background image

ANNE McCAFFREY

PLANETA 

DINOZAURÓW

(Przełożyła: Ewelina Jagła)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Gdy  Kai   wyłączył   nadajnik   i   przerzucił   nagranie   do   pamięci   komputera,   usłyszał 

odgłos dochodzących z pustego sektora pasażerskiego leciutkich kroków Varian.

- Przepraszam, Kai. Pewnie przegapiłam kontakt? - wysapała Varian, wchodząc. Jej 

kostium, przemoczony do suchej nitki, przesiąknięty był odrażającym fetorem iretańskiego 

“świeżego" powietrza, który natychmiast zapaskudził klimatyzowane powietrze w kabinie 

pilota. Varian zerknęła najpierw na nie oświetloną tablicę nadajnika, a potem na Kaia, by 

sprawdzić,   czy   zirytowało   go   jej   spóźnienie.   Poprzez   udawaną   skruchę   przebijał   jednak 

tryumfalny uśmiech. - W końcu złapaliśmy jednego z tych roślinożerców!

Kai musiał uśmiechnąć się w odpowiedzi na jej radosne uniesienie. Varian spędzała 

długie   godziny,   tropiąc   te   stworzenia   w   wilgotnych,   cuchnących   dżunglach   Irety;   długie 

godziny   cierpliwych,   usianych   przeszkodami   poszukiwań,   które   stanowczo   zbyt   często 

kończyły się fiaskiem. Niezdolną do zachowania Dyscypliny Varian bezczynne siedzenie w 

wygodnym fotelu przyprawiało o mdłości. Kai założył się sam ze sobą, że i tym razem Varian 

zdoła   wykpić   się   jakąś   ważną   sprawą   od   nużącej   rozmowy   z   Thekami.   Wieści,   które 

przyniosła, były dobre, a jej wytłumaczenie przekonywające.

- Jak zdołaliście go schwytać? Pomogły pułapki, które ostatnio kleciliście? - zapytał 

szczerze zaciekawiony, choć to właśnie przez nie jego najlepsi mechanicy musieli odłożyć 

zakończenie budowy siatek sejsmicznych, tak potrzebnych geologom.

- Nie, nie pułapki - w glosie Varian pojawiła się nuta smutku. - Nie, to piekielnie 

głupie stworzenie zraniło się i nie mogło uciec z resztą stada. - Zrobiła pauzę, by dodać 

następnemu stwierdzeniu wyrazistości. - Kai, z niego sączy się krew!

Kai zamrugał oczyma, nie rozumiejąc.

- Tak?

- Czerwona krew!

- No to co?

- Jesteś biologicznym kretynem? Czerwona krew oznacza hemoglobinę...

- Co w tym dziwnego? Mnóstwo innych gatunków używa żelaza...

-   Nie   tutaj,   na   planecie,   gdzie   wodne   skrętnice,   których   drobiazgową   analizę 

przeprowadził   Trizein,   wykorzystują   jasny,   lepki   fluid.   -   Varian   była   chwilowo 

zbulwersowana  i pełna  pogardy,   że  Kai nie  potrafi  dostrzec  znaczenia  jej  odkrycia.  - Ta 

planeta   to   jedno   wielkie   kłębowisko   anomalii,   biologicznych   i   geologicznych.   Wy   nie 

znajdujecie ani grama rudy w miejscach, gdzie powinniście natrafić na złoża, a ja napotykam 

background image

zwierzęta   większe   niż   wszystkie   stworzenia,   o   których   wspomina   się   na   kasetach 

szkoleniowych   ze   wszystkich   planet   w   każdym   systemie,   jaki   przebadaliśmy   w   ciągu 

ostatnich czterechset galaktycznych lat standardowych. Oczywiście te zjawiska mogą iść w 

parze... - dodała w zamyśleniu, odrzucając w tył ciemne loki okalające jej twarz.

Była wysoka, jak większość osób pochodzących z planet normalnej grawitacji, jaką 

jest   choćby   Ziemia.   Jej   smukłe   ciało   doskonale   prezentowało   się   w   jednoczęściowym, 

pomarańczowym   kombinezonie,   który   zachwycająco   zarysowywał   mięśnie.   Pomimo 

najróżniejszych   przedmiotów   zwisających   z   pasa   siłowego,   jej   talia   przedstawiała   się 

schludnie, a wybrzuszenia w kieszonkach kombinezonu na udach łydkach nie ujmowały nic 

pełnemu wdzięku wyglądowi jej nóg.

Kai   był   wniebowzięty,   gdy   Varian   wyznaczono   na   jego   współdowódce.   Odkąd 

dołączyła do ARCT-10 na trzyletni kontrakt jako ksenobiolog-weterynarz, łączyło ich więcej 

niż zwyczajna znajomość. Na ARCT-10, podobnie jak na siostrzanych statkach w Korpusie 

Operacyjno-Badawczym, podstawowy personel administracyjny i operacyjny składał się z 

osób   urodzonych   i   wychowanych   na   statku,   natomiast   uzupełniający   go   dodatkowi 

specjaliści,   praktykanci   i   delegaci   wyższych   szczebli,   podróżujący  od   czasu   do   czasu   na 

Planety  Skonfederowane,   zmieniali   się   bez   przerwy,   co   dawało   wychowankom  ARCT-10 

szansę  spotkań   z   członkami   innych   kultur,   podgrup  społecznych,   mniejszości   rasowych   i 

wyznaniowych.

Varian pociągała Kaia z dwóch powodów: po pierwsze była wyjątkowo piękna, po 

drugie zaś była przeciwieństwem Geril. Kai próbował zakończyć zupełnie nieudany związek 

z Geril, kobietą natarczywą do tego stopnia, żeby jej unikać - musiał przenieść swą kwaterę z 

sektora wychowanków do sektora gościnnego ARCT-10. Tak się złożyło, że Varian została 

jego nową sąsiadką. Była wesoła, tryskająca humorem i żywo zainteresowana wszystkim, co 

dotyczyło   ich   statku   badawczego   o   rozmiarach   satelity.   Zaraziła   go   swym   entuzjazmem, 

zadręczała,   by   zabrał   ją   na   wycieczkę   po   przeróżnych   kwaterach   specjalnych, 

przystosowujących   we   właściwej   atmosferze   czy   grawitacji   bardziej   ezoteryczne   gatunki 

świadome należące do PS. Była planetariuszką, jak to ujęła. Cóż, mieszkała na rozmaitych 

planetach,   i   poczuła   nagle,   że   czas   byłby   najwyższy   przyjrzeć   się,   jak   żyją   Odkrywcy, 

zwłaszcza, dodała, że jako ksenobiolog-weterynarz musiała częstokroć prostować niektóre z 

ich bardziej szalonych osadów i pomyłek.

Varian   była   też   świetną   gawędziarką,   a   jej   opowieści   o   międzyplanetarnych 

przygodach,   które   przeżyła   jako   brzdąc,   włócząc   się   z   rodzicami   -   ksenobiologami, 

oczywiście - i później, jako adeptka tej samej dziedziny nauki, fascynowały Kaia. Owszem, 

background image

odbywał swoje zwyczajowe wyprawy planetarne, by pozbyć się agorafobii, w jaką wpędzało 

go ciągłe przebywanie na statku, ba, spędził nawet cały rok galaktyczny z rodzicami swej 

matki na planecie, na której się urodziła, lecz był przekonany, że w porównaniu ze światami 

Varian, które ofiarowały jej tyle burzliwych i zabawnych doświadczeń, jego podróże były 

beznadziejnie nudne.

Inną   rzeczą,   w   jakiej   Varian   przewyższała   Geril,   była   umiejętność   dyskutowania 

uprzejmie i ze skutkiem, bez utraty cierpliwości - albo poczucia humoru. Geril zawsze była 

deprymująco poważna i gotowa zbyt łatwo oczerniać wszystko, czego nie popierała. Prawdę 

mówiąc, na długo zanim Kai dowiedział się, że Varian ma zostać jego współpracownikiem, 

zdał sobie sprawę, że musiała mieć głęboko zakorzenioną Dyscyplinę, choć wydawała się 

jeszcze taka młoda. Posunął się nawet tak daleko, że zwrócił się o wydruk jej życiorysu z 

banku   danych   Bazy   Operacyjnej.   Lista   jej   przydziałów   była   wprost   imponująca,   chociaż 

archiwa powszechne nie podawały, jaką dokładnie odegrała rolę podczas wzmiankowanych 

ekspedycji. Kai zauważył jednak, że awansowała niezwykle szybko - a to, jeśli dodać liczbę 

przydziałów, wskazywało, że młodą kobietę obarczano wciąż rosnącą odpowiedzialnością i 

przydzielano   do   coraz   trudniejszych   zadań.   Nawet   jeżeli   do   iretańskiej   ekspedycji 

dokooptowana   została   niemalże   w   ostatniej   chwili,   po   tym,   jak   w   czasie   wstępnego 

sondowania zarejestrowano ślady życia, przy bagażu poprzednich doświadczeń Varian Ireta 

nie   powinna   wprawić   ją   w   większe   zakłopotanie.  A  mimo   to,   jak   sama   to   określiła,   na 

planecie roiło się od anomalii.

- Cóż - Varian mówiła dalej - jeśli na planecie świeci słońce trzeciej generacji, trzeba 

spodziewać się osobliwości, choćby w postaci biegunów gorętszych niż równik cuchnący... 

zaraz, niech sobie przypomnę nazwę tej rośliny...

- Rośliny?

- Owszem. Jest taka niepozorna roślinka, dość wytrzymała, by można było hodować ją 

niemal   wszędzie   na   umiarkowanych   planetach   takich   jak   Ziemia.   Może   być   używana   w 

gastronomu. W rozsądnych ilościach, należy koniecznie dodać - wyjaśniła z kwaśną miną. - 

Zbyt   wiele   przyprawy   daje   smak   równie   intensywny   jak   zapach   roztaczający   się   na   tej 

planecie. Przepraszam, to taka mała dygresja. Co mówili Thekowie?

Kai zmarszczył brwi.

- Nasza dyżurna Baza Operacyjna przechwyciła tylko pierwszy raport.

Ręcznik   w   dłoniach   Varian   znieruchomiał   na   chwilę   -   dotąd   zajęta   ścieraniem 

wilgotnego osadu z kombinezonu, dopiero teraz spojrzała na Kaia.

- O kurczę! - Siadła powolutku na krześle obok. - To niepokojące! Tylko pierwszy?

background image

- Tak powiedzieli Thekowie...

-  Dałeś  im  dość   czasu  na  wykrztuszenie  odpowiedzi?  Wycofuję  pytanie.  -  Varian 

opadła gwałtownie na oparcie. - Oczywiście, że dałeś - przyznała, doceniając w pełni jego 

zdolność radzenia sobie z najwolniej poruszającymi się i przemawiającymi istotami w całym 

skonfederowanym systemie. - To niepodobne do BO. Są przeważnie rozpaczliwie spragnieni 

wstępnych raportów, a nie tylko potwierdzenia lądowania.

- Ja tłumaczyłbym to interferencją przestrzenną...

- A jakże. - Z twarzy Varian znikły oznaki niepokoju. - To przez tę burzę kosmiczną w 

sąsiednim systemie... Tę, której tak panicznie obawiali się astronomowie...

- Tak też wyjaśnili to Thekowie.

- W ilu słowach? - zapytała Varian, odzyskując swój cierpki dowcip.

Thekowie, krzemienna forma życia, byli niczym kamienie - wyjątkowo wytrzymali i 

choć   nie   nieśmiertelni,   z   pewnością   był   to   gatunek,   który   najbardziej   zbliżył   się   do 

osiągnięcia tego celu. Z nutą kpiny powiadano, że trudno jest odróżnić starego Theka od 

skały, dopóki ten nie przemówi, a nim Thek przemówi, człowiek trwający w oczekiwaniu 

zdąży umrzeć ze starości. To prawda, że im Thek był starszy i im większą posiadał wiedzę, 

tym więcej czasu zabierało wyciąganie z niego odpowiedzi. Na szczęście dla Kaia w zespole 

wysłanym na siódmą planetę systemu znajdowali się dwaj młodzi Thekowie. Jednego z nich, 

Tora, Kai znał przez całe życie. Prawdę mówiąc, choć Tora uznawano za młodzieniaszka ze 

względu na przeciętną długość życia istot jego gatunku, to jednak pracował na ARCT-10, 

odkąd   tylko   wysłano   BO,   to   jest   od   jakichś   stu   pięćdziesięciu   standardowych   lat 

galaktycznych. Tor nieustannie wprawiał Kaia w zażenowanie, wspominając swego pra-pra-

dziadka, byłego oficera technicznego na ARCT-10, do którego niby Kai miał być podobny. 

Uczestniczenie w tej samej misji, z Torem jako współdowódcą, sprawiało Kałowi swoistą 

satysfakcję.   Jego   rozmowa   z  Torem,   mimo   że   wydłużona   przez   dzielącą   ich   odległość   i 

zwyczaje Theków, była stosunkowo ożywiona.

- W rzeczy samej, Tor wyrzekł dokładnie jedno słowo, Varian. “Burza". - Śmiech Kaia 

zmieszał się z chichotem Varian.

- Czy oni się kiedykolwiek pomylili?

- Co takiego? Thekowie? Nie, nie zdarzyło im się to w całej historii powszechnej.

- Ich czy naszej?

- Ich, oczywiście. Nasza jest zbyt krótka. Ale, ale! Co z tą czerwoną krwią?

- No cóż, nie chodzi tylko o czerwoną krew, Kai. Zbyt wiele tu nieprawdopodobnych 

zbiegów okoliczności. Roślinożerne, które śledziliśmy, są nie tylko kręgowcami broczącymi 

background image

czerwoną krwią. Teraz, gdy mogłam przyjrzeć się im z bliska... One są pięciopalczaste, Kai... 

- Varian rozpostarła palce i zacisnęła je jak szpony.

-   Thekowie   także   są   pięciopalczaści...   w   pewnym   sensie.   -   Kai   był   ogromnie 

zadowolony,   że   podczas   rozmowy   z   Thekami   nie   dochodziło   do   kontaktu   wzrokowego. 

Thekowie   mieli   bowiem   męczący   zwyczaj   wysuwania   ze   swej   amorficznej   masy 

pseudopodiów,   co   przeważnie   napawało   patrzących   obrzydzeniem,   graniczącym   nieraz   z 

szaleństwem.

- Ale nie są kręgowcami i nie mają czerwonej krwi. Nie koegzystują też z absolutnie 

odmienną   formą   życia,   jak   te   kwadratnice   morskie   Trizeina.   -   Varian   pogrzebała   przez 

moment   przy   otwarciu   kieszonki   u   pasa   i   wyciągnęła   z   niej   płaski   przedmiot   dobrze 

opakowany plastykiem. - To będzie niezła gratka - mówiła rozciągając sylaby - zobaczyć 

wyniki analizy tej próbki krwi.

Wdzięcznym ruchem wstała z obrotowego krzesła i wyszła z kabiny pilota. Kai udał 

się za nią.

Odgłosy   ich   butów   odbijały   się   echem   pośród   pustki   ogołoconego   sektora 

pasażerskiego.   Jego   umeblowanie   służyło   teraz   jako   wyposażenie   plastykowych   kopuł 

zgrupowanych poniżej wahadłowca, w obozie z osłoną siłową. Trizeinowi lepiej pracowało 

się   w   klimatyzowanym   pomieszczeniu   przeznaczonym   niegdyś   na   magazyn,   a   teraz 

przerobionym dla niego na laboratorium. Zainstalowany tam komputer miał bezpośrednie 

dojście   do   centralnego   komputera   statku,   stąd  też  Trizein   naprawdę   rzadko   ruszał   się   ze 

swego królestwa.

- A więc nareszcie znalazłaś lokatora do swej zagrody - rzucił Kai.

- A więc miałam rację, planując naprzód. Przynajmniej mamy wystarczająco duże 

miejsce, by go pomieścić. Go, ją albo to.

- Nie wiesz, jakiej jest płci?

- Gdy zobaczysz naszą bestyjkę, zrozumiesz, dlaczego nie przyjrzeliśmy się jej dość 

dokładnie,   by  się   tego   dowiedzieć.   -  Varian   przeszedł   nagle   dreszcz   zgrozy.   -   Nie   mam 

pojęcia, jak to się stało, ale z jej boków wyrwano całe połacie mięsa... Zupełnie jakby... - 

Przełknęła głośno ślinę.

- Jakby co?

- Jakby coś pożerało ją... żywcem.

- Co takiego?! - Kaiowi zrobiło się niedobrze.

- Tamte drapieżniki wyglądają dość barbarzyńsko, by móc przypuszczać, że to one... 

Ale żeby tak... gdy to stworzenie jeszcze żyło...?

background image

Przez   chwilę   szli   w   milczeniu,   pochłonięci   tą   przerażającą   myślą.   W   skład 

cywilizowanej diety od dawna już nie wchodziło zwierzęce mięso.

- Zastanawiam się, czy Tangelemu dopisuje szczęście z tymi drzewami owocowymi - 

powiedziała Varian, kierując szybko pogawędkę na inne tory.

- Nie orientujesz się, czy w końcu zabrał ze sobą dzieciaki? Przeprowadzałem właśnie 

rozmowę...

- Owszem - odparła - poszła z nimi Divisti, więc dzieci są w dobrych rękach.

- Słusznie - oznajmił Kai nieco ponuro. - To ktoś, kto da sobie z nimi radę. Nie 

uśmiechałaby mi się perspektywa udzielania wyjaśnień naszej trzeciej oficer BO, gdyby coś 

przytrafiło się jej dumie i szczęściu.

Kątem oka Kai dojrzał, jak Varian zagryza wargi. W jej oczach iskrzyło się tłumione 

rozbawienie. Wszyscy doskonale wiedzieli, że młody Bonnard odnosił się do swego dowódcy 

z całym nabożeństwem.

- Bonnard jest miłym dzieciakiem, Kai, ma dobre zamiary...

- Wiem, wiem.

-   Ciekawi   mnie,   czy   jedzenie   na   tej   planecie   smakuje   tak,   jak   większość   rzeczy 

pachnie   -   powiedziała   Varian,   ponownie   zmieniając   temat.   -   Jeśli   owoce   mają   smak 

hydrotellurku...

- Brak nam żywności?

-   Nie   -   odparła.   Varian,   zgodnie   z   regulaminem   ekspedycji,   była   zobowiązana 

zapewnić   wyprawie   dodatkowy   prowiant,   gdyby   zaszła   taka   potrzeba.   -   Lecz   Divisti   to 

uosobienie roztropności. Im mniej zużyjemy podstawowych zapasów, tym lepiej. A świeże 

owoce... Ale tacy jak ty, typy wychowane na statku, nie mogą przecież tęsknić za owocami...

- Za to planetarne naczelne nie mają żadnej dyscypliny odżywiania.

Oboje uśmiechnęli się szeroko. Varian przechyliła głowę w jedną stronę; w jej szarych 

oczach znów roztańczyły się radosne ogniki. Już pierwszego dnia, kiedy się spotkali przy 

stole   w   jadalni   strefy   humanoidalnej   przeogromnego   statku   Korpusu   Operacyjno-

Badawczego, dokuczali sobie na temat nawyków żywieniowych.

Kai, który urodził się i wychował na statku, był przyzwyczajony do syntetyzowanych 

pokarmów i ich skromnego wyboru. Nawet gdy osiadał na jakiś czas na planecie, nie potrafił 

się przystosować do nieskończonej różnorodności i konsystencji naturalnej żywności. Varian 

chwaliła się, że jest w stanie zjeść wszystko - od warzywa po minerał, i że dla niej tutejsza 

dieta, choćby rozszerzona o produkty świeżo wyhodowane w kopule eksperymentalnej, jest 

co najmniej monotonna.

background image

- To się nazywa wyszukane gusta, człowieku. Jeśli owoce będą smakować tu całkiem 

przyzwoicie, może dasz się sprowadzić na manowce i zasmakujesz w prawdziwym jedzeniu.

Dotarli   właśnie   do   magazynu,   gdy   zaszeleściły   drzwi   i   wypadł   z   nich 

rozentuzjazmowany mężczyzna.

- Zdumiewające! - Zatrzymał się w pół kroku i tracąc równowagę, zatoczył się na 

wyłożoną boazerią ścianę. - Oto ludzie, których mi trzeba! Varian, budowa komórkowa tych 

morskich   okazów   to   doprawdy   innowacja!   Włókna,   cztery   rodzaje...   Chodź,   zobacz...   - 

Trizein zaciągnął ją do laboratorium, ponaglając gestem Kaia, by również szedł za nimi.

- Ja też coś mam dla ciebie, przyjacielu. - Varian wydobyła próbkę. - Złapaliśmy 

jednego z tych umięśnionych roślinożerców. Był ranny i broczył czerwoną krwią...

-   Czyż   nie   pojmujesz,   Varian   -   ciągnął   dalej  Trizein,   najwyraźniej   głuchy   na   jej 

oświadczenie - że to zupełnie inna forma życia? Nigdy w całej mojej karierze ekspedycyjnej 

nie spotkałem się z taką strukturą komórkową...

- A ja nie spotkałam się z taką anomalią jak ta, sprzeczną z twoją nową formą życia. - 

Varian   zacisnęła   jego   palce   wokół   preparatu.   -   Bądź   tak   kochany   i   przeprowadź 

spektroanalizę, dobrze?

- Czerwona krew, powiadasz? - Trizein zamrugał. Musiał wpaść w odpowiedni tryb, 

by połapać się w istocie prośby Varian. Podniósł próbkę pod światło i zmarszczył brwi. - 

Czerwona krew? Nie pasuje do tego, o czym przed chwilą mówiłem.

W  tym samym momencie rozległ się jęk alarmu. Zatrważająco przetoczył się przez 

wahadłowiec i cały obóz na zewnątrz, i rozdzwonił się zgrzytliwie w bransoletach, które Kai i 

Varian nosili jako dowódcy drużyn.

-   Ekipa   penetracyjna   ma   kłopoty.   Kai?   Varian?   -   Przez   interkom   dotarł   do   nich 

bełkoczący niespiesznie, ochrypły głos Paskuttiego. - Atak powietrzny.

Kai nadusił przycisk rozdzielczy na bransolecie.

- Zbierz swoją grupę, Paskutti. Idziemy do was, Varian i ja.

-  Atak   powietrzny?   -   powtórzyła  Varian,   gdy  pędem   gnali   ku   tęczowemu   lukowi 

wahadłowca. - Skąd?

- Paskutti, czy ekipa jest nadal w powietrzu? - zapytał Kai.

- Nie, szefie. Mam ich współrzędne. Wezwać pańskie drużyny?

- Nie, nie. Są zbyt daleko, żeby się na coś przydać - odparł Kai. Zwrócił się do Varian: 

- W co oni mogli się wpakować?

- Na tej zwariowanej planecie? Kto wie? - Rozmaite alarmy wywoływane na Irecie 

zdawały się przydawać Varian animuszu, z czego Kai był bardzo rad. Podczas jednej z jego 

background image

wypraw współdowodzący był bowiem tak zaprzysięgłym pesymistą, że załamało to morale 

całej załogi, powodując niepotrzebne i fatalne w skutkach incydenty.

Jak zwykle pierwszy podmuch  cuchnącego iretańskiego  powietrza  odebrał  Kaiowi 

dech   w   piersiach.   Zapomniał   umieścić   z   powrotem   sztyft   zapachowy,   który   usunął, 

przebywając na statku. Poza tym sztyfty nie pomagały wówczas, gdy trzeba było oddychać 

ustami, jak teraz, gdy biegł, by dołączyć do formowanego naprędce oddziału Paskuttiego.

Chociaż   grawitanci   pod   kierunkiem   Paskuttiego   mieli   dalej   do   punktu   zbornego, 

przybyli   tam   wcześniej   niż   Kai   i   Varian.   Paskutti   cisnął   obu   dowódcom   pasy,   maski   i 

obezwładniacze, zapominając w zamieszaniu, że nieuważny dotyk jego ciężkiej ręki mógł 

zwalić z nóg delikatniejszej przecież postury ludzi.

Gaber, kartograf pełniący funkcję oficera pogotowia, sapiąc nadbiegł ze swej kwatery. 

Jak zwykle zapomniał założyć pas ochronny, pomimo obowiązującego rozkazu, by nosić pasy 

o każdej porze. Kai pomyślał, że po powrocie będzie trzeba odnotować przewinienie Gabera.

- Co to znów za nagły wypadek? Nigdy nie narysuję tych map, jeśli będziecie mi 

wciąż przeszkadzać.

- Ekipa penetracyjna ma problemy. Nie odchodź! - rzekł Kai.

- Oj, nigdy, Kai, nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnie nierozumnego, zapewniam cię. 

Nie ruszę się od sterów ani na centymetr, choć wątpię, czy kiedykolwiek uporam się z własną 

robotą... Jestem już do tyłu o trzy dni, a...

- Gaber!

- Tak jest, Kai. Tak jest, rozumiem. Naprawdę rozumiem. - Mężczyzna zasiadł przy 

sterach, spoglądając to na Paskuttiego, to na Varian z takim lękiem, że Kai musiał skinąć na 

niego uspokajająco głową. Ociężała twarz Paskuttiego pozostała niewzruszona, podobnie jak 

jego ciemne oczy, lecz właśnie ów brak jakiejkolwiek reakcji ze strony grawitanta wyrażał 

dezaprobatę i oburzenie bardziej otwarcie, niż wszystkie słowa, jakie mógłby wyburczeć.

Paskutti,   mężczyzna   w   sile   wieku,   pracował   w   służbie   bezpieczeństwa   przez 

większość   swej   pięcioletniej   przygody   z   KOB-em.   Zgłosił   się   na   ochotnika,   gdy   na 

macierzystym statku rozesłano wezwanie do zastępców, by wsparli zespół ksenobiologów. 

Grawitanci często łapali się półfachowej roboty podczas wypraw planetarnych i na statkach 

KOB-u ze względu na nadzwyczaj dobrą płacę - dwie lub trzy takie ekspedycje pozwalały 

średnio wykwalifikowanemu grawitantowi zarobić dość, by mógł przeżyć resztę życia we 

względnym   luksusie   na   jednym   z   rozwijających   się   światów.   Grawitantów   chętnie 

przyjmowano   na   stanowiska   zastępców   ze   względu   na   ich   siłę.   Mówiono   o   nich,   że   są 

mięśniami Planet Skonfederowanych, przy czym uwagę tę czyniono z całym szacunkiem, 

background image

gdyż grawitanci nie byli jedynie chodzącą “górą mięśni" - wielu z nich zaliczało się do grona 

specjalistów wysokiej rangi, w czym dorównywali każdej innej podgrupie humanoidalnej.

Nie było natomiast żadnych wątpliwości co do tego, że ich prezencja - silne nogi, 

zwarty tułów, potężne bary i ogorzała skóra, stanowiła skuteczny środek odstraszający, co 

skłaniało  liczne  rasy  PS  do angażowania  ich  jako ochroniarzy,   czy  to  na  pokaz,  czy  też 

faktycznie jako jednostki agresji. Do popularyzacji fałszywego twierdzenia, jakoby grawitanci 

nie byli najlepiej wyposażeni w zdolności umysłowe, przyczyniał się ich nieszczęsny problem 

genetyczny. Otóż choć ich mięśnie i struktura układu kostnego zostały tak zmienione, by 

przetrwać znaczne siły ciężkości, ich czaszki nie uległy podobnej ewolucji. Na pierwszy rzut 

oka   grawitanci   wyglądali   naprawdę   głupkowato,   Z   dala   od   surowych   warunków 

klimatycznych i grawitacyjnych, w których się wychowali, musieli spędzać sporo czasu w 

siłowniach   grawitacyjnych,   by   zachować   siłę   mięśni   i   umożliwić   sobie   osiągnięcie 

dostatecznego stopnia przystosowania, gdy już powrócą do swych rodzinnych stron. Jakby 

dla przekory, grawitanci byli mocno przywiązani do miejsc swego urodzenia i większość z 

nich, zadbawszy o wystarczająco wysokie saldo bankowe, by przejść w stan spoczynku i żyć 

całkiem komfortowo, z radością wracała do srogich warunków panujących na ich planetach. 

To właśnie stało się przyczyną uformowania się ich subkultury.

Paskutti i Tardma dołączyli do ekspedycji z czystej nudy wynikającej z obowiązków 

ochroniarzy na pokładzie statku. Berru i Bakkun, geologowie, zostali wybrani przez samego 

Kaia. Dobrze jest bowiem mieć paru grawitantów w każdym zespole, zważywszy ich fizyczne 

przymioty. Oboje z Varian ucieszyli się, gdy Tangeli, botanik, i Divisti, biolog, zgłosili się w 

odpowiedzi na informację o zapotrzebowaniu na takich specjalistów.

Gdy   znaleźli   się   na   Irecie,   Varian,   napotkawszy   nieoczekiwanie   wielkiego 

przedstawiciela  iretańskiej  fauny,  błogosławiła w duszy szczęśliwy traf, że  miała w swej 

drużynie kilku grawitantów. W takiej kompanii, bez względu na to, w jak krytycznej sytuacji 

się znajdą, będzie można z większą pewnością siebie stawić czoło niebezpieczeństwu.

Paskutti skinął głową na Gabera. Ręce kartografa zacisnęły się nerwowo na sterach i 

wlot   uniósł   się   powolutku.   Varian   tymczasem,   stojąc   przy   boku   Kaia,   niecierpliwie 

przestępowała   z   nogi   na   nogę.   Niestety,   nie   można   było   zrobić   Gaberowi   awantury 

przypominając mu, że chodzi tu o nagły wypadek i szybkość działania jest niezwykle istotna.

Zanim   Gaber   zdążył   zakończyć   operację   otwierania   wlotu,   Paskutti   dał   nura   pod 

unoszącą się pokrywę. Jego oddział pognał za nim. Jak zwykle padał drobny kapuśniaczek. 

Dzięki   głównemu   ekranowi   siłowemu   udawało   się   odchylić   spadające   krople   -   poza 

cięższymi, razem zresztą z niewielkimi insektami.

background image

Usłyszeli głos Gabera, który z irytacją mamrotał coś pod nosem na temat takich, co to 

w   ogóle   nie   potrafią   czekać,   tymczasem   Paskutti   uniósł   zaciśniętą   pięść   w   geście 

oznaczającym tropienie z lotu. Ratownicy uruchomili pasy nośne i sformowali szyk zgodny z 

osobliwym   pouczeniem   Paskuttiego   o   postępowaniu   w  nagłych   wypadkach.   Kai   i  Varian 

zajmowali pozycje osłonięte formacją lecącą w kształcie litery V.

Kai nastawił komunii na odbiór sygnałów Tangelego. Paskutti wskazał na zachód, w 

kierunku bagnistych nizin, i zasugerował zwiększenie prędkości, regulując przy tym maskę.

Lecieli na wysokości czubków drzew. Kai musiał pamiętać, by patrzeć cały czas przed 

siebie, na plecy Paskuttiego. O dziwo jego agorafobia dokuczała mu w powietrzu mniej, jeżeli 

nie   spoglądał   bezpośrednio   w   dół   na   szybko   przesuwający   się   grunt.  Amortyzował   go 

strumień powietrza, stwarzając przy tej prędkości niemal namacalne oparcie.

Monotonne  połacie  drzew   iglastych,   którymi   porośnięta   była  ta   część  kontynentu, 

zaledwie przemknęły przed oczyma lecących. Wysoko, wysoko w górze, Kai dojrzał krążące 

skrzydlate monstra. Varian nie miała dotąd szansy zająć się bliżej latającymi formami życia 

czy chociaż zidentyfikować je: stworzenia przezornie zmykały, gdy tylko się pojawiali.

Wzbili się wyżej, by przedostać się ponad pierwszym stokiem bazaltowym i zeszli 

ślizgiem   po   jego   drugiej   stronie,   niemalże   muskając   bezkresny   dziewiczy   las,   lśniący 

nieskończoną   rozmaitością   niebiesko-zielonych,   zielonych   zielono-purpurowych   deseni. 

Natrafiwszy na prący ku dołowi powietrzny prąd termiczny, zmuszeni byli borykać się ze 

spychającym   ich   silnym   wiatrem.   Należało   temu   jakoś   zaradzić.   Paskutti   dał   znak,   że 

najlepszym rozwiązaniem będzie obniżenie lotu. Oczywiście przy masie mięśni grawitanta, 

ćwiczonych w najsilniejszych grawitacjach, była to pestka, tymczasem Kai i Varian musieli 

uruchomić wspomagającą siłę ciągu.

Warkot wzmógł się. Kai w duszy zwymyślał sam siebie. Nie powinien był przecież 

zezwolić, by grupa poszukiwawcza przekroczyła strefę zasięgu nośności pasów wznoszących. 

Z drugiej strony jednak, Tangeli był bezsprzecznie zdolny stawić czoło zarówno większości 

napotkanych   dotychczas   na   Irecie   zwierząt,   jak   i   tryskającej   pomysłowością   naturze 

dzieciaków, które były pod jego opieką. A więc jakiż to “kłopot" spadł na nich z nieba? I do 

tego tak nagle. Tangeli wyruszył ślizgaczem tuż przed zaplanowanym kontaktem z Thekami. 

Oznaczało to, że nie zdążyli nawet dotrzeć do miejsca przeznaczenia, nim weszli w kolizję z 

owym   nie   wiadomo   czym.   Tangeli   z   pewnością   wspomniałby   o   wypadku,   gdyby   o   to 

chodziło. Kai zamyślił się. Co by było, gdyby ich ślizgacz został zniszczony? Mieli tylko 

jedną większą jednostkę i cztery dwuosobowe, przeznaczone dla zespołów sejsmologicznych. 

background image

Mniejsze ślizgacze były w stanie pomieścić w razie potrzeby czterech pasażerów, lecz nie 

zabrałyby żadnego sprzętu.

Teren   opadł   ponownie.   Wyrównali   linię   lotu.   Daleko   na   purpurowym   horyzoncie 

pojawiło się pierwsze pasmo wulkanów osiadłych na skraju śródlądowego morza, morza z 

góry   skazanego   na   zniweczenie   w   wyniku   bezustannej   działalności   tektonicznej   tego 

niezwykle aktywnego świata. Był to pierwszy teren, którego sejsmiczność Kai testował, a to z 

obawy,   że   granitowa   półka,   na   której   rozłożyli   obóz,   mogłaby   mieścić   się   zbyt   blisko 

obszarów czynnych tektonicznie i wskutek tego obsunąć się. Jednak pierwsze wyniki były 

uspokajające. Jezioro powinno się zapaść od spodu, wypychając na powierzchnię ostatecznie 

sfałdowane,   niewielkie   wzgórza   pokryte   osadem.   Był   to   prawie   skraj   stałej   płyty 

kontynentalnej.

Ogarnęło   ich   duszne   powietrze,   przesiąknięte   niezdrową   wonią   moczarów   - 

przejmująca   wilgoć   wzmacniała   pierwotny   fetor   hydrotellurku.   Warkot   przybierał   coraz 

bardziej na sile, aż stał się nieprzerwany.

Nie tylko Kai  się rozglądał. Bystrooki Paskutti jako pierwszy dostrzegł ślizgacz w 

lasku. Osadzony był na sporych rozmiarów pagórku sterczącym ponad bagniskami, z dala od 

zbitej masy roślinności dżungli. Potężne, rozłożyste konary ogromnych drzew, błyszczące 

purpurową korą gęsto pokrytą śladami ataków roślinożernych, były nie zamieszkane przez 

ptactwo. Powoli niepokój opuszczał Kaia, jego miejsce zajmowała ulga i złość.

Uwagę   dowódcy   zwrócił   gest   Paskuttiego.   Kai   przerzucił   spojrzenie   w   kierunku 

wskazanym miękkim ruchem dłoni grawitanta. Zobaczył, jak spiczaste pyski zasiedlających 

bagna zwierząt wciągają w ciemną topiel wody kilka brunatnych cielsk. Rozgrywała się też 

niewielka potyczka - dwa długoszyje osobniki zmagały się o łup. Zwycięzca przejął zdobycz, 

stosując prosty wybieg - po prostu przysiadł na niej i zanurzył się w błotniste odmęty.

Tardma, lecąca bezpośrednio przed Kaiem, wskazała ręką w drugą stronę, w kierunku 

stałego lądu, gdzie jakiś uskrzydlony stwór, najwyraźniej ogłuszony silniejszym podmuchem 

wiatru, kołysząc się, próbował wzbić się w powietrze.

Paskutti wystrzelił ostrzegawczo trzy razy, a następnie nakazał grupie wylądować w 

pobliżu lasku. Grawitanci automatycznie rozwinęli falangę, zabezpieczając dojście od strony 

bagien,   gdyż   stamtąd   właśnie   prawdopodobieństwo   ataku   było   największe.   Kai,  Varian   i 

Paskutti skoczyli zaraz w kierunku ślizgacza, zza którego wyłonili się uczestnicy wyprawy.

Tangeli stał wyczekująco. Wokół jego masywnego, pękatego cielska, niczym wokół 

bastionu, zgromadzili się mali członkowie wyprawy - trójka dzieci, których widok sprawił 

Kaiowi   olbrzymią   ulgę.   Nagle   Kai   spostrzegł   nieduży   stos   posegregowanych, 

background image

jaskrawożółtych   stworzeń   zgromadzonych   w   ślizgaczu   -   więcej   okazów   o   zbliżonych 

kształtach i kolorze leżało w lasku.

- Wezwaliśmy was zbyt pochopnie - odezwał się Tangeli na powitanie. - Te bagienne 

zwierzaki   okazały   się   po   prostu   ciekawskimi   sprzymierzeńcami.   -   Wsunął   za   pas 

obezwładniacz i otrzepał swe potężne dłonie, jakby zbywając cały incydent.

- Co was atakowało? - spytała Varian, mierząc wzrokiem okolicę.

- To? - rzucił pytająco Paskutti, taszcząc okulawionego, skrzydlatego i włochatego 

stwora, którego wyciągnął zza konaru grubego drzewa.

- Uważaj! - zawołał Tangeli, sięgając po obezwładniacz. Zauważył jednak, że zapasem 

Paskuttiego tkwi broń.

- To jeden z tych ptaków. Patrzcie, nie ma po bokach żadnej wklęsłości, żeby złożyć 

skrzydła - oznajmiła Varian, i ignorując zupełnie protesty grawitantów, poruszyła w przód i w 

tył bezwładnym skrzydłem zwierzęcia.

Kai przyglądał się lękliwie spiczastemu dziobowi ptaka, tłumiąc w sobie irracjonalną 

chęć ucieczki.

-   Padlinożerca,   sądząc   po   rozmiarach   i   kształcie   szczęki   -   zauważył   Paskutti, 

spoglądając z niemałym zainteresowaniem na swą zdobycz.

- Aleście go urządzili - przyznała Varian, przestając szarpać się ze skrzydłami, które 

nie dały się ułożyć. - A cóż to za padlina je tu przyciągnęła?

Tangeli   wskazał   na   cętkowany   zwał   mięsa   na   skraju   polany.   Spośród   roślinności 

wystawał nabrzmiały brzuch.

- A ja uratowałem to! - oświadczył Bonnard, występując z szeregu swych przyjaciół, 

by Kai i Varian mogli zobaczyć w jego ramionach małą, żywą replikę zdechłego zwierzęcia. - 

To nie ono sprowadziło tutaj padlinożerne. Były już tu. Biedactwo, jego matka nie żyje.

- Znaleźliśmy je tam, ukryte w korzeniach drzewa - dodała Cleiti, lojalnie śpiesząc 

Bonnardowi z pomocą, na wypadek dezaprobaty dorosłych.

-   Ślizgacz   musiał   spłoszyć   ptaki   -   powiedział   Tangeli,   przejmując   opowieść.   - 

Porzuciły żer i wróciły dopiero, gdy wylądowaliśmy i zaczęliśmy zbierać owoce. - Wzruszył 

szerokimi ramionami.

Varian badała drobną roztrzęsioną istotkę. Zajrzała jej w pysk, sprawdziła budowę 

tylnych łap. Nagle zaśmiała się nieznacznie.

- Znów anomalie. Łapy perissodaktyla i zęby roślinożercy. To niegroźne stworzonko. 

Miło jest mieć coś w sam raz w swoim rozmiarze, co, Bonnard?

- Nic mu nie jest? On cały czas drży. - Z twarzy chłopca emanowała troska.

background image

- Ja też bym drżała, gdyby zabrały mnie jakieś ogromniaste typy, których zapach 

byłby dla mnie obcy.

- W takim razie perisso... mniejsza o to, a wiec on nie jest niebezpieczny?

Varian roześmiała się i zmierzwiła krótko przystrzyżone włosy Bonnarda.

-   Nie.   Perisso...   to   tylko   sposób   klasyfikacji.   Perissodaktyla   oznacza 

nieparzystokopytne. Muszę zerknąć na jego matkę.

Ostrożnie,   unikając   mieczowników,   roślin   kuszących   niezwykle   zdobnymi, 

purpurowymi   liśćmi,  Varian   zbliżyła   się   do   martwej   zwierzyny.   Dziewczynie   wyrwał   się 

przeciągły gwizd.

- To całkiem prawdopodobne... - powiedziała współczująco. - Cóż, ma złamaną nogę. 

Dlatego była łatwym łupem.

Wtem uwagę wszystkich zwrócił donośny złowieszczy dźwięk. Z bagna wynurzył się 

potężny łeb i wzbudziwszy fale na mulistej powierzchni, zaczął płynąć w ich kierunku.

-   Dla   tego   tutaj   my   też   jesteśmy   łatwym   łupem   -   stwierdził   Kai   filozoficznie.   - 

Zmykajmy stąd.

Paskutti zmarszczył brwi i przypatrując się wielkiemu, złośliwie wyglądającemu łbu, 

naregulował obezwładniacz na najwyższą moc.

- Jeśli będziemy musieli go zatrzymać, - dobry będzie każdy sposób.

- Przybyliśmy po owoce... - zaczęła Divisti, wskazując na ściółkę polany. - Wydają się 

jadalne, a nieco świeżej żywności przydałoby się nam wszystkim - dodała tonem na tyle 

tęsknym, na ile to możliwe u grawitantów.

-   Zaryzykowałbym   opinię,   że   mamy   około   dziesięciu   minut,   zanim   mózg   tego 

bagiennego   zwierzęcia   dokona   logicznego   założenia,   że   jesteśmy   jadalni   -   oświadczył 

Tangeli,   jak   zawsze   niefrasobliwy   w   obliczu   fizycznego   zagrożenia.   Natychmiast   zaczął 

zbierać rozrzucone tu i ówdzie gruboskóre owoce i rzucał je do bagażnika sześcioosobowego 

ślizgacza.

Tak naprawdę ślizgacze zdolne były unieść i dwadzieścia osób, o czym producent w 

ogóle nie wspomniał w dokumentacji. Slizgacz eksploracyjny był bowiem pojazdem na każdą 

okazję, i nikt jeszcze nie osiągnął ostatecznego pułapu jego możliwości. Miał wysokie ściany 

boczne i niewiele ponad osiem metrów długości. Z przodu znajdował się zamykany pomost 

przeznaczony na ładunek, a z tyłu, pod ładownią mieścił się kompaktowy silnik i zespół 

napędowy. Kapsułę można było wyposażyć w wygodne siedzenia dla sześciu pasażerów, nie 

licząc pierwszego i drugiego pilota. Tak właśnie ślizgacz przedstawiał się teraz. Gdy siedzenia 

były zsunięte lub zestawione, pojazd był w stanie przetransportować niewiarygodne ciężary - 

background image

tak na pokładzie, jak i przytroczone do dźwigarów na dziobie i na rufie lub na środku po 

jednej i drugiej stronie. Ślizgacz posiadał ponadto tylny i przedni napęd odrzutowy i był 

przystosowany do startu pionowego na wypadek konieczności ucieczki lub akcji ratunkowej. 

Dwuosobowe ślizgacze były pomniejszonymi replikami tej wersji i miały jedną zaletę: były 

łatwe w demontażu, co przydawało się podczas lotu większym pojazdem.

Wspomagani   przez   swych   niedoszłych   wybawców,   Tangeli,   Divisti   i   reszta 

penetracyjnego oddziału zdążyli zgromadzić dość owoców, by zapełnić bagażnik ślizgacza, 

nim ponad laskiem zaczęli niecierpliwie krążyć następni padlinożercy. Wystająca z bagna 

głowa kołysała się powolutku w przód i w tył, jakby zahipnotyzowana monotonnym lotem 

stada.

- Kai, nie musimy go tu chyba zostawić, co? - spytał Bonnard, przystanąwszy przy 

boku wylęknionej Cleiti. Trzymał osierocone zwierzę w ramionach.

- Varian, przyda ci się na coś? - rzucił Kai.

- Jasne. - Varian skrzywiła się na myśl, że mogliby opuścić zwierzaka. - Nie mam 

najmniejszego zamiaru go tu pozostawić. Nawet nie wiesz, jaka to ulga móc przyjrzeć się 

czemuś z bliska, bez konieczności ganiania za tym po całym kontynencie. - Zwróciła się do 

Bonnarda: - No, do ślizgacza, Bonnard. Nie wypuść go. Cleiti, siądź po prawej, a ja usiądę po 

lewej. O, tak właśnie. Zapiąć pasy.

Wszyscy   cofnęli   się,   gdy   Tangeli   wystartował,   by   przeszybować   leniwie   ponad 

bagnistym mułem i ogłupiałą bestią, zapatrzoną wciąż z niekłamanym zainteresowaniem w 

lasek.

- Broń w pogotowiu, na maksymalnej mocy - rozporządził Paskutti, zerkając w niebo. 

- Padlinojady nadchodzą.

Gdy wzbili się w powietrze, Kai przyjrzał się zgłodniałym bestiom krążącym poniżej 

ze   wzrokiem   utkwionym   w   martwe   ciało   leżące   pośród   traw.   Przeszedł   go   dreszcz 

obrzydzenia.   Niebezpieczeństwa   grożące   w   kosmosie,   gwałtowne   i   bezwzględne,   były 

bezosobowe,   i   wynikały   zawsze   z   łamania   nienaruszalnych   praw.   Mordercze   zamiary 

skrzydlatych   bestii   nosiły znamiona   budzącej   odrazę   osobistej  wrogości,  która   wstrząsała 

Kaiem do głębi.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

W drodze powrotnej deszcz i przeciwne wiatry miotały lotnikami tak uparcie, że nim 

pojawili się wreszcie w bazie, ślizgacz zdążył już dawno ostygnąć. Varian z trójką dzieci 

zajęta była kleceniem niewielkiego wybiegu dla sierotki.

- Lunzie próbuje właśnie opracować dla niego dietę - oznajmiła.

- Z jakimi nieprawidłowościami mamy do czynienia w jego przypadku?

- Wbrew wszelkim dziwactwom w całej galaktyce, przyszliśmy z odsieczą młodemu 

ssakowi. Przynajmniej u jego matki zauważyłam sutki. Nasz przyjaciel nie jest dorosłym 

osobnikiem, choć przyszedł na świat całkiem dojrzały, z umiejętnością chodzenia, a nawet 

biegania niemal od urodzenia...

- Czy...

-   Odrobaczyłam   go?   Owszem,   zewnętrznie.   Musiałam,   inaczej   wszyscy   wkrótce 

stalibyśmy   się   pożywką   dla   pasożytów.   Przeszkodziłam   Trizeinowi   w   jego   skrupulatnie 

rozplanowanej pracy, by przeprowadził analizę tkanki ssaka. Chcę wiedzieć, jakich protein 

musimy mu dostarczać. Cóż, brakuje mu jeszcze trochę do rozmiarów jego matki. Nie była 

znów taka wielka, ale...

Kai   zerknął   na   drobne,   czerwonobrązowe   włochate   ciałko.   Diabelnie   odpychające 

stworzenie, pomyślał, nie ma nic, co mogłoby zrekompensować ten brak urody, no, poza 

pełnymi   smutku   oczkami,   nic,   co   pozwoliłoby   komukolwiek   oprócz   jego   własnej   matki 

przywiązać   się   do   niego.   Kai   przypomniał   sobie   naraz   kołyszący   się   łeb   moczarnika   i 

złowróżbne kołowanie nieustępliwych, zgłodniałych padlinożerców, i poczuł zadowolenie, że 

wzięli to biedactwo ze sobą. Co więcej, może zaabsorbuje ono Bonnarda tak bardzo, że 

chłopiec przestanie wreszcie wszędzie chodzić za swym dowódcą.

Kai odpiął pas i zsunął maskę. Przetarł ręką ślady, które odcisnęła mu na twarzy. 

Powrotna   podróż   wyczerpała   go.   Grawitanci   mieli   niespożyte   zapasy   sił   witalnych, 

tymczasem nie przyzwyczajone mięśnie Kaia bolały go strasznie po porannym nadwerężeniu.

- Zaraz, nie mieliśmy czasem skontaktować się jeszcze z Ryximi? - zapytała Varian, 

spoglądając na swój naręczny rejestrator. Zabębniła palcem w podświetloną czerwono liczbę 

tysiąc trzysta, oznaczającą czas. Kai uśmiechnął się szeroko w ramach podziękowania i ruszył 

w   kierunku   wahadłowca,   udając   nie   najgorzej,   że   rozpiera   go   energia.   Miał   przed   sobą 

naprawdę pracowity dzień. Obiecał sobie, że zażyje stymulator, by podbić poziom energii, a 

podczas kontaktu ze skrzydlatymi Ryximi wykona kilka ćwiczeń oddechowych. Potem będzie 

trzeba przyjrzeć się kompleksowi kolorowych jezior, ulokowanych na rozległych połaciach na 

background image

południu, których analizy dostarczyła wczoraj Berru. Zdawało mu się niezwykle dziwne, że 

na tej nietkniętej dotąd planecie, wszędzie tam, gdzie należało oczekiwać nieprzebranych 

bogactw mineralnych, znaleźć można jedynie ich śladowe ilości. Zabarwiona woda jezior 

świadczyła   o   zatopionych   złożach   rudy.   Kai   miał   nadzieję,   że   zasoby   są   wystarczająco 

pokaźne,   by   sobie   nimi   w   ogóle   zaprzątać   głowę.   Coś   powinni   też   znaleźć   w   górach 

powstałych ze starych fałdowań - cokolwiek, choćby trochę cyny lub cynku i miedzi. Odkryli 

już co prawda niewielkie złogi rudy, ale żadnych pokładów w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Zgodnie   z   rozkazami   Korpusu   Operacyjno-Badawczego   Kai   miał   zlokalizować   i 

przeprowadzić analizę zasobów mineralnych i metalurgicznych planety. A Ireta, która, jak 

przypuszczano,   była   satelitą   słońca   trzeciej   generacji,   powinna   obfitować   w   cięższe 

pierwiastki,   w   neptun,   pluton,   w   odmiany   rzadkich   transuranowców   i   aktynowców 

umieszczonych w układzie okresowym powyżej uranu, ogólnie więc w te pierwiastki, których 

zdecydowanie   i   niezmiennie   domagały   się   Skonfederowane   Narody.   Stąd   też   jednym   z 

najważniejszych zadań KOB-u było poszukiwanie ich złóż.

Dyplomata   orzekłby,   iż   KOB   penetruje   galaktykę,   by   włączyć   w   sferę   swych 

wpływów wszelkie rozumne i świadome stworzenia, rozbudowując w ten sposób związek 

osiemnastu   miłujących   pokój   gatunków   włączonych   do   Federacji.   Jednakże   zasadniczym 

celem   wypraw   było   poszukiwanie   energii.   Różnorodność   gatunkowa   członków   Federacji 

rodziła możliwość sondowania większości typów planetarnych, ich kolonizacja natomiast, w 

porównaniu z ich eksploatacją, była zjawiskiem marginalnym.

Trzy z planet krążących wokół jednego ze słońc, Arrutanu, od lat zaznaczone były na 

mapach jako niezwykle obiecujące, jednak dopiero niedawno Rada Egzekucyjna zdecydowała 

powołać do życia obecną, aż trzyczęściową ekspedycję, ponieważ, jak Kaia dotarły słuchy, 

Thekowie   zażyczyli   sobie   wziąć   udział   w   wyprawie.   Plotka   częściowo   potwierdziła   się 

podczas jego prywatnej narady z oficerem naczelnym na pokładzie Bazy Operacyjnej ARCT-

10. Głównodowodzący poinformował Kaia w tajemnicy, że Thekowie sprawują najwyższą 

kontrolę nad trzema zespołami i że powinien podlegać ich rozkazom, jeśli zdecydują się go 

usunąć.   Vrl,   dowódca   zespołu   Ryxich,   otrzymał   te   same   instrukcje.   Było   powszechnie 

wiadomo,   że   obecność   Theka   w   drużynie   gwarantowała   ostateczny   sukces   wyprawy   - 

Thekowie byli niezawodni, Thekowie byli sumienni i bezgranicznie altruistyczni. Lecz cóż, 

cynicy powiadali, że altruizm przychodzi łatwo istotom mierzącym długość swego życia w 

tysiącach lat. Thekowie postanowili zainstalować się na siódmej planecie głównej, zasypanej 

metalami ciężkimi i o pokaźnej sile przyciągania, co bardzo im odpowiadało.

background image

Piąta   planeta,   licząc   od  Arrutanu,   o   niskiej   grawitacji   i   umiarkowanym   klimacie 

przypadła Ryxim, osobnikom z gatunku lotnych, których dręczyła paląca potrzeba zajęcia 

nowych światów, by zlikwidować przeludnienie na ojczystej planecie i dać szansę rozwoju 

niecierpliwej   młodzieży.   Planeta   przydzielona   Kaiowi,   czwarta   w   systemie,   wykazywała 

osobliwe anomalie. Choć jej słońce, Arrutan. pierwotnie uznane za gwiazdę trzeciej generacji, 

kazałoby   oczekiwać   licznych   pierwiastków,   z   transuranowcami   włącznie,   Ireta   jawnie 

przeczyła podobnym założeniom. Wyniki wstępnych analiz przeprowadzonych przez wysłaną 

na Iretę sondę wykazały, że czwarta planeta ma jajowaty kształt, na jej biegunach panuje 

gorętszy klimat niż na równiku, a morza są cieplejsze od masy lądowej zalegającej biegun 

północny.   Planetę   zalewają   niemal   bezustanne   opady  deszczu,   a   prędkość   przybrzeżnych 

wiatrów może nawet osiągać siłę sztormową. Przechył osiowy wynosił około piętnastu stopni. 

Ponieważ zaś odczyty sondy wskazywały na istnienie form życia wodnego i lądowego, do 

zespołu geologicznego dołączono grupę ksenobiologiczną.

Kai dopraszał się o zdalnie sterowany sensor, który pomógłby zlokalizować pokłady 

rudy,   lecz   niestety   w   tym   czasie   zainteresowanie   wszystkich   zwrócone   było   na   burzę 

kosmiczną w sąsiednim systemie i jego prośba znalazła się niespodziewanie nisko na liście 

najważniejszych   potrzeb.   Powiedziano   mu   tylko,   że   zapisy   sondy   zapewniają   mu 

wystarczająco   obszerne   informacje,   by  był   w   stanie   zlokalizować   zarówno   metale,   jak   i 

minerały, a resztę i tak trzeba wykonać na miejscu. W tej chwili bowiem ARCT-10 miał 

bezprecedensową okazję zaobserwować wolną materię w akcji.

Kai przyjął oficjalną odmowę bez większej urazy. Za to sprzeciwił się, gdy w ostatniej 

chwili wcisnęli mu jeszcze młodzików. Złożył zażalenie, oświadczając, że chodzi tu przecież 

o ekspedycję roboczą, a nie wyprawę instruktażową dla dzieci, na co oznajmiono mu, iż 

wychowankom stacji  kosmicznych   należy bezwzględnie  zapewnić  wystarczającą  praktykę 

planetarną i to jak najwcześniej, by zażegnać groźbę uwarunkowanej agorafobii, a jak trudno 

oddalić to ryzyko, nie miało sensu tłumaczyć urodzonym  na planetach. Kai jednak dalej 

skarżył   się   na   niestosowność   decyzji,   zgodnie   z   którą   jego   zespół   miałby   zająć   się 

rozszerzaniem   horyzontów   umysłowych   trójki   ledwo   odrosłych   od   ziemi   smarkaczy.   Ta 

planeta   była   naprawdę   niezmiernie   aktywna   -   wulkanicznie   i   tektonicznie,   a   przez   to 

niebezpieczna   dla   małolatów.   Dwie   dziewczynki,   Cleiti   i   Terilla,   były   posłuszne   i   nie 

sprawiały żadnych kłopotów, za to Bonnard, syn trzeciej oficer BO, zaczął dociekać, która z 

zabaw niesie z sobą największe ryzyko.

Jeszcze   pierwszego   dnia,   gdy   Kai   ze   swoim   zespołem   zajęty   był   montażem 

stabilizatorów wokół lądowiska, co miało zapewnić większą stateczność płyty kontynentalnej, 

background image

na   której   wylądowali,   Bonnard   wybrał   się   na   “zwiad"   i   podarł   kombinezon   ochronny, 

ponieważ wyleciało mu z głowy, że powinien aktywować pole siłowe. Pech chciał, że natknął 

się na mieczownika, roślinę równie piękną jak niewinne roślinki ozdobne w cieplarni BO, 

zdolną   jednakże   poszatkować   na   plasterki   i   kombinezon,   i   człowieka   przy   najlżejszym 

dotyku.   Podczas   następnych   dziewięciu   dni   doszło   do   kolejnych   incydentów   i   choć   inni 

członkowie   załogi   nie   przywiązywali   szczególnej   wagi   do   wybryków   chłopca,   ubawieni 

serdecznie nabożeństwem, z jakim adorował Kaia, sam Kai, zmęczony tym wszystkim, żywił 

szczerą nadzieję, że mała osierocona bestia przyciągnie choć na jakiś czas uwagę utrapionego 

Bonnarda.

Kai   pociągnął   spory   łyk   płynu   wzmacniającego.   Cierpki   smak   wywołał   uczucie 

świeżości, kojącej nie tylko nerwy, ale przynoszącej też ulgę gardłu. Zerknął na rejestrator i 

włączywszy   komunit,   przygotował   sprzęt   rejestrujący   do   spowolnienia   słów   Ryxich   i 

przełożenia ich potem na dające się zrozumieć dźwięki. Właściwie nadążał za ich trajkoczącą 

mową, lecz nagranie mogło rozwiać wszelkie wątpliwości.

Kaia   mianowano   oficerem   łącznikowym   między   zespołami.   Miał   cierpliwość   i 

poczucie taktu wymagane w kontaktach z powolnymi Thekami, i słuch, i dość oleju w głowie, 

by   poradzić   sobie   z   wiatrem   podszytymi   Ryximi,   którym   w   życiu   nie   udałoby   się 

przeprowadzić z Thekami rozmowy, zwłaszcza że ci ostatni nawet nie mieli zamiaru zawracać 

sobie nimi głowy.

Dokładnie o podanym czasie dowódca Ryxich, Vrl, nawiązał kontakt, zasypując Kaia 

grzecznościami z prędkością szybko strzałowego pistoletu. Kai ze swej strony przekazał mu 

wiadomość,   że   BO   przejęła   jedynie   pierwsze   raporty   obu   załóg,   sugerując   jednocześnie 

przypuszczenie, iż  burza kosmiczna, którą dostrzegli, zanim jednostki badawcze opuściły 

statek,   spowodowała   silne   zakłócenia   uniemożliwiające   przechwycenie   pozostałych 

komunikatów.

Vrl, uprzejmie zwalniając mowę do prędkości, która musiała go strasznie męczyć, 

oznajmił, że nie czuje się zaniepokojony: niech się trapią tym Ślimaki. Pierwszy raport Vrla 

był niezwykle ważny dla jego ziomków - potwierdzał mianowicie wstępne analizy przekazane 

przez sondę, i donosił, iż planeta nie jest zamieszkana przez żadne inteligentne formy życia i 

może stanowić miejsce dalszego rozwoju jego rasy. Gdyby Kai był zainteresowany, Vrl dośle 

mu   pełny   raport   bezzałogowym   promem   międzyplanetarnym.   Vrl   zakończył   orację 

dowcipnym stwierdzeniem, że wszyscy są w dobrym zdrowiu i pełnym upierzeniu, po czym 

spytał, jakie skrzydlate formy życia zaobserwowano na Irecie.

background image

Kai poinformował go, mówiąc tak szybko, jak tylko był w stanie poruszać językiem 

bez   ryzyka,   że   zawiąże   się   mu   w   supełek,   iż   zaobserwowano   kilka   gatunków   zwierząt 

lotnych, którymi zajmą się później. Kai powstrzymał się od zaklasyfikowania jednej z form 

jako padlinożerców, a w odpowiedzi na wytrajkotaną bez zająknięcia prośbę Vrla, obiecał, że 

gdy tylko przeprowadzą badania, prześle mu ich wyniki.

Ryxiowie, jako gatunek, mieli na sumieniu jeden przebrzydły grzech: otóż nie potrafili 

znieść myśli, że pewnego dnia jakiś inny skrzydlaty gatunek mógłby zająć ich wyjątkowe 

miejsce w PS. Ich nieprzychylne nastawienie było jedną z przyczyn, dla których nieczęsto 

wchodzili w skład załóg BO. Innym, równie przekonywającym powodem skromnego udziału 

Ryxich   w   wyprawach   była   ich   niezdolność   do   przebywania   w   miejscach   zamkniętych. 

Ograniczona przestrzeń doprowadzała ich do szaleństwa, a niekiedy i do samobójstwa, toteż 

niewielu   starało   się   w   ogóle   o   przydział   do   służb   badawczych,   skoro   byli   tak   bardzo 

nieprzystosowani psychicznie. Do obecnej misji zmusiła ich konieczność, a większość z nich 

odbyła podróż w stanie kriogenicznego snu. Vrla zbudzono dwa tygodnie pokładowe przed 

osiągnięciem miejsca przeznaczenia, by powiadomić go o procedurze zdawania sprawozdań i 

nawiązywania kontaktu z pozostałymi dwiema sekcjami ekspedycji. Choć Vrl, jak przystało 

na Ryxiego, był postacią wielce interesującą, pełną wigoru i niezwykle barwną - zarówno pod 

względem upierzenia, jak i charakteru - Kai i Varian odczuwali niemałą ulgę, mając u boku 

dla równowagi żółwich Theków.

- Vrl pamiętał o kontakcie? - spytała Varian, wchodząc do kabiny pilota.

- Owszem. U niego wszystko w porządku, tyle że pożera go ciekawość, jakież to 

skrzydlate stworzenia odkryliśmy.

-   Oni   tak   zawsze,   zazdrośni   pierzaści!   -   Varian   zrobiła   grymas.   -   Pamiętam,   jak 

przysłali   delegację   na   Uniwersytet   na   Chelidzie.   Chcieli   przeprowadzić   wiwisekcję 

skrzydlatych Rylidae z Eridani 5.

Kai stłumił w sobie dreszcz zgrozy. Nawet nie był zdziwiony. Ryxiowie znani byli ze 

swej   krwiożerczości.   Choćby   ich   zaloty  -   samce   wyposażone   są   w   ostrogi,   a   zwycięzca 

zwykle   zabija   rywala.  Tego   nie   da   się   przecież   całkowicie   usprawiedliwić   na   podstawie 

zasady doboru naturalnego. Nie trzeba zabijać, by udoskonalić genotyp.

Varian wśliznęła się na krzesło.

-   Znajdzie   się   jeszcze   trochę   stymulatora?   Starałam   się   dotrzymać   kroku   moim 

towarzyszom.

Kai powitał to istne szaleństwo Varian zduszonym śmiechem i podał jej natychmiast 

pojemnik z płynem.

background image

- Wiem oczywiście, że nie musimy dorównywać grawitantom - jęknęła Varian - i 

wiem, że oni wiedzą, iż nie jesteśmy w stanie im dorównać, ale nie potrafię nie próbować!

- Tak, to drażni.

-   Drażni.  Aha,  Trizein   powiada,   że   nasze   maleństwo   jest   rzeczywiście   ssakiem,   i 

trzeba mu będzie laktoprotein, bogatych w wapno, glukozę, sole i całą masę fosforanów.

- Może Divisti i Lunzie wystarają się o coś?

- Już to zrobiły. Bonnard właśnie karmi... powinnam chyba raczej powiedzieć: usiłuje 

nakarmić Dandy'ego.

- O, proszę. Już go nazwaliście?

- Czemu nie? I tak nie reaguje na sygnał do posiłku, jak na razie.

- Jest inteligentny?

- Do pewnego stopnia. Pewne bodźce wywołują już u niego instynktowne odruchy. 

Urodził się przecież względnie dojrzały.

- Czy ten twój roślinożerny też jest ssakiem?

- Nnniiieee...

- To brzmi prawie jak “tak"...

- Skoro typy żyworodne i jajorodne koegzystują na jednej planecie... zakładając przy 

tym, że znajdzie się gen warunkujący przetrwanie w tutejszym środowisku... Nie, ani Dandy, 

ani   mój   ogromniasty   roślinożerca   nie   tłumaczą   struktury   komórkowej   zwierząt   wodnych 

Trizeina. A jeśli już o tym mowa, to Trizein uważa, że budowa komórkowa tego stworzenia 

jest   uderzająco   podobna   do   jakiejś   innej   i   ma   zamiar   przeprowadzić   dogłębną   analizę 

porównawczą.   Mam  jego  zgodę,   by  tymczasem  opatrzyć   rany  zwierzaka,   zanim   wda  się 

zakażenie. Możemy użyć gazu CHCI^. Czy moglibyśmy zmontować nad zagrodą osłonę, by 

nie dopuścić do ran krwiopijców? - Kai skinął głową, a Varian kontynuowała: - Czy mógłbyś 

uczulić swoje zespoły na padlinożerne? Niech ich wypatrują. Zwierz, który zranił mojego 

roślinoluba,   atakuje   prawdopodobnie   też   inne   gatunki.   Po   pierwsze,   chciałabym   się 

dowiedzieć, jaki drapieżnik obchodzi się aż tak barbarzyńsko ze swoim łupem. Po drugie, 

zawsze istnieje szansa, że złapiemy jakieś okazy, ratując im życie. O wiele łatwiej sobie z 

nimi radzić, gdy są zbyt słabe, by walczyć albo uciekać.

