   jest   także   dobrym 

lekarzem,   popularnym   wśród   pacjentek,   choć   nie   jest   tak   przystępny.   Na   twoim   miejscu 
poszłabym do Jake’a. 

– W żadnym wypadku! – wykrzyknęła, a Ruth spojrzała na nią badawczo. 
– Tak czy owak, nie odkładaj tego. Masz przy sobie wyniki badań?
– Tak. To podręcznikowa ciąża. Żadnych problemów. 
Tylko jej życie jest pasmem problemów i niepowodzeń. Ale to nie ma wpływu na ciążę, 

pocieszała się. Fizycznie jest okazem zdrowia, a lekarzy interesuje tylko to. 

Razem z Ruth przygotowały kąpiel. Annie pomogła Daisy wejść do wanny. Napięcie 

ustąpiło z jej twarzy, przymknęła oczy. 

– Czuję się fantastycznie – oznajmiła. 
Miranda przez cały dzień siedziała przy Daisy, monitorując pracę serca płodu ręcznym 

wodoodpornym aparatem Dopplera. Pod koniec zmiany wyszła na chwilę, by zamienić parę 
słów z Ruth. Znalazła ją w towarzystwie starszego mężczyzny w garniturze. 

–   Doktor   Hardwick,   Miranda,   nasza   nowa   położna   –   przedstawiła   ich   sobie   Ruth.   – 

Zajmuje się Daisy. 

Lekarz odchrząknął z dezaprobatą. 
– Mam nadzieję, że zbliżamy się do końca drugiego etapu. Wychodzę wieczorem na 

proszoną kolację i nie chciałbym być wzywany z powrotem do szpitala. 

Miranda miała ochotę na ostrą ripostę, ale ugryzła się w język i zapewniła:
– Pacjentka czuje się dobrze. Teraz jest w wannie... 
– Chcę, żeby z niej wyszła na czas porodu – zarządził lekarz ostro. – W sześciuset litrach 

wody nie sposób ocenić utraty krwi. 

– Oczywiście. – Miranda postanowiła, że nie da się wyprowadzić z równowagi, choć była 

tego bliska. 

– Wszystko zapowiada prawidłowy poród. Puls płodu... 
– Położnictwo jest nieprzewidywalne, proszę pani – przerwał jej ostro doktor Hardwick i 

zwrócił się do Ruth. – Przez najbliższą godzinę będę w gabinecie. Później przyjeżdża po mnie 
samochód. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł. 
– Przepraszam – powiedziała Ruth. – Kontakty z ludźmi nie są jego najmocniejszą stroną. 
– Współczuję jego pacjentkom. Teraz rozumiem, czemu Daisy się go boi. 
– Na szczęście wieczorem będzie Jake. Wezwiemy go w razie potrzeby, a Hardwicka 

zostawimy z jego przystawkami. 

– Nie będzie żadnych problemów. Miranda miała jeszcze pożałować tych słów. Kiedy 

background image

pomogły Daisy wyjść z wanny, kobieta jęknęła i oparła się ramionami o wielką poduchę. 

– Teraz będę klęczała. Tak mi najwygodniej. 
– Już niedługo – powiedziała Miranda, badając położnicę. – Widzę główkę, Daisy. 
Po   jednym   silnym   parciu   pokazała   się   główka   noworodka   i   natychmiast   się   cofnęła. 

Miranda znała ten objaw z literatury i dobrze wiedziała, jakie im grozi niebezpieczeństwo. 
Oblał ją zimny pot. Bez wahania wcisnęła przycisk alarmowy. 

– Daisy, jesteś bardzo dzielna, ale bark dziecka utknął. Potrzebujemy pomocy lekarza. 
Nie   było   czasu   na   odrywanie   doktora   Hardwicka   od   kolacji.   Pomoc   musiała   być 

natychmiastowa. 

– Chciałabym, żebyś się przewróciła na plecy i z powrotem na czworaka. Pomożemy ci z 

Annie. 

Ten ruch mógł spowodować, że dziecko zmieni pozycję, ale w tym wypadku nie odniósł 

skutku. Chwilę potem do pokoju wpadła Ruth, a zaraz za nią Jake. 

–   Dwa   parcia   bez   postępów.   Objaw   żółwia.   Pozycja   na   czworaka   nie   pomogła   – 

zrelacjonowała jednym tchem Miranda. 

Jake naciągnął rękawiczki. Natychmiast zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. 
– Proszę pomóc pacjentce ułożyć się na łóżku, na plecach. Daisy, niech pani nie prze. 

Spróbujemy manewru McRobertsa. 

Położne   z   obu   stron   zgięły   i   przytrzymały   uda   rodzącej,   a   Jake   zastosował   ucisk 

nadłonowy   i   wtedy,   jak   pod   wpływem   zaklęcia,   wyskoczył   mu   na   ręce   zanoszący   się 
krzykiem noworodek. 

– Ma pani dziewczynkę, Daisy – oznajmił Jake, odcinając pępowinę i podając dziecko 

matce, zupełnie spokojny, jakby to był  najzwyklejszy poród pod słońcem. – Wszystko w 
porządku.   Dobra   robota,   Mirando.   Dopiero   wtedy   uświadomiła   sobie,   że   instynktownie 
wstrzymywała oddech, i ugięły się pod nią kolana. Była mu wdzięczna za pochwałę, choć nie 
miała pewności, czy na nią zasłużyła. To Jake odebrał dziecko, spokojnie i bez alarmowania 
matki. Daisy nie zorientowała się nawet, jak dramatyczna była sytuacja. Nagle ogarnęły ją 
wątpliwości   co   do   własnych   kwalifikacji.   Co   by   było,   gdyby   Jake   nie   znajdował   się   w 
pobliżu? Jak zareagowałby oderwany do kolacji doktor Hardwick? Nie zdążyłby przecież na 
czas. 

– Jaka piękna – wyszeptała Daisy, niechętnie oddając noworodka pediatrze, który właśnie 

wszedł do pokoju. 

Kiedy wreszcie matka i dziecko znalazły się w swoim pokoju, Miranda stwierdziła, że 

znowu   pracowała   trzy   godziny   dłużej.   Była   wykończona   fizycznie   i   psychicznie. 
Zastanawiała się, skąd wziąć siły na dojechanie rowerem do domu. 

Pchnęła drzwi i zatrzymała się w miejscu. Jake stał oparty o ścianę. 
– Czekałem. Znowu pracowałaś za długo. Czy dobrze się czujesz?
Nie czuła się dobrze, ale co innego mogła mu odpowiedzieć?
– W porządku. 
– Kłamczucha. 
– Jeśli chcesz powtórzyć scenę z ostatniego wieczoru, to nie mam siły. Wiem, że jesteś na 

background image

mnie wściekły, ale... 

– Gniewałem się, to prawda. Ale przemyślałem to, co powiedziałaś, i przyznaję ci rację. 

Twoje życie jest tylko twoją sprawą, choć z niewyjaśnionych dla mnie powodów zależy mi, 
żeby mieć w nim swój udział. Martwię się o ciebie. Nie powinnaś tak ciężko pracować w 
szóstym miesiącu ciąży. Mam nadzieję, że twój mężczyzna czeka z ciepłymi bamboszami i 
rozpieszcza cię tak, jak na to zasługujesz. 

Miranda pomyślała o zimnym pokoju i pustej lodówce. Uśmiechnęła się krzywo. 
– Podrzucę cię do domu. 
Nie chciała się przyznać, że wczoraj wcale nie podwiózł jej do domu, ale nie miała siły na 

dalsze spory. Poszła za nim do samochodu i w milczeniu patrzyła, jak przymocowywał z tyłu 
rower. Bez słowa jechał tą samą trasą, co poprzedniego dnia. Zatrzymał się na tym samym 
rogu i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku. 

– Czy wreszcie powiesz mi prawdę?
– O czym?
– Na przykład o tym, gdzie właściwie mieszkasz, bo przecież nie tutaj. 
Wyprostowała się, zaskoczona. 
– Nie wiem, o czym mówisz. 
– Myślę, że wiesz. Kiedy skończyłem wczoraj rozmawiać przez telefon, zastukałem do 

każdego domu po kolei, pytając o położną o imieniu Miranda. I wiesz co? Nikt o niej nie 
słyszał. Zabawne, prawda?

Przełknęła z wysiłkiem i próbowała mu przerwać. 
– Jake, ja... 
– Zacząłem się zastanawiać, dlaczego kłamiesz w tak prostej sprawie – rzekł spokojnym 

głosem. – To oczywiste, że jesteś z kimś związana, ale nie rozumiem, czemu mnie ciągle 
okłamujesz. Dlaczego po prostu nie powiesz prawdy?

– Ani razu nie skłamałam! – Gorączkowo myślała, jak się bronić. 
– Siedzimy przed domem, w którym nie mieszkasz. Czy to nie było kłamstwo?
– Nie mam zwyczaju zwierzać się ludziom. 
– Podanie adresu uznajesz za zwierzanie się? – Jego ton nadal był łagodny. 
– Dobrze, zawieź mnie do domu. Ale potem odjedź. Nie mam powodu tłumaczyć się 

przed tobą. 

Jake zatrzymał się przez źle oświetlonym budynkiem z mieszkaniami na wynajem. Nie 

mógł uwierzyć własnym oczom. Lepiej było się tu nie zapuszczać po ciemku, a i za dnia 
okolica nie wyglądała lepiej. Co u licha Miranda robi w takim miejscu? Im więcej czasu z nią 
spędzał, tym mniej ją rozumiał. 

– Dziękuję za podwiezienie. – Odpięła pas, ale przytrzymał ją za rękę, zanim zdążyła się 

wymknąć. 

– Nie tak szybko. – Ręce miała szczupłe i chłodne. Lekko drżały. Nagle zrozumiał, że coś 

przed nim ukrywa. Coś istotnego. – Odprowadzę cię do drzwi. 

– Nie ma potrzeby. Poradzę sobie. 

background image

– Powiedziałem, że cię odprowadzę. – Na jego twarzy malował się upór. – Boisz się, że 

twój chłopak podbije mi oko?

Sprawdzał tylko jej reakcję. Wczoraj doszedł do wniosku, że nie ma partnera i teraz jego 

podejrzenia potwierdziły się. Zawahała się i odparła z rezygnacją:

–   Mieszkam   sama.   Nikt   ci   nie   podbije   oka.   Ale   i   tak   nie   ma   powodu,   żebyś   mnie 

odprowadzał. 

– Zrób to dla mnie. 
– Tu mieszkam. – Przystanęła przy drzwiach na piętrze. – Do zobaczenia. 
Pchnęła je, a Jake kątem oka zobaczył puste wnętrze z zaciekami na ścianach i łysym 

chodnikiem na podłodze. 

W mgnieniu oka podjął decyzję. Nie ma mowy,  by ją tu zostawił. Wszedł za nią do 

pokoju,   ignorując   próbę   zamknięcia   mu   drzwi   przed   nosem.   Rozejrzał   się   wokoło   z 
niedowierzaniem. 

– Co u licha robisz w takiej norze? – Uświadomił sobie, że jego słowa są zbyt ostre, ale 

na pewno Miranda zdaje sobie sprawę z tego, że mieszka w okropnych warunkach. 

To wiele wyjaśnia. Na przykład, dlaczego zawahała się, gdy mówiła o „domu”. Nikt przy 

zdrowych zmysłach nie nazwałby tak tego miejsca. 

– Oszczędzam. Teraz już idź. 
– Nie zamierzam. – Dokonując oględzin ponurego wnętrza Jake zauważył, że w pokoju 

było równie zimno, jak na schodach. – Wyjaśnij mi, dlaczego mieszkasz w takich warunkach. 

– Już powiedziałam. Jest tanio. 
–   To   mnie   nie   dziwi.   Czy   naprawdę   jesteś   w   tak   dramatycznej   sytuacji?   On   ci   nie 

pomaga?

– Kto?
– Ojciec twojego dziecka. Nawet jeśli nie jesteście już razem, nadal ma obowiązki wobec 

niego. – Poczuł, że narasta w nim gniew na nieznanego mężczyznę.  Miał ochotę walnąć 
pięścią w wilgotną ścianę. 

– Nie potrzebuję wsparcia, Jake, radzę sobie sama – oświadczyła z irytacją. 
– Nie chodzi tylko o ciebie, Mirando. – Spojrzał wymownie na jej brzuch. 
– Dziecko ma się dobrze. Nie sądź mnie. Nic o mnie nie wiesz. 
– Chcę wiedzieć. Chcę zrozumieć. Zostawił cię? – Nie powinien być wścibski, ale nie 

mógł się oprzeć. 

Rzuciła płaszcz na łóżko. 
– Co cię to obchodzi?
Miała prawo zadać to pytanie, lecz on nie znał na nie odpowiedzi. Wiedział tylko, że nie 

może jej tak zostawić. 

Przez moment mierzyła go wzrokiem, wreszcie spuściła oczy. 
– Odszedł, kiedy dowiedział się o dziecku. 
– Honorowy gość. – Nie mógł pohamować się od ironii, ale chętnie odgryzłby sobie język 

na widok bólu w jej oczach. – Przepraszam, nie powinienem był... – Miał ochotę objąć ją 
mocno i zabrać w bezpieczne miejsce. 

background image

– To już nie ma znaczenia. Dobranoc, Jake. Do jutra. 
Weszła do maleńkiej kuchenki, w której z trudem mieściły się dwie osoby. Projektant 

budynku   powinien   zostać   skazany   na   mieszkanie   w   nim.   Włączyła   czajnik   i   otworzyła 
lodówkę. Były tam tylko jajka i jogurt. 

To przeważyło szalę. 
– Idź, spakuj się. 
Na dźwięk tych słów zatrzymała się z jogurtem w dłoni. 
– Słucham?
Jeszcze   żadna   kobieta   nie   wydała   mu   się   tak   intrygująca   i   niedostępna.   Był   gotów 

zapłacić każdą cenę za zbliżenie się do niej. Do tej pory dbał o swą prywatność. Niezależnie 
od tego, z kim się aktualnie umawiał i jak bliska była to znajomość, nigdy nie zaprosił żadnej 
kobiety,  by się do niego wprowadziła. Sam nie rozumiał, skąd przyszła ta nagła decyzja. 
Zwariowana czy nie, zamierzał się jej trzymać. 

– Spakuj rzeczy. Zabieram cię do siebie. 
– Nie bądź śmieszny. 
– Kochanie, jesteś jedyną kobietą, której kiedykolwiek złożyłem taką propozycję, więc 

przemyśl to raz jeszcze. 

Lekkie rozbawienie, z jakim przyjęła tę ripostę, świadczyło o tym, że nie straciła poczucia 

humoru. 

– Jeśli chcesz mnie uwieść, źle wybrałeś. 
Sam nie wiedział, czego chce, poza jednym. Nie wyjdzie stąd bez niej. Postanowione. 
– Proszę, pojedź ze mną. 
– Zawsze jesteś taki uparty? – westchnęła. 
– Tak – przyznał. – Gdzie jest twoja walizka? Sam cię spakuję. 
– Jake – zaprotestowała słabiej. 
– Zabiorę cię stąd, Mirando, i od ciebie tylko zależy, czy weźmiesz swoje rzeczy, czy 

wyniosę cię stąd, jak stoisz. A oboje wiemy, że moje ciuchy są na ciebie za duże. 

– Czy ktoś ci już powiedział, że jesteś tyranem?
– Nie jestem. Po prostu dobrze wiem, czego chcę i jestem przyzwyczajony, że to osiągam. 
– Ja też wiem, czego chcę. 
– Jesteś zbyt zmęczona, żeby myśleć rozsądnie. 
–   Chyba   masz   rację.   Muszę   się   położyć   choć   na   pięć   minut.   –   Obdarzyła   go 

przepraszającym uśmiechem. 

– Spakuj się, Mirando. Za pół godziny będziesz leżała w pachnącej pianie, a miękkie 

łóżko będzie na ciebie czekało. 

– Trudno jest ci odmówić. – Wyraz rozmarzenia pojawił się w jej oczach. – Zejdź mi z 

drogi. Muszę przygotować rzeczy na zmianę. 

Sięgała mu zaledwie do ramienia, była krucha i delikatna, a jednak w tej dziewczynie 

kryła się stalowa wola i odwaga. Była najbardziej niezależną przedstawicielką swojej płci, 
jaką kiedykolwiek spotkał. 

–   Weź   więcej   ubrań.   Nie   wrócisz   tu,   dopóki   to   miejsce   nie   zacznie   przypominać 

background image

mieszkania. Dziwne, że się nie rozchorowałaś. 

–  Jestem   silniejsza,  niż   myślisz  –  odparła  wyzywająco.  Wrzuciła   do  torby  potrzebne 

rzeczy. – Jestem gotowa. Ale nadal myślę, że twoje zachowanie jest idiotyczne. 

– Nie idiotyczne. Rozsądne. – Wziął od niej torbę i pospiesznie otworzył przed nią drzwi, 

jakby w obawie, że może jeszcze zmienić zdanie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Po raz drugi w tym tygodniu Miranda leżała w dużej wannie wypełnionej ciepłą, pieniącą 

się, pachnącą wodą. 

W głębi serca wiedziała, że nie powinna korzystać z gościnności Jake’a. Mogła okazać 

większą stanowczość. Tupnąć nogą i powiedzieć „nie”. Jednak Jake był przyzwyczajony do 
stawiania na swoim, a ona nie miała siły na dalsze protesty. 

Która   kobieta   dobrowolnie   wybrałaby   nędzę,   skoro   może   przez   chwilę   pławić   się   w 

luksusie?   Była   tak   zmęczona,   że   jej   mięśnie   zastrajkowały.   Wątpiła,   czy   znajdzie   dosyć 
energii, by wyjść z wanny o własnych siłach. 

W myślach przebiegała jeszcze raz dzisiejsze wydarzenia na porodówce. Czy to była jej 

wina? Czy powinna była przewidzieć, że noworodek ułoży się nieprawidłowo?

Stukanie   do   drzwi   wyrwało   ją   z   zamyślenia.   Jake   wkroczył   do   środka   z   dwoma 

parującymi kubkami. 

–   Przyniosłem   coś   na   wzmocnienie.   Zawstydzona   schowała   się   głębiej   w   pianie. 

Dlaczego nie pamiętała, żeby zamknąć drzwi!

– Nie możesz wchodzić bez zaproszenia! Pchnął drzwi ramieniem. 
– Dlaczego? Chciałem sprawdzić, czy nie zasnęłaś. 
Bez cienia skrępowania postawił oba kubki na koszu z bielizną do prania i sięgnął po 

czysty ręcznik. 

– Wychodź, dopóki jesteś przytomna i możesz wypić gorącą czekoladę, którą dla ciebie 

przygotowałem. 

