background image

JUDE DEVERAUX 

ZWIDY 

background image

1

 

Tyler Stevens odstawiła filiżankę po kawie na szklany stolik i wsparła się wygodniej na 

ogrodowym  krzesełku  z  kutego  żelaza.  Przymknęła  oczy,  poddając  się  ciepłym  promieniom 

słońca. 

- Dziś też występujesz jako dobra ciocia Tyler? - dobiegł znajomy głos. 

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się, nie podnosząc powiek. 

- A nie szkoda ci pogody? Dzień jest wyjątkowo piękny, aż się prosi o spacer. Poszłabyś 

do Central Parku albo na Union Square. Mają tam zawsze świeże owoce i prawdziwie domowe 

ciasta. 

-  Nie  -  ucięła,  spoglądając  na  Barry'ego.  Kiedy  trzy  lata  temu  decydowała  się  na  to 

mieszkanie, zastanawiała się, czy nie robi błędu. Martwiło ją, że jej taras i sąsiedni praktycznie 

przylegają  do  siebie,  a  przez  to  nie  będzie  mieć  spokoju.  Miała  się  już  za  prawdziwą 

mieszkankę Nowego Jorku, gdzie niczego tak się nie ceni i nie chroni jak własnego domowego 

zacisza. Krótko mówiąc, bała się, że zbyt bliskie sąsiedztwo będzie uciążliwe. Na szczęście jej 

obawy  się  nie  sprawdziły.  Pierwszego  sąsiada  -  mocno  starszego  pana  -  nawet  nie  poznała, 

chyba w ogóle nie wychodził z domu. Niestety, po roku wyprowadził się do córki w Scarsdale i 

obawy Tyler odżyły, bo nowym właścicielem został - jak się okazało - samotny mężczyzna. 

Bała  się,  żeby  “nowy”  nie  okazał  się  bogatym  nachałem.  co  zacznie  się  jej  narzucać,  albo 

komputerowym odludkiem, który bez przerwy będzie ją rozbierać oczami. 

Gdy jednak poznała Barry'ego, jej obawy prysły, więcej nawet - ucieszyła się, bo widać 

było,  że  kim  jak  kim.  ale  sąsiadką  Barry  na  pewno  nie  będzie  się  interesować.  Poza  tym 

wkrótce  objawiły  się  dobre  strony  nowego  sąsiedztwa.  Barry  prowadził  elegancką  małą 

kwiaciarnię  w  pobliżu  Wall  Street  i  w  ciągu  miesiąca  przemienił  swój  taras  we  wspaniały 

wiszący ogród, pełen róż i zieleni. 

Gdy  pół  roku  później  Barry  popadł  w  kłopoty  (wytoczył  mu  sprawę  pewien  młody 

człowiek,  którego  zatrudnia]  w  swojej  kwiaciarni)  -  Tyler  właśnie  dla  zachowania 

dobrosąsiedzkich  stosunków  podjęła  się  obrony.  Wygrała  w  cuglach,  mimo  że  sprawa  nie 

należała do jej specjalności, a gdy Barry zapytał o honorarium, machnęła tylko ręką. 

- Nie ma o czym mówić - zamknęła temat. 

Zaraz potem wyjechała służbowo na dwa tygodnie. Gdy wróciła, nie poznała własnego 

tarasu.  Wszędzie  kwiaty,  zieleń,  a  nawet  prawdziwe  drzewka  w  wielkich  donicach.  Aż 

otworzyła usta z zachwytu. 

- Podoba się? - pytał Barry, wychodząc na swój balkon. 

background image

I tak zaczęła się ich przyjaźń. Wcześniej, a nawet w czasie procesu, Tyler ograniczała 

kontakty  do  spraw  stricte  oficjalnych,  Barry  zresztą  też.  Nie  było  więc  mowy  o  osobistych 

tematach czy zwierzeniach. Lody zostały przełamane, gdy Barry przemienił jej banalny taras w 

zielone ustronie. Zostali przyjaciółmi. Kiedy sąsiad zauważył, że Tyler nie bardzo daje sobie 

radę  z  ogrodem,  wymyślił  rzecz  niezwykle  pożyteczną  i  milą,  a  mianowicie  podnoszona, 

kładkę czy raczej mostek łączący oba tarasy - solidny, z poręczami. Przechodził przezeń, by 

pielić  i  podlewać  ogród.  Rychło  kładka  zaczęła  wisieć  na  stałe  między  balkonami,  a  ich 

stosunki stały się jeszcze bliższe. Wyręczali się nawzajem w takich sprawach jak telefony czy 

listy. 

Wkrótce stali się jakby rodziną, tym bardziej że, jak większość mieszkańców Nowego 

Jorku, nie mieli w mieście bliskich, bo pochodzili z innych stron. 

Ale pół roku temu Tyler wzbogaciła się o prawdziwą rodzinę. Do miasta zjechała jej 

kuzynka,  Kristin  Beaumont,  córka  starszego  brata  matki  -  “zbawcy”,  jak  powiadała  o  nim 

mama,  bo  to  właśnie  on  -  wuj  Thaddeus,  dla  bliskich  Thad  -  zajął  się  matką  i  sześcioletnią 

wtedy  Tyler,  gdy  ojciec  zginał  w  wypadku,  zostawiając  je  bez  grosza.  Tata  był  młody,  nie 

myślał o polisie ani w ogóle o zabezpieczeniu rodziny. Z pomocą pośpieszył wuj Thad. 

Otworzył serce i konto bankowe, krótko mówiąc, wziął je na utrzymanie, dzięki czemu 

mama  mogła  wrócić  na  studia  i  zrobić  dyplom  z  pedagogiki.  Później,  gdy  Tyler  zapragnęła 

pójść  w  ślady  wuja  Thada,  wziętego  adwokata,  też  pomógł,  finansując  najpierw  college,  a 

potem studia na wydziale prawa. 

Nie  mogła  więc  -  nawet  nie  przyszłoby  jej  to  do  głowy  -  -  odmówić  wujowi,  kiedy 

poprosił, aby “miała oko” na kuzynkę, gdy ta zapragnęła mieszkać w Nowym Jorku, bo jakie 

jest to miasto, wszyscy wiedzą. I tak co tydzień Tyler chadzała do Krissy na niedzielny obiad, 

co  zresztą  nie  sprawiało  jej  przykrości.  Lubiła  te  wizyty  u  młodej  osoby,  z  jednym  tylko 

zastrzeżeniem, na całym świecie nie było gorszej kucharki niż Krissy. 

- A dziś, co będzie na obiad? - pytał Barry, sięgając po konewkę z wodą. Jak zwykle 

starannie podlewał wszystkie skrzynki i doniczki. 

- Kamienie - odparła Tyler z nutą sarkazmu w głosie. - Ta dziewczyna ma wyjątkowy 

talent, wszystko potrafi popsuć. Nie ma takiej pieczeni, której nie spaliłaby na kamień. 

- A nie możesz jej poradzić, żeby zamawiała jedzenie na mieście? 

- To nie wchodzi w rachubę. Krissy uważa, że jako przyszła żona i matka musi nauczyć 

się gotować. 

- Taka ambitna? I nadał nie ma nadziei... - Nie dokończył. Przeszedł przez kładkę i zajął 

się doniczkami na tarasie Tyler. 

background image

- ...żeby jej wyperswadować tego szefa? - weszła mu w słowo. - Zwariowała na jego 

punkcie. To autentyczna obsesja i nie ma żadnej nadziei. - Sięgnęła po filiżankę, ale widząc, że 

nie została już ani kropla kawy, odstawiła naczynie na stolik. 

Wuj Thad przez znajomości załatwił ukochanej córce eksponowaną posadę asystentki 

założyciela i właściciela firmy Magazyn Domowy - sieci sklepów z artykułami gospodarstwa 

domowego.  Niemal  natychmiast  po  podjęciu  pracy  Krissy  zakochała  się  do  szaleństwa  w 

swoim charyzmatycznym szefie. Nie peszyła jej różnica wieku - Joel Kingsley był dobrze po 

czterdziestce, podczas gdy ona obchodziła ledwie dwudzieste trzecie urodziny. Burzy uczuć nie 

powstrzymywał  także  fakt,  że  -  wedle  orientacji  Tyler  -  Joel  K.  odnosił  się  do  Krissy  z 

doskonałą  obojętnością.  Owszem,  traktował  ją  miło,  ale  była  to  zwykła  uprzejmość 

pracodawcy wobec pracownicy. A Krissy szalała z miłości. 

Skutek  był  taki,  że  o  niczym  i  nikim  nie  potrafiła  rozmawiać,  tylko  o  nim.  W  ciągu 

dwudziestu  czterech  obiadów,  licząc  od  chwili,  gdy  zaczęła  się  obsesja,  Tyler  wysłuchała 

dwudziestu  czterech  długich  monologów  Krissy  na  temat  Joela  Kingsleya,  męcząc  się 

jednocześnie nad niejadalnymi wytworami kulinarnych ambicji kuzynki. 

Na początku, przez trzy chyba niedzielne spotkania, Tyler cierpliwie słuchała zwierzeń 

kuzynki, gdy ta piała z zachwytu na temat swej pracy, a zwłaszcza szefa. I choć w roli matrony 

powiernicy czuła się nader staro jak na swoje trzydzieści pięć lat, starała się przemówić Krissy 

do rozsądku. 

-  Jestem  pewna  -  zauważała  delikatnie  -  że  pan  Kingsley  -  specjalnie  akcentowała 

“pan”,  aby  podkreślić  różnicę  wieku,  o  której  Krissy  nie  chciała  pamiętać  -  jest  znacznie 

bardziej czarujący niż rówieśnicy, z którymi miałaś do czynienia przed przyjazdem do Nowego 

Jorku... 

- Och, Tyler, nie widziałaś go, on jest... taki... cudowny! - wykrzyknęła Krissy. - A jak 

on się porusza... po prostu unosi się nad ziemią... Naprawdę... gdybyś go tylko zobaczyła. 

Tyler  uśmiechnęła  się  do  siebie.  W  kręgach  palestry  uchodziła,  słusznie  zresztą,  za 

specjalistkę od rozwodów. U siebie w kancelarii i na sali sądowej widziała wielu takich, co to 

unosili się nad ziemią... a później brutalnie i bezwzględnie występowali o rozwód, skąpiąc, jak 

tylko się dało, na należne alimenty. 

- A ile razy był żonaty? - spytała rzeczowo, sięgając po ząbkowany nóż. Zwykły nie 

dałby rady pieczeni, którą kuzynka właśnie wniosła. 

- Och. raz - odparła Krissy śpiesznie. - To znaczy... dwa, ale tak naprawdę to raz. 

- No więc raz czy dwa? - Pieczeń wytrzymała pierwsze natarcie. Ząbkowany nóż też 

okazał się bezsilny. 

background image

-  Oficjalnie  dwa  -  w  głosie  Krissy  zabrzmiała  nuta  skrępowania  -  ale  pierwszego 

małżeństwa nie można liczyć. 

- Przed sądem liczą się wszystkie. - Tyler mocnej natarła nożem na podeszwę na talerzu. 

- Mówisz jak tata. Zawsze tylko o paragrafach. Chcesz

 

łyżkę? 

- Łyżkę? A do czego? 

- Jak to, do czego? Przecież mamy spaghetti z serem. 

Tyler wbiła wzrok w czarną bryłę widniejącą na talerzu. 

- A więc to jest?... - Przerwała, nie chcąc robić przykrości gospodyni. Odłożyła sztućce 

i  spojrzała  na  Krissy.  -  Posłuchaj  mnie,  córeńko.  Ja  rozumiem,  że  Nowy  Jork  bardzo  cię 

podnieca,  a  mężczyzna  pokroju  Joela  Kingsleya  tym  bardziej.  Zaszedł  wysoko,  a  co 

ważniejsze, o własnych siłach, ale.... 

- On? Podnieca?! - wykrzyknęła Krissy. - On świata poza praca nie widzi. Nigdy nie 

bierze  dnia  wolnego  ani  w  ogóle.  Pracuje  od  rana  do  nocy.  Wszystkim  się  interesuje  i 

wszystkiego pilnuje. 

Co za piła, pomyślała Tyler, ale nie odezwała się słowem. W najwyższym zdumieniu 

studiowała zawartość talerza. Przypalić pieczeń albo rybę, to może się zdarzyć, ale trzeba nie 

lada zdolności, aby na kamień spalić makaron z serem. 

- Wiesz - zmieniła temat - mamy w kancelarii kilku młodych ludzi, których chciałabym 

ci przedstawić. 

Na  to  dictum  Krissy  zerwała  się  z  miejsca,  zebrała  talerze  i  wybiegła  do  kuchni, 

ogromnej i świetnie wyposażonej, tak samo jak cały apartament. Gdy Krissy zapragnęła osiąść 

w Nowym Jorku, jej tata - wuj Thad - natychmiast sprawił jej eleganckie mieszkanie, droższe 

niż apartament Tyler i znacznie wykwintniej urządzone. Żeby ukochanej córeczce niczego nie 

brakowało, wuj Thad najął architektów, kupił wytworne meble i wszystko co tylko możliwe, 

czemu Tyler przyglądała się z niejaką zazdrością. Sama kupowała meble  na wyprzedażach i 

licytacjach. 

- Widzę, że zieleniejesz z zawiści, jak mawiała Scarlett O'Hara - zauważał Bary, gdy 

opowiadała  mu  o  cudach  w  apartamencie  Krissy.  -  Ale  gdybyś  nie  brała  tylu  spraw

 

bez 

honorarium, też byłoby cię stać na takie wytworności - dodawał pojednawczo. 

Zaraz po pierwszym obiedzie u kuzynki Tyler wszczęła małe śledztwo w sprawie Joela 

Kingsleya. Wynik zaskoczył ją, bo z tego, co udało się ustalić, Joel Kingsley jawił się całkiem 

przyzwoicie. Zdumienie było tym większe, że spodziewała się raczej, iż okaże się on zimnym 

draniem,  który  wykorzystuje  własną  pozycję,  by  bałamucić  młode  i  naiwne  panienki. 

Tymczasem  okazało  się,  że  Krissy  mówiła  prawdę  i  miała  rację,  jeśli  idzie  o  jego  pierwsze 

background image

małżeństwo.  Joel  Kingsley  popełnił  je  jeszcze  w  czasie  studiów  i  przetrwało  wszystkiego 

dwanaście  miesięcy.  Powtórnie  ożenił  się  dopiero  dwa  lata  po  dyplomie  i  ten  związek  trwał 

dobre piętnaście lat. 

Tyler  rozpuściła  dyskretne  wici  pośród  znajomych  i  znalazła  osobę,  która  znała 

Kingsleya  nieco  bliżej,  a  przynajmniej  mogła  powiedzieć  o  nim  więcej,  niż  napisano  w 

biogramie na łamach magazynu “Forbes”. Otóż wedle niej druga małżonka Joela Kingsleya po 

piętnastu latach doszła do wniosku, że ma dość bycia słomianą wdową - Joel ciągle siedział w 

biurze  albo  jeździł  w  interesach  -  i  rzuciła,  go  dla  trenera,  u  którego  brała  prywatne  lekcje. 

Mimo to Kingsley, podkreślała informatorka, nader hojnie wyposażył eksmałżonkę na dalsze 

ż

ycie. Natomiast teraz usidliła go Celeste Delashaw. 

- A któż to taki? - zdumiała się Tyler. 

- Nie wie pani? A gdzież to pani się uchowała? W muzeum? 

- Nie bywam na snobistycznych rautach po tysiąc

 

dolarów za wejście, jeśli o to chodzi - 

odrzekła Tyler sucho, karcąc się w duchu za niepotrzebną złośliwość. 

- Nie trzeba chodzić, wystarczy czytać - zabrzmiała równie złośliwa odpowiedz. 

Tym razem Tyler zmilczała. Nie zamierzała wyjaśniać, że po prostu szkoda jej czasu na 

czytanie opowieści z życia tzw. wyższych sfer, a poza tym przez jej kancelarię przewinęło się 

niemało kobiet, które wszystko poświęcały dla mężowskich karier; nie szczędziły wysiłków, 

ż

eby utrzymać dom i dzieci, gdy mąż kończył studia i wspinał się na pierwsze szczeble kariery, 

ż

adnej jednak nie było dane skorzystać ze wspólnej przecież inwestycji. Gdy nadchodził czas 

odcinania 

kuponów, 

mąż 

znikał 

kimś 

młodszym 

atrakcyjniejszym, 

pięćdziesięcioparoletnia, spracowana małżonka zostawała na lodzie.; Wiele takich dam trafiało 

do Tyler, szukając sprawiedliwości. 

- Celeste Delashaw była żoną Maximiliana Aldricha, a o nim musiała pani słyszeć. 

Tyler  spojrzała  na  zegarek.  Za  piętnaście  minut  musi  być  w  sądzie.  Rozmowa  na 

szczęście odbywała się przez telefon komórkowy. 

Oczy wiście - przytaknęła pośpiesznie, aby zakończyć. - Huty Aldricha! 

- A także fabryki samochodów, stocznie i samoloty. 

- Oczywiście - powtórzyła Tyler - ale wróćmy do Joela Kingsleya, Jaki on naprawdę 

jest? Pytam, bo moja kuzynka, która u niego pracuje, zadurzyła się w nim na amen. jest młoda, 

naiwna i nie wiem, czy on jej nie zbałamuci. 

W telefonie zaległa cisza. 

-  Zadurzyła?  Zbałamuci?  -  rozległo  się  po  chwili.  -  Słowo  daję,  od  lat  nie  słyszałam 

takich określeń. Jeśli więc dobrze rozumiem, to boi się pani, że jeśli tylko Kingsley spostrzeże, 

background image

ż

e dziewczyna wodzi za nim oczami i jest chętna, to zerżnie ją, nie wychodząc z biura. 

- No cóż, jeśli chce pani to tak ująć... - odparła Tyler, zbulwersowana brakiem taktu u 

swojej rozmówczyni. 

- Nie ma obawy. Póki Celeste Delashaw ma na niego oko, nic takiego się nie stanie. 

- Dzięki Bogu, ale to nic nie mówi o nim samym. 

- Też nie ma obaw. Ja przynajmniej nigdy o czymś podobnym nie słyszałam. Żona go 

rzuciła nie dlatego, że sypiał z sekretarkami, ale dlatego, że bez przerwy pracował. Ale chłop to 

chłop. Jak ta pani kuzynka wygląda? 

Tyler nie miała ochoty odpowiadać. 

-  Bardzo  pani  dziękuję.  Zrewanżuję  się  przy  okazji.  Do  usłyszenia.  -  Zakończyła 

połączenie. 

Rozmowa  niestety  nie  rozwiała  wszystkich  obaw,  bo  cóż  z  tego,  że  Joel  Kingsley 

wyglądał na przyzwoitego człowieka, skoro nie usuwało to zagrożenia. Był bogaty, wpływowy 

i niejedna Krissy durzyła się w nim na śmierć. Niby samotny, a faktycznie związany z bogatą 

damą, i to groźną, bo - sądząc z opowieści - wielce zazdrosną o swoją “własność”. 

- A dlaczego sama czegoś nie ugotujesz i nie weźmiesz ze sobą? - Barry wyrwał ją z 

zamyślenia, podpowiadając rozwiązanie jednego przynajmniej problemu. 

- Próbowałam i też na nic. To, co przyniosę, Krissy chowa do lodówki, a podaje swoje. 

Barry, poradź mi, co

 

robić. Wuj Thad liczył, że jej dopilnuję, a ona tymczasem traci głowę dla 

faceta dwa razy starszego od siebie. Zawsze ją prowadzano za rączkę, dmuchano j chuchano, i 

dziewczyna nie zna życia. 

-  A  ty  niby  znasz?  -  odrzekł  Barry  zaczepnie.  -  Dla  mnie  żadna  z  was  nic  nie  wie  o 

prawdziwym życiu, obie macie spaczone pojęcie. Małej wydaje się, że nie ma złych ludzi i nikt 

jej nie skrzywdzi, a tobie przeciwnie. Oglądasz świat przez pryzmat swojej kancelarii i widzisz 

wyłącznie zło: facetów gotowych wyrządzić każde świństwo. 

-  Znów  zaczynasz?!  Zostaw  w  spokoju  moje  życie  emocjonale.  -  Wstała,  poprawiła 

szlafrok (jeszcze się nie ubrała po porannej kąpieli), wzięła filiżankę i weszła do mieszkania. 

- A zostawię, zostawię - rzucił za nią. - Nie można rozmawiać o czymś, co nie istnieje! 

Tyler zerknęła na zegar. Późno. Nie ma mowy o następnej kawie, a o przekomarzaniu z 

Barrym - tym bardziej. Trzeba się ubrać, bo czas wychodzić. 

Trzy  kwadranse  później  pukała  już  do  Krissy.  Cisza,  żadnej  odpowiedzi.  Zapukała 

jeszcze  raz,  Znów  cisza.  Ciotczyna  wyobraźnia  zaczęła  działać,  serce  zabiło  mocnej.  Co,  u 

licha?! Sięgnęła do torebki po klucz. Miała zapasowy, na “wszelki wypadek”. 

Powitała  ją  ciemność.  Światła  wygaszone,  a  co  gorsza,  nie  czuła  woni  przypalonych 

background image

garnków. Weszła do kuchni. Posprzątane, żadnych śladów gotowania. Dziwne. Krissy nigdy 

nie zapominała, kiedy miała mieć gości. Gdy z sypialni dobiegł ją cichy jęk, jakby miauczenie 

kota,  serce  podeszło  jej  do  gardła.  Rzuciła  się  biegiem,  nie  bacząc,  że  szpilkami  kaleczy 

kosztowną intarsjowaną podłogę. 

Pchnęła drzwi i zaskoczona stanęła w progu. Krissy leżała w łóżku. Buzia rozpalona od 

gorączki. Wokół cztery pojemniki z chusteczkami higienicznymi. Cztery puste walały się po 

podłodze. Na stoliku nocnym dwie butelki wody, termometr i cztery fiolki z tabletkami. –  

- Zachorowałam - poskarżyła się dziewczyna ochrypłym głosem. 

-  Dlaczego  nie  zadzwoniłaś?!  -  zawołała  Tyler.  Ton  wyrażał  oburzenie,  ale  wzrok 

radość, że kuzynka się odnalazła. Z troską dotknęła czoła Krissy. Ciepłe, lecz nie rozpalone, a 

więc temperatura niewysoka. - Trzeba było zadzwonić, zajęłabym się tobą. 

- Nie chciałam cię kłopotać, wiem, jak bardzo jesteś zajęta. Zadzwoniłam do taty i tata 

przysłał lekarza. 

- Jak to przysłał? - zdumiała się Tyler. - Samolotem? 

-  No  nie!  Wydzwonił  lekarza  tu  na  miejscu.  Doktor  był  już  u  mnie.  Bardzo  miły. 

Powiedział, że mam grypę, że muszę leżeć, a to znaczy, że z wyjazdu nici. 

- Oczywiście, kochanie, nigdzie nie pojedziesz, poleżysz w łóżku, a ja się tobą zajmę. 

Mam sporo zaległego urlopu, więc posiedzę przy tobie, a przy okazji pokażę ci, jak się zamawia 

jedzenie na mieście. 

- Wykluczone! - wykrzyknęła Krissy. Chwyciła się za głowę i opadła na poduszki. - Nie 

możesz tu zostać. Musisz lecieć do Szkocji. Samolot jest po południu. 

Tyler  przysiadła  na  skraju  łóżka.  Bez  słowa  sięgnęła  po  fiolki  z  lekami  i  uważnie 

przeczytała etykiety. Chciała

 

sprawdzić, które to tabletki sprawiły, że kuzynka plecie od rzeczy. 

Z napisów niestety nic nie wynikało. 

- Nie, kochanie. - Uśmiechnęła się uspokajająco do Krissy. - Nigdzie się nie wybieram, 

ani do Szkocji, ani w ogóle nigdzie. Nie martw się, zajmę się tobą. 

- Wykluczone - powtórzyła Krissy z mocą, siadając na łóżku. - Nie możesz tu zostać. 

Musisz  lecieć.  Nie  ma  innego  wyjścia.  Jesteś  potrzebna  Joelowi,  to  znaczy...  ja  mu  jestem 

potrzebna, ale ja nie mogę, więc.... 

-  Ależ,  kochanie.  Połóż  się  i  nie  denerwuj.  -  Tyler  delikatnie  ułożyła  chorą  na 

poduszkach. - Poleż sobie spokojnie, a ja zamówię coś do jedzenia. Nabierzesz sił i poczujesz 

się lepiej. Myślę, że talerz rosołu dobrze ci zrobi. Znam dobrą restaurację w pobliżu, koszerną. 

Zaraz zadzwonię, zamówię rosół, sok ze świeżych pomarańcz i bajgle. 

-  Nie,  nie  rób  tego,  nie  ma  czasu  na  jedzenie  -  zaprotestowała  Krissy  i  w  jej  oczach 

background image

zabłysły łzy. - Musisz zaraz jechać na lotnisko, bo nie zdążysz na samolot. 

-  O  czym  tym  mówisz,  kochanie?  Daj  mi  numer  tego  lekarza,  którego  przysłał  wuj. 

Myślę, że powinnam po niego zadzwonić. 

-  Ależ  ja  wcale  nie  zwariowałam  i  jestem  całkiem  przytomna,  jeśli  o  to  ci  chodzi  - 

szepnęła Krissy przez łzy. Sięgnęła po chusteczki i osuszyła oczy. 

Tyler  spojrzała  na  podłogę,  gdzie  spoczywał  już  cały  kłąb  wilgotnych  od  łez 

chusteczek. 

- Co to ma znaczyć? Wypłakałaś całe jezioro? Co się stało? 

Krissy  otworzyła  usta,  żeby  odpowiedzieć,  ale  łzy  znów  napłynęły  jej  do  oczu  i 

rozszlochała się na dobre. 

Różniło je zaledwie dwanaście lat, ale Tyler kochała swoją piękną kuzynkę jak córkę. 

Opiekowała się nią “od zawsze”. Zmieniała pieluchy, kołysała do snu, oszczędzała ze swego 

skromnego  kieszonkowego,  kupując  prezenty,  choć  nie  musiała,  bo  rodziców  Krissy  -  jak 

mówiła marna - stać było naprawdę na wszystko. Ale Tyler nic tak nie cieszyło jak uśmiech na 

ustach  Krissy  i  śmieszne  dołki  na  policzkach,  gdy  mała  kuzynka  z  ciekawością  i  zapałem 

odpakowywała prezenty. 

W wieku czternastu lat Tyler zaczęła regularne dyżury przy dwuletniej wtedy Krissy. 

Doglądała jej, gdy rodzice wychodzili w gości, do teatru lub gdzie indziej. Spędzone wspólnie 

godziny jeszcze bardziej umocniły jej uczucia do małej. Tyler uwielbiała wieczory z kuzynką. 

Zawsze była nad wiek poważna, toteż nie przepadała za towarzystwem koleżanek ze szkoły, a 

dziewczyńskich szeptanek o chłopakach wręcz nie znosiła, natomiast bardzo chętnie zaszywała 

się u wujostwa z dzieckiem. 

Do tego stopnia stroniła od rówieśniczek, że mama zaczęła się poważnie martwić, ale 

wuj Thad, obserwując, jak Tyler wspaniale bawi się z Krissy, uspokajał ją. 

-  Wszystko  jest  w  porządku.  Tyler  po  prostu  ma  swój  własny  rytm  i  nie  ma  co  się 

przejmować, że nie lata za chłopakami i nie marnuje czasu na plotki i stroje. 

Mama  dała  się  przekonać,  przestała  narzekać,  że  córka  nie  zachowuje  się  jak 

“normalna” dziewczynka w jej wieku, a co więcej, korzystając z wolnych wieczorów, kiedy 

Tyler  zajmowała  się  małą,  zapisała  się  na  kursy  tańca  i  tam  właśnie  poznała  pewnego  pana, 

który wkrótce został jej drugim mężem. 

Gdy  Tyler  wyjechała  na  studia,  kontakty  z  Krissy  siłą  rzeczy  stały  się  rzadsze.  Tyler 

martwiła się, czy mała da sobie bez niej radę, czy nie będzie tęsknić. Ale Krissy, inaczej niż 

starsza  kuzynka,  nie  stroniła  od  rówieśników  i  rychło  -  o  czym  Tyler  przekonała  się,  gdy 

przyjechała na ferie do domu - znalazła sobie towarzystwo do wspólnych zabaw. 

background image

Zaraz po przyjeździe Tyler pobiegła przywitać się z małą. Stanęła w milczeniu, widząc, 

ż

e Krissy bawi się wesoło z sześcioma koleżankami. Wuj Thad, który przyglądał się tej scenie, 

przygarnął Tyler do siebie. 

- No cóż - powiedział - twoje pisklę wyfrunęło z gniazda, ale nie powinnaś tego aż tak 

przeżywać. 

- Wcale nie, cieszę się, że mała ma towarzystwo - odparła Tyler, nie dodając, że jednak 

serce ją ukłuło. 

Później  pochłonęły  ją  studia  i  życie  na  uczelni.  Zaczęła  się  udzielać  towarzysko, 

spotykała się nawet z paroma młodymi ludźmi, ale po dyplomie wszystko się skończyło, gdy 

rozjechali się w różne strony. 

Po aplikacji Tyler osiadła w Nowym Jorku, poświęcając się trudnej dziedzinie prawa 

rodzinnego.  Przez  jej  życie  w  tym  czasie  przewinęło  się  paru  mężczyzn  i  były  to  już  dość 

poważne  sprawy.  Z  jednym  z  panów,  też  prawnikiem,  mieszkała  nawet  przez  dwa  lata,  ale 

rozstali się właśnie z powodu rywalizacji zawodowej.  I nie  chodziło o to, że Tyler zarabiała 

więcej  od  partnera,  ale  o  ambicje.  Odnosiła  sukcesy,  wygrywała  prowadzone  przez  siebie 

sprawy. Wygrała również tę, w której w roli przeciwnika procesowego wystąpił jej partner i to 

ostatecznie przeważyło szalę. Rozstali się. 

