background image

 

bardzo_czarny_kot 

 
 

G

RAAL

 

 

 

Perry Cox patrzy na świat przez szkło kieliszka. Lubi, gdy jego zazwyczaj ostre kontury rozmazują się, światło 

rozprasza,  a otoczenie  nabiera  złocistego  koloru dobrej,  kilkuletniej  whisky. Z  tej  perspektywy wszystko wygląda  jak 
zatopiona w bursztynie mucha i jest zdecydowanie bardziej znośne, niż gdy oślepia szpitalną bielą.  

Pewnie dlatego, że jest nierzeczywiste. 
—  Rzeczywistość  niemal  zawsze  się  myli  —  potwierdza  jego  przypuszczenia  ten  kulawy  lekarz  z  serialu.  Na 

pewno  wie,  co  mówi.  W końcu  raz  na  tydzień ma  do rozwiązania  sensacyjną  medyczną zagadkę,  nigdy  nie  chodzi w 
kitlu i żaden pacjent jeszcze na niego nie narzygał. Co za brednie. 

Szczęk klucza w zamku. Perry unosi szklankę i spogląda przez nią w stronę drzwi. 
 
Wszyscy  w  komnacie  zobaczyli  włócznię,  jej  grot  lśnił  srebrzyście,  a  na  ostrzu  czerwieniła  się  kropla  krwi, 

która po chwili spłynęła prosto na dłoń dzierżącego ją chłopca. 

 
—  Kolejny  sobotni  wieczór,  który  spędzasz  przed  telewizorem,  topiąc  smutki  w  morzu  whisky?  —  Jordan 

zamyka drzwi, ściąga płaszcz i rzuca go na najbliższy fotel. — To byłoby urocze, gdyby nie było takie żałosne. 

Przez  pryzmat  złotego  trunku  Jordan  wygląda  prawie  jak  człowiek.  Ale  jego  to  nie  zmyli.  Zdradza  ją  smród 

siarki i żar piekielnego ognia. 

— Mój Boże, jesteś jak wyjątkowo dokuczliwy wrzód na tyłku — rzuca w jej stronę, siląc się na lekceważenie. 

— Kiedy człowiek myśli, że już się ciebie pozbył, w najmniej oczekiwanym momencie zaczynasz ropieć. 

Powinien przynajmniej zapytać, co ona, do jasnej cholery, wyprawia. Nie może przecież wpadać do niego ot, 

tak  sobie,  w  zależności  od  nastroju,  kiedy  są  półtora  roku  po  rozwodzie.  Tymczasem  Jordan  mija  go  z  tym  pewnym 
siebie,  wrednym  uśmiechem,  za  który  ją  kiedyś  pokochał,  a  niedawno  —  znienawidził.  Perry  odstawia  kieliszek  z 
cierpiętniczym westchnieniem. Wie, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby jego byłą do zostawienia go w spokoju. Wie, 
że on na pewno nie ma tej siły. 

— Skarbie — Jordan podchodzi do barku, w jej w głosie słychać fałszywą czułość — ja też za tobą tęskniłam. 
Perry nie mówi nic. 
 
Gość  z  zachwytem  wpatrywał  się  w  cudowne  zjawisko,  jednak  powstrzymał  się  przed  zapytaniem  o  jego 

naturę,  bowiem  pamiętał  radę,  jaką  dał  mu  jego  mistrz  w  rycerskim  rzemiośle,  który  kazał  mu  ważyć  słowa; 
młodzieniec obawiał się, że pytanie może zostać poczytane za obrazę, więc nie rzekł nic. 

 
Z  zawodem  stwierdza,  że  Jordan  nic  się  nie  zmienia.  Te  same  krótkie,  zmierzwione  włosy,  mocny  makijaż, 

obcisłe  bluzki  i  skórzane  spodnie,  którymi  chce  sobie  odjąć  lat.  Wygląda  dobrze.  Naprawdę  dobrze.  Zmyleni  tym 
gówniarze muszą ustawiać się do niej kolejkami —  

Jezu Chryste. Po co tu przyszła? 
Jordan bezceremonialnie nalewa sobie Jacka Danielsa. Zamiera na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała, 

zerka na Perry'ego przez ramię, krzywi się z niesmakiem i wolną ręką sięga po całą butelkę. Odwraca się ku niemu, 
kieliszek w jednej, butelka w drugiej dłoni.  