– Gorącą czekoladę? – Popatrzyła łakomie na kubki. – Tę samą, którą dałeś mi w górach?
– Właśnie tę. – Przebrał się już w dżinsy i sportową koszulę, chyba ulubioną, bo wyraźnie 

spraną. Podwinął rękawy do łokcia, odsłaniając silne przedramiona. – Zanim się ubierzesz, 
kolacja będzie gotowa. 

– Ugotowałeś?
– Niezupełnie. Skorzystałem z pomocy lokalnej pizzerii. Dużo kalorii, ale przydadzą ci 

się. – Przyjrzał się jej uważniej. – Czy dobrze się czujesz? Mam wrażenie, że coś cię gnębi. 

Był spostrzegawczy, musiała mu to przyznać. 
– Martwię się, że zawiodłam w czasie porodu Daisy. Czy powinnam wcześniej zauważyć 

jakieś symptomy?

– Z całą pewnością nie była to twoja wina. 
– Nigdy do tej pory nie widziałam dystocji barkowej. Oczywiście, wiele słyszałam na ten 

temat.   Znam   konieczne   procedury   postępowania.   Ale   nigdy   nie   spotkałam   się   z   nią   w 
praktyce. Zastanawiam się, czy przeoczyłam jakieś objawy. Być może, gdybym wychwyciła 
je wcześniej, dziecko by się nie zaklinowało. 

–   Nie   zadręczaj   się   –   odrzekł   zdecydowanie.   –   Znacząca   część   przypadków   nie   ma 

żadnych identyfikowalnych wcześniej czynników ryzyka. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

–   Kiedy   zobaczyłam,   że   główka   się   cofa,   próbowałam   zmiany   pozycji,   ale   nie 

background image

poskutkowało. 

– Zachowałaś  się prawidłowo. Natychmiast wezwałaś  położnika na pomoc,  a to było 

najważniejsze. 

– Może powinnam ją od razu położyć w pozycji McRobertsa? Czy leżenie na plecach nie 

zmniejsza ujścia macicy?

– Koryguje lordozę kości krzyżowej i eliminuje jedną z przeszkód. 
– Co by się stało, gdyby zabieg McRobertsa nie poskutkował?
–   Nacięcie   krocza   pozwala   na   zmniejszenie   ucisku   na   główkę   i   zwiększenie   pola 

manewru.   Starałbym   się   wyciągnąć   dziecko   za   drugie   ramię,   ale   istnieje   spore   ryzyko 
powikłań. Przestań się już martwić i pij czekoladę. Wszystko się dobrze skończyło. 

Wzięła kubek, zadowolona, że śnieżnobiała piana zapewnia jej skuteczną zasłonę. 
– Poznałam doktora Hardwicka. 
– Z pewnością było to budujące doświadczenie – powiedział Jake przeciągle. 
Zastanowiła się, jak dwóch tak różnych ludzi może ze sobą współpracować, skoro ich 

podejście do położnictwa jest diametralnie różne. 

– Był bardzo nieuprzejmy. 
– To do niego podobne. Pochodzi z czasów, gdy lekarz był bogiem wydającym polecenia, 

które inni posłusznie wykonywali. Obecnie wolimy rozmawiać z pacjentkami i wyjaśniać im, 
co robimy. 

– Co by się stało z Daisy, gdyby cię nie było?
–   Mówiąc   szczerze,   Hardwick   skończył   dyżur,   więc   nie   musiał   siedzieć   w   szpitalu. 

Zawsze jest na dyżurze jakiś położnik. Wszystko sprowadza się do tego, czy lekarz czuje się 
odpowiedzialny   za   pacjentkę   i   chce   sam   odebrać   dziecko.   Hardwick   nie   zaniedbuje 
prywatnych pacjentów, a lekceważy tych, którzy trafiają do niego z ubezpieczalni. 

– To okropne. 
– Doprawdy? – Jake uśmiechnął się ironicznie. – Chciałabyś mieć przy sobie doktora 

Hardwicka w czasie porodu?

– Zdecydowanie nie. 
– Nie mam nic więcej do dodania. A jeśli rozmawiamy o położnikach, powinnaś pogadać 

z Tomem Hunterem. Jest znakomity. Zaraz będzie pizza. Radzę, żebyś wyszła z wanny, jeśli 
nie chcesz jeść mozarelli z mydlaną pianą. 

– Nie mogę się ubierać, gdy tu stoisz. 
– Mirando, jestem ginekologiem. Widziałem niejedną ciężarną kobietę. 
– Ale nie mnie. 
Krew   napłynęła   jej   do   policzków.   To   gorąca   woda,   przekonywała   sama   siebie.   Nie 

ulegnie   urokowi   kolejnego   mężczyzny,   a   szczególnie   tak   niebezpiecznego   jak   Jake.   Z 
jakiegoś powodu ciągle jest kawalerem, ale ona nie chce zostać jego zdobyczą. 

Chciało jej się śmiać nad własną głupotą. Jake nie zainteresowałby się kobietą, która 

wkrótce   urodzi   dziecko   innego   mężczyzny.   Ona   nie   pasuje   do   kategorii   związków   bez 
komplikacji. W dodatku mało który mężczyzna uważa kobietę w ciąży za atrakcyjną. 

Powiedział jej, że jest piękna i pocałował ją, ale to było, zanim dowiedział się o ciąży. 

background image

Wszystko uległo zmianie. 

–   Zostaw   mnie   w   spokoju,   a   za   chwilę   będę   na   dole   –   prychnęła   zirytowana   jego 

obecnością i własnymi myślami. 

– Jeśli nie zejdziesz w ciągu pięciu minut, wrócę tu. 
– Ktoś ci mówił, że strasznie się rządzisz?
– Słyszę to przez cały czas. Ale to wina mojej profesji. W pracy muszę podejmować 

błyskawiczne, arbitralne decyzje. Czasem przenoszę to na życie prywatne. 

Popatrzyła   za   nim,   gdy  zamykał   za   sobą   drzwi.   Jake   jest   niesamowicie   atrakcyjnym 

mężczyzną, nie tylko ze względu na swój wygląd. Jego siła i pewność siebie działały na nią 
równie mocno. Naprawdę powinna uczyć się na błędach. Nie należy poświęcać tyle uwagi 
komuś, kto jest całkowicie nieosiągalny.  Z mocnym  postanowieniem, że będzie rozsądna, 
owinęła się w wielki puszysty ręcznik. 

Zaróżowiona po kąpieli, z rozchylonymi różowymi ustami, w nocnej piżamie, z włosami 

spiętymi klamrą na czubku głowy stanęła w drzwiach kuchni. Poczuł, że coś go ściska w 
dołku. 

– Nie wiedziałem, co lubisz, więc zamówiłem wszystkie możliwe dodatki. 
Zerknęła do pudełka i zaśmiała się. 
– Jako lekarz powinieneś raczej wygłaszać kazania na temat zdrowego żywienia. 
– Uznałem, że najbardziej potrzebujesz kalorii i komfortu. Jedz. Podać ci talerz?
– To jest pyszne. – Poczuła nagle wilczy głód. Obserwował mały różowy język zlizujący 

okruszki z kącika ust i miał ochotę natychmiast ją pocałować. 

– Opowiedz mi historię swojego życia. 
– Słucham? – Zatrzymała się w pół kęsa, zaskoczona. 
Jake był zły na siebie, że przerwał jej jedzenie, ale postanowił pójść za ciosem. 
– Chciałbym usłyszeć, co się stało z ojcem twojego dziecka. Oskarżyłaś mnie o pochopne 

wyciąganie wniosków i z pewnością miałaś rację. Jeśli podasz mi fakty, nie zrobię tego po raz 
drugi. 

– Jesteś bardzo obcesowy. 
– Myślę, że tak jest lepiej. Unikniemy nieporozumień. 
– Jestem ci winna wyjaśnienia, wiec umówmy się tak. Opowiem ci o wszystkim, ale 

potem nie chcę już wracać do tego tematu. 

– Nie jesteś mi nic winna, ale i tak chcę wiedzieć. 
– Dlaczego? Dobre pytanie. 
– Bo wyglądasz jak ktoś, kto potrzebuje przyjaciela. Może odnajdę twojego byłego i 

skarcę go za to, że pozwala ci borykać się ze wszystkim samej.

– Nie borykam się. – Spojrzała na niego wyzywająco. 
Uśmiechnął  się,  przypominając  sobie  jej  upór i niezależność  w  górach. Najwyraźniej 

musiała stale udowadniać wszystkim, że potrafi dbać o siebie. A jednak z mokrymi włosami i 
kawałkiem pizzy wygląda tak krucho i niewinnie... 

– Kim on jest, Mirando?

background image

– To głupie, ale poznałam go przez internet. Taka piękna dziewczyna zawiera znajomości 

przez internet?

– Miał na imię Peter. Wydał mi się bardzo miły. Byliśmy jak pokrewne dusze. Mieliśmy 

identyczne   zdanie   na   różne   tematy,   interesowaliśmy   się   podobnymi   rzeczami,   czasem 
wydawało się to aż niesamowite. Coraz częściej pisywaliśmy do siebie. Potem kilka razy 
rozmawialiśmy przez telefon, aż wreszcie zdecydowaliśmy się spotkać. Powiedział, że ma 
trzydzieści osiem lat. Był znacznie starszy niż ja, ale wtedy się tym nie przejmowałam. 

– Spotkaliście się?
–  W  pubie.  Był  świetnym   kompanem,  a  ja...  Prawda  jest   taka,  że   czułam  się   wtedy 

straszliwie samotna i nie zawracałam sobie głowy pytaniami, które powinnam była zadać od 
razu. Zaczęliśmy się umawiać. Po miesiącu przyznał się, że ma czterdzieści osiem, a nie 
trzydzieści osiem lat. Byłam w szoku. Nie z powodu jego wieku, nie przywiązywałam do tego 
wielkiego znaczenia, ale nie rozumiałam, dlaczego mnie oszukał w tej sprawie. Dlaczego nie 
powiedział mi prawdy. 

– Jak się tłumaczył?
– Obawiał się, że gdyby się przyznał, nie chciałabym się z nim spotkać. 
– Zjedz jeszcze kawałek, zanim przejdziesz do dalszego ciągu. 
– Skąd wiesz, że mam jeszcze coś do powiedzenia?
– Masz to wypisane na twarzy. 
Wolno przeżuwała pizzę, a potem oblizała palce. 
– Po kilku tygodniach namówił mnie... Właściwie nie musiał mnie namawiać, sama tego 

chciałam. 

– Poszliście do łóżka – skończył za nią Jake i nagle stracił apetyt. 
–   Chciałabym   móc   powiedzieć,   że   byłam   nieprzytomnie   zakochana,   ale,   mówiąc 

uczciwie,   byłam   przede   wszystkim   bardzo   samotna.   Dlatego   nie   zauważałam   różnych 
drobnych znaków, które powinny obudzić moją czujność. To on dzwonił do mnie. Ja nie 
mogłam, chyba że na komórkę, która i tak często była wyłączona. Spotykaliśmy się w porach 
dogodnych dla niego. 

– Był żonaty?
– To takie oczywiste? – Wyglądała na zaskoczoną. 
– Namiętność zaślepia. 
– To nie była taka wielka namiętność. – Zaczerwieniła się. – Reszta jest banalna. Zaszłam 

w ciążę. On był przerażony. Nagle wyciągnął zdjęcie żony i czwórki dzieci. I koniec historii. 
– Powiedziała to lekko, ale widać było, że nadal ją to boli. 

– A jak przyjęłaś wiadomość o dziecku?
– Najpierw się przestraszyłam i uświadomiłam sobie, że jestem zdana sama na siebie. 

Potem się ucieszyłam. – Uśmiechnęła się ciepło. – Wiem, że w tych okolicznościach to brzmi 
dziwnie, ale naprawdę się ucieszyłam. Poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. 

– Powinien ci płacić alimenty. 
– Nie chcę od niego nic. Przywykłam sama dbać o siebie. Teraz będę dbała o dwie osoby. 
– Dlaczego wybrałaś Krainę Jezior? Co z twoją rodziną?

background image

– Nie mam rodziny – odparła. Wstała szybko i nalała sobie szklankę wody. Wypiła ją 

odwrócona plecami. – Zdecydowałam się wyjechać z Londynu i wybrałam Krainę Jezior, bo 
odkąd pamiętam, miałam w głowie jej poetyckie krajobrazy. W szkole uwielbiałam literaturę. 

–   Poetyckie?   –   Nie   zrozumiał,   bo   jego   uwagę   przykuły   raczej   niedopowiedzenia   niż 

odpowiedź. Brzmiała fałszywie. Instynktownie poczuł, że skłamała. Ale dlaczego kłamie na 
temat rodziny? Czyżby pokłóciła się z nimi z powodu ciąży? Czy się ich wstydziła?

– Wordsworth. Mieszkał w tej okolicy. Chyba o tym wiesz?
– Oczywiście. – Uśmiechnął się. – Urodziłem się tutaj. Dla tutejszych mieszkańców jest 

to element lokalnej tradycji. Coś tak oczywistego, że przestaje się o tym pamiętać. 

– Uważałam, że to piękne, sielskie miejsce. Idealne do wychowywania dziecka. I tańsze 

niż Londyn. 

Chciał się dowiedzieć czegoś o jej rodzinie. Było oczywiste, że jeśli żyją, zerwali z nią 

kontakty. Albo ona z nimi. Jake starał się wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Na oślep 
wskazać palcem punkt na mapie i od nowa budować swoje życie w tym obcym miejscu. 
Zerwać wszystkie więzy, oderwać się od korzeni. 

– Rozumiem, czemu tu przyjechałaś, ale skąd to ohydne mieszkanie?
– Było dostępne od zaraz i bardzo tanie. Muszę się utrzymywać sama. Kiedy dziecko 

przyjdzie na świat, przez pewien czas nie będę mogła pracować. 

– Ile płacisz za wynajem?
Wymieniła   kwotę,   która   wydawała   mu   się   absurdalnie   wysoka   jak   za   taka   norę,   ale 

powstrzymał się od komentarza. 

– Przeprowadź się do mnie, a będziesz płaciła jeszcze mniej. 
– Nie mówisz poważnie. 
– Dlaczego nie? – Machnął ręką w kierunku innych pokoi. – Ten dom jest dla mnie za 

duży, a tobie byłoby tu wygodniej. 

– Nie. – Coś niebezpiecznie zamigotało w jej oczach. – Nie potrzebuję niczyjej łaski. 

Radzę sobie. Nie lubię być od nikogo zależna. 

Jeśli nie przeprowadzi tej rozmowy dyplomatycznie, Miranda wróci do siebie, zanim on 

zdąży wyrzucić pudełko po pizzy. Oparł się o krzesło i wyciągnął nogi. 

– To dobrze, bo nie mam zamiaru cię uzależniać. Proponuję, żebyś się wprowadziła do 

pokoju, którego nie używam. Możesz mi płacić tyle, ile obecnemu gospodarzowi. 

– Absolutnie nie. 
Zauważył, że się zawahała, i z miejsca to wykorzystał. 
– Dlaczego wolisz płacić za pokój kompletnie obcemu człowiekowi, a nie mnie?
– To duża różnica. 
– Jaka? Z powodu jednego pocałunku?
– To nie był prawdziwy pocałunek. Było Boże Narodzenie, czuliśmy się samotni i... – 

Widać było, że najchętniej udawałaby, że taka sytuacja w ogóle nie miała miejsca. 

– Poczuliśmy wzajemne zauroczenie?
– Nie mogłeś do mnie niczego poczuć. 
– Nie? – Fakt, że nie zaprzeczyła  własnemu zainteresowaniu jego osobą, napełnił go 

background image

niespodziewaną   radością.   Miał   ochotę   przysunąć   się   do   niej,   ale   bał   się   ją   spłoszyć.   – 
Dlaczego nie miałbym się tobą zainteresować?

– Jestem w zaawansowanej ciąży – Z innym mężczyzną. Te niewypowiedziane słowa 

zawisły w powietrzu. 

– Ciąża nie sprawiła, że stałaś się kimś innym. Nadal jesteś sobą. 
– Bardzo grubą sobą. 
Miał ochotę się roześmiać, słysząc w jej ustach obiekcje tak typowe dla wielu ciężarnych 

kobiet. 

– Większość mężczyzn uważa, że ciąża przydaje ich żonom urody i atrakcyjności. 
– Nie jestem twoją żoną. 
Powinien przyjąć to z ulgą. Zamiast tego poczuł żal, że ta piękna kobieta nie jest jego 

żoną. Mógłby ją przytulić i pocałunkami rozjaśnić jej smutne oczy. 

– Nie jestem niczyją żoną i nie zamierzam być – zapewniła z ogniem w oczach. – Nie 

zamierzam mieć rodziny. 

Czy chodzi tylko o ukochanego, który ją oszukał, czy coś jeszcze kryje się za tym tak 

zdecydowanym stwierdzeniem? Spojrzał wymownie na jej brzuch. 

– Kochanie, czy tego chcesz, czy nie, już masz rodzinę. 
– Dziecko to zupełnie inna sprawa. – Osłoniła brzuch rękami. 
– Nie ma czegoś takiego jak typowa rodzina, Mirando. – Spróbował delikatnie podjąć 

temat jej lęków i uprzedzeń. – Każdy tworzy ją po swojemu. Rodzina oznacza ludzi, którzy 
mieszkają razem i starają się, by wspólne życie było jak najlepsze. 

– Doprawdy? – Gorycz w jej głosie była trudna do przeoczenia. Nie wiedział, skąd brał 

się cynizm i ból, ale nie powinno ich być. Postanowił zmienić temat. 

– Zamierzasz nadal wspierać swojego gospodarza oszusta czy będziesz płaciła mnie?
– Mówisz poważnie o wynajęciu pokoju?
–   Najzupełniej.   –   Nie   chciał   brać   od   niej   pieniędzy,   ale   świetnie   wiedział,   że   w 

przeciwnym wypadku odmówiłaby mu bez wahania. 

– Dobrze – zadeklarowała po chwili zastanowienia. – Jeden warunek. Wyprowadzę się po 

urodzeniu dziecka. 

– Dlaczego?
– Nie potrzebujesz pod swoim dachem noworodka, który będzie cię budził w nocy swoim 

płaczem. Nie mogę tu pomieszkiwać w nieskończoność. Muszę sobie znaleźć coś na stałe. 
Miejsce, które mogłabym zamienić w dom. 

Uświadomił   sobie,   że   chce,   by   założyła   swój   dom   tutaj.   Razem   z   nim.   Zupełnie 

zaskoczony   swoimi   reakcjami   i   myślami,   potarł   dłonią   czoło.   Co   za   ironia   losu.   Znają 
zaledwie parę dni. Wiele kobiet, z którymi miał romanse, robiło aluzje na temat wspólnego 
mieszkania. Wypracował sobie różne strategie ignorowania lub odrzucania ich propozycji. 
Trzymał   kobiety   na   zewnątrz   swojego   domu.   Dlaczego   nagle   za   wszelką   cenę   chciałby 
zatrzymać Mirandę w środku?