Tyler  nie  miała  nikogo,  gdy  Krissy  zjechała  do  Nowego  Jorku.  Tym  chętniej  więc 

odpowiedziała  na  prośbę  wuja  Thada  i  z  całą  serdecznością  zajęte  się  kuzynką.  Pomimo 

fatalnej  kuchni,  zwyczajnie  lubiła  z  nią  przebywać.  “Cały  sekret  to  niewyżyte  uczucia 

macierzyńskie”,  skomentował  Barry,  gdy  opowiedziała  mu  całą  historię  opieki  nad  Krissy, 

począwszy od pieluszek. 

-  Tak  strasznie  chciałam  z  nim  pojechać  -  skarżyła  Się  mała,  pociągając  nosem.  Z 

“nim”, z Joelem Kinsleyem. 

Tyler milczała, nic chcąc robić chorej przykrości. Schyliła się, żeby pozbierać zużyte 

chusteczki.  Zebrało  się  ich  tak  dużo,  że  musiała  pójść  do  kuchni  po  dodatkowy  worek  na 

ś

mieci.  Na  stole  przy  zlewozmywaku  leżał  otwarty  notatnik.  “Wyłożyć  mu  całą  prawdę  o 

Delashaw” - widniał wpis na górze strony, a niżej dwie inne uwagi: “Zabrać czarną koszulkę i 

czerwone szpilki”, “Udawać, że pasjonują mnie kosiarki”. 

Tyler  zmarszczyła  czoło,  ale  to,  co  zobaczyła  po  powrocie  do  sypialni,  zirytowało  ją 

jeszcze  bardziej.  Z  wyrazem  najwyższej  determinacji  na  twarzy  maja  szykowała  się  do 

opuszczenia łóżka. - Co ty wyprawiasz? 

-  Beze  mnie  nie  da  sobie  rady.  Mam  zapisane  wszystkie  telefony  i  inne  rzeczy,  beze 

mnie zginie. Muszę jechać. 

background image

- Mowy nie ma. Natychmiast kładź się z powrotem - ucięła Tyler stanowczym głosem. 

Krissy  miała  rozpalone

 

czoło  i  oczy  jeszcze  bardziej  zaczerwienione  nit  kilka  minut  temu.  - 

Nigdzie nie jedziesz. Pan Kingsley da sobie radę. Jestem pewna, że znajdzie się odpowiednie 

zastępstwo. 

- Za późno, a poza tym  nie chcę, żeby... Jedź ty. Jeśli nie ja, to ty musisz jechać. To 

jedyne wyjście. 

-  Nonsens  -  odparła  Tyler  surowo,  otulając  dziewczynę  kołdrą.  -  Nie  mam  zielonego 

pojęcia o lodówkach; kosiarkach i tym podobnych rzeczach. - To prawda. Choć sklepy firmy 

Joela Kingsleya rozsiane były gęsto po całych Stanach, Tyler nigdy nie odwiedziła żadnego z 

nich. Nie wiedziała nawet, co się w nich sprzedaje. 

- Tyler, proszę cię. - Krissy ścisnęła kuzynkę za ramię. - Proszę cię - powtórzyła. - Zrób 

to dla mnie. Jeśli się nie zgodzisz, pan Kingsley zadzwoni po Marilyn, a ona... żebyś wiedziała, 

tak na niego leci, że aż wstyd, I jest naprawdę ładna, podobna do prawdziwej Marilyn; dlatego 

zresztą zmieniła sobie imię. 

- Żeby nazywać się jak Marilyn Monroe? - zdumiała się Tyler. 

- Właśnie, i jest strasznie napalona na pana Kingsleya. Jeśli ona z nim pojedzie, to nie 

wiem, co zrobię. 

- A kto jeszcze w biurze durzy się w tym waszym szefie? - spytała Tyler rzeczowo. 

- Jak to, kto jeszcze? Wszystkie dziewczyny - odparła Krissy, jakby chodziło o sprawę 

oczywistą z samego założenia. 

-  A  co  z  panią  Delashaw?  Żadnej  z  was  nie  przeszkadza,  że  jest  oficjalnie  z  panem 

Kingsleyem i że zamierzają się pobrać? 

- Delashaw? Ona się zupełnie nie liczy. - Krissy machnęła ręką. - Jest strasznie stara. Za 

pięć, góra sześć lat będzie miała czterdziestkę na karku. 

Tyler odwróciła się; nie chciała pokazać, że słowa Krissy dotknęły ją do żywego.  Za 

pięć lat jej też wybije czterdziestka. 

-  A  więc  -  odezwała  się  po  chwili  -  jeśli  dobrze  rozumiem,  chcesz  mnie  wysłać  do 

Szkocji, żeby ten twój szef nie wpadł w szpony Marilyn. Inaczej mówiąc, mam go dopilnować 

i zadbać o twój interes. 

- Właśnie! - wykrzyknęła Krissy uradowana, że Tyler pojęła wreszcie istotę sprawy. Na 

nutę kpiny w głosie kuzynki w ogóle nie zwróciła uwagi. - Chcę, żebyś pojechała do Szkocji 

zamiast mnie i przypilnowała, aby Delashaw nie zrobiła czegoś... drastycznego. 

- To znaczy? - spytała Tyler rzeczowo. W jej profesji słowo “drastyczny” niosło zwykle 

groźne treści. Mianem “drastyczny” określano w pozwach sądowych taki choćby czyn, kiedy 

background image

jedno z małżonków łapie za siekierę i rąbie meble tylko po to, aby przy podziale majątku nie 

przypadły  drugiej  stronie,  albo  gdy  rozwodzący  się  mąż  porywa  i  ukrywa  dziecko.  Słowo 

“drastyczny” kojarzy się wyjątkowo źle. 

-  Na  przykład,  że  zaciągnie  go  do  ołtarza  -  wykrztusiła  Krissy,  zdjęta  lękiem,  że  coś 

takiego naprawdę mogłoby się zdarzyć. 

- I co z tego? Przypuśćmy, że rzeczywiście pan Kingsley się żeni, wtedy.., . - Tyler nie 

zdążyła dokończyć myśli. 

- To byłby koniec! - zawołała Krissy głosem przepełnionym rozpaczą. - Nie byłoby dla 

mnie życia. I nie patrz tak na mnie, bo tak jest. Zrozumiałabyś, gdybyś go tylko poznała. Nie 

jest co prawda w twoim typie, ale każda inna, każda prawdziwa kobieta skoczyłaby za nim w 

ogień. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała Tyler, wymownie unosząc brwi. - A mój, jak 

powiadasz, “typ”, to niby jaki? 

Krissy znów nie dostrzegła ironii. Taka już była; nie zwracała uwagi na podteksty. 

- No wiesz - machnęła ręką - jak ci wszyscy, których czasami sprowadzałaś do domu: 

sztywni, równi, z bukietem w ręku. Nic im nie można zarzucić, tylko co to za przyjemność. Z 

ż

adnym nie dałoby się zaszaleć. 

- Nie rozumiem, o kim mówisz. - W głosie Tyler pobrzmiewały nuty obrazy. 

- A Chester, a Marshall, a Philip i jeszcze ten... właśnie... jak on się nazywał? 

- Brighton - przypomniała Tyler, patrząc badawczo na kuzynkę. Taka niby roztrzepana, 

a.... - Nie dokończyła myśli, bo rozległ się dzwonek u drzwi. - Sztywni, równi... - mruknęła do 

siebie, ruszając w stronę korytarza. Żadna przyjemność? Nonsens. To wcale nie jest tak, że nie 

miała przyjemności w tyciu. Miała, oczywiście, że miała. Może nie tyle co Krissy, która nie 

przejmowała się studiami i nie przykładała się do nauki. Zresztą nie musiała. Wybrała łatwiutką 

dziedzinę: “sztukę domu”, jak z przekąsem podkreślał wuj Thad, podczas gdy Tyler ślęczała 

nad poważnymi tematami, ale... Nie dokończyła myśli, bo właśnie doszła do drzwi i otworzyła 

je.  W  progu  stał  wielce  przystojny  młody  człowiek,  wysoki,  o  przepięknych  oczach.  Joel 

Kingsley  -  przemknęło  jej  przez  myśl  -  Joel  Kingsley  z  wizytą  u  chorej  asystentki? 

Niemożliwe. Za młody, a poza tym... Dopiero w tej chwili Tyler zwróciła uwagę na elegancką 

skórzaną walizeczkę w ręku przybysza. 

- Pan jest lekarzem? - domyśliła się. 

- Tak jest i właśnie przyszedłem... - Młody człowiek wyraźnie się zaczerwienił. 

-  ...zobaczyć,  jak  się  ma  pacjentka  -  dokończyła  Tyler  za  niego,  uśmiechając  się  i 

zapraszając  go  do  środka.  W  lot  pojęła  wszystko.  Wuj  Thad  też  się  martwił,  że  Krissy  źle 

background image

ulokowała  uczucia,  wiedział,  że  durzy  się  w  znacznie  od  siebie  starszym  pryncypale,  i 

skorzystał z okazji, aby podsunąć jej bardziej odpowiedniego kandydata. - Miło pana widzieć, 

proszę  tędy.  -  Wskazała  gestem  drogę,  w  duchu  gratulując  wujowi  pomysłu.  Żywy  młody 

człowiek może okazać się bardziej skuteczny niż tysiące ojcowskich kazań. 

Krissy  tymczasem  wstała  z  łóżka.  Stała  przy  szafie,  ale  widać  było,  że  jest  strasznie 

osłabiona - ledwie trzymała się na nogach. 

-  Dlaczego  pani  nie  leży?  -  zagrzmiał  doktor  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  wziął 

pacjentkę w ramiona i zaniósł do łóżka. 

Tyler ogarnęła tę scenę z najwyższym zdumieniem. Jej nigdy, nigdy w życiu, nikt nie 

chwycił tak w ramiona i nie... 

-  Nie  mogę  leżeć  -  zaprotestowała  Krissy  słabym  głosem,  wpatrując  się  pilnie  w 

brązowe oczy opiekuna - muszę wstać, jechać na lotnisko i lecieć do Szkocji, bo Tyler nie chce 

mnie zastąpić. 

Młody doktor spojrzał na Tyler oskarżycielskim wzrokiem. “Tylko największa egoistka 

nie pomogłaby chorej w takim drobiazgu”, mówiły jego oczy, a Tyler w pierwszym odruchu 

chciała  już  wygłosić  płomienną  mowę  obrończą  -  podkreślić,  że  to  naprawdę  absurdalny 

pomysł, żeby zastępować kuzynkę, w podróży służbowej do Szkocji. Zmilczała jednak, pomna, 

ż

e  Krissy  to  najbardziej  uparta  istota  na  świecie.  Gotowa  rzeczywiście  wstać  i  popędzić  na 

lotnisko, gdy tylko Tyler znajdzie się za progiem. A gdyby miała się spóźnić na samolot, to też 

nie zrezygnuje - najwyżej poleci następnym albo z przesiadką. 

Ważąc  argumenty,  Tyler  pomyślała  także,  że  pozostawiona  pod  wyłączną  opieką 

przystojnego doktora, Krissy być może zapomni o staruszku Kingsleyu. 

- Czy ja wiem.... - zaczęła pod bacznym spojrzeniem dwóch par oczu - musiałabym się 

spakować i... bilety są na twoje nazwisko? - zamknęła tyradę rzeczowym pytaniem. 

- Taaak, to znaczy nie. Zadzwoniłam rano do taty i tata.... - Krissy wzrokiem wskazała 

na komodę, aa której leżały dwa komplety biletów, jeden na jej nazwisko i drugi wystawiony 

dla Tyler. Raz jeszcze wuj Thad wykonał rzecz niemal niemożliwą. - Wiedziałam, że paszport 

masz zawsze przy sobie i postarałam się... - Znów nie dokończyła. - Pakować też się nie musisz. 

Weź  moją  walizkę.  Mamy  podobny  rozmiar,  więc  ubrania  będą  na  ciebie  pasować.  Zresztą 

wszyscy mówią, że jesteśmy bardzo podobne, prawda, Jeff? 

Doktor obrzucił Tyler krytycznym spojrzeniem i widać

 

było, że, jego zdaniem, Tyler w 

ż

aden sposób nie umywa się do Krissy, a w ogóle to nadaje się najwyżej do antykwariatu. 

- Oczywiście - wycedził wreszcie - gdyby to i owo poprawić... - Umilkł, zdając sobie 

sprawę, że wkracza na niebezpieczny grunt. - Tylko nie wyobrażam sobie ciebie - zwrócił się 

background image

do Krissy - w takim stroju jak twoja kuzynka - dodał. 

Tyler  zmarszczyła  gniewnie  czoło,  ale  zmilczała. W  niedzielę  zawsze  ubierała  się  na 

sportowo: jeansy, luźna bluzka i tenisówki to typowy strój na weekend. W ciągu tygodnia, do 

pracy, ubierała się zupełnie inaczej, w eleganckie kostiumy, ale w soboty i niedziele - zawsze 

na  luzie.  Owszem,  zwracano  jej  uwagę,  że  w  ten  sposób  odstręcza  mężczyzn  i  była  w  tym 

pewnie jakaś racja, ale na tym etapie życia mężczyźni jej nie interesowali. 

Doktor pochylił się czule nad Krissy i Tyler miała wrażenie, że gdyby nie jej obecność, 

młodzi zapewne zaczęliby się całować. 

- Widzę, że moja droga Tyler jednak się nie zdecyduje. Nie mam więc wyjścia, muszę 

wstawać - odezwała się Krissy głosem umierającego łabędzia. - Nie mogę nie jechać, muszę... 

-  Już  przestań  -  przerwała  jej  Tyler,  Zastanawiając

 

się,  jak  to  jest,  że  w  sali  sądowej 

potrafi stawić czoło

 

największym tuzom nowojorskiej palestry, a w obecności

 

młodej kuzynki 

mięknie jak wosk. - W porządku, tylko

 

muszę wpaść do domu po jakieś ubrania. 

- Na to nie ma już czasu! - wykrzyknęła Krissy pełnym głosem. - Samolot odlatuje za 

dwie godziny. Ledwie zdążysz się odprawić, to przecież rejs międzynarodowy. 

Tyler nigdy jeszcze nie wyjeżdżała za granicę, więc nie bardzo zrozumiała, co Krissy 

ma na myśli, mówiąc, że ledwie wystarczy czasu na odprawę. 

-  Ależ  ja...  -  zaczęła,  przypominając  sobie  o  pilnych  zajęciach  i  umówionych  na 

poniedziałek spotkaniach. Speszyła się, widząc wpatrzone w siebie dwie pary oczu - błagalne 

Krissy  i  pełne  przygany  oczy  doktora,  który  chyba  był  pewien,  że  Tyler  jednak  nie  da  się 

namówić. 

Na podłodze stała gotowa do podróży walizka, pełna - jak domyślała się Tyler - drogich 

ubrań,  za  które,  jak  zawsze,  zapłacił  wuj  Thad.  Krissy  nigdy  niczego  nie  kupowała  na 

wyprzedażach.  “Przecież  tam  -  argumentowała  -  nie  ma  wyboru”.  “Ale  nie  ma  też 

niebotycznych cen” - odpowiadała Tyler. 

- Przestań się wreszcie zastanawiać, bierz walizkę i jedź - ponagliła Krissy. 

-  Ależ...  -  Tyler  nadal  się  wahała,  wyliczając  w  myślach  argumenty  przeciwko 

szaleńczemu pomysłowi kuzynki, sięgnęła jednak po bilety i podeszła o krok bliżej do walizki. 

Nie  brała  urlopu  od  czterech  lat,  to  znaczy  od  wspólnej  wyprawy  z  Phillipem  do 

Arizony, bardzo zresztą nieudanej. Zaraz pierwszego dnia Philip zjadł coś, co mu zaszkodziło, 

i  chorował  przez  cały  niemal  tydzień,  jakby  potwierdzając  opinię  Krissy,  że  trudno  z  nim 

zaszaleć. 

- Pan Kingsley zarezerwował trzy apartamenty - Krissy nadal nie rezygnowała - dla niej, 

dla siebie i dla mnie. A wiesz gdzie? - wysunęła koronny argument. - W prawdziwym zamku! 

background image

Z  zamkiem  łączyła  się  słynna  w  rodzinie  historia.  Otóż  dawno  temu  czteroletnia 

wówczas Krissy poprosiła swego ojca z całą dziecięcą powagą, aby sprawił Tyler zamek. “Tato 

-  przekonywała  -  Tyler  zawsze  czyta  mi  o  różnych  zamkach,  więc  pewnie  chciałaby  taki 

dostać”.  Tyler  tak  się  zawstydziła,  że  miała  ochotę  zapaść  się  pod  ziemię,  a  wydarzenie 

tymczasem stało się żartem rodzinnym. “Co nowego w starych zamkach?” - mawiały ciotki na 

dzień dobry, a babka nigdy nie omieszkała zapytać: “Gdzie jest ten rycerz, który ma cię zabrać 

do zamku?”. 

Oczywiście zamek z rodzinnej legendy stracił już wiele ze swojego blasku, ale też Tyler 

skłamałaby  przed  samą  sobą,  gdyby  zaprzeczyła,  że  wizja  paru  dni  w  prawdziwym  zamku 

wcale do niej nie przemawia. W cichości ducha już zaczęła przemyśliwać, żeby zadzwonić do 

sekretarki z poleceniem poprzekładania wszystkich zaplanowanych na przyszły tydzień zajęć. 

-  Prawdziwy  zamek  -  powtórzyła  Krissy  kuszącym  tonem  -  z  tysiąc  trzysta  szóstego 

roku! 

Tyler  miała  już  zamiar  wytoczyć  jakiś  sensowny  argument  przeciwko  szaleńczemu 

przecież pomysłowi, ale słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Milcząc, chwyciła walizkę i 

nie  żegnając  się,  wybiegła  z  sypialni.  Już  w  taksówce  połączyła  się  z  komórki  z  sekretarką, 

oświadczając,  że  musi  niespodziewanie  wyjechać  w  pilnych  sprawach  rodzinnych.  Jakie  to 

sprawy - nie wyjaśniła. Niech sobie ludzie myślą, co chcą. 

Na lotnisku, w biegu, kupiła książkę o życiu Williama Wallace'a i w ostatniej niemal 

chwili zameldowała się na pokładzie odrzutowca British Airways. Z zaskoczeniem i radością 

stwierdziła, że wuj Thad zarezerwował miejsce w pierwszej klasie. Z kieliszkiem szampana w 

ręku  zaczęła  kartkować  opowieść  o  legendarnym  bojowniku  z  gór,  który  w  XIII  wieku 

poderwał szkockie klany do walki przeciwko angielskim królom. 

background image

2

 

Szkocja objawiła jej się jeszcze cudowniejsza, niż się spodziewała. Gdy tylko odebrała 

bagaż  -  walizkę  Krissy  -  i  usłyszała  pierwsze  słowa  wypowiadane  ze  szkockim  akcentem, 

niemal omdlała z wrażenia i zachwytu. 

Przy  wyjściu  czekał  kierowca.  Rozpoznała  go  po  kartce  z  napisem  “Beaumont”.  W 

głębi duszy obawiała się, że zapyta ją o nazwisko lub rzuci jakąś uwagę w rodzaju - ”sądziłem, 

ż

e będzie pani młodsza”, ale nie okazał najmniejszego zdziwienia, o nic nie pytał, uśmiechnął 

się tylko na powitanie, jakby chciał skomplementować urodę gościa zza oceanu. 

Zaprowadził ją do samochodu. Nie była to co prawda limuzyna z kategorii długich na 

osiem metrów, ale całkiem eleganckie i wygodne auto. Chociaż Tyler czuła się zmęczona po 

całonocnej  podróży,  ocknęła  się,  gdy  tylko  ruszyli  z  lotniska.  Chłonęła  widoki  pięknego 

starego Edynburga, w którym każdy niemal dom i kamień świadczyły o wiekowej historii. Ze 

wzgórza pozdrawiał ją dostojny jak całe miasto zamek, w którym rozpoznała królewski pałac 

Holyrood. z XVI wieku. 

Z  miasta  wyjechali  na  autostradę,  ale  po  kilku  kilometrach  kierowca  spytał  z 

uprzejmym uśmiechem, czy chciałaby zobaczyć prawdziwą Szkocję. 

A Tyler porwał śpiewny jak muzyka akcent. Nigdy się tak nie czuła i nigdy też z takim 

zapałem nie przystała na żadną propozycję. 

-  Z  największą  przyjemnością  -  odparła  tonem,  który  wprawiłby  w  osłupienie 

wszystkich znajomych w całym Nowym Jorku. 

Za  oknami  samochodu  roztaczał  się  taki  krajobraz,  jaki  zawsze  sobie  wyobrażała, 

myśląc o starej Szkocji. Wzgórza porośnięte wrzosem, rzędy kamieni znaczące miejsca, gdzie 

przed wiekami wznosiły się domostwu pasterzy z gór. Dwa razy kierowca zatrzymywał wóz, 

aby  przepuścić  kierdel  owiec,  drepczący  na  pastwiska  po  drugiej  stronie  krętej  drogi.  Za 

pierwszą  beczącą  gromadą  jechał  na  traktorze  młody  człowiek  do  złudzenia  podobny  -  tak 

przynajmniej uznała Tyler - do Seana Connery'ego u zarania kariery. 

Nie  wiadomo,  czy  kierowca  też  dostrzegł  podobieństwo,  ale  widząc  minę  Tyler  w 

lusterku, uśmiechnął się z pełną aprobatą. 

Na widok hotelu urządzonego w starym zamku, Tyler aż jęknęła z zachwytu. 

- To pani pierwszy zamek? - spytał kierowca z nutą rozbawienia w głosie. 

Tyler tylko przytaknęła. Z wrażenia straciła mowę. Wjazdu do zamku strzegły potężne 

wrota, jak przed wiekami. Zdawała sobie sprawę, że kierowca  w duchu podśmiewa się z jej 

cielęcego  zachwytu  i  pewnie  zastanawia  się,  dlaczego  wszyscy  przybysze  zza  oceanu  tracą 

background image

głowę na widok czegoś tak zwykłego jak zamek, których przecież pełno w całej Szkocji. 

A Tyler patrzyła urzeczona i oniemiała. 

Wnętrze  okazało  się  równie  wspaniałe  jak  mury.  Grube  kotary  okalały  okna  w 

kamiennych  wykuszach.  Portier  wziął  walizkę  i  poprowadził  Tyler  szerokimi  schodami, 

wyłożonymi grubym kobiercem, na piętro. Do apartamentu wiodły wielkie, rzeźbione dębowe 

drzwi.  Pierwszą  rzeczą  zaś,  którą  Tyler  zobaczyła  w  środku,  było  ogromne  łoże  pod 

baldachimem. Z wrażenia aż się zachwiała. Dała napiwek i wreszcie została sama, napawając 

się  pięknem  komnaty.  Pod  jedną  ścianą  stała  olbrzymia  stylowa  szafa  z  litego  drewna,  pod 

drugą komoda z epoki z mnóstwem szuflad. W antykwariacie w Nowym Jorku jedno i drugie 

kosztowałoby krocie. 

Łazienka  miała  chyba  więcej  metrów  niż  salon  Tyler  w  Nowym  Jorku.  Na  ścianie  - 

dwie marmurowe umywalki, w kącie nowoczesna kabina prysznicowa, a pod ścianą na wprost 

- rozłożysta wanna o rozmiarach, których nie powstydziłby się niejeden basen w nowojorskich 

rezydencjach.  Widok  był  tak  zachęcający,  a  po  podróży  Tyler  czuła  się  tak  nieświeżo,  że 

natychmiast odkręciła kurki z gorącą wodą. 

Czekając, aż wanna się napełni, postanowiła zapoznać się z zawartością walizki, którą 

portier postawił na stojaku w nogach łoża. 

Uniosła wieko i aż jęknęła z wrażenia. W środku nie było rzeczy, która kosztowałaby 

mniej niż parę tysięcy dolarów - wszystko, co Nowy Jork ma do zaoferowania klientkom, które 

nie  Uczą  się  z  pieniędzmi  i  mają  naprawdę  wielce  śmiały  gust.  Na  samym  wierzchu  leżała 

suknia  typu  “mała  czarna”.  Mała  w  sensie  bardzo  dosłownym.  Skrojono  ją  z  tak  skąpego 

skrawka materiału, że z powodzeniem można by ją zapakować w pudełko po papierosach. Pod 

nią leżały równie skąpe sweterki z kaszmiru, minispódniczki z delikatnej wełny i tuzin cienkich 

jak mgła czarnych pończoch. Niżej para spodni znanej włoskiej firmy z kosztownej wełnianej 

tkaniny. Jeden rzut oka wystarczał, aby stwierdzić, że na figurze będą wyglądały wyśmienicie. 

Nigdzie  ani  centymetra  luzu.  Kolekcja  obuwia  składała  się  niemal  wyłącznie  ze  szpilek. 

Niemal, bo była jeszcze para eleganckich botków z kategorii tych, co lepiej wyglądają, niż się 

noszą.  Na  samym  dnie,  pod  całą  resztą  garderoby,  Tyler  znalazła  jeszcze  zwiewną  koszulkę 

nocną z karminowego jedwabiu i szlafrok, a ściślej rzecz biorąc, peniuar do kompletu. 

Zafrasowana,  raz  jeszcze  ogarnęła  wszystkie  sztuki  ułożone  teraz  na  łóżku.  Razem 

kosztowały  zapewne  więcej,  niż  wynosiła  jej  roczna  pensja,  choć  krawcy  zużyli  na  całość 

mniej materiału niż na jej trzy kostiumy, które nosiła do biura. 

Postanowiła,  że  najpierw  się  wykąpie,  a  potem  wrzuci  na  siebie  ubranie  z  podróży, 

poszuka w okolicy jakiegoś sklepu i kupi coś sensownego, w czym będzie mogła się

 

pokazać.  

background image

Tak  zdecydowała,  choć...  Wzięła  do  ręki  karminową

 

koszulkę  i  peniuar.  Trzeba 

przyznać,  że  Krissy  ma  jednak,  gust.  Jest  to  być  może  gust  panienki  do  towarzystwa,  ale  w 

najlepszym stylu i z najlepszego towarzystwa. 

Przeszła do łazienki, zakręciła wodę, nalała płynu do kąpieli i zaczęła się rozbierać. Gdy 

została w samej bieliźnie (białej, bawełnianej, bez żadnych ozdób), rozpuściła włosy.  Lustro 

zaparowało od gorącej wody, więc przetarła je ręką i przyjrzała się sobie uważnie. Nie należała 

do  kobiet,  które  określa  się  mianem  pięknych,  ale  była  przystojna  i  miała  tego  świadomość. 

Określenie “szykowna” odnosiło się do niej w całej pełni. Miała znakomitą karnację, dbała o 

cerę,  aplikując  sobie  stosowne  porcje  kremu  nawilżającego  i  na  dzień,  i  na  noc,  a  do  tego 

delikatny  makijaż  z  odrobiną  mascary  na  rzęsach  i  dyskretnym  podkreśleniem  oczu.  Usta 

ledwo  pociągnięte  jasną  szminką.  Wiedziała,  że  one  właśnie  stanowią  jej  największy  atut,  i 

wiedziała  tez,  że  przy  ostrzejszej  szmince  mężczyźni  zaczynają  na  nią  spoglądać  tak,  jakby 

interesowało ich zupełnie co innego niż sprawy z zakresu jej specjalności zawodowej. 

Zdjęła  przepaskę,  rozpuszczając  włosy.  Sięgały  ramion.  Jeśli  cokolwiek  w  jej 

wyglądzie  kwalifikowało  się  jako  piękne,  to  właśnie  włosy.  Nieraz  słyszała  pełne  zazdrości 

westchnienia: “Chciałabym mieć takie włosy jak ty”. 

Mieniły  się  barwą  kasztanu  z  jaśniejszymi  pasmami.  Fryzjer,  u  którego  się  czesała, 

mawiał, że gdyby tylko udało mu się wynaleźć sposób na powielenie tego wyjątkowego koloru, 

byłby najbardziej wziętym mistrzem nożyczek i grzebienia w całym Nowym Jorku, co Tyler 

kwitowała skromnym uśmiechem. Włosy były przy tym

 

gęste i mocne, a końcówki sięgające 

ramion w naturalny sposób układały się w pyszne loki. 

Dawno już przekonała się, że jeśli chce, aby traktowano ją poważnie, jak przystało na 

osobę  wykonującą  szacowny  zawód,  musi  ukrywać  włosy.  Sczesywała  je  więc  od  czoła  i 

starannie chowała pod kapeluszami. Wiedziała, że tak trzeba, bo jeszcze w college' u co śmielsi 

młodzi  ludzie  szeptali  jej  na  boku,  co  zrobiliby  z  jej  wspaniałymi  włosami,  gdyby  tylko 

otrzymali taki przywilej. Wtedy obcięła się na krótko, co niestety nie rozwiązało problemu, a 

przeciwnie,  jeszcze  bardziej  go  pogłębiło.  Z  krótką  fryzurą  budziła  bowiem  jeszcze  więcej 

uwagi niż z długimi włosami - uwagi, na której jej nie zależało i której wcale sobie nie życzyła. 

Zapuściła więc włosy na nowo, a gdy odrosły, zawsze starannie je upinała. Rozpuszczała tylko 

w wyjątkowych, a więc bardzo intymnych sytuacjach, gdy była z kimś, z kim pozostawała w 

naprawdę bliskich stosunkach. 

Zaskoczyło  ją  pukanie  do  drzwi. Speszyła  się,  jakby  przyłapano  ją  na  czymś  wysoce 

niestosownym. Tymczasem pukanie rozległo się jeszcze raz, głośniej i niecierpliwiej. Ubranie, 

które miała na sobie w samolocie, leżało na podłodze, mokre od wody lejącej się do wanny. 

background image

Poszukała wzrokiem płaszcza kąpielowego. Bez skutku. Niczego takiego w łazience nie było. 

Gdy pukanie rozległo się po raz trzeci, skoczyła do sypialni, porwała z łóżka peniuar Krissy, 

ogarnęła się tyle, ile zdołała, i otworzyła drzwi. 

Mężczyzna,  który  się  dobijał,  nawet  nie  podniósł  oczu  znad  pliku  papierów,  które 

trzymał  w  ręce.  Był  bez

 

wątpienia  przystojny,  typ  światowca.  Tyler  przyszło  na  myśl 

skojarzenie z Harrisonem Fordem i zdała sobie sprawę, że sama musi wyglądać dość dziwnie, z 

rozpuszczonymi  włosami,  w  peniuarze,  który  przylegał  do  figury  w  sposób  czyniący 

wyobraźnię absolutnie zbędną. 

