background image

ALFRED HITCHCOCK 

 

 

 

TAJEMNICA  

FUTRZANEGO MISIA 

  

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(PrzełoŜył: JAN JACKOWICZ) 

background image

Słowo od Alfreda Hitchcocka 

 

Uwaga, miłośnicy tajemnic i zagadek! 
Trzej Detektywi zwrócili się do mnie, abym opatrzył wstępem ich najnowsze przygody. Jest 

to  coś  naprawdę  wystrzałowego.  Występuje  w  nich  obsada,  jaką  moŜna  by  spotkać  tylko  w 
Hollywood.  A  dokładniej,  w  kręconych  w  Hollywood  horrorach.  Spotkacie  tu  więc  wilkołaka, 
wampira, a nawet dziewczynę z zadatkami na narzeczoną Drakuli. Trzej Detektywi stają twarzą 
w twarz z nimi wszystkimi, choć tak naprawdę woleliby tego uniknąć! 

Ale  ci  z  Was,  którzy  nie  zetknęli  się  dotychczas  z  Trzema  Detektywami,  pragnęliby  moŜe 

przed  rozpoczęciem  lektury  przeczytać  krótkie  wprowadzenie.  Występujący  tu  chłopcy  są 
ś

miałymi  i  inteligentnymi  prywatnymi  agentami,  którzy  działają  w  małym  kalifornijskim 

miasteczku  Rocky  Beach.  W  dotychczasowej  karierze  rozwiązali  juŜ  kilka  naprawdę  trudnych 
zagadek. Udało im się to po części dlatego,  Ŝe nigdy nie odrzucają Ŝadnej teorii, choćby nawet 
najbardziej dziwacznej i nieprawdopodobnej. Nie odmawiają teŜ zajęcia się Ŝadnymi sprawami. 
Mottem całej paczki są słowa: „Badamy wszystko”. A pragnę Was zapewnić, Ŝe nie są to czcze 
przechwałki. 

Szefem  grupy  jest  Pierwszy  Detektyw  Jupiter  Jones.  Jest  on  moŜe  odrobinę  zbyt  pulchny 

(niektórzy  nazywają  go  grubasem,  co  jest  oczywistą  przesadą),  ale  jego  okrągła  jak  księŜyc  w 
pełni  buzia  nie  przeszkadza  temu,  Ŝe  posiada  on  nadzwyczaj  bystry  umysł.  Ma  naprawdę 
podziwu  godną  umiejętność  kojarzenia  róŜnych  faktów  i  takiego  analizowania  informacji,  Ŝe 
rozwiązanie stojących przed nim zagadek jest po prostu nieuniknione. 

Drugim  Detektywem  jest  Pete  Crenshaw.  Wysoki,  wysportowany  chłopak  odznacza  się 

ś

miałością,  lojalnością  i  jak  najlepszymi  chęciami.  W  trakcie  wyjaśniania  przez  chłopców 

róŜnych  tajemniczych spraw przypadają  mu często zadania  wymagające sprawności fizycznej i 
odwagi. 

Za  dokumentację  i  analizy  odpowiada  trzeci  z  członków  zgranej  paczki  —  Bob  Andrews. 

Brakuje mu fizycznej dzielności Pete’a, nie jest teŜ moŜe tak bystry jak Jupe, odznacza się za to 
cierpliwością i dokładnością. Bez niego Trzej Detektywi po prostu nie mogliby działać. 

To  juŜ  wszystko,  co  chciałbym  Wam  powiedzieć  w  tej  chwili.  Kiedy  rozpoczniecie  lekturę 

„Tajemnicy futrzanego misia”, sami chłopcy zaczną rychło mówić za siebie! 

 

Alfred Hitchcock 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Zagadkowe znalezisko 

 

Tym,  który  jako  pierwszy  spostrzegł  plastykową  torbę,  był  Bob.  LeŜała  tuŜ  nad  linią 

przypływu  na  plaŜy  w  Rocky  Beach,  przysypana  do  połowy  piaskiem.  Podniósłszy  ją  z  ziemi, 
Bob przyjrzał się jej i odruchowo się uśmiechnął. Była to jedna  z tych kolorowych torebek,  za 
którymi przepadają wszystkie małe dziewczynki. Na przezroczystym plastyku wymalowane były 
róŜowe  kociątka,  przystrojone  w  ogromne  niebieskie  kokardy.  Wewnątrz,  pośród  mieszaniny 
przeróŜnych  drobiazgów,  znajdował  się  mały  miś,  który  wpatrywał  się  w  Boba  błyszczącymi 
paciorkami czarnych oczu. 

— A to pech, chłopaki — powiedział Bob. — Jakaś mała dziewczynka zgubiła swój dobytek. 
Jego  przyjaciel,  Pete  Crenshaw,  rozejrzał  się  po  plaŜy.  Nie  dostrzegł  jednak  Ŝadnej  małej 

dziewczynki. Dzień miał się juŜ  ku  końcowi i plaŜa była niemal zupełnie  pusta. Jakiś samotny 
miłośnik surfingu dźwigał deskę w kierunku drogi. Na zasłuŜony odpoczynek udawał się takŜe 
ratownik, który zszedł właśnie ze swego stanowiska na wieŜy obserwacyjnej. 

—  JeŜeli  zostawimy  tę  torbę  tam,  gdzie  ją  znaleźliśmy,  dzieciak  przypomni  sobie  moŜe  o 

zgubie i wróci po nią — powiedział Pete. 

— JeŜeli jej właścicielka jest  bardzo młoda, prawdopodobnie nie zrobi tego — odezwał się 

trzeci z członków paczki, Jupiter Jones. — A poza tym, ktoś mógłby to zwędzić. 

Jupe,  jak  nazywali  go  koledzy,  był  krępym  chłopcem  o  zaokrąglonej,  powaŜnej  twarzy. 

WyróŜniał się konstruktywnym odnoszeniem się do problemów, jakie stawały mu na drodze. 

— MoŜe jest tam coś, co pozwoli zidentyfikować właścicielkę — powiedział sadowiąc się na 

piasku, a potem sięgnął po torbę. — Niewykluczone, Ŝe uda się nam znaleźć tę małą. 

Bob podał mu torbę i Jupe wysypał jej zawartość ma rozpostartą na piasku bluzę. 
— Hmm! — mruknął po chwili, a potem zmarszczył brwi. 
W  torbie  nie  było  Ŝadnego  portfelika  ani  portmonetki,  ani  teŜ  dowodu  toŜsamości  czy 

legitymacji.  Znajdował  się  w  niej  tylko  mały,  okryty  futerkiem  miś,  ksiąŜka  zatytułowana  „Do 
sukcesu  przez  wyobraźnię”,  egzemplarz  czasopisma  „People”  i  róŜnego  rodzaju  tubki  i 
pudełeczka  z  kosmetykami.  Jupe  doliczył  się  czterech  róŜnych  szminek,  dwóch  plastykowych 
pojemników  z  cieniami  do  powiek,  jednego  z  róŜem  do  policzków  oraz  kredki  do  oczu. 
Dostrzegł takŜe parę karminowych, plastykowych klipsów. 

—  W  kaŜdym  razie  nie  chodzi  o  jakąś  małą  dziewczynkę  —  stwierdził  w  zamyśleniu.  — 

Musi to być prawie dorosła dziewczyna, która ma bzika na punkcie pacykowania buzi. 

— A w dodatku lubi małe misie — dodał Pete. 
Jupe  przekartkował  znalezioną  w  torbie  ksiąŜkę.  Pochodziła  z  biblioteki.  Na  płóciennej 

kieszeni przy tylnej okładce widać było pieczęć Biblioteki Publicznej w Fresno. 

—  Mamy  przynajmniej  jakiś  trop!  —  wykrzyknął  wesoło.  Uwielbiał  rozwiązywanie 

tajemniczych  zagadek.  Zamknął  ksiąŜkę  i  wyszczerzył  zęby  do  przyjaciół.  —  Biblioteka  ma  z 
pewnością  dane  dotyczące  osoby,  która  wypoŜyczyła  tę  ksiąŜkę.  Zadzwonimy  tam  i  dowiemy 
się, kto to jest. A potem oddamy torbę z całą zawartością jej właścicielce. 

— Chcesz dzwonić do  Fresno? — zapytał Bob, a potem wzruszył ramionami. — A zresztą 

dobra, mam nadzieję, Ŝe starczy nam forsy na taką długodystansową rozmowę. 

Pete zaśmiał się stłumionym chichotem. 
— ZałoŜę się, Ŝe dziewczyna będzie tak zachwycona odzyskaniem szminek, Ŝe zwróci nam 

background image

wydatki na telefon. 

—  Albo  zaprosi  nas  moŜe  do  Fresno  na  winobranie  —  powiedział  Jupiter.  —  Ale  mówiąc 

powaŜnie,  jeŜeli  mamy  zamiar  dodzwonić  się  do  tej  biblioteki  przed  jej  zamknięciem, 
powinniśmy się raczej pospieszyć. JuŜ po ósmej. 

Cała trójka ruszyła w kierunku drogi biegnącej wzdłuŜ brzegu. Wsiadłszy na rowery chłopcy 

odczekali, aŜ w sznurze pędzących aut pojawi się jakaś większa przerwa, a potem pospieszyli na 
drugą stronę. Bez jednego słowa popędzili ostro do składu złomu Jonesów. 

Skład  ten  naleŜał  do  najbardziej  charakterystycznych  miejsc  w  Rocky  Beach.  Jego 

właścicielami  byli  Tytus  i  Matylda  Jonesowie,  czyli  wuj  i  ciocia  Jupitera,  który  zamieszkał  z 
nimi  po  stracie  rodziców.  Na  terenie  składu  znajdowała  się  wspaniała  kolekcja  uŜywanych 
rzeczy  —  od  starych  rur  i  pralek  aŜ  po  antyczne  gałki,  zastępujące  niegdyś  klamki  u  drzwi,  a 
takŜe inne podobne rupiecie. Nie brakowało nawet koników z jakiejś starej karuzeli. 

Kiedy  chłopcy  dotarli  do  składu,  zaczęło  się  juŜ  ściemniać.  Wielka  Ŝelazna  brama  była 

zamknięta  na  kłódkę.  Za  to  okna  stojącego  po  drugiej  stronie  ulicy  domu  Jonesów  jaśniały 
palącymi się wewnątrz światłami. 

Chłopcy  nie  rzucili  nawet  okiem  na  dom.  Minęli  bramę  i  skierowali  się  ku  dalszemu 

krańcowi składu. 

Otaczający  go  drewniany  płot  pokryty  był  fantazyjnymi  dekoracjami.  PoniewaŜ  wuj  Tytus 

uwaŜał, Ŝe naleŜy wspierać talenty, mieszkający w Rocky Beach artyści często otrzymywali od 
niego  róŜne  rzeczy  po  zniŜonych  cenach.  Aby  odwdzięczyć  mu  się  za  to,  zebrali  się  kiedyś  i 
spędzili  szampański  weekend  na  malowaniu  róŜnych  obrazków  na  jego  płocie.  Na  frontowej 
ś

cianie widniało zielone jezioro, po którym pływały łabędzie, a takŜe zielone fale oceanu, pośród 

których  jakiś  Ŝaglowiec  walczył  ze  straszliwym  sztormem.  Tonącemu  statkowi  przyglądała  się 
namalowana zgrabnie rybka. 

I  właśnie jej oko było najczulszym miejscem w całym płocie. Jupiter połoŜył na nim dłoń i 

nacisnął  mocno.  Jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  róŜdŜki  odsunęła  się  na  bok  szeroka 
drewniana sztacheta. Tak otworzyła się Zielona Furtka, jedno z kilku tajemnych wejść na teren 
składu.  Wszystkie  one  zostały  skonstruowane  przez  Jupe’a  i  jego  przyjaciół  po  to,  aby  mogli 
wchodzić do środka i wychodzić, nie zauwaŜeni przez ciocię Matyldę czy wuja Tytusa. 

Chłopcy  przecisnęli  się  przez  przejście  i  znaleźli  się  w  urządzonym  pod  gołym  niebem 

warsztacie  Jupitera,  oddzielonym  od  pozostałej  części  składu  stertami  złomu.  Jupiter  odsunął 
Ŝ

elazną kratę, opartą niewinnie o dolną część roboczego stołu, a potem zgiął się wpół i wpełzł do 

wnętrza grubej, cynkowanej rury, zupełnie przedtem niewidocznej za zardzewiałą kratą. 

Był  to  Tunel  Drugi,  jedno  z  sekretnych  przejść  zainstalowanych  przez  chłopców.  TuŜ  za 

Jupe’em wśliznęli się do rury Pete i Bob. Prowadziła ona pod stertami złomu aŜ do zapadowych 
drzwi, po uniesieniu których moŜna było dostać się do starej przyczepy kempingowej, w której 
zgrana trójka urządziła sobie specjalną kryjówkę. 

Przyczepa została porządnie trzaśnięta w jakimś wypadku drogowym i wuj Tytus kupił ją po 

cenie  złomu.  Kiedy  jednak  po  paru  miesiącach  okazało  się,  Ŝe  nie  ma  na  nią  nabywców, 
podarował ją w końcu Jupiterowi i jego przyjaciołom, aby urządzili sobie w niej coś w rodzaju 
klubu towarzyskiego. 

Przyczepie pisany był jednak całkiem inny los. Chłopcy wstawili do niej biurko i katalogową 

szafkę  z  szufladkami,  a  takŜe  urządzili  sobie  w  niej  małe  laboratorium  kryminalistyczne  i 
fotograficzną  ciemnię.  Zainstalowali  teŜ  telefon,  za  który  płacili  pieniędzmi  zarobionymi  przy 
dorywczych  pracach  na  złomowisku.  W  trakcie  ich  wykonywania  systematycznie  gromadzili 
wokół przyczepy kawałki złomu, aŜ w końcu stała się ona zupełnie niewidoczna z zewnątrz. 

background image

Urządziwszy  sobie  siedzibę,  chłopcy  zabrali  się  do  roboty.  ZałoŜyli  firmę  o  nazwie  „Trzej 

Detektywi”, ochrzcili przyczepę mianem Kwatery Głównej i zaczęli rozwiązywać róŜne, wielkie 
i  małe  tajemnice.  TakŜe  i  teraz  znaleziona  na  plaŜy  torba  przyprawiała  Jupe’a  o  dreszcz 
podniecenia. Zawsze zresztą odczuwał zapał, przystępując do pracy nad nową zagadką. 

Znalazłszy  się  w  Kwaterze  Głównej,  Jupe  zadzwonił  do  informacji  w  Fresno.  Zanotował 

numer telefonu tamtejszej Biblioteki Publicznej i wykręcił go. 

— Za dwadzieścia dziewiąta — odezwał się Pete, spojrzawszy na zegar  stojący na szafce z 

katalogiem. — Zdaje się, Ŝe nie zostało ci zbyt wiele czasu na zdobycie tych informacji. 

Wszystko  poszło  jednak  całkiem  gładko.  Jupe  natychmiast  został  połączony  z  działem 

zajmującym się rejestrowaniem wypoŜyczanych i zwracanych ksiąŜek. 

—  Mówi  Jupiter  Jones  —  powiedział.  Przedstawiając  kobiecie,  która  podniosła  słuchawkę, 

powód swego telefonu, starał się nadać głosowi jak najpowaŜniejsze brzmienie. 

—  Dane  o  naszych  czytelnikach  przechowujemy  w  komputerze  —  odpowiedziała 

bibliotekarka.  —  Spróbuję  się  do  nich  dostać  —  dorzuciła  i  odłoŜyła  na  moment  słuchawkę. 
Kiedy podniosła ją znowu, jej głos zdradzał wewnętrzne napięcie. 

—  Czy  mogę  oddzwonić  do  ciebie?  —  zapytała.  —  Czy  dzwonisz  z  telefonu,  pod  którym 

będę mogła cię zastać? 

— Tak, ale przewaŜnie... 
— Błagam! — przerwała mu bibliotekarka. 
Jupe podał jej swój numer. 
— Doskonale — powiedziała spokojniejszym tonem. — A teraz zostań tam, gdzie jesteś. Nie 

odchodź od telefonu. 

Kobieta wyłączyła się. Jupe takŜe odłoŜył słuchawkę. 
— Ciekawe, co to wszystko moŜe znaczyć? — zamyślił się głośno. 
— Ta kobieta była bardzo zdenerwowana. Powiedziała, Ŝe zadzwoni tutaj. 
— Śmierdząca sprawa — stwierdził Pete. — W co wdepnęliśmy tym razem? 
Telefon zadzwonił po paru minutach. Głos po drugiej stronie linii pobrzmiewał histerycznym 

podnieceniem. 

— Czy ją moŜe widziałeś? — zapytała dzwoniąca kobieta. Nie była to jednak bibliotekarka, z 

którą  Jupe  rozmawiał  przed  chwilą.  —  Zaraz  przyjeŜdŜam.  Kimkolwiek  jesteś,  juŜ  jadę  do 
ciebie. Muszę odnaleźć moją małą dziewczynkę! 

 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Uciekinierka! 

 

Na  biurku  ustawiony  był  głośnik.  Wykorzystując  znalezione  na  terenie  składu  elementy 

aparatów  elektronicznych,  Jupe  podłączył  go  do  małego  mikrofonu  i  wzmacniacza.  Kładąc 
słuchawkę  na  skonstruowanym  w  ten  sposób  urządzeniu,  umoŜliwiał  całej  trójce 
przysłuchiwanie się rozmowie. 

Tym razem chłopcy usłyszeli łkanie. A potem ozwał się jakiś męski głos: 
— Na litość boską, Judy, opanuj się! 
Słychać było szmer, jakby ktoś przekładał słuchawkę z ręki do ręki. 
— Jupiter Jones? — zapytał męski głos. 
— Tak — odparł Jupe. 
— To ty znalazłeś na plaŜy ksiąŜkę z biblioteki? 
— Tak, proszę pana. 
—  Moja  córka  wypoŜyczyła  tę  ksiąŜkę  z  Biblioteki  Publicznej  w  Fresno  tuŜ  przed 

zniknięciem. 

— Och! — wyrwało się Jupe’owi. 
— Rozumiesz, uciekła do Hollywoodu, Ŝeby się wkręcić do filmu. 
Jakby z pewnego oddalenia odezwał się głos kobiety. 
— Powiedz mu, Ŝe przyjeŜdŜamy. 
— Tak, tak, Judy. Powiem. 
MęŜczyzna po drugiej stronie linii wziął głęboki oddech. 
— Nazywam się Charles Anderson. Twój  telefon jest  pierwszym  konkretnym sygnałem, Ŝe 

Lucille prawdopodobnie nie przydarzyło się nic złego. Musimy zobaczyć się z tobą. Być moŜe 
uda się nam dowiedzieć czegoś więcej. Nie przypuszczam, aby w tej torbie był jakiś adres? 

— Nie, panie Anderson — poinformował go Jupe. — śadnego adresu. 
—  Policja  nie  okazała  się  zbyt  pomocna  —  ciągnął  pan  Anderson.  —  Powtarzali  nam  w 

kółko, Ŝe w Los Angeles jest bardzo duŜo dziewczyn, które uciekły z domu. Tak więc gdybyś mi 
podał swój adres, przyjechalibyśmy do ciebie jutro rano. 

— Rozumiem, proszę pana — powiedział Jupe, a potem podyktował adres składu. 
Pan Anderson podziękował mu i odłoŜył słuchawkę. 
— Zaginiona córka! — wykrzyknął Pete. — To moŜe być naprawdę fantastyczna szansa dla 

Trzech Detektywów! 

Jupe zabrał się do przeglądania ksiąŜki z biblioteki w Fresno. 
— Bez względu na to, czy będziemy, czy teŜ nie będziemy pomagać państwu Andersonom, 

miejmy nadzieję, Ŝe dziewczyna wkrótce się odnajdzie. JeŜeli się nie mylę, te karteczki, których 
uŜywała jako zakładek do ksiąŜki, to kwity lombardowe. Ten na przykład pochodzi z firmy Hi-
Lo, PoŜyczki pod BiŜuterię. A tu mam pokwitowanie spółki Błyskawiczna Gotówka. Zdaje się, 
Ŝ

e dziewczyna jest bez grosza. 

W zamyśleniu zamknął ksiąŜkę i zaczął przyglądać się okładce. 
— „Do sukcesu przez wyobraźnię” — przeczytał głośno jej tytuł. — Słyszałem o tej ksiąŜce. 

Zdaniem autora, kaŜdy moŜe odnieść Ŝyciowy sukces, jeśli tylko potrafi wyobrazić sobie siebie 
samego na jakimś waŜnym stanowisku albo w kosztownej rezydencji, czy teŜ... 

— Czy teŜ w głównej roli w jakimś filmie? — dokończył Bob. 

background image

— Tak mi się wydaje — potwierdził Jupe, a potem otworzył ksiąŜkę na chybił trafił i zaczął 

czytać:  —  Nigdy  nie  korzystaj  z  siły  twej  woli.  Siła  woli  koncentruje  się  na  szczegółach,  a 
zajmowanie  się  szczegółami  będzie  tylko  hamować  twój  marsz  do  przodu.  Zamiast  pracować  i 
niepokoić się nieustannie, przenieś się myślą w pełną sukcesów przyszłość. W tym właśnie tkwi 
cała tajemnica. Staraj się odczuć swój sukces nie jako coś, co być moŜe zdarzy się pewnego dnia, 
ale jako rzeczywistość, która realizuje się juŜ teraz. 

Jupe z głośnym klaśnięciem zamknął ksiąŜkę. 
—  Ten  autor  chyba  trochę  przesadził!  —  zauwaŜył  Pete.  Cała  trójka  wybuchnęła  zdrowym 

ś

miechem. W chwilę potem chłopcy wymknęli się z przyczepy i poszli do domu. 

 

Następnego  ranka  wszyscy  trzej  juŜ  czekali  niedaleko  biura  składu,  kiedy  na  dziedziniec 

wjechała  nieznajoma  toyota.  Kierowca  wysiadł  z  auta  powiedział,  Ŝe  chce  się  zobaczyć  z 
Jupiterem  Jonesem.  Był  to  wysoki,  skromnie  ubrany  męŜczyzna  o  lekko  przerzedzonych, 
ciemnych  włosach  i  inteligentnej  twarzy.  W  chwilę  po  nim  wysiadła  równieŜ  ciemnowłosa 
kobieta,  której  twarz  zdradzała  wielkie  zaniepokojenie.  W  jej  wyglądzie  było  coś  ze  statecznej 
matrony, z czym kontrastowała starannie wypracowana puszysta fryzura. 

— Czy mam przyjemność z panem Andersonem? — zapytał Jupe. 
— Tak. Nazywam się Andersen. Czy to ty znalazłeś torbę Lucille? 
— Tak, proszę pana. Jestem Jupiter Jones — powiedział Jupe, a potem przedstawił Pete’a i 

Boba.  Z  biura  wyszła  ciocia  Matylda,  którą  Jupe  poinformował  juŜ  o  historii  z  zaginioną 
dziewczyną, zaprosiła państwa Andersenów do środka. 

Kiedy pan Anderson zobaczył leŜącą na biurku plastykową torbę, skinął głową. 
—  Tak,  Lucille  lubi  nosić  tego  rodzaju  rzeczy  —  powiedział,  a  potem  wysypał  zawartość 

torby na biurko, przyjrzał się kosmetykom misiowi skrzywił się lekko. — Niewiele mi to mówi 
— stwierdził krótko 

Pani  Andersen  wzięła  do  ręki  ksiąŜkę  i  wyjęła  z  niej  wystające  spomiędzy  stronic 

lombardowe kwity. 

— Charles, ona głoduje! — wykrzyknęła z przejęciem. — Prawdopodobnie łazi po ulicach 

jakimiś kryminalistami włóczęgami. Mogło się jej przydarzyć jakieś nieszczęście! 

Wręczyła jeden z kwitów panu Andersonowi, który rzucił nad okiem, przybierając na chwilę 

prawdziwie ponurą minę. Potem odłoŜył go na biurko powiedział stanowczym głosem: 

—  Ludzie  zastawiają  swoje  rzeczy  w  lombardach  takŜe  wtedy,  gdy  nie  sypiają  na  ulicy 

razem włóczęgami. Nie wywołuj wilka z lasu. 

W chwilę potem przyniósł z samochodu szarą kopertę przechylił ją. Na biurko posypała się 

lawina zdjęć. 

— To jest Lucille — powiedział, a potem wyciągnął jedno z nich w kierunku chłopców. — 

Ma szesnaście lat. JeŜeli często chodzicie na plaŜę, mogliście zwrócić na nią uwagę. 

Chłopcy  zaczęli  przekazywać  sobie  z  rąk  do  rąk  kolejne  fotografie.  Ukazywały  one  ładną, 

ciemnowłosą  dziewczynę  o  piwnozielonych  oczach.  Na  jednej  z  nich  miała  na  sobie  obcisłą 
bluzkę,  króciutką  spódniczkę  i  wysokie  białe  buty,  jakie  noszą  uczestniczki  szkolnych  parad 
muzycznych, i była przesadnie wymalowana. Inne zdjęcia ukazywały ją kostiumie baletnicy, 
jeszcze  inne  w  pątniczym  habicie.  Te  ostatnie  zostały  zrobione  w  czasie  jakiejś  kościelnej 
pielgrzymki  czy  procesji.  Na  niektórych  widać  było  Lucille  w  wieku  dziesięciu,  na  jeszcze 
innych trzynastu lat, kiedy to zdobyła drugie miejsce w organizowanym w Fresno konkursie na 
Miss Nastolatek. 

Obejrzawszy wszystkie zdjęcia, chłopcy poczuli się jeszcze bardziej zakłopotani. 

background image

— Ona... ona wydaje się kimś zupełnie innym na kaŜdym zdjęciu powiedział Pete. — Trudno 

stwierdzić, jak naprawdę wygląda 

— To dlatego, Ŝe bez przerwy zmienia uczesanie i makijaŜ — wyjaśniła pani Andersen. — 

Czasem nosi długie włosy, a czasem krótkie. Raz maluje się bladą szminką, raz ciemnoczerwoną 
albo pomarańczową. Zdaje mi się, Ŝe nie widziałam u niej nigdy tylko zielonego. I niebieskiego. 
Nigdy  nie  maluje  ust  na  niebiesko  ani  na  sino.  No  i  przed  opuszczeniem  domu  nic  farbowała 
sobie włosów. 

Pani Anderson zaczęła płakać. 
—  Przez  cały  czas  dzwonimy  do  komisariatów  policji  w  tej  okolicy  —  powiedział  pan 

Anderson  —  ale  oni  dają  nam  ciągle  wymijające  odpowiedzi,  prawdopodobnie  takie  same, 
jakich udzielają wszystkim rodzicom w podobnej sytuacji. Myślę, Ŝe nie moŜna ich za to winić, 
ale  my  nie  moŜemy  tak  po  prostu  czekać,  aŜ  Lucille  znajdzie  się  sama.  MoŜe  jej  grozić  jakieś 
niebezpieczeństwo.  Musimy  od  czegoś  wreszcie  zacząć.  Chciałbym  zobaczyć  to  miejsce  na 
plaŜy, w którym znaleźliście jej torbę, chciałbym tez porozmawiać z ratownikami. 

Jupe  skinął  potakująco  głową,  po  czym  cała  trójka  zapakowała  się  do  samochodu  państwa 

Andersenów.  AŜ do południa chłopcy przyglądali się im jak brodzili po całej plaŜy, wypytując 
ratowników  i  młodych  plaŜowiczów.  Około  pierwszej  byli  juŜ  zupełnie  wyczerpani  i 
zniechęceni. 

— Nikt nie rozpoznał jej na tych zdjęciach — powiedział cicho pan Andersen. 
— Ona jest w rzeczywistości ładniejsza niŜ na tych fotografiach — dodała jego małŜonka. — 

W tym cały problem. 

Pan Andersen spojrzał na nią z wyrzutem. 
—  Gdybyś  nie  wmawiała  jej  tego  w  kółko,  nigdy  nie  odwaŜyłaby  się  na  taki  krok  — 

powiedział. 

Pani Andersen znowu zaczęła szlochać. 
— Nie gniewaj się, kochanie — powiedział pojednawczo jej mąŜ. — Nie chciałem sprawić ci 

przykrości. Znajdziemy ją. 

Nie czekając na odpowiedź, pan Andersen zwrócił się do chłopców, 
— Ile czasu zajęłoby nam porządne przeszukanie tego miasteczka? Moglibyśmy chodzić po 

domach i wywieszać ogłoszenia w supermarketach.  Moglibyśmy rozesłać ulotki do wszystkich 
mieszkańców. Albo wydrukować płatne ogłoszenie w gazecie! 

— MoŜe powinien pan porozmawiać z komendantem Reynoldsem — zaproponował Bob. — 

On jest szefem policji tu, w Rocky Beach. Bardzo fajny facet. 

Pan  Anderson  pojechał  więc  do  śródmieścia  na  posterunek  policji.  Komendant  Reynolds  z 

zainteresowaniem  wysłuchał  opowieści  o  Lucille,  która  uciekła  do  Hollywoodu  z  pieniędzmi 
zarobionymi przy doglądaniu cudzych dzieci. 

Kiedy pan Anderson skończył opowiadanie, komendant westchnął cięŜko. 
— Kręci się tu za duŜo tego rodzaju dzieciaków — powiedział, a potem przejrzał pobieŜnie 

plik  zdjęć  i  pokiwał  głową.  —  Ona  jest  rzeczywiście  ładną  dziewczyną,  zgadza  się.  Mogę 
zatrzymać jeden z tych obrazków? 

— Oczywiście — odparła pani Anderson. 
— Od jak dawna nie mieliście państwo wiadomości o córce? 
— Od dwóch miesięcy — powiedziała Judy Anderson. — Odezwała się dwa dni po ucieczce 

z  domu.  Zadzwoniła  i  powiedziała,  Ŝebyśmy  się  nie  martwili,  ale  zanim  zdąŜyliśmy  dojść  do 
słowa, odłoŜyła słuchawkę. 

Komendant  Reynolds  kiwnął  ze  zrozumieniem  głową,  a  potem  zapisał  adres  i  telefon 

background image

państwa Andersonów. 

— Powiem moim ludziom, Ŝeby rozejrzeli się za nią — zapewnił ich. 
—  A  tymczasem,  moŜe  zainteresowaliby  się  sprawą  ci  oto  trzej  chłopcy?  Jeśli  juŜ  tego  nie 

zrobili. 

Propozycja wyraźnie zaskoczyła pana Andersona. 
— Chłopcy? Ci tutaj? Oni rzeczywiście okazali nam wielką uprzejmość, co do tego nie ma 

Ŝ

adnych wątpliwości, ale przecieŜ... 

— Oni są detektywami tyle, Ŝe nie zawodowymi — powiedział komendant Reynolds. W jego 

głosie  nie  było  nawet  śladu  kpiny.  —  Mają  własną  agencję  detektywistyczną  i  zajmują  się 
badaniem wszelkiego rodzaju niezwykłych spraw i wypadków. Wprawdzie czasami wchodzą mi 
w drogę i dają mi się we znaki, ale zdaje się, Ŝe mają naprawdę dryg do rozwiązywania róŜnych 
zagadek. Poza tym wałkują sprawy dotąd, dopóki nie znajdą pełnego wyjaśnienia. Często chodzą 
na plaŜę, więc jeśli córka państwa lubi przesiadywać nad wodą... 

Komendant Reynolds nie dokończył zdania. Po prostu wlepił oczy w Jupe’a, który wyciągnął 

portfel i wręczył panu Andersonowi wizytową kartę Trzech Detektywów, na której moŜna było 
przeczytać: 

 

TRZEJ DETEKTYWI 

Badamy wszystko  

??? 

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw  

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews 

 

 
Przez chwilę pan Anderson przyglądał się wizytówce, a potem powiedział: 
—  CzemuŜ  by  nie?  śadnej  z  osób,  do  których  się  zwracaliśmy,  nie  udało  się  dowiedzieć 

niczego. Czy mam wam wypisać czek, chłopcy? 

—  To  nie  jest  konieczne  —  powiedział  Jupe.  —  JeŜeli  zdołamy  wytropić  Lucille, 

przedstawimy  wtedy  rachunek  za  ewentualne  wydatki,  na  jakie  być  moŜe  się  narazimy.  W  tej 
chwili potrzebujemy tylko zdjęcia z podobizną pana córki. 

—  Wszystko,  co  tylko  chcecie  —  oświadczył  pan  Anderson,  wręczając  Jupe’owi  całą 

kopertę. — JeŜeli będziecie czegoś potrzebować, dzwońcie do mnie. Na mój koszt. 

—  Co  powinniśmy  teraz  zrobić?  —  zwróciła  się  smutnym  głosem  do  komendanta  pani 

Anderson. 

— Wrócić do Fresno — odparł Reynolds. — I siedzieć przy telefonie. Córka państwa moŜe 

się  odezwać  w  kaŜdej  chwili.  A  my,  jeśli  tylko  dowiemy  się  czegoś,  zaraz  państwa  o  tym 
powiadomimy. 

— Moja biedna dziecina — powiedziała dławiącym się głosem pani Anderson. — Co będzie, 

jeŜeli nie zobaczymy jej juŜ nigdy? 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Hollywoodzki wilkołak 

 

—  Słyszeliście,  co  mówił  komendant  —  wykrzyknął  z  podnieceniem  Pete.  —  Praktycznie 

biorąc, on nas zarekomendował. Coś nieprawdopodobnego! 

Bob  z  nachmurzoną  miną  przyglądał  się  zdjęciom  rozłoŜonym  na  biurku  w  Kwaterze 

Głównej. Dziś wypadł mu dzień wolny od dorywczej pracy w bibliotece w Rocky Beach. 

—  Taak,  to  rzeczywiście  było  fenomenalne  —  powiedział.  —  Tylko  od  czego  zaczniemy? 

Dziewczyn, które uciekły z domu do Hollywoodu, musi być na pęczki. 

Jupiter odpowiedział mu uśmiechem zdradzającym pewność siebie. 
— A gdybyśmy zaczęli od tych lombardów? 
Bob wyprostował się na krześle. 
— Och, to jasne! 
— Kiedy wuj Tytus był młody, podróŜował sporo z jakimś cyrkiem —ciągnął Jupe — no i 

często  brakowało  mu  forsy.  Dokładnie  poznał  zasady,  na  jakich  działają  lombardy.  Mówi,  Ŝe 
kiedy  poŜycza  się  pieniądze  od  właściciela  takiego  przybytku,  trzeba  mu  zostawić  jakiś 
wartościowy przedmiot jako zabezpieczenie długu, no i trzeba podać swoje nazwisko i adres. 

— Fantastycznie! — wykrzyknął triumfalnie Pete. — W takim razie jesteśmy w domu! 
— Pod warunkiem, Ŝe kwity z tej ksiąŜki naleŜą do Lucille Anderson — odparł Jupe. — I Ŝe 

podała ona właścicielom lombardów swoje prawdziwe nazwisko i adres. JeŜeli nie, kwity okaŜą 
się bezuŜyteczne. Nie zrobimy nawet pierwszego kroku. Na szczęście wszystkie one pochodzą z 
lombardów  działających  na  terenie  Hollywoodu.  Niedługo  rusza  tam  Konrad,  będziemy  więc 
mogli  zabrać  się  razem  z  nim.  Bardzo  szybko  przekonamy  się,  na  ile  te  świstki  pomogą  nam 
złapać właściwy trop. 

Konrad był jednym z braci pochodzących z Bawarii, którzy zajmowali się transportowaniem 

do  składu  cięŜkich  przedmiotów  przeznaczonych  na  złom.  Kiedy  chłopcy  nadbiegli  gotowi  do 
wyjazdu,  czekał  na  nich  na  podjeździe  niedaleko  biura  składu.  Jego  uszu  doszła  juŜ  historia 
zaginionej  dziewczyny  i  martwiących  się  o  nią  rodziców.  Z  sympatią  odniósł  się  do  sprawy,  i 
choć  wybierał  się  do  Hollywoodu,  aby  przywieźć  stamtąd  jakieś  wyrzucone  rupiecie,  chętnie 
zgodził się zboczyć z drogi, aby podrzucić chłopców do pierwszego z lombardów. 

Jupiter,  Pete  i  Bob  wyskoczyli  z  cięŜarówki  i  weszli  do  środka.  Wnętrze  lombardu  było 

mroczne  i  przeniknięte  zapachem  stęchlizny.  Właściciel  obejrzał  pokwitowanie  wręczone  mu 
przez Jupitera, po czym  odwrócił się i otworzył  zamkniętą na  klucz szafkę.  Wyjął z niej  mały, 
srebrny medal wiszący na niebieskiej wstąŜce i podał go Jupiterowi. 

— Chcesz go wykupić? — zapytał. 
Na  awersie  medalu  wybity  był  rysunek  odrobinę  przypominający  Statuę  Wolności.  Na 

odwrocie  wygrawerowano  napis  informujący,  Ŝe  Lucille  Anderson  zajęła  trzecie  miejsce  w 
Konkursie  Ortograficznym,  organizowanym  przez  młodzieŜową  sekcję  Izby  Handlowej  w 
Fresno. 

— Chodzi o dziewczynę, która to zastawiła — powiedział Jupe. — Jaki adres panu podała? 

Jesteśmy zaprzyjaźnieni z jej rodzicami. 

— Uciekinierka? — próbował odgadnąć właściciel lombardu. 
— Tak. Zwiała dwa miesiące temu, Ŝeby... 
MęŜczyzna przerwał Jupe’owi ruchem ręki. 

background image

— Nie musisz mi tego mówić — powiedział. — Znam to na pamięć. PrzyjeŜdŜają tu, aŜeby 

zdobyć sławę, a zamiast tego łamią sobie Ŝycie. 

Stwierdziwszy to, sięgnął po stojące na biurku pudełko z fiszkami. 
— MoŜesz powtórzyć jej nazwisko i imię? 
— Lucille Anderson — powiedział Jupe. 
MęŜczyzna pokręcił przecząco głową. 
— Nic takiego tu nie ma. Ten przedmiot zastawiła osoba nazywająca się Valerie Cargill. 
— Valerie Cargill? — powtórzył jak echo Bob. — śartuje pan! 
— Nie lubię Ŝartów i nigdy nie Ŝartuję — odparł męŜczyzna. — Nie mam poczucia humoru. 
— Podała panu jakiś adres? — zapytał Jupe. 
MęŜczyzna  znowu  zagłębił  nos  w  fiszkach.  —  Zachodnia  dzielnica  Los  Angeles  — 

powiedział. — Riverside Drive 1648. 

— W zachodniej dzielnicy Los Angeles nie ma ulicy Riverside Drive — stwierdził Bob. 
—  Podano  mi  taki  adres  —  oświadczył  męŜczyzna,  biorąc  do  ręki  zdjęcie  wręczone  mu 

przez  Jupe’a.  Obejrzawszy  je  posmutniał.  —  Śliczny  dzieciak.  Ale  nie  przypomina  zbytnio 
osoby, która zastawiała ten medal. Tamta była blondynką, z pieprzykiem na policzku. Takim, co 
to jeszcze bardziej podkreśla urodę. Przypominała dziewczynę,  która występuje w wieczornym 
komercyjnym  serialu  pod  tytułem...  Tak,  „Zwycięstwo”!  Moja  Ŝona  ogląda  go  w  kaŜdy 
poniedziałek. 

— Tą aktorką jest właśnie Valerie Cargill — stwierdził Jupe. 
Właściciel lombardu kiwnął potakująco głową. 
—  Nie  dziwi  mnie  to.  Poza  tym,  nie  trzeba  być  geniuszem,  Ŝeby  się  domyślić,  Ŝe  to  nie 

prawdziwa  Valerie  Cargill  zastawiła  ten  wzruszający  medalik.  Ale  wracając  do  rzeczy...  macie 
zamiar go wykupić? Jeśli tak, to będzie was kosztował osiem dolarów i siedemdziesiąt centów. 

Jupe połoŜył na ladzie Ŝądaną kwotę i zabrał medal. W chwilę potem trzej chłopcy byli juŜ z 

powrotem w cięŜarówce. 

— A myślałem, Ŝe to będzie strzał w dziesiątkę — westchnął Pete. 
—  Musimy  jednak  próbować  nadal  —  odparł  Jupe.  —  Nie  jest  wykluczone,  Ŝe  w  którymś 

lombardzie natrafimy na prawdziwy ślad. 

Ale mimo iŜ właściciel następnego lombardu okazał mnóstwo dobrych chęci, takŜe i on nie 

mógł  udzielić  chłopcom  Ŝadnych  uŜytecznych  informacji.  Wyjaśnił  tylko,  Ŝe  któregoś  dnia 
odwiedziła  go  młoda  dziewczyna,  Ŝeby  zastawić  złoty,  dziecinny  pierścionek.  Miała  na  sobie 
długą tunikę i botki do kolan, i mocno przypominała jedną z bohaterek popularnego dreszczowca 
kosmicznego. 

— Czy podała panu jakieś nazwisko? — zapytał Jupiter. 
— Tak, Allida Cantrell — odparł właściciel lombardu. 
— Tak nazywa się aktorka, która grała główną rolę w tym filmie. 
PoniewaŜ chłopcy nie mieli dość pieniędzy, aby wykupić pierścionek, wrócili do cięŜarówki 

bez niego. Oczekujący ich Konrad jadł jabłko i zaczynał się juŜ niecierpliwić stratą czasu. 

—  Ja  lubię  wam  pomagać,  Jupe  —  stwierdził  —  tylko  Ŝe  ciocia  Matylda  mówi,  Ŝeby  nie 

marnować na to całego dnia. 

— Nie zabierzemy ci juŜ wiele czasu. Przyrzekam — powiedział Jupe. — Został tylko jeden 

lombard. Znajduje się gdzieś przy Hollywood Boulevard. 

Konrad nachmurzył się, ruszył jednak we wskazanym kierunku. 
— Nie lubię tej ulicy — oświadczył niechętnie. 
Trzej Detektywi mogli wkrótce stwierdzić na własne oczy, dlaczego. 

background image

Ulica okazała się bardzo biednym zakątkiem. Na jednym z rogów jakaś kobiecina grzebała w 

pojemniku  na  śmieci,  a  po  chodnikach  snuli  się  ludzie  w  wytartych  ubraniach.  Chłopcy  nie 
dostrzegli nigdzie nawet śladu rzekomego przepychu Hollywoodu. 

O parę domów za  lombardem  znaleźli wolne  miejsce przy  krawęŜniku.  Konrad zaparkował 

samochód,  po  czym  chłopcy  wysiedli  i  ruszyli  z  powrotem.  Po  drodze  minęli  mały  sklepik  z 
hollywoodzkimi  pamiątkami  i  planami  rezydencji  filmowych  gwiazdorów.  Lombard  znajdował 
się o dwie witryny dalej. Kiedy chłopcy podchodzili juŜ do niego, na czoło wysforował się Pete. 