 
Gdy  weszła,  trzymając  w  dłoniach  graala,  tak  wielka  jasność  spłynęła  na  komnatę,  że  świece  pobladły,  jak 

gwiazdy i księżyc bledną przed wschodzącym słońcem. 

 
Chwilę później rozsiada się już na kanapie, jakby była u siebie, alkohol stawia na stoliku, szklankę unosi do 

wypacykowanych ust. 

— Twoje zdrowie, Per. 
Perry piorunuje ją wzrokiem. Widząc to, Jordan zaczyna się śmiać. 
— Daj spokój. — Macha lekceważąco ręką, jakby był wyjątkowo dokuczliwym owadem. — Nie jestem jednym 

z twoich stażystów, żeby to całe marszczenie brwi i drapieżne obnażanie zębów robiło na mnie wrażenie.  

Cholera,  traci  formę,  niedługo  nie  będą  się  go  bały  nawet  te  idiotki  z  radiologii.  To  wszystko  wina  Młodego, 

myśli  Perry,  w  zakłopotaniu  zakładając  ręce  za  głowę.  Na  niego  rzeczywiście  wystarczy  krzywo  spojrzeć,  żeby  przez 
następne pół dnia popłakiwał cicho w schowku jak jakaś pieprzona Mała Miss Muffet na widok pająka. 

Najważniejsze  to  zachować  teraz  twarz.  Musi  się  jej  jakoś  wyjątkowo  sarkastycznie  odciąć,  tak,  Jordan  lubi 

sarkazm, mówi, że to oznaka inteligencji. Musi się więc jej odciąć, musi sprawić, by zaniemówiła z wrażenia, musi jej 
uwodnić, że jest mu zupełnie obojętna, że dla niego jest przeszłością, że już dawno się po tym wszystkim pozbierał, że 
nic go to nie obchodzi, musi, o Boże, nade wszystko musi przerwać ten wewnętrzny słowotok, bo cisza niebezpiecznie 
się przedłuża, a przedłużająca się cisza może oznaczać, że to jego zatkało, a to przecież nieprawda… 

—  Nienawidzę  cię –  stwierdza  w  końcu  elokwentnie.  Cholera.  W  poprzednim  wcieleniu  musiał  być  naprawdę 

strasznym  człowiekiem,  żeby  teraz  cierpieć  takie  męki.  Na  przykład  Hitlerem.  Albo  Pol  Potem,  jeśli  karma  ma  choć 
odrobinę poczucia humoru. 

— Nienawidzę cię, bo... – Próbuje jeszcze ratować sytuację, ale jest już za późno. Miał  swój moment, który 

mógł  być  jego  momentem  chwały,  chwilą  zwycięstwa  nad  Złą  Czarownicą  ze  Wschodu.  I  przepuścił  go.  Już  miał 
chlusnąć jej w twarz kubłem zimnej wody i patrzeć, jak powoli rozpuszcza się i wsiąka w jego biały dywan, gdy nagle 
potknął się i całe to cholerne wiadro wylądowało mu na głowie. 

—  Możesz  się  już  nie  wysilać.  —  Jordan  wchodzi  mu  w  słowo.  —  Przecież  oboje  wiemy,  że  wcale  tak  nie 

background image

 

uważasz. 

— O. Mój. Boże! — Perry udaje, że zachłystuje się z wrażenia. — Ty nie tylko plujesz jadem, ale też czytasz w 

myślach! Powiedz mi, czy w ciągu ostatniego tygodnia ugryzła cię radioaktywna dżdżownica? 

Jordan patrzy na niego z pobłażaniem, co oczywiście doprowadza go do szewskiej pasji. Ostatnią osobą, która 

potrafiła sprawić, że czuł się jak niezbyt rozgarnięte dziecko, był jego ojciec i nie jest to wspomnienie, do którego lubi 
wracać. Mimowolnie krzywi się, błyskają białe zęby, ale ona nie jest pod wrażeniem. Nigdy nie była. 

