background image

 

 
 
 

„POKOCHAJ 

 MNIE” 

 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

ROZDZIAł 1 

 
Jeszcze jeden dzień, i jeszcze sto tysięcy dolarów. Gdyby nie 
dokuczliwy ból żołądka, Edward Cullen czułby się zupełnie zadowolony, 
wchodząc po schodach wiodących do szkoły podstawowej w St. Albans. 
„Kronika St. Albans" nie na darmo nazywała go miejscowym asem gry na 
giełdzie. Zażywając dwie tabletki środka na niestrawność, Edward pomyślał, 
ż

e giełda papierów wartościowych to wspaniała sprawa, bo przy odrobinie 

sprytu można na niej zarobić forsę zarówno wtedy, gdy akcje idą w górę, 
jak i wtedy, gdy idą w dół. Jego zdaniem, obie okazje były równie dobre. 
Pożegnawszy się przed laty z miejscowym domem opieki dla 
chłopców, w którym spędził dzieciństwo, Edward zaczął pracować i każdego 
odłożonego centa inwestował na giełdzie. Opłaciły mu się sowicie 
wyrzeczenia, kiedy skąpił sobie wszystkiego i odżywiał się prawie 
wyłącznie fasolką z puszki. Teraz był multimilionerem i mógłby dać 
głowę, że już nigdy w życiu nie weźmie do ust tej przeklętej fasolki. 
Jeśli czasami coś mu się nie udawało, to nie zaprzątał sobie tym 
przesadnie głowy. Było, minęło. 
Ostatnio dwaj kumple z domu opieki dla chłopców, którym też 
ś

wietnie się powiodło w interesach, namówili go, by przyłączył się do nich 

i został członkiem tajnej fundacji charytatywnej, Klubu Milionerów, dzięki 
której kwoty wyasygnowane na cele dobroczynne można było odpisywać 
od podatków. 
Edward wciąż nie był do końca przekonany, czy dobrze robi, 
wstępując do Klubu, ale postanowił spełnić swój obowiązek. Ruszył 
korytarzem starego budynku w stronę, skąd dobiegały głosy małych dzieci. 
Przyszedł tu, aby przyjrzeć się, jak funkcjonuje program pozalekcyjnych 
zajęć dla dzieci z zerówki. Na podstawie jego opinii Klub Milionerów miał 
potem zdecydować, jaką darowiznę warto przeznaczyć na ten cel. 
Masując sobie lekko bolący żołądek, Edward skręcił w boczny, 
korytarz i zajrzał do klasy, z której dochodziła wrzawa. Zgrabna młoda 
kobieta o bujnych, brązowych włosach, w bluzce ozdobionej wielką czerwoną 
literą ,,j", dyrygowała chórem dzieci, recytujących słowa zaczynające się 
na tę literę. Czyżby to właśnie była nauczycielka, Bella Swan? Gestami i 
tanecznymi ruchami zachęcała dzieci, by głośno powtarzały słowa 
zaczynające się na , j". Promieniowała energią i entuzjazmem. 
- Japonia, jodła, jajko, jaśmin! 
Edward zmarszczył brwi, czując znów silny ból w żołądku. Może to z 
powodu tego hałasu, pomyślał, ale musiał jednocześnie przyznać, że 
metoda nauczania panny Swan jest bardzo skuteczna. O mały włos sam 
nie dołączył do chóru maluchów. 
Bella spostrzegła go i pokiwała ręką. 

background image

- Proszę wejść i przyłączyć się do nas! - zawołała, po czym z 
uśmiechem zapytała dzieci: 
- Na jaką literę zaczyna się słowo: jabłko? 
- Na jot! - wykrzyknęły chórem. 
Edward wszedł do klasy i z ulgą opadł na krzesło, na którym z trudem 
się zmieścił. Żołądek dokuczał mu dotkliwiej niż zwykle, ale starał się o 
tym zapomnieć. Ból z pewnością przejdzie, kiedy tylko ustanie ten 
piekielny harmider. 
Edward lubił dzieci. Z dawnych lat zapamiętał sobie jednak, że żona, 
była żona i dzieci potrafią bez litości wyczyścić człowiekowi konto w 
banku. Lekcji tej uczył się boleśnie każdego miesiąca, kiedy po rozwodzie 
jego matka podejmowała w banku alimenty, które płacił ojciec Edwarda, po 
czym gnała do sklepów i wydawała wszystko co do centa. A nawet więcej 
niż wszystko, tak że wreszcie trzeba było przenieść chłopca do domu 
opieki. Edward poprzysiągł sobie, że nigdy w życiu nie postawi siebie lub 
kogoś z bliskich w podobnej sytuacji. I dlatego nie zamierzał się żenić ani 
mieć dzieci. 
Po chwili jego wzrok znowu przyciągnęła wyjątkowo zgrabna 
sylwetka Belli Swan. To fakt, że ani mu w głowie się żenić, ale może 
mógłby od czasu do czasu umówić się na randkę z jakąś kobietą, pomyślał, 
i przypomniał sobie, jak jego dobry przyjaciel Emmett radził mu, by odrywał 
się czasami od komputera i wychodził się zabawić. 
- Do zobaczenia w czwartek - powiedziała tymczasem nauczycielka, 
odprawiając swoich podopiecznych. - Następnym razem będziemy 
poznawać literę „k". 
Kiedy dzieci wybiegły pędem na korytarz, w klasie zapadła cisza jak 
makiem zasiał. Edward podniósł się ze swego krzesełka i spojrzał Belli w 
oczy. 
- Wiem, że nazywa się pani Bella Swan i że koordynuje pani 
specjalny program dla dzieci z zerówki - odezwał się. 
- A pan nazywa się Edward Cullen - skinęła głową Bella. - 
Uprzedzono mnie, że może pan do nas wpaść, ale właściwie nie wiem, o 
co chodzi. Czy zamierza pan zapisać dziecko na zajęcia? 
- Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu chciałbym się zorientować, na 
czym polega ten program. Muszę trochę więcej się o nim dowiedzieć. 
 Czy da się pani zaprosić dziś wieczorem na kolację? 
Bella pomyślała, że chętnie przyjęłaby jego zaproszenie, ale 
postanowiła nie dać się skusić. A także zignorować fakt, że inteligentne 
spojrzenie Cullena wzbudziło jej zainteresowanie, pociągały ją rysy jego 
twarzy i zarys zmysłowych ust. Nakazała sobie nie myśleć o tym, że jego 
szerokie ramiona znamionują siłę i opiekuńczość. Musiała po prostu 
wszystko to odrzucić. Chociaż nie umiała sobie nawet przypomnieć, kiedy 
ostatnio jadła kolację z przystojnym, inteligentnym mężczyzną, świetnie 
wiedziała, że w jej życiu nie ma miejsca na randki. 
- Przykro mi, ale dzisiaj nie mogę. 
- To może jutro? 

background image

- Jutro też nie. Właściwie to odpadają wszystkie wieczory do końca 
roku. 
- Ale dlaczego? - zapytał z niedowierzaniem. 
- Z trzech powodów - odparła, chcąc raz na zawsze uciąć rozmowy 
na ten temat. - Mają lat pięć, trzy i trzy. Moje dzieci. - Nie wyjaśniła mu, 
ż

e kiedy przed ośmioma tygodniami zginęli w wypadku jej siostra i 

szwagier, ich dzieci - Emily, Jacob i Embry - stały się jej podopiecznymi. 
- Ma pani trójkę dzieci? - zdziwił się. - Ale nie widzę na palcu 
obrączki... 
- Ach, nie jestem mężatką. I nigdy nie byłam. 
- Teraz już rozumiem, dlaczego jest pani taka zajęta - rzucił Edward, 
masując bolący żołądek z wyrazem roztargnienia na twarzy. - Czy jest tu 
może toaleta? - zapytał nieoczekiwanie. 
- Oczywiście, tuż za tymi drzwiami - powiedziała Bella, wskazując 
wyjście w głębi pokoju. - Czy pan się dobrze czuje? - zagadnęła, 
zaniepokojona wyrazem jego twarzy. 
Edward mruknął coś pod nosem i ruszył we wskazanym kierunku. 
Bella zmarszczyła brwi. Wielu mężczyzn po prostu czuje się 
nieswojo wśród dzieci, ale nie spodziewała się, że mogą one doprowadzić 
kogoś do mdłości. Wzruszyła ramionami i szybko uporządkowała klasę 
przed wyjściem. Słysząc po chwili przytłumiony dźwięk, jakby 
kaszlnięcie, podeszła do drzwi i zapukała. 
- Edward, dobrze się czujesz? 
W odpowiedzi usłyszała kaszlnięcie. 
- Czy mogę wejść? 
- Tak, ale... 
Gdy otworzyła drzwi, natychmiast uderzyła ją bladość jego twarzy. 
W ręku trzymał poplamiony krwią papierowy ręcznik. 
- Krwotok z nosa? - zapytała. 
- Nie, kasłałem i... 
Bella nie wiedziała, co mu dolega, ale od razu się zorientowała, że 
coś jest nie w porządku. 
- Musimy pojechać do szpitala - oznajmiła. 
Edward zaprotestował, ale wkrótce poczuł, że znów musi zakasłać. Ze 
wszystkich sił starał się powstrzymać i opanować wrażenie, jakby głowę 
spowiła mu gęsta mgła. W krótkich chwilach przytomności widział, jak 
Bella niczym kierowca rajdowy prowadzi swojego volkswagena garbusa i 
w sposób, który zupełnie nie przystoi nauczycielce, klnie na kierowców, 
zanadto jej zdaniem opieszałych. 
Edward wstrzymał na chwilę oddech, gdy złapał go znowu atak 
palącego bólu. Kątem oka zauważył, że Bella zerka na niego z niepokojem. 
- Oddychaj - przykazała mu. - Jesteś zanadto spięty i wtedy boli cię 
jeszcze bardziej. To jest trochę tak jak z porodem. Kiedy oddychasz, 
łatwiej ci znieść ból. 
- Z pewnością wiesz, co mówisz - odparł i z wysiłkiem wciągnął 
powietrze. Miał wrażenie, że powieki uciska mu jakiś wielki ciężar. Gdyby 

background image

tylko mógł choć przez chwilę odpocząć... 
- Edward! Obudź się! 
- Co takiego? - wyszeptał, krzywiąc się z bólu, ale nie otwierając 
oczu. 
- Dojeżdżamy do szpitala. 
Nigdy w życiu nie czuł się tak bardzo zmęczony. Otworzył usta, 
ż

eby podziękować Belli, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. 

Gdy samochód zatrzymał się z piskiem hamulców, posłyszał wokół 
siebie głosy. 
- Pluje krwią - wyjaśniła Bella. - Mam wrażenie, że go boli żołądek. 
- To może być wrzód żołądka - odezwał się męski głos. - Chyba 
pójdzie na stół. 
Edward znowu usiłował protestować, ale bez rezultatu. Całą energię 
skupił na tym, by otworzyć oczy, i gdy mu się to w końcu udało, napotkał 
pełen niepokoju wzrok Belli. 
- Dzięku... - zdołał wyszeptać, zanim położyła mu palec na ustach i 
potrząsnęła głową. 
- Nie marnuj sił. I nie zapomnij głęboko oddychać - powiedziała, 
musnąwszy wargami jego policzek. 
Edward czuł, jak wiozą go chodnikiem i dalej przez drzwi szpitala. Ból 
stał się nieznośny, więc przestał już z nim walczyć i przymknął oczy. 
Ogarnęła go ciemność. Zdążył jeszcze usłyszeć, że jakaś kobieta kazała go 
szybko zawieźć na ostry dyżur chirurgiczny. Potem nie słyszał już nic. 
Oczyma wyobraźni ujrzał swoich dobrych przyjaciół, Emmetta i 
Jaspera. Obaj ze smutnymi minami stali nad jego łóżkiem i kiwali 
głowami. 
- Taki młody człowiek - westchnął Emmett. 
- Jaka szkoda - dodał Jasper. - Pomyśl tylko, całe życie tylko 
pracował i martwił się o szmal. 
- I nigdy mu się to nie udało - rzekła ze smutkiem Rosalie, żona 
Emmetta, biorąc męża za rękę. - Chyba był tego blisko, ale niestety... 
Blisko czego? - zdumiał się Edward. 
- Aż trudno uwierzyć, że nie napisał testamentu. Wściekłby się, 
gdyby wiedział, że lwią część jego majątku może zagarnąć rząd. 
Testamentu! Edward poczuł, jak ogarnia go panika. Nie sporządził 
dotąd testamentu, bo zawsze uważał, że ma jeszcze mnóstwo czasu. Oblał 
go zimny pot. Czyżby już nie żył? 
- Żałuję, że go to ominęło - powiedziała Rosalie, ocierając łzę z 
policzka. - Naprawdę wielka szkoda. To musi być straszne, pod sam 
koniec zdać sobie sprawę, że się zmarnowało życie. Że się nigdy nikogo 
nie kochało. Wielka szkoda - powtórzyła z naciskiem a zarazem z żalem, 
przytulając się do Emmetta. 
Edward wciąż zastanawiał się, czy jeszcze żyje, czy też nie. 
Przypominał sobie różne rzeczy, które zamierzał zrobić, ale dopiero 
później, znacznie później. Najgorsze było jednak przygniatające poczucie 
niewyobrażalnej pustki. Znowu ogarnął go paniczny lęk. Czyżby 

background image

rzeczywiście zmarnował życie? Zajmował się wyłącznie pomnażaniem i 
zabezpieczaniem swego majątku i nie dostrzegał niczego i nikogo wokół 
siebie? Czy dzięki niemu świat stał się lepszy? Poczuł, jak pochłania go 
fala żalu na myśl o tym, ile powinien był zrobić. 
Panie Boże, jeśli mnie słyszysz, proszę Cię, wybacz mi. Wszystko 
schrzaniłem. Gdybyś mi tylko dał jeszcze jedną szansę... 
Idiotyczny pomysł, pomyślał. A cóż takiego ten Edward zrobił, żeby 
na nią zasłużyć? A może Bóg da mi jeszcze jedną szansę... 
Z wielkim trudem otworzył powieki, które ciążyły mu jak ołów. 
- Chyba się budzi - odezwał się znajomy głos. 
- Hej, Edward, witaj w krainie żywych - zagadnął inny znajomy głos. 
Edward zamrugał powiekami i ujrzał przed sobą twarze stojących przy 
łóżku dwóch przyjaciół, Emmetta McCanthry i Jaspera Halle. 
- Ależ nam napędziłeś stracha - powiedział Emmett z troską w 
głosie. 
Edward pomyślał w tym momencie, że Emmett bardzo się zmienił na 
korzyść, odkąd się ożenił i został ojcem. 
- Wiem, że nie bardzo ci się chciało zająć tą sprawą 
programu dla dzieci z zerówki - wtrącił Jasper - ale czy to możliwe, 
ż

ebyś od wizytacji wolał operację? 

Edward miał ochotę się zaśmiać, ale przeszkodził mu ostry ból w boku. 
- Litości, Jasper - zdołał wykrztusić. 
- Wyglądasz, jakby przejechała cię ciężarówka - dodał Jasper i 
pokręcił głową. 
- Wielkie dzięki - odparł z przekąsem Edward. 
- Dobra - powiedział Jasper. - Dosyć tego. Naprawdę, stary, musisz 
bardziej na siebie uważać. Nie chcę, żeby ci się coś stało. Fajny z ciebie 
gość, chociaż takie skąpiradło. 
- No, może nie dość fajny - mruknął pod nosem Edward. 
- Teraz niestety muszę lecieć, w zeszłym tygodniu wykupiłem bilet 
na ten lot czarterowy - oznajmił z żalem Jasper. - Ale przynajmniej będę 
miał spokojną głowę, wiedząc, że się wykaraskasz. 
- Czarter do Rio czy do Paryża? - zaciekawił się Edward. Jasper wciąż 
gdzieś podróżował. Czasami można było odnieść wrażenie, że chce uciec 
od samego siebie. 
- Na Wyspy Karaibskie. Weekend w Belize. 
- Blondynka czy brunetka? - zagadnął Edward. 
- Tym razem ani jedno, ani drugie. Zaprosiłem Alice Brandon, ale mi 
dała kosza. Już trzeci raz w tym miesiącu. Mówi się trudno, będę łowił 
ryby i muszę sobie to i owo przemyśleć. No, na mnie pora - powiedział, 
zerkając na złoty zegarek. - Trzymajcie się, chłopaki. 
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Edward spojrzał z 
niedowierzaniem na Emmetta. 
- Jasper? Musi sobie to i owo przemyśleć? 

 

- No wiesz, on ma fioła na punkcie Alice. 
- A ja sądziłem, że do niego zawsze ustawia się długa kolejka kobiet. 

background image

- Sądzę, że między nim i Alice było więcej, niż Jasper gotów jest 
przyznać. Ale ty pewnie chciałbyś się już zdrzemnąć, więc sobie pójdę... 
- Posłuchaj... - odezwał się z wahaniem Edward. - Mam wrażenie, że... 
mogłem wykorkować. 
- Tak to wyglądało - przyznał Emmett. 
- Wiesz, myślałem o tysiącu rzeczy, których dotąd nie zrobiłem. 
- Na przykład, nie poleciałeś do Belize? - uśmiechnął się Emmett. 
- Nie - potrząsnął głową Edward. - Myślałem o naprawdę ważnych 
sprawach. Na przykład, wydaje mi się, że ty żyjesz w harmonii. Jak ty to 
robisz? 
- Och, to nic trudnego. Po prostu mam Rosalie i naszą małą. Wiem, że 
mogę stracić wszystko i wszystkich, ale Rosalie pozostanie przy mnie. Poza 
tym cieszy mnie nasza wspólna działalność - powiedział i zaśmiał się 
cicho. - Rosalie uważa, że wszyscy trzej czujemy się trochę jak naciągacze z 
powodu forsy, jaką zarobiliśmy. Dzięki temu, że część pieniędzy oddaję na 
zbożne cele, czuję się mniejszym naciągaczem. Ale teraz - Emmett 
spojrzał uważnie na Edwarda - powinieneś odpocząć. Wszystko będzie 
dobrze. 
Po wyjściu przyjaciela, zapadając w sen, Edward próbował sobie 
wyobrazić, że gdyby był mężem i ojcem, to miałby wrażenie, że jego życie 
ma sens, ale nie bardzo mu się to udawało. 
Trzy tygodnie później, już we własnym domu, Edward wciąż czuł, że 
coś go nęka, ale to coś nie miało nic wspólnego z wrzodem żołądka. 
Ponieważ chciał podziękować Belli Swan za to, że go zawiozła do 
szpitala, odszukał jej adres i po zamknięciu giełdy pojechał odwiedzić ją w 
domu. Zaparkował samochód za jej volkswagenem. Rozglądając się po 
okolicy, spostrzegł duży jednopiętrowy dom, okolony dębami i płaczącymi 
wierzbami, który wyglądał na nieco starszy niż inne. W pobliżu bawiła się 
spora gromadka dzieci. 
Wyjął z samochodu bukiet herbacianych róż, wszedł po schodach na 
ganek i nacisnął dzwonek. Zaraz potem przez szybę wyjrzała dziewczynka 
ze sterczącymi warkoczykami i zlustrowała go spojrzeniem. 
- Jakiś pan stoi za drzwiami! - zawołała głośno. 
W tym momencie dwójka maluchów z tupotem podbiegła do drzwi i 
zaczęła mu się przyglądać. Jeden z chłopców wsadził palec do ust. 
Bliźniaki, pomyślał Edward, wdzięczny jak zawsze, że ojcostwo nie jest 
sensem jego życia. 
Po chwili przy drzwiach pojawiła się Bella, ubrana w szorty, które 
odsłaniały jej długie, zgrabne nogi. Ciepłym gestem przygarnęła do siebie 
malców, po czym ze zdziwieniem spojrzała na Edwarda stojącego z 
bukietem róż w ręku. Napotkawszy jego wzrok, uśmiechnęła się. 
Edward poczuł, jak niespodzianie drgnęło mu serce. Bella otworzyła 
drzwi i powiedziała: 
- Wejdź, proszę. Dzwoniłam kilka razy do szpitala, żeby się 
dowiedzieć, czy udało ci się przeżyć moją szaloną jazdę. Jak się czujesz? 
Czy to był wrzód żołądka? 

background image

- Czuję się znacznie lepiej - odparł, potakując głową. 
- Tak, to był wrzód żołądka. Po operacji podawali mi antybiotyki. 
Był zażenowany, kiedy w szpitalu mu powiedziano, że gdyby 
bardziej dbał o siebie i zażywał odpowiednie leki, mógłby uniknąć 
operacji. 
- Mężczyźni nie lubią chodzić do lekarza, prawda? 
- zagadnęła Bella. 
- W każdym razie nie lubi ten, którego widzisz przed sobą - odrzekł, 
podając jej kwiaty. - To dla ciebie. Z podziękowaniem, że uratowałaś mi 
ż

ycie. 