– Dobrze. – Wiedział, że nie może się zdradzić ze swoimi pragnieniami, bo dziewczyna 

ucieknie bez oglądania się za siebie. – Traktuj mój dom jako swój, dopóki nie znajdziesz 

background image

czegoś lepszego. 

–   To   bardzo   szlachetnie   z   twojej   strony.   –   Nerwowo   przebierała   palcami,   wyraźnie 

zakłopotana. – Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz to dla mnie zrobić?

– Czy musi być jakiś powód?
– A czy nie jest to regułą? – Zaśmiała się szyderczo. – Stawiałabym na aspekt seksualny, 

gdyby nie moja zaawansowana ciąża. 

– Moja motywacja zdecydowanie wykracza poza seksualną atrakcyjność. Nie zamierzam 

owijać w bawełnę, Mirando, bo słyszałaś dosyć kłamstw. Sam nie wiem, dlaczego mi tak 
zależy,   żebyś   tu   zamieszkała.   Od   pierwszej   chwili   między   nami   zaiskrzyło.   Kiedy   się 
obudziłem   i   stwierdziłem,   że   zniknęłaś,   poczułem   się   zawiedziony   i   zrozpaczony.   Potem 
spotkałem cię na oddziale i byłem w siódmym niebie do odkrycia, że jesteś w ciąży. Mam 
żelazną   zasadę:   nigdy   nie   rozbijam   cudzych   związków.   Byłem   gotów   zrezygnować,   ale 
czułem, że tracę coś niezwykle ważnego. 

Jej oczy były wielkie i czujne. 
– Jake... 
– Pozwól mi skończyć. Potem odkryłem, że nie masz nikogo. Nikomu nie wchodzę w 

paradę. To wszystko zmienia. Dlaczego chcę, żebyś tu zamieszkała? Bo nie mogę pozwolić ci 
odejść. Nie wiem, co to znaczy, ale chcę się dowiedzieć. 

– To zupełne szaleństwo. 
– Naprawdę? – Zazwyczaj umykał przed kobietami, nie chciał dać się schwytać. Cóż za 

złośliwy los, że kiedy spotkał kobietę, na której mu zależy, ona jest w ciąży, boi się mężczyzn 
i koniecznie chce być niezależna. Niektóre z jego wcześniejszych znajomych uznałyby to za 
sprawiedliwość losu. 

–   Nie   wiem,   czy   cię   dobrze   rozumiem,   Jake,   ale   ja   nie   szukam   związku.   Nie   chcę 

zakładać rodziny. 

– Mówiłem ci, że już ją masz. 
– Tylko ja i dziecko. Na tym koniec. 
– Jesteś zmęczona – stwierdził łagodnie. Nie był to dobry moment na dopytywanie się o 

przyczyny jej fobii. – Idź do łóżka. Porozmawiamy o tym innym razem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Nie powinieneś mnie odwozić do pracy – westchnęła Miranda, popijając przygotowaną 

przez Jake’a poranną kawę. – Ludzie zauważą i zaczną plotkować. 

Większość   nocy   przeleżała   bezsennie,   myśląc   nad   jego   słowami.   Chce   ją   zatrzymać. 

Czuła się tym zaniepokojona, ale jednocześnie przepełniona szczęściem. 

– W ustach kobiety, która przyjeżdża do pracy kupą złomu, brzmi to nieszczerze. Nie 

wierzę,   żebyś   się   przejmowała   tym,   co   pomyślą   ludzie.   –   Powiedział   to   żartobliwie,   a 
Miranda mimo woli odwzajemniła się uśmiechem. 

Jest   pogodny   z   natury,   pomyślała.   Zapewne   każdy   jego   rozmówca   ma   wrażenie,   że 

uśmiecha się tylko do niego. Nie powinna doszukiwać się ukrytych znaczeń tam, gdzie ich nie 
ma. Musi być ostrożna. Bardzo ostrożna. Nie wolno dać się ponieść marzeniom. 

– Jestem w ciąży, Jake. Ludzie zaczną mieć te same podejrzenia, które zaświtały w twojej 

głowie. Nie chcę, żeby utarła się opinia, że jestem niewierna, nieuczciwa czy pozbawiona 
zasad. Wiesz, co ludzie gadają na widok ciężarnej kobiety, która zadaje się z mężczyzną, 
który nie jest jej mężem. 

– Sama powiedziałaś w czasie świąt, że pozory mylą, więc jakie to może mieć znaczenie? 

Niech sobie plotkują – odrzekł niefrasobliwie. – Chodźmy już. 

Popatrzyła na niego z rosnącą desperacją. Jest przyzwyczajona do robienia wszystkiego 

po swojemu. Nie wiedziała, jak poradzić sobie z jego niewzruszonym uporem. 

Nie chciała kłócić się o głupstwa, więc dała za wygraną. Wśliznęła się posłusznie do 

ciepłego i wygodnego samochodu, ale dręczyła ją niepewność. Czego właściwie Jake od niej 
oczekuje? A czego ona spodziewa się po nim?

Niczego, brzmiała odpowiedź. Nie może być mowy o poważnym związku, a przelotne 

romanse nie są w jej stylu. 

W pracy nie miała okazji zastanawiać się nad prywatnymi problemami. Przez cały dzień 

była na nogach, a po dyżurze z ulgą spostrzegła, że Jake także już skończył i jest gotów 
zabrać ją do domu. 

Nie miała siły na spory, wsiadła do samochodu i postanowiła zignorować nieprzyjemne 

uczucie, że ludzie ich obserwują i zaczynają snuć podejrzenia. 

W starym mieszkaniu spakowała resztę rzeczy. Załadowali je do bagażnika. Wyciągnęła z 

kieszeni klucze. 

– Muszę je oddać właścicielowi. 
– Powiedz, gdzie mieszka. Ja to zrobię. 
– Piętro niżej, pode mną. Pójdę sama. Muszę wypowiedzieć najem i wyjaśnić, dlaczego 

rezygnuję bez uprzedzenia. 

– Ja to zrobię – uparł się Jake. Wyjął klucze z jej ręki i wszedł do budynku. 
Nie powinna była na to pozwolić, jednak nie miała siły. Oparła się wygodniej i sen ją 

zmorzył, zanim się obejrzała. 

Obudziła   się,   kiedy   Jake   wsiadał   do   samochodu.   Rzucił   jej   na   kolana   kopertę   z 

background image

pieniędzmi. 

– Co to jest? – spytała, nie wierząc własnym oczom. 
–   Twoje   pieniądze.   –   Jake   uruchomił   silnik   i   ruszył.   –   Gospodarz   przeprasza   za 

skandaliczny   stan   wynajmowanego   mieszkania   i   jako   rekompensatę   zwraca   ci   zaliczkę   i 
czynsz za ten miesiąc. 

– Rozmawiałeś z nim?
– Tak. Przemówiłem mu do rozumu.. 
W tym momencie jej wzrok padł na starte do krwi kostki jego ręki. 
– Uderzyłeś go? Coś ty zrobił, Jake!
– Wpadł mi na rękę. 
– Co w ciebie wstąpiło? – Jej oburzenie i odraza były niekłamane. 
– Nie lubię ludzi, którzy pasożytują na innych. – Oczy zabłysły mu niebezpiecznie. Po raz 

pierwszy nie było w nich śladu wesołości, tylko twarda determinacja. – Porozmawialiśmy po 
męsku i przyznał mi rację. 

– Jak śmiesz się wtrącać! – Była  naprawdę wściekła. – Jake, nie prosiłam cię, żebyś 

odzyskiwał pieniądze. 

Zaparkował samochód pod domem. 
– Mirando, ten facet jest oszustem. 
– To ci nie daje prawa do rękoczynów. Jak mogłeś go pobić!
– Nikogo nie pobiłem. Powiedział parę słów za dużo. Takich, które mi się nie podobały. 

To niebezpieczny brutal. 

– Uderzyłeś go. 
– Broniłem się. Zaatakował mnie. Oskarżył mnie, że chcę go zrujnować. 
Działał w obronie własnej? Zawstydziła się nagle i powiedziała innym tonem:
– Przykro mi, że próbował cię pobić. Nie powinnam cię puścić samego. 
– Dobrze, że spotkało to mnie, a nie ciebie. Następnym razem lepiej wybieraj właściciela 

domu. 

Bez słowa przytrzymał jej drzwi samochodu i poszedł przodem do kuchni. Obserwowała 

jego nieruchomy profil, rozdarta między poczuciem winy i wdzięcznością. Nikt jeszcze nie 
występował w jej obronie z takim oddaniem. Starał się pomóc, a ona okazała mu skrajną 
niewdzięczność. Zamiast podziękować, napadła na niego. 

– Przepraszam – powiedziała skruszonym tonem. 
– To ja przepraszam. Myślałem, że robię ci przysługę. 
– I tak było. Nie znoszę tego typa. Na sam jego widok dostaję gęsiej skórki. Po prostu nie 

chcę, żebyś się nade mną litował. 

– Przyjaciele powinni sobie pomagać, chyba się z tym zgadzasz?
– Nie wiem. Uczciwie mówiąc, nigdy nie miałam bliskich przyjaciół. Zawsze z trudem 

nawiązywałam kontakty. 

Minął miesiąc. Miranda była zadowolona, że zgodziła się na przeprowadzkę. Spała lepiej 

w ciepłym i wygodnym domu. Kilka razy Jake musiał ją budzić, by nie spóźniła się do pracy. 

Wiedziała, że powinna rozglądać się za mieszkaniem, do którego przeprowadzi się po 

background image

urodzeniu dziecka, ale miała nawal pracy,  a po powrocie do domu kładła się i zasypiała 
kamiennym snem. 

Jake bardzo pilnował, by nie przekraczać subtelnej granicy przyjacielskich relacji, nie 

starał się wplatać do rozmów  bardziej  personalnych  wątków. Zabrał  ją za to do siedziby 
górskiego ochotniczego pogotowia ratunkowego, gdzie pokazał jej cały ekwipunek, którego 
używali   w   czasie   akcji   i   wyjaśnił   zasady   bezpiecznego   zachowania   się   w   górach.   Miała 
szczęście, że w Boże Narodzenie odnalazł ją, zanim zdążyła zamienić się w sopel sodu. 

–   Masz   ochotę   na   spacer?   –   zaproponował   któregoś   sobotniego   poranka   w   czasie 

wspólnego śniadania. 

– Ma pan zamiar przyjmować poród w kompletnej głuszy, doktorze Blackwell? – spytała 

zadziornie. 

– Znasz mnie. Uwielbiam wyzwania. – Zaśmiał się, dokładając jej na talerz podsmażone 

plasterki bekonu i nalewając kawę do kubka. 

– Nie musisz mnie obsługiwać. Potrafię sobie przygotować śniadanie. 
– I tak robiłem dla siebie. Dorzucenie na patelnię kilku plasterków więcej wydało mi się 

rozsądne. 

– Będę gruba jak szafa. A ty będziesz musiał poszerzać wszystkie drzwi, żebym się w 

nich zmieściła. 

– Nie masz na sobie grama tłuszczu. Ten brzuszek to tylko dziecko. 
– Wielkie dziecko. 
– Martwisz się tym?
Nie   pierwszy   raz   zauważyła,   jak   czujnie   wyłapywał   sygnały   świadczące   o   złym 

samopoczuciu   innych   ludzi.   Nic   nie   uchodziło   jego   uwadze   i   naprawdę   go   za   to   lubiła. 
Mężczyźni na ogół są mało spostrzegawczy i niezbyt domyślni w takich sprawach. 

– Szczerze? Trochę się obawiam. Pewnie wszystkie kobiety w ciąży lękają się porodu. 

Skorzystałam z twojej rady i zgłosiłam się do Toma Huntera. Jest miły. 

– Wszystko w porządku?
– Jestem zdrowa. Niskie ciśnienie, wyraźne i częste ruchy płodu. Lekarz nie przewiduje 

żadnych powikłań. 

– Jest dobrym położnikiem. Nie tak błyskotliwym jak ja, ale nie mogłabyś  być moją 

pacjentką. 

– Dlaczego?
–   Jestem   zaangażowany   emocjonalnie,   a   to   utrudnia   zachowanie   pełnego 

profesjonalizmu. 

–   Dlaczego   tak   mówisz?   Przecież   jestem   tylko   twoją   lokatorką?   –   Niespodziewane 

wyznanie zaalarmowało ją. 

Przyjrzał się jej z namysłem, ale jego niebieskie oczy nie ujawniały uczuć. 
– Skoro już skończyłaś, możemy wybrać się na spacer. Trochę wysiłku fizycznego na 

powietrzu dobrze ci zrobi. Jeśli Tom ci tego nie powiedział, na pewno to jeszcze zrobi. 

– Jake. – Nie zamierzała tak łatwo porzucić poprzedniego tematu. – Mieszkamy razem 

już od miesiąca i zauważyłeś chyba, że daleko mi do ideału. Jestem uparta, niezależna i poza 

background image

pracą bez przerwy śpię. 

– Senność minie po urodzeniu dziecka, a jeśli chodzi o twoją niezależność, to tak się 

składa, że bardzo mi się ta cecha podoba. – Poderwał się od stołu. – Zostawmy sprzątanie na 
potem. W lutym pogoda często się zmienia. Teraz świeci słońce, wykorzystajmy je. 

Poszła za nim, świadoma, że rozmowa nie została zakończona. 
– Jake – zaczęła znowu. 
– Mirando, jesteś pewna, że chcesz to kontynuować? Jeśli zadasz mi pewne pytania, 

udzielę na nie uczciwej odpowiedzi. Wtedy zaczniesz udowadniać, że nasz związek nie ma 
szans, a ja będę się z tobą spierać i w rezultacie stracimy szansę na miły spacer. Zostawmy to. 
Na razie. 

Na razie? Wyraźnie zasugeruje, że nadal żywi do niej jakieś uczucia... 
Przygryzła wargi. Miał rację, powinna unikać niebezpiecznych tematów. 
– Włóż buty. Zawiążę ci sznurowadła. 
– Poradzę sobie sama. – Włożyła sweter, na to bluzę i kurtkę. – Zaraz się upiekę. 
–   Tylko   w   domu.   Na   dworze   jest   mróz.   Wybierzemy   płaski   teren,   żebyś   się   nie 

przemęczyła. 

– Uważasz mnie za słabeusza?
– Nie, za kobietę w siódmym miesiącu ciąży. – Zapiął jej kurtkę pod szyją i podał czapkę. 
– Zniszczę sobie fryzurę. 
– Kobiety! – Teatralnie przewrócił oczami. – Lepsze przyklepane włosy niż hipotermia, 

moja droga. 

Pojechali nad jezioro, którego jeszcze nie widziała, i zaparkowali samochód. Dzień był 

piękny,  świetna widoczność, mroźne,  ale orzeźwiające  powietrze.  Śnieg chrzęścił im pod 
nogami. Nie mogła się powstrzymać, by z dziecinną radością nie wydeptać świeżego szlaku w 
dziewiczej bieli. 

– Wiem, że zaraz wygłosisz uwagę na temat swojej niezależnej natury, ale bezpieczniej 

będzie, jeśli się mnie przytrzymasz, zanim upadniesz i coś sobie złamiesz – ostrzegł, biorąc ją 
pod ramię. 

– To tylko pretekst, aby mnie dotknąć – zażartowała. 
– Kiedy uznam, że nadszedł właściwy czas, nic mnie nie powstrzyma przed dotknięciem 

ciebie, i nie będzie to nad pokrytym lodem jeziorem – zapowiedział miękko. 

Patrzyła   na   niego   zahipnotyzowana   wyrazem   jego   oczu.   Był   najprzystojniejszym 

mężczyzną,  jakiego znała, wręcz nieprzyzwoicie  atrakcyjnym.  Nogi się pod nią ugięły,  a 
serce   trzepotało   w   piersi.   Ich   głowy   zbliżyły   się   do   siebie.   Ostatnią   rzeczą,   którą 
zarejestrowała, zanim zamknęła oczy, były jego wargi. Pocałował ją, a ona przyjęła to tak 
naturalnie jak pierwszego dnia, w czasie świąt Bożego Narodzenia. 

Nikt nie mógłby mu się oprzeć, pomyślała leniwie. Ma takie ciepłe i pociągające wargi. 

Całował ją bez pośpiechu, uwodzicielsko. Zachwiała się i mocno chwyciła jego kurtki, a on 
objął ją i przytulił. 

Cały świąt wirował wokół nich. Zagubiła się w krainie nieznanych jej dotąd doznań. 

Dopiero   kiedy   wypuścił   ją   z   objęć,   uświadomiła   sobie,   że   ciszę   przerywa   ostry   dźwięk 

background image

dzwonka telefonu komórkowego. 

Jake zaklął pod nosem, przytrzymał Mirandę jednym ramieniem i sięgnął drugą ręką do 

kieszeni. 

Miała ochotę udusić osobę, która przerwała im w takim momencie. Może powinna być jej 

wdzięczna, powiedziała sobie, kiedy udało jej się odzyskać panowanie nad sobą. Zbyt łatwo 
traci głowę dla Jake’a. Niezależnie od lekcji, jaką dało jej życie, jej siła woli rozpływała się 
pod wpływem jego magnetycznego uroku. 

– Mamy problem. – Jake rozłączył się i schował komórkę do kieszeni. – Jakaś kobieta 

pośliznęła się gdzieś nad jeziorem i zwichnęła nogę w kostce. Wygląda na to, że jesteśmy 
najbliżej. Musimy ruszać na pomoc. 

– Mam ci pomóc w górskiej akcji ratunkowej? – W jej głosie zabrzmiało niedowierzanie. 
Odwrócił się i spojrzał na nią z uznaniem. 
– Zawsze wiedziałem, że kobieta w zaawansowanej ciąży będzie świetnym nabytkiem dla 

naszej ekipy. – Pieszczotliwym gestem pogładził jej policzek. – Nie jesteśmy w górach i nie 
będzie to zbyt trudne, ale nie zostawię cię tu ani nie pozwolę ci samej wracać do samochodu. 
To oznacza,  że  oboje idziemy  na poszukiwanie  naszej  zbłąkanej  turystki.  Zadzwoniła  na 
telefon alarmowy kilka minut temu. Jeśli szef ratowników ma rację, powinna się znajdować 
niedaleko stąd. Przeniesiemy ją na noszach do szosy, a tam będzie już czekała karetka. 

–   Nie   mamy   noszy.   Chyba   że   ukrywasz   je   w   swoim   magicznym   plecaku,   razem   z 

termosem z gorącą czekoladą. 

– Moi koledzy przywiozą ze sobą nosze. – Roześmiał się. – My tylko udzielimy tej pani 

pierwszej pomocy i upewnimy się, że nic jej nie grozi. 

