background image

 

Aleksandra Ruda 

„Nekromantka” 

V tom serii „Ola i Otto” 

Tłumaczenie skrajnie nieoficjalne – ekso 

Korekta – czarna_wilczyca 

 

Rozdział 3 

WITAJCIE! TO JA, WASZA STUDENTKA! 

 

Leniwa 

magiczna 

społeczność 

nie 

była 

zbyt 

zainteresowana stołecznym rozporządzeniem i na kurs przyszło 
zaledwie  dwudziestu  studentów.  To  bardzo  niewiele  jeśli 
weźmiemy  pod  uwagę  wielkość  regionu.  Otóż  obywatele  to 
idioci! Najpierw nie chce im się uczyć, a potem nie wiedzą jak 
radzić  sobie  z  księżycowymi  martwiakami!  Teraz  rozumiem, 
dlaczego  tak  nieoczekiwanie  udało  mi  się  osiągnąć  poziom 
magistra! Ponieważ cały czas rozwijam się i pracuję, bo przy 
Ottonie  nie  można  sobie  pozwolić  na  lenistwo.  Natomiast 
większość  moich  kolegów  zostaje  na  poziomie  studentów 
i codziennie powtarza w kółko te same zaklęcia albo co gorsza 
zajmuje  się  magią  tylko  w  teorii.  Tak,  poszczęściło  mi  się 
z pracą. Mogłabym skończyć pracując w urzędzie miejskim, na 
przykład chodząc po ulicach i kontrolując oświetlenie. I czy to 
byłoby warte tylu lat nauki na Uniwersytecie? Z drugiej strony, 
dopóki moi koledzy prowadzili wesołe i beztroskie studenckie 
życie,  ja  wpadłam  w łapy  półkrasnoluda,  a  potem  –  jego 
rodziny.  Jestem przekonana,  że krasnoludy  wciąż  jeszcze  nie 

background image

 

zdobyły  kontroli  nad  światem  tylko  dlatego,  że  nie  chcą 
odrywać się od pracy! 

Ponieważ  (czasami)  jestem  mądrą  dziewczynką  to  ukryłam 
własną aurę przy użyciu specjalnego artefaktu, który znalazłam 
w  „skrzyni  skarbów”  Ottona.  Po  aurze  łatwo  można  mnie 
rozpoznać,  ponieważ  każdy  wykwalifikowany  mag  może 
zobaczyć  na  niej  wszystkie  ślady  mojego  obcowania 
z demonami.  A  teraz  magicznym  wzrokiem  można  było 
zobaczyć  tylko  idealną,  słabiutką  aurę  osoby,  która  po 
ukończeniu  liceum  nie  rozwijała  już  swojego  potencjału 
magicznego. Nic dziwnego, że ten artefakt uznano za zakazany. 
To  samo  zresztą  dotyczyło  wielu  innych  przedmiotów,  które 
znaleziono  na  gruzach  dawnej  letniej  rezydencji  naszej  byłej 
królowej. Hm, ciekawe dlaczego tak wiele rzeczy, z którymi się 
spotykam, tak szybko przechodzi do kategorii „byłe”? Lewan, 
były nekromanta. Jego brat (tak, może i znowu zapomniałam 
jak się nazywa, ale wciąż z taką samą mocą nienawidzę całej 
tej  rodzinki!),  były  konspirator.  Ojciec  Blondyna,  który  był 
zastępcą  burmistrza  stolicy  (zresztą,  teraz  jest  burmistrzem 
stolicy, więc, nie wydaje mi się, żeby nie podobała mu się ta 
odmiana)…  Irga,  mój  były  mąż.  Ale  on  zostanie  najpierw 
przyszłym mężem, a potem stanie się prawdziwym, nawet jeśli 
dalej nie będzie myślał o mnie całodobowo i będzie rozdawał 
moje bilety byle komu! 

Ukrywanie  aury  nie  okazało  się  przejawem  nadmiernej 
ostrożności.  Szanowny  profesor  Partyk,  który  przyszedł  aby 
osobiście  powitać  kursantów  natychmiast  sprawdził  naszą 
magiczną  moc.  Sądząc  po  smutku  jaki  pojawił  się  w  jego 
oczach najwyraźniej liczył na coś więcej. Tak, nasza grupa nie 
wytrzymałaby  starcia  z  czarnym  magiem.  Poza  tym,  jestem 

background image

 

przekonana,  że  Irga  byłby  w  stanie  jednym  uderzeniem 
pokonać cały ten tłum. 

