background image

Lee Goldberg

Na podstawie serialu telewizyjnego Andy'ego 
Breckmana

Detektyw 
Monk i dwie 
asystentki

background image

Podziękowania

Pragnę podziękować doktorowi D. P. Lyle'owi, Wil-

liamowi Rabkinowi, Patowi Tierneyowi, Sarah Bew-ley, 
Ivanowi   Van   Laninghamowi,   Rhysowi   Bowenowi, 
Bobowi   Morrisowi,   Williamowi   Tapply'emu,   Carol 
Schmidt,   Peggy   Burdick,   Markowi   Murpłr/emu,   An-
nette Mahoń, Mary Ellen Hughes, Aleksowi Brettowi, 
Jackowi   Quickowi,   Robertowi   Thompsonowi   i   Annę 
Tomlin   za   nieocenioną   pomoc   przy   rozmaitych   mor-
derczych   kwestiach.   Wszelkie   błędy   lub   dowolności 
faktograficzne zaistniałe w książce obciążają wyłącznie 
moje   konto,   choć,   jak   mniemam,   wymienione   wyżej 
przemiłe osoby można by oskarżyć o pomocnictwo lub 
współudział w tych zbrodniach.

Szczególne   słowa  podziękowania  kieruję  do  Kerry 

Donovan,  Giny Maccoby i  Stefanie  Preston,  a przede 
wszystkim do Andy'ego Breckmana, twórcy  Mońka,  za 
jego niezwykłe wsparcie i słowa otuchy.

Muszę też powiedzieć, że choć zawsze czynię, co w 

mojej mocy, aby zachować w książce pewną zgodność z 
elementami   scenariuszy   serialu   telewizyjnego,   to   nie 
zawsze jest to możliwe, biorąc pod uwagę długi okres 
między   ukończeniem   książki   a   jej   publikacją.   W   tym 
czasie na ekranie telewizorów mogą się pojawić odcinki, 
w których znajdą się szczegóły czy sytuacje kłócące się 
z treścią książek. Jeśli na-

7

background image

tkniesz się, drogi Czytelniku, na tego rodzaju sprzecz-
ności, wdzięczny Ci będę za wyrozumiałość.

Chętnie   wysłucham   każdej   opinii.   Wejdźcie   na 

stronę  

www.leegoldberg.com

  I   pamiętajcie,   żeby 

dwadzieścia   razy   dziennie   czyścić   zęby   nitką   denty-
styczną!

background image

1

Monk dobrze się bawi

Nazywam   się   Natalie   Teeger.   Jestem   z   krwi   i   kości 
piłkarską   mamą   i   nawet   się   tym   szczycę.   Moja   dwu-
nastoletnia córka Julie gra w obronie drużyny Slam-mers 
w   dziewczęcej   lidze   międzyszkolnej.   Dziewczyny 
spotykają się w weekendy w parku Dolores; w soboty na 
treningu, a w niedziele na meczu.

Tej   niedzieli   pojechał   z   nami   na   mecz   również 

Adrian Monk, mój szef i legendarny detektyw. W domu 
nie mógł sobie znaleźć miejsca. Przez ostatnich parę dni 
prowadził   śledztwo   w   sprawie   brutalnego   pobicia   ze 
skutkiem śmiertelnym. Jego ofiarą był E. L. Lancaster, 
przeklinany   powszechnie   szef   działu   kredytów 
hipotecznych jednego z banków w San Francisco.

W   zasadzie   Lancastera   nie   znosił   nikt,   kto   miał 

okazję się z nim zetknąć. Nawet własnym rodzicom zajął 
nieruchomość,   kiedy   jego   popadający   w   starczą 
demencję ojciec zapomniał o spłacie kilku kolejnych rat 
kredytu.

Wcale   nie   żartuję.   Lancaster   naprawdę   był   taki 

milutki.

Jedynym   tropem,   na   którym   Monk   mógł   oprzeć   do-

chodzenie,   było   dziwaczne   nagromadzenie   nachodzą-
cych na siebie krwawych śladów po butach mordercy. . 
Według hipotezy kapitana Lelanda Stottlemeyera, ofiara, 
broniąc się, musiała zadać potężny cios, po

9

background image

którym   oszołomiony   napastnik   zaczął   się   zataczać. 
Porucznik Randy Disher, prawa ręka kapitana, sprawdził 
okoliczne szpitale, rozpytując o pacjenta, który zgłosił 
się do ambulatorium ze zranioną głową.

Nieraz   byłam   świadkiem,   jak   Monk   rozwikły-wał 

zagadkę   morderstwa   w   kilka   minut   po   przybyciu   na 
miejsce zbrodni. W tej sprawie było jednak zbyt wielu 
podejrzanych, a zbyt mało tropów. Trudne dochodzenie 
sprawiło, że Monk bzikował bardziej niż zwykle.

Jego   podstawowym   problemem   jest   obsesja   na 

punkcie porządkowania świata, który ze swojej natury, 
jak   wiemy,   jest   tworem   nieuporządkowanym.   To 
problem, z którym  Monk nigdy sobie nie poradzi. W 
tym   daremnym   dążeniu   oczywiście   nie   pozostaje 
osamotniony.  Wszyscy odczuwamy podobną potrzebę, 
ale na pewno nie w takim stopniu jak Monk.

Spójrzmy   choćby   na   mnie.   Moim   zadaniem   jest 

uczynić życie Mońka jak najbardziej uporządkowanym, 
aby   on   mógł   się   skupić   wyłącznie   na   porządkowaniu 
tego,   co   jeszcze   nieuporządkowane   —jest   to   jego 
metoda pracy przy rozwiązywaniu zagadek zbrodni, co z 
kolei   pozwala   mu   zarabiać   na   chleb   i   wypłacać   mi 
pensję.

Kiedy   akurat   nie   przebywam   z   Monkiem,   usiłuję 

zaprowadzić   jaki   taki   porządek   we   własnym   życiu, 
wychowując córkę i próbując stworzyć wokół niej sta-
bilny i bezpieczny świat.

Szarpię   się,   by   opłacić   rachunki,   zrobić   w   domu 

pranie i sprzątanie, zawieźć Julie punktualnie do szkoły, 
sprawdzić,   czy   odrobiła   lekcje,   zapanować   nad   jej 
zajęciami,   nad   jej   spotkaniami   z   rówieśniczkami,   nad 
jej... Wiecie, w czym rzecz, na pewno macie to samo na 
głowie.

10

background image

Nigdy mi się nie udaje ze wszystkim zdążyć. Nigdy 

mi się nie udaje nad wszystkim zapanować. I nigdy mi 
się   nie   uda.   Dobrze   to   wiem.   Ale   próbuję   mimo 
wszystko.

Podobnie jak Monk.
Tyle że ja nie wpadam za każdym razem w obsesja 

gdy próba zapanowania nad życiem kończy się porażką.

Ponieważ   nie   jestem   do   Mońka   podobna,   akt   po-

rządkowania nie otwiera przede mną tej jedynej w swo-
im rodzaju perspektywy  na otaczający świat. Perspek-
tywy,  która   pozwala  dostrzegać   rzeczy  niedostrzegane 
przez innych i rozwikływać zawiłe tajemnice morderstw.

Nauczyłam   się   aprobować   to,   że   zawsze   będzie 

panował   chaos,   że   nigdy   się   nie   uda   nad   wszystkim 
zapanować i że ta nieprzewidywalna, nieuporządkowana 
i nieopanowana natura wszystkich rzeczy to właśnie jest 
życie.

Nieporządek   to   niespodzianka.   To   odkrycie.   To 

zmiana. I chociaż uporczywie próbujemy zaprowadzić w 
naszym życiu ład, to w głębi duszy czujemy, że właśnie 
ta   drobina   nieporządku   czyni   życie   fascynującym. 
Dlaczego   zatem   ustawicznie   się   staramy,   aby   mimo 
wszystko   zapanował   w   naszym   życiu   porządek?   Dla-
czego ja to robię? Nie wiem. Ale czasem się zastana-
wiam,   czy   nie   wie   tego   Monk,   przywracanie   bowiem 
porządku wszędzie i we wszystkim jest jego obsesją.

Wiedziałam,   że   nieład   symbolizowany   tym   razem 

przez sprawę Lancastera okropnie go zżera, i bałam się, 
co   Monk   zacznie   robić,   by   zrekompensować   sobie   te 
niepokoje.

Dlatego w niedzielne popołudnie, w drodze na bo-

isko piłkarskie, postanowiłam wstąpić do Mońka i zo-

11

background image

baczyć,   jak  się  miewa.   Julie   błagała,  żebym   tego  nie 
robiła, ale naprawdę się o niego martwiłam.

Jak się okazało, miałam ku temu słuszne powody.

Zastałam   Mońka   na   czworakach,   czyszczącego 

dywan   włókno   po   włóknie,   z   użyciem   szkła   powięk-
szającego i szczoteczki do zębów.

Nie   mogłam   go   tak   zostawić,   więc   mimo   gorącz-

kowych protestów Julie namówiłam go, aby pojechał z 
nami na mecz. Trudno było mi winić córkę za protesty. 
Kiedyś   Monk   pomagał   mi   trenować   drużynę 
koszykarską   Julie,   co   się   skończyło   katastrofą.   Pró-
bowałam ją pocieszać, że tym razem Monk będzie tylko 
widzem   na   trybunach.   Jak   mógłby   więc   komuś 
zaszkodzić?

Oj, niewiele wiedziałam.
Był  pogodny i słoneczny dzień. W parku Dolores, 

gdzie   odbywał   się   mecz,   unosiły   się   delikatne   opary 
mgły. Park rozciągał się na zboczu wzgórza, oddzielają-
cego Noe Valley, dzielnicę, w której mieszkałyśmy, od 
śródmiejskiego   zgiełku   Civic   Center.   Widzowie   mieli 
stamtąd   wspaniały   widok   nie   tylko   na   boisko,   ale 
również na panoramę San Francisco.

Drużyna Slammers stanęła naprzeciw drużyny Killer 

Cleats,   lidera   ligowych   rozgrywek   -   i   największego 
ligowego   zabijaki.   Zawodniczki   Killer   Cleats 
wychodziły z założenia, że skoro piłka nożna jest grą 
kontaktową, to należy ciąć równo z trawą każdego, kto 
stanie im na drodze. Grały o wiele za ostro, a ich trener, 
potężny, gniewny mężczyzna o nazwisku Harv Fel der, 
prowadził je krótko i brutalnie rugał każdą zawodniczkę, 
jeśli nie schodziła z boiska, trzymając w zębach kawałek 
mięsa wyrwanego żywcem z przeciwniczki.

12

background image

Trenerzy i rodzice z obu drużyn siedzieli po tej samej 

stronie   boiska,   ale   na   dwóch   ustawionych   osobno 
metalowych trybunach z czterema rzędami ławek.

Już   na   początku   pierwszej   kwarty   jedna   z   zawod-

niczek   Killer   Cleats   została   uderzona   w   głowę,   co 
pozwoliło napastniczce Slammers przemknąć obok niej i 
strzelić   gola.   Sędzia   gwizdnął   przeciągle,   zarządzając 
krótką przerwę, by kontuzjowana piłkarka, Katie, mogła 
opuścić   plac   gry.   Dziewczynka   poczłapała   chwiejnym 
krokiem za linię autową, z trudem powstrzymując łzy, a 
na boisku zastąpiła ją rezerwowa Killer Cleats.

- Świetna   obrona,   Katie.   Tak   trzeba   grać   -   pocie

szył   ją   ze   szczerego   serca   nasz   trener,   Raul   Mendez,
kiedy przechodziła obok niego.

Mendez, ojciec czterech dziewczynek, był naprawdę 

przesympatycznym facetem. Katie zerknęła na niego, ale 
nie odpowiedziała na uwagę.

- To   jest   według   ciebie   piłka   nożna?!   -   wrzasnął

Felder,   zbliżywszy   twarz   do   jej   twarzy  tak   blisko,   że
Katie   z   pewnością   poczuła,   jak   zza   jego   zaciśniętych
zębów   tryska   ślina.   -   Jesteś   frajerką,   Katie,   małym,
zasmarkanym robalem. Niedobrze mi się robi.

Katie wybuchnęła płaczem, a Felder przedrzeźniał jej 

ruchy,   gdy   dziewczyna   rozglądała   się,   szukając 
rodziców.

- Bee, uuee, do tego beksa! - rzucił za nią Felder. —

Zjeżdżaj mi z oczu, bo zwymiotuję.

Raul potrząsnął zdegustowany głową.

- Hej,   nie   sądzisz,   kolego,   że   trochę   przesadzasz?

To jeszcze dzieciaki. Gramy tylko w piłkę.

Felder prychnął.

- Tak właśnie mówi nieudacznik.

13

background image

Mecz został wznowiony i niemal natychmiast jedna z 

piłkarek   Killer   Cleats   staranowała   zawodniczkę 
Slammers, zwaliła ją na plecy, dosłownie przebiegła po 
niej i zdobyła bramkę.

Felder wyrzucił w górę zaciśniętą pięść i odtańczył 

taniec zwycięstwa.

- Nienawidzę tego faceta - syknęłam do Mońka.
Ale Mońka już przy mnie nie było

Chodził   po   szczycie   trybuny   i   usiłował   przekonać 

ludzi do zamiany miejsc, żeby w każdym rzędzie znaj-
dowała się parzysta liczba osób. Wstałam i ściągnęłam 
go z powrotem na dół.

-Niech pan przestanie dręczyć ludzi - powiedziałam.
-Spójrz tylko — odparł. - W tym rzędzie siedzą trzy 
osoby, a w następnym pięć. Wystarczy, że jedna się 
przesiądzie. Co za nieodpowiedzialność. Przy dzie-
ciach powinni przecież świecić przykładem.

Tymczasem   zawodniczki   Killer   Cleats   za   pomocą 

łokci,   kopniaków   i   przepychanek   barkami   przedostały 
się pod bramkę Slammerek, zdobywając kolejnego gola. 
Sędzia ani razu nie odgwizdał faulu na korzyść drużyny 
mojej córki. Doszłam do wniosku, że albo jest  ślepy, 
albo jest kumplem Feldera.

-Niech  pan  lepiej   powie,  jakim   przykładem  świeci 
ten trener - powiedziałam, wskazując Feldera, który 
znowu wykonywał swój indiański taniec triumfu.
-Puśćcie im krew! - ryczał do swoich zawodniczek.
-Nasza   drużyna   pada   ofiarą   morderstwa   -   mruk-
nęłam.

Monk wpatrzył się w Feldera.

-Dzwoń po kapitana - powiedział po chwili.
-Nie mówiłam tego w sensie w dosłownym.

14

background image

- Dzwoń.   —   Monk   poruszył   niezgrabnie   ramiona

mi i pokręcił głową. — Powiedz, żeby zabrał kajdanki.

Kiedy dotarł do nas kapitan Stottlemeyer, trwała już 

druga   połowa,   wynik   brzmiał   siedem   do   jednego,   a 
Monk zdążył już swoim gderaniem przekonać rodziców 
z   naszej   drużyny,   aby   usiedli   w   jednym   rzędzie   na 
środku trybuny.

- Potem   mi   państwo   podziękują   -   powiedział   na

koniec.

Śmiałam wątpić. Efekt może być taki, że zabronią mi 

przychodzić   na   następne   mecze.   Czułam   na   sobie 
złowrogie   spojrzenia,   ale   udawałam,   że   ich   nie   do-
strzegam.

Stottlemeyer   patrzył   na   mnie   z   dokładnie   takim 

samym wyrazem twarzy jak rodzice. Miał na sobie T-
shirt, wiatrówkę i wytarte dżinsy. Najwyraźniej nie był 
szczęśliwy, że w dniu wolnym  od pracy wyciągają go 
rano z domu.

-Mam   nadzieję,   Monk,   że   masz   bardzo   poważne 
powody - stwierdził głucho.
-Musimy z   nimi   porozmawiać   -  powiedział   Monk, 
wskazując na trybunę, na której siedzieli rodzice dru-
żyny Killer Cleats. — Nie chcą mnie słuchać.
-Monk, ściągnąłeś mnie tutaj, żeby przesadzić ludzi 
na trybunie?
-Chodzi   o   względy   bezpieczeństwa   -   stwierdził 
Monk.
-Uhm...   -   Stottlemeyer   odwrócił   się   plecami   do 
Mońka,   więc   nie   mógł   zobaczyć,   jak   bramkarka 
Slam-merek  otrzymuje  potężne  uderzenie  piłką,  po 
którym   Killer   Cleats   zaliczają   kolejne   trafienie.   - 
Zmykam.
-Czekaj - powiedział Monk. - Nie możesz odejść, nie 
aresztując trenera.

15

background image

-Za to, że jego kibice siedzą w nieładzie na trybunie?
-Za morderstwo.

Stottlemeyer stanął i odwrócił się wolno w kierunku 

Mońka.

- Nie   mogę   aresztować   człowieka   za   to,   że   wy

grywa mecz.

-A za zamordowanie bankiera? - zapytał Monk. 
Stottlemeyer spojrzał na niego spode łba.
-Chyba żartujesz?

Monk wskazał   na  Feldera,  który  znowu  odprawiał 

swój zwycięski taniec.

-To wyjaśnia dziwne ślady na podłodze.
-Wyjaśnia?
-To   rytuał.   Robi   to   zawsze,   kiedy   odnosi   sukces 
-powiedział Monk. - Te kroki idealnie pasują do śla-
dów pozostawionych w banku.
Stottlemeyer podszedł z Monkiem do Feldera i obaj 

przyjrzeli   się   badawczo   śladom,   które   zostawiał   tań-
czący trener.

- Niech   mnie   kule   biją...   -   stęknął   Stottlemeyer,

gładząc sumiaste wąsy.

Felder obrócił się do nich na pięcie i błysnął złym 

spojrzeniem.

- Co tu jest grane, do cholery?
Stottlemeyer machnął mu przed oczami odznaką

policyjną.

- Departament   Policji   San   Francisco,   wydział   za

bójstw. Jest  pan  aresztowany pod zarzutem  zabójstwa
E. L. Lancastera, dyrektora Golden State Bank.

Felder zdębiał i zaniemówił. Mnie też opadła szczę-

ka. Zresztą szczęki opadały wszystkim wokół.

Stottlemeyer zakuł Feldera w kajdanki, odczytał mu 

prawa i zamierzał go odprowadzić. Zatrzymał się, gdy 
Monk chrząknął znacząco.

background image

Nie zapomniałeś o czymś? - zapytał 

delikatnie.
Stottlemeyer warknął cicho, odwrócił się do widowni 

i podniósł wysoko odznakę, by rodzice zawodniczek z 
drużyny Killer Cleats mogli ją zobaczyć.

—Proszę   państwa,   proszę   mnie   uważnie   posłuchać 
—   powiedział   kapitan.   —   Macie   państwo   wybór: 
Możecie   usiąść   w   parzystej   liczbie   osób   w 
parzystych rzędach trybuny albo siadacie wszyscy w 
jednym rzędzie.
—Dlaczego? — zapytał któryś z rodziców.
—Względy   bezpieczeństwa   —   stwierdził   krótko 
Stottlemeyer. - Jeśli chcą państwo uniknąć mandatu, 
radzę   słuchać   tego   pana.   —   Stottlemeyer   kiwnął 
głową   w   kierunku   Mońka   i   odszedł,   prowadząc 
Feldera.

Zawodniczki Slammers i ich rodzice zaczęli gorąco 

klaskać.   Cieszyli   się   z   tego,   że   aresztowano   Harva 
Feldera, ale Monk inaczej zinterpretował ten aplauz.

Widzisz?  - powiedział  do mnie.  — Każdemu 

się podoba, gdy wszyscy siedzą równo.

background image

2

Monk i pechowe złamanie

Nie sądzę, by przepisy gry w piłkę nożną precyzowały, 
jak postępować w sytuacji, gdy trener jednej z drużyn 
zostaje   w   czasie   gry   aresztowany   pod   zarzutem 
morderstwa.  W   każdym  razie   sędzia   nie   wiedział,   jak 
sobie z tym poradzić. Rodzice zawodniczek Killer Cleats 
chcieli   przerwać  mecz  i  zabrać  dzieci   do  domu.  Raul 
chętnie na to przystał, ale pod warunkiem że na rzecz 
jego   drużyny   przyznany   będzie   walkower.   Pił-karkom 
Killer   Cleats   ani   w   głowie   była   porażka,   więc   gra 
potoczyła się dalej.

Raul   prawdopodobnie   wyobrażał   sobie,   że   trauma 

wywołana   widokiem   skutego   i   odprowadzanego   do 
więzienia trenera tak bardzo osłabi morale drużyny, że 
rzeczywiście   pojawi   się   jeszcze   szansa   zwycięstwa   w 
tym spotkaniu. Przeciwnie, cała sprawa tylko rozjuszyła 
dziewczyny. Wróciły na boisko, kipiąc złością jak stado 
wściekłych wilków.

Christy   Clark,   napastniczka   Killer   Cleats,   popro-

wadziła   piłkę   przez   środek   boiska.   Była   dwukrotnie 
szersza   w   barkach   od   pozostałych   dziewcząt   i   parła 
naprzód   niczym   pozbawiony   kierowcy   rozpędzony 
buldożer,   ścinając   po   drodze   wszystko   i   wszystkich. 
Większość   Slammerek   wykazała   się   na   tyle   dużym 
rozsądkiem, by czmychnąć jej z drogi, nawet jeśli

18

background image

wynik   diabli   wezmą,   poza   oczywiście   moją   kochaną, 
słodką, upartą córką.

Julie nie miała najmniejszego zamiaru pozwolić, aby 

piłka ją minęła. Z grymasem  zawziętości  na twarzy z 
całych   sił   naparła   na   Christy.   Miałam   wrażenie,   że 
słyszę, jak Julie wydaje z siebie głuchy pomruk.

Zawodniczki  uderzyły w siebie z siłą szarżujących 

jeleni,  zwarły  się  i  kopały dziko  piłkę,  która  ugrzęzła 
gdzieś   między   nimi.   W   końcu   to   Christy   udało   się 
kopnąć  piłkę i zwalić Julie z nóg.  Moja córka  upadła 
ciężko   na   ziemię,   wydając   rozdzierający   wrzask,   po 
części z bólu, po części z wściekłości.

Tymczasem Christy i jej drużyna przemknęły obok 

Julie i zdobyły kolejną bramkę, wywołując  w zespole 
szał   radości.   Dobrze   przynajmniej,   że   nie   stratowały 
leżącej   Julie,   co   odebrałam   jako  akt   niezwykłego   mi-
łosierdzia z ich strony.  Zerwałam  się z miejsca i cze-
kałam niespokojnie, aż Julie wstanie na nogi.

Monk pociągnął; mnie za koszulkę.

-Stoisz —powiedział.
-Wiem, że stoję, panie Monk — odparłam.
-Ale wszyscy dookoła siedzą - stwierdził Monk.  -> 
Robisz scenę.
-Martwię się o córkę.
-Co będzie, jeśli ktoś następny wstanie? Będziemy 
mieli dwie stojące osoby, cała reszta będzie siedzieć i 
zanim się zorientujesz, świat się pogrąży w anarchii.

W   tej   chwili   jednak   całym   moim   światem   była 

dwunastoletnia dziewczynka, która nadal nie podno-siła 
się   z   murawy.   Wbiegłam   na   boisko.   Raul   pobiegł   za 
mną.

Monk wstał i machnął ludziom na obu trybunach, by 

również pobiegli za nami, a oni, najwyraźniej prze-

10

background image

straszeni   ostrzeżeniem   kapitana   Stottlemeyera,   po-
słusznie go usłuchali.

Kiedy dobiegliśmy z Raułem do Julie, siedziała już 

na trawie, przyciągając do siebie prawą rękę i dzielnie 
powstrzymując łzy.

-Wszystko w porządku, kochanie? — zapytałam. 
Julie pokręciła głową.
-Chyba złamałam rękę.

- To   prawdopodobnie   tylko   zwichnięcie   -   stwier

dził Raul.

Wiedział z doświadczenia, że dzieci wyolbrzymiają 

ból   po   niespodziewanym   upadku.   Ale   nie   znał   mojej 
córki tak dobrze jak ja. Pewnego razu, kiedy Julie była 
mała, udało się jej tak rozchybotać wysokie krzesełko 
dla dzieci, że przewróciła się wraz z nim na podłogę. 
Każdy inny berbeć rozdarłby się wniebogłosy, ale Julie 
siedziała cicho, walcząc z naporem łez, a po chwili była 
wściekła, że jednak im uległa.

Julie   się   łatwo   nie   poddawała.   Jak   jej   ojciec.   Nic 

więc dziwnego, że widok oczu mokrych od łez powie-
dział   mi   więcej   niż   zdjęcia   rentgenowskie.   Jeśli 
twierdziła, że ma złamaną rękę, to na pewno tak było.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, jak Monk ustawia 

wokół   nas   ociągających   się   rodziców.   Według 
Monkowego myślenia, skoro jeden z widzów znalazł się 
na   boisku,   to   pozostali   również   powinni   na   nim   być. 
Monk miał zbolałą minę, chyba nawet bardziej niż Julie. 
Pochylił się i szepnął mi do ucha.

-Weź się w garść, kobieto - powiedział. - Nie można 
się tak zachowywać w miejscu publicznym.
-Jedziemy do szpitala, panie Monk - powiedziałam.
-Skąd mógł ci przyjść do głowy tak szalony pomysł? 
— zapytał rozzłoszczony, gdy Raul ostrożnie dźwigał 
Julie na nogi.

20

background image

- Nie   widzi   pan,   że   Julie   odniosła   kontuzję?   -

powiedziałam,   prowadząc   ją   z   Raulem   w   kierunku
parkingu.

Chociaż byłam pewna, że Julie ma złamaną rękę, to 

wolałam nie potwierdzać jej obaw, wyrażając je na głos.

-Nie możesz jej zabrać  do szpitala - mówił Monk, 
wlokąc się daleko za nami i intensywnie kiwając na 
widzów, by szli za nim. — Szpitale są pełne chorych 
ludzi.
-Właśnie dlatego tam jedziemy - odpowiedziałam. - 
Jeśli   chce   pan   wracać   do   domu   taksówką,   bardzo 
proszę.

Jęknął głucho.

- To tak,  jakbyś  dawała  mi  wybór  między podcię

ciem sobie gardła a strzeleniem sobie w głowę.

Ale pojechał z nami.

Lekarz zdążył już przeprowadzić wstępne badania, a 

Julie wracała właśnie z gabinetu rentgenowskiego, kiedy 
Monk wreszcie do nas dołączył. Rozsunął energicznie 
kotarę wokół kozetki Julie, jakby wstępował na scenę.

Panie i panowie, przed wami... Adrian Monk!

Udało   mu   się   zdobyć   koszulę   nocną   dla   pacjenta, 

którą włożył na ubranie, a ponadto lateksowe rękawiczki 
oraz maskę chirurgiczną na usta i nos.

Doprawdy, wyborny widok, na który warto było cze-

kać. Wywołał na twarzy Julie wesoły uśmiech w chwili, 
kiedy potrzebowała go najbardziej - nawet jeśli nie było 
to jego zamiarem.

- Co?   -   zapytał   Monk,   absolutnie   nieświadomy

własnej klownady.

21

background image

-Proszę   mnie   źle   nie   zrozumieć,   panie   Monk 
-odezwała się Julie. - Ale wygląda pan naprawdę za-
bawnie.
-Chodzi ci chyba o to, że jestem „rozumnie ubrany".
-Ma pan rację - westchnęła Julie, rzucając mi krótkie 
spojrzenie. - Właśnie o to mi chodzi.
-Miło mi słyszeć te słowa — powiedział Monk i do-
piero teraz wtoczył przed kotarę wózek ze szpitalny-
mi koszulami, rękawiczkami  i maskami chirurgicz-
nymi, specjalnie dla nas obu. — Może jeszcze nie 
jest za późno, żeby was uratować.
-Uratować przed czym? - zapytałam.
-Za   długo  by  wymieniać   -  odparł   Monk. -  Czarna 
śmierć, Ebola, szkorbut...
-Tu   nie   można   się   zarazić   szkorbutem   —   rzekła 
rezolutnie Julie. — Na szkorbut się choruje, kiedy się 
je za mało pomarańczy.
-Tb   opowiastki  starych   babć-odpowiedział  Monk, 
wręczając   nam   ubiór.   —Babć,   które   umarły   na 
szkorbut.

W tej chwili wszedł do pokoju lekarz. Jego młoda 

twarz   była   tak   ponura,   że   bałam   się,   iż   zaraz   nam 
obwieści guza mózgu u Julie.

- Niestety   złamałaś   nadgarstek   —   oznajmił.   —

Dobra   wiadomość   jest   taka,   że   to   nieskomplikowane
złamanie. Przez parę tygodni pochodzisz z ręką w gip
sie i tyle.

Jeśli tylko tyle, to dlaczego przybrał tak śmiertelnie 

poważną minę? Może uważał, że w ten sposób będzie 
wyglądał   na   kogoś   mądrzejszego   i   dojrzalszego   i 
pacjenci oszczędzą mu przykrych komentarzy na temat 
jego młodego wieku? Właściwie wyglądał z tą miną tak, 
jakby   połknął   na   lunch   coś,   co   postanowiło   jeszcze 
powalczyć o życie.

22

background image

-Czy   będę   mogła   wybrać   kolor   gipsu?   -   zapytała 
Julie.
-Oczywiście   -   odparł   lekarz   i   kiwnął   ręką   na   pie-
lęgniarkę.

Kobieta podeszła za plecami Mońka do Julie i po-

kazała jej tablicę z tuzinem kolorowych próbek. W pie-
lęgniarce   było   coś   dziwnie   znajomego,   ale   nie   potra-
fiłam sprecyzować co.

Miała gęste, kręcone, kasztanowate włosy z jasnymi 

pasemkami i stała w bardzo zdecydowanej pozie. Chodzi 
mi o to, że w jej postawie kryła się pewnego rodzaju 
zawadiacka pewność siebie, która jest jak niezagojona 
blizna. Była to hardość, którą można wynieść wyłącznie 
z ulic miasta, a nie ze spokojnych przedmieść. Człowiek 
wychowany   na   przedmieściach   idzie   w   świat   z 
pewnością   siebie   pełną   nadęcia,   biorącą   się   ze 
świadomości, że fundusze inwestycyjne  będą na niego 
dobrze zarabiać.

-Mamy do wyboru całą gamę kolorów — powiedział 
lekarz. - Ale możesz się zdecydować na biały gips i 
wynająć rękę jako miejsce na reklamę.
-Naprawdę?   -   zapytała   zachwycona   Julie.   -   Ile 
zarobię?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Od kiedy Julie była taka 

przedsiębiorcza?

-Tylko żartowałem — zmitygował ją lekarz.
-Ale  to świetny pomysł.  - Julie spojrzała na  mnie. 
-Mogłybyśmy obejść nasze ulice i zajrzeć do różnych 
sklepików,   choćby   do   tej   małej   pizzerii   albo   do 
sklepu rowerowego, może ktoś byłby zainteresowany 
wykorzystaniem mojej ręki jako ruchomej reklamy.

Złamany   nadgarstek   ukazał   mi   córkę   z   zupełnie 

nowej strony.

- Masz to jak w banku - obiecałam.

23

background image

-Mogłabyś  zaproponować   zniżkę   przy reklamie  na 
obu rękach — zauważył Monk.
-Ale na drugiej ręce nie mam gipsu — stwierdziła 
Julie.
-Ale   będziesz   miała   -   odparł   Monk,   potakując 
zdecydowanie głową.
-Nie, nie będzie - zaprotestowałam.

- Zawsze tak się robi w tej sytuacji.
Pielęgniarka z próbkami kolorów zaczęła się już

irytować i stukała nerwowo nogą o podłogę.

-Ale   mój   lewy   nadgarstek   nie   jest   złamany   — 
powiedziała Julie.
-To   bez   znaczenia   -   odparł   Monk.   -   Taka   jest 
standardowa praktyka medyczna.
-Pan   chce,   żebym   założył   jej   gips   na   lewy   nad-
garstek? — zapytał z niedowierzaniem lekarz.
-Nie   robicie   tego   bez   mówienia?   —   zapytał   zdzi-
wiony Monk.
-Nie, nie robimy.
-Nie   może   pan   założyć   gipsu   tylko   na   jedną   rękę 
-tłumaczył   Monk.   —   Dziewczyna   zatraci 
równowagę.
-Gips nie jest aż tak ciężki - uspokajał lekarz. -Mogę 
pana   zapewnić,   że   Julie   nie   będzie   miała   żadnego 
problemu z równowagą.
-Nie będzie, jeśli założy jej pan gips na obie ręce. 
Monk   odwrócił   się   do   mnie.   -   Gdzie   ten   facet 
studiował   medycynę?   Na   twoim   miejscu 
zabiegałbym o drugą opinię.

Na   twarzy   pielęgniarki   zaczynałam   dostrzegać 

rosnące napięcie, jej policzki mocno się zaczerwieniły. 
Wyglądała, jakby miała ochotę zdzielić Mońka tą tablicą 
z próbkami kolorów, którą nadal trzymała w ręce.

Świetnie wiedziałam, co czuje. Musiałam zakoń-

24

background image

czyć tę bezsensowną dyskusję, zanim Monkowi będzie 
potrzebna pilna pomoc medyczna.

-Panie Monk, Julie nie będzie miała gipsu na lewym 
nadgarstku — oznajmiłam stanowczo — ponieważ 
lewy nadgarstek nie jest złamany.
-Nie   myślisz   racjonalnie.   Jesteś   w   szoku   powy-
padkowym. Powinnaś poprosić lekarza, żeby cię zba-
dał. - Monk zerknął z dezaprobatą na stojącego obok 
młodego chirurga. - Prawdziwego lekarza.
-Nie chcę mieć gipsu na obu rękach - zaprotestowała 
Julie.
-Bez obaw, kochanie - uspokoiłam ją. - Nawet nie 
ma o tym mowy.
-Ależ oczywiście - uparł się Monk. - Julie nie może 
stąd wyjść nie zrównoważona.
-Pan chyba myśli niezrównoważona - wytknął lekarz. 
— A nie nie zrównoważona?
-Co pan może wiedzieć - rzucił Monk.
-Wiem  tyle,  że  to  pan  jest   niezrównoważony,  gdy 
pan pomyśli, że dziewczyna jest nie zrównoważona 
— powiedział z uśmiechem, zadowolony z własnej 
błyskotliwości.

Mońka wcale to nie bawiło.

- Jest pan aresztowany.

-Za co? - zapytał lekarz.
-Za podszywanie się pod lekarza.
-Pan jest policjantem?
-Jestem   konsultantem   policyjnym   -   odpowiedział 
Monk.   -   Prowadzę   dochodzenia   w   sprawach 
morderstw.
-Nikogo nie zabiłem - zauważył przytomnie lekarz.
-Jeszcze nie - odparł Monk. - Ale zabije pan, jeśli 
nadal   będzie   pan   w   taki   sposób   praktykował   jako 
lekarz.

25

background image

Raptem, w przypływie złości, pielęgniarka huknęła 

tablicą   z   próbkami   o   ścianę,   aż   podskoczyliśmy   ze 
strachu.

- Dość   tego,   Adrianie   -   powiedziała.   -   Trudno   ci

w   to   uwierzyć,   ale   świat   nie   kręci   się   wokół   ciebie
i twoich specyficznych  potrzeb. Ta dziewczyna  za du
żo przeszła, żeby mieć jeszcze ciebie na głowie. Więc
zamknij   się   i   pozwól   nam   wykonywać   nasze   obo
wiązki.

Monk aż podskoczył na dźwięk jej głosu, otwierając 

oczy szeroko ze zdumienia.

Pielęgniarka zrobiła głęboki wdech, żeby się uspo-

koić, a potem spojrzała na mnie.

- Bardzo przepraszam, ale obawiam się, że to kłót

nia,   której   pani   nie   wygra.   Proszę   mi   wierzyć.   Jedy
nym   sposobem   na   to,   abyśmy   mieli   trochę   spokoju,
jest założyć gips również na lewą rękę.

Zanim zdążyłam zaoponować, pielęgniarka podeszła 

do Julie.

- Nic   się   nie   martw,   moja   droga.   Jak   gips   wy

schnie,   zdejmę   go,   obwiążę   rzepami   i   dam   ci   w   pre
zencie.   Kiedy   się   pojawi   Adrian,   łatwo   będziesz   go
mogła założyć, a kiedy odejdzie, szybko go zdejmiesz.
I po kłopocie.

Adrian? Po prostu mnie zatkało, gdy usłyszałam, jak 

do Mońka zwraca się w ten sposób ktoś, kogo miałam 
prawo   uznawać   za   całkowicie   obcą   osobę.   Nigdy   nie 
słyszałam,   by   ktokolwiek   zwracał   się   do   niego   po 
imieniu poza jego bratem i psychoterapeutą. Doszłam do 
wniosku, że tego rodzaju zażyłość musi być wyuczoną 
techniką uspokajania sytuacji, stosowaną przez personel 
szpitala podczas opieki nad pacjentami z zaburzeniami 
emocjonalnymi czy psychicznymi.

26

background image

—Ewentualnie mógłbym zamknąć osobnika w szpi-
talu dla wariatów - dodał lekarz, łypiąc złowieszczo 
na Mońka spod przymrużonych powiek. - Też będzie 
po kłopocie.
—Jestem wdzięczna za propozycję, ale chyba jednak 
zdecydujemy   się   na   drugi   gips   -   powiedziałam, 
odwracając się do Julie. — Może tak być?
—Może - powiedziała Julie. - Chcę już iść do domu.

Pielęgniarka się uśmiechnęła.

—Wszyscy chcemy, prawda? Zaraz wracam. — Pie

lęgniarka   wyszła   z   gabinetu   po   rzeczy   potrzebne   do
założenia gipsu.

Od chwili kiedy się odezwała, Monk nawet się nie 

poruszył.   Nie   sądzę,   by   mrugnął   powieką.   Zdecy-
dowanie,   z   jakim   opanowała   sytuację,   bardzo   mi   za-
imponowało, byłam  jej  nawet  wdzięczna,  ale  nie  mo-
głam   zrozumieć,   dlaczego   sam   fakt,   że   się   odezwała, 
wprawił Mońka w takie głębokie osłupienie.

Lekarz powiedział, że mamy przyjść na kontrolę za 

dwa   tygodnie,   wręczył   mi   receptę   na   środki   prze-
ciwbólowe dla Julie i wyszedł do innego pacjenta.

Spojrzałam na Mońka. Wciąż stał jak wrośnięty w 

ziemię.

Zostanie pan przez chwilę z Julie? - zapytałam.

Monk przytaknął ledwie zauważalnym ruchem gło
wy. Nigdzie się nie ruszy, to pewne.

Rozejrzałam się za pielęgniarką, którą znalazłam w 

pokoju obok, przy szafce z narzędziami.

—Przepraszam — odezwałam się do niej. — Chcia-
łam pani podziękować za pomoc. Trudno czasem dać 
sobie radę z prośbami mojego przyjaciela.
—Jestem   do   tego   przyzwyczajona   -   odpowiedziała 
pielęgniarka, przetrząsając wnętrze szafki.

27

background image

- Często   musi   pani   mieć   do   czynienia   z   ludźmi

takimi jak pan Monk.

Kobieta westchnęła ciężko.

- Nikt nie jest taki jak Adrian.

Znowu to samo. Znowu użyła jego imienia. W tonie, 

jakim wypowiedziała to imię, w jej silnym akcencie z 
New  Jersey,  było  coś,  co sprawiło,  że w  głębi  duszy 
poczułam   strach.   Nagle   ogarnęło   mnie   ponure 
podejrzenie.   Przyszło   mi   do   głowy   jedyne   możliwe 
wyjaśnienie dziwnej zażyłości tej kobiety z Monkiem.

-Rozumiem,   że   miała   pani   wcześniej   jakieś   do-
świadczenia z panem Monkiem? — zapytałam, son-
dując delikatnie.
-Można to tak nazwać - odpowiedziała pielęgniarka, 
odwracając   się  w  jego   kierunku   z  niemal  tkliwym 
spojrzeniem.   —   Kiedyś   robiłam   to,   co   teraz   robi 
pani.

W tym momencie przeczytałam identyfikator przy-

pięty do jej fartucha i moje najczarniejsze podejrzenia 
szybko się potwierdziły.

Wróciła Sharona.

background image

3

Monk i wielkie spotkanie

Z   tego,   co   mi   powiedziano,   skłonności   do   zachowań 
obsesyjno-kompulsywnych  Monk miał  zawsze. Jednak 
dopiero   po   śmierci   żony   Trudy,   która   zginęła   w 
wybuchu bomby podłożonej w samochodzie, zaburzenia 
te   owładnęły   nim   całkowicie.   Nie   mógł   w   ogóle 
funkcjonować.   Departament   policji   przymusił   go   do 
bezpłatnego   i   bezterminowego   urlopu   oraz   inten-
sywnego leczenia psychiatrycznego.

Sytuacja   była   tak   poważna,   że   chcąc   uniknąć   ho-

spitalizacji,   Monk   musiał   zatrudnić   prywatną   pielę-
gniarkę,   która   podawała   mu   lekarstwa   i   pomagała   w 
życiu codziennym.

Tą pielęgniarką była Sharona Fleming.
Sharona   była   rozwódką;   samotnie   wychowywała 

syna   w   wieku   Julie.   Z   własnego   doświadczenia 
wiedziałam, jak trudno jest zajmować się Monkiem w 
jego najgorszych chwilach i jednocześnie mieć na oku 
dziecko.   Sharona   musiała   mieć   w   sobie   pokłady   sił, 
których   pozazdrościłby   jej   sam   Arnold   Schwarze-
negger.

Mimo to udało jej się nie tylko doprowadzić Mońka 

do takiego stanu, że nie musiał przyjmować lekarstw, i 
wyciągnąć   go   z   domu,   ale   nawet   nakłonić   do 
współpracy z policją przy najtrudniejszych śledztwach w 
sprawie morderstw. To dzięki niej Monk zaczął prze-

29

background image

łamywać paraliżujący ból po stracie żony i stopniowo 
panować   nad   fobiami   -   przynajmniej   na   tyle,   by   za-
świtała w nim nadzieja na odzyskanie pracy w policji.

I   wtedy,   któregoś   poniedziałkowego   poranka,   bez 

żadnego uprzedzenia, Sharona po prostu nie przyszła do 
pracy.   Zostawiła   tylko   list,   informując   Mońka,   że 
ponownie   bierze   ślub   ze   swoim   byłym   mężem,   Tre-
vorem, i na stałe wraca do New Jersey.

W   desperackich   próbach   znalezienia   nowej   asy-

stentki   Monk   trafił   na   mnie,   kobietę   bez   żadnego 
doświadczenia   w   zawodzie   pielęgniarki.   Byłam   ow-
dowiałą młodą matką i pracowałam  jako barmanka w 
nędznej knajpie. Jednak potrafiliśmy się zrozumieć.

Monkowi   nie   przeszkadzało,   że   nie   mam   kwalifi-

kacji, więc mnie również nie. Najważniejsze było to, że 
miałam   lepszą   pracę,   że   każdego   wieczoru   mogłam 
sama   kłaść   córkę   spać   i   że   nie   wymiotował   na   mnie 
żaden opój.

Początkowo   czułam   się   jak   aktorka,   którą   spro-

wadzono na plan, by zastąpiła ukochaną przez wszyst-
kich widzów  postać  telenoweli.  Przez  długie  miesiące 
miałam wrażenie, że jestem porównywana do Sha-rony, 
przez Mońka i wszystkich innych z jego otoczenia, i że 
porównanie to nie wypada na moją korzyść.

Niemniej jednak udawało nam się z Monkiem jakoś 

funkcjonować.

Było ciężko, trzeba było wiele czasu i wiele wysiłku, 

jednak w końcu Monk, a także Stottlemeyer i Di-sher, 
zaakceptowali   mnie   taką,   jaka   jestem;   zamiast 
oczekiwać po mnie jakiegoś klona Sharony. Zaczynałam 
też   powoli   chwytać   tajniki   pracy   detektywistycznej. 
Nareszcie znalazłam posadę, która dawała

30

background image

mi komfort, w której nawet czułam się kompetentna, i 
rzeczy zaczęły się toczyć dobrze jak nigdy dotąd.

I nagle, do diabła, wraca Sharona!

Odwróciłam się do Mońka. Ciągle stał w bezruchu. 

Sharona podążyła za moim spojrzeniem.

-Znosi to lepiej, niż myślałam - powiedziała.
-Jest w katatonii — zauważyłam.
-Przejdzie   mu   prędzej   czy   później   —   stwierdziła 
Sharona.  - Niech się pani cieszy z chwili spokoju, 
póki można.
-Wolę jednak, kiedy pan Monk jest... hm, ożywiony - 
powiedziałam.
-Tak, zauważyłam. — Rzuciła mi cierpkie spojrzenie 
i podeszła z przyborami do Julie.

Ruszyłam za nią. Byłam wściekła, ale nie potrafiłam 

dokładnie   powiedzieć   dlaczego.   Może   potrafiłabym, 
gdybym   miała   jej   medyczne   i   psychologiczne 
przygotowanie. Spojrzałam na Mońka. Nadal wpatrywał 
się szeroko otwartymi oczami w coś, czego nikt z nas 
nie mógł dostrzec.

-Julie - powiedziałam do córki. - To jest Sharona. 
Julie uniosła wysoko brwi.
-Ta  Sharona? Sharona się 
uśmiechnęła.
-Widzę, że ciągnie się za mną niesława. To chyba 
powinno mi schlebiać.
-Wątpię - odparłam.

Julie zerknęła na mnie i zrobiło mi się trochę głupio 

z   powodu   mojej   jawnej   wrogości.   Sharona   nie 
wyrządziła mi żadnej krzywdy, w każdym razie jeszcze 
nie. Choć z całą pewnością skrzywdziła Mońka.

- Nic   nie   poczujesz   —   powiedziała   Sharona   do

Julie.   -   Trzymaj   spokojnie   rękę,   a   mnie   zostaw
resztę.

31

background image

Powoli   zaczęła   owijać   bandażem   złamany   nadgar-

stek Julie.

- Nawet   nie   powiedziałaś   do   widzenia   -   wymam

rotał nagle Monk.

To było zaledwie o ton głośniejsze od szeptu.

-Słucham?   -   zapytała   Sharona,   zerkając   w   jego 
kierunku. — Musisz głośniej mówić.
-Do   widzenia.   —   Monk   chrząknął   i   poruszył   nie-
zgrabnie ramionami. — Nie powiedziałaś.

Sharona   skupiła  się  na   pracy,  przekładając  bandaż 

pomiędzy   kciukiem,   a   palcem   wskazującym   Julie,   a 
potem owijając go wokół nadgarstka.

-To  było   dla   twojego   dobra,   Adrianie.   Gdybym   ci 
powiedziała, że zamierzam odejść, nigdy byś mi na 
to nie pozwolił. Posypałbyś się na kawałki.
-Posypałem się.
-Ale mogło być jeszcze gorzej - odparła Sharona.
-Nie - powiedział Monk. - Gorzej być nie mogło.
-Adrianie, oboje wiemy, że to nieprawda. Byłeś już 
gotów na to, żeby stać się niezależny i żebym miała 
własne życie. Obojgu nam uczyniłam przysługę.
-Okłamała go pani - zauważyłam.
-Nie okłamałam - odpowiedziała Sharona i zaczęła 
nakładać   na   owiniętą   rękę   Julie   gazę   nasączoną 
mokrym gipsem.
-Nadal   jest   pani   w   San   Francisco.   Wcale   nie   po-
jechała pani do New Jersey — powiedziałam.
-Pojechałam - odparła Sharona.

- Więc co pani robi tutaj? - zapytałam.
Rzuciła mi zimne spojrzenie.

- Co prawda nie jest to pani sprawa, ale powiem,

że rzeczy nie ułożyły się tak, jak sobie tego życzyłam.
Po   zaledwie   paru   miesiącach   pobytu   w   New   Jersey
znajomy Trevora z Los Angeles zaproponował mu

background image

sprzedaż   firmy   specjalizującej   się   w   pracach   ogrodo-
wych: ścinanie trawy, strzyżenie żywopłotów i tak dalej. 
Trevor bardzo chciał, żebyśmy kupili od niego tę firmę. 
Oznaczało  to  pozbycie  się  niemal  wszystkich naszych 
oszczędności.   —   Sharona   skończyła   zakładać   gips   na 
prawej   ręce   Julie   i   zaczęła   bandażować   lewą.   — 
Wydawało mi się, że to dobry interes, i pomyślałam, że 
mielibyśmy   od   czego   zacząć   nowe   życie.   Kupiliśmy 
więc   firmę   i   przeprowadziliśmy   się   do   Los   Angeles. 
Przez jakiś czas wszystko się dobrze układało, ale to nie 
trwało   długo.   Poróżniliśmy   się   z   Tre-vorem.   No   i 
wróciłam z Benjim tutaj.

-Dlaczego do San Francisco? - zapytałam. - Dlaczego 
nie z powrotem do New Jersey?
-Ponieważ   wiedziałam,   że   samej   trudno   mi   będzie 
pracować i wychowywać syna, a tutaj mieszka moja 
siostra.
-Ja też tu mieszkam - odezwał się Monk.
-Wiem, Adrianie - odpowiedziała Sharona. - Ale ty 
potrzebujesz więcej pomocy, niż jesteś jej w stanie 
udzielić.
-Wtedy   byłaś   tu   specjalnie   dla   mnie   -   powiedział 
Monk. - Ja byłbym więc dla ciebie. Nadal może tak 
być.

Miałam ochotę złapać go za ramiona i solidnie nim 

potrząsnąć.

Po co się tak mizdrzy? Przecież to ona go zostawiła. 

Gdzie   się   podział   jego   gniew?   Zachowywał   się   tak, 
jakby to była jego wina, że Sharona wyjechała. Nagle 
uderzyło mnie, że według Mońka tak zapewne jest.

- Chciałam  do ciebie  zatelefonować,  Adrianie. Na

prawdę chciałam. Ale po prostu nie byłam  gotowa na
to, żebyś  znowu zagościł w moim życiu. Dość mi się
wszystko skomplikowało.

To mnie trochę pocieszyło.

33

background image

- Z   jakiego   powodu   rozstaliście   się   z   Trevorem

tym razem? — zapytał Monk.

Sharona wzięła głęboki oddech i bardzo powoli wy-

puściła z płuc powietrze.

- Trevor popełnił morderstwo - powiedziała.
Wszyscy, którzy usłyszeli te słowa, poza samą

Sharona, jęknęli głucho. Wszyscy, czyli ja, Monk, Julie i 
jakiś   salowy,   któremu   zdarzyło   się   akurat   obok   nas 
przechodzić.

Sama   nie   wiedziałam,   co   było   bardziej   zdumie-

wające: to, że mąż Sharony wplątał się w morderstwo, 
czy   to,   że   Sharona   nie   zadzwoniła   do   Mońka, 
najlepszego na świecie detektywa w sprawach zabójstw, 
i nie powiedziała mu o aresztowaniu Trevora.

Sharona posłała salowemu chłodne spojrzenie i chło-

pak   oddalił   się   pośpiesznie,   by   roznieść   sensacyjną 
plotkę po całym szpitalu.

- Pani   mąż   zostaje   oskarżony   o   morderstwo   -

powiedziałam  — i mimo to nie dzwoni  pani  do pana
Mońka?

Sharona odwróciła się do niego.
- W niczym nie mógłbyś mi pomóc.
Monk tylko przytaknął.
Dlaczego przytaknął? Przecież to niemożliwe, żeby 

się   zgadzał   z   jej   słowami.   Monkowi   brakowało   pew-
ności   siebie   we   wszystkim,   z   wyjątkiem   własnych 
umiejętności   detektywistycznych.   W   tym   względzie 
zgadzał się z powszechną opinią, że w rozwiązywaniu 
zagadek zabójstw jest najlepszy z najlepszych.

Sharona również musiała o tym wiedzieć. Ja jednak 

postanowiłam   sobie,   że   będę   mu   o   tym   często 
przypominać, choćby po to, żeby wycisnąć z niego jakąś 
podwyżkę.

- Pan Monk zajmuje się zawodowo rozwikły-

34

background image

waniem   zagadek   morderstw   -   powiedziałam.   -   Jest   w 
tym fantastyczny.

-Kiedyś, specjalnie na moją prośbę, złapał mordercę 
psa z remizy strażackiej — pochwaliła się Julie. - To 
wielki detektyw.
-Wiem, kochana, że jest wielkim detektywem, jednak 
w   tym   wypadku   nie   miało   to   znaczenia   -   od-
powiedziała   Sharona,   zaczynając   owijać   nasączoną 
gazą   lewą   rękę   Julie.   —   Ponieważ   mój   mąż   jest 
winny.
-Przyznał się? - zapytałam.
-Oczywiście,   że   nie   -   odpowiedziała   Sharona.   — 
Trevor   utrzymuje,   że   jest   niewinny.   Zawsze   tak 
mówi  i  zawsze  kłamie.  Właśnie  dlatego  się  z  nim 
przedtem rozwiodłam.
-Może   jednak   tym   razem   mówi   prawdę,   a   pani 
zostawiła   go   w   chwili,   kiedy   najbardziej   pani 
potrzebował — wyraziłam przypuszczenie. — Co jak 
co, ale w tych sprawach jest pani mistrzynią.
-Może   —   powiedziała   Sharona,   puszczając   mimo 
uszu mój tani przytyk. — Ale jeśli chodzi o Trevora, 
straciłam do niego zaufanie. Nie dopuszczę, abyśmy 
mieli przechodzić z Benjim przez gehennę procesu 
sądowego. Nie powinnam była ponownie wychodzić 
za niego za mąż.
-Więc znowu mieszkasz w San Francisco i pracujesz 
w szpitalu - odezwał się Monk, stwierdzając rzeczy 
jak najbardziej oczywiste. - Jak to wytrzymujesz?
-Praca jak każda inna - odparła Sharona.
-Lepsza   od   tej,   którą   miałaś   wcześniej?   -   zapytał 
Monk.
-Masz na myśli pracę u ciebie?
-Nie brakuje ci jej? - zapytał.
-Moje życie się zmieniło, Adrianie. - Sharona

35

background image

zerknęła na mnie, a potem znowu spojrzała na Mońka. - 
Twoje zresztą też.

Na tym  zakończyła  się rozmowa,  w każdym  razie 

między dorosłymi.

Sharona   popytała   jeszcze   Julie   o   szkołę,   kończąc 

zakładanie gipsu i susząc go potem przez dłuższą chwi-
lę.   Następnie   piłką   do  cięcia   gipsu   rozcięła   formę   na 
lewej ręce i delikatnie połączyła ją na powrót rzepami. 
Zawiesiła obie ręce Julie na temblakach, ułożyła równo 
paski na ramionach i odsunęła się trochę, by podziwiać 
swoje dzieło.

-Jak ci się podobają, Adrianie? - zapytała.
-Są wyważone - odpowiedział Monk.
-Nie   ma   w   twoim   katalogu   większej   pochwały  — 
oświadczyła Sharona. - To największy komplement, 
jaki kiedykolwiek usłyszałam z twoich ust.

Miałam   do   Mońka   żal,   że   skazał   moją   córkę   ną 

jeszcze większe niewygody niż te, na które i tak byłą 
skazana, a do Sharony tylko o to, że po prostu tu była.

-Czy za tydzień będę mogła grać w piłkę? - zapytała 
Julie.
-Z gipsem na ręce? - zdziwiła się Sharona.
-Na obu rękach - wtrącił Monk.
-Dlaczego nie? - zapaliła się Julie. - Przecież w piłce 
nożnej używa się nóg, a nie rąk.
-Nie   sądzę   jednak,   aby   to   był   dobry   pomysł 
-stwierdziła Sharona. - Ale podoba mi się taka posta-
wa. Twardziel z ciebie.
-Nazywam się Teeger - powiedziała z dumą Julie. - 
Teegerowie nigdy się nie poddają.

Nie   wiem,   czy   Julie   słała   Sharonie   wiadomość   w 

moim imieniu, ale bardzo mi się to spodobało.

- Wierzę — odpowiedziała Sharona, patrząc na

36

background image

mnie. - Naprawdę  miło mi  było  was poznać. Przykro 
tylko, że w takich okolicznościach.

- Mnie również - odpowiedziałam.
Sharona odwróciła się do Mońka.

-Miło cię było zobaczyć, Adrianie. Widzę, że świet-
nie sobie radzisz.
-Radziłem   -   odparł   Monk   beznadziejnie   smutnym 
głosem.

Byłam  taka wściekła na Mońka, że miałam ochotę 

wyjść i zostawić go samego w szpitalu. Niech Sharona 
odwiezie go do domu, skoro tak się za nią stęsknił.

W końcu jednak wyszłam z Julie bez słowa, a Monk 

po prostu ruszył za nami do samochodu, jakby w ogóle 
nic się nie stało. Jakbyśmy nie wpadli przed chwilą na 
jego   dawną   asystentkę   i   jakby   w   gruncie   rzeczy   nie 
zaproponował jej na moich oczach mojej posady.

Jak mógł być tak mało delikatny? Jak mógł być tak 

samolubny? Tak M o n k o w y?

Jechaliśmy   w   milczeniu.   Nikt   nie   powiedział   ani 

słowa.

Wysadziłam Mońka przed jego domem i odjechałam 

z piskiem opon, nie upewniając się nawet, czy dojdzie 
do drzwi. Był  dorosłym  człowiekiem; jeśli nie potrafił 
dać   sobie   rady   z   tak   prostą   rzeczą   jak   przejście   z 
chodnika   przed   domem   do   własnego   pokoju,   to   jego 
sprawa.

-Gniewasz się? - zapytała Julie.
-Ależ skąd takie przypuszczenie? - odpaliłam krótko.
-Ciągle się krzywisz i jesteś zaczerwieniona. To

37

background image

przeze   mnie?   Przez   rachunek,   który   nam   wystawi 
szpital?

-Nie, kochanie, oczywiście, że nie - odpowiedziałam, 
usiłując   złagodzić   ostry  ton  głosu.  -   Wcale  się  na 
ciebie   nie   gniewam.   Byłaś   niesamowita.   Jestem   z 
ciebie bardzo dumna.
-Dlaczego dumna? Złamać rękę to żadne osiągnięcie.
-Dlatego,   że   byłaś   dzielna,   silna   i   dojrzała.   Za-
chowywałaś się bardzo delikatnie wobec pana Moń-
ka, a on wobec ciebie okropnie.
-Ib nieprawda, mamo. Pan Monk panicznie się boi 
szpitala, a mimo to pojechał z nami — powiedziała. 
— Naprawdę jestem dla niego ważna.
-Oczywiście.
-Teraz wie, że on jest również ważny dla mnie.
-Właśnie   dlatego   jestem   z   ciebie   dumna   -   po-
wiedziałam. - Troszczysz się o to, co czują inni lu-
dzie,   w   chwilach,   kiedy   powinnaś   się   troszczyć 
głównie o siebie.
-Nie ma takich chwil - odparła Julie.
-Kto to powiedział?
-Ja   sama   —   stwierdziła   Julie.   -   Tak   sobie   posta-
nowiłam.

Tyle   lat   spędziłam,   starając   się   nauczyć   córkę   sa-

modzielnego   myślenia,   a   przegapiłam   chwilę,   kiedy 
z a c z ę ł a   samodzielnie   myśleć.   Moja   córka   powoli 
wyrastała   na   kogoś,   kto   zaczyna   mieć   własne   prze-
konania i własne zdanie na temat życia.

Kiedy to się stało? I dlaczego wyciskało łzy z moich 

oczu? Przemieniałam się w emocjonalny wrak.

-Nie powiedziałaś mi jeszcze, dlaczego się gniewasz 
- przypomniała Julie.
-Jestem zła na Killer Cleats za ostrą grę. Je-

38

background image

stem zła, że stała ci się krzywda. I jestem zła, że obie 
ręce masz w gipsie, chociaż powinnaś mieć tylko jedną.

-I jesteś zła, że wróciła Sharona.
-Taak... - przyznałam. - Na to też jestem zła.
-Czy pan Monk będzie nas odwiedzał, jeśli stracisz 
pracę? - zapytała Julie.
-Mam nadzieję - odparłam.

background image

4

Monk nie może się zdecydować

Kiedy dotarłyśmy do domu, zdjęłam gips z lewej ręki 
Julie,   zrobiłam   sandwicze   z   grillowanym   serem   i   po-
dałam   jej   środki   przeciwbólowe.   Wieczorem   Julie 
poszła wcześnie do łóżka i niemal natychmiast zasnęła 
jak suseł. Ja również położyłam się wcześnie spać, ale 
do mnie sen nie chciał przyjść.

Ponowne pojawienie się Sharony w życiu  Adriana 

Mońka przysporzyło mi naprawdę wielu trosk. Nie będę 
tego   przed   wami   owijała   w   bawełnę.   Poczułam   się 
aagroiona.

Monk nie był człowiekiem, z którym się łatwo pra-

cuje.   Zostałam   zatrudniona,   aby   się   nim   zajmować 
-byłam jego opiekunką, szoferem, sekretarką, gosposią 
od zakupów i jeszcze zwykłą towarzyszką. Początkowo 
było mi naprawdę trudno.

Z biegiem czasu relacja między nami ewoluowała i 

w końcu wszystko stało się prostsze. Nie było już tylko 
tak,   że   ja   się   opiekowałam   panem   Monkiem.   Teraz 
także Monk opiekował się mną. Nauczyłam się na nim 
polegać,   a  on polegał  na  mnie  -  w  sposób daleki  od 
relacji, jakie zwykle łączą pracodawcę i pracownika.

Jeśli   nie   brać   pod   uwagę   jego   fobii   i   problemów 

emocjonalnych, to wiele nas łączyło. Oboje nagle stra-
ciliśmy współmałżonków - Mitch, mój mąż, był pilotem 
marynarki wojennej i jego myśliwiec został ze-

40

background image

strzelony nad Kosowem. Nigdy się nie dowiedziałam, co 
się właściwie z Mitchem stało, a Mońka wciąż dręczyła 
zagadka morderstwa jego żony Trudy.

Kiedy   się   poznaliśmy,   wychodziliśmy   ze   swoich 

tragedii   i   próbowaliśmy   wrócić   do   życia.   Wciąż   pró-
bujemy, ale teraz mamy przynajmniej siebie i możemy 
się   nawzajem   wspierać.   Bez   zbędnych   słów   rozu-
mieliśmy   swoje   cierpienie.   Dobrze   było   mieć   świa-
domość, że jest ktoś, kto rozumie. To naprawdę wiele 
znaczyło.   Sprawiało,   że   czułam   się   mniej   samotna.   I 
myślę, że Monk czuł się podobnie.

Poza tym po śmierci Mitcha Monk stał się w życiu 

mojej   córki   jedynym   mężczyzną,   który   był   przy   niej 
stale   obecny   i   na   którym   mogła   polegać.   Oczywiście 
spotykałam się czasem z mężczyznami, ale z żadnym nie 
połączył   mnie   prawdziwy,   stały   związek   (raz   jeden 
uległam   niemal   przystojnemu   strażakowi,   Joemu 
Cochranowi,   który   nadal   czasem   za   mną   goni,   a   ja 
czasem żałuję, że nie daję mu się złapać, jednak bałam 
się,  że  któregoś   dnia  stracę  go   w pożarze,  tak jak  na 
wojnie   straciłam   Mitcha).   Wielu   z   nich   nie   przed-
stawiałam  nawet  córce,  a żadnego nie zapraszałam  do 
domu na noc. Nie chciałam, żeby Julie przywiązała się 
do jakiegoś mężczyzny tylko po to, aby po jego odejściu 
mieć złamane serce.

Nigdy   nie   myślałam,   że   Julie   dostrzeże   w   Monku 

kogoś więcej niż zdziwaczałego szefa mamy ani że tak 
bardzo będzie jej na nim zależało. Ale Julie wiedziała, 
jak   przypuszczam,   że   pomimo   wszystkich   jego 
ekscentryczności może na niego liczyć.

Monk   w   najwyższym   stopniu   był   więźniem   przy-

zwyczajeń i nawyków i zawzięcie się opierał wszelkim 
zmianom.   Czasem   może   to   być   bardzo   dobra   cecha. 
Zwłaszcza z punktu widzenia dzieci.

41

background image

Nasz trójka spędzała ze sobą wiele czasu, zajmując 

się codziennymi, przyziemnymi sprawami, nie mającymi 
nic wspólnego z pracą. Miałam więc poczucie pewnego 
komfortu i bezpieczeństwa i nie chciałam tego stracić. A 
wiedziałam, że stracę, jeśli Monk zwolni mnie z pracy i 
zaproponuje Sharonie jej dawną posadę.

Sharona miała nade mną ogromną przewagę. To ona 

ocaliła Mońka i tego już nic nie zmieni. Bez względu na 
to, jak długo bym u niego pracowała i jak bardzo bym 
się z nim zaprzyjaźniła, nie byłam w stanie jej przebić. 
Monk   wszystko   wybaczy   Sharonie.   Ja   zawsze   będę 
druga.

Napawało mnie to strachem.
Ale, jak powiedziała Julie, nazywam się Teeger. Nie 

miałam  zamiaru się poddać bez walki. Już w szpitalu 
sobie   powiedziałam,   że   moja   relacja   z   Adrianem 
Monkiem jest czymś, o co warto walczyć.

W   poniedziałek   najchętniej   pozwoliłabym   Julie 

zostać   w domu,  ale  koniecznie chciała  iść  do szkoły. 
Myślę, że miała ochotę pochwalić się gipsem i pokazać, 
jaka jest twarda, a ja nie miałam nic przeciwko temu. 
Obiecałam jej, że wieczorem przejdziemy się po ulicach 
Noe   Valley,   gdzie   króluje   miejscowa   bohema,   żeby 
sklepikarzom przy Dwudziestej Czwartej zaproponować 
reklamowanie   się   na   ręce.   Na   razie   Julie   miała   się 
zastanowić nad ceną, jakiej zażądałaby za umieszczenie 
reklamy na gipsie.

Uważałam,   że   miała   szansę   znaleźć   niejednego 

chętnego.   W   końcu   mieszkamy   w   San   Francisco, 
mieście, którego mieszkańcy entuzjastycznie patrzą na 
wszystko, co ekscentryczne, radykalne i szalone.

42

background image

Nic dziwnego, że Monk czuł się tu znakomicie; znaj-
dował   wokół   siebie   mnóstwo   rzeczy,   które   należało 
wyprostować, zrównoważyć czy uporządkować.

San   Francisco.   Miasto   najbardziej   krętej   ulicy   na 

świecie i Adriana Mońka. Widziałam w tym sens i do-
wód na to, że Bóg ma ogromne poczucie humoru.

Julie wysiadła przed szkołą, a ja pojechałam prosto 

do domu Mońka przy ulicy Pine. Kiedy tam zajechałam, 
zobaczyłam,   że   na   moim   miejscu   do   parkowania   stoi 
jakiś   stary,   zdezelowany   volvo   kombi,   za   którego 
przednią   szybą   spostrzegłam   karnet   parkingowy   dla 
pracowników szpitala.

Ten symboliczny wyraz mojej nowej sytuacji wzbu-

dził we mnie strach. Najwyraźniej  Sharona  nie traciła 
czasu   z   wprowadzaniem   się   na   moje   miejsce.   Będzie 
wojna. Teraz wiedziałam to na pewno.

Otworzyłam   głośno   drzwi   mieszkania   i   wmasze-

rowałam  do środka niczym  zazdrosna  żona w  nadziei 
przyłapania nieuczciwego męża na gorącym uczynku.

Siedzieli przy stole w jadalni Mońka i jedli z misek 

płatki   Wheat   Chex,   oczywiście   bez   mleka.   Monk 
panicznie bał się mleka, nawet w cudzej misce z płat-
kami.

-W samą porę, Natalie - ucieszył się Monk. -Sharona 
właśnie wpadła do mnie ze śniadaniem. Przyniosła 
Cheksy!
-Jak   miło   -   powiedziałam,   myśląc   oczywiście: 
„Straszne!"
-Wracałam   z   pracy   do   domu   i   pomyślałam,   że 
wpadnę na chwilkę — wyjaśniła Sharona. - Wiem, 
że Adrianowi Cheksów zawsze za mało.
-Skończyłaś   właśnie   pracę?   -   zapytał   Monk. 
-Przecież jest dziewiąta rano.

43

background image

- Niestety   mogłam   przyjąć   tylko   tę   piekielną   nie

dzielną   zmianę,   pozostałe   zmiany   zajmują   bardziej
doświadczone   pielęgniarki.   Cóż   mogłam   zrobić?   Pra
ca była mi potrzebna.

W  ten, och, jakże subtelny,  sposób Sharona  oczy-

wiście   dawała   do   zrozumienia,   że   wolałaby   odzyskać 
dawną posadę. Było już dostatecznie źle, że próbowała 
przekupić Mońka Cheksami.

-W takim razie kto odwiózł Benjiego do szkoły? — 
zapytał Monk.
-Siostra. Mieszkamy u niej, dopóki nie stanę na nogi 
— odparła Sharona. — Wobec problemów Trevora z 
prawem może to jednak trochę potrwać.
-Myślałam, że ma pani zamiar wystawić go do wiatru 
- przypomniałam sobie.
-Chciałam, ale nadal mamy wspólne konto w banku, 
które   Trevor   oczyścił   z   resztek   naszych   nędznych 
oszczędności na opłacenie adwokata.
-Jestem pewna, że pan Monk mógłby wam pomóc - 
powiedziałam.
-Nie mogę pożyczyć pieniędzy od Adriana - odparła 
Sharona.
-Nie — przyznał Monk. - Nie możesz.
-Chodzi   mi   o   to,   że   jeśli   pan   Monk   wydobędzie 
Trevora z więzienia, nie będzie pani musiała miesz-
kać   u   siostry   ani   opłacać   adwokata   -   wyjaśniłam, 
odwracając się do Mońka. - Nie prowadzi pan w tej 
chwili żadnego śledztwa, prawda?
-Jeśli Sharona twierdzi, że on jest winny, to na pewno 
jest - odpowiedział Monk.
-Skąd ta pewność? - zapytałam.
-Ponieważ policja go zatrzymała i siedzi w więzieniu 
— odpowiedział Monk. - To znaczy, że jest winny, 
dopóki nie udowodni swojej niewinności.

44

background image

-O ile wiem, powinno być odwrotnie.
-Nie w tym przypadku - stwierdził Monk.
-Nawet   pan   nie   poznał   dowodów   w   sprawie   -   za-
uważyłam.
-Nikt go o to nie prosił — wtrąciła Sharona.
-Może ktoś wreszcie powinien - stwierdziłam.
-Może ktoś nie powinien wtrącać się do spraw, które 
do niego nie należą — rzuciła Sharona.
-Pan Monk rozwiązywał zagadki, o których wszyscy 
mówili, że są absolutnie nie do rozwikłania.
-Wiem   —   powiedziała   Sharona   przez   zaciśnięte 
zęby. — Dlatego że przy większości z nich stałam u 
jego boku.
-Tylko   na   początku,   przy   mało   interesujących 
śledztwach, zanim pan Monk nabrał wprawy — po-
wiedziałam. - Ja pracowałam z nim przy klasycznych 
zbrodniach, które rozsławiły jego imię. Na podstawie 
jednej  ze spraw chciano nawet  nakręcić film, tej z 
alibi astronauty, który twierdził, że nie zabił żony, bo 
orbitował w tym czasie wokół Ziemi w promie kos-
micznym.
-Słyszałam  o tym  -  powiedziała  Sharona.  - Czy w 
tym filmie asystentką Adriana nie miała być gorąca 
Azjatka   wykazująca   niezwykłe   umiejętności   we 
wschodnich sztukach walk?

