background image

Jacques Philippe 
CZAS DLA BOGA 
 
 
SPIS TREŚCI 
 

Wprowadzenie 

 

 
CZĘŚĆ PIERWSZA 
 
Modlitwa wewnętrzna nie jest techniką, lecz łaską 
 
Rozdział 1 

Modlitwa wewnętrzna nie jest chrześcijańską jogą

 

Rozdział 2 

Kilka wniosków

 

Rozdział 3 

Podstawą kontemplacji jest wiara i zaufanie

 

1. 

Wiara w obecność Boga

 

2. 

Wiara w powszechność wezwania do  zjednoczenia z Bogiem

 

3. 

Wiara w owoce kontemplacji

 

Rozdział 4 

Wytrwałość i wierność

 

Rozdział 5 

Czystość intencji

 

Rozdział 6 

Pokora i ubóstwo serca

 

Rozdział 7 

Decyzja wytrwania

 

1. 

Bez głębokiej modlitwy świętość staje się niemożliwa

 

2. 

Problem braku czasu

 

3. 

Czas ofiarowany Bogu nigdy nie jest czasem kradzionym ludziom

  

4. 

Czy wystarczy modlić się pracując?

 

5. 

Pułapka fałszywej szczerości

 

6. 

Pułapka fałszywej pokory

 

Rozdział 8 

Oddać się bez reszty

 

 
CZĘŚĆ DRUGA 
 
Jak spożytkować czas modlitwy kontemplacyjnej 
 
Rozdział 1 

Wprowadzenie 

 

Rozdział 2 

Gdy pytanie w ogóle nie powstaje 

 

Rozdział 3 

Pierwszeństwo działania Boga

 

Rozdział 4 

Pierwszeństwo miłości

 

1

Dążenie do prostoty

 

Rozdział 5 

background image

Bóg daje siebie za pośrednictwem człowieczeństwa Jezusa

 

Rozdział 6 

Bóg mieszka w naszym sercu

 

 
CZĘŚĆ TRZECIA 
 
Etapy modlitwy wewnętrznej 
 
Rozdział 1 

Droga od rozumu do serca

 

1

Zubożenie staje się bogactwem?

 

Rozdział 2 

Rana serca

 

1

Modlitwa wewnętrzna - trwać z otwartą raną

 

Rozdział 3 

Nasze serca i serce Kościoła

 

 
CZĘŚĆ CZWARTA  
 
Zewnętrzne warunki modlitwy 
 
Rozdział 1 

Czas

 

1. 

Pora modlitwy

 

2. 

Długość modlitwy

 

Rozdział 2 

Miejsce

 

Rozdział 3 

Postawy ciała

 

 
CZĘŚĆ PIĄTA 
 
Kilka metod modlitwy wewnętrznej 
 
Rozdział 1 

Wprowadzenie

 

Rozdział 2 

Medytacja

 

Rozdział 3 

Modlitwa serca

 

Rozdział 4 

Różaniec

 

Rozdział 5 

Jak reagować na niektóre trudności

 

Rozproszenia

 

Aneks 1 

Metoda medytacji Ojca Libermanna

 

1. 

Adoracja

 

2. 

Rozważania

 

3. 

Postanowienia

 

Aneks 2 

Praktyka obecności Bożej w listach brata Laurent od Zmartwychwstania Pańskiego  

background image

(1614-1691)

 

 
 
Wprowadzenie       

powrót

       

spis treści

 

 
W  zachodniej  tradycji  katolickiej  „modlitwą  kontemplacyjną"  lub  „modlitwą  wewnętrzną" 

określa się taki rodzaj modlitwy, raczej dłuższej, gdy stajemy przed Bogiem w samotności i w 
ciszy z pragnieniem wejścia z Nim w komunię miłości. Wszyscy mistrzowie duchowi uważają 
regularne  praktykowanie  tej  formy  modlitwy  za  uprzywilejowany  i  nieodzowny  sposób,  jeśli 
chce się wieść życie autentycznie chrześcijańskie, dojść do poznania Boga, ukochać Go i być 
zdolnym odpowiedzieć na Jego wezwanie. 

Wiele dziś osób, należy się z tego cieszyć, pragnie Boga. Odczuwają pragnienie głębokiej, 

intensywnej modlitwy wewnętrznej i chcieliby ją praktykować. Napotykają jednak przeszkody, 
gdy  chcą  się  zaangażować,  a  szczególnie  gdy  chcą  w  tym  zaangażowaniu  wytrwać.  Czasem 
brak kogoś, kto mógłby ich zachęcić, inaczej trudno samemu wejść w modlitwę. Są bezradni, 
nie wiedzą, jak się za to zabrać; a czasem zniechęcają się po kilku próbach, gdy tylko napotkają 
trudności, porzucają regularną modlitwę. Tymczasem nieskończenie należy tego żałować, gdyż 
według jednomyślnego świadectwa wszystkich świętych, wytrwałość jest tą wąską bramą, która 
prowadzi do Królestwa Niebieskiego. To poprzez nią i jedynie tą drogą otrzymujemy dobra, o 
których napisano: ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowiecze nie zdołało 
pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują
 (1 Kor 2,9). Kontemplacja jest 
źródłem  prawdziwego  szczęścia,  a  ten,  kto  ją  wiernie  praktykuje,  będzie  mógł  skosztować  i 
zobaczyć,  jak  dobry  jest  Pan  (por.  Ps  34)  i  odnaleźć  żywą  wodę  -  obietnicę  Jezusa:  Kto  zaś 
będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki
 (J 4,14). 

Przekonani o tej prawdzie, chcielibyśmy, żeby ta książeczka zawierała wskazówki i rady jak 

najprostsze  i  jak  najbardziej  konkretne.  Chcemy,  żeby  w  ten  sposób  pomagała  wszystkim 
czytelnikom  spragnionym  modlitwy  zaangażować  się  w  nią  i  w  niej  wytrwać,  nie  pozwalając 
się pokonać trudnościom, które z pewnością się pojawią. 

Dzieła dotyczące modlitwy wewnętrznej są liczne i wszyscy wielcy kontemplatycy mówią o 

niej znacznie lepiej niż my byśmy mogli to kiedykolwiek uczynić. Będziemy ich zresztą często 
cytować.  Sądzimy  jednak,  że  tradycyjne  nauczanie  Kościoła  na  ten  temat  wymaga 
przedstawienia go dzisiaj wierzącym w sposób prosty, przystępny dla wszystkich, dostosowany 
do  naszej  wrażliwości  i  naszego  języka,  biorący  pod  uwagę  pedagogikę,  jaką  Bóg  w  swej 
mądrości posługuje się współcześnie, prowadząc dusze do świętości; pedagogikę nie zawsze tę 
samą, co wieki temu. Takie stawialiśmy sobie zadanie, redagując tę książeczkę 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

                    

Modlitwa wewnętrzna nie jest techniką, lecz łaską 

 

Rozdział 1 

 

Modlitwa wewnętrzna nie jest chrześcijańską jogą       

powrót

       

spis treści

 

 
Żeby  wytrwać  w  modlitwie,  trzeba  już  na  samym  początku  uniknąć  fałszywej  ścieżki. 

Bardzo więc ważne staje się zrozumienie specyfiki kontemplacji chrześcijańskiej i tego, co ją 
odróżnia  od  innych  dróg  duchowych.  Jest  to  tym  bardziej  konieczne,  że  materializm  naszej 
kultury wyzwala w konsekwencji głód absolutu, mistyki, kontaktu z Niewidzialnym, co samo w 
sobie dobre, utyka czasem w doświadczeniach zwodniczych, a czasem nawet niszczących. 

Pierwsza  podstawowa  prawda,  jaką  powinniśmy  pojąć,  bez  której  nie  będziemy  mogli 

posunąć  się  zbyt  daleko  to  ta,  że  modlitwa  kontemplacyjna  nie  jest  owocem  żadnej  techniki, 
lecz  darem  łaski.  Święta  Joanna  Chantal  mówiła:  „Najlepsza  metoda  modlitwy  wewnętrznej 

background image

polega  na  tym,  żeby  jej  wcale  nie  posiadać,  gdyż  modlitwy  nie  opanowuje  się  dzięki  sztuce 
(dziś  powiedzielibyśmy  -  technice),  lecz  dzięki  łasce".  Nie  istnieje  metoda  modlitwy 
wewnętrznej w tym sensie, że nie ma zespołu reguł, sposobów postępowania, które wystarczy 
zastosować, żeby się dobrze modlić. Prawdziwa kontemplacja jest darem, którego Bóg udziela 
za darmo, ale trzeba rozumieć, w jaki sposób go przyjąć. 

Jest  to  bardzo  istotne.  Zwłaszcza  dzisiaj,  z  powodu  szerokiego  rozpowszechniania  się  w 

naszej  kulturze  wschodnich  metod  medytacji,  takich  jak  Joga  czy  Zen  oraz  z  powodu 
współczesnej  mentalności,  która  wszystko  chce  zredukować  do  technik  i  wreszcie  z  powodu 
ciągłej ludzkiej pokusy, żeby uczynić z życia  - nawet z życia duchowego  -  coś, czym  można 
kierować według własnego upodobania. Często mniej lub bardziej świadomie tworzymy sobie 
fałszywy  obraz  kontemplacji.  Wydaje  nam  się,  że  poczynimy  w  niej  nagłe  postępy  dzięki 
technikom  myślowej  koncentracji,  odpowiedniemu  oddychaniu,  pozycji  ciała,  powtarzaniu 
pewnych  formuł.  Gdy  elementy  te  zostaną  raz na  zawsze opanowane, pozwolą  nam  osiągnąć 
stan  wyższej  świadomości.  Takie  spojrzenie  na  sprawę,  podświadomie  oparte  na  technikach 
Wschodu,  wpływa  czasem  na  naszą  koncepcję  modlitwy  i  życia  mistycznego  w 
chrześcijaństwie, co jest całkowicie błędne. 

Błędne,  ponieważ  przywiązujemy  się  do  metod  i  w  rezultacie  kluczowy  staje  się  wysiłek 

człowieka,  podczas  gdy  w  chrześcijaństwie  wszystko  jest  łaską,  wszystko  jest  darem  Boga, 
darmo  danym.  To  prawda,  że  pomiędzy  wschodnim  ascetą  czy  też  „duchownym",  a 
chrześcijańskim  kontemplatykiem  może  istnieć  pewne  podobieństwo,  ale  jest  ono  całkowicie 
zewnętrzne; w istocie rzeczy są to dwa światy bardzo różne od siebie, a nawet nieprzystawalne  

 
Więcej argumentów na ten temat czytelnik znajdzie w książce Des bords du Gange aux rives 

du  Jourdain,  Fayard.  Zauważmy,  że  istnieje  jeszcze  jedna  zasadnicza  różnica  pomiędzy 
duchowością chrześcijańską, a tą, która jest zainspirowana mądrością niechrześcijańskiej Azji. 
W  tej  ostatniej,  celem  duchowej  drogi  jest  bardzo  często  bądź  absolutyzacja  „Ja",  bądź 
roztopienie  się  w  jakimś  wielkim  „Wszystkim",  eliminacja  cierpienia  przez  wygaszenie 
pragnień  i  osłabienie  odrębności.  Natomiast  ostateczny  cel  modlitwy  jest  zupełnie  inny:  jest 
nim przebóstwienie, stanięcie twarzą w twarz z Bogiem, więź miłości pomiędzy jedną a drugą 
osobą.  Głębokie  zjednoczenie,  które  szanuje  jednak  odrębność  osób,  dlatego  właśnie,  żeby 
mógł  istnieć  w  miłości  dar  i  wzajemność.  Należy  być  dziś  równocześnie  bardzo  czujnym  w 
stosunku  do  prądów,  nazywanych  New  Age,  które  rozprzestrzeniają  się  niemal  wszędzie. 
Chodzi o rodzaj synkretyzmu, w którym ma również miejsce astrologia, reinkarnacja i mądrość 
Wschodu.  Jest  to  współczesna  forma  gnozy,  która  zupełnie  nie  zwraca  uwagi  na  tajemnicę 
Wcielenia  i  w  rezultacie  jest  iluzoryczną  próbą  samospełnienia  bez  łaski  (dokładne 
przeciwieństwo  tego,  co  przedstawiamy  w  tej  książce),  jednocześnie  bardzo  egoistyczną, 
ponieważ  drugi  człowiek  nigdy  nie  jest  tam  ujmowany  według  jego  własnej  wartości,  lecz 
wyłącznie jako narzędzie mojej własnej realizacji. Jest to świat bez prawdziwej relacji z innymi, 
bez tożsamości, a w konsekwencji bez miłości

 
Podstawowa różnica polega, jak już powiedzieliśmy, na tym, że w jednym przypadku chodzi 

o  technikę,  o  działanie,  które  zależy  przede  wszystkim  od  człowieka  i  od  jego  możliwości 
(nawet  jeśli  odwołuje  się  do  szczególnych  zdolności,  które  pozostają  jakby  uśpione  u 
wszystkich  zwykłych  śmiertelników,  i  które  „metoda  medytacji"  tylko  objawia  i  rozwija),  w 
drugim  zaś  przypadku  to  Bóg  jest  tym,  który  daje  człowiekowi  Siebie  w  sposób  całkowicie 
dobrowolny. Nawet jeśli, jak to ujrzymy, pewna inicjatywa i aktywność ze strony człowieka ma 
tutaj  swoje  miejsce,  cały  gmach  kontemplacji  spoczywa  na  zaproszeniu  Boga  i  Jego  łaski. 
Nigdy nie należy tracić tego z oczu. Nawet gdy zasadniczo co do tego się nie mylimy, to jedną 
ze stałych, czasem subtelnych pokus życia duchowego pozostaje opieranie go na naszych włas-
nych wysiłkach, nie zaś na miłosierdziu Boga. 

Wnioski z tego, co przed chwilą ustaliliśmy, są bardzo istotne. Przyjrzyjmy się kilku z nich. 
 

background image

Rozdział 2 

 

Kilka wniosków       

powrót

       

spis treści

 

 
Pierwszy wniosek jest taki, że nawet jeśli różne metody czy też ćwiczenia mogą pomóc w 

modlitwie,  nie  należy  do  nich  przywiązywać  zbyt  dużej  wagi  i  wszystkiego  na  nich  opierać. 
Oznaczałoby to skupienie uwagi w modlitwie na nas samych, nie zaś na Bogu, a to właśnie jest 
błąd, którego mieliśmy unikać! Nie powinniśmy też sądzić, że wystarczy trochę treningu, czy 
też  opanowanie  pewnych  „sztuczek",  żeby  pozbyć  się  trudności  w  modlitwie,  na  przykład 
rozproszeń. Głęboka logika, dzięki której postępujemy w życiu duchowym naprzód, należy do 
zupełnie innego porządku. Skądinąd - na szczęście - gdyby kontemplacja miała opierać się na 
naszych  własnych  siłach,  nie  zaszlibyśmy  zbyt  daleko.  Święta  Teresa  z  Avila  twierdzi,  że 
„fundamentem,  na  którym  spoczywa  gmach  modlitwy  wewnętrznej  jest  pokora",  to  znaczy 
przekonanie,  że  sami  z  siebie  nic  nie  możemy  uczynić  i  jedynie  Bóg  jest  w  naszym  życiu 
źródłem  dobra.  Taka  myśl  może  się  wydać  naszej  pysze  gorzka,  jest  jednak  niezwykle 
wyzwalająca.  Bóg,  który  nas  kocha,  zaprowadzi  nas  nieskończenie  wyżej  i  dalej  niż 
moglibyśmy dotrzeć o własnych siłach. 

To podstawowe założenie niesie w sobie dodatkowe wyzwolenie. Gdy chodzi o jakąkolwiek 

technikę, zawsze jedni okażą się bardziej uzdolnieni od innych. Gdyby modlitwa była techniką, 
część osób okazałaby się do niej uzdolniona, ale inni nie. To prawda, że niektórzy ludzie łatwiej 
się wyciszają, czy też oddają rozmyślaniom niż inni. Ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. 
Każdy  człowiek,  zgodnie  ze  swoją  osobowością,  ze  swymi  darami  i  słabościami  jest  zdolny, 
jeśli  wiernie  odpowiada  łasce  Bożej,  do  prowadzenia  bardzo  głębokiego  życia  modlitwy. 
Powołanie  do  mistycznego  zjednoczenia  z  Bogiem  w  modlitwie  jest  równie  powszechne  jak 
powołanie do świętości. Jedno okazuje się niemożliwe bez drugiego. Absolutnie nikt nie został 
wykluczony. Jezus nie zwraca się do jakiejś duchowej elity, lecz do wszystkich bez wyjątku, 
gdy mówi: Módlcie się w każdym czasie (Łk 21,36) oraz Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do 
swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który 
widzi w ukryciu, odda tobie 
(Mt 6,6). 

Następny wniosek okaże się istotny dla dalszej części naszego wywodu. Skoro modlitwa nie 

jest  techniką,  którą  można  opanować,  lecz  łaską,  darem  pochodzącym  od  Boga,  który  trzeba 
umieć przyjąć, najważniejsze nie jest mówienie o metodach, podawanie gotowych recept, ale 
wyjaśnianie, jakie warunki mogą być pomocne w przyjęciu tego daru. Warunki te polegają w 
gruncie rzeczy na pewnych wewnętrznych postawach, na pewnego rodzaju nastawieniu serca. 
Innymi słowy, tym co zapewnia rozwój modlitwy i czyni ją owocną, jest nie tyle sposób, w jaki 
się modlimy, co wewnętrzne nastawienie, które towarzyszy modlitwie. Zadaniem, które należy 
do nas, jest podjęcie wysiłku, żeby dojść do takiego nastawienia serca, pogłębiać je oraz w nim 
wytrwać. Reszta jest dziełem Boga. 

Spróbujmy teraz zobaczyć, na czym owo nastawienie polega. 
 

Rozdział 3 

 

Podstawą kontemplacji jest wiara i zaufanie       

powrót

       

spis treści

 

 
Wiara stanowi podstawę nastawienia, o którym  mówimy. Jak zobaczymy  w dalszej części 

książki  -  w  modlitwie  kontemplacyjnej  ma  również  miejsce  walka.  Najsilniejszą  bronią  w  tej 
walce jest wiara. 

Wiara  jest  tą  zdolnością,  która  pozwala  wierzącemu  kierować  się  usłyszanym  Słowem 

Bożym,  Słowem,  które  nie  może  kłamać,  nie  zaś  własnymi  odczuciami,  przesądami  czy  też 
tym,  co  słyszy  się  wokół  siebie.  Tak  rozumiana  cnota  wiary  jest  podstawą  kontemplacji.  Jej 
działanie ma różne aspekty. 

 

background image

1. Wiara w obecność Boga       

powrót

       

spis treści

 

 
Gdy zaczynamy się modlić, sami przed Bogiem, w naszym pokoju, w kaplicy czy też przed 

Najświętszym  Sakramentem,  z  całego  serca  powinniśmy  wierzyć,  że  Bóg  jest  tam  obecny. 
Niezależnie od tego, czy czujemy to, czy też nie, niezależnie od naszych zasług, przygotowania, 
zdolności  czy  też  braku  zdolności  formułowania  pięknych  zdań,  niezależnie  od  naszego 
wewnętrznego stanu: Bóg jest tutaj przy nas, patrzy na nas i nas kocha. Jest tutaj nie dlatego, że 
na to  zasługujemy  czy  też  dlatego,  że to odczuwamy.  Jest  tutaj  dlatego,  że obiecał:  wejdź do 
swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu...
 (Mt 6,6). 

Choćbyśmy byli w najbardziej pożałowania godnym stanie wewnętrznym, z odczuciem, że 

Bóg nie tylko jest nieobecny, ale że nas opuścił, nigdy nie możemy poddawać w wątpliwość 
Jego miłującej i przyjmującej obecności w stosunku do tego, kto się modli. Tego, kto do Mnie 
przychodzi, precz nie odrzucę 
(J 6,37). Znacznie wcześniej, jeszcze zanim przed Nim staniemy, 
już  tam  jest,  ponieważ  to  On  jest  inicjatorem  tego  spotkania,  On,  który  jest  naszym  Ojcem, 
czeka na nas bardziej niż my na Niego i bardziej niż my sami chce wejść z nami w komunię. 
Bóg pragnie nas nieskończenie bardziej niż my Jego. 

 
 

2. Wiara w powszechność wezwania do zjednoczenia z Bogiem       

powrót

       

spis treści

 

 
Bez  względu  na  to,  jak  duże  byłyby  nasze  trudności,  nasz  opór,  zahamowania,  musimy 

wierzyć  niezachwianie,  że  wszyscy,  bez  wyjątku,  wykształceni i  nie, sprawiedliwi  i grzeszni, 
osoby  zrównoważone  i  głęboko  zaburzone  są  wezwani  do  głębokiej  modlitwy,  w  której  Bóg 
będzie z nimi rozmawiał. Ponieważ tym, który zaprasza, jest Bóg, a Bóg jest prawy, każdemu 
da łaski konieczne, by wytrwał w modlitwie i uczyni z niej cudowne, przejmujące spotkanie ze 
Swą  własną  głębią.  Kontemplacja  nie  jest  zarezerwowana  dla  żadnej  duchowej  elity,  lecz 
dostępna dla wszystkich. Często spotykane zdanie, że „to nie dla mnie, to dobre dla świętych", 
jest niezgodne z Ewangelią. Powinniśmy wierzyć, że niezależnie od tego, jak duże byłyby nasze 
trudności i słabość, Bóg da nam konieczną do wytrwania siłę. 

 

3. Wiara w owoce kontemplacji       

powrót

       

spis treści

 

 
Pan  wzywa  nas  do  modlitwy  wewnętrznej  dlatego,  że  jest  ona  dla  nas  źródłem 

nieskończonego dobra. Przemienia nas w samej naszej głębi, uświęca, uzdrawia, pozwala nam 
poznać i ukochać Boga, czyni naszą miłość Boga żarliwszą i bardziej hojną. Angażując się w 
modlitwę  wewnętrzną  możemy  być  absolutnie  pewni,  że  o  ile  wytrwamy,  wszystko  to 
otrzymamy,  a  nawet  o  wiele  więcej.  Nawet  jeśli  mamy  czasem  wrażenie  czegoś  wprost 
przeciwnego, nawet jeśli wydaje się nam, że stoimy w miejscu, że modlitwa nie przynosi takich 
owoców, jakich się po niej spodziewaliśmy i w ogóle nic nie zmienia, nie wolno się zniechęcać, 
lecz  nadal  być  pewnym,  że  Bóg  wypełni  swoją  obietnicę:  Proście,  a  będzie  wam  dane; 
szukajcie,  a  znajdziecie;  kołaczcie,  a  otworzą  wam.  Każdy  bowiem,  kto  prosi,  otrzymuje;  kto 
szuka,  znajduje;  a  kołaczącemu  otworzą  
(Łk  11,9-10).  Kto  wytrwa  w  zaufaniu,  otrzyma 
nieskończenie więcej niż to, czego ośmielił się spodziewać lub o co prosił. Nie dlatego, że na to 
zasługuje, lecz dlatego, że Bóg tak obiecał. 

Pokusa przerwania modlitwy jest dlatego tak częsta, że na początku nie widać jej owoców. 

Pokusa  ta  powinna  być  natychmiast  odepchnięta  poprzez  akt  wiary  w  obietnicę,  którą  Bóg 
wypełni  we  właściwym  czasie:  Trwajcie  więc  cierpliwie,  bracia,  aż  do  przyjścia  Pana.  Oto 
rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny. Tak i wy 
bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie
 (Jk 5,7-8). 

 

Rozdział 4 

 

background image

Wytrwałość i wierność       

powrót

       

spis treści

 

 
Z tego, co przed chwilą powiedzieliśmy, wynikają bardzo ważne konsekwencje praktyczne. 

Ten,  kto  angażuje  się  w  modlitwę  wewnętrzną,  powinien  na  pierwszym  miejscu  postawić 
wierność. Najbardziej liczy się nie to, czy modlitwa jest udana, piękna, pełna głębokich myśli i 
uczuć, lecz to, czy jest wytrwała i wierna. Najważniejsza jest, jeśli można tak powiedzieć, nie 
jakość  modlitwy,  ale  jej  wierność.  Modlitwa  stosunkowo  krótka,  skromna,  nawet  sucha,  ale 
mimo  roztargnień,  powtarzana  każdego  dnia,  będzie  stokroć  więcej  warta  i  przyniesie 
nieskończenie więcej owoców niż długie, płomienne modlitwy od czasu do czasu, zależnie od 
okoliczności.  Pierwsza  walka,  jaką  przychodzi  nam  stoczyć  (już  po  decyzji,  żeby  wejść  w 
modlitwę na poważnie...) dotyczy wierności. Wierności za wszelką cenę, choćby nie wiem jak 
dużo miała nas kosztować, w rytmie, który sobie wyznaczymy. Walka ta nie jest łatwa. Szatan 
za wszelką cenę będzie się starał nas odwrócić od modlitwy, zbyt dobrze zna stawkę tej gry. 
Ten,  kto  pozostaje  wierny  kontemplacji  -  wymyka  mu  się,  a  w  każdym  razie  pewne  jest,  że 
wymknie  mu  się  któregoś  dnia.  Dlatego  Szatan  robi  wszystko,  żeby  przeszkodzić  wierności. 
Powrócimy jeszcze do tego. Na razie zapamiętajmy tyle: więcej warta jest modlitwa skromna, 
lecz regularna, niż chwile modlitw wzniosłych, ale epizodycznych. Właśnie wierność sprawia, 
że kontemplacja przynosi tak wspaniałe owoce. 