- Aż nami jest inaczej? Przekażę polecenie zespołom. Tylko, Varian, postaraj się nie 

przerobić tej stacji na szpital weterynaryjny, dobrze? Nie mamy zbyt wiele miejsca.

- Wiem, wiem. Zwierzęta, które są dość duże, by zatroszczyć się o siebie, i tak idą do 

zagrody.

background image

Ruszyli   się   wreszcie,   orzeźwieni   dawką   stymulatora.   Jak   zawsze,   choćby   po 

najkrótszym odpoczynku w klimatyzowanym wahadłowcu, pierwszy oddech na zewnątrz był 

dla Kaia prawdziwą udręką.

-   Człowiek   doprawdy   łatwo   adaptuje   się   do   najróżniejszych   warunków   życia   - 

mruknął Kai pod nosem - jest elastyczny, ogarnia wszechświat, to stworzenie o wysokim 

współczynniku przystosowania... Ale to jeszcze nie powód, żeby przypadła nam w udziale 

planeta, na której po prostu śmierdzi.

- Nie można mieć wszystkiego, Kai! - odparła Varian z uśmiechem. - Co do mnie, to 

mi się tu podoba. To fascynujące miejsce - dodała i poszła w swoją stronę, zostawiając go 

przy otwartym luku.

Przestało  padać - to  znaczy przynajmniej  nie padało w tej  chwili.  Słońce zdołało 

przebić się przez zasłonę chmur, by ze złośliwością rzeczy martwych ugotować wszystkich w 

unoszącej się dokoła parze. Wraz z ustąpieniem opadów nowe bataliony iretańskich insektów 

rzuciły  się  na  osłonę   siłową  rozpostartą  ponad  stacją.  Widać  było   rozbłyskujące  błękitne 

iskierki,   gdy   mniejsze   stworzenia   ulegały   spopieleniu,   i   niebieską   poświatę,   jeśli   padały 

ogłuszone większe organizmy.

Kai rozejrzał się po obozie. Nie bezpodstawnie towarzyszyło mu uczucie spełnienia. 

Oto za nim, ponad samą stacją, unosił się wahadłowiec, z kadłubem o długości dwudziestu 

jeden metrów i pociemniałym od tarcia przy przechodzeniu przez atmosferę Irety stożkiem 

ochronnym. Przysadziste, opływowe skrzydła były odciągnięte w tył, co nadawało statkowi 

nieco   jajowaty   kształt.   Ze   szczytu   wyrastała   iglica   nadawcza   i   przyrząd   naprowadzający 

mniejsze   ślizgacze.   W   przeciwieństwie   do   wcześniejszych   typów   statków   -   baz   i 

wahadłowców, ten model miał potężną ładownię i sektor pasażerski, a to dzięki temu, że 

niewiarygodnie efektywny zespół energetyczny utylizujący izotopy, opracowany zresztą przez 

Theków,   był   niewielkich   rozmiarów   i   nie   zajmował   już   całego   wnętrza   wahadłowca.   Z 

thekowej modernizacji wynikała jeszcze jedna korzyść - otóż lżejsze statki, wyposażone w 

specjalnie skonstruowane kadłuby ceramiczne, były w stanie przenosić taki sam ładunek, jak 

wahadłowce z kadłubami wzmocnionymi tytanem, które były niezbędne przy staroświeckim 

napędzie z użyciem rozszczepienia i fuzji nuklearnej.

Wahadłowiec spoczywał na granitowej półce, która rozpościerała się w obie strony, 

tworząc niezbyt głęboki amfiteatr o średnicy mniej więcej czterystu metrów. Za pierwszym 

razem wahadłowiec wylądował dokładnie na środku szlaku jakichś wędrownych zwierząt - 

wskazywała na to wyraźnie udeptana ziemia. Varian nie musiała specjalnie nakłaniać Kaia do 

zmiany lądowiska - owszem, otwarta przestrzeń może dawać szansę namierzenia w porę 

background image

ewentualnych   gości,   ale   dla   jego   oczu,   przyzwyczajonych   do   skończonych   odległości   na 

statku, tak rozległa perspektywa okazała się nieco męcząca.

Obecny obóz otoczony był osłoną siłową. Pobudowano tam prowizoryczne kopuły 

badawcze, sypialne i mieszkalne. Wodę z głębinowego źródła zmiękczano i filtrowano, a 

mimo to nawet Varian i jej podobni planetariusze, choć nie przyzwyczajeni do oczyszczanej 

wody,   która   zawsze   miała   nieznany   posmak   chemikaliów,   przebąkiwali   coś   na   temat 

nadmiernej obecności minerałów w wodzie z Irety.

Divisti i Trizein przetestowali kilka gatunków roślin, w tym sukulentów, które okazały 

się zdatne do spożycia. Divisti we współpracy z Lunzie sporządziła jakąś papkę z miejscowej 

zieleniny, która pomimo swej odżywczej wartości, miała tak obrzydliwy smak i podejrzaną 

konsystencję, że jedynie grawitanci byli w stanie ją zjeść. Znani byli z tego, że jedzą co 

popadnie - krążyła pogłoska, że nawet zwierzęce mięso.

W każdym razie, choć na Irecie znajdowali się od niedawna, Kai był naprawdę dumny 

z  dotychczasowych   osiągnięć.  Solidny obóz   rozłożony  został  w  bezpiecznym   miejscu  na 

stabilnej płycie skalnej, oznaczonej liczbą 3000 MY. Natrafili też na obfite źródła wody i nie 

mogli narzekać na brak surowców nadających się do syntezy żywności.

Czasem tylko dręczył go dokuczliwy niepokój. Chodziło raporty. Dlaczego BO nie 

przejęła   pozostałych   sprawozdań?   Kai   tłumaczył   sobie,   że   była   to   wina   zakłóceń 

wynikających z przejścia tej osławionej burzy kosmicznej, a BO, skoro ustaliła, że wszystkie 

te   zespoły   funkcjonują   bez   przeszkód,   mogła   zrezygnować   na   jakiś   czas   z   odbioru 

przekazywanych informacji. W końcu to była tylko rutynowa wyprawa, a do rutynowych 

obowiązków BO należała obserwacja burzy.

Chyba że BO wpadła na Innych.

Stymulatory wzbudzają w człowieku nie tylko energię, ale nadmierną wyobraźnię; Kai 

skarcił się zdecydowanie i ruszył do bazy. “Inni" to mit, bajeczka wymyślona, by straszyć 

niegrzeczne dzieci i dziecinnych dorosłych. Co prawda zdarzało się od czasu do czasu, że 

jednostki KOB-u znajdowały wymarłe światy i mijały całe systemy, których planety - objęte 

zakazem   bez   żadnego   przekonywającego   powodu   -   przypadłyby   do   gustu   niektórym 

członkom Federacji...

Kai   wściekał   się   sam   na   siebie   za   tyle   “optymizmu"   i   zaniechawszy   dalszych 

rozważań, podreptał czym prędzej do Gabera.

Kartograf powrócił już do cierpliwego przetwarzania nagrań na mapę wzorcową, na 

którą   nałożone   zostały   zdjęcia   wykonane   przez   sondę.   Gdy   tylko   któraś   z   drużyn   Kaia 

przynosiła bardziej szczegółowe dane, Gaber natychmiast uaktualniał odpowiedni kwadrat i 

background image

usuwał   zdjęcia.  W  tej   chwili   trójwymarowy  globus   przedstawiał   dość   dziwny  widok.  W 

drugiej   części   pomieszczenia   zajmowanego   przez   Gabera   mieścił   się   ekran   sejsmiczny, 

zainstalowany przez Portegina. Zerknąwszy przelotnie na monitor, Kai pomyślał, że Portegin 

traci powoli swój talent. Ekran rejestrował dane ze zbyt wielu punktów naraz.

- Jestem wykończony, Kai, mówiłem ci - oznajmił Gaber, starając się zatuszować 

bolesny ton nieco żałosnym uśmiechem. Wyprostował się i potarł kark, by odprężyć napięte 

mięśnie. - Cieszę się, że przyszedłeś. Nie mogę poradzić sobie z ekranem Portegina. Mówi, że 

jest gotowy, ale, jak widać, w ogóle nie działa jak należy.

Gaber odwrócił się zamaszyście na obrotowym krześle i wskazał piórem na monitor.

Kai przyjrzał się ekranowi bliżej, a potem zaczął coś majstrować przy regulatorach.

-  Wiesz   już,   co   mam   na   myśli?   Odbicia!   Mam   niewyraźne   sygnały  z   miejsc,   do 

których twoje zespoły nie mogły jeszcze dotrzeć. Tutaj, o... na południu i na południowym 

wschodzie... - Gaber zabębnił piórem po ekranie. - Chyba że twoi ludzie podwoili wysiłki... Z 

tym, że wówczas odczyty musiałyby być bardziej przejrzyste... Wobec tego należy przyjąć, że 

winna jest sama maszyna. Źle funkcjonuje, po prostu.

Kai niespecjalnie zważał na narzekania Gabera. Poczuł nagle uciskający go w żołądku 

chłód,   który   pojawił   się   na   myśl   o   Innych.  A  jeśli   to   oni   porozstawiali   tutaj   czujniki 

wysyłające   mgliste   sygnały?   Wówczas   Ireta   powinna   być   obłożona   interdyktem!   Co   do 

jednego   Kai   nie   miał   żadnych   wątpliwości:   to   nie   jego   ludzie   zainstalowali   te   cholerne 

światełka i na pewno nie podwoili wysiłków.

- To ciekawe, Gaber - odparł z pozorną obojętnością, do której tak naprawdę było mu 

daleko. - Musiały zostać zamontowane przez którąś z poprzednich wypraw. Wiesz przecież, 

że   ta   planeta   już   od   dawna   figuruje   w   katalogach   KOB-u,   a   czujniki   są   praktycznie 

niezniszczalne. Widzisz tutaj, na północy, gdzie pojawiają się takie zanikające sygnały? W 

tym miejscu działalność tektoniczna wypiętrzyła masy lądowe w nowe góry.

- Dlaczego nie udostępniono nam wyników wcześniejszych ekspertyz?  Poprzednie 

pomiary wyjaśniłyby, czemu natrafiliśmy tutaj jedynie na śladowe ilości metali i minerałów. - 

Gaber miał na myśli płytę kontynentalną. - Aż jakiego powodu nikt w ogóle nie wspomniał 

nam o przeszłości sejsmicznej Irety, tego po prostu pojąć nie mogę.

-   Och,   tamte   dane   były  przestarzałe,   pewnie   zostały  skasowane   na   rzecz   nowych 

programów. Komputer nie ma przecież nieskończonej pamięci, Gaber.

- Niezwykle dziwaczny eksperyment, tak bym to określił. Wysyłać ekspedycję, nie 

przekazując jej do dyspozycji wszystkich danych... - parsknął kartograf.

- Być może dziwaczny, ale zyskamy na czasie; część zadań jest już wykonana.

background image

- Zyskamy na czasie? - Gaber zaśmiał się szyderczo. - Wątpię.

Kai odwrócił się powoli w jego stronę.

- Powiedz, Gaber, jakaż to upiorna myśl krąży po twojej głowie?

Gaber przysunął się bliżej Kaia i rzekł półszeptem, mimo że poza nimi w kopule nie 

było nikogo:

- Może jesteśmy tu... - zawahał się nieco sztucznie - może zostaliśmy tu... porzuceni!

-   Porzuceni?!   -   wrzasnął   Kai.   -   Porzuceni?  Tylko   dlatego,   że   monitor   sejsmiczny 

odbiera sygnały ze starych czujników?!

- Nie byłby to pierwszy raz, kiedy nie powiedziano nic ofiarom...

- Gaber, jest z nami przecież ukochany skarb i jedyne szczęście naszej trzeciej oficer. 

Na pewno nas stąd zabiorą.

Gaber pozostał niewzruszony.

- To nie miałoby sensu. Poza tym są jeszcze Ryxiowie i Thekowie - ciągnął Kai, 

przekonując bardziej siebie niż Gabera.

Kartograf parsknął pogardliwie.

- Thekom jest wszystko  jedno, gdzie  i jak długo pozostaną.  Jeśli  żyje  się niemal 

wiecznie... A Ryxich i tak trzeba było dokądś odesłać, nieprawdaż? Poza tym, to nie chodzi 

wyłącznie o czujniki. Myślałem nad tym bardzo, bardzo długo... odkąd tylko dowiedziałem 

się, że zabieramy ze sobą ksenobiologów i grawitantów...

-   Gaber!   -   rzucił   Kai   dostatecznie   ostrym   tonem,   by   przestraszyć   starszego 

podwładnego. - Nie próbuj nawet wspominać o żadnym porzuceniu ani mnie, ani nikomu z 

uczestników ekspedycji! To rozkaz, Gaber!

- Tak jest. Nie wątpię, że to rozkaz.

- Co więcej, jeśli zobaczę cię jeszcze raz bez pasa...

- Ale on uwiera mnie w brzuch, gdy pochylam się nad konsoletą... - Gaber starał się 

przekonać Kaia, spiesznie zakładając pas ochronny.

-  Wiec   zapnij   go   luźniej   i   przesuń   klamrę   na   bok,   ale   noś   go!  A  teraz   przynieś 

rejestrator i kilka taśm. Chcę przyjrzeć się wreszcie jeziorom, które Berru pozaznaczała na 

mapach.

- Przecież są u mnie dopiero od wczoraj, a już mówiłem, że jestem o trzy dni do tyłu...

- Tym bardziej powinienem zająć się tymi jeziorami osobiście. W następnym raporcie 

muszę   przedstawić,   jakie   robimy   postępy   w   poszukiwaniu   złóż...   I   przy   okazji...   -   Kai 

wystukał na klawiaturze kod i z niecierpliwością czekał na wydruk z lokalizacją tajemniczych 

sygnałów - sprawdzimy parę z nich.

background image

- Cóż, dobrze zrobiłoby mi, gdybym oderwał się na trochę od konsolety. Jeszcze nie 

zajmowałem się pracą w terenie podczas tej ekspedycji - oznajmił Gaber, zaciskając zatrzaski 

kombinezonu. Sięgnął po rejestrator i puste kasety, i umieścił je w kieszonkach spodni.

Głos Gabera brzmiał wesoło, wcale nie był zimny i złowróżbny. Kai zamyślił się. 

Może postępował niesłusznie, ciągle trzymając tego człowieka w pracowni? Może przez to 

Gaber wykoncypował tę zdumiewającą hipotezę, jakoby mieli tu pozostać? Za mało ruchu 

zawęża horyzonty.

Z   drugiej   strony,   Gaber,   jeśli   przyjrzeć   się   ślamazarności,   z   jaką   zabierał   się   do 

czegokolwiek, był typem tak beznadziejnie roztargnionym, że stanowił dla wyprawy większy 

ciężar   niż   najmłodsze   z   dzieciaków.   Listy   uwierzytelniające   zaliczały   go   do   grona 

wychowanków baz kosmicznych. Miał na swoim koncie jedynie cztery wyprawy, dokonane w 

ciągu sześćdziesięciu lat życia. Obecna z pewnością byłaby jego ostatnią, gdyby Kai złożył 

rzetelny raport na temat jego umiejętności. Chyba że - zdradziecka myśl toczyła umysł Kaia 

niczym robak - chyba że istotnie zostali porzuceni. Kai lepiej niż inni dowódcy zdawał sobie 

sprawę, jak zgubna mogłaby okazać się taka pogłoska, gdyby doszła do uszu uczestników 

ekspedycji.   Tak,   tak...   Lepiej   zająć   Gabera   tak   bardzo,   że   nie   będzie   miał   czasu   na 

rozważania...

Gaber był naprawdę niepoprawny. Rozsiadł się wygodnie w fotelu ślizgacza, lecz 

znów   trzeba   było   mu   przypomnieć,   by   zapiał   pasy.   Kartograf   zastosował   się   zaraz   do 

polecenia, oczywiście gęsto się tłumacząc.

- Żałuję, że nie jestem Thekiem - oświadczył, gdy Kai sprawdzał stery ślizgacza i 

poziom energii. - Żyć wystarczająco długo, by obserwować ewolucję świata! Och, jakąż mają 

szansę!

Kai zachichotał.

- Jeżeli nie są zbyt zajęci myśleniem i zdążą się rozejrzeć na czas.

- Thekowie nigdy nie zapominają niczego, co widzieli albo słyszeli.

- Skąd możesz wiedzieć? - obruszył się Kai. - Przeprowadzenie najskromniejszego 

dialogu ze starszym Thekiem zabiera cały rok.

- Wy,   młodzi,  oczekujecie  wyłącznie   szybkiej  wymiany myśli,   a  nie   ostatecznych 

rozstrzygnięć, jedynych, które się liczą. W ciągu tych wszystkich lat spędzonych na ARCT-

10, przeprowadziłem wiele znaczących pogawędek z Thekami. Starszymi, ma się rozumieć.

- Pogawędek? Przerwy między kolejnymi zdaniami musiały trwać wieczność...

background image

-   Bynajmniej.   Zaplanowaliśmy,   że   odpowiedzi   będą   przesyłane   raz   na   tydzień 

pokładowy. Przyznam się, że te rozmowy były dla mnie nieocenionym bodźcem, by nauczyć 

się przekazywać jak najwięcej informacji w jak najmniejszej liczbie słów.

- Mhm, założyłbym się, że Thekowie są nieprześcignionymi mistrzami wymownych 

fraz... - odparł kpiarsko Kai.

-   Owszem,   nawet   pojedyncze   słowo   może   mieć   nadzwyczajne   znaczenie,   jeśli 

wypowie je Thek. - Potoczystość mowy Gabera była zaskakująca. - Jeśli w pełni uzmysłowić 

sobie, że w mózgu każdego Theka zawarta jest kompletna wiedza o jego przodkach i że każdy 

Thek może skondensować całą tę nieskończoną mądrość w jednym zwięzłym słowie lub 

zdaniu...

- Nie patrzą perspektywicznie... - wymamrotał Kai, skupiony na starcie.

-   Słuchani?   -   pytanie   Gabera   brzmiało   bardziej   jak   reprymenda   niż   jak 

grzecznościowy zwrot.

- Ich mądrość to mądrość Theków. Nie da się jej ot, tak sobie zastosować do istot 

ludzkich.

- Nigdy nie zakładałem, że się da. - Gaber był wyraźnie zirytowany.

- Owszem, lecz mądrość nie powinna być rzeczą względną. Wiedza to co innego, choć 

niekoniecznie różnego od mądrości.

-   Mój   drogi,   oni   ogarniają   umysłami   rzeczywistość,   a   nie   iluzję   owej   krótkiej   i 

przemijającej chwili, jaką jest nasze życie...

Indykator,   reagujący   na   zmiany   termiczne   i   ruch   obiektów   nieco   większych   od 

ludzkiej pięści, zabrzęczał cichutko, dając mężczyznom do zrozumienia, że przelatują właśnie 

ponad   jakimiś   żyjątkami,   ukrytymi   przed   ich   wzrokiem   w   gęstej   roślinności.   Brzęk 

przemienił się w warkot, co było sygnałem, że osobniki zostały już oznaczone przez któryś z 

licznych   zespołów   przeprowadzających   zwiad.   Zgodnie   z   regulaminem   wszelkie 

zaobserwowane zwierzęta miały być oznakowane nie dającą się zetrzeć substancją.

-   O...   organizmy   żywe!   -   wykrzyknął   Gaber,   gdy   po   chwilowej   ciszy   indykator 

zabrzęczał ponownie.

Kai zmienił kurs ślizgacza w kierunku wskazanym przez kartografa.

- Uciekają przed nami z całych sił. - Gaber pochylił się, by sprawdzić, czy oznacznik 

jest gotów. Skinął głową.

-  Może   to   jeden   z   tych   drapieżnych,   za   którymi   gania   Varian   -   orzekł   Kai.   - 

Roślinożercy wędrują w stadach. Czekaj no, przed nami jest polanka. Zwierzak nie będzie w 

stanie nigdzie się skryć.

background image

- Lecimy dokładnie nad nim! - rzucił podekscytowany Gaber.

Zwierzę i ślizgacz wpadli na niewielką polanę równocześnie, lecz stworzenie, jakby 

wyczuwając   grożące   niebezpieczeństwo,   pomknęło   jak   błyskawica   w   zarośla.  W  pamięci 

Kaia   zachował   się   jedynie   obraz   zakończonego   długim   ogonem,   cętkowanego   cielska, 

rozciągniętego w szaleńczym pędzie.

-   Jest!   -   Tryumfalny   okrzyk   Gabera   mówił,   że   udało   mu   się   oznaczyć   bestię.   - 

Sfilmowałem go! Co za prędkość!

- Sądzę, że to jeden z drapieżnych Varian.

- Istotnie, nie chce mi się wierzyć, żeby roślinożerne były w stanie osiągnąć takie 

tempo. Widziałeś? On wyprzedził nasz ślizgacz! - Gaber wyglądał na zdumionego. - Gonimy 

go? - zapytał po chwili.

- Nie teraz. Ale jest oznakowany. Wprowadź dane na siatkę współrzędnych, dobrze, 

Gaber? Varian z pewnością będzie chciała rzucić na niego okiem. To jeden z pierwszych 

drapieżców, którego udało nam się dopaść. Szczęście, po prostu mieliśmy szczęście!

Kai zawrócił na pierwotnie obrany kurs, bardziej na północ, w kierunku pierwszej 

gromady jezior wypatrzonych przez Berru. Powinny się znajdować niedaleko śródziemnego 

morza, widocznego na zdjęciach satelitarnych.

Rzeczywistość...   pomyślał   Kai,   powtarzając   za   Gaberem.  W  tej   chwili   namacalne 

przecież   zdjęcia   z   satelity   były   w   pewnym   sensie   tylko   teorią   -   robiono   je   poprzez 

wszechobecną   zasłonę   chmur.   To   Kai,   badając   teraz   opisany   wcześniej   teren,   był 

rzeczywistością,   on   bezpośrednio   doświadczał   realności   planety.   Bardzo   dobrze   rozumiał 

istotę   spostrzeżenia   Gabera   -   doprawdy,   jakimż   nieprawdopodobnym   przeżyciem   byłoby 

widzieć   ewolucję   Irety,   obserwować   masy   lądowe   szarpane   i   rozdzierane   trzęsieniami, 

przesuwy  płyt,   uskoki,   deformacje   skorupy,   fałdowania...  Westchnął   cicho.  W  wyobraźni 

próbował   odtworzyć   cały   proces,   przyśpieszyć   go.   Kolejne   tysiąclecia   migały   jak   klatki 

kalejdoskopu. Trudno jest przemijającej istocie, jaką jest człowiek, objąć umysłem miliony 

lat, miliardy dni, w ciągu których formowały się kontynenty, łańcuchy górskie, rzeki, doliny... 

I choć geofizycy są coraz bystrzejsi w przewidywaniu zmian, które mają zajść, zdarzenia, 

które mogła w swej niedługiej historii zaobserwować geofizyka, zawsze i tak przechodziły 

najśmielsze wyobrażenia.

Indykator Gabera buczał nieprzerwanie. Zeszli ponownie z kursu, tym razem w ślad 

za potężnym stadem drzewnych żarłaczy.

background image

-   Nie   przypominam   sobie   podobnych   osobników   -   przyznał   Kai.   Krążyli   nad 

stworzeniami, częściowo widocznymi  poprzez rzadkie konary drzew. - Chciałbym się im 

dobrze przyjrzeć. Przygotuj kamerę i indykator, Gaber. Podchodzę do nich, uważaj.

Kai zawrócił ślizgacz. Zmniejszył szybkość, równając się z posuwającymi się ociężale 

stworzeniami.

- Ależ... toż to najogromniejsze bestie, jakie w życiu widziałem! - wyrwało mu się.

- Nie schodź niżej! - ryknął rozgorączkowany Gaber, gdy Kai niemalże musnął łby 

żarłaczy. - Mają potężne szyje!

Istotnie, szyje zwierząt były bardzo mocne i długie, wyrastały z masywnego tułowia 

wspartego na nogach grubości pni.

-   Może   mają   potężne   szyje,   ale   nie   mózgi   -   odparł   Kai.   -   Działają   z   podwójnie 

zwolnionym refleksem.

Bestie   spoglądały   w   kierunku,   skąd   za   pierwszym   razem   podszedł   je   Kai.   Kilka 

osobników nie dostrzegło nawet obecności kogoś obcego i z największym spokojem dalej 

skubało napotkane drzewa.

- Te gigantyczne roślinoluby obżerają się, nawet gdy idą. Muszą pochłaniać pół lasu 

dziennie! - odezwał się Kai.

Jeden   z   żarłaczy   zręcznie   odgryzł   koronę   sagowca   i   nie   przerywając   swego 

niezgrabnego   marszu,   przeżuwał   rozłożyste   liście,   których   część   sterczała   mu   z   niezbyt 

pojemnej paszczy. Jakiś mniejszy osobnik pochwycił jedną z wlokących się gałęzi i jak gdyby 

nigdy nic schrupał ją łapczywie.

- Idą do wodopoju? - zapytał Kai, tyleż zafascynowany, co przerażony rozmiarami 

zwierząt.

-   Zdaje   się,   że   pośród   tych   zarośli   jest   dobrze   wydeptany   szlak.   Oznaczyłem 

większość z nich. - Gaber przeciągnął dłonią po lufie pistoletu.

Kai przechylił ślizgacz, by móc obserwować zwierzęta. Przed nimi, na końcu długiego 

stoku, lśniła migocząca tafla jednego z jezior Bemi. Kai przyłożył przezroczystą odbitkę, 

wykonaną przez sondę, do kopii mapy, którą Gaber wyrysowywał cierpliwie na podstawie 

danych przekazywanych mu przez podopiecznych Kaia.

- Po prawej powinniśmy mieć przepaść. Gaber, przestaw swój wizjer na daleki zasięg i 

sprawdź, czy ją widać.

Gaber bacznym wzrokiem zmierzył przestrzeń w oddali.

- Nie widać dokładnie, jest sporo chmur. Ale powinieneś zmienić kurs o jakieś pięć 

stopni...

background image

Teren, nad którym lecieli, stopniowo stawał się coraz bardziej podmokły i bagienny, a 

w końcu zupełnie pochłonęła go woda. Ukazała się wyraźna linia brzegowa. Najpierw z 

głębin   wyrastały  niewielkie,   mocno   zwietrzałe   stromizny,   które   przeobrażały  się  zaraz   w 

urwiste ściany skalne sięgające paruset metrów wysokości ponad prastarym uskokiem. Kai 

poderwał   ślizgacz   w   górę.   Zamieszkujące   urwisko   zwierzęta,   zaalarmowane   obecnością 

obcych,   rzuciły   się   do   ucieczki.   Zachwycony   Gaber   nie   potrafił   powstrzymać   okrzyku 

zdumienia.

- Przecież... one są złote! I mają sierść!

Kai   pamiętając   dobrze   mordercze   łby   padlinożerców,   pośpiesznie   wymanewrował 

ślizgacz z ich drogi.

- Lecą za nami! - zawołał Gaber bez cienia niepokoju.

Kai   zerknął   przez   ramię.   Z   tego,   co   wiedział,   padlinożercy   atakowali   wyłącznie 

stworzenia   umierające   lub   martwe.   Przezornie   jednak   zwiększył   szybkość   i   ślizgacz   bez 

kłopotu zostawił prześladowców z tyłu.

- Nadal za nami lecą - oznajmił Gaber.

Kai   ponownie   rzucił   spojrzenie   za   siebie.   Nie   było   najmniejszej   wątpliwości   - 

olbrzymie,   złociste   ptaki   leciały   za   nimi,   zachowując   jednak   ostrożnie   pewien   dystans. 

Stworzenia leciały na różnej wysokości. Kai widział, jak zmieniają pozycje, jakby każde z 

nich chciało przyjrzeć się intruzom z różnych stron. Kai znowu zwiększył prędkość i tak samo 

postąpiły ptaki, bez większego wysiłku zresztą.

- Ciekaw jestem, jak szybko potrafią latać?

- Czy sądzisz... czy sądzisz, że mogą być niebezpieczne? - zapytał Gaber.

- To całkiem prawdopodobne, lecz przypuszczam, że nasz ślizgacz jest zbyt wielki, by 

go zaatakowały pojedynczo czy nawet całą gromadą, która siedzi nam teraz na ogonie. Trzeba 

je koniecznie pokazać Varian. I dać znać Ryxim.

- A to po co? I tak nie byliby w stanie latać w tej gęstej atmosferze.

- Owszem, tyle że Vrl z niecierpliwością dopytywał się skrzydlate formy życia na 

Irecie. Z przykrością będę musiał oznajmić, że mamy tu jedynie padlinożerne.

- Racja, racja. Miłosierny Boże, Kai, popatrz tylko na lewo, pod nami!

Lecieli   teraz   ponad   otwartą   przestrzenią   wodną,   zabarwioną   na   czerwono   przez 

minerały,   których   pokłady   miały   mieścić   się   w   otaczających   zbiornik   skałach.   Dobrze 

widoczne   dno,   porośnięte   nieznaną   roślinnością,   osuwało   się   powoli   w   nieprzeniknioną 

ciemność,   zapadając   się   na   znaczną   głębokość,   przynajmniej   zgodnie   ze   wskazaniami 

przyrządów pokładowych. Z przepastnych głębin wyskoczyło nagle, niczym ogromny pocisk, 

background image

wielgachne cielsko, zwabione cieniem rzucanym przez ślizgacz. Dość wstrząsające wrażenie 

zrobił na Kaiu toporny łeb zwierzaka, lśniąca szaroniebieska skóra i rzędy licznych, zbyt 

licznych - zdaniem Kaia - ostrych jak igła, pożółkłych zębów. Dał się słyszeć okrzyk grozy 

Gabera. Kai instynktownie uruchomił napęd pomocniczy i gwałtownie skorygował tor lotu - 

mknęli stanowczo zbyt blisko łukowatych ścian urwiska.

Spoglądając za siebie, Kai dojrzał tylko marszczące czerwoną taflę wody, zbiegające 

się z odległości dwudziestu pięciu metrów koliste fale w miejscach, skąd wynurzyło się gdzie 

na powrót schroniło się monstrum. Ścisnęło go w gardle. Przełknął głośno ślinę.

Jak gdyby atak monstrum był jakimś sygnałem, coraz więcej wodnych mieszkańców 

wyskakiwało i nurkowało z powrotem, rozpoczynając pod i nad wodą niezliczone potyczki.

-   Zdaa...aje  mi   się   -   Gaber   nawet   nie   starał   się   ukryć,   że   się   jąka   -   że   coś 

wyyy...wołaaliśmy...

- No cóż, skończą to sami - oświadczył Kai, zawracając ślizgacz.

- Te złociste ptaszydła wciąż są za nami - kartograf odezwał się po chwili.

Kai   spojrzał   przez   ramię.   Pierwszy   szereg   ptaków   zrównał   się   ze   ślizgaczem   i 

zwierzaki szły z nim teraz łeb w łeb, zwróciwszy głowy w stronę dwóch mężczyzn.

- Idźcie sobie! - Gaber zerwał się z miejsca i wymachiwał nerwowo rękami, chcąc 

rozgonić skrzydlatych prześladowców. - No idźcie sobie! Nie podlatujcie tak blisko, bo się 

zranicie!

Na   wpół   ubawiony,   na   wpół   zaniepokojony   Kai   przyglądał   się,   jak   stworzenia 

odsuwają się od trzepoczącego Gabera. Zachowały jednak prędkość i szyk.

- Jesteśmy otoczeni, Kai - w głosie Gabera drżała nuta niepokoju.

-  Jeśli  byłyby groźne,   miały dotąd   wystarczająco  dużo  czasu,  by  zaatakować.  No 

dobrze, ale pozbądźmy się tej eskorty. Siadaj, Gaber i chwyć się czegoś.

Kai   uruchomił   napęd   odrzutowy   i   ślizgacz   momentalnie   zostawił   za   sobą   ptasie 

towarzystwo, otumanione nagłym strumieniem gorąca. W ich złocistych oczach oczywiście 

nie   mógł   malować   się   żaden   wyraz   zdumienia,   ale   Kai   czuł   wyraźnie,   że   muszą   być 

absolutnie zaskoczone szybkością ślizgacza.

Pomyślał sobie, że będzie musiał zapytać Varian, na jakim poziomie inteligencji mogą 

znajdować   się  te   pozornie  prymitywne  osobniki.   Ryxiowie  bynajmniej  nie   byli   jedynymi 

skrzydlatymi obywatelami w galaktyce, ale faktycznie niewiele rodzajów powietrznych było 

równie inteligentnych. Zdolności umysłowe zdawały się wzrastać wprost proporcjonalnie do 

ilości czasu spędzonego na lądzie.

background image

Jakakolwiek forma życia zdominuje ostatecznie tę planetę, nie stanie się to wcześniej 

niż za dobrych parę tysięcy lat. Kai wiedział o tym, a jednak nie potrafił powstrzymać się od 

teoretycznych   spekulacji   i   składanych   z   cichym   westchnieniem   pobożnych   życzeń.   Jakże 

byłoby milutko ujrzeć Ryxich odstawionych na boczne tory...

- Zrobiłeś im, mam nadzieję, parę przyzwoitych zdjęć, Gaber? - rzucił Kai, redukując 

jednocześnie prędkość. Po co tracić więcej energii niż trzeba.

- Jasne, jasne. Oczywiście, że zrobiłem - odparł Gaber, poklepując kamerę. - Wiesz, 

Kai, tak sobie myślę, że te ptasie wykazały się całkiem przyzwoitą inteligencją - dodał. W 

jego głosie słychać było zaskoczenie.

- Będzie się musiała wypowiedzieć Varian. W końcu to ona jest ekspertem. - Kai 

skierował ślizgacz do najbliższego miejsca, z którego docierały zakłócenia. Varian jest być 

może zasypana swymi biologicznymi zagadkami, ale i jemu nie brakowało geologicznych 

łamigłówek.

Mimo całej nonszalancji, z jaką potraktował uwagi Gabera, nieoczekiwane pojawienie 

się starych czujników zbiło go z pantałyku. Owszem, gdyby wszystkie dane dotyczące ich 

systemu znajdowały się w pamięci komputera, na pewno przekazano by je im, gdyby miały 

zajść komplikacje. Z drugiej strony, poprzednie pomiary mogły wytłumaczyć brak złóż rudy 

w starych masywach górskich. Pierwsza wyprawa musiała przekopać całą płytę kontynentalną 

i prawdopodobnie wszelkie inne masy lądowe, a pewnie i podwodne, jakie tylko się dało, a 

więc tereny, które od tamtej pory podlegały silnej działalności tektonicznej. Dlaczego jednak 

w komputerze nie było nawet najmniejszej uwagi na ten temat?

Wysłanie   ich   na   zupełnie   nie   zbadaną   planetę   byłoby   niezgodne   z   poprzednimi 

doświadczeniami Kala. Tymczasem podejrzenia Gabera, jakoby mieli zostać porzuceni, znów 

zaczęły  siać   niepokój   w  umyśle   Kaia.   BO,   owszem,   odczekała,   aż   wyprawa   bezpiecznie 

dotrze na Iretę, a potem zawieruszyła się gdzieś w poszukiwaniu burzy kosmicznej. Lecz... 

mieli przecież ze sobą dzieciaki, nie jako regularny personel, ale raczej jako pensjonariuszy 

poddanych   terapii   antyagorafobicznej.   Co   więcej,   wiadomo   było,   że   Federacja   pilnie 

potrzebuje transuranowców, po które ich tu wysłano. I znowu wydało się Kaiowi, że obecność 

młodzików   i   potrzeby   energetyczne   Federacji   są   wystarczającym   argumentem,   by 

zlekceważyć posępne przeczucia Gabera.

Mimo że Kai i Gaber byli w stanie określić z wielką dokładnością, gdzie zagrzebany 

był wysyłający słabe sygnały czujnik, kosztowało ich sporo wysiłku, by przebić się przez 

gęste i niebezpieczne miecznik! i z mozołem wykopać przyrząd z ziemi.

background image

-   Patrzcie,   patrzcie.   Toż   to   wygląda   zupełnie   jak   nasze   -   powiedział   Gaber   ze 

zdziwieniem graniczącym z obrazą.

- Wcale nie - odparł Kai, obracając w zamyśleniu urządzenie na wszystkie strony. - 

Ma pokaźniejszą kasetkę, krystaliczny opornik i pachnie antykiem...

-   Jak   czujnik   może   pachnieć   antykiem?   Kaseta   nie   jest   nawet   zadraśnięta   ani 

zmatowiała.

- Potrzymaj przez chwilę. Czujesz ciężar? To zabytek - palnął Kai zniecierpliwiony, 

wciskając znalezisko Gaberowi. Serdecznie się ubawił, widząc, jak Gaber niepewnie poddaje 

oględzinom stary czujnik. Natychmiast zresztą zwrócił go Kaiowi.

- Produkują je Thekowie, nieprawdaż? - spytał, kątem oka rzucając spojrzenie na 

Kaia.

- Owszem, ale... Gaber, to nie ma sensu.

- Nie rozumiesz, Kai? Thekowie wiedzą, że ktoś już był na tej planecie. Wrócili tu z 

sobie tylko znanego powodu. Wiesz przecież, jak uwielbiają nadzorować nowe, obiecujące 

kolonie...

- Gaber! - Kai miał ochotę potrząsnąć starszym mężczyzną, wytrząsnąć z niego ten 

idiotyczny   i   niebezpieczny   pomysł,   że   ekspedycja   ma   kolonizować   Iretę.   Spojrzał   na 

ogarniętą skrajnym lękiem twarz kartografa i nagle zdał sobie sprawę, z jakim to żałosnym 

przypadkiem ma do czynienia. Gaber z pewnością miał świadomość, że to jego ostatnia misja 

i na próżno marzył, by ją przedłużyć.

- Gaber - Kai potrząsnął nim lekko, uśmiechając się uprzejmie - słuchaj, doceniam, że 

podzieliłeś się ze mną swoimi obawami. Tak być powinno. Zdaję też sobie sprawę z tego, że 

opierasz je na istotnych podstawach. Ale, proszę, nie mów o tym nikomu więcej. Nie mam 

ochoty dostarczyć grawitantom pretekstu, by mogli wyśmiewać jednego z moich ludzi.

- Wyśmiewać? - Gaber był wyraźnie zaskoczony i oburzony.

- Obawiam się, że tak, Gaber. Cel naszej wyprawy został dostatecznie jasno określony 

w pierwotnych planach. Jest to najzwyklejsza ekspedycja wysłana na poszukiwanie zasobów 

energetycznych,   ze   szczyptą   ksenobiologii   dokooptowaną   w   ramach   praktyk   Varian. 

Wszystko po to, by nasi grawitanci nie wyszli czasem z formy, a dzieciaki miały się czym 

zająć, gdy szanowna BO będzie się uganiać za burzą kosmiczną. Żeby cię jednak ostatecznie 

uspokoić, w moim następnym komunikacie zażądam od BO informacji na temat słuszności 

twych podejrzeń. Jeśli jakimś nieprawdopodobnym cudem masz rację, powiedzą nam. W 

końcu teraz jesteśmy już na dole. Tymczasem zaś radziłbym ci, Gaber, zatrzymać swe teorie 

dla siebie. Zbyt wysoko cenię cię jako kartografa, by pozwolić grawitantom kpić z ciebie.   

background image

 - Kpić?

- Wiesz przecież, jak lubią żartować sobie na nasz temat. Wolałbym, by nie żartowali 

na twój. Damy im jeden powód do śmiechu: Theków. - Kai podniósł czujnik wyżej. - Nasi 

kamienni przyjaciele nie są wcale nieomylni. Oczywiście, nie wypominam im, że uleciało im 

z pamięci wszystko, co dotyczy tej planety... Na przykład panujący tu fetor...

- Grawitanci żartowaliby na mój temat? - Gaber miał chyba niejakie trudności, by 

pogodzić się w ogóle z taką możliwością, tymczasem Kai poczuł, że znalazł odpowiedni 

środek zaradczy, którym powstrzyma kartografa od rozsiewania wywrotowych plotek.

- W obecnej sytuacji jak najbardziej, jeślibyś tylko wyjawił swoje przypuszczenia. Jak 

wspomniałem, mamy ze sobą dzieciaki. Nie sądzisz chyba, że trzecia oficer BO porzuciłaby 

własnego syna?

- Nie, oczywiście, nie zrobiłaby tego. - Strapiony wyraz twarzy Gabera ustąpił irytacji. 

-   Masz   rację.   Sprzeciwiłaby  się   temu.   -   Gaber   wyprostował   się.   -   Rozwiałeś   więc   moje 

obawy, Kai. Tak naprawdę to wcale mi się nie podobał ten pomysł z porzuceniem. Mam do 

skończenia prace naukową, i zgodziłem się na przydział do tej ekspedycji tylko w nadziei, że 

pozwoli mi to spojrzeć na moje badania z innej perspektywy.

- Porządny z ciebie facet. - Kai poklepał kartografa po ramieniu i pchnął go w stronę 

ślizgacza.

Oczywiście,   rzecz   przedstawiałaby   się   o   wiele   gorzej,   gdyby   Gaber   -   i   inni   - 

dowiedzieli się, że BO nie przejęła wszystkich raportów. Ale tym będziemy się martwić, gdy 

nadejdzie czas, pomyślał Kai. Teraz miał na głowie co innego - stare czujniki. O ile wiedział, 

na   pokładzie   wahadłowca   nie   było   żadnego   aparatu,   który   pozwoliłby   określić   wiek 

znalezionego   przyrządu.   Co   więcej,   nie   mógł   sobie   przypomnieć,   czy  ktoś   kiedykolwiek 

sprawdził, jak długo może funkcjonować czujnik. Trzeba będzie spytać Portegina. Ależ się 

zdziwi, widząc, jakie sygnały odbierał jego rozregulowany monitor!

Gdy Kai i Gaber wkroczyli do bazy Portegina, zastali go łamiącego sobie głowę nad 

wskazaniami ekranu.

- Kai, mamy jakieś zwariowane echo na mo... A co to jest?

- Jedno z twoich “ech" - odparł dziarsko Kai.

Na szczupłej twarzy Portegina pojawiła się konsternacja. Zważył urządzenie w rękach, 

badawczo mu się przyglądając, obracał przedmiot na wszystkie strony, aż w końcu spojrzał 

oskarżycielsko na Kaia.

- Skąd to wzięliście?

background image

- Mniej więcej stąd - odparł Kai, wskazując na lukę w pasie niewyraźnych sygnałów 

na ekranie.

- Nie zajmowaliśmy się jeszcze tym terenem, szefie.

- Wiem, Portegin.

- Ale ten czujnik to robota Theków. Mógłbym przysiąc.

Margit,   która   właśnie   uzupełniała   swój   raport,   podeszła   do   mężczyzn   i   wyrwała 

urządzenie z rąk Portegina. Nie stawiał oporu.

- Jest cięższy... A kryształ chyba zupełnie wygasł... - Spojrzała na Kaia wyczekująco.

Kai wzruszył ramionami.

-   Gaber   spostrzegł   na   monitorze   echo   i   przypuszczał,   że   spartaczyłeś   robotę, 

Portegin... - Uśmiechnął się, gdyż mechanik warknął ze złością na kartografa. - Doszedłem do 

wniosku, że lepiej będzie to sprawdzić. No i to właśnie znaleźliśmy.

Margit   wyrwało   się   gardłowe   przekleństwo.   Była   zdegustowana   i   doprawdy 

wyprowadzona z równowagi.

-  To   znaczy,   że   marnotrawimy   długie   godziny,   robiąc   coś,   co   już   dawno   zostało 

zrobione?   Mogliście,   mądrasie,   zaoszczędzić   nam   czasu   i   energii,   gdybyście   od   razu 

zainstalowali ten monitor!

- Według danych komputerowych nigdy nie prowadzono na Irecie żadnych badań - 

oznajmił Kai, uspokajająco cedząc słowa.

- Zdaje się, że prowadzono. - Margit popatrzyła groźnie na ekran. - Co więcej, nasza 

linia jest prawie idealnie równoległa do poprzedniej. Nieźle, jak na pierwszą robotę, naprawdę 

- dodała, chcąc wprawić się w lepszy nastrój. - Och, nie dziwmy się więc, że nie znaleźliśmy 

niczego godnego uwagi - powiedziała głośniej, stanowczo mniej radosnym tonem. - Wszystko 

co było, sprzątnięto już przed nami. Jak daleko sięga stara linia?

- Kończy się na skraju płyty, moje drogie dziecko - odparł Portegin. - Skoro pokazuje 

nam w ten sposób, gdzie znajduje się brzeg masy lądowej, może nareszcie dobierzemy się do 

jakichś złóż. Nie wydaje mi się, byśmy zanadto zdublowali poprzedników... Może trochę na 

północy i pomocnym wschodzie.

Kai dziękował w duchu litościwemu komputerowi, który umieścił w jego zespole tych 

dwoje   -   może   narzekają   nieco,   ale   przecież   zdążyli   już   dojść   do   ładu   ze   zdublowanym 

ciągiem czujników.

- Czuję się o niebo lepiej, wiedząc, że istnieje jakiś rzeczywiście sensowny powód, dla 

którego   nie   mogliśmy   natrafić   na   żadne   pokłady   minerałów!   -   Margit   przyjrzała   się 

background image

monitorowi z uwagą i wskazała kilka punktów. - Nie ma nic tutaj, i tu też nic, choć powinno 

być!

- Sygnały są słabiutkie - stwierdził Portegin. - Niektóre czujniki pewnie dopiero co 

wyzionęły ducha. Jeśli wydobyto stąd już wszystko, co nadawało się do wydobycia, nie ma 

chyba specjalnego sensu montować nowych, co, Kai?

- Najmniejszego - przyznał Kai.

Do   przybytku   kartografa   weszli   teraz  Aulia   i   Dimenon,   w   towarzystwie   czworga 

innych geologów.

- Zgadnijcie, co znaleźli Kai i Gaber! - rzuciła im na powitanie Margit. - Odkryli, 

dlaczego nie mogliśmy natrafić na żadne złoża... jak dotąd!

Oświadczenie Margit spotkało się z okrzykami zdziwienia i sporej irytacji, wiec Kai i 

Gaber   zmuszeni   byli   zrelacjonować   ze   szczegółami   swe   popołudniowe   wyczyny.   Na 

szczęście dla Kaia opowieść przyniosła wszystkim wyraźnie wyczuwalną ulgę. Każdy musiał 

oczywiście   przyjrzeć   się   staremu   czujnikowi,   porównując   go   z   nowymi,   instalowanymi 

obecnie. Nie obyło się, a jakże by inaczej, bez żartów o duchach i czujnikach.

-   Można   by   rozłożyć   obóz   pomocniczy   zaraz   na   skraju   płyty   -   zaproponował 

rozentuzjazmowany Triv. - Możemy zacząć już jutro, Kai.

-   Jasne,   przenieśmy   wszystkich   na,   miejmy   nadzieję,   bardziej   zasobne   tereny. 

Popracuję nad tym. A z tobą, Bakkun, jadę jutro.

Rozległ się gong obiadowy. Kai pozwolił wszystkim się rozejść, a sam został jeszcze 

na chwilę, by sporządzić nowy rozkład lotów na następny dzień. Zgodnie z sugestią Triva 

będzie trzeba założyć obóz pomocniczy, choć Kai wcale nie miał ochoty dzielić zespołu.

Varian nie zdążyła jeszcze skatalogować największych drapieżników, to po pierwsze, 

a po drugie, należało rozważyć, czy mimo środków ochronnych któraś z oddelegowanych do 

obozu pomocniczego drużyn nie wpadnie w jakieś tarapaty zbyt daleko od bazy, by można 

przyjść jej z pomocą na czas. Takie bydlę jak to, które Kai widział dzisiaj, nie przestraszy się 

byle   zabawki.   Z   drugiej   strony,   nie   mógł   przecież   powstrzymywać   zespołu   od   prac 

poszukiwawczych - w końcu dostawali premię w zależności od ilości dokonanych odkryć. 

Był to zresztą jeden z powodów, dla którego dotychczasowy brak jakichkolwiek znalezisk tak 

poważnie wpłynął na obniżenie morale zespołu. Kai nie mógł dłużej wystawiać na próbę ich 

zapału   i   ambicji.  Ale   i   nie   wolno   mu   było   ryzykować   wysłaniem   ich   prosto   w   łapy 

drapieżników, które napotkał z Gaberem. Najpierw wiec trzeba rozmówić się z Varian.

background image

Wyszedł w mrok przesycony bzykaniem owadów. Osłona siłowa rozpostarta ponad 

obozowiskiem   rozbłyskiwała   drobnymi   iskierkami   błękitu,   gdy   tylko   nocne   insekty 

podejmowały próbę dotarcia do kuszących reflektorów oświetlających bazę.

Czy poprzednia ekspedycja, ta sprzed tysięcy lat, też tu obozowała? Czy za tysiące lat 

wróci   tu   jakaś,   gdy   jego   czujniki   będą   już   jedynie   mglistymi   cieniami   na   kolejnym 

monitorze?

Czy naprawdę mieli tutaj pozostać? Niepokojąca myśl wyprysneła nagle z otchłani 

jego rozważań, zupełnie jak owe wodne monstra, zwabione cieniem ślizgacza. Kai próbował 

zagłuszyć pytanie. A może komuś z pozostałych udzielono w sekrecie poufnej informacji? 

Może Varian? Nie, jako współdowodząca miała marne szansę, by ją powiadomiono. Tangeli? 

Czyżby dlatego z takim zapałem poszukiwał jadalnych owoców? Też nie. Tangeli był może 

rozsądnym człowiekiem, ale nie kimś, komu powierzono by sekretne instrukcje, wykluczając 

z nich dowódców zespołu.

Zbity z tropu Kai postanowił czym prędzej dołączyć do swej doborowej kompanii, 

która, jak przypuszczał, szybko rozprawi się z dręczącymi go wątpliwościami, i z większym 

przekonaniem skierował kroki w stronę największego budynku - i swojego posiłku.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Varian setnie ubawiła się reakcją Kaia, gdy do posiłku podano mu owoce. Współpraca 

Divisti i Lunzie okazała się bardzo “owocna" - stół zasypany był owocami w różnej postaci: 

naturalnej,   w   zielonych   soczystych   plasterkach,   syntetycznej,   jako   pasta   wzbogacona   w 

witaminy i środki odżywcze, były i owoce dodane do potraw proteinowych, owoce gotowane 

i suszone... Kai z grymasem niechęci skosztował odrobinę świeżych, uśmiechnął się, wybąkał 

parę uprzejmych pochwał i zabrał się do pasty. A potem narzekał na metaliczny smak w 

ustach.

- To przez sztuczne dodatki. Po świeżych owocach nie ma żadnego nieprzyjemnego 

smaku   -   rzuciła   Varian,   dusząc   w   sobie   poirytowanie   wywołane   jego   konserwatywnymi 

upodobaniami   i   szczere   rozbawienie   na   widok   jego   reakcji.   Cóż,   wychowankowie   stacji 

kosmicznych niczego się tak nie obawiali, jak rzeczy w ich naturalnej postaci.

- A czemuż to miałbym się rozsmakować w czymś, czego nie trawię? - zapytał Kai, 

gdy Varian usiłowała namówić go na jeszcze jeden kawałek owocu.

- A czemuż to nie miałbyś pofolgować sobie nieco, jeśli masz szansę? Poza tym - 

dodała po chwili - gdy już raz nabierzesz smaku, będziesz mógł wprowadzić jego zapis do 

syntezatora i “doprawiać" sobie wszystko do woli.

- Punkt dla ciebie - przyznał.

Varian już jakiś czas temu spostrzegła, że to właśnie upodobania Kaia, rozwinięte w 

nim przez pokładowy tryb życia, fascynowały ją w nim najbardziej. Jeśli chodziło o aparycję, 

nie różnił się zbytnio od innych atrakcyjnych mężczyzn, których widywała na rozmaitych 

planetach w latach swego dzieciństwa i później, podczas specjalistycznych kursów. No, może 

utrzymywał   lepszą   kondycję   od   swych   planetarnych   rówieśników,   dzięki   przeróżnym 

sportom, na których uprawianie nalegała BO. Był szczupły, ale dobrze umięśniony, nieco 

wyższy niż przeciętny mężczyzna, wyższy od niej, która ze swymi 1.75 cm wzrostu nie 

zaliczałaby się do osób niskich na żadnej normalnej planecie typu Ziemi. Kai był przystojny, 

lecz dla Varian ważniejsza była siła emanująca z jego twarzy, iskierki dowcipu błyszczące w 

jego piwnych oczach i ten wewnętrzny spokój i pogoda, które biły od niego, gdy spotkali się 

po raz pierwszy. Szybko spostrzegła unoszącą się wokół niego aurę Dyscypliny i poczuła 

niewiarygodną ulgę, dowiedziawszy się, że Kai jest Uczniem. Wydało jej się zabawne, że 

fakt, iż Kai przeszedł Szkolenie, tyle dla niej znaczy mimo tak krótkiej z nim znajomości. 

Sama przyjęła zasady Dyscypliny wcale nie tak dawno. Dawało jej to szansę pięcia się po 

szczeblach kariery w służbach Federacji. Dowódca musiał poznać Dyscyplinę, ponieważ był 

background image

to jedyny środek obronny przed innymi humanoidami dopuszczanymi do wypraw przez PS i 

KOB,   co   miało   niebagatelne   znaczenie   w   sytuacjach   krytycznych.   Varian   zależało   na 

zbudowaniu udanego związku z Kaiem. Gdy niespodziewanie została dokooptowana do jego 

ekspedycji geologicznej jako ksenobiolog, trudno było jej powstrzymać pisk radości.

-  Doszły  mnie   słuchy,  że   już  ktoś  przed   nami   zdążył   zagarnąć   bogactwa   Irety?  - 

zapytała Varian.

- Na pewno złupić płytę lądową, na której się znajdujemy - odparł Kai, uśmiechając 

się nieznacznie na jej stwierdzenie. - Dopiero wczoraj wieczorem Portegin zainstalował swój 

monitor sejsmiczny. Gaber sądził, że jego dzieło jest do niczego, bo wyświetlało sygnały nie 

tylko z miejsc, gdzie założyliśmy czujniki, ale i słabe impulsy stamtąd, dokąd jeszcze nie 

dotarliśmy. No wiec zabrałem się za “wykopki" i znalazłem stary, antyczny wręcz sprzęt.

Varian miała dość czasu, by zaznajomić się z większością szczegółów.

- Poinformowano nas podczas odprawy na statku, że ten system planetarny trzymano 

od dawna w odwodzie.

- Ale nikt nie wspominał o poprzednich badaniach geologicznych.

- Prawda. - Varian w zamyśleniu wpatrzyła się gdzieś w przestrzeń, cedząc uważnie 

słowa:  -  Mój  zespół   dodano  w ostatniej   chwili,   gdy  baza   przejęła  z   sondy informacje  o 

istnieniu życia. - W rzeczy samej skład ekspedycji na Iretę ustalony został trochę “za pięć 

dwunasta", gdy tymczasem Thekowie i Ryxiowie otrzymali przydziały na swoje planety już 

miesiące wcześniej.

- Z całym szacunkiem, przyłączenie twojej drużyny nie intryguje mnie tak bardzo, jak 

brak jakiejkolwiek wzmianki o poprzednich badaniach.

- Zdaję sobie sprawę. Ile lat, twoim zdaniem, ma znalezisko?

- Za dużo, jak na mój gust, Varian. Wyobraź sobie, że linia czujników kończy się na 

skraju stałej masy lądowej!

Varian zagwizdała z wrażenia.

-   Ha,   ha,   Kai,   to   oznaczałoby   miliony   lat.   Chyba   nawet   Thek   nie   potrafiłby 

wyprodukować niczego, co przetrwałoby tak długo.

- Kto wie? Chodź, sama możesz rzucić na to okiem. Mam dla ciebie jeszcze coś: kilka 

taśm, które na pewno ci się spodobają.

- Z tymi skrzydlatymi potworami, o których bredził Gaber?

- Między innymi.

- Czy na pewno nie masz ochoty na jeszcze jeden kawałek świeżego owocu? - Varian 

nie potrafiła powstrzymać się, by mu nie dokuczyć.

background image

Kai   rzucił   jej   przelotne,   rozdrażnione   spojrzenie,   ale   zaraz   uśmiechnął   się.   Ma 

ujmujący uśmiech, pomyślała Varian, nie po raz pierwszy zresztą. Widywali się dość często w 

fazie przygotowawczej wyprawy, lecz teraz, gdy musieli już stawić czoło swym obowiązkom, 

ich spotkania były stanowczo zbyt rzadkie.

- Najadłem się naprawdę do syta, Varian. Dziękuję - odparł.

- A ja jestem obżartuchem - przyznała przekornie Varian, naprędce połykając jeszcze 

jeden plasterek owocu. - Jak wyglądają te stworzenia? Nie ufam obserwacjom Gabera.

- Mają złotą sierść i zaryzykowałbym stwierdzenie, że są inteligentne. Ciekawość 

występuje tylko w parze z inteligencją, prawda?

-   Ogólnie   rzecz   biorąc,   tak.   Inteligentne   formy   lotne?   Wielkie   nieba,   ależ   to 

doprowadzi Ryxich do szaleństwa! - Varian aż zapiszczała z zachwytu. - Gdzieś na nie trafił?

-   Chciałem   przyjrzeć   się   wreszcie   kolorowym   jeziorom   Berru   i   przelatując, 

wypłoszyłem   te   stworzenia   z   urwiska.   A   propos,   te   jeziora   zasiedliły   monstra   równie 

olbrzymie i groźne, co moczarniki, które widzieliśmy dziś rano.

- Ta planeta obfituje w rzeczy wielkie...

- Na przykład wielkie łamigłówki - przytaknął Kai. Weszli do pracowni kartografa. 

Kai podał Varian stary czujnik.

- Oto najstarsza nowość!

Varian zważyła czujnik w dłoni. Spostrzegła inne na stole.

- Czy to takich używacie w tej chwili?

Kai zerknął znad taśm, które właśnie zaczął porządkować i skinął głową.

Dopiero teraz, porównując oba przyrządy, Varian mogła dostrzec drobne różnice w 

obwodzie, długości i wadze.

- Czy to wyjaśnia, dlaczego mieliśmy dotąd tak mało szczęścia w odkrywaniu złóż?

- Owszem. Ten obszar został już najzwyczajniej w świecie wyeksploatowany. Moim 

ludziom kamień spadł z serca; w końcu Ireta miała tonąć w bogactwach. Teraz trzeba będzie 

po prostu założyć obóz pomocniczy w górach pochodzących z młodych fałdowań...

- Obóz pomocniczy? Kai, to nie jest zbyt bezpieczne. Nawet gdybyś miał zmierzyć się 

jedynie z kłączem.

- Z kłączem?

- Nazwalam tak sobie to coś, co wyszarpało Mabel pół boku.

- Mabel?

background image

-   Czy  musisz   po   mnie   powtarzać?   Jest   mi   o   wiele   łatwiej   nadać   im   imiona,   niż 

nazywać   je   “roślinożerny   numer   jeden"   albo   “drapieżny   z   uzębieniem   typu  A..."   -   Nie 

myślałem, że widziałaś już drapieżnika...

- Nie widziałam. Ale jestem w stanie ocenić po śladach jego zębów...

-  Co   powiesz  na   to?   Może   to   jest   kłacz?   -  zapytał   Kai,   wskazując   na   ekran.   Na 

monitorze pojawiły się pierwsze zdjęcia, które zrobili razem z Gaberem tego popołudnia. Gdy 

ukazała się głowa zwierzęcia, Kai zatrzymał klatkę.

Varian podeszła do ekranu. Kiedy przyjrzała się dokładnie potężnemu łbu zwierzęcia 

szczerzącego okazałe kły i małym złośliwym oczkom podniesionym na ślizgacz, wyrwał jej 

się krótki okrzyk.

- To mógłby być on. Sześć metrów w barach... Nie jesteś w stanie zbudować takiego 

obozu pomocniczego, który by go odstraszył. Może cię rozgnieść, nawet gdybyś miał na 

sobie z pięć pasów siłowych... Nie, Kai, radziłabym nie bawić się w zakładanie kolejnych 

obozów, zanim nie dowiemy się, jaki obszar zamieszkują te rozkoszne maleństwa.

- Można by przesunąć wahadłowiec...

- Ale nie wcześniej, niż Trizein zakończy obecną serię eksperymentów. Poza tym, 

czemu mielibyśmy go ruszać? Aż tak z nami źle, że musimy oszczędzać na bateriach do 

ślizgaczy?

- Oj, nie! Chodzi wyłącznie o odległość. Ogranicza czas efektywnej pracy w terenie.

- To fakt. Szczerze mówiąc, Kai, wolałabym przeprowadzić porządny zwiad w tej 

okolicy przed rozłożeniem drugiego obozu. Nawet takie roślinożerne nieudaczniki jak Mabel 

mogą być niebezpieczne, gdy rzucą się do panicznej ucieczki przed kłączem. Z drugiej strony 

- dodała natychmiast, widząc, że Kai nie ma zamiaru ustąpić - każde zwierzę czegoś się boi. 

Spróbuję wyszczególnić zwierzęta, z którymi  musiałbyś  spotkać się na tamtym obszarze. 

Ostatecznie  można  zainstalować  kilka  dodatkowych  osłon  obozu,  i  twoje  zespoły  byłyby 

względnie bezpieczne...

- Ale nie jesteś tego pewna...

- Na tej  zwariowanej  planecie niczego nie  jestem pewna, Kai.  A twoje dzisiejsze 

odkrycie tylko... - uśmiechnęła się ironicznie - ...upewnia mnie w mojej niepewności!

Kai roześmiał się.

Varian   raz   jeszcze   wzrokiem   eksperta   spojrzała   na   rzędy   ostrych   jak   igła   zębów 

drapieżnika, a potem kazała Kaiowi puścić film dalej.

- Dobrze, że byliście w górze, gdy napotkaliście tego “milaczka". Udało się Gaberowi 

go oznaczyć? To pomogłoby bliżej określić jego terytorium. Oo! Ależ one są śliczne!

background image

Na   ekranie   ukazały   się   złote   ptaki.   W   zestawieniu   z   poprzednimi   drapieżnikami 

prezentowały się łagodnie i wdzięcznie.

- Kai, zatrzymaj tę klatkę! - Varian gestem kazała mu cofnąć taśmę do miejsca, w 

którym stworzenie uchwycone zostało w locie. Ozdobiony grzebieniem łeb ptaka zwrócony 

był w stronę kamery tak, że widać było oba złociste oczy.

- Tak, Kai. Przyznaję, że jest inteligentny. Czy ta torba pod dziobem służy mu do 

magazynowania   ryb?   Możesz   włączyć,   Kai?   Chciałabym   zobaczyć,   czy   to   skrzydło   się 

obraca... Patrz, widzisz?! Widzisz, jak zmienia kierunek? Tak, tak! Jest na o wiele bardziej 

zaawansowanym stopniu rozwoju niż padlinożerne, które widzieliśmy rano. Kto by pomyślał, 

że nasza reakcja na innych w ogromnej mierze zależy od oczu... - dodała, spoglądając na 

Kaia. Jego szare oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.

- Od oczu?

- Od oczu. Oczka tego małego ssaka... Nie mogłabym go zostawić na łasce losu, 

widząc   w   nich   tyle   przerażenia   i   dezorientacji.   Inaczej   na   niewiele   by   się   zdały   usilne 

błagania Bonnarda i Cleiti. Tamte odrażające moczarniki miały maleńkie oczy w porównaniu 

z wielkością czaszki...

Małe, wredne i żarłoczne paciorki. - Varian wzdrygnęła się na samo wspomnienie. - 

Albo oczy nowo odkrytych drapieżników... Te zwierzaki muszą mieć nikczemne zamiary... 

“Oczologia", w każdym razie, nie jest niepodważalna, weź choćby Galormisów, najbardziej 

szkaradny przykład doskonałego maskowania prawdziwych intencji...

- Brałaś udział w tamtej ekspedycji? Varian zrobiła kwaśną minę.

- Owszem. Byłam najmłodszym uczestnikiem wyprawy na Aldebaran 4; to był mój 

pierwszy przydział z college'u kseno-weterynaryjnego. Zwróć uwagę, że Galormisowie mieli 

łagodne oczy... Nie raz jeszcze widywałam je we śnie. Takie potulne stworzonka, milutkie, 

absolutnie uległe - aż do zmroku. A potem!...

- Nocne zbiry!

- Wampiry! Wysysały krew, a później zabierały się do mięsa... Zupełnie jak to, co tak 

urządziło Mabel... Nie-e, to nie mógłby być Galormis. Ślady zębów są zbyt duże.

- Dlaczego u licha nazwałaś ją Mabel?

- Znałam kiedyś kogoś podobnego do niej. Uosobienie łakomstwa. Odnosiła się z 

nienawiścią do całego świata, wiecznie podejrzliwa i zagubiona. Niezbyt wysoka inteligencja.

- A jak nazwiesz te skrzydlate istotki?

background image

- Nie mam pojęcia - odparła, przyglądając się jeszcze raz porośniętym sierścią łbom 

ptaków. - To trudne, nim się samemu nie napotka danego zwierzęcia. Ale ten gatunek jest 

inteligentny i ma, powiedziałabym, osobowość. Muszę zobaczyć ich więcej!

- Wiedziałem,   że   tak   będzie...   Nie   byliśmy  w  stanie   ich   oznaczyć,   za   szybko   się 

poruszają. Dorównywały średniej prędkości ślizgacza.

- Nieźle! - przyznała Varian, ziewając mimo woli. - Przepraszam. To przez to świeże 

powietrze   i   gonitwę   za   ranionymi   zwierzakami.   -   Varian   pogłaskała   Kaia   po   policzku   i 

uśmiechnęła   się   przepraszająco.   -   Idę   do   łóżka.  Ty   też   powinieneś,   mój   współdowódco. 

Prześpijmy nasze problemy. Może sen przyniesie rozwiązanie?

Sen   rozwiązań   nie   przyniósł,   za   to   Kai   obudził   się   następnego   ranka   rześki   i 

wypoczęty, a gdy podczas odprawy okazało się, że jego ludzie są w doskonałych humorach, 

jego nastrój poprawił się jeszcze bardziej.