Niewielka   to   zmiana   w   filmowym   scenariuszu,   bo 

lubię chińską kuchnię, nie jestem brzydka, a jak trzeba, 
to potrafię też przywalić. Ale tak czy siak, niech ją szlag 
trafi, że miała czelność o tym wspomnieć.

-Staram się wytłumaczyć  tylko, że dla pana Mońka 
rozwikłanie   sprawy   pani   męża   to   bułka   z   masłem 
-powiedziałam. - Dlaczego pani nie chce, żeby mąż 
się znalazł na wolności?
-Nic pani nie wie o mnie i Trevorze.

45

background image

-Wiem, że siedzi w więzieniu, a pani chce, żeby tam 
siedział - stwierdziłam.
-Ja  też   tego  chcę  -  wtrącił  Monk.  — Stanowi  za-
grożenie dla społeczeństwa.

Stanowił zagrożenie dla Mońka. Jeśli Trevor wyjdzie 

z   więzienia,   będzie   to   znaczyło,   że   Sharona   znowu 
zniknie.   Monk   był   tak   samolubny,   że   wolał,   aby 
niewinny   człowiek   gnił   w   więzieniu,   niż   on   miał   ry-
zykować utratę własnego komfortu.

-Trevor   przez   całe   życie   był   łajdakiem   i   złodzie-
jaszkiem, zawsze wypatrywał łatwej okazji, żeby się 
wzbogacić   —   mówiła   Sharona.   —  Wykorzystywał 
każdego,   kto   się   nawinął   pod   rękę,   nawet   własną 
rodzinę.   Mówiłam,   że   miał   tę   firmę   ogrodniczą, 
prawda?   Więc   powiem   wam   jeszcze,   że   pod 
nieobecność   właścicieli   wracał   do   ich   domów, 
włamywał   się   i   kradł   drobiazgi,   które   sprzedawał 
potem   na   eBayu...   pod   własnym   imieniem   i 
nazwiskiem.
-Skoro   z   niego   taki   półgłówek,   to   co   pani   w   nim 
widzi?
-Nie jest głupi, po prostu nie myśli — odpowiedziała 
Sharona. - To różnica. Cały jego problem polega na 
tym,   że   żyje   chwilą.   Nigdy   nie   myśli   o   konse-
kwencjach. To oczywiście stanowi też o jego uroku. 
Na pewno to mnie do niego przyciągnęło. Dwa razy.
-Sharona ma okropny gust, jeśli chodzi o mężczyzn - 
powiedział  Monk. - Kiedyś  spotykała  się z jakimś 
facetem z syndykatu.
-Syndykatu? - zdziwiłam się.
-W ten sposób my, ludzie zawodowo walczący o prze-
strzeganie prawa, nazywamy przestępczość zorgani-
zowaną — wyjaśnił Monk.
-Jeśli byłeś policjantem w siedemdziesiątym piątym 
roku — stwierdziła Sharona.

46

background image

-Z tego,  co pani mówi, Trevor nie wygląda  mi na 
szczególnie   niebezpiecznego   przestępcę   — 
powiedziałam.   -   Dlaczego   pani   uważa,   że   jest 
zabójcą?
-Ponieważ   zabił   -   odparła   rozdrażniona.   —   Pewna 
kobieta,   u   której   opiekował   się   ogrodem,   niespo-
dziewanie wróciła wcześniej do domu i przyłapała go 
na rabunku. Trevor stracił głowę, chwycił lampę i ją 
uderzył. Jestem pewna, że nie chciał jej zabić. Ale to 
nie usprawiedliwia tego, co zrobił.
-Popełnił   rzecz   nie   do   wybaczenia   —   powiedział 
Monk. - Zwabił cię do New Jersey słodką gadaniną i 
obiecankami,   zmusił   do   porzucenia   ludzi,   którzy 
potrzebowali cię najbardziej, do pchnięcia ich w nie-
przeniknioną, czarną otchłań rozpaczy, rozciągającą 
się na dnie ich biednych umęczonych dusz.

Monk   zauważył,   że   patrzymy   na   niego   zdumione, 

więc dodał szybko:

- Poza   tym   Trevor   zamordował   człowieka,   a   to

też niedobrze.

Sharona zerknęła na mnie.

- Jest   już   późno,   dużo   później   niż   myślałam,   chy

ba już pójdę — powiedziała.

Miała absolutną rację.

-Po   co   ten   pośpiech   -   odezwał   się   Monk.   -   Mo-
glibyśmy   zmierzyć   kostki   lodu   w   zamrażalniku   i 
upewnić się, że tworzą idealne sześciany. Pamiętasz, 
jak lubiłaś to robić każdego ranka?
-Ty to lubiłeś Adrianie - odparła Sharona. - Dla mnie 
to był kierat.
-Dobrze, a cóż to znaczy kierat? - spytał Monk, jakby 
prosił wszystkich o odpowiedź zgodnym  chórem. - 
Kierat   to   czynności,   które   uwielbiamy   bezustannie 
wykonywać.
-Nie sądzę - odpowiedziała Sharona.

47

background image

-Taka   definicja   jest   na   pewno   w   słowniku   -   po-
wiedział. — Możemy sprawdzić.
-Oczywiście,   sprawdźmy—powiedziała   Sharona. 
-Idź po słownik. Poczekam.

Monk posłał w moją stronę szeroki uśmiech.

-Ależ   z   niej   żartowniś,   co?   Cięte   riposty   to   taka 
nasza zabawa. Popatrz, natychmiast do niej wrócili-
śmy, prawda? Jakby Sharona nigdy bezmyślnie mnie 
nie zostawiła. Pasujemy do siebie jak dwa wygodne 
nowe buty z jednej pary.
-Chyba   masz   na   myśli   stare   buty   —   powiedziała 
Sharona.
-Kto   chciałby   nosić   stare   buty?—Monk   potrząsnął 
głową i spojrzał na mnie. - Rozumiesz teraz, o czym 
mówię? Samo złoto. Naprawdę powinnaś zacząć to 
spisywać.
Może powinnam po prostu paść na kolana i bić przed 

nią pokłony. Oczywiście nie powiedziałam tego głośno, 
ale z mojej twarzy z pewnością można było wyczytać, 
co myślę, w każdym razie Sharona mogła to wyczytać. 
Wzięła swoją torebkę i szybkim  krokiem  podeszła do 
drzwi.

-Naprawdę muszę iść - powiedziała. - Jeśli zaraz nie 
wyjdę, zasnę za kierownicą.
-Potrzebna ci nowa praca - powiedział Monk.
-Na przykład jaka? - zapytała Sharona. - Mam być 
supermodelką?   Szefem   kuchni?   Międzynarodowym 
szpiegiem? Bo nic innego nie potrafię.
-Mogłabyś wrócić do zawodu prywatnej pielęgniarki 
-   zasugerował   Monk.   -   Mogłabyś   się   poświęcić 
codziennym   potrzebom   samotnej   wydezynfekowa-
nej osoby, a nie tym dziesiątkom nieumytych obcych 
ludzi, którzy prychają na ciebie zarazkami i płynami 
ustrojowymi.

48

background image

Patrzyłam   na   niego,   nie   wierząc   własnym   uszom. 

Czy on rzeczywiście powiedział to, co mi się wydawało, 
że słyszę? Czy nie widzi, że stoję obok? Czy nic już nie 
obchodzą go moje uczucia?

Najwyraźniej   odpowiedzi   na   pytania   powinny 

brzmieć: „Tak", „Nie" i „Nie".

Gdyby były to pytania na teście oceniającym wraż-

liwość i ludzką przyzwoitość, Monk oblałby z hukiem.

-   To   wielka   odpowiedzialność,   której   dzisiaj   na 

pewno bym nie podołała - odpowiedziała Sharona. -Ale 
pomyślę o tym, Adrianie. Pewnie się jeszcze spotkamy.

Wyszła.
„Pewnie się jeszcze spotkamy"? Co miała na myśli?
Przecież nie mieszkali na jednej ulicy i nie poruszali 

się   w   tym   samych   kręgach   towarzyskich.   Nie   było 
mowy, aby tak po prostu wpadli na siebie, przy tej czy 
innej  okazji, na przykład  w sklepie spożywczym,  gdy 
Monk układa wino według rocznika i kształtu butelek.

Sharona   mogła   tylko   zaplanować   to   spotkanie.   A 

przecież   jeszcze   dwadzieścia   cztery   godziny   temu 
ukrywała   się   przed   Monkiem.   Teraz   dała   sygnał,   że 
znowu będzie obecna w jego życiu. Skąd taka zmiana?

Powiem wam skąd. Otóż Sharona odkryła, że wbrew 

jej   najskrytszym   obawom   Monk   wcale   nie   darzył   jej 
nienawiścią   za   tamto   nagłe   odejście.   Fakt   ten 
niespodziewanie   otworzył   przed   nią   różnorakie 
możliwości, których wcześniej nie brała pod uwagę, jak 
choćby odtworzenie w każdym szczególe dawnego życia 
w San Francisco, jak gdyby w ogóle nie było tych paru 
minionych lat.

49

background image

-Czy to nie wspaniale, że wróciła Sharona? — za-
pytał Monk.
-Jestem wręcz oszołomiona z radości.
-Wyczuwam w tobie jakąś zadrę - zauważył Monk.
-Doprawdy?—rzuciłam   z   przekąsem.   —   Musi   pan 
być detektywem.
-Dlaczego w tak piękny i radosny dzień okazujesz 
tyle gniewu?
-Dlatego   -   powiedziałam,   wycelowawszy   w   niego 
palec. - Pan dostał jakiegoś kręćka!
-Nie podoba ci się, że jestem szczęśliwy? - zapytał.
-Przeciwnie, panie Monk, podoba mi się, i to bardzo. 
Nie   podoba   mi   się   tylko   to,   co   z   tego   wybuchu 
radości wynika.
-Że nie jestem smutny?

Trudno mi było uwierzyć, że tak wolno myśli.

-Czy pańskie życie jest aż tak nędzne, odkąd jestem 
pana asystentką? - zapytałam.
-Nie bardziej niż zwykle.
-Więc dlaczego chce mnie pan wyrzucić z pracy?
-Ależ nie chcę - odparł.
-Dwa   razy   w   mojej   obecności,   i   to   bardzo   mało 
subtelnie, zaoferował pan Sharonie moją posadę.
-Jak możesz tak mówić? Absolutnie nie mógłbym cię 
zwolnić — powiedział Monk. - Po tym wszystkim, 
przez co razem przeszliśmy?

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.

-Naprawdę?
-Jesteś   mi   potrzebna   do   życia,   Natalie.   Nie   wiesz 
tego jeszcze?
-Nawet   pan   nie   wie,   jaką   czuję   ulgę   i   jak   bardzo 
chciałam usłyszeć od pana te słowa - powiedziałam,

50

background image

czując   się   trochę   zażenowana   i   zawstydzona.   Jak 
mogłam tak mylnie ocenić Mońka? — Kiedy zobaczy-
łam, z jakim entuzjazmem przyjął pan powrót Sharony, 
byłam   przekonana,   że   zamierza   pan   oddać   jej   moją 
posadę.

- Och,   nie   bądź   niemądra   –   powiedział   Monk. 

-Przecież wystarczy mnie dla was obu.

Serce mi zamarło.

-Co pan ma na myśli?
-Możecie   się   mną   dzielić   -   odpowiedział   Monk. 
-Zawsze   potrzebowałem   więcej   czasu   i   troski,   niż 
mogła   mi   to   zaoferować   jedna   osoba.   To   idealne 
rozwiązanie.
-Pan chce zatrudnić nas obie jako swoje asystentki?
-Czy to nie cudowne? Mogłybyście przychodzić na 
zmianę, jedna przed południem, druga po południu. 
Albo   jedna   w   jednym   tygodniu,   a   druga   w   na-
stępnym. Ja się potrafię dostosować. Jestem pewien, 
że dojdziecie do porozumienia.

Otarłam z oczu łzy i poczułam, jak policzki znowu 

pałają mi gniewem.

-Czy będzie nam pan wypłacał dwie pełne pensje?
-Dlaczego   miałbym   wypłacać   pełną   pensję   za  wy-
konywanie połowy pracy? Natalie, pomyśl racjonal-
nie.
-W porządku, myślę racjonalnie. Ledwie udaje mi się 
wyżyć   z   pensji,   jaką   teraz   otrzymuję   od   pana, 
pracując na p e ł e n  etat - oświadczyłam. — Nie ma 
najmniejszej możliwości, abym mogła wyżyć z poło-
wy tego, co dostaję.
-Możesz poszukać drugiej pracy - stwierdził Monk.

51

background image

-Nie chcę drugiej pracy - odpowiedziałam.
-To mogłabyś  wykorzystać wolny czas na robienie 
porządku w domu - sugerował Monk. - Bóg jeden 
wie,   ile   jest   rzeczy   do   porządkowania   w   każdym 
domu.
-Panie Monk, nie mam zamiaru z nikim się dzielić 
swoją posadą.
-Natalie.   Ona   wróciła.   Ludzie,   którzy   ode   mnie 
odchodzą, już nigdy nie wracają. Nie mogę pozwolić 
jej odejść.   
W   sensie   emocjonalnym   nawet   rozumiałam   jego 

uczucia. Kiedy Monk był dzieckiem, opuścił go ojciec, 
który   dopiero   co   niespodziewanie   znowu   się   pojawił. 
Monk stracił żonę, która nigdy już do niego nie wróci. 
W końcu rzuciła go Sharona, ktoś, kto był mu niezbędny 
do życia. Nie jestem psychiatrą, ale było dla mnie jasne, 
że Monk musiał zgnieść w sobie wściekłość na Sharonę 
i zaaprobować jej powrót, aby w ten sposób walczyć ze 
swoim poczuciem niepewności. Przenikliwa obserwacja, 
prawda? Możecie do mnie mówić „pani doktor Natalie" i 
dać mi własny program telewizyjny.

W sensie praktycznym musiałam się jednak liczyć z 

realiami, i on również.

-Pan   mnie   w   ogóle   nie   słucha,   panie   Monk   — 
powiedziałam. - Nie stać mnie na utratę połowy pen-
sji i nie mam zamiaru użerać się dla pana z dwiema 
posadami.
-W takim razie co mam zrobić?
-Dokonać wyboru - powiedziałam. - Albo Sharona, 
albo ja.
-To niesprawiedliwe - powiedział Monk.
-Niesprawiedliwe? - powiedziałam. - Jak pan może 
patrzeć mi w oczy i mówić coś o sprawiedliwości?

52

background image

- Nie wiem, może dlatego, że myślę racjonalnie, a ty 

nie?

Niestety,  nie mogę powiedzieć, że odpowiedziałam 

mu błyskotliwą uwagą,  która osadziła go w miejscu i 
kazała   mu   się   zastanowić   nad   własnym   brakiem 
wrażliwości.   Przeciwnie,   wyszłam   z   domu,   trzaskając 
drzwiami, czym tylko wzmocniłam w nim przekonanie o 
własnej nieomylności.

background image

5

Asystentka Mońka wybiera się w

podróż

Nie   ulegało   wątpliwości,   że   z   kapitanem   Stottleme-
yerem   miałam   dużo   lepszy   kontakt   niż   Sharona.   Nie 
mogę   jednak   powiedzieć,   by   było   to   wielkie 
pocieszenie.

Początkowo zbliżała nas do siebie jedynie wspólna 

troska o Mońka. Momentem, który diametralnie zmienił 
relację   między   nami,   był   rozwód   Stottleme-yera.   Nie 
chodziliśmy ze sobą ani nic z tych rzeczy — po prostu 
kapitan się otworzył przede mną i zaczął mi się zwierzać 
ze swoich problemów.

Przypuszczam, że nie miał nikogo, przed kim mógł-

by   wszystko   z   siebie   wyrzucić.   Nie   mógł   się   z   tym 
zwrócić do porucznika Dishera, gdyż podważyłby tym 
samym   swój   służbowy   autorytet.   Zresztą,   jak   się 
wydawało, poza Monkiem Stottlemeyer nie miał nikogo 
bliskiego,   w   każdym   razie   nic   nie   było   mi   o   tym 
wiadomo.

Bardzo   mi   schlebiało,   że   Stottlemeyer   znalazł   we 

mnie osobę, której może zaufać, aleja, dopóki w życiu 
Mońka nie pojawiła się znowu Sharona, nie czułam się 
równie swobodnie, by zwierzać się Stottlemey-erowi ze 
swoich nieszczęść.

Jednak tego dnia prosto z domu Mońka poszłam do 

gabinetu kapitana i opowiedziałam mu, co się stało. Nie 
przeszkadzało   mi   nawet,   że   obok   stał   Di-sher   i 
wszystkiemu się przysłuchiwał.

54

background image

-Nigdy   bym   nie   pomyślał,   że   Sharona   wróci 
-powiedział zza biurka Stottlemeyer,  odchylając się 
na krześle.
-Między   mną   i   Sharona   było   pewne   erotyczne 
napięcie   -   wtrącił   się   Disher,   stojąc   w   drzwiach. 
-Takie gorące „będzie coś z tego czy nie będzie"...
—Raczej „nigdy nie będzie" — uciął sucho Stottle

meyer.

-To było wręcz namacalne - powiedział Disher.
-Absolutnie namacalne - dodał Stottlemeyer.
-Widzę, że była to mniej więcej  taka sama relacja, 
jaka łączy nas - powiedziałam do Dishera.
-Och, naprawdę?
—Chodzi mi o to „nigdy nie będzie" - wyjaśniłam.
- Oczywiście   -   odparł   Disher.   -   Ale   to   się   żarzy.

Ludzie czują ten żar.

—Rozumiem twoją sytuację, Natalie — powiedział 
Stottlemeyer. - Ale nie wiem, co ci poradzić. Decyzja 
należy do Mońka, a nie jest łatwa.
—Może mi pan pomóc.
—Nie chcę się opowiadać po żadnej ze stron — po-
wiedział   Stottlemeyer.   -   Mam   duży   szacunek   dla 
Sharony. Przeszła przez piekło z Monkiem.
—Wiem o tym i wcale nie chcę, żeby wchodził pan w 
środek tego wszystkiego - zapewniłam go.
—W takim razie, czego ode mnie oczekujesz?
- Chciałabym,   aby   dowiedział   się   pan   szczegółów

na   temat   tego   morderstwa   w   Los   Angeles,   o   które
oskarżono Trevora.

—Tyle mogę zrobić—powiedział Stottlemeyer i spoj-
rzał na Dishera. - Zajmij się tym, Randy.
—Przed chwilą pan powiedział, że to pan może się 
tym zająć.
- Właśnie się zajmuję - odpowiedział kapitan. -

55

background image

Za   twoim   pośrednictwem.   To   jeden   z   przywilejów 
kapitana.

- Może powinien pan raczej powiedzieć: „Zapytam

Randy'ego, czy nie zechciałby się tym  zająć" - odparł
Disher.   -   A   ja   wówczas   sprawdziłbym,   jak   wygląda
mój kalendarz zajęć.

Stottlemeyer wstał i prześwidrował Dishera oczami.

- Który,   jak   się   okazuje,   jest   w   tej   chwili   akurat

pusty - dokończył szybko Disher i odszedł do swojego
biurka.

Stottlemeyer odwrócił się do mnie.

-Mogę cię zaprosić na filiżankę kawy? — zapytał.
-Wspaniały pomysł — odpowiedziałam.

Poszliśmy   do   kawiarni   po   drugiej   stronie   ulicy, 

porozmawialiśmy  o  jego   dzieciakach   i   o  tym,   jak   się 
mają   sprawy   z   jego   dziewczyną   (odnoszącą   sukcesy 
agentką nieruchomości, której przedstawiłam kapi-tana 
przez   nieuwagę   podczas   mojej   katastrofalnej   próby 
przemienienia Mońka w prywatnego detektywa; ale to 
zupełnie inna historia).

Synowie Stottlemeyera  mieli się całkiem dobrze, a 

związek   z   dziewczyną   zmierzał   w   jak   najlepszym 
kierunku i po raz pierwszy od stuleci kapitan czuł się 
szczęśliwy i odprężony.

- Zycie jest naprawdę dobre - powiedział.
Cieszyłam się, że jest zadowolony. Miał za sobą

blisko   dwa   lata   udręki   i   zasługiwał   na   trochę   odpo-
czynku, w każdym razie na tyle, ile może mieć facet, 
który codziennie ogląda czyjeś zwłoki.

Kiedy   wróciliśmy   do   gabinetu,   na   biurku   Stottle-

meyera   leżały   już   faksy   przesłane   z   Departamentu 
Policji w Los Angeles. Stottlemeyer zaczął je prze-

56

background image

glądać, a my z Disherem staliśmy z boku i czekaliśmy. 
Po paru chwilach kapitan westchnął ciężko i rozparł się 
na krześle.

-Mają mocne zarzuty, Natalie - powiedział.
-Co to znaczy? - zapytałam.
-W całym domu znaleźli odciski palców Trevo-ra — 
powiedział Stottlemeyer.
-To przecież oczywiste. Pracował tam.
-Pracował na zewnątrz - zauważył Stottleme-yer. - Z 
jakiej   racji   wewnątrz   domu   miałyby   się   znaleźć 
odciski palców faceta, który kosi trawę i grabi liście?

Och. Jasne. Na tyle tylko przydał  się mój detekty-

wistyczny talent.

-Może   był   ogrodnikiem   pełnoetatowym?   -   wyraził 
przypuszczenie Disher. - Może podlewał też kwiatki 
w domu?
-To możliwe - stwierdziłam.
-Nie, to niemożliwe — odpowiedział Stottlemeyer. 
—   W   jego   półciężarówce   policja   znalazła   ukrytą 
biżuterię należącą do ofiary.
-Chce mi pan powiedzieć, że facet daje się zaskoczyć 
gospodyni, kiedy kradnie jej biżuterię, zabija kobietę 
i zamiast zwiewać, gdzie pieprz rośnie, kręci się po 
domu i zbiera świecidełka? - zapytałam. - Nie wydaje 
się to panu dziwne?
-Niezupełnie. Trzeba zacząć od tego, że po to w ogóle 
wszedł do domu.
-Ale   potem   zostawia   kompromitujące   dowody   w 
samochodzie, zamiast cisnąć je gdzieś przy pierwszej 
lepszej okazji, tak? - mówiłam dalej. - Czy on jest aż 
tak głupi?

- Biżuteria   była   zbyt   wartościowa,   aby   ją   po   pro

stu wyrzucić - mówił Stottlemeyer. - Nie potrafił się

57

background image

na   to   zdobyć,   zwłaszcza   po   tym,   ile   go   kosztowała 
kradzież.   Chciał   ją   przetrzymać   tylko   do   momentu 
sprzedaży na eBayu.

-Czy Trevor ma alibi? — zapytałam.
-Twierdzi, że w czasie, kiedy popełniono zbrodnię, 
siedział   w   zaparkowanym   na   ulicy   samochodzie   i 
jadł hamburgery z paroma facetami ze swojej ekipy.
-Proszę bardzo — ucieszyłam się. — Są więc świad-
kowie, którzy mogą poświadczyć, że Trevor jest nie-
winny.
-Ludzi   do   pracy   zbierał   z   Sepulveda   Boulevard  i 
płacił   im   dniówkę   w   gotówce.   Żadnego   nie   znał. 
Wszyscy   byli   dla   niego   tylko   Jesusami   albo 
Hectorami, chyba wiesz, o co mi chodzi.

- Nielegalni imigranci - domyśliłam się.
Stottlemeyer przytaknął.
-Jeśli   świadkowie   mogący   potwierdzić   jego   alibi 
rzeczywiście istnieją, w co szczerze wątpię, to albo 
od   dawna   przebywają   w   innym   stanie,   albo   są   z 
powrotem   w   domu   za   zieloną   granicą.   Dać   się 
wciągnąć   w   śledztwo   w   sprawie   morderstwa,   to 
ostatnia rzecz, o której by tutaj marzyli.
-Więc to koniec? — zapytałam.
-Dopóki nie dojdzie do procesu i, jak sądzę, wyroku 
skazującego,   tak,   to   koniec   -   odpowiedział   Stot-
tlemeyer. — A ty jak sądzisz?
-Nie znam  Sharony,  ale jeśli  jest taką kobietą, jak 
nieraz mi opowiadaliście, to jestem przekonana, że 
nawet   jeśli   ma   zły   gust   w   kwestii   mężczyzn,   nie 
wyszłaby za mężczyznę, nie miałaby z nim dziecka, 
nie   rozwiodłaby   się   z   nim   i   nie   poślubiła   go   po-
nownie, gdyby ten mężczyzna był zdolny do morder-
stwa.

58

background image

-Co do tego, muszę przyznać Natalie rację, kapitanie 
— rzucił Disher.
-Jak możesz przyznawać rację czemuś, co generalnie 
nie trzyma się kupy? — zapytał go Stottle-meyer.
-Wierzę w instynkt Sharony - odpowiedział Disher. 
— Nawet jeśli ona sama w niego nie wierzy.

Stottlemeyer   spojrzał   na   Dishera   takim   wzrokiem, 

jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

-Niech mnie diabli.
-Może   mi   pan   załatwić   widzenie   z   Trevorem?   — 
zapytałam.

Stottlemeyer wolno przeniósł na mnie wzrok.

- Po co miałabyś się z nim spotykać?

- Chciałabym usłyszeć jego wersję wydarzeń.
Stottlemeyer przyglądał mi się z uwagą przez

dłuższą chwilę.

-W   porządku   -   powiedział   w   końcu.   -   Tyle   mogę 
zrobić.
-To znaczy miał pan na myśli to, że ja mógłbym to 
zrobić, tak? - zapytał Disher.
-Miałem   na   myśli   to,   że   ja   mógłbym   to   zrobić 
-odpowiedział Stottlemeyer.
-W takim razie skąd mam wiedzieć, co pan ma na 
myśli, gdy mówi pan: „Tyle mogę zrobić"? - zapytał 
Disher. - Czy ja mam to robić czy pan?
-Uwierz w swój instynkt - poradził mu Stottlemeyer, 
a potem się odwrócił do mnie. - Nigdy nie miałem 
przyjemności   poznać   tego   Trevora,   ale   patrząc   w 
jego kartotekę, widzę, że popełnił w życiu niejedną 
głupotę. Niekiedy wystarczy dodać do głupoty brak 
szczęścia i zabójstwo gotowe. Naprawdę uważasz, że 
jest niewinny i tylko Monk może mu pomóc? Czy 
boisz się, że stracisz pracę?

59

background image

-Skorzystam   z   prawa   do   odmowy   zeznań   -   odpo-
wiedziałam. - Żeby uniknąć samooskarżenia.
-Ale nie zostałaś zatrzymana — powiedział Di-sher. 
-1   nikt   nie   stawia   ci   zarzutów   popełnienia   prze-
stępstwa.
-Nikt   jej   nie   stawia   zarzutów—przyznał   Stottle-
meyer,   sięgając   po   słuchawkę   telefonu.   -   Ale   jest 
winna.

Miał rację.

Lot do Los Angeles trwa około godziny. Z lotniska w 

Oakland samoloty odlatują tam przez cały dzień, a bilety 
są naprawdę niedrogie. Umówiłam się z mamą jednej z 
koleżanek   Julie,   że   odbierze   moją   córkę   ze   szkoły   i 
zaopiekuje   się   nią   do   czasu   mojego   wieczornego 
powrotu do San Francisco.

Julie będzie wściekła, że musiałam złamać obietnicę 

poszukania   klientów   na   reklamę   na   jej   gipsie,   ale 
nadrobię to z nawiązką.

Przejechałam   przez   Bay   Bridge   do   Oakland,   zo-

stawiłam   samochód   na   parkingu   krótkoterminowym   i 
najbliższym   rejsem   linii   Southwest   poleciałam   do 
Burbank, skąd jest bliżej do centrum miasta niż z głów-
nego lotniska Los Angeles.

W samolocie zastanawiałam się nad tym, o co po-

winnam zapytać Trevora, ale nic mi nie przychodziło do 
głowy.  Gdzieś nad San Jose zdałam  sobie sprawę,  że 
cała ta wyprawa jest pozbawiona najmniejszego sensu, 
ale było już za późno na odwrót.

Zaczęłam   więc  rozmyślać   nad  prawdziwym  powo-

dem podróży. Nad więzią, która mnie łączyła z Mon-
kiem. Nie wiem dlaczego, ale moje myśli  bezwiednie 
podążyły ku Betonowemu statkowi.

60

background image

W jednej z galerii sztuki w Capitoli, ciekawej nad-

morskiej   miejscowości   niedaleko   Monterey,   gdzie   się 
wychowywałam,   moi   rodzice   kupili   w   latach   siedem-
dziesiątych   obraz   zatytułowany  Betonowy   statek.  Po-
wiesili   go   w   salonie   nad   kominkiem,   a   ja   potrafiłam 
godzinami tam siedzieć i wpatrywać się w niego.

Nawet   teraz,   podczas   rzadkich   wizyt   u   rodziców 

zdarza mi się siadać na podłodze przed obrazem, z fi-
liżanką gorącej kawy w ręce i patrzeć na statek niczym 
na niezwykły pejzaż za oknem.

Betonowy   statek   to   w   rzeczywistości   stary   wrak 

stojący   na   końcu   mola   w   Aptos,   małej   nadmorskiej 
miejscowości między Capitolą a Monterey. Jego praw-
dziwa nazwa brzmiała Palo Alto, a był to jeden z dwóch 
betonowych   tankowców   zbudowanych   podczas   pierw-
szej wojny światowej w stoczni w San Francisco.

Często się zastanawiałam, kto wpadł na tak genialny 

pomysł, aby budować okręt z betonu.

Dlaczego nie zbudowano też statku z cegieł?

Jak mogli się dziwić, że coś takiego nie chciało się 

utrzymać na wodzie i popłynąć?

No,   dobrze,   to   nie   jest   do   końca   prawda.   Okręt 

popłynął. Raz.

Palo   Alto  odbył   jeden   krótki   rejs,   a   potem,   sie-

demdziesiąt pięć lat temu, został odholowany na wody 
zatoki Monterey i osadzony na mieliźnie przy plaży, by 
służyć jako tancbuda. Kilka lat później potężny sztorm 
pogruchotał kadłub okrętu i od tego czasu wrak leży i 
niszczeje, pozostawiony swojemu losowi.

Obraz wiszący nad kominkiem w domu moich ro-

dziców przedstawiał przełamany na pół kadłub ginący 
we mgle niczym gasnąca pamięć.

Obraz niezmiennie mnie oczarowywał.

Za to Monk nie mógł na niego patrzeć. Przede

61

background image

wszystkim   dlatego,   że   patrzenie   na   ocean,   choćby 
namalowany   na   obrazie,   wywoływało   w   nim   objawy 
choroby   morskiej.   Ale   wydaje   mi   się,   że   najbardziej 
doskwierał   mu   sam   wrak.   Stanowił   przecież   coś,   co 
należało na powrót złożyć w całość, a tymczasem został 
uwieczniony na płótnie w stanie nieuporządkowanym.

Na Mońka obraz działał jak kryptonit na Supermana 

albo   jak   krucyfiks   na   wampira.   Dla   niego   był   to 
wizerunek   nieładu,   który   nigdy   nie   zostanie   upo-
rządkowany, i z tą myślą Monk po prostu nie był w sta-
nie się pogodzić. Za każdym  razem, kiedy nas odwie-
dzał, musieliśmy zasłaniać obraz tkaniną.

Ja tymczasem  odnajdywałam   w  Betonowym  statku 

kojący   spokój.   Odprężał   mnie   i   pozwalał   mi   się 
skoncentrować. Oczywiście, że był to bohomaz, do tego 
w   trochę   smutnym   nastroju,   ale   było   w   nim   coś 
pięknego.

Peralta,  okręt   bliźniaczy  Palo   Alto,  także   jest   już 

wrakiem   —jednym   z   dziesięciu   innych   niszczejących 
okrętów spiętych w wielki pływający falochron u ujścia 
rzeki   Powell   w   Kolumbii   Brytyjskiej.   Nigdy   go   nie 
widziałam, ale byłam ciekawa, czy ktoś kiedyś również 
go namalował. Jeśli tak, chciałabym mieć ten obraz.

Jest   we   wrakach   okrętów   coś,   co   mnie   głęboko 

ujmuje, budzi przestrach i jest jednocześnie piękne. Ale 
Betonowy statek nie był dla mnie jednym z wielu takich 
wraków. To był m ó j  wrak.

Czasami odnosiłam wrażenie, że moje życie jest jak 

ten betonowy okręt i że toczę nieustanną walkę, by nie 
dać się osadzić na mieliźnie.

Może   życie   Mońka   również   było   jak   betonowy 

okręt.

62

background image

Jesteśmy   jak  Palo   Alto  i  Peralta  opuszczające 

macierzysty port w San Francisco. I jestem przekonana, 
że gdyby nas teraz rozdzielono, ugrzęźlibyśmy na jakiejś 
płyciźnie,   gdzie   powoli   niszczyłyby   nas   niestrudzone 
morskie fale.

Do Burbank przyleciałam akurat w porze lunchu, ale 

nie   miałam   czasu,   aby   coś   zjeść,   więc   jeszcze   na 
lotnisku, po zawyżonych cenach, kupiłam paczkę chip-
sów i dietetyczną colę. Całe szczęście, że nie przybieram 
łatwo na wadze. Idąc przez halę przylotów, pochłonęłam 
błyskawicznie   swoją   „zdrową"   żywność,   po   czym 
złapałam  taksówkę i  powiedziałam  taksówkarzowi, by 
jechał do śródmiejskiego więzienia. Na bilet lotniczy i 
przejazd   taksówką   wysupłałam   znakomitą   większość 
swojej osobistej fortuny.

Kapitan Stottlemeyer telefonicznie uprzedził władze 

aresztu o mojej wizycie, więc wszystko poszło gładko. 
Ochrona wiedziała, że jestem w drodze, i przepustka już 
na   mnie   czekała.   Po   przejściu   przez   rewizję,   niemal 
równie   rygorystyczną   jak   na   lotnisku   W   Oakland, 
poprowadzono mnie prosto do sali widzeń.

Wyglądała jak podobne sale, które widywałam w te-

lewizji. Przedzielona była na dwie części ogromną plek-
siglasową szybą, po której obu stronach ciągnął się rząd 
ciasnych boksów. W każdym z nich wisiała staromodna 
słuchawka   telefoniczna   na   długim   kablu.   Człowiek 
mógłby pomyśleć, że przy tak zaawansowanej technice 
pokażą tu coś bardziej szykownego i zaawansowanego 
technologicznie - coś w rodzaju pól siłowych, z których 
korzystali   w   areszcie   na   swoim   statku   kosmicznym 
bohaterowie  Star   Treka   —  ale   nic   z   tych   rzeczy. 
Siedziałam pogrążona w myślach, gdy

63

background image

nagle wyrwał mnie z nich Trevor, który zjawił się po 
drugiej stronie pleksiglasowej szyby.

Wiedziałam, że jest w moim wieku, ale wyglądał jak 

wystraszone dziecko, z wysokimi, łukowatymi brwiami, 
zmierzwionymi włosami i pulchnymi wargami.

W jego sylwetce i rysach twarzy bezsprzecznie było 

coś   ze   Wschodniego   Wybrzeża,   ale   gdyby   ktoś   mnie 
poprosił,   abym   wskazała   konkretną   cechę,   na   pewno 
bym   nie   potrafiła.   Miał   takie   samo   spojrzenie   jak   ci 
wszyscy faceci w  Rodzinie Soprano,  choć pozbawione 
tej ich tłumionej wrogości — w jego oczach dostrzega-
łam raczej smutek, strach i niepewność.

Wzięliśmy słuchawki i spojrzeliśmy sobie w oczy. 

Przyglądał się mojej twarzy z taką uwagą, jakby szukał 
na   niej   znaków   szczególnych.   Ja   natomiast   przy-
patrywałam mu się w poszukiwaniu oczywistych oznak 
winy.

—Czyja panią znam? — zapytał po chwili.
—Nazywam   się   Natalie   Teeger   —   przedstawiłam 
się. - Pracuję u Adriana Mońka.
—Mońka? - Zdawało się, że to nazwisko natchnęło 
go nadzieją i ulgą. — Bomba. Uff! Wiedziałem, że 
Sharona mnie nie opuści. Pan Monk mi pomoże?
—Najpierw   musi   pan   przekonać   mnie   —   powie-
działam.
—Po co? Jestem mężem Sharony. To nie wystarczy? 
Monk naprawdę  wiele jej zawdzięcza, choćby za... 
— urwał raptem, gdyż wyczytał odpowiedź z mojej 
twarzy.   —   Sharona   nie   prosiła   Mońka   o   pomoc, 
prawda? Naprawdę myśli, że to zrobiłem, że mogłem 
zabić?

Przytaknęłam, a on zaczął płakać.

background image

6

Asystentka Mońka dokonuje 

odkrycia

W oglądaniu płaczącego mężczyzny jest coś dziwnego, 
co zwykle każe mi odwrócić wzrok. Jednak tym razem 
nie potrafiłam tego zrobić.

Patrzyłam   na   Trevora   i   otwarcie   obserwowałam 

każdą   następną   palącą   łzę   na   jego   policzkach,   każdy 
grymas   bólu,   każde   ciężkie   westchnienie   podnoszące 
pierś. Nie widziałam wielu płaczących mężczyzn, jednak 
kiedy już płaczą, zdaje się w tym kryć nagość, która jest 
bardziej intymna i obnaża bardziej niż seks.

Raz   widziałam   płaczącego   ojca.   Miałam   dziewięć 

lat.   Poszłam   do   jego   gabinetu,   żeby  mu   pokazać,   jak 
narysowałam   naszego   psa.   Drzwi   były   niedomknięte, 
przed   wejściem   do   pokoju   coś   mnie   powstrzymało   i 
kazało spojrzeć przez szparę.

Ojciec siedział przy biurku z twarzą ukrytą w dło-

niach.   Jego   ramiona   drżały.   W   pewnym   momencie 
opuścił ręce  i zobaczyłam  policzki mokre od łez. Ale 
zobaczyłam też dużo więcej. Zobaczyłam słabość. Zo-
baczyłam lęk. Zobaczyłam wstyd.

Nie   zauważył   mnie,   a   ja   nigdy   nie   wspomniałam 

słowem, że go wówczas widziałam. Nie wiedziałam, i 
do  dzisiaj nie wiem, dlaczego wtedy płakał. Ale nigdy 
nie zapomnę tamtej chwili ani tamtego uczucia. Jedyne 
podobne wrażenia, które dzisiaj przychodzą mi

65

background image

do   głowy,   to   niepewność   i   lęk,   które   czuję   podczas 
trzęsienia ziemi, kiedy zwykle twardy grunt pod nogami 
zamienia się nagle w galaretkę.

Siedząc   w   sali   widzeń,   zastanawiałam   się,   czy   to 

samo czuł ojciec, kiedy płakał, i czy to samo czuje teraz 
Trevor.   Kiedy   patrzyłam   na   jego   twarz,   widziałam 
wszystko   to,   co   wówczas   widziałam   na   twarzy   ojca. 
Spróbujcie coś takiego udawać. To nie jest łatwe, chyba 
że   macie   u   siebie   na   kominku   Oscara   albo   nagrodę 
Emmy.

Łzy płynęły Trevorowi  przez  dobre  dwie, trzy mi-

nuty. Spostrzegłam, że jego także zaskoczyły,  a nawet 
upokorzyły. Zrobił grymas, kilka razy odetchnął głęboko 
i   doszedł   w   końcu   do   siebie.   Potem   rozejrzał   się,   by 
sprawdzić,   czy   ktoś   widział   chwilowe   pęknięcie   jego 
męskiej skorupy, ale w pokoju byłam tylko ja i strażnik, 
który jeśli nawet  coś zauważył,  nie dał  tego  po sobie 
poznać.

Nawet   nie   starałam   się   udawać,   że   nie   widziałam 

płaczu czy słabości, którą ten płacz obnażył. I tak kiep-
ska ze mnie aktorka.

Trevor otarł  oczy rękawem  więziennej  drelichowej 

bluzy.

- Ja nie zabiłem Ellen Cole — stwierdził w końcu.
Po raz pierwszy ktoś powiedział mi nazwisko i imię

tej biednej kobiety.

-To jakim sposobem znaleziono w pana samochodzie 
te cuda?
-Ktoś chce mnie wrobić - odpowiedział Trevor.
-Komu by na tym zależało?
-Temu, kto wgniótł jej czaszkę stalową lampą -odparł 
Trevor.

- Przychodzi panu ktoś do głowy?
Oczywiście, że nie. Gdyby ktoś przychodził mu do

66

background image

głowy,   dawno   by   powiedział.   Głupie   pytanie,   ale   nie 
wiedziałam, o co pytać.

-Nie mam pojęcia. Ścinałem u niej trawę, pieliłem 
rabaty,   strzygłem   krzaki   -   mówił   Trevor.   -   Nasza 
znajomość nie sięgała dalej.
-To   skąd   się   wzięły  pańskie   odciski   palców   w   jej 
domu?
-Często prosiła mnie o drobne przysługi - tłumaczył. 
- Sięgnie pan tam? Zmiem" pan żarówkę? Przesunie 
pan komodę?

-To była starsza kobieta? Spojrzał na 
mnie ze zdziwieniem.
-Pani nic nie wie o tej sprawie?

-Szczerze mówiąc, nie — przyznałam. - Nie jestem 
nawet pewna, o co powinnam pana pytać.
-Miała ponad trzydzieści lat, była niska, trochę wątła. 
Próbowała   nawet   flirtować   ze   mną,   ale   nigdy   nie 
podejmowałem   gry.   Jestem   szczęśliwym 
małżonkiem. - Zacisnął powieki, jakby poczuł nagły 
ból. -W każdym razie byłem. Albo wydawało mi się, 
że byłem. Czym się pani zajmuje u Mońka?
-Robię  to samo, co  kiedyś  robiła Sharona  - odpo-
wiedziałam. - Ale nie tak dobrze jak ona.
-Dlaczego pani tak myśli?
-Ponieważ   Monk   chce   ją   przyjąć   z   powrotem.   — 
Byłam Trevorowi winna tę trochę szczerości za jego 
łzy. - Dlaczego Sharona nie chce panu uwierzyć?
-To   najgorsze   ze   wszystkiego.   Gorsze   nawet   niż 
pobyt   w   tym   więzieniu   -   mówił   Trevor.   -   Jestem 
ostatnim   draniem.   Wiem.   Okłamywałem   ludzi. 
Zawiodłem   wszystkich   w   swoim   życiu,   zwłaszcza 
Sharonę. Ale to nie ja zabiłem. Nie mógłbym nikogo 
zamordować.
-Skoro z pana taki kawał drania, dlaczego wróciliście 
do siebie? - zapytałam.

67

background image

-Kilka   łat   temu   przyjechałem   do   San   Francisco 
odegrać   małe   przedstawienie   powrotu   do   Sharony 
-powiedział. — Chodziło tylko o to, żeby pokazać 
mojemu   bogatemu   wujowi   Jackowi,   że   znowu   się 
ustatkowałem.   Bo   kiedy   Sharona   mnie   zostawiła, 
wuj się ode mnie odciął. Sęk w tym, że popadłem w 
hazardowe   długi  i  chciałem,  aby  wuj   mnie  z   nich 
wyciągnął.
-Czego   jednak   nie   chciał   zrobić   bez   pewności,   że 
pieniądze   trafią   do   Sharony   i   dziecka   — 
dokończyłam.   -Po   prostu   wykorzystałeś   ich   jako 
przynętę.
-Uhm.   W   dniu,   w   którym   mieliśmy   wracać   na 
Wschodnie Wybrzeże, Sharona wszystkiego się do-
myśliła. Odesłała Benjiego do siostry, a kiedy pod-
jechałem wozem do przeprowadzki, powiedziała, co 
o mnie myśli. Potem zapytała, czy sam zadzwonię do 
Benjiego i powiem mu, jak chciałem nimi manipulo-
wać, czy też zamierzam pozostawić to jej. Chce pani 
zgadnąć, co wybrałem?

- Zostawił pan sprawę Sharonie.
Przytaknął ze wstydem głową.
-Tamtej   nocy,   a   potem   każdego   dnia   przez   kilka 
kolejnych   tygodni,   wyobrażałem   sobie   rozmowę 
Sharony   z   Benjim,   widziałem   wyraz   zawodu   na 
twarzy syna   i...  dostawałem  mdłości.  Bez  przerwy 
wymiotowałem. Nie potrafiłem spojrzeć na siebie w 
lustrze. Postanowiłem więc się zmienić.
-Co pan zrobił?
-Znalazłem pracę kelnera w New Jersey, dodatkowo 
pracowałem w pralni, w ten sposób spłaciłem długi. 
Potem   każdy   zaoszczędzony   grosz   wysyłałem 
Sharonie   —   mówił.   -   Nie   było   tego   wiele,   ale 
chciałem, żeby widziała, że to, co zarobię, oddaję jej. 
W końcu zdobyłem się na odwagę i zadzwoniłem do 
Benjiego. Nie odłożył słuchawki, kiedy mnie

68

background image

usłyszał,   więc  przyznałem  się  do tego,  co  zrobiłem,  i 
przeprosiłem. Odtąd dzwoniłem do niego raz na tydzień, 
potem dwa razy na tydzień, a któregoś dnia zacząłem 
znowu rozmawiać z Sharona.

—Tak   krok   po   kroku...   —   powiedziałam,   zawie-
szając głos.
—Bardzo   mi   zależało,   żeby   tym   razem   nam   się 
udało, bardziej niż na czymkolwiek innym na świe-
cie. I naprawdę myślałem, że tak jest, a Sharona wi-
dzi, że nie jestem już tym samym człowiekiem. Po-
tem zginęła Ellen Cole i spostrzegłem, jak bardzo się 
myliłem. Wszystko to było kłamstwo. Sharona nigdy 
we mnie nie uwierzyła, nigdy naprawdę mi nie za-
ufała. Nie wie, kim jestem. Nie chce  wiedzieć. To 
gorsze niż egzekucja, wie pani?

Wiedziałam.

Do San Francisco zdołałam wrócić na tyle wcześnie, 

by jeszcze tego samego wieczoru przejść się z Julie do 
kilku sklepów i lokali na pobliskich ulicach.

Kiedy wróciłyśmy do domu, moja córka miała w kie-

szeni   czek   na   trzydzieści   dolarów   wystawiony   przez 
pizzerię   Sorrento   i   reklamową   nalepkę,   którą   miała 
nakleić na gips. Każdy, kto zamówi w Sorrento pizzę i 
powie,   że   dowiedział   się   o   restauracji   z   reklamy   na 
gipsie Julie, dostanie dziesięcioprocentową zniżkę. Jeśli 
sprzedaż będzie się dobrze rozwijać, pizzeria zapłaci też 
za drugi tydzień gipsoreklamy (termin, który ukuła moja 
córka i który sobie opatrzyłyśmy znakiem towarowym).

Jednak Julie taki kontrakt nie wystarczał. Zdumiała 

mnie,   negocjując   jeszcze   klauzulę   o   podwyżce.   Jeśli 
dzięki jej reklamie restauracja zarobi w pierw-

69

background image

szym tygodniu pięćset dolarów, to w drugim tygodniu 
jej honorarium wzrośnie do pięćdziesięciu dolarów.

- Gdzie   się   nauczyłaś   tak   negocjować?   -   zapyta

łam, kiedy wyszłyśmy z pizzerii.

Udało się jej nawet wytargować dwa małe kawałki 

pizzy, które pogryzałyśmy podczas powrotu do domu.

-Grasz czy nie grasz — odpowiedziała krótko.
-Mówisz o tym teleturnieju z łysym prowadzącym i 
walizeczkami pełnymi forsy?

- Ib bardzo dobry teleturniej — powiedziała Julie.
Julie miała teraz silną motywację, by zrobić coś

więcej,   niż   tylko   spacerować   ulicami   z   wystawionym 
gipsem.   Czułam,   że   będzie   chodzić   po   całej   szkole, 
wywrzaskując głośno reklamę pizzerii Sorrento. Miałam 
nadzieję, że nie da dyrektorowi szkoły pretekstu do tego, 
by   zamknął   jej   interes,   zanim   zdąży   się   dobrze 
rozkręcić.

W końcu, jeśli Sharona ma przejąć moją pracę, bę-

dziemy musiały żywić się tymi kawałkami pizzy i żyć z 
gipsoreklamy.

background image

7

Monk przejmuje sprawę

Tego   dnia   obowiązek   odwiezienia   dzieci   do   szkoły 
spadał   akurat   na   sąsiadkę,   co   oznaczało,   że   mogłam 
pospać kilka minut dłużej i nie musiałam się natychmiast 
ubierać.   Przed   wyjściem   do   pracy   mogłam   więc  pół 
godziny  poleniuchować   i   pochodzić   po   domu   w   szla-
froku i piżamie.

Tak też zrobiłam, delektując się drugą filiżanką kawy 

i czytając w błogim spokoju „San Francisco Chronicie". 
Zamierzałam   już   wziąć   prysznic,   kiedy   raptem 
usłyszałam gwałtowne stukanie do drzwi.

To zdumiewające, ile osobowości i charakteru może 

nieść w sobie zwykłe pukanie. Nie musiałam podchodzić 
do   drzwi,   by   wiedzieć,   jak   poirytowany, 
zniecierpliwiony   i   gnany   pośpiechem   jest   właściciel 
owych walących w drzwi kłykciów. Żeby więc wkurzyć 
przybysza jeszcze bardziej, w ogóle się nie śpieszyłam. 
Zanim stanęłam przy drzwiach, przeciągnęłam sprawę, 
obchodząc   dwukrotnie   sofę   i   robiąc   jeszcze   kółko 
dookoła stolika.

Kiedy zerknęłam przez wizjer, przed progiem swo-

jego   domu   ze   zdumieniem   zobaczyłam   Sharonę.   Nie 
musiałam jej otwierać, aby wiedzieć, dlaczego tu stoi o 
tak wczesnej porze. Nie było sensu unikać spotkania i 
udawać, że nikogo nie ma w domu albo że jestem pod 
prysznicem. I tak wiedziała, dokąd zaraz

71

background image

się wybiorę, a doszłam do przekonania, że czeka mnie 
konfrontacja, której nie chciałabym odbyć przy Monku. 
Otworzyłam zatem szeroko drzwi i wpuściłam ją do 
środka, nie mówiąc nawet „dzień dobry".

- Tak,   pojechałam   do   Los   Angeles   i   rozmawia

łam w więzieniu z pani mężem - powiedziałam.

Sharona przemaszerowała obok mnie.

-Co pani sobie, do cholery, wyobraża?
-Wyobrażam sobie, że Trevor może być niewinny — 
odpowiedziałam,   zatrzaskując   za   nią   drzwi.   — 
Jestem zdumiona, że taka myśl nie przyszła również 
pani do głowy.
-Nie zna pani jego i nie zna pani mnie — powie-
działa   Sharona.   —   Proszę   się   trzymać   z   dala   od 
mojego życia.
-W   takim   razie   niech   pani   trzyma   się   z   dala   od 
mojego — powiedziałam.
-Wcale się do niego nie mieszam.
-Owszem,   miesza  się   pani   w  kwestię  mojego 
utrzymania — powiedziałam.
Patrzyła na mnie przez chwilę zdziwiona.
-Przepraszam.   Nie   wiedziałam,   że   nie   wolno   się 
spotykać z Adrianem Monkiem bez pani pozwolenia. 
Czy mam pani pokazać listy polecające? Odciski pal-
ców? Może jeszcze próbki moczu?
-Niech   pani   nie   zgrywa   niewiniątka   —   odpowie-
działam. - Nie  p r z e z   p r z y p a d e k   znalazła się 
pani wczoraj w okolicy domu pana Mońka. Obie do-
brze wiemy, o co tu chodzi.
-Pani   naprawdę   odbiło   -   powiedziała   Sharona. 
-Znamy   się   z   Monkiem   od   lat.   Odwiedziłam 
bliskiego przyjaciela.
-Tak bliskiego, że ukrywała się pani przed nim od 
chwili powrotu do San Francisco. Ale kiedy się

72

background image

pojawiliśmy w ambulatorium, od razu zauważyła pani, 
że   pan   Monk   wcale   nie   jest   na   panią   wściekły.   I 
następnego ranka, proszę, kto by pomyślał, stoi pani u 
jego   drzwi   ze   śniadaniem   i   utyskuje   boleści-wie,   jak 
ciężko się pracuje  w szpitalu i jak chętnie przyjęłaby 
pani nową pracę. Moją pracę.

—Niech mnie pani nie rozśmiesza — odparła Sha

rona. — Brakuje pani podstawowych kwalifikacji, aby
się   zajmować   Adrianem.   Ma   pani   przygotowanie
medyczne? Jakieś doświadczenie psychiatryczne?

Stanęłam tuż przy niej, twarzą w twarz, choć trudno 

było budzić strach w różowym szlafroku i pantoflach z 
króliczymi uszami.

—Ma   pani   rację.   Nie   mam   kwalifikacji.   To   tylko 
pokazuje, jak zdesperowany był Monk, prosząc mnie 
o pomoc po pani niespodziewanym odejściu - mówi-
łam. - To ja byłam  dla niego wsparciem, choć nie 
miałam   żadnego   doświadczenia   w   postępowaniu   z 
osobami   z   jego   problemami.   Jeśli   pani   uważa,   że 
było to dla mnie łatwe, to się pani myli. Ale czegoś 
się   jednak   nauczyłam.   Tego   mianowicie,   że   pan 
Monk   już   nie   potrzebuje   zawodowej   pielęgniarki. 
Potrzebuje kogoś, komu na nim zależy, i z pewnością 
nie jest to pani.
—Nikogo nie będę przepraszała za to, że postano-
wiłam wieść własne życie - odparła Sharona. -Wiem, 
że zraniłam Adriana, i mam zamiar mu to wynagro-
dzić.
—Zabierając mi pracę - powiedziałam.
—Sam mija zaproponował.
—Bo   manipulowała   nim   pani   swoją   ckliwą   opo-
wiastką.
—Opowiedziałam mu tylko, co się dzieje w moim 
życiu - stwierdziła. — Tak się zdarza, że akurat nie

73

background image

dzieje   się   dobrze.   Tak   po   prostu   jest.   Ale   to   nie   ma 
znaczenia. Adrian doskonale wie, że ja potrafię się nim 
zająć lepiej niż pani.

-W takim razie wcale nie chodzi pani o pomaganie 
Monkowi   -   powiedziałam.   -   Pani   dba   o   siebie. 
Chodzi pani tylko o siebie.
-Pani myśli, że jest inna? Przecież nie poleciała pani 
do Trevora  dlatego,  że jest według pani  niewinny. 
Pani próbuje ratować posadę — mówiła Sharona. — 
Ma   pani   nadzieję,   że   Adrian   będzie   potrafił 
udowodnić, że Trevor tego  nie zrobił, ja do niego 
wrócę i znowu stąd wyjedziemy.
-Nie inaczej. Tego właśnie pragnę — przyznałam. — 
Nie rozumiem jednej rzeczy, dlaczego pani tego nie 
chce?
-Trevor to kłamca - odpowiedziała. — Zawsze nim 
był.
-To pani mąż. Ojciec pani dziecka. Opuszcza go pani 
w   chwili,   kiedy   najbardziej   pani   potrzebuje 
-powiedziałam. — Ale cóż, opuszczanie ludzi, którzy 
najbardziej pani potrzebują, to w końcu pani specjal-
ność, czyż nie?
-Trevor   sam   jest   sobie   winien—powiedziała   Sha-
rona.
-Ale pani może go uratować - odpowiedziałam. -Nie 
musi go pani tracić.
-Raz już go ratowałam - odparła. — Drugi raz nie 
mam zamiaru.
-Nawet   pani   nie   wie,   jakie   ma   pani   szczęście 
-powiedziałam uniesiona. - Ja zrobiłabym wszystko, 
żeby chociaż mieć możliwość ratowania Mitcha.

Wybuchnęłam   płaczem.   Naprawdę   to   zrobiłam, 
zaskakując samą siebie, a zapewne również Sharonę.
Potem pamiętam już tylko to, że Sharona mnie

74

background image

objęła, ja przycisnęłam swoją twarz do jej ramie' nia i 
dygotałam   od   spazmatycznych   łkań.   Dopadł   mnie   ten 
sam ból co tamtego dnia, kiedy otrzymałam wiado' mość 
o śmierci Mitcha.

Nie mam pojęcia, jak długo tak stałyśmy, a ja wy' 

płakiwałam   wszystkie   łzy,   ale   kiedy   się   wreszcie 
wypłakałam,   kiedy otarłam  policzki,  nic  już  mnie nie 
obchodziło.   Niech   sobie   bierze   Mońka.   Niech   sobie 
bierze moją posadę. Nie miałam już siły walczyć. Byłam 
pokonana   przez   ból   i   smutek,   który,   jak   wcze-śniej 
sądziłam,   udało   mi   się   wreszcie   pogrzebać   raz   na 
zawsze.

—Przepraszam-powiedziałam   i   wyszłam   do   kuch'

ni po chusteczki.

Nie mogłam  jednak znaleźć nawet  serwetki. Skon' 

czyło   się   na   tym,   że   musiałam   urwać   kawałek   ku-
chennego ręcznika papierowego.

Sharona weszła za mną do kuchni. Może to dziwne, 

ale   wydawało   się,   że   również   z   niej   ulotnił   się   duch 
walki.   Bez   pytania   usiadła   przy   stole   i   nalała   dwie 
filiżanki kawy. Usiadłam naprzeciwko niej na taborecie. 
Nastała długa, dziwnie przyjemna cisza, trwająca dobre 
kilka minut.

W końcu Sharona zapytała, jak zginął Mitch. Opo-

wiedziałam  jej, jak pilotowany przez niego myśliwiec 
marynarki wojennej został zestrzelony nad Kosowem  i 
jak niedługo później Mitch zginął w potyczce na ziemi.

—Trevor nie jest bohaterem - powiedziała Sharona.
—Mitch też nie jest bohaterem, najwyżej dla mnie i 
dla Julie. Oficjalny raport mówi, że Mitch stchórzył, 
uciekł z miejsca, gdzie rozbił się samolot, zostawiając 
rannych kolegów z załogi. Znałam Mitcha i wiem, że 
na   pewno   ratowałby   kolegów,   a   jeśli   rzeczywiście 
ucie-

75

background image

kał, to po to, aby odciągnąć  od załogi  serbski  patrol. 
Nigdy się nie dowiem prawdy o swoim mężu. Ale ty 
możesz poznać prawdę o swoim. Pan Monk ci w tym 
pomoże.

Sharona przygryzła dolną wargę.
-Wierzysz Trevorowi, prawda? 
Przytaknęłam.
-Naiwna - powiedziała. n-Kiedyś byłam taka jak ty. 
Sharona dokończyła kawę. Ja dopiłam swoją.
-Wciąż chyba jestem - powiedziała z westchnieniem. 
- Poproszę Adriana, żeby wejrzał w tę sprawę. Jeśli 
powie, że coś w niej nie gra, pomogę mu w śledztwie 
i nigdy się nie poddam. Jeśli jednak będzie uważał, 
że Trevor  jest  winny,  nic mnie już  nie obchodzi  i 
ciebie też nie powinno.
-Uczciwie postawiona sprawa — odpowiedziałam. - 
Jeśli   wobec   tego   pan   Monk   postanowi   ciebie 
zatrudnić, nie będę stawiała trudności.
-Nigdy nie powiedziałam, że przyjmę tę pracę, jeśli 
w ogóle ją zaproponuje.
-Zaproponuje - powiedziałam. - A ty przyjmiesz tę 
propozycję.

Kiedy   stanęłyśmy   z   Sharona   w   progu   mieszkania 

Mońka, ten uśmiechnął się tylko od ucha do ucha, tyleż 
z radością, co z ulgą, i gestem zaprosił nas do środka.

- Wiedziałem,   że   się   dogadacie   -   powiedział.   - 

Będziecie znakomitymi współasystentkami.

- Współasystentkami? - zapytała Sharona.
Zapomniałam Sharonie powiedzieć o genialnym

planie Mońka, abyśmy między siebie dzieliły rozkosze 
opieki nad jego osobą.

- Możecie się podzielić obowiązkami, jak wam pa

suje - mówił ucieszony Monk. - Kiedy będziecie pra-

76

background image

cować razem, jedna na przykład  mogłaby nosić chus-
teczki higieniczne, a druga wodę. To wam sprawi frajdę. 
Może nawet obdarzy poczuciem wolności.

—Na razie może jednak obdarzysz  wolnością mo-
jego męża? - zapytała Sharona.
—Chcesz,   żebym   opracował   plan   ucieczki   z   wię-
zienia?
—Chcę, abyś udowodnił, że jest niewinny.
—Ależ on jest winny — zaoponował Monk.
—Tego nie wiemy — powiedziałam.
—Ona wie. — Monk wskazał ręką Sharonę. —A ja 
mam olbrzymie zaufanie do jej instynktu.
—Już nie jestem taka pewna, Adrianie - powiedziała 
Sharona.
—Ja jestem pewny — oświadczył Monk. - Jest win-
ny jak grzech. Nie, jest jeszcze bardziej winny! Jest 
winny jak brud.
—Nic pan nie wie o sprawie - odezwałam się.
—Jestem   przekonany,   że   policja   wykonała   kawał 
rzetelnej  roboty.  Powinni  zamknąć Trevora  w celi, 
wyrzucić   klucz   i   zapomnieć,   gdzie   go   wyrzucili   - 
mówił Monk. - Dla dobra ludzkości.
—Masz chyba  na myśli  własne dobro. — Sharona 
zmrużyła groźnie oczy i położyła dłonie na biodrach. 
— Chcesz, żeby siedział za kratkami, tylko dlatego, 
żebym mogła znowu u ciebie pracować.
—Tak też można na to spojrzeć - wycedził Monk.
—Też? Ajak jeszcze można na to spojrzeć? — zapy-
tała Sharona.

Monk   poruszył   niezdarnie   ramionami,   jakby   taki 

ruch miał przywrócić odpowiednią równowagę jemu i 
całej reszcie świata.

—Byłoby cudownie, gdyby Trevor został w więzie

niu, a ty mogłabyś u mnie pracować.

77

background image

-To wcale  nie brzmi lepiej, Adrianie—powiedziała 
Sharona.
-W moim odczuciu dużo lepiej — odparł Monk.
-Lecimy   do   Los   Angeles,   panie   Monk.   Siostra 
Sharony   zgodziła   się   zaopiekować   Benjim   i   Julie 
-powiedziałam. - Kapitan Stottlemeyer skontaktował 
się już z porucznikiem Samem Dozierem, który nad-
zoruje śledztwo, i przekonał go, żeby się z nami spo-
tkał i udostępnił akta sprawy.
-Los Angeles leży setki kilometrów stąd - powiedział 
Monk.
-Tak, Adrianie, wyprawa do Los Angeles wiąże się z 
podróżowaniem — stwierdziła Sharona.
-Lot nie trwa dłużej niż godzinę - zapewniłam.
-Nie wsiądę do samolotu - zaperzył się Monk.
-Jakoś   nie   miał   pan   problemu,   żeby   wsiąść   do 
samolotu   i   polecieć   za   mną   na   Hawaje   — 
powiedziałam.
-Pojechał za tobą na Hawaje? — zapytała zaskoczona 
Sharona.
-Byłem   pod   wpływem   leków   odmieniających   stan 
umysłu   —   wyjaśnił   Monk.   -   Nigdy   już   tego   nie 
zrobię.   Nie   chcę,   żeby   ten   koszmar   znowu   się 
powtórzył. Jest jak pijawka na ciele. Nie chcę nawet 
wyobrażać   sobie   pijawki   na   ciele.   Ani   w   ogóle 
nigdzie. Ale już za późno. O, jest! Widzę ją. Teraz to 
wstrętne   zwierzę   jest   w   mojej   głowie,   a   kto   wie, 
gdzie było wcześniej. Widzicie, coście narobiły?  A 
nawet nie wyszliśmy z domu.

Sharona westchnęła ciężko i spojrzała na mnie.

-Może tym razem ja zażyję te leki?
-Pojedziemy samochodem - zaproponowałam.
-Ma ktoś chusteczkę? - zapytał Monk.
-Po co panu teraz chusteczka?
-Do wytarcia mózgu.

background image

8

Monk i długa jazda

Autostrada międzystanowa numer 5 przecina w prostej 
linii dolinę San Joaquin w środkowej Kalifornii. Jest tak 
prosta, że właściwie można by zdjąć ręce z kierownicy i 
operować już tylko nogami.

Mijane   krajobrazy   są   niezmienne   i   monotonne   jak 

sama autostrada;  nic poza ciągnącymi  się po horyzont 
płaskimi, upieczonymi w słońcu farmerskimi polami. Po 
drodze   żadnych   miast   ani   atrakcji   turystycznych. 
Jedynymi   śladami   cywilizacji   są   stacje   benzynowe   z 
barami szybkiej obsługi pojawiające się co pięćdziesiąt, 
sześćdziesiąt kilometrów.

Zawsze   się   zastanawiałam,   skąd   pochodzą   ludzie, 

którzy   pracują   w   tych   odludnych,   oddalonych   od   cy-
wilizacji miejscach. Kiedy byłam mała, ojciec mi opo-
wiadał, że to nie są ludzie, tylko zombi, żyjące trupy, 
które uznały, że lepiej przez całą wieczność sprzedawać 
hamburgery, niż iść do piekła.

Wierzyłam mu. Nie dlatego, że byłam jakoś szcze-

gólnie   łatwowiernym   dzieckiem.   Gdybyście   zobaczyli 
szkliste   spojrzenia   tych   kasjerów   i   sprzedawców,   na-
bralibyście   takiego   samego   przekonania.   Szczerze 
mówiąc, wcale nie jestem pewna, czy tato żartował.

Jeśli   kierowca   będzie   się   stosował   do   ograniczeń 

prędkości   i   zatrzyma   się   tylko   w   celu   uzupełnienia 
paliwa, to podróż z San Francisco do Los Angeles zaj-

79

background image

mie   mu   około   sześciu   godzin.   Jednak   nietrudno   za-
oszczędzić   godzinę,   dociskając   mocniej   pedał   gazu. 
Dobre  jest  to, że przy drodze  prostej  jak strzała,  cią-
gnącej się wzdłuż blisko czterystukilometrowej doliny, 
nie   ma   wielu   miejsc,   w   których   mogłaby   się   ukryć 
kalifornijska drogówka, i jeśli jazda nie uśpi kierowcy 
na   tyle,   że   sam   zapada   w   stupor,   to   krążące   nad 
autostradą policyjne samoloty dostrzeże długo przedtem, 
zanim się dostanie w zasięg ich radarów.

Jednak   z   Monkiem   w   samochodzie   przekraczanie 

dozwolonej   prędkości   w   ogóle   nie   wchodziło   w   grę. 
Dziękowałam   Bogu   za   wynalazek   automatycznego 
pilota. Mogłam  ustawić szybkościomierz  dokładnie na 
prędkości   stu   czterech   kilometrów   na   godzinę.   Tak, 
wiem, że dopuszczalna prędkość to sto pięć kilometrów 
na   godzinę,   ale   to   nieparzysta   liczba,   a   prędkość   stu 
sześciu  kilometrów  na godzinę  uczyniłaby ze mnie w 
oczach Mońka przestępcę.

Siedziałyśmy   z   Sharona   na   przednich   siedzeniach 

mojego jeepa cherokee. Monk siedział z tyłu, dokładnie 
na   środku.   Może   wam   się   to   wydać   nieistotnym 
szczegółem, ale dla Mońka była to sprawa istotnej wagi. 
Zanim wyjechaliśmy z San Francisco, Monk nalegał na 
zabranie   czwartego   pasażera   -   żeby   w   samochodzie 
znalazła się parzysta liczba osób.

Odmówiłam.

-W porządku. Wystarczy, jeśli po drodze zabierzemy 
autostopowicza.
-Nie   zamierzam   brać   do   samochodu   obcej   osoby 
tylko   dlatego,   żeby   miał   pan   w   środku   parzystą 
liczbę   pasażerów   —   powiedziałam.   —   Może   się 
okazać mordercą z siekierą.
-Autostopowicze stanowią bardzo wartościową grupę 
społeczną - upierał się Monk.

80

background image

-Naprawdę uważasz, że zabierają się z ludźmi tylko 
po   to,   żeby   w   samochodzie   była   parzysta   liczba 
pasażerów? - zapytała Sharona.
-Oczywiście, że nie - odparł Monk. - Robią to po to, 
aby przedostać się z jednego miejsca do drugiego.
-Dobrze   wiedzieć,  że  nie  jesteś  jeszcze  całkowicie 
oderwany od rzeczywistości.
-Z   wdzięczności   za   podwiezienie   równoważą   sa-
mochód - dokończył  Monk. - To rodzaj społecznej 
umowy. Prawdziwego pędu nabrała w latach sześć-
dziesiątych. Wszyscy   p o k o j n i c y  to robili.
-Pokojnicy? - zapytałam zdziwiona.
-No wiesz, ci od „daj szansę pokojowi", „uprawiaj 
miłość, nie wojnę", „łączcie się w parzyste liczby" 
-mówił Monk. - To były szalone czasy.
-Jeśli   uda   ci   się   wyciągnąć   Trevora   z   więzienia, 
będzie nas w samochodzie czworo - powiedziała Sha-
rona. - Potraktuj to jako wewnętrzną motywację.

Monk uparł się także, by zabrać zapasy żywności i 

wody   na   dwutygodniowy   pobyt,   do   tego   oczywiście 
niezbędne   ubranie,   pościel,   naczynia   i   sztućce.   Całe 
szczęście, że mam duży samochód.

My z Sharona zabrałyśmy po koszuli nocnej, parę 

butelek wody i dużą paczkę chrupek serowych Cheese 
Doodles na spółkę. Należę do wyznawców poglądu, że 
podróż bez Cheese Doodles jest podróżą straconą.

Wziąwszy pod uwagę wszystkie okoliczności, jazda 

przebiegała   bez   przeszkód,   dopóki   nie   zaczęliśmy   się 
zbliżać   do   rancza   Harrisa,   blisko   trzystu   hektarów 
pastwisk, na których roiło się od stu tysięcy tuczonych 
krów rzeźnych,  stłoczonych  wzdłuż wschodniego pasa 
autostrady, przeżuwających coś, srających i czekających 
na śmierć.

Krowy można wyczuć na długo przed ich ujrze-

81

background image

niem. Monk, z chwilą gdy poczuł woń gnoju, zaczął się 
gwałtownie wić i dławić. Zupełnie jakby coś odessało 
tlen z wnętrza samochodu i Monk zaczął się dusić.

-Co to? — wycharczał.
-Ranczo, na którym hodują bydło - powiedziałam. - 
Za pięć, dziesięć minut będzie za nami.
-Będę   wtedy   martwy   -   biadał   Monk.   -   Wszyscy 
będziemy martwi.
-Oddychaj przez usta - poradziła mu Sharona.
-Cóż   to   za   różnica?   —   rzucił   Monk   z   największą 
irytacją, na jaką było go stać przy jednoczesnej pró-
bie mówienia bez wciągania powietrza.
-Nic nie poczujesz - odrzekła Sharona.
-Kobieto, myśl racjonalnie! Promieniowania też nie 
poczujesz nosem, a wysmaży cię do ostatniej tkanki. 
Nawet   jeśli   dzisiaj   przeżyjemy,   jutro   kępami   będą 
nam   wypadać   włosy.   Zatrzymaj   się.   Muszę 
wyciągnąć z walizki maskę przeciwgazową.
-Nie ma sensu, panie Mank - powied.ziałam. -Zanim 
zdążymy się zatrzymać, przetrząsnąć pana walizkę i 
wydobyć maskę, będziemy już daleko stąd.
Monk   wziął   od   Sharony   wielką   garść   chusteczek 

dezynfekcyjnych   i   przycisnął   je   sobie   do   ust   i   nosa. 
Zacisnął też powieki, by oszczędzić sobie widoku morza 
krów i łajna. Mnie ten widok również nie zachwycał, ale 
cóż, choć droga była prosciutka jak strzała, nie mogłam 
sobie pozwolić na zamykanie oczu.