Po piętnastu minutach Jake zamachał ręką. 
– Widzę ją. Tam, pod drzewem. 
– Jest skulona na ziemi. Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego. 
Kobieta uśmiechnęła się blado na powitanie. 
– Myślałam, że nikt inny nie będzie tak niemądry, by wybrać się dziś na przechadzkę, ale 

na szczęście się pomyliłam. 

–   Nazywam   się   Jake   Blackwell,   jestem   z   górskiego   pogotowia   ratunkowego.   – 

Przykucnął   przy   niefortunnej   turystce,   by   obejrzeć   jej   nogę.   –   Niedługo   panią   stąd 
zabierzemy. Koledzy są już w drodze. Jak się pani nazywa?

– Verity Williams.  Tak mi  wstyd.  Zawsze sarkałam na ludzi, którzy potrzebowali  w 

górach pomocy. Uważałam ich za lekkomyślnych i źle przygotowanych. 

–   Wypadki   zdarzają   się   nawet   najostrożniejszym.   Chciałbym   przyjrzeć   się   skręconej 

kostce. – Rozwiązał sznurowadła i ostrożnie zsunął z nogi zimowy trzewik. 

– Strasznie boli – jęknęła Verity i kurczowo ścisnęła rękę Mirandy. Jej stopa była sina i 

opuchnięta. 

– Jestem pewien, że to tylko zwichnięcie, a nie złamanie – orzekł Jake po dokładniejszych 

oględzinach. 

Wyjął  z plecaka  opatrunek, linę i nóż i zaczął  przygotowywać  prowizoryczną  szynę. 

Działał szybko i pewnie. 

background image

– Mirando, sprawdź puls w stopie. Wygląda na to, że ruch i czucie są zachowane. Sądzę, 

że krążenie też jest prawidłowe, ale chciałbym się upewnić. – Przyłożył telefon do ucha i 
przekazał innym ratownikom wskazówki, jak najszybciej dostać się na miejsce. 

– Verity, będą tu za kwadrans. Proszę jeszcze trochę wytrzymać. 
– Kwadrans? – zdziwiła się Miranda. – Nam dotarcie tutaj zajęło blisko godzinę. 
–   Ratownicy   górscy   nie   są   w   ciąży   –   przypomniał   jej–   Będziecie   mieli   dziecko?   – 

rozpromieniła się Verity. – Och, szczęściarze. To cudownie. 

– Niezupełnie, dziecko jest... – zaczęła Mirandą, ale nie zdążyła skończyć. 
–   Nie   możemy   się   doczekać   –   wtrącił   Jake   i   przykrył   ramiona   Verity   swetrem 

wyciągniętym z plecaka. – To najlepsze, co mogło nam się przydarzyć. 

Miranda   nie   rozumiała,   dlaczego   nie   sprostował   tego   oczywistego   nieporozumienia. 

Otworzyła usta, ale Jake zamknął je pocałunkiem. 

– Zbieram się na odwagę, żeby się jej oświadczyć, ale wciąż z tym zwlekam w obawie, że 

da mi kosza. 

Wyjść za mąż za Jake’a? Mirandzie odebrało mowę, a Verity westchnęła wzruszona. 
– Nie chcesz zostać jego żoną? – zapytała ciekawie. 
– Nie znamy się wystarczająco długo – odparła. Uświadomiła sobie, jak głupio to brzmi 

w ustach ciężarnej kobiety i zawstydziła się. Przecież nie może wyjaśniać, że ojcem dziecka 
jest ktoś inny. 

–   Kiedy   poznałam   mojego   męża,   już   po  pięciu   minutach   znajomości   wiedziałam,   że 

wyjdę tylko za niego. Kiedy się spotka tę właściwą osobę, nie ma sensu czekać – zwierzyła 
się Verity. 

– Też tak uważam – uśmiechnął się Jake. Spojrzała na niego, jakby mogła zajrzeć w głąb 

najskrytszych myśli. Dlaczego wszystko, co dla niej jest tak skomplikowane, jemu wydaje się 
takie proste?

Czy rzeczywiście chciałby się z nią ożenić?
Jake był pogrążony w rozmowie z Verity. Dyskutowali na temat małżeństwa, dzieci i 

życia generalnie. Kiedy zaczął jej opowiadać na temat technik wspinaczkowych, uświadomiła 
sobie, że chce odwrócić uwagę rannej kobiety od bolącej nogi. 

Radość uszła z niej jak powietrze z przekłutego balonika. Zupełnie nie rozumiała swojej 

reakcji.   Przecież   nie   chce   za   niego   wyjść.   Dlaczego   więc   myśl,   że   oświadczyny   były 
przedstawieniem odegranym dla rannej turystki, tak bardzo ją przybiła?

– Nadchodzi odsiecz – zażartował Jake na widok kolegów, którzy dotarli właśnie na 

miejsce. 

Ze sprawnością świadczącą o długoletnim stażu złożyli nosze i w mgnieniu oka byli już 

gotowi do przetransportowania Verity do karetki. 

–   Nie   nadążę   za   nimi   –   stwierdziła   Miranda   –   więc   już   teraz   się   pożegnam.   Mam 

nadzieję, że pani noga szybko wydobrzeje. 

– A ja mam nadzieję, że przyjmie pani oświadczyny tego młodego człowieka. Nieczęsto 

spotyka się mężczyzn takich jak on. Nie powinna go pani wypuszczać z rąk. 

– Zgadzam się. Zdecydowanie powinna się mnie trzymać. – Jake, ignorując ciekawskie 

background image

spojrzenia kolegów, pożegnał się z nimi i teraz zbierał swoje rzeczy. 

– Nie przeszkadza ci, że zaczną plotkować? – spytała z marsem na twarzy. – Pozwoliłeś, 

aby   Verity   myślała,   że   dziecko   jest   twoje   i   chcemy   się   pobrać.   Jak   daleko   chciałeś   się 
posunąć, żeby odwrócić jej uwagę od wypadku?

– Mówiłem prawdę. Szaleję za tobą, Mirando, a dziecko jest częścią ciebie. Przestań się 

łudzić, że ciąża zmienia cokolwiek w moim stosunku do ciebie. 

Szaleje   na   jej   punkcie?   Poczuła,   że   znowu   ma   głowę   w   chmurach.   Wróciło   uczucie 

podniecenia i szczęścia, ale je brutalnie stłumiła. 

– Może ci się wydawać, że dziecko nie robi różnicy, ale to złudzenie, które niewiele ma 

wspólnego z rzeczywistością. 

– Myślisz, że nie znam się na dzieciach?
– Znasz się na odbieraniu porodów. Poród to nie to samo co opieka nad niemowlęciem. – 

Szczególnie wtedy, gdy niemowlak jest cudzy. 

– Mam chrześniaków i siostrzeńców. Jestem bardzo doświadczonym wujkiem i ojcem 

chrzestnym. 

– Ale potem wracasz do swojego idealnego, zacisznego domu. To nie to samo! Czy masz 

pojęcie, co małe dziecko zrobiłoby z twoją kremową kanapą?

– Tak. – Zdecydowanie zbagatelizował jej obiekcje. – Mój chrześniak Ben stale rozlewa 

na nią jakieś picie. 

– Zawsze chcesz mieć ostatnie słowo – westchnęła. 
– Jestem uparty, to prawda. Ale jestem również bardzo cierpliwy. – Spoważniał nagle. – 

Nie chcę na ciebie naciskać. Będę czekał, aż sama zrobisz pierwszy krok. 

– Z pewnością go nie zrobię – ostrzegła. Otworzył przed nią drzwi samochodu. 
– W takim razie, aniele, przed nami kilka frustrujących miesięcy. Na szczęście wokół 

pełno jest zamarzniętych jezior, do których mogę się rzucić w desperacji. 

Dotrzymał   słowa,   ich   stosunki   wróciły   na   przyjacielską   stopę.   Przez   następne   dwa 

tygodnie razem pracowali, razem jedli kolacje, gawędzili o wszystkim, ale ani razu jej nie 
pocałował. Ona też go nie pocałowała. 

Po co, skoro to do niczego nie prowadzi. 
Niezależnie od palącej pokusy, nie chciała się narażać na cierpienie i rozczarowanie, gdy 

ten związek się skończy, a to nieuchronne. Zawzięła się i udawała, że nie odczuwa dreszczu 
podniecenia na jego widok, odwracała od niego wzrok, kiedy jedli razem posiłki i ani razu nie 
dotknęła go, choć potrzeba fizycznego kontaktu była niemal bolesna. 

Jake pracował bez przerwy. Wracał do domu tylko po to, by wziąć prysznic i ogolić się 

przed powrotem do szpitala. Nieustannie zachwycała ją jego cierpliwość i serdeczność wobec 
pacjentek,   połączone   z   imponującą   wiedzą.   Stale   uczyła   się   od   niego   nowych   rzeczy   i 
stwierdziła, że nabrała pewności siebie. Bardziej też ufała własnym instynktom i szybciej 
podejmowała decyzje. 

Pewnego dnia przywieziono na oddział młodą kobietę w ciąży z objawami podobnymi do 

grypy. Miranda pomagała jej się rozebrać przed badaniem. 

background image

– Nigdy w życiu nie miałam tak strasznego bólu głowy – skarżyła się pacjentka, kuląc się 

na łóżku. – Czuję się paskudnie. 

– Zaraz przyjdzie lekarz – uspokajała ją Miranda, dotykając delikatnie czoła kobiety. 
Zaniepokoiło ją, że była rozpalona i miała szkliste oczy. Zamierzała właśnie nacisnąć 

przycisk wzywający dyżurnego położnika, kiedy do pokoju weszła stażystka, doktor Belinda 
Morris. 

– Biedactwo – skomentowała współczująco. – Przeziębienie jest zawsze męczące, a już 

szczególnie dla kobiety w ciąży. 

Najwyraźniej   lekarka   nie   była   zaniepokojona   stanem   Cathy.   Miranda   z   wysiłkiem 

odpędzała narastający w niej lęk. Być może jest po prostu przeczulona i w każdej nietypowej 
sytuacji włącza jej się dzwonek alarmowy. Teraz jej uwagę zwróciła czerwona wysypka na 
ciele kobiety. 

– Od jak dawna ma pani tę wysypkę, Cathy?
– Nie pamiętam  – wymamrotała  pacjentka z trudem.  Oddychała  płytko,  z wyraźnym 

wysiłkiem. 

– Wirusowe wysypki często towarzyszą grypie – stwierdziła krótko Belinda. – Z czasem 

ustąpi. 

Miranda pomyślała, że chciałaby mieć tę pewność. Nagle niepokój wrócił wzmożoną falą. 
– Chyba powinnyśmy wezwać doktora Blackwella na konsultację. 
–   Jest   teraz   na   zebraniu.   Zatrzymamy   pacjentkę   na   obserwacji   i   zobaczymy,   jak   się 

rozwinie sytuacja. Dam Jake’owi znać – oznajmiła młoda lekarka z lekko protekcjonalną 
miną. 

Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Miranda jeszcze raz uważnie obejrzała skórę Cathy. 

Wirusy   powodują   wysypkę,   powtarzała   sobie.   Pod   wpływem   nagłego   impulsu   wzięła 
szklankę z nocnego stolika i przycisnęła denko do skóry. Wysypka nie zbladła. 

Bez chwili wahania przycisnęła dzwonek alarmowy. Jeszcze raz zmierzyła temperaturę 

pacjentki. 

– Zadzwoń natychmiast po doktora Blackwella. Trzeba jej podać dożylnie penicylinę. To 

sprawa nie cierpiąca zwłoki – zwróciła się do Ruth, która wpadła do pokoju. 

Chwilę później dołączył do nich Jake. Dawno nie poczuła takiej ulgi na czyjś widok. 

Emanowały z niego siła i spokój. Zdała mu sprawozdanie z objawów. Nie wymówiła słów 
„zapalenie opon mózgowych”, by nie przestraszyć pacjentki. 

– Mamy pod ręką penicylinę? – Jake wyciągnął rękę po strzykawkę i sprawdził zawartość 

ampułki. 

– Cathy, podamy pani antybiotyk, a potem pobierzemy krew do analizy. Czy jest pani 

uczulona na penicylinę?

Chora wolno pokręciła głową. Jake skończył  robić zastrzyk,  kiedy do pokoju weszła 

Belinda. 

– Proszę zrobić posiew i przygotować kroplówkę – polecił jej sucho. – Ruth, połącz mnie 

z   Geoffem   Mastersem,   naszym   specjalistą   od   chorób   zakaźnych.   Muszę   się   z   nim 
skonsultować. 

background image

– Nie mieliśmy jeszcze przypadku ciężarnej pacjentki z zapaleniem opon – opowiadała 

później Mirandzie Ruth, kiedy przebierały się przed wyjściem do domu.  – Na zakaźnym 
zebrało   się   całe   konsylium.   Stan   pacjentki   wyraźnie   się   poprawił.   Wszystko   dzięki 
błyskotliwości pewnej położnej. To słowa Jake’a, nie moje. Dał niezłą burę doktor Morris. 
Chciał wiedzieć, czemu nie wezwała go od razu. 

Miranda wyjęła z szafki swoją torebkę. 
– Może bała się wywołać go w trakcie zebrania. 
– Ty nie miałaś takich obiekcji. 
– I dzięki Bogu – odezwał się od drzwi Jake. 
– Nie powinieneś tu wchodzić! To szatnia położnych – zbeształa go Ruth. – Mógłbyś tu 

zastać jakieś rozebrane kobiety. 

– Nie tracę nadziei! – Jake uśmiechnął się szeroko. 
– Jak się czuje Cathy? – spytała Miranda. 
– Dużo lepiej. I to dzięki tobie. Gdyby nie twoja błyskawiczna interwencja, choroba 

mogłaby mieć dużo groźniejszy przebieg. 

– Czy Miranda nie powinna dostać antybiotyku? Miała kontakt z chorą – zaniepokoiła się 

Ruth. 

–   Ryzyko   jest   minimalne.   Zmierzyłam   jej   tylko   temperaturę.   Zresztą   prawie   od   razu 

została przeniesiona na zakaźny – zauważyła rozsądnie Miranda. 

– Ze względu na ciążę nie chcę podawać ci antybiotyków. Geoff Masters zgadza się ze 

mną – uspokoił ją Jake. – Chodźmy już do domu, Mirando. 

– Jake niezwykle szlachetnie udostępnił mi pokój w swoim domu do czasu, kiedy znajdę 

coś na stałe – wyjaśniła Miranda w odpowiedzi na nieme pytanie w oczach Ruth. 

– Co u licha sprawiło, że pomyślałaś o zapaleniu opon? – spytał Jake w drodze do domu. 

– Ani lekarz rodzinny, ani nasza stażystka nie rozpoznali choroby. 

– Widziałam już podobną wysypkę u małego pacjenta na pediatrycznym. 
– Szczęśliwie się złożyło. – Zaparkował na podjeździe. – Weź kąpiel, a ja w tym czasie 

coś upitraszę. 

– Dzisiaj ja gotuję. – Miranda odpięła pasy i z trudem wysiadła z samochodu. Brzuch z 

każdym dniem stawał się większy. – Ty się przebiegnij. Weź prysznic. Zanim skończysz, 
będę gotowa. 

Kuchnia   była   piękna   i   przestronna.   Miranda   z   zazdrością   przejechała   dłonią   po 

kuchennym   blacie.   W   takim   otoczeniu   pitraszenie   sprawiało   jej   przyjemność.   Otworzyła 
lodówkę, wyjęła kurczaka i warzywa i zaczęła je kroić na małe kawałki. Kiedy Jake wrócił z 
dwora, podsmażała na patelni czosnek z imbirem, a reszta składników była przygotowana do 
rzucenia na gorący olej. 

–   Cudownie   pachnie.   –   Z   wyraźną   przyjemnością   nachylił   się   nad   kuchenką.   – 

Chińszczyzna?

– Mam nadzieję, że będzie ci smakowało. Szybko się to robi. 
– W takim razie wezmę tylko prysznic i nie będę się golił. Wrócę za trzy minuty. 
Kiedy stanął w drzwiach z jeszcze mokrymi  włosami i wyraźnym cieniem zarostu na 

background image

twarzy, nie wyglądał jak powszechnie szanowany lekarz. Wydal jej się bardziej nieobliczalny, 
niebezpieczny... i atrakcyjny. 

– Uwielbiam obserwować, jak przygotowujesz posiłki. Jesteś taka pomysłowa. Czy to 

matka nauczyła cię gotować?

Miranda wyraźnie zesztywniała. 
– Nie. Nauczyłam się sama. – W milczeniu nałożyła mu na talerz dużą porcję. 
– Mówiłaś, że nie masz rodziny. Co się z nimi stało?
Odłożyła widelec, jakby nagle straciła apetyt. 
– Prawdę mówiąc, mam rodzinę. – Dławiło ją to słowo, ale nie chciała go okłamywać. – 

Po prostu nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. 

– Nie chcesz o tym mówić – skomentował łagodnie. – Dobrze, zmienimy temat. Mnie 

nauczyła   gotować   moją   siostra.   Powiedziała,   że   nie   może   już   patrzeć,   jak   rujnuję   sobie 
żołądek. 

– Mówiłeś o siostrzenicy i siostrzeńcach. To znaczy, że jest mężatką?
– Wyszła za architekta. Pracowali nad jednym projektem, tak się poznali. 
– Mieszkają daleko?
–   Wystarczająco   daleko.   –   Pochylił   się,   sięgnął   po   widelec   i   podał   jej.   –   Jeśli   nie 

zaczniesz jeść, nakarmię cię siłą. 

– Dlaczego tak powiedziałeś? Przecież jesteście sobie bardzo bliscy? – zapytała, powoli 

skubiąc kawałek kurczaka. 

– Jesteśmy bliźniętami. To prawda, jesteśmy sobie bliscy. Czasem za bardzo. Lubi się 

wtrącać do mojego życia. 

– Na przykład urządzając twój dom?
– Ten rodzaj wtrącania się świetnie znoszę. Nie lubię, kiedy próbuje organizować moje 

życie prywatne. Często zaprasza mnie na kolację tylko po to, żeby mnie poznać ze swoją 
niezamężną lub aktualnie rozwiedzioną znajomą. 

Miranda nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. 
– Trudno jest zawrzeć nowe znajomości. To taki sam dobry sposób, jak każdy inny. 
– Nie znasz mojej siostry. Jej wyobrażenie o idealnej kobiecie niezupełnie pokrywa się z 

moim. 

– Jaki jest twój ideał kobiety? – spytała i natychmiast pożałowała tego pytania, kiedy 

zobaczyła utkwione w niej niebieskie oczy. 

– Siedzi przede mną. 
– Jake... – Zawstydzona, spuściła wzrok. 
– Wiem, co chcesz mi powiedzieć. Znamy się za krótko, jesteś w ciąży i nie interesują cię 

mężczyźni, bo związki zawsze źle się kończą. 

