background image

MAREK ORAMUS 
 
HIENY CMENTARNE - ZBIÓR OPOWIADAŃ 
 
Dwanaście opowiadań 
prezentujących różne style 
i pomysły science fiction. 
Wspólną cechą 
większości z nich 
jest pytanie 
o moralne uprawnienia człowieka 
do dokonywania daleko idących 
przeobrażeń, zarówno na własnej 
planecie, jak i we Wszechświecie 
— w imię enigmatycznie 
rozumianego postępu. 
MAREK 
ORAMUS 
Marek Oramus (ur. 1952) 
ukończył specjalizację 
energetyka jądrowa 
na Politechnice Śląskiej, 
a następnie studium dziennikarskie 
w Uniwersytecie Warszawskim. 
Po pięcioletniej przygodzie 
z dziennikarstwem 
musiał zająć się zawodowo 
literaturą science fiction 
i od 1982 roku jest autorem 
i krytykiem tego gatunku. 
Opublikował powieści 
„Senni zwycięzcy" (Czytelnik 1982) 
i „Arsenał" (Iskry 1985), 
a także tom szkiców, 
wywiadów i recenzji 
„Wyposażenie osobiste" (Iskry 1987). 
W druku znajduje się kolejna powieść SF 
„Dzień drogi do Meorii". 
MAREK 
ORAMUS 
Posłowiem opatrzył 
Maciej Chrzanowski 
Ilustrował 
Witold Gluźniewicz 
Wydawnictwo »Śląsk* 

Koncepcja graficzna serii 
Jerzy Moskal 
Opracowanie graficzne 
Jerzy Moskal i Marek Piwko 
© Copyright by Marek Oramus, 
Katowice 1989 
BEJ8UU BIBLIOTEKA 
IM. A. $TKVQi 
Filia Ogólna - 2 
54-129 Wrocław, DiKWieckiego 56| 
DAR 
Csiedla 
ISBN 83-216-0724-1 
Spis 
treści 

background image

7 Drwale i dziewczyna 
31 Hieny cmentarne 
93 Witaj w domu 
101 Bariera immunologiczna 
117 Kompleks Hioba 
151 Osada „Meteor" 
181 Eutanazja 
189 Sposób umierania 
206 Barany i armia lwów 
227 Trudno nie być bogiem 
251 Ziemia-410 
258 Kwadrofoniczne delirium fremens 
277 POSŁOWIE — Maciej Chrzanowski 
Drwale 
i dziewczyna 
panceramicznej 
szyby Elmer Eyskin przyglądał się smętnemu krajobrazowi. 
Brunatna kurzawa, spowijająca łazik przez całą drogę, kłębiła 
się przed maską zalepiając wizjery. 
— Już wiem, co mi to przypomina — powiedział 
Earthy Bird — akwarium bez wody. Gigantyczne akwarium 
o brudnych, pokrytych brązowo-zielonkawym nalotem szy- 
bach. Szyby działają jak filtry; nieprzyjemna barwa tutej- 
szego światła to właśnie ich zasługa. 
Eyskin spróbował to sobie wyobrazić: suche, gorące 
akwarium. Trzy ślimaki-łaziki suną gęsiego po dnie; o ich 
ruchu świadczy tylko unosząca się wokół pylista aureola. 
Wysoko, niepodległy siłom kłębiącym się w dole, tkwi jak 
srebrna kropla satelita stacjonarny — oko „Fundadora". 
Z wysokości orbity mgiełka, ślimaki i nafaszerowany 
skałkami piasek zlewały się w jednostajną, szaroburą płasz- 
czyznę. Eyskin i jego ludzie, zamknięci w kabinach łazików, 
wsiąkli po prostu między wydmy. 
— Czemu stanęliście, Eyskin? 
— Nie wiem. Zdawało mi się, że... 
— Że co? 
— Nie wiem. 
Nigdy tutaj nie padał deszcz. Nigdy nie przeleciał ptak. 
Na powierzchni planety, jałowej jak kawałek wyżarzonego 
piaskowca, nie znaleziono nic, co byłoby w stanie przyciągnąć 
zainteresowanie badaczy. Wyprawa pierwotnie ominęła ją, 
kierując się dalej — poza granice ekosfery. Ale rezultaty na- 
stępnych lądowań okazały się jeszcze bardziej zniechęcające: 
fotografie, trochę danych, kolekcja minerałów. Chemicy 
rzucili się na nie, przeprowadzili tysiące eksperymentów, 
postawili setkę hipotez, pokłócili się o nie na dziesiątkach 
konferencji i spotkań, wyciągnęli kilka mało istotnych wnios- 
ków i w końcu ostentacyjnie ulegli nieróbstwu. Układ wydawał 
się nieciekawy i wszyscy, nie bez uczucia zawodu, sposobili 
się do odlotu. 
Lecz decyzja o opuszczeniu układu, tak zdawałoby się 
oczywista, z nieznanych powodów opóźniała się. Wiado- 
mość o nadesłaniu przez krążącą wokół jałowej planety sondę 
serii nowych fotografii nie wzbudziła niczyjego entuzjazmu. 
Zakłócała komfort psychiczny płynący z przeświadczenia, 
że wszystko jasne; w razie nader prawdopodobnego nie- 
spełnienia na nowo obudzonych nadziei w kabinach pozostał- 
by nastrój jeszcze dolegliwszej apatii niż ta, z którą uczestnicy 
wyprawy zmagali się od miesiąca. Powrotowi w okolice 
jałowej planety towarzyszyła więc całkowita obojętność. 
Eyskin — jak inni — nie miał początkowo pojęcia, 

background image

jaki powód kazał wyprawie wracać. Fotografie przedstawiały 
się nieszczególnie, jak zwykle robione z tej wysokości stan- 
dardowym sprzętem. Gładkich płaszczyzn przez całe setki 
mil nie ożywiał żaden szczegół, a nieliczne skupiska skał, 
którymi upstrzona była baloniasła powłoka, już samym usytuo- 
waniem budziły niechęć. Skały, niewysokie, o zaokrąglonych 
krawędziach, sterczały powbijane niedbale w piasek jak 
rodzynki w ciasto. Obecność jaskiń, wąwozów, głębokich 
szczelin została, zdaje się, od samego początku wykluczona. 
Ludzie oglądali zdjęcia i mruczeli niepochlebne opinie pod 
adresem kierownictwa wyprawy. 
„Fundador" lądował na rozległym płaskowyżu, nocą, 
tym razem nieco powyżej równika. Eyskin obserwował prze- 
bieg manewru w swojej kabinie. Kłęby piasku podniesione 
ku niebu i rozświetlone ogniem dysz wylotowych sprawiały 
takie wrażenie, jakby w trzewiach nocy spalały się kolejne 
warstwy okrywającego pustynię niewidzialnego płaszcza. 
Po wyjątkowo nieatrakcyjnych lądowaniach ostatniego mie- 
siąca to przebiegło nawet interesująco. Eyskin wyczekał 
do końca operacji, wyłączył obraz i położył się spać. 
Przez następne dni niewiele się działo. Eyskin snuł 
się po korytarzach jak każdy, komu nie przydzielono konkret- 
nego zajęcia, rano' jeździł szybem osobowym na taras wi- 
dokowy i przez zamglone powietrze obserwował brudne 
cielsko planety. Z każdej strony tarasu rozciągał się dokładnie 
taki sam widok, Eyskin wypijał kawę, zjadał obiad, przerzu- 
cał najnowsze biuletyny i o odpowiedniej porze kładł się 
spać. Regularnie miewał kłopoty z zaśnięciem. 
Z dnia na dzień tryb życia Eyskina uległ radykalnej 
zmianie. Nie miał chwili wolnej; budzono go rano i pozwalano 
chodzić spać bardzo późno. 
— Wysyłamy dwie jednakowe grupy — mówił koman- 
dor Wilman, szef organizacyjny przedsięwzięcia— oznaczone 
jako „Berenika" i ,,Eurydyka", odpowiednio do kryptonimów 
quasi-geologicznych tworów na północ i południowy zachód 
od miejsca lądowania „Fundadora". Dowódcy: Eyskin i Par- 
gyney. Cel akcji: dostarczenie sprzętu niezbędnego do za- 
łożenia lokalnych baz oraz wstępny rekonesans. W zależności 
od jego rezultatów zostaną przerzuceni drogą powietrzną 
ludzie i specjalistyczna aparatura — albo, rzecz jasna, zwija- 
my cały majdan. Jeśli chodzi o szczegóły... 
— Proponujemy dwa niezależne tory — mówił specja- 
lista od łączności. — Kanał A, wewnętrzny, dla komuni- 
kacji między załogami łazików; kanał B, zewnętrzny — 
między Bazą a dowódcami grup. Baza wchodzi automatycznie 
i po wyczerpaniu tematu, nie czekając na potwierdzenie 
odbioru, natychmiast się wyłącza. System jest prosty jak 
drut, elastyczny, oszczędza czas. 
— A jeśli coś się nam przytrafi? — zapytał Ciem, 
wysoki, nieśmiały chłopak, tonem nad wiek poważym i zatros- 
kanym. 
— Będziemy was śledzić z satelity stacjonarnego. Auto- 
matyczny namiar pozycji, czujniki podczerwieni i tak dalej. 
Na wypadek niespodzianek przewidzieliśmy możliwość pod- 
łączenia załóg do toru zewnętrznego, normalnie zastrzeżo- 
nego dla dowódcy. W celu uruchomienia kanału B należy... 
Najwięcej czasu spędzali z profesorem Pargyneyem, 
głównym sprawcą całego zamieszania. Pargyney był starszym, 
energicznym mężczyzną; Eyskin zapamiętał go miotającego 
się między stertami dokumentów a pulpitem do sterowania 
aparaturą wyświetlającą przezrocza i filmy. 

background image

— Berenika — profesor za każdym razem w osobliwy 
sposób smakował to imię — zajmuje powierzchnię około 
400 kilometrów kwadratowych. — Eyskin przyglądał się 
zdjęciom i przezroczom, które przedstawiały rozmaite ujęcia 
kamiennych zwałowisk. Na siłę w układzie głazów można 
było doszukiwać się regularności; Pargyney potrafił o niej 
mówić żarliwie i przekonywająco. Eyskin nie miał powodów, 
żeby mu nie wierzyć, a jednak drażniło go nazywanie 
kobiecym imieniem zwyczajnej kupy kamieni. „Berenika — 
mówił z przekąsem do Earthy'ego i Cierna i wzruszał ramio- 
nami. — Zwichrował stary, nie ma co. Zwykłe kamienie 
wydają mu się interesujące tylko dlatego, że zebrało się 
ich tyle na jednym miejscu." 
— Powiedz to głośno — radził Earthy i pewnego razu 
Eyskin rzeczywiście wyłożył po kolei swoje wątpliwości. 
Nastąpiło coś niespodziewanego: Pargyney stracił w jednej 
chwili cały entuzjazm i pewność siebie — przypominał raczej 
balon, z którego uszło powietrze. Usiadł ciężko na krześle 
i zapatrzył się w zawalony mapami, ekspertyzami i zdjęciami 
blat. 
— Widzi pan — powiedział powoli — nie mamy żadnej 
pewności, że Berenika czy Eurydyka okażą się fenomenami, 
którym warto było poświęcić przynajmniej tyle czasu i sta- 
rań, ile poświęciliśmy dotąd. Ale rezygnacja to nie jest 
wyjście — musimy grać tak czy owak, po to tu w końcu je- 
steśmy. 
— Uważam, że dysponujemy zbyt małą ilością przesła- 
nek, aby poważnie traktować tę... jak pan powiedział... 
Berenikę — rejterada Pargyneya dotknęła go przykro. 
— Więc trzeba zdobyć następne — profesor spojrzał 
na niego spode łba. — Berenika i Eurydyka nie są zwyczaj- 
nymi tworami geologicznymi. Są kamiennymi miastami. Nie, 
nie mam żadnych dowodów — ale liczę, że pomożecie mi 
je zdobyć. 
— Miasta? — zainteresował się Ciem. — Zamieszkane? 
— Nie wiem — Pargyney podniósł się z krzesła. — 
Chyba nie. To najsłabszy punkt mojej... — chciał powiedzieć 
„hipotezy", ale zreflektował się i dokończył: — ... mojego 
pomysłu. No, na dzisiaj wystarczy. Dziękuję panom. 
— Nie przekonał mnie — powiedział Earthy, kiedy 
rozchodzili się do kabin. — Ja tam nie wierzę w żadne miasta 
na Księżycu. 
— Księżycowe Miasto — podchwycił Ciem. Powtórzył 
nazwę kilka razy; spodobała mu się. Zaczęli używać jej w roz- 
mowach. 
Obie grupy wystartowały jednocześnie. Przez jakiś czas 
jechali burta w burtę, potem łaziki Eyskina skręciły ostro 
na północ, ku skałom. 
Wśród skał jechało się trudniej, ale po kilkunastu minu- 
tach Eyskin zdążył nabrać wprawy i droga- nie sprawiała 
mu już tyle kłopotu co przedtem. W odległości dziesięciu 
metrów za jego łazikiem posuwał się Ciem; tuż za Clemem, 
ostentacyjnie lekceważąc przepisy, jechał rutyniarz Earthy. 
Do tej pory rzadko odzywali się do siebie, skoncentrowani 
na prowadzeniu, teraz jednak oprócz nadawanych systematy- 
cznie komunikatów z Bazy ciszę radiową raz po raz przery- 
wały pieprzne dowcipy Earthy'ego i wybuchy śmiechu młode- 
go Cierna. 
— Facet zatrzymuje taxicopter, wyciąga pilota z kabiny 
i mówi: onanizuj się! Znacie to? 
— Ja nie znam — skłamał Eyskin wpatrując się w plą- 

background image

sający przed maską łazika tłum brudnych zjaw w długich, 
luźnych opończach. Przy próbie dokładniejszego przyjrzenia 
się postacie skwapliwie schodziły pojazdowi z drogi, nikły 
między rzędami piaszczystych diun albo po prostu rozpły- 
wały się w powietrzu. Eyskin zapadał w odrętwienie — 
z oczami wlepionymi w szkła wizjerów zapominał o łaziku, 
skałach i piachu, pochłonięty kompletnie tańcem tajemniczych 
widziadeł. Głosy Earthy'ego i Cierna przywracały poczucie 
rzeczywistości. Włączył reflektor — tłum zjaw zniknął, zamie- 
niony w jednej chwili w kłęby rudego kurzu. 
— Ja też nie — powiedział Ciem. 
— Eyskin, skały chyba zmieniają wygląd — powie- 
dział obserwator. — Niczego nie zauważyliście? 
— Nie. 
— Może mi się zdawało. Bądźcie czujni. 
— Jesteśmy. 
— Musimy słuchać tego nudziarza? — zniecierpliwił 
się Earthy. — Od pewnego czasu jego gawędziarstwo 
działa mi na nerwy. 
— Na tym z grubsza polega jego rola. Wolałbyś sam 
bez przerwy gadać w mikrofon, co myślisz o pięknie tutej- 
szego krajobrazu? 
— Sam nie wiem, co byłoby lepsze. Można zasnąć 
i wcale tego nie zauważyć. 
Eyskin zaśmiał się do wskaźników łazika. 
— Zajmij się czymś. Coś tam chyba zacząłeś opowia- 
dać? 
— Facet z żoną zatrzymuje taxicopter... 
— Przedtem nie mówiłeś, że był z żoną — zauważył 
Ciem. 
— To teraz mówię. Zatrzymują ten taxicopter, fa- 
cet wyciąga z kabiny pilota i mówi: onanizuj się! No, 
ale to już! Czyś pan zwariował, protestuje pilot, na 
rozum panu padło? Bo ci rozwalę łeb! — wrzeszczy ten fa- 
cet. No i w końcu pilot musiał zrobić to, o co tamten go 
prosił. 
Głośnik, w którym zbiegały się zblokowane linie łącz- 
ności wewnętrznej rozbrzmiał śmiechem Cierna. Ciem 
czasami potrafił śmiać się z byle czego i bywało, że Eyskin 
zazdrościł mu tej umiejętności. 
— I tak jeszcze sześć razy. Facet, który zatrzymał 
taxicopter podnosi półprzytomnego pilota z ziemi, sadza 
go za sterami i mówi do żony: — Wsiadaj, pan cię zawiezie 
do miasta. 
— Zwróciliście uwagę, co mówił obserwator? — ode- 
zwał się Ciem poważnym tonem. — Może w tych skałach 
istotnie coś jest? 
— Moim zdaniem cierpicie obaj na nadmiar wyobraźni 
— orzekł autorytatywnie Earthy. — W dzisiejszych czasach 
to poważna wada: zbyt duża wyobraźnia. Ty, Ciem, w dodatku 
za wiele myślisz. Świat należy dziś do bezmyślnych i pozba- 
wionych wyobraźni — dlatego tyle się automatyzuje. Uwa- 
żaj, bo zamiast skał zobaczysz kowbojów pędzących prosto 
do Księżycowego Miasta. 
— Takich z sześcioma parami oczu na każdej szczę- 
koczułce? Pasowaliby nawet do tej rozkosznej okolicy. — 
Ciem ściszył głos: — Mildred mówiła mi, że Pargyney ma 
całą teorię na temat Księżycowego Miasta. On wierzy po- 
dobno, że te kamienie żyją. 
— No i wszystko jasne. Jazda pod nosem żywych is- 
tot zawsze obfituje w ryzyko i niespodzianki. Znane są 

background image

przypadki, kiedy podobne wycieczki kończyły się mało po- 
myślnie. 
— Na przykład? 
— Na przykład nabiciem na widelec. Skały, nie skały — 
muszą się czymś żywić, nie? A taka gratka jak trzy nafa- 
szerowane łaziki nie trafia się częściej jak raz na miliard lat. 
— Myślisz, że nie zabierają się za nas z przyzwoitości? 
— Muszą ochłonąć ze zdumienia. Zachowujemy się jak 
pijana mysz tarzająca się vis a vis kociego podogonia. 
— A może one wolą trochę poczekać, żeby od razu 
łyknąć wszystk*? Księżycowe Miasto jest, dajmy na to, spryt- 
nie zamaskowaną gardzielą, która nas pożre. Po dziesięciu ty- 
siącach lat gigantyczny odbyt po przeciwnej stronie planety 
wystrzeli na orbitę marne resztki, które z nas zostaną. 
— Piękna śmierć — rozmarzył się Earthy. — Godna 
astronauty. Dodajmy gazu, chcę jak najszybciej umrzeć w ten 
sposób. 
— Słuchaj, Eyskin, za parę minut będziecie mieli koniec 
tych przeklętych skał. Potem zacznie się pustynia, równa jak 
stół. Wtedy zmienicie kurs na sto trzydzieści pięć i od tego 
miejsca zostanie wam około dwóch godzin jazdy. Za skałami 
prędkość wiatru wynosi sześć metrów na sekundę. Nie deher- 
metyzujcie przypadkiem kabin — ten drobny piasek potrafi 
się wcisnąć nawet pod szkiełko od zegarka. 
— Sukinsyn — zaklął Earthy. — Ja go zabiję. 
— Uwaga — powiedział Eyskin — zdaje się, że doje- 
chaliśmy do pustyni. — Zastanowił się i dodał: — Silniki 
stop. 
Trzy stutonowe łaziki pełznące między rzędami niewy- 
sokich skał zaryły w miejscu. Ustało mielenie gąsienic. Wrosłe 
w piasek pojazdy przypominały przedpotopowe zwierzęta; 
z ich szarych burt ściekały brunatne strużki pyłu. 
— Koniec skał — oznajmił obserwator z Bazy. — Teraz 
sto trzydzieści pięć i po dwóch godzinach jesteście na 
miejscu. Czemu stoicie? 
— Zarządziłem postój — odrzekł Eyskin znużonym 
głosem. — Chyba należy się nam po tych pieprzonych skałach 
trochę wytchnienia, co? 
— Tego nie ma w harmonogramie... — zaczął obser- 
wator. 
— Posłuchaj, synu — Eyskin był wyraźnie zły. — Ty 
jesteś tam, a my tutaj. Mimo to może ci się wydawać, że 
do spółki z harmonogramem potrafiłbyś przewieźć do Księ- 
życowego Miasta połowę Bazy — niedaleko stąd widziałem 
wygodną, sześciopasmową autostradę. Ale tak się składa, 
że to ja odpowiadam, żeby ten cały majdarc bezpiecznie 
i w komplecie dotarł na miejsce. 
Spomiędzy skał wyjechali już w szyku trójkątnym; teraz 
prowadził łazik Earthy'ego. Obserwator z Bazy, najwyraź- 
niej dotknięty reprymendą, nie odzywał się; milczał również 
skoncentrowany na sterach Earthy. Na obu kanałach panowała 
martwa cisza. 
— Jak się czujesz, Ciem? — zagadnął Eyskin. 
— W porządku. 
— A ty, Earthy? 
Brak odpowiedzi. 
— Earthy! — powtórzył Eyskin. Cisza. Szarpnął dźwi- 
gienkę akceleratora i łazik skoczył do przodu. Warkocz 
brunatnej kurzawy wyrzucany przez gąsienice zgęstniał. 
Amortyzatory nie nadążały z tłumieniem wstrząsów i podwo- 
zie raz po raz odpowiadało seriami głuchych uderzeń. 

background image

— Earthy? 
— Słucham — mruknął Earthy jakby nigdy nic. 
— Co się z tobą dzieje — warknął Eyskin. — Ogłuch- 
łeś czy co? 
— A co ma się dziać? — głos Earthy'ego wyrażał 
szczere zdumienie. Eyskin kopnął hamulce i jego łazik od razu 
zaczął tracić dystans. 
— Czy nie za szybko jedziemy? — zaniepokoił się 
Ciem. — Pustynia wydaje się równa, ale... 
— Zwolnij, Earthy — zakomenderował Eyskin. — Nie 
ma się dokąd spieszyć. 
— Cholera, boję się — powiedział znienacka Ciem. — 
To znaczy nie boję się Miasta, pustyni ani skał... nie wierzę 
w inteligentne kamienie Pargyneya, a jednak odczuwam 
coś takiego... nie, nie strach — raczej tremę. Będziecie 
się śmiali... wiem, że to śmieszne. Nigdy dotąd nie czułem 
czegoś podobnego. 
— Mów dalej — zachęcił go Eyskin. 
— To takie uczucie, jakbym za chwilę miał występ. 
Jakbym musiał wygłosić mądre przemówienie do świetnego 
audytorium. Nie czujecie czegoś podobnego? 
__ Nie — uciął krótko Earthy. 
— Obserwator mówił o skałach nie bez powodu... 
że się zmieniają. Coś w tym musiało być. 
— Jeśli coś zauważyłeś — powiedział Eyskin sucho — 
trzeba było meldować. 
— Nie, nie — usprawiedliwiał się pośpiesznie Ciem. 
— Niczego nie starałem się ukryć. Wyobraziłem sobie tylko... 
Pomyślcie: Księżycowe Miasto, ta okolica, ta planeta istniały 
bez nas tyle lat. Miasto stało na pustyni, piasek próbował je 
zasypać, mury stawiały mu opór — i tak przez tysiące lat: 
piasek, wiatr i Miasto. Mijały dni i noce, upływały lata, 
setki lat — i ciągle nic się nie zmieniało, ciągle były te trzy 
elementy: piasek, Miasto i wiatr. 
Przerwał na chwilę. 
— Mury wznosiły się ku niebu, a piasek i wiatr próbowa- 
ły je zasypać. Tysiące lat. Spróbujcie wczuć się w tę sytuację 
— może było im ze sobą dobrze, może nie pragnęły tutaj 
żadnych gości? Może Miasto uznało za swe powołanie 
walkę z wiatrem i pustynią, może czuło się dobrze samo 
ze sobą, co? A teraz my jedziemy zakłócić jego spokój. 
Przecież... przecież to straszne! 
— Co jest straszne? — zirytował się Eyskin. — Po 
prostu jedziemy przez pustynię. Przestań się zachowywać 
jak egzaltowana pensjonarka. Czy jazda przez pustynię jest 
straszna? Czy Księżycowe Miasto jest straszne? 
— Czekajcie — wtrącił Earthy — ja go chyba rozu- 
miem. Jesteś z Europy, prawda, Ciem? No właśnie. Ciem 
po prostu kojarzy Księżycowe Miasto z ruinami starego 
zamczyska. W Europie sporo jest jeszcze takich zamczysk, 
ponurych, starych budowli o grubych murach. Legendy mó- 
wią, ze w tych ruinach straszą duchy dawnych właścicieli. 
— Ale przecież chodzi tylko o atrakcję dla turystów, 
nie? 
— Jasne — Earthy przez chwilę się wahał. — W takim 
razie pozwólcie i mnie coś powiedzieć. W ramach zajęć 
przygotowawczych grupy „Berenika" obejrzeliśmy — chyba 
nie przesadzam — ze dwa tysiące różnych zdjęć Księżyco- 
wego Miasta, Widoki z lotu ptaka, fotografie z orbity, pod- 
czerwień, ultra&plet, rentgen, bardziej interesujące fragmenty 
— sporo tego było. W pewnym momencie przyszło mi 

background image

do głowy skojarzenie — nie mówiłem o nim dotąd nikomu, 
wam powiem — Earthy zaczerpnął powietrza. — Pomyśla- 
łem, że wygląda to wszystko ni mniej ni więcej tylko na 
gigantyczny grobowiec... taki, wobec którego piramida Che- 
opsa wydaje się dziecinnym klockiem. 
— Oj — Eyskin aż stęknął ze zdumienia — czemuś 
chłopie nie powiedział wcześniej? 
— Ze strachu — rzekł spokojnie Earthy — po prostu 
przeraziłem się tej wizji. Ciem utrzymuje, że się nie boi; 
ja nie przespałem nocy usiłując dociec, kto tam, głęboko, 
leży. A może to całe cmentarzysko? Jako kilkunastoletni chło- 
pak przeczytałem książkę o odkrywcach grobów faraonów. 
Z jednego z nich wydobyto mumię i obwożono ją po 
największych muzeach świata. Ludzie, którzy mieli z tym 
związek, umierali w przedziwnych okolicznościach. 
— Nie — powiedział stanowczo Ciem — to nie wygląda 
na grobowiec. 
— Daj Boże — zgodził się Eyskin — ale grobowiec 
może bardziej pogorszyć samopoczucie niż obawa, że za- 
kłócimy spokój kupie kamieni. 
— Nie boję się duchów ani cmentarzy — oświadczył 
Ciem. — Chodzi o coś innego. Spróbuję wyjaśnić — ale 
to trochę potrwa. 
— Nie spieszymy się na randkę. Nawijaj. 
— Jak słusznie zauważył Earthy, pochodzę z Europy. 
Z małego miasteczka, o którym na pewno nie słyszeliście: 
Arlon. Rodzice bardzo chcieli, żebym został lekarzem. Mieli 
mały domek z altanką i ogródkiem; odkąd pamiętam, byli 
starzy. Adoptowali mnie późno, kiedy już zrozumieli, że 
nie sprostają we dwoje starości i samotności. Oczywiście nie 
wiedziałem, że są moimi przybranymi rodzicami; patrząc 
na nich, starych, siwowłosych, siedzących w altanie porosłej 
bluszczem czy" dzikim winem, nie pamiętam dokładnie — 
postanowiłem spełnić ich marzenia. Zdałem egzaminy i wszy- 
stko było na dobrej drodze. 
Przyjeżdżałem do domu rzadko, zastając wszystko coraz 
starsze. Starzeli się moi rodzice, starzał się domek, malejąc 
jakby, wrastając w ziemię. Starzały się meble, książki, obrazy 
na ścianach, starzał się kot i pies. 
Kiedyś przyjechałem i nie zastałem kota. Zdechł. Wkrót- 
ce po nim zdechł pies. Męczyłem parę starych ludzi, którzy 
chcieli być moimi rodzicami, aby wyciągnąć od nich ja"k 
najwięcej szczegółów na temat tych dwóch śmierci. Potem 
godzinami analizowałem, co robiłem wtedy, kiedy w piwnicy, 
zagrzebany w trocinach, umierał kot. Kiedy zaplątany w smycz 
gdzieś między krzewami umierał niezdarnie stary pies. 
Przezywałem wiele razy ich śmierć — próbowałem zwierzyć 
się raz znajomej dziewczynie. Przeraził mnie jej śmiech. 
Wkrótce potem zmarli moi staruszkowie. 
Łaziki z wysiłkiem przedzierały się przez wydmy. 
— Zrezygnowałem z medycyny. Sprzedałem dom 
i ogródek, zacząłem podróżować. Nigdzie już nie spotkałem 
takiego spokojnego, cichego miejsca z kotem, psem i parą 
starych ludzi siedzących w altance. Wszędzie ludzie pędzili 
w wielkim pośpiechu, rozbijali się samochodami, walczyli ze 
sobą o pieniądze i o kobiety. Nie odnalazłem tamtej atmo- 
sfery, świat zmienił się błyskawicznie, albo tez — co było 
gorsze do strawienia — domek z altanką i ogródkiem w Arlon 
był ostatnim spokojnym miejscem na Ziemi. Wróciłem tam, 
ale po domku i ogródku nie zostało ani śladu. Od człowieka, 
któremu sprzedałem posiadłość, odkupiła teren wielka 

background image

firma budowlana — las dźwigów wznosił się ku niebu, z błota 
wyrastały zręby czegoś dużego, olbrzymiego — nawet nie 
starałem się dowiedzieć, czego. Siedząc w wagonie kolejo- 
wym zrozumiałem, że świat dlatego pełen jest nieszczęść, bo 
pełen ludzi. Uświadomiłem sobie, że człowiek jest 
elementem roznoszącym zło w taki mniej więcej sposób, w jaki 
muchy roznoszą bakterie. 
— Zaraz, zaraz — powiedział Eyskin — bardzo to 
ładne i wzruszające symbole: kot, pies, domek, altanka. 
Wśród nich upłynęło ci dzieciństwo i zrozumiałe, ze do 
nich tęsknisz. Ale może były to jednocześnie symbole świata 
anachronicznego, który musiał odejść? Może na twoich oczach 
zachodził obiektywny proces, nie do rozpatrzenia w katego- 
riach dobra i zła? 
— Nie — obruszył się Ciem. — Jeździłem i obserwo- 
wałem — i wszędzie widziałem to samo, w każdym miejscu, 
do którego docierałem, świat zmieniał się na gorsze. Chwila- 
mi miałem ochotę rzucić się z pięściami na te wszystkie 
wielkie i sprawne maszyny, na kierujących nimi ślepych 
i bezmyślnych ludzi — zęby wstrzymać ich pochód choćby 
na chwilę. Ale wiedziałem, ze jeden kamikadze niczego 
nie zmieni. Że machina zmiażdży mnie w trybach i podąży 
dalej, coś się odwlecze o kilka godzin, o dzień najwyżej — 
j wróci do normy. Zatrudniłem się w firmie budującej bazy 
księżycowe — wyjechałem, żeby nie widzieć tego, co się 
dzieje. Żeby nie musieć na to patrzeć. 
— I co — pomogło? 
— Pomyślcie: Księżycowe Miasto istnieje od tysięcy lat. 
Może od miliona — tego nawet Pargyney nie wie dokładnie. 
Wylądowaliśmy tutaj przywożąc ze sobą przeświadczenie 
o własnej nieomylności, doskonałości i szlachetności, przyby- 
liśmy przekonani o wielkiej misji i słuszności porządku, 
jaki reprezentujemy. Nikt nigdy nie powiedział tego wprost, 
przeciwnie, pamiętam deklaracje skromności, otwartości, żwa- 
we potępienia antropocentrycznego punktu widzenia składa- 
ne przed startem „Fundadora" — mam ich pełne uszy po 
dziś dzień. W gruncie rzeczy wyruszyliśmy po to, aby 
szerzyć wiarę w wielkie posłannictwo ludzkości — i kłopot 
w tym tylko, że dotąd nie znaleźliśmy wdzięcznych, potra- 
fiących docenić naszą wspaniałość słuchaczy. Nie szukamy 
braci w rozumie, szukamy gawiedzi, której zademonstrujemy 
kilka sztuczek; pewien poziom inteligencji kosmitów byłby nam 
potrzebny jedynie po to, byśmy mogli swobodnie się chwalić. 
Przywędrowaliśmy tu, żeby zmieniać na obraz i podobieństwo 
swoje, a to jest zło — nie rozumiecie, że teraz, w tej chwili 
roznosimy je, że Pargyney zabrał je w prezencie Eurydyce, 
że my trzej wieziemy je dla Bereniki? Nie potrafimy poradzić 
sobie na własnej planecie, we własnym systemie, a wyruszamy 
podbijać inne, aby i tam spróbować nieporadnej ingerencji 
w sprawy, które od dawna dobrze biegną swoim torem. 
— Powinieneś zostać poetą, nie astronautą, Ciem — 
powiedział Earthy ponuro. — Świat słusznie nie toleruje 
poetów, którzy komplikują najprostsze rzeczy. Wydawało 
mi się dotąd, że po prostu jadę po pustyni — i nagle tej 
jedynej pewnej rzeczy przestałem być pewien. Idiocieję przy 
tobie. 
— Nie podzielam twoich wątpliwości, Ciem — odezwał 
się Eyskin. — Tak czy owak doszliśmy juz w paru dziedzinach 
do umiejętności — przyznaję, nieprostej — racjonalnego 
patrzenia na problemy, i nic chyba nie stoi na przeszkodzie, 
żeby od czasu do czasu coś nam się udawało. 

background image

— Tak, nic — żachnął się Ciem. — Mądrzy ludzie 
biorą się za naprawianie świata, mają szlachetne intencje, 
używają niezgorszych narzędzi — a ciągle tyle spraw 
idzie na opak. 
— Eyskin, jesteś tam? — odezwał się kanał zewnętrzny. 
Mimo iż głośnik spłaszczał dźwięk, w głosie obserwatora 
słychać było entuzjazm. — Pargyney dotarł właśnie do 
Eurydyki. 
— I co? — zapytał chłodno Eyskin. 
— Na razie nic. Czekają. Wilman zastanawia się, czy 
pozwolić im wjechać do środka. 
— W porządku — burknął Eyskin. — Jak będzie coś 
ciekawego, daj znać. 
Niespodziewanie natknęli się na wielkie zapadlisko. 
•Łazik Earthy'ego zakołysał się i z wycelowaną w niebo rufą 
runął w dół. Eyskin i Ciem wpadli na stok równocześnie. 
Piasek nie trzymał się zbocza, gąsienice gryzły go równie 
zaciekle co bezsilnie. Spłynęli w dół na grzbiecie piaskowych 
lawin. Pierwszy łazik tkwił zaryty do połowy w żwirze, 
a Earthy miał rozedrgany głos, kiedy demonstracyjnie klął 
własną nieuwagę. 
Ciem założył hol i wyciągnął go z dołu. Ruszyli dalej 
dnem czegoś, co kiedyś mogło być wielkim jeziorem. Earthy 
klął monotonnie, a Ciem głośno martwił się, w jaki sposób 
poradzą sobie po dotarciu do brzegu. 
— Halo, Eyskin — obserwator był bardzo uprzejmy — 
grupa Pargyney'a wjeżdża do Eurydyki. Jeśli sobie życzycie, 
możemy przełączyć wam ich rozmowy. 
— Po co? — zdziwił się Eyskin — to tak, jakbyśmy 
w środku dżungli amazońskiej oglądali filmy o przyrodzie. 
Sforsowanie przeciwległego brzegu sprawiło im o wiele 
mniej kłopotów niż sądzili. Wjechali trawersem na małej pręd- 
kości, silniki zaryczały basowo, ściana piachu, bardziej z tej 
strony skupionego, tańczyła w wizjerach. 
Pierwszy wynurzył się i zobaczył je Ciem: szare, po- 
nure, martwe, bardzo wielkie. Na pustyni nie było żadnego 
szczegółu, który by pozwalał oszacować jego rozmiary; 
jedynym miernikiem mogła być pozostająca do przebycia 
droga. Powietrze stało się jakby klarowniejsze, najmniejszy 
podmuch nie unosił piachu wokół murów. 
Zbliżając się bez przerwy korygowali własne wyobra- 
żenia na temat Miasta. Nie była to skała ani zamek wznie- 
siony przez możnego satrapę; to była po prostu góra zrzuco- 
na z nieba na pustynię, wyrastająca ponad nią na pięćset 
metrów, wczepiona solidnie w grunt, sękata od bastionów 
i skalnych wykuszów, wyżej rozrosła wielością wieżyc, 
aigantycznych słupów, kolumnad i gzymsów. Sam wygląd 
zewnętrzny Bereniki niczego jeszcze nie przesądzał, mogła 
z powodzeniem powstać w sposób naturalny — ale nie 
musiała. Z drugiej strony na całej planecie nie było nikogo, 
kto miałby powód zgromadzić tu tyle głazów, ułożyć je 
tak a nie inaczej — i nade wszystko — byłby w stanie to 
uczynić. Trzy łaziki podjeżdżały w bardzo wyciągniętym szy- 
ku trójkątnym, jakby nieszczęście, które mogło przydarzyć 
się Earthy'emu było do uniknięcia przez pozostałych, o ile, 
rzecz jasna, postarają się utrzymywać należyty dystans. 
Kiedy kanciasta głowa Bereniki wypchnęła wąskie pa- 
semko nieba poza górną krawędź wizjerów, skręcili raptownie 
w prawo, gdzie według planów miała się znajdować najbliż- 
sza szczelina między skałami. Nie prowadził tam trakt ani 
nic, co mogłoby przywodzić takie skojarzenie; po prostu 

background image

mury rozstępowały się i przez powstały w ten sposób kanał 
można było przedostać się do środka. Jak daleko w głąb 
Miasta wiódł kanał, tego Eyskin nie wiedział; przed obiekty- 
wami kamer satelity skutecznie zasłaniały go kilkudziesięcio- 
metrowe przypory, nawisy i płyty. 
— Stanęliśmy u bram — zameldował Eyskin — zgodnie 
z planem. — Zamierzał dodać: ,,l z harmonogramem", ale 
nie chciało mu się być złośliwym. 
— Gratuluję — powiedział Wilman. — Ciężko było? 
— Średnio. Co u Pargyneya? 
— Weszli na trzydzieści metrów i utknęli. Czekamy, co 
z tego będzie. 
— Możemy wjeżdżać? 
— Co wam tak pilno? — obruszył się Wilman. — 
Przecież ustaliliśmy, że wchodzicie po kolei: najpierw jedna 
grupa, potem druga. Nigdy równocześnie. Niech się coś sta- 
nie — wtedy będę miał obie panienki z głowy — Wilman 
roześmiał się z żartu, a Eyskin zastanowił się, czy mówiąc 
„panienki" myślał rzeczywiście o obu Księżycowych Mias- 
tach. 
— Dobra — powiedział wreszcie — w takim razie 
proszę o pozwolenie opuszczenia łazika. — Spojrzał w wiz- 
jery. — Jest spokojnie i czysto, pył zniknął— i zanim Wilman 
ogłosił decyzję, dmuchawy oczyściły gondolę z kurzu. 
Grunt był twardy, spoisty, a powietrze miało ostry smak. 
Pachniało jeszcze zmiecionym z gondoli kurzem, ale kurzem 
doskonale aseptycznym. Eyskin stał trzymając w ręku maskę 
tlenową; spod przymrużonych powiek przyglądał się murom. 
Wizjery nadawały im odcień mysiej szarości; w rzeczywis- 
tości kamień był czerwonawy. Mrok w załomach między 
murami wabił głębokim karminowym odcieniem, łatwo do- 
strzegalnym przez oko wśród barw składających się na bru- 
natny koloryt całości. Słońce, widoczne tutaj jako jasna plama 
na tle chmur, powoli zniżało się ku zachodowi i cienie 
między skałami pogłębiały się, a ich karminowe zabarwienie 
zanikało. Eyskin spojrzał na zegarek, obszedł łazik dokoła — 
ślady gąsienic ginęły w piasku, a całe niebo po tej stronie 
zdawało się mętnieć. Zanim wrócił do gondoli, jeszcze raz 
przyjrzał się zagłębieniu między murami. Chmury nad głową 
miały ciemnokawową barwę i sunęły gęstymi warstwicami 
w kierunku „Fundadora". 
— Weźcie maski i pozwólcie tu do mnie — powiedział 
wewnętrznym torem. — Mamy trochę czasu, zjemy kolację. 
Patrzył, jak rozglądając się na wszystkie strony i co 
chwila przystając idą ku niemu: krępy, szeroki w ramionach 
Earthy i wysoki, z ptasią głową, podobny trochę do bociana 
Ciem. Earthy wymachiwał maską, wskazywał na niesioną 
w drugiej ręce plastikową torbę. Śmiali się. 
— Dzień dobry — powiedział Ciem wchodząc do 
kabiny. 
— Ahoj, kapitanie — zawołał Earthy. — Był komunikat 
z Bazy... 
— Piłeś — powiedział Eyskin pociągając nosem. Wieko 
gondoli z sykiem przywierało do krawędzi otworu i Earthy 
przyglądał się temu ze skupieniem. — Przecież prosiłem cię, 
żebyś nie pił podczas jazdy. 
Earthy stał skruszony, ze spuszczonym wzrokiem. Eyskin, 
zły, otworzył z rozmachem drzwi do obszernej wnęki, która 
w razie potrzeby spełniała rolę jadalni lub sypialni. Bez 
słowa wyciągnął obrus i nakrył nim niski stolik na środku. 
— Ktoś na poczekaniu wymyślił, że Księżycowe Miasto 

background image

to kolonia koralowców — informował Ciem. — Cała Baza 
o tym mówi. 
— Siadajcie — Eyskin wskazał im miejsca. Rozkładał 
talerze, półmiski i szklanki, dźwięczał sztućcami. W końcu 
sam usiadł i spojrzał na Earthy'ego. 
— Co tam jest? — pokazał na torbę. 
— Spirytus — powiedział ponuro Earthy. 
— Piłeś z Wodą? Z coca-colą? Dużo tego masz? 
Earthy sięgnął do łorby, wydobył do połowy ciężki 
termos. 
— Daj. 
Jedząc i pijąc czekali na polecenia z Bazy. Eyskin to 
przysiadał do Earthy'ego i Clema, to wracał do konsolety, 
rozmawiał z Bazą, a przy okazji oglądał Miasto. Zaczął zapa- 
dać mrok, mury poczerniały i wreszcie zupełnie wsiąkły 
w ciemność. Nie działo się kompletnie nic. 
— Dwaj drwale idą przez dąbrowę. Całymi tygodniami 
nie odzywają się do siebie, od rana do ciemnej nocy ścinają 
drzewa. Jakaś przesieka czy coś... Wreszcie jednego dnia 
dochodzą do autostrady. Patrzą: stoi piękny samochód, z któ- 
rego wybiega ku nim śliczna dziewczyna. Jakie to szczęście, 
mówi, że panów spotkałam, mój samochód właśnie się zepsuł, 
a ja zupełnie nie znam się na technice. Chyba nie odmówicie 
pomocy słabej kobiecie? 
Drwale okrążyli maszynę, dziewczyna otworzyła silnik. 
Zajrzeli do środka, któryś stuknął styliskiem od topora — i na- 
gle cud! silnik zaskoczył. Taka jestem panom wdzięczna, 
zapewnia dziewczyna. Zasłużyliście obaj na nagrodę, powia- 
da, macie prezerwatywy? Drwale pokręcili głowami. — W ta- 
kim razie sama coś znajdę. 
Samochód odjechał, drwale postali na autostradzie 
i znowu weszli w las. Idą, od świtu do nocy wycinają drzewa. 
Po dwóch tygodniach jeden odzywa się do drugiego: — 
Ciągle myślę o tej dziewczynie. Czy ona pisała do ciebie? — 
Nie, mówi drugi, ani słowa. — To może byśmy już to zdjęli? 
Eyskin patrzył na nich oparty łokciem o konsoletę. 
Prędzej czy później, myślał, każda triada musi się rozpaść 
na parę i jedność. Trójkąt — na dwoje i jednego czy jedną. 
Czytał gdzieś, ze jest to najbardziej nietrwały z psycholo- 
gicznego punktu widzenia układ. Faceci od ustalania składu 
grup rekonesansowych powinni przecież o tym wiedzieć... 
— Baza do Eyskina: mówi Wilman, Elmer, grupa Par- 
gyneya cofnęła się, będą Czekać do rana o kilka kilometrów 
od Eurydyki. Jak... jak się czujecie? 
— Chcielibyśmy spróbować — powiedział Eyskin i jed- 
nocześnie poczuł na plecach jakby dreszcz. Ciem i Earthy 
ucichli. 
— OK — rzekł Wilman — bądźcie ostrożni i meldujcie 
o wszystkim. 
Umieścili zastawę na swoim miejscu. Opóźnione, nie 

do końca skoordynowane ruchy Earthy'ego świadczyły o spo- 
rej ilości wypitego alkoholu. Ciem też raczej przeszkadzał 
niż pomagał. Opadli na fotele z wyraźną ulgą. 
— Startujemy — powiedział Eyskin. Nie cierpiał tego 
słowa, uważał je za pretensjonalne. Dotknął pulpitu i łazik 
zaczął toczyć się płaską równiną w stronę Miasta. Pozo- 
stałe — mechaniczne zabawki sterowane radiem z tej samej 
konsolety — zrywały się ostro, niewrażliwe na wstrząsy 
i bezwładność. 
Eyskin prowadził przylepiony do noktowizorów. W pew- 

background image

nej chwili włączył reflektory; ciemność prysnęła na boki 
rozdarta jaskrawym światłem, które ukazało plątaninę skalnych 
półek, mostów i grzbietów. Między nimi jak olbrzymia stud- 
nia rozwierała się owalna szczelina, wystarczająco szeroka, 
by pomieścić trzy pojazdy sunące obok siebie. 
Przed samą ścianą Eyskin zatrzymał kolumnę, odepchnął 
wysięgnik z wizjerami. Niezdecydowanie zerknął przez ramię 
ku Earthy'emu. Czekali. Potem znów przywarł do noktowi- 
zorów. Wykonywał poszczególne czynności ze skupieniem, 
choć równie dobrze jak pozostali zdawał sobie sprawę z ich 
zbędności. 
— No, kochani — powiedział wreszcie — wóz albo 
przewóz. 
Snop światła kroił ciemność na kawały i odrzucał na 
boki, obmacując skałę wokół szczeliny. Ruszyli. Kiedy mijali 
bramę — skojarzenie było zbyt natrętne i wygodne, aby 
go nie zaakceptować — Eyskin prztyknął palcem w niewielką 
dźwigienkę i w okienku lokalnego licznika zaczęły przeska- 
kiwać cyferki: dziesięć, trzydzieści, pięćdziesiąt metrów. Ka- 
nał wiódł prosto jak sttzelił, plama głównego reflektora 
ślizgała się po kamiennym ocembrowaniu. 
— Minęliśmy Pargyneya — westchnął Ciem. 
Po stu metrach mosty i łuki przerzucone nad kanałem 
zaczęły gęstnieć; wkrótce jechali wnętrzem zamkniętego ze 
wszystkich stron, jakby w litej skale wydrążonego chodnika. 
Chrzęst gąsienic zmienił ton, podłoże pokryte było coraz 
większą ilością dużych odprysków skalnych, które ocierały 
się o metal ze zgrzytem. Łazik chybotał się trafiając na 
wyjątkowo wielki odłamek; Eyskin starał się omijać je z zapa- 
sem, aby dać czas mechanizmom sterującym następnych 
pojazdów, które powtarzały jego manewry z niewielką iner- 
cją. 
Po nasfępnej setce metrów głazy, swobodnie zalegające 
do tej pory drogę, skończyły się. Pojazd podskakiwał wpraw- 
dzie na ogromnych czapach wtopionych jakby w podłoże, 
ale droga stawała się coraz równiejsza. Jednocześnie studnia 
traciła owalny profil, rozszerzając się gwałtownie w obie 
strony na kształt leja — gdyby nie prowadząca lekko ku 
górze droga wyglądałoby na to, że zmierzają w kierunku 
ogromnego zbiornika albo wręcz wyjeżdżają na otwartą 
przestrzeń. 
— Góra — powiedział Earthy. Eyskin spojrzał tam błys- 
kawicznie: poprzeczne belki przerzucone wysoko nad kana- 
łem urywały się. Niektóre sterczały podgięte śmiesznie 
wzwyż, inne zawijały się z powrotem w stronę ścian, jakby 
przelękły się przepaści pod sobą, jeszcze inne po prostu 
wnikały w bardziej masywne, węźlaste pnie i ginęły wysoko 
w ciemności, skąd reflektor nie był w stanie ich wyłowić. 
— Licznik — rzucił przez zęby Eyskin. Nie odrywał się 
od wizjerów, przełączając szybko ogniskowe i zakresy. Zre- 
dukował szybkość; drugi reflektor, którym dotąd oświetlał 
drogę, cofnął prawie pod same gąsienice. 
— Pięć tysięcy pięćset — powiedział Ciem, a Eyskin 
poczuł, jak fala nieokiełznanej radości zalewa mu serce. 
Odgłos wydawany przez gąsienice znowu uległ zmianie — 
z głębokiego, dźwięcznego na dudniący, głuchy, jak gdyby 
jechali po pokrywie studni. Eyskin wyobraził sobie trzy żuczki 
pełznące po jednej z monstrualnych odrośli kończących się 
urwiskiem — na ,,Fundadorze" widział co najmniej pół setki 
zdjęć wystarczająco mocno inspirujących wyobraźnię. 
— Puścimy przodem łazik Cierna — powiedział stopując 

background image

silnik. — Jeśli ma się zdarzyć jakaś niespodzianka, przynaj- 
mniej ujdziemy z życiem. 
— .. .er, odezwij się! Na Boga, co się z wami dzieje?! — 
włączył się nagle obserwator z Bazy. — Powtarzam: słuchamy 
was na wszystkich pasmach. Jeśli odbierzecie nasz sygnał... 
— Tu „Berenika" — powiedział Eyskin. — Jesteśmy 
w Mieście, prawdopodobnie około sześciu kilometrów od 
wejścia do kanału w stronę głównego masywu. Wszystko 
w porządku. Ludzie i mechanizmy pracują normalnie. 
— Straciliśmy z wami łączność — powiedział z wyrzu- 
tem obserwator. Jego głos wzmagał się i przygasał, jakby 
Po drodze próbowały go osaczyć gigantyczne podmuchy 
chmur. — Mamy waszą pozycję! — uradował się i zaczął 
podawać jakieś liczby. — Halo? Teraz będzie do was mówił 
komandor Wilman. 
— Elmer, tu Wilman. Gratuluję wam serdecznie, ja 
i cała Baza. Co? Aha, Pargyney też wam gratuluje. Te ich 
aparaty zaczęły nadsyłać pierwsze dane. Co u was? Jak 
okolica? 
— W porządku. Dziękuję za gratulacje. 
— Nic specjalnego, co? Jak to wygląda z bliska? 
— Dokładnie tak jak na zdjęciach, panie komandorze. 
Skała. 
— OK. Co zamierzacie? 
— Pojedziemy tak daleko, jak się tylko uda. Poszukamy 
miejsca na nocleg. 
— Dobra. Ale mówcie coś przy tym, do cholery. I uwa- 
żajcie na siebie. 
Posuwali się teraz wzdłuż ściany, tak wysokiej, że 
światło reflektora rozmywało się nie zdoławszy dotrzeć do 
górnej krawędzi. W pewnym miejscu oddzielała się od niej 
gładka rynna, rozwarta na końcu, tak stroma, jakby ktoś pró- 
bował urządzić tor saneczkowy dla samobójców. Snop świa- 
tła zjechał po jasnej i wąskiej taśmie, przegradzającej kie- 
runek jazdy. Kiedy do niej dotarli okazało się, że ma co naj- 
mniej siedem metrów wysokości. 
Eyskin wystrzelił czujnik oznakowania powrotnej drogi; 
ze ściany spadło kilka odprysków i w blasku reflektora poka- 
zała się jakby mgiełka. Skręcili. Siedmiometrowa taśma zniżała 
się i wreszcie legła płasko na skalnym podłożu. 
— Droga — szepnął Ciem. 
Wjechali na nią. Biegła między cienkimi ścianami, które 
od biedy mogły się kojarzyć ze zdewastowaną dzielnicą 
mieszkaniową. Owinięte wokół kamiennych rdzeni grube pro- 
file zachodząc na siebie przywodziły na myśl mieszkalne 
wnęki o okrągłych rogach i krawędziach. Eyskin opowiadał 
o nich Bazie dziwiąc się w duchu, że możliwy jest aż tak dale- 
ko idący brak korelacji między wysyłanymi w powietrze 
słowami a zmieniającym się ciągle przed oczami widokiem. 
W ścianach pojawiły się długie, owalne otwory, biforia, 
triforia i poliforia, wreszcie mur pękł na dwoje i wsiąknął 
w to, po czym jechali, z dołu natomiast podniosła się wspa- 
niała kolumnada z głowicami, gzymsami, zwieńczona półką; 
po drugiej stronie szczerzył zęby nieregularny grzebień. 
Poświecili tam: mury zlewały się w potężny masyw, który 
strzelając w górę roidzielał się — jak zamek, na to nie było 
rady__ na kilkanaście wież nakrytych cebulastymi kopułami; 
odchodziły odeń rzędy galerii i ganków, mury grube na 
wiele metrów wiły się z lekkością niedostępną nawet ziem- 
skim konstrukcjom łupinowym i płatowym, tworząc ze sobą 
coraz to inne kompozycje. Ośmielone przez posuwającą 

background image

się wolno karawanę to próbowały ją nakryć parasolowatym 
sklepieniem, to znów cofały się powyrzynane niedbale 
w prostokątne blanki, by w końcu spaść powyginaną na 
kształt schodów taśmą w sześćdziesięciometrową przepaść. 
— Muzyka murów — powiedział Ciem i Eyskin wy- 
rzucając kolejny czujnik pomyślał, że nie potrafiłby oddać 
precyzyjniej wrażenia, którego doznawał. 
Droga zaprowadziła łaziki na plac otoczony z trzech 
stron murami i lasem kamiennych iglic. Eyskin wjechał między 
nie rozrzucając czujniki, okrążył plac, zastopował przy wy- 
jeździe. Zgasił reflektor. Licznik pokazywał ponad piętnaście 
kilometrów, silniki stygły po całym dniu pracy, a Baza ciągle 
nie mogła się nasycić odpowiedziami, których Eyskin udzie- 
lał z wyrazem znużenia na twarzy. Wreszcie odsunął się od 
konsolety i po raz pierwszy od wjazdu do Księżycowego 
Miasta spojrzał na towarzyszy. 
— Byłeś znakomity — powiedział Earthy podając mu 
kieliszek. — Za twój sukces. 
— Za „Berenikę" — powiedział Eyskin. 
Wypił nie czując nawet palącego smaku. Zamknął oczy: 
Miasto, pustynia, łaziki, wódka — wydały mu się nagle 
okropnie nierzeczywiste. Ogarnęło go poczucie bezmiernej 
pustki; Earthy, Ciem, jego przybrani rodzice w altance, kot 
pies, nudne samotne dn! na „Fundadorze", noce pełne zebra- 
nia o sen, znowu piasek, granie motorów, łzawiące od wizje- 
rów oczy, Księżycowe Miasto, jazda dne/n skalnego koryta. 
Karuzela obrazów — a teraz gwałtowne odprężenie, komórki 
całego ciała tak puste, jak przedtem pełne strachu. Pięt- 
naście kilometrów na liczniku i nazwane kobiecym imieniem 
Miasto, które okazało się tylko kupą skał. Juz wiedział, co 
czuł: zawód. Został, zostali — oszukani. Z jednej strony przez 
Pargyneya, Wilmana i innych, z drugiej przez Berenikę, 
która chciała wydać się czymś więcej niż była. Podniósł 
dłonie do twarzy. 
— Księżycowe Miasto — zaniósł się bezgłośnym śmie- 
chem — a tu tak... a tu takie... 
Pod dotknięciem ciężkiej dłoni Earthy'ego podniósł 
głowę, przyjął posłusznie podsunięty kieliszek. Wódka sma- 
kowała jak woda z cienkim sokiem. 
W miarę opróżniania kolejnych kieliszków coś w nim 
zaczęło osiadać. Gdzieś w głębi, nawet jakby poza nim 
zaczęło się nawarstwiać przechodzące w pewność wrażenie, 
ze to jeszcze nie koniec, że jeszcze coś się wydarzy, tak, 
koniecznie coś musi się wydarzyć — coś, po co jechali 
tutaj tyle kilometrów po dnie suchego akwarium o brudnych 
szybach. Pijane twarze Earthy'ego i Cierna rozmydlały się 
w powietrzu. 
— Bierzcie maski, panowie — ryknął wstając — idziemy 
na mały spacer. 
Wysypali się ciężko spod uniesionej gondoli. Ciepłe 
powietrze wchodziło w płuca i nie drażniło oskrzeli. Plac 
wydawał się jasny, burty łazików rysowały się na tle murów 
solidnymi, kanciastymi kształtami. 
Na środku placu stało niewysokie wzniesienie, przypomi- 
nające z profilu grzbiet zastygłej w ruchu morskiej fali. 
Skierowali się w jego stronę. Earthy puścił w obieg butelkę 
z resztą alkoholu. Pustą roztrzaskał o kamienną ścianę; zwie- 
lokrotniony odgłos przez dłuższą chwilę błąkał się po placu. 
Wdrapali się na grzbiet wzniesienia. Zaraz za nim natra- 
fili na spore zapadlisko. Usiedli wewnątrz zakrzywionej niszy, 
skąd rozciągał się doskonały widok na plac z przyległościami. 

background image

— Wygląda to jak miejsce zebrań — powiedział Eyskin. 
Echo wzmacniało głos. 
— Dobra akustyka — wybełkotał Earthy. Krzyknął kilka 
niezrozumiałych słów, a rzadka mgła otulająca plac powtó- 
rzyła je posłusznie. Zaczęli bawić się efektem, ich weołe 
ryki wypełniały powietrze. Obejmowali się odrzuciwszy mas- 
ki, Ciem leżał na boku z głową na złożonych jak do modlitwy 
rękach, kamienny świat wirował wokół, noc była ciepła jak 
ziemskie letnie wieczory, a plac niestrudzenie odpowiadał 
krzyczącym ich własnymi głosami. 
Spocony, z koszulą przylepioną do grzbietu, zmęczony, 
mając uszy pełne salw monumentalnego, kamiennego śmiechu 
Eyskin zapatrzył się przed siebie, na plac. Przed nim, bliżej 
niz na rzut butelką tłoczył się różnobarwny tłum, kobiety 
i mężczyźni w dziwacznych nakryciach głowy, o ostrych, 
egzotycznych rysach twarzy i wielkich oczach; stali nierucho- 
mo, odziani w długie opończe — poły falowały lekko w pod- 
muchach wiatru. Przyglądali mu się wzrokiem, w którym nie 
malowała się ani przyjaźń, ani wrogość, ani ciekawość, 
ani chłód. Bywało, że znikali pozostawiając po sobie roz- 
świetloną lekko szarość, ale ilekroć Eyskin patrzył na plac 
dłużej, tyle razy pojawiali się od nowa w tym samym ordynku, 
jakby zebrali się dawno i czekali na kogoś lub coś, ale 
nieprędko spodziewali się przybycia. Znosili oczekiwanie 
spokojnie, bez najmniejszych oznak zniecierpliwienia. Eyskin 
widział ich wyraźnie, ale mgła, noc, zmęczenie i wódka 
odbierały wrażeniu konkretność. 
— Do diabła — zamruczał Earthy trącając Eyskina łok- 
ciem — powiedz mi, Elmer, kto tam stoi? Jakie śmieszne 
kapelusze... Idźcie sobie! — wrzasnął do pustego placu. — 
Słyszycie? No, już was nie ma. A kysz! Apage! 
Wykonywał śmieszne ruchy rękoma, jakby próbował 
strząsnąć z nich coś obrzydliwego. 
— Uciekajcie, dziś przedstawienia nie będzie. Nie, kapi- 
tan Eyskin też do was nie przemówi. Schowajcie się — bo każę 
gwardii strzelać! Nie wierzycie? Bach, bach! Bach, bach! 
Tra-ta-ta-ta-ta — wydmuchiwał szybko powietrze przez nos 
naśladując odgłos karabinu maszynowego. Dłonie zaciśnięte 
w pięści trzymał przed sobą na wysokości oczu — jak 
gdyby celując — i wodził półkolistymi ruchami wzdłuż 
placu. Ciem obudził się i wtórował mu, kompletnie nie 
orientując się o co chodzi. — Tra-ta-ta-ta- — terkotał 
Earthy-karabin maszynowy. — Bum, bum! — wtórował mu 
wysokim głosem Ciem. Wymachiwał rękami jakby coś rzucał, 
mrużył oczy i chował głowę w ramiona, kiedy granaty rozry- 
wały się na placu. 
— Przestańcie! — rzucił się na nich z pięściami Eyskin. 
Rzężąc ciężko z wysiłku zmagali się ze sobą, póki nie wró- 
ciło im poczucie rzeczywistości. Pochłodniało. Spojrzeli na 
pusty plac i w milczeniu, nie oglądając się, podnieśli się 
z kamiennej płyty. Ciem zasypiał stojąc; zanim zaprowadzili 
go do łazika Eyskina i ułożyli do snu, zdyszeli się porządnie. 
Earthy postanowił wrócić do siebie, po długim sporze Eyskin 
wymógł na nim zgodę na odprowadzenie. Szli podtrzymując 
się wzajemnie, raz za razem zapewniając jeden drugiego 
o dozgonnej przyjaźni. Kiedy dotarli do celu, Eyskin uświa- 
domił sobie, że od dłuższego czasu wyżalą się na swoją 
sytuację trzeciego w „Berenice". Earthy słuchał bez zrozumie- 
nia. Zegnali się długo, wylewnie. 
— Co prawda to prawda — wybełkotał Earthy z nogą 
na stopniu — trzech to rzeczywiście paranoja. Niby to 

background image

takie oczywiste, a jednak ci co decydują, bez zmrużenia oka 
akceptują ten bezsens. — Zastanowił się. — Nie ma żadnego 
wyjścia z tej pułapki? Dwaj — i jeden. Jeden — i dwaj. 
To samo. Dwóch i jedna — brr — otrząsał się śmiesznie, 
powoli, jakby ciało nie miało zamiaru go słuchać. — Dwie 
i jeden... i jedna... wiesz co? znam dobry dowcip, kapita- 
nie. Dwaj dwaje... tfu, dwaj drwaje... draj dwaje... drwałe... 
Machnął ręką, wspiął się z wysiłkiem do kabiny i upadł 
z łoskotem między fotele. Zaczął gramolić się niezdarnie; Ey- 
skin odczekał, aż gondola się zasklepi. Potem wrócił do sie- 
bie. Ciem spał w najlepsze i Eyskin nie chcąc go budzić runął 
jak stał — w butach i skafandrze — na rozłożone oparcie. 
Obudził go płacz dziecka. Podniósł ciężką głowę, nasłu- 
chiwał z niedowierzaniem: skąd tutaj dziecko? Łkało dojmu- 
jąco, zanosiło się mechanicznym szlochem, wpadało w szalone 
staccato i urywało raptownie, jakby nie mogło złapać powie- 
trza — po czym zaczynało na nowo. Oba kanały radiowe 
były wyłączone, głos napływał z zewnątrz, przenikając 
dźwiękoszczelne ściany kabiny. 
Przez przezroczystą gondolę wlewał się do kabiny bury 
blask. Ciem posapywał spokojnie przez sen. 
Zerwał się błyskawicznie. Półślepy, zamroczony, ze- 
sztywniały — zatoczył się w kierunku konsolety, oczyścił dmu- 
chawą powierzchnię i odblokował hermetyzację. Wycie, 
spotęgowane dziesięciokrotnie, wdarło się do kabiny i Eyskin 
wytrzeźwiał w jednej chwili. 
Plac, nad którym unosiły się strzępy burej mgły, pokry- 
wały jak okiem sięgnąć trupy w długich opończach, w ka- 
peluszach z szerokimi rondami. Mężczyźni i kobiety leżeli 
rzędami, dokładnie tak, jak stali w nocy. Nie próbowali 
uciekać — niektórzy trzymali się za ręce. Kamienie, schla- 
pane obficie ciemnozieloną substancją, przechodziły gdzie- 
niegdzie w obszerne wyrwy i leje. Leżące obok wyrw zwłoki, 
rozrzucone promieniście, przypominały ciemnozieloną sie- 
kaninę. Eyskin patrzył porażony, modląc się by ten koszmar 
okazał się za chwilę dalszym ciągiem snu. Coś poruszyło 
się w kabinie — ku uniesionej gondoli przysunęła się blada, 
wykrzywiona z przerażenia twarz Cierna. 
Dźwięk syren wzmagał się. 
kwiecień 1979 
Hieny 
cmentarne 

nął u drzwi gabinetu. Dokłor Buchse wpuścił go do środka, 
ale dla pewności zlustrował jeszcze wnętrze małej poczekalni. 
Nikogo. Zamknął ostrożnie drzwi i z ulgą zasiadł za biur- 
kiem. 
— A zatem — zaczął — cierpi pan na dokuczliwą 
nostalgię. — Sformułowanie „a zatem", fakt, że go użył, 
zirytowały go. Wpatrywał się w ścianę obok nogi biurka; 
lakier złuszczał się i opadał płatkami na podłogę. Nostal- 
gia. Prawie prychnął. Im człowiek starszy, tym mniej odpor- 
ny na banały. Tym bardziej bezbronny wobec ich wszech- 
ogarniającego zastosowania. Ten równie dobrze pasuje 
do Yonyera, udającego pacjenta, jak i do wszechmogą- 
cego doktora Buchse, który posiadł moc uzdrawiania z tę- 
sknoty. 
— No więc? Co panu dolega? — spytał Buchse sta/ając 
się nie okazać rezygnacji. 
— Rosną mi skrzydła — Yonyer popatrywał na doktora 
spode łba. Siedział na brzeżku krzesła, wychylony, jakby 

background image

zaraz chciał zerwać się i uciec. W całej jego postawie było 
coś takiego, że Buchse przestraszył się, że mógłby go spło- 
szyć. 
Praca lekarza na dalekobieżnym patrolowcu sprowadza 
się — poza opatrywaniem nagłych urazów — do roli niańki. 
Trzeba umieć słuchać, rozmawiać, okazywać zainteresowanie, 
kiwać głową, zaglądać w głąb rozdartych dusz — i pocie- 
szać, pocieszać, pocieszać. Podczas służby przychodzi taki 
dzień, kiedy osobowości rozklejają się pod wpływem czasu, 
trzeba je zbierać do kupy, scalać spoiwem słów płynących 
bez końca — a kto uleczy lekarza? Buchse od dawna pogo- 
dził się z losem, ten lot nie był ani pierwszym, ani dziesią- 
tym w jego karierze, zdążył się przyzwyczaić do posług 
rutynowych. W tym co robił nie było grama poezji, a tylko 
sama skuteczność. Uchodził za dobrego fachowca i sam 
się za takiego uważał... aż do wczoraj. 
Wieczorem, w godzinach przyjęć zgłosiło się pierwszych 
trzech. W nocy zbudził doktora telefon od czwartego pa- 
cjenta, a zaraz rano stawiła się następna trójka. Nie był to 
jednak komplet, ponieważ Vahvatil przyszedł po raz drugi. 
Dopiero teraz, mając przed sobą Yonyera, doktor Buchse 
mógł postawić w papierach czerwonym flamastrem ostatniego 
ptaszka. 
Vahvatil i Mezei skarżyli się na zawroty głowy. Śliwa 
miał halucynacje, Szapałow rozdwojenie jaźni, Moiceanu 
cierpiał na zanik pamięci i manię prześladowczą jednocześnie, 
a Dobrowolski wykazywał typowe objawy choroby morskiej. 
Epidemia, mamrotał Buchse. Nie pokazywali się całymi la- 
tami, aż zaczynał odstawać od towarzystwa i zarządzając 
przymusowe badania usiłował dowieść własnej niezbędnoś- 
ci na statku. Dopiero teraz... jak trwoga, to do Buchsego. 
Oprócz uczucia satysfakcji, którego Buchse wstydził się i któ- 
re w sobie zwalczał, pojawiła się iskra emocji: co za wirus 
zmógł załogę „Ritornella"? Doktor był przekonany, że ist- 
nieje wspólny mianownik spisanych dokładnie dolegliwości. 
Wahał się, co nim uczynić: czy podświadomą tęsknotę za 
kawałkiem normalnego życia, czy jakiś czynnik zewnętrzny. 
Wszak jeszcze pół roku, skąd, miesiąc temu ludzie i maszyny 
spisywali się — biorąc nawet pod uwagę niekorzystne 
okoliczności — znakomicie. Do pewnego momentu wszystko 
szło jak z płatka. Tyle że w tym czasie lądowali na Miradorze. 
— Mógłby pan zdjąć koszulę? 
Yonyer ściągnął ją bez słowa, a doktor Buchse wstał 
ostrożnie i stojąc nieco z boku spojrzał na plecy pacjenta. 
O jego nostalgii dowiedział się w wielkiej konfidencji od 
Śliwy, pewnie, że mu nie uwierzył, ale zawsze warto wykonać 
strzał sprawdzający. Plecy były gładkie, lekko pałąkowate, 
ale ponad wszelką wątpliwość pozbawione skrzydeł. Doktor 
wziął ze stołu flamaster i pochylił się nad Yonyerem. 
— Niech pan postara się sprecyzować, z których miejsc 
one wyrastają — musiał trochę uważać na swój głos, czuł 
się dziwnie, było mu ni to do śmiechu, ni do płaczu, bał 
się urazić Yonyera i utracić jego zaufanie. — Ile ich jest? 
— Para. 
Kiedy Buchse zbliżył koniec flamastra do skóry, Yonyer 
poruszył się. Zrobił to nieświadomie, przez mięśnie pod 
skórą przeleciał jakby skurcz. Lokalne uwrażliwienie? Mógł 
to być przypadek, bo kiedy doktor powtórnie zbliżył flamas- 
ter, objaw się nie powtórzył. 
Buchse wodził końcówką flamastra po skórze, a Yonyer 
instruował go: wyżej, w dół, w lewo, do kręgosłupa. W ten 

background image

sposób naniesione zostały dwa czerwone punkty, położone 
.mniej więcej symetrycznie w obrębie łopatek. Doktor cofnął 
się o krok i trudził wyobraźnię nad rozwiązaniem zacze- 
pienia skrzydeł w tym miejscu, gdy nagle przyszła mu do 
głowy pewna wątpliwość. 
— Cholera, wypisany — rzucił flamaster na stół i wziął 
inny. — Bardzo pana przepraszam, ale musimy powtórzyć. 
Tym razem punkty wypadły pół centymetra dalej, w kie- 
runku dźwigaczy łopatki. Nadal wydawały się mniej więcej 
symetryczne względem kręgosłupa. Buchse dałby głowę, 
że po następnej powtórce odkryłby kolejne posunięcie. Usiadł 
przy biurku. 
— Niech pan opowie, jakie one są — zachęcił. Lekkim 
uśmiechem próbował dodać pacjentowi animuszu. 
Yonyer spojrzał na niego jak na wariata. 
— Nie mówiłem panu, doktorze, że one już wyrosły. 
One dopiero kiełkują. Czuję je pod skórą. Jestem przekonany, 
że gdybym mógł dotknąć tych miejsc, wyczułbym niewielkie 
zgrubienia. Nic więcej. 
Usiłował dosięgnąć łopałek wykręconą ręką, ale bez 
rezultatu. 
— Dlaczego pan do mnie przyszedł? — spytał oschle 
doktor Buchse. Dobrze wiedział, ze żadnych zgrubień nie 
ma. 
— A do kogo miałem pójść? Do księdza? 
— Miałem na myśli kwestię, czy owo kiełkowanie spra- 
wia panu przykrość. Jak pan to odczuwa — jako dolegliwość? 
Czy to — bo ja wiem? — boli, drażni, doskwiera? 
— Boli — nie. Ani specjalnie nie drażni. — Yonyer 
zastanawiał się przez chwilę. — Czasem odbieram ten proces 
jako ledwo wyczuwalną, szalenie ulotną, ale jednak przyjem- 
ność. Widzi pan, w tym jest coś takiego, że bez przerwy 
angażuje uwagę. Jak pan ma zdrowe zęby, nie zdaje pan 
sobie sprawy z istnienia prawej dolnej szóstki, dopóki pan 
0 niej nie pomyśli. Chyba że pana rozboli — inaczej, nawet 
podczas jedzenia, nie otrzymuje pan od konkretnego zęba 
żadnych sygnałów. Mniej więcej to samo dotyczy każdego 
'organu: nie poświęca pan szczególnej uwagi wątrobie, żo- 
łądkowi czy flakom, póki spisują się jak należy. Ba, zapomina 
pan nawet o głowie... 
— Dobrze — uciął doktor Buchse — a skąd pan wie, 
że to akurat skrzydła? 
— A cóż innego mogłoby rosnąć w tym miejscu? — 
obruszył się Yonyer. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. — 
Rzecz w tym, panie doktorze, że nie jest to główna zmiana, 
a w każdym razie nie jedyna, która się we mnie dokonuje. 
Jeśli wyobrazi pan sobie, ze przywykłem do pewnego kształ- 
tu, który ma pan przed sobą, to od pewnego czasu od granic 
tej struktury odlepiła się wewnętrzna część i zaczęła płynąć. 
Doktorze, to są moje ręce i nogi, a jednocześnie nie moje. 
Ja... obracam się wewnątrz fizycznej formy, której na imię 
człekokształtność, i nie wiem kiedy się zatrzymam. Nie mam 
pojęcia, co z tego wyniknie. Kiedy jestem sam w kabinie 
1 rozmyślam o tym, ogarnia mnie przerażenie. 
Jego głos, na pozór spokojny, sprawiał wrażenie jakby 
Yonyer całą siłą woli ukrywał swój dramat. Buchse oblizał 
suche wargi. 
— Dawno pan zauważył objawy? 
— Jakieś trzy, cztery dni temu. Ale myślę, ze to się dzia- 
ło juz wcześniej. 
Buchse kiwnął głową na znak, ze uważa tak samo. 

background image

Wręczył Yonyerowi fiolkę pastylek na uspokojenie i nakazał 
szczegółową samoobserwację. Patrzył jak wstaje z krzesełka 
i zmierza ku drzwiom — w gruncie rzeczy ani trochę nie 
pocieszony. 
— Jeszcze jedno — zatrzymał go w pół drogi — pan 
schodził na powierzchnię Miradora? 
Yonyer pokiwał głową: — Owszem, dwukrotnie. Wszys- 
cy schodzili — dodał tonem zdziwienia. 
— Niektórzy pana koledzy twierdzą, że nie opuszczali 
ładowników. 
— Niech im pan nie wierzy — rzekł obojętnie. Po 
chwili treść sugestii lepiej dotarła do niego. — Ciekaw 
jestem, kto tak twierdzi. — Ożywił się. — Pewnie Vahvatil 
albo Śliwa, co? 
— Co według pana chcieliby ukryć zatajając swój pobyt? 
— zainteresował się Buchse. 
— Na Miradora wystarczyło posłać na dobrą sprawę sa- 
me zasobniki towarowe. Ludzie byli tam najzupełniej zbędni. 
A jednak posypali się z orbity jak ulęgałki. Rozumie pan? 
— Nie. 
Yonyer spojrzał na niego z roztargnieniem, a jednak 
Buchsemu wydało się, że kpiąco. Położył rękę na gładkiej 
metalowej powierzchni. 
— Żegnam, doktorze. Dwa razy dziennie, mówił pan? 
Po posiłkach? 
Po jego odejściu Buchse pogrążył się w rozmyślaniach. 
Był przekonany, że z całego „Ritornella" on jeden nie 
uległ zafascynowaniu Miradorem. Owszem, spędził dwie albo 
trzy godzinki pod tym niebem tak niepodobnym do ziemskie- 
go, ale cały czas w skafandrze i blisko ładownika. O dziwo, 
nieprzyjemne sensacje trapiące towarzyszy wyprawy jakoś 
go omijały. Oczekiwał ich, zwłaszcza po porannej nawałnicy. 
Teraz, późnym popołudniem, kiedy nadal nic się nie działo, 
zakiełkowała w nim nieśmiała nadzieja, ze tajemniczy wirus 
go oszczędzi. 
O co chodziło w tym wszystkim? Po rozmowie z Yony- 
erem Buchse był niemal pewien, że o przemyt. Zapewne 
maszyny odkopały coś ciekawego — ruiny, grobowce, może 
skarbiec — załoga chwyciła cynk i zareagowała tak, jak 
zwykle w podobnych przypadkach reaguje załoga. Buchse 
usiłował wznieść się ponad tę ich nieposkromioną łapczy- 
wość, choć myśl, ze tamci dobiją do stacji macierzystej blisko 
Ziemi jako milionerzy, on zaś po raz kolejny nie będzie miał 
nic — nie dawała mu spokoju. 
Pomyślał, że pomimo tylu wypowiedzianych do nich 
słów nie zdołał sobie zaskarbić ani cząstki prawdziwego 
zaufania. Na tym statku nie miał ani jednego oddanego przy- 
jaciela. Dlaczego musiał zawsze stać z boku zamiast przeć 
naprzód, ukryty bezpiecznie wśród ciżby — tam gdzie tłum 
zaprowadzi? 
Włączył wideofon i wywołał sygnał kabiny Dobrowol- 
skiego. Zdumiewająco długo nikt nie odbierał; wreszcie ekran 
wypełnił się pyzatą twarzą kapitana. Gościł na niej wyraz 
udręczenia i niepokoju. 
— Ach, to pan, doktorze — powiedział bez cienia en- 
tuzjazmu. — Witam. Dobrze ze pan dzwoni. 
— Dlaczego? 
— Co — dlaczego? 
— Dlaczego dobrze? 
— Wie pan, jak to się mówi przez grzeczność — Dobro- 
wolski roześmiał się sztucznie. — Nie, nie, ja naprawdę tak 

background image

myślę. Trochę odstajemy od siebie na tym statku, nie sądzi 
pan? Żadnego życia towarzyskiego. Śpimy, trochę pracujemy, 
a na resztę czasu zamykamy się po kabinach. 
— Zwłaszcza od czasu opuszczenia Miradora — skwi- 
tował Buchse. — Jak się pan czuje? 
— Trochę tego... lepiej. Te pana środki chyba mi 
pomogły. Tylko głowa... 
Gęba Dobrowolskiego pokrywała niemal cały ekran, tak 
jakby kapitan celowo pragnął ograniczyć pole widzenia 
kamery. Buchse już miał na końcu języka cierpką uwagę, 
ale zrezygnował. 
— Panie kapitanie — powiedział — chciałbym się 
z panem naradzić. Sytuacja na statku jest poważna. 
— Co pan rozumie przez to określenie? 
— Ludzie skarżą się na dziwne niedomagania. Sto pro- 
cent stanu osobowego to chorzy. Niektórzy z nich raz albo 
kilkakrotnie lądowali na Miradorze. Czuję, że między tymi 
faktami istnieje jakiś związek. 
Dobrowolski pokręcił się niechętnie w kadrze, rzucając 
kosę spojrzenia na boki. Wyglądało jakby się gdzieś spie- 
szył. 
— A pan? — rzucił z nagła. — Pan także wylądował 
na Miradorze! I nic panu nie jest! 
— Ale nie opuszczałem ładownika — skłamał na zimno 
Buchse. W gruncie rzeczy nikt nie mógł wiedzieć o jego 
spacerze. — Co się tyczy tego, że nic mi nie dolega, to 
trzeba koniecznie uzupełnić pańską uwagę: na razie. Chwilo- 
wo jeszcze jestem zdrowy. Za godzinę to się może zmienić. 
— Co pan proponuje? — spytała oschle twarz z ekranu. 
— Panie kapitanie, zachodzi podejrzenie infekcji. Do 
części mieszkalnej mogły zostać zawleczone jakieś wirusy. 
Chciałbym pana prosić o pomoc w ustaleniu, jaką ewentual- 
nie drogą się tu dostały. 
— Chce pan powiedzieć, doktorze — medytował głoś- 
no — że z Miradora, tu na statek... nie, to nonsens. Jak — 
na skafandrach? Potrójna sterylizacja nie przepuści nawet 
form utajonych ... 
— Może istnieje inna droga? 
— Szczerze mówiąc nie wyobrażam jej sobie — po- 
wiedział niepewnie Dobrowolski. — No bo którędy? Prze- 
bicie z paliwowni? Wykluczone. Ale trzeba sprawdzić. Zaraz 
wydam odpowiednie rozkazy. 
— Komu je pan wyda? — zapytał trzeźwo Buchse. — 
Chorym? — Zaczynał mieć dość tej zabawy w kotka i myszkę. 
— Panie kapitanie, wprawdzie nie mam żadnych dowodów, 
ale przypuszczam, że nastąpił niekontrolowany przerzut masy 
do części mieszkalnej „Ritornella". 
Na twarzy Dobrowolskiego zmieszanie walczyło z za- 
skoczeniem. Gdyby Buchse chciał zawstydzić dowódcę, 
mógłby sobie pogratulować. Wreszcie ekranowa podobizna 
zastygła w coś w rodzaju greckiej maski: grube, wykrzywione 
rysy, półotwarte usta. 
— Chce pan powiedzieć... ha, ha! — zaśmiała się mas- 
ka. — A to nawet dobre! Bardzo, bardzo ciekawe. Jak pan 
to wymyślił? 
— Panie kapitanie, zwracam się do pana z całą powagą, 
i w pełni odpowiedzialności za słowo. Może dojść do tra- 
gedii. Pamięta pan powrót grupy Vi Harda? 
Tamten statek nadleciał z głębin kosmosu, wiedziony 
nieomylnie przez komputer. Nikt z ludzi nie odpowiadał 
na wezwania Ziemi. Był jedną wielką pożywką. Kiedy odblo- 

background image

kowano właz, stłoczone mikroby eksplodowały niczym zbyt 
mocno napompowana piłka. Po załodze nie znaleziono nawet 
resztek. Statek Villarda — tę nowoczesną puszkę Pandory — 
odholowano i anihilowano gdzieś poza orbitą Marsa. Ziemia 
miała dwadzieścia lat roboty, zanim poradziła sobie ze ska- 
żeniem na orbicie. W efekcie wydarzenia nastąpiło między 
innymi niebywałe zaostrzenie procedur wyjścia, a zwłaszcza 
powrotu na obiekty pilotowane. Tego typu procedura obo- 
wiązywała również na „Ritornellu", przewidując całkowity 
zakaz umieszczania w części mieszkalnej i maszynowni przed- 
miotów pozaziemskiego pochodzenia. 
Twarz Dobrowolskiego przybrała zafrasowany wygląd. 
Przez dłuższy czas nie mógł się na nic zdecydować. 
— Może byśmy zrobili rewizję w kabinach? — wykrztu- 
sił wreszcie. — Takie małe odwiedziny u każdego, co? No, 
jak się pan zapatruje na ten pomysł? Powołamy się na 
wyższą konieczność... stan zagrożenia, co? Tym sposobem... 
— Mnie proszę do tego nie mieszać — przerwał mu 
Buchse. — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. 
— Jak to? — zdenerwował się Dobrowolski. — Przecież 
pan gotów ręczyć za rezultat! 
— Tu nie o mnie chodzi, a o pana. Wiadomość o rewizji 
szybko się rozniesie. Sądzi pan, ze znajdą się ludzie, którzy 
zechcą pod panem latać po czymś takim? 
Dobrowolski ruszał miarowo żuchwą, bardzo niezado- 
wolony. Nawet nie próbował ukryć swego stanu. 
— Panie kapitanie — rzekł Buchse — spodziewam się 
od pana pomocy, a pan usiłuje mnie zwodzić. Przepraszam, 
musiałem to powiedzieć. Nie ma czasu na dobieranie słów. 
— Przecież to tylko pańskie domysły! — wybuchnął 
tamten. — Pobrał pan chociaż krew? Ma pan poważne powo- 
dy, jak przypuszczam, zęby mnie molestować! 
Buchse wziął głębszy oddech. — Panie kapitanie — 
rzekł spokojnie — i ja, i pan pragnęlibyśmy uniknąć losu 
ludzi Villarda. Lepszy fałszywy alarm niż godzina zwłoki, 
która może się okazać na wagę czyjegoś życia. — Zrobił 
krótką przerwę, ale dowódca nie zareagował. — Przepra- 
szam za to, co teraz powiem, ale naprawdę nie widzę innego 
wyjścia. Jeżeli ma pan tam u siebie jakieś eksponaty z Mirado- 
ra, proszę mi je udostępnić do badań. 
— Wypraszam sobie podobne insynuacje! Pan nie ma 
prawa oskarżać mnie, dowódcy tego statku! Mam za sobą 
wiele lat nienagannej służby, nagrody, odznaczenia, dwa 
tysiące parseków na koncie! — pienił się obficie. — Niech 
się pan opamięta! Latałem poza układ kiedy pan jeszcze 
nosił koszulę w zębach! 
__ Panie kapitanie — przerwał mu Buchse niemalże 
z uśmiechem — źle pan odczytuje moje intencje. O nic 
pana nie oskarżam. Nie obchodzi mnie, co pan tam trzyma — 
jeśli rzeczywiście pan coś trzyma — ale zaklinam pana: proszę 
mi pozwolić na wykonanie przynajmniej kilku testów. Od tego 
może zależeć życie — również pańskie. 
Dobrowolski milczał ponuro. 
— Dlaczego ja? Dlaczego przyczepił się pan właśnie 
do mnie? — zmarszczył twarz jak dziecko, które zaraz 
wybuchnie płaczem, ale w jego głosie przebijała prawdziwa 
wściekłość. — Dlaczego nie zaproponował pan tego Vahva- 
tilowi, Śliwie, każdemu innemu — tylko akurat mnie. No, 
dlaczego? 
— Na proste pytanie prosta odpowiedź. Bo pan odpo- 
wiada za statek. Panu jako dowódcy najbardziej zależy na 