Gdy tylko ranczo i jego zapachy znalazły się za na-

mi, Monk wychylił duszkiem sześć butelek wody Sierra 
Springs,   by   oczyścić   organizm   z   toksyn.   Po   dłuższej 
chwili stworzyło to jednak zupełnie nowy problem,

-Musimy   natychmiast   wracać   do   San   Francisco   - 
powiedział.
-Dlaczego? - zapytała Sharona.

82

background image

Monk   nie   chciał   powiedzieć.   Poruszył   tylko   nie-

zgrabnie   ramionami.   Zmienił   pozycję.   Powiercił   się 
trochę.

- Muszę   się   udać   w   pewne   prywatne   miejsce   -

szepnął zawstydzony. — Z pewną prywatną sprawą.

- Chce ci się siusiu? — zapytała Sharona.
Spojrzałam w lusterko wsteczne. Monk płonął ze

wstydu.

-Świetnie   -   powiedział.   -   Teraz   wszyscy   w   samo-
chodzie wiedzą!
-Jestem   kierowcą—powiedziałam.   -   Jakkolwiek   by 
było, muszę o tym wiedzieć, prawda?
-Dobrze   -   zgodził   się   Monk.   —   Ale   nikt   więcej. 
Niech to zostanie tylko między nami.
-Zatrzymamy się na najbliższej stacji benzynowej - 
powiedziałam. - Będzie za jakieś siedem kilometrów.
-Chyba żartujesz -jęknął Monk.
-Jak  to   sobie   wyobrażałeś,   Adrianie?   Postanowiłeś 
nie korzystać z toalety przez cały czas pobytu w Los 
Angeles?
-Taki był jeden z wariantów - odparł Monk.
-Gdybyśmy zawróciły, nie wytrzymałbyś aż do San 
Francisco - mówiła Sharona. - Przyjmij to mężnie, 
Adrianie.   Nie   masz   wyboru.   Musisz   skorzystać   z 
toalety na postoju. Postój albo drzewo.

- To piekło na ziemi - jęknął Monk.
Powoli zaczynałam się z nim zgadzać.

Przed   wejściem   do   toalety   na   stacji   benzynowej 

Monk   włożył   na   siebie   jednoczęściowy   kombinezon 
wyposażony w wentylator i filtr powietrza. Nie żartuję. 
Był to kombinezon, którego używają lekarze

83

background image

Narodowego Instytutu Zdrowia, gdy mają do czynienia 
z wirusem  Ebola. Monk wkłada  go, gdy musi  zebrać 
psią kupkę z trawnika przed domem.

Monk ogrodził obszar przed drzwiami toalety żółtą 

taśmą policyjną,  a potem zaczął dokładnie czyścić  jej 
wnętrze   przemysłowymi   środkami   czystości,   które 
zabrał ze sobą w podróż.

Zazwyczaj czuję się w takich sytuacjach potwornie 

zmieszana   i   samotna.   Jeśli   nie   ma   z   nami   kapitana 
Stottlemeyera, muszę brać na siebie reakcje ludzi, którzy 
albo   są   totalnie   wkurzeni,   albo   cierpią   z   powodu 
skandalicznych,   kuriozalnych   czy   oburzająco   sa-
molubnych czynności Mońka.

Jednak   nie   tym   razem.   Z   Sharona   czułam,   że 

wreszcie mam wsparcie.

Sharona   traktowała   całą   sytuację   jako   coś   najzu-

pełniej   normalnego   i   jeśli   zauważyła,   że   ktoś   patrzy 
prześmiewczo na Mońka, obrzucała go stalowym spoj-
rzeniem, odstraszając wszystkich ciekawskich.

Kiedy stanął przy nas mocno zdezorientowany kie-

rownik   stacji   i   zaczął   się   skarżyć,   że   Monk   blokuje 
męską   toaletę   i   odstrasza   klientów   swoim   kombine-
zonem, Sharona załatwiła go przepięknie.

- Niech pan pomyśli minutę — powiedziała. - Ten 

facet czyści panu toaletę i nie bierze za to ani centa. Tak 
to panu przeszkadza? A może sam pan chciałby odwalić 
taką robotę?

To   wystarczyło.   Właściciel   stacji   wrócił   za   kasę   i 

więcej nam nic nie mówił.

Wiedząc, że Monk jest pochłonięty czyszczeniem i 

dezynfekowaniem   toalety   (w   międzyczasie   również 
zapewne   załatwieniem   swoich   potrzeb),   poszłyśmy   z 
Sharona na hamburgera do Carl’s Jr po drugiej stronie 
ulicy.

84

background image

Niestety nie potrafiłam się opędzić od myśli, że mój 

podwójny Super Star z serem był swego czasu jedną z 
krówek na ranczu koło autostrady. Ale byłam głodna i 
nic już mnie nie obchodziło.

Jedząc,   rozmawiałyśmy   o   trudnościach   samotnego 

wychowywania   dziecka   i   jednoczesnego   opiekowania 
się Monkiem.

—To   trochę   tak,   jakby   człowiek   samotnie   wycho-
wywał dwoje dzieci - stwierdziłam.
—To   jedno   posprząta   przynajmniej   swój   pokój   — 
rzuciła Sharona.
—I jeszcze twój — dodałam.

Odkryłam raptem, że łączy nas więcej, niż myślałam. 

Coraz trudniej było mi nie lubić tej kobiety, nawet jeśli 
miała zamiar zrujnować mi życie.

Załatwienie   wszystkich   spraw   w   toalecie   zajęło 

Monkowi półtorej godziny. Potem ruszyliśmy w dalszą 
drogę.   Do  Los   Angeles   dotarliśmy około  osiemnastej. 
Mimo   wieczornego   szczytu   na   ulicach   do   przełęczy 
Sepulveda   nie   jechało   się   żle.   Przełęcz   to   miejsce,   w 
którym autostrada z San Diego przecina pasmo górskie 
Santa Monica i wiedzie dalej w dół, ku nizinie, gdzie 
leży Los Angeles. Autostrada, choć miała sześć pasów w 
każdym   kierunku,   była   zbyt   wąska,   by   swobodnie 
pomieścić   pojazdy.   Szybciej   od   tych   jadących 
samochodów szłabym na czworakach.

Może   dlatego   każdy   prowadził   SUV-a   wielkości, 

zdawałoby się, domu. Ludzie spędzają na autostradach 
ogromną część swojego życia, więc doszli do wniosku, 
że   również   w   autach   mogą   sobie   zapewnić   komfort 
domowych pieleszy.

SUV jadący przed nami miał wmontowane w oparcia 

przednich   siedzeń   monitory,   aby   pasażerowie   z   tyłu 
mieli przyjemność oglądania telewizji. W ten sposób

85

background image

mogłyśmy   obejrzeć   z   Sharona   program   rozrywkowy 
Entertainment tonight  i jeszcze zdążyłyśmy się załapać 
na najnowsze wiadomości.

Kiedy wreszcie wjechaliśmy na przełęcz, rozpostarł 

się przed nami widok na nizinę Los Angeles i na to, 
czym oddychają tu ludzie.

Monk tylko zerknął na gęstą, grubą warstwę smogu i 

bez słowa założył maskę przeciwgazową, którą musiał 
pewnie   wyjąć   z   walizki,   kiedy   rozpakowywał 
kombinezon.

Trudno   było   się   dziwić,   że   zakłada   maskę.   Sama 

chętnie bym to zrobiła.

Sharona   zatelefonowała   do   porucznika   Sama   Do-

ziera.   Prowadził   akurat   dochodzenie   w   jakimś   anty 
kwariacie   w   Brentwood,   który,   jak   się   okazało,   znaj-
dował się niedaleko, więc postanowiliśmy się spotkać z 
porucznikiem właśnie tam.

Zaskoczyło mnie, że Dozier nie miał nic przeciwko 

temu. Domyśliłam się, że zapewne chciał się przekonać, 
na czym polegają słynne zdolności Mońka.

Cóż, niebawem pan porucznik się przekona.

Będzie wielkie przedstawienie.

background image

9

Monk i rozporek

Nigdy nie jest łatwo zaparkować samochód w pobliżu 
miejsca zbrodni, ale tym razem zadanie było szczególnie 
trudne   ze   względu   na   prowadzone   roboty   drogowe. 
Strumień   aut   musiał   się   przecisnąć   przez   prawdziwy 
drogowy   lejek.   Ulica   była   zastawiona   spychaczami, 
jakimiś rurami i różnymi materiałami budowlanymi.

Skończyło się na tym, że byliśmy zmuszeni zapar-

kować dwie przecznice dalej, a potem przejść pieszo do 
taśmy policyjnej ogradzającej wejście do antykwariatu, 
mijając   grupy   licznych   robotników   i   przygodnych 
gapiów.

Monk nie cierpi tłumu. W tłumie bowiem zasadniczo 

wzrasta prawdopodobieństwo otarcia się o drugą istotę 
ludzką. Znaczy to, że musiałby jak najszybciej popędzić 
do domu i trzykrotnie wziąć prysznic.

Dzisiaj nie mieliśmy na to czasu.
Wiedziałyśmy jednak z Sharona,  co należy zrobić. 

Wystarczyło   nam   spojrzeć   na   siebie,   by   sformować 
osłonę i stworzyć wokół Mońka strefę, w której mógł 
iść  bez  ocierania  się o innych.  Z  trudem  mi  to prze-
chodzi przez gardło, ale muszę przyznać, że posiadanie 
współasystentki zdecydowanie ma swoje korzyści.

Przy taśmie policyjnej czekał na nas policjant w cy-

87

background image

wilu,   przeżuwający   wolno   wygaszone,   obślinione   cy-
garo. Miał przepite, podkrążone oczy, a jego policzki i 
podbródek   były   tak   obwisłe,   że   mógłby   się   podobać 
bassetowi, a do tego brzuszysko przypominające mi, jak 
wyglądałam w ósmym miesiącu ciąży.

- Porucznik Sam Dozier — przedstawił się, wycią

gając do Mońka rękę i unosząc taśmę, byśmy się pod
nią prześlizgnęli.

Monk uścisnął Dozierowi dłoń.
Z przyzwyczajenia  równocześnie  wyciągnęłyśmy  z 

Sharona   chusteczki   higieniczne.   Monk   wziął   obie, 
mądrze nie faworyzując żadnej z nas, i dokładnie wytarł 
ręce.

- Nazywam   się   Adrian   Monk.   To   moje   asystent

ki,   Natalie   Teeger   i   Sharona   Fleming,   choć,   jak   się
domyślam,   Sharonę   miał   pan   przyjemność   już   po
znać  —  powiedział   Monk,  który  w  masce   brzmiał  ni
czym Darth Vader.

Dozier   podał   mi   rękę,   a   potem   odwrócił   się   do 

Sharony.

-Bardzo mi przykro,  że tyle musiała pani  z synem 
przejść,   ale,   jeśli   mogę   wyrazić   własne   zdanie,   to 
całkowita strata czasu - powiedział. - Sprawa mor-
derstwa EUen Cole została zamknięta, a zabójcą jest 
pani mąż. Zgodziłem się na spotkanie tylko ze wzglę-
du na chęć podtrzymania dobrych stosunków służbo-
wych z policją w San Francisco.
-Jestem   niezmiernie   wdzięczna   —   powiedziała 
Sharona.
-Co pan z tą maską? - zapytał zaciekawiony Dozier.
-Alergia - odparł Monk.
-Na co?
-Na Los Angeles - odpowiedział Monk. - Chciał-

88

background image

bym, żeby zabrał pan nas do domu Ellen Cole i opro-
wadził po miejscu zbrodni.

Monk   wyciągał   przed   siebie   dłoń,   jakby   osłaniał 

oczy przed oślepiającym światłem słonecznym.

Ale słońce nie oślepiało.
—Będziemy musieli poczekać z tym do jutra, może 
nawet   dzień   dłużej   —   powiedział   Dozier.   -   Jak 
widzicie, dzisiaj jestem zajęty.
—To musi być dzisiaj — podkreślił Monk, mrużąc 
oczy i zerkając na Doziera ponad krawędzią dłoni.

Próbowałam odgadnąć,  czego  Monk nie chciał  wi-

dzieć, ale możliwości było naprawdę wiele. Mógł to być 
asfalt   zrywany   z   jezdni,   kontener   na   śmieci   przed 
sklepem, przenośna toaleta Porta Potti na końcu ulicy 
lub choćby zaślinione cygaro między zębami Doziera.

—Nie wiem, czy pan zauważył - odparł Dozier. — 
Ale prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa.
—Ib niech się pan z tym uwinie i idziemy.
—To nie takie proste — odpowiedział Dozier.
—Dla pana może nie - wtrąciła Sharona. — Ale dla 
niego owszem.

Dozier spojrzał przeciągle na Mońka.

—Naprawdę?
—Pokaż mu, co potrafisz, Adrian - zachęcała Sha-
rona.
—Trochę jestem zdrętwiały... -powiedział Monk. — 
Ostatnią   sprawę   rozwikłałem   wczoraj   czy   nawet 
przedwczoraj.
—Jeśli uda się panu zamknąć śledztwo, resztę swo-
jego czasu poświęcam dzisiaj dla was - zadeklarował 
Dozier.
—Niech pan opowie, co się stało - poprosił Monk.
—To niezbyt skomplikowane - zaczął Dozier, wpro-

89

background image

wadzając nas do stojącego przy ulicy, urokliwego skle-
piku   w   stylu   wiktoriańskim.   -   Zwykły   napad,   który 
potoczył się niezgodnie z planem.

Monk opuścił rękę i podążył śladem Doziera, a my 

podążyłyśmy śladem Mońka.

-Przed godziną wtargnął do sklepu jakiś facet, zabrał 
z kasy gotówkę, zastrzelił właściciela i uciekł.
-Rzeczywiście wygląda na prostą sprawę — stwier-
dził Monk, odchylając się od stojącego na ulicy kon-
tenera na odpady budowlane, jakby ten miał go łada 
moment zaatakować. - Co mówią świadkowie?
-Nie   ma   ani   jednego   świadka   —   odparł   Dozier. 
Odwrócił się do Mońka, który natychmiast podniósł 
rękę,   zasłonił   oczy   i   uciekł   wzrokiem.   -   Kontener 
przesłaniał wejście do sklepu, a huk młotów pneu-
matycznych zagłuszył strzał z pistoletu. Nawet żona 
właściciela nic nie słyszała, choć była na zapleczu. 
Zresztą to bez znaczenia, wszystko mamy nagrane na 
wideo.
-Skąd więc trudności? - zapytała Sharona.
-Wiemy, co się stało, ale nie wiemy, kto zabił. Twarz 
mordercy skrywała narciarska maska. - Dozier stanął 
w progu antykwariatu i wpatrzył się w Mońka. - Ma 
pan jakiś problem ze mną?
-Ależ skąd takie przypuszczenie? - żachnął się Monk.
-Na   mój   widok   zasłania   pan   oczy   -   odpowiedział 
Dozier. - Jakbym wzbudzał w panu wstręt.

Miał rację. Więc jeszcze raz uważnie mu się przyj-

rzałam   i   dopiero   wtedy   zauważyłam.   Dozier   miał 
rozpięty rozporek.

Monkowi nie przeszkadzało badanie zakrwawionych 

zwłok   osób,   które   spotkała   nadzwyczaj   gwałtowna 
śmierć, ale nie potrafił spojrzeć na faceta z roz-

90

background image

piętym rozporkiem, spod którego widać było bokserki.

-Mam wrażliwe oczy - tłumaczył się Monk.
-Rozpiął   się   panu   rozporek   -   powiedziałam   Do-
zierowi.
-Cóż, nie ma tam nic, czego nie widziałby od dnia 
swojego urodzenia - mruknął Dozier, zerknąwszy na 
dół.
-Sęk w tym, że otwarty rozporek mu przeszkadza — 
wyjaśniła Sharona. — Gdyby zapomniał pan zapiąć 
jeden guzik w koszuli, reagowałby tak samo.
-Obiło mi się o uszy, że bywa pan niezrównoważony 
— powiedział Dozier.
-Właśnie, że zrównoważony - odparł Monk. -Pan też 
będzie zrównoważony, jeśli zapnie pan rozporek.
-Byłem z wizytą w naszej Porta Potti i zapewne było 
mi spieszno, by stamtąd wyjść.  - Pochylił  się, po-
ciągnął   jednym   ruchem   zamek   błyskawiczny   i 
wszedł wolnym krokiem do antykwariatu. —Wielka 
mi rzecz.

Gdy tylko Dozier odwrócił się plecami, sięgnęłam do 

torebki po chusteczkę higieniczną.

Nie dla Mońka, dla siebie. Dobrze pamiętałam, że 

przed chwilą sama uścisnęłam dłoń porucznika Do-ziera. 
Wytarłam  ręce,   wrzuciłam   chusteczkę   do  pojemnika   i 
weszłam za wszystkimi do antykwariatu.

W  dzisiejszych   czasach  ludzie  okrzykują   antykiem 

byle drobiazg, który ma ledwie tydzień. Moim zdaniem 
jeśli coś ma być antykiem, to powinno być przynajmniej 
dwa razy starsze ode mnie, a do tego jeszcze posiadać 
jakiś   walor   artystyczny.   W   przeciwnym   razie   jest   to 
tylko przedmiot kolekcjonerski.

Sklepik   zdecydowanie   był   pełen   autentycznych 

staroci. Na darmo by tu szukać pudełek z samocho-

91

background image

dzikami Nieustraszonego. Były za to wyroby z ceramiki, 
meble,   obrazy   i   rozmaite   stare,   głównie   europejskie 
bibeloty, na których metkach widniały trzy - lub nawet 
czterocyfrowe ceny.

Antykwariat,   choć   mały,   w   żadnym   razie   nie   był 

obskurny ani zakurzony — co Monk z pewnością do-
cenił. Towary były wystawione z pomysłem, podświe-
tlone   małymi,   punktowymi   halogenikami;   jak   w   mu-
zeum.

Kasa   stała   na   rzeźbionym,   drewnianym   biurku   na 

lewo   od  drzwi  wejściowych.   Na  dywanie  widać   było 
krwawe plamy. Ściana za biurkiem też była zbryzga-na 
krwią.

Monk   zerknął   na   kamery   przemysłowe,   przekręcił 

śmiesznie   głowę   z   jednej   strony   na   drugą,   a   potem 
spojrzał na otwartą kasę.

- Dlaczego ktoś napadł na sklepik? — zapytał.
—A dlaczego dokonuje się napadów rabunkowych? 
— odparł zdziwiony Dozier. - Dla pieniędzy.
—Ale w takim sklepiku nie ma przepływu gotówki. - 
To drogie antyki. Klienci płacą najczęściej kartami 
kredytowymi.
-Cóż,   sprawca   widział   tylko   drogie   przedmioty   i 
wiele   się   nie   zastanawiał   -   mówił   Dozier.   -   Nie 
mamy do czynienia z profesorem Moriartym, lecz z 
ćpunem, który potrzebował trochę forsy na kolejną 
działkę.
-Ten ćpun był jednak na tyle bystry,  by napaść na 
sklep, którego z ulicy nie widać - zauważył Monk. -I 
strzelić do właściciela w chwili, gdy pracowały mło-
ty pneumatyczne.
—Proszę   mi   wierzyć,   za   wiele   pan   nad   tym   my

śli - powiedział Dozier. — Widziałem  setki  takich za
bójstw. Proszę tędy, pokażę wam zapis wideo.

Dozier wprowadził nas na zaplecze, do ciasnego

92

background image

pomieszczenia bez okien, w którym  honorowe miejsce 
zajmował duży stół, zarzucony przyborami i materiałami 
do   pakowania:   bloczkami   naklejek   UPS,   nożyczkami, 
taśmami   na   uchwytach   i   rolkami   folii   pęcherzykowej. 
Do stołu były podwieszone olbrzymie worki wypełnione 
styropianowym   granulatem,   zakończone   u   dołu 
lejkowatym otworem, przez który zasypywało się puste 
miejsca w pakowanych kartonach.

Naelektryzowane   styropianowe   granulki   plątały   się 

wszędzie, na podłodze i na stole. Gdy tylko weszliśmy 
do środka, kawałki  styropianu przyczepiły się nam do 
kostek.

Na taborecie przy stole siedziała kobieta. Oczy miała 

przekrwione   i   podpuchnięte,   nos  czerwony,   a   policzki 
mokre   od   łez.   Najwyraźniej   była   to   żona   właściciela 
sklepu; niska, szczupła, w wieku ponad trzydziestu lat. 
Mimo   widocznego   bólu   po   stracie   męża,   uderzała 
dostojnością   i   inteligencją.   Może   dlatego,   że   siedziała 
wyprostowana z podniesioną głową i oczami skupionymi 
trzeźwo   na   jakimś   czarnoskórym   detektywie,   który 
spisywał   jej   zeznania.   Z   trudem   powstrzymywałam 
odruch, by strzepnąć dwie styropianowe granulki, które 
przylgnęły jej do nogi.

Prawdę  mówiąc, zdziwiłam  się, że Monk mnie do 

tego   nie   zmusił,   ale   sam   był   zajęty   strzepywaniem 
styropianu,   który   uczepił   się   jego   ubrania.   Patrząc   na 
ruchy Mońka, można by pomyśleć, że nie jest to zwykły 
styropianowy   granulat,   ale   pijawki,   które   wysysają   z 
niego krew.

— Zapewne będzie pani chciała wyjść, pani Davi-

doff — powiedział Dozier, wskazując głową magneto-
wid i monitor na półce. - Musimy jeszcze raz przejrzeć 
taśmę z nagraniem.

Pani Davidoff wstała i spojrzała na Mońka.

93

background image

-Dlaczego   nosi   pan   maskę   przeciwgazową?   -   za-
pytała.
-Chodzi o zatoki - odparł Monk. - Nie chciałbym ich 
stracić.

W tej chwili Monk potrącił ustawioną pod drzwiami 

pryzmę   pudeł,   przygotowanych   dla   posłańca   UPS.   Z 
maską na twarzy miał słabe widzenie peryfe-ryczne.

Pani Davidoffw ostatniej chwili złapała pudła, nim 

zwaliły się na podłogę.

-Ostrożnie — powiedziała. — To bardzo delikatne 
antyki, które czekają na wysyłkę.
-Przepraszam - odrzekł Monk.

Pani Davidoff odwróciła się do Doziera.

-Posłaniec z UPS powinien być lada moment. Będzie 
mógł   zabrać   te   pudła?   Jeśli   nie   zostaną   wysłane 
dzisiaj, może już nigdy ich nie wyślę. Nie sądzę, bym 
miała siłę, żeby jeszcze kiedyś tu przyjść.
-Żaden problem — zapewnił ją Dozier. - Osobiście 
dopilnuję, aby zostały wysłane.
-Dziękuję - odpowiedziała pani Davidoff i wyszła z 
zaplecza z czarnoskórym detektywem.
-Kobieta z klasą - powiedział Dozier z uznaniem w 
głosie. — Jeszcze dobrze się trzyma, ale będzie miała 
twarde lądowanie. Nieraz to oglądałem.

Dozier włączył telewizor i wcisnął przycisk „Play" w 

magnetowidzie.  Film, nagrany z  kamery wiszącej  nad 
biurkiem, miał wyraźne, czyste kolory. Brakowało tylko 
dźwięku. Przy biurku siedział nad jakąś dokumentacją 
starszy mężczyzna, równie elegancki jak pani Davidoff. 
Na   czubku   głowy   miał   niewielką   łysinę,   którą 
najwyraźniej próbował zasłaniać resztą włosów.

Monk   nie   zwracał   na   film   większej   uwagi,   zajęty 

ustawianiem pudeł według rozmiaru. Przynajmniej

94

background image

na   jakiś   czas   przestały   go   zajmować   styropianowe 
granulki przyczepione do nóg.

Przeniosłam  wzrok z powrotem  na monitor w mo-

mencie,   kiedy   na   ekranie   pojawił   się   bandyta.   Był 
wysoki, miał szerokie barki, klatkę piersiową jak beczka 
i   kominiarkę   na   twarzy.   Kominiarka,   podobnie   jak 
rękawiczki i golf, była czarna. Z powodu usytuowania 
kamery widać go było jedynie od pasa w górę.

Pan Davidoff podniósł wzrok. Bandyta omiótł bronią 

pomieszczenie, jak czynią w filmach gangsterzy, i zaczął 
podchodzić   do   biurka.   Pan   Davidoff   otworzył   kasę   i 
wygarnął z niej ledwie kilka banknotów. Bandyta wciąż 
się   zbliżał.   Właściciel   wyjął   całą   szufladkę, 
najwidoczniej chcąc pokazać, że nie ukrywa pieniędzy. 
W   tym   momencie   bandyta   strzelił.   Choć   nie   było 
dźwięku, wszyscy aż podskoczyli.

Obejrzałam  się na  Mońka, który podniósł  oczy na 

telewizor w chwili, kiedy bandyta wybiegał ze sklepu.

- Dobrze, że pani Davidoff  nie musiała tego  oglą

dać — powiedział porucznik Dozier. — Wyobraźcie so
bie państwo, że oglądacie, jak ktoś zabija wam współ
małżonka.

Ja mogłam to sobie wyobrazić. Nawet nieraz sobie 

wyobrażałam.   Jeśli   istnieje   taśma   z   zapisem   śmierci 
Mitcha, to mam nadzieję nigdy się o niej nie dowiedzieć.

Dozier   przewinął   taśmę   do   momentu,   w   którym 

pojawia się pani Davidoff. Zgodnie z licznikiem czasu 
na magnetowidzie stało się to pięć minut po zabójstwie. 
Kobieta   podbiegła   do   męża   i   zaczęła   krzyczeć,   co   w 
ciszy robiło potężniejsze i jeszcze bardziej przejmujące 
wrażenie.

—Niech   pan   zatrzyma   obraz   -   powiedział   raptem

Monk.

95

background image

Dozier   wykonał   polecenie.   Zastygły   na   ekranie, 

pełen udręki obraz pani Davidoff przywodził  na myśl 
słynny  Krzyk  Edvarda Muncha. Dłonie na policzkach, 
przerażone   oczy,   usta   otwarte   w   niemym   skowycie 
płynącym z samych trzewi.

Doskonale wiedziałam, co czuła.

Monk   podszedł   do  ekranu,   przyjrzał   się   dokładnie 

obrazowi i poruszył niezgrabnie głową, raz w jedną, raz 
w drugą stronę.

Rozwikłał zagadkę morderstwa.
Wiedziałam   to,   a   krótkie   spojrzenie   na   uśmiech 

Sharony mówiło mi, że ona również to wie.

-Wiem już, gdzie znaleźć człowieka, który zabił pana 
Davidoffa - oświadczył Monk.
-Wie pan? - zdumiał się Dozier.
-Proszę za mną — powiedział Monk.

Monk wyszedł z powrotem do sklepiku i poprowa-

dził   nas   wprost   do   pani   Davidoff,   która   siedziała   na 
starej kanapie, konsekwentnie starając się nie patrzeć w 
stronę biurka, gdzie został zamordowany jej mąż.

- Pani   Davidoff,   ma   pani   styropian   na   kostce   -

oświadczył Monk.

Kobieta spojrzała przelotnie na nogę.
-To teraz mój najmniejszy problem. - W jej głosie 
brzmiało zmęczenie.
-Przeciwnie - odparł Monk. — To najstraszniejsze, 
co mogło się pani kiedykolwiek przytrafić.

Pani Davidoff odchyliła się, jakby poczuła nieznośny 

smród.

- Dzisiaj   zginął   mój   mąż.   Naprawdę   uważa   pan,

że   to   mniej   ważne   niż   drobina   materiału   do   pakowa
nia na spodniach? Czy pan z byka spadł?

- To   Adrian   Monk,   konsultant   wydziału   zabójstw

policji w San Francisco - wyjaśnił porucznik Dozier

96

background image

i spojrzał na Mońka. - Pan też ma styropian na spod-
niach.

Monk wydał z siebie zdławiony krzyk, zaczął gwał-

townie podskakiwać i wywijać nogą na wszystkie strony, 
próbując strzepnąć granulki ze spodni.

-Jest trochę pokręcony - wyjaśnił Dozier.
-Widzę - stwierdziła pani Davidoff.
W   tej   chwili   znienawidziłam   ich   oboje.   Kim   byli, 

żeby "wydawać sądy o Adrianie Monku? Dozier to cho-
dząca groteska, a pani Davidoff, pomijając jej potworną 
tragedię,   to   tylko   arogancka   snobka.   Choć   z   drugiej 
strony... Monk podskakiwał na jednej nodze, w masce 
przeciwgazowej  na głowie. Trudno mówić, by coś ta-
kiego stawiało go w najlepszym świetle.

- Niech   panją   aresztuje,   poruczniku-powiedział

Monk,   wciąż   podskakując.   -   To   jest   ten   człowiek,   to
ona zabiła swojego męża.

Może to bardzo dziwny sposób na informowanie, kto 

zabił,   ale   Monk   się   wyraził   dość   jasno.   Natychmiast 
poczułam, że moja niechęć  do pani Davidoff była  jak 
najbardziej usprawiedliwiona.

-To bezsens  -  żachnęła  się  pani  Davidoff.   -  Kiedy 
zginął mąż, byłam na zapleczu.
-Widział pan przecież zapis kamery przemysłowej — 
wtrącił   Dozier.   -   Davidoffa   zabił   barczysty   męż-
czyzna, wyższy od pani Davidoff co najmniej o trzy-
dzieści centymetrów.
-To jeszcze nic nie znaczy - odparł Monk.

W tej chwili, w trakcie swoich wygib&sów, Monk 

Zawadził nogą o stoliczek do kawy i strącił z niego wazę 
wartą   sześćset   dolarów.   Złapałam   wazę,   zanim 
gruchnęła o podłogę, a Monk zdołał strzepnąć ze spodni 
ostatnią   granulkę   styropianu.   Wyprostował   się, 
obciągnął rękawy i stanął twarzą do nas. Wiedzia-

97

background image

łam, co nastąpi. Monk zamierzał teraz opowiedzieć nam, 
jak jego zdaniem doszło do morderstwa.

To nieodzowny rytuał. Nie robił tego dla poklasku 

ani   żeby   kogoś   upokorzyć.   Robił   to   wyłącznie   dla 
siebie.

Była to chwila, w której mógł poczuć, że wszystko 

ułożył w odpowiednim porządku i przywrócił wszech-
światowi ład. Jedyna chwila, w której czuł się naprawdę 
wolny   od   lęków   i   fobii.   Czyniła   go   pełnym 
-przynajmniej na ten krótki moment.

Potem jednak znowu zauważał coś, co nie pasowało 

do   całości,   albo   uświadamiał   sobie   nagle,   że   jest 
narażony   na   działanie   jakiegoś   zarazka,   albo   przypo-
minał sobie, że nadal nie rozwiązał zagadki morderstwa 
swojej żony, i w jednej chwili wszystkie lęki wracały z 
pełną mocą. I znowu zaczynał  mozolnie porządkować 
świat, który go oszukał.

- Oto, co się stało — zaczął Monk.

Wyjaśnił, że pani Davidoff przebywała na zapleczu i 

czekała,   aż   robotnicy   zaczną   pracować   młotami 
pneumatycznymi.   Następnie   owinęła   sobie   piersi   ban-
dażami, założyła na ramiona poduszeczki i włożyła buty 
na   bardzo   wysokich   obcasach.   W   ten   sposób   ukryła 
kobiecy wygląd, poszerzyła sobie barki i dodała wzrostu. 
Włosy   ukryła   pod   kominiarką,   a   żeby   zasłonić   szyję, 
włożyła golf. W przeciwnym  razie brak jabłka Adama 
zdradziłby  jej   płeć.   Pani   Davidoff   wyszła   ze  sklepiku 
tylnymi drzwiami i obeszła go boczną alejką. Zaciągnęła 
kominiarkę   na   twarz,   wbiegła   od   frontu   i   zastrzeliła 
męża.   Potem   wybiegła,   wróciła   tą   samą   alejką   na 
zaplecze,   zdjęła   przebranie   i   weszła   do   sklepiku,   by 
odegrać płaczliwą scenę przed kamerą.

Kiedy   Monk   skończył,   Dozier   spojrzał   na   niego 

szeroko otwartymi oczami.

98

background image

-To najbardziej niedorzeczna historia, jaką w życiu 
słyszałem.
-To jeszcze nic - wtrąciła Sharona. - Kiedyś Adrian 
oskarżył  o morderstwo  faceta,  który w czasie, gdy 
popełniono zbrodnię, leżał pogrążony w śpiączce.
-I ludzie nadal poważnie go traktują? - nie dowierzał 
Dozier.
-Cóż, nie pomylił się — dokończyła Sharona.
-Nie pomylił się!? - zapytał Dozier.
-To nie ma nic do rzeczy - wtrąciła pani Davi-doff. - 
Uważam   te   zarzuty   za   pozbawione   elementarnej 
wrażliwości, oburzające i absolutnie nikczemne.
-Typowa reakcja mordercy — skomentowałam.
-Pani się myli — powiedział do mnie Dozier i od-
wrócił się do Mońka. - Pan również. Nie ma ani dro-
biny dowodu, który potwierdzałby pańską tezę.
-Jest to - Monk wskazał palcem styropian na nodze 
pani Davidoff.
-To? - zapytał Dozier.
-To? - zapytała pani Davidoff.
-Styropian   jest   naładowany   elektrostatycznie. 
Przyczepia się do wszystkiego i do każdego, kto się 
pojawi na zapleczu — mówił Monk. - Powinna była 
pani   zobaczyć   zapis   z   kamery   wideo   przed 
przybyciem policji.
-Nigdy nie będę chciała tego oglądać - odparła pani 
Davidoff.
-To był jednak wielki błąd z pani strony - stwierdził 
Monk. - Gdyby  pani obejrzała zapis, spostrzegłaby 
pani   na   plecach   zabójcy   granulkę   styropianu.   To 
znaczy, że zabójca musiał być wcześniej na zapleczu. 
Tylko pani tu była, nikt inny. W ten sposób zapis wi-
deo, który w pani zamyśle miał wykluczyć panią jako 
podejrzaną, w praktyce jest przyznaniem się do winy.

99

background image

-Cały dzień kręciłam się między zapleczem a skle-
pikiem — tłumaczyła  pani Davidoff. — Widocznie 
wniosłam   trochę   styropianu   do  sklepu,   tak  jak  ten 
kawałek na nodze teraz, a potem styropian przywarł 
w jakiś sposób do pleców zabójcy.
-Logiczne  — stwierdził Dozier. — W naszym  po-
licyjnym światku mówimy, że takie wyjaśnienie „ma 
ręce i nogi". Zresztą, nawet gdyby miał pan rację, a 
przecież   pan   jej   nie   ma,   gdzie   jest   maska   i   broń 
przestępcy?
-Zapakowane   i   gotowe   do   wysyłki   do   Madison   w 
stanie   Wisconsin.   Są   w   tych   kartonach,   po   które 
niebawem ma przyjechać posłaniec UPS - powiedział 
Monk. - Dlatego właśnie pani Davidoff nalegała, by 
wysłać je jeszcze dzisiaj.

Dozier   odwrócił   się   i   spojrzał   na   panią   Davidoff, 

która patrzyła na Mońka z taką nienawiścią w oczach, że 
bałam się, iż lada moment skoczy mu do gardła.

- Czy   otworzyć   kartony   i   udowodnić   mu,   że   jest

pani niewinna? — zapytał.

Nie odpowiedziała. Świdrowała tylko Mońka groź-

nym spojrzeniem.

- Pani   Davidofi?   -   powiedział   głośniej   porucznik

Dozier.

Davidoff zamrugała i spojrzała na Doziera.

- Dalsze   pytania   proszę   kierować   do   mojego   ad

wokata. Skończyliśmy rozmowę.

Dozierowi   opadła   szczęka.   Naprawdę.   Jego   usta 

pozostały otwarte, jakby coś sparaliżowało mu mięśnie. 
Trwało   to   chwilę,   ale   w   końcu   zdołał   się   opanować. 
Skinął ręką na któregoś z detektywów.

- Odczytaj   tej   pani   jej   prawa  —  powiedział.  -  Po

tem   zawiadom   sędziego   Mooneya.   Potrzebny   nam
nakaz rewizji, żeby otworzyć pudła na zapleczu. I przy-

100

background image

pilnuj,   do   cholery,   żeby   wcześniej   nie   wywiozło   ich 
UPS.

Sharona   położyła   rękę   na   ramieniu   Mońka.   Ten 

wzdrygnął  się, czując dotyk, ale Sharonie to nie prze-
szkadzało.

—Tak   wiele   czasu   minęło,   odkąd   ostatni   raz   wi-
działam, jak pracujesz, że zapomniałam już, jak bar-
dzo to lubię.
—Jak można tego nie lubić? — zapytał Monk.
—Mogłabym  coś powiedzieć na ten temat - mruk-
nęła pani Davidoff.

background image

10

Monk małe jagnię miał

Kiedy dotarliśmy do domu Ellen Cole w Santa Moni-ca, 
oddalonego zaledwie kilka kilometrów od antykwariatu, 
zapadał już zmrok.

Ellen   mieszkała   w   malutkim   bungalowie   w   stylu 

hiszpańskiego   odrodzenia,  z   białymi  ścianami  zdobio-
nymi   sztukaterią,   łukowymi   oknami,   trójkątnymi 
szczytami   po   bokach   i   dachem   krytym   czerwoną   da-
chówką.   Łukowe   frontowe   wejście   było   ozdobione 
płytkami   z   kwiatowym   ornamentem.   Bungalow   był 
wprost uroczy.

Od kiedy ogrodnik pani Cole znalazł się w więzie-

niu, frontowy ogródek zdążył  zarosnąć, ale nie trzeba 
było wielkiej  wyobraźni, by się domyślić, jak pięknie 
musiał wyglądać, gdy był zadbany.

- Co za zbrodnia - wyszeptał Monk.

Stał  na chodniku przed domem, a maska przeciw-

gazowa  tak ciasno  opinała mu głowę,  że chyba  tylko 
cudem do jego mózgu dochodziła jeszcze krew.

-Dlatego tu przyjechaliśmy - stwierdził Dozier.
-On mówi o trawie - powiedziała Sharona.
-Dlaczego nikt z tym nic nie robi? — zapytał Monk. - 
To policzek dla rodzaju ludzkiego.
-Trwa   spór   o   własność   nieruchomości   -   wyjaśnił 
porucznik   Dozier.   -   Ellen   Cole   zapisała   wszystko 
swojej   drugiej   połowie,   ale   jej   rodzice 
zakwestionowali

102

background image

testament,   ponieważ   krótko   przed   morderstwem   para 
zerwała ze sobą w wielkiej kłótni i zaczęła toczyć spór o 
dom oraz przyznanie opieki nad dwuletnim dzieciakiem.

Monk, Sharona i ja patrzyliśmy na Doziera ze zdu-

mieniem. Dozier odwzajemnił spojrzenie.

—Co?-zapytał.
—Nie wspominał pan wcześniej, że Ellen Cole prze-
chodziła gorzkie rozstanie - powiedziała Sharona.
—Po co miałbym o tym mówić? — zdziwił się Do-
zier.
—Ponieważ jej kochanek miał o wiele poważniejszy 
motyw, aby ją zabić, niż Trevor — powiedziała Sha-
rona.
—Ale ona jej nie zabiła - oświadczył z przekonaniem 
Dozier.
—Ona? - zapytał Monk.
—Ellen Cole była lesbijką — wyjaśnił Dozier. — Do 
chwili zerwania mieszkała tu z kochanką, Sally Jen-
kins, oraz ich dzieciakiem.
—Zatem  Sally mogła   znać  kod  wyłączający  alarm 
-powiedziałam.
—Jeśli  Ellen wcześniej  go  nie zmieniła — powie-
dział Dozier.

—Sprawdził to pan? — zapytała Sharona.
Porucznik nie odpowiedział, co znaczyło, że nie

sprawdził.

—Może   Ellen   niespodziewanie   wróciła   do   domu 
wcześniej i zaskoczyła Sally - mówiła Sharona. — 
Zaczęły   się   szamotać   i   w   czasie   szarpaniny   Sally 
uderzyła ją lampą.
—Ta   hipoteza   ma   jeden   słaby   punkt   -   powiedział 
Dozier.
—Taki, że zawalił pan śledztwo? -zapytała Sharona.

103

background image

Dozier puścił tę złośliwość mimo uszu.
-Sally Jenkins nie mogła tego zrobić — powiedział. 
— W czasie gdy zamordowano Ellen Cole, Jenkins 
była   w   Sacramento,   gdzie   składała   zeznania   przed 
stanową komisją senacką pracującą nad ustawą lega-
lizującą małżeństwa homoseksualne. W naszym po-
licyjnym światku nazywamy coś takiego „żelaznym 
alibi".
-Nie takie alibi udawało się panu Monkowi obalić - 
powiedziałam,   odwróciłam   się   do   Mońka   i   zoba-
czyłam  zaskoczona, że klęczy na trawniku, mierzy 
palcem długość źdźbeł i przycina je cążkami do pa-
znokci.
-Adrian - zawołała Sharona. - Co ty robisz?
-Ścinam   trawę   -   odparł   Monk,   choć   trudno   było 
zrozumieć jego mamrotanie spod maski.
-W   takim   tempie   zajmie   to   panu   miesiąc   -   za-
uważyłam.  —Akiedy pan  skończy,   wszystkie   obcięte 
przez pana źdźbła znowu trzeba będzie przycinać. W 
ten sposób może pan ścinać trawę do końca życia.
-Jakoś   przeżyję   -   odparł   Monk,   ścinając   kolejne 
źdźbło.

Sharona  jęknęła głośno, chwyciła  Mońka za pasek 

maski przeciwgazowej i zmusiła, by stanął na nogi.

- Adrian.   Prowadzimy   dochodzenie   w   sprawie

morderstwa. Skoncentruj się!

Następnie wyrwała mu z ręki cążki i wrzuciła je do 

torebki.

-Oddam  ci, jak skończymy — orzekła i rzuciła mi 
gniewne spojrzenie. - Jesteś dla niego za miękka.
-Próbuję   być   delikatna   i   wyrozumiała   —   broniłam 
się.   -   Moim   zdaniem   w   dłuższej   perspektywie   to 
przynosi większy pożytek.

104

background image

- Skąd   ci   to   przyszło   do   głowy?   Gdybym   trakto

wała   go   tak   jak   ty,   wkładałby   maskę   przeciwgazową
przy każdy wyjściu z domu.

Po   krótkiej   chwili   Sharona   zdała   sobie   sprawę   z 

absurdu sytuacji.

-Teraz robi to tylko od czasu do czasu - dodała.
-To krok naprzód - ocenił Dozier.

Monk podszedł alejką pod dom, z uniesionymi dłoń-

mi z obu stron twarzy, nie chcąc oglądać nieskoszo-nej 
trawy.

Dołączyliśmy   do   niego   na   ganku,   gdzie   Monk   z 

uwagą przyglądał się drzwiom.

-Nie ma śladu włamania - stwierdził.
-Wszedł przez otwarte okno - wyjaśnił Dozier.
-Nie ma w domu alarmu?
-Jest. Trevor musiał znać kod - powiedział Dozier.
-Jakim cudem? — żachnęła się Sharona.
-To nietrudne — powiedział Monk.
-Nietrudne?
-Czy   alarm   jest   w   tej   chwili   włączony?   -   zapytał 
Monk.

Dozier przytaknął.

-Niech pan otworzy drzwi, ale nie wyłącza alarmu — 
powiedział Monk. - Ja wyłączę alarm.
-Jasne.

Dozier przekręcił klucz w zamku i otworzył szeroko 

drzwi, w jednej chwili aktywując alarm.

Rozległo się głośne elektroniczne buczenie niczym 

syrena   podczas   czerwonego   alarmu   na   statku   ko-
smicznym Enterprise Star Treku.

Tak, wiem, to już moje drugie porównanie do  Star 

Treka,  ale zauważcie, ile drobiazgów z tamtego filmu 
funkcjonuje   dzisiaj   w   naszym   życiu   codziennym. 
Spójrz-

105

background image

cie   na   te   telefony   komórkowe   z   klapkami   albo   na 
przechodniów   ze   słuchawkami   bluetooth   w   uszach, 
podobnymi do tych, które miał porucznik Uhura, i po-
wiedzcie, że nie mam racji.

Monk stanął przy klawiaturze wyłącznika alarmu i 

przyjrzał się jej z całą uwagą.

- Kod jest taki: jeden, dwa, jeden, dwa, trzy, trzy,

trzy.

Byłam zdumiona.

-Skąd pan to wie?
-Klawisze   z   jedynką,   dwójką   i   trójką   są   bardziej 
zabrudzone od pozostałych - stwierdził Monk, wcho-
dząc do pokoju gościnnego z wyciągniętymi  przed 
siebie   rękami,   niczym   reżyser   szukający   dobrego 
ujęcia.

Dom   był   niewielki,   miał   najwyżej   sto   trzydzieści 

metrów kwadratowych, i bardzo przytulny, na kanapach, 
fotelach   i   krzesłach   leżało   mnóstwo   puszystych 
poduszek, a na ścianach wisiało dużo obrazów, w więk-
szości pejzaży.

-Ale   skąd   pan   wiedział,   jaka   jest   kolejność   cyfr? 
-zapytałam. - Istnieją chyba tysiące możliwych kom-
binacji.
-Pan Monk wpadł na to tak samo jak Trevor -wtrącił 
Dozier   i   wklepał   kod   do   systemu;   kolejne   przy-
ciśnięcia ułożyły się w melodię kołysanki  Marysia 
małe jagnię miała 
i po chwili alarm umilkł. - Pracu-
jąc  w  ogrodzie,   Trevor  musiał  usłyszeć   kołysankę, 
gdy Cole wyłączała alarm.
-Przez jazgot kosiarki do trawy, dmuchawy do liści i 
buczącego alarmu? - wątpiła Sharona.

Zdawało  się, że idąc  wolno przez pokój  gościnny, 

Monk  kołysze   się   w  takt   melodii,  którą   przed  chwilą 
słyszał. To był jednak jego pląs obserwacyjny,  sposób 
na spostrzeżenie w pokoju najdrobniejszych szczegó-

106

background image

łów,   na   wyczucie   -   niewidocznych   niczym   buddyjska 
karma — śladów tego, co tu się wydarzyło.

—Może akurat nie kosił trawy i nie odgarniał liści? - 
powiedział Dozier. - Może stał i z nią rozmawiał?
—To   by   znaczyło,   że   Cole   była   naprawdę   głupia 
-podsumowała Sharona.
—Nic dziwnego, że już nie żyje - dokończył z prze-
kąsem Dozier.
Wciąż byłam pod wrażeniem tego, jak Monk odgadł 

kod alarmowy, i dziwiłam się, że tylko ja jedna — nawet 
Dozier tym się nie przejął.

—Nie zdumiewa pana, jak łatwo pan Monk odgadł 
kod alarmowy? - zapytałam.
—Niezupełnie - odparł Dozier. - Ian Ludlow też go 
szybko odgadł.
—Ten   pisarz?   -   zapytała   Sharona,   najwyraźniej 
zaskoczona. - Był tutaj?
—Ludlow   wspomaga   mnie   czasem   przy   bardziej 
zagadkowych   sprawach.   Jest   takim   naszym 
Adrianem   Monkiem   -   wyjaśnił   Dozier,   po   czym 
dodał szeptem: -Tyle że nie jest szurnięty.

Dobrze   wiedziałam,   kim   jest   łan   Ludlow.   Trudno 

było nie wiedzieć. Człowiek nie mógł wejść do samolotu 
na   jakimkolwiek   lotnisku,   nie   widząc   za   pazuchą   u 
każdego pasażera książki z detektywem Marsha-kiem w 
roli głównej. Czasem się zastanawiałam, czy nie weszło 
w życie rozporządzenie Federalnego Zarządu Lotnictwa 
Cywilnego,   nakazujące   podróżnym   czytać   kryminały 
Ludlowa.

Swoją   drogą   Ludlow   musiał   mieć   zastęp   krasnali 

piszących mu książki, bo zdawało się, że na stojakach 
przed hipermarketowymi kasami (na prestiżowym i ho-
norowym miejscu, obok „Star" i „National Enąuirer") co 
miesiąc się pojawia nowy tytuł.

107

background image

Porucznik Disher, który swego czasu uczęszczał na 

wieczorowe   wykłady   Ludlowa   na   uniwersytecie 
Berkeley, określił go jako „Tołstoja ulic nędzy".

Zerknęłam   na   Mońka,   który   nadal   wszystko   pie-

czołowicie   oglądał,   przerywając   co   pewien   czas   oglę-
dziny,   aby   ułożyć   poduszki   na   kanapie   według   wiel-
kości,   wyprostować   obrazy   na   ścianie   lub   ustawić 
książki  na półce  w porządku alfabetycznym.  Taki  był 
jego sposób działania i nie miałam śmiałości mu w tym 
przeszkadzać.

—Byłem   konsultantem   Ludlowa,   gdy   pisał   kil

ka ostatnich książek — pochwalił się Dozier. — On dbał
o   stronę   emocjonalną   dzieła.   Ja   o   jego   chłodny   re
alizm.

-Domyślam   się   zatem,   że   w   następnej   książce 
detektyw Marshak będzie miał cały czas otwarty roz-
porek - powiedziała Sharona. -1 wyśle do Wisconsin 
narzędzie zbrodni, którym posłużył się zabójca.
-Co tu robił Ludlow? - wtrąciłam szybko w nadziei, 
że powstrzymam Doziera od wyciągnięcia pistoletu i 
zastrzelenia Sharony za tę złośliwość.
—Zaintrygowała   go   sprawa   —   powiedział   Dozier. 


Dopóki   się   nie   pojawił,   mieliśmy   tylko   zwłoki   pani
profesor   z   wydziału   studiów   nad   kulturową   tożsamo
ścią   płci   uniwersytetu   UCLA.   Sprawdziliśmy   kochan
kę,   studentów,   ale   nie   wypłynął   żaden   podejrzany.
Dopiero   Ludlow   pomógł   nam   odkryć   ślady   prowadzą
ce do p a n i męża.

Chociaż Dozier mówił do mnie, dwa ostatnie słowa 

skierował  wyraźnie do Sharony,  jakby miały stanowić 
dwa mocne sierpowe.

Zresztą tak właśnie Sharona je odebrała, ale zasłużyła 

sobie   za   niedawną   zgryźliwość   pod   adresem   jego 
konsultacji przy powstawaniu książki.

108

background image

- Czy   tutaj   znaleźliście   ciało?   -   zapytał   z   daleka

Monk.

Tak pochłonęła mnie wymiana zdań z Dozierem, że 

zupełnie zapomniałam o Monku, który zdążył już przejść 
korytarzem do głównej sypialni.

Na środku stało duże łóżko z baldachimem, zakryte 

poduszkami   i   puchatą,   falbaniastą   narzutą.   Miałam 
ochotę położyć się w tym łóżku z dobrą książką w ręku i 
nigdy z niego nie wychodzić.

Po obu stronach łóżka stały identyczne szafki nocne. 

Na jednej z nich stała lampa, na drugiej nie. Wiedziałam 
już, skąd pochodziło narzędzie zbrodni.

Przed   poznaniem   Mońka   nie   zauważałam   takich 

szczegółów.   Ale   z   drugiej   strony   przed   poznaniem 
Mońka nie wyobrażałam też sobie, by co tydzień można 
było myć klamki w zmywarce do naczyń.

Na   wprost   łóżka   wisiał   na   ścianie   płaski   ekran 

telewizyjny, tuż nad zestawem kina domowego i wieżą 
stereo.

Z   jednej   strony   pokoju   znajdowały   się   rozsuwane 

drzwi prowadzące na patio w ogródku na tyłach domu, a 
z drugiej strony stały pod ścianą komoda i toaletka.

Monk stał przy szafie Ellen Cole, przyglądając się 

uważnie śladom krwi na dywanie pod swoimi nogami.

-Kiedy   ją   znaleźliśmy,   leżała   tutaj   -   powiedział 
Dozier. - Tył jej głowy był jedną krwawą masą.
-Mógłby   pan   pokazać   mi   dokładnie,   jak   leżała? 
-poprosił Monk.

Dozier podciągnął spodnie i zwinął się w kłębek na 

podłodze twarzą do komody, uważając, by nie położyć 
głowy na przyschniętych śladach krwi.

Monk przykucnął  obok Doziera  i uważnie  przypa-

trywał się pozycji, w jakiej leżał porucznik. Wyciągnął 
przed siebie otwarte dłonie, jakby chciał je ogrzać przy

109

background image

ognisku, a potem zrobił powolny piruet, odwracając się 
twarzą do garderoby.

Podszedł do garderoby i otworzył podwójne drzwi.
Wszystkie   ubrania   wiszące   na   drewnianym   drągu 

odsunięte były na bok. Za nimi pod ścianą stało kilka 
niedużych   pudeł.   Na   podłodze   leżały   buty,   wyraźnie 
odsunięte, by zrobić miejsce na jedno pudło.

Monk potrząsnął głową i syknął cicho.
—Coś nie tak, Adrianie? — zapytała Sharona.
—Wszystko—powiedział smutnym głosem Monk.— 
To nie Trevor zabił Ellen Cole.

background image

11

Monk przejmuje sprawę

Poczułam   wielką   radość,   że   się   nie   myliłam   co   do 
Trevora,  a  zarazem  ulgę,  że moja  posada  nie  jest  za-
grożona. Ale jednocześnie zrobiło mi się potwornie żal 
Sharony, która usiadła teraz na skraju łóżka El-len Cole i 
objęła się ramionami.

—O Boże — powiedziała cicho. — Co ja zrobiłam. 
Dozier zerwał się na nogi.
—On nie ma racji! - krzyknął. 
Sharona pokręciła głową.
—W kwestii morderstw nie myli się nigdy. Nigdy.
—Tym   razem   nie   ma   tu   żadnych   styropianowych 
granulek - mówił Dozier. — Trevor zabił. Wszystkie 
dowody świadczą przeciwko niemu.
—Tylko   wówczas,   gdy   nie   widzi   pan   dowodów 
świadczących o czymś innym.
—Na przy kład jakich?
—Według pańskiej  hipotezy Ellen niespodziewanie 
wróciła wcześniej do domu i przyłapała Trevora na 
kradzieży.   W   związku   z   czym   Trevor   uderzył   ją 
lampą i uciekł.
—Tak właśnie było - powiedział Dozier.
—Dlaczego   jednak   Trevor   nie   uciekł   do   ogrodu, 
słysząc, jak Cole wchodzi do domu?
—Może wcale jej nie słyszał - odparł Dozier. -

111

background image

Może myślał,  że nie uda mu się uciec niepostrze-

żenie, więc się ukrył w garderobie.

-To niemożliwe - powiedział Monk.
-Dlaczego?   —   zapytał   Dozier.   —   Garderoba   była 
przecież tuż za nim.
-Dlaczego więc nie poczekał w niej, aż Cole wyjdzie 
znowu z domu? — zapytałam.
-Może spanikował. Może pani Cole otworzyła gar-
derobę   i   go   zobaczyła?   —   spekulował   Dozier.   — 
Rzuciła  się do telefonu,  aby zadzwonić po policję, 
więc złapał lampę i uderzył ją od tyłu.
-Wszystko tylko „może".
-Bo Trevor nie chce nic powiedzieć - ciągnął Dozier. 
- Dowody jednak jasno wskazują, co tu zaszło.
-Oczywiście, że wskazują - włączył się Monk. -Nie 
myślał pan może, że czas sprawdzić sobie wzrok?
-Jest   pewne,   że   ktoś   się   ukrył   w   garderobie   — 
stwierdził Dozier.
-Prawda   —   przyznał   Monk.   -   Niech   pan   jednak 
spojrzy, jak są ułożone pudła. Ktoś odsunął ubrania i 
ustawił na środku jedno z pudeł, by mieć na czym 
usiąść.   To   znaczy,   że   zabójca   miał   dużo   czasu. 
Musiał długo czekać na pojawienie się w domu Ellen 
Cole i chciał, żeby było mu wygodnie.
-A   może   pudła   były   tak   poukładane   wcześniej? 
-wyraził przypuszczenie Dozier. - Trevor odsunął tyl-
ko ubrania, żeby zrobić sobie kryjówkę.
-Ale Cole została uderzona w tył głowy i upadła na 
twarz. Gdyby wyskoczył nagle z garderoby i sięgnął 
po lampę na nocnym stoliczku, kobieta zdążyłaby się 
odwrócić w jego kierunku i stanąć do niego przodem, 
a to znaczy, że zostałaby uderzona w bok głowy, a 
nie w tył - tłumaczył Monk. - Gdyby z kolei uderzył 
ją,   gdy   wybiegała   z   sypialni,   jej   ciało   leżałoby   w 
progu

112

background image

lub w korytarzu, ale na pewno nie przy garderobie. Fakt, 
że została uderzona od tyłu, dowodzi, że ten, kto ją zabił, 
miał   lampę   w   ręku   już   wtedy,   kiedy   się   ukrywał   w 
garderobie.   Nie   możemy   więc   mówić   o   napastniku, 
który jest zaskoczony i atakuje w akcie desperacji. W 
naszym   policyjnym   światku   nazywamy   coś   takiego 
„morderstwem z premedytacją".

Mimowolnie   się   uśmiechnęłam,   słysząc   ostatnią, 

wygłoszoną   protekcjonalnym   tonem,   uwagę.   Najwy-
raźniej Monk był  bardziej skoncentrowany na tym, co 
mówi Dozier, niż mi się wydawało.

- Jestem   najpotworniejszą   żoną   na   świecie   —

stwierdziła cicho Sharona. — Nie dziwiłabym się Tre-
vorowi, gdyby nie chciał mnie więcej widzieć.

Usiadłam przy niej i wzięłam ją za rękę.
-Nie myśl tak źle o sobie, Sharona - pocieszyłam ją. - 
Trevor   również   jest   winien,   że   tak   zareagowałaś. 
Gdyby   nie   zwodził   cię   wcześniej   tyle   razy,   nie 
miałabyś powodu, żeby mu teraz nie wierzyć.
-Tymczasem uwierzyłam w najgorsze. W absolutnie 
najgorszą  rzecz.  - Sharona  załamała  ręce.  -Jakbym 
wręcz chciała, żeby Trevor był winny.
-On jest winny — odezwał się Dozier.
-Doskonale wiem, co pan czuje - powiedział Monk 
do Doziera smutnym głosem. - Też chciałbym, żeby 
był winny.
-To okropne, co pan mówi, panie Monk - oburzyłam 
się. - Jak może pan chcieć czegoś takiego?
-Trevor ma zły wpływ — odparł Monk.
-Co złego mi zrobił? - zapytała Sharona.
-Zmusił cię do ponownego ślubu i powrotu do New 
Jersey.
-Jesteś największym samolubem, jakiego zna-

113

background image

łam w życiu — stwierdziła Sharona. — Powinieneś się 
wstydzić, Adrianie.

-Nie   tylko   jest   samolubem.   Jest   w   błędzie   -   nie 
ustępował Dozier. - W bagażniku Trevora znaleźli-
śmy   biżuterię   należącą   do   Ellen   Cole.   Kradł 
kosztowności   w   domach   swoich   klientów   i 
sprzedawał   je   na   aukcji   internetowej.   Płatności 
wpływały   wprost   na   jego   konto   bankowe.   Skoro 
takie z niego niewiniątko, jak pan to wytłumaczy?
-Nie   mówię,   że   Trevor   nie   jest   złodziejem   -   po-
wiedział   Monk.   —   Ale   na   pewno   nie   zabił   Ellen 
Cole.
-Na   pewno   też   nie   skradł   tych   rzeczy  —   wtrąciła 
Sharona. - Ktoś chciał go wrobić.
-Kto   chciałby   wrobić   pani   męża?   —   zdziwił   się 
Dozier. - Przecież jest nikim.
-Nie   wiem   kto,   ale   nietrudno   byłoby   to   zrobić 
-stwierdziła Sharona. — Każdy może zarejestrować 
adres pocztowy w Yahoo! na jego nazwisko, zdobyć 
numer jego rachunku bankowego i otworzyć  konto 
na portalu aukcyjnym eBay. Niech mi pan da swoje 
nazwisko i pokaże jakiś blankiet czekowy, a doko-
nam tego w dziesięć minut.
-Czy   na   ślad   Trevora   naprowadziła   was   sprzedaż 
łupów na eBayu? - zapytałam.
-Kiedy   się   dowiedzieliśmy   o   aukcji,   mieliśmy   już 
trop prowadzący do Trevora  - odparł  Dozier.  - Tb 
Ludlow   połączył   wszystkie   tropy.   Wówczas 
wydawało mi się to bardzo logiczne i wciąż mi się 
takie wydaje.
-Nawet  po tym,  co powiedział  pan Monk?  - zapy-
tałam.
-To   tylko   spekulacje   -   odpowiedział   Dozier.   -   Ja 
widzę w dowodach jedno, a on drugie. Z tego, co do-
tychczas   powiedział,   nic   nie   każe   mi   myśleć,   że 
aresztowałem niewłaściwego człowieka.

114

background image

-Jednak   tak   się   stało,   a   my   to   panu   udowodnimy 
-powiedziała Sharona, wstając z łóżka. - Prawda, Ad-
rianie?
-Tak   -   odpowiedział   Monk   grobowym   głosem. 
-Udowodnimy.

Specjalizująca   się   w   kryminałach   księgarnia   Who-

dunit   Books   znajdowała   się   na   dole  ogromnego,   wie-
lopiętrowego   parkingu   Westwood   Village,   na   skraju 
kampusu UCLA.

Przed wejściem stał pojemnik wypełniony po brzegi 

przecenionymi   książkami   w   miękkiej   oprawie.   W   wi-
trynach   sklepiku   wisiały   powiększone   do   rozmiaru 
plakatów   okładki   rozmaitych   kryminałów,   zapowia-
dające spotkania autorskie z ich twórcami (wszyscy oni, 
jak   można   było   pomyśleć,   patrząc   na   zdjęcia,   za-
opatrywali się w skórzane kurtki w tym samym sklepie 
Leather Jackets R Us).

Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy zaraz 

po   wejściu   do   sklepu,   był   olbrzymi   stoi   zarzucony 
stertami starych książek lana Ludlowa w twardej i mięk-
kiej   oprawie;   największą   pryzmę   stanowił   najnowszy 
tytuł tego autora Ostatnim słowem jest śmierć.

Co   mu   jest?   -   zapytała   młoda   kobieta   za   ladą,

na której identyfikatorze widniało imię Lorinda.

Domyśliłam   sie,   że   do   księgarni   nie   przychodzi 

wielu klientów w maskach przeciwgazowych.

- Astma - wyjaśniła krótko Sharona.
Lorinda była szczupłą brunetką w przykrótkim

bezrękawniku, z małą agrafką w dziurce od nosa. Tak, 

tylko w jednej dziurce. Już widziałam nadciągające 
kłopoty. Monk od razu zaczął układać książki 
Ludlowa w rów-

115

background image

ne sterty. Otwierał każdą książkę, sprawdzał w stopce 
datę wydania i układał je w porządku chronologicznym. 
Wiem, bo dokładnie to samo zrobił w mojej domowej 
bibliotece.

Zajrzałam mu przez ramię i spostrzegłam, że strony 

tytułowe książek były podpisane i datowane przez lana 
Ludlowa. Przez moment Monk wydawał się zaskoczony, 
zaraz jednak się zreflektował i wrócił do ich układania.

Na spotkanie z łanem Ludlowem, który siedział przy 

stoliku   w   najdalszym   narożniku   księgarni,   podpisując 
książki   z   niewiarygodną   prędkością,   przyszło   około 
dwudziestu osób.

„Tołstoj ulic nędzy" miał nieco ponad trzydzieści lat, 

krótko   przystrzyżonego   jeża   na   głowie   i   co   najmniej 
wczorajszy zarost na policzkach. Ubrany był  w lekką, 
czarną skórzaną kurtkę, czarny T-shirt, wytarte dżinsy i 
czapkę   baseballową   DodgersóWj   która,   jak 
podejrzewałam,   przykrywała   przedwcześnie   łysiejące 
zakola   na   czole.   Nie   wiem,   co   sobie   ci   faceci   wy-
obrażają, żeby tak oszukiwać tymi czapkami.

Na przodzie kolejki stał mężczyzna z walizeczką na 

kółkach   wypełnioną   książkami   Ludlowa.   We   włosach 
miał   łupież,   a   jego   kieszeń   na   piersi   wypchana   była 
długopisami, karteczkami i wizytówkami.

-Mam   tu   wszystkie   pana   książki   -   pochwalił   się 
mężczyzna,  prezentując  Ludlowowi  swój  zbiór. —
Nawet   te   w   miękkiej   oprawie   pisane   pod 
pseudonimem JackBludd.
-Miło wiedzieć, że nie tylko mama posiada cały zbiór 
moich   książek   —   powiedział   Ludlow,   podpisując 
książki. - Nie powinien się pan ich pozbywać. Może 
któregoś dnia znowu będą warte tyle, ile wskazuje 
cena na okładce.

116

background image

-Nie mam pojęcia, jak udaje się panu tyle pisać — 
powiedział mężczyzna, kiwając głową.
-Jestem urodzonym gawędziarzem — odpowiedział 
Ludlow. - Można powiedzieć, że po to się urodziłem. 
Tylko na tym się znam.
-Ale pan pisze cztery książki w roku - wtrąciła z za-
chwytem jakaś kobieta w kolejce, przyciskając ostat-
ni kryminał Ludlowa do obfitego biustu, jakby ktoś 
miał jej go zabrać. - Nie obawia się pan, że zabraknie 
panu pomysłów na książki?
-Obawiałbym   się   tego,   gdybym   musiał   je   czerpać 
wyłącznie   z  wyobraźni  —  odparł   Ludlow.   -  Tym-
czasem niewyczerpalne źródło materiału stanowi ota-
czający nas świat. Żyją w nim miliony ludzi, których 
historie mogą się okazać nadzwyczaj inspirujące. Nie 
kryję, że motywujące są również terminy wydawnic-
twa. Jeśli nie złożę rękopisu w terminie, muszę oddać 
zaliczkę.

Sharona z daleka zlustrowała Ludlowa przeciągłym 

spojrzeniem i zmarszczyła brwi.

-Na   zdjęciach   sprawia   wrażenie   wyższego   i   sil-
niejszego mężczyzny - orzekła.
-Zawsze   tak jest   -  wtrąciła  Lorinda.  -  Robią sobie 
nastrojowe   zdjęcia   i   próbują   wyglądać   na   tajem-
niczych i hardych twardzieli, aby czytelnik pomyślał, 
że w poszukiwaniu tematu włóczą się po ciemnych 
zaułkach   -   mówiła.   —   Ludlow   włóczy   się   co 
najwyżej   po   księgarniach,   by   podpisywać   swoje 
dzieła i migdalić się do kobiet.
-Nie   wygląda   mi   pani   na   fankę   tego   pisarza   — 
powiedziałam.
-Pomagaliśmy   mu   od   początku,   kiedy   był   jeszcze 
nikim. Tymczasem zaraz po spotkaniu z czytelnikami 
w naszej księgarni Ludlow będzie podpisywać

117

background image

książki w sieci Borders na tej samej ulicy — żaliła się 
Lorinda.   -   Sieć   sprzedaje   kryminały   z   trzydziesto-
procentową zniżką, na co nas nie stać, więc wysadzają 
nas w ten sposób z rynku. Ale on nie potrafi inaczej. Nie 
umie   przejść   obok   księgarni,   nie   podpisując   w   niej 
swoich książek. To silniejsze od niego. To kompulsja.

- Ktoś   powinien   mu   powiedzieć,   żeby   się   wziął

w garść — odezwał się Monk, wciąż przekładając z za
jęciem   książki   na   stole.   -   Nie   musi   przecież   podpisy
wać każdej  książki, która  nosi  na okładce  jego  nazwi
sko. Cóż to za problem nie zwracać uwagi na nie pod
pisane książki?

Obie z Sharona odwróciłyśmy się i popatrzyłyśmy na 

niego znacząco.

-Taki   sam   problem   jak   przejść   obok   krzywo   za-
wieszonego obrazu i go nie poprawić - stwierdziła 
Sharona.
-To co innego - nie zgodził się Monk. - Tu chodzi o 
względy bezpieczeństwa publicznego.

Nie było mowy, aby ktokolwiek przekonał Mońka, 

że krzywo zawieszony obraz nie stanowi zagrożenia dla 
ludzkości, więc odwróciłam się z powrotem do Lorindy.

- Skoro   Ludlow   działa   przeciwko   wam,   podpisu

jąc   książki   w   innej   księgarni   na   tej   samej   ulicy,   dla
czego w ogóle go zapraszacie?

Lorinda wzruszyła ramionami.

- To   głośne   nazwisko   wśród   autorów   krymina

łów. Nasi stali klienci liczą na to, że także u nas kupią
jego książki, choć chyba coraz bliższy jest dzień, w któ
rym   nie   podpisane   przygody   detektywa   Marshaka
będą więcej warte od tych z autografem.

Raptem w sklepiku coś głucho zadudniło. W pierw-

118

background image

szej chwili pomyślałam, że nastąpiło trzęsienie ziemi, ale 
szybko zdałam sobie sprawę, że jakiś ciężki samochód 
wjechał   po  prostu   na   parking   nad   księgarnią.  Miałam 
nadzieję, że czynsz za lokal nie jest zbyt wysoki.

-Voila  -   oznajmił   Monk,   wychodząc   wreszcie   zza 
stołu;   wszystko   wyglądało   mniej   więcej   tak   jak 
wcześniej, tyle że książki poukładane były teraz w 
równiutkie kolumny. — Gotowe.
-Co pan zrobił? - zapytała zaciekawiona Lorinda.
-Ktoś   bezmyślnie   pomieszał   książki   na   stole. 
Przywróciłem im pierwotny porządek.
-Pierwotny porządek?
-Taki, w jakim były ułożone poprzednio - wyjaśnił 
Monk.  -   Według  wydania,   nakładu   oraz   daty  pod-
pisania przez autora, przy czym najnowsze książki są 
na wierzchu, a starsze u dołu.
-Słusznie - przyznała Lorinda. - Pierwotny porządek.

Zdawało się, że Monk dopiero teraz zauważył sprze-

dawczynię i był jej osobą wyraźnie skonsternowany.

-Zgubiła   pani   agrafkę   —   powiedział   po   chwili, 
wskazując palcem na jej nos.
-Nie, nie zgubiłam - odparła Lorinda.
-Tę przy drugiej dziurce — sprecyzował Monk.
-Drugiej dziurki w ogóle nie mam przekłutej.
-A powinna pani mieć.
-Jedna wystarczy. Jest super — powiedziała Lorinda. 
- Dwie wyglądałyby śmiesznie.

Ja   nie   widziałam   wielkiej   różnicy.   Moim   zdaniem 

każdy,   kto   ma   w   nosie   spinacz,   obrączkę,   kość   czy 
cokolwiek innego, wygląda głupkowato.

- Twarze   są   symetryczne.   Takie   jest   prawo   natu

ry. Nikt nie chce łamać praw natury. - Monk skinął

119

background image

głową w kierunku Sharony. - Ta pani jest pielęgniarką. 
Na   pewno   z   przyjemnością   wkłuje   pani   agrafkę   po 
drugiej stronie nosa.

—Nie, nie zrobię tego - zaoponowała Sharona.
Kiedy się sprzeczali, ostatni czytelnicy, którzy przy-

szli po podpis lana Ludlowa, wychodzili już z księgarni 
z   zakupionymi   książkami.   Mężczyzna   z   walizką   na 
kółkach był  tak zafascynowany maską przeciwgazową 
Mońka, że nieomal przejechał walizką po mojej nodze.