- Przedyskutowałem z Varian kwestię obozu pomocniczego. Stwierdziła, że zanim nie 

zapozna się lepiej ze zwyczajami tutejszych drapieżników, nie będzie mogła zagwarantować 

nam   bezpieczeństwa   -   oznajmił.   -   Obiecała   zająć   się   natychmiast   terenami,   na   które 

moglibyśmy się przenieść, pod warunkiem, że trzymalibyśmy się w pobliżu zabezpieczeń, 

które sama obmyśli. Rozumiemy się? Jeżeli nie, wszystko się wam wyjaśni, gdy przyjrzycie 

się śladom zębów na boku naszego roślinożercy - dodał i po ponurym wyrazie ich twarzy 

natychmiast zorientował się, że już widzieli zwierzaka.

- Szefie, jak wytłumaczyć luki w ciągu starych czujników, o, tutaj, tutaj i tutaj? - 

zapytał Triv, wskazując na tereny na południowym zachodzie i na południu.

- Uskoki - odparł Gaber, nasuwając na mapę sejsmiczną przezroczystą podziałkę. - 

Mamy tu do czynienia z następstwem warstw. Niezły grunt pod badania archeologiczne, z 

tym że i tak wszelkie przyrządy sejsmiczne, które mogły się tam znajdować, zostały starte w 

proch. Albo osunęły się zbyt nisko pod powierzchnię, by wciąż jeszcze nadawać.

- Triv! Ty i Margit zajmiecie się dziś tym uskokiem. Aulia i Dimenon! Wam przypada 

ten sektor. - Kai podał współrzędne kwadratu na południowym zachodzie również Berru i 

Porteginowi. Sam razem z Bakkunem, wyjaśnił, spróbuje przetrząsnąć Dolinę Przesmyku, do 

której wiodą stare czujniki. Podkreślił kilkakrotnie, żeby nie było najmniejszych wątpliwości, 

by   wszyscy   zachowywali   środki   ostrożności,   oznaczali   zwierzęta,   kiedy   tylko   to   będzie 

możliwe i mieli oczy szeroko otwarte na padlinożerne krążące nad jakimś rannym okazem z 

ewentualnej menażerii Varian.

background image

Ze ślizgacza Kai dojrzał Varian zmierzającą do zagrody Mabel. Spostrzegł też samą 

Mabel, jak pracowicie “wygryzala" sobie drogę pośród drzew, które jakimś cudem dotąd 

uszły jej uwadze.

Bakkun, przejąwszy role pilota, skierował ślizgacz na południowywschód.

- Zastanawiam się - odezwał się grawitant - dlaczego nasi Thekowie nie wiedzieli nic 

o poprzedniej eksploracji planety.

- Nie pytałem jeszcze Theków, czy wiedzą. W każdym razie Ireta figurowała jako 

planeta nie badana.

- Thekowie mają pewnie swoje powody.

- Na przykład?

- Nawet nie ośmieliłbym się zgadywać - odparł Bakkun - ale zazwyczaj mają poważne 

powody.

Kai lubił Bakkuna. Grawitant był niestrudzonym, trzeźwo myślącym towarzyszem, 

sumiennym i niezawodnym jak wszyscy jego ziomkowie. Miał jednak i wady - brak mu było 

choćby śladowych ilości wyobraźni  i elastyczności  myślenia.  Gdy już raz  przyjął  coś za 

pewnik, nie chciał zmienić zdania nawet w obliczu najbardziej dobitnych faktów. Dla niego, 

jak dla wielu innych gatunków o stosunkowo krótkiej żywotności, Thekowie byli nieomylni 

niczym bogowie. Jakkolwiek byłoby, w tej chwili Kai nie rwał się specjalnie do dyskusji, 

zwłaszcza   na   temat   tak   bluźnierczy   dla   grawitantów   jak   niedoskonałość   Theków,   której 

skądinąd istnienie starych czujników sejsmicznych na Irecie zdawało się wyraźnie dowodzić.

Na   całe   szczęście   zahuczał   indykator.   Bakkun   automatycznie   zmienił   kurs,   a   Kai 

zaczął   pilnie   wpatrywać   się   w   szybę   przystosowaną   do   dalszych   odległości.  Tym   razem 

więcej spłoszonych szumem ślizgacza roślinożernych gnało w przerażeniu. Uciekały przez 

gęstą puszczę, wpadając od czasu do czasu z całym impetem na drzewa, aż wstrząsały się 

potężne gałęzie.

- Zrób jeszcze jedno kółeczko, Bakkun - rzucił Kai i gdy grawitant zawrócił zgodnie z 

rozkazem, Kai prztyknął włącznik kamery, zwieszając się przez pas bezpieczeństwa. I tak 

niewiele mógł zobaczyć. Zaklął siarczyście pod nosem; żadne ze stworzeń nie chciało wyjść 

na którąś z licznych polanek, zupełnie jakby spodziewały się ataku z powietrza i tłoczyły pod 

każdą osłoną, na jaką udało im się natknąć.

- Nic z tego nie będzie, Bakkun. Wróć na kurs. Wydawało mi się, że dostrzegłem 

jeszcze jedno stworzenie z poszarpanym bokiem.

- Widujemy takie co dzień, Kai.

- Co dzień? Dlaczego nie ma o tym żadnej wzmianki w waszych raportach?

background image

- Nie sądziłem, że to może być ważne. Zawsze jest tyle do napisania w związku z 

naszą pracą...

- To jest wspólna misja...

- Zgoda, ale najpierw muszę wiedzieć, w jaki sposób miałbym wnieść w nią mój 

wkład.   Nie   miałem   na   przykład   zielonego   pojęcia,   że   zwyczajne   zestawienia   danych 

ekologicznych też są tak niezmiernie istotne.

- To moje przeoczenie, racja. Po prostu musisz informować o każdym niezwykłym 

zjawisku, na jakie natrafisz.

- Odnoszę wrażenie, Kai, że na Irecie nie ma rzeczy zwykłych. Jestem geologiem od 

wielu,   wielu   standardowych   lat,   i   nigdy   nie   spotkałem   się   z   planetą,   która   niezmiennie 

trwałaby w erze mezozoicznej i nie miała najmniejszego zamiaru przejść do następnego etapu 

geologicznej ewolucji. - Bakkun zerknął na Kaia kątem oka. Jego spojrzenie było chytre i 

tajemnicze. - Kto spodziewałby się znaleźć te stare czujniki?

- Oczekuj nieoczekiwanego! Taka jest przecież nieoficjalna dewiza naszego zawodu, 

nieprawdaż?

Słońce, które wczesnym rankiem ukazało się na krótko, jakby chciało mieć nadzór nad 

narodzinami nowego dnia, skryło się ponownie za chmury. Mgła unosząca się znad ziemi 

momentalnie   ograniczyła   widoczność,   przysparzając   Bakkunowi   sporych   trudności   w 

pilotowaniu ślizgacza, toteż rozmowa się urwała. Kai zajął się określeniem zasięgu dawnego 

złoża,  sprawdzając,  dokąd sięgają stare  czujniki, które  zapalały się  leniwie  na ekranie w 

odpowiedzi na jego sygnał.

Czujniki ciągnęły się daleko poza linię lotu, schodziły w dół, w kierunku Doliny 

Przesmyku, której dno opadało, tworząc rozległy płaskowyż. Wlecieli do doliny. Cała uwaga 

Bakkuna   skupiona   była   na   prowadzeniu   maszyny,   ponieważ   dostali   się   w   prąd   ciepłego 

powietrza,   które   miotało   ślizgaczem   jak   piórkiem.   Gdy   minęli   łańcuch   pradawnych 

wulkanów, których smukłe, wygasłe już kratery, porośnięte skąpą roślinnością wbijały się w 

obniżające   się   teraz   chmury   deszczowe,   Bakkun   skierował   ślizgacz   w   stronę   środkowej 

doliny.   Ściany   uskoku   odsłaniały   kolejne   etapy   wypiętrzenia,   któremu   ulegały   wzgórza 

otaczające   dolinę.   Gdy   niewielki   ślizgacz   przeleciał   ze   świstem   obok   tej   zastygłej 

encyklopedii   geohistorii,   bezczelnie   ją   zresztą   lekceważąc,   Kai   poczuł   w   duszy   dziwną 

mieszaninę grozy i rozbawienia. Grozy przed potężnymi siłami, które sformowały to urwisko 

i równie dobrze mogły je zetrzeć z powierzchni planety, kiedyś, w pewnym niewyobrażalnym 

momencie jej istnienia; rozbawienia, że człowiek ośmielił się wybrać sobie jedną znikomą 

chwilkę z nieubłaganego czasu i pokusił się odcisnąć na Irecie swe piętno.

background image

-   Padlinożerne,   Kai   -   oznajmił   Bakkun,   przerywając   rozważania   swego   dowódcy. 

Wskazał gestem na prawą stronę. Kai spostrzegł całe stado.

- To przecież złote ptaki, a nie padlinożerne - sprostował.

- Co za różnica...

- Jest różnica. Co one robią paręset kilometrów od najbliższego zbiornika wodnego?

- Są groźne? - zapytał Bakkun, okazując spore zainteresowanie.

- Nie sądzę. Są inteligentne, wzbudziliśmy wczoraj ich ciekawość... Co one robią tak 

daleko? - powtórzył Kai, gubiąc się w domysłach.

- Zaraz się dowiemy. Zbliżamy się do nich.

Kai kazał Bakkunowi przechylić nieco ślizgacz, by mógł przyjrzeć się osobnikom, 

które przysiadły na ziemi. Ptaki zaintrygowała obecność nieznanego obiektu i wszystkie z 

zaciekawieniem wpatrywały się w niebo. Kai zauważył źdźbła grubolistnej trawy wystające 

niektórym z dziobów.

Nie, nie było żadnych wątpliwości - ich wysoko wyciągnięte łby wyraźnie śledziły lot 

ślizgacza. Po chwili kilka mniejszych ptaków zaczęło dalej skubać trawę.

- Dlaczego wybrały się aż tak daleko? Po trawę?

- Nie jestem ksenobiologiem - odparł Bakkun powściągliwie i w swój flegmatyczny 

sposób. Nagle jego głos przybrał tak niezwykle naglący ton, że Kai odwrócił się w jego stronę 

i instynktownie cofnął w fotelu. - Zobacz tam!

- Co u...

Dolina   zwężała   się   nieco   w   miejscu,   gdzie   wystawał   słup   uskokowy.   Z   ciasnego 

wąwozu   wyłoniło   się   jedno   z   największych   stworzeń,   jakie   Kai   kiedykolwiek   widział. 

Badylaste   cielsko   poruszało   się   niezgrabnym   chodem,   zbliżając   się   nieustępliwie   do 

sparaliżowanych ptaków. Kai nastawił ostrość kamery na zwiększoną odległość i obserwował, 

jak kolos dumnie wkracza na swych potężnych tylnych nogach do spokojnej doliny.

- Psia...! To jeden z kłączy...

- Spójrz na ptaki, Kai! - rzucił Bakkun.

Z   niechęcią   rezygnując   z   obserwacji   potwora,   Kai   zerknął   wyżej.   Część   ptaków 

zerwała się do lotu, tworząc na niebie osobliwą formacje obronną. Pozostałe dalej skubały 

trawę, jeśli można tak nazwać nerwowe szarpanie liści roślin. Varian musiała mieć rację z 

tymi   torbami   przydziobowymi   -   Kai   zauważył,   że   dzioby   ptaków   są   czymś   wypchane. 

Zwierzaki nafaszerowały się pewnie trawą.

- Drapieżnik dostrzegł je! Jeśli tylko rzuci się do ataku, te, które są na ziemi, nie zdążą 

się wznieść w powietrze! - Dłoń Bakkuna zacisnęła się wokół rękojeści lasera.

background image

- Poczekaj! Popatrz na niego!

Toporny łeb drapieżnika skierowany był teraz w stronę ptaków, zupełnie jakby bestia 

dopiero co spostrzegła ich obecność. Potwór wzniósł przekrzywioną głowę - widocznie teraz 

dostrzegł stado krążące nad doliną. Natychmiast też przednie łapy intruza, absurdalnie krótkie 

w porównaniu z potężnymi udami i długością nóg, zadrżały i skurczyły się, zaciskając się 

nerwowo,   a   gruby   ogon,   pozwalajacy   zwierzęciu   utrzymać   równowagę,   ostro   smagnął 

powietrze. Co za żarłoczność, pomyślał Kai. Dwunożny stwór pozostał jeszcze przez chwilę 

w bezruchu, a potem puścił się niezgrabnie przed siebie, wyrywając po drodze trawę swymi 

śmiesznymi   łapami  i   opychając  się  olbrzymimi  gałęziami,   korzeniami,  ziemią,  dosłownie 

wszystkim, co popadło.

Nagle   ptaki   zaczęły   uciekać   wzdłuż   niewysokiej   stromizny,   którą   Kai   dostrzegł 

dopiero teraz, i nim bezpiecznie znalazły się w powietrzu, dały nura w trawy poniżej.

- Wciąż zbierają trawę, Kai!

Dowódca zogniskował teleskop. Zobaczył wystające spod skrzydeł ptaków pęki trawy. 

Złote stworzenia równomiernie wzbijały się coraz wyżej i wyżej, oddalając się coraz bardziej 

od doliny.

- Lecą w stronę morza, Bakkun?

- Owszem. I to przy mocnym przeciwnym wietrze. Kai rzucił okiem na pasącego się 

potwora, który ani na moment nie przerwał żarłocznego pałaszowania trawy.

- Hmm... Czemu i ptaki, i monstrum potrzebują trawy? - mruknął Kai, głośno myśląc.

- To wygląda na swoisty dodatek do diety - odparł Bakkun, nieświadom, że Kai mówił 

sam do siebie.

- Czy mógłbyś zejść ślizgaczem niżej? Wyląduj tam, na przeciwnym krańcu doliny, z 

dala od potwora. Chciałbym wziąć parę próbek tego zielska.

- Dla Varian czy dla Divisti?

-   Możliwe,   że   dla   obu.   Dziwne,   że   bestia   nawet   nie   próbowała   ich   zaatakować, 

nieprawdaż?

- Prawdopodobnie nie gustuje w mięsie tych ptaków. Albo są śmiertelnymi wrogami?

-  Nie.  Odlot  ptaków   był   raczej  ostrożnością  niż   ucieczką.  Zupełnie   jakby...  jakby 

uważali dolinę za obszar neutralny... Coś w rodzaju zawieszenia broni.

-   Zawieszenie   broni?   Między   zwierzętami?   -   Bakkun   sceptycznie   odniósł   się   do 

pomysłu Kaia.

- Tak to wyglądało. Ale potwór jest z pewnością na zbyt prymitywnym etapie rozwoju, 

by stosować się do zasad logiki. Muszę skonsultować się z Varian.

background image

- Najlepiej. To najwłaściwsza osoba - przytaknął Bakkun, odzyskując zimną krew.

Wylądowali   gładko   na   skraju   niewielkiego   urwiska,   które   ptaki   wykorzystały   do 

startu.

- Nie jesteśmy złotymi ptakami, Kai - przypomniał grawitant, widząc na twarzy Kaia 

zdumienie wywołane miejscem obranym na lądowisko. - Nasza bestia może przypadkiem 

zechcieć urozmaicić sobie nami posiłek. - Łagodnie wyjął z rąk Kaia teleskop. - Możesz iść 

po próbki. Ja będę cię ubezpieczał.

Monstrum nie  przerwało jedzenia i nie zwróciło też najmniejszej uwagi na ślizgacz. 

Kai wydostał się skwapliwie na zewnątrz i zabrał się do rwania trawy. Na całe szczęście 

zabrał   rękawice   -   niektóre   ze   źdźbeł   miały   bardzo   ostro   zakończone   brzegi.   Krewniacy 

mieczowników, zawyrokował z przekąsem. Udało mu się wyrwać jedną kępę z korzeniami i 

ziemią.  W   cuchnącym   powietrzu   natychmiast   rozniósł   się   nowy,   smrodliwy   zapach.   Kai 

strząsnął ziemię. Przypomniało mu się, że ptaki zajadały wyłącznie liście, nie ruszając w 

ogóle korzeni. Ale Kai nie byłby sobą, gdyby nie wziął próbek wszystkiego, co rosło w 

okolicy, nawet roślin o grubych liściach, które ptaki zupełnie ignorowały. Kai umieścił swój 

zielnik w specjalnym pojemniku i z powrotem zajął swoje miejsce w ślizgaczu.

- W ogóle nie przestał się opychać - oświadczył Bakkun, wręczając Kałowi teleskop.

Kai wpatrywał się w drapieżnika, a tymczasem Bakkun poprowadził ślizgacz w górę. 

Zwierzę wytrwale jadło, nie kwapiąc się, by choć zerknąć na ślizgacz, gdy przelatywał nad 

jego głową.

Bakkun,  nie   otrzymawszy nowych  poleceń,  skierował   ślizgacz  w  stronę  wąskiego 

przesmyku   na   końcu   doliny.   Za   nim   teren   znacznie   się   osuwał.   Ziemia,   w   większości 

piaszczysta, nie rodziła wybujałej roślinności, dając oparcie jedynie skromnym krzakom.

- Czujniki ciągną się dalej wzdłuż doliny, Kai - powiedział Bakkun, odwracając uwagę 

Kaia od potwora.

Kai zerknął na sejsmiczny skaner obrazu.

- Yhm. Ostatni mieści się zaraz za tamtym pasmem gór.

- Ta dolina jest naprawdę bardzo stara - przyznał Bakkun. - Linia czujników kończy 

się za krawędzią?

Kai był niemal uradowany, słysząc w jego głosie pytanie.

- Tak właśnie - odparł.

- A to dopiero...

Po raz pierwszy Kai wyczuł rozterkę w tonie grawitanta. Potrafił to zrozumieć, tym 

bardziej, że sam czuł się podobnie zagubiony.

background image

Spiętrzenie warstw, nad którym obecnie przelatywali, nastąpiło co najmniej milion lat 

przed ich przybyciem. Tymczasem odnaleziony czujnik bez wątpienia był dziełem Theków. 

Chyba że... - zabłąkana myśl przemknęła Kaiowi przez głowę i rozbawiła go nagle - chyba że 

Thekowie naśladują o wiele starszą cywilizację... na przykład cywilizację Innych? Thekowie 

jako naśladowcy? Kaiowi natychmiast wróciło poczucie rzeczywistości. Miałby konkurować 

z   Thekami   w   długowieczności?   Równie   dobrze   mógłby   rzucić   wyzwanie   grawitantom   i 

spróbować zmierzyć się z ich siłą. Liczyło się tylko tu i teraz, zwłaszcza jeśli wziąć pod 

uwagę   znikomość   czasu   ofiarowanego   człowiekowi,   nawet   przy   wszystkich   cudach 

współczesnej medycyny. On i jego zespół mieli wykonać zadanie teraz. Nieważne, że ktoś 

wykonał już podobne, w czasach gdy człowiek był jeszcze na etapie pojedynczej komórki, 

dryfującej sobie gdzieś po przedpolach długiego procesu ewolucji.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Z pomocą Paskuttiego i Tardmy udało się Varian opatrzyć rany Mabel. Jednak zwierzę 

zdołało  w  jakiś  niewiarygodny sposób  poluzować  końce  błony  ochronnej  i  mimo   osłony 

siłowej rozciągniętej nad zagrodą owady obsiadły okaleczony bok. Rana otwarła się jeszcze 

bardziej, gdy Mabel jak oszalała próbowała uwolnić się z lin, którymi grawitanci starali sieją 

utrzymać w ryzach. W końcu trzeba było przywiązać jej łeb do zdrowej nogi, by Varian mogła 

w ogóle do niej podejść.

Na szczęście, gdy Varian usunęła już insekty z rany, mogła uznać z satysfakcją, że całe 

zwierzę wygląda dość zdrowo.

- Przemyję jej nogę i opatrzę - oznajmiła Paskuttiemu, którego mdliło już od tych 

zabiegów.   -   Lepiej   zajmować   się   ofiarą   niż   napastnikiem.   Sam   pomyśl,   nadziać   się   na 

takiego...   -   Przypomniała   sobie   ohydny   łeb   stworzenia   i   rzędy   śmiercionośnych   zębów 

wyszczerzonych na filmie, który pokazywał jej Kai.

- Ten zwierzak nie stawiał zbyt wielkiego oporu - powiedział Paskutti tak ostrym 

tonem, że Varian spojrzała na niego. Nie oczekiwała oczywiście, że ujrzy choć cień emocji na 

pozbawionej wszelkiego wyrazu twarzy grawitanta, ale spostrzegła w jego jasnych oczach 

jakieś przedziwne podniecenie, które na moment ją przeraziło. Odniosła bowiem wrażenie, 

jakby Paskutti był nienaturalnie, wprost oburzająco podekscytowany widokiem rany i w ogóle 

całym zajściem, podczas którego jedno zwierzę pożerało żywcem inne. Szybko odwróciła się, 

nie chcąc, by Paskutti zauważył, że go obserwuje.

Dokończyli zabieg bez dalszych utrudnień ze strony Mabel, za to gdy uwolnili ją z lin, 

z taką złością machnęła ogonem, że musieli pośpiesznie wycofać się za ogrodzenie. Skoro 

tylko jej dobroczyńcy znaleźli się dalej, Mabel opuściła agresja. Zwierzak przerwał groźnie 

brzmiące warczenie i rozejrzał wokół, jakby zupełnie zbity z tropu nieoczekiwaną ucieczką 

“napastników". Jej krótkowzroczne oczy z wielką uwagą wpatrywały się w przestrzeń ponad 

ich   głowami.   Dopóki   stali   nieruchomo,   Mabel   nie   była   w   stanie   ich   spostrzec.  A  więc 

śmiertelny wróg Mabel musiał być o wiele większy od niej mimo pokaźnych rozmiarów jej 

cielska i nawet z daleka łatwo rozpoznawalny po zapachu, sądząc po gwałtownym rozdęciu 

jej nozdrzy.

-  Co   teraz,  Varian?   -   spytał   Paskutti,   gdy  wydostali   się   z   zagrody.   Jego   głos  był 

zupełnie matowy, co jedynie uwydatniało niecierpliwość, z jaką czekał odpowiedzi.

- Teraz przyjrzymy się zwierzętom zamieszkującym tereny poza płytą kontynentalną, 

żeby   Kai   i   jego   drużyna   mogli   bezpiecznie   rozłożyć   tam   obóz   pomocniczy.   Zabieramy 

background image

ślizgacz, Paskutti, więc jeśli zorganizujesz parę taśm, będziemy mogli również rozejrzeć się w 

poszukiwaniu minerałów.

- Broń?

- Zwykła, osobista. Nie będziemy polować. Będziemy obserwować - Varian odparła 

nieco   szorstko,   bardziej   oschle   niż   zamierzała,   ale   w   niewinnym   pytaniu   Paskuttiego 

dźwięczała   jakaś   odpychająca   i   wstrętna   żądza.   Tardma   zachowywała   się   obojętnie   jak 

zawsze, lecz należało pamiętać, że nigdy nie zrobiła niczego - nawet nie uśmiechnęła się - nie 

zerknąwszy najpierw na Paskuttiego.

Wrócili   do   obozu   po   sprzęt.   Varian   zauważyła   dzieciarnię   zgromadzoną   wokół 

ogrodzenia Dandy i przypatrującą się, jak Lunzie go karmi. Jego gruby, ale krótki ogonek 

śmigał to w jedną, to w drugą stronę - z zadowolenia lub nienasyconego łakomstwa.

- Dandy nie ma kłopotów z jedzeniem, co? - zapytała Bonnarda.

- To już druga butelka - oznajmił chłopiec, nie posiadając się z dumy.

- Lunzie mówi, że będziemy go mogli karmić, gdy trochę bardziej się z nami oswoi - 

dodała Cleiti, a Terilla pokiwała potakująco główką. Jej błyszczące oczy otwarły się szeroko, 

ożywione niewiarygodną przygodą, która ją czekała.

Biedna   mała   dziewczynka,   pomyślała   Varian,   wspominając   swe   szczęśliwe 

dzieciństwo spędzone z rodzicami - weterynarzami pośród najróżniejszych gatunków zwierząt 

na rozmaitych planetach. Nie pamiętała, by kiedykolwiek zabrakło jej zwierzaka, którego 

mogłaby przytulić i opiekować się nim. Niewielkie stworzonka przynoszone jej rodzicom, by 

się   nimi   zaopiekowali   lub   wyleczyli   je,  powierzane   były  jej   pieczy,   odkąd  uznano   ją  za 

wystarczająco   odpowiedzialną   dziewczynkę.   Nie   lubiła   tylko   Galormisów,   Jej   wrodzony 

instynkt   ostrzegł   ją   przed   nimi   już   w   chwili,   gdy   odkryto   te   zamaskowane   diabły   na 

Aldebaranie 4, lecz jako początkujący adept weterynarii musiała trzymać język za zębami i 

nie   zwierzać   się   nikomu   ze   swych   podejrzeń.   Miała   sporo   szczęścia,   gdy   Galormis 

zaatakował mieszkańców jej domu, wyruszywszy na swój nocny żer. Na ramieniu Varian 

zostały  jedynie   słabo   widoczne   ślady  zębów.  Jego   siekacze   wyposażone   były  w  kanaliki 

zawierające   substancje   paraliżujące,   dzięki   którym   Galormis   mógł   obezwładnić   ofiarę. 

Potwór zdążył zabić swojego opiekuna, lecz na szczęście strażnik, zaalarmowany tym, że nie 

nadchodził jego zmiennik, zbudził obóz. Galormis został schwytany, ogłuszony, a później 

uśmiercony. Planetę zaś wciągnięto na listę światów zakazanych.

- Najpierw sprawdzimy, czy Dandy potrafi się zachować, Terilla - powiedziała Varian, 

wierząc szczerze w stare przysłowie, że “kto się na gorącym sparzy, ten na zimne dmucha". 

background image

Ten, kto je wymyślił, nie miał oczywiście na uwadze Galormisów, za to miała ich na uwadze 

Varian i uznała powiedzenie za równie trafne w odniesieniu do sytuacji z Dandym.

- Jak się ma Mabel? - spytała Lunzie, rzucając Varian przelotne spojrzenie.

Varian opowiedziała jej wszystko ze szczegółami, po czym dodała:

- Wyruszamy dziś na zwiad na północ. Zespół Kaia będzie musiał wkrótce założyć 

tam obozy pomocnicze, a nie chcę, by natrafili na kłącze, które dobierały się do Mabel. Poza 

tym drużyny geologiczne zostały zobowiązane do składania natychmiastowych raportów, jeśli 

zauważą jakieś ranne zwierzę. W razie czego, daj nam znać, Lunzie, dobrze?

Lekarka przytaknęła.

- Możemy lecieć z tobą, Varian? - zapytał Bonnard. - Wzięlibyśmy duży ślizgacz, co? 

Proszę, Varian...

- Nie dziś.

- Masz dzisiaj swój dyżur, Bonnard, wiesz przecież - przypomniała mu Lunzie. - I 

lekcje.

Bonnard miał minę tak buntowniczą, że Varian dała mu kuksańca w bok i szeptem 

nakazała trzymać fason. Cleiti, bardziej czuła na dezaprobatę ze strony dorosłych, trąciła go z 

całej siły łokciem między żebra.

-   Mieliśmy   wolne   wczoraj,   Bon.   Gdy   nadejdzie   odpowiednia   pora,   znowu 

wybierzemy  się   na   wycieczkę.   -  Cleiti   uśmiechnęła   się   do  Varian,   choć   jednocześnie   jej 

spojrzenie było pełne tęsknoty i zawodu.

To takie miłe dziecko, ta Cleiti, pomyślała Varian, zmierzając razem z grawitantami do 

magazynu po sprzęt. Sprawdziła ślizgacz, mimo że Portegin dokonał już rano przeglądu.

Rozpoczęli podróż w samą porę, tuż po pierwszych porannych opadach deszczu. Na 

Irecie było regułą, że po ulewie chmury rozstępowały się leniwie, pozwalając jasno-żółtemu 

słońcu   ogrzać   nieco   ziemię.   Varian,   nie   przyzwyczajona   do   światła,   zmrużyła   oczy.   Na 

szczęście   natychmiast   pociemniała   szybka   jej   hełmofonu,   czuła   na   zmianę   oświetlenia. 

Czasem  Varian   odnosiła   wrażenie,   że   dziwaczne   żółte   światło   sączące   się   przez   chmury 

bardziej kłuje w oczy niż bijące prosto w twarz promienie słoneczne.

Dopiero gdy znaleźli się dziesięć kilometrów od obozu, indykator wykrył obecność 

pierwszych   stworzeń,   w   większości   zresztą   już   oznakowanych.   Miejsce,   w   którym 

wylądowali, okazało się “martwym" rejonem - zwierzęta pierzchły gdzieś, jakby wieść o 

nadejściu intruzów powoli szerzyła się pośród mieszkańców Irety. To niedostępny światek, 

pomyślała Varian, jak wszystkie bardziej... cywilizowane? Zaawansowane w rozwoju brzmi 

lepiej, zauważyła po cichu. A wiec na wszystkich zaawansowanych w rozwoju planetach 

background image

wyglądało to tak, jakby wiadomość o przybyciu obcych roznosił wiatr wiejący z miejsca ich 

lądowania   i   zwierzęta   natychmiast   się   gdzieś   zaszywały.   Chyba   że,   oczywiście,   była   to 

inteligentna,   gościnna   planeta   -   wówczas   mieszkańcy   gromadzili   się,   by   przypatrzeć   się 

przybyszom. Lecz zdarzały się też powitania pełne rezerwy - nie tchórzliwe i nie agresywne, 

po prostu obojętne. Varian przypomniał się płaszcz osłony siłowej rozciągnięty nad obozem. 

Zupełnie   niepotrzebna   rzecz,   parsknęła   lekceważąco,   przydaje   się   tylko   do   odstraszania 

insektów. Przynajmniej w obecnych okolicznościach, gdy zwierzęta i tak trzymały się z dala. 

Może problem Kaia dałoby się rozwiązać, zakładając po prostu ten jego obóz pomocniczy, i 

najpierw,   zabezpieczywszy   go   niewielkimi   osłonami   siłowymi,   pozwolić   miejscowej 

zwierzynie usunąć się niepostrzeżenie z danego terenu, a dopiero potem przenieść tam ludzi.

Był jednak kłacz! Prawdziwy olbrzym! Na filmie Kaia trzęsły się czubki drzew, gdy 

bestia   kroczyła   przez   las.   Duża   osłona   siłowa   mogłaby   go   porazić,   może   i   zrazić   do 

podejmowania   kolejnych   prób   ataku...   Ostatecznie   w   cieniu   aktywnych   wulkanów   nie 

rozwijało  się  bujnie  życie  zwierzęce,  a  więc  wszystkie  stworzenia,  duże  i  małe,  musiały 

wiedzieć dostatecznie dobrze, co to jest ogień i czym grozi. Natomiast mniejsze osłony... 

Mniejsze osłony nie byłyby w stanie powstrzymać zdecydowanego ataku zgłodniałego albo 

przerażonego   kłacza,   a   podobną   możliwość   powinna   przecież   wziąć   pod   uwagę.   Ba, 

zważywszy apetycik drapieżników jego rozmiarów!

Varian   wyznaczyła   kurs   na   północny   wschód,   na   rozległy,   wysoki   płaskowyż, 

otoczony   niebotycznymi   księżycowymi   górami,   jak   określał   je   Gaber.   Z   właściwą   sobie 

pedanterią Gaber wyjaśnił jej kiedyś, jak to dwie płyty kontynentalne nasunęły się na siebie, 

wypiętrzając   owe   olbrzymie   kamienne   szczyty.   Płaskowyż,   który  otaczały,   był   wcześniej 

dnem oceanicznym. Każdy udający się w tę okolicę otrzymywał od Gabera i Trizeina gorące 

polecenie,   by   szukać   skamielin.   To   właśnie   tutaj,   u   stóp   gór   pochodzących   z   późnego 

fałdowania, Kai miał nadzieję natrafić na pokłady minerałów. Tereny znajdowały się daleko 

poza zasięgiem starych czujników. Ich odkrycie, nie wiadomo czemu, wpłynęło na Varian 

uspokajająco. Kai zaś zdawał się strasznie nimi rozdrażniony. Varian zachodziła w głowę, 

dlaczego - przecież KOB nie miałby chyba ochoty utracić tej dwukrotnie, bądź co bądź, 

sondowanej planety. Poza tym Thekowie żyją dość długo, by naprawić popełnione błędy - 

jeśli w ogóle zdarzyło im się kiedyś jakieś popełnić. A może właśnie dlatego, że mają dość 

czasu, by korygować usterki, uchodzą za nieomylnych?

Przed   płaskowyżem,   na   który   się   kierowali,   porośniętym   niegościnną,   kostropatą 

roślinnością   -   ni   to   trawą,   ni   krzewami   -   ciągnął   się   szeroki   pas   puszczy,   przez   którą 

zazwyczaj   przedzierali   się   krewniacy   Mabel   i   gdzie   zwykł   czyhać   kłacz.   Daleko   nad 

background image

wschodnim horyzontem unosiły się chmury pyłu wulkanicznego, przeszywane od czasu do 

czasu grzmiącymi błyskawicami, których huk odbijał się echem w czujnikach pokładowych 

ślizgacza.

Naraz   spostrzegli   stado   krążących   w   powietrzu   padlinożernych.   Wylądowały,   by 

przyjrzeć się ofierze, lecz niestety sprowadzona już została do zestawu kości i kosteczek, 

toteż ewentualne ślady ran zadanych jej  przez mordercę nie nadawały się z oczywistych 

względów   do   zbadania.   Padlina   nigdy   nie   gniła   na   Irecie.   Wytrwałe   owady   dziurawiły 

pracowicie   swymi   drobnymi   kleszczami   szkielet   niczym   rzeszoto.   Kości   znikną   w   ciągu 

jednego   dnia.  Tylko   twardsza   czaszka   była   nietknięta   -  Varian,   spryskawszy  ją   najpierw 

preparatem antyseptycznym, przyjrzała się jej dokładnie.

- Odpowiada rozmiarami czaszce Mabel? - spytał Paskutti, patrząc, jak Varian drutem 

przewraca czaszkę z jednej strony na drugą.

- Jest w każdym razie grzebieniasta. O, zobacz... widzisz? Rozszerzona jama nosowa... 

Można przypuszczać, że Mabel ma o wiele lepszy węch niż wzrok. Pamiętasz, co wyprawiała 

dziś rano?

- Skoro na tej planecie wszystko wonieje... - odparł Paskutti z taką gwałtownością, że 

Varian obejrzała się na niego. Myślała z początku, że chce być zabawny, tymczasem Paskutti 

powiedział to ze śmiertelnie poważną miną.

-   Rzeczywiście,   cała   planeta   po   prostu   śmierdzi,   ale   Mabel   musiała   już   do   tego 

przywyknąć, więc jest w stanie rozpoznać pewne zapachy i odpowiednio zareagować. Nos 

jest z pewnością jej głównym środkiem obronnym.

Varian zrobiła trzy trójwymiarowe zdjęcia i z niemałym wysiłkiem odłamała fragment 

chrzęści nosowej i drzazgę z kości, by później poddać je dogłębnej analizie. Czaszka była 

nieporęczna i nie nadawała się do transportu.

Padlinożerne przez cały czas krążyły wysoko ponad ich głowami, a gdy tylko Varian i 

Paskutti wznieśli się ślizgaczem w górę, ptaki sfrunęły na ziemię, jakby z nadzieją, że w 

porządnie już objedzonym szkielecie intruzi odnaleźli jednak jakieś smakowite kąski, które 

one przeoczyły.

Varian   mruknęła   coś   pod   nosem.   Życie   na   Irecie   toczyło   się   szybko,   szybko   też 

nadchodziła śmierć. Nie należało się dziwić, że Mabel, choć tak ciężko raniona, starała się 

utrzymać na nogach. Dla zranionego zwierzaka upaść znaczyło nigdy się już nie podnieść. 

Czy   przyjście   Mabel   z   odsieczą   było   przysługą,   czy   może   tylko   odroczeniem   jej   i   tak 

wczesnej śmierci? A jednak - rana goiła się, a kąśliwe zębiska nie naruszyły trwale struktury 

mięśnia ani nie złamały kości. Mabel będzie żyła, i niebawem będzie zupełnie zdrowa.

background image

Ślizgacz dotarł do miejsca, gdzie pasły się roślinożerne - tutaj właśnie znaleźli Mabel. 

Varian zredukowała pracę głównego silnika i Ślizgacz zawisł nieruchomo w powietrzu. Stado 

pasło   się   spokojnie.   Pod   szerokimi,   ociekającymi   deszczem   liśćmi   Varian   dostrzegła 

cętkowany grzbiet zwierzęcia, trzymającego się pod wiatr, aby nie zwęszyły go roślinożerne. 

Przedtem drapieżnik zachował się zbyt porywczo i spłoszył całe stado, poza jedną Mabel, 

która nie była w stanie szybko się poruszać.

Poziom inteligencji roślinożernych zastanowił Varian. Można by się spodziewać, że w 

końcu   nauczą   się   wystawiać   czaty,   jak   czynią   to   inne   gatunki   na   równie   nieprzyjaznych 

planetach, by ostrzegały stado przed zbliżającymi się drapieżnikami. Ale nie, czaszka, jaką 

widzieli, mogła pomieścić mózg niewielkich rozmiarów, tak niewielkich, iż nie był w stanie 

właściwie   pokierować   tak   potężnym   ciałem.  A  może   miały   dodatkowy  mózg   w   ogonie? 

Varian słyszała o podobnej kombinacji już wcześniej, dawno, dawno temu. Dodatkowy zespół 

mózgowy  w  przypadku   tak   ogromnej   bestii   nie   byłby  wcale   osobliwością.   Jama   nosowa 

przypuszczalnie mogła była pchnąć puszkę mózgową bardziej do tyłu. Więcej węchu, mniej 

rozumu, oto Mabel jak na dłoni!

- Widzę jednego z wygryzionym bokiem - oznajmiła Tardma, spoglądając badawczo w 

lewą stronę. - To świeża rana!

Varian   zerknęła   na   zwierzę,   z   trudem   powstrzymując   dreszcz   obrzydzenia.   Mimo 

zalanego krwią, postrzępionego boku, zranione zwierzę ze stoickim spokojem pałaszowało 

liście. Głód dominuje nad bólem, pomyślała Varian. Zaspokoić go - to tylko się liczy.

- Jest następny. Ma starszą ranę! - zawołał Paskutti, dotykając jej ramienia, by zwrócić 

jej uwagę w drugą stronę.

Rana rzeczywiście pokryła się już strupem, lecz gdy Varian wzmocniła powiększenie 

teleskopu, ujrzała rojące się pasożyty żerujące aa skaleczeniu. Od czasu do czasu roślinożerny 

przerywał jedzenie, by otrzeć obolały bok. Widać było wówczas, jak od rany odpada cała 

masa insektów, strąconych językiem zwierzęcia.

Ślizgacz poruszał się wolno, trzymając się ciągle pod wiatr, by stado nie zwróciło na 

niego uwagi. Varian mogła przyjrzeć się zwierzętom dokładniej. Poza kilkoma osobnikami, 

boki wszystkich roślinożernych pokrywały makabryczne rany. Do wyjątków należały przede 

wszystkim zwierzęta młode i mniejsze.

- Może szybciej biegają? - zauważyła Tardma.

- Raczej nie są dość... soczyste - odrzekła Varian.

- Albo chronią  je  dorosłe  -  wtrącił  Paskutti.  - Przypomnij   sobie:  młode  biegły  w 

środku stada, gdy natrafiliśmy na nie po raz pierwszy.

background image

- Mimo wszystko wolałabym wiedzieć... - zaczęła Varian, ale Paskutti nie pozwolił jej 

dokończyć.

- Być może zaraz się dowiesz - powiedział, wskazując na dół.

W najbardziej oddalonym krańcu puszczy jeden z roślinożernych przerwał nagle ucztę 

i   stanąwszy   na   tylnych   nogach,   wyciągnął   swój   grzebieniasty   łeb   na   północ.   Równie 

niespodziewanie opadł na ziemię i odwróciwszy się, pognał ile sił w nogach na południe, 

wydając z siebie prychające pogwizdywania. Inny zwierzak, bynajmniej nie zaalarmowany 

nieoczekiwaną ucieczką towarzysza, dopiero po chwili zwietrzył ten sam zapach. Zagwizdał i 

rzuciwszy się na cztery nogi, potoczył się ciężko w kierunku południowym. Roślinożerne 

uciekały - jeden po drugim, lecz zupełnie niezależnie od siebie. Młodsze osobniki wkrótce 

doścignęły starsze i niebawem je przegoniły. Parskliwe gwizdy stawały się coraz bardziej 

hałaśliwe i pełne przerażenia.

-   Czekamy?   -   zapytała   Tardma,   zaciskając   kurczowo   krótkie,   grube   palce   wokół 

sterów.

- Owszem, czekamy - odparła Varian, świadoma tłumionej gorliwości Tardmy.

Nie   musieli   czekać   długo.   Najpierw   doszedł   ich   odgłos   trzasku,   potem   ujrzeli 

zmierzające majestatycznym krokiem zwierzę. Pochyliło nisko łeb i wyciągając swe krótkie 

przednie łapy, rzuciło się w szaleńczą pogoń, utrzymując równowagę przy pomocy grubego, 

ciężkiego   ogona.   Zwierz   biegł   z   otwartą   paszczą,   ogromną,   ociekającą   śliną;   widać   było 

błyskające   rzędy   ostrych   jak   szpilki   zębów.   Gdy   przetoczył   się   obok   zawieszonego   w 

bezruchu ślizgacza, Varian dostrzegła jego oczy - małe zgłodniałe oczka, mordercze oczka 

drapieżnika...

- Lecimy za nimi? - zapytała Tardma dziwnie zdyszanym głosem.

- Oczywiście.

- By przeszkodzić w procesie zachowania równowagi biologicznej? - odezwał się 

Paskutti ironicznie.

- Równowagi? - Varian dławiła się niemal własnymi słowami. Nie powinna stracić 

cierpliwości.   -   Równowagi,   Paskutti?   Ten   potwór   nie   zabija   z   głodu,   on   masakruje   dla 

przyjemności.

-   Może   tak,   może   nie   -   odparł   grawitant   i   poprowadził   ślizgacz   w   ślad   za 

drapieżnikiem.

Zwierzę chwilami znikało im z oczu, ale mimo to z łatwością dało się śledzić jego 

bieg - zdradzały go łamiące się i drżące drzewa, w popłochu wyrywające się do lotu ptactwo i 

pierzchające ze strachu nieduże lądowe żyjątka. Prędkość drapieżnika znacznie przewyższała 

background image

szybkość   niezdarnej   ucieczki   roślinożernych;   dogonienie   stada   było   tylko   kwestią   czasu. 

Varian jak zwykle podeszła do pościgu emocjonalnie - czuła, jak drży, zaschło jej w gardle, 

miała przyspieszony oddech. Zdumiała ją natomiast przemiana, jaka zaszła w grawitantach. 

Pierwszy raz, odkąd rozpoczęła z nimi pracę, okazywali jakiekolwiek uczucia - ich twarze 

wykrzywiał grymas gorączkowego podniecenia, niezrozumiałej żądzy, chciwości, które nie 

miały nic wspólnego z cywilizowaną reakcją.

Była   przerażona.   Gdyby   zamiast   Paskuttiego   to   ona   siedziała   teraz   za   sterami, 

zawróciłaby   natychmiast,   nie   czekając   na   finał   pogoni.   To   jednak   wystarczyłoby,   żeby 

poderwać   jej   autorytet   w  oczach   grawitantów.   Owszem,   tolerowali   fizyczne   ograniczenia 

swych przełożonych, lecz moralne tchórzostwo spotkałoby się jedynie z ich pogardą. Przecież 

to ona właśnie zorganizowała tę wyprawę, by sprawdzić, jak niebezpieczny może być potwór 

w   stosunku   do   roślinożernych   i   co   groziłoby   obozom   pomocniczym   Kaia.   Nie   mogła 

zawrócić, choćby ze względu na poczucie przyzwoitości. Poza tym... nie pojmowała swojej 

reakcji - widywała już bardziej odrażające formy śmierci, drastyczniejsze zmagania miedzy 

zwierzętami.

Tymczasem drapieżnik zrównał się już ze stadem. Upatrzył sobie jedno stworzenie i 

zapędził je przerażone w pułapkę bez wyjścia, pomiędzy zwalone drzewa. Oszalałe ze strachu 

stworzenie próbowało wspiąć się na przewrócone konary, lecz jego przednie łapy okazały się 

niezdolne   do   tego   rodzaju   ćwiczeń,   poza   tym   pnie   i   tak   nie   utrzymałyby   ciężaru   jego 

masywnego   cielska.   Becząc   i   gwiżdżąc   przeraźliwie,   zwierzę   osunęło   się   powoli   w   łapy 

drapieżnika. Ten jednym potężnym uderzeniem nogi zwalił sparaliżowaną z trwogi ofiarę na 

ziemię.   Przednimi   łapami,   niezbyt   pokaźnych   rozmiarów   w   porównaniu   z   tylnymi 

kończynami, zmierzył wielkość drżącego boku zwierzęcia. Jego ruchy były plugawe, by nie 

rzec sprośne. Naraz zwierzak zawył - drapieżnik zatopił zęby w jego pachwinie i wyrwał z 

niej kęs ciała.

Varian zebrało się na wymioty.

- Przerwij ten horror, Paskutti! Zabij go!

- Nie uratujesz wszystkich roślinożernych na Irecie, zabijając jednego drapieżnika - 

odparł grawitant, ze wzrokiem utkwionym w odrażające sceny. Jego oczy płonęły żądzą krwi.

- Nie chcę uratować wszystkich, tylko tego jednego! - wrzasnęła Varian, sięgając do 

sterów.

Twarz   Paskuttiego   przybrała   znajomy   obojętny   wyraz.   Grawitant   zwiększył   moc 

silnika i ślizgacz opadł na napastnika, który szykował się właśnie do kolejnego kęsu. Gdy 

background image

spaliny ślizgacza osmaliły nieco skórę na głowie bestii, ryknęła z bólu. Stanąwszy dęba i 

utrzymując równowagę przy pomocy potężnego ogona, próbowała schwytać ślizgacz.

- Jeszcze raz, Paskutti! - rozkazała Varian.

- Wiem, co robić - fuknął Paskutti matowym, srogim głosem.

Varian zerknęła na Tardmę - jej oczy również pałały niepojętym pragnieniem krwi. A 

Paskutti? Ależ on bawi się z tą bestią, pomyślała przerażona Varian.

Tym razem grawitantowi udało się pozbawić drapieżnika równowagi. By potwór mógł 

utrzymać się na dwóch nogach, musiał puścić zdobycz.

- Wstawaj, głuptaku! Wstawaj i uciekaj! - wydzierała się Varian, widząc, że beczący 

przeraźliwie trawożerca nie rusza się na krok z miejsca, gdzie upadł, brocząc obficie krwią.

- Nie ma dość oleju w głowie, by domyślić się, że jest wolny - zawyrokowała Tardma 

głosem spokojnym, choć pełnym pogardy.

- Wygoń stamtąd tego potwora, Paskutti!

Varian nie musiała wcale tego mówić - Paskutti sam wpadł na ten pomysł.

Drapieżnik,   spostrzegłszy   wreszcie,   skąd   zagraża   mu   niebezpieczeństwo,   usiłował 

strącić ślizgacz swymi krótkimi łapami i potężnym łbem. Tym samym coraz bardziej oddalał 

się od swej ofiary.

Paskutti bawił się z potworem, który nieudolnie próbował się bronić. Zanim Varian 

zdała sobie sprawę, co Paskutti zamierza, grawitant przechylił ślizgacz i włączając napęd 

odrzutowy,   skierował   cały   strumień   palącego   powietrza   z   silników   na   łeb   zwierzaka. 

Przeraźliwy ryk bólu dotarł do ich uszu. Ślizgacz gwałtownie ruszył do przodu, wciskając 

Tardmę i Varian w fotele. Zaraz też rzuciło nimi w przeciwną stronę, ponieważ Paskutti 

natychmiast zawrócił, by przyjrzeć się efektom swego eksperymentu.

Drapieżnik próbował otrzeć poczerniały, zlany krwią łeb. Wściekle kołysał głową, 

słaniając się na nogach w śmiertelnych katuszach.

- Sprawdźmy, czy to go czegoś nauczyło - oznajmił Paskutti i naprowadził ślizgacz na 

drapieżnika.

Bestia usłyszała odgłos maszyny, ryknęła boleśnie i potykając się co chwila, popędziła 

szaleńczo w przeciwną stronę.

- Proszę bardzo, Varian. Nauczył się, że ślizgacz oznacza ból. Nigdy więcej nie będzie 

grasował na obszarze, gdzie usłyszy ślizgacz.

- Nie o to mi chodziło, Paskutti - wydusiła z siebie Varian.

-   Ksenobiologowie   zawsze   tak   wymiękają.   Ten   potwór   to   twardziel.   Nic   mu   nie 

będzie. Pewnie chcesz zająć się rannym trawojadem, co?

background image

Starając   się   zapanować   nad   nagłym   uczuciem   obrzydzenia   do   Paskuttiego   -   co 

kosztowało  ją  sporo wysiłku, Varian  skinęła  potakująco  głową  i  zagrzebała  się  w swych 

weterynaryjnych przyborach. Roślinożerca nadal spoczywał na ziemi, przewrócony na bok, 

wciąż zbyt przerażony, by pozbierać się i uciec. Zraniona kończyna drgała, widać było, jak 

kurczą się odsłonięte mięśnie, wywołując za każdym razem bolesne, gwiżdżące pojękiwania 

zwierzęcia.   Varian   nakazała   Paskuttiemu   zatrzymać   ślizgacz   tuż   nad   stworzeniem,   które 

pochłonięte było całkowicie własnym bólem i pogrążone w panicznym strachu. Z góry łatwiej 

było rozpylić antybiotyk i nałożyć błonę ochronną. Ślizgacz unosił się jeszcze przez jakiś czas 

w powietrzu, nieco ponad zwierzęciem, które w końcu zrozumiało, że nie ma już żadnego 

niebezpieczeństwa i usiłowało wstać. Potem wietrzyło nosem dokoła, a upewniwszy się, że 

nic mu nie zagraża, otrząsnęło się, porykując z bólu wywołanego ruchem. Natychmiast też, 

zupełnie jakby nigdy nic, porwało liść paproci i schrupało go beznamiętnie. Rozejrzało się 

wokół, szukając więcej pożywienia i nie znalazłszy nic w pobliżu, powoli zaczęło wychodzić 

z pułapki, węsząc od czasu do czasu, i pojękując, gdy ból dawał o sobie znać.

Varian czuła na sobie wzrok Paskuttiego. Wolała na niego nie patrzeć, by nie dojrzał 

czasem w jej oczach wstrętu, jaki do niego czuła.

-   W   porządku,   możemy   zająć   się   dalszym   przeczesywaniem   terenu.   Musimy   się 

dowiedzieć,   kim   są   pozostali   mieszkańcy   przedgórza,   zanim   geologowie   będą   mogli 

bezpiecznie zabrać się do pracy.

Paskutti skinął głową i ponownie skierował ślizgacz na północny wschód. Po drodze 

natrafili   .jeszcze   na   trzy   gatunki   stadne   i   oznaczyli   je.   Do   Varian,   wciąż   ogłuszonej 

wcześniejszym incydentem, stopniowo docierała myśl, że wszystkie nowo poznane gatunki 

musiały mieć wspólnych przodków i dopiero ewolucja rozwinęła w nich różnice, w wyniku 

czego stanowią teraz osobne podgatunki.

Wrócili do bazy tuż przed początkiem wieczornej ulewy. Varian spostrzegła, że nie 

tylko ona jest szczęśliwa, że nie musi już dłużej siedzieć w ciasnej kabinie ślizgacza - także 

Tardma i Paskutti wydawali się z tego bardzo zadowoleni. Varian kazała Paskuttiemu dokonać 

przeglądu ślizgacza, a Tardmie zanieść nagrania Gaberowi, sama zaś pośpiesznie udała się do 

Mabel. Zwierzak zdążył już sprowadzić okoliczne drzewa do postaci ledwo odrastających od 

ziemi pniaków. Opatrunek trzymał się nieźle, a Mabel nie oszczędzała już zranionej nogi. 

Varian   z   entuzjazmem,   lecz   i   niechęcią   myślała   o   uwolnieniu   swojej   pacjentki,   i   tylko 

praktyczne   trudności   związane   z   zapewnieniem   Mabel   wystarczającej   ilości   pożywienia 

przekonały   ją   ostatecznie,   że   zwierzę   jak   najszybciej   powinno   znaleźć   się   na   wolności. 

Postanowiła   uwolnić   Mabel   rano   i   śledzić   jej   poczynania   ślizgaczem,   zachowując, 

background image

oczywiście, odpowiedni dystans. Chciała sprawdzić, czy Mabel ma instynktowne wyczucie 

kierunku,  czy  potrafi  się  w jakiś sposób porozumieć  z  innymi  członkami   stada.  Dziś  jej 

towarzysze   reagowali   na   zbliżające   się   niebezpieczeństwo   w   pojedynkę.   Głupie 

bezmózgowce   nie   umiały   połączyć   sił   przeciw   napastnikowi.   Wspólnie   z   łatwością 

podołałyby   drapieżnikowi   -   jeśli   oczywiście   miałyby   choć   odrobinę   odwagi   i   jakiegoś 

przewodnika stada.

Varian zastanawiała się, czy można by w jakiś sposób pobudzić inteligencję Mabel. 

Szybko jednak zdecydowała, że podobnego eksperymentu nie da się przeprowadzić. Trwałby 

zbyt długo, a przy rozmiarach mózgu Mabel szansę na sukces były śladowe. Poza tym, by 

Mabel mogła osiągnąć przyzwoity poziom inteligencji, trzeba by najpierw fizycznych zmian. 

Jej czaszka była w stanie pomieścić jedynie mózg odpowiedzialny za podstawowe funkcje 

życiowe, nie było w niej miejsca na nic więcej i nic więcej nie dałoby się zrobić. Chyba że ten 

gatunek wyposażony był w dodatkowy mózg w ogonie. Miałby wówczas większe zdolności 

motoryczne... Oczywiście, że Varian miała już do czynienia z gatunkami, które posiadały 

pomocnicze ośrodki nerwowe kontrolujące pracę kończyn, natomiast ich mózg główny był 

zlokalizowany centralnie w najbardziej odpornej części ciała. Człowiek pod tym względem - i 

nie tylko pod tym, pomyślała Varian, nie był najlepiej skonstruowany. Przynajmniej takiego 

zdania byli Thekowie.

Wolnym krokiem zmierzała właśnie do bazy, pochłonięta własnymi myślami, gdy z 

rozważań   wyrwał   ją   niespodziewanie   szum   ślizgacza.   Ktoś   wołał   za   nią   po   imieniu. 

Spostrzegła Kaia - wyglądał na bardzo zadowolonego. Ruchem ręki przywoływał ją do siebie. 

Dołączyła leniwie do niego i Bakkuna. Zwykle stateczna i opanowana twarz Kaia promieniała 

ożywieniem   i   radosną   ekscytacją.   Nawet   Bakkuna,   bądź   co   bądź   grawitanta,   spowijała 

otoczka satysfakcji i samozadowolenia.

- Mamy parę taśm, które natychmiast powinnaś obejrzeć, Varian! Znaleźliśmy jednego 

z twoich kłączy!

- Nawet mi o nich nie wspominaj!

- Uuh? Mieliśmy meczący dzionek, co? Cóż, to ci powinno dodać otuchy! Potrzebuję 

twojej opinii jako eksperta.

- Zabiorę nasze znaleziska do Gabera - oznajmił Bakkun i ruszył w kierunku pracowni 

kartografa, zostawiając dowódców samych.

-   Mówisz   więc,   że   dzień   ci   się   udał?   -   Varian   na   chwilę   zapomniała   o   swym 

beznadziejnym   nastroju.   Nie   miała   prawa   przygnębiać   Kaia   ani   odbierać   mu   radości   z 

dzisiejszych zdobyczy.

background image

- I to bardzo. Poczekaj, sama zobaczysz. - Zaprowadził ją do wahadłowca. - No, a co u 

ciebie? Da się oczyścić północno-wschodnią część przedgórza, abyśmy mogli rozłożyć nasz 

obóz?

- Najpierw obejrzymy  twoje nagrania - rzuciła czym prędzej Varian i przyspieszyła 

kroku.

Dotarli do kabiny pilota.

- Nie jest tajemnicą, że nie orientuję się dobrze w zwierzęcych zwyczajach - zaczął 

Kai,   umieszczając   kasetę   w   odtwarzaczu   -   ale   to,   co   zaraz   ci   pokażę,   jest   po   prostu 

pozbawione wszelkiej logiki. Otóż... otóż wyobraź sobie, że natrafiliśmy na złote ptaki w 

odległości jakichś stu sześćdziesięciu kilometrów od morza...

- Co takiego? - wykrzyknęła Varian. - Ależ to bez sensu...

Na ekranie pojawiły się ptaki. Widziała, jak opychają się źdźbłami trawy.

- Nie pomyślałeś czasem, by...

- Ha! Mam próbki każdego zielska, jakie tam rosło; trawy, krzaków, wszystkiego - 

oznajmił Kai, nie dając jej nawet dokończyć.

- I to “zielsko" jest rzeczywiście zielone, wcale nie purpurowe ani niebieskie...

- Patrz teraz!

- No, nie! A ten co tu robi? - Do doliny wkroczyła lilipucia postać, lecz wkrótce 

zbliżenie   kamery   przywróciło   drapieżnikowi   jego   względnie   prawdziwe   rozmiary.   -   To 

przecież bestia, która zaatakowała Mabel i...

- To nie może być ten sam...

-   Oj,   zdaję   sobie   z   tego   sprawę.   Chodzi   o   to,   że   one   są   dwa   razy   bardziej 

niebezpieczne, niż myśleliśmy. Spotkaliśmy dziś jednego, wyżerał właśnie bok następnemu 

trawojadowi; musieliśmy interweniować! A tu, niech go szlag, zajada sobie spokojnie trawę! - 

Zdumienie odebrało na chwilę Varian mowę. - Zastanawiam się... zastanawiam się, co takiego 

jest w tej trawie. Umieram z ciekawości! Wydawałoby się, że w swoim środowisku mają 

wszystko,  czego  im trzeba...  Choć  z drugiej   strony,  on  może  akurat  zamieszkiwać  tamte 

tereny. Za to ptaki...

- Ja też tak myślę. Teraz dopiero zobaczysz coś, co cię zupełnie zbije z tropu.

Na monitorze drapieżnik spostrzegł ptaki, a one wyczuły jego obecność i natychmiast 

sformowały szyk obronny. Varian ze zdumieniem obserwowała ich zdyscyplinowany odwrót.

- Kai! Kai?! Gdzieś ty się podział, chłopie? - dobiegł ich głos Dimenona, starszego 

geologa z zespołu Kaia. - Kai, odezwij się!

- Tutaj, Dimenon! Na wprost! - odkrzyknął Kai, zatrzymując taśmę.

background image

- Popraw mnie, jeśli się mylę: szukamy tu transuranowców, tak? - Wpadając jak burza 

do obskurnej kabiny, Dimenon wyrzucił z siebie najbardziej dramatycznym tonem, na jaki go 

było stać. Za nim wbiegła równie podekscytowana Aulia.

- Tylko nie mów...

-   Mówię:   znaleźliśmy   wielgachną,   ogromniastą   antyklinę   z   uranitytem...   Zasobną, 

gwarantuję! Jeśli jest inaczej, przez rok będę płacił wszelkie twoje rachunki!

- Gdzie?!

- Jak wiesz, mieliśmy iść wzdłuż południowo-wschodniej linii starych czujników i 

zająć się obszarem poza ich zasięgiem. Cóż, ich zasięg kończy się na skraju geosynkliny, jej 

orogeneza   jest  o  wiele  starsza   od  samej  okolicy.  To  Aulia  zauważyła   żyłę,  pobłyskujący 

brązem   kanał.  Akurat   zaświeciło   słońce...   Założyliśmy   sieć   sejsmiczną,   triangulacyjnie... 

Pomiary były dość pobieżne. W każdym razie oto odczyty, które otrzymaliśmy! - Dimenon 

wymachiwał wydrukiem niczym zdobycznym sztandarem. - Złoże, jedno z zasobniejszych! 

Opłacało się tu przyjechać choćby tylko dla niego. A pamiętaj, że w młodych masywach 

takich pokładów są pewnie tysiące. Mamy to, Kai, mamy to!

Kai   w   szale   radości   zaczął   okładać   Dimenona   kuksańcami,   przepełnionymi   może 

serdecznością,   lecz   niewątpliwie   dość   bolesnymi,  Varian   zaś   dusiła   w   niepohamowanym 

uścisku Aulię. Do kabiny napływali teraz pozostali członkowie zespołu geologicznego, by 

przyłączyć się do gratulacji.

- A już się zacząłem zastanawiać nad tą planetą. Niby znajdowaliśmy jakieś tam ślady 

rudy, owszem, ale wciąż nie było złóż... - opowiadał Triv.

- Triv! - odezwał się Gaber. Jego twarz, usmarowana atramentem, po raz pierwszy 

emanowała   prawdziwą   radością.   -   Zapominasz,   że   nasz   obóz   mieści   się   na   starej   płycie 

kontynentalnej, po której nie należało się wiele spodziewać...

- I pomyśleć, że wystarczyło pójść kawałek dalej, dosłownie za miedzę, na drugą 

płytę!... I patrzcie, jakie są efekty! - Dimenon ponownie odtańczył swój tryumfalny taniec, 

wywijając kartkami papieru jak proporcem, póki nie zahaczył nimi o Portegina, co niemal 

skończyło się podarciem ich na kawałki. Natychmiast przerwał swoje szaleńcze młynki i 

ostrożnie zwinąwszy bezcenny wydruk, upchnął go do kieszonki na piersi.

- Na zawsze w mym sercu!

- Sądziłam, że to moje miejsce - zauważyła uszczypliwie Aulia.

- Nie obędzie się chyba bez bankietu? - zaproponowała Lunzie, wytykając głowę zza 

drzwi.

background image

- Tylko mi nie mów, że przyrządziłaś jakiś rozweselający soczek! - zawołał Dimenon, 

wygrażając jej oskarży cielsko palcem.

-  Cóż,  wiesz  przecież,   że  sposobów  podawania  owoców  jest  bez   liku...  -  odparła 

Lunzie tonem tak niewinnie słodkim, że Varian wyrwał się okrzyk zdumienia.

- Czyżbyś nie wiedział, że Lunzie potrafi zrobić coś z niczego?

- Trzy razy hip-hip-hura dla Lunzie! Naszego dietetyka-gorzelnika!

- Gorzelnika? A skąd ci do głowy przyszło, że coś destylowałam? - spytała Lunzie 

podejrzliwie.

- A po cóż innego Trizein kleciłby przez cały ranek zestaw do destylacji, co?

Znów posypały się gratulacje, zagłuszane salwami śmiechu. Varian spostrzegła nagle, 

że brakuje grawitantów. Zastanowiło ją to, lecz nic nie powiedziała. Dimenon zapewne trąbił 

już o swoim sukcesie, gdy biegł tu ze ślizgacza. A więc gdzie podziewali się grawitanci, skoro 

nie dołączyli do zespołu fetującego właśnie pierwsze prawdziwe osiągnięcie?

Lunzie rozwodziła się teraz nad ewentualnym smakiem swojego trunku. Napój nie 

miał   dość   czasu,   by  się   ustać,   nie   mówiąc   już   o   tym,   by  zdążył   swoje   odleżeć.   Jednak 

Dimenon   przymilnym   tonem   zapewnił   ją,   że   bez   wątpienia   będzie   czego   zakosztować. 

Zebrani zaczęli kolejno opuszczać kabinę, kierując się w stronę głównego budynku. Varian 

dostrzegła  światło w kwaterach zajmowanych przez grawitantów i przechodząc  głównym 

hallem,   uruchomiła   syrenę   alarmową.   Natychmiast   uchylił   się   luk   i   w   blasku   światła 

zarysowały się masywne barki i głowa grawitanta.

- O co chodzi?

Był to głos Paskuttiego.

-   Nie   słyszałeś,   Paskutti?   Natrafiliśmy   na   potężne   złoże   uranitytu,   a   Lunzie 

wydestylowała jakiś trunek, którego zamierzamy spróbować w ramach świętowania sukcesu.

Potężna   dłoń  kiwnęła   ze  znudzeniem  i  zniknęła   za  zamykającym  się   z  powrotem 

lukiem.

- Znów się chowają? - spytał Kai, zatrzymując się na moment.

- Wiesz,   mają   nieco   odmienny temperament...   -  Nagle  Varian  przypomniała  sobie 

ożywioną reakcję Paskuttiego, gdy drapieżnik atakował tamto zwierzę.

- Chodźże Paskutti! Za dużo pracy otępia! - wrzasnął Kai. - Tardma! Tangeli! Bakkun! 

Wy wszyscy tam, dalejże!..

Luk   otwarł   się   ponownie.   Wytoczyli   się   z   niego   grawitanci   i   statecznie,   bez 

najmniejszego entuzjazmu dołączyli do rozbawionych towarzyszy.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Nim Kai wychylił do końca pierwszy kieliszek napoju Lunzie, zdążył nabrać o wiele 

więcej szacunku dla wszechstronnych zalet owoców i pomysłowości lekarki, o której krążyły 

już zresztą legendy. Niewiele brakowało, by został prawdziwym wielbicielem owoców. Lubił 

subtelną goryczkę w trunkach, a ten miał delikatnie cierpki smak, w sam raz odpowiadający 

jego upodobaniom.

Z przerażeniem przyglądał się Lunzie, która ze śmiertelną powagą napełniła nieduże 

kieliszki dla trojga najmłodszych członków ekspedycji. Już miał wstać, by zaprotestować, 

lecz lekarka dała mu uspokajający znak ręką. Bonnard ostrożnie zrobił mały łyk i skrzywił się 

niezadowolony.