— Tracimy tylko czas — mruknął z niezadowoleniem. 
Nagle z wnętrza lombardu dobiegł chłopców głośny krzyk. Z drzwi wyskoczyła jakaś dziwna 

postać i łokciem odtrąciła Pete’a na bok. 

— Ej! — wrzasnął Pete. — Proszę uwaŜać! 
Dziwaczny  osobnik  odwrócił  się  do  Pete’a  i  wyciągnął  ku  niemu  ręce.  Zdumiony  Pete 

wybałuszył na niego oczy. Zobaczył mroczną twarz o dziwnie stęŜałych rysach. W półotwartych 
ustach  lśniły  długie  i  ostre  zęby,  przypominające  wilcze  kły.  TuŜ  nad  nimi  Pete  ujrzał  potęŜny 
nochal  z  szerokimi,  rozdętymi  nozdrzami.  Nie  mógł  jednak  dostrzec  oczu.  Były  one  zatopione 
gdzieś w głębi głowy, niczym u jakiejś czarownicy rzucającej złe uroki. 

Znowu otworzył usta, Ŝeby krzyknąć, nie wyszedł z nich jednak Ŝaden dźwięk. Popatrzył na 

zaciskające  się  na  jego  ramionach  dłonie.  Czy  raczej  szpony,  czerniejące  pod  okrywającym  je 
owłosieniem. 

Ktoś krzyknął w głębi lombardu. Koszmarna zjawa puściła Pete’a i rzuciła się do ucieczki. 
Przez krótką chwilę nikt nie ruszył się z miejsca. 
— Łapać go! — ozwał się znowu męski głos z uchylonych drzwi lombardu. 
PrzeraŜający osobnik znikł we wnętrzu sklepu z pamiątkami. Rozległy się nowe wrzaski. 
Pete  pozbierał  się  wreszcie  i  ruszył  w  pościg  za  dziwacznym  stworem,  było  juŜ  jednak  za 

późno.  Uciekinier  przedarł  się  do  tylnych  drzwi  sklepu  i  w  chwilę  potem  zniknął  w  bocznym 
pasaŜu między domami. 

Chłopcy wrócili do lombardu, aby porozmawiać z roztrzęsionym wciąŜ jeszcze właścicielem. 
—  Ten  facet  próbował  mnie  obrabować!  —  usłyszeli  po  wejściu  do  środka.  —  Kiedy 

zobaczył was, chłopcy, przed drzwiami, przestraszył się i uciekł! 

W  chwilę  później  od  strony  bulwaru  doszły  dźwięki  policyjnych  syren.  Naprzeciwko 

lombardu  zatrzymał  się  policyjny  samochód,  a  zaraz  potem  jeszcze  jeden.  Zaczął  się  teŜ 
gromadzić  tłum  gapiów.  Chłopcy  wyszli  na  chodnik.  TuŜ  za  nimi  wyszedł  teŜ  właściciel, 
bezładnie wymachujący rękami. 

Jeden  z  policjantów  polecił  gapiom,  aby  usunęli  się  sprzed  wejścia.  Jego  kolega  zaczął 

wypytywać właściciela lombardu, który wskazał dłonią Pete’a. Trzeci zwrócił się bezpośrednio 
do oszołomionego tym wszystkim chłopca. 

— Czy to ty próbowałeś zatrzymać napastnika? — zapytał funkcjonariusz policji. 
Pete kiwnął potakująco głową. 
— Jak on wyglądał? 
Pete zawahał się. 
— Obawiam się, Ŝe weźmie mnie pan za jakiegoś pomyleńca. 
— Wal śmiało — zachęcił go policjant. 
— Wyglądał jak... jak potwór! 
Policjant pokiwał cierpliwie głową. 
—  Przypominał  moŜe  coś  w  rodzaju  goryla?  —  zapytał  spokojnym  tonem.  —  Czy  jakieś 

inne straszydło? 

background image

— No, tak. To znaczy, nie. Nie wyglądał dokładnie tak jak goryl. Raczej jak... wilkołak! 
— Hmm — mruknął policjant, a potem zapisał coś w notesie. — Jak wysoki mógł być ten 

wilkołak? 

— Mniej więcej mojego wzrostu — odparł Pete. — I raczej krępy. 
Policjant odwrócił się do Jupitera. 
— A co ty widziałeś? — zapytał. 
TakŜe Jupiter stwierdził, Ŝe napastnik podobny był do wilkołaka. 
— Ale widzę, Ŝe wcale nie jest pan zaskoczony naszymi zeznaniami — dodał. 
Policjant uśmiechnął się. 
— Rzeczywiście, a to dlatego, Ŝe w zeszłym tygodniu jakiś facet przebrany za goryla napadł 

na stację benzynową. 

— Tak, przypominam sobie, Ŝe czytałem o tym w gazecie — wtrącił właściciel lombardu. — 

Słyszeliście  teŜ  pewno  o  bandycie  z  wymalowaną  na  zielono  twarzą,  któremu  z  szyi  sterczały 
jakieś długie śruby czy coś w tym rodzaju? Napadł na sklep alkoholowy w Santa Monica. 

Jeden z policjantów roześmiał się. 
— W tym mieście nic nie jest normalne. 
Po odjeździe policyjnych samochodów właściciel lombardu zwrócił się do chłopców: 
— Przyszliście do mnie z jakąś sprawą? 
Jupiter opowiedział mu o kłopotach z Lucille. Właściciel poprowadził ich do środka i zaczął 

przeglądać kartotekę klientów. Następnie wyciągnął jakąś szufladę i wyjął z niej małą, misternie 
wykonaną złotą spinkę w kształcie łuku. 

—  Bardzo  nie  lubię,  kiedy  ludzie  zastawiają  u  mnie  takie  rzeczy  —powiedział.  —  Tego 

rodzaju spinki rodzice wręczają swoim córkom po skończeniu przez nie szkoły podstawowej. 

— Czy zapamiętał pan dziewczynę, która ją zastawiła? — zapytał Jupiter. — Czy to mogła 

być ona? 

Właściciel lombardu wziął do ręki podane mu przez Jupitera zdjęcie Lucille i przyglądał mu 

się przez chwilę. 

—  To  moŜliwe.  Dziewczyna  miała  wprawdzie  na  twarzy  warstwę  makijaŜu  grubą  na 

centymetr, no i jaśniejsze włosy, ale to mogła być ona. 

Jeszcze raz zajrzał do kartoteki i stwierdził, Ŝe spinkę zastawiła niejaka Juliette Ravenna. 
—  To  jest  imię  i  nazwisko  znanej  aktorki  —  jęknął  Jupe.  —  Znaleźliśmy  się  w  ślepej 

uliczce! 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Dziewczyna 

tysiącu twarzy 

 

Tego  samego  wieczoru  chłopcy  spotkali  się  jeszcze  raz  w  Kwaterze  Głównej.  Pete, 

zasępiony, usiadł na podłodze. 

— Jakim cudem mamy znaleźć dziewczynę, która kaŜdego dnia wygląda inaczej? 
Przez dłuŜszą chwilę jego kolegom nie przychodziła do głowy Ŝadna sensowna odpowiedź. 

Wreszcie Jupiter odwaŜył się na przedstawienie pewnego planu. 

—  JeŜeli  Lucille  Anderson  powaŜnie  myśli  o  zagraniu  w  filmie,  to  mogła  próbować 

szczęścia w agencjach werbujących aktorów. MoŜemy pójść jej śladem. 

— Rzeczywiście, nie zaszkodzi popytać tu czy tam — stwierdził Pete. 
— Co mamy do stracenia? 
Wczesnym  rankiem  następnego  dnia  cała  trójka  wsiadła  do  autobusu  jadącego  do 

Hollywoodu.  Zaczęli  od  pierwszego  adresu  z  przygotowanej  przez  Jupe’a  listy.  Zatrudniona  w 
charakterze sekretarki, bardzo szczupła, młoda kobieta nie chciała ich nawet wysłuchać. 

— Nie rozmawiamy  z nikim  o naszych  klientach —  powiedziała nie znoszącym sprzeciwu 

tonem. 

— Ale... ona moŜe wcale nie została waszą klientką — rzucił znienacka Pete. 
— Jestem zbyt zajęta, aby pozwalać sobie na jakieś zabawy z wami, chłopcy — odcięła się 

sekretarka, po czym zaczęła znowu stukać w klawisze maszyny do pisania. 

Na pytanie chłopców o Lucille Anderson sekretarka kolejnej agencji obrzuciła ich karcącym 

spojrzeniem. 

—  Nawet  gdybym  ją  znała,  nie  udzieliłabym  wam  Ŝadnej  informacji  na  jej  temat  — 

stwierdziła ostro. — Wstydźcie się! Jesteście za młodzi, Ŝeby polować na aktoreczki! 

Jupiter poczuł, Ŝe się czerwieni. 
—  Nie  polujemy  na  aktorki  —  powiedział.  —  Rodzice  tej  dziewczyny  prosili  nas  tylko, 

Ŝ

ebyśmy pomogli im ją odnaleźć, no ... 

—  Młodociana  uciekinierka?  —  przerwała  mu  sekretarka.  —  Rodzice  powinni  więc  iść  na 

policję.  A  poza  tym  nie  rejestrujemy  tu  dzieci,  które  uciekły  z  domu.  Przykro  patrzeć,  jak 
czyhają na jakiekolwiek zajęcie, które im się trafi. 

Sekretarka  trzeciej  z  kolei  agencji  przyjęła  ich  z  większą  serdecznością,  prawdopodobnie 

dlatego, Ŝe wydawało się jej nieobce nazwisko Jupitera. 

— To ty jesteś Małym Tłuścioszkiem! — wykrzyknęła. 
Chodziło jej o występy Jupe’a w telewizji w okresie, gdy był jeszcze małym bobasem. Jupe z 

najwyŜszą niechęcią przyznawał się do kariery dziecięcego gwiazdora, którą zrobił niegdyś jako 
pulchniutki  malec.  Najdelikatniejsza  nawet  aluzja  do  Małego  Tłuścioszka  wystarczała,  aby 
sprowokować  go  do  podjęcia  diety  odchudzającej.  Teraz,  na  dźwięk  tego  określenia, 
spochmurniał tylko i wyciągnął zdjęcie Lucille Anderson. 

Przyjrzawszy mu się, sekretarka z powątpiewaniem pokręciła głową. 
— Dziewczyna wygląda tak samo, jak mnóstwo  innych nastolatek — powiedziała. —  Kim 

ona jest dla ciebie? Siostrą? KoleŜanką? 

Jupe wręczył sekretarce wizytówkę Trzech Detektywów. 
— Nazywa się Lucille Anderson — wyjaśnił. — Jej rodzice poprosili nas, abyśmy pomogli 

ją odnaleźć. Uciekła z domu dwa miesiące temu. 

background image

— Chodząc po agencjach prawdopodobnie tracicie tylko czas — powiedziała sekretarka. — 

Takich  dziewcząt  są  tysiące.  Ale  jeśli  ona  chce  zostać  aktorką,  jest  pewna  szansa,  która  to 
umoŜliwia.  Mogła  zgłosić  się  na  przesłuchanie  do  telewizyjnego  programu  „Zostań  gwiazdą”. 
Oni rzeczywiście umoŜliwiają amatorom pokazanie się w telewizji. 

Udzieliwszy  takich  wyjaśnień,  sekretarka  podała  chłopcom  adres  studia,  w  którym 

przeprowadzano  wstępną  selekcję.  Podziękowali  jej  i  pędem  wybiegli  na  dwór.  Dotarłszy  na 
wskazaną  ulicę,  zobaczyli  kolejkę  kandydatów  na  gwiazdy  ekranu,  ciągnącą  się  wzdłuŜ  całego 
bloku i skręcającą za rogiem najbliŜszej przecznicy. 

Jupe mruknął coś z niezadowoleniem i skierował się prosto do wejścia. Z tłumu czekających 

cierpliwie dziewcząt i chłopców podniosły się głosy protestu. 

Pete pociągnął Jupe’a za ramię. 
— Musi być jakiś lepszy sposób na dostanie się do środka! W tej kolejce trzeba by spędzić 

chyba resztę Ŝycia! 

Jupe przysiadł na ławce, stojącej na przystanku autobusowym. 
— Tak czy owak, rzeczywiście musimy tam dotrzeć — stwierdził z posępną miną. 
W chwilę potem rozjaśnił się jednak. 
— Wiem! Zrobimy ulotki! To samo, co pan Anderson chciał zrobić w Rocky Beach. Ale my 

roześlemy  je  tylko  do  agencji,  zajmujących  się  wyławianiem  młodych  talentów.  Wydrukujemy 
na nich opis i jedno albo dwa zdjęcia Lucille. Wyślemy je do kaŜdej agencji i do kaŜdego studia 
w  całym  mieście,  i  poprosimy,  aby  wszyscy,  którzy  chociaŜby  widzieli  Lucille,  zadzwonili  do 
nas. 

Wygłosiwszy tę tyradę, Jupe z nadzieją w oczach popatrzył na Pete’a i Boba. 
—  To  będzie  godne  Trzech  Detektywów  —  dodał.  —  I  proste.  Nikt  nie  będzie  się  czuł 

zmuszony do potraktowania nas jak natrętów. 

— Podoba mi się ten pomysł — stwierdził Bob. 
—  Wolę  robić  cokolwiek,  niŜ  łazić  po  całym  Hollywood  i  wyciągać  informacje  od  ludzi, 

którzy nie chcą nawet rozmawiać z nami — dodał Pete. 

Wracając  autobusem  do  domu,  chłopcy  czuli  się  duŜo  raźniej.  Znalazłszy  się  w  składzie 

stwierdzili,  Ŝe  został  w  nim  na  dyŜurze  tylko  brat  Konrada,  Hans.  Wuj  Tytus  i  ciocia  Matylda 
pojechali  w  sprawach  handlowych  do  miasteczka  Ventura,  gdzie  przeprowadzano  właśnie 
remont jakichś starych domów. 

— Twoja ciocia powiedziała, Ŝe nie miała kiedy iść do supermarketu, więc nie znajdziesz w 

lodówce  nic  do  jedzenia  —  poinformował  Jupitera  Hans.  —  Kazała  mi  teŜ  powtórzyć  ci,  Ŝe 
jeŜeli  będziesz  głodny,  moŜesz  wziąć  pieniądze  z  chińskiego  imbryka  i  iść  do  pizzerii  albo 
czegoś w tym rodzaju. 

— Świetna sprawa! — wykrzyknął Pete. — MoŜemy pójść z tobą. 
— JeŜeli o mnie chodzi, to uprzedziłem mamę, Ŝe pewnie wrócę później — powiedział Bob 

sprawdzając, czy w kieszeniach nie zostały mu jakieś pieniądze. 

— Doskonale — stwierdził Jupe. — Przy jedzeniu spróbujemy naszkicować tę ulotkę. Albo 

przynajmniej omówić ją dokładnie. Proponuję skoczyć do „Pagody”. Odpowiada wam? 

Sprzeciwów nie było i po paru minutach jazdy rowerami cała trójka znalazła się na miejscu. 
PołoŜona  przy  ciągnącej  się  wzdłuŜ  wybrzeŜa  autostradzie  pizzeria  „Pagoda”  była 

popularnym w Rocky Beach miejscem spotkań nastolatków. 

MoŜna  tu  było  zjeść  pizzę,  pograć  na  automatach,  posłuchać  muzyki  i  pogadać  z 

przyjaciółmi. 

W  chwili,  gdy  chłopcy  weszli  do  środka,  przed  ekranem  automatu  do  gier  telewizyjnych 

background image

tłoczyło  się  przynajmniej  z  tuzin  młodych  ludzi,  wesoło  komentujących  zmagania  zwracającej 
uwagę  ekstrawagancką  fryzurą,  ciemnowłosej  dziewczyny,  która  kołysała  się  w  przód  i  w  tył 
przy kaŜdym naciśnięciu joysticka. 

Zamówili  przy  kontuarze  wielką  pizzę  pepperoni  i  usiedli,  aby  zaczekać  na  jej  podanie.  Z 

tłumku zgromadzonych wokół automatu chłopców doszła ich wrzawa wesołych śmiechów. 

— Ta czarnulka musi być niezła — zauwaŜył mimochodem Bob. 
—  W  chwilę  potem  gra  dobiegła  końca.  Przy  akompaniamencie  wesołych  okrzyków 

dziewczyna  odwróciła  się  od  ekranu.  TakŜe  ona  była  roześmiana.  Chłopcy  usunęli  się  na  bok, 
aby  zrobić  jej  przejście.  Ruszyła  w  kierunku  drzwi,  zwracając  uwagę  siedzących  przy  stole 
detektywów  długością  spódnicy,  którą  dosłownie  muskała  podłogę.  Prócz  niej  miała  na  sobie 
staromodną  bluzkę  zdobioną  na  przodzie  mnóstwem  falbanek.  Przy  jej  uszach  dyndały 
błyszczące klipsy, a do bluzki przypięty był miniaturowy zegarek. Ten staroświecki strój i upięte 
wysoko  włosy,  a  takŜe  malująca  się  na  jej  buzi  słodka  powaga  sprawiały,  Ŝe  robiła  wraŜenie 
jakiejś panienki z poprzedniego stulecia. 

Mijając wpatrzonych w nią trzech chłopców posłała im przelotny  uśmiech, a potem wyszła 

na ulicę. 

—  Po  co  ona  zapakowała  się  w  te  wszystkie  fatałaszki?  —  zdziwił  się  Bob.  —  Wyglądała 

tak, jakby miała za chwilę zagrać w jakiejś sztuce czy rewii. 

W  drzwiach  do  kuchni  ukazała  się  pulchna  kelnerka  z  wyładowaną  tacą.  Postawiła  przed 

chłopcami ogromną pizzę i poszła do baru, aby podać im zamówione przez nich napoje. 

Jupe wyciągnął nóŜ i widelec, aby odkroić sobie porcję ciasta. Nagle znieruchomiał niczym 

kamienny  posąg.  Uniesiony  juŜ  w  górę  kawałek  wpadł  z  powrotem  do  pokrywającej  pizzę 
warstwy roztopionego, parującego sera. 

— To była ona! — wrzasnął na całe gardło. 
— Co takiego? — odkrzyknął mu Pete. 
— To była ona! Lucille Anderson we własnej osobie! 
Nie  czekając  na  odpowiedź  kolegów,  Jupiter  pognał  do  drzwi,  pchnął  je  i  wyskoczył  na 

parking  przed  pizzerią.  Rozejrzał  się  na  wszystkie  strony,  a  potem  popatrzył  w  kierunku 
autostrady.  Ale  zobaczył  tylko  mknące  nią  samochody  i  parę  osób  spacerujących  po  drugiej 
stronie. Dziewczyna w staroświeckim stroju znikła bez śladu! 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Ś

wieŜy trop 

 

— Proszę wszystkich tu obecnych o chwilę uwagi! — krzyknął Jupiter. — Chodzi o waŜną 

sprawę! 

Pierwszy  Detektyw  wrócił  do  pizzerii  i  próbował  zwrócić  na  siebie  uwagę  młodych  ludzi, 

zabawiających  się  przy  automatach  do  gry.  Stał  przed  nimi  z  głową  uniesioną  najwyŜej  jak 
potrafił i bardzo powaŜną miną. Zdziwieni  gracze przerwali na moment zabawę i odwrócili się 
ku niemu. TakŜe biegnąca do kuchni kelnerka zatrzymała się w pół drogi. 

—  Od  pewnego  czasu  próbujemy  odnaleźć  dziewczynę,  która  dopiero  co  stąd  wyszła  — 

powiedział Jupiter. 

Skupieni wokół niego chłopcy i dziewczęta popatrzyli po sobie. Na ich twarzach pojawiła się 

podejrzliwość i zakłopotanie. 

— A dlaczego jej szukacie? — zapytał jakiś chłopak. 
Jupiter wyjął zdjęcia Lucille i zaczął je rozdawać wszystkim po kolei. 
— Te fotografie otrzymaliśmy od rodziców dziewczyny, która nazywa się Lucille Anderson 

—  wyjaśnił.  —  Poprosili  nas,  abyśmy  spróbowali  ją  odszukać.  Ona  mieszka  w  Fresno  i  dwa 
miesiące temu uciekła z domu. 

— Nic tu się nie zgadza — odezwał się inny z chłopców. — Ona nie nosi takiego nazwiska. 

Ani imienia. 

— Być moŜe podaje się za kogoś innego — zasugerował Bob. 
—  Coś  mi  się  widzi,  chłopaki,  Ŝe  naoglądaliście  się  za  duŜo  szpiegowskich  filmów  — 

powiedziała jakaś dziewczyna. 

—  Nic  podobnego!  —  zaprotestował  ostro  Pete.  —  Zrozumcie,  jej  mama  odchodzi  od 

zmysłów z tego powodu. Jak by się poczuły wasze mamusie, gdybyście tak... tak po prostu znikli 
pewnego dnia? 

Stojący przed nim młodzi ludzie nadal mieli niewyraźne miny. 
—  Ta  dziewczyna  nie  jest  uciekinierką  —  zapewniła  jedna  z  dziewcząt.  —  Ona  mieszka 

gdzieś tu, w pobliŜu. 

— Jesteś tego pewna? — zapytał Bob. — Znasz ją od dawna? 
— Od pewnego czasu — odparła zapytana. 
— Ale dłuŜej niŜ dwa miesiące? 
Tym  razem  nie  było  odpowiedzi.  Jupe  i  jego  przyjaciele  zaczęli  zyskiwać  przewagę  nad 

swymi oponentami. 

—  ZauwaŜyliście  pewno,  Ŝe  ona  lubi  pokazywać  się  w  róŜnych  przebraniach?  No  i  często 

zmienia kolor włosów? — dodał pytająco Jupe. 

Zapadła  cisza.  Amatorzy  gier  telewizyjnych  bez  słowa  spoglądali  po  sobie,  tak  jakby 

dręczyło ich pytanie, kim właściwie są ci trzej wścibscy młodzieńcy. 

W  tej  właśnie  chwili  przed  pizzerią  zatrzymało  się  brązowe  audi  i  do  środka  wszedł 

siwowłosy męŜczyzna. 

— Co tu dziś taki spokój? — zapytał. — Mamy jakieś problemy? 
—  Wszystko  w  porządku,  panie  Sears  —  powiedziała  kelnerka.  —  Tylko  jeden  chłopak 

szuka swojej koleŜanki. 

Pan Sears mruknął coś pod nosem i wszedł za kontuar. Wyglądało na to, Ŝe jest tu szefem, bo 

background image

otworzył kasę i zabrał się do liczenia pieniędzy. 

W końcu jedna z dziewcząt zdecydowała się przerwać milczenie. 
—  Dziewczyna,  która  tu  była  —  zwróciła  się  do  Jupe’a  —  mieszka  trochę  dalej,  przy 

autostradzie,  w  jednym  z  tych  domów,  które  wyglądają,  jakby  były  bardzo  stare.  Wiesz,  przy 
Cheshire Square. Ma na imię Arianne. 

— Arianne, a dalej? — zapytał Bob. 
— Ardis. Arianne Ardis. 
Jupe zaśmiał się cichym parsknięciem. 
— Naprawdę myślisz, Ŝe to jest jej prawdziwe nazwisko? 
— A czemuŜ by nie? — odezwał się jakiś chłopak. — A jeśli nawet ona uciekła z domu, to 

moŜna by  zapytać, dlaczego to zrobiła. Ucieka się zawsze z jakiegoś powodu. MoŜe nie mogła 
juŜ wytrzymać ze swoją mamuńcią albo... 

—  Ona  chce  zostać  gwiazdą  filmową  —  przerwał  mu  Pete.  —  Dlatego  właśnie  uciekła  z 

domu.  Nikt  jej  tam  nie  dręczył  ani  nie  uprzykrzał  jej  Ŝycia.  A  przynajmniej  my  nic  o  tym  nie 
wiemy. 

—  W porządku — odparł chłopak. —  Kiedy tylko ją zobaczymy, powiemy,  Ŝe rozglądacie 

się za nią. Odpowiada wam to? 

Jupe wahał się przez chwilę. W końcu wyjął wizytówkę Trzech Detektywów i dopisał na niej 

numer telefonu w Kwaterze Głównej. 

— Poproście ją, Ŝeby zadzwoniła do nas — powiedział, a potem wręczył wizytówkę chłopcu, 

który popatrzył na nią i uśmiechnął się. 

—  Ej, widzę, Ŝe to nie przelewki! MłodzieŜowa agencja wywiadowcza? — zapytał z nutką 

uznania  w  głosie,  a  potem  schował  wizytówkę  do  kieszeni  dŜinsów.  —  Dobra,  chłopaki, 
powiemy jej, co trzeba. 

Jupe  podziękował  mu  i  wrócił  do  stolika,  aby  dokończyć  jedzenia.  Kelnerka,  a  za  nią  szef 

lokalu,  zniknęli  w  drzwiach  kuchni.  Dziewczęta  i  chłopcy  zasiedli  znowu  przed  ekranami 
maszyn do gry. 

— Naprawdę myślisz, Ŝe ta dziewczyna do nas zadzwoni? — zapytał Bob, pochylając się w 

stronę Jupe’a. 

— Nie, ani przez chwilę — wymamrotał Jupe z ustami pełnymi wystudzonej pizzy. — Ale 

nie  musimy  przecieŜ  czekać,  aŜ  odezwie  się  pierwsza,  no  nie?  JeŜeli  mieszka  przy  Cheshire 
Square,  znajdziemy  sposób,  Ŝeby  ją  tam  wytropić.  Dobrze  się  najedzcie,  chłopaki. 
Niewykluczone, Ŝe czeka nas długie popołudnie. 

 
Domy  przy  Cheshire  Square  wyglądały  na  stare,  w  rzeczywistości  jednak  były  zupełnie 

nowiutkie. Całe osiedle  zostało wykończone niespełna rok temu. Zbudowano je na omywanym 
wodami  oceanu  skalistym  urwisku.  Stojące  pośród  nowo  załoŜonych  kwietników  i  trawników 
domy pachniały świeŜą farbą i połyskiwały mosięŜnymi okuciami okien i drzwi. 

Budowniczy,  który  wzniósł  osiedle,  musiał  być  fantastą,  obdarzonym  niezwykłym 

poczuciem humoru. W udzielonym jakiemuś dziennikowi wywiadzie stwierdził, Ŝe chciał spłatać 
figla archeologom z odległej przyszłości. 

— Pewnego dnia odkopią tu resztki domów zbudowanych w stylu z końca zeszłego stulecia 

— powiedział. — Ale odkryją teŜ, Ŝe zostały one naszpikowane wyrafinowanymi urządzeniami, 
które weszły w uŜycie dopiero sto lat później. Nie będą w stanie połapać się w tym wszystkim! 

Tak  więc  wybudowane  przez  pomysłowego  architekta  domy  zdobione  były  spadzistymi 

dachami,  wieŜyczkami  i  całym  arsenałem  drewnianych  detali,  typowych  dla  budownictwa  z 

background image

czasów królowej Wiktorii. Nie zapomniał teŜ o balkonach, attykach i piwnicach. Domy otoczone 
były  konwencjonalnymi  ogródkami  i  parkanami  z  kutego  Ŝelaza.  Zaś  w  samym  środku  osiedla 
znajdował  się  miniaturowy  park  ze  staroświecką  muszlą  koncertową,  widoczną  ze  stróŜówki 
przy bramie wjazdowej, w której pełnił słuŜbę straŜnik ubrany w specjalny uniform. 

— Nie, nie ma tutaj Ŝadnej Lucille Anderson — odparł na pytanie Jupitera. 
— A Arianne Ardis? 
MęŜczyzna rzucił chłopcom surowe spojrzenie. 
— Czy ona was zna? 
— Oczywiście — odparł Jupiter. 
— Wasze nazwiska? — zapytał stróŜ. 
—  Ja  nazywam  się  Jupiter  Jones  —  powiedział  Jupe.  —  A  to  jest  Bob  Andrews,  no  i  Pete 

Crenshaw.  Jesteśmy  znajomymi  pana  Charlesa  Andersona  z  Fresno  i  jego  Ŝony.  Mamy  waŜną 
wiadomość dla Arianne. 

StróŜ połoŜył z wahaniem rękę na słuchawce telefonu. 
—  Zobaczy  pan,  Ŝe  będzie  zachwycona  naszą  wizytą.  Proszę  tylko  zadzwonić  do  niej  i 

powiedzieć,  Ŝe  tu  jesteśmy  —  ciągnął  Jupiter.  —  Ale  niech  ją  pan  koniecznie  poinformuje,  Ŝe 
jesteśmy znajomymi państwa Andersonów. 

StróŜ  nie  słuchał  go  jednak.  W  tej  właśnie  chwili  od  strony  autostrady  doszedł  dźwięk 

syreny. Do osiedla zbliŜał się całym pędem samochód policyjny. 

Chłopcy  odwrócili  się  ku  spadzistej  drodze,  łączącej  Cheshire  Square  z  autostradą.  Ich 

oczom ukazał się policyjny patrol z komisariatu w Rocky Beach. Jechał tak szybko, Ŝe skręcając 
z autostrady wpadł w poślizg, a potem z rykiem silnika popędził ku osiedlowej bramie. 

Jednocześnie  w  którymś  z  domów  rozległ  się  krzyk.  A  właściwie  przeraźliwy  pisk,  pełen 

strachu i złości. 

— Chłopaki, coś tu się szykuje! — wrzasnął Bob. 
StróŜ  zerwał  się  na  równe  nogi  i  w  jednej  chwili  znalazł  się  przed  drzwiami  swej  budki, 

stając  na  drodze  jakiemuś  męŜczyźnie,  który  wyskoczył  nagle  z  jednego  z  wiktoriańskich 
domów  i  z  opuszczoną  nisko  głową  pędził  ku  bramie  wymachując  rękami.  Z  daleka  Trzej 
Detektywi  widzieli  jedynie  jego  ciemne  włosy  i  szarą  koszulę.  Kiedy  jednak  męŜczyzna  chcąc 
wyminąć  stróŜa  uniósł  głowę,  chłopcy  zauwaŜyli,  Ŝe  osłonięta  jest  pończochą.  Zobaczyli  tylko 
spłaszczony nos i zniekształcone rysy twarzy. 

StróŜ pochylił się, aby złapać męŜczyznę za nogi, tamten odskoczył jednak i wymierzył mu 

cios  pięścią.  StróŜ  zatoczył  się  i  przewrócił  na  jezdnię.  Jupe  i  Bob  rzucili  się  ku  niemu,  aby 
pomóc  mu  wstać.  Natomiast  Pete  pobiegł  za  uciekającym,  starając  się  przeciąć  mu  drogę. 
Uciekinier jeszcze raz uŜył pięści, która tym razem wylądowała na szczęce chłopca. Pete cięŜko 
zwalił  się  na  Ziemię.  Zamaskowana  postać  znikła  w  porastających  zbocze  krzakach.  Chłopcy 
usłyszeli  jeszcze,  jak  się  przedziera  i  szamoce,  starając  się  dotrzeć  najkrótszą  drogą  na  dół.  W 
chwilę potem nie było po nim śladu! 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

PrzeraŜająca niespodzianka 

 

Koło  stróŜówki  zatrzymał  się  z  piskiem  opon  samochód  policyjny.  Wyskoczyło  z  niego 

dwóch  policjantów,  którzy  rzucili  się  po  stromym  zboczu  za  uciekającym  męŜczyzną.  Nagle 
podjechał  kolejny  wóz  patrolowy,  z  którego  wysiedli  takŜe  dwaj  policjanci.  Jeden  z  nich 
podszedł do stróŜa, aby pomóc mu wstać na nogi, drugi pochylił się nad leŜącym wciąŜ na ziemi 
Pete’em, który ostroŜnie obmacywał swoją szczękę. 

—  Nic  ci  nie  jest?  —  zapytał  policjant.  —  MoŜesz  się  podnieść?  Zabierzemy  cię  do 

ambulatorium. 

— Nie trzeba — odparł Pete. — Zdaje się, Ŝe wszystkie zęby są na swoim miejscu. 
Uspokojony  co  do  stanu  swego  uzębienia  Pete  podniósł  się  i  oparł  o  ścianę  stróŜówki.  W 

chwilę  potem  zobaczył  dziewczynę,  tę  samą  staroświecko  wystrojoną  dziewczynę  w  długiej 
spódnicy i bluzce obszytej falbankami. Tłumaczyła coś z oŜywieniem policjantowi, który przed 
chwilą chciał mu udzielić pomocy. 

—  On się  włamał do środka! — powiedziała. —  Nie mogło być  inaczej!  Bo w jaki sposób 

znalazłby  się  w  tym  domu?  Właśnie  wróciłam  z  miasta.  Poszłam  na  górę  i  idąc  korytarzem 
zorientowałam się, Ŝe ktoś jest w mieszkaniu. 

Dziewczyna  miała  trupio  bladą  twarz  i  trzęsła  się  cała.  StróŜ  pospieszył  do  swej  budki  i 

wystawił z niej krzesło, aby mogła usiąść. 

— Który to dom? — zapytał policjant. — Gdzie mieszkasz? 
Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku małego skweru. Nagle potrząsnęła głową i zaczęła 

płakać. 

—  Ona  mieszka  u  pani  Fowler  —  powiedział  stróŜ.  —  To  tam  —  dodał  wskazując  grupę 

stojących nieco dalej domów. — Numer czternaście. Dokładnie po drugiej stronie skweru. 

Policjant  kiwnął  głową,  a  potem  wsiadł  razem  ze  swym  kolegą  do  samochodu  i  ruszył  we 

wskazanym  kierunku.  Dziewczyna  w  długiej  spódnicy  została  koło  stróŜówki.  Dopiero  teraz 
Jupe i jego przyjaciele mogli się jej przyjrzeć. Miała szczuplejszą twarz niŜ dziewczyna ze zdjęć 
dostarczonych  przez  pana  Andersona,  ale  jej  oczy  były  w  tym  samym  zielonkawopiwnym 
odcieniu. Czy mogła być poszukiwaną przez nich Lucille Anderson, czy teŜ po prostu trochę do 
niej podobną dziewczyną, która równieŜ lubiła nosić ekstrawaganckie, teatralne kostiumy? 

Policyjny patrol wrócił w chwilę potem. Pojawili się takŜe dwaj policjanci, którzy rzucili się 

w  pogoń  za  włamywaczem.  Na  ich  spoconych  twarzach  malowało  się  zniechęcenie.  Policjant, 
który rozmawiał wcześniej z dziewczyną, przykucnął obok jej krzesła. 

— JuŜ się czujesz lepiej? — zapytał. — Mogłabyś wrócić teraz z nami do mieszkania, Ŝeby 

sprawdzić, czy nic nie zginęło? 

Dziewczyna kiwnęła głową i zaczęła się podnosić. Opadła jednak znowu na krzesło. 
— Dobrze, dobrze — powiedział policjant. — Odpocznij jeszcze. 
—  Doszłam  juŜ  do  połowy  korytarza,  kiedy  usłyszałam,  Ŝe  ktoś  zakradł  się  do  domu  — 

zaczęła swą opowieść o tym, co się wydarzyło. — Znajdował się gdzieś za moimi plecami, ale 
nie na  korytarzu, lecz w którejś sypialni, więc  aby dostać się do  schodów,  musiałabym przejść 
koło niego. Nie mogłam... po prostu nie mogłabym tego zrobić. 

Jej głos załamał się. Chłopcy bez trudu wyobrazili sobie grozę chwili, w której dziewczyna 

uświadomiła sobie, Ŝe jakiś intruz zagradza jej drogę ocalenia z pułapki, w jakiej się znalazła. 

background image

Odchrząknąwszy, dziewczyna wróciła do swego opowiadania. 
—  Weszłam  do  sypialni  pani  Fowler  i  zamknęłam  drzwi  udając,  Ŝe  nie  zauwaŜyłam  nic 

niepokojącego.  Podparłam  drzwi  krzesłem,  włączyłam  radio  i  z  telefonu,  stojącego  koło  łóŜka, 
zadzwoniłam na policję. 

— Postąpiłaś, jak naleŜy — stwierdził policjant. — Jesteś dzielną, opanowaną młodą osobą. I 

co dalej? 

— Nic nadzwyczajnego. To znaczy, czekałam po prostu na przyjazd policjantów. Ale kiedy 

usłyszałam  wycie  syren  tuŜ  pod  tym  wzgórzem  i  zorientowałam  się,  Ŝe  włamywacz  zbiega  po 
schodach, dostałam nagle jakiegoś szału! Chciałam uniemoŜliwić mu ucieczkę, więc... zaczęłam 
go gonić! 

Policjant kiwnął głową. 
— No, to nie było zbyt rozsądne. Na szczęście facet zmykał nie zatrzymując się. 
Dziewczyna podniosła się z krzesła. 
— Czuję się juŜ dobrze — powiedziała. — MoŜemy pójść do domu pani Fowler. 
Jej słowa nie uspokoiły jednak stróŜa. 
—  Nie  powinnaś  przebywać  tam  sama  —  powiedział.  —  Dlaczego  nie  poprosisz  jakiejś 

koleŜanki, Ŝeby ci towarzyszyła? 

Dziewczyna pokręciła przecząco głową. 
— Moje koleŜanki... mieszkają poza miastem. 
—  W  takim  razie,  Lucille,  czemu  nie  zadzwonisz  do  swojej  mamy?  —zapytał  cicho  Jupe 

robiąc krok w jej kierunku. 

Dziewczyna wzdrygnęła się lekko, a potem obrzuciła Jupitera chłodnym spojrzeniem. 
— Lucille? Nie nazywam się Lucille — powiedziała. — Mam na imię Arianne. 
— Nie denerwujcie jej! — rzucił ostro stróŜ. — Nie widzicie, Ŝe dopiero co wyszła z szoku? 
Dziewczyna  wsiadła  do  patrolowego  auta,  które  ruszyło  ku  przeciwległej  stronie  skweru. 

Jeden z pozostałych policjantów zapisał nazwiska, adresy i  zeznania  chłopców. Te  ostatnie nie 
zawierały zbyt wielu szczegółów,  które mogły okazać się uŜyteczne. Chłopcy stwierdzili tylko, 
Ŝ

e  włamywacz  był  męŜczyzną  średniego  wzrostu,  miał  ciemne  włosy  i  nosił  ciemnoszare 

ubranie. Byli pewni tylko tych skromnych obserwacji. 

Zamknąwszy to krótkie przesłuchanie, policjanci z patrolu, który został przy bramie, wsiedli 

do swego auta i odjechali. Dozorca potrząsnął głową, przypatrując się czerwieniejącej plamie na 
policzku Pete’a. 

— Ostatnio włóczą się tu całe gromady podejrzanych typów — powiedział. — Takie dziecko 

jak ona nie powinno przebywać samo w tym duŜym domu. Szczególnie teraz, po tym włamaniu. 

— A co się dzieje z właścicielami posesji? — zapytał Bob. — Gdzieś wyjechali? 
— Pani Jamison Fowler — wyjaśnił dozorca — wyjechała przed kilkoma dniami do Europy. 

Arianne  przebywa  u  niej  od  paru  tygodni.  Pani  Fowler  jest  ogromnie  sympatyczną  osobą. 
Czasami przygarnia do swego domu młode dziewczyny, które próbują Ŝyć na własny rachunek i 
wpadają w wielkie kłopoty. Stara się dopilnować, aby miały gdzie mieszkać i co jeść i Ŝeby ktoś 
się  nimi  zaopiekował.  Arianne  znalazła  sobie  jakieś  zajęcie,  ale  pani  Fowler  zlecała  jej  takŜe 
pewne prace tu, na Cheshire Square. Arianne pomagała w prowadzeniu domu gospodyni, którą z 
powodu jakichś pilnych spraw rodzinnych wczoraj wezwano do domu. 

Dozorca zawiesił na chwilę głos i rzucił chłopcom pytające spojrzenie. 
— Sądzicie, Ŝe udało się wam rozpoznać tę dziewczynę? 
Jupiter wręczył mu w odpowiedzi kilka zdjęć poszukiwanej. 
— Otrzymaliśmy je od rodziców Lucille Anderson — wyjaśnił. — Co pan o tym myśli? 

background image

Dozorca  przejrzał  je  powoli,  nie  reagując  w  widoczny  sposób,  kiedy  jednak  doszedł  do 

ostatniego, powiedział: 

— Ja sam mam córkę w jej wieku. 
—  A  gdyby  to  właśnie  ona  była  pańską  córką  —  zapytał  Jupe  —  nie  chciałby  pan  mieć 

pewności, czy nie popadła w jakieś tarapaty? 

StróŜ pokiwał ze zrozumieniem głową. 
—  Pogadam  z  nią  i  dowiem  się,  czy  nie  miałaby  ochoty  na  spotkanie  z  wami. 

Niewykluczone, Ŝe to ona jest dziewczyną, której szukacie. Tyle Ŝe obecna chwila nie wydaje mi 
się  najodpowiedniejsza  na  taką  rozmowę.  Najadła  się  za  duŜo  strachu,  poza  tym  moŜe  ją 
krępować obecność policji. 

— To moŜe wrócimy tu jutro rano? 
— Doskonale. A ja tymczasem porozmawiam z Arianne i być moŜe uda mi się przekonać ją, 

Ŝ

eby jutro nie wychodziła z domu. Albo przynajmniej Ŝeby została do czasu waszego przyjazdu. 

 
Następnego  dnia  Jupiter  sam  przyjechał  na  Cheshire  Square.  Chłopcy  zadecydowali  całą 

trójką, Ŝe lepiej będzie, jeśli na konfrontację z dziewczyną w domu pani Fowler pojedzie tylko 
jeden z nich. 

— Nie chcielibyśmy chyba, Ŝeby wyglądało to tak, jakbyśmy mieli zamiar ją zastraszyć — 

zauwaŜył Bob. — Widząc trzech przeciwko sobie, na pewno odniosłaby takie wraŜenie. 

Tak więc Jupiter samotnie stanął przed obliczem oczekującego go dozorcy. 
— Nie wspomniałem jej nawet o tym, Ŝe prowadzicie poszukiwania na zlecenie jej rodziców 

—  powiedział  na  powitanie  starszy  pan.  —  Ona  prawdopodobnie  i  tak  się  juŜ  tego  domyśliła. 
Poinformowałem ją tylko, Ŝe ty i twoi koledzy chcecie się upewnić, czy jest bezpieczna i czy nic 
jej nie grozi. Zgodziła się porozmawiać z wami. 

Dozorca wychylił się ze swej budki i wskazał Jupiterowi drogę. 
— To ten duŜy dom, dokładnie po drugiej stronie skweru. 
Podziękowawszy  mu,  Jupiter  wszedł  w  bramę  i  pomaszerował  w  kierunku  oznaczonego 

numerem czternastym piętrowego budynku, zdobionego fantazyjnymi wieŜyczkami, kolorowymi 
okiennicami  i  drewnianymi  ornamentami.  Kiedy  był  juŜ  blisko,  drzwi  domu  uchyliły  się  i  na 
ganek wyszła dziewczyna udająca, Ŝe ma na imię Arianne. 