Będziemy  mieli  okazję  jeszcze  wiele  razy  to  powtórzyć  -  modlitwa  wewnętrzna  jest  w 

rezultacie  sprawdzianem  miłości  Boga.  Dla  nas,  ludzkich  istot  wpisanych  w  rytm  czasu,  nie 
istnieje prawdziwa miłość bez wierności. Jak można utrzymywać, że się kocha Boga, nie będąc 
wiernym spotkaniom z Nim w modlitwie wewnętrznej? 

 

Rozdział 5 

 

Czystość intencji       

powrót

       

spis treści

 

 
Po  wierze  i  wierności,  która  jest  jej  konkretnym  wyrazem,  inną  istotną  postawą  tego,  kto 

chce  wytrwać  w  modlitwie  wewnętrznej,  jest  czystość  intencji.  Jezus  mówi:  Błogosławieni 
czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą
 (Mt 5,8). Serce czyste, to według Ewangelii 
nie  takie,  które  jest  bez  grzechu,  nie  ma  sobie  nic  do  wyrzucenia,  lecz  takie,  które  we 
wszystkim,  co  czyni,  kieruje  się  chęcią  zapomnienia  o  sobie,  żeby  podobać  się  Bogu,  żyć  nie 
dla  siebie,  lecz  dla  Niego.  U  tego,  kto  chce  się  zanurzyć  w  kontemplację,  takie  nastawienie 
wydaje się konieczne. Powinniśmy się modlić nie szukając siebie, własnej przyjemności, lecz 
starając się sprawić przyjemność Bogu. Bez tego nie sposób wytrwać w modlitwie. Ktoś, kto 
poszukuje  wciąż  siebie,  własnego  zadowolenia,  bardzo  szybko  porzuci  modlitwę,  gdy  tylko 
stanie  się ona  sucha,  trudna  i nie  będzie mu  już  sprawiała przyjemności,  ani  przynosiła  tego, 
czego  się  spodziewał.  Prawdziwa  miłość  jest  czysta  w  tym  sensie,  że  nie  szuka  własnej 
korzyści,  lecz  za  jedyny  cel  stawia  sobie  radość  istoty  kochanej.  Dlatego  mamy  oddawać  się 
modlitwie  nie  ze  względu  na  korzyści,  jakie  przypadną  nam  w  udziale  (chociaż  są  one 
ogromne!), ale po to, żeby podobać się Bogu, dlatego że On nas o to prosi. Przede wszystkim 
nie dla naszej, lecz dla Jego radości. 

Taka  czystość  intencji  jest  trudna,  ale  jednocześnie  uspokaja  i  wyzwala.  Ten,  kto  szuka 

samego  siebie,  bardzo  szybko  się  zniechęci  i  będzie  niespokojny,  gdy  modlitwa  przestanie 
„wychodzić".  Ten,  kto  szuka  Boga,  nie  będzie  się  niepokoił:  nawet  jeśli  modlitwa  staje  się 
trudna i nie przynosi żadnej satysfakcji, nie czyni z tego powodu dramatu i szybko pociesza się 
mówiąc, że tym, co się liczy jest czas ofiarowany Bogu, jedynie Jego radość! 

Powstają jednak wątpliwości; tak czysta miłość Boga wydaje się piękna, ale któż jest do niej 

zdolny?  Bardzo  jej  potrzebujemy,  ale  nie  może  być  oczywiście  osiągnięta  na  początku  życia 
duchowego. Mamy jedynie świadomie do niej dążyć i odwoływać się do niej w chwilach, gdy 
okazuje  się  niezbędna,  w  chwilach,  gdy  modlitwa  zaczyna  być  jałowa  i  sucha.  To  jasne,  że 
każdy,  kto  wchodzi  na  drogę  duchową,  w  pewnej  mierze  poszukuje  sam  siebie,  szukając 

background image

jednocześnie Boga. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie przestajemy dążyć do coraz czystszej 
miłości. 

Warto było o tym powiedzieć, żeby wskazać często występującą pułapkę, jaką zastawia na 

nas  Szatan-Oskarżyciel.  Ukazuje  nam  z  całą  jasnością,  jak  niedoskonała  i  słaba  jest  jeszcze 
nasza  miłość  Boga,  jak  wiele  w  nas  poszukiwania  siebie...  Czyni  to  tak  skutecznie,  że  się 
zniechęcamy. 

Tymczasem, gdy odnosimy wrażenie, że w naszej modlitwie jest jeszcze dużo poszukiwania 

siebie,  przede  wszystkim  nie  wolno  nam  się  niepokoić,  ale  z  całą  prostotą  i  ufnością 
przedstawić  Bogu  nasze  pragnienie  kochania  Go  coraz  czystszą  miłością,  coraz  mniej 
interesowną, a On sam nas oczyści. Chcieć własnymi siłami rozeznawać w sobie, co jest czyste, 
a co nieczyste, żeby przed czasem pozbyć się kąkolu, byłoby jawną zarozumiałością i groziło 
wyrzuceniem  również  dobrego  ziarna  (por.  Mt  13,20-34).  Pozwólmy  działać  łasce  Bożej, 
poprzestańmy  na  wytrwałości,  ufności  i  cierpliwym  znoszeniu  chwil  oschłości,  które  z 
pewnością przyjdą i pozwolą Bogu oczyścić naszą miłość ku Niemu. 

Powiedzmy  jeszcze  kilka  słów  o  innej  pokusie,  która  może  nas  czasem  nachodzić. 

Mówiliśmy, że czystość intencji polega na tym, że bardziej pragnie się sprawiać radość Bogu 
niż sobie. Szatan będzie więc czasem starał się nas podejść za pomocą takiego argumentu: Jak 
możesz  sądzić,  że  ty,  tak  słaby  i  nędzny  mógłbyś  swoją  modlitwą  sprawiać  Bogu  radość! 
Należy  na  to  odpowiedzieć  tą  prawdą,  która  jest  sercem  Ewangelii  i  którą  przypomniała  nam 
natchniona Duchem Świętym mała Teresa: człowiek podoba się Bogu nie dzięki swym cnotom 
i zasługom, ale przede wszystkim dzięki bezgranicznemu zaufaniu w Jego miłosierdzie. Jeszcze 
do tego wrócimy. 

 

Rozdział 6 

 

Pokora i ubóstwo serca       

powrót

       

spis treści

 

 
Cytowaliśmy już słowa świętej Teresy z Avila: „Fundamentem, na którym spoczywa gmach 

modlitwy wewnętrznej jest pokora". Jak już mówiliśmy, gmach ten opiera się nie na ludzkich 
możliwościach  lecz  na  działaniu  łaski.  Jak  mówi  Pismo  Święte:  Bóg  bowiem  pysznym  się 
sprzeciwia, a pokornym łaskę daje
 (1 P 5,5). 

Pokora  jest  zatem  jedną  ze  stron  tego  podstawowego  nastawienia  serca,  które  umożliwia 

wytrwałość w modlitwie wewnętrznej. 

Pokora jest darem cichej akceptacji najgłębszego ubóstwa, gdyż całe swoje zaufanie pokłada 

w  Bogu.  Pokorny  z  radością  akceptuje  bycie  nikim,  ponieważ  Bóg  jest  dla  niego  wszystkim. 
Nie  traktuje  nędzy  jak  dramatu,  lecz  jak  szansę.  Dzięki  niej  Bóg  może  okazać  Swoje  wielkie 
miłosierdzie. 
    Bez pokory nie sposób trwać w modlitwie wewnętrznej. Jest ona bowiem w istotnym stopniu 
doświadczeniem  ogołocenia,  ubóstwa,  nicości.  W  innych  formach  modlitwy  zawsze  istnieje 
coś,  na  czym  można  się  oprzeć;  wiadomo,  co  należy  robić,  czasem  ma  się  wrażenie 
uczestniczenia  w  czymś  pożytecznym.  W  modlitwie  wspólnotowej  można  się  oprzeć  na 
innych... W samotności i ciszy przed Bogiem stajemy bez żadnego oparcia,  twarzą w twarz z 
samym sobą i swoim radykalnym ubóstwem. Tymczasem niezwykle trudno zaakceptować nam 
siebie  ubogimi.  Dlatego  człowiek  ma  tak  wielką  naturalną  skłonność  uciekania  od  ciszy.  W 
kontemplacji  -  ubóstwu  nie  sposób  się  wymknąć.  To  prawda,  że  bardzo  często  będziemy 
doświadczać czułości i dobroci Boga, ale jakże często tym, co się objawi, będzie nasza małość, 
niezdolność  do  modlitwy,  rozproszenie,  rany,  które  pozostały  w  naszej  pamięci  i  wyobraźni, 
wspomnienia  błędów  i  upadków,  niepewność  odnośnie  przyszłości  itd...  Człowiek  znajduje 
tysiące  sposobów,  żeby  uciec  od  tego  stanu  bezruchu  przed  Bogiem,  gdy  czuje  swą  nicość. 
Odmawia poczucia, że jest ubogi i kruchy. 

background image

Tymczasem  właśnie  taka  ufna  i  radosna  akceptacja  słabości  staje  się  źródłem  wszystkich 

duchowych  dóbr:  Błogosławieni  ubodzy  w  duchu,  albowiem  do  nich  należy  Królestwo 
Niebieskie
 (Mt 5,3). 

Pokornym  jest  ten,  kto  trwa  w  modlitwie  wewnętrznej  bez  zarozumiałości,  nie  licząc  na 

własne  siły,  kto  niczego  nie  traktuje  jako  należnego  sobie,  nie  sądzi,  by  sam  z  siebie  mógł 
cokolwiek  zdziałać,  nie  dziwi  się  napotykając  trudności,  słabość  i  kruchość.  Upada,  ale 
wszystko to znosi spokojnie, nie dramatyzując, gdyż całą nadzieję składa w Bogu i jest pewien, 
że dzięki miłosierdziu otrzyma wszystko to, o co prosi. 

Ponieważ  pokłada  ufność  nie  w  sobie  samym,  lecz  w  Bogu,  nigdy  się  nie  zniechęca,  a 

przecież to jest w gruncie rzeczy najważniejsze. Libermann twierdzi, że właśnie „zniechęcenie 
gubi dusze". Prawdziwa pokora i zaufanie zawsze idą w parze. 

Nie  wolno  pozwolić,  żeby  letniość  czy  niedostatek  miłości  Boga  zbijały  nas  z  tropu.  Ktoś 

początkujący  w  życiu  duchowym  może  się  czasem  zniechęcić  czytając  życiorysy  lub  dzieła 
świętych  i  znajdując  w  nich  dowody  płomiennej  miłości,  do  jakiej,  czuje,  jest  mu  jeszcze 
daleko.  Mówi  sobie,  że  nigdy  nie  dojdzie  do  takich  wyżyn.  Jest  to  bardzo  często  spotykana 
pokusa. Wytrwajmy  w dobrej woli i zaufaniu, Bóg sam rozpali w nas miłość, którą będziemy 
mogli Go kochać. Mocna, żarliwa miłość ku Bogu nie jest czymś naturalnym, zostaje wlana w 
nasze serca przez Ducha Świętego, który będzie nam dany, o ile prosimy o to z natarczywością 
ewangelicznej wdowy. Nie zawsze ci, którzy na początku mają najwięcej zapału, dochodzą w 
życiu duchowym najdalej. Bynajmniej tak nie jest! 

 

Rozdział 7 

 

Decyzja wytrwania       

powrót

       

spis treści

 

 
 Z tego, co do tej pory powiedzieliśmy, jasno wynika, że najtrudniejsza walka w modlitwie 

polega  na  wytrwaniu.  Wytrwaniu,  które  Bóg  będzie  błogosławił  łaską,  jeśli  o  nią  prosimy  z 
ufnością i jesteśmy całkowicie zdecydowani czynić to, co będzie zależało od nas. 

Potrzebna jest determinacja. Zwłaszcza na początku. Święta Teresa z Avila bardzo mocno to 

podkreśla: 

„Wracając tedy do tych, którzy pragną pić z tej wody żywej i iść drogą do niej wiodącą, aż 

dojdą do samego źródła, nasuwa się pytanie: od czego oni mają zacząć? Sądzę, że wszystko na 
tym polega, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie 
staną u celu. Niech przyjdzie co chce, niech boli jak chce, niech szemrze kto chce, niech własna 
nieudolność stęka i mówi: nie dojdziesz, umrzesz w drodze, nie wytrzymasz tego wszystkiego, 
niech i cały świat się zwali z groźbami" 

Zastanówmy  się  teraz  nad  tym,  co  może  umocnić  podobne  postanowienie  i  spróbujmy 

wykryć błędy rozumowania i pokusy, które mogłyby nami zachwiać. 

 

1. Bez głębokiej modlitwy świętość staje się niemożliwa       

powrót

       

spis treści

 

 
Na początku drogi trzeba być pewnym, że wewnętrzna modlitwa jest sprawą ogromnej wagi. 

„Kto ucieka od kontemplacji, ucieka od wszystkiego, co dobre" - mówi święty Jan od Krzyża. 
Wszyscy święci praktykowali wewnętrzną modlitwę. Najmocniej oddani służbie bliźniego, byli 
również  kontemplatykami.  Święty  Wincenty  a  Paulo  rozpoczynał  każdy  dzień  dwiema  lub 
trzema godzinami kontemplacji. 

Bez niej duchowy rozwój staje się niemożliwy. Można bardzo mocno przeżyć nawrócenie, 

otrzymać  wielkie  łaski,  ale  bez  wierności  modlitwie  wewnętrznej  nasze  życie  bardzo  szybko 
dojdzie do punktu, z którego już się dalej nie posunie. Bez modlitwy wewnętrznej nie możemy 
przyjąć całej pomocy, jakiej Bóg chce nam udzielić. Bóg nie może nas uświęcić i przemienić w 
samej głębi naszej istoty. Świadectwa świętych są pod tym względem jednomyślne. 

background image

Możemy  zaprzeczyć,  mówiąc  że  łaska  uświęcająca  jest  nam  dana  przede  wszystkim  w 

sakramentach. Msza święta sama w sobie jest ważniejsza niż kontemplacja. To prawda, ale bez 
życia modlitwy same sakramenty będą mieć niewielką skuteczność. Niosą oczywiście w sobie 
łaskę, ale w pewnym stopniu pozostają martwe, gdyż brakuje „dobrej ziemi", która mogłaby je 
przyjąć. Można stawiać na przykład pytanie, dlaczego tak wiele osób, które często przystępują 
do  komunii,  nie  staje  się  przez  to  świętszymi.  Nieraz  przyczyną  jest  brak  życia  modlitwy. 
Eucharystia  nie  przynosi  owoców  wewnętrznego  uzdrowienia  i  uświęcenia,  jakie  powinna 
przynosić, ponieważ nie jest przyjmowana w klimacie wiary,  miłości, adoracji pochodzącej z 
głębi istoty. Taki klimat tworzy jedynie wierność modlitwie kontemplacyjnej. To samo dotyczy 
innych sakramentów. 

Nawet  jeśli  ktoś  jest  bardzo  praktykujący  i  zaangażowany,  a  nie  uczynił  modlitwy  stałą 

częścią  dnia,  do  pełni  jego  życia  duchowego  stale  będzie  czegoś  brakowało.  Nie  odnajdzie 
prawdziwego,  wewnętrznego  pokoju,  zawsze  będzie  narażony  na  nadmierne  troski,  we 
wszystkim,  co  będzie  robić,  pozostanie  coś  ludzkiego;  przywiązanie  do  własnej  woli,  ślady 
próżności,  poszukiwania  siebie,  ambicji,  małości,  osądzania  innych  itd.  Niemożliwe  jest 
głębokie i radykalne oczyszczenie serca bez kontemplacji. Bez niej ciągle będziemy się opierać 
na roztropności i mądrości tylko ludzkiej i nie dojdziemy do prawdziwej wolności wewnętrznej. 
Nie poznamy głębi miłosierdzia Bożego i nie będziemy w stanie sprawić, żeby inni je poznali. 
Nasze sądy pozostaną niepewne, chwiejne, horyzont stanie się zbyt wąski, nie będziemy zdolni 
wejść naprawdę na drogi Boże, które różnią się od wyobrażeń wielu osób, nawet tych bardzo 
oddanych sprawom ducha. 

Inny  przykład: niektórzy  przeżywają  bardzo  mocne doświadczenie nawrócenia  w odnowie 

charyzmatycznej.  Wylanie  darów  Ducha  Świętego  staje  się  dla  nich  głęboko  poruszającym  i 
pełnym światła spotkaniem z Bogiem. Ale po kilku miesiącach czy latach żarliwości widzimy, 
że  „oklapli"  i  zupełnie  stracili  duchową  energię.  Dlaczego?  Czyżby  Bóg  cofnął  Swą  dłoń?  Z 
pewnością  nie.  Dary  łaski  i  wezwania  Boże  są  nieodwracalne  (Rz  11,29).  Lecz  osoby  te  nie 
umiały  pozostać  stale  otwarte  na  łaskę,  nie  umiały  przejść  od  doświadczenia  Odnowy  do 
praktyki modlitwy kontemplacyjnej. 

 

2. Problem braku czasu       

powrót

       

spis treści

 

  
„Chciałbym się modlić w taki sposób, ale nie mam czasu". Ileż razy słyszeliśmy to zdanie! 

To prawda, że w świecie zdominowanym przez aktywność, takim jak nasz, jest to rzeczywista 
trudność, której nie można lekceważyć. 

Trzeba  jednak  zauważyć,  że  często  prawdziwy  problem  tkwi  gdzie  indziej.  Określenia 

wymaga  raczej  to,  na  czym  naprawdę  nam  w  życiu  zależy.  Jak  mówi  z  humorem  Ojciec 
Descouvemont, współczesny autor, nigdy jeszcze nie widzieliśmy kogoś umierającego z głodu, 
kto nie miałby się czasu najeść. Na to, co uznaje się za sprawę życiową, zawsze znajduje się 
czas.  Zanim  stwierdzimy,  że  nie  mamy  czasu  na  modlitwę,  zastanówmy  się  nad  swoją 
hierarchią wartości i tym, co się dla nas naprawdę liczy. 

Pozwolę sobie na jeszcze jedną refleksję. Jeden z wielkich dramatów naszej epoki polega na 

tym, że nie jesteśmy już w stanie znaleźć dla siebie czasu, być dla siebie naprawdę obecnymi. 
Kosztuje to tak wiele ofiar. Tak dużo dzieci zamyka się w sobie, czują się zranione i oszukane 
dlatego, że rodzice nie umieją im poświęcić paru chwil od czasu do czasu, nie robiąc wtedy nic 
innego poza byciem z dzieckiem. Zajmują się nim, ale stale robiąc co innego lub będąc czymś 
zajętym  czy  zakłopotanym,  a  więc  nie są naprawdę  z  nim,  całym  sercem.  Dziecko  to  czuje  i 
cierpi  z  tego  powodu.  Gdy  nauczymy  się  ofiarowywać  czas  Bogu,  z  pewnością  łatwiej 
będziemy znajdować czas dla siebie i będziemy wobec siebie bardziej obecni. 

Borykając się z problemem braku czasu, musimy uczynić akt wiary w obietnicę Jezusa: Nikt 

nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, 
żeby  nie  otrzymać  stokroć  więcej  teraz,  w  tym  czasie
  (Mk  10,29).  Mamy  prawo  odnieść  to 
również do kwestii czasu. Jeśli ktoś zrezygnuje z kwadransa oglądania telewizji, żeby się w tym 

background image

czasie modlić, otrzyma już w tym życiu stokroć więcej. Ofiarowany czas zostanie mu zwrócony 
po  stokroć,  nie  ilościowo  oczywiście,  lecz  jakościowo.  Modlitwa  da  mi  łaskę  przeżywania 
każdej chwili znacznie bardziej owocnie. 

 

3. Czas ofiarowany Bogu nigdy nie jest czasem kradzionym       

powrót

       

spis treści

 

  
Żeby  wytrwać  w  modlitwie  kontemplacyjnej  trzeba  być  pewnym  (demaskując  pokusę 

poczucia winy wynikającego z fałszywej koncepcji miłości), iż czas ofiarowany Bogu nigdy nie 
jest  czasem  kradzionym  ludziom,  którzy  potrzebują  naszej  miłości  i  obecności.  Wprost 
przeciwnie,  tak  jak  powiedzieliśmy  wcześniej,  to  właśnie  wierność  trwaniu  przed  Bogiem 
gwarantuje,  że  będziemy  wobec  innych  naprawdę  obecni  i  zdolni  ich  kochać.  Doświadczenie 
potwierdza  to;  Najbardziej  uważną,  delikatną,  bezinteresowną,  wrażliwą,  zdolną  pocieszyć  i 
umocnić miłość znajdujemy u kontemplatyków.  Wewnętrzna modlitwa uczyni nas lepszymi i 
nasi bliscy bynajmniej nie będą tego żałować! Na temat relacji pomiędzy modlitwą a miłością 
bliźniego zostało powiedziane bardzo dużo rzeczy fałszywych, które odciągnęły chrześcijan od 
kontemplacji.  Ma to dramatyczne  konsekwencje.  Można by  długo o tym  mówić.  Przyjrzyjmy 
się choćby tekstowi Jana od Krzyża, który pomoże nam uporządkować pojęcia na ten temat i 
uwolni tych chrześcijan, którzy pragną dużo czasu poświęcać na modlitwę, od poczucia winy. 

„Niech się zastanowią ci, których pożera działalność i którzy myślą świat wypełnić swym 

przepowiadaniem i dziełami zewnętrznymi, że o wiele więcej pożytku przynieśliby Kościołowi 
i o wiele milsi byliby Bogu (nie mówiąc już o dobrym przykładzie, jaki by dali), gdyby połowę 
czasu poświęcili na modlitwę i  przestawanie z Bogiem, chociażby nie doszli do tak wysokiego 
stanu jak dusza, o której, mówiliśmy. W takim przestawaniu z Bogiem o wiele skuteczniej i z 
mniejszym trudem dokonaliby dobra jednym czynem a nie tysiącem, a to dla zasługi modlitwy i 
energii duchowej w niej zdobytej. Inaczej bowiem wszystko jest jak uderzanie młota czasem z 
małym  albo  żadnym  skutkiem,  a  czasem  nawet  ze  szkodą.  Niech  nas  Bóg  strzeże  przed 
zwietrzeniem soli! (por. Mt 5,13). Bo choćby się wydawało zewnętrznie, że człowiek coś czyni, 
w  istocie  będzie  to  niczym.  Jest  bowiem  prawdą,  że  dobre  czyny  dokonują  się  jedynie  przez 
moc Bożą... O, ileż by można o tym pisać!" 

 

4. Czy wystarczy modlić się pracując?       

powrót

       

spis treści

 

 
Niektórzy ludzie wam powiedzą: „Nie mam czasu na modlitwę, ale próbuję się modlić przy 

okazji różnych zajęć, na przykład przy sprzątaniu. Ofiarowuję Panu moją pracę i uważam, że to 
wystarczy". 

Nie jest to pozbawione racji. Człowiek może trwać głęboko zjednoczony z Bogiem pośród 

różnych zajęć tak, że z tego składa się jego modlitwa i nic już więcej nie potrzebuje. Pan może 
udzielić takiej łaski, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma innej możliwości modlitwy. Z drugiej strony 
ogromnie  warto  w  czasie  zajęć  jak  najczęściej,  choćby  na  moment,  stawać  przed  Panem.  I 
wreszcie  prawdą  jest,  że  praca  ofiarowana  i  podjęta  dla  Boga  staje  się  w  jakimś  sensie 
modlitwą. 

Powiedziawszy  to  wszystko,  pozostańmy  realistami.  Nie  tak  znów  łatwo  trwać 

zjednoczonym  z  Bogiem,  będąc  jednocześnie  zanurzonym  w  działaniu.  Naszą  naturalną 
skłonnością jest raczej całkowite zaabsorbowanie tym, co robimy. Jeśli nie umiemy od czasu do 
czasu  zatrzymać  się  i  zajmować  wyłącznie  Bogiem,  bardzo  trudno  będzie  nam  trwać  w  Jego 
obecności, gdy pracujemy.  Najpierw, zanim się tego nauczymy,  musimy przejść długą drogę. 
Wierność modlitwie kontemplacyjnej jest najpewniejszą metodą w tej nauce. 

Podobnie  dzieje  się  pomiędzy  ludźmi.  Jeśli  sądzimy,  że  kochamy  żonę  i  dzieci,  ale 

prowadząc  bardzo  aktywny  tryb  życia  nie  jesteśmy  w  stanie  poświęcić  im  takich  chwil,  gdy 
jesteśmy  w  stu  procentach  do  ich  dyspozycji,  miłość  może  się  okazać  iluzją.  Bez  przestrzeni 
bezinteresowności  grozi  jej  wygaśnięcie.  Miłość  oddycha  i  rozwija  się  dzięki 
bezinteresowności. Trzeba umieć „tracić razem czas". Wiele na tej stracie zyskamy. Właśnie w 

background image

ten  sposób  można  rozumieć  słowa  Ewangelii:  Kto  straci  swoje  życie,  ten  je  zyska.  Jeśli 
zajmiemy  się  Bogiem,  On  zajmie  się  naszymi  sprawami  znacznie  lepiej  od  nas.  Przyznajmy 
pokornie, że naszą naturalną tendencją jest zbyt duże przywiązywanie się do tego, co robimy. 
Pozwalamy,  by  nasze  sprawy  pochłaniały  nas  bez  reszty.  Nie  sposób  się  od  tego  uwolnić 
inaczej,  niż  pozostawiając  regularnie,  co  jakiś  czas,  na  boku  wszelkie  działanie,  nawet 
najpilniejsze i najważniejsze, żeby dać czas Bogu. 