Róże były tylko drobnym gestem z jego strony i Edward nie zamierzał 
na nich poprzestać. Obiecał sobie, że przyjdzie z pomocą finansową Belli i 
jej programowi zajęć dla przedszkolaków. 
- Nie ma za co - uśmiechnęła się i przyjęła od niego kwiaty. 
Oba szkraby obejmowały ją za nogi. Edward świetnie rozumiał, 
dlaczego pragną jej bliskości. Bella promieniowała optymizmem, kobiecą 
siłą i opiekuńczością - te cechy pociągają wszystkich chłopców, małych i 
dużych - a także zmysłowością, przywodzącą na myśl kuszące, egzotyczne 
perfumy. 
- Ach, zapomniałam o dobrym wychowaniu - powiedziała, 
spoglądając na główki chłopców. - Edwardzie, pozwól, że ci przedstawię 
moje dzieciaki. Oto Jacob, Embry i Emily. Powąchajcie, chłopcy, jak 
cudnie pachną te przepiękne róże. A ty, kochanie - zwróciła się do 
dziewczynki - czy mogłabyś tu przynieść wazon z wodą? Znajdziesz go 
pod zlewem w kuchni. Kolacja już prawie gotowa - dodała - biegnijcie 
myć ręce. 
- Ja pierwszy! - zawołał Embry. 
- Nie, ja pierwszy! - odkrzyknął Jacob. 
- Kurczak z knedlami to ich ulubione danie - wyjaśniła Bella. - Coś 
na pocieszenie. Robimy dużo rzeczy na pocieszenie, odkąd zginęła moja 
siostra i jej mąż. 
- To się stało niedawno? - zapytał Edward, marszcząc brwi. 
- Tak. - Bella pokiwała głową ze smutkiem w brązowych oczach. - 
Dzieciaki tego samego dnia straciły oboje rodziców. Zginęli w wypadku 
samochodowym. 
- Więc to nie są twoje dzieci? 
- Teraz są moje - odrzekła z naciskiem. - I zostaną ze mną bez 
względu na to, co pewna kobieta z opieki społecznej będzie wygadywać na 
temat mojego wieku i za co jeszcze zechce mnie skrytykować. 
W tym momencie przybiegła Emily, pociągnęła Bellę za rąbek bluzki 
i szepnęła jej coś na ucho. Bella uśmiechnęła się do niej i skinęła głową, po 
czym powiedziała: 
- Emily chciała zapytać, czy zostaniesz z nami na kolacji. 
Edward, spojrzawszy w smutne brązowe oczy dziewczynki, 
przypomniał sobie swoje własne, niewesołe dzieciństwo. Nie potrafiłby 
odmówić takiemu zaproszeniu. Poza tym mógłby skorzystać z okazji i 

background image

dowiedzieć się więcej szczegółów o prowadzonym przez Bellę programie. 
No i, co tu dużo mówić, miał ochotę jeszcze trochę na nią popatrzeć. 
- Bardzo chętnie zostanę - powiedział bez wahania w głosie. 

ROZDZIA

Ł 

DRUGI 

- Chciałabym objąć tym programem jeszcze przynajmniej pięć szkół 
podstawowych w naszym okręgu - odparła Bella, gdy Edward zagadnął ją o 
dalsze plany. - Tak naprawdę, to pragnę nim objąć szkoły w całym okręgu, 
a jeśli już mam być szczera, to wyznam, że marzy mi się rozszerzenie go 
na cały nasz stan, a potem na cały kraj. - Powiedziawszy to, zamilkła, 
wpatrując się w twarz Edwarda. Wiedziała, że niektórym ludziom jej 
marzenia wydawały się zbyt ambitne, ale miała wrażenie, że Edward ją 
rozumie. 
- Bella, królowa liter dużych i małych - uśmiechnął się, zerkając na 
nią z ukosa. 
- Cóż, nie zaprzeczę - przyznała. - Dwie i pół godziny tygodniowo 
mogą zdziałać wiele dobrego dla dzieci, które uczestniczą w naszym 
programie. 
- Czego potrzebujesz, aby zrealizować swój plan? Pieniędzy? 
- Z pewnością - odparła. - Byłoby dobrze, gdyby uczestniczący w 
nim nauczyciele wiedzieli, że nagradza się ich czas i doświadczenie. 
Należałoby też zrobić tej inicjatywie reklamę, powinna zdobyć poparcie 
jakiejś organizacji kobiecej, no i sponsora, który zechciałby nas wesprzeć. 
Niestety, sama nie mogę się tym zająć, odkąd zostałam mamusią tej 
kochanej trójki - dodała. Spoglądając na dzieci, zauważyła, że Embry wierci 
się na krześle. 
- Potrzebujesz pójść do łazienki? - spytała. 
- Aha, ale boję się, że mi deser ucieknie. 
- Biegnij. Obiecuję, że deser poczeka na ciebie. - Widząc pytanie w 
oczach Edwarda, wyjaśniła: - On czasami za długo się wstrzymuje. Ale 
czekaj, chciałam cię zapytać, czy wolno ci jeść czekoladę? 
- Wolno mi jeść wszystko, na co tylko mam ochotę - odparł cicho, z 
niebezpiecznym błyskiem w oku. 
Bella przygryzła lekko wargę. Odchrząknęła, wstała z miejsca i 
powiedziała: 
- To świetnie, więc proszę, poczęstuj się ciastem czekoladowym, 
które upiekłyśmy dziś z Emily. 
- Ciociu Bello, już jestem! - zawołał Embry, wbiegając do pokoju. 
- Czy pan jest nauczycielem, jak ciocia Bella? - zagadnęła Emily. 
- Nie, handluję akcjami. 
- W którym biurze maklerskim? - zaciekawiła się Bella. 
- W żadnym. Kupuję i sprzedaję za pośrednictwem Internetu. 
Bella przyjrzała mu się uważniej. Jej zdaniem, wcale nie wyglądał na 
spekulanta giełdowego. 
- A co się dzieje, kiedy na giełdzie jest bessa? 
- Wtedy pożyczam akcje w danej cenie, mając nadzieję, że je zwrócę 
po niższej cenie. Składam zamówienie, licząc na to, że cena będzie 

background image

wysoka, i wycofuję się, kiedy spada. 
- W życiu o tym nie słyszałam. 
- Bo tylko w Ameryce można zarobić albo stracić pieniądze na 
czymś, czego nie jest się właścicielem. To zabawa nie dla mięczaków - 
wyjaśnił Edward, uśmiechając się. 
- I właśnie z tego powodu dostaje się wrzodów żołądka? - zapytała 
Bella. 
- No, pewnie tak - przyznał niechętnie. - Ale ten, kto w ogóle nie 
zarabia, może mieć jeszcze więcej wrzodów żołądka. 
- Jak wygląda taki wrzód? - zaciekawiła się Emily. 
- On siedzi w brzuchu i czasami bardzo boli - wyjaśniła Bella. 
- Kiedy mnie boli brzuszek, puszczam pawia - powiedział Jacob, 
ale zerkając na ciasto, szybko dodał: - Ale teraz mnie nie boli. Cieszy się, 
bo wie, że dostanie kawałek ciasta. 
- Mój brzuszek jeszcze bardziej się cieszy! - zawołał Embry. 
- Jeśli wasze brzuszki się nie uspokoją, to mogą wcale nie dostać 
ciasta - uprzedziła Emily. 
Zapadła głucha cisza. Na całą minutę. Po czym odezwał się dzwonek 
do drzwi. 
- Pójdę otworzyć - oznajmiła Emily, wybiegając z kuchni. 
- Kto to może być? - zdziwiła się Bella, stawiając przed chłopcami 
talerzyki z ciastem. 
- Przyszła pani Weber! - zawołała Emily z holu. 
- To jedna z tych pań z opieki społecznej - wyjaśniła Bella, widząc, 
ż

e Edward spogląda na nią pytająco. - Mam wrażenie, że mnie nie lubi. 

- Co tu ma do roboty opieka społeczna? - zapytał. - Przecież jesteś 
najbliższą z żyjących krewnych, czy tak? 
- To prawda. Ale to jest trochę skomplikowane, bo moja siostra nie 
zostawiła testamentu. 
Zerkając na ciasto, Bella zauważyła: 
- No, z pewnością nie spodoba się jej nasze ciasto. 
- Ciasto? - powtórzył Edward z niedowierzaniem. - A to dlaczego? 
- Z pewnością do czegoś się przyczepi - odparła Bella, odgarniając 
włosy z czoła. 
Po chwili w drzwiach stanęła korpulentna kobieta. Bella powitała ją, 
uśmiechając się promiennie. 
- Pani Weber! - zawołała. - Jaka miła niespodzianka. Właśnie 
jesteśmy przy deserze. Czy zechce się pani do nas przyłączyć? 
Kobieta obrzuciła wzrokiem pokruszone ciasto i chłopców, którzy 
twarze i ręce mieli umazane czekoladą. 
- O tej porze dzieci jedzą słodycze? - zapytała z dezaprobatą w 
głosie. - Nie będą mogli zasnąć - dodała, spoglądając wyniośle na Bellę. - 
Poza tym mała Emily nie powinna sama otwierać drzwi, to niebezpieczne. 
Dziwię się, że jej pani pozwala. 
- Właśnie kroiłam... - zaczęła się tłumaczyć Bella, po czym nagle 
urwała. Ciekawe, dlaczego za sprawą pani Weber poczuła się jakby nie na 

background image

miejscu. Wiedziała przecież, że chce i musi być matką dla dzieci swojej 
siostry, że one bardzo jej potrzebują. - Z pewnością pani zauważyła, że 
Emily wprawdzie podchodzi do drzwi, ale otwiera je tylko temu, kogo zna. 
Czy mogłabym jeszcze w czymś pani pomóc? 
- Wydział zdrowia przeprowadzi tu w przyszłym tygodniu inspekcję 
- oznajmiła niechętnie pani Weber. 
Bella zrobiło się lżej na sercu. No, wreszcie jakiś postęp, w końcu 
coś się będzie działo. 
- Dziękuję za dobrą wiadomość - powiedziała. - Może zrobimy jakiś 
krok do przodu. 
- To dopiero początek całej procedury - przypomniała jej pani 
Weber, spoglądając na Edwarda, który wstał i wyciągnął do niej rękę. 
- Jestem Edward Cullen. Poznałem Bellę, gdy prowadziła w szkole 
zajęcia dla dzieci z zerówki. Z pewnością musiała pani słyszeć, jakie ma 
ś

wietne wyniki w pracy. 

Bella, zaskoczona, że znalazła w nim sojusznika, podziękowała mu 
spojrzeniem. W jego zielonych oczach zapalił się wesoły ognik. 
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że panna Swan wzięła na siebie 
dużo obowiązków - oznajmiła z godnością pani Weber. - A teraz może 
mnie pani odprowadzić do drzwi. 
W przedpokoju Bella musiała wysłuchać dłuższego wykładu na 
temat metod wychowywania dzieci, którym uraczyła ją pani Weber. Po 
jej wyjściu oparta się o framugę drzwi, chcąc zebrać myśli. Zadziwiające, 
jak obecność jednej tylko osoby może popsuć radosną atmosferę w rodzinnym 
gronie. Bella czuła się urażona, nie potrafiła pojąć, co właściwie 
ta kobieta ma przeciwko niej. Możliwe, że chodziło jej o to, iż Bella jest 
jeszcze bardzo młoda i nie jest mężatką. Jedno było pewne: pani Weber 
nic się nie podobało. Mogła na wiele sposobów utrudnić jej życie, i czyniła 
to z upodobaniem. 
Bella westchnęła i wróciła do kuchni. Bliźniaki właśnie oblizywały 
palce, a Emily kończyła pałaszować duży kawał lukrowanego ciasta. Cała 
trójka miała uśmiechnięte buzie, umazane czekoladą. 
Jak ja bardzo kocham te szkraby, pomyślała z rozczuleniem. 
- Dlaczego ta pani tak się czepia? - zapytał Embry. 
- Jest zła, bo niedawno ciocia Bella trafiła piłką baseballową w 
przednią szybę jej samochodu i szyba się stłukła - wyjaśniła Emily. 
- Przecież ją przeprosiłam i zapłaciłam za wymianę szyby - 
usprawiedliwiła się Bella, czując, jak płoną jej policzki. 
- Ale ona wciąż jest zła - oznajmiła Emily, potrząsając 
warkoczykami. 
- Pewnie powinna jadać więcej ciasta - odezwał się Jacob. - Mogę 
jeszcze kawałek? 
- Nie, kochanie, już dosyć. A teraz ten, kto pierwszy się umyje i 
znajdzie się w łóżku, będzie miał prawo wybrać bajkę na dobranoc. 
Cała trójka co sił w nogach wybiegła z kuchni. 
- A więc rozbiłaś szybę jej samochodu podczas pierwszego spotkania 

background image

- zaśmiał się Edward i potrząsnął głową. 
- Niechcący - powiedziała Bella, zbierając naczynia ze stołu. - 
Właściwie to jeszcze się wtedy nawet nie znałyśmy. - Wzruszyła 
ramionami. - Skąd miałam wiedzieć, że ona wjedzie na mój podjazd? 
- Ta kobieta kogoś mi przypomina - odezwał się Edward. 
- Babę Jagę? 
- Zgadłaś - ucieszył się, po chwili jednak zapytał poważnie: - Czy 
ona może ci przeszkodzić w uzyskaniu prawa do opieki nad dziećmi? 
- Nie sądzę - odrzekła Bella z wahaniem. - Ale z upodobaniem rzuca 
mi kłody pod nogi. Wciąż ma mi coś za złe. 
- Czy ma jakieś inne powody, poza tym, że jej rozbiłaś szybę? 
- Uważa, że jestem za młoda, pracuję zawodowo, no i nie mam 
męża. 
- I za często się uśmiechasz. A przede wszystkim jesteś zbyt ładna. 
Dam głowę, że nie może ci tego darować. 
Bella spojrzała w jego zielone oczy i nagle zrobiło jej się żal, że ma 
dla siebie tak mało czasu. Edward był zdecydowanie najbardziej 
interesującym mężczyzną, jakiego poznała, i już sama jego obecność w 
domu przypominała 
jej, że jest kobietą. Gdy tylko ta myśl przemknęła jej przez głowę, z 
łazienki rozległy się krzyki dzieci. No tak, nie ma czasu, więc trzeba 
wykorzystać każdą dobrą chwilę. 
- Dziękuję ci, że do nas wpadłeś - powiedziała i pod wpływem 
jakiegoś niezrozumiałego impulsu pocałowała go. Powinna go była 
pocałować w policzek, ale ku własnemu zaskoczeniu złożyła ten pocałunek 
na jego ustach. Przez moment poczuła piżmowy zapach jego wody 
toaletowej i czekolady. Było to bardzo pociągające połączenie. 
- Czy masz zwyczaj całować każdego mężczyznę, któremu uratujesz 
ż

ycie? - zapytał z zaciekawieniem Edward, kiedy się od niego odsunęła. 

- Nieczęsto ratuję ludziom życie - odparła. - Ostatnio klepałam po 
plecach pewnego pierwszoklasistę, który dławił się, próbując połknąć 
całego hot doga. Szczęśliwie udało mu się przeżyć. - Bella przygryzła 
wargę i po chwili odezwała się: - Dziękuję, że wstawiłeś się za mną u pani 
Weber. 
- Ciociu Bello! - zawołały chórem bliźniaki. 
- Muszę do nich iść - powiedziała z żalem, a zarazem z ulgą. - 
Pozwolisz, że nie odprowadzę cię do drzwi? 
Edward skinął głową, przyglądając się jej z zadumą. 
- Dobranoc - uśmiechnęła się do niego i wychodząc z kuchni, 
pomyślała, że kiedy tu wróci, zastanie górę nie pozmywanych naczyń, ale 
Edwarda już nie będzie. 
Po przeczytaniu trzech bajek, zaśpiewaniu pięciu piosenek i utuleniu 
dzieci do snu Bella cicho zamknęła drzwi do ich sypialni. W przedpokoju 
oparła się na chwilę o ścianę i skrzyżowawszy ręce na piersi, rozkoszowała 
się w ciemności chwilą ciszy i spokoju. 
- Jakoś sobie poradzę - szepnęła, walcząc ze zmęczeniem. - Muszę 

background image

dać tym szkrabom to, czego potrzebują. 
Bella zawsze uważała siebie za osobę dzielną i silną, gotową 
pomagać słabszym, dlatego zdziwiło ją, że obowiązki mamy tak ją dziś 
utrudziły. Zaskoczyło ją także, że poczuła się taka samotna. Ale nie było 
na to rady, musiała się przemóc i pozmywać naczynia. U progu kuchni 
stanęła jak wryta. Jej przewidywania okazały się tylko częściowo słuszne. 
Edward wprawdzie już dawno wyszedł, ale przed wyjściem wszystko 
pozmywał. 
Serce zabiło jej mocniej. Przeciągnęła palcami po czystym blacie. 
Edward kompletnie ją zaskoczył. Poza tym uznała, że jest bardzo 
interesujący. Może innym razem uda się jej rozwiązać tę zagadkę, którą 
dostrzegła w jego oczach. Może... Ale po chwili pomyślała o dzieciach i 
pokręciła głową. Nie innym razem, ale w innym życiu. 
 