Gość, kimkolwiek był, nie odrywał jednak wzroku od papierów. Wszedł do środka. 

- Czemu tak długo? - rzucił karcącym tonem. Nie liczył chyba na odpowiedź albo mu na 

niej nie zależało;; bo z miejsca zaczaj wydawać polecenia. - Zadzwoń do Larry'ego, żeby dał 

znać  do  Wallingforda,  że  jeśli  nie  dostarczą  szpadli  do  dziesiątego,  to  poszukamy  innego 

dostawcy.  Wyślij  fax  do  sklepu  w  Westehester,  niech  wezmą  piły  łańcuchowe  ze  sklepu  w 

Portsmouth, tak żeby były na rano.

 

Wyrzucał  z  siebie  słowa,  nie  podnosząc  oczu,  i  Tyler  zaczęła  się  zastanawiać,  jak 

zareaguje, gdy wreszcie spostrzeże, że nie ma przed sobą Krissy. Wolała jednak nie sprawdzać, 

a  tym  bardziej  tłumaczyć  się  ze  swojej  obecności,  zwłaszcza  że  cała  historia  była  po  prostu 

ś

mieszna. Ciekawa jednak była, czy zorientowawszy się, nie każe wyrzucić Krissy z pracy. 

- Powiedz też Larry'emu, że nie chcę już więcej akcji firmy jego kuzyna. - Przełożył 

papiery. - Nie podoba mi się projekt witryny internetowej. Zadzwoń w tej sprawie do tej... jak 

ona się nazywa?... taka blondynka? - spytał, nie patrząc na Tyler. 

- Marilyn? - zaryzykowała. 

- Właśnie o nią mi chodzi. Zadzwoń do niej, niech przerobi projekty reklam, bo na tych, 

które  przedstawiła,  firma  robi  wrażenie  starej,  a  nam  zalety  na  przyciągnięciu  damskiej 

klienteli, więc niech weźmie to pod uwagę. - Znów przełożył papiery. - Powiedz Jonathanowi, 

ż

e  liczby  są  w  porządku,  ale  chciałbym  dostać  więcej  danych  na  temat  japońskiego  sklepu. 

Niech przyśle więcej szczegółów. Zapamiętałaś? 

Wreszcie  podniósł  wzrok  i  Tyler  zmartwiała.  Wybuchnie?  Odeśle  ją  najbliższym 

samolotem? A co pomyśli, widząc ją z rozpuszczonymi włosami i w karminowym peniuarze 

bardziej stosownym w domu schadzek niż w szacownym hotelu? 

Joel  Kingsley  -  zakładając,  że  to  był  właśnie  on  -  nawet  nie  drgnął.  Najmniejszym 

gestem nie wyraził ani zdziwienia, ani zaskoczenia, jakby wydawanie poleceń kobiecie, której 

nigdy nie widział na oczy, było czymś zupełnie normalnym. 

Powinien przynajmniej zapytać, czy nie pomylił pokoi, pomyślała Tyler. 

background image

A on milczał; najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi na pytanie, które postawił. 

Tyler  speszyła  się,  ale  błyskawicznie  weszła  w  rolę.  Skoro  on  nie  dostrzega  niczego 

niezwykłego w zaistniałej

 

sytuacji, to świetnie, niech tak zostanie. 

- Zapamiętałam każde słowo - odpowiedziała z uśmiechem. 

- Nie żartuj. - Spojrzał na nią uważnie spod powiek, za którymi kryły się oczy o barwie 

głębokiego granatu. 

Tyler  z  uśmiechem  powtórzyła  słowo  w  słowo  całą  tyradę.  Zawsze  miała  doskonałą 

pamięć. 

Wysłuchał  bez  komentarza,  choć  nie  mógł  nie  zwrócić

 

uwagi,  że  Tyler  rzeczywiście 

powtórzyła dokładnie wszystkie polecenia. Rzucił tylko stos papierów na łóżko - wylądowały 

na czerwonym kaszmirowym sweterku - obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. W drzwiach 

zatrzymał się na moment. 

- Mamy spotkanie z tym człowiekiem od kosiarek. Załatw wszystko, co powiedziałem, i 

za godzinę bądź w hallu. Nie wkładaj szpilek - dodał jeszcze na koniec i wyszedł. 

Przez chwilę Tyler stała jak zamurowana, po czym osunęła się na krzesło przy łóżku. 

Zauważył czy nie? - kołatało jej w myślach. Co to za człowiek, który słowem nie zareagował, 

widząc obcą osobę na miejscu swojej stałej asystentki? Dlaczego nie raczył zapytać o Krissy? 

Nie zainteresował się nawet, czy żyje. 

Chyba  że  Krissy  zadzwoniła  i  uprzedziła  go  o  wszystkim.  Tak,  pomyślała  Tyler, 

wstając  z  krzesła,  tak  zapewne

 

było.  Przeszła  do  łazienki.  Już  miała  wejść  do  wanny,  gdy

 

uświadomiła sobie, że ma tylko godzinę, a trzeba załatwić

 

sprawy, które zostawił, i ogarnąć się 

przed wyjściem. 

Z westchnieniem rezygnacji wyciągnęła korek. Patrząc, jak woda wiruje, spływając z 

wanny,  myślała  o  tym,  co  usłyszała  przed  chwilą.  “Załatw  wszystko”  -  powtórzyła  głośno, 

naśladując  głos  i  ton  Joela  Kingsleya.  Jedno  tylko  jest  pewne  -  dobrze  zrobiła,  zostawiając 

Krissy  w  Nowym  Jorku.  Lepiej  trzymać  ją  z  daleka  od  tego  człowieka.  Tacy  jak  on  zjadają 

młode panienki żywcem na śniadanie. 

Rozgoryczona,  wróciła  do  sypialni,  usiadła  przy  telefonie,  przejrzała  papiery,  które 

zostawił, znalazła potrzebne numery i nazwiska. 

Gdy po godzinie Joel Kingsley zjawił się w hotelowym hallu, Tyler już tam czekała. 

Ubrana  we  włoskie  obcisłe  spodnie  i  kaszmirowy  sweterek,  wolała  nie  siadać.  Stała 

zgarbiona,  nie  dlatego,  że  tak  się  zwykła  nosić,  lecz  dlatego,  że  przy  najmniejszym  ruchu 

sweterek podjeżdżał do góry, odsłaniając pępek, i nie było na to rady. 

- Czy jest tu gdzieś sklep z konfekcją? - spytała w recepcji. 

background image

-  Przykro  mi,  ale  w  pobliżu  niczego  tak  modnego  pani  nie  znajdzie  -  brzmiała 

odpowiedź  poparta  wymownym  spojrzeniem  na  pas  golizny  między  dołem  swetra  a  górą 

spodni. 

-  Chciałabym  kupić  cokolwiek,  żeby  się  jakoś...  okryć  -  wyjaśniła  tonem  pełnym 

desperacji. 

- Szkoda byłoby tak pięknego widoku - odpowiedział recepcjonista, patrząc tym razem 

prosto w jej oczy. 

Chwilę trwało, nim Tyler zrozumiała, o czym mowa. 

- Bo... - zaczęła się tłumaczyć, ale speszona straciła wątek. Z kłopotu wybawił ją Joel 

Kingsley, który właśnie zszedł do hallu. Ale nie zatrzymał się przy niej, Bez słowa przeszedł do 

wyjścia. 

Nie poznał? No cóż, widział mnie tylko przez chwilę, pomyślała Tyler, gdy dobiegło ją 

gromkie pytanie, wypowiedziane niecierpliwym tonem: 

- Idziesz wreszcie czy nie? 

Ś

ciskając w ręce torebkę i elegancką miniaturową aktówkę od Marka Grossa, którą też 

znalazła w bagażu Krissy, Tyler podreptała śpiesznie do wyjścia. 

Przed  hotelem  czekał  samochód.  Kingsley  zdążył  już

 

wsiąść.  Tyler  wślizgnęła  się  na 

miejsce obok, a on nawet nie spojrzał. Studiował pilnie kolejny stos papierów, które trzymał na 

kolanach. 

Tyler nie wiedziała, jak się zachować. Czy lepiej milczeć i nie zwracać na siebie uwagi, 

czy  coś  powiedzieć.  W  końcu  postanowiła  zaryzykować,  uznając,  że  nie  ma 

niebezpieczeństwa,  bo  Kingsley  i  tak  nie  zareaguje.  Nie  zainteresowałby  się  nawet  wtedy, 

gdyby mu raptem oznajmiła, że jest pokojówką z hotelu. 

- A więc - zaczęła - co pan kupuje? 

- Dzieła sztuki - odparł, nie podnosząc oczu znad papierów. 

- Przepraszam, co? 

- Dzieła sztuki - powtórzył głośniej, jakby uznał, że nie dosłyszała. 

- Ach, rozumiem. - Całą drogę w samolocie zastanawiała się, jak będzie wyglądało ich 

pierwsze spotkanie. Jaka będzie jego reakcja, gdy zorientuje się, że ma przed sobą obcą osobę? 

Czy  mistyfikacja  zezłości  go.  czy  może  rozbawi?  Rozważała  rozmaite  scenariusze.  Jednego 

tylko nie przewidziała - braku jakiejkolwiek reakcji, absolutnej, perfekcyjnej obojętności. 

I to ją irytowało. 

- Dzieła sztuki? - powtórzyła. - A konkretnie? 

-  Piękne  przedmioty,  od  uchwytów  do  szuflad,  po  łazienkowe  wieszaki  na  papier 

background image

toaletowy. 

- Wieszak na papier toaletowy jako dzieło sztuki? - Autentycznie się zdumiała. 

Podniósł wreszcie wzrok znad papierów i na nią spojrzał. 

-  To  chyba  oczywiste,  że  Rockefellerowie  sprawiają  sobie  inne  wieszaki  niż  zwykły 

Smith albo Johnson. 

Zrewanżowała mu się spojrzeniem. Oczy rzeczywiście miał niezwykłe. Tak pięknych 

jeszcze nie widziała. Nic dziwnego, że dziewczyny traciły głowę na jego punkcie. Tylko że to 

bez sensu. Facet jest zimny jak góra lodowa. 

- Nie przyszło mi to do głowy. 

- O właśnie, mało kto na to wpada, a w świecie bogatych takie właśnie przedmioty mają 

swoją  wartość.  Dzieła  sztuki  na  co  dzień.  Są  w  Nowym  Jorku  specjalne  sklepy.  Słyszałaś  o 

nich? 

- Nie. 

- A właśnie. Sprzedaje się tam rozmaite drobiazgi, uchwyty i tak dalej, z całego świata. 

Wszystko piekielnie drogie, a wiesz dlaczego? 

- Pojęcia nie mam. 

- Bo płaci się za projekt, za kształt, za artystyczną myśl, bo są to dzieła prawdziwych 

artystów, dzieła sztuki, dla tych, oczywiście, których na to stać. I tym zajmuje się moja firma. 

Takich przedmiotów szukam po całym świecie. - Kingsley uznał wykład za zakończony i znów 

zagłębił się w papierach, jakby Tyler nie zasługiwała na dalszą jego uwagę. 

- A konkurencja? Ma pan konkurentów? 

Nie  odpowiedział  od  razu,  jakby  się  waha),  tylko  kącik  ust  uniósł  mu  się  w 

ć

wierćuśmiechu. 

- Gilmore's Home Supply - rzekł wreszcie, przekładając jednocześnie papiery. - Zaczęli 

zabiegać o damską klientelę i rozszerzyli ofertę o artykuły gospodarstwa domowego. 

- A pan, jak rozumiem; chce odebrać im rynek za pomocą artystycznych uchwytów do 

szuflad? 

-  Jeśli  wpadniesz  na  lepszy  pomysł,  to  chętnie  wysłucham  -  brzmiała  odpowiedź 

wypowiedziana surowym tonem. 

- Nie omieszkam o nim panu opowiedzieć - potwierdziła równie zimno. 

 

Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  przez  chwilę  stała  bez  ruchu  pośrodku  swojego  pokoju. 

Spędziła z Joelem Kingsleyem kilka dobrych godzin i... 

Nie chciała nawet o tym teraz myśleć. Najpierw potrzebowała drinka, mocnego, a nawet 

background image

dwóch. Zaraz potem pragnęła zanurzyć się w gorącej kąpieli, nadrobić to, czego nie zdążyła 

przedtem, a jeszcze później... 

Ledwo przygotowała sobie szklankę, gdy zadzwonił telefon. 

Podniosła słuchawkę. 

-  Och,  Tyler,  nareszcie  jesteś  -  zaszczebiotała  Krissy.  -  Dzwoniłam  już  chyba  ze  sto 

razy. No i jak? Zezłościł się, że mnie nie ma? Zamówił to, co chciał. 

- Jeśli o mnie chodzi, to czuję się dobrze - odparła Tyler sarkastycznie. 

-  Och,  przepraszam,  chciałam  oczywiście  zapytać,  ale  przecież  ty  zawsze  dobrze  się 

czujesz. - Krissy zaśmiała się. - Umiesz dbać o siebie. 

- A on niby nie? Ten facet dałby sobie radę nawet na biegunie. Ale lepiej niech jedzie w 

tropiki. Jest tak zimny, że nie trzeba by klimatyzatora. 

W słuchawce zaległa cisza. 

-  Tyler  .  chyba  go  nie  polubiłaś?  -  odezwała  się  wreszcie  Krissy  wyraźnie 

rozczarowana. 

-  Polubić?  Jego?  Czy  nie  widzisz,  że  ten  człowiek  odpycha  każdą  kobietę,  którą 

posądza, że chciałaby się do niego zbliżyć. 

-  Oczywiście!  -  wykrzyknęła  Krissy.  -  Nie  ma  innego  wyjścia,  musi  lak  robić,  bo 

wszystkie się w nim kochają.

 

- Ale ty, Kristin Beaumont, chyba nie - wycedziła Tyler z całą powagą. - Nie wierzę, 

abyś  mogła  się  zakochać  w  tym...  tym...  -  Przerwała,  nie  znajdując  odpowiednio  mocnego 

słowa na wyrażenie tego, co myśli. 

- Opowiedz mi wszystko po kolei - zaszczebiotała Krissy, puszczając uwagę kuzynki 

mimo uszu. - Czy ta stara Delashaw też tam przyjechała? Widziałaś ją? 

- Najpierw powiedz mi, czy dzwoniłaś do niego, uprzedzając, że nie przyjedziesz i że 

będzie... zastępstwo. 

- Ależ skąd, do głowy mi nie przyszło. - Ton Krissy nie pozostawiał wątpliwości, że 

pytanie uznała za absurdalne. 

- No to już niczego nie rozumiem. Wyobraź sobie, że słowem nie odezwał się na mój 

widok, z miejsca zaczaj... 

- ...dyktować polecenia - dokończyła Krissy. - Ależ oczywiście, domyślałam się, że tak 

będzie. On ma tyle na głowie, że nie zwraca uwagi na drobiazgi. 

- Drobiazgi? Ludzka istota to dla niego drobiazg bez znaczenia? 

- Tylko wtedy, gdy jest kobietą, a w dodatku ładną, napytał, jak masz na imię? 

- Nie. Traktował mnie jak przedmiot. Dał mi papiery, wcisnął komórkę do ręki, kazał 

background image

dzwonić, jakbym była robotem. Nie mógł okazać większej obojętności. 

W słuchawce znów zaległa cisza. 

- To znaczy, że mu się spodobałaś - szepnęła Krissy po dobrej chwili. - Uznał, że jesteś 

ładna. A w co byłaś ubrana? W moje rzeczy? 

W  głosie  Krissy  zabrzmiały  niebezpieczne  nuty  zazdrości.  Tyler  mogła  mieć  swoje 

zdanie na temat Joela Kingsleya, mogła uważać go za bufona, ale nie zapominała, że Krissy ma 

całkiem inną opinię. 

- A jak ty się czujesz? - zmieniła temat. - Był lekarz? 

-  Tak,  przyszedł  wieczorem,  przyniósł  mi  jedzenie,  ale...  czy  ty  przypadkiem  się  nie 

zakochałaś? - zapytała Krissy z lękiem. 

W pierwszej chwili Tyler nie zrozumiała, o kogo chodzi. 

- W Kingsleyu? - upewniła się. - Jak mogłabym się zakochać w tym... - Ugryzła się w 

język. Powstrzymała się przed użyciem mocniejszego słowa, żeby nie urazić uczuć kuzynki. 

Krissy durzyła się w szefie, może nawet więcej, niż durzyła. - Ja miałabym się zakochać w Kin-

gsleyu? To absurd. Sama przecież zauważyłaś, że nie jest w moim typie. 

Krissy  odetchnęła  z  ulgą.  Wiesz,  jesteś  bardzo  do  niego  podobna.  Równie  ostrożna. 

Oboje boicie się zakochać, bo to mogłoby zmienić całe wasze życie. 

W pierwszym odruchu Tyler chciała rzucić słuchawkę, ale się opanowała. 

- Mam nadzieję - odezwała się, tłumiąc irytację - że

 

nie mówisz lego serio. Ja jestem 

podobna do Kingsleya?! Ten człowiek nie ma żadnych uczuć. Trzeba go było dzisiaj widzieć. 

Byliśmy w pubie, w większym towarzystwie. Póki byli sami mężczyźni, śmiał się i bawił, ale 

gdy zjawiła się ładna dziewczyna, kelnerka, nabzdyczył się jak indor. 

- Pewnie wyczuł, że zwróciła na niego uwagę, nienawidzi umizgów, nie znosi, gdy się 

ktoś narzuca, a nawiasem mówiąc, ty powinnaś to doskonale rozumieć. Pamiętasz tego faceta, 

którego mama zaprosiła na święta dwa lata temu? Chciała, żebyś go poznała, a ty potraktowałaś 

go jak powietrze. 

Tyler  zaczerwieniła  się  po  uszy.  Dobrze,  że  Krissy  tego  nie  widziała.  Do  dziś  nie 

potrafiła  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  ów  człowiek  napawał  ją  takim  obrzydzeniem.  Był  i 

przystojny, i inteligentny, i do wzięcia. Miał poczciwe oczy. Był pediatrą, dzieci go uwielbiały, 

musiał więc być naprawdę dobrym człowiekiem. 

A Tyler omijała go, jakby był zadżumiony. Za każdym razem, gdy próbował się zbliżyć, 

fukała tak. Że aż wszystkim robiło się przykro. 

- Już dobrze - rzuciła do słuchawki. Rozmowa zaczęła schodzić na niebezpieczne tory. - 

Nie  mówmy  o  tym.  A  zresztą,  czas  już  kończyć.  Muszę  wziąć  kąpiel  i  chcę  się  położyć. 

background image

Niewiele spałam ostatniej nocy. 

- Tylko nie zbliżaj się do niego - syknęła Krissy na pożegnanie. - Pamiętaj, że on jest 

mój. 

- I wszystkich dziewczyn z biura, bo wszystkie zwariowałyście na jego punkcie - dodała 

Tyler z życzliwą złośliwością. Pożegnała się i odłożyła słuchawkę. 

Ale na sen nie miała ochoty. Była zbyt podniecona wydarzeniami dnia, a poza tym była 

przecież  w  romantycznej  Szkocji,  w  prawdziwym  zamku  i  w  ogóle...  Uśmiechnęła  się  do 

siebie,  przecież  to  wakacje.  Ze  stylowego  biurka  pod  ścianą  wzięła  kolorowy  informator 

hotelowy. Może jest coś, co warto zwiedzić albo zobaczyć. Choćby sam zamek. 

Jak przeczytała, hotel urządzono w “nowym” zamku - w tej części, którą wybudowano, 

gdy  zamczysko  przestało  pełnić  funkcje  warowni.  Ale  “stary”  zamek  też  niedawno 

odremontowano  i  w  ciągu  dnia  można  go  zwiedzać  z  przewodnikiem  czy  raczej 

przewodniczką, bo na fotografii ilustrującej tekst widniała młoda dama w stroju z epoki na tle 

tarcz i mieczy zdobiących którąś z zamkowych komnat. 

Tyler  odłożyła  broszurę,  podeszła  do  szafy.  Gdyby  przywiozła  własną  garderobę, 

włożyłaby długą wełnianą spódnicę, białą koszulową bluzkę z bawełny i żakiet, ale w bagażu 

Krissy niczego takiego nie było. 

Wróciła  w  myślach  do  incydentu  w  pubie  i  do  dziwnego  zachowania  Kingsleya. 

Demonstracyjnie odwrócił się od Ładnej kelnereczki, Tyler zaś traktował przez cały czas tak, 

jakby  była  powietrzem  albo  jeszcze  gorzej,  jakby  w  ogóle  jej  nie  było.  Jak  to  Krissy 

powiedziała? Że Kingsley zawsze tak reaguje na widok “ładnych” kobiet. 

- A, do diabła z nim - mruknęła, wyjmując z szafy czarne skórzane spodnie, a spośród 

sweterków w szufladzie wybrała moherowy różowy golf z długimi rękawami. Problem tylko w 

tym,  że  znów  okazał  się  skąpy  jak  wszystko,  co  Krissy  spakowała  do  walizki.  Znów  więc 

będzie świecić gołym pępkiem. 

Obejrzała  się  w  lustrze.  Jak  na  trzydziestopięcioletnią  staruszkę  prezentowała  się 

całkiem  nieźle.  Godziny  ćwiczeń  w  fitness  clubie  nie  poszły  na  marne.  Brzuch  plaski  jak 

należy, a tyły... też jeszcze ujdą. Najważniejsze że nie spełniło się ponure proroctwo matki, że 

po  trzydziestce  to,  co  stanowi  przedłużenie  pleców,  zaczyna  zwisać  po  kolana  jak,  nie 

przymierzając, rzadkie ciasto. 

Włożyła adidasy, ale biel kłóciła się z czernią skórzanych spodni, zdecydowała się więc 

na czółenka. Wybrała najniższy obcas, jaki był w kolekcji, lecz nie miała już śmiałości spojrzeć 

w  lustro.  Wiedziała,  że  gdyby  ujrzała  siebie  w  tak  skomponowanym  stroju,  nie  wyszłaby  z 

pokoju. 

background image

W  recepcji  zapytała  o  drogę  do  starej  części  zamku  i  o  to,  czy  można  zwiedzać 

zabytkowe komnaty bez przewodnika. Dyżurny oświadczył najpierw, że już jest po godzinach, 

gdy jednak zobaczył minę Tyler, zmienił zdanie. 

- Może jednak coś się da zrobić - powiedział, wyjmując ze schowka klucz. - Proszę za 

mną. 

Otworzył ciężkie dębowe drzwi prowadzące do starej części zamku i wpuścił Tyler do 

ś

rodka. 

- Niech pani zwiedza i proszę się nie krępować. Może pani zapalać wszystkie światła, 

pomyślą,  że  to  sprzątaczka  i  nikt  nie  będzie  pani  przeszkadzać,  tylko  przy  wyjściu

 

proszę 

zgasić. 

Serce Tyler zabiło mocnej na myśl, że dane jej będzie samej wędrować po wiekowych 

komnatach i obcować z historią. Nawet jak czegoś dotknie, to nikt nie powie, że nie wolno. 

- Dziękuję panu, nie wiem, jak się odwdzięczę. 

-  Naprawdę?  Niech  pani  pomyśli  -  odparł  recepcjonista  tonem,  który  nie  miał  nic 

wspólnego z zawodową uprzejmością. 

Chwilę trwało, nim Tyler zrozumiała aluzję. Pomogło łakome spojrzenie, jakim młody 

człowiek ogarniał pas gołego ciała między sweterkiem a górą obcisłych spodni. W pierwszym 

odruchu chciała obciągnąć kusy moher... ale zrobiła coś zupełnie innego. Wyprostowała się jak 

nigdy i kokieteryjnym uśmiechem odpowiedziała na zaczepkę: 

- Pomyślę.... 

Gdy uświadomiła sobie, jak się zachowała, zlękła się, że młody człowiek zaśmieje jej 

się w twarz. On tymczasem obrzuci! ją przeciągłym spojrzeniem. 

- Będę czekał - rzekł, zamykając za nią drzwi. 

Jeśli jeszcze przed chwilą Tyler czuła do siebie obrzydzenie, to minęło bezpowrotnie, 

gdy została sama. Rola femme fatale była jej zawsze obca, kokieteria też, teraz jednak... No cóż, 

pięknością może nie jest, ale brzydkim kaczątkiem też nie. 

Ś

cianę po lewej stronie zdobiła średniowieczna rycerska zbroja. Po przeciwnej stronie 

stała  długa  sofa  przykryta  kobiercem  z  długimi  frędzlami.  Mury  pokrywała  boazeria  z 

ciemnego dębu. 

Tyler rozpuściła włosy. Oto jest sama w starym zamczysku, nikt jej nie widzi, więc nie 

musi niczego ukrywać. 

Ale dziesięć minut później czar prysnął jak bańka

 

mydlana. Szła właśnie korytarzem, 

oglądając  obrazy

 

i  studiując  szczegóły  w  hotelowym  informatorze,  gdy

 

drzwi  naprzeciwko 

otworzyły się z chrzęstem nieoliwionych zawiasów. W pierwszej chwili chciała ukryć się za 

background image

kotarą - o tej porze goście hotelowi nie mają przecież tu wstępu. 

Joel Kingsley - on to bowiem stanął w otwartych drzwiach - był równie zdumiony jej 

widokiem jak ona. 

- Kogo ja widzę? A ty co tu robisz? 

Nie  speszyła  się.  Był  przecież  wieczór,  sprawy  służbowe  dawno  się  skończyły  i  nie 

musiała się tłumaczyć. 

-  Mogłabym  zapytać  o  to  samo  -  odparła  przekornie.  -  O  tej  porze  nie  wpuszcza  się 

zwiedzających. 

- Zależy kogo. Dałem właścicielowi hotelu trzy traktory ogrodowe do testowania, więc 

mnie  wpuścił.  A  ty,  jak  to  sobie  załatwiłaś?  -  spytał,  wodząc  oczami  po  odsłoniętym 

fragmencie brzucha. Przeniósł wzrok niżej, patrząc na obcisłości skórzanych spodni i buty na 

obcasie. Nie musiał nic mówić, i tak było oczywiste, o czym myśli. 

-  Zwyczaj  nie  -  odparła  Tyler.  -  Nie  powiem,  że  przez  łóżko,  bo  z  tym  i  owym 

załatwiałam sprawę gdzie indziej. A nawiasem mówiąc, że pańskie traktory ogrodowe nie są 

najwygodniejsze. Jeszcze mam ślad po dźwigni zmiany biegów. - Przesunęła ręką po plecach, 

jakby rozmasowywała bolące miejsce. 

- Porozmawiam z producentem - odrzekł Kingsley, a Tyler znów się wydało, że na jego 

twarzy zagościł cień uśmiechu. - Ale i tak masz szczęście, że nie dałem właścicielowi kosiarek 

do testowania. Mogłoby się skończyć znacznie gorzej. 

W  najśmielszych  wyobrażeniach  Tyler  nigdy  nie  przypuszczała,  że  kiedykolwiek 

pozwoli sobie na lak frywolną konwersację. 

-  Zapewne  -  odparła  tym  samym  tonem  i  chciała  coś  jeszcze  dodać,  ale  przerwała, 

słysząc jakiś ruch za kotarą. Spojrzała zaskoczona. Joel też zwrócił uwagę na dziwny dźwięk i 

nie namyślając się, odsunął zasłonę. 

Tyler aż jęknęła ze zdumienia. Podobno w zamku miało nie być żywej duszy. 

Za  kotarą,  w  wykuszu  przy  oknie,  siedział  młody  mężczyzna,  nieledwie  chłopiec. 

Sądząc po stroju, w zamku był u siebie. Ubrany był w białą lnianą koszulę i szkocką, wyblakłą 

od prania spódniczkę. Na nogach miał grube, ręcznie dziergane skarpety do kolan i trzewiki jak 

prawdziwy giermek. Tak autentycznego szkockiego stroju Tyler nigdy jeszcze nie widziała. 

- Ian McLyon - przedstawił się młodzieniec i skłonił lekko. 

Mówił gardłowym akcentem mieszkańca szkockich  gór, trudnym do zrozumienia dla 

przybysza z innych stron. Był bez wątpienia przystojny - ciemne kręcone włosy i mieniące się 

głębokim błękitem oczy - i patrzył na Tyler tak, że bała się, iż zaraz się zarumieni. 

-  Wydawało  mi  się,  że  o  tej  porze  zamek  jest  nieczynny  -  odezwał  się  Joel  dość 

background image

nieprzyjemnym tonem, adresując tę uwagę do młodego człowieka. 

- Sądząc po stroju, nasz nieznajomy ma chyba większe prawo przebywać tu niż pan - 

zaprotestowała Tyler. 

- Co do mnie, to umówiłem się z właścicielem - burknął Joel - i nie musiałem niczego 

“załatwiać”  jak  ty  -  dodał,  opatrując  uwagę  takim  spojrzeniem,  że  Tyler  poczuła  się  jak 

unurzana w błocie, a młody człowiek parsknął śmiechem. 

- Oto prawdziwa miłość! - zawołał rozbawiony. 

- Nie jesteśmy... - energicznie zaprzeczyła Tyler, a dalsze słowa uwięzły jej w gardle. 

Perspektywa, że mogłaby stanowić parę z Kingsleyem, napawała ją niekłamanym wstrętem. 

- Oczywiście, że nie - zawtórował Kingsley. 

-  A  to  wielka  szkoda.  -  Ian  uśmiechnął  się.  -  Noc  taka  piękna.  Spójrzcie  na  księżyc. 

Wymarzona noc dla miłości. 

Tyler  zerknęła  przez  okno.  Księżyc  w  pełnej  krasie  unosił  się  nad  wzgórzami 

otaczającymi zamek, srebrząc je jak w bajce. Niżej i bliżej murów zamkowych rozciąga! się 

skomponowany na kształt koła ogródek z grządkami ziół i poidełkiem dla ptaków pośrodku. Na 

skraju rabat, na ławce, siedziała dziewczyna wpatrzona w zamkowe okna. 

- Twoja? - spytał Joel młodzieńca, wzrokiem wskazując na siedzącą na ławce postać. 

-  Moja  -  odszepnął  Ian  z  uśmiechem,  a  Tyler  poczuła  ukłucie  zazdrości  w  sercu. 