 

5. Pułapka fałszywej szczerości       

powrót

       

spis treści

 

  
Dosyć  często  spotyka  się  następujące  rozumowanie,  które  może  uniemożliwić  bycie 

wiernym  modlitwie  wewnętrznej.  W  wieku  takim,  jak  nasz,  rozmiłowanym  w  wolności  i 
poszukiwaniu autentyzmu, słyszymy często argument: „Owszem, bardzo lubię się modlić, ale 
tylko  kiedy  mam  na  to  ochotę.  Modlić  się  "kiedy  nie  czuję  natchnienia",  to  według  mnie 
sztuczne i naciągane, a nawet nieszczere. Byłby to rodzaj hipokryzji. Będę się modlić dopiero, 
kiedy tego zapragnę". 

Należy na to odpowiedzieć, że jeśli będziemy czekać, aż zapragniemy modlitwy, być może 

będziemy czekać na próżno aż do końca naszych dni. Pragnienie jest czymś pięknym, ale ma to 
do siebie, że się zmienia. Istnieje znacznie głębszy i ważniejszy powód, żeby się modlić - prosty 
fakt, że Bóg nas o to prosi. W Ewangelii czytamy: Powiedział im też, że zawsze mają się modlić 
i nie ustawać
 (Łk 18,1). Tym, co ma nami kierować, jest nie tyle subiektywny stan duszy, co 
wiara. 

Pojęcie  wolności  i  autentyzmu  wyrażone  w  powyższym  rozumowaniu  jest  całkowicie  w 

stylu  naszej  epoki,  to  znaczy  bardzo  iluzoryczne.  Prawdziwa  wolność  nie  polega  na  tym,  że 
rządzą  nami  zmienne  impulsy,  wręcz  przeciwnie;  człowiek  wolny  nie  jest  zależny  od  zmian 
swojego nastroju. Jego decyzje opierają się na istotnych wyborach, których dokonał wcześniej i 
nie podważa ich z byle powodu. 

Wolność  jest  zdolnością  kierowania  się  tym,  co  jest  prawdziwe,  a  nie  tym,  co  w  nas 

powierzchowne. 

Nie pozwólmy się też zwieść fałszywemu „autentyzmowi". Jaką miłość określilibyśmy jako 

najbardziej  autentyczną?  Taką,  która  zmienia  się  zależnie  od  dnia  i  humoru,  czy  też  stałą, 
wierną i niezmienną? 

Wierność modlitwie kontemplacyjnej jest więc szkołą wolności, szkołą prawdziwej miłości. 

Uczy  nas  pomału  stawiać  nasz  kontakt  z  Bogiem  nie  na  chwiejnej  płaszczyźnie  naszych 
zmiennych  uczuć  od  zachwytu  aż  do  nudy,  lecz  na  solidnej  skale  wiary,  na  niezachwianym 
fundamencie wierności Boga. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki (Hbr 13,8), 
gdyż Swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia zachowuje dla tych, którzy się Go boją (Łk 
1,50). Jeśli wytrwamy w tej szkole, zobaczymy, że również nasze relacje z ludźmi, często tak 
sztuczne  i  niestałe,  staną  się  głębsze,  wierniejsze,  pewniejsze,  a  tym  samym  dające  więcej 
szczęścia. 

Jedna uwaga, podsumowująca ten temat. Pragnienie działania w sposób spontaniczny, wolny 

i  niewymuszony  jest  całkowicie  słuszne.  Człowiek  nie  został  stworzony,  żeby  żyć  w  ciągłym 
konflikcie z samym sobą, żeby wciąż zadawać gwałt własnej naturze! To, iż zmuszony jest to 
czasem czynić, wynika z wewnętrznego rozdarcia, spowodowanego przez grzech. 

Głębokie  ludzkie  pragnienie  nie  może  się  urzeczywistnić,  jeżeli  pozostawimy 

spontaniczności  całkowicie  wolną  rękę.  Okazałoby  się  to  destruktywne,  gdyż  nie  zawsze  jest 
ona  skierowana  ku  dobru  -  potrzebuje  głębokiego  oczyszczenia  i  uzdrowienia.  Nasza  natura 
została  zraniona,  nie  ma  w  nas  harmonii.  Oznacza  to  częstą  rozbieżność  pomiędzy  tym,  ku 
czemu spontanicznie się skłaniamy, a tym, ku czemu zostaliśmy stworzeni, pomiędzy naszymi 
uczuciami,  a  wolą  Bożą,  która  jest  naszym  prawdziwym  dobrem  i  której  powinniśmy  być 
wierni. 

Pragnienie  wolności  może  być  więc  spełnione    tylko  w  takim  stopniu,  w  jakim  człowiek 

pozwala  się uzdrawiać  łasce  Bożej.  W  tym  procesie uzdrawiania  bardzo  ważną  rolę  odgrywa 

background image

modlitwa  kontemplacyjna.  Dokonuje  się  ono,  trzeba  o  tym  stale  pamiętać,  poprzez  liczne 
oczyszczenia  i  próby,  owe  „duchowe   noce", których  głębokie  znaczenie  tak dobrze  wyjaśnił 
święty  Jan  od  Krzyża.  Gdy  proces  uzdrowienia  i  uporządkowania  naturalnych  skłonności 
zostanie  zakończony,  człowiek  staje  się  doskonale  wolny  -  kocha  w  sposób  naturalny  i 
spontanicznie  pragnie  tego,  co  jest  zgodne  z  wolą  Bożą  i  jego  własnym  dobrem.  Bez 
problemów  może  się  wówczas  kierować  spontanicznością,  gdyż  została  ona  oczyszczona  i 
harmonizuje  teraz  z  mądrością  Bożą.  Może  „podążać  za  głosem  natury",  gdyż  została  ona 
odnowiona  dzięki  łasce.  Oczywiście  harmonia  ta  nigdy  nie  będzie  w  tym  życiu  całkowita. 
Stanie się taką dopiero w Królestwie. Dlatego tutaj na ziemi stale musimy się opierać niektórym 
skłonnościom. Niemniej już w tym życiu, ci którzy praktykują modlitwę wewnętrzną, stają się 
zdolni  kochać  i  spontanicznie  czynić  dobro,  choć  na  początku  kosztowało  ich  to  tak  wiele 
wysiłku. Dzięki pracy Ducha Świętego cnota staje się dla nich pomału czymś coraz prostszym i 
naturalnym. Gdzie jest Duch Boży, tam też jest wolność - mówi święty Paweł. 

 

6. Pułapka fałszywej pokory       

powrót

       

spis treści

 

 
  Błędne  rozumowania,  o  których  przed  chwilą  mówiliśmy,  przybierają  czasem  jeszcze 

subtelniejszą, od opisanej, formę. Dobrze mieć to na uwadze. Święta Teresa z Avila omal nie 
wpadła w tę pułapkę i nie zaprzestała kontemplacji (co byłoby niepowetowaną stratą dla całego 
Kościoła!). Jednym z głównych motywów, dla których napisała swoją autobiografię, była chęć 
ostrzeżenia innych przed tą pułapką. 

Wchodzimy na teren, na którym Szatan staje się szczególnie przebiegły. Pokusa ta wygląda 

następująco: człowiek, który wchodzi w modlitwę, coraz mocniej zdaje sobie sprawę ze swoich 
błędów  i  niewierności,  z  tego  jak  daleki  jest  od  nawrócenia.  Odczuwa  wiec  czasem  pokusę, 
żeby porzucić modlitwę, rozumując w ten sposób: „Tyle we mnie braków, nie rozwijam się, nie 
mogę  się  nawrócić  ani  prawdziwie  kochać  Pana.  Stawanie  przed  Nim  w  takim  stanie  to 
hipokryzja. Udaję świętego, podczas gdy wcale nie jestem więcej wart od tych, którzy się nie 
modlą.  Tak  więc  dużo  uczciwiej  w  stosunku  do  Boga  byłoby  dać  sobie  z  tym  wszystkim 
spokój!" 

Święta Teresa pozwoliła się wciągnąć w takie rozumowanie. W 19. rozdziale Księgi życia 

opowiada,  że  po  pierwszym  gorliwym  okresie  zarzuciła  praktykę  modlitwy  wewnętrznej  na 
ponad  rok.  Aż  do  czasu,  gdy  -  szczęśliwie  dla  nas  -  spotkała  pewnego  dominikanina,  który 
naprowadził  ją  na  dobrą  ścieżkę.  Teresa  żyła  w  tym  czasie  w  klasztorze  Wcielenia  w  Avila. 
Była pełna dobrej woli. Chciała oddać się Panu i praktykować modlitwę kontemplacyjną. Ale 
nie  była  jeszcze  świętą,  nic  podobnego!  Najtrudniej  przychodziło  jej  zerwać  z 
przyzwyczajeniem chodzenia do rozmównicy, choć czuła już, że Jezus tego od niej wymaga. Z 
natury wesoła, miła, ciekawa świata, znajdowała dużą przyjemność w kontaktach ze śmietanką 
towarzyską Avila, która zwyczajowo spotykała się w rozmównicy klasztoru. Teresa nie robiła 
nic złego, a jednak Jezus wzywał ją do czegoś innego. Modlitwa wewnętrzna stała się więc dla 
niej  prawdziwą  udręką.  Stawała  przed  Panem  świadoma  swojej  niewierności,  a  nie  miała 
jeszcze sił wszystkiego dla Niego opuścić. I to strapienie, jak mówiliśmy, doprowadziło ją do 
zaprzestania  modlitwy:  „Jestem  niegodna  stawać  przed  Panem,  a  jednocześnie  nie  czuję  się 
zdolna  oddać  Mu  wszystkiego.  To  tak  jakbym  z  Niego  kpiła,  lepiej  przerwać  modlitwę 
wewnętrzną..." 

Teresa  nazwała  to  pokusą  „fałszywej  pokory".  Faktycznie  porzuciła  kontemplację,  ale  w 

samą  porę  przyjechał  spowiednik,  który  wytłumaczył  jej,  że  czyniąc  tak,  traci  tym  samym 
jakąkolwiek  szansę  poprawy  w  przyszłości.  Należało  -  przeciwnie  do  tego,  jak  postąpiła  - 
wytrwać,  gdyż  dzięki  wytrwałości  otrzyma,  gdy  nadejdzie  odpowiednia  chwila,  łaskę 
całkowitego nawrócenia i pełnego daru z siebie. 

Uważam, że to bardzo ważne. Wchodząc w modlitwę kontemplacyjną nie jest się świętym, a 

praktykując  ją,  zauważa  się  to  coraz  bardziej.  Ktoś,  kto  nie  staje  w  ciszy  twarzą  w  twarz  z 
Bogiem,  nie  jest  tak  mocno  świadomy  swoich  braków  i  niewierności.  W  modlitwie  są  one 

background image

wszystkie widoczne. Sprawia to ból i staje się pokusą zaprzestania modlitwy. Nie należy tracić 
odwagi,  lecz  wytrwać,  będąc  pewnym,  że  wierność  wyjedna  nam  łaskę  nawrócenia.  Nasze 
grzechy, choćby największe, NIGDY nie powinny stać się pretekstem do porzucenia modlitwy, 
wbrew  temu,  co  nieraz  będzie  nam  podpowiadał  Szatan  czy  też  nasz  niepokój.  Im  bardziej 
czujemy się nędzni, tym jest to ważniejszy powód, żeby się modlić. Któż nas uzdrowi z naszych 
niewierności i grzechów, jeśli nie miłosierny Pan? Gdzie znajdziemy zdrowie duszy, jeśli nie w 
pokornej i wytrwałej modlitwie? Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. [...] 
Bo  nie  przyszedłem  powołać  sprawiedliwych,  ale  grzeszników  (Mt  9,  12-13).  Im  bardziej 
czujemy  się  chorzy  na  tę  chorobę  duszy,  jaką  jest  grzech,  tym  bardziej  powinno  nas  to 
pobudzać do modlitwy. Im mocniej zostaliśmy zranieni, tym większe mamy prawo schronić się 
w sercu Jezusa! Tylko On może nas uzdrowić. Jeśli oddalamy się od Niego, ponieważ czujemy 
się  grzeszni,  dokąd  pójdziemy  szukać  uzdrowienia  i  przebaczenia?  Jeśli  będziemy  czekać  z 
modlitwą,  aż  staniemy  się  sprawiedliwi,  to  możemy  czekać  długo.  Taka  postawa  dowiodłaby 
jedynie,  że  nic  nie  zrozumieliśmy  z  Ewangelii.  Może  sprawiać  wrażenie  pokory,  ale  tak 
naprawdę jest jedynie zarozumialstwem i brakiem zaufania do Boga. 

Czasem zdarza się, że nie posuwamy się aż do tego, żeby całkowicie zaprzestać modlitwy, 

ale  gdy  popełniliśmy  jakiś  błąd,  jesteśmy  niezadowoleni  i  zawstydzeni,  pozwalamy,  żeby 
upłynął  jakiś  czas,  zanim  znów  staniemy  przed  Panem.  Czas na tyle  długi, by  obraz  tego, co 
zrobiliśmy,  został  w  naszej  świadomości  nieco  zatarty.  Stanowi  to  bardzo  poważny  błąd, 
którym grzeszymy znacznie bardziej niż popełniając sam grzech. Świadczy to o braku ufności 
w  miłosierdzie  Boże,  nieznajomości  Boga  ani  tego,  w  jaki  sposób  nas  miłuje,  co  rani  Go 
mocniej  niż  wszystkie  głupstwa,  jakie  mogliśmy  zrobić.  Mała  Teresa,  która  zrozumiała,  kim 
jest Bóg, mówiła: „Tym, co dotyka Boga, co rani Go w serce, jest brak zaufania". 

Przeciwnie do tego, co zwykle w takim wypadku robimy, jedyna słuszna postawa kogoś, kto 

zgrzeszył - słuszna w sensie biblijnym, to znaczy zgodna z tym, co z tajemnicy Boga zostało 
nam objawione - to rzucić się natychmiast w ramiona Bożego miłosierdzia z pokorą i skruchą, 
ale  równocześnie  z  nieskończoną  ufnością,  całkowitą  pewnością,  że  Bóg  nas  przyjmie  i  nam 
przebaczy.  Skoro  szczerze  przeprosiliśmy,  należy  bezzwłocznie  powrócić  do  modlitwy, 
zwłaszcza kontemplacyjnej. W stosownym czasie wyspowiadamy się, jeśli to konieczne, z tego 
błędu, ale czekając na to, nie trzeba zmieniać normalnego sposobu modlitwy. Takie zachowanie 
przynosi najwięcej rezultatów, gdyż właśnie dzięki niemu Bóg odbiera największą chwałę. 

Święta Teresa z Avila dodaje jeszcze coś bardzo ładnego na ten temat. Mówi, że ten, kto się 

modli,  oczywiście  nadal  upada  i  nadal  robi  błędy,  ale  właśnie  dlatego,  że  się  modli,  każdy 
upadek służy mu, żeby odbić się jeszcze wyżej. Temu, kto jest wierny modlitwie, Bóg wszystko 
obraca w kierunku dobra, nawet jego błędy. 

„Powiadam  więc:  ktokolwiek  zaczął  oddawać  się  modlitwie  wewnętrznej,  niech  się  nie 

zniechęca, mówiąc sobie: jeśli mimo modlitwy wewnętrznej nadal popadam w grzechy swoje, 
dalsze oddawanie się temu świętemu ćwiczeniu jeszcze zwiększy moją winę. Przyznaję, że tak 
byłoby, jeśliby kto porzucił rozmyślanie, nie chciał się poprawić z grzechów swoich, ale kto go 
nie  porzuci,  niech  będzie  pewny,  że  ono  go  podźwignie  i  przywiedzie  do  portu  światłości. 
Ciężkie  mi  w  tym  punkcie  diabeł  wzniecił  nagabywanie,  tak  we  mnie  wmówił,  że  grzeszę 
brakiem  pokory,  gdy  tak  niecnotliwą  będąc  trzymam  się  jednak  rozmyślania,  i  taką  z  tego 
powodu  cierpiałam  walkę  wewnętrzną,  że  w  końcu,  jak  już  mówiłam,  przez  półtora  albo  co 
najmniej  przez  rok  -  bo  czy  trwało  to  jeszcze  pół  roku  dłużej,  dobrze  tego  nie  pamiętam  - 
zaprzestałam  tego  świętego  ćwiczenia.  Nie  było  to  dla  mnie  nic  innego,  że  sama  siebie 
wtrącałam do piekła, nie potrzebując już czartów, żeby mię do niego ciągnęli. O, Boże wielki, 
jakież to było zaślepienie! I jak chytrze zły duch zmierza do celu swego, gdy w ten punkt z taką 
siłą uderza! Wie on, zdrajca, że dusza, która wytrwale trzyma się modlitwy wewnętrznej, dla 
niego jest stracona i że wszelkie upadki, do których taką duszę przywiedzie, z łaski Boga tym 
skuteczniejszą  stają  się  dla  niej  pobudką  i  pomocą  do  gorętszego  na  potem  w  służbie  Jego 
zapału!" 

 

background image

Rozdział 8 

 

Oddać się bez reszty       

powrót

       

spis treści

 

 
Zastanawiając się nadal nad najważniejszymi postawami, które pozwalają modlitwie trwać i 

rozwijać się, pora powiedzieć kilka słów o bardzo bliskim związku i to obustronnym pomiędzy 
modlitwą  a  resztą  chrześcijańskiego  życia.  Oznacza  to,  że  często  tym,  co  najbardziej  służy 
rozwojowi i pogłębieniu modlitwy, wcale nie jest to, co robimy w czasie modlitwy, lecz poza 
nią. Wzrost w modlitwie polega przede wszystkim na wzroście w miłości, na czystości serca, a 
prawdziwą  miłość  praktykuje  się  raczej  poza  modlitwą  niż  w  czasie  jej  trwania.  Poszukajmy 
kilku przykładów. 

Całkowitą  iluzją  można  nazwać  pragnienie  głębokiej  modlitwy  bez  równie  głębokiego  i 

szczerego,  widocznego  w  całym  życiu  pragnienia  całkowitego  oddania  się  Bogu,  zgodności 
naszego  życia  z  Jego  wolą.  Bez  tego  modlitwa  bardzo  szybko  kostnieje.  Jedyny  sposób,  żeby 
Bóg mógł nam Siebie dać (a taki jest cel kontemplacji), to samemu oddać się Jemu bez reszty. 
Otrzymamy  wszystko,  gdy  wszystko  ofiarujemy.  Jeśli  zachowujemy  w  naszym  życiu  jakąś 
„dziedzinę zarezerwowaną", coś, czego nie chcemy powierzyć Bogu, na przykład jakąś wadę, 
choćby niewielką, na którą rozmyślnie przyzwalamy, nie robiąc nic, żeby się zmienić, czy też 
jakieś  świadome  nieposłuszeństwo  albo  odmowę  przebaczenia,  nasza  modlitwa  stanie  się 
bezowocna. 

Zakonnice podchwytliwie pytały świętego Jana od Krzyża: „Co trzeba robić, żeby wpaść w 

ekstazę?"  Święty  odpowiedział  im,  opierając  się  na  etymologicznym  znaczeniu  słowa 
„ekstaza": 

„Trzeba wyrzec się swojej własnej woli i czynić wolę Bożą. Ponieważ ekstaza to nic innego 

dla duszy niż opuszczenie siebie, by być porwanym w życie Boga  - to właśnie czyni ten, kto 
jest posłuszny, gdyż opuszcza siebie i swoją wolę, i lżejszy przylega do Boga" (Maksyma 210). 

Żeby oddać się Bogu, trzeba opuścić samego siebie. Miłość ma naturę ekstatyczną. Gdy jest 

silna,  żyjemy  bardziej  w  drugiej  osobie  niż  w  sobie  samym.  W  jaki  jednak  sposób  można 
dostąpić w modlitwie ekstazy, jeśli przez resztę dnia szukamy ciągle siebie? Jeśli jesteśmy zbyt 
przywiązani  do  rzeczy  materialnych,  do  swojej  wygody  czy  też  zdrowia?  Jeśli  nie  znosimy 
jakichkolwiek  przeciwności?  Jak  możemy  żyć  w  Bogu,  jeśli  nie  jesteśmy  zdolni  zapomnieć  o 
sobie i pomyśleć o innych? 

W życiu duchowym trzeba odnaleźć pewną równowagę, co nie zawsze jest łatwe. Z jednej 

strony  musimy  zaakceptować  własną  słabość  i  nie  oczekiwać,  gdy  zaczniemy  się  modlić,  że 
zaraz będziemy święci. Z drugiej jednak strony powinniśmy dążyć do doskonałości. Bez tego 
dążenia, bez stałego, mocnego pragnienia świętości, nawet jeśli wiemy, że własnymi siłami jej 
nie  osiągniemy,  że  jedynie  Bóg  może  nas  do  niej  doprowadzić  -  bez  tego  modlitwa 
kontemplacyjna  zawsze  pozostanie  czymś  sztucznym,  jakimś  pobożnym  ćwiczeniem,  ale 
niczym więcej i nie przy niesie wielu owoców. W naturze miłości leży dążenie do absolutu 

Trzeba być też świadomym, że istnieje styl życia, który ułatwia modlitwę oraz styl, który jej 

przeszkadza.  Jak  możemy  odnaleźć  obecność  Boga,  jeśli  przez  cały  czas  jesteśmy  rozbiegani 
wśród tysiąca niepotrzebnych zajęć i spraw, jeśli bez reszty pochłania nas życie towarzyskie, 
ciągle musimy zaspokajać swoją ciekawość i próżność? Serce, spojrzenie i umysł powinny znać 
pewien  rodzaj  postu  i  uciekać  się  do  niego  we  wszystkim,  co  mogłoby  nas  oddalać  od 
Najwyższego. 

Oczywiście  nie  sposób  żyć  bez  rozrywek,  bez  chwil  odprężenia,  ale  bardzo  ważne,  żeby 

zawsze umieć potem wracać do Boga, który tworzy jedność naszej osoby i wszystko przeżywać 
w więzi z Nim. 

Powinniśmy  też  wiedzieć,  że  tym,  co  ogromnie  sprzyja  rozwojowi  życia  modlitwy  są 

starania, żeby wszystko, co nam się zdarza, przyjmować w całkowitym zawierzeniu, w pełnej 
pokoju ufności. Żyć chwilą obecną, nie pozwalając się pogrążyć trosce o jutro, próbować każdą 

background image

rzecz robić ze spokojem, nie zadręczając się o inną. Nie jest to łatwe, ale próby te przynoszą 
błogosławione skutki. 

Ważne  jest  również  to,  żebyśmy  powoli  uczyli  się  w  każdej  sytuacji  „żyć  w  spojrzeniu 

Boga",  w  Jego  obecności  i  w  pewnego  rodzaju  stałym  dialogu  z  Nim,  pamiętając  o  Nim  w 
trakcie naszych zajęć, wszystko przeżywając razem z Nim. Im bardziej będziemy się starali to 
czynić, tym łatwiej będzie nam się modlić. 

Bez  problemu  odnajdziemy  Boga,  zaczynając  modlitwę,  jeśli  w  ogóle  Go  nie 

opuszczaliśmy!  Kontemplacja  powinna  prowadzić  do  modlitwy  nieustającej,  niekoniecznie  w 
sensie  ciągłego  powtarzania  jakiejś  formuły,  lecz  w  sensie  stałego  przebywania  w  Bożej 
obecności.  Życie  w  Jego  obecności  czyni  nas  wolnymi.  Zbyt  często  żyjemy  przejęci 
spojrzeniami innych ludzi (z lęku, że zostaniemy osądzeni lub też z chęci wzbudzenia podziwu) 
albo  w  swym  własnym  spojrzeniu  (samooskarżenia  czy  samouwielbienia),  ale  wewnętrzną 
wolność odnajdziemy wyłącznie, jeśli nauczymy się żyć w miłosiernym i miłującym spojrzeniu 
Boga. 

Odsyłamy w tym miejscu do cennych uwag brata Laurent od Zmartwychwstania Pańskiego, 

karmelity z XVII wieku, który będąc kucharzem, umiał wśród największego nawału pracy żyć 
w głębokim zjednoczeniu z Bogiem. Na końcu książki podajemy kilka cytatów z jego listów. 

Na  temat  ścisłego,  nierozerwalnego  związku  pomiędzy  modlitwą  a  wszystkimi  innymi 

elementami,  które  tworzą  drogę  duchową,  pozostaje  jeszcze  dużo  do  powiedzenia.  Niektóre 
sprawy  omówimy  później,  co  do  reszty,  odsyłamy  do  najlepszego  źródła  z  możliwych,  to 
znaczy do doświadczenia świętych, zwłaszcza tych, którzy otrzymali, co potwierdził Kościół, 
szczególną  łaskę  nauczania  w  tej  dziedzinie:  Teresa  z  Avila,  Jana  od  Krzyża,  Franciszka 
Salezego, Teresa od Dzieciątka Jezus, żeby wymienić tylko najważniejsze nazwiska. 