- Blee! Lunzie, to przecież sok.

- Oczywiście.  Nie  spodziewałeś się  chyba,  że  komuś  w  twoim  wieku  podam  coś 

innego?

-  Ale   czegoś   tu   dodałaś,   prawda,   Lunzie?   -   oceniła   Cleiti,   uśmiechając   się,   by 

wynagrodzić jej narzekania Bonnarda.

- Owszem, dodałam. Zobaczymy, czy odgadniecie, co to.

- Niewątpliwie coś zdrowego - wymamrotał Bonnard, czego Lunzie chyba już nie 

dosłyszała, ponieważ wróciła do gości.

Kai,   ubawiony   serdecznie   całym   zajściem,   pośpieszył   do   stołu,   by  napełnić   swój 

talerz.   Tym   razem   serwowano   mieszankę   z   syntetyzowanych   i   naturalnych   produktów, 

włączając   w   to   paszteciki   sporządzone   z   alg,   które   hodował   Trizein.   Smakowały   nieco 

hydrotellurkiem, którym przesiąknięta była cała planeta. Gdyby nie ten smród, pomyślał jak 

zwykle, Ireta byłaby naprawdę uroczym miejscem.

Jedząc,   przystanął   trochę   z   boku,   by  obserwować   członków   pozostałych   drużyn   i 

ocenić ogólne wrażenie, jakie wywarło odkrycie Dimenona i Margit. Odnalezienie złoża rudy 

automatycznie przynosiło ich zespołowi dodatkową premię i inne drużyny mogły żywić do 

nich urazę wskutek takiego biegu wydarzeń. Z tym że w tej chwili wszyscy wiedzieli już, 

gdzie szukać i mogli rozpocząć prace w pierwszej lepszej strefie orogenicznej. Nareszcie 

odkrycia będą regułą, a nie wyjątkiem, jak dotąd.

Oznacza to niestety także, że Kai będzie musiał donieść BO o znaleziskach. Jak długo 

będą w stanie razem z Varian ukrywać fakt, że wyprawa straciła kontakt z KOB-em? Zespoły 

będą oczekiwać z bazy jakichś dowodów uznania, podziękowań czy choćby najzwyklejszego 

potwierdzenia swych osiągnięć. Cóż, póki co, wynajdzie parę proceduralnych formalności, 

background image

dzięki którym będzie mógł zaczekać, aż wszystkie drużyny przeprowadzą dogłębne badania 

terenu i analizę wydobytej rudy. To powinno dać mu kilka dni zwłoki. Następnych osiem do 

dziewięciu dni da się jeszcze wytłumaczyć czynnościami operacyjnymi - tyle mniej więcej 

czasu   potrzebowałaby   BO,   by   przejąć   raport.   No   a   potem   będą   zmuszeni   przyznać,   że 

łączność   jest   zerwana.   Oczywiście   może   się   zdarzyć,   że   do   tego   czasu   baza   pokona 

zakłócenia   wywołane   burzą   kosmiczną   i   odbierze   wszystkie   raporty.   Kai   postanowił   nie 

zamartwiać się na zapas. Pociągnął spory haust nalewki, której błogie ciepło, nieznacznie 

tylko skażone wszędobylskim hydrotellurkiem, rozlało się po jego podniebieniu.

Rozglądając się po sali, Kai zauważył Varian, bacznie obserwującą grawitantów. Jej 

ściągnięte brwi mogły oznaczać wyłącznie dezorientację. Paskutti zaśmiewał się szczerze z 

czegoś, co opowiadał Tangeli. Rzeczywiście, uśmiech na twarzy grawitanta był rzeczą tak 

rzadką, że mógł wprawić w osłupienie. Być może to, że Paskutti czuł się rozluźniony, było 

zasługą napoju Lunzie. Coś takiego nie powinno dziwić Varian. Kai podszedł do niej.

- Nigdy przedtem nie widziałaś, jak Paskutti się śmieje?

- Ach...! To ty, Kai, wystraszyłeś mnie.

- Przepraszam, nie chciałem.

- Przecież... Przecież chyba nie upili się tym słodem... - Varian uniosła swój kieliszek, 

przyglądając się mu filuternie. - Wypili nie więcej ode mnie, a zachowują się jakoś... jakoś 

inaczej.

-   Nie   widzę   żadnej   różnicy,   Varian.   Poza   tym   dopiero   drugi   raz   w   życiu   widzę 

uśmiech na twarzy Paskuttiego, a przepracowałem już z nim trzy lata. To naprawdę nie jest 

powód   do   zmartwień...   Chyba   że...   -   Spojrzał   na   nią   przenikliwie.   -   Czy   coś   się   dziś 

wydarzyło?

-   I   tak,   i   nie.   Zwyczajny,   nieco   brutalny   incydent...   Drapieżnik   zaatakował 

roślinożercę. Ohydztwo. - Otrząsnęła się z niesmakiem, a potem uśmiechnęła rezolutnie. - 

Przypuszczam, że za bardzo jestem przyzwyczajona do zwierząt domowych.

- Coś w rodzaju Galormisów, co? Przeszły ją ciarki na sam dźwięk ich nazwy.

- Doprawdy, zawsze wiesz, jak mnie rozbawić - żachnęła się. Pokazała mu język i 

roześmiali się razem. - Nie, niezupełnie. Na swój sposób Galormisowie byli bystrzejsi. Mieli 

dość rozumu, by wkraść się w nasze łaski. Byli tak sympatyczni, tak przymilni... Zupełnie jak 

na   trójwymiarowych   filmach   o   nich,   które   oglądaliśmy.   Mój   stary   instruktor   weterynarii 

zawsze nas ostrzegał: “Nigdy nie ufajcie zwierzęciu. Nieważne, jak dobrze je znacie, jak 

bardzo lubicie, i wierzycie mu". Tymczasem... Dość tego. Chyba zbyt wiele czasu spędziłam 

w towarzystwie smutasów i miewam przywidzenia... W końcu mamy dziś powody do radości, 

background image

więc się cieszmy. Jutro zapowiada się niezwykle pracowicie. Kai... - Zbliżyła się nieco do 

niego, by nikt nie dosłyszał jej słów. - Co zrobimy z raportami dla BO?

- Sam już się nad tym zastanawiałem - odparł. Przedstawił jej zaraz swoją propozycję 

wyjścia z niemiłej sytuacji.

- To rozsądny pomysł, Kai, naprawdę rozsądny. Mam tylko nadzieję, że do tego czasu 

BO się odezwie. Słuchaj, może spytałbyś Theków, przy okazji następnego kontaktu, czy nie 

pamiętają czasem jakichś szczegółów poprzedniej wyprawy na Iretę?

- By zaspokoić ciekawość czy dać upust niezadowoleniu, że wysłano nas tutaj, nie 

informując o poprzedniej ekspedycji?

- A który z dwóch bodźców emocjonalnych przemówiłby do nich dobitniej?

- Obawiam się, że żaden. Sęk w tym, by zmusić ich do aktywnego myślenia.

- Zanim powiedzą, co myślą, nas już może tu nie być - odparła Varian i natychmiast 

urwała, a potem, na poły zdziwiona własnymi słowami, dodała: - Nie sądzisz, że starszy Thek 

mógł być członkiem tamtej ekspedycji?

- Varian - jęknął Kai - trzeba było milionów lat, by zaszły zmiany tektoniczne, które 

pogrzebały stare czujniki. Nawet Thekowie nie żyją tak długo...

- A ich dzieci? Może starszy Thek wie od ojca? Wiesz, bezpośrednie przekazanie 

pamięci... Praktykują to z pokolenia na pokolenie.

- To może być to!

- Co?

- W ten sposób zagubiono dane dotyczące Irety. Przez niedokładny transfer.

-   Znów   zaczynasz   swoje,   Kai.   Podkreślasz   omylność   Theków,   a   tymczasem   oni 

wykonali za ciebie połowę roboty.

Kai zerknął na nią nieco zaniepokojony. Nie, nie było powodów do obaw - Varian po 

prostu przekomarzała się z nim.

- Tę mniej niebezpieczną połowę... wyznaczenie pól, phi! też mi robota! A propos, 

chciałbym jutro wypożyczyć twoich grawitantów, jeśli oczywiście będziesz się w stanie bez 

nich obyć. Musimy przenieść sporo sprzętu, a Dimenon twierdzi, że okolica jest parszywa. 

Wezmę też Gabera, by mógł na miejscu sporządzić szczegółowe mapy.

- Może jednak ktoś by tu został?

-   Lunzie.   Powiedziała,   że   woli   pozostać   na   posterunku.   Divisti   ma   do 

przeprowadzenia   jakieś   eksperymenty,   a   Trizeina   i   tak   nic   nie   ruszy   z   laboratorium.   I, 

przyjmij   najszczersze   wyrazy   ubolewania,   przypadnie   ci   w   udziale   towarzystwo   naszych 

pupilków.

background image

-  Już   ty się  nie   martw.   Zajmę  się  nimi.  Sama   chciałabym   przyjrzeć  się   rudzie,  a 

wycieczka dobrze im zrobi. Uwiniemy się z tym szybko i damy wam popracować w spokoju, 

bez obaw. Bonnard może nawet oznaczyć zwierzęta, skoro ty już nie chcesz...

- Jeju, Varian, przecież nie chodzi o to, że ja nie chcę... - wymamrotał Kai.

- Oj, Kai, ja się tylko z tobą droczę, nie widzisz? Dzieciaki będą dokładnie tak samo 

przydatne jak grawitanci, przynajmniej przy sprawdzaniu okolicznych form dzikiego życia. 

Oczywiście pozostaną w ślizgaczu - dodała, widząc ostrzegawcze spojrzenie Kaia.

Kiedy dołączyła do nich Lunzie, Kai zasypał ją gradem pochwał pod adresem jej 

napoju.

Lunzie zmarszczyła brwi, przyglądając się z powątpiewaniem płynowi w dzbanku.

-  Nie  jest   jeszcze   zupełnie  dobry.  Jeszcze  raz   go  przedestyluję,  może  zniknie  ten 

hydrotellurkowy posmaczek.

-   Tak   trzymać,   Lunzie,   tak   trzymać!   -   powiedział   Kai   i   ochoczo   podstawił   swój 

kieliszek, by go napełniła. Lunzie zignorowała Kaia, wywołując jego głośne narzekania.

- Kac nie byłby jutro najlepszym towarzyszem. A ten owoc jest... hm, skuteczny w 

działaniu. - Lunzie ruchem głowy wskazała grawitantów. Salwy ich tubalnego śmiechu coraz 

częściej   przetaczały  się  po   sali.   -  Już   odczuwają  jego  skutki,   a   przecież   ich   metabolizm 

pozwala im na spożycie większych ilości alkoholu niż nam.

- Naprawdę wyglądają na pijanych, co, Varian?

-   Pijanych?   Pewnie   tak...   -   To   wyjaśniałoby,   pomyślała   Varian,   dlaczego   się   tak 

nawzajem głupkowato obłapiają. Alkohol w przypadku niektórych gatunków okazywał się 

niezłym afrodyzjakiem. Nigdy co prawda nie słyszała, by w podobny sposób wpływał na 

grawitantów, ale cóż. Zastanawiała się właśnie, czy nie powinna może z nimi zamienić parę 

słów, gdy nieoczekiwanie, jakby spontanicznie reagując na jakiś znak, grawitanci opuścili 

salę.

- Całe szczęście, że przynajmniej niektórzy wiedzą, gdzie są granice... - zaopiniowała 

Lunzie.   -   Lepiej   pójdę   za   ich   milczącą   radą   i   zabiorę   stąd   ten   zakazany  owoc   w   stanie 

płynnym...

Varian   zaprotestowała.   Kai   wypił   dwa   kieliszki,   ona   tymczasem   sączyła   wciąż 

pierwszy. Lunzie z westchnieniem dolała jej kapkę i czym prędzej wyniosła resztę trunku z 

sali. Gaber rzucił się za nią w pogoń, wystarczyła jednak cięta uwaga z jej strony, by osadzić 

go natychmiast na miejscu. Z nachmurzoną miną kartograf podszedł do Varian i Kaia.

- Wieczór dopiero się zaczął... - wy bąkał tonem skrzywdzonego dziecka. - Co jej 

strzeliło do głowy, by zabierać nam napój?

background image

-   Obawiała   się   skutków   jego   wypicia   -   Varian   przyjrzała   się   podejrzliwie 

zielonkawemu płynowi. - Wywarł dość potężne wrażenie na grawitantach...

- To że grawitanci mają słabe głowy, w przeciwieństwie do pokaźnych mięśni, to 

jeszcze nie powód, by nas pozbawiać odrobiny alkoholu... - żachnął się Gaber.

Kai i Varian zerknęli na siebie przelotnie. Gaber, zapewnię niezupełnie tego świadom, 

coraz bardziej bełkotał. Pociągnął ostrożnie ze swojego kieliszka i przymknąwszy oczy, by 

delektować się smakiem, wymamrotał niewyraźnie:

- To pierwsza przyzwoita rzecz na tej planecie. Jedyna, która nie cuchnie. A Lunzie ot 

tak,   po   prostu   sprzątnęła   nam   ją   sprzed   nosa...   Niesprawiedliwe...   Najzwyczajniej 

niesprawiedliwe...

- Czeka nas jutro ciężki dzień, Gaber - zaczął Kai.

- A może to ty jej kazałeś wydzielać racje? - Gaber miał wielką ochotę wyładować się 

na Kaiu.

-   Bynajmniej.   To   ona   jest   tutaj   dietetykiem   i   lekarzem.   A  tej   serwatce   czegoś 

najwyraźniej brakuje. Mogłaby wywołać jakieś niepożądane reakcje, a jutro...

- Wiem, wiem. - Gaber machnął z wściekłością ręką, by przerwać wykład Kaia. - Jutro 

czeka nas wielki dzień. Najważniejsze, że mamy coś, co będzie nas mogło podtrzymać na 

duchu,   jeśli   się   okaże,   że   naprawdę   zostaliśmy...   -   Nagle   urwał   zdanie,   spoglądając 

niespokojnie na Kaia. Kai udał, że nic nie zauważył. - Hę, hę, rzeczywiście ma jakiś śmieszny 

smaczek - dorzucił bez sensu kartograf i ulotnił się.

- Podtrzymać nas na duchu, kiedy... co? - zapytała Varian, skonsternowana.

- Gaber wykoncypował teoryjkę, jakobyśmy mieli zostać tu już na amen.

- Na amen? - Varian zatkała usta dłonią, a po chwili wybuchnęła gromkim śmiechem. 

- Wątpię. Nie na planecie tak bogatej w transuranowce. Nie, to niemożliwe. Zbyt potrzebna 

jest tutejsza ruda. Poza tym nie wyposażyli nas w żaden cięższy sprzęt, abyśmy mogli zająć 

się wydobyciem. Przecież nie będziemy rafinować transuranowców... Smutas z tego Gabera. 

On chyba nigdy nie dostrzega żadnych pozytywów...

- Ja też go wyśmiałem, Varian, tyle że...

- Komendancie Kai. - Varian obrzuciła go groźnym wzrokiem. - Ależ oczywiście, że 

należało go wyśmiać. Jego hipoteza jest głupia, niezdrowa i bezpodstawna. Szkoda tylko, że 

nie   przejęto   naszych   pozostałych   raportów.   Wówczas   ja   sama   mogłabym   już   nie   mieć 

żadnych wątpliwości. - Spojrzała na niego zapamiętale i potrząsnąwszy przecząco głową, 

dodała:   -   Nie,   to   się   nie   trzyma   kupy.   Nie   zostaniemy   tu.   Jeżeli   jednak   nie   nawiążemy 

background image

łączności z BO, Gaber z pewnością rozpuści tę plotkę. - Zajrzała do pustego kieliszka. - 

Przeklęta Lunzie! Akurat przydałaby mi się jeszcze kropelka...

- Ustaliliśmy, jak mi się wydaje, że póki co, nie będziemy martwić się BO.

- Wcale się nie martwię. Gderam sobie, nie wolno? Smakują mi  te zlewki! Mają 

ciekawy posmak...

-  Zapewne   jakiegoś   środka  odżywczego   -   zawyrokował   Kai,   przypominając   sobie 

narzekania Bonnarda.

Varian roześmiała się głośno.

- Co do tego możesz być pewny! Lunzie przede wszystkim dba o nasze zdrowie.

Dimenon,   obejmując   zazdrośnie   Margit,   podszedł   chwiejnym   krokiem   do   Kaia   i 

Varian. Nie mógł wypić więcej od innych, skoro Lunzie skwapliwie racjonowała trunek, a 

mimo to był nadzwyczaj wesoły i jego twarz palił ognisty rumieniec. Oznajmił, że z całą 

stanowczością będzie obstawał przy tym, by odkryte właśnie złoża uranitytu zostały nazwane 

imieniem Margit, która z równym uporem nalegała, by dzielić sukces razem z nim, jak było w 

zwyczaju. Wywiązała się między nimi przyjacielska sprzeczka, każde przyzywało na pomoc 

swych zaufanych popleczników z zespołu, aż w końcu w dyskusję wplątani zostali dokładnie 

wszyscy.

Jak się okazało, irytacja Gabera nie była odosobnionym przypadkiem niezadowolenia 

wywołanego pośpiesznym zniknięciem Lunzie. Kai ze zdziwieniem wysłuchiwał nieśmiałych 

utyskiwań pod adresem grawitantów. Zaskoczyło ;o to niepomiernie, gdyż dotąd bardziej 

czuły był na punkcie tarć między zespołami geologów.

Następny   ranek   przyniósł   kolejny   powód   do   zastanowienia   nad   zachowaniem 

grawitantów - daleko im było do zwykłej sobie solidności i pewności, poruszali się niemrawo 

' niezdarnie, byli wyraźnie wycieńczeni i nieznośnie posępni.

- Kac  po dwóch  kieliszkach?  -  burknęła  z  powątpiewaniem Varian,  spostrzegłszy, 

podobnie jak Kai, ponury nastrój w swej drużynie. - Światła w ich kwaterach pogasły bardzo 

szybko, więc powinni być wyspani...

- Jeśli poszli spać... - odparł Kai, szczerząc zęby w uśmiechu.

Varian ze zdumieniem rozdziawiła usta. Po chwili zachichotała.

-   Zawsze   zapominani,   że   oni   także   muszą   odczuwać   pociąg   seksualny.   Mają 

dziwaczny cykl, na ich planecie seks jest przymusowy podczas, że się tak wyrażę, godów... 

Ale generalnie nie robią tego, jeśli uczestniczą w jakiejś wyprawie.

- Nie obowiązuje ich przecież co do tego żaden zakaz, prawda?

background image

- Nie, oni zazwyczaj tego nie robią... - Varian zamyśliła się na moment. - Cóż, wypocą 

całego kaca w górach, gdy zapędzimy ich do pracy - dorzuciła, spoglądając na przedgórze, 

które wypiętrzało się coraz wyżej i wyżej, aż na horyzoncie przeradzało się w niebosiężne 

góry.

Kai i Varian stali na skraju podłużnej grani, ponad ciągnącymi się poniżej dożami 

uranitytu. Widać było połyskującą brązowo żyłę rudy.

- Te pokłady są fantastyczne. Ich lokalizacja również. Wystarczy jeden większy statek 

wydobywczy. Proszę bardzo: raz przysiadzie i zgarnie całą rudę - Varian wymawiała słowa 

bardzo wyraźnie, podkreślając wszystkie “r" śpiewnym trylem i gestykulując zamaszyście, by 

zobrazować Kaiowi swoją wizję.

- Nie sądziłem, że pracowałaś kiedyś w zespole geologicznym - odgryzł się Kai.

-   Na   Galorm   wysłano   ekspedycję   w   poszukiwaniu   minerałów,   nie   zwierząt. 

Powszechnie   jednak   mniemano,   że   to   właśnie   fauna   jest   sprawą'   pierwszorzędną,   gdy 

tymczasem wysłano nas, ksenobiologów, po to tylko, byśmy skatalogowali jedną odmianę 

życia.

- Przeszkadzało ci to?

-   Co?   To,   że   byłam   drugorzędnym   uczestnikiem   wyprawy?   -   Varian   wzruszyła 

ramionami. - Nie, Kai. - Uśmiechnęła się, by go przekonać, że nie kłamie. - Energia jest o 

wiele ważniejsza niż jakieś tam planetarne życie.

- Życie - Kai zrobił małą pauzę, by podkreślić znaczenie tego słowa - jest o wiele 

ważniejsze niż każda, choćby bezcenna skamielina. - Ruchem dłoni wskazał na złoża rudy.

- Która dziwnym trafem jest niezbędna, by to życie podtrzymać - odparła Varian. - 

Mamy   je   wspierać,   chronić   i   badać.   Jestem   tu,   by   przyjrzeć   się   życiu   na   Irecie,   ty,   by 

umożliwić dalsze istnienie życia w pozostałych zakątkach wszechświata, którymi ono tak 

wielkopańsko zawładnęło. Już ty się mną nie martw, Kai. Doświadczenia, które zbieram tutaj, 

mogą pewnego dnia zaprowadzić mnie dokładnie tam, dokąd chciałabym dotrzeć...

-   To   znaczy?   -   Kai   usiłował   jednocześnie   dojrzeć,   co   takiego   Paskutti   i   Tardma 

wyprawiają z sejsmografem.

- Stanowisko pracownika ochrony planetarnej. No, nic - Varian spostrzegła, że uwaga 

Kaia skupiona jest na czymś innym - pójdę lepiej wzbogacić się w potrzebne mi do awansu 

doświadczenia i przyjrzę się twoim ptaszydłom. Tym obszarem zajmę się najpierw... - głos jej 

się załamał, gdy Tardma potknęła się o coś.

background image

Obojgu   zaparło   dech   w   piersiach   -   Tardma   dokonała   cudów   ekwilibrystyki,   by 

odzyskać równowagę i złapać zawieszony na moment w powietrzu pakunek z niezwykle 

delikatną aparaturą, którą taszczyła właśnie na stok wzniesienia.

- Czego, u licha, Lunzie dodała do tego rozweselającego napoju, żeby ich aż tak 

urządzić?

- To wina Irety, nie Lunzie. Jej trunek nie wpłynął przecież w ten sposób na nas. Na 

razie, Kai. Muszę jeszcze tylko zebrać dzieciaki.

- Będzie mi potrzebny duży ślizgacz, pamiętasz?

- Pamiętam, wróci do zachodu słońca. Daj znać, gdybyś potrzebował go wcześniej - 

odparła, wskazując na swój komunit.

Bonnard, odciągnięty od prawdziwej frajdy, jaką stanowiło dla niego wysadzanie w 

skale otworów do czujników, był niepocieszony. Dopiero Dimenon przekonał go, że zanim 

wszystko przygotują, minie parę godzin, i chłopiec, zniechęcony perspektywą tak długiego 

oczekiwania, raźno ruszył za Varian.

Terilla, zauroczona niezwykłymi, kolorowo kwitnącymi pnączami, uzbrojona w grube 

rękawice, ostrożnie wyrywała rozmaite okazy i chowała je do toreb, które specjalnie w tym 

celu podarowała jej Divisti. Cleiti, która przyjęła rolę adiutanta Bonnarda, traktowała zajęcie 

swej młodszej koleżanki z wyniosłą pogardą. Varian zagoniła ich wszystkich do ślizgacza, 

gdzie kazała im zająć miejsca i pozapinać pasy. Sprawdziła licznik czasu lotów. Wszystko się 

zgadzało, oprócz godzin eksploatacji ślizgacza poprzedniego dnia. Dałaby głowę, że jej lot 

nie   trwał   dwanaście   godzin.   Pomijając   dwie   godziny   potrzebne,   by   dotrzeć   w   ogóle   na 

przedgórze,   nie   była   w   stanie   wylatać   więcej   niż   sześć   godzin.   Ale   aż   dwanaście? 

Oznaczałoby to, że ślizgacz nadaje się teraz do ładowania i przeglądu.

Westchnęła. Będzie trzeba zapytać po powrocie Kaia.

Może źle coś ustawiła albo też ktoś jeszcze korzystał ze ślizgacza pod jej nieobecność.

Z cierpliwością godną absolutnego podziwu pokazała Bonnardowi, jak obsługuje się 

przyrząd do oznaczania zwierząt, Cleiti, jak funkcjonuje indykator, i Terilli, w jaki sposób 

sprawdzać, czy działają kamery, gdy będą przelatywać nad nieznanym terenem. Dzieciaki 

były   oczywiście   zachwycone   odpowiedzialnymi   zadaniami   i   nadzwyczaj   uważnie 

przysłuchiwały   się   Varian,   która   wyjaśniła   im   zasady   sondowania   obszaru,   gdzie   mogą 

występować drapieżniki. Varian ze sceptycyzmem odnosiła się do ich zapału, podejrzewając, 

że wygaśnie, gdy tylko “nowe zadania" staną się monotonną rutyną. Musiała jednak przyznać, 

że entuzjastyczna wesołość dzieci stanowiła dla niej niezwykle miłą odmianę po śmiertelnej 

powadze grawitantów, jej zwykłych towarzyszy.

background image

Dzieci nie miały jeszcze okazji dokładnie przyjrzeć się naturalnemu środowisku na tej 

niepokalanej planecie, ponieważ dotąd odbyły tylko jedną wycieczkę. Gdy Varian zataczała 

kółko nad obozem, ślizgacz trząsł się od ich śmiechu i radosnej paplaniny.

Z  początku  niewiele   można  było   zobaczyć.  Większość   napotkanych   zwierząt  była 

skromnych rozmiarów i z łatwością chowała się przed wścibskim wzrokiem ludzi. Bonnard 

nie posiadał się więc z radości, gdy w końcu udało mu się oznaczyć kilka nadrzewnych 

stworzeń. Musiały prowadzić nocny tryb życia, skoro nawet nie poruszyły się, gdy ślizgacz 

przelatywał nad nimi. Ter Ola od czasu do czasu poważnym głosikiem donosiła, że kamery 

działają jak należy, ale jej zdaniem szczegółów nie sposób będzie zobaczyć, gdyż roślinność 

jest zbyt gęsta. Gdy zawrócili w kierunku złoża uranitytu, szum ślizgacza wypłoszył stado 

rączych, miniaturowych zwierzątek, które Bonnard natychmiast z pasją oznaczył, a Terilla z 

nie ukrywaną dumą sfilmowała. W końcu i Cleiti, mocno już poirytowana sukcesami swych 

rówieśników, miała powód do dumy. Znajdujący się w jej pieczy indykator wykazał obecność 

jakichś   podziemnych   istot.   Nie   wychodziły   z   ukrycia,   wystarczyły   jednak   wskazania 

indykatora,   by  domyślić   się,   że   muszą   to   być   niezwykle   drobne,   raczej   bojaźliwe   nocne 

Marki, zapewne z gatunku ryjących, które nie powinny stanowić zagrożenia dla obozu.

Prawdę   powiedziawszy,  Varian   musiała   przyznać,   że  w  okolicy  złóż   uranitytu   nie 

zamieszkiwał żaden gatunek, który z racji swoich rozmiarów i trybu życia, zwłaszcza zaś 

diety,   mógłby  stwarzać  poważniejsze  problemy.   Oczywiście,  wielkość   zwierzęcia   nie  jest 

wprost proporcjonalna do jego drapieżności, nie omieszkała wyjaśnić swym podopiecznym. 

Czasem najmniejsze bestyjki są najbardziej niebezpieczne. Duże drapieżniki bywają za to 

hałaśliwe   -   łatwo   można   usłyszeć   ich   ciężkie   kroki   i   umknąć.   Bonnard   przyjął   pomysł 

ucieczki z lekceważącym prychnieciem.

- Chyba wolę rośliny niż zwierzęta - szepnęła Terilla.

- Rośliny mogą być równie groźne - odparł Bonnard mentorskim tonem.

-   Tak   jak   mieczowniki?   -   zapytała   Terilla   tak   niewinnie,   że   Varian,   dusząc   się 

tłumionym   śmiechem,   byłaby   w   stanie   podać   w   wątpliwość   oczywistą   złośliwość   tego 

pytania.

Bonnard burknął tylko coś pod nosem na wspomnienie o swym bolesnym spotkaniu z 

ową  roślinką i  wpatrując  się nienawistnie w Terillę, usiłował  wykoncypować  odpowiedź, 

której zjadliwość okazałaby się dla dziewczynki śmiertelna.

- Uwaga na indykator! - rzuciła pośpiesznie Varian, by uprzedzić wybuch sprzeczki.

Ślizgacz przelatywał właśnie nad obszarem porośniętym przysadzistymi drzewami i 

gęstym podszyciem. Indykator rozbuczał się tak głośno, że należało bliżej przyjrzeć się jego 

background image

odkryciu. Okolica była skalista i dość stroma, co sugerowało, że tutejsi mieszkańcy nie należą 

do gatunku przeżuwaczy. Szum ślizgacza nie wypłoszył zwierząt z ich kryjówek, ale Varian 

uznała, że teren znajduje się wystarczająco daleko od złóż rudy, by nie stanowić istotnego 

niebezpieczeństwa   dla   obozu.   Zanotowała   tylko   współrzędne.   Gdy   grupa   ekspedycyjna 

utworzy się wreszcie, będzie można zająć się bliżej tutejszą fauną. Ogólnie rzecz biorąc, na 

Irecie liczba drapieżników i związany z tym stopień śmiertelności wśród pozostałych zwierząt 

były   niezwykle   wysokie,   jednak   nie   powinno   się   przesadzać   z   ostrożnością.   Gdyby   Kai 

ulokował   obóz   dość   wysoko,   by   uniknąć   najgroźniejszych   drapieżników,   osłona   siłowa 

wystarczyłaby,   by   odstraszyć   jadowite   insekty   i   mniejsze   zwierzęta.   Było   raczej   mało 

prawdopodobne, aby stado krewniaków Mabel wpadło nagle w szał i wgramoliwszy się na 

wzniesienie, w panicznym pędzie zrównało osłonę z ziemią.

Varian  dokończyła  pobieżną  analizę  wskazań  indykatora.  Gdy dzieciaki  poprawiły 

poluzowane nieco pasy, wpisała w pamięć ślizgacza kurs na śródlądowe morze i włączyła 

pełną moc.

Minęło dobre półtorej godziny, zanim dotarli do celu. Varian żałowała, że Divisti nie 

zdołała   jeszcze   przeprowadzić   analizy   traw,   które   Kai   przywlókł   do   obozu   z   Doliny 

Przesmyku. Jej raport dałby jakieś pojęcie o zwyczajach ptaków, choć z drugiej strony może 

było rozsądniej obserwować te fascynujące stworzenia bez żadnych uprzedzeń.

Varian   cieszyło   zachowanie   dzieciaków   podczas   podróży   -   zadawały   bardziej 

inteligentne pytania, niż się spodziewała, czasami schodząc na tematy, o których miała nikłe 

pojęcie. Były wówczas świecie oburzone, że nie jest przenośnym bankiem informacji.

Cleiti pierwsza zauważyła ptaki, czym zresztą pyszniła się po powrocie. Stworzenia, 

wbrew podświadomym oczekiwaniom Varian, nie obsiadły wcale ścian skalnych i grani ani 

nie łowiły ryb. Złote ptaki wykazywały się przykładną organizacją. Ptasia eskadra - nie stado, 

które często bywa luźną gromadą osobników tego samego gatunku, unosiła się nad miejscem, 

w którym basen był najgłębszy. Urwiska zbiegały się tam, tworząc ciasny przesmyk, przez 

który   przypływ,   ten   sam,   który   pięćdziesiąt   kilometrów   dalej,   na   najbardziej   oddalonym 

brzegu był w stanie podnieść poziom morza zaledwie o parę cali, wtłaczał dość oceanicznej 

wody, by zapełnić śródlądowy akwen.

- Nie widziałem jeszcze ptaków, które wyprawiałyby coś podobnego! - wykrzyknął 

Bonnard.

- A widziałeś w ogóle wolne ptaki w locie? - spytała Varian tonem nieco ostrzejszym, 

niż zamierzała, co na moment popsuło jej humor.

background image

- Byłem już na jednej wyprawie - odparował Bonnard z wyrzutem. - Poza tym istnieje 

jeszcze coś takiego jak kasety treningowe. Sporo ich oglądam.  A te  ptaki  zachowują  się 

zupełnie inaczej niż wszystkie gatunki, które dotąd widziałem.

- Znasz się na rzeczy, Bonnard - powiedziała Varian szybko, by zrekompensować 

malcowi poprzednią uwagę. - Ja też nie widziałam czegoś takiego.

Złote   ptaki   schodziły   teraz   ślizgiem   niżej,   w   czymś   na   kształt   zorganizowanej 

formacji.   Pojazd   był   wciąż   zbyt   oddalony,   by   nieuzbrojonym   okiem   można   było   je 

obserwować. Nie wiadomo więc, co dokładnie skłoniło ptaki, by nagle zredukować o połowę 

szybkość. Niektóre na moment opadały tuż nad powierzchnię wody, zupełnie, jakby coś je 

ciągnęło w dół, a gdy bijąc gwałtownie skrzydłami, odzyskały poprzednią wysokość, cała 

grupa powoli wzniosła się jeszcze wyżej, coraz dalej od tafli morza.

- Ho, ho! Trzymają  coś w szponach!  -  oznajmił  Bonnard,  który  bez  skrępowania 

przywłaszczył   sobie   teleskop   Cleiti   i   nastawił   go   teraz   na   odpowiednią   odległość.   - 

Przysiągłbym, że to sieć... To jest sieć! Wyciągają z wody ryby! Coś niesam... Patrzcie, co się 

dzieje!

Varian udało się wreszcie przystosować wizjer w kasku, dziewczynki zaś stłoczyły się 

przy  niewielkim   teleskopie   Bonnarda.  W  oddali   kodowała   się   woda   -   to   morskie   bestie, 

przeróżnego   rodzaju,   wyskakiwały   z   kipieli;   rzucały   się   wściekle   na   sieć,   bezskutecznie 

próbując ją rozerwać i porwać ptasi łup.

- Sieć! Skąd u licha te ptaki mają sieć? - Varian przemówiła bardziej do siebie niż do 

dzieci. Bonnard postanowił jednak udzielić jej wyjaśnień:

- Mają szpony, o tam, w połowie, gdzie skrzydła zaczynają przybierać kształt trójkąta. 

Nie widzę dokładnie, Varian, ale jeżeli mają jeszcze przeciwny palec, same mogły zrobić 

sieci.

-   Mogły   i   musiały,   Bonnard.   Nie   spotkaliśmy   na   Irecie   żadnego   wystarczająco 

bystrego stworzenia, które byłoby w stanie je dla nich upleść.

Cleiti zachichotała, tłumiąc śmiech dłonią.

- Ryxim to się nie spodoba.

- A to czemu? - fuknął chłopiec i marszcząc groźnie brwi, spojrzał wyczekująco na 

towarzyszkę.   -   Mój   ksenobiolog   zawsze   powiadał,   że   inteligentne   formy   latające   są 

rzadkością.

- Ryxiowie woleliby pozostać jedynym rozumnym gatunkiem - odparła bez namysłu 

Cleiti.   -   Wiesz   przecież,   jaki   był   kiedyś   Vrl...   -   Dziewczynka   wyciągnęła   mocno   szyję, 

przygarbiła plecy i założywszy ręce do tyłu na kształt zwiniętych skrzydeł, opuściła nisko 

background image

podbródek, przybierając tak wyniosłą minę, że kubek w kubek przypominała aroganckiego 

Yrla.

- Nigdy mu tego nie pokazuj, Cleiti  - parsknęła Varian, spłakana ze śmiechu. - Ale 

robisz to fantastycznie. Fantastycznie, Cleiti!

Cleiti roześmiała się serdecznie, zadowolona z sukcesu, tymczasem Bonnard i Terilla 

patrzyli na nią ze zgrozą.

- Kogo jeszcze potrafisz naśladować? - spytał surowo Bonnard.

- A kogo byś chciał? - Cleiti wzruszyła ramionami.

- Nie teraz, dzieciaki. Potem. Chcę najpierw zarejestrować tamto zjawisko.

Dzieciaki natychmiast wróciły do wyznaczonych stanowisk. Ślizgacz udał się w ślad 

za ptakami, w kierunku odległego urwiska. Varian mogła teraz zastanowić się nad znaczeniem 

ptasiego połowu. Złote ptaki były zdecydowanie najinteligentniejszą formą życia, na jaką 

dotąd   natrafiła   na   Irecie.   A   przy   tym   Varian   nigdy   jeszcze   nie   spotkała   równie 

zorganizowanego skrzydlatego gatunku. Ksenobiolog Bonnarda wyraził się nieprecyzyjnie, 

twierdząc, że inteligentne formy latające należą do rzadkości. Tylko wybitnie inteligentne 

ptaki   są   osobliwością.   Często   ptactwo   zmuszone   jest   prowadzić   tak   zaciekłą   walkę   o 

pożywienie   ze   zwierzętami   lądowymi,   że   cała   ich   energia   skupiona   jest   na   zdobywaniu 

jedzenia lub na ochronie własnych gniazd i młodych. Gdy ewolucja pozbawiła niektóre lotne 

gatunki   przednich   kończyn,   przystosowanych   do   bardziej   wyspecjalizowanych   zadań,   na 

rzecz skrzydeł umożliwiających sprawny odwrót, odebrała im w ten sposób niebagatelny atut 

w walce o przetrwanie.

Złote ptaki zdołały zachować szczątkową kończynę przednią, nie redukując przy tym 

możliwości skrzydeł, i w ten sposób mogły swobodnie wykorzystywać swoją przewagę.

Varian dostrzegła, że od czasu do czasu mniejszym rybom udawało się wyplątać z 

sieci.  Wpadały z powrotem do morza, by zaraz stać  się łupem żarłocznych podwodnych 

mieszkańców,   którzy   wściekle   rzucali   się   na   zdobycz,   pieniąc   i   mącąc   lustro   wody. 

Dwukrotnie   ponad   powierzchnią   błysnęły   ogromne   łby,   łakomie   wyzierając   z   głębin   i 

daremnie śledząc kuszący ciężar ptaków.

Nagle spośród zasnuwających niebo chmur wyłoniły się dalsze ptaki. Zajęły miejsca 

wokół brzegów sieci i pochwyciwszy ładunek, odciążyły nieco “pierwszą zmianę". Formacja 

natychmiast nabrała szybkości.

-   Varian,   jak   szybko   mogą   lecieć?   -   spytał   Bonnard.   Varian   skrupulatnie 

dostosowywała prędkość ślizgacza do prędkości ptaków. Ślizgacz trzymał się od nich na 

dystans, nieco wyżej.

background image

-   Robią   ze   dwadzieścia   kilometrów   na   godzinę,   lecz   przypuszczam,   że   przy   tak 

pomyślnym wietrze wkrótce nabiorą większej szybkości.

- Są takie piękne... - wyszeptała Terilla. - Nawet przy ciężkiej pracy są pełne wdzięku. 

Patrzcie, jak promienieją!

- Wyglądają, jakby świeciły własnym światłem - zauważyła Cleiti - bo przecież znów 

nie ma słońca.

- Racja, co jest z tą zwariowaną planetą? - warknął Bonnard. - Śmierdzi tu i nigdy nie 

ma słońca. Naprawdę chciałbym je wreszcie zobaczyć, jeśli nadarzy się okazja.

- Oto ona - pisnęła Terilla z radości. Nieprzewidywalne stało się faktem: chmury 

rozstąpiły   się,   by   na   moment   ukazać   zielonkawe   niebo   i   przepuścić   kłujący   promyk 

rozpalonego do białości słońca.

Varian, podobnie jak dzieciaki, powitała je radosnym śmiechem. Niemal żałowała, że 

szybki   kasków   bezustannie   przystosowują   się   do   zmian   oświetlenia.   Jedynie   cienie 

przesuwające się po morskiej tafli mówiły jej, że słońce wyszło zza płaszcza chmur.

- Ojoj, śledzą nas! - rozbawiony Bonnard nagle spoważniał.

Z głębin co chwila wyskakiwały ogromne cielska i z pluskiem zwalały się na cień, 

który ślizgacz rzucał na wodę.

- Dobrze, że lecimy przed nimi - wykrztusiła cichutko Cleiti.

-   Toż   to   największe   dziwactwo,   jakie   w   życiu   widziałem!   -   Bonnard   był   tak 

wstrząśnięty, że Varian mimowolnie odwróciła się do niego.

- Co takiego, Bonnard?

- Nie umiem powiedzieć. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem, Varian.

- Kamery były na to skierowane?

- Na to nie - powiedziała przepraszająco Terilla. - Były ustawione na ptaki.

- W porządku, ja się tym zajmę, Ter. Wiem, na co je skierować. - Bonnard wepchnął 

się na stanowisko Terilli, która bez sprzeciwu ustąpiła mu miejsca.

- To było coś jak szmat płótna, Varian - Bonnard opowiadał, spoglądając uważnie 

przez rufę ślizgacza. - Jego brzegi zatrzepotały, a potem... potem jakby zwinęło się wokół 

siebie! O! O! Następny!

Dziewczynkom wyrwał się krótki jęk obrzydzenia zmieszanego ze strachem. Varian 

odwróciła się w fotelu. Spostrzegła coś szarobłękitnego, co, zgodnie ze słowami Bonnarda, 

trzepotało   jak   żagiel   na   porywistym   wietrze.   Zauważyła   też   dwa   wyraźniejsze   punkty 

wyrastające   gdzieś   w   połowie   długości   (może   były   to   kleszcze?);   stworzenie   trzepneło 

background image

jednym końcem o drugi i skryło się w otchłani z większym łopotem niż bulgotem, jak to ujęła 

Cleiti.

- Jakiej wielkości to było, Bonnard?

- Z metr po jednej i drugiej stronie, ale wciąż się wiło, więc nie wiem. Udało mi się 

złapać jego ostatni skok. Ustawiłem szybkość kamery o połowę wyżej, wiec możesz obejrzeć 

nagranie, jeśli chcesz więcej szczegółów.

- Świetnie to wymyśliłeś, Bonnard - przyznała z uznaniem Varian.

- Jeszcze jeden! Rany! Patrzcie! Ależ ma tempo!

- Wolę nie patrzeć - oświadczyła Terilla. - Skąd on wie, że tu jesteśmy? Nie widzę ani 

oczu, ani czułków, ani nic takiego. Nie może przecież dostrzegać cienia.

- Może te falujące brzegi to sonar? - zasugerował Bonnard.

- Funkcjonowałyby jedynie pod wodą - odparła Varian. - Być może dowiemy się, w 

jaki sposób nas dostrzegło, kiedy obejrzymy nagrania. To doprawdy interesujące. Ciekawe, 

czy to, co spostrzegłam, to kleszcze. I to dwie pary?

- To źle? - Bonnard wychwycił nutę zakłopotania w jej głosie.

-   Wcale   nie   źle,   Bonnard,   tylko   parszywie   nielogicznie.   Ptaki,   roślinożerne   i 

drapieżniki   należą   do   pieciopalczastych,   co   bynajmniej   nie   jest   niczym   niezwykłym   w 

ewolucji. Ale dwa paluchy na bocznym kołnierzu?

- Widziałam raz takie długachne ptaszydła - Cleiti radośnie przyszła z pomocą. - Były 

na metr  długie  i poruszały się, falując. Nie  miały nóg, ale  potrafiły płynąć  w powietrzu 

godzinami.

- To pewnie było na planecie o słabym ciążeniu? - zgadła Varian.

- Dokładnie, Varian, i o niewielkiej wilgotności! Uwaga Cleiti rozbawiła wszystkich.

Słońce ponownie skryło się za chmury i jak w każde południe natychmiast spadł 

rzęsisty kapuśniak.

- Rozwój palców jest istotny w ewolucji, prawda, Varian? - zapytał Bonnard.

- Nawet bardzo. Weź takie inteligentne stworzenia jak nasze ptaki. Dopóki nie nauczą 

się posługiwać narzędziami, nie będą miały większych szans, by zapanować nad pozostałymi 

gatunkami.

- Ale złote ptaki chyba miały szansę? - powiedział Bonnard z uśmiechem.

- Owszem, Bonnard, miały - przyznała, śmiejąc się, Varian.

-   Słyszałem,   że   były   w   Dolinie   Przesmyku,   po   trawę   -   chłopak   ciągnął   dalej.   - 

Myślisz, że potrzebowały właśnie tego gatunku trawy, by zrobić sieci?

background image

- Tam, gdzie znaleźliśmy Dandy, było mnóstwo grubej i twardej trawy, a poza tym 

ptaki miałyby tam o wiele bliżej - wtrąciła Cleiti.

- Masz rację, Cleiti. Przypuszczam, że potrzebują trawy z doliny raczej ze względu na 

jej wartości odżywcze.

- Wzięłam parę roślinek z lasku owocowego, Varian - oznajmiła Terilla.

-  Naprawdę?  To  świetnie!   Będzie   można   przeprowadzić   najprawdziwsze   naukowe 

badania. Ale z ciebie mądra bestia, Terilla - powiedziała Varian z uznaniem.

- Wcale nie, wiesz, że kochani rośliny... - odparła skromnie dziewczynka. Jej policzki 

zarumieniły się od pochwały Varian.

-   W   porządku.   Wycofuję   to,   co   powiedziałem   o   twoich   idiotycznych   roślinach   - 

oświadczył Bonnard nadzwyczaj wielkodusznie.

- Och, tak chciałabym sprawdzić, jak dojrzałe są ich młode - powiedziała Varian, 

przyglądając się od paru minut w milczeniu osobliwym zwyczajom złotych stworzeń.

-   Dojrzałe?   Ich   młode?   Hm,   czy   jedno   nie   przeczy   drugiemu?   -   Bonnard   musiał 

wtrącić swoje trzy grosze.

- Raczej nie. Człowiek rodzi się niedorosły...

- Ojej, wszyscy tak się rodzą, inaczej nie byliby mali... - zachichotała Cleiti.

- Nie chodzi mi o wiek, Cleiti. Mam na myśli umiejętności. Zobaczymy, czy dałoby 

się porównać was, dzieci baz kosmicznych...

- Ja przez pierwsze cztery lata mieszkałam na planecie - obruszyła się Terilla.

- Doprawdy? Na której?

- Na Arthos w grupie Aurigae. Byłam też na dwóch innych przez kilka miesięcy.

-  A  jakie   widziałaś   zwierzęta   na  Arthos?   -   zapytała  Varian.   Bardzo   dobrze   znała 

odpowiedź, lecz Terilla tak rzadko dzieliła się z nimi jakimikolwiek informacjami na swój 

temat - lub też po prostu nieczęsto miała szansę odezwać się w towarzystwie tak zaborczych i 

agresywnych osobowości jak Cleiti i Bonnard. Należało więc wykorzystać okazję i pociągnąć 

ją trochę za język.

- Mieliśmy krowy mleczne, czworonożne psy i konie. Były też sześcionogie psiaki, 

lisowate, kantelupy i wilczojady.

- Widzieliście kiedyś krowy albo psy? Albo konie? Bonnard? Cleiti? - Varian zwróciła 

się do reszty załogi.

- Jasne!

- W takim razie wiecie, że krowy i konie rodzą młode, które już w pół godziny po 

narodzeniu potrafią stanąć na nogach o własnych siłach, a jeśli zajdzie potrzeba, biec za swoją 

background image

matką.   Oznacza   to,   że   rodzą   się   dojrzałe   i   w   pewnym   sensie   wyczulone   na   bodźce 

zewnętrzne,   gotowe   instynktownie   na   nie   zareagować.   Wy   i   ja   urodziliśmy   się   bardzo 

maleńcy  i   fizycznie   niedojrzali.   Nasi   rodzice   lub   opiekunowie   musieli   nas   nauczyć   jeść, 

chodzić, biegać, mówić, troszczyć się o siebie.

-   I   co   w   związku   z   tym?   -   Bonnard   słuchał   w   skupieniu,   niecierpliwie   czekając 

konkluzji.

- W związku z tym konie i krowy nie uczą się wiele od swych rodziców, ponieważ nie 

muszą nabyć tylu umiejętności i być tak wszechstronnie przystosowane. Tymczasem nasze 

niemowlaki...

-   ..   .muszą   uczyć   się   zbyt   wiele,   zbyt   szybko   i   zbyt   dobrze,   no   i   bez   końca   - 

dokończyła   Cleiti   z   tak   przesadnym   westchnieniem   rezygnacji,   że   Varian   parsknęła 

śmiechem.

- I co chwila aktualizować połowę z tego, czego się nauczyły, zgodnie z nowymi 

informacjami - dodała ze współczuciem. - Główną zaletą istot ludzkich jest to właśnie, że się 

uczą. Są przez to umysłowo elastyczne i potrafią się przystosować, często do okropnych 

warunków...

- ...jak na przykład ten smród tutaj - rzucił zgryźliwie Bonnard.

- Dlatego więc interesuje mnie stopień dojrzałości młodych ptaków w chwili narodzin 

- Varian doprowadziła nareszcie wyjaśnienia do końca.

- Są pewnie jajorodne, co? - spytał chłopiec.

- Nawet więcej niż pewnie. Nie wyglądają na jajo-żyworodne... Są zbyt ciężkie, by 

matka mogła je nosić choćby przez króciutki okres... Nie, nie... Przypuszczam, że muszą być 

jajorodne.   Wylęgają   się   opierzone,   jeszcze   długo   niezdolne   do   latania.   To   wyjaśniałoby 

również   ich   rybackie   obyczaje.   Wspólnymi   siłami   łatwiej   wyżywić   wiecznie   głodne 

potomstwo.

- Hej, Varian, popatrz! - wrzasnął Bonnard, który ani na chwilę nie odrywał wzroku od 

szyby. - Nadchodzą zmiennicy! Rany! Pełna organizacja! Nigdy nie widziałem tak sprawnej 

zmiany. Głowę daję, że te ptaki to najinteligentniejsze stworzenia na Irecie!

- To całkiem prawdopodobne, lecz nie wolno ci wyciągać pochopnych wniosków - 

uprzedziła Varian. - Dopiero zaczęliśmy rozglądać się po tej planecie.

- Mamy zamiar przebadać ją całą? - Bonnard był przerażony.

- Ach, wiesz, przebadamy tyle, ile zdołamy w czasie pobytu tutaj - odparła zdawkowo. 

A  jeśli   zostaną   tu   na   zawsze?   pomyślała.   -   Pomijając   zapach,   Ireta   nie   jest   najgorszym 

miejscem. Bywałam w o wiele paskudniejszych.

background image

- Nie przeszkadza mi aż tak ten fetor... - zaczął Bonnard, na wpół usprawiedliwiając 

się, na wpół broniąc.

- Ja już go nawet nie zauważam - oznajmiła Terilla.

- ...przeszkadza mi natomiast deszcz - ciągnął Bonnard, ignorując zupełnie uwagę 

dziewczynki - i ciemności.

W tej samej chwili zaświeciło słońce.

- Sądzisz, że uda ci się jeszcze raz powtórzyć tę sztuczkę, gdy brak słońca znów da się 

nam we znaki? - rzuciła Varian z uśmiechem.

Dziewczynki zachichotały.

- Jakżeż bym chciał!

Słoneczne promienie wyrysowały zniekształcony cień ślizgacza na powierzchni wody. 

Ryby - duże i małe - wściekle burzyły spokojną toń, na próżno goniąc za nieosiągalnym 

cieniem. Varian kazała Bonnardowi zarejestrować te szaleńcze ataki, by móc się potem im 

bliżej przyjrzeć. To ułatwi skatalogowanie podwodnych form życia, stwierdziła.

- Pływałem raz w oceanie, gdy zeszliśmy na ląd, w Boston-Betelgeuse - powiedział 

Bonnard, kiedy i słońce, i drapieżne ryby odmówiły im dalszego towarzystwa.

- W życiu byś mnie nie przyłapał na taplaniu się w takim bagnie! - fuknęła Cleiti, 

wskazując na wodę poniżej.

- Ja nie, ale coś innego na pewno.

- Co ty bredzisz?

- Złapałoby cię, głuptaku!

- A! - Cleiti zrozumiała dowcip Bonnarda. - Zabawny jesteś!

Spośród chmur wyłoniły się kolejne ptaki. Odebrały sieć od niosących ją dotąd, a te 

natychmiast przyspieszyły i ulotniły się w mgnieniu oka, jakby szczęśliwe, że uwolniono je 

od ciężaru. Konwój wzmocniony posiłkami nabrał szybkości i skierował się nieco bardziej na 

wschód, w stronę najwyższych wzniesień. Wbrew przypuszczeniom Varian, nie musiały więc 

pokonać całego morza, by dotrzeć do domu.

-  Aha!   Mam  je!  To   tam   się   udają!   -   syknął   Bonnard   zachwycony.   -   Na   szczycie 

tamtego urwiska jest ich więcej, a cała ściana jest jak sitko. Same jaskinie!

- Mieszkają w jaskiniach, by nie zwilgotniała im sierść, no i żeby ich małe były 

bezpieczne   przed   morskimi   drapieżnikami   -   stwierdziła   Terilla   głosem   nie   znoszącym 

sprzeciwu.

- Ptaki mają pierze, matołku! - poprawił z pobłażaniem Bonnard.

background image

- Nie zawsze - przyznała rację dziewczynce Varian. - Złote ptaki mają raczej sierść, 

która u pewnych gatunków jest odmianą upierzenia.

-   Może   wylądujemy,   żeby   się   ostatecznie   przekonać?   -   spytał   Bonnard,   wyraźnie 

wymawiając wyrazy, by każdy zrozumiał jego dowcip.

Cleiti trzepnęła go przez ramię, a Varian jęknęła płaczliwie, kręcąc głową.

- Nic z tego, w tej chwili lądowanie nie wchodzi w rachubę. Nie należy zbliżać się do 

zwierząt, kiedy jedzą - powiedziała. - Mogą być niebezpieczne. Wiemy już, gdzie złote ptaki 

mają swoje siedlisko. Wystarczy, jak na jeden dzień.

-   Nie   moglibyśmy   im   się   choć   przypatrzyć   z   góry?  To   im   chyba   w   niczym   nie 

przeszkodzi... - Bonnard nie dawał za wygraną.

- Owszem, to dałoby się zrobić.

Coraz więcej złotych stworzeń wynurzało się z licznych szczelin i jam, którymi usiane 

było urwisko. Pełne wdzięku wzbijały się na szczyt, który z tego, co spostrzegła Varian, 

tworzył względnie płaską równinę na przestrzeni jakichś pięciuset metrów, by potem opadać 

w dół dzikimi stromiznami usłanymi głazami.

- Jestem ciekaw, co one teraz zrobią... - myślał głośno Bonnard. - Sieć jest za duża, by 

upchnąć ją w którąś ze szczelin... Jeju! - wyrwało mu się, gdy wszystkie ptaki, jakby w 

odpowiedzi na jego pytanie, porwały sieć ponad urwisko i nieoczekiwanie puściły ją z jednej 

strony, rozsypując ryby po płaskowyżu.

Zlatywały się teraz ze wszystkich kierunków. Niektóre lądowały, by z nieznacznie 

rozpostartymi skrzydłami, niezgrabnym, kaczkowatym krokiem podejść do zwałów lśniących 

ryb. Inne pikowały energicznie, błyskawicznie napełniały łupem torby przydziobowe i zaraz 

znikały w jaskiniach. W całym tym zamieszaniu nie zdarzyło się, by któreś sprzeczały się o 

najsmakowitsze kąski. Bywały natomiast chwile, że ptaki grymaśnie przebierały w rybach.

- Zmień ostrość wizjera, Bonnard - zawołała Varian. - Chcę zobaczyć, co odrzucają...

- Te frędzlowate stwory... Małe...

- Może dlatego dorosłe osobniki nas goniły. - Terilla spojrzała na Bonnarda. - Ptaki 

porwały ich młode...

- Bzdura! - Bonnard skwitował jej pomysł z całą pogardą, na jaką było go stać. - 

Frędzlaki nie mają oczu, że o mózgach nie wspomnę. Jak mogłyby się bawić w sentymenty w 

stosunku do młodych?

- Nie wiem. Ale nie mamy pewności, że nie mogą. Ryby miewają uczucia. Czytałam 

gdzieś... - Terilla upierała się przy swoim.

- Phi, czytałaś... - głos Bonnarda stanowczo nakazywał dziewczynce milczenie.

background image

Varian   odwróciła   się   w   ich   stronę,   obawiając   się,   że   postawa   Bonnarda   sprawi 

dziewczynce  przykrość,  zwłaszcza   że  jego  lekceważący ton   nie  był   niczym   uzasadniony. 

Tymczasem Terilla nie wyglądała na szczególnie przejętą. Varian postanowiła w duchu, że 

weźmie Bonnarda na stronę i przywoła go do porządku, zaraz jednak zwolniła się z danej 

sobie obietnicy. Ostatecznie, pomyślała, dzieci wszelkich gatunków same najlepiej rozwiązują 

problemy między sobą.

Teraz i ona zerknęła przez teleskop, by przyjrzeć się odrzuconym częściom połowu.

- Niektóre wodne zwierzęta są zdolne do czegoś w rodzaju wierności i przywiązania 

do przedstawicieli swojego gatunku - zaczęła - jednak sądzę, że nasze ofrędzlone płaszczaki 

są na to zbyt prymitywne. Składają pewnie tony ikry, by parę młodych mogło dotrwać do 

wieku dojrzałego, oczywiście po to tylko, by się dalej rozmnażać. Hm - ciągnęła wykład - a 

przecież nie wchodzą w skład ptasiego menu. Nie mówiąc już o jadłospisie tych kolczastych 

istotek.   Bonnard,   pomagałeś   przecież   Trizeinowi   i   Divisti,   przyjrzyj   się   teraz   dobrze! 

Widziałeś może już któreś z nich pośród próbek, które im przekazaliśmy?

- Niiiee... Widzę je po raz pierwszy.

- Oczywiście, w końcu pobieraliśmy próbki wyłącznie z większych oceanów...

Na płaskowyżu nie było już widać prawie żadnego ptaka. Pozostały jedynie odrzucone 

sztuki z ich połowu, by zgnić na wiecznym deszczu.

- Varian, zobacz! - wrzasnął Bonnard, znów przyklejony do szyby. - Zobacz!

Wymachiwał ręką ponaglająco i z takim entuzjazmem, że Varian musiała odepchnąć 

go nieco na bok, by nie zasłaniał jej widoczności. Jeden z małych płaszczaków poruszył się w 

charakterystyczny   dla   swego   gatunku   sposób   -   kurcząc   się   z   jednej   strony   i 

przekoziołkowując z trzaskiem. Spostrzegła teraz, co tak zaintrygowało chłopca - poza wodą, 

naturalnym środowiskiem zwierzęcia, jego szkielet rysował się wyraźnie przez skórę. Widać 

było   jak   na   dłoni   stawy   w   każdym   rogu   stworzenia,   które   poruszało   się   na   zasadzie 

deformacji równoległoboku. Zwierzę przesunęło się raz i drugi, by zastygnąć w bezruchu. 

Nawet otaczające jego ciało frędzle nie falowały już więcej. Varian zastanawiała się, jak 

długo   było   w   stanie   przeżyć   bez   wody.   Może   było   wyposażone   w   dwudzielny   układ 

oddechowy,   skoro   tyle   czasu   utrzymało   się   przy   życiu   z   dala   od   swego   naturalnego 

środowiska? Czyżby wychodziło właśnie z ewolucyjnej fazy wodnej i rozpoczynało podbój 

lądu?

- Nagrałeś to, mam nadzieję? - Varian zwróciła się do Bonnarda.

-   Oczywiście,   od   momentu,   w   którym   zaczęło   się   poruszać.   Sądzisz,   że   oddycha 

tlenem?

background image

- Liczę na to, że nie - wtrąciła się Cleiti. - Wolałabym nie nadziać się na taką mokrą 

szmatkę w ciemnym, dżdżystym lesie. - Wzdrygnęła się, zaciskając mocno powieki.

- Ja też nie - przyznała Varian z głębi serca.

- Może to całkiem przyjacielskie stworzonko? Przynajmniej gdy nie jest głodne? - 

zasugerowała nieśmiało Terilla.

- Wyobraź sobie: wilgotne, obślizgłe frędzelki owijają się wokół ciebie i duszą cię, o 

tak... - Bonnard wił się i skręcał, prezentując swą przerażającą wizję.

-   Nie   byłoby   w   stanie   wokół   mnie   się   owinąć   -   odparła   Terilla,   bynajmniej   nie 

wzruszona spektaklem. - Nie zgina się w połowie, tylko po brzegach.

- Ojej, już się w ogóle nie rusza... - rzucił nagle Bonnard zawiedzionym i wyjątkowo 

smutnym głosem.

-   Skoro   mowa   o   poruszaniu   się   -   zaczęła   Varian,   zerkając   w   stronę   jedynego 

jaśniejszego punktu na poszarzałym niebie - mamy zachód słońca.

- Po czym to niby poznałaś? - spytał Bonnard sarkastycznie.

- Spojrzałam na chronometr - odcięła się Varian. Cleiti i Terilla zachichotały.

-   Może   wylądujemy   teraz   i   przyjrzymy   się   bliżej   ptakom?   -   zaproponował   pełen 

tęsknoty Bonnard.

- Zasada numer jeden: nie przeszkadzaj zwierzętom, gdy jedzą. Zasada numer dwa: 

nie zbliżaj się do zwierząt, jeśli nie znasz dobrze ich zwyczajów. To, że dotąd nie dobrały się 

nam   do  skóry,   nie   oznacza   wcale,   że   nie   są  równie   groźne   jak  pustogłowe,   ograniczone 

drapieżniki.

- To nigdy nie będziemy obserwować ich z bliska? - Bonnard nie mógł się z tym 

pogodzić.

- Oczywiście, że będziemy, lecz dopiero, gdy zastosujemy się do zasady numer dwa. 

Stąd też dzisiaj odpada. Poza tym, mam odstawić ślizgacz Kaiowi.

- Będę mógł wtedy z tobą polecieć? - zapytał chłopiec.

- To jest możliwe.

- Obiecujesz? - rozchmurzył się.

- Nie, nie obiecuję. Powiedziałam tylko, że to jest możliwe, Bonnard, i to właśnie 

miałam na myśli. - Varian była nieugięta.

- Nigdy się niczego nie nauczę, jeżeli wreszcie nie pozwolicie mi zrobić czegoś w 

terenie, z dala od tych przeklętych ekranów i... - oburzył się.

background image

- Jeśli wróciłbyś do swojej mamy w niezupełnie kompletnym stanie tylko dlatego, że 

zasmakowałby w tobie jakiś płaszczak albo ptak, dałaby nam takiego łupnia, że byśmy się nie 

pozbierali. Więc siedź cicho, dobrze?

Varian przybrała ostrzejszy ton niż zwykle. Po prostu jego upór, jego przeświadczenie, 

że wystarczy się nieco powdzięczyć, poprzymilać, a jego życzenie zostanie zaraz spełnione, 

wszystko to zdenerwowało ją nieoczekiwanie. Z drugiej strony rozumiała bardzo dobrze jego 

poirytowanie   ciągłymi   zakazami,   ograniczeniami,   restrykcjami...   Wychowankom   baz 

kosmicznych   planety   dawały   złudzenie   bezpieczeństwa,   ponieważ   wszystko,   co   mogło 

zagrozić w kosmosie, pozostało wysoko, ponad grubą na wiele mil atmosferą. Na statku od 

tragedii dzieliła ich jedynie licha metalowa łupina, w której byle dziurka oznaczała śmierć. 

Nie ma łupiny, nie ma niebezpieczeństwa, upraszczając.

- Bądź tak dobry, Bonnard, i przejrzyj nagranie. Chciałabym wiedzieć, czy udało nam 

się zrobić parę przyzwoitych zdjęć płaszczakom - poprosiła go po długim, bardzo długim 

milczeniu,   buntowniczym   z   jego   strony,   nieustępliwym   z   jej.   -   Muszę   coś   sprawdzić   z 

Trizeinem zaraz po powrocie do obozu. Kurczę, szkoda, że nie mamy dostępu do banku 

danych BO.

Po kolejnej, dłużącej się chwili ciszy, przerywanej tylko stłumionym szumem wartko 

przewijanych taśm, przemówił Bonnard:

- Wiesz, Varian, te ptaki przypominają mi coś, co już gdzieś kiedyś widziałem. Niemal 

pamiętam nalepkę na kasecie...

- Na której kasecie?

- Zwykłe zdjęcia, Varian, nic takiego...

- Mnie też coś przypominają, Bonnard, lecz ja również w żaden sposób nie potrafię 

odszukać w pamięci, co - przyznała Varian.

- Moja mama powiada, że jeśli ma się jakiś problem, powinno się go przespać, a 

rozwiązanie znajdzie się samo - rzekła Terilla.

- Dobry pomysł, Terilla - przytaknęła Varian. - Zrobię tak i ty lepiej też, Bonnard. Ale, 

ale! Znów jesteśmy na nowym terenie. Wszyscy na stanowiska!

Udało im się oznaczyć kilka przysadzistych przeżuwaczy, dostrzec parę mniejszych 

ssaków podobnych do Dandy i zaskoczyć kilka stad padlinożerców przy “pracy". Wrócili na 

teren złóż uranitytów wkrótce po tym, gdy “mrok skrzepł już", jak wyraziła się Terilla. Kai w 

towarzystwie  Dimenona  i  Margit  czekał  ze  sprzętem,  który miał  być   przetransportowany 

ślizgaczem.

background image

- To naprawdę bogate złoże - powiedział na powitanie Dimenon. Wyglądał na bardzo 

zmęczonego i jednocześnie bezgranicznie szczęśliwego. Zaraz też zaczął zasypywać Varian 

szczegółami, urwał jednak i zwrócił się w stronę Kaia.

- W następnej dolinie też dostrzegliśmy pokłady, równie rozległe i bogate - oznajmił 

Kai. Jego spoconą, umorusaną twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

- I pewnie w następnej też dostrzeżemy - westchnęła znużona Margit. - Na szczęście ta 

może poczekać do jutra.

- BO powinna zaopatrzyć nas przynajmniej w jeden zdalnie sterowany skaner, Kai - 

powiedział Dimenon, pomagając załadować sprzęt do ślizgacza. Varian odniosła wrażenie, że 

jest to ciąg dalszy jakiejś dyskusji.

