background image

 
      Kate Douglas Wiggin  
  
  
 Rebeka ze Słonecznego Potoku  
  
  Zakład Nagrań i Wydawnictw  
      Związku Niewidomych  
        Warszawa 1999 r.  
  
  PrzełOŜyła Wanda Piniówna   
  
  
Przedruk: OFicyna Wydawnicza "Graf",  
Gdańsk 1991   
  
   
I. Jest nas siedmioro  
   
Rozdział I  
Jest nas siedmioro  
  
  
Pełną kurzu drogą, wiodącą z Maplewood do Riverboro, toczył się stary dyliŜans. Była 
dopiero połowa maja, ale upał panował jak w lecie. Pan Jeremiasz Cobb starał się jak mógł 
oszczędzać konie, choć wiedział, Ŝe musi się spieszyć z doręczeniem poczty. Droga wiodła 
pod górę, więc trzymał cugle luźno w ręce, a oparłszy się wygodnie na siedzeniu, dumnie 
wyciągnął nogę poza krawędź powozu. Filcowy kapelusz ze zniszczonym rondem nasunął 
głęboko na oczy i spokojnie Ŝuł szczyptę tytoniu.  
W powozie siedziała podróŜna - mała, ciemnowłosa osóbka w gładkiej  perkalikowej 
sukience. Była tak szczupła, i tak sztywno wyprostowana, Ŝe ślizgała się po skórzanych 
poduszkach z miejsca na miejsce, chociaŜ starała się utrzymać równowagę. Za kaŜdym razem, 
kiedy koła powozu głębiej zanurzały się w koleiny albo uderzały niespodziewanie o kamień, 
dziewczynka mimo woli podskakiwała wysoko, spadała z powrotem, poprawiała śmieszny, 
słomkowy kapelusik i troskliwie przytulała malutką, róŜową parasolkę, którą zdawała się 
otaczać największą troskliwością. Zwracała teŜ baczną uwagę na torebkę z koralików, do 
której często zaglądała, znajdując widoczną przyjemność w stwierdzaniu, Ŝe jej cenna 
zawartość nie znikła i nie zmniejszyła się. Pan Cobb nie zwracał na to najmniejszej uwagi; 
jego obowiązkiem było odwoŜenie ludzi na miejsce przeznaczenia, a nie troska o ich wygodę 
w drodze. W dodatku zapomniał zupełnie o istnieniu tak małego i niepokaźnego pasaŜera.  
Kiedy tego ranka opuszczał urząd pocztowy w Maplewood, wysiadła z bryczki jakaś kobieta i 
spytała go, czy to jest powóz z Riverboro i czy on właśnie jest panem Cobb? Gdy potwierdził, 
zawołała dziewczynkę w wieku dziesięciu lub jedenastu lat, czekającą niecierpliwie na 
uboczu. Mała podbiegła do matki, która ją uściskała i usadowiła w dyliŜansie, kładąc obok 
zawiniątko wraz z wielkim bukietem bzu. Dopilnowała, by z tyłu powozu umieszczono obity 
skórą kufer, wreszcie zapłaciła za podróŜ, dokładnie odliczając srebrne monety.  
- Chciałabym, aby ją pan zawiózł do moich sióstr w Riverboro - rzekła. - Czy zna pan 
Mirandę i Janinę Sawyer? Mieszkają w Czerwonym Domu.  
Mój BoŜe! Znał je przecieŜ bardzo dobrze.  

background image

- O! To doskonale! Mała do nich właśnie jedzie. Czy mógłby pan czuwać nad nią w drodze? 
Moja córka, jeśli tylko będzie mogła wysiąść gdziekolwiek, z pewnością to zrobi. Do 
widzenia, Rebeko! Nie wywołaj jakiego nieszczęścia i siedź spokojnie, jeŜeli chcesz 
wyglądać czysto i ładnie, gdy zajedziesz na miejsce. A nie zrób kłopotu panu Cobb! - Sam 
pan widzi, jakŜe to Ŝywe dziecko. Przyjechałyśmy wczoraj pociągiem z Temperance i po 
nocy spędzonej u kuzynki wyjechałyśmy dziś rano z jej domu - a to osiem mil stąd.  
- Do widzenia, mamo! Bądź spokojna! Wiesz przecieŜ, Ŝe to nie pierwsza moja podróŜ.  
Kobieta zaśmiała się dobrotliwie, zwracając się z wyjaśnieniem do pana Cobb:  
- Była w Wareham i została tam przez jedną noc. Nie jest to podróŜ tak wielka, Ŝeby się nią 
chwalić.  
- To była podróŜ, mamo! - wykrzyknęło dziecko gwałtownie. - Opuściłyśmy farmę, 
wzięłyśmy śniadanie, szlafroki i jechałyśmy trochę pociągiem.  
- Nie opowiadaj całemu miastu, cośmy robiły - przerwała matka zwierzenia doświadczonej 
podróŜniczki. - Mówiłam ci juŜ, Ŝe nie powinnaś opowiadać o szlafrokach, pończochach i 
tym podobnych rzeczach tak głośno, a zwłaszcza przy męŜczyznach.  
- Wiem, wiem, mamusiu, i juŜ nie będę. Chciałam tylko powiedzieć - tu pan Cobb trzasnął z 
bicza, ściągnął lejce i konie spokojnie rozpoczęły swój codzienny  trud - chciałam tylko 
powiedzieć, Ŝe to jest podróŜ, kiedy...  
Powóz był juŜ w drodze, więc Rebeka wychyliła głowę przez okno w drzwiczkach, aby 
dokończyć zdanie - to jest podróŜ, kiedy się zabiera szlafroki!  
Słowa te, wypowiedziane wysokim dyszkantem, doszły do uszu pani Randall. Choć powóz 
zniknął jej z oczu, nasłuchiwała jeszcze jego turkotu, zbierając paczki, złoŜone na ławce przy 
drzwiach magazynu. Po chwili wsiadła do bryczki, czekającej na nią tuŜ obok budynku 
pocztowego, a gdy konie zawróciły w powrotną drogę, zerwała się na nogi i przysłaniając 
ręką oczy, patrzyła długo na wznoszące się w oddali obłoki kurzu.  
- Miranda będzie miała z Rebeką wiele kłopotu - rzekła do siebie - ale mam nadzieję, Ŝe zrobi 
z niej człowieka.  
Wszystko to działo się pół godziny temu, a słońce, upał, kurz i rozmyślanie nad sprawunkami, 
załatwionymi w wielkim mieście Milltown tak zmęczyły z natury juŜ niezbyt ruchliwy umysł 
pana Cobb, Ŝe zapomniał zupełnie o obietnicy czuwania nad Rebeką.  
Nagle mimo zgrzytu kół i skrzypienia uprzęŜy usłyszał cienki głosik. Z początku myślał, Ŝe to 
ś

wierszcz, Ŝabka drzewna albo ptak. Gdy pojął, skąd głos dochodzi, zwrócił głowę przez 

ramię i ujrzał drobną figurkę, wychylającą się z okna. Długi, czarny warkocz chwiał się wraz 
z ruchem powozu: dziewczynka trzymając kapelusz w jednej ręce, próbowała mikroskopijną 
parasolką zwrócić uwagę woźnicy.  
- Chcę panu coś powiedzieć! - wołała.  
Pan Cobb potulnie zatrzymał konie.  
- Czy jazda na koźle z panem więcej kosztuje? - spytała. - Tutaj na dole jest za ślisko i powóz 
jest dla mnie za duŜy, a od ciągłego obijania się mam pełno siniaków. Przez te małe okna 
niewiele mogę zobaczyć i prawie skręciłam sobie kark, sprawdzając, czy mój kufer nie 
wypadł. To jest kufer mojej matki i bardzo jej na nim zaleŜy!  
Pan Cobb przeczekał potok utyskiwań i powiedział wesoło:  
- MoŜesz tu przyjść. Nie ma dopłaty za siedzenie przy mnie.  
Pomógł jej wdrapać się na kozioł i wrócił na swoje miejsce.  
Rebeka usiadła ostroŜnie, wygładziła starannie sukienkę i jedną jej stroną okryła 
pieczołowicie parasolkę. Kapelusz zsunęła na tył głowy, włoŜyła pocerowane, białe, 
bawełniane rękawiczki i oświadczyła z zadowoleniem:  
- O, wspaniale! To dopiero podróŜ! Teraz jestem prawdziwą pasaŜerką. Tam, w środku, 
czułam się jak zamknięta w kojcu kura. Spodziewam się, Ŝe mamy długą drogę do przebycia?  

background image

- O! dopiero wyruszyliśmy - odpowiedział pan Cobb uprzejmie. - Przed nami ponad dwie 
godziny jazdy.  
- Tylko dwie godziny! - westchnęła. - Mama będzie jeszcze u kuzynki Hanny, a dzieci w 
domu dostaną obiad. Zabrałam śniadanie, bo mama uwaŜała, Ŝe nie wypada, abym 
przyjechała do Czerwonego Domu głodna i prosiła ciotkę Mirandę o jedzenie. Śliczny dzisiaj 
dzień! NieprawdaŜ?  
- O! tak, z pewnością. MoŜe trochę za gorąco. Dlaczego nie otworzysz parasolki?  
Dziewczynka jeszcze staranniej przykryła parasolkę szeroko rozłoŜoną suknią i zawołała:  
- O, co to, to nie! Nie otwieram jej, gdy słońce świeci. RóŜowy materiał szybko płowieje, 
toteŜ biorę ją do kościoła tylko w pochmurne niedziele. Stanowi mój najdroŜszy skarb!  
Powolną inteligencję pana Jeremiasza Cobb przeniknęła świadomość, Ŝe ptak u jego boku 
róŜnił się bardzo od tych, do których przywykł w codziennej jeździe. OdłoŜył bat, ściągnął 
nogi z krawędzi powozu, zsunął w tył kapelusz i pomyślawszy chwilę, spojrzał uwaŜnie na 
Rebekę.  
Odpowiedziała powaŜnym wzrokiem pełnym przyjaznej, dziecięcej ciekawości.  
Wykrochmalona sukienka z perkaliku, spłowiała wprawdzie, ale nienagannie czysta, nie 
miała najmniejszego śladu temperamentu swej właścicielki. Z małego kołnierzyka wychylała 
się smukła, opalona szyja, a ciemne włosy splecione w gruby warkocz, opadały na plecy. 
Małą głowę osłaniał kapelusik z delikatnej słomki, który mógł być zarówno okazem 
najnowszej mody, jak starannie wyczyszczonym, staroŜytnym zabytkiem. Przybrany gładką 
wstąŜką i pękiem kolców jeŜozwierza, sterczących za uchem, sprawiał niezwykłe wraŜenie. 
Cera Rebeki była matowa, a rysy ostre i regularne. Oczy błyszczały jak dwie gwiazdy, pod 
delikatnie zarysowanymi brwiami, a tańczące w nich światełka kryły się co chwila w 
migotliwej ciemni. Ich blask był Ŝywy i pełen niezaspokojonej ciekawości. Zagadkowe 
spojrzenie zdawało się przenikać tego, na kogo patrzyła.  
- Panna Ross, malarka, dała mi tę parasolkę - rzekła Rebeka. - Czy zauwaŜył pan tę róŜową, 
podwójną krezę, biały koniec i rączkę? To kość słoniowa. Rączka jest zniszczona, bo Frania 
gryzła ją podczas naboŜeństwa. Od tej pory mniej kocham Franię.  
- To twoja siostra?  
- Jedna z nich.  
- IleŜ was jest?  
- Siedmioro. Jest taki wiersz o siedmiorgu dzieciach:  
  
Szybką była odpowiedź dziewczynki:@ o, panie! nas jest siedmioro!@  
  
- Uczyłam się go deklamować w szkole, ale koleŜanki mnie wyśmiały. Anna jest najstarsza, 
potem ja, następnie Janek, Joasia, Marek, Frania i Mira.  
- No, no! DuŜa rodzina!  
- O, stanowczo za duŜa! KaŜdy to mówi - odpowiedziała Rebeka z nieoczekiwaną 
otwartością, która skłoniła pana Cobb do pomruku "przysiągłbym!" i włoŜenia większej ilości 
tytoniu do ust.  
- Wszyscy są bardzo kochani, lecz cóŜ za udręka! I tyle kosztuje wyŜywienie, pan rozumie - 
ciągnęła dziewczynka. - Anna i ja, przez lata nie robiłyśmy nic innego poza układaniem 
dzieci do łóŜka na noc i wyjmowaniem rano. Ale to się juŜ skończyło i jest spokój. Gdy 
dorośniemy i spłacimy dług, nastaną dla nas cudowne czasy.  
- Skończyło się? Więc myślisz, Ŝe juŜ tam nie wrócisz?  
- Nie, tylko nasza rodzina jest juŜ zakończona. Tak powiedziała mama, a zawsze dotrzymuje 
przyrzeczeń. Mira była ostatnia. Urodziła się tego dnia, kiedy umarł ojciec. Ciotka Miranda 
chciała, Ŝeby zamiast mnie Anna przyjechała do Riverboro, ale mama nie mogła się z nią 
rozstać, bo lepiej, niŜ ja, spełnia obowiązki domowe. Ostatniej nocy mówiłam mamie, Ŝe jeśli 

background image

w czasie mojej nieobecności urodzi się więcej dzieci, będę musiała wrócić. Kiedy jest w 
domu niemowlę, zajmujemy się nim z Anną, bo mama musi gotować i gospodarować.  
- Mieszkacie na farmie, tak? Gdzie to jest? Blisko miejsca, z którego wyjechałaś?  
- Blisko? Odwrotnie! Chyba tysiące mil! Wyruszyłyśmy pociągiem z Temperance i spałyśmy 
u kuzynki Hanny. Potem wstałyśmy i jechałyśmy bardzo długo do Maplewood, gdzie był 
powóz. Nasza farma leŜy z dala od wszystkiego, ale w Temperance jest szkoła i kościół. Na 
koźle, przy panu jest prawie tak przyjemnie, jak na wieŜy kościelnej. Znam chłopca, który był 
na samym szczycie naszej wieŜy. Mówił, Ŝe ludzie i krowy wyglądają stamtąd jak muchy. 
Dotychczas nie spotkaliśmy człowieka, ale krowy nie wydają się malutkie. Co prawda, nie 
wyglądają na tak duŜe, jakby się stało obok nich. Prawda? Chłopcy robią zawsze same 
wspaniałe rzeczy, a dziewczynki tylko to, co pospolite i nieprzyjemne. Nie mogą wspinać się 
wysoko, chodzić daleko, późno wracać, ani biegać szybko, ani nic...  
Pan Cobb otarł usta wierzchem dłoni i odetchnął. Miał uczucie człowieka pędzonego z 
wierzchołka na wierzchołek góry, bez chwili wytchnienia.  
- Nie mogę sobie wyobrazić, gdzie znajduje się wasza farma - byłem w Temperance i znam tę 
drogę. Jak się nazywacie?  
- Randall. Matka nazywa się Aurelia Randall, a my mamy takie imiona: Anna Łucja Randall, 
Rebeka Rowenna Randall, Jan Halifax Randall, Joanna Lind Randall, Marquis Randall, 
Franciszka Ellsler Randall i Miranda Randall. Połowie dzieci nadała imiona matka, a 
pozostałym ojciec. Mirę nazwali na cześć ciotki Mirandy z Riverboro. Spodziewali się Bóg 
wie czego, a tu nic. Wszyscy nosimy imiona niezwykłych osobistości. Anna jest Anną ze 
"Sznurowanych trzewiczków"; moje imię wzięte jest z "Ivanhoe"; Jan Halifax był bohaterem 
innej ksiąŜki; Marek nazywa się na pamiątkę stryja; Joasia ma imię śpiewaczki, a Frania, 
prześlicznej tancerki. Mama uwaŜa, Ŝe obie się nie udały. Joasia nie potrafi zanucić piosenki, 
a Frania zatańczyć. Mama wolałaby je nazywać Janką i Fanny, ale nie byłoby to ładnie ze 
względu na tatę. Mama mówi, Ŝe musimy zawsze bronić ojca, dlatego właśnie, Ŝe wszyscy są 
przeciw niemu, a on był taki nieszczęśliwy. Myślę, Ŝe to juŜ wszystko - zakończyła powaŜnie.  
- Na litość boską! Sądzę, Ŝe było dosyć! - wykrzyknął pan Cobb. - Niewiele imion pozostało 
po wyborze dokonanym przez twoją matkę. Masz bajecznie dobrą pamięć! Przypuszczam, Ŝe 
nauka nie sprawia ci kłopotu? Prawda?  
- Nie bardzo. Większy jest z bucikami do szkoły. Te, które mam, są całkiem nowe i muszą mi 
wystarczyć na sześć miesięcy. Mama mi zawsze mówi, bym szanowała buty, a jedynym 
sposobem ich oszczędzania jest chodzenie boso. W Riverboro nie będę mogła tego robić; 
ciotka Miranda by się za mnie wstydziła. U ciotki Mirandy mam chodzić do szkoły, a po 
dwóch latach przejdę do seminarium w Wareham. Mama uwaŜa, Ŝe to powinno zrobić ze 
mnie człowieka. Kiedy skończę naukę, chcę zostać malarką, jak panna Ross. W kaŜdym razie 
ja tego pragnę, bo mama wolałaby, Ŝebym była nauczycielką.  
- Mieszkacie na farmie starego Hobbsa?  
- Nie, to farma Randallów.  Nazywam ją farmą Słonecznego Potoku.  
- Myślę, Ŝe gdy się wie, gdzie to jest, to nie ma róŜnicy, czy nazwa jest krótka, czy długa.  
Rebeka spojrzała oczami pełnymi wyrzutu, mówiąc:  
- O! Niech pan nie będzie taki jak wszyscy i niech pan tak nie mówi! Jest róŜnica w tym, jak 
się co nazywa! Kiedy powiem "farma Randallów", wyobraŜa pan sobie jej wygląd?  
- Nie, nie mogę tego powiedzieć - wyjąkał z trudem pan Cobb.  
- A jeśli powiem "farma Słonecznego Potoku", co pan wtedy myśli?  
Pan Cobb czuł się w tej chwili jak ryba wyjęta z wody i rzucająca się na piasku. Nie mógł 
odmówić odpowiedzi, bo oczy Rebeki przenikały kaŜdą jego myśl, zdawały się przewiercać 
mózg i dochodzić aŜ do łysiny z tyłu głowy.  
- Przypuszczam, Ŝe gdzieś w pobliŜu jest potok - rzekł bojaźliwie.  
Rebeka wyglądała na rozczarowaną, ale nie zraŜoną.  

background image

- Bardzo dobrze. Ciepło, ciepło, ale jeszcze nie gorąco. Jest tam potok, ale nie taki zwyczajny. 
To mały, wąski, szemrzący strumyczek z błyszczącymi kamykami na piaszczystym dnie. Gdy 
ś

wieci słońce, woda jest pełna migocących iskier. Nie czuje pan pustki w Ŝołądku? Jestem 

bardzo głodna. Tak się bałam, Ŝeby się nie minąć z powozem, Ŝe nie mogłam jeść śniadania.  
- Będzie ci obiad bardziej smakował. Ja zjem dopiero w Milltown. Dostanę tam kawałek 
placka i filiŜankę kawy.  
- Chciałabym zobaczyć Milltown. Jest pewnie większe od Wareham, a moŜe takie jak ParyŜ? 
Panna Ross duŜo opowiadała o ParyŜu. Tam właśnie kupiła róŜową parasolkę i torebkę z 
koralików. Czy widzi pan, jak się otwiera? Mam w niej dwadzieścia centów, które mi muszą 
wystarczyć przez trzy miesiące na znaczki, papier i atrament. Mama mówi, Ŝe ciotka Miranda 
nie kupi mi tych rzeczy. Musi mnie wyŜywić, ubrać i płacić za moje ksiąŜki szkolne.  
- ParyŜ nie jest duŜy - odezwał się pan Cobb pogardliwie. - To najbrzydsze miejsce w całym 
stanie Maine. Nieraz tam jeździłem.  
Rebeka powaŜnie i spokojnie, lecz nie bez pewności siebie pouczyła pana Cobb.  
- ParyŜ jest stolicą Francji i płynie się tam statkiem. Tak jest w geografii, która uczy jeszcze, 
Ŝ

e "Francuzi są narodem wytwornym i wesołym, lubiącym taniec i lekkie wina". Pytałam 

nauczycielkę o lekkie wina, a ona odpowiedziała, Ŝe to coś w rodzaju młodego jabłecznika, 
albo musującego napoju z imbirem. Kiedy zamknę oczy, widzę ParyŜ tak jasno, jak we dnie. 
Ś

liczne panie z róŜowymi parasolkami i torebkami z koralików tańczą wesoło, a wielcy 

panowie popijają musujące napoje. Pan moŜe przynajmniej co dzień patrzeć na Milltown - 
rzekła Rebeka powaŜnie.  
- Milltown teŜ jest duŜe - odpowiedział pan Cobb z taką miną, jakby zwiedził wszystkie 
miasta świata. - Patrz, jak rzucę gazetę: prosto na próg domu pani Brown!  
Pfff! i zwitek papieru upadł w oznaczonym miejscu, na słomianą matę przed frontowymi 
drzwiami.  
- Och! To było wspaniałe! - wykrzyknęła Rebeka z entuzjazmem. - Całkiem jak kuglarz 
rzucający noŜem, którego Marek widział w cyrku. Chciałabym, Ŝeby tu był długi rząd 
domów, wszystkie ze słomianymi matami i drzwiami pośrodku, aby w kaŜde moŜna było 
rzucić gazetę!  
- Czasem moŜe się nie udać - zauwaŜył pan Cobb, promieniejąc skromną dumą. - Jeśli ciotka 
Miranda pozwoli, wezmę cię w lecie do Milltown.  
Zdumienie i radość ogarnęły Rebekę. Ściskając gwałtownie pana Cobb wyjąkała zdławionym 
ze wzruszenia głosem.  
- Och! to nie moŜe być prawda, to niemoŜliwe! Pomyśleć, Ŝe mogę zobaczyć Milltown! 
Zupełnie, jakbym miała za chrzestną matkę wróŜkę, która spełnia najgorętsze Ŝyczenia. 
Czytał pan "Kopciuszka", "śółtego karła", "Zaklętą Ŝabę", albo "O wróŜce ze złotymi 
lokami?"  
- Nie - odpowiedział pan Cobb po długim namyśle. - Gdzie miałaś sposobność do czytania 
tylu ksiąŜek?  
- O! Czytałam mnóstwo - stwierdziła Rebeka od niechcenia. - KsiąŜki ojca, panny Ross,  
róŜnych nauczycieli i wszystkie z biblioteki szkoły niedzielnej. Czytałam "Latarnika", 
"Wodzów szkockich", "Ivanhoe", "Spadkobiercę", "Korę, Ŝonę lekarza", "Davida 
Copperfielda", "Złoto z Chickaree", "śywoty Plutarcha", "Tadeusza Kościuszkę" i "Pochód 
pielgrzymów". A pan?  
- Tak szczególnych ksiąŜek nawet nie widziałem, ale w swoim czasie wiele czytałem! 
Prenumeruję stale "Kalendarz", tygodnik "Argus" i "Rolnika". Znowu mamy rzekę! To 
ostatnie większe wzgórze, a gdy wjedziemy na szczyt, będzie moŜna dostrzec kominy z 
Riverboro. JuŜ niedaleko. Mieszkam niecałe pół mili od Czerwonego Domu.  
Rebeka poruszyła się niespokojnie na siedzeniu.   

background image

- Nigdy nie myślałam, Ŝe będę się bała - szepnęła. - A przecieŜ odczułam lęk, gdy pan 
powiedział, Ŝe jesteśmy blisko.  
- Chciałabyś wrócić? -  zapytał pan Cobb ciekawie.  
Spojrzała nieustraszonym wzrokiem i rzekła dumnie:  
- Nigdy nie wracam! Mogę się bać, ale wstydzę się uciekać. Jechać do ciotki Mirandy jest tak 
przyjemnie, jak schodzić do piwnicy po ciemku. Czy to główna ulica miasteczka, jak tamta w 
Wareham?  
- MoŜesz ją nazwać główną ulicą. Ciotki Sawyer tu właśnie mieszkają. Ale nie ma sklepów, 
ani fabryk, to po prostu głucha wieś. Chcąc zobaczyć coś godnego uwagi, trzeba przejść przez 
rzekę na naszą stronę.  
- Ach! jaka szkoda! - westchnęła Rebeka. - Tak wspaniale jedzie się prawdziwą, wielką ulicą, 
siedząc w powozie pod róŜową parasolką. Byłabym podobna do tej pięknej pani na 
promenadzie. Ostatniego lata przywędrował cyrk do Temperance i rankiem przechodził przez 
miasto. Mama pozwoliła nam popatrzeć, bo nie mieliśmy za co pójść do cyrku po południu. 
Były śliczne konie i zwierzęta w klatkach i clowni na siodłach. Na samym końcu jechała 
malutka, czerwono_złota karetka, zaprzęŜona w dwa kucyki. Wśród aksamitnych poduszek 
siedziała zaklinaczka węŜów, cała w atłasach i błyskotkach. Była cudna nad podziw, panie 
Cobb. Czy pan wie, o czym myślę? Czy odczuwał pan w Ŝyciu taki zachwyt?  
Zakłopotany pan Cobb ominął zręcznie pytanie, mówiąc:  
- Zdaje mi się, Ŝe to niezła myśl. MoŜemy urządzić taki uroczysty wjazd w wielkim stylu. 
OdłoŜę bat, wyprostuję się i pojadę bardzo szybko. PołóŜ bukiet na kolanach i otwórz 
parasolkę, zobaczysz jak się na nas będą gapić.  
Twarzyczka dziecka rozbłysła na chwilę, ale radość jej zgasła szybko. Rzekła:  
- Zapomniałam, ale mama wsadziła mnie do środka i moŜe chciała, abym tak przyjechała do 
ciotki Mirandy. MoŜliwe, Ŝe to bardziej elegancko i nie muszę zeskakiwać z kozła, ale mogę 
otworzyć drzwiczki i wysiąść, jak prawdziwa dama. Czy pan stanie na chwileczkę, panie 
Cobb, i pozwoli mi się przesiąść?  
Woźnica dobrodusznie zatrzymał konie i zsadził podnieconą dziewczynkę na ziemię. Pomógł 
jej wsiąść do powozu, a obok na siedzeniu połoŜył bukiet i parasolkę.  
- Odbyliśmy wielką podróŜ - stwierdził - i zawarliśmy dobrą znajomość. NieprawdaŜ? Czy 
nie zapomnisz o Milltown?  
- Nigdy! - wykrzyknęła gorąco. - A pan jest pewny, Ŝe nie zapomni?  
- Nigdy! Na zbawienie mojej duszy! - przysiągł uroczyście pan Cobb, windując się na kozioł.  
Powóz toczył się wysadzaną klonami ulicą miasteczka, a ci, którzy patrzyli ze swych okien, 
widzieli małe, śniade stworzenie, siedzące sztywno na skórzanych poduszkach i zaciskające 
mocno w jednej ręce wielki bukiet, w drugiej róŜową parasolkę.  
- Jakiś powóz wjechał na podwórze "dziewcząt Sawyer" - rzekła pani Perkins do męŜa. - To 
pewnie ich siostrzenica z Temperance. Zdaje się, Ŝe pisały do Aurelii, zapraszając Annę, ale 
Aurelia odpowiedziała, Ŝe wolałaby przysłać Rebekę, no i Rebeka przyjechała. Będzie dobrą 
towarzyszką dla naszej Emmy, ale nie wierzę, Ŝeby ją trzymały dłuŜej, niŜ trzy miesiące. O ile 
mogę stąd dojrzeć, wygląda na całkiem czarną. Podobno jeden z Randallów oŜenił się z 
Hiszpanką, nauczycielką muzyki i języków w internacie. Lorenzo, przypominasz sobie, a to 
dziecko jest takie same. Nie wiem, czy krew hiszpańska jest czymś hańbiącym, zwłaszcza 
jeśli to było dawno temu, a kobieta godna szacunku.  
  
  
II. Krewni Rebeki  
  
  
Rozdział II  

background image

Krewni Rebeki  
  
  
Nazywano je "dziewczętami Sawyer" w czasie, gdy osiemnastoletnia Miranda, 
dwunastoletnia Janina i osiem lat zaledwie licząca Aurelia brały udział w czynnym i 
ruchliwym Ŝyciu miasteczka. Kiedy Riverboro wpadło na jakiś sposób mówienia czy 
myślenia, nie uwaŜało za stosowne zmieniać go, zwłaszcza w tym samym jeszcze stuleciu. W 
chwili, kiedy się zaczyna to opowiadanie, Miranda i Janina zbliŜały się prawie do 
sześćdziesiątki, ale Riverboro ciągle jeszcze nazywało je "dziewczętami Sawyer". Pozostały 
starymi pannami; tylko najmłodsza z nich, Aurelia, zawarła "romantyczne małŜeństwo", które 
siostry nazywały wzgardliwie "bardzo nieszczęśliwą spekulacją".  
- To gorsze, niŜ staropanieństwo - mówiły; czy myślały w ten sposób, to inna sprawa.  
Początek romansu Aurelii opierał się na tym, Ŝe pan Lorenzo de Medici Randall nie był 
pospolitym zjadaczem chleba. Dusza jego, zaślubiona Muzom, wznosiła się ponad kupiectwo 
czy uprawę roli. Uczył w tygodniowych szkołach śpiewu, grał na skrzypcach i aranŜował 
tańce. W niedzielne poranki wydobywał harmonijne akordy z kościelnych organów. 
Nieokrzesanych, dopiero w świat wchodzących chłopców wtajemniczał w zawiłości 
kontredansa, tańca szkockiego lub mazurka. Był duszą wszystkich towarzystw, chociaŜ 
wyraźnie unikał czysto męskich zebrań w restauracjach, czy przy brydŜu.  
Miał dłuŜsze włosy, bielsze ręce i cieńsze buciki, a sposób bycia bardziej elegancki, niŜ jego 
dobroduszni rówieśnicy. Jedyną sprawą interesującą go w Ŝyciu było szukanie sposobów 
zdobycia odpowiedniej ilości pieniędzy, aby wyŜyć. Na szczęście, nie miał Ŝadnych 
zobowiązań. Ojciec i brat bliźniak umarli, gdy był dzieckiem, a matka utrzymywała się sama i 
kształciła dzieci, szyjąc płaszcze do ostatniej chwili Ŝycia. Zazwyczaj mówiła skarŜącym się 
tonem:  
- Natura nierówno obdarzyła zdolnościami moich synów. L.D.M. jest niezwykle 
utalentowany, ale przypuszczam, Ŝe M.D.L. gdyby Ŝył, byłby praktyczniejszy.  
- L.D.M. był dość praktyczny, aby oŜenić się z najbogatszą dziewczyną w mieście - 
odpowiadała pani Robinson.  
- Tak! - wzdychała matka. - Gdyby obaj bliźniacy mogli oŜenić się z Aurelią Sawyer, 
wszystko byłoby w porządku. L.D.M. był dość genialny, by wziąć pieniądze Aurelii, ale 
M.D.L. byłby na tyle rozsądny, aby ich nie roztrwonić.  
Skromny posag Aurelii topniał z wolna w rękach przystojnego ale nieszczęśliwego w 
interesach Lorenza. Miał miły i poetyczny zwyczaj robienia inwestycji dla nowo narodzonego 
syna czy córki.  
- Prezent urodzinowy dla naszego dziecka, Aurelio - mawiał - malutkie jajeczko, złoŜone w 
gniazdku na przyszłość.  
Kiedyś, w godzinie goryczy zauwaŜyła Aurelia, Ŝe nie istniała kura, która mogła cokolwiek z 
tych jaj wysiedzieć.  
Miranda i Janina umyły ręce i nie zajmowały się sprawami Aurelii, gdy postanowiła poślubić 
Lorenza Randall. Wyczerpawszy wszystkie moŜliwe środki pienięŜne z Riverboro i 
bezpośredniego sąsiedztwa, nieszczęśliwa para wędrowała z miejsca na miejsce w stale 
pogarszających się warunkach, aŜ dotarła do Temperance, gdzie osiadła, pozostawiając 
losowi zupełną swobodę działania.  
Siostry pisywały do Aurelii dwa lub trzy razy do roku, przysyłając na kaŜdą "gwiazdkę" 
skromne, ale praktyczne prezenty dla dzieci. Odmówiły natomiast stałej pomocy dla 
gwałtownie zwiększającej się rodziny Lorenza. Ostatnią inwestycją, przed  urodzeniem 
Mirandy (nazwanej tak w Ŝywej nadziei zdobycia łask, które nigdy nie nadeszły), była mała 
farma, oddalona o dwie mile od Temperance. Aurelia zarządzała nią sama i tak zdobyła 

background image

własny dom, a równocześnie miejsce, gdzie w dzień urodzin Miry umarł i odszedł na 
cmentarz biedny Lorenzo.  
W takim domu wychowywała się Rebeka. Była to prosta rodzina; wśród siedmiorga dzieci 
dwoje lub troje było ładnych i dość inteligentnych. Pozostałe nie odznaczały się mądrością 
ani urodą, czy nawet pracowitością. Rebeka jedna miała pewien polot i wdzięk swego ojca. 
Była tak muzykalna, Ŝe przewodziła w chórach, grała, nie znając nut, tańczyła, choć jej nikt 
nie uczył. Umiłowanie ksiąŜek odziedziczyła po matce, która mając interesującą powieść, 
uwaŜała szycie, gotowanie, czy zamiatanie za cięŜki dopust boŜy. Na szczęście ksiąŜki 
trafiały się rzadko, inaczej dzieci chodziłyby obdarte i głodne.   
Poza prawem dziedziczności ujawniły się w Rebece nie znane w rodzinie rysy charakteru. 
Lorenzo był miękki, prawie bez woli. Rebeka - stworzeniem pełnym ognia i Ŝycia. Jemu 
brakło energii i odwagi; Rebeka była energiczna za dwóch, odwaŜna za pięciu. Pani Randall i 
Anna nie miały wcale poczucia humoru; Rebeka okazywała je od chwili, w której zaczęła 
chodzić i mówić. Odziedziczywszy po przodkach cnoty, nie zdołała uniknąć słabostek. Nie 
miała cierpliwości, siłę woli zastępował upór, a łatwość wykonywania kaŜdej rzeczy czyniła 
ją niecierpliwą przy zadaniach trudnych lub długotrwałych.  
Jeśli czegokolwiek brakowało kiedy na farmie Randallów, to nie wolności. Dzieci, 
pozostawione sobie rosły, pracowały, myślały, jak im się Ŝywnie podobało. Jadły co chciały, 
a spały, gdzie mogły. Do rodziców były przywiązane, a między sobą kochały się bardzo, bez 
okazywania szczególnej czułości. Kształciły się same przez dziewięć miesięcy w roku, kaŜde 
na swój sposób.  
W rezultacie tej metody wychowawczej, Anna była pilna i pracowita, ale ograniczona i 
pozbawiona wyobraźni. Rebeka nie potrzebowała do rozwoju niczego, prócz czasu i zdobycia 
pewnego zasobu wiadomości i wyraŜeń, aby się za ich pomocą wypowiedzieć. Pole działania 
dla jej twórczego umysłu było rozpaczliwie małe. Zastępowała te braki w róŜny sposób. 
Wyjmowała z ziemi kiełkujące nasionko, aby śledzić dalszy jego rozwój. Bawiąc się z 
dziećmi, przyprowadzała je do stołu poprzebierane za fantastyczne postacie, wynalezione w 
ukochanych ksiąŜkach. Rebeka zabawiała matkę, wnosiła w dom radość, ale nie liczono na 
nią, gdy chodziło o sprawy powaŜne. Smutne doświadczenia Aurelii z poŜycia z genialnym 
Lorenzem nauczyły ją cenić zdrowy rozsądek, którego Rebeka - trzeba to przyznać - zbyt 
wiele nie okazywała. Pupilką matki była Anna, o ile w ogóle mogła sobie pani Aurelia 
pozwolić na taki zbytek jak stronniczość. Rodzice zmuszeni ubrać i wyŜywić siedmioro dzieci 
z piętnastu dolarów miesięcznego dochodu, rzadko mają czas na wyróŜnianie kogokolwiek z 
potomstwa. Anna jednak, jako czternastoletnia dziewczyna była dzielną pomocnicą matki. 
Utrzymywała porządek w domu, gdy ta pracowała w stajni lub w polu. Rebeka zdolna była do 
takich rzeczy, jak czuwanie nad małymi dziećmi, karmienie drobiu, zbieranie truskawek, czy 
wycieranie naczyń. Anna uchodziła za istotę, na której moŜna było polegać w kaŜdej sytuacji. 
Ten sposób postępowania odbił się na dziewczynce, nadając jej twarzy dziecinnego 
zatroskania i pewną szorstkość w obejściu. Mimo to była dzieckiem zadowolonym z siebie, 
dobrze wychowanym i godnym zaufania. To stało się przyczyną, Ŝe ją właśnie zaprosiły 
ciotki do Riverboro, aby mogła brać udział we wszystkich korzyściach ich wyŜszego 
stanowiska w świecie.  
Minęło kilka lat od czasu, kiedy Miranda i Janina widziały dzieci swej siostry, ale pamiętały, 
Ŝ

e podczas rozmowy starszych Anna ani słowem się nie odzywała. To sprawiło, Ŝe 

zdecydowały się na jej towarzystwo. Rebeka wprost przeciwnie; przystroiła psa w ubranie 
Janka, a gdy jej kazano umyć i uczesać troje młodszych dzieci do obiadu, zaciągnęła je 
wszystkie pod pompę. Następnie, nie stygnąc w zapale, starała się gwałtownym 
szczotkowaniem wygładzić im włosy. Kiedy wreszcie przyprowadziła je do stołu, były 
mokre, lśniące i tak szkaradne zarazem, Ŝe matka wstydziła się za ich wygląd. Włosy Rebeki, 
zwykle gładko z czoła odczesane, tym razem tworzyły skłębioną piramidę czarnych, 

background image

lśniących loków. Ozdobę tę mogła jednak nosić tak długo, dopóki Anna nie zwróciła na nią 
uwagi matki; ta natychmiast odesłała ją do sąsiedniego pokoju, aby zmieniła fryzurę i wróciła, 
gdy będzie wyglądała jak chrześcijanka. Rozkaz ten wypełniła jednak Rebeka zbyt dosłownie. 
Wymyśliła w ciągu dwu minut niesłychanie poboŜny styl uczesania, równie efektowny, choć 
nie tak przeraŜający, jak pierwszy.  
Figle te były skutkiem nastroju nerwowego podniecenia, wywołanego przez pannę Mirandę 
Sawyer i jej sztywny i srogi sposób postępowania. W Czerwonym Domu wspomnienie 
Rebeki tak było Ŝywe, Ŝe list Aurelii wstrząsnął do głębi spokojnymi starymi pannami. Pisała, 
Ŝ

e z Anną przez kilka lat rozstać się nie moŜe, ale wyśle Rebekę, gdy zdoła przygotować ją do 

drogi. Zaproszenie przyjmowała z wdzięcznością, wyraŜając nadzieję, Ŝe regularne 
uczęszczanie do szkoły i kościoła, oraz wpływ panien Sawyer "niewątpliwie uczyni z Rebeki 
człowieka".  
  
  
III. RóŜne serca  
  
  
Rozdział III  
RóŜne serca  
  
  
- Nie jestem powołana do tego, aby czyjeś dzieci wychowywać na ludzi - rzekła panna 
Miranda, wkładając list Aurelii do szufladki.  
- Przypuszczam, Ŝe mimo wszystko Aurelia mogła przysłać nam dziecko, które zaprosiłyśmy, 
ale to bardzo do niej podobne, Ŝe chciała tę dziką dziewczynę wepchnąć komuś innemu.  
- Pamiętasz przecieŜ, Ŝeśmy jej same mówiły, aby przysłała Rebekę lub Joasię, gdyby Anna 
nie mogła przyjechać - wtrąciła siostra.  
- Wiem o tym, ale nie miałam pojęcia, Ŝe znajdę się w takiej sytuacji - mruknęła Miranda.  
- Była bardzo mała, kiedyśmy ją widziały. Miała dosyć czasu na poprawę przez trzy lata - 
ośmieliła się zauwaŜyć Janina.  
- I dosyć, aby stać się gorsza!  
- Czy nie sądzisz, Ŝe to piękne zadanie, skierować ją na właściwą drogę? - nieśmiało zapytała 
siostra.  
- Nie znam się na takich pięknych zadaniach, a będzie wiele roboty, jeŜeli matce nie udało się 
dotychczas jej wychować.   
Nastrój przygnębienia trwał do ranka tego dnia, w którym przybyć miała Rebeka.  
- JeŜeli ma zamiar wyprawiać u nas to co w domu, moŜemy się poŜegnać z nadzieją, Ŝe 
kiedykolwiek będziemy mogły odpocząć - westchnęła panna Miranda, rozwieszając 
ś

ciereczki na berberysowych krzakach.  

- PrzecieŜ bez względu na Rebekę musiałyśmy sprzątać w domu - z pełnym naciskiem 
powiedziała Janina. - I nie rozumiem, dlaczego w takim razie myłaś i piekłaś dla tego 
dziecka, dlaczego wykupiłaś prawie cały zapas materiałów w sklepie Watsona.  
- Znam Aurelię lepiej niŜ ty - odpowiedziała Miranda. - Widziałam jej dom i widziałam 
gromadę dzieci, z których jedno po drugim nosi ubranie i nigdy nie troszczy się o to, czy je 
włoŜyło na prawą, czy lewą stronę. Wiem dobrze, z jakich dochodów musieli się ubierać i 
Ŝ

ywić. To dziecko przyjdzie z pewnością z mnóstwem rzeczy, wypoŜyczonych od reszty 

rodziny. Będzie miała buciki Anny, koszulę Janka i skarpetki Marka. Jestem pewna, Ŝe nigdy 
w Ŝyciu nie miała naparstka na palcu, ale postaram się o to, aby w ciągu paru dni nauczyła się 
go uŜywać. Kupiłam kawałek niebielonego muślinu i brązowego barchanu. To ją trochę 

background image

zajmie. Z pewnością nigdy nic po sobie nie sprzątnie. Prawdopodobnie nie widziała nawet 
szczoteczki do zmiatania i trudno będzie przyzwyczaić ją do naszego porządku domowego.  
- Zrobi nam pewną róŜnicę, to prawda - dodała Janina - ale moŜe zmieni się łatwiej niŜ 
sądzimy.  
- Łatwo czy nie, musi się zmienić, gdy u nas zamieszka - zauwaŜyła Miranda, strzepując 
ostatnią ściereczkę.  
Miranda Sawyer miała serce, ale poza wprawianiem w ruch krwi, nie słuŜyło zapewne do 
innych celów. Była uczciwa, pracowita i oszczędna, uczęszczała regularnie do kościoła i 
szkoły niedzielnej. Została członkiem Zgromadzenia Misjonarzy i Stowarzyszenia Biblijnego. 
Jednak przy wszystkich tych cnotach tęskniło się bezwiednie do małej, ale ciepłej wady lub 
miłej słabostki. Nie miała wykształcenia, poza tym, które jej dała najbliŜsza szkoła 
powiatowa, wszystkie jej ambicje i pragnienia skupiały się w zarządzaniu domem, stajnią i 
farmą. Janina przeciwnie - tak, jak i Aurelia - kształciła się w szkole dla młodych panien i 
czas jakiś chodziła nawet do seminarium. To było przyczyną, Ŝe lata, których tak wiele 
upłynęło, nie zatarły między starszą, a dwiema młodszymi siostrami, drobnych róŜnic w 
mowie i obejściu.  
Janina miała powaŜne powody do smutku. Nie był to naturalny Ŝal po stracie wiekowych 
rodziców, których śmierć ulgę przyniosła tylko, ale coś znacznie głębszego. Była niegdyś 
zaręczona z młodym Tomem Carterem. Nie miał on, co prawda, Ŝadnych środków, aby 
załoŜyć rodzinę, nie tracił jednak nadziei, Ŝe kiedyś je zdobędzie. Wówczas wybuchła wojna. 
Tom poszedł na pierwsze wezwanie. Do tego czasu kochała go Janina uczuciem spokojnym i 
przyjaznym, a dla kraju miała ten sam rodzaj łagodnej miłości. Walka, niebezpieczeństwo i 
trwoga tych czasów oŜywiły w duszach ludzkich nowe uczucia. śycie nie mieściło się juŜ w 
granicach codziennego śniadania, obiadu i kolacji. Stało się czymś więcej, niŜ ustawicznym 
myciem, szyciem, gotowaniem i chodzeniem do kościoła. Zniknęła z rozmów płytka 
gadanina, małe, osobiste ploteczki. Miejsce drobnostek zajęły rzeczy waŜne i wielkie. 
MęŜczyźni i kobiety szybko dojrzewali w dniach nieszczęść i walk narodowych. Janina 
obudziła się nagle z ciemnego i nieokreślonego snu, który nazywała Ŝyciem, do nowych 
nadziei, cierpień i celów. Po latach trwogi, w ciągu których nikt nie śmiał spojrzeć w gazetę 
bez dreszczu niepewności, nadszedł telegram z wiadomością, Ŝe Tom jest ranny. Janina, nie 
myśląc o tym, Ŝe opuszcza Mirandę, zapakowała tłumoczek i wyruszyła na południe. 
Nadszedł czas, w którym trzymała rękę Toma w swojej przez długie godziny bólu; czas, który 
odkrył przed nim płonące miłością serce czystej dziewczyny, w którym jej ramiona zastąpiły 
mu zacisze domu rodzinnego. W tych ramionach umarł i to było wszystko - wszystko, ale to 
wystarczyło.  
Po śmierci Toma Janina poświęciła się pielęgnowaniu obcych Ŝołnierzy. Wróciła do domu i w 
ciągu wielu lat nie opuściła Riverboro, stając się na pozór podobna do siostry oraz innych 
pracowitych i oszczędnych starych panien. Coś odmiennego jednak błąkało się w jej duszy, 
słabe echo dzikiego bicia serca z dziewczęcych dni.  
- Ty jesteś miękka, Janino - rzekła raz Miranda. - Zawsze byłaś miękka i taka juŜ zostaniesz. 
Gdyby nie to, Ŝe cię trochę powstrzymuję, rozpłynęłabyś się jak masło.  
  
Dawno minęła godzina, w której powóz pana Cobb miał się ukazać na ulicy.  
- Powinien juŜ być - rzekła Miranda, spoglądając nerwowo na wysoki zegar, wskazujący 
godzinę dwunastą. - Zdaje mi się, Ŝe wszystko juŜ gotowe. Powiesiłam na umywalni dwa 
grube ręczniki i połoŜyłam matę pod dzbanek z wodą. Dzieci okropnie traktują sprzęty. 
Zobaczysz, za rok nie poznamy domu.  
Janina, przejęta ponurymi przeczuciami Mirandy, jej przeraŜeniem wobec nadchodzącego zła, 
była równieŜ zgnębiona. Jedyną róŜnicą między dwiema siostrami było to, Ŝe Miranda 
myślała tylko o tym jak ścierpią Rebekę. Janina przeŜywała chwile, w których zastanawiała 

background image

się, jak Rebeka wytrzyma z nimi. Kierowana intuicją pobiegła tylnymi schodami na górę i na 
biurku dziewczynki postawiła wazę z róŜowymi kwiatami jabłoni.  
Powóz zajechał przed boczne drzwi ceglanego domu i pan Cobb podał z gracją rękę Rebece, 
jak prawdziwej damie. Dziewczynka wysiadła bardzo ostroŜnie, a witając się z Mirandą, 
podała jej pęk zwiędłych kwiatów. Przelotne dotknięcie ust ciotki zaledwie moŜna było 
nazwać pocałunkiem, nie obraŜając tego miłego zwyczaju.  
- Niepotrzebnie trudziłaś się woŜeniem kwiatów - taktownie zauwaŜyła czcigodna dama. - 
Ogród tutejszy jest ich zawsze pełen, gdy nadejdzie pora kwitnienia.  
Witając Rebekę Janina zdobyła się na lepszą imitację pocałunku.  
- Postawcie kufer u wejścia, Jeremiaszu, a same zaniesiemy go po południu na górę - rzekła.  
- JeŜeli chcecie, odniosę go zaraz, dziewczęta.  
- Nie powinniście zostawiać koni. Znajdzie się przechodzień, który nam pomoŜe.  
- Ano, dobrze. Bądź zdrowa, Rebeko, do widzenia, Mirando i Janino. Przybyło wam wesołe 
dziewczątko. Myślę, Ŝe będzie z niej towarzyszka pierwszej klasy.  
Panna Sawyer otwarcie się wzdrygnęła na przymiotnik "wesołe". UwaŜała bowiem, Ŝe jeŜeli 
moŜna znieść widok dzieci, to absolutnie nie powinno się ich słyszeć.  
- Nie jesteśmy przyzwyczajone do hałasu - zauwaŜyła kwaśno.  
Pan Cobb zrozumiał, Ŝe obrał zły sposób postępowania. Wiedział, jak trudno jest mu się 
wysłowić i odjechał, rozmyślając nad tym, jakim wyrazem mniej niebezpiecznym, niŜ 
"wesoły", moŜna było określić małą, interesującą panienkę.  
- Chodź na górę, Rebeko, pokaŜę ci twój pokój - rzekła Miranda. - Zamknij dokładnie drzwi z 
siatką przeciw moskitom, Ŝeby muchy nie wlatywały. Nie jest to wprawdzie ich pora, ale chcę 
cię od początku do tego przyzwyczaić. Weź ze sobą pakunek, Ŝebyś nie musiała po niego 
wracać. Trzeba zawsze pamiętać o tym, aby oszczędzać nogi. Wytrzyj buciki na macie, a 
płaszcz i kapelusz powieś u wejścia.  
- To mój najlepszy kapelusz - odezwała się Rebeka.  
- W takim razie weź go na górę i włóŜ do szafy. Nigdy bym nie pomyślała, Ŝe weźmiesz na 
drogę najlepszy kapelusz.  
- To mój jedyny kapelusz - wyjaśniła Rebeka. - Poprzedni był juŜ tak zniszczony, Ŝe 
zostawiłam Frani, aby go do reszty znosiła.  
- Zostaw parasol w przedpokoju.  
- Nie mogłabym go wziąć ze sobą, ciociu? Zawsze byłoby bezpieczniej.  
- Nie ma tu złodziei, a gdyby i był jaki, nie połakomiłby się na twoją parasolkę. Ale chodź 
dalej! Pamiętaj, Ŝebyś wchodziła zawsze tylnym wejściem. Nie uŜywamy frontowych 
schodów ze względu na dywan. UwaŜaj na zakrętach i nie szuraj nogami! Patrz w prawo i 
wejdź do pokoju! Kiedy umyjesz i uczeszesz się, moŜesz zejść na dół. Potem rozpakujemy 
twój kufer i uporządkujemy wszystko przed kolacją. Czy nie włoŜyłaś przypadkiem sukni 
przodem do tyłu?  
Rebeka spuściła głowę i spojrzała na długi rząd perłowych guziczków biegnących z góry na 
dół.  
- Przodem do tyłu? Ach, rozumiem! Nie, wszystko jest w porządku. Gdyby ciocia miała 
siedmioro dzieci, nie mogłaby ich bez końca zapinać i rozpinać - musiałyby to robić same - 
zawsze mamy sukienki zapinane z przodu. Mira ma trzy lata i wszystko z przodu zapinane.  
Miranda nie odpowiedziała, ale spojrzenie, które rzuciła Rebece, było bardziej wymowne niŜ 
słowa.  
Rebeka stanęła na środku pokoju. Rozglądając się zauwaŜyła, Ŝe przed kaŜdym meblem leŜy 
kwadratowy kawałek linoleum. Gruby koc rozciągnięty był przed łóŜkiem, nakrytym białą, 
bawełnianą kapą z frędzlami. Wszystko lśniło czystością, a sufit wydał jej się znacznie 
wyŜszy niŜ w domu. Był to pokój północny, z długim, wąskim oknem, wychodzącym na 
zabudowania gospodarskie i stodołę.  

background image

Ogarnęło ją dziwne uczucie. Wywołał je nie wygląd pokoju, zresztą ładniej urządzonego niŜ 
jej izdebka na farmie, brak pięknego widoku czy długa podróŜ - bo Rebeka nie czuła 
zmęczenia. Nie była to teŜ trwoga przed obcym miejscem, gdyŜ lubiła nowości i poszukiwała 
ś

wieŜych wraŜeń. PrzeŜywała dziwną mieszaninę nieopanowanych uczuć, które sprawiły, Ŝe 

postawiła w kącie parasolkę, zerwała z głowy kapelusz i cisnęła na biurko. Chwyciła 
gwałtownie bawełnianą kapę, rzuciła się na środek łóŜka i naciągnęła ją na głowę.  
W tej samej chwili cicho otwarły się drzwi. Pukanie było zwyczajem nie znanym w 
Riverboro. Nie przyszłoby nikomu na myśl stosować je wobec dziecka.   
Weszła Miranda i przystanęła, wodząc zdumionymi oczyma po pustym pokoju. Nagle wzrok 
jej padł na zmiętą, białą kapę, na której piętrzyły się dziwaczne wzniesienia i załamania.  
- Rebeko!  
Głos, którym wypowiedziała to słowo, robił wraŜenie, jakby brzmiał aŜ ze szczytu domu.  
Ciemna, rozczochrana głowa i dwoje przeraŜonych oczu wyjrzało spod nakrycia.  
- CóŜ to za nowy pomysł, leŜeć w biały dzień, gniotąc pościel i brudząc zakurzonymi butami?  
Rebeka zerwała się pełna skruchy. Zdawało się, Ŝe nie ma dla niej przebaczenia. Grzech jej 
był zbyt wielki, aby go moŜna było wytłumaczyć i darować.  
- Strasznie mi przykro, ciotko Mirando. Coś mnie takiego napadło -  sama nie wiem co.  
- Doskonale! Jeśli cię znowu coś takiego napadnie, postaramy się wybadać, co to jest. Zaściel 
łóŜko w tej chwili! Bijah Flagg przyniesie twój kufer. Nie pozwolę, aby zobaczył tak straszny 
nieporządek. Rozpowiedziałby o tym zaraz po całym mieście.  
  
Późnym wieczorem wrócił pan Cobb do domu, przyniósł sobie krzesło z kuchni i postawił je 
obok Ŝony, siedzącej na werandzie.  
- Przywiozłem dzisiaj z Maplewood dziewczynkę Randallów, matko. Jest krewną dziewcząt 
Sawyer i ma z nimi zamieszkać - rzekł siadając. - To dziecko Aurelii, tej co uciekła z synem 
Zuzanny Randall tuŜ przed naszym przybyciem do Riverboro.  
- Ile lat ma to dziecko?  
- MoŜe z dziesięć. Trochę mała na swój wiek. Ale, Panie BoŜe, moŜna pomyśleć, Ŝe ma sto, 
gdy się ją słyszy mówiącą! Zadawała mi ustawicznie pytania i pilnowała, Ŝebym odpowiadał. 
Ze wszystkich niezwykłych dzieci jakie kiedykolwiek widziałem, ona jest najdziwniejsza. Nie 
jest ładna - jej twarz jest cała w oczach. Jeśli podrośnie i trochę się zaokrągli, będą się jeszcze 
na nią gapić ludziska! Mój BoŜe! Matko! Chciałbym, Ŝebyś mogła słyszeć, kiedy mówi!  
- Nie rozumiem, o czym mogła rozmawiać z obcym człowiekiem - odpowiedziała pani Cobb.   
- Obcy czy nie obcy, jej to nie robi róŜnicy. Mogłaby mówić równie dobrze do pompy i do 
kamienia młyńskiego, a z pewnością wolałaby rozmawiać sama ze sobą, niŜ siedzieć chwilę 
cicho.  
- O czym tak opowiadała?  
- Zbij mnie, jeśli potrafię coś powtórzyć. Byłem tak zdziwiony, Ŝe zupełnie straciłem głowę. 
Miała malutką, róŜową parasolkę - wyglądała, jak zabawka dla lalki. Radziłem, Ŝeby ją 
otworzyła - słońce tak piekło, ale odpowiedziała: nie, bo mogłaby spłowieć - i schowała ją 
pod sukienkę. To jest dla mnie najdroŜsza w Ŝyciu rzecz - rzekła. Powtórzyłem jej własne 
słowa i jedyne, jakie sobie przypominam. - Pan Cobb wybuchnął głośnym śmiechem, 
przechylając się z krzesłem w tył, ku ścianie domu. - Mówiła takie śmieszne rzeczy, ale nie 
potrafię powtórzyć tego dokładnie. Obiecała nas odwiedzić i będziesz mogła sama wyrobić 
sobie o niej zdanie. Nie wiem, jak to dziecko wytrzyma z Mirandą Sawyer. Biedna mała!  
Ta sama wątpliwość, mniej lub więcej otwarcie wyraŜana, panowała w całym Riverboro. 
JednakŜe zdania w tej sprawie były podzielone. Jedni utrzymywali, Ŝe siostry Sawyer 
postępują szlachetnie, biorąc na wychowanie jedno z dzieci Aurelii, inni zaś sądzili, Ŝe cena 
tej edukacji jest znacznie wyŜsza, niŜ jej wartość.  

background image

Rebeka, jak świadczą pierwsze listy do matki, pisane z nowego miejsca pobytu, całym sercem 
podzielała ostatnie zdanie.  
  