– Witajcie na kursie na pomocnika nekromanty! – powiedział 
profesor. 

–  Przepraszam  bardzo!  –  oburzył  się  stojący  obok  mnie 
chłopak. Był wysoki, ledwie sięgałam mu do piersi, chudy jak 
żerdź i nieładny. Za to odziany w czarny płaszcz (który wisiał 
na  nim  jak  na  wieszaku)  i  obwieszony  srebrnymi  artefaktami 
i amuletami wyglądającymi jak czaszki. Siły w tych artefaktach 
było  tyle  co  kot  napłakał,  ale  za  to  wyglądały  efektownie 
i świeciły w nocy. Miałam wielką nadzieje, że mistrz, który je 
zrobił, nie mieszka w Czystiakowie, bo to po prostu żyła złota 
– tworzenie niezwykłych artefaktów dla nierozumianych przez 
społeczeństwo męczenników. Dzięki nim będą jeszcze bardziej 
niezrozumiani, ale za to będą nosić stylowe magiczne ozdoby! 
Taka ze mnie cwaniara, a Otto nic nie robi tylko się awanturuje! 
A ja być może przeprowadzam tutaj badania marketingowe. On  
nie  wychodzi  do  ludzi,  zamiast  tego  czyta  gazety,  a  ja 
przebywam 

bezpośrednio 

w towarzystwie 

przyszłych 

zleceniodawców i to w swobodnej atmosferze. – Przepraszam 
bardzo! Obiecano nam kurs na prawdziwych nekromantów! 

Zahartowana przez pokolenia studentów twarz profesora nawet 
nie drgnęła. Być może tylko mnie jednej udało się go zobaczyć 
w  pełni  zdezorientowanego.  Tak,  mam  wiele  talentów,  ale 
z jakiegoś  powodu,  część  z  nich  jest  absolutnie  nieprzydatna 
w życiu. Przynoszą mi jednak poczucie moralnej satysfakcji, a 
to można uznać za pożyteczne. 

– Najpierw musicie ukończyć kurs na pomocnika. Uwierzcie, 
jest wystarczająco ciężki!– poradził. 

background image

 

Przypomniałam  sobie  pomocników  Irgi,  wagę  łopat 

westchnęłam.  Profesor  w  żadnym  razie  nie  kłamał.  Kurs 

rzeczywiście będzie ciężki. A ja  mało tego, że postanowiłam 
wziąć w nim udział dobrowolnie, to jeszcze na dodatek będę 
musiała go przejść! I będę musiała stworzyć obiecane artefakty, 
bo nekromanci to podłe istoty i jeszcze mogliby donieść gdzie 
nie trzeba o moich wybrykach! 

Partyk uważnie studiował listę studentów. Wiem, wiem, kogo 
pan tam szuka, szanowny profesorze! Mało tego, że odmówił 
mi  pan  pomocy  to  jeszcze  na  dodatek  zataił  pan  informację 
o kursach! 

–  Olgierda  Lacha!  –  krzyknął  nagle  Partyk  uważnie  się  nam 
przyglądając. Jeśli miał nadzieję, że w ten sposób zmusi mnie 
do zdradzenia się (gdybym na przykład drgnęła) to mocno się 
przeliczył.  Może  gdyby  ryknął  „Ola”  to  jeszcze  bym  jakoś 
zareagowała,  ale  „Olgierda”?  Profesor  nie  wziął  pod  uwagę 
ważnego  faktu:  zazwyczaj  pełnym  imieniem  i  takim  tonem 
zwracano się do mnie albo tylko na Uniwersytecie, albo wtedy, 
gdy byłam w tarapatach. W obu przypadkach obierałam taktykę 
susła: znieruchomieć ze strachu i ukryć się. Czasami mnie to 
ratowało. 