—Składałaś   przysięgę   Hipokratesa—przekonywał 
tymczasem Monk. — Twoją powinnością jako pielę-
gniarki jest ocalić tę nieszczęsną kobietę.
—Z   punktu   widzenia   medycyny   nie   ma   żadnego 
powodu, aby wkłuwać w nos agrafkę, Adrianie.
—Czy zwróciłaś uwagę na jej twarz? - zapytał Monk. 
— Jest szkaradna.
—Szkaradna? — włączyła się urażona Lorinda.
—Niech pan będzie ostrożny, Monk. W tej księgarni 
trzymają   pod   ladą   strzelbę   —   odezwał   się   łan 
Ludlow, podchodząc do nas z pewnym siebie uśmie-
chem na twarzy. - Lorinda tylko czeka na pretekst, by 
po nią sięgnąć.
—Pan zna pana Mońka? - zdziwiłam się.
—Oczywiście, że znam. Jestem jego wielkim wiel-
bicielem.   Pół   roku   temu,   kiedy   w   czasie   strajku 
policji Monk rozwikłał zagadkę morderstw Dusiciela 
Golden Gate, prowadziłem na uniwersytecie w Ber-
keley   wykłady   na   temat   kreatywnego   pisania   — 
wyjaśnił Ludlow. - Miałem nawet pomysł, by przelać 
całą   historię   na   papier,   ale   seryjny   morderca   jako 
bohater   gatunku   literackiego   powoli   odchodzi   w 
przeszłość.
—W   przeciwieństwie   do   detektywów   policyjnych, 
którzy łapią morderców, taaa? - rzuciła z przekąsem 
Lorinda. - To się nigdy nie starzeje.

120

background image

-Czyż nie jest urocza? — powiedział Ludlow.
-Nie   z   jedną   agrafką   w   nosie.   Jej   twarz   to   asy-
metryczna zmora.
-Wyjmę  tę jedną  agrafkę,  jeśli  pan  zdejmie maskę 
przeciwgazową - powiedziała Lorinda.

Remis.

-Nazywam   się   Sharona   Fleming,   a   to   jest   Natalie 
Teeger   -   przedstawiła   nas   wreszcie   Sharona   Lu-
dlowowi. — Pracujemy razem. Porucznik Dozier po-
wiedział nam, że tu możemy pana znaleźć. Prowadzi-
my dochodzenie w sprawie śmierci Ellen Cole.
-Pani   mąż   ją   zabił.   Sprawa   jest   zamknięta.   Mogę 
podpisać dla pani jedną z moich książek?
-Nie sądzę - odparła Sharona.
-To byłby wspaniały prezent dla ukochanego w wię-
zieniu - zasugerował Ludlow.
-On jest niewinny -powiedziała Sharona.
-Z   dowodów   wynika   coś   zupełnie   przeciwnego 
-odparował Ludlow.
-Ale on mówi, że Trevor  jest  niewinny.  - Sharona 
wskazała na Mońka.
-Hm... To zmienia postać rzeczy - stwierdził Ludlow.

background image

12

Monk i broszka

- Pan żartuje? - zapytałam Ludlowa, bo naprawdę nie 
byłam pewna.

-Bynajmniej. Mam szczery podziw dla talentu pana 
Mońka   -   oświadczył   Ludlow.   -   Jakże   ja,   zwykły 
skryba, mógłbym się spierać z legendą wydziału za-
bójstw? Mogę podpisać dla pani książkę?
-Jasne — ucieszyłam się.

Wzięłam ze stołu jedną książkę dla siebie, a potem 

dobrałam   jeszcze   dwie;   będę   miała   na   prezent   pod 
choinkę. Podałam je Lorindzie wraz z kartą kredytową, a 
ona zarejestrowała w kasie zakup.

-W   jaki   sposób   włączył   się   pan   w   tę   sprawę?   — 
zapytał Monk.
-Gdy tylko kończę pisać książkę, trzymam się przez 
kilka dni porucznika Doziera i czekam, aż wypłynie 
jakaś interesująca sprawa.
-Ale ta sprawa wcale nie była dziwna czy niezwykła 
— wtrąciłam. - Była wręcz nudna.
-Właśnie   dlatego   mnie   zaintrygowała   -   powiedział 
Ludlow. - Nauczyłem się, że to, co pozornie wydaje 
się   proste   i   zwyczajne,   może   się   okazać   bardziej 
wciągające   i   skomplikowane,   niż   sobie   człowiek 
wyobraża. To znak firmowy moich książek.
-Podobnie jak to, że każda charakterystyka po-

122

background image

staci   żeńskiej   zaczyna   się   od   opisu   piersi   -   rzuciła 
Lorinda, podając mi paragon do podpisu.

-Lubię,   gdy   w   książce   jest   trochę   pieprzyku 
-stwierdził Ludlow. - To zbrodnia?
-Jaki   pieprzyk   znalazł   pan   w   sprawie   Ellen   Cole? 
-chciała wiedzieć Sharona.
-Pani żartuje? - zdziwił się. - Zaczyna się od tego, że 
włamywacz  wali w głowę  kobietę, ale wystarczyło 
trochę się przekopać, by mieć parę lesbijek, najpierw 
zakochanych,  a potem zwaśnionych,  chwytający za 
serce bój o opiekę nad dzieckiem, polityczną batalię 
w Kongresie o prawo do zawierania małżeństw ho-
moseksualnych, zdradę na jednym z najlepszych uni-
wersytetów i gorący romans z żonatym mężczyzną. 
Sam nie wymyśliłbym nic lepszego. Dość tu pieprzy-
ku dla dwóch powieści z detektywem Marshakiem. 
Do tego jeszcze efektowne zakończenie: zabił po pro-
stu ogrodnik.
-Ale   on   nie   zabił   -   wtrąciła   Sharona.   -   Ktoś   inny 
zabił.
-Zatem kolejny dramatyczny zwrot akcji -stwierdził 
Ludlow. - Ta historia robi się coraz ciekawsza.
-Chętnie   bym   przeczytała   -   powiedziała   Lorinda, 
wkładając kopię paragonu do jednej z książek i wrę-
czając mi zakup.
-Widzi pani? - podchwycił Ludlow. - To chwyta,
-Gdzie   tu   jest   miejsce   na   zdradę   małżeńską? 
-zapytałam,   podając   mu   książki   do   wpisania 
dedykacji,
-Zdrada przerwała związek obu pań. Sally zdradziła 
Ellen...   -   ciągnął   Ludlow,   podpisując   książki   -...z 
mężczyzną.   Doktorem   Christianem   Baylis-sem.   I 
jeśli widzicie w tym sensację, zważcie na to, że to 
właśnie doktor był dawcą nasienia dla dziecka.

123

background image

A był przecież żonaty, w każdym razie do chwili, kiedy 
cała ta historia nie wyszła na jaw.

- I   wciąż   pan   uważa,   że   głównym   podejrzanym

jest mój mąż? — zapytała Sharona. — Przecież ta dwójka
miała miliony powodów, by zamordować Ellen Cole.

—W tym cała rzecz. Sally i jej kochanek byli najbar-
dziej oczywistymi podejrzanymi. Nuuuda — stwier-
dził Ludlow. — Kiedy więc Dozier walił głową w 
mur,   uporczywie   szukając   na   nich   haka,   ja 
popatrzyłem w drugą stronę.
—Na najmniej podejrzaną osobę — wtrącił Monk.
- Właśnie.   Na   faceta,   którego   nikt   dotychczas   nie

brał   pod   uwagę.   Trevor   miał   możliwość   i   miał   środ
ki   -   tłumaczył   Ludlow.   -   Brakowało   tylko   motywu.
Więc Dozier zaczął go sprawdzać i dowiedział się, że
na Wschodnim Wybrzeżu Trevor  był  znany jako drob
ny   cwaniaczek,   który   zawsze   się   rozgląda   za   łatwą
forsą.   Przez   przypadek   natknąłem   się   na   jego   konto
na   witrynie   eBay   i   odtąd   wszystko   zaczęło   do   siebie
pasować.

—Oprócz tego, że nie ma pan racji — dodała Sha-
rona.
—Właśnie to usłyszałem. — Ludlow odwrócił się do 
Mońka. - Jak brzmi pańska hipoteza?
-Tak, że nie zrobił tego Trevor, lecz ktoś inny.
-Hm, kiedy będzie pan już wiedział kto, proszę dać 
mi znać - powiedział Ludlow. - Będzie materiał na 
książkę jak się patrzy.

Noc z wtorku na środę spędziliśmy w hotelu Holi-

day Inn przy przystani w Santa Monica. Wynajęliśmy 
pokoje o numerach 204 i 206. Monk spał w jednym, a 
my z Sharona w drugim.

124

background image

Monk założył na kołdrę i poduszkę własną pościel i 

zjadł posiłek, który przywiózł ze sobą z San Francisco. 
Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że resztę wieczoru 
spędził na czyszczeniu  łazienki. Nie mam pojęcia, jak 
jadł z maską przeciwgazową na głowie i jak w»niej spał. 
Wolałam nie pytać.

My z Sharona zamówiłyśmy do pokoju pizzę, którą 

zjadłyśmy   na   tarasie   wychodzącym   na   wielopiętrowy 
betonowy   parking   pobliskiego   centrum   handlowego. 
Kiedy   jednak   wychyliłyśmy   się   przez   balustrad-kę   i 
wykręciłyśmy głowy, rozpościerał się przed nami piękny 
widok   na   nadmorskie   molo   i   stojące   na   jego   krańcu, 
połyskujące światełkami koło diabelskiego młyna.

Molo prezentowało się wspaniale po zmroku i z da-

leka.   Jednak   patrząc   z   bliska,   zniszczone   wyjście, 
hałaśliwy   pasaż   handlowy   i   sfatygowane   wagoniki 
przypominały raczej nędzny objazdowy lunapark, który 
przyjeżdża czasem w weekend na zapyziały parking przy 
hipermarkecie.

Ciemność kryła także bezdomnych, którzy lubili się 

gromadzić w parku na klifie ciągnącym się nad zatoką, 
równolegle   do   bulwaru   Ocean   Avenue.   Mieli   tu 
prawdopodobnie   najpiękniejszy   widok   ze   wszystkich 
obozowisk bezdomnych, jak Ameryka długa i szeroka.

Sharona   weszła   z   powrotem   do   pokoju,   aby   spró-

bować   zatelefonować   do   Trevora.   Jak   powiedziała, 
chciała go zapewnić, że mu wierzy i walczy o niego. Ale 
w   więzieniu   nie   chcieli   jej   z   nim   połączyć.   Posta-
nowiłyśmy   więc,   że   rano   podwiozę  ją   do   centrum   na 
widzenie   z   Trevorem,   a   potem   pojedziemy   do   Sally 
Jenkins, byłej dziewczyny Ellen Cole.

Jeszcze   wczoraj   Sharona   była   moim   śmiertelnym 

wrogiem. Dziś jednak moje uczucia względem niej

125

background image

się zmieniły. Zrozumiałam, że kierował mną po prostu 
strach przed utratą pracy. Również zazdrość.

Poza   tym   pod   wieloma   względami   Sharona   przy-

pominała mnie. Obie wychowywałyśmy dwunastoletnie 
dziecko, mniej czy bardziej, ale jednak samotnie. Obie 
też pracowałyśmy u Mońka, zdobywając się na wysiłek, 
którego   nikt,   być   może   poza   kapitanem   Le-landem 
Stottlemeyerem, nie potrafiłby docenić.

Były też między nami istotne różnice.
Dla   Mońka   Sharona   pozostanie   na   pierwszym 

miejscu. Choćbym  nie wiem jak długo u niego praco-
wała, zawsze będę  tylko  zastępczynią,  nagrodą  pocie-
szenia.

Sharona  miała zawód. Ja nie. Jakoś nigdy nie od-

nalazłam swojego powołania, choć zanim pojawiła się 
Sharona,   poważnie   myślałam   o   zawodzie   asystentki 
detektywa.

Sharona miała też męża. Gdyby tyle nas nie łączyło, 

być może ten fakt nie wzbudzałby we mnie zazdrości. 
Ale wzbudzał.

Myślałam   o   tym   wszystkim,   pogryzając   resztkę 

ostatniego, zimnego kawałka pizzy, a Sharona wychyliła 
się obok mnie przez balustradę i spojrzała na ocean i 
molo.

-Wystarczyłoby jedno pchnięcie i nie musiałabyś się 
martwić, że zabiorę ci posadę — powiedziała.
-Też przyszło  mi to do głowy.  Ale nawet  jeśli się 
postaram, żeby to wyglądało na wypadek, pan Monk 
i tak dojdzie prawdy.
-Może  jednak   puściłby ci   to  płazem  -  powiedziała 
Sharona, prostując się. - Kto by się nim zajął, gdy-
bym  ja nie żyła, a ciebie wsadziliby do więzienia? 
Nie   zapominajmy,   że   to   największy   samolub   na 
globie ziemskim.

126

background image

- Co prawda, to prawda  - zgodziłam się. - To po

patrz jeszcze raz na molo.

Zaśmiałyśmy się.

-Jesteś   dla   niego   dobra   -   powiedziała   po   chwili 
Sharona. - Teraz to widzę. Myliłam się co do ciebie 
w pewnych kwestiach.
-Tylko w pewnych?
-W   tym   momencie   ty   powinnaś   powiedzieć,   jak 
bardzo się myliłaś co do mnie - stwierdziła Sharona. 
-To chwila prawdy.
-Wiem  - odpowiedziałam. — Ale jeśli  to powiem, 
będzie to wyglądało tak, jakbym mówiła, bo akurat 
tego oczekujesz. Nie będę czuła, że to szczere.
-A byłoby szczere?
-Prawdopodobnie nie. Ale teraz cię lubię, jeśli to ma 
dla ciebie znaczenie.
-Ma - odrzekła Sharona.

Godzinę,   którą   Sharona   spędziła   w   środę   rano   na 

spotkaniu   z   mężem   w   więzieniu,   przesiedzieliśmy   z 
Monkiem   w   samochodzie.   Próbowałam   trochę   czytać 
jedną z trzech podpisanych przez Ludlowa książek, które 
kupiłam   dzień   wcześniej,   ale   Monk   nie   dawał   mi 
spokoju. Zadręczał mnie, żebym pomogła mu pisać listy 
do kongresmanów, wzywające do przyjęcia ustawy, na 
mocy   której   drażetki   M&M   w   jednym   opakowaniu 
powinny być tego samego koloru.

—Jeśli   mamy   wygrać   wojnę   z   terroryzmem   — 
przekonywał - musimy zacząć od porządków we wła-
snym domu.
—Kolorowe drażetki nie są aktem terrorystycznym.
—Oho! Widzę, że

-

ciebie też otumanili. To przecież 

polukrowana anarchia - mówił Monk. - Bardzo prze-

127

background image

biegły   podstęp.   Pozwala   ludziom   godzić   się   na   ideę 
anarchii, nawet czyni ją smakowitą. Jeśli nic się z tym 
nie zrobi, anarchia może zniszczyć nasze społeczeństwo 
i obalić ustrój państwa.

Jakoś   nie   umiałam   sobie   wyobrazić,   że   terroryści 

planują zniszczyć Amerykę, uzależniając jej ludność od 
wielobarwnych cukiereczków.

Sharona  wróciła   z  zaczerwienionymi  oczami  i   po-

liczkami   mokrymi   od   łez.   Bez   słowa   wsiadła   do   sa-
mochodu.   Odezwała   się   dopiero   dwadzieścia   minut 
później, gdy udało nam się przejechać może trzy kilo-
metry zatłoczoną autostradą Santa Monica.

- Wciąż   mnie   kocha   -   powiedziała   Sharona,   po

ciągając nosem. - Dacie wiarę?

- Tak - odpowiedział Monk. - Dam wiarę.
Ja również potrafiłam w to uwierzyć.
Pełną godzinę zajął nam powrót do centrum Santa 

Monica, gdzie Sally Jenkins prowadziła butik Rupiecie 
Funky, sprzedając w nim „modne dodatki z ikrą". Tak w 
każdym razie brzmiało ogłoszenie w „LA Wee-kely", a 
ja nie miałam pojęcia, o co może w nim chodzić.

Wkrótce jednak miałam się dowiedzieć.
Butik   okazał   się   malutkim   sklepikiem,   wbitym 

wąskim klinem między kwiaciarnię, a Starbucksa. Kiedy 
mijaliśmy Starbucksa, siedzący przy stolikach bywalcy 
kawiarni   podnosili   głowy   znad   laptopów   i   skryptów 
scenariuszy,   które   może   ktoś   kiedyś   kupi,   i   z   za-
ciekawieniem przyglądali się dziwacznemu osobnikowi 
w masce przeciwgazowej.

Monkowi to nie przeszkadzało. Tylko raz widziałam 

go naprawdę zawstydzonego. Było to wtedy, gdy przez 
zapomnienie   pokazał   się   wśród   ludzi   z   rozpiętym 
kołnierzykiem  przy koszuli. Kiedy się zorientował, że 
ma odpięty guzik pod szyją, poczuł się po-

128

background image

twornie   upokorzony   wystawioną   na   widok   publiczny 
nagością.

W Rupieciach Funky panował eklektyczny bałagan; 

pełno   tu   było   pasków,   szali,   kapeluszy   i   rozmaitych 
dodatków   z   najsłynniejszych   domów   mody;   za-
projektowanych   tak,   aby   robiły  wrażenie   odrzuconych 
przez sklepy z używaną odzieżą. Nie rozumiałam tego. 
Wolałabym kupić oryginał za wiele niższą cenę.

Wewnątrz  powitała  nas młoda  kobieta o szokująco 

białych włosach i błękitnych, promiennych oczach. Do 
białej   bluzki   miała   przypiętą   gwiaździstą   broszkę   ze 
złotym  łańcuszkiem, którego  koniec  nikł  gdzieś  za jej 
ramieniem.

-W czym mogę pomóc?
-Sally Jenkins? - zapytała Sharona.
-Tak.
-Porucznik   Dozier   zapewne   dzwonił   do   pani   dziś 
rano   i   uprzedził   o   naszej   wizycie   -   powiedziała 
Sharona. - Tb Adrian Monk. Prowadzi dochodzenie 
w sprawie śmierci pani ukochanej.
-Byłej ukochanej - poprawiła kobieta. - Oczywiście 
byłej dlatego, że się rozstałyśmy, a nie dlatego, że nie 
żyje. Tb byłoby zbyt gruboskórne i okrutne, a to nie 
w moim stylu.

W   tej   chwili   zza   ramienia   Sally   Jenkins   wypełzł 

karaluch, największy, jakiego w życiu widziałam, i syk-
nął w naszym kierunku.

Sharona i ja instynktownie cofnęłyśmy się o krok.

Monk instynktownie wybiegł ze sklepu i schował się 

w samochodzie.

Zajęło mi dobrą chwilę, zanim się zorientowałam, że 

blisko   dziesięciocentymetrowy   karaluch   uwiązany   był 
złotym łańcuszkiem do broszki, a jego korpus zdobiły 
błyszczące kryształki Swarovskiego.

129

background image

-Widzę, że zauważyłyście moją broszkę — ucieszyła 
się Sally.
-Trudno   jej   nie   zauważyć—odpowiedziałam   prze-
rażona.
-Przyciąga   uwagę,  prawda?   Co  więcej,  znakomicie 
się   sprzedaje   -   wyjaśniła.   -   To   syczący   karaczan 
madagaskarski.
-Kto   chce   nosić   na   sobie   karalucha?   -   zapytała 
Sharona.
-Każdy,   kto   pragnie   podkreślić   wagę   mody,   od-
rzucając konwencje i przemieniając w sztukę coś, co 
wydaje   się   brzydkie   i   odrażające   -   mówiła   Sally 
-Trudno mi je utrzymać w sklepie.
-Uciekają? - zapytała Sharona.
-Są w miarę tanie, długo żyją i nie wymagają opieki 
— zachwalała Sally.
-Trudno to nazwać walorami, jeśli chodzi o sprzedaż 
biżuterii.
-Mają panie ochotę przymierzyć?
-Nie, dziękuję - odparłam.

W tej chwili zadzwonił mój telefon komórkowy. To 

dzwonił   Monk  z  telefonu,   który  Sharona   zostawiła  w 
samochodzie.

-Nie do wiary, że jeszcze tam jesteście - powiedział.
-Jeszcze nie porozmawiałyśmy z Sally.

-Ona ma na sobie karalucha wielkości psa! -krzyknął 
Monk w słuchawkę.
-To ozdoba — wyjaśniłam.
-Uciekajcie — powiedział Monk. - Uciekajcie, jeśli 
wam życie miłe.
-Najpierw   musimy   skończyć   rozmowę   —   stwier-
dziłam stanowczo.

Przełączyłam telefon na tryb głośno mówiący i pqd-

130

background image

niosłam   go   wyżej,   aby  Monk   mógł   się   przysłuchiwać 
rozmowie   z   Sally   Jenkins   i   zadawać   jej   pytania. 
Pierwsze zadałam ja, może nazbyt  prosto z mostu, ale 
doszłam  do przekonania,  że kobieta, która  stroi  się  w 
karaluchy, musi mieć dość siły, by jakoś dać z nim sobie 
radę.

-Po śmierci Ellen Cole życie jest prostsze, prawda?
-Zerwałyśmy ze sobą,, ale łączyła nas głęboka i dłu-
gotrwała   więź   -   odpowiedziała   Sally.   -   Jej   śmierć 
mnie zdruzgotała.
-Raczej morderstwo - uściśliła Sharona.
-Ale   teraz,   kiedy   jej   nie   ma,   nie   musi   już   pani 
walczyć o prawo do opieki nad waszą córką - powie-
działam. - Koniec z sądowymi papierkami, koniec z 
niepewnością.
-Nigdy nie było nawet najmniejszej wątpliwości, że 
wygram tę batalię - odparła Sally. - Ja rodziłam. Ja 
byłam   biologiczną   matką.   Żaden   sąd   nigdy   nie 
wydałby orzeczenia, że kobieta pozostająca w związ-
ku homoseksualnym ma prawa rodzicielskie do bio-
logicznego dziecka swojej partnerki.
-Mimo   to   w   czasie,   gdy   popełniono   morderstwo, 
przebywała pani w stolicy stanu, zabiegając o pełne 
prawa dla homoseksualnych małżeństw - zauważyła 
Sharona.
-Cóż  z tego?  - stwierdziła Sally.  - Zerwałyśmy  ze 
sobą, ale to nie oznaczało, że przestałam zabiegać, 
aby   geje   i   lesbijki   mieli   te   same   prawa   co 
heteroseksualiści.
-Byle prawa te weszły w życie dopiero wtedy, kiedy 
sąd przyzna już pani prawo do opieki nad dzieckiem 
wychowywanym   wspólnie   z   homoseksualną 
partnerką, tak?  - dodała kąśliwie Sharona. - Oczy-
wiście teraz, kiedy pani partnerka nie żyje, to tylko 
przyczynek do akademickiej dyskusji.

131

background image

-To wyjątkowo wstrętne, co pani mówi - stwierdziła 
Sally,   co   wydało   mi   się   dość   osobliwym   oświad-
czeniem w ustach osoby, na której ramieniu siedzi 
gigantyczny karaluch.
-Doprawdy   dziwne,   że   walczyła   pani   o   prawo   do 
zawierania małżeństw przez homoseksualistów, zdra-
dzając partnerkę z mężczyzną, doktorem Christianem 
Baylissem - powiedziałam. - Nie była to więc kwe-
stia, która pani bezpośrednio dotyczyła.
-Nierówność  wobec prawa  dotyczy nas wszystkich 
jako   społeczeństwa   -   stwierdziła   Sally.   -   Moje 
zeznania, złożone przed komisją, właśnie w świetle 
osobistych doświadczeń pokazują, jak mocno wierzę 
w zasady sprawiedliwości społecznej. Nie widzę w 
tym nic nadzwyczajnego.
-Zapewne nie widzi też pani nic nadzwyczajnego w 
tym, że uciekła pani z dawcą nasienia przeznaczo-
nego do pani sztucznego zapłodnienia - powiedzia-
łam.
-Cóż za lekkomyślność - wtrąciła Sharona. - Gdyby 
rzuciła   pani   Ellen   Cole   dla   tego   faceta   wcześniej, 
mogłaby pani zaoszczędzić kupę forsy, zapładniając 
się w sposób tradycyjny.
-Niech   pani   nie   będzie   groteskowa   -   żachnęła   się 
Sally Jenkins.

Raz jeszcze pragnę zauważyć, że Jenkins miała na 

ramieniu świecącego karalucha.

- Poza   wszystkim   ten   mężczyzna   jest   żonaty   -

powiedziałam.   -   Zatem,   jeśli   wolno,   najpierw   rzuca
pani   swoją   partnerkę   dla   żonatego   mężczyzny,   który
się   przysłużył   do   pani   sztucznego   zapłodnienia,   a   za
raz   potem   jedzie   pani   do   Sacramento   z   hasłem   na
ustach,   że   nadszedł   czas,   by   liberalizować   nasze   poję
cie małżeństwa.

132

background image

Jej twarz nabiegła krwią. Była czerwona ze złości, 

nie   ze   wstydu.   Jestem   przekonana,   że   w   swoim   za-
chowaniu nie widziała niczego niestosownego.

-Nie   rozumiem,   co   te   oszczerstwa   wobec   mojej 
osoby i homofobiczne podteksty mają wspólnego z 
morderstwem Ellen Cole - rzuciła wściekła Sally.
-Gdybym była cyniczna - zaczęła Sharona - to biorąc 
pod   uwagę   pani   hipokryzję   i   sprzeczności   w   pani 
opowieści,   powiedziałabym,   że   wyjechała   pani   do 
Sa-cramento   na   przesłuchania,   aby   zapewnić   sobie 
alibi na czas, kiedy zostanie zamordowana pani była 
partnerka.
-Naprawdę   pani   uważa,   że   skorzystałam   na   jej 
śmierci? — zapytała Sally. — Ten, kto zabił Ellen 
Cole,   uczynił   moje   życie   piekłem.   Moje   życie 
prywatne   stało   się   publiczne,   a   małżeństwo 
Christiana legło w gruzach.
-Po   to,   żeby   mógł   się   ożenić   z   panią   -   dodała 
Sharona. - Znowu korzyść.
-Jego dzieci go nienawidzą - przekonywała Sally. -1 
chociaż   dostał   katedrę,   to   cały   ten   zamęt   raz   na 
zawsze pozbawił go możliwości awansu na dziekana 
wydziału studiów nad kulturową tożsamością płci.
-Czy to ten sam wydział, na którym pracowała Ellen? 
- zapytałam.
-Byli przyjaciółmi z pracy. Dzięki temu Ellen znała 
go na tyle dobrze, by poprosić o nasienie.
-To   musiała   być   interesująca   rozmowa   -   sarknęła 
Sharona. - Dlaczego akurat jego?
-Christian   był   żonaty i   płodny  -  wyjaśniła  Sally.   - 
Było   mało   prawdopodobne,   że   będzie   zabiegał   o 
prawa   rodzicielskie,   a   Ellen   lubiła   jego   dzieci.   Są 
bystre i ładne.
-Dlaczego   ona   nie   została   biologiczną   matką? 
-zapytałam.

133

background image

-Problemy medyczne — odparła Sally. — Nie mogła 
mieć dzieci.
-Tb stanowisko dziekana... - wtrąciła Sharona. -Ellen 
też o nie zabiegała?
Twarz Sally Jenkins była tak czerwona, że wyglądała 

jak   pomidor   pałaszowany   ze   smakiem   przez   króla 
karaczanów.

-Tak —odparła.
-Więc ma pani dziecko, ma pani mężczyznę i praw-
dopodobnie dostanie pani dom - wyliczała Sharona. 
-A   jeśli   sprawy   potoczą   się   dobrze,   to   pani 
mężczyzna zostanie dziekanem. Uhm, to morderstwo 
to dla pani rzeczywiście wielka tragedia.
-Gdzie  był  doktor Bayliss  w dniu zabójstwa  Ellen 
Cole? - zapytałam.

Na   to   pytanie   oblicze   Sally   Jenkins   wyraźnie   się 

rozjaśniło.

- Miał w tym czasie wykład dla pięćdziesięciu stu

dentów - odpowiedziała.

Masz babo placek.

Nie miałam więcej ukrytych  kart. Sharona również 

nie.

-Ma   pan   jakieś   pytania,   panie   Monk?   —   powie-
działam głośno do telefonu.
-Tak   -   usłyszałam   w   głośniku   głos   Mońka.   -   Czy 
możemy już wyjechać z tego przeklętego miasta, na 
miłość boską?

background image

13

Monk znajduje dziurki

Gabinet   doktora   Christiana   Baylissa   znajdował   się   na 
parterze   gmachu   Haines   Hall,   jednego   z   czterech 
oryginalnych,   ceglanych   budynków   UCLA,   stojących 
wokół   Dickson   Plaża.   Wzniesiono   je   w   stylu   romań-
skim,   który   krzykliwie   wieści   bardzo   wysokie   wy-
kształcenie i bardzo wysokie czesne.

Wnętrze   gabinetu   nie   posiadało   jednak   nic   ze 

splendoru, jaki sugerowałaby fasada. Białe, puste ściany, 
zdarte linoleum, akustyczny sufit podwieszany i wąskie 
okienko   w   ścianie.   Ledwie   starczało   tu   miejsca   na 
biurko,   niedużą   półkę   uginającą   się   pod   książkami   i 
jednego   człowieka.   Bywałam   w   windach,   które   się 
wydawały przestronniejsze.

Wcisnęłyśmy   się   z   Sharona   do   środka,   potrącając 

wieszak   przy   wejściu,   na   którym   wisiały   zapasowe 
sportowe spodnie, kurtka i koszula.

Doktor   Bayliss   miał   uzębienie   niczym   prezenter 

telewizyjny, podbródek tak wydatny, że mógłby zyskać 
status pomnika przyrody, a do tego początki brzuszka, 
który   wyciągał   mu   brzegi   koszuli   ze   spodni   z 
zaprasowanymi zaszewkami.

Przedstawiłyśmy   się,   przypomniałyśmy,   że   wysłał 

nas porucznik Sam Dozier, i wyjaśniłyśmy, dlaczego tu 
jesteśmy.   Przyjął   to   wszystko   w   zaskakująco   dobrym 
nastroju.

135

background image

-Bardzo   chętnie   pomogę.   Czekając   na   panie,   zro-
biłem   małą   kwerendę   w   Internecie   na   temat   pana 
Mońka - pochwalił się. - Niebywały człowiek. Nie 
mogę   tylko   pojąć,   dlaczego   zainteresowała   go   ta 
sprawa.
-Ogrodnik   oskarżony   o   zamordowanie   Ellen   Cole 
jest moim mężem — wyjaśniła Sharona. — Byłam 
niegdyś asystentką Adriana.
-Rozumiem. Zatem policja nie ma wątpliwości, kto 
jest winny?
-Teraz już ma — stwierdziła Sharona.
To nie była prawda, ale jakoś nie miałam ochoty jej 

poprawiać.   Będzie   lepiej   dla   naszej   rozmowy,   jeśli 
doktor   Bayliss   poczuje,   że   stoi   na   mniej   twardym 
gruncie.

- Pan Monk dołączy do nas? - zapytał. - Czy może

prowadzą panie śledztwo na podstawie imprimatur?

Oho!   „Imprimatur".   Myślę,   że   chciał   nam   w   ten 

sposób przypomnieć, że jest jedynym profesorem w tym 
pokoju. Co za pech, że nie zabrałam z domu słownika.

-Czeka na korytarzu — wyjaśniłam.
-Dlaczego nie wejdzie do środka?
-Chciał, żebyśmy najpierw sprawdziły,  czy nie ob-
lazły pana jakieś insekty — odpowiedziałam.
-Widziałyśmy   się   z   pańską   narzeczoną.   Adrian   się 
obawiał,   że   mógł   pan   dostać   od   niej   pod   choinkę 
muszkę z żywym karaluchem. — Sharona wychyliła 
się przez próg i pomachała na Mońka. — Wszystko w 
porządku, Adrianie. Facet jest czysty.

Monk wciąż jakby się wahał, czy ma wejść, stojąc 

jedną nogą w gabinecie,  a drugą  jeszcze w korytarzu. 
Ale   tak   naprawdę   nie   miał   wyboru.   Gabinet   był   po 
prostu za mały, żeby pomieścić nas wszystkich czworo. 
Aby zrobić więcej miejsca, Sharona musiała sta-

136

background image

nąć   prawie   w   koszu   na   śmieci,   w   którym   leżało   naj-
nowsze wydanie uniwersyteckiej gazetki ,.Daily Bruin".

-Dlaczego nosi pan maskę przeciwgazową? - zapytał 
zaintrygowany doktor Bayliss.
-Dlaczego  wszyscy  inni   nie  noszą?  -  odpowiedział 
pytaniem Monk.
-Cóż, nie widzę tu żadnego dymu - stwierdził doktor 
Bayliss.   -   O   ile   mi   wiadomo,   powietrzem   w   tym 
pokoju można bezpiecznie oddychać.

Monk spojrzał  na niego  wstrząśnięty.  Przynajmniej 

tak   mi   się   wydawało.   Niełatwo   było   odczytać   jego 
spojrzenie zza tej maski.

-Wyglądał pan ostatnio za okno?-zapytał Monk. -Nad 
miastem wisi toksyczna chmura.
-Tb tylko smog - odparł Bayliss, wciskając w spodnie 
narożniki koszuli, noszące słabe ślady niebieskiego 
atramentu.
-Nazwanie   tego   w   inny   sposób   nie   zmieni   rze-
czywistości - stwierdził Monk.
-Może jednak zmienimy temat, dobrze? - wpadłam w 
słowo. - Nie przyjechaliśmy tu dyskutować  o czy-
stości   powietrza.   Chcieliśmy   porozmawiać   o   pana 
znajomości z Ellen Cole.
-Łączyła   nas   zwykła   koleżeńska   więź   na   wydziale 
studiów   nad   kulturową   tożsamością   płci   -   odpo-
wiedział Bayliss.
-Wszystkim   koleżankom   z   wydziału   dostarcza   pan 
spermę na zamówienie? - zapytała wprost Sharona.
-Byłbym zaszczycony... - odpowiedział Bayliss.
-Może znowu zmieńmy temat - wtrącił  Monk. -Na 
taki, który nie poruszałby tego, ee... tej sprawy.
-Ma   pan   na   myśli   spermę?-   powiedział   Bayliss, 
rozmyślnie głośno i wyraźnie, jak myślę po to, żeby 
zobaczyć, jak Monk się kurczy.

137

background image

Monk skinął do mnie z prośbą o chusteczkę. Wy-

starczyło słowo, by poczuł się zbrukany. Podałam mu ją.

-Co   czuła   pańska   żona   w   kwestii   tego   daru?   — 
zapytała Sharona.
-Nic jej nie mówiłem - przyznał Bayliss. - Isabel nic 
o tym nie wiedziała, dopóki porucznik Dozier i łan 
Ludlow nie zastukali do drzwi naszego domu.
-Co tam robił Ludlow? — zapytał Monk, podnosząc 
oczy znad tytułu  na pierwszej  stronie wystającej  z 
kosza   na   śmieci   gazety,   gdzie   pisano   o   problemie 
notorycznych kradzieży w studenckim sklepiku.
-Występował   w   roli   jakiegoś   konsultanta   czy   ob-
serwatora,   sam   dobrze   nie   wiem   -   odpowiedział. 
-Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony, że w policyjne 
śledztwo mieszają się osoby trzecie.
-No więc jak pańska żona przyjęła tę wiadomość? - 
nie odpuszczałam.
-Nie najlepiej - odpowiedział doktor Bayliss. -Ale nie 
będę ukrywał, że stosunki między nami od pewnego 
czasu   pozostawiały   wiele   do   życzenia.   Żona 
okazywała coraz mniej zrozumienia dla mojej seksu-
alnej przystępności.

Zerknęłam na Mońka. Wydawało się, że bardziej niż 

naszą   rozmową   zainteresowany   jest   dziurą   w   pole 
sportowej   kurtki,   która   wisiała   na   wieszaku.   Nie   za-
kładałam, że Monk nas nie słucha. Dobrze wiedziałam, 
że   chłonie   każde   słowo   i   szczegółowo   je   analizuje, 
nawet   jeśli   tylko   podświadomie.   Musiałam   go   jednak 
obserwować i pilnować, żeby dla zrównoważenia kurtki 
nie zrobił dziury w drugiej pole.

-Zatem   nie   podobało   jej   się,   że   ją   pan   oszukiwał 
-sprecyzowała Sharona.
-Nie jest tak tolerancyjna jak dawniej, jeśli cho-

138

background image

dzi o mój otwarty styl życia. Uważała, że zapładnia-nie 
innej   kobiety,   nawet   w   sposób   sztuczny,   jest   prze-
kroczeniem   pewnej   granicy.   -   Bayliss   wzruszył   ra-
mionami i pokręcił głową, jakby sugerując, że to prze-
cież całkowicie absurdalny punkt widzenia. - Tak zwana 
niewierność sama w sobie jakoś jej nie raziła. Zawsze 
byłem aktywny multiseksualnie.

-Słucham? - Monk zdębiał.
-Mógłbym uprawiać seks z każdym w tym pokoju - 
powiedział Bayliss. - Mnie samego nie wyłączając.
-Oo...och... -jęknął Monk.

I błyskawicznie wyszedł z pokoju. I z budynku.

Sharona odprowadziła go wściekłym wzrokiem i przez 

dłuższy czas ten wyraz gościł na jej twarzy. Myślę, że 
wyjście Mońka odebrała bardziej jako porzucenie jej w 
ważnej   chwili   niż   ucieczkę   przed   brzuchatym   zbo-
czeńcem, który przestaje z lesbijkami strojącymi się w 
karaluchy.

Nie żebym prawiła morały.

-Odnoszę wrażenie, że to okropnie spięty człowiek 
— powiedział doktor.
-Za to pan robi wrażenie okropnie wyluzowane-go - 
powiedziałam.
-Dziękuję.   -   Bayliss   się   uśmiechnął.   -   O   to   się 
właśnie   staram   w   życiu.   To   esencja   multiseksuali-
zmu.
-Chyba ma pan na myśli biseksualizm? - dociekała 
Sharona.
-To skostniałe i nieadekwatne pojęcie, zwłaszcza w 
odniesieniu do mnie - wyjaśnił. - Obecnie przecież 
łączy mnie erotyczna relacja z lesbijką.
-Jeśli   ona   z   panem   sypia,   nie   jest   już   lesbijką   — 
zauważyłam.

139

background image

-Angażując się w związek ze mną, Sally nie wyzbyła 
się   swojej   homoseksualnej   tożsamości.   Po   prostu 
przyciągnęły ją moje walory lesbijskie.
-Pan jest przecież mężczyzną.
-Mężczyzną,   który   nie   traci   kontaktu   ze   swoją 
wewnętrzną   lesbijskością   -   oznajmił   doktor.   -   Do 
Sally   odnoszę   się   raczej   ze   swojej   żeńskiej   niż 
męskiej perspektywy. Kocham się z nią tak, jakbym 
był kobietą. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnym 
heteroseksualnym,   damsko-męskim   stosunkiem 
płciowym.
-Jestem   pewna,   że   bez   względu   na   to,   jak   pan   to 
sobie   nazwie,   Ellen   Cole   była   po   prostu   wściekła 
-powiedziałam. - Otworzyła się przed panem, by po-
mógł pan jej założyć z partnerką rodzinę. Tymcza-
sem, koniec końców, pan jej rodzinę zniszczył. Ode-
brał pan jej partnerkę i dziecko.
-Jestem   pewna,   że   nie   przyjęła   tego   z   radością 
-dodała   Sharona.   -   Co   zrobiła   Ellen,   doktorze? 
Zagroziła, że upubliczni pański styl życia? Zagroziła, 
że   ujawni   wszystko   pańskiej   żonie?   Władzom 
uczelni? Mediom?
-Gdyby   groziła  mi   w  ten  sposób,  zabijanie   byłoby 
głupim posunięciem, bo przecież w jego efekcie moje 
prywatne życie stałoby się publiczne, prawda?
-Ludzie  w  przypływie   złości  nie  zawsze  myślą   ra-
cjonalnie.
-Z takim przypadkiem mamy właśnie do czynienia - 
zauważył Bayliss. - Odczuwa pani rozgoryczenie, że 
pani mąż zamordował Ellen Cole. Zamiast się z tym 
pogodzić,   nachodzi   pani   niewinne   osoby,   jak   mnie 
czy   Sally.   Pani   zdaje   się   zapominać,   że   w   chwili 
zamordowania Ellen zarówno Sally, jak i ja znajdo-
waliśmy   się   przed   zgromadzeniem   nie   dwóch   czy 
trzech, ale kilkudziesięciu osób. Żadne z nas nie od-
powiada za jej śmierć.

140

background image

-Macie wspaniałe alibi - przyznała Sharona. -Niemal 
za dobre, by było prawdziwe.
-Jakie alibi ma pani mąż? — zapytał Bayliss. — Też 
jest takie dobre?

Zanim Sharona zdążyła odpowiedzieć, naszą uwagę 

zwróciły odgłosy dziarskich kroków na korytarzu.

Wyjrzałam   za   drzwi,   spodziewając   się   zobaczyć 

Mońka, ale zamiast niego ujrzałam dwóch zbliżających 
się   w   naszą   stronę   umundurowanych   policjantów 
kampusu   uniwersyteckiego.   Jeden   z   nich   był 
pochodzenia azjatyckiego, a drugi latynoskiego. Nikt nie 
mógłby zarzucić władzom uniwersytetu, że przy naborze 
pracowników nie stosuje zasady wieloetniczności.

By wpuścić stróżów prawa do gabinetu, musiałyśmy 

z Sharona niemal wejść na półkę z książkami i biurko. 
Na policyjnych identyfikatorach można był odczytać ich 
nazwiska; Tran i Dempsey.

-Doktor Bayliss? - zapytał policjant o nazwisku Tran.
-Tak - odpowiedział nieco zdziwiony Bayliss.
-Interweniujemy   w   wyniku   zgłoszenia   obywatela 
Adriana Mońka - wyjaśnił Tran.

Doktor   Bayliss   wyszczerzył   zęby   w   szerokim 

uśmiechu.

- Nie   miałem   pojęcia,   że   multiseksualizm   jest

przestępstwem.

Tran i Dempsey spojrzeli na siebie niepewnie.

-Multiseksualizm?
-Pan doktor mógłby uprawiać seks z każdym w tym 
pokoju - wyjaśniła Sharona.
-Tam do diabła... - wyrwało się Dempseyowi, który 
automatycznie położył dłoń na kaburze pistoletu.

141

background image

- Nie przyszliśmy tu ze względu na pańskie upodo

bania   seksualne   —   powiedział   Tran.   -   Prowadzimy
dochodzenie   w   sprawie   kradzieży   w   studenckim   skle
piku.

W   tej   chwili   zadzwonił   mój   telefon   komórkowy. 

Odebrałam.   Dzwonił   Monk,   który   powiedział,   że   te-
lefonuje z budynku Ackerman Union, gdzie znajduje się 
studencki sklepik.

-Człowiek,   z   którym   rozmawiacie,   to   maniak   — 
oznajmił. - Ściślej mówiąc, kleptoman.
-Lepiej  będzie, jeśli to pan będzie mówił - powie-
działam.   Ponownie   przełączyłam   telefon   i 
podniosłam go, by wszyscy mogli słyszeć. - To pan 
Monk.
-Doktor Bayliss okradał studencki sklepik z ubrań i 
różnych towarów - powiedział Monk. - Usuwał przy 
tym zabezpieczenia antykradzieżowe, ale robił to nie-
udolnie, stąd na jego odzieży dziury lub atramentowe 
plamy.
-Pan bierze za przestępstwo robotę moli i cieknących 
wkładów   do   długopisów   -   odpowiedział   doktor 
Bayliss.   -   Muszę   wreszcie   kupić   coś   na   mole,   ale 
nigdy się nie zaopatrzę w plastikowe ochraniacze na 
kieszenie, nie znoszę tego.
-Zręczna odpowiedź-pochwalił Monk.-Sęk w tym, że 
dziury   i   plamy   na   pańskiej   odzieży   pojawiają   się 
zawsze   na   dolnych   brzegach,   które   próbuje   pan 
ukryć,   wciskając   je   w   spodnie.   Albo   na   końcówce 
poły kurtki, gdzie trudno je zauważyć. Mole nie są 
takie wybredne. Poza tym atrament, o którym mowa, 
jest   unikatowym   barwnikiem   używanym   w 
zabezpieczeniach antykradzieżowych.

Policjanci   spojrzeli   uważnie   na   kurtkę   i   koszulę 

wiszące na wieszaku przy drzwiach, a potem na rzeczy, 
które Bayliss miał na sobie.

142

background image

Nad górną wargą doktora pojawiły się kropelki potu.
-Chyba  panowie  nie  wierzą w  te bzdury —powie-
dział do policjantów. - To jakieś szaleństwo.
-Jeśli się przyjrzycie okularom na jego nosie, a także 
dwóm parom leżącym na biurku, to zauważycie, że 
oprawki   zostały   złamane,   a   potem   sklejone   — 
wyjaśniał   dalej   Monk.   —   Bayliss   połamał   je, 
nieporadnie   odrywając   zabezpieczenia.   Ponadto 
marki   jego   okularów   i   odzieży   znajdują   się   w 
regularnej sprzedaży sklepiku.

Ja już czułam się przekonana. Sharona 
również. Policjanci zresztą także. 
Doktor Bayliss najwyraźniej też.

- Będzie lepiej, jeśli uda się pan z nami na poste

runek   -   powiedział   stalowym   głosem   Tran.   -   Detek
tywi będą chcieli zamienić z panem słowo.

Bayliss głośno przełknął ślinę.

-Może najpierw powinienem zadzwonić do swojego 
adwokata? - zapytał.
-Może pan powinien - zgodził się policjant.

Nie udało się nam przyskrzynic doktora Christiana 

Baylissa   za   morderstwo,   w   każdym   razie   jeszcze   nie 
teraz, ale czułyśmy satysfakcję, że w ogóle za coś udało 
nam się go przyskrzynic, skoro wyczyniał w życiu tyle 
innych nieładnych rzeczy. Niestety mogła to być jedyna 
rzecz karana przez obowiązujące prawo.

- Ruszam   w   kierunku   San   Francisco   -   oświad

czył Monk. - Możecie mnie zabrać gdzieś po drodze.

background image

14

Monk wraca do domu

Zgodnie   ze   słowami   Mońka,   znalazłyśmy   go   masze-
rującego   pieszo   ulicą   Westwood   Boułevard   w   stronę 
Wilshire,   gdzie   znajdował   się   wjazd   w   kierunku   pół-
nocnym na autostradę z San Diego.

Mieszkańcy Los Angeles to zwykle śmiertelnie znu-

żeni ludzie, których nie zdziwi już nic i nikt. Ale nawet 
oni oglądali się za mężczyzną w masce przeciwgazowej. 
Kiedy się przy nim zatrzymaliśmy, Monk przyciągał taki 
rodzaj   spojrzeń,   jakimi   obdarza   się   w   tym  mieście 
wyłącznie gwiazdy filmowe lub półnagie kobiety.

On   jednak   albo   był   nieświadomy   zainteresowania, 

które wzbudzał, albo było mu ono całkowicie obojętne. 
Wsiadł z tyłu do samochodu, zatrzasnął za sobą drzwi i 
zablokował je od wewnątrz.

-Już jesteśmy w domu? - zapytał.
-To  potrwa  jakieś  sześć  godzin   -  odpowiedziałam, 
posuwając   się   wolno   przez   centrum   Westwood 
Village w kierunku Wilshire Boulevard.
-Nie   możemy   wracać   do   San   Francisco   -   zapro-
testowała Sharona. — Nie odnalazł pan mordercy El-
len Cole.
-Nie mogę tego zrobić tutaj — oznajmił Monk.
-Ale   tutaj   doszło   do   morderstwa   -   powiedziała 
Sharona.

144

background image

-Spójrz tylko, co zatrute powietrze zrobiło z miesz-
kającymi tu ludźmi. Wstrzykują sobie botoks, chodzą 
w   obwisłych   spodniach,   stroją   się   w   karaluchy   i 
kopulują z kim popadnie - powiedział Monk. - Jeśli 
tu   zostaniemy   i   będziemy   jeszcze   chwilę   dłużej 
wdychać   to   powietrze,   po   prostu   się   w   nich 
przemienimy.
-Ale   pan   przecież   nie   wdycha   tego   powietrza   — 
zauważyłam.
-Zapamiętaj moje słowa. Za następne pięć lat ludzie 
w Los Angeles będą mieli troje oczu, ogonek i błony 
między   palcami   u   stóp   —   mówił   dalej   Monk.   — 
Władze   powinny   natychmiast   poddać   całe   miasto 
kwarantannie.
-Trudy się tu wychowała-przypomniała mu Sharona.

Moim   zdaniem   był   to   zdecydowanie   cios   poniżej 

pasa, ale Sharona była zdesperowaną kobietą, a jej mąż 
siedział w więzieniu niewinnie oskarżony o zabójstwo, 
więc skłonna byłabym jej przebaczyć. Miałam nadzieję, 
że Monk również.

-W   samą   porę   udało   jej   się   stąd   wydostać   —   po-
wiedział Monk. - Ale niech Bóg ma w opiece jej ro-
dziców.
-Powinieneś jeszcze sprawdzić Sally Jenkins i dok-
tora Baylissa - zasugerowała Sharona.
-To nie oni.
-Kiedyś zdemaskowałeś mordercę, który twierdził, że 
w   czasie   popełnienia   zbrodni   przebywał   w   statku 
kosmicznym   krążącym   po   orbicie   Ziemi   -   mówiła 
Sharona. - Nie powiesz mi, że wystraszyła cię kobie-
ta, której nieobecność w Los Angeles ma poświad-
czyć senat stanu Kalifornia. W porównaniu ze sprawą 
astronauty to alibi jest po prostu śmieszne.
-Ja jej wierzę - oświadczył Monk.

145

background image

-Mogli   wynająć   byle   rzezimieszka   —   podsunęła 
Sharona.
-To po co zadawaliby sobie trud, żeby wrobić Tre-
vora?
-A   doktor   Bayliss?   -   nie   ustępowała.   -   Jego   alibi 
wspiera   ledwie   sala   studentów.   Wystarczy,   że   się 
skoncentrujesz, a bez trudu dojdziesz, jak to się stało, 
że   znalazł   się   równocześnie   w   dwóch   różnych 
miejscach.
-Ten człowiek to maniak i zboczeniec — powiedział 
Monk.   —Ale   ma   rację.   Zabijając   EUen   Cole,   nie 
miałby nic do zyskania, a wszystko do stracenia.
-Mógłby   zyskać   więcej   niż   Trevor   -   powiedziała 
Sharona. - Ale to Trevor siedzi w więzieniu.
-Może to żona doktora? - wyraziłam przypuszczenie. 
- Musiała być wściekła, że Ellen Cole zrujnowała jej 
życie.
-Czy   nie   zabiłaby   raczej   męża   lub   Sally   Jenkins? 
-zapytał Monk.
-To   jednak   Cole   prosiła   o   spermę   -   zaznaczyła 
Sharona.

Monk skrzywił się na dźwięk tego słowa, otrząsnął 

się odruchowo i po chwili mówił dalej.

-Ale to Sally miała dziecko, a później podkradła jej 
męża.   Zabijanie   Ellen   nie   miałoby   najmniejszego 
sensu.
-W porządku, żadne z nich tego nie zrobiło, zatem 
zabójca pozostaje na wolności - powiedziała Sharona. 
- Nie możesz wyjechać, dopóki nie porozmawiasz z 
ludźmi z otoczenia Ellen Cole.

-Jakimi ludźmi?
-Nie wiem — odpowiedziała Sharona. - Będziemy 
musieli ich znaleźć.
-To  znajdź  ich  i  powiedz,  żeby  do mnie  zatelefo-
nowali.

146

background image

Sharona odwróciła się do mnie.

- Zatrzymaj się na chwilę.

Zwykła prośba, ale na Wilshire Boulevard niełatwa 

do   spełnienia.   Musiałam   skręcić   w   ulicę   Sepul-veda, 
która biegła wzdłuż cmentarza wojskowego równolegle 
do autostrady.

Zjechałam   do   krawężnika   i   stanęłam,   wysłuchując 

wściekłych klaksonów i patrząc na mijających mnie w 
pędzie kierowców z wyciągniętym środkowym palcem. 
Mam nadzieję, że mają z tego trochę radości, bo za pięć 
lat, z płetwami między palcami, zrobienie takiego gestu 
nie będzie łatwe.

-Otwórz   bagażnik   -   poleciła   Sharona.   -   Wyciągam 
walizkę.
-Chyba nie masz zamiaru tu zostać - powiedziałam.

W   odpowiedzi   Sharona   wysiadła   z   samochodu.   Ja 

również wysiadłam i podeszłam do bagażnika od drugiej 
strony. Monk został w środku.

-Mój mąż siedzi w więzieniu, Natalie - powiedziała. - 
Nie mam wyboru. Chcę odszukać podejrzanych.
-Jak zamierzasz to zrobić?
-Powęszę   tu   i   tam,   porozmawiam   ze   współpra-
cownikami Ellen Cole, sąsiadami i tak dalej - mówiła. 
-   Podczas   praktyki   u   Mońka   przyswoiłam   sobie 
trochę detektywistycznego fachu. Na pewno czegoś 
się dokopię.

-Co z pracą? - zapytałam. - Co z synem?
-Benjiemu   będzie   dobrze   u   mojej   siostry   -   po-
wiedziała Sharona. - Zadzwonię do pracy i powiem, 
że biorę chorobowe. Jeśli mnie zwolnią, to cóż, za-
wsze znajdę coś u Adriana. - Zauważyła moje spoj-
rzenie i wzruszyła ramionami. - Przepraszam cię,

147

background image

Natalie. Takie jest życie - powiedziała, wyciągając z 
bagażnika walizkę. - Czasami daje w kość. Jakbym tego 
nie wiedziała.

-Jak długo tu zostaniesz?
-Dopóki mi się nie skończą pieniądze - powiedziała 
Sharona. - To znaczy, że wrócę prawdopodobnie za 
parę dni.
-Będę   go   molestować,   żeby   myślał   nad   tą   sprawą 
-obiecałam.   -   Musi   być   jakiś   sposób,   by   Monk 
pomógł ci nawet z San Francisco.
-Mam nadzieję - odpowiedziała Sharona. - To leży w 
interesie nas obu.

Subtelna   zachęta,   choć   nie   potrzebowałam   moty-

wacji.

-Powodzenia - powiedziałam.
-Nawzajem - odparła Sharona. - Musisz wytrzymać 
sześć   godzin   z   Monkiem   w   jednym   samochodzie. 
Nie życzyłabym tego najgorszemu wrogowi.

Powrót do domu nie wyglądał jednak tak źle, jak się 

tego   obawiałam.   Monk   przeniósł   się   na   przednie 
siedzenie i dopóki nie oddaliliśmy się od Los Angeles o 
jakieś   sto   pięćdziesiąt   kilometrów,   nie   zdejmował 
maski. Potem trzymał ją na siedzeniu obok siebie, tak na 
wszelki wypadek, ale zażądał też, abym z półgodzinnym 
wyprzedzeniem   ostrzegła   go,   że   dojeżdżamy   do 
pastwisk rancza Harrisa.

Po chwili zaczął przeglądać książki Ludlowa. Otwo-

rzył   pierwszą   z   nich,   zatytułowaną  Nazwiska   są   na 
nagrobki,  
przeczytał   stronę,   może   dwie,   i   głośno   ją 
zatrzasnął.

- Mordercą jest pszczelarz - oznajmił.

Wziął do ręki następną, zatytułowaną Śmierć pra-

148

background image

cuje w weekendy,  i przejrzał pobieżnie parę pierwszych 
stron.

- Matador - zawyrokował po niedługim czasie.

Zamknął   książkę   i   sięgnął   po   najnowszy   kryminał 

Ludlowa,  Ostatnim słowem jest śmierć.  Jak wcześniej, 
przejrzał kilka stron i zamknął książkę.

-Masażystka.
-Przecież ledwie pan zerknął na początkowe strony 
— powiedziałam.
-Ludlow ma toporne pióro, równie dobrze mógłby na 
okładce   nabazgrać,   kto   zabił—powiedział   Monk.   — 
Każdy jego  morderca  ma jakąś słabość charakteru, 
która ostatecznie doprowadza do zguby.
-Skąd pan wie? - zapytałam. - Przecież nie przeczytał 
pan tych książek.

Monk   sięgnął   po   jedną   z   nich,   przerzucił   szybko 

kartki do samego końca i pokiwał głową.

-Masażystka cierpi na klaustrofobię, więc na miejscu 
zbrodni pootwierała wszystkie okna — powiedział. - 
W ten sposób detektyw Marshak się domyślił, że to 
ona jest zabójcą.
-Dzięki,   że   zepsuł   mi   pan   całą   lekturę   -   powie-
działam.
-To   nędzne   książki   -   stwierdził   Monk.   -W   życiu 
zdarzają się o wiele ciekawsze historie od tych, które 
usiłuje wymyślić Ludlow.
-To, co w życiu, to praca - zauważyłam. - Książki 
mają dostarczyć rozrywki.
-Widzisz   jakąś   rozrywkę   w   czytaniu   wydumanych 
historii, w których zabójcą jest zawsze najmniej po-
dejrzana osoba, łapana przez policję według takiego 
samego schematu?

- Już nie - odparłam. - Nigdy już nie przeczytam

ani jednej książki Iana Ludlowa.

149

background image

-Później mi podziękujesz.
-Zawsze pan to powtarza, a czy ktoś kiedykolwiek 
już panu potem podziękował?
-Mogę   się   tylko   domyślać,   że   otaczają   mnie   wy-
łącznie niewychowani ludzie - stwierdził Monk. - Ty 
jednak możesz mi podziękować.
-Za co?
-Za  wszystko,  co dla ciebie zrobiłem, a za co po-
winnaś mi podziękować.
-Na przykład za to, że wyrzucił pan na śmietnik moje 
naczynia kuchenne tylko dlatego, że jedna miseczka 
była obtłuczona.
-To doskonały przykład - przytaknął Monk.
-Właśnie, to doskonały przykład.

Przez   długą   chwilę   jechaliśmy   w   milczeniu,   aż   w 

końcu Monk znowu się odezwał.

-Nie rozumiem.
-To niech pan myśli dalej - powiedziałam. - Później 
mi pan podziękuje.

Nie podziękował.

Uprzedziłam go, że za pół godziny dojedziemy do 

rancza Harrisa, i udało nam się przejechać koło pastwisk 
bez   incydentu,   chociaż   Monk   przez   cały   czas   miał 
zamknięte   oczy,   a   ręce   zaciskał   kurczowo   na   tablicy 
rozdzielczej   przed   sobą,   jakby   jechał   w   wagoniku 
kolejki górskiej w lunaparku.

Gdy   minęliśmy   ranczo   Harrisa,   musiałam   się   za-

trzymać   na   postoju,   by   skorzystać   z   toalety,   i   byłam 
przygotowana   na   parogodzinną   zwłokę   w   podróży, 
zakładając, że Monk znowu będzie czyścił męską ubi-
kację. Jednak Monk oświadczył, że nie musi korzystać z 
sanitariatu.

Jak się okazało, aby być całkowicie pewnym, że w 

czasie jazdy nie będzie musiał wychodzić do toale-

150

background image

ty, Monk od rana nic nie pił. Oświadczył ponadto, że nie 
zamierza   nic   jeść   ani   pić   przez   cały   czas   trwania 
podróży.

Ale   mnie   nie   wiązały   żadne   ograniczenia,   więc 

zamówiłam   w   restauracji   Wendy's   hamburgera   z   fryt-
kami   oraz  dużą  colę  i  jadłam   spokojnie,  podczas  gdy 
Monk siedział naprzeciwko mnie, charczał cicho i obli-
zywał spieczone wargi.

Jeszcze raz napełniłam kubek colą i wyjechaliśmy z 

powrotem   na   autostradę.   Przez   resztę   drogi   Monkowi 
niemiłosiernie burczało w brzuchu i wydawał  z siebie 
dziwne,   ciche   odgłosy,   jakby   się   zachłystywał.   Włą-
czyłam   radio,   żeby   go   zagłuszyć.   Po   paru   godzinach 
zasnął albo może zemdlał z odwodnienia.

Do  San Francisco  zajechaliśmy  około dwudziestej. 

Trąciłam go łokciem, budząc go ze snu, i pomogłam mu 
wnieść do mieszkania walizki. Monk był tak szczęśliwy 
z powrotu do domu, że zapewne by się rozpłakał, gdyby 
w jego organizmie pozostało jeszcze trochę płynów.

Prosto   od   Mońka   pojechałam   do   siostry   Sharony 

odebrać Julie i wróciłyśmy do siebie. Jak dobrze było 
wrócić wreszcie do domu.

Julie usiadła przy stole w kuchni. Wyjęłam  z szu-

flady   dwie   łyżeczki   i   sięgnęłam   po   pudełko   czekola-
dowych   lodów   Haagen-Dazs.   Potem   usiadłam   obok 
córki. Jadłyśmy lody prosto z pudełka i rozmawiałyśmy 
o tym, co wydarzyło się w naszym życiu w ciągu tych 
dwóch dni.

Tak, tak, wiem, to nie jest zdrowa żywność, równie 

dobrze mogłam podać Julie trutkę na szczury. Ale jakoś 
trudno   człowiekowi   wyegzekwować   od   nastoletniej 
córki, żeby odżywiała się tylko ryżowymi waflami.

151

background image

Julie miała dla mnie znakomite wiadomości.
-Gipsoreklama   to   strzał   w   dziesiątkę.   Sprzedaż   w 
pizzerii wzrosła, wchodzi w życie  klauzula o pod-
wyżce i w następnym tygodniu zapłacą mi pięćdzie-
siąt dolarów.
-Świetnie   -   ucieszyłam   się.   -   Na   koniec   będziesz 
rozpaczać, że kość się zrosła i musisz zdjąć gips.
-Nie   sądzę   -   odpowiedziała   tajemniczo   Julie. 
-Postanowiłam sprzedawać pomysł na gipsoreklamę 
w systemie franszyzy.
-Sprzedawać   gipsoreklamę   w   systemie   franszyzy? 
Nie rozumiem.

Moja   urocza   córeczka   zaczynała   mówić   tak   jak 

któreś   z   tych   genialnych   dzieci   w   telenowelach.   Nie 
byłam pewna, czy to wytrzymam.

- Dzieciaki w moim wieku stale łamią sobie kości—

zaczęła wyjaśniać Julie. - Powinnaś widzieć te wszyst-
kie   gipsy   u   nas   w   szkole.   Skontaktowałam   się   więc
z   Sorrento   i   innymi   drobnymi   sprzedawcami   w   Noe
Valley w sprawie reklamy u innych dzieciaków.

-Co będziesz z tego miała?
-Wyszukuję   dzieciaki   z   gipsem,   organizuję   gip-
soreklamę i dostaję dwadzieścia procent prowizji — 
wyjaśniła. - Ponadto ty i ja mamy dziesięcioprocen-
tową zniżkę na każdy zakup u reklamodawców. By 
uzyskać   bodziec   ekonomiczny,   płacę   dzieciakom 
niewielką kwotę za każde zarekomendowanie mnie 
różnym ludziom w gipsie.
-Kto ci pomógł to wszystko obmyślić?
-Nikt - odpowiedziała Julie.
-Nigdy   wcześniej   nie   używałaś   takich   słów   jak 
franszyza czy bodziec ekonomiczny.
-Spodziewałaś   się,   że   przez   całe   życie   będę   tylko 
mówić ga-ga-gu-gu? - zapytała. - Mamo, ja rosnę.

152

background image

- Nie dorośniesz, jeśli nie powiesz mi, kto ci udzie

lił tej lekcji.

Julie westchnęła.

-Chłopak   siostry   Sharony   jest   księgowym.   Trochę 
rozmawiałam z Larrym o mojej inwestycji.
-Inwestycji?
-Dlaczego powtarzasz wszystko, co mówię?
-Po prostu próbuję za tobą nadążyć  — odparłam. - 
Takie   słownictwo   jest   dla   mnie   trochę   trudne   — 
powiedziałam.   —W   takim   razie   co   Larry   będzie   z 
tego miał?
-Nic - oświadczyła Julie. — W każdym razie dopóki 
nie założymy spółki.
-Nie   było   mnie   całe   dwa   dni   -   zauważyłam.   — 
Szczerze   mówiąc,   jestem   zdziwiona,   że   jeszcze   tej 
spółki nie założyliście.
-Jak poszło w Los Angeles?
-Pan Monk rozwikłał zagadkę jednego morderstwa i 
zdemaskował sklepowego złodzieja - powiedziałam. - 
Ale nie udało mu się odgadnąć, kto naprawdę zabił 
Ellen Cole.
-Więc   tato   Benjiego   dalej   będzie   siedział   w   wię-
zieniu? - zapytała Julie.
-Obawiam się, że tak.
-Lubię Benjiego - powiedziała Julie. - Jest coś, co nas 
łączy.
-Pan Monk?

Julie pokręciła głową.
-Apodyktyczne mamy z nadmierną potrzebą kontroli.
-To kolejne określenie usłyszane od starego dobrego 
Larry'ego?
-Tym razem doktor Phil - odpowiedziała Julie.
-Oglądasz za dużo telewizji - powiedziałam.

153

background image

-Mam   nadzieję,   że   pan   Monk   znajdzie   człowieka, 
który zabił tę panią — powiedziała Julie smutnym 
głosem.   -Nie   chcę,   by   coś   jeszcze   łączyło   mnie   i 
Ben-jiego.
-Na przykład co? - zapytałam zaciekawiona.
-Oboje nie mielibyśmy ojców.

background image

15

Monk oddycha

Był   czwartek   rano,   dwudziesty   października,   według 
przewidywań   horoskopu   w   „San   Francisco   Chronicie" 
moje życie niebawem miało się stać nieprzewidywalne. 
Pięknie, tego mi jeszcze brakowało.

Bardzo   rzadko   czytam   horoskop,   ale   kiedy   już   to 

robię, raczej  szukam  w nim wsparcia  dla siebie i po-
czucia,   że   zyskuję   nad   przeznaczeniem   malutką   prze-
wagę.   Ostatnią   rzeczą,   jakiej   mi   było   trzeba,   było 
wzmacnianie poczucia własnej niepewności.

Tak   naprawdę   moje   lęki   rozwiałoby   jedynie   za-

mknięcie   przez   Mońka   sprawy   zamordowania   Ellen 
Cole   i   wypuszczenie   z   więzienia   męża   Sharony.   Nie 
miałam jednak pojęcia, jak Monk może tego dokonać, 
będąc   w   San   Francisco.   Musiałam   go   przekonać,   by 
wrócił do Los Angeles.

Nie   chodziło   już   tylko   o   ratowanie   mojej   posady. 

Chodziło o zwykłą sprawiedliwość i o to, aby nic więcej 
nie łączyło mojej córki z synem Sharony.

Nie miałam pomysłu, jak to osiągnąć, poza tym, żeby 

tak   długo   marudzić   Monkowi   o   powrocie   do   Los 
Angeles, aż w końcu ustąpi. Zanim się jednak do tego 
zabiorę, potrzebny będzie mi dzień na dekompresję po 
podróży   i   załatwienie   kilku   domowych   spraw,   jak 
choćby zrobienie prania czy zakupów.

155

background image

Zadzwoniłam do Mońka i powiedziałam, że dzisiaj 

do niego nie przyjdę. Odparł, że bardzo mu to odpo-
wiada.   Potrzebował   bowiem   całego   dnia   na   wyczysz-
czenie, wydezynfekowanie, a nawet wypalenie wszyst-
kiego, co przywiózł ze sobą z Los Angeles.

Odwiozłam więc Julie do szkoły, a kiedy wróciłam, 

zobaczyłam   przed   domem   jakże   swojskiego,   czer-
wonego   pick-upa   straży   pożarnej.   Przyjechał   nim   Joe 
Cochran, strażak, z którym  swego czasu wybrałam się 
parę   razy   na   randkę.   Poznałam   go,   kiedy   Julie 
przekonała   Mońka,   by   zajął   się   sprawą   psa   Joego, 
zamordowanego w remizie, gdy cała załoga brała udział 
w akcji gaszenia pożaru.

Właściwie byliśmy na randce tylko dwa razy, a kiedy 

poczułam buzującą między nami chemię, rzuciłam go. 
Nie   dlatego,   że   Joe   mnie   nie   pociągał.   Dlatego,   że 
pociągał  mnie za bardzo. Nie  chciałam  dopuścić,  aby 
moje   serce,   i   serce   Julie,   znowu   związało   mnie   z 
człowiekiem, który wykonuje śmiertelnie niebezpieczny 
zawód.

Niemniej sam widok strażackiego samochodu przy-

śpieszył bicie mojego serca i kiedy zajeżdżałam powoli 
alejką pod dom, musiałam się mocno napracować, aby z 
mojej twarzy znikł uśmiech zadowolenia.

Gdybym wiedziała, że go dzisiaj zobaczę, włożyła-

bym   na   siebie   coś   atrakcyjniejszego   niż   spodnie   dre-
sowe, wygnieciony top i polar z kapturem.

Joe   wysiadł,   żeby  przywitać   mnie   szerokim,   rado-

snym, ciepłym uśmiechem. Miał urocze okrągłe policz-
ki, które tonowały naturalną tężyznę i czyniły z niego 
raczej krzepkiego pieszczocha niż muskularnego twar-
dziela. Wydawało się, że swoimi potężnymi ramionami 
mógł równie dobrze objąć pień grubego drzewa, jak i 
ciepło i delikatnie przytulić kobietę.

156

background image

Tak znakomicie udało mi się zapanować nad emo-

cjami, że kiedy wysiadłam z samochodu, pocałowałam 
go jedynie po przyjacielsku w policzek, a nie rzuciłam 
się na niego, zwalając go na trawę i zdzierając z niego 
ubranie. Już ja bym wiedziała, jak z nim postępować.

Odwzajemniając niewinnego całusa, Joe położył mi 

na plecach swoje silne dłonie, a ja natychmiast poczułam 
gorące pragnienie, by przygarnął mnie i mocno przytulił.

-Co za miła niespodzianka — powiedziałam.
-Myślę  o tobie od miesięcy.  Nie masz  pojęcia,  ile 
razy tędy przejeżdżałem i myślałem, żeby się zatrzy-
mać.
-Chyba   potrafiłabym   to   z   grubsza   oszacować   — 
odpowiedziałam.
-Widziałaś mnie?
-Twój  samochód raczej  rzuca się w oczy - stwier-
dziłam.   -   A   ja   lubię   usiąść   czasem   w   wykuszu   i 
poczytać gazety.
-Dlatego lubię tędy przejeżdżać - wyznał Joe.
-Dlaczego więc tym razem się zatrzymałeś?
-Znowu was potrzebuję. Ciebie i Mońka - wyjaśnił 
Joe.   -   Wczoraj   wieczorem   mieliśmy   wezwanie   do 
płonącego samochodu, a po powrocie spostrzegliśmy, 
że ktoś ukradł nam sprzęt ratowniczy.
-I chcesz, żeby Monk przeprowadził śledztwo?
-Monk i ty - dodał.
-To mi wygląda na wybieg, by znowu mnie zobaczyć 
- powiedziałam.