 

ROZDZIAł 2 

 
 
Edward wysiadł z samochodu i stanął przed swoim domem, 
położonym w zamożnej dzielnicy miasta, dobrze oświetlonej i 
patrolowanej przez policję. Kiedy wszedł po schodkach i otworzył drzwi 
wejściowe, uderzyła go panująca wewnątrz cisza. W porównaniu z domem 
Belli, pełnym hałasu i chaosu, jego własny wydał mu się teraz trochę 
zanadto cichy i spokojny. 
Na myśl o tym zmarszczył brwi. Co za nonsens. Przecież jej dom był 
przykładem tego wszystkiego, czego zawsze pragnął w życiu unikać. 
Osób, które byłyby na jego utrzymaniu. Niezliczoną ilość razy, 
wypełniając kwestionariusze podatkowe, w rubryce „Ile osób na 
utrzymaniu" pisał „nie mam". I nie zamierzał tego zmieniać. Zero to liczba 
ładna, bezpieczna, okrągła. Jako dziecko tyle razy przeżywał 
rozczarowanie ze strony osób, które oświadczały, że Edward pozostaje na 
ich utrzymaniu. Teraz on sam nie chciał nikogo rozczarować. 
Poczuł dziwny niepokój na myśl o Belli i jej sytuacji. Wzięła na 
siebie dużą odpowiedzialność, a nie miała chyba odpowiednich środków, 
by się z niej wywiązać. 
Edward przeszedł korytarzem do pokoju, w którym zainstalował 
najnowocześniejszą aparaturę wideo i stereo. Sięgnął po DVD z jednym ze 
starych filmów z Jamesem Bondem. Łagodnie oświetlony pokój i 
wygodne, kryte skórą włoskie meble zapraszały do miłego wypoczynku. 
Edward bez trudu mógł tu sobie wyobrazić Bellę, wyciągniętą leniwie na 
kanapie; oczami wyobraźni widział jej ponętne kształty. Wzdrygnął się 
jednak na myśl o maluchach, bardzo skądinąd sympatycznych, które by 
szalały w jego azylu ciszy i spokoju. 
Odsunął od siebie te wyobrażenia i wsunął DVD do odtwarzacza. 
Zgoda, zmył naczynia w domu Belli i zamierzał ofiarować okrągłą sumę 

background image

na jej program dla dzieci z zerówki, ale był przekonany, że w przyszłości 
nie będą mieli ze sobą nic wspólnego. 
W ciągu następnego tygodnia Edward starał się nie myśleć o Belli i 
powrócił do swych codziennych zajęć, czyli handlu papierami 
wartościowymi. Ale całkiem nieoczekiwanie wiele razy dziennie widział 
przed sobą jej uśmiechniętą twarz, słyszał wesoły śmiech i nieomalże czuł 
na wargach jej usta. Ponieważ wkrótce miał się spotkać z pozostałymi 
członkami Klubu Milionerów, aby im przekazać najnowsze informacje, 
wyszedł ze swego gabinetu w domu i pojechał do szkoły, gdzie Bella 
prowadziła zajęcia. Wszedł do klasy akurat w chwili, gdy kończyła lekcję. 
- A teraz słowa na „p" - oznajmiła Bella, ubrana w pomarańczowy 
dres i stroik na głowę z wielką literą „p". Na jej widok Edward poczuł, że 
ż

ywiej zabiło mu serce. 

- Pirat! - zawołał mały chłopaczek. 
- Placek - wyrwała się dziewczynka. 
- Pomarańcza - pisnął inny malec. 
Po paru minutach wyliczania Bella uniosła ręce i przerwała zabawę. 
- Myślę, że już pamiętacie - powiedziała, akcentując głoskę „p". - A 
teraz pora się pożegnać. Przepięknie mi podpowiadaliście. Poproście 
rodziców, żeby poćwiczyli z wami literę „r". No, zmykajcie do domu. 
Patrząc za wybiegającymi dziećmi, Bella ujrzała Edwarda. Przeciągle 
spojrzała mu w oczy, a on odwzajemnił to spojrzenie i ruszył w jej stronę. 
- Znowu mnie zaskoczyłeś - odezwała się z uśmiechem. - Mam 
nadzieję, że nie odnowiły ci się wrzody żołądka. 
- Nie - odrzekł. - Ze mną wszystko w porządku. Ale już kilka razy 
pytałem cię o twój program zajęć i potrzeby finansowe, a ty mi nigdy nie 
odpowiedziałaś. 
- A ty nigdy mi nie wyjaśniłeś, dlaczego cię to interesuje - odparła. 
- Po prostu znam kogoś, kto chciałby pomóc w realizacji tego 
programu. 
- Ach, to by było cudownie - powiedziała Bella, a jej twarz się 
rozpromieniła. - Wspaniały byłby też czek in blanco - zażartowała, po 
czym dodała z poważniejszą już miną: - Życie byłoby piękne, gdyby nie 
pani Weber... Zaczynam się obawiać, że ona rzeczywiście może mi przeszkodzić 
w adopcji dzieci. 
- Mam trochę znajomości - odezwał się Edward, widząc jej 
zniechęcenie. Właściwie nie powinno go to wcale obchodzić, ale ku 
własnemu zdziwieniu poczuł, że pragnąłby jej przyjść z pomocą. - Czy 
chcesz się poradzić jeszcze jednego adwokata? 
- Myślę, że wystarczyłoby, gdybym była starsza o dziesięć lat i 
zamężna. To znaczy, że musiałby się wydarzyć jakiś cud. Czy masz coś 
takiego pod ręką? - zapytała. 
Cud. Słowo to wstrząsnęło Edwardem i trochę go zaniepokoiło. 
- Więc twierdzisz, że gdybyś była starsza o dziesięć lat albo miała 
męża, sąd powierzyłby ci opiekę nad dziećmi? 
- Przypuszczam, że tak. 

background image

- I oddałabyś dziesięć lat życia za te dzieciaki? 
- Och, naturalnie - oparła bez namysłu. - Kochający ojciec czy 
matka, poczucie stabilizacji, to wielka sprawa. 
Można było pomyśleć, że sama wychowała się w takiej rodzinie. 
Edward poczuł w sercu ukłucie zazdrości. 
- Sama tego doświadczyłaś? 
- Nie, bynajmniej - odrzekła, patrząc mu prosto w oczy. - Zawsze 
pragnęłam czegoś innego, niż miałam. I tego właśnie chcę dla dzieci mojej 
siostry. 
W tym momencie Edward miał wrażenie, jakby ziemia pod nim 
zadrżała. Ich doświadczenia były tak podobne! Spoglądając w brązowe, 
płonące oczy Belli, uświadomił sobie, że widzi chyba wreszcie sens 
swojego życia. 

ROZDZIA

Ł 

TRZECI 

ROZDZIAł 3 

 
- Nie, mowy nie ma - mruczał pod nosem Edward, wchodząc tego 
samego dnia wieczorem do baru U O'Malleya. - To chyba jakiś kiepski 
ż

art. Panie Boże, myślałem, że to już ustaliliśmy. Ty wiesz lepiej niż 

ktokolwiek, że nie nadaję się ani na męża, ani na opiekuna dzieci. - Edward 
przeszedł przez cały bar i dotarł do miejsca, gdzie siedzieli Emmett i 
Jasper. - Zdaję sobie sprawę, Boże, że jesteś nieomylny, ale w tym 
wypadku chyba popełniłeś mały błąd. 
- Edward, z kim ty rozmawiasz? - zagadnął go Jasper. 
- Nie zrozumiałbyś - wzruszył ramionami Edward. 
- Czy masz już jakiś pogląd na temat tego programu dla dzieci z 
zerówki? Wiem, że nie lubisz rozstawać się z pieniędzmi, ale o tej nauce 
czytania dla małych dzieci mówimy już od wielu miesięcy. 
- Rozmawiałem z nauczycielką, która zajmuje się tym programem, 
podała mi kwotę, jaka byłaby potrzebna. W moim przekonaniu to za mało. 
Jasper i Emmett popatrzyli na niego ze zdziwieniem. 
- Za mało? - powtórzył Emmett. - Czy to znaczy, że twoim zdaniem 
powinniśmy dać więcej? 
- Uważam, że tak. Może uda nam się zainteresować jakiś klub dla 
pań lub inną organizację, która zechciałaby być sponsorem tego programu. 
Potrzebna mu jest reklama. 
- Nie mogę uwierzyć, że twoim zdaniem powinniśmy wyłożyć 
więcej. Że ty sam jesteś gotów rozstać się z większą sumą pieniędzy. 
- Cóż, ludzie się zmieniają - mruknął Edward. 
- A co słychać na rynku giełdowym? - zagadnął Jasper. 
- Nic specjalnego, raz jest hossa, raz bessa. Dlaczego pytasz? 
- Nadal tak dobrze ci się powodzi? - naciskał Jasper. Nawet lepiej niż 
dobrze, pomyślał Edward. 
- Tak, całkiem nieźle - odparł głośno. - Potrzebujesz porady? 
- Nie, po prostu jesteś jakiś inny niż zwykle. Coś tu nie gra. 

background image

Edward wyciągnął rękę po kufel piwa, który podał mu Emmett. 
- No bo jestem inny. Nie wystarcza mi robienie i gromadzenie 
szmalu. Nigdy nie lubiłem wydawać dla samej przyjemności wydawania. 
- Powiem wam jedno, moi panowie - odezwał się Emmett. - 
Gdybyście sobie wzięli żony i mieli dzieci, wasze życie byłoby o wiele 
lepsze. Skoro o tym mówimy, to mam nowe zdjęcia naszej małej Anastazji. 
- Fajnie, że tobie i Rosalie wszystko dobrze się układa, ale to jeszcze 
nie powód, żebyśmy my dwaj mieli się żenić - powiedział Jasper, trącając 
Edwarda łokciem. - Może nie mam racji? W każdym razie Edward jest dla 
mnie najdoskonalszym wzorem starego kawalera. Dobrze mówię? 
Edward rozważał jego słowa. Udane małżeństwo, pomyślał, wymaga 
nie lada cudu. 
- Tak, dobrze mówisz - mruknął pod nosem i pociągnął duży łyk 
piwa. Poczuł na sobie zaciekawione spojrzenie Emmetta, ale nie miał 
ochoty odpowiadać na jego pytania. 
- Macie coś jeszcze? - zapytał Jasper. 
- Nie, nic ważnego, chciałem tylko w imieniu Rosalie i swoim zaprosić 
was obu na grilla w przyszłą sobotę - odparł Emmett. 
- Czy będzie Alice? - zaciekawił się Jasper. 
- Nie wiem - odrzekł Emmett, wzruszając ramionami. - Mówiłeś 
chyba, że to już skończone? 
- Bo tak jest - rzucił chłodno Jasper. 
- Będziesz mógł wpaść? - zagadnął Emmett Edwarda. 
- Dam ci jeszcze znać. Nigdy nie wiadomo, kiedy w rodzinie coś 
może nagle się zdarzyć. 
- Przecież ty nie masz rodziny - zauważył ze zdziwieniem Emmett. 
- No właśnie - zgodził się Edward, myśląc o Belli i jej „dzieciach”. Gdyby 
założył rodzinę, z pewnością zawsze coś by się w niej zdarzało. - Teraz 
muszę pędzić i sprawdzić najnowsze notowania giełdowe. Cześć, chłopaki, 
do zobaczenia. - Wychodząc z baru, odwrócił się i zauważył, jak jego 
przyjaciele z niedowierzaniem kręcą głowami. 
Po sprawdzeniu tabel notowań giełdowych Edward zaczął oglądać 
jakiś nowy thriller, ale myślami wciąż wracał do Belli. Postanowił wypisać 
czek na pokrycie wydatków związanych z programem dla dzieci z zerówki 
i zaangażować najlepszego adwokata w mieście, ale różne inne myśli 
wciąż nie dawały mu spokoju. Wreszcie położył się i długo przewracał w 
łóżku, aż zasnął. 
Przyśniły mu się dzieci Belli, biedne, głodne i nędznie odziane. Z 
buzi małej Emily zniknął uśmiech, a oczy bliźniaków straciły blask. Pani 
Weber jawiła się jako wiedźma, ale postać durnia żywo przypominała mu 
samego siebie. To właśnie on był władny zmienić wszystko, sprawić, by 
ż

ycie Belli i dzieci stało się o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze, ale wcale 

nie kwapił się z pomocą i w końcu zmarł, zanim zdążył kiwnąć palcem w 
tej sprawie. Bella, gotowa na wszystko, byle tylko powierzono jej prawo do 
opieki nad dziećmi, zgodziła się poślubić jakiegoś typa, który wkrótce miał 
złamać jej serce. 

background image

Z przerażeniem Edward widział w kolorze, jak Bella składa przysięgę 
małżeńską, wiążąc się z taką kanalią. Wszystko się w nim buntowało. 
- Nie! Nie! Nie! - zawołał i obudził się, cały zlany zimnym potem, a 
serce biło mu jak szalone. 
Wziął kilka głębokich oddechów i gdy trochę rozjaśniło mu się w 
głowie, wstał z łóżka i podszedł do okna, odsunął zasłonę i przez chwilę 
wpatrywał się w księżycową noc. 
A więc nie umarł. Bella i dzieciom nic nie groziło. Ale to nie był 
zwykły sen. To był celnie wymierzony kopniak. 
Edward zrozumiał, że nie może już dłużej uciekać. Cel jego życia 
rysował mu się wyraźnie. Nie ma rady, musi poślubić Bellę. 
 

ROZDZIAł 4 

 
 
- Co takiego powinniśmy zrobić? - zapytała Bella, która nie mogła 
uwierzyć własnym uszom i wpatrywała się w Edwarda z niedowierzaniem. 
Pół godziny przedtem zadzwonił do niej i powiedział, że chciałby do niej 
przyjechać i chwilę porozmawiać, kiedy dzieci będą już w łóżkach. 
Zgodziła się, chociaż czuła się zmęczona po całym długim dniu. 
- Uważam, że powinniśmy się pobrać - powtórzył Edward. - 
Powiedziałaś, że aby móc adoptować dzieci, powinnaś mieć męża. Skoro 
tak, to gotów jestem nim zostać. 
- Ale przecież my się nie kochamy. 
- Właśnie. 
- Prawdę powiedziawszy, to nawet się nie lubimy. 
- Z tym nie mogę się zgodzić. Ja w każdym razie cię lubię. 
Bella spuściła głowę i potarła dłonią czoło. 
- Ja też cię lubię. Zgoda, pobierzmy się - szepnęła do siebie, po czym 
uniosła znów głowę i powiedziała: - Dlaczego to robisz? Może chcesz się 
ubiegać o zieloną kartę? 
- Nie - potrząsnął głową. - Mam obywatelstwo amerykańskie. 
Trudno mi to wyjaśnić... 
- Może jednak spróbuj. 
- Wiesz sama, jak to jest z tobą - czujesz, że jednym z celów twojego 
ż

ycia jest pomaganie tym dzieciakom z biednych domów, prawda? 

- Tak - skinęła głową Bella, która wciąż jeszcze nie pojmowała, o co 
mu chodzi. 
Edward wsunął ręce do kieszeni i zaczął niespokojnie krążyć po 
pokoju. 
- - Więc ze mną było tak: po operacji miałem dziwny sen, który mi 
objawił, że jest jakiś cel, dla którego znalazłem się na świecie. 
- No i? - naciskała Bella, wciąż nie wiedząc, co to ma z nią 
wspólnego. 
- Wczoraj znowu miałem dziwny sen - oświadczył Edward, przystając 

background image

przed nią i patrząc jej w oczy. - Śniłem o tobie i o dzieciach i wydaje mi 
się, nie, ja jestem pewien, że powinienem się z tobą ożenić. 
- Ale heca - odezwała się Bella, która poczuła się tak, jakby ktoś 
wylał na nią kubeł zimnej wody. - Czyli uważasz, że poślubienie mnie jest 
twoją misją. 
- Nie nazwałbym tego misją - odrzekł Edward, marszcząc brwi. 
- Więc jak byś to nazwał? 
- To jest ten powód, jaki ty mi podałaś, kiedy mnie wiozłaś do 
szpitala. Ty jesteś jednym z powodów, dla którego znalazłem się na tej 
planecie. 
W jego głosie brzmiała taka determinacja, że Bella prawie mu 
uwierzyła, lecz w porę sobie uświadomiła, że ten pomysł to czyste 
szaleństwo. 
- Proszę, nie zrozum mnie źle, ale czy w twojej rodzinie był ktoś 
chory psychicznie? 
- Nie - zaśmiał się krótko. - Nie, to jest pomysł bardziej rozsądny, niż 
może się na pozór wydawać. Ty potrzebujesz męża, a ja muszę dotrzymać 
mojej umowy ze Wszechmogącym. 
- Ale co mnie obchodzi twoja umowa? - zapytała Bella, która wciąż 
nie mogła ochłonąć z wrażenia. - Poza tym, ja przecież nic o tobie nie 
wiem. Może jesteś przestępcą? 
- Nie jestem. 
- Nie wspominałeś, jakie masz wykształcenie. 
- Ukończyłem college w St. Albans, mam dyplom z finansów. 
- Może pijesz... 
- Nie. 
Jego spojrzenie było tak szczere, że nie mogła mu nie uwierzyć. 
- Ale wychowywanie dzieci jest bardzo kosztowne. Może nie dość 
dobrze zarabiasz. Nie stać mnie na utrzymywanie w domu jeszcze jednej 
osoby. 
- Zarabiam wystarczająco dużo - odparł z ognikiem w oczach. 
Bella rozłożyła ręce i westchnęła. Obiecała sobie ugryźć się w język, 
zanim zada mu następne pytanie. 
- Jestem milionerem - wyznał niechętnie, po dłuższej chwili 
milczenia. 
Bella zupełnie osłupiała. 
- Co takiego? 
- Milion - potwierdził. - Sześć zer. 
- Ale ty wcale nie wyglądasz na milionera - szepnęła. 
- A jak wygląda milioner? 
- Nie mam pojęcia - przyznała, myśląc w duchu, że Edward jest 
stanowczo zbyt przystojny jak na milionera. - Może jak Bill Gates? 
- On jest miliarderem - wyjaśnił Edward. - To spora różnica. Miliard 
ma dziewięć zer. 
- Ach, to doprawdy nieważne - powiedziała Bella, rzucając mu 
spojrzenie z ukosa. - Na pewno nie jesteś stuknięty? 