Kiedy nie udało się osiągnąć zamierzonego efektu nekromanta 
mruknął: 

– Byłbym skłonny przysiąc, że ona… 

Niczego więcej nie udało mi się dosłyszeć, ponieważ wyszedł 
z audytorium. 

Pulchny  i   wesoły  doktorant  polecił żebyśmy  usiedli  i  zaczął 
dość nudny wykład z teorii magii. Stwierdziłam, że mogłabym 
opowiedzieć  to  samo,  ale  o  wiele  ciekawiej,  a  już  na  pewno 

background image

 

krócej,  więc  otworzyłam  zeszyt  i  bez  żalu  pogrążyłam  się 
w pracy nad anty–psim artefaktem. 

Ależ dobrze mi się pracowało! Zupełnie inaczej niż w domu, 
gdzie jak magnes przyciąga cię do siebie mięciuteńkie łóżeczko 
albo  kasza  zostawiona  na  piecu,  albo  klient  rozprasza  cię 
dokładnie w tym momencie, kiedy do głowy wpadnie ci jakiś 
pomysł,  albo  cokolwiek  innego  co  po  prostu  obowiązkowo 
musi  się  wydarzyć.  Jednym  uchem  słuchałam  wykładu, 
rysowałam i zapisywałam reguły a widziana z boku musiałam 
sprawiać wrażenie Idealnej Studentki. A co najważniejsze nie 
przerywałam wykładowcy idiotycznymi pytaniami, przez które 
gubił się i plątał próbując odpowiedzieć i równocześnie jakoś 
uprościć swoją wypowiedź tak, żeby zrozumieli go absolwenci 
liceum. Jakby nie patrzeć, im więcej masz wiedzy tym jest ci 
trudniej! 

Wysoki  przyszły  pomocnik  nekromanty  zadawał  najgłupsze 
pytania ze wszystkich. Kolejny raz przekonałam się, że bycie 
nauczycielem  to  zdecydowanie  nie  moje  powołanie!  U mnie 
ktoś  tak  ciekawski  szybko  dostałby  po  głowie  zaklęciem 
uciszającym,  dzięki  czemu  momentalnie  dołączyłby  do 
uczniów z kategorii Idealnych Studentów. 

Ciekawe  czy  na  tym  kursie  zawsze  będzie  tak  nudno?  Tak 
nudno,  że  już  nawet  odechciało  mi  się  pracować  nad 
artefaktem! 

– Przepraszam – podniosłam rękę. – Ma pan może nasz plan 
zajęć? 

– Tak, oczywiście! 

– Mogłabym go zobaczyć, czy to tajne informacje? 

background image

 

–  Prawdopodobnie  wydadzą  wam  go  po  tym  wykładzie,  ale, 
jeśli pani chce to proszę... 

Kartka  uniosła  się  znad  nauczycielskiego  stołu  i  efektownie 
wylądowała na moich dłoniach. 

Od  razu  widać,  że  to  teoretyk!  Tylko  absolwenci  mojego 
wydziału  potrafią  tworzyć  tak  piękne  zaklęcia  i  z  nich 
korzystać.  Gdyby  kartkę  wysyłał  do  mnie  mag–praktyk  to 
wysłałby ją  po linii prostej wykorzystując do tego minimum 
energii magicznej a rzemieślnik kazałby mi samej wstać i po 
nią przyjść skoro jest mi potrzebna. 

Plan zajęć w pełni mnie zadowolił. Oprócz wykładów z teorii 
magii  mieliśmy  mieć  podstawy  nekromancji,  zasady  pracy 
z przekleństwami, wywoływanie duchów, demonologię i  – co 
najważniejsze – praktyczne zajęcia na cmentarzu! Spojrzałam 
na  pozostałe  podstawy  (nekromancja,  patonekromancja, 
uzdrowicielstwo,  magia  bojowa  i  –  ta–dam!  –  magia 
wykreślna!), uznałam, że zdobędę bazową wiedzę, a potem już 
wszystko zależy tylko ode mnie. Dam radę! 

Nagle otworzyły się drzwi audytorium i wszedł do nas profesor 
Partyk i to nie sam, bo towarzyszył mu... Bef! 

–  Magister  Czujko,  nasz  najlepszy  specjalista  w  dziedzinie 
magii  wykreślnej  –  przedstawił  go  nekromanta.  –  On  także 
chciałby poznać naszych następców! 