— Cześć! — powiedziała na powitanie. — Czekałam na ciebie. 
— Jupiter Jones — przedstawił się Jupe, wyciągając rękę. 
Dziewczyna  potrząsnęła  nią  krótko,  z  uśmiechem  zdradzającym  zakłopotanie,  po  czym 

odwróciła  się,  aby  poprowadzić  go  do  środka.  Idąc  za  nią,  Jupe  poczuł  się  nagle  tak,  jakby 
znalazł  się  w  innej  epoce.  Z  przestronnego,  wysokiego  hallu  wejściowego  szerokie  schody 
prowadziły  na  pierwsze  piętro.  Za  bujnie  rozrośniętymi  paprociami  widać  było  boazerie  z 
ciemnego drewna. Odgłosy stąpania ginęły w grubych, czerwonych dywanach, a ściany pokryte 
były obrazami w lśniących złoceniami, cięŜkich ramach. 

—  Okropnie  tu,  prawda?  —  spytała  dziewczyna.  —  Chodźmy  do  kuchni,  tam  jest 

przyjemniej. 

Jupe  pospieszył  za  nią  w  głąb  domu.  Minąwszy  schody,  weszli  do  pomieszczenia  z 

ogromnym kredensem, a potem do obszernej, słonecznej kuchni. Na staromodnie wyglądającym 
piecyku, który w rzeczywistości był kuchenką elektryczną, buchał parą czajnik z wrzącą wodą. 

Dziewczyna wskazała Jupe’owi miejsce przy okrągłym stole, między dwoma oknami. Sama 

zaś zabrała się do przygotowania herbaty dla siebie i gazowanego napoju dla swego gościa. Jupe 
przyglądał  się  jej  bez  słowa.  Miała  na  sobie  spódniczkę  obszytą  u  dołu  muskającymi  podłogę 

background image

frędzlami  czy  falbankami.  Jej  długie  włosy  ściągnięte  były  z  tyłu  wstąŜką,  odsłaniając 
uformowaną  w  kształcie  serduszka  twarz  o  delikatnych  rysach  i  małym,  zdecydowanie 
zarysowanym podbródku. Wyglądała jeszcze bardziej oryginalnie i staroświecko niŜ poprzednio. 
Jupe’owi przyszło na myśl, Ŝe jej strój został dobrany tak, aby pasował do wnętrza domu. 

— To wspaniale, Ŝe pani Fowler pozwala ci tu mieszkać — zaczął. 
—  Tak,  rzeczywiście  —  przytaknęła  dziewczyna.  —  Pani  Fowler  potraktowała  mnie 

naprawdę wyśmienicie. 

— W jaki sposób udało ci się ją poznać? — zapytał Jupe. 
— Och, wiesz, przecieŜ pracuję w salonie piękności. W Tender Touch. 
Jupe kiwnął głową. Przypomniał sobie, Ŝe taką nazwę nosi jeden z zakładów kosmetycznych 

w Rocky Beach. 

—  Prawdę  mówiąc,  ta  robota  jest  taka  więcej  kretyńska  —  ciągnęła  dziewczyna.  —  Po 

kaŜdym  strzyŜeniu  zamiatam  podłogę.  Ale  inne  aktorki  robiły  jeszcze  gorsze  rzeczy  przed 
rozpoczęciem  kariery.  Zresztą  mniejsza  o  to.  Pani  Fowler  przychodzi  tam  często,  Ŝeby  ułoŜyć 
sobie włosy, miałam więc nieraz okazję porozmawiać z nią. Parę tygodni temu wspomniała, Ŝe 
wybiera się w podróŜ do Europy, a poniewaŜ jej gospodyni nie lubi siedzieć w domu samotnie, 
zapytała,  czy  nie  zechciałabym  na  jakiś  czas  zamieszkać  u  niej.  Pomyślałam,  Ŝe  to  jest  coś  w 
sam raz dla mnie. Po prostu perfekt. 

—  Rzeczywiście  —  zgodził  się  Jupe.  —  Mogłaś  ograniczyć  godziny  pracy  w  salonie, 

poświęcić więcej czasu sprawom kariery aktorskiej, no i mieć zapewniony wikt i opierunek. 

Dziewczyna obrzuciła Jupe’a spojrzeniem pełnym uznania. Ten chłopak zdawał się czytać w 

jej myślach. 

— Larry Evans mówił mi, Ŝe byłeś zaniepokojony — powiedziała. 
— Larry Evans? StróŜ, który pilnuje bramy? 
—  Tak.  —  Dziewczyna  z  rozmysłem  cedziła  kaŜde  słowo,  tak  jakby  bała  się  wygadać  z 

czymś jeszcze przed upewnieniem się, kim właściwie jest ten Jupe i co wie na jej temat. 

Jupe  przyszedł  na  spotkanie  uzbrojony  w  zdjęcie  Lucille,  zrobione  w  czasie  gdy  była 

uczestniczką Konkursu na Miss Nastolatek w Fresno. Wyjął je teraz i połoŜył przed nią na stole. 

Dziewczyna przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu, a potem odwróciła twarz do okna. 
— Słuchaj, Lucille, otrzymałem to zdjęcie... 
— Dlaczego upierasz się, Ŝeby nazywać mnie tym imieniem? — przerwała mu ze złością. — 

Jestem Arianne! Arianne Ardis! 

— Brzmi to w moich uszach jak pseudonim sceniczny — stwierdził Jupe. 
— A co cię to właściwie obchodzi? — zapytała dziewczyna. — Kim jesteś? 
— Twoja mama i ojciec przyjechali tu niedawno, Ŝeby zobaczyć się ze mną i moimi dwoma 

kolegami. Jupe opowiedział Lucille o tropieniu właścicielki pozostawionej na plaŜy torby, które 
doprowadziło go aŜ do Fresno. 

—  Twoi  starzy  jechali  przez  całą  noc,  Ŝeby  spotkać  się  z  nami.  A  twoja  mama  przez  cały 

czas płakała. 

— Powiedziałam im przecieŜ, Ŝe nie mam Ŝadnych problemów — wykrzyknęła dziewczyna. 
Jupe odetchnął z ulgą. Przyznała to wreszcie! Po raz pierwszy przyznała, Ŝe rzeczywiście jest 

poszukiwaną przez niego Lucille Anderson. 

— Być moŜe gdyby mieli z tobą stały kontakt, byliby pewni, Ŝe jesteś bezpieczna i nie masz 

kłopotów — powiedział cicho. 

— Tylko by mi się naprzykrzali, Ŝebym wróciła do domu! — stwierdziła z Ŝalem Lucille. 
—  MoŜliwe,  ale  w obecnym stanie rzeczy oni wyobraŜają sobie, Ŝe  mogły  ci się przytrafić 

background image

wszelkiego rodzaju okropności. Gdybyś zechciała do nich zadzwonić... 

—  Och, nie ma sprawy! — wykrzyknęła  Lucille, zrywając się tak  gwałtownie  z  krzesła, Ŝe 

stojąca przed nią herbata rozlała się po stole. TuŜ koło zlewozmywaka Jupiter dostrzegł wiszący 
przy ścianie telefon. Lucille podbiegła do niego i błyskawicznie wybrała numer. 

Czując, Ŝe wykonał juŜ swoje zadanie, Jupe rozparł się wygodnie na krześle. 
—  Halo?  —  zapytała  po  dłuŜszej  chwili  Lucille.  —  Halo,  to  ty,  mamo?...  Tak,  mamo,  to 

naprawdę ja. Tak. Jest tu ze mną takŜe ten chłopak... wiesz, ten pucołowaty, no i… 

Przez moment Lucille milczała. 
—  Och,  na  litość  boską,  mamo!  —  rzuciła  z  rozdraŜnieniem.  —  Ja  nie  chcę!  Czuję  się 

doskonale! Ten chłopak powiedział mi, Ŝe chcieliście tylko... 

Lucille znowu zamilkła na dłuŜszą chwilę, a potem nagle aŜ zesztywniała ze złości. 
— Nie dotarło do ciebie to, co powiedziałam? Nie chcę wracać! —wykrzyknęła. — Czuję się 

dobrze, mam pracę i mieszkam w fantastycznym domu. Mam zamiar zapisać się na jakiś kurs i... 

Lucille na chwilę zawiesiła głos, a potem powiedziała niecierpliwym tonem: 
— Oczywiście na kurs gry aktorskiej, mamusiu. A ty co myślałaś? Mam juŜ dość algebry! 
Ze słuchawki popłynął potok bełkotliwych protestów. 
—  Co  masz  na  myśli  twierdząc,  Ŝe  tata  nie  będzie  juŜ  nigdy  mógł  Ŝyć  tak,  jak  dotąd?  Nie 

próbuj  nawet  obwiniać  mnie  o  to  —  ucięła  ostro  Lucille.  —  Wiedziałam,  Ŝe  rozmowa  z  tobą 
zamieni się w nową kłótnię — dodała i z hałasem odwiesiła słuchawkę. 

— Powinnam była to przewidzieć — wykrzyknęła rozŜalonym głosem. — Dlaczego daję się 

podejść wszystkim pomyleńcom, którzy nie mają nic lepszego do roboty od zawracania ludziom 
głowy? Dom i kochana mamusia! Masz pojęcie, co to oznacza? Jeszcze jeden rok duszenia się w 
liceum, a potem ślub z jakimś cholernym nudziarzem! 

Raz  wreszcie  detektyw  Jupiter  Jones  nie  miał  doprawdy  nic  sensownego  do  powiedzenia. 

Siedział w milczeniu, jakby go zatkało. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Drugi Ŝywot Drakuli 

 

Andersonowie  przyjechali  do  Rocky  Beach  jeszcze  tego  samego  dnia,  na  krótko  przed 

zmierzchem. Kiedy samochód z rejestracją z Fresno wjechał w bramę składu, Jupiter, Pete i Bob 
zajęci byli jakąś robotą, zleconą im przez ciocię Matyldę. Jupiter zadzwonił do rodziców Lucille 
natychmiast  po  powrocie  do  Kwatery  Głównej.  Podał  im  przybrane  imię  i  nazwisko  ich  córki 
oraz jej adres. Zrelacjonował teŜ obszernie rozmowę, jaką odbył z nią tego ranka. Czemu więc 
zjawili się tutaj? 

— O BoŜe, znowu oni! — jęknął Pete. — Nie mam juŜ ochoty włóczyć się sprawach tego 

faceta. 

Samochód zatrzymał się koło kantorku i wysiadła z niego pani Anderson. 
— Znaleźliście ją! — zawołała. Mimo iŜ miała zaczerwienione oczy, uśmiechała się szeroko. 
— Tak, psze pani — potwierdził Jupe. — Znaleźliśmy ją. Tak jak powiedziałem pani przez 

telefon. 

Pani Anderson przeniosła wzrok na Pete’a. Na jego szczęce widać było fioletową śliwkę. 
—  Mam  nadzieję,  Ŝe  ten  siniak  nie  ma  nic  wspólnego  z  naszą  małą  córeczką.  Chyba  nie 

zadała się z jakimiś bandziorami, prawda? 

— Nie, psze pani — odparł Pete. 
Z auta wysiadł pan Anderson. 
—  Bardzo  bym  się  cieszył,  gdyby  znalazła  się  znowu  w  naszym  domu,  tam  gdzie  jest  jej 

miejsce. — Na jego twarzy malowało się ogromne wyczerpanie. 

— Jestem zaskoczony tym, Ŝe nie pojechali państwo prosto na Cheshire Square — zauwaŜył 

Jupe. — Czy coś państwu przeszkodziło? 

—  Nie,  ale  sam  rozumiesz...  —  zaczęła  pani  Anderson,  uśmiechając  się  jakby  trochę  zbyt 

szeroko.  —  Zastanawialiśmy  się,  czy  by  nie  zabrać  takŜe  i  was.  MoŜe  się  okazać,  Ŝe  Lucille 
będzie  trochę  poirytowana  naszymi  odwiedzinami  no  a  wy  jesteście  tacy  mili,  więc  gdybyście 
tam  pojechali  z  nami,  ona  nie  śmiałaby  moŜe  powiedzieć  nam  czegoś,  co  mogłoby  się  jej 
wypsnąć, gdyby... 

Jupiter  uświadomił  sobie  nagle,  Ŝe  Andersonowie  boją  się  własnej  córki.  Przyszło  mu  do 

głowy, Ŝe wolałby nie oglądać ich więcej na oczy. 

Pete  zakręcił  się  niespokojnie,  jakby  miał  ochotę  gdzieś  prysnąć.  Bob  zaczął  z 

zainteresowaniem  majstrować  przy  jakimś  zardzewiałym  mechanizmie.  Koniec  końców  cała 
trójka znalazła się jednak w samochodzie państwa Andersonów, udającym się w stronę Cheshire 
Square. 

W  stróŜówce  przy  bramie  wjazdowej  nie  było  tym  razem  Larry’ego  Evansa.  SłuŜbę  pełnił 

inny dozorca, który z radością przyjął wieść, Ŝe rodzice dziewczyny mieszkającej w domu pani 
Fowler przyjechali w odwiedziny do córki. 

—  MoŜe  uda  się  państwu  coś  z  tym  zrobić!  —  powiedział,  a  potem  zachęcającym  ruchem 

ręki wskazał panu Andersonowi drogę w głąb skweru. 

— Co za elegancik! — zauwaŜyła pani Anderson zerkając na dozorcę. 
—  Na  litość  boską,  co  znaczą  te  wszystkie...  —  zaczął  pan  Anderson,  wpatrując  się  ze 

zdumieniem  w  stojące  przed  domem  po  drugiej  stronie  skweru  samochody.  Parkowało  tam 
przynajmniej  z  tuzin  przewaŜnie  wiekowych  juŜ  aut.  Niektórym  z  nich  brakowało  fragmentów 

background image

karoserii,  inne  zwracały  uwagę  chromowanymi  rurami  wydechowymi  i  jaskrawymi, 
fantazyjnymi malunkami. 

Obok  aut,  które  wyglądały  dziwnie  nie  na  miejscu  pośród  pedantycznie  wymuskanych, 

wiktoriańskich  domów  otaczających  skwer,  kręciły  się  grupki  nastolatków.  Sceneria,  jakby 
Ŝ

ywcem  przeniesiona  z  „Domu  zwierząt”,  tonęła  w  rzęsistych  światłach  reflektorów.  Jeden  z 

chłopców  wdrapał  się  aŜ  na  dach  domu  pani  Fowler.  Siedział  tam  oparty  plecami  o  komin  i 
karmił  kukurydzianymi  płatkami  małe  stadko  gołębi.  Paru  chłopaków  stało  teŜ  na  balkonie, 
pokrzykując  wesoło  do  swych  rówieśników,  którzy  najwyraźniej  urządzili  sobie  na  podjeździe 
konkurs tańca. 

Ponad  tym  wszystkim  unosił  się  płynący  z  głośników  łomot.  Jednostajny,  straszliwy, 

ogłuszający łomot, od którego zdawała się wibrować ziemia. 

— Ona najwidoczniej urządziła przyjęcie — zauwaŜyła pani Anderson. 
— To nie jest Ŝadne przyjęcie — stwierdził pan Anderson. — To prawdziwa orgia! 
Z  braku  miejsca  zaparkował  samochód  o  cztery  domy  za  posesją  pani  Fowler.  Idąc  wraz  z 

Ŝ

oną z powrotem zauwaŜył, Ŝe cały ogród pełen jest młodych ludzi.  Wypełniali oni takŜe taras 

przy  bocznej  ścianie  domu.  PodąŜający  za  nimi  Trzej  Detektywi  rozpoznali  wśród  nich  parę 
chłopców i dziewcząt, widzianych w „Pagodzie”. 

PrzewaŜająca część rozbawionego tłumu tańczyła przy ogłuszającej muzyce, podśpiewując i 

przekrzykując  się  nawzajem,  albo  posilając  się  pizzą  podawaną  na  kartonowych  talerzykach. 
Kilka  dziewczyn  miało  na  sobie  biŜuterię  wykonaną  z  błyszczących  neonowych  rurek.  Jakiś 
chłopak  w  stroju  sporządzonym  głównie  z  agrafek  paradował  z  owiniętym  wokół  szyi  Ŝywym 
węŜem.  Jeden  z  chłopców  najwyraźniej  nie  miał  czasu  na  tańce,  poniewaŜ  zajęty  był 
opróŜnianiem akwarium do basenu, widocznego w rogu tarasu. 

Pani  Anderson  weszła  po  schodach  i  przy  drzwiach  frontowych  nacisnęła  guzik  dzwonka, 

którego dźwięk utonął w ogłuszającym ryku głośników. 

Zza rogu budynku wychynął jakiś chłopak z pudłem proszku do prania w rękach. 
— Hej, dziecinko! — wrzasnął na widok państwa Andersonów. —Masz gości! 
Nie  zwaŜając  na  nowo  przybyłych,  wsypał  zawartość  całego  pudła  do  małej  fontanny, 

bulgocącej w ogródku od ulicy. 

Z głośników grzały nadal ogłuszające dźwięki. 
Fontanna  wypełniła  się  mydlaną  pianą,  która  szybko  przelała  się  przez  obramowanie  i 

zaczęła  spływać  na  trawnik.  Jednocześnie  wiatr  porywał  i  unosił  pojedyncze  bańki.  W  chwilę 
potem okryły one pobliski Ŝywopłot i gałęzie drzew. 

— Nie z tej ziemi! — wykrzyknął chłopak z odcieniem podziwu w głosie. 
Pan Anderson zacisnął dłonie w pięści i walił nimi w drzwi domu. Wyglądało to tak, jakby 

wpadł w jakiś trans. 

Drzwi otworzyły  się w końcu.  Wyjrzało z nich jakieś dziwne stworzenie  o twarzy pokrytej 

trupio bladym makijaŜem i ustach wymalowanych prawie czarną szminką. 

— Lucille! — krzyknęła pani Anderson. 
— Kogo udajesz tym razem? — wrzasnął pan Anderson. — Morticię Addams? 
Lucille  pociągnęła  drzwi,  jakby  chciała  je  zatrzasnąć,  jednak  pan  Anderson  wysunął  do 

przodu stopę i zablokował je. 

— Kochanie, to my! — powiedziała pani Anderson, wyciągając ramiona do swej córki. 
Lucille  wahała  się  przez  chwilę,  potem  poddała  się  jednak  i  ze  łzami  w  oczach  opadła  w 

objęcia  matki.  W  jednej  chwili  biała  bluzka  pani  Anderson  pokryła  się  czarnymi  smugami  od 
spływającej z twarzy Lucille mieszaniny szminek i czernideł. Pani Anderson nie zauwaŜyła tego 

background image

nawet. 

— BoŜe, dzięki ci! — powiedział pan Anderson, opierając się o framugę drzwi. Przez dobrą 

minutę stał tak bez ruchu, wpatrzony  w córkę płaczącą w objęciach  matki. A potem przecisnął 
się obok nich do środka, rozejrzał się za źródłem muzycznego jazgotu i wyłączył magnetofon. 

Zapadła oszałamiająca cisza. 
Niedługo  potem  party  skończyło  się.  Tancerze  zdali  sobie  sprawę  z  obecności  rodziców  i 

zaczęli  się  ulatniać.  Po  kilku  minutach  Lucille  została  wraz  z  rodzicami  pośrodku  morza 
talerzyków  z  porcjami  stygnącej  pizzy  i  porozsypywanych  wszędzie  ziemniaczanych  chipsów. 
Trzymający  się  na  uboczu  Trzej  Detektywi  nie  mogli  oprzeć  się  wraŜeniu,  Ŝe  woleliby 
znajdować się gdzie indziej. 

Stwierdziwszy,  Ŝe  jej  przyjęcie  umarło  śmiercią  naturalną,  a  goście  wyparowali,  Lucille 

przestała płakać i zaczęła robić rodzicom gorzkie wyrzuty. 

— Zrujnowaliście je... zupełnie tak samo, jak zrujnowaliście całe moje Ŝycie — stwierdziła 

płaczliwym tonem. — Zrujnowaliście mi przyjęcie, którym Craig chciał uczcić mój kontrakt... 

— Kontrakt? — wykrzyknął pan Anderson. — Jaki kontrakt? 
— Na film „Drakula, moja miłość” — odparła chełpliwie Lucille. — Och, mamo! Tato! To 

moŜe być naprawdę moja wielka szansa! Wiem, Ŝe przez cały czas martwiliście się o mnie, ale 
sami  widzicie,  Ŝe  moje  sprawy  idą  świetnie.  Uczę  się  wielu  nowych  rzeczy  i  udaje  mi  się 
odłoŜyć nawet trochę pieniędzy, ale najwaŜniejszy ze wszystkiego jest film. Powierzają mi rolę 
księŜniczki-wampira! 

Łzy całkiem juŜ obeschły z jej oczu. Lucille promieniała dzieląc się swymi nowinami. 
—  Tak  więc,  jak  widzicie,  naprawdę  zaczynam  dochodzić  do  czegoś.  Wprawdzie  to 

wspaniała  rzecz  mieć  mamę  i  tatę,  którzy  się  o  mnie  martwią,  ale  w  tym  przypadku  to  jest 
całkiem  niepotrzebne.  A  wszystko  zawdzięczam  panu  McLain!  To  jest  właśnie  Craig  McLain! 
Craig, chodź tu zapoznać się z moimi rodzicami! — zawołała w stronę schodów. — Kiedy tylko 
Craig  mnie  zobaczył,  juŜ  od  pierwszej  chwili  miał  pewność,  Ŝe  będę  idealną  księŜniczką-
wampirem! 

Nie ulegało wątpliwości, Ŝe schodzącym  na dół  męŜczyzną jest właśnie  pan McLain,  który 

zbliŜył się z krótkim: 

— Dobry wieczór. 
Po jego twarzy przemknął przelotny uśmieszek. 
Pani Anderson obrzuciła go surowym spojrzeniem. Jej małŜonek mruknął coś pod nosem. 
Craig  McLain  mógł  mieć  około  trzydziestu  lat  i  odznaczał  się  miłym  obejściem.  Jego 

łagodną, gładką twarz okalały zakrywające uszy, jasne, starannie ułoŜone włosy. Miał na sobie 
brązowe spodnie z gładkiej gabardyny i marynarkę z lejącego się, niemnącego atłasu. 

— CzyŜbym miał przyjemność z mamusią Arianne? — zwrócił się do pani Anderson. Jego 

głos był tak samo przymilny i gładki, jak cały jego wygląd. — Rozpoznałbym panią wszędzie i 
w kaŜdych okolicznościach. 

W jego słowach nie było wprawdzie nic specjalnie oryginalnego, mogło się jednak wydawać, 

Ŝ

e  sprawiły  przyjemność  pani  Anderson,  która  wpadła  w  jeszcze  większy  zachwyt,  kiedy 

McLain ujął jej dłoń z takim naboŜeństwem, jakby to był największy skarb. 

— Tak się cieszę, Ŝe państwo przyjechaliście — dodał. — Czułem, Ŝe powinienem spotkać 

się z państwem, nawet jeśli sfinalizowanie kontraktu z Arianne zajmie jeszcze trochę czasu. 

Pani  Anderson  odpowiedziała  jakimś  niezrozumiałym  mruknięciem.  Jej  mąŜ  zrobił  minę, 

jakby nagle znalazł coś gnijącego na dnie lodówki. 

— Drakula? — zapytał. — Drakula, moja miłość? 

background image

—  Dalszy  ciąg  klasycznej  wersji  filmu  o  Drakuli  —  wycedził  pan  McLain.  — 

Poszukiwaliśmy  aktorki..,  raczej  nieznanej...  do  roli  Miny.  Zawsze  czułem,  Ŝe  Mina  Harker 
nigdy  nie  obrałaby  zwykłego,  spokojnego  Ŝycia  u  boku  swego  nudnego  męŜa  po  tym,  jak 
znalazła się w objęciach wampira. Marzyłaby o powrocie do swego kochanka z zaświatów, i w 
naszym filmie to właśnie jej się udaje. 

— Sprytne kłamstwo! — rzucił pan Anderson. — O ile dobrze pamiętam, przy końcu tego 

pierwszego filmu Drakula rozsypuje się w proch i w pył. 

—  Wampiry  Ŝyją  według  innych  praw  niŜ  zwykli  śmiertelnicy  —  odparł  z  niezmąconym 

spokojem  McLain.  —  W  naszym  filmie  Mina  odkrywa  sekret,  pozwalający  na  przywracanie 
wampirów do Ŝycia, dzięki czemu oboje mogą się połączyć zgodnie z przeznaczeniem, które jest 
im pisane. 

Pan Anderson odchrząknął niepewnie i właśnie w tym momencie ktoś spadł ze schodów. 
—  Och!  —  mruknął  pan  McLain.  —  Pozwólcie  państwo,  Ŝe  przedstawię  mojego 

współpracownika, Henry’ego Morella. On uwielbia takie właśnie, dramatyczne pojawianie się na 
scenie. Henry, podejdź tu, proszę, i zapoznaj się z rodzicami Arianne. 

Henry Moreli okazał się raczej krępym indywiduum o zaokrąglonej twarzy. Mógł mieć tyle 

samo  lat,  co  McLain,  zdawał  się  jednak  przeciwieństwem  swego  przyjaciela.  Miał  krótkie, 
kręcone,  ciemne  włosy,  połyskujące  tak,  jakby  dopiero  co  zostały  zmoczone.  Zwracał  uwagę 
odstającymi uszami i okrągłymi, ciemnymi oczami, a takŜe drobnym nosem, nie pasującym do 
krągłego oblicza. Z głupawym uśmieszkiem podniósł się z podłogi u stóp schodów. 

— Miło mi państwa poznać... — wymamrotał. — Zaczepiłem o coś butem... 
—  Henry  do  niedawna  związany  był  z  wytwórnią  Twentieth  Century-Fox  —  powiedział 

Craig  McLain.  —  Dopiero  kilka  tygodni  temu  zgodził  się  przyłączyć  do  McLain  Productions. 
Ma  niewiarygodne  doświadczenie  w  kręceniu  horrorów,  a  w  tej  dziedzinie  obaj  wyznajemy 
naprawdę zbliŜone poglądy. Nasz film będzie raczej rozbudzał wyobraźnię widzów, niŜ zalewał 
ich potopem krwi i specjalnych efektów. Strach będzie się dawał odczuć sam przez się. 

— Ka-pi-tal-ne! — stwierdził z szyderczym odcieniem pan Anderson. 
— Słuchaj, Lucille, moŜe usiadłybyśmy razem i porozmawiały sobie — zaproponowała pani 

Anderson. 

—  Nigdy  w  Ŝyciu!  —  odparła  Lucille  z  miną  zwiastującą  kolejny  napad  złego  humoru.  — 

Nie mamy o czym! 

Craig McLain wydawał się leciutko zaniepokojony. 
—  Lucille,  kochanie?  Nie  przesłyszałem  się?  Myślałem,  Ŝe  masz  na  imię  Arianne.  — 

Widząc  jednak,  Ŝe  jego  podopiecznej  zbiera  się  na  dąsy,  pospieszył  z  wyjaśnieniami.  —  Och, 
jaki  ze  mnie  tępak!  Arianne  jest  oczywiście  twoim  filmowym  imieniem.  A  teraz,  kochanie, 
domyślam się, Ŝe będziesz chciała poświęcić trochę czasu rodzicom. Wszystko to, co zobaczyli, 
musiało wywrzeć na nich w pierwszej chwili raczej przytłaczające wraŜenie. Dam znać w ciągu 
jednego, dwóch dni. A tymczasem, gdybyście państwo mieli jakieś pytania, proszę bez wahania 
zadzwonić pod ten numer — powiedział, a potem wyjął z portfela wizytówkę i wręczył ją ojcu 
Lucille. 

—  W  tej  chwili  prowadzimy  z  Henrym  coś  w  rodzaju  pasterskiego  Ŝywota.  Mieszkamy  w 

rezydencji  połoŜonej  wysoko  na  wzgórzach.  Kiedyś  naleŜała  ona  do  Cecila  DeMille’a. 
Uwierzylibyście,  Ŝe  dziś  rano  zbudziło  nas  beczenie  stada  owiec,  które  pasły  się  za  domem? 
Naprawdę, bycza sprawa. Nie mamy tam jeszcze telefonu, ale moja sekretarka moŜe przekazać 
mi wszystko w kaŜdej chwili. 

Pan Anderson włoŜył wizytówkę do kieszeni, nie spojrzawszy nawet na nią. 

background image

— JeŜeli próbuje pan namotać jakieś oszustwo, postaram się odwiedzić pana w więzieniu — 

oświadczył sucho. 

— Tato! — wrzasnęła Lucille. 
—  Nie  dziwi  mnie  to  —  powiedział  słodziutkim  głosem  McLain.  —Wszyscy  ojcowie 

jednakowo odczuwają takie rzeczy — dodał, a potem, nie czekając na odpowiedź, skierował się 
wraz ze swym przyjacielem do drzwi. 

— A teraz — powiedział pan Anderson — moŜe uda się nam wyjaśnić sobie parę rzeczy! 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

OstrzeŜenie 

 

— Lucille, mój skarbie  — powiedziała pani Anderson — wiesz przecieŜ, Ŝe cię kochamy i 

ufamy ci. 

— A niby w czym? — spytał pan Anderson. 
—  JeŜeli  rzeczywiście  masz  przed  sobą  wielką  szansę  —  ciągnęła  pani  Anderson  — 

chcielibyśmy ci pomóc, ale... 

— Judy, co ty wygadujesz? — wykrzyknął jej małŜonek. 
Pani Anderson spojrzała w jego stronę. 
—  Prędzej  czy  później  będziemy  musieli  obdarzyć  zaufaniem  nasze  własne  dziecko  — 

powiedziała.  —  Ona...  ona  jest  juŜ  prawie  dorosłą  osobą.  Ale  gdyby  miało  to  poprawić  twoje 
samopoczucie, mogłabym tu z nią zostać. 

— AleŜ, mamo, ja nie potrzebuję juŜ niańki — krzyknęła Lucille. — A zresztą, nie mogłabyś 

tu mieszkać. Ten dom nie jest moją ani twoją własnością. NaleŜy do pani Fowler, a ja opiekuję 
się  nim  na  jej  zlecenie.  To  jest  moja  praca!  A  poza  tym,  jeśli  chcesz  wiedzieć,  pracuję  teŜ  w 
pewnym salonie piękności! 

— Jesteś osobą nieletnią — stwierdził jej ojciec. — JeŜeli zaŜyczymy sobie, Ŝebyś wróciła 

do domu, znajdziesz się tam, i to prędzej, niŜ... 

— Charles, nie mów tak! — przerwała mu błagalnym tonem pani Anderson. — Będzie cię 

nienawidzić do końca Ŝycia! 

— To jej sprawa — stwierdził pan Anderson. — Ona wcale nie musi mnie lubić. Jestem jej 

ojcem. 

Pan  Anderson  nie  robił  jednak  wraŜenia  człowieka,  któremu  zaleŜy  na  tym,  aby  go 

nienawidzono. Jeszcze przez jakiś czas pomrukiwał groźnie, ale jego pogróŜki stawały się coraz 
łagodniejsze,  aŜ  w  końcu  pozwolił  swej  małŜonce  ująć  się  pod  ramię  i  poprowadzić  do  drzwi. 
JuŜ na progu zatrzymał się i wyjął portfel. 

— Masz być ostroŜniejsza w nawiązywaniu znajomości, słyszysz? — rzucił na poŜegnanie, a 

potem wcisnął zwitek banknotów w dłoń Lucille i pomaszerował do samochodu. 

Ani  on,  ani  jego  Ŝona  nie  pomyśleli  nawet  o  tym,  Ŝeby  przedstawić  córce  Pete’a  i  Boba. 

Wszyscy  trzej  chłopcy  czuli  się  zresztą  bardzo  niezręcznie  w  charakterze  przypadkowych 
ś

wiadków  przeciągającej  się  rodzinnej  sprzeczki.  Teraz,  kiedy  Lucille  się  odnalazła,  marzyli 

tylko o tym, aby czym prędzej wrócić do Kwatery Głównej. Los chciał jednak inaczej. 

Tymczasem wyszli za Andersonami na ulicę i wsiedli do ich samochodu. 
—  Producent  filmowy,  co  za  bzdura!  —  rzucił  nagle  pan  Anderson.  —  JeŜeli  ten  nędzny 

typek jest rzeczywiście producentem filmowym, jestem gotów zeŜreć mój kapelusz! 

Samochód minął bramę Cheshire Square i zaczął zjeŜdŜać w dół ku autostradzie. 
— Być moŜe masz słuszność — powiedziała spokojnie pani Anderson. 
— Być moŜe? — W głosie jej męŜa pobrzmiewało zdziwienie. 
—  Pan  McLain  wygląda  na  sympatycznego,  młodego  człowieka,  ale  mimo  wszystko 

powinniśmy  zdobyć  więcej  informacji  na  jego  temat  —  stwierdziła  pani  Anderson,  a  potem 
odwróciła się do siedzących z tyłu chłopców. — Czy mając jego wizytówkę bylibyście w stanie 
sprawdzić, kim on naprawdę jest? — zapytała błagalnym tonem. — Na pewno są jacyś ludzie, z 
którymi  moglibyście  o  tym  porozmawiać.  Tak  sprytnie  odnaleźliście  Lucille,  więc  na  pewno 

background image

zdołacie teŜ dowiedzieć się, czy pan McLain jest rzeczywiście producentem filmów. 

Pete’owi wyrwało się prawie niesłyszalne westchnienie. 
— Przypuszczam, Ŝe moglibyśmy ustalić, czy jest on osobą znaną w środowisku filmowym 

—  powiedział  Jupe.  —  Ale  myślę,  Ŝe  po  to,  aby  być  producentem,  nie  trzeba  koniecznie  być 
członkiem jakiegoś związku czy stowarzyszenia. Według mnie wystarczy mieć pomysł i trochę 
pieniędzy. 

—  Ten  facet  jest  hochsztaplerem!  —  mruknął  pan  Anderson.  —KsięŜniczka-wampir!  To 

jeden z tych pomysłów, które się bierze prościutko z sufitu. A ten jego kumpel, który zleciał ze 
schodów, wydał mi się całkiem nierozgarnięty. 

Zjechawszy z autostrady, pan Anderson skierował się przez miasto ku składowi złomu. 
— Posłuchaj, Judy — zwrócił się do Ŝony. — Załatwimy sprawę kompromisowo. Ja wrócę 

do domu, a ty zostań tu, Ŝeby obserwować rozwój wypadków. 

Pani Anderson pokręciła głową. 
—  Lucille  wydaje  się  całkowicie  zdeterminowana.  Musimy  zostawić  jej  trochę  swobody, 

Ŝ

eby mogła spróbować stanąć na własnych nogach. 

Pan Anderson nie dał się przekonać tak łatwo. Przez pewien czas jeszcze mruczał pod nosem 

jakieś  groźby,  kiedy  jednak  znalazł  się  przed  bramą  składnicy,  westchnął  cięŜko  i  wręczył 
Jupe’owi wizytówkę McLaina. 

—  Zadzwoń  do  mnie  do  Fresno,  jak  tylko  uda  ci  się  dowiedzieć  czegoś  konkretnego  — 

powiedział.  —  Gdybyście  musieli  ponieść  jakieś  wydatki,  nie  wahajcie  się  ani  chwili,  zwrócę 
wszystko. Muszę wyświetlić tę sprawę do samego dna. Nigdy nie uwierzę, aby jakiś facet przy 
zdrowych zmysłach powierzył Lucille pierwszoplanową rolę w filmie, którego nakręcanie moŜe 
pochłonąć tysiące dolarów. 

—  Och,  pewnie  raczej  miliony!  —  westchnęła  pani  Anderson.  W  jej  głosie  moŜna  było 

wyczuć prawdziwe rozrzewnienie. 

 
Wczesnym  rankiem  następnego  dnia  Trzej  Detektywi  spotkali  się  znowu  w  Kwaterze 

Głównej. 

— Naszym najbliŜszym zadaniem jest sprawdzenie, czy Craig McLain jest tym, za kogo się 

podaje — zaczął Jupiter. 

— Ta Lucille ma, zdaje się, szczególny talent do wpadania w kłopoty — powiedział Bob. — 

Jak myślicie, czy włamanie do domu pani Fowler ma jakiś związek z jej osobą? 

— Chyba nie — pokręcił głową Pete. — Bez przerwy słyszy się o rabunkach i włamaniach. 

Pamiętacie tych rabusiów z Hollywoodu, przebranych za potwory z filmów? 

— Jestem skłonny  zgodzić  się  z  tobą,  Pete — powiedział Jupiter. — Proponuję zadzwonić 

do pana Hitchcocka. 

Jupiter  miał  na  myśli  zaprzyjaźnionego  z  nimi  sławnego  reŜysera,  który  był  niegdyś  takŜe 

prywatnym detektywem. 

— On ma mnóstwo kontaktów w Hollywood — dodał po chwili. —Być moŜe słyszał teŜ o 

Craigu McLainie. 

Słuchawkę  podniósł  kucharz  i  słuŜący  pana  Hitchcocka,  Wietnamczyk  Don,  który 

poinformował  chłopców,  Ŝe  pan  Hitchcock  pojechał  z  grupą  filmowców  gdzieś  do  Idaho  na 
zdjęcia plenerowe. 

—  Nie  będzie  go  przez  parę  dni,  moŜe  przez  tydzień  —  dodał.  —  Ale  nie  jestem  tego 

pewien. Jak tylko wróci, powiem mu, Ŝe dzwoniliście. 

Jupe  podziękował  mu  i  odłoŜył  słuchawkę.  Po  krótkiej  naradzie  chłopcy  zdecydowali,  Ŝe 

background image

najlepiej będzie spróbować najprostszej drogi. 

—  Mamy  przecieŜ  wizytówkę  McLaina  —  stwierdził  Jupe.  —  MoŜemy  pojechać  do  jego 

biura. 

— śeby przepytać jego sekretarkę? — zapytał Bob. — PrzecieŜ one dostają forsę za to, Ŝeby 

nie udzielać obcym Ŝadnych informacji, no nie? 

— Jestem pewien,  Ŝe  juŜ samo obejrzenie jego  biura pozwoli nam na  wyciągnięcie  jakichś 

wniosków — odparł Jupe. 

I  nie  zwlekając  wykręcił  numer  agencji  „Wynajmij  auto  i  w  drogę”,  zajmującej  się 

wypoŜyczaniem  samochodów.  Jeden  z  klientów  firmy  „Trzej  Detektywi”  z  wdzięczności 
załatwił chłopcom moŜliwość korzystania od czasu do czasu z antycznego rolls-royce’a wraz z 
angielskim  kierowcą,  niejakim  Worthingtonem,  który  przyjeŜdŜał  zawsze  ubrany  w  szoferski 
uniform  i  odnosił  się  do  chłopców  tak,  jakby  byli  milionerami,  a  nie  trójką  pełnych  zapału 
pędraków.  Z  czasem  pan  Worthington  stał  się  aktywnym  sojusznikiem  chłopców,  a  obecnie 
zaczął się nawet uwaŜać za nieoficjalnego współpracownika ich detektywistycznego zespołu. 

Tego  ranka  rolls  i  Worthington  byli  wolni,  toteŜ  błyszcząca  złoceniami  czarna  limuzyna 

wkrótce podjechała pod bramę składu. 

Na widok eleganckiego auta ciocia Matylda wydała Ŝałosny jęk. 
—  Och,  znowu  widzę  ten  wytworny  samochód.  Zdaje  się,  Jupciu,  Ŝe  nie  będzie  cię  przez 

cały dzień. A co z robotą, którą miałam dla ciebie? 

— Jutro, obiecuję — powiedział z ręką na sercu Jupiter. — Musimy załatwić pewną sprawę, 

na której zaleŜy państwu Andersonom. 

— Zawsze znajdziesz jakąś wymówkę — mruknęła pani Jones. 
W  chwilę  potem  chłopcy  byli  juŜ  w  drodze,  kierując  się  ku  Bulwarowi  Zachodzącego 

Słońca, wymienionemu na wizytówce McLaina. Jazda zajęła im prawie pół godziny. Znalazłszy 
się na Bulwarze, Worthington zwolnił, aby łatwiej odnaleźć podany przez Jupe’a numer. 

—  Przy  krawęŜniku  jest  miejsce  na  zaparkowanie  samochodu  —  poinformował  chłopców. 

—  Chcecie,  Ŝebym  się  tu  zatrzymał?  Rolls-royce  zazwyczaj  zwraca  jednak  na  siebie  uwagę. 
MoŜe wolelibyście pozostać nie zauwaŜeni? 

—  Wolałbym,  Ŝeby  nikt  nas  nie  rozpoznał  —  powiedział  Bob.  —  Gdyby  Lucille 

zorientowała  się,  Ŝe  sprawdzamy  producenta,  z  którym  jest  zaprzyjaźniona,  mogłaby  wpaść  w 
złość. 

—  Wolałbym  nie  oglądać  czegoś  takiego  —  powiedział  z  uśmiechem  Worthington. 

Dojechawszy  do  najbliŜszej  przecznicy,  skręcił  w  nią  i  zatrzymał  się  na  pierwszym  wolnym 
miejscu, nadającym się do zaparkowania. 

— Walimy do tego McLaina całą paczką? — zapytał Pete. 
Jupiter przez chwilę zastanawiał się nad tym. 
— Chyba nic nie zyskamy, zwalając mu się na głowę we trzech — powiedział w końcu. — 

Lepiej pójdę do niego sam. 

Nie czekając na reakcję kolegów, wyskoczył z samochodu i poczłapał z powrotem w stronę 

Bulwaru. 

Biuro  McLaina  znajdowało  się  w  zdobionym  sztukaterią,  jednopiętrowym  budynku  z 

kawiarnią na parterze. Jego fasada nie wyglądała zbyt imponująco. Jupiter wszedł po schodach 
na  górę  i  stwierdził,  Ŝe  spółka  „McLain  Productions”  dzieli  pierwsze  piętro  z  jakimś  biurem 
księgowym. 

W chwili gdy kładł rękę na klamce, usłyszał dochodzące z wnętrza głosy. 
— Skończony idiota! — powiedział jakiś męŜczyzna. 

background image

—  Wstrzymali  kręcenie  do  czasu,  aŜ  im  dostarczymy  kaskadera.  Hickock  sam  nie  wykona 

tego skoku — odpowiedział mu kobiecy głos. 

—  Dobra,  dobra,  damy  sobie  radę  —  stwierdził  męŜczyzna.  Nie  był  to  jednak  McLain. 

Dochodzące  uszu  Jupe’a  dźwięki  ani  trochę  nie  przypominały  słodkiego  głosiku  rzekomego 
producenta.  —  Nie  mielibyśmy  tych  kłopotów,  gdyby  zdecydował  się  kręcić  te  sceny  tutaj. 
Czym właściwie róŜni się to wzgórze w Meksyku od którejś z górek w Parku Griffitha? 