-Oczywiście - nie ukrywał Joe. - Ale też bardzo nam 
zależy na odzyskaniu narzędzi hydraulicznych.
-Pan   Monk   zajmuje   się   jedynie   morderstwami   — 
powiedziałam, choć nie była to całkowita prawda. -

157

background image

Poza tym  pracuje teraz nad pewną ważną sprawą, za-
bójstwem w Los Angeles, która pochłania mu cały czas.

-Och, przykro mi to słyszeć - powiedział Joe.
-Będziecie musieli zdać się na działania policji.
-Przecież sama mogłabyś poprowadzić śledztwo.
-Nie jestem detektywem - odparłam.
-Jestem   przekonany,   że   nauczyłaś   się   od   Mońka 
kilku sztuczek.
-Chodzi   tylko   o   to,   żebym   przebywała   przez   cały 
dzień w remizie i żebyś mógł się do mnie zalecać, 
tak?
-Oczywiście, o to też chodzi - powiedział Joe. -Jesteś 
bardzo... zalecalna.
-Nie   musisz   czekać,   aż   ktoś   wam   coś   ukradnie   z 
remizy, żeby zaprosić mnie na filiżankę kawy.
-Ale przecież mnie rzuciłaś -powiedział nieśmiało.
-Kawa to jeszcze nie romans - odparłam. - To tylko 
kawa.
-Nie   powiem,   żebym   widział   jakąś   różnicę   -   po-
wiedział Joe. — Ale na pewno nie mam zamiaru się 
spierać.

Przeszliśmy   ulicą   do   mojej   ulubionej   kawiarenki 

znajdującej   się   naprzeciwko   pizzerii   Sorrento,   obok 
niedużej  niezależnej księgarni, w której witrynie stało 
kilka najnowszych kryminałów lana Ludlowa.

W   kawiarence   stały   przy   stolikach   mocno   sfaty-

gowane, ale wygodne sofy z komisu i na jednej z nich 
usiedliśmy z kawą i ciastkami.

Rozmawialiśmy wiele godzin.
Joe opowiadał o swoich ostatnich wyczynach  stra-

żackich i samotności, którą odczuwa, kiedy wychodzi z 
remizy. Ja mu opowiedziałam o sprawie Trevora, o lęku 
przed utratą pracy i o tym, jak zazdroszczę Sharonie jej 
relacji z Monkiem.

158

background image

Możliwość   wyrzucenia   z   siebie   trosk   i   strachów 

przyniosła mi wielką ulgę - a Joe potrafił  znakomicie 
słuchać. Nie udzielał żadnych ważnych rad, ale przecież 
wcale   tego   nie   oczekiwałam.   Dał   mi   poczucie 
bezpieczeństwa i komfortu psychicznego.

Potem   wziął   mnie   za   rękę   i   wolnym   spacerem 

odprowadził pod dom, a kiedy stanęliśmy pod drzwiami, 
instynktownie i niemądrze zaprosiłam go na kawę.

Wiedziałam   przecież,   że   wlał   już   w   siebie   litry 

świeżo   zaparzonej   kawy,   a   ja   mam   w   kuchni   tylko 
resztki jakiejś starej kawy rozpuszczalnej, ale nie w tym 
rzecz. Był  to pretekst,   aby wykraść  dla  siebie  jeszcze 
jedną godzinę czy dwie. Zaiskrzyło między nami, może 
pod wpływem nadmiaru kofeiny, i nie miałam ochoty, by 
to się kończyło.

Domyślam się, że zapewne już wiecie, dokąd zmie-

rza ta historia, więc nie będę was trzymać w niepew-
ności.

Tak, kochaliśmy się.
Tak, zrobiliśmy to, mimo że go rzuciłam i że nadal 

nie   miałam   zamiaru   wiązać   się   z   nim   na   stałe.   Ale 
chemia zadziałała między nami w sposób naturalny i po 
prostu bardzo go potrzebowałam. Pozwoliłam więc, aby 
emocje i potęga chwili wzięły górę nad intelektem.

Poza tym  miałam przed sobą spokojne i wolne od 

zajęć południe, a Julie była w szkole, więc nie musiałam 
obmyślać   żadnego   misternego   planu,   na   jaki   zwykle 
byłam skazana (jako samotna matka) przy okazji swoich 
nieczęstych spotkań intymnych.

Wszystko stało się tak naturalnie i było nam ze sobą 

tak dobrze, że nie widziałam w tym nic złego, i było to 
po prostu nieuniknione. Nie czułam też potem winy za 
lekkomyślne   pobłażanie   emocjom,   a   miałam   takie 
obawy.

159

background image

Bez słów Joe wydawał  się doskonale rozumieć, że 

nie jest to ani początek niczego większego, ani też żaden 
koniec   -   po   prostu   parę   intymnych,   ciepłych   godzin 
spędzonych wspólnie przez dwoje ludzi, którzy darzą się 
sympatią   i   potrzebują   wzajemnej   pociechy.   Jego 
pocałunki były czułe i niekłamane, a ja pławiłam się w 
uczuciu siły i bezpieczeństwa jego ramion.

Kiedy Joe wyszedł, leżałam jeszcze w łóżku przez 

godzinę czy dwie, tuliłam do siebie T-shirt z napisem 
Straż  Pożarna  San Francisco,  który zapomniał  zabrać, 
zapadałam raz po raz w lekką drzemkę bez snów i wciąż 
czułam jego mocne ramiona, choć dawno już ich przy 
mnie nie było.

Myślę, że tym razem horoskop się nie pomylił.

Kiedy wreszcie wyszłam z łóżka, wzięłam prysznic i 

krótko przed powrotem Julie ze szkoły zrobiłam małe 
pranie. Nie zdążyłam jednak wyjść po zakupy, więc na 
obiad   poszłyśmy   na   pizzę   do   Sorrento,   korzystając   z 
gipsoreklamowej promocji wynegocjowanej przez Julie.

Gdy weszłyśmy do środka, ludzie zaczęli pokazywać 

sobie gipsoreklamę Julie i żądać zniżki. Myślałam, że 
właściciel się na nas rozeźli, ale się myliłam. Był  tak 
zadowolony   z   obrotów,   jakie   zapewniła   mu   Julie,   że 
zafundował nam pizzę na koszt firmy.

W piątek rano mój horoskop nie mówił nic na temat 

nieprzewidywalności ani romansu. Twierdził natomiast, 
że jestem osobą kreatywną i zaradną. Miło to słyszeć, 
ale wolałabym, żeby horoskop przepowiadał przyszłość, 
a   nie   zajmował   się   analizą   mojej   osobowości.   W   tej 
kwestii   wolę   polegać   na   chińskich   ciasteczkach 
szczęścia.

160

background image

Od dawna nie czułam się tak zrelaksowana i skon-

centrowana. Zaczynałam wątpić w swoją mądrość, która 
nakazywała mi trzymać strażaka na dystans. Być może 
rozum   powinien  uważniej   się   przysłuchiwać   temu,  co 
podpowiada serce.

Teraz   jednak   miałam   na   głowie   dużo   ważniejsze 

rzeczy niż romans. W jakiś sposób musiałam nakłonić 
Mońka, żeby wrócił do sprawy Trevora. Im  wcześniej 
Monk   ją   rozwikła,   tym   będzie   lepiej   dla   wszystkich. 
Dopiero   potem   mogłabym   się   zastanowić   nad 
emocjonalnymi   niebezpieczeństwami   związanymi   ze 
sporadycznymi wyskokami miłosnymi.

Julie spostrzegła, że jestem od rana jakaś inna, ale jej 

radar nie był aż tak wyostrzony, by wiedzieć dlaczego. 
Zdziwiło   ją   w   każdym   razie,   że   wśród   wypranych   i 
ułożonych na pralce rzeczy znajduje się fir^ mowy T-
shirt Straży Pożarnej San Francisco.

- Nie   widziałaś   go   wcześniej?   —   zapytałam   nie'

winnym   grosem.   —   To   prezent,  który  dostałam   z   re-
mizy   po   rozwikłaniu   przez   Mońka   sprawy   zabójstwa
ich psa.

W pewnym sensie była to prawda.

-Nie jest dla ciebie trochę za duży?
-Za   to   przyjemnie   ogrzewa   mnie   w   łóżku   —   po-
wiedziałam,   co   również   było   w   pewnym   sensie 
prawdą.

Julie wyczuła  w moich słowach  zupełną szczerość 

albo po prostu nie chciało się jej drążyć tematu, w każ-
dym razie dała mi spokój

Wsiadłam do samochodu, by zawieźć Julie do szko-

ły.   Jednak   zdołałam   ujechać   ledwie   parę   metrów,   by 
stwierdzić, że coś bardzo złego dzieje się ze wspoma-
ganiem kierownicy. Wyszłam, zajrzałam pod samochód 
i zobaczyłam gęsty, kleisty płyn rozlany na alej-

161

background image

ce. Zupełnie się nie znam na samochodach, ale wiem, że 
nie jest dobrze, kiedy zaczynają krwawić.

Zatelefonowałam więc do kolejnej z matek z prośbą, 

aby zawiozła Julie do szkoły, popadając tym samym w 
coraz większe długi wobec mam z sąsiedztwa, a potem 
zadzwoniłam   po   pomoc   drogową.   W   oczekiwaniu   na 
wóz   techniczny,   który   miał   odholować   jeepa   do 
warsztatu,   skontaktowałam   się   z   Monkiem   i 
uprzedziłam, że się spóźnię.

W   warsztacie   wyjaśnili   mi,   że   zepsuło   się   jakieś 

ustrojstwo czy inny dynks, którego sprowadzenie i wy-
miana   zajmie   cały   dzień.   Na   okres   naprawy   jeepa 
warsztat wyposażył mnie w toyotę corollę.

Monk czekał już na ulicy, kiedy zajechałam małym 

samochodem pod jego dom. Przechadzał się w tę i we w 
tę, wdychając powietrze pełną piersią i poklepując się 
dłonią po klatce piersiowej.

-Co pan robi, panie Monk?
-Oddycham. Czy to nie cudowne?
-Tak,   słyszałam,   że   to   ostatni   krzyk   mody   -   po-
wiedziałam. - Niebawem wszyscy będą to robić.
-Powietrze - zachwycał się Monk; znowu zaczerpnął 
powietrza i wolno wypuścił. - Tak mi się podoba, tak 
mi się podoba, naprawdę... Powinnaś też spróbować.
-Już   nieraz   próbowałam—zapewniłam   go.   -   Jaki 
będzie pana następny krok w sprawie Trevora?
-Oddychać — odpowiedział Monk. — I jeszcze raz 
oddychać.
-W jaki sposób przybliża to nas do wykrycia sprawcy 
zamordowania Ellen Cole?

Monk poruszył niezgrabnie ramionami.

-Myślę, że jednak mógł to zrobić Trevor.
-Wcale pan tak nie myśli - stwierdziłam.

162

background image

-Dowody wskazują na niego.
-Wskazują źle - powiedziałam. - Sam pan to wykazał.
-Ale nie ma dowodów jednoznacznych - upierał się.
-Widział pan, co pan widział - nie ustępowałam. -To 
dla mnie wystarczający dowód. Dla pana zazwyczaj 
również.
-Nie   mogę   jednak   brać   poważnie   wszystkiego,   co 
wtedy powiedziałem  i co mi się wydawało, że wi-
działem - stwierdził Monk. - Byłem odurzony...
-Czym?
-Toksycznym gazem. Zaćmił mi umysł.
-Panie Monk, dobrze wiem, że Trevor jest niewinny, i 
pan też to wie.
-Nie   mogę   wrócić   do   Los   Angeles   -jęknął   Monk 
błagalnym głosem.
-Musi   pan   —   orzekłam   stanowczo.   —   Jest   pan   to 
winien Sharonie. Ocaliła kiedyś pana, a teraz pan ma 
okazję ocalić ją.
-Najlepiej ocalę Sharonę, pozostając w San Francisco 
— powiedział  Monk. — Trevor  to zły,  bardzo zły 
człowiek.
-Ona go kocha - przekonywałam. - Pan dobrze wie, 
co   znaczy   utracić   najbliższą   osobę.   Oboje   wiemy. 
Naprawdę chciałby pan, żeby Sharona doświadczyła 
tego samego bólu?

Monk   wziął   głęboki   oddech   i   delektował   się   nim 

przez dłuższą chwilę.

-Ale ja tak lubię oddychać - oświadczył w końcu.
-Tam też może pan oddychać - zapewniłam go.
-Nie chcę, żeby mi wyrosły błony między palcami - 
jęknął.

- Ma   pan   więc  b o d z i e c   ekonomiczny,   by

jak najszybciej zamknąć tę sprawę - powiedziałam.

163

background image

-Bodziec ekonomiczny? — zdziwił się Monk.
-To pospolite wyrażenie, panie Monk. Nawet dwu-
nastoletnie dzieci je znają.

Już mieliśmy wejść do jego mieszkania i omówić, 

jak miałam nadzieję, szczegóły powrotu do Los Angeles, 
kiedy zadzwoniła  moja  komórka. Telefonował  kapitan 
Stottlemeyer.

-Cześć, Natalie. Witam w domu. Słyszałem, że Monk 
zrobił kolosalne wrażenie w La-La-Landzie
-Zostało   mu   tam   jeszcze   sporo   do   roboty   -   po-
wiedziałam.
-Robota   będzie   musiała   poczekać   —   orzekł   Stot-
tlemeyer. — Monk jest mi potrzebny tutaj.
-Szybko wróci.
-Jest mi potrzebny teraz, Natalie.
-Ale pan Monk jest bardzo zajęty. Prowadzi ważne 
dochodzenie - przekonywałam.
-Służba nie drużba - odezwał się Monk. - Nie mam w 
do povńedxe-svia, nawet jei\\ Ycms&aibym  xo-stać 
w San Francisco do końca życia.
-Przy   całej   mojej   sympatii   dla   drugiego   klienta 
Mońka - powiedział Stottlemeyer - Sharona nie za-
trudnia go na płatnym kontrakcie, a to znaczy, że nam 
się należy pierwszeństwo.

Oczywiście miał rację. Niech go diabli.

-Czy  to   prosta   sprawa?   -   zapytałam   jeszcze   z   na-
dzieją.
-Czy dzwoniłbym do Mońka, gdyby była prosta?

background image

16

Monk idzie na plażę

Plaża Baker to idylliczny, gładki pas morskiego piasku 
ciągnący się przez kilometr pod porośniętymi cyprysami 
i   sosnami   urwiskami   parku   Presidio.   W   kierunku 
północno-wschodnim   rozpościerał   się   stamtąd 
porywający widok na Golden Gate Bridge, w wyjątkowo 
malowniczy   sposób   uzmysławiając,   czemu   most 
zawdzięcza swoją sławną nazwę. Chociaż mieszkam w 
San   Francisco,   żałowałam,   że   nie   mam   przy   sobie 
aparatu, by sfotografować most z takiej perspektywy.

Kapitan Stottlemeyer czekał na nas na plaży, oparty 

niedbale   o   żółto-brązowy   znak   ostrzegający   plażo-
wiczów przed niebezpieczną falą i zdradliwymi prądami 
wstecznymi.   Na   jego   twarzy   malowało   się   podobne 
ostrzeżenie.

Monk podszedł do Stottlemeyera, pocierając rześko 

ręce. Był tak ochoczy do pracy, że nie podnosił nawet 
kwestii   nierównomiernie   rozłożonego   piasku   i 
konieczności jego zagrabienia.

- No i co tu mamy? - zapytał z entuzjazmem w gło

sie. - Łapmy naszego łobuza!

Stottlemeyer obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem.

-Z czego się tak cieszysz? - zapytał.
-Tymczasowo zawiesił mu pan karę powrotu do Los 
Angeles - wyjaśniłam.

165

background image

-Jestem pewien, że nie chciałbyś się znaleźć w pro-
mieniu stu pięćdziesięciu kilometrów od tego miasta 
-powiedział   Monk.   —   Nie   uwierzysz,   co   tam   się 
dzieje!
-Chyba nic bardziej dziwnego niż tutaj - stwierdził 
Stottlemeyer.
-Szczerze w to wątpię - powiedział Monk.
-Nie widziałeś jeszcze, z czym mamy do czynienia 
tutaj - rzucił Stottlemeyer i skinął głową za siebie, w 
kierunku oczek wodnych i nadmorskich skał.

Stała tam na piasku duża grupa policjantów i tech-

ników   policyjnych,   najwyraźniej   skupionych   wokół 
zwłok. Ale nie to przykuło uwagę Mońka.

Monk patrzył na plażowiczów. Żaden z nich nie był 

ubrany.

Monk   błyskawicznie   obrócił   się   na   pięcie   i   stanął 

plecami   do   tych,   którzy   wystawiali   światu   na   pokaz 
wszystko,  co mieli. Dosłownie. To nie były supermo-
delki   niezmordowanie   dbające   o   opaleniznę.   Tym   lu-
dziom, z pełną mocą siły grawitacji, wyraźnie ciążyło 
tłuste jedzenie i słuszny wiek.

Mogę tylko wyrazić podziw dla pewności siebie tych 

plażowiczów i ich całkowitego braku wstydu. Byli to lu-
dzie, którzy znakomicie czuli się w swoim ciele i którzy 
w  każdej  jego  niedoskonałości  dostrzegali  naturalność 
życia. Nigdy nie udało mi się osiągnąć takiego poczucia 
wiary w siebie.

-Będziecie   musieli   wezwać   posiłki   -   powiedział 
Monk do Stottlemeyera.
-Po co?
-Żeby aresztować tych zboczeńców.
-To plaża dla nudystów, Monk - przypomniał Stot-
tlemeyer.
-Czy   ci   ludzie   nie   mają   cienia   przyzwoitości? 
-zapytał Monk.

166

background image

- To jest jak najbardziej legalne - uspokoił go Stot-

tlemeyer.

Monk   spojrzał   na   mnie   rozszerzonymi   oczami, 

sparaliżowany strachem.

Zapewne spojrzałby tak także na Stottlemeyera, ale 

wówczas musiałby się odwrócić przodem do nagości.

- Kodeks   karny   stanu   Kalifornia,   paragraf   trzy

sta   czternaście,   jasno   mówi,   że   każdy,   kto   świadomie
obnaża intymne części ciała w miejscu publicznym w ce
lu   lubieżnym,   łamie   prawo   -   wyrecytował   Monk.   -
To   są   świadomi   lubieżnicy.   Nigdy   dotąd   nie   widzia
łem tak daleko idącej świadomej lubieżności.

—Teren plaży to park stanowy i obszar, gdzie ubiór 
nie   jest   nakazany   prawem   -   wyjaśnił   Stottlemeyer. 
-Jakoś będziesz musiał z tym żyć, Monk. Chodźmy.
—To idź — powiedział Monk. — Ja poczekam.
—Ale   ciało   leży   tam.   -   Stottlemeyer   wskazał   od-
daloną o trzydzieści metrów grupkę stłoczonych poli-
cjantów i techników.
- Ciała   są   wszędzie   -   rzekł   Monk.   -   Wszystkie

nagie.

—Miałem   na   myśli   martwe   ciało   —   sprecyzował

Stottlemeyer.   —   Musisz   je   obejrzeć   na   miejscu   prze
stępstwa, jeśli w ogóle jest to miejsce przestępstwa.

-Nie   jest   pan   pewien,   czy   to   morderstwo?   -   za-
pytałam.
-Świetnie. Zadzwoń do mnie, jak będziesz pewny - 
powiedział  szybko  Monk, szykując  się do odejścia, 
ale Stottlemeyer złapał go za ramię.
—Po to właśnie cię tu ściągnąłem, Monk. Ty masz

nam powiedzieć, czy to było morderstwo czy nie.

—Nie wystarczy opinia lekarza sądowego?
- Zaufaj mi. To jest sprawa, która wręcz woła o Adria-

167

background image

na Mońka — oświadczył  Stottlemeyer i ruszył  w kie-
runku   gromady   policjantów,   ciągnąc   Mońka   za   sobą. 
Monk   wzniósł   oczy   do   nieba,   jakby   szukał   tam 
duchowego  wsparcia,  ale wiedziałam, że chodziło mu 
tylko to, aby przejść po piasku, nie oglądając okolicz-
nych nagości.

-Jeśli boi się pan patrzeć na nagie ciało, dlaczego nie 
zamknie pan po prostu oczu? - spytałam.
-Nie chcę się potknąć o czyjeś intymne części ciała.
-Przecież to nie tak, że cała plaża jest nimi upstrzona 
- zapewniłam go.

Monk człapał dalej, dając się prowadzić kapitanowi 

aż do miejsca przestępstwa, z którego okolic usunięto 
wszystkich   plażowiczów.   Technicy   z   medycyny 
sądowej,   ubrani   w   jednoczęściowe   kombinezony,   z 
uwagą   przesiewali   piasek,   przesypując   go   na   miejsce 
oznaczone palikami i żółtym sznurkiem.

-Ofiara to Ronald Webster — zaczął Stottlemeyer. - 
Kawaler, trzydzieści pięć lat, pracował w sklepie z 
butami. Plażowicze znaleźli jego ciało dzisiaj rano.
-Świadomi lubieżnicy — wtrącił Monk. — Na pewno 
hippisi.
-Koroner jest zdania, że facet mógł zginąć wczoraj 
wieczorem — powiedział Stottlemeyer. — Ale trud-
no to jednoznacznie określić, ponieważ ciało długo 
było zanurzone w słonej wodzie.

Podeszliśmy   do   grupy   wąskim,   wytyczonym   pali-

kami pasem, już  przeszukanym  i oczyszczonym  przez 
techników.   Disher   i   lekarz   sądowy   pochylali   się   nad 
nagim ciałem, które, zwrócone twarzą do dołu, unosiło 
się   na   płytkiej   wodzie   w   rozlewisku.   Korpus   był 
rozszarpany i otwarty.

Odwróciłam się gwałtownie, czując odrazę i 
mdłości.

168

background image

Tymczasem   Monk,   człowiek,   który   nie   potrafił 

spojrzeć na obnażonego plażowicza, bez najmniejszego 
oporu patrzył  na potwornie okaleczone zwłoki. Więcej 
nawet, był nimi zafascynowany.

Żaden ze mnie psycholog, ale podejrzewam, że w ta-

kim   momencie   Monk   nie   widział   przed   sobą   nagiego 
ciała. Jeśli osoba była martwa, przestawała być dla niego 
człowiekiem. Ofiara mordu to jedynie przedmiot badań, 
element układanki, który należy wstawić w należne mu 
miejsce na większym obrazie.

Stottlemeyer delikatnie położył mi rękę na plecach.

-Wytrzymasz? - zapytał. - Mogę poprosić któregoś z 
policjantów, żeby cię odprowadził do samochodu.
-Nic mi nie będzie.
Nie   chciałam   uciekać,   nawet   jeśli   miałam   na   to 

szczerą   ochotę.   Nie   zamierzałam   okazywać   słabości 
przed detektywami, z którymi pracuję. Poza tym siedząc 
w  samochodzie,  nie  na   wiele  się  przydam  Mon-kowi. 
Wzięłam kilka głębszych wdechów,  wypuściłam  wolno 
powietrze,   żeby   się   uspokoić,   i   odwróciłam   się   z 
powrotem.

Monk   przykucnął   obok   lekarza   sądowego,   doktora 

Daniela   Hetzera,   łysiejącego   mężczyzny   o   pulchnych, 
bladych  policzkach  z wypielęgnowanym  dwudniowym 
zarostem.

- Co myślisz, Monk? - zapytał Stottlemeyer.
Monk wstał bez słowa i uniósł ręce. Przekręcał

śmiesznie głowę z jednej strony na drugą, spoglądając na 
zwłoki   Ronalda   Webstera   pod   różnym   kątem.   Potem 
przeniósł wzrok na rzeczy Webstera, równo złożone na 
skałce przy oczku wodnym, w którym leżało ciało.

-Gdzie znajdował się jego portfel? - zapytał.
-W kieszeni spodni - odpowiedział Disher i pod-

169

background image

niósł plastikowy woreczek z portfelem. - Nie sądzę, by 
cokolwiek   zginęło.   Został   plik   kart   kredytowych   i 
dwieście dolarów w gotówce.

-Gdzie kluczyki  do jego  samochodu?  - pytał  dalej 
Monk.
-Były w tej samej kieszeni - odpowiedział Di-sher. - 
Razem z kluczami od domu.
-Gdzie jest jego samochód?
-W   wydziale   motoryzacji   dowiedzieliśmy   się,   że 
Webster jeździł buickiem lucernę, ale nie ma takiego 
auta   na   parkingu   -   powiedział   Stottlemeyer.   -   Na 
wszelki wypadek kazałem  kilku patrolom objechać 
okoliczne uliczki.
-Skoro   nie   przyjechał   samochodem,   jak   się   tutaj 
dostał? - zastanawiał się Monk.
-Jeśli   się   okaże,   że   mamy   do   czynienia   z   mor-
derstwem - mówił Stottlemeyer - będziemy dzwonić 
do korporacji taksówkarskich i popytamy wśród kie-
rowców lokalnych linii autobusowych, może ktoś go 
zapamiętał.
-To   wyborne   ustronie   na   wieczorne...   bara-bara— 
odezwał się Disher. - Może Webster przyszedł z ta-
jemniczą przyjaciółką, by w stroju Adama wykąpać 
się pod gwiazdami?

Monk wzdrygnął się na samą myśl o tym, ale ciągnął 

dalej.

-Czy na parkingu zostały na noc jakieś samochody? - 
zapytał.
-Nie - odpowiedział Disher. - Ale może przyjaciółka 
mieszka niedaleko i przyszli pieszo?
-Może   przyjaciółka   zaparkowała   gdzieś   na   ulicy 
-dodał Stottlemeyer.  - Jeśli jednak nie wiemy,  kim 
była ta osoba ani jakiego szukamy auta, to pozostaje 
nam tylko spisać parę setek numerów rejestracyj-

170

background image

nych   zaparkowanych   w   okolicy   samochodów   i   roz-
pracowywać   każdy   z   osobna.   To   mnóstwo   roboczo-
godzin.   Nie   jestem   w   tej   chwili   gotów   na   wydanie 
takiego zarządzenia, na pewno nie w sytuacji, kiedy nie 
mam pewności, że popełniono tu przestępstwo.

-Jeśli Ronald Webster rzeczywiście z kimś przyszedł 
- myślał głośno Monk - to gdzie ten ktoś jest?
-Może   drugie   ciało   jeszcze   nie   wypłynęło?   -   za-
sugerował Disher.
-Gdzie są w takim razie rzeczy tej drugiej osoby? - 
pytał Monk.

Disher wzruszył ramionami.

- Odpływ mógł je zabrać do morza.

Monk   poruszył   niezgrabnie   ramionami   i   głową, 

jakby usiłował rozluźnić skurcz w karku. Dobrze wie-
działam,   co   to   za   skurcz.   Za   dużo   było   tych   „być 
może", ,jeśli" i „gdyby". Monk nienawidził „być może", 
„jeśli" i „gdyby".

- Jakie   jest   wstępne   orzeczenie   o   przyczynie

śmierci? - Stottlemeyer zapytał doktora Hetzera.

Lekarz   odwrócił   w   wodzie   ciało   twarzą   do   góry. 

Webster   był   młodym   człowiekiem,   choć   we   włosach 
było już widać siwe kosmyki. Jego twarzy oszczędzono 
okrutnych razów, które zadano na ciele.

-Nieoficjalnie powiedziałbym, że utonięcie — orzekł 
Hetzer. - Te rany są okropne, ale chyba nie one były 
śmiertelne.
-Co   go   tak   urządziło?   -   zapytałam.   -   Czy   to   był 
rekin?

Doktor Hetzer potrząsnął głową.

- Nie   sądzę.   Zakrzywienie   śladów   po   ugryzieniu

i   rozległość   ran   wcale   nie   wskazywałyby   na   atak   re
kina. Obrys śladów jest wąski i długi, co zdaje się

171

background image

sugerować, że bestia, która tego dokonała, miała długi 
pysk czy ryj.

-Dzik - powiedział Disher.
-Po parku Presidio nie wałęsają się dziki - stwierdził 
sucho Stottlemeyer.
-Drapieżny wilk - nie odpuszczał Disher.
-Wilki poruszają się w sforach i rozdarłyby  go na 
drobne   kawałki   -   powiedział   Stottlemeyer.   —   Za 
dużo go zostało.
-Wściekły pies — próbował dalej Disher.
-Pies rzuciłby się do gardła - wtrącił doktor Het-zer. - 
Nie skoczyłby na brzuch.
-Potężna foka.
-Tb   ślady   nie   pasują   do   foki   -   powiedział   lekarz. 
-Potężnej czy nie potężnej.

-

Gigantyczny małż — zapalił się Disher.

Wszyscy spojrzeli na niego spode łba. Disher nie
pewnie przestąpił z nogi na nogę.

-Zdajesz sobie sprawę, jak wielki musiałby być małż, 
który   mógłby   zaatakować   człowieka?   -   zapytał 
Stottlemeyer.
-Głębiny mórz wciąż pozostają dla człowieka wielką 
tajemnicą — stwierdził Disher.
-Czyżby? - zapytał Stottlemeyer.
-To   ostatnia   niezbadana   rubież   naszej   ziemi 
-oświadczył   Disher.   —   Czytałem,   że   niedawno 
odkryto   nieznany   wcześniej   gatunek   ośmiornicy, 
która jest ślepa i świeci w ciemności.
-Tak,   może   to   zrobiła   ośmiornica   -   mruknął   Stot-
tlemeyer.
-To możliwe - podchwycił Disher.
-Nie. To nie jest możliwe - wycedził Stottlemeyer i 
odwrócił się do Mońka. - Co myślisz?!
-To chyba oczywiste - powiedział Monk.

172

background image

-Doprawdy? - zapytałam zdziwiona. Monk 
przytaknął.
-Tego mężczyznę zaatakował aligator.

Nie było to może najdziwniejsze oświadczenie, jakie 

padło kiedykolwiek z ust Mońka, ale zdecydowanie się 
mieściło w pierwszej piątce.

-Rozumiem - powiedział wolno Stottlemeyer, patrząc 
długo na Mońka, a potem odwrócił się do Di-shera. - 
Powiedz mi coś więcej o tej ośmiornicy.
-To   nie   była   ośmiornica   ani   żadne   inne   zwierzę 
-orzekł Monk. - Tego człowieka z całą pewnością za-
gryzł aligator.
-Zdaje   pan   sobie   sprawę,   że   aligatory   nie   żyją   w 
oceanach? - zapytał dla pewności doktor Hetzer.
-Tak.
-I   że   nie   są   gatunkiem   spotykanym   w   faunie   San 
Francisco?
-Tak - powtórzył Monk.
-"W takim razie skąd myśl, że zrobił to aligator?
-Wnioskuję   po   kształcie   ugryzienia   oraz   ran   po-
zostawionych   po   zębach   -   powiedział   Monk.   - 
Wszystkie są takie same.

Doktor Hetzer pochylił się jeszcze raz nad ciałem i 

uważnie przyjrzał się ranom.

- Niech mnie kule.

W   towarzystwie   Adriana   Mońka   często   można 

usłyszeć   podobne   określenia,   zwłaszcza   w   miejscu 
przestępstwa.

- W   przeciwieństwie   do   wszystkich   innych   istot,

których   zęby   różnią   się   kształtem,   rozmiarami,   a   tak
że   funkcją,   zęby   aligatora   są   identyczne   -   tłumaczył
Monk.   -   Jest   tak   dlatego,   że   aligatory   używają   ich
przede wszystkim do pochwycenia ofiary.

173

background image

- Skąd ty wiesz takie rzeczy? - zdziwił się Stottle-

meyer.

Odpowiedź była prosta, przynajmniej dla mnie.

-Bo te zęby niczym się między sobą nie różnią.
-To   się   nazywa   uzębienie   homodontyczne   —   wy-
jaśniał Monk. - Lub też, ujmując to jednym słowem, 
perfekcja. Chciałbym mieć takie zęby.
-Przypuszczam,   że   aligator   rzeczywiście   mógłby 
zadać takie rany - powiedział doktor Hetzer. -Aliga-
tory nie rozrywają ofiar. Chwytają zdobycz, okręcają 
się z nią i trzymają ją pod wodą, dopóki się nie utopi. 
Takie zachowanie pasowałoby do ran, które tu oglą-
damy,   i   tłumaczyłoby   przyczynę   śmierci.   Ale 
tłumaczą ją również inne hipotezy.
-Jak choćby ta z dzikiem — wtrącił Disher. — Albo 
gigantycznym małżem.

Stottlemeyer skrzywił się i potarł skronie kciukami.

-Mamy więc do czynienia z zabójstwem czy z nie-
dopilnowaniem zwierzęcia, doktorze? - zapytał.
-Niech   mnie   pan   zapyta   jutro   -   odparł   Hetzer. 
-Dopóki nie zrobię sekcji, nie będę znał odpowiedzi.
-Randy,   mimo   wszystko   zadzwoń   do   towarzystwa 
opieki   nad   zwierzętami   i   popytaj,   czy   w   ostatnim 
czasie   nie   zgłaszał   ktoś   zaginięcia   swojego 
aligatorka.   Popytaj   też   okolicznych   mieszkańców, 
czy nie zaczęły im znikać z domu koty i pudelki.
-Zapytam  także o dziki - zapewnił Disher,  notując 
wszystko pilnie w notesie.
-Zapytaj   -   zgodził   się   Stottlemeyer   znużonym   gło-
sem. - Nie zapomnij wspomnieć o olbrzymim małżu i 
ośmiornicy.

- Może powinienem się zwrócić z tymi  pytaniami

do   specjalisty   w   dziedzinie   biologii   morza?   -   zapytał
zapalony Disher.

174

background image

-O małżu i ośmiornicy nie mówiłem serio - zaznaczył 
Stottlemeyer.
-A o aligatorze mówił pan serio? - zapytał zdez-
orientowany Disher.
-Wolałbym nie - westchnął Stottlemeyer. - Ale 
nauczyłem się wierzyć przeczuciom Mońka.
-To nie żadne przeczucia - powiedział Monk. — To 
fakt.
-Ale czy to jest morderstwo? - zapytał Stottlemeyer.

Monk poruszył niezgrabnie ramionami.

- Tak - odpowiedział. - To jest morderstwo.

background image

17

Monk i drugi but

Chociaż Monk oznajmił, że mamy do czynienia z mor-
derstwem,   kapitan   Stottlemeyer   nie   chciał   się   zdecy-
dować na zaangażowanie w sprawę więcej policjantów, 
zanim   nie   otrzyma   oficjalnego   orzeczenia   Zakładu 
Medycyny Sądowej.

Potrafiłam to zrozumieć.
Miał jedynie trupa na plaży nudystów, którego zabił 

może aligator, a może nie aligator.  O  ile cała  sytuacja 
nasuwała bardzo poważne pytania (jak choćby „W jaki 
sposób mężczyzna dotarł na plażę?" lub „Skąd się wziął 
aligator?"), o tyle poza opinią Adriana Mońka nie było 
w tej sprawie nic, co wskazywałoby na zabójstwo.

Jedno był pewne, Monk w takich kwestiach nigdy się 

nie mylił.  Jednak  władze policji  w  San Francisco  nie 
były   przekonane   do  niezwykłych   umiejętności   Mońka 
równie mocno jak Stottlemeyer. Jeśli więc kapitan chciał 
być pewien swojego stanowiska, to do czasu otrzymania 
wyników   autopsji   musiał   się   zabawić   w   polityka   i 
przyjąć postawę „pożyjemy, zobaczymy".

Ale Monk nie musiał na nic czekać. Ani nie potrafił. 

Zapaliłby się do tego śledztwa nawet wtedy, gdyby nie 
chciał  uniknąć  perspektywy   powrotu  do Los   Angeles, 
gdzie miał rozwikłać sprawę Ellen Cole, choć

176

background image

niewątpliwie była to dodatkowa motywacja. Ta śmierć 
była zbyt intrygująca, by miał się nią nie zainteresować.

Nie   byłam   zanadto   zadowolona   z   takiego   rozwoju 

wydarzeń.   Dopóki   Trevor   pozostanie   za   kratkami, 
dopóki Sharona będzie się przy mnie kręcić, a morderca 
EUen Cole będzie się cieszył wolnością, nigdy nie będę 
mogła być pewna posady. Szczerze mówiąc, nie mogłam 
winić Mońka za to opóźnienie. Sprawa ataku aligatora to 
powód jak najbardziej uzasadniony, a nie gra na zwłokę. 
Na   szczęście   obiecujący   początek   oznaczał   tyle,   że 
Monk szybko się upora ze śledztwem.

Monk chciał się dowiedzieć czegoś więcej o Ronal-

dzie Websterze, aby sprawdzić, czy nie wydarzyło się w 
jego   życiu   coś,   co   wytłumaczyłoby   osobliwe   oko-
liczności jego śmierci.

Zaczęliśmy od sklepu z butami, w którym Webster 

pracował.   Ze   zdumieniem   stwierdziłam,   że   sklep 
znajdował się w mojej dzielnicy, tuż obok pizzerii Sor-
rento.

Nigdy nie kupowałam w nim butów, ale niejedno-

krotnie  zatrzymywałam   się   przed  witryną  i  oglądałam 
wystawione   obuwie.   Mieli   tam   w   sprzedaży   wiele 
eleganckich włoskich marek i sportowe buty do biegania 
kosztujące  więcej,   niż   wynosiła  suma  rocznych   pensji 
pracowników   chińskiej   fabryki,   w   której   zostały 
wyprodukowane.

Bardzo chętnie powiedziałabym, że nie kupuję tam 

butów,   aby   zamanifestować   swoje   zdecydowane   poli-
tyczne poglądy, jednak prawda była inna; z pensją od 
pana Mońka takie obuwie było dla mnie stanowczo za 
drogie.   Zresztą,   z   drugiej   strony,   paczka   gumy   ba-
lonowej też była dla mnie za droga.

177

background image

Kiedy   weszliśmy   do   środka,   zobaczyliśmy   ledwie 

trzech klientów, a poza tym dwóch sprzedawców i kas-
jerkę przy wejściu.

Nigdy nie czułam się komfortowo w sytuacji,  gdy 

Monk zaczynał przepytywać ludzi, którzy nie wiedzieli, 
kim on jest ani jakie związki łączą go z policją.

Sęk w tym, że nie mieliśmy oficjalnych upoważnień, 

co oznaczało tyle, że ludzie, z którymi się spotykaliśmy, 
nie   mieli   obowiązku   z   nami   rozmawiać,   zwłaszcza   o 
rzeczach,   które   zazwyczaj   były   ich   prywatnymi 
sprawami. Nakłonienie ich do rozmowy wymagało więc 
z naszej strony pewnej finezji. Kiedy wchodziliśmy do 
sklepu, wciąż się zastanawiałam, jaką obrać taktykę.

Wewnątrz znajdowało się kilka stołów z wystawio-

nymi   butami,   a   między   nimi   ustawiono   krzesła,   na 
których  klienci  mogli  przymierzać  obuwie.  Cała tylna 
ściana, od podłogi do sufitu, zastawiona była bodaj setką 
butów,   ustawionych   równo   na   przezroczystych 
plastikowych półeczkach.

Monk natychmiast zbliżył się do ściany i podszedł do 

stojącego  tam sprzedawcy,  który czekał  w pogotowiu, 
by obsłużyć nowego klienta.

- Czym mogę służyć, proszę pana? - zapytał sprze

dawca   z   uśmiechem   równie   syntetycznym   jak   jego
marynarka; na identyfikatorze widniało imię Maurice.

Monk wziął do ręki jeden z butów wystawionych na 

półeczce.

—Gdzie drugi but?
—Mamy dużo butów-powiedział Maurice.— Wroz-
maitych gustownych fasonach. Chciałby pan je zoba-
czyć?
- To jest but na prawą nogę - sprecyzował Monk. -

Gdzie but na lewą?

178

background image

-Z pewnością na zapleczu - rzekł Maurice.
-Dlaczego nie ma go tutaj?
-To   tylko   pojedyncze   buty   do   przymiarki,   proszę 
pana - wyjaśnił Maurice. - Z przyjemnością jednak 
znajdę dla pana drugi taki but w pańskim rozmiarze.
-Owszem,   bardzo   chciałbym   drugi   do   pary   - 
przytaknął   zadowolony   Monk   i   zaczął   wskazywać 
palcem na poszczególne buty. -1 jeszcze parę do tego, 
i parę do tego, i parę do tego, i parę do tego, i...
-Chce pan przymierzyć wszystkie buty z tej ściany? 
—   przerwał   mu   Maurice,   nie   starając   się   już 
zachować   na   twarzy   swojego   syntetycznego 
uśmiechu.

Ja natomiast zaczęłam dostrzegać zarys taktyki, którą 

mogłam   przyjąć   w   celu   zdobycia   potrzebnych   nam 
informacji.

-Chcę je widzieć wszystkie na ścianie — zakończył 
Monk.
-Dlaczego?
-Ludzie mają dwie nogi.
-Zdaję sobie z tego sprawę, proszę pana - zapewnił 
Maurice.
-Każdy but ma swoją parę -powiedział Monk i skinął 
w kierunku ściany. - Tymczasem te nie mają pary.
-Mówiłem już, proszę pana. To są pojedyncze buty do 
przymiarki.
-Jak możecie rozdzielić parę butów? - zapytał Monk.
-Jest   łatwiej   i   przyjemniej   dla   oka,   jeśli   na   jednej 
ścianie   wystawiamy   po   jednym   bucie   z   każdego 
rodzaju.
-Przecież   pan   się   zajmuje   butami   zawodowo   — 
powiedział Monk. - Ze wszystkich ludzi na świecie 
pan   najbardziej   powinien   uszanować   zasadę 
nierozdzielania par.

179

background image

-Zasadę nierozdzielania par? -zdziwił się Maurice.
-Rozdzielanie par jest zbrodnią przeciwko naturze - 
podkreślił Monk.
-Pan chce mi powiedzieć, że wystawianie butów na 
sprzedaż w sklepie jest zbrodnią przeciw naturze?
-Czyż to nie oczywiste?
-Pan będzie łaskaw wybaczyć mojemu przyjacielowi 
—   powiedziałam,   zniżywszy   głos   i   odciągnąwszy 
sprzedawcę na bok. - Zwykle  obsługuje go w tym 
sklepie pan Ronald Webster. Ma niezwykłe podejście 
do ludzi. Czy jest może dzisiaj w pracy?
-W ogóle się nie pokazał - odpowiedział Maurice. - 
Nawet jego ksiądz dziś o niego pytał.
-Jego ksiądz? - zdziwiłam się. - Czy to nie dziwne?
-Ronald   nigdy   opuścił   porannej   mszy   w   misji 
Dolores — wyjaśnił Maurice. —Ale dzisiaj się nie 
pojawił w kościele.
-Pan Webster codziennie rano chodzi na mszę?
-Ronald   to   bardzo   przyzwoity   człowiek   -   mówił 
Maurice.   —   Zawsze   punktualny,   zawsze   czysty   i 
nadzwyczaj zorganizowany.

-Pan kłamie - odezwał się Monk. 
Maurice odwrócił się do niego.
-Słucham?

- Niech pan tylko spojrzy na ścianę — powiedział

Monk.   -   Żaden   zorganizowany   i   miłujący   Boga   czło
wiek nie zrobiłby czegoś takiego.

Maurice spojrzał na mnie ukradkiem.

-Czy on właśnie odstawił leki?
-Może Ronald jest u swojej dziewczyny i zwyczajnie 
zaspał? - pytałam dalej.
-Ronald nie ma dziewczyny - odpowiedział Maurice.

180

background image

-Mogłabym   przysiąc,   że   wspominał   o   dziewczynie 
— powiedziałam. - Mówił, że lubili się kąpać nago 
na plaży Baker.
-Ronald? Nigdy. On nie włoży nawet koszulki z krót-
kim   rękawem.   -   Maurice   zmierzył   mnie   nagle   po-
dejrzliwym wzrokiem. - To jest mały sklep, pracuję 
tu od pięciu lat, ale jakoś nie mogę  sobie przypo-
mnieć, bym kiedykolwiek widział tu panią lub pani 
przyjaciela.
-Może po prostu nas pan nie zauważył?

W tym momencie Monk obrócił się na pięcie i wska-

zał palcem drugiego sprzedawcę.

- Co pan sobie wyobraża! Co pan robi? - krzyknął.
Drugi sprzedawca, mężczyzna z całą pewnością

ponaddwudziestoletni,   lecz   niezdarny   jak   nastolatek, 
stanął wystraszony w pół kroku z otwartym pudełkiem w 
rękach.

-Ja,   e...   odnoszę   buty   na   zaplecze   -   odpowiedział 
piskliwym głosikiem.
-Nie wolno - zakazał mu Monk.
-Dlaczego?
-Ponieważ ta pani miała je na nogach — odpowie-
dział Monk, celując oskarżycielskim palcem w jakąś 
klientkę. Biedna kobieta poderwała się w momencie, 
gdy podciągała sobie skarpetki.

Kobieta,   mocno   po   pięćdziesiątce,   miała   fryzurę 

chyba   jeszcze   z   tysiąc   dziewięćset   siedemdziesiątego 
drugiego   roku,   zamrożoną   na   głowie   natychmiast   po 
wykonaniu.

-Ja   tylko   je   przymierzałam   -   powiedziała   słabym 
głosem.
-Przymierzone   obuwie   uważa   się   za   sprzedane 
-wyrecytował Monk. - Takie jest prawo.
-Nie ma takiego prawa - zaoponował Maurice.

181

background image

—Te buty na mnie nie pasowały — tłumaczyła ko-
bieta.
—Mogła pani o tym pomyśleć przed założeniem ich 
na nogi — stwierdził sucho Monk.
—Ale na nogach mam skarpetki - broniła się kobieta.
—Kiedy tu weszliśmy, nie miała ich pani na nogach 
- powiedział Monk.
—Dostałam   je.   —   Wskazała   ręką   drugiego   sprze-
dawcę.   -  Dają   je  właśnie   po  to,  żeby można   było 
przymierzać buty.

Monk odwrócił się do Maurice'a.

—Tb pan jej dał te obrzydliwe skarpetki? Ciekawe, 
na ilu jeszcze ohydnych stopach wcześniej się zna-
lazły.
—Ohydnych?—uniosła się urażona kobieta. — Moje 
stopy nie są ohydne.
—Nie były, kiedy pani tu weszła, ale teraz na pewno 
są - wyjaśnił Monk. — Niech pani nie dotyka nimi 
żywności.
—Nie jadam stopami! Wypraszam sobie, nie jestem 
małpą.
—Więc nie ma powodu, by wtykała pani nogi w każ-
dy but, jaki wpadnie pani w oko, prawda?

Jak mówiłam, prawdziwa finezja. 
Maurice spojrzał na nas złowrogo.

—Dość już tego. Proszę wyjść ze sklepu albo wezwę 
policję.
—Wiesz co, Maurice?  Myślę, że to znakomity po-
mysł. - Podałam mu mój telefon komórkowy. — Po-
proś kapitana Lelanda Stottlemeyera.

Wiem,   że   byłoby   prościej,   gdybym   wcześniej   po-

prosiła kapitana Stottlemeyera, by zatelefonował do

182

background image

sklepu i uprzedził o naszej wizycie. Ale formalnie rzecz 
biorąc, nie było to jeszcze oficjalne dochodzenie w spra-
wie   zabójstwa   i   jeśli   Monk,   działając   na   własny   ra-
chunek,   uwikłałby   się   w   sytuację   potencjalnie   kom-
promitującą dla policji, Stottlemeyer mógłby spokojnie 
umyć od wszystkiego ręce.

Nigdy nie myślałam o funkcji Stottlemeyera z punktu 

widzenia   polityki.   Kiedy   jednak   podczas   niedawnego 
nieoficjalnego strajku policji Monk został awansowany 
na   szefa   wydziału   zabójstw,   naocznie   mogłam   się 
przekonać, jak funkcjonuje departament. Zdałam  sobie 
wtedy   sprawę,   że   w   pewnym   sensie   wspieranie 
Stottlemeyera  było  rozciągnięciem  moich obowiązków 
wynikających ze wspierania Mońka.

Tym   razem   jednak   finezja   nie   przyniosła   efektu, 

sprawy potoczyły się bardzo źle, a my nie uzyskaliśmy 
jeszcze   potrzebnych   informacji.   Nie   miałam   wyboru. 
Musiałam ściągnąć Stottlemeyera.

Oczywiście oznaczało to również, że kapitan będzie 

musiał   poinformować   Maurice'a   o   śmierci   jego 
współpracownika.

Na szczęście Maurice i Ronald nie byli bliskimi zna-

jomymi  i  nawet  jeśli  wiadomość ta mogła  być  zaska-
kująca,   to   z   pewnością   nie   zbiła   go   z   nóg.   Niemniej 
jednak Maurice uprzejmie poprosił klientów, by opuścili 
sklep,   zamknął   go   na  resztę  dnia  i  usiadł  z  nami,  by 
odpowiedzieć na nasze pytania.

Okazało   się,   że   mogliśmy   z   Monkiem   wyjść   ze 

sklepu, kiedy Maurice nas wyprosił, i nie zawracać sobie 
głowy   telefonowaniem   po   Stottlemeyera,   ponieważ 
sprzedawca   nie   miał   wiele   do   dodania   ponad   to,   co 
zdążył nam już wcześniej powiedzieć.

— Znam faceta od pięciu lat i naprawdę dzisiaj nie 

znam go lepiej niż w dniu, kiedy zobaczyłem go po

183

background image

raz pierwszy - stwierdził. - Nie był człowiekiem, który 
dopuszcza do siebie innych.

-Co pan ma na myśli? - zapytałam.
-Sprzedajemy buty. Przez większość czasu w sklepie 
nie ma klientów, nie ma wtedy nic do roboty, więc 
ludzie   stoją   i   rozmawiają,   prawda?   —   opowiadał 
Mau-rice. - Rozmawia się o swoich dziewczynach, 
rodzinach, o tym, co się robiło lub gdzie się było. 
Ronald nigdy nie powiedział niczego, co zapadłoby 
w pamięć.
-Czy Ronald miał wrogów? - zapytał Monk.
-Był   sprzedawcą   butów   -   odparł   enigmatycznie 
Maurice.
-Sprzedawcy butów nie mają wrogów? - dociekałam.
-Nie jest to zajęcie, które wzbudza jakieś emocje - 
wyjaśnił   Maurice,   a  potem  zerknął   na  Mońka.  -W 
każdym razie zazwyczaj.
-Co z jego życiem osobistym? — zapytałam.
-Jakim życiem osobistym?
-Każdy przecież ma jakieś życie osobiste, prawda?

- Nie każdy - wtrącił Monk.
Słuszna uwaga.
-Nawet jeśli nie każdy — ciągnęłam — to może poza 
sklepem Ronald był zwykłym draniem? Może sypiał 
z mężatkami, okradał staruszki na ulicy albo zdradzał 
przyjaciół?
-Bardzo  bym   chciał   —  stwierdził   Maurice.—Przy-
najmniej miałby coś interesującego do powiedzenia. 
Ron był sympatycznym człowiekiem, ale potwornie 
nudnym. Wręcz jakby się o to starał.

Monk podniósł głowę.

- To znaczy?

Maurice wzruszył ramionami.

- Nikt nie potrafiłby być nudniejszy od Rona.

184

background image

Szczerze mówiąc, właściwie nie dziwi mnie, że w ta-
jemnicy wiódł drugie życie.

-Dlaczego pan myśli, że Webster wiódł jakieś drugie 
życie? - zapytałam.
-Kąpał  się na golasa  na plaży Baker,  tak?  - odpo-
wiedział Maurice. - Facet, którego znałem, czy  też 
nie znałem, nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
-Może wcale się nie kąpał — stwierdził Monk.
-Czy   wspominał   kiedykolwiek   o   kimś   ważnym   w 
swoim życiu?  - zapytałam. - Jest ktoś, kto mógłby 
powiedzieć o nim coś więcej?
-Chyba tylko ten ksiądz - odpowiedział Maurice.

background image

18

Monk idzie do kościoła

Monk   postanowił   porozmawiać   z   ojcem   Bowenem 
podczas   porannej   mszy,   więc   ogłosiliśmy   fajrant.   Po-
myślałam,   że  to   świetny  pomysł,   a   przede   wszystkim 
Stottlemeyer   będzie   miał   czas,   by   zadzwonić   do   ojca 
Bowena i ostrzec go, że przyjdziemy. Nie miałam ocho-
ty   próbować   finezji   na   księdzu.   Wystarczą   mi   moje 
dotychczasowe potyczki z Panem Bogiem.

Ale   nie   miałam   zamiaru   zostawić   Mońka,   nie   do-

wiadując się, co myśli nie tylko o sprawie Webstera, ale 
również o sprawie Trevora. Kiedy siedział już w moim 
samochodzie, nie miał wyboru  i musiał mnie słuchać. 
Wybrałam   zatem   okrężną   drogę   do   jego   domu,   co   w 
praktyce oznaczało przewiezienie go po śródmieściu San 
Francisco.

-Skąd   pewność,   że   Ronald   Webster   został   zamor-
dowany? - zapytałam.
-Zaatakował go aligator.
-To się może zdarzyć.
-Gdzieś na bagnach - stwierdził Monk. - Nie na plaży 
w San Francisco.
-Istnieje   przecież   możliwość,   że   aligator   uciekł 
jakiemuś domorosłemu hodowcy i zaatakował plażo-
wicza, prawda?
-To oznaczałoby, że aligator musiał biec po piasku 
przez otwartą plażę, aby dopaść ofiarę - mówił

186

background image

Monk. - Albo czekał na zdobycz w rozlewisku i uderzył, 
gdy   Webster   usiadł   na   skale,   żeby   się   rozebrać.   Z 
wielkim   trudem   uwierzyłbym   w   którąkolwiek   z   tych 
wersji.

-Może   Ronald   się   kąpał,   utonął,   a   kiedy   morze 
wyrzuciło ciało na ląd, dopadł je aligator?
-Przypuszczam, że mogłoby się tak stać - powiedział 
Monk. - Ale również w tę wersję nie wierzę.
-Dlaczego nie?
-Bo wydaje się nie pasować do charakterystyki jego 
osobowości, podanej nam przez sprzedawcę butów - 
powiedział   Monk.   -   Poza   tym   taka   wersja   jest 
śmieszna.
-Śmieszne rzeczy też się zdarzają - stwierdziłam. - 
Niech pan sobie wyobrazi, co myśleli ludzie, widząc 
pana   chodzącego   po   Los   Angeles   w   masce   prze-
ciwgazowej.
-Co w tym śmiesznego?

Nie było sensu wyjaśniać, więc dałam sobie spokój.

-Co jeszcze pana przekonuje, że jest to morderstwo, a 
nie potworny wypadek?
-Nie było jego samochodu - stwierdził Monk. -Coś 
mi   podpowiada,   że   znajdziemy   go   pod   domem 
Webstera lub w okolicy sklepu z butami. Cała ta sy-
tuacja   została   szczegółowo   obmyślona   przez   tego, 
kto zabrał go na plażę i zabił, pozorując kąpiel czy 
opalanie się w stroju Adama.
-Więc uważa pan, że atak aligatora to lipa?
-To   najprostsze   i   najbardziej   logiczne   wyjaśnienie. 
Lekarz sądowy w miarę łatwo określi, czy to było 
oszustwo.

- Dlaczego komuś zależałoby na tym, żeby śmierć

Ronalda   Webstera   wyglądała   jak   atak   aligatora   na
plaży dla nudystów?

187

background image

—W tym tkwi tajemnica - odparł.

Była to zdecydowanie bardziej intrygująca i bardziej 

Monkowa   zagadka   niż   morderstwo   Ellen   Cole,   co 
sprawiało, że trudniej było mu się jej oprzeć. To raz, a 
dwa, cała akcja rozgrywała się w San Francisco, a nie w 
toksycznym środowisku Los Angeles.

- To   jedna   tajemnica-powiedziałam.   -Wciąż   ma

pan   jednak   do   rozwiązania   tę   drugą   zagadkę.   Kto
naprawdę   zabił   Ellen   Cole.   Sharona   bardzo   na   pana
liczy w tej kwestii. Również Benji. I ja także.

Monk niemal zwinął się w kłębek.
—To nie jest takie proste - powiedział.
Rzuciłam mu chłodne spojrzenie.
—Ktoś   przyłożył   Ellen   Cole   lampą   w   głowę.   To

nie   jest   ani   tak   dziwne,   ani   tak   skomplikowane   jak
większość spraw, które pan rozwiązał.

- To   w   pewnym   sensie   zbyt   proste   -   odrzekł

Monk. — A co za tym idzie, zbyt złożone.

—Nie rozumiem.
-Im więcej jest szczegółów, które do siebie nie pa-
sują,   które   pozornie   nie   mają   sensu,   tym   bardziej 
muszę się zagłębiać w śledztwo — tłumaczył Monk. 
— Zabicie kogoś przez aligatora na plaży naturystów 
w ogóle nie mieści się w głowie, tak bardzo, że poja-
wia się morze rozmaitych pytań i wiele nielogiczno-
ści,   które   trzeba   wyjaśnić.   W   sprawie   Ellen   Cole 
wiem tyle, że ktoś, nie Trevor, uderzył ją lampą.
-I wrobił w to Trevora - dodałam.
—Wrobił albo nie—stwierdził Monk. - Trevor może

nie   być   winny   zabójstwa   Ellen   Cole,   ale   może 
odpowiadać za pozostałe zarzucane mu czyny. Nawinął 
się policji i stał się kozłem ofiarnym. Tam nie ma dla
mnie nic więcej do roboty.

- Jednak trudno narzekać na brak podejrzanych.

188

background image

- Ale   ja   im   wierzę   -   powiedział   Monk.   -   Nie   są

dzę,   aby   biedną   EUen   Cole   zabiła   jej   kochanka   czy
kochanek   jej   kochanki,   czy   choćby   żona   kochanka
jej kochanki.

Zaczynałam się gubić, kto jest kim, ale zrozumiałam, 

o co chodzi Monkowi, nawet jeśli niekoniecznie chciał o 
tym głośno mówić.

-Uciekł pan - oskarżyłam go.
-Oczywiście   -   przyznał.   —Widziałaś   tamtejszych 
ludzi. Widziałaś tamtejsze powietrze. Powietrza prze-
cież nie powinno się widzieć. Ani przeżuwać.
-Nie dlatego pan uciekł.
-Dlatego uciekłem z wrzaskiem.

-Uciekł pan z Los Angeles ze strachu przed porażką - 
powiedziałam twardo. - Nie ma pan bladego pojęcia, 
kto zabił EUen Cole, i nie wie pan nawet, odv czego 
zacząć.
-Wiem, że na pewno nie znajdę odpowiedzi, siedząc 
w Los Angeles i przepytując każdego, kogo łączy coś 
z Ellen Cole czy Trevorem Flemingiem.
-Wydawało mi się, że w ten właśnie sposób prowadzi 
się dochodzenie. Zadając pytania, zdobywając nowe 
informacje i szukając sprzeczności.

Monk potrząsnął głową.

-Zwykle   wszystko   wiem   już   podczas   pierwszej 
bytności  na miejscu przestępstwa. Dostrzegam  coś, 
co   nie   pasuje   do   całości,   próbuję   dopasować   do 
siebie elementy i dedukuję, jak rzeczywiście doszło 
do zabójstwa.
-W domu Ellen Cole widział pan mnóstwo rzeczy, 
które nie pasowały do całości.
-Ale nie dostrzegłem tego  c z e g o ś   jednego -odparł 
Monk.
-Wydaje się panu, że zobaczy pan to stąd? Jesteśmy 
oddaleni od Los Angeles o setki kilometrów.

189

background image

- Już to zobaczyłem. Tylko jeszcze nie zdaję sobie

z tego sprawy.

Teraz wszystko wydawało mi się logiczne.

-Pan się boi, że nigdy sobie tego nie uświadomi?
-Już raz mi się to zdarzyło - powiedział cicho Monk.

Mówił o swojej żonie Trudy i bombie podłożonej w 

samochodzie, która ją zabiła. Monk wciąż nie wiedział, 
kto się targnął na jej życie ani dlaczego.

Zawiódł ją.

Ta porażka na pewien czas go sparaliżowała. Osobą, 

która pomogła mu przejść przez koszmar i pokazała, jak 
odzyskać   życie,   była   Sharona.   Monk   się   bał,   że   tym 
razem zawiedzie również Sharonę.

-Dostrzeże   pan   ten   niepasujący   szczegół   -   pocie-
szyłam go. — Na pewno go pan dostrzeże.
-Skąd ta pewność?
-Bo jest pan Adrianem Monkiem - powiedziałam. -1 
ja w pana wierzę.
-Wolałbym, żebyś we mnie nie wierzyła.
-W coś trzeba wierzyć, panie Monk.
-Przecież   wierzę   -   odpowiedział   poważnie.   -   Nie 
sądzę jednak, aby środki do czyszczenia Formuła 409 
rozwiązały moje problemy.

Z powodu złamanej ręki Julie nie mogła grać w pił-

kę, ale bardzo chciała  pojechać  na sobotni  trening do 
parku   Dolores,   by   podtrzymywać   drużynę   na   duchu. 
Domyślałam się, że chciała też zapewnić jak największą 
oglądalność swojej gipsoreklamie. Świetnie się składało, 
bo Monk chciał  w tym  samym  czasie porozmawiać  z 
księdzem  w  misji  Dolores, która  znajdowała  się dwie 
przecznice za parkiem.

190

background image

Misję   założyli   w   1776   roku   Hiszpanie,   chcąc   na-

wracać Indian, z których pięć tysięcy zapadło wkrótce na 
ciężką różyczkę. Była to epidemia przywleczona przez 
tych   samych   ludzi,   którzy   pragnęli   ocalić   Indian   i 
zawrócić   ich   z   pogańskiej   ścieżki.   Piękny   kościół   z 
suszonej   cegły   stojący   dzisiaj   w   San   Francisco, 
zbudowany   został   w   1791   roku   przez   neofitów,   jak 
wdzięcznie   określono   tych   spośród   rdzennych   Ame-
rykanów, którzy szczęśliwie przeżyli epidemię i stali się 
chrześcijanami.   Misyjne   mury   o   grubości   ledwie 
dziesięciu centymetrów przetrwały upływ  czasu i trzę-
sienie   ziemi   w   1906   roku,   więc   uznałam,   że   kościół 
wytrzyma też wizytę Adriana Mońka.

Postanowiłam   nie   mówić   mu   o   epidemii   różyczki, 

mimo że miała miejsce przed ponad dwustu laty, bo za 
nic w świecie nie wszedłby do kościoła. Gdyby się o niej 
dowiedział,   może   nawet   wyprowadziłby   się   z   San 
Francisco.

Zjadłyśmy z Julie śniadanie wcześniej niż zwykle i 

pojechałyśmy naszym zastępczym samochodem po pana 
Mońka.   Potem   zostawiłam   Julie   w   parku   z   drużyną   i 
pojechaliśmy z  Monkiem  do misji. Dotarliśmy tam  w 
środku porannej mszy.

Nawa  kościoła była  długa  i wąska, zapełniona pa-

rafianami, którzy stali zwróceni twarzą do pozłacanego 
barokowego   ołtarza   oraz   księdza   w   białej   sutannie   i 
zielonym ornacie.

Przed   nami,  głośno  szurając   butami,  wchodziła  do 

kościoła   jakaś   starsza   kobieta.   W   wejściu   stał   ponad-
trzydziestoletni   diakon,   który   powitał   nas   uprzejmym 
skinieniem głowy i uśmiechem.

Kiedy weszliśmy do środka, starsza pani umoczyła 

palce w naczyniu ze święconą wodą, przeżegnała się, a 
potem pocałowała palce.

191

background image

Monk jęknął głucho i poprosił mnie gestem o chu-

steczkę.   Podałam   mu   chusteczkę,   a   on   natychmiast 
wyciągnął ją do kobiety.

-Niech pani weźmie - powiedział. - Szybko.
-Po co?
-Chodzi   o   wodę   oczywiście-odpowiedział   Monk. 
-Nie widziała pani, ilu ludzi moczyło w niej swoje 
wstrętne paluchy?
-Nic nie szkodzi, młody człowieku — odparła. -Tb 
błogosławieństwo.
-Ale ta woda nie jest dezynfekowana — upierał się 
Monk.
-Bóg uczynił ją czystą.
-Pani ma swoje lata i z pewnością słabą odporność na 
infekcje   -   nie   ustępował   Monk.   -   Powinna   pani 
natychmiast   przepłukać   gardło   jakimś   silnym 
płynem,   zanim   śmiertelne   zarazki,   którymi   obsma-
rowała pani wargi, dokonają inwazji na wiekowy or-
ganizm.
-Powinien   pan   się   wstydzić—nie   wytrzymała   ko-
bieta, odwróciła się i odeszła, szurając butami.
-Ta   kobieta   szuka   śmierci   -   stwierdził   Monk,   od-
wracając się do mnie akurat w chwili, gdy zanurza-
łam palce w święconej wodzie, chcąc się przeżegnać.

Nie jestem osobą religijną, ale doszłam do wniosku, 

że   skoro   nadarza   się   okazja,   małe   błogosławieństwo 
nigdy nie zaszkodzi.

Monk wcisnął mi w rękę chusteczkę.

-Czyś ty postradała rozum, kobieto?
-Panie Monk, proszę - wyszeptałam.  -  Znajdujemy 
się w kościele.
-Znajdujemy się w strefie silnego skażenia — odpo-
wiedział Monk. — Ktoś musi ocalić tych zbłąkanych 
ludzi.

192

background image

- Wydaje mi się, że próbuje to robić ojciec Bowen -

zasugerowałam,   patrząc   ponad   głową   Mońka   w   kie
runku   ołtarza   i   widząc,   jak   ksiądz   posyła   nam   karcą
ce stalowe spojrzenie.

Ten ksiądz równie dobrze mógłby być  samym  Bo-

giem. Poczułam, jak ze strachu dusi mnie w dołku,

Monk   przeszedł   obok   mnie   do   naczynia   z   wodą 

święconą, nabrał powietrza w płuca i zanurzył w wodzie 
obie dłonie. Krzywiąc się potwornie, jakby wsadził ręce 
w   elektrolit,   zaczął   wygarniać   wodę   z   naczynia   i 
wynosić ją przez frontowe wyjście na zewnątrz.

Zszokowany   diakon   stanął   Monkowi   na   drodze, 

blokując wyjście.

-Co pan robi? - zapytał.
-Oczyszczam   siedlisko   nieczystości   -   odpowiedział 
Monk.
-To święcona woda - oburzył się diakon. - Ona nas 
uświęca.
-Roznosi   choroby   -   sprostował   Monk.   -   Potem   mi 
podziękujecie.

- Na pewno nie podziękuję — stwierdził diakon.  

Ta   woda   to   przywołanie   naszego   chrztu.   Oczyszcza
nas   z   grzechów   i   obmywa   nasze   dusze,   gdy   stajemy
przed obliczem Pana.

Monk znowu chciał zagarnąć dłońmi wodę, ale zła-

pałam go za ramię i odciągnęłam od naczynia.

-Jeśli rzeczywiście chce pan oczyszczać ludzi, niech 
pan tu postawi dystrybutor sanitarny do mycia rąk - 
pouczył diakona Monk.
-Panie   Monk   -   szepnęłam.   -   Ludzie   używają 
święconej wody od dwóch tysięcy lat.
-To   tłumaczyłoby   między   innymi   czarną   śmierć 
--powiedział   Monk.   -   Chusteczka.   Chusteczka. 
Chusteczka.

193

background image

Podałam mu trzy chusteczki, jak kazał, a on zaczął 

szorować   nimi   ręce,   jakby   chciał   wyglansować   je   do 
połysku.

- W głowie się nie mieści - skomentował.
Z całą pewnością.

Całkowicie   nie   zauważał,   że   ściąga   na   nas   uwagę 

wszystkich ludzi, ale ja zauważałam. Uśmiechałam się 
przymilnie   na   posyłane   w   naszą   stronę   piorunujące 
spojrzenia, usiłując milcząco przeprosić za brak ciszy i 
szacunku ze strony Mońka.

Po chwili wierni zaczęli wychodzić z ławek i usta-

wiać się szpalerem w przejściu między nimi, aby przy-
stąpić   do   komunii   świętej.   Nagle   uderzyła   mnie   po-
tworna wizja tego, co mogło zaraz nastąpić. Wiedzia-
łam,   że   mam   tylko   kilka   sekund,   aby   zapobiec 
katastrofie.

-Musimy już iść. - Próbowałam pociągnąć Mońka w 
kierunku wyjścia. — Wrócimy później.
-Dlaczego mamy wychodzić?  - zapytał  Monk, wy-
rywając się z mojego uchwytu. - Czeka na nas ojciec 
Bowen. Musimy mu zadać parę pytań.
-Poczekamy na zewnątrz, aż msza dobiegnie końca. 
Wtedy z nim porozmawiamy.
-Ciągniesz  mnie to tu, to tam. Naprawdę mam już 
tego dosyć — zniecierpliwił się Monk.
-Przepraszam. - Podniosłam do góry ręce. - Proszę, 
panie Monk, niech pan to zrobi dla mnie.

Monk wzruszył ramionami i już się odwrócił w kie-

runku   wyjścia.   Kiedy   jednak   zrobił   pierwszy   krok, 
usłyszeliśmy donośny głos ojca Bowena.

- Ciało Chrystusa.

Być może samo słowo „ciało" zwróciło uwagę Moń-

ka, a może po prostu fakt, że te słowa zostały wypo-
wiedziane głośno.

194

background image

Nieważne z jakiego powodu, dość, że Monk spojrzał 

w kierunku ołtarza w chwili, kiedy ojciec Bowen kładł 
hostię na języku jednej z parafianek.

Młoda kobieta przyjęła hostię, powiedziała „Amen" i 

podeszła   do   ministranta,   który   podsunął   jej   kielich   z 
mszalnym  winem. Kobieta wypiła łyk. Ministrant otarł 
brzeg   kielicha   kawałkiem   białego   płótna,   obrócił   go 
troszkę i podsunął następnej osobie w kolejce.

Monk stał osłupiały i patrzył z niedowierzaniem, jak 

ojciec Bowen kładzie hostię na języku kolejnej osoby, 
tym   razem   mężczyzny,   który   po   chwili   podchodzi   do 
ministranta   z   kielichem   i   upija   drobny   łyk   mszalnego 
wina.

—Widziałaś?
—Możemy porozmawiać o tym na zewnątrz — za-
sugerowałam.
Monk przyglądał  się, jak następna osoba, łysiejący 

mężczyzna z małą bródką, otwiera usta i wysuwa język. 
W   chwili   kiedy   ojciec   Bowen   chciał   na   nim   położyć 
hostię, Monk wrzasnął:

- Dość!

Wszyscy zamarli. Miałam ochotę wczołgać się pod 

najbliższą ławkę, żeby mnie nikt nie widział. Koszmar, 
który przewidziałam parę chwil temu, stawał się właśnie 
rzeczywistością.   Dlaczego   nie   przewidziałam   go   kilka 
godzin temu?

—Ludzie,   co   w   was   wstąpiło?   -   Monk   skierował

to pytanie do całego zgromadzenia.

-Boża miłość - odpowiedział łysiejący mężczyzną z 
bródką.
-Najpierw   wszyscy   wkładacie   palce   do   tej   samej 
wody,   a   teraz   godzicie   się,   żeby   ten   człowiek... 
-Monk   podszedł   do   ojca   Bowena,   siwiejącego 
mężczyzny   inocno   po   pięćdziesiątce,   który   zdawał 
się postarzeć

195

background image

o dziesięć lat, odkąd przekroczyliśmy z Monkiem próg 
jego kościoła. - .. .wsadzał wam palce do ust, nie myjąc 
ich za każdym razem? Dwie sekundy wcześniej te same 
palce były w ustach innego człowieka. Nie widział pan? 
Czy pan jest ślepy?