background image

pomyślnym powrocie „Ritomella". Przez innych mogłaby 
przemówić prywata albo niska chęć zysku; zwracając się 
do pana miałem nadzieję uniknąć podobnych nieporozumień. 
Pan przecież ma przede wszystkim na względzie dobro ogółu, 
prawda? 
— Niech szlag trafi pańskie komunały! — zaklął Do- 
browolski. Zreflektował się i nieco złagodził ton. — Doktorze, 
proszę o trochę czasu do namysłu. Nie takie to proste, jak 
mi się zdawało. Odezwę się do pana. 
Buchse czekał przy milczącym wideofonie. Krew, myślał. 
U wszystkich przebadanych dotąd próby dały rezultat nega- 
tywny. Pozostał jeszcze Yonyer. Wcisnął jego numer. 
— Yonyer, proszę się do mnie zgłosić. Jak najszybciej. 
Zapomniałem pobrać panu krew. 
Odpowiedział mu jakby charkot. Buchse podniósł gło- 
wę — dotąd nie patrzył na ekran, przerzucając wyniki prób. 
Przez mgnienie oka dostrzegł, że Yonyer walczy z jakimś 
stworzeniem czy przedmiotem wielkości sporego jeża, po 
którym przelatywały kolorowe plamy. Spojrzał w stronę 
kamery i zajęczał; wzrok miał nieprzytomny. Przez cały 
czas manipulował przedmiotem poza zasięgiem obiektywu, 
a po chwili opadł na podłogę i w ogóle znikł z ekranu. 
— Yonyer! — Buchse az zerwał się z miejsca. — Co 
z panem? Trzeba panu po 
mocniej zacisnął powieki. Lasero- 
wa igła na wskroś przewierciła jego mózg. Na moment stracił 
poczucie miejsca, oszołomiony wewnętrznym rozbłyskiem. 
Minęło jeszcze paręnaście sekund, zanim głowa Yony- 
era zaczęła opornie wpasowywać się w ekran. Na jego 
twarzy malowały się wyraźne oznaki zawstydzenia. 
— Serdeczne dzięki za troskę, doktorze. Nic mi nie 
jest. Po zażyciu pastylki wiruję trochę słabiej. Tak. Coś pan 
wspominał o krwi... aha! Pobrać! Zaraz tam będę. 
— A ten przedmiot? — spytał bezlitośnie Buchse. 
— Przedmiot? Jaki przedmiot? — spojrzał pod nogi 
i natychmiast udał, ze rozumie. — E, to nic takiego. Takie 
tam świecidełka. Nudzi się człowiek, więc od czasu do czasu 
z paru tranzystorów i kości sklei się to i owo. Ale nic 
szczególnego... właściwie nie ma o czym... nie warto wspo- 
minać. Tyle że materiały z „Ritornella"... nie powie pan 
kapitanowi? Mógłby napisać raport... po co mi to? Więc nie? 
Sztama? Rozumiem — sztama. Już! Ja — u pana. Już! 
II 
Powodem, dla którego „Ritornell" wto- 
czył się na orbitę wokół Miradora, było zjawisko znudzenia 
materii, udręka układów zamkniętych składających się na 
organizm każdego statku. Szczególnie daje się we znaki 
na starszych jednostkach, a także podczas bardzo długich 
wypraw. Po pewnym czasie, zależnym od stanu urządzeń, 
sposobów konserwacji, częstości ładowania czynnikami obie- 
gowymi, od typu tych obiegów — dochodzi do „zatkania" 
systemów. Przejawia się to w skokowej obniżce sprawności, 
która postępuje lawinowo i obejmuje coraz to inne węzły 
sieci oplatającej statek. 
Buchse doskonale wiedział, kiedy choroba ta dotknęła 
„Ritornella", ponieważ przy posiłkach nie mówiło się o niczym 
innym. Tempo podróży spadało, wydłużył się odczuwalnie 
czas dzielący od przybicia do stalowych platform jednego 
z wokółziemskich kosmodromów — a to już dotyczyło każde- 
qo Statek sprawiał wrażenie zmęczonego zwierzęcia, dy- 
chawicznej szkapy, która długo nie pociągnie. Nie pomagały 

background image

rozdzielane obficie ze sterowni uderzenia prądowych ostróg. 
Cielsko „Ritornella" przyjmowało je z tępym uporem, trzeba 
było dobrze się namozolić, by wykrzesać zeń jeszcze trochę 
wigoru. Stało się jasne, ze bez wizyty w najbliższym układzie 
się nie obejdzie. 
Ale statek wypełniony znudzoną materią posiada prze- 
dziwny wpływ na zamieszkujących go ludzi. Znienacka ustaje 
codzienna krzątanina, zaczynają się przestoje, bezcelowe dys- 
puty, jakieś poszukiwania zupełnie zbędne, nastrój ospa- 
łości dosięga i obezwładnia każdego, jakby to właśnie 
mechaniczny olbrzym dyktował załodze rytm życia, nie od- 
wrotnie. Nic dziwnego: ludzie są przedłużeniem martwych 
systemów, żyją z nimi w symbiozie i zrozumiałe, że ulegają 
temu, co tamte poraża. 
To paskudne uczucie totalnej niemożności, myśli Buchse. 
Skąd się bierze? Człowiek nie potrafi się zmobilizować 
do absolutnie żadnego wysiłku, najmniejsze przedsięwzięcie 
kojarzy się z przenoszeniem gór. Lekarzowi najłatwiej, zdro- 
wie statku nie od niego zależy, toteż Buchse mniej się męczył 
od innych. Jeśli już, powodem była najczęściej irytacja 
na kolegów: ruszając się jak muchy w miodzie zabierali mu 
szczęśliwe przyszłe dni. A przecież — myślał badając czasem 
własne odbicie w lustrze — nie zostało mu tych dni wiele. 
Zdecydowano, ze tabletki na apatię statku i jego załogi 
znajdują się na Miradorze. 
O samej planecie nie wiedzieli nic pewnego. Krążyła 
w centrum ekosfery swojej gwiazdy, kipiała życiem, ale inte- 
ligentnych form nie wykształciła. Pokryta głównie przez lasy, 
parna, gorąca — sprawiała wrażenie kotła, do którego można 
się pakować wyłącznie przez głupotę. 
A jednak poleźli tam, wbrew rozsądkowi, wszyscy 
po kolei. Od dnia, kiedy odrzucono w przestrzeń cały 
znudzony balast zbiorników, a na ekranach zagościł białawy 
jak rozdęta prezerwatywa balon Miradora, z ludzi jakby 
opadły niewidzialne pęta. Jako pierwsi otrząsnęli się z mara- 
zmu Vahvatil i Śliwa, zgłaszając się do dozorowania prac za- 
ładunkowych na powierzchni planety. Od „Ritornella" odłą- 
czył się zespół transportowy i pilotowany ładownik; wkrótce 
wessała je mleczna poświata balonu. 
Tam, na dole świat przypominał tandetną dekorację 
do przyszłościowego filmu. Nad gruntem unosiły się białawe 
opary, a wielgachne liście kołysały się dostojnie w gęstym 
powietrzu, spływając nieustannie wilgocią — to mgła, skro- 
plona na niewjelkiej wysokości, wracała w postaci mżawki. 
Jakość transmisji docierającej na „Ritornella" pozostawiała 
wiele do życzenia, opar przesłaniał szczegóły krajobrazu, 
a mżawka zalepiała obiektywy kamer. Głębia obrazu nie 
sięgała w żadnym miejscu dalej jak na kilkanaście metrów. 
Zupełnie jakby projektanci tej scenografii zamierzali jak naj- 
więcej ukryć przed dociekliwością przybyszów. 
Ale Vahvatilowi i Śliwie mgła kompletnie nie przesz- 
kadzała. Ledwo ją dostrzegali: sprawnie rozstawili agre- 
gaty i już czwartego dnia po wylądowaniu pola siłowe 
wżarły się w miąższ gleby. Zrolowały wierzchnie warstwy 
gruntu na obszarze dwóch boisk piłkarskich, odsuwając jak 
gigantyczny spychacz masę złożoną z kamieni, roślin i powalo- 
nych drzew daleko poza miejsce eksploatacji. Oczyszczony 
ze zbędnych szczegółów teren jeszcze bardziej przypo- 
minał scenę, którą pracowici asystenci scenografa bez ustan- 
ku posypują suchym lodem. Od czasu do czasu wśród bia- 
ławych kłębów zamajaczył zwalisty kształt, jak gdyby na 

background image

scenę wtargnęło stado jaszczurów z mezozoiku i zamarło 
w oczekiwaniu na sygnał reżysera. 
Sygnał nadszedł i do pojemników zaczęły płynąć pierwsze 
tony żwiru. Na podczerwonych fotografiach Miradora w miejs- 
cu eksploatacji zapłonął blady ognik; regularnie co sześć 
godzin okolicę rozświetlał upiorny blask startującej rakiety. 
Rozżarzony papieros wznosił się ustnikiem w niebo, wrzask 
silników wypierał dzwoniącą w uszach ciszę. Dopiero po 
pewnym czasie z ogólnego hałasu wyłaniało się mruczenie 
urządzeń zasilających i chrzęst przesypywanego kruszywa. 
Ten ledwo ustalony rytm niemal od razu został zakłócony. 
Piąta z kclei przesyłka nie dotarła do ładowni „Ritornella". 
Vahvatil i Śliwa wstrzymali prace. Połączyli się z dowódcą 
i zażądali posiłków w osobie Yonyera. 
— Dlaczego właśnie Yonyer? — zapytał podejrzliwie 
kapitan, doktor habilitowany inżynier Dobrowolski. — Dobra, 
niech leci. Nic tu po nim. — Wiedział już, że automaty na- 
trafiły na zagrzebane w warstwach żwirowatej gleby kamien- 
ne bloki. Sondowania wykazały, że układają się one w kształt 
zbliżony do regularnego. Dobrowolski zastanawiał się, czy 
nie powinien towarzyszyć Yonyerowi, aby osobiście nadzo- 
rować penetrację znaleziska. Po namyśle postanowił zostać. 
Z góry miał lepszy przegląd sytuacji, a do odkrycia odnosił 
sje z rezerwą. — Niech leci — powtórzył tonem dobrego 
wujaszka, rozdającego cukierki. 
Yonyer, który nic nie wiedział o ostatnich rewelacjach, 
bynajmniej nie palił się do opuszczania „Ritornella". Kazali 
|ecieć — leciał. Jak każą wrócić — wróci. 
Vahvatil i Śliwa mieli oczekiwać go w kabinie ładownika, 
ale po wylądowaniu nikt nie odezwał się na powitanie. 
Czekać? Alarmować „Ritornella"? A może wyjść na spacer? 
Ostatni pomysł najbardziej przypadł Yonyerowi do gustu. 
W połowie drogi do śluzy złapał go sygnał. 
— Śliwa z tej strony — powiedział Śliwa. — Dawno 
siadłeś? 
— Ledwo zdążyłem ostygnąć. Gdzie Vahvatil? Rozdzie- 
liliście się? 
— Beno śpi. Ja też dopiero co... cholera, gdzieś tu 
schowałem piwo... — słychać było szelesty i postukiwania, 
przerywane przekleństwami. — O, jest. Wiesz, mieliśmy tu 
trochę roboty — przerwa wypełniona bulgotem i wściekłym 
graniem powietrza wdzierającego się do butelki w miarę 
opróżniania. Śliwa mało dbał o pozory. Odetchnął z ulgą. 
— Trochę roboty — powtórzył. — Skończyliśmy sześć go- 
dzin temu. 
— Masz na myśli ładowanie tego piachu? — zapytał 
na wszelki wypadek Yonyer. Zachciało mu się pić i przypo- 
mniał sobie, że nic nie zabrał z góry. Śliwa zaśmiał się z wyż- 
szością. 
— Piach — powtórzył. — Piach. Słuchaj no, Yonyer. 
Od samego początku piach gówno nas obchodzi. Musisz 
się z tym pogodzić. Oczywiście jeśli zechcesz grzebać się 
w piachu, nikt ci nie zabroni. Ale co innego mieliśmy na 
myśli, gdyśmy bajerowali tego starego pierdołę, że koniecz- 
nie musi cię do nas przysłać. Skoro już tu jesteś, nie spra- 
wiaj nam zawodu. 
— O co chodzi? — spytał Yonyer bez entuzjazmu. 
— Najlepiej jakbyś tu wpadł. Zaraz dam ci namiar — 
przez chwilę było cicho, potem na monitorze komputera 
zapaliły się jakieś liczby. — Beno śpi... przespaliśmy te 
sześć godzin, ja właściwie tez nie mam ochoty ruszać się 

background image

J łóżka. Dla nas dwóch Mirador to skończona śpiewka. 
Tak ze najlepiej by było... 
Yonyer przeszedł do pojazdu, który wchodził w skład 
wyposażenia każdego ładownika. Ciemność przed nim pękła 
i dwa skrzydła usytuowanych poziomo drzwi rozwarły się 
bezgłośnie; przez poszerzającą się lukę wdarły się natych- 
miast kłęby białej pary. Dolne skrzydło, wsparte o ziemię, 
posłużyło za trap; zjechał po chybotliwej płycie na stały grunt 
i rozejrzał się wokół nakrywającej go przezroczystej kopuły. 
Kożuchy białej pleśni opatuliły łazik tak dokładnie, ze nie- 
podobieństwem było zorientowanie się choćby w stronach 
świata. Spomiędzy oparów tylko z rzadka przebijało ciemniej- 
sze pasmo. Yonyer uświadomił sobie, ze gdyby miał trafić 
o własnych siłach, wolałby wrzucić wsteczny i wtoczyć się 
z powrotem. Ale komputer już wyświetlał topografię i łazik 
nie pytając o zgodę ruszył prosto w skłębiony tuman. 
Jazda była właściwie nudna: równo jak po stole, widok 
przez szyby tez nie rewelacyjny. Niekiedy z mgły wyłaniały 
się zarysy olbrzymich ścian, jakieś kratownice, estakady... 
pozostałość po igraszkach dziecka pary olbrzymów. Łazik 
omijał bezbłędnie agregaty i systemy transportowe; Yonyer 
nie dostrzegł żadnych oznak utrzymywania urządzeń w ru- 
chu. Interesować się tym? Dobrowolski nie wysyłał go na kon- 
trolę, właściwie trudno było wyczuć, o co chodziło stare- 
mu. Wzruszył ramionami. Jeśli zechcesz grzebać się w pia- 
chu. .. 
Niespodziewanie przed samym nosem łazika wyrósł 
ładownik Śliwy i Vahvatila. Monitor wyświetlił znak zakoń- 
czenia procedury i czekał. 
— Jestem — zakomunikował Yonyer. 
— Wyłaź i chodź tutaj. 
W śluzie panował wyjątkowy bałagan, skafandry zawie- 
szone byle jak, z rękawami wywleczonymi na drugą stronę, 
jakby doprowadzenie ich do porządku po zdjęciu wymagało 
niebotycznego wysiłku. Yonyer pomyślał, co w takim razie 
zobaczyłby w magazynie próbek i narzędziowni. Podobny 
rozgardiasz panował w kabinie. Vahvatil, zwrócony do ściany, 
dawał az nazbyt jasno do zrozumienia, że przybycie gościa 
mało go obchodzi. Śliwa, chudy facet o zmierzwionych 
włosach, siedział na łóżku z bosymi stopami opuszczonymi 
na podłogę, brudny podkoszulek zwisał z niego jak potwier- 
dzenie ostatecznej klęski. Drapał się bezceremonialnie po 
kościstej piersi. Twarzy nie golił chyba od opuszczenia 
„Ritornella". 
__ Cześć — powiedział. — Co nic nie mówisz? Zatkało 
Cię? 
__ Ładnie tu u was — oświadczył Yonyer i zasiadł 
na rozkładanym krzesełku pokrytym żaglowym płótnem. Woń 
nie pranych skarpetek i przepoconych łachów unosiła się 
między ścianami pomieszczenia. — Co z nim? — pokazał 
brodą na sąsiednie łóżko. — Chory? 
— Beno obudził się na chwilę, powiedziałem mu ze 
jesteś. Kazał mi wprowadzić cię w sprawy i zaraz się wyłączył 
__popatrzył w stronę kumpla niemalże z czułością. — Niech 
śpi na zdrowie. Napracowało się chłopisko przez ostatnie 
dni. 
W kakofonii wyziewów składających się na zaduch nos 
Yonyera wyróżnił bez trudu kwaśny odór przetrawionego 
alkoholu. 
— Skąd macie gorzałę? — spytał. — Nalej lufę. 
Niewiarygodne: Śliwa uśmiechał się jak ktoś, kto zna 

background image

dobry dowcip i zaraz go opowie, gdy nalewał ze sporego 
pojemnika jasny płyn do szklanki. Yonyer spróbował, zakoły- 
sał płynem i walnął od razu całość. Momentalnie gęsta atmo- 
sfera kabiny stała się bardziej znośna. 
— Rośnie tu takie jedno zielsko — Śliwa zamrugał 
szelmowsko oczami. — Gdy mu upuścić trochę soku... 
poddać lekkiej obróbce... Mówią nie bez słuszności, że 
tylko z kamienia nie utoczysz... 
— Nicponie — powiedział Yonyer, zęby coś powie- 
dzieć. Rozmowa przybierała mało interesujący obrót. Rozej- 
rzał się z roztargnieniem. — A właściwie po co ściągaliście 
mnie z góry? 
— Jest robota — zapalił się Śliwa. W podkoszulku 
i rozgrzebanej pościeli sprawiał komiczne wrażenie. Yonyer 
pomyślał, że trudno mu będzie brać słowa tego człowieka 
poważnie, nawet gdyby wygłosił orędzie prezydenckie. 
Sceptycyzm musiał odbić się na jego twarzy, bo Śliwa 
naraz spoważniał. — Trzeba zejść ze sto pięćdziesiąt metrów 
pod ziemię i coś przynieść. 
— Sami nie możecie? 
— Myśmy już... — zaczął Śliwa. 
— I dlatego jesteście tacy wypluci? Myślałem, ze nie 
będę musiał grzebać się w piasku. 
Śliwa puścił zaczepkę mimo uszu. 
— Nasze warunki są takie — zaczął uroczyście. — 
Z łego co wyniesiesz połowa dla ciebie, połowa dla nas. 
Dzielimy się równo szmalem po zhandlowamu towaru na 
Ziemi. Do tego czasu towar pozostaje u ciebie, a my mamy 
do niego dostęp na każde życzenie. Przerzut na Ziemię 
kombinujemy wspólnie, kto pierwszy złapie kontakt, ten 
wszystko załatwia. Za wiedzą pozostałych, oczywiście. Masz 
jakieś pytania? 
— Wyłącznie — roześmiał się Yonyer. — Postaraj się 
zacząć od samego początku. Wyobraź sobie, że ja nic nie 
wiem. 
— To dobrze. Tak powinno być. Im mniej będziesz 
wiedział, tym lepiej. My tez nie przesadnie wiele rozumiemy 
z tej sytuacji. Maszyneria dogrzebała się czegoś, co wygląda 
na ruiny, a trochę na grobowce... ale raczej to drugie. Właś- 
ciwie na pewno. Mieliśmy to szczęście, ze byliśmy na miejs- 
cu — umilkł i przełknął ślinę, zapatrzony w przeszłe wyda- 
rzenia. — Wleźliśmy tam. Korytarze — ciemne; błądzenie bez 
planu, kołowanie, kombinowanie — mamy to za sobą. W pe- 
wnym momencie pojawiają się halucynacje — wtedy trzeba 
momentalnie pruć do wyjścia. Jak by ci to wytłumaczyć... 
niby nie ma konkretnego zagrożenia, a jednak całym ciałem 
czujesz śmiertelne niebezpieczeństwo. Taki paraliż mózgu. 
I panika. Ani ja, ani Beno nie daliśmy sobie z tym rady. 
Może tobie się uda. 
Yonyer czekał na więcej szczegółów, ale się nie docze- 
kał. Zadał parę pytań, lecz bez efektów; po prostu Śliwa 
go spławiał. Wrócili do omawiania spraw technicznych. 
— Tacyście pewni, ze przystąpię do spółki? 
— Jasne, ze nie. Ale tak sobie kombinowaliśmy w wol- 
nych chwilach. Pomyśl, chłopie — ile ty właściwie masz 
lat? Wiecznie nie będziesz latał, trzeba by wreszcie upić tro- 
chę z kielicha rozkoszy, nazywanego życiem. Spróbuj raz-po- 
myśleć o przyszłości: przecież lada dzień capnie cię starość 
i schowa do worka z gnatami — tyiko od ciebie zależy, czy 
będziesz klepał biedę w podrzędnym pensjonaciku rządo- 
wym, czy rozwalał się jak panisko we własnej willi, wystawio- 

background image

nej gdzieś w ustronnym miejscu. Tak sobie kombinowaliśmy: 
czy ten Yonyer wygląda na faceta z jajami, czy na skończo- 
nego jołopa. No to słucham. 
— Kamień by się wzruszył — powiedział Yonyer — 
ale mnie brakuje czegoś w tym przemówieniu. Po pierwsze: 
danych, po drugie: gwarancji. 
Śliwa pokręcił głową: — Nie licz na więcej. Jesteś 
w takiej sytuacji, ze pierwszy krok musisz wykonać na ślepo. 
Za to potem sypniemy ci bitami. Postaw się w naszej sytu- 
acji: gdybyśmy od razu wypaplali ci wszystko, stalibyśmy 
się doskonale zbędni. Wypiąłbyś się na nas i zaczął działać 
na własną rękę. Rzecz jasna na tym nam nie zależy. 
— A sprawa gwarancji późniejszych? 
— Nie rozumiem. 
— Skąd mam na przykład wiedzieć, czy po dostarcze- 
niu towaru do odbiorcy nie wystrychniecie mnie na dudka? 
Dacie słowo harcerskie? 
— Omówimy to szczegółowo na statku. Będzie dosyć 
czasu. Według mnie to my powinniśmy czuć się zagrożeni: 
skoro towar będzie w twoich rękach, daleko realniejsza jest 
groźba, ze to ty będziesz próbował okazać się sprytny. 
— W porządku. Przypuśćmy jednak, ze odmówię 
współpracy. 
— Pozwolimy ci bezpiecznie odlecieć, byłeś trzymał 
jęzor za zębami. 
— A jeśli się zgodzę? 
— Trzymasz z nami na ustalonych warunkach, bez 
możliwości wycofania się. 
— No, możliwość rezygnacji istnieje zawsze, czy się 
to wam podoba, czy nie. 
— Utrata swojej części to minimalna cena dla niezdecy- 
dowanych. 
— No, no — Yonyer az gwizdnął. — Minimalna... 
a maksymalna? 
Śliwa wzruszył ramionami: — Wyglądasz na rozsądnego 
faceta. Mam nadzieję, że wyobraźnia jest twoją mocną stroną. 
— Czy zamierzacie ściągać z orbity następnych poszu- 
kiwaczy? 
Pytanie najwyraźniej zaskoczyło Śliwę. Tego nie ustalali, 
pomyślał Yonyer. Pewnie, ze ściągną kogo się da. Więcej 
towaru znaczy więcej szmalu. Lepiej mieć kilka willi niz 
jedną. Albo pałac. Hordy dziwek lepsze od własnej żony. 
Z drugiej strony — może chcą zachować tajemnicę? Cho- 
ciaż... czy w tak wąskim gronie jak na „Ritornellu" jest 
to w ogóle możliwe? 
— To zależy — rzekł Śliwa — od efektu, jaki przyniosą 
twoje poszukiwania. Tak, myślę, ze ściągniemy jeszcze ko- 
goś. Zwłaszcza jeśli nam odmówisz. Chociaż ja tam wierzę 
w twój rozsądek. Nasza zasada: małe ryzyko, duży zysk. 
No co — trzymasz z nami? Opowiemy ci to co wiemy, 
dowieziemy na samo miejsce i zapewnimy asekurację. Bę- 
dziesz miał pewność, że wrócisz cało i nie z pustymi rękoma 
— roześmiał się nerwowo. — Krótko mówiąc, zadbamy 
o ciebie należycie. 
— Wydawało mi się, ze tyle przysługuje mi z definicji. 
Ludzie z jednej załogi, rzuceni na obce, nieprzyjazne tery- 
torium, powinni chyba sobie pomagać. Sądziłem ze pierwsze 
przykazanie astronauty to znać takie słowa jak kolega, soli- 
darność. .. 
Śliwa pokręcił głową. 
— Nie ma już solidarności, Yonyer. Tak, jak mówisz, 

background image

bywa w książkach, nie w życiu. Nic tak ludzi nie dzieli jak 
pieniądze, bogactwo... 
— Nawet pisane palcem na wodzie? 
— Tak. Chcesz czy nie — taki jest świat. Nie my dwaj 
go urządzaliśmy. Możesz go zmieniać — tylko po co? Najwy- 
żej dostaniesz po dupie, a rzeczy i tak potoczą się swoją ko- 
leją. Naprawdę masz ochotę na pukanie komarzym łepkiem 
w pancerz lokomotywy? Nie wykolei się, zapewniam, a ty 
możesz nabawić się guzów. Lepiej przysiąść, przycupnąć jak 
świerszcz za kominem — i czekać, gdzie cię zawiezie. 
Przestanie ci być po drodze — wysiądziesz. Oto najlepszy 
sposób na życie, przynajmniej dla mnie i Bena. 
— Nie my urządzaliśmy świat — powtórzył Yonyer 
w zamyśleniu — ale my go stanowimy. Od nas zależy 
jego jakość. Uczestnicząc w dysharmonii popieramy ją, 
powiększamy skazę na obliczu świata. Gdyby pewnego dnia 
rano wszyscy, którzy zaparli się siebie zaczęli postępować 
zgodnie ze swą ludzką naturą — co do której mam pewność, 
ze jest dobra — skolioza świata by ustąpiła. Wykoleilibyśmy 
tę twoją lokomotywę... a może pchnęli na nowe tory. 
— Ale z ciebie marzyciel — powiedział Śliwa uśmie- 
chając się sceptycznie. — Przecież ten pomysł kłóci się nawet 
ze statystyką. Chcesz, żeby wszyscy, bez wyjątku, popełniali 
wyłącznie dobre uczynki? W raju, proszę ciebie, woda marz- 
nie na ogniu. Gdyby masy kierowały się jedną myślą, jak się 
tego domagasz, żaden rząd nie mający społecznego poparcia 
nie utrzymałby się dłużej niż pięć sekund. 
— Dobro kłóci się ze statystyką — było w tej konsta- 
tacji coś przygnębiającego i Yonyer pozwolił się unieść fali 
smutku. — Dobro jest niemożliwe statystycznie. Co pozostało 
w tym cholernym rumowisku? Tu ruiny, tam — wszędzie. 
VV środku człowieka — i na zewnątrz. W co tu wierzyć, gdy 
wszystko po kolei obraca się w gruzy? 
— W obracający się mechanizm, który miażdży jednych, 
a wynosi innych. Korzystają ci, co akceptują jego prawa 
j się do nich stosują, reszta idzie na przemiał. Od ciebie 
tylko zależy, do której grupy złożysz akces. Chyba jesteś 
pięknoduchem, chłopie, skoro jeszcze masz wątpliwości. 
Yonyer kiwał głową w zamyśleniu. — Jeśli odmówię, mo- 
gę próbować na własną rękę? 
— Jasne. Tylko że wtedy nie licz na nasze wsparcie. 
Nie będziemy ci pomagać. 
— Wręcz przeciwnie, co? A w podziemiach łatwo 
0 wypadek... No, dobra. Sprawdzimy teraz wasze zabez- 
pieczenia. Przypuśćmy, ze zawiadomię Dobrowolskiego — 
roześmiał się. Zaśmiał się także Śliwa. Spoglądali na siebie 
1 chichotali w nieco wymuszony sposób, wreszcie Śliwa 
przerwał przedstawienie i jego twarz raptownie stężała. 
— Dobrowolskiego! — przedrzeźniał. — Aleś wymyślił! 
— pokręcił głową. — Masz nas za durniów czy jak? — 
— Yonyer wytrzymał groźną chwilę ciszy i wtedy Śliwa 
nachylił się ku niemu i szepnął: — Dobrowolski jest z nami 
od samego początku. Nie jesteśmy samobójcami. Dowódca 
musi dostać swoją dolę, inaczej nie ma interesu nas kryć. 
To jak? 
— Musiałbym się zastanowić... — zaczął Yonyer. 
— Najlepiej we własnym ładowniku, co? I z zapuszczo- 
nym motorem! Nic z tego, przyjacielu, musi ci wystarczyć 
tyle komfortu, ile go jest w tej kabinie. Weź pod uwagę, że 
śluzy się zużywają, dezaktywatory też swoje kosztują... 
— Po prostu mam wątpliwości, czy opłaci się skórka za 

background image

wyprawkę. Czy przysypane żwirem Eldorado i nieziemskie 
skarby nie przyśniły wam się w nocy. 
— Mogę cię zapewnić — wysyczał Śliwa. Cisnął w stroj- 
ne Yonyera niewielki lśniący przedmiot. Ten złapał go i obej- 
rzał. Była to figurka, mieszcząca się w dłoni, przedstawiająca 
chyba jakieś podobne do kota zwierzątko o gorejących 
oczach. Z bliska głowa stworzenia traciła kocie cechy i wy- 
dawała się raczej odpowiednio wymodelowaną, rogatą 
Poduchą. Krawędzie figurki były ostre, jakby wyrżnięto ją 
Maszynowo z większego bloku, a jednak wodząc po nich 
palcem nie traciło się przeświadczenia, że właściwa część 
posążka została jakimś sposobem zatopiona w szkle, nie- 
zmiernie delikatnym, przez które światło przechodziło bez 
załamania i bez pochłaniania. Dodatkowo wzdłuż ciała zwie- 
rzątka smuzyły się poprzeczne świetliste pręgi, biegnące 
od głowy ku podstawce. O ile Yonyer mógł się zorientować, 
w ich pojawieniu się i rysunku nie było żadnej prostej 
regularności, a jednak czuło się ich wewnętrzną muzykę, któ- 
ra frapowała i uspokajała. Z trudem oderwał wzrok od 
pełgających wzorów. Pomyślał, ze figurka nie sprawia radości, 
ale i nie przygnębia, bez wątptenia jednak między nią a obser- 
watorem wytwarzała się owa specyficzna więź, właściwa tylko 
największym dziełom sztuki. 
— Przekonałeś mnie — powiedział zmęczonym głosem, 
zwracając Śliwie posążek. Wydało mu się w ostatniej chwili, 
że wycz-uwa bijące od tego okrucha materii ledwo uchwytne 
ciepło. — Przyłączam się do was. 
— Gratuluję szybkiej decyzji — odezwał się z drugiego 
łóżka Beno Vahvatil. W jego oczach nie było śladu rozespa- 
nia. Odrzucił przykrycie; był niemal kompletnie ubrany, 
W poprzek ciała miał przełożony promiennik, który oparł 
teraz o podłogę i powiedział wyciągając dłoń: — Cześć, 
wspólniku. Witaj na gościnnym Miradorze. Nie gniewaj się 
o to — stuknął kolbą miotacza o wykładzinę — jak pobędziesz 
tu dłużej, sam zrozumiesz, że musieliśmy się jakoś zabez- 
pieczyć. 
III 
Po ścianach wibrowały cienie, ale tylko 
wtedy, kiedy Yonyer odwracał wzrok. Co pewien czas to 
z jednej, to z drugiej strony otwierały się czarne gardła 
rozwidleń; nie mógł odegnać myśli, że u każdego wylotu 
ktoś na niego czyha. Wyobraźnia, pracowita jak rzadko, 
podsuwała coraz to nowe wizje kłębiącej się za granicą 
światła gęstwy. Starał się tego nie robić, lecz niekiedy 
musiał — strzelał snopem jasności w przepastną czeluść 
j stał napawając się pustką kamiennego, pokrytego pyłem 
korytarza. Te akty desperacji przynosiły ulgę na krótko. 
Słyszał własny oddech i czuł walenie tętna: dwa znajome 
rytmy, absurdalne w swej panice, bo przecież Śliwa i Vah- 
vatil zapewniali, że nie ma żadnego zagrożenia. 
Wlókł za sobą płaszcz ciemnos'ci, która — wydawało 
sję — z trudem toleruje intruza we własnym królestwie. 
Przystawał, żeby przyjrzeć się ścianom. Na stałej wysokości 
biegł kuty ornament, jak gdyby ktoś idący przed nim odciskał 
w skale prostokątne pieczęcie — czterdzieści wieków wcześ- 
niej. Trudno było określić, co przedstawiał rysunek płasko- 
rzeźb, kontury zaokrągliły się, wessane przez kamień. 
Przestał zwracać na nie uwagę, lecz kiedy — dużo dalej 
i dużo później — oświetlił ornament ponownie, dałby głowę, 
że przedstawiał co innego. 
Przemknęło mu przez myśl, że warto by odczytać ten 

background image

komunikat — jeśli to był komunikat — a później poczuł coś 
w rodzaju żalu, że tak niewiele czasu mogą poświęcić tutej- 
szym dziwom, że nikt z nich nie spojrzy na katakumby oczami 
fachowca, nie zatrudni nad ich tajemnicą specjalnie tresowa- 
nej mózgownicy. To wy macie pecha, odepchnął pretensję 
ku ścianom, być może ktoś zechce kiedyś mozolić -się tutaj, 
spędzając miesiąc za miesiącem jak łowca nietoperzy. Może 
na Ziemi narodził się już przyszły badacz, nowy Schliemann 
czy Champollion, który dedykuje wam życie, a tymczasem — 
nie grymasić. 
Korytarz wiódł coraz wyraźniej w dół, pojawiły się 
liczne pęknięcia i szczeliny, w których swobodnie mieściła 
się dłoń. Najwyraźniej zbliżał się do gorzej zachowanej 
części ruin. W poprzek ornamentu biegły białawe zacieki 
soli; kiedyś spływała tu woda, która z czasem znalazła 
inne ujście. Zauważył wreszcie pierwsze freski, starte i znisz- 
czone. Nie dociekł, co przedstawiały — świecąc z bliska 
nie potrafił ogarnąć całości. Farby wyblakły; obraz widziany 
z dystansu po prostu rozmywał się na szarym tle skały. 
Według wyświetlającego się wewnątrz hełmu planu od 
skarbonek dzieliły go dwie godziny marszu. Szedł całkiem 
nową drogą, omijając rejony spenetrowane przez Vahvatila 
i Śliwę. 
Nigdzie nie natknął się na ślepą ścianę — więc wbrew 
nazwie, którą mu nadali, nie był to labirynt. Wobec tego 
czemu służyła ta budowla? Dekoracji? Śliwa i Vahvałil zbyli 
to pytanie wzruszeniem ramion. A czemu służyły piramidy? 
Pierwsza kopuła wyskoczyła z ciemnos'ci tak niespodzie- 
wanie, ze Yonyer, mimo iz spodziewał się jej, aż zarył w miejs- 
cu. Było co oglądać. Światło omywało ostro mleczną muszlę, 
pod którą spoczywał ciemniejszy, podłużny kształt. Muszla 
mierzyła ponad trzy metry długości, była asymetryczna i zda- 
wała się wyrastać wprost z kamienia. Yonyer, choć uprzedzony 
o daremności tego zamiaru, próbował znaleźć ostrzem noża 
jakąś szczelinę między szkliwem a skałą, ale stal ześlizgi- 
wała się bezsilnie. Rozejrzał się za skrzynką sterowania; 
na górze wyobrażał sobie małe pudełeczka, przylepione 
do skały jak małże — tu spotkał go kolejny zawód. Świecenie 
do wnętrza tez nie na wiele się zdało: kiedyś muszlopodobne 
pokrywy były zapewne przezroczyste, teraz... Bez specjali- 
stycznego wyposażenia, którego „Ritornell" nie wiózł w nad- 
miarze, trudne do ugryzienia. Śliwa i Vahvatil, ci oczywiście 
dobrali się do s'rodka materiałem wybuchowym, lecz z dość 
żałosnym rezultatem: pokrywa wprawdzie została odrzucona, 
ale z tego, co leżało pod nią, nie ocalało nic. Wokół stano- 
wiska minerskiego walały się długie, brunatne drzazgi, w po- 
wietrzu kłębiły się jakby paździerze i złoty pył jak po 
młocce dygotał w strumieniu reflektora. Gaz spod kopuł 
został wypompowany. Można było się tam dostać, i owszem; 
garść pakuł stanowiła nagrodę. 
Skarbonki pojawiły się w większej liczbie, gdy Yonyer 
zdecydował się głębiej zapuścić między groby. Miały również 
kształt muszli, tylko o wiele mniejszych i bardziej regular- 
nych. Próby otwarcia ich także okazały się daremne. Yonyer 
sięgnął do plecaka i wydobył reflektor żarowy, który nie 
dawał żadnego światła, a tylko promieniowanie podczerwone. 
Przechodził do kolejnych skarbonek, wodząc reflektorem na 
chybił trafił. 
Prawie przestał zważać na wielkie muszle, otaczające 
go zewsząd jak brzuchy wyrzuconych na brzeg łodzi. Mlecz- 
ne krypty opalizowały w mroku jak gałki oczne olbrzyma, 

background image

chwilowo zapatrzonego gdzieś w bok, ale lada chwila przy- 
mglone źrenice odzyskają ostrość i zwrócą się ku intruzowi, 
a wtedy... Yonyer wolał o tym nie myśleć. Przemykając mię- 
dzy kryptami doznawał upokarzającego uczucia wstydu. Po- 
cił się obficie, a nakazane przez kompanów czynności wy- 
konywał w gruncie rzeczy bez wiary. Pragnął jak najszyb- 
cjej coś znaleźć i ulotnić się, byle dalej od srebrnobrzuchych 
łodzi. Najchętniej zostawiłby gdzieś cały majdan, wyciągnął 
Się i zasnął — i zaledwie o tym pomyślał, wiedział, że 
właśnie tak postąpi. Vahvatil i Śliwa oczywiście nie uwierzą, 
kiedy wróci z pustymi rękami, będą podejrzewać, ze ukrył 
przed nimi skarb... pewnie nie obejdzie się bez krzyku 
j potrząsania promiennikiem, z góry na to przyzwalał, ukła- 
dając plecak obok najbliższej krypty, w miejscu możliwie 
najsuchszym. Potem się będzie z nimi handryczył. Teraz... 
Wydawało mu się, ze spał nie dłużej jak pięć minut. 
Nic mu się nie śniło. Sprawdził czas: upłynęły prawie czte- 
ry, godziny. Sprzęt zastał tak, jak go porzucił. Wyssał 
trochę preparatu odżywczego i poszedł się wysikać. Jakoś 
nie mógł pod kryptą. Opróżniając na zewnątrz zbiorniczek 
dostrzegł, że najbliższa ze skarbonek ma podniesione wie- 
czko. 
Śliwa i Vahvatil dotarli az tutaj, pomyślał z roztargnie- 
niem. Ale skarbonka była pełna. Zawierała dwa posążki i jak- 
by bębenek: dwa ścięte stożki złożone mniejszymi podsta- 
wami. Zabezpieczył skrytkę przed zatrzaśnięciem kamiennym 
okruchem, wrócił po aparat, sfotografował położenie przed- 
miotów z różnych stron i dopiero wtedy wrzucił zdobycz 
do plastikowych worków, które dokładnie zasklepił. Krew 
łomotała mu w uszach. Dla pewności przejechał rękawicą 
po gładkiej płycie, ale nie wyczuł nic. Muszla nie chciała 
z powrotem przywrzeć do płyty. Przynajmniej to było jasne: 
z chwilą oczyszczenia skrytki stawała się zbędna. 
Nic tak skutecznie nie likwiduje zbędnej euforii, jak 
pamięć o sprawach przyziemnych. Przeliczył puste butle: 
jeszcze może pozostać przez kilka godzin. Sukces dodał 
mu nowych sił; nie myślał ani o wstydzie, ani o sobie w roli 
rabusia innoplanetarnych starożytności. Błyskawicznie obiegał 
nowe skarbonki, coraz uważniej i systematyczniej, wodząc re- 
flektorem. Zapał topniał w miarę narastania zmęczenia. Usiadł 
na stelażu plecaka i zastanowił się. Nic nie wskazywało, aby 
Vahvatil czy Śliwa osobiście wybierali się do podziemi. Raczej 
przebąkiwali o sprowadzeniu kolejnych szperaczy z „Ritornel- 
'a ¦ A przecież pozostało tyle do spenetrowania... Czyżby nie 
spodziewali się otworzyć ani jednej skarbonki więcej? Może 
tylko zdawało się im, ze znaleźli sposób na opróżnienie 
Podziemnego skarbca, podczas gdy — podobnie jak i on — 
działali na ślepo? A może Labirynt, który nie był labiryntem, 
sam wyznaczali każdemu dolę? Nie ma co, piękne pomysły 
skaczą mu po głowie. 
Zanim ruszył z powrotem, obejrzał dokładnie kryptę, 
przy której odpoczywał. Od innych różniła się tym, że 
materiał kopuły pokrywały od wewnątrz zacieki owej mlecz- 
ności — jak sól ściany na korytarzach. Zaczynała się strefa 
mokra, o której Beno wspominał na górze. Ze stropu kapała 
woda z solą, tworząc stalaktyty i stalagmity. Poświecił dalej 
— odbłysnął mu cały las białawych słupów, spomiędzy 
których wyłaniały się pękate brzuchy pokryw. Znalazł miejsce 
stosunkowo przezroczyste i zajrzał do środka. Zobaczył 
jakby odnóże, złożone, wyschłe — kiedyś, jako dziecko, 
rozpruł owadzi kokon i wyciągnął sprasowaną, przeobrażają- 

background image

cą się poczwarkę. Analogia nasuwała się sama — tyle że 
teraz miał przed oczami brązowy fragment uda albo ramienia, 
a może skrzydła, złożony na jakiejś zielonej, pofałdowanej 
materii czy masie. Tylko tyle. Usiłował rozszerzyć pole wi- 
dzenia; przeszkadzała obłość wizjera i wypukłość pokrywy. 
Manewrował światłem — żadnych dodatkowych szczegółów. 
Pstryknął kilka zdjęć, ale wątpił czy wyjdą, warunki były 
zbyt niekorzystne i skomplikowane. W końcu tak przemę- 
czył oczy, ze stracił pewność, czy rzeczywiście coś dostrzega, 
czy tylko zacieki na muszli układają się w mamiący wzór. 
Pozbierał manatki i rozpoczął odwrót. 
Wbrew przewidywaniom wspólnicy z góry nie okazali 
rozczarowania. Kiedy dobrnął do strefy łączności Beno za- 
pytał tylko, jak mu się poszczęściło. Wiadomość o otwarciu 
tylko jednej skrytki skwitował krótko: w porządku. Jednak 
zaraz na powierzchni kazali sobie pokazać plastykowe wore- 
czki z trofeami. 
— Dwa kotki i to — powiedział Vahvatil obracając 
w rękawicach bębenek. — Czegoś" takiego jeszcze nie 
mamy. Jak to nazwiesz? Jako odkrywcy przysługuje ci pra- 
wo. .. 
— Tlatocetl — rzekł Yonyer dziwiąc się własnemu 
zdecydowaniu. Nie miał pojęcia, skąd się wzięła ta nazwa. 
Po prostu wypłynęła gdzieś z wnętrza mózgu i zachrobotała 
dziwacznie w słuchawkach. 
— Tlatocetl — powtórzył Śliwa. — Dlaczego tak? 
— A bo ja wiem? — zirytował się Yonyer. — Dajcie mi 
święty spokój! 
Chciało mu się jeść i spać. Był zmęczony i ociężały. 
Zdawało mu się, że wnętrze skafandra wypełnia cblupkie, 
zimne błoto. Wziął kąpiel i całe zmęczenie spłynęło mu po 
nogach chłodnymi strumyczkami. Kiedy przechodził do łado- 
wnika Śliwy i Vahvatila, mgła nagle rozjarzyła się jak od 
jaskrawej flary. Startowała kolejna rakieta z ładunkiem dla 
„Ritornella". 
— Coś cię gnębi, wspólniku? — zagadnął Vahvatil 
zaraz na wstępie. — Gębę masz skwaszoną jak adwentysta 
przyłapany na flircie. Napijesz się herbaty? 
Pili herbatę z parujących kubków i nie patrzyli na siebie. 
— Taki ładny dzień — rozmarzył się Beno — ze 
człowiek rad by z miłości wycałować cały s'wiat. — Odstawił 
kubek i dodał: — Zadzwoniliśmy po Mezeia. 
Yonyer wolno pokiwał głową. — Moja rola skończona? 
— Może tak, a może nie. A co — spieszy ci się z powro- 
tem na „Ritornella"? 
— Zaczekaj — wtrącił się Śliwa — porozmawiajmy 
poważnie. Rysują się pewne prawidłowości. 
— Na przykład jakie? — Vahvatil starał się być iro- 
niczny. 
— Jak dotąd żadnemu z nas nie udało się opróżnić 
więcej niż jednej skrytki. Ile razy schodziliśmy, Beno? Cztery 
albo pięć. Te następne — Śliwa machnął ręką z rezygnacją 
— zbędna mordęga. Lepiej byśmy zrobili dając sobie spokój. 
— To by oznaczało, ze w Labiryncie można obłowić 
się tylko raz? — zapytał Yonyer. 
— Na to wygląda. 
— A zdajecie sobie sprawę, o czym to świadczy? — 
powiódł po ich twarzach szybkim spojrzeniem. Zdawali 
się nie podzielać jego ekscytacji. — Labirynt odróżnia 
nas od siebie. Rozpoznaje nas. Dysponuje umiejętnością 
zdemaskowania spryciarza, któremu nie wystarcza tylko jeden 

background image

zaciąg. 
Vahvatil skrzywił się: — Cóż to za rybacko-siectowa 
terminologia? 
— Posądzenie cokolwiek naciągane — ocenił Śliwa. — 
Nie prościej zwalić całą odpowiedzialność na przypadek? 
— Prościej — zgodził się Yonyer. Przez moment własne 
wymysły wydały mu się śmieszne, ale skoro zaczął, musiał 
brnąć dalej. — Tylko że prościej nie zawsze znaczy: bliżej 
prawdy. Przyjmijmy — dla zabawy — że istotnie Labirynt 
Potrafi identyfikować tych, co do niego wleźli. W takim razie 
dotychczasowe fakty przemawiają za tezą, ze Labirynt z pre- 
medytacją obdziela nas podarunkami. Innymi słowy bierzemy 
wyłącznie to, co dla nas naszykował. Wszystko inne pozostaje 
poza naszym zasięgiem. 
— Interesujące — przyznał Vahvatil. „Kpi czy rzeczy- 
wiście tak uważa?", bił się z myślami Yonyer. — Do czasu, aż 
dobierzemy się zgrabniej do tych baniaczków. Pytałeś zdaje 
się, czy cię puścimy na urlop. — Vahvatil pokręcił głową. — 
Mamy jeszcze parę dni, a Mezei wiezie trochę dobrego 
sprzętu. 
— Wiertła nawet nie zarysowały tej masy — powiedział 
ze sceptycyzmem Śliwa. — Cholera wie, co to właściwie jest. 
Twarde jak diabli. 
— Mówcie co chcecie — upierał się Yonyer — ale ja 
odniosłem wrażenie, że w najmniejszej mierze nie przyczy- 
niłem się do rozbrojenia skrytki. Otwarła się sama — pozo- 
stawało wygarnąć zawartość. Przyznacie, że daleko nam 
do Cortezów czy Pizarrów. 
— Prawdę rzekłszy ze mną było podobnie — oświad- 
czył Śliwa. Obaj spoglądali pytającym wzrokiem na Vahvatila, 
który fylko uśmiechnął się i rozłożył ręce. 
— Wujek Beno zaraz wam wszystko wytłumaczy. Tylko 
musicie być grzeczni. Wujek Beno pozjadał wszystkie ro- 
zumy i Labirynt dla niego to pestka. 
— Według mnie mechanizm „rozpoznawania" mógłby 
być całkiem prosty. Próżnia nigdy nie jest doskonała, a zatem 
pod kopułkami wałęsają się charakterystyczne pary czy atomy 
znaczone — w śladowych ilościach, oczywiście — które 
w momencie ładowania towaru osiadają na skafandrze... — 
Yonyer urwał, badając jakie wrażenie wywarły jego słowa. 
— W momencie podchodzenia do następnych stanowisk 
odpowiednie czujniki posyłają sygnał do układu blokują- 
cego krypty i facet odchodzi z niczym. 
— Odpowiednie czujniki! — prychnął Śliwa. — Wy- 
obrażasz sobie ich czułość? W dodatku niewidzialne! 
— Może cała pokrywa to jeden wielki czujnik? 
— A mnie podoba się ten pomysł — powiedział Vah- 
vatil. — Głównie dlatego, że przenosi problem ze sfery 
metafizyki w dziedzinę fizyki, a może nawet techniki. Przy- 
pomnij sobie — zwrócił się do Śliwy — ilu skafandrów uży- 
waliśmy do poszukiwań? 
— Dwóch. 

__ Mnie tez się tak wydawało. Jutro przywdziejemy 
novve ubranka. No, co wy na to? Wyelegantujemy się jak 
na przyjęcie dyplomatyczne! 
Zrobili sobie jeszcze po herbacie, a potem Śliwa nalał 
każdemu porcję samogonu. Alkohol był słaby i zalaiywat 
charakterystycznym aromatem, ale smakował niczego sobie. 
— Coś mi się tu nie podoba — podjął Yonyer ocierając 
usta wierzchem dłoni. — Prześladuje mnie mys'l, że wpa- 

background image

kowaliśmy się w kabałę nie na nasze głowy. Nie chciałbym 
nikogo urazić... ale wtargnęliśmy do królestwa śmierci — 
ze się tak wyrażę poetycko. Naruszyliśmy wieczny spokój 
zmarłych. Chciałbym wierzyć, ze nam to ujdzie płazem. 
— Zmarłych czterdzieści wieków temu — podrzucił 
kąśliwie Vahvatil. 
— Nieważne, śmierci czas nie obchodzi. Złamaliśmy 
zasady obowiązujące nas jako ludzi. Źle zabrzmi to, co 
powiem, a\e uważam, ze we wspólnocie rozumnych musi 
istnieć podobne traktowanie śmierci i podobne zachowanie 
wobec śmierci. Śmierć budzi respekt, zwłaszcza wśród ro- 
zumnych, domaga się szacunku — a ze byli rozumni, o tym 
chyba nie wątpicie? 
— Po cholerę nam to mówisz? — zerwał się Vahvatil. 
Zaczął łazić po kabienie szybkimi krokami — na tyle, na 
ile pozwalała ciasnota pomieszczenia. Śliwa milczał. — Myś- 
lisz, że robisz odkrycia? Że my tego nie wiemy? 
— Wiecie? I co? 
Vahvatil usiadł na łóżku. Wsparł głowę na rękach i za- 
patrzył się w jakiś punkt na podłodze. 
— Słuchajcie, przecież to czyste barbarzyństwo. Do- 
bierzemy się im do trumien, bo a nuż przed pochówkiem 
nie wybito im wszystkich złotych zębów i nie pościągano 
obrączek z palców. Wpadliśmy na cmentarz, gdzie powinno 
być cicho, gdzie mają szumieć brzozy, gdzie trzeba się 
zadumać i pomodlić — a my z rykiem, wesoło, worki w rękach 
przy okazji nakopać trochę żwiru i zabawić się dynamitem. — 
Urwał; wydało mu się, że przecina jak wrzód coś, 
co narosło i domagało się przecięcia, że mimo naprężonej 
atmosfery jednak sprawia ulgę — im i sobie. — Bez pieprze- 
nia: chcę powiedzieć, żeśmy ich znieważyli. Obudziliśmy ich 
gniew. Naszym potraktowaniem miejsca, które jest..., musi 
"yć dla nich święte, sprawiliśmy... 
— I dlatego złe duchy, które poruszyliśmy, będą się na 
nas mściły! — Beno Vahvatil podjął na nowo wędrówkę: 
trzy kroki ku ścianie i trzy z powrotem. — Obraziliśmy 
Złe Mzimu i teraz tylko patrzeć, jak katastrofa zwali się 
nam na głowy? Przestań histeryzować, do cholery! To co — 
mamy pozanosić nasze kotki i ten twój, jak mu tam... 
— Tlatocetl — podpowiedział Yonyer; przeleciał go 
dreszcz. Zapadał szybki mrok i w kabinie zrobiło się chłodno. 
— Mamy pozanosić na stare miejsca, powkładać pod 
baniaczki, pozalepiać supercementem i wycofać się tyłem 
z litanią na ustach? Ach, nie gniewajcie się, wytworni, my 
nienaumyślnie! Ach, przebaczcie prostakom zamachy święto- 
kradcze — my tylko tak, dla rozweselenia! Co? — huknął. — 
Tego byś chciał? 
Yonyer wstał powoli, odstawiając dawno wystygły ku- 
bek. 
— Wpakowaliśmy się po uszy — powiedział. — Nie ma 
już odwrotu. Juz się zadecydowało. Nieodwołalnie. — Stanął 
przed Vahvatilem, wyprostowany, i spojrzał mu prosto w oczy. 
— Jemu — pokazał kciukiem w górę — też zamierzacie 
odwalić ten cyrk z promiennikiem? 
Nie mógł zasnąć. Przez obły iluminator wlewał się sinawy 
blask Miradora. Stęknęła ziemia i obrzeże iluminatora roz- 
błysło matowo. Kolejna rakieta, pomyślał. Śledził wygasanie 
poświaty, aż mrok ustalił się na poprzednim poziomie. Trwało 
to króciutko, o wiele za krótko: granat pojaśniał o kolejne 
tony, wreszcie zbielał zupełnie i szkło zapłonęło. Tym ra- 
zem ogień zstępował z nieba, a wraz z nim huk stu piorunów 

background image

zebranych w wiązkę. Po ścianie nad legowiskiem Yonyera 
przeleciał szybki cień. 
Lądował Mezei. 
IV 
Bywały takie dni, kiedy Buchse nie po- 
trafił dojść do ładu z otoczeniem. Budził się nagle w środku 
nocy z ponurym przeświadczeniem, ze nic nie pamięta — 
anj gdzie jest, ani jak się tutaj znalazł. Wpatrywał się w ścianę 
nad łóżkiem — pewien, że widzi ją po raz pierwszy w życiu. 
Czyjeś rozedrgane ręce wydrapały głęboko w laminacie, az 
do metalu, grube krechy — sześć czy siedem — jakby ktoś 
próbował tymi nacięciami oznaczać dni. Pościel pokrywały 
jeszcze płatki lakieru; Buchse przyglądał się kreskom bez 
zrozumienia, pewien tylko jednego: tym razem jeszcze się 
wywinął. Udało mu się ujść z życiem. Wisiała nad nim 
monstrualna łapa o siedmiu pazurach, która już sposobiła 
się do ciosu — w ostatniej chwili coś stanęło jej na prze- 
szkodzie. Ślad na ścianie był jednocześnie znakiem ocalenia. 
Na nocnym stoliku stał cyfrowy wskaźnik, połączenie 
kalendarza i zegara. Pokazywał jakieś liczby, które nic Buch- 
semu nie mówiły. Wychodził na korytarz, niczego nie rozpo- 
znając. W powietrzu wisiała mgła, a właściwie poświata, 
odkładając się złotymi pasmami na ciemniejszym tle. Rzadko 
spotykał ludzi, a jeśli juz — schodzili sobie z drogi. Nie 
potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego. Bał się ich — czy też 
oni bali się jego. Skąd się wzięli w tym pustym mieście? 
Wracał do kabiny, przekopywał zakamarki w poszukiwaniu 
jedzenia, znajdując jedynie garść kartek zapełnionych roz- 
chybotanym pismem. Przekładał je przed oczami; nic dla 
niego nie znaczyły. 
Przed ponownym zagrzebaniem się w pościeli miewał 
przebłyski genialności. Czuł, że za wszelką cenę musi posta- 
wić kolejną kreskę obok tamtych, że poza tym przeklętym 
imperatywem nic się już nie liczy. Jak na zawołanie znajdował 
błyszczący chromem rylec, upuszczony przezornie obok łóżka, 
chwytał go pewną dłonią i skoro tylko wyżłobił rysę, do- 
świadczał przedziwnej ulgi. Mętlik w głowie ustępował 
miejsca spokojowi, ukojeniu, zaspokojeniu. Zasypiał niemal 
szczęśliwy. 
Świadomość wróciła Buchsemu na dobre, gdy wyżłobień 
na ścianie było dokładnie dziesięć. Według kalendarza od 
ostatniej zapamiętanej daty upłynęły trzy dni; od opuszczenia 
Miradora — dziesięć. Co się z nim działo? Dlaczego nikt 
do niego nie zajrzał, nie zainteresował się jego losem? 
Przeszłość — tę najbliższą — wspominał jako ciągłą walkę 
z obezwładniającym umysł szaleństwem. Zmagał się z alko- 
holem albo narkotykiem, odbierającym pamięć i deformującym 
świat — ale wygrał. Własne odbicie w lustrze obejrzał jak 
Portret zupełnie obcego człowieka: spoglądała na niego 
poczerniała twarz o zapadłych policzkach i błyszczących 
oczach. Kiedy się golił, światło zamigotało i zgasło. Było 
chyba bardziej żółtawe niż zwykle — zastanawiał się. Na- 
waliły agregaty? Odłożył aparat i wyjrzał na korytarz. Ciemno. 
Nie miał pojęcia, co zrobić w takiej sytuacji, ale nim zdążył 
cokolwiek postanowić, lampy rozjarzyły się na nowo. 
W jadalni Dobrowolski kłócił się o coś z Mezeiem. 
Nie zwrócili uwagi na wejście doktora. Nalał sobie kawy, 
położył na talerzyku trochę syntetycznego chleba, ser, masło, 
parę plasterków wędliny. To już z Miradora, pomyślał 
z roztargnieniem. Usiadł naprzeciwko skłóconych i zaczął 
rozsmarowywać masło na kromce. 

background image

— O, to pan, doktorze — rzekł Dobrowolski całkiem 
naturalnym tonem, jakby Buchse wychodził tylko na chwilę. — 
Dobrze, ze pana widzę. 
Buchse jadł i nie odzywał się. Dyskusje na temat nawi- 
gacji obchodziły go tyle, co śnieg na Marsie; nigdy w nich 
nie uczestniczył. 
— Zgoda, spycha nas z kursu — rzucił z gniewem 
Dobrowolski zwracając się do Mezeia, a właściwie przed 
siebie. — Coś nieustannie spycha nas z kursu, tak? 
— Nie w tym rzecz — wtrącił napastliwie Mezei. — 
Do tej pory rejestrator zanotował dziesięć impulsów, które 
— gdyby nie interwencja układu autonomicznego — dają 
w efekcie ciekawą krzywą wypadkową. 
— Ile impulsów? — spytał Buchse. 
— Dziesięć. Coś się nie zgadza? 
— Nie, w porządku. Tak tylko pytam. 
— Ta krzywa wygląda w ten sposób — Mezei poka- 
zywał Buchsemu arkusze, które wyciągnął nie wiadomo skąd. 
Dobrowolski demonstracyjnie odwrócił głowę i zagapił się 
w przeciwległy kąt jadalni. Widocznie obejrzał wykresy 
wcześniej. Buchse uprzejmie obrzucił wzrokiem kolorowe 
węże i kompletnie nic nie rozumiejąc z wyjaśnień Mezeia 
pokiwał znacząco głową. Jedzenie smakowało mu. To już 
na pewno z Miradora, osądził. 
— Nanosiłem hipotetyczne odchylenia na krzywą kursu 
— perorował Mezei — Przy założeniu, że poszczególne 
impulsy nie napotkały z naszej strony przeciwdziałania. Tak 
wyglądałaby sytuacja po pięciu impulsach początkowych — 
wyciągnął jakiś arkusz. — A tak po dziesięciu — znowu 
zaszeleścił zwojami, aż rozpostarł z triumfem właściwy. — 
Niech pan tylko spojrzy, doktorze. Tu wszystko ma pan 
wyrysowane jak na dłoni. Orbita Miradora przecina się 
z kursem statku. Zadanie impulsów polegało na zawróceniu 
Ritornella" z powrotem na Miradora! 
— Ciekawa hipoteza — skwitował Buchse. 
— I nic ponadto! Napracował się pan, ale naprawdę 
niewiele z tego wynika, kolego Mezei. Proszę się nie obra- 
zić, ale coś mi się zdaje, że do z góry przyjętej tezy dopaso- 
wał pan fakty — grzmiał ze swadą Dobrowolski. — Nasz 
młody kolega — puścił do Buchsego oko — od pewnego 
czasu usiłuje wskoczyć na moje miejsce. Taki cel sobie wy- 
tknął, proszę ja was. Dążąc do niego ustawicznie uważa 
wszystkie dostępne mu sposoby za dopuszczalne. Nie, dokto- 
rze, proszę go nie potępiać, to taka nasza wspólna zabawa. 
Rozgrywka i rozrywka zarazem. Mnie się opłaca spierać 
z kolegą Mezeiem — dzięki niemu utrzymuję się w jakiej 
takiej kondycji intelektualnej. Pan rozumie, doktorze, kolega 
Mezei jak ten żarłoczny szczupak nie pozwala mnie, tłus- 
temu karasiowi, zbytnio obrosnąć sadłem! — śmiał się re- 
chotliwie i walił grubymi łapami o stół. Mezei zwijał powoli 
swoje arkusze i uśmiechał się zagadkowo. 
„Co on wygaduje?", zastanowił się przelotnie Buchse. 
Poskładał naczynia i odniósł je do automatu. 
— Pójdę już — powiedział — chorzy czekają. 
— A kto właściwie jest chory? — zainteresował się 
Mezei. Buchse zbył jego pytanie milczeniem. 
W kabinie Yonyera panował półmrok. Sam Yonyer spo- 
czywał na tapczanie, z wysoko podłożoną poduszką i rękami 
swobodnie opuszczonymi wzdłuż tułowia. Na tle pościeli 
jego'twarz z zamkniętymi oczami odznaczała się jaśniejszą 
plamą. Musiał wyczuć obecność doktora, ponieważ poruszył 

background image

się i z trudem wyszeptał kilka słów. 
— Jestem, jestem — zapewniał Buchse pochylając się 
nad nim. Ujął rękę chorego, gorącą i suchą. — Zaraz się 
panem zajmę. 
Odpowiedział mu krótki spazm — ni to kaszel, ni śmiech. 
— Jakie to życie niesprawiedliwe — mówił Yonyer 
tak cicho, że doktor az wstrzymał oddech. —.Wszyscy wy- 
zdrowieli, tylko ja... 
— Nieprawda — zaprzeczył żywo Buchse — ja tez 
Ciałem ostatnio kłopoty. Dopiero od dzisiaj jestem na nogach. 
— A kto przychodził do mnie przez te wszystkie dni? — 
oburzył się Yonyer. Machnął ręką, która opadła ciężko wzdłuż 
boku. — Nieważne. Nic się już nie liczy. To już koniec, 
doktorze. Błagam, niech pan nie zaprzecza. Niech mi pan 
oszczędzi tych waszych słodziutkich kłamstewek na minutę 
przed pójściem do Bozi. Czuję się jak facet, który zaraz 
umrze, ot co. 
Znowu rozchichotał się śmiechokaszlem, od którego 
Buchsemu ciarki chodziły po plecach. Podane przez doktora 
pastylki przyjął z grymasem ostentacyjnej niechęci; picie 
wody z "podstawionej szklanki sprawiało mu widoczną trud- 
ność. Jego szyja wyglądała jak obciągnięta delikatną bibuł- 
ką japońską. 
— Daremny wysiłek — powiedział — niemniej dzię- 
kuję panu. Oni, tam — Buchse domyślił się, ie mówi o Mira- 
dorze — zastawili na nas pułapkę. Uniknęlibyśmy jej — 
gdybyśmy byli choć trochę lepsi. Oni są mądrzy, o tak. 
I bardzo przebiegli. Już czterdzieści wieków temu przewi- 
dzieli, z kim będą mieć do czynienia. Przyszykowali pułapkę 
na złe, chciwe zwierzęta — i złapali nas. To nie przypadek. 
Nie przypadek — powtarzał. Mełł słowa między zębami, 
wydając chwilami tylko niezrozumiały pomruk. 
— A tak między nami, doktorze — podjął z niespodzie- 
waną energią — to wciąż zastanawiam się, czy okazaliśmy 
się wyjątkowymi kreaturami, specjalnie tresowanymi na tego 
rodzaju okazję, czy tez inna załoga na naszym miejscu 
zachowałaby się identycznie? I wie pan, do jakiego wniosku 
dochodzę? Ludzie są źli jako rasa. Zło jest ich immanentną 
cechą, zostało w nich zakodowane — jak kolor oczu czy 
skłonność do tycia. Nasza gotowość do propagowania zła, 
psucia, szkodzenia i niszczenia na dowolną skalę stanowi — 
ujmując rzecz statystycznie — właściwość nie do przezwy- 
ciężenia. Pewnie, znajdzie się tu i ówdzie kilku świętych, 
ale nie zmienią obrazu całości. Teraz niech pan spojrzy na 
to oczami właściciela pastwiska, na którego teren zakradły 
się wyjątkowo złośliwe kojoty. Takie, które mordują i niszczą 
więcej niż potrzebują, by przeżyć. Co pan zrobi? Prawdopo- 
dobnie zawróci do domu po strzelbę. — Przerwał by ode- 
tchnąć głęboko. — Tak, mój panie. Czy się nam podoba, czy 
nie, wcześniej czy później zostaniemy wymazani. 
— Zbyt czarno patrzy pan na pewne sprawy... — 
zaoponował nieśmiało doktor Buchse. 
— Wymazani! — Yonyer przeciągnął po pościeli ot- 
wartą dłonią, jak gdyby coś ścierał. — My jesteśmy muchy, 
roznoszące kawałki zła po całym kosmosie. Gdzie się tylko 
da. Co za wstrętny gatunek! Ale czy to moja wina, ze uro- 
dziłem się muchą? — Opadł na wezgłowie, oddychał szybko 
jak po biegu. — Z mojej perspektywy istoty pojedynczej 
trudno uznać zastany porządek za sprawiedliwy. Czy uwie- 
rzy pan, że tam, wśród tych przeklętych oparów, w tych trochę 
głębszych piwnicach byłem jedynym, który zgłaszał wątpli- 

background image

wości? Tylko mnie nie pasował przyjęty sposób działania! 
I oto nagroda: inni cieszą się zdrowiem, śpiewają piosenki, 
układają plany, a ja leżę tutaj. Czy tak powinno być? 
— Myli się pan — powiedział ostrożnie Buchse. — Na 
ośmiu ludzi tylko dwóch czuje się jako tako. A i ci nie 
są pewni ustąpienia dolegliwości na trwałe. 
— Ależ mnie pan pociesza, doktorze! Pan chyba sądzi, 
że polepszy mi się od samej myśli, że z innymi również 
nietęgo! — prychnął z dezaprobatą. — Taki Mezei. Na 
pewno zdrów jak ryba. 
— Widziałem go dzisiaj — bąknął Buchse. — Wpraw- 
dzie nie miałem czasu go zbadać... 
— Przecież Mezei tam stoi — Yonyer pokazał ciemny 
kąt kabiny. — Też czeka... Czy to nie Mezei? Mezei! Patrz 
pan, jak mu się ryło śmieje. A ten z tyłu — czy to przy- 
padkiem nie Vahvatil? Już tu krążą, czatują... 
Buchse czekał, aż omamy ustąpią. Lekarstwa powinny 
już zacząć działać. Istotnie, Yonyer zapadł w krótki, szar- 
pany sen. Buchse przystawił fotel do wezgłowia chorego 
i usiadł. Brak światła przeszkadzał mu, lecz nie mógł się 
zdobyć, by je wzmocnić. 
W godzinę później Yonyer wznowił swoje monologi. 
Gasł w oczach. Buchse zaaplikował mu trochę środków wzma- 
cniających i podpiął elektrodę. Patrzył, jak w poprzek ekranu 
biega biała śnieżynka pulsu. 
— Najlepiej nie mieć żadnych wątpliwości. Robić co 
każą, bez zastanowienia. Być może w każdym, kto dorósł 
do wątpliwości, pojawia się zalążek jakościowo innego czło- 
wieka? Kto rozumie, a przynajmniej dostrzega swe błędy, 
widzi ich sieć rozpostartą nad sobą, ten już właściwie dojrzał, 
by ją przerwać, a zatem należy go osądzać według nowych, 
surowszych kryteriów. To nowy, lepszy człowiek — cóż z te- 
go, że jeszcze słaby jak niemowlę? On już żyje, a tamci — 
martwe kamienie... Doktorze, jest pan tu jeszcze? Nigdy nie 
wierzyłem w Boga... na tyle mocno, na ile by należało. Coś 
tam przeczuwałem, ale nie pozwalałem przeczuciom, by mną 
zawładnęły. Tak sobie tłumaczyłem: skoro człowiek został 
stworzony na obraz i podobieństwo Boga, więc stwórca 
musi być odbiciem wszystkich naszych słabości. Skoro jes- 
teśmy źli — my, jego dzieło, w jakimś stopniu zły, ułomny 
musi być on sam. A więc to nie Bóg... Jakieś indywiduum, 
ale nie Bóg. Skąd my się .wzięliśmy, doktorze? Czyim jes- 
teśmy pomiotem! 
— Może należało wierzyć wbrew wszystkiemu? — 
podsunął Buchse bez przekonania. 
— Jak Hiob? — zapytał Yonyer słabym głosem. — 
Może. Ale zostało mi za mało czasu, żeby spróbować. 
Za mało czasu — powtórzył i jakby' się zdumiał. — W ogóle 
nie mam juz — dalszego ciągu Buchse raczej się domy- 
ślił niż dosłyszał. Yonyer odrzucił mocno głowę na poduszkę, 
jakby dość miał widoku doktora, i zapatrzony w cienie 
na ścianie znieruchomiał. 
Buchse poruszył się gwałtownie w fotelu, chcąc chyba 
wstać, ale natychmiast uświadomił sobie zbędność jakich- 
kolwiek gestów. Śnieżynka na ekranie zaprzestała pląsów 
i świeciła w mroku jak gwiazda. 
— Mam jeszcze do pana tylko jedną prośbę — po- 
wiedział Yonyer. Stał obok posłania zmarłego, vis a vis 
doktora. — Niech pan nie dotyka tlatocetla. Rozumie pan? 
Pod żadnym pozorem nie wolno panu dotykać tlatocetla. 
Buchse westchnął głęboko i zamknął umarłemu powieki. 

background image

Czuł coś w rodzaju rozczarowania, zażenowania i — jednak 
— ulgi. Przez pewien czas trawił w sobie tę skomplikowaną 
mieszaninę uczuć, potem podniósł głowę i rozejrzał się po 
kabinie. 
— Nie wolno panu dotykać tlatocetla — powtórzył 
Yonyer. 
W jaskrawym świetle zmarły wyglądał jak woskowa 
lalka. Dopiero teraz Buchse spostrzegł, jak bardzo zmienił 
się jego pacjent od momentu wkroczenia do gabinetu me- 
dycznego „Ritornella". 
Tlatocetl znalazł właściwie bez wysiłku — leżał u jego 
stóp. Yonyer musiał upuścić go pod tapczan w momencie 
szczególnego odpływu sił. Przedmiot był ciężki jak na swą 
objętość — i martwy jak kamień. Jego powierzchnię żłobiły 
dziwne znaki. Bez wątpienia była to jednak ta sama zabawka, 
którą Buchse zobaczył w rękach Yonyera podczas krótkiego 
seansu wideołączności. Owinął łlatocełl znalezionym kawał- 
kiem folii, podszedł do szafy i wyjął zza szyby dwie nie- 
wielkie figurki nie znanych mu zwierzątek. Oryginalne, po- 
myślał wsuwając je do kieszeni. Z Miradora. Wychodząc 
zredukował światło do poprzedniego poziomu. 
Yonyer przyglądał się w milczeniu poczynaniom doktora-, 
a kiedy Buchse zniknął za drzwiami, spojrzał bez cienia 
uczucia na stygnące w pościeli zwłoki i z wolna uniósł się 
w górę. Krążył od kabiny do kabiny, pragnąc pożegnać 
się ze wszystkimi po kolei. Mezei z Dobrowolskim ciągle 
siedzieli w jadalni. Arkusze leżały porzucone na podłodze, 
na stole dymiły talerze z rosołem. Vahvatil spał i Yonyer 
na chwilę ukazał mu się we śnie. Doktor Buchse zdążył już 
dobrze ukryć tlatocetl i teraz zastanawiał się, gdzie umieś- 
cić obydwa kotki. Powie, że dostał je od Yonyera w pre- 
zencie. Wyglądał na zadowolonego. 
— Pod żadnym pozorem... — zaczął Yonyer, ale przy- 
pomniał sobie, że już to mówił. 
Śliwa leżał w łóżku i czuł się bardzo podle. 
— Nie bój się śmierci — pocieszył go Yonyer, ale 
Śliwa w ogóle nie zwrócił na niego uwagi. 
Wreszcie Yonyer zakończył pożegnalną serię odwie- 
dzin. Teraz Ziemia, pomyślał bez żadnej emocji. Opuszcza- 
jąc statek dostrzegł jeszcze doktora, który siedział w swojej 
kabinie. 
Myśli Buchsego krążyły uparcie wokół ostatnich wy- 
darzeń. Robić sekcję? Powtarzać analizy? Nie wiedział, na co 
się zdecydować. W ciągu tych kilkunastu minut Yonyer stał 
się dla niego nieskończenie odległy i obcy. Był człowiek — 
nie ma człowieka. Trudno. Z niechęcią myślał o swoim 
związku z tą sprawą. 
Podniósł się ciężko i wydobył z dolnej szafki owinięty 
w folię tlatocetl. Obnażał go bez pośpiechu, szeleszcząc 
kawałami tworzywa, które — gdy stało się zbędne — ze- 
pchnął po prostu na podłogę po drugiej stronie stołu. Arkusz 
osiadł na dywanie, prostując się z cichym potrzaskiwaniem, 
jakby przeskakiwały po nim ładunki elektryczne. 
Doktor odwrócił jeszcze aparat video, tak by w przy- 
padku włączenia się jakiegoś natręta kamera pokazywała 
tylko pusty kąt pokoju. Żałował, że nic nie zostało do 
zrobienia — drzwi blokowały się samoczynnie. Potrzebował 
kilku prostych czynności dla zajęcia rąk i uspokojenia umysłu, 
ale nic nie zdołał wymyślić. 
Usiadł i zaczął wpatrywać się w przedmiot. Według 
ziemskich kanonów nie imponował pięknem, jednak jego 

background image

kształt, wzajemne ułożenie poszczególnych płaszczyzn i kra- 
wędzi sprawiały, że na swój sposób fascynował. Wydawał 
się wycięty z litego materiału albo wytopiony z idealnej 
formy — ale ewentualne zabiegi z tym związane nie pozosta- 
wiły żadnych śladów po narzędziach. Miało się wprost 
ochotę dotknąć jego żłobionej w dziwne wzory powierzchni, 
wziąć do rąk — po uświadomieniu sobie tych pragnień 
Buchse ze zdziwieniem dostrzegł w tlatocetlu jakby este- 
tykę wyższego rzędu, umykającą na pierwszy rzut oka, 
lecz później nieznośną i drażniącą. 
Poczuł chłód, zaledwie ujął tlatocetl w ręce. Z bliższej 
perspektywy jego geometria traciła sporo ze swej doskona- 
łości i harmonii. Naraz rozmieszczenie krawędzi i płaszczyzn 
wydało się Buchsemu do poprawienia, jednocześnie zaś 
sposób, w jaki tlatocetl układał się w dłoniach wręcz prowo- 
kował do reakcji. Był jak żywe stworzenie, które niepostrze- 
żenie dokonuje serii drobnych ruchów, udając w przerwach 
doskonałą martwotę. Buchse nie mógł się oprzeć złudzeniu, 
że tlatocetl lada chwila wysunie mu się z palców, jeśli go 
nie przytrzyma. 
Powierzchnia tlatocetla utraciła metaliczny chłód, w doty- 
ku także bardziej przypominała zamsz lub irchę. Czy to 
możliwe, żeby własności fizyczne mogły się zmienić w tak 
krótkim czasie? Wzrok kłamał dotykowi, wzory o nieregu- 
larnych formach przywodziły na myśl stare księgi oprawne 
w tłoczoną skórę. Na pozór chaotyczne, po dokładniej- 
szych oględzinach traciły charakter zawiłej plątaniny, ale 
ukryta w ich rozmieszczeniu prawidłowość nie dawała się 
sformułować prosto. Tak jak w przypadku linii papilarnych, 
pomyślał Buchse. Poczucie niepewności ustąpiło miejsca 
narastającej euforii, doktor nagle wydał się sobie człowiekiem 
znacznie lotniejszym i odważniejszym. Cóż mam do stracenia, 
tłumaczył sobie, podczas gdy jego palce błądziły wokół 
tlatocetla. Był niemal pewien, że powinien poprawić układ 
geometrycznych cech przedmiotu, ze zrobi to w końcu i ze 
zrobi właściwie. 
I zaledwie uwierzył w tę możliwość, jego palce wyko- 
nały zdecydowany ruch. Zaskoczony — powinien przecież 
im rozkazać — dziwił się opanowującej go dziecinnej radoś- 
ci. Stan zadowolenia trwał krótko, ustępując doskwierającej 
niewygodzie — i już stało się jasne, że finał gry nastąpi dopie- 
ro po całej sekwencji ruchów. Palce obiegały teraz przedmiot 
z zadowoleniem niemal erotycznym i od czasu do czasu, jak 
gdyby pragnąc zaskoczyć Buchsego, wykonywały kolejny 
manewr. Z tępych końców przedmiotu wydobywał się po- 
tężny prąd, wnikał do jego dłoni, ramion i barków, docierał 
do głowy obejmując organizm doktora jak gdyby pierście- 
niem. Doktor był pewien, że niczego podobnego jeszcze 
nie doświadczył i przez chwilę mignęła mu myśl, czy dane 
to było przed nim jakiejkolwiek istocie żywej. Strumień 
gęstniał, przybierał na mocy, obejmując go przyjaźnie. Się- 
gał już czubka głowy i w mózgu Buchsego rozlewało się 
miłe ciepło. Czekał z głupawym uśmiechem na dalszy ciąg, 
kompletnie zarzuciwszy kontrolę rąk, zapatrzony we własne 
wnętrze, gdzie rozwijało się coś, co już od samych narodzin 
zagrażało dominacją, gdy wyrośnie, lecz Buchse zezwalał 
na bieg rzeczy, więcej — pragnął go w oczekiwaniu na 
zamykający sekwencję orgazm. Powieki opadły mu na oczy; 
wyglądał jak zatopiony w medytacjach. Tylko ruch rąk i biją- 
ce spomiędzy nich blade światło zaprzeczały temu wrażeniu. 
Ale rozwijający się tak pomyślnie proces znienacka 

background image

uległ spowolnieniu, a potem zahamowaniu. Budząca się 
wewnątrz Buchsego inność zwęszyła niebezpieczeństwo. 
Próbował uspokoić jej zwierzęcą nieufność, lecz pierścień 
ciepła osuwał się szybko po jego ramionach. Przeszył go 
nagły mróz. Poprzednie wrażenia wydały mu się ohydne 
w swej prostackości, poczuł do siebie pogardę, że im uległ. 
Przedmiot w jego palcach stał się zimny i ciężki, jak wykonany 
z litego żelaza. A przecież jeszcze przed chwilą nie dostrzegał 
jego wagi. 
Kiedy strumień ciepła do reszty wsiąkł w tlatocetl, 
by tam zniknąć bez śladu, Buchse poczuł się totalnie nie- 
szczęśliwy. Tlatocetl go odtrącił. Zdyskwalifikował. Zrezyg- 
nował z niego. Uznał, że się nie nadaje. Co teraz, co teraz, 
szeptał kiwając się nostalgicznie w fotelu. Wstrząsały nim 
dreszcze, z zimna albo z wewnętrznej depresji. Rozpacz 
bez reszty zalała jego umysł. Zaczął się prawie modlić: 
nie porzucaj mnie, daj mi jeszcze jedną szansę. 
Resztki odporności pryskały pod coraz bardziej zaciek- 
łymi atakami stresu. Człowieku, marność jest ir^;ę twoje.. ¦ 
Jako lekarz wiedział to już dawniej, ale zrozumiał dopiero 
w tej chwili. Prochem jesteś i w proch... Aż się uniósł i nabrał 
do płuc powietrza z zachwytu. Rozejrzał się po kabinie. 
Jego umysł pracował jasno i precyzyjnie. Raz na zawsze 
skończyć z tym bezsensem. Zasnąć i nie obudzić się więcej. 
Cokolwiek wydarzy się potem, będzie o niebo lepsze od 
gąsienicy wyżerającej od środka jego duszę. 
Odłożył przedmiot i podszedł do szafki z medykamen- 
tami. Stał jak nie na swoich nogach. Przesuwał palcem po 
etykietkach z grubymi, wyraźnymi napisami, z trudem przy- 
pominając sobie, co się za nimi kryje. W końcu wybrał. 
Nakrętka — jedno z tych sprytnych zamknięć dla ochrony 
przed dziećmi — stawiła niespodziewany opór, dając Buch- 
semu sekundę, może dwie zwłoki. W tym samym momencie, 
kiedy ją zerwał, odezwał się videofon. 
Jakby bania ze szkła rozbiła się w jego głowie. 
— Jestem — powiedział Buchse, nie wiedząc jeszcze 
kto dzwoni. Z buteleczką w ręce wszedł w pole widzenia 
kamery. Z ekranu spoglądał na niego Vahvatil. 
— Coś się stało, doktorze? — rzekł z przesadnym 
zatroskaniem. — Nie wygląda pan kwitnąco. Może... 
— Krótko, o co chodzi — warknął ,.Buchse. Chciał być 
opryskliwy, ale z jego ust wydobył się tylko słaby skowyt 
i te groźne słowa zabrzmiały tym żałośniej. 
— Nie ma pana w gabinecie w godzinach przyjęć 
— oznajmił Vahvatil. — Incydent godny ubolewania, 
nie uważa pan? Zwłaszcza że dookoła pacjent na pacjen- 
cie. 
— Tak? — Buchse odłożył buteleczkę i próbował zebrać 
myśli. — Przypuśćmy. — Nie bardzo wiedział, jaki to ma 
związek z jego osobą. — A kto jest chory? 
— Niejaki Yonyer. Mówi coś panu to nazwisko? Tak 
chory, że właściwie już trup. Zastanawiam się, co na to powie 
Dobrowolski. 
— Yonyer nie żyje i proszę wyrażać się o nim z sza- 
cunkiem — rzekł sztywno Buchse. Nie zdając sobie sprawy 
z tego gestu przestawił aparat video w poprzednie poło- 
żenie. — Nie pomoże mu nawet sztuczne oddychanie. 
Kto jeszcze? 
— My jesteśmy chorzy, ja i Mezei. Z niepokoju — 
wyszczerzył zęby Vahvatil. — Ściśle mówiąc chodzi nam 
° wazonik na pańskim stole. 