Wszystko,  co  zostało  do  tej  pory  powiedziane,  niej  odpowiada  jeszcze  na  podstawowe 

pytanie: w jaki sposób się modlić? Jak konkretnie spożytkować czas przeznaczony na modlitwę 
wewnętrzną? Nie będziemy zwlekać z odpowiedzią. 

Wstęp ten był jednak konieczny. Poczynione uwagi nie tylko pozwolą nam pokonać często 

napotykane  przeszkody,  ale  oddadzą  pewien  duchowy  klimat,  który  koniecznie  trzeba  umieć 
wyczuć. Warunkuje on prawdziwość i rozwój naszej modlitwy. 

Ponadto,  jeśli  zrozumieliśmy  to,  co  zostało  tutaj  pobieżnie  naszkicowane,  wiele  pytań  w 

stylu „co robić, żeby się dobrze modlić", przestaje mieć sens. 

Opisana postawa opiera się nie na ludzkiej mądrości, lecz na Ewangelii. Wiara, ufne oddanie 

się  w  ręce  Boga,  pokora,  ubóstwo  serca  i  duchowe  dziecięctwo.  Jak  czytelnik  z  pewnością 
zdążył zauważyć, postawa ta powinna stanowić fundament nie tylko modlitwy, ale całego życia. 
Jeszcze  raz  powraca  tu  ścisła  więź  pomiędzy  życiem  a  modlitwą.  Modlitwa  wewnętrzna  jest 
szkołą, ćwiczeniem, które pozwala nam zrozumieć i pogłębić stosunek do Boga, do świata i do 
nas  samych.  Tworzy  zręby  sposobu  postępowania  i  reagowania,  który  pozostanie  w  nas  w 
kontakcie  ze  wszystkim,  z  czym  przyjdzie  nam  się  zmierzyć.  W  coraz  większym  stopniu 
pozwoli nam zachować we wszelkich okolicznościach pokój, wewnętrzną wolność i prawdziwą 
miłość Boga i bliźniego. Modlitwa kontemplacyjna jest szkołą miłości, gdyż wszystkie cnoty; 
jakie z niej płyną, są cnotami pozwalającymi rozwijać się w naszych sercach miłości. Stąd jej 
wielkie znaczenie. 

 

CZĘŚĆ DRUGA   
 
Jak spożytkować czas modlitwy kontemplacyjnej 

 

Rozdział 1 

 

Wprowadzenie       

powrót

       

spis treści

 

 

background image

Powróćmy  teraz  do podstawowego  pytania,  na  które  trzeba  odpowiedzieć.  Powiedzmy,  że 

decyduję się poświęcić dziennie pół godziny czy też godzinę na modlitwę kontemplacyjną. Jak 
mam się za to zabrać? Co muszę zrobić, żeby dobrze wykorzystać ten czas? 

Odpowiedź na to pytanie jest trudna z różnych względów. 
Po  pierwsze  dlatego,  że  dusze  bardzo  się  od  siebie  różnią.  Ich  różnice  są  większe  niż 

niepowtarzalność ludzkich twarzy. Więź każdej z nich z Bogiem jest jedyna w swoim rodzaju. 
Podobnie ich modlitwa. Niemożliwe okazuje się wytyczenie jednej drogi i określenie sposobu 
postępowania ważnego dla wszystkich. Byłby to brak poszanowania wolności i różnorodności 
duchowych  poszukiwań.  Każdy  wierzący  sam  musi  odkryć,  w  tchnieniu  Ducha,  po  jakich 
drogach Bóg chce go prowadzić. 

Po  drugie,  trzeba  wiedzieć,  że  modlitwa  kontemplacyjna  podlega  ewolucji,  przechodzi 

określone etapy. To, co jest dobre w pewnym okresie życia duchowego może się okazać złe w 
innym. Nawet wytrwałość rożni się, zależnie od tego, czy jesteśmy na początku drogi, czy też 
Pan zaczął nas już wprowadzać głębiej, w kolejne, jak mawiała święta Teresa z Avila „miesz-
kania".  Czasem  trzeba  działać,  czasem  czekać.  W  pewnych  okresach  trzeba  odpoczywać,  w 
innych - walczyć. 

Po  trzecie  wreszcie,  to  co  dzieje  się  w  czasie  modlitwy  kontemplacyjnej,  jest  wyjątkowo 

trudne do opisania. Nieraz  przekracza świadomość  modlącego.  W  grę  wchodzi  rzeczywistość 
tak mało dostępna, tak bardzo wewnętrzna, że ludzki język nie może jej całkowicie oddać. Nie 
zawsze znajdujemy słowa, żeby wypowiedzieć to, co dzieje się pomiędzy duszą a jej Bogiem. 

Dodajmy jeszcze, że każdy, kto mówi o kontemplacji, wypowiada się na podstawie tego, co 

sam przeżył lub co zauważył u osób, które zwierzyły mu swoje przeżycia. Pozostaje to bardzo 
ograniczone w stosunku do różnorodności i bogactwa wszystkich możliwych przeżyć. 

Pomimo  tych  przeszkód  podejmiemy  ten  temat  ufni,  że  Pan  pozwoli  nam  go  przedstawić. 

Choć nie należy tych odpowiedzi traktować jako pełnych i bezbłędnych, dla czytelnika dobrej 
woli będą się one mogły stać źródłem zachęty i światła. 

 

Rozdział 2      

 

Gdy pytanie w ogóle nie powstaje       

powrót

       

spis treści

 

 
Stawiamy  pytanie  jak  spożytkować  czas  dłuższej  modlitwy.  Zanim  będziemy  na  nie 

odpowiadać, trzeba zauważyć, że w wielu wypadkach w ogóle nie zostaje ono postawione. Być 
może trzeba powiedzieć najpierw o tym. 
     Pytanie  w  ogóle  nie  istnieje,  gdy  modlitwa  wewnętrzna  płynie  sama,  jakby  wypływała  ze 
źródła. Człowiek wchodzi w miłosną komunię i w ogóle się nie zastanawia nad tym, co robić z 
czasem. Właściwie zawsze powinno być właśnie tak. Według definicji  świętej Teresy z Avila 
modlitwa  kontemplacyjna  to  „bliski  kontakt  przyjaciół,  przebywanie  sam  na  sam  z  Bogiem, 
który, czujemy, bardzo nas kocha". Gdy dwie osoby bardzo się kochają, nie mają problemów, 
co  robić  z  chwilami,  które  mają  tylko  dla  siebie...  Czasem  wręcz  samo  bycie  razem  tak  je 
wypełnia,  że  już  nie  muszą  robić!  Niestety  często  nasza  miłość  Boga  jest  za  słaba  i  nie 
dochodzimy do takiego stanu. 

Wracając  do  wewnętrznej  modlitwy,  która  „płynie"  zupełnie  sama,  do  takiej  komunii  z 

Bogiem,  która  jest  darem  i  pozostaje  jedynie  go  przyjmować,  trzeba  zaznaczyć,  że  może  ona 
występować na różnych poziomach duchowej drogi i być bardzo różnej natury. 

Może  dotyczyć  osoby  świeżo  nawróconej,  która  dopiero  co  spotkała  Boga,  pełnej 

entuzjazmu, radości zapału właściwego neofitom. Nie ma z modlitwą żadnego problemu. Jest 
jakby  unoszona  przez  łaskę,  szczęśliwa,  że  może  przebywać  z  Jezusem,  ma  Mu  mnóstwo 
rzeczy do powiedzenia, tysiące pytań, pełna jest uczuć i wzniosłych myśli. 

Niech  bez  skrupułów  cieszy  się  tymi  chwilami  łaski,  niech  dziękuje  za  nie  Panu,  ale 

pozostanie  pokorna  i  nie  traktuje  siebie  jak  świętą  tylko  dlatego,  że  jest  pełna  zapału.  A 
zwłaszcza  niech  nie  osądza  tych,  którzy  są  mniej  gorliwi  od  niej!  Łaska  pierwszego  okresu 

background image

nawrócenia  nie  wykorzenia  wad  ani  niedoskonałości,  lecz  jedynie  je  zakrywa.  Osoba  ta  nie 
powinna się dziwić, że pewnego dnia cały jej zapał zniknie, a niedoskonałości, z których, jak 
sądziła, została przez nawrócenie uwolniona, dadzą o sobie znać z niespotykaną siłą. Właśnie 
wówczas powinna wytrwać i umieć wyciągnąć korzyści z czasu pustyni i próby, tak jak umiała 
korzystać z okresu błogosławieństwa. 

Inny przypadek, gdy pytanie nie powstaje, dotyczy drugiego krańca drogi życia duchowego. 

To  przypadek osoby, nad  której  modlitwą  Bóg  mógł  zapanować  w  takim  stopniu, że  osoba ta 
nie  stawia  już  żadnego  oporu  i  nic  już  sama  z  siebie  nie  musi  robić.  Jej  możliwości  są 
ograniczone, jedyne co może, to oddawać siebie i zanurzać się w obecność Boga, która ogarnia 
całą  jej  istotę.  Osobie  tej  nie  pozostaje  już  nic  do  zrobienia,  jedynie  mówić  „tak".  Powinna 
jednak zdobyć się na otwartość wobec jakiegoś ojca duchowego, żeby usłyszeć potwierdzenie 
otrzymanych łask. Powinna się przed kimś otworzyć, tym bardziej, że nie kroczy już wspólną 
wszystkim drogą. Niezwykłym łaskom często towarzyszą walki lub wątpliwości dotyczące ich 
pochodzenia. Czasem wyłącznie otwarcie duszy może upewnić ją o boskim pochodzeniu łask i 
wyzwolić na tyle, by mogła je w pełni przyjąć. 

Powiedzmy  teraz  o  przypadku  pośrednim,  występującym  bardzo  często.  Trzeba  o  tym 

powiedzieć, ponieważ sytuacja, którą teraz opiszemy, jest z początku trudno zauważalna i może 
budzić  skrupuły.  Człowiek  nie  wie,  czy  postępuje  źle  czy  dobrze,  ale  właściwie i  tak  nie  ma 
wyboru. Wyjaśnijmy. Chodzi o taką sytuację, gdy Duch Święty zaczyna wprowadzać kogoś w 
modlitwę znacznie bardziej „bierną" po okresie, gdy modlitwa była przede wszystkim „czynna" 
w tym sensie, że polegała głównie na aktywności tej osoby (medytacja, wewnętrzny dialog z 
Jezusem, rozmyślanie, akty woli takie jak ofiarowanie się Bogu itp.). 

Otóż  któregoś  dnia,  zwykle  początkowo  niezauważalnie,  sposób  modlitwy  się  zmienia. 

Człowiek  zaczyna  doświadczać  trudności  w  medytacji  czy  też  rozmyślaniu,  oschłości.  Woli 
raczej trwać przed Panem niż cokolwiek robić czy mówić, bez jakiejś myśli, tylko pozostawać 
tak,  w  postawie  pełnej  miłości  uwagi.  Niezauważalne  z  początku  jest  właśnie  to  miłosne 
skupienie, płynące raczej z serca niż z umysłu. Z czasem może się ono stać znacznie silniejsze, 
nawet pełne żaru, ale początkowo jest prawie niewidoczne. Nawet, gdy dusza próbuje robić co 
innego, wracać do bardziej „aktywnej" formy modlitwy, nie udaje jej się to. Stale będzie miała 
skłonność wracania do wcześniejszego etapu, tego, który opisaliśmy. Czasem będą ją dręczyły 
skrupuły, ponieważ ma wrażenie, że nic nie robi, podczas gdy wcześniej coś robiła. 

Gdy dusza znajduje się w takim stanie, powinna po prostu w nim pozostać, bez działania, 

bez  ruchu.  Oznacza  to  bowiem,  że  Bóg  chce  ją  wprowadzić  w  głęboką  modlitwę 
kontemplacyjną, co jest wielką łaską. Dusza powinna pozwolić działać Bogu i pozostać bierna. 
Wystarczy, że w głębi serca jest ku Niemu skierowana, by mogła uznać, że się modli. Nie jest 
to czas działania za pomocą własnych sił czy umiejętności, jest to czas oczekiwania na działanie 
Boga.  Pamiętajmy  jednak,  że  nie  jest  to  jeszcze  czas  całkowitego  panowania  Boga,  który 
opisaliśmy wyżej. Umysł i wyobraźnia nadal pracują. Pojawiają się myśli i obrazy, przychodzą 
i  odchodzą,  ale  na  poziomie  na  tyle  zewnętrznym,  że  osoba  nie  podąża  tak  naprawdę  za  ich 
tokiem. Istotna jest nie ta, nieunikniona, praca umysłu, lecz to, że głębia serca czeka na Boga. 

Omówiliśmy więc sytuacje, gdy pytanie „jak spożytkować czas przeznaczony na modlitwę" 

w ogóle nie powstaje. 

Pozostają  przypadki,  gdy  zostaje  ono  postawione!  Przeważnie  dotyczy  osób  dobrej  woli, 

które nie zostały (jeszcze!) ogarnięte ogniem miłości Bożej, nie otrzymały jeszcze łaski biernej 
modlitwy  wewnętrznej,  ale  zrozumiały  jej  znaczenie  i  zapragnęły  ją  regularnie  praktykować. 
Nie bardzo jednak wiedzą, jak się za to zabrać. Co im poradzić? 

W  poprzednim  rozdziale  omówiliśmy  najważniejsze  zasady,  jakimi  powinna  kierować  się 

dusza, przystępując do modlitwy. Odnoszą się one do wszystkich form modlitwy, a nawet, jak 
powiedzieliśmy,  do  całości  życia  chrześcijańskiego.  Tym,  co  liczy  się  przede  wszystkim, 
powtórzmy  to  jeszcze  raz, nie są  metody  modlitwy,  lecz duchowy  klimat  i  podejście do niej, 
nastawienie  serca.  Właściwy  klimat  warunkuje  wytrwałość,  a  co  za  tym  idzie  -  owocność 
modlitwy. 

background image

Uczynimy  teraz  podobnie,  jak  w  pierwszej  części,  to  znaczy  podamy  kilka  wskazówek, 

które razem wzięte określą może nie tyle ów klimat, co pewien wewnętrzny krajobraz, z jego 
stałymi punktami i drogami. Wewnętrzny pejzaż, który ktoś spragniony modlitwy będzie mógł 
dowolnie  przemierzać,  zależnie  od  etapu,  na  jakim  się  znajduje  i  natchnień  Ducha  Świętego. 
Znajomość  punktów  odniesienia  pozwoli  człowiekowi  zorientować  się  w  tej  przestrzeni  i 
pomoże mu zrozumieć, jakie ma podjąć kroki. 

„Wewnętrzny  krajobraz"  chrześcijańskiej  kontemplacji  kształtuje  przede  wszystkim  szereg 

prawd teologicznych, które teraz zasygnalizujemy i wyjaśnimy. 

 

Rozdział 3 

 

Pierwszeństwo działania Boga       

powrót

       

spis treści

 

 
Pierwsza zasada jest prosta, ale bardzo istotna. W modlitwie wewnętrznej liczy się nie tyle 

to, co my robimy, lecz to, co Bóg w tym czasie czyni w nas. 

Znajomość tej prawdy wyzwala. Niejednokrotnie czujemy się niezdolni, by zrobić samemu 

choćby najmniejszy ruch. Nie ma w tym nic dramatycznego. Nawet jeśli my nic nie możemy 
robić, On, Bóg, zawsze może działać i naprawdę działa w głębi naszej istoty, choćbyśmy nie 
byli  tego  świadomi.  Najważniejszy  w  całej  modlitwie  akt  polega  na  tym,  żeby  stanąć  przed 
Bogiem  i  trwać  w  Jego  obecności.  A  Bóg  nie  jest  Bogiem  umarłych,  lecz  żywych.  Jego 
obecność, dlatego że jest obecnością żywego Boga, działa, uzdrawia, uświęca i ożywia. Stając 
blisko ognia, nie sposób nie przyjąć jego ciepła. Nie można wystawiać twarzy do słońca i się 
nie opalić. Podlegamy Jego działaniu już w chwili, gdy się do Niego kierujemy, gdy trwamy 
przed Nim nieruchomo. 

Spróbujmy  sprawić,  żeby  nasza  modlitwa  była  tylko  tym,  niczym  więcej.  Trwajmy  przed 

Bogiem, nic nie robiąc, nie myśląc o niczym specjalnym, bez jakichś szczególnych uczuć, za to 
zachowując w sercu ufność, otwartość, oddanie. Nic lepszego nie można uczynić. Pozwalamy 
w ten sposób Bogu działać w sekrecie naszej duszy, a przecież w gruncie rzeczy o to chodzi. 

Błędem byłoby ocenianie modlitwy pod kątem tego, co w tym czasie robiliśmy, poczucie, że 

była ona dobra i potrzebna, ponieważ mówiliśmy dużo słów, a przyniosła rozczarowanie, gdyż 
do  niczego  nie  byliśmy  zdolni.  Bardzo  możliwe,  że  nasza  modlitwa  była  nędzna,  ale  w  tym 
czasie,  w  sposób  nieodczuwalny  i  ukryty,  Bóg  uczynił  w  głębi  naszej  duszy  cuda,  których 
owoce  ujrzymy  dużo,  dużo  później...  Gdyż  przyczyną  wielkich  dóbr,  które,  jak  ze  źródła, 
wypływają  z  modlitwy  wewnętrznej,  nie  są  nasze  myśli  ani  uczucia,  lecz  często  ukryte  i 
niewidzialne  działanie  Boga  w  naszym  sercu.  Wiele  owoców  modlitwy  ujrzymy  dopiero  w 
Królestwie! 

Mała Teresa była tego bardzo świadoma. Miała w modlitwie jeden problem - zasypiała! Nie 

była to jej wina, wstąpiła do Karmelu zupełnie młoda i jak na swój wiek miała zbyt mało snu. 
Ta słabość niezbyt ją jednak smuciła: 

„Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy, kiedy śpią, jak i kiedy 

nie śpią; myślę też, że lekarze, chcąc zrobić operację usypiają swoich chorych, i że Pan widzi 
naszą słabość i wie, żeśmy proch (Ps 103,14)". 

W  modlitwie  kontemplacyjnej  najważniejsza  jest  bierność.  Bardziej  chodzi  o  to,  żeby 

pozwolić działać Bogu, niż żeby samemu cokolwiek robić. Czasem musimy przygotować grunt 
pod  Boże  działanie  własną  aktywnością,  ale  bardzo  często  mamy  jedynie  biernie  na  nie 
przystawać  i  właśnie  wtedy  dzieją  się  najważniejsze  rzeczy.  Niekiedy  Bóg  musi  wręcz 
uniemożliwić  nasze  poczynania,  żeby  móc  swobodnie  w  nas  działać.  Dobrze  wytłumaczył  to 
święty Jan od Krzyża. Według niego pewnego rodzaju oschłość, niemożność posługiwania się 
na  pewnym  etapie  modlitwy  wyobraźnią  i  inteligencją,  niezdolność  rozmyślania  czy 
odczuwania  czegokolwiek  oznacza,  że  Bóg  wprowadza  nas  w  stan  oschłości  i  nocy,  żeby 
samemu  działać  w  naszej  głębi,  tak  jak  lekarz,  który  usypia  chorego,  by  móc  spokojnie 
pracować. 

background image

Powrócimy jeszcze do tego tematu. Na razie zapamiętajmy tyle: jeśli mimo naszych starań 

nie możemy się modlić, nie ma w nas pięknych myśli ani żadnych odczuć, nie należy się tym 
smucić.  Ofiarujmy  Bogu  nasze  ubóstwo.  Taka  modlitwa  stanie  się  przez  to  bardziej 
wartościowa  od  tej,  która  nas  samych  napełniała  zadowoleniem!  Święty  Franciszek  Salezy 
modlił się w ten sposób: „Panie, jestem tylko kawałkiem drewna, podłóż pod niego ogień!" 

 

Rozdział 4 

 

Pierwszeństwo miłości       

powrót

       

spis treści

 

 
Przejdźmy  teraz  do  drugiej,  absolutnie  podstawowej  zasady:  pierwszeństwa  miłości  nad 

wszystkim innym. Święta Teresa z Avila  mówi:  „W  modlitwie  myślnej liczy się nie to, żeby 
dużo myśleć, lecz żeby bardzo kochać". 

Ta prawda również wyzwala. Czasem nie możemy myśleć, nie możemy medytować, nic nie 

czujemy,  a  jednak  możemy  kochać.  Ktoś,  kto  jest  bardzo  zmęczony  rozproszeniami,  niemal 
wyczerpany swoją niezdolnością modlitwy, zawsze może, zamiast niepokoić się i zniechęcać, w 
pełnej pokoju ufności ofiarować Panu swoje ubóstwo. Daje tą drogą wyraz miłości i  modli się 
w  sposób  doskonały.  Miłość  pozostaje  królową,  niezależnie  od  okoliczności,  zawsze  potrafi 
mieć ostatnie słowo. „Miłość czerpie korzyści ze wszystkiego, zarówno z dobra, jak ze zła"  - 
lubiła mawiać mała Teresa, cytując świętego Jana od Krzyża. Korzysta zarówno z uczuć, jak z 
oschłości, zarówno z myśli, jak z ich braku, zarówno z cnoty, jak z grzechu... 

Zasada  ta  łączy  się  z  pierwszą,  którą  wcześniej  omówiliśmy:  z  pierwszeństwem  działania 

Bożego  przed  naszym.  Najważniejsze,  co  mamy  robić  w  czasie  modlitwy  wewnętrznej,  to 
kochać. Ale kochać, w relacji z Bogiem, oznacza przede wszystkim pozwolić się kochać. Nie 
jest  to  wcale  tak  łatwe,  jak  się  zdaje.  Trzeba  wierzyć  w  miłość,  a  my  z  taką  łatwością  w  nią 
wątpimy. Trzeba też zaakceptować swoje ubóstwo. 

Czasem  łatwiej  nam  przychodzi  kochać,  niż  pozwolić  się  kochać.  Gdy  ja  jestem  tym,  kto 

daje, kto coś robi, czuję się  wartościowy  i potrzebny. Pozwolić się kochać, to znaczy nic nie 
robić, być niczym. Nasza podstawowa praca w czasie modlitwy wewnętrznej polega właśnie na 
tym:  nie  na  myśleniu,  ofiarowywaniu,  robieniu  czegoś  dla  Boga,  lecz  na  tym,  by  mógł  nas 
kochać  jak  małe  dzieci.  Pozwolić  Bogu  na  radość  kochania  nas.  To  jest  trudne.  Wymaga 
mocnej jak żelazo wiary w miłość Boga. Zakłada też zgodę na własne ubóstwo. Dotykamy tutaj 
czegoś absolutnie podstawowego: prawdziwa miłość Boga może opierać się jedynie na uznaniu 
pierwszeństwa  Jego  miłości  ku  nam,  na  zrozumieniu,  że  zanim  cokolwiek  uczynimy,  mamy 
przede wszystkim przyjmować. W tym właśnie przejawia się miłość Boga ku nam, że nie my 
umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował (1 J 4,10). 

Bóg  najbardziej  potrzebuje  z  naszej  strony  tego  pierwszego  aktu  wiary.  On  jest  podstawą 

wszystkich  dalszych  kroków.  Mamy  uwierzyć,  że  jesteśmy  kochani,  pozwolić  się  kochać.  W 
naszym ubóstwie, tacy jacy jesteśmy, nie zważając na własne cnoty czy zasługi. Jeżeli na tym 
opiera się nasz stosunek do Boga - jest on prawdziwy. Jeśli nie - zawsze będzie zniekształcony 
faryzeizmem  i  w  gruncie  rzeczy  nie  Bóg  będzie  w  nim  zajmował  pierwsze  miejsce,  lecz  my 
sami, nasze działanie, nasza wartość czy jeszcze coś innego. 

Taki  punkt  widzenia  jest  trudny,  gdyż  wyklucza  skupienie  się  na  własnej  osobie,  ale 

prowadzi do wyzwolenia. Bóg nie oczekuje w pierwszej kolejności naszych dzieł, czynionego 
przez nas dobra. Jesteśmy „sługami bezużytecznymi". „Bóg nie potrzebuje naszych dzieł. Bóg 
jest  spragniony  miłości"  -  mówi  Teresa  od  Dzieciątka  Jezus.  Najbardziej  chce,  żebyśmy  się 
otworzyli  i  pozwolili  kochać,  wierzyli  w  Jego  miłość.  To  zawsze  możemy  czynić. 
Kontemplacja  właśnie  na  tym  polega.  Trwać  w  obecności  Boga,  pozwolić  Mu  się  kochać. 
Odpowiedź naszej miłości przychodzi albo w czasie modlitwy, albo później. Jeśli pozwolimy 
się kochać, Bóg sam będzie czynił w nas dobro i pozwoli nam wypełnić dobre czyny, które z 
góry przygotował, abyśmy je pełnili (por. Ef 2,10). 

background image

Z  zasady  pierwszeństwa  miłości  wynika,  że  powinna  ona  kierować  wszystkim,  czym 

zajmujemy  się  w  czasie  modlitwy  wewnętrznej.  Powinniśmy  robić  to,  co  roznieca  i  umacnia 
miłość. Pozostaje to jedynym kryterium, pozwalającym określić, czy coś jest dobre czy złe w 
kontemplacji. Dobre jest wszystko, co prowadzi do miłości. Do prawdziwej miłości oczywiście, 
nie tylko uczuciowej... (mimo że żywe uczucia są ważne, gdy Bóg nam ich udziela...). 