– Czytasz w moich myślach? – Była zaskoczona, że trafił tak bezbłędnie. 
– Myślę, że rozumiem kobiety lepiej niż większość mężczyzn. Nie tylko mam siostrę 

bliźniaczkę, ale w moim zawodzie stale rozmawiam z kobietami, które są w ciąży, a tym 
samym   ich   emocje   bywają   bardzo   rozhuśtane.   Mam   niezłe   wyobrażenie   o   argumentach, 
których  używasz, choć nie rozumiem ich do końca, bo ciągle nie ufasz mi na tyle,  żeby 

background image

opowiedzieć mi o swojej rodzinie. Mam nadzieję, że to się z czasem zmieni. 

– To niemądre. Co może ci się we mnie podobać?
– Nie masz o sobie zbyt wysokiego mniemania, prawda?
– Dlaczego mężczyzna taki jak ty miałby się interesować kobietą taką jak ja? To nie ma 

sensu. 

– A jaki niby jestem? Powiedz, to interesujące. 
– Jesteś mądry i bardzo przystojny. Dobrze o tym wiesz. Wiele kobiet marzy o takim 

partnerze. Nie potrzebujesz kogoś tak... – przerwała i zawahała się nad właściwym słowem – 
skomplikowanego. 

–   Wiesz,   że   nie   lubię   rutyny   i   przewidywalności.   Interesuje   mnie   wszystko,   co 

skomplikowane. 

– Musisz sobie uświadomić, że do niczego między nami nie dojdzie. Nigdy. 
– Już doszło – odrzekł. – Jest między nami silna więź. Nie możesz temu zaprzeczyć. 

Rozumiem, że dla ciebie to trudna decyzja, więc zamierzam cierpliwie czekać. 

– Cierpliwość nas do niczego nie doprowadzi. Nie tylko dla mnie to trudna decyzja. A ty? 

Masz ponad trzydzieści lat i jesteś samotny. Sądzę, że również boisz się stałego związku. 

– Nie boję się poważnie zaangażować i chcę małżeństwa na całe życie. Jestem po prostu 

bardzo, ale to bardzo wybredny. 

– Byłeś kiedyś zakochany? – zapytała, zanim zdążyła się zastanowić. 
– Tak. Jeden jedyny raz – odparł prosto. 
– I co się stało? Zawahał się na chwilę. 
– Zanim zdążyłem jej wyznać miłość, zakochała się w innym. Być może nie zmieniłoby 

to niczego, ale przyrzekłem sobie wtedy, że jeśli kiedykolwiek spotkam kobietę, na której 
będzie mi tak nieprzytomnie zależało, powiem jej o tym natychmiast. 

Nałożył parę kęsów na widelec i podniósł do jej ust. 
– Jedz, kochanie. To dla dziecka, jeśli nie dla ciebie. 
Dlaczego   ten   moment   był   tak   niesamowicie   intymny?   Ton   jego   głosu,   spojrzenie 

niebieskich   oczu.   Czułość,   z   jaką   karmił   ją   własnym   widelcem.   Wszystko   razem 
spowodowało, że oblała się rumieńcem. 

Jeśli jest taki wybredny, dlaczego wybrał właśnie ją? Nie miała cech charakteru, których 

poszukuje się w kobiecie. Chciała wiedzieć więcej o jego pierwszej miłości. Ale nie miała 
prawa wypytywać, skoro nie zamierzała ujawnić swoich tajemnic. Zresztą nie może z nim 
być. To bez znaczenia, że jest cierpliwy, że nie boi się komplikacji. Nawet to, że szczerze 
mówi o swoich uczuciach. Ich związek nie ma przyszłości. 

Nie narazi swojego dziecka na coś, co musi się źle skończyć. Nawet dla tak nieodparcie 

atrakcyjnego mężczyzny jak Jake Blackwell. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dlaczego zawsze zakochuje się w nieosiągalnych kobietach? Nigdy nie spotkał kogoś tak 

skomplikowanego   i   nieufnego   jak   Miranda.   Jakim   cudem   jest   pełna   energii   i   zawzięcie 
niezależna, a jednocześnie wzruszająco wrażliwa i delikatna? Co w przeszłości zdruzgotało 
jej poczucie własnej wartości? Jakie były źródła żelaznej determinacji, by polegać tylko na 
sobie? Cecha genetyczna czy może wpływ rodziny?

W jej przeszłości kryły się tajemnice, których nie chciała ujawnić. Trudno jest rozwiać 

lęki i obawy, skoro się nie zna ich przyczyny. Ale jeszcze zdobędzie jej zaufanie. Cierpliwość 
jest kluczem, który otworzy zamknięte drzwi. 

Został wezwany na oddział położniczy do Pauli Webb, przyjętej dwa dni wcześniej z 

powodu przedwczesnego pęknięcia pęcherza płodowego. 

– Skurcze zaczęły się przed godziną. To dopiero trzydzieści pięć tygodni ciąży, panie 

doktorze – wyszeptała zdenerwowana pacjentka. 

– Wszystko będzie w porządku. Serce dziecka bije mocno i równo. Proszę zmartwienia 

zostawić mnie. Mówiłem już, po to tu jestem. 

– Chcę rodzić naturalnie. 
– Ja też tego chcę. – Spojrzał na Mirandę. – Jest sześciocentymetrowe rozwarcie. Nie 

powinno być problemów. 

– O której kończy pan dyżur? – spytała z niepokojem pacjentka. 
– Na pewno nie wyjdę, dopóki pani nie urodzi. Jake opuścił pokój, a pacjentka spojrzała 

za nim z wdzięcznością. 

– To taki miły człowiek. Jedna z moich przyjaciółek zapisała się do doktora Hardwicka. 

W czasie całej ciąży nie widziała go ani razu. Doktor Blackwell przyjmował mnie zawsze, 
kiedy tego potrzebowałam, a teraz zapewnił, że zostanie do końca porodu. 

– Jest świetnym położnikiem – potwierdziła Miranda. 
Przez   całe   popołudnie   monitorowała   postępy   akcji   porodowej   u   pacjentki.   O   piątej 

zaczęły się bóle parte. Miranda wcisnęła brzęczyk, by wezwać pomoc na końcówkę porodu. 

– Wszystko w porządku? – spytał Jake, który pojawił się bez zwłoki. 
– Widzę główkę – oznajmiła Miranda. – Jeszcze jedno parcie i nowy człowiek będzie na 

świecie. 

Pediatra   przyszedł,   gdy   dziecko   opadło   prosto   na   jej   ręce.   Noworodek   zaniósł   się 

płaczem, a Miranda umieściła go w ramionach matki. 

– Oto pani synek, Paulo – powiedziała, a oczy młodej matki wypełniły się łzami. 
– Jest taki śliczny – szepnęła do męża, który obejmował ich ramieniem. – Kocham cię, 

Mike. 

– Też cię kocham, dziecinko. Jesteśmy teraz prawdziwą rodziną. – Głos męża łamał się za 

wzruszenia. 

Miranda poczuła dławienie w gardle. Co się z nią dzieje? Nigdy nie była sentymentalna, 

ale trudno oprzeć się wzruszeniu na widok młodej, kochającej się pary. 

background image

W drodze na parking wyznała Jake’owi:
– Cieszę się, że wszystko poszło gładko. To taka przemiła rodzina. 
– Żadnych  cynicznych  komentarzy?  – droczył  się z nią. – Nie powiesz mi, że on ją 

zdradza, a ona go nienawidzi?

– Nie. Myślę, że są szczęśliwi i cieszę się z tego. Bałam się, czy wszystko pójdzie gładko. 

Skąd wiedziałeś, że nie będzie komplikacji?

– Nigdy nie można mieć pewności, ale miałem dobre przeczucia. 
– Dlaczego? Mam wrażenie, że zawsze wiesz z góry, kiedy sprawy mogą przybrać zły 

obrót i reagujesz z wyprzedzeniem, żeby do tego nie dopuścić. 

– To doświadczenie. 
–   Nie   panikujesz?   Przecież   w   mgnieniu   oka   sytuacja   może   się   zmienić,   a   nigdy  nie 

straciłeś zimnej krwi. 

– Widzę problem i staram się go rozwiązać. Włóż moją kurtkę, trzęsiesz się z zimna. 
– Innym kobietom w ciąży zawsze jest ciepło. Tylko ja bez przerwy marznę. 
– Może dlatego, że mamy środek zimy, a od lunchu nic nie jadłaś. Mam nadzieję, że 

jesteś głodna, bo zabieram cię na prawdziwą ucztę. 

– Wychodzimy do restauracji?
– Jedziemy na kolację do moich przyjaciół. Christy wspaniale gotuje. 
– Nie mogę się u nich pojawić ni stąd, ni zowąd. Nie znam ich. 
– Ja ich znam. 
– Jak mnie przedstawisz?
– Jako przyjaciółkę? Lokatorkę? A jak byś chciała? – Zatrzymał samochód, posłał jej ten 

łagodny uśmiech, który doprowadzał ją do szaleństwa, i wysiadł. 

Wlokła się za nim niechętnie, na usta cisnęły jej się setki pytań, ale żadnego nie zadała, 

bo drzwi otworzyły się i stanęła w nich piękna rudowłosa kobieta. 

– Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo zaszalałam kulinarnie. 
–   To   chciałem   usłyszeć.   Żadnego   lunchu,   nienasycony   apetyt.   Witaj,   aniele,   jak   się 

miewasz? – Pocałował kobietę w policzek. Miranda zatrzymała się w miejscu, nagle ogarnięta 
burzą emocji, których wcale nie chciała odczuwać. 

Kim jest ta rudowłosa piękność?
Dlaczego ją to tak wzburzyło? Jake ma prawo mieć przyjaciółkę czy dziewczynę. 
Starała się zracjonalizować swoje odczucia, gdy za plecami kobiety pojawił się przystojny 

brunet i powiedział głosem żartobliwym, ale nie uznającym sprzeciwu. 

–   Blackwell,   ręce   z   daleka   od   mojej   żony.   Żony?   Napięcie   nagle   opuściło   Mirandę. 

Wieczór był przemiły. Ożywiona konwersacja i wyrafinowane potrawy. Po zjedzeniu łososia 
w kremowym ziołowym sosie Miranda odniosła do kuchni naczynia i tam przyparła ją do 
ściany Christy. 

– Gdzie poznałaś Jake’a?
– Pracujemy razem – odparła, zachowując dla siebie historię ich pierwszego spotkania w 

górach. 

– Mieszkam u niego. Jesteśmy przyjaciółmi, nic więcej – wyjaśniła pospiesznie. Christy 

background image

spojrzała na nią badawczo. Potem odwróciła się, by wyjąć z lodówki szklaną misę z sałatką 
owocową. 

– Czy mogę zapytać o dziecko, czy jest to temat tabu? – Balansując z misą na jednej ręce, 

otworzyła szufladę i wyjęła dużą łyżkę. – Jeśli grzeszę brakiem taktu, zignoruj pytanie. 

– To siódmy miesiąc, ale nic mnie już nie łączy z ojcem dziecka – wyjaśniła Miranda, 

machinalnie głaszcząc się po brzuchu. – Nasz związek był krótki, bo mój ukochany okazał się 
żonaty.   Nie  wiedziałam   o  tym   na  początku   znajomości.  –  Zależało  jej,  by Christy  znała 
prawdę. 

– Biedactwo. To musiało być straszne. Na szczęście teraz masz Jake’a. 
– Nie mam Jake’a. Nie jest tak, jak myślisz. On tylko... 
– Nie może oderwać od ciebie oczu – skończyła za nią Christy. – Nigdy nie widziałam, 

żeby był kimś tak oczarowany, a znam go od dawna. Bardzo się cieszę. Alessandro i ja nie 
mogliśmy się doczekać, kiedy pojawi się w jego życiu kobieta. 

– Jestem tylko jego lokatorką. 
– O ile wiem, Jake nie ma żadnych problemów finansowych, więc musi mieć ważniejsze 

motywy,   skoro   zaprosił   cię,   żebyś   z   nim   zamieszkała.   Jesteś   też   pierwszą   kobietą,   którą 
przyprowadził do nas na kolację, a to wiele mówi. – Wychodząc z kuchni, Christy rzuciła na 
zakończenie: – Jake miał wiele dziewczyn, ale żadnego poważnego związku. Pamiętaj o tym. 

1 bądź dla niego dobra. 
Nagle, bez cienia wątpliwości, Miranda już wiedziała. To Christy była pierwszą miłością 

Jake’a.   Kiedy?   Nie   uganiałby   się   za   mężatką.   W   salonie   powitało   je   uważne   spojrzenie 
Jake’a. 

– Długo was nie było. Wszystko w porządku?
– To moja wina. Zadawałam jej niedyskretne pytania. Jak to między nami kobietami – 

odrzekła Christy. 

Już w samochodzie, podczas powrotnej drogi do domu, Jake usprawiedliwił się:
– Przepraszam, jeśli Christy była zbyt obcesowa. Nie przyszło mi do głowy, że zacznie ci 

zadawać pytania o ciążę, ale pewnie ten temat musiał wypłynąć. 

– Jest bardzo miła i nie była wścibska. 
– A jak ci się podobał Alessandro?
– Trochę mnie onieśmielał – przyznała szczerze, myśląc, jak często otwarcie spierał się ze 

swoją żoną. 

– Większość kobiet uważa, że trudno mu się oprzeć. Śródziemnomorski typ i te rzeczy. 
– To była ona, prawda? Twoja pierwsza miłość?
– Dlaczego tak myślisz?
– Powiedziała w kuchni coś, co świadczy o autentycznej trosce o ciebie. 
– Po to sie ma przyjaciół. Byłem po uszy zakochany w Christy, ale to było wiele lat temu. 
– Czy ona o tym wie?
– Tak. I co zabawne, powiedziałem jej o tym stosunkowo niedawno, tuż przed świętami. 

Ona i Aleksandro przechodzili trudne chwile. Chciałem jej przypomnieć, że łączy ich coś 
wyjątkowego. Coś, o co warto walczyć. Zrezygnowałem z niej, bo widziałem, że są dla siebie 

background image

stworzeni. 

– Wierzysz w ideały? Czy nie jest to zbyt romantyczne podejście do życia? Większość 

związków nie wytrzymuje próby czasu. 

– Nie powiedziałem, że są idealni, ale że są dla siebie stworzeni. To dwie różne rzeczy. 

To ich wady sprawiają, że pasują do siebie tak dobrze. 

– Przyznaję, że nic nie rozumiem – zaśmiała się Miranda. 
– Oboje mają ogniste temperamenty i czasem ciskają w siebie talerzami. Ale świetnie się 

rozumieją.   Kochają   się   szczerze   i   w   ich   przypadku   wybuchowy   związek   świetnie   się 
sprawdza. 

– Nie myślałeś nigdy o tym, żeby zostać terapeutą małżeńskim?
– Nie. To przygnębiające zajęcie. Zbyt wiele par nigdy nie powinno było się pobrać. 

Zrobili to ze złych powodów. Ich małżeństw nie da się uratować. 

Miranda w pewnej chwili rozpoznała okolicę. 
– Czy to nie jest mój stary dom? Zapomniałam oddać właścicielowi zapasowe klucze. 

Zatrzymajmy się na chwilę. 

– Nie możesz wysłać ich pocztą?
– To nam zajmie minutę. 
W mieszkaniu właściciela nie było nikogo. Bez problemu wrzucili klucze do skrzynki na 

drzwiach. Wracali już do samochodu, gdy Miranda zatrzymała się w pół kroku. 

– Co to było? Ten dziwny dźwięk? Słyszysz?
– Pewnie szczękanie moich zębów. Chodźmy już, Mirando. Jest strasznie zimno. 
– Poczekaj. Słyszę to znowu. – Nadstawiła uszu i wydało jej się, że dochodzi do niej 

ciche miauczenie. 

– To kot. Zdecydowanie kot. 
– Nie wiem. Brzmi jakoś dziwnie. 
– Mirando, na miłość boską. Zamarzniemy tutaj. 
– Poczekaj minutkę. – Bez dalszej zwłoki skierowała się do bocznego wejścia. Na ziemi 

leżała   porzucona   reklamówka.   Miranda   rozejrzała   się   wokół,   szukając   zwierzęcia,   które 
wydawało ten dziwny odgłos, ale nic nie dostrzegła. Pomyślała, że kot zdążył schronić się w 
ciepłym miejscu i odwróciła się, by wrócić do samochodu, gdy ponownie usłyszała kwilenie. 

Tym   razem   bez   wątpliwości   zidentyfikowała   źródło   dźwięku.   Na   widok   zawartości 

reklamówki wydała z siebie okrzyk zgrozy. 

– Och, nie! Jake, chodź tu szybko!
Protesty zamarły mu na ustach na widok czegoś, co trzymała w dłoniach. 
– Mój Boże! – wykrzyknął z niedowierzaniem. – Oddycha?
Miranda przytulała do siebie sinego z zimna noworodka. 
– Tak, ale ledwo, ledwo. To dziewczynka. Ktoś ją tutaj przed chwilą zostawił. Trzeba 

znaleźć matkę. 

– Musimy natychmiast  zawieźć dziecko do szpitala  – orzekł Jake. W biegu wybierał 

numer na swoim telefonie. – Schowaj ją pod ubraniem, Mirando, tak by się grzała o twoje 
ciało. Włączę ogrzewanie w samochodzie. Zadzwoniłem na oddział. Będą już przygotowani. 

background image

Miranda odwróciła się w kierunku ciemnej klatki schodowej. 
– Ale gdzieś jest jej matka... 
– Dziecko ma w tej chwili pierwszeństwo. Wrócimy tutaj, obiecuję. 
Wkrótce   noworodek   został   bezpiecznie   umieszczony   w   inkubatorze,   pod   opieką 

pediatrów,   a   Miranda   i   Jake   udzielali   informacji   policjantom,   którzy   zostali   wezwani   do 
szpitala. 

– Dziecko jest bardzo przemarznięte i odwodnione – stwierdził dyżurny lekarz. – To cud, 

że znaleźliście je w porę. Jeszcze trochę, a umarłoby z powodu hipotermii. 

– Nie było owinięte w nic ciepłego? – zdziwił się policjant. 
– Nie. – Miranda pokręciła głową. – Zostało włożone do reklamówki. 
– W taką noc jak dzisiejsza? Co sobie myślała ta wyrodna matka!
–   Jestem   pewna,   że   w   ogóle   nie   myślała   –   zauważyła   Miranda   drżącym   głosem.   – 

Działała pod wpływem szoku. 

– Miranda ma rację – potwierdził Jake. – Kobieta jest najprawdopodobniej przerażona i 

kompletnie sama. Myślę, że mamy do czynienia z nastolatką, która potrzebuje pomocy. Im 
prędzej ją znajdziemy, tym lepiej. 