background image

Doktor spojrzał w tamtą stronę i przygnębienie złapało 
go jak w imadło. Poszukiwał wzrokiem buteleczki. 
— Przyjmie pan dwóch pacjentów, którzy zapłacą za 
poradę pokorą i wdzięcznym sercem? 
Skinął tylko głową. Potrzebuje paru sekund, najwyżej 
pół minuty. Potem mogą mu skoczyć. 
— To niech pan odblokuje wejście. Zaraz tam będzie- 
my. 
Poszedł mechanicznie ku drzwiom, zdając sobie dosko- 
nale sprawę ze zbędności tego gestu. Walczył z czasem, 
nie z nimi. I o czas. 
— Już — powiedział. Drzwi odskoczyły, odwalone 
stanowczym kopniakiem. Wtargnął przez nie Mezei, przypadł 
jak pijawka do doktora Buchse i wwiercił mu w szyję lufę 
poręcznego miotacza na średnie dystanse. 
— Myślałeś, że będziesz nas kiwał, cwaniaku! No, 
dalej — nie wiedział, co jeszcze powiedzieć, zaskoczony 
brakiem oporu i widokiem tlatocetla, więc tylko dokończył: 
— Rączki do góry! Nuże! 
Buchse roześmiał się ponuro. Wolnym ruchem odsunął 
lufę i usiadł. W trakcie tych czynności zauważył, że ekran 
videofonu zgasł. 
Przez kilka szybkich oddechów czekali na przybycie 
Vahvatila. Doktor uśmiechnął się na jego widok i powoli, 
z precyzją zaczął wystukiwać z buteleczki żółtawy proszek 
na dłoń. 
— Zabijcie mnie — mamrotał — bardzo proszę. I szyb- 
ko, jeśli łaska. Bez nabożeństwa. 
Vahvatil jednym ruchem wytrącił mu flakonik. Proszek 
opadł złotą smugą pyłku na dywan. Odstąpił o krok. 
— Któż tu mówi o zabijaniu, doktorze? — starał się 
nadać głosowi jowialny ton. — Dosyć tych trupów, na 
jeden dzień wystarczy. Przyszliśmy tylko do pana z malutką 
propozycją. 
Mezei domknął drzwi i zupełnie opuścił lufę. 
— Tlatocetl, który pan tu... hm, przyniósł, jedynie 
w połowie stanowił własność naszego zmarłego kolegi. 
Proponujemy panu uczciwie przejęcie jego udziału. Do 
czasu sprzedaży towar pozostaje pod pańską opieką. Wie 
pan, mamy trochę tego... — zafalował z gracją ręką — 
w nadmiarze. Zgoda? 
Buchse kiwał się monotonnie. 
— Jeśli pan nie odmawia, proszę podpisać ten doku- 
ment. Kopia oczywiście dla pana. 
Mechanicznie spełnił żądanie. Zaskoczeni takim obrotem 
sprawy napastnicy ulotnili się bez dalszych ceregieli. Buchse 
wpatrywał się w podłogę, żałując zniszczonej buteleczki 
i proszku, lecz nie wstawał po nową. Chcieli mnie zabić, 
rozmyślał leniwie. A ja, gdybym się zebrał, potrafiłbym, 
przecież załatwić ich bez pudła. Pod pozorem zabiegu 
na przykład. Lancet, fiolka, igła... 
Otrząsnął się. Co za myśli przychodzą mu do głowy. 
Podniósł z podłogi arkusz cienkiej folii i zarzucił na przed- 
miot. 
Gabinet urządzony był skromnie: tylko 
heban i kość słoniowa. Dwaj mężczyźni w przybliżeniu w tym 
samym wieku zasiedli naprzeciw siebie w fotelach. Oprócz 
nich w pomieszczeniu nie było nikogo. Ransome Moneyard, 
multimilioner amerykański, do którego należał gabinet, a także 
cały wieżowiec, trzymał w ręku pustą fajkę i postukiwał nią 
o otwartą dłoń, ciągle nie mogąc się zdecydować, czy 

background image

sięgnąć po tytoń. 
— Ta cholerna mgła — westchnął gość Moneyarda. — 
Jak żyję nie widziałem czegoś podobnego. Ledwo zdążyłem. 
Dobrze, że wyjechałem dostatecznie wcześnie. 
Spotkanie było powtórką innego, wcześniejszego o dwa 
tygodnie. Ta sama sceneria i te same fotele. Tylko na niskim 
stoliku między nimi leżał podłużny pakunek owinięty sznur- 
kiem. 
— Panie profesorze — zwrócił się do gościa Moneyard 
•— mniej więcej miesiąc temu zdecydowałem się na dość nie- 
rozważny krok: za sporą sumę zakupiłem ten oto artykuł — 
machnął ręką w stronę zawiniątka — nie wiedząc prawie 
nic o jego pochodzeniu ani właściwościach. Postanowiłem 
ubiegać się o pańską poradę, a nawet współpracę w obliczu 
tej nierozwiązywalnej dla mnie zagadki, a także — nie 
przeczę — pod wpływem sugestii części prasy... Pan czy- 
tuje gazety? 
— Rzadko — odburknął gość tytułowany profesorem, 
oderwany najwidoczniej od dość odległych rozważań. Wy- 
glądał w tym momencie na człowieka obracającego się w in- 
nym wymiarze i powracającego na ziemski padół z niechęcią. 
— Niemniej orientuje się pan zapewne, co mam na 
myśli... 
— Coś niecoś mi opowiadano — uciął profesor. 
— Świetnie. W gruncie rzeczy mam do pana tylko 
jedną prośbę: chciałbym się dowiedzieć co to jest. 
Profesor łypnął na niego spod krzaczastych brwi i łysa 
skóra na jego czaszce sfałdowała się. Wyciągnął rękę, jakby 
chciał pochwycić przedmiot, ale rozmyślił się i opadł z po- 
wrotem na fotel. 
— Nie promieniuje — stwierdził. — Jeżeli nie ma pan 
nic przeciwko temu, chciałbym go obejrzeć u siebie. Czy to 
ma nazwę? 
— Tlatocetl... czy coś w tym sensie — powiedział 
niepewnie Moneyard. — Z czym się to panu kojarzy? 
— Z Popocatepetlem — rzekł profesor z powagą. 
— Czy to ten znany piłkarz? 
— Nie, wulkan w południowym Meksyku. Czynny. 
Co pan wie na temat tego przedmiotu? 
— Właściwie nic. Oprócz tego, że prawdopodobnie 
dotarł do mnie przez pośredników, którzy wyżyłowali cenę. 
— Czy ktoś tego dotykał? 
— No... wszyscy mieliśmy to w rękach. Ale — rozumie 
pan — przed sfinalizowaniem transakcji moi ludzie wykonali 
testy bakteriologiczne, badali promieniotwórczość i skład 
powierzchni. Zapewniono mnie, że posiadaczowi tlatocetla 
nic nie zagraża... Artykuł określono jako w wysokim stopniu 
bezpieczny. 
Profesor wydał dziwny odgłos — jakby zakaszlał mors. 
— Granat — powiedział — komuś mało zorientowane- 
mu także wydaje się bezpieczny. Metalowa kula z uchwytem, 
solidna skorupa. Nie promieniuje i jest sterylnie czysty. 
A jednak potrafi z łatwością rozerwać ufnego kolekcjonera 
na strzępy. 
— Sugeruje pan... — zaczął Moneyard. 
— Nikt nie wie, gdzie znajduje się jego zawleczka. 
Ani co nią jest. — Odwinął papier. — Nie służy przecież 
ozdobie, prawda? — Dotknął przelotnie powierzchni tla- 
tocetla w kilku różnych miejscach. — Przyjmuje temperaturę 
otoczenia. To wszystko, co pan ma... tego rodzaju? 
— Dodatkowo wsadzono mi dwa kotki... właściwie od 

background image

nich wszystko się zaczęło. — Sięgnął do kieszeni i postawił 
figurki na blacie. — Zaobserwowano, że w fazie aktywności 
tlatocetla zwierzątkom świecą się oczy. 
Profesor zdecydowanym ruchem przesunął posążki na 
swoją stronę. Ujął jeden z nich i przyglądał mu się przez 
dłuższ.ą chwilę. 
— W domu wszyscy zdrowi? — zagadnął. 
— Tak, dziękuję — rozpromienił się Monyeard i natych- 
miast przygasł. 
— Chętnie to zbadam — powiedział fizyk oddychając 
głęboko. — Za dwa dni proszę mi przesłać te egzemplarze 
do laboratorium. Razem z obstawą... trzech ludzi wystarczy. 
Niech wezmą ze sobą broń. Przez ten czas zastanowię 
się, czym to ugryźć i prześlę panu umowę. 
— Umowę? — zdziwił się Moneyard. — Po co? 
— Płacąc ciężkie pieniądze nabył pan nie tylko bryłę 
geometryczną czy kilogram materii, ale ich właściwości. 
Otóż metody, którymi posługuje się fizyka, mogą tlatocetlowi 
odebrać jego zdolności, mogą je wzmocnić bądź osłabić. 
Zawsze istnieje tego typu ryzyko. W umowie będą zakre- 
ślone granice, do jakich mogę się posunąć, by próby nie 
miały charakteru niszczącego. Tam również zostaną określone 
sprawy tak przyziemne jak honorarium. Czy ten przedmiot 
jest ubezpieczony? 
— Z tych firm, do których się zwracałem, żadna nie 
chciała się tego podjąć. Za mało danych, żeby realnie 
oszacować możliwość zagrożenia. Z drugiej strony nie roz- 
głaszałem przez heroldów, że właśnie ja go kupiłem. 
— Rozumiem — powiedział profesor wstając. — Zatem 
do widzenia. Gdyby pan sobie przypomniał coś ważnego, 
proszę o kontakt. 
— A ja o dyskrecję. Nie chciałbym, żeby... 
— To się rozumie samo przez się. Obiecuję. Nikt nic 
nie będzie wiedział poza mną i panem. 
I oto znowu siedzieli naprzeciwko siebie. Nieznośne 
milczenie przeciągało się. 
— Gdzie znajduje się teraz ta rzecz? — to profesor. 
73 
— W bezpiecznym miejscu. W sejfie. Szyfr znam tylko 
ja. 
— Właściwie przychodzę z niczym — zaczął odważnie 
fizyk. — Muszę też od razu wyznać, że nie całkiem dotrzy- 
małem warunków umowy... poniekąd ze względu na własne 
bezpieczeństwo. Ale po kolei: badałem wpływ tlatocełla 
na rozmaite pola i układy fizyczne. Jest dokładnie zerowy — 
do momentu przebywania w fazie martwej. Z kolei wypro- 
wadzenie go z tej fazy wiąże się z ryzykiem osobistym. 
Musiałem na nie pójść, chcąc się czegoś dowiedzieć, a po- 
nieważ zarazem nie chciałem ponieść uszczerbku, zaangażo- 
wałem wspólnika. 
— Mógł pan przynajmniej zapytać mnie o zgodę — 
powiedział Moneyard z lekkim wyrzutem w głosie. 
Profesor pokręcił głową. 
— Nie. Miałem za mało czasu na konsultacje. Słyszał 
pan o Theo Rovaniemim? 
— To ten... 
— Tak. On sam. Znamy się jeszcze ze studiów. Wyobra- 
ża pan sobie — Rovaniemi i fizyka? Dwa bieguny, dwa 
światy. Potem nasze drogi się rozeszły... on zrezygnował 
w połowie trzeciego roku. W tym okresie odkrył u siebie 
te zdolności, próbował godzić nowe pasje z fizyką, żył 

background image

w niemożliwym rozkroku. W końcu podjął męską decyzję — 
zamilkł, jakby się zastanawiał, do czego zmierza. — Traf 
chciał, że właśnie teraz przebywał w tych stronach i posta- 
nowił mnie odwiedzić. Wyjątkowy zbieg okoliczności, nie? 
Wahałem się krótko i w końcu postanowiłem wprowadzić 
go w zagadnienie. Ale najpierw co sam zdziałałem. W fazie 
martwej jest to kawałek materii uformowanej tak a nie ina- 
czej, raczej jednorodny, nie przewodzący prądu ani powie- 
rzchniowo, ani objętościowo. Gaz szlachetny, mówiąc prze- 
nośnie. Za to w fazie aktywnej... — po raz pierwszy uśmiech- 
nął się. — Czemu ukrył pan przede mną, że kręcenie tla- 
tocetlem grozi, łagodnie mówiąc, rozstrojem nerwowym? 
— Właściwie sam nie wiedziałem — usprawiedliwiał 
się Moneyard. 
— Powiedzmy, że dowiedziałem się z gazet. Żurnaliści 
wychodzą ze skóry, żeby dociec nazwiska nabywcy. Zresztą 
— nie ma co robić tajemnic: ostrzegł mnie Rovaniemi. 
Początkowo nie chciał słyszeć o maczaniu palców w tej 
aferze, dziwił się mojemu entuzjazmowi... wreszcie przyznał, 
74 
ze jego wizyta u mnie nie jest tylko dziełem przypadku. 
Po prostu czuł wewnętrzny przymus — i przyjechał. Zgo- 
dził się zagłębić w problem i od tego momentu musiałem 
go wręcz powstrzymywać. Rwał się jak pies na smyczy. 
Zanim zobaczył tlatocetl na własne oczy, niemało na jego 
temat wiedział. Postanowiliśmy, że wejdzie do akcji gdy 
tylko ja zakończę swoją babraninę. 
Łyknął ostro ze stojącego przed nim kielicha. 
— W tym celu musiałem zostać z tlatocetlem sam na 
sam... wie pan chyba, że w obecności świadków nigdy nie 
dochodzi do fazy ożywienia? Dobre rzeczy pan pije — po- 
ciągnął ponownie z kielicha, a Moneyard błyskawicznie uzu- 
pełnił poziom płynu. — Dlatego nie ma wiarygodnych relacji 
z poszczególnych seansów, a co najwyżej spekulacje. Rova- 
niemi siedział za drzwiami, a ja próbowałem kręcić. Ale 
on chyba wyczuł, ze próbujemy go podejść — i spał. 
Zaczynaliśmy kilkanaście razy, wreszcie Rovaniemi oświad- 
czył, ze wraca do hotelu. Ja postanowiłem nie dawać za 
wygraną. Udało się, panie Moneyard — powiedział głosem, 
w którym nie było cienia satysfakcji. — Włączyłem aparaturę 
i rejestratory i zabrałem się do roboty. Pal sześć, myślałem. 
Wóz albo przewóz. Nie od razu zaskoczył. Ale gdy już 
poszły po nim światła i mruganie, wiedziałem, że ruszył. 
Stopniowo moja wola słabła, zmiękczał mnie jak plastelinę, 
wreszcie zawładnął mną całkowicie. Ręce poruszały mi się 
same, patrzyłem z przerażeniem, co wyczyniają, kompletnie 
ode mnie odłączone. Straciłem nad nimi władzę. Przestałem 
im rozkazywać. Jednocześnie ulegałem dziwnym stanom 
umysłu, nie znam odczuć po narkotykach, ale alkohol się 
nie umywa. Uratował mnie — nie zgadnie pan! — Rovaniemi. 
Po dziesięciu minutach jazdy doszedł do wniosku, że opuścił 
mnie pochopnie i postanowił zawrócić. Przeczuł niebezpie- 
czeństwo. Nie muszę chyba dodawać, że przybył w samą 
porę. Po przerwanym seansie wpadłem w taką depresję, 
że chciałem wyskoczyć oknem. 
Rzucił na stolik plastykowy skoroszyt z wpiętymi kartkami 
który plasnął miękko o blat. 
— Oto ekspertyza. Tu ma pan to samo nagrane na 
kryształ — położył na skoroszycie rnałe pudełko. — Tlato- 
cetl jest w stanie zakłócać wszystkie znane pola: magnetyczne, 
elektryczne, grawitacyjne, jądrowe. Ostatnie oddziaływanie 

background image

opieram na mocnych przesłankach; ostateczne potwierdzenie 
75 
wymagałoby dosyć delikatnych eksperymentów. Z tego sa- 
mego powodu nie badałem jego wpływu na cząstki ele- 
mentarne. Niewątpliwie tlatocetl wywiera także wpływ na 
układy fizjologiczne człowieka. Słyszał pan kiedy o hipno- 
glifach? 
Moneyard zaprzeczył. 
— Są to przedmioty posiadające zdolność hipnoty- 
zowania przez dotyk. Tlatocetl należy do tej klasy. Nie- 
mniej w trakcie eksperymentu zaszia rzecz dziwna. Na półce 
obok stołu leżała talia kart. Wie pan, czasem lubię dla odprę- 
żenia postawić pasjansa. Niech pan spojrzy — wyciągnął 
z kieszeni karty i zaczął je rozkładać przed Moneyardem. — 
Proszę. 
Czerwone serduszka kierów i romby kar były czarne 
jak węgiel. Trefle i piki wydawały się nie zmienione. 
— Tu mam talię z tej samej wytwórni, ta sama seria 
nawet — mówił fizyk kładąc pod rzędem kart następny. — 
Proszę porównać. 
Moneyard posłusznie pochylił się nad zestawem. 
— A niech to — wybełkotał. — Profesorze, jeśli to 
dowcip... — zmitygował się i nie dokończył. — Najmoc- 
niej przepraszam. — Z powrotem pochylił się nad kartami. 
— Tu na przykład — fizyk postukał paznokciem w czarną 
dziewiątkę kier — była szóstka. 
— Skąd pan wie? 
— Bo teraz mam dwie dziewiątki i żadnej szóstki. 
Ale na tej jest tylko sześć serc, a na prawdziwej — dziewięć. 
A rysy figur... proszę spojrzeć uważnie. Jest w nich coś 
ptasiego, prawda? 
— Ten walet ma jakby skrzydła! — zdumiał się Money- 
ard. 
— Pokaż pan. Faktycznie. Że też wcześniej nie zauwa- 
żyłem. Wydawało mi się, że to płaszcz tak się udrapował. 
— Czym pan to wytłumaczy? — spytał cicho Mo- 
neyard. — Musi być przecież jakieś logiczne uzasad- 
nienie! 
— Niczym — odparł spokojnie fizyk. — Moja rola 
skończona. Nie jestem jasnowidzem. — Spojrzał na zegarek. 
— Rovaniemi właśnie tutaj zmierza. Pozwoliłem sobie zapro- 
sić go do parta. 
Moneyard pokiwał z aprobatą głową. — Ale przecież 
— mówił myśląc najwyraźniej o zmianach w talii kart — 
76 
 
musi być jakieś logiczne wytłumaczenie! On... to potworne... 
on deformuje rzeczywistość! 
— To pan powiedział, nie ja — rzekł z godnością 
fizyk. W jego zachowaniu pojawił się nienaturalny chłód. — 
Chciałem to ukryć przed panem, póki nie uzyskam całkowitej 
pewności, ale po namyśle uznałem, że nie wyświadczyłbym 
panu przysługi. Panu... — zawiesił głos — pańskiej ro- 
dzinie, może nawet ludzkości? 
— Co pan ma na myśli? 
— Załóżmy, że ma pan rację. Tak, deformuje rzeczy- 
wistość. Przekształca pewne jej elementy według okreś- 
lonego klucza. Pojawia się pytanie o zasięg tych operacji, 
a także o ich cel. Rozumie pan teraz, dlaczego przybycie 
i udział Rovaniemiego był mi tak bardzo na rękę, że wręcz 
niezbędny. Mieliśmy szczęście, że największy jasnowidz 

background image

ziemski zawitał w te strony. 
— Czy on to już panu wyjawił? 
— Nie. Wiem tyle, co i pan. Zamknął się z tlatocetlem 
w ciemnym, całkowicie izolowanym akustycznie pokoju. 
Wyszedł po kilku godzinach — całkowicie roztrzęsiony. 
Jeszcze go nie widziałem w takim stanie. Poprosił o dwa- 
dzieścia cztery godziny do namysłu. Termin ten upłynął 
mniej więcej godzinę temu. 
Ransome Moneyard w zamyśleniu przekładał karty. 
— Spróbujmy uporządkować naszą wiedzę — zapropo- 
nował fizyk, przybierając wojowniczy wygląd. — Uruchomio- 
ny przeze mnie mechanizm zegarowy tlatocetla został zablo- 
kowany przez wtargnięcie Rovaniemiego. W porządku. W do- 
datku zamknął go pan w sejfie. Wskutek tych posunięć 
określona sekwencja jego zamierzeń pozostała nie dokoń- 
czona. Wiemy, że nie potrafi sobie poradzić bez współ- 
działania z człowiekiem. A ze szczurem? — zastanowił 
się. — Należałoby sprawdzić, czy dla odbezpieczenia go 
wystarczy istota żywa, czy wymagana jest jeszcze inteli- 
gencja. 
— Mówi pan o nim jak o zjawisku obdarzonym oso- 
bowością — zauważył Moneyard. 
— Co? A, tak. Jeśli rozgrywa pan partyjkę szachów 
z komputerem, widzi pan gdzieś za ścianą, ukrytą wśród 
połączeń, monitorów, elementów elektronicznych — inte- 
ligencję właśnie. Człowiek nie potrafi pozbyć się skłonności 
do antropomorfizacji — zamontowany gdziekolwiek rozum 
. 77 
kojarzy zaraz z osobą. Takie nasze obciążenie dziedziczne — 
westchnął. 
— Ale w szachach przynajmniej wiadomo, do czego 
przeciwnik dąży. 
— Właśnie. Nasza sytuacja jest dużo gorsza: znaj- 
dujemy się na dnie głębokiej studni. Patrzymy wzwyż — 
na niebotycznej wysokości jarzy się jak gwiazda wylot studni. 
Jak tam dotrzeć? Ludzkość już tyle razy dostała po buzi 
za brak skromności, tylekroć została skarcona — bez efektu.., 
Nie tylko nie znamy jego celu, ale i dziejów jego dążenia. 
Kto wie, od ilu sekwencji przygotowuje nam mata. Czy cel 
ten od razu ukształtował się w obecnej postaci, czy ewo- 
luował po drodze? Raczej to drugie — odpowiedział sobie 
natychmiast. — Musi być pewny swego, skoro zdecydował 
się lądować w samym środku wrogiego obozu. 
— Dlaczego zakłada pan od razu jego wrogość? — 
zapytał Moneyard. — Może właśnie usiłuje nam pomóc? — 
Wziął ze stołu ekspertyzę i kartkował ją powoli. — Nie- 
przenikliwy dla promieniowania rentgenowskiego i gam- 
ma? — zdziwił się. — Odbija całe widmo? Pochłania? 
— Widział pan kiedy coś takiego? — skoczył z miejsca 
profesor. — Sto procent pochłaniania! Pomóc, mówi pan. 
Wbrew nam? Nie zapominajmy, że tlatocetl jest tylko narzę- 
dziem. Niewyobrażalnie sprawnym, może wręcz doskonałym, 
ale — narzędziem. Co oznacza między innymi, że nie sposób 
z nim dyskutować. Ono także nie może żywić wątpliwości 
natury... hm, etycznej. Zostało powołane, by wykonywać 
rozkazy. Realizować program. Być skuteczne. Wszystko, 
co osłabia jego skuteczność, musi zostać wyeliminowane 
bądź ominięte. Teraz najgorsze: odkąd zrozumiałem, czym 
jest — albo wydaje mi się, że zrozumiałem — nie daje mi 
spać jedno pytanie. Co z energią? 
Okrągłe oczy Moneyarda wpatrywały się w profesora 

background image

z uprzejmym zdumieniem. 
— Skąd czerpie energię do tych gigantycznych prze- 
mian otoczenia? Przecież nie z promieniowania, które zdoła 
wyłapać! Być może wykorzystuje w jakiś sprytny sposób 
rozmaite formy energii wewnętrznej. Wykrywa je, dopro- 
wadza do ich wyzwolenia... Tak czy owak narusza jeśli 
nie prawo zachowania energii, to przynajmniej zasadę wzros- 
tu entropii... 
— Ransome — odezwał się interkom głosem sekretarki 
— przyszedł pan Rovaniemi. Nie był umówiony. Chwilecz- 
78 
kę... twierdzi, że sprawa najwyższej wagi światowej — 
w mechanicznie zmienionym głosie zadźwięczała nuta ironii. 
— Przepraszam, Sally, zapomniałem wydać dyspozycję. 
Oczywiście, że proś natychmiast. Aha, odwołaj wszystkie 
spotkania na dziś. Nie ma mnie dla nikogo — patrzył na 
profesora, jakby szukał jego akceptacji. Wstał i kilkoma 
zdecydowanymi krokami poszedł w stronę drzwi. 
Theo Rovaniemi okazał się krzepkim, lekko łysiejącym 
blondynem, a w jego twarzy nie było nic natchnionego. 
W każdym razie nic, czego Moneyard spodziewał się po 
człowieku parającym się prekognicją. Witał przybysza z prze- 
sadną atencją, pragnąc zatuszować gafę, której nie zdążył 
popełnić. Do fotela profesora dobiegały tylko pojedyncze 
słowa: wdzięczny, łaskaw, zaszczycić, skromne progi. 
Rovaniemi położył na stoliku niewielką łeczuszkę i za- 
głębił się w fotelu. Zanim Moneyard zdążył ustalić z nim 
rodzaj drinka, tamten wskazał na stojącą butelkę i rzekł 
krótko: 
— Może być. — I obserwując zabiegi Moneyarda 
wokół kieliszków dodał: — Gdzie on teraz jest? 
— W bezpiecznym miejscu — Moneyard nie zdołał 
powstrzymać uśmiechu i spojrzał porozumiewawczo na pro- 
fesora. Fizyk siedział nastroszony. Najwyraźniej nie podzie- 
lał dobrego humoru gospodarza. 
— Żadne miejsce nie jest dostatecznie bezpieczne, 
panie Moneyard — powiedział Rovaniemi z przekonaniem. 
— Rozumiem wasze obawy, panowie, ale ich nie po- 
dzielam. Tym razem przyskrzyniłem go na dobre. No, za 
pomyślne zakończenie afery tlatocetla — milioner podniósł 
kieliszek. 
Wypili. Rovaniemi pokiwał głową. — Oby Bogu spo- 
dobało się zapobiec nieszczęściu. 
— Pan wierzy w Boga? 
— Dziwi to pana? 
Moneyard zastanowił się: — Czy ja wiem... właściwie 
nie. 
— Niestety, nie mam do przekazania zbyt pomyślnych 
wiadomości — rzekł z westchnieniem świeżo przybyły. — 
Od czego by tu zacząć... Pamiętacie może sześcian Ru- 
bika? Sprytna zabawka, złożona z ruchomych kostek, pozwa- 
lająca ułożyć kilka miliardów kolorowych wzorów. Proszę 
sobie teraz wyobrazić coś lepszego: supersześcian, w któ- 
79 
rym liczba kombinacji sięga praktycznie nieskończoności. 
Ale to aspekt mniej ważny, ilościowy. Rewelacja polega 
na tym, ze każdej kombinacji — w pewnym skończonym 
obszarze — odpowiada określony układ elementów two- 
rzących tak zwaną rzeczywistość. Mówiąc obrazowo każdej 
kolorowej mozaice przyporządkowany jest jakiś świat. 
— Niesamowite! — zachłysnął się profesor. — Rzeczy- 

background image

wistość jako funkcja permutacji tlatocetla! 
— Tak. Oczywiście kształt przyrządu jest kwestią czysto 
umowną, tak samo jak sposób „pokazywania" przezeń wy- 
generowanego akurat ciągu. Można go przekazywać wizual- 
nie, akustycznie i tak dalej — albo nie pokazywać w ogóle. 
W każdym razie właściciel ulepszonej wersji sześcianu Ru- 
bika dysponuje przyrządem do wywoływania dowolnych 
zmian w otaczającym go świecie. 
— Pod warunkiem że zna funkcję — wtrącił profesor. 
— Czyli zależność między zbiorem permutacji a zmianami, 
które powodują — wyjaśnił w odpowiedzi na pytające 
spojrzenie Moneyarda. 
— Przypuśćmy — kontynuował gość — że konstruk- 
torzy wyposażyli przyrząd nie tylko w zdolność wprowadza- 
nia dowolnie zakrojonych zmian, ale oceniania ich — i pro- 
jektowania nowych. Innymi słowy ciąg tych zmian przestaje 
być przypadkowy, a staje się wcieleniem logicznego planu. 
Kolejne zmiany wzmacniają poprzednie, układają się w ten- 
dencję. .. i oto mamy przed sobą osobliwe połączenie kom- 
putera — genialnego planisty — z równie genialnym wyko- 
nawcą. Sześcian Rubika siedemdziesiątej siódmej generacji, 
czyli tlatocetl. 
Moneyard odetchnął głęboko. — W porządku — po- 
wiedział. — Przypuśćmy, że właśnie tak jest. To jednak 
nie wyjaśnia, skąd się wzięły jego cudowne zdolności. 
— Znikąd — odparł lekko zirytowanym głosem jasno- 
widz. — Zostały mu dane. Tchnięte przez jego twórców, 
kimkolwiek byli. Równie dobrze mógłby pan pytać, czemu 
łopata składa się trzonka i blachy, ukształtowanej tak a nie 
inaczej. Tak więc, panie Moneyard, można panu tylko gra- 
tulować. Został pan właścicielem najbardziej niebezpiecz- 
nej rzeczy w tym rejonie Wszechświata. Do czego jej pan 
użyje? 
— Właściwie nie zastanawiałem się... — zaczął milio- 
ner. 
80 
— Zapomniałem wspomnieć, ze tlatocetl jako taki jest 
słabszy od mrówki i równie bezmyślny jak kilogram lanego 
żelaza. Aby ożył i rozkwitł, potrzebuje wsparcia podporząd- 
kowanej mu inteligencji. Proszę zwrócić uwagę na ten 
szczegół: podporządkowanej. O żadnym partnerstwie z góry 
nie ma mowy. 
Moneyard w milczeniu waży1! jego słowa. 
— Przepraszam za dociekliwość, ale chciałbym zapy- 
tać. .. jaka jest możliwość błędu w pańskiej diagnozie? 
— Cóż, człowiek jest omylny — rozłożył ręce jasno- 
widz. — Tak, niekiedy się mylę. Ale częściej miewam rację. 
— Nie musi pan być szczęśliwym człowiekiem. 
— Tak. Nie muszę — Rovaniemi obrzucił szybkim spoj- 
rzeniem profesora. — I nie jestem. 
— Dobrze — zreflektował się Moneyard — sam fakt, 
że rozszyfrował pan jego przeznaczenie i naturę wystarczy, 
aby uznać pana pomoc za nieocenioną. Ale tytanom sta- 
wia się zadania na miarę ich tytanicznych sił. Pozwoli pan 
zatem, ze spytam, skąd to się wzięło? 
— Mówiłeś o badaniu w ciemnym pokoju? — spytał 
Rovaniemi fizyka, który tylko skinął głową i wtulił się w fotel, 
jakby dla podkreślenia własnej zbędności. — Zmusiłem go 
do uległości — w głosie jasnowidza zabrzmiał maskowany 
tryumf — i nie pytajcie, jakim kosztem. Zobaczyłem planetę, 
gdzie króluje wilgoć, a biały gęsty opar psuje przezro- 

background image

czystość powietrza — musnął szybkim spojrzeniem szybę 
wielkiego okna. — Widziałem zejście do podziemi i kamien- 
ne lochy wypełnione grobami władców tej planety... zarazem 
twórców tlatocetla. W świetle tego, co wiemy, nietrudno 
skojarzyć tę wizję z Miradorem. 
— Tak, domyślałem się — przyznał Moneyard. — Pyta- 
nie ostatnie i najtrudniejsze: co zamierza? 
Zamiast odpowiedzieć Rovaniemi sięgnął do teczuszki, 
z którą przyszedł. Potrącił przy tym kieliszek i kilka kropel 
alkoholu pochlapało gładź stolika. Lśniący, kolorowy maga- 
zyn okazał się jedyną zawartością wyłożonych czerwonym 
atłasem przegródek. 
— Zna pan to? 
Moneyard pokręcił głową. Jeden ruch ręki jasnowidza 
spowodował, że magazyn otworzył się w zaplanowanym 
miejscu. Zagapili się w zreprodukowany tam schemat. 
— Statkiem, którzy powrócił siedem miesięcy temu 
i Hierw rmrnWn*. 8 1 
z okolic Miradora był patrolowiec o nazwie „Ritornell". 
Oto plan części mieszkalnej. Od tej grubej kreski w lewo 
ciągną się magazyny. Na prawo mamy kabiny; nazwiska 
wewnątrz prostokątów oznaczają ich lokatorów. A więc 
kolejno: Śliwa, Yonyer, Moiceanu, i od tego miejsca w dwóch 
rzędach pozostali. Odpowiada to w przybliżeniu kolejności, 
w jakiej umierali. Z tekstu dowiadujemy się — odwrócił 
kilka kart, jakby chciał sprawdzić nazwisko autora — że 
znalazcą i pierwszym właścicielem tlatocetla był Yonyer. 
I zarazem pierwszą ofiarą. 
— Wygląda, że z kabiny Yonyeja czynnik X powodu- 
jący śmiertelność rozprzestrzeniał się coraz dalej — wysapał 
fizyk. 
— Tak. Czy mówi coś panu — zwrócił się jasnowidz 
do Moneyarda — nazwisko Vahvatil? Pańscy kontrahenci 
posłużyli się nim całkowicie bezpodstawnie. Zmarł wprawdzie 
jako ostatni z załogi „Ritornella", niemniej w momencie 
dokonywania transakcji było dawno po pogrzebie. 
— Ten facet sprzedaje takie rewelacje? — zdumiał 
się Moneyard. 
— Zmyślił naprawdę niewiele. Rzecz jasna policja pro- 
wadzi energiczne śledztwo — tak się to formułuje w komuni- 
katach? — ale póki nabywcy miradorskich antyków solidarnie 
milczą, nikt nie ugryzie tej sprawy. Podczas seansu w ciemni 
udało mi się wniknąć w losy tlatocetla. Po śmierci Yonyera 
przechodził kolejno przez Buchsego i Mezeia — do Vahva- 
tila. Niejaki Buchse pełnił na „Ritornellu" funkcję lekarza. 
Kiedy zrozumiał nieodwracalność własnej śmierci, zrobił rzecz 
najlepszą z możliwych: spisał wszystko co wiedział. W tym 
numerze rozpoczyna się druk jego wyznań. Buchse wspomina 
na przykład, że podczas lotu powrotnego „Ritornell" był 
dziesięciokrotnie spychany z kursu przez nieznany czynnik. 
Nikt z załogi nie potwierdził tego faktu; zanim ktoś wpadł 
na pomysł, by ich o to spytać, na grobie Vahvatila dawno 
uklepano ziemię. Sam Buchse podaje tę informację w trybie 
podwójnie warunkowym: po pierwsze nie jest pewien, czy 
nie zawdzięcza jej halucynacjom na statku, po drugie spisy- 
wał swe sądy na chybcika, w ostatniej chwili, walcząc z ogar- 
niającą umysł ciemnością. Ale w tym akurat miejscu Buchse 
nie fantazjował. 
Pochylił się nad stolikiem tak głęboko, że jeszcze tro- 
chę, a dotknąłby nosem kart magazynu. Przewrócił kartkę; 
dalej były jakieś zdjęcia. Fizyk zauważył krople potu na jego 

background image

skroniach. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ogromnego 
zmęczenia jasnowidza. 
— Zakładając jako przyczynę wymuszającą zmiany kur- 
su... — przerwał i zaczął z innej beczki. — Tlatocetl usiło- 
wał zawrócić „Ritornella" z drogi. Na Miradora. Kiedy 
przekonał się, że nie podoła temu zadaniu, zmienił taktykę. 
Poddał się woli ludzi. Pozwolił przewieźć się tutaj. 
— Pozostaje kwestia, dlaczego ludzie, którzy mieli 
z nim kontakt, przypłacili to życiem'. Nowe przekleństwo 
faraonów? Jak pan to wyjaśni? 
— Skoro tlatocetl zabrał się do przemeblowywania 
rzeczywistości, musiał przy okazji coś poprzestawiać w lu- 
dziach. Celowo lub nie. Ludzie tez byli częścią otoczenia — 
podsunął profesor. Rovaniemi podziękował mu skinieniem 
głowy. 
— Łagodnie mówiąc te zmiany nie wyszły im na zdro- 
wie. 
— Zmienił plan — kontynuował fizyk. — Skoro nie 
potrafił zawrócić ludzi na Miradora, postanowił... 
Rovaniemi powstał raptownie i podszedł do okna. Ręce 
wbił w kieszenie i przyglądał się nie wiadomo czemu. 
— Panie Moneyard — powiedział — od jak dawna jest 
pan mieszkańcem tego miasta? 
— Od dobrych dziesięciu lat. 
— Zawsze tu taka pogoda? 
Moneyard pokręcił głową. — Owszem, trafiają się od 
czasu do czasu i mgły, nawet o tej porze roku. Ale nie 
przypominam sobie, kiedy ostatnio wystąpiły w takim na- 
sileniu. Trzeci dzień z kolei mam trudności z osobistym 
pilotowaniem koleoptera. 
Rovaniemi kołysał się przed oknem, przenosząc ciężar 
ciała z palców na pięty i z powrotem. Raptem zwrócił się 
ku stolikowi i fotelom. 
— Panie Moneyard — spytał — czy stać pana na gest 
na rzecz ludzkości... za marne dziesięć milionów? Tyle pan 
za niego zapłacił, prawda? Proszę się szybko decydować, 
nie ma czasu do stracenia. 
— Spokojnie, panowie — bąknął Moneyard, spogląda- 
jąc to na fizyka, to na jasnowidza. — Bez paniki. Nie ma 
innego rozwiązania? — Szukał u nich śladu poparcia włas- 
nych wątpliwości, ale nie znalazł. — Gdyby go badać, 
83 
ostrożnie, krok po kroku... kto wie, do jakich tajemnic ludz- 
kość uzyskałaby dostęp. 
— Najpierw musiałby przetrwać — powiedział twardo 
Rovaniemi. — Panie Moneyard, trzeba go zniszczyć. Im 
prędzej, tym lepiej. Nic na to nie poradzę. To najlepsze, 
co możemy w tej chwili zrobić. Póki nie jest za późno. 
Ale Moneyard jakby go nie słyszał. Nie poruszył się 
z miejsca. 
— Na miłość boską, panie Moneyard! Trzeba go znisz- 
czyć! Bezwarunkowo! — powtarzał Rovaniemi. Odwrócił 
się znowu w stronę okna. — On działa, działa przez cały 
czas! Sam został wyłączony, ale zmiany, które zainicjował, 
narastają lawinowo, przybierając coraz szerszy zasięg. Tak 
samo jak to miasto wygląda Honolulu, Singapur i Conacry. 
Mgła ma charakter ogólnoplanetarny! 
— Co? Coś pan powiedział? — wykrzyknął Moneyard. 
Jednym susem znalazł się przed szybą. Wczepiony palcami 
w metalową ramę chłonął przemieszczające się na tle 
ciemnych brył budynków opary z jakąś drapieżną satysfakcją. 

background image

Para jego oddechu pokryła szkło matową przesłoną, starł 
ją szybkim machnięciem i chłonął widok dalej. Fizyk także 
przyglądał się mgle. Zmierzwione włosy sterczały mu na boki, 
nadając jego twarzy sowi wygląd. Rovaniemi położył rękę 
na ramieniu milionera. 
— Panie Moneyard — powiedział cicho — on nie 
żartuje. Gdzie go pan trzyma? 
— W domu... ukryłem w sejfie. Szyfr znam tylko ja. 
— Trzeba tam jechać. Zaraz. 
Moneyard potakiwał bezmyślnie. 
— Musimy się spieszyć — mówił powoli jasnowidz. — 
Mamy mało czasu. Czuję, że to nie jest jego ostatnie słowo. 
Moneyard odchodził powoli w kierunku interkomu. 
Fizyk zbliżył się do przyjaciela i ujął go pod ramię. 
— Źle to wygląda. 
— Źle? — zdumiał się Rovaniemi. — Tragicz 
nie działał. 
Moneyard w bezsilnej pasji naciskał klawisze. 
— Co się dzie... no, wreszcie. Sally, przygotuj do 
drogi koleopter na tarasie dziewiątego poziomu. Start za 
pięć minut. 
a/l 
— Zauważyłeś? — spytał fizyk. — Jakby światło przy- 
gasło. — Nie doczekał się potwierdzenia. — Pojedziesz 
z nami? 
Znowu żadnej reakcji. 
— Ty coś wiesz — monologował profesor. — Musisz 
wiedzieć. Musisz przecież znać finał tej historii, inaczej... 
Rovaniemi wolno pokręcił głową. 
— Przeceniasz po prostu moje możliwości. Weź pod 
uwagę, że jestem cholernie zmęczony, nie spałem od trzy- 
dziestu godzin... Sam rozumiesz, mogłem coś pokręcić... 
Podszedł Moneyard. 
— Chcecie usłyszeć coś zabawnego? Cenzura konfis- 
kuje mapy pogody i komunikaty o zamgleniach! — Nikt 
się nie uśmiechnął, wobec tego twarz milionera także przy- 
brała surowy wygląd. — Panowie — rzekł uroczyście — 
byłbym zaszczycony, gdybyście zechcieli mi to 
ważniejsze. 
Na pewno dacie sobie radę beze mnie. Tylko bym zawadzał. 
Moneyard i profesor wlepili w niego cielęcy wzrok, 
a potem jak na komendę zaczęli się cofać ku drzwiom. 
— Zaczekam tutaj — powtórzył Rovaniemi. 
VI 
Ransome Moneyard junior, spadkobier- 
ca nazwiska i fortuny Moneyardów, pięcioletni brzdąc, którym 
zaczynały się interesować miesięczniki dla gospodyń domo- 
wych, zbliżał się kocim krokiem do obrazu z podobizną 
wąsatego jegomościa. Z oczu jegomościa tryskały duma i dos- 
tojeństwo. Malec podsunął sobie fotel i teraz z łatwością 
sięgał ramy obrazu. Trochę trudu kosztowało go odsunięcie 
malowidła w bok, ale dla prawdziwego skauta nie ma rzeczy 
niemożliwych. 
Jeden rzut oka wystarczył do stwierdzenia, że mechanizm 
zabezpieczający sejfu jest starego typu, cyfrowy. Prawdo- 
podobnie pochodził jeszcze z zeszłego wieku. Ransome 
Moneyard junior widział już identyczny w jednej ze swych 
kosztownych zabawek; wielokrotnie także przyglądał się 
ojcu, gdy ten obracał w palcach okrągłe tarczki. Fascynował 
go ten wielki moment, kiedy drzwiczki sejfu odskakiwały, 
dając swobodny dostęp do rozmaitych interesujących rze- 

background image

czy. Ojciec nigdy nie* wykazywał zrozumienia dla pasji 
poznawczych latorośli; wszelkie prośby, nawet najbardziej 
natarczywe, kwitował krótkim „To nie dla ciebie" — albo po 
prostu ordynarnie wypychał badacza tajemnic za drzwi. 
Sherlock Holmes, zamieszkujący serce młodego Moneyarda, 
wił się z upokorzenia i pałał żądzą odwetu. Do tej pory 
chłopiec wielokrotnie forsował barierę portretu, ale zawsze 
zatrzymywał się na lśniących tarczkach z wyrytymi cyferkami. 
Kręcił nimi na różne sposoby, usiłując dokładnie naśladować 
ruchy ojca. Co pewien czas sprawdzał, czy zamek przypad- 
kiem nie puścił, ale drzwiczki pozostawały nieubłagane. 
Próby zaangażowania starego robota Gamaliela spełzły 
na niczym. Gamaliel nie chciał zostać jego wspólnikiem. 
Z najwyższym trudem udało się go zmusić do dochowania 
tajemnicy. Młody Moneyard trawił długie godziny na ana- 
lizowaniu ojcowskich poczynań przy mechanizmie szyfro- 
wym. 
Ransome Moneyard senior rozpoczynał manipulacje 
przy sejfie od głębokiego namysłu. Niestety, pamięć nie była 
jego mocną stroną, a może nie chciał jej zaśmiecać bzdu- 
rami. Wzywał więc Gamaliela i wydawał mu krótką dyspozy- 
cję typu: 
— Podaj mi wymiar Matyldy Hissen w biuście. 
— Dziewięćdziesiąt osiem — podpowiadał usłużnie 
Gamaliel. 
Moneyard senior uśmiechał się z zadowoleniem, jakby 
ta informacja poruszała tajemniczą klapkę w jego mózgu, po 
czym bez trudu wykręcał kod. Matylda Hissen, o czym Money- 
ard junior miał prawo nie wiedzieć, była wyłonioną ostatnio 
Miss Universum. 
Niekiedy Moneyard-ojciec żądał od Gamaliela wyświe- 
tlenia informacji na ekranie. Mały Ransome nie potrafił roz- 
gryźć tych obrzędów. Podejrzewał ojca o mistyfikację, tym 
bardziej ze ten pozwalał mu asystować przy każdym otwie- 
raniu. 
Ostatnim razem ojciec manipulował przy sejfie przed 
trzema dniami. Było to tego samego wieczoru, kiedy ro- 
dzice strasznie się pokłócili. Mały Ransome usłyszał pod- 
niesiony głos ojca i popędził co tchu, by stanąć w obronie 
damy. Wbiegł z impetem do pokoju, ale to co zobaczył 
sprawiło, że stanął jak wryty. Mama klęczała na podłodze 
w niezdecydowanej pozie, wbijając szklany wzrok w przeciw- 
ległą ścianę. Na jej twarzy malowało się dziwtie uniesienie. 
Nie płakała, co chyba najbardziej zaskoczyło chłopca. W ręku 
ojca widział ten dziwaczny przedmiot, który nie tak dawno 
oboje oglądali. Przebiegały po nim coraz wolniej świetlne 
plamy, najpierw całe kaskady, potem pojedyncze, wreszcie 
zgasła ostatnia i w pokoju zrobiło się szaro. Pani Moneyard 
doszła do siebie, wstała ciężko, zrobiła kilka kroków i z głę- 
bokim westchnieniem opadła na szezlong. Nadal nie miała 
zamiaru płakać. Ojciec podniósł z podłogi irchowy woreczek 
i zarzucił go na przedmiot. Krzyczeć zaczął dopiero później. 
Ransome mało co rozumiał z jego słów, wiedział tylko, że 
tatuś się bardzo gniewa. Chciał podbiec do mamy, ale nie 
odważył się. Zamiast tego wycofał się za drzwi, do ciemnego 
kąta. 
Zapamiętał, że rodzice starannie unikali swego wzroku. 
Matka nie próbowała się bronić, z jej ust nie padło ani jedno 
słowo. 
Ojciec minął go, podążając naprzód wielkimi krokami. 
Przez rozległe, wypełnione antykami pokoje Moneyard ju- 

background image

nior ruszył za nim. Sam nie wiedząc czemu, nie odważył się 
tym razem przyglądać czarodziejskim pokrętłom. Widoczny 
z ukrycia fragment podłogi zalało światło i rozległo się 
wypowiedziane półgłosem wezwanie do Gamaliela, który 
niebawem nadszedł z przeciwka swoim sztywnym krokiem. 
 
— Podaj datę narodzin mojego syna — dobiegł do 
kryjówki krótki rozkaz. 
— Dwudziesty kwietnia dwa tysiące osiemdziesiątego 
piątego roku. 
Olśnienie przyszło dziś nad ranem, kiedy leżał jeszcze 
w pościeli, czekając na wejście matki, która wprawdzie 
zawsze ciągnie za sobą smugę dusznych perfum, ale nikt 
nie potrafi tak jak ona głaskać miękką, ciepłą dłonią. Przestra- 
szył się i zdziwił — jakże banalne było rozwiązanie tra- 
piących go problemów. Teraz wystarczyło tylko czekać na 
sposobność. Od trzech dni za oknami kłębiła się mgła i łowcy 
\w 
przygód nie pozwalano wyjść nawet do ogrodu. Wczorajszy 
dopust dziś okazał się niespodziewanym ułatwieniem. 
Wcześniej jednak Ransome Moneyard junior popisał się 
sprytem godnym samego Winnetou. Wezwawszy Gamaliela 
kazał mu wyświetlić datę swych narodzin w postaci cyfrowej 
i porównał ją z wynikiem wystukanym na monitorku podręcz- 
nego komputerka. I proszę, jak słusznie i przewidująco 
postąpił — byłby pominął jedno zero! 
Oprócz woreczka z irchy wypełnionego pękatą zawar- 
tością w schowku znajdowały się dwie figurki kotków w pozy- 
cji siedzącej. Zabranie ich byłoby mało roztropne: w worku 
spoczywała chyba kula armatnia! Wprawdzie kotki nie ważyły 
tak wiele, ale musiał brać pod uwagę ryzyko wpadki i zwią- 
zaną z tym konieczność szybkiego przemieszczania się. Z te- 
go względu nie mógł sobie pozwolić na znaczniejsze ogra- 
niczenie swobody ruchów, a co trzy przedmioty do pilnowa- 
nia to nie jeden. No, dobrze. Zabierze je innym razem. Teraz, 
kiedy potrafi otwierać sejf... 
Wymknął się na dwór tylnym wyjściem, pewien że 
nikt go nie widział. Powietrze było ciepłe, muskało jego 
twarz i smakowało tak jakoś... jak po długiej chorobie. 
Nie widział nic na dwa kroki, ale to akurat było w jego 
rachubach okolicznością sprzyjającą. Oparł się dla nabrania 
pewności o mur i sunął powoli wzdłuż szorstkiej fasady 
w kierunku najbliższego załomu. Tam przykucnął i zaczął 
oswobadzać przedmiot z niewoli irchowego worka. 
VII 
— Niech pan spojrzy — westchnął 
z udanym ubolewanie Moneyard senior. — Myli topografię. 
Już rano spisywał się nie bardzo... Tyle razy czytałem, że 
przytrafiło się to innym, a teraz przyszła moja kolej. 
Wskazywał na ekran, gdzie schematycznie nakreślona 
świetlnym piórem rozbłyskiwała trasa z wieżowca firmy 
Moneyard Co. do posesji milionera. Profesor siedział obok 
niego, poświęcając błędom komputera zaledwie drobną 
część uwagi. Wpatrywał się w rozłożony na kolanach ma- 
gazyn i kartkował go powoli. 
— Interesuje pana, co ten Buchse tu wypisuje? __ 
i nie czekając na odzew czytał: — „Yonyer wyznał mi 
tuz przed śmiercią, że uważa tlatocetl za odpowiednik ognia 
i siarki, zesłanych na Sodomę i Gomorę. Natura ludzi jest 
z gruntu zła, wywodził, i nie rokuje nadziei na poprawę. 
Ale przecież tlatocetl jest tylko narzędziem. Co najemnego 

background image

robotnika czy jego łopatę obchodzi moralność psa, zako- 
pywanego w sadzie? Hycle polują na psy dla zysku, a nie 
dlatego, że stanowią miecz w ręku psiego Boga. Nie inte- 
resuje ich, ile razy odłowiony egzemplarz przekroczył normy 
— gdyby takie istniały wśród psów. A już co najmniej śmiesz- 
ne byłoby posądzanie fth, że uśmiercają psy za przewiny 
całej populacji, za psią skłonność do zwady, kradzieży czy 
cudzołóstwa. Śmieszne jest to poszukiwanie w zwyczajnych 
sprawach głębokiej filozofii — a jednak nie potrafimy umie- 
rać bez tego." 
— Chory facet — odezwał się Moneyard z przekona- 
niem. — Dla niego człowiek niczym nie różni się od psa — 
poza może wyglądem. 
— No cóż, śmierć zaglądająca w oczy trochę wykrzywia 
perspektywę — rzekł pojednawczo profesor. — Z drugiej 
strony — nikt nie wie, kiedy przyjdzie apokalipsa i jaki 
kształt przybierze. — Zastanowił się. 
— To co, mam uwierzyć, że Bóg ludzi, nasz Bóg, 
obrał sobie rezydencję na Miradorze? 
— Niekoniecznie. Ale możliwa jest taka wersja: tlatocetl 
jako narzędzie Miradorczyków wypełnia ich plan, a jedno- 
cześnie realizuje dokładnie tajny zamysł Boga. Jedno drugie- 
go nie wyklucza. Wprawdzie Bóg istnieje i działa poza cza- 
sem, ale od przypadku do przypadku zdumiewająco inge- 
ruje w sprawy tego świa 
tło za szybą. Rozbłysło i błyskawi- 
cznie odpłynęło do tyłu. Magazyn zsunął się z kolan profe- 
sora. 
— Daleko jeszcze? — wychrypiał. 
— Dobijamy. 
Moneyard osadził pojazd w ogrodzie czy na jakimś 

klombie, nie było czasu się rozglądać. Usłyszeli przesuwają- 
ce się po karoserii sztywne paluchy gałęzi — w następnej 
chwili wytoczyli się z kabiny w sam środek mgły. Profesor 
stał oślepiony, nie mając pojęcia, co należy zrobić ani 
w którą stronę się udać. Poczuł na rękawie dłoń Moneyarda 
— milioner ciągnął go za sobą. Biegli potykając się, grunt 
pod podeszwami to twardniał, to stawał się zupełnie grząski. 
Wreszcie wydostali się na chodnik i płytki twardo zadźwię- 
czały pod obcasami. Jeszcze kilka czy kilkanaście kroków 
i wśród mgły zamigotało światło, a zaraz potem wychynęły 
przekreślone czarnymi krzyżami, półkoliście zwieńczone okna 
— i gmach nakrył ich szarym cielskiem jak kwoka. Z rozpędu 
wbiegli po schodach do hallu głównego korytarza. Żywej 
duszy. Czerwone dywany i płonące rzęsistym blaskiem kan- 
delabry. Była to zmiana tak gwałtowna, że zatrzymali się. 
Oddychali ciężko, spoglądając to na siebie, to wokół siebie. 
— Chodźmy tam od razu — wykrztusił profesor. Money- 
ard skinął głową. Weszli po schodach na piętro. W poprzek 
przejścia leżał zwalisty kształt robota. Nim upadł, został wy- 
łączony albo uległ awarii. 
— Gamaliel — odezwał się Moneyard i zrobił niezde- 
cydowany ruch w stronę szczątków, ale profesor chwycił 
go za rękę. Dalej w pokojach także nikogo nie zastali. 
Dom wyglądał tak, jakby orkan wywiał wszystkich mieszkań- 
ców, nie czyniąc najmniejszej krzywdy meblom, zasłonom 
i kotarom. 
— Tędy — pokazał Moneyard uchylone drzwi. Tu lampy 
wyłączono i w pokoju panowała szarość, ale zaledwie we- 
szli, oświetlenie zareagowało automatycznie. Profesor nie wie- 

background image

dział, gdzie znajduje się sejf, ale patrząc na Moneyarda 
zrozumiał, że stało się coś niedobrego. 
Obraz był odchylony, a drzwiczki sejfu tylko lekko 
przymknięte. Moneyard odciągnął je; wnętrze sejfu wypeł- 
niała krwawa poświata, bijąca z wyłupiastych oczu obu 
kocich figurek. Moneyard widział kiedyś, jak ich ślepia 
żarzyły się niczym druciki żarówek zasilanych za słabym 
prądem — ale teraz gorzały jak cztery karbunkuły. 
Poza nimi w skrytce nie było niczego. 
Moneyard zostawił profesora i wybiegł z poko 
lejny 
dreszcz. Coś działo się wokół, z nim samym i w nim, ale nie 
miał nawet tyle czasu, żeby podnieść głowę. Przerażenie 
opuściło go, wydając się niesłychanie odległym wspomnie- 
niem; teraz widział tylko swoje ręce migające na tle rozświetlo- 
nego kryształu, w który cudownym sposobem zamienił się 
chropowaty przedmiot. W jego wnętrzu rodziły się okruchy 
jasności, eksplodowały i światło wylewało się kaskadami 
na zewnątrz. Po drodze ulegało .załamaniu na niewidocz- 
nych szlifach i rozszczepieniu na zwoje kolorowych tęcz. Tę- 
cze te gasły, ustępując miejsca innym, rozsypywały się na 
kolorowe iskry i znów przed oczami chłopca migotał barwny 
pas. Ile mogło upłynąć czasu? Nie wiedział i nie obchodziło 
go to. Wyszedł z domu przed wiekami i nigdy tam nie 
wróci, to pewne. Opuścił stary świat, lecz znajdzie sobie 
nowy na jego miejsce, nieskończenie piękniejszy i lepszy, 
0 którym śpiewał ten przedmiot. Chłopiec wierzył mu bez 
zastrzeżeń. Teraz rozumiał, dlaczego rodzice nie pozwalali 
mu się nim bawić. 
Całym ciałem odbierał konwulsje otoczenia. Mur ożył 
1 usiłował zrzucić starą formę, która więziła go przez tyle lat. 
Ziemia pod kolanami poruszała się ekstatycznie, powietrze 
wibrowało jak pędzone przez wirnik ogromnej sprężarki 
zawieszonej na niebie — a tlatocetl gorzał oślepiającym 
blaskiem i ręce chłopca coraz sprawniej poruszały się w jed- 
nym rytmie z jego rytmem i w jednej woli z jego wolą. Tak, to 
było szczęście. Właśnie go doświadczał. Zmrużył oczy, nie 
mogąc znieść promieni bijących w źrenice ze słonecznej 
klepsydry, lecz i z nim samym stało się coś dziwnego. 
Blask przestał mu przeszkadzać. Nie był już tym co przedtem, 
inaczej poczuł swoje ciało, a przez nie świat, który go ota- 
czał. Potem zrozumiał, że misterium, w którym uczestniczył, 
powoli zaczyna dogasać. Uważnie przyjrzał się własnym rę- 
kom, które nie były rękami i w których tlatocetl wirował 
nieskończenie wolniej, a stamtąd jego spojrzenie powędro- 
wało na dziwacznie sklepioną pierś i nogi, uformowane 
odmiennie niż przedtem. Właściwie w tej pozycji było 
mu niewygodnie. Zastanawiał się, skąd te zmiany, czy ma 
być z nich zadowolony, czy raczej odwrotnie — pożałować 
starej, utraconej formy. Ale właściwie jakiej? Nic nie mógł 
sobie przypomnieć. Słowa zacierały się w jego mózgu, 
poczuł się bezradny i opuszczony. Ciągle trzymał tlatocetl, 
po którym przesuwały się spokojnie ostatnie serie kolo- 
rowych plam. 

Wtem z budynku wypadł wielki jak wieża osobnik 
i rwał przed siebie bez celu, wyrzucając śmiesznie podobne 
do szczudeł nogi i wywijając szczudlimi ramionami jak wiatrak. 
Z trudem łapał równowagę. Jego szpiczasta, zakończona jak 
u konika polnego twarz z osadzonymi po bokach wielkimi 
oczami owada otwierała się i zamykała, łapiąc powietrze. 

background image

Zniknął we mgle i zaraz się z niej wyłonił, powietrze roz- 
brzmiało wysokim, ptasim skrzekiem. Ransome Moneyard ju- 
nior, błyskawicznie zamieniony w miradorskiego psa, przy- 
padł do muru, nie chcąc by tamten go zauważył, ale stwór 
odgadł jego obecność jakimś szóstym zmysłem. Zbliżył się 
i niedbałym ruchem długiej kończyny zahaczył psa razem 
z tlatocetlem i wgarnął ich raczej niż kopnął do budy, która 
wzięła się tu nie wiadomo skąd. Ransome Moneyard junior 
zaskowyczał z bólu i upokorzenia, w głębi duszy zadowolony 
jednak z takiego obrotu sprawy. Ułożywszy pysk na obłym 
przedmiocie, po którym wolno przelatywały ostatnie świa- 
tełka usiłował zasnąć. 
Dziwaczny stwór wydał skrzek tryumfu, który poleciał 
w mgłę, między monstrualne rośliny porastające ogród. 
Powtórzył ten odgłos z wyraźnym upodobaniem i skierował 
się ku wejściu do budowli. Zielone skrzydła szumiały nad 
nim uroczyście. 
styczeń 1984 
Witaj 
w domu 
ostarczone z archi- 
wum mapy zaskoczyły go swoim wyglądem. Spodziewał się 
wyblakłych kolorów, pożółkłego ze starości papieru — 
tymczasem kolory były świeże jakby naniesiono je wczoraj, 
a papieron bielusieńki. Dopiero w rękach czuło się jego 
wiek. Rozpościerając ostrożnie na stole barwne płachty bał 
się, że papieron rozsypie mu się w rękach. 
Pochylony nad blatem wpatrywał się w zapomniane 
prawie kontury lądów, wodził w zamyśleniu palcem po 
miękkim jak aksamit tworzywie, odnajdywał wielkie czerwo- 
ne plamy i linie i powtarzał z dziwnym uczuciem nazwy 
dobrze niegdyś znane: miast, transkontynentalnych autostrad, 
sztucznych wysp. Na Herido, niemal na samym środku Pacy- 
fiku, przyszedł na świat. Zaraz, jak oni powiedzieli? Dystrykt 
Kraków? Minęło trochę czasu zanim znalazł, nie chcąc za- 
glądać do skorowidza. Nie odrywając oczu od map zażądał 
parametrów miejsca lądowania i w miarę jak puster wyrzucał 
je z siebie kompletnie znudzonym głosem, próbował na- 
nosić na mapę, ale już za pierwszym razem papieron rozlazł 
się pod języczkiem pióra, brzegi rozcięcia wzdęły się, zwi- 
nęły i podeszły ku górze. Próbującym je rozprostować pal- 
com stawiły zdecydowany opór, a gdy nacisnął mocniej, 
rozsypały się na długie brunatne kawałki i na miejscu przy- 
szłego lądowania ział teraz spory otwór wypełniony papiero- 
nową miazgą. 
Zdmuchnął ją ze stołu, stojąc bez ruchu patrzył z niedo- 
wierzaniem, jak kłaczki papieronu wirują w powietrzu. Włą- 
czył pióro, przyjrzał się uważnie języczkowi, po czym prze- 
ciągnął nim w kilku miejscach po mapie. Efekt był identyczny. 
Zwinął podziurawione arkusze, zmiął w wielką, miękką kulę 
i z rozmachem wyrzucił w pochłaniacz. 
— Czemu się pan złości — powiedział puster — i psuje 
bez potrzeby dobre mapy. Ta była ostatnia. 
— Zamknij się, jak do ciebie nie mówię. Po cholerę nam 
nieaktualne mapy. 
Mapy były do niczego, wystarczyło spojrzeć po ekra- 
nach. Europa zrosła się z Afryką, z Morza Śródziemnego 
zostało niewielkie bajoro. Antarktyda była wolna od lodów, 
cała zielona, podobnie jak Grenlandia. Na Pacyfiku przybyły 
trzy nowe kontynenty, najmniejszy wielkości Australii. Trud- 
no jakoś było zaakceptować te zmiany. 

background image

— A poza tym za godzinę będziemy na dole. 
Był zły. I zdenerwowany. Nie tak sobie to wszystko 
wyobrażał. Mieli siedzieć przy pusterze we trzech, regulami- 
nowo powtarzać komendy i manewry — jak nigdy; jednym 
słowem mieli celebrować uroczystość lądowania, napawać 
się nią, zagrać wspólnie w trzyosobowej orkiestrze wielkie 
finale powrotu. Nic nie zostało z tych marzeń. Przede wszyst- 
kim dlatego, że Handull i Pineycon nie dożyli. Leżeli pod 
kryształowymi kloszami tacy jaśni, zwycięscy, błyszczący od 
szronu — jak własne pomniki do postawienia gdzieś na 
Ziemi. Ich oddechy nie parowały kloszów od wewnątrz, 
wieka były czyste, nie przesłaniały obrazu. Chodził 
popatrzeć na nich co parę dni, opierał się oburącz o brzegi 
najbliższego klosza, próbował zagadać — ale oni upar- 
cie nie podejmowali tematu, nie reagowali na to, co mówił. 
Opowiadał im o rosnącej na ekranach planecie, a gdy 
już nie miał nic do powiedzenia, odchodził. Oni zosta- 
wali. 
—Stan gotowości — powiedział puster. — Za pięć 
minut manewr. 
— Wiem — odrzekł machinalnie, choć po prawdzie 
kompletnie wyleciało mu to z głowy. 
Dzieliło go od układu niecałe czterdzieści minut świetl- 
nych, kiedy odezwała się Ziemia. Kolejne rozczarowanie. 
Serce biło mu jak szalone, gdy przetrząsał gorączkowo mózg 
w poszukiwaniu wzniosłej, na miarę okazji, sentencji. Tę 
sprawę miał załatwić Pineycon, błyskotliwy gaduła, najwięk- 
szy z całej trójki. Ten na pewno strzeliłby coś odpowiednie- 
go. „Mały krok człowieka, ale wielki ludzkości..." Plątał 
mu się język, gdy odpowiadał na pytania Ziemi, zwyczajne 
indagacje o nazwę statku, nazwisko pierwszego dowódcy, 
datę i miejsce startu. Ziemia sprawdziła w rejestrach, zapo- 
wiedziała następny seans łączności i umilkła. Siedział potem 
przez parę minut bez ruchu. Tylko tyle? 
— Stan gotowości — powtórzył puster. — Trzy minuty 
do rozpoczęcia manewru. Niech pan zapnie pasy. 
Zapiął pasy, dociągnął ekler boczny i zajął się kontro- 
lą wskaźników. Puster ożył, mrugał światłami jak nowojorska 
ulica przed Bożym Narodzeniem. 
— Jeśli pan chce, mogę sam przeprowadzić manewr — 
powiedział przymilnie puster. — Dość się pan namanewro- 
wał na orbicie. Należy się panu odpoczynek. 
Zirytował go ten słodziutki głosik. 
— Nie — powiedział. — Jeszcze nie teraz. To lądowa- 
nie muszę zrobić osobiście. Mogłeś za mnie robić wszystkie 
inne, ale to jest moje. 
— Przecież... 
— Bez dyskusji. Ono należy do mnie. 
Strzałka chronometru dobiegała powoli zera. Na wprost 
fotela tkwiła na ekranach Ziemia jak zawieszona w powietrzu 
piłka, obwiedziona białym torem, po którym poruszał się 
świetlisty punkcik. W malejącej odległości od niego rozbłys- 
kiwała miarowo czerwona kropka — w tym miejscu należało 
rozpocząć hamowanie. Spojrzał na trzy nowe kontynenty 
na Pacyfiku i ni stąd, ni zowąd przyszło mu do głowy, 
że Handull i Pineycon nigdy ich nie zobaczą. Na moment 
stanęły mu przed oczami ich twarze. Punkcik prawie dobiegał 
do czerwonej plamki; szarpnął dźwignię deceleratora i stop- 
niowo ściągnął ją w dół obserwując wskaźnik prędkości, 
tarczę chronometru i wykres odchyłek od obliczonego toru. 
— Pół sekundy za wcześnie — powiedział z wyrzutem 

background image

puster. — Co najmniej kilometr różnicy w punkcie. 
— Zamknij się — powiedział ze złością — bo cię 
wyłączę. 
To z wrażenia, pomyślał. Każde inne lądowanie zrobiłby 
nie gorzej od pustera, a może nawet lepiej. Ale to było 
wyjątkowe, bo ostatnie — dlatego musiał osobiście. 
 
Temperatura pancerza nie dawała powodów do nie- 
zadowolenia: rosła tak, jak powinna. Manewrując decelerato- 
rem zdołał doprowadzić niemal do pokrycia toru wahadłowca 
z obliczonym przez puster. To wszystko, co właściwie miał 
do zrobienia — teraz, kiedy zaczynała się stroma część 
toru, szansę korekty były właściwie żadne. 
Ziemia rosła w oczach. Do kontrolowania przybył licz- 
nik wysokości, a nie mógł się oprzeć, by nie patrzeć w górny 
ekran pokazujący powiększony fragment dystryktu Krakpw, 
gdzie miał lądować. 
— Przejmę skrzydła — zaproponował puster. 
— Nie. Dam sobie radę. 
Sterowanie skrzydłami, które wysuwały się z boków 
rakiety należało do ostatniej fazy lądowania. Ten moment 
polubił najbardziej, jeszcze w szkole: na głównym ekranie 
szczegóły wymieniały się z szaloną szybkością, jak na filmie. 
Przelatywały miasta, uciekały w tył autostrady pełne wspina- 
jących się po nitkach jezdni żuczków, wielkie ciemnozielone 
plamy lasów, wśród których łypnęło od czasu do czasu siwe 
oko jeziora. Znowu miasto, miasto, pagórki pokryte rzadkim 
lasem. Rzeka. Ale nigdzie nie było autostrad. 
— Skrzydła — upomniał go puster. 
Wystawił je odrobinę za późno i odrobinę zbyt gwałtow- 
nie. Kabiną zatrzęsło od uderzenia, pancerz zareagował 
natychmiast skokiem temperatury, tar rzeczywisty rakietki 
wyraźnie odłączył się od wzorcowej krzywej. 
— Pięć kilometrów różnicy w punkcie — skonstatował 
i zaklął. Puster roześmiał się ze źle skrywaną satysfakcją. 
Sięgnął do przycisku i wyłączył śmiech. Poczuł się nieszcze- 
gólnie — w końcu puster miał prawo się śmiać. Włączył 
go z powrotem. 
— Jedno z gorszych lądowań, jakie widziałem — osą- 
dził puster. — Zachowałeś się jak nowicjusz. 
— Zgadza się. 
— Trzeba było... 
— Nie — prawie krzyknął. — Musiałem to zrobić 
sam. Nawet gdybym miał na dole rozwalić to pudło razem 
z tobą. 
Przeskoczyli Atlantyk jak trochę większe jezioro. Poka- 
zały się góry. Alpy? Na to wyglądało. Mignęło jeszcze trochę 
gór, lasów, jakieś rzeki. I miasta, bez przerwy miasta. Jedno 
obok drugiego. Zaczęła się równina, wahadłowiec zniżał 
lot. Marne lądowanie, nie ma co, pomyślał. Manipulując 
ciągiem i skrzydłami zdołał zmniejszyć odległość od punktu 
do trzech kilometrów, ale to było wszystko. Na szczęście 
pustkowie, gdzie miał pozwolenie lądować, wydawało się 
dostatecznie rozległe. 
Drzewo wyskoczyło na ekranach niemal w ostatniej 
chwili. Normalnie nie zwróciłby na nie uwagi, miał co najmniej 
dwadzieścia metrów przewagi wysokości. Ale przestraszył 
się. Czego? Sam nie wiedział. Wrzucił odruchowo więcej 
ciągu, co przy tych samych skrzydłach wyniosło wahadłowiec 
dziobem prosto w górę. Co najmniej na trzy setki. Wyrównał 
znowu zbyt gwałtownie, dźwigary ładownika stęknęły w ze- 

background image

tknięciu z gruntem, ale wytrzymały. 
— No tak — powiedział przeciągając dłonią po czole. 
Była mokra od potu. — Koniec. 
Wylądował prawie pięć kilometrów od punktu wyzna- 
czonego przez Ziemię. Jak amator. 
— Bardzo złe lądowanie — mruknął nie wiadomo po 
co. To było widać. Należało pozwolić pusterowi, pomyślał. 
Właściwie czemu mu nie pozwolił? Każdy na jego miejscu... 
— Co jest? — 2:apytał zaniepokojony długim milczeniem 
pu stera. 
— Drzewo. Dać na ekrany? 
— Daj. 
Musiało mocno dostać z dysz wylotowych, bo płonęło 
żwawo jak wielka pochodnia. Było piękne, kiedy tak szumiało 
koroną z żywego ognia. Siedział i patrzył jak płonie, aż 
został z niego tylko wrośnięty w ziemię, wyciągnięty ku 
niebu osmalony kikut. 
— Jadą po ciebie — zauważył puster. 
Od strony spalonego drzewa istotnie zbliżał się jakiś 
pojazd. A więc to ju.ż. Teraz. Za kilka, może kilkanaście minut. 
— Cześć, puster — powiedział. — Muszę cię wyłączyć. 
Żałuję, że nie pozwoliłem ci lądować. Nie byłoby tu tego... 
— zrobił nieokreślony ruch ręką — nieporządku. 
— Nie ma sprawy — zapewnił wspaniałomyślnie pus- 
ter. — Niech ci się wiedzie w nowym starym świecie. 
Odciął zasilanie pusłera i przełączył agregaty napędowe 
na bieg jałowy. Otworzył klapę, skoczył w piach pokryty 
wyschłą brunatną trawą. Zaczekał aż klapa się zasunie i do- 
piero wtedy ruszył w stronę srebrzystego pojazdu, który 
dziwnym trafem wyglądał dokładnie tak, jak powinien. To 
znaczy zgodnie z wyobrażeniami. 
— Ty jesteś Pineycon — spytał go młody chłopak, 
zapewne kierowca, od razu jak wsiadł do środka — czy 
Parkin? 
— Parkin. Handull i Pineycon nie żyją. Zostali tam — 
machnął ręką w kierunku nieba. 
Chłopak kiwnął głową, że rozumie. Nie był kierowcą 
ani niczym takim. Siedział naprzeciwko Parkina i przyglądał 
mu się trochę z zainteresowaniem, a trochę jakby ze zdziwie- 
niem. Wejście do pojazdu zarosło półprzeźroczystą błoną, 
opalizującą mlecznoróżowo i zielono, Parkin czekał kiedy 
wystartują, ale nie chciał ponaglać swego przewodnika. 
Widać miał powody, skoro nie siadał za sterami. 
Sterów zresztą nigdzie nie mógł dostrzec — ani żadnej 
innej rzeczy mogącej udawać choćby kierownicę. Rozejrzał 
się po gładkich ścianach, ale lustracja nie zaspokoiła jego 
ciekawości. Zaczął jakieś pytanie, w tym samym momencie 
przemówił chłopak. Wpadli sobie w słowo. 
— Jesteśmy na miejscu — powiedział chłopak, błona 
pękła, chłopak wychylił się przez nią, przerzucił nogi — 
i już był na zewnątrz. 
Znajdowali się w obszernej oszklonej hali, w której nie 
było żadnych sprzętów. Na ścianach widniały niezrozumiałe 
znaki i pulsujące w gniewnym, dzikim rytmie symbole. W głę- 
bi stała gromadka osobników odzianych w coś, co Parkin 
określił jako mundury. Podobny strój miał na sobie jego 
przewodnik. Nieco bliżej oczekiwali ich dwaj „cywile", 
obaj jednakowego wzrostu i tuszy. Pochylili głowy, kiedy 
Parkin z chłopcem ich mijali, po czym ruszyli z tyłu za nimi. 
Eskorta, pomyślał Parkin czując nareszcie coś na kształt 
satysfakcji. 

background image

Podeszli całkiem blisko do grupki dostojników w mundu- 
rach. Atmosfera wydała się Parkinowi podniosła, ale samo 
powitanie zapowiadało się jednak zbyt skromnie. Wymarzył 
sobie trochę więcej przepychu. 
Przystanął. Cywile z tyłu przystanęli również. Chłopak 
odszedł gdzieś w bok, z grupki dostojników wystąpił łysy 
mężczyzna, westchnął kilka razy przeciągle, skrzyżował ręce 
na piersiach. Okropnie długo to trwa, pomyślał Parkin zasta- 
nawiając się jednocześnie, gdzie mogły się podziać kamery 
i mikrofony. Z pewnością ci z Ziemi nie próżnowali, gdy on 
bawił się w astronautę, miniaturyzowali, wynajdywali, ulep- 
szali. .. 
— Pilocie Parkin — odezwał się wreszcie łysy męż- 
czyzna. — Za zniszczenie podczas lądowania drzewa, które 
jest naszym zielonym bratem, zostałeś skazany na obcięcie 
prawej dłoni. Wyrok zostanie wykonany natychmiast. Bez- 
pośrednio po wykonaniu wyroku odbędzie się ceremonia 
oficjalnego powitania. 
Skończył i wmieszał się w grupkę. Z tyłu podeszli 
cywile i delikatnie ujęli Parkina za łokcie. 
kwiecień 1977 
Bariera 
immunologiczna 
liemal u podnóża 
Fioletowej Rozety Paweł Stukonis de Filadelfia zgubił ślad. 
Sygnał, wyczuwalny dotąd wyraźnie w przesyconym oparami 
powietrzu, rozpłynął się znienacka i Stukonis zatrzymał się 
zdezorientowany, kręcąc głową we wszystkie strony w na- 
dziei, że go odnajdzie. Zaczynał juz przychylać się do 
łaskoczącej próżność hipotezy, że cel jego wizyty znajduje 
się właśnie wewnątrz Fioletowej Rozety — oszklonej wieży, 
której wierzchołek ginął w chmurach. Teraz wizja wejścia do 
wnętrza wieży prysnęła jak bańka z mydła — tkwił w miejscu 
bezradnie, licząc tylko na szczęśliwy traf. 
Strażnicy przy najbliższym z wejść zaczynali mu się przy- 
glądać, ruszył więc z powrotem ku gwarnym ulicom, mysiąc 
z niechęcią o powtarzaniu całej procedury. Najwidoczniej 
nie wzbudzał zaufania. Zabawne, jeśli podejrzewają w nim 
kogoś więcej niż człowieka interesu. Czeka go dodatkowa 
robota, fakt, ale zawsze można ją zlecić odpowiednim lu- 
dziom, od tego przecież są. Bardziej martwiła go strata 
czasu — ktoś mógł go po prostu ubiec. 
Poszukał papierosów nerwowymi ruchami, bo paczki 
nie było na swoim miejscu. Uświadomił sobie, że trzy dni 
temu rzucił palenie; z rękami w kieszeni znieruchomiał, 
zmartwiał od koncentracji. Sygnał pojawił się znowu. 
Ostrożnie odwrócił się i spojrzał w kierunku, skąd 
nadpływał. Przypadkowi przechodnie przemykali przed nim 
jak ławice cieni. O ile dobrze namierzył źródło, impuls 
dobiegał z zagłębienia w ścianie, gdzie między szklanymi 
witrynami stali kobieta i mężczyzna — albo z wnętrza budyn- 
ku. Przyjrzał się parze w zagłębieniu, jego barczystej syl- 
wetce i jasnej plamie jej torsu. Twarz kobiety pozostawała 
w cieniu, ale nie wiadomo dlaczego Stukonis wyobraził 
sobie, że ma jasne włosy. Zaczął przebijać się w tamtą 
stronę przez strumień przechodniów. Sygnał znowu ulotnił się 
z jego mózgu — więc teraz będą go podprowadzać krót- 
kimi impulsami? Mogli napomknąć choćby słowem... Ludz- 
kie tusze nacierały bez pardonu, odpierał z trudem ich ataki. 
Sforsowanie kilku metrów pasażu kosztowało go sporo 
wysiłku. Przypadł niezdecydowanie do jasnej witryny, łapiąc 

background image

oddech i przyglądając się, jak grube paluchy mężczyzny 
obracają małe błyszczące serduszko. Bibelocik był nanizany 
na drobny- łańcuszek, łączący sutki nagich piersi kobiety. 
Odważył się obrzucić szybkim spojrzeniem jej twarz — rze- 
czywiście miała jasne włosy. 
— Zgubiłeś coś, córuś? — odezwała się kobieta pół- 
głosem, a jednak Stukonis dokładnie usłyszał każde słowo. 
Dlaczego jest ich dwoje, pomyślał. Dlaczego zwabili mnie 
właśnie tutaj? 
— Spuszczę mu manto — powiedział mężczyzna i lśnią- 
ce serduszko w jego palcach znieruchomiało, naprężając 
łańcuszek. — Wystarczy jedno słowo, druhno. 
Kobieta nie zwracała uwagi na jego zapalczywość albo 
nie mogła się zdecydować. Stukonis czuł, że atmosfera 
staje się coraz bardziej napięta, ale nie wykonał żadnego 
pojednawczego gestu. 
— Przyleję mu tylko raz — zaproponował mężczyzna, 
a Stukonisowi wydało się, że kobieta prychnęła z niezadowo- 
leniem. 
— Dlaczego chce się pan widzieć z Canabajem? — 
spytała. 
— Interesy — odrzekł zwięźle Stukonis. 
Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. 
— Tak może powiedzieć każdy — osądziła tonem 
pełnym zwątpienia, że facet taki jak Stukonis może oferować 
coś, co zainteresuje samego Canabaja. 
Stukonis kiwnął głową. — Zapewne. — Milczał upor- 
czywie, nie z wyrachowania, po prostu dlatego, że żaden 
przekonywający argument nie przychodził mu na myśl. 
— Wygląda mi na śmierdziela — rzekł otwarcie męż- 
czyzna. Puścił serduszko, które zadyndało na łańcuszku nie- 
spokojnie, sięgnął do kieszonki i zaaplikował sobie szczyptę 
pyłu w potężne nozdrza. 
— Trzy dni temu rzuciłem palenie — palnął ni z grusz- 
ki, ni z pietruszki Stukonis i natychmiast pożałował, że 
to zrobił. 
— Fascynujące — głos kobiety podbiegł chłodem. 
— Zastanawiam się, czy musimy od razu niepokoić pana 
Canabaja. To naprawdę bardzo zajęty gość. Postaram 
się go zastąpić. — Przerwała czekając chyba na reakcję Stu- 
konisa. — No, streszczaj sprawę, córuś. Przejrzyście, bez 
matactw. 
— Tobie, dziewczynko, mogę najwyżej powiedzieć, 
ile mi-Tł Harold Salomon w zwisie — właściwie nie skończył 
tej przydługiej sentencji. Nie zdążył. Mężczyzna miał ciemną 
cerę, grube wargi i był cholernie szybki. Jego ręka opadła 
na iwarz Stukonisa jak łopata i momentalnie wgniotła mu 
głowę w ramiona. Rękawica została nasycona środkiem 
odurzającym, którego Stukonis nie znał, ale o którego pio- 
runującym działaniu zaraz się przekonał. W ciągu sekundy 
zdążył stracić przytomność i odzyskać ją na poziomie komplet- 
nego zniewolenia. Piekła go twarz w miejscu, gdzie tamten 
jej dotknął. Kobieta w tym czasie przeformowała swój strój 
i łańcuszek wraz z serduszkiem zniknęły pod połyskującym 
jak skóra węża materiałem. Miała rzeczywiście bardzo jasne 
włosy. 
Zapamiętał, że przedzierali się przez tłum, a potem 
wsiedli do stratocykla. Nim pojazd ruszył, chemia wyłączyła 
Stukonisa z realnego świata. 
Kiedy na dobre odzyskał świadomość, leżał na niskim 
stole o blacie z kremowej ceramiki, od której biło przyjemne 

background image

ciepło. Był nagi. Kobieta, którą spostrzegł na pasażu, spoglą- 
dała na niego z lekkim rozbawieniem. 
— Może się pan ubierać — powiedziała. — Senor 
Canabaj de Salamanca prosił, by przekazać panu wyrazy 
ubolewania i przeprosić za nieco obcesowe potraktowanie. 
Niestety, odkąd pewien szaleniec usiłował go zgładzić, wysa- 
dzając się w powietrze przed doskonałą imitacją senora, 
musieliśmy wzmóc ostrożność. Tak więc względy bezpieczeń- 
stwa zadecydowały... 
Przestał słuchać niezdolny do zaakceptowania zmian, 
jakie się w niej dokonały. Najważniejsze, że był już w środku. 
Wystarczy pozwolić się nieco zmaltretować, by uznali cię za 
przyjaciela domu. 
— Twarz będzie pana piec jeszcze około kwadransa. 
Potem ból zniknie, nie pozostawiając żadnych skutków ubocz- 
nych. Już i tak jest lepiej, prawda? 
Zmusił się do skinienia głową. Rozejrzał się ostrożnie 
po pomieszczeniu. Mężczyzna ulotnił się. 
— Musieliśmy pana prześwietlić... także dosłownie — 
paplała. — Dobrze się pan czuje? Senor Canabaj de Sala- 
manca przyjmie pana za kilka minut. 
— Gdzie jesteśmy? 
— O, to tajemnica. Będzie pan tak wyrozumiały i po- 
zwoli nam chronić kilka małych sekretów? 
Nie zareagował. 
— Chodźmy. Senor Canabaj oczekuje pana. Tędy. 
Weszli w krótki korytarz i przystanęli. Stukonis posły- 
szał z tyłu szmer; odwrócił głowę i zauważył, że przejś- 
cie znikło bez śladu. Poczuł palce kobiety na ramieniu. Po- 
sadzka podjechała chyba o półtora metra wzwyż, wyno- 
sząc ich na środek okazałego gabinetu o ścianach z krysz- 
tałowych luster. W jednym z nich poruszył się ciemnawy 
kształt. 
— Witam pana, panie Stukonis... de Filadelfia. Jeszcze 
raz przepraszam za nadgorliwość moich ludzi. — Dał znak 
sekretarce, która wycofała się. — Oto miejsce dla pana, 
a to pańska szklanka. Wystarczy zażądać, co ma się w niej 
pojawić. 
— Jogurt malinowy — zadysponował Stukonis. 
Canabaj uniósł brwi i spoglądał na różowawą strużkę 
sączącą się z kraniku. 
— A więc z czym pan przychodzi, panie Stukonis? 
— Słyszałem co nieco o pańskich kłopotach. Postano- 
wiłem złożyć panu ofertę. 
— Kłopoty — westchnął Canabaj. Zamówił koniak 
z coca-colą i odczekał, aż ostatnie bąbelki wypłyną na po- 
wierzchnię i lustro cieczy uspokoi się. — Kto ich nie ma... 
Ale podejrzewam, że ma pan na myśli coś konkretnego. 
Co tam słychać w mieście? Dawno nie wychodziłem na ulicę. 
— Trakty pełne dewiatorów — powiedział uprzejmie 
Stukonis. — Sznytowników Siódmego Dnia, Braci w Rózdze, 
a także członków pomniejszych sekt w rodzaju Towarzystwa 
Łańcuchowego czy BŹDziN-u. Brzydcy, Źli, Dziwni i Naiwni 
— wytłumaczył, widząc pytający wzrok gospodarza. — 
Niemożliwe, żeby pcn o nich nie słyszał. 
— Mam przysiąc? — ton głosu Canabaja zadrgał od 
rozbawienia, ale twarz pozostała poważna. — Widzi pan, 
w moim wieku człowieka coraz mniej obchodzą szaleństwa, 
w które stroi się świat. Nie odczuwam potrzeby wybiegania 
myślą w przyszłość, natomiast dużo wspominam. Tęsknię 
ogromnie do tego, co minęło. Nie zanudzam pana przy- 

background image

padkiem? 
— Skądże — zaprzeczył żywo Stukonis. 
— Opowiem panu coś zabawnego. Tydzień temu nie 
poznał mnie własny strażnik. Kiedy go mijałem, podłożył mi 
nogę. Rymnąłem jak długi; kiedy zbierałem się z posadzki, 
jakiś wytwornie ubrany jegomość doskoczył i zaaplikował 
mi kilka sążnistych kopniaków. Trzy, cztery... zanim powaliły 
go kule ochrony. Ci chłopcy nie znają się na żartach. Więc, wi- 
dzi pan, skoro w takim kierunku zmierza świat, ja zostaję tutaj. 
— Co pan zrobił z tym strażnikiem? — spytał Stukonis. 
— Poleciłem go awansować i nagrodziłem premią. 
W czasach powszechnego obłędu nawet człowiek względnie 
zdrowy ma umyśle zmuszony jest wyzbyć się sztampy w po- 
stępowaniu. Ale pan zaczął mówić interesująco o kłopotach... 
jeśli się nie przesłyszałem — jego twarz przybrała wyraz 
oczekiwania. 
— Pół roku temu kupił pan zamrażatorium — zaczął 
ostrożnie Stukonis. — Powiedzmy, że chciałbym je odkupić 
od pana. Wraz z zawartością. 
— Taak — rzekł przeciągle Canabaj. Zastanawiał się. 
— Rozumie się, że wraz z zawartością. Przecież i ja nabyłem 
je nie dla lodówek z końca XX wieku, prawda? Można zapy- 
tać, na co panu ten balast? 
Stukonis wzruszył ramionami. — Można zapalić? — wło- 
żył ręce do kieszeni i zaraz je wyjął. 
Senor Canabaj de Salamanca stukał w klawisze podręcz- 
nego komputera. 
— Przedsiębiorstwa środków spożywczych — czytał 
z ekranu. — Spedycja, plantacje, fabryki konserw... Rozu- 
miem — spojrzał na Stukonisa z zainteresowaniem. — A skąd 
pan wie, że chcę się pozbyć tego... zamrażatorium? 
— To proste: zamierzał pan wykorzystać odmrożeńców 
na części zamienne dla ofiar wypadków, nieuleczalnie cho- 
rych. .. rzecz jasna tylko tych, których na to stać. Wydał pan 
krocie na reklamę. Coś nie wypaliło, prawda? 
— Panie Stukonis, czyta pan w moich myślach. Jak na 
mój gust, w tym mieście wiadomości rozchodzą się stanowczo 
za szybko. — Podniósł szklankę i upił trochę koktajlu. — 
— Wydawałoby się, że ten pomysł przerasta wszystkie inne. 
Trochę przewrotny... w sam raz na te czasy, w miarę 
intrygujący — akurat na tyle, by pobudzić ciekawość ewen- 
tualnych klientów. Ale znacznie więcej od walorów, hm, 
handlowych spodziewałem się po odejściu od obowiązują- 
cych w medycynie stereotypów. Ocieranie się o śmierć, 
uważa pan, a tylko takie przypadki mieliśmy na względzie, 
wymaga zaangażowania środków z podobnej parafii... tak 
samo ostatecznych. Nasza akcja, niewątpliwie humanitarna, 
obiecywała więcej, niż były w stanie wykrzesać nawet naj- 
lepsze zespoły, ograniczające się do konwencjonalnych 
metod. Sięgaliśmy niejako w zaświaty, prawie bezpośrednio 
w sąsiedztwo Pana Boga, by dla tych, co zechcą nam zaufać, 
wyrwać jeszcze jedną szansę. Na progu śmierci, że się tak 
wyrażę, gdy zawiodły wszystkie inne ucieczki, staliśmy jesz- 
cze my. 
Ledwo uchwytny grymas powątpiewania czy niechęci 
pojawił się na obliczu Stukonisa. Tamten musiał go dostrzec 
i odpowiednio zinterpretować, bo przerwał niemal w pół 
słowa. 
— Dziwi pana, że opowiadam o tych sprawach z taką 
otwartością? A opowiadam. Zamknęliśmy ten etap... przy- 
najmniej częściowo, w związku z czym odpadła konieczność 

background image

rygorystycznego trzymania języka za zębami. Zwłaszcza tutaj 
— westchnął. — Dodatkowym atutem — same zalety miał 
ten plan, zechce pan zauważyć — był fakt, ze organizmy 
ludzi z przeszłości wydawały się idealne dla naszych celów: 
organy nie zawierały ani części zanieczyszczeń chemicznych, 
jakie są naszym udziałem obecnie. Były czyste, zdrowe, 
świeże. Prima sort. Stąd już krok do kucia sloganów: prze- 
szczepiona wątroba od Canabaja zdrowsza niż cała reszta. 
Dałem przedsięwzięciu nawet swoje nazwisko, tak byłem 
przekonany o sukcesie. I co? — wsparł się obydwiema 
rękami o biurko i nachylił nad nim, jakby chciał wstać. — Nic, 
mój panie. Plajta. Szczęście za wcześnie uderzyło nam do 
głów. Tak bardzo byliśmy pewni powodzenia, ze poniecha- 
liśmy prób, mających usunąć ostatnie wątpliwości. Dziewięć- 
dziesiąt procent przeszczepów zostało odrzuconych przed 
upływem miesiąca, pozostałe po nieco dłuższym czasie. 
Skandal, straty finansowe, koszta sądowe, odszkodowania — 
machnął ręką. — Co bęoę panu opowiadał. Przeżyłem 
swoje. A ile starań kosztowało nas uchronienie się przed 
jakże niepożądanym w tej sytuacji rozgłosem! 
Stukonis kiwał głową ze zrozumieniem. 
— Kiedy wszystko zapowiada się zbyt ładnie, należy 
zdwoić czujność — rzekł. — To stara zasada biznesu. A co 
w końcu okazało się przyczyną niepowodzenia? Jeśli to nie 
tajemnica... 
— Już nie. Powód był dziecinnie prosty: rozregulowana 
bariera immunologiczna. Przeszczepy z zamrażatorium okaza- 
ły się zbyt dobre, rozumie pan? Zbyt czyste dla naszych prze- 
chemizowanych organizmów. Mało kto zdaje sobie sprawę, 
jak daleko zaszliśmy pod tym względem. W porównaniu 
z naszą sytuacją świat końca XX wieku — też mocno zagro- 
żony sozologicznie — wydaje się zielonym rajem. Czy pan 
wie, że mówi się o konieczności racjonowania dostępu 
do budek z tlenem? Z drugiej strony nasze pożywienie, 
woda, kosmetyki, środki ochrony — toż to czysta chemia! 
Zdajemy sobie sprawę, i owszem, ze skutków ubocznych, 
coś z tego musi się w nas odkładać — ale co? Ile? Przed 
społeczeństwem ukrywa się prawdę o wynikłych z chemi- 
zacji zagrożeniach — albo porusza się jakieś piętnastorzędne 
aspekty problemu. Wszak to, co każdy w sobie miesi, co 
obraca z krwią, płynami fizjologicznymi i tak dalej — pozo- 
staje całkowicie prywatną sprawą. Tu wolność jednostki może 
się manifestować w całej rozciągłości. Są zacne wyjątki: 
alkohol, narkotyki, psychotropy... Tak więc, panie Stukonis, 
ukręciliśmy sprawie łeb. Powiem panu coś, czego prosiłbym 
nie kolportować: zrobiliśmy to w wyniku energicznych na- 
cisków z góry. Przyznaję, że nie polemizowaliśmy, nie tylko 
dlatego, że tak nam było na rękę. 
Od pewnego czasu Stukonis poświęcał mu jedynie cząst- 
kę swej uwagi. Coś było w jogurcie. Albo w powietrzu. 
Otoczenie zdawało się pływać przed jego oczami, czemu 
wyraźnie sprzyjała obecność luster. Przywrócenie rzeczy na 
swoje miejsce kosztowało nieco wysiłku woli. 
— Świat wymyka się ludziom z rąk — perorował Ca- 
nabaj. Dał się ponieść emocjom — a może to koniak z kok- 
tajlu zrobił swoje. — Świat się zmienił i człowiek także jest 
zupełnie inny. Na naszych oczach rodzi się najstraszliwsze 
indywiduum. Istota prawdziwie nieznana, nieobliczalna. 
Można spodziewać się wszystkiego... niestworzonych rze- 
czy. .. Biada podobnym do mnie dinozaurom. Patrz pan: mamy 
coraz pośledniejszy wpływ na bieg zdarzeń. Przypominamy 

background image

dziecko biegające pośród stosów kolorowych pudełek; 
całym efektem jego paniki — coraz większy bezład. Wiem, 
wiem, tak było zawsze. Możliwe również, że na starość pewne 
rzeczy odbiera się inaczej. Z większym strachem. Boję 
się cholernie tego, co nas czeka. Żaden rozsypany stos 
pudełek nie da się ułożyć na nowo. Szklanka parującej 
herbaty napełnia mnie przerażeniem. Nie da się jej odtwo- 
rzyć, gdy ostygnie. Każda upływająca sekunda jest ostatnia, 
bo nie do odzyskania. 
— Czy ja wiem... — powiedział z wysiłkiem Stukonis. 
— Można chyba tę herbatę odgrzać... 
— Ale to już będzie zupełnie inna herbata! Tamta 
została zaprzepaszczona bezpowrotnie. Szlag ją trafił! 
W świecie tak urządzonym jak ten możemy tylko tracić, 
zysk jest niemożliwy. Najmniejszy ruch ręki, najskromniejsze 
posunięcie powodują w tym świecie kaskadowe tornada — 
nie do odwrócenia ani opanowania. A skoro tak — wziął 
głębszy oddech — co za różnica, czy wywracam zastany 
tu porządek na małą, czy na wielką skalę? Rodzaj moich 
działań nie ulega przez to zmianie! 
— Czy myślał pan kiedyś o Bogu? — wykrztusił z naj- 
większym trudem Stukonis. 
— „Jeśli Boga nie ma, to przecież wszystko wolno", 
co? Tak, panie Stukonis? — wstał zza biurka i oparł się ciężko 
pięściami o blat. Z nim także działo się coś dziwnego. — 
Niezupełnie! — wykrzyknął. Jego twarz dawno straciła po- 
godny wyraz. — A jeśli Bóg jest, ale słaby jak lebioda? 