-   Zgłosiłem   zapotrzebowanie   na   jeden,   zwykły,   standardowy.   Ci   z   zaopatrzenia 

powiedzieli   mi,   że   niestety   nie   mają   żadnego   na   składzie.   Przypomnij   sobie,   obok   ilu 

obiecujących systemów planetarnych przeszliśmy w zeszłym roku.

- Jak sobie pomyślę o tej całej harówce, której by nam zaoszczędzono...

- Bo ja wiem - przerwała Dimenonowi Margit, upychając do ślizgacza zwój drutu - 

zaharowujemy się tak samo, pracując na zdalnie sterowanym sprzęcie. Wiem, bo dzisiaj nic 

innego nie robiłam - jęknęła - i czuję to wyraźnie w każdej kosteczce i w każdym mięśniu, 

nawet w tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Jesteśmy słabeuszami, co tu dużo 

gadać. Nie dziwmy się, że grawitanci z nas się naśmiewają.

- Grawitanci! - Dimenon w jednym prostym słowie zawarł całą pogardę wszechświata.

Kai wymienił z Varian przelotne spojrzenie.

- Wiem, że rano dręczył ich jakiś cholerny kac czy coś tam, ale po południu byłam z 

Paskuttiego naprawdę zadowolona - Margit ciągnęła dalej, pakując się do ślizgacza. Zajęła 

miejsce obok Terilli. - Wsiadaj, Di, chcę jak najszybciej spłukać z siebie to paskudztwo. Mam 

nadzieję, że nowy preparat Portegina upora się z fetorem tutejszej wody. Hydro-tellurek nie 

dodaje ciału piękności. No, mały nicponiu, jak minął dzień? - zwróciła się do Terilli.

Natychmiast  wywiązała  się  ożywiona   rozmowa.  Dzieciaki  pytlowały bez   przerwy, 

Varian tymczasem, kierując ślizgacz do bazy, zatopiła się w rozmyślaniach, co też mogło 

spowodować tak zjadliwą reakcję Dimenona. Może to tylko irytacja wywołana porannym 

zachowaniem grawitantów i  rezultat odkrycia tak  bogatego  złoża?  Trzeba  będzie  zapytać 

Kaia. Nie chciała, by jego zespół darł koty z jej drużyną; sama z czystym sumieniem mogła 

przyznać,   że   grawitanci   byli   dziś   mniej   wydajni.  A  może   Dimenon   wciąż   pieklił   się   o 

wczorajsze racjonowanie alkoholu?

background image

Każda wyprawa złożona z osób wychowanych w bazach kosmicznych i tych, którzy 

wyrośli w warunkach naturalnych, niosła ze sobą ryzyko konfliktu, stąd też BO ograniczała 

ilość podobnych ekspedycji do niezbędnego minimum. Wyprawa na Iretę wymagała jednak 

tężyzny   grawitantów,   więc   Varian   i   Kałowi   nie   pozostawało   nic   innego,   jak   tylko 

rozwiązywać zaistniałe nieporozumienia i łagodzić antagonizmy.

To   przygnębiało   nieco   Varian.   Komputer   był   w   stanie   podać   współczynnik 

prawdopodobieństwa dla każdej możliwej sytuacji, zwłaszcza tak dobry komputer, jak ten, w 

który wyposażono tę misję. Lecz nawet najlepszy nie mógłby określić, w jaki sposób tak 

nieoczekiwane drobiazgi jak fetor i wprost egipskie ciemności albo ciągłe opady deszczu 

wpłyną na usposobienie członków wyprawy, ani przewidzieć, że burza kosmiczna pozbawi 

ich łączności z macierzystym statkiem. A już na pewno nie podałby do wiadomości faktu, że 

planeta   umieszczona   na   liście   niezbadanych,   nieprzerwanie   dostarczać   będzie   dowodów 

poprzednich badań, nie wspominając już w ogóle o takich anomaliach, jak chociażby... Z 

drugiej strony, jeśli rzeczywiście na Iretę zawitała już kiedyś jakaś ekspedycja, rozważała 

Varian, być może rozwój pięciopalczastych zwierząt czy wodne organizmy poruszające się na 

zasadzie łamania równoległoboku były całkiem prawdopodobne! Tylko które zjawisko było 

rodzime? Na pewno nie oba!

Złote ptaki, zmuszone szukać trawy tak daleko od swego naturalnego środowiska? 

Varian od razu wróciła werwa.

Jeśliby   ptaki,   myślała,   stworzenia   pięciopalczaste,   nie   były   formami   tubylczymi, 

wówczas ani roślinożerne, ani drapieżne zwierzęta, na które natrafili na Irecie, również nie 

mogły być rodzimymi organizmami! Nie ma więc mowy o anomaliach: to są zagadki. Jak? 

Kto? Czyżby Inni? Nie, wszystko, tylko nie wszędobylscy Inni. Oni przecież niszczą każdy 

przejaw życia. Jeśli w ogóle istnieją, oczywiście.

Thekowie   powinni   wiedzieć   coś   o   poprzedniej   ekspedycji.   Gdyby   Kai   zdołał   ich 

zmusić do przypomnienia sobie... Do pioruna! Sama przeprowadzi najbliższą rozmowę, byle 

się dowiedzieć! Niech tylko powie o tym Kałowi!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kai miał tyle samo powodów do rozmyślań, co i Varian. Po pierwsze, “pozbył" się 

właśnie kilku niezastąpionych akcesoriów, które Paskutti i Tardma nieopatrznie upuścili w 

przepaść. BO wyposażyła go w minimalną ilość zapasowego sprzętu sejsmicznego, poza tym 

akurat   po   grawitantach   niedbałości   spodziewał   się   najmniej.   Zazwyczaj   poruszali   się   tak 

powoli  i rozważnie,  że  unikali  większości  wypadków. Tym  razem jednak... Kai  nie  miał 

prawa   zabronić   im   pić   trunku   Lunzie,   ale   trzeba   ją   będzie   poprosić,   by   rozrzedzała 

przeznaczone dla grawitantów porcje. Nie mógł sobie pozwolić na więcej strat.

Każda   wyprawa   mogła   oczywiście   ponieść   pewne   ubytki   w   sprzęcie   w   wyniku 

nieprzewidzianych zajść, jednakże każda strata powyżej jasno określonych limitów odbijała 

się   niekorzystnie   na   stanie   osobistego   konta   dowódcy.   Niemniej   jednak,   bardziej   niż 

ewentualne   cięcia   finansowe,   dręczyła   Kaia   sama   utrata   przyrządów,   ponieważ   była 

wynikiem   jawnego   niedbalstwa.   Coś   takiego   irytowało   go.   Na   domiar   złego   drażniła   go 

własna irytacja, gdyż miał to być dzień tryumfu jego i całego zespołu - osiągnęli cel, dla 

którego ich tutaj przysłano. Starał się więc zdławić w sobie negatywne uczucia.

Obok,   Gaber,   cały   w   skowronkach,   mełł   niemiłosiernie   ozorem.   Pierwszy   raz   od 

wylądowania kartograf był w tak wyśmienitym nastroju. Berru i Triv omawiali kolejny dzień 

pracy. Rozprawiali o kolorowych jeziorach, oczywiście pod kątem prawdopodobnie kryjących 

się w nich złóż rudy. Triv narzekał na brak zdalnie sterowanego sensora, z przyzwoitym 

podświetlaczem na  podczerwień,  który zdołałby  przebić  się przez  wszechobecne  chmury. 

Wystarczyłby tydzień rejestracji na orbicie planetarnej i robota byłaby z głowy.

- W końcu mamy przecież nagrania z sondy - zaoponowała Berru.

-   Która   dokonała   jedynie   pomiarów   lądu   i   głębokości   oceanów.   -   Triv   wzruszył 

ramionami. - Żadnej ostrości, żadnej podczerwieni, by spenetrować wieczną warstwę chmur.

-   Przed  lądowaniem   domagałem   się   stosownego   satelity   -   wtrącił   Gaber   z   nutą 

rozdrażnienia w głosie.

- Ja też - dodał Kai. - Powiedziano mi, że nie ma odpowiednich na składzie i będziemy 

musieli zrobić wszyściutko sami, wytężoną pracą.

- To chyba kryterium obowiązujące podczas naszej wyprawy - rzekł Gaber, rzucając 

Kaiowi szelmowskie spojrzenie. - Zdobywać wszystko wytężoną pracą.

- Sflaczałeś, Gaber, ot co - prychnął Triv. - Na statku za mało czasu spędzałeś w 

siłowni. Szczerze mówiąc, sam traktuję tutejsze warunki jako wyzwanie. I ze mnie zrobił się 

background image

mięczak.  Taka   podróż   przyda   się   nam   wszystkim.  Tak,   tak.   Zepsuł   nas   system   “naciśnij 

przycisk". Trzeba wrócić do natury, zmusić krew do krążenia, rozruszać ścięgna... aać...

- Pooddychać głęboko śmierdzącym powietrzem? - zasugerował Gaber, kiedy Triv, 

porwany własną elokwencją, zakrztusił się nadmiarem słów.

- Co ty, Gaber? - odgryzł się zaraz. - Znów zgubiłeś filtr?

Nietrudno   było   dokuczyć   Gaberowi,   więc   Triv   ciągnął   swoją   orację,   pokpiwając 

nieprzerwanie z kartografa. Zamilkł dopiero, gdy Kai skierował ślizgacz w wąską dolinę 

między wzgórzami, za którymi mieścił się obóz. Kai udał, że nie dostrzegł spojrzenia Gabera, 

choć   myśląc   kategoriami   kartografa,   “wytężona   praca",   o   której   mówili   w   zaopatrzeniu, 

mogła   być   zapowiedzią   ich   porzucenia,   co   eufemistycznie   nazwano   by   “zasiedleniem". 

Wyjaśniałoby to, dlaczego skreślono mu pół listy zamówień. Zdalnie sterowane sensory są 

zbyt drogie, by obdarowywać nimi byle planetarną kolonie. Chociaż, jeśli kolonia miała być 

samowystarczalna,   na   pewno   wyposażono   by   ich   w   jakiś   sprzęt   górniczy,   by   mogli 

wydobywać   i   fryszować   metale   potrzebne   do   stawiania   zabudowań   i   produkcji   części 

zamiennych, choćby do ślizgaczy. Byłby też... “Wszystko da się zrobić wytężoną pracą" - 

słowa urzędnika złowieszczo dźwięczały Kaiowi w uszach. Najlepiej zrobi, jeśli uda się do 

Varian na długą pogawędkę, i to jak najszybciej.

Jednakże zakładając, że ekspedycja była autentycznym przedsięwzięciem - w końcu 

pilne zapotrzebowanie na transuranowce stało się już cechą gatunkową PS - wówczas, jeśli 

nawet nie ich rodzima ARTC-10 BO, ktoś inny przejmie wiadomość z satelity i zdecyduje się 

wylądować na Irecie, by zająć się eksploatacją złóż nader ważnej rudy i minerałów, a przy 

okazji ich uratuje. Taka pozytywna, bądź co bądź, perspektywa od razu dodała Kaiowi otuchy, 

toteż resztę podróży poświęcił formułowaniu depesz, najpierw do Theków, a następnie tej, 

którą postanowił wysłać kapsułą kosmiczną. Chociaż nie. Miał tylko jedną kapsułę. Dwa 

złoża rudy to jeszcze niewystarczający powód, by ją ekspediować. Przede wszystkim więc 

skleci komunikat dla Theków o starych czujnikach i złożach uranu. Kapsułę wyśle się wtedy, 

gdy zajdzie istotna potrzeba. W tej chwili nie było najmniejszego powodu do alarmu, poza 

mglistymi podejrzeniami starzejącego się kartografa.

Ku zdziwieniu Kaia grawitanci, którzy wyruszyli sporo czasu przed nim, nie dotarli 

jeszcze   do   obozu.   Pozostałe   ślizgacze   wróciły   już   bezpiecznie   do   bazy.   Dzieciaki,   pod 

czujnym okiem Lunzie, zasypywały pieszczotami Dandy. To właśnie pod pretekstem opieki 

nad najmłodszymi udało się Lunzie wykręcić od spełnienia natarczywych próśb Portegina i 

Aulii o większy przydział jej cudownego soku. Kai nie dojrzał nigdzie Varian ani Trizeina i 

doszedł do wniosku, że są pewnie w ksenochemicznym laboratorium w wahadłowcu. Nagle 

background image

pojawili się grawitanci. W zwartej formacji podchodzili do lądowania od północy. Północy? 

Kai ruszył natychmiast do Paskuttiego, by spytać go o powody tak diametralnej zmiany trasy. 

Nagle jednak z wahadłowca dobiegł go głos Varian. Była czymś tak podekscytowana, że 

zaraz pośpieszył w jej kierunku, odkładając rozprawę z Paskuttim na potem.

- Kai, Trizein chyba już wie, dlaczego złote ptaki nie mogą się obyć bez trawy - 

rzuciła, gdy był już dość blisko. - Ta zielenina zawiera mnóstwo karotenu... witaminy A. 

Potrzebują go, by zachować dobry wzrok i pigmentację.

-   Dziwne   tylko,   że   muszą   pokonywać   tak   ogromne   odległości,   żeby   zaspokoić 

podstawowe potrzeby.

-   To   potwierdzałoby   moją   hipotezę,   że   pięciopalczaste   nie   są   rodzimymi 

mieszkańcami Irety.

Kai właśnie unosił nogę, by przekroczyć luk. Zamarł w takiej pozycji i ledwie zdążył 

złapać za boczne ścianki, by nie stracić równowagi.

- Nie są rodzime? - powtórzył. - Co do wszystkich diab... Co masz na myśli? Muszą 

być rodzime, przecież żyją tutaj!

- Lecz stąd nie pochodzą - odparła Varian i gestem nakazała mu wejść wreszcie do 

środka.   -   Co   więcej,   płaszczaki,   które   dziś   widziałam,   nie   są   wcale   stawonogami,   co 

pasowałoby   do   odkrytych   przez   nas   kręgowców,   wiesz,   roślinożernych,   drapieżników,   a 

nawet ptaków.

- Mieszasz to wszystko bez sensu.

- Nie ja. To planeta. Rzadko kiedy zwierzęta zmuszone są wędrować setki kilometrów 

od swego naturalnego środowiska, by zdobyć konieczny pokarm. Zazwyczaj podstawowe 

elementy diety znajdują w okolicy, którą zamieszkują! - Varian rozemocjonowała się.

- Zaraz, zaraz. Chwileczkę, Varian. Pomyśl. Jeśli twoje maskotki stąd nie pochodzą, 

musiały być tu sprowadzone. Kto... - Kai zaciął się. - Dlaczego ktoś miałby chcieć przesiedlić 

na Iretę zwierzaki wielkości tutejszych drapieżników czy twojej Mabel?

Varian przyjrzała mu się uważnie, jakby oczekując, że sam zna odpowiedź na własne 

pytanie.

- To ty powinieneś wiedzieć. Dostaliśmy już od nich cynk. Od Theków, ciemniaku - 

dodała nieco opryskliwie, gdy Kai milczał, niewiele rozumiejąc. - Nieodgadnieni Thekowie. 

Byli już tutaj. To oni zostawili ten antyczny sprzęt.

- To nie ma sensu, Varian.

- To ma sens. Nawet sporo.

- Aż jakiego to niby powodu - Kai nie dawał za wygraną - mieliby coś takiego zrobić?

background image

- Pewnie już zapomnieli - odparła Varian, szczerząc zęby w figlarnym uśmiechu. - Tak 

samo, jak nie pamiętają, że raz już badali Iretę.

Dotarli do laboratorium Trizeina. Naukowiec medytował właśnie nad powiększonym 

obrazem jakiegoś włókna.

- Oczywiście potrzebny byłby jeden z tych ptaszków, Varian, by przekonać się, czy 

rzeczywiście jest mu niezbędny karoten - perorował, jakby w ogóle nie spostrzegł, że Varian 

wyszła na moment z laboratorium.

- Mamy już Mabel - odparła, wchodząc do środka - i małego Dandy.

- Mamy w obozie zwierzaki? - Trizein aż zamrugał ze zdziwienia.

- Mówiłam ci przecież, Trizein - jęknęła Varian. - Preparaty, którymi zajmowałeś się 

wczoraj i przedwczoraj...

- A tak, teraz sobie przypominam - rzucił, choć było dla wszystkich jasne, że nie 

przypomina sobie czegoś podobnego ni w ząb.

- Mabel i Dandy raczej nie fruwają - zauważył Kai. - To zupełnie odmienne gatunki.

- W rzeczy samej, szefie, lecz są pięciopalczaste, jak choćby kłacz, który również nie 

potrafi obejść się bez trawy.

- Mabel i Dandy są roślinożerne - Kai wykłócał się dalej - tymczasem drapieżniki i 

złote ptaki nie są.

Varian przez moment rozważała zastrzeżenie Kaia.

-   Owszem,   jednak   ogólnie   rzecz   biorąc,   mięsożerne   czerpią   wystarczające   ilości 

witaminy C z mięsa. - Varian pokiwała bezradnie głową. - W takim razie kłacz nie musiałby 

szukać trawy aż w dolinie. Mabel i jej krewniacy dostarczaliby mu dość witamin. Nic z tego 

nie łapię, przynajmniej na razie. Poza tym ptaki mogą mieć całkiem inny powód zbierania 

tamtej trawy, jak zasugerowała mi dziś Terilla.

-   Chyba   się   zgubiłem   -   oświadczył   Kai.   Wskazał   na   Trizeina,   który   zatopił   się 

ponownie w swej pracy nad mikroskopem, zapominając zupełnie o ich obecności.

-   Zrozumiesz,   gdy  obejrzysz   nasze   dzisiejsze   nagrania.   Chodź!   Idziesz,   czy  masz 

może coś innego do roboty?

- Komunikat dla Theków, ale najpierw przyjrzę się waszym taśmom.

- A propos, Kai - zaczęła Varian, wychodząc za nim z laboratorium - w pobliżu złóż 

uranitytu nie natrafiliśmy na żadne zwierzęta, które mogłyby sprawiać jakieś kłopoty. Jeśli 

rozłożycie obóz w odpowiednim miejscu, najlepiej na wzgórzu, i zmontujecie przyzwoity pas 

siłowy, twój zespół będzie mógł czuć się całkiem bezpiecznie.

background image

- To dobra wiadomość. Bynajmniej nie podejrzewałem, że zdołałabyś przestraszyć 

kogoś swymi opowieściami o stadach kłączy, ale zawsze, wiesz...

- Kłącze, jeśli chodzi o ścisłość, polują samotnie - odcięła się Varian.

Dotarli   do   kabiny   pilota.   Varian   bezzwłocznie   umieściła   kasetę   w   odtwarzaczu, 

przedstawiając jednocześnie konkluzje, do jakich doszła. Wyraziła chęć, by przy najbliższej 

okazji przyjrzeć się kolonii złotych ptaków bardziej dokładnie.

- Jak dokładnie, Varian? - zapytał zaniepokojony Kai. - Są niemałe i o ile pamiętam, 

mają mocne skrzydła. Mogą być niebezpieczne. Nie miałbym ochoty paść ofiarą ich dziobów.

- Ani ja. - Uśmiechnęła się. - Załatwię to, Kai. Jeśli są tak inteligentne, jak na to 

wskazują poszlaki, może uda mi się zbliżyć do nich bardziej, hm, osobowo.

Kai zaczął gorąco protestować.

-  Złote   ptaki   nie   są   głupie   jak  Mabel   -  Varian   uniosła   rękę,   by  go   uciszyć   -  ani 

przerażone jak Dandy, albo groźne jak kłącze. Nie mogę zrezygnować z szansy poznania 

skrzydlatego gatunku, który działa w tak zorganizowany sposób.

-   Dobrze,   już   dobrze.   Tylko   nie   rób   nic   sama.   Zawsze   masz   mieć   przy   boku 

grawitantów - nakazał z powagą.

- Jesteś prawdziwym przyjacielem! - wykrzyknęła. - A przy okazji, poprawiło im się w 

ciągu dnia?

- W życiu nie byli tak niezdarni. Owszem, zdarzało im się “zwalniać obroty", ale 

nigdy nie zachowywali się jak skończone niedojdy. Paskutti i Tardma spuścili w przepaść 

jeden   z   sejsmografów.   Nie   mam   ich   aż   tyle,   by  móc   sobie   tracić   je   ot,   tak,   jeżeli   chcę 

zakończyć misję. - Kai potrząsnął głową, nie mogąc odżałować szkody. - Nie winie ani siebie, 

ani ich, lecz to najzwyczajniej nieznośne. Co poczniemy z destylacją owoców? Nie mam 

pojęcia, dlaczego trunek Lunzie miał na nich tak tragiczny wpływ, tymczasem nam, istotom 

słabszym, nie sprawił większych problemów.

- Może to nie wina trunku - zasugerowała Varian.

- Co masz na myśli? Varian wzruszyła ramionami.

- Tak mi się po prostu powiedziało. Nic konkretnego.

-   Skonkretyzujmy  to   więc.   Niech   Lunzie   przeprowadzi   parę   badań.  To   może   być 

alergia mutacyjna. Powiedz - zaczął po chwili zupełnie z innej beczki - czy miałaś dziś dla 

grawitantów jakieś zadania? Na północy może?

- Na północy? - powtórzyła Varian. - Nie. Cały dzień mieli być do twojej dyspozycji. 

Wróćmy jednak do złóż uranitytu. Jutro też zamierzasz tam pracować?

Kai zaprzeczył ruchem głowy.

background image

- W porządku - ciągnęła Varian. - W takim razie wyślę swój zespół, by przeprowadzili 

badania   terenu.   Zdaje   się,   że   mieszkają   tam   wyłącznie   mniejsze   zwierzęta,   co,   jak   już 

mówiłam dzieciakom, nie świadczy bynajmniej, że są potencjalnie mniej groźne. Jaki teren 

mielibyśmy następnie sprawdzić, pod kątem przydatności pod obóz, ma się rozumieć?

Kai przywołał na ekran komputera mapę Gabera, z naniesionymi już złożami uranitytu 

i ciągiem starych czujników.

- Skraj płyty - odparł - znajduje się jedynie dwieście kilometrów stąd na północny 

wschód, tak że obędziemy się tam na razie bez dodatkowego obozu. Natomiast Portegin i 

Aulia chcą spenetrować jeziora i pójść głębiej w niziny. Berru i Triv mają udać się na zachód, 

gdzie, jak wszystko wskazuje, mieści się rozległy basen kontynentalny. Może natrafią na 

złoża   ropy   naftowej.   Naturalnie   ropa   nie   jest   wielce   wydajnym   źródłem   energii,   ale   w 

surowym   stanie   znajdzie   wielu   odbiorców.   Spróbowalibyśmy   rafinować   część,   by   mieć 

zapasowe paliwo do...

- Kai - Varian przypomniało się coś - czy ktokolwiek korzystał dziś rano z dużego 

ślizgacza? Choćby przez chwilę?

- Tylko żeby dotrzeć do złóż. Potem ślizgacz miał wrócić do ciebie. Dlaczego pytasz?

- Czas lotów jest o wiele dłuższy, niż powinien - wyjaśniła. - To dziadostwo nadaje się 

teraz tylko do wymiany zasilania.

- Co z tego? - Kai wzruszył ramionami.

- Oj, nie wiem. Po prostu zazwyczaj nie popełniam błędów w cyferkach.

- Varian, dość mamy problemów i bez wymyślania. Varian skrzywiła się.

-   Na   przykład   brak   łączności   z   BO   -   powiedziała.   -   Twój   zespół   będzie   pewnie 

oczekiwał jakiegoś potwierdzenia...

-  Ale   mamy   jeszcze   parę   dni,   zanim   wszystko   się   wyda   -   przypomniał   Kai   -   i 

wykorzystamy każdy z nich.

-   Jasne,   jasne.   Na   razie   możemy   ich   zwodzić.   Przy   okazji,   dzieciaki   okazały   się 

niesamowicie przydatne. Zamawiam je na swój następny lot... Gdy nie będę mieć w planach 

lądowania - dodała, widząc jak na zaskoczonej twarzy Kaia pojawia się wyraz dezaprobaty. - 

Powinieneś nawet rozważyć - uśmiechnęła się chytrze - czy nie zabrać czasem Bonnarda, gdy 

będziecie stawiać czujniki.

- Chwileczkę, Varian...

- Powiadają, że przedawkowanie leczy większość zachcianek.

- Święta prawda - przyznał Kai. - Pomożesz mi poradzić sobie z komunikatem dla 

Theków?

background image

- Niestety, przepraszam cię. Muszę uwolnić Mabel, rozmówić się z Lunzie i wziąć 

przed   jedzeniem   kąpiel.   -   Varian   czym   prędzej   otwarła   luk.   -  Ale   chętnie   przejrzę,   co 

napiszesz.

Zamierzył się, jakby chciał w nią czymś rzucić, lecz Varian, śmiejąc się, szybciutko 

pierzchnęła.

Godzinę później Kai był już ostatecznie przekonany, że Varian, nawet w najgłębszym 

dołku intelektualnym, skleciłaby lepszy komunikat. W każdym razie jego dzieło zawierało to, 

co najważniejsze. Nalegał też na przekazanie pewnych informacji.

Nadał depeszę, ustalając termin nawiązania łączności za dwa dni. Nie zostawiało to 

Thekom zbyt wiele czasu do zadumy, toteż Kai tak sformułował pytania, by w odpowiedzi 

wystarczyło zwięzłe “tak" i “nie", ewentualnie “czekać".

Następny dzień nie przyniósł żadnych niespodzianek. Grawitanci powrócili do formy. 

Tardma i Tangeli przeczesali gęsto porosłe tereny, na których Varian z dzieciakami odkryła 

niewielkie  zwierzęta. Stworzenia  nie  raczyły bynajmniej  pokazać się  przybyszom, jednak 

dzięki znalezionym szczątkom, nie pożartym jeszcze przez insekty czy padlinożerne, udało 

się ustalić, że należą do mięsożernych, prowadzą nocny tryb życia i ze względu na nikłe 

rozmiary   nie   stanowią   rzeczywistego   zagrożenia.   Co   więcej,   mało   prawdopodobne,   by 

wybierały się w okolice przyszłego obozu pomocniczego, tak daleko od swego terytorium.

Kai  stracił   całe   popołudnie,   wybierając   z   Dimenonem   i   Margit   teren   pod   obóz. 

Postanowili, że będą z niego korzystać również Portegin i Aulia podczas swych eskapad na 

zachód.

Lunzie szepnęła w zaufaniu Kałowi i Varian, że grawitanci powinni byli zachować 

większą odporność na działanie jej trunku niż inni. Nie pojmowała ich reakcji, jednak nie 

pochwalała racjonowania im napoju ani rozcieńczania ich porcji. Oświadczyła, że nakaże 

grawitantom   stawić   się   na   rutynowe   badania   kontrolne,   które,   zauważyła   przy   okazji, 

przydałyby się każdemu, i przyjrzy się im pod kątem skłonności alergicznych i ewentualnych 

infekcji, których mogli się nabawić od chwili wylądowania.

Tego wieczoru Lunzie dostarczyła do posiłku dość owocowego napitku, by atmosfera 

stała się nadzwyczaj towarzyska. Grawitanci tym razem nie pili więcej niż inni, śmiali się 

rzadko, jak mieli w zwyczaju, i opuścili salę razem ze wszystkimi. Następnego dnia ich 

sprawność nie była ani trochę nadwątlona, co tylko pogłębiało tajemnicę ich zachowania 

tamtego wieczora.

Kai skrupulatnie trzymał się wyznaczonej godziny nawiązania łączności z Thekami. 

Varian, oczywiście, wpadła w połowie ślamazarnego i ospałego dialogu.

background image

Na pytanie, czy przejęto komunikaty z satelity i nawiązano łączność z BO, padła 

odpowiedź “nie". Zgodnie z przypuszczeniami, na pytanie dotyczące poprzedniej ekspedycji 

na Iretę i starych czujników Kai usłyszał wymijające “czekać". Natomiast wieść o odkryciu 

złóż   uranitytu   Thekowie   przyjęli   -   jak   na   nich   -   euforycznie,   kończąc   skromnym 

“kontynuować". Rozmowa z Ryximi, którą Kai się pochwalił, spotkała się ze zwyczajnymi 

wyrazami uznania. Thekowie byli rzekomo tolerancyjni na swój dobroduszny, bezstronny 

sposób,   wobec   wszelkich   gatunków,  lecz   tym   razem   Kai   odniósł  wrażenie,   że   doprawdy 

niewiele ich obchodzi, czy Ryxiowie utrzymują z kimkolwiek kontakt.

Zachodził też w głowę, co mogła oznaczać ich odpowiedź na pytanie o poprzednią 

wyprawę. Z jednej strony liczył, że może odszukają jakieś informacje, wzmianki, aluzje, choć 

nie   miał   specjalnie   pojęcia,   jak   niby   mieli   tego   dokonać,   skoro   byli   odcięci   od   swoich 

ziomków i banków danych BO. Z drugiej strony, gdyby dowiedli swej omylności, sprawiłoby 

mu to jakąś niezrozumiałą ulgę, chociaż przy tym ich reputacja poniosłaby tyle szwanku i coś 

- dotąd niezmiennego i pewnego - na zawsze ległoby w gruzach.

- Nie wiedzą więc - powiedziała Varian, wyraźnie zadowolona z takiego obrotu rzeczy.

-   Przynajmniej   nie   w  tej   chwili   -   odparł   Kai,   ochoczo   biorąc   stronę  Theków,   by 

wynagrodzić im swą duchową nielojalność. - No ale, ma się rozumieć, we wszechświecie  jest 

tylko parę milionów planet, na których rozwinęło się życie w jakiejś tam postaci...

- Powtarzają nam to w kółko, tymczasem sfera naszych zainteresowań ogranicza się 

chwilowo  do  jednej,  małej,  śmierdzącej   grudy  ziemi  -  powiedziała  Varian.   - Aha,  zanim 

zapomnę,   musimy   sporządzić   nowe   plany,   jeśli   chcesz   zacząć   pracę   nad   obozem 

pomocniczym. Według systemu starych czujników, płyta kontynentalna ciągnie się jakieś dwa 

tysiące kilometrów na południowy wschód. Oznaczałoby to, że jazda tam i z powrotem jest 

raczej  niewykonalna. Chcę zabrać Tangelego, Paskuttiego, Tardmę  i Lunzie, i przeczesać 

tamten obszar. - Rozwinęła mapy omawianych okolic z naniesionymi już starannym pismem 

Gabera   pojedynczymi   rysami   topograficznymi.   Legenda   znajdowała   się   z   boku.   - 

Wprowadziłam oznaczenia siedzib zwierząt, które już napotkaliśmy. Sądzę, że są adekwatne, 

ale wiesz, na tym terenie mieszka tyle stworzeń... - wskazała płaskowyż i puszczę tuż ponad 

obozowiskiem - że wzięłam pod uwagę wyłącznie większe i niebezpieczne gatunki. Każdemu 

gatunkowi,   który   zdołaliśmy   zidentyfikować   jako   roślinożerny,   mięsożerny   lub 

wszystkożerny, odpowiada osobny kolor. Jak widzisz, czeka nas jeszcze sporo roboty, nim 

sporządzimy choć najbardziej pobieżny katalog. - Trzepnęła dłonią w zaznaczone na mapie 

ogromne   przestrzenie,   które   wciąż   czekały   na   odkrycie.   -   Tu   powinny   być   smoki!   - 

wykrzyknęła.

background image

- Smoki? - powtórzył Kai.

- Tak właśnie ująłby to pradawny kartograf, nie mając zielonego pojęcia o sposobach 

rozróżniania lokalnych form życia.

- A czy istnieją sposoby umożliwiające określenie, który gatunek jest który na tej 

planecie? - spytał Kai.

Varian potrząsnęła przecząco głową, wręczając mu jednocześnie kilka egzemplarzy 

map.

- To nie jest tak pilne jak prace geologiczne. Potrzeba ci przecież tylko czegoś w 

rodzaju przewodnika.

- Twoja mapa jest rewelacyjna, Varian - powiedział z uznaniem. - Myślałem, że ty i 

twoi ludzie...

- Nie, Kai. Wysłałam ich po te informacje, bym mogła uzupełnić kilka luk, które 

pozostały po mojej wyprawie. Pracowaliśmy nad tym z Terillą.

-   Terillą   ci   w   tym   pomagała?   -   Kai,   absolutnie   zaskoczony,   zatopił   się   z 

niedowierzaniem w mapach.

-  W  rzeczy   samej.  Wiem,   że   wciśnięto   nam   dzieciaki   w   ostatniej   chwili,   szkoda 

jednak, że nikt nie pomyślał, by przekazać nam ich akta. Terillą to prawdziwy skarb. Mogłaby 

spokojnie terminować u Gabera, dzięki czemu on przestałby się tak ociągać z pracą. Powiem 

ci, że pochwalił jej robotę. - Uśmiechnęła się szelmowsko do Kaia. - Odetchniesz chyba z 

ulgą, jeśli ci powiem, że nie jesteś już głównym obiektem zainteresowań Bonnarda. Zmienił 

je!

- Na Dandy? Czy może Mabel? - zapytał z przekąsem Kai. - Nie pochlebiałoby mi 

specjalnie ani jedno, ani drugie.

- Mabel już dawno tu nie ma. Nie, kochany. Bonnard zapragną] wziąć udział w mojej 

wyprawie do kolonii złotych ptaków!

- Przynajmniej wybrał sobie coś na przyzwoitym poziomie intelektualnym.

- Nigdy nie twierdziłam, że ma zły gust - Varian rzuciła kokieteryjnie.

- Varian!

- Kiedy się mają odezwać Ryxiowie? - zapytała już poważnie.

- Dziś o piętnastej trzydzieści. Jeśli nie zapomną.

- Naprawdę szwankuje nam wszystkim pamięć podczas tej ekspedycji, nie sądzisz? - 

zapytała. - Ryxiowie zapominają się odezwać, Thekowie zapominają myśleć, BO nawiązać 

kontakt... No cóż, wracani do moich nie cierpiących zwłoki obowiązków. - Chciała wyjść z 

kabiny, gdy napatoczyła się na Gabera. - Och, jak się masz, Gaber...

background image

- Varian - kartograf był nieco zdesperowany - czy zabrałaś wszystkie egzemplarze 

map?

- Oprócz tej, nad którą pracowała Terillą. A dlaczego?

- Nic, nic. Nie wiedziałem tylko. Po prostu nie byłem pewien i...

- Mówiłam ci, Gaber - odparła Varian - lecz, jak przypuszczam, byłeś tak pochłonięty 

analizowaniem   nagrań,   że   nie   słyszałeś.   Przepraszani   cię.   Przekazałam   mapy   Kaiowi   i 

właśnie wracam do twego siedliska z pozostałymi.

- A to dobrze, to bardzo dobrze. Przepraszam - dodał - strasznie mi przykro, że nie 

dosłyszałem, co mówiłaś.

Zdaniem Kaia Gaberowi nie było ani za grosz przykro.

Wrócił   zaraz   do   analizy   rozmieszczenia   poszczególnych   gatunków   zwierząt. 

Największe roślinożerne, jak Mabel, oraz trzy inne ogromne gatunki, można napotkać na 

całym   obszarze   puszczy.   Przez   łańcuchy   górskie   prawdopodobnie   przeprawiają   się   w 

miejscach   oznaczonych   starannie   na   mapie   malutkimi   rysunkami   bestii.   Drapieżne,   jak 

choćby   kłącze,   polują   samotnie.   Dotąd   zauważono   tylko   raz   parę   osobników   -   oba 

pochłonięte   były   wściekłą   walką,   która,   jak   się   wyraził   Paskutti,   zdegenerowała   się   do 

kopulacji. Zasięg map ograniczały rozległe, nie zbadane tereny, na które nałożono jedynie 

diapozytywy, nanosząc w ten sposób ogólne dane topograficzne uzyskane z pobieżnych analiz 

sondy.

Dotąd   koncentrowali   się   na   względnie   chłodnych   obszarach   mas   lądowych.   W 

związku z temperaturą jądra planety, okolice podbiegunowe na Irecie były znacznie gorętsze 

niż strefa równikowa. Wkrótce przyjdzie im zająć się i tym bardziej skwarnym rejonem, co 

Kaiowi było wyraźnie nie w smak. W takim ciepełku, pouczała go Varian jeszcze podczas 

odpraw w bazie, rozrost i różnorodność form życia muszą być niewiarygodne. Bujne lasy 

tropikalne   sprzyjały   rozwojowi,   dostarczały   pożywienia   w   wielkiej   obfitości,   uwalniając 

zwierzęta od przymusu wiecznego uganiania się za tym, co jadalne. Zimniejsze klimaty, choć 

Ireta nie mogła poszczycić się żadną strefą umiarkowaną, zamieszkiwało mniej gatunków, 

ponieważ   zasoby   pokarmowe   bywały   tam   skromniejsze   ze   względu   na   bardziej   surowe 

warunki.

Kai ze zrozumiałą satysfakcją zaznaczył na mapie dwa złoża uranitytu, potem odkryte 

przedwczoraj   przez   Portegina   i   Aulię   dwa   ogromne   pokłady   miedzi,   a   następnie   trzy 

wzniesienia   oznaczone   przez   Berru   i  Triva   jako   złoża   rudy  żelaza.   Ci,   którzy  dotarli   tu 

wcześniej, kimkolwiek byli, ogołocili Iretę ze wszystkiego, lecz działalność orogeniczna w 

późniejszych   tysiącleciach   uczyniła   niespokojną   planetę   dwakroć   zasobniejszą   niż 

background image

poprzednio. Prawdę powiedziawszy, była to pierwsza wyprawa poszukiwawcza Kaia, gdyż 

jego wcześniejsze ekspedycje miały wyłącznie doraźny charakter - trzeba było odszukać żyły 

rudy, które uległy przemieszczeniu, lub nadzorować bagrowanie manganu z morskiego dna. 

Wszystko to dawało mu nieocenione doświadczenie i mogło stanowić pomoc w przypadku 

wyprawy poszukiwawczej na pełną skalę - takiej, jak obecna.

Kai był tak pogrążony we własnych myślach, że dopiero dźwięk chronometru wyrwał 

go z tego stanu. Jeszcze przez chwilę nie mógł się połapać, dlaczego w ogóle nastawił alarm.

Ach!   Ryxiowie!   Poniewczasie   zdał   sobie   sprawę,   że   powinien   był   przygotować 

komunikat. Łatwiej jest przecież odczytać coś, niż trajkotać bez przygotowania z prędkością 

odpowiadającą   Ryxim.   Pośpiesznie   naskrobał   parę   słów,   dyplomatycznie   ujmując 

spostrzeżenia Varian na temat złotych ptaków.

Yrl podjął kontakt dokładnie o wyznaczonej porze, i natychmiast zapytał, czy Kai 

utrzymuje   łączność   z   8O.   Kai   zaprzeczył,   czym   zresztą   Ryxi   nieszczególnie   się   przejął. 

Oznajmił   tylko,   że   wysłali   kapsułę   z   pełnym   raportem   na   swą   ojczystą   planetę   i   dał   do 

zrozumienia, że niewiele go obchodzi, kiedy kapsuła dotrze do celu, ponieważ zarówno on, 

jak i jego zespół całkiem miło i przyjemnie się urządzili. Kai gotów był nie wspominać o 

złotych ptakach, jeśli Vrl nie zapytałby. Niestety, zapytał. Kai przekazał mu więc tych kilka 

informacji, które udało się zdobyć jemu i Varian. Na szczęście rejestrował całą rozmowę - 

wyłącznie   dzięki   temu   wzburzoną   odpowiedź   Yrla   można   było   przełożyć   na   jakieś 

artykułowane dźwięki. Kai odniósł wrażenie, że w opinii Yrla jest parszywym malkontentem, 

zazdrosnym o Ryxich, i w ogóle. Yrl zakończył rozmowę, nim dane było Kaiowi oczyścić się 

z zarzutów lub chociaż ustalić termin kolejnego kontaktu.

Wytrzeszczonymi ze zdumienia oczyma zapatrzył się bezmyślnie w przestrzeń, trochę 

otumaniony, trochę rozjątrzony nadpobudliwą reakcją Vrla. Nagle usłyszał, jak ktoś chrząka. 

W wejściu stał Gaber.

- Przepraszam, jeśli przeszkadzam, Kai - zaczął - lecz zapodziała się gdzieś jedna z 

map. Nie masz czasem dwóch kopii?

Kai przesunął palcami po chropowatych, lecz cienkich kartach. Nieraz zdarzało im się 

zlepić, jeśli substancja powielająca nie zdążyła jeszcze wyschnąć.

- Nie, Gaber, mam tylko jeden zestaw - odparł w końcu.

- Nieźle. W takim razie jedna zginęła - mruknął Gaber swym zwyczajnym bolesnym 

tonem i wyszedł.

Kai widział, jak kieruje się w stronę wyjścia z wahadłowca, potrząsając z rezygnacją 

głową. Przygotował nagranie rozmowy z Yrlem, by odtworzyć je w zwolnionym tempie, 

background image

ślubując sobie w duchu, że zmusi Varian do przeprowadzenia dokładnych obserwacji złotych 

ptaków, i to jak najszybciej.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Przez   następnych   siedem   dni   wszyscy   byli   zbyt   pochłonięci   budową   obozu 

pomocniczego, by zajmować się czymkolwiek nie związanym ściśle z ową najważniejszą dla 

ekspedycji sprawą. Varian znalazła jednak trochę czasu, by wybrać się na płaskowyż, na 

którym złote ptaki urządzały sobie uczty, i przytaszczyć Trizeinowi parę niedużych okazów 

płaszczaków do przeprowadzenia kilku rutynowych badań. Biolog na dobre zagrzebał się w 

swoim laboratorium, aż Lunzie znalazła go śpiącego nad pracą. Zmusiła go oczywiście, by 

zrobił  sobie  na  jakiś  czas  przerwę,  najadł  się  i  wyspał.  Zastosował  się  niechętnie  do jej 

poleceń,   a   gdy  wstał   po   dłuższej   drzemce,   błąkał   się   z   opuchniętymi   oczyma   po   bazie, 

potykając   się   co   chwila.   Raz   tylko   przystanął,   by   z   zakłopotaną   miną   utkwić   wzrok   w 

Dandym.

Maleństwo było już tak oswojone, że gdy Bonnard i Cleiti mieli czas, wypuszczano je 

z wybiegu. Póki co Varian postanowiła go nie uwalniać, zwłaszcza że jako sierotka Dandy nie 

miałby żadnego opiekuna w naturalnych warunkach. Kai musiał przychylić się do jej prośby. 

Było   jasne,   że   bestyjka   nie   osiągnie   większych   rozmiarów   i   nie   nadweręży   zasobów 

ekspedycji. Dandy,  z natury bojaźliwy,  był rad, mogąc włóczyć  się za dzieciakami. Jego 

ogromne,   przezroczyste   oczy   na   przemian   napełniały   się   smutkiem   i   tęsknotą,   to   znów 

przerażeniem   i   trwogą.   Osobiście   Kaiowi   odpowiadałby   nieco   bardziej   ekstrawertyczny 

charakter obłaskawionego zwierzaka, tymczasem Dandy nie przejawiał najmniejszych oznak 

agresji, co Kai uznał za skandal.

Na   niebie   bez   przerwy   widoczne   były   złote   ptaki,   zupełnie,   jakby,   stwierdziła 

pewnego   wieczoru  Varian,   interesowały  się   nowymi   zdobywcami   przestworzy  z   równym 

zapałem, co wyprawa nimi. Reakcja Vrla na wieść o ich istnieniu wprost ją oczarowała. Gdy 

w zwolnionym tempie odtworzyli nagranie rozmowy, okazało się, że istotnie, paplanina Vrla 

oznaczała odmowę przyjęcia do wiadomości jej raportu. Są znikome szansę, kłapał dziobem 

Vrl, że pojawi się jeszcze jakiś inteligentny gatunek ptaków na którejkolwiek z planet, i to 

niezależnie od warunków: Ryxiowie to zjawisko unikalne i tak już pozostanie. Każda próba 

wyrugowania ich z tej wyróżniającej się pozycji w Federacji pociągnie za sobą nieobliczalne 

konsekwencje. Zasugerował, by dwunożni co prędzej odwołali tak niesmaczny żart, i w ogóle 

zarzucili ten pomysł, gdyż inaczej Vrl sam zadba to, by wszelkie kontakty Ryxich z Ludźmi 

uległy natychmiastowemu zerwaniu.

Gdy mapy Terilli rozeszły się wśród uczestników wyprawy, Gaber i Tangeli zaczęli 

zawzięcie rywalizować o małą, o jej czas i umiejętności, i to do takiego stopnia, że Kai ł 

background image

Varian musieli interweniować. Nie wzruszona ubieganiem się o jej względy Terilla oznajmiła 

bez ogródek, że zarówno od map, jak i od zwierząt woli po prostu roślinki. Varian, dusząc się 

ze   śmiechu,   pokazała   Kaiowi   mapę,   którą   dziewczynka   wykonała   dla   Tangelego,   z 

zaznaczoną roślinnością, trawami i krzewami porastającymi równiny i bagna. Sporządzono w 

końcu harmonogram pracy, zgodnie z którym Terilla spędzała po trzy popołudnia z każdym z 

naukowców, wszystkie poranki natomiast należały wyłącznie do niej. Ponieważ pracy było 

coraz więcej, Kai postanowił przydzielić zadania także Bonnardowi i Cleiti, jak wszystkim 

członkom ekspedycji. Zazwyczaj korzystał z ich pomocy Tangeli, jeśli Terilla była w tym 

czasie nieosiągalna nie mogła wziąć udziału w którejś z jego botanicznych wypraw. Czasem 

też   Bonnard   zajmował   miejsce   Kaia   u   boku   Bakkuna,   zwłaszcza   kiedy   obowiązki 

administracyjne uniemożliwiały Kaiowi pracę w terenie razem z grawitantem - geologiem. 

Lunzie zaś “przywłaszczyła" sobie Cleiti, by dziewczynka pomagała jej w analizie gleby i 

roślinności Irety pod kątem właściwości leczniczych.

Założono   aż   dwa   obozy   pomocnicze,   choć   nie   ulegało   wątpliwości,   że   wkrótce 

potrzebny będzie trzeci, gdzieś daleko na wschodzie, jeżeli prace eksploracyjne na tamtych 

terenach miały być kontynuowane. Zgodnie z planami większość czasu przeznaczona była na 

wschodnią półkule. Kai miał zresztą nadzieję, że piętnaście stopni przechyłu osiowego będzie 

oznaczać nieco chłodniejszy klimat.

Żaden z następnych dwóch kontaktów z Thekami nie przyniósł odpowiedzi na pytania 

Kaia dotyczące poprzedniej wyprawy na Iretę ani dobrych wieści o BO. Czas upływał szybko 

i kwestia milczenia BO stawała się paląca. Gdy Dimenon zażądał wyjaśnienia powodów 

utraty kontaktu, Kai, przygotowany na taką ewentualność, wspomniał coś o burzy kosmicznej 

w tak bezceremonialny sposób, że Dimenonowi nawet przez myśl nie przeszło zapytać, czy 

raporty o złożach rud były jedynymi nie odebranymi przez bazę komunikatami.

- Wolę nawet nie myśleć, ile nam zostało czasu - oznajmił Kai, gdy Dimenon wyszedł.

- Zajmij ich tak bardzo liczeniem premii, że zapomną się dopytywać - zasugerowała 

Varian.

- To cholernie bogata planeta, Varian.

- Więc w interesie BO jest utrzymanie z nami kontaktu, jeżeli zależy im na surowcach 

energetycznych, które znaleźliśmy. W końcu wiedzą, gdzie jesteśmy. - Varian przyjrzała się 

Kaiowi. - Nie myślisz chyba poważnie - uniosła brew - o tej absurdalnej teorii Gabera?

- Zastanawiam się... raz po raz... - przyznał Kai, pocierając nerwowo nos. Czuł się 

idiotycznie, lecz prawdę powiedziawszy, poczuł ulgę, gdy Varian poruszyła tę kwestię.

background image

- Hm, no tak. Ja też się raz po raz zastanawiam - odparła. - Czy Ryjuowie się już 

odezwali?

- Nie. - Kai uśmiechnął się od ucha do ucha. - Sądziłaś, że się odezwą?

- Nie - zaśmiała się Varian. - Są tacy... paranoicznie napuszeni... Jakby inny rozumny 

gatunek   ptaków   mógł   im   zagrozić!   Fakt,   że   czubaki   -   przezwała   tak   złote   ptaki   są 

inteligentne,   lecz   tak   daleko   im   do   Ryxich,   że   uraza   Vrla   jest   po   prostu   idiotyczna   - 

westchnęła. - Chciałabym móc lepiej określić poziom ich inteligencji.

- To dlaczego tego nie zrobisz?

- Przy tym całym urwaniu głowy z twoim wschodnim obozem? - pożaliła się.

- Może więc w wolny dzień? Zrobisz choć początek. Poobserwuj je i odpocznij sobie.

- Mogę? - zawołała Varian, rozpromieniona taką perspektywą. - Mogłabym wziąć 

duży   ślizgacz   i   w   nim   przenocować?   Mamy   już   sporo   informacji   o   ich   zwyczajach, 

wystarczająco często przyglądaliśmy się ich połowom, jednak wciąż nic nie wiem o ich życiu 

prywatnym, na przykład o ich porannych zwyczajach. Jest tylko jedno miejsce, gdzie rosną 

trawy,  które jedzą. Do wyplatania sieci używają traw bagiennych, to pewne, lecz w jaki 

sposób dokonują tej sztuczki? - Zmarszczyła brwi. - Tobie przydałaby się chwila wytchnienia 

tak samo jak mnie. Wybierzmy się razem, w następny wolny dzień. Ostatecznie Paskutti i 

Lunzie mogą nas zastąpić.

- A jeśli okaże się, że czubaki akurat też mają dzień wolny? - zapytał Kai szyderczo.

-   Zawsze   istnieje   taka   ewentualność,   nieprawdaż?   -   odparła  Varian,   nie   dając   się 

złapać na przynętę.

Kai sam się dziwił swojej niecierpliwości, z jaką czekał na tę przerwę w codziennym 

toku zajęć. Dowodziło to tylko słuszności propozycji Varian. Lunzie z całego serca przystała 

na ten pomysł. Powiedziała Kaiowi, że sama chciała im właśnie zasugerować, by oderwali się 

od pracy na jeden dzień.

-   Co   takiego   fascynuje   nas   wszystkich   w   skrzydlatych   stworzeniach?   -   zapytała 

Lunzie, gdy po wieczornym posiłku zasiedli nad kieliszkami jej owocowego trunku.

- Może ich niezależność? - zaproponował Kai.

- “Gdybyśmy mieli fruwać, dano by nam skrzydła" - odcięła się dowcipnie Varian 

cienkim, nosowym głosem. - Podejrzewam, że to wolność - mówiła dalej, już normalnym 

tonem   -   albo   pole   widzenia,   perspektywa,   poczucie   bezkresnej   przestrzeni   dokoła.   Wy, 

urodzeni   i   wychowani   w   bazach   kosmicznych,   nie   jesteście   w   stanie   w   pełni   docenić 

otwartych przestrzeni. Mnie trzeba widoków, którymi mogłabym karmić oczy i duszę.

background image

-   Ograniczenie   przestrzeni,   dobrowolne   czy   nie,   może   mieć   ujemny   wpływ   na 

usposobienie   i   psychikę   człowieka,   co   zwykle   poważnie   odbija   się   na  jego  zdolnościach 

przystosowawczych - oświadczyła Lunzie. - To jeden z powodów, dla których przydzielamy 

dzieciaki na wyprawy planetarne tak często, jak to możliwe.

Kai zachowywał milczenie, nazbyt dobrze świadom nękającej go czasem agorafobii.

- Mamy skrzydła - ciągnęła Lunzie - za pośrednictwem ślizgaczy i pasów nośnych...

-   ...które   nie   ofiarowują   jednak   tej   samej   wolności   -   dokończył   powoli   Kai, 

zastanawiając się, jakie to uczucie być niezależnym od wszelkiego rodzaju mechanicznego 

wsparcia: móc pikować i nurkować, wzbijać się wysoko i szybować bez podświadomych 

obaw o paliwo, obciążenie, zużycie sprzętu.

- No, no, Kai - odezwała się zdziwiona Varian, przyglądając się mu z zachwytem - 

nigdy nie podejrzewałabym, że akurat ty to zrozumiesz.

-   Może   wy,   planetarianie   -   odparł   z   wymuszonym   uśmiechem   -   nie   doceniacie 

wychowanków baz.

Dimenon, który tego wieczora był w nieznośnie szampańskim nastroju, gdyż Margit 

odkryła nie tylko potok obfitujący w bryłki złota, lecz także macierzyste złoże, przywlókł ze 

sobą   pianolę.   Zaintonował   jakąś   hałaśliwą   balladę   z   nieskończoną   ilością   zwrotek   i 

niedorzecznym   sylabicznym   refrenem   na   tak   zaraźliwą   melodię,   że   wkrótce   wszyscy  się 

przyłączyli. Ku zaskoczeniu Kaia, do chóralnego śpiewu włączyli się również grawitanci, 

grzmocąc w podłogę ciężkimi butami i klaszcząc z niezwykłym entuzjazmem.

Margit   chciała   zatańczyć,   więc   wyciągnęła   Kaia   na   środek   sali,   wrzeszcząc   do 

Dimenona, by dał spokój nie kończącej się rymowance i zagrał wreszcie coś przyzwoitego.

Nie wiadomo, kiedy zniknęli grawitanci, w każdym razie reszta towarzystwa bawiła 

się aż do wschodu trzeciego księżyca.

Rankiem Kai zerwał się ze snu tak gwałtownie, jakby groziło mu niebezpieczeństwo. 

Wygramolił się ze śpiwora i powlókł w stronę okna. Na zewnątrz było cicho. W swoim 

wybiegu Dandy rozciągnął się we śnie jak długi. Nikt się nie ruszał. Dzień dawno się już 

zaczął,   sądząc   po   jaśniejszej   plamie   przebijającego   się   mdło   przez   chmury  słońca,   które 

wzniosło   się   ponad   łagodne   wierzchołki   wschodnich   wzgórz.   Co   więc   zaalarmowało 

podświadomość Kaia? Cokolwiek to było, było niewidoczne.

Kai rozbudził się natychmiast i zelektryzowany tak nagłym zerwaniem się z łóżka, 

postanowił się już nie kłaść. Założył świeży kostium, zmienił podszewkę w butach i naciągnął 

je. Miał u siebie niewielką spiżarnię, uraczył się więc porannym kieliszeczkiem owocówki, co 

background image

przypomniało mu, by sprawdzić z Lunzie stan zapasów żywności. Nie mógł jakoś otrząsnąć 

się z wrażenia, że coś nie gra, toteż wybrał się na obchód.

W głównym budynku nie było ni krzty dymu. Gaber twardo spał u siebie, także w 

innych kwaterach okna były zasłonięte, wiec Kai postanowił nikogo nie budzić. Pamiętał, że 

Trizein miał zamiłowanie do nocnej pracy, toteż skierował się pośpiesznie do wahadłowca. 

Otwarł luk. Powiew filtrowanego powietrza z wnętrza zaparł mu dech. Wtem zdał sobie 

sprawę, że nie założył filtrów. Nie rozpoznał zapachu Irety!

-   Oho!   Przyzwyczajam   się!   -   niegłośny   okrzyk   odbił   się   echem   w   pustym 

wahadłowcu. Kai cichutko przeszedł do laboratorium Trizeina, otwarł luk i zajrzał do środka.

Kilka eksperymentów było właśnie w toku, sądząc po zapracowanych wskaźnikach i 

przyrządach pomiarowych wmontowanych w sprzęt laboratoryjny Trizeina. Tymczasem on 

sam spoczywał w bezruchu na łóżku.

Wracając, Kai spostrzegł otwarte wejście do magazynu. Będzie musiał zwrócić uwagę 

Trizeinowi, w końcu to tam Lunzie przechowywała swój owocowy trunek. Ilość, którą Trizein 

wysączył   poprzedniego   wieczoru,   rzucała   się   w   oczy,   podobnie   jak   jego   agresywne 

zachowanie wywołane spostrzeżeniem Margit, że ma już chyba dość. Kai nie puściłby mu 

tego płazem, gdyby rzeczywiście Trizein przywłaszczył sobie flaszkę na wieczór w obozie 

pomocniczym. Nie zamierzał tolerować podobnych zwyczajów u żadnego z podwładnych.

Mimo że przeprowadzona inspekcja przekonała go, iż nic złego się nie dzieje, nie 

mógł pozbyć się uczucia niepokoju, dopóki nie zatopił się w pracy nad zastrzeżonym plikiem 

danych w komputerze pokładowym. Zanim reszta towarzyszy zdążyła podnieść się z łóżek, 

Kai nadrobił już wszystkie zaległości. Mimowolna wczesna pobudka opłaciła się więc.

Dimenon, którego wygląd w ogóle nie nosił oznak zeszłonocnej hulanki, przybył do 

głównego budynku w towarzystwie Margit. Oboje byli w doskonałych nastrojach, gotowi 

czym   prędzej   wrócić   do  swych   zajęć.   Spałaszowali   prędko  śniadanie,   by  jak   najszybciej 

wyruszyć, a gdy wychodzili z sali, Dimenon spytał Kaia, kiedy ponownie nawiąże łączność z 

Thekami. Nie wyglądał na zmartwionego, gdy Kai odparł, że dopiero za trzy dni.

- Cóż, daj nam znać, czy BO docenia chociaż nasze dokonania na tej smrodliwej 

planecie. Choć... - Dimenon urwał. Zmarszczył czoło i przeciągnął ręką po nosie. - Niech to 

szlag! Znów zapomniałem je zabrać!

- Czujesz coś? - zapytał go Kai, ubawiony. Dimenon wytrzeszczył oczy i otwarł usta, 

reagując z przesadnym osłupieniem.

- Przyzwyczaiłem się do tego fetoru! - ryknął, pełen bolesnego niedowierzania. - Kai, 

błagam, gdy nawiążesz kontakt z BO, powiedz, by zabrali nas stąd przed czasem! Błagani, 

background image

Kai, ja przyzwyczaiłem się do hydrotellurkowego fetoru! - Zacisnął kurczowo ręce na gardle, 

wykrzywiając twarz niczym ktoś pogrążony w śmiertelnej boleści. - Nie zniosę tego, nie 

zniosę!

Lunzie, która zawsze wszystko traktowała dosłownie, rzuciła się natychmiast w jego 

stronę,   marszcząc   z   troską   brwi,   choć   Kai   przesyłał   jej   uspokajające   znaki.   Pozostali 

chichotali   z   Dimenonowych   histerii,   tylko   grawitanci,   rzuciwszy   obojętne   spojrzenie   na 

geologa, powrócili do swych prowadzonych półgłosem dyskusji. Lunzie jeszcze nie domyśliła 

się, że Dimenon się wygłupia. Porwał ją teraz w ramiona i wymamrotał:

- Powiedz, Lunzie, powiedz mi, że jeszcze nie jestem skończony... Mój zmysł węchu 

powróci, prawda? Jeśli tylko pooddycham przyzwoitym powietrzem? Nie, nie mów, że nigdy 

nie poczuję już żadnego zapachu...

- Jeśli przystosowanie okaże się trwałe, zawsze możesz postarać się, by twoją kwaterę 

klimatyzowano powietrzem z zawartością hydrotellurku - odparła Lunzie, na pozór zupełnie 

serio.

Przez chwilę Dimenon był naprawdę przerażony. Nie załapał drwiny w głosie Lunzie.

- Oj, oj, towarzyszu, zakpili z ciebie - powiedziała Margit, ujmując go pod ramię. - 

Chodź lepiej zwęszyć słodki zapach kolejnego złoża...

-   Rzeczywiście   można   przywyknąć   do   iretańskiego   smrodu   i   nie   czuć   już   więcej 

normalnie? - zapytał Lunzie nieco wystraszony Bonnard, gdy dwoje geologów opuściło salę.

- Ależ nie! - odrzekła Lunzie, śmiejąc się oschle. - Tutejszy zapach istotnie ma silne 

działanie, lecz wątpię, by można mówić o trwałym uszkodzeniu zmysłu węchu. Natomiast 

jego tymczasowe skutki są swego rodzaju błogosławieństwem. A co, masz to samo?

Bonnard skinął niepewnie łepetyną.

- Nie wiedziałem, że nic nie czuję, dopóki nie wspomniał o tym Dimenon.

A więc to go zaniepokoiło.

- Skoro przyzwyczaiłeś się już do tak przemożnego fetoru, zobaczymy, czy jesteś w 

stanie odróżnić inne, dotąd niewyczuwalne zapachy - zaproponowała Lunzie.

- Jeszcze gorsze? - Bonnard spojrzał na nią zatrwożony.

- Ja na przykład rozpoznaję kwiaty, które właśnie kataloguję - odezwała się Terilla. - 

Także niektóre liście mają swój zapach, jeśli je rozetrzeć. Nie najgorszy, zresztą - dodała 

pocieszająco.

Jeszcze tego samego ranka Kai zwrócił się do Lunzie w sprawie zapasów. Lekarka nie 

należała do osób, które udzielają zaimprowizowanych odpowiedzi, toteż udali się razem do 

magazynów.

background image

- Nie zginęła żadna flaszka mojego napoju, jeżeli o to ci chodzi, Kai - oznajmiła jak 

zawsze bezpośrednio. - Nie nadwerężyliśmy też jak na razie zapasów żywności. Stopniowo 

eliminuję ją na rzecz miejscowych zasobów protein.

- Eliminujesz? - Kai był zdumiony.

- Nikt nie zauważył, co? - położyła lekki nacisk na zaimek “nikt". Uśmiechnęła się 

zadowolona   z   powodzenia   swojego   planu.   -   Ubywa   nam   za   to   dóbr   trwałych,   i   to   w 

niepokojącym tempie.

- Dóbr trwałych? - powtórzył Kai.

- Noży, filmów, płyt, części zamiennych do pasów nośnych...

- Co przeniesiono do obozów pomocniczych?

- Nie tyle w każdym razie, by wytłumaczyć zniknięcie wszystkich tych rzeczy. Chyba 

że, ma się rozumieć, ktoś nie zgłosił strat i najzwyczajniej wziął sobie nowy sprzęt sam, gdy 

akurat byłam zajęta gdzieś indziej. - Takie wytłumaczenie brzmiało całkiem wiarygodnie. - 

Jeśli nie masz nic przeciwko, wyznaczę Cleiti nadzorcą zaopatrzenia. Będzie zawsze pod 

ręką,   gdy  ktoś   będzie   chciał   skorzystać   z   magazynu.  W  ten   sposób   możemy  sprawować 

nadzór, nie urażając nikogo...

Ani nikogo nie ostrzegając, pomyślał Kai. Zaraz jednak doszedł do wniosku, że jest 

zbyt podejrzliwy. Rzeczywiście trzeba mu dnia wytchnienia.

Varian powróciła z lotu rozpoznawczego wczesnym popołudniem. Wpadła zaraz do 

kwatery   Kaia.   Pogardliwie   klekocząc   stojakami   do   kaset,   ustawionymi   w   rzędach   przed 

Kaiem,   wyszarpnęła   mu   wydruk   sejsmiczny   dotyczący   działalności   wulkanicznej   na 

północnym   zachodzie,   który   właśnie   studiował.   Na   długim   uskoku   przeobrażeniowym 

wzmagał się napór, co dawało nadzieje, że uda im się przyjrzeć trzęsieniu ziemi, które ma 

nastąpić.

- Zostaw to, Kai. Z wypoczętym umysłem uporasz się z papierkową robotą o wiele 

szybciej.

- Jest jeszcze wcześnie...

- Nawet bardzo. Specjalnie wróciłam wcześniej, żeby wykopać cię stąd, zanim zjawią 

się pozostali i zasypią cię tak płomiennymi sprawozdaniami, że poczujesz się zobowiązany 

ich wszystkich wysłuchać. - Cofnęła się do wyjścia. - Cleiti! Przygotowałaś już wszystko? 

Gdzie jest Bonnard? - krzyknęła.

Odpowiedz   była   niesłyszalna   dla   Kaia,   lecz   zadowalająca   dla   Varian,   ponieważ 

pokiwała z uznaniem głową.

background image

- Jeśli ma już wszystko, czego potrzebuje, niech upchnie swój bagaż do ślizgacza obok 

mojego! - zawołała. Zwróciła się do Kaia. - Kai, a gdzie twoje bagaże? Ha! Tak myślałam. 

Dobrze więc, co będzie ci potrzebne?

Varian   zdecydowanym   krokiem   ruszyła   w   kierunku   szafek.   Kai   natychmiast 

odepchnął   krzesło  w  tył   i  odprawił   ją  machnięciem  ręki.  Zatrzymała   się  więc,  szczerząc 

radośnie  zęby.   Kai  tymczasem,  pod jej   czujnym  okiem,  wpakował  wszystko  do śpiwora. 

Zebrał też do kupy zestaw niezbędnych narzędzi i uprzejmym gestem dał do zrozumienia, że 

jest gotów.

-   Wiedziałam,   że   będę   musiała   cię   stąd   wywlekać   -   podsumowała   Varian 

rozpaczliwym tonem.

- To czemu sama się tak wleczesz? - rzucił Kai z uśmiechem, wybiegając pierwszy ze 

swego pokoju.

Po   namyśle   wprowadził   blokadę   do   systemu   otwierania   luku.   Wolał,   by   nikt   nie 

natknął się na nagrania rozmów z Thekami.

Varian   sprawnie   wzniosła   ślizgacz   ponad   obóz,   roziskrzony   błękitną   poświatą 

śmiertelnie rażonych owadów.

- Powinniśmy byli zabrać też mały ślizgacz - jęknęła. - Będziemy musieli spać w 

pasach!

- Nie, jeżeli rozłożymy się na podłodze - powiedział Bonnard, mierząc przestrzeń 

wzrokiem. - Będzie dość miejsca, jeśli upchniemy bagaże na przednie siedzenia i usuniemy 

boczne lawy. Włączyć indykator?