Wzruszyło ją uczucie malujące się na obliczu młodzieńca. A gdyby tak ktoś miał się mienić na 

twarzy na dźwięk jej imienia - pomyślała i... Potrząsnęła energicznie głową, jakby ten gest miał 

usunąć niechcianą myśl. Obruszyła ją wymiana słów Joela z młodzieńcem. Istota ludzka to nie 

rzecz,  którą  ma  się  na  własność,  a  ci  dwaj  tak  właśnie  mówią.  Tak  samo  mawiali

 

niektórzy 

mężczyźni  na  rozprawach  rozwodowych,  w  których  zdarzało  jej  się  występować,  i  też  ją  to 

irytowało. 

Miała już wygłosić stosowną uwagę o męskim szowinizmie, ale ubiegł ją Ian. 

- Niestety, gniewa się na mnie - powiedział z rozbrajającą szczerością. 

-  Czemuż  to?  -  wyrwało  się  Tyler,  zanim  zdążyła  pomyśleć.  Kingsley  zgromił  ją 

wzrokiem.  -  To  Znaczy...  -  zaczęte  się  usprawiedliwiać,  ale  zmieniła  zamiar.  -  To  znaczy  - 

zaczęła jeszcze raz innym tonem - trudno mi uwierzyć, że można by się na ciebie gniewać. - Nie 

spojrzała  na  Kingsleya,  ale  czuła,  że  pała  oburzeniem  i  że  przy  najbliższej  okazji  zwróci  jej 

uwagę za niestosowne zachowanie. Będzie oburzony, że flirtowała z nieznajomym. 

-  Dobra  z  pani  kobieta,  wie  pani,  jak  pocieszyć  strapionego  mężczyznę  -  rzekł  Ian  z 

uśmiechem i obrócił się do okna. - Ale są takie sprawy, o których tylko my wiemy. - I znów 

przeniósł  wzrok  na  Tyler.  -  A  nie  zechciałaby  pani  zanieść  jej  listu  ode  mnie?  Mam  coś 

background image

ważnego do przekazania, ale... - Zawiesił głos i tylko bezradnie machnął ręką. 

-  Rozumiem.  -  Tyler  wyciągnęła  dłoń  w  stronę  młodzieńca.  Chciała  go  dotknąć  w 

przyjaznym geście, ale nie zdążyła. 

-  Nie  będzie  pan  miał  nic  przeciwko  temu,  że  pańska  towarzyszka  odda  przysługę 

obcemu mężczyźnie? - Zwrócił się Ian do Kingsleya. - Będę panu ogromnie wdzięczny. 

-  Nie  musisz  prosić  o  przyzwolenie.  To  nie  jest  mój

 

narzeczony,  tylko  pracodawcą  - 

pośpieszyła Tyler z wyjaśnieniem, zanim Kingsley zdołał otworzyć usta. 

Ian spojrzał zdumiony najpierw na nią, potem na Kingsleya. 

- Pańska pokojówka? - spytał takim tonem, jakby wyznanie kobiety było dlań szokiem. 

- Niezupełnie! - Tyler znów pośpieszyła z wyjaśnieniem. 

- Zgadłeś - rzekł Joel, wyraźnie rozbawiony. - Codziennie rano czyści mi toaletę. 

Ian  skinął  głową  z  całą  powagą,  jakby  nie  zauważył,  że  Kingsley  żartuje.  Tyler 

obrzuciła obu spojrzeniem pełnym oburzenia. Męscy szowiniści - niby całkowicie obcy, a jakże 

łatwo znaleźli nić porozumienia. 

Ian, który nie opuścił swego miejsca przy oknie, podciągnął kolano pod brodę. Oczom 

Tyler  ukazała  się  męska  nogą  w  całej  okazałości.  Był  naprawdę  bardzo  przystojnym 

mężczyzną, a teraz spod skarpety wyciągnął złożony arkusz papieru. Jednocześnie spojrzał na 

Tyler tak, jakby czytał w jej myślach. Zarumieniła się po uszy i w duchu udzieliła sobie nagany. 

Ubrała  się  jak  idiotka  i  zachowuje  się  tak  samo  jak  trzynastolatka  na  koncercie 

rockowym! 

Wzięła list z ręki Szkota. Papier był jeszcze ciepły. 

- Zaniesie pani? - upewnił się Ian. 

-  Natychmiast  -  odparła,  bezwiednie  naśladując  jego  akcent,  co  jeszcze  bardziej  ją 

speszyło.  Odchrząknęła,  aby  ukryć  zmieszanie.  Kątem  oka  dostrzegła  przyganę  na  twarzy 

Kingsleya. 

- Ucałowałbym panią z wdzięczności! - zawołał Ian. - Ale okoliczności nie pozwalają - 

dodał, patrząc z rozbawieniem to na nią. to na Kingsleya. A teraz idźcie już. lej ojciec zaraz po 

nią wyjdzie. 

Ostatnie zdanie wypowiedział z żalem, Tyler miała ochotę zapytać, na czym polega cały 

problem, i zaoferować swoją pomoc. Na studiach chodziła na ćwiczenia, których przedmiotem 

było  rozwiązywanie  i  łagodzenie  sporów,  więc  może...  Ale  Joel  ujął  ją  pod  ramię  i  dość 

stanowczo skierował do drzwi. 

-  Śpieszmy  się  -  powiedział.  -  Trzeba  dostarczyć  ten  list,  zanim  zjawi  się  ojciec  i 

zabierze córkę do domu, a zresztą oboje z łanem powinni już być w łóżkach - podkreślił młody 

background image

wiek obojga kochanków. 

-  Co  to  znaczy  “śpieszmy  się”?  -  Tyler  wyrwała  ramię  z  objęć  Kingsleya.  -  Nie 

przypominam  sobie  żadnych  wspólnych  zobowiązań  i  nie  życzę  sobie  żadnego  “my”.  - 

Poszukała  wzrokiem  Iana,  aby  mieć  świadka,  ale  chłopiec  zasunął  już  kotarę  i  zaszył  się  w 

swojej samotni przy oknie. 

Za drzwiami, w które skierował ją Joel, zaczynały się kręte jak w baszcie schody. Joel 

znalazł  kontakt,  zapalił  światło,  przepuścił  Tyler  przodem.  Zaczęli  schodzić  po  kamiennych 

stopniach wytartych przez tysiące stóp w ciągu wielu stuleci, ale jeszcze całkiem solidnych. 

Po chwili znaleźli się na zamkowym podwórcu. Noc wiała chłodem. Tyler zadygotała z 

zimna. 

-  Gdybyś  nie  obnosiła  się  z  gołym  pępkiem,  nie  czułabyś  chłodu  -  zauważył  cierpko 

Joel, ale zdjął i podał jej swoją skórzaną kurtkę. 

Tyler spojrzała na niego, zdumiona opiekuńczym gestem, a w myślach podsumowała 

lekcję, jakiej udzielił jej właśnie los: korzysta się męskich kurtek, gdy jest się na szpilkach, w 

skąpym sweterku i obcisłych spodniach, a na pewno nie dostępuje się tej przyjemności, nosząc 

obszerne wełniane spódnice i ciepłe blezery. 

-  Dzięki.  -  Otuliła  się  szczelnie  wygrzaną  od  jego  ciała  kurtką.  Zrobiło  jej  się 

przyjemnie  i  miło,  czego  wszakże  nie  miała  zamiaru  obwieszczać  Kingsleyowi.  Gdy 

uśmiechnęła się do siebie, odwróciła się, żeby tego nie widział. 

W  milczeniu  przeszli  przez  dziedziniec  do  ogrodu.  Dochodzili  do  ławki,  gdy 

dziewczyna  nagle  zerwała  się  z  miejsca.  Wyglądało,  jakby  chciała  uciec  -  tak  przynajmniej 

pomyślała  Tyler,  ale  nieznajoma  zgięła  się  wpół  i  trzymając  się  oparcia  ławki,  zaczęte 

wymiotować. 

- A więc wiadomo już, na czym polega problem młodej pary - rzekł Joel półgłosem. 

Tyler  puściła  uwagę  mimo  uszu,  ruszyła  na  pomoc,  ale  dziewczyna  powstrzymała  ją 

gestem.  Trwała  jeszcze  chwilę  w  półskłonie,  po  czym  wyczerpana  usiadła  ciężko  na  ławce. 

Zmęczenie, drugi nieomylny znak ciąży, pomyślała Tyler, a głośno spytała, czy może w czymś 

pomóc. 

Młoda  kobieta  miała  delikatne  rysy  i  coś  takiego  w  sobie,  że  Tyler  chętnie 

przygarnęłaby ją do siebie jak dziecko, utuliła, pocieszyła i zaprowadziła do domu. 

- Nie, dzięki - brzmiała odpowiedź, wypowiedziana szorstkim szkockim akcentem, a po 

chwili dziewczyna podniosła głowę, spoglądając w stronę zamku. 

Tyler podążyła za jej wzrokiem. Kilka rozświetlonych okien, ale tam, gdzie siedział Ian, 

panowała  nieprzenikniona  ciemność.  Mimo  to  Tyler  miała  ochotę  pomachać  mu  ręką. 

background image

Wiedziała, że chłopiec wypatruje w mroku. 

Nie uczyniła jednak żadnego gestu. Zajęła się nieznajomą. 

-  Znam  się  trochę  na  takich  sprawach,  może  mogłabym  pomóc  -  zaproponowała. 

Dziewczyna jakby nie słyszała. 

- Ma pani list? - spytała zmęczonym głosem. Tyler westchnęła z rezygnacją. Trudno, nie 

jej kraj

 

i nie jej sprawa. Oddała przesyłkę. 

Dziewczyna  otworzyła  list  drżącymi  rękami.  Niecierpliwie  zaczęła  czytać,  a  po  jej 

policzkach popłynęły łzy. Tyler zrobiło się żal nieznajomej. Taka młoda i taka nieszczęśliwa. 

Jest jeszcze dzieckiem, a już nosi w sobie zalążek nowego życia. Dramatu dopełnia fakt, że jej 

ojciec nie toleruje ojca dziecka, które niebawem przyjdzie na świat.

 

Raz  jeszcze  Tyler  zaoferowała  się  z  pomocą,  ale  dziewczyna  pokręciła  głową,  jakby 

wyłowiła w nocnej ciszy coś, czego ani Tyler, ani Joel nie słyszeli. 

- Musicie już iść - szepnęła z trwogą. - Ojciec zaraz tu będzie. 

-  A  może  powinniśmy  zostać,  porozmawiać  z  nim.  Mam  pewne  doświadczenie,  w 

takich sprawach... Ach! - Tyler zakrzyknęła z bólu, gdy Joel chwycił ją mocno za rękę. 

-  Nie  wtrącaj  się.  Widzisz  przecież,  że  panienka  wcale  sobie  tego  nie  życzy  -  rzekł 

stanowczym głosem. - Idziemy. 

- Nikt mi nie będzie rozkazywał - syknęła Tyler, próbując wyrwać się z uścisku. 

- Proszę, niech państwo  jut idą - ponagliła dziewczyna.  - Gdy ojciec zobaczy mnie  z 

wami, będzie jeszcze gorzej. 

Tej prośby Tyler nie mogła nie spełnić. Udało jej się wreszcie wyrwać łokieć z uścisku 

Kingsleya, spojrzała jeszcze na nieznajomą i bez słowa, ścieżką między grzędami ziół, ruszyła 

w  stronę  zamku.  Nieszczęście  jednak  chciało,  że  po  paru  ledwie  krokach  obcas  utknął  w 

szczelinie  między  ceglanymi  kostkami,  którymi  wyłożono  alejkę.  Jak  niepyszna  stanęła  w 

miejscu. Joel nie odmówił sobie uwag w rodzaju “a nie mówiłem”, ale przykląkł i uwolnił ja z 

pułapki. 

- Dzięki - powiedziała nieszczerze i z całą godnością, na jaką w tej krępującej sytuacji 

zdołała się zdobyć, ruszyła w dalszą drogę. 

Dochodząc do zamku, obejrzała się za siebie. Dziewczyny nie było. Miała już otworzyć 

drzwi,  te  same,  przez  które  wyszli  na  podwórzec,  ale  zmieniła  zamiar.  Za  późno  na  dalsze 

zwiedzanie, a co ważniejsze, Joel pewnie podreptałby za nią. Jak na jeden dzień miała go już po 

dziurki w nosie. 

- Idę spać - oznajmiła wyniośle. 

- Sama? - padło natychmiast pytanie, pełne udawanego zdziwienia. 

background image

Tyler zawahała się, jak odeprzeć atak. Wybrała ironię. 

- Ależ skąd. - Machnęła wymownie ręką. - Zamówiłam cały zespół chłopców z kuchni 

do towarzystwa i zapas śmietany, by lepiej się bawić. 

- Najlepsza jest bita. Bita śmietana i seks idą zawsze w parze. Zwykła się nie nadaje. 

Tyler zmilczała. Nagle straciła ochotę na słowny pojedynek. W świetle księżyca Joel 

Kingsley  wyglądał  nader  przystojnie.  Bez  słowa  obróciła  się  na  pięcie  tak  gwałtownie,  że 

niemal  straciła  równowagę.  Ale  opanowała  się  i  w  milczeniu  udała  się  w  stronę  hotelu,  by 

wreszcie skryć się w zaciszu swego pokoju. 

- Jutro o dziewiątej! - krzyknął jeszcze Joel. - I tym razem nie zapomnij wziąć czegoś do 

pisania - dodał. 

Tyler nawet się nie obróciła. 

background image

3

 

Kolejny dzień w Szkocji Tyler zaczęła od ponownego dokładnego przeglądu garderoby 

Krissy w płonnej nadziei, że znajdzie jednak coś mniej awangardowego i mniej skąpego niż to, 

co  miała  na  sobie  wczoraj.  Niestety,  wybór  ograniczał  się  albo  do  rzeczy,  które  niewiele 

osłaniały, albo takich, które nawet skrywały goliznę, ale przylegały do ciała tak ściśle, że i tak 

wszystko było widać. 

Robiąc dobrą minę do złej gry, zeszła do hallu. Kingsleya jeszcze nie było. 

- Powiedział, że się spóźni - poinformował dyżurny recepcjonista, inny niż wczoraj. 

- Spóźni? Parę minut czy parę godzin? 

- A tego nie powiedział. 

Tyler zerknęła na zegarek. Była dokładnie dziewiąta. Pomyślała, że może jest szansa, 

aby  z  kierowcą  Kingsleya  skoczyć  do  najbliższego  miasteczka  i  kupić  coś  stosownego  do 

ubrania, coś, w czym nie będzie świecić golizną. Pomysł dobry, ale.... 

-  Przepraszam  pana  -  przywołała  recepcjonistę,  który  właśnie  skończył  rozmowę 

telefoniczną i odkładał słuchawkę - o której zaczyna się zwiedzanie zamku? 

- Właśnie teraz weszła pierwsza grupa. Jeśli pani chce się przyłączyć, to proszę. Idzie 

się.... 

- Znam drogę, dziękuję - rzuciła, popychając ciężkie dębowe drzwi. 

Pierwsza poranna grupa zwiedzających nie była liczna, wszystkiego trzy osoby, a wśród 

nich - co Tyler wcale nie zdziwiło - Joel Kingsley. Speszył się na jej widok jak uczniak złapany 

na wagarach. 

Udała, że go nie widzi. Stanęła obok przewodnika. 

- Nie w pracy? - szepnął Kingsley, gdy z całą grupą przeszli do następnej komnaty. 

-  Szef  wybrał  się  na  wagary,  a  gdy  kota  nie  ma,  myszy  harcują  -  odparła  słodkim 

głosem, nie patrząc na niego. - A teraz sza, chcę posłuchać. 

Słuchała  przewodnika  z  rosnącym  zainteresowaniem.  Chłonęła  opowieść  o  zamku  i 

ludziach, którzy tu niegdyś mieszkali. Na Joela Kingsleya nie zwracała uwagi. 

-  A  teraz  opowiem  państwu  o  niezwykłej  miłości,  której  świadkiem  były  te  mury  - 

oznajmił przewodnik, gdy znaleźli się w niewielkiej komnacie, ongiś służącej za alkowę lub 

coś w tym rodzaju. 

Tyler drgnęła, czując na ramieniu dotyk Kingsleya. Spojrzała, a Joel bez słowa wskazał 

wzrokiem  jeden  ze  starych  portretów  na  ścianie.  Przyjrzała  się  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że 

postać na obrazie wygląda dokładnie jak wczorajszy znajomy - Ian McLyon. 

background image

Przewodnik,  starszy  mężczyzna  w  szkockim  stroju,  który  nosił  z  nonszalancka, 

swobodą prawdziwego mieszkańca gór, zauważył zdumioną minę Tyler. 

-  A  właśnie  -  uśmiechnął  się  -  wszystkie  kobiety  się  w  nim  kochały.  Młody  Rob  był 

naprawdę jak malowanie. 

-  Rob?  Myślałam,  że  to  łan  -  odrzekła  Tyler,  nie  odrywając  wzroku  od  obrazu. 

Zrozumiała, że portret przedstawia któregoś z przodków wczorajszego znajomego. 

-  Widzę,  że  czytała  pani  nasz  informator  -  rzeki  przewodnik,  wyraźnie 

usatysfakcjonowany. - I ma pani dobra, pamięć... - zawiesił głos - ...do plotek - dodał żartem, ku 

rozbawieniu pozostałych słuchaczy. 

Tyler speszyła się, nie zrozumiała dowcipu. 

- ...a skoro tak - ciągnął przewodnik - to może nam pani opowie. 

Tyler  speszyła  się  jeszcze  bardziej.  Poszukała  wzrokiem  Joela,  żeby  wybawił  ja.  z 

opresji, ale on tylko wzruszył ramionami. 

- Nie, dziękuję... przepraszam... - Nie udało jej się znaleźć innych słów. 

- Szkoda, chętnie bym odpoczął - odrzekł przewodnik, co znów rozbawiło słuchaczy. - 

Ale skoro pani nie chce, to sam zacznę i niech mnie pani poprawi, gdybym się pomylił. 

Tyler  skinęła  tylko  głową;  nadal  nie  rozumiała,  do  czego  stary  Szkot  zmierza. 

Skonfundowana spojrzała na

 

Joela, ale w jego oczach odczytała tylko pytanie o to, co takiego 

ona wie o Ianie, czego on nie wie. 

- Opowieść jest w istocie prosta, jak wszystkie tragedie - zaczął tymczasem przewodnik. 

- Otóż młoda Caitlin ManAfree miała wyjść za Gilberta zwanego Nadobnym, bo tak postanowił 

jej  rodzic.  Ale,  jak  to  często  bywa,  Caitlin  zakochała  się  w  kimś  innym,  wędrownym  truba-

durze,  wielce  przystojnym  młodzieńcu  nazwiskiem  łan  McLyon,  i  jemu  oddała  rękę.  Ślub 

odbył  się  w  największej  tajemnicy.  -  Spojrzał  na  Tyler,  jakby  pytał,  czy  dobrze  mówi,  i  nie 

doczekawszy się odpowiedzi, ciągnął dalej: - A tymczasem Nadobny Gilbert nagle znikł. Stało 

się to zaraz po sekretnym ślubie. Przeszukano cały zamek. Na próżno. Gilberta nie znaleziono, 

ale w łożu Iana odkryto zakrwawiony hełm i dwa pierścienie, które należały do zaginionego. 

Mając takie dowody, brat Gilberta, Robert, oskarżył Iana o morderstwo. - Spojrzał przeciągle 

na portret wiszący na ścianie. - Biedna Caitlin. Jej ojciec nie był, niestety, zbyt zaradny, jeśli 

idzie o majątek. Zapożyczył się po uszy w rodzinie przyszłego, jak uważał, męża swojej córki. 

Możecie więc sobie wyobrazić jego gniew, gdy córka wyznała, iż poślubiła grajka, co groszem 

nie  śmierdział.  -  Potoczył  wzrokiem  po  słuchaczach,  nabrał  wielki  haust  powietrza  i  znów 

podjął  wątek.  -  Zastanawiam  się,  czy  ktokolwiek  dał  wiarę  oskarżeniu  Roberta.  Gilbert  był 

rycerzem, w niejednej brał udział bitwie i z niejednej opresji wychodził cało, a biedny Ian był 

background image

tylko  muzykantem.  Jego  ręce  nie  nawykły  do  broni,  więc  jakże  mógłby  pokonać  takiego 

mocarza  jak  Gilbert.  A  jednak  uznano  go  za  winnego  i  nieborak  zawisł  na

 

stryczku...  -  Nie 

dokończył myśli, bo Tyler westchnęła tak głośno, że wszyscy się obrócili. 

- Przepraszam, ale mówił pan tak przejmująco, ze... - Brakło jej słowa, lecz przewodnik 

uśmiechnął się tylko, zadowolony z rzadkiego komplementu, i wrócił do opowieści. 

- A więc biedny łan zawisł na stryczku - powtórzył - a piękną Caitlin wydano za... brata 

Gilberta, Roberta. Siedem miesięcy później przyszedł na świat młody Rob, którego tu widzimy 

na portrecie. 

- Siedem miesięcy? - upewnił się któryś ze słuchaczy, a towarzyszący pytaniu chichot 

stanowił aż nadto dosadny komentarz. 

- A właśnie, siedem miesięcy - odparł przewodnik. - Lecz Gilbert zapewniał, że to jego 

potomek. Tak twierdził, choć dziecię było piękne jak słońce, a on brzydki jak noc. Przysięgał 

jednak, że gdy w łożnicy dopełniał małżeńskiego obowiązku, Caitlin była dziewicą. Ale to nie 

koniec  opowieści.  Bo  oto  trzy  tygodnie  po  zaślubinach  Roberta  z  Caitlin  jej  ojciec  zginął 

tragicznie. Spadł z zamkowych murów. Powiadali jednak, że ktoś mu w tym pomógł. Gdy ojca 

zabrakło, panem zamku i okolic stał się Gilbert. Rządził żelazną ręką i kazał wieszać Każdego, 

kto wyrażał nieostrożne zdziwienie, skąd takie piękne dziecko u tak brzydkiego ojca. A teraz 

przejdziemy do następnej komnaty. 

- Straszny drań z tego Roberta - szepnął Joel, gdy przepuszczając resztę zwiedzających 

przodem, znalazł się obok Tyler. 

-  Straszny  -  potwierdziła.  -  Ciekawa  jestem  -  zmieniła  temat  -  o  której  zaczyna  się 

przedstawienie. Kiedy pokaże się młody człowiek grający rolę Iana McLyona? 

-  Myślę,  że  już  zdobył  tę  dziewczynę  -  rzeki  Joel  z  cicha  i  niecierpliwie  zerknął  na 

zegarek. 

Jak się okazało, komnata, do której teraz przeszli. była ostatnią w programie wycieczki. 

Stało  w  niej  kilka  przeszklonych  gablot  z  dokumentami  historycznymi  i  rodzinnymi 

pamiątkami po tych, co władali zamkiem od setek lat.

 

Nie bacząc, że Joel zaczął się śpieszyć, Tyler zatrzymała się przy przewodniku. 

- A więc, o której jest przedstawienie? - spytała. 

- Jakie przedstawienie? Nie rozumiem. 

- Pytam, kiedy zobaczymy młodego człowieka, który gra rolę lana McLyona - wyjaśniła 

Tyler szeptem, żeby

 

inni nie słyszeli Nie spostrzegła, że za jej piecami stoi Joel. 

- Proszą wybaczyć - zwrócił się do przewodnika - pani jest odrobinę... sentymentalna. 

Przyjechała z Ameryki i gdy wczoraj spotkała owego młodego aktora, zakochała się po uszy. 

background image

- Co za bzdura - zaprotestowała Tyler, ale z dalszymi wyjaśnieniami wolała poczekać, 

aż wyjdą pozostali uczestnicy zwiedzania. 

- A o czym pani właściwie mówi, o jakie przedstawienie chodzi? - spytał przewodnik, 

gdy zostali sami. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, ubiegł ją Joel. 

- Otóż wczoraj, gdy byliśmy tu razem... - zaczaj. 

-  Nie  byliśmy  razem  -  zaprzeczyła  ostro  Tyler,  ale  zamilkła,  gdy  Joel  zgromił  ją 

wzrokiem. 

-  Otóż  wczoraj  -  podjął  myśl  -  pani  i  ja  znaleźliśmy  się  w  miejscu,  w  którym  nie 

powinniśmy  się  chyba  znaleźć,  ale  spotkaliśmy  tam  młodego  człowieka,  który  wyglądał 

dokładnie tak jak ten na portrecie, no i pani... - Zawiesił głos, patrząc pytająco na Tyler. 

-  Ten  pan  nawet  nie  zna  mojego  nazwiska  -  wyjaśniła  Tyler  przewodnikowi  z 

uśmiechem. - Być może się mylę - wróciła do frapującego ją wątku - ale wydawało mi się, że 

nie  dalej  jak  wczoraj  widzieliśmy...  jak  by  to  nazwać?...  rodzaj  przedstawienia,  osnutego  na 

losach  Iana i Caitlin. a  młody człowiek, którego mieliśmy okazję podziwiać, przedstawił się 

jako Ian McLyon. 

-  McLyon?  -  powtórzył  przewodnik,  patrząc  badawczo  to  na  Tyler,  to  na  Joela.  -  To 

bardzo interesujące, proszę mi dokładniej opisać. 

- Ależ oczywiście. Otóż działo się to wszystko w jednym z korytarzy, a młody człowiek 

siedział w wykuszu przy oknie.... 

- Wydaje mi się, że wiem, o którym korytarzu pani mówi - przerwał jej  przewodnik, 

gestem dając znać, żeby poszli za nim. 

-  A  więc  jak  masz  na  imię?  -  spytał  Joel  szeptem  dołączając  do  zaimprowizowanej 

wycieczki. 

- Krissy - odparła z przekorą. 

- Uwierzyłbym, ale dwadzieścia lat temu - zaszydził Joel, ale następny dźwięk, jaki z 

siebie wydął, zaświadczył, że za złośliwość przyszło mu natychmiast boleśnie zapłacić. - Auć - 

jęknął. 

- Przykro mi - powiedziała Tyler nieszczerze. - J ego stopa dostała się pod mój obcas - 

wyjaśniła  przewodnikowi  nie  bez  satysfakcji,  gdy  ten  obejrzał  się,  zaniepokojony  pełnym 

cierpienia jękiem. 

- To było tu - rzeki Joel, opanowując ból. - O tu, za tą kotarą. - Podszedł bliżej z miną 

osoby, której przyjdzie kuleć do końca życia, co Tyler potraktowała z absolutną obojętnością. 

-  A  teraz  proszę  mi  dokładnie  opowiedzieć,  co  tu  się  działo,  -  Przewodnik  odsunął 

background image

kotarę, pokazując wykusz i siedzisko przy oknie. 

Wpadając sobie w słowo, Tyler z Joelem opowiedzieli, co ich spotkało w tym właśnie 

miejscu poprzedniego wieczoru. 

 

A więc dziewczyna się pochorowała? - spytał przewodnik, gdy skończyli opowieść. 

- Niestety. Biedactwo, stanowczo za młoda, żeby mieć dziecko. Chciałabym jej jakoś 

pomóc. Z tego, co się Zorientowałam, boi się ojca. Wie pan, gdzie oni mieszkają? Chciałabym 

tam pójść, może mogłabym pomóc - powtórzyła Tyler. 

-  Myślę,  że  już  za  późno.  Nic  się  już  nie  da  zrobić.  -  Oczy  przewodnika  zalśniły 

tajemniczo, - Czy państwo jeszcze się nie domyślają, że to były... duchy? 

Tyler z Joelem spojrzeli najpierw po sobie z wyrazem najwyższego zdumienia, po czym 

oboje wbili wzrok w przewodnika. 

-  To  niemożliwe  -  zaprzeczył  żywo  Joel.  -  To  byli  żywi  ludzie.  Zapewne  z  okolicy. 

Skoro nam udało się tu dostać, mimo ze było już po godzinach, to tym bardziej

 

mogli tu wejść 

miejscowi. Waśnie, weszli tu i spłatali nam figla. 

- Tak pan uważa? Więc proszę mi powiedzieć, jaki widok roztaczał się wczoraj z tego 

okna. 

-  Jak już  mówiłam,  widzieliśmy  dziewczynę  -  odparła  Tyler.  -  Siedziała na  ławce  na 

skraju  ogrodu  z  grzędami  ziół.  Teraz  ogrodu  nie  widać,  bo  stoimy  daleko,  ale  wczoraj 

podeszliśmy  do  samego  okna.  O  właśnie  tak...  -  Tyler  wsunęła  się  głębiej  w  wykusz  i...  z 

wyrazem najwyższego zdumienia cofnęła się z powrotem. 

Joel też podszedł do okna. 

Tam,  gdzie  wczoraj  rozciągał  się  ogród,  dziś  wznosił  się  parterowy  budynek 

hotelowego zaplecza, a za nim widać było wysypany żwirem parking i kilka samochodów. 

Tyler stalą jak oniemiała. Nie miała nawet odwagi spojrzeć na Joela. 

- A którędy państwo zeszli do Ogrodu? - spytał przewodnik. 

- Tędy, tymi drzwiami - odpad głucho Joel. 

Przewodnik dobył pęk kluczy, wybrał jeden, przekręcił zamek i otworzył drzwi. Gestem 

zachęcił, żeby spojrzeli. 

Joel podszedł pierwszy, spojrzał i zaraz się odwrócił, szukając wzrokiem Tyler, lecz ona 

stała jak wmurowana. Wziął ją więc za

 

rękę i podprowadził bliżej. Tam, gdzie wczoraj były 

zużyte,  ale  ciągłe jeszcze solidne kamienne schody, dziś widać było  rumowisko, którym nie 

sposób byłoby zejść nawet pół piętra niżej. 

-  .  Wielki  Boże  -  westchnęła  Tyler.  Gdyby  nie  Joel,  który  chwycił  ją  za  ramię, 

background image

Osunęłaby się na posadzkę. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Chwilę trwało, nim zebrała siły. 

Z trudem stłumiła okrzyk przerażenia. 

- I co teraz? - spytała, mobilizując resztkę woli, żeby nie rzucić się do ucieczki z tego 

strasznego miejsca. - Dajemy znać do telewizji i prasy, że widzieliśmy duchy? 