Policjant zamrugał oczami i odchrząknął. 
– Mają państwo rację. Natychmiast rozpoczniemy poszukiwania w okolicznych domach, 

skontaktujemy się z lokalnymi rozgłośniami radiowymi i stacją telewizyjną. 

– Pielęgniarki zastanawiały się, czy nie chciałaby pani nadać jej imienia – zaproponował 

pediatra Mirandzie. – To pani ją znalazła. 

– Bonnie. To takie śliczne małe stworzonko – odrzekła Miranda z lekkim uśmiechem. 
– Będziemy w kontakcie. Jeśli stan dziecka się pogorszy, proszę nas informować – rzekł 

policjant i opuścił szpital. 

– Musimy ją znaleźć, Jake. Matkę dziecka. 
–   Ależ   Mirando,   jesteś   zmęczona,   a   policja   i   tak   będzie   indagować   mieszkańców 

okolicznych  domów  – zaprotestował  słabo, ale przerwał na widok jej pełnej determinacji 
twarzy. 

– Policja nie ma pojęcia, co to znaczy być przerażoną nastolatką. Ona kryje się gdzieś, 

umiera ze strachu i pewnie potrzebuje pomocy lekarza. – Wiedziała, że Jake zastanawia się, 
dlaczego jej reakcja jest tak ekstremalna, ale było jej wszystko jedno. Nie zamierzała się 
tłumaczyć. 

– Dobrze. – Z desperacją przejechał ręką po włosach. – Wrócimy tam i rozejrzymy się. 

Ale tylko na godzinę. 

Na miejscu stały już dwa radiowozy. Miranda podniosła kołnierz i szczelniej zawiązała 

szalik. 

– Gdzie jest latarka?
– W schowku. 
Wysiadła z samochodu i poszła w przeciwną stronę niż bloki mieszkalne, oświetlając 

sobie drogę latarką. 

– Dokąd idziemy? – zawołał za nią Jake. – Czy nie powinniśmy zapukać do lokatorów 

background image

najbliższych domów?

– To robią w tej chwili policjanci. Myślę, że bez skutku. 
– Dlaczego? Przecież tutaj porzuciła dziecko. 
– Chciała, żeby je znaleziono! To nie znaczy, że sama chce być odnaleziona. Pomyśl, 

Jake. Gdyby nie ukrywała ciąży, zgłosiłaby się do szpitala czy domu samotnej matki. Pewnie 
unika ludzi. Może nawet mieszka w okolicy, może mieszkają tu jej rodzice, ale w tej chwili 
jest ukryta gdzieś w parkowej alejce i zastanawia się, co ma ze sobą zrobić. 

– Rozminęłaś się z powołaniem – uznał Jake. – Lubisz oglądać programy kryminalne w 

wolnych chwilach? Skąd wiesz, że jest w parku?

–   To   miejsce,   gdzie   zwykle   przesiaduje   młodzież.   –   Popchnęła   półotwartą   bramę   i 

zatrzymała   się,   oświetlając   przestrzeń   przed   sobą.   –   Tu   z   brzegu   jest   plac   zabaw   dla 
najmłodszych.   Głębiej   są   kępy   krzaków   i   drzew.   Nastolatki   ukrywają   się   tam,   kiedy   w 
tajemnicy przed dorosłymi palą papierosy. 

– Skąd wiesz? – zapytał Jake, ale nagle urwał. – Popatrz tam, na prawo. Widzisz?
– Ktoś siedzi na ziemi. Och, Jake! Jestem przekonana, że to ona! – wykrzyknęła Miranda, 

wpatrując się we wskazanym kierunku. Podbiegła szybko do samotnej postaci. Światło latarki 
padło na mokrą od łez, zapuchniętą twarz. 

– Zostaw mnie. Chcę być sama – wyszlochała dziewczyna. 
Miranda przyklękła przy niej bez wahania. 
– Nie bój się. Jestem położną. Ze szpitala. Znaleźliśmy tu w okolicy noworodka. Czy to 

twoje dziecko, skarbie?

Jakby w odpowiedzi na serdeczne słowa dziewczyna rozpłakała się rozpaczliwie. 
– Nie płacz – pocieszała ja Miranda, przytulając mocno. – Proszę, nie plącz. Pomożemy 

ci. Nie zostawimy cię samej. 

– Nie wiedziałam,  co się dzieje. – Dziewczyna  łkała,  krztusiła się, więc trudno było 

zrozumieć, co mówi. – Tak strasznie bolało. A teraz przyjechała policja. Dziecko nie żyje, a 
mnie wsadzą do więzienia. Zabiłam je. 

– Twoja córeczka żyje. Nie pójdziesz do więzienia. Nikogo nie zabiłaś. 
– Była zakrwawiona i sina. Nie ruszała się. Wiedziałam, że nie żyje. Zostawiłam ją w 

torbie – mówiła nastolatka, do której wciąż nie dotarły słowa Mirandy. 

– Noworodki czasem tak wyglądają – uspokajała ją Miranda. – Masz śliczną córeczkę. 

Jest   w   szpitalu,   pod   dobrą   opieką.   Zabierzemy   cię   tam.   Lekarz   musi   cię   obejrzeć. 
Potrzebujesz pomocy. 

Jake przykucnął obok nich, a dziewczyna, która nie widziała go do tej pory, cofnęła się 

gwałtownie. 

– To policjant?
– Nie, lekarz. Jak ci na imię? – spytała Miranda. 
–   Angie   –   wychlipała   nastolatka.   –   Czy   dziecko   naprawdę   czuje   się   dobrze?   Nie 

chciałam,   żeby  mu   się  stało  coś  złego.  Umierałam   z  przerażenia,  kiedy  stwierdziłam,  że 
umarło. 

– Pojedziemy do szpitala i sprawdzimy, czy nie grożą ci powikłania poporodowe. Później 

background image

przyjdzie pracownik socjalny, żeby z tobą porozmawiać o dziecku. Wtedy postanowisz, co 
chcesz zrobić. 

– Nie mogę jej zatrzymać. 
– W tym stanie nie powinnaś podejmować żadnych decyzji. Ile masz lat?
– Szesnaście. Nie chcę iść do szpitala. Zawiadomią mojego ojca. 
– To coś złego?
– Nie wiem. Chciałam powiedzieć mamie, ale się bałam. Ale teraz już nie dbam, że 

będzie krzyczała. Zadzwoni pani po nią?

– Chodźmy do szpitala. Obiecuję, że ci pomogę – zapewniła Miranda. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Miranda   została   przy   Angie   podczas   wszystkich   badań   i   czekała   z   nią   na   przyjazd 

rodziców. 

– Proszę mnie nie zostawiać – błagała Angie i trzymała jej rękę tak kurczowo, że trudno 

by ją było wyrwać. 

Jake upominał Mirandę, że jest już późno, że powinna odpocząć i że zrobiła już wszystko, 

by pomóc dziewczynie. Ona jednak nie była w stanie wyjść i zostawić nastolatki samej, bez 
opieki osoby, która się nią troskliwie zajmie. Siedziała przy niej wytrwale, pocieszała ją i 
zapewniała,   że   wszystko   się   jeszcze   ułoży.   Kiedy   wreszcie   młoda   pacjentka   trochę   się 
uspokoiła, do pokoju weszła położna, prowadząc matkę Angie. Kobieta najwyraźniej została 
wyrwana ze snu i zarzuciła na siebie to, co miała pod ręką. Była zatroskana i zdenerwowana. 

– Córciu?
Miranda poczuła, że wzruszenie ściskają za gardło. Co przyniesie przyszłość?  Co się 

stanie   z   Bonnie,   która   śpi   cichutko   w   łóżeczku   w   sali   noworodków,   nieświadoma,   że 
najbliższe godziny rozstrzygną o całym jej życiu?

– Mamusiu? – Głos dziewczyny zabrzmiał cienko i dziecinnie. – Jest mi bardzo, bardzo 

przykro. 

– Nie wierzę własnym oczom! Co ty najlepszego zrobiłaś, dziewczyno? – Matka zakryła 

usta ręką, a Angie przestała panować nad łzami. 

–   Przepraszam,   nie   gniewaj   się.   Nie   krzycz   na   mnie.   Naprawdę   nie   chciałam.   Nie 

wiedziałam, że tak się stanie – szlochała tak rozpaczliwie, że oczy Mirandy napełniły się 
łzami i objęła ją opiekuńczo. 

Ale to nie było potrzebne. Matka Angie w mgnieniu oka znalazła się przy córce. 
– Nie płacz, aniołeczku. Mamusia jest tutaj i wszystko będzie dobrze. Poradzimy sobie. 

Powinnaś była mi o wszystkim powiedzieć, głuptasku. 

Annie zanosiła się płaczem. 
– Nie wiedziałam jak. Myślałam, że się rozzłościsz. Ojciec mnie zabije. – Tuliła się do 

matki, a ta kręciła głową. 

– Twój ojciec nikogo nie zabije. Martwi się o ciebie, kwiatuszku. Żałuję, że nam nic nie 

powiedziałaś. Jak ja mogłam nie zauważyć?  – Spojrzała bezradnie na Mirandę, wyraźnie 
zszokowana przebiegiem wydarzeń. – Myślałam, że przytyła i strofowałam ją, że nie powinna 
być  takim łakomczuchem,  ale nie przyszło  mi  do głowy...  – Głaskała córkę po włosach. 
Miranda instynktownie wyczuła, o czym kobieta myśli. Jej mała dziewczynka jest już matką. 

– Co ja mam robić, mamusiu?
–   Zastanów   się,   czego   byś   chciała,   kochanie.   Niezależnie   od   tego,   jaką   podejmiesz 

decyzję, będziemy cię wspierać. 

Angie miała szczęście. Matka nie starała się dyktować jej, co ma robić, nie zmuszała do 

niczego. Chciała pomóc córce, aby ona sama podjęła odpowiedzialną, dorosłą decyzję. 

– Chcę ją zatrzymać.  – Dziewczyna  popatrzyła  na matkę  niepewnie.  – To niemądre, 

background image

prawda?   Nie   widziałam   jej   jeszcze,   ale   chciałabym   ją   zatrzymać.   Nie   mogłam   przestać 
płakać, kiedy myślałam, że umarła, a teraz, skoro żyje... 

– Dlaczego niemądre? – Kobieta wyprostowała się. – To nasza krew. Oczywiście, że ją 

zatrzymamy. Jesteśmy rodziną. 

Była druga w nocy, gdy Jake w końcu namówił Mirandę na powrót do domu. Martwił się 

o nią. Była wyraźnie wyczerpana. Przygotował jej kubek gorącej czekolady. 

– Wypij i połóż się. Ustaliłem już z Ruth, że jutro masz wolne. Muszę dopilnować, żebyś 

nie kiwnęła nawet palcem, więc ja też zostanę jutro w domu. Oboje na to zasługujemy. 

– Dobrze. – Wydawało się, że go nie słucha. Nie tknęła czekolady, wpatrywała się tylko 

w trzymane w ręku naczynie i kożuszek formujący się na mleku. 

Delikatnie wyjął kubek z jej dłoni. Sen jest najważniejszy. Zaprowadził ją na górę, pod 

drzwi jej sypialni. 

– Podziwiałem  twoje podejście  do Angie.  Wygląda  na to, że  ta  historia dzięki  tobie 

skończyła się dobrze. 

– A mała? Jakie życie ją czeka? – Miranda spojrzała na niego smutnymi wielkimi oczami 

– Dobranoc, Jake. 

Kiedy zatrzasnęła  drzwi, z trudem opanował odruch, by wedrzeć  się do jej  pokoju i 

porwać  ją  w  ramiona.  Patrzył   na  zamknięte  drzwi  i  zastanawiał   się,  co się  z  nią  dzieje. 
Dlaczego z takim smutkiem mówiła o nowo narodzonej dziewczynce?

Nie wiedział, co powinien zrobić. Może po prostu jest zmęczona. Ciężarne kobiety mają 

prawo być przeczulone. 

Niech się prześpi. Porozmawiają rano. 
Nad ranem obudziły go niespodziewane hałasy dochodzące z kuchni. Wciągał dżinsy na 

schodach, potykając się o nogawki. Miranda siedziała przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach. 
Nie widział jej oczu, ale po drganiu ramion odgadł, że płacze. 

– Mirando? Kochanie moje, co się stało?
Nie odpowiedziała, ale gdy po dłuższej chwili podniosła głowę, zaskoczył go bolesny 

wyraz jej oczu. 

– Nie mogę  przestać  myśleć  o Bonnie. Ma matkę,  która jest za młoda,  żeby się nią 

opiekować, i nie ma ojca. Jak będzie wyglądało jej życie?

– Angie wydała mi się na bardzo miłą dziewczyną, a jej matka... – zaczął zakłopotany, 

niepewny, co chciałaby usłyszeć. 

– Angie sama jest jeszcze dzieckiem, Jake! – wykrzyczała. – Dzieckiem! Powinna bawić 

się z przyjaciółkami, zdawać egzaminy w szkole, snuć marzenia o przyszłości. Zamiast tego 
będzie prowadziła życie dojrzałej kobiety!  Czy ty w ogóle rozumiesz, co to znaczy mieć 
dziecko w wieku szesnastu lat? – Głos jej drżał. – Dziecko to wielka odpowiedzialność dla 
dorosłej   osoby,   a   co   dopiero   dla   nastolatki.   Całe   życie   zmienia   się   nieodwracalnie.   Nie 
możesz robić tego co rówieśnicy. Inni się uczą, ty zmieniasz pieluchy. Inni umawiają się na 
randki, ty popychasz wózek. Nikt cię nie rozumie. Twoi rówieśnicy chodzą do szkoły i na 
prywatki.   Wszystkie   matki,   jakie   znasz,   są   mężatkami   z   gromadką   dzieci.   Zostaje   ci 

background image

samotność. 

Jej reakcje były zbyt emocjonalne, nawet jeśli się wzięło pod uwagę zmęczenie i ciążę. 
– Nie mówisz o Angie i Bonnie, prawda? Podsunął jej pudełko chusteczek. Wytarła nos. 

Jej długie rzęsy były mokre. Miał ochotę ukołysać ją w ramionach. 

– Nie zwracaj na mnie uwagi. To była wyjątkowo męcząca noc. Powinnam wrócić do 

łóżka. 

– Nie zaśniesz w tym stanie. Wyrzuć to z siebie, Mirando. Powiedz mi, co cię dręczy. – 

Zawahał się na chwilę i zebrał się na odwagę. – Zastanawiam się, dlaczego ta historia tak 
bardzo cię wzburzyła? Skąd tyle na ten temat wiesz? Czy to samo przydarzyło się tobie? 
Byłaś młodocianą matką, której życie tak barwnie opisałaś?

–   Matką?   –   Wyglądała   na   zaskoczoną   jego   domysłami.   –   Nie,   Jake.   Byłam   tym 

dzieckiem. 

Przez moment milczał ze wzrokiem utkwionym w jej twarzy, całkiem osłupiały. 
– Moja matka urodziła mnie, kiedy miała szesnaście lat – wyjaśniła, widząc, że ciągle nie 

dotarło to do niego. 

Dopiero teraz zobaczył wszystkie sprawy we właściwym świetle. Zrozumiał, czemu tak 

rozpaczliwie usiłowała znaleźć matkę Bonnie. 

– Porzuciła cię?
– Miałam więcej szczęścia niż Bonnie. Mama włożyła mnie do pudełka wyścielonego 

ręcznikiem. Byłam w całkiem dobrym stanie, kiedy mnie znaleziono. Napisała nawet list. 

Ścisnęło go w dołku. Z trudem powstrzymał się, by jej nie przytulić. Dobrze rozumiał, że 

nie może zepsuć tego momentu szczerości. Miranda potrzebuje rozmowy, a nie pocieszenia. 

– Znaleźli ją?
– Tak. Sytuacja była bardzo krępująca dla moich dziadków. Ich wypieszczona jedynaczka 

zeszła z drogi cnoty. A takie wiązali z nią nadzieje. Była najlepszą uczennicą w klasie i do 
tego śliczną dziewczyną. Świat stał przed nią otworem. Zrobiła jeden błąd i pojawiłam się ja. 
Ale postąpili tak, jak im nakazało sumienie. Przygarnęli mnie i wychowywali. Mieszkałam z 
nimi do chwili, kiedy moja matka wyszła za Keitha. 

– To był twój ojciec?
– Nie. Mama nigdy mi nie powiedziała, kto nim był. Może zresztą jestem owocem jednej 

nocy. Czy wiesz, jakie to zostawia w człowieku ślady? Czasem patrzę na siebie w lustrze i 
zastanawiam się: Czy mam jego oczy? Czy to jego usta? To dziwne uczucie, jeśli nie masz 
pojęcia, jak wyglądał twój ojciec. 

– Twoja mama wyszła za mąż. 
– Tak, i znalazła znakomitą partię. Keith był wziętym adwokatem, postacią ogólnie znaną 

i szanowaną. Z zewnątrz wyglądaliśmy na szczęśliwą rodzinę. – Jej głos przesycony był 
goryczą. Jake spojrzał na nią pełen złych przeczuć. 

– A naprawdę? Opowiedz mi o swoim ojczymie. 
– Kochał moją matkę, a w każdym razie kochał ją po swojemu. Niestety, ta miłość nie 

obejmowała mnie. Byłam żywym dowodem jej błędu. Jedyną czarną plamą w jej idealnym 
życiorysie. Wszystko robiłam źle. Potrafił mi to okazać, a miewał paskudne napady gniewu. 

background image

– Krzyczał na ciebie? Czy on cię... 
– Bił? O to chciałeś zapytać? Tak, i to często. Ale wszystkie kuksańce i razy nie bolały 

mnie tak bardzo, jak jego pogarda i złośliwość. Nie mógł znieść mojego widoku i to było 
bardzo bolesne. 

– Czy ktoś o tym wiedział?
– Nie chciałam się skarżyć moim koleżankom. Zresztą nikt by mi nie uwierzył. Wszyscy 

mi zazdrościli. Wielki dom, wakacje w egzotycznych  miejscach. Keith potrafił się dobrze 
maskować, ale był tak nieprzewidywalny, że bałam się zapraszać kogokolwiek do domu, w 
obawie przed jego złością. W gniewie potrafił być straszny. Stopniowo stawałam się coraz 
bardziej samotna. Wszyscy myśleli, że zadzieram nosa i jestem snobką. Nie wiedziałam, jak 
pozyskać względy rówieśników. Zresztą, mówiąc uczciwie, trudno było mnie lubić. Sama 
siebie nie lubiłam. Keith skutecznie podważył moją wiarę w siebie. 

–   To   dlatego   byłaś   tak   zbulwersowana   faktem,   że   uderzyłem   właściciela   domu   – 

uświadomił sobie nagle Jake, pocierając ręką czoło. Miranda była maltretowanym dzieckiem. 
Na myśl o tym krew się w nim zagotowała. 