—To komunia święta - wyjaśnił ojciec Bowen.
—Tym   się   musi   zająć   Departament   Zdrowia   Pu-
blicznego — mówił Monk. — Jak możecie pić wino z 
tego samego kielicha? Kto wie, ile zakaźnych chorób 
noszą w sobie ludzie zgromadzeni pod tym dachem?
—Jednoczymy się w ten sposób z Chrystusem, który 
poświęcił życie na krzyżu, aby odkupić nasze grze-
chy - tłumaczył ojciec Bowen. - To samo robią każ-
dego dnia miliony ludzi na całym świecie.
—To   cud,   że   jacyś   katolicy   jeszcze   przetrwali 
-stwierdził Monk. — Zamykam to miejsce do czasu 
inspekcji Departamentu Zdrowia Publicznego. Wszy-
scy państwo zostają poddani kwarantannie. Nie wol-
no nam dopuścić do roznoszenia zarazków.

Ojciec Bowen odwrócił się do jednego z ministran-

tów, podał mu kielich z hostiami i szepnął mu coś na 
ucho, czego nikt nie słyszał. Po chwili odwrócił się z po-
wrotem do Mońka.

—Porozmawiajmy na zewnątrz - powiedział i skinął 
na   nas,   byśmy   wyszli   za   nim   na   cmentarz.   -   Nie 
opuścimy murów misji.
—Nie wierzę własnym oczom—powiedział do mnie 
Monk, kiedy szliśmy w kierunku bocznego wyjścia. 
-Od czasu powrotu Sharony świat po prostu nie jest 
już taki sam.

Nie mogłam się z tym nie zgodzić.

background image

19

Monk wysłuchuje spowiedzi

O dziwo, ojciec Bowen  robił wrażenie człowieka nad 
wyraz spokojnego, zważywszy na fakt, że stał przed nim 
intruz,   który   przed   chwilą   zakłócił   poranną   mszę. 
Staliśmy obok statuy ojca Junipera Serry, który założył 
misję Dolores (podobnie jak dwadzieścia innych misji w 
Kalifornii).   Ojciec   Serra,   który   miał   zaledwie   metr 
pięćdziesiąt   wzrostu,   musiałby   wejść   na   drabinę,   by 
stanąć oko w oko ze swoją pomnikową podobizną.

- Przykro   mi,   jeśli   nasze   praktyki   religijne   stoją

w   sprzeczności   z   pańską   osobistą   wiarą   —   zaczął   oj
ciec   Bowen.   -   Dopóki   jednak   pozostaje   pan   na   tere
nie   tego   kościoła,   zmuszony   jestem   wymagać,   aby
respektował pan nasze zwyczaje.

- Zarazki ich nie respektują - odpowiedział Monk.
Byłam naprawdę szczęśliwa, że nie wspomniałam

Monkowi o epidemii różyczki.

-Z pewnością nie przyszedł pan tutaj w trosce o ludzi 
i roznoszone choroby — powiedział ksiądz.
-Zawsze się o to troszczę.
-Przyjechaliśmy   porozmawiać   o   Ronaldzie   Web-
sterze - wtrąciłam. - To jest Adrian Monk.
-A... tak. - Ojciec Bowen pokiwał głową. - Policja 
ostrzegała mnie, że pan się pojawi.
-Ostrzegała? - zdumiał się Monk.
-Przepraszam, źle dobrałem słowa - powiedział

197

background image

ojciec Bowen. — Raczej, e... uprzedzono mnie. Z przy-
jemnością państwu pomogę, jeżeli będę mógł.

-Na   początek   proszę   zakładać   sterylne   rękawiczki 
podczas podawania ludziom opłatków.
-Miałem  na myśli  sprawę  Ronalda Webstera.  Jego 
śmierć głęboko mną wstrząsnęła.
-Co bardziej? Śmierć czy sposób, w jaki zginął?
-Wiem   tylko   tyle,   że   utopił   się   na   plaży   Baker 
-powiedział ojciec Bowen. - Czy jest coś więcej?
-To plaża dla naturystów - powiedział Monk.
-Webster   został   zaatakowany   przez   aligatora   — 
dodałam.
-Aligatora? — Ojciec Bowen dopiero teraz był na-
prawdę   wstrząśnięty,   tak   wstrząśnięty,   że   musiał 
usiąść na ławce.
-Do tego był  nagi  - dorzucił Monk. - Wszyscy na 
plaży byli nadzy.
-Skąd się wziął  na plaży aligator?  - zapytał  ojciec 
Bowen.
-Tego nie wiemy — odrzekł Monk. — Nie interesuje 
ojca, dlaczego Ronald Webster był nagi?
-Niezbyt.
-Dlatego, że Ronald często lubił się pokazywać  na 
golasa?
-Nie.
-Zatem   dlaczego   nie   interesuje   ojca   nagość   Web-
stera? - dopytywał się Monk.
-Bo zabił go aligator - odparł ojciec Bowen. -Nigdy 
nie słyszałem, by w San Francisco doszło do czegoś 
takiego.
-Jakim   człowiekiem   był   Ronald   Webster?   -   za-
pytałam.
-Nadzwyczaj   sumiennym,   łagodnym   i   oddanym 
Bogu.

198

background image

-I trochę nudnym - dodałam. - Tak w każdym razie 
słyszeliśmy.
-Z   pewnością   nie   był   typem   otwartego   człowieka, 
jeśli to pani ma na myśli - powiedział ojciec Bo-wen. 
— Ale miał dobre serce. Bardzo się o to starał.
-Dlaczego? - zapytał Monk.
-Co dlaczego?
-Dlaczego tak bardzo się starał?
-Wszyscy się staramy,  panie  Monk - odpowiedział 
ojciec Bowen.
-Ale on starał  się bardziej niż inni, tak? - naciskał 
Monk.
-Być może - odpowiedział ojciec Bowen, zmieniając 
nieporadnie pozycję na ławce.
-Dlaczego   musiał   się   starać?   -   drążył   dalej   Monk. 
-Musi być jakiś powód.
-Bycie dobrym  jest celem samym  w sobie—powie-
dział. - Dzięki temu jesteśmy błogosławieni w oczach 
Pana.
-Websterowi   chyba   bardzo   zależało   na   tym   bło-
gosławieństwie,  skoro  codziennie  rano  pojawiał  się 
na mszy - stwierdził Monk. - Ojciec z pewnością był 
świadom jego oddania, bo w przeciwnym  razie nie 
okazywałby takiej troski, kiedy Webster nie pojawił 
się na mszy i nie pytałby ojciec o niego w sklepie.
-Zawsze   się   troszczę   o   dobro   parafian   -   stwierdził 
ojciec Bowen.
-Gdyby   to  była   prawda,   nie   kazałby  im   ojciec   pić 
wina z jednego kielicha.

Odezwałam się szybko, by zmienić temat.

-Czy   może   nam   ojciec   powiedzieć,   czy   Webster 
utrzymywał stosunki ze swoją rodziną i przyjaciółmi? 
Jaka jest jego przeszłość?
-Nigdy o tych sprawach ze mną nie rozmawiał -

199

background image

powiedział ojciec Bowen, znowu zmieniając niepewnie 
pozycję na ławce. - Rozprawialiśmy o kwestiach wiary.

Nie jestem ani psychologiem, ani żadnym ekspertem 

od   ludzkich   zachowań,   ani   nawet   wnikliwym 
obserwatorem mowy ciała, ale odniosłam zdecydowane 
wrażenie, że zwykłe pytania wprawiają ojca Bowena w 
zakłopotanie.

-Podobnie   scharakteryzował   Ronalda   jeden   z   jego 
kolegów ze sklepu - rzekł Monk. - Jednak zdaniem 
tego kolegi Ronald wręcz starał się robić wrażenie 
nudnego człowieka. Zabawne, ojciec użył takiego sa-
mego sformułowania, opisując go nam jako człowie-
ka o dobrym sercu.
-Nie rozumiem, o co panu chodzi.
-Myślę,   że   Webster   zupełnie   świadomie   chciał 
uchodzić za nudziarza. Nie chciał się rzucać w oczy i 
dlatego nie wierzę, by dobrowolnie poszedł na plażę 
dla   nudystów   -   mówił   Monk.   -   Myślę   też,   że 
próbował pokonać w sobie poczucie wielkiej winy, 
dlatego codziennie rano przychodził do kościoła.
-Nawet jeśli ma pan rację, to nie bardzo rozumiem, 
co to może mieć wspólnego ze śmiercią Ronalda.
-Wydaje   mi   się,   że   bardzo   dobrze   zrozumiałbym 
przyczynę, dla której ktoś nie chce zwracać na siebie 
uwagi i żyje w poczuciu winy.

Kiedy Monk to powiedział, mnie również to przyszło 

do głowy.

-Ronald   Webster   popełnił   jakieś   potworne   prze-
stępstwo, ale udało mu się ujść karze - stwierdziłam. 
-Zależało mu na rozgrzeszeniu.
-Czy otrzymał rozgrzeszenie? — zapytał Monk.
-Oczywiście   —   odparł   ojciec   Bowen.   -   Bóg   prze-
bacza.

200

background image

-Prawo nie - zauważył Monk.
-Może   ktoś   jeszcze   nie   miał   zamiaru   przebaczać 
Websterowi - dodałam.

Na   tę   uwagę   ojciec   Bowen   wzruszył   tylko   ramio-

nami.

- Co zrobił Ronald? - zapytałam.

Ojciec Bowen zagryzł dolną wargę. Domyśliłam się, 

że popadł w jakieś moralne czy etyczne rozterki.

-On   już   nie   żyje,   proszę   ojca   -   powiedziałam. 
-Mówiąc nam, co ojcu wyjawił, nie złamie ojciec ta-
jemnicy spowiedzi.
-To   może   pomóc   w   złapaniu   jego   mordercy   -   za-
uważył Monk.
-Kapitan   nic   mi   nie   powiedział,   że   Ronald   został 
zamordowany - stwierdził ojciec Bowen. - Powiedział 
tylko, że okoliczności jego śmierci nie są jasne.

- Ja jestem ich pewny - podkreślił Monk.
Ojciec Bowen westchnął.
- Dziesięć   lat   temu,   gdzieś   po   wschodniej   stro

nie   zatoki,   Ronald   jechał   za   szybko   samochodem.   Po
trącił   młodą   kobietę.   Siła   uderzenia   rzuciła   ją   na
przednią szybę. Zanim spadła na pobocze drogi, przez
parę   sekund   patrzyła   mu   w   oczy.   Zamiast   się   zatrzy
mać i jej pomóc, Ronald pojechał dalej.

- Kobieta zginęła? - zapytałam.
Ojciec Bowen pokręcił głową.

- Była   ciężko   ranna.   Wiele   skomplikowanych   zła

mań.   Obrażenia   wewnętrzne.   Prawdopodobnie   została
kaleką do końca życia. Ronald mówił mi, że o wypad
ku   szeroko   się   rozpisywała   prasa.   Policja   apelowała,
by zgłaszać każdą informację mogącą doprowadzić do
ujęcia kierowcy,  który zbiegł  z miejsca wypadku.  Jed
nak   nie   było   świadków,   a   biedna   dziewczyna   nie   pa
miętała nic na temat samochodu, który w nią uderzył.

201

background image

-Więc Ronaldowi się upiekło - powiedziałam.
-Przeciwnie — zaprzeczył ojciec Bowen. — Za każ-
dym razem, gdy zamykał oczy, widział jej twarz. Po-
czucie winy było dla niego prawdziwą torturą.
-Jednak   niedostateczną,   aby   się   ujawnić   i   wziąć 
odpowiedzialność   za   swoje   czyny   -   powiedział 
Monk.
-Dawał   jej   pieniądze  -  mówił   ojciec   Bowen.   -  Co 
parę miesięcy posyłał kopertę wypchaną pieniędzmi. 
Oczywiście anonimowo.
-Ile wysyłał? - zapytałam.
-Różnie - odpowiedział ojciec Bowen. - W ciągu lat 
uzbierały   się   tego   dziesiątki   tysięcy   dolarów.   Był 
szczodry również dla kościoła.
-Dość szczodry, by kupić ojca milczenie? - zapytał 
Monk.

Ojciec Bowen zapłonął gniewem.

-Moje milczenie to oczywistość, panie Monk. Ludzie 
przystępują   do   spowiedzi   w   przekonaniu,   że 
wszystko, co usłyszę z ich ust, pozostanie w absolut-
nej tajemnicy.
-Nawet jeśli popełnili przestępstwo?
-Wszyscy jesteśmy grzesznikami, panie Monk.
-Ja nie - zaoponował Monk. - Ja wiodę czyste życie.
-Nikt   nie   jest   aż   tak   czysty   -   odpowiedział   ojciec 
Bowen.

Kusiło mnie, żeby zaprosić ojca Bowena do domu 

Mońka, ale nie chciałam burzyć podwalin jego wiary.

Udało mi się umówić wizytę Julie u koleżanki z dru-

żyny, której mama zgodziła się zaprosić ją do siebie na 
cały   dzień.   Mój   dług   wobec   innych   matek   rósł   nie-
miłosiernie, ale doszłam do wniosku, że w dalszej

202

background image

perspektywie   to   mi   się   opłaci.   Niemniej   jednak   nie-
bawem będę zapewne spędzała poranki, wożąc dzieciaki 
do szkoły, a w ciągu dnia będę się nimi opiekowała u 
siebie w domu.

Podczas   gdy   omawiałam   z   rodzicami   szczegóły 

paktu, Monk kierował ruchem na trybunach i pilnował, 
by widzowie odpowiednio zajmowali miejsca. Wszyscy 
chętnie przystawali na te żądania, w każdym razie w jego 
obecności.   Przynajmniej   tyle   mogli   dla   niego   z 
wdzięczności   zrobić,  biorąc  pod  uwagę,  że  udowodnił 
morderstwo   trenerowi   przeciwnej   drużyny.   Slammerki 
przeszły   do   legendy   ligi,   choć   nie   wygrały   żadnego 
meczu.

Potem   wsiedliśmy   z   Monkiem   do   corroli   i   poje-

chaliśmy  prosto   do  warsztatu   wymienić   ją   na  mojego 
naprawionego jeepa cherokee. Po drodze rozmawialiśmy 
o śledztwie.

Ojciec   Bowen   nie   znał   nazwiska   kobiety,   którą 

potrącił   samochodem   Ronald   Webster,   ale   mimo   to 
zadzwoniłam do porucznika Dishera i poinformowałam o 
wszystkim,   czego   się   dowiedzieliśmy.   Disher 
powiedział, że zidentyfikowanie kobiety i znalezienie jej 
adresu   nie   powinno   mu   zająć   wiele   czasu.   Wreszcie 
przydadzą się na coś pieniądze podatników.

—Myśli   pan,   że   ta   kobieta   zwabiła   Webstera   na

plażę   i   nakarmiła   nim   swojego   aligatora?   -   zapyta
łam Mońka po rozmowie z Disherem.

-Z   całą   pewnością   miała   motyw   -   odpowiedział 
Monk.
-Ale dlaczego tak długo czekała z zemstą? I dlaczego 
miałaby go zaciągać na plażę nudystów? I dlaczego 
jako narzędzie zbrodni miałby jej posłużyć aligator?
—Musimy ją o to zapytać — stwierdził Monk.

203

background image

-Wydaje się, że jest wiele prostszych sposobów, by 
kogoś zabić — powiedziałam.
-To prawda - przyznał Monk. - Mogłaby go uderzyć 
w   głowę   lampą.   W   jakim   punkcie   śledztwa   byli-
byśmy wówczas?
-Niech pan nie będzie dla siebie taki surowy, panie 
Monk.

Szczerze mówiąc, bardzo się ucieszyłam, słysząc, że 

sprawa   EUen   Cole   nie   daje   Monkowi   spokoju. 
Oznaczało to, że wciąż o niej myśli. Ja myślałam na-
tomiast o Ronaldzie Websterze.

-To musiał być duży aligator - powiedziałam.
-Musiał być duży — zgodził się Monk.
-Myśli   pan,   że   ludzie   zauważyliby   takiego   zwie-
rzaczka u sąsiadki?
-Tak myślę.

- Czym się karmi domowego aligatora?
Monk wzruszył ramionami.
- Pewnie   kierowcami,   którzy   uciekają   z   miejsca

wypadku.

Wkrótce   odebraliśmy   jeepa   od   mojego   mechanika 

Neda. Kiedy przyszła chwila zapłaty za naprawę, Monk 
znacząco   stanął   daleko   od   kasy.   Bał   się   pewnie,   że 
mogłabym  go naciągać na pożyczkę. Mądry człowiek. 
Mnie jednak potrzebne były tylko sole trzeźwiące.

Odeszłam   od   kasy,   zastanawiając   się,   czy   potrafi-

łabym obrabować bank i wymknąć się policji. Mechanik 
i Monk stali już przy samochodzie.

-Sprawdził pan również tykanie?—pytał go Monk.
-Pani   Teeger   nie   mówiła   nic   o   żadnym   tykaniu 
-odparł Ned.
-Nie mówiłaś mu o tykaniu?
-Nigdy   nie   słyszałam   żadnego   tykania   -   odpo-
wiedziałam zdziwiona.

204

background image

—Och,   przecież   wyraźnie   słychać   tykanie   —   po-
wiedział Monk. - Bardzo uporczywe tykanie.
—Proszę,   oto   mężczyzna,   który   się   zna   na   samo-
chodach - pochwalił go Ned. - Niewielu ludzi zdaje 
sobie sprawę, że niewinne tykanie może być śmier-
telnym grzechotem tulei w zawieszeniu.
—To nie jest żaden grzechot. To tykanie - upierał się 
Monk. - O takie: tik, tik, tik...
—Stać   mnie   na   naprawę   najwyżej   jednego   „tika" 
-wtrąciłam. — O trzech nie mówię. Zabieramy samo-
chód i jedziemy.
—Co z tymi tulejami? — zapytał Ned.
—Obiecuję, że przyprowadzę  auto do naprawy,  jak 
tylko wygram na loterii — obiecałam.
—Ale jest  coraz  gorzej  — niepokoił  się Monk. — 
Przed wyjazdem do Los Angeles tykało co trzy se-
kundy, a teraz co dwie i pół. Zmierzyłem częstotli-
wość stoperem.
—To pewnie pana stoper tykał - stwierdziłam krótko.

Wsiedliśmy   do   samochodu   i   odjechaliśmy.   Wspo-

maganie   kierownicy   działało   doskonale,   a   samochód, 
przynajmniej moim zdaniem, sprawował się bez zarzutu. 
Monk narzekał ciągle na tykanie, którego nie słyszałam. 
Podejrzewam,   że   było   słyszalne   jedynie   dla   Mońka   i 
psów. Po paru minutach przestał w końcu biadolić na 
temat tykania, dzięki czemu mógł zacząć utyskiwać na 
brud w samochodzie, zwłaszcza na piach w dywaniku. 
Stwierdził,   że   czuje   się,   jakby   trzymał   nogi   w   kupie 
żwiru.

—Niech  mi   pan  wybaczy   —  powiedziałam.  -   Nie 
miałam czasu pojechać do myjni. Mieliśmy ostatnio 
zwariowany okres.
—Już nie jest zwariowany - stwierdził Monk.

205

background image

Wizyta   z   Adrianem   Monkiem   w   myjni   samocho-

dowej   oznaczała   w   najlepszym   razie   stratę   trzech 
godzin,  a   nie  wyobrażałam   sobie,   abyśmy   mieli  mar-
nować tyle czasu podczas prowadzenia dwóch śledztw.

-Prowadzi   pan   dwa   dochodzenia   w   sprawie   mor-
derstw - przypomniałam mu.
-Mamy akurat ciszę na froncie.
-Nie musimy mieć żadnej ciszy - odparłam. -Może 
pan pomyśleć, kogo jeszcze można o coś zapytać.
-Już pomyślałem. Chciałem zapytać ciebie, czy nie 
pojechałabyś z samochodem do myjni.

W tej chwili zadzwonił mój telefon komórkowy. To 

był   Disher.   Miał   już   nazwisko   i   adres   kobiety,   którą 
potrącił Ronald Webster. Nazywała się Paula Dalmas i 
mieszkała w Walnut Creek.

-Chwila ciszy na froncie już minęła - oświadczyłam.
-Żeby tak zmarnować taką wspaniałą chwilę ciszy. .. 
- westchnął Monk.

background image

20

Monk idzie do ortodonty

Walnut Creek było niegdyś ciekawym miasteczkiem nad 
rzeczką,   która   wiła   się   uroczo   wśród   orzechowych 
sadów,   w   cieniu   Mount   Diablo.   Sady   jednak 
wykarczowano w latach sześćdziesiątych i siedemdzie-
siątych, a bieg rzeczki zmieniono, czyniąc miejsce pod 
budowę   tysięcy   identycznych   domków,   których   bliź-
niacze   osiedla   nosiły   takie   nazwy   jak   Walnut   Acres, 
Walnut Grove czy Walnut Walk.

Z nastaniem nowego tysiąclecia centrum miasteczka 

zostało   zburzone   i   odbudowane,   stając   się   jednym 
wielkim   centrum   handlowym   w   stylu   disnejowskim, 
zaprojektowanym   z   zamysłem,   by  wywoływało   w   pa-
mięci obraz małych amerykańskich miasteczek, zamiast 
po prostu być małym amerykańskim miasteczkiem.

Doktor   Paula   Dalmas   prowadziła   praktykę   orto-

dontyczną   w   centrum   medycznym,   idealnie   odzwier-
ciedlającym   etos   nowego   Walnut   Creek.   Jej   gabinet 
znajdował się w zespole identycznych gabinetów, który 
przypominał   centrum   handlowe   i   nosił   nazwę   niczym 
osiedle   mieszkaniowe:   Park   lekarzy.   Brakowało   tylko 
chińskiej sieci  restauracyjnej  Panda Express, choć aby 
pasować do reszty, miś panda z logo tej sieci musiałby 
mieć zawieszony na szyi stetoskop.

Raz na miesiąc doktor Dalmas przyjmowała pa-

207

background image

cjentów także w sobotę — głównie dzieci i nastolatków, 
które zapewne nie mogły przyjechać w ciągu tygodnia, 
bo rodzice nie mieli czasu ich przywieźć.

To mi się podobało. Chciałabym, żeby również orto-

donta mojej córki  przyjmował  w weekendy.  Pomyśla-
łam, że może nawet warto byłoby przyturlać Julie aż do 
Walnut Creek i skorzystać z tych sobotnich godzin.

Mając   na   uwadze   strach   Mońka   przed   dentystą, 

sądziłam, że nie będzie mi łatwo nakłonić go do wizyty 
w gabinecie doktor Dalmas. Jednak ku mojemu dużemu 
zaskoczeniu   Monk   nie   okazał   najmniejszej   niechęci. 
Przeciwnie, wpadł do środka jak wicher.

Poczekalnia   była   wygodna   i   bardzo   przytulna, 

utrzymana w kojących kolorach ziemi i wyposażoną w 
mięciutkie fotele, które aż zapraszały, żeby się w nich 
zagłębić. Można by pomyśleć, że to zwykły pokój go-
ścinny w czyimś  domu, gdyby  nie wiszące  na ścianie 
plakaty   z   uzębieniem   „przed"   i   „po"   ortodontycznej 
kuracji,   rozłożone   na   stoliku  egzemplarze  dziecięcego 
pisemka   „Highlights   for   Children"   i   nieodzowne 
akwarium pełne tropikalnych rybek.

Na   spotkanie   z   panią   doktor   lub   innym   z   lekarzy 

czekało   dwoje   dzieci   z   rodzicami.   Sam   widok   tych 
dzieci,   tych   przezroczystych,   ledwie   zauważalnych 
aparatów   na   zębach,   napełnił   mnie   goryczą   i   szczerą 
zazdrością.

Kiedy   w   dzieciństwie   musiałam   nosić   aparat,   całe 

usta miałam wypchane splotem jakichś drucików, gumek 
i   połyskujących   sreberek   i   wstydziłam   się   w   ogolę 
uśmiechnąć. Druciki aparatu musiałam smarować; jakąś 
pastą, by nie podrażnić od środka policzków. Możecie 
sobie   wyobrazić,   jaka   była   ze   mnie   atrakcyjna 
dziewczyna.   Zresztą   nie   to   było   najgorsze.   Po   szkole 
musiałam jeszcze przypinać aparat do wymyślnej

208

background image

uprzęży na głowie (rodem chyba z kolekcji „Tower of 
London"), w której wyglądałam, jakby moja twarz była 
oddzierana wolno od czaszki.

Dwadzieścia lat później wciąż czułam tamten wstyd, 

i to do tego stopnia, że byłam wściekła na te Bogu ducha 
winne dzieciaki, bo nie muszą dziś przechodzić przez te 
same katusze co ja. Cóż, niewątpliwie muszę jeszcze nad 
sobą popracować.

Podeszłam  przedstawić  nas recepcjonistce,  a Monk 

tymczasem zaczął podziwiać jeden z plakatów na ścia-
nie. Stał przed nim w bezruchu, z rękami splecionymi z 
tyłu   i   z   wielkim   zainteresowaniem   przyglądał   się 
barwnym  obrazkom krzywych, żółtych zębów oraz ich 
wersji odmienionej, kiedy zęby są już wyprostowane i 
bielutkie. Można by pomyśleć, że zwiedza Luwr.

—Wspaniałe   —   zachwycał   się.   Wyciągnął   z   wew

nętrznej   kieszeni   marynarki   szkło   powiększające   i   za
czął dogłębnie badać uzębienie w obu wersjach „przed"
i „po". - Nieprawdopodobne - szepnął.

Recepcjonistka skinęła na mnie ręką.
—Pani   doktor   kończy   właśnie   spotkanie   z   pacjen

tem. Jeśli  państwo chcą,  mogą  teraz  do niej  zajrzeć  -
powiedziała.

Kiedy   jej   podziękowałam   i   się   odwróciłam,   zoba-

czyłam, że Monk trzyma w ręku miarkę i mierzy zęby na 
plakacie. Nie miałam pojęcia, co robi, ale widziałam, że 
z zadowoleniem potakuje głową.

—Przepiękne - westchnął.
—Panie Monk, czeka na nas pani doktor — powie-
działam.
—Jedną minutkę.

Włożył  miarkę z powrotem do kieszeni i podszedł 

wolno do recepcjonistki.

209

background image

-Przepraszam - zaczął. - Czy orientuje się pani, gdzie 
mógłbym nabyć to dzieło sztuki?
-Jakie dzieło? - nie zrozumiała.

Monk zrobił ręką gest w kierunku plakatu.

-To cudowne arcydzieło wielkiego geniuszu.
-Pan mówi o tych ilustracjach z zębami? — zapytała 
niepewnie recepcjonistka.
-W moim salonie wyglądałyby wprost bajecznie — 
rozmarzył się Monk. - Choć podejrzewam, że takie 
dzieło absolutnie nie jest na moją kieszeń.
-To coś? O ile pamiętam, był  to jakiś promocyjny 
dodatek   do   naszego   zamówienia   na   skrobaki   den-
tystyczne.

Monk się uśmiechnął.

-Proszę pani, ja mówię poważnie.
-To   było   gratis   -   zapewniała   recepcjonistka. 
-Rozdawali wszystkim.
-Rozumiem — Monk zniżył głos niemal do szeptu. - 
Pani   doktor   nie   chce,   żeby   wszyscy   wiedzieli,   ile 
zapłaciła. Mogłoby źle wpłynąć na jej praktykę, gdy-
by zaczęła świecić pacjentom w oczy swoim bogac-
twem. Doceniam pani dyskrecję.

Monk   przeszedł   za   mną   z   poczekalni   do   gabinetu 

lekarskiego. Korytarz obwieszony był rzędem fotografii 
przedstawiających naturalnie uśmiechniętych pacjentów 
doktor Pauli Dalmas, niektórych z aparatem na zębach, 
innych już bez. Monk szedł powoli, starając się dobrze 
przyjrzeć każdemu ze zdjęć. Z wyrazu jego twarzy jasno 
wynikało, że pozostaje pod olbrzymim wrażeniem tego, 
co ogląda.

Gabinet lekarski był ogromnym pomieszczeniem, w 

którym naprzeciw dużego panoramicznego okna z wi-
dokiem na wzgórza stały cztery fotele dentystyczne. W 
gabinecie były dwie nastolatki. Jednej z nich hi-

210

background image

gienistka   czyściła   starannie   zęby,   a   drugiej   kobieta   w 
białym fartuchu oglądała dokładnie jamę ustną -jak się 
domyśliłam,   była   to   doktor   Paula   Dalmas,   gdyż   jako 
jedyna miała na sobie lekarski kitel.

Była wysoka i szczupła, włosy miała związane w koń-

ski ogon, dzięki czemu wyglądała niemal równie młodo 
jak jej pacjentki.

-Wygląda już całkiem nieźle, Marisko - powiedziała 
do pacjentki. — Ale aparat musisz nosić częściej, bo 
wrócimy do punktu wyjścia.
-Ale on wygląda obciachowo -jęknęła dziewczyna.
-Nie   aż   tak   obciachowo   jak   wyglądały   przedtem 
twoje zęby - powiedziała ortodontka, ściągając z dło-
ni jednorazowe lateksowe rękawiczki.
-Powinnaś   słuchać   pani   doktor,   moja   młoda   pani-
odezwał się Monk. — Ona wykonuje dzieło Boga.

Doktor Dalmas uśmiechnęła się do Mońka.

-Bardzo miły komplement od kogoś, kogo nie znam.
-Pani przemienia chaos w porządek - mówił Monk. - 
Pani ratuje ludziom życie.
-Och, jedynie prostuję zgryz - odparła doktor Dalmas.

Monk potrząsnął głową i spojrzał na mnie.
- Dasz wiarę? Co za skromność, prawda?
Paula Dalmas dźwignęła się z widocznym trudem

z taboretu, podeszła niezgrabnym krokiem do kontuaru, 
przy którym stał pojemnik na niebezpieczne odpady, i 
wcisnęła do niego rękawiczki.

Zerknęłam na Mońka i zauważyłam, z jaką uwagą 

się przygląda kuśtykającej kobiecie. Domyślałam się, że 
jej nierówny krok musiał mu przeszkadzać. Równowaga 
i symetria były dla Mońka całym światem. Ale wyraz 
jego twarzy całkowicie mnie zasko-

211

background image

czył. W oczach tliła się prawdziwa czułość, a usta ścią-
gał gniew.

Kiedy lekarka umyła ręce i odwróciła się w naszą 

stronę, ta mina natychmiast z twarzy Mońka zniknęła, 
ale widziałam, że kosztowało go to wiele wysiłku. Nie 
chciał, aby doktor Dalmas domyśliła się jego uczuć.

-Macie   państwo   dziecko,   któremu   przydałby   się 
ortodonta, tak? - zapytała kobieta.
-Ja mam—przyznałam. — Ale nie dlatego tu przy-
jechaliśmy.

Doktor Dalmas spojrzała zdziwiona.

-Czym zatem mogę służyć? - zapytała.
-Chcieliśmy   porozmawiać   z   panią   o   Ronaldzie 
Websterze - powiedział Monk.
-Kto to jest?
-Człowiek,   który   wysyłał   pani   koperty   pełne 
banknotów.

Paula Dalmas spojrzała mu w oczy.  Monkowi ani 

drgnęła powieka.

- Przejdźmy do mojego  pokoju - poprosiła doktor

Dalmas.

Przekuśtykała   obok   nas,   wskazując   drogę.   Kiedy 

ruszyliśmy za nią, na twarzy Mońka znowu się pojawił 
ten dziwny wyraz.

Pokój   doktor   Dalmas   był   jasny   i   dobrze   wywie-

trzony.   Poduszki   na   sofie   uszyte   były   z   kwiecistych 
tkanin.   W   wazonach   stały   świeże   cięte   kwiaty,   a   tuż 
obok   nich   zdjęcia   męża   i   syna.   Na   ścianach   wisiały 
dyplomy   oprawione   w   ramki,   a   dalej   kolejne   zdjęcia 
rodzinne.   Bardzo   miła,   przytulna,   kobieca   przestrzeń. 
Dalmas usiadła za biurkiem, a my zajęliśmy dwa krzesła 
naprzeciwko niej.

- Nie   wyglądacie   na   agentów   policji   skarbowej   -

stwierdziła. - Jesteście państwo detektywami?

212

background image

-On   jest   detektywem   -   wyjaśniłam.   -   Nazywa   się 
Adrian   Monk.   Ja   jestem   jego   asystentką.   Natalie 
Teeger.
-Dla kogo pracujecie?
-Jestem konsultantem przy wydziale zabójstw policji 
San   Francisco   -   powiedział   Monk.   -   Pomagam 
prowadzić   dochodzenie   w   sprawie   morderstwa 
Ronalda Webstera.

Kobieta zamyśliła się na chwilę.

- Tb   ten   kierowca,   który   uciekł   z   miejsca   wypad

ku? — zapytała.

Monk przytaknął.

-Skąd pani wie?
-Zawsze   uważałam,   że   to   pieniądze   płynące   z   po-
czucia winy — wyjaśniła. — Do głowy przychodziła 
mi tylko jedna osoba, którą mogłoby trawić aż tak 
ogromne wyrzuty sumienia.
-Kiedy zaczęły przychodzić pieniądze? - zapytałam.
-Nie   pamiętam   dokładnie.   Rok   po   wypadku,   może 
dwa - odparła.—Mnóstwo czasu spędzałam wówczas 
w   szpitalu.   Straciłam   już   rachubę   tych   wszystkich 
operacji i zabiegów, które musiałam przejść, by jakoś 
poskładano   mnie   z   powrotem.   No,   ale   lekarze 
wykonali niezłą robotę.
-Wygląda pani znakomicie - powiedział z uśmiechem 
Monk.

Spojrzałam   na   niego.   Nie   potrafiłam   sobie   przy-

pomnieć,  bym  kiedykolwiek  słyszała  z ust Mońka ja-
kikolwiek   komplement   pod   adresem   kobiety   i   jej 
wyglądu.   Mnie   na   pewno   nigdy   nic   takiego   nie   po-
wiedział.

- Moich   blizn   nie   widać.   Ukrywam   je   -   powie

działa.

213

background image

-Każdy   ma   blizny   i   każdy   je   ukrywa   —   odparł 
Monk. — Pani czyni to lepiej niż większość.
-Nie mówię w sensie metaforycznym - sprostowała. - 
Moje blizny są jak najbardziej rzeczywiste.
-Podobnie   jak   blizny   wszystkich   innych   -   odpo-
wiedział Monk.
-Któregoś   dnia,   kiedy  mieszkałam   jeszcze   w  Oak-
land, dostałam grubą kopertę, na której ktoś odręcz-
nie napisał mój adres - mówiła dalej kobieta. - Adre-
su nadawcy nie było, tylko stempel pocztowy przybi-
ty w San Rafael.
-Ile było w kopercie? - zapytałam.
-Kilkaset   dolarów   -   odpowiedziała.   —   Potem   pie-
niądze przychodziły mniej więcej co parę miesięcy, 
zawsze wysyłane z innego miasteczka nad zatoką.
-Nie chciał, aby go zlokalizowano - stwierdził Monk.
-Kilka lat po wypadku wyjechałam z Oakland do San 
Diego,   gdzie  rozpoczęłam  studia.  Na   mój  adres  w 
Oakland nie nadeszła już ani jedna koperta - mówiła 
Dalmas. - Natomiast czekała na mnie w San Diego, 
tam,   gdzie   miałam   zamieszkać.   Od   tamtego   czasu 
koperty   pojawiały   się   wszędzie   tam,   gdzie   akurat 
mieszkałam.
-Śledził panią - powiedziałam. - To musiało budzić 
przestrach.
-Budziło.
-Ale nie zawiadomiła pani policji - powiedział Monk.
-Nie   miałam   pewności,   kto   przysyła   pieniądze 
-odparła.

-Poza tym — wtrąciłam - wydawała je pani. W 
jej oczach błysnęła złość.
-Nie ma takiej sumy pieniędzy, która mogłaby

214

background image

mi zrekompensować to, co straciłam na zawsze. Twarz 
mi   zrekonstruowano.   Biodra   były   zdruzgotane.   Nie 
mogłam  mieć dzieci. Syna  adoptowaliśmy.  Niech pani 
powie, jak mogłabym wydać choćby dziesięć centów z 
tych   pieniędzy.   Na   samą   myśl   o   tym   robiło   mi   się 
niedobrze.

-Więc co pani robiła z pieniędzmi? - zapytałam.
-Po   jakimś   czasie   już   nawet   nie   chciało   mi   się 
otwierać kopert. W miarę jak przychodziły, wrzuca-
łam   je  tylko  do  pudełka.   Wszystkie   koperty  wciąż 
mam u siebie.

-Na co je pani trzyma? - zapytał Monk. Dalmas 
wzruszyła ramionami.
-Na dzisiaj.
-Co takiego się dzisiaj dzieje? — zapytałam. 
Znowu wzruszyła ramionami.
-Gdzie on mieszkał? - zapytała.
-W San Francisco - odpowiedziałam. - Pracował jako 
sprzedawca butów. Codziennie rano chodził na mszę.
-W pewnym sensie dobrze wiedzieć, że dla zmycia 
winy   robił   coś   więcej   niż   wysyłanie   pieniędzy   — 
stwierdziła doktor Dalmas. - Miał rodzinę?
-Z   tego,   co   wiemy,   z   pełną   świadomością   wiódł 
samotne i bezbarwne życie - odrzekł Monk. - Nigdy 
się nie przestał bać, że zostanie ujęty.
-Zatem   i   on   cierpiał   -   powiedziała   w   zamyśleniu 
Paula Dalmas.
-Zapewne   tak.   Znalazł   się   jednak   ktoś,   komu   za-
leżało, aby cierpiał jeszcze więcej. Webster został za-
mordowany w szczególnie brutalny sposób.
-Jaki?

- Został zaatakowany przez aligatora.
Dalmas spojrzała na Mońka oszołomiona.

215

background image

-Jest pan tego pewny?
-Mogłem łatwo poznać po śladach ugryzienia.
-Uzębienie   homodontyczne   -   powiedziała   doktor 
Dalmas.
-Uzębienie   homodontyczne   -   powtórzył   jak   echo 
Monk. — Czyż to nie prawdziwe piękno?

Dalmas   przekrzywiła   głowę   i   przyjrzała   się   Mon-

kowi jakby w nowym świetle.

-Tak, myślę, że tak.
-Gdzie pani była w czwartek wieczorem? — zapy-
tałam.
-W   tym   czasie   został   zabity?   -   odpowiedziała   py-
taniem.
-Najprawdopodobniej - odparłam.
-Myślicie,  że to ja rzuciłam  go aligatorowi  na po-
żarcie?
-Miała pani wymarzony motyw — stwierdziłam.
-Ale nie mam aligatora — odparła Dalmas. — Nawet 
gdybym   miała,   nie   wiedziałam,   kim   jest   sprawca 
wypadku ani gdzie przebywa. Chociaż, owszem, wi-
działam go.
-Kiedy? - zapytał Monk. - Gdzie?
-Raz w jakimś hipermarkecie, a parę lat później przed 
jakimś   kinem.   Innym   razem   widziałem   go   na 
trybunach   w   czasie   meczu   baseballowego   drużyny 
Oakland A, na który zaciągnął mnie mąż.
-Mimo to wciąż nie dzwoniła pani na policję?
-Był   tylko   wpatrzoną   we   mnie   twarzą   w   tłumie 
-powiedziała   Dalmas.—Właściwie   nie   poznawałam 
jego twarzy.  Raczej oczy. Nigdy nie zapomnę tych 
oczu. Te spotkania trwały tylko moment. Mrugnęłam 
powiekami, odwróciłam się albo ktoś mnie minął i 
już go nie było. Nigdy nie byłam potem pewna, czy 
mi się nie przywidziało.

216

background image

- Ale wiedziała pani, że to nie było przywidzenie? -

powiedział Monk.

Przytaknęła.

-Wiedziałam.
-Nie powiedziała nam pani jeszcze, co pani robiła w 
czwartek wieczorem — przypomniałam.
-Mąż zabrał syna na cały tydzień do San Diego, do 
babci - powiedziała doktor Dalmas. - Ja cieszyłam się 
ciepłą, miłą i długą kąpielą z książką Nory Ro-berts.
-Zatem nie ma pani alibi — zauważyłam.
-Myślę, że nie mam — odpowiedziała. — Do jakiego 
kościoła chodził ten człowiek?
-Do misji Dolores - odpowiedziałam.
-Może przekażę te pieniądze misji — zastanowiła się 
głośno. — Czy to już wszystko?  Pacjenci  na mnie 
czekają.
-Mam   jeszcze   tylko   jedno   pytanie   -   odezwał   się 
Monk. - Gdzie mogę dostać taki plakat jak ten, który 
wisi w pani poczekalni?

background image

21

Monk i sekcja zwłok

W drodze powrotnej do San Francisco Monk siedział z 
opuszczoną  osłoną przeciwsłoneczną   i  mógł  zerkać   w 
lusterko   na   wciśnięty   na   tylne   siedzenie,   podarowany 
nam   przez   doktor   Dalmas   plakat   przedstawiający 
cudowną moc przemiany ortodontycznej.

-To arcydzieło przemieni moje mieszkanie w galerię 
sztuki — cieszył się Monk.
-Na   pewno   będzie   pan   jedynym   mieszkańcem   na 
całej   ulicy,   w   którego   salonie   wisi   plakat   denty-
styczny.
-Niewykluczone,   że   będę   musiał   zainwestować   w 
system alarmowy.
-I prenumeratę pisemka „Highlights for Children" - 
dodałam.
-Już abonuję.
-Już pan abonuje?
-Wyszukiwanie   różnic   między   dwoma   obrazkami 
pozwala   mi   utrzymywać   zmysł   obserwacji   na   naj-
wyższym   poziomie   -   wyjaśnił   Monk.   -   Poza   tym 
przygody Goofusa i Gallanta są naprawdę wyborne.
-Mam nadzieję, że to nie Paula Dalmas okaże; się 
zabójcą   -   powiedziałam.  -   Bo   wyglądałoby   to   tak, 
jakby pan przyjął korzyść majątkową.
-Ona nie może być zabójcą - zapewnił Monk.
-Ronald Webster przejechał się po niej samocho-

218

background image

dem   i   uczynił   ją   kaleką   na   całe   życie.   Dalmas   jest 
najbardziej prawdopodobnym podejrzanym. Nie mówiąc 
już o tym, że jedynym. Najistotniejsze jest to, że nie ma 
alibi.

—Ona nie mogła tego zrobić - upierał się Monk.
—Dlaczego?
—Bo mamy pokrewną naturę — odparł.
—W niczym nie jest pan do niej podobny.
—Oboje walczymy z niesprawiedliwością na świecie 
i naprawiamy zło — twierdził Monk.
—Ona   prostuje   zgryz.   Nie   widzę   tu   żadnej   nie-
sprawiedliwości.
—Widziałabyś,  gdybyś   miała  krzywe  zęby.  Doktor 
Dalmas przywraca porządek. Jak ja.
—Może   jej   rozumienie   sprawiedliwości   sprowadza 
się do tego, by rzucić Webstera na pożarcie bestii z 
idealnym uzębieniem?

Doskonale   zauważyłam,   jak  błysnęły  jej  oczy,   gdy 

Monk wspomniał o homodontycznym  uzębieniu. Może 
jednak są pokrewnymi naturami?

—Obserwowałam  pana,   kiedy  doktor  Dalmas   wsta

ła i przeszła przez gabinet - powiedziałam. - Miał pan
osobliwy wyraz twarzy. O czym pan myślał?

Kiedy   zadałam   to   pytanie,   na   twarzy   Mońka   na-

tychmiast pojawił się ten sam wyraz.

—Ronald Webster ją połamał. Lekarze usiłowali ją 
poskładać, ale nie do końca im się to udało. Teraz 
pani doktor poświęca życie dla naprawy innych ludzi 
i   jest   w   tym   wybitna   -   mówił   Monk.   -   To,   co   ją 
spotkało, było  straszne i okrutne. Ale zastanawiam 
się, czy właśnie nie z powodu Webstera i tego, co jej 
zrobił, doktor Dalmas jest taka znakomita w swoim 
fachu.
—Tego nigdy nie będziemy wiedzieć.

219

background image

- Ja może będę wiedział.
Może rzeczywiście tak. A jeśli się dowie, nastąpi to 

w dniu, jestem tego pewna, w którym znajdzie mordercę 
swojej żony.

Jechaliśmy   przez   Bay   Bridge,   kiedy   zadzwonił   do 

nas   Stottlemeyer   i   powiedział,   że   lekarz   sądowy   za-
kończył   autopsję.   Kapitan   prosił,   żebyśmy   się   z   nim 
spotkali w kostnicy i zapoznali z wynikami sekcji.

Wiele jest rzeczy, które uwielbiam robić w soboty. 

Odwiedziny w kostnicy z pewnością do nich nie należą. 
W   kostnicy   jest   zimno,   brzydko   pachnie   i   leży   tam 
mnóstwo zwłok. Poza tym jest to czarujące miejsce.

Z pewnością jest takie dla Mońka. Czuł się tam jak u 

siebie w domu. W kostnicy jest sterylnie czysto, panuje 
idealny porządek, a metalowe i plastikowe powierzchnie 
utrzymywane są w stanie najwyższego połysku. Jestem 
przekonana, że prędzej Monk zjadłby lunch na podłodze 
w kostnicy niż na ławce w parku Golden Gate.

W kostnicy wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma 

rzeczy rozrzuconych. Nie ma nic przypadkowego. Ciała 
są   skrupulatnie   oznakowane,   spoczywają   w 
ponumerowanych i zamkniętych chłodziarkach lub leżą 
ułożone   równo   na   stołach   sekcyjnych,   na   których 
przeprowadza się badanie. Nawet narządy wyjęte z ciał 
są pieczołowicie ważone, mierzone, katalogowane, a po-
tem utylizowane.

Jeśli   ktoś   przez   przypadek   zrobi   trochę   bałaganu, 

wszystko natychmiast jest zmywane silnym strumieniem 
wody,   a   skażone   miejsce   zostaje   dokładnie   wy-
dezynfekowane,   wypachnione   i   zapewne   jeszcze   wy-
woskowane. Daje to w efekcie wprost cudowny blask.

Monk wiele razy proponował, że w wolnym czasie 

mógłby przyjść do kostnicy i pomóc w sprzątaniu.

220

background image

Jednak lekarz sądowy za każdym razem uprzejmie mu 
dziękował, zawsze ku wielkiemu rozczarowaniu Mońka. 
Ja   za   to   oddychałam   z   ulgą,   bo   z   pewnością   to   ja 
musiałabym go tu przywozić.

Kiedy   przyjechaliśmy   do   kostnicy,   kapitan   Stot-

tlemeyer  czekał  w holu przy schodach.  Tym  razem  w 
nietypowym  miejscu. Zazwyczaj, kiedy już musieliśmy 
się   zebrać   w   kostnicy,   spotykaliśmy   się   przy   samym 
ciele, leżącym na stole sekcyjnym. Zupełnie jak podczas 
Święta Dziękczynienia, tyle że bez posiłku i eleganckiej 
zastawy stołowej.

- Po co ten komitet powitalny? — zapytałam.
Stottlemeyer zmarszczył brwi.
- Mamy   dzisiaj   specjalnego   gościa,   chciałem   cię

na to przygotować.

Kapitan miał na myśli Mońka, nie mnie.

-Kto to jest?
-W pewnym sensie to nasz konsultant - odpowiedział 
Stottlemeyer.   -Randy'emu   przyszło   do   głowy,   że 
mógłby  rzucić  nowe   światło  na  sprawę,  i  wczoraj, 
kiedy znaleźliśmy ciało, zatelefonował do niego.
-Ale   przecież   ja   jestem   twoim   konsultantem 
-powiedział Monk.
-Możesz   go   uważać   za   konsultanta   Randy'ego 
-zasugerował Stottlemeyer.
-Uważałem   dotąd,   że   jestem   również   konsultantem 
Randy'ego - odrzekł Monk. - Dlaczego nie mogę być 
konsultantem wszystkich?
-Szczerze,   Monk.   Przyjmę   każdego   możliwego 
konsultanta, który ma łeb na karku, tym bardziej, jeśli 
nie żąda honorarium - stwierdził Stottlemeyer.
-Ja   też   mogę   pracować   za  darmo   -   zaoferował   się 
Monk.
-Nie może pan - wtrąciłam szybko.

221

background image

-Nie   powiedziałeś   nam   jeszcze,   kim   jest   ten   kon-
sultant - przypomniał sobie Monk.
-To   łan   Ludlow   -   oznajmił   kapitan   Stottleme-yer, 
prowadząc   nas   do   pomieszczenia,   gdzie   przepro-
wadza się autopsje. - Pisarz.

Ludlow stał naprzeciwko porucznika Dishera i dok-

tora   Hetzera,   po   drugiej   strome   stołu,   na   którym 
spoczywały zwłoki Ronalda Webstera.

-Dlaczego   po   niego   zadzwoniłeś?   -   zapytał   Monk 
Dishera.
-Randy był jednym z moich najlepszych studentów i 
doskonale   zna   moją   twórczość   —   odpowiedział 
Ludlow, zanim Disher zdążył otworzyć usta.
-To prawda, przestudiowałem każde napisane przez 
pana Ludlowa słowo, co wywarło wielki wpływ na 
moją   prozę   -   powiedział   Disher   i   odwrócił   się   do 
Stottlemeyera. — Zapewne zauważył pan różnicę w 
moich raportach.
-Nie czytam  twoich raportów, żeby się delektować 
prozą — odpowiedział kapitan.
-W   ten   sposób   pozbawia   się   pan   estetyki   ogniw 
tematycznych i subtelnie zarysowanej charakterysty-
ki postaci — mówił Disher. - Nie mówiąc o natural-
nym rezonansie emocjonalnym.
-Więc to był rezonans emocjonalny? - Stottle-meyer 
udał zdziwienie. - A ja myślałem, że odbijają mi się 
kwasy żołądkowe.
-Jestem zdumiony, że pan się do mnie nie odezwał w 
tej sprawie — powiedział Ludlow do Mońka.
-Dlaczego miałbym się odzywać?
-Z   powodu   uderzających   podobieństw   między   tym 
morderstwem  a przypadkiem  opisywanym  w mojej 
ostatniej książce — powiedział Ludlow, przenosząc 
na mnie wzrok. - Przecież kiedy się spotkaliśmy w 
Los

222

background image

Angeles, podpisałem pani egzemplarz  Ostatnim słowem 
jest śmierć.

—Niestety, nie miałam jeszcze okazji przeczytać.
—Ja   nie   przebrnąłem   nawet   przez   dwie   pierwsze 
strony - stwierdził sucho Monk. - Od razu wiadomo, 
kto zabił.
—Ja   byłem   całkowicie   zaskoczony   —   włączył   się 
Disher, patrząc na Ludlowa niemal z czcią.—Powiem 
nawet, że moim zdaniem to genialna robota.
—W   jego   książkach   zabójcą   jest   zawsze   najmniej 
podejrzana osoba, którą gubi jakaś słabość charakteru 
— stwierdził Monk.
-Naprawdę? - zdziwił się Disher.
-Myślałem, że przestudiowałeś każde jego słowo.
-Więc czytał pan wszystkie moje książki? - zapytał 
Ludlow. - Pan mi schlebia.
—Bynajmniej.   Wystarczy,   że   człowiek   przeczyta

jedną, a zna wszystkie.

- Tb   nie   szkolne   kółko   literackie   -   przerwał   im

zniecierpliwiony Stottlemeyer. - Nie przyszliśmy tu dy
skutować   o   książkach   lana   Ludlowa.   Mamy   się   zasta
nowić,   co   spotkało   Ronalda   Webstera.   Czy   możemy
przejść do rzeczy? Co pan dla nas ma, doktorze Hetzer?

Lekarz chrząknął głośno i wyjął  mały teleskopowy 

wskaźnik,   którym   machnął   nad   zwłokami   niczym 
czarodziejską różdżką. Nie wiedziałam tylko, czy chciał, 
żeby ciało się pojawiło czy też zniknęło.

- Nie   tak   łatwo,   jak   wam   się   może   wydaje,   okre

ślić,   czy   człowiek   się   utopił   czy   nie   -   zaczął   doktor
Hetzer.   —   Trzeba   się   zdać   na   najbardziej   prawdopo
dobną   hipotezę.   Mimo   to   uważam,   że   w   tym   wypad
ku   przyczyną   śmierci   rzeczywiście   było   utopienie.
Pytanie   tylko,   czy   Ronald   Webster   utonął   w   oceanie
czy gdzie indziej?

223

background image

W  czasie przemówienia  Hetzer  nieustannie  machał 

wskaźnikiem nad zwłokami, koncentrując na nich naszą 
uwagę. Ciało wcale się nie przedstawiało lepiej niż na 
plaży.   Nawet   gorzej,   pomijając   bowiem   rany   zadane 
przez aligatora, Webster był teraz pocięty i pozszywany 
przez lekarza.

Zauważyłam jednak, że tym razem nie mam oporów, 

by na niego patrzeć. Może to za sprawą klinicznej natury 
tego pomieszczenia i całej procedury, a może po prostu 
zaczynałam się przyzwyczajać.

-Zasolenie   wody   w   oceanie   wynosi   średnio   od 
trzydziestu   trzech   do   trzydziestu   siedmiu   promili 
-mówił dalej doktor Hetzer. - Jednak zasolenie wody 
wciągniętej do płuc nie musi odpowiadać poziomowi 
zasolenia wody, w której utonęła ofiara. Wpływa bo-
wiem na to fizjologia osmozy, ale zapewne nie chcie-
libyście, żebym wnikał w jej szczegóły.
-Ma pan rację — przytaknął szybko Stottleme-yer. 
-Prawdę   mówiąc,   cieszyłbym   się,   gdybyśmy   przy-
stąpili do meritum.

Ale doktor Hetzer nie miał na to większej ochoty niż 

Monk   podczas   swoich   finalnych   wystąpień   podsu-
mowujących śledztwo. Zdarzyła się okazja, by błysnąć 
inteligencją,   i   Hetzer   nie   miał   najmniejszego   zamiaru 
pozbawiać się tej przyjemności.

-Wiele mikroorganizmów żyje zarówno w słodkiej, 
jak   i   w   słonej   wodzie,   jednak   niewiele   z   nich 
znajdziemy w domowym  kranie - ciągnął. - Z całą 
pewnością w rozlewisku wody oceanicznej nie znaj-
dziemy tak znacznych śladów olejku do kąpieli.
-Chce nam pan powiedzieć, że Ronald Webster utopił 
się w wannie, a jego ciało porzucono potem na plaży, 
tak? - wywnioskował kapitan Stottlemeyer.
-Wszystko na to wskazuje.

224

background image

-Oszczędziłby   pan   nam   mnóstwa   czasu,   gdyby   od 
tego zaczął swój wywód - burknął Stottlemeyer.
-Jak wyglądała treść żołądkowa? —zapytał Ludlow.
-Kogo to obchodzi? - parsknął Monk.
-Każdy   szczegół   ma   znaczenie   —   odpowiedział 
Ludlow.
-Dwa,   trzy  kawałki   pizzy  pepperoni   —  powiedział 
doktor Hetzer.
-Widzi pan? - stwierdził Monk. — Bez znaczenia.
-Szczegóły   dotyczące   tego,   co   Webster   jadł,   mogą 
nam pomóc określić, gdzie był krótko przed śmiercią, 
z   kim   przebywał   i   kiedy  byli   razem.   Stopień   stra-
wienia pokarmu pomoże też z grubsza określić czas 
śmierci  - mówił  Ludlow  i odwrócił  się do doktora 
Hetzera. - Co mówi panu zawartość żołądka Ronalda 
Webstera, doktorze?
-Zginął w ciągu pół godziny po spożyciu ostatniego 
posiłku - odpowiedział Hetzer.
-Interesujące - zastanowił się Ludlow.
-Bez znaczenia — skonstatował Monk.
-Czy   znalazł   pan   we   krwi   ślady   jakichś   farma-
ceutyków? - pytał dalej Ludlow.
-Nie.
-Wiemy więc, że nikt nie podał mu żadnych środków 
- myślał głośno Ludlow.
-Genialna   dedukcja   -   sarknął   Monk,   teatralnie 
wznosząc oczy do nieba. - Teraz pewnie usłyszymy, 
że Ronald Webster nie żyje.
-Są   jakieś   ślady   walki?   -   zapytał   Stottlemeyer. 
-Wydaje mi się dość poobijany.
-Na głowie, ramionach i rękach ma siniaki i otarcia, 
ale trudno mi ocenić, czy nabawił się ich, walcząc 
przed utonięciem z napastnikiem, czy też w wyniku 
starcia z aligatorem.

225

background image

- Zaraz,   zaraz   -przerwał   mu  Stottlemeyer.   -   Chce

pan   powiedzieć,   że   nadal   pan   podtrzymuje   tezę
o ataku aligatora?

Doktor Hetzer przytaknął.

-Poprosiłem pewną panią zoolog, by zbadała ranę po 
ugryzieniu, a także ząb, który utknął w jednym z że-
ber Webstera. Jej obserwacje są w zupełności zbież-
ne z obserwacjami Mońka.
-Są   zbieżne   z   moimi   —   podkreślił   Monk,   najwy-
raźniej pod adresem Ludlowa - ponieważ to ja pierw-
szy je poczyniłem.
-Moje   oficjalne   orzeczenie   jest   takie,   że   aligator 
wciągnął Webstera pod wodę i trzymał go tam, dopó-
ki ten nie utonął.
-W tej wannie? - zapytał Stottlemeyer.
-Mówię   tylko,   na   co   wskazują   dowody   —   odpo-
wiedział  Hetzer. - Biorąc  pod uwagę  rozmiar  rany 
kąsanej, można się domyślać, że to kawał drania, ma 
co najmniej trzy metry.

Stottlemeyer skrzywił się i spojrzał na Mońka.

-Mówiłem, że to sprawa, która woła o ciebie.
-Woła o mnie. - Monk nie pozostawił wątpliwości, 
komu przyznany został punkt. - Bo ja sobie' daję radę 
z naprawdę trudnymi sprawami.
-Czy ugryzienie nie mogło jednak być upozorowane? 
— zapytałam.
-Trudniej to zrobić, niż sobie pani wyobraża -odparł 
łan Ludlow.
-Ciekawe,   skąd   pan   to   wie   -   rzucił   lekceważąco 
Monk.
-Jeden   z   bohaterów   książki  Ostatnim   słowem   jest  
śmierć 
usiłował właśnie upozorować morderstwo tak, 
by wyglądało na atak aligatora - powiedział Disher. 
-Dlatego zadzwoniłem wczoraj wieczorem do lana.

226

background image

Pomyślałem,   że   może   uda   mu   się   dokonać   analizy 
umysłu naszego zabójcy.

-Och nie, błagam -jęknął Monk.
-Dziś   rano   bez   chwili   zwłoki   wsiadłem   do   samo-
chodu i przyjechałem tu prosto z Los Angeles - wyja-
śnił Ludlow. - Jako autor kryminałów, a także zwykły 
zatroskany  obywatel   uważałem,   że  moim   obowiąz-
kiem jest pomóc, jeżeli potrafię.
-Tyle   tylko,   że   akurat   przez   przypadek   wydał   pan 
nową książkę, a rozgłos pomoże w jej sprzedaży — 
powiedział Monk. — Media będą o tej sprawie trąbić, 
a pan chce na miejscu dopilnować, by wszyscy skoja-
rzyli ją z pana książką, tak jak porucznik Disher.
-To   mi   się   nie   podoba,   panie   Monk   -   oburzył   się 
Ludlow. - Asystowałem policji w Los Angeles przy 
wielu śledztwach i nikt nigdy nie podawał w wątpli-
wość mojej uczciwości.
-Teraz   oczywiście   również   nikt   tego   nie   czyni. 
Cieszymy się, że znalazł pan dla nas czas - wtrącił 
Stottlemeyer. - Ty, Monk, też powinieneś się z tego 
cieszyć.
-Dlaczego?
-Ponieważ, że tak powiem, nie sam przecierasz szlaki 
wielkich odkryć - stwierdził Stottlemeyer i odwrócił 
się   znowu   do   Ludlowa.   —  Jeśli   ktoś  rzeczywiście 
chciałby   upozorować   atak   aligatora,   skąd   wziąłby 
szczęki?
-Łby   tych   gadów   nietrudno   zdobyć.   W   Internecie 
kupi je pan za jedyne pięć dolarów. Nie w tym leży 
trudność.   Cała   trudność   polega   na   zamarkowa-niu 
ugryzienia.
-Nie można po prostu ogłuszyć ofiary, potrzymać ją 
pod wodą, a potem zacisnąć na niej szczęki aligato-
ra? - zapytałam.

227

background image

- Aligator   zaciska   szczęki   na   zdobyczy   i   okręca

się wokół własnej osi, aby wciągnąć ofiarę pod wodę,
używając   masy   ciała   -   powiedział   autorytatywnie   Di-
sher. - Jeśli na ciele ofiary nie widać  śladów takiego
zachowania, to wszystko jasne.

Spojrzeliśmy na doktora Hetzera, który skinął tylko 

głową.

- Rodzaj   ran   jednoznacznie   wskazuje,   że   ofiara

była   ciągnięta   i   okręcana   -   powiedział   Hetzer.   -   To
była pierwsza rzecz, którą chciałem ustalić.

Disher promieniał.

-Wyczytałem w książce lana.
-Może   zabójca   wyczytał   to   samo   -   wtrącił   Stot-
tlemeyer — a potem upozorował ugryzienie.
-To byłoby niezmiernie trudne do zrobienia, jeżeli w 
ogóle   możliwe   —   powiedział   Ludlow.   —   Trzyme-
trowy aligator zaciska szczękę z siłą niemal stu pięć-
dziesięciu kilogramów na centymetr kwadratowy. To 
blisko dziesięć kiloniutonów. Żaden człowiek nie do-
kona tego gołymi rękami.
-Ani   za   pomocą   potrzasku   na   niedźwiedzie 
-stwierdził Disher.
-Potrzasku   na   niedźwiedzie?   -   zdziwił   się   Stot-
tlemeyer.
-Takiego potrzasku użyła bohaterka w mojej książce - 
wyjaśnił   Ludlow.   -   Przykleiła   szczęki   aligatora   do 
potrzasku klejem epoksydowym, a potem zatrzasnęła 
je   na   ofierze.   Wszystko   sobie   świetnie   obmyśliła, 
poza siłą nacisku.

Stottlemeyer zerknął na doktora Hetzera.

- Siła,   z   jaką   zacisnęły   się   szczęki   na   tym   ciele,

bez   wątpienia   sięgała   stu   pięćdziesięciu   kilogramów
na   centymetr   kwadratowy   -   potwierdził   Hetzer.   -
Prawdopodobnie dużo więcej. Biomechanikę odżywia-

228

background image

nia aligator przejął po dinozaurach i zaciska szczęki  z 
siłą   największą   spośród   wszystkich   zwierząt   na   ziemi. 
Tylko jedno stworzenie mogłoby ugryźć z większą siłą: 
to tyranozaur, którego szczęka wywierała nacisk grubo 
ponad dwustu kilogramów na centymetr kwadratowy.

—To siła niemal równa ciężarowi właściwemu mo-
jego mercedesa klasy S — dodał Ludlow.
—Samochwała — mruknął Monk.
—Zatem szukamy kogoś z trzymetrowym aligatorem 
— stwierdził Stottlemeyer.
—Albo młodego tyranozaura - dodał Disher.
—Z tym pewnie nie byłoby problemu, co? - burknął 
Stottlemeyer.

background image

22

Monk i człowiek, który nie był 

sobą

Wszyscy   poza   doktorem   Hetzerem   przegrupowaliśmy 
się   do   pozbawionego   okien   pokoju   socjalnego,   aby 
przedyskutować  szczegóły sprawy przy filiżance kiep-
skiej   kawy,   a   nie   nad   wypatroszonym   trupem.   Sie-
dzieliśmy w piątkę przy małym stoliczku, niemal ramię 
w   ramię,   rozmawiając   przy   jednostajnym   szumie 
automatów z napojami i w sinym świetle jarzeniówek, 
które przyprawiały o ból głowy. Wolałam już atmosferę 
sali autopsyjnej.

-Co  wiemy  o Ronaldzie  Websterze?  -  zapytał  Lu-
dlow.
-My? - powiedział Monk. - Pan jest tylko gościem w 
tej   kostnicy,   drogi   panie.   Ja   legitymuję   się 
wystawionym   przez   stan   Kalifornia   certyfikatem 
szkoleń w zakresie utylizacji, sterylizacji i dezynfek-
cji   krwi   oraz   płynów   organicznych,   wydanym   na 
podstawie przepisów ustawy federalnej o zarządzaniu 
odpadami   medycznymi   oraz   federalnych 
rozporządzeń dotyczących zdrowia i bezpieczeństwa.
-Naprawdę? - zapytałam zdumiona.
-Chcesz zobaczyć legitymację?
-Ma pan legitymację? - zapytałam.
-Jest laminowana — odpowiedział Monk, wyciągając 
portfel   i   z   dumą   pokazując   legitymację   z   okrągłą 
stanową pieczęcią.

230

background image

-Jasne, że laminowana - stwierdził Stottleme-yer. — 
Gdyby mógł, cały by się zalaminował.
-Sprawdziłem odciski Webstera i nic nie znalazłem - 
powiedział Disher. - Zacząłem kopać dalej i okazało 
się, że taki sam numer ubezpieczenia socjalnego ma 
niejaki Ronald Webster z miasteczka Butte w Mon-
tanie.
-Nasz martwy kolega miał zatem fałszywą tożsamość, 
którą komuś podkradł - powiedział Ludlow. -Ukrywał 
się przed czymś lub przed kimś.
-Kolejna genialna dedukcja - powiedział Monk. -Nie 
wiem jak wy, ale ja jestem pod wrażeniem.

łan   Ludlow   niczym   nie   zasłużył   sobie   na   drwiny 

Mońka. Bardzo ceniłam swojego szefa, ale wiedziałam, 
że kiedy czuje się zagrożony,  potrafi być samolubny i 
niemiłosiernie małostkowy. Miałam ochotę postawić go 
do kąta, żeby się uspokoił.

Jedyną osobą, która robiła w takiej sytuacji naprawdę 

złe   wrażenie,   był   sam   Monk,   nazbyt   jednak   zajęty 
własną   grubianskością,   aby   to   zauważyć.   Z   drugiej 
strony   nigdy   tego   nie   zauważał   i   nigdy   go   nie 
interesowało, jakie robi wrażenie.

Stottlemeyer posłał mu groźne spojrzenie.

-Może masz dla nas coś bardziej przydatnego? Monk 
zmarszczył brwi i skrzyżował ręce na piersi.
-Nie.
-Jak   to?   Przecież   tyle   się   dzisiaj   dowiedzieliśmy 
-powiedziałam.
-To   bez   znaczenia   dla   sprawy   -   odparł   Monk   na-
dąsany.

- Ależ oczywiście, że ma znaczenie.
Opowiedziałam o naszej rozmowie z ojcem Bowe-

nem w misji Dolores, gdzie Ronald Webster, czy kto to 
tam był, chodził codziennie rano na mszę, próbu-

231

background image

jąc uśmierzyć poczucie winy po potrąceniu samochodem 
Pauli   Dalmas   i   ucieczce   z   miejsca   wypadku. 
Powiedziałam też, że podczas spowiedzi u ojca Bowe-na 
Webster przyznał się do przestępstwa i przez długie lata 
anonimowo wysyłał Pauli Dalmas gotówkę.

-Sam   nie   potrafiłbym   tego   wszystkiego   dopowie-
dzieć   -   powiedział   Ludlow,   kręcąc   w   zdumieniu 
głową.
-Ciekawe,  czy  ojciec   Bowen   wie  więcej,  niż   wam 
powiedział — zastanawiał się Disher.
-Sami go o to zapytamy, ale tym razem już oficjalnie 
-   stwierdził   Stottlemeyer,   a   potem   skinął   w   moją 
stronę. - Mów dalej, Natalie.

Powiedziałam   więc   jeszcze,   że   doktor   Dalmas 

twierdzi, iż nigdy nie znała tożsamości kierowcy, który 
ją potrącił, i że z przysyłanych jej pieniędzy nie wydała 
ani centa.

-Przyznała  natomiast, że w ciągu  tych  lat widziała 
parę   razy,   jak   kręci   się   w   jej   pobliżu   —   powie-
działam.   —   Jej   mąż   z   synem   wyjechali   do   San 
Diego. W czwartek wieczór była w domu sama, brała 
kąpiel.
-Może   się   kąpała   z   Ronaldem   Websterem   i   aliga-
torem - wtrącił Disher.
-Zdobądź   nakaz   rewizji   w   domu   i   gabinecie   Pauli 
Dalmas — polecił kapitan Stottlemeyer.
-Co ma pan nadzieję znaleźć? - zapytałam.
-Dowód na to, że w czwartek pani doktor była  na 
plaży Baker albo że niedawno trzymała u siebie ali-
gatora.

-Może jej mąż z synem wcale nie pojechali do San 
Diego   -   zastanawiał   się   głośno   Disher.   —   Może 
zostali pożarci?
-Fascynujące — stwierdził Ludlow.
-Tracicie czas - odezwał się Monk. - Doktor Dalmas 
nie zabiła Ronalda Webstera.

232

background image

-Zatem kto? - zapytał Ludlow.
-Ktoś inny — odparł Monk.
-Co   za   genialna   dedukcja   -   rzucił   z   przekąsem 
Ludlow.

Monk sobie na to zasłużył.

- Jedno   jest   pewne,   tu   nie   znajdziemy   odpowie

dzi   na   nasze   pytania   -   stwierdził   Stottlemeyer,   wsta
jąc   i   kończąc   zebranie.   -   Na   razie   przychodzi   mi   do
głowy   tylko   jedno   miejsce,   od   którego   powinniśmy
zacząć.

Gdy   jechaliśmy   do   mieszkania   Ronalda   Webstera, 

zatelefonowała   Julie   i   zapytała,   czy   nie   mogłaby 
zamienić dnia zabawy u koleżanki na dwa dni z prze-
nocowaniem.   Odpowiedziałam,   że   nie   mam   nic   prze-
ciwko   temu,   tym   bardziej   że   koleżanka   również   była 
piłkarką   Slammerek,   zatem   rano   Julie   miałaby   za-
pewniony transport na niedzielny mecz.

Całonocna wizyta Julie u koleżanki była mi na rękę 

także z tego powodu, że nie będę musiała zawracać sobie 
głowy   szukaniem   kogoś   do   opieki   nad   córką,   jeśli 
przyjdzie mi pracować z Monkiem także w niedzielę, a 
na to się zanosiło.

Oznaczało   to   również,   że   wieczór   w   domu   będę 

miała   tylko   dla   siebie   -   rzadkie   to   święto,   godne 
uczczenia, może nawet wspólnie z pewnym strażakiem, 
jeżeli nie pracuje.

Wcale nie zaczęłam wątpić w słuszność swojej daw-

nej decyzji, aby z Joem nie wiązać się na stałe. Teraz też 
nie chciałam się wiązać. To nie miało być wiązanie na 
stałe, a tylko takie tymczasowe wiązanie, które potem na 
powrót się odwiązywało.

W moim odczuciu miało to sens, a w każdym ra-

233

background image

zie usilnie próbowałam  się do takiego  myślenia  prze-
konać, kiedy jechaliśmy przez Mission District w kie-
runku autostrady nr 101 i nadbrzeżnej dzielnicy prze-
mysłowej.

Od pewnego czasu w San Francisco trwał boom na 

przebudowę   starych   magazynów   fabrycznych   na 
mieszkania, a jeśli czegoś temu miastu nigdy nie bra-
kowało,   to   opuszczonych,   starych,   walących   się   po-
mieszczeń przemysłowych. Nie mam pojęcia, co może 
być atrakcyjnego w zamieszkiwaniu starej hali fabrycz-
nej,   sąsiadującej   z   innymi   zapuszczonymi   halami,   ale 
mnóstwo   ludzi   gotowych   było   płacić   miliony   za   taki 
przywilej.