background image

Spojrzał jej prosto w oczy i było to spojrzenie człowieka absolutnie 
zrównoważonego i przytomnego. 
- Nie jestem stuknięty. Proponuję ci małżeństwo, ponieważ 
uważam... Jest to jeden z powodów, dla których jestem na świecie... 
Możesz sobie myśleć, że to szalony pomysł, ale chciałbym, abyś go 
uszanowała. 
- Zgoda - odparła Bella, pocierając czoło. Wszystko to wydawało się 
jej nierealne. 
- Sobota ci odpowiada? 
- Ależ to za cztery dni... 
- Wolałabyś wcześniej? - zapytał głosem tak spokojnym, że znów 
ogarnęły ją wątpliwości, czy Edward jest przy zdrowych zmysłach. 
- Nie - odrzekła, a serce stanęło jej w gardle. - Tylko nie jestem 
pewna, czy się na to zdecyduję. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Muszę się 
jeszcze zastanowić. 
- Zgoda - powiedział Edward. - Ja też na początku miałem opory. Coś 
we mnie protestowało, oblewał mnie zimny pot. 
- W tej chwili nie wyglądasz na faceta, który się bije z myślami. 
- To prawda. Nigdy nie sądziłem, że wypowiem te słowa, ale stało 
się inaczej. - Uścisnął mocno jej rękę. 
- Zastanów się jeszcze przez noc, ale pomyśl o pani Weber. 
- W ogóle nie uda mi się zasnąć, jeśli o niej pomyślę. 
- Mogę sprawić, że już jej więcej nie zobaczysz - obiecał ciepłym 
głosem, rzucając jej przeciągłe spojrzenie. 
- Tak, na pewno się zastanowię - powiedziała Bella, poruszona tym 
spojrzeniem, które obiecywało znacznie więcej. Takiej oferty nie 
otrzymała od lat. Jej marzenie miało się spełnić. Nie będzie już musiała 
tłumaczyć się przed tą okropną panią Weber. 
- Wyznacz tylko dzień - odezwał się Edward tonem tak spokojnym, 
jakby mieli się spotkać na kawie i pączkach - a ja już się wszystkim zajmę. 
Dobrej nocy - rzucił. Ruszając w stronę drzwi, podszedł do niej i pogłaskał 
ją po policzku. 
Gdy odprowadzała go wzrokiem do samochodu, podniosła rękę i 
przyłożyła ją w miejscu, którego dotknął i które ją teraz paliło. Poczuła, jak 
mocniej zabiło jej serce. Sama była tym zaskoczona. Powiedziała 
wprawdzie, że potrzebuje męża, aby poskromić panią Weber, ale to były 
tylko żarty. W każdym razie, tak się jej zdawało. 
Od samego początku jej znajomość z Edwardem układała się 
nietypowo. Oświadczył się jej akurat wtedy, gdy pomyślała sobie, że miło 
byłoby umówić się z nim na randkę. Na twarzy wystąpił jej rumieniec. Jak 
to możliwe, żeby on podchodził do tego tak spokojnie? Z pewnością musi 
być stuknięty. 
Nigdy nie wyobrażała sobie siebie jako mężatki. Ale trzeba 
przyznać, że nie wyobrażała też sobie matkowania trójce dzieci swojej 
siostry. 
Zamknęła drzwi wejściowe na klucz, po czym zajrzała do pokoju 

background image

bliźniaków. Jacob odrzucił swoją kołderkę i spał z kciukiem w buzi. Embry 
leżał na brzuszku, z głową przekręconą lekko na bok. 
We śnie chłopcy wyglądali tak słodko. Bellę zabolało serce na ich 
widok. Takie małe dzieci, a tak wiele straciły, pomyślała i znów ogarnęła 
ją fala żalu z powodu śmierci siostry. 
Podeszła do łóżeczka Jacoba i otuliła go kołderką. Pochyliła się i 
bardzo delikatnie go pocałowała. Mały westchnął cichutko i uśmiechnął się 
przez sen. 
Po chwili Bella zamknęła za sobą drzwi do pokoju chłopców i poszła 
sprawdzić, czy Emily też już śpi. Łzy zakręciły się jej w oczach na widok 
małej, która tuliła do siebie starego pluszowego misia. Emily była już dość 
dużą dziewczynką, by zdawać sobie sprawę, jak wielką poniosła stratę. 
Bella zauważyła, że jej siostrzenica bardzo potrzebuje akceptacji, że stara 
się zachowywać jak osoba dorosła, która ze wszystkim potrafi się uporać. 
Bella miała wrażenie, że dziewczynka boi się płakać i że sytuacja, w jakiej 
się znalazła, nie daje jej pełnego poczucia bezpieczeństwa. 
Uklękła przy łóżeczku Emily i lekko pogłaskała ją po czole. 
Pomyślała, że mała czułaby się lepiej, gdyby w domu był mężczyzna, choć 
jako feministka uważała taki pomysł za absurdalny. Oczywiście, 
odpowiedni mężczyzna, dzięki któremu poczułaby się pewnie i 
bezpiecznie. Czy Edward był tym odpowiednim mężczyzną? 
Znowu oczyma wyobraźni Bella ujrzała panią Weber. Na myśl o 
niej oblał ją zimny pot. Dzieci tak bardzo potrzebują mojej miłości i 
stabilizacji, pomyślała, muszą wiedzieć, że zastępuję im mamę i tatę. 
Znów pomyślała o oświadczynach Edwarda. 
Dawno, dawno temu, kiedy była dziewczynką, marzyła, że znajdzie 
mężczyznę, którego pokocha, który będzie ją chronił przed różnymi 
przeciwnościami losu. Kiedy dorosła, uświadomiła sobie, że sama będzie 
musiała stworzyć sobie taki azyl i że będzie się czuła bezpieczniej bez 
mężczyzny. Jeszcze będąc nastolatką, wolała sama stać u steru swego 
okrętu, niż dzielić go z kimś innym. 
Rano zatelefonowała do Edwarda. Chciała się z nim zobaczyć po 
wyjściu dzieci z domu. Zadzwoniła do szkoły i uprzedziła, że przyjedzie 
trochę później. Edward zaparkował samochód na podjeździe za jej 
„garbusem" i ruszył usłaną zabawkami ścieżką w stronę domu. Zerkając na 
zegarek, zadzwonił do drzwi. Miał nadzieję, że zdąży 
wrócić do domu przed otwarciem giełdy. Jeśli ma wziąć 
odpowiedzialność za trójkę dzieci, to będzie musiał nadal zarabiać, i to 
dobrze. 
Trójka dzieci. Na myśl o tym serce zabiło mu żywiej. Będzie 
potrzebował pomocy Opatrzności, w końcu to nie był jego pomysł... 
Bella powitała go w drzwiach. Na jej twarzy nie widać było 
uśmiechu. Edwardowi przemknęło przez myśl, że chciałby, żeby się do 
niego uśmiechnęła. Ona jednak zaprowadziła go do saloniku i wskazała 
miejsce na kanapie. 
Edward usiadł, Bella zaś krążyła po pokoju. Jej krótka spódniczka 

background image

odsłaniała długie, zgrabne nogi. 
- Mam wiele pytań w związku z twoimi oświad... - zawahała się - na 
temat twojej propozycji. 
Edward zauważył, że słowo „oświadczyny" nie mogło jej przejść przez 
gardło. Zresztą wcale się temu nie dziwił. Do niedawna on sam robił 
przecież wszystko, aby tylko uniknąć małżeństwa. 
- Jakie masz pytania? 
- Gdzie będziemy mieszkali, jak długo pozostaniemy małżeństwem, 
czy lubisz dzieci - powiedziała, patrząc na niego z ukosa. - Bo mam 
wrażenie, że nie lubisz. 
- Nie jest tak, że nie lubię dzieci - odparł Edward. 
 - Po prostu nie miałem z nimi wiele do czynienia. A jeśli chodzi o to, 
gdzie będziemy mieszkali... 
- Musimy mieszkać tutaj - oznajmiła. - Nie można narażać dzieci na 
nowe mocne przeżycia, które zakłóciłyby ich spokój. Za wiele już 
przeszły. 
- Będzie mi potrzebny pokój do pracy - uprzedził Edward. 
- Mam tu jeden wolny pokój - powiedziała Bella i wzięła głęboki 
oddech. - Jeśli zdecydujemy się pobrać, sądzę, że powinniśmy umówić się 
na dwa lata, a potem zdecydować, czy chcemy ciągnąć to dalej. 
- To mi odpowiada - powiedział Edward. - Załatwię spisanie 
majątkowej umowy małżeńskiej, aby zabezpieczyć ciebie i dzieci. 
- Ależ nie! - zawołała z przerażeniem. - Nie będę od ciebie 
oczekiwała alimentów, kiedy nasze małżeństwo zostanie rozwiązane. 
- A ja uważam, że tak właśnie być powinno - wzruszył ramionami 
Edward. 
Bella przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, aż w końcu 
przypomniała sobie, w czym rzecz. 
- Więc robisz to dlatego, że tak pojmujesz swoją misję? 
Było mu trochę przykro, że użyła takich słów, ale musiał przyznać, 
ż

e jej głos mógłby rzucić na kolana każdego mężczyznę, w wieku od lat 

trzech do dziewięćdziesięciu trzech. A jej ciało z pewnością budziło w nim 
reakcję nie mającą nic wspólnego z pracą misyjną. 
- Nie, jest to jeden z powodów, dlaczego znalazłem się na świecie - 
poprawił ją. 
- Niech będzie - powiedziała Bella. - Myślę, że powinniśmy grać w 
otwarte karty, więc od razu cię uprzedzę, że jestem kobietą bardzo 
niezależną i nie pozwolę, by mi ktoś rozkazywał albo wtrącał się w moje 
sprawy. 
- Wcale mnie to nie dziwi - zauważył Edward, który pamiętał, jak 
dobrze Bella radziła sobie z panią Weber. - Nie mam zamiaru ci 
rozkazywać ani się wtrącać, moją rolą jest umożliwić ci uzyskanie prawa 
do opieki nad dziećmi i udzielić ci pomocy finansowej. 
Bella kiwnęła głową na znak zgody, po czym spojrzała na niego 
niepewnie. 
- Co jeszcze? - zapytał Edward, trochę już zniecierpliwiony. 

background image

- Powinniśmy porozmawiać o seksie - odparła, krzyżując ręce na 
piersiach. 

ROZDZIA

Ł 

CZWARTY 

Edward zaniemówił z wrażenia. W rzadkich chwilach, kiedy nie 
zmagał się z obawą, że to małżeństwo wykończy go nie tylko finansowo, 
ale i psychicznie, wyobrażał sobie Bellę nagą, tulącą się do niego mocno, 
bardzo mocno... Żyła na co dzień z taką pasją, że był bardzo ciekaw, czy w 
sypialni ta pasja przerodziłaby się w namiętność. 
W jej brązowych oczach dostrzegł mieszaninę niepewności i 
zaciekawienia. Mimo całej swej czupurności Bella była kobietą delikatną. 
- Więc myślałaś o seksie? - zagadnął, podnosząc się z kanapy. 
Przyszło mu do głowy, że pewnie postradałby zmysły, żyjąc w tym domu 
tak blisko Belli, a zarazem nie dość blisko. 
- No tak, a właściwie nie... - poprawiła się szybko. - Urządzimy ci 
sypialnię w tym pokoju, w którym będziesz pracował. 
- Może potem to się zmieni - zaryzykował Edward, spoglądając jej 
prosto w oczy. 
- Dobrze. W porządku. To znaczy... później. Prawie się nie znamy, 
ani razu nie umówiliśmy się na randkę. Kto wie, czy się sobie spodobamy? 
- dodała niepewnym głosem. 
Edward był ciekaw, czy w ogóle jej przyszło na myśl, że mogłaby się z 
nim kochać. Z jej ukrytych spojrzeń wnioskował, że uważa go za 
interesującego mężczyznę. Pewnie zachowywałaby się inaczej, gdyby nie 
to, że jej głównym celem było uratowanie dzieci siostry, a potem całej 
reszty świata. Nawet Bella musi mieć własne potrzeby i czasami 
przychodzi jej z nimi walczyć. 
Zbliżył się do niej i dotknął dłonią jej policzka. 
- Jesteś piękną kobietą, Bella - szepnął. - Pragnę cię. I ty mnie 
pragniesz. 
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia i pokręciła z niedowierzaniem 
głową. 
- Czy aby nie jesteś trochę zarozumiały? 
- Nie, po prostu mówię prawdę. Na widok twojego ciała każdy facet 
w St. Albans poczułby się stuprocentowym mężczyzną. 
Bella poczuła, że jego słowa sprawiają jej przyjemność, ale 
przykazała sobie, że nie da się zwieść pochlebstwom. 
- Takich ciał jest więcej. 
- Ale nie wszystkie poruszają się tak, jak twoje. W tobie płonie 
ogień, widać go w twoich oczach, słychać w twoim głosie. Mężczyźni od 
zarania dziejów lubili igrać z ogniem. 
Bella przymknęła na chwilę oczy i wyobraziła sobie, jak Edward bierze 
ją w ramiona. Zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje, poczuła na 
swoich wargach jego usta. Całował ją najpierw delikatnie, a potem 
mocniej, bardziej natarczywie, jak gdyby otwierał drzwi i okna domu, 
który stał zamknięty od wielu miesięcy. A może lat? Pogłębił pocałunek, a ona 
ochoczo mu go oddała. Ich języki walczyły w równym tempie. Smakował  

background image

cudownie. Chciała więcej. Obudziła się w niej zmysłowa kobieta. 
 Nagle zapragnęła by wziął ją w ramiona i kochał się z nią do utraty sił.  
Bella miała ochotę przylgnąć do niego, poczuć ciepło - jego ciała. 
Serce waliło jej jak młotem, w uszach szumiało. Ależ to szaleństwo, nie 
jestem dziś na to gotowa, pomyślała. Mam ważniejsze rzeczy na głowie. 
Przypomniała też sobie, dlaczego Edward chciał się z nią ożenić, i odsunęła 
się od niego. 
- Ale to nie dlatego chcesz się ze mną ożenić - przypomniała. - 
Prawda jest taka, że uważasz to za swoją misję. 
- Za jeden z powodów, dla których znalazłem się na świecie - 
poprawił ją. 
- Wszystko jedno, jak to nazwiesz. Oświadczyłeś mi się nie z 
powodu wielkiej miłości i namiętności. Oboje świetnie to wiemy. 
- A ty zgodziłaś się wyjść za mnie nie dlatego, że nie możesz beze 
mnie żyć - odparował. 
- Wcale się nie zgodziłam. 
- Jak to? Nie rozumiem. 
Bella skrzywiła się. W tym momencie wcale go nie lubiła. Właśnie 
dlatego, że miał rację. 
- No dobrze, niech ci będzie. Wyjdę za ciebie. Dla dobra dzieci. 
Może nawet trochę mi się podobasz, ale to nie znaczy, że mam zamiar 
pójść z tobą do łóżka - oznajmiła, próbując zagłuszyć wewnętrzny głos, 
który jej szeptał, że to nieprawda. - I chcę, żeby wszystko było jasne. Mam 
pewne priorytety. Nie wychodzę za ciebie po to, żebyś mnie ratował czy 
się mną opiekował. Dawno temu nauczyłam się sama dbać o siebie. 
- Więc świetnie się dobraliśmy - powiedział Edward. - Ja też się tego 
nauczyłem. 
Bella miała na końcu języka mnóstwo pytań. Jak to się stało, że i on 
musiał się tego nauczyć? Edward spojrzał na zegarek. 
- Skoro mowa o priorytetach, to muszę już lecieć. Za kwadrans 
otworzą giełdę. Więc ustalmy tylko - kiedy chcesz wziąć ślub? 
- Czy ja wiem? - odparła sucho. - Może w piątek lub w sobotę. 
- Wolałbym, żeby to się odbyło poza godzinami pracy giełdy - 
oznajmił Edward. 
- No więc w sobotę - zgodziła się Bella. To tylko na dwa lata, 
pomyślała. Będzie gotowa zrobić prawie wszystko przez te dwa lata, byle 
tylko dzieci jej siostry mogły poczuć się bezpiecznie. 
- Czyli w sobotę. Odezwę się do ciebie - rzucił Edward i ruszył do 
wyjścia. 
Bella mogłaby przysiąc, że czuje, jak pętla zaciska się jej na szyi. 
Ani się obejrzała, a nadeszła sobota. Nagle ogarnęło ją przerażenie. 
Co też ona zamierza zrobić! 
Do drzwi jej sypialni zapukała Emily i zaraz potem wbiegła w 
podskokach do środka. Wskoczyła na łóżko Bella, która w oczach 
dziewczynki dostrzegła iskierki podniecenia. 
- To dzisiaj bierzemy ślub! 

background image

- Aha - potwierdziła Bella z uśmiechem. 
- Może chcesz, żebym usmażyła naleśniki na śniadanie? 
Na samą myśl o tym Bella poczuła skurcz w żołądku. 
- To świetny pomysł, ale wiesz, jestem taka przejęta, że chyba nie 
mogłabym nic przełknąć. Może je zrobisz innym razem? 
- Jasne, kiedy Edward się tu wprowadzi - rozpromieniła się Emily. 
- Świetnie, bardzo się cieszę - powiedziała Bella, wstając z łóżka. - 
Wczoraj wieczorem wybrałaś sobie sukienkę na tę uroczystość, a czy 
pomyślałaś, jak chciałabyś się uczesać? 
- Chyba w koński ogon - odparta mała. - Może z kokardą? 
- Już się robi - powiedziała Bella, sięgając po szczotkę, która leżała 
na toaletce. 
Emily stała przed nią, patrząc bacznie w lustro, kiedy Bella 
szczotkowała jej włosy. 
- Czy włożysz długą białą suknię, taką, jaką ma moja lalka Barbie? 
Bella w ogóle jeszcze się nad tym nie zastanawiała. 
- Nie, kochanie. Długą suknię noszą te panny młode, które planują 
swój ślub na długo naprzód. 
- Dłużej niż tydzień? Cztery dni, pomyślała Bella. 
- Właśnie. 
- Więc co włożysz? 
Bella wciąż jeszcze nie miała pojęcia. Poprzedniego dnia kupiła dla 
Edwarda złotą obrączkę. Oby tylko utrafiła z rozmiarem. Zamówiła też 
skromną wiązankę kwiatów, które zamierzała odebrać w drodze do urzędu 
sędziego pokoju. Miała nadzieję, że perspektywa dużej porcji lodów i tortu 
po powrocie do domu nie pozwoli dzieciom zauważyć, że podczas tej 
uroczystości państwo młodzi nie okazali sobie głębszych uczuć. 
- No więc, co włożysz? - Emily pociągnęła ją za rękaw. 
- Niespodzianka! - zawołała Bella, która sama wciąż jeszcze nie 
wiedziała. 
- I ty to nazywasz nagłym wypadkiem rodzinnym? - zapytał Jasper, 
wchodząc do holu urzędu. 
- Dla mnie każdy ślub jest takim wypadkiem - odparł Edward. 
Zwykły zbieg okoliczności, pomyślał, ale wiedział z całą pewnością, 
ż

e koniecznie musi to zrobić. Ożenić się z Bellą Swan. 