- Tu, w Szkocji, nikogo to nie zainteresuje - ostudził jej zapał przewodnik. - Duchów 

mamy  na  pęczki  i  gdyby  o  każdym  miano  opowiadać  na  ekranie,  nie  starczyłoby  czasu  na 

mecze piłkarskie, a tego telewidzowie nigdy by nie wybaczyli. - Popatrzył z rozbawieniem na 

twarze swoich rozmówców. Widać było, że jut układa w myślach opowieść o parze turystów z 

Ameryki,  którym  “wystawcie  sobie,  przydarzyła  się  niezwykła  historia...”  I  tłumiąc  śmiech, 

zaproponował obojgu, żeby zostali sami, “bo może Ian znów się objawi”. 

- O dziesiątej mam następną grupę i gdyby państwu udało się ściągnąć tutaj Iana, byłaby 

wielka atrakcja. - Nie czekając na odpowiedź, obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. Korciło 

go,  żeby  natychmiast  opowiedzieć  swoim,  lub  komukolwiek  innemu,  o  tym,  co  się  właśnie 

wydarzyło. 

-  Chwileczkę!  -  krzyknęła  za  nim  Tyler.  Przyszło  jej  na  myśl,  że  nie  zadała 

najważniejszego  pytania.  -  Ą  nie  wie  pan,  co  było  w  liście?  Tym,  który  zanieśliśmy 

dziewczynie? 

- Wiem. Ale sami możecie zobaczyć. List jest w gablotce z rodzinnymi pamiątkami - 

rzucił przez ramię i już go nie było. 

Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. 

- No cóż - odezwała się Tyler po dłuższej chwili. - Czas chyba wziąć się do pracy. 

Joel jakby nie słyszał. Zbladł na twarzy jak kreda. 

- Widziałem - szepnął. - Widziałem ten list. 

- W gablotce? I co w nim było napisane? 

- Umarłem. Dziś mnie powiesili! 

background image

4 

Joel, kochanie - rozległo się za plecami Tyler. Obróciła się zaintrygowana i... znalazła 

się oko w oko ze swoją... rówieśniczką. Ale poza lalami niczym więcej nie mogłaby się z nią 

mierzyć.  Na  pewno  nie  strojem.  Nieznajoma  ubrana  była  w  najmodniejsze  i  najbardziej  sto-

sowne - jeśli wziąć pod uwagę kraj, porę roku i dnia - tweedy. W długiej szykownej spódnicy z 

rozcięciem do pół uda prezentowała się konserwatywnie, a zarazem seksownie. Tyler nie miała 

cienia wątpliwości, że strój powstał na specjalne zamówienie i wyszedł spod ręki najlepszego 

projektanta mody. 

Fryzura  i  cera  nieznajomej  świadczyły  o  długich  godzinach  spędzanych  w  salonach 

fryzjerskich  i  kosmetycznych,  a  więc  w  tych  wielce  wytwornych  miejscach,  na  które  Tyler 

nigdy nie miała czasu. Blond włosy połyskiwały pasemkami w kilkunastu starannie dobranych 

odcieniach  i  pyszną,  równie  starannie  Ułożoną  kaskadą

 

spływały  aż  do  ramion  właścicielki, 

spowitych w jedwabną bluzkę, kosztująca na oko tyle, że Tyler musiałaby miesiąc pracować, 

gdyby chciała sprawić sobie coś podobnego. Obie panie wymieniły zdumione i niezbyt chętne 

spojrzenia. Tyler boleśnie uświadomiła sobie, że w przykusej spódniczce i skąpym sweterku 

wygląda co najmniej niestosownie, jeśli nie podejrzanie. Wyrzucała sobie, że nie pojechała na 

zakupy i nie kupiła czegoś odpowiedniego, jak pierwotnie planowała. 

-  Joel,  kochanie  -  powtórzyła  nieznajoma.  Staranna  wymowa  świadczyła,  że  musiała 

brać  lekcje  dykcji  i  to  u  nie  lada  mistrzów.  -  Czy  to  twoja  asystentka?  Przyznam,  że  jestem 

zaskoczona. Zwykle twoje sekretarki prezentują się... inaczej. Wydawało mi się, że będzie ci 

towarzyszyć ta... jak ona się nazywa?... Christine? 

- Kristin - skorygowała Tyler z zimnym uśmiechem. - To moja kuzynka. 

- Joel, nic mi nie mówiłeś, że będzie zastępstwo. 

- Bo nie wiedziałem - odparł Joel obojętnie, jakby dając do zrozumienia, że drobiazgi 

tyczące personelu biurowego zupełnie go nie interesują. 

Celeste Delashaw - Tyler nie miała wątpliwości, że to właśnie ona - patrzyła wzrokiem 

pełnym przygany to na Joela, to na nią, a Tyler musiała natężyć całą wolę, aby ukryć uczucie 

wstydu i zażenowania. Czuła się tak, jakby przyłapano ją na czymś wysoce niestosownym. 

Ale Celeste Delashaw nie dała się zmylić. 

-  Co  się  z  wami  dzieje?  -  spytała  prokuratorskim  tonem.  -  Wyglądacie,  jakbyście 

zobaczyli ducha. 

W tym momencie Tyler popełniła największy błąd, jaki można było popełnić. Spojrzała 

porozumiewawczo na Joela, Joel na nią, i zaczęło się. Nieznaczny zrazu uśmiech pojawił się 

background image

najpierw na obliczu Tyler, w chwile potem zaśmiał się Joel, a po sekundzie oboje śmiali się na 

cały głos. 

-  W  rzeczy  samej,  w  rzeczy  samej  -  wykrztusiła  Tyler,  trzymając  się  ze  śmiechu  za 

brzuch. 

- Właśnie, zgadłaś - zawtórował Joel i z rozbawienia aż przysiadł w wykuszu. Zerwał 

się natychmiast jak oparzony, spojrzał na Tyler i roześmiał się jeszcze głośniej. 

- Ducha? Widzieliśmy aż dwa duchy - dorzuciła Tyler pośród nerwowego śmiechu. 

- A jeden dat nam nawet list, żeby zanieść drugiemu. 

- Drugiej. 

- Właśnie, drugiej. 

-  Ten  list  jest  teraz  w  gablotce  z  zamkowymi  pamiątkami  -  dodała  Tyler.  Teraz  ona 

przysiadła  na  siedzisku  w  wykuszu.  Joel  poszedł  w  jej  ślady  i  znów  parsknęli 

niekontrolowanym śmiechem. 

Celeste Delashaw najpierw patrzyła w milczeniu, potem podeszła bliżej, jakby chciała 

rozdzielić rozbawioną parę, co jednak nie było możliwe - siedzieli zbyt blisko siebie i nadal 

ś

miali się jak dzieci. 

-  Może  zechce  się  pani  wreszcie  przedstawić  -  zażądała  Celesus  Delashaw  gromkim 

głosem, chcąc położyć kres irytującej ją wesołości. 

- Tyler Stevens, jestem adwokatem. - Tyler z trudem opanowała śmiech i wyciągnęła 

rękę do Celeste. 

- Pani mecenas?! - wykrzyknął Joel z niedowierzaniem. - Miałem więc prawniczkę za 

stawkę sekretarki i nic o tym nie wiedziałem? Wytoczę sprawę o oszustwo! 

Ostatnie zdanie wprawiło Tyler w rozbawienie. Znów zaczęła się śmiać. 

- W sądzie ze mną nie wygrasz! - wykrzyknęła wesoło. - Sprawę lana też bym wygrała, 

gdyby się do mnie zwrócił - zapewniła ze śmiechem, biorąc Joela pod ramię. 

- Joel, opanuj się wreszcie! - zawołała Celeste Delashaw. - I zachowuj się jak należy. 

Przecież nawet jej nie znasz. A pani - zwróciła się do Tyler - wróci natychmiast do Stanów. 

Stanowczy  ton,  wykluczający  wszelki  sprzeciw,  podziałał  na  Tyler  otrzeźwiająco. 

Przypomniała sobie, w jakiej jest sytuacji, jak się tu znalazła i dlaczego. 

-  Bo  ja...  -  Zerwała  się  miejsca,  chcąc  wyjaśnić  nieporozumienie,  ale  pod  ostrym 

spojrzeniem Celeste Delashaw zamilkła, zdając sobie sprawę, że żadne słowa nie pomogą. Bo 

jak wytłumaczyć, że poważna kobieta przywdziewa raptem strój podlotka i paple o duchach. 

Zrobiło jej się wstyd, spuściła wzrok, przyznając w duszy, że za takie zachowanie należy jej się 

reprymenda. 

background image

-  Ma  pani  rację  -  powiedziała  z  całą  powagą.  -  Nie  powinnam  była...  Bardzo  to  było 

niestosowne. 

- I w złym guście. - Celeste Delashaw nie odmówiła sobie przyjemności wymierzenia 

jeszcze jednego ciosu. 

- Czy Krissy straci pracę? - spytała Tyler pokornie, spoglądając na Kingsleya. 

Nie odpowiedział. Patrzył w przestrzeń bez cienia uśmiechu, opanowany i wyniosły. 

-  Nie  -  zamiast  Kingsleya  odpowiedziała  Celeste  Delashaw.  -  Z  tego,  co  widziałam, 

dziewczyna całkiem nieźle się spisuje. 

Czując się jak dziecko przyłapane na wyjadaniu cudzych cukierków, Tyler ruszyła do 

wyjścia,  nie  chcąc  przedłużać  przykrej  sceny.  Ale  wrodzone  poczucie  obowiązku  kazało  jej 

jednak zatrzymać się w progu. 

-  Przepraszam  -  zwróciła  się  do  Kingsleya,  choć  ten  nie  mógł  tego  widzieć.  Stał 

odwrócony  plecami  z  oczami  wpatrzonymi  w  przestrzeń.  -  A  co  ze  sprawami,  które  były 

zaplanowane na dziś? 

I znów Celeste Delashaw pośpieszyła z odpowiedzią. 

- Sami się tym zajmiemy. Jestem pewna, że bez trudu znajdziemy kogoś na zastępstwo. 

Prowadzenie  notatek  i  łączenie  rozmów  telefonicznych  to  chyba  żadna  filozofia  -  dodała  z 

przekąsem, - Bilet na samolot odbierze pani w recepcji. - Uznając posłuchanie za zakończone, 

Celeste Delashaw obróciła się na pięcie i podeszła do Joela, nadal stojącego bez słowa. 

Tyler kusiło, żeby coś jeszcze powiedzieć, zwrócić uwagę, że Kingsley powinien był 

przecież  zauważyć,  że  jest  obca  i  nie  należy  do  jego  personelu,  ale  nie  potrafiła  znaleźć 

odpowiednich słów. Uznała więc, że lepiej zasunąć zasłonę milczenia na to, co się wydarzyło, 

udać się do apartamentu, spakować walizkę i wracać do Stanów pierwszym nadarzającym się 

samolotem. To na niej spoczywa cała odpowiedzialność za wszystko, co się stało. Do Krissy 

nie może mieć pretensji, bo to jeszcze dziecko, ale sama ma przecież swoje lata i choćby z tego 

tytułu powinna być mądrzejsza, więc tylko sobie zawdzięcza tę upokarzającą scenę. Do Celeste 

Delashaw

 

też nie można mieć pretensji. Miała prawo się zdenerwować, widząc narzeczonego 

bez mała w objęciach obcej kobiety. Gdyby była na jej miejscu, to... 

Nie ma o czym mówić. Nie jest na jej miejscu, nie mówiąc już o tyra, że nigdy w nikim 

nie była na tyle zakochana, aby doznać choćby cienia uczucia zazdrości. 

Pakowanie było kwestią paru ledwie minut. Układanie skąpych strojów w walizce nie 

wymagało szczególnych zabiegów. Tylko przy moherowym sweterku Tyler zatrzymała się na 

sekundę,  wracając  myślą  do  wczorajszego  wieczoru  i  męskiej  kurtki,  którą  jej  zaoferowano. 

Westchnęła,  zamknęła  walizkę,  szykując  się  do  wyjścia.  Ogarnęła  jeszcze  wzrokiem  piękną 

background image

komnatę  przerobioną  na  hotelowy  apartament.  Zerknęła  na  łoże  i  baldachim  rozpięty  na 

czterech kolumnach i okno w wykuszu. 

Czy  dane  jej  będzie  jeszcze  kiedyś  odwiedzić  Szkocję?  Mieszkać  w  prawdziwym 

zamku? 

Postawiła walizkę przy drzwiach. Telefon! Trzeba zadzwonić do Krissy, uprzedzić, co 

się  stało.  Wzięła  słuchawkę  i  zaczęła  wystukiwać  rząd  cyfr:  wyjście  na  miasto,  centrala 

międzynarodowa, numer kierunkowy Stanów, numer kierunkowy Nowego Jorku.... 

A  co  jej  właściwie  powie?  Że  chociaż,  w  opinii  Krissy,  daje  sobie  radę  w  każdej 

sytuacji,  poniosła  dotkliwą  porażkę  i  wszystko  popsuła?  “Bo  wiesz  -  zaczęła  sobie 

przepowiadać rozmowę - zobaczyliśmy z Joelem parę duchów i.... Słucham? Dlaczego mówię 

z Joelem, a nie z panem Kingsleyem? No bo widzisz, kiedy z kimś przeżywa się coś takiego - 

widzi się duchy i dziewczynę, która choruje, bo jest w ciąży, a jeszcze na dodatek ojca

 

tego 

dziecka powiesili, a w ogóle to oboje z dziewczyną

 

odeszli z tego świata parę stuleci temu, to 

wtedy...  Nie,  nie,  Krissy.  To  nie  było  tak,  że  on  mnie  zwolnił,  to  ta

 

jego  narzeczona...  Ależ 

oczywiście, Krissy, jestem dorosła

 

i daję sobie radę, ale w tym wypadku ona miała rację, bo 

ś

mialiśmy  z  Kingsleyem  jak  nie  wiadomo  co.  Mówię

 

ci,  tarzaliśmy  się  ze  śmiechu  i 

obejmowaliśmy... Wie, nie, Krissy, nie denerwuj się. Nic się nic stało. Uspokój się. Do niczego 

między  nami  nie  doszło.  Ależ  nie,  kochanie,  wcale  ci  go  nie  odbieram.  Do  głowy  mi  to  nie 

przyszło. Nie odbieram go ani tobie, ani tej Delashaw, ani nawet

 

tej... jak jej tam... Marilyn, 

ale...” 

Odłożyła słuchawkę, nie czekając na połączenie. Skoro sama sobie nie potrafi niczego 

wyjaśnić, to tym bardziej nie wytłumaczy się przed Krissy. 

A  w  pracy?  Olśniło  ją,  że  w  kancelarii  też  wszyscy  będą  się  dopytywać,  że  jak  to. 

wyjechała nagle, że pilna sprawa rodzinna, że miało jej nie być, a tu dwa dni i jest z powrotem? 

Ma skłamać? Ale jak? Co powiedzieć? Że pilna sprawa nie była taka pilna? No to po co jeździła 

aż do Szkocji? Powiedziała przecież, że tu leci. 

No i jest w Szkocji - zaczęła się uspokajać. I tak naprawdę nie musi wracać. Uprzedziła 

przecież, że nie będzie jej dwa tygodnie. Może więc zostać. 

Jak to nazywają? Wakacje! 

Właśnie. Ile to już lat nie miała wakacji? Tylko praca i praca, na okrągło. Należy jej się 

wypoczynek,  a  skoro  już  jest  w  Szkocji,  więc  czemu  nie  miałaby  zostać?  A  Kingsley? 

Nieważne. Nic ich przecież nie łączy. 

Znów  podniosła  słuchawkę.  Połączyła  się  z  recepcją.  Owszem,  powiedzieli,  może 

zostać  w  tym  samym  apartamencie,  rezerwacja  opiewała  przecież  na  jeszcze  dziesięć  dni. 

background image

Podziękowała,  odłożyła  słuchawkę  i  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Dziesięć  dni  i  żadnych 

obowiązków.  Dziesięć  dni  wakacji.  Może  zwiedzać,  wędrować  po  górach,  napawać  się 

wrzosowiskami, spać do woli, jeść, ile chce, a także - przyszło jej na myśl - zgłębić tę historię z 

Ianem. 

Sama się zdziwiła, że to właśnie przyszło jej teraz do głowy. Skąd? Dlaczego? Co ją 

właściwie obchodzi los młodego człowieka, który odszedł z tego świata kilka dobrych stuleci 

temu? Rzecz w tym, że w myślach kołatało jej coś innego, a młody człowiek, którego widziała, 

nie mógł być duchem. Duch, jeśli już, jawi się Zgoła inaczej. A ten był żywy, z krwi i kości. I 

nie straszył. 

W innym już nastroju znów zabrała się za walizkę. Pamiętała, że wśród rzeczy Krissy 

jest  także  turystyczna  torebka  kangurka.  Dziesięć  minut  później,  ubrana  w  swoje  własne 

rzeczy,  z  kangurka  na  brzuchu,  wspinała  się  raźno  na  wzgórze,  na  którym  widniały  ruiny 

dawnej warowni. 

Daleko przed celem zaczęła sapać ze zmęczenia, klnąc w duchu młodego człowieka w 

recepcji. “Do warowni? Mały spacerek” - zapewniał. Mały spacerek, dobre sobie. Dwie rzeki 

po drodze też podobno były małe, przepastna dolina takoż, nie mówiąc już o małej ponoć górce, 

na którą wspina się już od godziny, a końca nie widać, stanęła wreszcie na szczycie. Dysząc z 

wysiłku, wsparła się o mur, ocierając krople potu z czoła. 

I  właśnie  wtedy  lunęło  jak  z  cebra.  Tyler  ruszyła  przed  siebie  na  ślepo,  szukając 

jakiegokolwiek schronienia. Wydawało jej się, że widzi w miarę suchy kąt po drugiej

 

stronie 

murów - pozostałość dawnego kominka. Pobiegła w tym kierunku, starając się nie przewrócić 

na rumowisku. Nim dotarła na miejsce, przemokła do nitki. 

- A w tej torbie jest pewnie wszystko, tylko nie parasol - usłyszała za sobą. 

Obróciła się zaskoczona i serce podeszło jej do gardła, gdy zobaczyła Joela Kingsleya. 

Stał po ścianą i gestem wskazywał kangurkę na brzuchu. 

- Śledziłeś mnie? - rzuciła oskarżycielskim tonem. 

- I to tak zmyślnie, że dotarłem tu pierwszy - zadrwił. 

I  bez  drwiny  wiedziała,  że  wymknęła  jej  się  najgłupsza

 

w  świecie  uwaga  i  jedyne,  o 

czym  w  tej  chwili  zamarzyła,  to  zawrócić  na  pięcie  i  odejść  jak  najdalej.  Była  jednak  zbyt 

przemoczona i wyziębiona, aby zamiar ten wprowadzić w życie, zwłaszcza że pod zasnutym 

niebem zrobiło się tak mroczono, że zaczęła się lękać, czy odnajdzie drogę do hotelu. 

- A ty skąd się tu wzięłaś? Szłaś za mną, czy sama postanowiłaś obejrzeć miejsce kaźni 

Iana McLyona? 

-  Zgadłeś.  To  pierwsze,  oczywiście  -  zrewanżowała  się  drwiną.  -  Ogarnęło  mnie 

background image

przemożne  pragnienie  ujrzenia  człowieka,  który  nawet  nic  zauważył,  że  w  miejsce  stałej 

sekretarki pojawiła się inna osoba. 

- Nie zauważył? Z takimi włosami?! - odrzekł Joel wymownym tonem. - Widziałem tu 

niedaleko  mały  pensjonat  Może  pójdziemy  coś  zjeść,  chyba  że  -  znów  zerknął  krytycznym 

okiem na kangurkę - masz w tym parę kanapek. 

Nie  odpowiedziała.  Wciąż  kołatały  jej  w  myślach

 

słowa,  które  przed  chwilą 

wypowiedział: “Z takimi włosami?!” 

- A więc. kuzynko panny Krissy, jak będzie? Tyler zdołała wreszcie ochłonąć. 

- Jak będzie? - powtórzyła pytanie. - Wyciągniesz komórkę, zadzwonisz po samochód, 

niech przyjedzie i zabierze cię ode mnie jak najdalej. Potem ja zejdę sobie do tego pensjonatu, 

zamówię obiad i posiedzę w jedynym towarzystwie, na jakim mi naprawdę zależy: w swoim 

własnym. 

Joel  uśmiechnął  się  nieznacznie,  po  czym  jak  iluzjonista  na  występie  pokazał,  że  nie 

ukrywa nic w żadnej z kieszeni. 

- Żałuję, ale nic mam ani komórki, ani pieniędzy, Przyszedłem goły jak święty turecki. 

Jeśli więc mamy pójść coś zjeść, to ty będziesz płacić, a ja ci później wyrównam w honorarium. 

Chciała  powiedzieć,  żeby  się  nie  trudził  i  darował  sobie  wynagradzanie  jej  za  dzień 

pracy w charakterze sekretarki, ale zmieniła zamiar. 

- Nie wiem, jak to wytrzymasz. Moja stawką to trzysta pięćdziesiąt dolarów za godzinę. 

Joel zmilczał, przymknął tylko oczy, jakby przeliczał coś w myślach. 

-  W  porządku  -  powiedział.  -  Spisałaś  się  znakomicie.  Szpadle  i  piły  dotarły,  gdzie 

trzeba i kiedy trzeba. Podobało mi się także to, co zaproponowałaś Marilyn w sprawie witryny 

internetowej, choć skłamałaś, mówiąc, że przekazujesz tylko mój pomysł. Niech więc będzie 

po trzysta

 

pięćdziesiąt, ale bez nadgodzin. 

Uznał temat za wyczerpany. Przez chwilę patrzył na ulewę. 

- Niewykluczone - powiedział - że w pensjonacie dowiemy się czegoś o Ianie. Gotowa? 

- I nie czekając na odpowiedź, ruszył biegiem w dół zbocza. 

Tyler została. Powtarzała w myślach dopiero co usłyszany komplement. Zrobiło jej się 

jej miło i jakby cieplej. Zastanawiała się, co zrobić. Rozsądek podpowiadał, żeby wracać do 

hotelu i nie oglądać się za Joelem. 

Ale  hotel  był  daleko.  Kusiło  ją  także,  żeby  utrzeć  nosa  Celeste  Delashaw.  Pilnowała 

Joela jak pies kości. Ciekawe więc, jaką będzie mieć minę, gdy zobaczy, że narzeczony wraca 

do hotelu nie sam, lecz w towarzystwie. I to czyim! 

Sama myśl o tym, jak będzie, wystarczyła, żeby Tyler uśmiechnęła się do siebie i nie 

background image

zastanawiając się dłużej, pobiegła w ślad za Joelem Kingsleyem. 

 

Biedactwa,  aleście  przemokli  -  powitała  ich  w  progu  właścicielka  pensjonatu, 

urządzonego  w  malowniczym  dworku  u  stóp  wzgórza.  -  Do  nitki!  Wchodźcie,  wchodźcie, 

ogrzejecie się przy ogniu. 

Joel z galanterią przepuścił Tyler przodem. 

Na  widok  kuchni,  w  której  się  znaleźli  Tyler  oniemiała  z  zachwytu.  Zapominając  o 

zimnie i przemoczonym ubraniu, chłonęła wnętrze jak z obrazka. Na wielkim, otwartym piecu 

kuchennym płonął wesoły ogień. Z wiekowego kredensu połyskiwały talerze, każdy inny, tu i 

ówdzie poszczerbione od użycia. Drewniane blaty kuchennych stołów, wybielone od ciągłego 

mycia, tez

 

ś

wiadczyły, że dzieje tego dworku mierzy się w dziesiątkach lat. Ze ścian spoglądały 

na gości miedzianie naczynia wypucowane do połysku, ale znaczone bliznami czasu. 

- Przyjechaliście pewnie z Ameryki - stwierdziła gospodyni z głębokim przekonaniem. 

Miała  siwe  włosy  i  cerę  tak  bladą,  jakby  nigdy  nie  oglądała  słońca.  -  Wszyscy  Amerykanie 

zachwycają się moją kuchnią Mówią, że przypomina im przodków, jakby wszyscy wywodzili 

się  ze  Szkocji.  Może to i  prawda,  Nasi  zawsze  lubili  jeździć  po  świecie.  A  co  do  kuchni,  to 

chętnie  sprawiłabym  sobie  nową.  Marzy  mi  się  taka  ze  stalowym  zlewozmywakiem  i 

mnóstwem szkła. 

- Ależ w żadnym wypadku! - zawołali Tyler z Joelem zgodnym chórem, ku rozbawieniu 

gospodyni. 

-  No  właśnie,  gadam  tu  i  gadam,  zamiast  się  wami  zająć.  Tam  jest  coś  dla  pana.  - 

Gestem Szkotka wskazała ubranie wiszące na kołku przy drzwiach. - Niech pan się przebierze, 

a małżonka pójdzie ze mną. 

Tyler  chciała  stanowczo  zaprotestować  przeciwko  nazywaniu  jej  “małżonką”,  ale 

gospodyni  nie  dała  jej  dość  do  słowa.  Mówiła  bez  przerwy,  zapraszając  ją  najpierw  do  izby 

obok, a później pomagając ściągnąć przemoczone rzeczy. Odwróciła się tylko dyskretnie, gdy 

Tyler zaczęła zdejmować bieliznę i wkładać bawełnianą koszulkę i takież majtasy, a do tego 

gruby,  domowej  roboty  sweter  i  bawełniane  obcisłe  spodnie  -  wszystko  zaoferowane  przez 

gościnną panią domu. Z potoku słów gospodyni Tyler dowiedziała się, że jej nazwisko brzmi 

McDonald, a gdy zdołała wtrącić, patrząc na sweter, że rzadko miała okazję widzieć ręcznie 

dziergane rzeczy, pani McDonald powiedziała: “Bo wiesz, słonko, my tu mamy dużo czasu i 

niewiele do roboty”. 

Joel też zdążył się już przebrać w sztruksowe spodnie i szary gruby sweter, w czym - jak 

zauważyła  Tyler  -  było  mu  bardzo  do  twarzy.  Jeszcze  wilgotna  czupryna  wyglądała,  jakby 

background image

właśnie wstał z fotela u fryzjera, co Tyler nieco speszyło. Nie miała okazji spojrzeć w lustro, ale 

wyobrażała sobie, że musi wyglądać fatalnie. Włosy w nieładzie, bo przepaska, którą włożyła, 

wychodząc na wycieczkę, dawno się zsunęła, a na policzkach - lepiej nie mówić. Tusz z rzęs 

najpewniej się rozmazał, czuła się więc nieświeżo i okropnie. 

-  A  teraz  musicie  coś  przekąsić  -  oznajmiła  pani  McDonald,  mieszając  chochlą  w 

wielkim  garze  na  piecu,  wyglądającym  jak  na  sentymentalnej  fotografii  w  magazynie 

urządzania  wnętrz.  Wzięła  z  półki  dwie  miski  z  grubego  fajansu  i  do  każdej  nalała  solidną 

porcję parującej zupy. 

Tyler korciło, żeby wreszcie zapytać, czy pani McDonald wie coś o zamku po drugiej 

stronie góry. Nie zdążyła, gdyż ubiegł ją Joel. 

- Od dawna pani tu mieszka? - spytał, a Tyler już wiedziała, do czego zmierza. 

- Bardzo dawna - odparła pani McDonald z uśmiechem, stawiając wypełnione po brzegi 

miski przed gośćmi. - Od urodzenia, a przedtem mieszkali tu rodzice, a przed nimi dziadkowie. 

Krótko mówiąc, McDonaldowie są tu od zawsze. - Z misek unosił się apetyczny aromat kaszy i 

mięsa. Gospodyni podała jeszcze wielki bochen chleba i dzieżkę masła. 

- Musi więc pani znać wszystkich i wszystko w całej okolicy - wtrąciła Tyler, patrząc 

porozumiewawczo na

 

Joela. Wolałaby bez żadnych wstępów opowiedzieć pani

 

McDonald, co 

ich wczoraj spotkało, i spytać, co ona

 

o tym myśli, ale się krępowała. 

Niepotrzebnie.  Gdy  bowiem,  dopełniwszy  obowiązków

 

gospodyni,  pani  McDonald 

usiadła do stołu, bez żadnych

 

wstępów spytała: 

- No więc, jaki to duch wam się objawił? 

Joel z Tyler spojrzeli po sobie w zdumieniu. 

- Po oczach poznałam, - Pani McDonald zaśmiała się. - No, opowiadajcie. Mnie nic nie 

zdziwi. Nie wy pierwsi zaglądacie tu do mnie. Iluż to już miałam gości, co to widzieli ducha, 

potem szli oglądać warownię, by w końcu trafić do mnie. - Nie przerywając potoku słów, pani 

McDonald  zakrzątnęła  się  znów  przy  kuchni  i  na  stole  zjawił  się  wielki  półmisek  pieczonej 

wołowiny. - A więc którego to widzieliście? 

- Iana - odparła Tyler. 

- Ach, jego. Mogłam się domyślić. - W głosie pani McDonald zabrzmiały nowe nuty. - 

tan objawia się zakochanym - dodała rozmarzonym tonem. - I co? Dał wam list, prosił, żeby 

przekazać? 

- Nie jesteśmy... - zaprotestowała Tyler, ale Joel nie dał jej skończyć. 

- I nic nie możną zrobić? Nie można mu pomóc? - spytał. - To znaczy... chodzi mi o to, 

ż

e to straszne, że biedny młodzieniec nie zaznaje spokoju. Krąży po zamku

 

od stuleci i cierpi. 

background image

To okropne, Kara ponad wszelką miarę. 

-  Ja  tam  się  na  tym  nie  znam.  Ale  możecie  popytać

 

mojego  brata,  Fergusa.  Przez 

trzydzieści dwa lata stróżował w zamku i zna rozmaite historie. 

Tyler sięgnęła po nóż, odkroiła dwie pajdy chleba, dla siebie i dla Joela. 

- A gdzie pani brat mieszka? - spytała, smarując chleb masłem. 

- Jak to gdzie? Tutaj. Jak już przyjdzie, bo bez przerwy gdzieś łazi. Wróci, jak nie teraz, 

to nad ranem. Poczekajcie, to sobie pogadacie. 

