background image

Na Kubie wszystko się kończy. Oprócz 
komunizmu  

Maciej Stasiński  
2009-05-25, 

 

 

Mieszkańcy Hawany pchają fiata 126p produkowanego kiedyś w Polsce. Zdjęcie z kwietnia br. 

 

- Oszczędności albo śmierć! - brzmi nowe hasło kubańskiego komunizmu. Światowy 
kryzys dobija dogorywającą gospodarkę wyspy, a reżim dobija społeczeństwo 

 

Przez pół wieku kubański dyktator Fidel Castro co chwilę kazał rodakom za coś umierać. Najczęściej 
jednak za ideologię: a to za rewolucję, a to za socjalizm, a to za ojczyznę śmiertelnie zagrożoną przez 
amerykański imperializm.  
 
Tym razem schorowanego, sędziwego i od dwóch lat nieobecnego fizycznie w życiu publicznym dyktatora 
zastąpił naczelny propagandzista, szef partyjnego organu "Granma" Lazaro Berreto. 
Po kilku ostrzeżeniach ze strony ministrów rządu, że w gospodarce nadciągają jeszcze cięższe czasy niż te, 
do których Kubańczycy są przyzwyczajeni, w sobotnim numerze dziennika Berreto napisał: "Powaga 
sytuacji jest tak wielka, że jeśli politycznie mówimy: Ojczyzna albo śmierć, to gospodarczo, bez cienia 
przesady, musimy powiedzieć: Oszczędność albo śmierć!".  
 
Barreto przypomniał Kubańczykom litanię zwyczajowych zaklęć: "Władze domagają się racjonalniejszego 
zużycia energii. Kraj potrzebuje ograniczenia kosztów produkcji. Konieczne są środki w celu zwiększenia 
produkcji i zaprzestania marnotrawstwa potencjału, pełnego wykorzystania dnia roboczego, wyciśnięcia 
wszystkich soków z parku maszynowego zakładów pracy i dóbr inwestycyjnych. Nie możemy dłużej 
utrzymywać nierównowagi handlu zagranicznego, gdzie 78 proc. obrotów to import, a tylko 22 proc. 
eksport". 
 
Nad Kubańczykami zawisła groźba najcięższego kryzysu od 1991 r., kiedy upadły Związek Sowiecki 
wstrzymał idące w miliardy dolarów rocznie dotacje dla Kuby i poziom życia gwałtownie się obniżył. 
 
Reżim wyjaśnia od kilku tygodni, że wyspę czeka kolejna zapaść energetyczna. Ministrowie ostrzegają, że 
z początkiem czerwca wrócą wielogodzinne wyłączenia prądu w domach. Od czasu upadku ZSRR były 
one codziennością, ale w ostatnich dwóch latach były rzadsze dzięki dostawom taniej ropy z dotującej 

 

background image

dziś Kubę Wenezueli.  
 
W związku z kryzysem ministerstwo gospodarki i planowania obcięło prognozy gospodarcze na 2009 r. 
Jeszcze niedawno zapowiadało 6 proc. wzrostu PKB, ale wczoraj skorygowało je na 2 proc. Jednak 
emigracyjny Ośrodek Studiów nad Gospodarką Kuby uważa, że będzie znacznie gorzej - kubańska 
gospodarka skurczy się o co najmniej o 0,5 proc. 
 
Przyczyna to światowy kryzys, który szczególnie boleśnie odbija się na skrajnie niewydolnej kubańskiej 
gospodarce. 
 
Wyspa produkuje coraz mniej zarówno na eksport, jak i na potrzeby własne. Ceny zaś na nieliczne 
eksportowane przez nią surowce, jak nikiel lub ropa, którą Kuba dostaje od Wenezueli i odsprzedaje, 
spadają. Coraz mniejsze są też dochody z turystyki dewizowej.  
 
Za to Kuba coraz więcej i coraz drożej sprowadza z zagranicy, m.in. ponad 80 proc. potrzebnej żywności 
pochodzi z importu, w większości z USA, chociaż ponad połowa ziemi uprawnej na wyspie leży odłogiem. 
System kartkowy trwa na wyspie od prawie 50 lat, a chronicznego braku podstawowej żywności nie 
uzupełnia rachityczne rolnictwo prywatne.  
 
Towarów zaczyna brakować już w sklepach dewizowych, gdzie to, czego nie ma na normalnym rynku, 
Kubańczycy mogli dostać za dolary. Reżim przestaje też płacić firmom zagranicznym, które 
zainwestowały kapitał w przedsiębiorstwa mieszane z państwem kubańskim, oraz wstrzymał wypłaty 
gotówkowe z kont zagranicznych firm w bankach. Kryzysu finansowego nie łagodzą już nawet wpływy z 
przysyłanych rodzinom przez blisko 2 mln emigrantów przekazów pieniężnych, zwłaszcza z USA. One też 
spadają, bo dochody amerykańskich Kubańczyków także się kurczą.  
 
Reżim wzywa więc Kubańczyków, by ratunku poszukali w wydźwignięciu zrujnowanego rolnictwa. 
"Naszym wielkim paradoksem jest to, że rozwinęliśmy naukę na miarę pierwszego świata, ale wydajność 
naszego rolnictwa jest czwartoświatowa" - napisał naczelny "Granmy".  
 
Nie wiadomo jednak, jak Kubańczycy mieliby to zrobić. Od kilku miesięcy rząd próbuje co prawda 
oddawać "nieczynną" państwową ziemię prywatnym rolnikom w wieloletnią dzierżawę, ale z braku 
narzędzi, nawozów, nasion i pieniędzy skutków tej "reformy rolnej" nie widać. Tym bardziej że 
jednocześnie władze nie przestają polować na "spekulantów" i wszelki "czarny rynek", który szczególnie 
rozkwitł, gdy w zeszłym roku wyspę spustoszyły huragany, niszcząc ogromne połacie zasiewów i 
powodując straty rzędu 20 mld dol.  
 
Poziom życia Kubańczyków stale spada - w ubiegłym roku nominalna płaca wzrosła o 1,5 proc. (do 
równowartości ok. 20 dol.), podczas gdy inflacja podskoczyła o 5 proc.  
 
Reżim wciąż uważa, że głównym źródłem gospodarczej zapaści jest amerykańskie embargo handlowe, i 
domaga się jego bezwarunkowego zniesienia. W kwietniu br. prezydent Barack Obama obiecał Kubie 
odwilż w stosunkach, a nawet zniesienie embarga, jeśli tylko władze uwolnią więźniów politycznych i 
rozpoczną reformy demokratyczne. Po początkowych wahaniach swego brata i formalnego prezydenta 
Raula faktyczny dyktator Fidel Castro odpowiedział na początku maja, że o żadnych demokratycznych 
gestach mowy być nie może.