- Wciąż nie mogę się w tym wszystkim połapać - powiedział Jasper, 
kręcąc z niedowierzaniem głową. - Stale powtarzasz, że zawarłeś umowę z 
Panem Bogiem. Czy jesteś pewien, że podczas operacji anestezjolog nie 
spartaczył roboty i nie pomieszał ci czegoś w mózgu? 
- Poprosiłem cię, żebyś był naszym świadkiem - odparł Edward. - Nie 
potrzebuję psychoanalityka. 
- No dobra, muszę cię jednak zapytać, czy jesteś pewien, że ona nie 
wychodzi za ciebie dla pieniędzy? 
- Już ci mówiłem. Tu nie chodzi o forsę, ale o prawo do opieki nad 
dziećmi. 
Gdy to mówił, do holu weszli Emmett i jego żona Rosalie. Emmett 

background image

spojrzał na Edwarda ze źle ukrywanym podziwem. 
- No, stary, muszę przyznać, że udało ci się uniknąć zwykłej parady. 
Nie bierzesz ślubu w kościele, nie będzie wesela... 
- Mało elegancko - dodała Rosalie z dezaprobatą w głosie. 
- Ale wygodnie - odburknął Edward. - Dziękuję, że przyszliście. 
- Wielkie nieba! - wykrzyknęła Rosalie na widok Belli, która właśnie 
ukazała się w drzwiach, prowadząc za ręce chłopców. Za nią maszerowała 
Emily w różowej sukience z falbankami. 
Edwardowi zaparło dech na widok Belli, która miała na sobie 
kremową koronkową suknię, uwydatniającą jej świetną figurę. Włosy 
upięła wysoko i lekko polakierowała, ale kilka niesfornych loczków 
uwolniło się i zdobiło jej szyję. Policzki płonęły jej na myśl o tym, co się 
miało za chwilę wydarzyć, i ze zdenerwowania przygryzała dolną wargę. 
Oto moja przyszła żona, pomyślał Edward i ogarnęło go niespodziewane 
wzruszenie. 
- Jakie urocze dzieci... - wyszeptała Rosalie. 
- Dlaczego nam nie powiedziałeś, że ona jest... - zdziwił się Jasper. 
- Że ona jest jaka? 
- No... taka diabelnie ładna i zgrabna. Słuchaj, stary, coś mi mówi, że 
to małżeństwo nie będzie dla ciebie wielkim ciężarem. 
Edward nie miał jeszcze na ten temat zdania. W oczach Belli dostrzegł 
nieme pytanie: Czy myśmy upadli na głowę? 
- Ślicznie wyglądasz - powiedział, podchodząc do niej i biorąc ją za 
rękę. 
- Dziękuję - odrzekła, spoglądając na jego krawat. - Ty też 
znakomicie się prezentujesz. Mi pomagała przy ubieraniu Emily. 
- Ty także bardzo ładnie wyglądasz - zwrócił się Edward do 
dziewczynki. 
- A jak ci się podobają nasze kwiatki? - zagadnęła Emily, 
uśmiechając się szeroko. 
- Są prawie równie ładne jak ty. 
- Potrzebuję iść do toalety - odezwał się Embry, Przestępując z 
nogi na nogę. 
- Ciocia Bella powiedziała, że po powrocie do domu dostaniemy lody 
i tort - oznajmił Jacob. 
- To prawda - przytaknęła Bella. - Wszystkim nam należy się jakaś 
nagroda. A teraz lepiej zaprowadzę Embrego, dokąd trzeba, zanim będzie 
za późno. 
- Niech Edward z nim pójdzie - wtrąciła się Rosalie, robiąc krok w 
kierunku Belli. - Ja jestem Rosalie McCanthry. A to mój mąż, Emmett, i nasz 
przyjaciel, Jasper. Może wy dwaj poszlibyście z dziećmi do automatu i kupili 
im coś do picia, a ja tymczasem pomogę pannie młodej? 
- W czym masz jej pomóc? - zdziwił się Emmett. 
- No jak to? To jasne, że w przygotowaniu się do uroczystości - 
wyjaśniła Rosalie, wznosząc w górę oczy. 
- Ta uroczystość nie potrwa dłużej niż pięć minut... 

background image

- Kochanie, proszę cię, zabierzcie dzieci do automatu. 
- Dobrze, już dobrze - zgodził się Emmett. 
- Ja już naprawdę muszę - odezwał się Embry, znów Przestępując z 
nogi na nogę. 
- Idziemy - powiedziała Bella. 
W tym momencie jednak Edward podszedł do małego i wziął go za 
rękę. 
- Ja go zaprowadzę - oznajmił. 
- Jesteś pewien, że wiesz, jak... - zapytała zdumiona. 
- Na pewno sobie poradzimy. 
- Nie wiem czemu, ale trudno mi sobie wyobrazić, że Edward pomagał 
kiedyś trzylatkowi w toalecie. A co ty o tym sądzisz? - zwróciła się Bella 
do Rosalie. 
- Bardzo by mnie to zdziwiło, zważywszy na jego niechęć do dzieci. 
- Niechęć? - powtórzyła z niepokojem Bella. 
- Ale to było jeszcze przed tą operacją. Od tego czasu mam wrażenie, 
ż

e się trochę zmienił. Ale może chwilkę odpoczniemy, zanim wróci ta cała 

czereda? 
Kiedy usiadły na kanapie pod oknem, Bella zapytała: 
- Więc jaki był Edward przed operacją? 
- Super ostrożny. Zawsze sądziłam, że nie ma zamiaru kiedykolwiek 
się ożenić ani mieć dzieci. 
- To znaczy, że nie lubi dzieci? - westchnęła z żalem Bella. 
- Tego nie mogę powiedzieć - odparła Rosalie. - Zupełnie zbzikował na 
punkcie naszej małej Anastazji. Oni wszyscy, Emmett, Edward i Jasper, mają 
swoje tajemnice. Może dlatego, że wszyscy trzej przeżyli tyle lat w domu 
opieki dla chłopców. 
- Edward był w domu opieki dla chłopców? - spytała z 
niedowierzaniem Bella. 
- Tak. Nie wiedziałaś? 
Bella potrząsnęła głową, starając się przyswoić sobie tę nową 
informację, która utwierdziła ją w przekonaniu, że Edward nie wszystko jej o 
sobie opowiedział. Jeśli rzeczywiście mieszkał w domu opieki, to na 
podstawie własnego doświadczenia mógł się domyślać, dlaczego Belli tak 
bardzo zależało na przyznaniu jej opieki nad dziećmi i stworzeniu im 
bezpiecznego miejsca. 
- Ale chyba wiesz, że handluje papierami wartościowymi i świetnie 
mu się powodzi? 
- Wiem. Kiedy mi się oświadczył, uprzedziłam go, że nie mogę sobie 
pozwolić na utrzymanie jeszcze jednego domownika, a on mi na to, że jest 
milionerem. 
- To wszystko wydarzyło się tak szybko, że z pewnością nie miał 
czasu przedstawić ci do podpisania majątkowej umowy małżeńskiej - 
powiedziała Rosalie. 
- Już ją podpisałam. Edward okazał się bardzo wspaniałomyślny. Ale 
mnie nie interesują jego pieniądze - oznajmiła Bella, po czym dodała, z 

background image

wahaniem ujawniając swoje uczucia: - Wychodzę za Edwarda, bo dzięki 
temu będzie mi łatwiej uzyskać prawo do opieki nad dziećmi. Szczerze 
mówiąc, nigdy nie zamierzałam wyjść za mąż, a już najmniej za człowieka 
bogatego. Zawsze miałam wrażenie, że za taką decyzję kobieta płaci utratą 
szacunku do samej siebie i swojej niezależności. 
- Coś mi się zdaje, że będziesz odpowiednią żoną dla Edwarda - 
uśmiechnęła się Rosalie, przyglądając się Belli ze zdziwieniem. 
- To małżeństwo pewnie nie potrwa długo - wyznała szeptem Bella. 
- Emmett mówi, że Edward jest facetem, na którym można polegać. 
Kiedy wszystko zawiedzie i wszyscy się poddadzą, Edward zostanie i nie 
opuści cię. 
Bella taka perspektywa wydała się bardzo kusząca. Czasami miała 
wrażenie, że to ona jest opoką dla innych. No cóż, robię to dla dzieci, 
powtarzała sobie, tak jakby to była mantra. 
- Na dzisiejsze popołudnie zaplanowaliśmy grilla - oznajmiła Rosalie. - 
Co byś powiedziała, gdybyśmy to jednocześnie uznali za wasze przyjęcie 
weselne? 
- Kupiłam już tort i lody, czekają na dzieci w domu. 
- Więc przywieź wszystko - zaproponowała Rosalie. - 
W ten sposób nie będziesz musiała gotować obiadu. A moja mała 
uraduje się, widząc dzieci, które umieją już chodzić i biegać. 
- Dziękuję za zaproszenie. Ale najpierw musimy przebrnąć przez tę 
całą ceremonię - powiedziała Bella, gotowa niemal rzucić się do ucieczki. 
- To nie potrwa długo - zapewniła ją Rosalie. 
W tym momencie w holu pojawiła się reszta towarzystwa. 
- Jesteś gotowa? - zagadnął Bellę Edward, ujmując ją za rękę. 
- Tak - odparła. - Poradziliście sobie? 
- Bez problemu. 
- Ciociu Bello! - wykrzyknął Embry, pociągając ją za suknię i 
uśmiechając się szeroko. - Edward nauczył mnie, jak można inaczej siusiać. 
O wiele wygodniej, niż kiedy się siedzi. Teraz Jacob chciałby też się 
nauczyć. 
- Dzięki za pomoc - powiedziała Bella, podnosząc wzrok na Edwarda. 
- Nie ma sprawy. Na pewno jesteś gotowa? 
- Tak, miejmy to już z głowy - odparła i ruszyła do gabinetu sędziego 
pokoju. 
Sędzia Meyer, sympatyczny mężczyzna po pięćdziesiątce, wrócił 
właśnie w świetnym humorze z pola golfowego. 
- To naprawdę wspaniały dzień na ślub - powiedział. - Miałem dziś 
szczęście, udało mi się zdobyć więcej punktów niż cała czwórka 
pozostałych graczy. Postaram się, żeby ta uroczystość nie trwała długo, 
macie z pewnością coś lepszego do roboty - dodał, robiąc oko do 
stremowanych nowożeńców. 
Belli nagle zabrakło tchu w piersiach. Tymczasem Edward wciąż 
trzymał ją za rękę. 
- Czy bierzesz sobie tego mężczyznę... - zaczął sędzia. 

background image

Bella bała się, że zaraz zemdleje z wrażenia. 
- ...i chcesz wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie... 
- Chcę - wyszeptała Bella. 
- ...w dobrej i złej doli... 
- Chcę - szepnęła. 
- ...aż do końca życia? 
- Chcę - potwierdziła Bella głośno. 
Jak przez mgłę widziała i słyszała Edwarda, wypowiadającego te same 
słowa. Gdy Emily podała jej obrączkę, Bella drżącą ręką wsunęła mu ją na 
palec, mówiąc: 
- Przyjmij tę obrączkę na znak mojej miłości i wierności. 
Po chwili Edward nałożył na jej palec złotą obrączkę z dużym 
migoczącym diamentem i powtórzył te same słowa. Bella ze zdumieniem 
spoglądała na ten piękny klejnot, rada, że nie musi już nic mówić. Zerknęła 
na Edwarda, który również nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc na 
swoim palcu złotą obrączkę. 
- Może pan pocałować pannę młodą - powiedział sędzia. 
Bella uzmysłowiła sobie, że w tej chwili jej los został 
przypieczętowany, nawet jeśli oboje nie traktowali tego małżeństwa 
poważnie. 
Gdy Edward pocałował ją w usta, poczuła, że nie był to pocałunek na 
niby. 

ROZDZIA

Ł 

PI

Ą

TY 

 

ROZDZIAł 5 

 
 
Po uroczystości ślubnej wszyscy spotkali się u Państwa McCanthry na grillu. 
Dzieci świetnie się bawiły i tryskały energią po spałaszowaniu olbrzymich 
porcji lodów i tortu. W rezultacie po powrocie do domu nie potrzebowały 
poobiedniej drzemki i „pomagały" Edwardowi w zagospodarowaniu się w 
jego pokoju. 
Bella przygotowała pyszną, chociaż niezbyt pracochłonną kolację. 
Maluchy ze smakiem wcinały rosół z makaronem oraz kanapki z masłem 
orzechowym i galaretką. Kiedy wreszcie położyła je spać, nieco wcześniej 
niż zwykle, mogła wreszcie odetchnąć. Oparła się o ścianę w przedpokoju, 
w którym zgasiła już światło, przymknęła oczy i wydała z siebie głębokie 
westchnienie. W ciszy słychać było tylko szmery dochodzące z pokoju 
Edwarda, który podłączał swój komputer i modem, oraz stłumione tykanie 
zegara ściennego na dole. 
Bella pogładziła palcem swoją obrączkę, do której nie zdążyła się 
jeszcze przyzwyczaić. Chciała być przez chwilę sama, ale nie miała 
jeszcze ochoty iść do sypialni, zeszła więc na dół i położyła się na kanapie 
w małym pokoju, który służył jej do pracy. 
Niedługo potem w drzwiach stanął Edward. Z jego ciemnej sylwetki o 

background image

szerokich ramionach emanowały spokój i siła. Bella zastanawiała się, czy 
ta siła nie jest wytworem jej wyobraźni. W gruncie rzeczy bardzo niewiele 
o nim wiedziała. 
- Mam pytanie - odezwał się przyciszonym głosem. - Jak możesz 
cokolwiek zrobić, kiedy dzieci są takie pomocne? 
- Praktyczna zasada brzmi następująco - odparła z uśmiechem, 
rozbawiona jego zniechęceniem - na każde dziecko, które ci pomaga, 
trzeba dodać godzinę do przewidywanego czasu ukończenia pracy, jeśli 
jest się kobietą. 
- A jeśli się jest mężczyzną? - zapytał, podchodząc do niej i 
spoglądając jej w oczy. 
- Trzeba dodać osiem godzin na każde dziecko, które ci pomaga - 
odparła Bella. - Niestety prawda jest taka, że mężczyźni mają trudności, 
gdy przychodzi im skupić się na wykonywaniu więcej niż jednego zadania 
na raz. Nie mam pojęcia, czy dzieje się tak za sprawą hormonów, czy 
chromosomu Y. 
- Bardzo zabawne. Gdzie się tego dowiedziałaś? 
- Ach, każda matka ci to powie. 
Bella zaczerpnęła powietrza i spojrzała na tego obcego człowieka, 
który mieszkał w jej domu i był jej mężem. Serce zabiło jej mocniej. 
Przymknęła oczy w nadziei, że gdy nie będzie go widziała, zrobi na niej 
mniejsze wrażenie. 
- Czy zaproponowałeś mi małżeństwo między innymi dlatego, że 
wychowywałeś się w domu opieki dla chłopców? 
- Widzę, że Rosalie opowiadała ci o mnie... 
- No, troszkę - przyznała Bella, wsłuchując się w jego głęboki, męski 
głos. - Nie mówiła zresztą nic złego. Ale nie odpowiedziałeś na moje 
pytanie. 
- Cóż, pobyt w domu opieki miał tu pewien wpływ, ale nie był 
decydującym czynnikiem. 
- Decydującym czynnikiem była misja, jaką miałeś do spełnienia. 
- Posłuchaj - odezwał się, kładąc jej rękę na ramieniu. - Jeśli mamy 
razem mieszkać, powinniśmy wyjaśnić sobie kilka spraw. Powiedziałem, 
ż

e był to jeden z celów mojego życia. 

- Dobrze - odparła. - Niech ci będzie. Już się rozumiemy. 
- Niezupełnie - powiedział, wciąż nie zdejmując ręki z jej ramienia. - 
Jeszcze się nie rozumiemy. Jeszcze się nie znamy. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała Bella, bezskutecznie 
próbując uwolnić ramię. 
- Że nie musimy stwarzać sobie nawzajem piekła. 
- Co proponujesz? 
- Musimy się lepiej poznać - odparł głosem, w którym pobrzmiewała 
obietnica. 
- Zgoda. 
- Zaczniemy od dziś. Najpierw ja ci zadam pytanie, a potem ty mnie. 
I będziemy mówić tylko prawdę. 

background image

- Zgoda, damy mają pierwszeństwo - oznajmiła. Usiadła na kanapie, 
gotowa zadać pytanie, które nurtowało ją przez cały dzień. - Jak to się 
stało, że trafiłeś do domu opieki dla chłopców? 
- Moja matka nie mogła się mną zajmować - odpowiedział krótko, 
zaciskając zęby. 
- Dlaczego? 
- Miało być po jednym pytaniu. Teraz moja kolej. W dniu, kiedy się 
poznaliśmy, zaprosiłem cię na kolację. Odmówiłaś. Czy twoja odpowiedź 
byłaby inna, gdybyś nie musiała opiekować się dziećmi swojej siostry? 
Bella poprawiła się na kanapie. Z pewnością zabawniej było zadawać 
pytania, niż na nie odpowiadać. 
- O rety, to było tak dawno temu, minęły już prawie dwa miesiące... 
Poza tym trudno mi się było skupić, miałeś wtedy atak bólu - dodała, 
starając się go odwieść od pierwotnego pytania. 
- Nie wymiguj się. Jaka byłaby twoja odpowiedź? 
- No, może bym się zgodziła. 
- Nie bardzo rozumiem. 
- Może powiedziałabym „tak". 
- Nie rozumiem, co to znaczy „może tak". 
- To znaczy „tak" - odparła Bella, mierząc go wzrokiem. - 
Interesowałeś się moim programem dla dzieci z zerówki. Jak mogłabym ci 
odmówić? 
Bella usiłowała przekonać samą siebie, że w ogóle nie robiły na niej 
wrażenia jego czujne, inteligentne zielone oczy, regularne, męskie rysy ani 
szerokie ramiona, które mogłyby z pewnością unieść każdy problem, przed 
jakim stanęłaby kobieta. 
Edward skinął głową i ruszył w stronę drzwi. 
- Śpij dobrze - rzucił, wychodząc. 
Bella, nieco zaskoczona, zerwała się z kanapy. 
- Śpij dobrze? I to wszystko? Spojrzał na nią, unosząc lekko brwi. 
- Trzymam się tego, co sam zaproponowałem. Po jednym pytaniu dla 
każdego. Chciałaś coś jeszcze? 
- Nie - odpowiedziała, splatając ręce na piersi i potrząsając głową. - 
Dobranoc. 
Po jego wyjściu stała jeszcze chwilę w tym samym miejscu, starając 
się odzyskać spokój, który jednak opuścił ją w tajemniczy sposób. Poszła 
na górę do swojej sypialni, rozebrała się i włożyła bawełnianą nocną 
koszulę. Wchodząc do łóżka, usiłowała nie myśleć o tym, że w pokoju 
obok leży nieznajomy mężczyzna i że jest to jej mąż. 
Edward leżał w niezbyt wygodnym łóżku w pokoju dwa razy 
mniejszym od garderoby w jego domu. Świeżo poślubiona żona, która 
miała w nim budzić palące pożądanie każdej nocy w niedalekiej 
przyszłości, spała w łóżku oddalonym o zaledwie dziesięć metrów. 
Edward czekał, aż odzyska spokój, którego oczekiwał w nagrodę za 
realizację wstępnej fazy swoich poczynań, zmierzających do osiągnięcia 
celu. Zamiast tego, kiedy zamknął oczy, ujrzał Bellę wyciągniętą na 

background image

kanapie w pokoju na dole. Pamiętał nawet, jak wyglądały jej stopy, 
szczupłe, gładkie i delikatne. Miał wielką ochotę pogładzić te stopy i 
sięgnąć wyżej, najpierw do łydek, a potem jeszcze wyżej... 
Zastanawiał się, czy może być na świecie coś gorszego niż 
poślubienie kobiety, która jednocześnie go nie lubiła i potrzebowała. 
Jęknął cicho, ale gdy pomyślał o trójce maluchów, ciężar, jaki czuł w 
piersiach, nieco zelżał. 
Nawet jeśli dzieciaki były wścibskie, hałaśliwe i ich utrzymanie 
kosztowało masę forsy, nie próbowałby ich wychowywać. Podziwiał Bellę 
za jej zaangażowanie i poświęcenie. W przedziwny sposób związał ich ze 
sobą wspólny cel. 
Wszystko pięknie, pomyślał, przewracając się na materacu, ale 
ciekawe, czy za dwa lata nie skończy się na tym, że on sam popadnie w 
łagodny obłęd i kompletne bankructwo. Myśl o tym nie dawała mu usnąć 
przez wiele godzin. 
Wreszcie zapadł w niespokojny sen, który przerwał jakiś dźwięk. 
Wtulił głowę w poduszkę, ale dźwięk nie ustawał. Wreszcie dotarło do 
niego, że to płacze dziecko. Edward usiadł na łóżku i zaczął nasłuchiwać. 
Tak, to musi być Embry. 
Zerwał się z łóżka i pobiegł do pokoju chłopców, ale przed drzwiami 
zderzył się z Bellą. Instynktownie chwycił ją w ramiona, zanim zdążyła 
upaść. Poczuł na sobie ekscytujący dotyk jej piersi. Bella zacisnęła dłonie 
na jego bicepsach. 
- O rety, czyżbyś był nagi? - szepnęła. 
- Mam na sobie bokserki - odpowiedział. Tymczasem Embry znowu 
zapłakał żałośnie. - To Embry - dodał. 
- Wiem. - Próbowała się oswobodzić. - To mu się zdarza dość często. 
Ale na początku było tak co noc. Myślę, że opłakuje w ten sposób 
rodziców. Zaraz się nim zajmę. 
Ostrożnie otworzyła drzwi, podeszła do łóżeczka malca, dotknęła 
jego rączki i cichutko powiedziała: 
- No, już dobrze, dobrze, mój maleńki. 
- Ciociu Bello - odezwał się cienki głosik. - Miałem okropny sen. 
Byliśmy w pizzerii i wszyscy sobie gdzieś poszli. Zostałem zupełnie sam i 
nie mogłem cię odnaleźć. 
- Na pewno nigdy tak nie będzie - zapewniła go Bella. - Jesteś ze 
mną na dobre i na złe. Czy chciałbyś napić się wody i zrobić siusiu? 
- Tak. 
- Pójdę z tobą - ofiarował się Edward, biorąc chłopca za rękę. 
Kiedy wrócili, Bella, wciąż zdumiona pomocą Edwarda, pochyliła się 
nad Embrym i ucałowała go w czoło. 
- Utulę go teraz do snu - powiedziała. 
- A co będzie ze mną? - zagadnął Edward, mając nadzieję, że późna 
pora usprawiedliwi to pytanie. 
- Jak to: z tobą? 
- No, kiedy mnie utulisz do snu? To moja pierwsza noc w twoim 