  
IV. Punkt widzenia Rebeki  
  
  
Rozdział Iv  
Punkt widzenia Rebeki  
  
  
Droga Mamo! Jestem zupełnie zdrowa. Moje sukienki trochę się wygniotły, ale ciotka Janina 
pomogła mi je wyprasować. Bardzo lubię panią Cobb. On Ŝuje tytoń, a oprócz tego rzuca 
gazety prosto w drzwi. Przez chwilę jechałam na koźle, ale zanim przyjechaliśmy do domu 
ciotki Mirandy, wsiadłam z powrotem do środka. Nie miałam wprawdzie ochoty, ale 
myślałam, Ŝe Ty byś tak wolała. Miranda to takie strasznie długie słowo, więc myślę, Ŝe lepiej 
będzie, gdy w moich niedzielnych listach pisać będę tylko ciotka M. i ciotka J. Ciotka J. dała 
mi słownik, aŜebym przy kaŜdym trudnym wyrazie mogła tam popatrzeć. Ale to strasznie 
duŜo czasu zabiera  i cieszę się, Ŝe moŜna mówić bez zastanawiania się, jak się co pisze. 
Znacznie łatwiej jest mówić, niŜ pisać i o wiele zabawniej. Czerwony Dom wygląda zupełnie 
tak samo, jak nam opowiadałaś. Salon jest wspaniały i aŜ straszno się robi, kiedy się tam 
zajrzy. Umeblowanie jest eleganckie, ale w całym domu nie ma nigdzie dobrego miejsca do 
siedzenia, chyba tylko w kuchni. Jest takŜe kotka, ale gdy tylko ma kocięta, to je wyrzucają. 
Anna mówiła, Ŝe mama uciekła z ojcem, a ja myślę, Ŝe to mogło być cudowne. Gdyby ciotka 
M. takŜe uciekła, z ciotką J. byłoby mi bardzo dobrze. Ona mnie mniej nienawidzi niŜ ciotka 
M. Powiedz Markowi, Ŝe moŜe wziąć moje malowane pudełko, ale chciałabym, Ŝeby 
zachował to czerwone mydełko na wypadek, gdybym znowu wróciła do domu. Spodziewam 
się, Ŝe Anna i Janek nie bardzo się przemęczają, zastępując mnie w moich domowych 
zajęciach.  
`rp  
Wasza kochająca  
Rebeka  
`rp  
  
Ps. Proszę Cię, mamo, oddaj ten wierszyk Jankowi, bo on lubi moje poezje, nawet wtedy, 
kiedy nie są całkiem dobre. Ten wierszyk nie jest bardzo dobry, ale jest prawdziwy. 
Spodziewam się, Ŝe nie będziesz się dziwiła temu co w nim jest, skoro uciekłaś z tatusiem.  
  
W tym domu jest smutno i pusto, i ciemno,@ i Ŝadne światełko nie błyszczy nade mną,@ 
jestem jak w grobie.@ A ci z nas co w strasznym tym domu mieszkają,@ tak jak serafin, w 
martwocie swej trwają,@ choć nie są tak dobrzy.@ Mój biały stróŜ anioł gdzieś zasnął 
głęboko,@ nie czuwa nade mną jego jasne oko,@ ach, biada mi, biada!@ O, wróć mi mój 
domek samotny wśród głuszy,@ gdzie nikt z Ŝyjących nie ranił mi duszy,@ dom drogi 
młodości!@  
  
Ps. znowu. Napisałam ten wiersz na wzór jednego z ksiąŜki, ale nie mogłam go zrobić od razu 
dobrze. Mama widzi, Ŝe słowa "w grobie" i "dobrzy" nie rymują się z sobą, ale ja przez słowo 
"grób" chciałam powiedzieć, jak tutaj jest strasznie i Ŝe serafini są zawsze dobrzy. Nie mogę 
tego teraz z wiersza wyjąć. Ale zrobiłam go na nowo. Ten nie wyraŜa wprawdzie tak dobrze 
moich myśli, ale sądzę, Ŝe jest lepszy. Oddaj mamo ten dobry Jankowi, niech go zatrzyma.  

background image

  
  
Myśli niedzielne  
przez  
Rebekę Rowennę Randall  
  
  
W tym domu jest smutno i pusto, i ciemno,@ i Ŝadne światełko nie błyszczy nade mną@ i 
nigdy nie błyśnie moŜe!@ A ci z nas, co w strasznym tym domu mieszkają,@ martwi i 
bladzi, radości nie znają,@ jak serafiny boŜe.@ Mój biały stróŜ_anioł gdzieś zasnął 
głęboko,@ nie czuwa nade  mną jego jasne oko,@  błądzi gdzieś zasmucony.@ Ach, wróć mi 
mój domek samotny wśród głuszy,@ gdzie nikt z Ŝyjących nie ranił mi duszy,@ dzieciństwa 
dom utracony!@  
  
Droga mamo! - Wpadłam dziś w otchłań nieszczęścia. Wzięłam to z "Kory, Ŝony lekarza", dla 
której matka męŜa była bardzo zła i bez serca, tak jak ciotka M. dla mnie. Wolałabym, Ŝeby to 
Anna przyszła tutaj zamiast mnie, bo ciotki Annę wolały. Ona jest lepsza, niŜ ja, i nie 
odpowiada tak prędko. Czy nie ma tam jakich kawałków mojego perkaliku? Ciotka J. chce mi 
zrobić nowe guziki do staniczka, zapinane z tyłu, Ŝebym wyglądała bardziej po tutejszemu. 
Schody w Riverboro są zupełnie ładne, ale te w Meeting zupełnie eleganckie, bardziej nawet 
niŜ w Temperance.  
  
W mieście tym króluje piękno i wesele,@ pełno w nim jest bogactw i przepychu wiele,@ lecz 
myśli moje biegną hen, daleko,@ do mojej farmy słonecznej nad rzeką.@  
  
Szkoła jest dosyć dobra. Nauczycielka potrafi odpowiedzieć na więcej pytań niŜ tamta z 
Temperance, nie na tyle jednak, ile ja bym mogła zadać. Jestem bardziej Ŝywa niŜ inne 
dziewczęta, oprócz jednej, ale nie taka Ŝywa, jak dwóch chłopców. Emma umie dodawać i 
odejmować w pamięci, jak błyskawica, zna doskonale ortografię, ale nie ma Ŝadnych 
głębszych myśli. Jest w trzeciej czytance, ale nie lubi opowiadań w ksiąŜkach. Ja jestem w 
szóstej czytance, ale poniewaŜ nie umiem tabliczki mnoŜenia przez siedem, pani Dearborn 
grozi, Ŝe mnie cofnie do elementarnej klasy dla najmniejszych dzieci, razem z Eliją i Elizą 
Simpson, małymi bliźniętami.  
  
Smutne jest serce moje i duma moja złamana,@ z małą Liją i Lizą na wieki jestem 
związana,@ cofam się pełna lęku, jak Kora, Ŝona lekarza,@ jak ona, drŜę struchlała, bo Ŝycie 
mnie przeraŜa!@  
  
Spróbuję ubiegać się o nagrodę za ortografię, ale boję się, Ŝe nie dostanę. Nie martwiłabym 
się, gdyby nie to, Ŝe zła ortografia wygląda okropnie w poezji. Ostatniej niedzieli, kiedy 
znalazłam w słowniku "serafina", wstydziłam się, Ŝe napisałam "serrafin", ale serafin jak się 
moŜe mama domyśla, nie jest słowem zwykłym, tak jak inne długie, cudzoziemskie słowa 
pod tą samą literą. Panna Dearborn mówi, Ŝebym uŜywała tych wyrazów, które umiem 
napisać bez błędu, i jeśli nie jestem pewna "serafina", lepiej napisać "anioł", ale anioł to nie to 
samo. Serafiny są bielsze, jaśniejsze i mają większe skrzydła. Myślę, Ŝe są starsze i dawniej 
umarłe, niŜ anioły, które są świeŜo umarłe i dopiero po długim pobycie w niebie, koło 
wielkiego, białego tronu wyrastają na serafinów.  
Szyję suknię z brązowego barchanu, co dzień po południu, kiedy Emma z Simpsonami bawią 
się w domu lub biegają po trzęsawiskach, kiedy ich matki nic o tym nie wiedzą. Matki boją 
się, Ŝeby się nie utopiły, a ciotka M., Ŝebym nie przemoczyła sukni i dlatego mi nie pozwala. 

background image

Mogę się bawić od pół do piątej do kolacji i trochę po kolacji i w niedzielę po południu. 
Cieszę się, Ŝe nasza krowa ma cielątko i Ŝe jest łaciate. Zdaje się, Ŝe będzie w tym roku 
urodzaj na jabłka i siano, to Ty mamo i Janek będziecie zadowoleni i będziemy mogli spłacić 
więcej długu. Panna Dearborn pytała się nas, jaki jest cel wykształcenia, a ja odpowiedziałam, 
Ŝ

e moim celem jest dopomóc Wam spłacić dług. Powtórzyła ciotce M. i musiałam szyć dłuŜej 

za karę, bo ciotka powiedziała, Ŝe dług jest hańbą, jak kradzieŜ albo ospa i zaraz całe miasto 
będzie wiedziało, Ŝe mamy dług na farmie. Emma nie jest zadłuŜona ani Ryszard Carter, ani 
dr Winship, ale Simpsonowie są.  
  
Ocknij się, duszo! wypręŜ kaŜdy nerw,@ by dług hańbiący precz odrzucić,@ by zyskać matki 
serdeczną wdzięczność@ do rodziny kochającej wrócić.@  
  
Wymawiaj "rodziny" szybko, inaczej nie będzie brzmiało dobrze.  
`rp  
Wasza kochająca, mała  
Rebeka.  
`rp  
  
Drogi Janku! Czy pamiętasz, gdyśmy raz wiązali nowego psa w stajni, jak gryzł sznur i wył. 
Ja jestem teraz podobna do niego, tylko Ŝe Czerwony Dom nie jest stajnią, a ja nie mogę 
gryźć ciotki M., poniewaŜ muszę jej być wdzięczna, bo wykształcenie zrobi ze mnie 
człowieka i pomoŜe Wam spłacić dług, gdy dorośniemy.  
`rp  
Twoja kochająca  
Rebusia.  
`rp  
  
  
V. Drogi mądrości  
  
  
Rozdział V  
Drogi mądrości  
  
  
Rebeka przybyła do Czerwonego Domu w piątek, a w następny poniedziałek rozpoczęła 
naukę w szkole połoŜonej w centrum Riverboro. Panna Sawyer poŜyczyła od sąsiada konia i 
bryczkę. Zawiozła dziewczynkę, rozmówiła się z nauczycielką, panną Dearborn i 
przygotowała ksiąŜki. W ten sposób weszła Rebeka na ścieŜkę prowadzącą ku 
nieograniczonej wiedzy. Panna Dearborn nie miała odpowiednich kwalifikacji do pracy 
pedagogicznej i uczyła dzieci nie troszcząc się o metody naukowe. Rebeka chodziła do szkoły 
wczesnym rankiem. Lubiła tę część dnia. Gdy rosa nie była wielka, a dzień zapowiadał się 
ładny, moŜna było przejść krótszą drogą przez las. Skręcała z głównej ulicy, przechodziła 
przez płot wuja Woodmana, odpędzała krowy pana Cartera i wstępowała na pastwisko 
przecięte romantyczną ścieŜką, biegnącą przez łany kaczeńców, gęstwinę bluszczowych liści i 
wonnej paproci. Zbiegała z małego pagórka, skakała z kamienia na kamień, płosząc senne 
Ŝ

aby, połyskujące w porannym słońcu. Teraz następowała "część lesista" drogi, gdzie nóŜki 

jej biegły po dywanie z brązowych igieł sosnowych. Potem wspinała się pod górę, 
przechodziła zieloną łąkę i prześlizgując się pod drugim ogrodzeniem, wychodziła z 
powrotem na drogę, zyskawszy prawie pół mili.  

background image

To było wspaniałe. Rebeka przyciskała mocno gramatykę i arytmetykę z radosnym uczuciem, 
Ŝ

e umie zadane lekcje. Koszyczek ze śniadaniem zwisał na prawej ręce; ilekroć nań spojrzała, 

przejmowała ją błoga świadomość posiadania biszkoptów posmarowanych masłem i 
syropem, filiŜanki kremu, pączka i kawałka twardego piernika.  
Niekiedy przepowiadała sobie głośno te "kawałki", które miała deklamować w następny 
piątek po południu:  
  
"W Algierze Ŝołnierz kona, nadchodzi szybko śmierć,@ opieki brak mu czułej, kobiecych 
brak mu łez...@"  
  
Lubiła rytm tego wiersza i jego nastrój. Dziecinny jej głos drŜał za kaŜdym razem, gdy 
dochodziła do słów:  
  
"JuŜ nie będziemy w Bingen, nie wrócim juŜ nad Ren...@"  
  
Wsłuchiwała się z przyjemnością we własny, łzami nabrzmiały dyszkancik, dźwięczący w 
czystym powietrzu poranka. Był teŜ inny ulubiony poemat:  
  
"Oszczędź to drzewo, drwalu mój,@ tę śliczną z liści koronę,@ w młodości cień dawało 
mi,@ dziś jam mu winien obronę.@"  
  
Kiedy Emma Perkins szła razem z nią "krótszą drogą", próbowały przedstawić go w 
dramatycznej akcji. Emma wybierała zawsze rolę drwala, poniewaŜ jej jedyną czynnością w 
tej scenie było unoszenie moŜliwie wysoko urojonej siekiery. Raz spróbowała zagrać obrońcę 
drzewa. Wydała się sobie wówczas "strasznie głupia" i odmówiła powtórzenia próby, ku 
tajemnej radości Rebeki, która uwaŜała rolę drwala za zbyt mdłą dla zaspokojenia ambicji. 
Rozkoszowała się namiętną prośbą poety, błagając okrutnego drwala, aby wywijał siekierą 
moŜliwie najbrutalniej. Mogła wtedy więcej uczucia włoŜyć w swoją grę. Jednego ranka 
upadła na kolana, wylewając łzy w spódniczkę drwala. Od razu jednak odczuła niewłaściwość 
tego pomysłu.  
- To nie było dobre, ale głupie, Emmo. Spróbujemy teraz: "Daj mi trzy ziarnka zboŜa". Ty 
bądź matką, a ja wygłodzonym dzieckiem irlandzkim. Na litość boską! Rzuć juŜ tę siekierę!  
- Co mam teraz robić z rękami? - spytała Emma.  
- Co ci się podoba - odpowiedziała znudzona juŜ Rebeka. - Jesteś zwyczajną matką, to 
wszystko. Co twoja matka robi z rękami? A teraz jazda!  
  
"Daj mi, matko, zboŜa trzy ziarenka,@ tylko trzy ziarenka zboŜa,@ niech tli jeszcze młode 
moje Ŝycie,@ póki ranna nie zabłyśnie zorza!@"  
  
Takie przedstawienia wykonywała Emma nerwowo i niechętnie, lecz była niewolnicą Rebeki 
i dźwigała kajdany, nie dbając o to, Ŝe było z nimi niewygodnie.  
Przy ostatnim przełazie dziewczynki spotykały czasami cały oddział dzieci Simpsonów, 
którzy mieszkali w czarnym domu z czerwonymi drzwiami, przy drodze do Blueberry Plains. 
Rebeka od początku interesowała się Simpsonami, poniewaŜ było ich tak wielu i nosili 
pocerowane i połatane ubranie, jak własne jej rodzeństwo na rodzinnej farmie.  
Mały budynek szkolny z flagą powiewającą na dachu miał dwa wyjścia od frontu: osobne dla 
dziewcząt i chłopców. Stał na wzgórzu, z którego jednej strony czernił się sosnowy las, z 
drugiej rozciągały się łąki i pola, a w  oddali połyskiwała rzeka. Wszystko w nim było nagie, 
brzydkie i niewygodne, jak tylko być mogło. Wsie, rozciągnięte wzdłuŜ rzeki, tak wiele 
wydawały na naprawę i przebudowę mostów, Ŝe musiały oszczędzać, gdy chodziło o wydatki 

background image

szkolne. Katedra i krzesło nauczyciela stało w kącie na podwyŜszeniu. W pobliŜu znajdował 
się Ŝelazny piec, malowany najczęściej raz do roku, mapa Stanów Zjednoczonych, dwie 
tablice, dziesięciolitrowe blaszane wiaderko z wodą i czerpak z długą rączką. Stały drewniane 
pulpity i ławki dla uczniów, których za czasów Rebeki było zaledwie dwadzieścioro.  
Tylne ławki były wyŜsze, a siedzieli w nich bardziej zaawansowani w nauce długonodzy 
uczniowie. Miejsca te były przedmiotem ogólnej zazdrości, gdyŜ znajdowały się bliŜej okien, 
a dalej od nauczycielki. Trudno było ocenić, do której grupy naleŜy włączyć Rebekę i panna 
Dearborn po dwóch tygodniach zrezygnowała z wszelkich prób w tym kierunku. Rebeka 
czytała z Dickiem Carterem i Liwingiem Perkinsem, którzy przygotowywali się do 
seminarium. Arytmetyki uczyła się z małą, sepleniącą Zuzią Simpson; geografii z Emmą 
Perkins, gramatykę zaś przerabiała po godzinach szkolnych z panną Dearborn. Pełna zawsze 
pomysłów i Ŝywej wyobraźni, wypracowania szkolne pisała z trudem i niezdarnie. 
Konieczność skupienia, jakiego wymagało staranne pisanie, zawiłości interpunkcji, ortografii 
i budowy zdań, przeszkadzały swobodnemu wyraŜaniu myśli. Historii uczyła się z klasą 
Alicji Robinson, która doszła juŜ do Rewolucji, podczas gdy Rebeka musiała zaczynać od 
odkrycia Ameryki. W ciągu tygodnia, zdołała doskonale opanować zaległości, a w dziesięć 
dni dotarła do bitwy pod Yorktown, na której klasa miała zatrzymać się aŜ do wakacji. 
Wtedy, widząc, Ŝe zbytni wysiłek doprowadzi ją do wspólnej nauki z najstarszym z 
Simpsonów, przezornie zatrzymała się w miejscu. Drogi mądrości traciły wszelki powab, a 
ś

cieŜki nie były ścieŜkami pokoju, jeśli ktoś zmuszony był kroczyć nimi w towarzystwie 

"Huśtawki" Simpsona.  
Samuela Simpsona nazywano "Huśtawką", dlatego Ŝe trudno mu było na cokolwiek się 
zdecydować. Zarówno wtedy, gdy chodziło o jakiś fakt, datę lub pisownię, czy po prostu o 
pójście do kąpieli, łowienie ryb, wybranie ksiąŜki w bibliotece szkolnej albo cukierka w 
wiejskim sklepiku. "Huśtawka" był blady, niebieskooki, miał okrągłe ramiona i białe jak len 
włosy. Jąkał się zawsze w chwilach zdenerwowania. MoŜe jego wady, a zwłaszcza 
niezdecydowanie, sprawiały, Ŝe stanowczość charakteru Rebeki stanowiła dla niego 
niezwykły urok; chociaŜ dziewczynka nie cierpiała go i wyraźnie to okazywała, "Huśtawka" 
nie mógł wprost oderwać od niej oczu. Siła, z jaką sznurowała buciki, ruch, jakim odrzucała 
na ramiona czarne warkocze w chwili podniecenia, jej sposób uczenia się - ksiąŜka na 
pulpicie, skrzyŜowane ramiona - wszystko to było pociągające dla "Huśtawki" Simpsona. 
Kiedy otrzymawszy pozwolenie, szła do wiaderka w kącie i piła wodę z czerpaka, nieznane 
jakieś siły podnosiły nagle "Huśtawkę" z miejsca, kaŜąc mu iść i pić po niej.  
Chodziło mu nie tylko o jakieś zbliŜenie duchowe i drogę do ścisłego związku przez picie 
bezpośrednio po niej, ale o tę trwoŜną radość, jaką go przepełniało spotkanie w przejściu i 
zimne pogardliwe spojrzenie jej przedziwnych oczu.  
Pewnego gorącego, letniego dnia, pragnienie Rebeki przekroczyło granice przyzwoitości. 
Kiedy po raz trzeci poprosiła o pozwolenie ugaszenia go, panna Dearborn skinęła wprawdzie 
głową na znak zgody, ale z niezadowoleniem podniosła brwi, gdy Rebeka zbliŜyła się do 
katedry. Zaledwie zdołała połoŜyć na miejscu czerpak, "Huśtawka" podniósł w górę palce i 
panna Dearborn przyzwoliła ruchem pełnym zniecierpliwienia.  
- Co się z tobą dzieje, Rebeko? - zapytała.  
- Mieliśmy dziś na obiad solone makrele - odpowiedziała Rebeka.  
Zdawało się, Ŝe nie było w tym nic śmiesznego, a przecieŜ niepowstrzymany chichot 
przebiegł przez klasę. Panna Dearborn nie usposobiona do Ŝartów, zaczerwieniła się nagle.  
- Myślę, Ŝe dobrze ci zrobi, gdy staniesz na pięć minut przy wiaderku. PomoŜe to opanować 
pragnienie.  
W Rebece serce zatrzepotało. Miała stać w kącie, przy wiaderku z wodą, na oczach całej 
klasy! Mimowolnym ruchem przysunęła się o krok do swego miejsca, gdy zatrzymał ją 
rozkaz panny Dearborn, wypowiedziany znacznie ostrzejszym głosem.  

background image

- Stań przy wiaderku! Samuel, ile razy prosiłeś dzisiaj o wodę?  
- To juŜ jest cz_cz_czwarty!  
- Proszę nie ruszać czerpaka! Cała szkoła nic nie robi, tylko pije wodę przez całe popołudnie! 
Nie ma czasu na naukę. Przypuszczam, Ŝe i ty zjadłeś coś słonego na obiad, Samuelu - pytała 
panna Dearborn z sarkazmem.  
- Jadłem m_m_makrele, t_tak, jak i Reb_b_beka! - (Znowu gwałtowny chichot w klasie).  
- Stań zatem z drugiej strony wiaderka.  
Rebeka zwiesiła głowę ze wstydu i wściekłości. Kara sama przez się była dość sroga, ale 
odbywanie jej w towarzystwie "Huśtawki" Simpsona przechodziło ludzką wytrzymałość.  
Ostatnią godziną tego popołudnia był śpiew i Minna Smellie złośliwie wybrała piosenkę 
"Zbierzemy się nad strumieniem". Zdawało się, Ŝe ma tajemny, a subtelny związek z sytuacją 
i ogólnym rozwojem wypadków. Widoczna była ciemna przyczyna dziwnej energii i 
zaciętości, z jaką dzieci wykrzykiwały chóralne zaproszenie.  
  
Zbierzemy się nad strumieniem,@ nad pięknym, pięknym strumieniem?...@  
  
Panna Dearborn rzuciła ukradkowe spojrzenie na zwieszoną głowę Rebeki i przelękła się. 
Twarz dziecka była blada, tylko dwie czerwone plamy płonęły na policzkach. Łzy wisiały na 
rzęsach; oddychała szybko, a ręka, w której trzymała chusteczkę, drŜała jak liść.  
- MoŜesz wrócić na miejsce - rzekła panna Dearborn przy końcu pierwszej pieśni - Samuel, 
zostań tam, gdzie stoisz do końca godziny! A wam, dzieci, muszę powiedzieć, Ŝe kazałam 
Rebece stać przy wiaderku, aby złamać zwyczaj ustawicznego picia wody, który jest niczym 
innym, jak chęcią wędrowania tam i z powrotem po klasie. Za kaŜdym razem, kiedy Rebeka 
prosiła o pozwolenie picia, cała klasa szła do wiaderka. Jest rzeczywiście spragniona i 
przyznaję, Ŝe powinnam ukarać nie ją za to, Ŝe piła, ale was, Ŝeście ją w tym naśladowali. Co 
zaśpiewamy, Alicjo?  
- MoŜe "Strumyczku wesoły" - proszę pani.  
- Zmień temat i wymyśl coś bardziej suchego. "Gwiaździsty sztandar" czy cokolwiek innego.  
Rebeka usiadła na miejscu i wyciągnęła śpiewnik. Publiczne wyjaśnienie panny Dearborn 
zdjęło cięŜar z serca i zaczęła odzyskiwać poczucie własnej wartości.  
Pod osłoną ogólnego zajęcia się śpiewem, na jej pulpicie ukazały się dary, jako wyraz pełnej 
uznania sympatii. Liwing Perkins, który nie mógł śpiewać, przechodząc do tablicy, rzucił jej 
cukierek na kolana. Alicja Robinson potoczyła po podłodze zupełnie nowy ołówek, a 
najbliŜsza sąsiadka, Emma, zrobiła małą kulkę z papieru i opatrzyła napisem: "kulka, wiesz, 
dla kogo".  
Ostatecznie, Ŝycie stało się jaśniejsze, a kiedy została z nauczycielką na zwykłą  lekcję 
gramatyki, była znacznie spokojniejsza niŜ panna Dearborn. Ostatnie kroki zadudniły w sieni, 
a na rzucone w przelocie Ŝałosne spojrzenie "Huśtawki" Rebeka odpowiedziała wzrokiem 
zuchwałym, pełnym zimnej pogardy.  
- Rebeko, ukarałam cię bardziej, niŜ chciałam - rzekła panna Dearborn, która miała 
osiemnaście lat, a podczas nauczania w okolicznych szkołach nie spotkała jeszcze takiego 
dziecka.  
- Nie opuściłam dzisiaj ani jednego pytania, nie szeptałam z nikim - drŜącym głosem mówiła 
winowajczyni - i nie wiedziałam, Ŝe to wstyd ugasić pragnienie.  
- Tak, ale prowokowałaś klasę, a przynajmniej, tak to wyglądało. Cokolwiek robisz, robią 
inni; czy śmiejesz się, piszesz liściki, prosisz o wyjście z klasy, czy pijesz. To się musi 
skończyć!  
- Samuel Simpson jest błaznem! - wybuchnęła Rebeka. - Gdybym stała w kącie sama, nie 
byłoby to takie straszne, ale nie mogłam stać razem z nim.  

background image

- Dlatego właśnie pozwoliłam ci wrócić na miejsce, a jego zostawiłam w kącie. Pamiętaj o 
tym, Ŝe jesteś nową uczennicą i wszyscy zwracają na ciebie uwagę - musisz być ostroŜna. 
Teraz przejdźmy do koniugacji. Odmieniaj "mogę być" w czasie zaprzeszłym trybu 
warunkowego.  
- Ja mógłbym był być,  
Ty mógłbyś był być,  
On, ona, ono mogłoby było być,  
My moglibyśmy byli być,  
Wy moglibyście byli być,  
Oni mogliby byli być.  
- Daj mi jakiś przykład!  
- Ja mógłbym był być zadowolony,  
 Ty mógłbyś był być zadowolony,  
 On, ona, ono mogłoby było być zadowolone.  
- "On" albo "ona" mogliby byli być zadowoleni, bo są rodzaju męskiego i Ŝeńskiego. Ale czyŜ 
"ono" mogłoby było być zadowolone? - spytała panna Dearborn.  
- Dlaczego nie? - zdziwiła się Rebeka.  
- Bo ono jest rodzaju nijakiego.  
- A czy moŜemy powiedzieć "kociątko mogłoby było być zadowolone, gdyby wiedziało, Ŝe 
go nie utopią"?   
- No, ta_ak - odpowiedziała panna Dearborn z wahaniem, nie była pewna siebie pod ogniem 
spojrzeń Rebeki. - ChociaŜ mówimy o dziecku, kurczęciu czy kociątku przez "ono", w 
rzeczywistości są to istoty męskie albo Ŝeńskie, a nie nijakie.  
Rebeka namyślała się przez chwilę, wreszcie spytała:  
- Czy Ŝabie oczko jest rodzaju nijakiego?  
- Och! Tak, naturalnie, Rebeko.  
- Więc moŜemy powiedzieć: "Ŝabie oczko mogłoby było być zadowolone z deszczu, ale tam 
był taki mały, słaby pączek, który wyrósł na jego łodyŜce i bał się, Ŝe burza moŜe go złamać. 
Więc duŜe Ŝabie oczko bało się, zamiast się naprawdę cieszyć".  
Panna Dearborn wyglądała na zakłopotaną, gdy odpowiedziała:   
- AleŜ Rebeko! śabie oczka nie mogą być naprawdę smutne, zadowolone ani przestraszone.  
- Sądzę, Ŝe my nic o tym nie wiemy - odpowiedziało dziecko - ale ja myślę, Ŝe mogą - 
pomimo wszystko. A teraz co mam powiedzieć?  
- Tryb warunkowy, czas zaprzeszły od słowa "wiedzieć".  
- Gdybym był wiedział,  
Gdybyś był wiedział,  
Gdyby był wiedział,  
Gdybyśmy byli wiedzieli,     
Gdybyście byli wiedzieli,  
Gdyby byli wiedzieli.  
To jest najsmutniejszy czas - westchnęła Rebeka złamanym głosem. - Nic, tylko gdyby i 
gdyby. Niech pani pomyśli, Ŝe gdyby tylko oni byli wiedzieli, wszystko byłoby lepiej!  
Panna Dearborn nigdy o tym nie myślała, ale po zastanowieniu się, uwierzyła, Ŝe tryb 
warunkowy jest rzeczywiście smutny.  
- Jeszcze parę przykładów na tryb warunkowy i będzie dość na dzisiejsze popołudnie - 
obiecała.  
- Gdybym nie była lubiła makreli, nie miałabym pragnienia - rzekła Rebeka z promiennym 
uśmiechem, zamykając gramatykę. - Gdybyś mnie była lubiła naprawdę, nie byłabyś mi 
kazała stać w kącie. - Gdyby Samuel nie lubił figlów, nie byłby chodził za mną do wiaderka z 
wodą.   

background image

- A gdyby Rebeka lubiła przepisy szkolne, opanowałaby pragnienie - zaczęła panna Dearborn, 
serdecznie ją całując i obie rozstały się jako przyjaciółki.  
  
  
VI. Promień słońca w cieniu  
  
  
Rozdział VI  
Promień słońca w cieniu  
  
  
Mały domek szkolny na wzgórzu przynosił Rebece zarówno chwile triumfu, jak udręki. Była 
szczęśliwa mając ksiąŜki i nowe znajomości, które ją interesowały i pochłaniały. Gdyby nie 
to, Ŝycie jej byłoby cięŜkie tego pierwszego lata w Riverboro. Próbowała polubić ciotkę 
Mirandę, starała się rzetelnie i nie mogła tego dokonać. Miała jednak poczucie obowiązku i 
pragnęła być dobra - umiarkowanie, znośnie dobra. Ilekroć upadła poniŜej tej reguły, czuła się 
nieszczęśliwa. Nie mogła przystać na to, aby Ŝyjąc pod dachem ciotki, jedząc jej chleb, 
nosząc suknie i ucząc się z ksiąŜek od niej otrzymanych, nie cierpieć zarazem tak serdecznie. 
Wiedziała instynktownie, Ŝe to byłoby złe i niskie. Za kaŜdym razem dręczona gorzkimi 
wyrzutami sumienia, rozpaczliwie starała się polubić srogi i twardy sposób postępowania. 
Czuła się zawsze tak nieswojo w obecności ciotki Mirandy. Świdrujące spojrzenie, ostry głos, 
twarde, kościste palce, zaciśnięte wąskie usta, długie milczenia, grzywka, nie nadająca się 
zupełnie do jej włosów, nic nie przemawiało do serca Rebeki. Bywają czasem despotyczni, 
starzy ludzie, którzy budzą w dzieciach najzłośliwsze i najgorsze cechy charakteru. Gdyby 
Miranda mieszkała w ludniejszej okolicy, zerwałaby dzwonek u drzwi, mocno zamknęła 
furtkę, a na ścieŜkach wykopała wilcze jamy. Bliźnięta Simpsonów przejmowała taką trwogą, 
Ŝ

e nie moŜna ich było namówić do podejścia nawet wtedy, gdy panna Janina trzymała 

pierniczki w wyciągniętych rękach.  
Nie trzeba dodawać, Ŝe Rebeka draŜniła ciotkę kaŜdym niemal oddechem. Zapominała o 
zakazie i wbiegała na górę frontowymi schodami, gdyŜ była to najkrótsza droga do jej pokoju; 
zostawiała czerpak na półce, zamiast powiesić nad wiaderkiem; siadała na ulubionym przez 
kota krześle. Chętnie wyruszała po sprawunki, ale najczęściej zapominała, po co ją posłano. 
Zostawiała uchylone drzwi i muchy wlatywały do pokoju. Język jej był zawsze w ruchu: 
ś

piewała albo gwizdała, zbierając ze stołu; zaśmiecała wszystko kwiatami. Wkładała je do 

wazonów, przypinała do sukni, wtykała za kapelusz. Była nieustannym przypomnieniem 
swego szalonego, bezwartościowego ojca, którego przystojna twarz i pociągające maniery tak 
zwiodły Aurelię. Randallowie byli cudzoziemcami. Nie urodzili się w Riverboro ani nawet w 
York County. Miranda zgadzała się, Ŝe mnóstwo ludzi z konieczności rodzi się poza tym 
ś

więtym miejscem, ale miała o nich nie najlepsze zdanie. Gdyby Anna przyjechała! - Anna 

upodobniła się do drugiej części rodziny, był z niej "wykapany Sawyer". (Biedna Anna! Tak 
było istotnie!) Anna odpowiadała tylko wtedy, gdy ją zapytano, nie mówiła pierwsza, ostatnia 
i przez cały czas. Anna w czternastym roku Ŝycia była juŜ członkiem kościoła, lubiła robótki 
szydełkowe, była wzorem wszystkich małych cnót. Zamiast niej przyszła czarnowłosa 
Cyganka, z oczami tak wielkimi, jak koła młyńskie, i weszła w skład rodziny.  
Jasnym promieniem słonecznym w ponurym domu była ciotka Janina. Podbiła serce Rebeki 
spokojnym głosem, rozumiejącymi oczyma, wyrozumiałością. W pierwszych tygodniach 
mała z trudem próbowała przystosować się do zwyczajów Czerwonego Domu. Osiągnęła to 
stopniowo, tylko w części, a ustawiczne pokonywanie trudności uczyniło ją dojrzałą nad 
wiek.  

background image

Dziewczynka siadywała w kuchni, obok ciotki Janiny z robótką, podczas gdy Miranda 
zajmowała stały punkt obserwacyjny przy oknie w pokoju. Czasami pracowały na bocznej 
werandzie, gdzie dzikie róŜe i powoje chroniły przed gorącym słońcem. Rebece wydawało 
się, Ŝe długość brązowego materiału nie ma granic. Szyjąc wytrwale, rwała nici, upuszczała 
naparstek, kłuła sobie palce, ścierała pot z czoła, nie mogła zgodzić się z centymetrem, 
ś

ciągała szwy. Cierpliwość Janiny sprawiła, Ŝe palce Rebeki stały się zręczniejsze.  

Kiedy pierwsza, brązowa barchanowa sukienka była gotowa, dziewczynka spytała ciotkę 
Mirandę, czy następna mogłaby być innego koloru.  
- Kupiłam całą sztukę brązowego - rzekła Miranda lakonicznie. - MoŜesz mieć z tego jeszcze 
dwa ubrania i zostanie na nowe rękawy, łaty i przedłuŜenie. Będzie praktyczniej.  
- Wiem, ciociu. Ale pan Watson powiedział, Ŝe przyjmie z powrotem część materiału i 
pozwoli nam zamienić na niebieski i róŜowy za tą samą cenę.  
- Pytałaś go o to?  
- Tak, ciociu!  
- To do ciebie nie naleŜało!  
- Pomagałam wybierać Emmie fartuszki, więc zapytałam, myśląc, Ŝe ciocia nie będzie miała 
nic przeciw temu. RóŜowe nie brudzi się tak jak i brązowe, a pan Watson powiedział, Ŝe 
moŜna je nawet gotować.  
- WyobraŜam sobie, jak pan Watson znakomicie zna się na praniu! Nie podobają mi się jasne 
ubrania u dzieci, ale zobaczymy, co myśli o tym Janina.   
- Byłoby dobrze, gdyby Rebeka miała sukienkę róŜową i niebieską - odparła Janina. - Męczy 
się, szyjąc ciągle materiał o tej samej barwie. Całkiem naturalne, Ŝe pragnie zmiany. A poza 
tym, nosząc zawsze brązową suknię z białym fartuszkiem, wyglądałaby na dziecko z zakładu 
dobroczynnego. I jest jej w tym strasznie nie do twarzy!  
- Ładne jest to, co się komu podoba. Rebeka nie będzie się martwiła o swoją urodę, moŜesz 
być pewna, i nie ma co kierować się jej grymasami. WyobraŜam sobie, Ŝe próŜna jest jak 
paw, nie mając w dodatku powodu do tego.  
- Jest młoda, więc lubi jasne barwy - to wszystko! Pamiętam doskonale, jaka byłam w jej 
wieku!  
- Ty w jej wieku byłaś niezwykle szalona, Janino!  
- Tak, byłam, dzięki Bogu! I Ŝałuję, Ŝe nie umiałam, jak niektórzy, zachować cząstki ze 
swych szaleństw, aby rozjaśnić sobie nimi stare lata!  
Zdecydowano się ostatecznie na róŜową sukienkę, a gdy juŜ była skończona, Janina sprawiła 
Rebece radosną niespodziankę. Pokazała jej, jak się robi śliczne wyszycie z białej tasiemki, 
układając ją we wzory i przyszywając delikatnym ściegiem.  
- Będzie to dobra i miła robota na długie wieczory zimowe, bo ciotka Miranda nie lubi, gdy 
duŜo czytasz. A teraz, jeśli potrafisz równo przyfastrygować dwa rzędy białej tasiemki u dołu 
spódniczki, to ja ci przyszyję i ozdobię staniczek i rękawy takim samym naszyciem - sukienka 
naprawdę będzie ładna.  
Radość Rebeki nie miała granic.  
- Będę fastrygowała z zapałem! - wykrzyknęła. - Ta spódniczka ma z tysiąc metrów obwodu, 
wiem doskonale, bo ją sama obrębiałam. Będę ją naszywać ślicznie, choćby była tak długa, 
jak stąd do Milltown. Ach! czy myśli ciocia, Ŝe ciotka Miranda pozwoli mi kiedykolwiek 
pojechać z panem Cobb do Milltown? Znowu pytał o to. Ale jednej soboty zrywałam 
truskawki, a w następną padał deszcz i wątpię, czy kiedykolwiek się na to zgodzi. Jest 
dwadzieścia dziewięć minut po czwartej, ciotko Janino, i Alicja Robinson od dawna siedzi za 
krzakami i czeka na mnie. Czy mogę pójść się bawić?  
- MoŜesz iść. Pobiegnijcie jak najdalej za stodołę, Ŝeby wasz hałas nie przeszkadzał 
Mirandzie. Widzę Zuzię Simpson i bliźnięta, i Emmę Perkins, kryjących się za płotem.  

background image

Rebeka zeskoczyła z werandy, wyciągnęła Alicję Robinson spod krzaków i udało jej się za 
pomocą skomplikowanych sygnałów wybawić Emmę z gromady Simpsonów i zemknąć z nią 
potajemnie. Byli zbyt mali do pewnych cudownych zabaw, planowanych na to popołudnie, 
nie moŜna jednak było nimi gardzić, mieli bowiem najbardziej zachwycające podwórze w 
całym miasteczku. W dzikim nieładzie leŜały stare sanie, łodzie, brony, miotły,  siedzenia bez 
oparcia, łóŜka bez bocznych części, wszelakie rupiecie we wszystkich moŜliwych stopniach 
zniszczenia, a co dnia inne. Pani Simpson rzadko bywała w domu, ale gdy była,  mało się 
troszczyła o to, co się dzieje na podwórzu. Najulubieńszą zabawą dzieci była zamiana domu 
na fort, broniony męŜnie przez garstkę amerykańskich Ŝołnierzy przeciwko oblegającej go 
armii brytyjskiej. Wielką ostroŜność zachowywano przy podziale wojska, gdyŜ nie było 
umowy, Ŝe zwycięŜać mogą wyłącznie Amerykanie. Głównodowodzącym armii brytyjskiej 
był zwykle "Huśtawka" Simpson. Słaby i chwiejny, ze sprzecznymi rozkazami, gotowy do 
schronienia się  kaŜdej chwili w ostatnich szeregach i prowadzenia oddziałów na śmierć bez 
chwały. Czasami dom był straŜnicą, a dzielni osadnicy rozbijali bandy wrogich Indian, albo 
teŜ ginęli sami, wycięci przez nich w pień. W jednym zaś i w drugim wypadku, dom 
Simpsonów wyglądał - jak mówiło się w Riverboro - "jakby w nim diabeł wyprawiał swe 
harce".  
W pobliŜu tego niezwykle interesującego miejsca zabaw leŜał zakątek, zwany przez dzieci 
tajnym ustroniem. Był to skrawek aksamitnej łąki na pastwisku Sawyerów, pełen 
zachwycających zagłębień i wzgórków, na których moŜna było budować domy. Kępa drzew 
zasłaniała go przed niepoŜądanym wzrokiem, rzucając błogosławiony cień na wzniesione tam 
mieszkania. Była to cięŜka praca, dźwigać z młyna całe naręcza "budulca" i "okrąglaków", a 
wykonywano ją przewaŜnie po kolacji o zmierzchu dodającym wszystkiemu tajemnego 
uroku. W pudełkach po mydle, ukrytych między drzewami, zgromadzone były wszystkie ich 
skarby. Malutkie koszyczki, talerze i filiŜanki blaszane, kawałki porcelany oraz lalki, które 
grały waŜne role w wszelkiego rodzaju przedstawianych śmierciach, pogrzebach, ślubach i 
chrzcinach.  
Tego popołudnia zbudowano z kamieni wysoki dom wokół Rebeki, grającej Karolinę Corday,  
wspartą na kratach swego więzienia. JakieŜ to były cudowne chwile stać tak, z włosami 
owiniętymi fartuszkiem Emmy! JakŜe niezwykłych doznawała uczuć. Oparłszy głowę o 
zapory, wyobraŜała sobie, Ŝe zamieniają się w zimne Ŝelazo! Nawet oczy jej nie były juŜ 
oczami Rebeki Randall, bo odbijały w sobie cząstkę tragicznej męki Karoliny Corday!  
- JakieŜ to śliczne! - wzdychała skromna dwójka, która najwięcej pracowała, ale teŜ gorąco 
podziwiała rezultaty.  
- I miałybyśmy to zburzyć? Nie ścierpię tego! - zawołała Alicja. - Taka masa roboty!  
- Gdybyś ruszyła jakikolwiek kamień i zburzyła górne rzędy, mogłabym stąd uciec - 
napomknęła Karolina Corday. - Zostaw więc kamienie, a jutro moŜecie wejść do więzienia i 
być dwiema małymi księŜniczkami - a ja będę was mogła zamordować!  
- Co za księŜniczki? Co za wieŜa? - spytały Alicja i Emma jednym tchem. - Opowiedz nam!  
- Nie teraz. Idę na kolację. (Rebekę trzymano w rygorze).  
- Byłoby wspaniale, gdybyś ty nas zamordowała - rzekła Emma. - ChociaŜ jesteś naprawdę 
straszna, gdy mordujesz. A moŜe Elija i Eliza zostaną księŜniczkami?  
- Zaczną przeraźliwie krzyczeć, gdy się je będzie zabijać - sprzeciwiła się Minna. - Wiesz, 
jakie są głupie w kaŜdej zabawie, z wyjątkiem Klary. Oprócz tego, gdy im raz pokaŜemy 
nasze tajne miejsce, będą się w nim bawić przez cały czas, a moŜe jeszcze ukradną co, jak ich 
ojciec.  
- Nie potrzebują kraść właśnie dlatego, Ŝe ich ojciec kradnie - oświadczyła Rebeka - i proszę 
cię, nigdy nie mów o tym przy nich, jeŜeli chcesz być moją przyjaciółką od sekretów. Mama 
zawsze mi powtarza, Ŝeby nie mówić ludziom w oczy przykrych rzeczy o rodzinie. Twierdzi, 

background image

Ŝ

e tego nikt nie zniesie i niegodziwie jest zawstydzać ich za cudze winy. Zapamiętaj to sobie 

Minno Smellie.  
Nie było trudno zachować w pamięci ten dramatyczny epizod, gdyŜ zdarzył się zaledwie parę 
dni temu. Minna Smellie przedstawiała go osobno kaŜdej dziewczynce w miasteczku, w 
sposób, który mógł wzruszyć najbardziej kamienne serce. PoniewaŜ to nie ona, lecz Rebeka 
wyszła zwycięsko z ostrej walki na słowa, Minna pielęgnowała w sercu złość i knuła zemstę.  
  
 
VII. Tajemnice riverborskie  
  
  
Rozdział VII  
Tajemnice riverborskie  
  
  
Pan Simpson niewiele czasu spędzał z rodziną, z powodu pewnych niezręcznych metod 
stosowanych w handlu końmi, "zamianie" narzędzi rolniczych i wszelkiego rodzaju 
pojazdów, które to transakcje nie zawsze podobały się klientom. Po kaŜdym pomyślnie 
załatwionym interesie spędzał zwykle dłuŜszy lub krótszy czas w więzieniu. Gdy biedny 
człowiek ma głęboko zakorzeniony zwyczaj "zamieniania", jest rzeczą normalną, Ŝe musi 
mieć coś do zamiany. Naturalnie, nie mając nic własnego, musi zamienić coś naleŜącego do 
sąsiadów.   
Pana Simpsona nie było chwilowo w rodzinnym gronie, gdyŜ zamienił sanie wdowy Rideout 
na pług Józefa Goodwina. Goodwin niedawno przeniósł się do północnego Edgewood, nie 
spotkawszy nigdy przedtem pełnego ogłady, niezwykle wymownego Simpsona. Pług 
Goodwina przehandlował pan Simpson szybko człowiekowi "spod Wareham" za starego 
konia, którego właściciel  nie potrzebował, opuszczał bowiem miasto, przenosząc się na cały 
rok do córki. Simpson Ŝywił wiekowe zwierzę, trzymając je przez kilka tygodni na pastwisku 
coraz innego sąsiada, po czym oddał je jakiemuś człowiekowi z Milltown za jednokonny 
pojazd. Dziwnym zbiegiem okoliczności działo się to właśnie w czasie, kiedy wdowie 
Rideout zapodziały się sanie ze starej wozowni. Nie uŜywała ich wprawdzie od lat piętnastu i 
nie byłaby wsiadła do nich przez drugie tyle, ale była to jej własność, nie miała więc zamiaru 
rozstawać się z nią bez walki. Umysły mieszkańców małego miasteczka dziwnie są 
podejrzliwe, toteŜ w chwili, w której odkryła stratę, myśli jej od razu zwróciły się w stronę 
Abnera Simpsona. Tak jednak skomplikowana była ta sprawa, Ŝe upłynęło wiele tygodni, 
zanim udało się sędziemu (ku zadowoleniu całej wsi i wdowy Rideout) udowodnić winę 
Simpsonowi. Sam Abner zaprzysiągł swoją niewinność. Opowiadał sąsiadom, Ŝe jakiś 
rudowłosy męŜczyzna z zajęczą wargą, w szarym, cętkowanym ubraniu, wywołał go jednego 
ranka, proponując zamianę dobrych sani za starą prasę do jabłecznika, która leŜała na 
podwórzu. Dobito targu i Abner wypłacił nieznajomemu z zajęczą wargą cztery dolary z 
dodatkiem siedemdziesięciu pięciu centów, po czym tajemniczy jegomość zostawił sanie, 
włoŜył prasę na wóz i zniknął za zakrętem drogi. Nigdy go potem nie widział ani o nim nie 
słyszał.  
- Gdybym złapał tego starego złodzieja! - wykrzyknął Abner w świętym oburzeniu. - 
Sprawiłbym mu łaźnię! Nie dość, Ŝe zostawił ukradzione sanie, jeszcze zabrał mi cięŜko 
zapracowane pieniądze i prasę do jabłecznika, nie mówiąc juŜ o mojej reputacji!  
- Nigdy go nie złapiesz, Ab - odpowiedział sędzia. - NaleŜy do tego samego gatunku rzeczy 
nie istniejących, co prasa do jabłecznika, twoja reputacja i te cztery dolary siedemdziesiąt pięć 
centów. Nikt ich nie widział prócz ciebie i ty nigdy ich więcej nie zobaczysz!  

background image

Pani Simpson, która była stanowczo lepszą połową Abnera, zaczęła zarabiać praniem, a 
miasto pomagało Ŝywić i ubierać dzieci. Jerzy, wysmukły, czternastoletni chłopak pracował 
na sąsiedniej farmie, a pozostałe dzieci: Samuel, Klara, Zuzia, Elija i Eliza chodziły do 
szkoły, jeśli miały się w co ubrać, albo nie były zajęte czymś przyjemniejszym.  
We wsiach leŜących nad brzegami rzeki Pleasant wielu mieszkańców cięŜko pracowało, lecz 
Ŝ

ycie mijało im cicho i spokojnie. Pozostawało jeszcze sporo wolnego czasu na pogawędki. 

Rozprawiano przy sianokosach, siedząc w południe pod drzewami, wisząc na krawędzi mostu 
o zmroku czy w zimowe wieczory grzejąc się przy piecu w wiejskim sklepiku. Stałe miejsca 
zebrań dostarczały bogatego materiału do dyskusji nad bieŜącymi wypadkami męskiej 
połowie ludności. Kobiety opowiadały sobie nowinki przy wspólnym szyciu i czytaniu, na 
próbach śpiewu lub podczas zabaw tanecznych. Wszystko to pojmowano jako odwieczną, 
uświęconą tradycję. Czasami jakaś przeczulona istota gwałtownie się buntowała przeciw tak 
pojętej teorii Ŝycia.  
Delia Weeks, na przykład, była szwaczką w magazynie podrzędniejszej krawcowej. Nagle 
zachorowała i chociaŜ doglądali jej wszyscy lekarze z sąsiedztwa, z wolna traciła siły, gasła w 
oczach. Kuzyn jej, Cyrus, zaproponował, aby przyjechała do Lewistonu prowadzić mu 
gospodarstwo. Zgodziła się i w ciągu roku stała się tęgą, zdrową, wesołą kobietą. Gdy 
przybyła raz z wizytą do Riverboro, pytano się czy zamierza całe Ŝycie spędzić z dala od 
domu.  
- Z pewnością, jeśli tylko znajdę odpowiednie miejsce pobytu - odpowiedziała słodko. - 
Byłabym wyschła jak cień, próbując zatrzymać dla siebie drobne tajemnice. Wiedzieli tu 
wszyscy, Ŝe pragnęłam wyjść za pastora, a gdy oŜenił się z inną, wydało im się, Ŝe doznałam 
zawodu. Przez kilka lat podejrzewali, Ŝe staram się o posadę nauczycielki, a gdy wzięłam się 
za szycie współczuli mi serdecznie. Po śmierci ojca przysięgłam, Ŝe nikt się nie dowie, co mi 
zapisał w testamencie, gdyŜ tajemnica złościła ich najbardziej. Są jednak sposoby odkrycia 
prawdy i wykryli ją, choć męŜnie z nimi walczyłam! Mój brat Jakub wyjechał do Arizony 
jako szesnastoletni chłopiec. Przez trzydzieści lat przekazywałam o nim dobre wiadomości. 
Ciotka Tarbox wyszukała kuzynkę, która wyjechała na kurację do Tombstone i ta napisała do 
pocztmistrza czy innej waŜnej osobistości w mieście, odnalazła Jakuba i odwrotną pocztą 
zawiadomiła ciotkę Tarbox o tym, jak był nieszczęśliwy. Wiedzieli, kiedy wyrwałam ząb, a 
kiedy wstawiłam nowy. Wiedzieli, kiedy przyprawiłam sobie fałszywą grzywkę i kiedy 
handlarz owoców prosił mnie, abym została jego trzecią Ŝoną. Nikomu o tym nie mówiłam i 
moŜecie być pewni, Ŝe nigdy mi się nie oświadczał, ale w tym miasteczku nikt nie potrzebuje 
pewnych wiadomości. Nie mają nic do roboty, więc się domyślają i będą się domyślać do 
końca świata. Wyczerpałam siły, próbując zejść im z drogi. Teraz mieszkam tam, gdzie mnie 
nikt nie kładzie pod mikroskop w dzień, a pod teleskop w nocy, gdzie co moje, naleŜy do 
mnie bez zastrzeŜeń. Kuzyn Cyrus jest starym człowiekiem i niesłychanie nudnym, ale 
uwaŜa, Ŝe mam ładne zęby i wspaniałe włosy. Nie ma w Lewiston człowieka, który by 
wiedział o pastorze, ostatniej woli ojca, sprawkach Jakuba czy o handlarzu owoców. A jeśli 
kto coś odkryje, nie interesuje się tym i nie pamięta. Bo Lewiston jest pracowitym miastem, 
Bogu dzięki!  
Panna Delia Weeks trochę przesadzała, moŜna sobie jednak wyobrazić, Ŝe Rebeka i inne 
dzieci z Riverboro słyszały niejeden szczegół o zaginionych saniach wdowy Rideout i 
przypuszczalnym związku Abnera Simpsona z tą dziwną sprawą.  
W szkole wiejskiej nie moŜna liczyć na nadmiar delikatności czy rycerskości. Dowcipy i 
złośliwe wierszyki odnoszące się do afery Simpsona krąŜyły między uczniami. Trzeba 
przyznać, Ŝe wypowiadano je półgłosem i wtedy gdy dzieci Simpsona nie było w pobliŜu.  
Rebeka Randall miała wiele wspólnego ze swymi kolegami, trudno więc zgadnąć, dlaczego 
nienawidziła niskich plotek i instynktownie trzymała się od nich z daleka.  

background image

Między dziewczynkami w jej wieku była w Riverboro jedna, której ogólnie a serdecznie nie 
lubiano. Nazywała się Minna Smellie - małe, jasnowłose stworzenie o oczach czerwonych jak 
u królika, długich, cienkich nogach i umyśle pośrednim między mózgiem owcy i papugi. 
Podejrzewano, Ŝe odpisywała z tabliczek innych dziewczynek, chociaŜ nie przyłapano jej na 
gorącym uczynku. Rebeka i Emma wiedziały, kiedy Minna przyniosła na śniadanie kawałek 
tortu czy ciasteczko. Unikała wtedy wesołego towarzystwa koleŜanek, poszukując samotności 
w lesie, skąd wracała po pewnym czasie z przyjemnym uśmiechem na gładkiej buzi.  
Po jednym takim ukradkowym śniadaniu Rebeka uległa niezwalczonej pokusie i spytała:  
- Czy cię głowa mniej boli, Minno? Pozwól, Ŝe ci zetrę z ust tę odrobinę konfitury z 
truskawek.  
W rzeczywistości konfitury tam nie było, a jednak Minna poczuwając się do winy, szybkim 
ruchem podniosła chusteczkę ku zaczerwienionej twarzy.  
Tego samego popołudnia Rebeka wyznała Emmie, Ŝe się wstydzi złośliwego Ŝartu.  
- Nie cierpię jej sposobu postępowania - wyjaśniła - ale mi przykro, Ŝe dałam poznać, iŜ ją 
podejrzewamy. śeby to naprawić, ofiarowałam jej kawałek złamanego korala. Znasz go, 
prawda?  
- Nie zdaje mi się, aby na to zasłuŜyła - zauwaŜyła Emma.  
- Wiem, ale przez to ja się czuję lepiej - rzekła Rebeka wielkodusznie. - Miałam go dwa lata i 
po złamaniu nie przedstawia wielkiej wartości, ale ładnie wygląda.  
Koral spełnił zadanie, naprawiając rwące się więzi przyjaźni.  
Jednego popołudnia Rebeka została w klasie po godzinach szkolnych na zwykłą lekcję 
gramatyki i samotnie wracała do domu. Idąc wolno "krótszą drogą", dostrzegła dzieci 
Simpsonów, wchodzące na leśną ścieŜynkę. "Huśtawki" nie było między nimi, przyśpieszyła 
więc kroku, chcąc zapewnić sobie towarzystwo. Gdy je prawie doganiała, usłyszała głos 
Minny Smellie, śpiewającej wesoło piosenkę i dziecięce łkanie. Klara, Zuzia i bliźnięta biegły 
wzdłuŜ ścieŜki, a Minna, podskakując, wykrzykiwała:  
  
"Dlaczego Simpson tak kocha sanie?"@ Pyta złośliwie dziecię;@ "dlaczego kocha" - rzekł 
nauczyciel,@ "wy sami dobrze wiecie!"@  
  
Mignął uciekający w popłochu ród Simpsonów, zatrzepotały strzępy podartej odzieŜy i 
wszystko znikło w ciemnej dali. Upadł gdzieś niewielki kamień, rzucony przez silną Eliję, 
zwaną "walecznym bliźniątkiem". Zakłócił na chwilę ciszę lasu, lecz nie doleciał nawet na 
odległość stu metrów od Minny, która wykrzyknąwszy z głębi płuc "szubienicznik!" z 
przyjemnym uczuciem podniecenia zawróciła, aby się natknąć na Rebekę. A Rebeka stała jak 
wryta na ścieŜce; w błyszczących oczach zapalały się groźne światła, zapowiedź porachunku.  
Twarz Minny nie przedstawiała miłego widoku. Tchórz, przyłapany na złym uczynku, nie 
moŜe być piękny.  
- Minno Smellie, jeŜeli -  kiedykolwiek - złapię - cię - na śpiewaniu - tego - do Simpsonów, 
wiesz co zrobię? - zapytała Rebeka głosem nabrzmiałym wściekłością.  
- Nie wiem i nie dbam o to - rzekła Minna wesoło, choć wyraz jej twarzy zadawał kłam tym 
słowom.  
- Odbiorę ten kawałek korala i myślę, Ŝe cię zbiję oprócz tego.  
- Nie odwaŜysz się! - odpowiedziała Minna - bo powiem mojej mamie i nauczycielce. 
Zobaczysz.  
- Nie dbam o to, czy powiesz swojej mamie, mojej mamie, wszystkim swoim krewnym, a 
nawet prezydentowi - Rebeka nabierała odwagi w miarę wypowiadania dostojnych słów. - 
Nie dbam o to, czy powiesz całemu miastu, całemu okręgowi York, stanowi Maine i - 
narodowi! - zakończyła wyniośle. - Zapamiętaj moje słowa! JeŜeli jeszcze raz tak się 

background image

zachowasz, a zwłaszcza uŜyjesz słowa "szubienicznik", moim prawem i obowiązkiem będzie 
ukaranie cię. Zobaczysz!  
Następnego ranka na przerwie Minna, wszystko przekręcając, opowiedziała tę historię 
Huldzie Meserve.  
- Groziła mi! - szepnęła Minna. - Ale ja nie wierzę w Ŝadne  jej słowo!  
Ostatnią uwagę wypowiedziała w nadziei, Ŝe ją podsłuchano, bo Minna miewała napady 
odwagi, czując się pod opieką prawa i przepisów.  
Kiedy Rebeka wróciła na swoje miejsce, spytała pannę Dearborn, czy moŜe posłać liścik 
Minnie Smellie i otrzymała pozwolenie. Oto, jak brzmiał:  
  
Ze wszystkich podłych dziewcząt, Smellie Minna,@ to najpodlejsza, najlichsza 
dziewczyna,@ więc dar, co dałam jej, zdepczę nogami,@ bo przyjaźń z taką dziewczyną 
plami!@  
Ps. Czy mi teraz wierzysz?  
`rp  
R. Randall  
`rp  
  
Efekt tych częstochowskich rymów był piorunujący i długo potem, ilekroć Minna spotkała 
Simpsonów, choćby o milę od Czerwonego Domu, wzdrygała się, ale przezornie milczała.  
  