Jupiter nacisnął klamkę i otworzył drzwi. 
Zobaczył  kobietę  o  siwych,  kędzierzawych  włosach  i  w  okularach  bez  oprawek.  Siedziała 

przy biurku, trzymając w ręku słuchawkę telefoniczną. 

Łysiejący męŜczyzna rzucił Jupe’owi niechętne spojrzenie swych błyszczących, niebieskich 

oczu, a potem wycofał się do sąsiedniego pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi. 

— W czym mogę ci pomóc? — zapytała kobieta nie odkładając słuchawki. 
— Czy zastałem pana McLaina? — spytał Jupe. 
— Trafiłeś na niedobrą chwilę — powiedziała kobieta. — W jakim celu chcesz się widzieć z 

panem McLainem? 

— Ja... rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem — odparł Jupe, który poczuł nagle przypływ 

natchnienia. — Spotkaliśmy się w domu naszego wspólnego znajomego. Przyszło mi do głowy, 
Ŝ

e pan McLain mógłby zatrudnić mnie w filmie, który właśnie kręci. 

— Zatrudnić ciebie? 
— Mam za sobą pewne doświadczenia — wyjaśnił Jupe. — JeŜeli tylko w filmie o Drakuli 

jest jakaś chłopięca rólka... 

— Panie McLain! — zawołała sekretarka. 
Z drzwi do sąsiedniego pokoju wyjrzała głowa łysiejącego męŜczyzny. 
—  Panie  McLain,  ten  chłopiec  twierdzi,  Ŝe  rozmawiał  z  panem  wczoraj  wieczorem  u 

jakiegoś znajomego. Wspomniał mitu o jakimś filmie o Drakuli. 

MęŜczyzna wyszedł ze swego gabinetu. 
—  O  Drakuli?  Mało  mam  kłopotów  z  ekipą,  która  robi  plenery  w  Ensenadzie?  Potrzebuję 

jeszcze, Ŝeby ktoś mi zawracał głowę Drakulą? 

Zdumiony  Jupe  wpatrywał  się  w  niego  przez  jedną  albo  dwie  sekundy,  a  potem  wyciągnął 

wizytówkę, którą dał mu ojciec Lucille, i bez słowa wręczył ją męŜczyźnie. Ten popatrzył na nią 
i pogardliwie parsknął. 

—  Facet,  który wczoraj  wieczorem dał  mi  tę  wizytówkę, powiedział,  Ŝe jest osiągalny pod 

tym adresem — wyjaśnił Jupe. — Przedstawił się jako Craig McLain. Coś mi się zdaje,  Ŝe nie 
mówił prawdy. 

— MoŜesz śmiało załoŜyć się o ostatnią parę butów, Ŝe tak rzeczywiście było — stwierdził 

łysiejący męŜczyzna. — Czy powiedział ci moŜe, Ŝe mógłby zatrudnić cię w filmie? 

— Tak naprawdę, to tę pracę miała dostać pewna dziewczyna —sprecyzował Jupe, a potem 

opowiedział pokrótce historię Lucille Anderson. 

— Więc on rozdaje moje karty wizytowe — powiedział prawdziwy McLain. — Przykro mi, 

mój  chłopcze,  ale  nie  zamierzam  robić  filmu  o  Drakuli.  Nie  zajmuję  się  tego  rodzaju  filmami. 
Kręcę filmy dokumentalne, a czasami takŜe reklamowe.  W tej chwili nie mam Ŝadnych ról dla 
młodocianych  aktorów  i  radziłbym  dziewczynie,  która  ma  nadzieję  zagrać  w  filmie  o  Drakuli, 
Ŝ

eby  jeszcze  raz  przemyślała  tę  sprawę.  Powiedz  jej,  Ŝe  najlepiej  będzie,  jeśli  zapomni  o 

wszystkim  i  znajdzie  sobie  jakieś  miłe  zajęcie,  na  przykład  jako  kelnerka.  Czy  ona  ma  jakieś 
pieniądze? 

Jupiter pokręcił przecząco głową. 

background image

— Nie, nie sądzę. 
— Przyjaźnisz się z nią? 
— Poznałem ją niedawno temu. 
—  Powiedz  jej,  Ŝeby  uwaŜała  na  facetów,  którzy  twierdzą,  Ŝe  są  producentami  filmów.  A 

szczególnie na takich, którzy uŜywają cudzych wizytówek. 

— Zrobię to na pewno — odparł Jupiter. — Czy nie domyśla się pan przypadkiem, kto by to 

mógł być? Czy coś takiego zdarzyło się juŜ panu przedtem? 

Pan McLain wzruszył ramionami. 
—  Jak  dotąd,  nie.  Ale  rozdaję  mnóstwo  kart  wizytowych,  poniewaŜ  je  wymyślono  właśnie 

po to. Wiesz, jak to jest. Wręcza się taką kartę i mówi: „Proszę do mnie przedzwonić. MoŜe będę 
miał jakąś rólkę”. I czasami taki ktoś dzwoni, czasami nie. A jak ten facet wyglądał? 

—  Mógł  mieć  około  trzydziestki  —  powiedział  Jupe.  —  Jasnokasztanowe  włosy.  Taki... 

ulizany,  równieŜ  w  zachowaniu.  Powiedział,  Ŝe  mieszka  w  tej  chwili  gdzieś  na  wzgórzach,  w 
domu, który naleŜał do Cecila DeMille’a. 

— Niczym nie ryzykował — stwierdził McLain. — DeMille juŜ nie Ŝyje! JeŜeli przyjaźnisz 

się z tą dziewczyną — dodał w zamyśleniu — to powiedz jej, Ŝeby wycofała się natychmiast z 
tej  sprawy.  Czasami  facetom,  którzy  podszywają  się  pod  grube  ryby,  chodzi  tylko  o  forsę,  i  to 
juŜ  wystarcza,  Ŝeby  przysporzyć  ludziom  kłopotów.  Ale  jeśli  przypadkiem  są  jakimiś 
zboczeńcami, mogą się okazać naprawdę niebezpieczni! 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

W objęciach strachu 

 

Kiedy  rolls-royce  pokonał  wzniesienie  prowadzące  na  Cheshire  Square  i  znalazł  się  pod 

bramą,  chłopcy  stwierdzili,  Ŝe  słuŜbę  w  stróŜówce  pełni  znowu  Larry  Evans,  który  wyszedł  ze 
swej budki, aby przyjrzeć się niezwykłemu samochodowi. 

—  No,  no,  ale  maszyna!  —  wykrzyknął  z  uznaniem  w  głosie.  —  Doprawdy,  jestem  pod 

wraŜeniem! Czy Arianne wie, Ŝe jedziecie do niej takim wystrzałowym autem? Czy teŜ chcecie 
sprawić jej niespodziankę? 

— W kaŜdym razie czeka ją duŜa niespodzianka — powiedział Pete. 
— Kiedy usłyszy to, co mamy jej do powiedzenia, będzie wystarczająco zaskoczona. 
— Czy ona jest aby w domu? — zapytał Jupe. 
— Tak — odparł dozorca. — Niedawno był u niej ten nadęty facet z długimi włosami, razem 

z tym drugim, ale obaj pojechali juŜ jakiś czas temu. Zadzwonię do niej. 

Z tymi słowami dozorca wycofał się do swej budki. Chłopcy przyglądali się przez okno, jak 

wybiera  numer  telefonu,  a  potem  czeka  ze  słuchawką  przy  uchu.  Trwało  to  bardzo  długo.  W 
końcu dozorca zmarszczył brwi i odłoŜył słuchawkę. 

— U pani Fowler nikt nie odpowiada — stwierdził stając w drzwiach. 
— MoŜe Lucille dokądś wyszła? — zapytał Bob. 
Larry Evans pokręcił głową. 
— ZauwaŜyłbym ją. 
Jupe poczuł nagle, Ŝe przeszywa go strach. 
— Jest pan pewien, Ŝe nie wyjechała stąd razem z McLainem? 
—  Nie,  nie  mogła  tego  zrobić  —  odparł  dozorca.  —  McLainowi  towarzyszył  ten  jego 

nieodłączny przyjaciel. Wiecie, taki mały grubasek z kręconymi włosami. Ale Arianne z nimi nie 
było. 

Na  twarzy  dozorcy  odmalowało  się  zakłopotanie.  Chłopcy  domyślali  się,  ze  musiał  mieć 

polecenie,  aby  nie  wpuszczać  nikogo  na  teren  Cheshire  Square  bez  uprzedniego  porozumienia 
się z którymś ze stałych mieszkańców. 

— Spróbuję jeszcze raz — powiedział, a potem wrócił do budki, wybrał numer domofonu i 

odczekał  dłuŜszą  chwilę  ze  słuchawką  przy  uchu.  Nie  doczekawszy  się  odpowiedzi, 
machnięciem  ręki  zachęcił  kierowcę  rolls-royce’a,  aby  wjechał  do  środka.  —  Zapukajcie  do 
drzwi — polecił chłopcom. — Przeszukajcie okolice basenu. JeŜeli jej nie znajdziecie, dajcie mi 
o tym znać. 

Minąwszy  bramę,  Worthington  okrąŜył  miniaturowy  skwer.  Wokół  domu  pani  Fowler 

panował spokój, wszędzie pełno było jednak pozostałości po wczorajszym przyjęciu. Pod jakimś 
krzewem  bieliła  się  papierowa  taca.  Kiedy  jeszcze  Trzej  Detektywi  weszli  na  chodnik 
prowadzący do drzwi, pod nogami zatrzeszczały im ziarna praŜonej kukurydzy. 

Jupe nacisnął dzwonek. Chłopcy usłyszeli jego dźwięk dochodzący z wnętrza domu, nikt nie 

podszedł jednak do drzwi. 

— Nie ma jej tam — powiedział Bob. 
— Coś tu nie gra — stwierdził Jupe. — Jestem pewien, Ŝe coś jest tu nie w porządku. 
— Pobiegnę do bramy — zaofiarował się Pete. — StróŜ musi mieć zapasowa klucze. 
Nie  czekając  na  reakcję  kolegów,  Pete  odwrócił  się  i  minąwszy  czekającego  obok  rolls-

background image

royce’a Worthingtona popędził z powrotem. 

W  oczekiwaniu  na  jego  powrót  Jupe  i  Bob  okrąŜyli  dom.  Nigdzie  nie  było  ani  śladu  po 

Lucille. 

Kiedy znaleźli się znowu przy frontowym ganku, Pete czekał tam juŜ na nich w towarzystwie 

dozorcy.  Z  wyrazem  zaniepokojenia  na  twarzy  podszedł  teŜ  Worthington.  Dozorca  otworzył 
kluczem  zapasowym  drzwi  wejściowe,  po  czym  wszyscy  weszli  go  hallu,  po  którym  takŜe 
porozrzucane były resztki wieczornego przyjęcia. 

— Lucille! — krzyknął Jupiter. 
Odpowiedziała mu cisza. 
Chłopcy  rzucili  się,  aby  jak  najprędzej  przeszukać  dom.  W  mgnieniu  oka  przebiegli 

pomieszczenia  parteru,  a  potem,  razem  z  Larrym  Evansem  popędzili  na  górę.  Worthington 
pozostał na dole, aby pilnować drzwi wejściowych. 

Niektóre  z  pokoi  na  górze  były  zamknięte.  Evans  zaczął  je  otwierać  jeden  po  drugim. 

Chłopcy  zaglądali  do  mrocznych,  nie  uŜywanych  sypialni  z  zaciągniętymi  kotarami.  Ale  przy 
końcu  korytarza  znaleźli  pokój,  z  którego  musiano  często  korzystać.  Znajdowało  się  w  nim 
szerokie  łoŜe  z  odrzuconą  do  tyłu,  bladoróŜową  narzutą.  Pod  krzesłem  stała  para  domowych 
pantofli,  obszytych  białym  króliczym  futerkiem.  W  nogach  łóŜka  leŜał  przerzucony  przez  nie 
szlafrok z pikowanej satyny. 

Larry Evans rozsunął zasłony i pokój wypełnił się światłem. 
— Tu musiała chyba sypiać Lucille — powiedział Jupe. 
—  Myślę,  Ŝe  kiedy  pani  Fowler  jest  w  domu,  sama  korzysta  z  tej  sypialni  —  stwierdził 

Evans,  spoglądając  na  toaletkę,  na  której  widać  było  małą  tacę,  zastawioną  kryształowymi 
buteleczkami z perfumami. — Arianne jest miłą dziewczynką, ale chyba nie mogłaby korzystać 
z tego pokoju i uŜywać rzeczy pani Fowler. 

Pete zaczął myszkować po sypialni. Otworzył drzwi do sąsiadującej z nią alkowy i zobaczył 

szafę  tak  ogromną,  jak  sypialne  pokoje  uŜywane  przez  większość  ludzi.  Była  wypchana 
ubiorami. 

— Pani Fowler pojechała, zdaje mi się, do Europy? — spytał Pete. —Ale jeśli wszystkie te 

ciuchy zostały tutaj, to co w takim razie zabrała ze sobą? 

Nikt nie próbował nawet szukać odpowiedzi na jego pytanie. Jupe wlepił oczy w rozpostarty 

na  podłodze  dywan,  miętosząc  przy  tym  dwoma  palcami  dolną  wargę.  Był  to  znak,  Ŝe  jego 
mózgownica pracuje na wysokich obrotach. 

— Czy moŜna się tu dostać jakąś inną bramą? — zwrócił się do Evansa. — Czy ona mogła z 

niej skorzystać i wymknąć się, nie przechodząc obok pana budki? 

—  Oczywiście,  jest  tylne  wejście  —  odparł  dozorca.  —  Korzystają  z  niego  cięŜarówki 

wywoŜące  śmieci,  a  takŜe  samochody  dostawcze  i  inne  słuŜby.  Ale  przez  cały  czas  jest 
zamknięte. 

— A u kogo są klucze? — spytał Jupe. 
— Nie ma Ŝadnych kluczy. Kiedy ktoś chce tamtędy wjechać, zawiadamia mnie o tym, a ja 

otwieram bramę elektronicznym guzikiem, zainstalowanym w budce. 

—  A  moŜe  Lucille  poszła  po  prostu  w  odwiedziny  do  sąsiadów?  —powiedział  po  chwili 

namysłu Bob. 

—  Nie  wydaje  mi  się  —  odparł  Evans.  —  Arianne  nie  zadawała  się  zbytnio  z  innymi 

mieszkańcami osiedla. 

Pete  otworzył  następne  drzwi.  Spodziewał  się  zobaczyć  jeszcze  jedną  szafę,  drzwi 

prowadziły jednak do łazienki, w której na powierzchni wody wypełniającej marmurową wannę 

background image

unosiła  się  gruba  warstwa  piany.  Powietrze  przesycone  było  Ŝywicznym  aromatem.  Na 
marmurowej  półce  między  dwiema  umywalkami  stało  mnóstwo  buteleczek  i  pojemników  z 
kosmetykami. Jedna z buteleczek była przewrócona. Sączący się z niej bursztynowy płyn rozlał 
się po półce i ściekał na podłogę. 

— Co za bałaganiara z tej dziewuchy — zauwaŜył Bob. 
— MoŜe nie aŜ taka znowu wielka — skomentował jego uwagę Jupe, który z progu łazienki 

przyglądał się panującemu w niej rozgardiaszowi. — Przypuśćmy, Ŝe leŜąc w wannie usłyszała 
dzwonek telefonu. Dowiedziawszy się, Ŝe przy bramie jest McLain, kazała dozorcy wpuścić go 
na teren osiedla. A potem naprędce wrzuciła coś na siebie i zeszła na dół, aby otworzyć drzwi. I 
wtedy właśnie musiało się coś wydarzyć. Coś tak gwałtownego albo tak waŜnego, Ŝe nie wróciła 
do łazienki, Ŝeby opróŜnić wannę. 

— Opowiadam się za gwałtowną wersją — stwierdził Bob. — Ktoś musiał ją tu zaskoczyć, a 

ten płyn rozlał się podczas szamotaniny z napastnikiem. 

— Zdaje się, Ŝe za bardzo popuszczacie cugli waszej fantazji, chłopcy — powiedział Evans. 

Na  jego  twarzy  malowało  się  wielkie  rozdraŜnienie.  —  Lucille  jest  trochę  nieporządną 
dziewczyną  i  jeśli  ktoś  nie  zwróci  jej  uwagi,  nie  opróŜni  wanny  ot  tak,  odruchowo.  Za  bardzo 
przyzwyczaiła  się  do  tego,  Ŝe  wszystko  robiła  za  nią  troskliwa  mamusia.  Kiedy  rozlała  ten 
szampon  czy  tam  jakieś  pachnidło,  pomyślała  sobie,  Ŝe  posprząta  później.  Zeszła  na  dół,  Ŝeby 
otworzyć drzwi McLainowi, a potem... potem... 

— A potem co? — zapytał Jupe. — Gdzie mogła zniknąć? Jeśli nie pojechała z McLainem i 

nie poszła z wizytą do sąsiadów, co się z nią stało? 

Tym,  który  znalazł  mały  ręcznik  dla  gości,  był  Bob.  Stojąc  koło  toaletki,  zajrzał  z  góry  do 

koszyka na śmieci. 

— Ej, popatrzcie no na to! — zawołał, a potem pochylił się i wyciągnął ręcznik, trzymając 

go  w  dwóch  palcach.  Ręcznik  był  biały,  z  motylkiem  wyhaftowanym  przy  jednym  z  końców. 
Widać było na nim rdzawoczerwone plamy. 

— AŜ się boję powiedzieć, co to moŜe być. 
Larry Evans zrobił przeraŜoną minę. 
—  Krew  —  stwierdził  krótko,  a  potem  wyciągnął  rękę,  Ŝeby  dotknąć  ręcznika.  —  Jeszcze 

wilgotny.  Macie  słuszność,  chłopcy.  Tu  rzeczywiście  coś  się  dziś  rano  wydarzyło.  Biegnę 
dzwonić po policję! 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Gdzie jest ciocia Matylda? 

 

W  niedługim  czasie  na  miejscu  zjawił  się  we  własnej  osobie  komendant  Reynolds.  Z 

posępnym  wyrazem  twarzy  obejrzał  chaos  panujący  w  łazience,  a  potem  rzucił  nachmurzone 
spojrzenie Lary’emu Evansowi. 

— Mówi pan, Ŝe  ktoś odwiedził ją dziś rano? Czy  zanotował pan numer rejestracyjny jego 

samochodu? 

—  Tak  —  odparł  Evans.  —  Mam  go  w  zeszycie  raportów,  w  stróŜówce.  Ale  mógłbym 

przysiąc, Ŝe dziewczyny nie było w tym samochodzie. 

— W kaŜdym razie, jakoś musiała opuścić to miejsce — stwierdził komendant schodząc na 

dół. — Porozmawiam z sąsiadami — dodał po chwili. — MoŜe ktoś coś widział. A wy, chłopcy, 
zmykajcie do domu. Nie chcę, Ŝebyście się tu plątali. Zrozumiano? 

— Proszę pana... — zaczął Jupe. 
— JuŜ was tu nie  ma!  — przerwał  mu Reynolds. — Teraz  sprawę przejmuje w swoje  ręce 

policja. 

Worthingtonowi pozostało więc tylko odwieźć trójkę młodych detektywów do składu złomu. 

Kiedy ruszył, w samochodzie zapadła posępna cisza. 

Pierwszy przerwał ją Pete. 
—  No  cóŜ,  chłopaki,  ten  przypadek  bije  na  głowę  wszystko,  z  czym  mieliśmy  dotąd  do 

czynienia. 

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Bob. 
—  Najpierw  znajdujemy  na  plaŜy  plastykową  torbę  —  ciągnął  Pete  —  i  próbujemy 

zidentyfikować  właściciela.  Sprawa  wydaje  się  prosta,  wystarczy  zadzwonić  do  biblioteki. 
Tymczasem  dowiadujemy  się,  Ŝe  zgubiła  się  nie  tylko  torba,  ale  takŜe  i  jej  właścicielka.  Więc 
zwyczajnie  odnajdujemy  ją.  Ale  jej  rodzicom  to  nie  wystarcza  i  zlecają  nam  następne  zadanie. 
Tym razem mamy znaleźć i sprawdzić faceta, który zaproponował dziewczynie pracę. Tyle Ŝe i 
on  gdzieś  nam  ginie..,  albo  moŜe  nigdy  nie  istniał.  I  kiedy  próbujemy  ostrzec  przed  nim 
dziewczynę, ta znowu znika nam z oczu. 

— A w momencie, gdy sprawa zaczyna być naprawdę interesująca — dodał Jupe — policja 

zabrania nam się nią zajmować. 

— Zdaje się, Ŝe to wszystko zaprowadzi nas do domu wariatów! —podsumował Pete. 
Odwiózłszy chłopców na miejsce, Worthington odjechał. Jupe ze zdziwieniem wlepił oczy w 

bramę składu. Była zamknięta. W środku dnia wydawało się to niesłychane. 

— Gdzie teŜ mogą być wuj Tytus i ciocia Matylda? — zaczął zastanawiać się głośno. 
—  Nietrudno  zgadnąć  —  powiedział  Bob.  —  Dowiedzieli  się,  Ŝe  w  Nome  na  Alasce  będą 

burzyć  kilka  starych  domów,  i  pojechali  zobaczyć,  czy  nie  da  się  stamtąd  przywieźć  jakichś 
zardzewiałych rur wodociągowych albo poobijanych zlewów. 

Bob mówił to Ŝartem, ale jego domysły okazały się niedalekie od prawdy. Po drugiej stronie 

bramy pokazał się Konrad, który poinformował Jupitera, Ŝe jego wuj pojechał do Los Angeles po 
złom pozostały po rozbiórce jakiegoś budynku. 

—  A  twoja  ciocia  poszła  do  domu  coś  tam  ugotować  —  dodał  Konrad.  —  Zamknąłem 

bramę, bo mam duŜo zajęć, a tu są róŜne rzeczy, które ktoś mógłby gwizdnąć. 

W chwilę potem Konrad przyniósł z kantorku klucz. 

background image

—  JeŜeli  posiedzisz  tu,  Ŝeby  obsłuŜyć  ewentualnych  klientów  —  powiedział  Jupe’owi, 

otwierając bramę — nie będę jej zamykał. 

Jupe obiecał pozostać w pobliŜu, a potem poŜegnał się z oboma kolegami, którzy udali się do 

swych  domów.  Usiadłszy  na  schodkach  do  kantoru,  przez  chwilę  dumał  o  Lucille  Anderson. 
Przed oczyma stanął mu nieład panujący w łazience pani Fowler. Co tam się mogło wydarzyć? 
Dozorca  nie  zauwaŜył,  aby  dziewczyna  opuściła  teren  Cheshire  Square.  Czy  mogła  zostać 
umieszczona w bagaŜniku samochodu McLaina? Czy teŜ zwyczajnie znowu uciekła? Ale co w 
takim razie oznaczały plamy krwi na ręczniku? 

Po  pewnym  czasie  Jupe’owi  przyszła  do  głowy  kolejna  niepokojąca  myśl.  Co  się  stało  z 

ciocią Matyldą? Dlaczego nie ma jej tak długo? Zdarzało się jej wprawdzie czasami wyskoczyć 
na  chwilę  do  domu  po  drugiej  stronie  ulicy,  Ŝeby  postawić  na  kuchence  coś,  co  wymagało 
dłuŜszego duszenia, nigdy jednak jej nieobecność nie przekraczała paru minut. 

— Konrad! — krzyknął na cały głos. 
Z głębi złomowiska wyłonił się spocony Konrad. 
—  Muszę  skoczyć  na  małą  chwilkę  do  domu  —  powiedział  Jupe.  —  Chciałbym  coś 

sprawdzić. 

— Dobrze, idź — odparł Konrad. — Popilnuję bramy. 
Znalazłszy  się  koło  stojącego  po  drugiej  stronie  ulicy  domu  Jonesów  Jupe  stwierdził,  Ŝe 

drzwi do kuchni są uchylone. 

W kuchni nie było jednak nikogo. Nie było teŜ Ŝadnego naczynia na kuchence. Na podłodze 

leŜał upuszczony garnek do gotowania rosołu. Jego pokrywka potoczyła się aŜ pod ścianę. 

Jupe poczuł nagle zimny pot na czole. 
Zaczął  nasłuchiwać.  W  domu  panowała  absolutna  cisza.  Czy  powinien  zawołać  ciocię 

Matyldę?  MoŜe  poszła  gdzieś  w  głąb  domu?  Czy  teŜ  krył  się  tu  ktoś  obcy...  ktoś,  kto  tak 
przestraszył ciocię Matyldę, Ŝe upuściła garnek, ... I co? Gdzie ta ciocia się podziała? 

Na  palcach  podszedł  do  drzwi  jadalni  i  zajrzał  do  środka.  Na  podłodze  leŜały  rozrzucone 

bezładnie talerze i serwety. Ktoś do połowy powyciągał szuflady z kredensu i powyrzucał z nich 
sztućce. 

Jupe’owi całkiem zaschło w ustach. Miał ochotę krzyknąć, zdecydował się jednak nie robić 

tego.  Napastnik  wciąŜ  jeszcze  mógł  gdzieś  tu  być.  A  co  gorsza,  mógł  więzić  sterroryzowaną 
ciocię Matyldę! 

OstroŜnie  przemknął  przez  jadalnię  w  kierunku  saloniku.  TakŜe  tam  panował  nieopisany 

bałagan.  Na  podłodze  leŜały  strącone  z  półek  ksiąŜki  i  bibeloty,  a  takŜe  szufladki  z  szafek  i 
regałów.  Minąwszy  salonik,  Jupe  znalazł  się  w  holu  prowadzącym  do  frontowego  wejścia. 
Znajdująca się tam szafa była otwarta. Ktoś powyciągał z niej ubrania, płaszcze i buty i rozrzucił 
po podłodze. 

Nie było jednak śladu po cioci Matyldzie! 
Splądrowano takŜe pokój wuja Tytusa. Brakowało magnetofonu, gramofonu i wzmacniacza. 

Pozostały  tylko  kolumny.  Być  moŜe  wydały  się  złodziejowi  zbyt  cięŜkie  i  niewygodne  do 
wyniesienia. Czy teŜ ktoś go spłoszył, zanim zdąŜył je zabrać? 

Tak,  ktoś  go  musiał  spłoszyć!  Na  pewno!  PrzecieŜ  ciocia  Matylda  przyszła  na  chwilę  do 

domu ze składu. Złodziej usłyszał pewno, jak kładła przenośną kasę przyniesioną z kantorku. 

W  tej  samej  chwili  Jupe  przypomniał  sobie,  Ŝe  wchodząc  do  domu  kuchennym  wejściem, 

widział po drodze kasę. Stała tuŜ koło małego telewizora na ladzie w kuchni. 

Szybko  wrócił  do  kuchni.  Kasa  rzeczywiście  znajdowała  się  tam,  gdzie  ją  widział  przed 

chwilą.  Otworzył  ją  i  stwierdził,  Ŝe  w  środku  są  pieniądze.  I  to  całkiem  sporo  pieniędzy. 

background image

Wchodząc do kuchni,  ciocia Matylda miała ze sobą prawie sto dolarów. Złodziej pozostawił je 
nietknięte. 

Dlaczego? Gdzie ona zniknęła? 
— Ciociu Matyldo, jesteś tu? — zawołał. Głos drŜał mu z podniecenia. 
Usłyszał  jakieś  dziwne  dźwięki.  Stłumione,  dochodzące  jakby  z  oddali  szmery  i  trzaski, 

którym towarzyszyły odgłosy tupania czy dobijania się. MoŜe takŜe krzyki. 

Skoczył w stronę małego ganeczku czy przybudówki, do której wchodziło się z kuchni. Tam 

właśnie  stała  pralka  i  maszyna  do  zmywania  statków,  a  w  schowku  w  kącie  przechowywano 
szczotki do zamiatania. Dziwne hałasy dochodziły właśnie ze schowka. 

Drzwi  schowka  zatrzaśnięte  były  na  głucho.  Ktoś  zaklinował  je  od  zewnątrz  szczotką 

umocowaną tak, Ŝe jej rękojeść blokowała drzwi, a poprzeczka z włosiem opierała się mocno o 
maszynę do mycia naczyń. 

— Ciociu Matyldo! — wrzasnął Jupe. — Nic cioci nie jest? To ja, Jupiter! 
Ze schowka doszły  go jeszcze wścieklejsze hałasy, toteŜ bez namysłu szarpnął za szczotkę, 

która dała się wyciągnąć juŜ przy pierwszej próbie. Drzwi schowka otworzyły się. Wytoczyła się 
z  nich  ciocia  Matylda,  a  za  nią  runęły  na  podłogę  jakieś  zakurzone  ubrania,  pojemniki  ze 
ś

rodkami czyszczącymi, puszki i bańki. 

— Jupiter! Nareszcie! 
Z  zaczerwienioną  ze  złości  twarzą  i  zmierzwionymi  włosami,  ciocia  Matylda  przysiadła  na 

podłodze ganku, rzucając wokół wściekłe spojrzenia. 

—  Niech  no  tylko  ta  kanalia  wpadnie  mi  w  ręce!  —  krzyknęła  dusząc  się  z  gniewu.  — 

Będzie Ŝałował, Ŝe mamusia wydała go na świat! 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Jupe błaga o pomoc 

 

Policja  przyjechała  po  kilku  minutach.  Ciocia  Matylda  zdąŜyła  juŜ  ochłonąć  z  przeŜytego 

szoku i siedziała przy kuchennym stole ze wzrokiem wbitym w filiŜankę kawy, zaparzonej przez 
Jupe’a. 

— Czy jest pani w stanie opowiedzieć nam, co się stało? — zapytał jeden z funkcjonariuszy. 
Ciocia Matylda oczywiście była w stanie to zrobić, i to z wielką pasją. Wstąpiła na chwilę do 

domu,  Ŝeby  postawić  na  wolnym  ogniu  zupę  na  kościach.  Wyjęła  z  kredensu  garnek  do 
gotowania rosołu i w tym momencie usłyszała jakieś szmery w jadalnym. Sądząc, Ŝe mógł to być 
Jupiter, zawołała go po imieniu. 

W  chwilę  potem  ktoś  chwycił  ją  od  tyłu  i  obwiązał  jej  twarz  jakimś  miękkim  i  duszącym 

gałganem. W czasie tej szamotaniny garnek upadł na podłogę. Następnie została wepchnięta do 
schowka  na  szczotki  i  zamknięta  na  głucho.  Nie  zdąŜyła  rzucić  nawet  okiem  na  napastnika, 
poniewaŜ  przez  cały  czas  trzymał  się  za  jej  plecami.  Odniosła  jednak  wraŜenie,  Ŝe  działał  w 
pojedynkę. 

Przesłuchujący ją policjant znalazł na podłodze schowka małą poduszkę. 
—  To  jest  prawdopodobnie  ten  miękki  przedmiot,  uŜyty  przez  napastnika  —  stwierdził.  — 

Jak  pani  myśli,  czy  po  zamknięciu  pani  w  schowku  osobnik  ten  jeszcze  przez  dłuŜszy  czas 
przebywał w tym domu? Czy teŜ raczej od razu uciekł? Nie dotknął nawet kasy, zostawił teŜ w 
spokoju srebrne sztućce, tak jakby uległ napadowi panicznego strachu. 

—  Tak,  tak,  chętnie  bym  mu  napędziła  panicznego  strachu!  —oświadczyła  ciocia  Matylda. 

— Nie jestem tego pewna, ale nie wydaje mi się, Ŝeby został tu długo. Nie słyszałam go juŜ na 
jakiś  czas  przed  przyjściem  Jupitera.  A  kiedy  zjawił  się  Jupiter,  myślałam  początkowo,  Ŝe  to 
moŜe być złodziej myszkujący po kuchni, więc siedziałam cicho. 

Obszedłszy cały dom policjanci stwierdzili, Ŝe w jednym z okien w pokoju jadalnym została 

zerwana moskitiera. 

— Najprawdopodobniej tędy właśnie włamywacz dostał się do środka — powiedział jeden z 

policjantów, zwracając się do Jupe’a. — Twoja ciocia musiała go zaskoczyć w momencie, gdy 
dopiero zabierał się do wyniesienia łupu, i chociaŜ udało mu się zamknąć ją w tym schowku, był 
za  bardzo  przestraszony,  aby  porządnie  dokończyć  roboty.  Włamania  to,  zdaje  się,  dość 
nerwowe zajęcie. Rabusie wpadają w przeraŜenie i wieją nawet wtedy, gdy nikt ich nie goni. 

Ostrzegłszy ciocię  Matyldę, Ŝe nadzieja na  odzyskanie stereofonicznego  sprzętu jest bardzo 

nikła, policjanci odjechali. Kiedy niedługo potem do domu wrócił wuj Tytus, Jupiter kończył juŜ 
porządkować wnętrze domu. Umocowanie moskitiery zlecono Konradowi, toteŜ Jupiter mógł się 
wymknąć do swego warsztatu w jednym z zakątków składu. 

Czekał tam na niego Pete, zajęty majsterkowaniem przy swoim rowerze. 
—  Jadąc  tu  mijałem  gliny  —  powiedział.  —  Byli  moŜe  u  ciebie  w  domu?  Przyjechałbym, 

Ŝ

eby popatrzeć, ale w takich przypadkach gliny mówią zawsze, Ŝeby nie robić zbiegowiska, bo i 

tak  moŜna  będzie  zobaczyć  wszystko  w  wieczornym  dzienniku.  A  wieczorem  okazuje  się,  Ŝe 
wcale tego nie ma. 

— Tego na pewno byś nie zobaczył — stwierdził Jupe, a potem zrelacjonował przyjacielowi 

przygodę  cioci  Matyldy  z  włamywaczem.  —  Rocky  Beach  zaczyna  być  miastem  coraz 
gorętszym. Dwa dni temu została napadnięta Lucille, a dziś to samo spotkało ciocię Matyldę. 

background image

— Będziemy sami szukać złodziejaszka, który napadł na ciocię Matyldę? — zapytał Pete. — 

Czy teŜ zostawimy to gliniarzom? 

—  Chyba  nie  będziemy  się  w  to  mieszać  —  odparł  Jupiter.  —  Sprawa  wygląda  na  robotę 

zawodowego włamywacza. 

—  Tak  więc  będziemy  mogli  zająć  się  spokojnie  przypadkiem  panny  Anderson  — 

powiedział Pete. 

Na twarzy Jupe’a pojawił się wyraz zwątpienia. 
— TeŜ nie, jeŜeli komendant Reynolds nie zmieni zdania. Chyba nie zapomniałeś, Ŝe kazał 

nam  trzymać  się  od  tego  z  daleka.  Ale  czekaj,  czekaj  —  dodał  rozjaśniając  się  nagle.  — 
Zobowiązaliśmy  się  przecieŜ  zadzwonić  do  Andersonów  i  poinformować  ich  o  tym,  czego  się 
dowiedzieliśmy do tej pory. 

—  Co  masz  na  myśli,  mówiąc  „my”?  —  zapytał  Pete  z  odcieniem  przekory  w  głosie.  — 

Chętnie  zostawię  ci  tę  przyjemność.  Nie  dlatego,  Ŝebym  nie  lubił  Andersonów,  ale...  Widzisz, 
oni przypominają mi ulubioną operę mydlaną mojej mamusi pod tytułem „Oszalała rodzinka”. 

Jupe  skrzywił  się  lekko,  bez  słowa  jednak  odsunął  kratę  zasłaniającą  wejście  do  Tunelu 

Drugiego  i,  mając  Pete’a  za  plecami,  potelepał  się  na  czworakach  w  stronę  przyczepy, 
zamienionej  na  Kwaterę  Główną.  Kiedy  obaj  znaleźli  się  w  środku,  nakręcił  numer  telefonu 
Andersonów w Fresno. Usłyszał sygnał, potem drugi i trzeci. Ale nawet po dziesiątym dzwonku 
nikt nie odezwał się po drugiej stronie, odłoŜył więc słuchawkę. 

— Są poza domem — stwierdził niechętnie. 
— MoŜe zadzwonił do nich komendant Reynolds — powiedział Pete. 
— Niewykluczone, Ŝe juŜ tu jadą. 
— To całkiem prawdopodobne — zgodził się Jupe. — Zastanówmy się, jakie nici mamy w 

ręku? Wizytówka McLaina okazała się fałszywa. A jego towarzysz, który... który... 

Jupe znieruchomiał nagle, z ręką wciąŜ jeszcze opartą na telefonicznej słuchawce. 
— Który co niby? — spytał Pete. — Wpadłeś na coś? 
—  Henry  Moreli  —  wykrzyknął  Jupe.  —  Facet,  który  przedstawiał  się  jako  McLain, 

powiedział  w  pewnym  momencie,  Ŝe  Moreli  do  niedawna  pracował  dla  firmy  Twentieth 
Century-Fox. Czy to nie byłoby śmieszne, gdyby przypadkiem powiedział prawdę? 

Pete  błyskawicznie  wyciągnął  ksiąŜkę  telefoniczną  z  najniŜszej  półki  regału.  Znalazłszy 

numer telefonu słynnej wytwórni, podyktował go Jupe’owi, który natychmiast go nakręcił. 

Na  początek  Jupe  zapytał,  czy  mógłby  mówić  z  Henrym  Moreliem.  Telefonistka,  która 

podniosła  słuchawkę,  poinformowała  go  obojętnym  tonem,  Ŝe  nie  ma  w  swym  spisie  takiego 
nazwiska.  Jupe  poprosił  więc  o  rozmowę  z  kimś  z  działu  personalnego.  Kiedy  otrzymał 
połączenie, przedstawił się jako kuzyn Henry’ego Morelia, który znalazłszy się nieoczekiwanie 
w Los Angeles chciałby się z nim skontaktować. 

—  Czy  ty  zawsze  musisz  komponować  przy  byle  okazji  pięcioaktową  operę?  —  mruknął 

cicho Pete. 

Jupe zakrył dłonią mikrofon. 
— A co miałem powiedzieć? śe chcę go zatrudnić i sprawdzam jego referencje? Nie sądzę, 

Ŝ

eby mi uwierzyli. 

W słuchawce zabrzmiał znowu głos pani z działu personalnego wytwórni Twentieth Century-

Fox, która stwierdziła, Ŝe nazwisko Henry Moreli jest tu zupełnie nieznane. 

Jupe podziękował i odłoŜył słuchawkę. 
— Niewesoło, jak widzisz — powiedział. — śadnego śladu. Nie wiadomo, od czego zacząć. 

Faceci, którzy kręcili się koło Lucille Anderson, rozpłynęli się jak mgła. Ona zresztą teŜ. 

background image

— A moŜe by tak zajrzeć do tej pizzerii? — spytał Pete. — Te typy, które tam przychodzą, 

mogą  coś  wiedzieć.  Byli  na  przyjęciu  u  Lucille  i  nie  jest  wykluczone,  Ŝe  wykapowali  coś  na 
temat tego McLaina i jego kumpla. MoŜe nawet ich znają? 

Była to nikła szansa, ale przecieŜ istniała. Dwaj chłopcy prędko przeczołgali się tunelem do 

wyjścia  i  Jupe  wyciągnął  swój  rower.  Nie  zadzwonili  do  Boba,  Ŝeby  się  do  nich  przyłączył, 
poniewaŜ tego  popołudnia  miał on dyŜur w bibliotece.  We dwóch pomknęli więc przez  miasto 
ku autostradzie, a potem skręcili w stronę „Pagody”. 

Jak  zwykle,  z  głośników  grzała  młodzieŜowa  muzyka,  a  ekrany  maszyn  do  gier 

komputerowych  zachęcały  migotaniem  kolorowych świateł.  Wokół  małych stolików  cisnęli się 
młodzi chłopcy i dziewczęta, posilając się i rozmawiając. 

Kiedy Pete i Jupiter weszli do środka, natychmiast rozpoznał ich jeden z chłopaków, którzy 

byli na przyjęciu w domu pani Fowler. 

— Hej! — krzyknął do nich, a potem gestem ręki dał im znak, aby podeszli bliŜej. — I co, 

braciszkowie w krótkich spodenkach? Jak wam leci? — zapytał szczerząc zęby. 

—  Niespecjalnie  —  poinformował  go  Jupiter.  —  A  poza  tym,  nie  jesteśmy  niczyimi 

braciszkami. Jesteśmy kolegami Lucille i szukamy jej właśnie. 

—  Nie  jesteście  braciszkami?  —  włączył  się  jakiś  starszy  chłopak.  —  Nie  próbujcie  mnie 

nabierać. Kiedy zobaczyłem, Ŝe ta Lucille, Arianne, czy jak jej tam, w ogóle nie zwraca na was 
uwagi,  pomyślałem  sobie,  Ŝe  musicie  być  jej  młodszymi  braciszkami  albo  kimś  w  tym  guście. 
Moja starsza siostra traktuje mnie dokładnie w ten sam sposób. 

Powiedziawszy  to,  chłopak  przesiadł  się  na  drugie  krzesło,  robiąc  miejsce  Jupe’owi.  Pete 

usiadł po drugiej stronie stolika. 

—  Lucille  Anderson  znikła  z  Cheshire  Square  —  powiedział  Jupe.  —  Podejrzewamy,  Ŝe 

mogła zostać porwana. 

Nowy znajomy zrobił zdziwioną minę. 
— Chyba przesadzasz — stwierdził. 
Jupe potrząsnął głową. 
— Jeszcze dziś rano była w domu pani Fowler. Rozmawiała z dozorcą. A potem odwiedził ją 

facet podający się za McLaina. Przyjechał razem z Henrym Moreliem, i od tej pory nikt juŜ jej 
nie widział. 

Chłopak siedział przez chwilę bez ruchu, a potem nagie oŜywił się. 
— Hej, chłopaki! — krzyknął. — Chodźcie tu! Posłuchajcie bajeczek, które serwuje mi ten 

młodzieniec! 

Natychmiast  ustało  brzęczenie  i  migotanie  automatów  do  gry  i  wokół  stolika  zaczął 

gromadzić się tłumek chłopców i dziewcząt. TakŜe pulchna kelnerka pochyliła się nad bufetem, 
nadstawiając uszy. 

Jupe  opowiedział  o  zniknięciu  Lucille,  nie  pomijając  Ŝadnego  szczegółu.  Wspomniał  o 

przygotowanej  do  kąpieli  wannie,  o  rozlanym  szamponie  czy  innym  kosmetyku,  a  takŜe  o 
zakrwawionym ręczniku znalezionym w koszu. 

—  MoŜe,  kiedy  McLain  przyszedł  z  Morellem,  Ŝeby  ją  zabrać,  stoczyła  z  nimi  walkę  — 

powiedział.  —  Niektórzy  z  was  widzieli  tego  McLaina.  Ale  tak  się  składa,  Ŝe  to  nie  jest  jego 
prawdziwe nazwisko. Jak dotąd nie wiemy, jak  on się rzeczywiście nazywa, i nic nie wskazuje 
na  to,  abyśmy  się  tego  dowiedzieli  w  najbliŜszym  czasie.  Chyba  Ŝe  ktoś  z  was  ma  jakieś 
informacje na ten temat. 