background image

domu. Mogą mnie nawiedzić jakieś koszmarne sny. 
- Spróbuj liczyć barany - poradziła mu Bella. 
Edward nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że Bella, wyjątkowo 
ciepła i dobra dla dzieci, dla niego w ogóle nie miała serca. 
Takie były początki nie rokującego większych nadziei małżeństwa 
Belli i Edwarda. Nazajutrz dzieci nadal starały się „pomóc" Edwardowi w 
ustawieniu jego komputera. Nie opuszczały go ani na krok, tak że Bella 
zaczęła się zastanawiać, czy się do niego zanadto nie przywiążą. 
Wieczorem Edward znów zjawił się w jej pokoiku na dole. Tym razem 
była przygotowana na jego przyjście i siedziała na kanapie. 
- Więc dlaczego twoja mama nie mogła się tobą opiekować? Czy 
była chora? 
Edward podszedł do niej i dotknął jej włosów. Bella uniosła głowę i 
spojrzała mu prosto w oczy. 
- Nie, nie była chora fizycznie - odparł - ani nawet umysłowo. Po 
prostu nie umiała gospodarować pieniędzmi. Co miesiąc ojciec przysyłał 
jej czek na moje utrzymanie, a ona wydawała wszystko w trzy dni. Nie 
płaciła rachunków, właściciel naszego mieszkania wiele razy nas wyrzucał, 
wyłączano nam prąd. Czasami mama w ogóle nie wracała na noc. 
Dowiedziała się o tym sąsiadka i zawiadomiła kogoś z opieki społecznej. 
Wkrótce potem zabrano mnie do domu opieki dla chłopców. 
Bella serce się ścisnęło na myśl o tym, jak musiało wyglądać 
dzieciństwo Edwarda. Jej własne też nie było jak z bajki, ale przynajmniej 
mama była zazwyczaj w domu, chociaż prawie co noc upijała się do 
nieprzytomności. 
- Więc cię zaniedbywała - szepnęła z żalem. - Ile miałeś wtedy lat? 
- Zawarliśmy umowę - pokręcił głową Edward. - Jedno pytanie na 
wieczór. Teraz moja kolej. Jaki jest powód tego, że postanowiłaś próbować 
zmienić świat? 
Bella przygryzła wargę, słysząc to pytanie. Wielu przyjaciół 
ż

artowało sobie z jej gorącego zaangażowania. 

- Wcale nie muszę zmieniać świata - powiedziała. - Chociaż nie 
miałabym nic przeciwko temu. Zupełnie by mi wystarczyło, gdybym 
mogła popracować nad jego małym zakątkiem. 
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Jaki jest powód tego, że...? 
- No dobrze. Kiedy miałam trzynaście czy czternaście lat, 
zauważyłam, że na świecie żyją dwa rodzaje ludzi. Tacy, którzy sprawiają, 
ż

e coś się zmienia na lepsze, i tacy, którzy marnują własne życie. 

Widziałam zbyt wielu marnujących swoje życie, żebym chciała należeć do 
tego rodzaju. 
Zauważyła, że chciał jej zadać jeszcze jedno pytanie, ale 
powstrzymał się, skinął głową i powiedział tylko: 
- Dobranoc. 
Znowu, podobnie jak poprzedniej nocy, ogarnęła ją irytacja 
zaprawiona oburzeniem. Najwidoczniej Edward lepiej panował nad sobą i 
był mniej od niej ciekawy. Niech go wszyscy diabli, pomyślała. 

background image

- Dobranoc - odrzekła, starając się nie dać po sobie poznać, że czuje 
się urażona. 
- Byłoby znacznie lepiej dla nas obojga, gdybyś przestała być taka 
zła, że przyjęłaś moją pomoc. Śpij dobrze - rzucił, kierując się ku 
schodom. 
Bella popatrzała za nim z oburzeniem. Zła? Ja miałabym być zła? Z 
trudem powstrzymała się przed tym, żeby nie pobiec za nim i pokazać mu, 
jak to wygląda, kiedy jest naprawdę zła. To fakt, że trudno jej było 
pogodzić się z obowiązującymi przepisami i z tym, że wyjście za mąż 
miało jej ułatwić uzyskanie prawa do opieki nad dziećmi, ale doprawdy nie 
była zła na Edwarda. Nie zachwycało jej, że musiała poślubić człowieka, 
którego nie znała, ale miała na pieńku z prawnikami i z pewną kobietą z 
opieki społecznej. Nie z Edwardem. Koniec, kropka. 
 

 
 

ROZDZIAł 6 

 
 
W poniedziałek pojawiły się różne problemy, jak to zwykle bywa w 
pierwszym dniu tygodnia. Edward wcześnie wyszedł, mówiąc, że w 
godzinach pracy giełdy będzie u siebie w domu do czasu, kiedy uda mu się 
uruchomić nowy system komputerowy. Emily spóźniła się na autobus do 
szkoły, Embry nie zdążył w porę do łazienki, Bella zaś po przyjściu do 
szkoły przekonała się, że większość dzieci złapała jakiegoś wirusa i 
rodzice powinni byli zatrzymać je w domu. 
Kiedy wieczorem Edward nie zjawił się w porze kolacji, Bella zaczęła 
się zastanawiać, czy może pożałował decyzji, jaką podjął. Dzieci, 
wyczuwając zapewne jej zdenerwowanie, dały popis złego zachowania. 
Jakby nie dość było tego wszystkiego, do drzwi zadzwoniła pani 
Weber. Bella ledwo udało się tam dobiec przed Emily. Zmuszając się do 
uśmiechu, otworzyła. 
- Dobry wieczór, pani Weber. Niech pani wejdzie. Znów trafiła pani 
na porę, kiedy jadamy kolację - zauważyła, starając się, by w jej głosie nie 
było słychać irytacji. 
- O mały włos nie przewróciłam się o rower na trzech kółkach, 
porzucony na chodniku - burknęła pani Weber, zmierzając do kuchni. 
- Bardzo mi przykro - powiedziała Bella, myśląc w duchu, że wcale 
by się nie zmartwiła, gdyby ta baba skręciła sobie kark. W następnej 
sekundzie przeraziła się, czy za taką myśl nie porazi jej grom z jasnego 
nieba. 
- Chętnie poczęstowałabym panią deserem, ale... 
W tym momencie Bella posłyszała, jak drzwi otwierają się i 
zamykają. Zerknąwszy przez ramię pani Weber, ujrzała Edwarda. Serce 

background image

stanęło jej w gardle. Nie zdążyli się jeszcze przygotować na taką 
ewentualność, a przecież od efektów wizyty tej kobiety wiele zależało. 
Bella zastanawiała się, czy ma go pocałować, czy też powiedzieć, żeby 
sobie poszedł. Wreszcie rozsądek wziął górę i wybąkała: 
- Edward, przyszła pani Weber. 
- Hej, Edward! - zawołały bliźnięta. Pomachał im ręką, po czym 
podszedł do Belli. 
- To miło, że pani przyszła - odezwał się. - Czy Bella zdążyła już 
podzielić się z panią naszą nowiną? 
- Nowiną? Jaką nowiną? - Pani Weber zmarszczyła brwi. 
- Pobraliśmy się w zeszłą sobotę - wyjaśnił Edward, obejmując Bellę 
ramieniem. 
- Jak to? - zapytała kobieta, której ze zdumienia oczy omal nie 
wyszły na wierzch. - Pobraliście się? Tak nagle? 
- Kiedy wszystko dobrze się układa, nie ma na co czekać - oznajmił 
Edward, całując Bellę we włosy. - Bella i ja mamy siebie, a dzieci mają oboje 
rodziców. 
- Nie wybieracie się w podróż poślubną? Bella osłupiała, słysząc to 
pytanie. 
- O niczym innym nie marzę, jak o tym, żeby pobyć sam na sam z 
moją żoną - odparł Edward, splatając dłoń z jej dłonią - ale uznaliśmy, że 
będzie lepiej dla dzieci, jeśli zostaniemy i odłożymy na jakiś czas nasz 
miodowy miesiąc. Prawda, kochanie? 
- Prawda - przytaknęła Bella. - Dzieci naprawdę bardzo polubiły 
Edwarda. Ogromnie się cieszę, że chłopcy i Emily będą mieli w domu 
mężczyznę, który stanie się dla nich wzorem. - No tak, pomyślała, gdyby 
nie brak perełek, wysokich obcasów i odkurzacza, byłabym modelową 
panią domu z lat pięćdziesiątych. 
- Cóż, będziemy musieli jeszcze porozmawiać z panem Cullenem i 
wszystko dokładnie sprawdzić - oświadczyła pani Weber, najwyraźniej 
wciąż zaskoczona tym, co usłyszała. 
Bella znowu się zaniepokoiła. Co będzie, jeśli się okaże, że 
przeszłość Edwarda kryje jakąś mroczną tajemnicę? 
- Proszę bardzo, nie mam nic do ukrycia, a pani musi wykonać swoją 
powinność - powiedział Edward. 
Bella marzyła tylko o tym, żeby jak najszybciej pozbyć się pani 
Weber. Czuła, że nie zdoła już dłużej odgrywać roli układnej pani domu z 
telewizyjnej opery mydlanej. 
- Czy możemy jeszcze pani w czymś pomóc? - zagadnęła. 
- Nie sądzę... 
- Wobec tego pozwoli pani, że ją odprowadzę do drzwi - 
zaproponował Edward i ujął panią Weber pod ramię. 
Wrócił po chwili i powiedział krótko: 
- Poszła sobie. 
Bella odetchnęła z ulgą i podbiegła do niego. Objęła go i przycisnęła 
wargi do jego ust. 

background image

- Nie wiem doprawdy, jak ci dziękować, że zjawiłeś się akurat w tym 
momencie. Dziękuję, bardzo dziękuję. Jestem twoją dłużniczką. 
Edward spojrzał na nią przeciągle, ciepło, a zarazem uwodzicielsko. 
- Doprawdy? Jak zamierzasz spłacić swój dług? - zapytał 
aksamitnym głosem. 
Ale wpadłam, pomyślała Bella. Coś mi się wydaje, że zamieniłam 
Babę Jagę na wilka. 
Bella poczuła, że ktoś ją ciągnie za szorty. Gdy opuściła głowę,

 

ujrzała Jacoba. 
- Co to takiego: podróż poślubna? 
- To jest taka specjalna podróż, w jaką wyjeżdżają nowożeńcy. 
- Na przykład do Disneylandu? - Małemu zaiskrzyły się oczy. 
- Tak. Albo nad morze. Albo jeszcze gdzie indziej. 
- Powinniśmy wszyscy pojechać w taką podróż! - wykrzyknął 
Jacob. 
- Tak! - zawtórował mu Embry. - Jedźmy w podróż poślubną. 
Emily uniosła w górę oczy, pokazując w ten sposób, że jako starsza 
siostra wie od nich znacznie więcej. 
- Chłopaki, nie pojedziemy w podróż poślubną. Dzieci nie jeżdżą. 
Tylko dorośli. 
- Ale chała - skrzywił się Jacob. 
- No właśnie - potwierdziła Bella. - Za bardzo tęsknilibyśmy za 
wami, więc nie będzie podróży. 
- Fajnie - rozpogodził się Jacob. - Czy są ciasteczka czekoladowe? 
- A zjadłeś zielony groszek? - zapytała Bella, zerkając na jego talerz. 
- Zjadłem dwa groszki - przyznał się mały, wiercąc się na krześle. - 
A ty jadasz groszek? - zagadnął Edwarda. 
- Tak, i to chętnie. Od groszku się rośnie. 
- Naprawdę? - zdumiał się Jacob, spoglądając na Edwarda i oceniając 
jego wzrost oczyma, które zrobiły się okrągłe jak talerzyki. 
- Powiedziałeś, że od groszku się rośnie? - szepnęła Bella. 
- Nie zaszkodzi tak powiedzieć - odparł Edward, wskazując na stół. - 
Popatrz, poskutkowało. 
Bella odwróciła się i zobaczyła, że Jacob wsuwa groszek, aż mu się 
uszy trzęsą. 
- Zadziwiające - mruknęła pod nosem i zerknęła na Edwarda z ukosa. - 
Nauczyłeś już bliźniaki siusiać po męsku, wystraszyłeś panią Weber, a 
teraz udało ci się przekonać Jacoba, żeby zjadł zielony groszek. Czy ty 
aby nie chcesz zostać świętym? 
- Skądże! - odparł, taksując ją spojrzeniem od stóp do głów, tak że 
poczuła, jak jej twarz oblewa rumieniec. - Zapewniam cię, że mi na tym 
nie zależy. Chciałbym natomiast się przekonać, jak zamierzasz spłacić 
swój dług. 
Belli zrobiło się gorąco na myśl o tym, czego mógłby od niej 
zażądać, i pomyślała, że dobrze byłoby się trochę ochłodzić. 
- Zaraz będą lody - zapowiedziała. - Może ktoś nie chce lodów? 

background image

Po uprzątnięciu naczyń Bella padła na kanapę w swoim pokoiku i 
zamknęła oczy. Wkrótce potem usłyszała kroki Edwarda i poczuła jego 
obecność obok siebie, ale przez chwilę nie otwierała oczu. Wytworzyło się 
między nimi pełne napięcia oczekiwanie. Bella obróciła obrączkę na palcu 
i uniosła rękę. 
- Dlaczego dałeś mi taką piękną obrączkę? Przecież mogłeś kupić 
cyrkonię zamiast diamentu. 
Zapanowała cisza. 
- A skąd wiesz, że to nie cyrkonia? 
- Nie wiem. Może mi powiesz? 
- Nie, to rzeczywiście nie jest cyrkonia - wyjaśnił i lekko się 
uśmiechnął. - Mówią, że niezłe ze mnie skąpiradło, ale nawet ja wiem, że 
w tym przypadku cyrkonia nie byłaby stosowna. 
- Powiedziałabym, że byłaby bardzo stosowna - wtrąciła Bella, 
siadając na kanapie. - Nasze małżeństwo nie jest zupełnie normalne. 
- Z tego, co słyszę od innych, to te normalne często nie bywają takie 
znów wspaniałe. Wybrałem tę obrączkę dlatego, że dla mnie jest ona jakby 
odbiciem ciebie. Uważam cię za osobę szlachetną, zasługującą na 
szlachetny kamień. 
Bella, wzruszona, znowu spojrzała na obrączkę. Nigdy dotąd żaden 
mężczyzna nie powiedział jej niczego tak miłego i szczerego. Poczuła się 
trochę bezbronna i nieco zagubiona. Powoli podniosła na niego oczy, 
ś

wiadoma swoich mieszanych uczuć. Korciło ją, by dotknąć jego  

włosów i mocno zarysowanego podbródka. Bardzo pragnęła 
poznać jego myśli. Czując, że porusza się po niebezpiecznym terenie, 
zmieniła temat. 
- Jak ci dziś poszło na giełdzie? 
- Zarobiłem - odparł. - Teraz moja kolej. Co będzie z tym długiem, 
który masz u mnie? 
- Nie wiem, o jakim długu mówisz. Oboje możemy to sobie różnie 
wyobrażać. 
- A czas spłacenia? - zagadnął, siadając przy niej na kanapie. 
- Cóż, to też można sobie różnie wyobrażać. Ja uważam, że nie 
dłuższy niż trzy minuty - odrzekła Bella, która pomyślała, że w trzy minuty 
Edward nie zdoła zbyt wiele zdziałać. W trzy minuty nie można... No cóż, 
jeśli w trzy minuty coś by osiągnął, to znaczy, że to coś nie byłoby niczym 
nadzwyczajnym. Na twarz znów wystąpił jej rumieniec. 
- A więc, trzy minuty - potwierdził Edward. 
Bella skinęła głową, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu. 
- Trzy minuty wszystko jedno czego? 
- No, w granicach rozsądku - powiedziała. 
- Dobrze, to teraz proszę cię o zwrot długu. 
- Tak szybko? 
- Powiedziałem ci, że nie jestem świętym. 
- Ale jeśli dzisiaj zwrócę ci ten dług, to nie zostanie nic na potem - 
zauważyła Bella, grając na zwłokę. 

background image

- Nie szkodzi. Trzy minuty. 
- Trzy minuty czego? 
- Trzy minuty na pocałunek. 
- To długo, jak na jeden pocałunek - szepnęła Bella, którą przeszył 
dreszcz oczekiwania. 
- To zależy, z kim się całujesz. 
Bella cofnęła się trochę, a serce zabiło jej jeszcze żywiej. 
- Boisz się? 
- Oczywiście, że nie - odparła, dumnie unosząc brodę. - To tylko 
pocałunek. Czy mam przynieść z kuchni minutnik? 
- Nie trzeba - zachichotał Edward. - Mam minutnik w zegarku. Zaraz 
go nastawię - powiedział i wcisnął kilka guziczków. 
Po chwili spojrzał na nią, zbliżył się, przeczesał palcami jej gęste 
włosy i przycisnął do siebie, niczym bukiet kwiatów. Bez pośpiechu, nie 
zważając na tykanie zegara, muskał wargami jej usta, delektując się ich 
dotykiem. 
Bella westchnęła cicho, ulegając wrażeniu ciepła i bliskości. Edward 
delikatnie przechylił jej głowę i zaczął całować ją mocniej i bardziej 
namiętnie. Jedną dłonią podtrzymywał jej głowę, drugą wodził po szyi i 
podbródku. 
Poczuła, jak ogarnia ją podniecenie. Wdychając jego męski zapach, 
chciała jeszcze pogłębić ten pocałunek, rozchylając usta. 
Edward zaczął ją całować bardziej natarczywie, objął ramionami i 
mocno przygarnął do siebie. Zrozumiała, że nie zdoła mu się oprzeć, że nie 
może się doczekać jego pieszczot. Gdy położył dłonie na jej piersiach, 
wiedziała, że pragnie go całą sobą. 
Wtem posłyszała cichutki brzęczyk. Edward mruknął coś pod nosem, 
niezadowolony. Brzęczenie stało się głośniejsze. Edward oderwał się od niej, 
a ona z trudem pokonała chęć zbliżenia się do niego. 
To zadzwonił minutnik. Upłynęły trzy minuty. Wbrew sobie, 
uwolniła się z jego objęć i kilka razy głęboko odetchnęła. 
Była zaskoczona i poruszona wrażeniem, jakie wywarły na niej te 
trzy minuty. Wyprostowała się i splotła ręce na karku. Nie miała 
wątpliwości, że w grę wchodzi coś więcej niż tylko pokusa seksualna, że z 
jej strony grały rolę także uczucia. Tak bardzo się tego zlękła, że zadrżały 
jej dłonie. 
Różne myśli kłębiły się jej w głowie. Od początku podejrzewała, że 
Edward może być niebezpieczny. Łączył w sobie siłę, inteligencję i męską 
atrakcyjność i był za bardzo pociągający, by mogła mu się oprzeć. 
Przymknęła na chwilę oczy, aby uciszyć szalejące emocje. 
Edward dotknął jej ramienia, a ona wzdrygnęła się i niemal od niego 
odskoczyła. 
- Nie! - szepnęła i wstrzymała oddech. - Proszę, nie dotykaj mnie. 
Zastosował się do jej prośby, ale jego ściszony głos był dla niej 
prawie równie niebezpieczny. 
- Dobrze - powiedział i zbliżył usta do jej ucha, tak że poczuła jego 

background image

oddech i znów wstrząsnął nią dreszcz. 
- Pragnę znacznie więcej niż tylko cię dotykać. Pragnę wsłuchiwać 
się w twoje ciało, zamiast słuchać brzęczenia tego idiotycznego minutnika. 
Pragnę całować ciebie całą, ale trzy minuty to tyle co nic. Nawet trzy 
godziny to byłoby dla mnie za mało. 
W jego głosie Bella wyczuła obietnicę wielu podniecających 
pieszczot. 
- Śpij dobrze - powiedział, ale Bella zdawało się, że jego słowa 
zabrzmiały raczej jak wyzwanie. 
Pomyślała, że trudno jej będzie usnąć tej nocy. Dopiero teraz zdała 
sobie sprawę, jak bardzo pociągający stał się dla niej Edward. 
Przez godzinę przewracał się z boku na bok w łóżku. Zupełnie nie 
mógł się uspokoić. Już przedtem wyczuwał, że Bella jest kobietą namiętną, 
ale nie miał pojęcia, że jej reakcja doprowadzi go do tak silnego 
podniecenia. 
Za każdym razem, kiedy zamykał oczy, przypominał sobie, jaką 
namiętność budził w nim dotyk jej ust, włosów, piersi. 
To niesłychane. Przecież była jego żoną. 
Ale zarazem nią nie była. 
Wiedząc, że nie uśnie, odrzucił kołdrę, wstał z łóżka, zapalił lampkę 
na biurku i włączył komputer. Skoro nie może spać, to lepiej zrobi, 
analizując tabele notowań giełdowych. 
 