  
VIII. Barwa róŜy  
  
  
Rozdział VIII  
Barwa róŜy  
  
  
W następny piątek po tej "wojnie domowej" inne waŜniejsze sprawy zajęły uwagę dzieci. 
Popołudnia piątkowe poświęcano od dawna wszelkiego rodzaju dialogom, śpiewom i 
deklamacjom. Nie były to dni uroczyste i  świąteczne w prawdziwym znaczeniu tych słów. 
Większość dzieci z głębi serca nie cierpiała "popisowych kawałków", przymusu uczenia się 
ich, lękała niebezpieczeństwa moŜliwej kompromitacji. Panna Dearborn wracała zwykle do 
domu z gwałtownym bólem głowy i przez resztę popołudnia czy wieczoru nie wstawała z 
łóŜka. Matki przypadkowo obecne na popisie siedziały w przednich ławkach z kroplami 
zimnego potu na czole, przysłuchując się domorosłym, kulawym, z trudem wystękiwanym 
produkcjom. Zdarzało się, Ŝe dziecko zapomniawszy tekstu wierszyka, rzucało się z rykiem 
na matczyną pierś, a wyniesione na świeŜe powietrze dostawało na pociechę klapsy albo 
pocałunki. W kaŜdym razie niepowodzenie zabarwiało występy specjalnym odcieniem 
posępnej trwogi.  
Przybycie Rebeki tchnęło nowego ducha w straszliwe dotychczas popołudnia. Eliję i Elizę 
Simpson nauczyła deklamować w komiczny sposób trzy wierszyki. Zachwycone były nie 
tylko one, ale nauczycielka i cała szkoła. Dla sepleniącej Zuzi wymyśliła humorystyczny 
poemat, w którym przedstawiała sepleniące dziecko. Rebeka i Emma miały wypowiedzieć 
dialog. Wspólny występ dodawał Emmie otuchy i budził ufność we własne siły. Rano tego 
szczególnego piątku panna Dearborn oznajmiła, Ŝe popołudniowe ćwiczenie zapowiada się 
bardzo interesująco. Zaprosiła więc na występ kilku szacownych obywateli miasta. Liwing 
Perkins ofiarował się udekorować jedną tablicę, a Rebeka drugą. Liwing - gwiazda artystów 
szkolnych -  wybrał mapę północnej Ameryki. Rebeka wolała rysować rzeczy mniej 

background image

realistyczne i oto przed oczami zachwyconej gromadki powstawała amerykańska flaga, 
wykonana białą, czerwoną i niebieską kredą. KaŜda gwiazda leŜała w ściśle oznaczonym 
miejscu, kaŜdy pas zdawał się trzepotać w podmuchu lekkiego wietrzyka. Obok ukazał się 
rysunek Kolumbii, skopiowany z pokrywki pudełka do cygar, w którym przechowywano 
ołówki.  
Panna Dearborn była zachwycona.  
- Proponuję oklaskami uczcić Rebekę za ten śliczny rysunek, z którego dumna moŜe być cała 
szkoła.  
Uczniowie zaczęli klaskać z zapałem, a Dick Carter machając rękoma wydawał okrzyki 
radości.  
Serce Rebeki drŜało z nadmiaru szczęścia i uczuła, Ŝe łzy przesłaniają jej oczy. Poprzez 
wilgotną mgłę zaledwie mogła dojrzeć drogę do ławki. W całym jej krótkim i samotnym 
Ŝ

yciu nikt jej tak nie chwalił i nie oklaskiwał, jak w tej przedziwnej, olśniewającej chwili. 

JeŜeli szlachetność budzi szlachetność, to entuzjazm budzi entuzjazm, a dowcip i talent 
wywołują dowcip i zdolności. Alicja Robinson zaproponowała odśpiewanie hymnu pt. "Trzy 
okrzyki na cześć czerwono_biało_niebieskiego sztandaru" - a w miejscu, w którym 
występował chór, wszyscy mieli wskazywać flagę Rebeki. Dick Carter napomknął, Ŝe Liwing 
Perkins i Rebeka Randall powinni podpisać się pod rysunkami, aby odwiedzający wiedzieli, 
kto jest autorem. Hulda Meserve otrzymawszy pozwolenie nauczycielki, zakryła gałęziami 
największe dziury w prostych, bielonych ścianach, a wiaderko z wodą napełniła polnymi 
kwiatami.  
Rebeka była w podniosłym nastroju. Czuła się wyŜsza nad wszelkie przyziemne drobiazgi. 
Siedziała cicha, z sercem przepełnionym radością; zaledwie przypomnieć sobie mogła słowa 
dialogu. Na przerwie zachowywała się skromnie pomimo wielkiego tryumfu. W ogólnej 
atmosferze dobrej woli zawarły pokój wrogie obozy Minny Smellie i Rebeki Randall. Minna 
zbierała klonowe gałęzie i przykrywała nimi szkaradny piec.  
Panna Dearborn juŜ trzy minuty po jedenastej zakończyła poranną naukę, aby dziewczynki 
mieszkające dość blisko szkoły, mogły pójść do domu zmienić sukienki. Emma i Rebeka 
podniecone pędem przebiegły prawie całą drogę, zatrzymując się raz pod górą, dla nabrania 
tchu.  
- Myślisz, Ŝe Miranda pozwoli ci włoŜyć najlepszą sukienkę czy tylko tę gładką, 
perkalikową? - zapytała Emma.  
- Lepiej spytam o to ciotkę Janinę - odpowiedziała przezornie Rebeka. - Ach! Gdyby róŜowa 
była uszyta. Kiedy szłam do szkoły, Janina robiła dziurki do guzików.  
- Poproszę mamusię, by mi pozwoliła włoŜyć swój pierścionek z granatem - rzekła Emma. - 
To niezwykle szykowne zabłysnąć w słońcu drogocennym klejnotem. Do widzenia. Nie 
czekaj na mnie wracając, moŜe dadzą mi konie!  
Rebeka zastała drzwi zamknięte, wiedziała jednak, Ŝe klucz leŜy pod schodami, gdyŜ był to 
zwyczaj praktykowany w całym Riverboro. Gdy weszła do jadalni, znalazła na stole 
przygotowane śniadanie i liścik od ciotki Janiny, która pisała, Ŝe wyjeŜdŜają do Moderation 
powozikiem pani Robinson. Rebeka przełknęła kawałek chleba z masłem i frontowymi 
schodami wbiegła na górę. Na łóŜku leŜała róŜowa, barchanowa sukienka, ukończona 
pracowitymi rękami ciotki Janiny. Czy mogła włoŜyć ją bez pytania? Czy dzisiejszy dzień był 
wystarczająco uroczysty na nowy strój? MoŜe powinna zachować go na koncert?  
Wezmę ją - pomyślała Rebeka. - Nie ma ich - nie mogę zapytać o pozwolenie - moŜliwe, Ŝe 
nie miałyby nic przeciwko temu. Mimo wszystko jest to zwykła, barchanowa sukienka i nie 
byłaby tak wspaniała, gdyby nie to, Ŝe jest nowa, wyszywana i  róŜowa.  
Rozplotła warkocze, a rozczesawszy długie, falujące włosy, związała z tyłu wstąŜką. Zmieniła 
buty i ubrała się w śliczną sukienkę. Nagle zauwaŜyła ulubioną parasolkę, której koleŜanki 
dotąd nie widziały. JakŜe cudownie nadawała się do stroju! Nie wypadało wprawdzie brać ją 

background image

do klasy, ale i na to znalazła sposób. Wystarczy owinąć w kawałek papieru, pokazać 
przyjaciółkom, a otwartą nieść w powrotnej drodze do domu. Zeszła na dół, przejrzała się w 
lustrze i zdumiało ją własne odbicie. Nie mógł chyba istnieć na ziemi strój piękniejszy od tej 
niebiańskiej, róŜowej sukienki. Na migotliwy blask oczu, Ŝar policzków, połysk 
rozpuszczonych włosów nie zwróciła najmniejszej uwagi. O BoŜe! Za dwadzieścia minut 
pierwsza! Mogłaby się spóźnić! Wybiegła w podskokach bocznymi drzwiami, zerwała z 
krzaka rosnącego w pobliŜu furtki róŜyczkę i przebiegła w nieprawdopodobnie krótkim czasie 
drogę dzielącą Czerwony Dom od szkoły. Spotkała u samego wejścia Emmę, równie 
zdyszaną i promieniejącą.  
- Rebeko Randall! - wykrzyknęła Emma. - Śliczna jesteś jak obrazek!  
- Ja? - zaśmiała się Rebeka. - Głupstwo. To tylko róŜowa sukienka!  
- Nie, zawsze wyglądasz dobrze - upierała się Emma - ale teraz jesteś jakaś inna. Spójrz na 
mój pierścień z granatem! Mamusia wyszorowała go mydłem i wodą. Jakim cudem, u Boga 
Ojca, Miranda pozwoliła ci włoŜyć nową suknię?  
- Nie było ich w domu, więc nie pytałam - odpowiedziała Rebeka bojaźliwie. - Myślisz, Ŝe 
powiedziałyby "nie"?  
- Miranda zawsze mówi "nie" - stwierdziła przyjaciółka.  
- Dzisiejsze popołudnie jest przecieŜ wyjątkowe. To prawie jak koncert szkoły niedzielnej.  
- Tak - przyznała Emma - naturalnie. Twoje nazwisko na tablicy, nasze wskazywanie na 
flagę, wspaniały dialog i wszystko...  
Popołudnie było tryumfem dla kaŜdego uczestnika przedstawienia. Bez bolesnych 
niepowodzeń, łez, rodziców zmuszonych wstydzić się za potomstwo. Panna Dearborn 
usłyszała niejedną pełną podziwu uwagę o swych zdolnościach. W głębi duszy rozmyślała 
nad tym, czy uwielbienie to naleŜy się wyłącznie jej, a nie jest takŜe zasługą Rebeki. 
Dziewczynka nie robiła wprawdzie więcej niŜ inne dzieci, a jednak była zawsze na 
pierwszym planie. Opowiadano sobie później w miasteczku, Ŝe Rebeki nie moŜna utrzymać w 
cieniu. Najgorszy wróg nie mógłby jej nazwać natrętną. UsłuŜna, ochocza i śmiała, nie 
szukała sposobności do popisywania się. W gruncie rzeczy brakło jej pewności siebie i 
chętnie ustępowała innym. NiezaleŜnie od jej skromności, na wszystkich występach 
ośrodkiem widowni bywał zawsze ten punkt, w którym stała Rebeka. Jej czysty, wysoki 
głosik wznosił się w chórze ponad inne głosy i kaŜdy, kto na nią patrzył, zwracał uwagę na 
gesty i śpiewy, w które wkładała całą duszę oraz gorący entuzjazm.  
Ostatecznie skończyło się wszystko i kiedy Rebeka leniwie i ocięŜale wracała zwykłą drogą 
do domu, miała wraŜenie, Ŝe nigdy chyba nie potrafi być tak spokojna i chłodna jak 
dotychczas. Ani lekcje, które musiała odrobić, ani widmo pomocy przy jutrzejszym smaŜeniu 
konfitur nie przeraŜało jej w tej chwili. Trwoga nie śmiała wtargnąć do duszy promieniejącej 
olśniewającym blaskiem. Gęste chmury zbierały się na niebie, lecz nie zdołały zaćmić 
radości. Nie stąpała po twardym, stałym gruncie, ani utoŜsamiała się z ułomnym rodzajem 
ludzkim, dopóki nie weszła na podwórze Czerwonego Domu i nie ujrzała Mirandy, stojącej w 
progu otwartych drzwi. Wtedy nagle spadła z nieba na ziemię.  
  
  
IX. Popioły róŜ  
  
  
Rozdział IX  
Popioły róŜ  
  
  

background image

- Przyszła nareszcie, spóźniwszy się ponad godzinę.  Jeszcze chwila, a byłaby ją złapała burza 
z piorunami. Czy ona kiedy co przewidzi? - utyskiwała Miranda. - W dodatku wystroiła się w 
nową suknię i sunie krokiem z ojcowskiej szkoły tańców, kołysząc parasolem niby aktorka. 
Zostaw Janino - jestem starsza - pozwól więc, Ŝe się z nią rozmówię. Jeśli ci to sprawia 
przykrość, pozostań w kuchni, dopóki się wszystko nie skończy. PrzybliŜ się, Rebeko. Chcę z 
tobą pomówić. Dlaczego bez pozwolenia włoŜyłaś w zwykły szkolny dzień najlepszą suknię?  
- Chciałam się spytać w południe, ale nie było cioci w domu, więc nie mogłam - rozpoczęła 
Rebeka.  
- Nie mów takich rzeczy. WłoŜyłaś ją dlatego, Ŝe zostałaś sama. Wiedziałaś doskonale, Ŝe nie 
byłabym ci pozwoliła.  
- Gdybym była pewna, Ŝe ciocia nie pozwoli, nie zrobiłabym tego - rzekła Rebeka, ufając w 
przekonującą siłę swej prawdomówności. - Nie byłam zupełnie pewna, więc zaryzykowałam. 
Myślałam, Ŝe moŜe ciocia pozwoli, gdy się dowie, Ŝe w szkole będzie prawdziwe 
przedstawienie.  
- Przedstawienie! - wykrzyknęła Miranda gniewnie. - Sama z siebie robisz przedstawienie. 
Czy przedstawiłaś moŜe swój parasol?  
- To był głupi pomysł - wyznała Rebeka, zwieszając głowę. - Ale w moim Ŝyciu po raz 
pierwszy pasował do ubrania. Wyglądał ślicznie przy róŜowej sukience! Emma i ja miałyśmy 
wypowiedzieć dialog dziewczynki ze wsi i z miasta. MoŜe na minutę przed wyjściem z domu 
przyszło mi do głowy, Ŝe cudownie będzie wyglądała z tą parasolką dziewczynka miejska. I 
zrobiłam to. A sukienki nie zniszczyłam ani odrobineczkę, ciotko Mirando!  
- Najgorsza jest twoja chytrość i przebiegłość - rzekła Miranda zimno. - Spójrz na inne twoje 
sprawki. Jakiś diabeł cię chyba opętał! Poszłaś na górę frontowymi schodami i nawet śladów 
po sobie zatrzeć nie raczyłaś, bo zgubiłaś po drodze chusteczkę. Zdjęłaś z okna siatkę 
ochronną, dzięki czemu muchy rozgospodarowały się w całym mieszkaniu. Jak zwykle nie 
sprzątnęłaś po śniadaniu i nie odniosłaś na miejsce naczyń. W dodatku nie zamknęłaś na 
klucz bocznych drzwi, zostawiając je otwarte od godziny pół do pierwszej do trzeciej. KaŜdy 
kto chciał, mógł wejść do mieszkania i ukraść co mu się Ŝywnie podobało.  
Usłyszawszy długą listę swych przestępstw, Rebeka cięŜko osunęła się na krzesło. Jak mogła 
być tak nieostroŜna! Ze łzami w oczach próbowała wytłumaczyć grzechy, których nie moŜna 
było niczym usprawiedliwić.  
- Ach! Jak mi przykro! - wyjąkała. - Ozdabiałam salę w szkole i spóźniłam się. Biegłam całą 
drogę do domu. Tak trudno było samej pozapinać suknię, ale nie miałam czasu zjeść więcej 
niŜ kęs chleba. W ostatniej chwili, kiedy naprawdę -  naprawdę - myślałam o tym, Ŝeby 
posprzątać za sobą i pozamykać wszystko, spojrzałam na zegar i spostrzegłam, Ŝe zaledwie 
mogę na czas dobiec do szkoły. Byłoby okropne, gdybym się spóźniła i dostała czarną kreskę 
właśnie w ten piątek. Miała być Ŝona pastora i doktora, i komitet szkolny, i wszystko.  
- Nie lamentuj teraz. Nic nie pomoŜe płacz nad tym, co się nie odstanie - odpowiedziała 
Miranda. - Więcej wart jeden łut dobrego postępowania, niŜ cały funt skruchy. Zamiast się 
starać, aby jak najmniej kłopotu sprawiać w domu, który przecieŜ nie jest twoim, umyślnie 
pokazujesz, ile wnieść moŜesz zamieszania. Wyjmij tę róŜę z sukni i pozwól mi popatrzeć. 
Zapewne będzie plama z rdzy i dziura w miejscu, w które wpięłaś mokrą szpilkę. Nie, nie ma. 
To twoje szczęście, bo w kaŜdym razie nie przezorność. Nie mogę juŜ ścierpieć tych kwiatów, 
rozpuszczonych włosów, falban i wdzięczenia się do całego świata na wzór twojego tatusia, 
tej lalkowatej panienki.  
Rebeka błyskawicznie podniosła głowę.  
- Proszę mnie posłuchać, ciotko Mirando. Będę tak dobra, jak tylko potrafię. Będę o 
wszystkim pamiętała co mi ciocia powie i nigdy nie zostawię drzwi otwartych, ale nie 
pozwolę, Ŝeby przezywano mego ojca. Był n_n_niezwykle dobrym i k_k_kochanym ojcem. 
To niegodziwe przezywać go "panienką"!  

background image

- Nie waŜ się odpowiadać tak impertynencko, Rebeko! Mówisz, Ŝe jestem niegodziwa! Twój 
ojciec był próŜnym i szalonym człowiekiem, a w dodatku nie miał nic. Zarówno tobie jak i 
kaŜdemu innemu mogę to zawsze powtórzyć. Roztrwonił pieniądze twojej matki i zostawił ją 
z siedmiorgiem dzieci na bruku.  
- To teŜ jest c_c_coś zostawić s_s_siedmioro ładnych dzieci - łkała Rebeka.  
- Ale nie wtedy, kiedy inni ludzie muszą dopomagać w wyŜywieniu, ubraniu i wykształceniu 
ich - odpowiedziała Miranda. - Idź na górę i pozostań do rana w łóŜku. Znajdziesz na biurku 
parę sucharków i mleko. Pamiętaj, Ŝebym jednego dźwięku nie usłyszała aŜ do śniadania. 
Janino, proszę cię, zdejm ściereczki ze sznurka i pozamykaj drzwi. Będziemy miały straszną 
burzę!  
- Myślę, Ŝe miałyśmy ją - rzekła spokojnie Janina, idąc wypełnić prośbę siostry. - Rzadko 
kiedy wyraŜam swoje zdanie, Mirando, ale sądzę, Ŝe nie powinnaś mówić w ten sposób o 
Lorenzu. Był taki, jaki był i nie mógł być inny. Ale to ojciec Rebeki... Aurelia zawsze mówi, 
Ŝ

e był dobrym męŜem.  

Miranda nie pojęła widocznie znaczenia słów siostry, bo po namyśle odrzekła gniewnie:  
- Tak jest. Zdołałam juŜ zauwaŜyć, Ŝe zmarli męŜowie są zwykle dobrzy. Ale starą prawdę 
trzeba czasem przewietrzyć, a to dziecko nie będzie warte garstki bobu, jeśli się z niej nie 
wypędzi przeklętego ojca. Jestem zadowolona, Ŝe to powiedziałam.  
- Wierzę - zauwaŜyła Janina z rzadkim u niej przypływem odwagi. - Pomimo to, Mirando, nie 
było w tym dobrego wychowania ani chrześcijańskiej miłości.   
Uderzenie piorunu, które w tej samej chwili wstrząsnęło całym domem, nie wywołało takiego 
wraŜenia na Mirandzie Sawyer jak uwaga Janiny, która z głuchym łoskotem padła w jej 
sumienie.  
MoŜe dobrze jest mówić tylko raz na rok, ale mówić skutecznie.  
Rebeka cięŜko weszła tylnymi schodami na górę, zamknęła drzwi pokoju i drŜącymi rękoma 
zaczęła zdejmować ukochaną, róŜową sukienkę. W przerwach pomiędzy dosięgnięciem 
najtrudniejszych guzików, starannie wycierała zapłakane oczy zwiniętą w twardy kłąb 
bawełnianą chusteczką, aby słone łzy nie padały na wykwintny strój. Wygładziła go 
ostroŜnie, zdjęła białą krezę, uciskającą szyję i wszystko złoŜyła w szufladzie, łkając nad 
okrucieństwem Ŝycia. Zwiędła róŜyczka upadła na podłogę. Rebeka spojrzała na nią Ŝałośnie. 
- Zwiędłaś biedactwo -  mój szczęśliwy dzień teŜ zakończył się tragicznie.  
Potem zaplotła włosy w dwa warkocze i zdjęła nowe buciki, które szczęśliwie uszły uwadze 
Mirandy. W duszy jej zrodziło się nagle nieodwołalne postanowienie, aby opuścić Czerwony 
Dom i powrócić na farmę. Nie przyjmą jej z otwartymi ramionami - tego się spodziewała. - 
Lecz mogła pomagać matce w zajęciach domowych, a na swoje miejsce do Riverboro wysłać 
Annę. Mam nadzieję, Ŝe będzie ją wolała - pomyślała z nagłym wybuchem zawziętości. 
Siedziała przy oknie, próbując układać plany, przypatrując się cudownym igraszkom 
błyskawic i długim strugom deszczu na tle świetlistych zygzaków. Dzień, który się zaczął tak 
radośnie! Przypominała sobie, w jak cudnej purpurze wschodziło słońce, gdy siedząc przy 
oknie nad ksiąŜką, zachwycała się pięknością świata. A jakiŜ złocisty był poranek w szkole! 
Przemiana brzydkiej, nagiej, małej klasy w przepiękną komnatę. Zadowolenie, które 
wywołała w pannie Dearborn, nauczywszy deklamować bliźnięta Simpsonów. Zaszczyt 
dekorowania tablicy. Szczęśliwy pomysł odrysowania Kolumbii z pudełka do cygar. 
Odurzająca chwila, kiedy cała szkoła ją oklaskiwała! A popołudnie! PrzeŜywała w myślach 
wszystkie przyjemności, począwszy od komplementu Emmy, Ŝe jest śliczna jak obrazek. 
Rozpamiętywała zwłaszcza wspólny występ z przyjaciółką. JakŜe szczęśliwy był pomysł 
przykrycia gałęziami pieca jako mchem porosłej grobli, na której mogła siedzieć dziewczynka 
wiejska, strzegąca swego stada. Emmę przepełniło to uczuciem takiej dumy i spokoju, Ŝe 
nigdy nie deklamowała lepiej. PrzecieŜ Miranda powinna się cieszyć, Ŝe jej siostrzenica, która 
przybyła z dalekiej farmy odnosi tryumfy w szkole. Lecz nie, nie było nadziei zadowolenia jej 

background image

w Ŝaden sposób! Pojedzie jutro do Maplewood dyliŜansem pana Cobb, a stamtąd jakoś 
dostanie się do domu. Lecz moŜe ciotka nie zgodzi się na to? Doskonale! Wyśliźnie się teraz, 
zobaczy czy nie moŜe zostać na noc u pana Cobb i odjedzie z nim raniutko, jeszcze przed 
ś

niadaniem.  

Rebeka nigdy długo się nie namyślała; prędko włoŜyła najstarszą sukienkę, kapelusz i Ŝakiet. 
Związała szlafrok, grzebień i szczoteczkę do zębów w niewielki tłumoczek i wyrzuciła cicho 
przez okno. Pokój był na pięterku, lecz okno znajdowało się niewysoko. W tej chwili nawet 
myśl o niebezpieczeństwie nie byłaby jej powstrzymała. Ktoś pozostawił listwy przybite 
gwoździami do ściany domu między oknem a dachem tylnej werandy. Do uszu Rebeki 
doszedł turkot maszyny do szycia ze stołowego pokoju i odgłos siekania mięsa z kuchni. 
Wiedząc, gdzie są obie ciotki, wdrapała się na okno i trzymając się piorunochronu, ześliznęła 
się w dół ku pomocnym listwom. Skoczyła na dach werandy, po kratach dla powoju jak po 
drabinie zsunęła się cicho na ziemię i pobiegła drogą, wśród wichru i burzy.  
  
Jeremiasz Cobb siedział w kuchni przy stole pod oknem i spoŜywał samotnie kolację. Matka, 
jak zwykł po staroświecku nazywać Ŝonę, pielęgnowała chorą sąsiadkę. Staruszkowie Ŝyli 
samotnie od wielu lat po śmierci jedynej, malutkiej córeczki. Deszcz jeszcze padał i niebo 
było czarne, choć dochodziła zaledwie piąta godzina. Stary człowiek spojrzał w pewnej 
chwili przed siebie i spostrzegł nieszczęsną figurkę, stojącą w otwartych drzwiach. Twarz 
Rebeki była nabrzmiała od łez i tak wzburzona cierpieniem, Ŝe przez długą chwilę nie mógł 
jej poznać. Dopiero, gdy zapytała nieśmiało: "Czy mogę wejść, panie Cobb?" - wykrzyknął:  
- Wielki BoŜe! ToŜ to moja mała podróŜna dama! Wstąp na chwilę do starego wuja 
Jeremiasza, dobrze? Jesteś mokra jak bułka wyjęta z mleka! PrzybliŜ się do pieca! Rozpaliłem 
ogień, choć było gorąco, bo chciałem zagrzać coś na kolację. Siedzę dziś samotnie, a matka 
czuwa u pani Strout. Chodź tu, powiesimy mokry kapelusz na gwoździu, Ŝakiet rozłoŜy się na 
poręczy krzesła. Lepiej odwróć się tyłem do pieca i wysusz dobrze włosy.  
Wuj Jeremiasz nigdy dotychczas nie wypowiedział tylu słów naraz, ale gdy ujrzał 
zaczerwienione oczy i łzami zalane policzki, uczuł, Ŝe stare jego serce zwraca się ku niej, bez 
względu na przyczynę zmartwienia.  
Rebeka stała w miejscu, dopóki wuj Jeremiasz nie usiadł przy stole, a wtedy, nie mogąc się 
juŜ powstrzymać dłuŜej, wybuchnęła:  
- Och! panie Cobb! Uciekłam z Czerwonego Domu i chcę wrócić na farmę! Mógłby pan 
przenocować mnie dzisiaj, a jutro odwieźć dyliŜansem do Maplewood? Nie mam na drogę 
pieniędzy, ale ja z pewnością zarobię później w jakiś sposób.  
- Dobrze, dobrze! Myślę, Ŝe nie pokłócimy się o pieniądze - rzekł stary człowiek. - Co będzie 
jednak z naszą wycieczką - mieliśmy jechać w górę rzeki?  
- Nigdy nie zobaczę Milltown - łkała Rebeka.  
- Chodź do mnie i powiedz mi wszystko - zachęcał wuj Jeremiasz. - Usiądź na drewnianym 
stołeczku.  
Rebeka oparła głowę na kolanach pana Cobb i zaczęła zwierzać się ze swych zmartwień. 
Choć w niesfornej i zapalczywej głowie dzieje te przedstawiały się w barwach czarnych i 
tragicznych, opowiadała wiernie i bez przesady.  
  
  
X. Mosty tęczowe  
  
  
Rozdział X  
Mosty tęczowe  
  

background image

  
Wuj Jeremiasz chrząkał i poruszał się niespokojnie podczas opowiadania Rebeki, ale 
starannie ukrywał niewłaściwe jego zdaniem uczucie sympatii i współczucia.  
- Biedna mała! Zobaczymy, co moŜna dla ciebie zrobić - mruknął.  
- Weźmie mnie pan do Maplewood, prawda, panie Cobb? - pytała Rebeka Ŝałośnie.  
- Nie martw się i bądź spokojna - odpowiedział z chytrą myślą w głowie. - Pomogę mojej 
małej damie podróŜnej. Teraz przede wszystkim zjedz coś. Przysuń się do stołu i posmaruj 
sobie chleb konfiturą z rajskich jabłuszek. Czy nie masz ochoty zastąpić matkę i nalać mi 
drugą filiŜankę herbaty?  
Umysł pana Cobb był prosty i nie działał zbyt prędko, chyba Ŝe popędzało go wzruszenie. W 
tym wypadku złorzeczył swej głupocie i modlił się o jakiś błysk natchnienia, który mu 
pomoŜe podjąć decyzję.  
Rebeka, pocieszona łagodnym tonem starego człowieka, przejęta zaszczytem zajmowania 
miejsca pani Cobb przy zastawie do herbaty, uśmiechnęła się blado, przygładziła włosy i 
otarła oczy.  
- Przypuszczam, Ŝe twoja matka strasznie się ucieszy, widząc cię w domu - odezwał się stary 
człowiek.  
Coś jakby odrobina trwogi poruszyła się na dnie serca Rebeki.  
- Sprawi jej przykrość moja ucieczka i to, Ŝe nie udało mi się polubić ciotki Mirandy. Ale 
moŜe mnie zrozumie, tak jak i pan zrozumiał.  
- Przypuszczam, Ŝe wysyłając cię tu, myślała o twojej nauce. Ale mój BoŜe! MoŜesz chodzić 
do szkoły w Temperance. NieprawdaŜ?  
- Tam są tylko jakieś dwumiesięczne kursy, a farma leŜy zbyt daleko od innych szkół.  
- Ach! CóŜ to szkodzi! Są przecieŜ inne rzeczy na świecie poza edukacją - stwierdził wuj 
Jeremiasz, zabierając się do marmolady z jabłek.  
- Ta_ak. ChociaŜ mama myślała, Ŝe u ciotek stanę się człowiekiem - odpowiedziała Rebeka 
smutno i próbując wypić herbatę, zaniosła się krótkim, suchym łkaniem.  
- Będzie ci miło znaleźć się razem z nimi na farmie; dom pełen dzieci jest bardzo wesoły.   
Pragnął pocieszyć i przytulić to biedne, małe stworzenie.  
- Dom nasz jest zbyt pełen, to całe zmartwienie. Postaram się, Ŝeby Anna przyszła na moje 
miejsce do Riverboro.  
- Myślisz, Ŝe Miranda i Janina zechcą ją? Boję się, Ŝe nie. Będą zawstydzone i złe, Ŝe uciekłaś 
do domu. Rozumiesz. I trudno się im zresztą dziwić.  
Była to zupełnie nowa myśl. Więc Czerwony Dom moŜe być zamknięty dla Anny dlatego, Ŝe 
ona, Rebeka, odwróciła się od jego zimnych, niegościnnych progów?  
- JakaŜ jest ta szkoła w Riverboro? Czy dobra? - dopytywał się wuj Jeremiasz, którego mózg 
pracował z tak niezwykłą szybkością, Ŝe go to prawie przeraŜało.  
- Ach! To wspaniała szkoła! A panna Dearborn jest cudowną nauczycielką!  
- Lubisz ją? Wybornie. Wierz mi, Ŝe i ona ci się odwzajemnia. Matka zeszła dziś po południu 
na dół do sklepu kupić maść dla pani Strout i na moście spotkała pannę Dearborn. Zaczęły 
mówić o szkole, bo matka w ciągu lata stołuje wiele nauczycielek i lubi je. "JakŜe tam idzie 
małej dziewczynce z Temperance?" zapytała. "Ach! To najlepsza moja uczennica! - 
powiedziała panna Dearborn. - Gdyby wszyscy uczniowie podobni byli do Rebeki Randall, 
mogłabym uczyć w szkole od wschodu do zachodu słońca!"  
- Panie Cobb! Naprawdę tak mówiła?! - wybuchnęła Rebeka i  twarz jej rozjaśniła się w 
mgnieniu oka. - Starałam się być pilna cały czas, ale teraz będę się uczyła sto razy więcej!  
- Byłabyś to zrobiła, gdybyś tu pozostała - wtrącił wuj Jeremiasz. - Czy to nie smutne, Ŝe 
musisz zrezygnować ze wszystkiego z powodu ciotki Mirandy? Wybornie! Ja ci się nawet nie 
dziwię! Ona jest przykra i kwaśna. MoŜna myśleć, Ŝe Ŝywiła się kwaśnym mlekiem i 

background image

zielonymi jabłkami. Z nią trzeba mieć cierpliwość, a przypuszczam, Ŝe jej nie masz za wiele, 
prawda?  
- Niezbyt wiele - odpowiedziała Rebeka z boleścią.  
- Gdybym wczoraj z tobą rozmawiał - ciągnął pan Cobb - inaczej bym ci doradził. Teraz za 
późno i nawet mogę powiedzieć, Ŝe nie masz słuszności. Gdyby nie to, powiedziałbym tak: 
Ciotka Miranda ubiera cię, Ŝywi, kształci i ma zamiar wysłać do Wareham. Strasznie trudno z 
nią wyŜyć, a jej dobrodziejstwa twarde są i cięŜkie jak cegły. Ale to jednak dobrodziejstwa i 
trzeba za nie zapłacić. Twoim obowiązkiem jest odwdzięczyć się za nie dobrym 
zachowaniem. Janina jest kąskiem łatwiejszym do zgryzienia, prawda?  
- Ach! z ciotką Janiną zgadzamy się świetnie! - wykrzyknęła Rebeka. - Ona jest dobra i miła, 
jak tylko być moŜe. Co dzień bardziej ją kocham! Myślę, Ŝe ona mnie takŜe trochę lubi. Raz 
nawet pogładziła mnie po włosach... Ale nie obroni mnie przed ciotką Mirandą. Boi się jej 
prawie tak samo jak ja.  
- Przypuszczam, Ŝe Janinę szczerze zmartwi ta ucieczka. Ale nie zwaŜaj na to! W cięŜkim 
Ŝ

yciu, jakie ma z Mirandą, twoje towarzystwo było dla niej prawdziwym skarbem. Matka 

rozmawiała z nią kiedyś przed naboŜeństwem. "Nie moŜna poznać domu, Saro - rzekła 
Janina. - ZałoŜyłam szwalnię - a moja uczennica uszyła juŜ trzy sukienki. Zapisałam się 
równieŜ na kurs szkoły niedzielnej, chcę przypomnieć sobie młode lata i pójść z Rebeką na 
piknik". Matka zapewniała, Ŝe nigdy nie wyglądała równie młodo i szczęśliwie.  
 
Cisza zapadła w niewielkiej kuchence, zakłócona tylko tykaniem zegara i biciem serca 
Rebeki. Deszcz ustał, izbę zalało blade, róŜowe światło, a przez okno widać było królewski 
łuk tęczy, niby most rzucony przez niebiosa.  
Mosty stawia się w miejscach trudnych do przejścia - pomyślała Rebeka i wydało jej się, Ŝe 
wuj Jeremiasz zbudował taki most nad jej zgryzotą i dodał jej sił do przebycia go.  
- Burza juŜ przeszła - rzekł stary człowiek, napełniając fajkę. - Powietrze się odświeŜyło i 
ziemia została pięknie umyta. Kiedy jutro pojedziemy w górę rzeki, wszystko będzie 
błyszczało jak nowa szpilka.  
Rebeka wstała od stołu, spokojnie włoŜyła Ŝakiet i kapelusz.  
- Nie pojadę juŜ w górę rzeki, panie Cobb - rzekła. - Zostanę tutaj i postaram się wytrwać. Nie 
wiem, czy ciotka Miranda zechce przyjąć mnie z powrotem, ale wrócę, bo mam odwagę. Czy 
byłby pan tak dobry i poszedł ze mną, panie Cobb?  
- Mogłabyś zaufać wujowi Jeremiaszowi i nie myśleć o ucieczce przed rozmową z nim -  
wykrzyknął stary człowiek radośnie. - Trzeba tak zrobić, Ŝeby Miranda nie miała okazji do 
gadania. Posłuchaj więc, jaki mam plan. Zawiozę cię do Czerwonego Domu moją 
jednokonką. Ty ukryjesz się w kąciku, a ja podejdę do bocznych drzwi. Postaram się wywabić 
Mirandę i Janinę do szopy. Gdy będę rozmawiał z nimi o drzewie, które mam przywieźć w 
tym tygodniu, ty pobiegniesz na górę i połoŜysz się do łóŜka. Frontowe drzwi nie będą 
zamknięte, prawda?  
- Jeszcze nie - odpowiedziała Rebeka - dopóki Miranda nie połoŜy się spać. Och! Co będzie, 
jeŜeli je zamknęły?  
- Nie bój się. Zawsze moŜemy się wyprzeć wszystkiego. ChociaŜ w tej sprawie nie potrzeba 
wykrętów. Jeszcze nie uciekłaś. Przyszłaś porozmawiać ze mną o ucieczce i doszliśmy do 
wniosku, Ŝe nie warto o tym myśleć. Jedynym dotąd grzechem było wyjście przez okno, 
kiedy cię posłano do łóŜka. Nie jest tak źle, i moŜesz opowiedzieć Janinie w najbliŜszą 
niedzielę, a ona ci poradzi, czy masz to wyznać Mirandzie. Nie lubię oszukiwać ludzi, ale 
jeśli masz jakieś cięŜkie myśli, lepiej nie przyznawać się do nich głośno. Oddaj je Panu Bogu 
w modlitwie jak powiada hymn i nie trap się więcej. A teraz jazda! Jestem gotów. Nie 
zapomnij tłumoczka! "To jest podróŜ, mamo, kiedy się zabiera szlafroki". Były to pierwsze 
słowa, które usłyszał od ciebie wuj Jeremiasz. Nie przypuszczał, Ŝe przyniesiesz kiedyś swój 

background image

szlafrok do jego domu. Wejdź do bryczki i skryj się w kąciku. Nie pozwolimy, aby ludzie 
widzieli małego zbiega, gdy wraca, by zacząć wszystko od początku.  
  
Kiedy Rebeka znalazła się wreszcie w łóŜku, uczuła błogi spokój przenikający całą jej istotę. 
Uchroniła się przed błędem i szaleństwem. Oszczędziła biednej matce jeszcze jednej troski. 
Nie dopuściła do zmartwienia i wstydu ciotek.  
Serce jej stopniało i w chwili skruchy postanowiła rozpaczliwym wysiłkiem zyskać pochwałę 
Mirandy. Zapomnieć nawet o rzeczy, która bolała najwięcej - szyderskiej wzmiance 
dotyczącej ojca, którego nikt jeszcze w jej obecności nie krytykował. Aurelia Randall, choć 
tyle przecierpiała smutków i zawodów, nigdy się przed dziećmi nie Ŝaliła.  
Byłoby niejaką ulgą dla zgnębionej, małej duszyczki, gdyby wiedziała, Ŝe Miranda spędziła 
noc cięŜką i niespokojną. śałowała w głębi serca swej szorstkości, moŜe dlatego Ŝe Janina 
zajęła w tej sprawie zdecydowane stanowisko. Nagany Janiny nie mogła Miranda znieść, lecz 
za nic nie byłaby się przyznała do takiej słabości.  
Kiedy wuj Jeremiasz zadowolony ze starań o utrzymanie pokoju wracał gwieździstą nocą do 
domu, myślał nieustannie o Rebece. O małej głowie na kolanach i deszczu łez, padających mu 
na rękę. O dziecinnym rozsądku, z jakim przedkładała całą tę sprawę i szybkiej decyzji, gdy 
ujrzała przed sobą drogę obowiązku. O wzruszającym głodzie miłości i zrozumienia.  
- BoŜe wszechmocny! - wybuchnął - BoŜe wszechmocny! Zwymyślać i zelŜyć takie dziecko. 
Dla tej delikatnej, małej wiercipięty kaŜde twarde słowo jest jak uderzenie pięścią. Miranda 
Sawyer byłaby pewnie lepszą kobietą, gdyby jak my musiała pamiętać o małym nagrobku na 
cmentarzu.  
  
- Nigdy nie widziałam dziecka, które w ciągu jednego dnia zmieniłoby się na lepsze, tak jak 
Rebeka - zauwaŜyła Miranda Sawyer w sobotę wieczorem. - Widocznie potrzebna była 
nauczka, którą jej wczoraj dałam i ręczę, Ŝe skutek potrwa z miesiąc.  
- Cieszę się, Ŝe jesteś zadowolona - odpowiedziała Janina. - Wolisz zastraszone i potulne, niŜ 
wesołe, uśmiechnięte dziecko. Rebeka pobladła i wygląda, jakby się postarzała przez jedną 
noc. Jeśli posłuchasz mojej rady, pozwolisz mi jutro po południu wziąć ją z Emmą nad rzekę. 
Sądzę teŜ, Ŝe wyjazd z Cobbami do Milltown doda jej trochę otuchy i przywróci apetyt. W 
czwartek jest święto, a Cobbowie i Perkinsowie wybierają się na jarmark rolniczy. 
   
XI. Mieszanina sił  
  
  
Rozdział XI  
Mieszanina sił  
  
  
Wycieczka do Milltown urzeczywistniła niemal wszystkie marzenia Rebeki. Najnowsza 
lektura o Rzymie i Wenecji zbudziła w niej, co prawda, pewne wątpliwości, czy miasta te nie 
przewyŜszają czasem Milltown pięknością. Trudno sobie wyobrazić, aby dwoje dzieci mogło 
więcej chodzić, mówić, jeść i więcej zadawać pytań niŜ Rebeka i Emma w ten czwartek, 
pełen niezwykłych wydarzeń.  
- Jest najlepszą towarzyszką, jaką kiedykolwiek w Ŝyciu widziałam - rzekła pani Cobb do 
swego męŜa wieczorem. - Przez cały dzień nie mieliśmy jednej przykrej minuty. Jest takŜe 
dobrze wychowana. Nie wypytuje natrętnie o wszystko, a okazuje wdzięczność, gdy otrzyma 
odpowiedź. Zwróciłeś uwagę na jej twarz w namiocie, gdzie przedstawiano "Chatę wuja 
Toma"? Jak pięknie opowiadała o tej ksiąŜce, gdyśmy usiedli, aby zjeść lody śmietankowe? 
Sama autorka nie mogłaby lepiej osądzić swego dzieła.  

background image

Pan Cobb nie krył zadowolenia, Ŝe Ŝona nie róŜni się z nim opinią o Rebece.  
- Jestem pewny, Ŝe będzie z niej niezwykła kobieta, śpiewaczka, pisarka albo doktorka jak ta 
panna Parks z Cornish.  
- Doktorki są zawsze homeopatkami, nieprawdaŜ? - zapytała pani Cobb, która była 
zwolenniczką starej szkoły w medycynie.  
- Ale gdzieŜ tam matko! Panna Parks nie jest homeopatką! Ona jeździ po całym kraju!  
- Nie mogę sobie wyobrazić Rebeki jako doktorki - rozmyślała pani Cobb. - MoŜliwe, Ŝe 
będzie wykładać albo deklamować, jak ten mistrz wymowy z Portland.  
- Ma dosyć zdolności, aby pisać swoje własne ksiąŜki - odezwał się pan Cobb z 
przekonaniem.  
- Wielka szkoda, Ŝe wygląda tak pospolicie - zauwaŜyła pani Cobb, gasząc świecę.  
- Pospolicie wygląda? - zdumiał się. - Spójrz na włosy, uśmiech i te dołeczki! Popatrz na 
Alicję Robinson, którą nazywają najpiękniejszym dzieckiem nad rzeką. Porównaj je, a 
zobaczysz, jak ją Rebeka przyćmiewa. Spodziewam się, Ŝe Miranda pozwoli jej odwiedzać 
nas czasami. Trochę się dziewczyna wygada, nadmiar Ŝycia wyładuje z siebie, to będą mieli 
więcej spokoju w Czerwonym Domu. ChociaŜ minęło trzydzieści lat, wiemy, co to znaczy 
mieć dziecko, będziemy ją lepiej rozumieli.  
Pomimo pochwalnych słów państwa Cobb, Rebeka cięŜko pracowała nad lekcjami. Panna 
Dearborn zadawała przewaŜnie tematy, które sama niegdyś opracowywała: "Obrazy chmur", 
"Abraham Lincoln", "Przyroda", "Dobroczynność", "Niewolnictwo", "Wstrzemięźliwość", 
"Radość i obowiązek", "Samotność". Z Ŝadnym z nich Rebeka nie mogła sobie poradzić.  
- Pisz tak jak mówisz, Rebeko - nalegała biedna panna Dearborn. W głębi serca zdawała sobie 
sprawę, Ŝe sama nie potrafiła nigdy napisać dobrego wypracowania.  
- Proszę pani! Nie mówię nigdy o przyrodzie i niewolnictwie. Nie mogę więc o tym pisać, 
chyba Ŝe miałabym coś do powiedzenia, nieprawdaŜ?  
- Na to są właśnie wypracowania - odpowiedziała panna Dearborn niepewnie - Ŝeby cię 
nauczyły wypowiadać się na róŜne tematy. W ostatnim ćwiczeniu o "Samotności" nie 
powiedziałaś nic interesującego; napisałaś je zbyt pospolicie, aby mogło brzmieć dobrze. Za 
duŜo jest tam zaimków dzierŜawczych i osobowych. Powinnaś od czasu do czasu  uŜywać 
zaimka "się", Ŝeby zdaniu nadać styl bardziej literacki. "Otwiera się ukochaną ksiąŜkę"; 
"Rozmawia się z ciotką albo bratem" czy coś podobnego.  
- Nie wiem więcej o samotności w tym tygodniu, niŜ wiedziałam o radości i obowiązku w 
tamtym - mruknęła Rebeka.  
- W "Radości i obowiązku" próbowałaś być dowcipną i naturalnie nie udało ci się.  
- Nie wiedziałam, Ŝe pani kaŜe głośno czytać - odpowiedziała Rebeka z uśmiechem pełnym 
zakłopotania.  
"Radość i obowiązek" był to temat pięciominutowego wypracowania dla starszych dzieci.  
Rebeka mocowała się, walczyła, pociła - wszystko na próŜno. Kiedy przyszła na nią kolej 
czytania, musiała wyznać, Ŝe nie napisała nic.  
- Masz przecieŜ dwie linie, Rebeko - nalegała nauczycielka. - Czytaj coś napisała - źle czy 
dobrze.  
Rebeka wstała i tłumiąc śmiech odczytała następującą strofkę:  
  
Kiedy się radość z obowiązkiem zderzy,@ zmyka obowiązek, niech mi Pani wierzy.@  
  
Głowa Dicka Cartera znikła nagle pod pulpitem, a Liwing Perkins dusił się wprost ze 
ś

miechu.  

Panna Dearborn śmiała się takŜe. Była prawie dziewczynką i nowe pomysły budziły jej 
wesołość.  

background image

- Musisz zostać po lekcji Rebeko i zrobić to na nowo - powiedziała łagodnie. - Twój wiersz 
nie zawiera w sobie zbyt szczytnej idei.  
- To nie była jeszcze moja idea - usprawiedliwiała się Rebeka. - Skończyłam właśnie 
pierwszą linijkę, gdy minęło pięć minut. Napisałam słowo "zderzy" i nie mogłam wymyślić 
nic innego jak "wierzy" albo "leŜy", albo "mierzy"... Ale mogę to zmienić tak:  
  
Kiedy się radość z obowiązkiem zderzy,@ umyka radość, niech mi Pani wierzy.@  
  
- Tak jest lepiej - odpowiedziała panna Dearborn - chociaŜ nie mogę powiedzieć, Ŝeby słowo 
"umyka" było bardzo poetycznym wyraŜeniem.  
Nauczywszy się uŜywać zaimka "się", nadającego elegancji wszelkim literackim wysiłkom, 
Rebeka przepisała pracowicie zadanie o "Samotności", stosownie do wskazówek panny 
Dearborn. Nowa forma, którą przybrało wypracowanie, nie zadowoliła ani uczennicy, ani 
nauczycielki.  
  
  
Samotność  
  
Powiedziałoby się fałszywie mówiąc, Ŝe moŜe się być zawsze samotnym, gdy się ma swoje 
ukochane myśli dla pocieszenia się. Siedzi się sobie, to prawda, ale myśli się. Otwiera się 
swoją ulubioną ksiąŜkę i czyta się swoją ukochaną bajkę. Mówi się ze swoją ciotką albo 
swoim bratem, pieści się swego kota albo ogląda się swój album z fotografiami. Ma się takŜe 
swoją pracę. JakŜeŜ moŜe się cieszyć ten, komu zdarzy się lubić swoją pracę. Wszystkie 
drobne zajęcia domowe chronią nas przed samotnością. CzyŜ moŜna się czuć osamotnionym, 
gdy zbiera się szczapki, aby zapalił się ogień, na którym ma się ugotować swój wieczorny 
posiłek. Albo kiedy myje się swój skopek przed wydojeniem swojej krowy? Nie moŜna sobie 
tego wyobrazić.  
`rp  
R.R.R.  
`rp  
  
- To jest straszne - westchnęła Rebeka, gdy po godzinie przeczytała głośno wypracowanie. - 
Ciągłe uŜywanie słowa "się" nie daje wcale wraŜenia ksiąŜkowego stylu, a oprócz tego 
wygląda strasznie głupio.  
- Mówisz o takich dziwacznych rzeczach - zauwaŜyła panna Dearborn. - Dlaczego 
opowiadasz o czymś tak pospolitym jak zbieranie szczapek?  
- W poprzednim zdaniu mówiłam o "zajęciach domowych", a to jest właśnie jedno z nich. Nie 
uwaŜa pani, Ŝe nazwanie kolacji "wieczornym posiłkiem" jest piękne, a wyraz "osamotniony" 
jest prześlicznym słowem?  
- Tak, ta część zadania jest bardzo dobra. Nie lubię tylko tych kotów, szczapek i skopków.  
- Dobrze - westchnęła Rebeka. - Pójdą więc precz. Czy i krowa takŜe?  
- O, tak! Nie lubię krów w wypracowaniach - odpowiedziała wymagająca panna Dearborn.  
  
Wycieczka do Milltown miała drobne, lecz przykre następstwa. Na drugi tydzień matka 
Minny Smellie powiedziała Mirandzie, aby uwaŜała na Rebekę, gdyŜ zaczyna "kląć i mówić 
bezboŜnym językiem". Słyszano tego popołudnia, jak mówiła coś strasznego przed Emmą i 
Liwingiem Perkinsem, którzy się tylko zaśmiali, ścigając ją na czworakach.  
Rebeka, oskarŜona o zbrodnię, zaprzeczyła z oburzeniem i ciotka Janina uwierzyła jej.  
- Postaraj się sobie przypomnieć, co mogła Minna podsłuchać. Nie bądź upartą - nalegała 
ciotka Miranda - namyśl się dobrze.  

background image

Nagle światło rozdarło ciemności w pamięci Rebeki.  
- Ach! Wiem juŜ! - wykrzyknęła. - Przez całe rano deszcz lał jak z cebra i na drodze pełno 
było kałuŜ. Emma, Liwing i ja szliśmy sobie. Nagle zobaczyłam strumień, płynący przez 
drogę do rowu i to przypomniało mi "Chatę wuja Toma" z Milltown, kiedy Eliza, z dzieckiem 
na ręku, biegła po bryłach lodu przez Missisipi, ścigana przez psy gończe. Nie mogliśmy się 
wstrzymać od śmiechu, bo grali na tak małej przestrzeni, Ŝe Eliza musiała biegać w kółko i 
przez pewien czas ścigały ją psy, a chwilami ona je ścigała. Wiedziałam, Ŝe Liwing to 
pamięta, zdjęłam więc płaszcz i owinęłam nim ksiąŜki, niby niemowlę, a potem krzyknęłam: 
"Mój BoŜe! Rzeka!" - całkiem tak samo jak to Eliza zrobiła na scenie. Skakałam, a Liwing i 
Emma ścigali mnie jako psy gończe. Ta głupia Minna Smellie nie pozna się na Ŝadnej 
zabawie. Eliza wcale nie klęła, kiedy powiedziała: "Mój BoŜe! Rzeka!" - była to raczej 
modlitwa.  
- Nie miałaś potrzeby kląć ani modlić się na środku drogi - rzekła Miranda. - Ale Bogu dzięki, 
Ŝ

e nie było nic gorszego. Urodziłaś się Ŝywa jak iskra, na utrapienie ludzkie i boję się, Ŝe 

będzie z tobą kłopot, jeŜeli nie poskromisz swego języka.  
- Wolałabym czasami ukrócić język Minnie - mruknęła Rebeka nakrywając do kolacji.  
- Powiadam ci, Ŝe to jest dziecko kute na cztery nogi - rzekła Miranda, zdejmując okulary i 
składając robotę. - Czy nie sądzisz, Ŝe jest trochę postrzelona, Janino?  
- Nie jest podobna do nas - odpowiedziała Janina z cieniem zadumy i troski na łagodnej 
twarzy. - Ale lepsza czy gorsza?... Gdy dorośnie, będzie moŜna coś o tym powiedzieć. 
Rebeka ma zdolności prawie do wszystkiego i nie moŜemy się z nią porównywać.  
- Głupstwo! - rzekła Miranda. - Mów sama za siebie, jeśli łaska. Mogę się porównać z 
kaŜdym dzieckiem, jakie się urodziło kiedykolwiek!  
- Wiem, Ŝe tak myślisz, Mirando, ale niestety tak nie jest - odpowiedziała Janina z 
uśmiechem.  
Zwyczaj swobodnego wypowiadania myśli urósł w Janinie do przeraŜających rozmiarów.  
  