Cóż, profesor, oczywiście, powiedział tak dla żartu, ale twarze 
studentów i tak wyrażały zadowolenie. Nie mogło być inaczej! 
To w końcu nie jakiś tam doktorant, który został zmuszony do 
prowadzenia  wykładu.  To  słynny  i  cieszący  się  szacunkiem 
profesor! I to jeszcze na dodatek z innego wydziału. 

background image

 

Dla mnie samej sytuacja w której się znaleźliśmy nie oznaczała 
niczego dobrego. Oczywistym było, że Bef mnie rozpozna. Ma 
zbyt duże doświadczenie, wiedzę i zbyt dobrze zna swoją byłą 
studentkę. 

– I co, ona tu jest? – powiedział cicho Partyk ledwie poruszając 
ustami. 

Bef  powiódł  uważnym  spojrzeniem  po  audytorium  nie 
skupiając  na  mnie  większej  uwagi  niż  na  pozostałych.  Nie 
zdążyłam nawet odetchnąć z ulgą, gdy jego spojrzenie do mnie 
wróciło. Oczy Mentora otworzyły się nieco szerzej, ale niczym 
więcej nie zdradził swojego zdziwienia. 

–  Cóż,  –  powiedział  –  bardzo  mnie  to  cieszy,  że  aż  pięć 
dziewcząt  postanowiło  zapisać  się  na  kurs!  Zazwyczaj 
nekromancja  nie  przyciąga  do  siebie  płci  pięknej.  Mam 
nadzieję, że traktują panie swoją naukę z należytą powagą a nie 
tylko  jako  krok  w  drodze  do  wyjścia  za  mąż  za  dobrze 
zapowiadającego się maga? 

– Oczywiście! – wykrzyknęła jedna ze studentek. – Jak mógł 
pan w ogóle pomyśleć o czymś takim? Prawda, dziewczynki? 

Koleżanki  z  powagą  pokiwały  głowami.  Udałam, 
że z podziwem patrzę na wykładowcę. Ja trafiłam na ten kurs 
w konkretnym celu, którym było właśnie zamążpójście. 

Profesor Partyk spojrzał pytająco na Befa. 

– Jeśli jej nazwiska nie ma na liście to nie wiem, czego pan ode 
mnie wymaga? – cicho powiedział mój Mentor do nekromanty. 

Wykładowcy  wyszli,  a  doktorant  odchrząknął  i  wrócił  do 
prowadzenia wykładu. 

background image

 

To jasne, że odczułam ulgę, gdy miecz który zawisł nad moim 
karkiem jednak nie opadł, ale obowiązkowo będę musiała udać 
się do Mentora na rozmowę, ponieważ on tak łatwo nie zostawi 
w  spokoju  zjawiska  pod  tytułem  „Olgierda–studentka,  wersja 
druga, odnowiona–poczerniona”. 

Słynni i straszni wykładowcy więcej nie zaszczycili nas swoją 
uwagą.  Kursantom  rzucono  na  rozszarpanie  doktorantów–
teoretyków.  Nekromanta–teoretyk  –  to  brzmi  interesująco! 
Jednak  jakoś  nie  paliłam  się  do  zdobywania  nadmiaru 
teoretycznej  wiedzy.  Mi  potrzebna  była  praktyka,  ponieważ 
chciałam zrozumieć, o czym mówi Irga i co sprawia, że praca 
daje  mu  tyle  radości.  Bo  kiedy  opowiada  o  swojej  pracy  to 
zwykle czuję się jak kompletna idiotka. Teraz będę  wiedziała 
o czym mówi i będę mogła mu sensownie odpowiadać! 

Gdy tylko zajęcia się skończyły (a trzymano nas do południa, 
więc Otto  niepotrzebnie obawiał się, że  nasza praca ucierpi!) 
wysłałam zwiastun do Befa. Nie zaryzykowałam odwiedzania 
go w gabinecie. Kto wie, może zaczaił się tam na mnie profesor 
Partyk?  Czeka,  na  moment,  kiedy  się  tam  pojawię 
i zdemaskuję.  A  potem  na  pewno  wykreśliłby  mnie  z  listy 
studentów. 