W pizzerii zapadła głucha cisza. 
Drzwi  otworzyły  się  nagie  i  do  środka  wszedł  siwowłosy  męŜczyzna,  ten  sam,  który 

background image

poprzednio  wydał  się  chłopcom  szefem  lokalu.  Jego  wzrok  spoczął  na  otaczającym  Jupitera  i 
Pete’a tłumku. 

— Co tu się dzieje? — zwrócił się do kelnerki. 
—  Ci  chłopcy  szukają  swojej  przyjaciółki,  panie  Sears  —  wyjaśniła  zapytana.  —  To  taka 

ładna,  młoda  dziewczyna.  Zaglądała  tu  często,  Ŝeby  pograć  na  automatach,  a  teraz  gdzieś 
zniknęła. Oni podejrzewają, Ŝe ktoś ją porwał. 

— Porwał ją? — zapytał męŜczyzna marszcząc ostro brwi. 
— Na to wygląda — odparła kelnerka. 
Teraz Jupe odwrócił się w jej stronę. 
—  Czy  nie  zapamiętała  pani  czegokolwiek,  co  by  dotyczyło  człowieka,  który  fundował 

wczorajsze przyjęcie? Podawano tam mnóstwo pizzy. Czy on zamówił ją tutaj? 

Kobieta kiwnęła potakująco głową. 
— Tak, tak, taki wymuskany laluś — powiedziała. — Od razu pomyślałam, po co właściwie 

kręci  się  koło  tej  wypacykowanej  laleczki.  On  jest  za  stary  i  nie  pasuje  ani  do  niej,  ani  do  jej 
towarzystwa. 

— On jest powaŜnym producentem z Hollywoodu — odezwał się chłopiec stojący tuŜ koło 

Jupe’a. — Przynajmniej tak twierdzi. Sam juŜ nie wiem. MoŜe po prostu miał to przećwiczone. 
Wiesz, jak to się robi... Mówi się „Ślicznotko, jesteś fantastyczna, wkręcę cię do filmu”. Z tym, 
Ŝ

e kiedy ten facet wszedł tu wczoraj i przyuwaŜył Arianne... 

— Spotkali się tutaj? — przerwał mu Jupe. 
—  Tak.  Arianne  siedziała  przy  automacie  i  kiedy  on  wszedł  razem  z  tym  grubym 

kurdupelkiem, od razu moŜna się było skapować, Ŝe postanowili ją poderwać. Pogadali chwilkę, 
przyglądając się jej, a potem McLain podszedł do niej i przedstawił się. Zachowywał się całkiem 
tak,  jakby  się  natknął  na  wielką  bryłę  złota  albo  coś  w  tym  rodzaju.  Powiedział,  Ŝe  poszukuje 
kogoś dokładnie takiego jak ona. 

Do stolika przysiadła się jedna z dziewczyn, które były na przyjęciu. 
— Arianne Ŝyje w świecie, który nie przystaje zbytnio do rzeczywistości — zwróciła się do 

Jupe’a.  —  Rozumiesz,  co  mam  na  myśli?  Ona  jest  przekonana,  Ŝe  byle  zręczny  piruecik 
zaprowadzi  ją  do  filmu,  więc  kiedy  jakiś  facet  mówi  jej,  Ŝe  jest  producentem  i  Ŝe  chce  jej  dać 
rolę  w  filmie,  zapala  się  jak  boŜonarodzeniowa  choinka.  Domyślasz  się,  co  było  dalej.  Faceci 
zamówili  pizzę,  a  ona  przysiadła  się  do  nich.  A  potem  zaprosili  wszystkich  obecnych  na 
przyjęcie dla uczczenia kontraktu Arianne. 

—  Czegoś  tu  nie  rozumiem  —  powiedział  Pete.  —  Po  co  on  zaprosił  na  przyjęcie  całe  to 

towarzystwo? 

— Nie chciał, Ŝeby pomyślała, Ŝe ma do czynienia z kimś nienormalnym, no i przyszło mu 

do  głowy,  Ŝe  ona  będzie  się  lepiej  czuła,  mając  wokół  siebie  swoich  przyjaciół  —  wyjaśniła 
dziewczyna. — Tak przynajmniej sam powiedział. 

— Wyglądało to tak — dodała z powaŜną miną — Ŝe zapraszając nas wszystkich facet chciał 

zrobić  dobre  wraŜenie.  To  znaczy,  wiesz,  mówiono  nam  zawsze,  Ŝeby  nie  chodzić  nigdzie  z 
obcymi,  nie  wsiadać  do  samochodów  itepe,  no  i  Ŝe  bezpieczniej  jest  trzymać  się  w  większych 
grupach. No a wczorajsza wyprawa byłą po prostu fantastyczna! Musiało tam być z pięćdziesiąt 
osób. Więc... więc ona naprawdę zaginęła? Nie bujasz? 

Jupe potwierdził skinieniem głowy. 
Na twarzy dziewczyny pojawiło się zaniepokojenie. 
— Próbowałam zadzwonić do niej do salonu — powiedziała. —Tam, gdzie pracuje. Tyle, Ŝe 

dziś  nie  przyszła  do  pracy  i  zdaje  się  powaŜnie  się  im  naraziła.  Chciałam  dowiedzieć  się,  jak 

background image

sobie poradziła z rodzicami. 

—  Jej  rodzice  wrócili  do  Fresno  —  wyjaśnił  Jupiter.  —  Ale  jeŜeli  komendant  Reynolds 

dzwonił do nich, pewno znowu tu jadą. 

— Dlaczego twierdzisz, Ŝe ten facet nie nazywa się McLain? — zapytał jeden ze stojących 

wokół chłopców. — Jesteś tego pewien? 

— Dziś rano byliśmy u prawdziwego Craiga McLaina — odparł Jupe. — Z całą pewnością 

to nie on był na przyjęciu. 

— Craig? — spytał chłopiec. — Mówił, Ŝe nazywa się Craig McLain? Jego kumpel nazywał 

go inaczej. Jakoś tak.., dziwacznie, naprawdę dziwacznie. 

— Iggy — odezwała się jakaś dziewczyna. — Zwracał się do niego per „Iggy”. 
— Iggy? — Tym razem głos naleŜał do męŜczyzny stojącego za kontuarem. 
Wszyscy odwrócili ku niemu głowy. Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. 
—  Kto  moŜe nosić takie imię? — powiedział potrząsając  głową. —Chyba tylko  złoczyńca, 

który ucieka z młodą dziewczyną. śyjemy w okrutnych czasach. 

Nawet nie próbowano mu zaprzeczyć. Jupe i Pete posiedzieli jeszcze w nadziei, Ŝe dowiedzą 

się  czegoś  więcej  o  fałszywym  producencie  filmowym.  Nikt  nie  miał  jednak  Ŝadnych 
szczegółowych informacji. 

Tajemniczy facet rozpłynął się jak we mgle! 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Zaatakowany! 

 

Państwo  Andersonowie  przyjechali  do  Rocky  Beach  w  nocy.  Parę  minut  po  ósmej  rano, 

niewyspani i z podkrąŜonymi oczami, zjawili się w domu wuja Tytusa. Byli juŜ po rozmowie z 
komendantem Reynoldsem. 

Ciocia Matylda całkowicie otrząsnęła się z wczorajszych przeŜyć i robiła, co mogła, aby jak 

najserdeczniej przyjąć pogrąŜone w  zmartwieniu małŜeństwo. Zazwyczaj tego rodzaju pomoc i 
pocieszenie z jej strony przyjmowały formę czegoś dobrego do jedzenia, ale tym razem nie udało 
się jej zachęcić Andersonów do przełknięcia nawet jednego kęsa. 

—  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝeby  nikt  niczego  nie  zauwaŜył  —  stwierdził  pan  Anderson.  — 

ś

aden  z  sąsiadów.  Pan  Reynolds  wypytywał  ich,  ale  Ŝaden  nie  widział  Lucille  wychodzącej  z 

domu z tymi dwoma nędznikami.  A samochód, którym McLain przyjechał, zarejestrowany jest 
na niejakiego Henry’ego Vance’a. Vance sprzedał go jakiemuś Smithowi juŜ pewien czas temu, 
ale  Smith  nie  przerejestrował  go  na  siebie,  więc  sprawdzenie  numeru  rejestracyjnego  nic  nie 
dało. Wiemy tylko, Ŝe samochód pomalowany jest na szary kolor. Dzwoniliśmy teŜ do salonu, w 
którym  Lucille  pracuje.  Stara  kwoka,  która  podniosła  słuchawkę,  nawet  nie  próbowała  nam 
pomóc. 

W głosie pana Andersona moŜna było wyczuć prawdziwe rozgoryczenie. 
—  Panie  Anderson,  wygląda  pan  na  zmęczonego,  a  i  pańska  małŜonka  jest  całkiem 

wyczerpana  tym  wszystkim  —  powiedziała  ciocia  Matylda.  —  MoŜe  odpoczniecie  u  nas  choć 
parę godzin. Mamy tu wolną sypialnię. Gdyby coś się wydarzyło, damy wam znać. 

—  Nie,  dziękuję  —  odparł  pan  Anderson,  spoglądając  niespokojnie  w  okno  saloniku 

Jonesów. — Zarezerwowaliśmy pokój w hotelu w Rocky Beach. W tej chwili powinien juŜ być 
przygotowany. Wprowadzimy się tam i będziemy czekać na wiadomości od Reynoldsa albo od 
kogokolwiek, kto będzie miał nam coś do powiedzenia. Nasz domowy telefon został podłączony 
do  sąsiada,  na  wypadek,  gdyby  porywacze  zadzwonili  do  nas  do  Fresno.  Rozumie  pani,  tak 
byłoby  moŜe  najprościej...  —  W  jego  oczach  pojawiły  się  iskierki  nadziei.  —  MoŜe  zaŜądają 
okupu? 

Pani Anderson podniosła się bezwiednie, niczym w jakimś somnambulicznym odruchu. 
— Wiem, Ŝe zrobiliście wszystko, co było moŜliwe — powiedział pan Anderson zwracając 

się do Jupitera. — Chciałbym podziękować tobie i twoim kolegom. 

W  chwilę  potem  podniósł  się  i,  ująwszy  swą  małŜonkę  pod  ramię,  poprowadził  ją  do 

samochodu. 

Jupiter takŜe wybiegł z domu, aby zajrzeć do Kwatery Głównej. Pete i Bob juŜ tam byli. 
— Cześć — powitał go Pete, który z zaspaną miną rozsiadł się na podłodze, oparty plecami o 

regał. —  Zobaczyłem pod  twoim domem samochód Andersonów,  więc  zadzwoniłem do Boba, 
Ŝ

eby zaraz tu przyszedł. Coś nowego? 

— Nie, nic — odparł Jupe zajmując swe zwykłe miejsce za biurkiem. 
—  Andersonowie  instalują  się  w  Rocky  Beach  lnn.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  zostaną  tam  dotąd, 

dopóki nie nadejdzie jakaś wiadomość. 

— Miejmy nadzieję, Ŝe nadejdzie — powiedział Bob przeglądając swoje notatki w notesie. 

—  KaŜda  próba,  jaką  podejmujemy,  kończy  się  w  ślepej  uliczce.  MoŜna  odnieść  wraŜenie,  Ŝe 
dwaj  faceci,  którzy  zorganizowali  to  przyjęcie  na  cześć  Lucille,  zjawili  się  znikąd,  a  potem... 

background image

rozpłynęli  się  w  powietrzu  bez  śladu.  Co  najmniej  jeden  z  nich  uŜywa  fałszywego  nazwiska. 
Prawdopodobnie ten drugi takŜe. Przypomnijcie sobie, w Twentieth Century-Fox nikt nie słyszał 
o Ŝadnym Morellu. 

Jupe nachmurzył się. 
—  Nie  zgadza  mi  się  mnóstwo  rzeczy.  MoŜna  by  wziąć  tych  dwóch  typków  za  parę 

rzezimieszków,  którzy  całkiem  przypadkowo  poderwali  Lucille,  a  potem  ją  porwali.  Ale  jeŜeli 
jedynym  ich  celem  było  porwanie,  to  po  co  podjęli  tyle  ryzykownych  posunięć?  Pokazali  się 
całej gromadzie jej przyjaciół, wydali przyjęcie na jej cześć, a do tego jeszcze spotkali się z jej 
rodzicami. Zwykli kidnaperzy nie robią takich rzeczy! 

Jupiter zamyślił się na chwilę, stykając koniuszkami palce obu dłoni tak, Ŝe utworzyły coś w 

rodzaju małej klatki. — Poza tym jest jeszcze nie wyjaśniony dotąd przypadek z włamywaczem, 
który  wtargnął  do  domu  pani  Fowler,  zanim  Lucille  poznała  McLaina  i  Morella.  Czy  mógł  on 
być jednym z nich, to znaczy McLainem albo Morellem? JeŜeli tak, to w jakim celu się włamał? 
ś

eby porwać Lucille? Czy moŜe zabrać coś z tego domu? 

— MoŜe to zwykły zbieg okoliczności? — odezwał się Bob. — Jak z tym wampirem, który 

napadł na lombard, ten sam, w którym Lucille zastawiła spinkę? To był chyba czysty przypadek. 
Rabusie  poprzebierani  za  straszydła  pojawiali  się  przecieŜ  w  całym  mieście  w  róŜnych 
miejscach, które, o ile nam wiadomo, nie mają nic wspólnego z Lucille. 

Pete ziewnął głośno. 
— Moglibyśmy miętosić te rzeczy przez cały dzień — powiedział. — I nigdzie by nas to nie 

doprowadziło.  Pewne  jest,  Ŝe  Lucille  zniknęła  razem  z  dwoma  nikomu  nie  znanymi  facetami  i 
nie posuniemy się ani o krok, dopóki ich nie znajdziemy. 

Znaleziona  na  plaŜy  mała  plastykowa  torebka  wciąŜ  jeszcze  znajdowała  się  w  Kwaterze 

Głównej.  śaden  z  chłopców  nie  pomyślał  o  tym,  Ŝeby  ją  zabrać  na  spotkanie  z  Lucille.  Bob 
sięgnął teraz po nią na czubek regału i wysypał jej zawartość na biurko, a potem wlepił oczy w 
kolekcję  kosmetyków,  ksiąŜkę  z  biblioteki  i  małego  niedźwiadka,  tak  jakby  któryś  z  tych 
przedmiotów  mógł  okazać  się  kluczem  do  znalezienia  miejsca  pobytu  Lucille.  Pokryty 
jedwabistym, ciemnobrązowym futerkiem miś patrzył na chłopców przezroczystymi paciorkami 
swych oczu. 

Jupe wziął do ręki znalezioną ksiąŜkę i zaczął ją kartkować. Na wielu stronicach zaznaczone 

były fragmenty tekstu. 

—  KaŜdego  wieczoru,  oczekując  na  nadejście  snu,  powtarzaj  słowa:  sukces,  miłość, 

bogactwo.  Staraj  się  wyobrazić  sobie,  Ŝe  cieszysz  się  posiadaniem  tych  wartości  —  zaczął 
deklamować  z  przesadną  egzaltacją.  —  MoŜesz  być  tak  pewny,  Ŝe  zdobędziesz  to  wszystko,  jak 
tego, Ŝe jutro znów wstanie słońce! 

Trzej Detektywi popatrzyli po sobie, a potem wybuchnęli śmiechem. 
Pete ujął małego niedźwiadka i przemówił do niego z profesorskim namaszczeniem: 
—  Wyobraź sobie,  Ŝe  chłodzi  cię  świeŜy wietrzyk w bujnie  rozrosłym lesie. Kto wie, jutro 

obudzisz się moŜe jako Miś Uszatek! 

Chłopcy roześmiali się znowu. W chwilę potem Pete i Bob poszli do domu. Jupe pozostał w 

przyczepie, aby podumać jeszcze nad sprawą zaginionej dziewczyny. Wpatrywał się w leŜącego 
na biurku misia i nie mógł pozbyć się myśli, Ŝe klucz do rozwiązania tajemnicy tkwi w czymś, 
czego on nie wziął pod uwagę. Wszystkie te dziwaczne wydarzenia mogły mieć coś wspólnego, 
co  pozwoliłoby  ułoŜyć  je  w  spójny  obrazek.  Gdyby  tylko  mógł  odkryć  tę  zasadę,  mógłby  teŜ 
odnaleźć Lucille. 

WłoŜył misia z powrotem do torby, potem takŜe ksiąŜkę, w końcu zgarnął do niej rozsypane 

background image

po blacie biurka kosmetyki. 

Nagle usłyszał jakiś szmer, tak jakby coś poruszyło się tuŜ za ścianką przyczepy. 
Wstrzymał  oddech  i  zaczął  nasłuchiwać.  Co  to  mogło  być?  Jakieś  małe  zwierzątko, 

myszkujące w zwalonym wokół przyczepy złomie? 

Szmer powtórzył się, ale tak cichy, Ŝe z trudem tylko dawał się odróŜnić od szumu wiatru. A 

nawet  był  jeszcze  cichszy  niŜ  wiatr.  Jupiter  usłyszał  westchnienie,  tak  jakby  ktoś  czaił  się  na 
dworze. 

W  jednej  chwili  uświadomił  sobie,  Ŝe  powinien  sprawdzić  najbliŜsze  otoczenie  Kwatery 

Głównej.  Coś,  a  moŜe  ktoś  musiał  tam  być  i  Jupe  wiedział,  Ŝe  nie  będzie  mógł  spokojnie 
odetchnąć, dopóki nie odkryje źródła niepokojących hałasów. 

OstroŜnie podniósł się z krzesła pilnując, aby nie szurnąć nim po podłodze. Obszedł biurko, a 

potem zatrzymał się i znowu zaczął słuchać. 

Na zewnątrz panowała niezmącona cisza. 
To  tylko  jakieś  zwierzątko,  pomyślał  starając  się  dodać  sobie  otuchy.  Pewnie  nornica 

postanowiła  sobie  moŜe  uwić  gniazdko  między  kawałkami  starego  Ŝelastwa.  Albo  jakaś 
bezdomna  kotka  z  małymi  kociakami.  A  moŜe  szczur?  Szczury  są  wprawdzie  wstrętnymi 
stworzeniami, ale moŜna jakoś ułoŜyć z nimi wzajemne stosunki. 

Kwaterę  opuszczało  się  najszybciej  Wyjściem  Ewakuacyjnym  Trzecim  i  Jupiter  skorzystał 

teraz właśnie z niego. Drzwi przyczepy otwierały się wprost na ogromny kocioł parowy, na tyle 
duŜy,  aby  pomieścić  nie  tylko  chłopca,  ale  dorosłą  osobę.  Z  kotła  z  kolei  krótkie  przejście 
między  zwalonymi  na  siebie  granitowymi  blokami  prowadziło  do  osadzonych  we  framudze 
dębowych  drzwi.  Jupe  uchylił  je,  wystawił  głowę  i  ostroŜnie  rozejrzał  się  po  złomowisku.  Nie 
dostrzegł nic nienormalnego. 

Przez parę minut krąŜył po składzie, rozglądając się na wszystkie strony, nie znalazł jednak 

ani zwierzątka, ani Ŝadnego zagadkowego intruza. Rekonesans zakończył w swoim prywatnym 
warsztacie  pod  gołym  niebem,  a  potem  cięŜko  dysząc  popełznął  Tunelem  Drugim  z  powrotem 
do  Kwatery.  Znalazłszy  się  w  środku,  rozejrzał  się  błyskawicznie.  Znaleziona  na  plaŜy  torba 
leŜała jak przedtem, na biurku. Nie wszystko wyglądało jednak tak jak przedtem. Pozostawiony 
na biurku tuŜ koło telefonu notes był otwarty. Kiedy Jupe sprawdzał teren składu, ktoś zakradł 
się do Kwatery Głównej i zajrzał do notesu, aby dowiedzieć się, co w nim zapisano. Jupe poczuł 
na plecach gęsią skórkę. 

W  notesie  nie  było  nic  waŜnego.  Jupe  zabawiał  się  rysowaniem  w  nim  bezmyślnych 

bazgrołów. Był jednak pewien, Ŝe Kwaterę odwiedził jakiś nieproszony gość. Nagle zorientował 
się, Ŝe ów intruz ciągle tu jest! 

Znieruchomiał, czując jego obecność za plecami. Dotykał nimi kotary oddzielającej główną 

przestrzeń  Kwatery od  małej ciemni  fotograficznej. Jupe zdał sobie sprawę, Ŝe owa  tajemnicza 
istota czai się za kotarą, nieruchoma, starając się oddychać jak najciszej... 

W  pierwszej  chwili  jej  oddech  był  prawie  niesłyszalny.  Nagle  zaczął  przybierać  na  sile. 

Zmienił się w straszliwy, szorstki zgrzyt, wdzierający się z najbliŜszej odległości wprost do uszu 
Jupe’a. 

A potem wnętrze przyczepy wypełnił demoniczny śmiech! 
Jupe błyskawicznie odsunął się od kotary, a potem obrócił, aby stanąć twarzą do intruza. 
Kotara  odjechała  na  bok.  Jupe  zobaczył  przed  sobą  straszliwą,  przeraŜającą  zjawę,  pokrytą 

łuskami, groźnie szczerzącą wyszczerbione zęby, wystające z bezkształtnej, potwornej twarzy. 

Zjawa zaśmiała się znowu. Jupe zobaczył wyciągające się ku niemu czarne szpony. 
Odskoczył  do  tyłu,  nadział  się  jednak  na  kant  biurka.  Przykucnął,  starając  się  przesunąć 

background image

gdzieś w bok. 

Rechoczący potwór zamierzył się do ciosu! 
Jupe poczuł uderzenie, a potem ujrzał pędzący na spotkanie z nim regał z kartoteką. 
Jego głowa wyrŜnęła w metalową ściankę. Ogarnęła go ciemność! 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Tropem misia 

 

— Chodziło mu o coś, co znajdowało się w torbie — powiedział Jupe. 
— Uświadomiłem to sobie, jak tylko się ocknąłem i zobaczyłem, Ŝe torba zniknęła. Czegoś 

schowanego  w  niej  szukał  włamywacz,  który  zamknął  ciocię  Matyldę  w  schowku  na  miotły. 
TakŜe dlatego porwano Lucille. Ta maszkara znalazła to wreszcie tutaj, w naszej Kwaterze! 

Wróciwszy  jako  tako  do  siebie,  Jupiter  zadzwonił  do  Pete’a  i  Boba,  którzy  zjawili  się 

natychmiast  i  w  tej  właśnie  chwili  siedzieli  naprzeciwko  niego,  po  drugiej  stronie  biurka.  Na 
jego  pobladłej  twarzy  wciąŜ  jeszcze  widać  było  ślady  po  przebytym  szoku.  TakŜe  jego 
przyjaciele byli zaskoczeni tym, co się stało. Ktoś przedostał się przez bariery, tak pieczołowicie 
przez nich zainstalowane Zaatakowano Jupe’a w samym sercu ich sekretnej warowni! 

— A ja jeszcze mu to ułatwiłem — stwierdził ponuro Jupe. — Usłyszałem jakieś szmery na 

dworze i wyszedłem, wskazując mu drogę do środka! Kiedy wróciłem, juŜ na mnie czekał! 

Jupe  wzdrygnął  się  na  wspomnienie  przeraŜającej  twarzy  i  wyciągających  się  ku  niemu 

pazurów. 

TakŜe Pete nie zapomniał jeszcze szokującego wraŜenia, jakie wywarła na nim zamaskowana 

maszkara, która rzuciła się na niego przed lombardem w Hollywood. 

— Czy on miał na sobie taką samą maskę? — zapytał. — Wiesz, mam na myśli wilkołaka, 

którego widzieliśmy niedawno. 

— Nie, ale z całą pewnością mógł to być ten sam męŜczyzna — odparł spokojnym głosem 

Jupe, na którego twarzy pojawiło się nawet coś w rodzaju normalnego rumieńca. — Wiemy, Ŝe 
McLain i Moreli uczyli się kręcenia dreszczowców A przynajmniej mówili, Ŝe się tym pasjonują. 
Być  moŜe  doszli  do  wniosku,  Ŝe  byłoby  artystycznym  wyczynem  dokonywanie  napadów  w 
kostiumach postaci z takich filmów. 

—  W  takim  razie  trzeba  by  uznać  faceta,  który  próbował  obrabować  dom  na  Cheshire 

Square, za zwykłego nudziarza — stwierdził Bob. — Miał na łbie zwyczajną, starą pończochę, 
jak wszyscy normalni rabusie. 

—  Z  jednym  zastrzeŜeniem  —  odparł  Jupe.  —  Tamto  włamanie  równieŜ  miało  związek  z 

Lucille Anderson. Mógł go więc dokonać ten sam człowiek. 

—  Rzeczywiście!  —  włączył  się  Pete.  —  Ale  czego  ta  maszkara  mogła  szukać  w  torbie? 

Kwitów lombardowych? 

—  Masz  na  myśli  pokwitowania,  które  Lucille  powkładała  między  stronice  ksiąŜki?  — 

nachmurzył  się  Jupe.  —  Nie  sądzę,  aby  chodziło  mu  o  nie.  Lucille  zastawiała  wyłącznie 
zwyczajne  drobiazgi,  bez  większej  wartości.  Dziecinny  pierścionek,  medalik  ze  szkolnego 
konkursu,  malutką złotą spinkę.  Mogła otrzymać za to wszystko najwyŜej kilkanaście dolarów. 
Nikomu  nie  chciałoby  się  gonić  za  tymi  kwitami.  Nie  zapominajmy  i  o  tym,  Ŝe  właściciel 
lombardu,  u  którego  Lucille  zastawiała  spinkę,  był  tylko  jednym  z  wielu  obrabowanych  przez 
tych przebierańców. Wątpię, czy spinka ma coś wspólnego z tym wszystkim. 

— A mnie zaczyna juŜ od tego boleć głowa — jęknął Pete. — JeŜeli ta maszkara nie szukała 

kwitów lombardowych, to o co mogło jej chodzić? O ksiąŜkę? 

— O biblioteczną szmirę? — roześmiał się Bob. — W Ŝadnym przypadku. Chyba Ŝe coś w 

niej było zapisane. Lucille mogła porobić w niej jakieś notatki. Ale na jaki temat? Nie wyglądała 
na  kogoś,  kto  miałby  do  ukrycia  jakieś  tajemnice.  Próbowała  tylko  wydostać  się  spod  kurateli 

background image

swych starych, Ŝeby w tym czasie znaleźć sobie rolę w jakimś filmie. 

— To ten miś! — rzucił nagle Jupe. 
Bob i Pete wybałuszyli na niego oczy. 
— Czego chcesz od tego misia? — zaciekawił się Pete. 
— A  jeśli tej maszkarze  chodziło o niego? — zapytał Jupe. — To nie była taka zwyczajna 

zabawka.  Dzieci  bawią  się  przewaŜnie  pluszowymi  misiami.  A  on  miał  na  sobie  prawdziwe 
futerko. 

—  I  co  z  tego?  —  zaoponował  Pete.  —  Nawet  gdyby  był  zrobiony  z  najrzadszej  norki  na 

całym świecie, nie byłby wart aŜ tyle zachodu. 

— Przypuśćmy, Ŝe coś schowano w jego wnętrzu? — zamyślił się głośno Jupe. 
—  Nareszcie  gadasz  do  rzeczy!  —  krzyknął  Bob.  —  To  jest  to!  Brylanty!  Albo  narkotyki! 

McLain  i  Moreli  dowiedzieli  się,  Ŝe  miś  Lucille  jest  wypchany  czymś  naprawdę  cennym. 
Włamali  się  do  domu  pani  Fowler,  Ŝeby  go  zabrać,  ale  przeszkodziła  im  Lucille.  Wrócili  więc 
jeszcze  raz  i  nie  znalazłszy  misia  zabrali  dziewczynę,  Ŝeby  ją  zmusić  do  wyjawienia,  gdzie  go 
schowała.  Od  niej  dowiedzieli  się,  Ŝe  miś  musi  być  u  nas,  i  rzeczywiście  tak  było.  Przeszukali 
twój dom, Jupe, ale nie znalazłszy go, wyśledzili nas aŜ tutaj. 

— I przez cały czas trzymali u siebie Lucille, Ŝeby nie zadzwoniła na policję — dokończył 

Pete. 

— Piękna teoria — stwierdził Jupe. — Pasuje do wszystkich znanych nam faktów. Wyjaśnia 

nawet  i  to,  dlaczego  kasa  cioci  Matyldy  pozostała  nietknięta.  I  stąd  w  łazience  u  pani  Fowler 
wziął się ręcznik poplamiony krwią. 

— Tak — powiedział Pete. — Musieli się nieźle szamotać i ktoś się skaleczył! 
Jupe  funkcjonował  juŜ  na  wysokich  obrotach.  Z  błyszczącymi  oczami  podniósł  słuchawkę 

telefonu. 

—  Pierwszą  zagadką,  jaką  musimy  rozwiązać,  jest  to,  skąd  Lucille  wzięła  tego  misia  — 

oświadczył.  —  To  jest  jedyny  trop,  który  moŜe  nas  doprowadzić  do  tego  upiornego 
włamywacza. I do miejsca pobytu Lucille! 

RozłoŜywszy przed sobą ksiąŜkę telefoniczną, zaczął ją kartkować wolną ręką. 
— Mam — rzucił wreszcie. — Rocky Beach Inn. 
Wybrał znaleziony w ksiąŜce numer i po zgłoszeniu się recepcjonistki poprosił o połączenie 

z pokojem państwa Andersonów. 

—  Mówi  Jupiter  Jones  —  przedstawił  się,  usłyszawszy  w  słuchawce  męski  głos.  —  Być 

moŜe znaleźliśmy trop, po którym moŜemy posunąć się naprzód w poszukiwaniach. Czy pamięta 
pan  małego  misia,  który  znajdował  się  w  torbie  Lucille?  Czy  wyjeŜdŜając  z  Fresno  Lucille 
zabrała go z domu? Miś jest zrobiony z prawdziwego futerka. 

— Miś? — powtórzył jak echo pan Anderson. — Sekundę, muszę zapytać Ŝonę. 
Przez  chwilę  w  słuchawce  słychać  było  stłumione  odgłosy  rozmowy,  po  których  zabrzmiał 

znowu głos pana Andersona. 

— śona nie pamięta, aby Lucille miała pośród swych zabawek futrzanego misia. O ile nam 

wiadomo, zabrała z domu wyłącznie ubrania i kosmetyki. Ale dlaczego o to pytasz? 

— Nie jesteśmy jeszcze całkiem tego pewni, proszę pana, ale jeśli Lucille kupiła tego misia 

gdzieś tutaj, być moŜe ten fakt okaŜe się punktem zwrotnym w naszych poszukiwaniach. Bardzo 
panu dziękuję za informację, będziemy z panem w kontakcie. 

— Zdobyła tego misia gdzieś tutaj — powiedział, odłoŜywszy słuchawkę. 
—  No  dobra,  ale  gdzie  mogła  go  kupić?  Jak  by  tu  się  dowiedzieć,  gdzie  sprzedają  takie 

rzeczy? 

background image

— Zajrzyjmy do „Pagody” — zaproponował Bob. — MoŜe jakaś dziewczyna będzie miała 

wiadomości na ten temat? 

— Od czegoś trzeba zacząć — stwierdził Jupe. — Jedziemy. 
W  parę  minut  później  chłopcy  byli  juŜ  po  drugiej  stronie  nadmorskiej  autostrady.  Kiedy 

weszli do pizzerii, natychmiast paru stałych bywalców pomachało im przyjaźnie rękami. Stojąca 
za kontuarem kobieta uśmiechnęła się. 

— Nie zamawiają wprawdzie zbyt wiele — odezwała się do siwowłosego pana Searsa, który 

właśnie siedział przy kasie — ale to sympatyczne pędraki. Zachowują się bez zarzutu. 

Pan  Sears  zbył  ją  milczeniem,  jednak  z  uwagą  przypatrywał  się  i  przysłuchiwał  Jupe’owi, 

gdy zaczął on wypytywać przebywające w pizzerii dziewczyny i chłopców, czy któreś z nich nie 
pamięta misia, którego Arianne Ardis nosiła w swej podręcznej torbie. 

—  Misia?  —  wykrzyknął  jeden  z  chłopców.  —  Chyba  się  zgrywasz!  Ta  lalunia  miałaby 

nosić ze sobą misia? 

— Mnóstwo dziewczyn tak robi — powiedziała jakaś pannica umalowana krwistoczerwoną 

szminką, z jasnobrązowym makijaŜem wokół oczu. 

—  Nie  ma  w  tym  nic  nienormalnego.  Arianne  starała  się  być  naprawdę  oryginalną 

dziewuchą. Miś w futrze z norek! Pytałam ją, gdzie go kupiła, ale nie chciała mi powiedzieć. 

— Czy wiesz, od jak dawna miała tego misia? — zapytał Jupe. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
— Dzień czy dwa, coś w tym rodzaju. 
PoniewaŜ  nikt  więcej  nie  miał  Ŝadnych  informacji  o  misiu,  Trzej  Detektywi  podziękowali 

wszystkim i wyszli. 

— No, dobra — powiedział Pete. — Do kogo zwrócimy się teraz? 
— Logiczne byłoby zajrzeć do paru sklepów z zabawkami — odparł Jupe. 
Pete wydał przeciągły jęk. 
— Zdajesz sobie sprawę, ile sklepów w tej okolicy sprzedaje pluszowe niedźwiadki? 
—  Tylko  przykładanie  wagi  do  szczegółów  moŜe  zapewnić  sukces  prawdziwemu 

detektywowi — odciął się Jupiter. 

NajbliŜszy sklep z zabawkami znajdował się bardzo blisko „Pagody”, toteŜ chłopcy od niego 

rozpoczęli  swe  poszukiwania.  Na  widok  tłoczącego  się  na  półkach  tłumu  pluszowych  misiów 
Pete jęknął znowu. 

—  PrzecieŜ  do  następnego  potopu  nie  uda  się  nam  dowiedzieć,  skąd  Lucille  wzięła  tego 

zwierzaka — powiedział pełnym zwątpienia głosem. 

—  Na  pewno  nie  tu  —  zgodził  się  Jupe.  —  Nie  ma  tu  ani  jednego  misia  w  prawdziwym 

futerku. 

I rzeczywiście. W sklepie były tylko misie z pluszu i filcu. 
Właścicielka  sklepu  zrobiła  zdziwioną  minę,  kiedy  Jupe  powiedział,  Ŝe  szuka  futrzanego 

misia. 

— Z prawdziwego futra — sprecyzował Jupe. — Prawdopodobnie z norki. 
—  Widzę,  Ŝe  szukasz  czegoś  oryginalnego  —  odparła  sprzedawczyni.  —  Czy  musi  to  być 

koniecznie norka? 

—  Jakieś  ciemne  futerko  —  powiedział  Jupe.  —  Nasza  koleŜanka  miała  takiego  misia  i 

właśnie się zastanawiałem, czy nie kupiła go tutaj. 

—  Nie.  Powinieneś  spróbować  w  Santa  Monica,  w  sklepie  naprzeciwko  nabrzeŜa.  Oni 

miewają  tam  naprawdę  drogie  zabawki.  Jeśli  nawet  nie  będą  dysponować  misiem  z  norki,  to 
prawdopodobnie będą wiedzieli, gdzie mógłbyś go kupić. 

background image

Po przyjeździe autobusem do Santa Monica chłopcy łatwo odnaleźli sklep koło nabrzeŜa. Na 

szyldzie  nad  wejściem  widniał  napis:  „Tęczowy  Świat”,  w  środku  zaś,  oprócz  niedźwiadków  i 
królików  wszelakich  rozmiarów  i  z  przeróŜnych  materiałów,  znajdowały  się  setki  zabawek  i 
przedmiotów  z  naklejonymi  serduszkami  albo  łukami  tęczy,  a  czasami  oboma  tymi  znakami 
naraz. 

Futrzanych  misiów  jednakŜe  nie  było.  Młoda  ekspedientka  poradziła  chłopcom,  aby 

spróbowali zajrzeć do niektórych sklepów w dzielnicy Beverly Hills. 

—  Do  Beverly  Hills  jeździ  się  po  futra  z  norek  —  wyjaśniła,  a  potem  podała  chłopcom 

adresy paru sklepów z zabawkami w alei Beverly Drive, a takŜe w Little Santa Monica. 

Podziękowali i wyszli na ulicę. Odczekawszy, aŜ przejedzie brązowe audi, przeszli na drugą 

stronę i zatrzymali się koło przystanku autobusowego. Pete cięŜko opadł na ławkę. 

—  Boję  się,  Ŝe  znaleźliśmy  zajęcie  na  resztę  Ŝycia  —  poskarŜył  się  pełnym  przygnębienia 

głosem. 

— MoŜe niekoniecznie — odparł Jupe. — Oczyma duszy widzę pozłacanego rolls-royce’a. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 
 
 

Nerwowy kuśnierz 

 

Worthington  był  na  szczęście  wolny.  Przyjechał  swoim  rollsem  i  zawiózł  chłopców  do 

Beverly Hills, gdzie zaparkował auto przy ruchliwej Beverly Drive, w miejscu zarezerwowanym 
dla wozów dostawczych. 

— Zostanę w samochodzie — powiedział. — Gdybym musiał stąd odjechać, będę się kręcił 

w obrębie najbliŜszych przecznic. 

Koło samochodu przeszły wolnym krokiem dwie kobiety. Jedna z nich miała w ręku otwarty 

przewodnik po mieście. 

— Posłuchaj, co tu jest napisane — zwróciła się do swej towarzyszki. — Beverly Hills jest 

jednym z najdroŜszych miejsc w kraju. Na zboczach falistych wzgórz wznoszą się tu rezydencje 
najlepiej  opłacanych  gwiazd  filmu  i  przemysłu  rozrywkowego.  Handlowe  centrum...  — 
Obejrzawszy się za przyjaciółką, urwała w pół zdania.  — Thelma! — pisnęła z przejęciem. — 
Nie przejechałabyś się takim cackiem? — Błyskawicznie podniosła do oczu aparat fotograficzny 
i zrobiła zdjęcie. 

Worthington  udał,  Ŝe  nic  nie  widzi.  Kobieta  gapiła  się  w  jego  stronę  jeszcze  po  odejściu 

chłopców. 

Na  następnej  ulicy  chłopcy  znaleźli  dwa  sklepy  z  zabawkami.  W  pierwszym  z  nich  nie 

dowiedzieli  się  niczego,  jednak  w  drugim  szczupły  sprzedawca  w  skórzanych  spodniach 
poinformował ich, Ŝe widział futrzanego misia. 

—  Właściwie  to  ten  miś  nie  był  na  sprzedaŜ  —  powiedział.  —  Jedna  z  naszych  klientek 

otrzymała  go  jako  coś  w  rodzaju  bezpłatnej  premii.  W  sklepie  na  rogu  Wilshire  i  Olympic 
zamówiła  futrzaną  kurteczkę,  i  kiedy  kurtka  została  jej  dostarczona  do  domu,  razem  z  nią 
przywieziono jej tego misia. Jako upominek dla stałej klientki. 

— Ach, więc to tak! — powiedział Jupe. 
—  JeŜeli  naprawdę  zaleŜy  ci  na  takim  niedźwiadku,  to  myślę,  Ŝe  będziesz  mógł  go  kupić 

wprost od kuśnierza. 

— Dziękuję panu za tę informację — powiedział Jupe. 
—  Drobiazg.  Gdybyś  kiedyś  potrzebował  mysiego  domku,  wpadnij  tu  do  mnie.  Mam  parę 

naprawdę ślicznych egzemplarzy. 

— Domku dla myszek? 
—  Oczywiście  takich  do  zabawy,  nakręcanych  —  powiedział  sprzedawca.  —  Prawdziwe 

myszy są w Beverly Hills bezlitośnie tępione. Nie ma tu dla nich miejsca. 

Pete’owi wyrwało się głośne parsknięcie. 
Kiedy  wrócili  do  samochodu,  Worthington  był  właśnie  zajęty  wyjaśnianiem  jakiemuś 

przechodniowi,  Ŝe  jego  rolls  nie  jest  filmowym  rekwizytem.  Na  widok  chłopców  odetchnął  z 
ulgą.  W  chwilę  potem,  juŜ  w  drodze  do  sklepu  na  rogu  Wilshire  i  Olympic  zauwaŜył,  Ŝe  aleja 
Beverly Drive stała się prawdziwym deptakiem turystycznym. 

— Przez te parę minut, kiedy was nie było, co chwilę ktoś mnie fotografował — stwierdził z 

rozbawieniem. — Zdawało mi się, Ŝe biorą mnie za gwiazdora filmowego. 

—  Musi  pan  jednak  przyznać  —  powiedział  Bob  —  Ŝe  ten  samochód  i  pana  uniform 

background image

wyglądają nadzwyczaj oryginalnie, nawet w Beverly Hills. 

— Chyba trafiłeś w dziesiątkę — przyznał chichocząc Worthington. 
Z  szyldu  nad  sklepem  na  rogu  Wilshire  i  Olympic  wynikało,  Ŝe  naleŜy  on  do  Braci 

Vronskych. Wnętrze zwracało uwagę jasnoperłowym kolorem ścian i grubym dywanem, w który 
moŜna się było zapaść prawie po kostki. 

W chwili gdy chłopcy stanęli w drzwiach, niepozorny człowieczek z krawiecką miarą na szyi 

krzątał  się  nerwowo  wokół  markotnego  młodzieńca,  z  bezmyślną  miną  krąŜącego  po  sklepie  z 
elektrycznym odkurzaczem w ręku. 

— Futrzane misie? — odparł kuśnierz na pytanie zadane mu przez Jupe’a. — Rzeczywiście, 

miałem parę sztuk. Ale nie mam w tej chwili ani jednego. Wszystkie zostały zabrane. 

— Zabrane? — powtórzył jak echo Jupe. 
— Kiedy włamano się do sklepu — odparł kuśnierz. — Nie słyszałeś o tym? No, oczywiście, 

mogłeś o tym nie słyszeć. Niby jak? W tych czasach dwa włamania to Ŝadna nowina. 

Jupe aŜ podskoczył z podniecenia. 
— Włamania? Kiedy? 
—  Za  pierwszym  razem  zabrali  tylko  futra.  To  było  z  tydzień  temu.  A  w  dwa  dni  później 

ukradli teŜ fiszki z mojej kartoteki. Ale dlaczego pytasz? Po co ci taki miś? JeŜeli chcesz misia, 
idź do sklepu z zabawkami. 

—  Ale  nam  chodzi  o  futrzanego  misia,  takiego  samego,  jakiego  widzieliśmy  u  naszej 

koleŜanki — wyjaśnił Jupe. — Miał chyba futerko z norek. Właściwie to zdobyliśmy juŜ takiego 
misia, ale ktoś dostał się do naszego domu i go zwędził. 