  
XII. Spójrz na bladąc męczennicę  
  
  
Rozdział XII  
Spójrz na bladą męczennicę  
  
  
Pewnego popołudnia, ubrana w najlepszą sukienkę, szła Rebeka na herbatkę do państwa 
Cobb. Gdy przechodziła przez most, zachwycił ją czar rzeki, aŜ zatrzymała się przy nowo 
malowanej poręczy, aby nasycić oczy widokiem wodospadu. Oparła łokcie o balustradę i 
stała w błogim rozmarzeniu.  
PowyŜej tamy rzeka rozlewała się w lśniące jezioro, odbijające zieleń drzew i czysty błękit 
nieba. Wodospad tworzył niepojęty cud wirującej wody. Od ilu juŜ wieków połyskiwał w 
promieniach słońca, błyszczał w świetle księŜyca! Szary i zimny pod niebem listopadowym, 
kropla po kropli sączący się w palącą suszę, zamieniony w burzliwy a potęŜny strumień w 
czasie kwietniowych powodzi!  
Rebeka nie mogła przejść przez most, aby nie oprzeć się na jego poręczy, marząc i 
podziwiając. W tej chwili zaś wszystkie wzruszenia wkładała w natchniony poemat.  
  
Razu jednego w kwiecistej dolinie@ szły dwie dziewczynki nad rzeką,@ jednej z nich dano 
na chrzcie Emmy imię,@ a drugą zwano Rebeką.@ "Ach, gdyby me Ŝycie jak potok 

background image

płynęło"@ tak Emma mówiła mała,@ "by w błogim spokoju i ciszy tonęło,@ bym nigdy 
smutków nie znała!"@  
"A ja bym wolała być małą kropelką@ w potoku, co z hukiem z gór spada,@ bo spokój 
cichego, martwego jeziora,@ wcale mi nie odpowiada".@ (To czarna Rebeka wyrzekła te 
słowa,@ dokładnie tu przytoczone.@ Przyjaciółkami były te dziewczynki,@ lecz nie były 
spokrewnione).@  
Lecz, ach, niestety, jak rzadko moŜemy@ otrzymać od Ŝycia to, czego pragniemy!@ I Emma, 
być moŜe, Ŝyć będzie burzliwie,@ a mój los popłynie cicho i leniwie!@  
  
- Nie podoba mi się zwrot o "tej czarnej Rebece", ale nie mogę wymyśleć nic lepszego. CóŜ 
za wstrętny zapach farby! Och, to przecieŜ na mnie! Och! Na całej mojej najlepszej sukience! 
Co powie ciotka Miranda!  
Ze łzami wstydu i rozpaczy wbiegła Rebeka na wzgórze wierząc, Ŝe znajdzie tam pomoc i 
współczucie.  
Pani Cobb oświadczyła, Ŝe nie ma się czym martwić, gdyŜ umie usunąć kaŜdą plamę, z 
kaŜdej prawie rzeczy. Potwierdził to wuj Jeremiasz, który przysięgał, Ŝe matka wszystko 
potrafi wywabić. Zdjęto z Rebeki zniszczone ubranie i owinąwszy ją w niebieski szlafrok 
pani Cobb, zaproszono do świątecznie zastawionego stołu, sukienkę zaś zanurzono w 
terpentynie.  
- śebyś nie straciła apetytu - rozpaczała pani Cobb. - Mam dla ciebie biszkopty śmietankowe 
i miód. Jeśli nie pomoŜe terpentyna, spróbuję francuskiej kredy i magnezji albo ciepłych 
mydlin. Gdyby zaś i to na nic się nie zdało, ojciec pobiegnie do pani Strout i poŜyczy od 
Marty jakiejś pasty.  
- Nie mogę zrozumieć twojej malarskiej przygody - odezwał się wuj Jeremiasz, podając 
Rebece miód. - Jakim cudem wlazłaś w ten diabelski klej. Na całym moście porozwieszano 
wielkie znaki ostrzegawcze z napisem "ŚwieŜo malowane!", Ŝe i ślepy by zobaczył!  
- Nie zauwaŜyłam znaków - odpowiedziała Rebeka z boleścią. - Patrzyłam tylko na 
wodospad.  
- Wodospad był od początku świata i będzie pewnie do jego końca. Nie musiałaś tak na gwałt 
mu się przypatrywać. Z dziećmi zawsze kłopot tylko i zgryzota - zwrócił się do Ŝony.   
Gdy po kolacji sprzątnięto ze stołu, Rebeka zabrała się do mycia i wycierania naczyń. Pani 
Cobb pracowała nad suknią z energią, wskazującą wyraźnie, jak cięŜkie to było zadanie. 
Rebeka śledziła z niepokojem postępy, podczas gdy wuj Jeremiasz rzucał od czasu do czasu 
uwagi i rady.  
- Musiałaś się połoŜyć na moście, kochanie - rzekła pani Cobb - bo farba jest nie tylko na 
łokciach i staniczku, ale pokrywa cały prawie przód spódniczki.  
Kiedy sukienka wyglądała trochę lepiej, Rebeka powiesiła ją na dworze, aby wyschła, sama 
zaś wróciła do pokoju.  
- Czy nie macie kawałka papieru? - prosiła. - Chciałabym zapisać wiersz, który wymyśliłam, 
leŜąc na moście w tej farbie.  
Pani Cobb usiadła przy koszyczku z robotą, a wuj Jeremiasz wyciągnął woreczek ze 
sznurkami i zajął się rozplątywaniem węzełków. Była to ulubiona jego rozrywka wieczorna.  
Rebeka pisała szybko, wprowadzając poprawki i ulepszenia, jakie jej poddawała bardziej 
trzeźwa myśl.  
  
  
Dwa Ŝyczenia  
przez  
Rebekę Randall  
  

background image

  
Razu pewnego w kwiecistej dolinie@ szły dwie dziewczynki nad rzeką,@ jaśniejszej dano na 
chrzcie Emmy imię,@ ciemniejszą zwano Rebeką.@ "Ach! gdyby me Ŝycie jak potok 
płynęło"@ tak Emma mówiła mała,@ "by w błogim spokoju i w ciszy tonęło,@ bym nigdy 
smutków nie znała!"@  
"A ja bym wolała być małą kropelką@ w potoku, co z hukiem z gór spada,@ bo lśniący 
spokój martwego jeziora@ mej duszy nie odpowiada".@ (Ciemniejsza Rebeka wyrzekła te 
słowa,@ dokładnie tu przytoczone,@ przyjaciółkami były te dziewczynki,@ choć nie były 
spokrewnione).@  
Lecz, och! niestety, jak rzadko moŜemy@ otrzymać od Ŝycia to, czego pragniemy!@ I Emma, 
być moŜe, Ŝyć będzie burzliwie,@ a mój los popłynie cicho i leniwie.@  
  
Gdy wiersz ten odczytała głośno, państwo Cobb pomyśleli, Ŝe jest niezwykle piękny.  
- Sądzę, Ŝe gdyby usłyszał go pisarz, mieszkający w Portland, byłby zdumiony - rzekła pani 
Cobb. -  Powiem ci nawet, Ŝe jest prawie tak dobry jak jego wiersz pt. "Nie mów mi w 
Ŝ

ałosnych cyfrach"...; a w dodatku bardziej zrozumiały.  

- Nie powinnam uŜyć słów "mój los". Piszę przecieŜ poezję! Nikt nie moŜe wiedzieć, Ŝe to ja 
stałam nad rzeką! Powinno być "Rebeka" albo "ciemniejsza dziewczynka". O tych 
przyjaciółkach jest takŜe niemądre. Ale nie mogę tego zmienić. Czasem zdaje mi się, Ŝe nigdy 
nie zostanę poetką, tak trudno jest ułoŜyć dobry wiersz. Innym razem pisze się jakoś samo. 
Czy tak na przykład nie byłoby lepiej?  
  
Lecz, och! niestety! Jak rzadko moŜemy@ otrzymać od Ŝycia to, czego pragniemy!@ I Ŝywot 
tego, co szukał spokoju,@ przejdzie w burzliwym z twardym losem boju.@  
  
Nie wiem czy jest gorzej, czy lepiej. A teraz jeszcze ostatni wiersz na zakończenie!  
Po pięciu minutach podniosła się poetka, zaczerwieniona i tryumfująca.   
- O! To było proste! Posłuchajcie!  
  
Więc jasna czy smutna przypadnie nam dola,@ czy pełna uśmiechów, czy łez,@ myśl, Ŝe 
kieruje nami BoŜa wola,@ pomoŜe nam cięŜar lat znieść!@  
  
Pan i pani Cobb zamienili spojrzenia, pełne niemego podziwu. Wuj Jeremiasz musiał nawet 
odwrócić twarz, aby ukradkiem otrzeć łzy.  
- JakŜeŜ, u Boga Ojca, wymyśliłaś tak prędko - wykrzyknęła pani Cobb.  
- Och! - odpowiedziała Rebeka. - Wszystkie hymny kościelne są do tego podobne. Wiecie, 
jest gazetka szkolna drukowana co miesiąc w Akademii w Wareham. Dick Carter mówi, Ŝe 
wydawcą jest naturalnie chłopiec, ale pozwala dziewczynkom pisać do niej, a potem wybiera 
najlepsze utwory. Dick myśli, Ŝe mogłabym spróbować.  
- Nie zdziwiłabym się, gdybyś zapisała caluteńki papier! A co do tego chłopca wydawcy, 
zaręczam ci, Ŝe pokonasz go w pisaniu, nawet gdyby ci jedną rękę przywiązano do pleców. 
MoŜemy dostać kopię tego wiersza do przechowania w rodzinnej Biblii? - zapytała pani Cobb 
tonem pełnym uszanowania.  
- Chcielibyście naprawdę! - zdziwiła się Rebeka. - AleŜ naturalnie! Przepiszę go na czysto 
ś

licznym, fioletowym atramentem i nowym piórem. Teraz muszę popatrzeć na moją biedną 

sukienkę!  
Para starych ludzi przeszła za dziewczynką do kuchni. Suknia była sucha, lecz praca ciotki 
Sary nie na wiele się przydała. Od czyszczenia wyblakły kolory, zamazały się wzory, a w 
dodatku tu i ówdzie widniały brudne smugi. Przeprasowano ją starannie gorącym Ŝelazkiem, 

background image

a gdy Rebeka ubrała się, państwo Cobb patrzyli z nieśmiałą nadzieją, Ŝe moŜe na niej plamy 
będą mniej widoczne.  
Niestety, prezentowały się wyraźnie, nawet dla mniej spostrzegawczych oczu! Rebeka raz 
jeszcze spojrzała Ŝałośnie i rzekła wkładając kapelusz:  
- Pójdę juŜ. Dobranoc. Jeśli mają mnie zwymyślać, niech się to jak najprędzej stanie.  
- Biedne, małe, nieszczęśliwe stworzenie - westchnął Jeremiasz. - Wolałbym, Ŝeby bardziej 
zwracała uwagę na grunt pod nogami. Przysięgam, Ŝe gdyby była nasza, pozwoliłbym jej 
zaplamić farbą calutki dom. Zostawiła tu swoje poezje. Przeczytaj to jeszcze matko. Mój 
BoŜe! - zakończył ze śmiechem, zapalając fajkę. - Zdaje mi się, Ŝe widzę migające poły 
kubraka tego chłopca_wydawcy, zmykającego przez lasy, podczas gdy Rebeka zasiada w jego 
krześle! Właśnie ona powinna wydawać, bo jest tego warta!  
  
Myśl, Ŝe kieruje nami BoŜa wola,@ pomoŜe nam cięŜar lat znieść.@  
  
Mój BoŜe! Tyle w tym prawdy, co w Ewangelii. Jakim cudem to wymyśliła?  
  
Rebeka przetrwała łajanie, (na które zresztą uczciwie zasłuŜyła) jak Ŝołnierz. Miranda 
zauwaŜyła, Ŝe tak nieprzytomne i roztrzepane dziecko wyrośnie z pewnością na błazeńską 
idiotkę. Nie pozwolono jej pójść na zabawę, którą urządzała Alicja Robinson w dzień swych 
urodzin i skazano na noszenie nieszczęsnej, splamionej sukni, dopóki się nie zedrze. W sześć 
miesięcy później, ciotka Janina złagodziła nieco karę, szyjąc plisowaną bawełnianą 
kamizelkę, tak artystycznie skrojoną, Ŝe udało się ukryć pod nią wszystkie plamy. Rebeka 
pokornie przyjęła wyrok, poszła na górę do pokoju i zaczęła rozmyślać. Nie chciała wyrosnąć 
na idiotkę, a w szczególności "błazeńską idiotkę". Postanowiła więc, Ŝe ukarze się surowo 
sama za kaŜdym razem, gdy zasłuŜy na słuszną naganę cnotliwej krewnej. O zabawę u Alicji 
Robinson nie dbała. Powiedziała kiedyś Emmie, Ŝe byłby to piknik na cmentarzu, gdyŜ dom 
Robinsonów był podobny do grobu. Dzieci wpuszczano zwykle do mieszkania tylnymi 
drzwiami i kazano im stać na gazetach podczas odwiedzin. Przyjaciółki błagały Alicję, aby je 
"przyjmowała" w szopie, stodole czy gdziekolwiek, ale nie w domu. Pani Robinson była nie 
tylko "straszliwie porządna", ale i "straszliwie skąpa", toteŜ przyjęcie ograniczyłoby się 
pewnie do pastylek miętowych i szklanki wody studziennej.  
Po rozwaŜeniu zalet włosiennicy, noszonej bezpośrednio na skórze i kamieni w bucikach, 
odrzuciła oba pomysły. Włosiennicę trudno znaleźć, a kamienie mogłyby zwrócić uwagę 
ciotki, poza tym, Ŝe stanowiły przeszkodę w obowiązkach domowych i chodzeniu do szkoły.  
Pierwsza próba na drodze męczeństwa nie przyniosła pomyślnych rezultatów. Nie poszła na 
koncert szkoły niedzielnej, co było dla niej prawdziwym umartwieniem, gdyŜ lubiła te 
występy ponad wszystko. Skutki jej dezercji nad wyraz były Ŝałosne. Dzieci, które liczyły na 
jej podpowiadanie (umiała bowiem wiersze wszystkich dzieci lepiej niŜ one same), 
skompromitowały się sromotnie. Rebeka, siedząc przy oknie, rozglądała się niepewnie po 
pokoju. Musi z czegoś zrezygnować, a posiadała tak mało - prawie nic. Poświęci swoją 
ukochaną, róŜową parasolkę! Nie mogła ukryć jej na strychu, gdyŜ pewna była, Ŝe w chwili 
słabości przyniesie ją z powrotem. Bała się, Ŝe nie znajdzie dość siły moralnej, aby połamać 
ją w kawałki. Przeniosła wzrok z parasolki na ogród i wówczas zauwaŜyła studnię. Ach! To 
moŜna zrobić! Mogła rzucić najdroŜszy skarb w głęboką wodę! Jak zwykle czyn nastąpił 
zaraz po decyzji. Ześliznęła się po ciemku, przekradła przez drzwi frontowe, podniosła wieko 
studni i wzdrygnąwszy się, cisnęła parasolkę w czarną otchłań. W bolesnej chwili 
wyrzeczenia dodała jej siły myśl, Ŝe przypomina matki pogańskie rzucające dzieci do rzeki na 
pastwę krokodylom.  
Spała doskonale, obudziła się świeŜa i wypoczęta, jak zresztą powinny sypiać zawsze 
ś

wiątobliwe dusze. Poszła do szkoły oczyszczona i podniesiona na duchu. Po śniadaniu 

background image

zauwaŜono nagle, Ŝe dziwnie trudno czerpać wodę ze studni. Przywołano pana Flagga na 
pomoc. Ten podniósł wieko, śledził, badał, aŜ wykrył w końcu przyczynę złego i zdołał ją 
usunąć. Okazało się, Ŝe kościany  koniec parasolki zaczepił o łańcuch. Przy próbie czerpania 
wody parasolka złamała się, silne jej pręty wcisnęły się w bok studni i zaplątały  między 
kamieniami.  
Spuśćmy zasłonę na scenę, która rozegrała się po powrocie Rebeki ze szkoły. Gdy 
przyciśnięta do muru, wyznała przyczyny, które ją skłoniły do poświęcenia parasolki, rzekła 
jej ciotka:  
- Posłuchaj Rebeko! Jesteś za duŜa na to, abym cię biła. JeŜeli będziesz zdania, Ŝe nie 
ukarałam cię dostatecznie, powiedz mi, a zawsze mogę ci coś dołoŜyć. Nie jestem wprawdzie 
tak ostra z natury, jak niektórzy ludzie, ale potrafię zdobyć się na więcej. I cokolwiek zrobię, 
nie ukarzę całej rodziny, zmuszając ją do picia wody, w której pływają kawałki kości 
słoniowej, skrawki drzewa i strzępy róŜowego jedwabiu.  
  
  
XIII. Białe jak śnieg -c czerwone jak róŜa  
  
  
Rozdział XIII  
Białe jak śnieg -  
czerwone jak róŜa  
  
  
W okresie Świąt Dziękczynienia nędza Simpsonów doszła do szczytu. Nawet dla gromadki 
wychowanej w biedzie i niepewności jutra, połoŜenie stało się tragiczne.  
Riverboro robiło co mogło, aby szlachetny ród Simpsonów zawrócić do kraju ich ojców. 
Sądziło bowiem słusznie, Ŝe raczej ich rodzinne miasto powinno opiekować się dziećmi, 
dopóki nie dorosną i nie zaczną pracować. W domu nie było juŜ co jeść ani w co się ubrać, 
chociaŜ pani Simpson robiła wszystko, co mogła. Dzieci starały się zaspokoić apetyty, 
siadając skromnie pod drzwiami sąsiadów w chwili, gdy podawano do stołu. Pomimo Ŝe nie 
naleŜały do ulubieńców ogółu, otrzymywały nieraz zbędne kąski od bardziej miłosiernych 
gospodyń.  
ś

ycie stało się ciemne i posępne. Kiedy przyszedł zimny, chmurny listopad, młodzi 

Simpsonowie, patrząc na tłuste indyki sąsiadów, złote dynie, owoce i zboŜa skrzętnie 
zgarniane do spichrzów, postanowili znaleźć sobie poŜyteczną rozrywkę. Zaczęli sprzedawać 
mydło dla zarobku. W ciągu wczesnej jesieni sprzedali najbliŜszym sąsiadom tyle, Ŝe dostali 
wózek dziecinny, jako wynagrodzenie za trudy. Wózek wprawdzie bardzo słabo trzymał się 
na osiach, jakoś toczył się jednak po wiejskich drogach. Ze sprytem, który wyraźnie 
wskazywał, Ŝe po ojcu chyba odziedziczyli zdolności do interesów, obmyślali sposoby 
rozwinięcia działań handlowych. Zamierzali nakłonić do kupowania przyległe wioski. 
Ś

wietne Towarzystwo Handlowe "Mydło" dawało wprawdzie bardzo małe nagrody 

rozsianym po całym kraju młodocianym agentom, ale rozpalało wyobraźnię, wydając okólnik, 
który proponował nagrody za sprzedaŜ pewnej liczby kawałków. Klara i Zuzia Simpson 
wciągnęły do pomocy Emmę Perkins i Rebekę, która całym sercem zabrała się do dzieła. 
Były trzy nagrody do zdobycia: szafa na ksiąŜki, pluszowy fotel i salonowa lampa. 
Simpsonowie ksiąŜek nie mieli. Odrzucili bez Ŝalu myśl o szafie i pluszowym fotelu, który 
mógłby się wprawdzie przydać rodzinie złoŜonej z siedmiu osób (nie licząc pana Simpsona, 
który siedział zwykle gdzie indziej na koszt miasta), nie był jednak tak upragnionym 
nabytkiem jak salonowa lampa. Stała się bardziej poŜądana niŜ jedzenie, picie i ubranie. 
Emma ani Rebeka nie dostrzegały nic niedorzecznego w marzeniach Simpsonów, którzy co 

background image

dnia patrzyli tęsknie na obrazek. Postanowili nie Ŝałować trudu i zapewnić sobie na 
nadchodzące zimowe wieczory szczęście zamieszkiwania pokoju ozdobionego taką lampą. W 
katalogu wyglądała na osiem stóp wysokości, lecz na marginesie była wzmianka, Ŝe ma dwie 
i pół stopy, gdy się ją umieści na specjalnym stoliczku za trzy dolary. Zrobiona była z 
błyszczącej miedzi, ale sprawiała wraŜenie ulanej ze szczerego złota. Za sprzedanie 
dodatkowych stu kawałków mydła dodawano papierowy abaŜur w dowolnym kolorze.  
"Huśtawka" Simpson nie naleŜał do spółki. Klara była dosyć szczęśliwym agentem, ale Zuzia, 
która wymawiała: "myłło", nigdy wiele nie zyskała. Bliźnięta, zbyt małe, aby budzić zaufanie, 
nie potrafiły sprzedać więcej niŜ pół tuzina kawałków. Rebeka i Emma ofiarowały się pójść 
ze dwie lub trzy mile w dowolnym kierunku, zbadać, jakie jest zapotrzebowanie na mydło 
"Białe jak śnieg" i "Czerwone jak róŜa", z których pierwsze przeznaczone było do prania, 
drugie do celów toaletowych.  
JakŜe wesoła była narada w izdebce Emmy w przeddzień wyprawy. Miały przy sobie okólnik 
Ś

wietnego Towarzystwa "Mydło", z którego uczyły się reklamy. Zdecydowanie 

przydatniejsze okazało się wspomnienie spotkanego na jarmarku w Milltown pewnego 
aptekarza. Nie moŜna było zapomnieć jego metody kupieckiej, manier i sposobu wyraŜania 
się. Dziewczynki ćwiczyły się bezustannie w zachwalaniu posiadanego towaru.  
- MoŜe łaskawa pani zechciałaby kupić niewielki kawałeczek mydła? Nazywa się "Białe jak 
ś

nieg" i "Czerwone jak róŜa". Sześć kawałków czerwonego w ozdobnym pudełku kosztuje 

zaledwie dwadzieścia pięć centów, białego zaś tylko dwadzieścia. Zrobione z najczystszych 
składników, tak Ŝe mógłby je zjeść nawet inwalida ze smakiem i poŜytkiem.  
- Och! Rebeko! Nie mów takich rzeczy! - wybuchnęła Emma histerycznie. - To mnie 
doprowadza do szaleństwa!  
- Tak niewiele trzeba, aby cię doprowadzić do szaleństwa, Emmo - zgromiła ją Rebeka. - 
Czasem mi się zdaje, Ŝe jesteś juŜ szalona. MoŜesz opuścić tę część o jedzeniu, jeśli chcesz. A 
teraz dalej.  
- "Białe jak śnieg" jest wśród wszystkich tego rodzaju wyrobów najwspanialszym mydłem do 
prania. Zanurzcie bieliznę w balii, lekko pocierając mydłem bardziej brudne części, zostawcie 
ją w wodzie na noc, a najmniejsze dziecko będzie ją mogło wyprać bez wysiłku.  
- Niemowlę, nie dziecko - poprawiła Rebeka z okólnika.  
- To chyba wszystko jedno - dowodziła Emma.  
- Wcale nie wszystko jedno! Niemowlę jest mniejsze niŜ dziecko.  
- Niech będzie - mruknęła Emma. - Ale Rebeko, gdybyśmy zrobiły tak, jak mówi okólnik i 
kazały Elizie i Eliji prać tym mydłem, zanim zaczniemy sprzedawać?  
- Nie mogę sobie wyobrazić, aby jakiekolwiek niemowlę, czy nawet dziecko, mogło wyprać 
bieliznę domową jakimkolwiek mydłem - odpowiedziała Rebeka. - Lecz musi to być prawda, 
bo nie odwaŜyliby się czegoś podobnego wydrukować. Ach, Emmo! CzyŜ to nie będzie 
zabawne? W niektórych domach, gdzie mnie moŜe nie znają, nie będę się wcale bała. 
Wystąpię z całą gadaniną, inwalidą, niemowlęciem i wszystkim. MoŜe nawet powiem 
ostatnią sentencję, jeŜeli zdołam ją zapamiętać. "My gramy na kaŜdej strunie w 
ma_kro_kosmosie zadowolenia".  
Rozmowę tę wiodły dziewczynki w piątek po południu w domu Emmy, gdzie Rebeka, ku 
nieopisanej swej radości, miała zostać aŜ do niedzieli. Ciotki wybierały się do Portland na 
pogrzeb jednego ze starych przyjaciół. W sobotę przypadało święto. Przyjaciółki postanowiły 
pojechać bryczką trzy mile do północnego Riverboro, zjeść o dwunastej obiad z kuzynkami 
Emmy i wrócić punktualnie na czwartą.  
Zapytały panią Perkins, czy mogą wstąpić po drodze do paru domów, sprzedać trochę mydła 
dla Simpsonów. Matka Emmy z początku odmówiła. Była w gruncie rzeczy bardzo 
pobłaŜliwa i nie miała nic przeciw temu, aby się Emma w tak niezwykły sposób zabawiła. 

background image

Miała skrupuły tylko ze względu na Rebekę, jako siostrzenicę surowej Mirandy Sawyer. Gdy 
wytłumaczyły, Ŝe jest to czyn miłosierdzia, zgodziła się.  
Dziewczynki wstąpiły do sklepu pana Watsona i na rachunek Klary Simpson kazały sobie 
wydać kilka wielkich pudeł mydła, które załadowano na tył bryczki. Był promienny dzień 
babiego lata. Dęby i klony nie zrzuciły jeszcze całego przepychu czerwonych i złotych liści. 
Powietrze pachniało niby wino, a na kaŜdym polu stały Ŝółte i ciemno_brunatne kopice, 
gotowe do stodół i młynów. Koń, zapomniawszy o swych dwudziestu latach, parskał i biegł 
kłusem jak młode źrebię. Rebeka stanęła w bryczce i nagłym wybuchem radości zwróciła się 
do krajobrazu:  
  
O świecie wielki, wspaniały, szeroki,@ w cudowną wodę ubrany, jak w loki,@ cudowną 
trawą mięciuchno usłany,@ świecie! Jak pięknie jesteś przybrany!@  
  
Głupiutka Emma nigdy nie wydawała się Rebece tak bliska, droga i wierna. Dla kochającego 
zaś serca Emmy Rebeka była wspaniała i czarująca.  
Przepyszny liść spłynął wolno do bryczki.  
- Czy ciebie barwy nie oszałamiają? - spytała Rebeka.  
- Nie - odpowiedziała Emma po długiej chwili. - Nie. Ani trochę.  
- MoŜe "oszołomienie" nie jest odpowiednim słowem, ale najbliŜszym tego, co chciałam 
wyrazić; potrafiłabym jeść barwy, pić je i spać pośród nich. Gdybyś mogła być drzewem, 
jakie byś wybrała?  
- Chyba jabłoń - tę, która kwitnie tak róŜowo przy naszym chlewie.  
Rebeka zaśmiała się. W odpowiedziach Emmy zawsze było coś nieoczekiwanego.  
- Ja chciałabym być szkarłatnym klonem, który stoi w rogu nad stawem - wskazała batem. - 
Widziałabym znacznie więcej, niŜ twoja róŜowa jabłoń przy chlewie. Mogłabym patrzeć na 
resztę lasu i obserwować Ŝółte i brązowe drzewa, odbijające się w wodzie do góry nogami. 
Gdy dorosnę i zarobię duŜo pieniędzy, sprawię sobie suknię rubinowej barwy, jak ten liść. 
Cieniutką - wiesz - z długim, wlokącym się po ziemi trenem, z krezą i wypustkami. Do tego 
dobra będzie brązowa szarfa, podobna do pnia drzewa.  
- To za mało wytworne - rzekła Emma. - Wolałabym mieć suknię białą, atłasową z róŜową 
szarfą, a do tego róŜowe pończochy, brązowe pantofelki i wachlarz naszywany błyskotkami.  
  
  
XIV. Pan Aladyn  
  
  
Rozdział XIV  
Pan Aladyn  
  
  
W pierwszej godzinie działań handlowych przekonały się dziewczynki, Ŝe drogi interesów nie 
są usłane róŜami. Doświadczenia zdobyte w czasie krótkiej wędrówki zasmuciły je nieco i 
rozczarowały. Nie podchodziły nigdy razem do drzwi upatrzonej przez siebie ofiary. Czuły, 
Ŝ

e we dwie nie potrafią zachować powagi. Rozłączały się przy furtce kaŜdego domu i podczas 

gdy jedna pilnowała konia, druga brała próbki mydła i starała się nawiązać rozmowę z 
kaŜdym przychylnie usposobionym dla sprawy. Emma sprzedała zaledwie trzy pojedyncze 
kawałki, Rebeka trzy małe pudełka. Zaraz na początku zarysowały się wyraźnie róŜnice w 
umiejętności przekonywania ludzi, chociaŜ kaŜda z nich przypisywała zwycięstwa mniej lub 
bardziej sprzyjającym okolicznościom. Panie domu spoglądały na Emmę i nie Ŝyczyły sobie 
mydła. Słuchały opisów niezwykłych jego zalet, ale kupić nie chciały. Szczęśliwsze gwiazdy 

background image

kierowały czynami Rebeki. Ludzie, z którymi rozmawiała, często dochodzili do przekonania, 
Ŝ

e mydła potrzebują, albo będą go potrzebowali w przyszłości. Szczęśliwa Rebeka dochodziła 

do świetnych rezultatów prawie bez wysiłków, podczas gdy biedna, mała Emma nie osiągała 
nic, pracując cięŜko i sumiennie.  
- Teraz twoja kolej, Rebeko - rzekła Emma, podjeŜdŜając do bramy i wskazując dom, stojący 
dość daleko od drogi. - Bardzo się martwię, bo w ostatnim miejscu najadłam się strachu. 
(Jakaś dama wychyliła głowę przez okienko nad schodami i zawołała: Idź sobie 
dziewczynko! Nie kupię nic, bez względu na to, co masz w pudełku!) Nie wiem, kto tutaj 
moŜe mieszkać. Ale popatrz, wszystkie okiennice od frontu są zamknięte. JeŜeli nikogo nie 
ma w domu, nie będzie się to liczyło i następny w kolejce takŜe będzie twój!  
Rebeka przebiegła wąską ścieŜką i podeszła do bocznych drzwi domu. Na werandzie siedział 
w fotelu na biegunach przystojny młodzieniec. Gładko wygolona twarz, starannie utrzymane 
wąsy, dobrze skrojone ubranie świadczyły, Ŝe był mieszkańcem wielkiego miasta. Rebekę 
onieśmieliło trochę nieoczekiwane spotkanie. Musiała jakoś wytłumaczyć swą obecność, 
spytała więc:  
- Czy jest pani w domu?  
- W tej chwili ja jestem panią domu - rzekł nieznajomy z uśmiechem. - Czym mogę pani 
słuŜyć?  
- Słyszał pan moŜe kiedy - czy nie zechciałby pan albo - czy nie potrzebuje pan mydła? - 
plątała się Rebeka.  
- Wyglądam na takiego, co potrzebuje? - odpowiedział pytaniem nieznajomy.  
Dwa dołeczki ukazały się na twarzy Rebeki.  
- Ja nie myślałam o tym. Mam trochę mydła do sprzedania. Pozwoli pan, Ŝe pokaŜę - 
naprawdę wspaniałe mydło, najlepsze, jakie jest obecnie na rynku. Nazywa się...  
- Ach, muszę znać to mydło - rzekł młody człowiek wesoło. - Zrobione jest z czystych 
tłuszczów roślinnych. Prawda?  
- Z najczystszych - potwierdziła Rebeka.  
- Nie ma w nim kwasu?  
- Ani śladu!  
- I nawet dziecko mogłoby wyprać  nim całą  bieliznę domową, bez najmniejszego wysiłku?  
- Niemowlę - poprawiła Rebeka.  
- Ach, niemowlę? Ech! To dziecko, zamiast się starzeć, co roku staje się młodsze! Mądre 
dziecko!  
Było to wielkim szczęściem znaleźć kupca, który z góry znał wszystkie zalety sprzedawanego 
artykułu, toteŜ dołeczki na twarzy Rebeki ukazywały się coraz częściej. Na zaproszenie 
nowego przyjaciela usiadła obok na stołeczku, tuŜ na skraju werandy. Otworzyła ozdobne 
pudełko z próbkami mydła "Białego jak śnieg" i "Czerwonego jak róŜa", i wymieniła ceny. 
Wkrótce zapomniała o wspólniczce, cierpliwie czekającej u bramy, i rozglądała się tak, jakby 
tę znakomitą osobistość znała całe Ŝycie.  
- Jestem dzisiaj gospodarzem domu, ale nie mieszkam tu stale - wyjaśnił młody człowiek. - 
Przyszedłem z wizytą do ciotki, która wyjechała do Portland. Bywałem tu jeszcze jako 
chłopiec i bardzo lubię to miejsce.  
- Nic na świecie nie zastąpi farmy, na której się Ŝyło będąc dzieckiem - zauwaŜyła Rebeka 
dumna, Ŝe wreszcie udało się jej w zwyczajnej rozmowie uŜyć zwrotnego zaimka.  
Młody człowiek rzucił na nią szybkie, przelotne spojrzenie i upuścił kłos Ŝyta, którym się 
bawił.  
- Pani uwaŜa, Ŝe dzieciństwo naleŜy juŜ do przeszłości? NieprawdaŜ, młoda damo?  
- Dotąd je jeszcze pamiętam - odpowiedziała powaŜnie Rebeka - choć to tak dawno temu!  
- I ja doskonale sobie przypominam. A było szczególnie niemiłe - rzekł nieznajomy.  
- Tak jak i moje - westchnęła Rebeka. - Co było największą pana troską?  

background image

- Przede wszystkim brak poŜywienia i ubrania.  
- Ach! - wykrzyknęła Rebeka z głębokim współczuciem. - A w moim brak bucików, za duŜo 
dzieci, a za mało ksiąŜek! Ale teraz dobrze się panu powodzi i jest pan szczęśliwy. Prawda? - 
pytała z powątpiewaniem. ChociaŜ wyglądał na człowieka dobrze odŜywionego i 
przywykłego do dobrobytu, zauwaŜyła, Ŝe gdy milczał, usta  jego miały dziwnie smutny 
wyraz, a z oczu wyzierało zmęczenie.  
- Dobrze mi się powodzi, dziękuję pani - rzekł młody człowiek z wesołym uśmiechem. - A 
teraz proszę mi powiedzieć, ile mam kupić mydła?  
- A ile pana ciotka ma w zapasie?  
- Tego nie wiem, lecz mydło moŜna długo przechowywać? Prawda?  
- Nie jestem pewna - zauwaŜyła Rebeka. - Popatrzę do okólnika, tam z pewnością będzie 
informacja.  
- CóŜ pani zrobi ze wspaniałym zyskiem, który przyniesie pani handel?  
- Nie sprzedajemy dla własnej korzyści - rzekła Rebeka poufnie. - Moja przyjaciółka, która 
pilnuje konia, jest córką bardzo bogatego kowala i nie potrzebuje pieniędzy. Ja jestem 
wprawdzie biedna, ale mieszkam u ciotek w Czerwonym Domu. Zrozumiałe, Ŝe nie 
zgodziłyby się na to, abym została wędrownym kramarzem. Próbujemy zdobyć nagrodę dla 
naszych przyjaciół.  
Rebece nie przyszło na myśl wspominać o tym poprzednim odbiorcom. Tym razem, 
niespodziewanie dla samej siebie, zaczęła z przejęciem opowiadać o rodzinie Simpsonów, o 
nędzy, niepewności jutra i o palącej konieczności zdobycia salonowej lampy, która miała 
rozjaśnić ich smutne, szare Ŝycie.  
- Nie potrzebuje mi pani tego dowodzić - zaśmiał się młody człowiek, wstając z fotela, aŜeby 
spojrzeć na "bogatą córkę kowala", czekającą przy furtce. - Powinni ją mieć, jeśli tak pragną, 
a zwłaszcza, jeśli pani tego pragnie. Sam dobrze wiem, jak trudno jest obejść się bez 
salonowej lampy. A teraz proszę mi dać katalog. Zrobimy obliczenie. Ile w tej chwili brakuje 
Simpsonom?  
- Gdyby w ciągu listopada i grudnia zdołali sprzedać dwieście kawałków, mogliby mieć 
lampę na BoŜe Narodzenie. AbaŜur dostaną pewnie dopiero latem. Boję się, Ŝe później 
niewiele będę mogła im dopomóc, bo ciotce Mirandzie nie będzie się to podobało.  
- Rozumiem. Doskonale, wszystko jest w porządku. Wezmę trzysta kawałków, a to zapewni 
im takŜe abaŜur.  
Rebeka siedziała na stołeczku na skraju werandy. Gdy doszły do niej te słowa, uczyniła 
gwałtowny ruch, przechyliła się i znikła nagle w kępie bzu. Na szczęście nie było zbyt 
wysoko. Zerwała się po chwili na równe nogi, szybko otrzepując sukienkę.  
- Nie powinna pani okazywać zdziwienia, przyjmując wielkie obstalunki. Zamiast wywracać 
się w sposób mało kupiecki, trzeba się było zapytać: "Czy nie mógłby pan wziąć trzystu 
pięćdziesięciu kawałków?"  
- Ach! Nigdy nie powiedziałabym czegoś podobnego! - wykrzyknęła Rebeka, czerwieniąc się 
na wspomnienie niefortunnego upadku. - Czy będzie dla pana korzystne kupować tak wiele? 
Jest pan pewny, Ŝe wystarczy pieniędzy?  
- Zaoszczędzę sobie na czym innym, jeśli mi nie wystarczy - odpowiedział wesoły filantrop.  
- Co będzie, jeŜeli pańskiej ciotce nie spodoba się gatunek mydła? - pytała Rebeka nerwowo.   
- Mojej ciotce zawsze się podoba to, co mnie.  
- Mojej nie! - wykrzyknęła Rebeka.  
- Musi być coś nie w porządku z pani ciotką.  
- Albo ze mną! - śmiała się Rebeka.  
- Jak się pani nazywa, młoda damo?  
- Rebeka Rowenna Randall, panie.  
- Co? AŜ dwa imiona? Pani matka była hojna!  

background image

- Nie mogła jakoś zrezygnować z Ŝadnego z nich.  
- Nie chciałaby pani usłyszeć mojego nazwiska?  
- Zdaje mi się, Ŝe je znam - odpowiedziała Rebeka, wznosząc ku niemu jasne spojrzenie. - 
Jestem pewna, Ŝe pan musi być Aladynem z "Tysiąca i jednej nocy". Czy mogę zbiec na dół i 
opowiedzieć to Emmie? Musiała się zmęczyć czekaniem, a tak się ucieszy!  
Młody człowiek skinął na znak zgody, Rebeka pędem zbiegła ścieŜką, krzycząc co sił: "Och, 
Emmo, Emmo! Sprzedałyśmy wszystko!"  
Pan Aladyn z uśmiechem postępował za nią, aby potwierdzić zadziwiające, 
nieprawdopodobne wyznanie. Potem zabrał z bryczki wszystkie pudełka, wziął ze sobą 
okólnik i obiecał, Ŝe tego jeszcze wieczora napisze do Świetnego Towarzystwa w sprawie 
nagrody.  
- Gdybyście dziewczęta potrafiły zachować tajemnicę. Będzie to cudowna niespodzianka dla 
Simpsonów, jeśli w dzień Święta Dziękczynienia otrzymają lampę. Prawda? - pytał otulając 
szczelnie ich nogi starą derką.  
Zgodziły się chętnie, zasypując go gradem burzliwych i gorących podziękowań. Oczy Rebeki 
błyszczały łzami radości.  
- Ach, nie ma za co! - śmiał się pan Aladyn, uchylając kapelusza. - Byłem kimś w rodzaju 
komiwojaŜera przed laty -  lubię patrzeć na interes dobrze załatwiony. Do widzenia, panno 
Rebeko Rowenno! A proszę dać znać, gdy będzie pani miała znów coś do sprzedania! Z góry 
pewny jestem, Ŝe będę tego potrzebował.  
- Do widzenia, panie Aladynie! Zawiadomię z pewnością! - wykrzykiwała Rebeka, 
odrzucając czarny warkocz i wymachując rękoma.  
- Ach, Rebeko - rzekła Emma szeptem pełnym trwoŜnej czci. - Kłaniał się kapeluszem, a my 
nie mamy nawet trzynastu lat! Za pięć lat dopiero będziemy dorosłymi pannami.  
- To nie ma nic do rzeczy - odpowiedziała Rebeka. - Zaczynamy juŜ nimi być.  
- Otulał nas takŜe derką - ciągnęła Emma w ekstazie słodkich wspomnień. - Ach, czyŜ nie jest 
niezwykle elegancki? Jak to ładnie z jego strony, Ŝe wszystko od  nas kupił! Pomyśl tylko! 
Zdobyć lampę i abaŜur w ciągu jednego dnia pracy! Nie jesteś zadowolona, Ŝe masz na sobie 
róŜową sukienkę? Tak ładnie wyglądasz w róŜowym i czerwonym, Rebeko, a tak jakoś 
brzydko w szarym i brązowym.  
- Wiem o tym - westchnęła Rebeka. - Chciałabym, jak ty, być ładna we wszystkich kolorach - 
Rebeka spojrzała zazdrośnie na róŜowe, pełne policzki Emmy.  
- Nie zwaŜaj na to - pocieszała ją Emma. - KaŜdy mówi, Ŝe jesteś bardzo zgrabna i masz duŜo 
wdzięku. A mama myśli, Ŝe jak dorośniesz, będziesz o wiele ładniejsza. Nie uwierzysz, jakim 
byłam brzydkim dzieckiem. Wyładniałam dopiero od roku czy dwóch, odkąd moje czerwone 
włosy trochę ściemniały. Jak się nazywa ten śliczny pan?  
- Nie przyszło mi na myśl zapytać o to! - wykrzyknęła Rebeka. - Ciotka Miranda 
powiedziałaby, Ŝe to do mnie podobne. I miałaby rację! Ale ja nazwałam go Aladynem. Znasz 
historię o Aladynie i jego cudownej lampie?  
- Ach, Rebeko! Jak mogłaś dać mu takie przezwisko za pierwszym razem, kiedy go ujrzałaś!  
- Aladyn nie jest właściwie przezwiskiem. W kaŜdym razie podobało mu się, bo się z tego 
ś

miał.  

Kosztem nadludzkich wysiłków dziewczęta dochowały tajemnicy. Widoczne było jednak dla 
kaŜdego, Ŝe obie Ŝyły w niezwykłym podnieceniu.  
Na same Święta Dziękczynienia nadeszła w wielkim pudle lampa. Rozpakował ją 
"Huśtawka" Simpson przejęty podziwem i uwielbieniem dla handlowych zdolności swych 
sióstr. Rebeka słyszała o nowinie, poczekała jednak cierpliwie do zmroku i wtedy poprosiła o 
pozwolenie pójścia do Simpsonów. Chciała ujrzeć wspaniałą lampę w chwili, gdy będzie się 
ś

wieciła, śląc czarowny, purpurowy blask przez abaŜur z czerwonej bibułki.  

  

background image

  
XV. Salonowa lampa  
  
  
Rozdział XV  
Salonowa lampa  
  
  
Siostry Burnham, mieszkające między północnym Riverboro a Shaker Village, prawie od 
ć

wierć wieku spędzały dni świąteczne z Sawyerami. Gdy nadeszło Święto Dziękczynienia, 

jak zwykle przybyły do Czerwonego Domu na wystawny obiad. Po obiedzie Rebeka siedziała  
cicho z ksiąŜką w ręku i dopiero o piątej spytała, czy moŜe pójść do Simpsonów.  
- Czego chcesz wiecznie od tych Simpsonów, Ŝe lecisz do nich nawet w Święto 
Dziękczynienia? - pytała Miranda. - Nie moŜesz choć raz siedzieć cicho i przysłuchiwać się 
rozmowie starszych?  
- Simpsonowie mają nową lampę, przyrzekłyśmy z Emmą, Ŝe przyjdziemy zobaczyć ją, gdy 
będzie świeciła. Urządzają coś w rodzaju przyjęcia.  
- Po cóŜ im, u licha, potrzebna lampa? I skąd wzięli pieniądze, Ŝeby za nią zapłacić? Gdyby 
Abner był w domu, pomyślałabym, Ŝe znowu coś zamienił - rzekła panna Miranda.  
- Dzieci dostały ją w nagrodę za sprzedawanie mydła - odpowiedziała Rebeka. - Pracowały 
prawie cały rok. Mówiłam, Ŝe z Emmą pomagałyśmy im w sobotę po południu, kiedy ciocia 
była w Portland.  
- Widać nie zwróciłam na to uwagi, bo pierwszy raz słyszę o tej lampie. Dobrze, moŜesz iść 
na godzinę, ale nie siedź dłuŜej. Pamiętaj, Ŝe o szóstej jest tak ciemno jak w nocy. MoŜe 
chcesz wziąć z sobą parę jabłek? Co tam masz w kieszeni od sukienki, Ŝe taka wypchana?  
- To orzechy i rodzynki z obiadu - odpowiedziała Rebeka, której nigdy nie udało się ukryć 
przed ciotką Mirandą najbardziej niewinnego czynu.  
- Dlaczego ich nie zjadłaś?  
- Nie byłam juŜ głodna, a myślałam, Ŝe gdy je zaoszczędzę, Simpsonowie będą mieli 
wspanialsze przyjęcie - jąkała się Rebeka, wzburzona przesłuchaniem w obecności obcych.  
- To twoja własność, Rebeko - wtrąciła Janina. - Jeśli postanowiłaś oddać ją zamiast zjeść 
sama, zrobiłaś bardzo ładnie. Powinniśmy starać się, aby w dzień świąteczny zrobić coś dla 
naszych sąsiadów, a nie myśleć tylko o sobie.  
Siostry Burnham potakiwały z uznaniem, a gdy Rebeka wyszła, zauwaŜyły, Ŝe nigdy nie 
widziały dziecka, które w krótkim czasie tak się zmieniło.  
- Jest w niej jeszcze niemało do naprawy. Zrozumiałyśmy to, mieszkając z nią pod jednym 
dachem. W kaŜdej sprawie, jaka się zdarzy w sąsiedztwie, Rebeka musi brać udział i zwykle 
przewodzi róŜnym poczynaniom. Ta historia z lampą przeszła chyba wszystkie szaleństwa, o 
jakich słyszałam. Bardzo to podobne do Simpsonów, choć nigdy bym nie przypuszczała, Ŝe te 
dzieci mają dość rozumu do sprzedania czegokolwiek.  
- Jedno musi go mieć - rzekła panna Ellen Burnham. - Dziewczynka, która sprzedawała 
mydło Laddom w północnym Riverboro była zdaniem Adama, najbardziej niezwykłym i 
chwytającym za serce dzieckiem.  
- MoŜe Klara, choć nigdy nie nazwałabym jej niezwykłym dzieckiem - odpowiedziała panna 
Miranda. - Czy Adam był w domu?  
- Tak. Przyjechał na parę dni do ciotki. Twierdzi ona, Ŝe jego majątek jest niewyczerpany. Za 
kaŜdym razem przywozi prezenty wszystkim sąsiadom, a pani Ladd ofiarował futro. 
Pamiętamy czasy, w których był bosym chłopakiem, prawie bez koszuli na grzbiecie! 
Dziwne, Ŝe się nie oŜenił.  

background image

- Jest młody - rzekła panna Janina z uśmiechem. - Przypuszczam, Ŝe nie ma więcej niŜ 
trzydzieści lat.  
- Znalazłby Ŝonę w Riverboro, gdyby miał sto trzydzieści - zauwaŜyła panna Miranda.  
- Opowiadała mi jego ciotka, Ŝe Adam tak był zachwycony dziewczynką, która sprzedawała 
mydło (mówicie, Ŝe się nazywa Klara?), Ŝe postanowił  posłać jej prezent na Gwiazdkę - 
ciągnęła Ellen.  
- Szczególny gust! - wykrzyknęła panna Miranda. - Klara ma zezowate oczy i czerwone 
włosy. Mimo to, nie poŜałowałabym jej prezentu na Gwiazdkę.  
- Czy nie ma tam innej dziewczynki u Simpsonów? - zapytała panna Lidia Burnham - gdyŜ 
ona nie mogła być zezowata. Opowiadała pani Ladd, Ŝe Adam zachwycał się jej cudownymi 
oczyma. Mówił, Ŝe oczy tego dziecka zmusiły go do zakupienia trzystu kawałków mydła. 
Pani Ladd zapełniła spiŜarnię prawie pod sufit.  
- Trzysta kawałków! - zdumiała się Miranda. - To jakiś półgłówek!  
- Co takiego? - spytała grzecznie panna Lidia.  
- Szalony półgłówek! - odpowiedziała Miranda krótko i zmieniła temat, ku tajemnemu 
zadowoleniu Janiny, zaniepokojonej tą rozmową. Które dziecko w Riverboro, jeśli nie 
Rebekę, moŜna było nazwać "niezwykłym i chwytającym za serce"? Kto miał cudowne oczy? 
Kto inny potrafiłby skłonić dojrzałego męŜczyznę do kupienia trzystu kawałków mydła?  
Tymczasem "niezwykłe" dziecko biegło drogą w zapadającym zmroku. Nie uszła daleko, gdy 
przed oczyma jej zarysowała się dobrze znana sylwetka. Za chwilę spotkały się dwie 
przyjaciółki i zamieniły uściski.  
- Stało się coś strasznego! - szepnęła zdyszana Emma.  
- Nie mów mi, Ŝe się zbiła! - wykrzyknęła Rebeka.  
- Nie! Och, nie! Nie to! Była zapakowana w słomę i kaŜdy kawałeczek doszedł doskonale! 
Widziałam ją, ale nie powiedziałam ani słówka o twojej sprzedaŜy trzystu kawałków, za które 
dostali tę lampę. Będziemy razem, kiedy jej powiesz.  
- O naszej sprzedaŜy trzystu kawałków - poprawiła Rebeka. - Tyś tak samo duŜo zrobiła jak 
ja!  
- Nie! Ja nic nie zrobiłam, Rebeko! Siedziałam przy furtce i pilnowałam konia.  
- Tak? A czyj to koń zawiózł nas do północnego Riverboro? Tak się właśnie złoŜyło, Ŝe na 
mnie wypadła kolej. Gdybyś ty poszła, dostałabyś cudowną lampę. Ale cóŜ to za 
zmartwienie?  
- Simpsonowie nie mają nafty ani knotów. Myśleli pewnie, Ŝe salonowa lampa to coś takiego, 
co się świeci samo przez się. "Huśtawka" pobiegł do doktorów, poŜyczyć knot, a mama 
pozwoliła mi wziąć pół litra nafty. Nie pomyślałyśmy o kosztach utrzymania lampy, Rebeko!  
- Tak, to prawda. Ale będziemy się tym martwić po przyjęciu. Mam garść rodzynków i 
orzechów, oraz parę jabłek.  
- A ja miętówki i cukierki. Dziś mają prawdziwie świąteczny obiad. Doktor dał  im kartofle, 
rzepę i borówki. Ojciec posłał schab, a pani Cobb kurczę i trochę siekanego mięsa.  
O wpół do szóstej uroczysty nastrój przyjęcia doszedł do szczytu. Pani Simpson pozostawiła 
prawie zagasły ogień w kuchni i z niemowlęciem na ręku przyszła podziwiać niezwykłą 
scenę. Lampa zdawała się spełniać honory domu i przyjmować gości. Była piękna i prawie 
tak wielka, jak na ogłoszeniu. Mosiądz jaśniał niby czyste złoto, a karmazynowy abaŜur z 
bibułki Ŝarzył się jak olbrzymi rubin. W szerokiej smudze światła, padającego na podłogę, 
siedzieli Simpsonowie w uroczystym i pełnym uszanowania milczeniu. Za nimi stała Rebeka 
z Emmą. Zdawało się, Ŝe nikt nie ma ochoty do rozmowy. Chwila ta była na to zbyt uroczysta 
i wstrząsająca. Czuło się, Ŝe lampa uświetniała przyjęcie i samą obecnością dawała pełnię 
zadowolenia.  
- Szkoda, Ŝe ojciec nie moŜe jej widzieć - odezwała się Klara.  
- Gdyby ją zobaczył, zaraz chciałby zamienić - mruknęła Zuzia.  

background image

O oznaczonej godzinie Rebeka niechętnie oderwała się od czarującego widoku.   
- Zgaszę lampę w chwili, gdy będę przypuszczała, Ŝe jesteście w domu - rzekła Klara. - Ach, 
jakŜe się cieszę, Ŝe mieszkacie tak blisko! Będziecie ją mogły widzieć z okien. Ciekawa 
jestem, na jak długo wystarczy nafty.  
- Nie musicie jej oszczędzać - rzekł "Huśtawka", wchodząc do pokoju. - Pan Tubbs przywiózł 
z północnego Riverboro ogromną butlę. Mówił, Ŝe ktoś przysłał pocztą.  
Rebeka ścisnęła mocno ramię Emmy, a Emma odwzajemniła się równie gwałtownym 
uściskiem.  
- To był pan Aladyn! - szepnęła Rebeka, gdy zbiegały ścieŜką ku furtce. "Huśtawka" szedł za 
nimi i uprzejmie ofiarował się je odprowadzić, lecz Rebeka stanowczo odrzuciła jego 
towarzystwo.  
Po powrocie Rebeka wesoło wbiegła do stołowego pokoju. Siostry Burnham poszły juŜ, a 
obie ciotki siedziały z robotą szydełkową w ręku.  
- To było boskie przyjęcie! - wykrzyknęła dziewczynka, zdejmując płaszcz i kapelusz.  
- Lepiej zobacz, czy drzwi zamknęłaś na klucz - rzekła cierpko Miranda.  
- To było boskie przyjęcie! - powtórzyła Rebeka, zbyt podniecona, aby ją łatwo było zgnębić. 
- Ciotko Janino, ciotko Mirando! Gdybyście weszły do kuchni i popatrzyły przez okno, 
mogłybyście zobaczyć salonową lampę, palącą się tak czerwono, jak gdyby dom Simpsonów 
stał w ogniu.  
- Prawdopodobnie skończy się na tym - zauwaŜyła Miranda. - Nie mam cierpliwości do 
waszych szaleństw!  
Panna Janina poszła za Rebeką do kuchni. Słabe światełko nie wydało się jej zbyt 
olśniewającym zjawiskiem, starała się jednak okazać nieco entuzjazmu.  
- Rebeko, kto to sprzedał trzysta kawałków mydła panu Ladd w północnym Riverboro?  
- Jakiemu panu? - wykrzyknęła Rebeka.  
- Panu Ladd w północnym Riverboro.  
- To jest prawdziwe jego nazwisko? - spytała Rebeka zdumiona. - Więc dobrze 
przypuszczałam. - I zaśmiała się cichutko do siebie.  
- Pytam się, kto sprzedawał mydło panu Adamowi Ladd - zaczęła na nowo panna Janina.  
- Adam Ladd! A więc jest takŜe A. Ladd! Jak śmiesznie!  
- Odpowiedz mi Rebeko!  
- Przepraszam bardzo ciociu! Tak byłam zamyślona! Emma i ja sprzedałyśmy mydło panu 
Ladd.  
- Bardzo go dręczyłaś? Wmusiłaś w niego to mydło?  
- Nie, skądŜe! Jak mogłam zmusić dorosłego męŜczyznę, aby kupił coś, czego nie potrzebuje? 
Mydło strasznie mu było potrzebne na prezent dla ciotki.  
- Mam nadzieję, Ŝe Miranda tym razem nic nie powie. Wiesz jaka jest, Rebeko. Dlatego 
bardzo cię proszę, nie zaczynaj nic nadzwyczajnego bez jej zezwolenia, bo twoje czyny są tak 
dziwaczne.  
- W tym nie mogło być nic złego - odpowiedziała Rebeka z przekonaniem. - Emma sprzedała 
swoje kawałki własnym krewnym i wujowi Jeremiaszowi Cobb. Ja poszłam do nowych 
domów blisko starego młyna, a potem do Laddów. Pan Ladd kupił od nas wszystko, cośmy 
miały i kazał nam zachować tajemnicę, dopóki nie nadejdzie nagroda.  
Włosy Rebeki lśniącą falą opadły na czoło. Oczy się iskrzyły, policzki płonęły. MoŜna było 
przeczuć, Ŝe naleŜała do tych dusz:  
  
Przez naturę wysoko wzniesionych,@ przez niedolę zepchniętych zbyt nisko.@  
  

background image

- Całemu światu wydaje się, Ŝe masz lampę płonącą w sobie - westchnęła panna Janina. - 
Rebeko! Rebeko! Wolałabym, Ŝebyś nie brała wszystkiego tak do serca. Boję się czasem o 
ciebie.  
  