Niech pan posłucha: „Bóg jest słaby, ponieważ jest bezstron- 
ny. Zsyła promienie słońca i deszcz zarówno na dobrych, jak 
na złych".* — Zachwiał się. — Świat tylko z pozoru wydaje 
się wypełniony ludźmi i sprzętami, w gruncie rzeczy jest 
pusty jak balon. Słyszy pan — pusty! Nie ma w nim za grosz 
miłości! A skoro Bóg przestał kochać ludzi, to jakby go nie 
było! — krzyczał już bez żadnego skrępowania. — Skoro, 
niezależnie od mojego postępowania, spotka mnie to samo, 
po cóż wszelkie skrupuły? Po co wahania, związane ręce, 
rozmaite tabu, zakazy, plomby, których nie wolno zerwać? 
W tym pustym świecie, panie Stukonis, jednego mamy pod 
dostatkiem: wolności. Kto z niej nie korzysta, ten kiep, 
bo zarówno powściągliwość, jak i największe wyuzdanie 
w tej mierze wychodzą na jedno! 
Właśnie przygasło światło i w tym samym momencie 
senor Canabaj de Salamanca nadludzkim wysiłkiem oderwał 
się od biurka. Poszedł w głąb pomieszczenia, sztywno 
stawiając nogi, przy czym w jego ruchach ujawniła się 
niecierpliwość głodnego zwierzęcia, któremu wreszcie wolno 
skoczyć na żer. Ciągnął za sobą średniej długości węża, 
którego czarny ogon chlastał gniewnie posadzkę — to Cana- 
baj potrząsał ręką, jakby ciągle zmagając się z gadem. 
Lustra przejęły i powtórzyły zgarbione odbicie, rozstąpiły 
się i zagorzały czerwonym światłem — spod sufitu spadła 
muzyka i momentalnie wypełniła Stukonisa, który ani drgnął 
w fotelu. Tam, między lustrami, szarpał się w dybach ludzki 
kształt. Canabaj dopadł go i jednym gwałtownym ruchem 
zdarł koszulę z wygiętych w pałąk pleców; krwawy blask 
siadł na nich natychmiast, liżąc gładką skórę i przeskakując 
po wypukłościach mięśni i kręgosłupa. 
Canabaj smakował ten widok nagiego życia, wijącego się 
przed nim na podobieństwo robaka, po czym odstąpił krok, 
zamachnął się i uderzył. Koniec biczyska przywarł do skóry 

background image

ognistym pocałunkiem, mięśnie pod nią stężały w niekontro- 
lowanym spazmie, ogon węża zsunął się pozostawiając 
w miejscu uderzenia purpurową pręgę. Muzyka przybrała 
na sile, chyba grała od bardzo dawna, Canabaj podnosił 
pejcz i opuszczał go równomiernie, na tempa, jakby najbar- 
dziej fascynowała go precyzja i celność razów, a może dbał, 
by nie zakończyć za wcześnie. Czwarte lub piąte uderzenie 
* Simone Weil: „Sita ciążenia i laska" (tłum. Czesław Miłosz) 
109 
wyrwało z ust nieszczęśnika zdławiony jęk, który za moment 
przeszedł w skowyt i krzyk, otwarty, szczery protest sieka- 
nego mięsa. W muzykę włączył się śpiew kobiety, wysoki, 
ostry, zawodzący, Stukonis uświadomił sobie także, że sły- 
szy jak najwyraźniej sapanie Canabaja, świst rzemienia i rzę- 
żenie bitego, od pewnego czasu — ale od kiedy? — stał 
daleko od fotela, zaśmiewając się histerycznie, podskakując 
w miejscu i bijąc się rękami po bokach jak kogut. Wysoki 
głos wciąż śpiewał, należał do tej samej kobiety, która do- 
starczyła Stukonisa do Fioletowej Rozety, jasne włosy otaczały 
chmurą jej głowę, a umalowane jaskrawo wargi rozciąga- 
ły się w drapieżnym uśmiechu. Ubrana była w długą białą 
suknię; mimo że Stukonis nie patrzył w jej stronę, rozróżniał 
każdy szczegół. 
Znów coś umknęło jego spostrzegawczości. Czuł, że 
i oń powinien włączyć się do spektaklu, dodać doń cząstkę 
samego siebie — i oto jak na zawołanie posłyszał własny 
głos, też nienaturalnie wysoki. Wołał jakieś słowa, które 
z trudem torowały sobie drogę do atakowanej ze wszystkich 
stron świadomości. 
— Ziemia ojczyzną ludzi! — wołał Stukonis. — Stwo- 
rzyliśmy wspaniałą cywilizację! Na miarę potrzeb i as- 
piracji! Sięgnęliśmy gwiazd! Człowiek to brzmi dumnie! — 
Odpowiadał mu niezmordowany świst pejcza, wrzaski ka- 
towanego; śpiew kobiety i muzyka wibrowały poza nim 
i w nim. — Szczęście dla wszystkich, nigdy więcej wojny! — 
ryczał Stukonis starając się przekrzyczeć cały ten zgiełk. — 
Wolność, równość, braterstwo! Proletariusze wszystkich kra- 
jów, łączcie się! Przezorny zawsze ubezpieczony! 
Coś było w jogurcie. Albo w powietrzu. Już wiedział, 
co: muzyka i śpiew. Doświadczał wspaniałego uczucia pod- 
niosłości i potęgi. Przez krótką chwilę czuł się równy bogom. 
— My się zimy nie boimy! — ryczał Stukonis. — Kto 
pod kim dołki kopie, sam w nie wpada! Człowiek najwyższym 
celem! Razem, młodzi przyjaciele! Ciotkę parowozu przeta- 
czać na sznyclach! Z agrestu poddanego torturom niejedno 
można wycisnąć! Ten, kto kogo ma lub nie ma, sam zawiśnie 
pod obiema! Potrzeba matką wynalazków! Oszczędzaj i ucz 
oszczędzać! Z drogi, śledzie, bo król jedzie!!! Ha, ha, ha!!! 
Muzyka urwała się w pół taktu, śpiew wybrzmiał w jed- 
nej chwili i prawie równocześnie Stukonis zauważył, ze 
Canabaj stoi z opuszczonym pejczem, z trudem utrzymując 
• \ 
1 1 1 
równowagę i łapiąc gwałtownie oddech. Ciało, zsiekane 
na kotlet, zwisło z metalowych uchwytów. Skoczyły ku niemu 
cienie posługaczy w szarych kitlach, Canabaj szerokim ruchem 
ramienia odrzucił biczysko, w lustrach znowu zadrgały rozma- 
zane kształty. Pełny blask jarzeniówek uderzył w oczy. Wolno, 
jakby przybyło mu z pięćdziesiąt lat, Canabaj odwrócił się 
i minął gościa bez słowa, nawet na niego nie spojrzawszy. 
— Co to znaczy? — oburzył się Stukonis. — Koniec 

background image

zabawy? A właśnie, że początek! Koszyk — raz! Kółko — 
dwa! Wszystkie pary tańczą! 
Canabaj przemieszczał się w jego polu widzenia jakby 
w zwolnionym tempie, przepływał w pobliżu jak transatlantyk. 
Zmierzał do biurka, zapatrzony w jeden punkt przed sobą, 
i nagle Stukonis postanowił wyrwać go z odrętwienia. Do- 
skoczył i z całej siły ugodził przechodzącego w aortę szyjną, 
tuż poniżej ucha i linii siwych włosów. Głowa Canabaja 
zachwiała się ciężko jak boja na fali, a on sam poleciał w bok. 
Stukonis wziął ten ruch pod uwagę, kiedy z pełnego obrotu 
wymierzał wytrąconemu z równowagi ciału jeszcze jeden 
straszliwy cios, tym razem grzbietem stopy. Ze zmiażdżoną 
twarzą senor Canabaj de Salamanca runął jak wór szmat na 
biurko, przetoczył się po nim i opadł po drugiej stronie. 
Wszystko, co Stukonis mógł zrobić w tej sytuacji, to 
powrócić na swoje miejsce. Rozejrzał się w nadziei, że 
zastanie kobietę, ale nie było jej. Ujawnione niespodziewanie 
umiejętności walki wręcz oraz własna agresywność zdumiały 
go przelotnie; jednocześnie poczuł, jakby pewna sekwencja 
odgrywająca się w nim i obok niego dobiegła końca. Miał 
poczucie spełnienia, tak by to można nazwać. W specjalne 
wycięcie krzywki z naniesioną kolejnością zdarzeń zapadła 
metalowa klapka. Siedział po prostu i czekał. 
Zewsząd otaczały go blade twarze luster. Nikt nie 
nadchodził. 
Wychylił się z fotela, żeby rzucić okiem na Canabaja. 
Dźwięcząca w uszach cisza przeczyła realności ostatnich 
wypadków. Kłąb szmat obok biurka nie poruszał się. Stu- 
konis opuścił wzrok na swoje ręce. Były zupełnie spokojne. 
Jego mózg zasypiał, czuł to. Ulegał przemożnej sennoś- 
ci, nie próbując nawet z nią walczyć. Było mu obojętne, co 
z nim teraz zrobią. Jego rola dobiegła końca. 
Ocknął się, kiedy jacyś ludzie w kitlach, kompletnie 
nie zwracając na niego uwagi, ładowali ciało senora Canabaja 
na wózek. Stąpali poważnie, otaczając wózek z obu stron, 
póki lustra nie zamknęły się za nimi jak srebrna powierzchnia 
wody. Został sam. 
Znowu przyglądał się własnym rękom i dziwił ich nie- 
ruchomości. Kontemplował doskonały spokój, rozlewając się 
pod czaszką. Coś się zmieniło w gabinecie. Podniósł wzrok. 
Z luster spoglądała na niego uśmiechnięta twarz. Twarz 
człowieka, którego nie tak dawno wyekspediował z tego 
padołu. 
— Serdecznie witam, panie Stukonis... de Filadelfia. 
Tak mi przykro, że trudził się pan nadaremnie... 
Stukonis przyjął to oświadczenie z całkowitą obojętnoś- 
cią. 
— Ciekaw jestem, kto tego nasłał — twarz zwracała 
się najwyraźniej do kogoś poza kadrem. — Valery? Dlaczego 
przysyła tutaj żywe bomby i karateków? Mści się za żonę? 
Przecież osobiście mi dziękował, ze pomogłem mu się ;ej 
pozbyć. Nigdy jej nie kochał. 
— Pomylił pan nazwiska — w lustrach ukazała się 
kobieta o jasnych włosach. — Valery to facet z Północy, 
stacje telewizyjne, owoce cytrusowe i czekolada, któremu 
załatwił pan syna. Wstawiono mu przeszczep jako jednemu 
z pierwszych. To był jego jedyny syn. Świata nie widział 
poza nim. 
— Wielkie rzeczy — powiedział Canabaj. — Co ja na 
to poradzę? Było, minęło. Wytłumacz mi, dlaczego skądinąd 
rozsądni ludzie nie potrafią się pogodzić z nieodwracal- 

background image

nością wyroków losu. Sam sobie winien — kto mu kazał 
kupować synowi najszybszy model stratocykla? Może 
ja? No i wysadził przecież niezgorsze odszkodowanie, 
prawda? 
— Całkiem przyzwoite — przyznała kobieta. 
— Stukonis, jesteś tam jeszcze? Słyszysz mnie? Nasłali 
cię tutaj, żebyś mnie zgładził. Jesteś replikantem, Stukoriis. 
A skoro tak, musiałem ci podsunąć innego replikanta, aby 
spotkanie odbyło się na właściwym, hm, szczeblu. Wy, 
replikanty, musicie jak najwięcej przebywać we własnym 
towarzystwie. 
— Ach, tak — powiedział bez zainteresowania Stu- 
konis. 
— Tak — potwierdziła tonem nie znoszącym sprzeciwu 
twarz z luster. Stukonis widział ją nawet wtedy i słyszał 
«-----------..... 11 3 
jej głos, gdy szedł ciemnymi korytarzami w otoczeniu ludzi 
w szarych kitlach. 
— Zdawało ci się, że od zdjęcia z ulicy do odzyskania 
przytomności upłynęło najwyżej kilkanaście minut, co? W rze- 
czywistości oglądaliśmy cię dokładnie przez parę dni. Jesteś 
całkiem sprytną zabawką, Stukonis. Twój mocodawca dobrze 
to wszystko obmyślił. Ale trafiła kosa na kamień. Teraz my 
trochę pobawimy się tobą. Najpierw zajrzymy jeszcze tu 
i ówdzie, potem wyzerujemy zapis i nałożymy nowy. Chyba 
nie masz nic przeciwko temu, co, Stukonis? 
Otwarły się jakieś drzwi, szare kitle otoczyły go półko- 
lem. Posłyszał krótką komendę. 
— Właź. 
Postąpił krok do przodu. Dalej była ciemność, więc 
zatrzymał się. Silne ręce pchnęły go z tyłu, potoczył się 
po kamiennych stopniach i wylądował na zimnym dnie piwni- 
cy. Snop bijącej z góry jasności stał się węższy i zgasł — 
drzwi zasklepiły się. 
Stopniowo oczy przyzwyczajały się do ciemności. Nie 
był sam — czuł to. I słyszał. Między rysującymi się kanciasto 
gratami przesuwały się wolno cienie, w powietrzu przeplatały 
się długie oddechy, ktoś ni to wzdychał, ni szlochał, ktoś po- 
wtarzał monotonnie: — Zerowanie, zerowanie, zerowanie... 
Trafił między swoich. Poszedł w głąb piwnicy i wreszcie 
ich zobaczył — przez omszałe okienko wpadało trochę 
światła. Spoglądali na niego obojętnie, nie przerywając 
klepanych blaszanymi głosami skarg ani melodeklamacji. 
Na samym środku stała kanapa, zajęta przez czworo repli- 
kantów — trzech mężczyzn i kobietę. Leżeli w poprzek ka- 
napy bez ruchu, przytuleni do siebie, z podkurczonymi dla 
wygody nogami. Pod głowami mieli krzesła. W pewnym 
momencie równocześnie, jak na dany znak, cała czwórka 
przekręciła się na drugi bok. Wtedy zauważył, że kobieta 
ma podniesioną spódnicę i ściągnięte majtki. Leżący za 
nią mężczyzna miał rozpięte spodnie, które na skutek wielo- 
krotnej zapewne zmiany pozycji zsunęły się całkowicie. 
Kiedy Stukonis na nich patrzył, mężczyzna mocniej przy- 
warł do kobiety i podjął czynności prokreacyjne. Wykonywał 
automatyczne ruchy, a jego twarz robiła wrażenie kompletnie 
wypranej z emocji. Kobieta, pogrążona we śnie czy w letargu, 
zdawała się nie zwracać na niego żadnej uwagi, ale kiedy 
Stukonis się zbliżył, uderzyło go spojrzenie jej otwartych oczu. 
11/1 
W prawdziwym gabinecie Canabaja mężczyzna zabity 
przez Stukonisa mówił do kobiety o jasnych włosach: 

background image

— Trzeba ożywiać coraz to nowych zamrożeńców 
i robić z nich replikantów, bo operacja nałożenia zapisu 
powoduje nieodwracalne uszkodzenia kory. Po zerowaniu 
i dwóch, trzech zmianach zapisu nie nadają się do niczego. 
Pracujemy usilnie nad regeneracją, zapewnia mnie jakiś 
technik, ale na razie nie mamy nic konkretnego. — Rozłożył 
ręce w wymownym geście. — Nawet gdyby mieli, koszto- 
wałoby to krocie. Całe szczęście, że zamrażatorium należy 
do większych obiektów zbudowanych w tym czasie, więc 
na razie taniego surowca nie zabraknie. Ale muszę przecież 
myśleć o przyszłości. 
— Zawsze pana podziwiałam — stwierdziła kobieta 
o jasnych włosach. — Pana bezwzględna logika, umiejętność 
przewidywania... — zamyśliła się. — Proszę mi powiedzieć, 
dlaczego tak wielki, wpływowy i bogaty człowiek wybrał 
sobie tak skromną posiadłość tytularną? 
— Z czystego kaprysu, droga Floro. Czy myślisz, że 
nie byłoby mnie stać na Londyn czy Paryż? Wielkiego molo- 
cha może sobie zafundować byle parweniusz. De Filadelfia 
— zachichotał. — Dobrze pomyślane. Poza tym nie zaprze- 
czysz chyba, że senor Canabaj de Salamanca brzmi o wiele 
lepiej niż mister Canabay of New York, prawda? Ale dość 
0 mnie. Jak się spisuje trzmiel? 
— Znakomicie. 
— Musisz mi go oddać. Zaraz. 
Kobieta zagryzła usta. — Znowu każe mi pan wrócić 
do normalnego poziomu? 
— Tylko na chwilę, Floro, łylko na chwilę. 
Kobieta zdjęła z łańcuszka na piersi lśniące serduszko 
1 podała je Canabajowi na wyciągniętej ręce. Ten zbliżył 
je do ust i dmuchnął na nie leciutko. Kobieta podeszła do 
najbliższego fotela i osunęła się nań, jakby uszło z niej życie. 
— Sabio, jesteś tam? — rzucił Canabaj w powietrze. — 
Dobra, widzę cię. Zarejestruj dyspozycje na popołudnie. 
Ten nowy... de Filadelfia — głębokie sondowanie, choć 
nie spodziewam się, byśmy jeszcze coś wyszperali. Znać 
fachową robotę. Flora — zerowanie. Jest do odebrania w mo- 
im gabinecie. Poza tym według planu... Aha, jest trochę 
nowych projektów. Aparatura odmrażająca na chodzie? Co 
byś powiedział, gdybyśmy uruchomili sekretną wypożyczal- 
nię replikantów? Przypuśćmy, że jakiś ostro dziany facet 
ma ochotę wyskoczyć na parę dni z dobrą dziwką — w tym 
czasie u boku żony, a być może i w interesach —zastąpi 
go nasz replikant. Różni goście o nieczystych sumieniach 
mogliby kupić u nas zawczasu alibi... Taryfa słona, rzecz 
jasna. Musi się opłacać. W takim razie przygotuj co trzeba 
na jutro, do odmrożenia, powiedzmy, dziesięciu sztuk. Orga- 
ny do przeszczepów weźcie od replikatów po trzecim za- 
pisie. Tych, którzy już oddali co mogli zapakować w luksu- 
sowe, superzdrowe konserwy dla snobów i milionerów. 
Ten Filadelfia podsunął mi niezły pomysł. Jeśli nie mamy 
przetwórni, trzeba kupić. Niech Henry rozejrzy się za czymś 
odpowiednim. Nasze replikanty z Ministerstwa Zdrowia i Fe- 
deracji Konsumentów muszą wydębić odpowiednie zezwo- 
lenia i certyfikaty. Zapłacić, ile zażądają. Na razie tyle. 
U ciebie wszystko w porządku? Cieszę się. Jakieś pytania? 
To cześć. Zobaczymy się wieczorem. 
Podrzucił w ręce lśniące serduszko z metalu, sięgnął 
do kieszeni kombinezonu i wydobył blaszane pudełko. Wrzu- 
cił do środka metalowy okruch. Potrząsnął pudełkiem przy 
uchu; trzmiele zagrzechotały wesoło o blachę. Szeroki 

background image

uśmiech ozdobił oblicze senora Canabaja de Salamanca. 
maj 1984 
Kompleks 
Hioba 
iszę wiersze piszę wiersze 
udane pełne tego słodkiego miodu który nazywa się poezja 
na przykład te kawałki ostatnie co u licha nie pamiętam 
ani słowa płata mi figle moja pamięć zamyka się przede 
mną zatyka jak butelka szczególnie kiedy pilnie potrzebuję jej 
wsparcia przed oczami latają mi fragmenty które daremnie 
usiłuję połączyć a czasem odtyka się niespodziewanie o już 
złociste kwiecie pokryło łąki gil się rozśpiewał nad gajem 
ach kiedyż przyjdzie kres tej rozłąki kiedy łez wyschną ru- 
czaje poezja jest najprostszą rzeczą na świecie odkryłem jej 
kamień filozoficzny trzeba pisać tak żeby za każdym razem 
trafiać prosto w serce a kiedy się spudłuje to przynajmniej 
w mózg druga zwrotka ty byłeś wtedy piękny i młody 
jam była jak gołębica dziś przeminęło szczęście i zgasły 
słońca naszego źrenice sam się wzruszam jak to słyszę czy 
117 
przystoi poecie zachwycać się swoimi strofami sto procent 
poetów onanizuje się własnymi wierszydłami a pozostali 
kłamią potrzeba nowego kinseya który by to raz na zawsze 
udowodnił słońca naszego źrenice na razie nie mam nic wię- 
cej ale jutro wieczorem skoczę do przodu dołożę do tamtych 
równie dobre dwie godziny to kupa czasu od piątej do 
siódmej wyjąwszy te parę minut na kolację myślałem już 
żeby czas na uprawianie poezji przesunąć na później ale 
to bez znaczenia kolacja wcale mnie nie rozprasza nawet 
dobrze się na chwilę oderwać wrócić na ziemski padół i po- 
układać w głowie cegiełki słów cegiełki słów teraz opowiem 
sobie tę historię literatura zwłaszcza wielka jest takim opowia- 
daniem samemu sobie najpierw trzeba opowiedzieć sobie 
żeby potem opowiadać innym zawsze kiedy się kładę czopuję 
łbem ten hełm jak gardziel potwora szklany kołpak podobny 
nieco do tych pod którymi kobiety trzymają głowy w zakła- 
dach fryzjerskich tylko mniejszy bardziej pękaty z wyraźnymi 
wybrzuszeniami na uszach tyle mi zostało po tamtym burzli- 
wym okresie hełm przerobiony z wampira tak na to mówiliśmy 
a potem się przyjęło wymawianie wampir jak empire bardzo 
elegancko albo jak ampere nazwisko od którego wzięła 
nazwę jednostka natężenia prądu ampere andre marie no 
proszę czysta złośliwość teraz się popisuje a kiedy trzeba 
to za chiny dobra więc po krachu programu wszystkie wam- 
piry przerobiono tak zęby ściągały tylko to co się myśli 
werbalnie i każdy dostał jeden tytułem rekompensaty pusty 
śmiech można zapisywać fonicznie albo na papierze ja wolę 
papier zawsze byłem wzrokowcem lubiłem mieć coś przed 
oczami na dłużej a głos i obraz ruchomy traktowałem podej- 
rzliwie fiut przeleciało atawizm wiem irracjonalny nawyk trud- 
ności z adaptacją do cywilizacji nienadążanie wiem to wszyst- 
ko mówili tam człowiek zostaje rozłożony na włókna wypre- 
parowany i nic nie może się ukryć urządzenia rejestrujące 
są za ścianą w specjalnym dźwiękochłonnym pojemniku by 
hałas nie płoszył myśli zaczęło się chyba od ogłoszenia 
złożonego takimi kurduplami że nikt nie miał prawa zwrócić 
uwagi ja zwróciłem bo wyglądało jakby ktoś chciał coś 
ukryć co i po co późniejsze rozmowy potwierdziły moje 
przypuszczenia z jednej strony chcieli je zamieścić dla pod- 
kreślenia oficjalnego charakteru programu a także na ewentu- 
alność wpadki proszę niczego nie ukrywaliśmy z drugiej 

background image

pożądane było zachowanie tajemnicy tak się miotali między 
scyllą a charybdą w końcu kompromis dali kurduplami byłem 
jednym z trzech których zwerbowali w ten sposób reszta 
weszła kanałami pozaoficjalnymi osobiste rozmowy propo- 
zycje składane przez znajomych i znajomych znajomych 
którzy kompletnie nie orientowali się o co chodzi mówili 
tylko szmal duży szmal nawet najtwardsi zapominają wtedy 
0 zasadach nie należałem do kręgu objętego ich zaintere- 
sowaniem znalazłem się w takim punkcie życia i w takiej 
sytuacji kiedy wszelkie nitki łączące człowieka z przeszłością 
zostają zerwane nie miałem wobec nikogo zobowiązań 
1 nikt nie miał ich wobec mnie puste ręce i głowa skończyło 
się wszystko pieniądze kontakty przyjaciele także pomysły 
ruchy robaczkowe wielkiego miasta spychały mnie powoli 
na śmietnik i wtedy ta gazeta wyciągnięta z kosza wyglądało 
jakby sam pan bóg podał mi rękę znak chciałem w to wierzyć 
z całych sił 
Dopiero późnym popołudniem Langevin dotarł na miejs- 
ce. Wyciągnął z kieszeni gazetę i sprawdził adres, chociaż 
nauczył się go na pamięć, studiując ogłoszenie w pociągu. 
Celem jego podróży okazał się zwalisty, szarawy budynek, 
któremu szybko nadciągający zimowy zmierzch dodawał 
posępności. Ani jedno okno nie rozbłyskiwało światłem, ale 
przybysz uznał to za przypadek. Postał chwilę przed dość 
obskurną furtką, na której wisiała tabliczka z numerem i nazwą 
ulicy, po czym ruszył wzdłuż ogrodzenia sporządzonego 
z metalowych segmentów wypełnionych siatką. Nogi rozjeż- 
dżały się na twardych lodowych skorupach. 
Za najbliższym załomem dostrzegł kilka jasnych okien na 
tle muru i zawahał się: ogrodzenie ciągnęło się niestrudze- 
nie, ginąc w perspektywie. Niczego, co można by wziąć za 
główne wejście, parking albo podjazd. Tylko senna uliczka, 
rząd nagich drzew, przyczajony przy krawężniku stary samo- 
chód; dalej, po drugiej stronie jakieś ogródki, a może tereny 
parkowe, teraz dokładnie przysypane śniegiem. 
Kiedy powtórnie stanął przed furtką, było już prawie 
ciemno. Rozbłysły lampy, mżąc mętnym światłem, ale budy- 
nek pozostał wyciszony i ciemny. Langevin nacisnął dzwonek. 
Nic się nie stało. Nacisnął jeszcze raz. Szarpnął nim dreszcz — 
robiło się zimno. O powrocie na dworzec i spędzeniu 
tam nocy wolał nie myśleć. Drobnych w kieszeni ponad 
wszelką wątpliwość nie wystarczy na bilet, co było najmniej- 
szym zmartwieniem: plan na dzień dzisiejszy nie przewidywał 
możliwości odwrotu. 
Zastanawiał się, czy nie powinien pójść w drugą stronę 
wzdłuż ogrodzenia; może zbyt pochopnie zawrócił poprzed- 
nio? Nigdy nie grzeszył konsekwencją, brał się za coś, natych- 
miast potem rzucał, szukał czego innego, znowu rzucał — 
właściwie całe jego dotychczasowe życie składało się z serii 
nieudanych podejść. Było to życie ludzkiej molekuły, potrą- 
canej przez inne w ramach opisanego dawno przez fizykę 
zjawiska ruchów Browna. Ileż razy wydawało mu się, źe zry- 
wa z przeszłością, zamyka rozdział, wykonuje radykalne posu- 
nięcie, które wyrwie go z niskoenergetycznego sektora, 
ale mijały tygodnie, radykalizm wietrzał, sechł i zwyczajniał, 
i pewnego dnia stawało się jasne, że nie ma się co oszukiwać. 
Rozmyślając tak nie zdejmował palca z dzwonka, na próż- 
no usiłując zbudzić nachylonego nad nim ciemnego kolosa. 
Trwało to o wiele za długo. Człowiek musi się pogodzić, 
że pewne miejsca na zawsze pozostaną dla niego niedostęp- 
ne, jak szczyt Everestu. Że gramoląc się ku nim, ponawiając 

background image

uparcie próby skazuje się co najwyżej na śmieszność — 
ot, żaba podskakująca ku księżycowej tarczy. Podobno są 
tacy co wierzą, że całe życie człowieka zostało z góry 
zaprogramowane, jak bieg pociągu. Gdyby jeszcze wiedzieć, 
które działania mieszczą się w przyznanym przez los paśmie, 
można by przynajmniej uniknąć upokorzeń i zbędnej szar- 
paniny. 
Langevin stracił nadzieję na sforsowanie bramy. Tkwił 
przed nią po prostu dlatego, bo nie wiedział co począć. 
Ze stanu apatii wyrwał go gwałtowny łoskot: drzwi budynku 
odskoczyły, wychylił się spoza nich niewysoki mężczyzna 
i pokręciwszy głową, jakby kogoś szukał, zapytał z nie 
ukrywaną niechęcią: 
— Pan do kogo? 
— Z ogłoszenia — powiedział Langevin i pomachał 
gazetą. — Przeczytałem, że ktoś poszukuje... 
— Nie dawałem żadnego ogłoszenia — przerwał mu 
opryskliwie tamten. — Pan się pomylił. Niech pan lepiej 
stąd idzie. 
Drzwi trzasnęły gasząc plamę światła na śniegu i Lan- 
gevin znowu został sam. Bezmyślnym ruchem nacisnął guzik. 
Było mu dokładnie wszystko jedno. 
I włedy spostrzegł, że solidne skrzydło bramy uchyliło 
się. Momentalnie znalazł się u drzwi, które również ustąpiły. 
Za nimi był krótki korytarz, przechodzący w obszerny hali, 
a wfasciwie studnię otoczoną z trzech stron schodami. Świa- 
tło zalewało tylko część parterową; co się mieściło wyżej, 
można było jedynie domniemywać. Potężne cielsko gmachu 
wytłumiało wszelkie odgłosy i Langevin, który spodziewał 
się, że jego wtargnięcie wywoła incydent, stanął zaskoczony. 
— Witam pana — powiedział z tyłu ostry głos bez 
śladu emocji — skoro pan już wszedł. 
Mężczyzna był wysoki, w czarnym swetrze, gładko 
ogolony; z całą pewnością nie ten, który usiłował go spła- 
wić. 
— Drzwi były otwarte — wybąkał Langevin. — Prze- 
praszam. .. ja z ogłoszenia. 
Wydało mu się, że mężczyzna wykonał niechętny ruch, 
płynnie zamieniony w gest zaproszenia. Rozsiedli się w nie- 
wielkim gabinecie. Fotel był jedną wielką poduchą i Lange- 
vin zapadł się weń z rozkoszą. 
— Zatem słucham pana — powiedział mężczyzna. 
— Jestem malarzem, moje nazwisko Langevin — odcze- 
kał chwilę w bzdurnej nadziei, że tamten może ssłyszał 
o nim, ale twarz mężczyzny pozostała nieprzenikniona. — 
Zobaczyłem w „Mondzie" ogłoszenie, które mnie zaintereso- 
wało. .. wsiadłem w pociąg i przyjechałem. To wszystko. 
— Mógłbym rzucić okiem? — mężczyzna nachylił się 
nad biurkiem i Langevin podał mu gazetę. Przyglądał się 
czytającemu, który poświęcił ogłoszeniu nie więcej niż kilka 
sekund, potem przerzucał płachty papieru, aż trafił na kolumnę 
sportową, wreszcie obejrzał całość jak fenomen z innego 
świata i zwrócił właścicielowi. 
— Potrzebujemy malarzy — przyznał niechętnie — ale 
dobrych malarzy. Najlepiej uznanych, panie Langepiv... 
— Langevin. 
— Langevin. Poza tym dochodzą dodatkowe warunki, 
z różnych względów nie nadające się do opublikowania 
w tego typu ogłoszeniu. Szansę mają wyłącznie osoby sa- 
motne i gotowe poświęcić cały swój czas. Innymi słowy utrzy- 
mywanie jakichkolwiek kontaktów ze światem zewnętrznym 

background image

staje się od tej chwili wykluczone. Jest pan gotów do takich 
wyrzeczeń? 
Langevin z ociąganiem skinął głową. 
— Decydując się na współpracę z nami podpisze pan 
oświadczenie... rzecz jasna nie teraz, na to zawsze znajdzie 
się czas. Najpierw musimy określić pańską przydatność do 
naszych badań, sprawdzić, czy spełnia pan nasze wymaga- 
nia. .. a i pan powinien się zorientować, czy odpowiada panu 
choćby nasze towarzystwo. Podpisując umowę - - od tego 
momentu nie ma odwrotu — podporządkowuje się pan 
reżimowi badań, nie zadaje pytań, szybko i dokładnie wyko- 
nuje polecenia, nawet gdyby wiązało się to z pokonaniem 
wewnętrznych oporów. 
W głosie mężczyzny dźwięczała jakby zawodowa ru- 
tyna; Langevin pomyślał, do ilu kandydatów wygłosił wcześ- 
niej tę kwestię. 
— Zaczniemy od zbadania jakości i rodzaju pańskiego 
talentu. Mam nadzieję, że przywiózł pan ze sobą trochę 
próbek? 
Langevin bez słowa wyjął z kieszeni trzy walcowate 
pojemniki z aluminium, zasklepione czarnymi pokrywkami. 
Mężczyzna wziął jeden, wytrząsnął ze środka film na otwartą 
dłoń, wsunął z powrotem i założył pokrywkę. 
— W porządku — powiedział — na początek wystar- 
czy. — Ma pan jakieś pytania? 
— Chciałbym poznać cel badań, a także nazwę orga- 
nizacji, która je prowadzi i finansuje. Chyba że to tajemnica... 
— Nie, skądże — odparł mężczyna spokojnie. — Dzia- 
łamy całkowicie oficjalnie; badania dotyczą fenomenu prze- 
życia artystycznego. Nie mają żadnego praktycznego — poza 
poznaniem — celu. Prowadzi je specjalnie do tego celu 
powołana fundacja. Program badań został zatwierdzony i bę- 
dzie nadzorowany przez czynniki rządowe, do tego stopnia 
— uśmiechnął się — że część finansów zapewnia Minis- 
terstwo Kultury. Coś jeszcze? W takim razie zostanie pan 
zakwaterowany, a od jutra zaczniemy na ostro. — Podniósł 
się z fotela i Langevin z niechęcią uczynił to samo. — Tu 
jest klucz od pokoju, w którym pan chwilowo zamieszka. 
Wyjedzie pan windą na piąte piętro, a dalej według tego 
planu — wcisnął mu klucz i poskładany w kostkę karteluszek. 
— Proszę dobrze wypocząć i rozważyć wnikliwie to, co pan 
ode mnie usłyszał. Do widzenia. 
— Zjadłbym coś — odważył się pisnąć Langevin. 
— W pokoju znajdzie pan wszystko co potrzeba. 
— Jeszcze jedno pytanie, naprawdę ostatnie — Lange- 
vin postanowił iść za ciosem. — Czemu służy ta skompliko- 
wana procedura wejścia? 
__ Niczemu — wzruszył ramionami mężczyzna. — Po 
prostu nie miał kto pana wpuścić. 
pocałunek wampira ia mechaniczna zwinność z jaką przywie- 
rał obłym ryjem do wygolonej czaszki prawie uczucie już 
zanim zobaczyłem ten zabieg z zewnątrz wyobrażałem sobie 
że musi być w nim coś rybiego piłeczka pingpongowa w pys- 
ku minoga albo węgorza do niej doczepiona cała reszta 
pajacykowatego ciała boli jak cholera dziś w czasie prze- 
znaczonym na rzeźbę zająłem się wreszcie metalem wczoraj 
przywieźli półciężarówkę odpadów i aparat do spawania 
pora rzeźby trwa od ósmej do dziesiątej trzydzieści po 
śniadaniu jestem najsilniejszy te pół godziny musiałem dodać 
ze względu na pracochłonność specyfikę opór tworzywa z re- 
guły przy wypalaniu gliny przy kuciu kamienia zaczepiałem 

background image

o następne zajęcia cierpiała na tym kompozycja działania 
teatralne film ćwiczenia głosowe bardzo wypełniony jest 
mój każdy dzień program napięty jak u największych gwiazd 
czy mężów stanu gdybym chciał obsłużyć wszystko chyba bym 
musiał nie spać a gdzie fotografia malarstwo koncertowanie 
piosenka musiałbym się chyba rozerwać w ten sposób własna 
niedoskonałość i ograniczenia fizyczne wymusiły na mnie 
rezygnację z wielu ciekawie rysujących się planów boli 
psiakrew wziąłem się za ten metal próbowałem coś sklecić 
według sporządzonego wcześniej szkicu opornie to szło 
niektóre kawałki miały chyba po sto kilo zmachałem się 
nieprzytomnie do pomocy nikt się nie znajdzie każdy swoją 
rzepkę skrobie no i wśród tych tytanicznych zmagań z kawa- 
łami blach palnikiem szkicami przejechałem ręką po wyszczer- 
bionej jak piła krawędzi bluznęła krew patrzyłem jak urzeczo- 
ny świeże doświadczenie które wkrótce zaowocuje artysty- 
cznie jest coś fascynującego w tak prostackim naruszeniu 
fizycznej struktury organizmu zanim zacząłem wzywać pomocy 
upływ krwi porządnie mnie osłabił musiałem usiąść potem 
tamowanie dezynfekcja opatrunki ściszone pokrzykiwania do 
tej pory jestem przesiąknięty szpitalnym zapachem ręka 
drętwieje rzeźbie trzeba będzie dać spokój na dłużej szkoda 
a i potem ograniczyć się do gliny może jeszcze drewna 
wezmę się natychmiast za dramat który bardzo ucierpiał 
wskutek niesystematyczności ale wracajmy do langevina po- 
patrz ile rozbiegówki nim człowiek wpadnie myślą we właś- 
ciwy rowek plan obejmował jedynie część piętra rysunek 
naniesiono techniką kserograficzną i chyba skopiowano z kom- 
putera znalazłem w tym potwierdzenie domysłu ze uczest- 
niczę w standardowej obróbce w procesie obejmującym już 
taką liczbę elementów ze opłacały się pewne zabiegi auto- 
matyzujące internat dla artystów myślałem chcą określić 
fenomen przeżycia artystycznego czyli coś co nigdy okreś- 
lić się nie da było cicho i ciemno jak przed atakiem lotniczym 
za cicho jak na artystów widział kto zachowującą się statecznie 
bohemę gmaszysko ciemne solidne szedłem pustymi koryta- 
rzami jak więzień labiryntu na drzwiach widniały owalne 
numery i odcinały się ciemniejsze prostokąty jak po zdjętych 
tabliczkach po drodze spotkałem tylko jednego człowieka 
mężczyznę próbowałem zagadać lecz wyminął mnie obojęt- 
nie kiedy się dało wyglądałem przez okna korytarz biegł 
cftyba wzdłuż studni wewnętrznej budynku raz dostrzegłem 
na dole światła i chyba jakieś cienie sam pokój wywarł pozy- 
tywne wrażenie choć wysoko prawie pod sufitem położone 
okno przywodziło na myśl celę łóżko ze świeżą pościelą 
łazienka z prysznicem lodówka półki szaf pełne albumów 
zagruntowane blejtramy różnych formatów oparte o ścianę 
szkicowniki węgiel komplety farb rembrandta i rowneya 
pędzle wolfa sztalugi prasa do grafik ostrza rytownicze 
płyty miedziane i z tworzywa werniks jednym słowem wszyst- 
ko aparat fotograficzny dobrej klasy filmy katalogi liter rzutnik 
kopiarka aerozole wszystko wszystko nigdy nie miałem do 
dyspozycji takiego bogactwa artycha najpierw rzuciłem się 
do lodówki bo rozsądne myślenie o sztuce zaczyna się 
dopiero po rozepchaniu żołądka szynką konserwową ach 
jak szynka wspaniale poszerza horyzonty muszę kiedyś 
poświęcić jej obraz albo odę choć czasami zwęża potem 
wziąłem butelkę koniaku do łóżka nikt mnie nie wzywał nie 
przeszkadzał nie interesował się moim losem zrobiło się 
bardzo późno zmęczenie plus alkohol po prostu obaliłem 
się w tył w nocy zacząłem na leżąco ściągać ubranie drażnił 

background image

mnie gorąc męczyło pragnienie śniło mi się że wypijam wiadra 
zimnej kryształowej wody a potem jeszcze mleko z butelki 
ukradzionej rano sprzed sklepu tyle razy to robiłem jakże 
wspaniale gasiły moje małe pożary wstałem i po omacku 
nażłopałem się do syta prosto z kranu zasypiałem ponownie 
gdy zamkniętą wewnątrz murów przestrzenią targnął potwor- 
ny wrzask zwierzęcy ryk przechodzący w wycie potem docie- 
kałem co w nim tak mną wstrząsnęło bezwzględny autentyzm 
radykalne odłączenie od kultury tych głupich ośmiuset ty- 
sięcy czy miliona lat ludzkos'ci tak wyje ciało odmózdżane 
przez za mocno wyregulowanego wampira wtedy tego oczy- 
wiście nie wiedziałem czułem tylko zimną rosę na czole i ciarki 
łażące stanowczym wahadłowym rocnem po plecach bałem 
się poruszyć wstrzymałem oddech choć krzyk dawno umilkł 
modliłem się o wiarę w halucynację i nagle zrobiło się 
okropnie zimno drżałem pod kołdrą nie śmiąc -wykonać 
gwałtowniejszego ruchu ani zapalić światła byle tylko grasu- 
jący wewnątrz gmachu potwór nie dowiedział się o mojej 
obecności do rana nie zmrużyłem oka nic nie zrobiłem nic 
Mężczyzna przedstawił się jako Vreutt; odwiedzał kajutę 
Langevina po raz pierwszy. Podobnie jak jego poprzednicy 
odziany był na czarno: sweter, spodnie, ciemna koszula. 
Zarejestrował przelotnym spojrzeniem panujący wszędzie 
nieład, zapytał gdzie może usiąść i zaraz zajął miejsce. 
Niczego nie żądał, a jednak było w jego postawie coś, 
co kazało Langevinowi przerwać pracę nad kolejnym boho- 
mazem, wytrzeć ręce o fartuch i usadowić się naprzeciwko. 
Twarz Vreutta nie wyrażała zdecydowanej chęci nawiązania 
rozmowy, siedział nie patrząc na gospodarza, jakby pędząc 
gdzieś na łeb, na szyję postanowił rozważyć pewien pomysł, 
więc zatrzymał się w pierwszym lepszym miejscu, które 
gwarantowało trochę spokoju. 
Langevin zapytał, czy napije się herbaty. Odmówił, 
lecz propozycja sprowadziła go na ziemię. Powtórzył kilka 
razy nazwisko jakby przeszukiwał pamięć. 
— No i jak się panu żyje między nami? — zagadnął.— 
Zdaje się, że nie jest pan przesadnie towrj>-zyski? 
— Pracuję — odparł skromnie Langevin. — Pana po- 
przednicy za każdym razem zachęcali mnie do systematycz- 
nego malowania. 
— Tylko tyle potrafią — mruknął Vreutt. — Toteż 
maluje pan... — trudno było się zorientować, czy kpi, czy 
tylko stwierdza fakt. Sięgnął ręką w bok, gdzie przy ścianie 
stały zawerniksowane płótna, odchylił je i puszczał po jed- 
nym słuchając ich suchego grzechotu. — Całymi dniami 
przesiaduje pan w czterech ścianach, nigdzie nie wychodzi, 
nawet w stołówce rzadko się pan pojawia... 
— Skąd pan to wszystko wie? — spytał Langevin 
cicho. — Nie wychodzę, bo nie mam ochoty. Ludzi i świata 
mam chwilowo powyżej uszu. Co pan widzi zdrożnego 
w tym, ze jestem odludkiem albo że korzystam z każdej 
okazji do pracy? Nie ma chyba obowiązku zyć tak a nie 
inaczej, w każdym razie umowa tego nie precyzuje. 
— Oczywiście, panie Langevin, oczywiście. Wydało 
mi się tylko dziwne, ze człowiek o wyraźnych zamiłowaniach 
artystycznych nie tęskni za otwartą przestrzenią, nie poszu- 
kuje nowych źródeł inspiracji... choćby przez kontakt z innymi 
ludźmi. Odkąd pan tu zamieszkał, nie próbował nawiązać 
żadnych znajomości... nawet wysłać listu. 
— Są dwa rodzaje pacykarzy — powiedział Langevin. 
— Jedni malują świat, który widzą wokół siebie, drudzy 

background image

zaś ten, który noszą w sobie. Do tych ostatnich należę. 
Nie potrzebuję ładować się codziennie jak bateryjka, po- 
mysły dojrzewają we mnie stopniowo bądź wynikają same, 
zresztą to bez znaczenia. Moją gospodarkę pomysłami — 
zależną może od wieku, może od kondycji psychicznej — 
cechuje, a raczej cechował stały nadmiar. Po raz pierwszy 
mam okazję „wymalować się" bez obawy, że zabraknie 
mi materiałów. Nie zaskoczę pana wyznaniem, że dotych- 
czas działałem bez tego luksusu. 
— Tak, tak — kiwał głową Weutt, a wyraz jego twarzy 
świadczył, że znowu uciekł myślami gdzieś daleko. Wstał 
nagle. — Będę leciał. Miło słyszeć, ze dobrze się pan 
u nas czuje, ze niczego panu nie brak. Może coś pana 
gnębi, chce pan o coś zapytać? 
Langevin zaprzeczył niezdecydowanym ruchem głowy. 
— Hm, w takim razie do widzenia. Niech pan maluje. 
Będę tu czasem zaglądał do pana. — Od drzwi odwrócił się 
jeszcze. — Charakterystyki encefalograficzne zdjęte? Próby 
z kondensatorem hełmowym przebył pan pomyślnie? 
Stuknęły drzwi. Dziwna wizyta. Poprzednie zawsze mia- 
ły konkretny cel, który ujawniano mu natychmiast bądź 
z niewielkim opóźnieniem. Próbował wrócić do sztalug, 
ale robota nie szła. Wymył pędzle i próbował się zastanowić 
Jedno udało się Vreuttowi podczas tych kilkunastu minut: 
podważyć jego niezachwianą pewność, że chwilowo znajduje 
się na swoim miejscu i robi co do niego należy. 
dom starców luksusowo wyposażony ekskluzywny około 
trzydziestu pensjonariuszy którym bogate rodziny opłacają 
pobyt nie żałują forsy byle tylko nie znosić obecności tych 
ludzkich reliktów bywa że myślę jakim prawem na mocy 
jakiego zarządzenia znalazłem się między nimi skoro nie 
łączy nas nic oprócz wyglądu kiedy indziej zamykam się 
i stoję długo przed lustrem badam każdy szczegół nie mojej 
twarzy zaglądam w nie moje oczy dotykam nie moimi rękami 
siwych wiechci na głowie ja i nie ja potem zdejmuję ubranie 
staję przed lustrem nagi i porównuję całkiem młode ciało 
z dolepioną jak na ironię twarzą muskam palcami skórę 
na piersiach i barkach jest gładka mięśnie nie zwiotczałe 
wiem dobrze pozór kostium gumowa lalka z której uszło 
powietrze nie ma we mnie wigoru bożej iskry wprawdzie 
ciało ochocze lecz duch mdły jak cholera zdumiewające 
ile zaskakującej urody zawierają prościutkie inwersje kiedy 
tak stoję wzbiera we mnie poczucie krzywdy ciało trzeba 
porzucić machnąć na nie ręką walczyć o ocalenie ducha 
jakże chciałbym upodobnić się całkowicie do tych żywych 
mumii snujących się bez celu po ogrodach mających morze 
czasu przywalonych czasem oni też przeżywają swoje trage- 
die minęły jasne dni cień ogarnął ich głowy do końca wę- 
drówki pozostała policzalna ilość kroków nigdy już nie do- 
znają tego wspaniałego uczucia że świat stoi otworem czeka 
na zdobywców moja obecność wydaje się dla nich prawdzi- 
wym dobrodziejstwem trzeba było widzieć te rumieńce na 
bladych licach namiastki ekscytacji kiedy w zeszłym tygodniu 
kręciłem film zabójstwo w księgarni musiałem temperować 
niektórych bo grali w przerysowany sposób ile radości na 
planie a podczas pokazu coraz częściej myślę że to nie 
są przypadkowi starcy i staruszki dociekam ukrytego związku 
między nami kto wie gdyby nie musieli wcielić się w prze- 
szłości w radców handlowych sekretarki dentystów może bez 
wyjątku poświęciliby się sztuce ale myliłem się sądząc że 
jestem wśród nich rodzynkiem wczoraj zaczepił mnie hans 

background image

chyba nowy przedtem go nie widziałem oznajmił ze przy- 
gotowuje spektakl hamleta widzi mnie w głównej roli pan 
tak młodo wygląda powiedział będzie pan pasował do tej 
postaci naturalnie wyraziłem zgodę choć początkowo trochę 
zirytowało mnie że dałem się uprzedzić z drugiej strony 
trzeba coś zostawić dla innych jeden człowiek nie podoła 
wszystkiemu ta propozycja uświadomiła mi jak mało orlich 
wiem pewnie ich krzywdzę biorąc za niegodny wnikliwszego 
zainteresowania motłoch mnie nadal niczego nie brakuje 
i każda moja zachcianka jest natychmiast spełniana kiedyś 
spytałem pannę peltier z obsługi kto opłaca te moje fanabe- 
rie wydęła śliczne usta pan sam płaci za siebie wyrecytowała 
jest pan bogaty pańskie obrazy zapewniły panu fortunę 
musiałem jej przerwać nudzi mnie powtarzanie tego samego 
w kółko jakbym nie był niczym więcej tylko pacykarzem 
nic nie znaczył obecnie tylko ciągle musiał żyć przeszłą 
chwałą starałem się wytłumaczyć jej oczywiście nie zrozumia- 
ła reagując przeprosinami nie wie że prawdziwego artysty 
nie sposób obrazić można kwestionować jego sztukę poglądy 
artystyczne dobór form wyrazu lecz przecież tylko mimozy 
niszczy cyklon krytyki dęby stoją prosto 
Jechali windą z samego dołu, gdzie mieściły się maga- 
zyny sprzętu, stłoczeni na niewielkiej powierzchni. Lange- 
vin z konieczności rejestrował szczegóły ich stroju i bodaj 
po raz pierwszy uświadomił sobie, że ubierają się na tę 
samą modłę. W doborze poszczególnych części garderoby 
znać było cechy indywidualności, a jednak zawsze były 
to swetry, spodnie i koszule, czarne bądź w ciemnej tonacji, 
z którą kontrastowały gładko wygolone grdyki. Jazda na dach 
trwała nie dłużej niż pół minuty; tam laboranci wytaszczyli 
dwie kanciaste skrzynie, załadowali do helikoptera, a potem 
zbliżyli się do Vreutta i Langevina, oczekując dalszych po- 
leceń. W słońcu ich swetry okazały się o wiele tonów jaśniej- 
sze od Vreuttowego. 
Langevin przymknął powieki, wystawiając twarz na nie- 
cierpliwe podmuchy wiatru. Odkąd tu trafił, po raz pierw- 
szy znajdował się na zewnątrz budynku. Maszyna, pomalo- 
wana na srebrzysty kolor, mocno przeszklona, stała na beto- 
nowej płycie, pilot już siedział w środku. Pióra śmigła 
nad kabiną przypominały pierzaste liście palm; drżały lek- 
ko, jakby z niecierpliwości, kiedy zostaną wprawione 
w ruch. 
— Musimy panu zawiązać opaskę na oczy — powie- 
dział niespodziewanie Vreutt. — Przykro mi, ale to koniecz- 
ne. Nie ma pan chyba nic przeciwko temu? 
— Mam — stwierdził Langevin — ale to bez znaczenia. 
— Jeden z laborantów już wiązał mu na głowie granatową 
szmatkę o dziwnym zapachu. — Dzisiaj bawimy się w egze- 
kucję? 
— Ależ co pan — prychnął Vreutt. — Chodzi po 
prostu o spotęgowanie wrażenia, gdy przylecimy na miejsce. 
Chcę panu coś pokazać. 
Nie lecieli długo. Śmigło buczało w górze, maszyna 
rwała do przodu, Vreutt z pilotem wymieniali zdawkowe 
uwagi. Langevin z braku lepszego zajęcia żałował, że nie 
przyjrzał się dokładnie strojowi pilota. Z jakiegoś powodu 
ta kwestia wydała mu się ważna. 
Z osadzeniem maszyny były jakieś kłopoty. Po opuszcze- 
niu kabiny Langevin oczekiwał natychmiastowego uwolnie- 
nia od opaski, ale Vreutt z pilotem większe znaczenie przy- 
wiązywali do skrzyń ze sprzętem — sądząc po odgłosach. 

background image

Styszat metaliczne szczęknięcia, dzwonienie o siebie alu- 
miniowych rurek i prętów. Wiatr zyskał na gwałtowności, 
¦ powietrze wydawało się zimniejsze i ostre. Szczególnie 
dawało się we znaki wygolonej do czysta głowie Langevina. 
— Teraz zajmiemy się panem — usłyszał ^reutia. — 
Uwaga — poczuł śliskie dotknięcie wampira, chwiejne ru- 
chy pasowały czujniki na właściwe miejsca. Rozwiązanie 
opaski stało się przy tym konieczne, pilot musiał ją trzy- 
mać na oczach Langevina. — Uwaga — powiedział jeszcze 
raz Vreutt, a Langevin mimo woli roześmiał się z tych 
skomplikowanych przygotowań. Szok spowodowany włącze- 
niem wampira przemienił ten uśmiech niemal w skowyt. Po 
chwili ból minął; pozostało nieprzyjemne wrażenie przezro- 
czystej kurtyny we wnętrzu głowy. Opadł na podsunięte 
krzesełko i równocześnie opaska zsunęła się z jego twa- 
rzy. 
Wylądowali na szerokiej skalnej półce. Wokół wznosiły 
się ośnieżone szczyty, wspaniale uformowane i oświetlone 
płaszczyzny. Hojnie, bez kunktatorstwa poszczerbiona linia 
horyzontu przywodziła na myśl grzbiet gigantycznego smoka, 
który polubił wylegiwać się w tym miejscu, z pyskiem wspar- 
tym gdzieś u ujścia nizinnych rzek. Tam, gdzie skaliste zwały 
przesłaniała mgła, piękno zyskiwało ponury stygmat. Langevin 
pomyślał o monumentalności materii, tak oczywistej w górach 
i tak trudnej do zauważenia u ich dalekich krewnych — 
>olnych kamieni. 
— Jeżeli pan chce, może pan tu malować — powiedział 
reutt odrywając się od wskaźników. Na ustawionym pulpi- 
cie kontrolnym przeskakiwały cyferki, pląsały węże krzywych. 
Langevin przyglądał się górom. 
— Możemy tu przyjeżdżać codziennie, jeśli tylko 
wyrazi pan życzenie — usłyszał znowu stłumiony przez wam- 
pira głos Vreutta. Ze zdumieniem uchwycił w nim ton przy- 
milności. Odwrócił się w krzesełku i spojrzał naukowcowi 
prosto w oczy. Tamten nachylił się, nacisnął coś na pulpicie, 
ucisk na skronie Langevina zelżał. Wampir odkleił się — 
martwy kołpak z pióropuszem przewodów. Langevin zdjął 
go i ostrożnie złożył na krzesełku. 
— Proszę spojrzeć tam — Vreutt trzymał go za ło- 
kieć wskazując grupy skał niczym nie wyróżniające się 
wśród innych. Langevin odwracał się zgodnie z jego suges- 
tią, widoki z pewnością były niecodzienne, zwłaszcza dla 
kogoś, kto od lat nie wychylił nosa poza miejskie mury, ale 
natarczywość i jednocześnie przymilność Vreutta, których 
dotąd nie objawiał, oziębiały reakcje malarza bardziej niż 
sam by tego pragnął. 
— Panie Vreutt — znowu spojrzał mu w twarz — po 
co pan mnie tu przywiózł? 
Vreutt zignorował pytanie. — Teraz niech pan spojrzy 
w dół — polecił. — Tam, na nizinach, które przesłania 
mgła, a także za tymi grzbietami, jest kraj. Tętnią miasta, 
roją się ludzie. Wszystko to może stać się pańską własnoś- 
cią... 
Langevin wytrzeszczył na niego oczy. 
— Nie wierzy pan? Człowiek oddany sztuce bez reszty, 
genialny artysta, jest w stanie mocą swych dzieł zhołdować 
cały świat. Władza dana artyście to właściwie jedyna dostęp- 
na forma dominacji człowieka nad światem. Juz uczony po- 
dobnego kalibru znajduje się w dużo gorszej sytuacji, 
a polityk — szkoda gadać. — Odwrócił się do pilota i zako- 
munikował: — Panie Motard, wracamy. 

background image

Droga powrotna minęła niemal w całkowitym milczeniu. 
Langevin odnotował jedynie, ze pilot nosi srebrzystą kurtkę, 
jakby pragnął dopasować się do swojej maszyny. Kiedy 
jednak zwrócił się w stronę Langevina dla wygłoszenia 
jakiejś uwagi, pod gładko ogoloną szyją mignął ciemny 
kołnierzyk flanelowej koszuli. 
najgorsze są noce te sny nieludzkie próżno by opisywać 
słowami mniej więcej raz na tydzień zdarza się noc walpurgii 
muszę wtedy odebrać co swoje po takiej młocce przyznaję 
sobie wolny dzień na odzyskanie równowagi chodzę tylko 
i pytam czy jeszcze jestem człowiekiem z tego że mam dwie 
nogi głowę parę rąk niewiele wynika skoro w środku ktoś 
sprytnie podmienił instalację może tylko zamienił niektóre 
połączenia albo wprowadził domieszki elektronika sprowadza 
się do domieszek a wywróciła do góry nogami świat czymże 
jest narkomania jeśli nie domieszkowaniem organizmu cała 
nasza cywilizacja jest cywilizacją domieszek podobnie kul- 
tura wszystko już dawno zostało powiedziane a rozmaici 
faceci wtrącając swoje trzy grosze usiłują nadać temu nowe 
znaczenie wiek tępoty ślepoty biegania w kółko odkrywania 
coraz to nowych śmiercionośnych zabawek nauka tylko mnoży 
kłopoty technika morduje życie niemal bezpośrednio sztuka 
nie oferuje żadnego cudownego antidotum naweł pociechy 
dziś w godzinach przeznaczonych na grafikę wykonałem 
taki rysunek dwóch obdartusów o zakazanych mordach 
przekopuje jakieś zgliszcza z zarysów tego co ocalało można 
wnosić o wspaniałości budowli nim uległa zniszczeniu obaj 
usmoleni wysmarowani jak nieboskie stworzenia jeden mówi 
do drugiego patrz tyle popiołu a diamentu ani śladu niezła 
satyra na literaturę w tym kraju na tę pozorację literatury 
skrzętne ukrywanie najistotniejszych problemów zalepianie 
ludziom oczu kitem tak podłej jakości że odpada przed 
upływem godziny wysłać ten rysunek czy schować do 
teczki jak inne na pewno nie wydrukują tu każda niebanalna 
myśl budzi trwogę i posądzenie o sypanie piasku w tryby 
te które wysłałem w zeszłym miesiącu wpadły jak kamień 
w wodę miałbym cynk z biura wycinków za to nadeszły 
pierwsze recenzje święta śmiechu seria reportaży sądowych 
z fikcyjnych rozpraw tego jeszcze w literaturze nie było 
napisałem w godzinach przeznaczonych na prozę wydał 
gallimard w pięciu tysiącach kolorowa obwoluta dobry pa- 
pier czego chcieć więcej podobno była* dyskusja na piątym 
programie jak zwykle przegapiłem ale panna peltier ta o pięk- 
nych ustach nagrała ją dla mnie na video ma także ładne oczy 
bardzo smutne wszystkowiedzące sprawia wrażenie znającej 
najskrytsze moje tajemnice recenzje nijakie ani jedna nie 
zatrąca o sedno sztuka dzisiejsza napiętnowana jest przekleń- 
stwem komercjalizacji nikogo nie stać na niezależność bo 
ceną jest milczenie ja jestem ostatni będę trwał na posterunku 
dyktując magnetofonom pisząc rysując waląc w klawisze i ku- 
jąc kamienne bryły na przemian przyszłość doceni me wysił- 
ki moją pozycję genialnego wieloboisty nie przypadkiem 
w lekkoatletyce za króla konkurencji uchodzi dziesięciobój 
wskórać coś w jednej dziedzinie to fraszka spróbujcie wszyst- 
kich zobaczycie co po was zostanie rozpoczęliśmy próby ru- 
chowe hamleta przypadkiem dotknąłem ciała staruszki która 
gra ofelię piersi ma jak młoda dziewczyna rozmyślałem nad 
tym fenomenem do późna czasem zdarza mi się zasnąć 
z wampirem na głowie bywa że celowo wampir nieco 
łagodzi koszmar który przetacza się wewnątrz mej czaszki 
budzę się z ostrym bólem rozpalony szklany gar promieniuje 

background image

gorącem wysuwam się z niego z uczuciem jak po stosunku 
seksualnym jakbym odłączał część samego siebie teraz wiem 
co czuje rekieta odpalająca zużyty człon może zaprosić 
ofelię do pokoju rozebrać dokładnie obejrzeć ale uwodziciel 
ciekawe jak by zareagowała i kiedy to zrobić w godzinach 
przeznaczonych na balet na poezję na dramat dramat nie 
dosyć już ucierpiał pozazdrościłem jednak hansowi insceni- 
zacji od kilku wieczorów dyktuję ile wlezie 
(Wszystkie szczegóły wskazują, że znajdujemy się w pra- 
cowni Langevina. W centralnym punkcie sceny sztalugi, na 
nich blejłram usytuowany tak, że nie widać co akurat zajmuje 
artystę. On sam, pochylony nad płótnem, z wielkim za- 
angażowaniem nanosi farbę drobnymi przyłożeniami pędzla. 
Wszędzie wiszą gotowe obrazy. Wchodzi Vreutt, Langevin 
na jego widok przestaje malować.) 
VREUTT: Dzień dobry, panie Langevin. Znowu pan 
pracuje? 
LANGEVIN: Jak pan widzi. 
VREUTT: Mogę usiąść tutaj? (siada) Dziś wpadłem na 
dłużej, o ile nie ma pan nic przeciwko temu. 
LANGEVIN: Skądże. Herbaty? 
VREUTT: Dziękuję. Panie Langevin, przejdźmy od razu 
do sedna sprawy. Od pewnego czasu pracuje pan bardzo 
intensywnie. Przyznaję, ze sumiennie wykonuje pan wszyst- 
kie polecenia i zgodnie z postanowieniami umowy uczestniczy 
w programie naszych badań. Dzisiaj nadeszła pora, aby 
podsumować pański udział i zastanowić się co dalej. 
LANGEYIN: Słucham. 
VREUTT: Oględnie mówiąc nie mam dla pana najlep- 
szych wiadomości. 
LANGEVIN: Nie musi pan dobierać słów, żeby mnie 
nie urazić. Jestem człowiekiem, z którym życie nie pieściło 
się przesadnie i który rzadko miał fart. Nigdy nie zdarzyło 
mi się wygrać na loterii, nawet najdrobniejszej sumy. Kiedy 
spotyka mnie radosna niespodzianka, reaguję podejrzliwie, 
węsząc kryjące się za nią zagrożenie. Przywykłem traktować 
pech jako normę. Poza tym wydaje mi się, że jestem męż- 
czyzną. Wal pan. 
VREUTT: Ta bestia życie nieźle pana skrzywiła. Hm, 
w pewnym sensie tresura, którą pan przeszedł, jest udziałem 
każdego z nas. Może to i pomoże w naszych ustaleniach. 
Panie Langevin, przebadaliśmy wszechstronnie zarówno do- 
starczone przez pana filmy, jak i prace, które wykonywał pan 
tutaj. Na tyle, na ile to możliwe usiłowaliśmy wejrzeć w pańs- 
ką osobowość artystyczną, obserwować zjawiska towarzy- 
szące rodzeniu się pańskich dzieł. Technika tego podgląda- 
nia jest ciągle mało doskonała, czasem nie sposób rozstrzyg- 
nąć jednoznacznie, jaki czynnik odpowiedzialny jest za ten 
czy inny przebieg. Sam pan tego nie wie, więc dlaczego my, 
intruzi z zewnątrz, mielibyśmy być lepsi? A jednak pewne 
rzeczy udało się określić z zadowalającą pewnością. Pański 
talent oszacowaliśmy jako pospolity; nie będzie z pana na- 
prawdę wielkiego malarza na miarę choćby Mondriana, 
Utrilla czy Toulouse-Lautreca. Niewykluczone, że pańskie 
prace zyskają w przyszłości uznanie na rynku, będą cieszyć 
się wzięciem; może i zdoła pan doprowadzić wśród kolekcjo- 
nerów do snobizmu na nie — fluktuacje popularności to 
w końcu królestwo irracjonalizmu — ale nigdy nie będzie 
panu wolno twierdzić z czystym sumieniem, że są rozchwyty- 
wane dla ich rzeczywistej wartości. Prognoza ta nie należy 
do rodzaju samospełniających się, pewne skoki jakościowe, 

background image

których nikt nie jest w stanie przewidzieć, mogą spowodować 
jej unieważnienie. Z dnia na dzień może pan przecież 
zmienić sposób malowania, myślenia artystycznego, zacząć 
inaczej patrzyć na świat... Jednak dla osoby, którą jest 
pan obecnie, przy obecnym stanie naszej wiedzy o niej, 
diagnoza brzmi tak a nie inaczej. 
LANGEVIN (po krótkiej przerwie): Rozumiem. Będę 
z panem szczery, bo niby czemu nie: spodziewałem się 
tego. Od kiedy wydało mi się, że wykryłem u siebie pewne 
uzdolnienia plastyczne, zajmowałem się wytyczaniem ich gra- 
nic oraz określaniem ich jakości, mówiąc górnie. Dotarło 
do mnie, że dysponuję dość poślednim towarem, ale zdarza- 
ły się momenty uniesienia, które likwidowały zwątpienie 
i dodawały otuchy. I tak to trwało. Płynęły lata, wprawiałem 
się w rzemiośle, przybywało prac, do wątpliwości zdołałem 
się przyzwyczaić — zresztą marny ten artysta co nie wątpi. 
Tragizm mojej sytuacji polegał na tym, ze jak ów malarz 
mogłem jedynie wołać: „Boże, dałeś mi talent — ale mały!" 
__ lecz nie wyrzec się malarstwa, ponieważ nie miałem na 
jego miejsce nic innego. A człowiek o mojej konstrukcji 
musi pielęgnować coś na kształt iluzji, która by mu pozwoliła 
żywić przekonanie o własnej wyjątkowości. 
VREUTT: Zechce pan ścierpieć pewien komentarz na 
podobnym poziomie ekshibicji: nawet niewielki talent można 
rozdmuchać jak przygasłe ognisko. Jednak nie można upor- 
czywym dmuchaniem rozpalić stosu, w którym nie tli się 
nawet iskra. 
LANGEVIN: Powiedział pan to z dziwną satysfakcją. 
Nie wiem teraz, czy zawiodłem pana oczekiwania, czy je 
spełniłem. Nieważne. Ze szczupłością talentu próbowałem 
walczyć w sposób wielce nieoryginalny, skoro i pan go 
zauważył — wyśmiewając przy okazji: bardzo dużo praco- 
wałem. Nawyk pracy w jakimś stopniu towarzyszy mi do 
dziś. Zna pan powiedzenie, że geniusz składa się z jednego 
procenta talentu i dziewięćdziesięciu dziewięciu procent 
pracy? Wydałem walkę własnemu beztalenciu. 
VREUTT: Ale do tego też trzeba mieć talent. Nie, geniu- 
sza z pana nie będzie. 
LANGEVIN: W moim rozwoju niepośledni udział miała 
obserwacja, iż są ludzie jakby z góry przeznaczeni do 
zaszczytów, i tacy, którym wyznaczono rolę wiecznych pa- 
riasów. Taki społeczny muł, na którym rosną inni. Czy zau- 
ważył pan na moich obrazach ciągle przewijający się motyw 
Hioba? Od pewnego czasu Hiob stanowi mój wytrych, wzo- 
rzec interpretacyjny, uniwersalną formułę, która objaśnia 
człowieka, zwłaszcza współczesnego. Hiob to ja. Cierpliwy 
Hiob mieszka we mnie znosząc z pokorą kolejne plagi. 
Pańska opinia mną nie wstrząsnęła, jak pan widzi, a wręcz 
przeciwnie: dodała sił, wiary — omal nie sprawiła przy- 
jemności. Jednak coś się sprawdza z mojego myślenia. 
YREUTT: Dziwna forma czerpania zadowolenia z cięgów. 
Dentysta-sadysta, malarz-masochista. Proszę wyjaśnić mi 
małą wątpliwość: Hiob, o ile pamiętam, był człowiekiem 
majętnym, nieźle ustawionym, obdarzonym liczną rodziną — 
zanim wszystko utracił. Pan zaś od początku nie miał nic. 
LANGEVIN: A kiedy zaczyna się człowiek? Zazdroszczę 
panu, że pan to wie. Sprzeczność jest pozorna. Nie dać 
to tak jak odebrać. Co za różnica, czy odbierzemy komuś 
dobra w wieku dojrzałym, czy jeszcze przed narodzeniem? 
Przypuśćmy, że miałem bogatego ojca, którego wahania 
koniunktury doprowadziły do bankructwa. Zamiast urodzić 

background image

się jako syn krezusa ujrzałem świat jako nędzarz przezna- 
czony do klepania biedy. Na ile dla mojego obecnego 
położenia istotne jest, czy ojciec poszedł z torbami gdy 
miałem dwa lata, czy dziesięć, czy kiedy zajmowałem się 
wierzganiem w łonie matki? 
VREUTT: A jak pan objaśni intencje siły, która o tym 
decyduje? Hiob został zaatakowany przez dopusty w ramach 
próby, zaakceptowanej przez samego Boga. Mogę zrozu- 
mieć boski kaprys. Po co jednak Bóg miałby odmawiać daru 
mimo istnienia wszelkich warunków po temu, by obdarować; 
czemu miałby cofać przydział talentów zamiast wspaniało- 
myślnie — dać? Przecież jest dobry. Czemu służy produkcja 
ludzi gorszych niż mogliby być? 
LANGEVIN: Być może temu samemu: próbie. Proszę 
spojrzeć: na tym obrazie przedstawiam świat jako laborato- 
rium wytrzymałościowe, gdzie się testuje ludzi na zmęczenie, 
gdzie prowadzi się zakrojone na szeroką skalę niszczące 
badania materiału. Pismo święte natomiast utrzymuje, że 
na człowieku ciąży grzech popełniony w raju — zerwanie 
jabłka z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego, wbrew 
wyraźnemu boskiemu zakazowi. 
VREUTT: Zostańmy przy Hiobie. Mnie się podoba no- 
watorskie odczytanie przez pana starego mitu; spróbuję po- 
traktować go jako falę nośną. Widzi pan, zdradzając panu 
kiedyś, że naszym celem jest badanie fenomenu przeżycia 
artystycznego nie wyjawiliśmy całej prawdy. Proszę o uspra- 
wiedliwienie: nie mówi się wszystkiego byle przybłędzie, 
którym — co tu ukrywać — po prostu pan wtedy dla nas 
był. Należało nota bene rozważyć także, czy nie został pan 
nasłany — bo i taka groźba istniała. Dziś mogę uchylić 
rąbka tajemnicy: sam fenomen przeżywania przez artystę 
mało nas obchodzi. Owszem, ale tytko przy okazji, nie jako 
cel główny. Chcemy nauczyć się przenosić bądź wywoływać 
sztucznie stany emocji, uniesienia, ekstazy, podległe wpływo- 
wi natchnienia, weny czy jak tam kto jeszcze woli. Stany te 
w połączeniu z pewnymi umiejętnościami warsztatowymi 
sprzyjają rodzeniu się dzieł genialnych. Dlatego spodobało 
mi się zaprzęgnięcie do wywodu Hioba, ponieważ jako 
fundacja zajmujemy się mechanizmami — by tak rzec — 
dehiobizacji. Hiob jest w naszym procesie surowcem, punk- 
tem wyjścia, zaś efektem, do którego dążymy — ten, kim 
był zanim został ogołocony z wewnętrznych przymiotów. 
Ten, którym mógłby być gdyby nie został zdegradowany 
do Hioba. 
LANGEVIN: W mechaniczne wytwarzanie geniuszy nie 
wierzę. Nie wystarczy wziąć pierwszego lepszego przechod- 
nia z ulicy i poskrobać gdzie trzeba, aby otrzymać nowe 
wcielenie krezusa artystycznego, który zasypie świat dziełami 
zapierającymi dech w piersiach. Udało się panu sporzą- 
dzić eliksir z siódmych potów Salvadore Dali i spieszno panu 
kogoś nim napoić? W pańskim pomyśle nie ma za grosz 
finezji — a w grubiańsko kształtowanych matrycach można 
wprawdzie sztancować kowadła, ale nie motyle. Trudno 
tez o bardziej ordynarne podejście do człowieka niz arbi- 
tralne dzielenie go na destylat, czyli to co się opłaca zatrzy- 
mać, i na barachło do bezwzględnego odrzucenia. 
VREUTT (śmieje się): Nie myślałem, że będzie mi dane 
natrafić na zwolennika nienaruszalności świątyni ludzkiego 
ciała! Gdyby wszyscy myśleli jak pan, sekcje zwłok ciągle 
byłyby melodią przyszłości! 
LANGEVIN: Pan w ogóle nie rozumie, na czym polega 

background image

sztuka. Cóz takiego zawiera oryginał obrazu, czego brak każ- 
dej z jego siedmiuset kopii? Co wynosi mistrza, a nie rusza 
z posad epigona? Wyjątkowość sztuki tylko pana drażni, 
jej nieokreśloność pragnie pan jak najszybciej dookreślić, 
a niedopowiedzenia — dopowiedzieć. Obedrzeć ją z ta- 
jemniczości jak zająca ze skóry i pokazując z dumą parujące 
mięcho głośno reklamować: oto kwintesencja. W dodatku 
zapomina pan, że na zjawisko zwane artystą składają się 
oprócz rzadkich przebłysków wszystkie puste godziny 
spędzone w udręce, kiedy człowiek czuje się wydrążony 
jak pień, wszystkie głupie rozmowy i sytuacje bez znacze- 
nia. Znowu wychodzi z pana preparator: te chwile, kiedy 
w błysku formuły objawia się całość przedsięwzięcia, 
oczywiście zostawimy, a cała reszta — na złom. Przekreśla 
pan jednym ruchem życie, dni osiadające jedne na drugich 
jak rafa koralowa. To przecież zbędny naddatek. Mówi pan: 
ta maszyneria z korbką nie tylko tchnie w idiotę artystycz- 
nego ducha i z gbura uczyni wrażliwca, ale w dodatku skupi 
nudne życie w koncentracie podobnym do kostki rosołu. 
Kandydatom dość podstawić głowę, przybrać spokojny 
wyraz twarzy, nic nie myśleć — gotowe! Fluid spłynął — 
kolejny egzemplarz do odebrania. Oto idea na miarę tych 
przeklętych czasów: wytwarzać poetów taśmowo, jak "samo- 
chody. 
VREUTT: Rozumiem pańskie wzburzenie, bo wiem jak 
truano pogodzić się z innowacją tym, którzy znają tylko 
tradycyjne drogi. Oczywiście większość pańskich argumentów 
szyje bezsilnie powietrze, ponieważ rozgadał się pan zanim 
cokolwiek zdążyłem objaśnić. Protestuje pan przeciwko sa- 
mej zasadzie — pana prawo. Jednak skoro juz pan bierze 
udział w projekcie, nie może pan udawać, ze jego sprawy 
pana nie obchodzą. 
LANGEVIN (z niechęcią): Cały zamieniam się w słuch. 
VREUTT: Inwencja nasza poszła dwiema drogami. Po- 
czątkowo zakładaliśmy zdejmowanie gotowego wzorca 
z mózgu świetnego artysty i nakładanie go na strukturę 
umysłową kogo innego. W żadnym wypadku nie otrzymamy 
wówczas identycznego umysłowo osobnika, nawet we frag- 
mencie, ponieważ ta sama modulacja zastosowana do różnych 
struktur nie powoduje ich przekształcenia wgłębnego w czys- 
to materialnym sensie, a jedynie zmianę rozkładu pewnych 
właściwości przynależnych do tej struktury. Innymi słowy 
Kowalski poddany modulacji według wzorca ściągniętego 
z Einsteina nie stanie się automatycznie Einsteinem. Będzie 
tylko myślał jak Einstein. 
Cały proces polega na przetłumaczeniu właściwości 
fizycznych struktur mózgowych dawcy na skomplikowany 
rozpływ prądów, które następnie po zdekodowaniu powo- 
dują pożądane zmiany struktur w mózgu biorcy. W pracy 
tej niezbędne jest wsparcie komputera o złożoności porów- 
nywalnej ze złożonością ludzkiego mózgu. Oczywiście im 
większa liczba elementów podlega uwzględnieniu, im 
lepsza sprawność stopnia kodującego i dekodującego, tym 
efekty bliższe ideału. 
Sposób drugi sprowadza się do sporządzenia kompu- 
terowego modelu tych fragmentów mózgu, w które chcemy 
ingerować. Dawca jest zbędny, o ile znane są wczes'niej 
zależności między najbardziej typowymi „poprawkami" 
a zmianami, które wywołują. Można to ustalić podczas eks- 
perymentów pierwszego typu. Niebezpieczeństwo tej meto- 
dy, nazwijmy ją modulacją pośrednią, wiąże się ze zbyt 

background image

grubymi przybliżeniami, jakie z konieczności cechują proces. 
Nigdy nie wiadomo, kiedy się zatrzymać w uszczegółowianiu 
modelu, a wskutek znanej złożoności mózgu dokładne na- 
śladowanie go jest niemożliwe. Wystarczy niewielka pomyłka, 
nieuwzględnienie tego czy tamtego czynnika bądź przypi- 
sanie mu znaczenia odmiennego niz rzeczywiste, aby mimo 
najlepszych intencji eksperymentatora spowodować nieod- 
wracalne skutki. Z tego punktu widzenia sam podzielam 
pańskie namiętnie wyrażone zastrzeżenia. Niestety, żyjemy 
w czasach, kiedy wiele uprzedzeń trzeba będzie odrzucić. 
Wiele świętości zostanie naruszonych, bo jeśli nie zrobimy 
tego my, wyręczą nas inni. Dziś rozwój nauki czyni możliwym 
to, co wczoraj wydawało się czystą fantasmagorią — ja, 
panie Langevin, jestem na razie jedynym, który opanował 
modulację pośrednią. Nie będę pana męczył szczegółami 
technicznymi, dość wspomnieć, ze mój program uwzględnia 
pół miliarda czynników. Do tego dochodzi nowy typ deko- 
dera, ultradynamiczne pasowanie elektrod i tak dalej. Tak 
więc, panie Langevin, angażowaliśmy pana z myślą o roli 
dawcy; obecnie z przyczyn, nad którymi rozwodziłem się 
wystarczająco długo, bardziej by się pan przydał programowi 
jako biorca. 
LANGEVIN: Nie zgadzam się. Umowa nie rozstrzyga 
tak szczegółowo o mojej roli w programie. 
VREUTT: Ale i niczego w tym względzie nie przesądza. 
O rodzaju pańskiej przydatności w programie decydujemy 
my. 
LANGEVIN: Wspaniale. Angażując mnie do badań 
kupiliście mój talent malarza i mój czas. Tymczasem okazuje 
się, że kupiliście mnie hurtem, całego. 
VREUTT: Kupiliśmy pana talenty, ale nie te, które pan 
sobie wyobraża. 
LANGEVIN: Nie i jeszcze raz nie. 
VREUTT: Wracając do Hioba, który w panu mieszka: 
nie powie pan chyba, ze lokatora tego trzyma pan tam z mi- 
łości. Oto nadarza się okazja, jedyna w życiu, by go eksmi- 
tować. Będzie pan wielkim artystą, największym geniuszem 
na Ziemi. Moja metoda nie zna ograniczeń. Obejmuje zarów- 
no kopiowanie największych umysłów żyjących, nawet bez 
ich zgody, jak też tych, którzy zmarli przed setką czy 
tysiącem lat. Rzecz jasna wizerunek struktur umysłowych 
możemy wtedy odtworzyć tylko z grubsza na podstawie 
dzieł, które mamy do dyspozycji. Jest to poważne utrud- 
nienie. Niezależnie modulacja pośrednia pozwala uzyskać 
kombinacje, jakie nigdy nie zaistniały na tej ziemi — i nie 
zaistnieją, jeśli mnie nie spodoba się ich wywołać. Proszę 
się dobrze zastanowić — naprawdę nigdy pan nie pragnął 
odwetu na Hiobie? Druga taka sposobność juz się nie nadarzy. 
Tak go pan kocha? Uczynię pana większym niz Michał Anioł, 
Leonardo i Rafael razem wzięci... 
LANGEVIN: O ile drobne wahnięcie prądów wywołane 
przelotem odrzutowca nie sprowadzi mnie do poziomu de- 
bila. 
VREUTT: Raczy pan żartować. Wszystkie urządzenia 
są ekranowane. Możliwość jakiejkolwiek awarii technicznej 
należy z góry wykluczyć. Proszę mi obiecać, ze rozważy 
pan wnikliwie moją propozycję. Do niczego nie mogę pana 
zmusić, ale jestem prawie pewien, że sporządziwszy na 
chłodno bilans wszystkich za i przeciw w końcu się pan zgo- 
dzi. 
LANGEVIN (ironicznie): I w nagrodę także dostanę 

background image

taki sweter? 
wczoraj byliśmy się strzyc szkoda że wypady do fryzjera 
zdarzają się tak rzadko mniej więcej raz w tygodniu podjeż- 
dża autobus zabieramy się chętnie choć większość pensjo- 
nariuszy to łysi należę do najbardziej owłosionych fryzjer 
zawsze ten sam goli nas strzyże nic nie mówi nie dowcipkuje 
bardzo się przykłada do roboty nastawia automaty i obrabia 
nas piątkami reszta w tym czasie przegląda czasopisma 
albo rozprawia na chodniku wracamy w obłokach wonności 
dla każdego takich samych żeby było sprawiedliwie nasze 
staruszki także się strzygą wszystkie noszą bardzo krótkie 
fryzury wracamy wyleczeni z nadziei na rozproszenie nudy 
dlaczego fryzjer ma tylko monda i figaro i te same magazyny 
co nasza czytelnia pytałem ofelię też nie wie z ofelią ok 
podbiłem jej serce podczas prób kilkakrotnie dotknąłem 
jej biustu twardy jak u małolaty na swój sposób było to 
ekscytujące dotykać jej tak by nikt nie zauważył nawet 
panna peltier ofelia w końcu pojęła moje intencje przypuś- 
ciła kilka szarż aż hans musiał ją strofować ubyło jej ze 
dwadzieścia lat oczy płonęły jak prawdziwej ofelii po za- 
kończeniu próby zamierzałem zabrać ją do ogrodu ale 
panna peltier rozdzieliła nas musimy porozmawiać panie 
mroan zaprosiłem ją do siebie bo już zaczynał się 
czas na kompozycje chóralne jeśli głos ludzki jest najwspa- 
nialszym instrumentem chór musi być najwspanialszą orkiestrą 
panie mroan co pan właściwie wyprawia z panią zapomnia- 
łem nazwisko ofelii ja wyprawiam wypraszam sobie panno 
peltier po prostu obmacuje ją pan na oczach wszystkich 
w jej wieku takie rzeczy nie przystoją pytał ją pan przynaj- 
mniej o zgodę nie wiedziałem ze o to trzeba pytać wypadało- 
by kobieta to nie obiekt do zaspokajania wyuzdanych chuci 
siedzieliśmy rozprawiając o godności według panny peltier 
godność kobiety wzrasta z wiekiem dużo energii straciła 
piętnując me postępowanie wykazując jego niewłaściwość 
sufrażystka tak długo przypierała mnie do muru dlaczego 
to zrobiłem że w końcu dla świętego spokoju palnąłem chcę 
zęby została mo|ą modelką pozowała do aktu ach westchnęła 
przeciągle długą chwilę milczała potem wstała automatycz- 
nymi ruchami wyswobodziła się z ubrania a ja panie mroan 
co pan powie o mnie jestem zgrabna cierpliwa mam dużo 
czasu bardzo się też nudzę w godzinach które pan prze- 
znacza na działania plastyczne nie wiedziałem co o tym 
myśleć widok młodej kobiecej nagości tak dawno zapomnia- 
ny niepotrzebny utracony pogładziłem ramię bark pierś panny 
peltier trzymałem w dłoni ciepłe żywe ciało myślałem o ofelii 
staliśmy jak para zakochanych na próżno usiłowałem wskrze- 
sić w sobie pożądanie ów stan napięcia zmysłów który po- 
winien ogarniać mężczyznę w sytuacji sam na sam z atrak- 
cyjną dziewczyną prehistoria zamiast upokorzenia czułem 
radość i satysfakcję brak typowo męskich reakcji dawał mi 
nad panną peltier przewagę czynił mnie wyzwolonym spod 
jej samiczej władzy patrzyłem w jej twarz bezczelnie aro- 
gancko z wyższością pierś jakbym dotykał rzeźby ciepłej 
żywej ale rzeźby cofnąłem rękę chłodno tu proszę się 
ubrać podniosłem jej rzeczy podawałem po sztuce przy- 
jemne uczucie mógłbym pomagać jej tak po każdym seansie 
ogromnie żałuję panno peltier zrobił pan to żeby mnie 
upokorzyć myli się pani uśmiechnęła się smutno przecież 
nie jestem gorsza od ofelii tego nie powiedziałem jest 
pani bardzo ładna ale ten rodzaj piękna przestał na mnie 
działać niczego we mnie nie porusza roześmiała się kryszta- 