– Myślę, że tak. Nie znoszę przemocy pod żadną postacią. 
– Twoja matka nie reagowała na to?
– Moja matka nie chciała, żeby cokolwiek zagroziło jej pozycji społecznej. Poruszała się 

w   kręgach   towarzyskich,   które   przed   zamążpójściem   były   poza   jej   zasięgiem.   Musiała 
opuścić szkolę jako szesnastolatka, miała nieślubne dziecko, a oto ożenił się z nią znakomicie 
sytuowany   adwokat.   Ogromne   osiągnięcie.   Moja   matka   była   bardzo   ambitna.   Bardzo   jej 
zależało na opinii innych ludzi. Małżeństwo z Keithem wymazało błędy przeszłości. 

– Usprawiedliwiała jego zachowanie?
– Tłumaczyła, że ma bardzo stresującą pracę i nie powinnam go denerwować. 
– Nigdy się nie skarżyłaś? Nauczycielom? Lekarzowi rodzinnemu?
– Nasz lekarz był  jego partnerem do tenisa. – Miranda pokręciła bezradnie  głową. – 

Starałam się go nie irytować. Niestety, irytowała go sama moja obecność. Schodziłam mu z 
drogi i próbowałam być niewidzialna. Nauczyłam się polegać tylko na sobie. – Wzruszyła 
ramionami. – Nie ma co wspominać. To już zamierzchła przeszłość. Nie myślę na ten temat. 
Nie mam ochoty być ofiarą. 

– Zerwałaś z nimi kontakt?
–   Wyprowadziłam   się   z  domu,   kiedy  tylko   mogłam.   Nie   starali   się  mnie   zatrzymać. 

Oczywiście, dzieciństwo zostawiło ślady w mojej psychice. Psychoanalityk powiedziałby, że 
właśnie dlatego zakochałam się w Peterze. Podświadomie poszukiwałam w moim partnerze 
ojca. – Uśmiechnęła się gorzko. – Co za ironia losu. Zarówno Keith, jak Peter byli na swój 
sposób najdalsi od idealnej postaci, którą sobie wymyśliłam. 

– Jaki jest twój wymarzony ojciec?
–   Po   prostu   bez   wad.   Uwielbia   swoje   dzieci   do   tego   stopnia,   że   są   dla   niego 

najważniejsze. Cieszy się ich osiągnięciami i chroni je przed złem. A kiedy na nie patrzy, w 
oczach ma miłość. 

Tyle w niej było smutku, że Jake’a zakłuło w sercu. Najwyraźniej nigdy nie doznała 

background image

wszechogarniającej i bezwarunkowej miłości rodziców. 

– A co powiedziałby psychoterapeuta o naszym związku?
– Między nami nic nie ma. 
– Cieszę się, że mi opowiedziałaś o swoim dzieciństwie, bo teraz lepiej rozumiem, czemu 

się ciągle wycofujesz. Boisz się, że nie będę w stanie pokochać twojego dziecka tak, jak 
kocham ciebie. 

– Proszę, przestań. Wcale mnie nie kochasz. Nie jestem tego warta. 
– Dlaczego? Bo nie kochał cię twój ojczym? Bo nie broniła cię własna matka? To nie 

znaczy, że nie da się ciebie pokochać, tylko że byłaś nieszczęśliwym dzieckiem. Ale zły los 
można odmienić i najwyższy czas, żeby się to zdarzyło tobie. 

Bez   chwili   wahania   pocałował   ją,   wlewając   w   ten   gest   całą   czułość   i   współczucie. 

Słodkie i miękkie wargi ustąpiły pod naporem jego ust. Gorąca fala pożądania rozpaliła jego 
ciało, ale panował nad sobą, nie chcąc wykorzystywać momentu jej słabości. Była teraz taka 
bezbronna i krucha. Dlatego całował ją delikatnie i niespiesznie. Smakował jej obawę i lęk, 
jej opór. A potem zarzuciła mu ramiona na szyję i odpowiedziała śmiało i zdecydowanie. Jej 
pocałunek odbierał mu rozum i wolę. 

–   Nie   powinniśmy   tego   robić   –   szepnęła.   –   Złożyłam   przyrzeczenie   noworoczne,   że 

przestanę szukać miłości. 

– Nowy Rok był wieki temu. Najwyższy czas złamać to postanowienie. – Od wczesnej 

młodości   nie   czuł   tak   nieprzepartego   pociągu   do   kobiety.   Stwierdził,   że   traci   nad   sobą 
kontrolę. – Chodźmy na górę, Mirando. – Wziął ją na ręce, ignorując jej protesty. 

W sypialni zasłony były rozsunięte, przez okno wpadało światło księżyca. Całował ją 

powoli, w uniesieniu. Dotykał najdelikatniej, jak potrafił. Wiedział, że Miranda zasługuje na 
najpiękniejszą noc miłosną. 

Jej   piersi   były   idealnie   pełne,   jak   soczyste   owoce.   Nie   mógł   powstrzymać   okrzyku 

zachwytu. 

– Jesteś taka piękna. 
– Jestem taka gruba. 
Chociaż pragnienie pulsowało w jego żyłach, jej nieśmiała prośba o miłosne zaklęcia, tak 

wzruszająco kobieca, wywołała uśmiech na twarzy Jake’a. 

– Mój skarbie, czy jeszcze nie wiesz, jak bardzo cię pragnę? Od pierwszej chwili, od 

pierwszego spojrzenia. Zatraciłem się w twoich oczach. 

Przywarła do niego. Usta miała wilgotne od pocałunków, włosy rozsypane na ramionach. 

Jej piękno odebrało mu mowę. Nie wiedział, jakimi słowami wyznawać miłość. Umiał tylko 
pokazać całym  sobą, wielbiąc każdy skrawek ciała Mirandy wargami, językiem,  palcami. 
Docierał do ukrytych zakamarków, których dotyk budził najpierw ciche protesty, a potem jęk 
ekstazy. Wciąż przekraczał nowe granice intymności, marząc tylko, aby te chwile zamieniły 
się w nieskończoność, tak były doskonałe. 

Czuła jego napięte mięśnie, jego podniecenie i odpowiadała mu pieszczotami, poznając 

erotyczną mapę jego ciała. 

– Jake, proszę. – Jego imię było w jej ustach jak szloch lub modlitwa. – Proszę... 

background image

Wiedział, czego chce Miranda, o co prosi, ale przedłużał miłosną torturę, aż doprowadził 

ją na szczyt ekstazy. Miał wrażenie, że sam za chwilę eksploduje, więc opadł na łóżko i starał 
się odzyskać resztki samokontroli. 

Zarzuciła nogę na jego brzuch i wyprostowała się. Patrzyła na niego z góry. Jej policzki 

płonęły, włosy opadały gęstą zasłoną, w oczach był uwodzicielski błysk. 

– Możemy to zrobić?
Miał przebłysk świadomości, że zadała to pytanie poważnie. Starał się myśleć jak lekarz, 

a nie jak kochanek. 

–   Będę   delikatny.   Obiecuję.   Czy   już   ci   powiedziałem,   że   jesteś   niezwykła?   I 

niewiarygodnie piękna?

– Potrzebujesz okularów. 
–   Potrzebuję   ciebie.   –   Przytrzymał   jej   biodra   i   pomógł   jej   usadowić   się   wygodnie. 

Hamował gwałtowne ruchy wbrew wyraźnym zachętom. 

Zdesperowana i niecierpliwa odepchnęła jego ręce, przytrzymała mu ramiona nad głową i 

przejęła inicjatywę. Z niecierpliwą desperacją opadła na niego, przyjmując go głęboko w 
siebie i rujnując jego plany, że wszystko odbędzie się łagodnie i powoli. Mógł tylko poddać 
się jej woli. Tańczyła  nad nim swój erotyczny i uwodzicielski  taniec, aż cały jego świat 
rozpadł się na atomy. Została tylko ona i niesamowite doznania, którym był poddany. Chciał 
prosić, by zwolniła, ale umiał wydać z siebie jedynie nieartykułowane jęki zachęty. Jego ciało 
przejęło kontrolę nad nim, mógł tylko ulec tej pierwotnej sile, która wyniosła go na orbitę. 
Towarzyszyły mu ciche krzyki jej triumfalnego spełnienia i spazmatyczne drżenie jej ciała. 

Kiedy się obudziła, zobaczyła, że ją obserwuje. 
– Dzień dobry – szepnął i nachylił się, by powitać ją pocałunkiem. – Dobrze spałaś? Czy 

wiesz, że cię kocham? Jesteś piękna, mądra i dobra i chciałbym, żebyś została moją żoną. 

Jego żoną?
Nie wiedziała, czy to sen, czy jawa. Patrzyła w niebieskie oczy mężczyzny i pomyślała ze 

smutkiem, że w jej życiu nic nie przychodzi łatwo. Nieważne, jak bardzo go kocha i jak on 
kocha ją – nie ma prawa powiedzieć „tak”. Ze względu na dziecko musi mu odmówić. 

– Nie, Jake. 
– To nie jest trudne, Mirando. Zaufaj swemu sercu. Przecież mnie kochasz. 
Tyle w nim było wiary i pewności siebie, a ona musi zadać mu cios. 
– Zależy mi na tobie – powiedziała powoli. – Jesteś wspaniałym przyjacielem. 
– Przyjacielem? Ostatnia noc niewiele miała wspólnego z przyjaźnią. 
– Ostatnia noc nie powinna się zdarzyć. Wyjawiłam ci rzeczy, jakimi się nigdy i z nikim 

nie dzieliłam. Byłam zmęczona i roztrzęsiona. 

– Chcesz powiedzieć, że cię wykorzystałem? – spytał z niedowierzaniem. 
–  Nie,   chcę  powiedzieć,   że  potrzebowałam   pocieszenia  i   wsparcia.  –  Zamilkła,  a   on 

westchnął. 

– Mirando, przyjacielskim gestem pocieszenia było  podanie ci chusteczek do nosa w 

kuchni   i   gorąca   czekolada   przed   snem,   której   zresztą   nie   wypiłaś.   To,   co   nas   połączyło 
minionej nocy, to był gorący seks i dobrze o tym wiesz. 

background image

Wspomnienia rozgrzały ją, więc zamknęła oczy, aby je zablokować, wrócić do twardej 

rzeczywistości. Jake położył jej palec na wargach. 

– Przestań, Mirando. Nie chcę, abyś mi powtarzała, że nie możesz za mnie wyjść, bo 

jesteś w ciąży. Nie chcę o tym słuchać. Powitam twoje dziecko z radością. Zamierzam być dla 
niego tym  idealnym  tatusiem,  o którym  zawsze marzyłaś.  Adoptuję je i będę kochał  jak 
własne, jeśli tylko mi na to pozwolisz. 

Miranda walczyła z pokusą. Kochała Jake’a, nie miała żadnej wątpliwości. Kochała go, 

bo był wyjątkowym człowiekiem. Ale nic nie mogło zmienić faktu, że nosiła w sobie dziecko 
innego mężczyzny i lepiej niż ktokolwiek inny rozumiała implikacje tej sytuacji. 

–   To   zawsze   będzie   stało   między   nami   –   wyszeptała.   –   Jeśli   nie   teraz,   to   kiedyś   w 

przyszłości. Jeśli dziecko będzie niegrzeczne, zaczniesz mieć nas dosyć. 

Zobaczyła błysk gniewu w jego oczach. 
– Chcę jedną rzecz ustalić raz na zawsze. Nie jestem twoim ojczymem i nigdy nim nie 

będę. Nie jestem też ojcem twojego dziecka, na szczęście, bo tego faceta nie lubię i nie 
szanuję. Kocham cię, Mirando, i kocham twoje dziecko, bo jest cząstką ciebie. Moja miłość 
jest bezwarunkowa. Nikt nie może zagwarantować, że w życiu rodzinnym nie pojawią się 
jakieś   komplikacje.   Dzieci   bywają   nieposłuszne   i   nie   ma   w   tym   niczego   niezwykłego. 
Czasem   będę   zirytowany,   bo   jestem   tylko   człowiekiem,   tak   jak   ty.   Ale   nigdy   nie   będę 
żałował, że jestem jego ojcem i nie przestanę go kochać. Nigdy też nie zazna mojej karzącej 
ręki. Jestem skłonny do rękoczynów tylko wtedy, gdy ktoś fizycznie zagraża członkom mojej 
rodziny. 

–   Wiem,   że   w   twoich   oczach   wszystko   jest   proste,   Jake,   ale   nie   mogę   ryzykować. 

Miniona noc nie powinna się zdarzyć. Wyprowadzę się. 

Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, tyle w nich było bólu. Powtarzała sobie w duchu, że 

podjęła   słuszną   decyzję.   Jest   odpowiedzialna   za   dobro   trzech   osób.   Chce   im   oszczędzić 
rozczarowań i dramatów. Wielkim wysiłkiem woli wstała z łóżka i wyszła z pokoju. 

Miała wrażenie, że przepłacze resztę życia. Nie mogła się uspokoić. Gdy zamknęła za 

sobą drzwi do łazienki, nie powstrzymywała już łez. 

Wiedziała, że postępuje słusznie. 
Ale jeśli ma rację, dlaczego jest jej tak ciężko?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

W następnych tygodniach zima się nasiliła, a Miranda czuła się bez przerwy zmęczona i 

nieszczęśliwa. 

Myślała,   że   wypocznie,   kiedy   przestanie   pracować,   ale   stwierdziła   tylko,   jak   bardzo 

brakuje jej przyjaźni okazywanej przez koleżanki i kolegów z oddziału położniczego. Miała 
wrażenie, że zna ich całe życie. Po raz pierwszy czuła się gdzieś jak w domu. 

Nie   mogła   dłużej   mieszkać   u   Jake’a   i   desperacko   przeszukiwała   rubryki   ogłoszeń   w 

lokalnych   gazetach.   Znalazła   mieszkanko,   które   jej   się   podobało,   ale   było   do   wynajęcia 
dopiero   od   późnej   wiosny,   a   ona   nie   mogła   czekać   tak   długo.   Musiała   się   gdzieś 
wyprowadzić. 

Jake starał się jej niczego nie utrudniać. Był dla niej niezwykle miły, co sprawiało, że 

sytuacja stawała się jeszcze bardziej kłopotliwa. 

Piła właśnie kawę i zbierała siły, by obejrzeć kolejne mieszkanie w okolicy, gdy rozległo 

się pukanie do drzwi. Stała przed nimi Christy z koszyczkiem w ręku. 

– Witaj, bawię się w Czerwonego Kapturka – powitała ją radośnie, wchodząc do środka. 

– Rano upiekłam ciasteczka z moją córeczką Kąty i pomyślałam sobie, że może miałabyś na 
nie   ochotę.   W   ostatnim   miesiącu   ciąży   byłam   nieustannie   głodna,   a   nie   miałam   siły   na 
gotowanie. Znajdziesz też chleb, bułeczki i sery z delikatesów. 

– Jak to miło z twojej strony. 
– Jest też prawdziwy powód mojej wizyty. Mogę nastawić wodę na herbatę? – Christy 

zdjęła płaszcz i powiesiła go na krześle. 

– Naturalnie. Jaki powód? – Miranda przyjrzała się drugiej kobiecie uważnie, ale nie była 

w stanie wyczytać z jej twarzy niczego. 

– Martwię się o Jake’a. 
– Dlaczego? Co się stało? – Nagle przeszył ją niepokój. 
– Pojawiłaś się w jego życiu. Jest w tobie zakochany, a mam podstawy sądzić, że nie 

odwzajemniasz   jego   uczucia.   Jest   bardzo   nieszczęśliwy.   Drażliwy,   marudny   i   wiecznie 
wściekły. Zupełnie nie przypomina naszego opanowanego i wyrozumiałego przyjaciela. 

– Wydaje mu się, że jest we mnie zakochany, ale... 
– Jeśli sugerujesz, że Jake ma problemy z rozpoznawaniem własnych uczuć, być może 

wcale   go  nie  rozumiesz.  On  znakomicie   wie,  czego   chce   od  życia   i  nigdy się   nie  myli. 
Podejmuje   decyzję   i   nie   zmienia   zdania.   Wiedział   od   początku   studiów,   że   chce   być 
położnikiem,   i   miał   rację.   Jest   to   specjalizacja   dla   niego   stworzona.   Tak   samo   jest   z 
kobietami. Nie zakochuje się łatwo. 

– Był zakochany w tobie. 
– Myślę, że tak, przez krótki czas. – Christy przekroiła bułeczkę i posmarowała obie 

części masłem. – To jeden z największych komplementów, jakie kiedykolwiek usłyszałam, bo 
Jake podchodzi do miłości serio i nie traci głowy na widok ładnej buzi. Kiedy się zakochuje, 
sprawa jest naprawdę poważna. A teraz zakochał się w tobie. 

background image

– Masz rację. Może tak jest. Ale ja mam dziecko z innym mężczyzną. 
– Wiem. – Christy położyła posmarowaną bułeczkę na talerzu i podała jej. – Jedz. Jake 

ciągle się martwi, że nie odżywiasz się wystarczająco dobrze, więc obiecałam zadbać o to do 
porodu. 

–   Nigdy   nikt   nie   okazał   mi   tyle   życzliwości   co   Jake.   –   Miranda   uśmiechnęła   się   z 

wdzięcznością. 

– Nie? Więc korzystaj  z tego. Bierz,  ile  możesz. On pragnie tego  dziecka,  Mirando. 

Pragnie go tak bardzo jak ciebie, czy jesteś w stanie w to uwierzyć?

– Myślę, że jest o tym przekonany, ale nikt nie potrafi przewidzieć własnych reakcji w 

przyszłości. Dziecko nie jest jego i nic nie może zmienić tego faktu. 

– Jake jest najbardziej zrównoważonym i rozsądnym facetem, jakiego możesz spotkać. 

Czy kiedykolwiek widziałaś, żeby stracił głowę?

– Nie. Zawsze jest opanowany. Superman, można by rzec. 
– Jake dobrze wie, kim jest i czego chce. A chce ciebie i dziecka. Przemyśl to jeszcze. 

Zastanów się, co odrzucasz. 

– A co będzie, jeśli po pewnym czasie będzie zmęczony obecnością ruchliwego i pełnego 

życia stworzonka w swoim domu? Jeśli za dwa lata zmieni zdanie?

Christy   przyglądała   jej   się   uważnie   przez   dłuższą   chwilę,   jakby   ważąc   w   głowie 

argumenty. 

– Jeśli zadajesz mi to pytanie, najwyraźniej wcale nie znasz Jake’a – odparła wreszcie 

spokojnie i założyła płaszcz. – Jest dobrym człowiekiem. Między nami mówiąc, wiele kobiet 
próbowało go złowić. Ze wszystkich, z którymi się umawiał, wybrał ciebie. Powinno ci to 
pochlebiać. Muszę już jechać. Zaczyna padać śnieg, a Alessandro pewnie już się niepokoi. 
Nie odprowadzaj mnie. 