- Tym razem pozwolimy mu milczeć - odparła Varian. - Tak czy siak w okolicy obozu 

nie ostało się nic, czego byśmy już nie oznaczyli.

Całą trójkę ogarnęła cisza. Trwali w milczeniu przez całą podróż, aż do brzegów 

śródziemnego   morza,   dokąd   dotarli,   gdy,   jak   ujął   to   Bonnard,   ostatnia   okruszynka   dnia 

zaczęła gasnąć na ponurym nieboskłonie. Varian wybrała doskonałe lądowisko - płaski taras 

obok głównego siedliska ptaków, trochę poniżej, lecz z dobrym widokiem na szczyt, gdzie 

składały złowione ryby.

W ciągu pierwszej godziny po zachodzie słońca zniknęły gdzieś wszystkie owady 

prowadzące   dzienny   tryb   życia.   Zanim   ich   nocni   krewniacy   mogli   zagrozić   podróżnym, 

Varian przygotowała wieczorny posiłek na wolnym powietrzu. Następnie, ku zaskoczeniu 

Bonnarda   i   osłupieniu   Kaia,   zabrała   z   bagażnika   ślizgacza   zasuszone   kawałki   gałęzi   i 

rozpaliła niewielkie ognisko.

background image

- Ognisko to wyjątkowo pokrzepiająca rzecz, mimo że wy, osobniki rodem z baz 

kosmicznych, uważacie je za atawizm - odezwała się. - Ojciec i ja rozpalaliśmy sobie taki 

ogień co noc podczas wspólnych wypraw.

- Ładne jest... - powiedział niezdecydowanie Bonnard i zaraz zerknął na Kaia, by 

zobaczyć jego reakcję.

Kai   uśmiechnął   się   i   nakazał   sobie   się   odprężyć.   Ognisko   na   pokładzie   byłoby 

ryzykownym przedsięwzięciem; Kai w naturalnym odruchu złapałby cokolwiek, by zadusić 

płomienie.   Tym   razem   jednak   znikomy   ogień   nie   mógł   niczym   zagrozić.   Roztańczone 

języczki ognia działały trochę  hipnotyzujące,  wydzielając  przyjemne  ciepło i ofiarowując 

krąg światła, powstrzymujący wszelkie insekty.

- To najstarszy pas siłowy świata - stwierdziła Varian, grzebiąc kijkiem w ognisku, by 

nabrało   wigoru.   -   Na   Proteonie   przywiązywali   ogromną   wagę   do   rodzaju   drzewa 

przeznaczonego na ognisko. Wybierali to, które wydzielało przyjemną woń. Poza ciepłem i 

światłem zależało im również na zapachu. Nie ośmieliłabym się przeprowadzić podobnego 

eksperymentu na Irecie!

- Czemu  nie?  - zaoponował Bonnard, ze  wzrokiem utkwionym gdzieś głęboko  w 

płomieniach.   -   Terilla   mówiła,   że   jest   coś,   co   nawet   nieźle   pachnie,   oczywiście   według 

iretańskich norm. Wiesz, Varian, nie jestem w stanie czuć nic poza Iretą. Sądzisz, że Lunzie 

mogła się pomylić i mój węch szlag trafił?

- Sam zobaczysz, gdy powrócimy na BO - odrzekła.

- Tak... - odpowiedzi Bonnarda brakowało nawet cienia entuzjazmu.

- Żal ci będzie stąd odjeżdżać? - zapytał Kai.

- Na pewno, Kai, i wcale nie dlatego, że będzie trzeba zostawić Dandy'ego. Tyle 

można tu robić... To znaczy nagrania są w porządku, lepsze to niż nic, ale w trakcie naszej 

wyprawy uczę się setek pożytecznych rzeczy. Uczenie się...

-   Zanim   zabierzesz   się   do   praktyki,   musisz   mieć   trochę   teoretycznych   podstaw   - 

zauważyła Varian, lecz Bonnard machnął na to ręką.

- Wkuwałem podstawy, aż wiedza wychodziła mi uszami, ale to nie to samo, co być 

tutaj i robić coś naprawdę! - Bonnard emfatycznie walił się w kolano. - Choćby takie ognisko 

i w ogóle. Rany, w bazie na widok płomyka gna się po gaśnicę!

Varian uśmiechnęła się do Kaia. Spostrzegła jego posępną minę.

- Przekonałeś  mnie, Bonnard  - stwierdziła. - Można śmiało przypuszczać, że  gdy 

razem z Kaiem złożymy nasz raport w bazie, zasypią cię całym mnóstwem przydziałów na 

kolejne wyprawy. Bakkun wysoko ocenił twoje umiejętności kamerzysty.

background image

-   Naprawdę?   -   Twarz   Bonnarda,   skwaśniała   na   wspomnienie   powrotu   na   BO, 

rozpromieniła   się   wobec   takiej   perspektywy.   -   Jesteście   pewni?   -   spojrzenie   chłopca 

wędrowało to na Varian, to znów na Kaia.

- O ile można być pewnym grawitanta.

- Przewidziano więcej takich ekspedycji, Varian? - spytał nagląco chłopiec.

- Mniej więcej - odparła, szukając spojrzenia Kaja - Tym razem otrzymałam przydział 

na trzy wyprawy wymagające obecności ksenobiologa, które mają się odbyć w ciągu czterech 

standardowych   lat.   Będziesz   nadawał   się   już   wówczas   na   juniora.   Chyba   że   wolałbyś 

geologię od ksenobiologii...

- Lubię zwierzęta - Bonnard dobierał uważnie słowa, by nie urazić żadnego z nich - 

lecz wolałbym... bardziej interesują mnie... bardziej fachowe aspekty...

- Sądzę, że najlepiej byłoby, gdybyś zajął się rejestrowaniem, uzyskując przy okazji 

tyle specjalności, ile tylko się da - powiedziała Varian, przychodząc mu z pomocą.

- Naprawdę tak sądzisz?

Reakcja   chłopca   przekonała   Kaia   i   Varian,   że   fascynowała   go   przede   wszystkim 

technika, a nie któraś z konkretnych dyscyplin naukowych.

Ogień przygasł i trzeba było dorzucić gałęzi. Kiedy przygasł ponownie, oni wciąż 

gawędzili o rozmaitych specjalizacjach. Kai i Varian zapewnili Bonnarda, że pozwolą mu jak 

najwięcej pracować z taśmami i rejestratorem, by mógł sprawdzić, czy istotnie to interesuje 

go najbardziej. W końcu Kai zaproponował spoczynek.

Spali głęboko, bezpieczni pod osłoną ślizgacza, nie trapiąc się zupełnie iretańskimi 

nocnymi bestiami.

Rano Varian zbudziło delikatne szarpanie. Chciała zasnąć z powrotem, lecz znów ktoś 

dał jej szturchańca, tym razem mocniejszego. Usłyszała też, jak ktoś nagląco wyszeptał jej 

imię:

- Varian! Varian? Obudź się, mamy towarzystwo. Coś takiego zmusiło ją natychmiast 

do otwarcia oczu, które zresztą zaraz zamknęła, nie wierząc w to, co widzi.

- Varian! No musisz się przecież obudzić! - Bonnard szeptał zniecierpliwiony.

- Obudziłam się. Widziałam - wychrypiała.

- Co robimy?

- Poruszyłeś się już? - spytała.

- Tylko, żeby cię trącić. Bolało? - zatroskał się chłopiec.

- Nie. - Rozmawiali półgłosem. - Mógłbyś teraz trącić Kaia?

- Nie wiem, jak on się budzi.

background image

Bonnard miał rację. Nie miało sensu budzić kogoś, kto wypaliłby ze śpiwora niczym 

torpeda. Bonnard wiedział, jak radzić sobie z Varian, gdyż często budził ją, kiedy oswajał 

Dandy.

- Nie zerwie się, jeśli zbudzisz go tak delikatnie, jak mnie. - Varian uśmiechnęła się 

sama do siebie. Nie żałowała ani trochę, że zabrała na tę wycieczkę Bonnarda. Dyskusja 

poprzedniego   wieczoru   udowodniła  tylko,   jak  bardzo   trzeba  mu  było   zachęty i  otuchy,  i 

szansy   porozmawiania   z   kimś   bez   skrępowania,   które   narzucała   obecność   starszych 

uczestników wyprawy lub dziewczynek. Było oczywiste, że Kai wolałby raczej odbyć tę 

podróż w duecie, całkowicie wyzwalając się od konieczności dowodzenia. Lecz skoro już raz 

udało się jej odciągnąć go od biurka, uda się i drugi, tym razem bez osób towarzyszących.

Spali na przemian - głowa, nogi, głowa, tak że Bonnard musiał trącać ramię Kaia 

stopą. Varian ostrzegła go szeptem.

- Kai, obudź się powoli, i nie ruszaj się. Obserwatorzy są obserwowani.

Miała na wpół przymknięte powieki; ptaki tak ciasno otoczyły ślizgacz, że gdy Varian 

otwarła oczy po raz pierwszy, ujrzała szereg błyszczących, czarnych ślepek dokładnie na 

wysokości własnych. Niemal zachichotała, gdy ostry, pomarańczowy dziób zapukał w osłonę 

ślizgacza tak delikatnie, jakby bał się zbudzić śpiących.

- Psiakość! - Kai zaklął łagodnie; w jego głosie perlił się śmiech.

- Czy mógłbym na nie spojrzeć? - spytał Bonnard konspiracyjnym szeptem.

- A czemużby nie? One też na nas patrzą.

- Są w stanie przedostać się do środka? - ciągnął Bonnard z niepokojem.

- Wątpię - odparła  Varian,  niezbyt  przejęta.  Nie mogła  zagwarantować, że  osłona 

oparłaby   się   koncentrycznemu   atakowi   ciężkich   dziobów   dorosłych   osobników,   lecz   nie 

wydawało jej się, by ptaki miały wrogie intencje.

- Chyba chciałaś poznać ich poranne zwyczaje, Varian - powiedział Kai, powolutku 

unosząc rękę, by podeprzeć głowę. Nie patrzył na swą towarzyszkę, lecz gdzieś poza nią, na 

przyglądające się im bacznie, porośnięte złotą sierścią ptasie łby.

- Rzeczywiście, taki miałam zamiar.

- O fle dobrze pamiętam, spytałem, co zrobisz, jeżeli będą akurat miały wolny dzień? - 

przypomniał Kai.

Varian   nie   mogła   powstrzymać   się   od   śmiechu.   Zawtórował   jej   Bonnard,   nie 

spuszczając jednak ani na chwilę wzroku z ptaków.

- Uważasz, że wzięły sobie wolne, by na nas popatrzeć?

background image

- Cóż,  na  pewno tym  razem  od tego  zaczęły  dzień  - odparła Varian,  unosząc  się 

niespiesznie z posłania.

Ptaki poruszyły się niespokojnie, rozpościerając niezdarnie skrzydła.

- O, o! One mogą obracać skrzydła w nadgarstkach! - odezwał się Bonnard.

-  Yhm,   widziałam.   -   Varian   także   dostrzegła,   jak   zginają   trzy   palce   zakończone 

żółtawymi szponami. Funkcje kciuka i małego palca przejęło skrzydło. Varian nie potrafiła 

sobie wyobrazić, w jaki sposób są w stanie pleść sieci tylko za pomocą trzech palców.

-   Nie   wszystkie   tu   się   zleciały!   -   oznajmił   Bonnard,   wielce   opanowanym   gestem 

wskazując na niebo.

Żaden z ptaków nie usadowił się na szczycie osłony, więc niebo było bardzo dobrze 

widoczne.   Na   tle   gęstych   chmur   zarysowała   się   formacja   czubaków   zmierzających   na 

południowy wschód.

- Podejrzewam, że odwiedziny składają nam młode - stwierdziła Varian.

- Raczej niemowlaki - poprawił Kai, wskazując smugę brązowego śluzu ściekającą po 

zewnętrznej stronie osłony ślizgacza.

Bonnard stłumił rechot.

- Co robimy? - zapytał. - Jestem głodny.

- Wiec będziemy jeść - odrzekła Varian, wyciągając nogi ze śpiwora, pomału, by nie 

spłoszyć ptaków. - Tak, to młode - oznajmiła, gdy wreszcie wstała i przyjrzała się niedużym 

istotkom   cisnącym   się   wokół   ślizgacza.   Z   tej   perspektywy   żaden   z   czubaków   nie   był 

rozmiarów   dorosłych   osobników.   Czubek   najokazalszego   grzebienia   sięgał   zaledwie   pasa 

Varian.   Szacowała,   że   dojrzały  ptak   może   osiągnąć   średni   wzrost  człowieka   i   rozpiętość 

skrzydeł od ośmiu do dziesięciu metrów.

- A my co mamy robić? - niecierpliwił się Bonnard.

- Usiądźcie powoli. Przyniosę wam śniadanie do łóżka - odpowiedziała, kierując się 

ostrożnie w stronę zapasów żywności.

Kai podciągnął się do pozycji siedzącej. Z wdzięcznością przyjął z rąk Varian dymiący 

kubek.

- Śniadanko z publiką - mruknął, siorbiąc wrzątek.

- Wolałbym, żeby się ruszały albo skrzeczały czy coś - pożalił się Bonnard. Rozglądał 

się nerwowo wokół, dmuchając w kubek, by schłodzić napój. Niemal upuścił wrzątek, kiedy 

jeden z ptaków nagle rozpostarł skrzydła i zatrzepotał nimi. - Nawet nie próbują do nas 

dotrzeć.

background image

-   Patrz,   lecz   nie   tykaj?   -   zasugerował   Kai.   -   Szczerze   mówiąc,   nie   miałbym   nic 

przeciwko, gdyby trzymały się z dala. Dzióbki mają ostre...

Spojrzał na Varian. Miała w rękach niewielką kamerę i trzymając ją na wysokości 

pasa, pomału zataczała okrąg, filmując ptasią publiczność.

Z równą ostrożnością, unikając gwałtownych ruchów, umieściła kamerę na ramieniu i 

odwracając się z powrotem, nieoczekiwanie zamarła w bezruchu na tak długą chwilę, że Kai 

zaniepokoił się, co się stało.

- Skierowałam kamerę na główny szczyt - odparła. - Zrobił się tam niezły raban. Nie 

widzę, o co chodzi... A tak, już wiem. To dorosłe osobniki. Przysięgłabym... tak, one nawołują 

naszą widownię!

Opornie, jak wszystkie młode, ptasie podrostki, poruszając się ociężale, rozpoczęły 

niezdarny odwrót, znikając w urwisku tak raptownie, że Bonnard wszczął alarm.

-   Nic   im   nie   jest,   Bonnard   -   uspokoiła   go   Varian,   która   miała   lepszy   widok.   - 

Znajdujemy się tuż na skraju urwiska. Wykorzystały je do startu. Jeśli zerkniesz przez ramię, 

ujrzysz, jak całe i zdrowe bujają w powietrzu.

-   Psia...!   -   wykrzyknął   Kai   z   jawnym   oburzeniem.   -   Były   tak   blisko,   a   nie 

spróbowaliśmy ich nawet oznaczyć!

- Co? I przy okazji wystraszyć je tak, że zleciałyby się tu ich mamusie i tatusiowie? - 

Varian była zbulwersowana. - Tak czy owak, nie musimy ich znaczyć, Kai. Wiemy, gdzie 

mieszkają i jak daleko sięgają ich tereny. - Pogłaskała kamerę. - Poza tym mam ich buźki 

tutaj...

- One też musiały się nam dobrze przyjrzeć - powiedział Bonnard. - Ciekaw jestem, 

czy będą w stanie nas rozpoznać.

- Cóż, wszystkie nieobrośnięte i pozbawione czuba twarze wyglądają tak samo! - 

zaśmiała się Varian.

Krzątała się po ślizgaczu już bez skrępowania. Wręczyła swym towarzyszom tabliczkę 

pożywnych protein, i usadowiła się w fotelu pilota, by schrupać swoją.

Skończyli   jeść.   Dowcipkując   na   temat   pobudki,   szykowali   się   do   opuszczenia 

ślizgacza. Kai i Bonnard zabrali kamery i parę zapasowych taśm, Varian trochę trawy. Kai 

wziął też obezwładniacz, żywiąc nadzieję, że nie przyjdzie mu go użyć. Pomyślał w duchu, że 

zważywszy sposób, w jaki poruszają się ptaki, nie powinien mieć do tego okazji.

Słońce wychyliło się zza zasłony ciężkich chmur, by dokonać porannej inspekcji, jak 

to określił Bonnard. Z jaskiń w urwisku zaczęły wynurzać się setki, tysiące złotych ptaków, 

jakby   idąc   za   nieodpartą   pokusą   cieniutkiej   niteczki   słonecznego   blasku.   Bonnard   bez 

background image

zastanowienia   skierował   na   nie   kamerę,   uwieczniając   widowisko.   Ptaki,   z   rozpostartymi 

skrzydłami,   otwartymi   dziobami,   wywodziły   przedziwne   trele,   kąpiąc   się   w   znikomym 

świetle.

- Widziałaś kiedyś coś takiego, Varian? - spytał Kai zdumiony.

-  Niezupełnie.  Ależ   to   piękne   stworzenia.   Szybko,   Bonnard,   na  trzecim   progu  od 

lewej, złap tę gromadę!

Czubaki, jeden po drugim, rzucały się z krawędzi skalnego występu i rozwinąwszy 

skrzydła, wznosiły się, szybowały, wirowały w powietrzu, jakby pragnąc opłukać każdą część 

swego   ciała   w   słonecznym   potoku.   Troje   przyjaciół   jak   urzeczeni   wpatrywało   się   w 

niespieszny, podniebny taniec.

- Mają zamknięte oczy - oznajmił Bonnard, przyglądając się ptakom przez wizjer 

kamery. - Mam nadzieję, że wiedzą, dokąd lecą.

-   Prawdopodobnie   posiadają   zdolność   percepcji   radarowej   -   odparła   Varian. 

Wyregulowała powiększenie szybki w kasku, by przyjrzeć się im bliżej. - Zastanawiam się, 

czy... zamykają oczy z jakiegoś mistycznego powodu czy tylko dlatego, że oślepia je słońce?

- Karoten ma dobry wpływ na wzrok - zauważył Bonnard.

Varian   usiłowała   sobie   przypomnieć,   czy   widziała   kiedyś,   żeby   kłacz   albo 

roślinożerny mrużył lub zupełnie zamykał oczy w blasku słońca. Nie pamiętała. Cóż, słońce 

było tu tak wielką rzadkością, że kiedykolwiek się pojawiało, wszyscy niezmiennie zwracali 

swe oczy ku niemu. Postanowiła, że po powrocie przejrzy nagrania.

- Patrz, patrz, Varian! Tylko niektóre tańczą! - powiedział Bonnard. Odwrócił się na 

pięcie i skierował kamerę na grzebiące w ziemi na szczycie urwiska młode ptaki.

Wtem   jeden   z   wyrostków   zaskrzeczał   i   próbując   cofnąć   się   od   czegoś,   stracił 

równowagę   i   runął   jak   długi.   Jego   towarzysze   przyglądali   mu   się   przez   długą   chwilę, 

trzepocząc bezradnie skrzydłami.

Varian   bez   namysłu   zaczęła   wspinać   się   na   szczyt,   by   pomóc   ptakowi.   Właśnie 

dotknęła dłonią wierzchołka, gdy z piskiem, wystarczająco przeraźliwym, by zyskać posłuch, 

wylądował   tam   dorosły   osobnik   i   niezdarnie   odwrócił   się   w   stronę   Varian.   Dziewczyna 

rozsądnie przerwała wspinaczkę, a ptak szponami u skrzydeł zręcznie postawił podlotka na 

nogi i przezornie osłonił go skrzydłem.

- W porządku, rozumiem. Rozumiem jasno i przejrzyście - odezwała się Varian.

Z   gardzieli   dorosłego   ptaka,   który   nawet   na   chwilę   nie   spuszczał   z   Varian   oka, 

wydobył się następny zgrzytliwy skrzekot.

- Varian! - okrzyk Kaia był zarazem ostrzeżeniem i rozkazem.

background image

- Nic mi nie jest. Kazano mi tylko trzymać się na dystans.

- Zwiększ go, Varian. Osłaniam cię.

- Zaatakuje mnie, jeśli się ruszę, Kai. Nie wyciągaj obezwładniacza.

- Niby skąd ten ptaś miałby wiedzieć, do czego służy obezwładniacz? - wtrącił się 

Bonnard.

- Punkt dla ciebie! - rzuciła Varian. - Chcę poczęstować go trawą - dodała i powolutku 

wyciągnęła z kieszeni kępkę trawy zebranej w dolinie. Z wielką ostrożnością uniosła pęk 

źdźbeł, by dostrzegł je czubak.

Wzrok   stworzenia   wciąż   spoczywał   na   Varian,   lecz   odniosła   wrażenie,   że   ptak 

zauważył wiązkę trawy. Z wolna umieściła ją na szczycie wzniesienia. Czubak ponownie 

zapiszczał skrzekliwym głosem, lecz tym razem nieco ciszej, mniej agresywnie.

-   Bardzo   miło   było   cię   poznać!   -   powiedziała   Varian.   Dobiegło   ją   oburzone 

parsknięcie Bonnarda. - Grzeczność nigdy nie idzie na marne, Bonnard. Ton wypowiedzi jest 

nośnikiem informacji, tak jak gest. Ta istota rozumie część z tego, co robię, i z tego, co 

mówię.

Zaczęła schodzić w kierunku ślizgacza, poruszając się powoli i ani na moment nie 

spuszczając oka z ptaka. Gdy tylko znalazła się na dole obok Kaia i Bonnarda, dorosły czubak 

kaczkowatym krokiem zbliżył się do pęku trawy, zabrał go i zawróciwszy na skraj urwiska, 

rzucił się w dół. Rozwinąwszy skrzydła, wzbił się w górę, by zniknąć pośród innych ptaków.

- To było fascynujące - wyszeptał Kai, dając wreszcie upust długo wstrzymywanemu 

westchnieniu.

Bonnard spoglądał na Varian ze szczerym podziwem.

- Rany, jedno pchnięcie dziobem i wyprawiłby cię w przepaść!

- W poczynaniach ptaka nie było ni krzty groźby - odrzekła.

- Varian - Kai położył dłoń na jej ramieniu - bądź bardziej ostrożna.

- Robię to nie pierwszy raz. - Dostrzegła w jego oczach niepokój. - Zawsze jestem 

ostrożna.   Inaczej   nie   byłoby   mnie   tutaj.   Zaprzyjaźnianie   się   z   obcymi   stworzeniami   jest 

częścią mojego zawodu, to mój fach. Tylko jak ja się dowiem, jak dojrzałe są ich młode, 

skoro chronią... - urwała, i aż zagwizdała ze zdziwienia. - Wiem już. Czubak bronił malca, 

ponieważ  nawykł   do chronienia  potomstwa.  Wniosek:  młode  jeszcze  przez  jakiś  czas  po 

urodzeniu nie są zdolne bronić się same. A jednak - westchnęła, rozczarowana - wolałabym 

dostać się do jednej z ich jaskiń...

-   Varian,   patrz   tylko!   -   rzucił   szeptem   Bonnard,   wskazując   kierunek   ledwo 

zauważalnym ruchem palca.

background image

Varian odwróciła się pomału. Rząd młodych spoglądał na nich ze szczytu urwiska. 

Zwinęły   skrzydła   i   założywszy   je   do   tyłu,   wspierały   się   szponami,   chroniąc   się   przed 

upadkiem.   Varian   roześmiała   się,   kręcąc   z   niedowierzaniem   głową,   i   mamrocząc   coś   o 

obserwowaniu obserwatorów.

- Widać nas jak na dłoni - rzekł Kai, opierając się o ślizgacz. Założył ręce. - Co 

robimy teraz według twojego harmonogramu? Pozwalamy im obserwować nasze poranne 

zwyczaje?

- Proszę bardzo, jeśli sobie życzysz. Byłoby interesujące sprawdzić, jak długo coś 

potrafi przyciągać ich uwagę, tyle że wyżej dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy. - Wskazała 

na krążące na niebie ptaki. Niektóre oddzielały się w grupach od reszty i umykały w różnych 

kierunkach, majestatycznie zamiatając skrzydłami. - Chyba jednak nie trafiliśmy na ich wolny 

dzień - powiedziała, błyskając uśmiechem w stronę Kaia. - Bonnard, podsadzę cię na maskę 

ślizgacza. Stamtąd powinieneś dojrzeć szczyt. Mógłbyś mi powiedzieć, czemu młode tak się 

wydzierają? I co przeważyło tamtego, którego chciałam uratować?

- W porządku - odparł rezolutnie chłopiec.

- Tylko nie wierć się za bardzo. Porysujesz butami osłonę - powiedział Kai. - Nie, nie 

możesz ich zdjąć - dodał zaraz, uprzedzając pytanie chłopca.

Wwindowali go na górę. Bonnard z ogromną dbałością usadowił się w miejscu, skąd 

mógł widzieć szczyt.

-   Jest   tam   parę   zdechłych   płaszczaków   i   nieco   szlamowatych   wodorostów.   Oo! 

Patrzcie na to!

Ptaki,   zwabione   nową   pozycją   Bonnarda,   porzuciły   dotychczasową   galeryjkę   i 

kołysząc   się,   przeszły   na   inną   stronę   urwiska,   by   stanąć   na   wprost   chłopca.   Dogłębnie 

oburzony   Bonnard   oparł   ręce   na   biodrach   i   utkwił   w   nich   wyzywające   spojrzenie,   co 

sprawiło, że ptaki z przeraźliwym krzykiem odsunęły się od skraju urwiska. Kai i Varian 

dusili się ze śmiechu, przypatrując się rozgrywce między przedstawicielami obu młodych 

pokoleń.

- Ej, kamerzysto! Przegapiłeś niezłą sekwencję! - krzyknął Kai.

- Jakbym o tym nie wiedział! - żachnął się Bonnard.

- Złaź na dół - nakazała Varian, dowiedziawszy się już, czego chciała.

Przespacerowała się trochę skrajem terasy. Położyła się, by zerknąć w dół uskoku.

- Nie wolno mi w górę. To może w dół? Zdaje się, że jakieś dwadzieścia metrów 

poniżej w lewo jest jaskinia. Gdybym wykorzystała pasy ubezpieczające, Kai, mógłbyś mnie 

tam spuścić, prawda?

background image

Kaiowi   nie   uśmiechała   się   szczególnie   tego   typu   poranna   gimnastyka.   Z   drugiej 

strony, pasy przymocowane na zewnątrz ślizgacza były w stanie utrzymać nawet grawitanta. 

Gdy Varian zmierzała już w kierunku swego celu, Kai cieszył się w duchu, że to nie on wisi 

teraz na końcu tego rozhuśtanego wahadła.

- Przyglądają się nam, Bonnard? - spytała Varian przez komunit.

- Tylko młode i... Tak, i jeszcze jeden z powietrza.

- Zobaczmy, czy mają jakieś miejsca zakazane...

- Varian... - jęknął Kai, coraz bardziej zaniepokojony. On także dostrzegł dorosłego 

ptaka, który zbliżył się trochę, by przypatrzeć się rozkołysanej Varian.

- On się tylko przygląda, Kai. Spodziewałam się tego. Jeszcze tylko jeden raz i... 

Jestem! - Złapała się mocno za kamienny występ skalny tuż przy wejściu do jaskini i zwinnie 

wgramoliła się do środka.

- Rany! Ta jaskinia jest opuszczona! I wprost gigantyczna! Ciągnie się tak daleko, że 

nie widzę końca - jej głos był najpierw przytłumiony, potem tubalny.

- Zaraz, zaraz. Dokładnie tego chciałam. Jajko. Jajko? I wpuściły mnie? Nie, jest 

martwe. I nieduże. Cóż, to pośredni dowód, że ich młode rodzą się niedojrzałe. Hmm. Trochę 

tu   trawy,   jakby  w   kształcie   gniazda.   Zbyt   jest   rozrzucona,   by   być   pewnym.   Opuściłyby 

jaskinię ze względu na nie zapłodnione jajko? Żadnych rybich ości czy łusek. Pożerają je 

więc w całości. Niezły żołądeczek.

Bonnard i Kai wymienili spojrzenia, przysłuchując się jej monologowi, niczym litanii 

posegregowanych spostrzeżeń.

- Trawa z gniazda nie pochodzi z doliny, przypomina raczej twardsze włókna rodem z 

moczarów. Zastanawiam się... W porządku, Kai - jej głos przybrał nagle jaśniejszą barwę, co 

oznaczało, że wyszła z jaskini - wciągnij mnie.

Dotarła na skalny występ. Z kieszeni na nogawkach wystawały źdźbła trawy, a na 

przodzie jej kostium wybrzuszało jajko.

- Jakieś powody do alarmu? - spytała.

Kai,   asekurując   ją   jeszcze,   potrząsnął   przecząco   głową,   a   Bonnard   pomógł   jej 

wyplątać się z pasów.

- Hej, ich jajka są niewielkie. Mogę nim potrząsnąć?

- Proszę bardzo. Ewentualny lokator już od dawna nie żyje - odparła Varian.

- Dlaczego?

Varian wzruszyła ramionami.

background image

- Każemy Trizeinowi przyjrzeć się mu, być może wtedy się to wyjaśni. Wolałabym, 

żeby   się   nie   stłukło.   Pozwól,   Kai,   opakuję   je   -   powiedziała.   Ułożyła   jajko   starannie, 

okrywając je zwiędniętą trawą, a potem otrzepała ręce, dając znak, że robota skończona. - To 

okropnie mecząca praca - oświadczyła i ruszyła do ślizgacza, gdzie dobrała się do zapasów 

żywności. - Wiesz - wykrztusiła w połowie przygotowanego na chybcika posiłku - wydaje mi 

się, że każda z tamtych grup miała przydzielone odrębne zadanie. - Zostaniemy więc, by 

zobaczyć, co przytaszczą? spytał Kai.

- Jeśli nie miałbyś nic przeciwko?

- Bynajmniej. - Nachylił głowę, by widzieć młode. Niektóre przestały się już nimi 

interesować   i   podreptały   nieporadnie   na   przeciwległy   kraniec   urwiska.   -   Bawi   mnie 

nieoczekiwana zmiana ról.

- Chciałabym dostać się do jakiejś “czynnej" jaskini - przyznała Varian.

- Wszystko tak od razu, jednego dnia?

-   Masz   rację,   Kai.   Chcę   za   wiele.   Nie   padliśmy  ofiarą   agresji   ze   strony  ptaków. 

Tamten dorosły interpretował moje zamiary bardziej jako przyjacielskie niż wrogie. Przyjął 

moją trawę...

Spojrzeli w górę. Przeszył ich nadzwyczaj wysoki, przenikliwy odgłos, jakby ostry i 

długotrwały pisk, który natychmiast przyciągnął uwagę młodych. Varian gestem nakazała 

Bonnardowi wziąć kamerę, lecz chłopak dawno już po nią sięgnął i przesondował nieboskłon, 

zanim wymierzył obiektyw w zastygłe w pogotowiu młode ptaki.

Cała masa złotych istot wyległa z jaskiń i z niespotykaną prędkością pomknęła na 

zasnuty mgłą południowy zachód.

- To kurs na morski przesmyk. Czyżby kolejny połów?

- Młode usuwają się na bok - rzekł Bonnard. - To wygląda na lunch.

Z   mgły  wyłoniły  się   teraz   dorosłe   ptaki.   Muskając   powierzchnię   wody,   z   trudem 

pracowały skrzydłami, by z widocznym mozołem wznieść się na skalny występ, gdzie osiadły 

wreszcie ze skrzydłami omdlałymi z wysiłku. Varian dałaby głowę, że w szponach jednego z 

ptaków   widziała   trawę.   Dorosłe   ptaki   czekały,   czekały   też   młode,   od   czasu   do   czasu 

obdzielając   się   nawzajem   kuksańcami.   Bonnard,   zirytowany   przerwą,   ruszył   w   stronę 

wyjścia. Varian powstrzymała go w chwili, gdy jeden z dorosłych osobników wylądował na 

ich tarasie.

- Ani się waż choćby palcem kiwnąć, Bonnard - ostrzegła chłopca.

Ptak wciąż obserwował ślizgacz, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku.

background image

-   Teraz   powoli   wycofaj   się   do   środka   -   rozporządziła.   Gdy   Bonnard   szczęśliwie 

wykonał manewr, Varian westchnęła z ulgą. - Co ja ci mówiłam, Bonnard? Nie przeszkadzaj 

zwierzętom, gdy jedzą. Do licha, a już na pewno nie niepokoi się stworzeń czekających na 

lunch, Bonnard, jeśli chce się z nimi żyć na przyjacielskiej stopie!

- Przepraszam, Varian. - Bonnard był skruszony.

-  W  porządku,   chłopie.   Jednak   pewnych   rzeczy  będziesz   musiał   się   nauczyć.   Na 

szczęście całe to zajście nie przyniosło szkody ani tobie, ani naszej misji. - Uśmiechnęła się, 

widząc   przygnębiony   wyraz   twarzy   chłopca.   -   Oj,   rozchmurz   się.   Dzięki   temu 

dowiedzieliśmy się czegoś. Nie pozostawiły nas bez nadzoru ani na minutkę. Domyśliły się 

również, którędy wchodzimy i wychodzimy ze ślizgacza. Doprawdy, trzeba przyznać, że to 

szczwane bestie!

Bonnard, wpatrzony w ptasiego strażnika, zsunął się na podłogę ślizgacza.

Minęły   ze   trzy   kwadranse,   nim   Kai,   pamiętając,   by   wykonywać   powolne   ruchy, 

wskazał reszcie załogi powracające ptaki. Zewsząd rozległy się wrzaski. W jednej chwili w 

powietrze uniosło się całe mnóstwo ptactwa, co wywołało narzekania Bonnarda, że jego film 

będzie zawierał więcej sierści i skrzydeł niż rzeczy istotnych.

Chłopiec i Varian mieli okazję jeszcze raz obejrzeć widowisko, którego świadkami 

byli już wcześniej. Migoczący łup wysypał się  z sieci.  Młode, kołysząc  się kaczkowato, 

weszły pomiędzy sterty ryb. Jeden z dorosłych ptaków spostrzegł, że któremuś z wyrostków 

ugrzązł kawałek jedzenia w gardle, więc klepnął go w plecy, by malec wykrztusił pokarm. 

Kai   natomiast   przyglądał   się   innemu   ptakowi,   który   wyszukiwał   płaszczaki   i   żwawymi 

ruchami dzioba zręcznie zrzucał je ze skraju urwiska. Gdy uporał się z zadaniem po swojej 

stronie połowu, ostrożnie otarł dziób o kamień.

- Mam to na taśmie - zapewnił Bonnard Varian.

Kai   zauważył   następną   osobliwość.   Jednemu   z   dorosłych   ptaków   kilka   innych 

upychało   do   dzioba   całe   zapasy   żywności.   Ptak   zatoczył   się   zaraz   na   brzeg   tarasu   i 

rozpostarłszy skrzydła, podleciał do jednej z większych jaskiń. Jego miejsce zajął natychmiast 

inny ptak i podobnie nafaszerowany rybami, wyruszył do następnej pokaźnej szczeliny.

Młodym wolno było jeść jedną rybę na raz. Oczywiście wpadły w paniczny strach, 

napatoczywszy się na małego płaszczaka, w związku z czym dwa gruchnęły w tył i zaplątały 

się razem, aż musiał przyjść im w sukurs pilnujący ich dorosły. Bonnard wściekał się, że musi 

pozostać wewnątrz ślizgacza, zamiast wdrapać się na niego, skąd mógłby robić lepsze zdjęcia.

Ilość   ryb   kurczyła   się   stopniowo.   W   końcu   młode   w   ogóle   przestały   się   nimi 

interesować   i   jeden   za   drugim   znikały   ze   szczytu.   Niewiele   później   nie   widać   było   już 

background image

żadnego ptaka. Varian, Kai i Bonnard czekali jeszcze przez jakiś czas cierpliwie, dopóki 

bezczynność   ostatecznie   nie   wyprowadziła   Kala   z   równowagi.   Varian   musiała   wreszcie 

przyjąć do wiadomości, że zdaniem jej przyjaciela niespecjalnie posuwają się w obserwacji 

złotych ptaków, przesiadując w ślizgaczu lub nawet na tarasie.

Było już dawno po południu. Mieli dosyć nagranych taśm, by zapewnić sobie długie 

godziny badań. Propozycja Varian, by wracać do obozu, została błyskawicznie wprowadzona 

w czyn przez obu przedstawicieli płci męskiej. Kai sprawdził tylko zabezpieczenie wejścia 

ślizgacza i dał Bonnardowi znak, by zapiał pasy, co sam zresztą bezzwłocznie uczynił. Byli 

gotowi do drogi, zanim Varian, rozbawiona nimi do łez, zdążyła usiąść.

Wystartowali.   Varian   zatoczyła   jeszcze   kółko   ponad   szczytem   urwiska,   gdzie   na 

skalnym podłożu ptaki znów pozostawiły małe płaszczaki, by prażyły się w słońcu i gniły. 

Varian znalazła odpowiedź na parę pytań, jednak wydarzenia tego dnia przyniosły ich jeszcze 

więcej.   Była   bardzo   zadowolona   z   tej   wyprawy,   choćby   dlatego,   że   było   to   coś,   na   co 

naprawdę miała ochotę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Okrążyli dziwnie spokojny obóz i wtedy właśnie Kai zauważył brak ślizgaczy. Widać 

było   tylko   rozespanego   Dandy'ego.   To   do   pewnego   stopnia   uspokoiło   Kaia,   ponieważ 

zwierzak miał zwyczaj przeczekiwać wszelkie napięcia i niepokoje w obozie, siedząc skulony 

w kącie swego wybiegu.

- Rzeczywiście wszyscy odpoczywają - odezwała się Varian. To ona pilotowała.

- Moje zespoły musiały wcześnie powrócić do obozów - powiedział Kai.

- Owszem, owszem, tylko gdzie się podziali moi grawitanci? Powinno zostać kilka 

ślizgaczy.

- Bakkun wspomniał coś o wyprawie do swojego zakątka - wtrącił Bonnard.

- Swojego zakątka? - Varian i Kai spytali chórem.

- Tak. Na północy - odparł Bonnard, wskazując kierunek. - Do szczególnie osobliwego 

zakątka na północy.

- Co to za osobliwy zakątek? - zapytała Varian, przelotnym spojrzeniem dając Kałowi 

znak, by pozwolił jej prowadzić dochodzenie. - Byłeś tam?

- Tak, w zeszłym tygodniu, gdy pracowałem z Bakkunem - przyznał chłopiec. - Ja nie 

widzę w nim nic osobliwego, po prostu zwykła, okrągła polanka pośród drzew, z jednej strony 

zamknięta ścianą skalną. Mieszka tam spora gromada ogromnych pożeraczy zielska, takich 

jak Mabel, i kilka mniejszych gatunków. Wszystkie mają wyżarte kęsy ciała, Varian. Bakkun 

mówił, że interesuje się nimi Paskutti. Nie wspomniał ci o tym?

- Najwyraźniej nie miał czasu - odrzekła Varian w tak pretensjonalny sposób, że od 

razu było wiadomo, iż Paskutti nic jej o tym nie powiedział.

- Nie miał czasu? To było tydzień temu!

- Wszyscy byliśmy zajęci - rzuciła Varian i marszcząc brwi, leciutko sprowadziła 

ślizgacz na ziemię.

Lunzie zaraz znalazła się przy wlocie, gotowa natychmiast go otworzyć.

- Wycieczka się udała? - zagadnęła.

- Wyjątkowo. Tu także wszyscy zażywają błogich chwil odpoczynku? - spytała Varian.

Lunzie obrzuciła ją przeciągłym, badawczym spojrzeniem.

- O ile mi wiadomo, tak - odparła powoli, patrząc prosto w oczy Varian; jednocześnie 

zamykała wlot. - Terilla pracuje nad jakimiś mapami u Gabera, a Cleiti czyta coś w głównym 

budynku.

- Mógłbym pokazać Cleiti nasze taśmy, Varian? - zaproponował Bonnard.

background image

- Ależ jak najbardziej. Tylko nie wymaż ich przypadkiem!

- Varian! - Bonnard obruszył się śmiertelnie. - Obsługuję taśmy od tygodni i jeszcze 

nigdy niczego nie wykasowałem!

Kai wyczuł, że Varian chciała pozbyć się Bonnarda, tak jak był świadom, że obie 

kobiety w ten czy inny sposób wymieniły milcząco informacje i niecierpliwiły się teraz, by 

móc otwarcie porozmawiać. On również miał kilka pytań do Varian dotyczących Bakkuna, 

Paskuttiego i usidlonych roślinożernych.

-   Moi   ludzie   radzili   sobie   dobrze,   mam   nadzieję?   -   zapytał   Lunzie,   by   przerwać 

niezręczną ciszę, która zaległa, gdy Bonnard maszerował przez obóz. Chłopiec zatrzymał się, 

by pogłaskać Dandy'ego.

-   Owszem,   wszyscy   spisywali   się   dobrze,   poza   Bakkunem,   który   wybrał   się   z 

grawitantami na jakąś prywatną wycieczkę. - Lunzie wskazała ręką wahadłowiec i we trójkę 

udali   się  w  jego  kierunku.   -  Pamiętasz,  Kai,  jak  pytałeś  mnie   o  zapasy?  -  odezwała  się 

ściszonym głosem. - Ktoś zagrabił cześć podstawowego sprzętu medycznego. Co więcej, 

wyczerpały   się   baterie   syntezatora.   Ja   nie   używałam   go   zbyt   często   po   ich   wymianie. 

Kazałam więc Porteginowi sprawdzić, zanim wyruszy, czy coś jest nie w porządku, lecz 

podobno nie ma żadnych usterek technicznych. Po prostu ktoś z niego korzystał. Nie potrafię 

określić nawet, co syntetyzowano.

- Dokąd udali się grawitanci? - spytała Varian.

-   Nie   wiem.   Byłam   w   magazynach,   gdy  dotarł   do   mnie   szum   ślizgaczy   i   pasów 

nośnych. Potem przyszedł Portegin i oznajmił, że to grawitanci wybrali się dokądś... - urwała 

Lunzie, marszcząc czoło w zamyśleniu. - To dziwne. Byłam w magazynie, a przecież nie 

prosili mnie o racje żywnościowe...

- Nie! - Cichy okrzyk Varian przestraszył lekarkę i Kaia.

- Coś nie tak, Varian?

Varian   zbladła   jak   ściana.   Wyglądała   na   rażoną   nagłą   chorobą.   Oparła   się   o 

przepierzenie.

- Nie, muszę się mylić, na pewno się mylę... - jęknęła.

- Mylisz się? - Lunzie powtórzyła wyczekująco, chcąc skłonić Varian do wyjaśnień.

-   Muszę   się   mylić.   Nie   mogli   przecież   ot   tak,   bez   powodu,   wrócić   do   dawnych 

zwyczajów, prawda Lunzie?

- Do dawnych zwyczajów? -  Lunzie wytrzeszczyła oczy na Varian, która osłabiona 

nadal wspierała się o ścianę. - Nie myślisz chyba, że...

background image

- A czemużby inaczej Paskutti interesował się ranionymi roślinożercami, o których nie 

miałam zielonego pojęcia? Nigdy nie przypuszczałam, by Bakkun był gruboskórny. A mimo 

to... mówić takie rzeczy przy chłopcu...

Lunzie prychnęła.

- Grawitanci nie mają wysokiego mniemania o dorosłych ludziach, nie wspominając o 

wychowankach kosmicznych baz. Ich dzieci nie mogą przemówić, póki nie zabiją...

- O czym ty mówisz? - przerwał jej Kai.

- Obawiam się, że muszę się zgodzić z hipotezą Varian - odparła Lunzie.

- Która głosi...? - Kai spytał gniewnie.

-   ...że   grawitauci   powrócili   do   spożywania   białka   zwierzęcego   -   zimny,   zupełnie 

obojętny   ton   Lunzie   nie   złagodził   bynajmniej   wstrętu   wywołanego   tak   odrażającym 

stwierdzeniem.

Kai, ogarnięty nieopanowanymi mdłościami, poczuł, że zaraz zwymiotuje.

- Oni?  - - Nie mógł nawet powtórzyć za lekarką. W miejsce słów skinął tylko z 

rezygnacją ręką. - Są członkami Federacji. Są cywilizowani...

- Dostosowują się, kiedy są w towarzystwie innych członków Federacji - odparła 

Varian   niskim,   bezbarwnym  tonem,  co   wskazywało,   jak  bardzo   jest  zszokowana   -  lecz... 

Pracowałam już z nimi na kilku wcześniejszych wyprawach i... Jeśli mogą... Nie myślałam... 

Nie chciałam myśleć, że zrobią to także tutaj...

- Przynajmniej zachowywali dyskrecję - stwierdziła Lunzie. - Oczywiście nie bronię 

ich.   Ale   gdyby   nie   przypadkowa   uwaga   Bonnarda...   Nie.   -   Lunzie   zmarszczyła   czoło, 

wpatrując się w podłogowe płytki. - Zwietrzyłam już coś tamtego wieczora...

-   Kiedy   zaserwowałaś   im   swój   owocowy   trunek!   -   Varian   napadła   na   Lunzie 

oskarżycielsko. - Nie byli pijani! Byli podekscytowani. A wiecie czym? - Żadne z nich nie 

miało czasu odpowiedzieć na jej retoryczne pytanie. - Przemocą...

- Owszem, przemoc i alkohol mogły stanowić bodziec dla grawitantów - przyznała 

Lunzie, potakując ze zrozumieniem głową. - Z natury mają powolny metabolizm - wyjaśniła 

Kaiowi - i niski popęd seksualny, co czyni z nich wspaniałą mutację w sam raz na wyprawy 

KOB-u. Pod wpływem pewnych bodźców i... - Lunzie wzruszyła ramionami.

-   To   moja   wina.   Nie   powinnam   była   im   pozwolić   pić   tej   nocy.   Wiedziałam   o 

wszystkim. Otóż - Varian wyrzucała z siebie słowa w nagłym przypływie szczerości - tego 

samego dnia kłacz bestialsko zaatakował jednego z roślinożernych. Spostrzegłam wyjątkowe 

podniecenie   w   zachowaniu   Paskuttiego   i   Tardmy,   lecz   sądziłam,   że   to   tylko   moja 

wyobraźnia...

background image

- Pojawiła się wiec przemoc, a ja skomplikowałam problem, podając im alkohol. - 

Lunzie ochoczo wzięła na siebie część odpowiedzialności. - Ależ mieli noc!

- A my myśleliśmy, że poszli wcześniej spać! - Varian uderzyła się ręką w czoło, 

uznając własną naiwność. - Przy zbyt  mocnym napitku... - Wybuchnęła śmiechem, zaraz 

jednak syknęła boleśnie. - O nie!

- O co chodzi tym razem? - ostrym tonem zażądał wyjaśnień Kai.

- Oni wrócili.

- Wrócili? - Kai był nieco skonfundowany.

-   Przypominasz   sobie,   jak   pytałam   o   czas   lotów   dużego   ślizgacza?   -   powiedziała 

Varian.

- Wrócili, by zarżnąć tamtego roślinożernego dla jego mięsa? - spytała Lunzie.

- Mogłabyś przynajmniej nie być tak odrażająco wulgarna - zganił ją Kai, wściekły na 

lekarkę, na siebie i na swój wywrócony do góry nogami żołądek.

- Tak,   tak   -  ciągnęła   Lunzie,   ignorując   zupełnie   Kaia   -  najwyraźniej   potrzeba   im 

dodatkowego, zwierzęcego białka...

- Lunzie! - Teraz także Varian próbowała ją powstrzymać, lecz Lunzie kontynuowała 

wywód w swój bezstronny, medyczny sposób:

- Jestem przekonana, że jadają, i to ze smakiem, zwierzęce białko. Muszą je spożywać 

na swojej rodzinnej planecie, ponieważ z roślin żyjących w warunkach silnego przyciągania, 

niewiele jest strawnych dla ras ludzkich. Zasadniczo dostrajają się do powszechnych zasad 

konsumpcji białka roślinnego i syntetycznego. Podawałam im pokarm bogaty w... - Lunzie 

przerwała. - Czyżby dlatego syntezator był wyczerpany?

- Proteiny? - spytał Kai, żywiąc rozpaczliwą nadzieję, że uczestnicy jego ekspedycji 

nie zarzucili może wszystkich zasad odżywiania.

-   Nie,   raczej   zaspokajali   codzienne   zapotrzebowanie   na   elementy,   których   nie 

dostarcza czysto zwierzęca dieta. Jedyna rzecz, której nie zabrali z naszych magazynów, to 

produkowane przez nas proteiny.

Varian, sina na twarzy, uniosła rękę, by przerwać Lunzie.

- Nie myślałam, że jesteś aż tak przeczulona, Varian - oświadczyła Lunzie. - - Cóż, 

twoja wrażliwość wynika z wychowania. Pokusa, by spożywać zwierzęce mięso, jest wciąż 

silna w planet arianach...

- Kai, co zrobimy teraz? - wykrztusiła Varian.

- Choć to nie mnie pytałaś, odpowiem ci - wtrąciła się Lunzie - że, szczerze mówiąc, 

nic nie możecie zrobić. Grawitanci trzymali w sekrecie swe ohydne praktyki. Cóż - zmieniła 

background image

wyraźnie   ton   -   to   potwierdzałoby   moją   tezę,   że   nigdy   nie   usunie   się   całkowicie 

podstawowych popędów. Potrzeba całych pokoleń wychowywanych w nowych warunkach, 

by  móc   być   pewnym   rezultatów.  Ach!   -   Lunzie   wrócił   zwykły,   śmiały  głos,   choć   w   jej 

okrzyku kryło się trochę lęku. - Kai, Varian... - z największą powagą spoglądała to na niego, 

to na nią - BO wróci po nas, prawda?

- Mamy wszelkie powody, by tak sądzić - odparł stanowczo Kai.

- Czemu pytasz?  - Varian wydawało się, że w pytaniu Lunzie pobrzmiewało coś, 

czego Kai nie dosłyszał.

- Gaber w to nie wierzy - rzekła Lunzie.

- Mówiłem już Dimenonowi - powiedział Kai, odczuwając potrzebę wykazania się 

niefrasobliwością i autorytetem - że chwilowo straciliśmy łączność, lecz skoro nie martwią się 

tym Thekowie, nie martwię się i ja.

- Thekowie nigdy się nie martwią - zauważyła Lunzie. - Zmartwienia dotyczą ludzi, 

którym zależy na czasie. Od jak dawna nie mamy łączności z BO?

Zawahał się przez chwilę, by poszukać aprobaty w spojrzeniu Varian. Lunzie była 

dobrym sprzymierzeńcem.

- Odkąd wysłaliśmy pierwsze raporty - odparł.

- Tak długo?

- Podejrzewamy, z czym zgadzają się Thekowie, że burza kosmiczna, za którą BO 

udała się w pogoń, kiedy nas już tu osadziła, wywołała zakłócenia uniemożliwiające kontakt.

Lunzie pokiwała głową, masując kark, jakby dały się jej we znaki mocno napięte 

mięśnie.

- Rozumiem, że Gaber rozpuszczał swą absurdalną teorię, jakobyśmy mieli zostać tu 

na zawsze? - Kai zmusił się do śmiechu, który, w jego opinii przynajmniej, brzmiał bardzo 

szczerze.

- Ja  także  wyśmiałam  Gabera,  lecz  zdaje  mi  się,  że  grawitanci  nie  mają  naszego 

poczucia humoru - rzekła Lunzie.

- Co wyjaśniałoby ich agresję - stwierdziła Varian. - Czuliby się tu niemal jak w domu. 

Są dość silni, by przeżyć na Irecie.

- To pokolenie byłoby dość silne, owszem - poprawiła pedantycznie Lunzie - lecz nie 

następne.

- Po co w ogóle gadasz takie rzeczy? - Kai był sfrustrowany. - “Następne pokolenie"! 

Przecież nie zostawią nas tutaj!

background image

- Bynajmniej nie twierdzę, że zostawią - Lunzie przybrała znów swój obojętny ton. - 

Stanowimy zbyt małą grupę i nie jesteśmy dobrani wiekowo, by ewentualnie zasiedlić Iretę. 

To nie powstrzymałoby wcale grawitantów, by...

- Pozostać na Irecie?! - zatrwożył się Kai.

- Och, wiesz, mają tu wszystko, czego im trzeba - powiedziała Lunzie. - Alkohol, 

białko zwierzęce... Grawitanci często kierują się wyłącznie własnym widzimisię. Na pewno 

słyszałaś, Varian, co mówią. - Dziewczyna z wolna przytaknęła ruchem głowy. - Podobno 

kilka grup zwyczajnie “rozpłynęło" się w powietrzu. Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie 

takie cielsko, jak...

- Nie mogą tego zrobić! - wybuchnął Kai, zmagając się z konsternacją, gniewem i 

poczuciem bezsilności, gdyż nie miał pojęcia, jak odwieść grawitantów od podobnego planu. 

Przewyższali go fizyczną siłą, i zarówno on, jak i Varian nierzadko odnosili wrażenie, że 

grawitanci ledwie tolerują ich jako swych przełożonych, i to jedynie dlatego, że tak było im 

wygodniej.

- Mogą, i musimy to przyznać przynajmniej przed sobą, jeśli już nie przed innymi - 

zaoponowała Lunzie. - Chyba że uda ci się znaleźć na tej planecie coś tak fatalnego, że będą 

woleli   z   nami   wrócić.   -   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   jej   zdaniem   żadna   okoliczność   nie 

pohamowałaby grawitantów.

- To całkiem konstruktywna propozycja - stwierdziła Varian.

- Zaraz, zaraz! - zawołał Kai. - Nie ma najmniejszych oznak, że takie są ich zamiary! 

Może po prostu wmówiliśmy sobie to wszystko zupełnie bezpodstawnie. Do licha! W końcu 

co nas obchodzą potrzeby seksualne innych ras? Jeśli znajdują tu bodźce pomagające im 

zaspokoić   popęd,   proszę   bardzo.   Popełniamy   nieostrożność,   przypisując   grawitantom 

niesmaczne i nie do przyjęcia czyny, nie mając cienia pewności, czy nasze spekulacje są w 

ogóle uzasadnione.

Lunzie strapiła się trochę, lecz Varian nie dała się tak łatwo zbić z pantałyku.

- Mnie się to nie podoba! Coś tu nie gra, Kai. Czuję to od chwili, gdy przyszliśmy z 

pomocą Mabel.

- Przemoc stanowi dla grawitantów doskonałą pobudkę - zaczęła Lunzie. - Mimo 

naszych dążeń ku prawdziwie cywilizowanym zachowaniom, może się okazać groźna także 

dla nas i wywołać w nas prymitywne i nikczemne, lecz naturalne reakcje. - Lunzie wzruszyła 

ramionami z pełną akceptacją dla ludzkiej słabości. - Nie oddaliliśmy się znów aż tak daleko 

od prochu stworzenia... Od tej pory będę podawać wyłącznie rozcieńczony alkohol. - Ruszyła 

w stronę wyjścia. - Tak, by nikt o tym nie wiedział.

background image

- Słuchaj, Varian, na razie nie wiemy na pewno... - powiedział Kai, widząc, jak jest 

przygnębiona. - Wzięliśmy pod uwagę jedynie odosobnione fakty...

- Ja wzięłam pod uwagę jedynie odosobnione fakty, ale... Kai, naprawdę coś jest nie w 

porządku.

- Wystarczająco dużo i bez tego. Nie trzeba nam więcej problemów - żachnął się Kai.

- Zadaniem dowódców jest przewidywanie kłopotów i zapobieganie im.

-   Na   przykład   tego,   że   stracimy   kontakt   z   BO?   -   Kai   zmierzył   ją   przeciągłym, 

rozbawionym spojrzeniem.

- To problem BO, nie nasz. Kai, pracowałam już z grawitantami. Nawet - Varian 

zaśmiała się cichutko - zaaplikowałam sobie dwa tygodnie silnego przyciągania na Thormece, 

by zrozumieć warunki, jakie ich kształtują. Ja naprawdę dostrzegłam niezwykłe podniecenie 

Paskuttiego   i   Tardmy   wywołane   atakiem   kłacza   na   roślinożercę.   Niezwykłe   jak   na 

grawitantów, oczywiście.

-  Nie  wolno  nam  mieszać   się  w  nawyki  seksualne   innych  ras,  Varian,  prawda?  - 

Zaczekał, aż niechętnie przyznała mu rację. - A więc przewidujemy, że tu może pojawić się 

kłopot, co?

- To moja pierwsza większa ekspedycja, Kai. Musi się udać.

- Mój drogi współdowódco, wykonujesz tu wyśmienitą robotę. - Kai odciągnął ją od 

ściany, o którą się opierała i wziął w ramiona. Nie chciał, by swawolna zazwyczaj Varian była 

strapiona i niepotrzebnie, jak szczerze ufał, zaniepokojona. - Żaden z moich ludzi nie został 

stratowany ani pożarty... Odkryłaś parę nowych form życia, i tobie, moja droga, przypadnie 

premia. Poza tym, wiesz, może byłoby przyjemnie też zająć się seksem?

Zaskoczył ją tą propozycją. Jej reakcja rozbawiła go, a traktując milczenie jako zgodę, 

pocałował ją. Bez żadnych oporów, a nawet z niejakim zaangażowaniem, Varian pozwoliła się 

dyskretnie zaprowadzić Kaiowi do jego kwatery, gdzie spędzili resztę wieczoru.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Świat, który pobudza do tego typu zajęć jak wczoraj wieczorem, nie może być do 

końca zły, pomyślała Varian następnego ranka, wstając zupełnie wypoczęta. Może Lunzie 

popełniła   błąd,   przypuszczając,   że   skoro   grawitanci   nie   zabrali   ze   sobą   racji   białka, 

zamierzali... Cóż, nie ma najmniejszego dowodu, że nie poświecili całego dnia zaspokajaniu 

popędu seksualnego, a nie atawistycznych gustów w odżywianiu.

Kai   ma   rację.   Dopóki   wykroczenia   grawitantów   nie   znajdą   potwierdzenia,   snucie 

podejrzeń jest niestosowne.

tym,   że   łatwiej   coś   powiedzieć   niż   zrobić,   przekonała   się   nieco   później,   podczas 

przydzielania grawitantom zadań na kolejny tydzień. Nie była w stanie powiedzieć dokładnie, 

co takiego się w nich zmieniło, lecz w ich zachowaniu wyraźnie dała się wyczuć pewna 

różnica.   Dotąd  Varian   zawsze   była   względnie   swobodna   w   odniesieniu   do   Paskuttiego   i 

Tardmy, dziś towarzyszyło jej skrępowanie. Jąkała się, dukała słowa, czuła się nieswojo i 

odnosiła wrażenie, że Paskutti Tardma świetnie się bawią jej kosztem. Irytowała ją atmosfera 

pyszałkowatej   satysfakcji,   która   ich   otaczała,   choć   trudno   byłoby   określić,   czym   się 

konkretnie   objawiała,   skoro   grawitanci   nie   zdradzali   żadnych   emocji.   Zespół 

ksenobiologiczny miał nadal zajmować się terenami, na które wkroczą geologowie. Nieznane 

formy zwierzęce, niewielkie, lecz groźne, nadal mogły czyhać w gęstej roślinności, a pasy 

siłowe nie stanowią przecież doskonałej ochrony.

Varian mogłaby przysiąc, że gdy kroczyli we trójkę w stronę parku maszyn, Paskutti 

nieznacznie utykał. Zdecydowała razem z Kaiem, że tego dnia powstrzymają się jeszcze od 

indagacji,  i jak na  razie  nie miała  większych kłopotów  z okiełznaniem ciekawości. Owa 

nieokreślona   przemiana,   jaka   zaszła   w   stosunku   grawitantów   do   niej,   była   za   to   swego 

rodzaju koronnym dowodem.

Kiedy zacinający ostro deszcz zabębnił o szyby ślizgacza, ograniczając widoczność i 

uniemożliwiając tym samym oznaczanie okazów fauny, Varian z nie ukrywaną ulgą ogłosiła 

koniec   pracy.  Właściwie  to   Paskutti  zasugerował,  że   należałoby przerwać   rekonesans,  co 

zresztą sprawiło Varian odrobinę satysfakcji.

Gdy   znaleźli   się   w   obozie,   Lunzie,   zmierzając   właśnie   z   wahadłowca   do   swojej 

kwatery, rzuciła Varian niedostrzegalny dla innych znak, by przyłączyła się do niej.

- Wczoraj musiało się coś wydarzyć - zwierzyła się Varian na osobności. - Tangeli ma 

głębokie ciecie na policzku. Twierdzi, że urządziła go tak ostra gałąź, kiedy schylał się po 

jakąś próbkę. - Wyraz twarzy Lunzie podważał to wyjaśnienie.

background image

- A moim zdaniem Paskutti stara się ukryć, że kuśtyka!

- Oho! A Bakkun oszczędza lewą rękę!

- W pewnych prymitywnych społecznościach samce walczą o samice - powiedziała 

Varian.

-  To   się   nie   trzyma   kupy,  Varian   -   zaprzeczyła   Lunzie.   -  Także   Berru   na   lewym 

ramieniu nosi opatrunek. Nie widziałam dziś Divisti ani reszty, lecz miałabym ochotę wezwać 

ich wszystkich na oględziny. Tyle że niedawno już ich wzywałam, w związku z reakcją na 

alkohol.

- Być może Berru nie spodobał się samiec, który ją zdobył? - broniła się Varian.

Lunzie prychnęła.

- Tam się chyba nikt nikomu nie podobał. Nieważne. Co się stało, że tak wcześnie 

jesteś z powrotem?

-   Gwałtowna   ulewa,   niewiele   było   widać,   a   już   na   pewno   nic   nie   można   było 

oznaczyć. Wiesz, wydawało mi się - dodała, cedząc powoli słowa - że Paskutti i Tardma mieli 

ogromną chęć skończyć wcześniej pracę.

- Założyłam nowe baterie w syntezatorze i będę dokładnie notować swój czas pracy. 

Tangeli powiada, że odkrył następne dwa gatunki jadalnych owoców i jedną roślinę z wysoko 

odżywczym miąższem. Znalazł je wczoraj, przynajmniej tak twierdzi.

-  Może   jednak  bazujemy na  niewłaściwych  danych?  -  zasugerowała  pogrążona   w 

zadumie Varian.

- Może. - Lunzie nie była przekonana.

-   Mogłabym   spytać   Bonnarda,   czy   pamięta   współrzędne   “osobliwego   zakątka" 

Bakkuna.

- Mogłabyś, lecz osobiście wolałabym nie mieszać w to dzieci.

-   Ja   również.   Są   jednak   uczestnikami   wyprawy   i   cokolwiek   się   dzieje,   może 

zaszkodzić tak samo im, jak nam, dorosłym. Może się przecież zdarzyć, że pewnego dnia 

będę akurat w szeroko pojętej “okolicy" Bakkunowej polanki i...

- Owszem, to nie byłoby aż tak rażącym nadużyciem zaufania chłopca - przyznała 

Lunzie.

- Zobaczę, co powie Kai.

Kai także miał zastrzeżenia co do wciągania chłopca w ich problemy. Z drugiej strony 

należało bezzwłocznie dowiedzieć się, co się wydarzyło naprawdę, i jeśli grawitanci w istocie 

wracali do swych niecywilizowanych zwyczajów, trzeba będzie przedsięwziąć odpowiednie 

background image

kroki.   Ostrzegł   więc   tylko   Varian,   by   zachowywała   się   roztropnie,   tak   w   rozmowie   z 

Bonnardem, jak i podczas zwiadów.

Okazja nadarzyła się, całkowicie naturalnie, dwa dni później. Kai i Bakkun udali się 

na północ, by oszacować głębokość złóż uranitytu odkrytych przez Berru i Triva. Paskutti z 

Tardmą   ruszyli   w   ślad   za   płytkowodnym   monstrum,   zaobserwowanym   -   z   bezpiecznej 

odległości   -   przez   dwójkę   geologów.   Varian   zaś   chciała   spenetrować   tereny   bardziej   na 

północny zachód, zaproponowała więc Bonnardowi, by towarzyszył jej w podróży.

Praca z Bonnardem szła bardzo dobrze. Varian udało się “niechcący" zmienić kurs. 

Przejrzała taśmy lotów Bakkuna.

- Słuchaj, czy to nie tutaj gdzieś Bakkun trzyma te swoje roślinożerne bestie?

Bonnard oderwał się od indykatora i rozejrzał dokoła.

-   Ireta   wszędzie   wygląda   prawie   tak   samo:   purpurowo-zielone   drzewa   i   żadnego 

słońca... Nie, zaczekaj! Tamten łańcuch gór, z trzema wyższymi szczytami...

- Hm, nauczyłeś się tego i owego - powiedziała uszczypliwie.

- Bakkun instruował mnie... - odparł Bonnard drżącym głosem, nieco speszony. - 

Lecieliśmy   chyba   wprost   na   centralne   wzgórze.   Wylądowaliśmy   tuż   nad   pierwszą   linią 

pagórków. Wiesz - dodał po chwili - znaleźliśmy tam złoto.

- Złoto jest najmniej wartościowym surowcem na tej planecie.

- Wiec nas tu nie zostawią, prawda? - spytał Bonnard.

Varian   mimowolnie   szarpnęła   ślizgaczem,   na   moment   zawieszając   Bonnarda   na 

pasach bezpieczeństwa. Skorygowała kurs, przeklinając w duchu niewyparzony język Gabera 

i własny brak opanowania.

- Pobożne życzenia Gabera, co? - rzuciła ze śmiechem, mając nadzieję, że jej chichot 

rzeczywiście może ujść za zabawny. - Te stare pierniki tak dziwaczeją. Chcieliby przedłużyć 

swoją ostatnią wyprawę w nieskończoność.

- Oooch!  - Bonnard chyba nie brał  pod uwagę  podobnej  ewentualności.  - TerUla 

mówiła, że był absolutnie pewny.

- Pobożne życzenia czasem brzmią jak fakty. Ty chyba nie chciałbyś zostać na Irecie, 

co, Bonnard? Przecież nie odpowiada ci tutejszy fetor?