—  Tak  się  zastanawiam,  czy  ciebie  samego  nie  nudzi  twoje  własne  gadanie  —  Jordan  odzywa  się  w  końcu, 

bardziej stwierdzając niż pytając. 

—  Nie  —  odpowiada  jej  bez  wahania.  —  Jakkolwiek  twoja  obecność  zdecydowanie  mnie  męczy.  Więc  może 

mogłabyś sprawdzić, czy nie ma cię w, hm, sam nie wiem, Ułan Bator? 

— Ten diagnosta z serialu jest do ciebie całkiem podobny. — Jordan jak zwykle go nie słucha. Ostatkiem sił 

Perry nie pozwala się podejść i rezygnuje z długiej a zawiłej tyrady na temat tego, jak to nie ma nic wspólnego z tymi 
udającymi prawdziwych lekarzy kretynami.  

— Rozumiem, że to oznacza nie — mówi zamiast tego. Zrezygnowany, chowa twarz w dłoniach. Mimowolnie 

zerka przez palce na ekran. 

  Gdyby  uczucia  sprawiały,  że  człowiek  zachowuje  się  racjonalnie,  nie  byłyby  uczuciami,  prawda?

*

  — 

przemawia kuternoga tonem prawdy objawionej. No co ty nie powiesz? 

Perry sięga po butelkę i napełnia swoją pustą już szklankę. Musi się napić. To znaczy, już się dziś wieczorem 

napił  i  to  nie  raz,  ale  Jordan,  niech  ją  piekło  pochłonie,  jest  jak  zadra  za  paznokciem,  której  nie  może  wydłubać,  a 
ponieważ boli jak jasna cholera, nie pozostaje nic innego, jak się znieczulić wszystkimi dostępnymi środkami. 

Zsuwa się z kanapy, wyciąga przed siebie nogi i w tej na wpół siedzącej, na wpół leżącej pozycji wpatruje się 

tępo w przestrzeń ponad horyzontem krawędzi swojej szklanki. 

 
Wykonany ze szczerego złota graal zdobiony był drogocennymi, najszlachetniejszymi na świecie kamieniami, 

które bez wątpienia przewyższały pięknem wszystkie inne klejnoty. 

 
—  Wiesz,  byłam  dzisiaj  u  kosmetyczki. –  Jordan  ściąga  nieprzyzwoicie  wysokie  szpilki,  zahaczające  noskiem 

jednego buta o piętę drugiego. – Kolejka była cholernie długa, ale musiałam zrobić sobie tę nową maseczkę z alg, o 
której  mówiła  mi  Donna –  pamiętasz  Donnę? Sypiała  ze  swoim ogrodnikiem.  Obok  mnie  usiadło  takie  wielkie,  grube 
babsko,  no  naprawdę,  skąd  się  tacy  ludzie  biorą?  Powinno  się  ich  usypiać,  albo  co,  to  obrzydliwe,  tak  się  zapaść,  w 
każdym razie, babsztyl zajmuje krzesło po mojej lewej, a tłuszcz wylewa jej się z biodrówek, naruszając moją osobistą 
przestrzeń – wiesz, jak tego nie lubię. No to ja mówię jej grzecznie, żeby posunęła to swoje gigantyczne dupsko, bo 
nie mogę przez nią oddychać... 

—  Przestań,  na  miłość  boską,  kobieto,  przestań!  –  przerywa  jej  Perry  w  akcie  desperacji.  –  Po  co  mi  to 

mówisz? Dlaczego przychodzisz z tą tyradą na temat twojego faszystowskiego podejścia do wszelkiej niedoskonałości 
do mnie, do mojego mieszkania, dlaczego siadasz na mojej kanapie, pijesz mojego Jacka Danielsa i dzielisz się ze mną 
tym niezwykłym przeżyciem, jakim było metaforyczne kopanie leżącego? Jordan, wbij sobie do głowy, że nie chcę cię 
słuchać, nie chcę cię widzieć, nie chcę z tobą przebywać — czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?  