background image

łowym głosem atak radości odczekałem uprzejmie aż minie 
niech pani raczej wysłucha wiersza tytuł modlimy się o wojnę 
mimo wszelkich zapewnień o pokoju świat dopomina się 
0 nową wojnę wywołanie wojny stało się ze wszech miar 
nieodzowne dawno wymarli ostatni kombatanci pleśnią pokry- 
ły się sztandary trawą zarosły pola wielkich bitew podręcz- 
niki historii nudne jak flaki z olejem potrzeba koniecznie 
nowych wielkich bitew trzeba zadać nowe rany ziemi ludziom 
pamięci nie potrafimy dłużej wytrzymać bez wojny 
słuchaj boże jak cię błaga lud bez wojny męczymy się okrop- 
nie weź pod uwagę ze nasza cierpliwość też ma swoje granice 
1 co pani o tym myśli patrzyła z osłupieniem okropne 
nieludzkie pan uprawia propagandę wojenną nie poezję 
a kto pani powiedział że ja jestem autorem nie pan kto 
nie powiem co do propagandy bym się z panią nie zgodził 
mało trafia się utworów o tak przejmującej pacyfistycznej 
wymowie nigdy nie słyszała pani czegoś podobnego 
i to panią przeraża pan chyba jest obłąkany panie mroan 
proszę mnie stąd wypuścić do usług drzwi stoją otworem 
myślałem potem o facecie który napisał ten wiersz jest z nami 
od niedawna nazywa się zapomniałem jak dał mi do oceny 
coraz częściej łapię się jak mało o nich wiem po hansie 
i mnie to już czwarty trzecia jest ofelia maluje kwiaty 
(Wnętrze pracowni Langevina — jak poprzednio. 
Tym razem jednak sztalugi stoją puste. Obrazy, które nadal 
wiszą na swoich miejscach, wydają się poszarzałe, spatyno- 
wane — można osiągnąć ten efekt przez umiejętne opero- 
wanie reflektorem z odpowiednio dobranym filtrem. Lange- 
vin siedzi, Vreutt spaceruje — lub odwrotnie, aby odebrać 
scenie wrażenie statyczności i zbytniej monotonii.) 
VREUTT: Witaj, Hiobie. 
LANGEVIN: Witaj, kusicielu. 
VREUTT (z niedowierzaniem): Rzuciłeś pracę? Przesta- 
łeś malować? Dlaczego? 
LANGEVIN: 2eby ci skomplikować życie. Utrudnić 
•"»»li7acie twoich planów. Właśnie tak. Twoje perswazje 
nie mają z tym nic wspólnego. Myślałeś pewnie, że skoro 
raz odmówiłeś mojej sztuce jakiejkolwiek wartości, to ja zała- 
mię się kompletnie, siądę i zapłaczę. Cały w spazmach 
rzucę się do łamania pędzli, niszczenia farb, a z płócien 
urządzę wesołe ognisko. A niedoczekanie! 
VREUTT: Przecież widzę, że wszystko do tego zmierza. 
Nie rozumiem tylko, w jaki sposób właściwe pensjonarkom 
kaprysy miałyby skomplikować mi życie. 
LANGEVIN: Przejrzałem twoją grę. Doszedłem do wnio- 
sku, ze Hiob stał się moją twierdzą, zbroją i puklerzem. 
Póki chowam się wewnątrz, pozostaję dla ciebie niedo- 
siężny. Wobec tego postanowiłeś wywabić mnie ze skorupy, 
jak żółwia albo małża. W mojej hiobowej skórze jestem chwi- 
lowo bezpieczny, ale biada mi, jeśli pozwolę się z niej 
wyłuskać. Wówczas skazany będę na twoją łaskę i niełaskę, 
będziesz mógł ze mną zrobić co ci się żywnie spodoba, 
bo juz niczego nie zdołam ci przeciwstawić. 
VREUTT: Przypuśćmy. Tylko co ma z tym wspólnego 
twój strajk okupacyjny? 
LANGEVIN: Wyrzekając się malowania pozbawiam się 
ostatniego mojego bogactwa. Może bez znaczenia dla innych, 
może iluzorycznego i dla mnie. Rezygnuję z niego z pre- 
medytacją, aby stać się tym uboższym. Nie wątpisz chyba, 
że im bardziej jestem ubogi, im doskonalsza moja nędza, 
tym więcej we mnie Hioba. Rzucając malowanie sprzeciwiam 

background image

się twoim zamiarom, ponieważ nie tylko nie opuszczam 
skorupy, lecz przeciwnie: jeszcze głębiej się w niej zaszywam. 
Jak mnie teraz dostaniesz, spryciarzu? No, co powiesz na ta- 
kie dictum? 
VREUTT: Rzeczywiście, chytre. Jesteś nie do ugryzienia, 
tak idealnie wcieliłeś się w rolę Hioba. Pytanie tylko, po co? 
LANGEVIN: Dla oryginalności. 
VREUTT; Hiob biblijny został przynajmniej za swój 
upór sowicie nagrodzony, dorobił się równie licznej rodziny, 
a jego majątek powiększył się w dwójnasób. Zrobił dobry 
interes na swym hiobstwie — jako pierwszy i jedyny. Jego 
dzisiejsi naśladowcy mają zagwarantowane wyłącznie ubóst- 
wo. 
LANGEVIN: W porządku. Mnie to wystarcza. Nie za- 
leży mi na bogactwie, sławie czy zaszczytach. Marność i nad 
marnościami marność. 
VREUTT: Jednakże gdyby ktoś uparł się zreplikować 
143 
w sobie Hioba w całej rozciągłości, a poprzestał jedynie 
na nędzy, obelgach i cierpieniach dostępnych każdemu, 
ani kosztując nagrody za wierność i upór — byłoby to 
odwzorowanie wielce niekompletne, a nawet ułomne. Hiob 
pozbawiony nagrody, Hiob bez happy endu przestaje być 
Hiobem. 
LANGEVIN: A niech tam. Moja strata. Wezmę wobec 
tego tylko część Hioba; z reszty rezygnuję. 
VREUTT: Ależ z ciebie uparciuch. Spróbujmy z innej 
beczki. Przestaw zwrotnicę wyobraźni i pomyśl, ze jesteś 
bardzo bogaty. Przypuśćmy, że prowadzisz interesy albo 
piastujesz wysoki urząd. Należysz do elity finansowej, do 
której wprawdzie ciężko się wedrzeć, ale kto raz zdoła tego 
dokonać, może spać spokojnie. Osiągnąłeś — w materialnym 
sensie — maksimum tego, co człowiek może osiągnąć na 
tym padole. Pomijając trywialne spostrzeżenie, że tym samym 
stałeś się idealnym kandydatem na Hioba, istnieje jeszcze 
jeden powód do obaw: twoje dzieci. Zastanawiasz się, 
co mógłbyś dla nich uczynić już teraz. Podzielić między 
nie majątek — każdy potrafi. Chodzi o coś specjalnego, 
na miarę twoich nadludzkich możliwości — wszak od snajpera 
wymaga się większej skuteczności ni z od zwykłego strzelca. 
Jak zapewnić dzieciom przyszłość, czym je obdarować, zwła- 
szcza jeśli — co odnotowałeś z przykrością i z czym trudno 
ci się pogodzić — nie wykazują twoich zdolności ani zain- 
teresowań. Gorzej: nie wykazują żadnych zdolności ani 
zainteresowań. Tłumaczysz sobie, że zepsuły je cieplarniane 
warunki, które im zapewniłeś, że gdybyś umiał być dla nich 
bardziej surowy, nie torował im drogi przez życie jak walec 
czy lodołamacz — wyrosłyby z nich twarde drzewa, nie 
wątłe roślinki. Lecz cóz — stało się. Nie da się cofnąć 
czasu. 
Podobne problemy nękają twoich wspólników i kontra- 
hentów, równie bogatych i równie dzielnie rozgrywających 
swe atuty. Rozmawiacie o tym półsłówkami w przelocie 
między posiedzeniami, konferencjami. Od słowa do słowa... 
a gdyby tak połączyć wysiłki, za drobną część fortun kupić 
przyszłość dla Henryczka i Marietty, Jima i Ethel? Nie zabie- 
gacie, by pomyślnie mnożyły się dla nich wasze pieniądze, 
wszak pieniądz robi pieniądz. „Milion jak świnia prośny 
jest" — słyszałeś zapewne ten szlagier Johna Cellusa? Nie 
chodzi także o uznanie czy poklask, ponieważ w orszaku 
licznych satelitów i one towarzyszą fortunie. Pomysł nie 

background image

należy do pospolitych, ale nie przyznajecie się nawet przed 
sobą, że odzwierciedla po części wasze tajemne tęsknoty, 
chęć wykroczenia poza ramki, w których umieściło was 
przeznaczenie. Wyrwać mu się, sprzeciwić, choćby tylko po- 
przez własnego syna czy córkę — brzmi wasza żądza i roz- 
kaz. Zadziwiające, ale zgoda ani opinia potomków was nie 
obchodzi. Tchniecie w te ubezwłasnowolnione zewłoki — 
nowego ducha. Nie byle jakiego — artystycznego. Oto do 
czego sprowadza się wasz kaprys: mają być geniuszami 
sztuki. Nie byle artystami — geniuszami. 
LANGEVIN: Cóż za nonsens: zbierać uzdolnienia z pra- 
wdziwych twórców jak ładunki elektryczne i pakować je 
w truchła, póki nie ożyją! Już mówiłem, ze ta idea zapiera 
dech w piersiach swoją wulgarnością! 
VREUTT: I ja rozumiem twoją niechęć, ale jej nie 
podzielam. Sto lat temu wyjęcie serca z piersi i zastąpienie 
go innym, pobranym od dopiero co zmarłego — czyż 
nie wydawało się wulgarne? I jak jeszcze! Ludzie wierzyli, 
że to zadanie niewykonalne, że jeśli lekarze okażą się 
na tyle nieetyczni, by próbować podobnych sztuczek, etycz- 
na okaże się żywa materia, która zablokuje ich usiłowania. 
Nie podejrzewali, ze żywa materia jest plastyczna jak mało 
co i ochocza do tego typu eksperymentów. Wynik znasz: 
w naszej epoce wymienia się całe głowy lub mózgi — i nikt 
nie podnosi już krzyku z tego powodu. A przecież ów 
pomysł grupki prominentów, który tu nie dbając o subtel- 
ności referuję, postuluje akcję o nieporównanie węższym 
zakresie. Co innego wymieniać mózgi jak klocki, a co innego 
przetaczać jak krew ich zawartość, by w efekcie podnieść 
rozwój rasy ludzkiej na wyższy poziom. 
LANGEVIN: Jak lekko przechodzą ci przez usta te 
bluźnierstwa! Ów diabelski projekt zmierza po prostu do 
wykreślenia sztuki z historii ludzkości, do starcia jej z po- 
wierzchni Ziemi. Gdzie wszyscy są artystami, tam nikt artystą 
nie jest. A któż będzie podziwiał ich wielkie dzieła? Wytęż 
wzrok i spójrz centymetr dalej — cóż widzisz? Bandy zdzi- 
czałych awangardzistów dybiące na samotnych przechod- 
nów, uprowadzające zakładników, toczące boje o tych nie- 
licznych, którzy nad osobiste składanie sonetów będą przed- 
kładać dajmy na to alkohol. Nie mówię juz o tym, że włażenie 
z butami w ten pokój z lodowych płytek i bibułki, jakim 
jest dusza artysty, pachnie mi świętokradztwem, spychaczem, 
czołgiem i taranem. Zdumiewająca epoka, dla której nie 
ma nic świętego. Przy takim zawzięciu nie wróżę jej po- 
myślnego końca. 
VREUTT: Już ci mówiłem, że burzyciele maszyn i orę- 
downicy świątyni ludzkiego ciała należą do przeżytków. 
Lezą w lamusie historii. Jeszcze jeden, który domaga się, 
by wszyscy przestrzegali urojonych tabu. Nie wyjmować 
serca! Do puszcz! Do jaskiń! Cechą cywilizacji takiej jak 
nasza jest próbowanie każdej możliwości, nie rezygnowa- 
nie z żadnej zawczasu. Pomysł grupki finansistów, który 
w innych warunkach zostałby odrzucony albo wyśmiany, 
pod jednym względem miał szczęście: trafił się w czasach 
zasobnych w środki techniczne do jego realizacji. Gdzie 
są maszyny, metody i pieniądze, tam nie zwleka się długo. 
Ruszyły badania. Powstał program, zaakceptowany i finanso- 
wany oficjalnie, ponieważ dla wpływowych osób nawet in- 
stytucje państwowe są życzliwe. A już szczególnie w państwie 
przez te osoby rządzonym. 
LANGEVIN: I to jest właśnie przedsięwzięcie, w któ- 

background image

rym uczestniczymy — ty i ja? 
VREUTT: Domyślny jesteś. Program trwa od dziesięciu 
lat. Trudności były niebotyczne, początkowo wydawało się, 
że mimo teoretycznie prostej drogi nie da się ruszyć z miejsca. 
Kilkakrotnie cały projekt stał na krawędzi krachu, groziło 
zniechęcenie mecenasów, wyczerpanie środków. Dzieci 
dojrzewały szybciej niż posuwały się prace. Ale za każdym 
razem w momencie zachwiania udawało się odnieść spek- 
takularny sukces, jakby żywa materia wiedziała o naszych 
trudnościach i wspomagała nas życzliwie. Jakby zależało 
jej, byśmy nie rezygnowali i odnosili sukcesy. Czasami miałem 
wrażenie, że gramy ze świadomą istotą, wydzielającą nam 
tyle, na ile w jej ocenie akurat zasługiwaliśmy. 
LANGEVIN: Czy dlatego ciągle uczestniczysz w tym 
horrendum wołającym o pomstę do nieba? 
VREUTT: Nie. Fascynuje mnie sama sytuacja. Postaraj 
się uzmysłowić sobie, że w długiej historii ludzi wszystko 
już zdążyło stać się przedmiotem zawłaszczenia, łącznie 
z samym człowiekiem. Oczywiście najbardziej prymitywną 
formą było anektowanie owoców cudzej pracy. Bardziej fi- 
nezyjną — eksploatacja zdolności, talentów, tak pomyślana, 
by korzyści odnosił kto inny. Nigdy jednak nie czyniono tego 
bezpośrednio, z pominięciem społecznie akceptowanych 
pułapek i zależności, w które należało konkretny nośnik 
zdolności uwikłać. Teraz uprościmy tę drogę. Nadchodzi 
nowa epoka, a my jesteśmy jej prekursorami. Cóż to za 
wspaniałe uczucie, robić coś absolutnie nowego, czego nie 
imał się nikt przed tobą! Niemal rozkosz — projektować nowe 
oblicze świata, widzieć jak się kształtuje pod palcami. 
LANGEVIN: Żałosny to zachwyt. Na cóż chcesz zamie- 
nić przygnębiającą gębę dzisiejszej rzeczywistości? Zgraje 
artystów, geniuszy przyszłości, utajonych Michałów Aniołów 
i Leonardów będą cierpieć katusze pod wampirami, będą 
orzeżywać artystyczne uniesienia w szklanych baniach 
na głowie, podłączeni do grających szaf — po to tylko, by 
duchowo nawozić prominentów. Z cierpień, z tęsknot nie- 
szczęśników o wolności mierzonej długością elektrycznych 
kabli formować się będzie pigułki na jałowość, destylować 
syropy polotu — i sypać, lać w te pustynie, póki się nie 
Wypełnią. Będzie się wznosić piramidy o innym wymiarze 
i skali, masowo przerabiać słonie na skowronki. Pasuje ci 
ta nowa forma feudalizmu, tym razem umysłowego, ponie- 
waż po artystach przyjdzie kolej na wynalazców, filozofów, 
konstruktorów, lekarzy. Każdy feudalny młot nowego typu 
będzie przed snem wysysał porcję swoich wasali, wychylał 
szklankę kompotu z ich mózgownic. Jfeśli się wyczerpią — 
cóż prostszego jak sięgnąć po nowych. Oto do jakiego świata 
prowadzą twoje sukcesy. Wyrzeknij się ich! Zniszcz wyni- 
ki badań, skasuj zapisy, popełnij samobójstwo! Wszystko 
będzie lepsze od tej zalegalizowanej hekatomby. Lepiej 
byś sam cierpiał, niz cierpieć mają tysiące niewinnych istot. 
VREUTT: Chyba nie mówisz tego poważnie. Dziś nie 
ma juz odwrotu. Nawet gdybym usłuchał twojej rady, ni- 
czego nie storpeduję. Opóźnię program o rok, dwa lata — 
i stracę nad nim kontrolę. W imię czego miałbym to robić? 
Mnie się podoba ta wizja, jej uroda ujmuje mnie za serce. 
Droga do tego świata stoi otworem — jest nią modulacja 
pośrednia. Czasy, które idą, będą prawdziwym dowartoś- 
ciowaniem człowieka. Człowiek stanie się wreszcie naprawdę 
najwyższym celem. Nasza skromna aparatura i umiejętności 
mogą go co najwyżej wspomóc, ale nie — zastąpić. Do- 

background image

piero w nowym świecie człowiek stanie się niezbędny i nie- 
zastąpiony. Wkrótce — jutro, pojutrze — zostanie przepro- 
wadzony finalny eksperyment: spiritus movens, zmagazyno- 
wany takim nakładem środków i starań w pamięci kompute- 
rów, przemieści się do ciała nowego właściciela. Nie będzie 
nim jednak Henryczek ani Patrycja, chociaż ręczę za sukces. 
Ci którzy płacą, mają swoje kaprysy; naszą rzeczą je spełniać. 
Oto twoja szansa: oddać się pełnemu zabiegowi modulacji 
pośredniej dla udowodnienia, że w zabiegu nie ma ryzyka. 
Druga taka okazja więcej ci się nie zdarzy. Zostaniesz jednym 
z największych ludzi sztuki na świecie — i to będzie twoja 
nagroda. Równych tobie będzie jeszcze dziesięciu, najwy- 
żej piętnastu. Seryjna produkcja, jak słusznie zauważyłeś, 
pozbawiona jest sensu, jeśli geniusz nie ma ulec dewaluacji. 
Jak brzmi twoja decyzja? 
LANGEVIN: Zdumiewające, że możesz mieć jakiekol- 
wiek wątpliwości. Oczywiście odmawiam. Umowa nie zobo- 
wiązuje mnie do tak daleko posuniętej współpracy. 
VREUTT: Umowa — nie. Ale zastanów się, co chcesz 
ocalić, głupcze. Własną powłokę, wypełnioną sieczką? Zo- 
stawimy ci ją. Przywiązałeś się do roli wiecznie przegrywa- 
jącego? Tak ci wspaniale z twoim Hiobem? 
LANGEVIN: Powiedziałem: nie. 
VREUTT: W takim razie ostatnie rozdanie. Ta teczka 
(podaje Langevinowi kartonową ieczkę) otworzy ci oczy. 
Wyjaśni ci, że niesłusznie uważasz się za tego, kim jesteś. 
Kiedy dostarczono cię do nas, nie miałeś nic. Byłeś włó- 
częgą, którego wzięliśmy z plaży w stanie krańcowego 
wyczerpania. Gdyby nie my, zdechłbyś dostojnie na śmietni- 
ku, a psy rozszarpałyby twoje szczątki. Po pierwszym za- 
biegu modulacji pośredniej i wymianie pamięci uwierzyłeś, 
że nazywasz się Langevin i zacząłeś malować. Powtarzam: 
co chcesz ocalić swoją odmową, jaki rodzaj dziewictwa? 
Tożsamość, której nie masz? Wyjątkowość, którą zawdzię- 
czasz mnie? (przerywa, oddycha głośno, bo ostatnie zdania 
wypowiedział podniesionym głosem) Teraz odejdę, a ty 
zajrzyj sobie w tę dokumentację. Mam nadzieję, że klepki 
trochę przestawią się w twojej głowie, (wychodzi) 
korzystam z wampira po raz ostatni nie chce mi się dłużej 
udawać głupszego niż jestem zwracam się do was którzy 
czaicie się po drugiej stronie elektronicznych układów bez- 
piecznie ukryci szatkujecie każdy sygnał na drobne do ciebie 
vreutt jeśli jeszcze tam jesteś podejrzewałem już dawniej 
wampir znalazł się w moim pokoju nie dla ozdoby ani 
mojej wygody idealna forma penetracji musieliście za wszelką 
cenę narzucić korzystanie z niej coś podajecie nam w żarciu 
w napojach nasycacie pościel ubrania tyle jest możliwości 
namówiłem tego grubego żarłoka przez kilka dni wcinał 
moje porcje ja żywiłem się tylko owocami chlebem piłem wo- 
dę moc wampira została ze mnie zdjęła wtedy właśnie 
podyktowałem na magnetofon historię langevina w prze- 
szłości bywało że rano nie mogłem poznać zapisu słowa 
wydawały się jak nie moje dziś wiem ingerowaliście w zapis 
wampira mys'lałem też o s'więta naiwności że tylko ja zasłu- 
żyłem na tak wielkie wyróżnienie własny wampir w pokoju 
zgrabnie pomyślane mózgownica stoi otworem jak rozłupany 
orzech znacie każdą myśl kontrola wydawanie poleceń zbie- 
racie jednak te resztki jakże dla was cenne pchacie w zgwał- 
cone niezliczoną ilość razy komórki swoje wredne instrukcje 
kierujecie mną nami laleczkami na niewidzialnych nitkach 
każda z wampirem na głowie co wieczór przeżywamy swoje 

background image

małe orgazmy rzygamy w szklane klosze mętlikiem bezna- 
dziejnych myśli koszmarem stapiającym w jedno jawę 
i sny bardzo pilnujecie byśmy nie odwiedzali się wzajemnie 
nie wpadali w zażyłość konkretnie panna peltier miejscowy 
policjant jej niespodziewany striptis i czarny golf stały ele- 
ment jej ubioru zabawny pomysł królowej ubiegać się o rolę 
modelki u takiego truchła jak ja ekscentryczny kaprys zimnej 
kobiety czy test wspaniale odegrała swą rolę co chcieliście 
sprawdzić moje reakcje jakie to miłe że ciągle o mnie 
myślicie przydziałowy wampir dla każdego dlatego strzygliś- 
cie nas co tydzień czujniki kochają krótkie włosy uwielbiają 
łysinę fryzjer co ma dla klientów tylko monda i figaro pewnego 
razu udało się nam kupić koszyk czereśni od handlarza 
pamiętam zapach czereśni zmieszany z brylantyną zjedliśmy 
je błyskawicznie zanim nadeszła panna peltier koszyk wyło- 
żony był gazetą schowałem do kieszeni akurat w tym numerze 
na kolumnach kulturalnych drukowano recenzję księgi za- 
pomnienia zbioru wierszy tego spod szóstki za cholerę nie 
potrafię utrzymać w głowie jego nazwiska moja nierówna 
pamięć egzemplarz z naszej czytelni zawierał recenzję a ten 
po czereśniach nie montujecie te notki preparujecie po 
jednym wydaniu specjalnym dla czytelni i fryzjera zadałem 
sobie odrobinę trudu przejrzałem moje wycinki prosty wnio- 
sek pisze to jedna osoba maksimum dwie w przerwach 
rejestrują na video dyskusje rzekomo przegrane z piątego 
programu tivi po cholerę zadajecie sobie tyle trudu my 
wiemy wy wiecie że my wiemy dom starców nie jest domem 
starców hans nie jest reżyserem ofelia aktorką ani malarką 
facet spod szóstki nie jest poetą ja nie jestem szalonym 
multiinstrumentalistą to odprysk kiks rykoszet eksperymentu 
podobnie marna pamięć dogorywamy powoli na tym błysz- 
czącym wysypisku wśród podobnych sobie odpadków ludz- 
kich trzydziestka potencjalnie najgenialniejszych artystów 
świata czy nadal zakładacie wtopione w plastyk metalowe 
obręcze na skronie kolejnych kandydatów by w krótkim 
impulsie przysposobić ich do pobytu tutaj czy są młodzi jak 
my czy z równą niefrasobliwością doprawiacie im głowy 
starców nie przewidzieliście kondensując życie artysty w krót- 
kim spazmie że cierpienia rozczarowania bóle klęski tak 
stężone w pół godziny dołożą nam po pięćdziesiąt lat kiks 
eksperymentu przedwczesna starość zdobi nasze głowy 
siwizna bez chwały kara za łatwowierność co do mnie sprawa 
jest jasna zdradziłem hioba wyrzekłem się go wypełzłem ze 
zbawczej skorupy sam wlazłem vreuttowi na widelec za- 
chciało mi się uwspółcześnić starożytny epos hiob odpierający 
zwycięsko pokusy przypadek rozstrzygnięty przez to nie- 
ciekawy drugi wariant hiob ulega przez co staje się hiobem 
na wieki hiobem spotęgowanym pozbawionym nagrody i na- 
wet nadziei wolno mu tylko rozpaczać na totalnym rumowisku 
wiara w zabezpieczenia ukryte w mechanizmie świata okazała 
się płonna w jakieś zasady heisenberga blokady nie pozwala- 
jące dokonywać na materii zbyt grubych nadużyć uwalniające 
od wyboru dokonujące go za nas nic takiego nie istnieje nie 
ma barier dla oświeconych łajdaków bóg nie przewidział 
ludzkiej przewrotności ostatnią instancją odwoławczą jest 
moralność człowieka jego rozeznanie między dobrem a złem 
czyli nic mniej niż zero trzydziestka hiobów na gruzach sta- 
rego świata od dawna nie przybył nikt nowy w końcu vreutto- 
wi się powiedzie z oplotów kabli wysunie się syntetyczny 
geniusz program trwa jesteśmy nadal jego częścią zapis ten 
traktujcie jako ostrzeżenie wiedząc to co wiem nie mogę 

background image

żyć jak dotąd udawać przyjaźni szczerzyć się do panny 
peltier nie mam pojęcia co zrobię póki program trwa nie 
wszystko jeszcze stracone ale ostrzegam miejcie się na bacz- 
ności nie bądźcie bezpieczni 
lufy 1985 
Osada 
„Meteor" 
2083 
uż na klatce schodowej 
I. wyczuł, że coś jest nie w porządku. Wprawdzie spo- 
wijała ją jak zawsze wszechobecna woń stęchlizny, ku- 
rzu oraz gotowanej kiszonej kapusty, ale swojski zaduch 
wzbogacony był tym razem o jakiś obcy składnik. Z miesz- 
kań Watsonów, Mieszczerskich i Iwanowów nie dobiegał 
znajomy rejwacti, jedynie drzwi kawalerki Irmindy Zakos, 
tramwajarki dorabiającej sobie cichodajstwem i donosiciel- 
stwem, wydawały się leciutko uchylone. I. przystanął 
na szczycie schodów, aby ochłonąć nieco i poszukać klu- 
czy. Schody, stare, zbutwiałe, przypominały wyboistą 
drogę pod górkę. Wyszlifowane cierpliwymi obcasami 
stopnie zostały w kilku miejscach zastąpione przez bry- 
gadę remontową nieheblowaną dechą. Rytm mozolnego 
podchodzenia zrywai się na niej, nogi zamiast zapadać- 
się w wydeptaną rynnę stąpały twardo, dźwiękliwie 
i pewnie. 
Obracał klucze w spotniałej dłoni, błądząc myślami 
wokół salcesonu, zdobytego po krótkiej acz zdecydowanej 
szarpaninie w kolejce do przyzakładowego bufetu. Salce- 
son ten w ilości dwudziestu deka spoczywai w aktówce I., 
owinięty troskliwie w szary papier. O tej porze miasto było 
zalane ludźmi, którzy podobnie jak I. starali się pochwycić 
w biegu to czy tamto; I przepychał się ulicami angażując 
w walkę z tłumem wszystkie rezerwy organizmu. Ani na 
moment nie zapominał o salcesonie, ukrytym bezpiecznie 
wśród ważnych dokumentów. Na pół godziny stanął w ko- 
lejce po pieczywo, wykorzystując ten czas na spokojne draż- 
nienie wyobraźni perspektywą degustacji smakołyku. Z po- 
łówką świeżego chleba w garści rwał co sił w kierunku do- 
mostwa, pieszcząc w głowie zaplanowany porządek czyn- 
ności: rzucić serwetę na laminat, otworzyć świeżą paczkę 
herbaty z Bangladeszu, drzwi oczywiście na klucz... Ta piękna 
wizja wydała się nagle zagrożona przez jakieś fatum. Z nie- 
znanych powodów salceson zdawał się odpływać w siną dal. 
I. zrobiło się żal salcesonu. 
Zobaczył ich jak wychodzą z kawalerki Irmindy Zakos: 
barczyści, wypasieni, w białych fartuchach i białych fura- 
żerkach na głowach. Przody furażerek zdobiły emblematy 
z czerwonym krzyżem wpisanym w okrąg. Sądząc po jakości 
wykonania były pochodzenia zagranicznego. I. odetchnął 
z ulgą — to oni rozsiewali ten straszliwie obcy zapach. Z pę- 
kiem kluczy na palcu odsunął się, aby ich przepuścić. 
— Pan I., nieprawdaż? — zagadnął jeden z lekarzy 
przyjaznym tonem. I. potwierdził, zdumiony. Tamten, ni- 
czego na razie nie tłumacząc, łagodnym ruchem zdjął mu 
kółko z kluczami z palca. Zgrabnie zmieniając szyk ustawili 
się po obu stronach I., po czym wszyscy trzej ruszyli ławą 
w stronę mieszkania. 
Zza drzwi dobiegały jakieś hałasy. I. spojrzał zdumiony 
na ludzi w furażerkach, ale ten, co zabrał klucze, bez słowa 
nacisnął klamkę i szerokim gestem zaprosił go do środka. 
Mieszkanie I. było właściwie jednoosobową dziuplą, 

background image

wygospodarowaną cudem w organizmie wielkiego bloku. 
Mogło powstać przez zlikwidowanie schowka na wiadra, 
szczotki czy szmaty; po doprowadzeniu wody i wydzieleniu 
wnęki udającej kuchnię nadawało się ze wszech miar 
do zasiedlenia przez samotną osobę. Wedle miejscowych 
standardów uchodziło nawet za przytulne, zaś jego loka- 
tor — za szczęściarza urządzonego życiowo, ponieważ na- 
wef podczas największych słot deszcz nie lał mu się za 
kołnierz. 
Idąc od drzwi po trzech albo cztdrech krokach natra- 
fiało się na ścianę z oknem. Jedna z szyb została wybita 
przez wiatr i od dłuższego czasu zastąpiona przez adminis- 
trację zgrabnie przyciętym kawałkiem dykty, ponieważ o szy- 
by było trudno. Nadto szwankował w oknie mechanizm za- 
mykający, toteż administracja zabiła je gwoździami. Rzecz 
jasna uniemożliwiało to mycie, tak że ilość światła wpada- 
jąca z zewnątrz z roku na rok zmniejszała się. I. przewi- 
dywał niejasno, że w końcu będzie musiał coś z tym fantem 
zrobić, ale chwilowo poprzestał na rozmyślaniu o tej spra- 
wie. Po prostu miał ją na głowie; o okucia okienne było 
bardzo trudno. 
Pozostałe dwie ściany obstawione były półkami pełnymi 
książek, co dodatkowo uszczuplało metraż małego pomiesz- 
czenia. Pod sufitem paliła się naga żarówka na drucie, 
rzecz zasadniczo zakazana o tej porze, jednak I. rozumiał, 
że niecodziennych gości zmusił do tego brązowawy półmrok 
ciągnący od okien i uniemożliwiający pracę. Rozświetlony 
jaskrawym światłem pokój przypominał przesłuchiwanego 
aresztanta i zdawał się liczyć na wstawiennictwo ze strony 
I., ale I. obrzucił tylko spojrzeniem pokryte zaciekami ścia- 
ny i wzruszył ramionami. Czuł, ze musi jakoś zareagować 
na to, co się dzieje, a nie znajdując odpowiedniejszego 
gestu przekazał pokojowi i sprzętom całe swoje poczucie 
bezradności. 
W pokoju przebywało jeszcze dwóch mężczyzn w bia- 
łych kitlach i furażerkach z czerwonym krzyżem wpisanym 
w okrąg. Jeden z nich siedział przy stoliku wysuniętym prze- 
zornie na środek, drugi, w naciągniętych gumowych rę- 
kawicach, wertował bez pośpiechu tomy z półki, wybierając 
jak leci. Na stole obok łokcia mężczyzny piętrzył się stos 
książek. I. poznał je natychmiast — i zbladł. Obok, bezwstyd- 
nie rozpostarty, leżał list do zagranicznej aktorki, w którym 
I. wyznawał jej w porywczych słowach miłość, jednak nigdy 
nie odważył się go wysłać. Mężczyzna siedzący przy stole 
na jedynym krześle przyglądał się I. badawczo przez grube 
binokle. Jego twarz pozostawała uprzejma, a nawet życzliwa. 
No i na cóż to panu było, drogi panie I., zdawało się mówić 
spojrzenie zza szkieł. 
Drugi z mężczyzn nie zareagował na wejście gospo- 
darza, kontynuując swe zajęcie z cierpliwością automatu. 
I. skupił na nim zainteresowanie, ponieważ tamten sięgał 
właśnie po tom, w którym I. miał schowany banknot o nomi- 
nale tysiąc peso. Mężczyzna znalazł go oczywiście, przez 
chwilę oglądał z bliska, ujmując za rożek obleczonymi w gumę 
palcami, a potem najspokojniej w świecie umieścił w kie- 
szonce na piersi. I. chciał zaprotestować, zaczął chyba nawet 
coś mówić, lecz pod wpływem kpiącego spojrzenia męż- 
czyzny przy stole głos uwiązł mu w gardle. 
— Obywatel I., jak sądzę? — stwierdził raczę] niż za- 
pytał mężczyzna przy stole. Głos miał łagodny, jego ciepły 
timbre zdawał się rozpraszać wszelkie wątpliwości co do tego, 

background image

że właściciel rad by nieba przychylić bliźniemu. — Niechże 
pan pozwoJi bliżej. Co tak sztywno? Jest pan w końcu we 
własnym mieszkaniu, drogi panie. 
I. postąpił krok do przodu; usłyszał że lekarze czy też 
sanitariusze za jego plecami również przemieścili się na 
tyle, że mogli domknąć drzwi. 
— Może zechcą mi panowie wyjaśnić, czemu zawdzię- 
czam tę wizytę? — wyjąkał I. Chciał nadać głosowi ton 
zdecydowania i oburzenia, co się zdecydowanie nie udało. 
Mniej więcej w połowie kwestii głos wypowiedział posłu- 
szeństwo: załamał się i I. z najwyższym trudem dokończył 
zdanie. Chociaż mężczyzna od stołu spoglądał równie 
życzliwie jak przedtem, zaś ten przy półkach nadal mecha- 
nicznie wertował kartki, (. zrozumiał, że popełnił coś wielce 
niestosownego. 
— Oto wdzięczność — powiedział znużonym głosem 
mężczyna od stołu. — Przybywamy, żeby człowieka uchro- 
nić od zapadnięcia na ciężką chorobę, a ten traktuje nas 
jak intruzów. Nie domagamy się wdzięczności czy jakiegoś 
wydziwiania, bądź co bądź spełniamy tylko nasz obowiązek 
wobec jednostki oraz społeczeństwa — lecz czy tak trudno 
okazać przynajmniej trochę zrozumienia dla naszej odpo- 
wiedzialnej pracy? Pan myśli, że przyszliśmy tu z przyjemnoś- 
cią? Że to taki cymes grzebać się w cudzych gratach, inge- 
rować w cudze życie, przestawiając nieraz radykalnie 
zwrotnice, po których się potoczy? Niech się pan postawi 
w naszej sytuacji: widzi pan chorego nieuleczalnie nieszczęś- 
¦ 
pika i za chwilę ma mu pan oznajmić prawdę o jego 
słanie. No? 
— Zatem sugeruje pan... Kto, kto jest chory? — wybu- 
chnął i. — Ja? Ależ to absurd. Czuję się znakomicie. Nic 
mi nie dolega. Dawno nie byłem w tak dobrej kondycji! 
— Pozory, drogi panie, pozory — w głosie mężczyzny 
pojawiło się denerwujące pobłażanie. — Choroba, przed 
którą pragniemy pana uratować, przez całe lata może prze- 
bywać w organizmie w stanie utajonym, wyczekując na 
najdogodniejszy moment do ataku. Z reguły kiedy zaata- 
kuje — jest już za późno na skuteczne przeciwdziałanie. 
Naszą jedyną szansą uprzedzić ten atak, przestrzegać, 
chronić, zapobiegać. Ale bez ścisłej współpracy z zagrożo- 
nym nie da się osiągnąć niczego. Niech pan zapamięta: 
ni-cze-go. 
— Czy pan mógłby powiedzieć coś bliższego na temat 
owej choroby, przez którą jestem jakoby zagrożony? — wy- 
rzekł dość zdecydowanie I., aczkolwiek pobielałymi war- 
gami, które obijały się o siebie jak kompletnie martwe przed- 
mioty. 
— Jakoby — prychnął lekarz — jakoby. Zdumiewające 
jest zadufanie niektórych osobników. Coś bliższego... 
a owszem, bardzo chętnie, po to tu w końcu jesteśmy. 
Choroba ta atakuje przede wszystkim zboczeńców, samot- 
ników, ludzi skrytych i obracających się w podejrzanych 
środowiskach. Słyszał pan może o AIDS? Skrót ten pochodzi 
od zagranicznej nazwy choroby; tam, czyli za granicą, wykry- 
to ją po raz pierwszy i stamtąd też została przywleczona do 
nas. AIDS oznacza „zespół nabytych niedoborów odpor- 
nościowych". Zapadają na nią przeważnie mężczyźni, młodzi 
i w średnim wieku — ot, tacy jak pan. Charakteryzuje się 
zmianami w węzłach chłonnych, szczególnie nerwowych, 
długotrwałymi gorączkami, szybko postępującym wyniszcze- 

background image

niem. Sposób postrzegania świata przez zaatakowanego 
zmienia się radykalnie. W 70—80 procentach wypadków 
prowadzi to do śmierci. Chyba nie spieszy się panu do grobu, 
co, panie I.? 
I. zaciskał napięstki, nie wiedząc co odpowiedzieć. 
— Do tej pory nie odkryto, co powoduje tę chorobę. 
W tym właśnie największa trudność. Póki nie będziemy mieć 
całkowitej pewności, zmuszeni jesteśmy do prewencji w bar- 
dzo szerokim zakresie. 
1 cc 
— Ale co do tego mają te książki? — wychrypiał I. 
Udało mu się trochę ochłonąć; wypowiedź lekarza wyda- 
ła mu się naraz bajką obliczoną na przestraszenie jego, I., 
by w ten sposób dać mu odczuć, że zanadto wyalienował 
się ze społeczeństwa. 
— Bardzo wiele, panie I., bardzo wiele — rzekł ze 
smutkiem mężczyzna od stołu. Jego oczy zza grubych bi- 
nokli spoglądały na I. z prawdziwą troską. — Jedna z posta- 
wionych hipotez twierdzi bowiem, że kataczynnik powodują- 
cy chorobę przenosi się przez papier. Rzecz jasna za naj- 
bardziej niebezpieczne pod tym względem trzeba uznać 
książki oraz czasopisma pochodzenia zagranicznego — 
względnie przeszmuglowane z podejrzanych źródeł. Wystar- 
czy najlżejsze zadraśnięcie skóry, na przykład przy zbyt 
gwałtownym odwracaniu strony — i nieszczęście gotowe. 
Zdrowy organizm spisać można na straty. Bardzo istotne, 
jak się okazuje, jest nastawienie czytającego: z oczywistych 
względów ten, kto dał się takiej literaturze zafascynować, zdo- 
minować, owładnąć — podlega większemu zagrożeniu 
niż otwarty sceptyk czy ktoś traktujący ją jako ciekawo- 
stkę. 
— Nie rozumiem — powiedział I. 
— To przecież proste: czemuś, co się robi z wypiekami 
na twarzy towarzyszy znacznie większa ilość gestów gwał- 
townych, źle obliczonych, w trakcie wykonywania których 
łatwo się zadrasnąć o ostry brzeg kartki. Badacze podejrze- 
wają także, że jako nośnik bakcyla służyć może farba drukar- 
ska, oczywiście nie z państwowych zakładów graficznych, 
ta bowiem jest szczegółowo badana. A nie da się ukryć, panie 
I., ze w pańskim księgozbiorze natrafiliśmy na egzemplarze 
— tu machnął ręką w stronę stosu na stole, a potem z przesad- 
ną obawą ujął i odłożył broszurę leżącą na samej górze — 
budzące naszą najwyższą nieufność. Będzie pan uprzejmy 
zaczekać, aż zakończymy nasze poszukiwania, po czym za- 
bierzemy pana na wnikliwe badanie, które ujawni, czy uległ 
pan już osłabieniu odporności, czy jeszcze nie. 
— Czy mogę sobie przygotować coś do jedzenia? — 
spytał I. 
— Jak najbardziej, panie I., jest pan przecież u siebie. 
Dziwne, że muszę panu o tym przypominać. Proszę w naj- 
mniejszej mierze nie krępować się naszą obecnością. A może 
chciałby pan wskazać pozostałe książki czy pisma tego typu — 
skinął głową w stronę stołu. — Taka pomoc w poważnym 
stopniu przyspieszyłaby naszą pracę. 
— Wydaje mi się — powiedział I. słabym głosem — 
że to już wszystkie. 
— Sprawdzimy, sprawdzimy. Czy przyznaje pan, że 
stanowią pańską własność? Nikomu pan ich nie pożyczał? 
Proszę nam zaufać: w podobnych przypadkach bardzo ważna 
jest informacja o innych osobach narażonych na niebezpie- 
czeństwo. Ścisła wiedza o kręgu objętych zagrożeniem sprzy- 

background image

ja z jedej strony odkryciu kanałów przerzutowych choroby, 
z drugiej — uratowaniu wielu Bogu ducha winnych ludzi. 
Na nic w tym wypadku fałszywa solidarność, błędnie poj- 
mowana rycerskość czy tego typu bzdury. Pod wieloma 
względami syndrom nieodporności przypomina rozprzestrze- 
nianie się syfilisu, zwłaszcza zaś wsłydliwością w ujawnieniu 
wspólników. 
— Pójdę zrqbić kanapki — powiedział I. 
— Zapomniał pan o moim pytaniu. 
— Proszę? 
— Nikt oprócz pana nie korzystał z tych książek? A może 
ktoś wypożyczył je panu? 
— Nie... pamiętam. 
— Wrócimy jeszcze do tego — stwierdził kategorycz- 
nie lekarz. — A teraz chciałbym się przekonać, co pan 
tak ściska w tej aktówce. Jest niestety prawdopodobne, że 
są to kolejne nośniki groźnej choroby. 
— Nie zważając na protesty I. wyjął mu teczkę z ręki 
i wydobył z niej papiery. Przez chwilę ważył w dłoni zawi- 
niątko w szarym opakowaniu. 
— Salcesonik? — zacmokał. — Taki sam jak z naszego 
bufetu... państwowy. Na pewno państwowy? W porządku, 
wystarczy tych zapewnień, wierzę przecież panu. 
Kiedy I. wrócił z kanapkami, mężczyzna rozłożył akta 
na wolnej części stołu, wpisując w poprzek szerokim dłu- 
gopisowym pismem jedno słowo: odmownie. Zgrabnym 
ruchem ujął kanapkę i zatopił w niej podobne do łopat 
siekacze. Pozostali lekarze tylko czekali na ten znak: w mgnie- 
niu oka oczyścili talerzyk z chleba i salcesonu. Nawet auto- 
matyczny przeszukiwacz przerwał robotę, odrzucił rękawice 
i trzymając w każdej ręce po kanapce raczył się z pośpie- 
chem. 
— Niech pan się przygotuje do drogi — poradził 
lekarz nie przestając oprawiać manuskryptów — zaraz nadje- 
dzie sanitarka. Wróblewski... odmownie. Smith — odmownie. 
Gonzaga... 
— Wróblewskiego chciałem rozpatrzyć pozytywnie — 
wtrącił z zapałem I. — To juz trzecie jego podanie w tej 
sprawie. Sumienny pracownik, dobry mąż, wzorowy kolega, 
nieposzlakowana opinia. Nikt bardziej od niego nie zasługuje 
na ten przydział. 
— Odmownie — lekarz nakreślił zamaszysty podpis na 
ostatnim podaniu z grubą ściółką podpiętych załączników. — 
Na razie nie może pan wrócić do pracy, panie I. Obowiązki 
pańskie przejmie chwilowo kto inny. Proszę postawić się 
w jego położeniu. O ileż łatwiej zostanie zaakceptowany 
przez interesantów, jeśli niektóre z tych petycji zweryfikuje 
na korzyść, prawda? 
— Dokąd mnie zabieracie? 
— Na badanie. Nie wolno panu wziąć żadnego wielkie- 
go bagażu; najwyżej przedmioty osobiste. Najlepiej jeśli 
pojedzie pan tak jak pan stoi. O ile badanie wykaże, iż 
nie uległ pan chorobie, po krótkiej kwarantannie wróci pan 
do tych czterech ścian. Spowodujemy także przyjęcie pana 
z powrotem do pracy. Jeśli jednak pański organizm został 
zarażony, konieczne będzie dłuższe leczenie. W takim przy- 
padku lepiej niczego nie ruszać, bo bakcyl mógł się przy- 
czaić gdzie bądź. Na okres kuracji otrzyma pan odzież oraz 
wszystko co niezbędne, natomiast zawartość tego pokoju 
trzeba będzie zniszczyć, a sam pokój poddać dezynfekcji 
najskuteczniejszymi środkami zagranicznymi. Wymaga tego 

background image

nie tylko troska o zdrowie i życie mieszkańców jednego 
bloku, ale dobrze pojęty interes całego społeczeństwa. Za- 
bezpieczcie, kolego, te rzeczy — wskazał na rozsypany 
stos książek. 
Jeden z lekarzy podszedł z przezroczystą foliową torbą, 
najpewniej zagranicznego pochodzenia; urękawiczoną dłonią 
umieszczał w niej kolejne egzemplarze. Pozostali w tym czasie 
rzucili się do półek; wyjmowali stamtąd coraz to inne pozycje, 
pakując je do pus+ych lekarskich kuferków oznakowanych 
takim samym emblematem jaki widniał na furażerkach. I. 
spostrzegł ze zdziwieniem, że w kuferkach nikną najcen- 
niejsze nabytki jego biblioteki. 
— To wszystko do badań — uspokoił go szef ekipy- 
— Proszę się nie niepokoić: jeśli wykażą one bezzasadność 
podejrzeń, książki zostaną zwrócone co do sztuki. A teraz 
w drogę. 
I. zdążył chwycić jedynie szczoteczkę do zębów wraz 
z tubką pasty — i już silne ręce lekarzy wypychały go na 
korytarz. Klucz w obcych palcach obrócił się w zamku ze 
znajomym odgłosem, opieczętowane banderole zakleiły 
drzwi, Irminda Zakos w różowym peniuarze wychyliła się \ 
z kawalerki wołając och i ach, jeden z lekarzy posłał jej 
całusa, po czym cała piątka z I. na czele rozpoczęła mozolne 
zejście przypominającą do złudzenia schody rynną. 
Spoczywając na białych noszach, mając po obu stronach 
wysokie buty lekarzy I. przysłuchiwał się, jak furgonetka \ 
przeciska się przez miasto. Dobili do gmachu przychodni 
rejonowej; z betonowego podwórca przeszli do hallu 
szarego jak wszystko i stamtąd schodami na drugie piętro. 
W gabinecie zabiegowym specjaliści jeszcze wyższej rangi 
ułożyli I. na kozetce, pobrali mu krew, skrawki ubrania, 
próbki skóry i przy okazji odciski palców. Dopiero po tych 
czynnościach jeszcze inni fachowcy sprowadzili I. do piw- 
nic, gdzie otrzymał szpitalną piżamę, świeżą pościel, posi- 
łek i kwestionariusz osobowy do wypełnienia. Pomyślał, 
że na jeden dzień wystarczy, ale się mylił: zaraz potem po- 
lecono mu udać się w towarzystwie lekarzy na pierwsze 
piętro w celu złożenia wyjaśnień mających dla ewentualnej 
historii choroby kapitalne znaczenie. Zatrzymali się obok 
jakichś drzwi, jeden z lekarzy otworzył je — I. ujrzał 
rozciągniętego na biurku osobnika, odzianego dokładnie 
jak on sam. Trzymało go dwóch albo trzech krzepkich mło- 
dych lekarzy, czwarty zaś zamarł z ręką wzniesioną jak do 
uderzenia. Siedzenie delikwenta było obnażone, a wznie- 
siona ręka dzierżyła laskę, która na oczach. I. opadła na 
rozedrgane mięso, wydając przy tym niesympatyczny, ciasto- 
waty odgłos. Towarzyszyło mu jakby charknięcie, w każdym 
razie dźwięk niewiele mający wspólnego z artykułowaniem. 
Po spełnieniu tej sekwencji czynności urzędnicy z pokoju spoj- 
rzeli z zaciekawieniem w stronę drzwi, lecz lekarz należący 
do świty I. zamknął je bez słowa na znak, że zaszła pomyłka. 
— Skurczybyk — powiedział tonem przygany — nie 
chce sypać. Twarda sztuka. Woli narazić kumpli na pewną 
śmierć niż pozwolić ich uratować. 
— Bałbym się takiej odpowiedzialności — zapewnił 
drugi lekarz. 
Scena w otwartym przypadkowo pokoju dała I. wiele 
do myślenia. Weszli do pomieszczenia o kilka numerów 
dalej; siedział tam znany I. szef lekarzy. Przed nim na 
biurku w przezroczystej torbie leżały zakwestionowane wyda- 
wnictwa. Na ścianie wisiało godło państwowe Puertoriconu 

background image

oraz portret prezydenta, na drugiej — mapa kraju i plan 
miasta, w którym się znajdowali. Szef lekarzy spojrzał na I. 
życzliwie spoza binokli. 
— Kiedy pan załatwiał tutaj konieczne formalności, nasi 
specjaliści przebadali te książki. Niestety, musi pan być 
przygotowany na najgorsze: ponad wszelką wątpliwość wy- 
kryto na nich obecność bakcyla powodującego zmniejsze- 
nie odporności. 
Mówił potem jeszcze przez jakiś czas o zagrożeniach 
chorobą, które I. znał, apelował do poczucia obywatelskiej 
odpowiedzialności I., a także wskazywał na rozmiary po- 
mocy, jakiej I. jest w stanie udzielić tutejszej służbie me- 
dycznej. I. dał się przekonać jego argumentom. Przypomniał 
sobie kolegę z biura, z którym wymieniał książki, podpisał 
stosowne oświadczenie, po czym zaprowadzono go na dół, 
do noclegowni. Białe kitle wreszcie dały mu spokój. Położył 
się na pryczy, usiłując zasnąć, ale natłok wrażeń nie pozwa- 
lał na uspokojenie myśli. W końcu zapadł w jakiś koszmar, 
ni to drzemkę, ni to czuwanie, coś mu się śniło, równolegle 
mózg obracał chyba po raz setny te same wątpliwości, aż wa- 
lenie w drzwi upewniło t., że wszystko co przeżył zdarzyło 
się naprawdę. Wszedł znany już dobrze I. szef lekarzy, 
trzymając w ręku jakieś papiery, kolorowe wydruki czy wykre- 
sy, za nim postępowali inni lekarze w furażerkach, cały ten 
orszak zatrzymał się przed łóżkiem I., który uniósł się na 
łokciach w oczekiwaniu. Wtedy szef lekarzy pokręcił głową, 
blikując na boki szkłami binokli, potrząsnął papierami i z gro- 
bową miną oświadczył: 
— Niestety, panie I., potwierdziły się nasze najgorsze 
przypuszczenia. Proszę zachować spokój mimo tego co po- 
wiem: jest pan zarażony. W takiej sytuacji musi pan dokładnie 
i bez zwłoki wykonywać nasze polecenia. Teraz wyjmie pan 
z szafy ubranie i nałoży je, a potem pójdzie z nami. Nie ma 
chwili do stracenia. 
2084 
10 lutego 2084 
Najbardziej lubię Osadę wieczorem. 
Dzień dogasa powoli, a od pampy ciągnie rześkie powietrze, 
przesycone wonią dojrzałych traw. I. mówi, że mamy szczę- 
ście, bycząc się jak w ośrodku wypoczynkowym, w dodatku 
za państwowe pieniądze. Prawda, warunki do leczenia i re- 
konwalescencji są tu znakomite, ale to jednak kuracja, nie 
wczasy. I. jakby przestał o tym pamiętać, jego niefrasobliwość 
i lekceważenie powagi sytuacji trochę mnie irytują. Nie dalej \ 
jak wczoraj Alfredo, szef pielęgniarzy, ostrzegał aby nie prze- 
ceniać możliwych objawów poprawy samopoczucia. Święta 
prawda: dla chorego nic bardziej złudnego niż subiektywne 
poczucie zdrowia. Wspomniałem o tym Alfredo; spodobało 
mu się. Brzmi jak hasło, oświadczył. O ile szef lekarzy za- 
twierdzi, umieścimy je w świetlicy. 
Dziś przez pół dnia myślałem o wielkiej prawdzie za- 
wartej w moim haśle. Subiektywne poczucie zdrowia daje 
złudne nadzieje, a dla pacjenta oznacza dodatkowe nie- 
bezpieczeństwo. Pozór braku dolegliwości to wręcz sojusz- 
nik choroby! No bo przypuśćmy, że ktoś na skutek zbiegu 
sprzyjających okoliczności poczuł się na krótką chwilę lepiej 
i pozwolił sobie na rozluźnienie psychicznych barier, sta- 
wianych chorobie. Potem pomyślny okres mija, bakcyl ata- 
kuje ze zdwojoną pasją, a na postawienie nowej zapory psy- 
chicznej nie starcza sił. Tak oto pacjent, który zbyt pochopnie 
uznał się za wyleczonego, szybciej ulegnie nawrotowi cho- 

background image

roby niż trzeźwy realista. Czyli ten, kto rozsiewa wieści o prze- 
sadnie dobrym samopoczuciu, w gruncie rzeczy otwiera 
listę poważnie zagrożonych. Jego optymizm to w prostej 
linii symptom osłabienia odporności organizmu! Ten pozor- 
ny paradoks świadczy najlepiej o przewrotności AIDS, co 
potwierdza dodatkowo fakt, że nawet nasza zaawansowana 
medycyna XXI wieku nie może sobie z nim poradzić. 
Co jednak najbardziej przygnębiające: właśnie I. uległ 
temu zgubnemu przypływowi entuzjazmu. Głuchy na wszelkie 
argumenty utrzymuje, że czuje się świetnie. W jego głowie 
rzekomo coś się odblokowało i rozprężyło, co do tej pory 
było stale ściśnięte. „Mój mózg nauczył się latać", oświad- 
czył pewnego dnia w obecności pielęgniarza. Stale usiłuje 
podśpiewywać, aby wszyscy wiedzieli, jak bardzo jest szczę- 
śliwy, ale jego zawodzenie działa tylko ludziom na nerwy. 
Już tutaj, w Osadzie, I. z płaczem rzucił mi się na szyję i wy- 
znał, jak to mnie wydał szefowi lekarzy. Odsunąłem go sta- 
nowczo, bo nie lubię mazgajstwa przy świadkach, a następ- 
nie wytłumaczyłem, że postąpił właściwie. Na jego miejscu 
nie wahałbym się ani przez chwilę, zapewniłem — chodzi 
przecież o życie ludzkie, którym nie mamy prawa szafować 
— a już na pewno nie pozwoliłbym się nękać żadnym skrupu- 
łom z tego powodu. Takie postawienie sprawy uciszyło wy- 
rzuty sumienia I. Wyraźnie odżył od czasu tej rozmowy, a z je- 
go oczu jakby ktoś zdmuchnął cień. Już nie patrzy wzrokiem 
zbitego psa i nie zadręcza się kompleksem urojonej winy. 
Gdybym jednak przewidywał, że tak mu odbije w drugą stro- 
nę, odpuszczałbym mu mniej spontanicznie. 
26 lutego 2084 
Osada nasza wyrasta w sercu pampy: 
kilkanaście niskich domków pachnących jeszcze świeżym 
drewnem. Wokół karłowate brzózki, które w tym klimacie źle 
się przyjęły. Za Osadą wznosi się wielki betonowy gmach, 
czyli centrum badania naszej groźnej choroby. Tam właśnie 
udajemy się na badania, na prelekcje i wykłady. Także na filmy 
i szkolenia. W gmachu mieszkają lekarze i pielęgniarze, mieści 
się kuchnia, pralnia oraz sale wykładowe i gabinety zabiego- 
we. Natomiast świetlica — obszerna izba na trzydzieści co naj- 
mniej osób — znajduje się na terenie Osady, w najbardziej re- 
prezentacyjnym z domków, na którego frontonie umieszczono 
liczne elementy zdobnicze. W każdym razie tego typu ekstra- 
wagancji pozbawione są przydzielone nam chaty, urządzone 
z wyszukaną surowością. 
Jak oświadczył nam zaraz po przybyciu na miejsce szef 
kompleksu, lekarz w stopniu pułkownika, wynika to ze wzglę- 
dów terapeutycznych. Puertoricon jest krajem dostatecznie 
zamożnym, by zapewnić swym dotkniętym przez chorobę 
obywatelom luksusowe warunki, lecz odporność należy ro- 
zumieć szeroko. Można by rzec, że mieszkamy tak na przekór 
bakcylowi AIDS, a nie z powodu długów zaciągniętych za 
granicą* na rozwój elektroniki; zresztą te wiadomości o dłu- 
aach. jak powiedział ostatnio Alfredo, mocno są przesadzone. 
Główny budynek na terenie Osady przeznaczony jest dla 
komisarza i jego zastępcy, którzy zostaną wyłonieni spośród 
pacjentów. Rzecz jasna muszą oni rokować największe szansę 
wyleczenia, cieszyć się autorytetem i wykazywać ponad- 
przeciętne zrozumienie sytuacji. Wprawdzie Alfredo niczego ( 
nie dopowiedział do końca, ale wydawało mi się, że | 
zasugerował moją kandydaturę na lokatora domu ze świetlicą. | 
Na razie nie chcę o tym myśleć. 
Już prawie przywykłem traktować te kilkanaście drew- 

background image

nianych domków jak rodzinną wieś. Nad bramą główną — 
bo teren został ogrodzony — napis: OSADA „METEOR". 
Czemu ,,Meteor", nawet Alfredo nie wie. Tuż poniżej, ale < 
znacznie mniejszymi literami: W ZDROWYM CIELE ZDROWY \ 
DUCH. Tyle zastaliśmy przybywając tutaj w transportach po 1 
kilka osób, przywozem helikopterami sanitarnymi. Większość ! 
pochodzi ze stolicy, ale trafiają się też pacjenci z prowincji. 
Resztę haseł malowaliśmy juz sami. Na wstęgach napiętego 
płótna zawieszaliśmy między poszczególnymi chatami napisy 
w rodzaju ZDROWIE TO PODSTAWA albo OBYŚMY 
WSZYSCY ZDROWI BYLI. Nad placem apelowym, tuz przed 
siedzibą komisarza, gdzie w pogodne dni spożywamy posiłki 
z kotła przytoczonego przez kuchnię, zawisło hasło NA 
ZDROWIE! Najwięcej trudu kosztowało malowanie hasła 
na fronton murowanego budynku lekarzy: 
BO SREBRO I ZŁOTO TO NIC, CHODZI O TO 
BY ZDROWYM BYC! — I WIĘCEJ NIC 
przy czym słowa ZDROWYM BYĆ! zostały wyeksponowane 
przez użycie innego koloru farby. Zastanawiałem się, jak by 
między nimi wyglądało to moje. Trochę przydługie, fakt, ale 
za to ile treści! 
Osada jest zradiofonizowana, głośniki wiszą na specjal- 
nych słupach wbitych głęboko w ziemię. Na moją propozycję, 
że można by, korzystając z tych słupów, poprowadzić kable 
i założyć lampy, Alfredo żachnął się, ale potem obiecał 
porozmawiać z komendantem. Do dziś nie mam żadnego 
sygnału, że rozmawiał; komendant jest człowiekiem bardzo 
zajętym i często wyjeżdża do stolicy, więc całkowicie zro- 
zumiałe, że jakieś tam lampy są dla niego sprawą drugorzęd- 
ną. Zresztą teraz, kiedy dni są długie, wystarcza natural- 
nego światła do późnego wieczora. 
Głośniki służą do nadawania komunikatów lekarskich, 
wzywania na badania, ogłaszania pogadanek, wreszcie do 
163 
pobudki. Rano budzi nas ryk wojskowych marszów, biegnie- 
my do umywalni i stajemy na placu. Apel prowadzi szef 
pielęgniarzy; niekiedy uczestniczy w nim ktoś z lekarzy, 
a samego komendanta widziałem bodaj tylko raz. Ponownie 
głośniki odzywają się przed obiadem; I., który jest uro- 
dzonym malkontentem twierdzi, ze wskutek odruchu warunko- 
wego nie może się powstrzymać od spożywania swojej 
zupy w żwawym marszowym tempie. Oczywiście znowu 
wykrzykuje to przy wszystkich jak dobry dowcip, a ja muszę 
go strofować dla jego własnego dobra. Pobrzękujemy łyż- 
kami w menażkach, nad nami chwieje się dyskretnie trans- 
parent NA ZDROWIE!, nastrój dobry, nadzieja na godzinkę 
sjesty, o ile nie wypadnie coś nadzwyczajnego. Przed i po 
posiłkach radiowęzeł ogłasza bieg po zdrowie, a od czasu 
zbudowania ścieżki zdrowia — ścieżkę zdrowia. Wychodzi- 
my wtedy poza obręb Osady i latamy sobie po pampie 
z godzinę albo półtorej, ograniczeń nie ma. Bywa, że po 
kolacji wracamy o zmierzchu, zziajani jak mopsy, ale szczęś- 
liwi. Myjemy się po omacku i niemal bez czucia walimy na 
prycze. Wśród mniej świadomych kuracjuszy pojawiły się utys- 
kiwania na taki porządek dnia jako zbyt forsowny; wytłu- 
maczyłem im, że to w naszej sytuacji błogosławieństwo, po- 
nieważ pomaga zapomnieć o chorobie. Rzecz jasna zapo- 
mnieć na chwilę, nie chodzi — w myśl mojego hasła — o pu- 
stą, nieuzasadnioną euforię płynącą z kompletnej amnezji. No 
i przecież na gry, pogadanki i wykłady zostaje aż za wiele 
czasu. W końcu zmuszeni byli przyznać mi rację. 

background image

Gier mamy tutaj co niemiara, w formie automatów spro- 
wadzonych świeżo z Ameryki. Zamiast monet do otworów 
wrzutowych wkłada się sztony, rozdawane za uczestnictwo 
w pogadankach i wykładach. Najpierw otrzymywali je wszys- 
cy, teraz jedynie najpilniejsi, wykazujący aktywność umysłu 
podczas całego wywodu lektora. Można zarobić trochę 
sztonów za dobre zachowanie, ale nie jest to pewny sposób, 
ponieważ wszyscy zachowują się wzorowo. Jedynie i. od- 
biega od normy i nie dostaje sztonów, ale I. mało interesuje 
się grami. Nudzi go, jak mówi, zestrzeliwanie urojonych 
samolotów albo rakiet; zamiast — będąc stadem gołębi — 
umykać elektronicznemu jastrzębiowi, woli wyciągnąć się na 
pryczy i dumać. Dziwne rzeczy przychodzą mu do głowy 
podczas owych seansów dumania. Ty wiesz, co ci powiem? 
— rzekł po jednej ze swoich podniebnych podróży — znalaz- 
łem wspólną cechę tych gier. No, naszych automatów. Nie 
ma wśród nich żadnych gier planszowych ani logiczno-stra- 
tegicznych, a wyłącznie przestrzenne. Samoloty, rakiety, obca 
flota atakująca rubieże Układu Słonecznego, rój meteorów, 
jastrząb... Nie wydaje ci się to dziwne? Odparłem, że nie. 
Żyjemy przecież w XXI wieku, bilard dawno się przeżył, j 
natomiast takie pilotowanie kosmicznego wahadłowca oprócz j 
rozrywki wyrabia wyobraźnię przestrzenną, refleks, co po 
prostu przydaje się w różnych dziedzinach życia. No, dobrze, 
nie ustępował I., a ten automat, na którym można sobie 
pobombardować do woli? Zauważyłeś, że terytorium na i 
ekranie przypomina mapę Maracany? A obowiązkowe obser- t 
wacje nieba? Dlaczego natomiast nie ma tu ani jednej książki, \ 
żołądkował się I. 
Wyjaśniłem, że na tę ostatnią wątpliwość najłatwiej 
odpowiedzieć: ze względów terapeutycznych.- Lekarze 
mają prawo sądzić, ze w związku z AIDS możemy mieć do 
papieru — obojętnie w jakiej formie — rodzaj urazu, który 
mógłby zaciążyć na wynikach leczenia. Człowiek jest całoś- 
cią, tłumaczyłem temu durnemu I., w związku z czym zapaść, 
powiedzmy, psychiczna, z miejsca odbija się na odcinku 
somatycznym, a więc na zdrowiu rozumianym najbardziej 
bezpośrednio. No tak, no tak, burczał I., ale mnie łatwiej 
wracałoby się do zdrowia, gdybym dziennie godzinkę albo 
dwie mógł spędzić nad książką. Ostrzegłem go, żeby 
nikomu nie przyznawał się do swoich skłonności do papieru, 
bo napyta sobie biedy. Właściwie nie wiedziałem, co by 
mogło grozić I., gdyby na przykład Alfredo dowiedział 
się o jego tęsknotach, ale wolałem nie sprawdzać. 
Wieczorem przed poprzedzającym kolację biegiem 
po zdrowie postanowiłem pograć tochę na automacie. No- 
woczesne, błyskające światłami szafy, wstawione między 
ociosane bale, sprawiają dziwne wrażenie. Wyjąłem żeton — 
Alfredo dostarcza mi ich w nadmiarze — i zawisłem ręką 
w powietrzu. Nie potrafiłem uwolnić się od spoglądania na 
problem gier oczyma I., choć widziałem, ze to bzdura. 
W końcu puściłem żeton, ale gra nie sprawiała mi tyle przy- 
jemności co zwykle. 
23 marca 2084 
Zostaliśmy dziś podzieleni na dwie 

grupy. Pierwsza zamiast tradycyjnego biegu po zdrowie udała 
się w plener, określać rozmiary Ziemi metodą Eratostenesa. 
Druga, w której znalazłem się razem zł., pozostała w Osadzie 
w celu obserwacji względnego ruchu Słońca po sferze niebie- 
skiej. Prowadzący zajęcia Alfredo wbił w ziemię długą tyczkę, 

background image

którą nazwał gnomonem, .i powiedział, że do obiadu będzie- 
my skalować zegar słoneczny. Kiedy głośniki oznajmiły, że 
nadjeżdża parujący kocioł z zupą, zainteresowanie cieniem 
tyczki, przesuwającym się wzdłuż nakreślonej na ziemi kreski 
poważnie osłabło. Alfredo zapytał, kto chce dyżurować przy 
gnomonie, aby nanosić na kreskę kolejne położenia cienia. 
Wątpiłem, czy ktoś się zgłosi; niespodziewanie wystąpił 
I. oświadczając, że bardzo chętnie zje trochę później. Po- 
dążyliśmy w stronę kuchni szybkim marszobiegiem, ponieważ 
ciała pozbawione porannej dawki biegu po zdrowie doma- 
gały się ruchu, a. poza tym zjawiła się akurat grupa od Eratoste- 
nesa, zamierzając wyprzedzić nas u kotła. Kiedy opchnęliśmy 
swoje porcje, poszedłem zluzować I. Kreślił coś patykiem na 
piasku; na mój widok uśmiechnął się chytrze i zamazał rysunki 
podeszwą. 
— Noli turbare circulos meos... — nie chwyciłem, o co 
mu szło, ale chyba tego nie spostrzegł. — Ile wynosi tangens 
45 stopni? — zadał nieoczekiwane pytanie. 
— Cóż to, egzamin? Mów po ludzku, w czym rzecz. 
Mimo nalegań nie zdołałem z niego nic wydobyć. 
Czekałem do wieczora, uważnie go obserwując. I. zmienił 
kilku rozmówców, wreszcie przylepił się do łysawego 
faceta z wąsem. Nawet na przedkolacyjnej ścieżce zdro- 
wia biegli obok siebie. Odniosłem wrażenie, jakby się spie- 
rali. 
— Słuchaj — powiedziałem do I., kiedy szliśmy 
się myć — chyba mam prawo wiedzieć, co jest grane? 
Kim jest ten facet? 
— Nauczycielem geometrii — odrzekł I. w zamyśleniu 
— ale i on nie ma w głowie tablic trygonometrycznych. 
Jak ci się wydaje — gdzie my właściwie jesteśmy? 
— No... w Puertoriconie — wydukałem zaskoczony. 
— Puertoncon jest długi i szeroki — stwierdził I. 
z wyższością. 
Okazało się, że I. nieprzypadkowo kręcił się wokół gno- 
mona. Stwierdził, że w punkcie zrównania dnia z nocą, czyli 
mniej więcej o tej porze, słońce wisi prosto nad równikiem. 
-7VF^ 
o, 
i 't-lWfl 
¦ ¦¦¦¦:^i 
¦/:v'i 
W południe kąt padania jego promieni równa się po prostu 
szerokości geograficznej. Wystarczy zmierzyć długość cienia 
i długość tyczki, a ich stosunek da tangens kąta, o który 
chodzi. 
— Chyba odwrotnie — powiedziałem — stosunek dłu- 
gości tyczki do długości cienia? 
— Nie o ten kąt chodzi — odrzekł I. — W optyce 
kąt padania mierzy się między promieniem a prostopadłą 
do powierzchni. Tangens tego kąta jest mniejszy od jedynki, 
czyli sam kąt musi być mniejszy od 45 stopni. 
Próbowałem sobie przypomnieć mapę. 
— To znaczy, że znajdujemy się gdzieś nad granicą 
z Maracaną. To by także wyjaśniało sprawę drewna. 
— Jakiego drewna? — spytałem. 
— Tego, z którego zbudowano Osadę. Nie chcesz 
chyba powiedzieć, ze wykorzystano do tego celu drzewa, 
które nagle wyrosły na pampie? Drewno na budowę, a może 
i rzemieślników sprowadzono z Maracany — podsumował I. 
— Ktoś przewidział, że będziemy chorzy. 

background image

10 kwietnia 2084 
Hasło już namalowane wisi w świetlicy, 
tuż nad rzędem najokazalszych automatów do gry. Wprawdzie 
nie widzą go ci, którzy akurat grają, ale za to kłuje w oczy 
czekających na swą kolej. Alfredo zaproponował mi, aby 
ogłosić rozgrywki o mistrzostwo Osady na każdym rodzaju 
automatów. Ci w szpiłalu — tak nazwaliśmy w Osadzie 
budynek lekarzy — też mają takie dla regeneracji. Jak wyłoni- 
my mistrzów Osady, zmierzą się oni z drużyną pielęgniarzy, 
obiecał Alfredo. 
No więc trenujemy az huczy. Wczoraj wprawdzie nastą- 
piło małe zakłócenie z powodu przybycia transportu pacjen- 
tów, a właściwie pacjentek: siedmiu kobiet, które natychmiast 
zostały zakwaterowane w Osadzie. Rozgrywki z miejsca stra- 
ciły na atrakcyjności. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że do 
tej pory mieliśmy w Osadzie tylko trzy kobiety, stworzenia 
zahukane i nieatrakcyjne, ale nie znam nikogo, kto by ich 
nie miał przynajmniej kilka razy. Za parę żetonów można było 
sobie odbarczyć instalację, mówiąc fachowym żargonem 
pielęgniarzy. Kilka razy doszło do tego, że rano mężczyźni 
nie mieli w ogóle żetonów. Musiałem im wydzielać z worka, 
który dostałem od Alfredo, a jeszcze pilnować, by wszystko 
przegrali na automatach, a nie chowali na noc. 
Zwierzyłem się z tych trudności Alfredo. W niedługi 
czas potem przybyły do Osady wyszarzałe kobiety, jak 
się potem okazało więźniarki, aby odsiadywać swoje długolet- 
nie wyroki w Osadzie. W ten sposób nasze trzy kobietki 
utraciły monopol i wszystko wróciło do normy, żetony krążyły 
żwawiej, z tym że nocne życie w Osadzie raczej kwitło. 
No i teraz jeszcze tych siedem. Jak tak dalej pójdzie, 
dojdziemy do zdrowej proporcji jeden na jeden. I. ze zdu- 
mieniem rozpoznał ws'ród przyjezdnych swoją sąsiadkę, 
Irmindę Zakos., Irminda! — zawołał do niej, a ona zawołała: 
— I! — Padli sobie w objęcia jak ludzie straszliwie stęsknieni 
za sobą; I. rozszlochał się na jej ramieniu jak dziecko. Mówił 
mi potem, że Irminda symbolizowała dla niego s'wiat, który 
utracił — i oto świat ten w osobie pięknej tramwajarki wrócił 
do niego. Czyż to nie wzruszające? Zakwaterowałem Irmindę 
w domu komisarza, który sam zajmuję od niedawna z polece- 
nia Alfreda. Zaraz po powrocie Irmindy ze szpitala zasiedli 
razem z I. na długie pogaduszki. Machnąłem ręką: niech 
się nagadają — ale po kolacji zdecydowanie zabrałem 
Irmindę do siebie dając jej solidny wycisk. Ta dziewczyna 
zna się na rzeczy, widać po niej sporą praktykę. Wiadomo — 
stolica. 
Dziś przyjrzałem się naszym kobietom, zarówno starym, 
jak nowym — ale inaczej niż zwykle, nie tak bezkrytycznie. 
Porządne odbarczenie instalacji znacznie sprzyja rzetelności 
i obiektywizmowi ocen w tej mierze. Rzuciło mi się w oczy, 
że trójka, która przebywa z nami od samego początku, jakby 
lekko przytyła. Są w ciąży? Niby oczywiste, a jednak przeży- 
łem lekki szok. Spytałem Alfredo, co o tym myśli. Wzruszył 
ramionami: to normalne. Są przecież kobietami, a wy jesteście 
mężczyznami, odpowiedział. 
No tak, życie domaga się swoich praw. Wiem to, rozu- 
miem, a jednak jakaś część mojego ja nie chce się pogodzić 
z takim stanem rzeczy. 
19 kwietnia 2084 
Alfredo na apelu ogłosił mnie komi- 
sarzem Osady. Wprawdzie ustaliliśmy to już wcześniej, 
a jednak nie mogłem powstrzymać wzruszenia, gdy ta pięć- 

background image

dziesiątka ludzi o twarzach ciemnych od częstego przebywa- 
nia na powietrzu zaczęła bić brawo i wznosić okrzyki na moją 
cześć. Jako swego zastępcę przedstawiłem Irmindę Zakos, co 
oczywiście również było ustalone z góry. Alfredo nawet lekko 
nalegał, aby zastępcą była właśnie Irminda. Zastanawiałem 
się, czy to wystarczy, by uznać ją za człowieka szpitala. Na 
wszelki wypadek wezwałem 1. i kazałem mu opowiedzieć 
wszystko co wie o swojej byłej sąsiadce. Dostała się do 
Osady, ponieważ znaleziono u niej jedną z książek i. — a ba- 
dania dopełniły reszty. I. to jednak rozmarzony prostaczek, 
wyrażał się o pannie Zakos w samych superlatywach — 
zadurzył się, nieborak, czy co? Nic mi właściwie nie po- 
wiedział, prawdopodobnie w ogóle nie pojął moich intencji. 
Z interesujących rzeczy wspomniał o kampanii prasowej 
w stolicy, potępiającej instalowanie przez Maracanę rakiet 
balistycznych średniego zasięgu na granicy z Puertoriconem. 
Irminda po prostu streściła mu, co ostatnio przeczytała w ga- 
zetach; tu nie dochodzi nic drukpwanego. 
Zacząłem urzędowanie od opracowania kodeksu pacjen- 
ta i tekstu ślubowania. ,,Ja, pacjent, ślubuję uroczyście 
podporządkować się wszystkim zaleceniom lekarzy, darzyć 
ich bezgranicznym zaufaniem, ściśle i bez zwłoki wykonywać 
polecenia personelu medycznego, uczestniczyć aktywnie 
w zajęciach na terenie Osady. Zdaję sobie sprawę z indywidu- 
alnego i społecznego zagrożenia chorobą AIDS i przyrzekam, 
że będę ściśle współpracował z personelem medycznym aż 
do całkowitego wyleczenia. Gdybym jednak złożone tutaj 
ślubowanie złamał, niech mnie powali karząca ręka losu, 
niech umrę w cierpieniu, poniżeniu i samotności." O, coś ta- 
kiego, tylko dłuższe. Pokazałem Alfredo; pochwalił inicjaty- 
wę, naniósł parę poprawek, potem ogłosiliśmy dzień ślubo- 
wania przez głośniki, spędziliśmy ludzi do świetlicy, bo akurat 
lało, i załatwiliśmy sprawę, nagradzając przy okazji żetonami 
przodowników szkolenia. Z przykrością muszę stwierdzić, że 
I. coraz bardziej odstaje od grupy; musiałem publicznie 
udzielić mu napomnienia. W rozgrywkach też na szarym 
końcu. Znam go przecież nie od wczoraj — nigdy nie 
wydawał mi się facetem do tego stopnia pozbawionym 
ambicji. 
25 kwietnia 2084 
" Nasze kobiety na pewno w ciąży. 
Bezapelacyjnie potwierdziły to badania; zresztą widać gołym 
okiem, że to nie przelewki. Podobnie kucharki — jak tak 
dalej pójdzie, nie będzie miał kto ugotować zupy. Wymogłem 
na Alfredo zwolnienie ciężarnych od biegu po zdrowie, 
trochę się opierał, aie w końcu uległ. Spytałem go, co 
poczniemy z dziećmi, kiedy się narodzą^ swoim zwyczajem 
wzruszył tylko ramionami. Jasne, że życie zmusi do przy- 
jęcia określonego rozwiązania, ale pewne rzeczy można 
przecież przewidzieć i ustalić z góry. Zirytowała go ta 
uwaga. Nie takie głowy mysią nad tym jak nasze, wy- 
buchnął. Sprawa dzieci bynajmniej nie wygląda tak prosto jak 
mi się wydawało. Nie wiadomo na przykład, czy syndrom 
braku "odporności przenosi się na potomstwo, czy nie. Jeżeli 
tak, to w jakiej formie: prostej czy utajonej? Uświadomiłem so- 
bie, że na zagadnienie naszego pobytu tutaj patrzyłem dotąd 
w sposób uproszczony i zbyt wąski. Niemal zapomniałem, 
że wszyscy jesteśmy ciężko chorzy, sprzeniewierzyłem się 
własnemu hasłu. Zadecydowaliśmy, że trzeba wzmóc kampa- 
nię przypominającą o zagrożeniach i skutkach choroby AIDS. 
Pomysł spodobał się Alfredo, jutro zaczynamy. 