  
XVI. Czas wzrostu  
  
  
Rozdział XVI  
Czas wzrostu  
  
  
Dni mijały. Słoneczne lato zmieniło się w szarą, smutną jesień. Potem wolno nadeszła mroźna 
zima. śycie w Czerwonym Domu płynęło cicho i spokojnie. Rebeka coraz staranniej 
wykonywała obowiązki i zachowywała się spokojniej. Hamując porywy niecierpliwości i 
gniewu, nauczyła się stopniowo trudnej sztuki łagodnego opowiadania.  
Miranda nie miała wielu powodów do wybuchu złego humoru albo nie wykorzystywała moŜe 
nadarzających się do tego okazji. Raz tylko jeszcze jej gniew wywołała zbytnia gościnność 
Rebeki, która objawiła się później w znacznie dramatyczniejszy, a bardziej nieoczekiwany 
sposób.  
Pewnego piątku zapytała Mirandę, czy nie moŜe połowy swego chleba i mleka zanieść 
przyjaciółce na górę.  
- Na litość boską! CóŜ znowu za przyjaciółka?  
- Wzięłam najmniejszą dziewczynkę Simpsonów, aby została na niedzielę - naturalnie, jeŜeli 
ciocia pozwoli, bo pani Simpson się zgodziła. Czy mogę przynieść ją na dół i pokazać cioci? 
Ubrana jest w starą  sukienkę Emmy i wygląda tak słodko!  
- MoŜesz przynieść na dół, ale nie waŜ mi się jej pokazywać! Tak, jak potajemnie 
przemyciłaś, tak samo odprowadź teraz do matki. Gdzie u licha podziałaś rozum, poŜyczając 
dziecko na niedzielę?  
- Ciocia tak przywykła do domu, w którym nie ma dzieci, Ŝe nawet ciocia nie wie, jak bez 
nich jest strasznie smutno - westchnęła Rebeka, z rezygnacją kierując się ku drzwiom. - Ale 
na farmie zawsze było jakieś ładne, małe dzieciątko, z którym mogłam się bawić. Dobrze, 
odniosę ją do domu. Będzie strasznie rozczarowana. Pani Simpson takŜe. Planowała sobie, Ŝe 
pojedzie w niedzielę do Milltown.  
- MoŜe zmienić projekty - zauwaŜyła Miranda.  
- Pozwoli mi ciocia pójść na górę i tam zaopiekować się dzieckiem? - przymilała się Rebeka. 
- Mogłabym jak zawsze, wypełnić wszystkie sobotnie obowiązki.  
- Masz bez wypoŜyczanych dzieci dosyć do roboty. Proszę cię, nie gadaj mi więcej o tym. Daj 
dzieciakowi coś do zjedzenia i odnieś do domu, gdzie jest jego właściwe miejsce.  
- Zamiast chodzić przez drzwi frontowe, czy nie lepiej będzie, jeŜeli przejdę przez pokój i 
pokaŜę ją cioci? Ma Ŝółte włosy i takie duŜe, niebieskie oczy. Pani Simpson mówi, Ŝe wzięła 
to po ojcu.  
Miranda uśmiechnęła się kwaśno i zauwaŜyła, Ŝe nie mogła chyba nic wziąć po ojcu, gdyŜ on 
przed jej urodzeniem wziął wszystko, co tylko zdołał.   
Ciotka Janina była na górze przy szafie z bielizną, gdzie wybierała prześcieradła i poszewki 
na niedzielę, gdy Rebeka przyszła szukać u niej pocieszenia.  
- Przyniosłam do domu dziewczynkę Simpsonów, ciociu. Myślałam, Ŝe rozweseli nam trochę 
nudną niedzielę. Ciotka Miranda nie pozwoliła mi jej zatrzymać. Emma obiecała wziąć ją do 
siebie na drugą niedzielę, a Alicja Robinson na trzecią. Pani Simpson chciała, abym była 
pierwsza, dlatego Ŝe mam juŜ doświadczenie w obchodzeniu się z dziećmi. Proszę przyjść i 

background image

popatrzeć, jak siedzi na moim łóŜku. Prawda, jaka rozkoszna? Och, BoŜe drogi! Chciałabym 
mieć ksiąŜkę, w której będzie wydrukowane wszystko, co powinnam robić! Nie miałabym 
wówczas tylu rozczarowań w Ŝyciu!  
- Nie moŜna wydrukować dla ciebie takiej ksiąŜki, Rebeko - odpowiedziała Janina. - Nikt nie 
jest w stanie przewidzieć, co przyjdzie ci do głowy. Czy masz zamiar na rękach odnieść to 
cięŜkie dziecko do domu?  
- Nie. Zawiozę ją w małym wózeczku, który Simpsonowie dostali za sprzedaŜ mydła. No, 
mała! Wyjmij palec z buzi.  
Rebeka wyciągnęła silne ramiona do dziecka, usiadła z nim na krześle i bez ceremonii 
odwróciła do góry nogami, wyciągnęła z sukienki zakrzywioną szpilkę, gniewnie ją odrzuciła 
i podeszła do biurka. Wybrała agrafkę, wielką i bezpieczną, którą starała się przypiąć 
czerwoną spódniczkę do czegoś w rodzaju koszulki. Mała pociecha Simpsonów czuła, Ŝe 
znajduje się w pewnych i doświadczonych rękach. Nie przestawała mile gaworzyć, bez 
względu na to, czy leŜała płasko na brzuszku, czy teŜ wisiała głową na dół. Janina 
przypatrywała się tej scenie ze zgrozą i zdumieniem.  
- BoŜe wielki! - wykrzyknęła. - Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe tak zręcznie umiesz się 
obchodzić z dziećmi!  
- Miałam czas się nauczyć! Wychowałam przecieŜ troje! - odpowiedziała wesoło Rebeka, 
wkładając dziecku pończoszki.  
- Powinnaś zatem lubić lalki. A zdaje mi się, Ŝe ich nie uznajesz - rzekła Janina.  
- Lubię je bardzo! Ale lalki nigdy się nie zmieniają. Jest to zawsze ta sama, stara lala, a 
człowiek musi wierzyć w to, Ŝe bywa zła, chora, Ŝe kocha mnie albo nie moŜe mnie znosić. Z 
dziećmi więcej kłopotu, ale są przyjemniejsze.   
Janina wyciągnęła szczupłą rękę, z cienką, znoszoną obrączką. Dziecko pochwyciło ją 
pulchnymi rączkami i mocno przytrzymało.  
- Ciocia nosi pierścionek na serdecznym palcu, prawda? Czy myślała ciocia o zamąŜpójściu?  
- Tak, kochanie - dawno temu.  
- I co się stało, cioteczko?  
- On umarł - tuŜ przedtem.  
- Och! - I oczy Rebeki zamgliły się łzami.  
- Był Ŝołnierzem i umarł od kuli karabinowej, w szpitalu, na Południu.  
- Och! Ciociu - szepnęła  cichutko. - Czy z dala od ciebie?  
- Nie. Byłam z nim.  
- Był młody?  
- Tak. Młody, dzielny i piękny, Rebeko. Był to brat pana Cartera, Tom.  
- JakŜe się cieszę, Ŝe byłaś z nim, cioteczko! On cieszył się takŜe?  
Janina cofnęła się myślą w dawne, prawie zapomniane lata i powróciło wspomnienie Toma. 
Ujrzała przed sobą radosny jego uśmiech, tęsknie wyciągnięte ramiona. Doszedł ją słaby głos 
oraz niezapomniane słowa: "Och, Januś! Januś droga! Tak bardzo mi ciebie brakło, 
Janeczko!" - Było to zbyt wiele. Nigdy jednym słowem nie wspomniała o tych bolesnych 
dziejach nikomu, bo nie było wokół niej człowieka, który ją mógł zrozumieć. ZłoŜyła nagle 
głowę w młode ramiona siedzącej obok dziewczynki, mówiąc:  
- CięŜko było, Rebeko!  
Mała pociecha Simpsonów zwinęła się sennie w kłębuszek na kolanach opiekunki i 
odchyliwszy głowę, z zadowoleniem ssała wielki palec. Rebeka przytuliła policzek do siwych 
włosów ciotki i głaszcząc ją delikatnie, szepnęła:  
- JakŜe mi smutno, ciociu!  
Oczy dziewczynki łagodne były i pełne czułości, a serce przepełnione współczuciem.  

background image

Podobne wydarzenia urozmaicały spokój codziennego Ŝycia, które jeszcze cichsze się stało po 
wyjeździe do Wareham Dicka Cartera, Liwinga Perkinsa i Huldy Meserve. Szkoła świeciła 
pustkami, bo młodsze dzieci nie wychodziły z domów, gdy nadeszły mrozy.  
Dla dziewczynki z temperamentem, Rebeki, Ŝycie nie było nigdy zupełnie nudne i 
pozbawione przygód. Jej natura bujna i wraŜliwa, obdarzona zdolnością przystosowywania 
się do okoliczności, sprawiała, Ŝe znajdowała przyjaciół wszędzie i zawierała znajomości w 
kaŜdym zakątku.  
Wybiegała do drzwi kuchennych pogadać z rzeźnikiem albo rybakiem. Znała dzieje rodziny 
wędrownego blacharza i handlarza owoców. Proszono ją, aby dała kolację, albo spędziła noc 
z dziećmi w sąsiedniej wsi -  dziećmi, o których rodzicach ciotki jej nigdy nie słyszały. 
Przyjaźnie te, których na pozór było wiele, róŜnego bywały rodzaju i choć dziewczynka z 
entuzjazmem im się oddawała, serce jej pozostawało nadal niezaspokojone. Kochała 
wprawdzie Emmę, lecz była to przyjaźń, zrodzona przez okoliczności, a nie prawdziwe 
duchowe pokrewieństwo. W sąsiadach dostrzegała uprzejmość, stałość i przywiązanie. 
Umiała ocenić wartości tych cnót, szukała jednak poza nimi skarbów umysłowych. Szukała, 
lecz nie znajdowała nigdy. Emma bowiem, starsza od niej, była zupełnie niedojrzała 
duchowo. Hulda Meserve miała wrodzone zamiłowanie do zabaw i zachwycającą znajomość 
ś

wiata, wyniesioną z odwiedzin u zamęŜnych sióstr w Milltown i Portland. Lecz z drugiej 

strony jej oschła i szorstka natura odpychała raczej niŜ pociągała. Z Dickiem Carterem mogła 
przynajmniej rozmawiać inteligentnie o nauce. Był bardzo ambitnym chłopcem, z głową 
pełną planów na przyszłość, które zupełnie szczerze roztrząsał wraz z nią. Lecz gdy Rebeka 
zaczęła mówić o swojej przyszłości, zainteresowanie jego gwałtownie się zmniejszało.  
Wuj Jeremiasz i ciotka Sara Cobb byli przyjaciółmi drogimi i niezawodnymi. Wizyty Rebeki 
przyjmowali z radosnym wzruszeniem; zachwycała ich wesołość i elokwencja dziewczynki. 
Rebeka przyznawała w głębi serca, Ŝe to dziwna i niebezpieczna przyjemność być 
olśniewającą, nawet dla tych drogich, lecz ograniczonych starych ludzi. Gdy drobna postać 
dziewczynki ukazywała się na pagórku, ciotka Sara zbiegała do piwnicy, wpadała do spiŜarni 
i po chwili zjawiały się na stole ciasteczka albo tort. Rebeka czuła się wzruszona, widząc z 
daleka czyste, białe rękawy koszuli i chudą postać wuja Jeremiasza, wyglądającego tęsknie 
przez kuchenne okno. Jesienią często towarzyszyła staruszkom przy kopaniu kartofli czy 
łuskaniu grochu. Gdy przyszła zima i młodszy woźnica przejął rozwoŜenie poczty, nieraz 
pozostawała, aby pomóc przy wieczornym udoju. Jeremiasz był jedynym człowiekiem w 
Riverboro, posiadającym jej całkowite zaufanie. W Czerwonym Domu grywała na starym 
pianinie tylko gamy i ćwiczenia, ale przy fisharmonii państwa Cobb śpiewała jak ptaszek, 
improwizując na poczekaniu prosty akompaniament, który naiwnym słuchaczom wydawał się 
cudem świata. Tutaj była szczęśliwa, kochana i podziwiana.  
Pomimo najlepszych chęci Janina nie lepiej od Mirandy rozumiała swą siostrzenicę. RóŜniła 
się od siostry jedynie tym, Ŝe kochając Rebekę, starała się wytłumaczyć kaŜdy dziewczęcy 
postępek. Wierzyła takŜe w szlachetność jej intencji. W Janinie zaszła znaczna przemiana, 
która jednak była tak głęboko ukryta, Ŝe przeciętny obserwator nie mógł nic dostrzec. śycie 
miało teraz cel, którego jej dotąd zupełnie brakowało. Śniadań nie jadało się w kuchni, bo dla 
trzech osób warto było połoŜyć obrus w stołowym pokoju. Obiady bywały bardziej obfite niŜ 
przedtem. Porankom dodało uroku wyprawianie Rebeki do szkoły; napomnienia o parasolu, 
płaszczyku czy kaloszach i nieświadome wyczekiwanie przy oknie na ostatnie skinienie jej 
ręki. Dumna była z tego, Ŝe Rebeka zaczęła lepiej wyglądać, gdy zaokrągliły się jej policzki i 
zaróŜowiła buzia. Wspominała o długości jej włosów i dodawała słówko o niezwykłym ich 
połysku w chwilach, kiedy pani Parkins rozpływała się nad piękną cerą Emmy. Stawała całym 
sercem po stronie siostrzenicy, kiedy chodziło o czerwoną czy brązową sukienkę i stoczyła 
walkę z siostrą o kupienie czerwonego skrzydełka do czarnego kapelusza Rebeki. Nikt nie 

background image

przypuszczał, jak głęboka tkliwość kryła się w jej sercu, gdy patrzyła na ciemną główkę 
dziewczynki, schyloną nad ksiąŜkami.  
Gorące pragnienie Rebeki, aby zostać malarką jak panna Ross, stopniowo ustępowało, na 
skutek nieprzezwycięŜonych trudności w załatwieniu odpowiednich lekcji. Miranda nie 
widziała najmniejszego sensu w kształceniu takiego talentu i nie mogła pojąć, Ŝe moŜna 
zarobić, trudniąc się podobnymi rzeczami. "Ręcznie malowane obrazy" nie cieszyły się 
powaŜaniem Riverboro. Bardziej ceniono i szanowano wesołe, barwne reprodukcje i 
czcigodne staloryty.  
Nie było takŜe nadziei, aby Rebeka mogła pobierać lekcje muzyki od panny Morton, grającej 
na kościelnych organach. ZaleŜało to bowiem od tego, czy pani Morton zdecyduje się przyjąć 
drabinę do siana za całoroczną naukę, której miała udzielać jej córka. Muzykę, jak i wszystkie 
inne sztuki, uwaŜała Miranda za bezuŜyteczne i głupie zabawki. Pozwoliła jednak Rebece 
ć

wiczyć godzinę dziennie na starym pianinie i grać trochę dla własnej przyjemności poza 

lekcjami.  
Wiadomości z farmy Słonecznego Potoku, były pocieszające i pełne nadziei. Janek 
gospodarował teraz w domu owdowiałej kuzynki Hanny, gdzie za zajmowanie się końmi i 
bydłem miał dostać gruntowne wykształcenie. Bardziej zachwycało go to, Ŝe wolno mu było 
korzystać z medycznej biblioteki starego doktora, liczącej kilkadziesiąt tomów. Zostać 
lekarzem i mieć swój dom, którego panią miała być Rebeka, było największym marzeniem 
Janka. Wyśniona przyszłość wydawała mu się teraz tak bliska i prawdziwa, Ŝe widział juŜ 
prawie, jak przez zamieć śnieŜną, jako wysłannik miłosierdzia, śpieszy do ubogich chorych. 
Anna czesała się w kok i nosiła juŜ długie suknie, co było odpowiednie dla jej niezwykle 
wysokiego wzrostu.  Marek złamał obojczyk, ale wyleczył się juŜ zupełnie. Mała Mira rosła i 
stawała się coraz ładniejsza. Rozeszła się pogłoska, Ŝe projektowana linia kolejowa z 
Temperance do Plumwille moŜe przechodzić w pobliŜu farmy Randallów, co podniosłoby 
znacznie cenę gruntu, dotychczas bez wartości. Pani Randall nie wierzyła w moŜliwość 
poprawy ich bytu. Zadowolona, Ŝe pracując od świtu do nocy, mogła zapewnić dzieciom 
egzystencję, Ŝyła marzeniem o ich przyszłości, zapominając zupełnie o sobie.  
  
  
XVII. Szare i złote dnie  
 
  
Rozdział XVII  
Szare i złote dnie  
  
  
Kiedy Rebeka spojrzała wstecz na rok lub dwa, które minęły od przyjęcia u Simpsonów w 
dniu Święta Dziękczynienia, przed oczami jej stawały tylko pewne słupy milowe, 
wyróŜniające się wśród spokojnego Ŝycia.  
Pierwszym takim słupem był dzień BoŜego Narodzenia. Rebeka od wielu tygodni pracowała 
gorliwie, starając się zrobić prezent gwiazdkowy dla całej rodziny w Słonecznym Potoku. 
Było to nie lada zadanie dla osoby, rozporządzającej majątkiem pięćdziesięciu centów, 
zebranych z niesłychanym trudem. Wszystko się jednak szczęśliwie udało i dwa dni przed 
wigilią zdołała wysłać pocztą cenny pakiecik. Miranda kupiła swej siostrzenicy pelerynkę i 
mufkę z szarego futerka, obie brzydkie i nietwarzowe. Ciotka Janina za to ofiarowała jej 
prześliczną sukienkę z zielonego kaszmiru. Uszyta bardzo skromnie, lecz sama jej barwa 
bladozielona, jak barwa młodych listeczków, radowała oczy. Dostała teŜ ładny kołnierzyk 
haftowany od matki, rękawiczki od pani Cobb i chusteczkę od Emmy.  

background image

Sama Rebeka skroiła i bardzo starannie wykończyła kapturek na czajnik do herbaty, z 
wyszytą literą "M" i śliczną, marszczoną poduszeczkę na igły z literą "J", jako podarki 
gwiazdkowe dla ciotek.  
W czasie śniadania ktoś zapukał do drzwi. Gdy Rebeka poszła otworzyć, jakiś chłopiec 
wręczył paczkę z jej nazwiskiem, którą Rebeka wzięła jak we śnie i zaniosła do stołowego 
pokoju.  
- To musi być jakiś prezent - rzekła z zakłopotaniem. - Ale nie mam pojęcia, od kogo 
mogłabym go dostać.  
- Najlepszym sposobem zaspokojenia ciekawości jest otworzyć ją - zauwaŜyła Miranda.  
Rozwiązano paczkę i wtedy okazało się, Ŝe wewnątrz znajdują się dwa mniejsze pakieciki. 
Rebeka drŜącymi rękoma otworzyła ten, który był do niej zaadresowany. W pudełeczku krył 
się delikatny, długi naszyjnik z róŜowego koralu zakończony krzyŜykiem z koralowych 
róŜyczek. Pod nim leŜał bilet wizytowy z napisem: "Wesołych Świąt Ŝyczy pan Aladyn".  
- To niesłychane! - wykrzyknęły obie stare panny, zrywając się ze swych miejsc. - Kto ci to 
przysłał?  
- Pan Ladd - szepnęła Rebeka.  
- Adam Ladd! Ach prawda! Czy przypominasz sobie, jak Ellen Burnham mówiła, Ŝe zamyślał 
posłać Rebece prezent gwiazdkowy? Ale nigdy nie przypuszczałam, Ŝe będzie o tym pamiętał 
- rzekła Janina. - Co jest w tej drugiej paczuszce?  
Drugi pakiecik przeznaczony był dla Emmy. Zawierał srebrny łańcuszek i niebiesko 
emaliowany wisiorek. Pamiętał o nas obu! - pomyślała do głębi wzruszona Rebeka. W paczce 
znaleziono list następującej treści:  
  
`cp2  
Droga panno Rebeko Rowenno!  
Mój prezent gwiazdkowy jest, być moŜe, zupełnie niepotrzebny i nieuŜyteczny. ZauwaŜyłem 
jednak, Ŝe ludzie lubią tego rodzaju drobiazgi, spodziewam się więc, Ŝe nie wybrałem źle dla 
pani i jej przyjaciółki. Musi pani włoŜyć swój naszyjnik dzisiaj po południu. Chciałem 
widzieć go na pani szyjce, gdy przyjadę sankami, zabrać was obie na spacer. Ciotka moja 
zachwycona jest mydłem.  
`rp  
Szczerze oddany przyjaciel  
Adam Ladd.  
`rp  
  
- Mój BoŜe! - wykrzyknęła Janina. - Pamiętasz, co mówiła Lidia Burnham o tym, jak on 
przepada za dziećmi? Teraz zjedz śniadanie Rebeko, a gdy sprzątniesz ze stołu, moŜesz 
pobiec do Emmy i oddać jej łańcuszek. Co się z tobą dzieje,  dziecko?  
Wydawało się zawsze, Ŝe tysiące wzruszeń, jakich doświadczała Rebeka, gromadziły się w jej 
sercu i ustawicznie ze sobą mieszały. W tej chwili radość jej tak była głęboka, Ŝe nie mieściła 
się w słowach. Chleb z masłem dławił ją prawie, a od czasu do czasu wielka łza ukradkiem 
zbiegała po policzku.  
Pan Ladd dotrzymał obietnicy. Przyszedł po południu z wizytą, a zaznajomiwszy się z 
ciotkami, w ciągu pięciu minut przejrzał je tak dobrze, jak gdyby je znał od lat. Przy 
kominku, na małym stołeczku siedziała Rebeka, milcząca i strwoŜona, tak przejęta nowym 
strojem i obecnością panny Mirandy, Ŝe nie mogła wydobyć z siebie słowa. Po herbacie 
odbyła się przejaŜdŜka saniami, podczas której Rebeka odzyskała mowę i paplała cały czas 
jak sroka. Tak skończył się ten cudny dzień BoŜego Narodzenia. I wiele jeszcze wieczorów 
później kładła Rebeka drogocenny swój naszyjnik pod poduszkę. Aby być pewną jego 
bezpieczeństwa, przez sen nawet nie wypuszczała go z ręki.  

background image

Drugim milowym słupem był wyjazd Simpsonów z Riverboro. Miło było pozbyć się wreszcie 
obecności znienawidzonego "Huśtawki". Lecz z drugiej strony strata kilku towarzyszy zabaw 
była niepowetowana. Wyjazd ich uczynił wyłom w młodszej gromadce riverborskiej. W 
wieczór poprzedzający smutną chwilę rozstania, zapukał wierny "Huśtawka" do bocznych 
drzwi Czerwonego Domu i wyjąkał uroczyście:  
- Cz_czy będę cię mógł w_w_widywać, gdy d_dorośniesz?  
- Z całą pewnością nie! - odpowiedziała Rebeka, zbyt moŜe pośpiesznie zatrzaskując mu 
drzwi przed nosem.  
Pan Simpson wrócił do domu, aby wraz z Ŝoną i dziećmi przenieść się z powrotem do 
rodzinnego miasta. Przeprowadzce Simpsonów patronowały wszystkie miejscowe powagi, a 
sąsiedzi śledzili ją z trwogą i niepokojem. Lecz mimo wszystkich środków ostroŜności, 
niepojętym sposobem zginął z kościoła mały piecyk Ŝelazny, krzesło i kilka lamp naftowych. 
Cenne te przedmioty, juŜ w drodze do nowego domu, zdołał pan Simpson korzystnie 
wymienić. Rebekę i Emmę przejęła głębokim smutkiem wieść, Ŝe wioska leŜąca na trasie 
wędrówki Simpsonów za pośrednictwem młodego, ambitnego księdza, nabyła wspaniałą 
lampę do nowej rozmównicy kościelnej. Lampa nic nie kosztowała, gdyŜ sprytnemu księdzu 
udało się dostać ją za stary rower. Pan Simpson, nie będąc w stanie pocieszyć swego 
potomstwa po stracie ukochanego przedmiotu siadł na rower, pojechał - i na długi czas słuch 
o nim zaginął.  
W ciągu tego roku wystrzeliła Rebeka w górę jak młoda topola. Rosła tak gwałtownie, Ŝe 
panna Janina przez miesiące nie robiła nic innego poza przedłuŜaniem spódniczek, 
staniczków i rękawów. Ale kaŜde przedłuŜanie ma swoje granice. Pomimo wszystkich sztuk i 
sztuczek, znanych oszczędnym starym pannom Nowej Anglii, odesłano w końcu sukienki na 
farmę, aby je przerobiono dla Joasi.  
Inny słup milowy zaznaczył się w Ŝyciu Rebeki małą mogiłką, usypaną na farmie 
Słonecznego Potoku. Mira, ukochane dziecię Randallów, umarła - i Rebeka pojechała na 
dwutygodniowe odwiedziny do domu. Widok drobnego, nieruchomego ciałka wzbudził w 
niej tysiące nowych uczuć i myśli. Jest niepojętą tajemnicą śmierci, Ŝe przez nią dochodzi się 
nieraz do zrozumienia znacznie większej tajemnicy Ŝycia.  
Jakim smutkiem napełniał ją powrót do domu! Śmierć Miry, nieobecność Janka, który był 
najlepszym przyjacielem, smutek matki, wreszcie zwiększające się ciągle kłopoty pienięŜne. 
Wszystko złoŜyło się na to, aby głęboko zmartwić i przygnębić dziecko, tak czułe i wraŜliwe 
jak Rebeka.  
Podczas jej nieobecności Anna zmieniła się w dojrzałą kobietę. Miała w sobie zawsze coś 
obcego i niemłodego, ale teraz wydawała się w pewnych wypadkach starsza, bardziej trzeźwa 
i zrównowaŜona od ciotki Janiny. Była ładna, choć dziwnie bezbarwna.   
Rebeka obchodziła miejsca zabaw i ulubione kryjówki wczesnego dzieciństwa. Wszystkie 
tajemne, zaciszne ustronia, niektóre z nich znane takŜe Jankowi, niektóre jej jednej tylko. 
Znalazła miejsce, gdzie rosła trzcina indyjska, klon, w którym uwiły gniazdo wilgi, Ŝywopłot 
z gnieŜdŜącymi się polnymi myszami. Był pień, spod którego jakby pod dotknięciem 
czarodziejskiej róŜdŜki wyskakiwały białe muchomory, i dziura wydrąŜona w korzeniu starej 
sosny, gdzie zgrzybiała, czcigodna ropucha urządziła sobie mieszkanie. Na te znaki graniczne 
jej dzieciństwa spoglądała jakby z niezmierzonej dali. Ukochany Słoneczny Potok, najlepszy 
jej przyjaciel po Janku, smutny był o tej porze roku. Zamarła w nim śmiejąca się woda, 
połyskująca w promieniach słońca. Lecz Rebeka uklękła na brzegu i przyłoŜyła ucho do 
szyby lodowej, w miejscu, gdzie woda była najgłębsza. Przez grubą taflę lodu doszedł ją 
słaby, metaliczny dźwięk. Wszystko więc było w porządku! Słoneczny Potok znowu śpiewać 
będzie wiosną.  
W samotnych wędrówkach myślała ciągle o jednej rzeczy. Anna nigdy nie zaznała szczęścia. 
Nigdy nie była wolna od codziennych trosk i pracy. Rebeka korzystała z wszystkich 

background image

przywilejów. śycie w Czerwonym Domu nie było wprawdzie usłane róŜami, ale umilał je 
dostatek i moŜliwość kształcenia się. JuŜ przed wyjazdem z domu, zwróciła się do siostry:  
- Posłuchaj Anno! Od dzisiaj ja zostanę w domu, a ty pojedziesz do Riverboro. Ciotka 
Miranda zawsze ciebie  pragnęła, słusznie więc ci się to teraz naleŜy.  
Anna cerowała pończochy i właśnie nawlekała igłę. Nie przerwała roboty i odcięła wpierw 
spokojnie nitkę, zanim odpowiedziała:  
- Nie, dziękuję ci, Rebeko. Mama nie mogłaby się obejść beze mnie, a poza tym nie cierpię 
szkoły. Umiem pisać, czytać i rachować tak dobrze, jak kaŜdy inny i zupełnie mi to 
wystarcza. Wolałabym umrzeć raczej, niŜ być nauczycielką. Zima przejdzie szybko, bo Will 
Melwille poŜyczy mi maszynę do szycia. Będę szyła spódniczki z tego białego muślinu, który 
nam przysłała ciotka Janina. Ma powstać szkoła śpiewu, a po Nowym Roku zawiąŜe się kółko 
towarzyskie w Temperance. Teraz więc, gdy jestem dorosła, lepsze nastaną dla mnie czasy. 
Nie naleŜę do odludków, Rebeko. Zresztą - zakończyła, okrywając się nagłym rumieńcem - ja 
kocham to miejsce.  
Rebeka wiedziała, Ŝe Anna mówi prawdę. Lecz znacznie później dopiero, po roku czy dwóch, 
zrozumiała jej nagły rumieniec.  
  
  
XVIII. Rebeka reprezentujec rodzinę  
  
  
Rozdział XVIII  
Rebeka reprezentuje rodzinę  
  
  
Jeden jeszcze słup milowy zaznaczył się wyraźnie w Ŝyciu Rebeki. Było to wydarzenie, które 
długo pamiętano w wielu domach. Wydarzeniem tym było przybycie do Riverboro 
powracających z Syrii misjonarzy, przewielebnego pana Amosa Burch i jego Ŝony.  
Towarzystwo Pomocy wyznaczyło zebranie członków na pierwszą środę w marcu tego roku, 
w którym Rebeka kończyła szkołę w Riverboro, a zacząć miała studia w Wareham. Był to 
dzień zimny, szary i wietrzny. Śnieg leŜał na ziemi, a posępne niebo zdawało się zapowiadać, 
Ŝ

e wkrótce znowu zacznie padać. Panny Miranda i Janina przeziębione i zakatarzone, 

zdecydowały, Ŝe nie mogą wyjść z domu w tak straszną pogodę. Miranda została wyŜszym 
członkiem Towarzystwa, toteŜ kaŜde zboczenie z drogi obowiązku głęboko ją martwiło. Po 
długich biadaniach postanowiła wreszcie, Ŝe zamiast nich Rebeka pojedzie na zebranie.  
- Będziesz zawsze lepsza niŜ nikt - rzekła z ukrytym pochlebstwem. - Ciotka Janina napisze ci 
usprawiedliwienie z popołudniowych godzin w szkole. WłóŜ kalosze i wróć prosto z zebrania 
do domu. Pan Burch, o ile sobie przypominam, znał niegdyś twego dziadka Sawyera. 
Przebywał tu przez jakiś czas, kiedy był młodym klerykiem. MoŜliwe, Ŝe będzie nas szukał, 
musisz więc reprezentować rodzinę i złoŜyć mu od nas uszanowanie. UwaŜaj, jak się 
zachowujesz. W modlitwie pochyl głowę; śpiewaj wszystkie hymny, tylko nie za głośno. 
Zapytaj panią Strout o syna, opowiadaj kaŜdemu, Ŝe strasznie jesteśmy zaziębione. W razie 
potrzeby, wyjmij chusteczkę i zetrzyj kurz z fisharmonii, zanim rozpoczną się modlitwy. A 
weź dwadzieścia pięć centów, abyś miała coś na wypadek zbiórki.  
Rebeka zgodziła się chętnie. Interesowało ją wszystko, nawet zebranie misjonarzy w małym 
miasteczku, a pomysł reprezentowania rodziny wydał się zachwycający.  
Zebranie odbywało się w sali Szkoły Niedzielnej. Gdy Rebeka weszła, przewielebny pan 
Burch stał na podwyŜszeniu, a w pokoju było zaledwie dwanaście osób. Rebeka czuła, Ŝe jest 
za młoda na takie zgromadzenie i onieśmielona, szukała oczyma jakiejś znajomej twarzy. 
Dojrzała panią Robinson, przeszła więc przez całą długość sali i usiadła obok niej.  

background image

- Obie ciocie strasznie są przeziębione - powiedziała cicho - i przysłały mnie, jako 
przedstawicielkę rodziny.  
- To pani Burch z męŜem stoi tam na podwyŜszeniu - szepnęła pani Robinson. - Jest okropnie 
opalona, nieprawdaŜ? Widocznie ten, kto idzie zbawiać pogańskie dusze, musi się poŜegnać z 
piękną cerą. Eudoksja Morton jeszcze nie przyszła. Mam nadzieję, Ŝe przyjdzie, bo jak pani 
Milliken zacznie śpiewać, to i po drabinie do wysokich tonów nie dojdziemy. Czy nie 
mogłabyś zacząć, zanim ona nabierze tchu?  
Pani Burch była kobietą szczupłą i wątłą. Miała ciemne włosy, niskie, szerokie czoło i pełen 
cierpliwości wyraz ust. Ubrana była w czarną, jedwabną suknię, a wydawała się tak 
zmęczona, Ŝe serce Rebeki drgnęło współczuciem.  
- Biedni są, jak myszy kościelne - szepnęła pani Robinson. - Lecz gdy im się da cokolwiek, 
oddadzą to zaraz swoim poganom. Bractwo w Parsonsfield złoŜyło się i ofiarowało panu 
Burch ten złoty zegarek, który ma przy sobie. Pewna jestem, Ŝe byłby go darował, gdyby nie 
to, Ŝe poganie nie potrzebują zegarków.  
Zebranie rozpoczęło się modlitwą, następnie przewielebny pan Burch zaintonował pieśń.  
  
Ś

wiątynia Boga, powstań, świeć,@ promienie prawdy BoŜej nieś,@ niech chwała Pana 

zasłynie@ w szerokiej pogan krainie.@  
Królowie Ci oddadzą cześć,@ ksiąŜęta hołd Ci będą nieść,@ zlecą do prawdy Twej chleba,@ 
jak stado gołębic z nieba.@  
  
- Czy nie ma nikogo, kto mógłby akompaniować na instrumencie? - zapytał niespodziewanie 
misjonarz.  
Wszyscy spojrzeli na siebie, ale nikt się nie ruszył. Wtedy z odległego kąta zabrzmiał nagle 
głos:  
- Dlaczego nie ty, Rebeko?  
Była to pani Cobb. Rebeka mogła grać pieśń z zawiązanymi oczyma. Posłusznie więc 
podeszła do fisharmonii, choć nie było nikogo na tyle bliskiego, by samą swą obecnością 
mógł dodać jej odwagi.  
Mowa, która potem nastąpiła, była zupełnie wyjątkowa. Pan Burch był miłym i powaŜnym 
mówcą i kazanie przeplatał opowieściami o Ŝyciu w dalekich, obcych krajach - o zwyczajach, 
mowie i zapatrywaniach zamieszkujących je ludzi. Opisywał w krótkich, barwnych obrazkach 
proste powszechne dni i zwyczajne troski.  
Rebeka siedziała rozmarzona i oczarowana. Otworzył się przed nią nowy, nieznany świat. 
Sala Szkoły Niedzielnej, z czerwonym szalem pani Robinson i peruką diakona Millikena, 
gołe ławki i zniszczone śpiewniki z hymnami, mapy i wyjątki z Ewangelii, wszystko znikło 
jej z oczu. Rebeka widziała tylko błękitne niebo, błyszczące gwiazdy i białe turbany.  Pan 
Burch nie mówił wprawdzie o tym, ale musiały tam być meczety i świątynie, minarety i 
daktylowe palmy. JakieŜ cudowne historie znają ich dzieci, urodzone pod niebem Syrii! 
Potem poproszono ją, aby zagrała pieśń pt. "Jezus rządzić będzie wszędzie, gdziekolwiek 
ś

wieci słońce".  

Po kweście pan Burch odmówił modlitwy. Odśpiewał ostatni hymn, spojrzał na garstkę ludzi, 
na grosze i dziesiątaki zebrane w puszce i zauwaŜył, Ŝe misja jego nie ogranicza się do 
zbierania darów na budowę kościoła. Główną bowiem jego troską jest utrzymywanie 
wiecznie Ŝywej miłości dla sprawy.  
- Gdyby która z sióstr mogła zapewnić nam nocleg - powiedział - zostalibyśmy jeszcze 
dzisiejszą noc i jutro. W tym wypadku moglibyśmy urządzić sobie jeszcze jedno zebranie 
dyskusyjne. Moja Ŝona i jedna z córek ubrałyby się w narodowe kostiumy syryjskie; 
pokazalibyśmy wam próbki ich rzemiosł i zapoznalibyśmy z naszą metodą nauczania dzieci. 

background image

ToteŜ, jeśli któryś z członków zgromadzenia moŜe ofiarować gościnę, chętnie pozostanę i 
powiem wam coś więcej o BoŜej słuŜbie.  
W niewielkiej sali zrobiło się cicho, jakby makiem zasiał. KaŜda z sióstr miała bardzo waŜne 
powody, dla których musiała odmówić gościny. Jedne miały zbyt małe mieszkanie, innych 
spiŜarnia była gorzej zaopatrzona niŜ zwykle, u tych panowała w domu choroba, inne 
wreszcie były "w wyjątkowo ścisłych stosunkach z niedowiarkami", którzy nie lubili obcych 
misjonarzy. Szczupłe ręce pani Burch nerwowo skubały czarny jedwab sukni. CzyŜ nikt się 
nie odezwie? - myślała Rebeka. Pani Robinson pochyliła się ku niej i szepnęła 
porozumiewawczo:  
- Misjonarze przywykli do tego, Ŝe podejmowano ich zawsze w Czerwonym Domu; gdyby 
twój dziadek Ŝył, nie pozwoliłby im spać gdzie indziej.  
Mówiąc to, myślała pani Robinson o czterech duŜych pokojach, zamkniętych stale od 
stycznia do grudnia. W ten sposób chciała wykpić skąpstwo Mirandy, Rebeka jednak 
zrozumiała te słowa jako zachętę. JeŜeli było to starym zwyczajem, moŜe ciotki po to ją 
wysłały, aby spełniła, co do niej naleŜy? Zachwycona tak miłym obowiązkiem, podniosła się 
z miejsca i z elegancją, odróŜniającą ją od innych dzieci w miasteczku, rzekła miłym 
głosikiem:  
- Ciotki moje, panny Miranda i Janina Sawyer, będą bardzo szczęśliwe, gdy państwo zechcą 
przyjąć ich gościnę w Czerwonym Domu, gdzie zatrzymywali się misjonarze za Ŝycia ich 
ojca. Przeze mnie równieŜ oświadczają państwu swoje uszanowanie.   
Niespodziewane zaproszenie przyniosło ulgę mieszkańcom Riverboro, ale ciotkami 
wstrząsnąłby ten nieoczekiwany wylew uprzejmości. Na słuchaczach słowa jej wywarły 
nadzwyczajne wraŜenie. Wywnioskowali, Ŝe Miranda nieprawdopodobnie szybko chce odbyć 
drogę do mieszkania w niebie, inaczej bowiem nie moŜna sobie wytłumaczyć tej nagłej 
przemiany.   
Pan Burch, skłoniwszy się uprzejmie, przyjął zaproszenie i poprosił diakona Millikena o 
odmówienie modlitw.  
Gdyby Wiekuiste Ucho mogło się kiedykolwiek nuŜyć, przestałoby od dawna słuchać  
diakona Millikena. Od lat czterdziestu posyłał przed tron BoŜy te same modlitwy, z 
minimalnymi zaledwie zmianami. Po nim przyszła kolej na panią Perkins. Rebeka nigdy nie 
mogła się nadziwić, dlaczego kończyła tekst w najbardziej nawet spokojnych czasach, tym 
samym zdaniem: "Przebywaj z nami BoŜe Bitew, albowiem podobni Ŝołnierzom Chrystusa 
walczymy ciągle, Ŝyjąc jak wśród wojny". Lecz dzisiaj wszystko wydało jej się moŜliwe. 
Tonęła w rozmodleniu, bo wiele z tego, co mówił pan Burch, poruszyło ją do głębi. Gdy 
podniosła głowę, misjonarz spojrzał prosto na nią, mówiąc:  
- Czy nasza mała siostrzyczka nie chciałaby odmówić modlitwy na zakończenie 
naboŜeństwa?  
Zdawało się, Ŝe krew w Ŝyłach Rebeki zastygła i serce przestało bić. W ciszy, która zapadła, 
słychać było wyraźnie szybki oddech pani Cobb. W prośbie pana Burch nie było nic 
nadzwyczajnego. W podróŜach swoich po róŜnych krajach i zgromadzeniach spotykał 
nieustannie młodych członków kościoła. Rebeka miała lat trzynaście, grała na fisharmonii, 
ś

piewała, a zaproszenie ciotek wypowiedziała w tak światowy sposób, Ŝe misjonarz zwrócił 

się do niej z największą w świecie naturalnością. Jak mogła odmówić? Jak mogła 
wytłumaczyć, Ŝe nie jest członkiem kościoła? Rebeka znała dobrze wszystkie zwyczajne 
modlitwy. KtóreŜ dziecko Nowej Anglii, przyzwyczajone do wieczornych zebrań środowych, 
nie znałoby ich? Rozpoczęła powoli i trwoŜnie:  
"Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Ty, który jesteś tym samym Panem i Bogiem zarówno w 
Syrii, jak w Maine... tam błyszczy dzisiaj czysty błękit nieba i Ŝółte gwiazdy i słońca 
płonące... i wielkie drzewa kołyszą się w wonnym, ciepłym powietrzu, podczas gdy tu gruby 
ś

nieg leŜy pod stopami... lecz dla Boga nie ma zbyt wielkich przestrzeni. On przebywa 

background image

wszędzie. On jest wraz z nami tu, jak jest wraz z nimi tam... i myśli nasze wznoszą się ku 
Niemu, jak gołębice ku oknu lecące...  
Nie wszyscy moŜemy być misjonarzami, uczącymi ludzi dobroci... niektórzy z nas dotychczas 
jeszcze nie mają jej w sobie sami... lecz jeśli królestwo Twoje ma przyjść i wola Twoja 
spełnić się ma jako w niebie, tak i na ziemi, kaŜdy musi próbować i kaŜdy musi pomagać... i 
ci, którzy są starzy i zmęczeni, i ci, co młodzi są i silni... Małe dzieci, o których słyszeliśmy, 
pod niebem Syrii urodzone, piękne i waŜne spełnić mają dzieło dla Ciebie, Panie, i wielu z 
nas chciałoby moŜe jeździć w dalekie kraje i spełniać bohaterskie czyny, wiary świętej uczyć 
dzikich pogan i łagodnie usuwać boŜki ich z drzewa i kamienia... lecz moŜe będziemy musieli 
pozostać w domu i czynić co nam przeznaczono... czasem nawet niemiłe i przykre rzeczy... 
wtedy pamiętać musimy o słowach hymnu, któryśmy śpiewali, a który mówi o słodkiej woni 
wznoszącej się ku niebu wraz z kaŜdym poświęconym Panu porankiem... W ten sposób uczy 
nas Bóg pokory i cierpliwości, a myśl, Ŝe spełniamy świętą Jego wolę zdejmie nam trwogę z 
serc i pomoŜe znieść cięŜar lat. Amen."  
Modlitwa Rebeki była zlepkiem wierszy róŜnych hymnów,  uŜytych przez misjonarza w 
mowie. Umiała jednak wypowiedzieć je na swój własny sposób, Ŝe sprawiały wraŜenie, jak 
gdyby były wyłączną jej własnością.  
Powiedziawszy "Amen", usiadła na czymś, co się jej wydawało ławką, gdy nastąpiło 
błogosławieństwo. W chwilę potem, gdy pokój przestał wirować jej przed oczyma, podeszła 
do pani Burch, która ucałowawszy ją serdecznie, rzekła:  
- JakŜe się cieszę, moja droga, Ŝe będziemy przez jakiś czas razem. Czy nie będzie za późno, 
jeŜeli przyjdziemy do Czerwonego Domu o godzinie pół do szóstej? Teraz jest trzecia, a 
musimy pójść na stację po pakunki i dzieci.  Zostawiliśmy je tam, nie wiedząc, czy wrócimy z 
powrotem, czy zatrzymamy się tutaj.  
Rebeka odpowiedziała, Ŝe o pół do szóstej jada się u nich zwykle kolację, a następnie przyjęła 
od pani Cobb zaproszenie do wspólnego powrotu. Całą prawie powrotną drogę odbyły w 
zupełnym milczeniu. Chłodny wiatr i kojąca obecność ciotki Sary sprawiły, Ŝe przyszła do 
siebie i wesoło wbiegła do Czerwonego Domu. Zbyt pełna niezwykłych nowin, aby mogła 
czekać cierpliwie u wejścia, póki nie zdejmie kaloszy, wniosła ostroŜnie matę do pokoju i 
stając na niej zaczęła opowiadać.  
- Twoje buciki grzeją się przy piecu - rzekła Janina. - MoŜesz je wkładać w czasie 
opowiadania.  
  
  
XIX. Następca diakona Izraela  
  
  
Rozdział XIX  
Następca diakona Izraela  
  
  
- Zebranie było bardzo małe, ciotko Mirando - rozpoczęła Rebeka - misjonarz i jego Ŝona to 
strasznie mili ludzie. Mają zostać u nas przez noc i cały jutrzejszy dzień. Myślę, Ŝe ciocia nie 
ma nic przeciw temu?  
- Przyjdą tu! - wykrzyknęła Miranda, upuszczając na kolana robotę szydełkową i zdejmując 
okulary, jak zwykle w chwili gwałtownego wzburzenia. - Czy zaprosili się sami?  
- Nie - odpowiedziała Rebeka. - Ja zaprosiłam ich w imieniu cioci. Myślałam, Ŝe tak 
interesujące towarzystwo sprawi cioci przyjemność. Było tak...  
- Przestań i powiedz mi najpierw, kiedy tu będą? Czy mają przyjść zaraz?  
- Nie, dopiero za dwie godziny; około pół do szóstej.  

background image

- MoŜe mi wytłumaczysz, kto upowaŜnił cię do tego, Ŝeby zapraszać na noc całą zgraję 
obcych ludzi. Wiedziałaś doskonale, Ŝe od dwudziestu lat obchodzimy się bez towarzystwa i 
mamy zamiar obywać się bez niego przez drugie dwadzieścia - w kaŜdym razie tak długo, 
dopóki ja jestem panią domu.  
- Nie gniewaj się, Mirando, nie wiesz jak się to stało - rzekła Janina. - Przychodziło mi na 
myśl, Ŝe gdybyśmy poszły na zebranie, mogłaby się i nam taka rzecz przydarzyć - pan Burch 
znał naszego ojca.  
- Zebranie było małe - zaczęła znowu Rebeka. - Spełniłam wszystkie polecenia i wszyscy byli 
strasznie zawiedzeni, Ŝe cioci nie będzie. Krzesło zajęła pani Matthews, co było okropne. 
Siedzenie było dla niej za małe i przypominała jedną zwrotkę z hymnu, któryśmy śpiewali -  
"szeroka, jak pogańskie kraje". Na głowie miała rodzaj ogrodowego kapelusza, który się jej 
ciągle przekrzywiał na bakier. Pan Burch mówił prześlicznie o Syrii i poganach, śpiew 
wypadł całkiem dobrze, ale w puszce było tylko czterdzieści centów. To nie zbawi nawet 
jednego pogańskiego dziecka, nieprawdaŜ?  Pan Burch powiedział, Ŝe gdyby która z sióstr 
ofiarowała gościnę, mogliby zostać przez noc i jutro urządzić w Riverboro zebranie 
dyskusyjne. Pani Burch ubrałaby się w syryjski kostium narodowy, a on pokazałby nam 
mnóstwo ślicznych, zagranicznych rzeczy. Potem czekał i czekał, ale nikt nie powiedział ani 
słowa. Wówczas pani Robinson pochyliła się do mnie i szepnęła, Ŝe misjonarze przywykli, iŜ 
za Ŝycia dziadka podejmowano ich w Czerwonym Domu, bo on nie pozwoliłby im spać gdzie 
indziej. Nie wiedziałam, Ŝe ciocia juŜ nie przyjmuje. Odkąd przyjechałam do Riverboro, 
misja była tylko raz i to rano w niedzielę. Pomyślałam, Ŝe skoro cioci nie ma, ja powinnam 
ich zaprosić, bo przecieŜ reprezentuję rodzinę.  
- JakŜeś to zrobiła? Czy przedstawiłaś się wtedy, gdy ludzie wychodzili?  
- Nie. Wstałam z miejsca jeszcze w czasie zebrania. Musiałam tak zrobić. Widziałam jak 
panią Burch bolało, Ŝe nikt się nie odzywa. Powiedziałam więc: "Ciotki moje, panny Miranda 
i Janina Sawyer, byłyby bardzo szczęśliwe, gdyby państwo zechcieli przyjąć ich gościnę w 
Czerwonym Domu, gdzie zatrzymywali się zawsze misjonarze za Ŝycia ich ojca. Przeze mnie 
kazały równieŜ oświadczyć państwu swoje uszanowanie". Potem usiadłam i pan Burch modlił 
się za dziadka i nazwał go sługą BoŜym. Dziękował Ojcu Niebieskiemu, Ŝe duch jego nadal 
jeszcze Ŝyje w potomkach (to znaczy w ciociach), a dobry, stary dom stoi otworem dla 
obcych wędrowców.  
W duszy Mirandy pewne drzwiczki od lat były zamknięte. Gdyby Rebeka dnie całe spędzała 
na chytrych knowaniach, nie byłaby odnalazła wejścia do tego zakazanego kraju. Teraz zaś 
zakołysały się same na sztywnych, zardzewiałych zawiasach, a powiew sprzyjających zdarzeń 
coraz szerzej je otwierał. Zbudziła się z uśpienia pamięć dawno minionych dni i ciche Ŝycie 
poboŜnego, czcigodnego ojca stanęło znów przed oczyma. Nazwisko Sawyerów wspomniano 
publicznie, z szacunkiem i czcią. Rebeka zachowała się jak przystało na wnuczkę diakona 
Izraela Sawyera i okazała, Ŝe nie była wcale "wykapanym Randallem". Panna Miranda 
zadowolona z obrotu rzeczy, roztkliwiła się, nie okazywała tego jednak z obawy, aby 
dzisiejsza gościnność nie stała się zachętą na przyszłość.  
- Widzę, Ŝe zrobiłaś to, co powinnaś, Rebeko - rzekła - a zaproszenie swoje wyraziłaś 
zupełnie ładnie. śebyśmy tylko z Janiną nie były takie do niczego przez ten okropny katar! 
Widzisz dziecko, jak to dobrze, gdy się dom utrzymuje w ładzie i czystości, a kaŜdy pokój 
jest sprzątnięty, bez względu na to, czy jest uŜywany. No i gdy się ma dostateczne zapasy w 
spiŜarni. Wtedy, cokolwiek się zdarzy, nie jest człowiek zaskoczony i upokorzony. Znajdzie 
się w mieście pół tuzina pań, które mogły przyjąć Burchów, gdyby nie były takie niechlujne i 
leniwe. Dlaczego ci misjonarze nie przyszli razem z tobą?  
- Musieli jeszcze pójść na stację po kufry i dzieci.  
- Więc są i dzieci? - westchnęła Miranda.  
- Tak, ciociu. Wszystkie urodzone pod syryjskim niebem.  

background image

- Ach! IleŜ ich jest?  
- Nie przyszło mi na myśl zapytać o to. Przygotuję dwa pokoje, a gdyby się w nich wszystkie 
nie mogły pomieścić, wezmę jedno do swego łóŜka - rzekła Rebeka, modląc się w głębi 
duszy, aby się na tym skończyło. - Obie jesteście naprawdę chore, czy nie mogłaby mi ciocia 
zaufać i pozwolić samej wszystko dla gości przygotować? Przyjdą ciocie wtedy dopiero, gdy 
zawołam. Dobrze?  
- No, dobrze - odpowiedziała Miranda z wahaniem. PołoŜę się trochę w sypialnym pokoju i 
zobaczę, czy będę miała siły, by przygotować kolację. Teraz jest pół do czwartej. Nie pozwól 
mi dłuŜej leŜeć niŜ do piątej. Niech będzie dobry ogień w kuchni. Sama nie wiem, dlaczego w 
ś

rodku tygodnia ugotowałam cały garnek fasoli. Teraz jednak się przyda. Ojciec zwykł był 

mawiać, Ŝe w ślad za powracającymi misjonarzami idzie fasola, wieprzowina i chleb razowy. 
Przygotuj ładnie te dwa południowe pokoje!  
Rebeka, mając po raz pierwszy w Ŝyciu zupełną swobodę działania, wpadła na górę jak 
wicher. W Czerwonym Domu kaŜdy pokój świecił czystością, pozostawało tylko podnieść 
story, zetrzeć kurz z mebli i przeczyścić suknem podłogi. Ciotki słyszały jak przebiegała 
spiesznie tam i z powrotem, tłukła poduszki i pierzyny, strzepywała ręczniki, dzwoniła 
glinianymi dzbankami, śpiewając od czasu do czasu czystym głosikiem:  
  
Na próŜno darów krocie@ Bóg hojną rozrzucił dłonią,@ poganie w swej ślepocie@ martwym 
kamieniom się kłonią.@  
  
Rebeka była zręczna; kaŜda rzecz, do której się wzięła, paliła się wprost w jej rękach. Kiedy o 
piątej zawołała ciotki, aby przyszły ocenić jej dzieło, obie nie mogły ukryć zdumienia. Na 
umywalniach wisiały czyste ręczniki, łóŜka gładko zaścielone, dzbanki pełne wody; nawet o 
mydle i zapałkach nie zapomniała skrzętna gospodyni. W skrzynkach leŜały przygotowane do 
podpałki gazety i drzewo, a wielkie szczapy płonęły juŜ na kominkach.  
Nic nie moŜna było zganić w dziele Rebeki. Siostry zeszły na dół, aby się przebrać. Kiedy 
mijały drzwi do salonu, wydało się Mirandzie, Ŝe słyszy jakieś trzeszczenie. Zatrzymała się i 
zajrzawszy do środka, spostrzegła ze zdziwieniem, Ŝe story były podniesione, a wesoły ogień 
płonął na kominku. Lampa Rebeki, drugi prezent gwiazdkowy od pana Aladyna, stała w rogu 
na marmurowym stoliczku.  
- Na litość boską, Rebeko! - krzyknęła Miranda z dołu. - Po co otworzyłaś salon?  
Rebeka wyszła z pokoju i plotąc warkocz, stanęła na zakręcie schodów.  
- Otwieramy go na BoŜe Narodzenie i Święto Dziękczynienia, a dziś jest takŜe uroczystość. 
Diakon Milliken ma tu wstąpić, bo chce pomówić z panem Burch o interesach. Nie 
dziwiłabym się, gdyby państwo Cobb wpadli na chwilę. Niech ciocia nie schodzi do piwnicy! 
Za minutkę sama tam pobiegnę!  
Miranda i Janina zamieniły ze sobą spojrzenia.  
- CzyŜ to nie sprytna dziewczyna? Jak Ŝyję, nie widziałam takiej! - wykrzyknęła Miranda. - 
Robota pali się jej w rękach!  
Kwadrans po piątej wszystko było gotowe i sąsiedzi umierali wprost z ciekawości. Story 
podniesione w salonie! Story podniesione w obu południowych sypialniach! Światła we 
wszystkich prawie pokojach! Gdyby nie przysługa jednej z pań będącej na zebraniu, która 
miłosiernie tu i tam wyjaśniła przyczynę tych przygotowań, w wielu rodzinach nikt tej nocy 
oka by nie zmruŜył.  
Wkrótce przybyli misjonarze. Przyprowadzili z sobą tylko dwoje dzieci. Sześcioro czy 
siedmioro zostawili u brata w Portland, Ŝeby zmniejszyć wydatki na podróŜ. Janina 
zaprowadziła gości na górę, a tymczasem Miranda przygotowywała kolację. Rebeka 
natychmiast zajęła się dwiema małymi dziewczynkami; rozebrała je, przygładziła im włosy i 
wzięła z sobą do kuchni.  

background image

Kolacja była wspaniała, a obecność dzieci pozbawiła ją wszelkiej sztywności. Potem Janina 
pomogła sprzątnąć ze stołu, podczas gdy Miranda zabawiała gości w salonie. Rebeka z 
dziewczynkami Burchów zabrała się do zmywania naczyń. Zabawa wrzała w kuchni w 
najlepsze, a nieznaczne straty były nieuniknionym jej następstwem. Zbiła się filiŜanka i 
talerzyk, który i tak był pęknięty, wysypała kawa do ścieku, a srebrna łyŜeczka wyleciała za 
drzwi razem z pomyjami. Usunąwszy widomy znak swych zbrodni i naprawiwszy w miarę 
moŜności szkody, trzy dziewczynki weszły do salonu, gdzie siedzieli juŜ państwo Cobb i 
diakon Milliken z Ŝoną.  
JakŜe miły był wieczór! Pozostawiono na uboczu pogan i pozwolono im w zaślepieniu 
kłaniać się martwym kamieniom. Państwo Burch opowiadali zadziwiające historie. Córeczki 
ich śpiewały razem, a Rebeka na usilne prośby pani Burch zasiadła do rozklekotanego pianina 
i zagrała piosenkę o "Dziewczynie indyjskiej, słodkiej Alfaracie".  
Około ósmej godziny przeszła przez pokój i zbliŜywszy się do ciotki Mirandy, podała jej liść 
palmowy, aby mogła osłonić oczy przed światłem. Był to manewr strategiczny, który 
pozwolił jej szepnąć niepostrzeŜenie:  
- Czy podać ciasteczka?  
- Myślisz, Ŝe trzeba? - odszepnęła panna Miranda.  
- Perkinsowie zawsze podają.  
- NiechŜe więc będzie. Wiesz, gdzie są.  
 Rebeka spokojnie zawróciła ku drzwiom, a w tej samej chwili pobiegły za nią dziewczynki 
Burchów, jakby nie mogły znieść rozłąki. Po pięciu minutach wróciły, niosąc talerze pełne 
cieniutkich serduszek, kwadratów i kółeczek, delikatnie ocukrzonych i posypanych 
kminkiem, wyhodowanym w ogrodzie za domem. Była to specjalność Janiny, a wino 
porzeczkowe, które w sześciu kryształowych kieliszkach wniosła na tacy Rebeka, stanowiło 
wytwór Mirandy, z którego słynęła przed laty. Stary diakon Izrael przedkładał je nad 
wszystko, a szklaneczki kupił w Bostonie. Miranda zachwycała się nimi, nie dla piękności, 
lecz dlatego, Ŝe się w nich tak mało wina mieściło.  
Po przekąsce - którą w Riverboro nazwano przykąską - Rebeka spojrzała na zegar i podeszła 
do dzieci, mówiąc wesoło:  
- Czas, aby małe misjonarzątka poszły spać!  
Wszyscy się zaśmiali - najgłośniej starzy misjonarze - dzieci zaś, dygnąwszy grzecznie, 
znikły wraz z Rebeką.  
  