Kuśnierz pokiwał ze zrozumieniem głową. 
— To tak jak tu. Kiedy przyszli za pierwszym razem po futra, zabrali takŜe misie. Ale potem 

wrócili, Ŝeby grzebać w kartotece. Rozrzucili wszystko po całej podłodze. Niektórych fiszek nie 
mogę  znaleźć  do  tej  pory.  Wystarczy,  Ŝe  straciliśmy  futra,  ale  były  one  przynajmniej 
ubezpieczone.  Ci  złodzieje  nie  musieli  robić  bałaganu  w  mojej  kartotece.  To  była  czysta 
złośliwość  z  ich  strony.  Chcieli  okazać  swoją  pogardę  dla  ludzi,  którzy  cięŜko  pracują,  Ŝeby 
sobie radzić. 

— Tak, rozumiem pana — powiedział Jupiter. 
Młody człowiek z odkurzaczem wyciągnął wtyczkę z kontaktu i znikł na zapleczu. Kuśnierz 

kiwnął za nim głową. 

—  Na  przykład  ten  tutaj!  MoŜe  uczciwy,  a  moŜe  nie.  MoŜna  mieć  tylko  nadzieję.  Ale 

przynajmniej  wykonuje  swoje  obowiązki.  Chłopak,  którego  miałem  przedtem,  był  całkiem 
beznadziejny.  Nie  robił  kompletnie  nic.  MoŜna  by  z  takim  samym  skutkiem  zatrudnić  trupa 
odkopanego  na  cmentarzu.  Nie  znał  się  na  Ŝadnej  robocie,  bez  przerwy  gadał  tylko  o  jakichś 
filmach. 

Jupe zamarł z wraŜenia. Poczuł, jak Pete spina się za jego plecami. TakŜe Bob pochylił się w 

stronę kuśnierza, starając się nie przegapić ani jednego słowa. 

—  Więc  pański  ostatni  pomocnik  był  kinomanem?  —  zapytał  Jupe.  —  Miał  moŜe  duŜo 

wiadomości na temat horrorów? 

—  Zgadłeś!  Nic,  tylko  Drakula!  Wilkołaki!  Jakieś  poczwary,  które  wyłaŜą  z  grobów  i 

poŜerają ludzi! Okropieństwo! 

Nagle kuśnierz cofnął się o krok z podejrzliwą miną. 
—  Znałeś  mojego  ostatniego  pomocnika?  O  co  tu  właściwie  chodzi?  Kim  wy  jesteście  i 

czego sobie Ŝyczycie? 

— My... pomagamy odnaleźć naszą koleŜankę — zaczął Jupe, starając się jak najostroŜniej 

background image

dobierać  słowa.  —  Dziewczynę,  która  miała  futrzanego  misia  i  która  gdzieś  zaginęła.  To 
ogromnie  waŜna  sprawa.  Niech  pan  nam  powie,  proszę,  jak  pan  znalazł  tego  pomocnika?  Czy 
przysłała go tu jakaś agencja? 

Kuśnierz nachmurzył się. 
— Nie, sam tu przyszedł. Powiedział, Ŝe poszukuje pracy i gotów jest robić wszystko. 
— Czy zjawił się tu przed włamaniem, czy po nim? — zapytał Jupe. — I od jak dawna go tu 

nie ma? Czy długo u pana pracował? 

— Nie przesiedział nawet całych dwóch dni. Nie zamierzałem go tu trzymać. Zwolniłem go 

przeszło dwa tygodnie temu. Ale co to cię właściwie obchodzi? 

— Czy mógłby pan podać nam jego adres? — nieustępliwie dopytywał się Jupe. — Gdzie on 

mieszka?  Jakiego  uŜywa  nazwiska?  Czy  pana  stałą  klientką  jest  moŜe  pani,  która  mieszka  na 
Cheshire Square w Rocky Beach? Pani Fowler? 

—  Chcecie  wyciągnąć  ode  mnie  informacje  na  temat  moich  klientów?  —  zapytał 

podejrzliwie kuśnierz. — To jakaś podejrzana sprawa. Dzwonię po policję! 

—  Bardzo  pana  proszę,  to  jest  strasznie  waŜne!  —  wykrzyknął  Jupe,  a  potem  przedstawił 

kuśnierzowi  historię  dziewczyny,  która  uciekła  z  domu  i  zamieszkała  u  pani  Fowler. 
Opowiedział  teŜ  o  znalezionej  na  plaŜy  torbie  podręcznej.  I  o  zrozpaczonych  rodzicach 
dziewczyny. — Przypuszczamy, Ŝe została porwana i Ŝe musi to mieć jakiś związek z futrzanym 
misiem. 

Na  twarzy  kuśnierza  nadal  malowała  się  podejrzliwość.  Przyznał,  Ŝe  nieobce  mu  jest 

nazwisko Fowler, ale nie moŜe potwierdzić, Ŝe pani ta jest jego klientką. Zarzucony pytaniami o 
byłego pomocnika, z ociąganiem udał się na zaplecze i przyniósł jakieś dokumenty. 

Jednym  z  nich  był  urzędowy  formularz,  zawierający  nazwisko  i  numer  socjalnego 

ubezpieczenia  pracownika,  wysyłany  do  odpowiednich  agend  rządowych.  Widniało  na  nim 
nazwisko  Frank Jessup.  Kuśnierz pokazał teŜ Jupiterowi  inny formularz, na którym figurowało 
to samo nazwisko i imię, wpisane ręcznie, oraz adres. 

— Wysłałem temu leniowi przekaz pocztowy — powiedział kuśnierz. 
— I poczta go zwróciła? — zapytał Jupe. 
— Nie. 
— A jak ten Jessup wyglądał? Był moŜe szczupły i miał długie, zachodzące na uszy, gładko 

przyczesane włosy? 

—  Nie.  Był  niski,  raczej  przysadzisty  i  miał  ciemne  włosy.  Ciemne,  kręcone.  Ale  dość  juŜ 

tych pytań. Zaczyna mi się to wszystko nie podobać... 

— Jeszcze tylko jedno pytanie — powiedział błagalnie Jupe. — Skąd pan miał te misie? Nie 

robi ich pan sam, prawda? 

— Nie. Otrzymuję je od dostawcy. Firma R. J. Importers. 
— I podarował pan jednego pani Fowler, zgadza się? — podchwytliwie zapytał Jupe. 
— Wynosić mi się stąd! — oświadczył kuśnierz. 
Wychodząc ze sklepu chłopcy usłyszeli, Ŝe nakręca numer telefonu. 
— Dzwoni na policję — powiedział Pete. 
Jupe  nie  zareagował  na  jego  uwagę.  Podszedł  do  skraju  chodnika,  skąd  odjeŜdŜało  właśnie 

brązowe audi, a potem ruszył na drugą stronę ulicy, w kierunku czekającego tam rolls-roycea. 

—  Myślę,  Ŝe  bez  Ŝadnego  ryzyka  moŜemy  przyjąć  —  stwierdził  z  satysfakcją  —  Ŝe  pani 

Fowler  kupiła  jakiś  czas  temu  u  Braci  Vronskych  futro  czy  inną  część  garderoby  i  dostała  od 
nich misia z norek, którego po jej wyjeździe do Europy poŜyczyła sobie Lucille. Musimy teraz 
wytropić tego leniwego amatora horrorów. 

background image

— Zapamiętałeś adres tego Jessupa? — spytał Bob. 
— To jedna z bocznych uliczek w Santa Monica — odparł Jupiter. — Podany był teŜ numer 

mieszkania, musi się ono znajdować w jakimś duŜym bloku. 

— Prawdopodobnie adres jest tak samo zmyślony, jak i nazwisko — stwierdził Pete. 
Jupe uśmiechnął się. 
—  Niekoniecznie.  Ten  kuśnierz  wysłał  mu  przekaz  i  poczta  go  nie  zwróciła.  Ktoś  w  Santa 

Monica musiał go zainkasować. Tak więc następnym krokiem musi być ustalenie, kto to taki. Od 
tego moŜe zaleŜeć Ŝycie Lucille! 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Kolekcjoner z Santa Monica 

 

—  MoŜe  byłoby  lepiej,  gdyby  nie  wszyscy  mieszkańcy  Santa  Monica  dowiedzieli  się  od 

razu, Ŝe tu jesteśmy — powiedział Jupe. 

—  Rzeczywiście,  wydaje  mi  się,  Ŝe  dziś  przyciągamy  uwagę  mnóstwa  osób  —  odparł 

Worthington,  skręcając  w  jakąś  boczną  uliczkę.  —  Znajdujemy  się  mniej  więcej  o  trzy 
przecznice  od  adresu,  podanego  przez  kuśnierza.  Gdybyście  zechcieli  pokonać  resztę  drogi 
pieszo,  mógłbym  zaczekać  tu  na  was.  Nie  musicie  się  spieszyć  z  mojego  powodu.  Mam 
egzemplarz londyńskiego „Timesa” będę, więc miał czym się zająć. 

Chłopcy wysiedli i ruszyli z powrotem. Skręciwszy na rogu, przez pewien czas mijali niskie 

mieszkalne bloki i skromne, stojące oddzielnie domki, wreszcie dotarli do otoczonego ogrodem, 
okazałego  budynku,  odległego  o  jakieś  pół  kilometra  od  oceanu.  Apartament  oznaczony 
numerem 15 znajdował się na parterze, z tyłu. 

— I co robimy? — zapytał z wahaniem w głosie Pete. 
— Dzwonimy do drzwi — zdecydował Jupe, a potem nacisnął na dzwonek. 
W środku panowała niczym nie zmącona cisza. 
Po  jednej  czy  dwóch  minutach  wyczekiwania  Bob  przykleił  nos  do  okna.  To,  co  zdołał 

zobaczyć,  było  pomieszczeniem  zarzuconym  bezładną  mieszaniną  ksiąŜek,  starych  gazet  i 
podniszczonych trzcinowych mebli. Na regale leŜało kilka pojemników na taśmy filmowe i jakiś 
okrągły  przedmiot  przypominający  czaszkę.  TuŜ  nad  nią  wisiał  na  ścianie  plakat  z  czarno 
odzianą postacią o zielonkawej twarzy, wychodzącą z otwartego grobu. Trzeci Doroczny Zjazd! 
—  głosił  napis  umieszczony  nad  upiorną  zjawą.  —  Północnoamerykański  Klub  Miłośników 
Horroru. 14—15 sierpnia, Miejskie Audytorium w Santa Monica. 

— Z całą pewnością trafiliśmy pod właściwy adres — powiedział Bob. 
— Ej tam, chłopcy! — zawołał jakiś głos. 
Cała trójka odwróciła się. Chłopcy zobaczyli wysoką, rudowłosą kobietę. 
— Szukacie pana Morella? — zapytała. Wyglądała na dozorczynię. 
— Albo jego  przyjaciela,  Franka Jessupa —  odparł Jupe.  Poczuł,  Ŝe ogarnia  go takie samo 

podniecenie jak w chwili, gdy kuśnierz wspomniał o horrorach. 

— Jessupa? Nie znam takiego. Ale zdaje się, Ŝe pan Morell umieścił to nazwisko na kilka dni 

na  swojej  skrzynce  na  listy.  Pana  Morella  nie  ma  od  jakiegoś  czasu  w  domu.  Pewno  jest  na 
urlopie. Chcecie zostawić jakąś wiadomość? Jak się pokaŜe, to ją odbierze. Albo ten drugi, ten 
Jessup. 

— Och, dziękujemy pani — powiedział Jupe, wyciągając z kieszeni notes. 
— Kobieta pokręciła z powątpiewaniem głową. 
— Ale ja nigdy nie widziałam tego Jessupa. MoŜe pan Moreli gościł go tylko przez parę dni. 

Tak jak pana Pelucciego. 

— Pelucciego? — Jupe’a znowu ogarnął podniecający dreszcz. Przemknęło mu przez głowę, 

Ŝ

e moŜe w końcu udało się im wytropić fałszywego Craiga McLaina. — MoŜe to ten pan, który 

ma długie jasne włosy? Takie zachodzące aŜ na uszy? 

— Tak. Iggy Pelucci. 
— Iggy? — powtórzył machinalnie Jupe. — To chyba zdrobnienie od Ignatius, prawda? 
—  Taak  —  odpowiedziała  kobieta,  najwyraźniej  znuŜona  tym  odpytywaniem.  —  Więc 

background image

chcecie zostawić wiadomość dla pana Morella czy nie? 

Jupe  napisał  w  swym  notesie:  Proszę  zadzwonić  do  Edwarda  Hyde’a,  555-6359,  a  potem 

wydarł kartkę i wręczył ją kobiecie. 

—  Interesuje  mnie,  czy  pan  Moreli  nie  zechciałby  pohandlować  ze  mną.  A  moŜe  ma  pani 

telefon do niego do pracy? Mógłbym spróbować tam zadzwonić. 

— On nigdzie  w tej chwili  nie pracuje — wyjaśniła kobieta. — Jeszcze parę tygodni temu 

miał pracę w jakimś studiu filmowym, ale musieli chyba go zwolnić. 

Powiedziawszy to, kobieta z zainteresowaniem przyjrzała się Jupe’owi. 
— Więc ty teŜ naleŜysz do tej ich paczki? 
— Jakiej paczki? 
—  Miłośników  tych  straszydeł  —  wyjaśniła  kobieta.  —  Henry  Moreli  ma  kolekcję  takich 

dziwnych  rzeczy.  Zawalił  tym  całe  mieszkanie  i  garaŜ,  a  Ŝe  nie  wszystko  mu  się  mieściło, 
wynajął jeszcze garaŜ ode mnie. A swój samochód trzyma na ulicy. Zdaje mi się, Ŝe czasami nie 
dojada, Ŝeby zaoszczędzić na jakieś obrazki, stare szkielety i tym podobne szkaradzieństwa. Nie 
trać na to Ŝycia, chłopcze. Jeszcze jesteś młody, moŜesz się wycofać. 

Z  wnętrza  domu  dobiegł  nagle  dzwonek  telefonu.  Kobieta  przeprosiła  chłopców  i  odeszła, 

aby podnieść słuchawkę. 

— Morell jest więc kolekcjonerem — powiedział Jupe. — MoŜna się było tego domyślić. A 

jego  kumplem  Iggy  Pelucci  mieszka  z  nim  od  czasu  do  czasu.  JeŜeli  ten  Pelucci  jest  facetem, 
który podawał się za McLaina, moŜemy naprawdę powiedzieć, Ŝe robimy postępy! 

—  Więc  jak,  dzwonimy  na  policję?  —  zapytał  Pete.  —  Czy  sami  obstawiamy  to  miejsce? 

JeŜeli  Moreli  jest  kolekcjonerem,  wróci  tu  prędzej  czy  później.  Kolekcjonerzy  zawsze  wracają 
tam, gdzie trzymają swoje zbiory, no nie? 

—  Mnie  teŜ  tak  się  zdaje  —  zgodził  się  Jupe  zerkając  na  tyły  budynku.  Po  drugiej  stronie 

alejki dojazdowej znajdował się rząd garaŜy, raczej starszego typu, z kłódkami na drzwiach. Nie 
mogąc  oprzeć  się  ciekawości,  ruszył  w  ich  kierunku.  JuŜ  prawie  miał  zajrzeć  do  środka  przez 
jakąś szczelinę w drzwiach, kiedy w tylnej bramie pojawił się krępy, ciemnowłosy  męŜczyzna. 
Jupe poczuł, Ŝe drętwieje. 

— Och, to przecieŜ Moreli! — szepnął Pete. 
Był to rzeczywiście kędzierzawy męŜczyzna, który towarzyszył fałszywemu McLainowi na 

przyjęciu u Lucille. Moreli rozpoznał chłopców i stanął jak wryty. W chwilkę później odzyskał 
jednak zimną krew i podjął swój marsz. 

— A więc spotykamy się znowu — powiedział. — Co was tu sprowadziło? 
—  Lucille  Anderson  —  odparł  spokojnie  Jupe.  —  Albo  Arianne  Ardis,  jeśli  woli  pan  jej 

pseudonim. 

— Ale co... Jaki ona ma z tym związek? 
— Jak pan doskonale wie, ona  zaginęła — powiedział Jupe. —Facet, który przedstawia się 

jako Craig McLain... 

—  Staruszek  Craig?  —  Moreli  próbował  zmusić  się  do  niedbałego  uśmiechu,  bez 

powodzenia jednak. — No i co z tym Craigiem? 

—  On  nie  nazywa  się  wcale  McLain  —  powiedział  Jupe.  —  JeŜeli  zechce  nam  pan 

powiedzieć, gdzie on jest, to moŜe wystarczy nam ta pogawędka. Bo jeśli nie, to... 

W tym momencie Pete stracił cierpliwość i złapał Morella za ramię. 
—  Niech  pan  nie  próbuje  robić  nas  w  bambuko  —  powiedział.  —  Gdzie  jest  ten  facet?  I 

gdzie jest Lucille Anderson? 

—  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówicie  —  odparł  Moreli,  na  którego  czole  pojawiły  się 

background image

kropelki potu. — Słuchaj no, zabierz ode mnie te łapy, bo zadzwonię po gliny. 

— Niech pan tak zrobi — krzyknął Pete. — Wyręczy nas pan! 
—  Och,  chciałem  powiedzieć  —  wyjąkał  Moreli,  rzucając  ukradkiem  na  boki  swymi 

małymi,  okrągłymi  oczkami  —  posłuchajcie,  McLain  jest...  zatrzymały  go  na  mieście  małe 
kłopoty.  Jak  tylko  wyprostujemy  parę  drobiazgów,  puszczamy  w  ruch  kamery.  Lucille,  och,  to 
znaczy  Arianne  ma  talent,  ale  jest  jeszcze  surowa.  Trzeba  ją  ukształtować,  poduczyć  tego  i 
owego.  Załatwiliśmy  więc  dla  niej  trochę  lekcji.  Emisję  głosu,  naukę  aktorstwa,  sami 
rozumiecie. Jej zdolnościom trzeba dodać blasku, Ŝeby błyszczała jak rzadki diament. 

Nagle twarz Morelia rozjaśnił uśmiech. 
— Chodźcie ze mną — powiedział. — Mam dla was miłą niespodziankę. 
Podszedłszy do drzwi jednego z garaŜy, wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i otworzył kłódkę. 
— Stare rekwizyty! — powiedział takim tonem, jakby chodziło o jakieś drogocenne relikwie. 

— Popatrzcie tylko! Pamiętacie scenę z filmu „Krwawe Ŝniwa”, kiedy to Ŝywy trup wchodził do 
zamku?  A  tu,  to  są  drzwi,  które  otwierały  się  same,  kiedy  zagrało  się  określone  dźwięki  na 
organach.  A  tam  stoi  trumna  z  „Przeklętego  miasteczka”.  Udało  mi  się  teŜ  zdobyć  kilka 
oryginalnych postaci z pierwszego filmu o muzeum figur woskowych, a nawet prawdziwe cacka, 
których  Lon  Chaney  uŜył  w  filmie  „Upiór  w  operze”!  śeby  nie  wspomnieć  o  kopiach 
oryginalnych filmów i starych scenariuszy! 

— Tu jest całkiem... całkiem jak w muzeum! — powiedział Bob. 
Mimo woli Trzej Detektywi weszli za Morellem w głąb garaŜu i jak zaczarowani rozglądali 

się  po  otaczających  ich,  budzących  grozę  przedmiotach.  Jupe’a  szczególnie  zachwycił 
oprawiony  w  ramę  plakat.  Reklamował  on  film  „Frankenstein”  z  Borisem  Karioffem  w  roli 
głównej,  i  znajdował  się  w  doskonałym  stanie.  Ktoś  przechowywał  go  przez  pół  wieku,  albo  i 
dłuŜej, niczym jakiś rzadki obraz. 

W chwilę potem Jupe odwrócił się, aby zapytać o coś Morella, nie zobaczył go jednak. Trzej 

Detektywi zostali sami pośród galimatiasu filmowych pamiątek. 

— Panie Moreli! — krzyknął Jupe. 
Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Nagie drzwi garaŜu zatrzasnęły się i chłopcy pogrąŜyli się 

w ciemności. 

— Hej tam! — wrzasnął Pete. 
Usłyszeli szczęk skobla, a w chwilę potem odgłos zamykania kłódki na klucz. 
— Hej, panie Moreli! — Potykając się w mroku, Pete rzucił się ku drzwiom, przez szczeliny 

których sączyła się odrobina światła. — Niech pan otworzy! 

Na  próŜno  jednak  krzyczał  i  walił  w  drzwi.  Nic  nie  zmąciło  ciszy  panującej  na  zewnątrz. 

Henry Moreli oddalił się, zostawiając chłopców w zamknięciu! 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Jaskinia grozy! 

 

—  Ktoś  musi  nas  w  końcu  usłyszeć!  —  zapiszczał  przeraźliwym  głosem  Bob,  który  takŜe 

zabrał się do walenia w drzwi garaŜu. — Hej! Hej! Jest tam kto? 

ś

adnej odpowiedzi. 

Pokrzyczawszy jeszcze parę minut, chłopcy poddali się. 
— Gdybyśmy nie zostawiali rollsa tak daleko — powiedział z Ŝalem Pete. — Ciekawe, kiedy 

Worthingtonowi  przyjdzie  do  głowy,  Ŝeby  podjechać  tu  i  rozejrzeć  się  za  nami?  Ale  czy  on 
pomyśli o tym, Ŝeby zajrzeć do tych garaŜy? 

—  Nie  moŜemy  czekać  na  Worthingtona  —  stwierdził  Jupe.  —Przypuśćmy,  Ŝe  ten  Moreli 

wróci i przyprowadzi swoich kolesiów. Mogą być uzbrojeni! 

Pete jęknął cicho. 
— Wolałbym, Ŝebyś nie myślał głośno o takich rzeczach. 
—  Musimy  znaleźć  inny  sposób  na  wydostanie  się  stąd  —  powiedział  stanowczo  Jupe.  — 

MoŜe  jest  tu  gdzieś  jakieś  okienko.  Czasami  w  garaŜach  widuje  się  okna.  A  jeŜeli  jest  i  tu,  to 
powinno  znajdować  się  w  szczytowej  ścianie  budynku.  Zdaje  mi  się,  Ŝe  jesteśmy  w  drugim 
pomieszczeniu od końca. Jeśli wewnętrzne ściany nie są zbyt solidne, powinniśmy się przebić. 

— A jeŜeli się nam nie uda, to co wtedy? — spytał Bob. 
—  Zaczniemy  znowu  walić  w  drzwi  —  odparł  Jupe,  który  zabrał  się  juŜ  w  mroku  do 

szukania jakiegoś przejścia między hałdami starych rekwizytów. Macając po omacku, zawadził 
rękami o Ŝelazne narzędzia tortur. Natychmiast odsunął się  od drzwi, starając się omijać jakieś 
przedmioty  ze  skóry  i  z  gumy,  zapewne  kostiumy.  Dłonie  mówiły  mu,  Ŝe  dotyka  upiornych 
masek i peruk, nogami co i raz potrącał kanistry, róŜnej wielkości pojemniki i butelki. 

Z półmroku wyłaniały się groźne zarysy bezkształtnych postaci, bardziej moŜe przeraŜające 

dlatego,  Ŝe  niezbyt  widoczne,  o  rozmazanych  konturach,  pobudzające  wyobraźnię.  Wszystko 
przeniknięte  było  cuchnącym  zapachem  starzyzny,  zbyt  długo  zamkniętej  w  małym 
pomieszczeniu. 

Bob i Pete starali się trzymać tuŜ za plecami Jupe’a. Kiedy cała trójka dobrze juŜ zanurzyła 

się w mroku, poczuli naraz, Ŝe Jupe staje w miejscu, cięŜko dysząc. 

— Co tam widzisz? — zapytał szeptem Bob. 
— Coś tu jest przede mną — odszepnął Jupe. — Naprawdę obrzydliwe! 
Wyciągnąwszy  ręce,  Jupe  zaczął  badać  napotkaną  przeszkodę.  Najpierw  dotknął  gładkiej, 

twardej  powierzchni,  potem  poczuł  pod  palcami  sierść,  wreszcie  otwartą  paszczę.  I  zęby. 
Prawdziwe długie i ostre kły. 

Jupe pochylił się do przodu, obmacując bez przerwy wstrętne stworzenie. Jego oczy powoli 

przyzwyczajały się do mroku. 

Stojąca mu na drodze poczwara okazała się w połowie małpą, a w połowie człowiekiem. W 

chwilę potem Jupe był juŜ prawie pewien, Ŝe wie, co to jest. 

— Pamiętacie potwory, które wychodziły z jaskiń na filmie „Wyspa koszmarnych snów”? — 

zapytał cicho. — Przypuszczam, Ŝe to jeden z nich. 

—  W  jaki  sposób  temu  Morellowi  udało  się  je  zdobyć?  —  zapytał  Bob,  starając  się  nadać 

swemu głosowi rzeczowy ton. — Nie wiedziałem, Ŝe wytwórnie w ogóle sprzedają takie rzeczy. 

— Kogo to w tej chwili obchodzi? — wtrącił Pete. — Postarajmy się wyleźć stąd wreszcie! 

background image

Nie  czekając  na  reakcję  kolegów,  Pete  ruszył  do  przodu,  starając  się  ominąć  bokiem 

obrzydliwą przeszkodę. Nagle stanął jak wryty. Straszydło poruszyło się. Gdzieś z jego wnętrza 
doszło  zgrzytliwe  wycie  jakiegoś  mechanizmu.  Groźna  postać  wyprostowała  się,  uniosła  swe 
długie  ramiona  i  zaczęła,  szczękając  i  klekocąc,  kołysać  nimi  nad  głowami  chłopców.  Jej 
paszcza otwierała się i zamykała jak u zgłodniałego zwierzęcia. 

Jednocześnie w drugim końcu garaŜu ozwały się jakieś piski i chrobotania. Chłopcy zbili się 

w ciasną gromadkę, obejmując się kurczowo nawzajem. 

— Szczury! — wymamrotał na pół sparaliŜowany ze strachu Pete. 
Jupiter odchrząknął, Ŝeby odzyskać swój normalny głos. 
—  Nic  nam  nie  zrobią  —  powiedział  pewnym  siebie  tonem.  —  Szczury  są  niebezpieczne 

tylko  wtedy,  gdy  zapędzi  się  je  w  pułapkę  bez  wyjścia,  a  my  nie  moglibyśmy  im  tu  zagrozić, 
nawet gdybyśmy chcieli. 

— JeŜeli myślisz, Ŝe to mnie uspokoiło, to się mylisz — powiedział zgryźliwie Bob. 
Mechaniczny  potwór  przestał  wyć  i  szczękać.  Nagle  znieruchomiały,  zagradzał  im  drogę, 

stojąc z uniesionymi w górę ramionami. Chłopcy zdali sobie sprawę, Ŝe muszą ominąć jakoś tę 
przeszkodę, nie dotykając jej. 

— MoŜe by odsunąć te kartony — powiedział Pete i z miejsca zabrał się do roboty. 
Bob  i  Jupe  zaczęli  mu  pomagać,  sapiąc  przy  tym  i  postękując.  Udało  się  im  zrobić  wąskie 

przejście, sięgające słupków oddzielających poszczególne przegrody garaŜu. Pete jako pierwszy 
przedostał  się  do  sąsiedniego,  wolnego  pomieszczenia.  Wtem  przykucnął  nagle,  dławiąc  się  i 
wymachując rękami nad głową. 

— Co to? — szepnął Bob. 
—  Pajęczyny!  A  niech  to!  —  syknął  Pete,  nie  przestając  kręcić  rękami  młynka  niczym 

kiepski pływak, którego niespodziewanie wepchnięto do wody. 

Jego  dłoń  natknęła  się  na  coś  twardszego  od  pajęczyny.  Zorientował  się,  Ŝe  jest  to  jakiś 

sznur, rozciągnięty w poprzek pustego garaŜu. Złapał go i ostroŜnie pociągnął. 

Rozległ  się  dziwnie  Ŝałosny,  przeraźliwy  pisk.  Coś  nadleciało  z  ciemności  i  musnąwszy 

twarz Pete’a, znikło. 

Pete krzyknął i zrobił raptowny unik. 
—  Holender!  —  prychnął  gniewnie.  —  Co  krok  to  pułapka.  Zdaje  mi  się,  Ŝe  to  był 

mechaniczny nietoperz. 

Bob roześmiał się niepewnie. 
— Ten Morell musiał obrabować jakieś wesołe miasteczko. 
Chłopcy  zobaczyli  jeszcze  jedną,  niewyraźnie  majaczącą  w  mroku  przeszkodę.  Stanowił  ją 

rząd trumien, opartych pionowo o ścianę garaŜu. Ze szczelin między nimi padały smuŜki światła. 

— Fantastycznie! — wrzasnął Jupe. — Tu jest okno! 
Od  tej  chwili  przestali  juŜ  zwracać  uwagę  na  dochodzące  z  dalszych  zakątków  garaŜu 

szelesty  i  na  latające  im  nad  głowami  straszydła.  Byli  pewni,  Ŝe  za  chwilę  uwolnią  się  i  będą 
mogli odetchnąć świeŜym powietrzem! 

Pete  rzucił  się  do  odsuwania  trumien.  Bob  i  Jupe  pospieszyli  mu  z  pomocą,  starając  się 

wspólnymi  siłami  odciągnąć  cięŜkie  skrzynie  od  okna.  Jednak  mimo  postępów  w  robocie,  W 
garaŜu zrobiło się tylko odrobinę widniej. 

W  końcu  utorowali  sobie  drogę  do  okna.  Moreli  zabił  je  od  wewnątrz  deskami,  zrobił  to 

jednak byle jak. Przez szpary między nimi chłopcy zobaczyli oleandry, rosnące na przytykającej 
do ściany części podwórka. 

Pete  szarpnął jedną z desek, nie zdołał jednak jej oderwać. Dopiero  kiedy  przyłoŜyli  się do 

background image

niej całą trójką, deska puściła z przeraźliwym zgrzytnięciem. 

Do garaŜu wpadło odrobinę więcej światła. 
Następna  deska  złamała  się  Pete’owi  w  rękach,  więc  odsunął  tylko  na  bok  oba  kikuty. 

Trzecia i czwarta ustąpiły bez większych oporów. 

Pete  otworzył  okno  i  wystawił  przez  nie  głowę.  Instynktownie  wyczuł,  Ŝe  ktoś  czai  się  tuŜ 

obok niego. 

Obrócił głowę i zobaczył policjanta z rewolwerem w dłoni. 
— Ja się zabiję! Ładna historia! — rzucił odruchowo. 
— Wychodzić spokojnie i bez Ŝadnych sztuczek! — powiedział policjant. 
Jego kolega, stojący po drugiej stronie okna, z lekkim uśmieszkiem przyglądał się, jak Pete 

gramoli się przez parapet. TuŜ za nim wydostał się Bob. Jupe pokazał się na końcu, starając się 
zachować moŜliwie godną postawę. 

O parę kroków od garaŜu chłopcy zobaczyli rudowłosą dozorczynię. 
—.  Tak,  to  te  same  dzieciaki  —  powiedziała.  —  Te  chłopaki  wypytywały  mnie  o  pana 

Morella. Kiedy usłyszałam krzyki w jego garaŜu, od razu pomyślałam, Ŝe to mogą być oni. Jak 
wam się udało wejść do środka? 

Nie zwracając na nią uwagi, Jupe odezwał się do policjantów. 
—  Chciałbym  wnieść  skargę  —  powiedział.  —  Zostaliśmy  tam  uwięzieni  przez  Henry’ego 

Morella. 

—  Ohoho!  —  mruknął  jeden  z  nich.  Rewelacje  Jupe’a  najwyraźniej  nie  zrobiły  na  nim 

najmniejszego wraŜenia. 

— Pana Morella nie ma w domu od dobrych paru dni — odezwała się dozorczyni. . 
Jupe wyprostował się i zaczął mówić spokojnym, wywaŜonym głosem. 
—  Zaginęła  pewna  dziewczyna  —  stwierdził.  —  Nazywa  się  Lucille  Anderson.  O  ile  nam 

wiadomo, ostatnimi osobami, które się z nią spotkały, byli Henry Moreli i jego kolega. Miało to 
miejsce wczoraj na Cheshire Square. Podejrzewamy, Ŝe Henry Moreli i jego kompan wywieźli ją 
ukradkiem  przez  pilnowaną  bramę,  ukrywając  ją  w  bagaŜniku  albo  na  tylnym  siedzeniu 
samochodu.  Mogła  być  przykryta  jakimś  kocykiem  albo  płaszczem  tak,  Ŝeby  stróŜ  jej  nie 
zauwaŜył. 

—  Nie  oglądacie  przypadkiem  za  duŜo  filmów  w  telewizji?  —  zapytał  jeden  z 

funkcjonariuszy. 

—  MoŜe  pan  sprawdzić  to,  co  mówię  —  odparł  Jupe.  —  Wystarczy  zadzwonić  do  pana 

Reynoldsa, komendanta posterunku policji w Rocky Beach. On osobiście prowadzi dochodzenie 
w sprawie zaginięcia Lucille Anderson i dobrze nas zna. 

Zza  rogu  budynku  wyszedł  starszy  wiekiem  męŜczyzna  o  spokojnej,  trochę  zmęczonej 

twarzy.  Towarzyszył  mu  niepozorny  osobnik  wyraźnie  od  niego  młodszy.  Byli  po  cywilnemu, 
nie  ulegało  jednak  wątpliwości,  Ŝe  policjanci  znają  ich  obu.  Jeden  z  policjantów  cofnął  się  z 
szacunkiem, aby umoŜliwić im porozmawianie z chłopcami. 

Jupe  natychmiast  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  ma  przed  sobą  tajnych  wywiadowców  lub 

detektywów. Przyszło mu do głowy, Ŝe mógł ich wezwać okradziony kuśnierz, z którym dopiero 
co rozmawiali. 

Na  ich  Ŝyczenie  jeszcze  raz  opowiedział  o  wszystkim.  Kiedy  uświadomili  sobie,  Ŝe  moŜe 

istnieć związek między kradzieŜą futer i zaginioną dziewczyną, zaczęli go słuchać uwaŜniej. 

Starszy  z  dwóch  agentów  poprosił  chłopców,  aby  zaczekali,  a  potem  oddalił  się  na  parę 

minut.  Odeszli  takŜe  umundurowani  policjanci,  Ŝeby  sprawdzić,  czy  rzeczywiście  Morella  nie 
ma w domu. Po ich powrocie Trzej Detektywi zostali pouczeni, aby nie wtykali nosa w nie swoje 

background image

sprawy i nie wyręczali policji w ściganiu przestępców. Starszy z agentów zapisał sobie nazwiska 
i adresy całej trójki, a potem zwolnił chłopców do domu. 

Wokół  stojącego  przed  domem  policyjnego  auta  zgromadził  się  tłumek  ciekawskich 

sąsiadów. 

—  Plose  pana!  —  zapytał  jakiś  pędrak  na  trzykołowym  rowerku.  —Cy  gliny  złapały 

złodzieja? 

— Niezupełnie — poinformował go Jupiter. 
Chłopcy czym prędzej przecisnęli się przez ciŜbę i puścili się biegiem w kierunku uliczki, na 

której pozostawili Worthingtona i jego samochód. 

W  połowie  drogi  Jupe  zauwaŜył  jasnobrązowe  audi,  zaparkowane  przy  krawęŜniku.  Kiedy 

zbliŜyli się do niego, siedzący w środku kierowca odwrócił głowę. 

—  O  rany!  —  wyrwało  się  Jupe’owi,  który  zawahał  się  na  ułamek  sekundy,  czy  się  nie 

zatrzymać, potem jednak ruszył dalej, patrząc prosto przed siebie. 

— Co to było? — spytał Bob. — ZauwaŜyłeś coś? 
— Nie oglądaj się — syknął Jupe. — Ten facet, siedzący w samochodzie, który dopiero co 

minęliśmy, prawdopodobnie obserwował stąd dom Morella. 

—  No  to  co?  Pół  dzielnicy  wyszło  na  dwór,  Ŝeby  gapić  się  na  ten  dom.  Co  w  tym 

niezwykłego? 

—  Mógłbym  przysiąc,  Ŝe  to  brązowe  audi  plącze  mi  się  przed  oczami  przez  cały  dzień.  I 

jestem prawie pewien, Ŝe kierowcą jest pan Sears z pizzerii „Pagoda” w Rocky Beach. Udawał, 
Ŝ

e nas nie widzi. I odwrócił twarz, Ŝebyśmy go nie rozpoznali. Co on tu moŜe mieć do roboty? 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Ryzykowny upadek 

 

Wróciwszy  na  miejsce,  gdzie  został  Worthington,  chłopcy  znaleźli  go  w  gromadzie  dzieci, 

które  zbiegły  się  z  całej  okolicy,  aby  popatrzeć  na  niezwykły  samochód.  Na  widok  Trzech 
Detektywów kierowca rolls-royce’a rozjaśnił się. Stałe obowiązki widocznie weszły mu w krew, 
bo pospieszył do tylnych drzwi, aby je otworzyć, ułatwiając chłopcom wskoczenie do środka. 

— Dokąd jedziemy, proszę dŜentelmenów? — zapytał uprzejmie. 
— Do najbliŜszej budki telefonicznej — odparł Jupiter. — Mamy zamiar wytropić jaskinię, z 

której  wychodzą  na  świat  futrzane  misie.  —  Jupe  zamierzał  zadać  kilka  pytań  hurtownikowi, 
który dostarczał kuśnierzowi misie. 

Kiedy  rolls  przejeŜdŜał  obok  jakiejś  stacji  benzynowej,  Jupe  kazał  Worthingtonowi 

zatrzymać się i zaczekać, sam zaś pobiegł sprawdzić adres w ksiąŜce telefonicznej. Okazało się, 
Ŝ

e  firma  R.  J.  Importers  znajduje  się  w  Long  Beach,  o  około  czterdzieści  pięć  minut  jazdy  w 

kierunku południowym. 

— Skoro ustaliliśmy związek między Morellem i kuśnierzem, między kuśnierzem i misiami, 

wreszcie między misiami i Lucille, logiczne wydaje się zbadanie miejsca, z którego dostarczano 
misie kuśnierzowi — powiedział wróciwszy do samochodu. 

—  Adres  znajduje  się  poza  granicami  terytorium,  na  którym  zwykle  się  poruszam  — 

stwierdził Worthington. — Mam jednak plan ulic w Long Beach, więc na pewno tam trafimy. 

Kiedy  auto  nabierało  szybkości,  chłopcy  zaczęli  z  oŜywieniem  dyskutować  o  moŜliwych 

powiązaniach między misiem znalezionym w torbie Lucille a misiami, które zostały skradzione 
ze sklepu razem z futrami. 

—  To  muszą  być  narkotyki!  —  oświadczył  Bob.  —  Bo  i  co  by  to  mogło  być  innego?  Ten 

facet z  Long Beach importuje je z Ameryki Południowej albo z Azji. Są ukryte w misiach tak, 
aby  celnicy nie  mogli ich znaleźć. Z powodu jakiegoś błędu dostawa  misiów  nafaszerowanych 
kokainą  albo  heroiną  czy  innym  świństwem  trafia  do  tego  biedaczyny  z  Beverly  Hills,  no  i 
Moreli wraz ze swym kompanem muszą w jakiś sposób je odzyskać! 

— Ale jeŜeli misie mają futerko z norek, twoja teoria się nie potwierdzi — zaoponował Pete. 

— Mam ciocię, która nosi futro z norek. Mówiła mi, Ŝe norki importowane są głównie z Kanady. 
A heroiny nie sprowadza się chyba przez Kanadę? Ani kokainy? 

—  Jednej  rzeczy  moŜemy  być  absolutnie  pewni  —  stwierdził  Jupe.  —  W  tym  wszystkim 

chodzi o coś więcej niŜ o zwykłą zabawkę! 

— Ale czym według ciebie mogą być wypchane te misie? — nie ustępował Pete. 
Pierwszy  Detektyw  nie  odpowiedział.  Miał  jednak  taką  minę,  jakby  juŜ  rozszyfrował  ten 

sekret. 

Na  miejscu  okazało  się,  Ŝe  firma  R.  J.  Importers  zajmuje  długi,  niski  barak  stojący  przy 

obskurnej  uliczce  w  pobliŜu  wybrzeŜa.  Budynek  był  zaniedbany  i  wyglądał  tak,  jakby  nikt  z 
niego  nie  korzystał.  W  oknach  nie  paliły  się  światła,  w  pobliŜu  nie  było  teŜ  widać  Ŝadnych 
cięŜarówek. 

TakŜe tym razem wydawało się, Ŝe lepiej będzie, jeśli Worthington zaparkuje w jakimś mniej 

widocznym  miejscu.  Chłopcy  umówili  się  z  nim,  Ŝe  będzie  czekał  w  małej  restauracyjce, 
niedaleko  głównej  drogi,  o  dwie  czy  trzy  przecznice  od  baraku.  Podrzuciwszy  chłopców  na 
miejsce, elegancki kierowca przyłoŜył dłoń do daszka swej szoferskiej czapki i odjechał. 

Bob popatrzył spode łba na fronton budynku, wychodzący ku zachodowi, w stronę oceanu. 
— Co robimy? — zapytał. — Nie wydaje mi się, Ŝeby ktoś tam był. 
— Zapukamy i dowiemy się tego — powiedział Jupe. 

background image

— A jeŜeli ktoś podejdzie do drzwi, co mu powiemy? — zastanawiał się głośno Pete. — Ze 

chcemy kupić pluszowego niedźwiadka? 

— Czemu nie? — odparł Jupe. — MoŜemy powiedzieć, Ŝe widzieliśmy takiego misia u pani 

Fowler i wytropiliśmy go aŜ tu, a teraz chcemy kupić drugiego na prezent dla... cioci Matyldy. 

— Twoja ciocia nie byłaby zachwycona takim prezentem — zauwaŜył Bob. 
—  Ale  dopóki  ten  importer  nie  pozna  jej  upodobań,  nic  nam  nie  grozi  z  tej  strony  — 

stwierdził Jupe, a potem wszedł na niskie schodki i zapukał do drzwi. 

Nie  zjawił  się  jednak  nikt,  aby  je  otworzyć,  ze  środka  nie  dochodziły  teŜ  odgłosy  Ŝadnej 

krzątaniny.  Jupe  przylepił  nos  do  małej  szybki  w  górnej  części  drzwi.  Zobaczył  ciemnawe 
wnętrze małego, schludnego i całkiem pustego biura. 

— Tu nie da się zrobić nic więcej. — Jupe odwrócił się od drzwi i rozejrzał po okolicy. 
Po  północnej  stronie  budynku  rozciągał  się  pusty  obecnie  parking.  Znalazłszy  się  na  nim, 

chłopcy  zaczęli  się  przyglądać  zakratowanym  oknom.  Pete  spostrzegł  leŜącą  przy  ścianie 
drewnianą skrzynkę, przyciągnął ją pod okno i wspiął się na nią, Ŝeby zajrzeć do środka. 