- Nie jest tak źle, jeśli się przyzwyczaić do tego zapachu.

- Tylko się nie przyzwyczaj za bardzo, stary. Musimy w końcu wrócić na BO. A teraz 

miej szeroko otwarte oczy, chcę coś sprawdzić...

Przelecieli   ponad   pierwszymi   wzgórzami.   Bonnard   wcale   nie   potrzebował   mówić 

Varian, kiedy znaleźli się nad “osobliwym zakątkiem". Łatwo dało się zauważyć - wciąż 

background image

leżały tam co potężniejsze kości i pięć czaszek. Ogłuszona i już nie tak ochocza Varian 

zawróciła   ślizgacz,   aby   wylądować.   Ujrzała   ciężkie,   poczerniałe   kamienie   -   niemych 

świadków ogniska, którego śladów nie zdążył jeszcze doszczętnie spłukać padający ostatnio 

deszcz.

Nie odzywała się. Cieszyła się, że Bonnard nie mógł niczego skomentować.

Osadziła   ślizgacz   miedzy   ogniskiem   a   pierwszą   z   czaszek.   Pomiędzy   oczodołami 

prześwitywał okrągły otwór, zbyt duży, by mógł pochodzić od obezwładniacza. Cokolwiek 

jednak   przeszyło   łeb   zwierzęcia,   było   dość   silne,   by   porysować   kość   niezliczonymi 

pęknięciami.   Podobne   dziury   znajdowały   się   w   innych   dwu   czaszkach;   jedną   strzaskano 

silnymi uderzeniami w cieńszą podstawę. Piąta czaszka była nietknięta, nie można było więc 

jednoznacznie określić, w jaki sposób uśmiercono to stworzenie.

Ziemia na niewielkich rozmiarów polance, opasanej zewsząd skalnymi ścianami, była 

rozryta i pożłobiona, milcząco dowodząc rozegranej tu walki.

- Varian? - nieco drżący głos Bonnarda wyrwał ją z chaotycznych spekulacji. Chłopiec 

trzymał   w   ręku   strzępek   materiału,   sztywny   i   ciemniejszy   niż   normalne   tworzywo 

kombinezonu; był to skrawek z rękawa, ponieważ szew biegł do nieco węższego mankietu - 

dużego mankietu, od lewej ręki. Z dreszczem obrzydzenia wsunęła odrażający dowód do 

kieszeni.

Odważnie   podeszła   do   prowizorycznego   ogniska.   Z   potęgującym   się   uczuciem 

mdłości wpatrywała się w poczerniałe kamienie, w bruzdy wyżłobione w przeciwległych 

głazach, gdzie musiał być umieszczony rożen.

-   Widzieliśmy   dość,   Bonnard   -   odezwała   się,   gestem   nakazując   mu   wracać   do 

ślizgacza. Robiła wszystko, by nie biec.

Gdy wcisnęli się już w fotele, Varian spojrzała na Bonnarda, zastanawiając się, czy jej 

twarz jest równie blada jak jego.

- Nic nikomu o tym nie mów, Bonnard. Nic. Drżały jej ręce, gdy usiłowała zanotować 

współrzędne.

Wznieśli  się i  Varian  zwiększyła  napęd  do  maksimum,  mając  nieprzepartą  ochotę 

odgrodzić się od tamtej kostnicy jak największym pasem przestrzeni.

Ani jej, ani Kaiowi nie wolno było zignorować tak oczywistego pogwałcenia zasad 

Federacji.   Przez   moment   żałowała,   że   nie   wybrała   się   w   tę   podróż   sama   -   mogłaby 

przynajmniej zapomnieć o wszystkim. Choćby próbować zapomnieć... Jednak Bonnard był 

świadkiem, i nie da się niczego wymazać z pamięci, jak nocnego koszmaru. Grawitantom 

należy oficjalnie udzielić reprymendy, choć trudno mieć pewność, na ile skuteczne okażą się 

background image

słowa w obliczu ich fizycznej siły. Wystarczająco przecież lekceważyli Kaia i Varian, by zabić 

i zjeść zwierzęta.

Varian mocno wstrząsnęła głową, próbując pozbyć się odrazy, jaka zawsze, w sposób 

nieunikniony towarzyszyła tej szkaradnej myśli.

- Zwierzę, nie oznaczone - oznajmił Bonnard zdławionym głosem.

Varian z ochotą oderwała się od swych niezdrowych, przyprawiających o mdłości 

dociekań. Zawróciła ślizgacz w ślad za uciekającym stworzeniem. Złapali je na polance.

- Mam go! - rzucił Bonnard. - To kłacz. Varian! Do licha, Varian, on jest ranny!

Drapieżnik   zakręcił   się   w  kółko   i   podniósłszy  się,   daremnie   uderzał   w   powietrze 

swymi krótkimi, przednimi łapami. Gruba gałąź wbiła się mu miedzy żebra. Varian dostrzegła 

krew broczącą przy każdym ruchu zwierzęcia z ziejącej rany. Teraz trudno było nie spostrzec, 

że gałąź to nie wykończona włócznia, którą ktoś z ogromną siłą cisnął w bok kłacza.

- Nie pomożemy mu? - spytał Bonnard, gdy Varian zawróciła z kursu.

- Sami nie jesteśmy w stanie, Bonnard.

- Ale on umrze - zaoponował chłopak.

-   Owszem,   i   nic   na   to   nie   poradzimy.   Nie   możemy  nawet   podejść   wystarczająco 

blisko, by spryskać ranę substancją opatrunkową, mając nadzieję, że sam usunie tę... - Nie 

miała pojęcia, dlaczego urwała. Nie miała zamiaru osłaniać grawitantów, a Bonnard w końcu 

i tak zauważył tę okropność.

Czy ataki mięsożerców nie dostarczały grawitantom wy starczającej dawki przemocy? 

Ile jeszcze napotkają rannych zwierząt na tym krańcu świata?

- Czy przypadkiem uruchomiłeś rejestrator, Bonnard? - spytała Varian.

- Tak, Varian - odparł.

- Dziękuję. Wracamy. Muszę niezwłocznie rozmówić się z Kaiem.

Bonnard zerknął znacząco na komunit.

- To poufna sprawa, Bonnard. - Varian potrząsnęła przecząco głową. - Muszę cię 

jeszcze raz prosić, byś nic nikomu nie mówił i... - chciała dodać “i trzymał się z dala od 

grawitantów", lecz zacięty wyraz twarzy chłopca zdradzał, że podobna rada jest zbyteczna.

Na moment zaległa cisza.

- Varian?

- Tak, Bonnard? - Miała nadzieję, że znajdzie dla niego jakąś odpowiedź.

- Dlaczego? Dlaczego oni zrobili coś tak ohydnego?

background image

- Chciałabym to wiedzieć, Bonnard. Przemoc nie wynika z prostych przyczyn ani z 

jednostkowego impulsu. Powtarzano mi zawsze, że przemoc jest zwykle rezultatem ciągu 

frustracji i napięć, które nie miały innego ujścia.

- Każdy czyn wywołuje reakcję, Varian. To pierwsza rzecz, której uczą na statku.

- Owszem. Ponieważ często przebywacie w przestrzeni kosmicznej, pierwszą rzeczą, 

której musicie się nauczyć, jest kontrolować siebie i swoje poczynania - wyjaśniła Varian.

- Na planetach o silnym przyciąganiu... - Bonnard tak bardzo starał się zrozumieć! 

Varian widziała, jak niemal szuka wzrokiem po kabinie wytłumaczenia. - Na planetach o 

silnym przyciąganiu trzeba cały czas borykać się z grawitacją...

- Dopóki nie przyzwyczaisz się do niej w takim stopniu, że nie będziesz już postrzegać 

tego jako walki. Przystosujesz się.

- Czy można się przystosować do przemocy? - Bonnard był przerażony.

Varian zaśmiała się gorzko.

-  Tak,   Bonnard,   można   się   przystosować   do   przemocy.  Tysiące   lat   wstecz   był   to 

powszechny stan ludzkości.

- Cieszę się, że żyję teraz - szepnął Bonnard. Varian nie odpowiedziała, zastanawiając 

się,   czy   zgadza   się   z   chłopcem.   Dawniej,   gdy  ludzkość   wciąż   jeszcze   wytężała   siły,   by 

osiągnąć   poziom   cywilizacji,   na   którym   z   pogardą   traktuje   się   spożywanie   zwierzęcego 

mięsa,   na   którym   trzeba   oduczyć   się   narzucania   własnych,   specyficznych   zasad   innym 

gatunkom, na którym akceptuje się, jako rzecz naturalną, przyjaźń i związki ze stworzeniami 

odmiennymi, lecz wspaniałymi w swej odmienności... Tak, kobieta żyjąca jakieś trzysta lat 

temu   musiała   nie   raz   radzić   sobie   z   najzwyczajniejszym   barbarzyństwem.   Oczywiście 

zwierzęta,   które   walczyły   ze   sobą   i   zabijały,   podświadomie   idąc   za   nakazami   praw 

zachowania równowagi biologicznej, to jedna rzecz (co bynajmniej nie znaczy, że Varian nie 

przyszłaby słabszemu z pomocą, jeśli istniałaby taka możliwość), lecz jeśli pewien gatunek, 

silniejszy, zdolny się przystosować do każdych warunków, po prostu groźniejszy ze względu 

na swą wszechstronność, atakuje głupiego zwierzaka wyłącznie dla przyjemności, to zakrawa 

na bestialstwo.

Co mają zrobić, ona i Kai, z takim zachowaniem? Znów żałowała, że zabrała ze sobą 

Bonnarda. Chciała być sprytna, tak, zbyt sprytna, i dlatego wmieszała w to chłopca. Pewnie 

przeraziła go na śmierć tak jawnym dowodem rozwydrzonego okrucieństwa. Ale przecież nie 

spodziewała   się   czegoś   podobnego,   planując   obejrzeć   Bakkunowy   “osobliwy   zakątek". 

Skądże znowu! Teraz zaś, skoro wszystko wyszło na jaw, należało przedsięwziąć ostre środki. 

background image

Za późno, by twierdzić, że grawitanci zachowują w tajemnicy swój podły proceder. Za późno 

żałować, że w ogóle kiedyś zechciała przyjrzeć się temu, co robią.

Z drugiej strony, lepiej było zdemaskować niecne praktyki grawitantów na planecie, 

gdzie żaden inny myślący gatunek nie był narażony na szwank. Nieco ulgi przyniosła Varian 

myśl,   że   grawitanci   wybrali   sobie   głupkowate   roślinożerne   i   drapieżniki   niż   na   przykład 

śliczne złote ptaki...

Gdyby je tknęli... Wściekłość, furia, jakiej nie doświadczyła nigdy dotąd, targnęła nią 

z niewiarygodną mocą.

Wstrząśnięta do głębi usiłowała pozbierać myśli. Musi nad sobą panować, jeżeli ma 

przewodzić innym.

Znajdowali się niedaleko obozu. Szybowali ponad rozległą równiną, prowadzącą do 

ich granitowego tarasu. Varian złapała się na tym, że pragnie, by Kai, z jakichś nieznanych 

przyczyn, powrócił wcześniej do obozu. Złe wieści mają to do siebie, że nie dają o sobie 

zapomnieć. Były jak otwarta rana, jątrząca spekulacjami, domysłami, pytaniami... Jak choćby, 

co grawitanci porabiali teraz?

Wylądowali.   Varian   jeszcze   raz   przypomniała   Bonnardowi,   by   o   niczym   nie 

wspominał nawet Cieki i Terilli, a już na pewno nie Gaberowi.

- Gaber - chłopiec odezwał się z uśmiechem - mówi mnóstwo, ale niewiele ma do 

powiedzenia... Chyba że chodzi o mapy...

-   Poczekaj   chwileczkę.   -  Varian   zatrzymała   Bonnarda   na   chwilę,   rozważając   sens 

dalszego angażowania dzieciaka. Zerknęła na migoczącą osłonę siłową. Konwulsyjne pląsy 

umierających owadów rysowały się błękitem po ziemi. Varian starała się myśleć, na chłodno, 

czy w obozie jest jeszcze ktoś, komu może zaufać. Potem spojrzała na chłopca, stojącego 

przed nią swobodnie i z nieco przekrzywioną głową oczekującego na rozkaz. - Bonnard, 

zabieram z naszego ślizgacza baterię. Kiedy nadlecą pozostałe ślizgacze, chcę, żebyś także z 

nich wymontował baterie. Ukryj je w zaroślach, jeśli nie będziesz w stanie przynieść ich do 

wahadłowca. Gdyby ktoś cię pytał, powiedz, że masz za zadanie sprawdzić wyciek ołowiu. 

Tak, to byłoby logiczne. Rozumiesz? - Varian odśrubowywała baterię, wydając Bonnardowi 

instrukcje. - Wiesz, gdzie są baterie w mniejszych ślizgaczach? I jak je wymontować?

- Pokazał mi Portegin. Poza tym właśnie widzę, jak ty to robisz. - Podał jej uchwyt, 

który przymocowała do ciężkiej baterii i wytaszczyła ją ze ślizgacza. - Przyniosę jeszcze 

jeden - zaproponował.

background image

Varian widziała, że chłopak ma jeszcze kilka pytań, które chciałby zadać. Zmierzali do 

wejścia, w którym oczekiwała ich Lunzie. Gdy minęli ją, lekarka spojrzała na bagaż, który 

targała ze sobą Varian.

- Zatkało się coś - rzuciła Varian pośpiesznie.

- To dlatego wróciliście tak prędko? To dobrze! - Zazwyczaj poważną twarz Lunzie 

rozjaśnił   szeroki   uśmiech.   Wskazała   na   wybieg   Dandy'ego.   Trizein,   przewieszony   przez 

ogrodzenie,   gapił   się   z   przejęciem   na   małą   istotkę,   która   niepojętym   cudem   spokojnie 

chrupała sobie kępkę trawy, obojętna na badawcze spojrzenia.

- Trizein wylazł ze swojego laboratorium?! Co mu się stało? - spytała Varian.

- Niech sam ci opowie. To on ma dla ciebie niespodziankę, nie ja.

- Niespodziankę? - powtórzyła.

- Bonnard - Lunzie zwróciła się do chłopca - weź baterię i zanieś ją, gdzie trzeba...

Varian pokazała mu wahadłowiec gestem, który wywołał zdumienie w oczach Lunzie.

- A więc gnaj pędem do wahadłowca - powiedziała lekarka - i zaraz wracaj. Chcesz 

chyba usłyszeć o prawdopodobnych przodkach twojego pupila?

- Co? - Bonnard był zaskoczony.

- Na jednej nodze, do wahadłowca z tym pakunkiem - ponagliła go Lunzie. - Wyciek 

ołowiu w bateriach, Varian? To raczej kiepskie wytłumaczenie, nie uważasz?

- Varian! Czy Lunzie mówiła ci już? - Trizein oderwał wreszcie wzrok od Dandy'ego i 

spojrzał w jej stronę. - Czemu nikt mi nic nie powiedział? To znaczy, oczywiście potrafię 

wyciągać ogólne wnioski z pojedynczych tkanek, ale to... prehistoryczne stworzenie...

Już same słowa zdołały przyciągnąć uwagę Varian. Jednak głos, którym mówił, kazał 

jej szybko podejść do wybiegu.

- Prehistoryczne? Co masz na myśli, Trizein?

-   Cóż,   nasz   maleńki   eksponat   jest   wybornym   przykładem   prymitywnego 

roślinożercy...

- Wiem, że... - zaczęła Varian.

- Nie, nie, moja droga Varian, to nie prymitywny roślinożerca rodem z tej planety, lecz 

roślinożerny typu ziemskiego, z nieparzystokopytnych.

- No właśnie. Wiem, że jest nieparzystokopytny. Oś stopy przebiega od środkowego 

palca.

-  Varian,   czy  udajesz   tępaka   celowo,   żeby  mi   dokuczyć?  To   -  Trizein   teatralnym 

gestem wskazał Dandy'ego - jest pierwszym etapem w genotypie konia. Jest oryginalnym 

hyracotherium typu ziemskiego!

background image

Znaczenie stwierdzenia Trizeina stopniowo zaczęło docierać do świadomości Varian.

- Próbujesz mi powiedzieć, że on nie jest podobny do ziemskiego konia, tylko że jest 

w prostej linii jego przodkiem? - zawahała się Varian.

- Dokładnie to mówię, nie: próbuję powiedzieć. Mówię!

- To niemożliwe! - Varian odparła stanowczo,  rzucając Trizeinowi oskarżycielskie 

spojrzenie, sugerujące, że chce z niej zakpić.

Trizein zarechotał, z dumą rozkładając ramiona. Promieniejąc radością, spoglądał po 

kolei na każdego ze swego skromnego audytorium.

- Może wydaję się roztargnionym i dość oryginalnym chemikiem - Trizein zaczął 

swoją   orację   -   lecz   moje   wnioski   zawsze   są   poparte   niezbitymi   dowodami.   Swoje 

eksperymenty   przeprowadzam   umiejętnie   i   tak   sprawnie,   jak   tylko   sprzęt   i   okoliczności 

pozwalają. Ostatnio zastanawiałem się, czy ktoś nie próbuje mnie czasem wystrychnąć na 

dudka, sprawdzić moje zdolności lub skłonności do dygresji. Zapewniam was, że bardzo 

dobrze wiem, kiedy przedstawia mi się dwie absolutnie odmienne formy życia, twierdząc, że 

współistnieją na jednej planecie. Nieładnie ze strony owego “ktosia", oj nieładnie. Informuję 

was więc tu i teraz, że jestem świadom podstępu. Próbki, którymi zasypywałaś mnie, Varian, 

razem   z   twoimi   zespołami   sugerowałyby   różnorodność   fauny   wystarczająco   potężną,   by 

zasiedlić nie jedną planetę, ale kilka. Czyżby Ryxiowie nie zabrali własnych techników? Czy 

na planecie Theków także istnieje życie, skoro daje mi się tak rozmaite...

- A tamta próbka, którą oddał ci w zeszłym tygodniu Bakkun? - Varian wystawiła go 

na próbę. Nie zdziwiła się wcale, gdy usłyszała odpowiedź.

-  A  tak,   owszem,   element   komórkowy  jest   w   znacznej   mierze   porównywalny.  To 

kręgowiec,   oczywiście,   wrzeciono   mitotyczne,   mitochondria   zupełnie   normalne,   jak   we 

wszystkich gatunkach z hemoglobiną. Jak choćby nasz druh! - Kciukiem wskazał Dandy'ego. 

- A, Bonnard! - powiedział, kiedy chłopiec dołączył do nich. - O ile dobrze zrozumiałem, co 

mówiła Lunzie, to ty uratowałeś życie temu łapserdakowi?

- Tak, proszę pana. I kim on jest?

-   Hyracotherium,   albo   niech   mnie   kule   biją!   -   odparł   Trizein   z   wymuszoną 

jowialnością, jaką z niewiadomych przyczyn dorośli często okazują wobec dzieci.

- Czy to znaczy, że Dandy jest wyjątkowy? - spytał Bonnard Varian.

- Jeśli to rzeczywiście hyracotherium, wówczas jest niezwykle wyjątkowy - odparła 

zdławionym głosem.

-   Wątpisz!   -   zawołał   Trizein,   dotknięty   do   żywego.   -  Wątpisz!   Lecz   mogę   ci   to 

udowodnić! - Porwał Varian za łokieć, a Lunzie za ramię i pomaszerowali do wahadłowca. - 

background image

Na   krótkoterminowe   ekspedycje   nie   wolno   zabierać   ze   sobą   zbyt   wiele   osobistych 

przedmiotów, jednak wziąłem własne dyskietki danych. Zaraz wam je pokażę.

Wepchnięta   do   wahadłowca   Varian   wiedziała   już   dobrze,   co   ujrzy.   Mimo   swego 

narwanego   sposobu   wypowiedzi   i   umysłowego   zmanierowania,  Trizein   był   bezwzględnie 

dokładny. Miała tylko nadzieję, że jego dyski wyjaśnią również, jak gatunek Dandy'ego dostał 

się na Iretę. Byłoby mało pocieszające, gdyby Trizein zaraz wykazał, że pięcio-palczaste są 

obce na tej planecie, a płaszczaki, ze swoją komórkową budową, stąd pochodzą. To wszystko 

stanowiło część absolutnego chaosu towarzyszącego tej wyprawie. Są porzuceni czy tylko 

zapodziali   się?   Badają   planetę   już   raz   przebadaną,   nie   mając   łączności   z   macierzystym 

statkiem i stojąc w obliczu buntu części załogi.

Trizein wpakował obie kobiety do swego laboratorium. Długo szperał w podręcznej 

torbie,   która   dyndała   pod   sufitem,   póki   nie   wygrzebał   z   niej   starannie   opakowanego 

zawiniątka z dyskami. Odnalazł właściwy i z uczuciem słusznego tryumfu umieścił go w 

odtwarzaczu. Zdecydowanie nacisnął odpowiednie guziki i odwrócił się w stronę kobiet z 

wyczekującym spojrzeniem.

Ich oczom ukazała się replika - pomijając ubarwienie - Dandy'ego. Zgrabny napis 

głosił: “Hyracotherium, olikogen. Ziemia. Gatunek wymarły". Tam, gdzie zwierzak Bonnarda 

pokryty   był   cętkowaną,   czerwono-brązową   sierścią,   stworzenie   z   ekranu   miało 

ciemnobrązowe prążki. Różnica wywołana odmiennością środowisk, w jakich przychodziło 

im   maskować   się,   by   przeżyć,   pomyślała   Varian.   Oznaczałoby   to   również,   że   istoty   te 

rozwinęły się w pewien sposób na Irecie. Nadal jednak ich obecność tutaj była zagadką.

- Nie rozumiem,  jak Dandy może  być  podobny do tych  starych ziemskich  bestii. 

Przecież one wymarły - odezwał się Bonnard, zwracając się do Varian. - Sądziłem, że nie 

można   odnaleźć   identycznych   form   życia,   które   rozwijały   się   niezależnie   na   znacznie 

oddalonych od siebie planetach. Na dodatek Ireta wcale nie jest planetą typu ziemskiego. Ma 

słońce trzeciej generacji.

-   Zaobserwowaliśmy   już   kilka   nielogiczności   na   Irecie   -   odparła   Lunzie   swym 

suchym, lecz pokrzepiającym głosem.

- Czy błąkają się wam po głowach jeszcze jakieś wątpliwości co do podobieństwa 

rzeczonego stworzenia? - spytał Trizein, niewymownie zadowolony z własnego występu.

- Żadne, Trizein. Chociaż... już wcześniej chodziłeś po obozie. Dlaczego wtedy nie 

spostrzegłeś pokrewieństwa Dandy'ego?

- Ależ! Ja chadzałem po obozie? - Trizein udał oszołomienie.

background image

- Chadzałeś - przyznała ostro Lunzie. - Tyle że głowę miałeś niewątpliwie zaprzątniętą 

o niebo ważniejszymi sprawami.

- Całkiem prawdopodobne - powiedział Trizein z godnością. - Swój czas trawię na 

niezliczonych analizach i doświadczeniach, i wszelkiego typu dezorganizujących przerwach. 

Niewiele mam okazji rozejrzeć się po tym świecie, choć, można by powiedzieć, że znam go 

od podszewki.

- Czy poza Dandym masz może jeszcze na swoich dyskach inne wymarłe zwierzęta 

typu ziemskiego?

-   Dandy?   A,   hyracotherium?   Owszem,   owszem,   to   dyskietki   z   danymi 

paleontologicznymi. Mam tu pradawne gatunki z...

- Może lepiej będziemy zajmować się naszymi łamigłówkami pojedynczo, Trizein? - 

zasugerowała Varian, nie do końca pewna, czy zdołałaby dziś jeszcze przyjąć do wiadomości 

kolejną   zagadkę.   Gdyby   okazało   się,   że   płaszczaki   są   formą   zwierzęcą   pochodzącą   na 

przykład z Beta Camaridae, dostałaby bzika. - Bonnard, kaseta z czubakami jest w głównej 

konsoli, tak?

- Umieściłem ją pod odpowiednią datą i tematem zaraz, gdy obejrzały ją Cleiti i 

Terilla - odrzekł chłopiec.

Varian wybębniła jakieś polecenie na klawiaturze i przeniosła zapis dysku Trizeina na 

mniejszy   monitor   i   do   pamięci.   Na   głównym   ekranie   zagościły   teraz   złote   ptaki.   Ich 

grzebieniaste łby były odrobinę nachylone, wzmagając wrażenie inteligencji.

- Wielkie nieba! Mają sierść! Niewątpliwie mają sierść! - ryknął Trizein i pochylił się, 

wybałuszając   na   nie   oczy.   -   To   zawsze   wzbudzało   spore   kontrowersje   między   moimi 

kolegami.   Brak   mi   ostatecznej   pewności,   oczywiście,   lecz   to   niechybnie   musi   być 

pteranodon!

- Pteranodon? - skrzywił się Bonnard, przysłuchując się ze wstrętem, jak zwierzęciu, 

które lubi, przypasowują tak niewydarzoną nazwę.

- Owszem, pteranodon, gatunek dinozaura, błędnie nazwany, ma się rozumieć, gdyż 

zwierzak   jest   bezsprzecznie   ciepłokrwisty...   Zamieszkiwał   Ziemię   w   mezozoiku.  Wyginął 

przed rozpoczęciem trzeciorzędu. Nikt nie wie dlaczego, choć namnożyło się sporo hipotez na 

ten temat... - Nagle Trizein odskoczył od ekranu, na którym pojawiło się następne zwierzę, 

wydobyte   przez   Varian   z   banku   danych.   Z   monitora   zionęła   potężna   paszcza   kłacza.   - 

Varian!... Toż to... To jest tyrannosaurus rex! Mój Boże, co za niesmaczne żarty sobie stroisz!? 

- Trizein wpadł w szewską pasję.

- To nie żarty - oświadczyła Lunzie, kiwając poważnie głową.

background image

Trizein spojrzał na nią. Oczy wyszły mu z orbit, rozdziawił usta. Ponownie przyjrzał 

się   drapieżnej   fizjonomii   tyranozaura.   Nazwa   pasowała   do   swego   właściciela   jak   ulał, 

przyznała w duchu Varian.

- Widzieliście je tutaj żywe? - wykrztusił Trizein.

- Nawet bardzo żywe. Czy na twojej dyskietce masz także tego tyrannosaurusa?

Z ciężkim sercem Trizein wystukał wyraźnie drżącymi rękoma polecenie. W miejsce 

łagodnych rysów i niedużego ciała hyracotherium pojawił się hardy i groźny prototyp kłacza. 

Znów wystąpiły różnice w ubarwieniu.

- Osłona siłowa... - zaczął Trizein - czy osłona siłowa jest w stanie go powstrzymać?

Varian przytaknęła ruchem głowy.

- Powinna. Co więcej, w promieniu dziesięciu, piętnastu kilometrów nie znajdziesz ani 

kawałka takiego. Gdy my się wprowadzamy, one się wyprowadzają. Mają łatwiejszy łup niż 

nas. - Ciarki, które ją przeszły, wcale nie były wywołane obawą przed tyranozaurem.

- Jesteś pewna, że będą się trzymać na dystans? - spytał Trizein, zaniepokojony. - To 

stworzenie przez tysiąclecia panowało na starej, dobrej Ziemi. Tak, tak, było najpotężniejsze. 

Nikt nie mógł go pokonać.

Varian przywołała nazbyt żywe wspomnienie włóczni sporządzonej z gałęzi, tkwiącej 

między żebrami jaszczura.

-   Nie   przepada   za   ślizgaczami,  Trizein   -   odezwał   się   Bonnard,   nie   zauważywszy 

milczenia Varian. - Ucieka przed nimi.

Chemik przyjrzał się chłopcu z wyraźnym sceptycyzmem.

-   Naprawdę   -   powtórzył   Bonnard.   -   Widziałem.   Jeszcze   dzisiaj...   -   Dostrzegł 

spojrzenie Varian, nakazujące mu zamilknąć.

Trizein niczego nie spostrzegł. Z wolna osunął się na najbliższą ławkę.

- Varian może się ze mnie naigrawać, chłopiec również, lecz ty, Lunzie...

Trizein jakby pragnął usłyszeć zaprzeczenie, które uspokoiłoby go, przywróciło jego 

światu   poprzedni,   wygodny   porządek.   Lunzie,   potrząsając   przecząco   głową,   potwierdziła 

jednak, że zwierzęta istnieją naprawdę, te i inne, równie znacznych rozmiarach.

- Stegosaurus też? A jaszczur olbrzymi, właściwy dinozaur? A... - Na myśl, że może 

ujrzeć żywe zwierzęta, które od dawna uznano za wymarłe, Trizein rozdarty był między 

targającą   nim   bojaźnią   a   szalonym   entuzjazmem.   -   Dlaczego   nikt   mi   dotąd   o   nich   nie 

wspomniał? Należało mi powiedzieć! Prehistoryczne formy życia to moja specjalność, moje 

hobby! - przemawiał żałosnym, oskarżycielskim tonem.

background image

- Uwierz mi, przyjacielu, było to nieświadome niedopatrzenie - powiedziała Lunzie, 

klepiąc go po ręce.

- Jestem prawdziwym ksenobiologiem, Trizein - dodała Varian w ramach przeprosin - 

i nigdy mi nawet do głowy nie przyszło, że to nie są wyjątkowe okazy. Gdy przeanalizowałeś 

płaszczaki, odkrywając ich zupełnie odmienną budowę komórkową, doszłam do przekonania, 

że mamy do czynienia z wyraźnymi anomaliami. A potem jeszcze te trawy!

- Trawy?  Trawy!   I  preparaty  tkanek,   i  płytki   krwi,  przez   cały  czas...  -  Oburzony 

Trizein zerwał się na równe nogi. - Przez cały czas te fantastyczne stworzenia żyją sobie tuż, 

tuż za osłoną siłową! Nie zniosę tego, nie zniosę! I nikt mi nie zechciał powiedzieć!

- Byłeś przecież poza obozem, Trizein. Oj, ty zawsze patrzysz, ale nie widzisz! - 

podsumowała Lunzie.

-   Gdybyście   nie   zarzucili   mnie   aż   tak   bardzo   robotą,   twierdząc   wciąż,   że   jest 

najważniejsza, konieczna i absolutnie pierwszorzędna! W życiu nie musiałem radzić sobie 

sam   jeden   z   tyloma   absolutnymi   priorytetami   naraz,   zwierzętami,   roślinami   i   jeszcze 

minerałami! Jak mi się w ogóle udało przeżyć...

- Trizein, naprawdę jest nam przykro. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Żałuję, że nie 

wywlokłam cię z laboratorium wcześniej - Varian mówiła z takim przekonaniem, że Trizein 

dał się ugłaskać - i to nie tylko po to, byś zidentyfikował zwierzęta.

Varian zachodziła w głowę, czy cała ta wiedza, rozpoznanie w bestiach dinozaurów 

powstrzymałoby grawitantów od ich nikczemnych praktyk? Czy miałoby ostatecznie w ogóle 

jakiekolwiek znaczenie?

- No dobrze już, dobrze - powiedział Trizein. - Możecie teraz wynagrodzić mi wasze 

zaniedbanie. Z pewnością to nie wszystko, co macie?

Varian,   z   wdzięcznością   korzystając   z   każdej   nadarzającej   się   okazji,   by   odłożyć 

straszną prawdę na później, wskazała gestem Trizeinowi, aby siadł na czymś wygodniejszym 

od   zwykłej   laboratoryjnej   ławy   i   wprowadziła   polecenie   do   komputera,   by   przywołać 

nagrania zebrane przez nią i Terillę, kiedy sporządzały mapy.

- To oczywiste - odezwał się chemik, obejrzawszy wszystkie gatunki, które Varian 

zdołała dotąd zarejestrować i oznaczyć - że ktoś stroi sobie żarty. Niekoniecznie ze mnie czy 

ciebie, albo z nas w ogóle - dodał, zerkając spod krzaczastych brwi. - Te zwierzęta zostały 

tutaj porzucone.

Bonnardowi wydarł się zdławiony okrzyk - nie umiał kontrolować swej reakcji na to 

słowo tak dobrze jak Varian czy Lunzie.

- Porzucone? - zaśmiała się Varian, wysilając się na kpiarskie niedowierzanie.

background image

- No cóż, z pewnością nie powstały tutaj na drodze zupełnie niezależnej ewolucji, 

najdroższa. Musiały zostać tu przeniesione...

-   Kłącze,   roślinożerne   i   złote   ptaki?   Och,   Trizein,   toż   to   niemożliwe.   Poza   tym, 

różnica w pigmentacji wskazuje, że rozwinęły się tutaj...

- Ależ naturalnie, lecz swój początek mają na Ziemi - uciął Trizein. - Nie sądzę, by 

sposób   maskowania   się   czy   rodzaj   pigmentacji   miał   istotne   znaczenie   dla   mojej   teorii. 

Wystarczy wspólny przodek. Klimat, pokarm, warunki geograficzne, wszystko to wpływa na 

specjalizację gatunków i na przestrzeni tysiącleci mogą rozwinąć się najrozmaitsze warianty. 

Na przykład ogromne roślinożerne bez wątpienia pochodzą od struthimimusa, podobnie jak 

tyranozaur   i,   całkiem   prawdopodobnie,   twój   pteranodon.   Możliwości   rozwoju   z   jednego 

wspólnego przodka jest nieskończenie wiele. Weź choćby ludzi i nieprzebrane bogactwo ich 

odmian.

- Załóżmy, że to możliwe, Trizein. Tylko dlaczego? Kto zrobiłby coś tak szalonego? 

W jakim celu? Dlaczego ktoś miałby unieśmiertelnić takie potworności jak kłacz? Rozumiem: 

złote ptaki...

- Moja droga, różnorodność jest podstawą równowagi biologicznej. A dinozaury to 

zdumiewające stworzenia. Władały Ziemią więcej tysiącleci niż my,  biedne, nie najlepiej 

zaprojektowane homo sapiens istniejemy jako gatunek. Kto wie, dlaczego wyginęły? Jaka 

wydarzyła   się   katastrofa?   Jest   więcej   niż   pewne,   że   musiała   to   być   radykalna   zmiana 

temperatury, która nastąpiła po przemieszczeniu pola magnetycznego. Tak w każdym razie 

głosi moja teoria, którą będę mógł teraz poprzeć dowodami znalezionymi tutaj. Och, co za 

prześwietna   ewolucja!   Planeta   od   niezliczonych   milionów   lat   trwa   w   mezozoiku   i 

najprawdopodobniej   trwać   tak   jeszcze   będzie   przez   dalszych   nie   wiedzieć   ile   tysiącleci! 

Rdzeń termiczny, ma się rozumieć, jest czynnikiem...

- Kto, Trizein, uratowałby ginące na Ziemi dinozaury i umieścił je tutaj, by żyły dalej 

w swym bestialskim splendorze? - przerwała mu Varian.

- Inni? - zasugerował chemik. Bonnardowi aż dech zaparło w piersiach.

- Trizein, nie drwij sobie. Inni niszczą życie, a nie ratują je - surowo odparła Varian.

Trizein nie wyglądał na skruszonego.

- Każdy ma prawo do żartów. Oczywiście to Thekowie porzucili tutaj dinozaury.

- Czy Thekowie porzucili tu także nas? - spytał przerażony Bonnard.

- Wielkie nieba! - Trizein wybałuszył na niego oczy. Wyraz zdziwienia na jego twarzy 

ustąpił zachwytowi. - Czy doprawdy uważasz, Varian, że to możliwe? Kiedy zastanawiam się 

nad ilością i różnorodnością badań, które muszę przeprowadzić...

background image

Lunzie   i   Varian   wymieniły   zdumione   spojrzenia.   Trizeinowi   taki   obrót   spraw 

przypadłby do gustu.

-   ...by   dowieść   swych   hipotez   dotyczących   ciepłokrwistości...   -   -   Chemik   nie 

przerywał.   -   Wiesz,   Varian,   nie   pokazałaś   mi   żadnych   prawdziwych   gadów   z   rzędu 

jaszczurek, mam na myśli, żadnych zimnokrwistych gatunków. Gdyby one również rozwinęły 

się tutaj, jako wyspecjalizowany podtyp, w istotny sposób ulepszyłoby to moją teorię. Ta 

planeta wydaje się z niezwykłą konsekwencją zachowywać wyższe temperatury niż stara, 

dobra Ziemia... Więc, Varian, w czym tkwi problem?

-   Że   nie   zostaliśmy   tu   porzuceni   -   odparła   krótko.   Trizein,   zrażony   nieco   i 

rozczarowany, spojrzał teraz na Lunzie, która także przecząco pokiwała głową.

- Ach, jaka szkoda... - Był tak przygnębiony, że Varian, mimo całej powagi sytuacji, z 

trudem powstrzymała się od śmiechu. - Cóż, w takim razie ostrzegam lojalnie, że nie mam 

zamiaru więcej siedzieć kamieniem nad robotą. Biorę sobie urlop, by dopracować swą teorię. 

I dlaczegóż to nikt nie pomyślał nawet, by pokazać mi zwierzęta, których mięso tak często 

musiałem analizować? Czas jaki zmarnotrawiłem...

-   Analizowałeś   tkanki   zwierzęce?   -   pierwsza   odezwała   się   Lunzie,   napotykając 

zaalarmowane spojrzenie Varian.

- Właśnie. Żadna nie była toksyczna, wniosek potwierdza oczywiście wspólna planeta 

macierzysta. Powiedziałem Paskuttiemu, że nie trzeba się aż tak przejmować, nawet podczas 

bliższego kontaktu. - Urwał na chwilę. - Gdzie wy trzymacie pozostałe okazy? Gdzieś w 

okolicy?

- Nie. Dlaczego pytasz?

Trizein zmarszczył brwi. Niezliczone myśli, które kiedyś przyszły mu do głowy, a 

którymi nie miał czasu się zająć, gwałtownie dały teraz o sobie znać.

-   Dlaczego?   Ponieważ   wyraźnie   odniosłem   wrażenie,   że   Paskutti   obawia   się 

rzeczywistego kontaktu z tymi zwierzakami. Oczywiście niewiele jest w stanie przeniknąć 

skórę grawitanta, lecz domyśliłem się, że martwi go twoja ewentualna reakcja toksyczna, 

Varian. Stąd też wysnułem przypuszczenie, iż stworzenia te muszą przebywać w pobliżu lub 

są   ranne,   jak   tamten   roślinożerny,   kiedyśmy  wylądowali.   Pokazywałaś   mi   może   tamtego 

zwierzaka?

- Owszem - odparła z roztargnieniem Varian. Jej myśli krążyły teraz wokół bardziej 

pilnych kwestii, jak choćby, w co dokładnie bawili się grawitanci. - Jakiś hadrazaur, chyba tak 

go nazwałeś.

background image

- Prawdę  mówiąc,  hadrazaurów było  wiele odmian, na  przykład z  grzebieniem,  z 

czymś w rodzaju hełmu, z...

- Mabel miała grzebień - uciął Bonnard.

- Wiesz, Varian, sądzę, że Kai będzie zainteresowany odkryciami Trizeina - rzuciła 

Lunzie.

- Masz zupełną rację, Lunzie - odparła Varian, zmierzając sztywno do laboratoryjnego 

komunitu.

Kamień spadł jej z serca, gdy zamiast Bakkuna odezwał się Kai, chociaż przygotowała 

się także na taką ewentualność. Wiedziała, że Bonnard, wstrzymując oddech, zachodzi w 

głowę,   co   też   ma   zamiar   powiedzieć;   czuła   na   sobie   chłodne,   pokrzepiające   spojrzenie 

Lunzie.

- Kai, Trizein właśnie zidentyfikował naszą faunę i wyjaśnił zachodzące anomalie. 

Sądzę, że powinieneś natychmiast zjawić się w bazie.

- Varian... - Kai był poirytowany.

- Czujniki to nie jedyna rzecz, którą porzucono na tej śmierdzącej grudzie błota, i nie 

jedyna, która mogłaby zostać porzucona! - wrzasnęła Varian.

Z drugiej strony zaległa cisza. Po chwili przemówił Kai:

- W porządku. Jeśli Trizein uważa, że to pilne, Bakkun może sobie sam tutaj radzić. To 

złoże jest dwa razy większe od pierwszego.

Varian złożyła mu gratulacje. Zastanawiała się tylko, czy nie powinna nalegać, by 

Bakkun wrócił razem z Kaiem. Z ochotą zadałaby grawitantowi parę pytań na temat różnych 

“osobliwych zakątków" i ich przeznaczenia.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Bakkun niewiele się przejął wezwaniem Kaia - zbyt był zaabsorbowany zawiłościami 

notowań ostatniego czujnika, które dokładnie pozwolą określić rzeczywiste rozmiary złoża 

uranitytu.

- Wrócisz do bazy, gdy skończysz? - spytał Kai, umieszczając obok pas nośny dla 

grawitanta.

- Jeśli nie wrócę, to się nie martw. Chcę przelecieć się do obozu pomocniczego.

“Chcę" niesie w sobie odrobinę emfazy, pomyślał Kai. Zresztą zachowanie Bakkuna 

drażniło go przez cały dzień. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, nie mógł też stwierdzić po 

prostu, że Bakkun jest nadęty i butny. Jednak już od tygodnia Kai wyczuwał nieznaczną 

zmianę, jaka zaszła w grawitancie.

Niejednoznaczna   wzmianka   Varian   o   tym,   co   porzucone   czy   -   co   może   zostać 

porzucone   na   Irecie,   przytłumiła   mglistą   irytację   Kaia   wywołaną   zachowaniem   Bakkuna. 

Varian nie zwykła  była  wpadać w panikę z byle powodu, toteż fakt, iż zdecydowała się 

niepokoić   go   podczas   pracy   w   terenie,   świadczył   o   powadze   sytuacji.   Co   u   licha   miał 

oznaczać   ten   tajemniczy   komentarz?   I   jakimż   to   cudem   Trizeinowa   identyfikacja   fauny 

mogłaby wyjaśnić anomalie?

Może przyszły jakieś wieści od Theków, a Varian wolała, by nikt o nich nie wiedział? 

Przypomniał sobie dokładnie jej słowa. Oddzieliła informację o osiągnięciach Trizeina od 

prośby, by Kai wrócił do obozu. A więc nie chodziło o odkrycia chemika!

By się niepotrzebnie nie denerwować, Kai zajął się szacowaniem prawdopodobnych 

zasobów energetycznych na Irecie, licząc namierzone już złoża i możliwe kolejne znaleziska 

rozciągające się na nie przebadanych jak na razie obszarach aktywnych orogenicznie.

Zanim dotarł do bazy, uznał, że Ireta jest bez wątpienia jedną z najbogatszych planet, 

o jakich w życiu słyszał. Rozpogodził się trochę, doszedłszy do wniosku, że BO prędzej czy 

później również się o tym przekona. Varian, on i pozostali uczestnicy wyprawy będą bogaci 

nawet według wyśrubowanych kryteriów PS. Personel pomocniczy, do którego zaliczy także 

dzieciaki,  jeżeli  w ogóle  będzie  miał cokolwiek  do powiedzenia w tej  kwestii, powinien 

również otrzymać premię. Dzieci okazały się niesłychanie pomocne podczas ekspedycji. No, 

choćby taki Bonnard, pomyślał Kai, spostrzegłszy chłopca - szarpie się biedak z bateriami od 

ślizgaczy...   Właśnie   przez   takie   drobiazgi   dzieciaki   przyczyniły   się   do   sukcesu   całej 

wyprawy...

background image

Lunzie   obsługiwała   wlot.  Wpuściła   Kaia,   witając   go   wieścią,   że   Varian   czeka   w 

kabinie pilota. Bonnard dał nura do wahadłowca, gdzie ulokował baterię, i zaraz ukazał się z 

powrotem, kierując się w stronę ślizgacza Kaia.

- Co on robi? - spytał Kai.

- Sprawdza wszystkie baterie. Wynikły drobne niezgodności - odparła Lunzie.

-   Z   bateriami?   Rzeczywiście   wykorzystujemy   je   w   niewiarygodnym   tempie.   To 

dlatego...?

- Chyba. Varian czeka.

Dopiero gdy Kai wchodził do wahadłowca, zdał sobie sprawę, że to niebywałe, by 

Lunzie przejmowała się mechanicznymi detalami. Trizein siedział przy głównym monitorze. 

Był  tak  zatopiony w medytacji  nad pasącymi  się roślinożernymi,  że nawet  nie zauważył 

wejścia Kaia.

- Kai? - Varian wytknęła głowę zza wejścia do kabiny pilota. Naglącym ruchem ręki 

kazała mu przyjść do siebie.

Kai wskazał na Trizeina, gestem pytając, czy ma może przerwać jego kontemplację, 

lecz Varian przecząco pokiwała głową i jeszcze raz dała mu znak, by natychmiast do niej 

dołączył.

- O co chodzi, Varian? - zapytał, zamknąwszy za sobą luk.

- Grawitanci wrócili do dawnych zwyczajów - wyrzuciła z siebie Varian. - Wolny 

dzień   spędzili   uganiając   się   za   roślinożercami   i   kłaczami.   Nieźle   się   zabawiali   kosztem 

roślinożernych zanim je zabili... i zjedli...

W żołądku Kaia wszystko przewróciło się do góry nogami.

- Gaber rozpuścił swoją plotkę - Varian ciągnęła dalej, szybko wypowiadając słowa - 

zanim  z  tobą   rozmawiał,  Kai.  I  grawitanci   mu  wierzą.  A przynajmniej   chcą  wierzyć.  Te 

wszystkie zapasy, które nam znikały, godziny lotu ślizgacza, na które nie miałam pokrycia, 

dziwaczna bateria Lunzie, sprzęt medyczny... Będziemy mieć szczęście, jeśli to nie bunt...

-   Jeszcze   raz,   od   początku,   Varian   -   poprosił   Kai,   siadając   ciężko   w   fotelu.   Nie 

przeczył,   bynajmniej,   jej   twierdzeniu,   jednak   chciał   usłyszeć   dokładnie,   na   jakich 

przesłankach oparła swe wnioski.

Varian   opowiedziała   mu   więc   o   ohydnym   odkryciu,   którego   dokonała   rano,   o 

rozmowie z Lunzie i o rewelacjach Trizeina związanych z przerzuceniem dinozaurów z Ziemi 

na   Iretę.   Skończyła   uwagą,   że   grawitanci,   choć   otwarcie   nie   odmawiają   współpracy  czy 

posłuszeństwa, zmienili się w stosunku do niej. Nie spostrzegł czasem czegoś?

background image

Gdy zakończyła swą wypowiedź, Kai pokiwał głową i przewieszając się przez deskę 

rozdzielczą, prztyknięciem otwarł komunit.

- To dlatego Bonnard wymontowuje baterie ze ślizgaczy?

- Dlatego - przyznała.

- Sądzisz więc, że konfrontacja wisi w powietrzu? - spytał.

- Sądzę, że jeżeli podczas jutrzejszego kontaktu z Thekami nie dowiemy się niczego o 

BO, coś się wydarzy. Przypuszczam, że nasz “okres ochronny" skończył się w ostatni wolny 

dzień.

Kai przyglądał się jej przez chwilę.

- Pracujesz z grawitantami dłużej niż ja - zaczął. Jak myślisz, co zrobią?

- Przejmą wszystko - Varian odparła cicho, z obojętną rezygnacją w głosie. - Po prostu 

są lepiej wyposażeni, by tu przeżyć. Nam nie udałoby się przetrwać, czerpiąc wyłącznie z... z 

darów natury...

- To wersja ekstremalna - odrzekł Kai. - Skoro... skoro uwierzyli Gaberowi i sądzą, że 

zostaliśmy   porzuceni   na   Irecie,   czy   wówczas   ich   powrót   do   starych   nawyków   nie   jest 

swoistym przygotowaniem się do pozostania tutaj?

- Dałabym temu wiarę, Kai, gdybym nie widziała, jakie urządzili sobie polowanie. 

Szczerze ci powiem, że przeraziło mnie to na śmierć. Oni celowo... nie, nie, musisz mnie 

wysłuchać. To obrzydliwe, wiem, lecz pozwoli ci zrozumieć, czemu przyjdzie nam stawić 

czoło,   jeśli   ich   nie   powstrzymamy.   Zabili...   zabili   prymitywnymi   narzędziami...   pięć 

roślinożernych.   Razem   z   Bonnardem   widziałam   jeszcze   jedno   ranne   zwierzę,   kłacza, 

tyranozaura, z wbitą  miedzy żebra  włócznią  wielkości  drzewa. Słuchaj, ten  stwór kiedyś 

władał Ziemią. Nic nie było w stanie go powstrzymać. Zrobił to grawitant. Dla zabawy! - 

Varian wzięła głęboki oddech. - Co więcej, rozbijając obozy pomocnicze, podarowaliśmy 

grawitantom dodatkowe bazy. Gdzie oni są teraz?

- Bakkun jest w drodze tutaj, tak sądzę. Ma pas nośny. Paskutti i Tardma...

Dobiegł ich krzyk Lunzie. Wołała Kaia. Minęła chwila, zanim zdali sobie sprawę, że 

Lunzie nigdy nie podnosi głosu, chyba że sytuacja jest krytyczna. Usłyszeli głuchy odgłos 

ciężkich butów, rozlegający się po zewnętrznym korytarzu.

W  momencie,   gdy   usłyszeli   jak   z   drugiej   strony   masywna   dłoń   opada   na   płytkę 

magnetyczną, Varian przycisnęła blokadę wejścia. Kai błyskawicznie wystukał na komunicie 

krótkie polecenie, z trzaskiem przywołał komendę “wykonać" i odciął zasilanie. W tym czasie 

Varian   wyciągnęła   mikroskopijny,   niemal   niedostrzegalny   wyłącznik,   przerywając   pracę 

głównego systemu zasilania statku. Ledwie uchwytne migniecie światła dało im znać, że 

background image

uruchomione zostało zasilanie awaryjne, które z powodzeniem mogło kontynuować pracę 

przez najbliższych parę godzin.

- Jeżeli natychmiast nie otworzycie, wysadzimy luk - odezwał się szorstki, opanowany 

głos Paskuttiego.

- Nie rób tego! - Varian zdobyła się na przekonywającą ilość przerażenia i trwogi we 

własnych   słowach.   Mrugnęła   porozumiewawczo   do   Kaia   i   wykrzywiając   usta,   wzruszyła 

ramionami na znak bezsilności.

Skinął   głową,   akceptując   jej   decyzję.   Na   niewiele   by   się   zdało,   gdyby   oboje 

dowódców upiekło się żywcem w ciasnej kabinie. Kaiowi nawet przez myśl nie przeszło, że 

Paskutti   żartuje.   Miał   jedynie   nadzieję,   że   żaden   z   grawitantów   nie   zauważył   prawie 

niewidocznego spadku napięcia, gdy Varian zmieniała system zasilania. Tylko on i Varian 

znali urządzenie, które mogło pozbawić wahadłowiec mocy.

Gdy luk się otworzył, Paskutti nie wszedł do kabiny. Przez moment z pogardą mierzył 

wzrokiem obu dowódców, by potem wyciągnąć łapsko i porwawszy Varian za kombinezon, 

dosłownie wywlec ją na zewnątrz. Opieszale, zupełnie od niechcenia pchnął ją, aż zataczając 

się, z łoskotem uderzyła o ścianę. Paskutti roześmiał się warkliwie, słysząc jej stłumiony 

natychmiast   jęk.   Varian   z   wolna   pozbierała   się   na   nogi.   Jej   oczy   błyskały   dławioną 

wściekłością; lewe ramię zwieszało się bezwładnie wzdłuż ciała.

Kai przymierzał się właśnie do wyjścia, by uniknąć podobnej, poniżającej manifestacji 

lekceważenia, z jakim grawitanci odnosili się do innych ras, jednak Tardma czekała tylko na 

swoją kolej. Pochwyciła go za lewy nadgarstek i wykręciła mu rękę do tyłu z taką siłą, że 

czuł, jak pękają mu kości. Jakim cudem udało mu się utrzymać na nogach i do tego nie stracić 

przytomności, nie miał pojęcia. Zaraz też oszołomiła go nieco gwałtowna kolizja ze ścianą, 

lecz z prawej strony ktoś podparł go ręką. Za nim łkała mała dziewczynka.

Kai   mocno   potrząsnął   głową,   by  dojść   do   siebie   i   zaprowadzić   jakąś   psychiczną 

dyscyplinę,   która   zablokowałaby  paskudny  ból.   Oddychał   głęboko,   tamując   gniew,   który 

zalewał   go   w   obliczu   nienawiści   i   bezsilności,   wszelkich   irracjonalnych,   zasnuwających 

umysł emocji.

Ręka, która przytrzymała go, zwolniła teraz uścisk. Wiedział, że to Lunzie. Stała obok 

niego. Jej twarz była blada i zacięta, ze wzrokiem utkwionym prosto przed siebie. Z tempa, z 

jakim oddychała, domyślił się, że stosuje właśnie ten sam system kontroli psychicznej co on. 

Za nią stała Terilla, pochlipując rzewnie ze strachu.

Kai rozejrzał się po korytarzu. Varian trzymała się dzielnie, borykając się z furią i 

chęcią   rzucenia   grawitantom   wyzwania,   co   jedynie   mogłoby   pogorszyć   sytuację.   Obok 

background image

znajdował się Trizein, mrugając i rozglądając się dokoła w zakłopotaniu, jakby usilnie starał 

się przyjąć do wiadomości zastaną sytuację. Cleiti i Gaber zostali bezceremonialnie wpędzeni 

do wahadłowca. Kartograf paplał bez ładu i składu, że niezupełnie w ten sposób miały się 

rzeczy potoczyć, i jak w ogóle śmią okazywać mu równy brak poszanowania.

-   Tangeli,   masz   ich?   -   spytał   Paskutti   przez   komunit.   Odpowiedź   musiała   być 

twierdząca, ponieważ grawitant skinął do Tardmy.

Tangeli? A kogóż to botanik miał mieć? Portegina? Aulię? Dimenona? Margit? Gdy 

tylko   złamany   nadgarstek   zdrętwiał   wreszcie,   umysł   Kaia   wyostrzył   się,   jego   zmysły 

rozjaśniły. Odczuł owo przedziwne, wszechogarniające doznanie, które oznaczało, że rozum 

zaczyna dominować nad ciałem. Efekt mógł trwać do kilku godzin, w zależności od tego, na 

ile Kai był w stanie czerpać z zasobów sił. Liczył tylko, że starczy mu czasu. Jeśli wszyscy 

grawitanci mają się tu zgromadzić, Berru powinna przybyć z Trivem. W takim razie dokąd 

udał się Bakkun? A może pomagał Tangelemu?

- Z  wszystkich ślizgaczy wymontowano baterie - oznajmiła Divisti, ukazując się w 

wejściu. - Nie ma też chłopca.

Kai i Varian wymienili przelotne spojrzenia.

- Jak mógł ci się wymknąć? - Paskutti był zdumiony. Divisti wzruszyła ramionami.

-   To   przez   to   zamieszanie.   Sądziłam,   że   jest   z   innymi.  A  więc   nie   obawiali   się 

szczególnie   Bonnarda.   Kai   spojrzał   na   Cleiti,   z   nadzieją,   że   dziewczynka   nie   wie,  gdzie 

podział się Bonnard, a jeśli wie, że jej naiwna buźka nie zdradzi chłopca. W istocie. Jej usta 

ściśnięte były mocno, prowokująco. Także jej oczy iskrzyły się tłumioną złością, błyskając 

nienawiścią   za   każdym   razem,   gdy   spoglądała   na   grawitantów   i   odrazą,   gdy   zerkała   na 

Gabera, bełkoczącego coś obok niej. Terilla przestała płakać, lecz Kai widział dobrze, jak jej 

wiotkim   ciałkiem   wstrząsają   co   chwila   drgania.   Dziecku,   które   kochało   roślinki,   trudno 

będzie ścierpieć przemoc, a dopóki Lunzie nie odzyska panowania nad sobą, nie będzie mogła 

udzielić dziewczynce żadnego wsparcia.

- Divisti, Tardma! Zacznijcie rozbrajać laboratorium. Obie kobiety skinęły posłusznie 

głowami i ruszyły do laboratorium. Przekraczały właśnie próg, gdy Trizein otrząsnął się z 

oszołomienia.

- Chwileczkę! - odezwał się. - Nie możecie tam wchodzić. Parę eksperymentów i 

analiz jest w toku. Divisti! - Podniósł głos. - Nie dotykaj tego sprzętu frakcyjnego! Czyś ty na 

głowę upadła?

- Zaraz ty upadniesz - odparła Tardma, zatrzymując się w drzwiach. Chemik zbliżył 

się do niej, a Tardma, z zimnym uśmiechem satysfakcji wymierzyła mu w twarz cios, który 

background image

zbił Trizeina z nóg i posłał go po twardej podłodze wprost pod stopy Lunzie. Mężczyzna nie 

ruszał się.

-   Za   mocno,  Tardma   -   ocenił   Paskutti.   -   Zamierzałem   go   zabrać.   Byłby   bardziej 

użyteczny niż którykolwiek z pozostałych.

Tardma wzruszyła ramionami.

- Po co się nim w ogóle przejmować? Tangeli wie tyle ile on.

Weszła do laboratorium, zuchwale kołysząc  biodrami, by wkrótce  wynurzyć  się z 

powrotem w towarzystwie Divisti. Każda niosła ze sobą tyle urządzeń, ile tylko była w stanie 

udźwignąć,   oczywiście   nie   zwracając   najmniejszej   uwagi   na   ich   kruchość.   Pogarda 

grawitantów dla ludzi najwyraźniej rozciągała się również na ich sprzęt. W powietrzu unosił 

się drażniący zapach rozlanych konserwantów i rozpuszczalników.

Wyostrzony   słuch   Kaia   wychwycił   jękliwy   szmer   lądującego   ślizgacza.   Dźwięk 

nadbiegał z zachodu. To wrócił Tangeli. Kai usłyszał głosy - z Tangelim był Bakkun.

Niebawem do wahadłowca wprowadzono pozostałych geologów - Portegin, z głową 

broczącą krwią, niemal niósł słaniającego się na nogach Dimenona. Bakkun wepchnął za nimi 

Aulię i Margit. Triv runął jak długi na podłogę, pchnięty mocno przez Berru, która weszła 

zaraz za nim ze wzgardliwym półuśmiechem na twarzy.

Triv pozbierał się i chwiejnym krokiem zatoczył w kierunku Kaia, chowając się przed 

grawitantami za swoim dowódcą. Berru nie powinna była pozwalać sobie na takie drwiny. 

Triv, podobnie jak Kai, Lunzie i Varian, z zapałem rozpoczął ćwiczenia oddechowe, dzięki 

którym miał osiągnąć niezbędną Dyscyplinę. Było ich więc już czworo. Kai nie przypuszczał, 

by Aulia czy Margit przeszły odpowiedni trening, a o ile się orientował, ani Portegin, ani 

Dimenon nie należeli do Uczniów. We czwórkę nie byli w stanie poradzić sobie z szóstką 

grawitantów. Chociaż, przy odrobinie szczęścia, może udałoby im się przechylić nieubłaganą 

szalę   w   stronę   nadziei.   Kai   nie   miał   najmniejszych   złudzeń   co   do   zaistniałej   sytuacji   - 

grawitanci   zbuntowali   się   i   zamierzali   sprzątnąć   z   obozu   wszelkie   przydatne   rzeczy, 

zostawiając bezbronnych, pozbawionych podstawowego wyposażenia ludzi samym sobie w 

tym obcym, wrogim świecie.

-   W   porządku,   Bakkun   -   rzekł   Paskutti.   -   Ty   i   Berru   zajmiecie   się   naszymi 

sprzymierzeńcami.   Niech   wszystko   wygląda   jak   należy.   Komunit   był   jeszcze   ciepły,   gdy 

wszedłem.   Musieli   pewnie   przekazać  Thekom   informację.   -   Szyderczo   spojrzał   na   Kaia, 

unosząc nieznacznie brwi, jakby chciał sprawdzić, czy słusznie zgaduje.

Kai odpowiedział mu zimnym spojrzeniem. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego. 

Paskutti, zaskoczony, wzruszył ramionami.

background image

- Tangeli! Zabierz się za pozostałe magazyny! - rozkazał.

Tangeli wrócił chwilę później.

- Nie ma baterii, Paskutti - oznajmił. - Mówiłeś, że są jeszcze jakieś.

- Jak nie ma, to nie ma. Te w ślizgaczach i pasach nośnych wystarczą na pewien czas. 

Naładuj je.

Tangeli ruszył z powrotem do magazynu i po kilku dość hałaśliwie spędzonych tam 

minutach   wynurzył   się   zza   wejścia,   zataczając   się   pod   ciężarem   torby   pełnej 

najprzeróżniejszych klamotów.

- To byłoby wszystko, jeśli chodzi o magazyn, Paskutti - oznajmił. Rozejrzał się po 

zagapionych twarzach jeńców, i wyszedł, zaśmiewając się na całe gardło z jakiegoś sobie 

tylko znanego dowcipu.

- Żadnych protestów, dowódco Kai? Dowódco Varian? - rzucił Paskutti urągliwie.

- Protesty na niewiele by się zdały, prawda? - odparła Varian.

Mówiła tak opanowanym tonem, że Paskutti przyjrzał się jej bacznie, marszcząc brwi. 

Jej bezwładna ręka z pewnością była złamana po tym, jak się z nią obszedł, a jednak w jej 

głosie nie było ani śladu bólu czy złości, tylko zwyczajna obojętność.

- Rzeczywiście, protesty nie zdałyby się na nic, dowódco Varian - odrzekł. - Mamy 

dość waszego rozkazywania, tego, że tolerujecie nas wyłącznie dlatego, że jesteśmy użyteczni 

- przybrał szyderczy ton. - Jaka byłaby nasza rola w waszej kolonii? Zwierząt pociągowych? 

Mięśni, którym można kazać zrobić to, sio i owo, bo ujarzmiła je bezsmakowa papka? - 

Ogromną ręką stanowczo przeciął powietrze.

Nagle,   nim   ktokolwiek   zdążył   pomyśleć,   co   zamierza,   rzucił   się   w   stronę  Terilli, 

porwał dziewczynkę za włosy i szarpnął ją do góry. Trzymał ją tak zawieszoną w powietrzu w 

swej olbrzymiej dłoni. Terilli wyrwał się okrzyk przerażenia, na co Cleiti rezolutnie podbiegła 

do   grawitanta   i   zaczęła   okładać   piąstkami   jego   potężne   muskularne   udo,   kopiąc   go   na 

dokładkę po goleni. Paskutti, rozbawiony i zaskoczony tak jawnym oporem, najpierw spojrzał 

na Cleiti, a potem uniósł pięść i niedbale, jakby od niechcenia uderzył dziewczynkę w głowę. 

Nieprzytomna Cleiti osunęła się na podłogę.

Gaber nie wytrzymał. Ruszył na Paskuttiego, który zatrzymał kartografa drugą ręką, 

cały   czas   unosząc   Terillę   za   włosy.   Wybałuszone   oczy   dziecka   świadczyły   o   bólu,   jaki 

sprawiał mocny uścisk Paskuttiego.

-   Powiedz   mi,   dowódco  Varian,   albo   ty,   dowódco   Kai,   czy   przesłaliście  Thekom 

komunikat? Chwila zwłoki, a złamię dziewczynkę o kolano.

- Wysłaliśmy - odparł Kai natychmiast. - Bunt. Grawitanci.

background image

- Prosiliście o pomoc naszych godnych poszanowania przełożonych? - spytał Paskutti, 

potrząsając Terillą, gdy uznał, że Kai zbyt długo zastanawia się nad odpowiedzią.

-   O   pomoc?  Theków?   -   wtrąciła   się  Varian,   nie   spuszczając   wzroku   z   bezradnie 

huśtającej się dziewczynki. - Potrzebowaliby kilku dni, by przemyśleć naszą prośbę. Do tego 

czasu wasz... wasza operacja zostałaby już zakończona, prawda? Nie, nie. Przedstawiliśmy 

jedynie sytuację.

- Tylko Thekom?

Kai domyślił się, co chciał wiedzieć Paskutti - czy wiadomość o ich buncie została też 

wysłana przez satelitę. Jeśli tak, będzie musiał wprowadzić odpowiednie zmiany do swej 

“operacji".

- Tylko Thekom - odparł Kai. Chciał dodać: “A teraz uwolnij dziewczynkę".

- Wiesz już wszystko, co chciałeś wiedzieć - wrzasnął Gaber, uparcie starając się 

dosięgnąć Paskuttiego i zmusić go do puszczenia Terilli. - Zabijesz to dziecko. Puść ją! Puść 

ją! Powiedziałeś, że obędzie się bez przemocy. Nikt nie ucierpi! Zabiłeś Trizeina i jeśli nie 

puścisz tego dziecka...

Paskutti niedbale trzasnął Gabera w twarz, uciszając go tym samym. Kartograf huknął 

o podłogę z niesamowitym łomotem i przetoczył się na bok. Do stosu ciał dołączyła Terillą, 

którą   grawitant   rzucił   obok   Cleiti.   Kai   nie   wiedział,   czy   żyła.   Spojrzał   ukradkiem   na 

wpatrzoną w dziewczynki Lunzie. W jej oczach pojawiła się ulga - dziewczynki żyły.

Stojący obok Kaia Triv zakończył przygotowania do Dyscypliny. Teraz i on będzie 

czekał, aż jego siła na coś się przyda. Najtrudniej jest czekać na chwilę, kiedy kontrolowana 

wewnętrzna   moc   będzie   mogła   wreszcie   znaleźć   swoje   ujście.   Kai   oddychał   przeponą, 

zachęcając się do cierpliwości, koniecznej, by znieść tak nikczemną manifestację brutalnej 

siły i okrucieństwa.

Dimenon zaczął się budzić. Mimo że jęczał z bólu, Lunzie nie przyszła mu z pomocą. 

Margit,  Auli   a   i   Portegin   starali   się   nie   przyglądać   wydarzeniom,   których   nie   mogli   ani 

powstrzymać, ani zmienić.

Wtem   do   wahadłowca   wpadł   jak   burza   oszalały   Tangeli.   Twarz   wykrzywiał   mu 

grymas   wściekłości.   Grawitant   nie   był   już   chłodnym,   rozsądnym   botanikiem,   którego 

obchodzi tylko uprawa roślin. Teraz władały nim emocje.