Naszą  własną  aktywność  powinny  tworzyć  rozważania,  akty  strzeliste,  myśli,  które 

umacniają miłość Boga, pozwalają nam Go poznawać, wzrastać w ufności do Niego, pobudzają 
pragnienie  całkowitego  oddania  się,  należenia  do  Niego,  służenia  Mu  wiernie  jako  naszemu 
jedynemu Panu. Wszystko to, co umacnia miłość Boga jest dobrym tematem rozważania. 

 

1. Dążenie do prostoty       

powrót

       

spis treści

 

 
Konsekwencje tego, co przed chwilą powiedzieliśmy, są następujące: musimy uważać, żeby 

nie  „przegadać"  modlitwy,  nie  mnożyć  niepotrzebnie  słów  ani  rozważań,  w  których  więcej 
byłoby  chęci  przeżywania  „wzlotów"  niż  prawdziwego  nawrócenia  serca.  Czemu  służyłyby 
wzniosłe  i  ciekawe  myśli  na  temat  tajemnic  wiary,  nieustannie  nowe  tematy  rozważań, 
obejmujące wszystkie prawdy teologiczne i coraz to nowe fragmenty Pisma Świętego, jeśli nie 
wychodzilibyśmy z modlitwy bardziej gotowi oddać się Bogu i zaprzeć samego siebie z miłości 
do Niego? „Kochać  -  mówi Teresa od Dzieciątka Jezus  - to oddać wszystko, co posiadamy i 
jeszcze siebie samego". Choćby nawet codzienna kontemplacja zawierała tylko tę jedną myśl, 
do  której  nieustannie  bym  powracał:  otwierać  serce,  żeby  było  zdolne  całkowicie  oddać  się 
Panu, stale umacniać się w pragnieniu służenia Mu - taka modlitwa byłaby skromna, ale o ileż 
bardziej wartościowa! 

Pozostając nadal przy tym temacie, przypomnijmy jedno zdarzenie z życia Teresy z Lisieux. 

Niedługo przed śmiercią, gdy Teresa leżała bardzo chora, do pokoju weszła jej siostra (Matka 
Agnieszka)  i  spytała  ją:  „O  czym  myślisz?"  „O  niczym  nie  myślę,  nie  mogę  myśleć,  zbyt 
mocno cierpię, modlę się". „I co mówisz Jezusowi?" Teresa odpowiada: „Nic Mu nie mówię, 
kocham Go". 

Oto najuboższa i najgłębsza modlitwa. Prosty akt miłości, bez słów. Powinniśmy dążyć do 

prostoty. Przy końcu drogi nasza kontemplacja nie powinna być niczym więcej: nie słowami, 
rozważaniami, wielością powtarzanych co chwilę aktów, lecz jednym prostym aktem miłości. 
Żeby  dojść  do  takiej  prostoty,  potrzeba  jednak  dużo  czasu  i  głębokiej  pracy  łaski.  Grzech 
uczynił  nas  tak  skomplikowanymi,  tak  rozproszonymi...  Zapamiętajmy  to:  wartość  modlitwy 
nie leży w bogactwie myśli i przeżyć - wprost przeciwnie, im bardziej przybliża się do prostego 
aktu miłości, tym więcej jest warta. Zwykle im bardziej nasze życie duchowe się pogłębia, tym 
staje się prostsze. Powrócimy do tego, mówiąc o ewolucji modlitwy wewnętrznej. 

Zanim  zakończymy  ten  temat,  chcielibyśmy  ostrzec  przed  pewnego  rodzaju  pokusą,  która 

może  pojawić  się  w  czasie  kontemplacji.  Zdarza  się  czasem,  gdy  się  modlimy,  że  w  naszym 
umyśle powstają myśli, które zadziwiają nas swoją głębią i pięknem - rodzaj iluminacji. Mogą 
dotyczyć Boga, albo naszego życia, wspaniałych perspektyw, jakie się przed nami rysują... Ten 
typ  myśli  czy  też  olśnień  (które  w  danej  chwili  mogą  się  nam  wydawać  genialne!)  często 
stanowi  pułapkę  i  trzeba  się  mieć  wobec  nich  na  baczności.  Oczywiście,  nieraz  w  czasie 
modlitwy  Bóg  daje  nam  głębokie  myśli  i  inspiracje.  Ale  trzeba  wiedzieć,  że  niektóre 
nachodzące  nas  myśli  mogą  być  pokusami.  Idąc  za  nimi  oddalamy  się  od  uboższej,  ale 
prawdziwszej  obecności  Boga.  Myśli  te  wciągają  nas,  unoszą  i  często  kończy  się  na  tym,  że 
większą uwagę zwracamy na nie, niż na samego Boga. Po skończonej modlitwie nagle zdajemy 
sobie sprawę, że wszystko się rozproszyło i niewiele z tego zostało... 

 

Rozdział 5 

 

Bóg daje siebie za pośrednictwem człowieczeństwa Jezusa       

powrót

       

spis treści

 

 

background image

Po  omówieniu  pierwszeństwa  działania  Bożego  i  pierwszeństwa  miłości,  przyjrzyjmy  się 

teraz  trzeciej  podstawowej  zasadzie,  która  wyróżnia  kontemplację  chrześcijańską:  Boga 
spotykamy w człowieczeństwie Jezusa. 

Modlitwa wewnętrzna służy wejściu w komunię z Bogiem. Ale nikt nie zna Boga. W jakiż 

więc  sposób,  dzięki  jakiemu  pośrednictwu  możemy  Go  spotkać?  Istnieje  tylko  jeden  jedyny 
pośrednik - Jezus Chrystus - prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Człowieczeństwo Jezusa, 
Syna  Bożego,  jest  naszym  pośrednictwem,  naszym  punktem  oparcia.  Dzięki  niemu  wiemy  z 
całą pewnością, że Boga można spotkać i z Nim się zjednoczyć. Święty Paweł mówi:  W Nim 
bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała
 (Kol 2,9). Człowieczeństwo Jezusa jest 
tym pierwszym sakramentem, dzięki któremu Bóstwo staje się dostępne ludziom. 

Jesteśmy  istotami  cielesnymi,  w  kontakcie  z  rzeczywistością  duchową  potrzebujemy 

odczuwalnych  znaków.  Bóg  wie  o  tym  i  to  właśnie  tłumaczy  tajemnicę  Wcielenia.  Chcemy 
dotknąć, poczuć, zobaczyć. Konkretne, dostępne dla naszych zmysłów człowieczeństwo Jezusa 
jest wyrazem uległości Boga. Bóg wie, z czego zostaliśmy utworzeni. Wie, jak możemy dojść 
do Niego, dotknąć Go naszymi dłońmi. Duchowe stało się cielesnym. Jezus jest dla nas drogą 
do Ojca. Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca - odpowiada Jezus na prośbę Filipa: Panie, 
pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy
 (J 14,8-9). 

Wcielenie to wielka, niezgłębiona tajemnica. Człowieczeństwo Jezusa we wszystkich swych 

aspektach, nawet tych najpokorniejszych, wyglądających na drugorzędne, stanowi dla nas jakby 
niezwykłą  przestrzeń  komunii  z  Bogiem.  Każdy  jego  ślad,  nawet  najmniejszy  i  najbardziej 
ukryty, każde Jego słowo, każdy czyn i gest, wszystkie etapy Jego życia, od poczęcia w łonie 
Maryi aż po Wniebowstąpienie wprowadzają nas, jeśli przyjmujemy je z wiarą, w komunię z 
Ojcem. Kontemplując człowieczeństwo Jezusa tak, jak kontempluje się bliski sercu krajobraz, 
jak książkę napisaną specjalnie dla nas, przyjmując je w wierze i w miłości, nieustannie głębiej 
wchodzimy w komunię z niepoznawalnym i niezgłębionym Bogiem. 

Dlatego  chrześcijańska  kontemplacja  zawsze  będzie  w  samych  swych  podstawach  opierać 

się  na  kontakcie  z  człowieczeństwem  Zbawiciela.  Różne  formy  chrześcijańskiej  modlitwy 
wewnętrznej  (dalej  podamy  ich  przykłady)  znajdują  swe  teologiczne  wytłumaczenie  jako 
szukanie  komunii  z  Bogiem  za  Pośrednictwem  któregoś  z  aspektów  człowieczeństwa  Jezusa. 
Ponieważ  człowieczeństwo  Jezusa  jest  sakramentem,  skutecznym  znakiem  więzi  człowieka  z 
Bogiem,  wystarczy  wejść  z  nim  w  wierze  w  kontakt,  żeby  znaleźć  z  Bogiem  więź.  Berulle 
pięknie  mówi  o tym,  w  jaki  sposób  tajemnice  życia  Jezusa  przeżyte  w  czasie,  pozostają  dla 
kontemplatyka tajemnicami żywymi i ożywiającymi: 

„Trwanie  tych  tajemnic  tak  należy  rozumieć:  zostały  przeżyte  w  pewnych  warunkach,  ale 

trwają i są wiecznie obecne w inny sposób. Przeminęły, jeśli chodzi o ich dokonanie w czasie, 
ale  nadal  obecna  jest  ich  wartość  i  wartość  ich  nigdy  nie  przeminie,  podobnie  jak  nigdy  nie 
przeminie miłość, z jaką zostały dokonane. Trwa więc  ich duch, stan, treść tajemnicy... Każe 
nam  to  traktować  tajemnice  życia  Jezusa  nie  jako  coś,  co  przeminęło  i  zgasło,  lecz  jako  coś 
żywego i obecnego, do czego my również teraz i na całą wieczność mamy dostęp". 

Odnosi się to na przykład do dzieciństwa Jezusa: „Dzieciństwo Syna Bożego to stan, który 

minął. Przeminęły już okoliczności owego dzieciństwa, nie ma już dziecka, ale istnieje Boska 
tajemnica, która trwa w niebie i działa poprzez łaskę w duszach ludzi żyjących na ziemi, którym 
Jezus Chrystus chce dać przystęp do tego pierwszego, pokornego stanu swojego życia". 

Istnieją  tysiące  sposobów,  żeby  wejść  w  kontakt  z  człowieczeństwem  Jezusa.  Można 

kontemplować  Jego  gesty  i  czyny,  medytować  Jego  słowa,  każde  zdarzenie  Jego  ziemskiego 
życia,  przechowywać  je  w  pamięci.  Można  patrzeć  na Jego  oblicze  w  ikonie,  adorować  Jego 
ciało w Eucharystii, z miłością wymawiać Jego imię i nosić je w sercu... Wszystko to tworzy 
modlitwę,  pod  warunkiem  jedynie,  że  nie  kieruje  nami  intelektualna  ciekawość,  lecz  miłość: 
Szukałam umiłowanego mej duszy (Pnp 3,1). 

Tym,  co  pozwala  nam  wejść  w  kontakt  z  człowieczeństwem  Jezusa,  a  poprzez  nie  w 

prawdziwą  komunię  z  niezgłębioną  tajemnicą  Boga,  nie  jest  intelektualna  spekulacja,  lecz 
wiara. Wiara jako cnota teologalna, to znaczy wiara płynąca z miłości. Jedynie ona, święty Jan 

background image

od  Krzyża  podkreśla  to  bardzo  mocno,  ma  moc  i  siłę  konieczną,  żeby  wprowadzić  nas  w 
rzeczywiste  działanie  tajemnicy  Boga  za  pośrednictwem  osoby  Chrystusa.  Tylko  ona  jedna 
pozwoli  nam  dojść  do  głębi  poznania  Boga.  Wiara,  która  jest  przylgnięciem  do  osoby 
Chrystusa. Bóg udziela nam Siebie w Nim. 

Dlatego,  jak  powiedzieliśmy,  uprzywilejowany  sposób  chrześcijańskiej  modlitwy 

wewnętrznej polega na komunii z Jego człowieczeństwem. Myślą, spojrzeniem, wolą i innymi 
drogami, którym odpowiadają różne, jak można je nazwać, „metody modlitwy". 

Klasycznym  sposobem  rozpoczynania  modlitwy,  przynajmniej  na  Zachodzie,  jest 

postępowanie  według  takiej  na  przykład  rady  świętej  Teresy  z  Avila:  staraj  się  żyć  w 
towarzystwie Jezusa, przestawaj z Nim jak z Przyjacielem, rozmawiaj z Nim, słuchaj... 

 "[Dusza]  może  stawiać  siebie  w  obecności  Chrystusa,  jakby  Go  widziała  na  oczy  i 

przyuczać się woli do coraz gorętszego rozmiłowania się w świętym Człowieczeństwie Jego, i 
trzymać się ustawicznie towarzystwa Jego; 

z Nim rozmawiać i prosić Go pomoc w potrzebach swoich, cieszyć się z Nim w pociechach 

swoich, by snadź dla tych pociech o Nim nie zapomniała; a w tych swoich z Nim rozmowach 
niech się nie wysila na sztucznie ułożone modlitwy, ale w prostych słowach niech Mu mówi, co 
czuje,  czego  pragnie,  czego  potrzebuje.  Jest  to  doskonały  sposób  do  wysokiego  w  krótkim 
czasie  postępu,  i kto  usilnie  się  stara  o  to,  aby  zawsze  pozostawał  w  tym  najdroższym 
towarzystwie,  korzystał  z  niego,  ile  zdoła  i  naprawdę  umiłował  tego  Pana,  któremu  tyle 
zawdzięczamy, ten, moim zdaniem, daleko już postąpił".  

Powrócimy jeszcze do tematu i podamy dalsze przykłady. 
 

Rozdział 6 

 

Bóg mieszka w naszym sercu       

powrót

       

spis treści

 

 
Chcielibyśmy się teraz skupić na czwartej zasadzie teologicznej, która może być niezwykle 

pomocna  w  modlitwie  wewnętrznej.  Chcemy  wejść  poprzez  nią  w  Bożą  obecność.  Bóg  jest 
obecny  na  wiele  sposobów,  wyjaśnia  to  wielość  form  modlitwy.  Można  kontemplować  Go  w 
stworzeniu, adorować w Eucharystii, medytować Jego obecność w słowach Pisma Świętego itd. 

Ale  istnieje  jeszcze  jeden  rodzaj  obecności  Bożej  i  dla  modlitwy  wewnętrznej  ma  on 

kapitalne znaczenie: obecność Boga w naszym sercu. 

Tak  samo  jak  inne  rodzaje  obecności,  obecność  Boga  wewnątrz  nas  nie  jest  przede 

wszystkim przedmiotem doświadczenia (może się nim stać z czasem, przynajmniej w chwilach 
łaski...), ale przedmiotem wiary. Niezależnie od tego, czy ją odczuwamy, czy też nie, wiemy z 
całą  pewnością  wiary,  że  Bóg  mieszka  w  głębi  serca  każdego  człowieka.  Czyż  nie  wiecie,  że 
ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego? 
(1 Kor 6,19). Święta Teresa z Avila opowiada, że 
zrozumienie tej prawdy teologicznej było faktem, który całkowicie przemienił jej modlitwę: 

,,Gdybym  wówczas  była  znała  tę  prawdę,  tak  jak  dzisiaj  ją  znam,  że  w  tym  maluczkim 

pałacu duszy mojej tak wielki mieszka Król, snadź nie byłabym Go często zostawiała samego, 
byłabym choć niekiedy dotrzymywała Mu towarzystwa, a szczególnie  byłabym pilniej starała 
się o to, aby ten pałac Jego nie był tak zaśmiecony. Jakiż to dziw niepojęty, że Ten, którego 
wielkości tysiące światów nie ogarnie, zamyka się w takim ciasnym przybytku, jakim jest dusza 
nasza!  Ale  i  w  tym  zamknięciu  jest  wolny,  bo  będąc  Panem  wszechwładnym,  wszędzie  jest 
niezależny,  tylko  że  dla  takiej  wielkiej  miłości,  jaką  nas  miłuje,  przystosowuje  się  do  miary 
naszej". 

Wewnętrzne skupienie, zejście w głąb siebie - cały ten aspekt kontemplacji właśnie tutaj ma 

swoje  źródło.  Inaczej  bowiem  skupienie  byłoby  tylko  skupieniem  na  sobie  samym. 
Chrześcijańskie „schodzenie w głąb siebie" ma sens, ponieważ w swym najtajniejszym wnętrzu 
odnajdujemy  Boga  „bliższego  nam  niż  my  sami"  -  według  słów  świętego  Augustyna.  Bóg 
mieszka w nas, dzięki łasce Ducha Świętego. „Najgłębsze centrum duszy - mówi Jan od Krzyża 
- to Bóg". 

background image

Ta prawda stanowi podstawę tej formy modlitwy wewnętrznej, jaką jest „modlitwa serca". 

Schodząc  z  wiarą  w  głąb  własnego  serca,  człowiek  odnajduje  mieszkającego  tam  Boga.  W 
kontemplacji szukamy Boga, będącego „zupełnie Innym", szukamy Go na zewnątrz, jakby poza 
nami.  Ale  jest  też  w  chrześcijańskiej  modlitwie  miejsce  dla  tego  ruchu,  który  kieruje  nas  ku 
wnętrzu, w głąb własnego serca, żeby spotykać tam Jezusa niezwykle bliskiego, niezwykle w 
ten sposób dostępnego. 

Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie nam [Słowo] (...). Któż dla nas uda się za morze 

(...). Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i na twoim sercu (Pwt 30,12-
14). 

„Czy  mały  to  będzie,  sądzicie  dla  duszy  roztargnionej  pożytek,  gdy  zrozumie  tę  prawdę  i 

przekona się, że na to, aby mogła rozmawiać z Boskim Ojcem swoim cieszyć się obecnością 
Jego, nie ma potrzeby wzlatywać aż do nieba ani modlić się głośno? On bowiem tak blisko jest, 
że i bez głosu ją usłyszy; nie potrzeba jej skrzydeł, aby latała szukając Go, ale dość jej udać się 
na samotność i patrzeć, i oglądać Go obecnego we własnym jej wnętrzu. I nie oddalając się od 
tego Gościa tak drogiego, z pokorą najgłębszą mówić do Niego jak do Ojca, prosić Go jak Ojca 
i cieszyć się Nim jak Ojcem, czując i uznając siebie niegodną zwać się córką Jego". 

Gdy nie wiemy, w jaki sposób się modlić, spróbujmy po prostu skupić się, wyciszyć, wejść 

do własnego serca, zejść w głąb i przez wiarę spotkać mieszkającego tam Jezusa. Spróbujmy z 
Nim  pozostać.  Nie  zostawiajmy  Go  samego,  bądźmy  z  Nim  najczęściej,  jak  tylko  możemy. 
Jeśli  wytrwamy  w  takim  ćwiczeniu,  wkrótce  odkryjemy  rzeczywistość,  którą  chrześcijanie 
Wschodu nazywają „miejscem serca"; „wewnętrzną celą", by użyć języka świętej Katarzyny ze 
Sieny,  owo  centrum  osoby,  które  Bóg  ustanowił,  żeby  się  w  nim  z  nami  spotykać.  Zawsze 
możemy  Go  tam  zastać.  Ta  wewnętrzna  przestrzeń  komunii  naprawdę  istnieje,  została  nam 
dana, ale ogromna większość ludzi nawet tego  nie podejrzewa. Nigdy tam nie byli, nigdy nie 
zeszli do tego ogrodu, nie próbowali jego owoców. Ci, którzy odkryli Królestwo Boże we włas-
nym wnętrzu należą do szczęśliwych, ich życie będzie od tej pory inne. 

To  prawda,  że  serce  człowieka  jest  przepaścią  nędzy  i  grzechu.  Ale  na  samym  jej  dnie 

mieszka  Bóg.  Święta  Teresa  z  Avila  posługuje  się  obrazem,  w  którym  porównuje  człowieka 
oddającego się modlitwie do kogoś, kto czerpie wodę ze studni. Zarzuca wiadro i początkowo 
wydobywa  jedynie  szlam.  Ale  jeśli  nie  straci  zaufania  i  wytrwa,  któregoś  dnia  dobędzie 
najczystszą wodę. Znajdzie ją w swoim własnym sercu. Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we 
Mnie - niech przyjdzie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza
 
(J 7,37-38). 

Stanie  się  to  w  naszym  życiu  czymś  bardzo  ważnym.  Jeśli  dzięki  modlitwie  wewnętrznej 

odkryjemy  owo  „miejsce  serca",  nasze  myśli,  wybory  i  działanie,  które  często  pochodzą  z 
bardzo  powierzchownej  strefy  osobowości  (niepokoju,  zdenerwowania,  przyzwyczajeń...), 
zaczną  pomału  wypływać  z  tego  głębokiego  centrum  duszy,  gdzie  jesteśmy  zjednoczeni  z 
Bogiem. Poznamy nowy sposób bycia; dzięki temu, że wszystko zacznie pochodzić z jednego 
źródła, staniemy się wolni. 

Omówiliśmy więc cztery główne zasady, które powinny kierować nami w czasie modlitwy 

wewnętrznej:  pierwszeństwo  działania  łaski,  pierwszeństwo  miłości,  człowieczeństwo  Jezusa 
jako przestrzeń komunii z Bogiem i wreszcie mieszkanie Boga w naszych sercach. Zasady te 
powinny służyć jako stałe punkty odniesienia. 

Ale, tak jak to już zapowiadaliśmy, żeby zrozumieć istotę modlitwy, musimy zdawać sobie 

sprawę z jej ewolucji, z istnienia w życiu duchowym określonych etapów. Przejdziemy teraz do 
tego właśnie tematu. 

 

CZĘŚĆ TRZECIA 

 

Etapy modlitwy wewnętrznej 

 

Rozdział 1 

background image

 

Droga od rozumu do serca       

powrót

       

spis treści

 

 
Modlitwa  wewnętrzna  nie  jest  rzeczywistością  statyczną.  Rozpoczyna  się  i  przechodzi 

kolejne etapy (nie zawsze zresztą biegnące po linii prostej, występują w niej skoki i powroty). 

Autorzy  piszący  o  kontemplacji  mają  zwyczaj  wyróżniać  poszczególne  etapy  rozwoju 

modlitwy na drodze do zjednoczenia duszy z Bogiem. Różnie je nazywają i klasyfikują. Święta 
Teresa  z  Avila  będzie  mówić  o  siedmiu  „mieszkaniach",  kto  inny  wyróżni  trzy  okresy 
(oczyszczenie,  oświecenie,  zjednoczenie).  Jeszcze  inni  autorzy  przyjmują  następującą 
kolejność: medytacja, modlitwa uczuć, kontemplacja prostego „spojrzenia", modlitwa ukojenia, 
uśpienie władz, porwanie, ekstaza. 

Nie  chcemy  zagłębiać  się  w  szczegółowe  rozróżnienia  etapów  kontemplacji,  łask 

mistycznych  (są  one  znacznie  częstsze  niż  może  się  to  wydawać  większości  ludzi)  i 
napotykanych  pokus.  Odsyłamy  do  bardziej  kompetentnych  autorów.  Tym,  do  których  kieru-
jemy  tę  książkę,  raczej  nie  będzie  to  potrzebne.  Dodajmy  tylko,  że  podobnych  schematów 
opisujących  drogę  modlitwy  nigdy  nie  należy  traktować  zbyt  dosłownie.  Nie  są  one  żadną 
obowiązującą  regułą  zwłaszcza  w  naszych  czasach.  Boska  Mądrość  wydaje  się  znajdować 
przyjemność  w  burzeniu  klasycznych  praw,  które  miały  kierować  życiem  duchowym.  To 
powiedziawszy, musimy jednak określić, na czym polega, naszym zdaniem, owa ewolucja, owa 
podstawowa przemiana, która dokonuje się w trakcie modlitwy wewnętrznej. Wszystkie dalsze 
zmiany są tylko jej pochodnymi. Wstępnie już zresztą o tym mówiliśmy. 

Ewolucja  ta  ma  różne  nazwy,  zależnie  od  duchowej  tradycji,  z  jakiej  się  wywodzi.  Sądzę 

jednak, że odnajdujemy ją wszędzie, nawet gdy proponowane drogi bardzo różnią się od siebie. 
Na  Zachodzie,  na  przykład,  zwyczajowo  rozpoczyna  się  (a  raczej  rozpoczynało,  gdyż  dziś 
przystępuje  się  do  modlitwy  w  bardzo  różny  sposób)  od  medytacji,  a  następnie  mówi  się  o 
przechodzeniu od medytacji do kontemplacji. Święty Jan od Krzyża obszernie opisuje właśnie 
ten przejściowy etap i kryteria, które pozwalają go rozpoznać. 

Wschodnia tradycja modlitwy Jezusa (nazywanej też modlitwą serca) została u nas ostatnio 

spopularyzowana dzięki książce Recit d'un pelerin russe (Opowieści pielgrzyma - przyp. tłum.). 
Wychodzi  ona  od  nieustannego  powtarzania  krótkiej  formuły  zawierającej  imię  Jezus,  co 
prowadzi po jakimś czasie do zejścia modlitwy z „głowy" w głąb serca. 