Ronald Webster mieszkał właśnie w takim fabrycz-

nym magazynie poddanym metamorfozie, chyba jedynej 
inwestycji mieszkaniowej w tym niszczejącym zakątku 
Mission District. Duży billboard na ścianie przedstawiał 
wymalowane   ręką   artysty   luksusowe   apartamenty, 
wystawione w tym  budynku na sprzedaż i gotowe  do 
natychmiastowego zasiedlenia.

Znowu muszę powiedzieć, że po prostu nie wiem, co 

wabi ludzi do miejsc, które wewnątrz są przepiękne, a na 
zewnątrz   pozostają   brzydactwami,   ale   cóż,   nie   jestem 
majętnym   i   bywałym   w   świecie   mieszkańcem   tego 
miasta,   aby   o   tym   wiedzieć   -   ba,   nie   jestem   nawet 
biednym   i   bywałym   w   świecie   mieszkańcem   tego 
miasta.   Nie   przypuszczałam   też,   aby   mógł   nim   być 
Ronald Webster, jak się jednak okazało, ten niepozorny 
mężczyzna był pełen niespodzianek.

Do   mieszkania   na   pierwszym   piętrze   można   było 

wjechać   towarową   windą,   ale   ponieważ   Monk   ma 
problem   z   windami,   weszliśmy   stalowymi   schodami 
pnącymi się na górę w wąskiej, ciemnej, brudnej klatce 
schodowej.

234

background image

- W   budynku   mieszczą   się   cztery   mieszkania,   po

dwa   na   każdej   kondygnacji,   trzy  nie   są   jeszcze   zajęte
i   czekają   na   nabywców   -   informował   Stottlemeyer,
gdy szliśmy po schodach.

Disher i Ludlow pojechali windą.

-Jeśli więc doszło tu do walki, nikt jej nie usłyszał - 
powiedziałam.
-Mogłabyś tu przyprowadzić aligatora, lwa i morsa, a 
nikt by tego nie zauważył - stwierdził Stottlemeyer.

Jedne z dwojga przeciwpożarowych drzwi na piętrze 

były   otwarte.   Prowadziły   do   przestronnego   salonu, 
którego   wystrój   -   melanż   chromu,   szkła   i   marmuru   - 
uderzająco   kontrastował   z   odrapanymi   cegłami   i 
wyeksponowanym   stalowym   belkowaniem   starej 
fabryczki. Cała przestrzeń tonęła w świetle wpadającym 
przez   świetliki   dachowe   i   długi   rząd   nie-zasłoniętych 
okienek w jednej ze ścian.

Pokoje były w zasadzie prostymi  sześcianami, roz-

dzielonymi przez rozsuwane ścianki z nierdzewnej stali i 
matowego   szkła,   dzięki   którym   można   było   utworzyć 
wiele  rozmaitych  konfiguracji  przestrzennych.  Funkcję 
takiej   ruchomej   ściany   dzielącej   pokoje   pełnił   też 
potężny regał z książkami w twardej oprawie. Jedynymi 
pomieszczeniami, których wielkości nie można już było 
zmienić, były kuchnia i łazienka, choć nawet tutaj jakieś 
ściany były na kółkach.

Mieszkanie robiło ogromne wrażenie. I wyglądało na 

bardzo drogie.

-Jak zwykły sprzedawca butów może sobie pozwolić 
na coś takiego? - zapytałam.
-Nie   może   -   odparł   Stottlemeyer,   zakładając   rę-
kawiczki.   -   Nasz   świętej   pamięci   Ronald   Webster 
miał dużo więcej sekretów, niż nam się wydaje.

235

background image

—Z   każdą   godziną   to   się   staje   coraz   bardziej   nie

samowite — powiedział zafascynowany łan Ludlow. —
Zawsze   mnie   zdumiewało,   czego   się   człowiek   dowia
duje, gdy ledwie draśnie powierzchnię czyjegoś życia.
Komu   przyszłoby   do   głowy,   że   zwykły   sprzedawca
butów ma tyle tajemnic?

Monk   stanął   raptem   w   miejscu   i   zaczął   głośno 

wąchać.

—Pachnie benzyną - powiedział.
Stottlemeyer zaczął wąchać. Ja też, ale nic nie

wyczułam.

—Bezołowiowa,   ołowiowa,   może   diesel?   —   pytał

Stottlemeyer.

—Tego nie umiem rozpoznać - odpowiedział Monk. 
Stottlemeyer pokręcił głową.
—Rozczarowałeś mnie, Monk.
—Siebie   również   —   westchnął   smutno   Monk.   — 
Wszystko przez Los Angeles. Powietrze w tym mie-
ście zabiło mi zmysł węchu.
—Żartowałem   przecież   -   powiedział   Stottlemeyer. 
-Trudno   oczekiwać   od   kogoś,   żeby   po   zapachu 
rozpoznał jakość benzyny.
—Chcesz być tylko miły - powiedział Monk.

Ludlow podszedł do tekturowego pudełka po pizzy, 

które leżało na blacie w kuchni. Do boku pudełka był 
przyklejony   taśmą   paragon   zakupu.   Ludlow   podniósł 
końcem   długopisu   wieko   pudełka,   odsłaniając 
wyschniętą   pizzę   z   grzybami.   Brakowało   trzech   ka-
wałków.

Doktor Hetzer bez wątpienia zna się na niuansach 

treści żołądkowych.

—Wiemy już, gdzie zakupił posiłek — oznajmił Lu

dlow,   patrząc   na   paragon.   -   Pizzeria   Sorrento.   Cie
kawe, czy jadł sam czy też w towarzystwie mordercy.

236

background image

W   czwartek   wieczorem   byłam   z   Julie   w   pizzerii 

Sorrento.   Czy   w   tym   samym   czasie   był   tam   również 
Webster? Może widziałyśmy go, nie wiedząc, że to on? 
Może nawet otarłyśmy się ramieniem o mordercę i też 
tego nie wiedziałyśmy? Ciarki przeszły mi po plecach na 
myśl,   że   na   moment   wkroczyłyśmy   z   Julie   w   strefę 
śmierci.

Wiem, to brzmi melodramatycznie i zbyt nerwowo, 

ale pomyślcie, jak byście się czuli na moim miejscu. W 
tej samej restauracji i w tym samym czasie przebywali z 
nami zabójca i jego ofiara. Oczywiście byli tam również 
inni ludzie, ale mimo to trudno człowiekowi przyjąć do 
wiadomości, że otarł się o tak potworne zło, a nie wyczuł 
nic poza wonią czosnku i gorącego sera. Wywołało to we 
mnie   myśli   o   fatum,   o   tym,   jak   może   być   okrutne   i 
nieprzewidywalne. Oczywiście, gdyby takie nie było, nie 
nazywałoby się fatum. Nazywałoby się szczęściem.

Zapewne więc Ronald Webster spotkał swoje fatum, 

a mnie i Julie spotkało szczęście.

Monk   przeglądał   książki   na   regale   Webstera,   jak-

byśmy byli tu gośćmi na wieczornym  przyjęciu, a nie 
penetrowali prawdopodobne miejsce zbrodni.

- Webster był wielbicielem pana książek — powie

dział po chwili Monk do Ludlowa.

Na półce stało pięć czy sześć kryminałów Ludlowa 

owiniętych   dodatkowo   w   przezroczyste   plastikowe 
obwoluty.

-On i miliony innych czytelników - stwierdził pisarz.
-Oczywiście,  jak inaczej  stać  byłoby pana  na  tego 
mercedesa - skonstatował Monk.
-Wiele zawdzięczam czytelnikom, to prawda, ale też 
oni wiele ode mnie oczekują - odpowiedział mu

237

background image

Ludlow.   —   Choćby   dobrego   kryminału   co   trzy   mie-
siące.

-Webster   nie   miał   pana   najnowszej   książki   -   za-
uważył Monk. - Został zabity, zanim zdążył się wy-
brać do księgarni.
-Może   gdyby   zdążył,   wiedziałby,   że   nie   powinien 
wpuszczać   do   domu   gościa   z   aligatorem   — 
powiedział Stottlemeyer.

Disher wynurzył się zza ścianki z matowego szkła; 

doszłam do wniosku, że odgradza ona część łazienki.

- Zobaczcie to — przywołał nas gestem.

Poszliśmy za nim i zobaczyliśmy jacuzzi na postu-

mencie wyłożonym  płytkami z trawertynu. Ten widok 
wystarczył,   żebym   zaczęła   się   poważnie   zastanawiać 
nad posadą sprzedawczyni obuwia.

Disher przechylił się ponad krawędzią jacuzzi.

-Mam   wrażenie,   że   w   fugach   na   dnie   są   ślady 
zakrzepłej krwi — powiedział, pokazując je ręką w 
rękawiczce. - A wokół odpływu uformował się krąg 
soli.
-Moim   zdaniem   to zwykła   sól   kuchenna-stwierdził 
Ludlow. - Granulki są większe.

Monk prychnął głośniej, niż było to konieczne, nie 

mówiąc o tym, że nie musiał przecież na nikogo pry-
chać.

- Myślę, że znaleźliśmy miejsce, gdzie Ronald Web

ster   został   rzucony   aligatorowi   na   pożarcie   -   powie
dział Stottlemeyer. -Randy, wezwij ekipę techniczną.

Porucznik wyjął telefon i wykonał polecenie.
Tymczasem Monk przykucnął na środku łazienki nad 

parą  równoległych  czarnych  smug,  które  zauważył  na 
kaflach  posadzki. Para identycznych  smug znajdowała 
się bliżej jacuzzi.

- Dziwne - stwierdził Monk.

238

background image

-Wyglądają jak zadrapania - stwierdził Stottlemeyer. - 
Może od butów?
-Pary smug leżą w jednej linii - mówił Monk. -Gdyby 
pochodziły  od   butów,   byłyby   oddalone   od   siebie   i 
bardziej rozrzucone.
-Bez względu na to, co to jest, laboratorium musi to 
sprawdzić -  zdecydował  Stottlemeyer.  -  Jestem  pe-
wien,   że   kiedy   spryskają   tu   wszystko   luminolem   i 
podświetlą, to nasze jacuzzi zaświeci jak neon.

Luminol to związek chemiczny, który reaguje z he-

moglobiną,   emitując   światło.   Hemoglobina   bowiem 
przywiera   do   powierzchni   jeszcze   długo   potem,   gdy 
zeszły   już   ślady   krwi   widoczne   gołym   okiem.   Wie-
działam o tym nie tyle z doświadczenia w pracy w wy-
dziale   zabójstw,   ile   raczej   z   powtarzanych   na   okrągło 
Kryminalnych zagadek Las Vegas.

Monk   zmrużył   oczy   i   uważniej   przyjrzał   się   pod-

łodze.

- Co to jest?

Uklękliśmy wokół niego, patrząc w to samo miejsce.

- Tb   mi   wygląda   na   jakiś   olej   silnikowy   -   powie

dział Disher.

- Albo płyn hamulcowy - dodał Ludlow.
Monk zmarszczył brwi i wstał.

-Nasz   zabójca   niespodziewanie   okazał   się   flejtu-
chem.   Wydaje   się,   że   zapomniał   tylko   zostawić 
swoje nazwisko i numer telefonu.
-Dla nas bardzo dobrze - stwierdził Stottlemeyer. — 
Może   jeszcze   znajdziemy   odciski,   które   się   do 
czegoś przydadzą.
-Czy aligatory zostawiają odciski palców? - zapytał 
Disher.

Po tym pytaniu stwierdziłam, że nadszedł czas

239

background image

odwrotu. Zresztą bardzo już chciałam znaleźć się w do-
mu,   by   zacząć   się   cieszyć   wolnym   wieczorem.   Skie-
rowałam się do drzwi, a reszta poza Disherem ruszyła 
moim śladem.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Monk natychmiast do 

mnie podszedł. Myślałam, że chce chusteczkę, ale kiedy 
sięgnęłam po nią do torebki, potrząsnął głową.

- Możesz   mi   pożyczyć   swój   telefon?   -   zapytał.   -'

Muszę do kogoś zadzwonić.

Podałam mu telefon komórkowy i oddaliłam się parę 

kroków,   by   nie   przeszkadzać   mu   w   rozmowie.   Przy 
samochodzie zaczepił mnie łan Ludlow.

-Przepraszam,  czy Monk ma coś do mnie?  — za-
pytał.
-Cóż,   zwykle   to   jego   poletko   -   odpowiedziałam. 
-Czuje się zagrożony ze strony drugiego eksperta.
-Ale   przecież   ja   nie   jestem   żadnym   ekspertem 
-zapewnił   Ludlow.   -  Sam   mi  zresztą  ciągle   o  tym 
przypomina.

Uśmiechnęłam się.

- Jest   pan   bogatym,   sławnym   autorem   krymina

łów.   Zapewne   Monk  mimowolnie   czuje,   że  to  go   tro
chę przyćmiewa.

Ludlow pokiwał głową ze zrozumieniem i spojrzał 

na mojego jeepa.

-Te samochody to prawdziwe rumaki. Jak chodzi?
-Nie   najgorzej   jak   na   auto   z   przebiegiem   ponad 
dwustu osiemdziesięciu tysięcy kilometrów.
-Czasami   tak   myślę   o   sobie   samym   -   westchnął 
Ludlow.

Monk dołączył do nas i oddał mi telefon.

-Rozwikłał   już   pan   naszą   zagadkę?   -   zapytał   Lu-
dlowa.
-Pracuję nad tym. Choć nie łudzę się, że uda mi

240

background image

się tego dokonać przed panem. Proszę jednak nie sądzić, 
że chodzi o jakąś rywalizację.

-Oczywiście — odparł Monk.
-Ostatnia rzecz, jakiej bym pragnął, to wejść panu w 
paradę   i   ograbić   z   należnej   panu   chwały   -   mówił 
Ludlow.   -   Nie   jestem   detektywem   i   na   pewno   nie 
mam takiego talentu jak pan. Jestem tylko pisarzem, 
który szuka dobrego tematu. Kiedy to się skończy, 
wrócę do siebie i napiszę kolejną książkę.
-Rozumiem   -   odpowiedział   Monk.   -   Przepraszam, 
jeśli byłem niegrzeczny.

Nie   wierzyłam   własnym   uszom.   Monk   właściwie 

przyznał się do winy i przeprosił. Bodaj pierwszy raz.

Miałam ochotę powiedzieć mu coś na ten temat, ale 

w   tej   chwili   zadzwonił   mój   telefon   komórkowy. 
Zerknęłam   na   ekranik   i   rozpoznałam   numer.   Dzwonił 
Joe. Jeśli nadal będzie się ze mną synchronizował w tak 
perfekcyjny sposób, to będę musiała zacząć nazywać go 
„Joe, który czyta w myślach".

- Przepraszam   -   powiedziałam   do   Mońka.   -   Tb

strażak Joe.

Odeszłam kilka kroków, by mieć w czasie rozmowy 

więcej prywatności.

-Mam   nadzieję,   że   nie   dzwonię   za   wcześnie 
-powiedział na powitanie.
-Właśnie o tobie myślałam — odpowiedziałam.
-Nawet nie masz pojęcia, jak mnie to cieszy.
-Okazało się, że mam dzisiaj wolny wieczór.
-Okazało się, że ja również.
-Nie   chciałbyś,   żebyśmy   mieli   dziś   wolny  wieczór 
razem?

-To   samo   miałem   na   myśli,   ale   nie   sądzę,   abym 
umiał wyrazić to lepiej od ciebie.
-Zadzwonię, kiedy odwiozę Mońka - obiecałam,

241

background image

pożegnałam się i wróciłam do samochodu, gdzie Monk 
stał już sam.

-Myślałem,   że   już   się   nie   spotykasz   z   Joem 
-powiedział.
-Ja też tak myślałam - odparłam.—Ale w czwartek 
zjawił się pod moim domem, szukając pilnie pana, w 
każdym razie tak twierdził, a potem...
-W czwartek? - przerwał mi Monk.
-Chciał, żeby się pan zajął włamaniem, do którego 
doszło w remizie w środę wieczorem - wyjaśniłam. 
-Ale tak naprawdę był to tylko pretekst, żeby...
-Zadzwoń do niego - znowu mi przerwał. - Powiedz 
mu, że spotkamy się zaraz w remizie.
-My?   -   zapytałam   smętnym   głosem,   czując,   jak 
cudowna noc umyka w siną dal. - Ale on ma dzisiaj 
wolne.
-Chcę się zająć tym włamaniem.
-Nie może się pan nim zająć jutro?
-Już   jestem   spóźniony   o   dwa   dni  -   odpowiedział 
Monk i wsiadł do samochodu.

background image

23

Monk i straż pożarna

To było jak deja vu. Raz jeszcze trafiliśmy z Mon' kiem 
do remizy strażackiej na wzgórzu w North Beach, aby 
zająć   się   przestępstwem,   do   którego   do-szło   podczas 
wyjazdu załogi do gaszenia pożaru. Tyle że tym razem 
ofiarą nie padł tu ani człowiek, ani żaden zwierzak.

Z remizy roztaczała się, warta wiele milionów dola-

rów, panorama na wieżę widokową Coit Tower i słynny 
wieżowiec  Transamerica   Pyramid,  jednak  tylko  sprzed 
frontowego   wejścia.   Nieliczne   okna   wewnątrz   remizy 
wychodziły za to wprost na ściany sąsiednich budynków. 
Zupełnie   jakby   architekt   celowo   zamie-rżał   pozbawić 
strażaków ładnych widoków.

Mgła   znad   zatoki   wpełzała   na   wzgórze   w   zapada' 

jącym mroku i rozbijała się o wysokie budynki ni' czym 
fale morskie.

Joe także był niepocieszony, że wieczór przyjdzie mu 

jednak   spędzić   w   remizie,   ale   to   obopólne   rozżalenie 
rodziło między nami  przyjemne  napięcie,  które  z tym 
większą radością przyjdzie nam później rozładować.

Kapitan Mantooth ze szczerą radością powitał u sie-

bie Mońka, z pewnością dlatego, że oznaczało to wy-
sokie   prawdopodobieństwo   odzyskania   tego,   co   ukra-
dziono w remizie, a ponadto wyglansowania na wysoki 
połysk chromów w wozach strażackich.

243

background image

Przed wejściem Monk przypiął sobie do klapy od-

znakę   „Młodego   strażaka".   Na   tej   dziecięcej   odznace 
widniał   czerwony   hełm,   a   pod   nim   emblemat   przed-
stawiający   wóz   strażacki   otoczony   złotym   strażackim 
wężem. W moich oczach był to gest tyleż ujmujący, co 
zdumiewający. Kiedy Monk ubierał się dzisiaj rano, nie 
miał pojęcia, że znajdzie się w remizie, a to oznaczało, 
że cały czas nosi odznakę przy sobie.

Ciekawiło mnie, co jeszcze Monk ma w kieszeniach.

-Niech pan dokładnie opowie, co się stało - poprosił 
Mantootha, postawnego mężczyznę w wieku ponad 
pięćdziesięciu   lat,   który   wyglądał,   jakby   był   wy-
ciosany z kamienia.
-O   dwudziestej   pięćdziesiąt   dwie   dostaliśmy   we-
zwanie do pożaru samochodu — relacjonował Man-
tooth.   -   Gaszenie   ognia   i   niezbędne   oczyszczanie 
miejsca zdarzenia zajęły nam jakieś dwie godziny.
-Niech   pan   powie   coś   więcej   o   pożarze   -   zainte-
resował się Monk.
-Do baku furgonetki firmy malarskiej, zaparkowanej 
w okolicy Washington Sąuare, ktoś wcisnął szmatę 
nasączoną   benzyną   -   powiedział   Joe.   -   Dało   to 
niesamowity huk.
-I   wzbudziło   mnóstwo   zainteresowania   -   dodał 
Monk.
-Właśnie dlatego podpalacze to robią - stwierdził Joe.
-Kiedy   około   dwudziestej   trzeciej   wróciliśmy   do 
remizy,   zaczęliśmy   czyścić   ekwipunek,   uzupełniać 
zapasy   i   rozładowywać   wozy   -   mówił   Mantooth. 
-Właśnie wtedy ktoś z załogi odkrył, że brakuje w re-
mizie jednego z małych nożyco-rozpieraczy i lekkie-
go agregatu prądotwórczego.

244

background image

-Dlaczego   ich   nie   zabraliście   do   akcji?   -   zapytał 
Monk.
-Mamy ich kilka - odpowiedział Mantooth. - Różne 
rozmiary do różnego  rodzaju zadań. Rezerwę  trzy-
mamy w remizie.
-Może mi pan pokazać, jak takie narzędzie wygląda?
-Oczywiście - odparł Joe i poprowadził do jakiegoś 
urządzenia, które wyglądało jak gigantyczne nożyce 
do   cięcia   metalu.   -   Zwykle   używamy   ich   przy 
wypadkach   samochodowych,   wyciągając   ludzi 
zakleszczonych w rozbitych pojazdach.

Mantooth wskazał na ostrza.

-Szczypce zrobione są ze stopu aluminium, a ostrza z 
hartowanej   stali   i   mogą   przeciąć   praktycznie 
wszystko.
-Możemy   też   złożyć   ostrza,  wcisnąć  końcówki 
szczypiec w zmiażdżone miejsce — mówił Joe — i 
zamiast   zacisnąć,   rozeprzec   blachę   na   boki   lub 
podnieść ją, jeśli ktoś został przygnieciony.
-Czy mogę jeszcze zobaczyć agregat?
Joe wskazał ręką coś, co wyglądało jak zaburtowy 

silnik motorówki, tyle że pozbawiony śmigła. Agregat 
zamocowany był w kwadratowej stalowej ramie, której 
dwa   dolne   drążki   służyły   jako   podstawa   całego 
urządzenia.

- Agregat,   który   nam   ukradli,   był   mniejszy   ~

wyjaśnił   Joe.   -   Ogólnie   mówiąc,   to   czterosuwowy   sil
nik hondy o mocy dwóch i pół koni mechanicznych.

Monk  kiwał   głową,   jakby  wszystko   doskonale   ro-

zumiał.

- Jakiego wymaga paliwa? - zapytał.

- Tego  samego  co niemal każdy silnik - odpowie

dział Joe. - Benzyny.

245

background image

Dopiero w tym momencie zaczęło mi świtać w gło-

wie i poczułam ciarki na plecach — takie same jak te, 
które   zapewne   Monk   poczuł   przed   mieszkaniem 
Webstera, kiedy mu powiedziałam, że Joe zjawił się u 
mnie pod domem właśnie w czwartek.

Monk przykucnął koło silnika i przyjrzał się uważnie 

podstawie.

-Czy jedna osoba może udźwignąć agregat  i noży-
co-rozpieracz?
-Jasne.   Obecnie   taki   zestaw   waży   ledwie   dwa-
dzieścia kilo. Nazywamy go „szczękami życia".
Monk   poruszył   niezgrabnie   ramionami   i   pokręcił 

parę razy głową z jednej  strony na drugą.  Nowy trop 
błąkał się teraz po jego głowie. Można było pomyśleć, 
że Monk wykonuje  ruchy ciałem, by naprowadzać  na 
trop,   uderzając   o   kolejne   synapsy   niczym   kulką   pin-
balla. Miałam nadzieję, że zdobywa mnóstwo punktów.

-Z   jaką   siłą   zaciskają   się   takie   szczęki   na   przed-
miocie? - zapytał Monk, wstając.
-To   zależy   od   wielkości   narzędzia   -   odparł   Man-
tooth. - Maksymalna siła nacisku nożyc, które nam 
skradziono, wynosiła ponad tysiąc dwieście pięćdzie-
siąt kilo na centymetr kwadratowy.

Monk rzucił mi wymowne spojrzenie. Ja spojrzałam 

na niego. W tym  momencie wiedziałam  już, dlaczego 
Monk wyczuł   zapach   benzyny  w  mieszkaniu  Ronalda 
Webstera. Wiedziałam już, co zostawiło czarne smugi na 
podłodze w jego łazience. Wiedziałam, w jaki sposób 
zabójcy   udało   się   sfingować   ugryzienie   aligatora.   I 
wiedziałam,   że   nie   dojdzie   dzisiaj   do   mojej   randki   z 
Joem.   Tak   czy  owak,   będę   musiała   dalej   pracować   z 
Monkiem nad sprawą Webstera.

Joe przyglądał się uważnie Monkowi.

- Pan już wie, dlaczego ktoś nam ukradł sprzęt?

246

background image

- Tak, wiem - odpowiedział Morik.
Ja też wiedziałam. Miło było chociaż raz znaleźć się 

po stronie wiedzących.

-Myśli   pan,   że   uda   się   go   odzyskać?   -   zapytał 
Mantooth.
-Prawdopodobnie nie - odparł Monk. - Gdybym miał 
zgadywać, powiedziałbym, że spoczywa już pewnie 
na dnie zatoki.
-To może wie pan, kto to zrobił? - zapytał Joe. -Może 
przynajmniej uda się panu dorwać drania?
-Absolutnie — obiecał Monk.
-Cóż, to już przynajmniej  coś — powiedział  Man-
tooth.

Kapitan podziękował za pomoc i zapytał Mońka, czy 

nie   miałby   teraz   ochoty   poszukać   plam   lub   smug   na 
wozie strażackim. Monk znikł w jednej chwili.

Na chwilę zostaliśmy z Joem sami.

-Nie będzie dziś wieczorem intymnego interlu-dium, 
prawda? - zapytał.
-Bardzo mi przykro.

-

Innym razem, mam nadzieję.

Pocałowałam go przepraszająco. Może trochę na
zbyt przepraszająco.

Mońka   zastałam   przy   polerowaniu   chromowanej 

kraty do chłodnicy jednego z wozów strażackich. Gdyby 
lśniła ciut jaśniej, byłaby gwiazdą.

-Sprawdźmy,   czy   wszystko   dobrze   rozumiem 
-poprosiłam. - W środę wieczorem ktoś podpalił sa-
mochód przy Washington Sąuare, chcąc wyciągnąć 
strażaków z remizy i bez problemu ukraść „szczęki 
życia", potrzebne do upozorowania śladów po ataku 
aligatora.
-Do   końcówek   przykleił   szczękę   gada   -   uzupełnił 
Monk.

'247

background image

-W jakiś sposób dostał się do mieszkania Ronalda 
Webstera, ogłuszył go, rozebrał i wrzucił do jacuzzi, 
które   napełnił   wodą   i   nasypał   soli   kuchennej   - 
mówiłam dalej. - Następnie zabójca wniósł do środka 
„szczęki życia" i zacisnął je na ciele Webstera. Ten 
najwyraźniej   odzyskał   przytomność   i   zaczął   się 
szamotać. Przez chwilę ciągnął po podłodze agregat 
prądotwórczy, który zostawił ślady na płytkach.
-To oczywiste — stwierdził Monk. — Nawet  zbyt 
oczywiste jak dla mnie.

Podniósł się i wrzucił ręczniczek do pojemnika na 

brudy.   Ruszyliśmy   razem   do   wyjścia   i   w   kierunku 
samochodu.   Za   remizą   Monk   odpiął   z   klapy   odznakę 
„Młodego strażaka" i schował ją do kieszeni.

-Następnie zabójca zawlókł ciało oraz narzędzia do 
samochodu i pojechał na plażę Baker, gdzie wrzucił 
Webstera do kałuży w rozlewisku — powiedziałam. - 
A obok zostawił ładnie złożone ubranie.
-Pominęłaś to i owo - stwierdził Monk.
-Na   przykład   po   co   zabójca   zawracał   sobie   głowę 
tym całym cyrkiem z aligatorem?
-Na przykład kto zabił.

Zatrzymałam się i popatrzyłam na niego zaskoczona.

-Pan wie, kto zabił?
-Ty nie?

—Nie, oczywiście, że nie—odpowiedziałam. - Prze-

cież gdybym wiedziała, tobym powiedziała: „Do diabła, 
mordercą jest Iksiński, zrobił to i to". Tak powiedziałaby 
każda normalna osoba.
-

Uważasz, że nie jestem normalny?

Wydawał się autentycznie dotknięty. Wzięłam głę
boki oddech i z trudem opanowałam odruch rzucenia

248

background image

się na niego i zaduszenia na śmierć, tu i teraz, na ulicy. 
W końcu był moim pracodawcą.

- Mam   na   myśli   to,   panie   Monk,   że   większość

ludzi   zaczęłaby   od   podzielenia   się   najważniejszą   wia
domością, a najważniejszą rzeczą, o której nic nie wie
my, jest teraz zapewne tożsamość mordercy.

- Ja coś o niej wiem — przyznał Monk.
Do diabła! — pomyślałam.
-Może więc byłby pan łaskaw podzielić się ze mną tą 
rewelacją. Kto zabił Ronalda Webstera?
-Ta   sama   osoba,   która   zabiła   Ellen   Cole   -   odparł 
Monk.

Zamrugałam,   i   to   nawet   kilka   razy.   Tego   było   za 

wiele, nawet jak na Adriana Mońka.

-Przecież  te dwa morderstwa nie mają ze sobą nic 
wspólnego.
-Praktycznie są identyczne — odpowiedział Monk.
-Ofiary nie były tej samej płci, nie przebywały nawet 
w   tym   samym   mieście   i   zostały   zamordowane   w 
odmienny   sposób   -   argumentowałam.   -   Ellen   Cole 
zatłukł lampą włamywacz, a Ronald Webster został 
zamordowany w absurdalny, wyszukany sposób, ma-
jący upozorować atak aligatora na plaży nudystów.
-Właśnie   —   wtrącił   Monk.   —   Nadal   nie   widzisz 
podobieństwa?

-Nie. Nie widzę. -To 
ja.
-Pan jest zabójcą? - osłupiałam.
- Ja jestem osobą, która łączy obie sprawy - rzekł

Monk.

Otworzyłam torebkę i gorączkowo zaczęłam szukać 

jakichś pigułek przeciwbólowych, by ulżyć cierpieniom. 
Albo   pistoletu.   Niestety,   nie   miałam   ani   jednego,   ani 
drugiego.

249

background image

-Nic   już   nie   rozumiem.   Mam   wrażenie,   jakby 
„szczęki życia" rozerwały mi głowę na dwie części 
-stwierdziłam.   -  Naprawdę  uważam,  że  wyjaśniłby 
pan wszystko, a przy okazji uśmierzył mój piekący 
ból, mówiąc po prostu, kto jest mordercą.
-Z całą przyjemnością.
-Świetnie.
-Jutro rano — dodał Monk.—Do tego czasu wróci 
Sharona.
-Rozmawiał pan z Sharona?
-Właśnie   do   niej   dzwoniłem   z   twojego   telefonu 
komórkowego — wyjaśnił Monk. — Sprawdzi coś 
dla   mnie   i   najbliższym   lotem   wróci   do   San 
Francisco.
-Powiedział jej pan, kto zabił Ellen Cole i wrobił jej 
męża w morderstwo?
-Powiedziałem jej, że dowie się jutro.

- Jak to przyjęła?
Monk chrząknął.
-Jeśli przyjedziesz do mnie jutro rano i zobaczysz, że 
zostałem zaduszony jakąś częścią własnej anato-mii, 
to znaczy,  że w pierwszym  rzędzie  możesz  podej-
rzewać Sharonę.
-Chyba   że   najpierw   ja   sama   pana   dopadnę   -   po-
wiedziałam.

background image

24

Monk mówi wszystko

Monk   zawsze   tak   robił,  machał   mi   przed   oczami   wy-
jawieniem tajemnicy, wcale nie chcąc jej wyjawiać-

Kiedyś  myślałam, że robi to wyłącznie po to, żeby 

mnie dręczyć, budując suspens w taki sam sposób, jak 
pisarz trzyma czasem czytelnika w niepewności między 
rozdziałami.  Ale   teraz  nie  sądzę,  aby  taki   był  właśnie 
powód jego postępowania. Mam wrażenie, że odwleka tę 
ostatnią chwilę tylko wówczas, gdy nie jest całkowicie 
przekonany o swojej racji. Gdy potrzeba mu więcej czasu 
na   ponowne   przemyślenie   tropów   i   toku   własnego 
rozumowania. Poza tym  chciał  zapewne dopieścić sam 
moment   ogłoszenia   rozwiązania,   gdyż   wyjawienie 
wszystkiego, co wie i jak Ao tego doszedł, to dla Mońka 
dziewięćdziesiąt procent całej zabawy, więc niczego nie 
chciał zepsuć.

Ważniejsze może było również to, że nie zamic rżał 

marnować przedstawienia dla jednego widza, czyli dla 
mnie, i opowiadać dwa razy o tym samym. Jutro rano 
będzie miał przynajmniej dwoje widzów.

Zrozumienie tego w żaden sposób nie ułatwiało mi 

jednak trwania w oczekiwaniu i kompletnie zruj' nowało 
resztę mojego wieczoru.

Kiedy   odwiozłam   Mońka,   wróciłam   do   domu,   od' 

grzałam sobie gotowy obiad Lean Cusine, opłaciłam pa' 
rę rachunków i przejrzałam licytacje na eBay-u w po-

251

background image

szukiwaniu tanich ubrań. Nie mogłam jednak przestać 
myśleć o morderstwach Ellen Cole i Ronalda Webstera.

Ja jestem osobą, która łączy obie sprawy.

Tak powiedział Monk. Co miał na myśli?
Nietrudno było dostrzec związek między Monkiem a 

sprawą   Ellen   Cole.   Rzekomo   została   zamordowana 
przez  męża byłej  asystentki  Mońka.  Ale przecież  Ro-
nalda   Webstera   Monk   nie   znał,   ja   również   nie,   choć 
trochę to dziwne, że ów sprzedawca butów pracował w 
mojej   dzielnicy,   jadał   w   mojej   pizzerii,   a   „szczęki 
życia", którymi zadano mu śmierć, zostały skradzione z 
remizy Joego.

Czyżbym   ja   była   osobą,   która   łączy   tę   sprawę   z 

Monkiem?

Poszłam   spać,   próbując   jeszcze   myśleć   nad   taką 

logiką, ale skończyło się tylko na tym, że w nocy przy-
śnił mi się aligator siedzący w jacuzzi jak człowiek i za-
jadający kawałek pizzy, której kawałki sera i peppe-roni 
przyczepiały się do drucików aparatu  ortodontycznego 
na jego ostrych zębach. W pewnej chwili wszedł nawet 
do jacuzzi Rick Springfield i zaśpiewał w porywającej 
interpretacji   swój   przebój  Jessie's   Girl,  ale   jestem 
pewna, że Rick nie miał nic wspólnego z żadnym z tych 
dwóch morderstw.

Dokładnie o dziewiątej rano stałam już pod drzwiami 

Mońka   -   o   tej   samej   godzinie   przyjechała   Sharona. 
Wyglądała   na   zmęczoną   i   rozdrażnioną.   Miałam 
wrażenie, że nie widziałam jej od wielu miesięcy.

— Jak poszło w Los Angeles? - zapytałam, kiedy bez 

pukania wchodziłyśmy do środka, jakby było to nasze 
własne mieszkanie.

252

background image

W pewnym sensie chyba było.
—Dowiedziałam   się   tylko   jednej   rzeczy   —   odpo

wiedziała   Sharona.   -   Nie   mam   w   sobie   nic,   co   czło'
wieka czyni detektywem.

- Nie   każdy   może   być   Adrianem   Monkiem   -

stwierdziłam.

—I   dlatego   rodzaj   ludzki   na   tym   cierpi   -   wtrącił 
Monk,   wychodząc   do   nas   z   kuchni.   —   Pomyślcie 
tylko, jaka czystość i ład panowałyby na świecie.
—Wkrótce   przestaniesz   być   cząstką   tego   świata, 
Adrianie, jeśli w tej chwili nie wyrzucisz z siebie na' 
zwiska zabójcy — zagroziła Sharona.

Zanim   jednak   Monk   zdążył   jej   odpowiedzieć,   do 

mieszkania wszedł za nami kapitan Stottlemeyer, trochę 
rozchełstany   i   nieuczesany.   Miał   na   sobie   to   samo 
ubranie co wczoraj. Albo przez całą noc praco' wał, w co 
jednak   wątpiłam,   albo   Monk   zadzwonił   do   nie'  go 
wcześnie rano na komórkę i wyciągnął go z domu jego 
dziewczyny,   zanim   kapitan   zdążył   wrócić   do   sie-bie, 
umyć się i przebrać.

Zapewne od progu Stottlemeyer miał ochotę zrc bić 

Monkowi   prawdziwe   piekło,   ale   widok   Sharony 
kompletnie zbił go z tropu.

- Cześć,   Sharona   -   powiedział,   przytulając   ją   na

powitanie. - Kopę lat, miło cię znowu widzieć.

—Pana także, kapitanie.
- Jak ma się Benji?

- Bardzo dobrze. Miałby się o wiele lepiej, gdyby

jego ojciec nie siedział za kratkami.

—Słyszałem   o   tym.   Bardzo   mi   przykro   —   rzekł 

Stot
tlemeyer.

- Niepotrzebnie   -   odpowiedziała   Sharona,   kieru'

jąc   spojrzenie   na   Mońka.   -   Adrian   właśnie   ma   za-
miar uczynić sprawiedliwości zadość, prawda, Adria-

253

background image

nie? Zaraz nam powiesz, kto naprawdę zabił Ellen Cole.

-Tak - przyznał Monk. - Powiem.
-Chwileczkę, chwileczkę - powiedział Stottleme-yer, 
patrząc groźnie na Mońka. — Wyciągnąłeś mnie z 
łóżka w dniu wolnym  od pracy,  bo twierdziłeś, że 
rozwikłałeś sprawę morderstwa Webstera.
-To prawda - odparł Monk.
-W takim razie, o której sprawie mamy rozmawiać? - 
zapytał Stottlemeyer. - Jej czy mojej?
-O obu. Zabójcą jest ten sam człowiek.
-Kto?   -   zapytaliśmy   w   trójkę   jednym   głosem,   jak 
Rolling Stonesi.
-łan Ludlow - powiedział Monk.

Uśmiechnął   się   triumfalnie,   ale   jego   oświadczenie 

wcale nam się nie wydało rewelacją. Widzieliśmy w nim 
raczej kiepską wendetę.

-Och, na miłość boską, Monk —jęknął  kapitan. — 
Wiem, nie możesz znieść tego, że on nam pomaga i 
że zwracam teraz na ciebie mniejszą uwagę, wiem, 
ale to już naprawdę przesada, nawet jak na ciebie.
-Ale to on - upierał się Monk.
-Jakim cudem to może być on?! - zniecierpliwił się 
Stottlemeyer.
-Ludlow pomagał policji w śledztwie w sprawie Ellen 
Cole   i   naprowadził   ich   na   trop   Trevora   -   mówił 
Monk. - Teraz jest tutaj i doradza w sprawie śmierci 
Webstera.
-Jest   tutaj   tylko   dlatego,   że   ściągnął   go   Randy 
-powiedział Stottlemeyer.
-Porucznik   Disher   ściągnął   go   jednak,   ponieważ 
sprawa  Webstera skojarzyła  mu się z akcją książki 
Ludlowa - odparł Monk.

- I co z tego?

254

background image

-To tylko jeden ze zbiegów okoliczności - powiedział 
Monk. - Jest ich więcej. Sklep z butami, w którym 
pracował Webster, znajduje się w dzielnicy Natalie, 
podobnie pizzeria, w której kupił pizzę.
-To   zupełne   nic,   Monk.   Nie.   To   mniej   niż   nic 
-stwierdził Stottlemeyer. - Musisz się czuć poważnie 
zagrożony przez tego faceta, skoro widzisz powiąza-
nia tam, gdzie ich po prostu nie ma. To nawet nie jest 
smutne, to jest żałosne.

Stottlemeyer odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.

-Czekaj - zatrzymał go Monk. - Wiem, w jaki sposób 
upozorował atak aligatora.
-Jaki atak aligatora? - zdziwiła się Sharona.
-To długa historia - powiedziałam.
-W porządku, Monk. - Stottlemeyer  odwrócił  się z 
powrotem do Mońka. - Jak to zrobił?
-Aby zamarkować nacisk o sile setek kilogramów na 
centymetr   kwadratowy,   Ludiow   przykleił   szczęki 
aligatora   do   strażackich   nożyc   hydraulicznych 
-wyjaśnił   Monk.   —Webster   nie   miał   najmniejszej 
szansy,  żeby się uwolnić, choćby nie wiem jak się 
szamotał,   zresztą   smugi   na   podłodze   w   łazience 
wzięły się właśnie z tego szamotania.
-Ktoś go zabił, używając „szczęk życia" — powie-
dział Stottlemeyer, zastanawiając się przez chwilę. — 
To wyjaśniałoby właściwie wszystko poza tym, dla-
czego Webster musiał zginąć i kto go zabił.
-Zabił Ludiow - powtórzył Monk.
-Twoja zazdrość i poczucie braku bezpieczeństwa to 
jakaś   skrajna   patologia,   Monk,   ale   przynajmniej 
rozwiązałeś   zagadkę   z   aligatorem   -   mówił   Stot-
tlemeyer. - Proponuję więc układ. Zapomnę o spra-
wie   z   Ludlowem,   ty   pójdziesz   na   dodatkowe 
spotkanie

255

background image

z doktorem Krogerem i będziemy udawać, że nic się nie 
stało.

-To był Ludlow - upierał się Monk.
-Bo   Webster   sprzedawał   buty   i   zjadł   pizzę   w   tej 
samej dzielnicy, w której my wszyscy mieszkamy? 
— zirytował się Stottlemeyer.

- Ponieważ w środę wieczorem ktoś ukradł „szczęki

życia" z remizy, w której pracuje kochanek Natalie —
powiedział Monk.

Poczułam,   jak   się   rumienię   ze   wstydu.   Nie   wiem 

dlaczego. Jestem dorosła. Wolno mi uprawiać seks.

-To nie  jest  mój  kochanek.  Wcale  się  nie  związa-
liśmy - zaoponowałam. - Na stałe.
-Na stałe? — zapytała Sharona.
-Tylko się do siebie na trochę przywiązujemy.
-Przywiązujemy?   Na   trochę?   —   zdziwiła   się   Sha-
rona.
-Wiesz   -   powiedziałam.   -   Chodzi   o   takie   typowe 
wiązanie   się,   potem   odwiązanie,   znowu   wiązanie, 
znowu   odwiązanie,   no...   czyli   tymczasowe 
przywiązywanie.

Pogrążałam   się  coraz   bardziej.   Z   nieszczęścia   wy-

bawił mnie Stottlemeyer.

-Przyznaję,   Monk,   to   dziwny   zbieg   okoliczności   - 
stwierdził Stottlemeyer,  wspaniałomyślnie ignorując 
moje   miłosne   dylematy.   -   Jednak   wyrażenie   zbieg 
okoliczności ktoś kiedyś wymyślił nie bez powodu. 
Ponieważ   czasem   okoliczności   przypadkowo   się 
z b i e g a j  ą.Taknaprawdę nie masz nic, co łączyłoby 
Ludlowa z tą sprawą.
-Ani   ze   sprawą   Elłen   Cole   -   wtrąciła   Sharona.   -A 
prawdę mówiąc, tylko ta sprawa mnie obchodzi.
-Mam coś więcej - wyznał Monk. — Sharona, pokaż 
im.
-Co mam pokazać? — zapytała Sharona.

256

background image

- Zdjęcie,   które   prosiłem,   żebyś   zrobiła   wczoraj

wieczorem w domu Ellen Cole.

Sharona wyjęła telefon komórkowy, który miał wbu-

dowany aparat fotograficzny, odszukała zdjęcie i zrobiła 
zbliżenie na rząd jakichś książek. Potem pokazała nam 
ekranik telefonu. Zajrzeliśmy przez jej ramię. Od razu 
poznałam   tytuły   na   grzbietach   książek.   To   były 
kryminały lana Ludlowa.

-Ellen Cole miała w domu prawie wszystkie książki 
Ludlowa   -   oświadczył   Monk.   -   Podobnie   Ronald 
Webster.
-Ja też mam te kryminały. I miliony innych ludzi - 
stwierdził Stottlemeyer.
-To ma być  coś, co łączy obie sprawy?  - zapytała 
Sharona ze złością w głosie. - To przecież nic, Ad-
rianie!
-Marny z ciebie detektyw.  Sama tak o sobie przed 
chwilą powiedziałaś i trudno się z tym nie zgodzić. 
Najwyraźniej  gubisz  się w zawiłościach  nici, które 
łączą obie sprawy — stwierdził Monk.
-Ja jestem detektywem - powiedział Stottlemeyer. — 
I uważam, że Sharona ma rację. Gorzej. Uważam, że 
przechodzisz jakąś zaćmę umysłową, Monk.

Byłam skłonna się z tym zgodzić.

-Mam coś więcej - nie ustępował Monk.
-Ciągle mówisz, że masz coś więcej, a nic więcej nie 
ma - stwierdził Stottlemeyer.
-Ludlow sam się przed nami przyznał. Trzykrotnie.
-Jakoś sobie nie przypominam — powiedziałam.
-Ja też nie - dodała Sharona.
-Przed tobą przyznał się tylko raz - uściślił Monk.
-Dobrze   bym   pamiętała,   gdyby   się   przyznał   do 
zabójstwa Ellen Cole.

257

background image

-Ludlow   pisze   cztery   książki   rocznie   -   powiedział 
Monk. - Kiedy byliśmy na jego spotkaniu autorskim 
w Los Angeles, jakiś jego wielbiciel zapytał, czy nie 
boi się, że zabraknie mu pomysłów. Ludlow odparł, 
że nie, ponieważ czerpie pomysły z życia.
-Nie   rozumiem,   co   to   może   mieć   wspólnego   ze 
sprawą Ellen Cole - powiedziała Sharona.
-Kiedy Ludlow kończy książkę, spotyka  się z czy-
telnikami, a potem pozostaje w kontakcie z porucz-
nikiem Dozierem, czekając na kolejne morderstwo, 
które może go  zainspirować.  Nie sądzę jednak, by 
rzeczywiście na nie czekał.
-Uważasz, że zabił Ellen Cole dla fabuły? - zapytała 
Sharona.

-Wybrał  ją na chybił  trafił, może z tłumu podczas 
jednego ze spotkań autorskich, śledził ją przez jakiś 
czas, a wreszcie zabił — powiedział Monk. — Nie 
odstępował potem policji, obserwował, jak się toczy 
dochodzenie, jacy ludzie pojawiali się wcześniej w 
życiu   Ellen,   i   w   końcu   sam   dopisał   zakończenie, 
wrabiając w zbrodnię Trevora, najmniej podejrzaną 
osobę.
-I całą tę historię wysnułeś z jednego stwierdzenia 
Ludlowa,   że   inspiruje   się   rzeczywistymi   morder-
stwami - stwierdził Stottlemeyer.
-Mam jeszcze coś.
-Wolałbym,   żebyś   przestał   to   stale   powtarzać 
-powiedział Stottlemeyer.
-Stąd bierze pomysły. Mówił przecież, że nigdy nie 
wymyśliłby   czegoś   takiego   jak   splot   konfliktów   w 
prywatnym   życiu   Ellen   Cole.   Wczoraj   w   kostnicy 
powiedział   w   zasadzie   to   samo   -   dowodził   Monk. 
-Później,   w   domu   Webstera,   wyraził   zdumienie, 
czego   się   człowiek   dowiaduje,   gdy   ledwie   draśnie 
powierzchnię   czyjegoś   życia.   Nie   miał   pojęcia,   że 
życie zwykłe-

258

background image

go   sprzedawcy   butów   może   się   okazać   tak   skompli-
kowane.

-Nie aż tak skomplikowane jak sposób, w jaki został 
zamordowany — zauważyłam.
-Właśnie   -   podchwycił   Monk   i   odwrócił   się   do 
Stottlemeyera. - Powiedziałeś, że zabójstwo Ronalda 
Webstera to sprawa, która woła o mnie. Miałeś rację. 
W tym cały sęk.
-W tobie? — zdumiał się Stottlemeyer.
-Ludlow   zamordował   Webstera   w   tak   odrażający 
sposób dla dwóch powodów — mówił Monk. — Aby 
być pewnym, że ściągniesz mnie do tej sprawy, oraz 
aby Disher dopatrzył się podobieństw z kryminałem i 
zadzwonił do pisarza z prośbą o pomoc.
-Więc   tu   chodzi   tylko   o   ciebie?   -   zapytał   Stottle-
meyer.
-Tak, tak. Wreszcie zaczynasz rozumieć — ucieszył 
się Monk. — Kiedy się pojawiłem przy śledztwie w 
sprawie   zabójstwa   Ellen   Cole,   Ludlow   dostrzegł 
sposobność dodania nowego nieoczekiwanego wątku 
do swojej historii. Przyjechał więc tutaj i zamordował 
Ronalda Webstera, kolejnego ze swoich czytelników.
-Wszystko   po   to,   żebyś   mógł   zostać   gwiazdą   jego 
następnej książki - powiedział Stottlemeyer.
-Niekoniecznie   zaraz   gwiazdą   -   odparł   skromnie 
Monk. -  Ale  z  pewnością   jednym   z  głównych   bo-
haterów.
-Jasne   -   rzucił   Stottlemeyer.   -   Trudno   byłoby 
oczekiwać czegoś mniej.

Kapitan westchnął ciężko i ruszył w kierunku drzwi.

- Idziesz aresztować Ludlowa? - zapytał Monk.

- Nie - odpowiedział Stottlemeyer. - Po prostu idę.
I tyle. Kapitan wyszedł.

background image

25

Monk i wielkie aresztowanie

Po   wyjściu   Stottlemeyera   Monk   wpatrywał   się   przez 
długą chwilę w puste drzwi, a potem odwrócił się do 
nas.

-O co mu chodzi? - zapytał.
-O ciebie, Adrianie - odpowiedziała Sharona.
-Przecież   właśnie   rozwikłałem   zagadki   dwóch 
morderstw. - Monk był zdziwiony. — Powinien mi 
podziękować i aresztować tego oszusta.
-Jesteś samolubny, egocentryczny i zajęty wyłącznie 
własną osobą — powiedziała Sharona. — Cały świat 
musi się obracać wokół ciebie, a jeśli się nie obraca, 
pada ci na głowę.

Monk spojrzał na mnie.

-O co jej chodzi?
-Panie   Monk,   pan   wie,   jak   olbrzymią   nadzieję 
pokładam w pańskich zdolnościach detektywistycz-
nych — zaczęłam.
-I słusznie. Ja się nigdy nie mylę.

Sharona jęknęła głucho. Mnie udało się powstrzymać 

od jęków.

- Jednak   wydaje   mi   się,   że   w   tej   sprawie   działa

pan   pod   przemożnym   wpływem   animozji   do   lana
Ludlowa   -   ciągnęłam.   -   Słuchając   pana,   odniosłam
dziś wrażenie, że jest pan zdecydowany zrobić wszyst
ko, byle stanąć na środku sceny i zrobić z Ludlowa

260

background image

huncwota,   nawet   jeśli  miałoby to oznaczać  naciąganie 
faktów.

- Naprawdę tak o mnie myślisz? — zapytał Monk.

Zastanowiłam się jeszcze raz. W kwestii morderstw 

Monk rzeczywiście nigdy się nie mylił, ale zawsze musi 
być   ten   pierwszy   raz   i   wydawało   się,   że   nastąpił   on 
właśnie   teraz.   Spośród   wszystkich   pochopnych 
wniosków Mońka te dzisiejsze wydawały się najbardziej 
pochopne.

-Tak, panie Monk, tak myślę - odpowiedziałam. -Nie 
sądzę, aby robił to pan świadomie. Chodzi tylko o to, 
jak decyduje się pan interpretować fakty.
-Fakty są, jakie są. Można je interpretować tylko w 
jeden sposób.
-To   jest   właśnie   twój   problem,   Adrianie.   Zawsze 
musi być tak, jak ty chcesz - zarzuciła mu Sharona. 
—   Wszyscy   muszą   widzieć   sprawy   tak   jak   ty, 
organizować wszystko tak jak ty i zachowywać  się 
tak   jak   ty,   w   przeciwnym   razie   popełniają 
przestępstwo przeciwko naturze. Boże broń, żebyś to 
t y zmienił się czasami dla drugiego człowieka.
-łan Ludlow to oszust pierwszej wody. Nie widzisz 
tego?   Gaduła   i   mędrek,   który   nic   nie   wie   -   prze-
konywał Monk. - To on jest mordercą, który wrobił 
twojego męża.
-Najbardziej boli nie to, że jesteś w błędzie, a praw-
dziwy morderca wciąż pozostaje na wolności, ale to, 
że nie potrafisz zapomnieć na chwilę o sobie, aby mi 
pomóc.   —   W   głosie   Sharony   brzmiał   żal.   — 
Potrzebowałam   cię,   Adrianie,   potrzebowałam 
bardziej   niż   kiedykolwiek   kogokolwiek.   Ale 
zawiodłeś mnie.

Po tych słowach Sharona wyszła, trzaskając za sobą 

drzwiami i zostawiając mnie samą z Mon-kiem.

261

background image

-Mam rację-powiedział do mnie Monk po chwili. — 
Wiesz, że mam rację. W głębi serca wiesz.
-Jeśli ma pan rację, panie Monk, to niby dlaczego 
Ludlowowi tak na panu zależy?
- Bo jestem genialny - odparł Monk. - A on nie.
Dobrze, że Sharona już wyszła i nie słyszała tych

słów.

- Właśnie. Nic dodać, nic ująć.

-Dodać do czego?  Przecież  nic jeszcze nie powie-
działaś.
-Pańskie   ego   i   pańskie   poczucie   braku   bezpie-
czeństwa nie pozwalają panu dostrzec innych praw-
dopodobnych wyjaśnień.
-Nie sądzę — odpowiedział Monk.
- Oczywiście, że nie - stwierdziłam krótko.
Spór z Monkiem nie miał sensu. Sharona miała

rację. On się nigdy nie zmieni. Odwróciłam się w kie-
runku wyjścia.

-Nie możesz odejść.
-Dzisiaj mam dzień wolny - przypomniałam.
-Aleja cię potrzebuję — powiedział cichym głosem.
-Teraz pan wie, co czuje Sharona.

Byłam już prawie w drzwiach, kiedy stanął w nich 
kapitan Stottlemeyer z posępną miną. Monk uśmiechnął 
się szeroko.

- Wiedziałem,   że   w   końcu   przejrzysz   na   oczy   -

powiedział   do   Stottlemeyera.   -   Przyjechałeś   mnie   za
brać na wielkie aresztowanie?

-Raczej nie. Natalie, musisz pojechać ze mną. 
Poczułam, jak pada na mnie blady strach.
-Julie? Coś się stało Julie?

- Nie, z Julie wszystko  w porządku - odparł  Stot

tlemeyer. — Monk, byłoby dobrze, gdybyś też z nami
pojechał.

262

background image

-Co   się   stało,   kapitanie?   -   zapytałam,   gdy   wy-
chodziliśmy z domu. - Dokąd jedziemy?
-Do twojego domu.
-Dlaczego?

Kiedy   jednak   zadałam   to   pytanie,   spostrzegłam   ku 

swojemu wielkiemu zdziwieniu, że przed domem Mońka 
nie ma już mojego  jeepa. Znikł. W miejscu, gdzie go 
zaparkowałam, stał samochód kapitana Stot-tlemeyera.

-Ktoś mi ukradł samochód! - zawołałam.
-Nikt go nie ukradł - sprostował Stottlemeyer. -Został 
odholowany.
-Kto   go   odholował?   -   gorączkowałam   się.   -   Nie 
zaparkowałam w miejscu niedozwolonym, nie zale-
gam z żadnymi nie zapłaconymi mandatami...
-Nie   dlatego   musieliśmy   odholować   twoje   auto   — 
powiedział Stottlemeyer.
- M u s i e l i ś m y ? - zapytałam, nic nie rozumiejąc.
Ale   Stottlemeyer   nic   więcej   nie   powiedział.   Nie 

podobał mi się wydźwięk tego milczenia.

Ulica   przed   moim   domem   była   zastawiona   poli-

cyjnymi   samochodami;   biało-czarnymi   radiowozami, 
nieoznakowanymi   sedanami   detektywów   i   paroma 
furgonetkami technicznymi z jednostki badania miejsca 
zbrodni.

Ostatnim razem miałam u siebie taką imprezę, kiedy 

zabiłam włamywacza, który usiłował mnie zamordować. 
Właśnie w ten sposób poznałam Mońka.

Mój   dom   znowu   stał   się   miejscem   przestępstwa. 

Oznaczało   to   tyle,   że   albo   w   moim   domu   doszło   do 
naruszenia   prawa,   albo   znaleziono   w   nim   przedmioty 
związane z przestępstwem. Prawdę mówiąc, nie

263

background image

podobały   mi   się   konsekwencje   obu   tych   scenariuszy. 
Byłam pewna, że niezależnie od wyjaśnień, jakie złożę, 
wśród   sąsiadów   krąży   już   petycja   z   żądaniem   mojej 
wyprowadzki.

Podczas   krótkiej   jazdy   samochodem   kapitan   Stot-

tlemeyer   przez   cały   czas   milczał,   ale   kiedy   zatrzy-
maliśmy   się   przy   krawężniku   przed   moim   domem, 
obejrzał   się   nieznacznie   przez   ramię   i   wreszcie   prze-
mówił.

—Nic nie wiedziałem — powiedział. — Ani ja, ani 
Randy. O wszystkim usłyszałem dopiero po wyjściu 
od Mońka. Ludlow działał bez naszej wiedzy.
—Ludlow? — zdziwił się Monk. — Co on ma z tym 
wspólnego?
—To będzie jego przedstawienie — odparł Stottle-
meyer i wyszliśmy z samochodu.

łan Ludlow, Disher i Sharona czekali w moim pokoju 

gościnnym.   Kręcili   się   tu   także   umundurowani 
policjanci, jacyś detektywi w cywilu i paru techników. 
Nie miałam pojęcia, co tak bardzo zaprzątało ich uwagę 
ani po co w ogóle się tu znaleźli.

Kiedy   wychodziłam,   zamknęłam   drzwi   na   klucz. 

Teraz   mam   w   środku   wszystkich   tych   ludzi,   którzy 
myszkują   po   moich   rzeczach   osobistych,   nie   pytając 
mnie o zgodę. Byłam po prostu wściekła. Nie wątpiłam, 
że   mają   jakiś   nakaz,   ale   to   wcale   nie   poprawiało   mi 
humoru.

Porucznik   Disher   wyglądał   nie   mniej   posępnie   od 

swojego szefa, natomiast Sharona wprost promieniowała 
furią.  Nie umiałam  się domyślić,  dlaczego  również  ją 
tutaj   ściągnięto.   Zresztą   wciąż   nie   miałam   pojęcia, 
dlaczego mnie kazano tu przyjechać.

—Dziękuję za przybycie - powitał nas Ludlow.
—Ja tu mieszkam — odparłam rozdrażniona.

264

background image

—W rzeczy samej - stwierdził Ludlow.
—Kolejna genialna dedukcja - wtrącił Monk.
—Po co tu przyjechaliśmy? - zapytała Sharona.
—Pomyślałem, że będzie pani chciała wiedzieć, kto 
zabił Ellen Cole - powiedział Ludlow.
—Przecież pan uważa, że zabił ją mój mąż—odpo-
wiedziała Sharona.
—Myliłem   się   -   przyznał   Ludlow.   -   Słysząc,   co 
Monk mówi porucznikowi Dozierowi, zrozumiałem, 
że dowody wyprowadziły mnie na manowce, i posta-
nowiłem, że tym razem nic mnie nie powstrzyma od 
dotarcia do prawdy.
—I znalazł pan tę prawdę w moim pokoju gościn-
nym? — zapytałam.
—Prawdę mówiąc, tak.
—Więc niech pan to z siebie wyrzuci - zniecierpli-
wiła się Sharona. - Kto zabił Ellen Cole?

Na twarzy Ludlowa pojawił się uśmiech.

—Pani już zna odpowiedź na to pytanie.
—Gdybym znała, tobym nie pytała.
—To   pani   zabiła   Ellen   Cole   -   powiedział   Ludlow 
oskarżycielskim tonem.

Zerknęłam   na   Mońka.   Stał   jak   wmurowany,   a   na 

jego twarzy uwydatniły się nagle wszystkie zmarszczki, 
gdy   jego   myśli   zaczęły   się   zmagać   z   nowym,   za-
skakującym konceptem.

Stottlemeyer i Disher wpatrywali się w Sharonę.

—Ma   pan   szczęście,   że   stoi   obok   nas   dwóch   po-
licjantów - syknęła Sharona, patrząc z wściekłością 
na Ludlowa. - Bo leżałby już pan plackiem na ziemi i 
szukał swoich zębów.
—To   najlepszy  argument,   tak?   -   rzucił   Ludlow.   ~ 
Znowu przemoc.
—Najpierw pan mówi, że zabił ją mój mąż - wyce-

265

background image

dziła Sharona. - Teraz pan twierdzi, że to ja. Co pan ma 
przeciwko nam? Przejechaliśmy panu kota czy co?

-Znam   Sharonę   od   wielu  lat   —  odezwał   się   Stot-
tlemeyer. - Nie wierzę, aby była zdolna do popełnie-
nia morderstwa.
-Właśnie   takie   pańskie   nastawienie,   kapitanie, 
skłoniło mnie, aby za pana plecami skontaktować się 
z zastępcą komendanta policji i uzyskać nakaz rewi-
zji, który egzekwuje właśnie kapitan Toplyn — rzekł 
Ludlow, wskazując na stojącego w drugim końcu po-
koju zażywnego mężczyznę, jak się domyśliłam, ka-
pitana Toplyna.

Mężczyzna   odpowiedział   na   nasze   spojrzenia 

uprzejmym skinieniem głowy. Słyszał, co mówimy, ale 
stał   poza   naszym   kręgiem,   przy   tekturowym   pudle 
pełnym woreczków z gromadzonymi dowodami.

Ale dowodami czego?

-Wiedziałem,   że   nie   będzie   pan   nastawiony   przy-
chylnie   do   tego,   by   na   bieg   zdarzeń   patrzeć 
obiektywnie - powiedział Ludlow.
-Niech   mnie   pan   przekona,   że   się   mylę   -   odparł 
kapitan Stottlemeyer.

Jeśli Ludlow uważał, że Sharona jest zabójczy-nią, to 

dlaczego policjanci kręcili się po moim domu, a nie jej? 
Co j a miałam z tym wspólnego?

-Sharona   zamordowała   Ellen   Cole   i   wrobiła   w   to 
zabójstwo własnego męża - zaczął Ludlow. - Zrobiła 
to po to, aby się wyrwać z nieudanego małżeństwa.
-Gdybym  chciała zakończyć swoje małżeństwo, nie 
musiałabym nikogo zabijać - powiedziała Sharona. - 
Po prostu bym odeszła. Już raz tak zrobiłam.
-Tak.   Zrobiła   tak   pani,   ponieważ   Trevor   to   drań, 
nieudacznik i zły ojciec. Ale co się dzieje? Oto on 
wraca,   a   pani   znowu   daje   się   wciągnąć   w 
małżeństwo,

266

background image

choć doskonale pani wie, że to wciąż  taki sam  drań i 
nieudacznik. Jest pani bezradna wobec jego uro-ku i pani 
dobrze o tym wie.

Monk   przytaknął   zgodliwie.   Sharona   posłała   mu 

gniewne spojrzenie.

-Dlaczego   tak   przytakujesz?   On   mnie   oskarża   o 
morderstwo — warknęła do Mońka. - Masz zamiar 
tak to zostawić?
-Słucham tylko - odpowiedział Monk.
-Słuchasz i przytakujesz.
-Jedynie w części dotyczącej Trevora - tłumaczył się 
Monk. — Nie w części, że kogoś zamordowałaś.
-Nikogo   nie   zamordowałam.   W   tym   cała   rzecz, 
Adrianie. Musisz mu wykazać, że jest w błędzie.
-Wiedziała pani, że tylko w jeden sposób może pani 
ocalić siebie i syna — ciągnął Ludlow. — Musiała 
pani znaleźć sposób, jak raz na zawsze pozbyć  się 
Trevora ze swojego życia.
-Dlaczego więc nie zabiła po prostu jego? - zapytał 
przytomnie Stottlemeyer.
-Ponieważ   byłaby   pierwszą   podejrzaną   -   wyjaśnił 
Ludlow. — Logiczniejsze było zabić kogoś zupełnie 
obcego, kogo nie można było z nią powiązać, wrobić 
męża   w   zbrodnię   i   wsadzić   go   na   resztę   życia   za 
kratki.
-Jasne,   to   rzeczywiście   jest   logiczniejsze   —   po-
wiedziała Sharona. - Jeśli nie ma się rozumu w gło-
wie.

Sharona popatrzyła na Mońka, licząc na pomoc, ale 

on wydawał  się skupiony nad czymś  zupełnie innym, 
był zagubiony w myślach.

-Tylko   tak   będzie   się   pani   bronić?   Tymczasowa 
utrata rozumu? - pytał Ludlow.
-Sharonie nie będzie potrzebna żadna obrona, bo

267

background image

nic   pan   na   nią   nie   ma   -   powiedział   kapitan   Stottle-
meyer. - To czyste spekulacje. Gdzie dowody?

-Przede wszystkim dowody zgromadzone przeciwko 
Trevorowi — powiedział Ludlow, odwracając się do 
Sharony. — Jasno teraz świadczą przeciwko pani.
-Jak to pan do tego doszedł? - zapytał Stottle-meyer.
-Osobą, której najłatwiej było założyć osobiste konto 
w eBay-u, używając nazwiska Trevora i numeru jego 
rachunku   bankowego,   a   także   podłożyć   kradzione 
rzeczy   w   jego   półciężarówce,   była   właśnie   pani 
-stwierdził   Ludlow.   —   Miała   tu   pani   swobodny 
dostęp.   Potem   jeszcze,   z   rzadko   spotykanym 
tupetem, opisała pani  porucznikowi  Dozierowi, jak 
pani to zrobiła.
-Powiedziałam,   jak   ktoś   mógłby   to   zrobić 
-sprostowała Sharona.
-Być   może  najbardziej   kompromitującą  sprawą  dla 
pani jest fakt, że nie telefonowała pani z prośbą o po-
moc do swojego byłego pracodawcy,  pana Adriana 
Mońka   -   powiedział   Ludlow.   —   Jest   jednym   z 
najlepszych detektywów na kuli ziemskiej, a mimo to 
nie szukała pani jego wsparcia. Dlaczego? Ponieważ 
wiedziała pani, że Monk dojdzie prawdy i udowodni, 
że to pani zamordowała Ellen Cole.
-Nie   prosiłam   Adriana   o   pomoc,   bo   myślałam,   że 
nienawidzi   mnie   za   moje   nagłe   odejście,   a   także 
dlatego, że wierzyłam w winę Trevora - tłumaczyła 
się Sharona. — Pomyliłam się w obu przypadkach.
-Jednak wskutek okrutnego splotu wydarzeń natknęła 
się pani na Mońka i jego nową asystentkę, Natalie - 
mówił Ludlow.  —Pani  misternie  tkany plan zaczął 
się niespodziewanie pruć.

Uświadomiłam sobie, że łan Ludlow nie tyle prze-

mawia, ile raczej p i s z e  na głos. Wszystko, co mówił,

268

background image

wyjdzie   z   ust   bohatera   jego   kryminałów,   detektywa 
Marshaka,   nim   Ludlow   postawi   w   książce   ostatnie 
zdanie.

—Wszystko, co pan nam powiedział, każdy rozsądny 
człowiek   może   zinterpretować   na   tysiące   innych 
sposobów   i   dojść   do   odmiennych   wniosków 
-stwierdził kapitan Stottlemeyer.
—Na   przykład   takiego   —   wtrąciłam   —   że   to   pan 
zamordował Ellen Cole.

Odwróciłam  się do Mońka w nadziei, że podejmie 

temat,   ale   Monk   nie   odezwał   się   ani   słowem.   Byłam 
zszokowana. Stottlemeyer za to pewnie odetchnął z ulgą. 
Jestem   przekonana,   że   ostatną   rzeczą,   z   jaką   kapitan 
chciałby mieć teraz do czynienia, był spór dwóch równie 
absurdalnych   teorii   na   temat   morderstwa,   prowadzony 
przez dwóch zadufanych w sobie, upartych egoistów.

Mimo to wolałabym, żeby Monk coś wreszcie po-

wiedział. Chciałabym, żeby zrobił to dla Sharony. Tym-
czasem on znowu ją zawodził, w chwili gdy bardzo go 
potrzebowała. Nie miałam pojęcia dlaczego.

—Daj spokój, to śmieszne — żachnął się Disher. — 
Mówisz o lanie Ludlowie. To nie byle kto.
—Co   w   takim   razie   ze   mną,   Randy?   -   zapytała 
Sharona. - Naprawdę uważasz, że to ja zabiłam ko-
bietę, której nie znałam, żeby wrobić męża w mor-
derstwo?
—Jest bardziej prawdopodobne, że zrobiłaś to ty niż 
największy  twórca   kryminałów  naszych  czasów   — 
stwierdził Disher i odwrócił się do Ludlowa. —Ale 
nie wydaje mi się, by miał pan w pełni rację. Nie ma 
żadnych dowodów na poparcie tych zarzutów.
—Trzy   tygodnie   temu   nie   miałem   -   odpowiedział 
Ludlow.   —   Ale   potem   zadzwonił   pan   do   mnie   i 
popro-

269

background image

sił, abym przyjechał pomóc rozwiązać zagadkę śmierci  na 
plaży   nudystów,   gdzie   ofiara   została   zabita   przez 
aligatora.

- W   jaki   sposób   morderstwo   Ronalda   Webstera

dowodzi   tego,   że   Sharona   zabiła   Ellen   Cole?   -   zapyta
łam.

Ludlow się do mnie uśmiechnął.

—Ponieważ to pani go zamordowała, Natalie.

background image

26

Monk traci asystentkę

Równie dobrze Ludlow  mógł  grzmotnąć mnie w pod-
brzusze.   Straciłam   oddech.   Nie   mogłam   złapać   po-
wietrza, by powiedzieć cokolwiek. Jego oskarżenie było 
tak fałszywe, tak niesprawiedliwie i tak przerażające, że 
stałam  jak rażona gromem.  Nie wiedziałam nawet,  od 
czego   zacząć.   Jak   spierać   się   z   czymś,   co   wykracza 
daleko poza logikę i wszystko, co w oczach człowieka 
jest prawdą.

Czułam, że to jakiś surrealizm. W pierwszej chwili 

pomyślałam, że Ludlow chce się tylko odgryźć za to, że 
przed   chwilą   to   ja   jego   oskarżyłam   o   morderstwo. 
Widząc jednak, jak lustruje mnie w poszukiwaniu oznak 
winy, doszłam do wniosku, że mówi zupełnie poważnie.

Wszystko,   na   co   było   mnie   stać,   kiedy   już   zgro-

madziłam w płucach trochę powietrza, to wykrzyczeć z 
największym   przekonaniem,   szczerością   i   złością,   na 
jakie umiałam się zdobyć:

- Nieprawda!

Nie sądzę, by zabrzmiało to przekonująco, w każdym 

razie   nie   dla   Ludlowa,   który   zachował   na   twarzy 
załgany  uśmieszek  samozadowolenia,  bardzo  podobny 
do tego, jaki pojawia się na twarzy Mońka podczas jego 
finalnych wystąpień, tyle że bez załgania.

Odwróciłam się do Mońka, spodziewając się, że

271

background image

ruszy w mojej obronie, ale Monk milczał jak zaklęty, co 
było dla mniej najbardziej przerażające ze wszystkiego. 
Od czasu, jak Ludlow zaczął wysuwać swoje idiotyczne 
oskarżenia,   Monk   ani   razu   się   nie   odezwał   —jakby 
siedział tylko na widowni i oglądał spektakl, a nie był 
jednym z jego głównych aktorów.