— I co? — zapytał Bob. 
—  Wygląda  to  na  jakiś  duŜy  skład  czy  magazyn  —  powiedział  Pete.—  Stoi  tu  mnóstwo 

stalowych regałów z towarem. Czekaj, są misie! Widzę kilka misiów, poza tym lalki i kartonowe 
pudła.  Stoi  teŜ  duŜy  stół,  a  na  nim  rolka  brązowego  papieru,  jakieś  przybory  do  pakowania  i 
rolka z etykietkami.  W sumie jest to duŜe pomieszczenie z wydzieloną częścią od frontu, zdaje 
się  na  biuro  czy  coś  takiego.  Och,  w  jednym  z  kątów  w  głębi,  od  tyłu,  widzę  jakby  mały, 
kwadratowy pokoik, całkowicie oddzielony od. reszty. MoŜe to być toaleta. Nie, toaleta znajduje 
się od frontu, zaraz za tym przepierzeniem na biuro. Na drzwiach tego pokoju jest jakaś tabliczka 
z napisem. 

—  MoŜe  w  tym  pokoiku  przechowują  narkotyki  albo  kosztowności,  czy  jakiś  inny  towar, 

którym faszerują misie — próbował domyślić się Bob. 

Pete zeskoczył ze skrzynki i podniósł ją z ziemi. 
— MoŜe będzie widać coś więcej z drugiej strony — powiedział. 
Znalazłszy  się  jednak  na  tyłach  baraku,  a  potem  przy  jego  ścianie  południowej,  chłopcy 

stwierdzili, Ŝe nie ma tam Ŝadnych okien, które dawały wgląd do małego pokoiku. Obie ściany, 
do których przylegał, były ślepe. 

— Musi tam być ciemno jak w grobie — mruknął Bob. 
— Tak! — wykrzyknął Pete. — Na pewno trzymają tam narkotyki czy diamenty! 
— Psss! Cicho! — ostrzegł go nagle Jupe. 
Przed  frontem  budynku  zatrzymał  się  jakiś  samochód,  niewidoczny  z  tej  strony.  Uszu 

chłopców doszedł szum motoru, który zgasł nagle. Usłyszeli, Ŝe ktoś zatrzaskuje drzwi, a potem 
idzie po schodkach do wejścia. 

— Ej, chłopaki — szepnął Bob. — Pora na odegranie tej komedyjki. MoŜemy teraz tam iść i 

spróbować kupić misia dla cioci Matyldy. 

Kiedy jednak wyjrzeli ostroŜnie zza rogu, zaniemówili z wraŜenia. 
Przy  krawęŜniku  stało  jasnobrązowe  audi,  dokładnie  takie  samo,  jak  samochód 

zaobserwowany przez nich na ulicy, przy której mieszkał Henry Morell. 

Wycofali się pod ślepą ścianę baraku. 
—  Sprawy  zaczynają  przybierać  nieoczekiwany  obrót  —  powiedział  Jupe.  —  Czy  to  moŜe 

być  ten  sam  człowiek,  który  obserwował  dziś  dom  Morella?  A  moŜe  raczej  nas

I  czy  to 

rzeczywiście jest pan Sears, właściciel pizzerii? Czy teŜ tak mi się tylko zdawało? 

—  Spróbujemy  przyjrzeć  mu  się,  jak  będzie  wychodził  —  podsunął  Bob.  —  Prędzej  czy 

później musi przecieŜ stamtąd wyjść. 

Rozejrzawszy  się  za  jakąś  kryjówką,  spostrzegli  zaparkowaną  niedaleko  cięŜarówkę. 

Schowali  się  za  nią.  Minęło  piętnaście,  potem  dwadzieścia  minut,  wreszcie  drzwi  firmy  R.  J. 
Importers otworzyły się. Wyszedł z nich męŜczyzna, dźwigający płócienny worek. WłoŜył go do 

background image

bagaŜnika audi, a potem usiadł za kierownicą i odjechał. 

—  Pewno  chętnie  byście  mu  pomogli  nieść  ten  wór!  —  wykrzyknął  Pete.  —  To  ten  facet! 

Sears we własnej osobie! On prawdopodobnie kieruje całą operacją. A my przesiadujemy w jego 
restauracyjce, Ŝeby paplać o Lucille i jej misiu! Nic dziwnego, Ŝe nas śledzi! 

—  Musimy  dostać  się  do  środka!  —  powiedział  Bob.  —  Tam  musi  być  jakiś  dowód 

rzeczowy! Albo... O rany, w tym małym pokoiku moŜe być zamknięta Lucille! 

—  Gliny!  —  powiedział  Pete.  —  Zadzwonimy  po  policjantów,  a  oni  przyjadą  z  nakazem 

rewizji i uwolnią ją. 

—  Nie  sądzę,  aby  to  było  takie  proste  —  stwierdził  Jupe  pełnym  zniechęcenia  tonem.  — 

JeŜeli nie będą mieli  wiarygodnych poszlak,  Ŝe  chodzi o  aferę  kryminalną, nie dostaną takiego 
nakazu.  A  my,  co  właściwie  mamy  im  do  powiedzenia?  śe  facet  jest  właścicielem  lokalu,  w 
którym  opowiadaliśmy  o  zniknięciu  Lucille?  I  Ŝe  jest  on  przypuszczalnie  właścicielem  tego 
baraku,  a  przynajmniej  ma  do  niego  dostęp?  To  nie  są  Ŝadne  dowody.  Za  mało  tego,  Ŝeby 
wzbudzić podejrzenia u jakiegokolwiek gliniarza! 

— Poczekaj! — rzucił nagle Pete, strzelając palcami. — Świetliki! Na dachu tego baraku są 

ś

wietliki.  Widziałem je,  jak  zaglądałem do środka przez okno. JeŜeli takŜe nad  tym pokoikiem 

jest świetlik, moglibyśmy zajrzeć tam prosto z góry. 

Nie  czekając  na  reakcję  kolegów,  Pete  popędził  ku  tylnej  ścianie  budynku.  Jupe  i  Bob 

pobiegli  za  nim.  Blisko  rogu  przylegającego  do  parkingu  znajdowała  się  rampa  do  ładowania 
towarów na cięŜarówki. Pete wskoczył na nią, podbiegł do umocowanej przy samym rogu rynny 
i błyskawicznie wspiął się po niej na dach. 

—  Nie  próbuj  wchodzić  do  środka  —  ostrzegł  go  Jupe.  —  Być  moŜe  jest  tu  instalacja 

alarmowa. Lepiej, Ŝebyś nie wpadł w pułapkę. 

—  I  pospiesz  się!  —  dodał  Bob.  —  JeŜeli  ktoś  nas  tu  zobaczy,  nie  trzeba  będzie  wzywać 

policji. Gliny przyjadą bez względu na to, czy będziemy chcieli, czy nie! 

— Dobra, dobra — uspokoił ich Pete, a potem zaczął ostroŜnie stąpać po dachu. Był on na 

szczęście płaski, a świetliki rozmieszczono w równomiernych odstępach. Pete naliczył ich sześć, 
stwierdzając przy tym z radością, Ŝe ostatni z pewnością wypada nad zamkniętym pokoikiem w 
przeciwległym rogu baraku. 

Znalazłszy się przy nim, ukląkł i spojrzał w dół. W pierwszej chwili nie dostrzegł nic. Pokój 

pogrąŜony był w mroku, a jedyne światło wpadało do niego właśnie przez ów świetlik, pokryty 
w dodatku warstwą brudu. 

Zaczął  przecierać  szybę  zaciśniętą  w  pięść  dłonią.  Dopiero  teraz  dostrzegł,  Ŝe  okienko  jest 

zakratowane. 

Przywarł twarzą do szyby i osłonił dłońmi oczy. PrzymruŜył powieki i zobaczył gołe ściany i 

cementową  podłogę,  a  na  niej  stosy  jakichś  ciemnych  przedmiotów,  wyglądających  jak 
wypchane czymś woreczki. 

— Co tam widzisz? — TuŜ za jego plecami ozwał się niespodziewanie głos Jupe’a. Krępemu 

chłopakowi  takŜe  udało  się  wdrapać  na  dach  i  dołączyć  do  Pete’a.  Zamiast  odpowiedzi  Pete 
odsunął się lekko na bok, tak aby takŜe Jupe mógł zajrzeć do środka. 

— Jak myślisz, co to moŜe być? — zapytał w chwilę potem Jupe. 
— Nie mam pojęcia. 
Jupe wyprostował się, przysiadając na piętach. 
—  W  kaŜdym  razie  mamy  pewność,  Ŝe  nie  zamknęli  tu  Lucille.  Nie  oznacza  to,  Ŝe 

zbliŜyliśmy  się  choćby  o  milimetr  do  rozwiązania  naszej  zagadki.  Ale  zaraz,  zaraz...  Zabawki! 
Tak, pan Sears musi być importerem zabawek! Albo współpracuje z jakimś importerem. Ale czy 
Moreli  i  McLain  pracują  dla  niego?  Czy  Lucille  odkryła  moŜe  jakiś  ponury  sekret  związany  z 
zabawką, którą nosiła w swej podręcznej torbie? 

Nie  ruszając  się  z  miejsca,  Jupe  przez  dobrych  parę  minut  zastanawiał  się  gorączkowo  nad 

tym, czy nie przeoczył czegoś, co mogłoby się okazać kluczem do rozwiązania zagadki. 

background image

— Ej, chłopaki! — zawołał w końcu przyciszonym głosem Bob. — Nic się wam nie stało? 
—  Zaraz  schodzimy  —  odkrzyknął  mu  Jupe,  a  potem  podniósł  się  i  ruszył  z  powrotem  ku 

rynnie. 

Nagle stare, spróchniałe deski dachu zatrzeszczały groźnie pod jego stopami. Jupe zatrzymał 

się. 

— Stój w miejscu! — ostrzegł go Pete. — Nie ruszaj się! 
Przyklęknąwszy, aby lepiej rozłoŜyć swój cięŜar, Pete popełznął ku krawędzi dachu. 
— Rozejrzę się za jakąś deską albo czymś innym, co dawałoby się połoŜyć na dachu... 
Jupe kichnął nagle. 
— Nie wygłupiaj się! — syknął Pete, przekładając jedną nogę przez obramowanie krawędzi 

dachu. 

Jupe kichnął znowu, tym razem jeszcze głośniej. Zachwiał się przy tym i bezwiednie zrobił 

krok do tyłu. 

Dach zatrzeszczał głośno, a potem załamał się. 
Na próŜno Jupe próbował złapać się czegoś. Z zamarłą z przeraŜenia twarzą wpadł w dziurę, 

która otworzyła się pod nim! 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Nie ma kryjówki! 

 

LeŜąc  w  mroku  Jupe  próbował  zaczerpnąć  powietrza.  W  pierwszej  chwili  nie  był  w  stanie 

tego zrobić. Z wysiłkiem odwrócił się na bok i odetchnął wreszcie pełną piersią. 

—  Jupe!  Ej,  Jupe,  nic  ci  nie  jest?  —  ozwał  się  z  góry  głos  Pete’a,  który  leŜąc  na  brzuchu 

podsunął się najbliŜej, jak to uznał za moŜliwe, do dziury w dachu. 

— Jupe, odezwij się! 
— Jestem, jestem, nic mi się nie stało — odkrzyknął mu Jupe, podnosząc się na kolana.  W 

chwilę  potem  wstał  i  oparł  się  o  najbliŜszą  ścianę.  Była  to  ściana  oddzielająca  tajemniczy 
pokoik. Jupe zleciał do głównego pomieszczenia, tuŜ obok drzwi do owego pokoiku. 

— Jupe, bądź ostroŜny — doszedł go błagalny szept Pete’a. 
—  Jasne,  nie  przejmuj  się  mną  —  rzucił  uspokajająco  Jupe,  a  potem  sięgnął  do  klamki, 

próbując  ją  przekręcić.  Drzwi  nie  otworzyły  się.  Jupe  naparł  na  nie  z  całej  siły,  ale  nawet  nie 
drgnęły. Były zbyt solidnie zbudowanie i zamknięte. 

Rozejrzał  się  po  metalowych  regałach  wypełniających  wnętrze  baraku.  LeŜały  na  nich 

futrzane  misie,  małe  koniki,  uśmiechające  się  sztuczne  lalki.  Były  pudła  z  klockami  i  kartony 
pełne piłeczek jo-jo na gumce. Wszędzie widać było wszelkiego rodzaju zabawki. 

Podszedł do jednej z półek i wziął do ręki futrzanego misia. Był identyczny jak miś Lucille. 

Trzymając  swą  zdobycz  w  garści,  Jupe  ruszył  w  stronę  drzwi  wejściowych.  Po  drodze  musiał 
jeszcze przejść przez oddzieloną wysoką przegrodą przestrzeń biurową. 

Z łatwością  otworzył drzwi wbudowane w  przegrodę. Minął kilka stojących za nią biurek i 

skierował  się  do  głównych  drzwi.  JuŜ  miał  je  otworzyć,  kiedy  z  zewnątrz  doszedł  go  szum 
podjeŜdŜającego samochodu. 

Wyjrzał  przez  małą  szybkę  w  drzwiach  i  zobaczył  zatrzymujące  się  przed  nimi  brązowe 

audi! 

Odwrócił się i popędził z powrotem do magazynu. Mijając drzwi biura, zamknął je za sobą. 
LeŜący na dachu Pete podciągnął się bliŜej dziury. 
— Jupe, gdzie jesteś? — zapytał pełnym zaniepokojenia, głośnym szeptem. 
Nadbiegający od strony drzwi Jupe spojrzał w górę. 
— Złaź stamtąd! — rzucił Pete’owi w odpowiedzi. — Ten facet tu wraca! 
Pete odczołgał się od dziury. W chwilę potem Jupe’a doszedł odgłos jego ostroŜnych kroków 

ku zbawczej rynnie. Znalazłszy się nad nią, Pete zsunął się na dół, lądując na towarowej rampie. 
Jupe uśmiechnął się do siebie. Przynajmniej Pete jest juŜ bezpieczny. 

Na  odgłos  klucza  obracającego  się  w  zamku  Jupe  przykucnął  za  stertą  jakichś  kartonów. 

Ktoś  wszedł  do  biura  za  przepierzeniem.  Jupe  usłyszał  odsuwanie  krzesła  na  popiskujących 
cicho  rolkach.  Potem  krzesło  zatrzeszczało  pod  cięŜarem  siadającej  na  nim  osoby.  Szurnęła 
szuflada, potem zaszeleściły jakieś papiery. MęŜczyzna głośno odchrząknął. 

Po  co  ten  Sears  tu  wrócił?  Czy  miał  do  wykonania  porcję  papierkowej  roboty?  Ile  czasu 

mogła ona zająć? 

Jupe  obejrzał  się  ku  tylnej  ścianie  budynku.  Zobaczył  podwójne  rozsuwane  drzwi, 

prowadzące na towarową rampę. MoŜna by wymknąć się tamtędy... Ba, ale przedtem trzeba by 
dać  sobie  radę  z  otwarciem  drzwi.  Jupe  mógł  teŜ  wybrać  inne,  nie  mniej  rozpaczliwe 
rozwiązanie:  mógł  zaczaić  się  i  po  prostu  czekać  w  nadziei,  Ŝe  Sears  opuści  barak,  nie 

background image

zajrzawszy  do  magazynu.  Gdyby  tak  się  stało,  Sears  nie  dostrzegłby  dziury  w  dachu,  po  jego 
wyjściu Jupe miałby szansę na wyświetlenie zagadki zamkniętego pokoju. 

Nie  bardzo  wiedząc,  co  ze  sobą  zrobić,  Jupe  usunął  się  w  mroczny  kąt  za  rzędem 

obładowanych regałów i czekał. 

Nie trwało to długo. Usłyszał nagle odgłos odsuwania krzesła, a potem zbliŜające się kroki. 

Za chwilę pan Sears otworzy wewnętrzne drzwi do magazynu. Wejdzie tu i... 

Tak, zobaczy wszystko! Dziurę w dachu i szczątki spróchniałych desek na podłodze. Od razu 

domyśli się, co tu się stało! 

Jupe obejrzał się ku drzwiom otwierającym się na rampę. Czy dałby sobie z nimi radę? 
Nie  zdąŜyłby.  Wewnętrzne  drzwi  otworzyły  się  nagle.  Jupe  przykucnął  za  parawanem  z 

futrzanych  misiów  i  wiecznie  uśmiechających  się  lalek,  próbując  coś  dojrzeć  przez  szczeliny 
między  półkami.  Zobaczył  zwalistą  postać  pana  Searsa  i  usłyszał  jego  kroki  dudniące  po 
zakurzonej podłodze magazynu. 

Nie  zrobiwszy  nawet  dziesięciu  kroków,  pan  Sears  zatrzymał  się  i  pochylił  do  przodu. 

Zobaczył rozrzucone po podłodze kawałki desek i papy. 

Uwagę  Jupe’a  przykuła  jego  ręka,  która  znikła  na  moment  pod  połą  marynarki.  W  chwilę 

potem Jupe zobaczył pistolet. Siwowłosy męŜczyzna musiał wyciągnąć go z kabury ukrytej pod 
marynarką.  Trzymając  go  przed  sobą,  zrobił  teraz  parę  szybkich  kroków  w  stronę  leŜących  na 
podłodze odłamków. 

Jupe skulił się jeszcze bardziej. Gdyby Sears szedł dalej w tym samym kierunku, za chwilę 

oddaliłby się wystarczająco, aby otworzyć Jupe’owi drogę ucieczki. Jupe musiał zdecydować się 
na  nią,  zanim  jeszcze  Sears  nie  rozpoczął  systematycznego  przeszukiwania  magazynu. 
Wystarczyłaby mu sekunda, aby wymknąć się zza regału i dopaść wewnętrznych drzwi do biura. 
Znalazłszy  się  za  nimi,  błyskawicznie  wypadłby  na  dwór.  Na  ulicy  byłby  juŜ  bezpieczniejszy. 
Sears nie odwaŜyłby się strzelać na otwartej przestrzeni. Jupe był pewien własnych nóg i tego, Ŝe 
udałoby mu się dopaść Worthingtona i uratować się. 

Usłyszał nagle policyjną syrenę. Dochodziła z bliskiej odległości. Na twarzy Searsa pojawiło 

się  zaniepokojenie.  Stanął  w  miejscu,  z  pistoletem  gotowym  do  strzału.  Kiedy  dźwięki  syreny 
zaczęły się oddalać, znowu ruszył do przodu. 

Teraz! To najlepszy moment! Tylko czy Jupe’owi wystarczy odwagi? 
Nagle wydarzył się istny cud. Ktoś zaczął walić do drzwi wejściowych. 
Człowiek  z  pistoletem  obejrzał  się  gwałtownie.  Nie  pobiegł  jednak  do  wyjścia,  lecz  zaczął 

nasłuchiwać z niezdecydowaną miną. Walenie ozwało się znowu. 

— Hej, jest tam kto? — zawołał jakiś donośny głos. — Jest tam kto? Potrzebuję pomocy! 
Sears odwrócił się i ruszył w kierunku biura. 
— Kto tam? — zawołał. 
—  Strasznie  pana  przepraszam  za  zawracanie  głowy,  ale  całkiem  się  zgubiłem!  — 

odkrzyknął  mu  ktoś  z  ulicy.  —  Mógłby  mi  pan  powiedzieć,  gdzie  znajdę  firmę  Cartera  z 
częściami zamiennymi? 

— Po drugiej stronie ulicy, trochę dalej — wyjaśnił gburowatym tonem Sears. 
— Ale nie ma tam Ŝadnego szyldu — odparł męŜczyzna stojący na schodkach. Powiedział to 

takim tonem, jakby mu się wcale nie spieszyło i był gotów omawiać tę sprawę przynajmniej do 
zachodu  słońca.  Jupe  nie  czekał  ani  chwili  dłuŜej.  Wymknął  się  zza  regału  i  pobiegł  prosto  ku 
drzwiom  wychodzącym  na  rampę.  Na  szczęście,  rygiel  blokujący  drzwi  od  wewnątrz  dał  się 
zwolnić  łatwo  i  bez  hałasu.  Udało  się!  Kiedy  Jupe  odsunął  jedno  skrzydło  drzwi  na  tyle,  aby 
wymknąć  się  na  dwór,  wciąŜ  jeszcze  miał  w  uszach  przytłumiony  głos  Worthingtona,  coś  tam 

background image

paplającego o trudnościach z odszukaniem adresów w źle oznakowanej dzielnicy. 

Jupe z uśmiechem przecisnął się przez szczelinę i znalazłszy się na rampie, cicho zamknął za 

sobą cięŜkie drzwi. 

 
Rolls-royce wesoło mknął ku północy. 
— Panie Worthington, był pan po prostu fenomenalny! — wykrzyknął Jupiter. 
Worthington kiwnął dobrodusznie głową. 
—  Czuję  się  zaszczycony  tym,  Ŝe  mogę  czymś  się  wam  przysłuŜyć  —  powiedział  ze 

skromną miną. 

— Baliśmy się, Ŝe narobi pan sobie jakichś kłopotów — odezwał się Pete. — Wiedzieliśmy, 

Ŝ

e to znowu Sears.  Przyszło nam do głowy, Ŝe gdybyśmy sami zastukali do drzwi, mógłby nas 

rozpoznać.  Za  to  pana  nie  widział  nigdy  na  oczy.  A  więc,  Jupe,  jak  ci  poszło  tam  w  środku? 
Znalazłeś coś ciekawego? 

— Nic specjalnego — przyznał Jupe. — Facet miał w garści pistolet i w kaŜdej chwili mógł 

go uŜyć. Ale tak naprawdę broń nie ma większego znaczenia. Wiele osób ją posiada. 

Jupe  wciąŜ  jeszcze  trzymał  w  ręku  misia  zabranego  z  magazynu.  Oglądał  go  teraz, 

postukując palcami w twardy korpus. 

—  To  dziwne  —  mruknął.  —  On  nie  jest  miękki  jak  większość  takich  wypchanych 

zwierzątek. Wygląda na to, Ŝe musi mieć pod futrem drewno albo plastyk. 

Pociągnął misia lekko za głowę, aby się przekonać, czy uda się ją oderwać. 
—  To  moŜe  być  mała  skarbonka,  Jupiterku  —  powiedział  Worthington.  —  Jedna  z  moich 

klientek  ma  podobną  zabawkę.  Prawdopodobnie  wkłada  do  swojego  misia  biŜuterię,  a  potem 
kładzie  go  na  łóŜku,  w  widocznym  miejscu.  Wiele  dorosłych  pań  sadza  na  swoich  łóŜkach 
wypchane  zwierzaki  i  nie  budzi  to  w  nikim  specjalnego  zainteresowania.  Nawet  zawodowi 
złodzieje nie zwracają na nie uwagi i wychodzą z domu z pustymi rękami. 

Pete rąbnął się dłonią w czoło. 
— O rany — jęknął. — Powinniśmy byli zapytać o to pana na samym początku. 
— Głowa jest odkręcana — dodał Worthington. 
Rzeczywiście tak było. Kiedy Jupiter zajrzał do wnętrza małego zwierzaka, nie znalazł nic, 

wydrąŜenie w plastykowym korpusie było zupełnie puste. 

—  Nie  ma  tu  wcale  narkotyków  —  poinformował  kolegów.  —  Ani  szmuglowanych 

brylantów. Zupełnie nic. Przykro mi. 

Bob zagłębił się w oparciu siedzenia. Pete zachmurzył się. 
—  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  nadal  jesteśmy  w  punkcie  wyjścia?  —  poŜalił  się  Pete.  —  Jakiś 

facet, przebrany  za wampira z filmu o Drakuli, myszkuje po naszej  Kwaterze Głównej, daje ci 
porządnie w łeb i ucieka z misiem. Prawdopodobnie musiał to być Morell, który wie wszystko o 
Drakuli. Więc po co to zrobił? W misiu, którego miała Lucille, musiało coś być. I to coś na tyle 
cennego, Ŝe warte było tego całego zachodu. TakŜe misie skradzione temu kuśnierzowi musiały 
być czymś nafaszerowane. ZałoŜę się, Ŝe Morell miał coś wspólnego z tą aferą! 

— Jupiterku, będziesz zawiadamiał policję? — zapytał Worthington. 
Jupe zawahał się. 
—  JeŜeli  pójdziemy  na  komisariat,  to  co  właściwie  będziemy  mogli  im  powiedzieć?  — 

zapytał  w  końcu.  —  Prawdę  mówiąc,  wiemy  niewiele  więcej  niŜ  wtedy,  gdy  rozmawialiśmy  z 
agentami  pod  domem  Morella.  Tyle  Ŝe  jakimś  dziwnym  przypadkiem,  właściciel  pizzerii  w 
Rocky Beach wydaje się być równieŜ szefem hurtowni, z której pochodzą takie same misie jak 
ten,  którego  miała  Lucille.  Ale  to  jeszcze  nie  zbrodnia,  no  nie?  MoŜe  to  być  zwykły  zbieg 

background image

okoliczności. 

Worthington skinął głową. 
— Święta prawda — powiedział, i były to jego ostatnie słowa aŜ do Rocky Beach. 
Kiedy rolls podjechał pod skład złomu, słońce miało się juŜ dobrze ku  zachodowi. śelazna 

brama  wjazdowa  była  na  dobre  zamknięta.  Stał  jednak  przed  nią  wuj  Tytus,  najwyraźniej 
wyczekując Jupe’a i jego kolegów. 

— Mogłeś przynajmniej zadzwonić — powiedział gderliwym tonem na powitanie. — Ciocia 

Matylda zaczynała się juŜ niepokoić. 

—  Przepraszam  cię,  wujku  —  próbował  tłumaczyć  się  Jupe.  —  Byliśmy  w  okolicy,  w 

której... nie było telefonu. A poza tym zostawiłem w domu zegarek. 

—  Dobrze,  Ŝe  nic  ci  się  nie  stało  —  powiedział  wuj  Tytus.  —  Ale  proszę,  Ŝebyś  nie 

wychodził więcej na cały dzień, nie uprzedziwszy nas o tym. I chciałbym jeszcze zapytać cię o 
coś.  Właśnie  zastanawiałem  się...  Jak  myślisz,  czy  to  włamanie  do  naszego  domu  ma  coś 
wspólnego z dziewczyną z Cheshire Square? 

— Bardzo moŜliwe, wujku — odparł Jupe. 
—  Wolałbym, Ŝeby ten  włamywacz nie przychodził tu więcej i nie napędzał strachu twojej 

cioci. Tobie samemu nie byłoby chyba miło, gdybyś się bał wejść do własnej kuchni? 

— Nie ma juŜ Ŝadnych powodów do strachu — zapewnił go Jupiter. — Złodziej ma juŜ to, 

czego szukał, i nie wróci tu więcej. 

—  W  takim  razie  —  stwierdził  z  uśmiechem  wuj  Tytus  —  radzę  ci  powiedzieć  dobranoc 

kolegom i dobrze się umyć, zanim ciocia zabierze się do obdzierania cię Ŝywcem ze skóry! 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Jupe’a prześladują dziwne przeczucia 

 

Jupe obudził się w środku nocy. Usłyszał dochodzące z ulicy odgłosy kroków. Po chwili ktoś 

zaczął  nucić  starą,  smutną  piosenkę.  Opowiadała  ona  o  biednych  małych  jagniątkach,  które 
zgubiły się w lesie i popłakiwały smutno: bee, bee, bee. A potem o małej czarnej owieczce, która 
zabłąkała się i takŜe... 

Rozbudzony tym śpiewaniem długo leŜał z otwartymi oczami zastanawiając się, czy będzie 

musiał  zabrać  się  do  liczenia  owiec,  Ŝeby  usnąć  znowu.  Jego  myśli  zaczęły  błądzić  po  tym 
wszystkim, co do tej pory... 

Nagle usiadł wyprostowany na łóŜku. Owce! Małe jagniątka! Tak, to jest właśnie trop, który 

powinien doprowadzić go do porywaczy Lucille! 

Rzucił  okiem  na  zegar  stojący  na  nocnej  szafce.  Była  trzecia  nad  ranem.  Za  wcześnie,  aby 

zadzwonić  do  Worthingtona.  Czy  do  Pete’a  albo  Boba.  Trzecia  rano  to  nie  jest  pora  na 
telefonowanie. W dodatku po to tylko, aby sprawdzić jakąś teoryjkę. A poza tym, i tak Ŝaden z 
nich nie zdziałałby wiele po ciemku. 

LeŜał  więc  czekając  niecierpliwie,  aŜ  skończą  się  wreszcie  ciche  i  ciemne,  nocne  godziny. 

Od czasu do czasu zapadał w krótką drzemkę, ale zaraz potem budził się znowu. Kiedy zaczęło 
się w końcu rozjaśniać, wstał, ubrał się i zjadł śniadanie. 

O siódmej trzydzieści zadzwonił do Boba. 
— Pamiętasz, co McLain powiedział podczas rozmowy z rodzicami Lucille? — zapytał. 
— śe wkręci ją do filmu — odparł Bob. 
—  W  tej  chwili  nie  chodzi  o  to.  Powiedział  teŜ,  Ŝe  chwilowo  mieszka  w  domu,  który  był 

kiedyś własnością Cecila DeMille’a, Ŝe w pobliŜu pasą się tam owce. 

W odpowiedzi Bob ziewnął prosto do słuchawki. 
— Ta jego uwaga na temat Cecila DeMille’a jak ulał pasuje do oszusta, który chce zrobić na 

kimś dobre wraŜenie — ciągnął Jupe. — ZaleŜało mu na tym, Ŝeby Andersonowie pomyśleli, Ŝe 
mają  przed  sobą  bogatego  i  wpływowego  człowieka.  Ale  owce?  Nie  sądzę,  aby  i  w  tym  była 
jakaś premedytacja. Niechcący powiedział prawdę. Posłuchaj, Bob, jestem pewien, Ŝe tam, gdzie 
przemieszkuje  teraz  McLain,  to  znaczy  Pelucci,  naprawdę  pasą  się  owce.  A  gdzie  w  okolicach 
Los Angeles moŜna znaleźć pastwisko dla owiec? 

— Nie mam zielonego pojęcia — odparł Bob. — Czasami wczesną wiosną moŜna je spotkać 

na zboczach wzgórz niedaleko wybrzeŜa, potem jednak wywoŜą  je do Sierra  Madre  czy  Sierra 
Nevada albo jeszcze gdzie indziej. 

— Masz słuszność — powiedział Jupe. — Przenoszą je do chłodniejszych okolic, Ŝeby miały 

ładniejszą wełnę. Część jednak na pewno gdzieś tu zostaje. Posłuchaj, na tych wzgórzach musi 
być  jakiś  stary  dom  albo  opuszczona  stodoła,  w  której  paru  facetów  mogło  urządzić  sobie 
kryjówkę.  W  pobliŜu  pastwisk  dla  owiec.  Od  rozmowy,  w  której  Pelucci  wspomniał  o  tym, 
minęły dopiero trzy dni, są więc wszelkie szanse na to, Ŝe te owce są tam nadal. 

—  W porządku — stwierdził Bob. —  Więc na  co czekamy? —  W  jego  głosie  moŜna było 

wyczuć chęć podjęcia nowych działań. 

—  A  co  do  Worthingtona  —  dodał  Jupe  —  myślę,  Ŝe  jeśli  tylko  nie  jest  zajęty,  chętnie 

weźmie udział w tej wyprawie. 

— Więc dzwoń do niego czym prędzej — ponaglił go Bob. — A ja zawiadomię Pete’a. 

background image

 
 
Worthington  podjechał  pod  skład  złomu  parę  minut  przed  dziewiątą.  Tym  razem  nie 

prowadził  jednak  rolls-royce’a,  lecz  siedział  za  kierownicą  terenowego  dŜipa  z  szerokimi 
oponami i brezentowym daszkiem. 

— Rolls wydał mi się nieodpowiedni na dzisiejszą wyprawę — oświadczył zwięźle. — A ten 

wóz naleŜy do mojego przyjaciela, który jeździ nim podczas weekendów na, jak to sam określa, 
terenowe  rajdy.  Zupełnie  nie  pojmuję,  dlaczego  niektórzy  porzucają  gładkie  drogi,  Ŝeby  się 
trząść po górskich wertepach, ale jemu taka jazda zdaje się sprawiać przyjemność. Samochód ma 
zresztą kilka urządzeń, które ją ułatwiają, na przykład napęd na cztery koła. 

— Panie Worthington, pan jest fantastyczny! — wykrzyknął Bob. 
— Staram się, jak tylko mogę — odparł z uśmiechem kierowca. 
Chłopcy wskoczyli do środka i w chwilę potem byli juŜ w drodze. Tym razem jechali ostrzej 

niŜ zwykle. Po kilkunastu kilometrach jazdy na północ nadmorską autostradą skręcili w wąską, 
gruntową  drogę  prowadzącą  ku  Topolowej  Przełęczy.  Worthington  włączył  bieg  terenowy  i 
samochód  bez  Ŝadnych  protestów  zaczął  się  wspinać  po  stromym  wzniesieniu.  Przez  cały  czas 
chłopcy pilnie obserwowali okolicę. 

W  niecały  kwadrans  potem  wyjechali  na  szosę,  prowadzącą  wzdłuŜ  górskiego  łańcucha  z 

Hollywoodu w kierunku Ventury. Worthington skręcił ku miastu, poniewaŜ tam moŜna się było 
spodziewać większej liczby domów. 

Jupe  miał  ze  sobą  lornetkę  i  omiatał  nią  teraz  wznoszące  się  po  obu  stronach  wzgórza, 

szukając  trawiastych  plam  w  dolinach  i  kanionach.  W  pewnym  momencie  dopędzili  jakiegoś 
rowerzystę, pedałującego w pocie czoła pod górę. Worthington zatrzymał się na poboczu. Jupiter 
dał znak ręką dzielnemu kolarzowi, który chcąc nie chcąc zatrzymał się takŜe. 

—  Szukamy  znajomego  —  powiedział  Jupe.  —  Człowieka,  który  gdzieś  tu  na  wzgórzach 

hoduje  owce.  Jego  rodzinie  przydarzył  się  nieszczęśliwy  wypadek  i  chcemy  go  o  tym 
zawiadomić. 

— Przykro mi — wysapał w odpowiedzi rowerzysta — ale nie widziałem tu Ŝywej duszy. 
Ruszyli dalej. Po przejechaniu paru kilometrów Jupe dojrzał na zboczu wznoszącym się nad 

drogą szare plamki. W pierwszej chwili wziął je za głazy. Kiedy jedna z nich poruszyła się, nie 
miał  juŜ  Ŝadnych  wątpliwości  —  były  to  owce.  Niedaleko  nich  stała  poobijana  furgonetka,  a 
przed nią, na składanym krześle, siedział jakiś człowiek przygrywający sobie na organkach. 

— Mamy je! — powiedział Jupe, wskazując owce ręką. 
Worthington obrzucił wzgórze krótkim spojrzeniem, a potem skręcił ostro i zatrzymał dŜipa 

u stóp stromego wzniesienia. Chłopcy wysiedli i zaczęli wdrapywać się ku pasącemu się stadu. 

— Szukamy naszych znajomych — krzyknął Jupe, zbliŜywszy się do pasterza na odległość 

głosu.  —  Dwóch  męŜczyzn  i  dziewczyna.  Mieli  być  gdzieś  w  tej  okolicy,  nie  zostawili  nam 
jednak adresu. 

Bob  rozejrzał  się  wokół.  Nigdzie,  dokąd  mógł  sięgnąć  wzrokiem,  nie  było  śladu  Ŝadnego 

domostwa — komina, dachu czy choćby wydeptanej ścieŜki, idącej od drogi. 

— Jeden z naszych przyjaciół mówił, Ŝe z okna domu słuchał beczenia owiec — ciągnął Jupe 

widząc,  Ŝe  pasterz  przygląda  mu  się  bez  słowa.  —  Ale  nie  widzieliśmy  tu  nigdzie  Ŝadnych 
domów. Czy pasą się tu gdzieś w pobliŜu inne stada? 

Owczarz wzruszył ramionami. 
—  Nie  widziałem  innych  stad  —  powiedział  z  lekkim  europejskim  akcentem.  —  MoŜe 

gdybyście  pojechali  tą  drogą  bardziej  na  zachód,  mielibyście  więcej  szczęścia.  AŜ  do  wczoraj 

background image

wieczorem moje stado pasło się właśnie tam, o jakieś trzy, cztery kilometry stąd, poniŜej drogi. 

Jupe podziękował, po czym cała trójka wróciła do samochodu. 
—  W  kierunku  zachodnim  —  powiedział  Jupe  Worthingtonowi.  —  Ten  pasterz  mówi,  Ŝe 

pasł  tam  swoje  owce,  na  hali  poniŜej  drogi.  Być  moŜe  będziemy  musieli  zjechać  na  chwilę  z 
drogi i potelepać się po tych górkach. 

—  MoŜemy  to  zrobić  bez  Ŝadnych  obaw,  Ŝe  gdzieś  utkniemy,  Jupiterku  —  odparł 

Worthington. 

Zawróciwszy,  ruszyli  z  powrotem  tą  samą  trasą.  Wkrótce  potem  minęli  skrzyŜowanie  z 

dróŜką idącą do Topolowej Przełęczy i zwolnili trochę. 

TakŜe  tu  wzgórza  wydawały  się  nie  zamieszkane.  Mimo  iŜ  od  Rocky  Beach  dzieliło  ich 

zaledwie kilka minut jazdy, chłopcy czuli się tak, jakby otaczały ich dzikie pustkowia. 

Nagle,  jakiś  kilometr  za  skrzyŜowaniem,  zza  drzew  rosnących  poniŜej  drogi  ukazała  się 

szara,  kamienna  wieŜa.  W  miarę  zbliŜania  się,  coraz  wyraźniej  odsłaniały  się  jej  chropawe 
ś

ciany, zwieńczone u góry obronnymi blankami. 

— To jakiś zamek! — wrzasnął Pete. 
Worthington  zatrzymał  samochód  niedaleko  wyboistej,  zakurzonej  dróŜki,  prowadzącej  w 

stronę zamku. 

—  Patrzcie!  Jest  nawet  fort!  —  powiedział  Bob,  wskazując  niskie  zabudowania,  widoczne 

koło  jednej  ze  ścian  zamku.  Na  fort  składało  się  kilka  baraków  zbitych  z  grubych  bali, 
otoczonych wysokim częstokołem. 

—  No  i  dawne  miasteczko  z  Dzikiego  Zachodu  —  dodał  Pete,  wpatrując  się  w  atrapę 

frontonów drewnianych budynków, wzniesioną przy czymś w rodzaju wąskiej uliczki po drugiej 
stronie zamku. 

—  To  tutaj!  —  wykrzyknął  Jupe.  —  Znaleźliśmy  to  miejsce!  —  Oczy  błyszczały  mu 

podnieceniem. Miał przecieŜ tylko niejasne przeczucie, ale, jak się okazało, nadzwyczaj trafne. 

— Zaraz, zaraz.., przecieŜ to nie jest Ŝaden dom czy rezydencja — zaoponował Pete. — To 

tylko jakieś stare dekoracje filmowe! 

—  Dokładnie  tak!  —  stwierdził  Jupe.  —  Taki  oszust  jak  Pelucci  nigdy  nie  przyznałby  się 

nikomu,  Ŝe  nie  posiada  luksusowej  rezydencji,  zwłaszcza  Ŝe  po  obrabowaniu  sklepu 
futrzarskiego znalazł sobie kryjówkę na opuszczonym planie filmowym. Więc dla dodania sobie 
powagi  stwierdził,  Ŝe  chwilowo  mieszka  w  posiadłości,  która  naleŜała  kiedyś  do  Cecila 
DeMille’a.  Miejmy  tylko  nadzieję,  Ŝe  i  fałszywy  producent  filmowy,  i  ten  jego  kumpel  w 
przebraniu z dreszczowca są tu nadal. I Ŝe jest z nimi Lucille! 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Ucieczka donikąd! 

 

—  Panie  Worthington,  niech  pan  tu  zaczeka  —  powiedział  Jupiter.  Gdybyśmy  wpadli  w 

jakieś kłopoty i gdyby wyglądało na to, Ŝe sobie z nimi nie poradzimy, niech pan pospieszy po 
pomoc. 

— MoŜesz na mnie liczyć, Jupiterku — odparł kierowca. 
Unikając drogi na wypadek gdyby Moreli i Pelucci prowadzili obserwację, Trzej Detektywi 

zaczęli schodzić w dół usianym głazami zboczem. Kryjąc się między krzewami, podeszli z boku 
do  starych  dekoracji.  Dawny  pian  filmowy  był  mieszaniną  podniszczonych  budowli, 
połączonych  pustą,  pokrytą  kurzem  uliczką.  Oprócz  wieŜy,  fortu  i  miasteczka  z  Dzikiego 
Zachodu, stało tu jeszcze parę domów, reprezentujących róŜne historyczne okresy, oraz kościół z 
Nowej Anglii z wysoką wieŜą. Z większości domów pozostały juŜ tylko sfatygowane szkielety 
ze ścianami z dwóch albo trzech stron i wnętrzami wystawionymi na deszcz i wiatr. 

Jak  większość  filmowych  planów,  takŜe  i  ten  musiał  być  co  jakiś  czas  poddawany 

przeróbkom, podczas których dostawiano nowe budynki albo zmieniano juŜ istniejące. Niektóre 
domy były przenoszone z miejsca na miejsce albo częściowo rozmontowywane. To, co chłopcy 
mieli  teraz  przed  oczami,  wciąŜ  jednak  znajdowało  się  w  nie  najgorszym  stanie.  Na  fasadach 
domów,  stojących  w  dwóch  rzędach,  chłopcy  spostrzegli  szyldy  wielobranŜowego  sklepu  i 
saloonu, a takŜe biuro szeryfa i areszt. 

Na całym terenie filmowego miasteczka było bardzo spokojnie. 
— Od czego zaczniemy przeszukiwania? — zapytał szeptem Bob. 
Decyzja  nie  była  łatwa.  Przez  dłuŜszą  chwilę  Jupe  błądził  wzrokiem  po  sfatygowanych 

obiektach. W końcu doszedł do wniosku, Ŝe jeśli Morell i Pelucci rzeczywiście tu koczowali, z 
pewnością  wybrali budynek jako tako  chroniący  przed niepogodą,  a więc mający przynajmniej 
cztery  ściany  i  dach.  Te  warunki  spełniał  trzymający  się  nieźle  i  w  miarę  kompletny  areszt,  a 
takŜe  sklep.  W  stosunkowo  dobrym  stanie  znajdowały  się  teŜ  zabudowania  fortu  oraz  zamek  i 
kościół. 

W  końcu  Jupe  zdecydował,  Ŝe  najlepiej  będzie  rozpocząć  poszukiwania  od  zamku.  Jego 

mury  wyglądały  solidnie,  jakby  były  wykonane  z  prawdziwego  kamienia,  w  szarych  ścianach 
widać  teŜ  było  zakratowane  okienka.  Jeśli  nawet  Moreli  i  Pelucci  nie  urządzili  sobie  w  nim 
biwaku,  mogli  przynajmniej  trzymać  Lucille  w  którymś  z  zakratowanych  wewnętrznych 
pomieszczeń. 