W istocie chodzi o ten sam fenomen, tę samą przemianę. Można ją opisywać również jako 

coraz  większą  prostotę  modlitwy,  jako  przejście  od  modlitwy  „aktywnej"  do  coraz  bardziej 
„biernej".  U  różnych  osób,  zależnie  od  ich  duchowej  drogi,  może  się  to  różnie  wyrażać  i 
przybierać różne formy. 

Na czym polega ta przemiana? Jest ona darem, którego Bóg udziela temu, kto Go wytrwale 

oczekuje, darem, którym jest wyłącznie łaska i w żaden sposób nie może zostać „osiągnięty", 
mimo  że  wierność  odgrywa  tutaj  ogromną  rolę,  przyspiesza  i  ułatwia  przyjęcie  tego  daru. 
Czasem można go otrzymać bardzo szybko, zaledwie po kilku latach modlitwy, a czasem nigdy 
nie być gotowym na jego przyjęcie. Zostaje dany w taki sposób, że początkowo prawie się go 
nie zauważa. Pojawia się stopniowo, czasami znika. Charakteryzuje go to, że pozwala przejść 
od  modlitwy,  w  której  dominowała  ludzka  aktywność  -  powtarzanie  jakiejś  formuły,  jak  w 
przypadku  modlitwy  Jezusa;  dyskursywna  praca  umysłu  w  medytacji,  gdy  wybieramy  jakiś 
temat  i  tekst  i  posługujemy  się  wyobraźnią,  angażujemy  uczucia,  wyciągamy  z  rozważań 
wnioski  -  do  modlitwy,  w  której  dominujące  staje  się  działanie  Boga,  a  duszy  pozostaje 
poddawanie  się  temu  działaniu, trwanie  w  postawie  prostoty, oddania, spokojnego, miłosnego 
skupienia. 

W modlitwie Jezusa doświadcza się tego, że w pewnym momencie zaczyna ona sama płynąć 

z serca, wprowadzając całą osobę w stan pokoju, ukojenia i miłości. W medytacji wejście w ten 
nowy etap przeważnie poprzedza oschłość, niezdolność rozmyślania, pragnienie, żeby nic nie 
robić,  tylko  trwać  tak  przed  Bogiem.  To  „nic  nie  robić"  nie  oznacza  inercji  ani  duchowego 
lenistwa, lecz miłosne oddanie. 

background image

Zmianę tę należy przyjąć jako wielką łaskę, nawet jeśli tych, którzy przyzwyczaili się dużo 

Panu mówić czy też medytować i znajdować w tym zadowolenie, łaska ta początkowo zbija z 
tropu. Dusza odnosi wrażenie, że się cofa, że przestała się modlić. Nie może już się modlić w 
taki sposób, do jakiego jest przyzwyczajona, posługując się inteligencją, wyobraźnią, opierając 
na uczuciach. 

Święty  Jan  od  Krzyża  bardzo  mocno  zwracał  na  to  uwagę.  Czasem  nawet  zmuszony  był 

karcić  takich  kierowników  duchowych,  którzy  nic  z  tego  nie  rozumieli.  Przekonywał  dusze, 
które dostępują tej łaski, żeby z radością ją przyjęły. Tłumaczył, że to zubożenie staje się ich 
prawdziwym  bogactwem,  i  żeby  nie  starały  się  za  wszelką  cenę  wracać  do  medytacji.  Mają 
zapomnieć  o  sobie,  zadowolić  się  trwaniem  przed  Bogiem  w  prostocie,  w  spokojnym, 
miłosnym oczekiwaniu. 

 

1. Zubożenie staje się bogactwem ?       

powrót

       

spis treści

 

 
Dlaczego przejście do tego nowego etapu stanowi tak wielką łaskę? 
Powód jest bardzo ważny, a jednocześnie bardzo prosty i święty Jan od Krzyża dobrze go 

wyjaśnia.  Wszystko,  co  możemy  objąć  umysłem  -  to  nie  jest  jeszcze  Bóg  -  wszystko  co 
możemy wyobrazić sobie lub odczuć - to nie jest jeszcze Bóg! Bóg jest nieskończenie większy 
niż  to  wszystko,  jest  nieskończenie  różny  od  jakiegokolwiek  obrazu,  jaki  moglibyśmy  sobie 
stworzyć  naszym  sposobem  rozumowania  czy  odczuwania.  Natomiast  nie  jest  „większy"  niż 
wiara,  nie  jest  „ponad"  miłością.  Wiara  pozostaje  jedynym  dostępnym  środkiem  zdolnym 
połączyć  nas  z  Bogiem,  uczy  doktor  Kościoła.  To  znaczy  jedynym  aktem,  dzięki  któremu 
mamy  kontakt  z  rzeczywistą,  realną  obecnością  Boga.  Wiara,  rozumiana  jako  prosty,  pełen 
miłości ruch przylgnięcia do Boga, który objawia i udziela Siebie w Jezusie. 

Być  może,  żeby  dojść  do  Boga,  trzeba  na  początku  posługiwać  się  w  modlitwie 

rozmyślaniem, refleksją, wyobraźnią, odczuwaniem. Jak długo jest nam z tym dobrze, pomaga 
nam to, służy nawróceniu, umacnia wiarę i miłość, należy się tym wszystkim posługiwać. Ale 
środkami opartymi na naszej własnej aktywności nie możemy dojść do istoty Boga, ponieważ 
On  jest  nieskończenie  ponad  naszą  inteligencją  i  naszymi  uczuciami.  Jedyna  tylko  wiara, 
pobudzana przez miłość, daje dostęp do samego Boga. Ale wiara ta może wyrazić się w pełni za 
cenę  oderwania  od  tego,  co  odczuwalne.  Dlatego  w  pewnych  okresach  Bóg  wyraźnie  się 
wycofuje,  w  taki  sposób,  żeby  pozostała  tylko  wiara,  a  inne  władze  były  jakby  niezdolne  do 
działania. 

Wówczas, gdy dusza nic już nie myśli, nie opiera się już na wyobrażeniach, nie odczuwa nic 

szczególnego, ale trwa po prostu w postawie miłosnego oczekiwania, nawet jeśli ta dusza nic 
nie  zauważa,  ma  wrażenie,  że  nic  nie  robi  i  że  nic  się  nie  dzieje,  w  tym  właśnie  ukryciu 
dochodzi  do  znacznie  głębszego,  znacznie  bardziej  substancjalnego  kontaktu  i  spotkania  z 
Bogiem. 

Modlitwa wewnętrzna przestaje być dziełem człowieka, który mówi coś do Boga, posługuje 

się  inteligencją  i    innymi    swoimi    władzami,    a  staje  się pewnego  rodzaju, bardzo głębokim 
„wylaniem" miłości, czasami odczuwalnym, zaś innym razem nie. Bóg i dusza spotykają się z 
sobą.  Na  tym,  według  świętego  Jana  od  Krzyża,  polega  kontemplacja  -  jest  ona  „wlanym", 
ukrytym, pełnym pokoju i miłości kontaktem z samym Bogiem. 

W ruchu, który staje się niemal bezruchem dzięki działaniu Ducha Świętego w duszy, istota 

Boga jakby w nią przepływa, a dusza cała zanurza się w Bogu. 

Nie  sposób  oddać  tego  słowami.  A  jednak  wiele  osób  doświadcza  tego  w  modlitwie 

wewnętrznej,  choć  często  nie  w  pełni  świadomie.  Tak  jak  Jourdain  nie  wiedział,  że  tworzy 
prozę, tak wiele prostych osób nie zdaje sobie sprawy z głębi własnej modlitwy i z tego, że są 
kontemplatykami. Tak jest zresztą niewątpliwie lepiej. 

Niezależnie  od  punktu  wyjścia  modlitwy  wewnętrznej,  a  jak  już  mówiliśmy  może  on  być 

bardzo różny, Pan wiele osób pragnie doprowadzić do tego kresu czy też choćby do tego etapu 

background image

przejściowego.  Dalej  istnieje  jeszcze  wiele  wyższych  stopni,  na  które  Duch  Święty  może 
człowieka wprowadzić, wiele łask, których nie będziemy tutaj omawiać. 

Ogromnie ciekawy jest fakt, że w tradycjach tak od siebie odległych jak „modlitwa Jezusa" i 

tej, której przedstawicielem jest święty Jan od Krzyża - choć proponuje się tak różne drogi - gdy 
chodzi o opisy łask kontemplacji, do której te drogi prowadzą, spotyka się niemal identyczne 
wyrażenia. Gdy święty Jan od Krzyża opisuje kontemplację, na przykład, jako „słodki oddech 
miłości", wydaje nam się, że mamy do czynienia z językiem Filokalii. 

 

Rozdział 2 

 

Rana serca       

powrót

       

spis treści

 

 
Podamy  teraz  kilka  uwag,  które  będą  podsumowaniem  tego,  co  powiedzieliśmy  w 

poprzednich 

rozdziałach: 

pierwszeństwo  miłości,  kontemplacja,  modlitwa  serca, 

człowieczeństwo Jezusa... 

Doświadczenie  pokazuje,  że  aby  naprawdę  wejść  w  głąb  modlitwy,  trzeba  zostać 

wprowadzonym  w  stan  bierności,  w  którym  Bóg  i  dusza  spotykają  się  w  ukryciu,  trzeba  też, 
żeby  nasze  serce  zostało  zranione...  Zranione  miłością  Boga,  zranione  pragnieniem 
Ukochanego.  Modlitwa  może  naprawdę  zejść  w  głąb  i  tam  pozostać  jedynie  za  cenę  takiego 
zranienia. Bóg musi nas dotknąć na poziomie na tyle głębokim, żebyśmy całą naszą istotą nie 
mogli  już  się  bez  Niego  obejść.  Bez  tej  rany  miłości  nasza  modlitwa  pozostanie  jedynie 
intelektualnym albo pobożnym ćwiczeniem, nigdy nie stanie się głęboką komunią z Tym, kto 
pozwoli, żeby Jego serce zostało przebite, zranione z miłości do nas. 

Mówiliśmy  o  człowieczeństwie  Jezusa  jako  pośrednictwie  pomiędzy  nami  a  Bogiem. 

Najważniejszym miejscem ludzkiego ciała Jezusa jest Jego zranione serce. Zostało ono otwarte, 
żeby Boska miłość mogła wypłynąć, żebyśmy dzięki temu mieli bezpośredni dostęp do Boga. 
Nie  możemy  czerpać  ze  zdrojów  Jego  miłości,  jeśli  nasze  serce  nie  zostało  otwarte  podobną 
raną.  Dopiero  wówczas  może  naprawdę  dojść  do  spotkania  w  miłości,  co  stanowi  przecież 
jedyny cel kontemplacji. Wtedy staje się ona tym, czym powinna być: trwaniem serca w Sercu. 

Ranę, z której wypływa w nas miłość, możemy odczuwać w różny sposób: jako pragnienie, 

niespokojne poszukiwanie Ukochanego, żal i ból z powodu grzechu, jako agonię nieobecności. 
Może z niej płynąć zalewająca duszę błogość, niewyrażalne szczęście, ale może też być ogniem 
pełnym  żaru  i  bólu.  Uczyni  z  nas  istoty  na  zawsze  naznaczone  przez  Boga,  nieznajdujące  w 
życiu innego zadowolenia niż życie w Nim. 

Pan,  objawiając  się  nam,  chce  nas  oczywiście  uzdrawiać.  Uzdrawiać  z  naszego 

rozgoryczenia,  błędów,  prawdziwego  lub  fałszywego  poczucia  winy,  z  tego,  co  w  nas 
zatwardziałe...  Wiemy  o  tym  i  mamy  nadzieję,  że  wszystko  to  uzdrowi.  Ale  powinniśmy 
zrozumieć,  że  w  pewnym  sensie  bardziej  zależy  Mu  na  tym,  żeby  nas  zranić  niż  uzdrowić. 
Raniąc  nas  coraz  głębiej,  przygotowuje  nasze  prawdziwe  uzdrowienie.  Niezależnie  od  tego, 
jaką postawę Bóg obiera względem nas, czy wydaje się niezwykle bliski czy też bardzo daleki, 
czuły czy też obojętny (w  modlitwie wewnętrznej możliwe są wszystkie te zmiany), Jego cel 
jest zawsze taki sam: zranić nas głębiej miłością. 

W  Traktacie o  Miłości  Bożej  Franciszka Salezego  znajduje  się  piękny  rozdział,  w  którym 

święty ukazuje, jak Bóg na różne sposoby zbliża się, żeby zranić duszę miłością. Gdy wydaje 
się, że Bóg nas opuścił, zostawił nas samych z naszymi problemami, w oschłości, czyni to po 
to, by żywiej nas dotknąć. 

„Biedna dusza, raczej gotowa jest zginąć niż obrazić Boga, nie odczuwa pomimo to żaru, a 

wręcz przeciwnie - niezwykłą oschłość, która powoduje, że cała jest jakby odrętwiała i od czasu 
do czasu popada w bardzo wyraźne błędy. Taka dusza zostaje bardzo głęboko zraniona. Wydaje 
jej się, że Bóg nie widzi, jak bardzo Go kocha, skoro porzuca ją jak stworzenie, które do Niego 
nie  należy.  W  swoich  strapieniach,  rozproszeniu  i  oschłości  sądzi,  że  Pan  kieruje  do  niej 
wymówkę: «Jak możesz mówić, że Mnie kochasz, skoro twoja dusza jest daleko ode Mnie?» Te 

background image

słowa ranią jej serce jak strzała, ale ten ból pochodzi z miłości; gdyby nie kochała, nie byłaby 
tak zgnębiona na samą myśl o braku miłości". 

Bóg mocniej nas nieraz rani, pozostawiając w ubóstwie, niż uzdrawiając! 
Mniej  zależy  Mu  na  tym,  żebyśmy  byli  doskonali,  a  bardziej,  żeby  nas  z  Sobą  związać. 

Doskonałość (przynajmniej według naszych wyobrażeń...) uczyniłaby nas samowystarczalnymi 
i niezależnymi, podczas gdy zranienie sprawia, że jesteśmy ubodzy, a to prowadzi do komunii z 
Nim. Jedynie ta komunia się liczy. Nie to, by osiągnąć idealną doskonałość, lecz to, by nie móc 
się obejść bez Boga, być związanym z Nim nieustannie, zarówno w cnocie, jak w ubóstwie. W 
taki sposób, żeby Jego miłość bez przerwy mogła spływać na nas, żebyśmy żyli w nieustannej 
konieczności oddawania się Jemu, ponieważ to pozostaje Jedynym dla nas rozwiązaniem. 

Ta prawda wyjaśnia bardzo wiele z naszego życia duchowego. Tłumaczy dlaczego Jezus nie 

uwolnił Pawła od jego ościenia dla ciała, od owego wysłannika Szatana, który go policzkował, 
lecz odpowiedział mu: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (por. 2 
Kor 12,7-9). 

Wyjaśnia też, dlaczego mali i ubodzy, zranieni przez życie, często otrzymują łaski modlitwy 

wewnętrznej, których nie spotykamy u bogatych. 

 

1. Modlitwa wewnętrzna - trwać z otwarta raną       

powrót

       

spis treści

 

 
Modlitwa wewnętrzna to trwanie z otwartą raną miłości, trwanie, które nie pozwala jej się 

zasklepić.  Ta  prawda  powinna  nas  prowadzić  i  mówić  nam,  jaką  postawę  mamy  przyjąć  w 
czasie modlitwy. Gdy czujemy, że rana może się zamknąć, że grozi nam rutyna, lenistwo, utrata 
pierwszej  miłości,  wówczas  trzeba  działać,  trzeba  się  obudzić,  obudzić  serce,  używając 
wszelkich  możliwych  środków:  medytacji,  rozmyślania.  Trzeba  uczynić  wysiłek  i  posługując 
się przenośnią świętej Teresy z Avila, iść tak daleko, jak tylko możemy o własnych siłach, aby 
zaczerpnąć brakującej wody. Pan zlituje się nad nami i pozwoli nam zapłakać. Nieraz będzie to 
wymagać  trudu:  Wstanę,  po  mieście  chodzić  będę,  wśród  ulic  i  placów,  szukać  będę 
ukochanego mej duszy
 (Pnp 3,2). 

Gdy serce pozostaje stale otwarte, miłość może płynąć bez przeszkód - czasem gwałtownie, 

a  czasami  niezwykle  łagodnie.  Mówiliśmy  już,  że  poruszenia  Boskiej  miłości  bywają  niemal 
nieodczuwalne. Miłość może płynąć, ponieważ serce pozostaje obudzone, czujne: Ja śpię, lecz 
serce  moje  czuwa  
(Pnp  5,2).  Należy  wówczas  po  prostu  oddawać  się  temu  przepływowi,  nie 
robiąc nic  innego, przyzwalając  nań, lub robiąc  tylko to,  co  w  sposób  naturalny  sama  miłość 
podpowiada nam jako odpowiedź. 

Mówiliśmy już, że początek modlitwy może być bardzo różny. Wspomnieliśmy o medytacji 

oraz  o  modlitwie  Jezusa;  są  to  tylko  przykłady.  Myślę,  że  zwłaszcza  dzisiaj,  w  naszym  tak 
szczególnym  wieku,  gdy  jesteśmy  tak  zranieni,  gdy  Bóg  tak  bardzo  się  śpieszy,  tradycyjny 
układ  następowania  po  sobie  kolejnych  etapów  życia  duchowego  nieraz  zostaje  zburzony. 
Bardzo  często  ludzie  zostają  zanurzeni  w  głęboką  modlitwę  wewnętrzną  zupełnie  nagle,  bez 
żadnego przygotowania. Dzięki łasce nawrócenia, wylaniu darów Ducha Świętego w Odnowie 
Charyzmatycznej  (lub  gdzie  indziej!),  dzięki  jakiemuś  opatrznościowemu  wydarzeniu,  w 
którym  Bóg  do  nich  przemówił, otrzymują  ową  ranę  niemal  natychmiast.  To,  co  wówczas  od 
nich zależy w modlitwie, to być jej wiernym, trwać w wewnętrznym dialogu z Tym, który ich 
dotknął,  pozostawić  ranę  otwartą,  nie  pozwalając,  żeby  się  zasklepiła,  gdy  mocne  przeżycie 
spotkania Boga nieco się oddali i zapomną o tym, co się stało, Pogrążając się pomału w rutynie, 
zapomnieniu, zwątpieniu... 

 

Rozdział 3 

 

Nasze serca i serce Kościoła       

powrót

       

spis treści

 

 

background image

Kończąc  tę  część,  chcemy  powiedzieć  o  kościelnym  wymiarze  modlitwy  wewnętrznej. 

Przede wszystkim dlatego, że jest to wyjątkowo piękna tajemnica i wielu osobom może pomóc 
wytrwać w kontemplacji. Poza tym nie chcemy, żeby czytelnik odniósł wrażenie  - całkowicie 
mylne  -  że  tak  istotny  składnik  życia  chrześcijańskiego,  jak  jego  wymiar  eklezjalny,  jest 
nieobecny, czy też marginalny w modlitwie wewnętrznej. Wręcz przeciwnie, pomiędzy życiem 
Kościoła  z  jego  uniwersalną  misją,  a  tym,  co  rozgrywa  się  w  samotności  pomiędzy  duszą  a 
Bogiem,  istnieje  niezwykle  głęboki,  choć  często  niewidzialny  związek.  Nie  bez  powodu 
patronką misji ogłoszono karmelitankę, która nigdy nie wyszła poza mury klasztoru. 

Więź  łącząca  kontemplację  i  misję,  to,  w  jaki  sposób  kontemplacja  zakorzenia  nas  w 

misterium Kościoła i w tajemnicy obcowania świętych, to wielki, osobny temat. 

Łasce  modlitwy  wewnętrznej  zawsze  towarzyszy  głębsze  wejście  w  tajemnicę  Kościoła. 

Bardzo  wyraźnie  to  widać  w  tradycji  karmelitańskiej,  w  jakimś  sensie  najbardziej  przecież 
kontemplacyjnej.  Karmel  najmocniej  poszukuje  zjednoczenia  z  Bogiem  na  drodze  modlitwy 
wewnętrznej,  która  może  się  wydawać  czysto  indywidualna.  A  jednocześnie  właśnie  tutaj 
spotykamy  najjaśniej  wyrażoną  więź  pomiędzy  kontemplacją  a  tajemnicą  Kościoła.  Nie 
pojmuje  się  jej  w  kryteriach  natychmiastowej,  dostępnej  nam  skuteczności,  lecz  w  całej  jej 
mistycznej, ukrytej przed nami głębi. Więź ta jest niezwykle prosta, ale głęboka, gdyż opiera się 
na miłości. W tym, co dzieje się pomiędzy duszą a Bogiem chodzi o miłość... W eklezjologii 
zgodnej  z  nauką  wielkich  przedstawicieli  Karmelu  tym,  co  tworzy  istotę  tajemnicy  Kościoła 
również  jest  miłość.  Obydwie,  ta,  która  jednoczy  duszę  z  Bogiem  i  ta,  tworząca  najgłębszą 
rzeczywistość Kościoła, są jednym i tym samym darem Ducha Świętego. 

Święta  Teresa  z  Avila  umiera  ze  słowami:  „Jestem  córką  Kościoła".  Zakładała  swoje 

karmele,  popychała  siostry  w  kierunku  kontemplacji  przede  wszystkim  w  odpowiedzi  na 
potrzeby  Kościoła  swojego  czasu.  Była  wstrząśnięta  spustoszeniami,  jakie  niosła  za  sobą 
reformacja  oraz  opisywanymi  przez  konkwistadorów  pogańskimi  ludami,  nie  znającymi 
Chrystusa. „Świat płonie, nie czas zajmować się mało ważnymi drobiazgami". 

Święty  Jan  od  Krzyża  twierdzi  z  całym  przekonaniem,  że  bezinteresowna  miłość  Boga 

przyjęta w  modlitwie wewnętrznej jest tym, co przynosi Kościołowi najwięcej korzyści, tym, 
czego  on  w  gruncie  rzeczy  najbardziej  potrzebuje:  „Akt  czystej  miłości  przynosi  Kościołowi 
więcej pożytku niż wszystkie dzieła świata". 

Najpiękniej  i  najgłębiej  opisuje  więź  pomiędzy  osobową  miłością  Boga  w  modlitwie  a 

tajemnicą Kościoła święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Wstępuje do Karmelu, „żeby się modlić 
za kapłanów i za wielkich grzeszników". Największym przeżyciem jej życia staje się odkrycie 
własnego powołania. Pociągają ją wszystkie typy powołań, ponieważ chce kochać Jezusa aż do 
szaleństwa i służyć Mu na wszelkie możliwe sposoby. Nadmierne pragnienia stają się dla niej 
męczarnią. Odnajduje pokój dopiero, gdy Pismo Święte pozwala jej zrozumieć, że największa 
posługa, jaką może oddać Kościołowi, taka, która zawiera w sobie wszystkie inne powołania - 
to  podtrzymać  w  sobie  ogień  miłości:  „gdyby  przypadkiem  zabrakło  Miłości,  Apostołowie 
przestaliby głosić Ewangelię, Męczennicy nie chcieliby przelewać krwi. (...) W sercu Kościoła, 
mojej  Matki,  będę  Miłością...  W  ten  sposób  będę  wszystkim  i  moje  marzenie  zostanie 
spełnione!!!..."' 
Żyje tą tajemnicą przede wszystkim w modlitwie wewnętrznej: 

„Czuję, że im więcej ogień miłości ogarnia moje serce, tym mocniej wołać będę: «Pociągnij 

mnie»,  tym  szybciej  dusze  złączone  ze  mną  (biedną  małą  okruszyną  niepotrzebnego  żelaza, 
gdybym się tylko oddaliła od Boskiego ogniska) pobiegną do wonności olejków Umiłowanego; 
bo dusza ogarnięta miłością nie może być bezczynna, choć niewątpliwie znajduje się - jak św. 
Magdalena  -  u  stóp  Jezusa,  słuchając  Jego  słodkiego  i  płomiennego  głosu.  Na  pozór  nic  nie 
czyniąc, w rzeczywistości czyni daleko więcej niż Marta, która się troszczyła o wiele rzeczy i 
chciała jeszcze, by ją siostra naśladowała. (...) Rozumieli to wszyscy święci, a najlepiej może ci, 
którzy na cały świat roznieśli światło nauki ewangelicznej. Czyż św. Paweł, Augustyn, Jan od 
Krzyża, Tomasz z Akwinu, Franciszek, Dominik i tylu innych wybitnych przyjaciół Boga, nie 
w  modlitwie  czerpali  ową  mądrość  Bożą,  wprawiającą  w  zdumienie  największych  geniuszy? 

background image

Pewien mędrzec powiedział: «Dajcie mi dźwignię i punkt oparcia, a ruszę z posad ziemię». To, 
czego  Archimedes nie  mógł osiągnąć, ponieważ  prośby  swej  nie kierował do Boga  i  miał  na 
myśli czynność wyłącznie materialną, to święci w całej pełni otrzymali. Wszechmocny dał im 
za punkt oparcia SAMEGO SIEBIE I TYLKO SIEBIE; za dźwignię: modlitwę, która wznieca 
ogień miłości. W ten sposób podźwignęli oni świat; w ten sposób dźwigają go Święci, którzy 
jeszcze toczą boje, i w ten sposób dźwigać go będą ci, którzy po nich będą następować aż do 
skończenia świata" 

Życie Teresy jest dla nas tajemnicą. Przez całe życie pragnęła tylko jednej jedynej rzeczy  - 

trwać sercem w Sercu Jezusa. Ale im głębiej wchodzi w to przebywanie sercem w Sercu Jezusa, 
im mocniej opiera się na Jego miłości, tym bardziej jej serce rozszerza się i wzrasta w miłości 
Kościoła, staje się tak wielkie jak mistyczny Kościół, przekraczając przestrzeń i czas. Im głębiej 
Teresa  żyje  w  modlitwie  swoim  powołaniem  miłości  Jezusa,  tym  bardziej  wchodzi  od 
wewnątrz  w  tajemnicę  Kościoła.  Jest  to  bowiem  jedyna  droga,  która  umożliwia  prawdziwe 
zrozumienie  Kościoła.  Ktoś,  kto  nie  przeżył  głębokiego  kontaktu  z  Bogiem  w  modlitwie 
wewnętrznej,  nigdy  nie  zrozumie  Kościoła,  nie  będzie  w  stanie  pojąć  jego  najgłębszej 
tożsamości. Kościoła - Oblubienicy Chrystusa. 