background image

I. natomiast martwi mnie coraz bardziej. Na wykładzie 
z budowy mózgu gołębia nie był w stanie odpowiedzieć na 
proste pytania lektora dotyczące metod orientacji tych ptaków 
podczas powrotu do rodzimego gołębnika. Na pogadance 
o elementach kodu pszczół, zawartych w tańcu tych owadów 
1. po prostu zasnął i spadł z krzesła. Na zajęciach z okreś- 
lania wysokości różnych przedmiotów osiągnął najmniejszą 
liczbę trafnych wskazań. Alfredo aż kręci głową nad przy- 
padkiem I. Nie ma takiego apefu, na którym kilka razy nie 
padałoby jego nazwisko. Zawsze ostatni. Co tydzień szpital 
publikuje na podstawie badań listę pacjentów najbardziej 
zagrożonych chorobą. Kto ją otwiera? — oczywiście I. 
Swojego nazwiska nie znalaziem. Błąd? A może uznano mnie 
za wyleczonego? Czy wypada spytać o to Alfredo? 
12 maja 2084 
Po konsultacji z Alfredo wprowadziłem 
nowe formy pozdrowień, które lansujemy przez głośniki. 
Zamiast „Dzień dobry" w Osadzie należy mówić „Jak 
zdrowie?", a zamiast „Do widzenia" — „Bądź zdrów". 
Najwyższy czas przestać tolerować powszechny brak manier 
wśród pacjentów. Lekceważenie nowo wprowadzonych 
zasad zostało oczywiście obwarowane karami. Także nasze 
posiłki odbywają się w atmosferze większej ogłady. Zanim 
sięgniemy po łyżki, recytujemy chórem dwuwiersz poety. 
Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie 
Jako smakujesz — az się zepsujesz 
Proponowałem, aby te piękne słowa recytować za każ- 
dym razem trzykrotnie, ale Alfredo uznał to za przesadę. 
W świetlicy przybyło nowe hasło: LEPIEJ BYC ZDROWYM 
I POSŁUSZNYM NIŻ KRNĄBRNYM I CHORYM. To szczegól- 
ne miejsce otrzymuje powoli odpowiedni do swej rangi wy- 
strój. 
Nasi mistrzowie rozgromili drużynę pielęgniarzy w grze 
na automatach; sam pułkownik gratulował mi przygotowania 
zawodników. Podkreśliłem skromnie zasługi Alfredo mówiąc, 
że bez jego zaangażowania byłoby to niemożliwe. Tak, tak, 
powiedział pułkownik i ulotnił się. Nie zapomnę ci tego, stary, 
zapewnił Alfredo. W dowód zaufania przyniósł mi do poczy- 
tania gazetę sprzed miesiąca. Maracana zbroi się na potęgę 
i krytykuje nasz rząd za prowadzenie tajnych badań nad 
przystosowaniem mózgów kocich i gołębich do naprowa- 
dzania rakiet. Uśmiałem się w duchu — czego to ludzie 
nie wymyślą. 
W dwa dni później Alfredo zorganizował party z dziew- 
czynkami i alkoholem, na które zostałem zaproszony. Było 
nas trzy pary, przyprowadziłem Irmindę, natomiast Alfredo 
i jego kumpel zaprosili jakieś pielęgniarki. Nigdy ich nie 
widziałem; gdyby asystowały przy badaniach, musiałbym je 
zapamiętać. Trochę odstawaliśmy od reszty towarzystwa, 
zwłaszcza ja, bo Irmindą szybko zajęli się pielęgniarze. 
Około północy, gdy już dobrze kurzyło nam się z głów, 
odważyłem się zadać Alfredo to pytanie: czy mam się uznać 
za wyleczonego? Szef pielęgniarzy jakby skamieniał. Nagle 
okazało się, ze cały pokój jest trzeźwy — z wyjątkiem mnie. 
Stosunki z Alfredo wróciły do dawnej służbistości. Dobrze 
mi tak. Powinienem wiedzieć, że są w Osadzie sprawy 
o których wspominać nie wolno. 
28 maja 2084 
Łatwo przyszło, łatwo poszło — ile czasu 
minie, zanim odzyskam stracone zaufanie Alfredo? Tak 
mi powiedział: straciłem do ciebie zaufanie. Wymyślasz hasła, 

background image

nowe metody szkolenia i inne pożyteczne rzeczy, ale nie 
towarzyszy temu wewnętrzne przekonanie. Jasne, że powin- 
niśmy pomagać ludziom z Osady w wewnętrznych prze- 
mianach, które są nieodzownym warunkiem wyleczenia, ale 
zaczynać należy przede wszystkim od siebie. Nie myśl, 
Oe nie wyciągnąłem z tego wniosków, powiedział. Co miał 
na myśli? Nie cierpię takich dwuznacznych odżywek, które 
dręczą człowieka po nocy. 
W Osadzie wybuchł bunt. Nastąpił zaraz potem, jak 
Alfredo ogłosił na apelu, że wszyscy pacjenci zamiast imion 
i nazwisk otrzymają kryptonimy: Tulipan, Szarotka, Hiacynt 
i tak dalej. Głośniki huczały non stop pełną listę, po trzech 
dniach imiona miały pójść definitywnie w zapomnienie. Przez 
dwa dni był spokój. Trzeciego po apelu i posiłku pacjenci 
zebrali się samorzutnie na placu i zaczęli skandować: — Nie 
chcemy kryptonimów! — Wyszedłem, aby ich uspokoić i we- 
zwać do rozejścia, ale nie ustępowali. No dobra, czego chce- 
cie, powiedziałem z rezygnacją. Mówić pojedynczo i treści- 
wie. Jeśli mnie przekonacie, porozmawiam z Alfredo. Gdybym 
przypuszczał, że to taka poważna sprawa... 
Jako pierwszy wystąpił facet, z którym do tej pory nie 
było żadnych kłopotów, jeden z naszych mistrzów na auto- 
matach, wzór wyszkolenia i w ogóle. 
— Spójrz, komisarzu — powiedział — ja mam nazywać 
się Stokrotka? I to ma przyspieszyć wyzdrowienie? Chcecie 
mnie upokorzyć nazywając jak psiaka albo tandetny pensjo- 
lat pod miastem? A gdzie kodeks pacjenta, który gwaran- 
jje nam prawo do leczenia w godności? 
— Jedzenie jest coraz podlejsze, a w nocy zimno — 
odezwał się drugi. Istotnie, zbliża się zima, noce coraz 
chłodniejsze. — Nasze ubrania są w strzępach! 
— I w ogóle co to za choroba, którą się leczy bieganiem 
po pampie, analizą drogi pszczoły do ula i filmami typu 
„Powietrzne asy" — dodał inny. — Nie mam nic przeciwko 
filmom, ten był nawet niezły, ale co to ma za związek z naszą 
chorobą? 
— Kto tu w ogóle jest chory? — wrzasnął jeszcze 
inny. — Co to za choroba bez żadnych objawów? Mamy 
173 
wam wierzyć na słowo? Dlaczego nas tu trzymacie? Chcemy 
wracać do domów! 
Usiłowałem wytłumaczyć im, że ich domów już nie ma, 
ale mój głos utonął w tumulcie. Trochę pokrzyczeli, poskan- 
dowali i ktoś rzucił: — Na szpital! Dość tego oszustwa! 
Odpowiedział mu zgodny chór: — Na szpital! — i cała pięć- 
dziesiątka ruszyła w kierunku budynku lekarzy, mimo braku 
wezwań na badanie. Zostałem sam na placu. 
Właśnie zastanawiałem się, co począć w tej sytuacji, 
gdy wrota szpitala rozchyliły się i wyszedł z nich Alfred© 
w otoczeniu kilku postawnych pielęgniarzy. W rękach trzy- 
mał coś, co połyskiwało jak szkło, jakby płaski słój. Tłum 
zatrzymał się na jego widok, zaś Alfredo ruchem kapłana 
podniósł słój do góry. Był wypełniony lekko zmętniała cieczą; 
wewnątrz podrygiwał jakiś preparat. 
— Twierdzicie, że nie jesteście chorzy — zawołał 
Alfredo — ze wasza choroba jest naszym wymysłem, głupim 
urojeniem. No to zobaczcie: tak wygląda pierwsze dziecko 
urodzone w Osadzie po czteromiesięcznej ciąży. — Potrzą- 
snął słojem, potworny homunculus w środku zapląsał gwał- 
townie. — A to jego matka, znacie ją przecież — pielęgniarze 
rozsunęli się i dopiero teraz zobaczyłem jedną z naszych 

background image

trzech szarych myszek. Twarz miała czerwoną od płaczu. — 
Ojciec tego maleństwa jest wśród was! — krzyknął Alfredo. 
Zapadła martwa cisza. — Co, nikt nie chce się przyznać? 
Tłum wydał jakby jęk i momentalnie stracił cały impet. 
Już wiedziałem, że Alfredo zwyciężył. 
—- Dlaczego mamy wierzyć, że to jej dziecko? — krzyk- 
nął niepewnie samotny głos. Poznałem: I. 
— Ona wam powie — Alfredo pchnął rozszlochaną 
kobietę przed siebie. — W nocy rodziły dwie pozostałe — 
powiedział — przy okazji obejrzycie sobie wasze wspólne 
potomstwo. Zapewniam, że wygląda nie mniej ciekawie. 
Pacjenci wycofali się jak zbite psy. Alfredo dostrzegł 
mnie i przywołał skinieniem ręki. Wciąż trzymał słój z człe- 
kokształtnym okropieństwem wielkości sporego szczura. 
Głowa embriona była wielka jak dynia. Musiałem odwrócić 
wzrok. 
— Nie popisałeś się dzisiaj — rzekł wręczając słój 
komuś z asysty. — Zwołaj ludzi i wracajcie do zajęć — 
może choć tyle potrafisz? Zapamiętałeś przynajmniej pro- 
wodyrów? 
Milczałem, choć jego zgryźliwość spieniła mi krew. 
— Zastanawiam się, jakim cudem facet bez krzty auto- 
rytetu został komisarzem — powiedział złowrogo. 
— Sam mnie mianowałeś — rzuciłem przez zaciśnięte 
zęby. 
Tak cichej nocy jak ta jeszcze w Osadzie nie było. 
7 czerwca 2084 
Ciężko mi na duszy, prześladuje mnie 
sumienie. Zrobiłem to, powtarzam sobie nieustannie. Ja, 
Bławatek, byłem do tego zdolny. Teraz wiem, jak musiał 
czuć się Przebiśnieg, kiedy wmawiał sobie, że mnie wydał. 
Nawet Rosiczka, chociaż stara się jak może, nie jest w słanie 
poprawić mi humoru. 
Było tak: podczas zajęć z gwiazdozbiorów, kiedy po 
prostu przyglądamy się niebu, przysiadł się I. (jednak wolę 
nazywać go w ten sposób) prosząc o rozstrzygającą rozmo- 
wę w cztery oczy. 
— Rozstrzygającą o czym? — rzuciłem ironicznie. 
— O wszystkim — odparł tonem tak poważnym, że 
przeszły mnie ciarki. Umówiliśmy się po kolacji. 
— Jest kilka faktów, które dają do myślenia — zaczął 
I. — Przede wszystkim potworki, które rodzą nasze kobiety. 
— Uważasz, że lekarze podmieniają im dzieci? 
— Nie. One rzeczywiście takie rodzą. Ale ani deforma- 
cje tych karłów, ani skrócony do czterech miesięcy okres 
ciąży nie świadczą jeszcze o skutkach choroby! — Nie 
przerywałem, więc kontynuował: — Jedna z kucharek, ta 
czarna, która dostała dożywocie za kradzież kilograma kiełba- 
sy mówiła mi, że codziennie przed obiadem przychodzą 
do kuchni lekarze, wypraszają je na korytarz i leją coś do 
kotła z pokaźnej butelki. Bezpośrednio potem zupa idzie 
do misek. 
— Skąd kucharki wiedzą, że lekarze coś dodają — 
przecież są na korytarzu? 
— Podglądały przez lufcik. Więzienie nauczyło je 
zaradności i kilku sztuczek. To jeden fakt. Drugi: w szpitalu 
odbywają się jakieś doświadczenia na kotach. Fiołek, to jest, 
chciałem powiedzieć, ten nauczyciel geometrii zabłądził raz 
w inne skrzydło korytarza. Wyszedł z badań i po prostu 
źle skręcił. Natknął się na wózek, zwykły, na dwóch kółkach, 
nakryty kocem. Myślał, że znajdzie chleb albo co do jedze- 

background image

nia, więc uchylił koc. Na dnie wózka leżały koty. Miały 
otwarte oczy, ciężko oddychały i były nieprzytomne. Tu — 
stuknął się otwartą dłonią w czoło — miały zaklęśniętą skórę, 
tak jakby ktoś wyjął im... wyjął im... 
— Idioto! — syknąłem — po cholerę komu mózg kota! 
— Nie wiem. Fiołek przestraszył się i odskoczył. Wtedy 
z jakichś drzwi wyszedł nieznany mu lekarz. Jak zobaczył 
Fiołka, bardzo się pieklił, pytał, czy coś ruszał, czego tam 
szuka. Potem pokazał mu, którędy do wyjścia i powiedział, 
że nie chce go tu więcej widzieć. Złapał wózek z kotami 
i odjechał w głąb korytarza. 
— No i co z tego? — spytałem starając się mówić 
normalnie. I. tak sugestywnie opowiedział o kotach, że 
i mnie wzięło. — Może z wyciągu kocich mózgów usiłują 
wyodrębnić substancję, antidotum na AIDS? 
— Naprawdę wierzysz w tę ich chorobę? — zakpił I. 
— bo ja nie. Myślę, że żadna taka choroba nie istnieje. 
— Nie pleć — skarciłem go. — Wobec tego po co 
tu siedzimy? 
— Ba, też chciałbym wiedzieć. Tak się zastanawiam, 
czy... 
— Czy co? 
— Czy przypadkiem i my nie uczestniczymy w tych 
badaniach. Przyjrzałeś się noworodkom, które demonstrował 
ostatnio Alfredo? Zwróciłeś uwagę, że skórę na głowie miały 
zwiotczałą i zaklęśniętą, zupełnie jak te koty? 
— To jeszcze nie dowód, że ktoś im powyjmował mózgi. 
Mogły urodzić się z defektem: wodogłowiem, atrofią mózgu 
albo czymś takim. 
— Jasne. Teraz następne ogniwo: po co Alfredo rozda- 
wał naszym kobietom środki antykoncepcyjne? 
— Z pobudek humanitarnych: żeby więcej nie rodziły 
potworków. Zresztą zaraz przestał. 
— Ponieważ dołączono je do ogólnej puli lekarstw, 
które każdy z nas łyka raz na tydzień. Myślę, że jest tak: 
lekarze wyjmowali mózgi noworodkom, skracając okres ciąży 
do czterech miesięcy. Mógł na to wpływać dodawany do 
zup preparat. Zamierzali użyć tych mózgów do jakiegoś 
celu, ale okazały się nieprzydatne. Teraz więc eksperymentu- 
ją na kotach. Po nich przyjdzie — a może już przyszła — 
kolej na nas. Przypuśćmy, że Osada pełni rolę laboratoryj- 
nego zaplecza — ponieważ ludzi trudno tak po prostu 
zamknąć, wmawia się im chorobę i pod pozorem kuracji czy 
badań dokonuje eksperymentów. Wszystko inne to tylko pic 
na wodę. 
— Bzdura — powiedziałem niepewnym głosem. — 
I co? Czego się spodziewasz? Że pójdę do pułkownika 
i zapytam go wprost? 
— Wcale nie — zaprzeczył I. — Chciałem tylko usły- 
szeć twoje zdanie. 
— Więc je usłyszałeś. Zresztą... zastanowię się. Mówi- 
łeś jeszcze komuś o tym? 
— Irmindzie... to jest Rosiczce. Ale tyjko o kotach 
i dolewaniu preparatu w kuchni. Potem poukładałem to 
w całość i dokombinowałem wnioski. 
— Dobra. Idź się myć i spać. Rano zobaczymy jeszcze, 
czy to się trzyma kupy. 
A rano, zaraz po apelu, odwołał mnie Alfredo. 
— Dam ci okazję do rehabilitacji — obiecał. — Chcę 
wiedzieć, kto twoim zdaniem pełni w Osadzie rolę czarnej 
owcy. 

background image

— Nie rozumiem — powiedziałem. 
— Postaraj się być bardziej domyślny. Chodzi o kogoś, 
kto bruździ, kogo usunięcie zintegrowałoby tę małą spo- 
łeczność, uwolniło ją od prób zamętu i siania niepokoju... 
a w efekcie przyczyniło się do szybszego wyleczenia pacjen- 
tów. Mamy rzecz jasna swoje typy, ale bardzo liczymy 
na twoje rozeznanie. Im więcej czynników przy podejmo- 
waniu decyzji, tym większe prawdopodobieństwo jej trafno- 
ści. 
Zastanawiałem się. 
— Nie musisz zaraz odpowiadać — rzekł Alfredo. — 
Dam ci czas do jutra, wystarczy? 
Męczyłem się okropnie. Mają swoje typy... oczywiście. 
I najlepiej by było, gdybym w nie utrafił bezbłędnie. Co 
gorsza, nie przedstawiało to najmniejszych trudności. Po 
apelu następnego dnia Alfredo znowu mnie odwołał. 
— Przebiśnieg — powiedziałem z rezygnacją. 
— ).? — upewnił się. Poklepał mnie po ramieniu. 
Odchodził zadowolony. 
Wymówiłem się od zajęć gorączką. Co dziwniejsze, 
miałem ją chyba. Plus dreszcze. Kucharka przyniosła mi 
.»~----------- 177 
zupę. Jadłem z obrazem lekarza przed oczami, który dolewa 
do kotła cieczy z wielkiej aptekarskiej flaszy. 
Wieczorem Rosiczka ze wszystkich sił starała się mnie 
pocieszyć. Nie wytrzymałem gniotącego pierś ciężaru i po 
prostu wyznałem jej wszystko. 
— Znam to — oświadczyła ziewając — Przebiśnieg 
mnie wtajemniczył. 
— I potrafisz tak spokojnie o tym mówić? 
— A czemu nie? Moim zdaniem zadręczasz się nie- 
potrzebnie. I tak by wzięli właśnie jego: był przecież na czele 
listy. Poza tym jeszcze tego samego dnia zrelacjonowałam 
całą rozmowę Alfredo. — Jej ładną twarz okrył woal smutku. 
— Jak myślisjt co z nim teraz zrobią? — łzy jej nabiegły do 
oczu. — Co z nim teraz będzie? 
16 czerwca 2084 
Nazajutrz podczas apelu ogłoszono ucie- 
czkę I. Lekarze wzywali nas po kolei, pytając o kontakty 
z I. W skład komisji wchodził również Alfredo. Na mój widok 
szepnął coś lekarzowi do ucha. Ten uśmiechnął się do mnie 
przyjaźnie. 
Po południu głośniki zakomunikowały, że I. został 
ujęty szesnaście kilometrów od Osady. Uciekał w kierunku 
granicy maracańskiej. Sądziłem, że przywiozą go do Osady, 
ale nikt z nas więcej go nie zobaczył. 
Rosiczka strasznie przejmowała się jego losem. 
— Lubiłam go — wyznała — był naprawdę niezwykłym 
człowiekiem. 
2085 EPILOG 
Reporter niezależnej telewizji sateli- 
tarnej IST zaprogramował automatycznego kamerzystę. Obej- 
rzał trzymany w ręku plik notatek i powiedział: 
— Dobra, Johnny, lecimy. 
Kamerzysta błysnął czerwonym światełkiem, kierując 
ku niemu lufę obiektywu. 
— Gdzieś poza orbitą Marsa — zaczai reporter — 
wielkie mocarstwa ścigają się zażarcie, instalując bronie n-tej 
generacji na Izis, Hermesie, Junonie i innych planetoidach 
0 boskich imionach. Tu, na Ziemi, sprawy mają się nie tak 
dobrze. Lokalnym antagonistom w rodzaju Puertoriconu 

background image

1 Maracany, spóźnionym o dobre sto lat, pozostało jedynie 
podążanie dawno wystygłym tropem. Dwudniowa wojna, 
rozpoczęta 19 października atakiem puertoricońskich jednos- 
tek na terytorium Maracany, toczyła się przy użyciu wszel- 
kich dostępnych środków. Kiedy po południu tego samego 
dnia wojska maracańskie przeszły do kontrofensywy, prze- 
nosząc zmagania na obszar wroga, sztab Puertoriconu podjął 
decyzję odpalenia rakiet średniego zasięgu. Pogłoski o in- 
stalowaniu tych rakiet były od jakiegoś czasu uporczywie roz- 
głaszane przez Maracanę, lecz nikt nie dawał im wiary. Oto 
te sześćdziesięciometrowe kolosy, ukryte w jeszcze głębszych 
silosach z betonu. 
Z blisko dwudziestu rakiet wystartowało łącznie siedem, 
z czego cztery eksplodowały na wyrzutniach, a trzy po kilku 
sekundach lotu. Pozostałe nie zdołały opuścić stanowisk 
startowych, poprzestając na odrzuceniu pokryw i elementów 
maskujących. Specjaliści ONZ przypuszczają, iż tak niską 
skuteczność zawdzięczać należy awariom instalacji. Jak wiado- 
mo, poziom techniki puertoricońskiej pozostawia wiele do 
życzenia, nawet zważywszy na warunki Piątego Świata. 
Według informacji dostarczonych przez wywiad Mara- 
cany, instalowanie rakiet przez Puertoncon przebiegało w ra- 
mach operacji „Ogródek". Istotnie, poszczególne stanowiska 
oznaczone zostały nazwami kwiatów, jak Stokrotka, Bława- 
tek, Hiacynt czy Rosiczka. Niezależnie od tej zasady trafiają 
się wyjątki: Alfredo, Julio, Hilberto. Wojska Maracany po 
zajęciu siedemdziesięciokilometrowego pasa pampy ogłosiły 
go strefą demarkacyjną, odpowiadając na apel o zawieszeniu 
broni. W zajętej strefie, około czterdziestu kilometrów od 
granicy znajduje się spalona osada drewniana i ruiny dużego 
budynku, wysadzonego zapewne w ostatniej chwili. Przezna- 
czenie tych obiektów nie jest jasne. 
Pomiędzy zwaśnionymi krajami toczą się obecnie roko- 
wania. Eksperci ONZ kontynuują badania w strefie demarka- 
cyjnej. Nie wyklucza się możliwości natrafienia na nieznane 
jeszcze gniazda rakiet puertoricońskich. O wynikach tych prac 
będziemy informować państwa na bieżąco. 
Reporter obejrzał zmontowany przez kamerzystę ma- 
teriał, naniósł kilka poprawek i przesłał nagranie do studia 
I ST. Złożonego kamerzystę umieścił w płaskiej walizce, którą 
cisnął na tylne siedzenie stratocykla. Wsiadł do maszyny 
i wystartował. Przelatując nad jednym z gniazd obrzucił 
znudzonym wzrokiem gromadę żuczków mocujących się 
z połyskującym matowo stalowym wrzecionem. 
— Przeklęte pustkowie — podsumował — gdzie by się 
tu zabawić? 
maj 1985 
¦ 
Eutanazja 
m bardziej zbliżaliśmy się do celu, 
tym gęstszy stawał się tłum przed nami. Wreszcie utknę- 
liśmy zupełnie: przed maską samochodu wyrosła żywa ścia- 
na. 
— Zawsze tak jest — powiedział do siebie kierowca. 
Pochylił się ku przedniej szybie i spojrzał w górę, jakby 
czegoś się stamtąd spodziewał. 
Lord siedział obok mnie, nie wydawał się zaskoczony 
sytuacją. Chciałem zapytać, na co czekamy, ale kierowca 
znowu nachylił się ku przedniej szybie. 
— Jest — powiedział. 
Zobaczyłem, jak tłum koło samochodu rozstępuje się 

background image

niechętnie, czy też jest czymś rozsuwany. Po chwili wokół 
było tyle miejsca, że automatyczny policjant wylądował cał- 
kiem swobodnie obok okienka kierowcy. Był to miły facet 
o ujmującym uśmiechu. Poprosił kierowcę o dokumenty, ale 
kierowca wzruszył tylko ramionami i oparł ręce na kierowni- 
cy. 
Usłyszałem, jak Lord sapnął z oburzeniem, otwofzył 
drzwi i wychylony do połowy krzyczał coś o czujniku, któ- 
rego jeszcze nie wbudowano policjantowi. 
Policjant ciągle się uśmiechał, ale ręki wyciągniętej 
po dokumenty nie cofał. Lord podał mu niewielką płytkę, 
którą tamten potrzymał przez chwilę w szczelinie na piersiach, 
zwrócił Lordowi, a potem skwapliwie zaczął manewrować 
przyciskami małego pudełka. Pole siłowe jeszcze bardziej 
rozepchnęło tłum i wżarło się weń wąską kiszką. Ruszyliśmy. 
Mijaliśmy w milczeniu ściśnięte szpalery, ustawione jak na 
powitanie dostojników. 
Spojrzałem za siebie — policjant wzbił się w powie- 
trze i odleciał. Tłum zamykał się za nami natychmiast, czerniał 
groźnie za szybą. 
• — Jesteśmy na miejscu — powiedział Lord. Wysied- 
liśmy. Kierowca wysiadł także. 
Staliśmy przed szaroniebieską kopułą. Przed chwilą 
wydostaliśmy się ze strefy cienia.' Stojące wokół budynki 
strzelały na sto pięter w górę, byliśmy na dnie studni, wysoko 
nad głowami widzieliśmy odrobinę czystego nieba. Wyglą- 
dało jak kawałek lusterka zawieszony w powietrzu. 
— Jak pan to zrobił, Lordzie? — spytałem. Normalnie 
światło słoneczne nie powinno tu docierać, 
— Sprytne, nie? — uśmiechnął się Lord. — Ale po 
kolei, Botherius. Wszystkiego dowie się parv w swoim czasie. 
Postąpił parę kroków naprzód i zanurzył się w mate- 
.riale kopuły. Poszedłem za jego przykładem. Przechodząc 
odruchowo zamknąłem oczy, ale nawet przez przymknięte 
powieki spostrzegłem, ze blask wzmógł się. Jednocześnie 
poczułem zapach, taki, jakiego nie spotkałem jeszcze w życiu. 
Nic, co znałem, nie pachniało w ten sposób. 
Pod lazurową czaszą rozciągało się morze zieleni. Wie- 
działem, że są to rośliny, ale nie przypuszczałem, że mogą 
wyglądać w ten sposób i że może ich być tak wiele na 
jednym miejscu. Stałem porażony, nie mogłem zrobić kroku. 
Jak okiem sięgnąć kołysały się trawy, przetykane kolorowymi 
strzępkami, które rosły na wysokich łodygach. Przypusz- 
czałem, ze wsadzono to dla ozdoby, ale Lord wytłuma- 
czył, ze są to również rośliny, wyrastają z gleby i noszą 
nazwę kwiatów. To właśnie one są źródłem dziwnego za- 
pachu. 
— Z gleby? Co to jest gleba? 
— Jakby to panu... to jest ziemia. 
Dalej nie rozumiałem. 
— To, co ma pan pod nogami. Coś jakby drobno 
pokruszony asfalt lub beton, tylko brązowego koloru. 
— Aha — powiedziałem. — Już wiem. 
Pomiędzy poletkami, na których rosły trawy i kwiaty, 
przechadzali się wąskimi ścieżynami chudzi osobnicy w bia- 
łych fartuchach. Co chwilę któryś z nich nachylał się nad 
kwiatem i przedmiotem podobnym do pędzelka gmerał 
łagodnie w jego wnętrzu. 
— Co oni robią? — zapytałem Lorda. 
— Zapylają je. 
— Zapylają? 

background image

— Tak się to nazywa. Zaobserwowaliśmy, że kwiaty 
zapylane rozwijają się lepiej. Ale prawdziwego znaczenia 
tego zjawiska do dziś nie udało się wyjaśnić. 
Lord pochylił się nad kwiatem i zbliżył nos do jego 
delikatnych płatków. Zachowywał się jak w budce z tlenem 
albo ozonem — wciągał powietrze długimi haustami i wy- 
puszczał je z ociąganiem, niesamowicie przy tym posapując. 
Rytuał jaki czy co? Wreszcie przestał. 
— Niech pan powącha — zwrócił się do mnie. Spojrza- 
łem na niego dzikim wzrokiem, więc szybko dodał: — Kwiaty 
służą do wąchania, mój panie. 
Zauważyłem, że kierowca, który pod kopułą zmienił się 
nie do poznania, też przypadł nochalem do czerwonego 
strzępka. Pochyliłem się nad następnym. 
Woń, którą czułem po wejściu, uderzyła mnie teraz 
w nozdrza, spotęgowana stukrotnie, wdarła się we mnie 
przemocą, słodka, ciężka, otumaniająca, wszechpotężna, ani 
nie byłem w słanie oprzeć się jej, ani dłużej znieść przeklęte- 
go narkotyku, podniosłem więc głowę, wypuściłem zapach 
z płuc — i w tej samej chwili zacząłem na nowo go pragnąć. 
Powąchałem wilgotne płatki; pachniały tak upojnie, iż od razu 
wróciło poprzednie wspaniałe uczucie, to samo, a jednak in- 
ne; zapach zdawał się przenikać mnie, prześwietlać, jakby 
zmierzał gdzieś wyżej, chwilami nikł, odkrywałem go znowu, 
to on chował się przede mną, to ja uciekałem przed nim... 
Musiałem śmiesznie wyglądać, bo kiedy podniosłem głowę, 
Lord miał oczy pełne łez. 
— Lordzie, czy to jest szczęście — wąchać kwiaty? 
— Tak — odpowiedział poważnie Lord. — Tak mi się 
zdaje. 
Spojrzał na mnie, znowu się zaśmiał. 
— Zapylił go pan, naprawdę! Jeszcze ma pan pyłek 
na nosie! 
Cieszyliśmy się obaj jak dzieci. Obok podskakiwał nie- 
zgrabnie kierowca. Śmiał się do rozpuku, łzy ciekły mu po 
policzkach i to sprawiło, że na jego pospolitej twarzy malowa- 
ła się wzniosłość, której nie dostrzegłem przedtem. Siedząc 
w samochodzie wziąłem go wręcz za homoida. 
Poszliśmy dalej. Lord nadal plótł coś na temat zapyla- 
nia. Wolałem rozglądać się niż słuchać, ale kiedy powie- 
dział, że dawniej zapylaniem zajmowały się małe latające 
stworzonka zwane pszczołami, poprosiłem żeby pokazał mi 
jedną. 
— Nie ma ich tutaj — rzekł Lord. — Zresztą nigdzie 
na Ziemi ich nie ma. 
— Co się z nimi stało? — zapytałem bez specjalnego 
zainteresowania. 
— Wyginęły. A właściwie wytruliśmy je — odrzekł 
Lord. 
— Głupie pytanie — powiedziałem samokrytycznie — 
cóż innego mogłoby się stać? 
— Zamówiłem w Instytucie Rekonstrukcji Przeszłości 
sztuczne pszczoły. Mają być jak prawdziwe. Być może zamó- 
wię również żaby. 
— Żaby? 
— Też takie owady. Tylko większe. Były podobno 
bardzo pożyteczne. 
Nudziła mnie ta rozmowa. Nigdy dotąd nie słyszałem 
o żabach, owadach ani pszczołach. 
 
Zbliżaliśmy się do wielkiej przegrody, za którą szumiało 

background image

coś tajemniczo. W kieszonce Lorda pisnął cienko komunikator. 
— Co jest? — rzucił Lord. Wyjął urządzenie z kie- 
szonki i przyłożył do ucha. Jazgotało cieniutko i śpiewnie. 
— Musimy wracać — powiedział Lord. — Zbyt długi 
pobyt tutaj zakłóciłby równowagę tego środowiska. Wie pan 
— uśmiechnął się przepraszająco — trzeba tu utrzymywać 
temperaturę z dokładnością do setnych stopnia... 
Uparłem się jednak, że chcę zobaczyć, co jest za prze- 
grodą, więc poszliśmy jeszcze i tam. Też rosła trawa i kwiaty, 
a jakieś zmyślne urządzenie rozpylało nad nimi ciecz. Kro- 
pelki cieczy opadając na rośliny nadawały im połysk i czyniły 
jeszcze bardziej zielonymi. W powietrzu wisiała mokra mgieł- 
ka, czułem na twarzy uderzenia kropelek jak dotknięcia 
ostrych szpileczek, lecz nie cofałem się, bo Lord także tkwił 
w miejscu. Padające z góry światło dawało na tle mgiełki 
kolorowe refleksy; chwilami wydawało i.ii się, że widzę 
półkolisty, wielobarwny pas. Spytałem Lorda, czy dostrzega 
coś takiego; skinął głową i powiedział, że to tęcza. 
— A ta ciecz? 
— To woda. 
— Lordzie, nie jestem chemikiem... 
— Dawniej spadała z nieba, a zjawisko to nazywane 
było deszczem. Dzisiaj muszę ją specjalnie sprowadzać z da- 
leka — i słono za nią płacę... 
Przed wyjściem ładna dziewczyna wręczyła mi w imieniu 
Lorda jeden z tych pachnących fenomenów — i puszkę wody. 
Prawdziwy kwiat! Pomyślałem, że będę musiał pokazać go 
Suzy, albo nawet darować — ale pachniał wspaniale i był 
śliczny, więc postanowiłem go zatrzymać. 
Drogę od kopuły do samochodu przebyliśmy biegiem 
i z chusteczkami przy nosach — tak polecił Lord. Powietrze 
istotnie było bardzo zanieczyszczone, po atmosferze kopuły 
nagły z nim kontakt mógłby nam zaszkodzić. W samochodzie 
od razu włączyliśmy tlen, mimo to kierowca rozkaszlał się 
i upłynęło pięć minut, zanim był zdolny prowadzić. Lord po- 
winien dawno zrezygnować z niego i z samochodu i kupić 
sobie grawiplan, cóż kiedy przywiązał się do starego. Patrzy- 
łem na jego pobrużdżony kark (Lord mówił, że kierowca ma 
sto trzydzieści lat) i myślałem, jak też wyglądał świat, gdy 
kierowca był dzieckiem. Postanowiłem sprowadzić kilka kro- 
nik przyrodniczych do mojego wideo. 
— Lordzie, czy to prawda, że kiedyś rośliny rosły 
wszędzie? — spytałem gdy się rozstawaliśmy. — Czy mogę 
liczyć na jeszcze jedno takie zaproszenie? 
Kiwnął głową. Wróciłem do siebie i od razu zamówiłem 
kroniki przyrodnicze. Miały nadejść nazajutrz. Chciałem 
włączyć wideo, gdy nagle... 
Wstawało słońce. W dolinie było już jasno, biało od 
kwitnących sadów i żółto od kaczeńców, obficie porastających 
mokradła nad rzeczką. Zewsząd buchała świeża, soczysfa 
zieleń. Pod niebem, czystym, lazurowym, budził się las. 
Na nasłonecznionym stoku doliny kwitły poziomki... 
Trwało to chwilę, nie dłużej niż parę sekund. Zrozu- 
miałem, że uległem halucynacji. Powąchałem ostrożnie kwia- 
tek i przypomniałem sobie, ze Lord polecił włożyć go do 
wody. Otworzyłem puszkę i zanurzyłem- seledynową łodyż- 
kę w wodzie. 
...wiatr niósł zapach jaśminów, bzów, konwalii, nieza- 
pominajek i fiołków. Szumiały drzewa, listki na gałęziach 
powiewały jak malutkie zielone chorągiewki. Słońce wzeszło 
na dobre, las się rozgadał tysiącem ptasich głosów. Pszczoły 

background image

buczały przelatując nad łąką. Będzie upalny dzień, mówili 
ludzie... 
To niemożliwe, myślałem sennie. 
.. .falowały łany dojrzewających zbóż, w wysokich tra- 
wach brodziły bociany. Żyto strzelało wysoko, groźne, wąsa- 
te, kwitły kąkole i chabry. Dźwięczały kosy i rozlegały się 
nawoływania żeńców. Ludzie z troską spoglądali w niebo. 
Dojrzały poziomki i jagody, ptaki uczyły latać swoje młode... 
...niebo poczerniało, zerwał się wicher, lunął deszcz. 
Pod miedzą przycupnęła skulona polna mysz, której woda 
zalała mieszkanie. Będą rosły grzyby, cieszyli się ludzie. 
W sadach dojrzałe jabłka padały ciężko na ziemię: pac, 
pac... 
.. .z drzew dawno opadły liście. Wiatr niepokoił je 
jeszcze, porywając w szaleńczy taniec. Trawa od ciągłych 
deszczów stała się ciemna, jakby brudna, odleciały ptaki. 
Ostatni raz przed zimą przygrzało słońce, miało się ku za- 
chodowi. Palono ogniska na kartofliskach... 
.. .dostojnie, mięfcfco padał śnieg. Mróz ściął kałuże. 
Wróble siedziały nastroszone na gałęzi; w domu dzieci 
ubierały choinkę. Zapadał mrok, było coraz ciemniej, coraz 
ciemniej i ciszej, w dali zamierała muzyka — zupełnie jakby 
dzwoniło tysiąc kryształowych dzwoneczków... 
Powtarzający się uporczywie sygnał informera sprawił, 
że podniosłem głowę. Nacisnąłem klawisz, właśnie nadszedł 
komplet kaset z kronikami przyrodniczymi. Ale przecież 
miały nadejść nazajutrz! Spojrzałem na ekran informera i zdę- 
białem: data była jutrzejsza. 
Upłynął cały dzień. 
Spojrzałem na puszkę, w której stał kwiatek. Ale co to? 
Zwiesił główkę na zwiędłej łodyżce, płatkami niemal dotykał 
blatu. Podniosłem go, próbowałem wyprostować. Bezskutecz- 
nie. Powąchałem — nie pachniał. Nie zył już. 
Przez wiele minut siedziałem bez ruchu. 
Potem zamówiłem numer Centrali Spełniania Życzeń. 
Pół sekundy — i miałem połączenie. Miły dziewczęcy głos 
zaszczebiotał: 
— Tu Centrala Spełniania Życzeń. Witamy cię. Nasza 
Centrala gwarantuje szybkie spełnianie wszystkich życzeń na- 
szych klientów. Jak brzmi twoje życzenie? 
— Chcę umrzeć — odpowiedziałem głośno, wyraźnie. 
czerwiec 1975 

Sposób 
umierania 
samym środ- 
ku tej dziwnej rzeczywistości, która raz była snem, a raz 
jawą leżał Filip El Canna, pierwszy pilot transportowca ,,Mi- 
nerva". Gdzieś wysoko uleciał świat, co istniał dotąd, on zaś 
zwalił się w miękką i cichą ciemność i leżał tam nie czując 
zimna ani głodu, ani w ogóle niczego. Nie umiałby powie- 
dzieć, jak długo to trwało — może dzień, może miesiąc. 
Potem w świecie zgaszonych świateł pojawiły się głosy. 
Noc odeszła, wróciła i jeszcze raz odeszła. Było cicho, bo 
głosy nagle zmilkły, tak dokładnie, że Filip El Canna nie 
był pewien, czy słyszał je rzeczywiście. 
„Coś dziwnego stało się ze mną — pomyślał bez 
niepokoju, leniwie. — Zaraz nadejdzie lekarz." 
Lekarz stał z boku, uśmiechnięty, wysoki, jego ciepłe 
palce ruchem wypraktykowanym od wieków przez pokolenia 
uleczycieli ujęły przegub lewej ręki Filipa El Canna i zacisnęły 

background image

się lekko na tętnie. 
— Nareszcie pan przyszedł, doktorze — powiedział 
El Canna. — Niech pan obejrzy nogę. Boli... 
Lekarz wpatrywał się w tarczę zegarka licząc uderze- 
nia pulsu. Poruszał przy tym wargami i nie przestawał się 
uśmiechać. 
— Doktorze, konam z bólu... niech pan zostawi wresz- 
cie ten puls, do cholery!!! 
Otworzył oczy. Leżał na miękkiej białej łące, pod 
zielonym bezsłonecznym niebem. Rozejrzał się: żywej duszy, 
jak gdyby uśmiechnięty i wysoki lekarz zdołał ulotnić się 
w jednej chwili. Rwący ból w prawej nodze przyprav/iał 
niemal o szaleństwo. Zacisnął zęby aż zgrzytnęło — i nagle 
wszystko znikło, ból rozpłynął się w oceanie skondensowa- 
nej czerni. 
Lecieli z Marsa z ładunkiem rudy. Zgodnie z wymogami 
regulaminu co dwanaście godzin, na zmianę z Ralfem, spraw- 
dzali kurs. Równie dobrze mogliby grać w karty — autopilot 
prowadził jak po sznurku, odchylenie nie wykraczało poza 
dopuszczalną normę. Aż do momentu, gdy El Canna szykując 
się do snu odebrał telefon. 
— Cztery stopnie odchylenia — oznajmił Ralf. 
El Canna od razu pobiegł do sterowni. Ralf siedział 
przy pulpicie i strzelał przełącznikami. 
— Wygląda na awarię auto — powiedział przed siebie. 
Według rejestratora błąd narastał od dwóch godzin, po 
eksponencie. Zupełnie jakby autopilot pomylił znak sprzę- 
żenia zwrotnego. Ale czemu w takim razie — przy takim 
gradiencie — nie odezwał się żaden z obwodów alarmowych? 
Mieli do wyboru: albo sprawdzić cal po calu najważ- 
niejsze obwody autopilota, albo go wyłączyć i przejść na 
sterowanie ręczne. Przez chwilę milczeli. 
— Sprawdzamy? — spytał El Canna. 
Pracowali przez szesnaście godzin bez przerwy. W auto- 
pilocie niczego nie znaleźli, ale też zamierzenie przerastało 
znacznie ich możliwości. Odkryli jednak usterkę w sterowaniu 
ładowniami; wymienili cały układ blokady magnetycznej 
i umieścili na swoim miejscu kontener, który przypadkowo 
zerwał się z zaczepów. Autopilotowi domontowali dodatkowy 
obwód alarmowy, który zajął im najwięcej czasu. Siedzieli 
po tej robocie porządnie zmęczeni i senni, 
— Ktoś musi zostać przy sterach — powiedział Ralf. 
Wyciągnął z kieszeni pieniążek — nie wiadomo po co woził 
ze sobą przeróżne szpargały — i podrzucał go na dłoni 
wyczekująco. 
— Orzell — powiedział El Canna. 
Śledził lot monety znużonym wzrokiem. Upadła rantem, 
potoczyła się po podłodze i znieruchomiała. Ralf był bliżej, 
pochylił się nad błyszczącym krążkiem i przyglądał mu się 
spokojnie. 
— Wygrałeś — oznajmił i schylił się, żeby podnieść 
pieniążek. El Canna skoczył z fotela; zdążył złapać jego 
rękę tuż nad monetą. Później wiele razy zastanawiał się, 
czemu to zrobił. Ralf patrzył na niego zdumiony: oczy- 
wiście wypadła reszka. 
— Przepraszam — powiedział El Canna — sam nie 
wiem, co się ze mną dzieje. 
Stał przed lustrem- w swojej kabinie. Chciał się ogolić 
przed pójściem do łóżka, ale po krótkim wahaniu zrezygno- 
wał. Nim zasnął, włączył się ze sterowni Ralf. 
— Dobranoc — powiedział. — Kolorowych snów. 

background image

— Wzajemnie — odrzekł El Canna ziewając. Usłyszał, 
jak Ralf roześmiał się krótko. 
Zbudził się nagle w środku najgłębszego snu, wypeł- 
niony nieokreślonym uczuciem, które dopiero później wydało 
mu się rodzajem nieuzasadnionego — wtedy — niepokoju. 
Sen odszedł od razu i nie chciał wrócić, więc El Canna leżał 
z otwartymi oczami, bez jednego ruchu, bojąc się spłoszyć 
w sobie tego dziwnego gościa. Próbowałby go zidentyfi- 
kować, gdyby w przeszłości przynajmniej raz doznał czegoś 
podobnego. A tak nie udało się — coraz bardziej irytowała 
go własna nieporadność; wreszcie zły, zmęczony i z powro- 
tem senny obrócił się na bok. 
— Przywidzenia — mruknął. 
Zanim zasnął ponownie, namacał w mroku kontakt chro- 
nometru. Zielone cyferki wystrzeliły prawie przed nosem. By- 
ła dwudziesta druga dwadzieścia czasu Greenwich. Reszta 
nocy minęła spokojnie. 
Rano, nim zabrał się do śniadania, wziął zimny prysz- 
nic. Jadł z apetytem — wszystko było jak co dzień, a jednak 
inaczej — znienacka przyłapał się na spostrzeżeniu, że 
nie może przestać myśleć o tym dziwacznym niepokoju, 
który go zbudził w nocy. 
— Przywidzenia — osądził. — To minie. Miesiąc urlo- 
pu nad morzem, koniecznie z Anną. 
Otrzepał kombinezon z okruszyn chleba, patrzył jak 
wchłania je urządzenie czyszczące. Połączył się ze sterownią 
i czekając na Ralfa sznurował bluzę na piersiach. Ralf się 
nie zgłaszał. 
Dosypia, pomyślał El Canna z roztargnieniem. Wzruszył 
ramionami — w gruncie rzeczy chciał tylko usłyszeć jego 
głos. Do sterowni miał nie więcej jak dwadzieścia kroków. 
Poszedł tam nie zwlekając, drzwi odskoczyły bezszelestnie 
z jakąś służalczą gorliwością, Ralf leżał w fotelu i nawet 
z bliska wyglądał zupełnie jak śpiący. Tylko że nie oddychał. 
Ręce miał zimne i skórę na twarzy też. Nie żył od dobrych 
paru godzin. 
El Canna cofał się, niemy z przerażenia. 
Obudził się o świcie, który wpadał przez okna perłowym 
blaskiem. Jak granie srebrnych trąb archanielskich przetaczał 
się nad światem grzmot potężnego głosu. El Canna otworzył 
oczy, ale zanim zdążył wyjść z pogranicza ciężkiego snu, 
który zrywał się do lotu jak leniwy, zły czarny ptak, głos 
umilkł zupełnie i naprawdę nie sposób było określić, do 
którego ze światów należał. Z nieba spływała spokojna sele- 
dynowa poświata — monotonna jak deszcz w bezwietrzny 
dzień. 
Nie miał pojęcia, gdzie się znalazł. Kto wybudował 
tę dekorację rodem z tandetnego filmu? To, że okolice Ziemi 
uczyniono terenem działań nie kontrolowanych przez ludz- 
kość, zdumiewało tylko El Cannę. Lecz kiedy wyobraził sobie 
za nieprzezroczystymi ścianami oczy śledzące spokojnie 
każdą jego reakcję — był prawie przerażony. Ktoś go 
obserwował; czuł na sobie to spojrzenie każdym centymetrem 
kwadratowym skóry. Z gardłem ściśniętym strachem leżał bez 
jednego ruchu. 
W kabinie El Canna powoli przychodził do siebie. 
Strach ściekał zeń strumyczkami zimnego potu. Ralf był 
zdrowy jak koń — cherlaków wysyła się do sanatorium, nie 
w kosmos. A jednak lekarze coś przeoczyli. Serce? 
Nic innego nie przychodziło mu do głowy. Na zupełnie 
miękkich nogach minął uciekające na bok drzwi sterowni. 

background image

Ralf leżał jak przedtem, na kontrolnym palił się spokojnie krwa- 
wy napis AWARIA. Dopadł fotela, strzelił klamrami brzusz- 
nych pasów ochronnych, dopiął piersiowe, z pasją wyłączył i 
autopilota. Skorygował kurs i napis AWARIA zgasł. 
Czekając na automat transportowy obserwował Ralfa 
kątem oka. Nadjechała maszyna. Szamotała się z opornym 
ciałem usiłując wyjąć je z fotela. Wreszcie podjęła ciężar 
i drzwi zasunęły się za nią bezgłośnie. Śledził na wewnętrz- 
nym ekranie, jak sunęła korytarzami — ociężała, niezgrabna, 
lecz posłuszna. W rytm jej jazdy dyndały nogi Ralfa. 
Wcisnął klawisz rejestratora. Ekran rozjarzył się, za- 
migotał, w okienku licznika przeskakiwały cyfry. Czas w ste- 
rowni cofał się. El Canna zwolnił klawisz: dotarł do wczoraj. 
Stał naprzeciwko Ralfa, który tkwił w obrotowym fotelu. 
Prawda, jeszcze głos. 
— Sam nie wiem, co się ze mną dzieje — powiedział 
El Canna z ekranu. Pamiętał ten moment. Przesunął zapis 
trochę do przodu. Na ekranie był tylko Ralf. Wpółleżał 
w fotelu zamknąwszy oczy. 
Obraz następny: Ralf jak przedtem. Także na pulpicie i 
nic istotnego się nie działo. I tak już do końca taśmy. 
El Canna przypomniał sobie, że oprócz obrazu i głosu 
rejestrator notuje także wskazania czujników, które wszyscy 
piloci noszą umieszczone na stałe pod skórą w różnych 
okolicach ciała. Odnalazł monitor kontroli medycznej i jeszcze 
raz cofnął zapis. Ciemne wnętrze monitora wypełniło się 
kolorami: świetliste węże wykresów rozpoczęły swój taniec. 
Włączył pamięć „Minervy". 
— Co przedstawiają wykresy? — rzucił w mikrofon, 
nie spuszczając oka z pulsujących linii. 
— Wykres numer jeden: elektrokardiogram — oznaj- 
mił głośnik. — Wykres numer dwa: elektroencefalogram... 
wykres numer... 
Więcej nie potrzebował. Wyłączył pamięć i głośnik ' 
zamilkł. 
Manipulując klawiszami dotarł do miejsca, gdzie rozbu- 
jana krzywa kardiogramu przechodziła w prostą poziomą. 
Przejście było nagłe; oznaczało ni mniej, ni więcej tylko 
śmierć Ralfa. Zawał? El Canna spojrzał na licznik. Same 
dwójki i na końcu zero. ' 
Noc, cztery identyczne zielone cyferki świecące w mroku 
zupełnie jak tę w okienku rejestratora. El Canna siedział 
w fotelu jak porażony gromem. Nie miał czasu na rozpamię- 
tywanie szczegółów, bo na pulpicie pod tabliczką ŁADOW- 
NIE zamigotała czerwona lampka. Włączył się głośnik. 
— Ładownia czwarta: awaria pierwszego stopnia. 
— Likwidować automatycznie! — krzyknął do mikro- 
fonu. Czuł, że za wszelką cenę musi zyskać kilka minut do 
namysłu. 
— Awaria pierwszego stopnia — nalegał głośnik. — 
Likwidacja automatyczna niemożliwa. 
— Podać przyczyny! — El Canna miał wrażenie, 
że grunt usuwa mu się spod nóg. 
— Przyczyny nieznane — zachrypiał głośnik. Przez 
chwilę było zupełnie cicho, potem pojawił się daleki jazgot 
wywołany jakby sprzężeniem czy rezonansem, ucięty znowu 
ciszą. Czysty, wyraźny głos oznajmił: 
— Przyczyna awarii — zakłócenie sygnału sterującego. 
Amplituda sygnału zakłócającego modulowana z dużą do- 
kładnością. Układ sterujący nie reaguje na sygnał... reaguje 
na zakłócenie... zakłócenie pełni rolę sygnału. Podać para- 

background image

metry? 
— Natychmiast! — krzyknął — Monitor siódmy! 
Patrzył na liczby skaczące ostro koło wykresów. Gapił się 
na nie z otwartymi ustami. I już rozpinał pasy zamierzając 
biec w kierunku ładowni. Zatrzymał się jeszcze. Włączył 
mikrofon. 
— Komunikat specjalny do bazy Quarnier-Delta. Treść: 
formuła standardowa plus komentarz. Treść komentarza: 
Ralf nie żyje, awaria auto, awaria układu sterującego w ładow- 
ni czwartej. Przyczyny niejasne. Koniec komunikatu. Nada- 
wać w ustalonym paśmie co dwie godziny aż do odwołania. 
Zerwał się z fotela, włączył autopilota i pobiegł do 
drzwi. Droga do ładowni zajęła mu pół minuty, dyszał ciężko 
oparty oburącz o pochyłą konsolę. Próbował włączać obwo- 
dy awaryjne, ale pod czwórką ciągle nie pojawiała się 
świetlista plamka. 
Zaklął i poszukał wzrokiem szafki z oprzyrządowaniem. 
Wyjął z niej dwie grube metalowe podeszwy, dzielone 
niesymetrycznie wzdłuż osi, skręcane po założeniu na buty 
specjalnym kluczem. Wśród pilotów nosiły nazwę kaloszy 
magnetycznych. Zamocował kalosze, dokręcił dokładnie, że- 
by nie było luzów i stukając głucho poszedł w kierunku kla- 
py wejściowej. Ściany i dno ładowni były metalowe — 
nawet gdyby aułopiloł wyłączył ciąg, kalosze magnetyczne 
pozwalały nadal poruszać się w miarę swobodnie — mimo 
nieważkości. 
W ładowni panował półmrok. Przystanął kilka kroków 
od klapy czekając aż oczy przyzwyczają się do ciemności. 
Nie zabrai reflektora; jak długo latał, nigdy nie słyszał 
o awarii oświetlaczy. 
Zaczynał rozróżniać kanciaste kształty kontenerów. Zwy- 
kle stały równymi rzędami obok siebie, w swoich rynnach 
— jak konie wyścigowe w boksach. Teraz jednak niektóre 
wyjechały z rynien, inne z nich wyskoczyły i wspierały 
się ciężko na przegrodach między rynnami. Niektóre mu- 
siały zderzać się ze sobą, bo stały tam, gdzie zwykle było 
przejście, jedne zupełnie obrócone w poprzek, inne tylko 
lekko skręcone — lecz żeby dostać się do tablicy rozdziel- 
czej i ręcznie sterując dźwigami umieścić je na swoich 
miejscach, należało przejść między nimi. 
Pomyślał, że nie poradzi sobie bez światła. Już chciał 
wracać po reflektory, gdy tuż przed najbliższym kontenerem 
coś zamigotało. Raz, drugi — fioletowe jak od łuku elektry- 
cznego światło wydobyło z mroku stłoczone w nieładzie 
skrzynie i przez tę krótką chwilę El Canna spostrzegł, że 
niektóre spośród nich mają powginane od zderzeń boki, 
odrapane burty, z jednego nawet wysypała się ruda. Nie 
wierzył oczom: wyglądało na to, że w ostatnim czasie ładow- 
nia czwarta rządziła się prawami innej mechaniki — do wywo- 
łania takiego chaosu trzeba było potwornych zmian kursu! 
Światełko znów zamigotało. Wszedł na platformę i skrę- 
cił w kierunku pierwszej z rynien. Minął kontener, który 
zasłonił resztkę światła wpadającą przez nie domkniętą klapę. 
Po omacku zrobił jeszcze kilka kroków, przystanął. Miał wra- 
żenie, że światełko migotało w pobliżu, czekał w nadziei, 
iz jeszcze zabłyśnie. 
Mignęło, tym razem trochę dalej. Postąpił pół kroku 
w bok, żeby lepiej widzieć, i wtedy spod nóg dobiegł go 
cichy, metaliczny szczęk. Wypatrując tajemniczego światełka 
zapomniał o ryglach magnetycznych, rozmieszczonych parami 
na początku i końcu każdej rynny. Ich zadanie polegało na 

background image

dodatkowej blokadzie kontenerów od spodu (zaczepy głów- 
ne znajdowały się w komorach na końcu rynien). Szarpnął 
lewą nogę i oderwał, widocznie magnesy złapały ją nie 
dość dokładnie. Za to prawą trzymały z siłą potrzasku na 
niedźwiedzie. 
Dobrą chwilę El Canna zmagał się z pułapką szukając 
sposobów uwolnienia. Próbował zdjąć kalosz, zdołał nawet 
odpiąć klamry, ale w niczym nie poprawiło to sytuacji. 
Gdyby miał klucz... ale klucz, wbrew regulaminowi, został 
w szafce. Był wielki i nieporęczny, toteż El Cannie nawet 
nie przyszło do głowy, by taszczyć go ze sobą. 
Wreszcie pojął daremność dalszych wysiłków. Usiadł 
ciężko na platformie. W ziejącym po prawej stronie otworze 
szarzały zębiska zaczepów głównych. 
Polowanie było skończone. Wśród tysiąca mniej lub bar- 
dziej dorzecznych myśli pojawiła się i taka, że ktoś, kto być 
może zabił Ralfa, kto miał nad urządzeniami statku absolutną 
władzę — postanowił zakończyć zabawę. Nie przeszkodziły 
mu hermetyczne ściany „Minervy" — penetrował statek rów- 
nie swobodnie jak olbrzym domek dla krasnoludków, z które- 
go wcześniej zdjął dach. 
Raptem kontenery zgrzytnęły o siebie żelaznymi bokami 
— autopilot zmieniał ciąg. Autopilot... on także słuchał 
tamtego. Kontenery znów natarły na siebie, coś brzęknęło 
w ciemności jak wybijana szyba, coś innego szurając jęło 
przemieszczać się po płycie. Dno ładowni zaczęło się po- 
chylać, zsuwając z siebie wszelkie nie umocowane przedmio- 
ty. Jakiś okruch zadzwonił o metalową ścianę. 
Zjeżdżało wszystko, zrazu wolno, po kilku centymetrach 
nabierając impetu. Hałas wywołany szuraniem brył rudy 
i kawałów oddartej blachy, zrazu pojedynczy, zlewał się 
w coraz głośniejszy potok. Nagle wzmocnił go grzmot — 
ruszyły kontenery. Wzdłuż rynny ruszył kontener stojący 
najbliżej El Canny. Sunął jak moloch — jak rozpędzony 
pociąg. Był coraz bliżej, szybki, coraz szybszy... 
Krzyk El Canny utonął w morzu hałasu. Wśród łoskotu 
bijących o siebie kanciastych olbrzymów, wśród jęku dartych 
na kawały burtowych blach został sam — jak Jonasz naprze- 
ciw rozszalałego oceanu. Żywioł porwał go w swoje wiry 
i pociągnął do dna, gdzie wszystko stało w bezruchu — ciche 
oniemiałe, wręcz senne. W tej ciszy niósł się krzyk El Canny. 
Co z tego, że ocalał, że żył, skoro jego dni były po- 
liczone? Na krótko wracały resztki świadomości — roz- 
glądał się po zielonym niebie jak obudzony z kosz- 
marnego snu, próbował wstać — wracało wspomnienie 
zdarzenia w ładowni. Opadał na białe legowisko, zamy- 
kał oczy nie chcąc oglądać mżącej zielonej poświaty; le- 
żał poruszając wargami, zagarniając powietrze koniuszkami 
palców. 
Pewnego dnia, gdy znowu wynurzył się z mrocznej 
otchłani ku mdłej zieloności, wydało mu się, że ktoś pochyla 
się nad nim. Słyszał głos kobiety. Z wysiłkiem otworzył 
oczy: nie było nikogo. A przecież ktoś na pewno wypowie- 
dział jego imię. Słyszał doskonale, ze ktoś je wypowiedział — 
zrazu normalnym tonem, później coraz bardziej wyciągniętym 
ku najwyższym oktawom, aż głos przeszedł w ultradźwięk. 
Musiał nie zauważyć właścicielki głosu, oczywiście, teraz 
zobaczył ją dokładnie, stała obok i znowu wołała na El Cannę. 
Jej głos wznosił się, podczas gdy ona sama z twarzą wciąż 
promiennie uśmiechniętą odpływała w dal, zmniejszała się 
aż do maleńkiej iskierki wydającej ostry gwizd. 

background image

Filip El Canna otworzył oczy i raczej poczuł niż zauwa- 
żył, że w nieciekawym otoczeniu pojawiło się coś nowego. 
W odległości wyciągniętej ręki stał szklany cylinder do 
trzech czwartych wypełniony wodą. Spróbował dosięgnąć, 
ale źle wycenił odległość — końce palców trąciły śliską 
wypukłość naczynia i wywróciły je. Woda wypłynęła na łąkę 
i zaraz wsiąkła. 
Ten widok dodał mu sił. Naczynie było materialne, mokre 
od wody. Włożył do środka palec i przesunął dookoła. Palec 
stał się mokry, zebrało się na nim nieco wilgoci; wyssał 
ją żarłocznie. Próbował naciskać łąkę w miejscu, gdzie woda 
wsiąkła, ale dłoń pozostała sucha. W innym miejscu rezultat 
był identyczny. 
Siedział oszołomiony, z pustą szklanką w ręce. Pierwszy 
konkret w tym pełnym nieuchwytnych widziadeł świecie. 
Postawił naczynie przed sobą i powiedział: 
— Chce mi się pić. 
W szklance nie pojawiła się ani kropla. 
— Pić!!! — krzyczał. — Pić... — błagał osuwając 
się. Szklany cylinder tkwił bez ruchu odbijając zielonkawy 
blask. Złapał naczynie i odrzucił precz. Nawet nie patrzył, 
gdzie upadło. 
Znowu oglądał niezrozumiałe obrazy przeplatane zie- 
loną ohydą, aż spostrzegł obok naczynie, którego właśnie 
się pozbył. Było pełne wody. 
Tym razem zabrał się do rzeczy ostrożniej. Wyjąc z bólu 
podczołgał się całkiem blisko, otoczył cylinder ramionami. 
Wypił wodę do ostatniej kropelki. Leżąc zmęczony i zadowo- 
lony masował stłuczone ramię. „Uderzyłem barkiem w ścia- 
nę", zawyrokował. 
Kiedy odzyskał przytomność, w ładowni paliło się świat- 
ło. Awaria oświetlaczy ustąpiła samoistnie, kontenery wjecha- 
ły do rynien. 
El Canna leżał na platformie, tuż obok ściany. Miał 
odrąbaną poniżej kolana prawą łydkę. Pędzący kontener 
uderzył w nogę, oderwał kalosz od rygla — i przez krótką 
część sekundy pchał ją przed sobą aż do otworu, którym 
kończyła się rynna. Tutaj noga znalazła się w nożycach: 
jedno ich ramię stanowiła ostra krawędź ściany, drugie — 
krawędź kontenera. Cięcie było szybkie i precyzyjne — szcze- 
lina między krawędziami nie przekraczała grubości zwykłe- 
go ołówka do rysowania. 
Był wolny. Krew buchała z rany jak ze źródła, na 
platformie, znów poziomej, tworzyła się wielka kałuża. Pa- 
trzył bezmyślnie, jak jej ruchliwe brzegi zdobywają nowy 
teren, a kiedy liznęły rękę, którą się podpierał, oprzytomniał. 
Zdjął pas, rozdarł nogawkę i podwinął do góry, obna- 
żając poczerniały kikut. Zrobił na pasie pętlę, założył, ścisnął. 
Płakał z bólu i zaciskał pętlę. Pomagając sobie rękami i zdrową 
nogą odsunął się od kałuży, żeby sprawdzić, czy krew prze- 
stała płynąć. Wlókł za sobą ogromny, obrzydliwy skrzep; wil- 
gotny ślad na płycie z wolna wypełniała krew z kałuży. 
Pochylony próbował oderwać skrzep, ręka drżała, skrzep wy- 
mykał się śliskim palcom. Nieopatrznie dotknął rany i ze- 
mdlał. 
W jego pamięci zostało to zapisane tuż obok zielo- 
ności nieba i bieli powierzchni, na której leżał. 
Szklanka napełniała się wodą co pewien czas; czuwał 
nie spuszczając z niej wzroku, aby nie stracić przydziału. 
Przypuszczał, że napełniano ją regularnie. Pił coraz mniej, 
kiedyś zostało na dnie trochę wody, postanowił więc obmyć 

background image

ranę. Ból cisnął nim o ziemię... o ziemię? Na czym właś- 
ciwie siedział? Pod naciskiem tworzywo uginało się jak gąbka, 
a gdy usiłował oderwać kawałek, twardniało w niemym sprze- 
ciwie. Dał spokój, a że na tym wyczerpał możliwości badaw- 
cze, nie pozostało nic innego jak przyglądać się rozległości 
więzienia. Nigdzie nie dostrzegał ścian, widząc jednocześ- 
nie bezmiar bieli rozciągniętej z dołu i zieleni u góry. W miej- 
scu, gdzie powinien być horyzont, kłębiła się mgła. Z każdej 
strony mgła wyglądała tak samo i tak samo była oddalona. 
Pił coraz mniej wody — przeważnie płukał nią usta 
i wypluwał daleko od siebie. Gorączkował; czasem polewał 
nią czoło, raz całą szklankę przeznaczył na toaletę. Kiedyś 
zaśpiewał zwrotkę wesołej piosenki. Przeląkł się własnego 
głosu. „Jakbym krakał", pomyślał. Tej nocy śnił o krukach. 
Czas mierzył za pomocą szklanek: gdy nie zużywał wody, 
pojawiało się następne naczynie, a po nim dalsze. „Automa- 
tyczny dozownik", myślał. Trzy szklanki trwał dzień i trzy noc. 
Gdy budził się rano, stały obok wczorajszych trzy dodatko- 
we; jeśli były dwie, przyjmował że noc jeszcze trwała. 
Jeśli opróżniał jedną ze szklanek, napełniała się pusta. Usiło- 
wał uchwycić ten moment — bez rezultatu. Szklanki poja- 
wiały się znienacka, ale wszystko wskazywało, że tkwią 
przed nim od dawna. Lustro wody było zawsze nieruchome, 
nie kołysało się, nawet nie drżało. Ciecz wydawała się 
zestalona w lód o nadzwyczajnej przezroczystości — dopiero 
dotknięcie palcami kruchej ścianki likwidowało to złudzenie. 
Pomyślał o niewidzialnej kurtynie osłaniającej jeszcze 
wiele cylindrów z wodą, cofającej się z regularnością dobrze 
zaprogramowanego mechanizmu co cztery godziny. Ile 
cylindrów czekało jeszcze na swoją kolej? 
Same cylindry również zaciekawiały. Miały niezwykle 
cienkie ścianki; biorąc którykolwiek z nich do ręki El Canna 
nie mógł oprzeć się wrażeniu, że szkło pryśnie mu w pal- 
cach. Jednak ścianki okazywały się nad podziw sztywne 
i wytrzymałe: znosiły nie tylko nacisk palców, ale całkiem 
solidne uderzenia, które El Canna aplikował im denkiem dru- 
giego cylindra. Materiał, z jakiego je wykonano, nie był 
szkłem — nie przewodził ciepła, był doskonale przezroczysty 
i ukształtowany, nie zawierał skaz. Ilekroć El Canna porówny- 
wał dwa naczynia, nie mógł wyjść z podziwu — idealnie 
walcowate powierzchnie nie wykazywały między sobą odchy- 
łek wymiarowych. To, że różnice nie dawały się dostrzec nie 
świadczyło wprawdzie o ich braku, lecz El Canna wierzył, 
że ma do czynienia z precyzją wykonania, od której ziemskie 
wytwory dzieliła otchłań. Wszystkie naczynia napełniano 
chłodną wodą idealnie do tej samej wysokości. 
Pewnego dnia znowu usłyszał głos. 
— Człowieku z planety Ziemia — słowa brzmiały twar- 
do i obojętnie — jak długo każesz nam czekać? 
Filip El Canna pomyślał o halucynacji, ale głos zapytał: 
— Czemu nie umierasz, istoto z planety Ziemia? 
Zrozumiał, że to szansa kontaktu, kto wie, czy nie jedyna. 
— Kim jesteś? Nie widzę cię! — wykrzyknął. 
— To nie jest konieczne... odpowiedz na pytanie. 
— Nie chcę umierać! Odeślij mnie na Ziemię! 
— Nie krzycz — upomniał go głos. — Umrzesz prę- 
dzej czy później... wszyscy umierają. Uczestniczysz w eks- 
perymencie, którego celem jest wyświetlenie tajemnicy życia. 
Dzięki śmierci więcej wiemy o życiu. Jesteś przerażony? 
Historia twojej planety zna większe paradoksy... 
Filip El. Canna milczał. 

background image

— Co chcesz jeszcze wiedzieć? — zadudnił głos. — 
Pytaj, nim skończy się czas, nim odejdę... 
— Skąd bierzecie ludzi do waszych doświadczeń? 
— Sami włazicie nam w ręce, opakowani w metal, 
tworzywa i szkło. Wiesz sam, jakie nastroje panują na sta- 
cjach orbitalnych i bazach transportowych. A nasze potrzeby 
wciąż rosną — wkrótce sięgniemy na Ziemię... 
— Potwory! — wrzasnął. — Ilu was jest? Skąd was 
przyniosło? 
— Nasza cywilizacja liczy miliardy lat. Istniała już 
wtedy, gdy Ziemia, co mówię — Układ Słoneczny, Galak- 
tyka — były jeszcze obłokiem materii... Jesteśmy zewsząd 
i znikąd. Jesteśmy wielością i jednością zarazem; dzielimy 
się i łączymy zależnie od potrzeb. 
— Dlaczego interesuje was istota życia? 
— Odważnie pytasz... ale obiecałem ci odpowiedź. 
Co za różnica, czy dowiesz się wcześniej, czy później. 
Jesteśmy przeraźliwie starzy. W przeciągu wielu milardoleci 
naszej historii zyskaliśmy długowieczność dla was niepojętą, 
ale utraciliśmy zdolność prokreacji. Chcemy żyć nadal... 
— Ile ludzkich istnień warte jest wasze ocalenie? 
— Życie, które gaśnie jest dla nas równie istotne jak 
to, które się budzi. Źle wylosowałeś, przyjacielu — innych 
spotyka śmierć od razu... dzięki tobie dowiemy się więcej 
o mechanizmie żywotności... 
— Więc to wy zaaranżowaliście wypadek w ładowni. 
— Owszem. Czy możliwe jest przypadkowe ustawienie 
zdarzeń w ten sposób? Powiem ci, ile to prawdopodobieństwo 
wynosi: trzy stumiliardowe. My sterowaliśmy wtedy statkiem, 
wabiliśmy cię światełkiem — sprawiając w ten dziecinny 
sposób, że nastąpiłeś na rygiel magnetyczny. My, nikt inny... 
— Jestem głodny — powiedział El Canna. — Kiedy 
dostanę coś do jedzenia? 
— Nie narzekaj. Inni nie dostają nawet wody. 
— Więc czemu ja dostałem? 
— Szum Wiatru prosiła mnie o to. 
— Szum Wiatru? Któż to jest?" 
— Przewodnicząca Sekcji Laboratoriów. 
— Dlaczego to zrobiła? 
— Przypuszczalnie dla dobra eksperymentu. 
— Co zrobiliście z Ralfem? 
— Ralf wylosował śmierć natychmiastową... też w ra- 
mach doświadczenia. Pamiętasz? Sam rzucał monetę. 
— A ja? Czemu mnie także nie zabiliście od razu? 
Do czego było wam potrzebne całe to polowanie? 
— Ty miałeś inny program. Twój udział w ekspery- 
mencie zaczął się już na ,,Minervie" — awarie były zarazem 
testami i nagonką. Nie czyń sobie wyrzutów, nie miałeś szans; 
prędzej czy później zrobilibyśmy z tobą wszystko, na co 
mielibyśmy ochotę. 
— Mogłem zabrać klucz... 
— Ale nie zabrałeś. A gdybyś nawet miał go ze sobą... 
czy tak trudno zamienić stal w plastelinę? Moglibyśmy użyć 
tysiąca innych sposobów, by obciąć ci nogę. 
— Więc dlaczego wybraliście właśnie ten? 
— Zwykły kaprys: łudzimy się, że obracając przeciwko 
wam wasze prymitywne maszyny uczymy ludzkość skromnoś- 
ci. .. Rodzaj jednostronnej zabawy — na Ziemi oczywiście nikt 
się o tym nie dowie. 
— Jak to? Wysłałem komunikat! 
— Zdawało ci się. Ty poleciłeś nadawać, my zabroniliś- 

background image

my... jak myślisz: kogo posłuchał twój automat? Zresztą — 
nic łatwiejszego niż zaekranować cały statek. 
— Zrobiliście to? 
— Na samym początku. Od tego momentu ,,Minerva" 
stała się dla reszty Wszechświata czarną dziurą. Nic nie 
może przebić naszych ekranów — ani promieniowanie, ani 
antymateria. Nic. 
— W jaki sposób zabiliście Ralfa? 
— Zwyczajnie: uderzeniem grawitacyjnym... 
— W serce? 
— W serce i w mózg. 
— Chcąc sami żyć odmawiacie prawa do życia innym. 
— Wzniosły cel uświęca środki. Wy macie to, czego 
brakuje nam. Chcemy to wam odebrać. 
— I dlatego czekacie na moją śmierć. 
— Między innymi. 
— Wiele sobie po niej obiecujecie, jak widzę. A wiesz, 
co ci powiem? W gruncie rzeczy nie tak wiele nas dzieli: 
tylko inny rodzaj umierania. Wasz los jest równie dokładnie 
przesądzony jak mój; wiecie od dawna, że nie uratuje was 
nawet miliard zamęczonych pechowców, co źle wylosowali! 
— To twoje zdanie. Odchodzę... 
— Nazywacie się rozumnymi, pewnie, to brzmi dumnie, 
ale co właściwie różni was od waszych automatów! Czy znane 
wam było kiedykolwiek coś, co o tej różnicy mogło decydo- 
wać? Odpowiadaj! 
— Odchodzę... 
— A ja będę umierał uśmiechnięty, słyszysz, uś-miech- 
-nię-ty, bo wiem, że i na ciebie przyjdzie kolej. Dziś, jutro czy 
za dziesięć lat — wszystko jedno. Pewnego dnia ta resztka 
zgniłego życia poczuje nieprzepartą ochotę, zęby wynieść 
się z ciebie — i co wtedy poradzisz? Musicie być w śle- 
pym zaułku, skoro chwytacie się takich środków. Rozpacz wa- 
szych wysiłków sprawia mi satysfakcję, słyszysz? Choćbyście 
jak piasek przesypywali istnienia podobnych do mnie króli- 
ków doświadczalnych w podobnych do tej klatkach — nie 
unikniecie przeznaczenia! 
El Canna płakał, rozmyślając później o tej rozmowie. 
Płakał, a po chwili zgrzytał zębami, tłukł głową o białą gąbkę 
i wygrażał pięściami zielonemu niebu. 
Szansę na ocalenie, i tak bardzo nikłe, malały do zera. 
Nawet zupełny ignorant w sprawach medycznych, jakim 
El Canna był niewątpliwie, orzekłby po oględzinach nogi, 
że gangrena zrobiła znaczne postępy. Nie liczył dni, po 
diabła, szklanki z wodą tłoczyły się wokół — w przystępie 
bezsilnej furii wylał z nich wodę i wyrzucił wszystkie daleko 
od siebie. Gromadziły się znowu; nie znalazł sił, by i z tymi 
postąpić podobnie. Przytomność zachowywał już tylko na 
niektóre chwile; coraz częściej walił się w czarną otchłań 
i coraz trudniej z niej podnosił, wodząc wokół zmętniałym 
wzrokiem nie rozróżniał poszczególnych naczyń, choć stały 
blisko, wydawało mu się, że szklane cylindry kryją w sobie 
miriady miniaturowych aparatów rejestrujących jego agonię, 
odgarnął je ręką, patrzył radośnie jak się tłoczą i wywracają 
— i znowu śnił w czarnej otchłani. 
Inny rodzaj umierania. 
Jak pływak z mrocznej toni ku słońcu, tak wyłaniał się 
El Canna z dna atramentowej nocy ku zielonemu światłu 
nieba-kopuły — po raz być może ostatni. Przed jego oczami 
przesunęły się dawno minione zdarzenia, dawno zapomnia- 
ne dni, twarze przyjaciół i znajomych, całe życie obejrzał 

background image

jeszcze raz jak obojętny widz. Dobiegały go strzępki rozmów, 
których słuchał — nie słuchając jednocześnie, zajęty sobą, 
a słuchał coraz uważniej w miarę jak wypływał z głębiny 
i odzyskiwał świadomość. Obudził się na łące, białej jak 
skrzydła aniołów, wygodnie mu było, dobrze, choć ptaki nie 
śpiewały, zielone słońce przygrzewało zielonymi promie- 
niami. „Zielony — myślał — najpiękniejszy kolor świata. 
Ziemia jest zielona, taka piękna..." 
Głosy kłóciły się, wirowały w uszach. „Zaraz odejdą — 
myślał — wróci spokój." 
Jeden głos należał do kobiety. Tak, na pewno. Mówiła 
szybko: 
— Wczoraj umarł Wieczny jak Wieczność — jej głos 
zawarczał i umilkł. 
„Umarłem — pomyślał z ulgą El Canna. — Mam to 
za sobą, to umieranie." 
— Wyłącz translator — zaniepokoił się drugi głos. — 
Może usłyszeć. 
— Nie usłyszy — uspokoił go głos żeński. — Popatrz, 
stracił przytomność. Zresztą — co za różnica. 
— Dobrze — zgodził się męski. — Już dobrze. 
— Dobrze? — wyszeptały spieczone wargi Filipa 
El Canny. 
— Bardzo dobrze — rzekł męski. — Wieczny Jak Wie- 
czność byłby zadowolony. 
— On się obudził — wtrącił żeński. 
— Powiemy mu teraz? 
— Tak. Człowieku z planety Ziemia, słyszysz nasi Umarł 
Wieczny Jak Wieczność. Rozmawiał z tobą... pamiętasz? 
— A wy... jak się nazywacie? 
— Ja nazywam się Drzewo. 
— A ja Szum Wiatru. 
— Jesteś kobietą? — spytał El Canna. 
— Nie. Słyszałam, że kiedyś żyły wśród nas kobiety. 
Ale to było bardzo dawno. 
El Canna milczał, zmęczony. Drzewo i Szum Wiatru 
milczeli także. 
— Czego chcecie? 
— Być przy tobie, gdy zaczniesz opuszczać świat ży- 
wych. 
— Nie trzeba... ale... na Ziemi jest taki zwyczaj... 
testament... 
 
— Wiemy, co to takiego. Nasze maszyny... 
— Tak, do diabła z nimi. Spełnijcie moje ostatnie życze- 
nie, możecie przecież wszystko... prawie wszystko. Spro- 
wadźcie tutaj z Ziemi jeden zielony listek. 
Mały zielony listek leżał na białej dłoni Filipa El Canny. 
Filip El Canna leżał na białej łące, pod zielonym niebem. 
— Koniec eksperymentu — powiedział Drzewo. — 
Mamy kogoś na to miejsce? Czy przybył nowy transport? 
— Nie. Przedwczoraj zmarł Wielokrotny, a dziś Czwar- 
te Słońce. Nie mieli zastępców... 
— Więc to... agonia? 
— Ciszej! Ściany mają uszy! Wyłącz maszyny... 
Listek zamarzł na dłoni, z której uleciało całe ciepło. 
Szron obrósł go grubymi igłami — oto zgasło zielone niebo. 
J978 
Barany 
i armia 
lwów 

background image

Ngyłwarrah Vanuffer Mgharr 
D-ca 83 Grupy Rekonesansowej 
ścigacz „Garravan Drrahn" 
ściśle tajne 
I radością oraz podzi- 
wem dla miłościwie nam przewodzącego Bydlaqua Hyudussa 
Pasqunxa informuję, że na 1208 posiedzeniu Rady Wojennej 
naszej wyprawy zapadły kolejne istotne decyzje. Ich rzeczy- 
wisty wymiar określi historia, ale już dziś można stwierdzić, iż 
mamy do czynienia z aktami o przełomowym znaczeniu. Rada 
Wojenna postanowiła mianowicie zamknąć tzw. Pierścień Ze- 
wnętrzny, w którego skład wchodzą gwiazdy Wolf 359, 
Ross 128, Ross 154, Gwiazda Barnarda i ewentualnie gwiazda 
Solar. Gdyby układy planetarne tych obiektów udało się 
opanować w miarę szybko i bez większych strat własnych, 
w następnej kolejności zwrócimy nasze zainteresowanie 
ku Proximie Centaura oraz podwójnym układom gwiazdy 
Syriusz i Alfy Centaura. 
Co się tyczy opanowania układu gwiazdy Solar, wśród 
członków Rady Wojennej panuje w tej mierze pełna jedno- 
myślność. Zbyt mała ilość wiarygodnych danych każe po- 
czekać do poczynienia konkretnych ustaleń przez 83 Grupę 
Rekonesansową i pana osobiście. Gdyby rozpatrywany układ 
planetarny kwalifikował się do obsadzenia bez walki, wówczas 
bez wahania włączylibyśmy ten rejon do naszych planów wo- 
jennych. Także w przypadku napotkania ras zdolnych do 
stawienia skutecznego oporu bylibyśmy w stanie posłać 
tam kilka jednostek pierwszorzutowych, o ile opór ten roko- 
wałby szansę złamania niewielkimi siłami i w krótkim czasie. 
W przeciwnym razie musielibyśmy chwilowo odstąpić od 
planu opanowania okolic gwiazd Solar, koncentrując się 
na walce z obmierzłymi Fleyami, których rasa niech będzie 
przeklęta po wiek wieków. 
Jeszcze raz podkreślam, iż włączenie gwiazdy Solar 
do terytoriów kontrolowanych przez flotę Jego Ouintesen- 
cji Bydlaqua H. Pasqunxa nie jest na razie bezwzględnie 
konieczne, a jedynie wysoce pożądane. Prowadzenie dal- 
szych operacji jest całkowicie możliwe bez tej zdobyczy 
i w najmniejszej mierze nie wpłynie ona na ostateczny sukces. 
Jednakże starcJe z głównymi siłami Fleyów, które oceniam jako 
nieuniknione, może spowodować wzrost strategicznego zna- 
czenia tego kresowego układu. Krótko mówiąc dobrze byłoby 
zająć Solar na wszelki wypadek, zanim uczyni to wróg. 
Obiekcje, które tu wyraziłem, dyktują jednocześnie 
sposób postępowania pańskiej Grupy Rekonesansowej. 
Należy skierować się najkrótszą drogą w rejon rubieży 
Solar, to jest kursem 137, a na miejscu zbadać co następuje: 
1° czy układ i jego najbliższe otoczenie są wolne 
od Fleyów;. 
2°czy planety wchodzące w skład układu są zamieszkane; 
3° w razie odkrycia takich — czy byłyby zdolne stawić 
opór cywilizacji tak zaawansowanej jak nasza. 
Oczekuję jak najpomyślniejszych wiadomości. Niech 
was prowadzi myśl naszego Pana i Dobroczyńcy, niezrów- 
nanego Bydlaqua H. Pasqunxa. 
Ramhattar Gambiwarr Rrach 
admirator 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Główny Admirator Rady Wojennej JQ 
flagowiec „Parraxanh" 
ściśle tajne 

background image

Od trzydziestu dwóch godzin podążamy 
cierpliwie kursem 137. Po nakazanych regulaminem rozważa- 
niach doskonałości i mądrości Pana Naszego, wszechświet- 
nego Bydlaqua Hyudussa ogłosiłem na jednostkach 83 GR 
całodobowe kontemplacje myśli i dokonań Przewodnika 
Naszego przez kadrę oficerską. Z czworga dzieci, które 
narodziły się ostatnio w 83 Rekonesansowej jedno zostało 
złożone w ofierze, pozostałe zaś otrzymały szlachetne imiona 
Pasqunxa na całą życiową drogę. Układ rozpoznajemy całkiem 
wyraźnie. Wydaje, się dość nieprzyjemny, toteż poleciłem 
lekko zmodyfikować kurs, by nadlecieć pod pewnym kątem 
do ekliptyki. Na pierwszy rzut oka trudno tam wyłonić cokol- 
wiek, co by się nadawało do życia, a tym bardziej wykształce- 
nia inteligencji. Najwięcej nadziei w tej mierze rokują księ- 
życe krążące wokół dwóch największych planet układu, 
planet o składzie gazowym — ale i one, prawdę mówiąc, nie 
wyglądają zbyt zachęcająco. Odpowiednie dane naukowe 
są nieustannie gromadzone i opracowywane; w miarę zwal- 
niania się kolejnych kanałów przesyłowych będziemy je 
nadsyłać na bieżąco. 
Ani pojazdów Fleyów, ani ich samych nie zauważyliśmy. 
Układ wydaje się pusty i gotów na nasze przyjęcie. 
Zachowujemy jednak konieczne środki- ostrożności zgodnie 
z najwyższą nauką Jego Ouintesencji BH Pasqunxa. 
Szczerze oddany 
NV Mgharr 
Czołem Van! 
No i co powiesz, chłopie? Czyje teraz 
na wierzchu? Nasi szefowie znowu zachorowali na manię 
wielkości — inaczej zostawiliby w spokoju cały Pierścień 
Zewnętrzny wraz z przyległościami. Już i tak robimy bo- 
kami, starając się utrzymać pod kontrolą układy zaanek- 
towane dawniej. Jaka ta wojna monotonna! Wpadamy, lik- 
widujemy bazę Fleyów, zakładamy swoją, obsadzamy załogą, 
odlatujemy. Wtedy wpadają Fleyowie, likwidują naszą bazę, 
stawiają swoją, obsadzają załogą — i tak w kółko. Cholery 
można dostać. Gdyby ci głupcy z Admiracji zastanowili 
się choćby przez sekundę, może dotarłoby do ich naazoto- 
wanych mózgownic, że nie ma w tym grama sensu. Zdu- 
miewające, jak niewielki kontakt z rzeczywistością jest udzia- 
łem tych staruchów. Ich gra wojenna to zmagania z własnymi 
urojeniami — tylko że trafione przez nieprzyjaciela jednostki 
wybuchają rzeczywiście i żołnierze umierają naprawdę. 
Możliwe, że przemawia przeze mnie gorycz. Mój bez- 
pośredni zwierzchnik, admirator Rrach, kazał mi przez pół 
dnia fabrykować komunikaty dla różnych ważnych osób i in- 
stytucji na Quintesencji. Uczciwie mówiąc nie ma w nich wię- 
cej jak pięć procent prawdy. Gdy mu zwróciłem na to 
uwagę, nazwał mnie malkontentem i oświadczył, że zanim 
sygnał dotrze do adresata, ilość prawdy w komunikatach 
wzrośnie do 95 procent. Tamci oczekują tylko dobrych wia- 
domości, bez względu na to, jak jest. Powoływał się na swoje 
długoletnie doświadczenie uczestnika dalekich wypraw, 
mnie-radząc milczeć i słuchać. Nie wiem już, co myśleć o nim, 
o sobie, o całej wyprawie. Pod wieczór wziąłem tę małą 
z Admiracji Sztabu (pamiętasz chyba, zanim nas rozdzielili, 
używaliśmy jej na przemian) i pocieszyłem się trochę. Teraz 
siedzę przy aparaturze i wysyłam te kłamstwa. W aneksie 
przesyłam ci dane o naszej pozycji i kursie. Służbę mam co 
dwa dni, gdybyś trochę policzył, mógłbyś wysłać parę zdań 
na wąskim paśmie, tylko dla mnie. Trzymaj się 

background image

Blharrvon Klharrcq 
przyjaciel 
* iin 
Ngyhvarrah Vanuffer Mgharr 
D-ca 83 GR, „Garravan Drrahn" 
ściśle tajne 
Gratuluję sprawnego przeprowadzenia 
manewru i wejścia na kurs prowadzący w bezpośrednie 
sąsiedztwo gwiazdy Solar. Sprawa samowolnego wprowa- 
dzenia korekty do sugerowanego kursu 137 weszła do 
porządku obrad 1209 posiedzenia Rady Wojennej, które 
jednoznacznie potępiło podobne innowacje i wyraziło na- 
dzieję, że tego typu przejawy niesubordynacji nie powtórzą 
się w przyszłości ani w 83 GR, ani gdzie indziej. Rozkazuję 
209 
kategorycznie jak najszybszy powrót całej 83 GR na zalecany 
kurs. Proszę nie zapominać, że został pan mianowany dowód- 
cą niedawno i pańskie doświadczenie nie dorównuje rutynie 
Rady Wojennej, choć panu oczywiście może wydawać się 
inaczej. Tylko ścisłe stosowanie się do wskazówek przewod- 
niczącego Bydlaqua Hyudussa sprawiło, że jesteśmy 
dziś tym, czym jesteśmy. Uważam i nadal chcę uważać pana 
za sojusznika słusznej sprawy, przeto zalecam po koleżeńsku 
bezzwłoczny powrót na 137. 
Miło mi poinformować, że postępami w waszej misji 
zainteresował się sam wielki Bydlaq, niech jego błogosła- 
wieństwo i nieustraszona wola towarzyszą wam w drodze, 
niech prowadzą was i wasze jednostki dalekiego zwiadu. 
Tu u nas nic nowego. Jednostki bojowe Squarrena Dyharrva 
i Buquaqua Dhurrny weszły w Rossa 128 i Wolfa 359 jak 
w kandaharskie masło, nieliczne stacjonujące tam siły ohyd- 
nych Fleyów wysyłając do wszystkich fleyowskich diabłów. 
(Oficjalny komunikat załączam w aneksie.) Główne nasze 
siły idą ku Pierścieniowi Środkowemu i niejako po drodze 
mamy zamiar zahaczyć o Rossa 154 i Gwiazdę Barnarda. 
W sprawie gwiazdy Solar utrzymują się ostatnie instruk- 
cje. Bardzo nam zależy na rzetelnym rozpoznaniu tej okolicy, 
ale proszę sygnalizować najmniejsze trudności i nie ryzykować 
bez potrzeby. Nie podejmować żadnych poważniejszych 
działań na własną rękę. Armada Fleyów dosłownie wsiąkła, 
nigdzie jej nie widać. Niektórych niepokoi ta cisza przed 
burzą, trzeba studzić co gorętsze łby. Ech, młodość, młodość 
— jak powiedział BHP, nasz Przewodnik i Nauczyciel, w któ- 
rym pokładamy pełną ufność. Tak trzymać! 
RG Rrach, adm. 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Gł. Admirator Rady Wojennej JQ 
flagowiec „Parraxanh" 
ściśle tajne 
Cześć i chwała w każdym momen- 
cie błogosławionemu Bydlaquowi Hyudussowi Pasqunxowi, 
Ojcu naszemu i naszych zwycięstw. Niech sława jego żyje 
po wiek wieków. 
Kurs znowu 137, 00, 00. Czwarta planeta systemu, 
licząc od gwiazdy macierzystej, jest zamieszkana przez isto- 
ty o pionowej posturze, z węzłem nerwowym umieszczonym 
w najwyższym punkcie ciała (bardziej szczegółowe dane 
w aneksie). Jeśli dodać, że rasa ta utworzyła cywilizację 
technologiczną o zasięgu planetarnym i próbuje nieśmiałych 
wypraw w przestrzeń pozaplanetarną, a jednocześnie nie 
potrafi przezwyciężyć wewnętrznych kontrastów — będziemy 

background image

mieli pełniejszy obraz tego dziwoląga na skalę pangalakty- 
czną. Dalsze badania w toku. 
Chwała i dziękczynienie naszemu natchnieniu, odwadze 
i zdecydowaniu, Bydlaquowi HP. Z nim — nie zawiedziemy! 
Ngyhvarrah Vanuffer Mgharr 
83 GR / ,,Garravan Drrahn" 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Gł. Adm. RW / „Parraxanh" 
kanałem specjalnym Z 
Melduję posłusznie, korzystając z naj- 
pierwszej ku temu sposobności, że dowódca naszej tylo- 
krotnie wsławionej 83 Grupy Rekonesansowej, N. Vanuf- 
fer Mgharr, w aktach samowoli i despotyzmu wobec podleg- 
łych mu załóg przechodzi samego siebie. Sygnalizowane 
przeze mnie poprzednio incydenty okazały się niczym 
w porównaniu z najświeższymi wybrykami tego zdolnego 
wprawdzie, ale porywczego, niedoświadczonego i nadmier- 
nie ambitnego dowódcy. Przykro meldować, ale pod pozo- 
rem uczczenia wielkości naszego Najwyższego Pana, Dobro- 
dzieja i Doradcy, BH Pasqunxa (który oby wiecznie rozjaś- 
niał drogę przed nami) NV Mgharr załatwia czysto osobiste 
porachunki. Z czworga arbitralnie wyłonionych kandydatów 
dziecięcych nakazał złożyć w ofierze syna Albrassa H. Rrav- 
na, swego głównego przeciwnika i oponenta. Postąpił tak, 
choć Regulamin Składania Ofiar wyraźnie precyzuje, iz od 
obowiązku ofiarnego zwolnieni są członkowie korpusu ofi- 
cerskiego oraz ich rodziny. Nie chciałabym niczego sugero- 
wać, ale NV Mgharr sądził zapewne, iż przekraczając Regula- 
min Ofiarny w imię hołdu dla BH Pasq. (oby żył wiecznie) nie 
tylko uniknie kary, ale przypodoba się zwierzchnikom i zwróci 
na siebie uwagę Admiracji. Niestety, ciągle jest wśród nas 
zbyt wielu wyrachowanych nadgorliwców i takich, którzy 
światłości BHP używają jako parawanu dla swych ciemnych 
intencji oraz interesów. 
211 
W ramach tej samej ceremonii NV Mgharr polecił nadać 
pozostałym dzieciom prześwietne imiona Pasqunxa, choć 
dziwnym trafem kandydatkami były same dziewczynki, no- 
szące wcześniej imiona Ciotki i Wychowawczyni Mistrza 
naszego, wielebnej Ftyzjasstry. 
Na tym bynajmniej nie koniec. Wczoraj NV Mgharr 
dokonał samowolnej zmiany kursu na taki, by cała 83 GR 
wchodziła w układ gwiazdy Solar w płaszczyźnie ekliptyki. 
Dane na temat poprzedniego kursu 83 GR, jak również 
sposobu przeprowadzenia manewru i położenia w tym mo- 
mencie jednostek Grupy przesyłam w aneksie. Co z tego wy- 
nika, zechce Admiracja ocenić sama oraz pan osobiście. 
NV Magharr motywował zmianę kursu względami bezpie- 
czeństwa: niby w płaszczyźnie ekliptyki Grupa stałaby się 
trudniejsza do wykrycia przez ew. siły Fleyów. 
Fleye wprawdzie nas nie wykryli, ale za to dwie ciężkie 
korwety typu ,,Skovron" zderzyły się ze skalnymi bryłami, 
przez których potok zmuszeni byliśmy przedzierać się przy 
sporej jeszcze prędkości własnej. Cud prawdziwy, że tylko 
dwie — niewątpliwie sam Bydlaq H. Pasqunx czuwał nad 
nami. Ale i tych wystarczy — szybka naprawa w trakcie 
lotu okazała się niemożliwa, ruch całej 83 Grupy uległ 
zakłóceniu, ponieważ dotknięte awarią jednostki zwiadu 
poważnie utrudniają naszą manewrowość. Ciarki mnie prze- 
chodzą kiedy myślę, jaka to okazja dla Fleyów, gdyby się 
pojawili. 