 
XX. Przemiana serca  
  
  
Rozdział XX  
Przemiana serca  
  
  
- Od lat nie widziałam tak niezwykłej dziewczynki, jak pani siostrzenica - odezwał się pan 
Burch, gdy drzwi za Rebeką się zamknęły.  
- MoŜe będzie z niej kiedyś rozsądna dziewczyna - odpowiedziała Miranda - teraz jednak 
niesłychanie jest roztrzepana i stanowczo zbyt Ŝywa.  
- Pamiętajmy o tym, Ŝe nie nadmiar Ŝywotności, ale jej brak jest przyczyną największych 
trosk na tym świecie -  odpowiedział pan Burch.  
- Byłby z niej cudowny misjonarz - zauwaŜyła pani Burch - z jej głosem, dziwnym czarem i 
darem wymowy.  

background image

- Gdybym miała osądzić na co się najlepiej nadaje, powiedziałabym, Ŝe byłby z niej znacznie 
lepszy poganin - rzekła cierpko Miranda.  
- Siostra nie lubi, gdy kto zbyt chwali dzieci - wtrąciła pospiesznie Janina, rzucając szybkie 
spojrzenie w kierunku pani Burch, która zdawała się nieco uraŜona.  
Pani Cobb przez cały wieczór truchlała na kaŜdą wzmiankę o swej ulubienicy. Po południu 
odczuła gwałtowną niechęć do przewielebnego Burcha za to, Ŝe kazał Rebece wygłosić 
modlitwę. Widziała bowiem bladość dziewczynki, Ŝałosny wyraz jej oczu i zdawała sobie 
sprawę, jak cięŜka była próba, przez którą przeszła. Uprzedzenie jej do pastora stopniało 
wprawdzie trochę pod wpływem miłej, wesołej rozmowy.  
Tymczasem diakon Milliken odezwał się do panny Sawyer:  
- Czy wiesz, Mirando, kogo mi Rebeka przypomina?  
- Nietrudno chyba zgadnąć - odpowiedziała stara panna.  
- Więc i ty takŜe zauwaŜyłaś! Myślałem z początku, Ŝe jest taka, jak Randall. Lecz nie, ona 
jest podobna do twego ojca, Izraela Sawyera.  
- Nie rozumiem, skąd ci to przyszło do głowy - rzekła Miranda ze zdumieniem.  
- Uderzyło mnie dzisiaj po południu na zebraniu, kiedy podniosła się, wypowiadając swoje 
zaproszenie. Ciekawa rzecz, Ŝe siedziała na tym samym miejscu, które on zawsze zajmował. 
Pamiętasz jego stary zwyczaj odrzucania nieco w tył głowy i podnoszenia podbródka, kiedy 
wstawał, aby coś powiedzieć? Rebeka robi tak samo. Nie ja jeden to zauwaŜyłem.  
Goście rozeszli się przed dziewiątą i dopiero o tej godzinie (straszliwie nieprzyzwoitej w 
pojęciu Czerwonego Domu), cała rodzina udała się na spoczynek. Rebeka odprowadziła panią 
Burch na górę, i w ten sposób znalazłszy się z nią przez chwilę sam na sam, rzekła nieśmiało:  
- Czy byłaby pani tak dobrą i powiedziała panu Burch, Ŝe ja nie jestem członkiem kościoła? 
Nie wiedziałam, co mam zrobić, kiedy mi kazał modlić się dzisiejszego popołudnia. Nie 
miałam odwagi powiedzieć, Ŝe nie wiem jak.  
Ś

wiatło świecy padało na wzruszoną i zarumienioną twarzyczkę Rebeki. Pani Burch pochyliła 

się i ucałowała ją na dobranoc.  
- Nie martw się - rzekła. - Powiem wszystko panu Burch. Myślę, Ŝe Pan Bóg cię zrozumie.  
  
Następnego ranka Rebeka obudziła się przed szóstą, gdyŜ troski gospodarskie nie dały jej 
spać. Było jeszcze ciemno, a dzień zapowiadał się wietrzny i burzliwy.  
Janina mówiła, Ŝe wstanie o pół do siódmej, aby na pół do ósmej przygotować śniadanie - 
myślała. - Ale pewna jestem, Ŝe obie są dzisiaj chore. Ześliznę się na dół i zrobię im 
niespodziankę.  
WłoŜyła watowany szlafrok, ranne pantofle i cichutko przekradła się zakazanymi frontowymi 
schodami. Zamknąwszy starannie drzwi kuchenne, aby hałasem nie obudzić domowników, 
zabrała się do roboty. Po pół godzinie wróciła do swego pokoju, aby się ubrać, zanim pójdzie 
odwiedzić dzieci.  
Wbrew oczekiwaniom Janina, która poprzedniego dnia czuła się lepiej niŜ Miranda, obudziła 
się tak chora, Ŝe wprost nie mogła podnieść się z łóŜka. Miranda, ubierając się gorączkowo, 
mruczała bez przerwy. Obwiniała wszechświat cały o troski i zgryzoty, które musiała 
dźwigać. Wymyślała nawet Związkowi Misjonarzy za to, Ŝe sprowadzili Burchów z Syrii. Jej 
zdaniem ci, którzy poszli do obcych krajów nawracać pogan, powinni siedzieć tam, a nie 
włóczyć się z całą zgrają dzieci po świecie. Janina leŜała w łóŜku strwoŜona i nieruchoma, 
obezwładniona gorączką i bólem głowy, rozmyślając, jak jej siostra da sobie bez niej radę.  
Miranda przeszła sztywno przez pokój stołowy, obwiązując sobie głowę szalem, aby się 
ochronić przed przeciągiem. Miała zamiar rozpalić ogień pod kuchnią i zawołać potem na dół 
Rebekę, aby ją zaprząc do roboty, a przy sposobności powiedzieć parę słów prawdy o 
właściwym sposobie reprezentowania rodziny na zebraniu misjonarzy.  

background image

Otwarła drzwi do kuchni i rozejrzała się niepewnie myśląc, Ŝe moŜe przez pomyłkę zabłądziła 
do innego domu.  
Okiennice były otwarte, a wesoły ogień trzeszczał na kominie. Imbryk do herbaty śpiewał i 
bulgotał, wysyłając gęstą chmurę pary.   
Miranda zdjęła szal z głowy i osuwając się na krzesło kuchenne, szepnęła:  
- To dopiero sprytne dziecko! Wykapany Sawyer!  
Cały dzień przeszedł miło dla kaŜdego. Janinie nieco się polepszyło, nic więc nie tłumiło 
ogólnej wesołości. Państwo Burch odjechali serdecznie Ŝałowani, a małe misjonarzątka, 
skąpane we łzach, poprzysięgły wieczystą przyjaźń Rebece, która w chwili rozstania wcisnęła 
im w dłonie poemat, ułoŜony przed śniadaniem:  
  
  
Dla Marii i Marty Burch  
  
  
Pod niebem Syrii zrodzone,@ gdzie słońca płoną szkarłaty,@ zakwitły i wzrosły dzieci@ jak 
tropikalne kwiaty.@  
Nie w lodowatej Grenlandii,@ nie w Indiach, gdzie brzeg uroczy.@ Pierwszy raz w kraju 
pogańskim@ jasne otwarły oczy.@  
Hen, w tajemniczej krainie,@  gdzie czarnych widzi się ludzi,@ i gdzie prawdziwej religii@ 
nikt w sercach ich nie zbudzi.@  
Więc dobrym misjonarzom@ niech kaŜdy z pomocą ruszy,@ bo oni tych czarnych pogan@ 
uczą o Bogu i duszy.@  
`rp  
Rebeka Rowenna Randall  
`rp  
  
Odwiedziny powracających misjonarzy nie pozostały bez pewnych daleko sięgających 
następstw. Sami państwo Burch wspominali je, jako jedną z największych przyjemności, 
doznanych w czasie półrocznego pobytu w ojczyźnie. Całemu sąsiedztwu dostarczyły 
niewyczerpanego materiału do gorących dyskusji, podejrzeń i argumentów, wspomnień i 
przepowiedni. Diakon Milliken dał dziesięć dolarów na cele nawracania Syryjczyków, a pani 
Milliken nierozwaŜną hojność męŜa cięŜko odchorowała.  
Miło byłoby stwierdzić, Ŝe Miranda Sawyer stała się od tego czasu inną kobietą, tak jednak 
nie było. Drzewko, które rosło krzywo przez lat dwadzieścia, nie moŜe się wyprostować w 
mgnieniu oka. Jednak, choć na zewnątrz róŜnica wydawała się bardzo drobna, istniała 
niewątpliwie. Miranda mniej była surowa w postępowaniu z Rebeką, a nawet zaczynała 
wierzyć w ostateczne jej zbawienie. Zwrot ten nastąpił w chwili, gdy spostrzegła, Ŝe Rebeka 
odziedziczyła coś ze strony Sawyerów, Ŝe nie naleŜała ciałem, sercem i duszą do 
wzgardzonego rodu Randallów. Wszystko, co było w niej interesujące, kaŜdy objaw 
zdolności, Miranda przypisywała jedynie wpływowi i tresurze Czerwonego Domu. 
Przepełniało ją uczucie głębokiej dumy - dumy mistrza, któremu udało się zbudować coś z 
najmniej obiecującego materiału. Do samego końca, gdy ubytek sił fizycznych osłabił ucisk 
jej Ŝelaznej ręki, nie okazała ani razu tej dumy, nie dała jednego dowodu czułości.  
Czerwony Dom nie zmienił się wprawdzie w rodzaj przydroŜnej gospody, miejsce 
niewinnych zabaw i wesołych przyjęć. Wizyta misjonarzy zrobiła jednak pewien wyłom w 
zwyczajach domowych i Miranda pozwoliła, aby jedno łóŜko zawsze było gotowe "na 
wypadek, gdyby się ktoś trafił".  
Kryształowe szklaneczki stały teraz nie na najwyŜszej półce kredensu, ale na drugiej od góry. 
Rebeka mogła je dosięgnąć przez samo wyciągnięcie ręki.  

background image

Miranda przeszła samą siebie, oświadczając, Ŝe nie miałaby nic przeciwko temu, aby państwo 
Burch kiedykolwiek ją odwiedzili. Bała się jednak, Ŝe rozpowiedzieli juŜ za granicą o wizycie 
i Ŝe rodziny misjonarzy nieustannie będą ją teraz najeŜdŜać. WyraŜała pogląd, Ŝe gdy 
włóczęga dostanie dobry obiad, moŜna być pewnym, Ŝe zostawi po sobie jakiś znak, tak Ŝe 
wszyscy inni będą wiedzieli, gdzie mogą dostać poczęstunek.  
NaleŜy się obawiać, Ŝe jest nieco prawdy w tym prostym powiedzeniu i trwoga Mirandy 
przed przyszłą inwazją miała pewne podstawy. Dawaj figi przez miesiąc czy dwa, a cały 
ś

wiat na zewnątrz sadu odwróci się od ciebie z niechęcią, jeśli mu przyniesiesz oset.  

Niełatwo opisać, jakie wraŜenie wywołała wizyta państwa Burch na Rebece. Gdy spojrzała na 
nią z perspektywy lat późniejszych, czuła, Ŝe chwila, w której pan Burch kazał jej wygłosić 
modlitwę, zmieniła jej Ŝycie. 
   
XXI. Horyzont się rozszerza  
  
  
Rozdział XXI  
Horyzont się rozszerza  
  
  
Nadszedł nareszcie długo i niecierpliwie oczekiwany dzień, w którym Rebeka zapisała się do 
Akademii w Wareham. Ludzie, którzy obracali się w kołach naukowych wielkich 
uniwersytetów, nie uwaŜaliby nigdy Wareham za pole nadzwyczajnych doświadczeń. Było 
jednak tyle wyŜsze od Riverboro, o ile to miasteczko wznosiło się ponad farmę Słonecznego 
Potoku. Rebeka zamierzała ukończyć czteroletni kurs w ciągu lat trzech, aby jako dorosła, 
siedemnastoletnia dziewczyna mogła pracować i pomagać w kształceniu  młodszych dzieci. 
Gdy zastanawiała się, w jaki sposób tego dokonać, inne dziewczyny rozmyślały nad tym, czy 
nie uda się w ciągu tych czterech lat tak postępować, aby wyjść z Akademii, nie wiedząc 
więcej niŜ na początku. MoŜe się to wydawać trudne, niemal niemoŜliwe do spełnienia; 
dokonywano tego jednak nieraz i w innych siedliskach wiedzy, nie tylko w skromnym, 
małym Wareham.  
Od września do BoŜego Narodzenia Rebeka jeździła codziennie, dojeŜdŜała do szkoły koleją 
z Riverboro, tylko w ciągu trzech najzimniejszych miesięcy mieszkała w Wareham.   
Rodzice Emmy uwaŜali, Ŝe edukacja, jaką mogą dać dwa lata spędzone w szkole w 
Edgewood (trzy mile od Riverboro), wystarczy najzupełniej ich córce. Emma całym sercem 
zgadzała się dotąd z tym zdaniem, gdyŜ rzeczą, której z głębi duszy nie cierpiała, była nauka. 
W oczach jej jedna ksiąŜka gorsza była od drugiej. Mogłaby patrzeć, jak wszystkie biblioteki 
ś

wiata toną w głębiach oceanu, i jeść wesoło w tym czasie śniadanie. Sprawy nabrały innego 

wymiaru z chwilą, gdy ją wysłano do Edgewood, a Rebekę do Wareham. Znosiła to przez 
cały tydzień, przez siedem nie kończących się dni oddalenia od ukochanej istoty. DłuŜej 
jednak cierpieć nie mogła, gdy zatem nadeszła niedziela, przedstawiła ojcu całą sprawę. Ten 
jednak okazał się uparty. Nie dowierzał edukacjom i uwaŜał, Ŝe  córka jego dość była mądra. 
WydzierŜawiając farmę i przenosząc się do Riverboro, nie miał zamiaru pozostać tam na 
stałe. Chciał wrócić na wieś, skoro tylko Emma ukończy naukę i będzie mogła pomagać 
matce.  
Minął drugi tydzień. Emma schła w oczach. Rumieńce jej przybladły, apetyt - przynajmniej 
przy stole - straciła zupełnie.  
Matka napomykała płaczliwie, Ŝe Perkinsowie najczęściej tak gasną w oczach, Ŝe zawsze 
obawiała się, iŜ cera Emmy zbyt jest piękna, aby mogła być zdrowa. Inni ludzie byliby dumni, 
gdyby mieli tak ambitną córkę i cieszyli się, mogąc dać jej wyŜsze wykształcenie. Jeśli 
dziewczyna ma taką pasję do nauki, byłoby grzechem sprzeciwiać się jej woli.  

background image

Perkins znosił wszystko cierpliwie, dopóki nie zaczęło mu to działać na humor, apetyt i 
trawienie. Wtedy pochylił głowę przed nieubłaganą koniecznością i Emma wyfrunęła z domu, 
jak ptaszek wypuszczony z klatki. Odwaga nie opuściła jej do końca, chociaŜ od chwili 
wstąpienia do szkoły w Wareham przechodziła cięŜkie próby. Zdała zaledwie z dwu 
przedmiotów, wesoło jednak cofnęła się do klasy przygotowawczej, z mocnym 
postanowieniem, Ŝe strumieniowi wiedzy nie da się przemoczyć. Nie moŜemy w Ŝaden 
sposób ukryć tej smutnej prawdy, Ŝe Emma była głupia. Ale uparta, niezachwiana wierność i 
dar bezinteresownej, pełnej poświęcenia miłości są swego rodzaju talentami, i podobną mają 
cenę w świecie, jak zdolności do matematyki lub języków.  
Wareham było małym, ładnym miasteczkiem; z szeroką główną ulicą, ocienioną wielkimi 
klonami i wiązami. Miało aptekę, kowala, fabrykę wyrobów ołowianych, kilka sklepów, dwa 
kościoły i wiele restauracji. Powagę i znaczenie nadawały mu przede wszystkim liceum i 
seminarium. Te ośrodki wiedzy nie były lepsze ani gorsze od innych tego rodzaju. 
Odznaczały się zaś niŜszym lub wyŜszym poziomem, zaleŜnie od tego, czy kierownik był 
człowiekiem rozumnym i energicznym, czy nie. Przebywali tam chłopcy i dziewczęta ze 
wszystkich zakątków kraju o róŜnych stopniach pozycji w świecie i zamoŜności. Sposobności 
do nieodpowiedniego zachowywania się było mnóstwo, dziwne jednak, Ŝe sposobność tę 
mało wykorzystywano. Wśród słuchaczy trzeciego i czwartego kursu byli tacy, którzy parami 
odbywali codzienną podróŜ koleją. Wówczas to płeć silniejsza dźwigała pod górę cięŜkie 
ksiąŜki słabszych towarzyszek pracy i flirtowała na zabój z gromadką dziewcząt pustych i 
przedwcześnie zepsutych, do których naleŜała takŜe Hulda Meserve. śyła w dosyć 
przyjaznych stosunkach z Rebeką i Emmą. Z czasem przyjaźń ta z wolna się ochłodziła. 
Hulda była piękna. Miała ogromne, kasztanowate włosy i kilka malutkich piegów, których 
nikt nie mógłby dostrzec, gdyby ustawicznie o nich nie wspominała. Zwracała w ten sposób 
uwagę na śliczną porcelanową cerę i długie, wygięte rzęsy. Miała wesołe, śmiejące się oczy i 
trochę zbyt pulchną figurę, ogólnie zaś twierdzono, Ŝe jest czarująca. PoniewaŜ Riverboro nie 
mogło dostarczyć jej wielu adoratorów, nie zamierzała marnować czasu w ciągu czteroletniej 
nauki w Wareham. Ideałem jej Ŝycia było wiecznie zmieniające się koło wielbicieli, 
spełniających wszystkie  zachcianki (im bardziej publiczne, tym lepiej), nieustanne z nimi 
ś

miechy, Ŝarty i Ŝywe rozmowy, poparte wymownymi spojrzeniami i obiecującymi 

uśmiechami. Miała zwyczaj zwierzać się mniej szczęśliwym koleŜankom i opłakiwać srogie 
spustoszenie, które wokół szerzyła, choć zamiary miała tak niewinne, jak nowo narodzone 
jagniątko. Niewiele trzeba tego rodzaju cnót, aby rozbić przyjaźń. Nie upłynął miesiąc, a 
Rebeka i Emma siedziały w jednym końcu pociągu, podczas gdy drugi zajmowała Hulda ze 
swym dworem. Czasami bywał on niezwykle świetny. Niekiedy zaś koło wielbicieli 
ograniczało się do konduktora, którym, z braku lepszej zabawy, teŜ nie moŜna było gardzić.   
Rebeka trwała we właściwej jej wiekowi nieświadomości. Chłopcy byli dla niej tylko 
dobrymi kolegami, niczym więcej. Lubiła uczyć się z nimi, lecz przed pospolitymi i 
przedwczesnymi flirtami chroniły ją ideały. W chłopcach, których spotykała, nie było nic, co 
mogłoby rozbudzić jej wyobraźnię. Szkolne romanse Huldy, z wszystkimi banalnymi 
szczegółami, nie mogłyby być materiałem, z którego tkała swe marzenia.  
Wśród nauczycielek w Wareham była jedna, która wywierała na Rebekę głęboki wpływ. 
Panna Emilia Maxwell, wykładająca historię literatury angielskiej i stylistykę. Jako 
siostrzenica byłego gubernatora Stanu Maine, a córka jednego z wybitnych profesorów, 
naleŜała do najznakomitszych osobistości w Wareham.  
Między nauczycielką a uczennicą nawiązał się szybko serdeczny stosunek. Serce Rebeki 
wzleciało ku niej jak strzała ku swemu celowi.  
Chodziły wieści, Ŝe panna Maxwell "pisała", a słowo to, wypowiadane pewnym tonem, 
znaczyło, Ŝe utwory jej ukazywały się w druku.  

background image

- Będziesz taka, jak ona - szepnęła Hulda do Rebeki pierwszego ranka przy modlitwie. - Ona 
pisze. Ale taka jest zarozumiała!  
Nikt nie miał wprawdzie dokładnych wiadomości, którymi mógł zaspokoić ciekawość, 
wierzono jednak, Ŝe istniała osoba, która na własne oczy widziała artykuł Emilii w jakimś 
czasopiśmie. Wszystko to onieśmielało Rebekę wobec ubóstwianej nauczycielki. Odczuwała 
jej sympatię i pewien podziw dla siebie. Spojrzenie panny Maxwell zawsze napotykało parę 
ciemnych, Ŝywych, utkwionych w niej oczu. JeŜeli powiedziała coś szczególnie dobrego, 
szukając mimo woli pochwały, spoglądała w kąt drugiej ławki, gdzie kaŜdy      cień uczucia, 
które pragnęła wywołać, odzwierciedlał się na pewnej wraŜliwej, młodej twarzy.  
Kiedy omawiano pierwsze wypracowanie klasowe, poprosiła wszystkich nowych uczniów, 
aby jej przynieśli próbkę wypracowań, pisanych poprzedniego roku. Chciała ocenić ich prace 
i zdać sobie sprawę z tego, z kim miała pracować. Rebeka, z ociąganiem zbliŜyła się 
nieśmiało do katedry.  
- Nie mam tutaj Ŝadnego z wypracowań, proszę pani, ale gdy w piątek pojadę do domu, 
postaram się je odszukać. LeŜą zapakowane w pudełku na strychu.  
- Starannie owiązane róŜowymi i niebieskimi wstąŜeczkami. Prawda? - pytała Emilia z nieco 
złośliwym uśmiechem.  
- Nie - odparła Rebeka, potrząsając stanowczo głową. - Wypracowania swoje związałam 
umyślnie szpagatem, jedno zaś, o samotności, starymi sznurowadłami. Zrobiłam to dlatego, 
Ŝ

eby pokazać, co o nim myślę!  

- Samotność! - zaśmiała się panna Maxwell, wznosząc w górę brwi. - Czy sama wybrałaś ten 
temat?  
- Nie. Panna Dearborn nie przypuszczała, Ŝe potrafimy wymyślić coś mądrego.  
- Masz jakieś inne wypracowanie?  
- "Ognisko marzeń", "Grant jako Ŝołnierz", "Pogrzebane miasta". Nie przypominam sobie 
więcej. Wszystkie są złe i głupie, za nic bym ich nie pokazała! Za to poezje piszę znacznie 
łatwiej i lepiej.  
- Poezje! - wykrzyknęła nauczycielka. - CzyŜ panna Dearborn Ŝądała od was tego?  
- Ach, nie! Pisałam je zawsze, nawet na farmie. Mogę przynieść pani wszystkie? Nie ma ich 
wiele...  
Rebeka wziąwszy notesik z utworami poetyckimi, poszła do mieszkania panny Maxwell, 
marząc, Ŝe moŜe zaproszą ją do środka na chwilę rozmowy. Lecz na odgłos dzwonka zjawiła 
się tylko słuŜąca, musiała więc odejść z niczym, srodze rozczarowana.  
W parę dni później ujrzała czarno oprawną ksiąŜeczkę na katedrze. Odgadła, Ŝe zbliŜa się 
straszna chwila sądu, nie zdziwiła się więc, gdy nauczycielka kazała jej zostać w klasie po 
godzinach.  
W pokoju był spokój i cisza. Emilia podeszła do ławki i usiadła przy Rebece.  
- Myślałaś, Ŝe są dobre? - zapytała, oddając jej wiersze.  
- Niezupełnie - wyznała Rebeka - bardzo trudno ocenić wartość swych utworów. Perkinsowie 
i Cobbowie mówili zawsze, Ŝe są cudowne, ale kiedy pani Cobb uznała je za lepsze od poezji 
Longfellowa, zmartwiłam się bardzo, bo to nie moŜe być prawda.  
Szczera uwaga przekonała Emilię, Ŝe Rebeka jest dziewczynką, której moŜna powiedzieć całą 
prawdę.  
- Tak, moje dziecko - rzekła z uśmiechem - przyjaciele twoi byli w błędzie. Wierszyki są 
bardzo słabe.  
- Muszę więc zrezygnować z nadziei, Ŝe będę pisarką! - westchnęła Rebeka. Pokosztowawszy 
pierwszej goryczy, myślała, jak zdoła powstrzymać łzy, zanim się skończy rozmowa.  
- Poczekaj trochę - przerwała panna Maxwell. - Nie moŜna jeszcze zaliczyć ich do poezji, ale 
obiecują wiele. Nigdy na przykład nie mylisz się w rymach ani rytmach, a to świadczy, Ŝe 
masz wrodzone poczucie formy. Gdy dorośniesz i staniesz się doświadczona - będziesz miała 

background image

coś do powiedzenia. Mogłabyś pisać wiersze zupełnie dobre. Poezja wymaga wiadomości, 
doświadczenia i wyobraźni, Rebeko. Nie masz jeszcze dwóch pierwszych warunków, ale 
zdaje mi się, Ŝe masz ten ostatni.  
- Nie będę mogła pisać wierszy, nawet dla zabawy?  
- AleŜ naturalnie, Ŝe moŜesz. Łatwiej ci będzie pisać prozą. A teraz przejdźmy do czego 
innego. Mam zamiar dać wszystkim słuchaczom, jako temat pierwszego wypracowania list, 
opisujący miasto i Ŝycie szkolne.  
- Muszę pisać o sobie?  
- Co przez to rozumiesz?  
- List Rebeki Randall do jej siostry Anny z farmy Słonecznego Potoku, albo do ciotki Janiny z 
Czerwonego Domu w Riverboro jest nudny i głupi, jeŜeli jest prawdziwym listem. Gdybym 
mogła wmówić, Ŝe jestem inną dziewczyną i piszę do kogoś, kto mnie rozumie, wtedy 
mogłabym to zrobić ładniej.  
- Doskonale! Świetny pomysł - rzekła panna Maxwell. - A kim chcesz być?  
- Bardzo lubię dziedziczki - odpowiedziała Rebeka w zamyśleniu. - Naturalnie nie widziałam 
Ŝ

adnej, ale interesujące przygody trafiają się dziedziczkom, zwłaszcza złotowłosym. Moja 

dziedziczka nie byłaby próŜna i dumna, jak siostry w "Kopciuszku". Byłaby szlachetna i 
wspaniałomyślna. Zrezygnowałaby z pobytu w szkole w Bostonie, bo chciałaby być tam, 
gdzie jej ojciec mieszkał jako chłopiec. Ojciec juŜ nie Ŝyje, a ona ma opiekuna, najlepszego i 
najmilszego człowieka na świecie. Jest naturalnie niemłody, czasem bywa bardzo spokojny i 
powaŜny. Gdy się czuje szczęśliwy, staje się tak miły i wesoły, Ŝe Ewelina zupełnie się go nie 
boi. Tak, dziewczynka będzie się nazywała Ewelina, a jej opiekunem będzie Adam Ladd.  
- Znasz pana Ladd? - spytała panna Maxwell ze zdziwieniem.  
- Tak! To mój najlepszy przyjaciel! - wykrzyknęła Rebeka radośnie. - Czy pani zna go takŜe?  
- O, tak! Jest kuratorem tych szkół i często tu przychodzi. Ale jeŜeli pozwolę ci tak 
fantazjować dalej, opowiesz mi cały list, a wtedy stracę miłą niespodziankę.  
  
Wiemy juŜ, co myślała Rebeka o pannie Maxwell. Jak nauczycielka odnosiła się do uczennicy 
moŜemy wnioskować z listu, napisanego w dwa lub trzy miesiące później.  
  
`cp2  
`rp  
Wareham 1 grudnia  
`rp  
Mój drogi Ojcze! Jak wiesz, nie zawsze z zapałem odnosiłam się do nauczania. Daremny trud 
pakowania wiadomości w mózgi zarozumialców obojga płci, nieraz mnie zniechęcał. Im są 
głupsi, tym mniej zdają sobie z tego sprawę. Gdyby specjalnością moją była geografia albo 
matematyka, mogłabym wierzyć, Ŝe coś osiągnę. W tych gałęziach wiedzy pilność i 
pracowitość tworzą cuda. Ale w literaturze angielskiej i stylistyce Ŝąda się odrobiny rozumu i 
wyobraźni! Miesiąc po miesiącu mozoliłam się, otwierając biedne mózgi jak ostrygi, lecz 
rzadko kiedy znajdowałam perłę. Wyobraź sobie moją radość, gdy bez Ŝadnego prawie 
wysiłku znalazłam rzadką perłę; czarną, połyskliwą, cudną! Na imię ma Rebeka i nawet 
wygląda podobnie jak "Rebeka u studni" w naszej Biblii. Oczy jej i włosy tak są czarne, Ŝe 
chyba płynie w jej Ŝyłach odrobina krwi hiszpańskiej lub włoskiej. Nie jest niczym 
szczególnym. Ludzie nic dla niej nie zrobili. Nie ma rodziny, o której mogłaby mówić, 
pieniędzy ani wykształcenia godnego tej nazwy. Ale Matka Natura wdarła się w wyłom i 
rzekła:  
  
To miłe dziecko wezmę sobie,@ niech będzie moje, a z niego zrobię@ mą własną panią.@  
  

background image

Błogosławiony niech będzie Wordsworth! Jak on nas rozumie! A moja perła nigdy jeszcze 
dotąd o nim nie słyszała! Wyobraź sobie, Ŝe czytasz w klasie "Łucję", a kiedy skończysz, 
widzisz czternastoletnie usteczka drŜące ze wzruszenia i parę oczu pełnych łez!  
 
Ojcze drogi! I ty takŜe znasz to uczucie zniechęcenia, które rodzi świadomość, Ŝe zdrowe 
ziarno sieje się w glebę skalistą, piasek, wodę, a nieraz i w błoto.  
Wyobraź sobie radość odnalezienia prawdziwego umysłu. Radość rzucania ziarna w grunt tak 
ciepły i Ŝyzny, Ŝe wyda na pewno liście, kwiaty i owoce! Chciałabym być cierpliwą i mniej 
chciwą rezultatów! Nie nadaję się na nauczycielkę. Nikt tak nie pogardza głupotą, jak ja... 
Perła pisze małe, osobliwe, sielskie wierszyki. Są to rymy trochę częstochowskie. Lecz 
zawsze zdoła w nie włoŜyć jakąś myśl, coś, co wskazuje, Ŝe zna tajemnicę tworzenia... Do 
widzenia! MoŜe w któryś piątek wezmę ze sobą do domu Rebekę, abyście ją mogli ujrzeć 
własnymi oczyma.  
`rp  
Twoja kochająca córka  
Emilia.  
`rp  
  
  
XXII. Kwiaty koniczyny i słonecznik  
  
  
Rozdział XXII  
Kwiaty koniczyny i słonecznik  
  
  
- Jak się macie dziewczęta - zawołała Hulda Meserve, zaglądając przez uchylone drzwi. - Czy 
nie moŜecie przestać kuć choć na minutkę? Chciałabym zobaczyć wasz pokój. Wracam 
właśnie ze sklepu, gdzie kupiłam sobie rękawiczki. Nie będę juŜ nosić mitenek tej zimy; zbyt 
sielsko to wygląda. Przypuszczam, Ŝe wam to obojętne, ale ja cierpię, kiedy czuję, Ŝe mój 
strój nie jest utrzymany w pewnym stylu. No, ale wasz pokój jest wprost bajeczny! śaden nie 
moŜe się z nim równać! Nie wiem, co mu nadaje tak wspaniały wygląd, firanki, elegancki 
parawanik czy lampa Rebeki? Macie talent do ustawiania! Lubię ładne pokoiki, ale nigdy nie 
mam czasu, aby swój uporządkować. Tak jestem zajęta ubraniem, Ŝe nieraz do południa nie 
mogę łóŜka zasłać. Kiedy skończę studia, urządzę sobie po królewsku salon w domu. 
Zobaczycie, Ŝe aŜ ciasno będzie od draperii, portier, wstąŜek i poduszek na kanapę. Musi mi 
mama urządzić kominek, i będę tam wieczorami przyjmować przyjaciół. Czy mogę wysuszyć 
nogi przy ogniu? Nie cierpię kaloszy i nie noszę ich, chyba Ŝe błoto jest po kolana. Strasznie 
powiększają stopę. Tyle się nabiegałam, zanim dostałam tę parę bucików na francuskich 
obcasach. ZauwaŜyłam, Ŝe panowie przede wszystkim zwracają uwagę na nogi. Elmer 
Webster nadepnął wczoraj mi na stopę, kiedy przypadkowo wysunęłam ją poza ławkę. Kiedy 
mnie za to przepraszał po wykładzie, powiedział, Ŝe nie czuje się bardzo winien, bo nóŜka 
była tak malutka, Ŝe jej nie spostrzegł. Pyszny chłopak, prawda? Myślałam zawsze, Ŝe mam 
brzydkie nogi, ale wszyscy mówią, Ŝe są bardzo piękne. PrzyłóŜcie swoje buciki do moich, 
dziewczęta. Zobaczymy, jaka będzie róŜnica.  
- Jakie są, takie są, w kaŜdym razie moje buciki zawsze są bardzo wygodne - odpowiedziała 
Rebeka sucho. - Nie mam dziś czasu. ZauwaŜyłam juŜ twój zwyczaj wysuwania stopy poza 
ławkę, odkąd kupiłaś nowe buciki.  
- To prawda, Ŝe wysuwam ją czasem umyślnie, ale robię to tylko dlatego, Ŝe buciki zawsze są 
trochę niewygodne na początku. Podobno dostałyście mnóstwo nowych rzeczy?  

background image

- Ach! Myślisz o podarkach gwiazdkowych? - rzekła Emma. - Tak, dostałyśmy poszeweczki 
na poduszki od pani Cobb, kilimek od kuzynki Anny z północnego Riverboro, i kosz na 
papiery od Dicka i Liwinga. Same sobie dałyśmy nawzajem ten stoliczek i kapki na poduszki. 
A parawanik jest mój! Dostałam go od pana Ladda.  
- Tak, miałyście szczęście, gdy go wtedy spotkałyście. Mój BoŜe! Chciałabym poznać kogoś 
takiego! Śliczny ten parawanik! Prawie zupełnie zasłania łóŜko. Zawsze mówię, Ŝe łóŜko 
psuje wygląd i zmienia charakter kaŜdego pokoju. Macie alkowę - jedyną w całym budynku. 
Nie rozumiem, jakim cudem dostałyście ten pokój, kiedy dopiero przyjechałyście - 
zakończyła Hulda z nieukrywaną zawiścią.  
- Dostałyśmy dlatego, Ŝe Rut Berry wyjechała nagle z powodu śmierci ojca. Pokój był wolny i 
panna Maxwell poprosiła, aby go nam dano - odpowiedziała Emma.  
- Wielka, jedyna Maxica jest bardziej sztywna i niedostępna, niŜ w zeszłym roku - odezwała 
się Hulda. - Zrezygnowałam z wszelkich prób przypodobania się jej. Dobra jest dla swoich 
faworytek, na nikogo innego nie zwraca najmniejszej uwagi. Chyba Ŝe robi zgryźliwe 
przycinki do spraw, które do niej nie naleŜą. Miałam szaloną ochotę powiedzieć jej wczoraj, 
Ŝ

e ma  mnie uczyć łaciny, nie dobrych manier.  

- Proszę cię bardzo, aŜebyś przy mnie nic na pannę Maxwell nie mówiła - rzekła Rebeka 
gorąco. - Wiesz, Ŝe ją szanuję.  
- Wiem. I nie mogę zrozumieć, jak ją moŜesz znosić.  
- Nie tylko ją znoszę. Ja kocham ją! Rozumiesz? - wykrzyknęła Rebeka. - Gdybym mogła, nie 
pozwoliłabym, aby ją słońce paliło albo wiatr mroził! Chciałabym postawić w jej klasie 
marmurowy piedestał i posadzić ją na aksamitnym fotelu, przy złocistym stole!...  
- No, no! Nie wpadaj zaraz w szał. MoŜe sobie siedzieć, gdzie się jej podoba. Co mi do tego. 
Mam waŜniejsze rzeczy na głowie.  
- Czy nie masz dzisiaj nic do nauki? - zapytała Emma, chcąc przerwać niemiłą rozmowę.  
- Mam! Ale zgubiłam wczoraj gramatykę łacińską. Zostawiłam ją na pół godziny w 
przedsionku, bo miałam właśnie scenę z Herbertem Dunnem. Nie mówiłam do niego przez 
tydzień i zwróciłam mu odznakę klasową. Wściekły był! Kiedy wróciłam potem do 
przedpokoju, ksiąŜki juŜ nie było. Zeszłam na dół do miasta kupić sobie rękawiczki i 
wstąpiłam do kancelarii dyrektora, aby się zapytać o swoją gramatykę. Dlatego jestem taka 
wystrojona.  
Rozpięty Ŝakiet ukazywał cały rój pamiątkowych odznak, przypiętych do niebieskiej bluzki. 
Dekoracja ta świadczyła o powodzeniu Huldy tak, jak rozwieszone nad łóŜkiem kotyliony 
ś

wiadczą o tryumfach modnej królowej balu.  

Jaskrawe barwy, wesołe gadulstwo, spojrzenia, ruchy i uśmiechy Huldy przypominały 
zupełnie papugę z poematu Wordswortha i zdawało się, Ŝe moŜna było do niej zastosować te 
słowa:  
  
Pocieszny, miły ptaku ty,@ tyś wiecznie młodym trzpiotem,@ jedyne twe o szczęściu sny:@ 
podziwu być przedmiotem.@  
  
- Pan Morrison jest pewny, Ŝe znajdzie się moja gramatyka, a na razie poŜyczył mi inną - 
ciągnęła Hulda. - Skrzywił się wprawdzie, Ŝe zostawiłam ksiąŜkę w przedsionku. Był wtedy 
takŜe w kancelarii jakiś niezwykle elegancki pan. Nie widziałam go nigdy dotychczas. 
Chciałabym, Ŝeby to był nowy nauczyciel, ale wątpię! Wyglądał zbyt młodo na ojca którejś z 
dziewczynek, a zbyt staro na brata. Patrzył na mnie cały czas. Czułam się tak zaŜenowana, Ŝe 
nie mogłam odpowiadać na pytania pana Morrisona.  
- Niedługo będziesz chodziła w masce, Ŝeby mieć trochę spokoju - rzekła Rebeka. - Przyznaj 
się, czy dyrektor nie prosił cię jeszcze dotąd o pukiel włosów do medalionu?  
- Ten pan miał szpilkę z kameą i wspaniały pierścień, jakby skręt wokół palca.  

background image

Przy ostatnich słowach Huldy Rebeka uwaŜnie nastawiła uszu. Znała doskonale ten dziwny 
pierścień, który naleŜał do jedynej (poza panną Maxwell) istoty przemawiającej do jej 
wyobraźni - do pana Aladyna. Uczucie, jakie miała dla niego, podzielane takŜe i przez Emmę, 
było mieszaniną romantyzmu i pełnego szacunku podziwu, połączonego z głęboką 
wdzięcznością za prześliczne dary. Od czasu, kiedy go poznały, nie przeszło ani jedno BoŜe 
Narodzenie bez dowodów jego pamięci. Co roku obie przyjaciółki dostawały cenne podarki, 
wybierane ze smakiem i rozmysłem. Pisywała do niego listy z podziękowaniami, mozoląc się 
nieskończenie, aby wyrazy wdzięczności od Emmy róŜniły się od jej własnych. Nieraz pisał z 
Bostonu, prosząc o wieści z Riverboro, i Rebeka wysyłała wówczas całe arkusiki, zapełnione 
miłą, dziecięcą gawędą, przeplatane wierszykami, które pan Adam czytał i odczytywał bez 
końca. JeŜeli u dyrektora był rzeczywiście Aladyn, czy przyjdzie, aby mogły pokazać mu 
ś

liczny pokoik, przybrany jego darami?  

Ta pierwsza zima była najszczęśliwszą epoką w szkolnych czasach Rebeki. Mieszkały z 
Emmą w jednym pokoju, zgromadziły więc całe swoje bogactwo, aby go uczynić przytulnym. 
Pokoik był miły, miał jesionowe meble i ciemnoczerwony dywan, przykrywający całą 
podłogę. W urządzaniu go Rebeka dostarczała pomysłów, Emma zaś wkładała pracę i 
materiały. Ojciec pani Perkins był kupcem, po jego śmierci zamęŜna córka dostała mnóstwo 
pozostałych towarów. Sam cukier, ocet i nafta wystarczyły rodzinie na pięć lat, a strych 
Perkinsów był niewyczerpanym skarbcem najprzeróŜniejszych przedmiotów. Pani Perkins 
uszyła dziewczynkom firanki z muślinu i ozdobiła czerwonym szlakiem. Dwa stoliczki 
nakryto serwetkami i kaŜda miała własny kącik do nauki. Pozwolono Rebece zabrać jej 
własną lampę, która mogła być ozdobą wykwintnego apartamentu. Gdy nadeszły nowe dary 
od pana Aladyna - japoński parawanik i półeczka z dziełami poetów angielskich - 
dziewczynki zauwaŜyły, Ŝe to było tak zabawne, jak gdyby wychodziły za mąŜ i urządzały 
własne gospodarstwo.  
Hulda była u nich w piątek, a w dnie te po południu Rebeka odwiedzała pannę Maxwell. 
Mogła siedzieć u niej przy kominku godzinę, a nawet i dłuŜej, i czytać, co tylko zapragnęła. 
Potem Emilia wracała z wykładów. Jeszcze pół godzinki miłej pogawędki, po czym 
dziewczynka zrywała się i biegła na stację. Czekała tam na nią Emma, z którą wspólnie 
odbywała zwykłą podróŜ do Riverboro, gdzie spędzały kaŜdą sobotę i niedzielę.  
Tego piątku Rebeka wybrała sobie z półki "Romolę". Zagłębiła się w miękki fotel, stojący 
przy oknie. Od czasu do czasu spoglądała na zegar, gdyŜ pamiętała dzień, w którym tak się 
zatopiła w "Dawidzie Copperfieldzie", Ŝe na myśl o podróŜy do Riverboro nie było miejsca w 
jej głowie. Zaniepokojona Emma, w poszukiwaniu Rebeki przybiegła do panny Maxwell. 
Ostatni pociąg zatrzymywał się trzy mile od Riverboro, tak Ŝe dopiero wieczorem po długim i 
uciąŜliwym marszu w śniegu dziewczynki wróciły do domu.  
Czytała juŜ od pół godziny, kiedy, spojrzawszy przez okno, dostrzegła dwie postacie, 
wysuwające się ścieŜką z lasku. Pukiel czerwonawych włosów i kokieteryjny kapelusz mógł 
naleŜeć do jednej tylko osoby - a jej towarzysz nie był nikim innym, tylko Aladynem! 
Policzki Huldy pałały, oczy zdawały się rzucać iskry spoza białej woalki. Idąc, wytwornym 
ruchem unosiła spódniczkę, wybierając suche miejsca dla bucików na wysokich obcasach.   
Rebeka osunęła się na dywanik leŜący przed kominkiem i oparła głowę o siedzenie wielkiego 
fotela. Przeraziła ją burza, która się nagle zerwała w jej sercu. Było ponad jej siły 
zrezygnować z cząsteczki przyjaźni pana Aladyna na rzecz Huldy - Huldy tak jasnej, zalotnej 
i ładnej. Emmę z radością dopuszczała do uczestnictwa w tej cennej przyjaźni.  
Nagle cichutko otwarły się drzwi i ktoś wszedł do pokoju. Równocześnie dobiegł ją dobrze 
znany głos:  
- Mówiła mi panna Maxwell, Ŝe zastanę tu pannę Rebekę Randall.  
Dziewczynka drgnęła na dźwięk tego głosu i zawołała radośnie:  
- Pan Aladyn! Tak się bałam, Ŝe nie będzie pan miał czasu, aby nas odwiedzić!  

background image

- Co znaczy to "nas"? Ciotek tu nie ma, prawda? Ach, myśli pani o tej bogatej córce kowala, 
której nazwiska nigdy nie mogę zapamiętać. Czy i ona jest tutaj?  
- Tak, mieszkamy w jednym pokoju - odpowiedziała z uśmiechem Rebeka.  
Adam nie widział jej juŜ od kilku miesięcy, chciał się więc niejednego dowiedzieć o Ŝyciu 
szkolnym. Pytał się juŜ nawet Morrisona, jakie postępy robi Rebeka w nauce.  
- No, mała moja panienko - rzekł powstając. - Czas pomyśleć o podróŜy do Portland. 
Odbędzie się tam jutro posiedzenie dyrektorów kolei. Staram się zawsze skorzystać z tej 
sposobności, aby odwiedzić szkołę i dać parę cennych moich rad w jej kwestiach 
wychowawczo_finansowych.  
- Takie to dziwne, Ŝe pan jest kuratorem szkolnym - rzekła Rebeka w zamyśleniu. - Nie 
wydaje mi się pan do tego stworzony.  
- Zgadzam się z panią najzupełniej - odpowiedział. - Co prawda - dodał ze smutkiem - 
godność kuratora szkolnego przyjąłem jedynie przez pamięć mojej biednej matki, która 
ostatnie swoje szczęśliwe lata spędziła tutaj.  
- Musiało to być juŜ dawno temu.  
- Mam teraz trzydzieści jeden lat, choć juŜ białe nitki ukazują się we włosach. Matka moja 
wyszła za mąŜ miesiąc  po ukończeniu studiów, a umarła, gdy miałem lat dziesięć. Czy 
chciałaby pani zobaczyć ją, panno Rebeko?  
Dziewczynka wzięła portrecik i zachwyciła się białoróŜową twarzyczką, tak ufną i słodką, Ŝe 
wyraz jej trafiał wprost do serca.  
- Och, jakaŜ cudna twarz, jak kwiat - szepnęła cichutko.  
- Ten kwiat musiał znieść niejedną burzę - odpowiedział pan Adam powaŜnie. - Umarła z 
braku miłości, opieki i starania, a ja nie mogę jej zapomnieć. Wszystko co mam, wydaje mi 
się bez wartości, odkąd nie mogę się tym z nią podzielić.  
Był to nowy, nieznany Aladyn i serce Rebeki zabiło dla niego współczuciem i zrozumieniem.  
-   Pańska matka powinna być szczęśliwa! Powinna Ŝyć, aby widzieć, jak jej syn staje się silny 
i dobry. Moja matka zawsze jest smutna i zapracowana, raz jednak słyszałam, jak patrząc na 
Janka, mówiła: On mi wszystko wynagrodzi. Tak samo myślałaby i pana matka, gdyby Ŝyła - 
a moŜe myśli, czyŜ wiemy?  
- Pocieszycielko ty mała - rzekł serdecznie pan Adam, podnosząc się z krzesła.  
Gdy Rebeka powstała, na rzęsach jej wisiały jeszcze łzy i Adam ujrzał nagle nowe, nie znane 
mu dotąd zjawisko.  
- Do widzenia - rzekł, ujmując jej wąską, śniadą rączkę i dodał, jak gdyby ją widział po raz 
pierwszy: - "Czerwona jak róŜa i biała jak śnieg" staje się inną dziewczynką! Jest tak wysoka, 
Ŝ

e sięga mi prawie do ramienia. JakŜeŜ się to stało? Jak obejdzie się Aladyn bez małej 

pocieszycielki i przyjaciółki? Nie lubi dorosłych, młodych dam, w pięknych sukniach z 
długimi trenami. Boi się ich i nudzi w ich towarzystwie.  
- O, panie Aladynie! - wykrzyknęła Rebeka Ŝywo, biorąc Ŝart jego zupełnie powaŜnie. - Nie 
mam jeszcze skończonych lat piętnastu. Za trzy lata dopiero będę dorosłą młodą damą. 
Proszę, niech mnie pan nie opuszcza!  
- Nie, nie opuszczę. Przyrzekam - rzekł Adam. - Panno Rebeko - spytał po chwili - kim jest ta 
młoda osoba, ze ślicznymi, czerwonymi  włosami i manierami miejskiej panny? Sprowadziła 
mnie ze wzgórka.  
- To Hulda Meserve z Riverboro.  
Adam wziął Rebekę pod brodę i zajrzał jej w oczy słodkie, czyste, dziecięce i niewinne, i 
rzekł powaŜnie:  
- Nie stań się do niej podobna, Rebeko. Kwiatów koniczyny, rosnącej na polach Słonecznego 
Potoku, nie moŜna wiązać w jeden bukiet z pysznymi słonecznikami. Zbyt są zdrowe, słodkie 
i wonne...  
  

background image

  
XXIII. Splot trudności  
  
  
Rozdział XXIII  
Splot trudności  
  
  
Minął pierwszy rok pobytu Rebeki w Wareham. Uczyła się przez całe wakacje, jesienią zaś 
zdała egzamin, który umoŜliwiał jej ukończenie czteroletniego kursu w ciągu lat trzech. Nie 
otoczył on jej wprawdzie blaskiem wielkiej chwały, byłoby to niemoŜliwe ze względu na 
ogrom podjętej pracy. Zrobiła za to olbrzymie postępy, w niektórych zwłaszcza 
przedmiotach, tak Ŝe wyniki ostateczne były zupełnie zadowalające. W matematyce i naukach 
przyrodniczych wiele dziewcząt łatwo ją prześcignęło. W miarę jednak jak mijały miesiące, w 
niewytłumaczony sposób stawała się pierwszą osobą w szkole. JeŜeli nie mogła dać pełnej i 
stanowczej odpowiedzi na zadane pytanie, stwarzała na poczekaniu jakąś bardzo oryginalną 
teorię. Nie zawsze było to poprawne, lecz najczęściej niezwykłe, a nieraz i zabawne. W 
gramatyce łacińskiej i francuskiej nigdy nie celowała; przy zadanych tłumaczeniach jej 
swoboda, dobór słów, zrozumienie ducha utworu stawało się źródłem radości dla nauczycieli, 
a rozpaczy dla rywalek.  
- Dziwna rzecz - mówiła Emilia do Adama - przedmiot moŜe być zupełnie obcy temu 
dziecku; w chwili, gdy uchwyci nić przewodnią, daje odpowiedzi bardzo rozumne. Znam 
wiele dziewcząt, które posiadają duŜy zasób wiadomości, a głupie są jak barany.  
Podczas pierwszego roku w Wareham dziewczynka przystosowywała się do nowych 
warunków. Była jedną z biedniejszych uczennic. Nie posiadała pięknych strojów, nikt jej nie 
odwiedzał, nie miała przyjaciół w mieście. Ucząc się więcej niŜ inne, mniej czasu poświęcała 
towarzystwu koleŜanek, choć chętnie poznałaby i tę weselszą stronę szkolnego Ŝycia. Wiosną 
drugiego roku przodowała juŜ w tego samego rodzaju sprawach, w których niezastąpiona była 
w Riverboro. Jednogłośnie wybrano ją pomocnicą wydawcy pisma studenckiego pt. "Sternik 
szkoły w Wareham". Była jedyną dziewczynką, którą dopuszczono do tego zaszczytnego, 
choć trudnego i niewdzięcznego stanowiska. Gdy pierwszy dziewczęcy numer gazetki dotarł 
do państwa Cobb, wuj Jeremiasz i ciotka Sara jeść ani spać nie mogli, tak byli dumni ze swej 
ulubienicy.  
- Zawsze dostanie większość głosów - odezwała się Hulda Meserve, omawiając wybory - czy 
coś wie, czy nie wie nic, ma taką minę, jakby wiedziała wszystko. Chciałabym być wysoką i 
ś

niadą, i mieć dar wmawiania w ludzi, Ŝe jestem wielką figurą, tak jak Rebeka Randall. 

Wszyscy chłopcy mówią, Ŝe jest ładna, lecz kaŜdy widzi, Ŝe nie ma adoratorów.  
Rebeka, kończąc szesnasty rok Ŝycia, odnosiła się do płci brzydkiej zupełnie obojętnie.  
Posiadała niezwykły urok i wdzięk, nie ujawniając ich w pełni. Duszę jej przepełniały drobne 
troski i lęki, gdyŜ w Czerwonym Domu źle się działo, a na farmie wprost rozpaczliwie.  
Jesienią i zimą wydawało się jej, Ŝe Miranda nigdy jeszcze nie była tak gderliwa, cierpka i 
surowa. Pewnej soboty wbiegła Rebeka na górę i zalewając się łzami, wykrzyknęła:  
- Ciociu! Nie mogę juŜ znieść tego ustawicznego łajania. Cokolwiek zrobię, nie potrafię jej 
dogodzić. Powiedziała przed chwilą, Ŝe Ŝycia nie starczy, aby wymieść ze mnie wszystkie 
ś

lady Randallów. Wcale nie jestem pewna, czy wszystkie naleŜałoby wymiatać.   