Przez chwilę jedli w milczeniu. Do wołowiny pani McDonald podała cztery jarzyny, a 

wśród nich tłuczony pasternak, który Tyler wyjątkowo zasmakował. Żałowała że w Ameryce w 

ogóle się tego nie jada. 

- Skoro w tym zamku tak często objawiają się duchy - zwróciła się do pani McDonald - 

to czemu nie reklamuje się go jako “najbardziej nawiedzony w całej Szkocji”? 

- Och, moja droga, wiele zamków mogłoby kandydować do tego tytułu, a poza tym taka 

reklama  mogłaby  być  niebezpieczna.  Ściągałaby  podejrzane  typy  i  w  ogóle,  rozumie  mnie 

pani? A teraz zostawię was samych. Umówiłam się na wieczór. Przygotuję wam sypialnię, w 

lodówce jest pudding, czujcie się jak u siebie. 

-  Wykluczone!  -  wykrzyknęła  Tyler  odruchowo  i  speszyła  się,  gdy  pani  McDonald 

spojrzała  na  nią  zdziwiona.  -  Ja  chętnie  skorzystam  z  sypialni,  ale  sama.  Poczekam  na  pani 

brata, bo mam mnóstwo pytań. Ale powtarzam: sama. Bo widzi pani, nie jesteśmy... jak by tu 

powiedzieć... małżeństwem. - Mówiąc to, Tyler czuła, że się rumieni aż po czubek nosa. 

- A to mnie nie obchodzi. Tu w Szkocji też słyszeliśmy

 

o rewolucji seksualnej - odrzekła 

pani McDonald z uśmiechem. - Ułóżcie się, jak chcecie, mnie tam nic do tego - I śmiejąc się, 

wyszła z kuchni. 

Zaległa  cisza,  którą  przerywał  tylko  trzask  polan  na  kominku.  Tyler  czuła  na  sobie 

wzrok Joela. Spojrzała na niego. 

- No cóż, będziemy losować, kto zajmie sypialnię. 

- Taaak? A co z panią Delashaw, no wiesz, tą damą, która prowadzi u ciebie politykę 

personalną. Co ona powie? Poszukaj lepiej telefonu, zadzwoń i błagaj o pozwolenie spędzenia 

nocy bez jej opieki. 

Joel zrobił taką minę, jakby miał kłopoty ze słuchem. 

- Czy ja dobrze słyszę? Zazdrość? 

- Chciałbyś. Niedoczekanie twoje. 

Z dworu dobiegł warkot samochodu. Tyler podbiegła do okna. Przez firankę zobaczyła 

panią  McDonald  wsiadającą  do  auta.  Jeszcze  tylko  trzask  zamykanych  drzwi  i  samochód 

background image

odjechał w mrok. 

Zostali sami. 

Przez  chwilę  Tyler  stała  przy  oknie.  Nadal  lało.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty 

wychodzić  na  deszcz  i  wracać  do  hotelu,  Niby  dlaczego  miałaby  ustępować  Kingsleyowi, 

oddawać mu sypialnię. Poza wszystkim korciło ją, aby dowiedzieć się więcej o lanie, zwłaszcza 

zaś o tym, że - jak powiedziała pani McDonald - objawia się on tylko zakochanym. 

Bo jakże to - miałaby wrócić do Nowego Jorku i tłumaczyć, że owszem, widziała ducha, 

ale  nic  ponadto,  niczego  się  nie  dowiedziała?  Opowiadać,  że  “owszem,  był  taki  jeden,  co 

wiedział wszystko i o tym zamku, i o duchach, ale nie mogłam z nim porozmawiać, bo akurat 

szef  mojej  kuzynki  też  był  w  tym  pensjonacie,  to  znaczy  w  dworku,  i...  rozumiecie...  nie 

mogłam”. 

Co za nonsens. 

Barry nigdy jej nie wybaczy, jeśli zmarnuje taką okazję i nie dowie się wszystkiego do 

końca. Czuła, że musi tu zostać. 

- Nie - oświadczyła stanowczo. - Ty wracasz do hotelu, a ja zadzwonię po ciebie, kiedy 

wróci Angus.... 

- Fergus. 

- Słucham? 

- Fergus. Brat pani McDonald nazywa się Fergus. 

- Niech będzie, a więc dzwonię po ciebie, kiedy wróci Fergus. 

- Nie, zrobimy odwrotnie: ty wracasz, ja zostaję i ja dzwonię po ciebie. 

- I myślisz, że pani Delashaw się zgodzi? - zaszydziła. 

- A nie mówiłem? Zazdrosna! 

Tyler  zmilczała.  W  pierwszym  odruchu  chciała  oczywiście  odrzucić  piłeczkę, 

powiedzieć coś dowcipnego i złośliwego, ale nagle zdała sobie sprawę, że nie ma ochoty na 

słowne potyczki. Uświadomiła sobie, że oto są sami. w pięknym dworku zagubionym wśród 

gór,  daleko  od  świata.  Ale  -  i  to  sobie  też  uświadomiła  -  nie  powinna  dłużej  przebywać  w 

towarzystwie Joela Kingsleya. 

- Dobranoc - rzuciła przez ramię i nie czekając na odpowiedź, wyszła z kuchni - Poszła 

do  sypialni.  Ani  sekundy  dłużej  z  Joelem.  Nie  będzie  marnować  czasu  na  bzdurne 

przekomarzania, czy jest, czy nie jest zazdrosna o tę damulkę, Celeste Delashaw. 

Gościnna sypialnia jawiła się równie uroczo jak cały dworek. Ręcznie tkane zasłony na 

oknach  i  kapa  na  łóżku  do  kompletu,  utrzymane  w  kolorze  pasie/owej  zieleni.  jak  wszystko 

dookoła. 

background image

Zamykając  za  sobą  drzwi,  zauważyła,  że  w  zamku  nie  ma  klucza.  Zirytowała  się,  a 

jeszcze bardziej, że tak właśnie zareagowała. Bo co? Sadzi, że Joel zechce się tu wedrzeć? A 

gdyby  był  klucz,  to  wyłamałby  drzwi  jak  Rett  Butler  do  sypialni  Scarlett  O'Hary.  Bzdura. 

Czasy  Rettów  Butlerów  dawno  minęły,  a  mężczyzna  pokroju  Joela  Kingsleya  -  bogaty, 

przystojny i zdrowy - ma w bród pięknych kobiet. Bez kiwnięcia palcem. 

Zabierając  ze  sobą  gruby  frotowy  szlafrok,  który  znalazła  w  sypialni,  Tyler 

pomaszerowała  do  łazienki  na  drugim  końcu  korytarza.  Do  kuchni,  mimo  otwartych  drzwi, 

nawet  nie  spojrzała.  Ledwie  zamknęła  się  w  łazience,  gdy  znów  usłyszała  warkot  silnika 

samochodowego. Zaintrygowana, zerknęła przez firankę. Pod dom podjechała limuzyna, a Joel 

Kingsley właśnie do niej wsiadał. 

No cóż, niewiele trzeba było, aby go zniechęcić, pomyślała, napełniając wannę. Miała 

ochotę na długą, leniwą kąpiel. 

Godzinę  później  zaczęła  jednak  żałować,  że  nie  wróciła  do  hotelu.  Bo,  owszem, 

znalazła szampon, ale w całej łazience nie było śladu odżywki, a tym bardziej pianki albo żelu 

do  układania  włosów,  a  bez  tego  nie  da  się  nawet  porządnie  rozczesać,  nie  mówiąc  już  o 

ułożeniu fryzury. Co gorsza, nie znalazła też żadnego kremu, a po wyjściu z wanny skóra na 

twarzy  ściągnęła  się  jak

 

pergamin.  Gdy  poruszyła  ustami,  miała  wrażenie,  że  wyschnięta  na 

wiór skóra zaraz popęka. 

Zirytowana,  skończyła  ablucje.  Jutro  przyjdzie  jej  jeszcze  bardziej  żałować,  że  tu 

została. Zamiast fryzury będzie kołtun, a cera... szkoda nawet mówić. 

Przechodząc  obok  otwartych  drzwi  do  salonu,  niemal  krzyknęła  ze  zdumienia.  Przy 

kominku,  z  książką  na  kolanach,  siedział  sobie  Joel  Kingsley.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale 

zmieniła zamiar. Skoro słowem jej nie uprzedził, nie miała powodu, aby się odzywać. Ruszyła 

do siebie, do sypialni. 

Ledwie jednak postąpiła krok, gdy usłyszała.

 

- Co to właściwie znaczy “odżywka bez płukania”? 

Zamurowało ją. Stanęła  jak wryta, z jedną  ręką  we włosach - cały czas  próbowała je 

rozczesać - drugą przytrzymując poły szlafroka. Pewnie zareagowałaby tak samo, gdyby ktoś 

zawołał “pożar!”. 

- Czy Lancôme to dobra firma? 

Obróciła  się  jak  automat  i  spojrzała  na  niego.  Siedział  jak  przedtem,  wpatrzony  w 

książkę, ale w lewej, wyciągniętej ku niej, ręce, trzymał elegancką reklamówkę Bootsa, Tyler 

co  prawda  pierwszy  raz  była  na  Wyspach  Brytyjskich,  ale  doskonale  wiedziała,  że  Boots  to 

najlepsza w całej Wielkiej Brytanii, wręcz kultowa, sieć sklepów z kosmetykami. Ciągną do 

background image

nich klientki z całego świata. 

Gdyby  Joel  Kingsley  zaoferował  jej  trzy  miliony  dolarów  w  gotówce  i  bez  podatku, 

zaśmiałaby  mu  się  w  nos  i  oświadczyła  wyniośle,  żeby  się  zabierał  razem  z  pieniędzmi,  ale 

odzywka, pianka i nawilżający krem Lancôme'a? Taka pokusa była ponad jej siły. 

Bezwiednie zaczęła dziwny pląs. Cofnęła się pół kroku, tylko po to, aby zaraz postąpić 

dwa  kroki  do  przodu,  a  Joel  Kingsley  odłożył  książkę  i  jak  św.  Mikołaj  jął  dobywać  z 

reklamówki Bootsa prawdziwe skarby. Najpierw szczotkę i grzebień. Też najlepsze - Pearsona! 

Zawsze o takich marzyła i zawsze rezygnowała, uznając, że byłby to przesadny luksus. 

A Joel wyciągał kolejne skarby: odżywkę do włosów, trzy kremy - nocny, dzienny i pod 

oczy. I nie był to jeszcze koniec, bo oto - gdy jeszcze raz zanurzył rękę W reklamówce - oczom 

Tyler  ukazała  się  przepiękna  saszetka  w  kolorze  morskiej  głębi.  Z  nabożeństwem,  jak 

archeolog badający cenne znalezisko, Joel rozsunął zamek błyskawiczny spinający dwie części 

saszetki i pokazał, co jest w środku: komplet do makijażu - podkłady, pudry, cienie do oczu, 

szminki,  konturówki,  tusz,  wraz  ze  stosownymi  instrumentami.  Nie  brakowało  nawet 

przyrządu do podwijania rzęs, zwanego zalotką. 

- Więc? - Tyler odzyskała w końcu mowę. - Jaki ma być cyrograf? Co za to chcesz? 

Moją duszę? 

Joel  podniósł  wreszcie  wzrok.  Przez  chwilę  patrzył  na  nią  bez  słowa,  wreszcie  się 

uśmiechnął. 

- Wystarczy mi kozetka w twojej sypialni. Chciałbym ni być, gdy Fergus wróci. Mam 

kilka pytań, a on może znać odpowiedzi. 

Tyler  nie  odrywała  oczu  od  skarbów,  ale  perspektywa  wspólnej  nocy,  we  wspólnym 

pomieszczeniu, sprawiła, że zaczęła się wahać. 

Zauważył? Może. W każdym razie odłożył reklamówkę i podniósł książkę. 

- Znalazłem to na półce. Wszystko o duchach w tej części Szkocji - wyjaśniał, a gdy nie 

zareagowała, dodał jeszcze jedno zdanie: - Jest cały rozdział o Ianie. 

Tyler skapitulowała. Chwyciła reklamówkę takim ruchem, jakby lękała się; że ktoś ją 

może  jeszcze  uprzedzić,  i  z  westchnieniem  rezygnacji  osunęła  się  na  krzesło  naprzeciwko 

Joela. Salonik był niewielki, więc niemal dotykali się kolanami. Pokój rozświetlała tylko lampa 

stojąca  przy  fotelu  Joela  i  płonące  żagwie  na  kominku.  Nie  mogąc  już  wytrzymać  bolesnej 

suchości  na  twarzy,  Tyler  otworzyła  słoiczek  kremu,  przymknęła  oczy  i  z  uczuciem  bliskim 

rozkoszy jęła nakładać zawartość na czoło i policzki. 

Gdy  po  chwili  irytująca  suchość  ustąpiła  i  Tyler  otworzyła  oczy,  zobaczyła,  że  Joel 

patrzy  na  nią,  jakby  po  raz  pierwszy  w  życiu  widział  kobietę  z  bliska.  W  rzeczy  samej 

background image

czynności  kosmetyczne  należą  do  sfery  działań  intymnych  i  na  ogół  dokonuje  się  ich  na 

osobności, a na pewno nie w towarzystwie mężczyzny, zwłaszcza obcego. 

- Nigdy nie widziałeś kobiety sautée? Jak to możliwe? Słyszałam, że zaliczyłeś sześć 

czy nawet siedem małżeństw. - Tyler uciekła się do agresji w odruchu obrony, żeby nie myśleć, 

ż

e jest z nim sama w romantycznym dworku, a on jest przystojny, ona zaś pod szlafrokiem ma 

tylko majteczki. 

-  Osiem  -  odparował  Joel.  -  I  żadnego  rozwodu.  Wszystkie  kolejne  żony  po  prostu 

mumifikuję i chowam do szafy. 

Zabrzmiało to tak komicznie, że Tyler nie wytrzymała i roześmiała się. Wmasowując 

odżywkę we włosy, pomyślała, że trudno z nim wygrać. Nie obrażał się i odparowywał każdą 

złośliwość. 

- A ty? - spytał z cicha. 

Chwilę trwało, nim Tyler zrozumiała pytanie. Nie śpieszyła się z odpowiedzią. Sięgnęła 

najpierw po szczotkę. 

- Nigdy nie miałam męża - odpowiedziała, wpatrzona w ogień na kominku. 

- Dlaczego? 

W pierwszym odruchu żachnęła się. Już miała na końcu języka coś w rodzaju “nie twoja 

sprawa”, ale ku własnemu zaskoczeniu zaczęła jak najbardziej poważnie i rzeczowo: 

- Chyba dlatego, że ewentualni kandydaci lękali się o swoją pozycję. Zarabiałam więcej 

od nich, byłam lepszym prawnikiem, wygrywałam w sądach. - Nie zdając sobie z tego sprawy, 

mówiła coraz głośniej i z narastającą złością. - Uważali mnie chyba za zbyt męską. 

Joel nic nie odpowiedział, a gdy spojrzała na niego, zobaczyła, że chłonie oczami jej 

włosy,  zachłannie  śledzi  każdy  ruch  szczotki,  gdy  odgarniając  pasmo  po  paśmie,  rozczesuje 

fryzurę.  Uśmiechał  się  przy  tym  bardzo  sympatycznie.  Nie  było  w  tym  uśmiechu  ani  cienia 

żą

dzy. tylko ciepło i jakby... odrobina kpiny i szczerego rozbawienia. Kpiny z niefortunnych 

kandydatów do jej ręki, a rozbawienia, że ktoś mógł ją mieć za zbyt męską. 

Odwróciła  się,  bo  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  oczu.  W  życiu  nie  spotkała 

mężczyzny, który zdobyłby się na taki gest jak on - wyprawić się po... kosmetyki. Owszem, 

zdarzało się, że ten i ów biegł lub jechał po

 

butelkę lub dwie wina albo gin, gdy uważał, że tak 

będzie szybciej, ale nikt nigdy nie wpadł na pomysł, żeby w podobny sposób zadbać o rzeczy 

tak osobiste jak odżywka do włosów czy tusz do rzęs. 

- I co teraz? Przeczytasz mi o lanie czy będziesz tak siedział, gapiąc się we mnie jak 

sroka w kość. - Bezwiednie powiedziała to inaczej, niż miała zamiar: ciepło, bez cienia agresji. 

Joel uśmiechnął się, otworzył książkę i zaczaj czytać. 

background image

Do  niej  jednak  nie  dochodziły  słowa.  Chłonęła  tylko  jego  głos,  a  głos  miał  piękny. 

Musiała zmobilizować całą siłę woli, aby zacząć śledzić treść. Niewiele w tym było nowego. 

Biedny łan zawisł na stryczku za zbrodnię, w którą nikt, nawet wtedy, nie wierzył. Ale Robert 

był silny, a ojciec pięknej Caitlin słaby,  Ian, wędrowny  grajek, znalazł się między młotem a 

kowadłem. 

-  Myślę,  że  to,  co  powiedziałeś  o  Ianie,  było  słuszne  -  odezwała  się,  gdy  skończył 

czytać. - Ponosi zbyt srogą karę. 

- Chyba że czegoś pragnie. 

-  Współczucia?  -  Włosy  jeszcze  nie  wyschły  do  końca  i  Tyler  bezwiednie  zaczęła  je 

znów szczotkować. 

Joel odłożył książkę i milcząc, dał jej znak, żeby usiadła u jego stóp. 

Usłuchała, nie zastanawiając się, co robi. Ogień na kominku, deszcz za oknem, ciepłe 

ś

wiatło lampy - świat za górami zdawał się nie istnieć, a tu, w tym czarownym świecie, była 

tylko  ona  i  on.  A  on  wyjął  jej  szczotkę  z  dłoni  jak  dziecku  i  jak  dziecko  zaczął  ją  czesać. 

Przymknęła  oczy,  poddając  się  pieszczocie,  której  nie

 

zaznała  od  lat.  W  dzieciństwie  tylko 

mama tak właśnie ją czesała. 

- Czego więc pragnie większość duchów? - zadał pytanie Joel. 

- Nie mam pojęcia, ale.... 

- Ale? 

- To znaczy, niewiele wiem o duchach, tyle tylko, co wyczytałam w Szóstym zmyśle. 

Być może Ian błaga o pomoc, a może chce.... 

- Czego? 

- Nie wiem. Tylko w powieściach można podróżować w czasie. Gdyby to była powieść, 

to przeszłabym przez takie specjalne wrota i znalazłabym się w czasach lana.... 

- I nie miałabyś ani odżywki do włosów, ani kremu do twarzy. 

-  A  ty  nie  miałbyś  ani  komputera,  ani  komórki,  lecz  zbroję  i  miecz,  i  stawałbyś  na 

udeptanej ziemi.. 

- To już lepiej zostańmy w naszych czasach. 

-  Racja.  -  Z  uśmiechem  poddała  się  miarowym  ruchom  jego  uzbrojonej  w  szczotkę 

dłoni. 

- A jak sądzisz, co pani McDonald miała na myśli, mówiąc, że  Ian objawia się tylko 

zakochanym? - spytał cichym głosem. 

-  Ach,  napędza  tylko  interes  -  odparła  Tyler  przekornie,  nie  chcąc  wstępować  na 

niebezpieczną ścieżkę. Gdy Joel nie zareagował na lekki ton, zmieniła temat. - A dlaczego się 

background image

rozwodziłeś? 

Joel zawahał się. 

- Uważałem, że nic spełniani oczekiwań moich partnerek. Nie chciałem ich krzywdzić, 

skazując na siebie. 

-  “Nie  spełniam  oczekiwań”.  Nieraz  to  słyszałam.  Może  nie  wiesz,  ale  moją 

specjalnością  jest  prawo  rodzinne,  stale  występuję  w  sprawach  rozwodowych.  Doskonale 

wiem. że kiedy mężczyzna oświadcza, że “nie chce krzywdzić”, to kieruje nim poczucie winy. 

Ale nigdy nie przyzna, że zwyczajnie przestał kochać i chce się pozbyć niechcianej partnerki. 

-  W  moim  przypadku  było  chyba  inaczej.  Nie  było  tak,  że  “przestawałem  kochać”, 

chyba po prostu nigdy nie kochałem, czego zresztą moje partnerki miały świadomość. 

- Więc dlaczego się żeniłeś? 

- Chcesz znać prawdę? - Zaśmiał się. 

- Tylko prawdę. 

- A więc prawda jest taka, że nie znoszę randek, umawiania się i tego wszystkiego, co 

się z tym łączy. Może to dziwne, bo prawdziwy mężczyzna powinien pokazywać się i tu, i tam, 

chodzić na kolacje i premiery z uwieszoną u ramienia gwiazdką, ale ja po prostu ani tego lubię, 

ani nie pragnę. 

- A co lubisz i czego pragniesz? 

Nie odpowiedział. Z kominka posypało iskrami, więc wstał, żeby poprawić ogień. Nie 

wrócił już na swoje miejsce na fotelu, tylko przycupnął obok Tyler na podłodze. 

-  Rzadko  kto  mnie  pytał,  czego  naprawdę  pragnę  -  odezwał  się  po  chwili,  patrząc  w 

ogień. - Bo widzisz - poszukał wzrokiem jej oczu - umiem robić pieniądze, naprawdę umiem i 

większość  ludzi  interesuje  tylko  to._  Czasami  mam  wrażenie,  że  widzą  we  mnie  wyłączna 

maszynę do robienia pieniędzy. 

-  Celeste  Delashaw  też?  -  odruchowo  spytała  Tyler  j  gdyby  tylko  mogła  cofnąć  to 

pytanie, chętnie odgryzłaby sobie język. 

Joel znów wbił wzrok w przestrzeń. 

- Myślę, że też - szepnął jakby do siebie, ale gdy po chwili spojrzał na Tyler, w jego 

oczach  pojawił  się  błysk.  -  Chciałabyś  poznać  prawdę  o  mnie?  Prawdę  o  nieudanych 

małżeństwach, trudach i wyboistej drodze, jaką przechodzi kandydat na miliardera? 

W  Tyler  walczyły  dwie  dusze,  Rozsądek  domagał  się,  żeby  odpowiedzieć:  nie.  Ale 

rozsądek musiał skapitulować przed pokusą. 

-  Chętnie.  -  Usłyszała  słowo,  którego  nie  chciała  wypowiadać.  -  Wieczór  ledwie  się 

zaczął, mamy dużo czasu. 

background image

Joel uśmiechnął się. 

- No cóż. od czego by tu zacząć? Czy wiesz, na przykład, że wszystkie młode damy w 

mojej  firmie  podkochują  się  we  mnie,  a  przynajmniej  głęboko  w  to  wierzą?  Nawet  twoja 

kuzynka, Krissy. Zawsze wzdycha

 

i przewraca oczami, gdy przychodzę do biura, co, szczerze 

powiem, bywa irytujące. Gdyby nie to, że jest świetną pracownicą i ma wyjątkowy talent do 

przekonywania łudzi, nie trzymałbym jej w firmie nawet pięciu minut. 

Tyler zmarszczyła czoło. Kochała Krissy i strzegła jak oka w głowie, z drugiej jednak 

strony ciekawe było posłuchać, co inni o niej sądzą. 

-  Myślę  -  ciągnął  Joel  -  że  bez  większego  trudu  skłoniła  cię,  żebyś  przyjechała  tutaj 

zamiast  niej,  bo,  jak  powiadam,  ma  wyjątkowy  talent  i  zawsze  stawia  na  swoim  -  dodał  z 

uśmiechem. 

- Niestety, masz rację. Odegrała całe etiudę, żeby mnie wyekspediować i, jak widzisz, 

skutecznie. 

W  pracy  tak  samo.  Wszystkim  wydaje  się,  że  Krissy  te  takie  słodkie,  niewinne 

stworzenie, a tymczasem wszystkich potrafi okręcić dookoła palca. Sam bywałem świadkiem, 

jak docierała do poważnych prezesów poważnych firm i w pięć minut doprowadzała do tego, że 

zapraszali ją na kawę i jeszcze byli wdzięczni. Ze się zgadza. 

- Cała Krissy. Nic uwierzyłbyś, co ona wyprawia z wujem Thadem, że swoim ojcem. Z 

mamą umieramy ze śmiechu: Wujowi wydaje się, że jest głową rodziny, a tymczasem córka 

trzyma go w garści i rządzi nim jak chce. Pamiętam, że kiedyś... Krissy miała ledwie sześć lat... 

ale co ja mówię... nie będziesz przecież słuchał głupich opowieści rodzinnych. 

- Przeciwnie. Opowiedz mi, a ja w zamian opowiem ci o wyczynach Krissy, gdy trzeba 

było pilnie dostarczyć podkaszarki do naszego sklepu w Wichita. 

- A więc... - zaczęła Tyler i przerwała. Spuściła wzrok i patrzyła w zamyśleniu na stopy 

ś

wiecące golizną spod szlafroka. 

-  A  więc?  -  powtórzył  Joel.  -  Nie  chcesz  mówić?  Pomyślałaś  pewnie,  że  me  wypada 

odkrywać się przed obcym, a moich opowieści też nie powinnaś słuchać. 

- Właśnie. - Zaśmiała się nerwowo. 

Joel jakby czytał w jej myślach. 

- No cóż, dla mnie to też nowe doświadczenie. - Mrugnął porozumiewawczo. - Pierwszy 

raz  zdarza  mi  się  być  w  towarzystwie  kobiety,  której  nie  bardzo  się  podobam.  Na  ogół 

wszystkie do mnie wzdychają. 

-  Skoro  tak  cię  to  męczy,  to  dlaczego  nie  zwolnisz  wszystkich  bab  i  nie  zatrudnisz 

samych mężczyzn? - spytała Tyler, mrużąc oczy. 

background image

- Widzę, że z panią mecenas nikt nie wygra. - Joel zaśmiał się. 

-  Jeśli  sądzisz,  że  za  pomocą  komplementów  coś  zyskasz,  to  się  grubo  mylisz. 

Przypominam,  że  miale?  mi  opowiedzieć  o  swoich  małżeństwach.  Ile  to  razy  byłeś  żonaty? 

Dziesięć? Dwanaście? 

- Zawodowa, ciekawość? 

- Szczerze? - Zawahała się. - Chyba nie. Zresztą wiem, że rozstawałeś się przyzwoicie, a 

eksmałżonki wyposażałeś nader hojnie. Takie gesty wiele mówią o człowieku. 

- O, pani mecenas przeprowadzała małe śledztwo. Dlaczego? - Spojrzał na Tyler. - A 

zresztą,  nie  musisz  odpowiadać,  bo  chyba  wiem.  Chodziło  o  Krissy,  prawda?  Chciałaś 

sprawdzić, co jest wart facet, w którym mała się zadurzyła. Zgadłem? 

- Powiedzmy. - Tyler odwróciła się, żeby nie zobaczył rumieńca. 

- O Krissy potrafisz zadbać, a o siebie? 

- Nie rozumiem? 

- Gdy mała się zadurzyła, wdrożyłaś śledztwo, pytam więc, czemu własnych partnerów 

nie dobierałaś równie ostrożnie. 

- Jakich znów partnerów? 

- No, mieszkałaś z tym i owym. 

- Przesada. Tylko raz i tylko z jednym. A w ogóle to przeszłość. Czy ja wiem? - Tyler 

patrzyła w przestrzeń zastanawiając się nad sensem tego, co mówi. - Moja mama powiedziała 

kiedyś, że lękam się miłości, aby nie skończyć tak jak ona. - Spojrzała na Joela i przeniosła 

wzrok na ogień płonący na kominku. - Mój ojciec umarł, gdy miałam sześć lat. Mama długo nie 

potrafiła się pozbierać. Bardzo go kochała. 

Joel milczał. Przez chwilę zdawał się pilnie czegoś nadsłuchiwać. 

- Chyba przestało padać - rzekł po chwili. - W hallu widziałem kalosze i ze dwie latarki. 

Co myślisz o spacerze przy księżycu? Poszlibyśmy do warowni. 

I  znów  rozsadek  nakazywał,  żeby  nie  przyjmować  propozycji.  Tyler  mogłaby 

przedstawić  całą  listę  powodów,  które  nakazywały  odmówić.  A  jednak  rozsadek  znów 

skapitulował przed pokusą. 

- Dlaczego nie - odparła z ochotą. - Co prawda będę się musiała tłumaczyć przed Krissy, 

a ty przed Celeste, ale.... 

Joel zaśmiał się, podniósł i pomógł wstać Tyler. 

- Skąd u ciebie taka obsesja na punkcie Celeste Delashaw? Dawno się zaczęła, czy to 

tylko tak sobie, na mój użytek? 

- Jeśli myślisz, drogi Joelu, że ja też zaczęłam się w tobie durzyć, to się grubo mylisz. A 

background image

poza tym nie jestem już panią swego serca - dodała, żartem. 

Joel spochmumiał. 

- Wydawało mi się, że jest inaczej? - powiedział ponuro. 

W pierwszym odruchu Tyler chciała wyjaśniać, że tylko żartowała, że ani do nikogo nie 

należy, ani nikogo

 

nie ma, ale uśmiechnęła się tylko i zmieniła lemat, jakby nie usłyszała tego, 

co powiedział. 

- A co chciałbyś zobaczyć w warowni? 

Joel  najpierw  popatrzył  na  nią,  jakby  czekał  jeszcze  na  odpowiedź,  ale  po  sekundzie 

pokręcił tylko głowa i też zmienił temat. 

- Idź, ubierz się. Nie pójdziesz przecież w szlafroku. Chociaż... - Nie dokończył. Nie 

musiał. I tak było oczywiste, co miał na myśli. 

Tyler,  podniecona  jak  dziecko,  pobiegła  do  sypialni.  Przebrała  się  błyskawicznie. 

Spodnie  jeszcze  nie  wyschły,  ale  machnęła  na  to  ręką.  Do  kompletu  wzięła  sweter,  który 

pożyczyła jej pani McDonald. W minutę wróciła do kuchni, gotowa do wyjścia. Joel już czekał. 

background image

5

 

Sądzisz, że objawią nam się jeszcze jakieś duchy? - spytała, gdy tytko wyszli z dworku. 

Miała na sobie płaszcz przeciwdeszczowy o co najmniej trzy numery za duży i równie wielkie 

kalosze. Wsunęła je na tenisówki, ale i tak buciska ledwie trzymały się na nogach. 

- Bardziej interesuje mnie, czy to, co widzieliśmy, to rzeczywiście były zjawy. 