ROZDZIAł 7 

 
Nazajutrz rano Bella sprawiała wrażenie bardzo zdenerwowanej i 
miała do siebie o to pretensję. Nie powinna się była doprowadzić do 
takiego stanu z powodu głupiego pocałunku. Ale jaki to był pocałunek! - 
podpowiadało jej uczciwe, kobiece i mało w tej chwili pomocne serce. Z 
impetem postawiła szklankę z sokiem pomarańczowym, który rozprysnął 
się po całym stole. 
- Ajaj - zauważył Embry. 
- Ajaj - zachichotał Jacob. 
- Ajaj! - zawołali obaj chłopcy. 
Bella poczuła, że jej nerwy są napięte jak postronki, kiedy bliźniaki 
wykrzyknęły z radością: 
- Edward, Edward! 
Zawsze wydawali się tacy szczęśliwi na jego widok, pomyślała Bella, 
pochylając się nad zlewem. Problem polegał na tym, że sama czuła się nie 
mniej od nich szczęśliwa, wprost dziecinnie szczęśliwa. 
- Dzień dobry - powitała go cichym głosem. 
Zauważyła, że oczy miał trochę bardziej zmrużone niż zwykle i 
zmierzwione włosy. Może on także marnie spał tej nocy, pomyślała z 
nadzieją w sercu. 
- Dzień dobry, chłopaki - zwrócił się do nich wesoło Edward, po czym 
powitał Bellę, lekko się do niej uśmiechając. 

background image

- Dobry - odezwała się Emily słodkim, zaspanym głosikiem i 
podniosła do ust łyżkę musli. 
Edward odwzajemnił powitanie. Bella pogładziła małą po główce. 
- Wiesz, może zapytam Yorków, czy pozwolą ci pograć dziś na 
pianinie, co ty na to? - zapytała. 
Emily, która miała pełną buzię, uśmiechnęła się szeroko i skinęła 
głową. 
- Kto to są ci Yorkowie? - zagadnął Edward. 
- Mieszkają przy tej samej ulicy. Emily chętnie do nich chodzi. Mam 
wrażenie, że chciałaby się uczyć grać. 
Bella nie myślała jeszcze, za co mogłaby kupić pianino i opłacić 
lekcje, ale postanowiła martwić się o to później. 
- To chyba dobry pomysł - powiedział Edward. - Teraz jadę do biura, a 
wieczorem spotkam się z przyjaciółmi, więc wrócę późno. No to cześć, 
dzieciaki, życzę wam dobrego dnia. - I po chwili dodał miękkim, 
aksamitnym głosem: - I tobie też, Bello. 
Wieczorem, chcąc nieco odetchnąć od swoich problemów, Edward 
miał się spotkać z przyjaciółmi z czasów kawalerskich w barze U 
O'Malleya. Umówili się tam na piwo i hamburgera. 
Jasper już na niego czekał przy stoliku, skąd można było wygodnie 
oglądać mecz na ekranie dużego telewizora. 
- Emmett trochę się spóźni - uprzedził Edwarda. 
- Jakieś kłopoty? 
- No cóż, musiał zostać w domu i w rodzinnym gronie zjeść 
prawdziwą domową kolację zamiast hamburgera. Nie zdziwiłbym się, 
gdyby Rosalie urodziła niebawem drugie dziecko. 
- Tak szybko? 
- Myślę, że oni chcą mieć dużą rodzinę - wyjaśnił Jasper. 
Patrząc na niego, Edward przypomniał sobie lata ich pobytu w domu 
opieki dla chłopców. 
- Pamiętasz, jak wszyscy marzyliśmy o dużych rodzinach? - 
zagadnął, pociągając łyk piwa. 
- Tak, chcieliśmy mieć mamę, tatę i mnóstwo rodzeństwa. Ale 
powiedz mi, jak ci się wiedzie w małżeństwie? 
- Wciąż jeszcze mało się znamy - odparł Edward, wzdychając ciężko. - 
No i trzeba ci wiedzieć, że ożeniłem się z kobietą, która chce zbawić świat 
i uważa, że z tego powodu nie powinna żywić żadnych ludzkich potrzeb. 
- To marnie - skrzywił się Jasper. - A jak z forsą? Płynie jak woda? 
- Jeszcze nie - odrzekł Edward, który, pamiętając o tym, co wyprawiała 
z pieniędzmi jego mama, wzdrygnął się na myśl o niekontrolowanych 
wydatkach. - Kupiłem dziś coś dla naszej małej i otworzyłem w banku 
rachunki na wykształcenie dzieci. 
- No, to brzmi całkiem poważnie - zdumiał się Jasper. 
- Bo to jest poważna sprawa, kiedy się ma dzieci - oznajmił Edward, 
wzruszając ramionami, aby ukryć swe prawdziwe uczucia. - Trzeba się 
wtedy liczyć z dużymi wydatkami i wiele rzeczy planować naprzód. 

background image

Zawsze wiedziałem, że tak jest. Ale nie wiedziałem, jaka to frajda mieć 
dzieci. 
- A Bella? 
- Z Bella też byłoby wspaniale, gdyby tylko na piętnaście minut 
przestała myśleć o zbawieniu świata. 
- Może uda ci się ją namówić, żeby zbawiła ciebie? - zażartował 
Jasper, uśmiechając się szelmowsko. 
Bella siedziała po ciemku w swoim pokoiku. Dzieci już spały. Edward 
jeszcze nie wrócił. Pomyślała, że powinna być zachwycona, mając dla 
siebie te cenne chwile samotności. 
Zamiast się cieszyć, zerkała jednak co chwila na zegar. Była 
ciekawa, gdzie on teraz jest i z kim. Powiedziała sobie, że to nie jej 
sprawa, wstała z kanapy i zaczęła krążyć po pokoju. Przecież byli 
małżeństwem tylko formalnie. Nic jej do tego, jeśli Edward spotkał się z 
kobietą, która spełniłaby jakieś jego potrzeby. Bella nie mogła sobie rościć 
do niego żadnych praw. 
Dlaczego więc na samą myśl, że może być teraz z jakąś kobietą, 
zadrżało jej serce? 
Zirytowała ją świadomość, jak silne żywi wobec niego uczucia. Nie 
powinna się nim w ogóle przejmować. 
- Właśnie dlatego nie chciałam wyjść za mąż - mruknęła pod nosem. 
- Nie powinno mi tak zależeć na żadnym mężczyźnie. To tylko 
przeszkadza, przyćmiewa umysł i pozbawia człowieka energii. 
Znów zerknęła na zegar. Jedenasta trzydzieści. Brakowało jej tych 
wieczornych pytań, bez nich dzień wydawał się jakiś niepełny. Tylu rzeczy 
chciała się od niego dowiedzieć. 
Wzięła głęboki oddech, aby się trochę uspokoić, opuściła pokój i 
weszła na górę. Właśnie dlatego powinna zawsze panować nad swymi 
uczuciami. Dzisiejszy dzień dobitnie jej o tym przypomniał. Musi polegać 
tylko i wyłącznie na sobie. Zawsze. 

ROZDZIA

Ł 

SIÓDMY 

ROZDZIAł 8 

 
Nazajutrz po południu Bella miała niespodziewane kłopoty. 
Dokładnie w chwili, kiedy miały przyjść na zajęcia dzieciaki z zerówki, 
zatelefonowała kobieta, która opiekowała się trójką maluchów, że 
wydarzyło się coś nieprzewidzianego i będzie musiała zaraz wyjść z domu. 
Prosiła, by Bella jak najszybciej odebrała od niej dzieci. Pech chciał, że 
rezerwowa opiekunka wyjechała akurat na wakacje. 
Bella nie wiedziała, co począć. Wreszcie przełamała się i postanowiła 
skontaktować się z Edwardem. Nie zastała go w jego domu, gdzie najpierw 
zadzwoniła, ale, ku jej zdziwieniu, okazało się, że jest u niej. 
- Co się stało? - zapytał. 
Jego silny głos podziałał na nią uspokajająco. 
- Mam kłopot. Okazuje się, że opiekunka ma jakiś problem i musi 

background image

nagle wyjść, a ja zaraz zaczynam zajęcia w szkole i nie mogę sama 
odebrać dzieci. 
Nastąpiła długa cisza, podczas której Bella wstrzymała oddech. Po 
chwili pożałowała, że w ogóle zadzwoniła do Edwarda, i powiedziała: 
- Nieważne, zapomnij o tym... 
- Na Boga, daj mi chwilę czasu, muszę zebrać myśli - przerwał jej 
Edward. - Właśnie zamierzałem kupić pakiet akcji. Zaraz to zrobię, potrwa 
chwilkę. Powiedz mi, gdzie mieszka opiekunka? 
Bella szybko podała mu adres i wyjaśniła, jak tam dojechać. Z jednej 
strony poczuła ulgę na myśl o tym, że Edward wybawi ją z opresji, z drugiej 
było jej przykro prosić go o pomoc. 
- Naprawdę bardzo ci dziękuję - powiedziała. - Znowu jestem twoją 
dłużniczką, możesz być pewien że... - i tu przerwała, gdyż przypomniała 
sobie tarapaty, w jakie wpadła ostatnim razem, oddając mu dług. 
- Porozmawiamy o tym później - odrzekł Edward. - Do zobaczenia w 
domu. 
Tym razem nie było z jego strony żadnych aluzji. Bella stwierdziła, 
ż

e sprawiło jej to przykrość i niechętnie odwiesiła słuchawkę. Może te 

sprawy przestały go już interesować. Starała się przekonać samą siebie, że 
niczego innego nie pragnie. 
Powtarzała to sobie w kółko podczas zajęć z dziećmi i kiedy 
kupowała hamburgery w drodze do domu. Pomyślała, że jeszcze tak 
niedawno, po uroczystości ślubnej, jedli hamburgery w ogrodzie u Rosalie i 
Emmetta. Zrobiło się jej smutno. Wyjęła z samochodu papierową torbę z 
hamburgerami i postawiła ją przy drzwiach, modląc się w duchu, by pani 
Weber nie złożyła im niespodziewanej wizyty. Tylko tego by brakowało. 
Wyjęła z torebki klucz i otwierając zamek, obiecała sobie nie okazywać 
Edwardowi nadmiernej wdzięczności. Nie miała zamiaru wpadać w nowe 
kłopoty. 
Gdy tylko uchyliła drzwi, natychmiast posłyszała dźwięki pianina. 
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy jest to jakieś nagranie, ale zaraz 
się zorientowała, że ktoś po prostu brzdąka, a nie gra jakiś utwór. Szybko 
przeszła przez hol i stanęła w progu saloniku. Przy niewielkim pianinie 
siedziała Emily, a jej braciszkowie stali po obu jej stronach. 
Bella omal nie upuściła torby z hamburgerami. 
- Emily, skąd się wzięło to pianino? - zapytała. 
- To prezent od Edwarda! - wykrzyknęli jednocześnie chłopcy. 
Emily obróciła się na taborecie i uśmiechnęła promiennie. 
- To prawda, dostaliśmy je od Edwarda! - oznajmiła radośnie. 
W tym momencie do pokoju zajrzał on sam, z telefonem 
komórkowym przy uchu. Spojrzał na Bellę, ale nie odezwał się ani nie 
skinął jej głową na powitanie. 
Bella wzięła głęboki oddech i podeszła do pianina. Ten niewielki 
instrument, złocistobrązowy, o pięknie wypolerowanym drewnie i 
klawiszach z kości słoniowej, wspaniale pasował do pokoju i nie zabierał 
w nim zbyt wiele miejsca. Sama Bella nie dokonałaby lepszego wyboru. W 

background image

jakiej formie powinna wyrazić Edwardowi wdzięczność za ten piękny 
prezent? 
Embry głośno wciągnął przez nos powietrze i pogładził się po 
brzuszku. 
- Pachną hamburgery - stwierdził z zadowoleniem. 
- Ty ich na pewno nie będziesz jadł, bo puściłeś pawia w 
samochodzie Edwarda - przypomniał mu Jacob. 
Bella wzdrygnęła się. Ładna historia. Wiadomo, że mężczyźni nie 
lubią, jak ktoś brudzi w ich samochodach. To nadzwyczajne, że Edward 
jeszcze się nie pożegnał i nie zabrał stąd swoich manatków. Bella 
przyjrzała się uważnie Embryemu, chcąc się zorientować, czy nie jest 
chory. 
- Kochanie, czy źle się czujesz? Mały potrząsnął głową. 
- Embry dobrał się do puszki z ciasteczkami, które nasza opiekunka 
trzyma na półce w kuchni. No i za dużo zjadł - wyjaśniła Emily. 
- A teraz Edward nie pozwolił mi nic jeść - odezwał się malec i 
niezadowolony wydął usta. - Powiedział, że nie chce, żebym znowu 
zwymiotował. 
Bella, zdziwiona, że Edward tak trafnie ocenił sytuację, poczuła, jak 
wpatrują się w nią trzy pary oczu, tak jakby czekały na jej wyrok. 
- Edward ma rację. Twój brzuszek musi trochę odpocząć, zanim znowu 
coś zjesz - oznajmiła. 
- Ale co z moim hamburgerem? - chciał się koniecznie dowiedzieć 
Embry, nie odrywając oczu od papierowej torby. 
- Zobaczymy. Zawołam was wszystkich za kilka minut - rzuciła Bella 
i skierowała kroki do kuchni. Idąc korytarzem, wpadła na Edwarda, który, 
wciąż rozmawiając przez telefon, podtrzymał ją, żeby nie upadła. 
Czując miły zapach jego wody po goleniu, Bella przypomniała sobie, 
jak ją niedawno całował i jakie to było przyjemne. Trudno jej będzie 
udawać obrażoną po tej niespodziance z pianinem, jaką im dzisiaj sprawił. 
- No dobra, jutro rano skończę instalowanie mojego systemu 
komputerowego - powiedział i wyłączył telefon. - Właśnie znalazłem błąd 
i muszę to skorygować. 
Bella, czując na sobie jego wzrok, walczyła z uczuciami, które 
głęboko skrywała. 
- Dlaczego kupiłeś to pianino? 
- Kto ci powiedział, że je kupiłem? - zapytał, z trudem 
powstrzymując uśmiech. 
- No cóż, do Bożego Narodzenia daleko, więc wiem, że Święty 
Mikołaj nie spuścił go przez komin. A jeśli dobrze pamiętam, sam mi 
powiedziałeś, że niezłe z ciebie skąpiradło - wyjaśniła Bella, uśmiechając 
się do niego. 
- Bo to prawda - powiedział. - Ale to zupełnie inna sprawa. 
- Jak to: inna? 
Edward wzruszył ramionami, jakby chciał zrzucić z siebie jakiś 
niewygodny ciężar, wziął od niej torbę z hamburgerami i położył na blacie 

background image

w kuchni. 
- Emily chce się uczyć gry na pianinie, więc to oczywiste, że 
potrzebny jest jej instrument. 
- Potrzebny? 
- Naprawdę to nic wielkiego, nie ma o czym mówić. 
- Moim zdaniem, to właśnie jest coś wielkiego i jest o czym mówić - 
powiedziała z naciskiem Bella. - Bardzo ci dziękuję. 
Do kuchni wbiegli Embry i Jacob, zakłócając atmosferę 
intymności, która się między nimi wytworzyła. 
- Chcemy zjeść hamburgery! - darli się na całe gardło. 
- Jeszcze chwila, a wybuchnie rewolucja - uprzedził Edward. - Lepiej 
nakarmić tę brygadę. 
Bella czuła, że w ciągu tego wieczoru między nią a Edwardem 
narastało oczekiwanie, gęstniejące z minuty na minutę. Edward spoglądał jej 
w oczy i nie odwracał wzroku. Uczucia Belli oscylowały między 
fascynacją a lękiem, a jej serce biło żywiej. Gdy kładła dzieci spać, miała 
wrażenie, jakby ktoś wsadził ją do wagonika kolejki górskiej. 
Zeszła potem na dół do swego pokoiku. Czekając, zastanawiała się, o 
co Edward ją dzisiaj zapyta. I które z wielu nurtujących ją pytań doczeka się 
tego wieczoru odpowiedzi? Rozmyślając, oparta się wygodnie na kanapie i 
zdrzemnęła. Gdy się obudziła po godzinie, Edwarda wciąż jeszcze nie było. 
Rozczarowana i trochę poirytowana, wróciła na górę. Pod drzwiami 
do jego pokoju ujrzała smugę światła. Tak bardzo paliła ją ciekawość i tyle 
chciała mu zadać pytań, że podniosła rękę, aby zapukać do drzwi. 
Zatrzymała się dokładnie w chwili, gdy jej palce dotknęły drewna. Lepiej 
zachować dystans, pomyślała. I powściągnąć rodzącą się fascynację. On 
jest wprawdzie jej mężem, ale tylko formalnie. 
Nazajutrz rano Edward unikał Belli. Jej oczy mówiły wprawdzie „tak", 
ale wiedział, że usta powiedzą „nie". 
I jeśli nie będzie uważał, pragnienie, by owo „nie" zmieniło się w 
„tak", może się stać obsesją. Może? - pomyślał i cicho się zaśmiał. 
Słysząc odgłos kroków i trzaśnięcie drzwi, poszedł do kuchni zrobić 
sobie kawę. Gdy spostrzegł torebkę z kanapkami na lunch na blacie 
kuchennym, przez chwilę walczył z sumieniem, po czym złapał torebkę i 
wybiegł przed dom. 
Bella właśnie zapinała w samochodzie pasy Jacoba. 
- Czegoś zapomniałaś! - zawołał Edward, wymachując torebką. 
Bella spojrzała najpierw na niego, potem na torebkę i odrzekła, 
potrząsając przecząco głową: 
- Nie, nie zapomniałam. Zdezorientowany Edward popatrzył na 
torebkę. 
- To nie są kanapki na lunch? 
- Zgadza się - odparła Bella i wsiadła do swego garbusa. 
- Więc czemu ich nie zabierasz? 
Bella rzuciła mu zalotne spojrzenie i obdarowała go uśmiechem tak 
seksownym, że aż zakręciło mu się w głowie. 

background image

- To są kanapki dla ciebie - rzuciła i zatrzasnęła drzwi. - Muszę już 
jechać. Życzę ci miłego dnia. 
Edward nie mógł uwierzyć własnym oczom. Kiedy odjeżdżała i dzieci 
machały mu na pożegnanie, stał wciąż wpatrzony w torebkę z kanapkami. 
Bella nie mogła przecież wiedzieć, że nigdy przedtem nikt nie szykował 
mu lunchu w torebce. 
Zajrzał do środka, chcąc sprawdzić, co mu zapakowała. Znalazł 
kanapki z szynką i z serem, batonik czekoladowy i banana. I karteczkę, na 
której napisała: „Nie włożyłam ciasteczek, bo nie wiem, jakie lubisz. Z 
masłem orzechowym czy z kawałkami czekolady"? 
Niezłe z niej ziółko, pomyślał Edward i poczuł, jak ogarnia go jakiś 
dziwny, miły dreszcz. Pragnął Belli od chwili, kiedy wypowiedział słowa 
przysięgi małżeńskiej. Nigdy nie przypuszczał, że ten ślub, który oboje 
uznali za czystą formalność, zbliży go do niej tak bardzo, że wciąż będzie 
o niej myślał. 
 