Siedziałam  na  ławce  pod  jednym  z  akademików,  a  Bef 

przypadkiem  akurat  tam  spacerował.  Po  miasteczku 
studenckim...  

Poprosił  o  pozwolenie  i  usiadł  obok  mnie.  Zebrałam 
podręczniki,  które  przeglądałam  by  nie  marnować  czasu 
w trakcie oczekiwania i ułożyłam je sobie na kolanach. 

background image

 

– Więc tak, – powiedział Bef  – pięć za  maskowanie, dwa za 
pomysł.  Po  co  jest  ci  potrzebny  kurs  na  pomocnika 
nekromanty? 

– Chcę nauczyć się nekromancji, żeby lepiej rozumieć Irgę. 

– Z tego co wiem, on jest gotowy wrócić do ciebie tak po prostu, 
już teraz – stwierdził Mentor. 

–  Chcę  zacząć  wszystko  od  nowa  –  odparłam.  – 
Zachowywałam się wobec niego zbyt egoistycznie... 

–  Profesor  Partyk  obawia  się,  że  jeśli  będziesz  brała  udział 
w kursie, to obowiązkowo wydarzy się coś paskudnego. Albo 
w ogóle kurs trzeba będzie zatuszować. 

–  Zwariuję  przez  tą  moją  reputację!  –  zdumiałam  się.  –  Ale, 
przysięgam,  Mentorze,  że  pojawiłam  się  tu  tylko  dlatego,  że 
chcę się uczyć! Mam wystarczająco dużo zmartwień zarówno 
w  warsztacie  jak  i  w  życiu  osobistym,  żeby  jeszcze  na 
Uniwersytecie zajmować się czymś oprócz nauki. A skoro już 
mówimy o nauce... Mentorze, może da mi pan pozwolenie na 
dostęp do zamkniętej sekcji w bibliotece, co? 

– Nie – powiedział Bef takim tonem, że od razu zrozumiałam, 
że  dalsze  prośby  nie  mają  sensu.  –  Nauka  czegokolwiek 
z zamkniętej  sekcji  może  odbywać  się  tylko  i  wyłącznie  pod  
moim nadzorem! 

– Jak mam się uczyć, skoro pan mi to utrudnia?! 

– Po zajęciach przychodź do mnie do gabinetu – zaproponował 
Mentor. 

–  Niektórzy  mogą  to  uznać  za  bardzo  podejrzane  – 
powiedziałam.  –  Nikomu  nieznana  dziewczynka  z  prowincji 

background image

 

10 

spędza  czas  z  nieżonatym  wykładowcą  za  zamkniętymi 
drzwiami! 

– Nadszedł czas żebym uciszył złośliwe plotki i znalazł sobie 
kochankę – odpowiedział Bef nawet nie mrugnąwszy okiem. 

– Mentorze, nie mogę! Jestem już kochanką Ottona! 

Bef roześmiał się. 

– A co cię powstrzymuje przed posiadaniem trzech kochanków 
jednocześnie?  Gregory  pisał,  że...  Zdaje  się,  że  masz  sześciu 
pretendentów do ręki i serca. 

– Jesteście gorszymi plotkarzami niż kobiety! – obraziłam się. 
– Nie potrzebuję nikogo poza Irgą! 

– Dlaczego w takim razie nie zaproponowałaś Irronto, żeby sam 
cię  uczył?  On  z  radością  by  się  na  to  zgodził  –  powiedział 
poważnie  Bef.  –  Poza  tym  ma  o  wiele  większą  wiedzę  niż 
doktoranci, którzy będą prowadzić zajęcia. 

–  Po  pierwsze,  nie  potrzebuję  wielkiej  wiedzy,  chcę  tylko 
poznać podstawy, a te uzyskać mogę u doktorantów. Po drugie, 
nie chcę mieszać spraw zawodowych z osobistymi. Po trzecie, 
w  takim  przypadku  Irga  natychmiast  zrozumie,  że  chcę  do 
niego wrócić, a mam zamiar jeszcze trochę go pomęczyć. 