-  Myślisz,  że  nie?  Co  w  takim  razie  ze  schodami?  Przecież  rano  na  własne  oczy 

widzieliśmy,  że  nie  da  się  nimi  zejść.  To  samo  z  ogródkiem.  Schody  w  ruinie,  a  w  miejscu 

ogrodu jest hotelowe zaplecze. 

-  Widzę,  że  trudno  będzie  cię  przekonać.  Wy,  prawnicy,  potraficie  mówić  tylko  o 

faktach. 

- A, twoim zdaniem, ten duch to... Och, przepraszam. - Joel nagle przystanął, a ona z 

rozpędu wpadła na niego. 

Dając znak, żeby była cicho, objął ją wpół i pociągnął ze sobą na ziemię. 

- Co się dzieje? - spytała szeptem. 

- Tam ktoś jest! 

-  To  pewnie  Fergus  wraca  do  domu,  chodź,  pójdziemy  z  nim  porozmawiać.  -  Tyler 

chciała się podnieść, ale Joel na to nie pozwolił. 

- Coś tu jest nie tak - szepnął. - W ruinach warowni coś się rusza. 

- Krowa albo inne zwierzę... - oceniła Tyler racjonalnie, ale wyraz twarzy Joela mówił 

co innego. - Chcesz powiedzieć, że to coś przechodzi przez ściany? - Zadrżała. 

Joel tylko kiwnął głową i jeszcze bardziej przygarnął ją do siebie. 

- Wracajmy - szepnęła Tyler. - Co innego dobry duch w oknie zamku, a co innego zjawa 

w  ruinach.  Coś,  co  krąży  w  miejscu,  gdzie  zamurowano  człowieka,  nie  może  być  dobrym 

duchem. Wracajmy - powtórzyła z lękiem. 

- Nie wygląda mi to na ducha, tylko na żywego człowieka. Nie przechodzi przez ściany, 

lecz przez okna, a to dziwne. Poczekaj tu, a ja podejdę bliżej i sprawdzę. 

Zanim  Tyler  zdążyła  zaprotestować,  Joel  poderwał  się  i  puścił  pędem  w  stronę  ruin 

warowni.  Tyler  zamarła  w  trawie.  Zaczęła  marznąć,  pomyślała  o  drwach  płonących  na 

kominku w dworku, bo o czym innym myśleć w takich okolicznościach? O biurze? O Barrym? 

Czy pamięta o podlewaniu kwiatów na tarasie? O Krissy? Czy już wyzdrowiała? 

Podniosła głowę, szukając wzrokiem Joela. Zaczęła nasłuchiwać. Cisza. 

- Kingsley?! - zawołała półgłosem. 

Ż

adnej odpowiedzi. 

background image

- Joel? 

Cisza. 

Wolno i ostrożnie podniosła się z ziemi i znów zaczęta nasłuchiwać. Cisza, Joela ani 

ś

ladu.  Odczekała  jeszcze  chwilę  i,  zdjęta  lękiem,  pobiegła  ku  warowni.  Skryła  się  za 

kamieniami przed wejściem i znów zaczęła nasłuchiwać. Nic. Cisza. 

Opuściła więc kryjówkę. Bacząc na każdy krok, stanęła w wejściu do warowni i w tym 

samym momencie poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię, a drugą dłonią zamyka usta. Nie zdążyła 

ani krzyknąć, ani się wyrwać, gdy znalazła się na ziemi. 

Joel - bo to był on - trzymał ją w żelaznym uścisku. 

- Bądź cicho - nakazał szeptem i gdy upewnił się, że posłuchała, uwolnił jej usta, gestem 

dając znak, żeby wytężyła słuch. Rzeczywiście, z lewa, od murów po drugiej stronie warowni, 

dobiegały jakieś szmery. Zabłąkana owca? Zając? Królik? 

- Och, Davey. - Wiatr przygnał słowa wypowiedziane

 

kobiecym głosem. 

Tyler  spojrzała  pytająco  na  Joela.  W  odpowiedzi  potrząsnął  tylko  głową.  Nadal 

przyciskał ją do ziemi całym swoim ciężarem, nakazując milczenie. Bo i po co zakłócać spokój 

pary kochanków, co zaszyli się w ruinach warowni na nocną randkę. Tym bardziej że, sądząc z 

głosów, byli jeszcze bardzo młodzi. 

Cicho, żeby nie czynić żadnego hałasu, Joel zsunął się z Tyler, pomógł jej wstać, wziął 

za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia. Zaczęli schodzić ze wzgórza i nic by już się nie działo, 

gdyby nie przypadkowy kamień, który pod nieostrożnym stąpnięciem potoczył się z łoskotem 

w dół. 

- Co to było? - dobiegł z warowni dziewczęcy głosik. 

- Nic takiego, nie zwracaj uwagi - rozległ się zdyszany z podniecenia głos chłopca. 

- Davey, ale ja coś słyszałam. Jeśli to ojciec, to nas zabije. 

- Daj spokój. Ojciec śpi i nie ruszy się z domu. Równie niechętnie opuściłby teraz łóżko, 

jak ja ciebie. 

Gdy  Tyler  spojrzała  na  Joela,  ten  uśmiechał  się  z  wyrozumieniem.  Ruszyli  dalej,  ale 

znów przypadkowy kamień potoczył się zboczem. 

- Słyszysz, znowu! - zawołała dziewczyna półgłosem. 

- Ach, to tylko duchy, chodź tutaj do mnie. 

- Nie lubię duchów, nie chcę, żeby nas podglądały. 

- Daj spokój, Nessa, żartowałem. Nie ma żadnych duchów, chyba że dla turystów, wiesz 

przecież. 

-  Nie  jestem  taka  pewna.  Moja  mama  na  własne  oczy  widziała  ducha,  co  wyszedł  z 

background image

obrazu w zamku na piętrze. 

-  A  nie  pamiętasz,  co  powiedział  stary  Fergus?  Pokazał  ci  przecież, że  obraz  wisi  na 

zawiasach, a za nim są ukryte drzwi. Twojej matce tylko się wydawało, że widzi ducha. Pewnie 

znowu piła. 

Dźwięk,  który  teraz  dobiegł  z  ruin,  nie  pozostawiał  wątpliwości  co  do  źródła  i 

charakteru.  Davey  poniósł  zasłużoną  karę  za  nieprzemyślane  zdanie  o  rodzicielce

 

swojej 

kochanki. Nessa wymierzyła mu siarczysty policzek. 

- Za co? - rozległ się bolesny jęk. 

-  Za  to,  że  nazywasz  moją  mamę  pijaczką.  -  Temu  zdaniu  towarzyszył  już  szelest 

ubrania. Dziewczyna pewnie zbierała swoje szmatki. 

- Nic takiego nie mówię. Lubię twoją matkę. Jest najlepszą kucharką we wsi. Na całym 

ś

wiecie nikt nie gotuje lepszego krupniku. 

- A chcesz znać sekret? - rozległo się pytanie wypowiedziane zaczepnym tonem. - Otóż, 

szanowny panie Davey McAllister, sekret polega na tym, że do krupniku matka dodaje kwartę 

whisky! 

- A, to wszystko wyjaśnia! 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Nic takiego. Tyle tylko, że whisky zawsze dodaje smaku. A teraz chodź do mnie. Nie 

będziemy tu siedzieć do rana. 

-  To  na  pewno  -  zareplikowała  dziewczyna  podniesionym  głosem.  -  A  twoja  matka 

zachowuje się w kościele tak, jakby była ważniejsza od proboszcza. Oczy wiście, zaraz pewnie 

usłyszę, że moja w ogóle nie chodzi na msze, bo ciągle jest pijana. 

- Rany boskie! O co my się kłócimy? Chodź tu do mnie, pobawimy się. 

- Pobawimy? Tylko do tego jestem ci potrzebna? A co dalej? O tym nie myślisz, a ja 

wiem swoje. Gdybym, nie daj Bóg. zaszła w ciążę, rzucisz mnie jak nic i ożenisz się z jakąś 

lepszą  dziewczyną.  Bo  ze  mną  na  pewno  nie.  Taki  jak  ty  nie  mógłby  poślubić  kogoś,  kogo 

matka jest pijaczką. 

Odgłos  kroków  świadczył,  że  obrażona  dziewczyna  obróciła  się  na  pięcie  i  zaczęła 

schodzić ze wzgórza. Chłopak biegł za nią, przepraszając i błagając,  aby  nie odchodziła. Na 

próżno. 

- Jedno jest pewne - odezwała się Tyler, gdy kroki i głosy ucichły w oddali. - To nic były 

duchy. 

- Ani zjawy - zawtórował Joel. 

- A nawet gdyby tu były prawdziwe duchy - Tyler gestem wskazała warownię - to po 

background image

takiej scenie i tak zaszyłyby się w jakiejś dziurze. 

Joel mruknął coś, co nie było ani potwierdzeniem, ani przeczeniem, i w ślad za Tyler 

ruszył w stronę dworku. 

Szli w milczeniu. Gdy doszli do ścieżki pod domem pani McDonald, Joel przystanął. 

- Jeden mały pocałunek, Nesso - rzekł półgłosem, jakby wygłaszał kwestię na scenie. 

- Po tym, co powiedziałeś o mojej matce? - odparła Tyler tym samym tonem. Wbij sobie 

do głowy, szanowny , panie Davey McAllister, że moja mamusia w ogóle nic pije. 

- To znaczy, że z tymi wszystkimi chłopami zadawała się na trzeźwo? No, no, no! 

-  Przynajmniej  miała  powodzenie,  czego  nie  można  powiedzieć  o  twojej.  Jest  tak 

paskudna, że nawet anioły odwracają się ze wstrętem. 

- A twoja podobno widuje anioły - zareplikował Joel. 

Tyler przystanęła na ścieżce, wzięła się pod boki i jak

 

dobra aktorka najpierw błysnęła 

oczami, a dopiero potem zaczęła wypowiadać swoją kwestię. 

- Tylko jednego i tylko w co drugą sobotę. Wyrywa mu pióra ze skrzydeł na miotełki od 

kurzu. Joel nie zdążył z repliką; zaczął się śmiać. 

- Miotełki od kurzu! Poddaję się. Nie mam już pomysłu. A swoją drogą, do czego mogą 

służyć miotełki z piór aniołów? 

-  Jak  to  do  czego?  -  odparła  Tyler,  udając  zdziwienie.  że  można  nie  wiedzieć  o  tak 

prostej sprawie. - Do odkurzania ołtarzy w kościele! 

Zabrzmiało to tak komicznie, że Joel zaczaj się śmiać jeszcze bardziej. Tyler obróciła 

się na pięcie i ruszyła w dalszą drogę. 

- I tak zakończyła się wyprawa naukowa poświęcona łanowi - oświadczyła, gdy Joel do 

niej dołączył. - Ale cieszę się, że nie objawił nam się duch tego biedaka, którego zamurowali w 

ś

cianie. 

- Ani dama, co wychodzi z obrazu na zawiasach § zawtórował Joel, co z kolei wywołało 

paroksyzm śmiechu u Tyler. 

- Jak sądzisz, co mama Nessy robiła w zamku? Popijała whisky w ukryciu? 

-  A  gdy  obraz  się  odchylił,  przestraszyła  się  tak,  że  zarzuciła  spódnicę  na  głowę  i 

zaczęła uciekać. 

- A może - Tyler nagle zmieniła ton - nosiła listy dla duchów, jak my, idąc tymi samymi 

zrujnowanymi schodami. Szkoda, że nie poczekaliśmy paru minut. Mogliśmy zobaczyć ojca 

Caitlin, tego, co sprzedał ją Robertowi. 

- Zwanemu Paskudnym. 

Doszli już prawie do dworku. Tyler szła przodem. Odwróciła się i spojrzała na Joela z 

background image

wdzięcznym uśmiechem. W życiu nie przyzna się, jak bardzo się bała, gdy pobiegł do warowni 

i nie dawał znaku życia. 

A on jakby znów czytał w jej myślach. 

- O czym wtedy myślałaś? - spytał. - Że co się mogło stać? 

- Ach, myślałam sobie,  że wpadłeś do jakiejś jamy i nie możesz się wydostać, bo co 

podejdziesz w górę, to całe stado owiec spycha cię znowu w dół. Myślałam także, że dopadła 

cię wreszcie  gromada zakochanych sekretarek.  Wiesz, przyszło mi teraz do głowy, że powi-

nieneś był pokazać się tej biednej Nessie. Rzuciłaby Daveya jak nic. 

- No, wiesz...I - zawołał, udając, że chce ją złapać. 

Tyler zręcznie wymknęła się z pułapki i śmiejąc się

 

do rozpuku, w paru susach pokonała 

resztę drogi do dworku. Zdyszana wpadła do środka, Joel tuż za nią. 

-  A,  jesteście  wreszcie  -  powitała  ich  pani  McDonald.  W  pierwszej  chwili,  oślepieni 

ś

wiatłem,  nie  zauważyli  gospodyni.  -  Właśnie  się  zastanawiałam,  gdzie  się  podziewacie. 

Poszliście do warowni pościskać się przy księżycu, zgadłam? 

Joel spojrzał na Tyler, ona na niego i oboje jak na rozkaz zaczęli chichotać. 

- Z czego się tak śmiejecie? Niech się dowiem. Też się chętnie pośmieję. 

- Bo widzieliśmy - - zaczął Joel, ale Tyler położyła mu rękę na ustach. 

- Niczego nie widzieliśmy - oświadczyła uroczyście. 

Pani McDonald nie dała się oszukać. 

- Oj, chyba coś ukrywacie. - Spojrzała na nich badawczo. - Widzieliście pewnie którąś z 

miejscowych dziewczyn  z chłopakiem, tylko nie  chcecie zdradzić nazwisk.  Zobaczymy, czy 

zgadnę. Aggie i młody Colin? 

- Nie - odrzekł Joel, gdy Tyler pozwoliła mu wreszcie mówić. 

- Jak nie oni - pani McDonald pomyślała chwile - to pewnie Innes i Katie. Chociaż nie. 

Innes nie jest flirciarą. Już wiem; Nessa i Tommie McAllister? 

- Ciepło, ciepło. - Joel zaśmiał się. 

- A więc Tommie i... Nie? Nessa i.. 

- Cieplej - powtórzył Joel, odkrawając dwie pajdy chleba z bochenka leżącego na stole. 

- Nessa i... - zgadywała pani McDonald. - Nessa... Tylko nie mówcie, że Nessa i Davey 

McAllister! 

- Bingo! - wykrzyknęli Joel z Tyler zgodnym chórem. 

-  No  cóż,  ta  mała  wysoko  mierzy.  Mam  tylko  nadzieję,  że...  że  nie  posunęła  się  za 

daleko? 

- Nie, co to to nie - pośpieszyła z zapewnieniem Tyler. 

background image

- Pokłócili się, to znaczy, dziewczyna sprowokowała kłótnię i uciekła - wyjaśnił Joel. - 

Biedak leciał za nią i błagał, żeby została, ale nic nie wskórał. 

-  I  bardzo  dobrze.  -  Pani  McDonald  zaśmiała  się.  Wygląda  na  to,  że  Nessa  jest 

mądrzejsza, niż myślałam. I zdobędzie go, jeśli dalej będzie tak postępować, a pewnie chce go 

zdobyć. 

- Jego właśnie, a nie Tommiego, o którym pani najpierw wspomniała? - spytała Tyler, 

pogryzając kromkę chleba z masłem, podsuniętą przez Joela. 

- Nessa wie, gdzie stoją konfitury. Jest ładna, nawet

 

bardzo, i mądra, jak się okazuje. Jej 

matka to pijaczka, ojciec patentowany leń, co to do niczego się nie nadaje, ale mała ma całkiem 

niegłupi plan. Zawzięła się na Daveya. Nie jest taki przystojny jak jego brat, Tommy, ale jest o 

niebo  zdolniejszy.  Studiuje,  a  jakże,  tylko  z  dziewczynami  nie  potrafi  sobie  radzić.  Właśnie 

przyjechał  na  ferie  i  na  mojego  nosa  Nessa  tak  to  urządzi,  że  wyjedzie  razem  z  nim.  -  Pani 

McDonald zerknęła ciekawie na swoich gości. - No i dowiedzieliście się o Szkocji więcej, niż 

mogliście  marzyć.  Poznaliście  nasze  duchy  i  nasze  rodzinne  sekrety.  Teraz  wasza  kolej. 

Opowiadajcie o sobie, jakie macie tajemnice. 

-  Wykluczone  -  zaprotestował  Joel.  -  A  co  z  pani  bratem?  -  zmienił  temat.  -  Kiedy 

wreszcie przyjdzie? A może są tu jakieś jego książki. 

- Książki? Całe mnóstwo - odparła pani McDonald, badawczo przyglądając się obojgu. 

- No więc, które z was idzie do gościnnego? 

- Ja - zaczął Joel, a Tyler lekko się przy tym zarumieniła. - Umówiliśmy się, że.... 

- Nic nie chcę słyszeć. - Pani McDonald gestem podkreśliła, że prywatne sprawy gości 

jej  nie  interesują.  -  A  tymczasem,  na  co  jeszcze  macie  ochotę?  Chcecie  pograć  w  karty? 

Obejrzeć telewizję? 

-  Jeśli  można,  to  chciałbym  zerknąć  na  książki  pani  brata  -  odrzekł  Joel,  wzrokiem 

pytając Tyler, czy nie ma nic przeciwko temu. 

Tyler udała, że nie widzi. Wstała. 

- A ja chyba pójdę do łóżka. Dzień był wyjątkowo długi. - Pożegnała się i niemal pędem 

pobiegła do sypialni. Sposób, w jaki Joel mówił o “umowie”, sprawił, że serce jej stopniało i 

musiała wyjść, żeby się nie zdradzić. 

W  sypialni  oparta  się  o  drzwi,  przymknęła  oczy,  myśląc  o  całym  dniu.  O  tym,  jak 

usiadła u jego stóp, a on rozczesywał jej włosy, o wspólnym spacerze na wzgórze i o tym, jak 

przekomarzali się i dokazywali w drodze powrotnej. 

Takiego  dnia  dawno  nie  przeżyła,  a  takiego  mężczyzny  jak  Joel  chyba  nigdy  nie 

spotkała. Wyzwalał w niej cechy, które zawsze w sobie tłumiła. Miała ledwie sześć lat, gdy po 

background image

ś

mierci ojca mówiono jej: “Teraz musisz być bardzo grzeczna, pomagać mamie, bo mama jest 

biedna  i  ty  musisz  się  nią  opiekować”.  Mama  rzeczywiście  głęboko  przeżyła  śmierć  ojca,  a 

Tyler  z  całą  powagą  traktowała  swoje  obowiązki.  Była  więc  grzeczna,  nie  kaprysiła,  nie 

dokazywała jak inne dzieci, ..opiekowała się” mama. aby tylko w niczym jej nic urazić i nie 

przysporzyć zmartwień. Mówiono jej przecież, że “mama bardzo cierpi i może nie wytrzymać 

nowych zmartwień”. Więc starała się jeszcze bardziej, uważając, że nie wolno jej, jak Krissy, 

ś

miać się na cały głos, dokazywać, cieszyć, a już. na pewno wariować i opowiadać głupstwa w 

rodzaju miotełki od kurzu z anielskich piór. 

I tak to już zastało. Zawsze się kontrolowała, panowała nad sobą, nawet wtedy, gdy już 

jako  bardzo  dorosła  kobieta  jęła  prowadzić  bardzo  dorosłe  życie.  I  żaden  z  mężczyzn,  na 

których  trafiła,  nie  potrafił  tego  zmienić.  Dopiero  Joel.  Dlaczego  właśnie  on?  No  cóż, 

odpowiedź jest jedna: w poprzednich jej związkach zawsze występował element rywalizacji; z 

Joelem Kingsleyem rywalizować nie ma o co. 

Podniecona  odkryciem,  chwyciła  szlafrok  i  pobiegła  wziąć  kąpiel.  Dziesięć  minut 

później,  przystrojona  w  nocną  koszulę,  którą  pani  McDonald  wyłożyła  w  łazience, 

pomaszerowała z powrotem do sypialni, nie patrząc na otwarte drzwi do saloniku. 

I  choć  myśli  kłębiły  jej  się  w  głowie,  zasnęła  mocno,  gdy  tylko  dotknęła  głową 

poduszki. 

 

Obudził ją głośny łomot, a zaraz potem coś ciężkiego zwaliło się na łóżko. 

- Ojej - rozległ się głośny jęk. “Coś” okazało się “ktosiem”, a ów ktoś z pewnością nabił 

sobie guza. 

- Nic ci się nie stało? - spytała Tyler sennie, unosząc głowę. 

W odpowiedzi usłyszała tylko jeszcze jeden bolesny jęk i zaraz potem zaczęła się dusić, 

gdy wielkie ciało Joela Kingsleya przycisnęło ją do materaca. 

- Och, przepraszam - wykrztusił, gdy zaczęła go spychać z siebie, żeby złapać trochę 

powietrza. 

Próbował wstać, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie, ale szło mu to tak niezgrabnie, 

jakby był kompletnie pijany. 

Wsparł się na ręce, ale widać był za słaby, bo nie utrzymał się długo, a uwolniona od 

ciężaru ręka znalazła się na jej piersi. 

- Och, nie chciałem - zaczął się tłumaczyć, ale gdy znów próbował wstać, trafił kolanem 

między jej uda, a twarzą obok szyi. 

- Upiłeś się? - zganiła go, próbując go zepchnąć. 

background image

- Ależ skąd. Tylko ta baba, nasza gospodyni, wlała we mnie morze herbaty i kazała grać 

w  karty.  To  bestia,  powiadani  ci,  a  to  łóżko  też  jest  jakieś  dziwne...  Och,  przepraszam, 

niechcący,  -  usprawiedliwił  się,  gdy  jego  ręka  znów  znalazła  się  na  jej  biuście.  Najmocniej 

przepraszam. 

Tyler pojęła wreszcie, że rzekoma niezręczność to tylko gra, że nie przypadkiem Joel 

“zwalił się” na łóżko i też nieprzypadkowo jego dłonie błądziły po jej ciele. Część jej duszy 

zaczęła pałać świętym oburzeniem, ale inna kazała podjąć grę. Nie miała w życiu zbyt wiele 

okazji do zabawy, więc... 

- Przepraszam - wpadła w jego ton, wciskając kolano między jego uda. - Mam nadzieję, 

ż

e cię nie uraziłam. 

- Ależ skąd. 

- Jesteś pewien? Chyba lepiej sama sprawdzę. - Poszukała dłonią tego niby  bolącego 

miejsca  i  zaczęła  delikatnie  przesuwać  palcami  w  górę  i  w  dół.  -  Nie  uraziłam  cię?  Mów 

prawdę. 

-  Chyba  trochę.  Trzeba  mnie  pomasować  jeszcze  chwilę  -  zabrzmiała  zdyszana 

odpowiedź. 

- Pocałunek podziała jeszcze lepiej - szepnęła. 

- Skoro tak, to boli mnie całe ciało. 

- Ciebie też? Bo ja jestem cała obolała po tym, jak się na mnie zwaliłeś, nie mówiąc już 

o tym, co się działo na wzgórzu. Też mnie trzeba leczyć, najlepiej ustami. 

- Natychmiast - odszepnął. Wplótł palce w jej włosy i przyciągnął do siebie. - Marzyłem 

o  tym  od  pierwszej  chwili,  gdy  zobaczyłem  cię  z  rozpuszczonymi  włosami  w  tej  czerwonej 

szmatce. 

Tyler przylgnęła do niego chciwie, poddając twarz i ciało pieszczotom. 

- I nawet nie raczyłeś zauważyć, że nie jestem twoja sekretarką - wymruczała. 

-  Ale  zauważyłem  cudowne  poczucie  humoru  -  odparł,  zabierając  się  do  guzików 

nocnej  koszuli.  -  Pozwól,  że  zapytam  przy  okazji:  kochałaś  się  kiedyś  sześć  godzin  bez 

przerwy? 

- Poczekaj, niech pomyślę. 

- Ani mi się waż. Przez najbliższych sześć godzin nie będziesz na to miała czasu. Ani 

sekundy - przyrzekł, zamykając jej usta pocałunkiem. 

background image

6

 

W pierwszej chwili po przebudzeniu Tyler nie wiedziała, gdzie się znajduje. Niczego 

nie pamiętała, nawet gdzie jest. Świadomość wróciła, gdy po chwili poczuła, że nie leży sama. 

Wtedy ogarnęło ją przemożne pragnienie, żeby ukryć się pod kołdrą, niczego nie widzieć, nie 

słyszeć i trwać w ukryciu do końca świata. 

Ale zaraz potem, cicho jak mysz, wysunęła się spod kołdry i wstała. Na Joela nie miała 

odwagi nawet spojrzeć. A myśl o tym, co stało się w nocy, odsuwała od siebie, jak tylko mogła. 

Chciała zapomnieć i wymazać wszystko z pamięci, także i to, że tak wspaniałej miłości jak tej 

właśnie nocy nie zaznała nigdy w życiu. 

A  było  naprawdę  cudownie  -  wzajemne  pieszczoty,  dotykanie,  namiętne  pocałunki  i 

radość - żywiołowa

 

i nieujarzmiona. Trzy razy co najmniej błagała Joela, żeby był cicho, bo 

pani McDonald słyszy. 

- Stara sowa i tak podsłuchuje. Jak znam życie, to

 

dawno już umieściła sobie mikrofon 

pod  tym  łóżkiem  na  taki  właśnie  użytek...  i  niech  jej  będzie,  nie  będziemy  jej  żałować  - 

odpowiadał Joel, co tak ją rozbawiało, że chichotała jak dziecko. 

Ale noc dobiegła końca i teraz - jak powiadają - trzeba wrócić do rzeczywistości. To, co 

się  stało,  może  mieć  swoje  reperkusje,  chyba...  chyba  że  z  miejsca  położy  się  temu  kres.  O 

romansie z Joelem nie ma nawet mowy, bo... no właśnie. Krissy nigdy by jej nie wybaczyła. Za 

Krissy  stoi  oczywiście  wuj  Thad,  który  też  by  cierpiał,  gdyby  się  dowiedział,  że  Tyler 

skrzywdziła  jego  córeczkę.  Do  tego  dopuścić  nie  wolno.  Wuj  Thad  jest  szlachetnym 

człowiekiem, pomógł jej, pomógł mamie w najcięższej chwili w ich życiu. A poza wszystkim 

wuj i mała to rodzina, a rodzina jest najważniejsza, na pewno ważniejsza od chwilowego za-

uroczenia czy nawet szaleństwa. 

Cicho, jak tylko można, zaczęła się ubierać w rzeczy, w których przyszła do Krissy w 

niedzielę. Niedzielą? Kiedyż to było? Wieki temu! 

Na palcach wyszła z sypialni. W kuchni aż podskoczyła z wrażenia i zdumienia, widząc 

za  stołem  mężczyznę  pałaszującego  z  apetytem  śniadanie  tak  obfite,  że  wystarczyłoby  dla 

plutonu wojska. Skwierczący boczek, grzyby, pomidory, jajka, masło i grzanki roztaczały taki 

aromat, że miała ochotę usiąść i wziąć udział w uczcie. 

Ale  przecież  w  każdej  chwili  może  zjawić  się  Joel,  a  wtedy  oczywiście  zacznie  się 

rozmowa, a gdy już się zacznie, to.... 

- Dzień dobry miłej pani - odezwał się ucztujący

 

nieznajomy, w którym Tyler domyśliła 

się brata pani McDonald, Fergusa. Gestem zapraszał ją do stołu. 

background image

Pokusa  była  silna,  a  jeszcze  bardziej  kusiło  ją,  żeby  skorzystać  z  okazji  i  zadać 

Fergusowi kilka pytań. Niestety, ani na jedno, ani na drugie nie miała czasu. 

- Dzień dobry, dzień dobry - odwzajemniła pozdrowienie. - Przykro mi, ale muszę już 

biec... - rzuciła od drzwi. 

- To pani widziała Iana, tak? 

Tyler przystanęła w progu. 

- Tak, to ja. - Nabrała wielki haust powietrza. Może jednak zdąży zadać najważniejsze 

pytanie.  -  Jak  pan  sądzi,  dlaczego  biedny  łan  musi  tułać  się  po  świecie.  Czy  śmierć  na 

szubienicy za zbrodnie, której nie popełnił, nie była wystarczającą karą? - Mówiła to w wielkim 

podnieceniu i ze złością. Lecz nie łan był jej powodem, tylko ona sama. Złościła się na siebie za 

minioną noc, za to, że nie potrafiła się opanować. 

- Trudno powiedzieć - odparł Fergus. - Może tuła się, bo nie wie, że wtedy, gdy pisał 

listy do ukochanej, człowiek, którego miał rzekomo zamordować, jeszcze żył, gryzł ściany w 

warowni. Zamurowano go przecież żywcem. Dobrze byłoby, gdyby ktoś wreszcie powiedział 

łanowi całą prawdę. Może wtedy zaznałby spokoju. 

Obraz  kreślony  słowami  Fergusa  był  tak  wyrazista

 

ż

e  Tyler  poczuła  ściskanie  w 

ż

ołądku. Miała jeszcze

 

tysiące pytań, ale zdawała sobie sprawę, że jeśli raz

 

otworzy usta, to nie 

wyjdzie, a Joel lada moment mógł

 

się obudzić. 

- Problem tylko w tym - ciągnął tymczasem Fergus - że ludzie, którym Ian się objawia, 

dowiadują  się  o  jego  niewinności  dopiero  po  fakcie.  Z  tego,  co  wiem,  jeszcze  nikomu  nie 

ukazał się powtórnie. Nikt więc nie miał okazji powiadomić go, jak się sprawy naprawdę

 

miały. 

Tyler  chciała  coś  jeszcze  dodać,  ale  z  korytarza  dobiegi  ją  szmer.  Joel  się  obudził? 

Pomachała tylko Fergusowi na pożegnanie i jak oparzona wybiegła z dworku. 

 

Spakowała  się  błyskawicznie.  Miły  człowiek  w  recepcji  załatwił  jej  rezerwację  na 

poranny samolot British Airways i zamówił taksówkę na lotnisko. W kilka minut po powrocie z 

dworku Tyler była już w hallu, gotowa do podróży. Czekała tylko na taksówkę. 