Jupe  wskazał  więc  ruchem  ręki  zamek  i  ruszył  w  jego  kierunku.  Bob  i  Pete  poszli  za  nim. 

Kiedy podeszli bliŜej, zobaczyli, Ŝe na drzwiach w jednej ze ścian wisi błyszcząca, nowa kłódka. 

— To tu! — szepnął Bob. 
Jupe ruchem ręki nakazał mu milczenie. 
Podkradłszy się pod ścianę, Trzej Detektywi zajrzeli ostroŜnie przez okratowane okienko do 

ś

rodka. Zobaczyli obszerne, mroczne wnętrze. Podłoga wykonana była z szerokich drewnianych 

listew. Niedaleko okna kłębiła się na niej jakaś bezkształtna masa. Wyglądało to tak, jakby ktoś 
rzucił tam zwój jakiejś ciemnej tkaniny i zostawił go aŜ do zupełnego rozsypania w proch i pył. 

— Lucille! — zawołał cicho Jupe. — Lucille, jesteś tam? 
Bezkształtna  masa  poruszyła  się.  Jakaś  postać  uniosła  się  do  pozycji  siedzącej.  Jupe 

rozpoznał w niej Lucille Anderson. Dziewczyna miała bladą twarz i bardzo podkrąŜone oczy. 

background image

— Lucille, to ja, Jupiter Jones — powiedział Jupe. — Są ze mną równieŜ moi koledzy, Pete i 

Bob. Gdzie jest teraz Moreli i Pel..., to znaczy McLain? 

Dziewczyna odrzuciła koc i wydostała się z krępującego ją niczym kokon śpiwora, a potem 

podniosła  się  na  nogi  i  utykając  podeszła  do  okna.  Miała  na  sobie  ciemną  spódnicę  i  białą 
bluzkę,  te  same,  w  których  chłopcy  zobaczyli  ją  po  raz  pierwszy.  Bluzka  poznaczona  była 
brudnymi  plamami,  takŜe  włosy  dziewczyny  przypominały  potargany,  zmierzwiony  kłąb. 
Stąpała po podłodze gołymi stopami. 

— Wydostaniemy cię stąd — obiecał jej Jupe, który wciąŜ jeszcze mówił szeptem. 
—  Bądźcie  ostroŜni!  —  szepnęła  w  odpowiedzi  Lucille.  —  Zdaje  mi  się,  Ŝe  to  są  dwaj 

szaleńcy. 

— Gdzie oni są teraz? 
— Tam, trochę dalej. W sklepie. 
Jupe  kiwnął  głową  na  znak  zrozumienia,  a  potem  wraz  z  Pete’em  zaczął  badać  blokujące 

okno  kraty. Bob natomiast popędził z powrotem  w  górę po zboczu, Ŝeby  wysłać  Worthingtona 
po policję. 

Jak  większość  wyposaŜenia  w  zbudowanym  jedynie  na  pokaz  miasteczku,  takŜe  kraty  w 

oknach,  za  którymi  więziona  była  Lucille,  udawały  tylko,  Ŝe  są  prawdziwe.  W  rzeczywistości 
zrobione  były  z  drewna,  a  nie  z  Ŝelaza  czy  stali.  Kiedy  Bob  zbiegł  znowu  na  dół,  jego  dwaj 
koledzy  starali  się  wyciągnąć  gwoździe,  za  pomocą  których  kraty  przytwierdzone  były  do 
framugi. Uwięziona w wieŜy Lucille zaczęła zanosić się płaczem. 

—  To  szaleńcy!  —  powtarzała  w  kółko.  —  Prawdziwi  szaleńcy!  Zrobili  to  wszystko  z 

powodu jednej głupiej zabawki! 

—  Z  powodu  misia?  —  zapytał  Jupe.  —  To  o  niego  im  chodziło,  prawda?  I  zdobyli  go  w 

końcu. Ale dlaczego? Dlaczego tak im na nim zaleŜało? 

—  Nie  wiem.  Wychodziłam  właśnie  z  wanny,  kiedy  przyszli  do  domu  pani  Fowler  i 

powiedzieli  mi,  Ŝe  chcą  porozmawiać  ze  mną  na  temat  filmu  o  Drakuli.  Było  to  zwykłe 
kłamstwo.  Podczas  gdy  rozmawiałam  z  Henrym  w  saloniku  na  dole,  Craig  poszedł  na  górę. 
Powiedział,  Ŝe  idzie  do  kuchni  po  szklankę  wody,  ale  poszedł  na  piętro.  Usłyszałam,  jak  tam 
myszkuje, i zaczęło mnie to dziwić, więc poszłam za nim. Henry próbował mnie zatrzymać, ale 
nie  udało  mu  się.  Zastałam  Craiga  w  sypialni  pani  Fowler,  jak  wyciągał  szuflady  w  komódce. 
Bez przerwy pytał o futrzanego misia, w końcu... w końcu złapał mnie za ramię i zaŜądał, Ŝebym 
mu powiedziała, gdzie on jest. 

Lucille załamała się znowu i zaczęła szlochać. 
—  Krzyczał,  Ŝe  muszę  mu  powiedzieć,  bo  w  przeciwnym  razie...  Uciekłam  do  łazienki  i 

próbowałam  zatrzasnąć  za  sobą  drzwi,  ale  on  pchnął  je  i...  uderzył  mnie.  Z  nosa  zaczęła  mi 
kapać krew, on jednak wcale się tym nie przejął. Wykręcił mi rękę tak, Ŝe zaczęła mnie boleć i 
powiedziałam  mu  w  końcu,  Ŝe  miałam  misia  w  tej  torbie  i  Ŝe  prawdopodobnie...  jest  teraz  u 
ciebie, więc... 

— Nie przejmuj się tym — powiedział Jupe. 
Początkowo gwoździe nie dawały się wyciągnąć, ale Jupe zaczął wywaŜać je w końcu przy 

pomocy śrubokręta w szwajcarskim wojskowym scyzoryku, który zawsze nosił przy sobie. 

— Myślałam, Ŝe zostawią mnie w spokoju i sobie pójdą, jak im powiem o tym misiu, ale nie 

zrobili tego. 

—  Bali  się,  Ŝe  zadzwonisz  na  policję  —  powiedział  Jupe.  —  Zdaje  się,  Ŝe  wiem,  co  było 

dalej. Ukryli cię w samochodzie i przywieźli tutaj. 

— Tak, w bagaŜniku. Henry pokazał mi pistolet. Powiedział, Ŝe jeśli narobię hałasu, to mnie 

background image

zastrzeli. 

Jupe  wyciągnął  z  framugi  ostatni  gwóźdź.  Teraz  Pete  uchwycił  obiema  rękami  drewniane 

kraty i pociągnął. 

Z  cichym  zgrzytnięciem  drewniana  konstrukcja  puściła.  Lucille  uchwyciła  się  parapetu  i  z 

pomocą  chłopców  przecisnęła  się  przez  okno.  Zaczepiła  przy  tym  o  coś  spódnicą,  która 
przytrzymywała  ją  przez  chwilę,  dziewczyna  szarpnęła  jednak  mocniej  i  uwolniła  się.  Cała 
czwórka  rzuciła  się  biegiem  w  kierunku  zbocza,  aby  jak  najprędzej  oddalić  się  od  fałszywego 
zameczku  i  znaleźć  na  głównej  drodze.  Lucille  zdawała  się  nie  zwracać  uwagi  na  swoje  bose 
stopy i biegła tak, jakby nie zauwaŜała leŜących na ziemi kamyków i odłamków skalnych. 

Nagle  z  drzwi  budynku,  udającego  wielobranŜowy  sklep,  wyszedł  Henry  Moreli.  W  ręku 

trzymał  kartonową  tackę  z  jakimś  jedzeniem.  Na  widok  uciekającej  z  chłopcami  Lucille 
znieruchomiał na moment. A potem wrzasnął: 

— Iggy! Iggy! 
Chłopcy przyspieszyli kroku. Z jednej strony za łokieć podtrzymywał Lucille Pete, z drugiej 

Bob. W pewnej chwili dziewczyna potknęła się o coś i omal nie upadła. Syknęła z bólu, ale nie 
zatrzymała się. 

Na drodze uciekających znalazła się filmowa atrapa angielskiego domku. Drzwi wejściowe 

były  otwarte  i  chłopcy  błyskawicznie  przemknęli  przez  nie,  pociągając  za  sobą  Lucille. 
Zatrzasnąwszy  je  za  sobą,  popędzili  przez  pozbawione  tylnych  ścian  wnętrze.  Nisko  pochyleni 
pobiegli  teraz  wzdłuŜ  rzędu  jakichś  budyneczków,  wreszcie  wskoczyli  przez  otwarte  okno  do 
małego kościółka. 

Porządnie  zziajani  rzucili  się  na  podłogę.  Bob  wyjrzał  ostroŜnie  przez  szparę  w  frontowej 

ś

cianie. 

Morell  i  Pelucci  znajdowali  się  na  ulicy,  z  pistoletami  w  dłoniach.  Na  twarzach  obu 

niedoszłych  filmowych  potentatów  malowało  się  przeraŜenie.  Zdawali  sobie  sprawę,  Ŝe  muszą 
na nowo złapać Lucille, bo inaczej oskarŜy ich ona o kidnaping. Ale aby uwięzić ją jeszcze raz, 
musieli ująć teŜ trzech chłopców. I co dalej? Czy byli na tyle zdesperowani, aby sprzątnąć całą 
czwórkę? 

Bob zobaczył, Ŝe obaj ruszyli ulicą. Po drodze zaglądali do mijanych drzwi. Doszedłszy do 

końca, zawrócili. Tym razem prowadzili swoje poszukiwania bardziej systematycznie. 

— Holender! — mruknął Bob. — Idą w tę stronę. Na pewno nas znajdą! 
Chłopcy  zaczęli  rozglądać  się  naokoło,  szukając  jakiejś  moŜliwości  ucieczki.  Nie  było 

jednak  którędy  się  wymknąć.  Gdyby  pobiegli  w  kierunku  drogi,  dwaj  faceci  dojrzeliby  ich  i 
zaczęliby strzelać. Chłopcy musieli znowu szukać jakiegoś schronienia. 

Pete jako pierwszy zwrócił uwagę na maleńką dzwonnicę, wznoszącą się nad ich głowami. 

Nie prowadziły na nią wprawdzie Ŝadne schody, ale między deskami poprzybijanymi do słupów 
nośnych  widać  było  szerokie  szczeliny,  ściana  mogła  więc  posłuŜyć  za  drabinę.  Gdyby  całej 
czwórce udało się dostać na dzwonnicę, ich prześladowcy moŜe by ich tam nie znaleźli. 

Coraz  wyraźniej  dochodziły  ich  głosy  obu  męŜczyzn,  porozumiewających  się  przy 

przeszukiwaniu kolejnych budynków. Słychać było trzaskanie otwieranych ze złością drzwi.  W 
pewnym momencie Pelucci wrzasnął głośno na widok węŜa, odkrytego w jakimś zakamarku. 

Lucille  wzdrygnęła  się,  zachowała  jednak  ciszę.  Bob  ujął  ją  za  rękę  i  ponaglił,  aby  czym 

prędzej wchodziła po zastępującej schody ścianie. Zrobiła to bez wahania, ścisnąwszy przedtem 
w dłoni rąbek swej długiej spódnicy. Wspięła się aŜ na coś w rodzaju platformy, znajdującej się 
w połowie wysokości wieŜy. Chłopcy poszli jej śladem. 

Platforma okazała się zbyt mała dla nich wszystkich. Aby nie dojrzano ich z dołu ani przez 

background image

boczne okienka, musieli rozpłaszczyć się na podłodze, jedno przy drugim. 

Prześladowcy byli juŜ w forcie po drugiej stronie ulicy. Stamtąd przeszli do sąsiadującego z 

kościółkiem  kolonialnego  domu.  W  chwilę  potem  chłopcy  usłyszeli  odgłos  otwierania  drzwi 
kościoła. Na drewnianej podłodze zadudniły cięŜkie kroki. 

Nagle  gdzieś  w  górze  ozwały  się  przeraźliwe,  ostre  popiskiwania.  Na  samym  szczycie 

wieŜy,  w  mrocznych  zakątkach  tuŜ  pod  dachem  kryły  się  jakieś  stworzenia.  Uszu  chłopców 
doszło ledwo słyszalne trzepotanie skrzydeł. Nietoperze! 

Lucille  spojrzała  w  górę.  Otworzyła  szeroko  oczy  i  zrobiła  taką  minę,  jakby  miała  ochotę 

krzyknąć. Jupiter wyciągnął rękę, aby ją uciszyć. 

Lucille nie krzyknęła jednak. Z jej ust wyrwał się tylko stłumiony jęk. 
To wystarczyło. Skradający się na dole męŜczyzna znieruchomiał na moment. A potem jego 

kroki znowu zadudniły po podłodze. Stanął pod dzwonnicą i zadarł do góry głowę. 

— Schodźcie na dół — powiedział spokojnym, opanowanym głosem — bo was naszpikuję 

ołowiem! 

Jupe rozpoznał głos Morella. W pierwszej chwili miał ochotę się roześmiać. Ten Morell był 

w swym  zachowaniu tak samo staroświecki, jak  jego ulubione, stare dreszczowce. Miał jednak 
pistolet. Lepiej było siedzieć cicho. 

— Schodźcie na dół, powtarzam! — Tym razem głos Morella przeszedł w krzyk. — Wiem, 

Ŝ

e tam jesteście! 

Chłopcy juŜ  mieli się poruszyć,  kiedy usłyszeli  zupełnie nowe odgłosy. Z początku bardzo 

słabe,  przybliŜały  się  i  rosły  z  kaŜdą  chwilą.  Jakby  szum  motorów,  przemieszany  z dźwiękami 
klaksonów. A potem nad tym wszystkim uniosły się krzyki. 

Stojący wciąŜ pod dzwonnicą Morell cofnął się o parę kroków. Zaniepokojony i zdziwiony 

podszedł do okna. 

Pete uniósł się na kolana i wyjrzał przez małe okienko w dzwonnicy. 
— Niewiarygodne! — szepnął. 
— Co takiego? — zapytał szeptem Bob. — Co tam widzisz? 
Ale  zanim  Pete  zdąŜył  odpowiedzieć,  na  dole  znowu  rozległy  się  głośne  dudnienia.  To 

Morell rzucił się do drzwi kościoła, ponaglany krzykami stojącego na ulicy Pelucciego. 

W chwilę potem Pete zobaczył, Ŝe Pelucci biegnie w kierunku fortu, otwiera wielką bramę z 

drewnianych  belek  i  pędzi  do  duŜego,  zdezelowanego,  szarego  samochodu,  zaparkowanego  za 
częstokołem, mając tuŜ za plecami Morella. W parę sekund później auto wytoczyło się za bramę. 

Przyczajeni na wieŜy chłopcy ześliznęli się wraz z Lucille na dół i wybiegli na dwór. Szare 

auto  oddalało  się  zakurzoną  ulicą,  kierując  się  ku  drodze  prowadzącej  do  szosy.  Nagie 
zatrzymało  się  w  miejscu.  Chłopcy  ujrzeli  nadjeŜdŜającą  z  hałasem  z  przeciwka  karawanę 
kolorowo wymalowanych, ryczących motorami i klaksonami samochodów. 

Jadące  na  czele  auto  kiedyś  było  pewnie  zwykłym  fordem.  Teraz  mieniło  się  fioletowym 

lakierem,  na  którym  po  obu  stronach  karoserii  tańczyły  zielone  plamy.  Z  jego  dwu  rur 
wydechowych  dobywał  się  grzmiący  warkot,  a  spod  ogromnych  kół  wznosił  się  tuman  kurzu. 
TuŜ  za  nim  jechał  zardzewiały,  poobijany  dziwoląg  bez  dachu,  pełen  młodych  chłopaków.  Na 
widok nadjeŜdŜającego z przeciwka szarego auta zaczęli głośno pokrzykiwać, a jeden z czterech 
dobrze umięśnionych, najwyraźniej zaprawionych w surfingu zawadiaków  grzmotnął pięścią w 
bok zardzewiałego gruchota. 

—  Hej  —  hoooooo!  —  wrzasnęła  dziewczyna  siedząca  za  kierownicą  pomarańczowego, 

maleńkiego  volkswagena  garbusa”.  Trzej  towarzyszący  jej  chłopcy  wydawali  się  gotowi  do 
bardziej  energicznych  działań.  Z  nadjeŜdŜającej  za  volkswagenem,  równieŜ  wyładowanej 

background image

młodymi  ludźmi  toyoty,  takŜe  dochodziły  groźne  pokrzykiwania.  Na  końcu  tej  procesji  jechał 
swym  dŜipem  Worthington.  Towarzyszyła  mu  kelnerka  z  „Pagody”,  uzbrojona  w  wałek  do 
ciasta. 

Siedzący  za  kierownicą  szarego auta  Pelucci zorientował  się, Ŝe nie zdąŜy  wydostać  się na 

szosę. Za chwilę armia rozzłoszczonych nastolatków znajdzie się na wąskiej, gruntowej dróŜce, 
blokując mu wyjazd. Chciał jednak zwiać za wszelką cenę. Energicznie nacisnął na pedał gazu. 

Samochód  skoczył  do  przodu,  miotając  fontannę  kurzu  spod  tylnych  kół.  Z  piskiem  opon 

auto  zawróciło o sto osiemdziesiąt stopni i  ruszyło w stronę otwartych wzgórz, widocznych  za 
miasteczkiem  filmowym.  Ominęło  lekkim  łukiem  słup  flagowego  masztu,  otarło  się  niemal  o 
skrzydło bramy fortu i przemknęło tuŜ obok stojących w drzwiach kościoła chłopców. A potem, 
kołysząc  się  i  podskakując  na  kamienistych  wybojach  i  nierównościach  terenu,  zaczęło 
przedzierać się przez strome zbocze. 

Z  początku  szło  to  nawet  nieźle.  Potem  przed  maską  samochodu  wyrósł  ogromny  głaz. 

Pelucci szarpnął za kierownicę, chcąc go ominąć. Jednym z kół wjechał jednak na skałę, podczas 
gdy  drugie  zaczęło  ześlizgiwać  się  po  piasku.  Silnik  zawył  na  wysokich  obrotach  i  samochód 
skoczył  do  przodu,  a  potem  przechylił  się  ostro  i  ześliznął  tak,  Ŝe  jedno  z  kół  napędowych 
zaczęło obracać się luźno w powietrzu. 

Samochód zatrzymał się, na dobre unieruchomiony. 
Pelucci i Morell wygramolili się na ziemię i potykając się zaczęli uciekać pieszo po zboczu. 

Ale rozzłoszczeni młodzieńcy siedzieli im juŜ na karku. 

Na moment przed dopędzeniem go Morell odwrócił się i uniósł pistolet. Biegnący na czele 

pościgu  wysportowany  chłopak  był  jednak  szybszy.  Rzucił  się  w  kierunku  nóg  Morella, 
przewracając go na ziemię. Pistolet wypadł bandycie z ręki i potoczył się po zboczu. 

Jego  kompan  Pelucci  usiadł  po  prostu  na  ziemi  i  bez  oporu  poddał  się  zwalającym  się  na 

niego chłopakom. Zrozumiał, Ŝe nie ma Ŝadnych szans! 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

Worthington przyjeŜdŜa na herbatkę 

 

Kiedy w  tydzień po uwolnieniu  Lucille Anderson  Alfred Hitchcock wrócił z  Idaho, Jupiter 

natychmiast zadzwonił do niego. 

—  Właśnie  zakończyliśmy  kolejne  dochodzenie  —  powiedział.  —  Nie  miałby  pan  ochoty 

posłuchać, co to było? 

— Czy przypadkiem sprawa nie miała czegoś wspólnego z tą nastolatką z Fresno? — zapytał 

Alfred Hitchcock. 

— Jak pan się tego domyślił? 
— Tknęło mnie, kiedy czytałem o tym w gazetach. Przyszło mi do głowy, Ŝe wasza paczka 

musiała maczać w tym palce — odparł chichocząc słynny reŜyser. — MoŜe być jutro o czwartej? 
Przyjedźcie na herbatkę. W tych dniach Don częstuje gości herbatą. 

Jupiter zawahał się. Pomyślał, Ŝe bardziej odpowiadałaby mu kolejka coca-coli. 
— Będzie ci smakować — zachęcił go pan Hitchcock. — Wierz mi. 
— No dobrze — odpowiedział Jupe. — MoŜemy zabrać ze sobą dwójkę przyjaciół? 
— Czy przypadkiem nie ma wśród nich pewnej młodej osóbki z aktorskimi ambicjami? — 

zapytał pan Hitchcock. 

— Tak, ale ona obiecuje, Ŝe nie będzie pana prosić o rolę w filmie. Chce tylko pana poznać. 

Pana miłośnikiem jest równieŜ Worthington. Był na wszystkich pana filmach. 

— Och, to wspaniale! Zawsze pragnąłem zawrzeć z nim znajomość. Przywieźcie go ze sobą. 

Albo raczej niech on was przywiezie. 

Jupe  uśmiechnął  się  i  odłoŜył  słuchawkę.  Następnie  zadzwonił  do  domu  pani  Fowler,  a 

potem do Worthingtona. 

Sympatyczny  kierowca  zjawił  się  następnego  popołudnia  punktualnie  o  pół  do  czwartej. 

Siedział  za  kierownicą  bajecznego,  pozłacanego  rollsa,  ale  nie  miał  na  sobie  zwykłego 
szoferskiego uniformu. Tym razem włoŜył szare spodnie i granatową wiatrówkę. 

—  Dzisiaj  jestem  zaproszonym  gościem,  a  nie  kierowcą  —  oświadczył  na  powitanie.  — 

Pomyślałem, Ŝe trzeba odpowiednio się ubrać. 

— Wygląda pan świetnie, panie Worthington — Pete uśmiechnął się z aprobatą. — Ciekaw 

jestem, w co teŜ wystroi się dzisiaj Lucille. 

— ZałoŜę się, Ŝe będzie to coś wystrzałowego — powiedział Bob. — Będzie chciała rzucić 

na kolana pana Hitchcocka! 

Kiedy jednak Lucille pojawiła się w drzwiach domu pani Fowler, okazało się, Ŝe ubrana jest 

po prostu w spodnie i bawełnianą bluzkę. 

— Lucille! — krzyknął Pete. — W kogo wcieliłaś się na to popołudnie? 
— Sam byś nie zgadł? — odcięła się Lucille. — Jestem po prostu sobą. Te kostiumy juŜ mi 

się przejadły. 

Po  przejechaniu  kilkunastu  kilometrów  ciągnącą  się  ku  północy  nadmorską  autostradą, 

skręcili  w  poprowadzoną  dnem  kanionu  drogę  dojazdową  do  rezydencji  pana  Hitchcocka. 
Lucille  pochyliła  się  do  przodu,  niecierpliwie  wyglądając  domu  słynnego  reŜysera.  W  końcu 
wyłonił się zza kolejnego zakrętu. 

—  Ej,  pan  Hitchcock  rzeczywiście  zachował  neonowe  światła  z  czasów,  kiedy  była  tu 

restauracja. Myślałam, Ŝe próbujecie mnie nabrać. 

background image

— Nic z tych rzeczy — odparł Bob. — On nadal ich uŜywa. Zapala je wieczorem z myślą o 

gościach, którzy nie znają drogi. Podbarwiają cały dom na róŜowo. 

Kiedy samochód się zatrzymał, zobaczyli na ganku pana Hitchcocka. TuŜ za nim, kłaniając 

się  wchodzącym  po  schodkach  gościom,  stał  słuŜący  Hoang  Van  Don.  Szczególne  wraŜenie 
zdawał się wywierać na nim Worthington. Posłał mu długą serię ukłonów, a potem znikł w głębi 
domu tak, jakby nagle czymś się zawstydził. 

—  Wiadomość,  Ŝe  będzie  pan  tu  dzisiaj,  panie  Worthington,  strasznie  podnieciła  Dona  — 

wyjaśnił pan Hitchcock.  — Naoglądał się angielskich seriali w telewizji i teraz,  mogąc poznać 
prawdziwego Anglika we własnej osobie, czuje się po prostu w siódmym niebie. Przygotowywał 
się do tego przez cały dzień. Z kuchni dochodzą naprawdę cudowne aromaty. 

— Nie do wiary! — powiedział Worthington. 
Sławny reŜyser uśmiechnął się do Lucille i podał jej rękę, aby poprowadzić ją w głąb domu. 
Od ostatniej wizyty Trzech Detektywów w przestronnym salonie zaszło wiele zmian. Stojący 

przed  kominkiem  werandowy  stół  i  płócienne  fotele  zostały  zastąpione  nowoczesnym, 
chromowanym kompletem, przy którym zazwyczaj zasiadano do kawy. Pan Hitchcock dodał teŜ 
beŜowy dywan, wyglądający elegancko, a takŜe kosztownie. 

Pete aŜ gwizdnął z wraŜenia. 
— Podoba ci się? — zapytał pan Hitchcock. — Pewna moja przyjaciółka przekonała mnie, 

Ŝ

e  powinienem  postawić  tu  parę  mebli  z  prawdziwego  zdarzenia,  a  potem  sama  je  zamówiła 

podczas  mojej  nieobecności.  Wyglądają  bardziej  elegancko  od  starych  mebli  ogrodowych,  ale 
czasami robi mi się zimno, kiedy na nie patrzę. Wolę rzeczy, które są bardziej przytulne i miłe w 
dotyku. No, a teraz opowiedzcie mi, co teŜ przydarzyło się wam tym razem — dodał, wskazując 
swym gościom miejsca. 

Odchrząknąwszy,  Bob  przedstawił  w  paru  słowach  ostatnią  przygodę  Trzech  Detektywów, 

od czasu do czasu zaglądając do swych notatek. Kiedy dobrnął do wielkiego finału, z udziałem 
Worthingtona i grupy nastolatków, pan Hitchcock wybuchnął śmiechem. 

—  Panie  Worthington,  na  litość  boską,  dlaczego  sprowadził  pan  tych  małolatów,  a  nie 

policję? — zapytał. 

Worthington uśmiechnął się. 
— W poszukiwaniu telefonu musiałem pokonać całą drogę z powrotem, aŜ do nadmorskiej 

autostrady  —  wyjaśnił  —  ale  pierwszy  publiczny  automat,  jaki  znalazłem,  był  zepsuty. 
Pojechałem  więc  dalej,  aŜ  wreszcie  natrafiłem  na  działający  aparat,  który  przypadkiem 
znajdował  się  w  tej  pizzerii,  „Pagodzie”.  Paru  znajomych  panny  Anderson  podsłuchało  moją 
rozmowę z policją i zaoferowało pomoc. Udało się nam wrócić na teren filmowego miasteczka 
tuŜ  przed  przyjazdem  policjantów.  Muszę  powiedzieć  —  dodał  —  Ŝe  znakomicie  się  bawiłem, 
obserwując tę akcję. 

Całe towarzystwo wybuchnęło gromkim śmiechem. 
—  No,  moi  drodzy,  a  jak  to  było  z  tym  misiem?  —  zapytał  pan  Hitchcock.  —  Tym,  z 

powodu którego uprowadzono Lucille. Dlaczego on był aŜ tak waŜny? 

— Teraz dopiero się pan ubawi! — wykrzyknęła Lucille. 
— Kiedy policjanci zajęci byli łapaniem Morelia i Pelucciego, Jupe odnalazł tego misia — 

powiedział Bob. — Najpierw przypomniał sobie, Ŝe juŜ gdzieś widział taki zamek. 

—  To  było  w  starym  dreszczowcu  pod  tytułem  „Więzień  Zaczarowanego  Wzgórza”  — 

wyjaśnił Jupe. — Miałem w pamięci scenę, w której władca zamku otwiera sekretny schowek w 
ś

cianie  i  znajduje  w  nim  czarodziejską  koronę.  Byłem  pewien,  Ŝe  scena  ta  była  znana  równieŜ 

Morellowi i Pelucciemu. 

background image

— Tak więc Jupe pomaszerował do zamku, skierował się do małej komnaty i połoŜył rękę na 

drewnianej płycie. No i  hurra!  Płyta się otworzyła! — dokończył Pete.  — A w środku był  miś 
Lucille! 

— No, no, dobra robota, Jupe — stwierdził z uznaniem pan Hitchcock. — Ale co w końcu 

było w tym misiu? Narkotyki? Diamenty? Umieram z ciekawości! 

— Przykro mi, Ŝe będę musiał pana rozczarować — uśmiechnął się Jupe — ale w misiu były 

wyłącznie pieniądze. 

—  Pieniądze?  —  powtórzył  jak  echo  reŜyser.  —  Pewno  fałszywe?  —  zapytał  z 

zaintrygowaną miną. 

—  Och,  wcale  nie  —  odparł  Jupe.  —  Były  prawdziwe,  i  o  duŜych  nominałach.  Moreli  i 

Pelucci ukradli je Searsowi. 

— Chcesz powiedzieć, Ŝe oni nie współpracowali ze sobą? 
—  Absolutnie  nie  —  zapewnił  Jupe.  —  Prawda  jest  taka,  Ŝe  Morell  i  Pelucci  byli  dwoma 

marzycielami,  zwariowanymi  na  punkcie  kina.  Jednak  w  Ŝaden  sposób  nie  udawało  się  im 
wkręcić  do  tej  branŜy.  Morell  był  przez  jakiś  czas  gońcem  w  wytwórni  Globe,  ale  zwolnili  go 
stamtąd. Pelucciemu udawało się od czasu do czasu znaleźć jakąś robotę w filmie, to go jednak 
nie  zadowalało.  Postanowili  więc  zostać  niezaleŜnymi  producentami.  Wydawało  się  im,  Ŝe 
potrzebują do tego jedynie pomysłu na film i pewnej sumy pieniędzy, a Moreli znalazł właśnie 
taki pomysł. Chciał nakręcić dalszy ciąg Drakuli. 

— Robiono to juŜ kilka razy — stwierdził sucho pan Hitchcock. 
Pete uśmiechnął się. 
— MoŜe dlatego właśnie nikt nie chciał dać im pieniędzy na zrobienie tego filmu. 
—  Czystym  przypadkiem  —  ciągnął  Jupe  —  Pelucci  znalazł  pracę  w  dziale  ekspedycji  w 

hurtowni  zabawek  pana  Searsa,  polegającą  głównie  na  załatwianiu  zamówień  pocztowych. 
Zainteresował go wiecznie zamknięty pokój w magazynie, ten sam, do którego i nam nie udało 
się dostać. Pewnego dnia „poŜyczył” sobie klucze pana Searsa i wszedłszy tam znalazł mnóstwo 
worków pełnych pieniędzy. Ukradł jeden z nich, ale poniewaŜ nie mógł ot tak sobie wyjść z nim 
do  domu,  poupychał  zwitki  banknotów  w  misie,  które  miały  zostać  wysłane  do  jakiegoś 
kuśnierza. Pudło z misiami wysłano pocztą i Pelucci nie pokazał się juŜ więcej w magazynie. 

Teraz przyszła kolej na Morella, który zatrudnił się u tego właśnie kuśnierza, Ŝeby po cichu 

powyjmować  z  misiów  cenny  ładunek.  Był  jednak  tak  leniwy,  Ŝe  kuśnierz  zwolnił  go  jeszcze 
przed nadejściem transportu. Tak więc Moreli i Pelucci włamali się do sklepu i wynieśli zarówno 
futra, jak i misie. Sprzedali futra przygodnemu paserowi i opróŜnili misie z banknotów. Jednego 
misia jednak brakowało, tego właśnie, który został przesłany pani Fowler, więc musieli włamać 
się do sklepu jeszcze raz, Ŝeby zabrać kartotekę klientów i dowiedzieć się, do kogo ten miś trafił. 

— Nie mogli darować sobie tego jednego misia? — zapytał Hitchcock. 
—  śadną  miarą!  Tkwiło  w  nim  dziesięć  tysięcy  dolców!  —  powiedział  Pete.  —  A  oni  dla 

sfinansowania swego filmu o Drakuli potrzebowali kaŜdego centa. 

—  Dochodzimy  teraz  do  tej  części  całej  historii,  w  której  i  nam  przypadły  do  odegrania 

pewne role — podjął Jupe. — Moreli włamał się do domu pani Fowler, ale zamiast misia znalazł 
Lucille. A Ŝe łatwo było ją rozpoznać w noszonym przez nią wiktoriańskim stroju, on i Pelucci 
odnaleźli ją w Rocky Beach, zawarli z nią znajomość i zdołali ją przekonać, Ŝe są producentami 
filmowymi.  Aby  dostać  się  do  domu  pani  Fowler  i  poszukać  tam  misia,  zafundowali  na  cześć 
Lucille  przyjęcie.  Misia  oczywiście  nie  było,  poniewaŜ  znajdował  się  w  naszej  Kwaterze 
Głównej. Więc następnego dnia Pelucci i Morell uprowadzili Lucille i zmusili ją do zdradzenia 
im, gdzie jest miś, po czym Morell włamał się najpierw do mnie do domu, a potem do Kwatery. 

background image

— Mając na sobie ten śmieszny kostium jakiegoś potwora — dodał pogardliwie Pete. 
— Ale czy oni nie przebierali się w ten sam sposób częściej? — zapytał pan Hitchcock. — 

Czy  nie  napadli  na  właściciela  lombardu  i  na  sklep  monopolowy  przebrani  za  straszydła  z 
horrorów? 

—  Nie  —  odezwał  się  Bob.  —  To  była  robota  jakiegoś  innego  niebieskiego  ptaszka.  Od 

czasu jak Pelucci i Moreli siedzą w areszcie, obrabował on juŜ kilka firm. Do dziś nie wiadomo, 
kim  jest,  ale  to  on  podsunął  Morellowi  pomysł  wykorzystania  tego  rodzaju  przebrań  w  ich 
własnych napadach. Ci dwaj faceci w niczym właściwie nie okazali się oryginalni. 

Pan Hitchcock roześmiał się. 
—  A  wracając  do  naszej  historii,  co ten  Sears  wyczyniał  z  taką  furą  pieniędzy?  I  dlaczego 

właściwie was śledził? 

—  PoniewaŜ  podsłuchał  w  swojej  pizzerii,  jak  opowiadaliśmy  o  misiach  i  o  Iggym  — 

powiedział  Bob.  —  Miał  nadzieję,  Ŝe  doprowadzimy  go  do  Pelucciego,  który  zwędził  mu 
pieniądze i zniknął. 

— Więc dlaczego nie zadzwonił po prostu na policję? 
—  Nie  chciał  składać  doniesienia  o  kradzieŜy  —  wyjaśnił  Jupe  —poniewaŜ  najwyraźniej 

para się on praniem brudnych pieniędzy. 

Słynny reŜyser uśmiechnął się. 
— Ach tak! Przypuszczałem, Ŝe moŜe tu chodzić o coś w tym rodzaju. 
—  Zupełnie  nie  kapuję,  o  czym  wy  mówicie  —  odezwała  się  Lucille.  —  Co  to  takiego  to 

pranie brudnych pieniędzy? 

—  Polega  to  na  tym,  Ŝe  bierze  się  takie  „brudne”  pieniądze,  to  znaczy  zyski  z  jakiejś 

nielegalnej  działalności,  na  przykład  rozprowadzania  narkotyków  albo  z  gier  hazardowych,  i 
znajduje się sposób, Ŝeby je „oczyścić”, to znaczy zamienić na legalny zarobek — wyjaśnił pan 
Hitchcock. 

— Nie lepiej po prostu wpłacić je do banku? — dopytywała się Lucille. 
— GdybyŜ to mogło być tak proste... — powiedział pan Hitchcock. 
— Wyjaśnię ci to dokładniej. Banki mają obowiązek zdawania sprawy urzędom skarbowym 

z  wszelkich  gotówkowych  transakcji  na  kaŜdą  sumę  powyŜej  dziesięciu  tysięcy  dolarów,  co 
pozwala  potem  na  sprawdzenie  pochodzenia  tych  pieniędzy.  Władzom  zaleŜy  głównie  na 
wychwytywaniu  tych,  którzy  rozprowadzają  narkotyki.  Nie  zajmują  się  natomiast  tak  gorliwie 
pieniędzmi pochodzącymi z legalnego handlu, na przykład z supermarketów i restauracji, które 
wpłacają spore sumy w Ŝywej gotówce. 

—  A  Sears  jest  właścicielem  całej  sieci  małych  zakładzików,  które  mają  do  czynienia  z 

gotówką  —  powiedział  Bob.  —  Takich  jak  pizzeria  „Pagoda”,  kilka  pralni,  kręgielnia.  Policja 
nie podejrzewa Searsa, Ŝe zajmował się osobiście sprzedaŜą narkotyków. On prał tylko pieniądze 
narkotykowych dealerów. Cała jego rola sprowadzała się do przemieszania nielegalnych zysków 
klientów  z  legalnymi  dochodami  jego  firm,  wpłacania  wszystkiego  na  własny  rachunek 
handlowy  w  banku,  zapłacenia  nawet  podatku,  a  potem  znalezienia  sposobu  na  zwrócenie 
klientom ich pieniędzy. Oczywiście brał przy tym procent dla siebie. 

— Policja przypuszcza teŜ, Ŝe Sears zabierał ze sobą mnóstwo pieniędzy swych klientów w 

liczne  podróŜe  handlowe  po  zabawki  za  granicę  —  powiedział  Jupe.  —  No  i  umieszczał  je  na 
tajnych kontach w bankach szwajcarskich. 

— I co pan Sears ma o tym wszystkim do powiedzenia? — zapytał pan Hitchcock. 
— Nic. Zwyczajnie się ulotnił! — powiedział Pete. — Prawdopodobnie zwiał za granicę. 
— A tymczasem Morell i Pelucci czekają na proces o włamania i kidnaping — dodał Jupe. 

background image

— W nadziei na łagodniejsze wyroki wyśpiewali wszystko, co wiedzieli na temat Searsa, ale nie 
było tego duŜo. Nie umieli podać nazwiska ani jednego z rekinów, którzy byli klientami Searsa. 
Tak  więc  Pelucci  i  Morell  są  w  powaŜnych  opałach,  poniewaŜ  Lucille  obciąŜy  ich  swoimi 
zeznaniami, a w dodatku w samochodzie Pelucciego znaleziono kartki z kartoteki kuśnierza, co 
bardzo ich obciąŜa. 

—  W  kaŜdym  razie  udało  im  się  w  końcu  stworzyć  prawdziwy  horror,  w  którym  nic  nie 

zostało zmyślone — podsumował pan Hitchcock. 

W  drugim  końcu  salonu  otworzyły  się  drzwi  i  słynny  reŜyser  wyprostował  się  w  fotelu  z 

wyczekującą miną. 

— Ach, idzie Don. Zapraszam na skromny poczęstunek. 
Do  stołu  podszedł  wietnamski  słuŜący  z  ogromną  tacą  w  rękach.  Postawił  ją  przed  panem 

Hitchcockiem i powiedział: 

— Najprawdziwsza angielska herbata, taka, jaką prawdziwi dŜentelmeni i ich ladies popijają 

po południu. Będzie państwu smakować! 

I rzeczywiście, była to prawdziwa angielska herbata, podana w imbryku otulonym watowaną 

kołderką.  Do  tego  dzbanek  z  wrzątkiem  do  rozcieńczania,  śmietanka,  cukier  i  cytryna.  Plus 
grzanki  i  sandwicze  z  zieleninką,  chrupiące  babeczki  i  małe  ciasteczka  pokryte  kolorowym 
lukrem. 

— Babeczki są mojego własnego wypieku — powiedział Don. 
—  Coś  wspaniałego!  —  stwierdził  z  rozanieloną  miną  Worthington.  —  Nie  oglądałem 

czegoś  takiego  od  przyjazdu  do  Ameryki.  Brawo,  Don,  przygotowałeś  naprawdę  wspaniały 
podwieczorek. 

Uśmiechnięty Don, ukłoniwszy się, wrócił do kuchni. 
Pan  Hitchcock  poprosił  Lucille  o  nalanie  wszystkim  herbaty.  Uszczęśliwiona  tym 

dziewczyna  natychmiast  podchwyciła  rolę  angielskiej  damy  i  obsłuŜyła  całe  towarzystwo  tak, 
jakby przez całe Ŝycie nie robiła nic innego. Trzej Detektywi odnieśli się wprawdzie do herbaty 
bez większego naboŜeństwa, nie tknęli teŜ sandwiczów z rzeŜuchą, zabrali się za to do zmiatania 
wszystkich  pozostałych  specjałów.  Uszczęśliwiony  takim  obrotem  sprawy  Worthington  sam 
zajął się sandwiczami. 

Po posiłku Lucille zdobyła się na dramatyczne zwierzenie. 
— Muszę wrócić do szkoły! — powiedziała. — Przez parę dni byłam w domu w Fresno i po 

długich dyskusjach obgadałam wszystko z mamą i tatą. Zostanę u pani Fowler, Ŝeby pomagać jej 
w prowadzeniu domu, tak jak to robię teraz, będę musiała jednak zrezygnować z pracy w salonie 
piękności i dokończyć liceum w Rocky Beach. A potem spróbuję dostać się do jakiejś naprawdę 
dobrej  szkoły  aktorskiej.  I  uroczyście  oświadczam,  Ŝe  nie  będę  juŜ  nigdy  poŜyczać  od  nikogo 
pluszowych ani futrzanych misiów! 

—  Całkiem  niezły  plan  —  powiedział  reŜyser.  —  A  przynajmniej  nie  zapowiadający  tak 

dramatycznych przygód jak te ostatnie — dodał mruŜąc oczy. 

Przy stole ozwało się znaczące westchnienie. 
Kiedy  po  ostatnim  ciasteczku  zostało  juŜ  tylko  wspomnienie,  Worthington  spojrzał  na 

zegarek.  Popołudniowa  herbatka  się  skończyła.  Lucille  i  Worthington  podnieśli  się  i  poszli  do 
samochodu. Trzem Detektywom nie było tak pilno rozstawać się z panem Hitchcockiem. 

— Lucille bardziej podoba mi się teraz, kiedy zachowuje się jak normalna osoba, a nie jak 

coś w rodzaju imitacji gwiazdy filmowej — stwierdził Pete. 

Pan Hitchcock zachichotał 
—  Korzystaj  więc,  póki  czas.  Bo  kobieta,  która  raz  poczuła  się  aktorką,  zawsze  juŜ  nią 

background image

będzie.  W  przyszłym  tygodniu  moŜe  się  zamienić  w  lady  Makbet  albo  w  narzeczoną 
Frankensteina. 

—  Niech  pan  nie  wywołuje  wilka  z  lasu!  —  zaprotestował  Pete.  —  Mam  powyŜej  uszu 

przygód  z  ludźmi,  którzy  zbzikowali  na  punkcie  horrorów.  Nie  zniosę  juŜ  ani  jednej  awantury 
tego rodzaju!