Miranda   siedziała   w   kuchni.   Za   oknem   zapadał   zmrok.   Jake   zadzwonił   wcześniej   i 

uprzedził,  że   będzie   w  domu   bardzo  późno.   Brakowało  jej  go.  Przywykła  do  jego  stałej 
obecności.   Lubiła   jego   towarzystwo   w   pracy   i   w   domu.   Ostatnie   wspólne   dni.   Za   dwa 
tygodnie miała się przeprowadzić do nowego mieszkania. 

Wiatr   gwizdał   za   oknem,   a   ona   po   raz   kolejny   rozważała   wszystko,   co   Christy 

powiedziała jej o Jake?

Wiele kobiet próbowało go złowić. 
Ze wszystkich wybrał ciebie. 
Nagle   dotarło   do   niej,   że   Christy   miała   rację.   Każe   mu   płacić   za   grzechy   innych 

mężczyzn. Tymczasem Jake nie jest taki jak jej ojczym. Nie jest taki jak Peter. Jest silny i 
przystojny,  troskliwy i zdecydowany.  A ona szaleje za nim. Dlaczego odrzuca szansę na 
szczęście, skoro jest w nim zakochana i nie wyobraża sobie życia bez niego?

Podjęła   decyzję.   Gdy   tylko   Jake   wróci   do   domu,   porozmawia   z   nim.   Powie   mu,   że 

zmieniła zdanie. Nie zamierza dłużej uciekać przed miłością. Chce, żeby adoptował dziecko. 
Chce, żeby byli rodziną. 

Nie mogła usiedzieć na miejscu. Nagle stało się bardzo ważne, by Jake dowiedział się, co 

background image

do niego czuje. Kręciła się między salonem i kuchnią. Oglądała właśnie zdjęcia na półce nad 
kominkiem, gdy poczuła silny ból. 

Było to tak niespodziewane, że krzyknęła zaskoczona. Starała się panować nad oddechem 

do ustąpienia bólu i udało jej się krok za krokiem dotrzeć do kanapy. 

Termin   ma   dopiero   za   miesiąc.   Może   były   to   skurcze   Braxton-Hicksa,   symptom 

przygotowywania się organizmu do porodu. Odczuwała je już wcześniej, choć nigdy nie były 
tak silne. Dwie minuty później uświadomiła sobie, że się myli. Jej ciało przeszył kolejny 
bolesny skurcz. Nie była w stanie oddychać ani wydać z siebie głosu. Przyklękła i starała się 
opanować. 

Czyżby   zaczął   się   poród?   Zachciało   jej   się   śmiać.   Przecież   jest   położną.   Powinna 

wiedzieć, co się z nią dzieje. 

Musi zadzwonić. Z trudem podeszła do telefonu, ale nie było sygnału. Połączenie zostało 

odcięte. 

Uświadomiła sobie, że musi sobie poradzić sama. Rzuciła poduszki z kanapy na podłogę i 

usadowiła się na nich, by oczekiwać na kolejne skurcze. 

Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie. Kiedy poczuła pod palcami znajome napięcie 

macicy,   była   przygotowana   i   oddychała   zgodnie   z   instrukcją,   powtarzaną   niezliczonym 
kobietom, które uczęszczały na jej kursy w szkole rodzenia. 

Intensywność   bólu   odebrała   jej   dech   w   piersi.   Zrozumiała   nagle,   dlaczego   rodzące 

potrzebują przy sobie kogoś przyjaznego. Kogoś, kto zapewnia miłość i psychiczne wsparcie. 

– Mirando?
Otworzyła   oczy   i   wtedy   dostrzegła   Jake’a   stojącego   w   wejściu.   Jego   ciemne   włosy 

przyprószone   były   śniegiem.   Dotarł   do   niej   powiew   zimnego   powietrza,   zanim   zamknął 
drzwi. 

– Kiedy się zaczęło? – Już był  przy niej. Bez zbędnych słów zorientował się, co się 

dzieje. 

– Niedawno, ale bardzo intensywnie. Jeden skurcz przychodzi po drugim. To już poród, 

choć miesiąc za wcześnie. 

– Czemu nie zadzwoniłaś?
– Telefon nie działał. 
Zalała  ją  kolejna  fala   bólu.  Tym   razem   nie  była   już   sama.  Jake  podpierał  ją  silnym 

ramieniem, spokojnym głosem chwalił i przypominał o oddechu. 

Ból minął. Odpoczywała. Jake sięgnął po telefon, ale nadal nie było sygnału. Również 

komórka nie działała normalnie. 

– Co myślisz o porodzie domowym?
– Denerwuję się. 
– Nie jest to zbyt pochlebne. Jestem położnikiem. To mój chleb powszedni. 
– Nieprawda. Twoją domeną są komplikacje i powikłania, a nie naturalne porody. To 

położne się na nich znają. – Miranda usiłowała żartować, by rozładować atmosferę. 

–   Jestem   pewien,   że   przebrnę   jakoś   przez   zwykły   poród.   Muszę   cię   zbadać,   żeby 

wiedzieć, jakie jest rozwarcie. Jeśli dziecko ma się wkrótce urodzić, powinienem nastawić 

background image

kotły z wrzącą wodą, przynieść naręcza wykrochmalonych  prześcieradeł i wykonać wiele 
innych bezsensownych czynności przedstawionych w filmach. 

Jego dobry humor i pewność siebie bardzo ją pokrzepiły. Wyszedł umyć ręce i wrócił z 

zapowiedzianą stertą czystych ręczników i lekarską torbą. 

– Jake! – jęknęła. – Czuję główkę! – Nagle gdzieś zniknął wstyd, chciała tylko, by jej 

pomógł.   –  Wszystko   się   dzieje   za   szybko.   Ratuj   dziecko.   Co   będzie,   jeśli   ma   pępowinę 
zakręconą wokół szyi? – Potok słów przerwał jej kolejny atak i potrzeba parcia tak silna, że 
mogła jedynie dostosować się do tego, co podpowiadało jej własne ciało. 

– Jest główka, Mirando. Nie przyj. Nie przyj teraz, aniele. Trzeba ziać. Moja dzielna 

dziewczynka. Wszystko będzie dobrze. 

Nowy skurcz targnął jej ciałem,  potem przyszła ulga, a w pokoju gniewnie wrzasnął 

noworodek. Miranda opadła na poduszki, ogarnięta porażającym szczęściem. 

– Dziecko jest zdrowe? – Poród miał niezwykle szybkie tempo. Nie byłaby w stanie go 

kontrolować, gdyby nie obecność Jake’a. 

– Dziewczynka. Maleńka, absolutnie śliczna. Jest zdrowa. – Podał jej dziecko i wydał 

polecenie głosem wypranym z emocji. – Przystaw ją do piersi, Mirando. Nie mam przy sobie 
żadnych   leków.   Nic,   żeby   wspomóc   obkurczanie   się   macicy.   Sięgniemy   po   sposób 
wymyślony przez naturę. Podaj jej pierś. 

Miranda rozumiała jego intencje, ale uraziło ją, że prawie nie spojrzał na dziecko. Jake 

obawiał się, że dostanie krwotoku, a telefony nie działały i nie było możliwości, by ją szybko 
dostarczyć do szpitala. 

Nie zachowywał się jak ojciec asystujący przy porodzie. Był  lekarzem  wykonującym 

swój zawód. 

Dziecko   bez   żadnej   zachęty   łapczywie   przyssało   się   do   sutka.   Miranda   westchnęła 

uspokojona. Teraz wszystko już będzie dobrze. I było. Łożysko wyszło łatwo. Jake otarł czoło 
i po raz pierwszy się uśmiechnął. 

– Nie wiem, czemu położne robią tyle szumu wokół siebie. To łatwizna. Umyję tylko ręce 

i wstawię tu dodatkowe kaloryfery. W pokoju jest za zimno. 

Wrócił z komórką przy uchu. 
– Telefon już działa. Obie na pierwszy rzut oka wyglądacie świetnie, ale i tak chcę was 

wyekspediować do szpitala. Tylko na dzisiejszą noc. A przy okazji... odsłuchałem wiadomość 
na   automatycznej   sekretarce.   Właściciel   mieszkania,   które   chcesz   wynająć,   informuje,   że 
będzie dostępne wcześniej, niż się spodziewał. Możesz się tam wprowadzać, kiedy chcesz. 

Czekała, że będzie kontynuował ten temat i powie jej, jak bardzo chce, by z nim została, 

ale znowu wyszedł. Przygotował w tym czasie rzeczy potrzebne jej w szpitalu. 

Ani razu nie wziął dziecka na ręce. 
To   oznacza   tylko   jedno.   Zmienił   zdanie.   Już   jej   nie   chce.   Na   próżno   walczyła   z 

rozczarowaniem i przygnębieniem. 

Było późne popołudnie, kiedy Jake wszedł na oddział z misiem i bukietem kwiatów. 
Zebrał   się   na   odwagę,   by   tu   przyjść.   Miał   zamiar   wręczyć   Mirandzie   kwiaty, 

pogratulować jej i wyjść, zanim po raz kolejny zrobi z siebie kompletnego idiotę. 

background image

Uśmiech zamarł na jego ustach, gdy zobaczył, że pokój jest pusty. W pierwszej chwili 

pomyślał,  że przyszedł  za późno, ale ziewnięcie  z łóżeczka  upewniło go, że leży w nim 
dziecko. Tylko po Mirandzie nie było śladu. 

–   Cześć,   maluszku   –   szepnął,   nachylając   się   nad   noworodkiem.   Dotknął   policzka 

dziewczynki jednym palcem. – Czas, żebyśmy się wreszcie lepiej poznali. 

Miranda   zatrzymała   się   w   drzwiach   łazienki   z   oczami   utkwionymi   w   Jake’u. 

Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Przemawiał do dziecka. Dotykał je. 

– Nie przyjrzałem ci się wczoraj dobrze, bo martwiłem się o twoją mamusię. Ale teraz 

wszystko jest dobrze. Na pewno ją uszczęśliwisz. To dobrze, bo na to zasługuje. 

– Jake? – odezwała się nieśmiało, wychodząc z cienia. – Nie wiedziałam, że się o mnie 

niepokoiłeś. 

– Podsłuchiwałaś, a to była rozmowa prywatna. – Uśmiechnął się blado. 
– Czym się martwiłeś? Byłam pod opieką najlepszego położnika. Nic złego nie mogło mi 

się stać. 

– Nigdy nie odbierałem porodu kobiety, którą kocham. Cały obiektywizm diabli wzięli. 

Balem się śmiertelnie. 

– Kobiety, którą kochasz? – Serce w niej podskoczyło. 
–   Nie   przyszedłem   się   spierać,   Mirando.   –   Wręczył   jej   kwiaty   i   położył   na   łóżku 

pluszowego misia. 

– Wiem, że niedługo będziesz w domu, ale kobiety w szpitalu powinny dostawać kwiaty. 

Pójdę już. Obowiązki czekają. 

– Mogą poczekać jeszcze chwilę. – Przytuliła kwiaty do piersi i zapytała: – Od tej nocy, 

kiedy się kochaliśmy, nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz. Wczoraj po narodzinach dziecka 
prawie na małą nie patrzyłeś. Myślałam, że zepsułam wszystko między nami. Że zmieniłeś 
zdanie. O dziecku i o mnie. 

– Jakie to ma znaczenie, co czuję, Mirando? – zapytał przygnębiony. 
– Dla mnie ma. – Głos jej się łamał. Miała nadzieję, że córeczka nie obudzi się i będzie 

mogła powiedzieć wszystko, co leży jej na sercu. Ale Jake odezwał się pierwszy. 

– Nie miałem  zamiaru  nic mówić.  Poród jest wielkim wysiłkiem,  trzeba czasu, żeby 

kobieta doszła po nim do równowagi. Nie chciałem teraz poruszać tego tematu, ale skoro 
pytasz, będę szczery. Nie przyjrzałem się małej, to prawda. Nie miałem odwagi. Gdybym się 
roztkliwił,   wszystkie   moje   próby,   aby   zachować   zimną   krew   i   dystans,   diabli   by  wzięli. 
Urodziłaś   bardzo  szybko,  Mirando.  Wiem,   ile  powikłań  mogło  ci  grozić.   Chciałem   mieć 
pewność, że jesteś bezpieczna. Musiałem być skoncentrowany. 

– Dlatego sprawiałeś wrażenie takiego dalekiego i niezaangażowanego emocjonalnie?
– To była tylko samoobrona. Bałem się, że na widok słodkiej małej kruszyny zakocham 

się w niej i będzie mi jeszcze trudniej. Wystarczy, że stracę ciebie, nie chciałem stracić także 
jej. Wkrótce się wyprowadzisz i zabierzesz małą, a ja nie wiem, jak cię zatrzymać. Jak mam 
ci udowodnić, że kocham ciebie i twoją córeczkę?

–   A   ja   myślałam,   że   jest   za   późno,   że   cię   straciłam.   Przez   całą   minioną   noc   nie 

przestawałam wyobrażać sobie, jak mówisz do mnie te słowa. Bałam się, że to już tylko 

background image

marzenia. 

– Nie musiałaś marzyć. Przecież dobrze wiesz, co do ciebie czuję. 
– Bałam się, że zmieniłeś zdanie. Byłeś taki zimny i profesjonalny. Myślałam, że nie 

możesz się doczekać, kiedy pozbędziesz się nas z domu. 

– W pewnym sensie tak było. Chciałem jak najszybciej dostarczyć ciebie i dziecko do 

szpitala.   Zrobić   badania,   mieć   pewność,   że   nic   wam   nie   grozi.   Poza   tym   wyraźnie 
powiedziałaś, dlaczego nie chcesz się ze mną wiązać. 

–  To   nieprawda.  –  Pokręciła  głową.   –  Powiedziałam  ci  o  moich   obawach  i   fobiach. 

Wmawiałam sobie, że muszę chronić dziecko za wszelką cenę. Nie powiedziałam ci tylko, że 
cię kocham. Wiedziałam o tym od wielu tygodni, ale nie chciałam się przyznać, bo wtedy nie 
zaakceptowałbyś mojej odmowy. 

– Dlaczego, skoro mnie kochasz, nie chcesz za mnie wyjść?
– Moim obowiązkiem jest zapewnienie córce szczęśliwego życia. Dlatego obiecywałam 

sobie, że nigdy się z nikim nie zwiążę. Ale ostatnio uświadomiłam sobie, że popełniam błąd. 
Moja córka będzie szczęśliwa, jeśli będzie miała fantastycznego ojca. Ciebie. Chciałam ci to 
powiedzieć już wczoraj, ale zaczęłam rodzić. 

Przez moment stał jak wmurowany. Potem jednym skokiem przemierzył pokój i porwał ją 

w ramiona. 

–   Nie   wierzę   własnym   uszom!   Planowałem   kolejne   posunięcia   z   precyzją   kampanii 

napoleońskiej.   Wymyślałem   dziesiątki   sposobów   przekonania   cię,   że   powinnaś   za   mnie 
wyjść. 

– Nie potrzebujesz wytaczać armat. Poddaję się. – Zarzuciła mu ramiona na szyję. – 

Ufam ci, Jake. Kocham cię. 

– A ja kocham ciebie. – Pocałował ją z pasją, jakby chciał ją o tym przekonać. – Jak 

mogłaś myśleć, że jestem niestały w uczuciach?

– Odepchnęłam cię. Uznałam, że dałeś za wygraną. 
– Nie rezygnuję tak łatwo, kochanie. – Spoważniał nagle. – Musisz zrozumieć jedno. 

Niezależnie od tego, co się stanie, nigdy nie przestanę kochać ciebie i dziecka. Nigdy. 

– Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy. 
– Musisz się do tego przyzwyczaić, bo zamierzam w kółko powtarzać te wyznania. A jak 

to się stało, że zmieniłaś zdanie?

– Od początku wiedziałam, że cię kocham. Zmieniło się tylko tyle, że postanowiłam ci o 

tym  powiedzieć.  Wczoraj przyszła  do mnie  w odwiedziny Christy.  Solidnie  mi nagadała. 
Kiedy wyszła, przemyślałam wiele spraw. 

– Jakich spraw?
– Jesteś najlepszym  człowiekiem,  jakiego znam.  Jesteś  silny i godny zaufania.  Skoro 

chcesz być dobrym ojcem, zamierzasz podjąć ciężar odpowiedzialności, to mogę polegać na 
twoim słowie. 

– Dziecko nie kojarzy mi się z ciężarem odpowiedzialności, Mirando. Uważam, że jest 

prawdziwym darem – oświadczył, patrząc w kierunku łóżeczka. 

W tym momencie niemowlę, jakby czując, że o nim mowa, obudziło się i zaczęło kwilić. 

background image

Miranda uśmiechnęła się. 

– Będziesz jej ojcem. Najwyższy czas, żebyście się lepiej poznali. 
– Jak chcesz ją nazwać? Nie możemy mówić o niej „dziecko”. 
– Czy możemy nazwać ją Hope? Hope, czyli nadzieja. 
–  Hope  Blackwell.   –  Wymówił  to   powoli  i  kiwnął  głową.  –  Dobrze  brzmi.  Skąd  ci 

przyszło to do głowy?

– Dałeś mi nadzieję. Kiedy spotkaliśmy się w dniu Bożego Narodzenia, byłam na dnie 

rozpaczy. Zmarznięta, zagubiona i kompletnie samotna. A wtedy z mgły wyłoniłeś się ty. Od 
tej pory, niezależnie od okoliczności, zawsze trwałeś przy mnie. Wszystko się odmieniło na 
lepsze. Przekonałeś mnie, że szczęśliwa rodzina to więcej niż iluzja. 

Wyjął maleńką Hope z łóżeczka. 
– Więc dałem ci nadzieję, a ty dajesz mi Hope? Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Patrzyła, 

z jaką czułością Jake piastuje dziecko. Jak mogła mieć wątpliwości? Chciało jej się śpiewać 
ze szczęścia. Wzięła córeczkę i zaczęła ją karmić. 

– Zadzwoń do właściciela mieszkania i powiedz mu, że już nie chcę go wynająć. 
– Nie ma potrzeby. Już to zrobiłem – przyznał się Jake. – Nie mogłem pozwolić na to, 

żebyś się wyr prowadziła. 

– Czy wiesz, że jesteś manipulatorem? Można by nawet powiedzieć, aroganckim despotą 

– stwierdziła z rozbawieniem. 

– Jestem stały w uczuciach. – Pocałował ją w czubek nosa. – Jestem w tobie zakochany, 

Mirando.   Dziecko   tylko   wzmaga   moją   determinację,   żeby   się   z   tobą   ożenić.   Moje   dwie 
dziewczyny. Kocham was. 

– My ciebie też. 


Document Outline