W  modlitwie  wewnętrznej  Bóg  spotyka  się  z  duszą  i  przelewa  na  nią  Swoje  pragnienie 

zbawienia wszystkich ludzi. Nasze serce jednoczy się z Sercem Jezusa, zostaje ogarnięte Jego 
miłością  do  Kościoła  -  Oblubienicy.  Jego  pragnieniem  oddawania  życia  za  Nią  i  za  całą 
ludzkość:  „Niech  ożywia  was  pragnienie,  jakie  było  w  Chrystusie  Jezusie"  -  mówi  święty 
Paweł. Utożsamienie z Chrystusem nie może się dokonać bez modlitwy kontemplacyjnej. 

Szczególnym charyzmatem Karmelu jest uczynienie oczywistą tej głębokiej więzi pomiędzy 

trwaniem sercem w Sercu Jezusa a sercem Kościoła. Niewątpliwie trzeba ją też nazwać łaską 
maryjną. Czyż Karmel nie jest pierwszym maryjnym zakonem Zachodu? Któż inny niż Maryja, 
doskonała Oblubienica, obraz Kościoła, mogłaby wprowadzić modlących w taką głębię? 

 

CZĘŚĆ CZWARTA 

 

Zewnętrzne warunki modlitwy 

 

Rozdział 1 

 

Czas  

 

1. Pora modlitwy       

powrót

       

spis treści

 

 
Każda pora jest dobra, żeby się modlić. Ale w miarę możliwości starajmy się poświęcić na 

modlitwę kontemplacyjną najodpowiedniejsze chwile, gdy nie jesteśmy jeszcze zbyt zmęczeni 
ani zbyt zajęci, tak żebyśmy nie musieli jej przerywać co kilka minut. To powiedziawszy trzeba 
jednak  stwierdzić,  że  rzadko  mamy  pełną  swobodę  w  wyborze  odpowiedniej  pory  dnia. 
Najczęściej musimy zadowalać się taką, na jaką pozwalają nam obowiązki. 

Trzeba  też  nauczyć  się  korzystać  z  łaski,  jaką  niosą  w  sobie  niektóre  okoliczności. 

Niewątpliwie chwile, które następują po komunii to uprzywilejowany czas doskonale nadający 
się na modlitwę wewnętrzną. 

Jeszcze  jedna  rzecz  wydaje  mi  się  ważna  i  pragnę  na  nią  zwrócić  uwagę.  Modlitwa 

kontemplacyjna powinna stać się czymś stałym, nie zaś wyjątkową chwilą, za każdym razem z 
ogromnym trudem wyrywaną z reszty zajęć. Powinna być częścią codziennego rytmu dnia, tak 
żeby  jej  miejsce  w  tym  rytmie  nie  było  więcej  kwestionowane.  Wierność  (tak  istotna, 
mówiliśmy  o  tym...)  będzie  przez  to  znacznie  łatwiejsza.  Ludzkie  życie  składa  się  z  rytmów: 
rytmu  serca.  oddechu,  dnia  i  nocy,  posiłków,  tygodnia  itd...  Modlitwa  powinna  wejść  w  taki 
rytm,  stać  się  czymś  stałym,  równie  koniecznym  do  życia,  jak  inne składniki  tworzące  naszą 
egzystencję. 

background image

Takiej stałości nie należy rozumieć jako czegoś, w przeciwieństwie do rutyny, negatywnego. 

Pomaga ona robić w sposób naturalny coś, co z początku kosztowało dużo wysiłku czy nawet 
wymagało  stoczenia  walki.  Miejsce,  jakie  Bóg  zajmuje  w  naszym  sercu,  to  jednocześnie 
miejsce, jakie ma w rytmie naszego dnia, w naszych przyzwyczajeniach. Modlitwa wewnętrzna 
ma stać się oddechem naszej duszy. 

Dodajmy,  że  podstawowy  rytm  życia  to  rytm  dnia.  Modlitwa  kontemplacyjna,  na  ile  to 

możliwe, powinna stać się modlitwą codzienną 

 

2. Długość modlitwy       

powrót

       

spis treści

 

 
Kilka  uwag  dotyczących  długości  modlitwy.  Nie  może  być  zbyt  krótka.  Przeznaczyć  na 

kontemplację  pięć  minut,  to  tak,  jakby  w  ogóle  nie  dać  Bogu  czasu.  Pięć  minut  poświęcamy 
komuś, od kogo chcemy się uwolnić! Kwadrans to absolutne minimum. Ten, kogo na to stać, 
nie powinien się wahać i przeznaczyć na modlitwę godzinę dziennie, albo i więcej. 

Trzeba jednak uważać, żeby przy określaniu długości modlitwy nie być zbyt ambitnym. Jeśli 

będziemy  chcieli  więcej,  niż  pozwalają  na  to  nasze  siły,  skończy  się  to  porażką.  Lepsza  jest 
stosunkowo  krótka  modlitwa  (dwadzieścia  minut  czy  też  pół  godziny),  ale  podejmowana 
wiernie każdego dnia, niż nieregularne dwie godziny od czasu do czasu. 

Bardzo ważne, żeby określić dla modlitwy  wewnętrznej „czas minimum" i nie skracać go, 

chyba  w  wyjątkowych  wypadkach.  Błędem  byłoby  uzależnianie  długości  modlitwy  od  tego, 
„jak nam idzie". Gdy zaczyna być nudna - przerywamy ją. Czasem przerwanie modlitwy jest 
oznaką mądrości, na przykład gdyby jej skutkiem miało być zbyt duże zmęczenie czy napięcie 
nerwowe.  Ale  generalnie  zasada  jest  taka,  że  jeśli  chcemy,  żeby  modlitwa  wewnętrzna 
przyniosła  owoce,  powinniśmy  się  wiernie  trzymać  „czasu  minimum"  i  nie  poddawać  się 
pokusie  skracania  go.  Tym  bardziej, iż  doświadczenie  wskazuje,  że  Pan  często  przychodzi  do 
nas  i  błogosławi  nas  w  czasie  ostatnich  pięciu  minut,  choć  pozostałą  część  modlitwy 
spędziliśmy bezczynnie i jak mówi święty Piotr „Niceśmy nie ułowili". 

 

Rozdział 2 

 

Miejsce       

powrót

       

spis treści

 

 
Bóg  jest  obecny  wszędzie,  a  więc  i  modlić  można  się  absolutnie  wszędzie:  w  domu,  w 

kaplicy, w kaplicy adoracji, w pociągu, a nawet w kolejce w sklepie. 

Ale trzeba oczywiście szukać miejsc, które pomagają nam się wyciszyć, skupić i odnaleźć 

obecność  Boga.  Najlepszym  miejscem  jest  kaplica  adoracji,  zwłaszcza  jeśli  Najświętszy 
Sakrament jest wystawiony. Stajemy wówczas w rzeczywistej obecności Pana. 

Jeśli modlimy się w domu, dobrze jest przeznaczyć na ten cel jakiś specjalny kąt i urządzić 

go po swojemu, z ikonami, świecą czy też małym ołtarzykiem, wszystkim tym, co może nam 
pomóc.  Potrzebujemy  dostępnych,  odczuwalnych  znaków,  dlatego,  że  przed  wiekami  Słowo 
stało się ciałem. Nie mielibyśmy racji, odmawiając tym rzeczom wartości, Powinniśmy się nimi 
otaczać,  skoro  pomagają  nam  się  skupić.  Czasem,  gdy  modlitwa  staje  się  trudna,  jedno 
spojrzenie na ikonę czy płomień świecy wprowadza nas z powrotem w obecność Pana. 

Tak jak potrzebny jest specjalny czas na modlitwę, tak samo dobrze, gdy w domu jest jakaś 

przestrzeń  na  to  przeznaczona.  Wiele  dziś  rodzin  odczuwa  potrzebę  posiadania  w  domu 
jakiegoś pokoju czy też części pokoju, która byłaby rodzajem kaplicy. To bardzo znak. 

 

Rozdział 3 

 

Postawy ciała       

powrót

       

spis treści

 

 
Jaką postawę ciała należy doradzać? 

background image

Samo w sobie nie ma to wielkiego znaczenia. Modlitwa wewnętrzna nie ma nic wspólnego z 

Jogą,  mówiliśmy  już  o  tym.  Jest  to  sprawa  indywidualna,  zależy  od  wielu  czynników: 
zmęczenia,  stanu  zdrowia,  upodobań.  Można  modlić  się  na  siedząco,  klęcząc,  z  czołem 
pochylonym do ziemi, można na stojąco czy też leżąc. 

Ale  poza  zasadniczą  wolnością,  powinny  nami  kierować  jeszcze  dwie  rzeczy.  Z  jednej 

strony wybrana pozycja powinna umożliwiać pozostawanie w niej przez dłuższy czas, pozwalać 
na  skupienie  i na swobodny  przepływ  oddechu  w naszym  ciele.  Jeśli  musimy  zmieniać  ją  co 
kilka  minut,  nie  pomaga  nam  oczywiście  w  tym,  co  stanowi  istotę  kontemplacji,  w  pełnym 
otwartości oczekiwaniu na obecność Bożą. 

Ale  z  drugiej  strony  pozycja  ciała  nie  powinna  być  zbyt  rozluźniona.  Skoro  podstawą 

kontemplacji  jest  uwaga,  oczekiwanie  na  obecność,  pozycja  ciała  powinna  umożliwiać  i 
ułatwiać pozostanie uważnym (co nie oznacza napięcia, lecz skierowanie całej osoby ku Bogu). 
Czasem,  gdy  duch  jest  słaby,  leniwy  czy  też  senny,  najlepszą  pozycją  ciała,  to  znaczy 
najwyraźniej określającą szukanie i pragnienie Boga - będzie siedzenie na klęczkach z pomocą 
małego stołeczka do modlitwy. Taka pozycja i na przykład otwarte dłonie ułatwią „czekanie" na 
Boga. Potrzeba w tym mądrości żeby „brat osioł" mógł z pełną swobodą służyć duchowi. 

 

CZĘŚĆ PIĄTA 

 

Kilka metod modlitwy wewnętrznej 

 

Rozdział 1 

 

Wprowadzenie       

powrót

       

spis treści

 

 
W  świetle  tego  wszystkiego,  co  zostało  do  tej  pory  powiedziane,  podamy  krótko  kilka 

najczęściej stosowanych metod modlitwy wewnętrznej. 

Najpierw kilka uwag wstępnych. Czym się kierować wybierając którąś z metod? Sądzę, że 

w tej dziedzinie możemy czuć się całkowicie wolni i po prostu wybierać to, co nam odpowiada, 
w  czym  się  odnajdujemy,  co  pomaga  nam  wzrastać  w  miłości  Boga.  Wystarczy  starać  się 
pozostawać,  niezależnie  od  wyboru  modlitwy,  w  „duchowym  klimacie",  który  będziemy  się 
starali  opisać  na  tych  stronach,  a  Duch  Święty  poprowadzi  nas  i  sam  uczyni  resztę.  Najważ-
niejsza  jest  wytrwałość.  Niezależnie  od  tego,  jaką  metodą  się  posługujemy,  z  pewnością 
nadejdą chwile oschłości. Nie należy po kilku dniach porzucać jakiejś formy modlitwy dlatego, 
że nie przynosi od razu spodziewanych efektów. A jednocześnie trzeba pozostać wolnym, nie 
przywiązywać  się do  metod  i  zostawiać  je,  gdy  czujemy,  że  Duch nas do  tego nakłania.  Być 
może była dobra i przynosiła owoce w pewnym okresie życia, ale teraz nadszedł czas przejścia 
do czegoś innego. Nie należy trzymać się ich zbyt kurczowo.  

Dodajmy  na  koniec,  że  można  „łączyć"  różne  metody.  Część  naszej  modlitwy  będzie 

medytacją,  ale  znajdzie  się  w  niej  też  chwila  na  przykład  na  modlitwę  Jezusa.  Ale  wówczas 
trzeba  uważać,  żeby  unikać  duchowej  „paplaniny".  Ciągłe  zmiany  nie  są  dobre,  modlitwa 
kontemplacyjna  musi mieć w sobie coś z bezruchu, pewną stabilność, która pozwoli jej zejść 
naprawdę w głąb i stać się spotkaniem w  miłości. Poruszenia miłości są spokojne i powolne, 
wymagają  trwałej  podstawy.  W  przyjęcie  daru  Boga  i  dawanie  siebie  zaangażowana  zostaje 
nasza najgłębsza istota. 

 

Rozdział 2 

 

Medytacja       

powrót

       

spis treści

 

 
Mieliśmy  już  okazję  mówić,  że  co  najmniej  od  XVI  wieku  medytacja  jest  uważana  na 

Zachodzie za podstawę wszystkich innych metod. Praktyka ta jest oczywiście znacznie starsza. 

background image

Swymi  korzeniami  sięga  zwyczaju  nieprzerwanie  obecnego  w  dziejach  Kościoła,  a  nawet  we 
wcześniejszej niż Kościół tradycji żydowskiej, pogłębionej, duchowej lektury Pisma Świętego, 
która  prowadzi  do  modlitwy  wewnętrznej.  Zakonne  „lectio  divina"  jest  jednym  z  najbardziej 
charakterystycznych tego przykładów. 

Medytacja polega na tym, że po dłuższym lub krótszym, mniej lub bardziej rozbudowanym 

wstępie  (odnalezienie  obecności  Bożej,  wezwanie  Ducha  Świętego...),  bierzemy  do  ręki  tekst 
Pisma Świętego lub fragment jakiegoś innego dzieła duchowego i powoli go czytamy, starając 
się  zrozumieć,  co  Bóg  w  tym  Słowie  do  nas  mówi  i  jak  je  odnieść  do  naszego  życia.  Słowo 
oświeca rozum, karmi miłość, porusza uczucia i wolę. 

Tego  typu  lektura  nie  ma  na  celu  podniesienia  naszej  intelektualnej  znajomości  Pisma 

Świętego,  lecz  umocnienie  miłości  Boga.  Dlatego  powinniśmy  czytać  bardzo  powoli,  bez 
łapczywości.  Zatrzymujemy  się  na  jakimś  zdaniu  i  „trawimy"  je  tak  długo,  jak  długo 
znajdujemy  w  nim  pokarm  duchowy.  Przemieniamy  je  w  modlitwę,  dziękujemy  Bogu, 
adorujemy Go... Potem, gdy wyczerpiemy jeden temat, przechodzimy do następnego fragmentu 
czy  też  innego  tekstu.  Często  spotyka  się  radę,  żeby  zakończyć  lekturę  dłuższą  modlitwą,  w 
której zbiera się wszystko to, co było przedmiotem medytacji, dziękuje Panu i prosi Go o łaskę 
wprowadzenia  tego  wszystkiego  w  życie.  Istnieje  bardzo  dużo  książek,  które  podają  tematy 
medytacji. Żeby  mieć choćby pogląd na to, co w tej dziedzinie  można znaleźć, przeczytajmy 
piękny list Ojca Libermanna do bratanka (cytowany w aneksie) lub rady świętego Franciszka 
Salezego w Filotei. 

Do zalet medytacji należy to, że dobrze nadaje się na początek drogi. Nie jest trudna. Nie 

pozwala na duchowe znużenie, gdyż odwołuje się do naszej aktywności, refleksji i woli. 

Medytacji towarzyszy jednak zagrożenie, że łatwo może stać się ćwiczeniem raczej umysłu 

niż serca. Czasem można być bardziej skupionym na rozmyślaniu o Bogu niż na Nim samym! 
Można też w subtelny sposób przywiązać się do obecnej tu pracy umysłu, zwłaszcza, jeśli ktoś 
znajduje w tym przyjemność. 

Z medytacją wiąże się jednak jedna podstawowa trudność. Po pewnym czasie, dłuższym lub 

krótszym, staje się po prostu niemożliwa! Umysł nie jest już w stanie medytować ani rozważać. 
Mówiliśmy już o tym. Zwykle jest to dobry znak. Ta oschłość wskazuje w rzeczywistości na to, 
że Pan chce wprowadzić duszę w modlitwę uboższą, bardziej bierną, ale znacznie głębszą. Tak 
jak  to  już  wyjaśnialiśmy,  nieodzowne  jest  takie  przejście.  Medytacja  łączy  nas  z  Bogiem 
poprzez myśli, obrazy, uczucia, ale Bóg jest inny niż to wszystko. W pewnej, danej przez Niego 
chwili  trzeba  to  wszystko  porzucić,  żeby  odnaleźć  samego  Boga.  W  większym  ubóstwie,  ale 
spotykając  naprawdę  Jego.  Najdonioślejsza  część  nauki  świętego  Jana  od  Krzyża,  odnośnie 
medytacji,  dotyczy  nie  tyle  problemu,  w  jaki  sposób  medytować,  ile  jak  przygotować  duszę, 
żeby  w  odpowiedniej  chwili  umiała  bez  niepokoju  pozostawić  medytację,  nie  traktując  tego 
jako stratę, lecz jak zysk. 

Konkludując  powiedzmy,  że  medytacja  jest  dobra,  dopóki  odrywa  nas  od  przywiązania  do 

świata, do grzechu, rozpala nas i przybliża do Boga. W pewnej chwili trzeba umieć ją porzucić. 
O chwili tej oczywiście nie my decydujemy, lecz Boska Mądrość. Dodajmy jeszcze, że nawet 
jeśli nie praktykujemy już medytacji jako stałej formy modlitwy, dobrze czasem do niej wracać, 
powracać do lektury i szukać Boga w sposób bardziej aktywny, jeśli może to nas wyprowadzić 
z  okresowego  duchowego  znużenia.  Medytacja,  nawet  jeśli  nie  stanowi  już  podstawy 
kontemplacji, powinna stale mieć miejsce w naszym życiu duchowym w postaci „lectio divina". 
Częste  czytanie  Pisma  Świętego  i  książek  „duchowych"  jest  potrzebne  na  każdym  etapie. 
Karmimy w ten sposób umysł sprawami Bożymi. Można nauczyć się przerywać co jakiś czas 
lekturę i modlić się tym, co nas w niej poruszyło. 

Co  myśleć  dzisiaj  o  medytacji  jako  metodzie  modlitwy  wewnętrznej?  Nie  ma  oczywiście 

żadnego powodu, żeby ją odradzać czy też pomijać, zwłaszcza jeśli umiemy ominąć pułapki, o 
których była mowa, a medytacja przyczynia się do naszego wzrostu. A jednak faktem jest, że 
ludzie  o  współczesnej  mentalności  często  nie  czują  się  dobrze  w  tego  rodzaju  duchowości  i 

background image

znacznie  lepiej  odnajdują  się  w  mniej  usystematyzowanej,  prostszej  i  bardziej  spontanicznej 
modlitwie. 

 

Rozdział 3 
 
Modlitwa serca       

powrót

       

spis treści

 

 
W  tradycji  chrześcijańskiego  Wschodu,  a  zwłaszcza  Rusi,  modlitwę  Jezusa,  zwaną  też 

modlitwą serca, uważa się za królewską drogę wchodzenia w kontemplację. W ostatnich latach 
rozpowszechniła się ona na Zachodzie, z czego należy się cieszyć, ponieważ bardzo wiele dusz 
może doprowadzić do modlitwy wewnętrznej. 

Polega ona na powtarzaniu krótkiej formuły, na przykład: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga 

Żywego,  zmiłuj  się  nade  mną,  grzesznym  sługą  Twoim!".  Użyta  formuła  powinna  zawierać 
imię  Jezus,  ludzkie  imię  Słowa.  Wynika  to  z  pięknej,  starej,  sięgającej  korzeniami  Biblii, 
duchowości  imienia.  Jest  to  więc  starożytna  tradycja.  Pośród  wielu  innych  poświadcza  jej 
istnienie święty Makary z Egiptu (IV wiek): 

„Najbardziej  powszednie  rzeczy  służyły  mu  jako  znak,  którym  wyjaśniał  sprawy 

nadprzyrodzone.  Świętemu  Pojmenowi  przypominał  on  zwyczaj  kobiet  na  Wschodzie:  «Gdy 
byłem  dzieckiem  widywałem  je  jak  przeżuwały  betel,  żeby  usunąć  z  ust  brzydki  zapach  i 
osłodzić  ślinę.  To  samo  powinniśmy  robić  z  imieniem  Pana  Naszego  Jezusa  Chrystusa:  jeśli 
przeżuwamy  to  błogosławione  imię,  nieustannie  je  wymawiając,  przyniesie  ono  naszej  duszy 
nieskończoną  słodycz  i  objawi  nam  sprawy  niebieskie.  Jest  ono  bowiem  pokarmem  pełnym 
radości, źródłem zbawienia, czarodziejską, ożywiającą wodą, błogością i słodyczą. Imię Tego, 
który zasiada w niebiosach, Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Króla nad króle, Pana nad Pany, 
niebieskiej  nagrody  wszystkich, którzy  Go  szukają  z  całego serca, wypędzi  z duszy  każdą  złą 
myśl»". 

Zaletą tej modlitwy jest jej ogromna prostota. Wymaga natomiast dużej pokory i ubóstwa. 

Może  prowadzić,  czego  mamy  na  Wschodzie  wiele  świadectw,  do  głębokiego,  mistycznego 
zjednoczenia z Bogiem. 

Można  ją  stosować  w  każdym  miejscu  i  w  każdym  czasie,  nawet  pośród  innych  zajęć. 

Prowadzi do modlitwy nieustającej. Przeważnie z czasem jeszcze bardziej się upraszcza i staje 
się jedynie wzywaniem imienia „Jezus" lub jakiejś krótkiej formuły: „Jezu, kocham Cię!", albo 
„Jezu, zmiłuj się" lub innej, zależnie od tego, co Duch podpowiada danej osobie. 

Przede  wszystkim,  ale  to  właśnie  stanowi  dar  Boży  i  w  żaden  sposób  nie  może  zostać 

przyspieszone,  modlitwa  ta  „schodzi"  w  głąb  serca  i  upraszczając  się,  staje  się  jednocześnie 
coraz bardziej wewnętrzna, prawie automatyczna i nieustanna, jakby imię Jezus zamieszkiwało 
nasze  serce.  Serce  zaczyna  modlić  się  nieustannie,  niesie  w  sobie  z  miłością  imię  Jezus. 
Wówczas  my  też  zaczynamy  na  stałe  mieszkać  w  swoim  sercu  i  tam  odnajdować  imię  Jezus, 
imię, z którego płynie miłość i pokój, olejek rozlany - imię twe (Pnp 1,3). 

Modlitwa  Jezusa  jest  oczywiście  doskonałą  formą  modlitwy  kontemplacyjnej.  Ale  nie 

wszystkim jest ona dana, przynajmniej nie w opisanej formie. Nie przeszkadza to jednak gorąco 
do niej zachęcać, polecać jak najczęstsze wymawianie, noszenie w sercu i w pamięci imienia 
Jezus.  Imię  przywołuje  na  myśl  osobę,  ale  nawet  więcej  -  wprowadza  w  jej  obecność. 
Niebezpieczeństwo  w  modlitwie  Jezusa  mogłoby  stanowić  przymuszanie  się  do 
mechanicznego,  męczącego  powtarzania  słów.  Prowadziłoby  to  jedynie  do  napięcia  nerwów. 
Trzeba  ją  praktykować  z umiarem,  łagodnie,  bez przymusu, nie przeciągając  jej  ponad  to,  co 
zostało  nam  dane,  pozostawiając  Bogu  troskę  o  to,  by  jeśli  chce,  przemienił  ją  w  nieustanną 
modlitwę wewnętrzną. Nie należy zapominać zasady, o której mówiliśmy na samym początku: 
głęboka modlitwa nie jest owocem żadnej techniki lecz łaski. 

 

Rozdział 4 

 

background image

Różaniec       

powrót

       

spis treści

 

 
Niektórzy  mogą  być  zdziwieni,  widząc  tradycyjny  różaniec  wśród  metod  modlitwy 

kontemplacyjnej. Ja natomiast sądzę, że pozwolił on wielu osobom (być może nawet o tym nie 
wiedzą!) wejść w autentyczną kontemplację, a nawet dojść do modlitwy nieustającej. 