–  I  ty  się  jeszcze  się  dziwisz,  dlaczego  profesor  Partyk  ma 
wobec  ciebie  jakieś  uprzedzenia?  –  odchrząknął  Bef.  –  My, 
wykładowcy,  przywiązujemy  się  do  naszych  ulubionych 
studentów. Partyk jest nieco bardziej emocjonalny niż powinien 
być  jako  Mentor,  więc  osobistą  tragedię  ucznia  wziął  sobie 
głęboko  do  serca.  Poza  tym  jego  zdaniem,  każdy  powinien 
zajmować  się  tym  w  czym  jest  najlepszy,  a  ty  jesteś 
artefaktnikiem. Poza tym nie zapominaj, że zmieszanie dwóch 

background image

 

11 

różnych typów magii może się bardzo źle skończyć – Mentor 
zamilkł, a potem dodał: – Olgierdo, wydaje mi się, że nie muszę 
przypominać,  że  twoja  aura  jest  doskonałą  przynętą  dla 
wszelkich  istot  nieczystych,  z  którymi  nekromanci  mają  do 
czynienia?  Profesor  Partyk  był  wśród  tych,  którzy  ściągali 
z ciebie  przekleństwa  Joszki  i  to  głównie  z  tego  powodu  nie 
zamierzał pozwolić ci na studiowanie nekromancji. 

–  Dlaczego  wy  wszyscy  sądzicie,  że  jestem  idiotką?  – 
zapytałam  oburzona.  –  Czy  naprawdę  sprawiam  wrażenie 
osoby,  która  nie  może  żyć  bez  pakowania  się  cały  czas 
w kłopoty? 

– Po prostu się o ciebie martwimy  – odpowiedział Bef. – To 
jak, zostaniesz moją kochanką? 

– W żaden  sposób nie mogę  zrozumieć, czy pan to  mówi na 
poważnie, czy tylko żartuje? 

Bef znów się roześmiał. 

– Uwierz, Olgierdo, nawet gdybym dostrzegał w tobie kogoś 
więcej  niż  tylko  byłą  studentkę,  to  i  tak  mimo  wszystko  nie 
chciałbym  zostać  twoim  towarzyszem.  Nie  wypadałoby  mi 
wpychać  się  między  twoich  wielbicieli  i  walczyć  o  twoją 
uwagę. A poza tym mam już swoją ukochaną kobietę. Pomyśl 
nad moją propozycją. 

Pomyślałam  i  udałam  się  wykonywać  swoje  obowiązki 
kochanki Ottona i skarżyć się na profesora Partyka. 

Następnego  ranka  grupa  przywitała  mnie  niepokojącym 
milczeniem. 

background image

 

12 

– No? – podparłam się rękami pod boki i spojrzałam na moich 
kolegów  z  klasy.  –  Widzę,  że  zdążyliście  mnie  obgadać  za 
plecami? Co was do tego skłoniło? 

–  Widziałem  jak  spoufalasz  się  z  wykładowcą,  profesorem 
Czujko  –  do  przodu  wystąpił  mroczny  chudy  młodzieniec 
noszący mnóstwo słabych artefaktów. – Udało ci się dostać na 
te kursy przez łóżko! 

– Wyciągnąłeś ten wniosek na podstawie tego, że siedzieliśmy 
na jednej ławce i rozmawialiśmy? – zdumiałam się. – Z tobą też 
teraz  rozmawiam  i  co  w  związku  z  tym?  My  też  jesteśmy 
kochankami? 

– My rozmawiamy stojąc od siebie w pewnej odległości, a wy 
siedzieliście blisko siebie! 

– Porażająca logika – zachwyciłam się. 

– A wczoraj uśmiechałaś się, kiedy profesor wyjaśniał, po co 
przyszłyśmy  na  kurs!  To  oczywiste,  że  przyszłaś  tu  w  celu 
zdobycia  męża!  Widać  to  po  twojej  twarzy!  –  wykrzyknęła 
jedna z koleżanek. 

W  tym  momencie  uświadomiłam  sobie  dwie  rzeczy.  Po 
pierwsze, z jakiegoś powodu grupa postanowiła zrobić ze mnie 
wyrzutka. Nie wiem czym zasłużyłam sobie na taką niechęć? 
Po  drugie,  indywidualne  lekcje  u  Befa  zbliżały  się  do  mnie 
z nieuchronnością huraganu. 