Janina, starając się ją uspokoić, płakała wraz z nią.  
- Musisz być cierpliwa - mówiła ocierając oczy najpierw sobie, potem siostrzenicy. - Nie 
wiedziałaś tego, ale z Mirandą nie jest dobrze. Miesiąc temu omdlała. Doktor się boi, Ŝe 
gdyby przyszedł drugi atak, byłby to początek końca. Od dawna opada z sił, a to ją draŜni i 

background image

niepokoi. Ma jeszcze inne troski, o których nie wiesz dziecko. Bądź dla niej dobra, bo kiedyś 
mogłabyś gorzko Ŝałować swojej niecierpliwości.  
Gniew zniknął z twarzy Rebeki. Przestała płakać i, przejęta skruchą, rzekła:  
- Biedna ciocia! Nie będę juŜ zwaŜała na jej gderanie. Prosiła mnie o sucharki. Bałam się iść 
do niej, ale teraz, to co innego. Nie martw się, cioteczko! MoŜe nie będzie tak źle, jak 
myślisz.  
Po chwili zaniosła Mirandzie sucharki, ułoŜone na najlepszym, porcelanowym talerzyku. Na 
tacce okrytej serwetką z frędzlami, leŜała gałązka róŜowej pelargonii.  
- Cioteczko! - powiedziała wesoło. - Pewna jestem, Ŝe będzie ciocia palce oblizywała, takie są 
dobre. Zrobiła je wykapana Sawyer, nie Randall.  
- JuŜeś na mnie jednej i drugiej wypróbowała - odpowiedziała Miranda. - Są rzeczywiście 
dobre. Ale proszę cię, Ŝebyś nie niszczyła pelargonii.  
- Kto wie, czy to jest niszczenie - rzekła Rebeka filozoficznie. - MoŜe ta pelargonia od dawna 
pragnęła  rozweselić czyjąś kolację. Nie rób jej więc, cioteczko, przykrości, twierdząc, Ŝe jej 
nie lubisz. Widziałam raz płacz pelargonii, kiedyś, bardzo wczesnym rankiem.  
Tajemnicza troska, o której wspominała Janina, była bardzo realna, utrzymywano ją jednak w 
głębokiej tajemnicy. Niewielki mająteczek sióstr Sawyer wynosił dwa tysiące pięćset 
dolarów. Pieniądze, ulokowane w przedsiębiorstwie jednego z przyjaciół starego diakona, 
przynosiły sto dolarów rocznego dochodu. Przyjaciel umarł przed pięciu laty, lecz 
kierownictwo interesów objął jego syn, wszystko więc szło po dawnemu. Nagle przyszedł list, 
donoszący, Ŝe firma zbankrutowała, a ich pieniądze przepadły wraz z innymi.  
Strata stu dolarów rocznego dochodu jest dla wielu ludzi drobnostką, zmusiła jednak dwie 
stare panny do wyrzeczenia się wszelkich wygód. W skromnym gospodarstwie trudno było 
zaprowadzić dalsze oszczędności. Cios padł w chwili najmniej odpowiedniej, gdy trzeba było 
płacić za naukę i utrzymanie Rebeki, niewiele wprawdzie, ale regularnie i gotówką.  
- Czy my temu podołamy? Czy nie będziemy musiały zrezygnować z dalszego kształcenia i 
powiedzieć jej dlaczego? - zapytała siostrę Janina ze łzami w oczach.  
- Gdyśmy się raz zobowiązały, nie moŜemy się cofnąć - odpowiedziała Miranda 
najsurowszym swoim tonem. -  Wzięłyśmy ją od matki, przyrzekając dać wykształcenie, 
musimy więc słowa dotrzymać. Jest jedyną nadzieją Aurelii. Adorator Anny zabiera jej cały 
czas i zaprząta wszystkie myśli. A kiedy wreszcie wyjdzie sobie za niego, zapomni o rodzinie. 
Janek zamiast gospodarować, chce być doktorem, jakby ludzie mało chorowali i potrzebowali 
doktorów, aby zejść do grobu. Nie, Janino, musimy oszczędzać, radzić sobie jak się da, ale 
słowa złamać nie moŜemy.  
W pojęciu kobiet Nowej Anglii "złamanie słowa" jest grzechem równym morderstwu, 
podpalaniu i złodziejstwu. I choć moralne to prawo sprzeciwia się często zdrowemu 
rozsądkowi, bez wątpienia czyni więcej dobrego, niŜ złego.  
Rebeka, która nie wiedziała nic o sprawach majątkowych ciotek, zauwaŜyła, Ŝe stare damy 
coraz więcej oszczędzają i obcinają niemiłosiernie wydatki. Kupowano mniej mięsa i ryb, 
odprawiono kobietę, która przychodziła dwa razy w tygodniu do pomocy, odnowiono 
zeszłoroczne kapelusze, zaniechano podróŜy do Moderation i wycieczek do Portland. 
Ograniczenia doprowadzono do ostatnich granic. Miranda, chociaŜ posępna jak noc, ostra w 
mowie i postępowaniu, nigdy nie wyrzucała swojej siostrzenicy, Ŝe jest cięŜarem na jej 
starych barkach. Udział Rebeki w kłopotach ciotek ograniczał się jedynie do noszenia starych 
sukien, płaszczyków i kapeluszy, bez nadziei jakiejkolwiek odmiany.  
Ź

le się działo i na farmie Słonecznego Potoku, gdzie nieszczęścia i kłopoty sypały się jedne 

po drugich. Kartofle nie obrodziły; o jabłkach i sianie nie było co mówić. Aurelia miewała 
zawroty głowy, Marek złamał nogę w kolanie, a podobny wypadek trafił mu się po raz 
czwarty. Miranda dopytywała się, ile właściwie ma kości, by wiedzieć, kiedy je wreszcie 
przestanie łamać. Przyszedł termin płacenia procentu od długu, po raz pierwszy od czternastu 

background image

lat nie moŜna było zapłacić czterdziestu ośmiu dolarów. Jedyną pociechę stanowiły zaręczyny 
Anny z Willem Melville, młodym rolnikiem, sąsiadem Słonecznego Potoku. Miał ładny dom i 
nikogo na świecie. Anna uszczęśliwiona własnym, niespodziewanym losem, prawie nie 
zwracała uwagi na troski matki. Kiedy przyjechała na tydzień w odwiedziny do Czerwonego 
Domu, Miranda, dzieląc się z Janiną spostrzeŜeniami, orzekła, Ŝe z Anny jest straszliwa 
egoistka, Ŝe jeŜeli juŜ wybije się moŜliwie wysoko i zdobędzie pozycję w świecie, kopnie bez 
namysłu drabinę, po której się pięła. Na uwagę, Ŝe teraz będzie mogła pomagać młodszemu 
rodzeństwu, odpowiedziała, Ŝe juŜ dosyć pracowała w domu i ani myśli przysparzać Willowi 
cięŜaru ubogimi krewniakami.  
- To wykapany Randall - wykrzyknęła Miranda. - Odetchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie 
pojechała. JeŜeli oczyści kto farmę z długu, nie zrobi tego z pewnością Anna, ale Rebeka albo 
ja.  
  
  
XXIV. Aladyn zapala lampę  
  
  
Rozdział XXIV  
Aladyn zapala lampę  
  
  
- Pracę szanownej pani pod tytułem "Dzikie kwiaty Wareham" przyjęto do "Sternika", panno 
Perkins - rzekła Rebeka do Emmy, zajętej cerowaniem pończoch. - Byłam na herbacie u 
Maxwell, ale wyszłam wcześniej, aby to pani powiedzieć.  
- Kpisz sobie ze mnie, Rebeko - wyjąkała przyjaciółka.  
- Ani trochę. Główny wydawca czytał ją i powiedział, Ŝe jest bardzo pouczająca. UkaŜe się w 
następnym zeszycie.  
- Chyba nie w jednym numerze z twoim poematem o złotych wrotach dzieciństwa, 
zamykających się za nami, gdy opuszczamy szkołę?  
- Właśnie, Ŝe tak, panno Perkins.  
- Rebeko! - rzekła Emma najtragiczniejszym tonem, na jaki ją było stać. - Nie wiem, czy 
potrafię to przeŜyć. Gdyby się co stało, zaklinam cię na wszystkie świętości, abyście ten 
numer "Sternika" włoŜyli mi do trumny.  
Rebeka nie uwaŜała tego za przesadę, bo odpowiedziała:  
- I mnie się kiedyś tak zdawało. A i teraz gdy jestem sama, odczytuję swoje dawne utwory i 
mało nie pęknę z radości. Mimo to, im częściej je czytam, tym gorsze mi się wydają.  
- Gdybyśmy mogły mieszkać razem w malutkim domeczku - roiła Emma, rozmarzonym 
wzrokiem wpatrując się w przeciwległą ścianę. - Ja bym zajmowała się gospodarstwem i 
przepisywałabym twoje poematy, a ty nic byś nie robiła, poza pisaniem.  
- Obiecałam Jankowi, Ŝe będę mu prowadzić gospodarstwo - odpowiedziała Rebeka.  
- Pewnie nieprędko będzie miał swój dom, prawda?  
- Nie - westchnęła Rebeka Ŝałośnie, siadając przy stole i opierając głowę na rękach. - Nie 
będzie go miał, dopóki nie zdołamy spłacić tego wstrętnego długu.  
Napisała coś prędko na papierze i odczytała głośno:  
  
"Siedzenie na tej farmie nie jest wcale przyjemne,@ oddajcie mnie nareszcie!" - rzekł dług do 
gospodarzy.@  
A Rebeka odrzekła: - "Zmęczenie jest wzajemne!@ Dosyć mam juŜ widoku przeklętej twojej 
twarzy!"@  
  

background image

- Rachunki mają twarz - zauwaŜyła Emma, która miała zdolności do matematyki. - Nie 
wiedziałam, Ŝe i długi mogą ją mieć.  
- Nasz dług ma - rzekła Rebeka mściwie. - Dobrze ci to zrobi, jeŜeli zobaczysz, jak wygląda. 
Gdy będziesz miała męŜa i siedmioro dzieci, nie pozwól długom zbliŜyć się do swego domu.  
W mgnieniu oka narysowała obrazek, z gatunku arcydzieł, które mogą wystraszyć nocą. Był 
to malutki domek, przed którym zebrała się płacząca rodzina. Dług w postaci straszydła, coś 
pośredniego między czartem a ludoŜercą, trzymał w czerwonej łapie wzniesioną siekierę. 
Osóbka jakaś, z rozwichrzonymi, czarnymi lokami, powstrzymywała cios. Jak wyjaśniła 
Rebeka, była to ona sama, choć nie zdawała sobie jeszcze sprawy, jakiej uŜyje metody do 
osiągnięcia celu.  
- Straszny jest - szepnęła Emma - ale okropnie wysuszony i mały.  
- Bo to jest dług na tysiąc dwieście dolarów zaledwie - wyjaśniła Rebeka - a taki nazywa się 
jeszcze małym. Janek widział raz jakiegoś człowieka, który był zadłuŜony na dwanaście 
tysięcy dolarów!  
- Będziesz pisarzem czy wydawcą? - zapytała nagle Emma, jak gdyby naleŜało tylko 
wybierać, a wszystko juŜ będzie zrobione.  
- Sama jeszcze nie wiem.  
- Dlaczego nie pojedziesz jako misjonarz do Syrii? Państwo Burch nadal cię namawiają. 
"Związek"  opłaci wszystkie wydatki.  
- Nie mogę się zdecydować, aby być misjonarzem - odpowiedziała Rebeka. - Nie jestem dość 
dobra na to, przede wszystkim zaś nie czuję powołania, a pan Burch mówi, Ŝe to 
najwaŜniejsze. Chciałabym zrobić coś czasem dla kogoś, ale nie mam ochoty wędrować 
tysiące mil, aby uczyć ludzi jak mają Ŝyć, kiedy sama tego dobrze nie wiem. Poganie i tak 
nawrócą się w końcu.  
- Ciekawa jestem w jaki sposób, jeŜeli wszyscy, którzy powinni ich nawracać siedzą w domu, 
tak jak my - dowodziła Emma.  
- Jakimkolwiek jest Bóg i gdziekolwiek przebywa, czeka na nich, nie moŜe nikogo opuścić. 
MoŜliwe, Ŝe poganie odnajdą Go trochę później. Bóg będzie miał dla nich pewne względy, 
wie bowiem, Ŝe Ŝyją w strasznie gorącym klimacie i dlatego są tak powolni i leniwi. A 
papugi, tygrysy, węŜe i drzewa chlebowe bardziej jeszcze odrywają od Niego ich umysły. Ale 
juŜ oni w jakiś sposób na pewno znajdą kiedyś Boga.  
- A co się stanie, jeŜeli powymierają wcześniej? - pytała Emma.  
- Och, nie moŜna im mieć tego za złe! Nie umierają przecieŜ umyślnie! - odpowiedziała 
Rebeka, stosując bardzo wygodne poglądy teologiczne dla poparcia swojej teorii.  
  
W tym czasie Adam Ladd jeździł często do Temperance w interesach związanych z budową 
nowej linii kolejowej. Zdobył nieco wiadomości o farmie Słonecznego Potoku. Budowa 
nowej drogi Ŝelaznej nie była jeszcze zadecydowana, róŜniono się bowiem w zdaniach co do 
najdogodniejszego połączenia Temperance z Plumville.  
Gdyby linia kolejowa biegła przez farmę Słonecznego Potoku, pani Randall otrzymałaby 
wysokie wynagrodzenie.  
Jednego dnia, przyjechawszy do Wareham, miał pan Adam na spacerze długą rozmowę z 
Rebeką. ZauwaŜył, Ŝe schudła i pobladła, chociaŜ trzymała się dzielnie i nie myślała zrzucać z 
siebie przyjętego dobrowolnie obowiązku. Ubrana była w czarną, kaszmirową sukienkę, 
odziedziczoną po Janinie.  
Szczególny czar Rebeki zdawał się najzupełniej niezaleŜny od zewnętrznej oprawy. Jej 
postawa, niezwykła barwa skóry, włosów i oczu przyćmiewały lichą odzieŜ. Gdyby miała 
moŜność ubierania się strojnie i odpowiednio do swej urody, w małym światku Wareham 
uchodziłaby prawdopodobnie za piękność. Długie, czarne warkocze upinała według swego 

background image

własnego pomysłu. SkrzyŜowane z tyłu, przypięte były nad czołem, gdzie krzyŜowały się po 
raz drugi, a zbiegając w dół, kryły cienkie koniuszki w grubszej części warkocza, na karku.  
Pan Adam spoglądał na nią w taki sposób, Ŝe Rebeka zakryła twarz rękoma i uśmiechając się 
wstydliwie, rzekła:  
- Wiem o czym pan myśli, panie Aladynie. O tym, Ŝe sukienkę mam odrobinę dłuŜszą niŜ w 
zeszłym roku i włosy inaczej upięte. Ale ja nie jestem jeszcze dorosłą panną. Naprawdę. Za 
miesiąc skończę szesnaście lat, a pan obiecał, Ŝe mnie nie opuści, dopóki nie będę miała sukni 
z trenem. JeŜeli pan nie chce, abym się starzała, dlaczego nie staje się pan młodszy? 
Spotkalibyśmy się w połowie drogi i tak byłoby dobrze. Zresztą - wydaje mi się, Ŝe pan 
naprawdę odmładza się. Kiedy kupował pan ode mnie mydło myślałam, Ŝe jest pan w wieku 
dziadka Sawyera. Kiedy tańczyliśmy z sobą na uroczystości zawieszenia chorągwi, wydawał 
mi się pan młodszy od mego ojca. Ale kiedy pokazywał mi pan portrecik swojej matki, 
miałam uczucie, jakby pan był moim bratem, Jankiem, i tak strasznie było mi pana Ŝal!  
- To cudowne! - śmiał się Adam. - Proszę tylko, niech nie stanie się pani moją babką, zanim 
jeszcze będę jej potrzebował. Ale pani za duŜo się uczy, panno Rebeko Rowenno.  
- Troszeczkę - wyznała. - Ale wakacje niedaleko.  
- A czy wypocznie pani i postara się odzyskać dołeczki? Warte są tego, aby o nie dbać!  
- Jest pan dla mnie zbyt dobry, panie Aladynie. Nie mogę słuchać tego, bo... bo... miałam 
dzisiaj niewesoły dzień! - i pobiegłszy ku bramie budynku szkolnego, znikła, raz jeszcze 
skinąwszy mu ręką na poŜegnanie.  
Adam Ladd w zamyśleniu skierował się ku kancelarii. Przyjechał bowiem z pewnym planem, 
który rozwaŜał juŜ od kilku dni. Oświadczył dyrektorowi, Ŝe oprócz stu tomów, które 
ofiarowywał miejscowej bibliotece, ma zamiar przeznaczyć dwie nagrody za wypracowania 
angielskie, ten przedmiot bowiem najbardziej go interesował. Nie mógł się tylko dotąd 
zdecydować co do rodzaju nagród. W kaŜdym razie miało to być coś poŜytecznego: ksiąŜki 
albo pieniądze.  
Omówiwszy tę sprawę z panem Morrisonem, wybrał się z wizytą do panny Maxwell. Idąc 
ś

cieŜką przez lasek, rozmyślał:  

- Czerwona, jak róŜa - Biała, jak śnieg, potrzebuje pomocy. Nie mogę dać jej nic od siebie, ze 
względu na ludzkie gadanie, musi sama zarobić, biedactwo! Dziwne, Ŝe pieniędzy swoich nie 
mogę uŜyć tam, gdzie najgoręcej pragnąłbym je dać!  
Przywitawszy się z gospodynią domu, zapytał:  
- Czy nie zauwaŜyła pani, Ŝe nasza przyjaciółka, Rebeka, wydaje się bardzo przemęczona?  
- Źle wygląda rzeczywiście. Myślałam juŜ nawet o tym, czy nie mogłabym zabrać ją na wieś. 
JeŜdŜę zwykle nad morze i gdzieś w okolicy Old Point Comfort, w jakimś spokojnym zakątku 
spędzam wiosenne wakacje. Pragnęłabym bardzo mieć Rebekę za towarzyszkę.  
- Ach, to doskonale! - ucieszył się Adam serdecznie. - Ale dlaczego pani ma ponosić 
wszystkie koszty? Czy nie mógłbym i ja trochę pomóc? To dziecko juŜ od kilku lat bardzo 
mnie interesuje.  
- Proszę mi tylko nie dowodzić, Ŝe to pan ją odkrył - przerwała Maxwell łagodnie - gdyŜ 
uczyniłam to ja.  
- Była moją serdeczną przyjaciółką na długo przed przybyciem pani do Wareham - śmiał się 
Adam i opowiedział, w jakich okolicznościach spotkał się po raz pierwszy z Rebeką. - Od 
samego początku starałem się wymyślić jakiś sposób, który by mi pozwolił dopomagać jej w 
kształceniu i ogólnym rozwoju, nic mądrego jednak nie przyszło mi do głowy.  
- Na szczęście ona się sama rozwija - odpowiedziała Maxwell. - Potrzebuje jednak tysiąca 
rzeczy, które daje pieniądz. A niestety, moja kiesa jest bardzo chuda.  
- Niech więc pani czerpie z mojej, błagam panią! I niech mi pani pozwoli działać przez siebie 
- prosił pan Adam. - Nie mogę patrzeć na drzewko, które rośnie bez słońca i powietrza, a 
jeszcze bardziej boli widok takiego dziecka! Przed rokiem rozmawiałem z jej ciotkami, w 

background image

nadziei, Ŝe mi pozwolą kształcić ją w muzyce. Starsza panna Sawyer zauwaŜyła, Ŝe dotąd 
Ŝ

aden członek ich rodziny nie korzystał z niczyjej dobroczynności i ma nadzieję, Ŝe i ona na 

stare lata nie będzie tego potrzebowała.  
- Podoba mi się ta amerykańska hardość, nie znosząca Ŝadnych kompromisów - wykrzyknęła 
panna  Maxwell. - Twarde Ŝycie uczyniło Rebekę dzielną, bieda nauczyła ją odwagi i 
samodzielności. Co do jej potrzeb, to jedynie kobieta moŜe je zaspokoić, nie chciałabym 
więc, aby pan za nie płacił. Miałabym uczucie, Ŝe ranię jej dumę i godność osobistą, 
chociaŜby o tym nie wiedziała. Zrobię to, jeŜeli będzie trzeba, pan zaś poniesie koszty 
podróŜy.  
- Jest pani naprawdę czarodziejką - wykrzyknął Adam, ściskając serdecznie jej dłoń. - Nie 
byłoby dla pani mniej kłopotliwe, gdyby pani zaprosiła takŜe tę róŜowobiałą, nierozłączną jej 
towarzyszkę?  
- Nie, dziękuję bardzo. Chcę mieć Rebekę wyłącznie dla siebie.  
- Rozumiem - odpowiedział Adam z roztargnieniem. - Naturalnie, Ŝe z jednym dzieckiem 
mniej jest kłopotu, niŜ z dwojgiem. Ale otóŜ i ona.  
W tej chwili ujrzeli przez okno Rebekę, schodzącą cichą uliczką w dół, w towarzystwie 
szesnastoletniego chłopca. Wiedli oŜywioną rozmowę, czytając widocznie coś głośno, bo 
czarna i jasna głowa pochylały się równocześnie nad ćwiartką listowego papieru. Rebeka 
spoglądała na swego towarzysza, a oczy jej iskrzyły się zapałem.  
- Panno Emilio - odezwał się Adam. - NaleŜę wprawdzie do rady nadzorczej, ale słowo daję, 
wcale nie jestem za koedukacją!  
- I ja miewam nieraz chwile wątpliwości - odpowiedziała nauczycielka - jeŜeli jednak chodzi 
o dzieci, szkody są z pewnością znikome. W tej chwili jest pan świadkiem nader rzadkiego 
zjawiska i niech pan spojrzy, cała szkoła cieszy się, widząc głównego redaktora "Sternika", 
spacerującego ze swym pomocnikiem!  
  
  
XXV. RóŜe radości  
  
  
Rozdział XXV  
RóŜe radości  
  
  
W wigilię wyjazdu na południe, Rebeka z Emmą i Huldą przeglądały w bibliotece słowniki i 
encyklopedie. Wracając, przechodziły obok zamkniętych szaf z powieściami niedostępnymi 
dla studentów.  
Spoglądały tęsknie przez szyby, pocieszając się odczytywaniem tytułów, jak głodne dzieci 
sycące się widokiem tortów i ciastek, za wystawowym oknem cukierni. Oczy Rebeki padły na 
nową ksiąŜkę, stojącą w rogu.  
- RóŜa radości! - odczytała głośno złocący się na grzbiecie tytuł. - Słuchajcie, dziewczęta. 
CzyŜ to nie cudowne? RóŜa radości! To wygląda prześlicznie i brzmi prześlicznie! Ciekawe, 
co to moŜe znaczyć?  
- Przypuszczam, Ŝe kaŜdy ma inną róŜę - zauwaŜyła bystro Hulda. - Wiem, jakiej pragnę i 
wcale się nie wstydzę przyznać. Chciałabym mieszkać przez rok w wielkim mieście, mieć 
własne konie, cudne toalety i tyle pieniędzy, abym mogła bawić się przez cały dzień. Ale 
nade wszystko, pragnę nosić suknie z głębokim dekoltem. (Biedna Hulda, opłakiwała srogi 
los, który kazał jej pędzić Ŝycie w Riverboro, gdzie nikt nie mógł podziwiać jej ślicznych, 
białych ramion).  

background image

- MoŜe to być zabawne przez chwilę - zauwaŜyła Emma. - Lecz to raczej przyjemność niŜ 
radość? Ach! Mam myśl!  
- Nie krzycz tak! - przestraszyła się Hulda. - Myślałam, Ŝe zobaczyłaś mysz.  
- Nie trafiają mi się często - usprawiedliwiała się Emma - naturalnie myśli, nie myszy. 
Rebeko, czy róŜą radości nie mogłoby być powodzenie?  
- Tak, to dosyć dobre - przyznała Rebeka. - Powodzenie mogłoby być radością, ale nie zdaje 
mi się, Ŝeby było róŜą. Rozmyślałam właśnie nad tym, czy nie jest nią przede wszystkim 
miłość?  
- śebyśmy mogły zajrzeć do ksiąŜki! Musi być cudowna! - rzekła Emma. - Mówisz więc, Ŝe 
miłość? I ja sądzę, Ŝe jest najlepsza.  
Wieczorem, przejęta tematem, wróciła do rozmowy.  
- Pewnie mi nie uwierzysz, ale mam znowu myśl, to juŜ druga dzisiaj. Przyszła mi do głowy, 
kiedy ci skrapiałam włosy wodą kolońską. Wiesz, gotowość słuŜenia bliźniemu mogłaby być 
róŜą radości.  
- W takim razie kwitnie ona zawsze w twoim małym serduszku, kochana, poczciwa Emciu, 
która się tak troszczysz o swoją Rebekę, nudziarę.  
- Nie waŜ się nazywać siebie nudziarą! Ty jesteś - jesteś - jesteś moją róŜą radości! 
Rozumiesz?  
I dwie dziewczynki uściskały się serdecznie.  
W środku nocy Rebeka lekko dotknęła ramienia przyjaciółki.  
- Czy mocno śpisz? - szepnęła.  
- Nie - odpowiedziała sennie Emma.  
- Wymyśliłam coś nowego. Gdybyś malowała, śpiewała albo pisała -  ale nie byle jak, tylko 
naprawdę pięknie - czy  nie byłoby to dla ciebie róŜą radości?  
- Musiałabym mieć prawdziwy talent - odpowiedziała Emma. - ChociaŜ miłość bardziej mi 
się podoba. JeŜeli będziesz miała znowu jakąś myśl, Rebeko, poczekaj z nią do rana, dobrze?  
  
PodróŜ na południe, nowe, nieznane krajobrazy, potęŜny ocean, który po raz pierwszy ujrzała, 
swoboda i serdeczna przyjaźń z panną Maxwell, upajały wprost Rebekę. W ciągu trzech dni 
odzyskała zdrowie i radość Ŝycia. Odczuwała wielki głód wiedzy, takŜe pragnienie miłości, 
namiętną tęsknotę do piękna i poezji. Świat zewnętrzny usiłowała dostosować do marzeń, a 
oto Ŝycie stało się nagle samo przez się bogate i radosne, pełne i szerokie. Maxwell 
zdumiewała się, widząc jak dziewczynka niezmordowanie rozdawała i znów gromadziła 
skarby myśli i doznań. Przepełniona wewnętrzną mocą, we wszystko umiała tchnąć nowe 
wartości.  
Nauczycielka i uczennica przebywały najczęściej samotnie, czytając lub prowadząc długie, 
spokojne rozmowy. Wypracowanie konkursowe ciąŜyło Rebece na sercu. W głębi duszy 
myślała, Ŝe nie potrafi być szczęśliwa, jeŜeli nie zdobędzie nagrody. Nie zaleŜało jej na 
pieniądzach, ani na chwale, lecz chciała widzieć radość pana Aladyna i pragnęła nie sprawić 
mu zawodu.  
- JeŜeli wybiorę temat, zapytam się pani, czy dobry. Potem będę pracowała w skupieniu i 
tajemnicy. Nie przeczytam go nawet pani i nie będziemy mówiły o moim wypracowaniu.  
Maxwell i Rebeka siedziały nad brzegiem małego strumyczka w słoneczny dzień wiosenny. 
Od śniadania juŜ przebywały w lesie, opuszczając go od czasu do czasu, aby wygrzać się na 
białym, ciepłym piasku, i powrócić do cienia, gdy je zanadto zmęczył jaskrawy blask słońca.  
- Temat jest rzeczą waŜną - odezwała się nauczycielka - nie odwaŜyłabym się wybierać go za 
ciebie. Nie zdecydowałaś się jeszcze?  
- Nie - odpowiedziała Rebeka. - Co noc marzy mi się coś nowego. Zaczęłam nawet pisać na 
temat "Co to jest grzech?" i wymyśliłam drugie ćwiczenie pod tytułem "On i ona". Byłby to 
dialog między chłopcem i dziewczynką, którzy kończą szkołę i mówią o swych ideałach. A 

background image

potem... pamięta pani? Powiedziała mi pani raz: "Idź za natchnieniem". W Wareham nic mi 
nie przychodziło do głowy, tutaj zaś mam co minutę nowe pomysły. Proszę spojrzeć na 
kamyczki leŜące na dnie sadzawki, panno Emilio. Widzi pani, jakie są okrąglutkie, gładkie i 
błyszczące?  
- Czy wiesz, Rebeko, gdzie zdobyły kształt i ten cudny, aksamitny połysk? Nie wtedy, gdy 
leŜały na piasku w spokojnej, cichej sadzawce, lecz w walce i w zmaganiu. Przeciskały się 
pomiędzy innymi kamieniami, uderzały o twarde skały, a teraz my, patrząc na nie, 
zachwycamy się ich pięknością.  
  
Nauczycielką jest pani przez Ŝycia koleje,@ lecz los powinien z pani zrobić kaznodzieję!@  
  
rymowała Rebeka. - Ach, gdybym mogła tak mówić, jak pani! - westchnęła. - Boję się, Ŝe 
nigdy nie będę dość wykształcona, aby zostać pisarką.  
  - MoŜesz się martwić o mnóstwo innych rzeczy - odezwała się Maxwell z odrobiną 
szyderstwa w głosie. - Nigdy nie zrozumiesz duszy ludzkiej, nie pojmiesz piękności 
otaczającego cię świata, brak ci współczucia, z pomocą którego umiałabyś czytać w sercach 
bliźnich i twoja zdolność wypowiadania się nie dotrzymuje kroku myślom. Ezop był greckim 
niewolnikiem i nie umiał nawet spisać swoich cudownych bajek, a przecieŜ zna je cały świat.  
- Nie wiedziałam o tym - rzekła Rebeka z westchnieniem. - Nie wiedziałam nic, dopóki nie 
spotkałam pani.  
- Skończysz wyŜszą szkołę, a przecieŜ największym uniwersytetom nie zawsze uda się 
wychować prawdziwych ludzi. Chwyta mnie nieraz tęsknota, aby jechać w świat i uczyć się. 
Mówię sobie wtedy, Ŝe były trzy wielkie szkoły w Atenach i dwie w Jerozolimie, a przecieŜ 
Mistrz nad Mistrze wyszedł z Nazaretu, maleńkiej mieściny, tak dalekiej od gwaru wielkiego 
ś

wiata.  

- Pan Ladd mówi, Ŝe pani marnuje się w Wareham - rzekła Rebeka w zamyśleniu.  
- Myli się. Mój talent nie jest wielki. Pamiętaj o swoich zdolnościach, Rebeko. Być moŜe, Ŝe 
staną się radością, pociechą i natchnieniem tam, gdzie się tego najmniej spodziewasz.  
- Czy słyszała pani o "RóŜy radości" - spytała Rebeka po długim milczeniu.  
- Naturalnie. A skąd to znasz?  
- Z okładki i tytułu tylko.  
- A ja znam i z treści takŜe - zaśmiała się Emilia. - Napisał ją Emerson, nie dorosłaś jeszcze 
do tego, Rebeko, a jest to jedna z tych rzeczy, które trudno wyjaśnić.  
- Ach, niech pani spróbuje, droga pani! - prosiła Rebeka. - Będę bardzo uwaŜnie słuchała, 
moŜe zrozumiem choć trochę!  
- "W czasach obecnych - w królestwie chwili i przypadku - panują Troska, Rozkład i Smutek; 
w myśli i w ideałach trwa nieśmiertelna wesołość - róŜa radości. Wokoło niej śpiewają 
wszystkie Muzy" - cytowała Emilia.  
Rebeka tak długo powtarzała te słowa, dopóki nie nauczyła się ich na pamięć. Wtedy rzekła:  
- Nie jestem zarozumiała, ale zdaje mi się, Ŝe zrozumiałam. To tak, jakby cudowna postać 
siedząca na koniu, minęła nas w galopie. Jest się tak zaskoczonym i oczy nasze tak wolno się 
poruszają, Ŝe jej prawie nie widzimy. Wiem juŜ. Moje wypracowanie będzie się nazywało 
"RóŜa radości". Jestem zdecydowana. Nie będzie miało początku ani środka, tylko 
przejmujący koniec, coś, jak to:  
  
Czy los mi szczęście przyniesie w dani,@ czy ześle burze, smutki, przykrości,@ nigdy nie 
zwiędnie w serca otchłani@ róŜa radości!@  
  
Teraz owinę panią szalem i będzie pani spała. Zejdę na wybrzeŜe i napiszę dla pani 
czarodziejską historię. To będzie coś na niby, gdzie dzieją się cudowne rzeczy. Niektóre z 

background image

nich się spełnią, zobaczy pani. A wtedy wyjmie pani z szuflady małą, czarodziejską historię i 
wspomni Rebekę.  
  Ciekawa jestem, dlaczego takie młode stworzenia wybierają tematy, które dla niejednego 
literata byłyby ponad siły - myślała Emilia, starając się usnąć. - Biedactwa, co taczkami do 
gwiazd chcą dojechać! Ślicznie jednak wygląda moje niewiniątko pod nową parasolką!  
Był zimny dzień wiosenny, gdy Adam Ladd jechał przez ulice Bostonu i spoglądał na 
wystawy sklepowe, zapełnione powabnymi towarami. Nagle wzrok jego padł na róŜową 
parasolkę. Stała za oknem wystawowym wielkiego magazynu, zdając się budzić w 
przechodniach marzenia o palącym słońcu lata. Adamowi przypomniała kwitnącą jabłoń, tak 
ś

licznie połyskiwał róŜowy jedwab na cienkiej, białej podszewce, a róŜowe i kremowe 

falbanki opadały na zieloną rączkę. Wszedł do sklepu, kupił to cudo i wysłał do Wareham. 
Wątpliwość, czy będzie odpowiednie dla młodziutkiej dziewczynki, nie zamąciła mu myśli. 
Godzinę później zadał sobie trud kupienia niebieskiej parasolki dla Emmy Perkins, w miarę 
bowiem jak biegły lata, coraz mu było trudniej pamiętać o jej istnieniu.  
A oto czarodziejska historia Rebeki.  Przepisała ją następnego dnia na czysto i dała Emilii w 
chwili, kiedy Ŝegnały się na  dobranoc. Nauczycielka przeczytała ją wzruszona i wysłała 
Adamowi. Sądziła, Ŝe naleŜy mu się ta radość, jaką daje zajrzenie w serce młode i pełne 
wdzięczności, i w budzącą się wyobraźnię dziewczęcia.  
  
  
Czarodziejska historia  
  
  
Była raz biedna i bardzo zmęczona księŜniczka, która mieszkała w małym domku przy drodze 
pomiędzy dwoma miastami. Nie była tak nieszczęśliwa, jak tysiące innych ludzi. Za wiele 
rzeczy musiała być nawet wdzięczna Bogu, lecz Ŝycie, które wiodła, i praca, którą 
wykonywały jej drobne rączki, zbyt była cięŜka dla wątłej jak ona istoty.  
Domek stał na skraju wielkiego, zielonego lasu, gdzie wiatr śpiewał wśród gałęzi i słońce 
wyglądało poprzez liście.  
Jednego dnia księŜniczka zmęczona pracą w polu, odpoczywała na skraju lasu. Ujrzała 
pozłocistą karetę toczącą się Królewskim Gościńcem. Siedziała w niej cudna pani, która 
mogła być tylko dobrą wróŜką. Kareta zatrzymała się przed drzwiami małego domku. 
KsięŜniczka czytała wprawdzie o dobroczynnych wróŜkach, niosących ludziom pomoc i 
opiekę, nigdy jednak nie marzyła, aby jedna z nich wstąpiła kiedykolwiek do jej chatki.   
- JeŜeli jesteś zmęczona, biedna, mała księŜniczko, czemuŜ nie pójdziesz odpocząć do 
chłodnego, zielonego lasu? - spytała wróŜka.  
- Nie mam czasu. Muszę wrócić do pługa.  
- CzyŜby był twoim ten pług, oparty o drzewo? Nie jest dla ciebie zbyt cięŜki?  
- Jest cięŜki - odpowiedziała księŜniczka. - Kocham jednak swoją pracę. Lubię obracać 
twardą ziemię w miękkie, wilgotne bruzdy. Wiem, Ŝe w ten sposób przygotowuję glebę pod 
ziarno, które na niej wyrośnie. Kiedy mi zbyt dolega cięŜar pługa, myślę wtedy o zbiorach.  
Złocista kareta odjechała i tego dnia nie widziała juŜ księŜniczka wróŜki. Jednak wysłańcy 
królewscy nie ustawali w pracy, szepnęli słówko w ucho wróŜce i księŜniczce, tak cichutko, 
by Ŝadna z nich nie domyślała się nawet, Ŝe to mówił król.  
Następnego ranka silny, barczysty człowiek zapukał do drzwi chatki. Zdejmując przed 
księŜniczką kapelusz, rzekł:  
- Kiedy mnie wczoraj mijała złocista kareta, ktoś rzucił z jej wnętrza wór pełen dukatów, 
mówiąc: "Idź na Królewski Gościniec i szukaj, póki nie znajdziesz małego domku i cięŜkiego 
pługa, który stoi w pobliŜu, oparty o drzewo. Wejdź i powiedz księŜniczce, która w tej chatce 

background image

mieszka: Ja będę prowadził pług, a ty, księŜniczko, idź odpocząć do chłodnego, zielonego 
lasu, bo taki jest rozkaz dobrej wróŜki!"  
Co dzień powtarzało się to samo i zmęczona księŜniczka spacerowała po zielonym lesie. 
Nieraz dochodził do niej błysk pozłocistej karety, a wtedy biegła na Królewski Gościniec, aby 
dobrej wróŜce złoŜyć podziękowanie. Lecz nigdy nie mogła jej doścignąć. Wolno jej było 
tylko stać z tęsknotą w sercu i gorejącymi oczyma patrzeć na oddalający się powóz. Zawsze 
jednak zdołała pochwycić uśmiech wróŜki, a czasem dolatywały do niej słowa, które 
brzmiały: "Nie dziękuj mi! Wszyscyśmy dziećmi jednego króla, a ja jestem tylko jednym z 
jego wysłańców".  
Kiedy tak księŜniczka błądziła po wielkim, chłodnym lesie przepełniały ją myśli, dotąd 
tłumione dusznym powietrzem chaty i cięŜarem pracy przy pługu. Wyjęła igłę z przepaski i 
zaczęła wykłuwać myśli na listkach drzew i puszczała je na wiatr, aby  leciały na wszystkie 
krańce świata. I stało się, Ŝe ludzie zaczęli je zbierać i podnosili je ku słońcu, chcąc odczytać 
wyryte na nich literki. Drobne, pojedyncze słówka były cząstką poleceń  królewskich, takich, 
jakie dobra wróŜka rzucała ustawicznie ze swojej złotej karety.  
Lecz cudowność tej bajki głębiej leŜy.  
Wiele innych, młodych księŜniczek zaczęło robić to samo. Nic nie ginie w państwie 
wielkiego króla, tak więc myśli, marzenia i nadzieje, przepełnione miłością i wdzięcznością, 
umrzeć nie mogły, ale brały na siebie inną postać i Ŝyły przez wieki. Słaby  wzrok ludzki 
nigdy ich dojrzeć nie zdoła; nie moŜna ich takŜe słyszeć, gdyŜ słuch nasz zbyt jest tępy. Lecz 
czasem moŜemy je odczuć i wtedy nie wiemy sami, jaka siła popchnęła nasze serce ku 
szlachetniejszym celom.  
Koniec opowieści nie nastąpił jeszcze. Być moŜe, Ŝe jednego dnia, kiedy dobra wróŜka 
samemu królowi zda sprawę z wydanych przez niego poleceń, rzeknie on:  
- Znam twoją twarz. Znam twój głos, myśli i twoje serce. Słyszałem turkot kół karety na 
Wielkim Gościńcu i wiedziałem, Ŝe pełnisz królewską słuŜbę. Oto patrz! Mam w ręce wiązkę 
zleceń z wszystkich krańców mego królestwa. Wręczyli mi je znuŜeni, piesi wędrowcy. 
Mówili, Ŝe bez twojej pomocy i natchnienia nie zdołaliby nigdy dojść do wielkiej bramy. 
Przeczytaj je, byś wiedziała, gdzie, kiedy i jak pełniłaś dobro.  
I kiedy wróŜka odczytywać będzie karty, wzniesie się z nich moŜe słodki zapach. Lecz 
stokroć słodsze słowa królewskie:  
"Czytaj, byś wiedziała jak pełniłaś dobro".  
`rp  
Rebeka Rowenna Randall  
`rp  
  
  
XXVI. Przy herbatce  
  
  
Rozdział Xxvi  
Przy herbatce  
  
  
Minęło letnie półrocze - Hulda Meserve, Dick Carter i Liwing Perkins skończyli studia w 
Wareham, zostawiając Rebekę i Emmę jako jedyne reprezentantki Riverboro. Delia Weeks 
przyjechała na parę dni z Lewistonu do domu, a pani Robinson postanowiła uczcić tę 
uroczystość małym, wytwornym przyjęciem, tym bardziej, Ŝe truskawki dojrzały i kogut sam 
prosił się o zabicie. Pani Robinson powiedziała męŜowi, aby zjadł obiad na ławce w szopie, 
przyjęcie bowiem miało być wyłącznie damskie.  

background image

Pani Robinson urządzała przyjęcia raz lub dwa razy do roku. Wiele dni potem czuła się jakby 
z krzyŜa zdjęta. Walka między dumą a skąpstwem przechodziła jej siły. Ze względu jednak na 
utrzymanie pozycji w miasteczku trzeba było koniecznie urządzić dobry "poczęstunek".  
Kogut od rana piekł się na wolnym ogniu, tak dziwnie jednak był odporny, Ŝe zachował 
niewzruszenie tę samą twardość, jaką miał w chwili włoŜenia do garnka.  
- Nigdy się nie upiecze! - rzekła Alicja, zaglądając niespokojnie pod pokrywę. - A w dodatku 
wygląda jak koczkodan.  
- Zobaczymy, kiedy się do niego dobiorę ostrym noŜem - odpowiedziała matka. - Wygląd zaś 
poprawimy, dodając sosu i budyniu.  
Kogut, ułoŜony na półmisku i ugarnirowany budyniem, wyglądał rzeczywiście wspaniale. 
Gdy Alicja wniosła go do jadalni, wywołał ogólny podziw. Chór uwielbienia urwał się jednak 
z chwilą, gdy panie zabrały się do jedzenia.  
- Cieszę się bardzo, Delio, Ŝe przyjechałaś po egzaminach Huldy - rzekła pani Meserve. 
Siedziała przy jednym końcu stołu, podczas gdy pani Robinson przy drugim nalewała kawę. 
Pani Meserve była stworzona na matkę dla Huldy. Urojone cierpienia i stroje były głównymi 
rozkoszami jej Ŝycia. Chodziły wieści, Ŝe "grzywka" jej, zrobiona niezwykle artystycznie, 
kosztowała pięć dolarów i dwa razy do roku wysyłano ją do ufryzowania w Portland. Co do 
wyglądu pani Meserve, to twarz jej przypominała piernikowe lalki o oczach z rodzynków.  
- Jak ci się podobała suknia Huldy, Delio? - zapytała pani Meserve, trzaskając nieprzyjemnie 
gumką dŜetowej bransoletki.  
- UwaŜam, Ŝe była najładniejsza -  zachwycała się Delia. - Jej wypracowanie było jedynym 
zabawnym ćwiczeniem. Czytała głośno i wyraźnie, słyszeliśmy kaŜde słowo, podczas kiedy 
inne dziewczęta mówiły, jakby miały gorące kluski w ustach.  
- Było to wypracowanie napisane na konkurs Adama Ladda - wyjaśniła pani Meserve. - 
Wszyscy mówią, Ŝe gdyby wybrała inny temat, z pewnością dostałaby nagrodę. W komitecie 
było trzech pastorów i trzech diakonów, nic więc dziwnego, Ŝe nagrodzili powaŜny utwór.  
Tematem wypracowania Huldy byli chłopcy, a niezaprzeczenie głęboka wiedza i 
doświadczenie, jakie miała w tym zakresie, sprawiły, Ŝe zadanie napisała bardzo inteligentnie. 
Szerokiej publiczności przypadły do smaku tanie i dwuznaczne dowcipy. Z punktu czysto 
literackiego widzenia, wiele pozostawiało do Ŝyczenia.  
- Rebeka nie odczytała głośno swego tekstu. Dlaczego ona właśnie dostała nagrodę 
chłopców? - pytała pani Robinson.  
- Jest za młoda - wyjaśniła pani Cobb - nie miała właściwie prawa do udziału w konkursie. 
Ć

wiczenie jej, razem z wypracowaniem Herberta Dunna, będzie wydrukowane w gazetce 

szkolnej.  
- Bardzo się cieszę, lecz dopóki go nie przeczytam, nie uwierzę, aby mogło być lepsze od 
ć

wiczenia Huldy. Właściwie nagrodę powinni przyznać jednemu ze starszych uczniów.  

- Nie, Marto, bo przecieŜ pan Ladd ofiarował ją obu wyŜszym oddziałom - dowodziła pani 
Robinson. - Podobno proszono, aby sam wręczył nagrody, ale odmówił. Dziwne, taki bogaty 
człowiek, który cały świat objechał, wstydził się wyjść na estradę.  
- Moja Hulda zrobiłaby to bez mrugnięcia okiem - zauwaŜyła pani Meserve z dumą, nikt zaś z 
towarzystwa nie próbował zaprzeczać.  
- W kaŜdym razie uroczystość wypadła wspaniale i nawet sam gubernator przyjechał 
zobaczyć, jak siostrzenica jego rozdaje dyplomy - odezwała się Delia Weeks. - BoŜe! Jaki on 
elegancki! Mówiono, Ŝe ma zaledwie sześć stóp wysokości, ale wyglądał na szesnaście, a w 
dodatku ma wspaniałą wymowę!  
- ZauwaŜyłyście, jaka Rebeka była blada i drŜała, słuchając pochwały gubernatora - 
zauwaŜyła ze współczuciem pani Cobb. - On takŜe czytał jej wypracowanie, bo napisał o nim 
list do panien Sawyer.  

background image

- UwaŜam, Ŝe to szaleństwo - oburzyła się pani Meserve. - Tyle hałasu o dziewczynkę, choć 
jeszcze nie kończy szkoły. Rękę jej na głowie połoŜył, jakby był papieŜem udzielającym 
błogosławieństwa. Ale mój BoŜe! Cieszę się, Ŝe przynajmniej nagrodę wzięło Riverboro. 
Wspanialszej nikt w Wareham nie widział. Majątek Adama Ladda jest chyba niewyczerpany. 
Mało było pięćdziesięciu dolarów, musiał dodać jeszcze te eleganckie portmonetki!  
- Siedziałam tak daleko, Ŝe nie widziałam dobrze - skarŜyła się Delia. - A Rebeka wzięła 
swoją do domu, aby pokazać matce.  
- To rodzaj woreczka ze złotej siatki na łańcuszku - rzekła pani Perkins. - Wewnątrz leŜało 
pięć złotych monet dziesięciodolarowych. Herbert Dunn dostał śliczny skórzany portfel.  
- Na jak długo pojechała Rebeka na farmę? - spytała Delia.  
- Ma tam zostać do ślubu Anny - odpowiedziała pani Perkins. - Anna mogła poczekać trochę 
z tym weselem. Aurelia chciała, Ŝeby została w domu, dopóki Rebeka nie skończy szkoły. 
Ale gdzie tam! Anna uparta jest jak muł i na złość matce zrobiła swoje. Przez cały rok szyła 
wyprawę. Okropne, grube perkaliska, ale mało nie oślepła nad haftami, mereŜkami i 
zakładkami. Słyszałyście o kapie na łóŜko, którą sobie zrobiła? Biała, z grubo haftowanym 
pękiem winogron w środku i płaską obwódką naokoło. Potem jeden szlak wiśniowy, drugi 
brązowy, a na zakończenie jeszcze kilka rzędów grubych stebnówek. Ma zamiar wystawić ją 
na jarmarku powiatowym.  
- Lepiej wziąć się do szycia i zarobić parę groszy, niŜ tracić oczy nad takimi głupstwami - 
oburzyła się pani Cobb. - Czy wiecie, Ŝe Randallową mają zlicytować, moŜe więc znaleźć się 
z dziećmi bez dachu nad głową.  
- Jak się przedstawia sprawa z nową linią kolejową, która miała przejść przez jej grunty? - 
spytała Robinson. - Jeśli to dojdzie do skutku, Randallowa dostanie więcej, niŜ farma jest 
warta. Adam Ladd jest jednym z akcjonariuszy, a jak się uprze, wszystko mu się udaje. W 
sierpniu mają zatwierdzić plany, ale Ladd nie zlęknie się nikogo, jeŜeli będzie uwaŜał, Ŝe ma 
słuszność.  
- Rebeka sprawi sobie pewnie nową suknię - odezwała się Delia. - A Bóg świadkiem, Ŝe się 
jej naleŜy. Zdaje mi się, Ŝe panny Sawyer ostatnio stały się skąpe.  
- Rebeka nic sobie nie kupi - zauwaŜyła Perkins - bo odesłała matce całą nagrodę na spłatę 
procentu od długu.  
- Biedactwo! - wykrzyknęła Delia.  
- Lepiej, Ŝe pomaga rodzinie, zamiast wydawać na głupstwa - zauwaŜyła pani Robinson. - 
ChociaŜ jest prawdopodobnie taka, jak inni Randallowie: wszystko im łatwo przychodzi, więc 
i łatwo ulatuje.  
- Nie moŜna powiedzieć tego o Sawyerównach - odcięła pani Perkins. - Widzicie, Ŝe 
oszczędność doprowadziły do ostatnich granic. A napadło to Mirandę od czasu tego ataku.  
- Nie wierzę w ataki Mirandy. Nie mogłaby chodzić po nich tak Ŝwawo, jak teraz. W naszej 
rodzinie mieliśmy trzy najcięŜsze ataki, jakie się w okolicy zdarzyły, znam się więc na tym 
lepiej niŜ doktorzy. - Meserve dumnie wstrząsnęła głową.  
- Miranda jest dosyć Ŝwawa - odezwała się Cobb. - Ale nie wychodzi z domu, jest milcząca i 
zamknięta w sobie. Nagrodą Rebeki ani trochę się nie zainteresowała, podczas kiedy 
Jeremiasz omal nie oszalał z radości. Myślałam, Ŝe umrę ze wstydu, kiedy zaczął 
wymachiwać kapeluszem i krzyczeć - Hurra! - w chwili, gdy gubernator podał rękę Rebece. 
Podejrzewam -  tu wszystkie panie przestały jeść i nastawiły uszy - Ŝe panny Sawyer straciły 
coś z kapitału. Nigdy nie znały się na interesach, a Miranda zbyt jest skryta i harda, aby się 
pytać o radę.  
- O ile słyszałam, prawie wszystko co mają, ulokowane jest w rządowych papierach, a na nich 
nie moŜna przecieŜ stracić. Janina odziedziczyła kawałek ziemi i lasu, a Miranda Czerwony 
Dom. Prawdopodobnie strasznie je dotknęło, Ŝe dług połknął całe pięćdziesiąt dolarów 
Rebeki. Im więcej rozmyślam, tym pewniejsza jestem, Ŝe Adam Ladd z góry przeznaczył 

background image

nagrodę dla Rebeki. - Matka Huldy wierzyła święcie, Ŝe była to prosta napaść na prawa jej 
córki.  
- BoŜe miłosierny! Marto, cóŜ za głupstwa wygadujesz! - wykrzyknęła Perkins. - Nie 
przypuszczasz chyba, Ŝe wiedział, jakie wypracowanie wybierze komitet. Chciał po prostu 
dopomóc szkole. Bo po cóŜ w takim razie ofiarował drugie pięćdziesiąt dolarów chłopcom? 
Od pięciu lat, na kaŜdą Gwiazdkę, daje takie same prezenty Emmie i Rebece. Taki juŜ jest.  
- Po pewnym czasie zapomni o jednej z nich albo porzuci obie, a wynajdzie sobie nową jakąś 
dziewczynkę - zauwaŜyła Delia Weeks z wyŜyn swego pięćdziesięcioletniego 
staropanieństwa.  
- Bardzo moŜliwe - przyznała Meserve. - W kaŜdym razie nie naleŜy do tych, co się śpieszą 
do Ŝeniaczki. Są męŜczyźni, którzy by się co roku Ŝenili, gdyby Ŝony dość prędko umierały. 
Ale są i tacy, którzy wolą Ŝyć samotnie.  
- Gdyby Adam był Mormonem, mógłby się oŜenić z kaŜdą kobietą z Północnego Riverboro, 
byle była w odpowiednim wieku -  zauwaŜyła pani Perkins.  
- Prawdopodobnie nie da się złapać Ŝadnej dziewczynie z Riverboro, kiedy moŜe wybrać 
pannę w Bostonie - pani Cobb zaśmiała się. - Nigdy nie moŜna zgadnąć, co się komu 
spodoba. Czy znacie bułanka Jeremiasza, Bustera? Nie pozwoli nikomu włoŜyć sobie 
wędzidła. Gryzie i kopie, zarówno mnie jak i Jeremiasza, dopóki nie uzna się za 
zwycięŜonego. Rebeka, nic o jego narowach nie wiedząc, poszła do stajni, aby go zaprząc. 
Pobiegłam za nią, myśląc, Ŝe będzie miała z nim nie lada kłopot. I wiecie co zobaczyłam? 
Rebeka głaskała nos Bustera, mówiąc jak do dziecka, a kiedy załoŜyła mu wędzidło, cmokał 
wargami, jakby to był cukier. - Na miłość boską, Rebeko! - mówię do niej. - Jakim cudem 
zmusiłaś go do wędzidła? - Wcale go nie zmuszałam - odpowiedziała. - Wziął bez namysłu 
sam. Zmęczył się długim przebywaniem w stajni i chciał wyjść na świeŜe powietrze.  
  