- W ślizgaczach nie ma baterii - powiedział do Paskuttiego, kierując się jednocześnie 

w stronę Varian. Chwycił ją za obie ręce i potrząsnął nią.

Kai z całej duszy pragnął, by udała omdlenie. Inaczej mogła zaprzepaścić jakąkolwiek 

szansę, że złamane ramię zrośnie się jak należy.

background image

- Gdzie je schowałaś, ty wąskodupa dziwko? - ryknął Tangeli.

- Uważaj, Tangeli. Nie dam jej czasem karku! - zawołał Paskutti, zbliżając się do 

Tangelego, by czym prędzej powstrzymać wściekłego grawitanta.

Tangeli najwyraźniej zmniejszył nieco siłę ciosu, który wymierzył Varian, lecz i tak jej 

głowa mocno opadła w tył. Jednak gdy Varian wyprostowała się, oczy miała nadal otwarte. 

Ślady palców Tangelego tworzyły jaskrawoczerwone pręgi na jej policzku.

- Gdzie ukryłaś baterie?

- Ma złamane lewe ramię. Spróbuj ją tym przekonać - zasugerował Paskutti. - Tylko 

nie za mocno... troszeczkę. Nie może nam zemdleć z bólu, a te mięczaki nie są w stanie wiele 

wytrzymać.

- Gdzie, Varian? Gdzie? - Tangeli z każdym słowem wykręcał jej lewą rękę.

Varian   jęknęła   żałośnie.   Kaiowi   wydawało   się,   że   udaje,   ponieważ   stosując 

Dyscyplinę, mogłaby nie odczuwać bólu tak od razu.

- To nie ja je ukryłam - wykrztusiła. - To Bonnard.

Margit i Aulię aż zatkało. Tak tchórzliwie wydać chłopca!

-   Znajdź   go,  Tangeli.   Dowiedz   się,   gdzie   są   te   baterie,   bo   inaczej   przyjdzie   nam 

wynosić stąd wszystko na plecach. Bakkun i Berru pewnie już zaczęli pościg. Gdy raz się coś 

zacznie, nic tego nie powstrzyma. - Paskutti zaciskał nerwowo ręce. Sprawa była pilna.

- Ona będzie wiedzieć, gdzie jest chłopak - odparł Tangeli. - Gdzie on jest, Varian? 

Powiedz mi!

Varian   bezwładnie   osunęła   się   pod   uściskiem   grawitanta.   Ze   wstrętem   i   odrazą 

odepchnął ją na podłogę, przeklinając cicho, i ruszył w kierunku otwartego luku. Uszedł 

jeszcze trzy kroki i zatrzymawszy się, krzyknął na Bonnarda, namawiając go do powrotu, a 

potem zawołał Divisti i Tardmę, by pomogły mu szukać chłopca.

Paskutti   spojrzał   na   poskręcane   ciało  Varian.   Kai   miał   nadzieję,   że   grawitant   nie 

będzie nawet podejrzewał, że ona może tylko udawać. Przez moment na twarzy Paskuttiego 

zagościł opryskliwy grymas kłacza, jednak gdy grawitant zwrócił się do Kaia, jego mina jak 

zwykle nic nie wyrażała.

-   Marsz!   -   Paskutti   rozkazującym   gestem   wskazał   wyjście.   Skinął   na   Lunzie   i 

pozostałych, by się ruszyli. Prztyknięciem palców nakazał każdemu z nich zabrać ze sobą 

jednego z leżących. - Do głównego budynku! Wszyscy! - rzucił.

Idąc przez obóz, spostrzegli martwego Dandy'ego. Leżał na wybiegu ze złamanym 

karkiem. Kai był zadowolony, że ani Cleiti, ani Terilla nie widzą swojego pupila. Po ziemi 

walało   się   mnóstwo   kaset,   map,   prześwietlonych   taśm   i   rozgniecionych   dyskietek.   Kai 

background image

niechcący   nadepnął   na   jeden   z   wyrysowanych   przez   Terillę   dokładnych   szkiców   roślin. 

Oddychając głęboko, starał się zapanować nad wściekłością, która ogarnęła go na widok 

zniszczeń dokonanych z takim rozmysłem.

Z głównego budynku wyniesiono wszystko, co mogłoby się przydać. Nieprzytomnych 

złożono   na   podłodze,   innym   Paskutti   nakazał   stanąć   w   kącie   najbardziej   oddalonym   od 

wyjścia.

Na zewnątrz trwały poszukiwania Bonnarda. Paskutti zerknął najpierw na chronometr, 

a potem na równinę rozciągającą się za osłoną siłową.

Wyostrzony słuch Kaia pochwycił nikły dźwięk jego imienia. Kai ostrożnie odwrócił 

głowę.   Lunzie   wpatrywała   się   w   niego,   sygnalizując   niedostrzegalnie   wzrokiem,   że   ma 

wyjrzeć na zewnątrz. Przesunął się nieznacznie. Mógł teraz spojrzeć na dwór. Zobaczył na 

niebie dwie plamy, pod nimi ciągnące się czarne pasmo, zbliżające się, rozkołysane czarne 

pasmo... Wiedział już, co zamierzają grawitanci.

Osłona   siłowa   była   wystarczająco   odporna,   by   powstrzymać   przypadkowych 

napastników,   nie   dość   jednak,   by   przetrzymać   zmasowany   atak   zwierząt   pędzących   w 

panicznym strachu. W takim wypadku niewątpliwa zaleta obozu - położenie wysoko ponad 

równiną   i   lasem,   traciła   znaczenie.  Tymczasem   grawitanci   płoszyli   zwierzynę,   pędząc   ją 

właśnie tutaj, by dokonała dzieła zniszczenia.

Thekowie, odebrawszy komunikat Kaia, pewnie jakoś zareagują... za kilka dni. Być 

może, jeśli podpowie im to ich zadumana dusza, przyślą tu któregoś z młodszych Theków. 

Kai wątpił w to jednak. Thekowie dojdą zapewne do słusznego wniosku, że jakakolwiek 

pomoc z ich strony nadejdzie i tak zbyt późno, by wpłynąć na ostateczny wynik rebelii.

Przyjdzie   im   więc   samym   zadbać   o   własny   ratunek,   pomyślał.   Grawitanci   będą 

musieli w krótkim czasie opuścić obóz. Czy w wystarczająco krótkim? Poza tym w jakim 

stanie zostawią swych wzgardzonych jeńców? Czy Bonnardowi uda się nie wpaść w ich 

łapska?

Paskutti   zacisnął   pięść.   Niemal   z   niepokojem   spojrzał   na   chronometr,   zezując 

jednocześnie na zbliżające się ciągle czarne pasmo.

-   Tangeli?   Znalazłeś   chłopaka?!   -   ryk   Paskuttiego   ogłuszył   wyczulone   przez 

Dyscyplinę uszy jeńców.

- Ukrył się. Nie możemy go znaleźć, baterii zresztą też nie! - Tangeli pienił się ze 

złości.

- Wracaj w takim razie. Marnujemy tylko czas. - Paskuttiemu nie bardzo była w smak 

nieoczekiwana   zmiana   planów.   Skierował   na   Varian   złowieszcze   spojrzenie.   -   Skąd   ona 

background image

wiedziała? - spytał Kaia. - Bakkun domyślił się, że coś się świeci, gdy kazała ci wracać do 

obozu z jakiegoś błahego powodu.

- Odkryła miejsce, gdzie spędzaliście wolny dzień. I ranionego kłacza, którego nie 

mogliście   zabić.   -   Kai   instynktownie   postanowił   chronić   Bonnarda   przed   ewentualnym 

odwetem ze strony grawitantów. Jeżeli wszyscy zginą, chłopiec nie przeżyje sam na Irecie. 

Waśnie u grawitantów będzie musiał szukać schronienia.

-   Bonnard!   Mówiłem   Bakkunowi,   że   ryzykuje,   pokazując   chłopcu   arenę.   -  Twarz 

Paskuttiego wyrażała teraz mieszaninę najróżniejszych emocji: pogardę, butne lekceważenie, 

satysfakcję   z   własnych   dokonań.   Jego   górna   warga   odsłoniła   zęby   w   nędznej   imitacji 

uśmiechu.   -   Nie   potrafiłbyś   zrozumieć   form   naszego   wypoczynku.   Zresztą,   nieważne.   - 

Paskutti spojrzał na równinę. - Ważne, że przyniosą zyski... nam!

Słońce, jak zwykle zjawiając się na krótko na wieczornym niebie, rozświetliło dolinę. 

Kai   mógł   już   odróżnić   rozkołysane   w   szaleńczym   biegu   cielska   roślinożernych,   które 

nieubłaganie zbliżały się do obozu. Pozostali grawitanci zebrali się teraz przy wyjściu. Po raz 

pierwszy ich zroszone potem twarze czerwieniły się od wysiłku.

- Chłopak zapadł się chyba pod ziemię - oznajmił dzikim głosem Tangeli, łypiąc na 

Kaia. - Razem z bateriami.

- Nie mamy już czasu na dalsze poszukiwania. Usuńcie ślizgacze z drogi pędzącego 

tabunu. Tylko się pośpieszcie, tak na jednej nodze. Wszyscy macie pasy nośne? To dobrze, w 

takim razie trzymać się z dala, dopóki zwierzęta nie przejdą.

- A co z wahadłowcem?

- Nic mu nie będzie - odparł Paskutti, spoglądając na statek, usadowiony nieco wyżej, 

na skraju obozu. - Do roboty!

Grawitanci, sadząc potężne susy, pognali w stronę ślizgaczy.

Paskutti   stanął   w   wejściu   i   opierając   ręce   o   pas,   z   nie   ukrywaną   przyjemnością 

przyglądał   się   potulnym   jeńcom.   Kai   zdawał   sobie   sprawę,   że   właśnie   teraz   nadszedł 

najbardziej niebezpieczny moment. Czy Paskutti zamknie ich tutaj, świadomych swego losu? 

Czy może ich zabije?

Jego z gruntu okrutna natura wzięła górę.

- Zostawiam was teraz. To będzie stosowny koniec: stratowani przez roślinożerne 

bestie, takie durne roślinożerne bestie jak wy sami. Jedyny z waszego grona, który godzien 

jest się z nami równać, to zwyczajny chłopiec.

Paskutti zamknął luk. Grzmot jego pięści w ścianę oznajmił Kaiowi, że grawitant 

zgruchotał regulator.

background image

Varian,   nieoczekiwanie   ożywiona,   wyjrzała   ostrożnie   przez   okno.   Jej   lewe   ramię 

zwisało bezwładnie.

- Varian? - powiedziała Lunzie, wyczyniając jakieś cuda nad znieruchomiałym ciałem 

Trizeina. Mężczyzna jęknął, odzyskując nagle świadomość. Lunzie podeszła do Terilli i Cleiti 

i kiwając głową, zaaplikowała im środki wzmacniające.

- Jest przy wlocie - Varian relacjonowała ściszonym głosem. - Otwarł go. Zostawił 

wlot otwarty. Nadlatują dwaj inni. Prawdopodobnie Bakkun i Berru. Powinniśmy mieć kilka 

chwil, zanim stado wedrze się na ostatnie wzniesienie. Grawitanci nie będą w stanie nic 

dojrzeć.

- Triv! - Kai skinął na geologa, który zaraz poszedł za nim do tylnej części budynku, 

“przestawiając" pozostałych na boki.

Wyczulone   palce   Kaia   odnalazły   spoinę   między   płatami   plastyku   tworzącego 

budynek. Triv wbił paznokcie powyżej i obaj, wziąwszy głęboki oddech, z krzykiem rozdarli 

mocne tworzywo.

Z   pomocą   Lunzie   obie   dziewczynki   wstały.   Słaniały   się   jeszcze,   lecz   były   dość 

przytomne, by ustać. Lekarka podążyła na ratunek Trizeinowi.

- Gdzie może być Bonnard, Kai? - zapytała Varian ściśniętym głosem, zdradzając 

niepokój, którego nawet Dyscyplina nie mogła zamaskować.

- W miejscu ukrytym dość dobrze, by zwieść grawitantów, i na pewno wystarczająco 

bezpiecznym,   by   uniknąć   tego,   co   ma   nadejść   za   chwilę.   -   Kai   zwrócił   się   do   swych 

towarzyszy. - Nie wolno nam wpadać w panikę. Musimy odczekać na właściwy moment, gdy 

grawitanci nie będą już w stanie nas dojrzeć z powietrza. Inaczej, najzwyczajniej w świecie 

użyją obezwładniaczy. Margit, Aulia, Portegin? Możecie biec? - Skinęli głowami. - Lunzie, 

zajmiesz się Terillą, dobrze? Czy Gaber nie żyje? Cóż... Aulia, ty i Portegin poniesiecie Cleiti. 

Triv będzie niósł Trizeina, ja pomogę Dimenonowi. Varian, poradzisz sobie?

- Równie dobrze jak ty. Będę was osłaniać.

- Ja się tym zajmę - odparł Kai, potrząsając głową na widok jej ramienia.

- Nie, Kai. Ty masz Dimenona. Dam sobie radę. - Varian zerknęła przez okno.

Nie trzeba było szczególnie wrażliwego słuchu, by usłyszeć odgłos zbliżającego się 

dzikiego tabunu. Trzeba było za to bezwzględnej samokontroli, by zachować zimną krew.

- W tej chwili w powietrzu jest czterech grawitantów - oznajmiła Varian. - Zwierzęta 

dotarły do zwężenia przy podejściu. Przygotujcie się.

Aulia stłumiła okrzyk strachu.

background image

- Niech każdy oddycha głęboko przeponą - poinstruowała Lunzie. - Kiedy damy hasło 

do   ucieczki,   rzucajcie   się   biegiem   i   wrzeszczcie!   Wrzeszczcie   cały   czas,   to   pobudza 

adrenalinę.

-   Mnie   jej   już   więcej   nie   trzeba   -   mruknęła   Margit   drżącym,   lecz   buntowniczym 

głosem.

Grzmot był ogłuszający. Ziemia wprost zatrzęsła się pod stopami. Aulia dygotała tak 

wyraźnie, że Kai zastanawiał się, w jaki sposób ona w ogóle znosi to napięcie.

- TERAZ!

Ich   zgodne   okrzyki   nie   mogły   dotrzeć   do   uszu   unoszących   się   w   powietrzu 

grawitantów, a Margit miała rację - rzeczywiście nikt nie potrzebował dodatkowej porcji 

adrenaliny. Widok rozhuśtanych łbów grzebieniastych dinozaurów, które waliły na nich w 

szaleńczym pędzie, każdemu dodałby skrzydeł. Dimenon, wydzierając się na całe gardło, 

wyszarpnął   się   z   uścisku   Kaia   i   zmierzając   ku   wahadłowcowi,   odstawił   wszystkich   na 

dystans. Kai zwolnił, dopóki nie zrównał się z Varian. Wówczas oboje przyśpieszyli kroku, 

idąc  w ślady pozostałych  towarzyszy,  którzy gnali  poprzez obóz  rozedrgany pod nogami 

pędzących zwierząt. Przesadzili próg, niemalże zadeptując Lunzie, która wciągała Trizeina do 

środka.   Varian   pomogła   lekarce,   Kai   zaś   pomknął   do   regulatora   luku.   Pierwszy   z 

roślinożernych wpadł właśnie na osłonę siłową.

Wszechobecny huk i łomot przeszył jakiś inny dźwięk - właśnie zapłonęła osłona, 

rozbłyskując błękitnymi ognikami, i z przeraźliwym trzaskiem runęła na ziemię. Ogromne 

cielska dinozaurów wpadły do obozu. Za nimi spiętrzyła się masa następnych roślinożernych, 

które jak potężna fala przeszły ponad leżącymi, i popędziły przed siebie. W tym momencie 

Kai   zamknął   wejście   do   wahadłowca   i   tylko   łoskot   i   szczęk,   którego   wcale   nie   tłumiło 

wnętrze statku, świadczył o chaosie, śmierci i zniszczeniu sianym w obozie.

Jak jeden mąż Kai i Varian przedostali się przez kordon zdyszanych, wstrząśniętych 

towarzyszy do kabiny pilota. Varian wyszperała ukryty przełącznik, by przywrócić zasilanie 

w statku. Kai przymierzał się, by usiąść za konsoletą, lecz zatrzymał się.

- Paskutti zadbał, byśmy nie mogli przesłać więcej  komunikatów - powiedział do 

Varian, patrząc na wrak komunitu.

- A co z manewrowaniem? - odparła.

-   Tablica   sterownicza   wygląda   na   nietkniętą.   Musiał   wiedzieć,   jakie   przewody 

poprzecinać.

Poczuli,   jak   wahadłowiec   się   zatrząsł.   Coś   z   głuchym   łoskotem   trzepnęło   o 

zewnętrzną obudowę.

background image

-   Przeszli   samych   siebie   z   tymi   zwierzętami   -   powiedziała   Varian,   chichocząc. 

Usłyszała przerażone okrzyki dochodzące z głównej sali, więc wytknęła głowę przez drzwi.

- By wyszczerbić ceramiczną obudowę wahadłowca, trzeba więcej niż dinozaurów. 

Bez obaw. Ja chyba sobie usiądę... - Osunęła się na fotel, osłaniając złamaną rękę, która 

bezwładnie opadła na oparcie siedzenia. - Gdy tylko wszystko ucichnie, będziemy musieli się 

ruszyć.

- A Bonnard? - rzucił Kai.

-   Bonnard!   -   Portegin   jak   echo   powtórzył   imię   chłopca   w   radosnym   okrzyku.   - 

Bonnard! Kai! Varian! Dostał się tu!

Kai i Varian ujrzeli, jak chłopiec wynurza się z laboratorium. Jego kombinezon był 

brudny i poplamiony, na wymizerowanej twarzy malowała się nieoczekiwana dorosłość.

- Widząc, jak Paskutti was stąd wyprowadza, pomyślałem, że to najbezpieczniejsze 

miejsce. Nie byłem tylko pewien, kto tu wrócił. Cieszę się, że to wy!

Cleiti objęła mocno swego przyjaciela, pochlipując z ulgą. Terilla powtarzała jego 

imię   raz  za  razem,  nie  mogąc  do końca  uwierzyć,  że  to  on.  Bonnard delikatnie  odsunął 

trzymające go kurczowo rączki Cleiti i podszedł do dowódców.

- Nigdy nie znajdą tych baterii, Varian - powiedział. - Nigdy! Myślałem, że zginiecie, 

widząc, jak Paskutti zamyka was w głównym budynku. Rozbił regulator i nie miałem pojęcia, 

jakby  was  stamtąd  wydostać  na  czas. Więc...  więc...  się ukryłem!  - Chłopiec  wybuchnął 

płaczem, zawstydzony.

- Zrobiłeś dokładnie tak, jak należało, Bonnard! - pocieszyła go Varian.

Kolejny wstrząs wahadłowca zachwiał wszystkimi.

- To się zawali - wrzasnęła Aulia, podnosząc ręce do góry.

- Możliwe, ale nie popęka - odparł Kai, odreagowując kryzysową sytuację tym samym 

uniesieniem, które kazało Varian zachichotać. - Tylko spokojnie. Jak na razie nam się udało. 

Przeżyjemy!

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Chronometr   Kaia   wskazywał,   że   od   momentu   dotarcia   do   kabiny   pilota   minęło 

zaledwie dwadzieścia minut, tymczasem wszystkim wydawało się, jakby upłynął cały wiek 

nie kończących się wstrząsów, zanim hałas na zewnątrz ucichł.

Po   chwili   Kai   uchylił   nieco   luk,   by  móc   wyjrzeć.   Nie   dojrzał   nic,   poza   stertami 

cętkowanej, pokrytej grubą sierścią skóry. Skinął na Varian, by podeszła to zobaczyć.

- Pogrzebani żywcem w hadrazaurach - stwierdziła, nie mogąc się powstrzymać. Jej 

oczy błyszczały; wysiłek, z jakim zachowywała Dyscyplinę pomimo śmiertelnego bólu w 

roztrzaskanym ramieniu, poorał jej twarz bruzdami. - Otwórz szerzej. Są zbyt duże, by wpaść 

do środka.

Zwiększenie pola widzenia pozwoliło im jedynie zobaczyć więcej cętkowanych cielsk 

i zasnuwającą nieboskłon ciemność. Z prawdziwą niechęcią Kai stwierdził, że tylko Bonnard 

będzie   w   stanie   wydostać   się   i   określić   nowe   położenie   wahadłowca.   Chłopiec   był 

wystarczająco mały i zwinny. Kai nakazał mu trzymać się blisko statku, na wypadek gdyby 

grawitanci byli jeszcze w pobliżu.

- Pozwól sobie zwrócić uwagę, że jest ciemno choć oko wykol - zwróciła się do Kaia 

Lunzie. - Grawitanci nie widzą dobrze w nocy. Jeśli w ogóle tu nadal są.

- A gdzież indziej mieliby się podziewać? - żachnęła się Aulia. W jej drżącym głosie 

czaiła się histeria. - Napawają się pewnie zwycięstwem! Umierają z zachwytu nad sobą! 

Nigdy   nie   lubiłam   z   nimi   pracować.  Wciąż   im   się   wydaje,   że   są   wykorzystywani   i   źle 

traktowani, tymczasem tak naprawdę nie nadają się do niczego poza ciężką pracą fizyczną.

- Och, Aulia, uspokój się - powiedziała Lunzie. - A ty, Bonnard, ruszaj sprawdzić, czy 

droga wolna. Jak reszta towarzystwa w tym wahadłowcu, z rozkoszą znajdę się z dala od 

grawitantów. - Wręczyła chłopcu kask i posłała mu uspokajający, pełen aprobaty uśmiech.

-   Portegin,   sprawdziłbyś   może   obwód   przy  sterach?   -   spytał   Kai.   -  Varian,   niech 

Lunzie obejrzy twoje ramię, skoro mamy wolną chwilę.

- Pod warunkiem, że później pozwolisz jej zająć się twoją ręką, dowódco Kai.

- Tu nie ma żadnego “pod warunkiem" - wtrąciła się Lunzie, sięgając do kieszonki u 

pasa. - Najpierw opatrzę ciebie, a potem jego. Na szczęście zostawili mi coś, czym mogę wam 

pomóc.

- Po co w ogóle chcesz jeszcze nas łatać? - rzuciła Aulia, opadając na podłogę. Objęła 

rękoma   głowę.   -   Nie   przetrwamy   długo   na   tej   planecie.   Paskutti   miał   rację.   Oni   mają 

wszystko, czego nam potrzeba!

background image

- Nie wszystko. Zostawili nam syntezator - prychnęła Varian. - Tego nie mogli zabrać, 

skoro jest wbudowany w wahadłowiec.

- Syntezator nie ma zasilania. Słyszałaś, co mówił Tangeli.

Varian wzruszyła ramionami.

- Bonnard ukrył baterie ze ślizgaczy. Nadają się do syntezatora.

- To zaledwie odwlecze nieuniknione! - wykrzyknęła Aulia. - I tak umrzemy, gdy 

baterie się wyczerpią! Nie ma ich jak naładować!

-   Kai   wysłał   komunikat   do   Theków   -   oznajmiła   Varian,   starając   się   zapobiec 

nadciągającemu atakowi histerii Aulii.

-   Do  Theków!   -  Aulia   wybuchnęła   przenikliwym,   pozbawionym   cienia   wesołości 

śmiechem.

Z  kabiny  pilota   wynurzył  się  Portegin.  Krocząc   zamaszyście,  podszedł   do Aulii   i 

wymierzył jej bolesny policzek.

- Dość tego, głupizno. Zawsze poddajesz się o wiele za łatwo - warknął.

- Powiedziała kilka gorzkich prawd - odezwała się Margit znużonym głosem. - Gdy 

syntezator wysiądzie, zostanie nam...

- Możemy jeszcze pogrążyć się w sen - przerwał jej Kai.

- Nie miałam pojęcia, że wyposażono naszą ekspedycję w preparaty kriogeniczne - 

odparła Margit. Jej twarz rozpromieniła nadzieja.

- Być może to skromna wyprawa, lecz jest zaopatrzona we wszelkie niezbędne rzeczy. 

Albo   raczej   była   -   powiedział   Kai,   szukając   znajomej   luki   między   ściankami.   Nacisnął 

przycisk. Ich oczom ukazał się sekretny zakamarek, gdzie ukryto kriogen.

- Gdyby Porteginowi udało się naprawić komunit, nie potrzebowalibyśmy zapadać w 

hibernację - powiedziała Aulia. Także na jej twarzy malowała się ulga. - Można by po prostu 

wezwać BO...

- Nie, nie można. Lepiej będzie, jeśli zaraz to powiem - wtrącił się Portegin, patrząc 

ponuro. - Nie da się naprawić konsolety.  Przynajmniej  bez części zamiennych, które oni 

zabrali.

- Wiedziałam... - jęknęła Aulia. Jej szloch przerwał ciszę, która zapadła po słowach 

Portegina.

- Ty nic nie wiesz - odezwał się ostro - więc się zamknij.

- Wszyscy potrzebujemy snu, i to natychmiast. Zwyczajnego snu - stwierdziła Lunzie, 

posyłając Kaiowi znaczące spojrzenie.

background image

Kiedy   Dyscyplina   się   wyczerpie,   całej   czwórce   trzeba   będzie   pełnego   dnia 

odpoczynku,   zanim   wynagrodzą   sobie   konieczne   nadużycie   własnych   organizmów.   Jeśli 

Kaiowi  i Varian  nie  uda  się utrzymać  porządku,  ich  ucieczka  przed  grawitantami  będzie 

absolutnie bez sensu, zwłaszcza że Aulia była w tak poważnym stanie, a i pozostali zapewne 

odreagują w ten czy inny sposób szok wywołany niedawnymi przeżyciami.

- Spać? - oburzyła się Margit. - Pod tym tu? - Wskazała na sufit i otrząsnęła się ze 

wstrętem.

-   Spójrz   na   to   tak,   Margit   -   przemówił   Dimenon.   Jesteśmy  cudownie   bezpieczni. 

Nawet grawitanci będą musieli się porządnie napocić, zanim uprzątną tę, jak by to ująć...? 

padlinę? To rumowisko, powiedzmy.

-   Nie,   Dimenon.   Nie   zostaniemy   tutaj   -   oświadczył   Kai.   -   Teraz   nadeszła 

najdogodniejsza   pora   ucieczki,   pod   osłoną   nocy.   Gdy   grawitanci   powrócą,   a   sądzę,   że 

powrócą, pomyślą, że wahadłowiec nadal tu jest, zakopany pod ciałami zwierząt.

- Padlinożerne działają szybko na Irecie - powiedziała Varian. Na jej czole perlił się 

pot, lecz Lunzie nie przerywała ani na chwilę pracy nad jej  połamaną ręką. - Ale tu na 

zewnątrz mają roboty na kilka dni...

Komuś zebrało się na wymioty.

-   ...co   daje   nam   sporo   czasu,   nim   grawitanci   odkryją,   że   wahadłowca   nie   ma   - 

dokończył Kai. - Oczywiście, jeżeli się stąd ruszymy dzisiaj.

- Dokąd twoim zdaniem mielibyśmy się ruszyć? - spytał Portegin sucho.

- To chyba żaden problem - parsknął Dimenon. - Mamy do dyspozycji całą tę cholerną 

planetę...

-   Niezupełnie   -   zauważył   Kai.   -   Poza   tym   grawitanci   chcą   mieć   wahadłowiec. 

Potrzebują go, choćby ze względu na syntezator i główny agregat. Kiedy przekonają się, że 

znikł, będą go szukać. I to do upadłego. Mają indykator na pokładach ślizgaczy, i chociaż 

brakuje im baterii - Kai obdarzył nieobecnego Bonnarda pełnym podziwu uśmiechem - są 

dość silni, by wymontować sprzęt i wykorzystać go, używając pasów nośnych. Mogą nas 

znaleźć.

-   Nie,   jeśli   dobrze   się   ukryjemy   -   odrzekła   Varian,   podkreślając   słowo   “dobrze" 

głosem, w którym pobrzmiewało rozbawienie. - Żadnemu grawitantowi nawet by to przez 

myśl nie przeszło. Poza tym indykator wskaże tyle form zwierzęcych, że grawitanci stracą 

orientację.

background image

Kai   zmierzył   Varian   badawczym   wzrokiem,   przebiegając   myślą   przez   wszystkie 

możliwe   kryjówki   na   Irecie.   Nie   potrafił   odgadnąć,   którą   z   nich   sugerowała   Varian, 

tymczasem ona spoglądała na niego, jakby powinien był wiedzieć.

- Dzień wolny miał przynieść zyski także nam, choć nie mieliśmy o tym wówczas 

pojęcia.

- Złote ptaki? - domyślił się Kai.

-   Właśnie!   Jaskinia,   w   której   znalazłam   martwe   jajko   -   mówiła   Varian.   -   Była 

olbrzymia i sucha. Nie wiem, dlaczego została opuszczona, lecz dla nas powinna być w sam 

raz.

Kai   miał   ochotę   porwać   ją   w   ramiona,   wyściskać   i   wycałować   za   tak   doskonałą 

propozycję, lecz pomyślał, że nie czas na to, ani miejsce.

- To idealna kryjówka, Varian.  Indykator weźmie nas za dorosłe ptaki, a dzieci za 

młode! Varian!... to... to... - zaciął się ze szczęścia.

- ...to najlepszy pomysł, jakiśmy dziś usłyszeli - dopowiedziała Lunzie, widząc, że 

Kaiowi   brak   słów.  W   jej   głosie   słychać   było   tyle   samo   ulgi,   co   w   głosie   Kaia.   Varian 

rozpromieniła się na takie przyjęcie swej sugestii.

- W porządku. Zainstalujemy się tam, zażyjemy upragnionego snu, a potem ocenimy 

naszą sytuację. Wysłałem, nie zapominajcie o tym, przyjaciele, wiadomość Thekom... - Kai 

uniósł rękę, gdyż Aulia otwierała właśnie usta, by ponownie wygłosić swą opinię na temat 

uzyskania pomocy z tego źródła - a ponieważ jeden z nich jest starym, dobrym znajomym 

mojej rodziny na ARCT-10, mogę obiecać, że nasz komunikat nie zostanie zignorowany.

Aulia nie była zupełnie przekonana, lecz inni z ochotą złożyli ufność w przyrzeczeniu 

Kaia.

- Gdzie znów zawieruszył się Bonnard? - spytała Varian, otrząsając się, gdy Lunzie 

skończyła manipulować przy jej ramieniu. - Już dawno powinien był wrócić.

- Pójdę zobaczyć - rzucił Triv, i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, znikł w luku.

- Teraz ty, dowódco Kai - oznajmiła Lunzie, dając mu znak, że przyszła jego kolej 

oddać się w jej ręce.

- Margit, wykombinowałabyś może trochę stymulatora dla nas wszystkich? - zapytał 

Kai,   poddając   swój   zgruchotany   nadgarstek   zabiegom   Lunzie   i   jednocześnie   starając   się 

skupić myśli na czymś innym. - Wydaje mi się, że nie zabrali niczego z szafki w kabinie 

pilota.

-   Stymulator?   -   Margit   skwapliwie   ruszyła   na   przód   wahadłowca;   w   ślad   za   nią 

pośpieszyła   Aulia.   -   To   drugi   najlepszy   pomysł,   jaki   dziś   usłyszeliśmy.   Oby   tylko 

background image

rzeczywiście nie zabrali nam stymulatora! Ach, szafka jest nietknięta! Zostaw, Aulia! - głos 

Margit nabrał nagle surowości - podaj najpierw innym!

- Wiecie, po raz pierwszy widziałem, jak dowódcy znaleźli się w obliczu konieczności 

zastosowania   Dyscypliny   -   powiedział   Dimenon,   rozłamując   plombę   na   puszce,   którą 

wręczyła   mu  Aulia.   Sącząc   swoją   porcję,   rozdawała   pozostałym   środki   pokrzepiające.   - 

Wiedziałem, oczywiście, że dowódca musi przejść szkolenie, by móc dowodzić, lecz nigdy 

dotąd nie miałem okazji zobaczyć, jak to działa. Zachodziłem w głowę, co cię naszło, Varian, 

że pozwoliłaś im wydusić z siebie informacje o Bonnardzie.

-  Musiałam   udawać   tchórza   -   odparła  Varian,   pociągając   łapczywie   swój   napój.   - 

Martwi Uczniowie nie przydadzą się na nic. Domyśliłam^ się, że Bonnard jest dość sprytny, 

by się dobrze ukryć. A propos, mógłby już wrócić...

Naraz  usłyszeli  głosy  dochodzące  z  luku.  Kai  wysunął  na  wpół  opatrzoną  dłoń  z 

uścisku Lunzie i natychmiast znalazł się przy wejściu. Wyciągnął zaciśniętą pięść zdrowej 

ręki do góry. Dołączyli do niego Portegin i Dimenon.

-   Znalazłem   go   -   oznajmił   Triv,   wetknąwszy   głowę   przez   otwarty   luk.   -   Znosi 

wszystkie  baterie na  skraj  tych... tego pobojowiska. Właśnie poszedł  po następne. - Triv 

wręczył Porteginowi trzy baterie. - Mówi, że grawitanci rozpalili ognisko na wzgórzach za 

nami.   Możemy  przesunąć   wahadłowiec   w   lewo,   na   pagórek.   Nie   powinni   nas   spostrzec. 

Martwe i umierające dinozaury tworzą słusznej wielkości kopiec, więc minie sporo czasu, 

zanim oni zdadzą sobie sprawę, że ani my, ani wahadłowiec nie leży tu pogrzebany.

- Dobrze - odparł Kai i skinął na Triva, by wrócił pomóc Bonnardowi, - Możemy wiec 

zniknąć stąd bez śladu. Niech ta ceramiczna puszka będzie błogosławiona!

Gdy pomysłowy chłopak razem z Trivem przenieśli już wszystkie baterie bezpiecznie 

do wahadłowca, zamknięto luk. Kai i Varian zabrali Bonnarda do kabiny pilota, gdzie mógł 

nakreślić położenie statku i najprostszą drogę na wzgórze.

Pięść Paskuttiego zmiażdżyła nie tylko sprzęt komunikacyjny, lecz także zewnętrzne 

monitory, toteż wszelkie manewry trzeba było wykonywać na ślepo. Varian zauważyła, że i 

tak   nie   widzieliby  lepiej   nawet   przy  użyciu   kasków   nocnych,   a   przecież   nie   mogli,   pod 

żadnym pozorem, włączyć zewnętrznych świateł wahadłowca. Zarówno Kai, jak i Varian byli 

w   stanie   określić   współrzędne   śródziemnego   morza   bez   pomocy   taśm,   które   walały   się 

rozrzucone bezładnie po zaśmieconej podłodze.

Triv i Dimenon zsyntezowali dość watowanej wyściółki, by ranni nie musieli leżeć na 

gołej podłodze. Kazali też Margit i Aulii uprzątnąć z najgorszego rozgardiaszu laboratorium 

Trizeina. Chemik znów stracił przytomność - napięcie okazało się zbyt silne dla człowieka w 

background image

jego   wieku.   Lunzie   podejrzewała,   że   w   wyniku   tak   brutalnego   traktowania   mógł   doznać 

nawet ataku serca.

Bazując na skromnych zasobach energii, Kai i Varian, każde z jedną tylko zdrową 

ręką,   wyprowadzili   wahadłowiec   spod   stosu   dinozaurów   i   wznosząc   się   na   wzgórza, 

skierowali kursem na śródziemne morze.

Podczas podróży Lunzie sporządziła  nasycony odżywczymi  substancjami preparat, 

który   miał   zmniejszyć   efekty   szoku   i   skrupulatnie   dopilnowała,   by   każdy   przyjął   swoją 

dawkę.   Portegin,   z   pomocą   Triva   i   Dimenona,   zajął   się   wszystkimi   bezużytecznymi 

obwodami, chcąc sprawdzić, czy nie dałoby się sklecić jakiejś zaimprowizowanej instalacji, 

by móc chociaż wyłapywać nadchodzące z przestrzeni sygnały.

Gdy  dotarli   nad  morze,   Kai   przejął   ster,  Varian   zaś,   otworzywszy  częściowo   luk, 

dawała mu wskazówki. Znajdowali się nad tarasem, na którym spędzili tamten dzień...

Wydawało się to tak dawno temu... Wahadłowiec zawisł teraz pół metra ponad ziemią. 

Varian   i   Triv   wyskoczyli,   by   naprowadzić   statek   do   jaskini,   podając   instrukcje   poprzez 

komunit. Grawitanci byli przekonani, że wszyscy zginęli, stąd też było mało prawdopodobne, 

by przysłuchiwali się własnym komunitom.

Wlot   pieczary   nie   był   dość   duży,   by  mogła   się   w   nim   zmieścić   środkowa   część 

wahadłowca, jednak uparcie przebijając się przez skałę, udało im się przecisnąć do wnętrza. 

Tym razem nikt nie martwił się porysowanym kadłubem statku.

Varian, przyczajona pośród ciemności tarasu, głowiła się, dlaczego zgrzytliwy rumor i 

wstrząsy   nie   postawiły   na   nogi   całej   populacji   zamieszkującej   urwisko.   Z   jaskini   nie 

wynurzył się ani jeden grzebieniasty łebek, by sprawdzić, co się dzieje.

Triv opuścił Varian do jaskini na pasie. Następnie zaczepiwszy jeden koniec pasa o 

występ skalny, dołączył do niej.

Wahadłowiec wsunięty był wystarczająco daleko w jaskinię, by nie można było go od 

razu spostrzec. Triv i Varian zabrali jednak porozrzucane dokoła zeschłe rośliny i obłożyli 

nimi   rufę   statku,   by   jeszcze   lepiej   go   ukryć.   Z   pomocą   przyszli   im   Dimenon,   Margit   i 

Portegin, którzy pokryli boki wahadłowca zwilżonym szlamem.

Cała operacja nie trwała długo, lecz każdy odetchnął z ulgą, znalazłszy się nareszcie 

wewnątrz wahadłowca. Luk został zamknięty i wszyscy rozsiedli się najwygodniej, jak się 

dało.

- Odpoczniesz trochę, Lunzie, prawda? - spytał Kai i przycupnął przy niej. Lunzie 

pielęgnowała Trizeina.

Parsknęła.

background image

- Nie będę  miała wyboru,  gdy tylko wyczerpie się  moc Dyscypliny.  Z Trizeinem 

powinno być wszystko w porządku. Jego organizm jest przyzwyczajony szukać ozdrowienia 

we śnie. Tu nic mu nie będzie przeszkadzać. A ty jak się czujesz? - zapytała wprost, najpierw 

spoglądając na jego nadgarstek, a potem, bardziej uważnie, w jego oczy.

- Wciąż jestem pod działaniem Dyscypliny, lecz to już nie potrwa zbyt długo.

Lunzie napełniła czymś rozpylacz.

- Dodam wszystkim  nieco więcej środków uspokajających. Będziemy mogli zażyć 

wystarczająco dużo wypoczynku.

Przeszła   się   po   kabinie,   aplikując   wszystkim   preparat.   Varian   poklepała   Kaia   po 

ramieniu.

- Nasze posłania są z przodu, Kai - szepnęła.

Kai rozejrzał się po leżących dokoła postaciach, a potem ruszył za Varian, by z ulgą 

opaść   na   podłogę.   Wyścielono   ją   cienkimi,   lecz   ciepłymi   watówkami,   co   w   zupełności, 

zdaniem   Kaia,   powinno   wystarczyć.   Temperatura   wewnątrz   wahadłowca   utrzyma   się   z 

pewnością na odpowiednim poziomie. Do Kaia i Varian dołączyli jeszcze Triv i Lunzie, by 

również zająć swoje miejsca.

- Mogło być gorzej, Kai - odezwała się Lunzie, jakby czytając w jego myślach. Kai 

utkwił wzrok w towarzyszach śpiących w sąsiedniej kabinie. - Straciliśmy tylko Gabera - 

dodała - a ten głupiec sam się o to prosił, wyrywając się ze spóźnionym bohaterstwem...

- Co z Terillą i Cleiti? - spytała Varian.

- Są potłuczone, nic więcej. Gorzej  z duszą niż ciałem. Nikt nie życzyłby innym 

takiego traktowania... - Lunzie wykrzywiła twarz.

-  Bardziej mnie obchodzi ich reakcja na to, że ani Kai, ani ja nie staraliśmy się ich 

bronić i ochraniać... - przyznała Varian.

Lunzie uśmiechnęła się.

- Rozumieją to! Wiem, że rodzice Cleiti są Uczniami, i jak podejrzewam, matka Terilli 

także. Dziewczynki nie potrafią jedynie pojąć tak nagłej przemiany grawitantów w brutalnych 

i okrutnych dzikusów. - Lunzie westchnęła. - Ogółem poradziliśmy sobie raczej nieźle, biorąc 

pod uwagę wszelkie przeciwności i to, że bunt był zupełnym zaskoczeniem.

Nagle jej ciało skurczyło się i Lunzie westchnęła ponownie, tym razem z ulgą.

-   Po   Dyscyplinie...   -   oświadczyła,   drżącymi   rękoma   szukając   rozpylacza.   -  A  wy 

jesteście na to gotowi?

- Spokojnie - odparł Kai. - Damy sobie radę sami. Triv podał Lunzie ramię.

background image

- U mnie też już koniec - stwierdził. Jego twarz zalała ziemista szarość. Zanim Lunzie 

zaaplikowała mu lekarstwo, Triv już niemal spał. - Obudzę się pierwszy - zdołał jeszcze 

wymamrotać i zaraz opuścił głowę.

Lunzie parsknęła, odwracając rozpylacz w swoją stronę.

- Nic z tego, przyjacielu. Na tym polega cud Dyscypliny, a może to raczej jej zmora, 

że działa nawet wówczas, gdy się tego nie chce. - Odetchnęła nierównomiernie i zamknęła 

oczy. - Dobrze się spisaliście, Kai, Varian! Należy wam się za to zasłużony odpoczynek. 

Nigdy nie spotkałam... lep... szych...

Varian zachichotała.

- Można się było domyślić, że Lunzie nie dokończy komplementu... - mówiła cicho, 

choć ani Lunzie, ani pozostałych śpiących nie zbudziłby nawet kolejny pędzący tabun. - Kai? 

Czy Tor coś zrobi?

- Prędzej on niż którykolwiek inny Thek.

- Kiedy?

Chyba opuszcza ją Dyscyplina, pomyślał Kai, słysząc zdenerwowanie w jej szorstkim 

głosie.   Ujął   jej   zdrową   dłoń   i   przycisnął   do   ust.  Varian,   mimo   dręczącego   niepokoju,   z 

uśmiechem przyjęła pieszczotę.

- Sądzę, że minie z tydzień, zanim będzie w stanie tu dotrzeć - odparł Kai. - Chyba 

uda nam się zatrzymać ich tu przez ten czas, jak myślisz?

-  Po   wszystkim,   co   zaszło   dzisiaj,   przypuszczam,   że   się  uda.  Tyle   że   nie   wiedzą 

jeszcze   o   braku   łączności   z   BO.   Pomoc   Theków   to   wyśmienite,   lecz   jednocześnie   nie 

najszczęśliwsze pocieszenie, zważywszy, że jest raczej wątpliwe.

- Wiem, wiem. W każdym razie to jest jakiś kontakt. - Poczuł, jak uchodzą z niego 

resztki Dyscypliny, a nieludzkie zmęczenie, niczym ciężar ponad wszelkie siły, przytłacza 

jego wycieńczone ciało. O rany, ależ będę straszliwie zdrętwiały, gdy się obudzę, pomyślał.

- Kai, jesteś wyczerpany? Tak wyglądasz.

Zaśmiał się cichutko, spostrzegłszy jak jej twarz traci barwy. Podniósł rozpylacz.

- Zaczekaj. - Varian uniosła się na łokciu i pocałowała go w usta, delikatnie, lecz 

krótko. - Nie chciałabym zasnąć, całując cię - usprawiedliwiła się.

- Wezmę to pod uwagę - odparł i cmoknął ją czule. Preparatem Lunzie spryskał jej 

ramię,   a   potem   swój   nadgarstek.   Ułożył   się   wygodnie   i  zaledwie   zdążył   spleść   dłonie   z 

Varian, gdy zmorzył go sen.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Nie  tylko   Kai  był  “połamany",   gdy  się  w  końcu  obudził.   Lunzie   była   na  nogach 

jeszcze przed Trivem, co wprawiło ją w doskonały nastrój. Stan zdrowia Trizeina poprawia 

się, oznajmiła dowódcom, wręczając każdemu z nich kubeczek z dymiącym, odżywczym 

bulionem. To  według  jej  własnego  przepisu,  oświadczyła,  gwarantuje  sprawną  cyrkulację 

krwi w zmęczonych mięśniach i przywrócenie tkankom normalnego stanu.

- Musicie  odzyskać  sprawność.  Ktoś musi  przecież  być   w  stanie  żuć,  inaczej  nie 

nastarczę z wywarem dla wszystkich.

Kai ostrożnie sączył  gorący płyn. Lunzie wcale nie przesadzała, zachwalając jego 

skuteczność. Gdy miłe ciepełko dotarło do żołądka, Kai czuł niemal, jak rozluźniają się jego 

zdrętwiałe   mięśnie.   Musiał   jedynie   zastosować   nieco   Dyscypliny,   by   uśmierzyć   ból   w 

nadgarstku.

- Jak długo spaliśmy?

- Przespaliśmy mniej więcej półtora obrotu chronometru - odparła Lunzie, zerkając na 

swoją bransoletkę. - Musieliśmy spać więcej niż dwanaście godzin albo ja straciłam talent do 

faszerowania środkami uspokajającymi. Co oczywiście jest niemożliwe - dodała.

- Kiedy wstaną inni? - zapytał Triv, budząc się wreszcie.

- Sądzę, że mamy jakąś godzinę spokoju, nim pozbierają się nasi śmiertelnie skonani 

przyjaciele.

- Maleńki zwiad? - zaproponował Triv.

- Nie zapominaj - powiedziała Lunzie oschle - że nie chroni cię już żaden pas siłowy. 

Postaraj się nie upaść.

Kai odruchowo podszedł do szafki, w której ujrzał tylko świecące pustką półki.

- Istotnie - zaśmiała się kwaśno Varian. - W szafce na pasy jest goło.

- Wiec wszystko, co mamy, to gołe ręce... - mruknął Kai.

- Każdy po jednej - dodała Varian, ponownie wybuchając śmiechem.

- Przypominam, że nie będziecie w stanie wykorzystać dziś w pełni Dyscypliny - 

ostrzegła Lunzie. - Mam zresztą nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba.

- Nie powinna. Złote ptaki nie są agresywne - odparła Varian, układając wygodnie swą 

złamaną rękę. Przeszła przez luk. - To jeszcze jeden powód, dla którego to miejsce jest wprost 

doskonałą kryjówką.

Zaledwie   parę   minut   później,   gdy   zwiadowcy   wyjrzeli   przez   wylot   groty,   Varian 

musiała skorygować swoją opinię.

background image

- Cóż, ma jednak kilka mankamentów... - Rzuciła ukradkowe spojrzenie w dół. Fale 

wściekle rozbijały się u stóp wysokiego na dwadzieścia metrów urwiska. Po obu stronach 

jaskini rozciągała się płaska ściana skalna. Lina, której Triv użył, by spuścić się z tarasu, 

trzepotała na wietrze. Spoglądając w górę, Varian dostrzegła fruwające ptaki.

- Na szczęście  w powietrzu nie  ma  nic poza  ptakami  - stwierdziła  z przesadnym 

westchnieniem ulgi.

- I nie ma też nic, co można by syntezować - dodał Kai, starając się przypomnieć sobie 

dokładnie, co mieści się za tarasem i skalnym występem, na który czubaki znoszą swój połów.

Triv udał się na tyły pieczary i wrócił, taszcząc w każdej ręce wiązkę suchych traw.

- Jest tam tego sporo, wszystko wysuszone, ale chyba się nadaje do syntezowania - 

oznajmił.

- Za urwiskiem jest las - powiedziała Varian w zamyśleniu. Marszcząc brwi, starała się 

skupić. - Psiakrew! - wyrwało się jej - za bardzo polegamy na nagraniach, a za mało na 

własnej pamięci!

- Daj spokój, Varian, nie przejmuj się! - pocieszył ją j - Nazbieramy trawy, to już coś. 

Triv, jak sobie radzisz ze wspinaczką?

- Mógłbym się nauczyć, ale podejrzewam, że Bonnard byłby o niebo lepszy - odparł, 

szczerząc   zęby.   Pociągnął   za   linę,   by   ją   sprawdzić,   a   potem   z   niepewną   miną   zmierzył 

wzrokiem jej długość.

Lunzie nie była szczególnie zachwycona trawą. Gdyby była świeża, nadawałaby się 

doskonale, tymczasem trudno było określić, ile czasu przeleżała już w pieczarze. Nie mogliby 

postarać się o trochę świeżej zieleniny? Choćby czubki drzew?

- Czubki drzew to wszystko, czego można sięgnąć - oświadczył Triv, gdy razem z 

dzieciakami powrócił z poszukiwań. Za oddzielającym urwisko od lasu wąskim, lecz niestety 

nie do przebycia jarem, rosły nęcące swym widokiem owocowe drzewa. Tyle przynajmniej 

było widać z wysokości tarasu, a jak na razie dotąd jedynie udało im się dotrzeć.

- Obserwowały nas ptaki - powiedział Bonnard Varian i Kaiowi - dokładnie tak samo, 

jak wtedy. Po prostu obserwowały.

- A ja obserwowałam niebo z innego powodu - rzekła Terilla z nutą goryczy w cichym 

głosie. Na jej twarzyczce zagościła osobliwa surowość.

- Chodzi o nich? - Bonnard zbył grawitantów z pogardą. - Oni wciąż sądzą, że została 

po nas miazga!

background image

Bonnard był zdecydowanie zadowolony z siebie, jak zauważyli Kai i Varian z gorzką 

aprobatą. Miał do tego absolutne prawo. W końcu to on, jeden jedyny, zdołał wymknąć się 

grawitantom i na dodatek zaleźć im nieźle za skórę, mimo ich fizycznej przewagi.

- Miejmy szczerą nadzieję, że będą się tak łudzić jeszcze przez następnych parę dni - 

odparł Kai - dopóki nie przybędzie Tor. Stać was na jeszcze jedną wycieczkę? - spytał, łypiąc 

okiem na stos świeżych liści, i próbując oszacować rezultat przeróbki syntetycznej.

W odpowiedzi Triv odwrócił się na pięcie i zaczął wspinać się po linie. Dzieciaki 

poszły w jego ślady.

- Morale jest wysokie - mruknął Kai do Varian.

- Na razie! - Krótka, gorzka replika Varian przypomniała Kałowi, że morale zespołu to 

rzecz wielce chimeryczna.

By podnieść się nieco na duchu, Kai dołączył do Portegina, który w splądrowanym 

laboratorium   Trizeina   rozpracowywał   systemy   zacisków   na   zniszczonej   konsolecie, 

wyniesionej z kabiny pilota.

- Nie mam pojęcia, czy zdołam sklecić komunit, nawet jeśli wykorzystam wszystkie 

obwody, jakie mamy i jakoś je prowizorycznie połączę. - Portegin przeciągnął dłonią po 

swych  krótkich  włosach.  -  Zostawili   nam  tylko   sprzęt  do  lutowania,   a  te  złącza  są  zbyt 

delikatne, by zrobić to ręcznie.

- Jesteś w stanie ustawić sygnał lokacyjny Theków albo częstotliwość ARCT-10?

- Oczywiście. - Portegin rozpromienił się, mogąc udzielić pozytywnej odpowiedzi.

- To zrób tak. Wybierz taką częstotliwość, której nie wyłapią grawitanci.

- Najpierw musieliby mieć baterie, większe od tych w ręcznych komunitach - odrzekł 

Portegin, uśmiechając się szeroko z odrobiną złośliwości.

Kai ruszył dalej. Daremnie przeszukiwał magazyny w nadziei, że być może grawitanci 

przeoczyli   coś   użytecznego.   Dziękował   zrządzeniu   opatrzności   za   ceramiczny   kadłub 

wahadłowca,   którego   nie   wykryją   detektory   grawitantów.   Niewielkie   ilości   metalu   na 

pokładzie statku wezmą pewnie za złoża rudy. Starał się przypomnieć sobie, czy w obecności 

grawitantów rozmawiał z Varian na temat złotych ptaków. I przypomniał sobie! Nagrania! 

Próbując   zapanować   nad   panicznym   strachem,   przypomniał   sobie   także   poplątane   zwoje 

zniszczonych   taśm,   rozrzucone   po   obozie,   zawalone   teraz   megafonami   martwych   bestii. 

Skoro buntownicy gardzili tak bardzo ludźmi, bez wątpienia uznali nagrania sporządzone 

przez Varian i jego samego za z gruntu bezużyteczne. Kai zmusił się, by uwierzyć w tę 

ewentualność.

background image

Zauważył, że wszyscy są czymś zajęci. Triv i dzieciaki urządzili właśnie wyprawę 

zaopatrzeniową,  Aulia  zamiatała główną salę  miotłą  zrobioną na  poczekaniu  z krótkich i 

sztywnych źdźbeł trawy, Dimenon i Margit natomiast robili zapasy wody za pomocą o wiele 

za małego, zaimprowizowanego kubełka.

- Spróbuj trochę - powiedziała Varian, częstując Kaia brązową płytką. - Nie jest złe - 

dodała, gdy odłamał kawałek narożnika i zaczął żuć.

- Trawa? - spytał.

- Yhmm.

- Jadałem gorsze rzeczy. Sucha jak pieprz, prawda?

-   Sucha,   ale   znośna.   Jest   tego   całe   mnóstwo,   więc   Lunzie   może   nas   wyżywić.   - 

Nieoczekiwanie na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. - Sęk w tym, że produkcja 

zużywa sporo energii i wody, którą trzeba oczyścić, co też zużywa energię.

Kai wzruszył ramionami. Musieli mieć żywność i wodę.

- Potrzeba  co najmniej   tygodnia  na  odpowiedź  Tora. Varian  przez  dłuższą  chwilę 

przyglądała się Kaiowi.

- Na ile naprawdę nam jego obecność jest w stanie pomóc? - odezwała się.

- Bunt grawitantów, a raczej powodzenie ich buntu, zależy od naszego milczenia. 

Dlatego właśnie zaaranżowali naszą śmierć z taką precyzją, na wypadek, gdyby ekspedycja 

nie   miała   zostać   porzucona   na   Irecie...  W  głowie   mi   się   nie   mieści,   dlaczego   uwierzyli 

Gaberowi, ale... - Kai wzruszył ramionami. Uśmiechnął się. - Grawitanci są olbrzymi, lecz 

nikt nie jest większy od Theków. Nikt też w całej galaktyce umyślnie nie sprowadza na siebie 

ich zemsty. Dla nich Dyscyplina to fraszka... Osiągają stan bardziej długotrwały niż nasz. Gdy 

otrzymamy pomoc ze strony Theków, będziemy mogli podjąć na nowo przerwane prace.

Varian   rozważyła   stanowisko   Kaia,   lecz   z   jakiegoś   powodu   nie   zdawała   się   tak 

pocieszona, jak powinna, co go trochę rozdrażniło.

- Lunzie twierdzi, że przy obecnym zużyciu energii wystarczy nam jej jeszcze na 

cztery tygodnie.

- To dobrze, ale nie mam zbytnio ochoty tkwić cztery tygodnie w pieczarze.

- Wiem, co masz na myśli.

Ich   schronienie   było   dwa   razy   dłuższe   od   dwudziesto-jednometrowego   kadłuba 

wahadłowca, i pół rażą szersze, kończyło się zaś zniechęcającym wyrębem skalnym, co być 

może stało się przyczyną opuszczenia groty przez ptaki. Nie było miejsca na prywatność, nie 

mogli też ryzykować oświetlenia najgłębiej położonej części jaskini, co mogłoby złagodzić 

wrażenie tłoczności.

background image

Zanim   szybko   zapadająca   tropikalna   noc   zatopiła   w   ciemnościach   ich   kryjówkę, 

Porteginowi udało się zmontować lokator, który razem z Trivem zainstalował w szczelinie u 

wlotu jaskini. Rzuciwszy po raz ostatni okiem, czy rufa statku jest dostatecznie zamaskowana, 

Kai i Varian nakazali wszystkim wrócić do wahadłowca. Prosty fortel Lunzie, która dodała 

każdemu   do   wieczornej   racji   wody   odrobinę   środków   uspokajających,   pogrążył   wkrótce 

wszystkich we śnie, nie dając im okazji do narzekania na ograniczenia czy nudę.

Następnego   dnia   Kai   i   Varian   wyekspediowali   wszystkich,   poza   kurującym   się 

Trizeinem,   po   zieleninę.   Wywnioskowali,   że   również   tego   dnia   nie   grożą   im   żadne 

poszukiwania ze strony grawitantów. Być  może jeszcze kolejnego dnia mogliby się czuć 

bezpieczni, lecz nie wolno im było ryzykować.

Stąd   też   trzeci   dzień,   z   wyjątkiem   wciągania   zapasów   wody   o   świcie,   spędzili 

wewnątrz   pieczary.   Portegin   i  Triv  zbudowali   zasłonę   z   drobnych   gałązek   i   trawy,   która 

miałaby osłaniać wartownika przy wejściu do jaskini. Jego zadaniem byłoby ostrzeganie o 

ewentualnym   zbliżaniu   się   grawitantów   lub,   co   bardziej   optymistyczne,   o  pojawieniu   się 

kapsuły Theków. Pole widzenia było ograniczone, lecz musiało wystarczyć.

Czwarty dzień minął bez żadnych incydentów, jednak piątego dnia wszyscy zaczęli 

powoli   odczuwać   skutki   zamknięcia   w   tak   ciasnej   przestrzeni.   Dzień   później   Lunzie 

doprawiła czymś poranny napój, i wszyscy, poza nią samą, Trivem i obojgiem dowódców, 

zapadli w drzemkę. Oznaczało to, że we czwórkę musieli trzymać straż i uzupełnić zapasy 

wody o świcie i o zmierzchu.

Pod koniec siódmego dnia Kai zmuszony był przyznać, że Tor nie pośpieszył im na 

ratunek.

- Jakie mamy dalsze propozycje? - spytał Triv na nieformalnym zebraniu czwórki 

Uczniów.

- Kriogeniczny sen - odparła Lunzie. Ulżyło jej, gdy Kai i Varian potakująco skinęli 

głowami.

- To całkiem rozsądna propozycja - zgodził się Triv, bawiąc się bezmyślnie źdźbłami 

trawy, które z nudów zaplatał. - Pozostali będą okazywać coraz to większe niezadowolenie z 

izolacji   w   pieczarze.   Oczywiście,   jeśli   BO   nie   otrzyma   od   nas   żadnych   wieści,   będzie 

zobowiązana sprawdzić, co się dzieje. - Coś w zachowaniu towarzyszy, w ich milczeniu, 

zaalarmowało Triva. Rozejrzał się po nich, zatrwożony. - BO wróci po nas?

- Pomijając plotki Gabera, nie ma żadnego powodu przypuszczać, że miałoby być 

inaczej - odrzekł Kai z wolna. - Gdy BO przejmie wreszcie raporty, przybędzie tu piorunem. 

Ta planeta jest tak zasobna w...

background image

- Raporty? - Triv wychwycił mimowolne stwierdzenie Kaia.

- Tak, raporty - potwierdziła Varian z kwaśną miną.

- Ile? - Geolog nie potrafił ukryć zdenerwowania.

-   Przejęli   tylko   pierwszy,   o   bezpiecznym   lądowaniu.   Triv   przyjął   przygnębiające 

wieści, nie dając poznać po sobie, co dokładnie czuje.

- W takim razie musimy pogrążyć się w sen. - Zmarszczył brwi i dodał po chwili 

zastanowienia: - Tylko pierwszy raport? Co się stało? Nie porzuciliby nas, Kai, nie stanowimy 

dostatecznie zróżnicowanego materiału genetycznego...

- Fakt, że są z nami dzieciaki, w pewnym sensie nas uspokaja - odparł Kai. - Sądzę, że 

BO za bardzo pochłonięta jest burzą kosmiczną. Thekowie są tego samego zdania.

- A tak, zapomniałem o burzy kosmicznej. - Triv wyraźnie odczuł ulgę. - Śpijmy więc. 

Bez dwóch zdań! Nie ma większego znaczenia, czy zbudzą nas po tygodniu czy po roku!

-   W   porządku.  Akcję   przeprowadzimy   jutro,   gdy   poinformujemy   resztę   załogi   - 

odrzekł Kai.

Lunzie potrząsnęła głową.

- Dlaczego miałbyś im cokolwiek mówić? Aulia wpadnie w histerię, Portegin będzie 

nalegał,   by   przesłać   komunikat   o   stanie   pogotowia,   tobie   dostanie   się   za   ukrywanie   w 

tajemnicy milczenia BO...

-   Właściwie   oni   już   śpią.   -   Varian   wskazała   na   rozespanych   towarzyszy.   - 

Zaoszczędzimy sobie tylko bezowocnych sprzeczek.

- I ryzyka, że odnajdą nas grawitanci - dodał Triv - dopóki nie wróci po nas BO albo 

nie przybędą posiłki od Theków. Jest niemożliwe, by grawitanci natrafili choć na nasz ślad, 

gdy będziemy pogrążeni we śnie. Grozi nam to natomiast, jeżeli będziemy czuwać.

Tak poważna decyzja powinna zostać podjęta demokratycznie. Kai wiedział o tym, 

choć jako dowódcy on i Varian mogli sami decydować w interesie całej ekspedycji. Należało 

się liczyć z przewidywaniami Lunzie. Kai rozłożył ręce, akceptując ostatecznie nieuniknione. 

Dał Torowi tydzień - więcej niż trzeba, by odbyć podróż z jednej planety na drugą. Jeśli, 

oczywiście, Thek miał zamiar w ogóle odpowiedzieć. I jeśli to Tor odebrał ich komunikat. 

Wieści mogły zostać przejęte przez któregoś z pozostałych dwu Theków, którzy nie kwapiliby 

się z przekazaniem informacji Torowi ani się nie kłopotali, by jakkolwiek im pomóc.

- Wolałabym spotkać grawitantów z wyleczonym już ramieniem - zauważyła Varian. - 

Mam nadzieję, że stracą resztę energii, usiłując nas odszukać.

Triv zaśmiał się smutno i wstał, spoglądając wyczekująco na Lunzie.

background image

- Nie jestem szczególnie mściwa - powiedziała lekarka, wstając - ale żywię podobną 

nadzieję.

Lunzie przygotowała preparat, który następnie zaaplikowała śpiącym. Triv, Varian i 

Kai kontrolowali ich, dopóki temperatura ciał nie opadła, a oddychanie nie zanikło niemal 

zupełnie. Kai przemyśliwał przez moment, czy nie lepiej byłoby nie poddać się hibernacji, i 

poprosić Varian, by towarzyszyła  mu w czuwaniu,  dopóki nie  zjawi  się Tor lub BO. To 

oznaczałoby   jednak,   że   musieliby   opuścić   wahadłowiec,   ponieważ   opary   kriogeniczne 

wkrótce   napełnią   cały   statek.   Nie   miał   zamiaru   oddalać   się   od   swych   towarzyszy   i 

nieopatrznie zdradzić ich kryjówkę grawitantom. Niebawem cała załoga miała pogrążyć się w 

okowach lodowatego snu.

- Wiecie - odezwała się Varian nieco wystraszonym głosem, sadowiąc się na swoim 

miejscu - biedny, stary Gaber miał rację. Porzucono nas. Przynajmniej chwilowo!

Lunzie wybałuszyła na nią oczy, a potem zrobiła zdegustowaną minę.

- Nie z takim pocieszeniem chciałabym zasypiać - powiedziała.

- Czy śni się coś w kriogenicznym śnie, Lunzie?

- Mnie nie - odparła lekarka.

- To chyba strata czasu tak zupełnie nic nie robić - podsumowała Varian.

Lunzie rozdała im napój, który przygotowała dla nich zamiast rozpylanego preparatu.

- Cała idea kriogenicznego snu polega na zawieszeniu poczucia czasu - pouczyła ich. - 

Spisz, i się budzisz.

- Mogą minąć wieki... - rozmarzył się Triv.

- Gorszy jesteś niż Varian - burknęła Lunzie i wypiła swoją porcję, układając się 

wygodnie.

- Nie miną wieki - rzucił Kai z przekonaniem. - Zwłaszcza gdy BO otrzyma próbki 

uranu.

- To naprawdę pocieszające - przyznał Triv i łyknął napój.

W ciszy Kai i Varian odczekali, aż dwójka ich przyjaciół zapadnie w głęboki sen.

- Kai - odezwała się Varian szeptem - to moja wina. Miałam wszystkie wskazówki, że 

zanosi się na bunt...

- Varian... - Kai powiedział delikatnie, przerywając jej przeprosiny pocałunkiem - to 

nie była niczyja wina, po prostu zbieg okoliczności. Ciesz się, że żyjemy, że żyją oni. Gaber 

sam przywiódł się do takiego końca przez swój głupi charakter. Cóż, najlepiej pozbądźmy się 

na chwilę poczucia czasu.

- Na jaką chwilę?

background image

Pocałował ją znowu, uśmiechając się uspokajająco. Starał się, by uśmiech wypadł 

naturalnie.

- BO wróci po nas. Kiedyś musi! - Nie była to zbyt taktowna uwaga, pomyślał. - 

Wypij, Varian!

Uniósł swój kubek do niej, poczekał, aż ona zrobi to samo, a potem wypili razem.

- Sprawy nigdy nie wyglądają tak źle, jeśli się je prześpi.

- Mam nadzieję. To... tył...

W wahadłowcu zaległa cisza. Mechanizm uwalniający opary pogłębiające uśpienie 

otworzył odpowiedni zawór. Oznaki życia stały się niedostrzegalne.

Na   zewnątrz   skrzydlate,   złociste   stworzenia   zbudziły   się   z   nastaniem   kolejnego 

posępnego i dusznego ranka mezozoicznej ery.