Pod  drzwiami  do  starej  części  zamku  zbierała  się  właśnie  pierwsza  poranna  grupa 

turystów.  Przewodnik,  ten  sam  co  wczoraj,  pozdrowił  ją  pytaniem  Już  wyjeżdżamy?”  i 

uśmiechnął się tak jakoś, że Tyler doskonale wyczuła, że śmieje się nie do niej, lecz z niej. 

Też się uśmiechnęła. Przewodnik zabrał grupę i Tyler znów została sama w hallu. 

Myślała o tym, co powiedział Fergus, że nikomu nie było dane ujrzeć lana po raz wtóry 

i że biedak pewnie nadal trwa w niewiedzy, nie zdając sobie sprawy, że człowiek, którego miał 

rzekomo zamordować, żył jeszcze, gdy jego sądzono za zbrodnię. 

background image

Recepcjonista walczył z telefonem, taksówki jeszcze nie było. Tknięta impulsem Tyler 

szarpnęła  klamkę  do  starej  części  zamku.  Dziękując  Bogu,  że  włożyła  tenisówki

 

i  nikt  nie 

usłyszy kroków, pobiegła w znane sobie miejsce, gdzie w wykuszu przy oknie dane jej było 

widzieć Iana. 

Kotara była odsłonięta i przez okno wlewały się jasne promienie słońca. Nie było też 

nikogo, ani żywej, ani zmarłej duszy, za co też Tyler podziękowała w duchu

 

Bogu. 

Na  wszelki  wypadek  obejrzała  się  jeszcze,  czy  nikt  jej  nie  widzi,  zasunęła  kotarę  i 

przycupnęła na siedzisku przy oknie. 

- Ianie? Do ciebie mówię - zaczęła szeptem. - Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale chcę ci 

powiedzieć, że człowiek, którego rzekomo miałeś zamordować, został zamurowany żywcem w 

starej  warowni  na  wzgórzu.  Gdyby  udało  się  go  uratować  i  uwolnić,  wtedy  zostałbyś 

oczyszczony z podejrzeń. 

Gdy  przebrzmiały  słowa,  w  wykuszu  zaległa  cisza  tak  głęboka,  że  zrobiło  jej  się 

nieswojo. Poczuła się głupio, bo jak to? Co właściwie wyprawia? Mówi sama do siebie? Gorzej 

- przemawia do duchów! 

Upewniwszy się, że nikogo w pobliżu nie ma, odsłoniła kotarę, zsunęła się z siedziska i 

ruszyła  w  stronę  hotelu.  Przeszła  może  dwa.  może  trzy  kroki,  kiedy  usłyszała  szmer.  Zdjęta 

lękiem, a może przeczuciem, stanęła, obróciła się j bacznie spojrzała na kotarę. Miała wrażenie, 

ż

e  coś  się  za  nią  poruszyło,  a  ciężka  tkanina  zafalowała,  jakby  targnięta  niewidzialną  ręką. 

Złudzenie? 

Patrzyła jeszcze przez dobrą chwilę, ale nic więcej nie zobaczyła, a cisza aż dźwięczała 

w uszach. Z westchnieniem zawróciła do wyjścia. Taksówka już czekała. Portier

 

wziął walizkę 

i  odprowadził  Tyler  do  aula.  Samochód  ruszał,  gdy  kątem  oka  zobaczyła  Joela.  Dochodził 

właśnie  do  hotelu.  Skuliła  się  na  siedzeniu  i  schowała  za  przednie  oparcia,  żeby  jej  nie 

dostrzegł. Ten rozdział jej życia został właśnie zamknięty. Romans wśród szkockich gór musi 

odejść w przeszłość, przykazała sobie w duchu. 

background image

7

 

Sześć tygodni później

 

Brakuje  ci  małej?  -  spytał  Barry.  Krążył  po  tarasie  z  konewką  w  ręku,  i  jak  to  on, 

podlewał Tyler kwiaty. 

- Brakuje - przyznała. Nie widziała Krissy od ponad sześciu tygodni, od owej niedzieli, 

gdy  ulegając  małej,  pojechała  do  Szkocji.  A  nim  zdążyła  wrócić,  Krissy  wyjechała.  Joel 

przysłał depeszę, że ma natychmiast stawić się w Szkocji. Minęły się na lotnisku. Gdy samolot 

Tyler lądował, ten, w którym siedziała Krissy, właśnie wzbijał się do lotu. 

- Nie dzwoni? Nie pisze? - Barry lubił wszystko wiedzieć. 

-  Przysłała  parę  pocztówek  -  odparła  Tyler  krótko,  ten,  w  którym  siedziała  dając  do 

zrozumienia, że wolałaby nie ciągnąć tej rozmowy. 

Ale Barry nigdy łatwo nie rezygnował. Uwielbiał plotki. 

- A jak myślisz, dlaczego ten jej Joel Kingsley założył sobie biuro w Szkocji? Siedzi 

tam i siedzi. Wydawało mi się, że wybrał się tam tylko na wakacje. 

-  Może  mu  się  spodobało  i  został  -  odparła  Tyler,  sięgając  po  filiżankę  z  kawą. 

Rozmyślnie unikała wzroku Barry'ego. Dlaczego Joel został w Szkocji? Mój Boże, może akurat 

się żeni z Celeste Delashaw albo z... Krissy. 

-  A,  przypomniało  mi  się  -  znów  odezwał  się  Barry.  -  Widziałaś  już tę  przesyłkę,  co 

wczoraj przynieśli z Federal Express? 

-  Pewnie  nic  ważnego.  Papiery  sądowe  -  mruknęła  Tyler  bez  większego 

zainteresowania informacją Barry'ego. 

- Chyba nie. Nadano ją w Szkocji i jest na niej pieczątka firmy Kingsleya. 

Tyler drgnęła, ale wolno, żeby nie zdradzić podniecenia, odstawiła filiżankę i spojrzała 

na  przyjaciela.  Znała  go  na  wylot  i  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  drań  specjalnie 

schował wczoraj przesyłkę, aby być przy tym, gdy Tyler będzie ją rozpakowywać. Od powrotu 

bez przerwy ją zamęczał. Dlaczego wyjechała tak nagle? Dlaczego zaraz wróciła? I dlaczego 

jest w takim ponurym nastroju? 

- No dobrze, przynieś - poleciła tonem, który w sali sądowej przyprawiał przeciwników 

o palpitację serca. 

Barry  zmilczał.  Podniósł  tylko  ręce,  jakby  chciał  wykazać  swoją  niewinność,  i  jak 

błyskawica  znikł  w  czeluściach  apartamentu  Tyler  i  równie  błyskawicznie  zjawił  się  z 

powrotem, dzierżąc w dłoni kopertę z logo Federal Express. 

Tyler aż kusiło, żeby kazać mu iść w diabły. Wolałaby otworzyć kopertę bez świadka, 

background image

ale oznaczałoby to, że oczekuje, albo wręcz spodziewa się, jakiegoś znaku od

 

Joela, a do tego 

nie chciała się przyznać nawet sama przed sobą. Minęło już sześć tygodni, a Joel milczał jak 

grób; Nie zadzwonił, nie napisał, nawet widokówki nie przysłał. Oczywiście, ona też nie jest 

bez  winy.  Zachowała  się  jak  smarkula.  Uciekła  bez  słowa,  schowała  się  w  taksówce  i  nie 

zdobyła  się  nawet  no  to,  żeby  mu  zwyczajnie  i  po  ludzku  wyjaśnić,  dlaczego  tak  właśnie 

postąpiła.

 

Fakt.  Ale  faktem  jest  też,  że  nie  brak  w  świecie  kobiet,  które  stale  wyglądają, 

wiadomości od mężczyzny, z którym zdarzyło im się spędzić jedną jedyną noc. 

Starała  się  więc  myśleć  logicznie  i  obiektywnie  oceniać  sytuacje,  a  jednak  ręce  jej 

drżały, gdy otwierała kopertę. Z wnętrza wychynął egzemplarz zagranicznego czasopisma i nic 

więcej.  I  choć  potrząsnęła  kopertą  parę  razy,  nic  innego  nie  znalazła.  Żadnego  listu.  Żadnej 

kartki. 

Starając się ukryć rozczarowanie, położyła czasopismo na stole i sięgnęła po filiżankę z 

kawą. 

-  “The  Royal  Historical  Society  of  Scotland”,  Szkockie  Królewskie  Towarzystwo 

Historyczne  -  odczytał  Barry  napis  na  winiecie  i  otworzył  spis  treści.  -  Joel  Kingsley, 

Rozwiązana tajemnica - przeczytał tytuł głównego artykułu. 

Filiżanka z hukiem spadła na podłogę. Ze zdenerwowania i pośpiechu Tyler upuściła 

naczynie,  odstawiając  je  na  stolik.  Wyrwała  magazyn  z  rąk  Barry'ego  tak  energicznie,  że 

niemal oderwała okładkę i spiesznie zaczęła kartkować. 

Znalazła. Zaraz obok tytułu redakcja zamieściła zdjęcie Joela. Tyler zachłannie zaczęła 

czytać. 

- Hej, nie bądź taka! - zawołał Barry z pretensja w głosie, zerkając jej przez ramię. - Co 

tam jest napisane? 

- Że Joel Kingsley wraz z armią researcherów, dokumentalistów, przez ostatnie sześć 

tygodni  penetrował  archiwa  i  ustalił,  że  łan  McLyon  nie  zginaj  na  szubienicy,  jak  się 

powszechnie uważa - zaczęła streszczać artykuł. - Na podstawie dokumentów, które udało mu 

się odnaleźć, Kingsley formułuje nową wersję wydarzeń sprzed stuleci. Wedle niego, Ian stanął 

przed sądem pod zarzutem zabójstwa, ale nie zawisł, bo - i to jest sedno odkrycia dokonanego 

przez Kingsleya - przypadkowy wieśniak miał usłyszeć jęki dochodzące z warowni - Był co 

prawda przekonany, że to duchy, ale zainteresowano się jego zeznaniem, udano się do warowni 

i  odnaleziono  Nadobnego  Gilberta,  a  ten  potwierdził,  że  to  własny  brat  kazał  go  żywcem 

zamurować. Ale to jeszcze nie wszystko. - Tyler spiesznie zerknęła na dalszą część artykułu. - 

Na  podstawie  ustaleń  Kingsleya  można  przyjąć,  że  szkielet znaleziony  w  murach  warowni  i 

background image

eksponowany  obecnie  w  zamku  nie  należał  do  Gilberta,  lecz  do  Roberta,  że  to  właśnie  jego 

zamurowano,  gdy  próba  okrutnej  zbrodni  na  bracie  wyszła  na  jaw...  ale  -  Tyler  zerknęła  na 

zakończenie  artykułu  -  Kustosz  zbiorów  zamkowych,  autor  trzech  książek  poświęconych 

historii  miejscowych  władców  ,  twierdzi,  że  dokumenty  odnalezione  przez  Kingsleya

 

pomocników nie są autentyczne. “Wiem, że jeszcze w zeszłym tygodniu nie było ich w naszych 

zbiorach” - cytuje redakcja wypowiedź kustosza. 

- A ty, co o tym myślisz? Kingsley dopuścił się fałszerstwa? - zdumiał się Barry. 

- Wykluczone. Myślę, że dokumentów, na które natrafił, sześć tygodni temu w ogóle nie 

było. 

- Jak to nie było? 

- Zwyczajnie, nie było. Ale ktoś dał wreszcie znać łanowi, a ten zadbał o ciąg dalszy. 

Postarał się, żeby ktoś usłyszał lament Gilberta i pośpieszył mu na ratunek. 

-  Nie  pędź  tak,  nie  rozumiem...  -  zaprotestował  Barry,  ale  go  nie  słuchała.  Na  faksie 

miała  wiadomość.  Właśnie  teraz  zwróciła  uwagę  na  białą  kartkę  wystającą  z  drukarki.  Jak 

długo tam była? Kiedy ten faks nadszedł? 

Dopiero za trzecim czytaniem pojęła treść wiadomości od... Krissy. 

 

Jesteśmy już po słowie. Ślub i wesele zrobią, takie, że tata przez co najmniej dwa lata 

będzie  spłacał  rachunek.  Pomyśl  o  sukni,  bo  będziesz  druhną.  Bardzo  za  Tobą  tęsknią  i  nie 

mogę, się doczekaćżeby Cię zobaczyć. Przylatujemy dzisiaj. Błagam Cię, przyjedź na lotnisko. 

Weź  taksówką  w  jedną  stronę,  bo  do  miasta  wracać  będziemy  limuzyną,  którą  właśnie 

zamówiłam. 

Krissy

 

 

- Nic ci nie jest? - spytał z troską Barry. - Wyglądasz, jakby ci się zrobiło słabo. 

- Która godzina? 

- Prawie piąta, a dlaczego pytasz? 

- Muszę zaraz jechać na lotnisko. 

- Na lotnisko? W Nowym Jorku nikt nikogo nie odbiera z lotniska - rzekł takim tonem, 

jakby wykładał zasady wielkomiejskiej etykiety. 

- Ja odbiorę - oświadczyła stanowczo. Wiedziała, że musi to zrobić. Musi pojechać na 

lotnisko i załatwić

 

sprawę raz na zawsze. Przez ostatnie sześć tygodni pilnie śledziła rubryki 

towarzyskie w gazetach i takież programy w telewizji, spodziewając się, a zarazem lękając, że 

natknie się na wzmiankę, iż pan Joel Kingsley poślubił panią Celeste Delashaw. Przekonywała 

background image

samą  siebie,  że  będzie  to  radosna  wiadomość.  Będzie  bowiem  mogła  ostatecznie  i 

nieodwołalnie  wykreślić  Joela  Kingsleya  ze  swojego  życia,  zająć  się  pracą,  odnowić 

przyjaźnie, krótko mówiąc, wrócić do siebie. 

Do swojego małego świata. 

To prawda, że zaraz po powrocie ze Szkocji stawiła się w kancelarii i podjęła normalne 

obowiązki,  ale  jakoś  jej  nie  szło.  Straciła  serce  do  pracy.  Nie  potrafiła  się  otrząsnąć.  Stale 

wracała myślą do Szkocji, a właściwie do Joela Kingsleya, zdając sobie jednocześnie sprawę, 

ż

e  tylko  marnuje  czas.  Jest  XXI  wiek  i  nikt  chwilowego  romansu  nie  traktuje  inaczej  jak 

przygody. A to, co się stało, nie było niczym innym jak właśnie chwilowym romansem, przygo-

dą na jedną noc. Wciąż to sobie powtarzała. 

A więc zwykła przygoda? Zapewne. Tylko że nigdy przedtem i z nikim nie zdarzyło jej 

przeżyć tego co z Joelem. Nigdy tak się nie śmiała jak z nim. Z nikim też nie oglądała duchów. 

I jeszcze coś. Niby zwyczajne, ale aż nadzwyczajne. Z nikim nie czuła się tak wspaniale 

jak  z  nim.  I  nikt  nie  stwarzał  tak  serdecznej,  staroświeckiej,  chciałoby  się  powiedzieć, 

atmosfery. Choćby wtedy przy kominku, gdy czytał jej na głos rozdział o Ianie. Joel nie był ani 

i pierwszym, ani jedynym mężczyzną w jej życiu, ale nigdy nie czuła takiego ciepła w sercu jak 

wtedy, gdy

 

rozsiedli się na podłodze. Z innymi wiązała się, gdy dokuczała jej samotność, ale też 

z ulgą wracała do swojej samotni, gdy romans dobiegał kresu. 

Ile  czasu  spędziła,  z  Kingsleyem?  Mało,  nieporównanie  mniej  niż  z  narzeczonym,  z 

którym kiedyś mieszkała, i aż dziw, że po pani ledwie wspólnych dniach można lak., , tęsknić - 

Bo laka była prawda. Tęskniła. Ogromnie. Do bólu, I choć minęło już tyle tygodni, ciągle o nim 

myślała.  Patrząc  na  telewizję,  zastanawiała  się,  co  też  on  lubi  oglądać.  A  może  w  ogóle  nie 

ogląda telewizji? Dużo przecież pracuje. Chyba za dużo. Tym bardziej trzeba pomyśleć, jak 

zorganizować mu wypoczynek. 

Tylko z jakiego tytułu? Joel ani nie należał, ani nie należy do niej. 

Należy  do  Krissy,  do  jej  ukochanej  kuzynki,  i  tak  już  będzie.  Przecież  życzy  jej 

wszystkiego  co  najlepsze.  Zachowa  się  godnie.  Żadnych  dramatów,  żadnych  scen.  Nawet 

gdyby miała paść trupem, będzie się cieszyć szczęściem Krissy. 

Chwyciła torebkę ze stolika w korytarzu i pomknęła do drzwi. 

- Jedziesz na lotnisko w takim stanie? Popatrz tylko, jak ty wyglądasz? - zawołał Barry. 

- Wszystko mi jedno - rzuciła przez ramię i już jej nie było. 

 

Kilka chwil oczekiwania w sali przylotów trwało jak wieczność. Nigdy jeszcze sekundy 

i  minuty  nie  ciągnęły  się  tak  długo.  Tyler  nie  mogła  się  doczekać,  żeby  zobaczyć

 

Joela. 

background image

Wypadła z mieszkania jak wariatka. Pędziła na lotnisko jak szalona, a teraz przebiera nogami, 

ż

eby go wreszcie ujrzeć, nieważne, że z inną kobietą u boku. 

Chyba oszalała. Dziewczyno, opanuj się wreszcie! 

Nie zdążyła jednak uporządkować myśli, bo oto Krissy nadbiegła jak huragan, rzuciła 

jej  się  w  ramiona,  zaczęła  ściskać  i  witać,  wylewając  z  siebie  potoki  słów.  Dlaczego  nie 

odbierała telefonów? Dlaczego nie oddzwoniła? Dlaczego nawet nie zatelefonowała do taty? A 

w ogóle, jak się czuje? 

Paplała i pytała, nie dając jej dojść do głosu, co zresztą nie było takie złe, bo na żadne z 

pytań Tyler nie potrafiłaby dać sensownej odpowiedzi. 

Wreszcie, nabrawszy powietrza w płuca, Krissy oznajmiła z uroczystą miną: 

- Tyler, oto i ON! 

Spodziewając  się  ujrzeć  Joela,  Tyler  spięła  się  w  sobie,  przybrała  stosowny  wyraz 

twarzy i odważyła się wreszcie podnieść oczy. Ani śladu Joela! Za plecami Krissy stał młody 

człowiek z niepewnym uśmiechem na ustach. 

- Nie widzę.... 

- Kogo nie widzisz? Przecież to... 

Tyler  spojrzała  uważniej,  gorączkowo  uruchamiając  pamięć.  Nie  potrafiła  sobie 

przypomnieć. 

- Tyler, nie poznajesz? To doktor Shipley! - Tyler osłupiała. - Nie pamiętasz? Tata go 

wydzwonił  i  przysłał.  Opiekował  się  mną,  gdy  zachorowałam.  Poznałaś  go.  Był  u  mnie  tej 

niedzieli, kiedy poprosiłam cię, żebyś pojechała za mnie do Szkocji. 

- Tak, pamiętam, byłaś chora, ale potem, mimo wszystko, też wybrałaś się do Szkocji - 

odparła Tyler, nadal nic nie rozumiejąc. 

Krissy nie wytrzymała, parsknęła śmiechem. 

-  A  w  rodzinie  -  zwróciła  się  do  doktora  -  Tyler  uchodzi  za  najbystrzejszą  z  nas 

wszystkich.  Hej,  Tyler  -  wróciła  do  rozmowy  z  kuzynką.  -  obudź  się.  To  mój  narzeczony. 

Będziemy brali ślub. Pisałam ci w faksie Nie pamiętasz? 

Trwało jeszcze dobrą chwilę, nim Tyler zdołała zebrać myśli. 

- A więc wychodzisz za doktora - odezwała się cicho. 

-  Jasne,  że  za  niego.  Wszystko  było  w  faksie.  Musiałaś  go  czytać,  bo  inaczej  nie 

przyjechałabyś na lotnisko. 

- Ale nie napisałaś, za kogo wychodzisz - odparła Tyler jeszcze słabszym głosem. 

-  Naprawdę?  To  z  pośpiechu.  Ale,  kochana  kuzynko,  gdybyś  do  mnie  zadzwoniła,  a 

właściwie oddzwoniła, opowiedziałabym ci wszystko. Telefonowałam do ciebie ze sto razy i z 

background image

dziesięć razy nagrywałam się na sekretarce. 

- Nie sto, tylko raz, i tylko raz się nagrałaś, a ja oddzwoniłam. Zostawiłam wiadomość w 

recepcji, nie przekazali ci? 

-  Ależ  przekazali,  przekazali.  -  Krissy  machnęła  ręka.  -  Powiem  prawdę.  Byłam  tak 

zajęta  Jeffem,  że  nie  miałam  na  nic  czasu.  A  teraz  przywitajcie  się,  jak  przystoi  członkom 

rodziny. 

Tyler wreszcie pojęła, że Krissy nie wychodzi za Joela Kingsleya. Zaczęło też do niej 

docierać, że nie grozi jej koszmar, który od kilku tygodni przyprawiał ją o ból głowy, że do 

końca  życia  będzie  musiała  robić  dobrą  minę  do  złej  gry,  gdy  na  rodzinnych  przyjęciach 

przyjdzie jej siedzieć naprzeciwko mężczyzny, który... 

- Odbierzmy bagaż i jedźmy wreszcie do miasta - zaproponował doktor. 

Łatwo powiedzieć. Na walizki trzeba było poczekać dobre pół godziny. Jeff dyżurował 

przy taśmie, a Krissy paplała bez jednej przerwy. Jak to ukochany przyleciał za nią do Szkocji, 

jak chodzili na spacery przy księżycu? co Jeff mówił, co ona i tak dalej. 

-  Ale  -  wtrąciła  w  pewnej  chwili  -  Kingsley  strasznie  nas  absorbował.  Bez  przerwy 

trzeba  było  coś  załatwiać.  Ale  Jeff  -  spojrzała  czule  na  narzeczonego,  który  nadal  stał  przy 

taśmie,  czekając,  kiedy  wreszcie  zjawią  się  walizki  -  Jeff  chce,  żebym  przestała  pracować. 

Mam się zająć domem i urodzić mu co najmniej tuzin dzieciaków. 

A  Tyler  jakby  nie  słyszała.  Czuła  pustkę  i  była  śmiertelnie  zmęczona.  Uświadomiła 

sobie, że to reakcja po napięciu i nerwach, gdy myślała, że Krissy wychodzi za Joela. 

Starała się jednak panować nad sobą i udało się, przynajmniej do czasu, gdy wsiedli do 

limuzyny zamówionej przez Krissy. Auto było nader eleganckie. Srebrna karoseria, szofer w 

liberii, przedział pasażerski jak salon. 

-  A  więc  -  Krissy  nie  potrafiła  milczeć  -  było  naprawdę  cudownie.  -  Zajęła  z  Jeffem 

miejsca na tylnym siedzeniu. Tyler usiadła z boku. - A

 

opowiadałam ci już o.... 

- Twój szef nie jest chyba zadowolony, że go opuszczasz - weszła jej w słowo Tyler i 

natychmiast zaczęła

 

ż

ałować, że nie ugryzła się w język, alb tak bardzo chciała usłyszeć coś o 

Joelu. 

-  Zadowolony?!  -  wykrzyknęła  Krissy.  -  Ten  człowiek  nawet  nie  wie,  co  to  słowo 

znaczy. 

- To prawda - wtrącił Jeff, gładząc czule dłoń narzeczonej. - Nie do wiary, że Krissy 

mogła się durzyć w tak zgorzkniałym osobniku. 

- Właśnie. I chciałam cię przeprosić, Tyler, że naraziłam cię na jego towarzystwo. 

- A co się właściwie stało? - spytała Tyler. 

background image

- Otóż... jak pani Delashaw wyjechała.... 

- Wyjechała?! - wykrzyknęła Tyler, nie panując nad sobą, po czym odchrząknęła równie 

głośno, aby zatrzeć wrażenie. Odczekała jeszcze sekundę i uśmiechnęła się przepraszająco. - 

Wydawało mi się - dodała z udawani obojętnością - że pani Delashaw i pan Kingsley stanowią 

parę.  A  może  ona  wyjechała  tylko  na  pewien  czas?  -  Kątem  oka  Tyler  zauważyła,  że  Jeff 

zaczyna jej się bacznie przyglądać. Postanowiła na niego nie patrzeć.

 

- Ależ nie - pośpieszyła z odpowiedzią Krissy. - Cały hotel wiedział, że się pokłócili. 

Była  ponoć  straszna  awantura.  -  Pochyliła  się  konfidencjonalnie  i  dodała  nieco  cichszym 

głosem: - Poszło o jakąś kobietę, z którą Kingsley miał podobno spędzić noc. 

- A Delashaw skąd się o tym dowiedziała? - spytała Tyler, starając się nie patrzeć na 

doktora. 

- Podobno on jej powiedział. Przyznał się, że spędził noc z kimś innym, a co więcej, 

zażądał, aby Delashaw się wyniosła. 

- Ze Szkocji czy od niego? 

- Tego to nie wiem, ale przypuszczam, że po prostu ją wypędził. A dlaczego pytasz? 

-  Bo...  -  zaczęła  Tyler  i  zamilkła  speszona,  szukając  gorączkowo  logicznego  i 

niezobowiązującego  wyjaśnienia.  W  głowie  czuła  pustkę,  a  Krissy  z  Jeffem  patrzyli  na  nią, 

czekając  na  odpowiedź.  -  Bo...  -  zaczęła  jeszcze  raz  i  nie  wytrzymała.  Ku  własnemu 

przerażeniu zaczęła łkać. Zasłoniła twarz dłońmi. - Bardzo was przepraszam, nie chciałam... - 

wyszeptała. 

Krissy objęła ją czule. 

- Tyler, kochanie, co się stało? Coś złego? Ktoś cię skrzywdził? 

Tyler nie była w stanie powstrzymać potoku łez. 

- Za... za... zakochałam się - wyjąkała wreszcie, nie przestając łkać. - To okropne. Nie 

chciałam. Myślałam, że wychodzisz za Joela i że.... zobaczę go na lotnisku i... 

- Sądziłaś, że chcę wyjść za mojego szefa? - spytała Krissy takim tonem, jakby chodziło 

o najbardziej idiotyczny pomysł na świecie. 

Doktor podał Tyler paczuszkę chusteczek. Wytarła nos, osuszyła łzy. 

- Nie udawaj, że się w nim nie kochałaś. Jeszcze sześć tygodni temu szalałaś za nim. 

Sama mi mówiłaś. 

- Czy ja wiem? No, może durzyłam się w staruszku. Wiesz, jak to jest. 

- Tylko nie .”staruszku”! - zawołała Tyler z ogniem w oczach. - Joel jest cudowny, ma 

wspaniałe poczucie humoru i... 

-  Kingsley?  -  wtrącił  doktor,  zdumiony  w  najwyższym  stopniu.  -  Joel  Kingsley  ma 

background image

poczucie humoru? 

-  Naturalnie.  Ma  bardzo  pogodne  usposobienie  -  oświadczyła  Tyler  tonem,  który 

wykluczał wszelkie wątpliwości. 

- No wiecie państwo! Dużo o nim słyszałem w czasie naszego pobytu w Szkocji, ale o 

pogodnym usposobieniu i poczuciu humoru nikt się nawet nie zająknął. 

-  Jeff,  przestań!  -  ostro  wkroczyła  Krissy.  -  Tyler  jest  zdenerwowana,  a  poza  tym 

pamiętaj, że zakochani widzą inaczej: same plusy, żadnych minusów. 

- Rozumiem, że to o mnie - odezwała się Tyler. - Ale powiedz mi, czy kiedykolwiek 

przedtem mówiłam ci, że się w kimś kocham? 

- Nigdy, to fakt - potwierdziła Krissy. - Ciocia Sarah... jej matka - wyjaśniła Jeffowi - 

zawsze się dziwiła, że ma tak mało sentymentalna, córkę. 

- Moja mama tak powiedziała? - Łzy znów potoczyły się po policzkach  Tyler. -  I  co 

jeszcze? Jakie jeszcze mam braki? 

Jeff wzrokiem skarcił Krissy i próbował załagodzić sytuację. 

-  Myślę,  że  twoja  mamą  chciała  przez  to  powiedzieć,  że  nadejdzie  dzień,  kiedy  się 

naprawdę zakochasz. 

-  I  wykrakała,  niestety  -  odrzekła  Tyler  ze  smutkiem.  -  Zakochałam  się  i  nienawidzę 

siebie  za  to.  Bo  to  straszne,  okropne!  Ten  człowiek  w  ogóle  się  mną  nie  interesuje.  Nie 

obchodzi go nawet, czy żyję. Ale co zrobić? Widać, nie zależało mu na mnie. Potraktował mnie 

jak... jak... jak jednodniowe zastępstwo i tyle - załkała. - Hej, dlaczego się zatrzymujemy? 

Z piskiem hamulców limuzyna zjechała na pobocze autostrady, łamiąc  przepis, który 

dopuszcza zatrzymanie tylko w nagłych przypadkach. 

- Nie wiem, może złapaliśmy gumę - bąknęła Krissy. 

Samochód stanął. Drzwi kabiny pasażerskiej otworzyły

 

się z trzaskiem. 

- Wychodzić! - rozkazał szofer głosem nieznoszącym sprzeciwu. 

Tyler  zmartwiała.  Nigdy  w  życiu  nie  słyszała,  aby  szofer  w  liberii  zwracał  się  w  ten 

sposób do pasażerów. 

- Wychodzić! - powtórzył kierowca. - Ty i ty. - Wskazał na Krissy i Jeffa. 

Chciała  wyjść  za  nimi,  ale  potężna  sylwetka  w  służbowym  uniformie  zablokowała 

wyjście. 

- Musimy porozmawiać - usłyszała... Joela. On to bowiem wiózł ich z lotniska. 

Wsiadł, zamknął drzwi i bez słowa przygarnął ją do siebie. 

Trwaliby tak długo, gdyby nie policyjny radiowóz. 

- Nic blokować ruchu, jechać! 

background image

Miejsce  za  kierownicą  zajął  Jeff.  Krissy  usiadła  obok.  Tyler  z Joelem  zostali  sami w 

kabinie pasażerskiej. 

Milczeli. Nie potrzebowali słów.