Tak naprawdę mogłabym rozwiązać tę sytuację na moją korzyć 
–  komunikacja  z  klientami  bardzo  wiele  mnie  nauczyła. 
Mogłabym  nawet  zostać  liderką  grupy.  Mogłabym  wymyślić 
jeszcze  coś  innego.  Ale...  przypomniałam  sobie,  jak 
prześladowano mnie w liceum i zrozumiałam, że oto pojawiła 

background image

 

13 

się szansa. Żeby przezwyciężyć tę sytuację, przeżywając ją od 
nowa. Tak, już zmierzyłam się z moimi oprawczyniami, ale to 
należy liczyć za starcie jeden na jeden, a teraz jestem ja sama 
przeciwko  całej  grupie.  To  świetna  okazja!  Na  dodatek  nie 
mam nic do stracenia, przecież tu nawet nie chodzi o prawdziwą 
mnie! 

– I co? – zapytałam. – Nie rozumiem, zazdrościcie mi, czy o co 
wam chodzi? Załatwić wam protekcję? 

Wygląda na to, że koledzy z grupy nie spodziewali się takiej 
reakcji. Zdezorientowani zaczęli szeptać między sobą. 

– To niemoralne! – oświadczył mroczny chłopiec. 

– A jak ty się właściwie nazywasz? – zapytałam zapędzając go 
w ślepy zaułek tym elementarnym pytaniem. 

–  Jepifan  Agan!  –  powiedział  to  takim  tonem    jakby  był 
królewskim synem, o którego istnieniu dotąd nikt nie wiedział 
i teraz właśnie wyjawił nam swoją wielką tajemnicę. 

–  Zatem,  Jepifanie,  to  nie  jest  niemoralne,  a  między  mną 
a wykładowcami  z  naszego  wydziału  nie  ma  stosunków 
seksualnych. A to przez czyje łóżko i w jaki sposób w ogóle 
trafiłam na te kursy to nie wasza sprawa! 

– Nasza! – wykrzyknął inny chłopak. Miał dobroduszną okrągłą 
twarz  przywodzącą  na  myśl  naleśnik.  –  Będziemy  mieli 
grupowe  zadania  a  ty  możesz  narazić  całą  grupę.  Wczoraj 
widziałem,  że  niczego  nie  rozumiałaś  z  tego  co  mówili 
wykładowcy i rysowałaś w zeszycie jakiejś bzdury! 

Za tą  bzdurę  to ja  się  obraziłam.  Jak  można  nazywać  bzdurą 
sploty  energetycznych  linii  w  moim  anty–psim  artefakcie  – 

background image

 

14 

genialnym  wynalazku,  który  łączy  w  sobie  chemię, 
artefaktnictwo i prosty życiowy spryt?! 

–  Co  ty  tam  wiesz?  –  oburzyłam  się.  –  Na  twoim  miejscu 
siedziałabym  cicho,  bo  najwyraźniej  niczego  nie  rozumiesz 
z magii wykreślnej! 

– Rozumiem! – dumnie zadarł mały nos. – Otrzymałem z niej 
ocenę doskonałą w liceum! 

– Też mi coś... Możesz być dumny ze swojej wiedzy. Póki co – 
powiedziałam  wymawiając  ostatnie  słowo  ukochanym  tonem 
Ottona.  On  zazwyczaj  mówi  „póki  co”  takim  tonem,  że 
człowiek  od  razu  ma  ochotę  schować  się  pod  ziemię.  Albo, 
w ostateczności, uciec do własnego pokoju zanim "Póki co" nie 
przejdzie we wrzask "Ola!!!!", od którego drżą ściany. 

– Ona mi grozi! – zawołał przyszły pomocnik nekromanty. – 
Czy wszyscy to słyszeliście? Słyszeliście to? 

–  Co  się  dzieje?  –  do  sali  wszedł  nagle...  Oj,  mamusiu, 
prawdziwy  nekromanta!  To  znaczy,  kolega  Irgi  z  Urzędu 
Magii. A jego jakim cudem tu przywiało? 