background image

Nie chcę niczego sugerować Waszej Roztropności i ca- 
łej prześwietnej Admiracji, ale zastanawiam się coraz częściej 
czy NV Mgharr to nie wilk w owczej skórze, dywersant i sa- 
botażysta. Jego samodzielność wydaje się zataczać stanowczo 
zbyt szerokie kręgi. 
Chwała BHP! 
Gvarrdia — ag. 007 
Ngyłwarrah Vanuffer Mgharr 
83 GR — „Garravan Drrahn" 
ściśle tajne 
Ross 154 i Gwiazda Barnarda nasze! 
Żadnych strat własnych! Wspaniały sukces, którego prawdzi- 
we znaczenie potwierdzi historia. Bydlaq Hyuduss Pasqunx na 
dzisiejszym 1210 posiedzeniu Rady Wojennej zaproponował, 
aby od tej pory Gwiazda Barnarda nosiła jego imię. Długo- 
trwałym owacjom nie było końca. Któż bardziej zasługuje 
na tak skromny w końcu dowód wdzięczności, jak nie Ojciec 
nasz i Matka naszych sukcesów. Podnoszono wprawdzie 
wielokrotnie kwestię, dlaczego Wódz i Nauczyciel wybrał 
sobie tak stosunkowo skromny ognik, ale ostrza argumentów 
stępiły się o mur jego stanowczości. Po aklamacji i długo- 
trwałych owacjach BHP opuścił posiedzenie, spiesząc się 
do odprawiania medytacji nałożnych. Było to jego jedyne 
wystąpienie na 1210 posiedzeniu, lecz emanowało taką siłą 
i niezachwianą pewnością, że część energii Marszałka udzie- 
liła się i nam — skromnym oficerom Admiracji. Zaraz wy- 
dałem rozkaz specjaliście do spraw nomenklatury, aby 
naniósł nową nazwę na wszystkie komplety atlasów gwiazdo- 
wych. Trochę mruczał, ale poszedł. 
Kazałem też rozstrzelać Blharrvona Klharrcqa, technika 
obsługi łączności, którego opieszałość już wcześniej rzuciła 
mi się w oczy. Powodem mej decyzji był nieszyfrowany 
komunikat, a właściwie aneks do komunikatu z danymi o na- 
szej pozycji, przechwycony przez sąsiednie jednostki. Od- 
biorca komunikatu chwilowo pozostaje nieznany. Sąd Wojen- 
ny pod moim przewodnictwem uznał Klharrcqa winnym szpie- 
gostwa na rzecz Fleyi; osobiście zdarłem mu nagolenniki 
i wydałem rozkaz plutonowi egzekucyjnemu. Oczywiście BHP 
nic nie wie o tej zdradzie w sercu flagowej jednostki. Jesz- 
cze by tego brakowało, byśmy mącili jego święty spokój 
podobną hańbą i żałobą. Z drugiej strony — jakie to przy- 
gnębiające, że zaraza fleyowska pleni się na flagowcu głów- 
nych sił, że wyrosła pod naszym bokiem. Ile w tym naszej 
winy? Pokutowałem wraz z przedstawicielami kadry oficers- 
kiej Admiracji przed wizerunkiem BHP i przyrzekłem, że 
mocodawcy zdrajcy Blharrvona Klharrcqa zostaną wykryci 
oraz przykładnie ukarani. 
Wieści z układu gwiazdy Solar bardzo nas uradowały. 
Czekamy na dalsze. 
RG Rrach, adm. 
213 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Gł. Admirator Rady Wojennej JQ 
„Parraxanh" — ściśle tajne 
Po pomys'lnym przedostaniu się do 
wewnątrz układu gwiazdy Solar przystąpiłem do rozlokowy- 
wania jednostek Grupy w okolicach piątej planety systemu. 
Bezpośrednią bazę wypadową założyłem w pobliżu satelity 
czwartej, interesującej nas planety. Jest to satelita tej wiel- 
kości, że właściwiej byłoby mówić o układzie podwójnym, 
co tym bardziej sprzyja naszym zamiarom. 

background image

Dokonujemy szerokich badań cywilizacji Czwartej, ze 
szczególnym uwzględnieniem zasad organizacji jej społeczeń- 
stwa, co ma kluczowe znaczenie podczas działań wojennych, 
gdyby takie się wywiązały. Na cóż jednak zdałyby się nasze 
wysiłki, gdyby nie potężne wsparcie myśli i dorobku prze- 
świetnego Bydlaqua Hyudussa Pasqunxa, ujętych genialnie 
w wiekopomnym dziele „Cywilizacje a racje". Jego niepod- 
ważalne ustalenia każą traktować Czwartą jako społeczeństwo 
jednorodne, co, przyznaję, początkowo wzbudzało liczne 
kontrowersje, jak zwykle rozstrzygnięte zgodnie z Nauką 
Przewodnika naszego. Pobraliśmy zatem losowo próbkę mie- 
szkańców Czwartej i poddaliśmy ich testom (pełny wykaz wy- 
ników wraz z interpretacją znajduje się w aneksie), uogól- 
niając wnioski na obszar całej planety. Przyznaję, iż otrzyma- 
na w ten sposób wizja społeczeństwa Czwartej może wydać 
się szokująca, aczkolwiek i ją przewidział geniusz Bydlaqua 
H. Pasqunxa w takich pionierskich pracach jak „Iść czy je- 
chać" oraz „Czarna dziura jako cenne źródło informacji 
i metoda kamuflażu". 
Dzięki odłowionym na powierzchni Czwartej osobnikom 
została odwzorowana dokładnie tamtejsza hierarchia społecz- 
na. Charakterystyczne, że większość badanych sprawujących 
średnie i wyższe funkcje potraktowała nasze testy jako za- 
grożenie własnych pozycji. Ich stereotyp zachowania pole- 
gał na obarczeniu odpowiedzialnością za tę sytuację nie 
wymienionych z nazwy elementów. Niektórzy posunęli się 
do miotania pogróżek pod adresem bliżej nie sprecyzowanych 
wrogów, ciemnych sił itp. O ile zdołaliśmy się zorientować, 
dalecy są od powiązania testów z naszą obecnością bądź 
zamiarami. 
Po zastosowaniu przymusu I stopnia 84 procent tych 
osobników postanowiło przystąpić do testów, osiągając prze- 
ważnie wyniki negatywne. (Może to mieć na celu ukrycie 
rzeczywistych zdolności.) Pozostali poczęli wykazywać obja- 
wy depresji, a nawet załamania psychicznego. Zastosowanie 
wobec nich przymusu 11 stopnia (testy albo życie) wywołało 
absolutnie nieskoordynowane i alogiczne działania, świadczą- 
ce o zaawansowanej dezintegracji psychicznej, sięgającej 
form schizoidalnych. Zostali oni zdyskwalifikowani jako mate- 
riał doświadczalny i poddani utylizacji. Nie muszę chyba do- 
dawać, iż jest to dla nas bardzo pomyślna przesłanka. 
Większość pozostałych egzemplarzy przeszła testy 
z wynikiem pozytywnym. Za bardzo korzystną należy uznać 
tendencję uzyskiwania coraz lepszych wyników przez egzem- 
plarze lokujące się coraz niżej w społecznej hierarchii — 
oczywiście do pewnej granicy. Poza tym trudno mówić 
o jakiejś prostej regularności. 
W oparciu o zaprezentowany materiał wyciągnęliśmy 
wniosek, że na Czwartej mamy do czynienia z zaawanso- 
wanym kamuflażem, polegającym na celowym zafałszowaniu 
hierarchii społecznej. Osobniki stojące na jej czele pełnią je- 
dynie rolę zastępczą i są z góry przeznaczone na straty. 
Świadczy o tym dowodnie kompletny brak szacunku okazy- 
wany im przez krajowców. Domyślamy się, że w krytycznym 
momencie zastąpią ich autentyczni przywódcy, ukrywający 
się wśród pospolitych członków społeczeństwa. Cel tego 
kamuflażu nie jest nam znany. 
Nie można również wykluczyć, że badana społeczność 
jest przykładem organizmu zewnątrzsterownego. W tym przy- 
padku opisana forma organizacji byłaby na rękę sile sterującej 
— albo wręcz przez nią wywołana. Nie potrafimy niestety 

background image

zidentyfikować tej siły (jeśli istnieje realnie), gdyż wymaga- 
łoby to takiego rozszerzenia zakresu badań, które groziłoby 
zdemaskowaniem. Nie można wykluczyć, że są nią po pros- 
tu Fleyowie. 
Jeśli mamy rację, czyli jeśli odkryta struktura jest tylko 
pozorna, podziwiać należy subtelność działań socjotechnicz- 
nych, które doprowadziły do jej wytworzenia. Czyżby istoty 
z Czwartej od dawna liczyły się z ewentualnością zewnętrznej 
ingerencji i zdążyły poczynić wszechstronne przygotowania 
obronne? Ostrożność nakazuje przyjąć, że przeciwnik jest 
o wiele sprytniejszy i bardziej przebiegły, niż nam się wydaje. 
Mimo miernych środków technicznych może stawić zaciekły 
opór. 
Jeśli jednak Bydlaq Hyuduss Pasqunx z nami, któż prze- 
ciwko nam? Razem — do zwycięstwa! 
83 GR — Yanuffer Mgharr 
kanałem specjalnym Z 
Komunikat, który stał się powodem 
rozstrzelania Blharrvona Klharrcqa, był skierowany do mnie. 
W związku z tym domagam się wszczęcia oficjalnego śledz- 
twa, aby ujawnić prowokatorów mających na celu zaszkodze- 
nie mi w ten mało wyrafinowany sposób i pragnących rzucić 
cień na moje dobre imię. Prawdę mówiąc od dawna podejrze- 
wałem rzeczonego Klharrcqa o podwójną grę, jednak brak 
dowodów nie pozwalał mi złożyć oficjalnego meldunku. 
Klharrcqa znałem krótko i przelotnie, nigdy nie łączyły nas 
głębsze zainteresowania czy wspólnota poglądów. Jowialna 
forma, w jakiej zwraca się do mnie, wydaje mi się szcze- 
gólnie niesmaczna i odstręczająca (tekst depeszy, nadanej 
notabene nielegalnie, załączam w aneksie). Wszystkie moż- 
liwości i całą wiedzę, jakimi rozporządzam w związku z tą 
ohydną prowokacją, oferuję do dyspozycji komisarza, który 
obejmie sprawę. 
Zawsze wierny 
Ngyhvarrah Yanuffer Mgharr 
Admiracja Rady Wojennej JQ 
w/m 
Kolegium Mentorów jako organ wyko- 
nawczy Pracowni Analiz przy Radzie Wojennej uznaje za 
stosowne zwrócić uwagę Admiracji na działalność i po- 
glądy niejakiego Ngyhvarraha V. Mgharra, mianowanego nie- 
dawno dowódcą 83 Grupy Rekonesansowej. W tej sprawie 
zwracamy się nie po raz pierwszy, licząc że tym razem nasz 
sygnał nie zostanie zlekceważony. Od dawna analizujemy 
ukrytą treść depesz osobistych, a także oficjalnych meldunków 
Mgharra, m.in. do Admiracji. Jak można na tej podstawie 
sądzić, rzeczony Mgharr szczerze nienawidzi zasad organiza- 
cji naszego społeczeństwa, panującego w nim ładu oraz syste- 
mu hierarchicznego, utrzymujących je w mobilności i decydu- 
jących o optymalnym wykorzystaniu jego potencjału. Do tej 
pory Yanuffer Mgharr skutecznie strzegł tajemnicy swego 
prawdziwego oblicza, atoli zgodnie z nauką Mistrza naszego 
Bydlaqua H. Pasqunxa, ogłoszoną w dziele „Jak długo moż- 
na", prędzej czy później „każdy farbowany lis musi puścić 
farbę" (taśma XI, kanał 426). Uważamy i świadczymy całym 
naszym autorytetem, że NV Mgharr odsłonił się zupełnie pod- 
czas redagowania ostatniego meldunku z okolic gwiazdy 
Solar. Jest to pełen aluzji, jadowity paszkwil na rodzime sto- 
sunki, podane metaforycznie oskarżenie prowadzonej dotych- 
czas socjopolityki oraz zawoalowana agitacja przeciw Jego 
Quintesencji. To wywrotowe działanie Mgharra zostało na- 

background image

szym zdaniem obliczone na osłabienie morale wysokich 
oficerów Admiracji. 
Jest zrozumiałe, że osobnik o tej inteligencji co Mgharr 
potrafił wypracować skuteczne mechanizmy ukrywające jego 
prawdziwą twarz i zapobiec podawaniu swych przekonań 
wprost. Przewidywane konsekwencje czynią tym bardziej 
nieprzeniknioną zasłonę jego duszy. Jednak nikt nie jest w sta- 
nie zapobiec przesączaniu podświadomych treści do reda- 
gowanych przez siebie meldunków, komunikatów i depesz. 
Nasza Pracownia w oparciu o wskazówki Analizatora Anali- 
zatorów, BH Pasqun$a oraz własne skromne doświadczenia 
z dużym prawdopodobieństwem określa prawdziwy system 
poglądów osobnika, niezależnie od stawianych przez niego 
barier. 
W oparciu o analizę, której szczegóły załączamy w anek- 
sie, stawiamy w odniesieniu do NV Mgharra następującą 
diagnozę: patologiczna nienawiść do pasqunxizmu jako 
podstawy organizacji społeczeństwa Quintesencjan, a także 
do BH Pasqunxa osobiście. Chorobliwy przerost ambicji, dale- 
ko posunięta alienacja i niechęć do ścisłego wykonywania 
rozkazów. Samowola. Swoje stosunkowo wysokie stanowisko 
wykorzystuje do rozgrywek osobistych. Poczucie bezkarności 
może skłonić go do dalszych działań przeciw BH Pasqun- 
xowi i Radzie Wojennej. Bardzo niebezpieczny. Postulujemy 
jak najszybsze odwołanie go ze stanowiska d-cy 83 GR 
i poddanie szczegółowej inwigilacji. 
Nadmieniam, iż znane nam są pozaanalityczne argumenty 
przemawiające za naszą tezą. Sprawę uznajemy za na tyle 
istotną i nabrzmiałą, iż odpisy tego meldunku przesyłamy oso- 
bom i komórkom, których pełny wykaz podajemy w aneksie. 
Za Kolegium Mentorów Pracowni Analiz 
Hhvargonnh Grrahg 
Ngyhvarrah Vanuffer Mgharr 
83 GR — „Garravan Drrahn" 
ściśle tajne 
Materiały przesłane przez pana sta- 
ły się przedmiotem obrad 1211 posiedzenia Rady Wojennej. 
Oględnie mówiąc Rada nie podziela pańskiej interpretacji. 
Według naszych wniosków na czwartej planecie gwiazdy 
Solar istnieje średnio zaawansowana pod względem techni- 
cznym cywilizacja, w której mechanizmy awansu jednostkowe- 
go zostały zafałszowane. Oznacza to, że posiadane zdolności 
osobnicze nie gwarantują odpowiednio wysokiej lokaty 
w społecznej hierarchii. Być może obowiązują w tej mierze 
na Czwartej kryteria, z których na razie nie zdajemy sobie 
sprawy. Jednak zgoda tego społeczeństwa na ustalony 
stan rzeczy daje tym bardziej do myślenia, iż pozycja w hie- 
rarchii jest bezpośrednio powiązana z poziomem zaspokaja- 
nia potrzeb. 
Pański wniosek, że powodem takiej a nie innej struk- 
tury tego społeczeństwa jest zakorzeniona potrzeba kamufla- 
żu, został przez Radę w całości odrzucony. Nie znaleźliśmy 
także podstaw do twierdzenia o sterowaniu z zewnątrz. 
Wydaje nam się, że zgodnie z zasadą brzytwy Pasqunxa 
nie należy poszukiwać skomplikowanych wyjaśnień tam, gdzie 
nasuwają się proste i oczywiste: badana planeta znajduje 
się na niskim szczeblu rozwoju stosunków społecznych i wła- 
dza nad wielkimi nawet terytoriami może tam należeć do 
wąskiej garstki osób. Ich wykrycie przy zastosowanej meto- 
dzie jest mało prawdopodobne i — prawdę mówiąc — 
zbędne. Z układu sił na Czwartej wynika, że lokalni prominen- 

background image

ci najwyraźniej nie muszą wykazywać inicjatywy i kompetencji 
ani zabiegać o poparcie. Dla realnych władców Czwartej bar- 
dziej liczy się widocznie brak konkurencji niż faktyczna 
reprezentacja ich władzy przez namiestników. 
Reasumując: rozkazuję wezwać społeczność planety 
do uznania naszego protektoratu i zgody na sojusz wojskowy 
na podyktowanych warunkach (załączam w aneksie). Przed- 
tem przeprowadzić wyczerpujące rozpoznanie w celu osza- 
cowania, jakie siły bojowe byłyby w razie odmowy koniecz- 
ne do pomyślnego przeprowadzenia działań perswazyjnych. 
Po zaaprobowaniu przez Radę Wojenną doszlusują one w re- 
jon Solar. 
Informuję również, że mimo pańskich nalegań śledztwo 
w sprawie Blharrvona Klharrcqa zostało umorzone. Ustalono 
ponad wszelką wątpliwość, że zdrajca działał sam. Wiedzie- 
liśmy oczywiście, do kogo skierował przechwyconą przypad- 
kiem przez nasze służby depeszę, ale to nie powód, by 
dyskredytować zasłużonego i zdolnego oficera. Admiracja JQ 
i ja osobiście pragniemy zapewnić pana, że jak przedtem 
darzymy go pełnym zaufaniem. Miejmy ufność w Bydlaqu 
Hyudussie Pasqunxie, a wszystko pójdzie jak najlepszą 
drogą. 
RG Rrach, admirator 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Gł. Admirator Rady Wojennej JQ 
flagowiec „Parraxanh" 
ściśle tajne 
Dziękuję i wyrażam osobisty szacu- 
nek z powodu rozstrzygnięcia sprawy nieszczęsnego Blhar- 
rvona Klharrcqa. Pragnę przy okazji zapewnić, że wszelkimi 
siłami będę służył sprawie, za którą walczymy. W pełni 
świadom wspaniałomyślności i dobroci Bydlaqua Hyudussa 
Pasqunxa postaram się nie zawieść okazanego mi zaufania. 
Być może nie da mi pan wiary, lecz moja diagnoza po 
badaniach testowych niewiele odbiegała od tej, którą sformu- 
łowała zbiorowa mądrość Rady Wojennej. Obawiałem się 
jednak wyrazić ją wprost wiedząc, że w mojej sytuacji 
może to być złośliwie zinterpretowane jako aluzje, sianie 
zamętu i celowe wprowadzanie w błąd. Pracownia Analiz 
przy Radzie Wojennej wielokrotnie niepokoiła mnie formuło- 
wanymi prostacko i bez żadnych podstaw oskarżeniami, któ- 
rym na szczęście wyższe czynniki nie dawały posłuchu. 
W związku ze sprawą depeszy od Klharrcqa mam wrażenie, 
iż pozycja moja mimo formalnego oczyszczenia z zarzutów 
uległa osłabieniu, co może być wykorzystane jako okazja do 
ponowienia ataków. Jeszcze raz dziękuję za pańskie zaintere- 
sowanie tą sprawą, 
Rozkaz pański o ataku na Czwartą został przyjęty z en- 
tuzjazmem przez całą 83 GR. Proszę o zezwolenie na prze- 
prowadzenie tej akcji wyłącznie siłami naszej Grupy. Wkrót- 
ce po zakończeniu odprawy przechodzimy do konkretnych 
działań. Nasze dalsze badania potwierdziły w całej rozcią- 
głości diagnozę Rady Wojennej, toteż nie będę się dłużej 
nad nimi rozwodził. Na wszelki wypadek załączam je w anek- 
sie. 
Z imieniem Bydlaqua Hyudussa Pasqunxa na ustach 
83 Grupa Rekonesansowa rusza w bój! Pragniemy okryć 
się nieśmiertelną chwałą — albo umrzeć. 
NV Mgharr 
,,Garravan Drrahn" 
kanałem Z 

background image

Odebraliśmy bardzo słabe i znieksz- 
tałcone sygnały z lewego sektora. Nadmiar wskazuje, iż do- 
chodzą z okolic Gwiazdy Pasqunxa. Z nasłuchu wynika, 
że nasze formacje zostały kompletnie rozbite i obecnie 
usiłują przedzierać, się w kierunku Rossa 154, aby połączyć 
się tam i zorganizować opór. Nie wiem co o tym myśleć — 
gdzieś w pobliżu musiały czyhać niesłychanie potężne siły 
Fleyów. Od trzech godzin czekamy na nowe wiadomości, 
opóźniając rozpoczęcie odprawy, ale sygnały cichną. Do- 
myślam się najgorszego, co w niczym nie zmienia faktu, że 
przy Wodzu naszym i Przewodniku, Bydlaqu H. Pasqunxie, 
stoimy niewzruszenie — i stać chcemy. 
Mgharr 
Ramhattar Gambiwarr Rrach 
do rąk własnych 
W związku z całkowitą klęską w ukła- 
dach Gwiazdy Pasqunxa i Rossa 154, a wcześniej w ukła- 
dach Rossa 128 i Wolfa 359, oraz praktyczną utratą tych 
terytoriów przy wielkich stratach własnych — zmuszeni jesteś- 
my zakwestionować pana dotychczasową działalność na sta- 
nowisku szefa Admiracji. Sprawa ta była przedmiotem obrad 
przyspieszonego 1212 posiedzenia Rady Wojennej. W wy- 
niku podjętych decyzji z chwilą otrzymania niniejszego 
przestaje pan pełnić obowiązki Głównego Admiratora Rady 
Wojennej. Na pańskie miejsce mianowany został Hhvargonnh 
Grrahg, dotychczasowy Główny Mentor Pracowni Analiz, 
którego proszę wprowadzić w całokształt zagadnień. 
BH Pasqunx 
iego Quintesencja 
Bydlaq Hyuduss Pasgunx 
flagowiec „Parraxanh" 
do rąk własnych 
Składam ci hołd i wyrazy szacunku, 
Ojcze i Przewodniku wszystkich dzielnych i oddanych Quin- 
tesencjan, do których wciąż pragnę się zaliczać. Przyjmij 
też me szczere współczucie z powodu zagrożenia twych 
wspaniałych, zakrojonych na prawdziwie boską miarę pla- 
nów, do których realizacji przystąpiłeś dysponując tak niskiej 
jakości materiałem jak ten naród. Przyszłość na pewno udo- 
wodni, że miałeś rację, o boski, to tylko my wstrzymywaliś- 
my w biegu rączy rydwan twoich myśli. 
Otrzymałem przed chwilą decyzję 1212 posiedzenia 
Rady Wojennej. Zwołane naprędce i w ścisłej tajemnicy 
przede mną, posiedzenie to pozbawiło mnie szansy obro- 
ny, a choćby udzielenia wyjaśnień. Nie błagam o litość ani 
życie, mój los mam za przesądzony — jednak nie mogę po- 
zwolić, aby cień niesławy padł na imię starego rodu, z któ- 
rego się wywodzę, a który tyle zasług oddał Ouintesencji 
i tobie osobiście. Nie mogąc się zatem bronić — chciałbym 
tylko niektóre zagadnienia zinterpretować po swojemu, 
do czego mam prawo w myśl art. 27 i 29 Regulaminu Służby. 
Zwracam przede wszystkim uwagę na drobiazg: we 
wszystkich podejmowanych decyzjach miałem poparcie Rady 
Wojennej, która obecnie obarcza mnie całą odpowiedzial- 
nością. 
Jest sprawą znaną ci doskonale, że krucjata nasza po raz 
trzeci rusza na gwiazdę Solar z tym samym celem natury 
doktrynalnej. Jest nim trzecia planeta układu tej gwiazdy, 
kuriozum na miarę kosmiczną, urągające nauce BH Pasqunxa. 
Poprzednie wyprawy, obiecując zetrzeć ją z firmamentu, ani 
dotarły w jej pobliże, jakby ciążyło nad nimi jakieś fatum. 

background image

Chcąc tym razem przechytrzyć los postanowiliśmy udawać 
wobec siebie — pamiętam posiedzenie, na którym rzuciłeś 
tę myśl — ze Solar z jej przeklętą planetą nic nas nie obchodzi. 
Za pozorny cel trzeciej wyprawy postanowiliśmy obrać zdo- 
bycze terytorialne, zaś misję główną powierzyć na poły sza- 
leńcowi, na poły fanatykowi, jednemu z najbardziej ambitnych 
oficerów we flocie, NV Mgharrowi. Doprowadzał on — 
z przesadnej gorliwości — do ruiny każdą sprawę powierzoną 
jego pieczy. Tak też miało być i tym razem. Niestety, z przy- 
221 
czyn, o których nie wiemy nic pewnego, ten przewrotny 
plan prawdopodobnie nie powiódł się. Pozbawienie łącznoś- 
ci z Mgharrem nie pozwala mi o tym mówić w kategoriach 
całkowitej pewności. 
Plan alternatywny przewidywał uderzenie całą siłą na 
Solar. Zbytnie jednak zaangażowanie w zdobycze terytorial- 
ne, a także pojawienie się poważnych sił Fleyów związało 
nasze floty w rejonach pobliskich. Osobną kwestią pozostaje, 
dlaczego jednostki nasze ustąpiły pola przeciwnikowi, pono- 
sząc sromotną klęskę. Według mnie powodem było przecią- 
żenie kanałów przesyłowych wskutek każdorazowego anali- 
zowania, czy wydane rozkazy zgodne są z nauką Jego 
Ouintesencji, co powodowało zabójczą w skutkach zwłokę. 
Nie mam nic przeciw tej nauce, uważam ją nadal za wspa- 
niały pomnik myśli, ale sądzę, że do czasu wyprodukowa- 
nia łącz o większej przepustowości należało zrezygnować 
z tak rygorystycznego przestrzegania dogmatów. Kwestią 
dalszą, lecz również godną rozważenia, jest uporczywość, 
z jaką staramy się za wszelką cenę wymazać ten glob. Co 
nas w nim tak drażni? Czy przypadkiem nie zbytnie podobień- 
stwo do nas samych? 
Zdaję sobie sprawę, że formułując tak bezpośrednio 
moją diagnozę pieczętuję na siebie wyrok. Nie mogę jednak 
milczeć, a ty nie możesz pominąć mych słów, jeśli prag- 
niesz by kolejna wyprawa nie była powieleniem poprzednich. 
Nasze komputery przegrały przez to, gdyż przestały pracować 
w czasie rzeczywistym; jeśli nie chcemy podzielić ich losu, 
musimy wrócić do rzeczywistej przestrzeni zdarzeń i rzeczy- 
wistych zależności między nimi. Piszę to mając na względzie 
przyszłość Ouintesencji, więc i twoją, bo jesteś jej częścią. 
Ważną, może najważniejszą — ale tylko częścią. 
Przyjmij jeszcze raz wyrazy szacunku — i żegnaj. 
Ramhattar Gambiwarr Rrach 
JWH Ramhattar Gambiwarr Rrach 
Gł. Adm. RW / „Parraxanh" 
kanałem specjalnym Z 
Agent 007, kryptonim Gvarrdia, mel- 
duje: zgodnie z rozkazem Rady Wojennej d-ca 83 GR 
Ngyhvarrah V. Mgharr po zakończeniu odprawy wezwał 
mieszkańców Czwartej do bezwarunkowej kapitulacji. Wcześ- 
niej wyłonił się problem, jak tego dokonać, skoro nie wy- 
kryto żadnego ogólnoplanetarnego przedstawicielstwa. 
Mgharr rozwiązał to zagadnienie w sposób, jak się wtedy 
wydawało, genialny: polecił posłańcom wylądować na prze- 
ciwległej półkuli Czwartej i przekazać nasze warunki przed- 
stawicielowi lokalnej administracji. Znając opieszałość i brak 
polotu, typowe dla tej kasty, mieliśmy gwarancję, że w wy- 
znaczonym terminie jednego obrotu planety wokół osi żadne 
poważniejsze działania obronne nie zostaną podjęte. 
Wszystko wydawało się wskazywać, że ta linia rozumo- 
wania sprawdza się bez reszty. Jakież było nasze zdumienie, 

background image

gdy przed upływem terminu ultimatum nadeszła z Czwartej 
drogą radiową odpowiedź. Vanuffer Mgharr wydawał się 
zaskoczony, że w tak krótkim czasie prymitywne formy orga- 
nizacji zdołały doprowadzić do porozumienia w skali całej 
planety, nade wszystko zaś tym, iż globalne przedstawiciel- 
stwo zdawało się istnieć tam od dawna. Jednak te nowe 
fakty zinterpretował po swojemu, jak się potem okazało, 
błędnie: odpowiedzi miał udzielić terytorialny przedstawiciel 
administracji, uzurpując sobie prawo przemawiania w imieniu 
całej planety. Przyznać należy, że w świetle^ wyników badań 
testowych nie był to poprawny wniosek, gdyż zarządca 
winien raczej ubiegać się o czas na konsultacje. Nikt jednak 
wówczas nie zaoponował, oprócz jak zwykle Albrassa H. 
Rravna. Nadto zaś uśpiła czujnos'ć dowódcy tres'ć depeszy, 
akceptująca w pełni nasze warunki i zapraszająca do lądo- 
wania na powierzchni Czwartej. 
W tej sytuacji d-ca uznał, że nie ma żadnego zagrożenia 
i polecił głównym siłom 83 GR lot w kierunku Czwartej. 
Nadlatywaliśmy szykiem zwartym, by po wejściu w atmosferę 
planety uformować szyk defiladowy i okrążyć glob na niewiel- 
kiej wysokości. W ten sposób Mgharr chciał dać tubylcom 
pojęcie o potędze i przewadze naszej Floty pod przywódz- 
twem BH Pasqunxa. Nasze działobitnie były wprawdzie 
obsadzone, a na jednostkach obowiązywał stan gotowości 
bojowej, jednak wiadomość o depeszy szybko się rozniosła, 
powodując zrozumiałe rozprężenie wśród załóg. Toteż kiedy 
orbitalne stacje tubylców powitały nas ogniem, zaś osadzone 
na powierzchni wielkiego satelity działobitnie oddały nastę- 
pną salwę, nasze zaskoczenie było kompletne. Laserowe 
ciosy wroga złamały szyk 83 Grupy, powodując wielkie 
zniszczenia. Zanim udało się skutecznie razić stanowiska 
wroga, większość jednostek Grupy albo przestała istnieć, 
albo doznała uszkodzeń w stopniu znamionującym utratę 
zdolności bojowych. 
Do naszej klęski walnie przyczynił się obiekt, który 
wzięliśmy omyłkowo za planetę krążącą w bezpośredniej 
bliskości gwiazdy Solar (utrudniło to poważnie obserwacje). 
Mgharr nadał mu na cześć naszego Wodza nazwę Bydlaq 
Hyuduss Pasqunx, za co obiekt ten odwdzięczył się doprawdy 
osobliwie. W przełomowym momencie bitwy Bydlaq Hyuduss 
Pasqunx plunął ogniem, finalizując dzieło przewrotnych tu- 
bylców. Była to po prostu najnowszego typu forteca bojowa 
Fleyów, w pełni odporna na broń, jaką dysponowała cała 
83 Grupa. 
Jako bliski współpracownik Mgharra znajdowałam się 
wtedy w punkcie dowodzenia na ścigaczu ,,Garravan 
Drrahn" i miałam okazję obserwować reakcję dowódcy na 
zachodzące wydarzenia. Zachowywał spokój, ale jeden Pas- 
qunx wie, za jaką cenę. Przed nim jak na dłoni rozgrywała 
się tragedia 83 GR, ale NV Mgharr wpatrywał się w elektro- 
plansze jakby z niedowierzaniem. Wreszcie po długiej i nie- 
znośnie ciężkiej,chwili, blady jak mumie naszych przodków, 
odwrócił się ku nam i powiedział: „To już koniec", a może 
„Przegraliśmy" — nie jestem pewna, gdyż w tym momencie 
„Garravan Drrahn" został trafiony i straciłam przytomność. 
Wizualną część niniejszego meldunku, obejmującą zapis 
z centrum dowodzenia, załączam w aneksie. 
Ocknęłam się w szalupie ratunkowej, dokąd trafiłam 
w wyniku zadziałania automatycznej procedury. Byłam sama 
— i cała w ranach. Przez jakiś czas obserwowałam, jak 
fregata Fleyów uwija się dobijając długimi świetlnymi szty- 

background image

letami bezbronne szalupy. Było mi kompletnie obojętne, co 
się ze mną stanie. W chwili, kiedy nadaję te słowa, 83 Grupa 
Rekonesansowa praktycznie przestała istnieć. Ngyhvarrah 
Vanuffer Mgharr okazał się kompletnym idiotą, biorąc za 
idiotów mieszkańców Czwartej. Połowa planety odpowiadała 
wprawdzie pobranej próbce, ale druga połowa — nie. Dało 
to mylne pojęcie o strukturze społeczeństwa całej planety 
i doprowadziło do fałszywej oceny jej zdolności organizacyj- 
no-militarnych. Tak oto mści się niewłaściwa interpretacja myśli 
Ojca naszego, niezrównanego Bydlaqua H. Pasqunxa. 
Nie ma żadnych dowodów, że sprawca tej klęski, NV 
Mgharr, pozostaje jeszcze wśród żywych. Jestem cały czas 
na nasłuchu, usiłuję wywoływać inne szalupy, ale nikt nie 
odpowiada. Ta fregata Fleyów krąży gdzieś w pobliżu. Pas- 
qunxie, jak cicho! Żegnaj, admiratorze — twoja Gvarrdia 
umiera, ale się nie poddaje. Urządzenia sygnalizują, że 
wła 
Flota Wojenna JQ 
wszystkie jednostki i centra dowodzenia 
kanałem otwartym 
Informuję z bólem i ze wstydem, że 
w samym sercu naszej wspaniałej, osławionej w tylu bo- 
jach Floty, to jest na flagowcu ,,Parraxanh", został wykryty 
spisek przeciw Naszemu Panu, Władcy i Pilotowi, najjaśniej- 
szemu Bydlaquowi Hyudussowi Pasqunxowi. Celem spisku 
było obalenie BH Pasqunxa oraz osłabienie zdolności mili- 
tarnej Floty i uporczywe działanie na korzyść Fleyów. Na- 
uczyciel przemówi do nas osobiście w godzinach później- 
szych. Z niecierpliwością oczekujemy na jego jedynie słuszne 
decyzje, ale już teraz mogę zapewnić, że kurs, którym nasza 
Flota podąża niewzruszenie do zwycięstwa nie drgnie ani 
0 jedną sekundę kątową. 
Głównym przywódcą i organizatorem spisku okazał 
się były d-ca 83 Grupy Rekonesansowej, Ngyhvarrah Vanuffer 
Mgharr. Został on ujęty i stracony. Jego najbliższym współ- 
pracownikiem był skazany wcześniej Blharrvon Klharrcq. 
Pewne dowody wskazują na to, że był z nimi w spółce 
1 osłaniał ich knowania były admirator rady Wojennej, Ram- 
hattar Gambiwarr Rrach. Śledztwo trwa. O jego rezultatach 
załogi Floty Wojennej JQ zostaną wyczerpująco poinformo- 
wane. 
W związku z ujawnionym spiskiem i przypadkami zdrady 
nakazuję załogom pokutę przed wizerunkiem BH Pasqunxa 
— aż do odwołania. Co trzeci potomek noszący imiona 
Ngyhvarrah lub Vanuffer podlega obowiązkowi ofiarnemu. 
W obliczu wewnętrznego wroga, który podnosi głowę, 
wzywam do czujności i konsolidacji. Stu takich zdrajców 
jak Mgharr i milion takich spisków nie osłabi w nas ducha 
bojowego. Pokażemy BH Pasqunxowi, ze w trudnych chwi- 
lach może na nas liczyć. Kto nie z nami — ten przeciwko nam! 
Na przekór zdrajcom i wiarołomcom — zwyciężymy! 
Pełny wykaz zbrodni kliki NV Mgharra zostaje załą- 
czony w aneksie. 
Hvrrgonh Grrahg 
Główny Admirator Rady Wojennej JQ 
listopad 1984 
Trudno 
nie być 
bogiem 
Arkadijowi i Borysowi Strugackim 
łużalczość tutej- 

background image

szych magnatów przechodzi ludzkie pojęcie — mówi Gondor. 
— Wystaw sobie na przykład, ze jesienny pobór w zeszłym 
roku objął jedynego syna barona Pampy don Bau, z tego 
rodu, gdzie wszyscy mężczyźni od czterech pokoleń nazywają 
się tak samo. Pamiętasz może to czarne chuchro w okularkach, 
wiecznie zacukane? Zamiast przekupić komisję, jak to robią 
wszyscy, baron zażądał wysłania go na pierwszą linię. Teraz 
dowiaduję się, że młody baronet zginął na soańskiej granicy 
w potyczce z buntownikami. Odbierając ciało baron po raz 
tysięczny zapewnił króla o swej lojalności, a potem oświad- 
czył, że odsłuży osobiście ów rok, który pozostał do końca 
jego synowi. Dostał za to medal imienia Pica Szóstego — 
chichocze Gondor. 
— Tak, słyszałem o tym — przyznaje niechętnie Rumath. 
Łazik tańczy wszerz drogi, zatacza się na wybojach jak 
pijany zając. Stara, dobra maszyna, łatana na burtach, spawa- 
na, sztukowana — jeszcze pociągnie niejeden rok nim zdech- 
nie. Rumath myśli o łaziku niemal że z czułością, otaczająca 
go zewsząd stalowa skorupa napawa poczuciem bezpieczeń- 
stwa i siły. Czym bylibyśmy, myśli, gdyby powyjmować nas 
z pancernych pojazdów, pozbawić całej techniki, a tym sa- 
mym odebrać tak cenioną na tej planecie zdolność szybkiego 
zabijania? 
Jeńcy pełzną wzdłuż drogi długą, rozciągniętą kolumną. 
Człapią i powłóczą nogami, obutymi w łapcie, okręconymi 
kawałkami skór albo zwykłymi szmatami. Tych jest najwięcej. 
Oblepiająca ziemię wilgoć powoduje, ze łachmany jeńców 
przemoczone są powyżej pasa, przepocone, przegnite, zwi- 
sają z nich z rezygnacją i jakby ciągną do tyłu, przeszkadzając 
w marszu. Nad kolumną unoszą się kłęby pary, wzwyż — ku 
niebiosom — bucha smród z łachów i ran, z dawno nie 
mytych ciał. 
Twarze jeńców są mroczne, posępne, zacięte. Oczy, 
ukryte pod krzaczastymi brwiami, wbite w grząski trakt, 
w pięty poprzednika, w okrągłą plamę potu między jego ło- 
patkami, we wlokące się po ziemi łachmany. Jeńcy nie skarżą 
się, choć idą tak od wczoraj bez jedzenia i wody. Nie próbują 
się uwolnić ani nawet porozumieć ze sobą, widać w pełni za- 
akceptowali swój los. Ręce jeńców, związane wysoko na ple- 
cach cienką linką, nabrzmiały, opuchły, zesztywniały do tego 
stopnia, że właściwie przestały boleć. Idą pogodzeni, niekie- 
dy któryś podniesie głowę, by omieść krótkim spojrzeniem 
obłoki na niebie, brązowiejące pola albo zaczepić wzrokiem 
o pasemko Czkającego Lasu na horyzoncie. Widok doskonałej 
obojętności wokół jest na tyle przygnębiający, ze głowy jesz- 
cze niżej opadają między ramiona. 
Rumath prowadzi kolumnę, jego łazik kolebie się tuż 
obok czoła. Przed sobą ma najwyżej dziesięciu obdartusów, 
jazda jest właściwie wypoczynkiem, ponieważ wszelkie próby 
oporu dawno w kolumnie ustały. Nie trzeba wpatrywać się 
w zielonkawy monitor, gdzie niezmordowany komputer 
bez przerwy wyświetla rzędy cyferek. Na samym końcu ko- 
lumny jedzie w takim samym łaziku Gondor, to zwalnia, to 
przyspiesza, zależnie od tego czy kolumna wije się w zakrę- 
tach, czy rozciąga wzdłuż traktu. Gondor musi mieć oko na 
wszystko i swobodne pole ostrzału; gdyby jakimś cudownym 
sposobem kolumna zerwała szyk, pękła i poczęła pryskać na 
boki, właśnie na nim spoczywa obowiązek likwidacji 
jak największej ilości zbiegów. Ruma+h musiałby w takim przy- 
padku odskoczyć i również jak najcelniej strzelać — każdy 
taki zbieg to pewny bandyta. Niespożyte wprost siły drzemią 

background image

w tych barbarzyńcach. Może dla postrachu powiesić kilku 
w Czkającym Lesie? Rumath wie, ze komendantura patrzy 
na traktowanie jeńców przez palce. Kiedy w zeszłym miesią- 
cu Bronsztajnowi i Huggowi nie chciało się konwojować 
kolumny przez Bagna Pitańskie, rozpuścili jeńców w otwar- 
tym polu i wystrzelali jak kaczki. Rumath nie słyszał, zęby 
za ten wyczyn Szef powiedział im złe słowo. 
— Co tam u ciebie? — zagadnął do Gondora. — 
Spokój? 
— Spokój. 
Tyle mieli sobie do powiedzenia. Wobec tego ze skrytki 
na kasety wybrał pierwszą lepszą i wepchnął w szparę. 
Widok kolumny pierzchł z monitora, zastąpiony przez kłębo- 
wisko nagich ciał. 
Taki przypadek, żeby jeńcy bez pomocy z zewnątrz 
zdołali rozerwać kolumnę, prawdę mówiąc nie wchodzi 
w grę. Nic takiego dotąd się nie zdarzyło. Linka, która ich 
krępuje, jest bodaj najdonioślejszym wynalazkiem, jakiego 
ludzie dokonali na tej planecie. Można ją swobodnie skracać, 
łączyć końcówki skromnym niklowym aparacikiem, wiązać, 
rozplątywać i w ogóle wyczyniać z nią co się komu podoba. 
Ta linka to jakby tensometr i zarazem nadajnik radiowy. 
Wystarczy podzielić ją na sekcje i powiązać jeńców w ten 
sposób, by w każdej znalazł się jeden buntownik, a następnie 
informację o stanie naprężenia linki w każdej sekcji przeka- 
zać komputerowi jako poziom odniesienia. W zasadzie to 
wystarcza. Teraz nawet przypadkowe szarpnięcie więzów, 
nie mówiąc o próbie uwolnienia rąk, będą w mig alarmo- 
wały komputer przedniego łazika. Będą skakać cyfry i wykre- 
sy podświetlone obrazem delikwenta, któremu zachciało się 
rozprostować ręce albo zagadać do towarzysza. Reakcja 
zależy od oceny Rumatha. Może ostrzec marzyciela przez 
głośnik raz czy drugi, albo po prostu bez zbędnych słów 
zaaplikować mu solidnego kopa — jeszcze jedna cenna 
zaleta skromnej linki — po którym ukarany przez pół godziny 
będzie próbował odzyskać czucie w ramionach. Jak tak 
dostanie ze dwa razy, odechce mu się żartów. 
Kiedy tak jadą, Rumath wspomina poprzednie konwoje, 
podobne do tego jak dwie krople wody. Może tylko inne 
twarze, inny typoszereg postaci powiązanych w łańcuch, 
inna długość tego łańcucha. Istotne elementy pozostają 
bez zmian. Przez dwa lub trzy dni w tygodniu, na które 
wypada służba, tryb życia Rumatha ulega całkowitej odmia- 
nie. Porzuca domowe pielesze, zamek z ciepłą żoną, dziećmi, 
końmi, lokajami, rezygnuje z wygód na rzecz twardych żoł- 
nierskich obowiązków. „Nie możemy ani na chwilę zapom- 
nieć — mawia Szef podczas odpraw — że stanowimy jedynie 
wysepkę na społecznym oceanie. Nasza pozycja w tym świe- 
cie, więcej, nasze istnienie — zależy bezpos'rednio od tego, 
czy potrafimy utrzymać jedność oraz od rzetelnego świadcze- 
nia na jej cele, bez oglądania się na innych. Wystarczy naj- 
mniejszy wyłom w murach, a zostaniemy zalani i w najlepszym 
przypadku rozpuszczeni w brzuchu tej masy. Oto konsekwen- 
cja braku solidarności między nami." 
Szef powtarzał tę piosenkę do znudzenia, chociaż nikt 
w najmniejszej mierze nie próbował kwestionować tej oczy- 
wistości ani wyłamywać się z reguł, które z niej wynikały. 
Byli na obecnej planecie, rzuceni jak kamień z nieba w obce 
społeczeństwo, które najpierw mieli tylko badać, potem pchać 
dyskretnie w kierunku postępu, jednakże przy ścisłym prze- 
strzeganiu Doktryny Bezkrwawego Oddziaływania. Romanty- 

background image

cy, myśli Rumath. Już wtedy zdarzały się śmieszne sytuacje, 
bo skoro pod rygorem najpierw odesłania na Ziemię, a potem 
odsunięcia do prac pomocniczych nie wolno było przelać 
krwi tubylczej, należało jakoś omijać narzucony zakaz. Życie 
zmuszało do tego największych idealistów; co odważniejsi 
łamali go wprost. Początkowo przeważała forma pierwsza, 
wiążąca się jednak z takim zaangażowaniem środków, ze 
dochodziło do jawnych paradoksów. Każdy badacz-historyk 
był najpierw atletą albo karateką, a dopiero potem uczonym. 
Treningi pochłaniały tyle czasu, ze nie starczało go na działa- 
nia merytoryczne. A już szczególnie wyraźne szczeliny 
w przyjętej metodzie pojawiały się z chwilą, kiedy ktoś 
— jak dziadek Rumatha — nie potrafił utrzymać nerwów 
na wodzy i szedł w miasto, szlachtując naokoło co popadło. 
Z reguły próbowano wtedy osaczyć szaleńca, by dmuchnąć 
mu dyskretnie w nozdrza gazem i pod pozorem zabrania 
do Wesołej Wieży ewakuować na orbitę albo do najbliższej 
bazy —p lecz ta sztuka udawała się coraz rzadziej. Amok nie- 
szczęśnika powodował głuchotę i ślepotę na koleżeńskie 
perswazje, zwłaszcza że koledzy występowali w strojach 
rozmaitych formacji miejscowych. Przy okazji odkryto, z jakim 
piekielnym zaangażowaniem tudzież polotem walczy się 
w amoku: osaczonemu nieraz udawało się położyć trupem 
pobratymców ze Stacji. Zatem od pewnego czasu stosowano 
w takich razach bombardowanie całych miast pociskami usy- 
piającymi, aby potem z mrowia leżących pokotem ciał wydo- 
być to jedno czy dwa, przez które mechanizm uległ zacięciu. 
Pociski usypiające traktowano jako ostateczność, przynaj- 
mniej w początkowej fazie działań na planecie. Chodziło 
o zachowanie całkowitego incognito, o utrzymanie tubylców 
w stanie błogiej nieświadomości zarówno co do tego, że 
są manipulowani, jak i czynnika sprawczego manipulacji. 
Jednakże pociski usypiające w miastach, helikoptery nad 
traktami, a także inne cuda trafiające się coraz bardziej nagmin- 
nie powodowały, że pewnego dnia historycy ze Stacji zdali 
sobie sprawę, iż dłużej nie ma sensu niczego ochraniać. 
Tajemnica Główna stała się tajemnicą poliszynela. Poniekąd 
był to wstrząs dla ortodoksyjnej części naukowców ze Stacji, 
części będącej w defensywie i coraz mniej licznej. 
Rzecz jasna święte życie tubylców traciło w tej sytuacji 
swoje sacrum; wobec angażowania potężnych środków tech- 
nicznych do zupełnie niewspółmiernych celów praktyka życia 
codziennego wykształciła najpierw liczne formy zabijania 
,,w obronie własnej", a potem nawet bez zbędnych preteks- 
tów czy uzasadnień — aż doszło do otwartego szlachto- 
wania Irukańczyków, Soańczyków, Estorczyków czy Arkanar- 
czyków. A jednak przestrzegano jeszcze ostatniego tabu: 
by nie ujawniać pełni technicznych możliwości, jakimi wciąż 
dysponowała Stacja i pojedynczy historycy. Czas jak zwykle 
wymógł rezygnację i z tej sztuczności. Kiedy pokolenie 
starych wykruszyło się, kiedy dawni mistrzowie mieczy i ban- 
doletów zajęli miejsca u kominków, okazało się, że młodzi 
nie wykazują zapału ani przekonania do żmudnych ćwiczeń, 
które niczemu nie służą. Idea ojców okazała się dla nich 
całkowitą abstrakcją. 
Na tle modyfikacji wprowadzonych samorzutnie w pro- 
gram badawczy doszło do rozbieżności najpierw z Instytu- 
tem Historii Eksperymentalnej, następnie z Akademią Nauk, 
a w końcu do ostrego konfliktu z całą Ziemią. Ziemia zażąda- 
ła odwołania ekipy eksperymentatorsko-badawczej, grożąc 
wstrzymaniem dostaw sprzętu. Sytuacja na planecie i uwikła- 

background image

nie w nią badaczy były jednak wówczas tego rodzaju, że 
polubowne rozwiązanie nie wchodziło w grę. Kierownictwo 
Stacji maksymalnie przeciągało rokowania, byle wydębić 
jeszcze transporty najpotrzebniejszych części i materiałów, 
ale w końcu rokowania zostały zerwane, a w ślad za nimi 
— stosunki. Stacja została skazana na własne siły. Dwie setki 
ludzi, trochę maszyn, nieco wypróbowanych schematów po- 
stępowania z tubylcami — oto jak wyglądał kapitał Stacji 
pozostawionej samej sobie. Do otwartej interwencji Ziemi, 
czego tak obawiali się niektórzy, oczywiście nie doszło. 
Tysiąc parseków to nie w kij dmuchał, a Ziemia jak zwykle 
miała tysiąc problemów ważniejszych tysiąc razy od jakiejś 
tam planety. 
No i oczywiście musiał nadejść moment, kiedy ingeren- 
cje Stacji w życie planety przybrały charakter otwarty na 
wszystkich dziesięciu kontynentach. Rumath miał wtedy dzie- 
sięć, może dwanaście lat, wychowywał się w zamkniętym 
ośrodku o wyraźnie wojskowym charakterze, podobnie jak in- 
ne dzieci, których rodzice uczestniczyli w akcjach pacyfikacyj- 
nych. Teraz Rumath zdaje sobie sprawę, że te pięć przełomo- 
wych lat dla sytuacji na planecie, a także dla losu ludzi ze Sta- 
cji omal nie zakończyło się tragicznie. Popierani przez Stację 
władcy abdykowali jeden po drugim — albo, wywleczeni 
z pałacowych kazamat, błyskawicznie pozbywali się głowy 
wraz z koroną. Pod naporem zbuntowanych mas pryskały 
ich monarchie jak wątłe budowle z patyczków. Lała się 
krew, rzeka krwi, jak zwykle w takich przypadkach, interesy 
Stacji były zagrożone do tego stopnia, że co bardziej prze- 
rażeni wołali o odwrót na orbitę, by tam wypracować nową 
formułę postępowania. Inni, których radykalizm brał się 
w równej mierze ze strachu, co z głupoty, postulowali 
bardziej zdecydowany udział w ogólnoplanetarnym upuście 
krwi. Kompromis, jaki się z tych przetargów wyłonił, plasował 
się o wiele za blisko tej drugiej ewentualności. 
O swoim pochodzeniu Rumath nie wiedział wiele. Sztu- 
kował skromną historię rodziny nie bez trudu, pozbawiony 
ojca, który zginął w zasadzce gdzieś w Irukanie. Z matką 
łączyło go niewiele wspólnego, zresztą kierownictwo Stacji 
dbało o ścisłą separację potomstwa zrodzonego ze związków 
z miejscowymi kobietami. Los tych kobiet, na przekór wszyst- 
kiemu wybierających przybyszów, godny był pożałowania. 
Z jednej strony nieufność grupy ze Stacji, traktującej tego 
typu związki jako zło konieczne, z drugiej nienawiść współ- 
plemieńców, od których, nie wolno było spodziewać się 
litości ani wybaczenia. Kobieta decydująca się połączyć 
swój los — choćby na krótko — z którymś z Ziemian podpisy- 
wała na siebie wyrok; prędzej czy później znajdowano ją 
z rozprutym gardłem, otrutą albo powieszoną, tak jak znale- 
ziono matkę Rumatha. Rodzeństwa nie miał. 
Po przewlekłej wojnie, w którą Ziemianie wsiąkali z roku 
na rok bardziej, aż w końcu przejęli na barki cały jej ciężar, 
wytworzyło się nowe status quo. Zwycięzcy zabarykadowali 
się w zamkach, miastach, twierdzach, angażując do swej 
ochrony olbrzymią technikę oraz kohorty tubylców, których 
reakcje wobec złota okazały się na szczęście typowe dla 
istot rozumnych. Potomkowie ziemskich historyków przypom- 
nieli sobie zresztą odwieczną zasadę divide et impera i bez- 
błędnie wcielili ją w życie. Stworzyli typ organizacji spo- 
łecznej znakomicie wpasowany w ramki feudalnego porządku 
i scementowany dewizą: jeden za wszystkich, wszyscy za 
jednego. Po dawnemu popierali marionetkowych monarchów 

background image

i knuli intrygi na dworze. 
Koszty otwartej interwencji, związanej z odsłonięciem 
przyłbicy, okazały się jednak poważne. Między poszczegól- 
nymi państwami, dawniej zdecydowanie wrogimi, ustały 
praktycznie wyniszczające wojny. Jeśli wybuchały, to spo- 
radycznie, za każdym razem inspirowane przez ludzi ze 
Stacji. Siły buntowników nabrały charakteru międzynarodo- 
wego, operując bez respektowania wytyczonych granic. 
Cieszyły się coraz wyraźniejszym poparciem pospólstwa; 
w ogóle lud w ciągu ostatnich dwudziestu lat dojrzał nad- 
spodziewanie szybko. Wojna i ujawnienie się Ziemian okazały 
się lepszymi katalizatorami myślenia niż dziesięciolecia ma- 
newrów pod sztandarem Bezkrwawego Oddziaływania. 
Każda społeczność, myśli Rumath, jako rozległy system 
cybernetyczny, na bodziec próbujący zbyt radykalnie wypro- 
wadzić ją ze stanu równowagi reaguje wytworzeniem anty- 
bodźca, który przynajmniej w części niweluje działanie 
niekorzystnego czynnika. Rozpatrzmy pod tym kątem niespo- 
dziewany wzrost kultu odyńca Y w Soanie czy Estorze. 
Zdawało się, ze przynajmniej miejscowych bożków mają 
zdecydowanie z głowy, a tu kilka lat temu rozeszły się 
pogłoski, ze odyniec Y i ptak Siju, że zwierz Pech i święty 
233 
Mika na dobre wrócili z tułaczki. Na dachach domostw 
masowo zaczęły się pojawiać pogańskie figurki. Rumath 
wspomina rozmowę z pewnym religioznawcą na ten temat. 
Siedzieli w kilku przy potrzaskującym wesoło ogniu, przed 
nimi w ciemności znajdowały się namioty obozu, ktoś w głębi 
zawodził ochryple. W takiej scenerii Rumath słuchał wypo- 
wiedzi specjalisty konstatującego stały wzrost religijności 
w zdominowanych krajach — aż do form fanatycznych. 
— Załóżmy, ze istotnie tak jest, jak pan twierdzi — 
odezwał się, kiedy wygasł pierwszy impet dyskusji. — 
Niech nam pan powie: czy oni naprawdę wierzą w Ojca- 
-Drzewo, w boskie przymioty i zdolności sprawcze odyńca Y? 
Czy istotnie z przekonania wielbią świętego Mikę? Przecież 
nie tak dawno strącali ich w pył z przydrożnych kapliczek. 
Religioznawca zastanawiał się krótko. 
— To głupie pytanie — orzekł — ponieważ omija sedno 
zagadnienia. Z naszego punktu widzenia moc ich przekona- 
nia nie ma żadnego znaczenia. Może wierzą z rozpaczy, 
może dla wypełnienia życiowej pustki albo żeby pomóc 
mózgownicy w odnalezieniu jakiegoś źródła nadziei. W ich 
sytuacji muszą się chwytać wszystkiego, każdego znaku 
jednoczącego czy podkreślającego ich wspólnotę przeciwko 
naszej. Moim zdaniem wierzą w odyńca Y nie tyle dla niego 
samego, ile dla siebie. Wierzą w niego przeciwko nam. 
Stoją teraz, bo w kolumnie zrobiło się małe zamieszanie. 
Numer pod koniec trzeciej dziesiątki upadł i zanim czoło zo- 
rientowało się, że coś nie w porządku, zanim Rumath, wyrwa- 
ny z myśli, zdążył wydać komendę stop, wleczono delikwen- 
ta przez dobre kilka metrów. Teraz stoją, z palcami na cyng- 
lach. Każdy z nich ma na oku całą kolumnę, a na monitorze 
niski obszarpaniec dźwiga się powoli o własnych siłach, 
oblicze bez wyrazu, jak gdyby upadek nie obchodził go 
zupełnie; wreszcie trzyma się na nogach i tylko regularne 
zachwiania świadczą, za cenę jakiego wysiłku. Rumath czeka, 
w końcu gardłowym tonem, jak tego wymaga miejscowy 
język, daje sygnał do dalszej drogi. Im bliżej miasta, tym 
częstszym zakłóceniom ulegać będzie tempo marszu. Tak 
jest zawsze. I nie chodzi juz o to, ze zmęczenie zaczyna 

background image

dawać się we znaki najbardziej poranionym. Jeńcy, spośród 
których wielu zostało ujętych po raz drugi, wiedzą dosko- 
nale, ze nie ma się do czego spieszyć. 
Tam, w mieście, czeka na nich brodaty Timofiej, olbrzymie 
chłopisko, popatrujące na zbiegów zza komputerowych 
przystawek znudzonym wzrokiem. Wielu z nich Timofiej 
rozpoznaje, ale najmniejszym grymasem nie zdradza się 
ze swą wiedzą. Nie na tym polega jego zadanie. Jeńcy, 
napojeni wodą, nakarmieni rzuconym im pod nogi chlebem 
podchodzą kolejno, siadają na krześle pod kamerą. Asystent 
Timofieja na jego polecenie odgarnia siedzącym włosy, 
przemywa twarz albo opuszki palców, które wsuwają w pod- 
świetlone szczeliny. Cały zabieg trwa kilka minut, pozostali 
jeńcy obserwują jego przebieg z zapartym tchem, chłoną 
dostojeństwo ruchów Timofieja, bezbłędnie dzielącego kolu- 
mnę na część kierowaną w lewo i tych po prawicy. Za 
każdym razem Timofiej wymienia prawdziwe personalia 
jeńca, a także kiedy ostatnio, gdzie i w jakich okolicznoś- 
ciach został ujęty. Ci z lewej po wypaleniu im znamienia 
na prawej łopatce zostaną puszczeni wolno; pozostałych w za- 
leżności, od ciężaru przewin czeka kaźń albo pobyt w kamie- 
niołomach, gdzie najsilniejsi, najbardziej wytrzymali dożywają 
czterech — sześciu miesięcy. 
Zrozumiałe zatem, ze czynności Timofieja śledzone są 
z uwagą, o jakiej darmo marzyliby konwojenci. Robota 
konwojentów jest prosta; mimo technicznych tricków mącą- 
cych jasność myśli — w dużej części zrozumiała. Co innego 
zajęcie Timofieja: unosi się nad nim duch magii, a nagroma- 
dzenie elektroniki, jej bezbłędne werdykty budzą respekt 
i strach. Chciałoby się powiedzieć: to sąd ostateczny, bo 
od wyroku nie ma odwołania. Nawet najodważniejsi buntow- 
nicy kontynentu, którym wypadło uczestniczyć w obrzę- 
dzie celebrowanym przez Timofieja przyznają, że w jego 
ruchach, w całym spektaklu jest coś kapłańsko-boskiego, 
co nakazuje traktować ten doczesny epizod z całą po- 
wagą. 
Czekając na swoją kolej jeńcy zachowują się rozmaicie. 
Jedni siedzą apatycznie, z niewzruszonym wyrazem twarzy, 
nieobecni — i tylko święty Mika wie, co gra im w duszy. 
Drudzy modlą się żarliwie do Ojca-Drzewa, odyńca Y lub 
zgrai pomniejszych bóstw. Trzeci po prostu nieestetycznie, 
niemalowniczo — płaczą. To recydywiści. Starsi z nich, 
których prawe łopatki są czyste jak łza, bo zgrzeszyli zanim 
zaczęto przypalać, liczą na omyłkę elektronicznej wyroczni; 
młodsi, już naznaczeni piętnem występku, powoli zegnają 
się ze światem. Dla tych Timofiej ze swą aparaturą stanowi 
235 
ostatnią wartę przed furtką w zaświaty, a jak szczęście 
dopisze — tylko przedsionek piekła. 
Pasmo Czkającego Lasu wysunęło się zza horyzontu 
i wyraźnie pogrubiało; przez lornetkę można rozróżnić po- 
jedyncze drzewa. Jazdy przez Czkający Las nie sposób 
uniknąć; na szczęście odcinek do przebycia wśród drzew 
jest krótki, a komunikaty o grasujących w okolicy bandach — 
uspokajające. Rumath lustruje uważnie krzaki płożące się 
wzdłuż traktu, których kępy zaczynają się mniej więcej na 
dwie mile przed linią pierwszych drzew. Od czasu do 
czasu opuszcza lornetkę i spogląda na jeńców; może to 
złudzenie, ale wydaje mu się, że dostrzega w kolumnie 
oznaki ożywienia. Głowy podnoszą się częściej, prostują 
plecy, nogi stąpają bardziej sprężyście; Rumath dałby głowę, 

background image

że w oczach jeńców pojawiły się groźne błyski. Zanim 
wejdą do Czkającego Lasu, Rumath zgodnie z planem zarzą- 
dzi pół godziny odpoczynku — po to, by odcinek między 
drzewami przebyć jednym skokiem. Po wyjściu z Lasu następ- 
ny popas na wzgórkach, z których widać już miasto. 
Rumath radzi się Gondora, właściwie tylko po to, by 
słysząc jego głos wyraźniej poczuć jego obecność. Postana- 
wiają po zatrzymaniu kolumny odbić od traktu w szczere pole, 
lekko w stronę Lasu, by odciąć najprawdopodobniejszy 
kierunek ucieczki. Mimo wszystkich atutów w ręku czują 
irracjonalny strach; nie pozbędą się go wcześniej, nim po 
kamiennym moście, zastępującym dawny zwodzony, nie wja- 
dą między czerwone wieże miasta. 
Kolumna juz stoi; Rumath powiadamia jeńców, że postój 
będzie tym razem dłuższy, pozwala siadać. Przez kilka minut 
nic się w kolumnie nie dzieje, wreszcie równy rząd postaci 
pęka w kilku miejscach równocześnie, przypadając do ziemi. 
Znowu trochę spokoju — wtem gdzieś w środku podnosi 
się dzika, niezrozumiała pieśń, złożona ni to z zawodzeń, 
ni z pomruków. Toczy się wzdłuż kolumny, zamiera, jest 
podejmowana na nowo, nierówna, ochrypła — robi wraże- 
nie' na Rumathu i Gondorze. Gondor ma słabsze nerwy. 
— Natychmiast przestać! — krzyczy w miejscowym na- 
rzeczu. Rumath jest mu wdzięczny za tę decyzję. Mija 
jednak jeszcze trochę czasu, nim pieśń wygasa ostatecznie 
i słychać tylko szelest traw oraz ledwo wyczuwalne granie 
silników łazika. 
Teraz kilka rzeczy dzieje się równocześnie i bardzo 
7-S7 
szybko. Rumath, skoncentrowawszy uwagę na kolumnie, 
uświadamia sobie nagle, że zdarzyło się coś niedobrego. 
Przez długie pół sekundy nie wie co to jest, ale upewnia go 
0 tym reakcja kolumny, wyraźnie skoncentrowana z tej strony, 
gdzie stoi łazik Gondora. Rumath spogląda tam kątem oka 
1 widzi, że ciało Gondora osuwa się po burcie w taki sposób, 
jakby Gondor wychylił się bardzo mocno z kabiny i rękoma 
próbował dosięgnąć kół. Z jego karku sterczy pierzasta 
strzała z kuszy — cóż za strzał! — ale nie czas na zachwyty, 
Rumath ma pełne ręce roboty. Łazik Gondora otwiera ogień, 
bijąc w sektorze 180 stopni; wystrzały podnoszą niemal 
równocześnie fontanny ziemi w różnej odległości od działka, 
Gondor zwisa na burcie jak kilim, ostatni spośród jeńców 
wpełzają do rowu i układają się w nim tak, że nie widać 
ani czubka głowy. Komputer Rumatha reaguje w związku 
z tym serią krótkich alarmów, Rumath manewrem trwającym 
nieskończenie długo odbija mając rów z kolumną i trakt 
po prawej stronie, ostro strzelający łazik Gondora przed sobą, 
a z lewej przypuszczalną przyczynę zagrożenia, czyli równe 
pole zasnuwające się kurzem z poderwanej ziemi i kopciem 
spalenizny. Komputer sygnalizuje alarm główny, czyli prze- 
rwanie linki — znów któryś zdołał przeszwarcować nóż(> 
psiakrew! — Rumath odpowiada dwiema krótkimi seriami 
nad fosą, gdzie zaczyna się jakiś ruch. Działko Gondorowego 
łazika milknie na chwilę, zwraca się wyraźnie w stronę Ru- 
matha, Rumath ogląda się, biegną ku niemu czarne, obszar- 
pane postacie — matko, jakim cudem wyrosły nagle ze 
szczerego pola — kładzie kilka najbliższych, ale promień 
rażenia jest zbyt wielki, nerwy, nerwy, pozostali napastnicy 
wpadają w ziemię, znikają, nie ma do kogo strzelać, Ru- 
mathowi cierpnie skóra na plecach, cały czas czuje wpatrzoną 
w siebie ciemną źrenice działka Gondora, przerzuca dźwi- 

background image

gienkę swego miotacza na ogień automatyczny, powinien 
to zrobić od razu, a sam nie wypuszczać z ręki sterów, słyszy 
jeszcze, jak łazik Gondora odzywa się szczekliwie, wtóruje 
mu jego własna kanonada — i w tym momencie niebo zamyka 
się nad Rumathem jak powierzchnia wody, odcinając odgłosy 
walki, Rumath już się nie boi, dostałem, myśli ze złością, 
wszystko, całe życie zbiega się w tym krótkim momencie — 
i gaśnie wraz ze światłem jak wyłączona lampa. 
Kiedy Rumath budzi się, jest ciemno. Nie bardzo wie, 
co zaszło ani gdzie się znajduje. Poruszył się nieostrożnie 
i jęknął; jakiś głos obok zagadał szybko, ktoś odpowiedział 
krótko, kilka szelestów, kroki, znowu kilka szybkich słów 
w drugim planie, śmiech. 
— Jednak żyjesz, panie — słyszy głos osobnika, który 
podszedł na wezwanie strażnika. — Jak się nazywasz? 
— Rumath — mówienie przychodzi mu z trudem, nie 
jest pewien czy tamten zrozumiał, więc powtarza: — Rumath. 
— Głos w tle znowu zagadał i znów odpowiedział mu śmiech. 
Dostał się w ręce buntowników. Na jaśniejszym tle 
nieba sylwetka tego, który pytał o nazwisko. Milczy; widocz- 
nie zaspokoił pierwszą ciekawość. Rumath dokonuje szybkiej 
rekapitulacji. Gondor zabity, on sam ranny, łaziki i jeńcy 
w rękach buntowników. Jak dużo czasu mogło upłynąć, 
nim z miasta ruszyła ekspedycja na helikopterach? 
— Gdzie jesteśmy? — pyta. 
— W Czkającym Lesie. Konkretnie w Pijackiej Gawrze 
— odpowiada ten, który pytał o nazwisko. 
— Nic mi to nie mówi. 
— Nie martw się, panie, tutaj jesteśmy bezpieczni. 
To zapomniane miejsce. Twoi towarzysze prędko nas tu 
nie znajdą. — Po czym jakby coś sobie przypomina. — 
Mów do mnie Mratataj, panie. 
— Dobrze, panie Mratataj. 
— Bez „panie". Samo Mratataj wystarczy. 
— Jest noc, Mratataj? 
— I owszem. 
— Co chcecie ze mną zrobić? 
— Najpierw... porozmawiać. A potem się zobaczy. 
Rumath dostrzega w ciemności, że jakiś cień przylg- 
nął do cienia, który z nim rozmawiał. Krótka wymiana infor- 
macji. 
— Możesz iść, panie? — pyta Mratataj. 
Rumath schodzi z wozu na nieswoich nogach, kręci 
mu się w głowie — pada na kolana. Na rozkaz Mratataja 
doskakuje doń dwóch ludzi, od których śmierdzi kwasem 
i cebulą. Podejmują go pod pachy i prowadzą — w ciemnoś- 
ci majaczą ruiny zamku, może domostwa, Rumath co chwilę 
potyka się na nierównej ścieżce. Gałęzie chłostają po twa- 
rzach, ramionach i plecach — las w tym miejscu jest chyba 
wyjątkowo gęsty. Jak daleko mogli odbić w głąb przez 
osiem — dziesięć godzin? I jakim cudem tak liczne skupisko 
zbrojnych umknęło uwagi helikopterów? Pytania, na które 
odpowiedzi mógł się tylko domyślać. 
Niepostrzeżenie zaczęli schodzić w dół, gałęzie prze- 
stają dokuczać, a jaśniejsze pasmo nad głową znika. Także 
powiew świeżego powietrza przechodzi w piwniczny zaduch, 
Rumath niemal czuje na twarzy stęchłą wilgoć. Chociaż 
stara się iść o własnych siłach, coraz częściej wisi na rękach 
prowadzących go mężczyzn. W pewnym momencie różnica 
poziomów przestaje być zauważalna, jego pomocnicy posu- 
wają się bardzo pewnie w ciemnym labiryncie, aż wreszcie 

background image

zza kolejnego załomu wyłania się mętne światełko. 
W środku obszernej pieczary wymytej przez wodę, 
przy zbitym z pni stole, siedzą dwaj mężczyźni. To oni go 
prowadzili? Mratataj dosiada się do nich, czeka aż Rumath 
uczyni to samo, stawia przed nim kubek z parującym płynem. 
— Wypij, panie — radzi — odzyskasz siły. 
Rumath przełyka z trudem gorzki napar. Rzeczywiście 
— wydaje mu się, jakby świat wrócił na swoje miejsce. 
— Co z nim zrobimy? — zapytuje konkretnie jeden 
z mężczyzn. 
— Na gałąź — wyrokuje krótko drugi — nie ma się 
co pieścić. — Zapada ciężkie milczenie. — Dobrze wiecie, 
co oni robią z naszymi — dodaje tonem wyjaśnienia. 
— Głupiś, Bracie Łata — mówi spokojnie Mratataj. — 
Nienawiść zaciemnia ci umysł. To już zapomniałeś, co usta- 
liliśmy? 
— Ustaliliśmy, ustaliliśmy — przedrzeźnia nazwany 
Bratem Łatą. — Wcale nie muszę udawać, ze mi się podobają 
jakieś tam ustalenia. 
— Zawsze można je zmienić — wtrąca pojednawczo 
drugi z mężczyzn. Rumath czeka. W tym gronie, wykazują- 
cym zabawne skrupuły, rozstrzygnie się jego los. 
— Jak się pewnie domyśliłeś, panie — zaczyna Mratataj 
— urządziliśmy na was zasadzkę. Kusznicy leżeli od rana na- 
kryci darnią, wyczekując waszego przejazdu. Wiedzieliśmy, 
że konwoje zawsze zatrzymują się przed Czkającym Lasem, 
że łaziki zjeżdżają na bok, by mieć jeńców na oku. Mogliście 
wybrać na postój albo puste pole, albo stanąć dalej, na trakcie, 
między zaroślami, które stwarzały bardzo dobre warunki do 
ataku. Gdybyście minęli to miejsce, kusznicy mieli wypełznąć 
z nor i podążyć za wami, o ile nie towarzyszyłyby wam 
helikoptery. Zostalibyście zaatakowani tak czy owak. 
— Po co mi to mówisz, Mratałaj? Domagasz się podziwu 
od zwyciężonego? Owszem, gratuluję ci sukcesu, ale nie 
wymagaj, bym zachwycał się razem z tobą, że mój towa- 
rzysz został zabity, a ja sam dostałem się do niewoli. 
— Nie o zachwyt chodzi — przerywa Mratataj. — 
Spodziewamy się po tobie raczej zrozumienia. Nie zrozumiesz 
nas wiedząc o nas mało albo nic. 
— Dla mnie to zbędna fatyga — wymamrotał przez 
zęby Brat Łata. Mratataj spogląda na niego przeciągle. 
Brat Łata milknie. 
— Nie chciałbym, żebyś odebrał starcie wyłącznie 
w kategoriach naszego sukcesu. Trzydziestu ludzi zabitych 
na miejscu i dwa razy tyle postrzelonych to dość drogo za 
dwa łaziki i dwóch wrogów. A jednak musimy walczyć 
w ten sposób, póki utrzymuje się ta straszna dysproporcja 
sił. 
— Przejdźmy może do konkretów — proponuje Ru- 
math, choć skóra mu cierpnie. — Czego chcecie ode mnie? 
— Pomocy. Zdobyliśmy łaziki, mamy trochę nowoczes- 
nej broni — ale nikt z nas nie zna się na tych mechanizmach. 
Kusze nie wygrają z helikopterami. Krótko mówiąc jeżeli 
nauczysz nas, panie, obsługi tych urządzeń, włos ci z głowy 
nie spadnie. 
— A jeżeli nie? 
— Puść wodze wyobraźni. Wyjdziemy ze skóry, 
żeby nie spotkał cię zawód. 
Brat Łata na te słowa rechocze z nie skrywanym zado- 
woleniem. — Dobrze powiedziane, święty Baro — odzywa 
się półgłosem, ale tak, by wszyscy słyszeli. 

background image

— Namawiasz mnie do zdrady, Mratataj? — pyta Ru- 
math ponuro. 
Mratataj zastanawia się. 
— Jeniec dlatego jest jeńcem, że przestał należeć do 
swojej formacji. To wiele zmienia, panie. Jeńcowi nie wypada 
wspominać o zdradzie, zwłaszcza jeśli chce ocalić życie. 
— Postaw się w mojej sytuacji, Mratataj. Załóżmy, że 
wam pomogę. Nie upłynie wiele czasu, a wyjedziecie tymi 
łazikami na trakty, ruszycie na zamki, wedrzecie się do miast... 
Myślicie, ze ludzie, którzy obsługują te urządzenia, znają ich 
zasady działania, którzy własnymi rękami zmontowali je część 
po części — nie połapią się, kto was tego nauczył? Co? 
Macie ich za durni? 
— Święty Baro — wymamrotał Brat Łata. 
— Bynajmniej — protestuje Mratataj. — Doskonale 
orientujemy się, co by ci groziło w takim przypadku. Dlatego 
potraktuj naszą propozycę szerzej: przyłącz się do nas. Zostań 
między nami i pomóż nam zwyciężyć w słusznej sprawie. 
— Co? — Rumath nie wierzy własnym uszom. — Ja mam 
wam pomagać? A w imię czego, za przeproszeniem? Tego 
nędznego życia? Nie myślcie przypadkiem, że czuję się do 
niego tak cholernie przywiązany — ach, jak szarżuje w tym 
momencie — i że będę kurczowo się go trzymać. 
— Każdy człowiek ceni swe życie — stwierdza jedno- 
znacznie Mratataj — chociaż czasami warunki, w jakich wypa- 
dło żyć, urągają godności do tego stopnia, że powstaje 
dylemat: czy jeszcze warto ciągnąć to jarzmo? Nie myśl, 
panie, o nas tylko jak o barbarzyńcach. Jesteśmy nimi, zapew- 
ne, choć może w mniejszym stopniu niż się wam wydaje, tak 
jak wy jesteście nimi bardziej niż byście pragnęli. Nie w tym 
rzecz. Nikt nie zapraszał was na tę planetę, sami przyszliście 
z miodem na ustach, z błękitem w oczach, gotowi przychylić 
nam nieba. Nie zamierzam cię przekonywać, że przed waszym 
przybyciem wszystko tutaj godne było jedynie oklasków. 
Wprost przeciwnie. Ale oto wkroczyliście wy, synowie 
gwiazd, cudownie zdolni, bogowie, którzy naprawią chromy 
świat. I cóż się zmieniło? Kompletnie nic! A, przepraszam, 
byłbym zapomniał: metody zabijania dzięki wam uległy istot- 
nemu usprawnieniu. Miecz albo topór wymaga mozołu; 
wasza technika załatwia to szybciej i na masową skalę. 
Udawaliście baronów, rycerzy, panów na zamkach — aż 
staliście się. nimi, panami na zamkach, otoczonymi służbą, 
dziewkami, polubiliście gnuśnienie w dobrobycie, wydawanie 
przyjęć, walkę o wpływy na dworze, o status królewskich 
doradców... Zstąpiliście z waszej kryształowej wysokości 
na naszą śmierdzącą niskość, pojęliście nasze kobiety i wroś- 
liście w naszą ziemię. Powiem ci, panie, w imię czego 
nas mordujecie: w imię szyldu, który już nic nie znaczy. 
Mścicie się na nas za wasz upadek, za wasze strącenie 
z wysokości, za waszą degradację. 
— No — powiedział Rumath — coraz lepiej. 
— W ciągu tych stu lat bez ma\a — ciągnie niezrażony 
Mratataj — jedno wam się udało: pobudzić nas do myślenia. 
Już nie jesteśmy ciemni jak tabaka w rogu. Wam ubyło, nam 
przybyło, proporcje wyrównały się na tyle, że można od 
biedy mówić o partnerstwie. Widzisz, panie, siedzisz tu 
razem z nami, możemy cię dotknąć, widzimy twoją rozterkę, 
twój strach, tym razem my jesteśmy panami twego życia 
i śmierci. Zastanów się solidnie nad naszą propozycją. Nie 
trzeba być tytanem inteligencji by spostrzec, że wasza techni- 
ka — z nieznanych przyczyn — starzeje się, coraz częściej 

background image

zawodzi, domaga się uzupełnień. Nas jest wielu, was mało. 
Doceń wagę naszej propozycji: umożliwiamy ci opowiedze- 
nie się po stronie ostatecznych zwycięzców. Jedyny waru- 
nek brzmi: trzeba to zrobić wcześnie. 
— Nie — kręci głową Rumath — ja wam wyreguluję 
maszynki, a wy ruszycie na nich zabijać moich braci. 
— Braci! — prycha Mratataj i jakoś dziwnie patrzy na 
Brata Łatę. — Twoi bracia są tutaj. Dowiedz się, jeśli jeszcze 
nie wiesz, że twój dziad, szlachetny don Rumata ostro smalił 
cholewki do królewskiej faworyty, donny Okany. Szalał za 
nią — a ona wodziła go za nos. Wreszcie dopiął swego, 
pojawiwszy się na dworze z białym piórem wetkniętym we 
włosy — oznaką miłości. Donna Okana miała kaprys mu ulec, 
lecz ostentacja tego gestu przysporzyła jej kłopotów. Została 
wtrącona do Wesołej Wieży, skąd wydobyły ją pieniądze 
don Rumaty. Trzymał ją potem w jednym ze swych zamków, 
aż do chwili, kiedy podczas fali zamieszek zniknął w tajemni- 
czych okolicznościach. Nie dowiedział się, że donna Okana 
urodziła syna. Był nim twój ojciec, panie. 
Rumath oddycha głęboko. — Wersja dobra jak każ- 
da inna — mówi bez przekonania, pokonując suchość 
w ustach. 
— Święty Baro — mamrocze znowu Brat Łata — daj nam 
cierpliwość do tego... — miele w zębach przekleństwo. 
— Podczas najazdu na zamek powstańców Araty Gar- 
batego donna Okana zniknęła, powierzając dziecko opiece 
zaufanej służącej. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Arata 
Garbaty uczynił ją swoją kochanką, mieli syna i trzy córki. 
Ten syn to ojciec mój oraz siedzącego tu Brata Łaty. 
— Co mnie to wszystko obchodzi — burczy Rumath. 
— Ja nie żartuję, panie. Rozumiem, że wiadomość o twym 
Pochodzeniu może wydać się szokująca, ale tak wygląda 
Prawda. Zachowały się dokumenty. Twoi bracia są tutaj, po tej 
stronie barykady. Ja sam wprawdzie nie mogę do ciebie 
Powiedzieć: bracie, ale przynajmniej — kuzynie... 
Rumath siedzi bez ruchu, przywalony jak głazem niespo- 
dziewaną wiadomością. Teraz dopiero dociera doń sens Mra- 
tatajowej wypowiedzi. 
— Rozumiesz zatem, skąd biorą się nasze nieśmiałe 
nadzieje na współpracę. Zależy nam jednak, byś dokonał 
wyboru nie pod presją, a z własnej woli. Dlatego zapewniam 
cię przy świadkach: ponieważ łączą nas więzy krwi — 
niezależnie od tego co postanowisz, zostaniesz puszczony 
wolno. 
Znowu w łaziku, znajomy szum silnika koi nerwy. Ból 
od uderzenia dokucza coraz mocniej, daje się we znaki zmę- 
czenie. Ruszyli jeszcze w nocy, przy księżycu, by jak naj- 
więcej drogi zrobić przed wschodem słońca. Teraz łazik 
rwie prosto przed siebie, najkrótszą drogą do celu. Właści- 
wie można by sobie uciąć drzemkę, gdyby nie męczące koły- 
sanie pojazdu. Przy gwałtowniejszych podskokach przed 
oczami Rumatha pojawia się jak żywy mechanizm zabezpie- 
czający kuszy, ledwo, ledwo blokujący strzałę — byle dołek 
spowodować może jej zwolnienie. Kusza spoczywa na kola- 
nach Brata Łaty, trzymana nonszalancko jedną ręką. Brat 
Łata siedzi z tyłu. Rumath poci się, zaciska tylko zęby i spo- 
gląda w niebo. 
Ani śladu helikoptera. 
Prawdę mówiąc czyste niebo nie jest dziś powodem do 
zmartwienia. Gdyby nie Brat Łata, chętnie by się przesiadł — 
ale teraz warkot helikoptera oznaczałby same kłopoty. 

background image

Trzeba by uciekać łazikiem z wylotem kuszy na karku, szukać 
bezpiecznej kryjówki, a w ostateczności może nawet własno- 
ręcznie zestrzelić helikopter? 
W wyniku poroziynienia osiągniętego grubo po północy 
Mratataj oddawał Rumathowi jeden łazik, choć właściwiej 
byłoby rzec: wypożyczał. Łazik miał podrzucić Rumatha 
w pobliże Uroczyska Ciężkich Mieczy, o parę kroków od 
uczęszczanego traktu przy Karczmie Trzech Upiorów, gdzie 
łatwo o konia. Następnie miał zawrócić do Czkającego Lasu, 
dokładnie po przebytej trasie, według procedury automatycz- 
nej. Żeby ukrócić Rumathową skłonność do płatania figli, 
Mratataj postanowił przydzielić mu strażnika. Brat Łata z ocho- 
tą zgodził się pełnić tę funkcję. 
W zamian za przysługę Rumath objaśnił Mratatajowi 
zasady automatycznego sterowania łazikiem i wskazał przełą- 
cznik. Oczywiście sposobu automatycznego prowadzenia 
ognia dojdą sami, ale bez umiejętności programowania 
komputera nie będą mogli z niej skorzystać. Pozostawało 
ręczne prowadzenie ognia, co i tak było bronią straszną. 
Na samą myśl, jak potężne narzędzie oddał do rąk Mratataja, 
Rumath oblewa się zimnym potem. 
Wprawdzie Mratataj pragnął wymóc na nim jeszcze 
przestrojenie syntezatora polowego typu ,,Midas", ale Ru- 
math po prostu nie znał się na tym. Obejrzał tylko z uwagą, 
jak po wsypaniu szufli żelaznych opiłków z rynny wylotowej 
spadają do wiadra złote krążki z podobizną Pica Szóstego. 
Kontury tłoczenia były mocno zatarte, co świadczyło o zu- 
życiu matrycy; poza tym dukaty z Picem Szóstym dawno wy- 
szły z obiegu. Mratataj jednak nie nalegał; złoto, bez względu 
na swą formę, pozostawało złotem. 
Dobiwszy do Uroczyska Ciężkich Mieczy Rumath poin- 
formował Brata Łatę, że włącza nadajnik. 
— Tylko krótko — sapnął Brat Łata i podniósł kuszę. 
Rumath spogląda na otaczające ich drzewa — liście 
drżą lekko, potrącane wiatrem — na zalane słońcem połacie 
trawy, na krążące nad kwieciem owady. Ogarnia go prze- 
możne poczucie nonsensowności własnego pobytu w tym 
zakątku, w tym łaziku, w tym świecie. Doznaje uczucia nie- 
realności wszystkiego, co się wydarzyło. Brat Łata szturcha 
go prowadnicą kuszy. Pstryknięcie w mały, czerwony 
guziczek. Twarz Szefa na ekranie. Jego okrągłe ze zdumie- 
nia oczy. 
— Rumath — wzdycha Szef, jakby spuszczano z niego 
powietrze. — Do pioruna! Co się stało, chłopie? 
— Wpadliśmy w zasadzkę nie opodal Czkającego 
Lasu — po raz wtóry doświadcza przygnębiającego uczucia, 
ze wszystko co zrobi lub powie jest doskonale zbędne. 
Jest mu ciężko i nie wie, z jakiego powodu. — Gondor 
zabity, łaziki stracone, jeńcy odbici — recytuje. 
— Zaraz, zaraz — Szef patrzy badawczo — jak to 
stracone? Chcesz mi wmówić, że dzwonisz z budki telefo- 
nicznej? 
— Z łazika, Szefie. Nic nie mogę zrobić. Jeden z nich 
trzyma mnie na muszce. Mówią, że to 'dobry strzelec. — 
Czeka, co powie Szef, ale Szef milczy. — Czemuście nie 
przysłali helikopterów, do cholery? — wybucha nagłą pre- 
tensją, która dziwi go samego. 
— Tobie, Rumath, wydaje się pewnie, że my tu siedzimy 
na helikopterach. Wyobraź sobie, że nie było jednej wolnej 
maszyny na całym kontynencie. Kiedy się znalazły, ślad 
dawno wystygł. Gdzie jesteś? 