—  Daruj  sobie.  –  Jordan  prycha  lekceważąco,  upijając  łyk  alkoholu.  Nie  bierze  Perry'ego  na  poważnie,  to 

widać, wydaje jej się, że to jakaś pokręcona gra wstępna, ale nie tym razem, nie dzisiaj. Dzisiaj – co prawda za późno, 
o  półtora  roku  za  późno  –  Perry  jest  zdecydowany  zakończyć  ten  cyrk,  który  tylko  z  litości  można  nazwać  ich 
związkiem. 

— Nie daruję sobie, dopóki nie zostawisz mnie w spokoju.  
Jordan mruga niedowierzająco. 
—  Ja  mam  zostawić  ciebie  spokoju?  Mam  ci  przypomnieć,  kto  tu  do  kogo  wydzwania  po  nocach?  Jordan, 

jestem taki samo-o-tny! – przedrzeźnia go. 

Perry udaje, że tego nie słyszał i ciągnie dalej: 
—  To  coś  między  nami  –  macha  dłonią  w  sposób,  który  ma  zapewne  oznaczać  jakąś  więź,  tymczasem 

przywodzi na myśl atak padaczki – jest chore. Jest złe i chore, i musi się skończyć. 

 
Młodzieniec patrzył, jak pochód go mija, ale jako że wziął sobie słowa swojego mistrza do serca, nie odważył 

się spytać, komu i co w graalu podawano. 

 
Jordan przewraca w zniecierpliwieniu oczami, obracając w palcach swoją szklankę, najwidoczniej znudzona tą 

przepychanką słowną, z której nic przecież nie wynika. Nachyla się więc ku niemu i przypomina mu, po co tu właściwie 
jest. 

— Mnie natomiast zastanawia inna rzecz — szepcze mu do ucha. — Dlaczego, wiedząc, że ciągle mam klucze, 

jeszcze nie zmieniłeś zamków? 

Perry  ma  wyraźne  problemy  z  odpowiedzią,  pewnie  dlatego,  że  nie  ma  żadnej.  Jordan  nie  daje  jednak  za 

wygraną  i  postanawia  go  inaczej  zachęcić  do  wyartykułowania  tych  kilku  słów,  ale  jest  blisko,  za  blisko  i  w 
konsekwencji tylko pogarsza sprawę. Już po chwili Perry nie pamięta, jak się nazywa, a co dopiero dlaczego pozwala 
swojej byłej żonie nadal rujnować sobie życie. 

Więc nie pyta jej o nic. 

 

 
Milczenie  może  go  jednak  zgubić,  bo  w  chwili  wielkiej  potrzeby,  cisza  może  rycerzowi  zaszkodzić  tak  samo, 

jak słowa. 

 
A ponieważ jest w tej chwili bardzo zajęty, nie widzi w jej oczach żalu, kiedy do Jordan dociera, że osiągnęła 

swój cel, a Perry rzeczywiście i tym razem nie zada tego najważniejszego pytania, pozwalając jej zmanipulować się i 
wykorzystać. Chociaż nie jest do końca pewna, kto tu kogo wykorzystuje. 

background image

 

Perry nie mówi nic. 
 
Spał  aż  do  rana,  gdy  pierwsze  promienie  słońca  wdarły  się  do  wnętrza  zamku,  a  służba  zaczęła  się  już 

krzątać; jednak chociaż się rozglądał, nikogo nie dostrzegł i czy tego chciał, czy nie, musiał wstać sam.

*

 

 
Przewrócona  butelka  whisky,  szklanka,  na  dnie  której  wciąż  złoci  się  resztka  alkoholu.  Kiedy  Percival  Cox 

budzi się o świcie, jest zupełnie sam. 

 
 
Fin. 
 
 

                                                 

*

 

oba cytaty pochodzą z serialu House M.D., odcinek 1x03, Occam's Razor, tłumaczenie moje

 

*

 fragmenty angielskiego tłumaczenia poematu Chrétiena de Troyes Perceval: The Story of the Grail Nigela Bryanta, 

tłumaczenie na polski moje