—Adrianie, odezwij się — powiedziała Sharona. —

Jak możesz stać i pozwalać na to wszystko?

Monk wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Mnie 

również opuścił.

—Powinieneś  się  wstydzić   -  powiedziała  do  niego 
Sharona, a potem odwróciła się do Stottlemeyera  i 
Di-shera. -A wy? Za chwilę Ludlow oskarży jednego 
z was o morderstwo.
—Ib by mnie nie zdziwiło - stwierdził Stottleme-yer. 
- Zważywszy na dotychczasowy rozwój sytuacji,

Ludlow stanął przodem do Sharony i wskazał mnie 

palcem.

—Natalie  doskonale  wiedziała,  ile  pani  znaczy  dla

Mońka. Bała się, że Monk zwolni ją z pracy i ponow
nie   zatrudni   panią.   Zatem   musiała   pani   po   prostu
zniknąć,   a   najlepszym   na   to   sposobem   było   nakłonie
nie   Mońka   do   udowodnienia,   że   Trevor   jest   niewin
ny. Gdyby Trevor wyszedł na wolność, pani wróciłaby
do Los Angeles, a Natalie ocaliłaby swoją posadę.

Była to oczywiście prawda, ale nie chciałam się do 

niej głośno przyznawać w obawie, że moje słowa uwia-
rygodniłyby   kolejne   idiotyzmy,   jakie   Ludlow   jeszcze 
wypowie.

Niestety Stottlemeyer i Disher także wiedzieli, że to, 

co   mówi   Ludlow,   jest   prawdą.   Sama   się   przed   nimi 
przyznałam, choć nie czułam się z tym komfortowo,

—Byłam   samolubna   i   małostkowa,   ale   to   jeszcze

nie zbrodnia, nawet jeśli przynosi wstyd - powiedzia-

272

background image

łam. - Ale wystarczyło jedno spotkanie z Trevorem, żeby 
przestało chodzić o mnie i moją posadę. Wiedziałam, że 
naprawdę jest niewinny. Uwierzyłam mu.

-Oczywiście,   że   uwierzyła   pani,   ponieważ   mówił 
szczerą prawdę — stwierdził Ludlow. — To jednak 
stworzyło   poważny   problem   dla   Sharony.   Pani 
wścibstwo mogło ją posłać za kratki. Musiała panią 
powstrzymać.   Jak?   To   część,   w   której   musiałem 
zabawić się w małą zgaduj-zgadulę.
-Tylko ta część - zakpił Stottlemeyer - bo cała reszta 
opiera się oczywiście na solidnych faktach.

Ludlow   zignorował   sarkastyczną   uwagę   kapitana   i 

brnął dalej.

-W jakiś sposób Sharonie udało się przekonać panią, 
że chociaż Trevor jest niewinny, to jest złym mężem, 
który przemieni w piekło na ziemi życie jej i życie jej 
syna.   Namówiła   panią   do   ugody;   ona   zniknie   na 
zawsze   z   życia   Mońka,   a   pani   pomoże   zatrzymać 
Trevora w więzieniu.
-Zupełnie   panu   nie   wyszła   ta   zgaduj-zgadula   — 
powiedziała Sharona.
-Taka rozmowa nigdy się nie odbyła — zapewniłam. 
— Nic z tego, co pan mówi, nie miało miejsca. To 
czysta fikcja, coś, w czym jest pan mistrzem.
-Obmyśliła   więc   pani   genialny   plan   -   mówił   dalej 
Ludlow.   -Popełniła   pani   morderstwo   w   San   Fran-
cisco, morderstwo kuriozalne, aby mieć pewność, że 
Monk się nim zainteresuje, że nawet policja powie, iż 
„sprawa woła o Mońka". Kiedy pani się tym zajmo-
wała, Sharona została w Los Angeles w celu zapew-
nienia sobie alibi i pozacierania ewentualnych śladów 
po zabójstwie Ellen Cole.

Jego   hipoteza   była   tak   absurdalna,   a   tok   jego   ro-

zumowania obarczony tyloma błędami, że właściwie

273

background image

poczułam ulgę. Nikt nigdy nie uwierzy, że Ludlow ma 
rację.

-Myśli   pan,   że   zamordowałam   obcego   człowieka 
tylko po to, żeby utrzymać posadę u pana Mońka? 
-powiedziałam.   -   Pan   ma   pojęcie,   jaką   dostaję 
pensję?
-Nie zrobiła tego pani dla pieniędzy. Zrobiła to pani, 
bo go pani kocha.

Ludlow,   jak   widać,   nie   przestawał   sypać   niespo-

dziankami.   Jednak   to   oskarżenie   było   niewątpliwie 
największym idiotyzmem ze wszystkich.

Disher jęknął i popatrzył na mnie.

-Kochasz go?
-Oczywiście, że nie - odpowiedziałam. - Nie kocham 
go.

Natychmiast pożałowałam swoich słów.
Zraniłam   Mońka.   Od   razu   to   spostrzegłam.   Jego 

ciało wydawało się kurczyć, jakby wypełnione po brzegi 
tym  bólem. Złamałam  mu serce,  choć  wiedziałam, że 
oczywiście on również mnie nie kochał. Nie tak. Nie tak 
jak kochał Trudy i jak ja kochałam Mitcha.

- To nie tak, panie Monk - powiedziałam ciepło. ~

Wie   pan,   że   chcę   pana   mieć   w   swoim   sercu,   że   bar
dzo mi  na  panu zależy,  ale  nie w takim  sensie,  w ja
kim sugeruje Ludlow.

Poczułam się okropnie. Nienawidziłam Ludlowa za 

to, że mimowolnie zmusił mnie do wypowiedzenia słów 
tak okrutnych i bolesnych dla kogoś, kto był mi bardzo 
bliski. To była zbrodnia i miałam nadzieję, że spotka go 
jeszcze za to zasłużona kara z mojej strony. Na razie 
jednak stać mnie było tylko na tyle, by trzymać się i nie 
ulec   fali   płynących   na   mnie   oskarżeń,   a   nie   był   to 
jeszcze koniec.

- Łatwiej   byłoby   uwierzyć   w   te   protesty,   gdyby

nie świadczyły przeciwko pani niezbite dowody— mówił

274

background image

Ludlow.   -   Jak   sądzę,   w   pewnym   sensie   można   po-
wiedzieć, że sam jestem winny temu, co się stało. We 
wtorek   kupiła   pani   podpisaną   przeze   mnie   książkę 
Ostatnim słowem jest śmierć,  która zainspirowała panią 
do tej diabolicznej intrygi.

-W   ogóle   nie   czytałam   pańskiej   książki   -   odpo-
wiedziałam.
-Oczywiście, że pani czytała. Poprosiłem porucznika 
Doziera, aby coś dla mnie sprawdził w Internecie — 
mówił   Ludlow.   -   Otóż   odkrył   on,   że   właśnie   we 
wtorek wieczorem weszła pani na witrynę o nazwie 
Kurioza Cassidy'ego, gdzie używając karty kredyto-
wej, kupiła pani szczęki aligatora i zleciła ich wysył-
kę nocnym priorytetem do domu w San Francisco.
-To nieprawda.

Wciąż to powtarzałam, a moje zaprzeczenia brzmiały 

coraz   bardziej   nieszczerze,   sama   to   wyczuwałam. 
Musiałam   udowodnić   faktami   i   logicznymi   argumen-
tami, że to, co mówi Ludlow, jest kłamstwem, ale nie 
potrafiłam. Nie znałam takich faktów i czułam się zbyt 
oszołomiona, by logicznie myśleć.

- Tę paczkę znaleźliśmy w pani koszu na śmieci -

oświadczył   Ludlow   i   dał   znać   kapitanowi   Toplynowi,
o którego obecności kompletnie zapomniałam.

Toplyn sięgnął do stojącego u jego stóp pudła i wy-

ciągnął z niego foliowy woreczek, w którym znajdowała 
się rozdarta koperta przesyłki kurierskiej „FedEx" wraz 
z   folią   pęcherzykową.   Na   naklejce  nadawcy   widniała 
nazwa: KURIOZA CASSIDYTEGO.

- Każdy   mógł   zamówić   taką   przesyłkę   na   moją

kartę   kredytową,   wysłać   ją   do   mnie,   a   rano   zwędzić
mi   spod  drzwi  -   powiedziałam.   -  Z  Los  Angeles   wró
ciłam dopiero w środę wieczorem.

- Oczywiście, a po powrocie podpaliła pani samo-

275

background image

chód przy Washington Sąuare i ukradła „szczęki życia" 
z remizy,  w której pracuje pani kochanek - stwierdził 
Ludlow. — Stąd pani wiedziała, gdzie takie urządzenie 
znaleźć. Założyłbym się, że miała pani nawet klucz do 
budynku.

—Tej nocy byłam w domu ze swoją córką — broni-
łam się.
—Kiedy córka spała, wyślizgnęła się pani z domu. 
Dla   pewności,   żeby   się   nie   obudziła, 
prawdopodobnie   dodała   jej   pani   do   środków 
przeciwbólowych krople nasenne.
—Niczego jej nie podawałam — zaprzeczyłam ka-
tegorycznie. - Nie mam klucza do remizy, a Joe Co-
chran nie jest moim kochankiem!

Krzyczałam. Nie mogłam się powstrzymać. Serce mi 

waliło   ze   strachu,   pompowało   w   krwiobieg   kolejne 
porcje adrenaliny, wywołując drżenie na całym ciele.

—Jeśli   nie   jest   pani   kochankiem,   to   może   nam

pani   wyjaśni,   skąd   się   wziął   w   pani   sypialni   jego
T-shirt?   -   zapytał   Ludlow,   znowu   dając   znak   kapita
nowi Toplynowi, który podniósł woreczek ze strażacką
koszulką Joego. -1 dlaczego Cochran spędził tu z panią
czwartkowy   poranek?   Proszę   nie   kłamać.   Mamy   ze
znania sąsiadów, którzy go widzieli.

Stottlemeyer   i   Disher   patrzyli   na   mnie   z   powąt-

piewaniem i rozczarowaniem. Nawet Monk smutno na 
mnie spoglądał. Jedyną osobą, która patrzyła na mnie z 
nutą   sympatii,   była   Sharona,   ale   ona   była   tak   samo 
ugotowana jak ja.

—Widziałam wtedy Joego po raz pierwszy od mie

sięcy.   Przyjechał   do   mnie,   bo   chciał   prosić,   aby   pan
Monk   złapał   złodzieja,   który   ukradł   im   sprzęt   stra
żacki - tłumaczyłam się.

276

background image

- Powiedziała pani o tym Monkowi? - zapytał Lu-

dlow.   -   Oczywiście   nie.   Dlaczego?   Ponieważ   wiedzia
ła   pani,   że   niebawem   Monk   będzie   się   musiał   zająć
sprawą   Ronalda   Webstera.   Nie   chciała   pani,   aby   już
teraz   zaprzątał   sobie   głowę   kwestią   skradzionych
„szczęk   życia".   Było   jasne,   że   jeśli   zajmie   się   tą   kra
dzieżą,   błyskawicznie   połączy   fakty   i   dotrze   wprost
do   pani,   zamiast   miesiącami   kręcić   się   w   zaklętym
kręgu próżnego trudu.

Zaklęty   krąg   próżnego   trudu.  Zostałam   czarnym 

charakterem w źle napisanej powieści i marzyłam tylko 
o tym, żeby jak najszybciej się z niej wydostać.

- Wcale   nie   dlatego   Monkowi   o   tym   nie   powie

działam   -   zawołałam,   odwracając   się   do   reszty   w   na
dziei,   że   ktoś   coś   powie   albo   zrobi,   żeby   skończyć
wreszcie moją udrękę.

Nie widzieli, jak Ludlow przeinacza fakty?
Dlaczego Monk stał i nic nie mówił? Dlaczego nie 

uciął   wywodów   Ludlowa,   zręcznie   obalając   każdy 
kolejny niewiarygodny zarzut?

Czy dlatego, że Monk mu uwierzył?
Spojrzałam   mu   prosto   w   oczy,   a   w   każdym   razie 

próbowałam spojrzeć. Monk unikał mojego wzroku.

- Nie   chciałam   odciągać   pana   od   sprawy   Ellen

Cole — powiedziałam po chwili. — Im wcześniej dowie
działby   się   pan,   kto   ją   zabił,   tym   wcześniej   Trevor
wyszedłby z więzienia i tym wcześniej moje życie wró
ciłoby do normy.

Bardzo chciałam, żeby mi uwierzył. Jeśli nie uwie-

rzy,   będę   zgubiona.   Julie   będzie   zgubiona.   Wszystko 
będzie stracone.

- Proszę, panie Monk, niech pan coś powie. - Mój

głos zabrzmiał błagalnie.

Ale Monk milczał.

277

background image

-Właśnie o to w tym wszystkim chodziło—mówił za 
to Ludlow.  — Zadbać  o swoje życie  i  pozbyć  się 
Sha-rony. Dlatego musiał zginąć niewinny człowiek. 
Dlatego „szczęki życia" przemieniła pani w „szczęki 
śmierci".
-Szczęki   śmierci   -   powtórzył   machinalnie   Disher, 
niemal z uwielbieniem w głosie. - To byłby wspania-
ły tytuł na nową książkę.
-Nie   będzie   żadnej   książki,   bo   to   wszystko   nie-
prawda! - nie wytrzymałam.
-To   telefon   Joego   wczoraj   wieczorem   doprowadził 
panią do zguby, a w ostateczności także Sha-ronę - 
kontynuował   Ludlow.   —   Kiedy   przez   przypadek 
usłyszałem,   że   rozmawia   pani   ze   strażakiem, 
wszystko zaczęło mi się układać w całość. W jednej 
zabawnej chwili zrozumiałem, jak został upozorowa-
ny atak aligatora. Kiedy się dowiedziałem, że z remi-
zy strażackiej skradziono „szczęki życia", wiedziałem 
już, że pani jest morderczynią. Reszta była już bardzo 
łatwa.
-Jaka reszta? Nie ma żadnej reszty.
-Ronald   Webster   pracował   w   pani   dzielnicy-wy-
wodził  dalej  Ludlow.  - W ten sposób, w czwartek 
wieczorem, wybrała go sobie pani na ofiarę.

-Dopóki nie pojechałam na miejsce zbrodni na plaży 
Baker,   nigdy   w   życiu   nie   widziałam   Ronalda 
Webstera — zapewniłam.
-To kłamstwo i mogę to udowodnić.

Ludlow   spojrzał   znacząco   na   kapitana   Toplyna, 

człowieka  z pudłem  pełnym  cholernych  woreczków z 
dowodami.

Tym razem Toplyn podniósł do góry woreczek z ja-

kąś małą karteczką.

-Co to jest?-zapytał Disher.
-Paragon, który był przyklejony do pudelka z pizzą

278

background image

w   kuchni   Webstera   -   wyjaśnił   Ludlow.   -   W   czwartek 
wieczorem   poszedł   do   pizzerii   Sorrento,   podobnie   jak 
pani, Natalie. Właśnie tam go pani widziała.

-Wcale go nie widziałam.
-Paragon z wydrukowaną godziną zakupu pokazuje, 
że Webster dostał dziesięć procent  zniżki na pizzę, 
ponieważ był tam o tej samej porze, o której prze-
bywała tam pani z córką - mówił Ludlow. - Wiemy 
to, ponieważ Webster poprosił o zniżkę i otrzymał ją, 
powołując się na reklamę na gipsie pani córki. Wła-
śnie wtedy upatrzyła go sobie pani na ofiarę.
-W pizzerii było mnóstwo ludzi.
-Ale to na niego padł pani wybór - stwierdził Ludlow. 
-   To   do   jego   domu   pojechała   pani   w   nocy,   kiedy 
córka spała. To jego pani zamordowała.
-Fakt, że być może znalazłam się w tej samej pizzerii 
i o tej samej porze co Ronald Webster, nie czyni ze 
mnie zabójcy - powiedziałam.
-Nie,   to   nie   czyni   -   zgodził   się   Ludlow.   -   Ale   to 
owszem.

Znowu! Do cholery, pomyślałam.
Tym  razem spojrzeliśmy na Toplyna, nie czekając, 

aż Ludlow da mu jakiś znak. Kapitan wyciągnął z pudła 
fiolkę z jakąś zielonkawą mazią.

- Kradnąc   „szczęki   życia",   nie   wiedziała   pani,   że

w   układzie   hydraulicznym   narzędzia   istnieje   niewielki
wyciek   -   wywodził   Ludlow.   —   W   pani   samochodzie
znaleźliśmy   ślady   esteru   fosforanu,   tego   samego   zie
lonkawego   płynu,   który   pan   Monk   zauważył   na   pod
łodze w łazience Webstera.

To dlatego odholowali mojego jeepa. Chcieli, żeby 

technicy policyjni dokładnie go zbadali.

- Ktoś   musiał   je   celowo   pozostawić   w   moim   sa

mochodzie - powiedziałam.

279

background image

Moje wyjaśnienia brzmiały desperacko i żałośnie, ja 

sama   zapewne   też.   Czułam   się   coraz   bardziej   przy-
gnieciona   fałszywym   obrazem,   jaki   Ludlow   kreował 
wokół mojej osoby, moich działań, wokół tego, co zro-
biłam i czego nie zrobiłam.

- To nie jedyny wyciek, w którym tonie cały pani

plan - odezwał się nagle Toplyn, podrywając mnie na
nogi;   do   tej   pory   facet   był   po   prostu   hostessą   lana
Ludlowa,   taką   Vanną   Wbite,   jeśli   Vanna   była   męż
czyzną   w   średnim   wieku,   który   uwielbia   tanią   kon
fekcję z Wal-Martu. — Na podjeździe pani domu zna
leźliśmy płyn z układu wspomagania kierownicy, który
pasuje   do   śladów   płynu   znalezionego   przed   domem
Ronalda Webstera.

Koniec. Wrobił mnie. Równie sprawnie i skutecznie 

jak Trevora. Dowody były bardzo przekonujące. Niemal 
rzeczywiście   mi   wmówił,   że   osobiście   zabiłam 
Webstera.   Gdybym   posłuchała   Mońka   i   pojechała   do 
myjni   samochodowej,   jak   sugerował,   nie   byłoby 
przeciwko  mnie  dowodu.  Wpadłam  przez  własne   nie-
chlujstwo.

Jeszcze   raz   spojrzałam   na   Mońka,   oczekując,   że 

wreszcie zacznie mówić. Ale nie. Nawet nie spojrzał mi 
w oczy.

Toplyn   postąpił   w   moim   kierunku   wyciągając   zza 

paska kajdanki.

- Natalie   Teeger,   zostaje   pani   zatrzymana   pod   za

rzutem zamordowania Ronalda Webstera.

Kapitan Toplyn zerknął na Dishera i skinął głową w 

kierunku   Sharony.   Milcząca   komenda   była   jasna   jak 
słońce.   Disher   się   zawahał,   a   kiedy   zrobił   krok,   by 
wykonać  służbowe  polecenie,  powstrzymał  go  kapitan 
Stottlemeyer.

- Czekaj, Randy. Ja to zrobię. - Odwrócił się do

280

background image

Sharony i westchnął ciężko. — Potwornie mi przykro. 

Naprawdę. Sharono Fleming, zostaje pani zatrzymana 

pod zarzutem zamordowania Ellen Cole.

łan Ludlow  uśmiechnął  się triumfująco  i z cichym 

kliknięciem  wyłączył  mały dyktafon,  który ukrywał  w 
kieszeni.   Rozwikłał   kolejną   zagadkę   kryminalną,   a 
jednocześnie   zakończył   ostatni   rozdział   nowego   best-
sellera.

Monk nic nie powiedział. Nawet na nas nie spojrzał. 

Spuścił głowę i odszedł, kiedy czytano nam jesz-

cze nasze prawa.

background image

27

Monk i aresztantki

Siedziałyśmy z Sharona w celi  z jakimiś dwiema ko-
bietami,   prostytutkami   lub   narkomankami,   jak   się 
domyślałam.   Obie były   wymizerowane,  odwodnione  i 
wymęczone.

Pomyślałam,   że   tak   będę   wyglądać   za   kilka   mie-

sięcy.

Zanim   umieszczono   nas   w   celi,   zdjęto   nam   odci

ski   palców   i   wpisano   do   rejestru   aresztu.   Sharona
zadzwoniła   z   telefonu   komórkowego   do   siostry,   któ
ra zgodziła się zaopiekować  Benjim  i Julie, co zdjęło
mi   najcięższy   kamień   z   serca.   Nie   miałam   pojęcia,
jak  wytłumaczyć   Julie,  co   się   stało,  i   jak  rozwiać   jej
lęk przed tym, co ją czeka w przyszłości. Głównie dla
tego,   że   sama   nie   potrafiłam   sobie   odpowiedzieć   na
te pytania.

,

Skorzystałam z własnego telefonu i zadzwoniłam do 

rodziców w Monterey. Choć u mnie się nie przelewa, to 
pochodzę z bardzo zamożnej rodziny.  Wiedziałam, że 
rodzice   zatrudnią   najlepszego   adwokata   od   spraw 
kryminalnych w San Francisco, aby nas wybronić. Gdy 
tylko   odsłuchają   moje   nagranie   na   automatycznej 
sekretarce   -   wyjechali   na   weekend.   W   każdym   razie 
miałam nadzieję, że na weekend, a nie całomiesięczny 
rejs po Morzu Karaibskim.

Niezależnie od tego, gdzie byli, byłam pewna, że

282

background image

spotka ich szok, gdy usłyszą moje słowa. Nie codziennie 
przecież   twoje   dziecko   zostaje   aresztowane   za   mor-
derstwo.   Usiłowałam   sobie   wyobrazić,   jak   ja   bym   się 
czuła,   gdyby   to   Julie   zatelefonowała   do   mnie   z   taką 
wiadomością.

Cóż,   bez   względu   na   to,   gdzie   moi   rodzice   byli   i 

kiedy mieli zamiar wrócić, jedno było pewne: najbliższą 
noc   miałyśmy   spędzić   w   więzieniu.   A   jeśli   zabraknie 
nam szczęścia, to być może resztę życia.

Bałam się. Nie czułam już złości. Byłam za bardzo 

zmęczona. Dowodzenie swojej niewinności, głośno i z 
całych   sił,   w   obliczu   góry   dowodów   świadczących 
przeciwko człowiekowi, to bardzo wyczerpująca robota.

Byłam tak wykończona, że betonowa ława, na której 

siedziałam,   wydawała   mi   się   nadzwyczaj   wygodna   i 
atrakcyjna. Sharona siedziała obok mnie, niemal ramię 
przy ramieniu.

Przez   długi   czas   żadna   z   nas   się   nie   odzywała. 

Wpatrywałyśmy   się   tępo   w   jakiś   punkt   w   podłodze. 
Sytuacja powoli zaczęła do nas docierać, a jednocześnie 
ogarniało   nas   poczucie   rezygnacji.   Znalazłyśmy   się   w 
położeniu,   w   którym   nad   niczym   nie   miałyśmy   już 
kontroli.   Mogłyśmy   tylko   czekać   i   patrzyć,   co   się 
wydarzy dalej.

W   pewnym   sensie   byłam   nawet   wdzięczna   za   te 

chwile ciszy. W moich uszach nie dzwoniły już upor-
czywie żadne kłamstwa i oskarżenia.

-To   odpłata   pięknym   za   nadobne   -   odezwała   się 
wreszcie Sharona.
-Czyja?
—Boga.   Kara   za  to,  że   nie   wierzyłam   Trevorowi. 
Muszę teraz cierpieć tak jak on.
—Jeśli   pójdziemy   na   długo   do   więzienia,   nasze 
dzieci zostaną sierotami - powiedziałam.

283

background image

-Będą miały sknocone życie.
-Totalnie.
-Będą   wchodzić   w   kolejne   nieudane   związki,   szu-
kając stabilizacji, której nie zaznały w dzieciństwie.
-Zostaną   prawdopodobnie   alkoholikami   albo   nar-
komanami - dodałam. - Jeśli dopisze im szczęście.
-Jak mniemam, obie możemy też zapomnieć o na-
grodzie „Najlepszej matki roku" - mruknęła Sharona.
-Mnie zdyskwalifikowali już w przedbiegach, zanim 
zostałam aresztowana za zabójstwo.
-Jak się dobrze zastanowić, to mnie chyba też... — 
stwierdziła Sharona.

Zamilkłyśmy na dłuższą chwilę. Choć żartowałyśmy, 

to   nasze   żarty   niewiele   odbiegały   od   rzeczywistości. 
Szczerze się obawiałyśmy, że zawiodłyśmy nasze dzieci 
na całej linii.

-Przepraszam - powiedziałam.
-Za co?
-Za   wszystkie   moje   złe   słowa   i   myśli   pod   twoim 
adresem,   za   egoistyczne   postępki   w   obawie   przed 
utratą pracy.
-Ja też przepraszam.
-Za co?
-Za   zostawienie   Adriana   i   zmuszenie   go   do   zna-
lezienia   sobie   nowej   asystentki.   Gdybym   tego   nie 
zrobiła, nie siedziałabyś teraz po uszy w tym bagnie.

-Nie siedziałabym w tym, to siedziałabym w innym.
-Pewnie masz rację — zgodziła się Sharona. —Ale 
czy byłabyś wplątana w morderstwo?
-Widzę, że nie słyszałaś, jak poznałam pana Mońka?
-Nie, nie słyszałam.
-Przyłapałam kiedyś włamywacza, który kradł

284

background image

kamyk   z   akwarium   mojej   córki   —   powiedziałam.   — 
Chciał mnie zabić, ale tak się stało, że to ja go zabiłam. 
Kapitan   Stottlemeyer   ściągnął   Mońka,   aby   wyjaśnił 
przebieg wypadków.

-Co   takiego   szczególnego   było   w   tym   kamyku? 
-zapytała Sharona.
-Pochodził z Księżyca - odpowiedziałam.
-Byłaś na Księżycu?
-Od czwartku nie byłam...

- Strażak?—zapytała Sharona.
Przytaknęłam.

-Niestety   w   tym,   co   Ludlow   powiedział   o   mnic, 
moim życiu i wszystkim, co robiłam, jest wystarcza-
jąco dużo prawdy, aby nieprawda wyglądała jak naj-
bardziej prawdziwie.
-Powód, żeby zrobić to, o co cię oskarża, miałabyś 
jedynie   wówczas,   gdybym   ja   zamordowała   Ellen 
Cole - powiedziała Sharona. - A ja jej nie zabiłam.
-Wiem-zapewniłam ją.
-Chciałam   się   tylko   upewnić.   Sprawa   przeciwko 
tobie   jest   wykorzystywana   jako   dowód   przeciwko 
mnie.
-Poza tym to są tylko spekulacje - stwierdziłam. -Nie 
ma dowodów nawet na połowę tego, co mówił.
-W   ogóle   nie   ma   przeciwko   mnie   dowodu.   Wy-
starczy nam udowodnić, że Ludlow myli się w spra-
wie morderstwa Ronalda Webstera, i cała hipoteza 
przeciwko mnie rozpadnie się jak domek z kart.
-Ciekawe, jak to udowodnisz. Nawet pan Monk nie 
potrafił tego dokonać - powiedziałam.
-W   ogóle   nie   próbował   -   zauważyła   Sharona.   — 
Zamienił się w słup soli.
-Jak mógł tak się zachować, po tym wszystkim, co 
dla niego zrobiłyśmy.
-Bo Adrian nie wie - orzekła Sharona.

285

background image

-Nie wie, czy jesteśmy winne? Sharona 
zaprzeczyła ruchem głowy.
-Nie wie, kim jest zabójca.

Choć   padałam   ze   zmęczenia,   w   nocy   nie   mogłam 

zasnąć.   Co   jakiś   czas   tylko   zapadałam   w   drzemkę. 
Rozmyślałam   o tym,  co  się  stało  i  co  zostało  powie-
dziane. Czułam jedynie zimno i strach.

Myślałam też o uwadze Sharony, że Monk zamarł w 

bezruchu,   ponieważ   nie   potrafił   odgadnąć,   kto   jest 
prawdziwym mordercą. To było rzeczywiście logiczne. 
Niemożliwość   rozwikłania   zagadki   morderstwa   Trudy 
sparaliżowała Mońka na długie lata. W ogóle nie był w 
stanie   funkcjonować.   Teraz   w   tarapatach   znalazły   się 
dwie najbliższe mu osoby. Ich wolność uzależniona była 
od tego, czy Monk rozwiąże zagadkę dwóch zabójstw, a 
on nie potrafił tego zrobić.

Będziemy miały szczęście, jeśli Monk nie popadnie 

znowu w stan, z którego ratowała go Sharona. Albo jeśli 
nie wpadnie w katatonię.

To dawało mi dużo do myślenia.

Kto tym razem ocali Mońka?
Kto ocali nas?

Znowu zapadłam w drzemkę, nie wiem na jak długo. 

Obudziłam   się   gwałtownie   w   strachu   i   niepewności, 
gdzie jestem. Dopiero po chwili wszystko zaczęło mi się 
przypominać.   Siedziałam   w   areszcie   oskarżona   o 
morderstwo, którego nie popełniłam. Żałowałam, że w 
moim   wypadku   nie   istnieje   tajemniczy   jednoręki 
mężczyzna,   którego   mogłabym   wskazać   jako 
prawdziwego winowajcę. Może jeszcze się pojawi.

286

background image

Znowu zaczęłam zapadać w sen, licząc w wyobraźni 

jednorękich  mężczyzn,  zamiast   baranów,  kiedy  raptem 
odezwała się Sharona.

-Ja też go kocham.
-Wcale nie powiedziałam, że go kocham.
-Nie musiałaś.

Zamilkłyśmy.   Myślałam   o   tym,   co   Sharona   przed 

chwilą powiedziała.

-Dlaczego go zostawiłaś? - zapytałam w końcu.
-Wróciłam do Trevora - odparła Sharona.
-To nie jest odpowiedź na moje pytanie — stwier-
dziłam. - Gdyby Trevor tak bardzo chciał do ciebie 
wrócić, zostałby w San Francisco. Nie możesz zrzu-
cać  całej  winy na Trevora.  To była  twoja decyzja, 
żeby wyjechać i zostawić pana Mońka.
-Bo   praca   u   Adriana   to   nie   jest   praca   -   wyjaśniła 
Sharona. - Ona się staje twoim życiem. Zaczyna się 
od tego, że on ciebie potrzebuje, że wymaga całego 
twojego czasu i całej energii. Potem, gdzieś w poło-
wie drogi, odkrywasz nagle, że potrzebujesz go nie-
mal tak samo jak on ciebie.

Sharona   miała   rację.   Czy   w   przeciwnym   razie 

broniłabym tak zawzięcie posady przy Monku? Wcze-
śniej  nieraz zmieniałam pracę. Tym  razem  chodziło o 
coś   więcej.   Wiedziałam   o   tym   dobrze.   Sharona   też 
wiedziała. Dałabym głowę, że nawet Julie wiedziała.

-Tym większy powód, by nie odchodzić - rzekłam.
-A co, jeśli znowu się zakochasz? Jeśli znowu wyj-
dziesz za mąż?
-Nie sądzę, by do tego doszło - odpowiedziałam.
-Ale   tak   będzie   -   mówiła   Sharona.   -   A   kiedy   już 
będzie, jak się w to wpasuje Adrian?
-Nadal będę u niego pracowała.

287

background image

-Nie   będziesz   w   stanie   otoczyć   go   opieką,   jakiej 
potrzebuje   —   stwierdziła   Sharona.   —   Chyba   że 
kosztem swojego małżeństwa.
-W   takim   razie   zrezygnowałabym   z   tej   pracy   — 
uznałam. — Zostalibyśmy przyjaciółmi, on częścią 
mojego życia, a ja częścią jego.
-Ib niemożliwe. Adrian nie przyjmie do wiadomości 
takiej   zmiany.   Wciąż   będzie   wysuwał   względem 
ciebie i twojego czasu te same absurdalne żądania - 
odpowiedziała   Sharona.   -   Dlatego   chciałam   dać 
swojemu małżeństwu pełną szansę. Byłam to winna 
Treyorowi i Benjiemu. Wiedziałam, że to mi się ni-
gdy   nie   uda,   jeśli   Monk   będzie   obecny   w   moim 
życiu.
-Zatem, aby móc osiągnąć szczęście, któregoś dnia 
będę musiała pana Mońka zranić — powiedziałam.
-Nie zranisz go - odparła Sharona. - Dobijesz.

Po   chwili   Sharonie   udało   się   xasnąć,   jednak   mnie 

wciąż nie było stać na taki wyczyn. Gdy tylko zaczy-
nałam zapadać w lekką drzemkę, natychmiast podrywało 
mnie   chrapanie   jednej   z   prostytutek.   Nie   chciałam 
spędzić   tej   nocy   samotnie,   więc   trąciłam   Sharo-nę 
łokciem.

-Było coś między tobą i Disherem? - zapytałam.
-Niby co?
-No, erotyczne napięcie.
-Może   w   jego   mniemaniu   —   odparła   Sharona.   — 
Działam tak na facetów.

-

Ja też... - wyburczała prostytutka.

Spojrzałyśmy na nią, ale ona zamknęła oczy i zno
wu zaczęła chrapać.

- On zdaje się uważać, że było coś również z two

jej strony — stwierdziłam.

288

background image

—Może jakiś niewinny flirt. Nie większy niż z ka-
sjerem w supermarkecie lub z mechanikiem, który mi 
naprawia samochód.
—Ja   nie   nazwałabym   tego   nawet   flirtem   -   powie-
działam.   —   To   serdeczność.   Oznaka   sympatii. 
Zainteresowanie   innymi   ludźmi.   Tymczasem 
mężczyźni interpretują każde kurtuazyjne zachowanie 
jako erotyczne napięcie.
—Mężczyźni już się rodzą z napięciem erotycznym. 
Dlatego popełniają tyle głupot - orzekła Sharona.
—I całe szczęście... — burknęła znowu prostytutka. - 
Inaczej nie miałabym roboty...

Kiedy   znowu   się   obudziłam,   był   już   poniedziałek 

rano,   ale   nie   byłam   pewna,   która   godzina.   Sharona, 
prostytutki i narkomanki także już nie spały.

—Nie zrozum mnie źle —  zaczęła  Sharona —  ais 
czy zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego Adrian cię za-
trudnił?
—Nieustannie się zastanawiam - odpowiedziałam. - 
Może   teraz,   kiedy   się   okazało,   że   jestem   so-
cjopatyczną   morderczynią,   Monk   zadaje   sobie   to 
samo pytanie.
—Nie zapominaj, że ja też nią jestem - przypomniała 
Sharona.
—Jeśli   idzie   o   zatrudnienie   asystentek,   Mońka 
najwyraźniej zawodzi instynkt.
—Adrian   nie   zatrudniał   mnie   jako   asystentki   — 
powiedziała   Sharona.   —   Przyszłam   do   niego   jako 
pielęgniarka. Adrian nazywał mnie asystentką, bo tak 
lepiej odbierał całą sytuację i samego siebie.
—Potrafię to zrozumieć.

289

background image

-Nie   masz   doświadczenia   ani   kwalifikacji   pielę-
gniarki, prawda?
-Prawda - przyznałam.
-Więc co robiłaś, zanim dostałaś tę pracę?

-

Byłam barmanką. Marną barmanką.

Sharona pokiwała głową, myśląc o tym, co powie
działam.

-Jestem  pewna,  że zanim  cię  poznał, Adrian   prze-
prowadził rozmowy z wieloma wykwalifikowanymi 
pielęgniarkami. Ale nie zatrudnił ich. Zatrudnił bar-
mankę, która właśnie zabiła w swoim domu włamy-
wacza.
-Mieszanie   drinków   i   zakłuwanie   nożem   facetów 
było   wymienione   w   ogłoszeniu   jako   wymagane 
umiejętności — zażartowałam.
-Chyba wiem, dlaczego Monk cię zatrudnił — po-
wiedziała Sharona.
-A więc nie sprawił tego mój żywy charakter i urok 
osobisty, któremu nie sposób się oprzeć?
-Jesteś podobna do mnie - orzekła Sharona.
-Dotychczas skutecznie mnie przekonywałaś, że nie 
jestem podobna do ciebie — stwierdziłam.
-Jesteś podobna w tych kwestiach, które się liczą dla 
Mońka. Jesteś samotną matką, masz dwunastoletnie 
dziecko, zupełnie jak ja. Szukając nowej asystentki, 
Adrian nie szukał pielęgniarki ani nawet sekretarki. 
Szukał nowej aktorki, która weszłaby w tę samą rolę.
-Moja relacja z panem Monkiem jest inna niż twoja - 
zauważyłam.
-Oczywiście   -   zgodziła   się.   -   O   ile   Monk   robił 
wszystko, co w jego mocy, aby nic się nie zmieniło, o 
tyle  ty   stworzyłaś   własną   kreację.   Na   zewnątrz 
możesz   mu   przypominać   Sharonę,   ale   wewnątrz 
jesteś prze-

290

background image

cięż inna. Tak naprawdę wcale nie jesteśmy do siebie 
podobne.

—Poza tym, że obie go kochamy — podsumowałam. 
— Mimo tylu jego przywar.
—Tak - zgodziła się. - Kochamy go.
—Myślisz, że on też nas kocha?
—Na swój sposób.
—Na urodziny dał mi w prezencie butelkę środka 
dezynfekującego i szczotkę do szorowania.
—To jest właśnie ten jego sposób — powiedziała 
Sharona.

background image

28

Monk i trzecie podsumowanie

Zbliżało   się   południe,   kiedy   do   celi   weszli   strażnicy, 
założyli mnie i Sharonie kajdanki na ręce i wyprowadzili 
nas na widzenie. Miałam nadzieję, że przyjechali rodzice 
ze   świetnym,   dobrze   umocowanym   w   odpowiednich 
kręgach   adwokatem,   przy   którym   książkowy   Perry 
Mason   był   tylko   niekompetentną   ofermą.   Po   chwili 
wprowadzono   nas   do   sali   widzeń   bez   okien,   gdzie 
czekali kapitan Stottlemeyer, porucznik Disher, Ludlow 
i   Monk.   Naprawdę   wolałabym   zobaczyć   rodziców   z 
adwokatem.

—Możecie im zdjąć kajdanki - powiedział Stottle-
meyer.
—To wbrew regulaminowi — odparł najgrubszy ze 
strażników.
—Biorę na siebie całą odpowiedzialność - zapewnił 
ich kapitan.
—Naraża się pan na ogromne niebezpieczeństwo 
-ostrzegł strażnik.
—Nie sądzę.

Strażnicy zdjęli nam kajdanki.

—Będziemy za drzwiami — zapewnił gruby straż-
nik.
—Od razu czuję się bezpieczniej - zapewnił go Stot-
tlemeyer.
—Czego od nas chcesz, Leland? - zapytała Sharo-

292

background image

na. — Bo jeśli nie są to przeprosiny, to nie mamy o czym 
rozmawiać.

- To Monk zwołał to spotkanie - wyjaśnił  Stottle-

meyer. — Twierdzi, że pojawiły się nowe okoliczności.

Spojrzałam na Mońka, który stał przy końcu stołu z 

jakąś plastikową  reklamówką  w ręku. Na  twarzy miał 
radosny uśmiech. Nie, to było coś więcej. Praktycznie 
Monk się rozśpiewał uśmiechem.

Wiedziałam, co to znaczy.  Albo znalazł dwa iden-

tyczne chipsy ziemniaczane (nieprawdopodobnie rzadki 
wybryk   natury,   jak   mnie   zawsze   przekonywał),   albo 
rozwikłał zagadkę obu morderstw.

Rzuciłam   okiem   na   Sharonę,   Stottlemeyera   i   Di-

shera i spostrzegłam, że wiedzą to samo. Jedyną osobą, 
która nie zrozumiała przekazu, był łan Ludlow. To nic, 
niebawem zrozumie.

-Cóż   to   za   wieści   wzbudziły   w   panu   tyle   emocji, 
panie Monk? - zapytał Ludlow. - Czyżby udało się 
panu znaleźć haczyk, aby jedną z tych pań obrócić 
przeciwko drugiej?
-Do tego nigdy nie dojdzie - odpowiedział Monk.
-Zdziwiłby się pan, do czego ludzie są zdolni, gdy 
staje im przed oczami perspektywa dożywocia — po-
wiedział Ludlow.
-One są niewinne — oświadczył Monk.
-Wydaje   mi   się,   że   w   sposób   rozstrzygający   do-
wiodłem ich winy - stwierdził Ludlow.

-Dowiódł pan czegoś wręcz  przeciwnego.  —Monk 
postawił na stole reklamówkę. - Wczoraj jednak nie 
mogłem tego zademonstrować. Była niedziela.
-Wziąłeś sobie wolne? - zapytała Sharona z ironią w 
głosie.
-Dopiero   dzisiaj   mogłem   zdobyć   ostatni   dowód 
rzeczowy. Prawda, mógłbym go znaleźć wcześniej,

293

background image

gdybym tylko dokładnie widział to, co przez cały czas 
mam przed oczami — odpowiedział Monk. — Gdybym 
nie   był   tak   skupiony   na   samym   sobie,   dotarłoby   do 
mnie, co się dzieje, i powstrzymałbym bieg wypadków. 
Jestem wam obu winien przeprosiny.

-O czym on mówi? - zapytał Stottlemeyera Lu-dlow.
-Myślę,   że   Monk   przygotowuje   się   do   tego,   aby 
powiedzieć   nam,   kto   zabił   Ellen   Cole   i   Ronalda 
Webstera - wyjaśnił kapitan.
-Przecież już wiemy - zdziwił się Ludlow, kiwając 
głową na mnie i Sharonę. - To one.

- To pan — oświadczył tymczasem Monk.
Ludlow roześmiał się głośno. Kapitan Stottlemeyer

jęknął głucho.

-Byłoby   miło,   panowie,   gdybyście   wybierali   po-
dejrzanych spoza osób obecnych w tym  pokoju — 
powiedział   Stottlemeyer.   -   Miasto   jest   pełne 
potencjalnych zabójców. Wybierzcie sobie któregoś 
z nich.
-Dobre chociaż to, że Monk nie wskazał żadnego z 
nas - zauważył Disher. - Czy to nie nasza kolej tym 
razem?
-Dzień dopiero się zaczął. Wszystko przed nami — 
ironizował Stottlemeyer.

Bardzo chciałam wierzyć, że Ludlow jest winny, bo 

taka prawda byłaby mi potrzebna. Ale muszę przyznać, 
że   serce   we   mnie   zamarło.   Może   jednak   miałam 
wcześniej rację?  Może to jest ten pierwszy raz, kiedy 
Monk   się   myli?   Zerknęłam   na   Sharonę,   której   twarz 
zupełnie nic nie wyrażała, więc doszłam do wniosku, że 
ma podobne obawy.

-Pan Monk przecież żartuje, kapitanie - powiedział 
Ludlow. - Czyżby brakowało panu poczucia humoru?
-Mnie nie brakuje, ale Monkowi owszem.

294

background image

—Mnie też nie brakuje. Moje poczucie humoru jest 
po   prostu   bardzo   wyrafinowane   —   odpowiedział 
Monk. — Niemal antyseptyczne.
—Nie bardzo wiem, co to miałoby znaczyć — wy-
znał Ludlow.
—W więzieniu będzie pan miał  mnóstwo czasu na 
przemyślenia - stwierdził Monk.

Ludlow znowu się roześmiał

—Aha, jasne, teraz rozumiem. Humor sarkastyczny.
—Mówię   jak   najbardziej   poważnie.   To   pan   zabił 
Ellen Cole i Ronalda Webstera - powtórzył  Monk. 
-Trudno panu dostarczać kolejne powieści w termi-
nie, więc morduje pan przypadkową osobę, przyuwa-
żoną podczas spotkań autorskich, obserwuje pan roz-
wój sprawy, a w końcu wybiera pan z otoczenia naj-
mniej   podejrzaną   osobę   i   wrabia   ją   w   dokonanie 
zbrodni.

Monk jeszcze raz przytoczył swoje dowody, dokład-

nie tak samo jak zrobił to wczoraj w swoim domu. Może 
się mylę,  ale miałam wrażenie, że używał  nawet  tych 
samych słów.

Ludlow przysłuchiwał się temu wszystkiemu z roz-

bawieniem.

—To byłaby znakomita fabuła do książki. Właściwie 
powinienem z niej skorzystać - mówił. -Ale niech się 
pan   nie   obawia,   umieszczę   pana   nazwisko   wśród 
osób, którym będę składał podziękowania.
—Monk,   jak   na   razie   nie   powiedziałeś   nam   nic 
więcej ponad to, co usłyszeliśmy od ciebie wczoraj 
— wtrącił kapitan Stottlemeyer. — Nie zabrzmiało 
to też ani trochę bardziej przekonująco.

Z   bólem   serca,   ale   sama   musiałam   przyznać,   że 

kapitan miał dużo racji. Moje nadzieje niestety szyb-

295

background image

ko gasły, a z wyrazu twarzy Sharony mogłam wyczytać 
to samo.

-Jedyną rzeczą, co do której wczoraj się pomyliłem, 
była   hipoteza,   że   Ludlowowi   chodziło   o   mnie   — 
przyznał   Monk.   -   Tak   nigdy   nie   było.   Nie   jestem 
nawet pewien, czy Ludlow wiedział, że biorę udział 
w   śledztwie,   zanim   się   pojawiłem   na   spotkaniu 
autorskim w isięgarni w Los Angeles. Jednak właśnie 
w   tamtej   chwili   postanowił   wrobić   Natalie   w 
zbrodnię   i   dodać   do<   książki   jeszcze   jeden   zwrot 
akcji.
-Skąd pan to może wiedzieć? - zapytał Disher.
-Ponieważ   wszystkie   zdarzenia   prowadzące   dc) 
zamordowania Ronalda Webstera mają swój począ-
tek właśnie w tamtym  momencie — odparł Monk. 
--Wtedy,   gdy   Natalie   zapłaciła   kartą   kredytową   za 
kry minął Ludlowa, ten, w którym morderca pozoruje 
śmiertelny atak aligatora.
-Ostatnim   słowem   jest   śmierć  —   przypomniał   Di' 
sher.   -   Książka,   która,   jeśli   mi   wolno   powiedzieć, 
wprowadzi jej autora do panteonu klasyków powieści 
kryminalnej.
-Dziękuję. — Ludlow skłonił głowę.
-Przestań się podlizywać, Randy - rzuciła Sharona. - 
Niedobrze się robi.

-Oto,   co   się   stało   -   powiedział   Monk.   -   Ludlow 
zajrzał   Natalie  przez  ramię  i   zapamiętał  numer  jej 
karty kredytowej, a dla pewności, przy wpisywaniu 
dedykacji, ukradł jeszcze z książki paragon. Wieczo-
rem   wykorzystał   numer   karty,   aby   złożyć 
zamówienie   na   szczęki   aligatora   i   przesłanie   ich 
kurierem w ciągu nocy do San Francisco.
-Powiedzmy,   że   masz   rację   —   wtrącił   się   Stottle-
meyer.  - Skąd wiedział o Natalie i jej  związku ze 
strażakiem?

background image

-Nie wiedział.
-Nie wiedział? — Stottlemeyer podniósł brwi. — Czy 
to jednak nie torpeduje twojej teorii?
-Kiedy rozwiązywałem zagadki morderstw Dusiciela 
Golden   Gate,   łan   Ludlow   wykładał   gościnnie   na 
uniwersytecie  w Berkeley — mówił Monk. — Po-
wiedział, że myśli o przelaniu tej historii na papier.
-Za późno - wtrącił Disher. - Piszę już pierwszy szkic 
powieści. Wprowadziłem parę drobnych zmian.
-Niech   zgadnę   —   powiedziałam.   -   Świrującego   na 
punkcie   butów   zabójcę   łapie   samodzielnie   dzielny 
młody porucznik z policji w San Francisco, czy tak?
-Owszem,   a   zabójcę   prasa   ochrzciła   przydomkiem 
Demon Butów - dodał Disher. - Jak powinno być w 
rzeczywistości.
-Ludlow   najprawdopodobniej   dokonał   krótkiej 
kwerendy na mój temat i dowiedział się o śledztwie w 
sprawie   zamordowania   psa   w   remizie   -   wyjaśniał 
dalej Monk. — Znajomość Natalie i Joego okazała się 
jedną z tych miłych niespodzianek, na które Ludlow 
zawsze ma nadzieję, kiedy morduje swoje przypad-
kowo dobrane ofiary.
-Znaczy to tyle, że nie potrafisz dowieść, czy Ludlow 
w ogóle cokolwiek wiedział o Natalie i strażaku — 
stwierdził Stottlemeyer.
-Dowodem   niech   będzie   to,   że   oskarżył   Natalie  o 
morderstwo   - powiedział  Monk.  - Gdyby  Ludlow  o 
nich nie wiedział, Natalie nie byłoby w tym pokoju.

Stottlemeyer westchnął znużony.

- Przecież Ludlow wyjaśniał, skąd o nich wiedział.

Słyszał   ich   rozmowę   przez   telefon   komórkowy,   kiedy
Joe dzwonił do Natalie.

- Wcale nie - zaprzeczył Monk. - Zapomnij o jego

opowieści. Posłuchaj mojej.

297

background image

-Pańska   opowieść   jest   bardzo   pomysłowa   -   po-
wiedział Ludlow. - Jednak brakuje jej dobrej intrygi. 
Po prostu nikt w to nie uwierzy.
-Niech   pan   nie   bierze   tej   krytyki   zbyt   osobiście, 
Monk - pocieszył go Disher. - Tak samo ocenił moje 
pierwsze próby literackie.
-Ja także nie nadążam za rozwojem fabuły.  Przede 
wszystkim   brakuje   dowodów   -   stwierdził   Stot-
tlemeyer.
-Wręcz przeciwnie, dowody mamy przecież wszędzie 
— zapewnił Monk. — Smugi na podłodze w łazience 
Webstera. Sól w jacuzzi. Ślady krwi w fudze między 
płytkami. Ślady płynu hydraulicznego na podłodze. 
Pudełko   pizzy.   Koperta   kurierska   FedEx.   Krople 
płynu do układu wspomagania kierownicy na podjeź-
dzie przed domem Natalie. Strażacki T-shirt Joego. 
Dowodów aż nadto.

Podniosłam rękę.

-T-shirt to jednak moja sprawka - przyznałam się.
-Wszystko było pani sprawką - powiedział Ludlow.
-Jak   to   możliwe,   że   zabójca,   który   obmyślił   tak 
misterny i skomplikowany plan zamordowania czło-
wieka,   zostawia   po   sobie   tyle   fuszerki?   -   zapytał 
Monk.
-Każdy zabójca popełnia błędy — stwierdził Ludlow.

-Nie  aż  tyle.  Pozostawił   pan  zbyt  oczywisty szlak 
czytelnych   śladów   mający   prowadzić   wprost   do 
Natalie,   a   w   konsekwencji   również   pogrążyć 
Sharonę.
-Zapomnijmy   na   chwilę,   że   nie   ma   pan   żadnych 
dowodów   na   poparcie   swojego   fantazyjnego 
scenariusza - powiedział Ludlow.
-Jakoś trudno mi o tym zapomnieć — wtrącił Stot-
tlemeyer.

298

background image

-Pańskie   kreatywne   myślenie   razi   jedną   poważną 
słabością — ciągnął Ludlow. - Wszystko, co pan tu 
opisał, musiałoby się wydarzyć w środę i czwartek. 
Tymczasem Randy zatelefonował do mnie w piątek.
-To prawda - potwierdził Disher.
-Przez cały czas byłem w Los Angeles — dowodził 
Ludlow. — Dojechałem tu dopiero w sobotę. Nie mo-
głem więc zrobić żadnej z przypisywanych mi przez 
pana rzeczy.

Monk się uśmiechnął.

Co to był za uśmiech! Podobna radość pojawia się na 

twarzy kogoś, komu na automacie w kasynie pojawił się 
przed oczami równy rząd trzech wisienek.

To był uśmiech zwycięzcy.

Sharona   spojrzała   na   mnie   i   dostrzegłam   w   jej 

oczach prawdziwe podniecenie.

-Zadzwoniłeś   do   Ludlowa   na   jego   telefon   komór-
kowy, prawda? — zapytał Dishera.
-Tak - odparł porucznik. -1?
-Zatem   właściwie   nie   wiesz,   gdzie   Ludlow   się 
znajdował,   kiedy   odebrał   połączenie.   -   Mógł   być 
wszędzie.
-Byłem w Los Angeles - podkreślił Ludlow.
-Potrafię dowieść, że nie było pana w Los Angeles - 
stwierdził   Monk.   -   Jak   w   wypadku   większości 
kiepskich   autorów   kryminałów,   po   pańskich   książ-
kowych   morderstwach   wszędzie   zostają   ślady,   aby 
detektyw   Marshak   mógł   zręcznie   i   szybko   spiąć 
wszystko w całość. Zastawiając pułapkę na Natalie, 
zrobił   pan   to   samo.   Jednak   tym   razem   pojawił   się 
jeden ślad za dużo.

Monk sięgnął do reklamówki, która leżała cały czas 

na stole, i wyjął z niej jakiś kawałek papieru.

- To kopia paragonu, który był w widocznym miej-

299

background image

scu przyklejony do pudełka z pizzą z restauracji  Sor-
rento w kuchni Ronalda Webstera — powiedział Monk.

—Ten sam, który dowodzi bez cienia wątpliwości, że 
w czwartek wieczorem Natalie była w pizzerii -dodał 
Ludlow.
—Tak   jest   -   potwierdził   Monk.   -   Dlaczego   tego 
dowodzi?
—Ponieważ uwzględnia dziesięcioprocentową  zniż-
kę, którą dostał Ronald Webster, powołując się na 
reklamę na gipsie Julie - powiedział Ludlow. — To 
znaczy,  że był  tam o tej samej  porze co Natalie z 
córką.
—Skąd pan to wie? — zapytał Monk.
—Jest   to   przecież   wydrukowane   na   paragonie.   — 
Ludlow skinął na paragon.
—Jest wydrukowane. Ale skąd p a n to wie?
—Bo widzę - odparł Ludlow.
—Ale musiał pan także widzieć Julie, by wiedzieć o 
zniżce reklamowanej  na gipsie — zauważył  Monk. 
— A przecież nigdy pan jej nie spotkał. Skąd więc 
mógłby pan wiedzieć o zniżce, jeśli nie stąd, że był 
pan tu jednak i widział, jak Julie wchodzi z mamą do 
pizzerii?

Ludlow westchnął.

—Powiedział mi o tym ktoś w pizzerii, gdy prowa

dziłem dochodzenie. Jestem bardzo dokładny.

—Takie   wyjaśnienie   tłumaczyłoby   wszystko.

Jednak,   jak   wszystkich   morderców   w   pańskich   książ
kach,   także   pana   zdradziła   pewna   słabość   charakte
ru.   Po   drugiej   stronie   ulicy,   naprzeciw   pizzerii   Sor
rento   znajduje   się   mała   księgarnia.   Niestety,   jest
zamknięta   w   niedziele,   więc   musiałem   czekać   aż   do
dzisiaj, aby kupić... to.

Monk znowu sięgnął do reklamówki i wyjął z niej 

egzemplarz kryminału Ostatnim słowem jest śmierć.

300

background image

—Chciałby   pan,   żebym   panu   podpisał   książkę? 
-ożywił się Ludlow.
—Już jest podpisana - odpowiedział Monk. - Ma też 
wpisaną datę.

Otworzył książkę, by pokazać na stronie tytułowej 
podpis Ludlowa, a pod nim datę. Dziewiętnasty 
października. Środa!

—Właścicielka księgarni  w Los  Angeles powiedzia

ła   nam,   że   ma   pan   pewną   kompulsję   -   powiedział
Monk.   —   Nie   umie   pan   przejść   obok   księgarni,   nie
podpisując w niej swoich książek. Miała rację.

Disher   wpatrywał   się   w   Ludlowa   zdumionymi 

oczami.   Stottlemeyer   również   wyglądał   na   zaskoczo-
nego.

Ja   tymczasem   musiałam   się   powstrzymać,   by   nie 

zacząć skakać i krzyczeć z całych sił.

Ułamek   sekundy   później   zdałam   sobie   sprawę,   że 

wcale się nie powstrzymałam.

Rzeczywiście wrzasnęłam.

Sharona uśmiechnęła się od ucha do ucha i wyści-

skała mnie serdecznie.

Ludlow nabrał głęboko powietrza. Po chwili wolno 

je wypuścił i usiadł.

—Obserwował   pan   Natalie   i   czekał,   aż   pojawi   się

odpowiednia osoba, która będzie ofiarą — mówił dalej
Monk.   -   Zobaczył   pan,   że   do   pizzerii,   w   której   prze
bywała   Natalie   z   córką,   wszedł   Ronald   Webster.   Za
warł   pan   z   nim   potem   luźną   znajomość   i   cóż,   resztę
już znamy, prawda?

Ludlow przegrał i dobrze o tym wiedział.
—Ib będzie o wiele lepsze zakończenie mojej książ

ki - odezwał się w końcu. — Nikt przecież nie będzie
podejrzewał autora.

301

background image

29

Monk i szczęśliwe zakończenie

Z   więzienia   wyszliśmy   razem,   Monk,   Sharona   i   ja. 
Wciągnęłam  powietrze głęboko w płuca. Nigdy wcze-
śniej   San   Francisco   tak   pięknie   nie   pachniało.   Nie 
mogłam   się   doczekać,   by   wrócić   do   domu   i   mocno 
wyściskać córkę. Potem miałam ochotę na gorącą kąpiel 
w pianie i długi sen we własnym łóżku.

Stottlemeyer i Disher bardzo nas przepraszali. Disher 

niemal padł na kolana, błagając o wybaczenie, ale to się 
wydawało niewystarczające, w każdym razie dla mnie.

Monk również nas przeprosił, ale przede wszystkim 

nas uratował. Nadal jednak nie rozumiałyśmy, dlaczego 
w niedzielę tak się zachowywał.

-Dlaczego się nie odzywałeś, kiedy Ludlow rzucał na 
nas oskarżenia? - zapytała go Sharona.
-Na   początku   tylko   dlatego,   że   było   mi   wstyd   za 
własne błędy - odrzekł Monk. - Ale potem milcza-
łem,   by   nie   mógł   się   domyślić,   że   mam   go   na 
muszce.   Nie   chciałem,   żeby   wrócił   do   księgarni   i 
wykupił wszystkie podpisane książki. Choć, jak się 
okazało, niepotrzebnie się tego obawiałem.
-Dlaczego?

Monk pokazał mi całą zawartość reklamówki. Była 

pełna książek Ludlowa.

- To nie była jedyna księgarnia w San Francisco,

302

background image

w której  w środę i czwartek podpisał  wszystkie  swoje 
książki   —   wyjaśnił   Monk.   —   Zatrzymał   się   także   w 
księgami na Union Sąuare oraz przy plaży Baker.

-Co za imbecyl - mruknęła Sharona.
-Do głowy mu nie przyszło, że ktoś mógłby go wziąć 
za podejrzanego - ciągnął Monk. - Nie sądził więc, że 
cokolwiek ryzykuje. Pomijając to, że po prostu nie 
potrafił się powstrzymać.
-Można   powiedzieć,   że   arogancja   to   jeszcze   jedna 
słabość charakteru, która go zgubiła - stwierdziłam.
-Wyobraźcie sobie żyć z taką potworną kompulsją. 
To musi zmieniać życie człowieka - rzekł Monk.

Sharona spojrzała na niego spode łba.

-Ty masz tysiące takich kompulsji.
-Tak — przyznał Monk. — Ale ja mam was, a wy mi 
pomagacie.

Miał rację.

W   ciągu   paru   tygodni   po   aresztowaniu   Ludlowa 

Trevor został zwolniony z więzienia, jak również pię-
cioro   innych   osób,   skazanych   za   morderstwa,   które 
„zainspirowały" Ludlowa do napisania pięciu ostatnich 
książek.

Monk potrafił wykazać przed prokuratorami, że łan 

Ludlow wplątał tych biedaków w zbrodnie, tak samo jak 
usiłował   wrobić   mnie   i   Sharonę.   Model   wysuwania 
dowodów przeciwko niesłusznie skazanym osobom był 
we wszystkich przypadkach uderzająco podobny. Jak w 
lustrze   odbijał   strukturę   kryminałów,   które   Ludlow 
napisał,   zanim   zaczął   zabijać   ludzi,   by   znaleźć   nowe 
wątki i dotrzymać drakońskich terminów wyznaczonych 
przez wydawcę.

303

background image

Porucznik Sam Dozier dokładnie wskazał, kiedy i w 

jaki sposób Ludlow sterował śledztwami w korzystnym 
dla siebie kierunku. Pomoc prokuraturze była ze strony 
porucznika pewnym aktem cywilnej odwagi, ponieważ 
wiązała się z określeniem własnej roli, jaką mimowolnie 
odegrał   w   czynieniu   nieprawości.   Dozier   wolał 
zrezygnować   ze służby,   niż   stać   się  kozłem   ofiarnym 
Departamentu Policji Los Angeles i władz miasta, które 
stanęły   przed   bardzo   prawdopodobną   perspektywą 
wypłacenia   milionów   dolarów   odszkodowań   ludziom 
niesłusznie aresztowanym.

Oczywiście   sześć   osób,   które   wrobił   Ludlow,   na-

tychmiast otrzymało lukratywne oferty wydania książek. 
Podobnie  zresztą sam  pisarz, któremu zaproponowano 
napisanie powieści  o zawiłościach popełnionych  przez 
niego morderstw.

Jedynym, który odrzucił propozycje wydawców, był 

Trevor.   Odesłał   też   z   kwitkiem   prawników,   którzy 
chcieli w jego imieniu pozwać miasto do sądu. Pierwszy 
raz w życiu Trevor natknął się nawet nie na jedną, lecz 
na   dwie   sposobności   zdobycia   pewnych   i   szybkich 
pieniędzy, lecz obie zignorował.

Sharonie bardzo się to spodobało.

Trevor powiedział mi jednak, że nie była to trudna 

decyzja.   Gonitwa   za   książką   czy   odszkodowaniem 
sądowym   oznaczałaby   sukces   za   cenę   wskrzeszenia 
koszmaru, przez jaki przeszła jego rodzina i on sam, nie 
było zatem takich pieniędzy, które byłyby tego warte.

Jeśli Sharona nie wiedziała tego wcześniej, to te-raz 

mogła   być   tego   pewna:   Trevor   się   zmienił.   Czułam 
podskórnie,   że   tym   razem   ich   małżeństwo   potrwa 
bardzo długo.

304

background image

Tylko   jednej   tajemnicy   Monk   nie   zdołał   wyjaśnić; 

kim   naprawdę   był   Ronald   Webster   i   skąd   miał   tyle 
pieniędzy. Ale Monk w ogóle tym  się nie interesował. 
Znalazł zabójcę Ronalda Webstera. Wykonał zadanie.

Zastanawiałam się, dlaczego tajemnica Webstera nie 

gryzła go tak jak morderstwo czy rabunek. Po długim 
namyśle chyba znalazłam odpowiedź na to pytanie.

Życie   Ronalda   Webstera   nie   było   zagadką   krymi-

nalną.   Było   zwykłą   ludzką   tajemnicą.   Znalezienie 
odpowiedzi nie przywróciłoby porządku, nie stałoby się 
zadość sprawiedliwości, nic nie odzyskałoby równowagi. 
Co   najwyżej   Monk   zaspokoiłby   ciekawość 
Stottlemeyera. I moją. I zapewne też twoją, czytelniku.

Ale Mońka to nie interesowało.

Bardzo chciałabym wam powiedzieć, że wiem, jakie 

sekrety krył Webster, ale jak dotychczas nikomu jeszcze 
nie udało się ich poznać.

Jeśli wam się uda, dajcie mi znać.

Zawieszanie   plakatu   z   gabinetu   ortodontycznego 

zajęło Monkowi cały tydzień. Najpierw musiał wybrać 
odpowiednie   miejsce   w   odpowiednim   pokoju.   Potem 
musiał   wyśrodkować   plakat   względem   innych 
przedmiotów, upewnić się, czy wisi prosto, i wreszcie 
sprawdzić, czy reszta pokoju nie straciła swojej równo-
wagi.

Uwierzcie mi, feng shui jest niczym w porównaniu z 

Monk shui.

Monk   skończył   zawieszać   plakat   akurat   w   dniu, 

kiedy wydałyśmy w jego domu pizzowe party z okazji 
ostatniego dnia pobytu w San Francisco Sharony,

305

background image

Trevora i Benjiego. Rodzina wracała do Los Angeles, 
gdzie   Trevor   planował   zająć   się   znowu   firmą   ogrod-
niczą.

Oprócz nich w przyjęciu brali udział Monk, Stottle-

meyer i Disher oraz Julie i ja. Wciąż nie wybaczyłyśmy 
im z Sharona naszego aresztowania. Wiedziałyśmy, że 
musieli to zrobić, ale mogli mocniej o nas powalczyć.

Pizzę z dostawą do domu zafundowała nam pizzeria 

Sorrento,   która   po   głośnym,   opisywanym   szeroko   w 
mediach aresztowaniu lana Ludlowa zaczęła się cieszyć 
nieprawdopodobnym wzięciem. Julie nie miała już ręki 
w   gipsie,   ale   jej   gipsoreklamowy   koncept   dopiero 
zaczynał nabierać rozpędu. Każde dziecko w jej szkole, 
które nosiło gips, reklamowało jakąś firmę, a Julie miała 
z   tego   prowizję.   Poza   tym   od   czasu   do   czasu,   żeby 
zarobić dla siebie trochę grosza, zakładała sztuczny gips.

Monk   się   uparł,   żeby   zamówić   w   Sorrento   nie-

pokrojoną pizzę. W ten sposób mógł sam odmierzyć i 
wykroić kawałki. Tylko w ten sposób mógł być pewny, 
że każdy dostanie idealnie równy kawałek.

Był  jednak bliski zwrócenia  całej  pizzy do restau-

racji, kiedy jego pomiary wykazały, że ciasto nie tworzy 
idealnego koła. Z trudem udało nam się z Sharona go 
przekonać, by nie oddawał pizzy, przypominając mu, że 
przecież otrzymaliśmy ją gratis.

-Dlatego, że ma defekt - twierdził Monk.
-Prawdopodobnie tak - powiedziałam. -Ale smakuje 
rewelacyjnie.
-Ale nie smakuje koliście.
-Pan to potrafi wyczuć w smaku? - spytał Tre-vor.
-Pan nie? - zdziwił się Monk.

306

background image

- Nie. Ale, jak przypuszczam, to po prostu następ

na   cnota,   w   której   nie   mogę   się   z   panem   równać   —
odpowiedział   Trevor.   -Wspaniale   się   pan   zatroszczył
o moją rodzinę. Lepiej niż ja.

- To nieprawda... - wtrąciła Sharona.
Trevor podniósł rękę, by ją powstrzymać.
- Chcę,   aby   pan   wiedział   jedno,   panie   Monk,   że

troska   o   rodzinę   to   jedyne   moje   poletko,   na   którym
zamierzam   pana   przyćmić.   To   będzie   dzieło   mojego
życia.

- Wydaje się, że to niezła fucha—powiedział Monk.
Trevor potrząsnął gorąco rękę Mońka i wyszedł

na zewnątrz, gdzie Julie i Benji kopali piłkę.

Sharona   podała  Monkowi  chusteczkę,   zanim  o  nią 

poprosił.

-Cóż,   musimy   się   znowu   pożegnać,   Adrianie   — 
powiedziała.
-Żegnamy   się   po   raz   pierwszy.   Wówczas   tę   część 
pominęłaś.
-Bardzo tego żałuję — przyznała Sharona.  - Dzię-
kuję, Adrianie, za to, że przywróciłeś mi życie.
-Ty kiedyś zrobiłaś to samo dla mnie. 
Sharona pokiwała głową.
-Zatem rachunki wyrównane. Oczy 
Mońka zalśniły.
-Wyrównane. To mi się podoba.

- Tak   powinno   być   ze   wszystkim   -   dodała   Sha

rona.

Pocałowała   go   w   oba   policzki,   by   wszystko   było 

wyrównane, i wyszła z domu do męża i syna.

Podałam Monkowi chusteczki, by otarł policzki, ale 

nie chciał. Co za postęp.

Może miłość?

- Będę za nią tęsknić - powiedziałam.

307

background image

- Ja   też   —   stwierdził   Monk.   -   Znowu.
Pokiwałam głową.
-Z   drugiej   strony   muszę   przyznać,   że   miło   mieć 
znowu pracę.
-Nigdy jej nie straciłaś. Będziesz tu pracować  przez 
całe życie - zapewnił mnie Monk.
-Tak długo?
-Czy ci się podoba czy nie - odpowiedział Monk.

K

ONIEC

background image

Lee Goldberg

DETEKTYW MONK 
I STRAŻ POŻARNA

W mieszkaniu detektywa Mońka zarządzono dezynsekcję. 
Lokator nie ma się gdzie podziać, a hotele, nawet cztero-
gwiazdkowe, w oczach Mońka nie nadają się do zamiesz-
kania. Jego asystentka Natalie jest na tyle uprzejma, by 
przyjąć go pod swój dach. Nowe lokum nie spełnia Mon-
kowych  wymagań  dotyczących   ładu  i  czystości.   Pod-
czas gdy Monk próbuje czyścić i porządkować wokół 
siebie nowy świat, dzieje się coś, co daleko bardziej wy-
maga uporządkowania. Aby rozwikłać zagadkę tajemni-
czego morderstwa, detektyw Monk, ku swej zgrozie, bę-
dzie musiał przebrnąć przez nieczystości, które urągają 
wszelkim jego standardom...

Miłośnicy serialowego Mońka mają teraz niepowtarzalną 
okazję spotkać swojego ulubieńca na kartach książki, którą 
czyta się jednym tchem.

background image

Lee Goldberg

DETEKTYW MONK 
JEDZIE NA HAWAJE

Niektórzy sądzą, że Hawaje to prawdziwy raj. Jednak 
Monk doskonale wie, że niebezpieczeństwo jest jak brud 
-czai się wszędzie. Spójrzmy choćby na panią Helen Gruber, 
bogatą turystkę, którą trafił w głowę orzech kokosowy, 
niestety ze skutkiem śmiertelnym. Policja uznała, że owoc 
spadł z palmy, ale Monk podejrzewa, że kokos trafił panią 
Gruber wcale nie przez przypadek. Asystentka Mońka, 
Natalie, nie jest zachwycona podjętym przez niego śledz-
twem. Nie dość, że Monk samowolnie podążył jej tropem 
na Hawaje, to wygląda na to, że wakacje się skończyły, 
zanim się na dobre zaczęły...

background image

Lee Goldberg

DETEKTYW MONK 

I STRAJK POLICJI

Monk z przerażeniem słyszy, że w San Francisco panuje 
epidemia błękitnej grypy. Nie wie, co oznacza określenie 
„błękitna grypa" - ale brzmi to potwornie. Kapitan Stottle-
meyer wyjaśnia mu, że tak naprawdę nie chodzi wcale o wi-
rus choroby. Po prostu policjanci w mieście postanowili 
gremialnie „chorować", dopóki miasto nie zgodzi się na 
podwyżkę płac. Konflikt płacowy niespodziewanie umożli-
wia Monkowi powrót do służby w policji. Oznacza to 
jednak, że Monk zostanie łamistrajkiem, co wcale mu się 
nie podoba...

Monk znowu dostaje odznakę policyjną i kilku detekty-
wów, którymi ma dowodzić. Niestety, niektórzy z człon-
ków tej grupy nadają się bardziej do kliniki psychiatrycz-
nej.