background image

— Nie mam pojęcia. Szefie, kazali mi zawiadomić pana, 
że zostanę puszczony wolno. Ma pan to traktować jako 
gest dobrej woli. Oni proponują zawieszenie broni i roko- 
wania. 
— Nie rozśmieszaj mnie, Rumath — Szef unosi brwi. — 
Nie przeholowałeś przypadkiem? Jesteś z nimi stanowczo 
w zbyt dobrej komitywie. 
— Z pańskiego miejsca, Szefie, łatwo rzucać ryzykowne 
hipotezy. Pora na rewanż... — przeraża go to, co powie, 
ale nie ma odwrotu. Ostatnia doba jawi mu się jako droga 
do uznania za własne tych kilku zdań, których wygłoszenie 
stało się jego obowiązkiem. — Po prostu wymyśliłem sposób, 
który za jednym zamachem rozwiąże nasze kłopoty na tej 
planecie. 
— No? — na twarzy Szefa pobłażliwy sceptycyzm. 
— Nauczmy ich wszystkiego, co sami umiemy. Podziel- 
my się z nimi techniką, opowiedzmy im o Kordianie, Hamle- 
cie, Robinsonie... o Chrystusie... Nie wmawiajmy sobie, 
że ich umysły nie zniosą takiego obciążenia; przecież w grun- 
cie rzeczy ci ludzie niczym nie różnią się od nas. Zamiast 
ich zabijać wyciągnijmy do nich rękę. Wyjdźmy wspólnie 
z tego błota. 
W miarę jego przemowy uśmiech Szefa tężeje. 
— Dobrze się czujesz, Rumath? — syczy. — Widzę 
opatrunek na twojej głowie. Rozumiem, dostałeś w kość, 
powąchałeś prochu i z tego te sensacje, co? Jedź do domu, 
wypocznij, a ja postaram się zapomnieć o twych genialnych 
radach. Jasne: podzielimy się z nimi, a oni z wdzięczności 
skoczą nam do gardeł. Tego byś chciał? — Spokojniej: — 
Za trzy dni wpadnij tu do mnie złożyć raport, pogadamy sobie 
jak para starych znajomych. 
No tak, myśli Rumath. Do przewidzenia. Czuje się 
znużony, zniechęcony, najchętniej odszedłby sprzed moni- 
tora, wyciągnął się na murawie i zasnął. Zaciska powieki, 
ściska dłonią czoło. 
— Nie — postanawia raptownie — proszę na mnie 
więcej nie liczyć. Wycofuję się. Ktoś musi pierwszy przerwać 
ten obłędny krąg. Mam dość waszej śmiesznej wojenki, chcę 
wreszcie zacząć żyć w spokoju i na własny rachunek, rozumie 
pan? Wy sobie dalej uczestniczcie w tym absurdzie, wma- 
wiajcie wysokie posłannictwo i inne bzdury — ja wysiadam. 
Szlus. 
— Gówniarzu... 
— Oto moja decyzja, Szefie. Musi pan zrozumieć, 
że jestem teraz trochę innym człowiekiem. — Brat Łata 
szarpie go za ramię. — Muszę już kończyć. Do widzenia, 
Szefie. 
Siedzi nieruchomo. Oczywiście, że namierzyli łazik, 
ale jeśli w pobliżu nie ma helikopterów... A nawet jeśli są, 
za godzinę Brat Łata będzie daleko. Słońce wypije ślad. 
Czy nie lepiej wracać teraz do Czkającego Lasu? Wypros- 
tował się i wyskoczył na zewnątrz. Ból w głowie zadudnił 
ostrzegawczo. 
— Trzymaj się — powiedział po arkanarsku, choć Brat 
Łata wyśmienicie zrjał jego język. Wyciągnął rękę, ale Arka- 
narczyk nie odwzajemnił gestu. Łazik wykręcił, a Brat Łata 
obracał się z kuszą ciągle wycelowaną w Rumatha; w tej 
pozycji zaczął odpływać w dal. Rumath patrzył za nim, aż 
kanciasta rufa łazika zamieniła się w czarniawy punkt na tle 
traw. Wtedy odwrócił się i ruszył ku Karczmie Trzech Upio- 
rów. 

background image

Kupił konia, zjadł porządny posiłek i nie zwlekając 
puścił się w drogę. Pogoda była piękna, koń wlókł się 
noga za nogą, a Rumath podrzemywał na jego grzbiecie. 
Chwilami zapadał w stan upojnej beztroski, wydawało mu 
się, że majaczy — to znowu na serio dociekał zasady, na 
mocy której został wpisany w ten świat, przylgnął jak mucha 
do tej właśnie rzeczywistości. Intruz, kołatało mu się pod 
czaszką. Stracił poczucie miejsca i czasu, zdawało mu się, ze 
przemierza rubieże fantastycznej krainy z baśni, okolica 
rozmazywała się w barwne plamy. Gorączka, myślał, jestem 
chory. Mijający go kupcy obrzucali zdziwionymi spojrzeniami 
niecodzienne indywiduum, zjeżdżając ku fosie, raz zastąpił 
mu drogę oddział straży, ale dowódca poznawszy szlach- 
cica dał znak swoim ludziom, by się rozstąpili. 
Dobrze po południu Rumath przyszedł do siebie na 
tyle, ze zorientował się, gdzie się znajduje. Poklepał konia 
po szyi; mądre zwierzę przez cały czas szło przed siebie, 
nie zważając na upał. Odbił od traktu i brodził wśród traw, 
jadąc łąkami, na skróty. Uderzyło go, że nigdzie nie zauwa- 
żył kosiarzy i kobiet stawiających stogi; robota sprawiała 
wrażenie przerwanej, zarzuconej. Mimo to jechał rozkoszując 
się brzęczeniem pszczół, wonią mokradeł i ziemi, zadowolo- 
ny nadzwyczajnie, że udało mu się zredukować własne 
problemy do kilku prostych elementów. Za kolejnym pagór- 
kiem, skąd zwykle widać było mury zamku, uderzył go w oczy 
słup czarnego dymu. Popędził konia, powietrze świszczało 
w uszach, kopyta konia muskały włosy długich traw, wrota 
były wyłamane, do nich przybity głową stary ochmistrz, wpadł 
na dziedziniec, nie było tam żywej duszy, tylko na samym 
środku stała furmanka załadowana chrustem, szkapa u dyszla 
strzygła uszami i parskaniem dawała wyraz zaniepokojeniu. 
Obok furki stał zgarbiony chłopina, ciągle z lejcami w ręku, 
obracając się z niedowierzaniem. Rumath pochwycił go za 
wypłowiałą koszulę, która trzasnęła w rękach. 
— Co tu się stało? — ryknął, ale chłop tylko popatrywał 
na niego z przerażeniem, bełkocząc niezrozumiale, wreszcie 
Rumath zrozumiał, ze tamten pojawił się z chrustem na krótko 
przed nim. Wyciągnął z kieszeni ostatnie dwa dukaty i wcisnął 
staremu w garść, na co chłop w ogóle nie zareagował, zbyt 
oszołomiony. Większość służby zginęła od mieczy i toporów, 
ale kilka trupów było dosłownie nafaszerowanych strzałami 
i przypieczonych na ogniu. Ostry swąd wdzierał się w płuca, 
Rumath miał oczy pełne łez, mało co widział w dymie, nagle 
rozkaszlał się, zgięty wpół. W tym momencie wiatr zmienił 
kierunek; na żelaznej sztabie wpuszczonej w mur wisia- 
ła na postronku jego Eileen, z rozprutym brzuchem, na- 
ga, wysmarowana krwią. Obok w nienaturalnych, poskrę- 
canych pozycjach leżały drobne ciałka dzieci; jakiś pies 
obwąchiwał je właśnie nieufnie. Ślady na murze nie po- 
zwalały żywić wątpliwości, w jaki sposób zostały zamordo- 
wane. 
Pociemniało mu przed oczami. Wpadł do sieni, z sąsia- 
dującej z nią komnaty dobiegł hałas i przez okno smyrgnęły 
jakieś cienie, porzucając prześcieradła z naczyniami, świecz- 
nikami i kolorowymi kłębami garderoby, Rumath podniósł 
z podłogi miecz, zęby nie łazić z pustymi rękoma, minął 
zwłoki z wbitym w plecy szpikulcem rożna i poszedł w głąb 
sieni, ku schodom wiodącym na górę. W półmroku potknął 
się o dwa lub trzy trupy, a potem trafił na cały ich zwał. 
Stanął zbierając myśli. 
— Hasło — powiedział w ciemności mechaniczny głos. 

background image

Dochodził z wnęki przed schodami, gdzie paliło się zielon- 
kawe światełko. Solidne dębowe drzwi wyważono łomami 
i "wyrwano z futryn. Beznamiętny ton automatu przywrócił 
poczucie rzeczywistości. 
— Będę strzelał — ostrzegł automat. 
Cofnął się przezornie, pracując intensywnie nad wydo- 
byciem z mroków niepamięci słowa, które wpadło tam lata, 
lata temu. Krzyknął je dla pewności dwukrotnie, po chwili 
wchodził do jasno oświetlonego pomieszczenia. Zdjął ze 
ściany miotacz, sprawdził poziom naładowania. Zebrał za- 
pasowe ładunki, wszystkie jakie były, ułożył je na stole i przy- 
padł do radiostacji. Sześciocyfrowy kod wystukał mimocho- 
dem, jak numer telefonu. Z westchnieniem ulgi dostrzegł 
na monitorze zdumione oblicze Brata Łaty. Po migających 
w tle koronach zorientował się, że łazik przedziera się już 
przez Czkający Las. 
— A więc udało ci się — powiedział Rumath. — Nie 
było helikopterów? 
— Nie. 
— Teraz słuchaj uważnie i nic nie mów. Staraj się 
jak najwięcej jechać w słońcu, wtedy ślad szybko wsiąknie. 
— Brat Łata wytrzeszczył oczy. — Jadący łazik zostawia 
w powietrzu cieplejszą smugę, którą można wykryć z heli- 
koptera. Podobnie człowiek czy zwierzę. Musicie o tym 
pamiętać. Teraz rób dokładnie to co ci powiem: weź kasetę 
ze schowka, tak, może być ta. Włóż w szparę przed sobą. 
Już? Wciśnij czerwony klawisz, ten z gwiazdką. Rozświetlił 
się wewnątrz? Od tego momentu kaseta nagrywa to co mówię 
i pokazuję. — Wziął miotacz ze stołu. 
Przez blisko godzinę demonstrował obsługę miotacza 
i opowiadał o systemach łazika. Potem pożegnał się z Bratem 
Łatą. Wstał. Nasłuchiwał, ale na zewnątrz murów panowała 
cisza. Powiódł wzrokiem sprawdzając, co jeszcze mogłoby 
się przydać. Kiedy tak stał, ekran wbudowany w komunikator 
zatrzepotał i rozjaśnił się. Patrzyła na niego twarz Szefa. 
— Jesteś — powiedział Szef. — Przykro mi, ale musia- 
łem podjąć taką decyzję. Ludzie don Bachy jak zwykle trochę 
przesadzili, co? Pamiętasz, jak mówiłem — najmniejszego 
wyłomu w murach... 
Nawet nie mierzy, prosto z biodra wali w monitor, szkło 
pryska, Rumath wyskakuje do sieni. Obchodzi trupy. Wraca. 
Zamyka pomieszczenie. 
— Nowe hasło: kurdyban — rozkazuje automatowi. 
Potem idzie do szopy z narzędziami, wynosi kilof i ło- 
pa+ę. Pod wieczór jest gotów. Przed oczami ma ciągle 
pokryte zakrzepłą krwią uda Eileen, zdeformowane od ude- 
rzeń głowy dzieci. Uklepuje ziemię wokół krzyża na niskiej 
mogile, kiedy dochodzi go warkot. 
Helikoptery. Przelatują nad zamkiem, zawracają. 
Rumath włazi do sieni, barykaduje drzwi. Odciąga 
trupy sprzed wnęki z zielonkawym światełkiem. 
— Hasło: kurdyban — mówi. — Strzelać bez ostrzeże- 
nia. 
Idzie na górę. Otwiera okno: dziedziniec błyskawicznie 
zapełnia się ludźmi don Bachy. Helikoptery warczą nad tym 
rojowiskiem. Drzwi wejściowe huczą pod ciosami tarana. 
Rumath otwiera na oścież okna komnaty. Na dole rumor: 
drzwi puściły, słychać teraz krótkie odgłosy strzelającego 
automatu, jęki i przekleństwa. Rumath siada na taborecie pod 
ścianą; czeka. Po pół godzinie atakujący wpadają na pomysł, 
zęby zablokować ciężkimi meblami ziejącą ogniem wnękę. 

background image

— Nareszcie — wzdycha Rumath. Słyszy tupot prędkich 
kroków po kamiennych schodach. Rozgląda się po komnacie: 
wszystkie okna otwarte. Wychodząc na środek pomieszczenia 
z miotaczem wycelowanym w drzwi dzielące go od ciemnej 
gardzieli korytarza włącza wielki wentylator pod sufitem. 
kwiecień 1985 
Ziemia - 410 
o ostatnich podwyżkach cen 
biletów w pociągach zrobiło się luźniej. Jadąc ekspresem 
z Warszawy do Krakowa miałem do dyspozycji cały prze- 
dział. Pociąg odbił statecznie od peronu, zdążyłem się 
rozsiąść i rozlokować bagaże, kiedy do drzwi załomotał 
zapóźniony podróżny. 
Byłem na niego zły, bo likwidował mój mały komfort. 
Chciałem za wszelką cenę powiedzieć mu coś złośliwego, 
ale nic nie przychodziło mi do głowy. 
Był dość otyły, po pięćdziesiątce, ubrany bez elegancji. 
Wzmogło to tylko moją niechęć. Rzucił walizkę na półkę 
i rozparł się w przeciwległym kącie przedziału. Chwilę trwał 
bez ruchu, potem podciągnął rękaw na krótkiej, kosmatej 
łapie. Na przegubie miał cyferblat wielkości spodka. Wpatrzył 
się weń łapczywie. 
— A na Ziemi-900 zaczyna się robić gorąco — powie- 
dział ani do mnie, ani do siebie. Natura wyposażyła go w naj- 
krótsze ręce świata: ledwie zdołał je spleść gdzieś między 
klatką piersiową a brzuchem. Spod brzegu mankietu nadal 
wyglądał ten monstrualny czasomierz, podobny do wymonto- 
wanego z obsady barometru. 
— Jestem trenerem piłki nożnej — pochwalił się. Nale- 
żał do wymierającego gatunku gawędziarzy; brak zaintere- 
sowania nie był mu przeszkodą. 
— Pan pochodzi z Wilna — zapytałem niespodziewanie 
dla samego siebie — czy ze Lwowa? 
— Dalej, łaskawco, znacznie dalej — rzekł w okno, 
jakbym to nie ja się odezwał, a jeden z przelatujących 
za szybą słupów trakcji. W jego głosie oprócz melodyj- 
nego akcentu wyczułem dodatkowo nutkę wesołości. 
Postanowiłem mu przyłożyć. 
— Na pewno z Ziemi-900? 
— Nie. Z 760 — poprawił z powagą. 
— A ja z 1580. 
— Nie, pan z 410. Ta Ziemia nosi numer 410. 1580 
w ogóle nie istnieje. 
— A dlaczegóż to, kochanieńki? — zdawało mi się, 
że wylewam litry jadu na jego łysą głowę. — Może 
istnieć Ziemia-900, może 410, to i 1580 niech sobie po- 
dokazuje. 
— Wszystkich Ziem jest dokładnie 1300 — to nie była 
wesołość, ale pobłażliwość. Rozmawiał ze mną jak z dziec- 
kiem. — Pan chyba nigdy nie słyszał o rozszczepieniu 
czasoprzestrzeni, co? Miałem tu gdzieś przewodnik po 410... 
z aktualnym stanem lokalnej nauki — zaczął szperać po 
kieszeniach. — Teorii światów równoległych też pan nie zna? 
Poszczególne wszechświaty istnieją całkiem niezależnie, uło- 
żone obok siebie jak karty tej samej talii. Nasza lokalna 
Talia — przez duże T — liczy 1300 numerów. 
— Niby dlaczego właśnie tyle? — prychnąłem. — 
Czasoprzestrzeni nie chce się dalej rozszczepiać? Leniwa 
ta czasoprzestrzeń, nie ma co. Trzeba ją będzie pogonić do 
roboty 
Spoglądał na mnie z zatroskaniem na twarzy. 

background image

— Transferowałem w ostatniej chwili, nie zdążyli uprze- 
dzić, że tu takie... — chciał chyba powiedzieć „ignoranct- 
wo", ale się ugryzł w język. — Rozszczepienie czasoprze- 
strzeni to zjawisko astrofizyczne. Coś jak ucieczka galaktyk. 
Big-bang! Rozumie pan? 
— Ale nasi astronomowie jeszcze nie wykryli, ze pew- 
nego dnia galaktyki zatrzymały się w miejscu — roześmiałem 
się z własnego dowcipu. 
— Nic straconego, łaskawco. Jeszcze dużo czasu... 
— Jednym słowem jest pan przybyszem z innego 
świata — szydziłem na całego. — I tam tez grają w piłkę? 
Ożywił się: — Futbol to wszystko, co łączy Ziemie 
760 i 410. W całej Talii nie ma tak dobrych piłkarzy jak wasi. 
Wie pan, o czym rozpisuje się aktualnie prasa polityczna 
na naszej Ziemi? O spotkaniu międzyplanetarnym naszych dru- 
żyn. Czołowi publicyści spierają się o taktykę, składy... To 
byłby mecz! 
— Ileż to roboty? — nastroszyłem się. — Dostarczcie 
tu waszych zawodników, a my przygotujemy wszystko co 
potrzeba: stadiony, widzów, telewizję. Dołożymy waszym 
według lat. 
— Zbyt prosto pan sobie wyobraża całe przedsięwzię- 
cie — powiedział po namyśle. — Transfer materii między po- 
szczególnymi numerami Talii wymaga ogromnych energii. 
Czas operacji również jest ograniczony: im większa masa, tym 
krótszy. Za najdrobniejszą niedokładność płaci się ubytkiem 
ładunku. Strach pomyśleć, co by z nas zostało, gdybyśmy 
przywieźli tylko pół Littre'a albo Yerbasa bez lewej nogi. 
Nie wspominam już o tym, ze chcąc przesłać tu określoną 
masę trzeba stąd zabrać niejako w zastaw dokładnie tyle samo 
— i co do grama zwrócić. Inaczej transfer nie ma szans. Ale 
to technika; sedno problemu w tym, że my nie gramy w fut- 
bol. 
— Jak to — nie gracie? To kogo pan trenuje? Co za 
facetów wymienił pan przed chwilą? Poza tym, o ile mnie 
słuch nie mylił, wyraźnie proponował pan spotkanie n a- 
szych drużyn! 
— Zaszło nieporozumienie; juz wyjaśniam. Po pierwsze: 
trener piłki nożnej to na 760 tytuł honorowy — jak wasz baron 
czy lord. Po drugie: pisząc o meczu naszych drużyn 
prasa polityczna Ziemi-760 nie ma na myśli spotkania repre- 
zentacji naszej i waszej, tylko wyłącznie naszych — czyli 
Ziemi-410 i Ziemi-900. Widzi pan — dał znak, bym nie 
przerywał — wam się zdaje, ze gdybyście wyłonili najlep- 
szych futbolistów waszej planety, to automatycznie powoła- 
libyście superreprezentację Ziemi-41 0. Team na skalę między- 
narodową. Zgoda; nie spojrzałem na to oczami tutejszego 
kibica. Ale taki zespół samych Bońków, Socratesów i Littbars- 
kich byłby przede wszystkim naszą drużyną, jako że cały 
futbol Ziemi-410 znajduje się od pięćdziesięciu lat pod kon- 
trolą Ziemi-760, czyli tej, zechce pan łaskawie zauważyć — 
skłonił krótki tułów w moją stronę — której jestem obywate- 
lem. 
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Gość nie wyglądał na 
pijanego, gadał trochę od rzeczy, to fakt, ale jak dotąd nie 
udało mi się przyłapać go na sprzeczności. Postanowiłem 
traktować jego paplaninę jako próbę urozmaicenia podróży. 
A jednak, odkryłem ze zdumieniem, pikło mnie coś na 
dnie mózgu czy serca. Lokalny patriotyzm, przywiązanie do 
mojej Ziemi-410? Bzdury! Wzruszyłem ramionami i demon- 
stracyjnie wbiłem się w kąt przedziału, jakbym serio zamierzał 

background image

przespać dalszą jazdę. 
— Wiem, że tego niedobrze się słucha — ciągnął nie 
zrażony. — Cała Talia stanowi strefę wpływu dwóch super- 
mocarstw: Ziemi-760 i Ziemi-1280, która prawdopodobnie 
zatrzymała proces rozszczepiania czasoprzestrzeni na nume- 
rze 1300. Podporządkowaliśmy sobie poszczególne planety 
wraz z ludnością (która nie zdaje sobie z tego sprawy) 
i na zasadzie umów dwustronnych, zawieranych na naj- 
wyższym szczeblu, wykorzystujemy ich zasoby. 
Już miałem się oburzyć na tak cyniczny przejaw kolonia- 
lizmu czy imperializmu w metakosmicznym wydaniu, gdy 
wpadła mi do głowy genialna wątpliwość. 
— To są głodne kawałki, proszę pana — oświadczyłem 
z godnością. — Bujać to my, ale nie nas. Czy można się do- 
wiedzieć, łaskawco — jak mogłem, przeciągałem moment za- 
dania ciosu — jakim to sposobem nas eksploatujecie, skoro, 
dobrze pamiętam, transport materii między poszczególnymi 
wszechświatami jest nieopłacalny energetycznie. W dodatku 
ten obowiązkowy zastaw masy... 
Spojrzał na mnie jak na najbardziej odrażającego pry- 
mitywa. 
— Ale można stąd zabierać złoto, a zostawiać kamie- 
nie — rzekł — gdyby rzecz jasna na Ziemi-760 złoto wzbu- 
dzało czyjąkolwiek pożądliwość. Koniecznie chce pan usły- 
szeć, co wywozimy z planet takich jak 410? 
— Ciekawym bardzo. 
— Informację. Do tego nie trzeba wielkich energii. Ale 
nie byle jaką informację. Ziemia-410, tak jak inne nasze 
posiadłości, służy nam za poligon, gdzie testujemy pewne 
idee, pomysły usprawnienień społecznych, mogące wywie- 
rać wpływ na los naszej planety, poziom życia jej miesz- 
kańców, rywalizację z 1280 itp. Ktoś na przykład zgłasza 
pomysł: od jutra należy zwolnić wszystkich od podatków. 
Albo wszystkim rozdać broń. Albo zlikwidować pieniądze. 
Albo — ja wiem? — dawać każdemu według potrzeb. 
Normalnie doszłoby do dyskusji między przedstawicielami 
zwolenników i przeciwników danej idei. Gdyby dyskusja nie 
przyniosła porozumienia, rzecz najpewniej zakończyłaby się 
konfrontacją i strona silniejsza, co nie znaczy że bardziej 
światła, narzuciłaby swoje warunki pokonanym. Taki byłby 
prawidłowy scenariusz tutaj, u was. U nas zleca się odpo- 
wiednio zaopiniowany projekt do zrealizowania na jednej 
z podległych nam planet. Oczywiście najpierw trzeba tam 
doprowadzić do pewnego podobieństwa do Ziemi-760, sam 
eksperyment też obliczony jest zwykle na lata. Ale prędzej 
czy później wyniki stają się jasno widoczne. I otóż my ko- 
rzystamy z planet zależnych w ten sposób, że znając ich 
doświadczenia historyczne rezygnujemy zawczasu z pewnych 
posunięć, a tym samym unikamy ich często nieciekawego 
losu. 
— Sugeruje pan, że tutaj też toczy się jakiś ekspery- 
ment? 
— 410 jest ciekawym przypadkiem. W zasadzie stano- 
wicie własność Ziemi-1 280, ale na ostatnich kilkadziesiąt lat 
zostaliście częściowo wydzierżawieni nam. Widzi pan, na 
Ziemi-760 granice państwowe ustala się co cztery lata na 
podstawie wyników waszego Mundialu. Po prostu tak się 
przyjęło; sposób to równie logiczny jak wojna, a o ileż 
tańszy i bardziej humanitarny! Może pan to nazwać jak 
chce: głupotą, namiętnością, egzotyką — w każdym razie 
zaoszczędzone środki przeznacza się na poprawę bytu lu- 

background image

dności. W ramach dzierżawy odpowiadamy tutaj tylko za 
sferę futbolu. Cała reszta — niekontrolowany rozwój, zanie- 
czyszczenie biosfery, podział państw na biedne i bogate, 
dwa przeciwstawne systemy polityczne, konfrontacja, wyścig 
zbrojeń — to sprawka tych z 1280. Do tej pory nasze progra- 
my nie kolidowały ze sobą; obecnie takie niebezpieczeństwo 
wyraźnie się zarysowało. Zauważył pan chyba, jak bardzo 
w ostatnich latach upolitycznił się wasz sport? Ziemia-1280 
zażądała skrócenia okresu dzierżawy, a my musieliśmy 
na to żądanie przystać, ponieważ tak stanowią artykuły 
odpowiedniej umowy. Od kilkunastu lat przygotowywaliśmy 
na Ziemi-900 system rezerwowy, gotów w każdej chwili 
przejąć zadania Ziemi-410. Rozwinęliśmy futbol, zorgani- 
zowaliśmy ligi, wyszkoliliśmy graczy, sędziów, trenerów, 
stworzyliśmy system rozgrywek pucharowych... Jesteśmy 
w przededniu pierwszych mistrzostw Ziemi-900, oczywiście 
jeszcze bez żadnego znaczenia dla przebiegu granic na 
Ziemi-760. 
— Czy to znaczy — głos drżał mi lekko, nie potrafiłem 
go opanować, choć wiedziałem, że to głupie — że 
Mundial '82 był ostatnim w historii? 
— Dlaczego? — zdziwił się, chyba szczerze. — Być 
może dojdzie jeszcze do następnego. Tylko że nas już 
nie będą obchodzić wyniki. A fachowców z 1 280 tym bar- 
dziej — zachichotał nieprzyjemnie. — Nie wie pan tego, 
więc niech pan nadstawi ucha: na Ziemi-1280 o przebiegu 
granic między państwami decydują wojny. Skąd, my to znamy, 
co? — wyszczerzył zęby. — Tyle że te wojny rozgrywają 
się gdzie indziej, na planetach podległych Ziemi-1 280. No, 
jak się pan czuje? 
Miałem ochotę wstać i walnąć go pięścią w piłkowatą 
głowę. Jego szampański humor zaczynał mnie drażnić. Ale 
grubawy trener futbolu kompletnie zmienił się na twarzy. 
Z obliczem ściętym niepokojem badał tarczę wielkości talerza 
z budyniem. 
— Niech to diabli, trochę zamarudziłem. Zaraz Ra- 
dom — zerwał się z fotela, pochwycił walizkę i ruszył ku 
drzwiom. Po drodze trącił mnie kordialnie w ramię: — No, 
niechże się pan rozchmurzy. Nie ma się czym przejmować. 
Wymyśliłem to wszystko kiedyś w pociągu i od tego 
czasu zawsze opowiadam, ilekroć droga za bardzo się 
dłuży. 
— Do widzenia — burknąłem. Trzasnęły drzwi prze- 
działu i podający się za trenera jegomość przepadł gdzieś 
na korytarzu. 
Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo — a przecież 
ostatnie zapewnienie przyniosło mi ulgę. Po prostu poczu- 
łem się lepiej. Oparłem głowę o rękaw płaszcza i zmrużywszy 
oczy usiłowałem myśleć o czym innym. Czego taki facet 
mógł szukać w Radomiu? Ale zaraz... przecież Radom minę- 
liśmy z pół godziny temu! 
Skoczyłem na równe nogi i wyjrzałem na korytarz. Był 
pusty. Tylko pijany albo rozespany konduktor obijał się 
o ściany wagonu. Cofnąłem się w głąb przedziału. Rzucił ¦ 
się w moją stronę. Namacałem w kieszeni bilet. 
— Cholera jasna, panie — wysapał stając w drzwiach. 
— Spałem tu dwa przedziały dalej. Nie zauważył pan 
nikogo, kto by się tutaj kręcił? 
Zaprzeczyłem niepewnym ruchem głowy. 
— Cholera jasna! Co mi się nie śniło! Ale patrz pan: 
musieli mi nakłaść tyle kamieni do torby? 

background image

luty 1983 
Kwadrofoniczne 
delirium 
tremens 
Philipowi Dickowi, który w wieku 53 lat 
trafił do Świata B. Wierzę, że nie żałuje. 
polinary Ko- 
niecpolski, już na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie 
plugawego degenerata, zbliżał się ostrożnie w stronę kiosku 
„Ruchu". Akurat kioskarka zdejmowała kartkę z napisem „Za- 
raz wracam". W oczekiwaniu na jej powrót Apolinary przez 
pół dnia wygrzewał się w słonku, regenerował siły i rozmy- 
ślał o Świecie B. Spoza krzaków miał doskonały punkt 
obserwacyjny, sam będą/L niewidoczny. Z położonego nie 
opodal boiska dolatywały okrzyki i przekleństwa uczniów po- 
bliskiej szkoły podstawowej, gremialnie uganiających za piłką. 
— Poproszę sześć wód brzozowych — wycharczał 
Apolinary do okienka, starając się o miły timbre głosu. 
Jednocześnie złożył dokładnie odliczoną sumę na szklanym 
talerzyku. 
Sprzedawczyni z roztargnieniem zdjęła z półki towar 
i zajęła się liczeniem monet. 
— W porządku — powiedziała. — Dziękuję. 
Była młodą dziewczyną i o ile Apolinary znał się na tym, 
typową mieszkanką tego miasta. O nim samym trudno byłoby 
powiedzieć coś podobnego: nosił długi płaszcz nieokreś- 
lonego koloru, bardzo solidny i trwały. Pod szyją miał apasz- 
kę, która w momencie wystawienia na sprzedaż wabiła jaskra- 
wymi kolorami, a teraz przypominała szary wiecheć. Strój 
uzupełniały względnie nowe spodnie od dresu z białymi 
lampasami oraz trampki. Przy płaszczu brakowało guzików; 
Apolinary nosił go bez względu na pogodę. Nie zdejmował go 
także w nocy. Czerwona twarz, siwiejąca broda i zmierzwio- 
ne włosy ufarbowane na pomarańczowo dopełniały obrazu. 
Włosy ufarbowali Apolinaremu punkowcy, do których 
przystał na jeden dzień w nadziei wyłudzenia pieniędzy. 
Rozmieściwszy po kieszeniach pobrzękujący dyskretnie 
ładunek Apolinary uznał dalszą konspirację za zbędną. Roz- 
siadł się na pobliskiej ławeczce i niedbałym ruchem odrzucił 
pierwszą nakrętkę. Ciągnął małymi łykami, żeby starczyło 
na dłużej. Na jego steranej wiekiem i udrękami twarzy 
zagościł wyraz błogości. 
Od strony kiosku docierały doń niepochlebne komenta- 
rze, ale od dawna nie przejmował się ludzkim gadaniem. 
Kupujący „Express Wieczorny" nadkładali drogi i okrążali 
z daleka to miejsce. Gruba jejmość, prowadząca blade 
chłopię w okularach, na widok uczty Apolinarego starała 
jak wryta. Jej dostojne oblicze nabiegło krwią, nabierając 
koloru ciemnego fioletu. Wydawało się, że za chwilę trafi 
ją szlag. Zakryła chłopcu oczy i zasłaniając go dodatkowo 
ciałem, co przyszło jej bez trudu, niemal pobiegła w stronę 
kiosku. Apolinary pomachał jej ręką. 
Opróżnił piątą butelkę i czuł się wyśmienicie. Świat 
nabrał barw, życie — sensu. Czknął potężnie i wokół roznios- 
ła się dyskretna woń salonu fryzjerskiego. Jakie to szczęście, 
że akurat nie przechodził nikt lubiący rzucać niedopałki. 
— Dobre było, ale mało — stwierdził Apolinary. 
. Panienka z kiosku na jego widok zatrzasnęła okienko. 
— Chciałem tylko zapytać, czy przyjmie pani butelki. 
Nie? W takim razie do zobaczenia. 
Poczłapał do następnego kiosku, w którym nie był 

background image

jeszcze spalony. Pomyślał, jak dobrze byłoby mieć znajomą 
->co 
kioskarkę, która w te trudne dni odkładałaby dla niego 
pożądany towar, lecz był za stary na- umizgi, kłamstwa 
i zapieranie się siebie. Poza tym jeśli towar znalazł się 
w jednym punkcie, to musiał być wszędzie. Do miasta rzuco- 
no transport. Skazany od ponad trzydziestu lat na handel 
uspołeczniony, Apolinary Koniecpolski dobrze znał zasady 
jego funkcjonowania i przeczucie nie zawodziło go prawie 
niady. 
Wolno, noga za nogą, aby nie wybić się ze stanu naboż- 
nej koncentracji, Apolinary podążył wielokrotnie uczęszcza- 
nym szlakiem, trasą sweqo życia, ocierającą się o kolejne 
kioski i w końcu nieodmiennie niknącą w bezmiernym ocea- 
nie Pól Mokotowskich. Kiedy był młodszy i sprawniejszy, 
budził się daleko między drzewami, czasem na ławce lub 
pod ławką, o różnych porach dnia. Ostatnio jednak lata 
żmudnych ćwiczeń zaczynały przynosić efekty: powracał do 
świadomości, podobnie jak roje porządnych obywateli — 
nad ranem. Tylko przebyta trasa stawała się coraz krótsza, 
tak iż Apolinary zmuszony został dokonać w niej korekt, by 
jego podchodzenie do bram Świata B nadal odbywało się 
bez zakłóceń ze strony wrogich sił Świata A. 
Cudownie wyregulowany barometr, wbudowany w jego 
ciało, nigdy nie pozwalał mu spędzić nocy na deszczu lub 
w nadmiernym chłodzie. Kiedy pierwsze przymrozki nieźle 
podszczypywały w pięty, Apolinary przenosił się do ruin 
wieżowca na placu Dzierżyńskiego. W piwnicach nic się nie 
zmieniało od lat; przez parę dni Apolinary znosił tam stosy 
papierów, gazet, worków po cemencie, wreszcie zakopywał 
się w tej stercie i zasypiał. Wychodził rzadko, przeważnie 
aby zdobyć coś do jedzenia. Kiedy mrozy panoszyły się 
bez reszty, przypominał sobie o starym znajomym, który 
pracował jako palacz w' kotłowni i pozwalał Apolinaremu 
spać na węglu. Kontakt ze Światem B był wtedy mocno 
utrudniony, choć ciągle w zasięgu; cieplarniane warunki 
rozhartowywały organizm i trzeba się było trochę namozolić, 
chcąc choć raz na tydzieć zapukać do bram raju. 
Ciało Apolinarego z biegiem lat zrozumiało własną 
podrzędność i pogodziło się z nią; praktycznie nie dawało 
się chorobom ani przeziębieniom, co przy tym trybie życia 
było nie bez znaczenia. Zazwyczaj wchodzenie w strefę mię- 
dzy światami A i B przebiegało w sposób kontrolowany; 
nieliczne odstępstwa od reguły wynikały z naruszenia ustało- 
nego od wieków rytmu fizjologii. Przeważnie zdarzały się wte- 
dy, gdy Apolinary zdobył za dużo jedzenia i nie zdołał się 
powstrzymać przed pożarciem go w całości. O ile wywołany 
w ten sposób kryzys trafiał się na szlaku, wejście w strefę 
pośrednią bywało nagłe i Apolinary budził się wtedy w naj- 
różniejszych miejscach. Nic jednak nie wskazywało, by kto- 
kolwiek interesował się szczegółowiej jego losem, próbował 
go podnosić, udzielać mu pomocy czy wymyślać podobne 
brednie. W tym mieście człowiek, który upadł, był spokojnie 
pozostawiony samemu sobie. Tolerancja mieszkańców paso- 
wała Apolinaremu. Znał ich zwyczaje, korzystał z nich, brak 
jakiejkolwiek wspólnoty z lokatorami bloków nie przyprawiał 
go o wstyd. 
Podczas swoich wędrówek Apolinary prawie nie otwie- 
rał oczu. Jego organizm, wytresowany jak dobry pies-prze- 
wodnik sam wiódł go gdzie trzeba. Ale — uwaga! Instru- 
menty pokładowe meldowały o przejściu w stan gotowości. 

background image

Przechodnie na tle wystaw zamienili się w rozmazane sylwetki, 
uliczny hałas wzniósł się o ton. Niebo obniżyło się i zwisało 
betonowym sufitem nad karkiem. Raz po raz z najmniej spo- 
dziewanych punktów przestrzeni wyrywały się potoki światła, 
podzielonego na perełki kwantów. Jestestwo, zwane w Świe- 
cie A Apolinarym Koniecpolskim, przeistaczało ¦Się w falę 
materii, pulsowało zgodnie z wewnętrznym rytmem niezna- 
nych mu sił. „Kosmos zaczyna się na Ziemi", przychodziło 
mu potem do głowy, gdy zastanawiał się nad naturą zjawisk. 
Nigdy się nie śmiał z tej formuły, w odróżnieniu od innych, 
którzy \ą znali. Rozumiał }ą po swojemu, no i miał coś na jej 
potwierdzenie. '' 
Mniej więcej w tym miejscu w wyniku bezwzględnego 
następstwa zdarzeń Apolinary stawał przed następnym kios- 
kiem. Kolejność działań zależaia teraz od rzetelnej oceny 
sytuacji. Z jego jaźni wydzielał się jakby snop jasności, roz- 
dzierający rzeczywistość, na którego końcu — jak ze smugi 
padającej z kinoprojektora na ekran — wyświetlała się kolejka 
po gazety, szklane szyby i półeczki zastawioneflakonikami, 
flaszeczkami i mydłami. 
Przeważnie udawało się zakupić jeszcze dwie albo trzy 
,butelki — częściej decydowały o tym zasoby finansowe niż 
nieufność sprzedawców. Mając co trzeba Apolinary jak 
najszybciej odskakiwał od kanionu głównej ulicy. W porze 
wczesnopopołudniowej zażarci czytelnicy ,,Expressu" naj- 
TZ. 1 
częściej wybijali go z transu — dlatego wolał wychodzić 
krótko przed osiemnastą, kiedy ostatki nakładu znikały w nie- 
nasyconych czeluściach tramwajów, w teczkach i kiesze- 
niach mrowiącej się masy. Ryzyko o tej porze groziło tylko 
jedno, za to zasadnicze: że wraz z ,,Expressem" znikną 
również zapasy wody brzozowej, spirytusu salicylowego 
bądź płynu po goleniu. Zresztą tego ostatniego frykasu 
Apolinary nigdy nie spożywał, nie będąc milionerem. W cza- 
sie swego dość długiego żywota wszystkiego zdążył się 
nabawić — oprócz rozrzutności. 
Jeżeli kioskarki nie udało się przechytrzyć ani namówić 
nikogo z przygodnych przechodniów, Apolinary tym szyb- 
ciej kierował się ku zielonym przestrzeniom Pól Mokotow- 
skich. Czas naglił. Wpadłszy między soczyste trawniki poroś- 
nięte krzewami i niskimi drzewkami czuł już niemal na mózgu 
tchnienie Świata B. Przystawał pod drzewem, obok kosza 
na śmieci, pośrodku asfaltowej alejki — i nie zważając 
na nic lał do gardła czarodziejski eliksir. 
Ale dziś niebiosa ulitowały się nad Apolinarym, chociaż 
monet wystarczyło na niecałe dwie buteleczki. Dobrotliwy 
młodzian, patrzący ze szczerym współczuciem — najczęściej 
u tych młodych można było znaleźć odrobinę zrozumienia — 
dołożył ze stypendium całe dwadzieścia złotych. Stary rene- 
gat dysponował więc w sumie trzema pociskami. Ułożył się ' 
na niewielkim zboczu, blisko kępy krzaczków, dokąd nie- 
omylnie skieruje się organizm, jakby co — po czym odpalił 
pierwszego pershinga. 
Chwila była po temu ostatnia. Poprzez typowe dla strefy 
pośredniej cechy fizyczne zaczynał coraz dotkliwiej przebijać 
nudny Świat A ze swymi zagonionymi ludzikami, węszącymi 
psami i czerwonymi burtami autobusów. Kilka łyków specy- 
fiku — zawsze w takich razach Apolinary nazywał go Ubikiem 
— przywracało rzeczom właściwe proporcje. Następne posu- 
wały go leniwymi uderzeniami — niczym grzbiety fal samotną 
łódkę — w pożądanym kierunku. 

background image

Zdawało mu się, ze znalazł się w klatce, w ciasnej, 
ciemnej poczekalni, obracającej się wokół czterech osi wza- 
jemnie prostopadłych. Wirował razem z nią, widząc wyraźnie 
wszystkie kąty Euiera, a zwłaszcza kąt precesji i kąt nutacji, 
podczas gdy jego organizm, przemieniony w automat dosko- 
nały, obsługiwał się sam gdzieś na powierzchni Świata A. 
Procesem tym, od którego przecież tak wiele zależało, 
kierował specjalny program, zakodowany chyba nie płycej 
niż pamięć genetyczna. Uczestniczące w operacji części 
ciała Apolinarego współpracowały precyzyjnie i w milcze- 
niu, dopóki ostatnia pusta buteleczka nie wysunęła się na 
trawę. 
W klatce ciemności wyłoniła się jaśniejsza smuga, długi 
przewód z lusterkiem na końcu. Jeśli szukać na siłę analogii, 
wyglądało to jak widok nieba z dna bardzo głębokiej studni, 
albo z wnętrza czołgu o lufie prawie nieskończonej długości 
— lub ze środka pustej głowy słonia, który prostą do przesady 
trąbą usiłuje właśnie zerwać melon z drzewa na sąsiednim 
kontynencie. 
Podobne lufciki otwierały się najniespodziewaniej z róż- 
nych stron, ale gasły zanim Apolinary zdążył w nie wejrzeć. 
Na ich miejscu natychmiast pojawiały się następne. Miał 
wrażunie zanurzenia w ciemnej wodzie, pełnej srebrnobrzu- 
chych ryb, które kołysały się dostojnie, odbijając błyski 
niewidzialnej lampy. Ryby-lufciki puchły, rozdymały się, jak 
gdyby pojazd wiozący Apolinarego wsysał w siebie prze- 
strzeń ze wszystkich stron jednocześnie. Stopniowo stawały 
się coraz bardziej przenikliwe dla wzroku. Juz, już za biaława- 
mi, mglistymi przesłonami poruszały się jakieś cienie, nabiera- 
jąc wyrazistości, gdy dostarczająca tyle euforii podróż uległa 
zakłóceniu. Tempo pojawiania się coraz to nowych plam 
bieli osłabło. Gasły coraz szybciej, ich rozmiary malały. 
Rydwan Apolinarego począł się z wolna cofać. 
Duszę starego podróżnika wypełniło po brzegi rozcza- 
rowanie, wielkie jak kosmos, ale nie potrafił się przeciwstawić 
biegowi wypadków. Przyswojona na ostatniej stacji Świata A 
dawka okazała się zbyt słaba. Wiedział już, że nieznany 
mechanizm wyrzuci go z powrotem na brzeg Świata A jak 
rozbitka na plażę bezludnej wyspy. 
Zwierz, wielki jak dźwig — mastodont? brontozaur? — 
nachylał się spod nieba, chwytał w paszczę odrętwiałe ramię 
Apolinarego i szarpał z piekielną siłą. Niespodziewanie 
puszczał zdobycz, prostował ogromną postać na całą dłu- 
gość i rycząc wściekle rozglądał się wokoło z głową zanudzo- 
ną w gwiazdach. Po upływie pewnej ilości sekund sekwencja 
powtarzała się. 
Zbawienne działanie Ubika ustawało. Apolinary, pełen 
determinacji, odemknął powieki, ciężkie jak wieka skrzyni. 
Wdarła się przez nie jasność, więc zatrzasnął je ponownie. 
Zerwał się wiatr, a on, przemieniony błyskawicznie w wątłą 
chorągiewkę, dawał się targać surowym podmuchom. 
Milicjant, młody chłopak, stał nad nim z wyrazem bez- 
radnośoj na twarzy. Przyglądał się trzem pustym butelkom 
po wodzie brzozowej i czekał. Widząc, że Apolinary się 
ocknął, natychmiast przystąpił do akcji. Jego oblicze przybrało 
z powrotem marsowy wygląd. 
— Okażcie dowód, obywatelu — powiedział. Koniee- 
polski nie zareagował. Gapił się w niebo, jasnoperłowe 
po nocy, wylizane przez wiatr, wymiecione do cna z wczo- 
rajszych baranków. Stojący przed nim mężczyzna w mundurze 
ponowił wezwanie; w jego głosie zadźwięczało zniecierpli- 

background image

wienie. 
Żądanie milicjanta mało Apolinarego obeszło. Jeden 
z tysiąca dobiegających zewsząd odgłosów — cóż ze najbliż- 
szy w sensie fizycznym? Według jego subiektywnego odczu- 
cia upłynęło z dziesięć albo dwanaście wieków. Wydawał 
się sobie kamieniem zarytym w ziemię, głazem pozostawio- 
nym w tej okolicy przez lodowiec — i oto ktoś postanowił 
naruszyć jego odwieczny spokój. 
Młody milicjant demonstracyjnie przestał się intereso- 
wać Apolinarym. W bezpiecznej odległości czekali dwaj 
pozostali uczestnicy patrolu. Od strony głównej ulicy nadje- 
chała niebieska nyska, Apolinary został wyrwany w powietrze, 
czarny okap samochodowego dachu nasunął mu się na oczy 
na moment przedtem, nim uderzył plecami o żłobioną gumę 
podłogi, od której biła silna woń popiołu z papierosów, 
wilgoci i środków dezynfekujących. 
Nie pamiętał, czy jechali długo, czy krótko. Jakieś 
czarno odziane postacie, szczęk kluczy, długie korytarze, 
wszechobecny kolor ołowiu — przez jego mózg przesunął 
się krotkometrażowy film dźwiękowy, który obejrzał, owszem, 
uprzejmie, acz bez specjalnego zainteresowania. Wepchnięto 
go do zatłoczonej celi, gdzie było ciepło, sucho i przyjaź- 
nie Poczuł wszechogarniającą senność. Nie wdając się z ni- 
kim w żadne rozmowy wyszukał kawałek miejsca przy sa- 
mej ścianie i wyciągnął się z rozkoszą. 
Przyzwyczajony ao ciszy, zakłócanej co najwyżej szeles- 
tem gałązek, Apolinary miał trudności z wyłączeniem się. 
Gwar rozmów —• wszyscy rozmawiali tu ze wszystkimi — 
nie pozwalał zmrużyć oka i chcąc nie chcąc stary przysłuchi- 
wał się wypowiedziom. Niewiele rozumiał,, fakt, ale po 
pewnym czasie zdołał się zorientować,' że zgromadzeni 
tutaj ludzie nie byli mu całkowicie obcy. Łączyła ich, łagod- 
nie mówiąc, niechęć do pewnych aspektów Świata A, z tym 
że oni łudzili się jeszcze, wierząc w możliwość naprawy 
szwankującego mechanizmu, on natomiast-pragnął juz tylko 
uwolnić się od tych dekoracji, co do których nie miał wątpli- 
wości — były sztuczne. 
Strażnicy rozpoczynali wywoływanie aresztantów na 
przesłuchania. Drzwi celi otwierały się ze zgrzytem i silny 
głos dobrze odżywionego mężczyzny wołał na przykład: 
— Jacek Biedroń! 
— Wyjechał za granicę! — odpowiadała cela chórem 
i huragan śmiechu wstrząsał solidnymi murami więzienia. 
Wywołany zgłaszał się opieszale u drzwi, udając że tłok 
nie pozwolił mu przedostać się szybciej. 
— Adam Żywczyk! — wołał strażnik. 
Cela odpowiadała: — Wyskoczył na piwo! 
— Marian Skowronek! 
— Odleciał do ciepłych krajów! 
— Jan Chrolewski! 
"— Do telefonu! — ryczała cela. Zabawa spodobała się 
Apolinaremu. Pragnął, aby i jego wywołaniu towarzyszyła 
podobna ceremonia, ale gdy przyszła kolej na niego, z mocno 
przerzedzonej celi nie dobiegł żaden komentarz., 
— Teraz ten facet z pomarańczową głową — powiedział 
strażnik. To ja, pomyślał Apolinary i wstał spod ściany! 
Zaprowadzono go do pokoju o szarych ścianach, urzą- 
dzonego bardzo wykwintnie i ze smakiem: biurko, na nim 
lampa, dwa krzesła, obrazek na ścianie. I nadal to ciepło, 
któremu ciało poddawało się z omdlewającą uległością. 
Obecność aż tylu sprzętów działała na Apolinarego depry- 

background image

mująco; siadając na krześle przypomniał sobie prehistorię 
swego życia, kiedy również siadywał na krzesłach. 
Milicjant za biurkiem miał zaciętą twarz i stopień plu- 
tonowego. Przewrócił kilka razy jakieś papiery, jak gdyby 
sprężając się wewnętrznie do roboty, po czym zaatakował 
Apolinarego spojrzeniem dwojga niebieskawych kamyków. 
— Zostaliście ujęci bez dowodu osobistego — powie- 
dział tonem surowej reprymendy. Odczekał chwilę, aby ukry- 
ty sens tej informacji dotarł do Apolinarego. Stary nie zarea- 
gował. Właściwie nawet nie myślał o tym. 
— Wasze nazwisko — warknął plutonowy. 
— Kaniecpolski. 
— Imię? 
— Apolinary. 
— Zamieszkały? — ponieważ aresztanł milczał, plu- 
tonowy podsunął: — Wasz adres. Musicie przecież gdzieś 
mieszkać. Nie macie domu? 
— Moim domem jest świał — rzekł ze skruchą Apoli- 
nary. — Świat B, mówiąc ściśle. 
— Przestańcie mi tu fanzolić! — oburzył się plutonowy. 
— Gdzieście posiali dowód? 
— Dowód? — upewnił się Apolinary. Chciał powie- 
dzieć: „Zabił mi pan klina", ale wydało mu się to niestosowne. 
Siedział zastanawiając się przepastnie, choć było dla niego 
jasne od początku, że nie ma wiele do powiedzenia na ten 
temat. 
Plutonowy bębnił palcami po stole. — No tak — oznajmił 
wreszcie, rozglądając się po pokoju. Wzruszająca bezradność 
areszłanta i jego czyniła bezradnym. Niemal wytrącała mu 
z ręki broń śledczą. Postanowił zastosować wariant drugi. 
Wsunął papiery do jakiegoś sprytnego schowka, odsunąfsię 
nieco z krzesłem, podniósł z podłogi coś, czego Apolinary 
przedtem nie zauważył i płynnym ruchem opuścił na blat 
biurka. 
— To wasza torba? 
Apolinary potwierdził. Przed skierowaniem do celi 
zabrano mu drut, pełniący rolę sznurowadeł — i ukrytą pod 
płaszczem sakwę. Stratą drutu nie było się co przejmować, 
wkrótce znajdzie nowy, ale sakwa... 
— Wyjmijcie wszystko ze środka. 
Apolinary sięgnął w głąb płóciennego worka i wydobył 
pierwszy ze swych skarbów: rozsypujący się prawie plik 
kartek, wymiętych i brudnych, nie wiadomo czy od częs- 
tego czytania, czy od nieodpowiednich v, ^runków przecho- 
wywania. Drugi plik, trochę mniejszy, równie zniszczony — 
bardziej przypominał książkę. Jej kartki przesypywały się 
miękko jak szmaty. 
-— Wszystko? — zapytał posterunkowy. 
Apolinary skinął głową. Posterunkowy sprawdził jednak, 
nie starając się ukryć obrzydzenia. Ujął jeden z plików, 
usiłując się zorientować, z czym ma do czynienia. Spomiędzy 
kartek wypadło zdjęcie i bezszelestnie plasnęło o blat. 
Milicjant wziął je ostrożnie: przedstawiało brodatego męż- 
czyznę o uważnym spojrzeniu spokojnych oczu. Mógł liczyć 
około pięćdziesiątki. 
— To wasze zdjęcie? Mam na myśli — czy należy 
do was? 
— Moje. 
— Kogo przedstawia? 
Zdjęcie było zniszczone, połamane, emulsja wzdłuż 
linii załamań odeszła od papieru. Kiedy Apolinary trzymał 

background image

je przed sobą w drżących palcach, koniuszek fotografii 
jak -mała klapka albo rybia płetwa wachlował powietrze. 
— To wy? — nalegał zniecierpliwiony milicjant. 
— Nie. 
— Nie znacie tego człowieka? W takim razie po co 
wam jego podobizna? Skąd ją macie? 
— Wiele mu zawdzięczam. Otworzył mi oczy. Dzięki 
niemu zrozumiałem... 
— Jak można coś zawdzięczać, a nie wiedzieć, komu? — 
głos posterunkowego rozbrzmiał tryumfem. — A to? — 
dotknął palcem spuchniętych plików. — CZŁO-WIEK ZWY- 
-SOKIE-GO ZAMKU. U-BIK — sylabizował z trudem starte 
długopisowe litery. — Co to za druki? 
— Tajne raporty ze Świata B — powiedział Apolinary. 
— Ten gość na fotografii to ich autor. On je sporządził. 
— Oczywiście przeczytaliście te wywrotowe bzdury — 
wykrzyknął plutonowy. — Tak czy nie? O czym pisze ten 
wrogi ideolog? 
— Że to, co pan widzi dookoła, nie istnieje. Dostrzega 
pan tylko maskę, skorupę ukrywającą prawdziwe oblicze 
świata. Ta kurtyna próbuje nas zwieść, odgrodzić od 
autentycznego piękna zjawisk i rzeczy. „Sądzę, źe współ- 
czesny świat jest fałszerstwem, które solidarnie usiłujemy 
zataić" — to jego własne słowa. 
— Zaraz, zaraz — posterunkowy bił się z myślami — 
co wy mi tu wygadujecie? Chcecie powiedzieć, obywatelu, 
żeście ulegli prądom burźuazyjnym? — Mówiąc miał już 
przed oczami gotowe zdania do protokołu. — Sugerujecie 
zatem, że to wszystko jest wymysłem? Ten areszt, ja, wy, to 
miasto? 
Apolinary z ociąganiem> skinął głową. 
— Ale popatrzcie — bił się ciężką prawicą w pierś. — 
Przecież ja jestem! Istnieję! Działam! Dobrze się czuję! 
Jak mogę najlepiej, wypełniam obowiązki służbowe! No? 
— Nie szkodzi — rzekł Apolinary rozbrajająco. — 
Ulega pan złudzeniu. Wystarczyłoby skropić pana Ubikiem, 
a rozpłynąłby się pan, rozwiał w powietrzu! 
Kiedy Apolinary wspominał tę scenę, jedynie nad szcze- 
rym wzburzeniem milicjanta nie potrafił przejść do porządku 
dziennego. Jego protest, okrzyki, nieskoordynowane gesty 
stanowiły novum nawet w doświadczeniu ostatnich dni. Na 
chwilę posterunkowy zamienił się w rajskiego ptaka, więzio- 
nego w królestwie szarości. Wtem, tknięty jakąś myślą, 
zaprzestał tego teatru, oczy mu rozbłysły, twarz zalał uśmiech 
od ucha do ucha. Klepnął Apolinarego w plecy, doskoczył 
do telefonu, krzyczał coś do słuchawki przez dłuższy czas, 
wreszcie polecił odprowadzić Apolinarego i podczas gdy 
obaj czekali na przybycie strażnika, gorączkowo wypełniał 
formularze. 
Budynek, do którego przewieziono Apolinarego, był 
szarym pięciopiętrowym gmachem. Tu dla odmiany korytarze 
promieniowały świetliście, każde drzwi były pomalowane 
na biało, wszędzie dużo szkła, które Apolinary darzył nie- 
ufnością — i odpowiedni do tego otoczenia ludzie: pachnący 
lekarstwami mężczyźni i blade kobiety w białych kitlach, 
snujący się po korytarzach i przebiegający z pomieszczeń 
do pomieszczeń. Zamknięto go w jednym z nich wraz ze zgra- 
ją tych osobliwych stworzeń, spoglądających spoza szklanych 
płytek, oprawnych w druciki, dziwnie usatysfakcjonowanym 
wzrokiem, znowu posadzono go na krześle, pod lampą, na 
środku pokoju, drzwi otwierały się ostro i ciągle ktoś wbiegał, 

background image

wybiegał, kładli mu przed oczy łyse kule czaszek, jakby nie 
dowierzali zmysłom, okrążali go tam i z powrotem, natrętni 
jak muchy, jedni trzymali pulchne łapki w kieszeniach, inni 
gorączkowo notowali; ukrzyżuj go, powiedział Apolinary, 
a przez nich jakby prąd przeleciał, szmer, potem jęk, niektó- 
rzy krzyknęli nawet z zachwytu, więc dla wzmocnienia efektu 
powiedział: ukrzyżuj, ukrzyżuj go; ach! westchnęli, stęknęli, 
jęknęli w ekstazie, naraz drzwi stuknęły i całe zainteresowa- 
nie'momentalnie zwróciło się tam, pan profesor, panie profe- 
sorze, panu profesorowi, oto ten egzemplarz, niezmiernie, 
prawda, ciekawy, zechce pan tylko rzucić okiem, suchy, 
roztrzęsiony staruszek wlepił weń załzawione oczy zza 
binokli i chwilę wpatrywał się w Apolinarego, przekrzywia- 
jąc głowę, aż nareszcie nasycił się i dziecinnym, śmiesznym 
głosikiem zawyrokował: 
— Ecce homo! 
Dopieroż podniósł się rwetes niesłychany, szmer podzi- 
wu, głosy uznania i pojedyncze posykiwania zawistnych, 
ecce homo, powtarzano i coś mówiło Apolinaremu, że zaraz 
sypną się oklaski, zamiast tego profesor pociągnął na króli- 
czy sposób różowiutkim jak u albinosa noskiem i rzekł 
słowo do oblegających go fagasów, ci zaś na wyścigi miot- 
nęli się ku drzwiom, skąd po niecałej minucie wypadli 
pielęgniarze i jak wściekłe brytany rzucili się na Bogu ducha 
winnego Apolinarego. Ciągnęli go gdzieś po schodach, 
do ciemnych piwnicznych wnęk, gdzie ściany zaparowały 
rosą, a w powietrzu czuć było nagromadzoną wilgoć, tam 
zdarli z niego ubranie i wepchnęli pod strugę ukropu. 
Apolinary w pokorze znosił poniżenia, myśląc ile jeszcze 
przejść go czeka, ile zniewag do wycierpienia, zanim dotrze 
do krańca tej gehenny. Strumienie wody siekły go w twarz, 
pielęgniarze traktowali go niczym kawał drewna, tarli z całych 
sił szczotkami, potem szorstkimi ręcznikami, wymieniając 
między sobą pikantne uwagi, rękawy na ich mocarnych 
ramionach były podwinięte, a twarze czerwone z wysiłku. 
Skóra paliła Apolinarego żywym ogniem, drażniona jeszcze 
przez kaftan i portki z ordynarnego materiału; czuł się w tym 
stroju paskudnie, lecz nie protestował. Co innego absorbowa- 
ło jego uwagę. 
Był wstrząśnięty widokiem własnego ciała, chudych 
piszczeli obciągniętych skórą, w których jak w kupie gałęzi 
ukrywała się jego dusza. Wracali przez labirynt korytarzy, 
jak przedtem pełny anemicznych manekinów, a Apolinaremu 
ciągle stało przed oczami zbiorowisko wynędzniałych gnatów 
— on sam. Czy możliwe, aby tym był w istocie? Przez lata 
poniewierki własne ciało zdążyło dla niego zamienić się 
w abstrakt, tak przeraźliwie teraz zdemaskowany. Podtrzy- 
mywany, odcinkami niemal niesiony przez pielęgniarzy, 
zadawał sobie wciąż nieme pytania: więc to także jestem 
ja? Kto mi próbował zrobić kawał? Toczył z sobą wyczerpu- 
jące dialogi na ten temat, nawet gdy obraz wyblakł w pamię- 
ci, a on sam, ułożony w sztywnej, białej pościeli, pachną- 
cej równie wrogo jak wszystko czemu musiał stawić tu czoła, 
zastanawiał się, czyim działem pozostaje ta wielka mistyfi- 
kacja, ta precyzyjnie uknuta prowokacja. Jakie symptoma- 
tyczne, że nie starano się ukryć przed nim tego widoku, 
a przeciwnie — naumyślnie dano mu czas i możliwości, 
by zapoznał się z nim szczegółowo. Nie mógł zasnąć. W tym 
musiał tkwić czyjś zamysł, skonstatował nad ranem, ciemne 
siły, których był więźniem, postanowiły zadrwić sobie z niego, 
i już o pełnym brzasku rozstrzygnął ostatecznie, komu za- 

background image

wdzięcza tę i inne przykrości — oczywiście nieznośnemu, nie 
do życia Światu A. 
Rankiem, ciągle przytłoczony ciężarem odkrycia, umac- 
niając się co do jego ostatecznej słuszności, spróbował przez 
roztargnienie zjeść część ładnie wyglądających produktów ze 
śniadaniowego talerzyka. Zwymiotował. Biały fartuch dosko- 
czył i wpakował mu w żyłę długą igłę, przez którą mały 
tłoczek pompował przezroczystą zawartość. Wszystko, 
wszystko falsyfikaty, powtarzał z obłędną radością Apolinary, 
z satysfakcją odkrywcy, z pasją demaskatora. Pięknie wyglą- 
dające bułeczki, masło, dżem, wspaniałe, ciepłe mleko, 
o którym tyle razy bezskutecznie marzył, w gruncie rzeczy 
chowały jadowitą zawartość. Atrakcyjna postać zewnętrzna, 
obliczona na oszukanie zmysłów, miała go nakłonić do 
spożycia trucizny, substancji ukrytej we wnętrzu, której zada- 
niem było odmienić go, wywrócić, wynicować, sprawić by 
stał się posłuszny siłom Świata A. To Świat A nieustannie 
dybał na jego suwerenność, próbował go zniewolić, zhoł- 
dować jego jaźń — uczynić swym lennikiem, jeśli nie wręcz 
sługą. Nakazał sobie najwyższą czujność przed następnymi 
atakami, które — tego był pewien — wkrótce nastąpią^ 
Pomny przestrogi w ogóle nie tknął obiadu, skarciwszy się 
mocno za słabość organizmu. To było upokarzające: najsłab- 
sze ogniwo, którego nigdy nie uznał za własne, a tylko prze- 
mocą dodane do siebie, mianowicie ciało — aż wiło się 
z chuci na widok tylu specjałów. Po południu podłączono 
Apolinarego do kroplówki, czemu poddał się z niemą, pełną 
rozpaczy rezygnacją. Moloch zrozumiał, że nie zdobędzie 
Apolinarego frontalnym szturmem i postanowił wymienić 
jego wnętrzności. Ale nawet wyskrobany, zredukowany do 
szczątka, do ogryzka, nic nie znaczącego odpadka, będzie się 
Apolinary bronił do ostatka, do kompletnego rozmydlenia. 
Nigdy nie zdobędziecie mnie całego, urągały jego oczy dy- 
żurnym lekarzom i pielęgniarkom. Próbował sobie wyobrazić, 
co się stanie, kiedy z jego ciała zostanie kompletnie wypłuka- 
ny czerwony miąższ i zastąpiony przez bezbarwny fizjologicz- 
ny roztwór. Stanie się taki sam jak manekiny wypełniające ten 
budynek. 
T71 
II! 
Przed wieczorem jeden z nich pokręcił się w pobliżu 
legowiska Apolinarego i nie szczędząc zabiegów próbował 
wkraść się w łaski starego. Wił się jak piskorz, gdy pod 
pretekstem zebrania danych do pracy naukowej usiłował 
skłonić Apolinarego do intymnych wyznań. Obywatel Świata 
B traktował z pogardliwym milczeniem tego syna mroku, 
pachołka Świata A. Chcą poznać moją przeszłość, aby tym 
łatwiej zadecydować o przyszłości. Fakt, że tak łatwo rozgryzł 
intrygę sprawił mu niekłamaną przyjemność. 
— Niczego nie chcę za darmo — krygował się intruz, 
osobnik o podejrzanie rumianym obliczu — tłuściutki, udany 
egzemplarz manekina w sam raz na miarę Świata A. — Tu 
jest coś, co powinno pana przekonać o szczerości moich 
zamiarów — podał Apolinaremu długawy kształt opako- 
wany w gazetę. 
Zawartość była twarda. Apolinary odsłonił dyskretnie 
rąbek gazety: półlitrowa butelka wypełniona tym samym 
przezroczystym płynem co zbiornik kroplówki. Nie zmyli 
go podrobiona etykietka. Już miał się oburzyć, kiedy przy- 
pomniał sobie, że i kupowany w kiosku eliksir wyglądał po- 
dobnie. Miał wprawdzie lekkie zabarwienie, ale usłużna 

background image

pamięć w mig podsunęła Koniecpolskiemu wspomnienia 
z prehistorycznych czasów, kiedy w dobranym gronie raczyli 
się z podobnego naczynia takim samym płynem. Bezwzględ- 
nie Świat A był zły, ale pewne elementy pozostawały w opo- 
zycji do obowiązującego tu porządku. Należało wykazać 
więcej dyplomacji. Podstęp zostanie tak czy owak zdemasko- 
wany. A jeśli przez rumianego pajaca naprawdę przemawia 
Świat B? 
— Niezłe — odezwał się Apolinary ostrożnie. — Prawid 
mnie pan przekonał. — Słowa wydobywały się z niego z tru- 
dem, jakby i język Świata A został zarażony. Zastanowił się 
nad tym przelotnie: bardzo prawdopodobne. Ale rumiany 
czekał. — Jednakże, wie pan, najpierw chciałbym wypró- 
bować, jak to na mnie działa. Tak się składa, ze nie jestem 
przyzwyczajony do tego rodzaju paliwa. 
Czy nie powiedział za dużo? Ale rumiany już wstawał 
z krzesełka, rękę Apolinarego ni to ściskał, ni to kierował 
wraz z butelką pod poduszkę. Usiłuje stworzyć wrażenie, że 
konspiruje wraz ze mną, przejrzał go błyskawicznie Koniec - 
polski. Z rozstrzygnięciem narosłych wątpliwości postanowił 
zaczekać do nocy. 
Kiedy pacjenci pozasypiali, Apolinary wydobył butelkę 
spod poduszki. Aluminiowa nakrętka puściła z lekkim trzas- 
kiem. Powąchał: zapach wiercił w nozdrzach. Nie zawierał 
wprawdzie aromatu wody brzozowej, do którego Apolinary 
zdążył przywyknąć, lecz na jego miejscu prężyły się pary 
zdradzające obecność cenniejszych komponentów. Bez 
wątpienia był to Ubik skondensowany, rokujący znaczne 
skrócenie drogi do celu. 
Oszacował wielkość dawki: cieczy było mniej, niż zwykł 
spożywać każdorazowo przed podróżą, ale ten brak rekom- 
pensowała z nawiązką jej kaloryczność. Pociągnął skromny 
łyk i pozwolił cieczy rozlać się na języku. Małmazja! Ciął 
zawartość małymi odcinkami, delektując się zarówno smakiem, 
jak i uczuciem zemsty: oto raczył się w twierdzy wroga 
jakby nigdy nic. 
Przygotowania do podróży postępowały normalnie. 
Organizm reagował jak dobrze wyregulowany samochód. 
Uśmiechnął się z satysfakcją: nie zdołali go przestroić na 
własne zakresy nadawania. Ubiegł ich tym razem. 
Na sąsiednim łóżku ktoś poruszył się niespokojnie. 
Apolinary spojrzał tam i napotkał parę roziskrzonych oczu, 
przebijających szarówkę. 
— Daj, bracie łykasa — dobiegł go chrapliwy szept. — 
Nie lutuj tak samotnie w ciemną noc. To nie po chrześci- 
jańsku. 
Apolinary, cały zmrożony, zastanawiał się, jak postąpić. 
W głosie nieznajomego było coś, co nie pozwalało po 
prostu zakwalifikować go jako kabla i przejść do porządku 
nad jego apelem. 
— Mógłbym narobić rabanu i wtedy obaj zostalibyśmy 
wykolegowani — mamrotał tamten scenicznym szeptem, tak 
że Apolinary słyszał każde słowo. — Jak widzisz, nie robię 
tego. Powinno ci to dać do myślenia. 
Wstrętny szantażysta, pomyślał Apolinary z odrazą. 
Trzymał butelkę za szyjkę pod kołdrą i nie reagował. Kto 
szybko daje, dwa razy daje. i 
— Nie odmawiaj spragnionemu, bracie — prosił szept 
z ciemności. — Dam ci paczkę papierosów — odczekał, ale 
od strony Apolinarego odpowiedziała mu cisza. — Dwie 
paczki — powiedział z rezygnacją — za łykasa. Naprawdę 

background image

nie mam więcej. 
Apolinary podniósł butelkę i na tle okna rozświetlonego 
przez wielki księżyc przyjrzał się poziomowi cieczy. Nie 
wypił ani połowy, a efekt zaczynał być wyraźnie odczu- 
walny. 
Postanowił zaufać człowiekowi: — Daj jakiś' kubek. 
Za dwie paczki papierosów i jedną informację. Zgoda? 
— Jaką tylko chcesz, bracie — odprężył się tamten. 
Sprężyny jego łóżka zagrały. Plastikowy kubek, używany przy 
myciu zębów, dotknął dłoni Apolinarego. 
— Gdzie my jesteśmy? — wydyszał Koniecpolski. Nie 
był pewien, czy tamten zrozumie, ale nie chciało mu się 
trwonić czasu na udzielanie objaśnień. 
— Coś pośredniego między zakładem dla psychicznych 
a odwykówką. Masz hyzia, wiesz? Ty, ja, prawie wszyscy 
na tej sali. A ci normalni — głos mu drgnął od szyderstwa — 
chodzą pomiędzy nami i pokazują palcem: degenerat, kretyn, 
abderyta. 
Apolinary zastanowił się, czy słowa nieznajomego powi- 
nien traktować metaforycznie. Niby dlaczego tamten miałby 
mu ufać i sypać otwartym tekstem? Facet, nawet jeśli nic 
nie wiedział o Świecie B, wyraźnie przeczuwał jego istnienie. 
Szkoda, nie zdąży go uświadomić. W każdym razie test 
wypadł pomyślnie. 
— Warunki odbiegają tu od normy, bo to placówka 
wzorcowa — ostatnie słowo wyrzekł z wyczuwalnym prze- 
kąsem. — Dla komisji rządowych tak to urządzili, nie dla 
nas. 
— Papierosy — upomniał go Apolinary. Poczuł w dłoni 
dwa szorstkie pudełka. Jeśli i tym razem coś nie zaskoczy, 
może uda się je wymienić w kiosku na dole? Ujął kubek i trzy- 
mając go pod światło księżyca napełnił do połowy. 
— Dzięki ci, bracie — chrypnął sąsiad — uratowałeś 
jeszcze jedno ludzkie istnienie. Zdrowia. — Sapnął rozgłośnie 
pochłaniając działkę jednym skokiem grdyki. 
W butelce pozostała dokładnie ćwiartka. Teraz, myślał 
Apolinary szczątkiem wycofującej się na z góry upatrzone po- 
zycje świadomości, trzeba będzie dać kopa. Przyłożył szyjkę 
do ust i wytrąbił zawartość butelki. Facet z sąsiedniego łóżka 
już się z niej nie napije. 
Świat B przybliżał się do niego z prędkością światła. 
Dusza Apolinarego uniosła się do góry, po czym nastąpił 
słynny efekt migotania przestrzeni. Wszystko odbywało się 
jak w przyspieszonym filmie. Wielkie pęcherze srebrnobrzu- 
chych ryb pękały bezgłośnie, zasnuwając się bladym opa- 
rem, aż wreszcie mgła całkowicie wyparła ciemności. Stał 
— wisiał? — porażony blaskiem, onieśmielony nowym 
otoczeniem. Pomyślał, że trafił w sam środek perłowe- 
go nieba, które zapamiętał z tego ranka, kiedy nakrył go 
patrol. 
We mgle otworzyły się drzwi i dopiero wtedy zauważył, 
że mgła została zdalnie wywołana na rozległej płaszczyźnie 
bez początku i końca. Wszedł. Powietrze miało lekki smak 
i zapach wody brzozowej w najlepszym gatunku. W pomiesz- 
czeniu o ciemnobrązowych ścianach przetykanych złotymi 
pasmami siedzieli dwaj mężczyźni i spoglądali na niego 
życzliwie. 
— Proszę, niech pan siada, panie Koniecpolski — jeden 
z nich uprzejmie wskazał mu miejsce. — Przykro nam, że 
tak długo pan czekał. Niestety, nie mamy dla pana najlepszych 
wiadomości. 

background image

— Mówiąc oględnie, panie Koniecpolski — podjął dru- 
gi z mężczyzn — jest pan nielegalnym imigrantem. Niech pan 
się nie obrazi, ale takich jak pan, przedzierających się przez 
granicę baz załatwienia koniecznych formalności, mamy tu na 
kopy. Polak? 
Apolinary potwierdził. Mężczyzna, nie przestając się 
uśmiechać, pokiwał ze zrozumieniem głową. 
— Nie możemy przyjąć dowolnej liczby imigrantów ze 
Świata A. Musimy utrzymywać w tym względzie ustaloną 
równowagę. Mniej więcej tylu, ilu do nas trafia, odsyłamy 
do ciał, które dopiero się narodzą. Błagam pana o zrozumie- 
nie naszej trudnej sytuacji. Pańska sprawa jako nietypowa 
była rozpatrywana w trybie apelacyjnym przez Trybunał I mi- 
gracyjny. Niestety, decyzja jest negatywna. Musimy pana 
odesłać z powrotem. 
Dławił się wężem z gumy, wepchanym do brzucha 
przez usta. Czuł smród nadtrawionego alkoholu i gęstawy 
plusk wydalanych przez żołądek cieczy. Szarpały nim torsje, 
ale dwie pary mocnych rąk trzymały go jak w kleszczach. 
Nie otwierał oczu, nie musiał, aby się przekonać, że znowu 
znajduje się w znienawidzonym Świecie A. 
Sąsiad spoglądał na niego ze współczuciem. Z zawie- 
szonego na żelaznym stojaku słoja spływał rurką do żył Apo- 
linarego znany mu już przezroczysty roztwór. 
— Moje gratulacje — powiedział właściciel chrypy — 
975 
zgrabnie się uporałeś, bracie, z tą flaszeczką. Trochę prze- 
dawkowałeś, fakt, ale akcja pierwsza klasa. Moje gratulacje. 
Po dwóch dniach Apolinary zwlókł się z łóżka. Spacero- 
wał po korytarzu. Spacery stały się jego nową pasją. Nikt mu 
nie przeszkadzał. Zapuszczał się coraz odważniej w plątaninę 
korytarzy, lazł coraz wyżej po schodach. Z ostatniego piętra 
rozciągał się wspaniały widok na pobliski park. Wychylił się 
przez okno. Na betonowym chodniku, dokładnie pięć pięter 
niżej, stały otwarte wózki wypełnione śmieciami. Skok mógł 
się zakończyć kolejnym ośmieszeniem: miękkie odpadki, usta- 
wione tutaj celowo, były w stanie wytłumić upadek. 
Któregoś ranka obudził go hałas. Wyjrzał przez okno: 
wielka bajadera połykała zawartość zbiorników, unosząc je 
ku wlotowi gardzieli na widlastym wysięgniku. Dwaj ludzie 
w szarawych uniformach toczyli pojemniki, dostarczając nie- 
nasyconej machinie ciągle nowego żeru. 
Apolinary zrozumiał, że nie ma chwili do stracenia. 
Porwał szlafrok i wybiegł z sali. Dotarł na miejsce dosłownie 
w ostatnim momencie. Większość wózków stała opróżniona 
i śmieciarze zabierali się do odłączania ich na dawne miejsce. 
Apolinary zaczepił jednego z nich. 
— Mam dla pana propozycję. 
Smieciarz ze Świata A gapił się na niego z niedowierza- 
niem, po czym ruszył dalej. 
 
— Za dwie paczki papierosów! — krzyknął za nim 
rozpaczliwie. Smieciarz zatrzymał się. 
— Gadaj pan, o co chodzi. Ale szybko. 
— Dam je panu — rzekł Apolinary — jeśli miejsce pod 
tymi oknami — pokazał ręką — zostanie nie zastawione. 
Rozumie pan? 
— Chodzi o to, żeby przestawić te pudła trochę dalej? 
— upewniał się smieciarz. — Tylko tyle? No, dawaj pan. 
Zrobione. Nie bez powodu mówią o was: świry. 
Dzień zapowiadał się wspaniale. Wielka czerwona tarcza 

background image

słońca podnosiła się wolno znad horyzontu. Apolinary zrobił 
krok w bok, aby śledzić poczynania śmieciarza, i w tym samym 
momencie szyby okien w newralgicznym pionie rozbłysły 
krwawą łuną. Ktoś z wysokości dawał Apolinaremu znak, 
wskazując ostatnią drogę pozostałą do przejścia w Świecie A. 
wrzesień 1983 
Posłowie 
utorom litera- 
tury science fiction zagraża wiele pułapek. Za najgroźniejszą 
z nich uważam nadmierną, niekiedy wręcz dziecinną fascy- 
nację techniką, jej pozornie nieograniczonymi możliwościami. 
Powszechne są też inne grzechy główne pisarstwa SF: psy- 
chologiczny i socjologiczny infantylizm, postrzeganie świata 
wyłącznie na jednej płaszczyźnie, zbyt proste moralizator- 
stwo. Marek Oramus w swych podróżach w przyszłość 
zdołał ominąć bodaj wszystkie z owych pułapek. 
Teksty zebrane w tomie „Hieny cmentarne" są lekturą 
bardzo atrakcyjną czytelniczo. Decyduje o tym hie tylko 
sama fabuła, ciągi zaskakujących zdarzeń, dramatyczne i fra- 
pujące losy bohaterów. Istotne są także literackie walory 
poszczególnych opowiadań, ich język, narracja. Marek Ora- 
mus umie budować napięcie, ekspresję, tak prowadzić narra- 
cję, by stale utrzymywać niesłabnącą uwagę czytelników. Słu- 
ży temu bardzo rozległy zasób środków literackich, sposobów 
opowiadania i obrazowania, zapisywania dialogów. Podob- 
nej różnorodności chwytów artystycznych nie odnajdziemy 
w twórczości wielu, nieraz renomowanych autorów uprawiają- 
cych zbliżony model pisarstwa. 
W potocznej świadomości literaturę science fiction uważa 
się za rodzaj twórczości o charakterze rozrywkowym. Ma 
ona być rzekomo gorsza, służyć jedynie zabiciu czasu, a nie 
rozbudzać intelektualnie, skłaniać do stawiania światu wła- 
snych pytań. I tak właśnie często bywa. Jednak literatura SF, 
podobnie jak każde piśmiennictwo, składa się z utworów 
złych, przeciętnych i dobrych. Te ostatnie nawet zdecydowa- 
nych jej przeciwników zmuszają do odejścia od lekceważą- 
cych sądów, protekcjonalnego tonu. Każą widzieć w niej 
jedną z form poznania rzeczywistości, traktować ją jako 
prozę, którą od tradycyjnych powieści różni jedynie czas 
akcji. Tak właśnie dzieje się w przypadku twórczości Marka 
Oramusa. 
W „Hienach cmentarnych" futurologia nie zawsze jest 
elementem najważniejszym. Musi to zauważyć każdy bardziej 
wnikliwy czytelnik. Przyszłość u Oramusa bywa wręcz tylko 
rodzajem sztafażu, realia przyszłości, jej rekwizyty, powołane 
do życia zdarzenia pozwalają autorowi dokonywać takiej 
koncentracji konfliktów, jaką trudno byłoby w sposób wiary- 
godny zbudować posługując się wyłącznie epizodami z na- 
szej rzeczywistości,. Jednak prawdziwy dramat zaczyna się 
wtedy, gdy zawodzi technika, gdy pozostaje sam człowiek: 
pełen wątpliwości, niepokoju, często nie umiejący sprostać 
wyzwaniom świata, który stworzył. 
Podobnie nie sposób przeoczyć rozlicznych związków 
tej prozy z dniem dzisiejszym. Nawet z przeszłością. Bez 
większego trudu moglibyśmy na podstawie „Hien cmentar- 
nych" oraz wcześniejszych utworów Marka Oramusa zrekon- 
struować właściwą autorowi wizję dziejów, ich filozofię. 
Homo futurus z opowiadań Oramusa jest człowiekiem 
bardzo podobnym do otaczających nas ludzi. Pisarzowi są 
zapewne bliskie poglądy mówiące.o niezmienności „natury 
ludzkiej". Jego człowiek przyszłości żyje też w świecie 

background image

w gruncie rzeczy wyraźnie przypominającym naszą rzeczy- 
wistość schyłku wieku. Oczywiście, jest to już inna cywili- 
zacja, odmienny etap technicznego i technologicznego roz- 
?7ft 
woju. Niemniej jednak owe przemiany dotyczą jakby jedynie 
„skóry świata", nie sięgają zbyt głęboko. Społeczeństwa 
rządzą się zbliżonymi do dzisiejszych prawami, ich mecha- 
nizmy, znane tym, którym przyszło egzystować w XX wieku, 
ujawniają niezwykłą żywotność. Nauka potrafiła zmienić wiele. 
Nie umiała, lub nie chciała, spowodować jednego: uczynić 
z Ziemi krainy na wzór Arkadii. Świat poszczególnych 
opowiadań z „Hien cmentarnych" jest rzeczywistością okrut- 
ną. Nadal rządzi nią pieniądz, interes możnych jednostek 
dominuje bez reszty nad dobrem społecznym. Motorem 
większości działań jest agresywna chęć posiadania. Często 
nie ma mowy o jakiejkolwiek tolerancji, celem najwyższym 
staje się zdominowanie i podporządkowanie najpierw włas- 
nej społeczności, później innych cywilizacji. Tak dzieje się 
choćby w „Baranach i armii lwów". Najlepszą metodą jest 
działanie bezpośrednie, przemoc, nie ma mOwy o przeko- 
nywaniu i tolerancji. Liczy się tylko natychmiastowe osiąg- 
nięcie celu. Bez względu na koszty, cenę narzucenia wszyst- 
kim własnej woli. 
Przyszłość tylko w nieznacznym stopniu odmieni życie 
społeczne — raczej stare mechanizmy przeniesie w nowe 
realia. Wywiera ona również niewielki wpływ na ewolucję 
motywacji, zachowań i postaw jednostek. Ludzie przyszłości 
z utworów Marka Oramusa żyją w świecie wielkich manipu- 
lacji, postępuje dezindywidualizacja wielu z nich. Totalitarne 
imperia przyszłości coraz sprawniej manipulują jednostkami. 
Powstają techniki psychologiczne umożliwiające całkowite 
sterowanie ludźmi — na wzór szczurów Skinnera. Kontroli 
poddaje się nawet podświadomość człowieka. Prowadzi 
szokujące eksperymenty — przypomnijmy w tym miejscu 
opowiadanie „Kompleks Hioba". Na skutek podobnych ewo- 
lucji i mutacji nie może powstać nowy rodzaj supermana, 
coraz więcej natomiast submanów pokornie godzących się 
na odgrywanie narzucanych im ról, w których systematycznie 
ginie ich człowieczeństwo. Subman staje się typem dominują- 
cym. Ale w opowiadaniach Marka Oramusa jest wielu bo- 
haterów, którzy nie zamierzają biernie poddawać się wspom- 
nianym manipulacjom, którzy walczą o prawo do własnego 
sądu, zadawania pytań, zachowania własnej osobowości. 
Różne są motywacje ich niezgody na miejsce w szyku — od 
zwykłej chęci zysku po racje najszlachetniejsze — ale jedna- 
kowy okazuje się kres ich buntu: porażka, niekiedy wręcz 
biologiczna eliminacja, unicestwienie. W wizjach Marka Ora- 
musa słabszy zawsze musi przegrać. 
„Hieny cmentarne" przynoszą negatywnie utopijną inter- 
pretację przyszłos'ci. Nie ma w nich nic z cywilizacyjnego 
optymizmu literatury początków naszego stulecia, nie ma 
wiary w to, że nauka i technika staną się medium postępu. 
Mank Oramus ostrzega przed zagrożeniami przyszłości 
budując taką jej wizję, w której nie ma miejsca na nadzieję. 
Jest moralistą. Unika zarazem odautorskich komentarzy i wy- 
rażanych wprost ocen. Tworzy natomiast obrazy, sytuacje 
społeczne, które czytelnik może wartościować jedynie zgod- 
nie z intencjami autora. I odpowiedzieć sobie na pytanie: czy 
taka przyszłość jest moim, naszym celem? Jeżeli nie, to już 
dziś należy działać, budować podstawy przyszłej rzeczy- 
wistości, której konstrukcja musi przecież wspierać się na 

background image

teraźniejszych podstawach, która będzie rozwijać się w wy- 
znaczonym właśnie teraz kierunku. Ten sposób widzenia jutra, 
a zarazem i teraźniejszości, uważam za podstawę moralizator-, 
stwa Marka Oramusa. Również jego krytyki społecznej. A tak- 
że realizmu, którego — co w przypadku prozy fantastycznej 
może wydawać się paradoksem — jest w „Hienach cmentar- 
nych" bardzo dużo. Więcej niż w niejednej powieści współ- 
czesnej sensu stricto. 
Pytania o kierunki rozwoju są w opowiadaniach Marka 
Oramusa stale łączone z problemami stosunku do przeszłości, 
tradycji, także z zagadnieniami granic ingerencji w życie 
innych: nie tylko jednostek, ale również całych cywilizacji. 
W imię własnych, nieraz tylko doraźnych i partykularnych 
celów, niszczy się dorobek wieków. Także wypracowane 
przez wieki systemy wartości, w miejsce których^ nie ma się 
nic do zaproponowania. Wczorajszy ład moralny nic nie zna- 
czy dla nowych barbarzyńców obsługujących kosmiczne po- 
jazdy z utworów Marka Oramusa. O takich problemach 
traktują choćby „Drwale i dziewczyna", czy tekst użyczający 
tytułu całemu tomowi. W owych utworach również odnajdzie- 
my coś z negatywnej utopii, z myśli Oswalda Spenglera, 
z teorii o kresie sił duchowych, rozpadzie kultur, z refleksji 
nad ich starzeniem się i umieraniem. Kultura staje się cywili- 
zacją: agresywną, ukierunkowaną wyłącznie na konsumpcję 
— już nie tyle własnych wytworów, co osiągnięć innych 
cywilizacji. Do tego w niektórych tekstach Marka Oramusa 
zaczyna sprowadzać się złudna wiara w ciągłość postępu. 
„Hieny cmentarne" są zbiorem opowiadań pisanych 
w ciągu kilku lat. Przynoszą teksty lepsze i gorsze, od- 
bijają kierunki pisarskich poszukiwań autora, prezentują 
drogę, jaką już przeszedł. Marek Oramus urodził sienna 
początku lat pięćdziesiątych. Należy więc do generacji pi- 
sarzy, która dziś' w coraz większym stopniu decyduje o ks7>4ał- 
cie współczesnej literatury polskiej, wyznacza rytm jej osią- 
gnięć i porażek. I gdybyśmy zapomnieli o kosmicznych 
rekwizytach opowiadań Oramusa, skoncentrowali uwagę na 
ich centralnych problemach, to z pewnością zauważymy 
rozliczne związki z pisarstwem całego pokolenia autora, 
z niepokojami i nadziejami rówieśników, również z ich 
literackimi i filozoficznymi fascynacjami. Jest to jeden z moż- 
liwych typów lektury prozy Orarnusa. Tę twórczość można 
odczytywać na wiele różnych sposobów, konkretyzować ją 
zgodnie z własnymi doświadczeniami, wiedzą, oczekiwa- 
niami i nastawieniami. Bez wątpienia nie należy czynić tylko 
jednego: uznać opowiadań z tego tomu za „literaturę wago- 
nową" i zapomnieć o jej znaczeniach po odłożeniu książki. 
Maciej Chrzanowski