  
XXVII. Czarowne marzenia  
  
  
Rozdział XXVII  
Czarowne marzenia  
  
  
Rok minął od czasu, kiedy przy herbatce omawiano nagrodę konkursową Adama Ladda. 
Miesiąc po miesiącu przechodził, aŜ zaświtał w końcu wielki dzień dla Rebeki. Skończyły się 
szkolne dni i właśnie odbyć się miała uroczystość wręczenia dyplomów. Oznajmiło ją w tej 
chwili wznoszące się słońce. Rebeka cichutko wstała z łóŜka, podeszła do okna i 
otworzywszy okiennice powitała radośnie róŜowe światło bezchmurnego poranka. Emma 
poruszyła się nagle na poduszce, otwarła oczy, a widząc Rebekę przy oknie, podeszła ku niej i 
uklękła obok na podłodze.  
- Zdaje się, Ŝe będzie ładnie - westchnęła z ulgą. - Gdyby to nie było bezboŜnością, 
dziękowałabym Bogu, Ŝe jestem tak ograniczona na umyśle. Czy dobrze spałaś?  
- Nie bardzo. Ciągle mi chodziły po głowie słowa mojego poematu i akompaniament do 
pieśni. A juŜ najgorsza ze wszystkiego ta łacińska modlitwa królowej szkockiej Marii. 
Zdawało mi się, Ŝe mi w mózgu wypalono ognistymi literami to:  
  
Adoro, imploro,@ ut liberes me.@  
  
Kto nie jest obeznany z Ŝyciem małego miasteczka, nie potrafi zrozumieć ani wyobrazić sobie 
uroczystej powagi, z jaką się tam obchodzi koniec roku szkolnego. Długimi 

background image

przygotowaniami, bogactwem szczegółów i podnieceniem przewyŜsza uroczystości ślubne, te 
bowiem załatwia się tu zupełnie prosto. W pojęciach samych uczniów i ich rodzin, nic nie 
moŜe się równać z uroczystością rozdawania dyplomów - chyba tylko obiór prezydenta. ToteŜ 
całe Wareham poruszone było do głębi. Matki, ojcowie, a nawet i najdalsi krewni uczniów 
opuszczających dziś progi szkolne przybywali zewsząd pociągami. Starzy uczniowie i 
uczennice z rodzinami lub bez powracali do ukochanej mieściny. Wszystkie stajnie 
zatłoczone były wehikułami wszelkiego typu, długie ich sznury ciągnęły cienistymi drogami. 
Ulice pełne były ludzi, przybranych odświętnie zarówno w stroje najnowszej mody jak i w 
starannie przechowywane zabytki. Były tam kobiety i męŜczyźni wszystkich stanów, gdyŜ w 
Wareham kształcili się synowie i córki kupców, adwokatów, rzeźników, lekarzy i szewców, 
profesorów, pastorów i farmerów.  
W budynku seminarium panowało ogólne podniecenie. Na zewnątrz wyraŜało się chwilowym 
zawieszeniem Ŝycia - zupełnym milczeniem i ciszą. Uczennice, mające w tym dniu otrzymać 
dyplomy, ubierały się z niebywałą dotąd starannością. Głowy przystrojone były w druciki i 
papierki albo w całe tuziny małych warkoczyków. Zawijanie włosów na papierki i druciki 
było ulubionym sposobem słuŜącym do osiągnięcia upragnionego celu i chociaŜ opłacało się 
go bezsenną nocą, wiele było takich, którym cena ta nie wydawała się zbyt wielka. 
Dziewczęta, w których Ŝyłach nie płynęła krew męczeńska, zastępowały druciki tasiemką, 
twierdząc, Ŝe loczki wtedy są bardziej naturalne i nie przypominają owczej wełny. JednakŜe 
upał moŜe zniszczyć najwspanialszą fryzurę, zamieniając w strączki owoce długich starań. 
StrwoŜone matki wachlowały córki liśćmi palmowymi, aby w ostatniej chwili, z uderzeniem 
godziny dziesiątej, uwolnić biedne ofiary od dobrowolnych tortur.  
Biały, szwajcarski muślin, gładki albo w kropeczki, był zawsze modny i ogólnie uŜywany na 
uroczystość popisu. Wiele z uczennic kupowało kaszmir albo alpakę, sądząc, Ŝe sukienka taka 
bardziej się im później przyda.  
Rebeka od miesiąca rozmyślała nad tym, jak zdobędzie sukienkę na popis. W towarzystwie 
Emmy wybrała się na strych Perkinsów, gdzie znalazły całe sztuki białego batystu i muślinu, 
koloru świeŜego masła. Zdecydowały, Ŝe od biedy ujdzie. "Bogata córka kowala" męŜnie 
odrzuciła od siebie pokusę kropkowanego muślinu szwajcarskiego, postanawiając w tym 
takŜe naśladować Rebekę i uszyć sobie taką jak ona, batystową sukienkę. Natychmiast 
obmyślono fason, bogaty w hafty, zakładeczki i wypustki. Sukienkę Rebeki trzeba było 
rozdzielić na trzy pracownie, aby była na czas gotowa. Szarfę wzięła do roboty Anna, bluzkę 
pani Cobb, spódniczkę zaś Janina. Materiał był wprawdzie tani i ubogi, ale hafty sprawiły, Ŝe 
sukienki wypadły prześlicznie.   
Dziewczynki oczekiwały wielkiej chwili, siedząc samotnie w pokoju. Emma była w Ŝałosnym 
i łzawym nastroju. Bezustannie myślała o tym, Ŝe to ostatni dzień, w którym mogą być razem. 
Zdawało się jej bowiem, Ŝe nadszedł początek końca ich serdecznej przyjaźni. Morrison 
ofiarował Rebece dwie posady do wyboru, mianowicie: akompaniowanie do śpiewu i 
gimnastyki rytmicznej oraz nadzór ćwiczeń muzycznych w internacie dla młodszych 
dziewczynek, albo miejsce asystentki w WyŜszej Szkole Edgewood. Obie posady płatne były 
bardzo skromnie, pierwsza jednak dawała moŜność dalszego kształcenia się, co panna 
Maxwell uwaŜała za rzecz bardzo cenną.  
Rebeka na skutek wzruszenia przeszła w rodzaj egzaltacji i kiedy w korytarzach rozległ się 
pierwszy dzwonek, dziewczynka bez słowa stanęła przy oknie, rękoma przyciskając serce.  
- Nadeszła więc ta chwila, Emmo - odezwała się nagle. - Czy pamiętasz, jak w "Młynie nad 
rzeką" Małgosia zamyka za sobą złote wrota dzieciństwa? Widzę prawie jak się zatrzaskują, 
słyszę jak dźwięczą wrzeciądze i sama nie wiem, czy cieszę się tym, czy smucę.  
- Nie dbałabym o to, Ŝe się zatrzaskują - rzekła Emma - gdybym mogła być z tobą po tej 
samej stronie.  
- Emmo, nie waŜ mi się płakać, bo i ja się rozbeczę!  

background image

W dziesięć minut później Adam Ladd, który właśnie przyjechał z Portland, przystanął nagle 
pod drzewem na skraju drogi. Zatrzymał go w miejscu niezwykle malowniczy widok. Klasa, 
której przewodziła Rebeka, nie trzymała się naturalnie utartych zwyczajów. Zamiast parami 
maszerować do kościoła, postanowiły pojechać tam królewskim powozem. WypoŜyczono 
wóz drabiniasty, pokryto go gałązkami dzikiego wina i bukiecikami polnych stokrotek, tych 
najmilszych kwiatków łąk amerykańskich. Drabinki i poręcze, nawet koła, okręcone były 
zielenią. Ciągnęły go dwa białe konie, których uprząŜ przybrano kwiatami, wewnątrz zaś 
siedziało na gałęziach klonowych dwanaście biało ubranych dziewcząt. Po kaŜdej stronie 
wozu maszerowało dziesięciu chłopców, a kaŜdy miał przypięty do piersi bukiecik stokrotek.  
Rebeka powoziła siedząc na ławce okrytej zielenią, jak na królewskim tronie. śadna 
szczęśliwa, siedemnastoletnia dziewczyna, ubrana w biały muślin, nie moŜe być brzydka. 
Dwanaście młodziutkich panienek wyglądało prześlicznie na swym królewskim wozie, gdy 
słońce czerwcowe połyskiwało na ich odkrytych głowach, oświetlając jasne oczy, świeŜe 
policzki i dołeczki na roześmianych twarzyczkach.  
Adam myślał, Ŝe wysmukła Rebeka, z tym ogniem radości na twarzy, myślącym czołem i 
czarnymi, przewiązanymi wstąŜką warkoczami wygląda jak muza lub sylfida. Wóz zaś 
kwiecisty, pełen jaśniejących młodością dziewcząt, mógłby słuŜyć za temat do alegorycznego 
obrazu, przedstawiającego "Poranek Ŝycia".  
Zawrócił z tłumem w kierunku kościoła, kiedy nagle usłyszał ciche łkanie. Za Ŝywopłotem w 
ogrodzie, w pobliŜu miejsca, w którym się zatrzymał, stała biedna, opuszczona, biało ubrana 
osóbka. Zdawało mu się, Ŝe ją zna, Ŝe widział juŜ kiedyś ten zgrabny nosek, kasztanowate 
włosy i niebieskie oczy. Przystąpił ku niej i zapytał:  
- Czy stało się co złego, panno Emmo?  
- Ach! To pan, panie Adamie? Rebeka nie pozwoliła mi płakać, bała się, Ŝe będę brzydko 
wyglądała. Ale muszę ulŜyć sobie trochę, zanim wejdę do kościoła. Mam śpiewać w chórze 
szkolnym. Nie dostaję dyplomu, lecz opuszczam szkołę. Nie dbam o to, ale nie mogę znieść 
rozstania z Rebeką!  
Poszli dalej razem i Adam pocieszał w drodze zrozpaczoną Emmę, aŜ dotarli do starego 
kościoła, gdzie z dawien dawna urządzano popisy. Wnętrze świątyni udekorowano na 
zielono, biało i Ŝółto. Panował niesłychany tłok, było parno i duszno. MoŜna się było 
obawiać, Ŝe estrada zapadnie się pod cięŜarem młodzieńczych, naiwnych sentencji. Nie trzeba 
jednak odnosić się do nich zbyt surowo i krytycznie, gdyŜ sam widok chłopców i dziewcząt, 
tych młodych i pełnych nadziei twórców jutra rozbraja wszelką wzgardę i lekcewaŜenie. 
Ziewamy rozpaczliwie, słuchając literackich prób, lecz serce zwraca się z miłością do 
młodziutkich aktorów, bo w oczach ich błyszczą cudowne marzenia i nie ma w nich trwogi 
przed przyszłym Ŝyciem.  
Rebeka dojrzała wśród słuchaczy Annę z męŜem i ukochanego brata Janka. Uczuła nagły ból 
na myśl, Ŝe nie będzie tu mamy. Aurelię więziła w Słonecznym Potoku nieubłagana, 
codzienna praca, drobne dzieci i brak pieniędzy na podróŜ, a moŜe i brak odpowiedniego 
ubrania. Państwo Cobb przybyli takŜe. Trudno było nie spostrzec wuja Jeremiasza, gdyŜ 
coraz to ocierał łzy z oczu, a w przerwach między występami rozwodził się nad niezwykłymi 
talentami jednej z maturzystek, którą znał od dziecka. Wiózł ją z Maplewood do Riverboro, 
gdy opuszczała dom rodzinny i tej samej jeszcze nocy mówił Ŝonie, Ŝe nie ma takiego stopnia 
na drabinie sławy, na który się to dziecko nie wdrapie.  
Poza Cobbami dostrzegła Rebeka i inne znajome twarze z Riverboro, lecz gdzie jest ciotka 
Janina w czarnej, jedwabnej sukni, specjalnie na ten dzień przerobionej? Wiedziała, Ŝe 
Miranda nie przyjedzie, lecz czemu w tym dniu nad dniami nie było ukochanej Janiny? Myśli 
zapalały się w niej i gasły jak błyskawice, cały ranek wydawał się długim szeregiem obrazów 
latarni czarnoksięskiej. Grała, śpiewała, deklamowała łacińską modlitwę Królowej Marii jak 
we śnie. Popis kończył poemat Rebeki pod tytułem "Twórcy jutra". Jak dawniej w podobnych 

background image

okolicznościach, osobowość jej grała wielką rolę. Zdawało się, iŜ dziewczynka skanduje 
natchnioną poezję Miltona, a nie pensjonarskie wierszyki. Oczy, głos, całe ciało tchnęło taką 
powagą, mocą przekonania i głębokim przejęciem, Ŝe gdy schodziła z estrady, słuchacze mieli 
wraŜenie, iŜ wysłuchali jakiegoś genialnego utworu.   
I oto było po wszystkim. Rozdawano dyplomy i kaŜda z dziewcząt, poprawiając ukradkiem 
włosy, spódniczki i szarfy, podchodziła odebrać zwój pergaminu i złoŜyć ukłon, o którym 
myśl od wielu tygodni przejmowała ją trwogą. Gorące oklaski witały kaŜdą z maturzystek, a 
zachowanie Jeremiasza Cobb w chwili, gdy Rebeka otrzymywała dyplom, długo potem było 
przedmiotem rozmów w Wareham i Riverboro. Pani Cobb przysięgała, Ŝe Jeremiasz bardziej 
zniszczył dywan, poduszkę i ławkę w ciągu tych dwu godzin, niŜ ona przez czterdzieści lat 
przesiadywania na niej. Wreszcie tłum zaczął się przerzedzać, Adam Ladd podszedł do 
estrady. Rebeka przerwała rozmowę ze znajomymi i Ŝywo ruszyła ku niemu. Spotkali się w 
bocznej nawie.  
- Ach, panie Aladynie! - zawołała. - JakŜe się cieszę, Ŝe pan przyjechał! Proszę mi powiedzieć 
- i spojrzała na niego trwoŜnie i nieśmiało, bo pochwała  z jego ust droŜsza była i trudniejsza 
do zdobycia, niŜ inne. - Proszę mi powiedzieć, panie Aladynie, czy jest pan ze mnie 
zadowolony?  
- Więcej, niŜ zadowolony - odpowiedział. - Jestem szczęśliwy, Ŝe spotkałem dziecko, dumny, 
Ŝ

e znam dziewczynkę, stęskniony do ujrzenia kobiety!  

  
  
XXVIII. Nieuniknione jarzmo  
  
  
Rozdział XXVIII  
Nieuniknione jarzmo  
  
  
Serce Rebeki zabiło mocno i radośnie na tę słodką pochwałę. Jeszcze nie podziękowała, gdy 
zbliŜyli się ku niej państwo Cobb, dotąd skromnie stojący na uboczu. Dziewczynka 
przedstawiła ich panu Ladd.  
- Gdzie jest ciocia Janina? - zawołała, trzymając w obu rękach dłonie ciotki Sary i wuja 
Jeremiasza.  
- Bardzo mi przykro, kochanie, ale niedobre mamy dla ciebie wieści.  
- Czy Mirandzie gorzej? Och, tak! Widzę to po was! - i twarz Rebeki pobladła.  
- Wczoraj rano miała drugi atak. Dostała go w chwili, gdy pomagała Janinie pakować się do 
drogi. Janina prosiła, Ŝebyśmy ci nic nie mówili przed popisem.  
- Pojadę zaraz z wami do domu, ciociu Saro. Muszę tylko powiedzieć wszystko pannie 
Maxwell, bo miałam wybrać się z nią jutro do Brunswicku. Biedna ciotka Miranda! A ja 
byłam wesoła i szczęśliwa przez cały dzień! Tęskniłam tylko do mamy i cioci Janiny.  
- Wesołość nie jest grzechem, kochanie. Janina tego tylko dla ciebie pragnęła. Miranda 
odzyskała juŜ mowę. Mieliśmy właśnie list od Janiny, w którym donosi, Ŝe jest znacznie 
lepiej. Pójdę do nich na noc, a ty zostań i wyśpij się dobrze, a jutro rano spokojnie zbierzesz 
swoje rzeczy.  
- Ja za ciebie zapakuję kufer, Rebeko, i zajmę się wszystkimi naszymi meblami i drobiazgami 
-  rzekła Emma.  
Przeszli do bocznej nawy, gdzie przyłączyła się do nich Anna z męŜem i Janek. Od czasu do 
czasu podchodził do Rebeki ktoś ze znajomych lub dawnych kolegów szkolnych, aby jej 
powinszować i spytać, dlaczego ukrywa się w kąciku. To znów przybiegała któraś z 
dziewczynek, przypominając o pikniku lub błagając, aby przyszła na wieczorne zebranie. 

background image

Wśród radosnego podniecenia dwóch ostatnich dni, zaszczytów, które się na nią zewsząd 
sypały, po tak cudnym, zachwycającym poranku, przyszło nagle uczucie, Ŝe szczęście było 
przemijające, a troska, walka i trwoga znów pojawiają się na horyzoncie. Zapragnęła uciec 
stąd gdzieś do lasu z drogim swoim Jankiem. Tak wyrósł i zmęŜniał - był juŜ prawie 
męŜczyzną. MoŜe znajdzie u niego pociechę i ukojenie.  
Tymczasem Adam Ladd prowadził oŜywioną rozmowę z panem Cobb.  
- Tam u was, w Bostnie, to pewno od takich dziewcząt aŜ gęsto jak od borówek w lesie? - 
rzekł wuj wskazując Rebekę.  
- MoŜliwe - śmiał się Adam, wpadając w ton starego człowieka - chociaŜ ani jednej dotąd nie 
spotkałem.  
- Nie dowidzę juŜ, moŜe dlatego wydaje mi się od innych śliczniejsza?  
- Ja mam oczy doskonałe - odpowiedział Adam - a przecieŜ i mnie się taka wydaje.  
- A co pan myśli o jej głosie?  
- Inne głosy brzmią przy nim nędznie i niemiło.  
- Doskonale! Cieszy mnie, Ŝe usłyszałem to od człowieka mądrego i obytego w świecie. Bo 
matka mówi, Ŝe jestem zwariowany na punkcie Rebeki. Gdera, Ŝe psuję dziewczynę, ale 
uwaŜam, Ŝe sama teŜ ją rozpuszcza. Panie BoŜe! AŜ mi przykro było, gdy pomyślałem, ilu 
rodziców się zjechało, aby być na popisie swych dzieci, a jakŜe im się równać z Rebeką! - Do 
widzenia, panie Ladd! Proszę wpaść do nas, gdy pan będzie w Riverboro.  
- Chętnie - odpowiedział Adam, ściskając serdecznie dłoń starego człowieka. - MoŜe jutro, 
kiedy odwiozę Rebekę do domu. Czy panna Sawyer jest powaŜnie chora?  
- Doktor sam nie wie. W kaŜdym razie jest sparaliŜowana i daleko nóg nie powlecze, 
biedactwo! Dobrze choć, Ŝe mowy nie straciła. To cała jej pociecha!  
Wyszedłszy z kościoła, spotkał się Adam w przedsionku z panną Maxwell, która jako 
przedstawicielka zakładów naukowych, czyniła honory gościom. Wiedział, Ŝe bardzo 
interesuje się Rebeką. Powiedział, Ŝe dziewczynka wyjeŜdŜa jutro do Riverboro.  
- Ach! Tego juŜ  za wiele! - wykrzyknęła panna Maxwell, siadając na ławce i dziurawiąc 
niemiłosiernie trawnik końcem swej parasolki. - Widzę, Ŝe Rebeka nigdy nie będzie miała 
chwili wytchnienia. A miałam tyle planów! Myślałam, Ŝe ją przez miesiąc przygotuję do 
nowego stanowiska, a teraz znowu musi się zagrzebać w domowych obowiązkach i w 
pielęgnowaniu biednej, chorej, zgryźliwej i starej ciotki.  
- A jednak, gdyby nie stara, zgryźliwa ciotka, Rebeka dotąd jeszcze siedziałaby w 
Słonecznym Potoku. Jeśli chodzi o warunki wychowawcze i wszelkiego rodzaju korzyści 
duchowe, mogłaby z równym skutkiem przebywać w dziewiczych lasach - odpowiedział 
Adam.  
- To prawda. Powiedziałam to w gniewie. Myślałam, Ŝe wreszcie nastaną szczęśliwsze dni dla 
mojej perełki.  
- Naszej perełki - poprawił Adam.  
- Ach, tak! - zaśmiała się. - Zawsze zapominam, Ŝe to pan rości sobie pretensje do odkrycia 
Rebeki!  
- Wierzę, Ŝe pomimo wszystko, zaczynają dla niej świtać szczęśliwsze dni - ciągnął Adam. - 
Musi to być na razie tajemnicą, ale Towarzystwo, budujące nową linię kolejową, ma zakupić 
farmę pani Randall. Na jej gruntach budować się będzie stację. Dostanie sześć tysięcy 
dolarów. Nie jest to majątek, ale gdyby mi pozwoliła odpowiednio ulokować tę sumę, 
mogłaby z niej mieć trzysta lub czterysta dolarów rocznego dochodu. Farma jest wprawdzie 
obciąŜona długiem; gdy się go spłaci, a Rebeka zacznie pracować, matka będzie mogła 
kształcić najstarszego syna. Jest to dzielny i ambitny chłopak i powinno się go koniecznie 
uwolnić od pracy przy gospodarstwie.  
- Moglibyśmy załoŜyć "Towarzystwo Opieki nad Randallami" - odezwała się panna Maxwell. 
- Chciałabym, aby Rebeka zrobiła karierę.  

background image

- Ja nie - rzucił szybko pan Adam.  
- Naturalnie, Ŝe nie. MęŜczyźni nigdy się nie interesują karierą kobiet. Ale ja lepiej znam 
Rebekę niŜ pan.  
- MoŜe pani lepiej zna jej umysł, ale nie serce.  
- Niech będzie - westchnęła panna Maxwell. - W kaŜdym razie "Towarzystwo Opieki nad 
Randallami" moŜe robić nadludzkie wysiłki, aby pokierować Rebeką, a ona pomimo to 
pójdzie za własnym natchnieniem.  
- Mnie to wystarczy - rzekł powaŜnie pan Adam.  
- Zwłaszcza, jeśli natchnienie zawiedzie ją na pańską drogę. - Tu panna Maxwell podniosła 
oczy i zaśmiała się wyzywająco.  
  
Rebeka przez kilka pierwszych dni pobytu w Czerwonym Domu nie widziała ciotki Mirandy. 
Ta nie chciała mieć przy sobie nikogo, prócz Janiny, dopóki nie będzie lepiej wyglądać. 
Drzwi od jej pokoju były jednak zawsze uchylone i Janina zauwaŜyła, Ŝe chora z 
przyjemnością przysłuchuje się szybkim, lekkim krokom dziewczynki. Miranda poza tym, Ŝe 
utraciła władzę w nogach, nie odczuwała Ŝadnych prawie cierpień, umysł jej był niezwykle 
jasny i czujny na wszystko.  
- Czy jabłka, strącone przez wicher, zebrano na marmoladę? Czy kartofle obrodziły? Czy 
zboŜe juŜ się wysypało? Czy skoszono łąkę na wzgórku? Czy lepy na muchy są pozakładane? 
Czy do spiŜarni nie zakradły się mrówki? Czy smolnych drewek starczy na rozpałkę? Czy 
przyszły kupony z banku?  
Biedna Miranda Sawyer! PoraŜone ciało nie poddawało się władzy jej Ŝelaznej woli. 
Kończyła ziemską wędrówkę, lecz choć Ŝeglowała juŜ na drugi brzeg, w zmęczonym mózgu 
nie pojawiały się Ŝadne marzenia. Nic -  tylko drobne troski i  nędzne, przyziemne trwogi.  
Nadszedł wreszcie dzień, w którym chora zapytała o Rebekę. Drzwi do ciemnej sypialni były 
otwarte i dziewczyna z rękoma pełnymi pachnącego groszku, stanęła w nich na tle złotej 
smugi słonecznej. Ostra, wynędzniała twarz Mirandy, w obramowaniu nocnego czepeczka, 
bieliła się na poduszce, a sztywne nieruchome ciało, rysujące się pod kołdrą, budziło litość i 
Ŝ

al.  

- Wejdź - rzekła. - Nie umarłam jeszcze. Nie zaśmieć mi tylko łóŜka tym zielskiem, słyszysz?  
- Och, nie! WłoŜę je do wazonu - odpowiedziała Rebeka, odwracając się do umywalni i 
próbowała opanować drŜenie głosu i wstrzymać łzy, napływające do oczu.  
- Chcę ci się przypatrzeć. Podejdź bliŜej. Jaką masz na sobie sukienkę? - spytała stara panna 
słabym głosem.  
- Niebieską perkalową.  
- A czy kaszmirowa nie wypłowiała?  
- Nie, ciociu.  
- Czy trzymasz ją w szafie, i przewracałaś na lewą stronę, jak kazałam?  
- Zawsze.  
- Czy twoja matka zrobiła juŜ powidła?  
- Nie pisała o tym.  
- Zawsze była biegła w pisaniu listów o niczym. Co sobie złamał Marek od czasu mojej 
choroby?  
- Nic zupełnie, ciociu.  
- Dlaczego? CóŜ mu się stało? Czy zawsze jest taki leniwy? - A co porabia Janek?  
- On będzie najlepszy z nas wszystkich.  
- Spodziewam się, Ŝe w kuchni jest ład, chociaŜ mnie nie ma. Czy parzysz dzbanuszek do 
kawy i odwracasz do góry dnem na półce?  
- Tak, ciociu.  

background image

- Ty i Janina zawsze tylko to "tak" macie na języku - westchnęła Miranda, usiłując poruszyć 
sztywne nogi. - A przecieŜ leŜąc tu, wiem doskonale, Ŝe mnóstwo rzeczy nie idzie tak jak 
powinno.  
Nastąpiła długa przerwa, podczas której Rebeka usiadła na krawędzi łóŜka i nieśmiało 
dotknęła ręki ciotki. Widok przymkniętych oczu i wychudłej twarzy przepełnił jej serce 
uczuciem tkliwej litości.  
- Strasznie się wstydziłam, Ŝe występowałaś na popisie w batystowej sukience, Rebeko, ale 
nie mogłam na to nic poradzić. Kiedyś się moŜe dowiesz dlaczego, a wtedy przekonasz się, Ŝe 
zrobiłam dla ciebie wszystko, co mogłam. Boję się, Ŝe byłaś pośmiewiskiem!  
- Nie - odpowiedziała Rebeka. - Wszyscy mówili, Ŝe nasze sukienki były bardzo ładne; 
wyglądały jak koronkowe. Niech się ciocia niczym nie martwi. Jestem juŜ dorosła i mam 
dyplom - trzeci z rzędu na dwadzieścia uczennic - i obiecują mi dobrą posadę. Proszę spojrzeć 
na mnie. Jestem duŜa, silna i młoda. Gotowa iść w świat, pokazać wszystkim, co ciocie dla 
mnie i ze mnie zrobiły. JeŜeli ciocia zechce, abym była blisko, wezmę posadę asystentki w 
Edgewood, bo wtedy mogłabym tu być do pomocy. A gdy ciocia będzie zdrowsza, pojadę do 
Augusty, tam dadzą mi sto dolarów więcej i lekcje muzyki i inne dodatki jeszcze.  
- Posłuchaj mnie - rzekła Miranda drŜącym głosem. - Weź najlepsze miejsce, nie oglądając 
się na moją chorobę. Chciałabym doczekać chwili, w której będziesz mogła spłacić wasz 
dług, ale myślę, Ŝe tego nie doŜyję.  
Urwała wyczerpana, bo powiedziała w tej chwili więcej, niŜ przez całe poprzednie tygodnie.  
Dnie mijały i Miranda powoli wracała do sił. Zdawało się, Ŝe jej wola jest nieugięta i wkrótce 
moŜna ją było przysuwać z fotelem do okna. Najgorętszym jej pragnieniem było dojść do 
takiego stanu zdrowia, aby lekarz przychodził raz na tydzień. Zmniejszyłoby to rachunek, 
który dosięgnął sumy tak przeraŜającej, Ŝe myśl o niej ścigała ją bez ustanku na jawie i we 
ś

nie.  

W młode serce Rebeki powoli zaczęła wracać nadzieja. Janina zabrała się do prania i 
krochmalenia chusteczek, kołnierzyków i czerwonej, muślinowej sukienki, aby w chwili, gdy 
lekarz oznajmi, Ŝe Miranda wyzdrowieje, Rebeka mogła niezwłocznie wyjechać do 
Brunswicku. Miała tam mieszkać u Emilii Maxwell, a do stołu zasiadać razem z profesorami i 
innymi wielkimi osobistościami.  
Nadszedł dzień, kiedy w wielki kufer zapakowano kilka świeŜo wypranych sukienek wraz z 
ukochanym, koralowym naszyjnikiem, koronkowym kołnierzem cioci Janiny, strojem z 
popisu i nowym kapeluszem, który Rebeka co wieczór przymierzała przed lustrem. Kapelusz 
był biały, słomkowy, opasany wianuszkiem tanich róŜyczek i zielonych listków, kosztował 
zaś około trzech dolarów, co w wydatkach Rebeki było sumą wprost zawrotną. Był tak 
ś

liczny, Ŝe nawet przy nocnej koszuli wywoływał olśniewające wraŜenie, jakŜe więc będzie 

wyglądał przy batystowej sukience?  
Gdy wszystko było przygotowane do drogi, a stary Abijah Flagg czekał z bryczką przed 
domem, nadszedł nagle telegram od Anny: "PrzyjeŜdŜaj natychmiast. Matka miała 
nieszczęśliwy wypadek".  
W niespełna godzinę jechała Rebeka do Słonecznego Potoku. Myśl o tym, co ją czeka u 
końca podróŜy, przepełniała serce trwogą i niepokojem.  
Ś

mierci wprawdzie nie spotkała, ale coś, co na pierwszy rzut oka bardzo było do niej 

zbliŜone. "Matka stała na stercie siana i poraŜona nagłym zawrotem głowy, upadła. Prawe 
kolano ma zdruzgotane i krzyŜ potłuczony. Przytomna jest zupełnie, a w tej chwili nie ma 
obawy o Ŝycie..." Tak pisała Rebeka, kiedy znalazła pierwszą wolną chwilę, w której mogła 
przesłać Janinie szczegóły wypadku.  
- Nie rozumiem - gderała Miranda, która tego dnia nie miała siły, aby przenieść się na fotel - 
ale od samego dzieciństwa nie mogłam połoŜyć się do łóŜka, Ŝeby i Aurelia zaraz nie 
zachorowała. Sterta siana nie jest miejscem dla kobiety. Ale gdyby nie to, zrobiłaby sobie co 

background image

innego. Aurelia zawsze miała pecha. Teraz zostanie prawdopodobnie kaleką, a Rebeka, 
zamiast coś zarobić, będzie ją musiała oczywiście pielęgnować.  
- Matka to pierwszy obowiązek - odezwała się Janina - i mam nadzieję, Ŝe Rebeka nigdy o 
tym nie zapomni.  
- Gdy się ma lat siedemnaście, nie pamięta się o obowiązkach - odpowiedziała Miranda. - 
Jestem trochę zdrowsza, chciałabym więc coś z tobą rozwaŜyć. Mówiłyśmy juŜ o tym nieraz, 
teraz musimy zdecydować. Kiedy mnie juŜ pogrzebiecie, czy nie chciałabyś wziąć do domu 
Aurelii z dziećmi? Straszna jest tego gromada - Aurelia, Joasia i Frania. Marka tu nie chcę. 
Niech go sobie weźmie Anna. Nie chcę, Ŝeby mi chłopaczysko wydeptywało dywany i 
niszczyło meble, chociaŜ wiem, Ŝe gdy oczy zamknę, nie będę wam mogła przeszkodzić - i 
tak zrobicie, co chcecie.  
- Nie zrobię nic przeciw twojej woli. Zwłaszcza, jeŜeli chodzi o wydawanie twoich pieniędzy, 
Mirando - rzekła Janina.  
- Nie mów Rebece, Ŝe jej zapisałam w testamencie Czerwony Dom. I tak go nie dostanie 
przed moją śmiercią. Chcę mieć spokój do końca, a oni pewnie popędzaliby mnie, abym się 
prędko na tamten świat przeniosła. Przypuszczam, Ŝe Rebeka stale będzie uŜywała 
frontowych schodów, zamiast chodzić tylnymi. Po śmierci będzie mi wszystko jedno. Ona cię 
tak uwielbia, Ŝe będzie chciała, abyś z nimi do śmierci mieszkała. Ale kazałam to zastrzec w 
testamencie. Nie Ŝyczę sobie, Ŝeby jakiś chłystek, którego Rebeka weźmie za męŜa, wyrzucił 
cię kiedyś za drzwi.  
Nastała długa przerwa. Janina w milczeniu migała drutami, a ilekroć spojrzała na 
wynędzniałą postać siostry, bezwładnie leŜącej na poduszkach, łzy zalewały jej oczy. Nagle 
odezwała się Miranda cichym i słabym głosem:  
- Ostatecznie moŜesz wziąć i Marka.  
  
  
XXIX. Matka i córka  
  
  
Rozdział XXIX  
Matka i córka  
  
  
Minęły dwa miesiące nieprzerwanej, wytęŜonej pracy: gotowania, prania, prasowania, 
cerowania i ciągłej troski o młodsze dzieci, mimo Ŝe Joasia stała się prawdziwą małą 
gospodynią, zręczną, chętną i pojętną. Niejedna noc przeszła w tym czasie na czuwaniu przy 
łóŜku Aurelii, na nacieraniu i bandaŜowaniu, czytaniu i pielęgnowaniu, nawet karmieniu i 
kąpaniu chorej. Wreszcie cała rodzina odetchnęła swobodniej, kiedy przestała patrzeć na 
ciągłą mękę matki w dusznym pokoju, w którym Aurelia przeleŜała parny i gorący sierpień, 
cierpiąc przy kaŜdym niemal oddechu. O chodzeniu nie mogło być nawet mowy, ale zdawało 
się, Ŝe niewysłowione szczęście rozlało się po całym domu, gdy moŜna było otworzyć 
okiennice i przysunąć matkę do okna. Oparta o poduszki, mogła siedzieć i czuwać nad kaŜdą 
robotą, uśmiechać się nad przeszłą męką i zapomnieć o cięŜkich teraźniejszych chwilach, 
które w porównaniu z minionym cierpieniem wydawały się lekkie i radosne.  
ś

adna siedemnastoletnia dziewczyna, przeszedłszy taką próbę, nie mogłaby wyjść z niej nie 

zmienioną i Ŝadna dziewczyna z temperamentem Rebeki nie mogłaby przejść przez nią bez 
wewnętrznej walki i buntu. JakŜeŜ krótkimi, jak nietrwałymi okazały się rozkoszne marzenia, 
kiedy cały świat zdawał się otwarty dla młodych, silnych ramion, pragnących walczyć i 
zwycięŜać! Jak szybko zwiędły w świetle powszedniego dnia! Z początku troska i 
współczucie były tak głębokie, Ŝe Rebeka pamiętała tylko o cierpieniu matki. Najmniejsza 

background image

myśl o sobie nie wśliznęła się pomiędzy nią, a obowiązek. Lecz w miarę, jak mijały tygodnie, 
zniweczone nadzieje poczęły kłuć i boleć w piersiach, pokonane ambicje podnosiły głowę.  
Przyszedł taki czas na Rebekę, kiedy przygasł gorący zapał, gdy otrzymała list z 
wiadomością, Ŝe posada w Auguście jest zajęta. Szarpnęło się w niej serce, skrzydła uderzyły 
o pręty klatki, opanowała ją tęsknota za wolnością, za dalekim światem. Poczęły ścierać się w 
niej sprzeczne siły. Wszystko to przeŜyła w ciągu jednej burzliwej nocy w małym pokoiku na 
poddaszu. Ale chmury z wolna się rozwiały, słońce zajaśniało na nowo.   
W szarej przędzy codziennego Ŝycia zjawiały się takŜe nitki radości. IleŜ zadowolenia dawały 
próby i wysiłki, aby ubogi domek wzbogacić i przyozdobić. Jak miło było czuć się panią tego 
biednego królestwa; planować, rządzić, zaprowadzać ład, roznosić radość. Dalszym źródłem 
rozkoszy stała się miłość dzieci, które zwracały się ku niej, jak kwiaty do słońca, czerpiąc 
nieprzerwanie z jej zapasu bajek i historyjek, w naiwnej wierze, Ŝe fantazja Rebeki nie ma 
granic. Największą nagrodą za wszystko było dla Rebeki poczucie, Ŝe pracuje dla matki, gdyŜ 
w tych cięŜkich dniach matka i córka poznały i zrozumiały się. śadne słowo nie potrafiło 
wyrazić cichego szczęścia Aurelii, gdy uczuła w sobie odŜywającą na nowo miłość matki. W 
dawnych latach, kiedy dzieci były małe, ciągłe troski i niepokoje przytłumiały ten ogień 
cięŜkimi skrzydłami. Potem Rebeka wyjechała, a w długich miesiącach nieobecności umysł 
jej i serce rozwijały się z dala od matki. Teraz Aurelia miała czas i moŜność poznawania 
swego dziecka. Wydało jej się, Ŝe zjawiła się przed nią jakaś zachwycająca, nieznana istota.  
MoŜna by zaprząc Rebekę do najcięŜszego pługa, a zawsze będzie czuła zieloną ziemię pod 
stopami i niebo błękitne nad głową. Jej oczy widziały ciasto, które miesiła, albo chleb, który 
smarowała, uszy słyszały ogień i imbryk śpiewający w kuchni. Lecz myśli bujały zawsze 
wysoko, samotnie, zdobywając nowe siły w podniebnej wędrówce. Mały, ubogi domek na 
farmie był rzeczywistym miejscem pobytu, lecz Rebeka posiadała pałace, do których ciągle 
myślą się przenosiła; pałace zamieszkane przez piękne, szlachetne istoty ze świata baśni.  
Aurelia zrozumiała teraz połoŜenie kury domowej, która zniósłszy zwyczajne jajo, z 
przeraŜeniem widzi,  Ŝe wykluwa się z niego rajski ptak. Myśl ta przychodziła jej do głowy w 
czasie ostatnich dwóch tygodni, a przebłyskiwała w mózgu i teraz, kiedy Rebeka weszła do 
pokoju z rękoma pełnymi złoto_czerwonych, płonących jesiennych liści.  
- Oto znak jesieni, mamo - rzekła. - CzyŜ nie są cudowne? Chciałabym zanieść choć jedną z 
gałązek ciotce Mirandzie! Kiedy mnie tam nie ma, nikt nie znajdzie kwiatka w Czerwonym 
Domu.  
Był to czarujący poranek. Słońce świeciło jasno i łagodnie, powietrze przesycone było wonią 
dojrzewających owoców, a za oknem, na drzewie, ptaszek z przejęciem śpiewał o radości 
Ŝ

ycia. Zapomniał, Ŝe lato przeszło, a zbliŜa się zima, bo któŜ w takim dniu mógłby myśleć o 

zimnym wietrze, nagich gałęziach i zamarzniętych strumieniach? Barwny motyl wleciał przez 
otwarte okno i usiadł na pęku błyszczących liści. Aurelia słyszała ptaszka i poprzez piękność 
płomiennego bukietu spoglądała na wysmukłą, śliczną córkę, która stała jak wiosna ze złotą 
jesienią na ręku. Nagle zakryła oczy dłonią i wykrzyknęła:  
- Nie! Nie mogę znosić tego dłuŜej! LeŜę tu, przykuta do łóŜka, przeszkadzając ci we 
wszystkich planach i pragnieniach. Wszystko przepadło! Moje oszczędzanie i obchodzenie się 
bez najpotrzebniejszych rzeczy; cała twoja nauka i wydatki Mirandy. Wszystko, cośmy 
czyniły, aby zrobić z ciebie człowieka!  
- Mamo, mamo, nie mów tak i nie myśl nawet - wybuchnęła Rebeka, siadając gwałtownie na 
podłodze przy łóŜku i rzucając obok siebie pęk barwnych gałązek. - Dlaczego, mamusiu? 
PrzecieŜ zaledwie skończyłam siedemnaście lat. Czy przypominasz sobie, mamo, to młode 
drzewko, które Janek przesadził? Lato było gorące, a zima mroźna, więc nie urosło ani 
odrobinę. Ale gdy przyszedł dobry rok, nadrobiło stracony czas. Teraz ja przechodzę okres 
"zapuszczania korzeni", ale nie myśl zaraz, mamo, Ŝe dzień mój jest stracony. Stary klon przy 

background image

studni, dzięki dobrym warunkom, puścił tej wiosny nowe liście i ja mogę się jeszcze czegoś 
spodziewać w siedemnastym roku Ŝycia.  
- MoŜesz udawać wesołą -  westchnęła mama - mnie nie zwiedziesz. Straciłaś posadę, nie 
zobaczysz tu przyjaciół, jesteś prostą wyrobnicą.  
- Wyglądam tylko jak wyrobnica - rzekła Rebeka tajemniczo - ale naprawdę jestem 
księŜniczką. Nie mów tego nikomu, mamo, ale jestem przebrana. Robię to dla dobra państwa. 
Król i królowa, którzy zajęli mój tron, są bardzo starzy i wkrótce będą musieli abdykować na 
moją korzyść. Jest to niewielkie królestwo, toteŜ nie będzie walk między panującymi. Nie 
powinnaś się więc spodziewać, Ŝe ujrzysz złoty tron wysadzany drogimi kamieniami. 
Prawdopodobnie będzie tylko z kości słoniowej, z baldachimem z pawich piór. A ty będziesz 
miała wygodny fotel bardzo blisko niego, z całą gromadą niewolników, gotowych do 
wypełniania, jak się to mówi w powieściach, twoich "najjaśniejszych rozkazów".  
- Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz zbyt długo czekała na swoje trony i królestwa, Rebeko - 
rzekła - i Ŝe zobaczę je, zanim umrę. Jednak Ŝycie wydaje mi się bardzo cięŜkie i twarde. W 
Czerwonym Domu Miranda leŜy dotknięta kalectwem, tutaj znowu ja. Związałyśmy ci ręce i 
nogi, nie mówiąc juŜ o Joasi, Frani i Marku. Odziedziczyłaś po ojcu coś z jego szczęśliwego 
usposobienia, inaczej ciąŜyłoby ci Ŝycie, tak jak mnie ciąŜy.  
- Jak to, mamo! - wykrzyknęła Rebeka, obejmując rękoma kolana - nie jest juŜ szczęściem to, 
Ŝ

e jesteśmy na świecie w taki dzień jak dzisiejszy, Ŝe moŜemy widzieć, czuć, coś dawać i coś 

odbierać? Gdyś miała siedemnaście lat, mamo, czy nie wystarczało ci do szczęścia to, Ŝe 
Ŝ

yjesz? Czyś juŜ zapomniała?  

- Nie - odparła Aurelia - ale nie byłam nigdy tak Ŝywa, jak ty. Nigdy!  
- Często myślę - mówiła dalej Rebeka, podchodząc do okna i spoglądając na drzewa - myślę 
często, jakby to było okropnie, gdyby mnie nigdy nie było. Gdyby urodziła się Anna, a potem 
zamiast mnie Janek i Joasia, i Frania, i inni, ale nie Rebeka; nigdy Rebeka! śyć, to znaczy być 
przygotowanym na wszystko. Powinnam czuć strach w sercu, a jednak nie znam go. Coś 
silniejszego wypędza go, coś, jakby wicher. Och, spójrz! To Will jedzie drogą, mamo. Pewnie 
wiezie list z Czerwonego Domu!  
  
  
XXX. śegnaj Słoneczny Potoku  
  
  
Rozdział XXX  
ś

egnaj Słoneczny Potoku  

  
  
Will Melville podjechał pod okno i rzuciwszy Rebece list na kolana, śpiesznie się oddalił.  
- Chyba siostra nie czuje się gorzej - z wdzięcznością westchnęła Aurelia - inaczej byłaby 
Janina telegrafowała. Przeczytaj, dziecko!  
Rebeka otworzyła kopertę i jednym spojrzeniem objęła całą treść listu:  
  
"Ciotka Miranda godzinę temu umarła. PrzyjeŜdŜaj natychmiast, jeŜeli twej matce nie grozi 
niebezpieczeństwo. Chciałabym, abyś była na pogrzebie. Umarła nagle i bez cierpień. Och, 
Rebeko! JakŜe ja tęsknię do ciebie!  
`rp  
Ciotka Janina"  
`rp  
  

background image

Siła przyzwyczajenia musi być potęgą, skoro nawet w obliczu śmierci pamiętała Janina o tym, 
Ŝ

e telegram kosztuje dwadzieścia pięć centów i Ŝe Aurelia za doręczenie musiałaby dać 

posłańcowi pół dolara.  
Rebeka wybuchnęła płaczem.  
- Biedna, biedna ciotka Miranda! - wołała wśród łez. - Odeszła, nie zaznawszy nic dobrego w 
Ŝ

yciu, a ja nie mogłam się z nią nawet poŜegnać! Biedna ciotka Janina! JakŜe samotna będzie 

teraz! Co ja mam robić, mamo? Czuję się rozdarta na dwoje między tobą a Czerwonym 
Domem!  
- Musisz tam jechać natychmiast - odpowiedziała Aurelia, podnosząc się na poduszkach. - 
Gdybym nawet miała umrzeć w czasie twej nieobecności, to i wtedy powiedziałabym to 
samo. Ciotki dały ci wszystko - znacznie więcej niŜ ja, matka, dać ci byłam w stanie. Jest to 
więc twój święty obowiązek okazać swą wdzięczność. Doktor twierdzi, Ŝe przeszłam juŜ 
kryzys, a i ja sama to czuję. Joasia będzie musiała jakoś sobie radzić, a moŜe i Anna zechce tu 
zajrzeć.  
- Ale mamo! Ja nie mogę odjechać! Kto cię na łóŜku obróci? - mówiła Rebeka, chodząc po 
pokoju i załamując ręce.  
- Nie będzie to jeszcze wielkie nieszczęście, choćbym się nawet nie mogła obrócić - 
odpowiedziała pani Aurelia z mocą. - JeŜeli kobieta w moim wieku, matka rodziny, nie miała 
tyle rozumu, aby nie włazić na stertę siana, niechŜe teraz cierpi. Idź, dziecko, włóŜ czarną 
sukienkę i zapakuj torbę. Dałabym wiele za to, aby być na pogrzebie mojej siostry i dowieść 
tym, Ŝe wybaczyłam i zapomniałam wszystko, co mi mówiła, gdy wychodziłam za mąŜ. Jej 
czyny lepsze były niŜ słowa. Och! Rebeko, pamiętam dobrze, z jaką dumą Miranda zwijała 
mi loki, kiedy byłyśmy jeszcze małymi dziewczynkami. Innym razem, kiedy byłam dorosła, 
poŜyczyła mi swoją najlepszą, niebieską, muślinową sukienkę. Było to w czasie BoŜego 
Narodzenia, gdy ojciec twój prosił mnie, abym z nim tańczyła w pierwszej parze. A później 
przekonałam się, Ŝe Miranda sama marzyła o tym, aby z nim zatańczyć.  
Tu pani Aurelia urwała nagle i zapłakała gorzko, bo wspomnienia przeszłości wzruszyły ją 
bardziej i więcej wywołały łez niŜ sama wiadomość o śmierci siostry.  
Zaledwie godzina pozostała Rebece na przygotowania do podróŜy. Will miał ją odwieźć do 
Temperance, a z powrotem zabrać ze szkoły Joasię. Chciał takŜe zamówić kobietę, by w nocy 
czuwała przy chorej.  
Rebeka po raz ostatni zbiegła ze wzgórka, aby przynieść wiaderko wody ze źródła. Stojąc nad 
krystaliczną głębią, przypatrywała się z zachwytem płomiennej piękności jesiennego 
krajobrazu. Spostrzegła nagle kilku geometrów z narzędziami, robiących pomiary gruntu. 
Linia, którą wytyczali, przecinała Słoneczny Potok w ukochanym miejscu, gdzie leŜał cichy, 
jasny Stawek Zwierciadlany.  
Rebeka westchnęła głęboko.  
- Nadszedł juŜ mój czas - pomyślała. - śegnaj mi Słoneczny Potoku! Złote wrota, które się za 
mną w Wareham zamykały, zatrzaskują się teraz na zawsze. śegnaj drogi strumieniu! 
ś

egnajcie wzgórza i łąki.  

Will Melville widział takŜe geometrów, a na poczcie w Temperance słyszał tego ranka, ile 
pieniędzy otrzymać ma pani Randall od Towarzystwa Kolejowego. Był dobrej myśli i 
najlepszych nadziei na przyszłość, bo nowa linia kolejowa podnosiła wartość takŜe i jego 
farmy. Cieszyła go  myśl, Ŝe rodzina Ŝony nie będzie dłuŜej ginęła z nędzy tuŜ obok. Janka 
będzie moŜna parę lat wcześniej uczynić głową rodziny i niech sobie radzi jak chce. MąŜ 
Anny musiał uŜyć całej siły woli, aby gwizdać głośno, kiedy odwoził Rebekę na stację 
Temperance. Nie mógł zrozumieć jej smutku ani łez, toczących się po policzkach. Anna 
bowiem przedstawiała mu zawsze Mirandę, jako złą i skąpą babę, i twierdziła, Ŝe niewielka 
będzie szkoda, kiedy zdecyduje się ona zejść wreszcie z tego świata.  
 

background image

- Głowa do góry, Rebeko - mówił, Ŝegnając się z nią na dworcu. - Gdy wrócisz, matka juŜ 
będzie zdrowa, a wtedy cała wasza rodzina przeniesie się do ślicznego, małego domku. Nigdy 
nie będzie tak źle, jak w tym roku. Anna takŜe tak myśli.  
I odjechał, aby co prędzej podzielić się z Ŝoną wiadomościami.  
Na stacji był Adam Ladd i gdy tylko Rebeka ukazała się w drzwiczkach wagonu, podszedł ku 
niej natychmiast.  
- KsięŜniczka dzisiaj smutna - rzekł, ujmując jej rękę. - Aladyn musi zapalić lampę magiczną, 
a wtedy zjawi się niewolnik i osuszy łzy w mgnieniu oka.  
Mówił tonem Ŝartobliwym, bo myślał, Ŝe smutek jej związany jest ze sprawami Słonecznego 
Potoku i rozpłynie się w uśmiechu, gdy powie jej, Ŝe farmę sprzedano, a matka dostanie 
znaczną sumę pieniędzy. Chciał takŜe powiedzieć, Ŝe nie było to miejsce odpowiednie dla 
niej samej, ani dla samotnej matki i trojga młodszych dzieci. Brzmiały mu jeszcze w uszach 
jej słowa, tak wyraźne, jak gdyby to było wczoraj. "Nie wyobraŜam sobie, aby cokolwiek na 
ś

wiecie mogło zastąpić farmę, na której się Ŝyło, gdy się było dzieckiem". Miał przed oczyma 

małą, szczupłą osóbkę, siedzącą na werandzie w północnym Riverboro i zdawało mu się, Ŝe 
widzi, jak znika nagle w krzakach bzu, otrzymawszy pamiętne zamówienie na trzysta 
kawałków mydła "Czerwonego jak róŜa" i "Białego jak śnieg".  
 
Jedno czy dwa słowa przekonały go jednak, Ŝe smutek jej miał znacznie głębsze podstawy. 
Dziewczyna była zapłakana i na pół tylko przytomna. Pan Adam mógł więc zapewnić ją o 
swym współczuciu i przyrzec, Ŝe wkrótce sam przyjedzie do Czerwonego Domu.  
Gdy Adam, poŜegnawszy się z Rebeką, pomagał jej wsiąść do wagonu, zauwaŜył, Ŝe w 
powadze smutku dziwnie była piękna - piękna i bardzo kobieca. Lecz kiedy w czasie 
rozmowy zajrzał jej w oczy, spostrzegł, Ŝe były to ciągle jeszcze oczy dziecka. W ich 
migotliwej, spokojnej głębi nie było śladu znajomości świata, drzemały w nich nierozbudzone 
jeszcze uczucia. Adam opuścił stacyjkę i wszedł do pobliskiego lasku. Długo spacerował 
zamyślony, siadając od czasu do czasu pod drzewem, aby marzyć, wpatrując się w przepych 
jesiennych liści nad głową. Miał ze sobą nowy egzemplarz "Bajek z tysiąca i jednej nocy", 
który chciał dać Rebece. Pragnął zastąpić nim starą i zniszczoną juŜ ksiąŜeczkę, która była 
niegdyś jedyną radością jej dzieciństwa. Spotkawszy się z nią jednak w tak smutnych 
okolicznościach, zapomniał o ksiąŜce. Teraz przewracał leniwie jej kartki, gdy natknął się 
niespodziewanie na bajkę o Aladynie i jego cudownej lampie. Natychmiast, zapominając o 
swych trzydziestu czterech latach, zagłębił się w niej całą duszą, bo stara opowieść 
oczarowała go nagle tak silnie, jak za dawnych, chłopięcych dni.  
  
  
XXXI. Hołd ciotce Mirandzie  
  
  
Rozdział XXXI  
Hołd ciotce Mirandzie  
  
  
Wysiadłszy w Maplewood z wagonu, Rebeka śpiesznie pobiegła na pocztę, gdzie czekały 
dyliŜanse. JakaŜ była jej radość, gdy przy koniach zobaczyła wuja Jeremiasza.  
- Woźnica jest chory - wyjaśnił stary człowiek -  kiedy więc przysłano po mnie, pomyślałem 
sobie, Ŝe Rebeka nie pozwoli porosnąć trawie pod stopami, gdy otrzyma list ciotki Janiny. 
Będę ją mógł przywieźć, jeśli nie dziś, to z pewnością jutro. Dlatego jestem dzisiaj tak jak 
sześć lat temu. Czy będziesz prawdziwą podróŜną damą, czy wolisz siedzieć ze mną na 
koźle?  

background image

Twarz starego człowieka zdradzała walkę najprzeróŜniejszych uczuć, a kilku podróŜnych ze 
zdumieniem przypatrywało się ślicznej dziewczynie, która, płacząc jak dziecko rzuciła się w 
ramiona pana Cobba.  
- Och, wuju Jeremiaszu! - łkała - drogi wuju Jeremiaszu! Wszystko to było tak dawno temu i 
tak wiele juŜ przeszłam. Postarzeliśmy się oboje, a tyle nas jeszcze czeka, Ŝe się prawie boję, 
wuju Jeremiaszu!  
- Chodź, chodź kochanie - szepnął stary człowiek pocieszająco. - Będziemy sami w powozie, 
to w drodze o wszystkim pomówimy. Być moŜe, Ŝe sprawy nie przedstawiają się tak źle, jak 
myślisz.  
PrzydroŜne widoki znane były doskonale zarówno wujowi Jeremiaszowi jak i Rebece; kaŜdy 
kamień i kałuŜa, stodoła i chorągiewka na dachu, sadzawka dla kaczek i piaszczysty strumień. 
Przez całą podróŜ Rebeka wracała myślą do tego dnia, który wydawał się jej tak daleki, kiedy 
siedziała na koźle, z nogami kołyszącymi się w powietrzu, bo za krótkie były, aby mogły 
dosięgnąć stopnia. Zdawało się jej, Ŝe dolatuje ją zapach bzu, Ŝe widzi róŜową parasolkę, 
czuje sztywność nakrochmalonego perkaliku i niemiłe ukłucia czarnych i pomarańczowych 
kolców jeŜozwierza. Całą prawie drogę przebyli w milczeniu, lecz była to cisza słodka i 
kojąca dla dziewczynki.  
W końcu ujrzeli pana Flagga, łuskającego groch w stodole i okno facjatki Perkinsów, z 
którego powiewała biała chusteczka. Był to wyraz miłości i powitania, przesłany Rebece 
przez Emmę w chwili, w której kominy riverborskie wyrosły przed jej oczyma.  
ZbliŜali się juŜ do Czerwonego Domu. Wyglądał tak, jak niegdyś, chociaŜ Rebece się 
zdawało, Ŝe śmierć rzuciła na niego jakiś tajemniczy czar. Stał pośród zielonych łąk, a 
otaczały go wyniosłe wiązy i klony, całe w złocie i purpurze; grządki i klomby w ogrodzie 
bieliły się astrami, a słoneczniki wznosiły gorejące głowy wysoko, aŜ pod okna salonu; tylko 
zamiast wesołych, czerwonych i róŜowych kokard u firanek, we wszystkich prawie pokojach 
czerniła się Ŝałobna przepaska. Nawet mosięŜna kołatka i brązowo malowane drzwi 
wejściowe przybrane były krepą.  
- Stój, wuju Jeremiaszu! Nie trzeba wjeŜdŜać w podwórze! Proszę mi tylko podać moją torbę, 
wysiądę na drodze i pójdę ścieŜką sama.  
Na turkot zbliŜającego się dyliŜansu otwarły się cicho drzwi domu. Janina zeszła wolno w dół 
po kamiennych stopniach, lecz jakŜeŜ była zmieniona, blada, przygarbiona, złamana! Rebeka 
wyciągnęła ramiona, a stara kobieta osunęła się w nie łagodnie.  
- Rebeko - rzekła, podnosząc ku niej głowę - zanim tam pójdziesz, aby raz jeszcze na nią 
spojrzeć, powiedz, czy nie czujesz goryczy za niejedno twarde słowo, które od niej 
usłyszałaś?  
Oczy Rebeki błysnęły wyrzutem i prawie gniewem. Odezwała się zdławionym głosem:  
- Ach, ciociu! JakŜe moŜesz o to pytać! Pójdę do niej z sercem przepełnionym wdzięcznością!  
- Miranda była dobrą kobietą, Rebeko, miała wprawdzie ostry język i gwałtowne 
usposobienie, ale zawsze pragnęła czynić dobro i czyniła je. Nigdy o tym nie mówiła, ale 
pewna jestem, Ŝe Ŝałowała kaŜdego twardego słowa. Nie cofnęła ich z Ŝycia, ale czynem 
dowiodła miłości do ciebie.  
- Powiedziałam juŜ raz, Ŝe to ona zrobiła ze mnie człowieka. I tak samo mówi mama - łkała 
dziewczyna.  
- To nie ona, Rebeko, ale w pierwszym rzędzie Bóg - rzekła Janina - a i ty sama pracowałaś 
nad tym wiele. A teraz muszę ci coś powiedzieć, Rebeko. Ciotka Miranda zapisała ci w 
testamencie wszystko - Czerwony Dom, meble i zabudowania gospodarskie,  i ziemię 
naokoło domu, jak daleko okiem sięgniesz.  
Rebeka zrzuciła kapelusz i ręką przycisnęła serce. Po długiej chwili milczenia wyszeptała:  
- Pójdę do niej sama, ciociu. Chcę z nią pomówić; muszę jej podziękować i pewna jestem, Ŝe 
mnie usłyszy.  

background image

Janina wróciła do kuchni, do codziennych obowiązków, które nie ustępują nigdy, nawet 
wobec majestatu śmierci.  
W dziesięć minut później wyszła z pokoju Ŝałoby Rebeka, blada i znuŜona, ale pełna 
wewnętrznej ciszy i powagi. Usiadła na progu domu, w cieniu wiązów. Spłynęło na nią 
uczucie głębokiego spokoju, kiedy siedziała zapatrzona w krajobraz jesienny, słuchając 
turkotu wozu na moście i szmeru płynącej rzeki. Podniosła rękę i łagodnie dotknęła mosięŜnej 
kołatki i czerwonych cegieł, zdających się płonąć w blaskach październikowego słońca.  
Był to jej dom! Jej własny dach nad głową, jej ogród, jej pola zielone, jej drogie drzewa! Było 
to schronienie dla całej rodziny ze Słonecznego Potoku. Matka będzie miała towarzystwo 
swej siostry i przyjaciół młodości, dzieci znajdą naukę.  
A ona? Własna jej przyszłość ciągle jeszcze spowita była mgłą. Oparła głowę o nagrzane 
słońcem drzwi i przymykając oczy szeptała:  
- BoŜe, błogosław ciotkę Mirandę! BoŜe, błogosław ten dom za to, czym był i czym stanie się 
w przyszłości!