Różaniec  również  jest  modlitwą  bardzo  prostą,  ubogą,  dostępną  ubogim  (któż  takim  nie 

jest?).  Jej  zaletę  stanowi  to,  że  pasuje  do  każdej  okazji;  może  być  modlitwą  wspólnotową, 
rodzinną,  wstawienniczą  (cóż  bardziej  naturalnego,  gdy  chcemy  się  za  kogoś  modlić,  niż 
powiedzieć za niego dziesiątkę różańca!). Ale może też stać się, przynajmniej dla tych, którzy 
otrzymują  tę  łaskę,  rodzajem  modlitwy  serca.  Pozwala  wejść  w  głąb,  podobnie  jak  modlitwa 
Jezusa. Czyż zresztą „Zdrowaś Maryjo" nie zawiera imienia Jezus? 

W  różańcu  Maryja  wprowadza  nas  w  swoją  modlitwę,  w  swoją  kontemplację 

człowieczeństwa  Jezusa,  Jej  Syna.  Maryja  pozwala  nam  wejść  w  jej  własną  modlitwę 
wewnętrzną, najgłębszą, jaka kiedykolwiek istniała. 

Różaniec  odmawiany  powoli,  w  skupieniu,  często  ma  moc  wprowadzić  nas  w  komunię  z 

sercem  Boga.  Serce  Maryi  daje  nam  przystęp  do  serca  Jezusa.  Autor  tych  słów  nieraz 
doświadczył  tego,  że  gdy  trudno  się  modlić  i  skupić,  wystarczy,  żeby  zaczął  różaniec 
(najczęściej zresztą wcale go nie kończąc) i pozwala mu bardzo szybko odnaleźć wewnętrzny 
pokój  i komunię  z  Bogiem.  Z  całą  pewnością  różaniec  staje się  dziś, po  okresie,  gdy  nie był 
zbyt  popularny,  znów  uprzywilejowanym  środkiem,  który  może  nas  wprowadzić  w  głęboką, 
miłującą modlitwę. Nie chodzi o modę ani o powrót jakiejś przestarzałej formy pobożności. Jest 
to  znak,  w  czasach,  w  których  żyjemy,  silnej  macierzyńskiej  obecności  Maryi.  Chce  Ona 
wszystkie swoje dzieci doprowadzić przez modlitwę do Ojca.. 

 

Rozdział 5      

 

Jak reagować na niektóre trudności       

powrót

       

spis treści

 

 
Niezależnie  od  użytych  metod,  modlitwa  musi  natrafić  na  trudności.  Wymienialiśmy 

niektóre  z  nich:  oschłość,  niechęć  do  modlitwy,  doświadczenie  własnej  słabości,  poczucie  jej 
bezużyteczności itd. Trudności te są nieuniknione i przede wszystkim nie należy im się dziwić, 
ani niepokoić się, gdy nadejdą. Są nie tylko nieuchronne, ale potrzebne, gdyż oczyszczają naszą 
miłość i umacniają wiarę. Trzeba je przyjmować jako łaskę. Stanowią część Bożej pedagogiki, 
Bóg chce nas poprzez nie uświęcić i przyciągnąć do Siebie. Pan nigdy nie dopuszcza próby, po 
której nie przyszłaby jeszcze obfitsza łaska. Wszystko polega na tym, żeby, jak już mówiliśmy, 
nie  zniechęcać  się  i  wytrwać.  Pan,  który  widzi  naszą  dobrą  wolę  wszystko  obróci  na  naszą 
korzyść.  Różne  wskazówki  obecne  na  tych  stronach  powinny  wystarczyć  do  zrozumienia 
znaczenia tych trudności i pomóc nam je przezwyciężyć. 

W  przypadku  powtarzających  się  poważniejszych"  trudności,  które  odbierają  nam 

wewnętrzny pokój - całkowitej, trwającej przez dłuższy czas niemożności modlitwy - trzeba się 
oczywiście  zdecydować  na  rozmowę  z  ojcem  duchownym.  Potrafi  nas  umocni  i  dać  bardziej 
szczegółowe rady. 

 

1. Rozproszenia       

powrót

       

spis treści

 

 
Powiedzmy tylko kilka słów o najczęściej spotykanej przeciwności w czasie modlitwy  - o 

rozproszeniach. 

Są czymś absolutnie normalnym. Przede wszystkim nie należy im się dziwić, ani martwić z 

ich  powodu.  Gdy  spostrzegamy,  że  nasze  myśli  odbiegły  gdzieś  daleko,  nie  bardzo  nawet 
wiadomo gdzie, nie wolno się załamywać ani o to obwiniać, lecz po prostu, spokojnie stanąć 
znów przed Bogiem i skierować myśli do Niego. I nawet, jeśli godzina modlitwy wewnętrznej 
będzie polegała jedynie na nieustannym oddalaniu się i za każdym razem powracaniu do Pana, 

background image

nie ma w tym nic groźnego. Jeśli za każdym razem, gdy zdaliśmy sobie sprawę z rozproszenia, 
próbowaliśmy  wrócić  do  Pana, to  taka  modlitwa, choć bardzo  uboga, z  pewnością będzie  Mu 
miła... Bóg jest Ojcem, wie z czego zostaliśmy uczynieni, nie wymaga, żeby nam się udawało, 
potrzebuje tylko naszej dobrej woli. Czasem jesteśmy błogosławieni nie wtedy, gdy wszystko 
robimy doskonale, lecz kiedy bez smutku akceptujemy własne ubóstwo... 

Dodajmy też, że poza pewnymi szczególnymi stanami, gdy tym, kto działa jest sam Pan, nie 

można  w  sposób  całkowity  kontrolować  aktywności  własnego  umysłu,  kompletnie  go 
unieruchomić i być bezbłędnie skupionym i uważnym, bez żadnych roztargnień i rozproszeń. 
Modlitwa wewnętrzna wymaga oczywiście skupienia, ale nie jest techniką koncentracji umysłu. 
Poszukiwanie  stanu  absolutnego  skupienia  byłoby  błędem  i  powodowało  raczej  napięcie 
nerwowe niż co innego. 

Nawet  w  stanie  biernej  modlitwy,  o  której  mówiliśmy,  umysł  jest  nadal  aktywny, 

wyobraźnia działa.  Serce trwa  w spokojnym  skupieniu,  całą swą  głębią  skierowane  ku  Bogu, 
ale  myśli  płyną  nadal,  w  mniejszym  lub  większym  stopniu.  Czasem  może  to  być  trudne  do 
zniesienia, ale nie jest niczym groźnym i nie przeszkadza zjednoczeniu serca z Bogiem. Myśli 
przelatują koło nas trochę tak jak muchy, ale tak naprawdę nie są w stanie naruszyć skupienia 
serca. 

Gdy  nasza  modlitwa  jest  jeszcze  bardzo  „rozumowa",  spoczywa  przede  wszystkim  na 

aktywności  umysłu,  rozproszenia  dają  się  naprawdę  we  znaki  -  rozproszeni,  przestajemy  się 
modlić. Lecz jeśli dzięki łasce Boga weszliśmy w głębszą modlitwę wewnętrzną i stała się ona 
modlitwą  serca,  nie  przeszkadzają  już  do  tego  stopnia.  Umysł  może  być  nieco  rozproszony 
(właściwie zawsze jakieś myśli „krążą nam po głowie"), ale serce się modli. 

Prawdziwym  rozwiązaniem  problemu  rozproszeń  nie  jest  wcale  intensywniejsze  skupienie 

umysłu, lecz głębsza miłość na poziomie serca. 

Powiedzieliśmy dużo, a jednocześnie bardzo mało... 
Chcemy jedynie, żeby ta książka była w stanie choćby kilku osobom pomóc wejść na drogę 

modlitwy wewnętrznej, a inne zachęciła do wytrwania w niej. Był to jedyny cel, jaki kierował 
nami  przy  pisaniu.  Jeśli  czytelnik  zastosuje  się  do  tego,  co  tutaj  zostało  powiedziane,  Duch 
Święty dokona reszty. 

Tym,  którzy  pragną  pogłębić  poruszane  zagadnienia,  radzimy  przede  wszystkim  lekturę 

dzieł  tych,  zwłaszcza  tych,  których  tutaj  cytowaliśmy.  Najlepiej  opierać  się  wprost  na  ich 
dziełach,  tam  znajdziemy  nauczanie  najgłębsze,  najbardziej  odporne  na  działanie  czasu.  Zbyt 
wiele  cudownych  skarbów,  tak  potrzebnych  chrześcijanom,  drzemie  dziś  w  bibliotekach... 
Gdybyśmy  lepiej  znali  chrześcijańskich  mistrzów  duchowych,  mniej  młodych  ludzi 
odczuwałoby potrzebę szukania guru w Indiach, żeby zaspokoić swoje duchowe pragnienie. 

 

Aneks 1        

 

Metoda medytacji Ojca Liebermanna (założyciela Zgromadzenia Ducha Świętego) 
 

powrót

       

spis treści

 

 
List adresowany do bratanka, który chce opanować metodę modlitwy wewnętrznej 

 
Błogosławię  Boga  za  dobre  pragnienia,  jakie  w  Tobie  wzbudza  i  gorąco  chcę  Ciebie 

namawiać do praktyki modlitwy wewnętrznej. Podaję Ci metodę, którą możesz się na początek 
posłużyć.  Najpierw,  poprzedniego  dnia  wieczorem,  przeczytaj  fragment  jakiejś  dobrej, 
duchowej książki, jak najbardziej zbliżonej do Twoich zainteresowań i potrzeb, bądź na temat 
praktykowania cnót, bądź najlepiej o życiu Pana Naszego Jezusa Chrystusa czy też Najświętszej 
Dziewicy. Zasypiaj wieczorem z tymi dobrymi myślami, a wstając rano przypomnij sobie kilka 
poczynionych  refleksji.  Mają  się  one  stać  przedmiotem  Twojej  modlitwy.  Po  modlitwie 
słownej, spróbuj stanąć w obecności Boga. Pomyśl, że On jest absolutnie wszędzie; że jest tam, 

background image

gdzie  się  w  tej  chwili  znajdujesz,  że  w  sposób  szczególny  mieszka  w  głębi  Twojego  serca  i 
adoruj  Go.  Potem  uświadom  sobie,  że  z  powodu  popełnionych  grzechów  niegodny  jesteś 
stawania  przed  Najwyższym,  nieskończenie  świętym.  Pokornie  proś  Go  o   przebaczenie  za 
Twoje winy, uczyń akt skruchy i  odmów Confiteor. Następnie uznaj, że sam z siebie nie jesteś 
zdolny modlić się do Boga tak jak należy, wzywaj Ducha Świętego, błagaj Go, żeby przyszedł 
Ci z pomocą, nauczył Cię modlitwy i sam ją poprowadził. Odmów Veni Sancte. W ten sposób 
zaczniesz  właściwą  modlitwę  wewnętrzną.  Zawiera  ona  trzy  części:  adorację,  rozważania  i 
postanowienia. 

 

1. Adoracja       

powrót

       

spis treści

 

 
Na  początku  wszystkie  Twoje  powinności  powierz  Bogu,  Jezusowi  Chrystusowi  czy  też 

Najświętszej  Pannie,  zależnie  od  tego,  jaki  wybrałeś  temat  medytacji.  Jeśli  rozmyślasz  nad 
jakąś Boską doskonałością albo cnotą, powierzaj swoje obowiązki Bogu, który posiada tę cnotę 
w stopniu nieskończenie wyższym lub Panu Naszemu, który praktykował ją w tak doskonały 
sposób. Jeśli medytujesz, na przykład, na temat pokory, myśl o tym, jak pokorny był Chrystus, 
On,  Bóg,  który  był  Panem  nad  wiekami,  uniżył  samego  siebie  aż  do  stania  się  małym 
dzieckiem,  narodzin  w  żłobie,  posłuszeństwa  całymi  latami  Józefowi  i  Maryi,  umycia  nóg 
apostołom, aż do wycierpienia tak wielkich zniewag ze strony ludzi. Wyrażaj Mu więc Twój 
podziw, miłość, zachwyt, pobudzaj Twoje serce, by Go kochało i pragnęło naśladować. Możesz 
równie  dobrze  rozważać  tę  cnotę  w  życiu  Najświętszej  Dzieży,  a  nawet  innego  świętego. 
Kontempluj ją,  myśl, w jaki sposób była praktykowana i mów Chrystusowi, że pragniesz Go 
naśladować.  Jeśli  medytujesz  na  temat  jakiejś  tajemnicy,  na  przykład  tajemnicy  Bożego 
Narodzenia,  możesz  wyobrażać  sobie  miejsce,  gdzie  ono  się  dokonało  i  osoby,  które  się  tam 
wówczas  znajdowały.  Możesz  sobie  wyobrazić  żłóbek,  gdzie  narodził  się  Zbawiciel,  Boskie 
Dzieciątko Jezus w ramionach Maryi, stojącego obok Niej świętego Józefa, pasterzy i królów, 
którzy przyszli złożyć Mu hołd. Przyłączysz się wówczas do nich, będziesz wielbić, adorować i 
prosić  Dzieciątko.  Podobnymi  wyobrażeniami  możesz  się  posługiwać,  gdy  medytujesz  nad 
innymi wielkimi tajemnicami, takimi jak piekło, Sąd czy śmierć. Wyobraź sobie chwilę Twojej 
śmierci; osoby, które mogłyby być wtedy przy Tobie, ksiądz, rodzice... Wyobraź sobie Twoje 
doznania, uczucia względem Boga, obawę, ufność... Pozostań ze swymi odczuciami tak długo, 
jak chcesz, a gdy będą Ci już obojętne, przejdź do następnego punktu. 

 

2. Rozważania       

powrót

       

spis treści

 

 
W  tym  miejscu  przejrzyj  w  duchu  podstawowe  motywy,  które  pozwoliły  Ci  wierzyć  w 

tajemnicę, nad którą medytowałeś. Na przykład konieczność pracy dla Twojego zbawienia, jeśli 
medytujesz  na  temat  zbawienia,  lub  motywy,  które  powinny  skłonić  Cię  do  miłości  albo 
praktykowania  tej  czy  innej  cnoty.  Jeśli  medytujesz  na  przykład  na  temat  pokory,  możesz 
stwierdzić,  że  bardzo  wiele  względów  przemawia  za  tym,  żebyś  stał  się  pokorny:  przede 
wszystkim  przykład Naszego  Pana, Najświętszej  Dziewicy  i  wszystkich  świętych;  po drugie  - 
pycha  jest  przyczyną  i  źródłem  wszystkich  grzechów,  natomiast  pokora  podstawą  wszystkich 
cnót;  na  koniec  wreszcie  -  nie  posiadasz  nic  takiego,  czym  mógłbyś  się  pysznić.  Co  masz 
takiego, czego byś nie otrzymał od Boga? Życie, utrzymanie, zdrowie, dobre myśli, wszystko 
pochodzi  od  Boga.  Nie  masz  więc  nic,  czym  mógłbyś  się  pysznić,  jest  natomiast  wiele 
powodów,  byś  się  upokorzył,  myśląc,  ile  razy  obraziłeś  Boga,  Twojego  Zbawcę,  Twojego 
Dobroczyńcę. 

W tych rozważaniach nie staraj się znajdować wszystkich motywów, które skłaniają Cię do 

wierzenia w taką czy inną prawdę lub praktykowania tej czy innej cnoty. Zatrzymaj się tylko na 
tych, które najmocniej Ciebie dotyczą. Rozważaj powoli, nie przemęczając umysłu. Gdy jakieś 
rozważanie  przestaje  na  Ciebie  oddziaływać,  przejdź  do  innego.  Wszystko  to  przeplataj 
pobożnymi  uczuciami  względem  Pana  Naszego  i  pragnieniem  podobania  się  Jemu.  Co  jakiś 

background image

czas  wznieś  do  Niego  jakąś  krótką  modlitwę,  żeby  pokazać  Mu  dobre  pragnienia  Twojego 
serca. 

Po rozważeniu motywów zejdź w głąb świadomości i zrób rachunek sumienia, w jaki sposób 

do  tej  pory  odnosiłeś  się  do  tej  prawdy  czy  też  cnoty,  którą  medytowałeś.  Jakie  popełniłeś 
uchybienia,  na  przykład  wobec  pokory,  jeśli  medytowałeś  na  temat  pokory;  w  jakich 
okolicznościach  je  popełniałeś,  jakie  możesz  podjąć  kroki,  żeby  tego  nie  powtarzać.  W  ten 
sposób przejdziesz do trzeciego punktu. 

 

3. Postanowienia       

powrót

       

spis treści

 

 
Najważniejszym owocem Twojej modlitwy wewnętrznej powinny być dobre postanowienia. 

Przypomnij sobie, że nie wystarczy mówić: nie będę pyszny, nie będę już siebie wychwalać, nie 
będę już popadać w zły humor, będę praktykować miłość bliźniego itd. 

Są to oczywiście pragnienia, które wskazują na dobre nastawienie duszy. Ale trzeba pójść 

dalej; trzeba zadać sobie pytanie w jakich okolicznościach dnia możesz popaść w błąd, którego 
chcesz uniknąć. W jakich okolicznościach mógłbyś spełnić akt tej czy innej cnoty. Zakładamy, 
że medytowałeś na temat pokory - dobrze! Robiąc rachunek sumienia zauważyłeś, że gdy masz 
być pytany w szkole, bardzo mocno odczuwasz miłość własną, ogromnie chciałbyś wzbudzić 
podziw. Postanowisz więc sobie, że gdy będziesz pytany, skupisz się na moment i uczynisz w 
swoim  sercu  akt  skruchy.  Powiesz  Chrystusowi,  że  wyrzekasz  się  wszelkich  odczuć  miłości 
własnej,  które  mogłyby  pojawić  się  w  Twojej  duszy.  Jeśli  zauważyłeś,  że  w  pewnych 
okolicznościach  ogarnia  Ciebie  roztargnienie,  możesz  postanowić,  że  będziesz  unikać  tych 
okoliczności. Jeśli zauważyłeś, że odczuwasz niechęć wobec jakiejś osoby, postanowisz udać 
się do niej i okazać jej dużo sympatii. To samo z innymi sprawami. 

Ale  choćbyś  zrobił  najpiękniejsze  postanowienia,  na  nic  się  to  nie  zda,  jeśli  Bóg  nie 

przyjdzie  Ci  z  pomocą.  Proś  usilnie  o  Jego  łaskę  przez  cały  czas,  kiedy  podejmujesz 
postanowienia.  Proś  Go  o  wierność.  Medytacja  nie  powinna  być  sucha,  nie  może  stać  się 
jedynie  pracą  umysłu.  Otwieraj  serce  przed  Mistrzem  jak  dziecko  ufne  w  miłość  Ojca.  Jeśli 
chcesz, żeby Twoje prośby były żarliwsze i bardziej skuteczne, możesz mówić Bogu, że to dla 
Jego chwały prosisz o łaskę praktykowania tej cnoty, nad którą medytowałeś; że chcesz pełnić 
Jego wolę tak, jak pełnią ją Aniołowie w niebie, że prosisz Go o pomoc, ponieważ chcesz być 
wierny dobrym postanowieniom; że prosisz o to w imię Jego drogiego Syna Jezusa Chrystusa, 
który umarł na krzyżu, żeby wyjednać Ci wszystkie te łaski; że obiecał wysłuchać za każdym 
razem tych, którzy będą Go prosić w imię Jego Syna... 

Polecaj  się  też  Najświętszej  Dziewicy.  Proś  Dobrą  Matkę  o  wstawiennictwo;  Maryja  ma 

niezwykłą moc i jest niezwykle dobra, nie wie, co to znaczy komuś odmówić. Dobry Bóg daje 
Jej wszystko, o co dla nas prosi. Módl się też do Twoich świętych patronów i Twojego Anioła 
Stróża.  Ich  modlitwy  nie  powinno  zabraknąć,  gdy  chodzi  o  wyjednanie  Ci  łaski  cnoty  i 
wierności podjętym postanowieniom. 

Co  jakiś  czas  w  ciągu  dnia  przypominaj  sobie  o  Twoich  dobrych  postanowieniach,  żeby 

wprowadzać je w życie lub zaobserwować, czy dobrze je sformułowałeś, odnawiać je w sobie. 
Od  czasu  do  czasu  wznoś  serce  do  Pana,  by  ożywić  w  sobie  to  dobro,  jakie  On  w  Tobie 
umieścił podczas modlitwy. Postępując w ten sposób, możesz być pewny, że wyniesiesz z niej 
bardzo dużo korzyści, postąpisz w cnocie i miłości Boga. 

Nie  niepokój  się,  jeśli  chodzi  o  rozproszenia;  gdy  je  spostrzeżesz  -  odrzuć  je  i  spokojnie 

wróć do Twojej modlitwy. Nie sposób wcale nie mieć rozproszeń, wszystko, czego Bóg od nas 
wymaga, to żebyśmy wiernie do Niego powracali za każdym razem, gdy je zauważamy. Będą 
się one powoli zmniejszać i modlitwa stanie się łatwiejsza, będzie Ci sprawiała więcej radości.. 

Takie  są,  drogi  bratanku,  moje  rady.  Mam  nadzieję,  że  będą  mogły  ułatwić  Ci  praktykę 

modlitwy  wewnętrznej.  Jest  ona  koniecznym  środkiem  uświęcenia,  posługiwały  się  nią 
wszystkie  święte  dusze.  Sądzę,  że  z  pomocą  łaski  skorzystasz  z  niej  równie  dużo  jak  one,  a 
Boski Mistrz wynagrodzi Twoją dobrą wolę. 

background image

 

Aneks 2 

 

Praktyka  obecności  Bożej  w  listach  brata  Laurent  od  Zmartwychwstania  Pańskiego  (1614-
1691)       

powrót

       

spis treści

 

 

 

Najświętsza i najbardziej potrzebna w całym życiu duchowym praktyka  - to odnajdowanie 

obecności  Boga.  Polega  ona  na  radowaniu  się  i  przyzwyczajeniu  do  Boskiego  towarzystwa; 
nieustannym,  pokornym  rozmawianiu  i  miłosnym  przebywaniu  z  Nim  bez  przerwy,  w  każdej 
chwili, bez reguł i ograniczeń, zwłaszcza w chwilach pokus, trudu, oschłości, niezadowolenia, a 
nawet niewierności i grzechu. 

Stale  trzeba  próbować,  żeby  wszystko,  co  robimy,  było  w  pewnym  sensie  rozmową  z 

Bogiem, nie wymyśloną, lecz pochodzącą z czystości i z prostoty serca. 

Wszystko, co czynimy, trzeba robić z rozwagą, bez pośpiechu i gwałtu, które charakteryzują 

umysł  zmącony.  Trzeba  pracować  spokojnie,  miłując  Boga,  prosząc  Go,  żeby  przyjął  naszą 
pracę.  Dzięki  tej  uwadze,  nieustannie  skierowanej  na  Boga,  zmiażdżymy  głowę  Szatana, 
wytrącimy mu broń z ręki. 

W  trakcie  pracy  i  innych  zajęć,  nawet  podczas  lektury  duchowej,  w  czasie  nabożeństw  i 

głośnych  modlitw,  powinniśmy  przerywać  je  na  moment,  najczęściej  jak  tylko  możemy  i 
adorować  Boga  w  głębi  serca,  „kosztować"  Go  jakby  ukradkiem,  wielbić,  prosić  o  pomoc, 
ofiarowywać Mu nasze serce i dziękować. 

Czyż  może  być  coś  milszego  Bogu  niż,  jeśli  w  ten  sposób  tysiące  razy  w  ciągu  dnia 

opuszczamy wszystko, co jest stworzone i chronimy się we wnętrzu, żeby adorować Stwórcę? 

Nie możemy złożyć Bogu większego świadectwa naszej wierności niż gardząc po tysiąckroć 

razy  stworzeniem,  by  choć  przez  chwilę  móc  radować  się  Stwórcą.  Ćwiczenie  to  niszczy 
pomału naszą miłość własną, która utrzymuje się tylko pośród stworzeń. Powracając tak często 
do Boga, zostajemy jej pozbawieni, nawet nie wiedząc kiedy... 

Niekoniecznie trzeba być w kościele, żeby się modlić. Kaplicę adoracji możemy uczynić z 

naszego  serca,  chronić  się  tam  co  jakiś  czas  i  przebywać  z  Bogiem.  Wystarczy  odrobinę 
„wznieść  serce",  pisze  brat  Laurent,  doradzając  to  ćwiczenie  pewnemu  szlachcicowi:  chwila 
myśli o Bogu, wewnętrzna adoracja, choćby w biegu i ze szpadą w ręku. Takie modlitwy, choć 
krótkie,  są  bardzo  miłe  Bogu,  a  w  niebezpieczeństwie  dodają  odwagi.  Niech  więc  pamięta  o 
nich najczęściej, jak tylko może. Ten sposób modlitwy wydaje się bowiem właściwy, a nawet 
konieczny dla żołnierza, stale wystawionego na utratę życia, a nawet zbawienia. 

Ćwiczenie  odnajdywania  obecności  Bożej  może  być  niezwykle  pomocne  w  modlitwie 

wewnętrznej.  Jeśli  pozwolimy  duchowi  wznosić  się  w  pobliże  Boga  w  ciągu  dnia,  łatwiej, 
spokojnie wytrwa w czasie modlitwy… 


Document Outline