– Ona mi grozi! – kolega z grupy wycelował we mnie palcem. 

Nekromanta popatrzył na nas znudzonym wzrokiem. 

– Wyprowadź go na korytarz, szybko zabij i wracaj na wykład 
– powiedział do mnie. – Nie lubię głośnych ludzi. 

– To niepedagogiczne – powiedział Jepifan ledwie słyszalnie. 
Jednak  w  audytorium  panowała  taka  cisza,  że  wszyscy  go 
usłyszeli. 

–  Ale  ja  wcale  nie  jestem  pedagogiem  –  ryknął  nekromanta, 
potargał  swoje  puszyste  blond  włosy  i  rozsiadł  się  na 

background image

 

15 

nauczycielskim  stole.  –  Przysłali  mnie  tu  za  karę.  Żebym 
oświecił was, matołów, na temat pracy w Urzędzie Magii. No 
już, siadacie na swoich miejscach czy mam pokazać w praktyce 
jak tworzy się zombie ze świeżo zabitego trupa? 

–  Niech  pan  pokaże!  –  zawołałam  z  entuzjazmem.  –  Tylko 
proszę, niech pan go sam zabije, bo nam nie wolno. 

– Hm... A ty to najwyraźniej Rozalia? – zapytał nekromanta. – 
Słyszałem, słyszałem. 

Zaniepokoiłam się. Reszta mojej grupy też. 

–    A  co  takiego  pan  słyszał?  –  zainteresowałam  się, 
równocześnie wymyślając rozmaite kary dla naczelnika działu, 
który nie potrafi utrzymać języka za zębami. 

– O tym, że w tej grupie będzie uczyć się dobrze zapowiadająca 
się przyszła nekromantka, której warto się przyglądać i zaprosić 
do  nas  do  pracy  –  odpowiedział  pracownik  Urzędu.  –  Nic 
więcej. A co jeszcze powinienem usłyszeć? 

–  Nie  chcę  u  was  pracować  –  oświadczyłam  i  usiadłam  na 
swoim  miejscu.  –  Może  pan  to  przekazać  swojemu 
naczelnikowi. 

Moja  grupa  milczała  zszokowana.  Praca  w  Urzędzie  Magii 
w stolicy  regionu  –  czy  to  nie  marzenie?  A  ja  tak  po  prostu 
odmówiłam! Wręcz słyszałam, z jakim zgrzytem obracają się 
trybiki w głowach moich kolegów z grupy. Nic im to nie da. 

– Przystąpmy do lekcji – powiedział nekromanta ze smutkiem. 
– Nazywam się Wasyl Jegoza i pracuję w Urzędzie Magii, który 
opracował  taki  system  kar  dla  swoich  pracowników,  że  nie 
udało mi się wykręcić od tego wykładu. Praca nekromanty to 
nie tylko wskrzeszanie zombie na wniosek sądowy i odławianie 

background image

 

16 

na  cmentarzach  tych  wszystkich  idiotów,  którzy  ubzdurali 
sobie, że opanują świat, ale także duchy, przekleństwa a nawet 
trochę  demonologii.  Nekromanta  powinien  być  zarówno 
magiem  bojowym,  uzdrowicielem  jak  i  magiem–praktykiem. 
Praca  jest  trudna,  brudna,  owiana  masą  plotek  i  przesądów. 
Nikomu nie radzę być nekromantą, ale skoro już tu przyszliście 
to wasze nazwiska są teraz wszystkim dobrze znane i nie uda 
wam się ukryć przed długimi ramionami Urzędu Magii, który 
bardzo lubi karać swoich pracowników. 

Ucieszyłam się, że jestem teraz Rozalią Mimut, a nie Olgierdą 
Lachą. Mną był już zainteresowany dział demonologii. Takiego 
przypadku  Urząd  Magii  rzeczywiście  by  sobie  nie  odpuścił. 
Będę musiała stworzyć dla naczelnika działu nekromancji nie 
pięć, a sześć artefaktów. Zasłużył. 

Wzięłam  ołówek  i  zaczęłam  uważnie  słuchać  wykładu, 
ponieważ dopiero teraz, wreszcie uczyłam się czegoś o pracy 
byłego (przyszłego) męża.