ROZDZIAł 9 

 
 
„Lubię wszystkie. Dzięki. E." 
Bella nie mogła powstrzymać uśmiechu, czytając po raz trzeci słowa 
skreślone zamaszystym pismem Edwarda w odpowiedzi na jej pytanie. A 
więc w jej domu zamieszkał jeszcze jeden pożeracz ciasteczek. Schowała 
kartkę do kieszeni spodni i zapamiętała dobrze jej treść. 
Kiedy zadzwonił minutnik, wyciągnęła z piecyka drugą blachę z 
ciasteczkami. Kuchnię wypełnił zapach świeżo upieczonych słodyczy. 
- Czy zadawanie mi tortur jest twoją misją życiową? - zagadnął ją 
Edward, który właśnie stanął w progu. 
Bella odwróciła się, by na niego spojrzeć, i stanęła jak wryta. Włosy 
miał jeszcze wilgotne i zmierzwione po prysznicu, spod którego przed 
chwilą wyszedł. Był bez koszuli, a przewiązane u góry bawełniane luźne 
spodnie opadały mu na biodra. Bella wstrzymała oddech na widok jego 
obnażonego torsu i brzucha. 
- No więc jak to jest? - nalegał na odpowiedź. 
- W jaki sposób miałabym ciebie torturować? 
- Na bardzo wiele sposobów, aż trudno zliczyć - mruknął pod nosem 
i wskazał brodą ciasteczka. - Już sam ich zapach może przyprawić o 
zawrót głowy. 
- Upiekłam je, żeby ci podziękować. 
- Za co? 
- Za to, że jesteś. 
Edward zamrugał oczami, rozłożył ręce, wskazując, że nie wie, o co 
chodzi, po czym sięgnął po ciasteczko. 
- Nie chcę się sprzeczać, ale właściwie za co masz mi dziękować? 
- Za to, że odebrałeś dzieci od opiekunki i nie skrzyczałeś Embryego, 
który zabrudził ci samochód. 

background image

- Przyjemność po mojej stronie - odparł i zatopił zęby w gorącym 
jeszcze ciastku. 
Bella tymczasem nie mogła oderwać oczu od jego torsu. 
- Czemu się tak przyglądasz? - zagadnął. 
- Niczemu - mruknęła. Zażenowana, pragnąc ukryć rumieniec 
wstydu, odwróciła się od niego i zaczęła szybko zgarniać ciastka z blachy. 
- Jak to: niczemu? - nalegał Edward. Chwycił ją za ramiona i obrócił 
twarzą do siebie. - Co się właściwie dzieje? 
- Nic takiego - odburknęła nieprzekonująco. 
- Nie wierzę ci - stwierdził stanowczo. - Odpowiedz na moje pytanie. 
- No więc... chodzi o twój tors. 
- Coś z nim nie w porządku? 
- Ależ wprost przeciwnie. W tym cały problem. 
- Nie rozumiem - westchnął i zmarszczył brwi. 
- Wcale nie musisz rozumieć - szepnęła. 
- Zarumieniłaś się... 
- Bardzo jesteś bystry. 
Trzymając ją pod brodę, Edward długo i bacznie się jej przyglądał. Po 
chwili z wyrazu jego twarzy odczytała, że pojął, w czym rzecz. 
- A więc mój tors jest w porządku, i w tym cały problem - powtórzył 
ze zdziwieniem w głosie. - To znaczy, że podoba ci się mój tors. Nie mogę 
w to uwierzyć. Kobiecie, która chce zbawić świat, podoba się mój tors. 
Niesłychane. 
- Ja wcale nie chcę zbawić świata - odparła Bella, ale w jej głosie 
zabrakło przekonania. 
Edward przyciągnął ją do siebie. 
- Jesteś taki umięśniony - odezwała się niepewnie, próbując się 
oswobodzić. - Pewnie dużo ćwiczysz. 
- Kilka razy w tygodniu - powiedział Edward i mocno otoczył ją 
ramionami, po czym pochylił głowę i musnął ustami jej włosy. 
- Czego byś chciała? 
- Żebyś mnie pocałował - szepnęła i uniosła ku niemu głowę. 
Nigdy nie przypuszczała, że może odczuwać tak silne pożądanie. W 
ś

wietle prawa Edward był jej mężem, lecz przecież tylko formalnie. 

Powinien być owocem zakazanym, ale wiedziała, że nie będzie umiała mu 
się oprzeć. Jego dotyk, jego usta rozpalały w niej ogień. 
- Bella, tak bardzo chcę być z tobą - wyznał, całując ją delikatnie w 
usta. - Ale powiedz, może chcesz, żebym przestał? 
W odpowiedzi objęła go za szyję i mocno się do niego przytuliła. 
Edward wziął ją na ręce i zaniósł na górę, do swojego pokoju. 
- Chyba mnie zaczarowałaś - westchnął. - Przez ciebie spędzam 
bezsenne noce... 
Położył ją delikatnie na łóżku i pochylił się nad nią. 
- Sam nie wiem, jak to się stało... Czy to jakieś szaleństwo, czy 
przeznaczenie, ale jesteś moją żoną. Muszę ciebie poznać. Całą. 
Belli trudno było zebrać myśli. 

background image

- Jeśli jestem czarownicą i nie pozwalam ci zasnąć - odezwała się 
wreszcie cicho, otaczając rękami jego szyję, aby zbliżyć usta do jego warg 
- to pokaż mi teraz, co mam zrobić, żeby cię uśpić. 
Na te słowa Edwardowi rozbłysły oczy. 
- Z pewnością szybko ci się to nie uda - uprzedził ją. 
Edward miał rację. Bella nigdy przedtem czegoś podobnego nie 
doświadczyła. Poznawali się powoli, wiedząc, że mają przed sobą wiele 
czasu. Zbliżając się do siebie, odkrywali nawzajem dotyk i ciepło swojej 
skóry. Ich pragnienie absolutnego zespolenia narastało coraz bardziej, aż 
wreszcie oboje odczuli je jednocześnie, tak jakby pod nimi zadrżała 
ziemia. 
Serce Belli waliło jak młotem, myślała, że Edward musi słyszeć jego 
bicie. Z trudem łapała oddech, kręciło się jej w głowie. Nigdy nikomu nie 
oddała się tak całkowicie, nigdy też nie czuła się taka bezbronna. Marzyła 
tylko o jednym - żeby znów wziął ją w ramiona. 
- Wszystko w porządku? - Pochylił się nad nią. Zamknęła oczy, żeby 
nie mógł z nich wyczytać, jak bardzo jest wzruszona. 
- Tak - odrzekła cicho. 
- Jesteś pewna? 
- Tak - powtórzyła, trochę zbyt szybko. Dlaczego miała wrażenie, 
jakby rozpadła się na tysiąc kawałeczków, których już nigdy nie będzie 
mogła ułożyć tak, jak poprzednio? Nagle wezbrały w niej łzy, które udało 
się jej powstrzymać tylko dlatego, że aż do bólu zacisnęła zęby. 
Edward objął ją w talii, ułożył na boku i mocno przytulił do siebie, a 
ona przylgnęła do niego z pełnym zaufaniem. 
- Byłaś wspaniała - szepnął jej do ucha. 
Bella przypuszczała, że każde z nich miało inną skalę „wspaniałości", 
ale było jej przyjemnie, że i ona miała swój udział w jego odczuciu tego, 
co wspólnie przeżyli. Westchnęła głęboko i rozluźniła się. 
Obudziła się dopiero po kilku godzinach, nie wiedząc, gdzie się 
właściwie znajduje. Nie było to przecież jej własne łóżko. Nadal otaczało 
ją ramię Edwarda, przypominając o chwilach cudownej bliskości. Poruszyła 
się delikatnie i ułożyła wygodniej. 
Po chwili ogarnęła ją niepewność. Pomyślała, że jest jej zbyt dobrze, 
ż

e zbyt łatwo mogłaby przywyknąć do Edwarda i na, niego liczyć. 

Wprawdzie tej nocy połączyli się ze sobą bardzo mocno, ale żadne z nich 
nie wyznało drugiemu miłości. Jej serce drgnęło na myśl o tym. 
Powiedziała sobie, że nie mogłaby pokochać Edwarda. Nie znała go 
dość dobrze, aby móc go pokochać. Poza tym, gdyby oddała mu serce, jaki 
los by ją czekał po jego odejściu? 
Zanadto wzburzona, by pozostać na miejscu, wzięła głęboki oddech i 
ostrożnie wstała, nie budząc Edwarda. Zebrała swoją garderobę i, cicho 
stąpając, przeszła do swojego pokoju. Włożyła nocną koszulę i wślizgnęła 
się do łóżka. Miała nadzieję, że tutaj poczuje się bezpieczniej, że bardziej 
będzie sobą. Wciąż jednak była wstrząśnięta i zaniepokojona. Wiedząc, że 
rano będzie musiała wykrzesać z siebie dużo energii i mieć jasny umysł, 

background image

przykazała sobie nie myśleć już o Edwardzie. Naciągnęła na głowę prześcieradło 
i usnęła. 
Edward przyglądał się Belli, która nalewała do szklanek sok 
pomarańczowy i szykowała śniadanie. Był ciekaw, dlaczego nie została z 
nim do rana. Przypuszczał, że będąc mało doświadczoną w sztuce miłości, 
poczuła się trochę wytrącona z równowagi intensywnością ich zbliżenia. 
Musiała być świadoma, że na nią patrzy, bo uniosła wzrok znad 
szklanki z sokiem, po czym wstała szybko od stołu i podeszła do niego. 
- Ja... ty... - wyszeptała niepewnie - czy nalać ci soku 
pomarańczowego? 
- Dziękuję, sam sobie naleję - powiedział. Zauważył, że jest bardzo 
zdenerwowana i szybko mruga powiekami. Postanowił, że musi z nią 
porozmawiać w cztery oczy, i zaciągnął ją do przedpokoju. 
- Uciekłaś do swojego pokoju - powiedział. - Dlaczego? 
- Bo... - Przygryzła wargę i rozejrzała się wokół bezradnie. - No bo... 
to było za silne przeżycie. Ty... 
- Rozumiem, byłaś ze mną pierwszy raz - zgodził się z nią Edward. - 
Ale z czasem do mnie przywykniesz. 
- Nie o to chodzi - zaprzeczyła, a jej twarz oblał rumieniec. 
Przymknęła oczy i pokręciła głową, jakby ta rozmowa była dla niej za 
trudna. - Wszystko to było zbyt silnym przeżyciem. Nigdy z nikim tak się 
nie kochałam. 
- No, mam nadzieję, że nie... 
- I w ogóle nie myślałam wtedy o dzieciach. 
- Bella - powiedział Edward, kładąc jej rękę na ramieniu. - O czym ty 
właściwie mówisz? To, co było między nami tej nocy, nie miało nic 
wspólnego z dziećmi. 
Bella odwróciła od niego oczy. 
- Chciałam powiedzieć, że nie zastanowiłam się nawet, co by 
pomyślały dzieci, gdyby zastały nas w jednym łóżku. 
- To chyba całkiem oczywiste w wypadku normalnej pary 
małżeńskiej. 
- Ale my nie jesteśmy normalną parą małżeńską - odparła Bella. - 
Poza tym, zaczęłam się zastanawiać, co się stanie, kiedy upłyną te dwa lata 
i ty odejdziesz. Jestem pewna, że dzieci bardzo boleśnie to odczują. 
Ale nie Bella. Edward usiłował pokonać piekący ból w piersi. Zrobiło 
mu się przykro. 
- Mam wrażenie, że żałujesz tego, co się stało tej nocy. 
- Trochę - przyznała. 
- Mogę się wyprowadzić, jeśli uznasz, że tak będzie lepiej - 
powiedział i jednocześnie pomyślał, że jego życie z pewnością byłoby 
wtedy łatwiejsze. 
- Ale przecież chodzi o dzieci - przypomniała mu Bella, w której 
oczach ujrzał lęk. 
- W porządku - zgodził się. - W takim razie nie odejdę stąd do czasu, 
kiedy zostanie rozstrzygnięta kwestia opieki nad dziećmi. Po prostu nie 

background image

będziemy sobie wchodzili w drogę. 
Bella rozłożyła bezradnie ręce, lecz nic nie odpowiedziała. 
Edward zastanawiał się, skąd wziąć klapki na oczy, żeby jej nie 
widzieć Bóg wie ile razy dziennie. I stopery do uszu, żeby nie słyszeć jej 
głosu. I myślał, co by tu zrobić, żeby wymazać z pamięci te cudowne 
chwile, kiedy trzymał ją w objęciach i całował. Kiedy byli z sobą tak 
blisko, że już bliżej być nie można. 
Zupełnie nie wiedział, jak tego wszystkiego dokonać. Ale przecież 
nie miał innego wyjścia. 
Bella zostawiła na blacie w kuchni lunch dla Edwarda. Wieczorem, 
kiedy wróciła do domu, zastała torebkę nienaruszoną, w tym samym 
miejscu. Nie zjadł też ciasteczek, które dla niego upiekła. Kiedy przez 
szparę w drzwiach zerknęła do jego pokoju, ujrzała kilka wykresów z 
notowaniami giełdowymi przyklejonych do ściany. Edward nie zszedł na 
kolację ani nie pokazał się później. Może to i lepiej, pomyślała Bella, że 
nie ma okazji wyjaśnić mu swego dziwnego zachowania. Sama w tej 
chwili nie rozumiała, co właściwie czuje. 
Jednego była pewna: że jest gotowa zrobić wszystko, byle tylko 
zapewnić dzieciom swojej siostry bezpieczny dom, a wydawało się, że 
Edward może w tym zarazem pomóc, jak i przeszkodzić. Przypomniał jej, że 
jest kobietą. Z łatwością uświadomił jej, jak wiele może pragnąć jako 
kobieta. Za jego sprawą jej życie nabrało ekscytującego wymiaru. 
Jednocześnie jednak rozpraszał jej uwagę, odwodził od głównego celu, 
który przed sobą postawiła. 
I to właśnie najbardziej ją niepokoiło. Miała do zrobienia coś zbyt 
ważnego, by pozwolić sobie ulec namiętności do mężczyzny o zielonych 
oczach, którego siła pociągała ją jak magnes. 
Więc dlaczego o nim teraz myślała? - zapytała samą siebie, 
przygotowując mu znowu lunch. Zawinęła dwa ciasteczka w folię i 
włożyła do papierowej torebki. Nieoczekiwanie, oczyma wyobraźni ujrzała 
Edwarda, jak pochylał się nad nią w łóżku i zbliżał usta do jej ust. Ogarnęła 
ją taka fala gorąca, że musiała spryskać twarz zimną wodą. Tak, bez 
wątpienia Edward nie był jej już obojętny. 
Kiedy po południu Bella znów znalazła na blacie w kuchni nietknięty 
lunch, doszła do wniosku, że Edward postanowił ją ignorować. Nie mogła 
natomiast niczego mu zarzucić, jeśli chodziło o traktowanie dzieci. Emily 
namalowała specjalnie dla niego kilka akwarelek i napisała piękne 
podziękowanie za pianino, które jej kupił. Bella zauważyła, jak Edward 
pochwalił dziewczynkę za trud, jaki sobie zadała. Chłopcy prosili, żeby się 
trochę z nimi pobawił, więc ich zabrał przed dom i zagrał z nimi w dwa 
ognie. 
Mijając Bellę w drodze do pokoju, w którym miał popracować nad 
notowaniami giełdowymi, Edward skinął jej głową. 
- Dzwoniła Rosalie McCanthry - powiedziała Bella. 
- I co? - Edward na chwilę przystanął i odwrócił głowę w jej stronę. 
- Chciała nas zaprosić na grilla. Przyjęłam zaproszenie. 

background image

- Dobrze zrobiłaś. Pójdziemy - oznajmił. 
- Był też telefon ze stowarzyszenia maklerów giełdowych. Chcieli 
się dowiedzieć, czy na kolację, podczas której masz wygłosić prelekcję, 
będziesz wolał polędwicę wołową, czy naleśniki z owocami morza. 
Powiedziałam, że polędwicę. Kiedy ta kobieta, która telefonowała, dowiedziała 
się, że jestem twoją żoną, zaprosiła także i mnie. 
- Nudziłabyś się jak mops - oznajmił Edward. 
Bella uniosła hardo brodę i popatrzyła mu prosto w oczy. 
- A ja jej powiedziałam, że mogą na mnie liczyć. Edward nie ukrywał 
irytacji. 
- Nie rozumiem, dlaczego to zrobiłaś? - zapytał ostro. 
- Uważaj - odparła ze słodkim uśmiechem - bo jeszcze sobie 
pomyślę, że nie chcesz, żebym z tobą poszła. 
- A ja sobie pomyślałem, że nie chcesz się ze mną kochać. Więc 
jesteśmy kwita. 
Oczy jej się zaokrągliły ze zdziwienia i twarz pokrył rumieniec. 
Podeszła do niego i spojrzała mu w oczy. 
- Zapewne trudno ci to będzie zrozumieć, ale nie mam instrukcji, z 
której mogłabym wyczytać, jak sobie radzić z taką sytuacją. Nie łączy nas 
normalny związek, cokolwiek znaczy tu słowo „normalny". Daleko mi do 
twojego doświadczenia w sprawach seksu, więc nie powinieneś się dziwić, 
ż

e zupełnie nie byłam przygotowana na to, co między nami zaszło. 

Wybacz mi, jeśli muszę złapać oddech i po prostu zebrać myśli - wypaliła. 
Edward, zupełnie zaskoczony, napotkał jej pełen oburzenia wzrok. 
Poczuł, że znowu ciągnie go do niej jakaś magiczna siła, której za wszelką 
cenę chciał się oprzeć. 
- Powiedz mi szczerze: kiedy ostatnio się z kimś kochałaś? 
Bella spojrzała na niego z ukosa i odpowiedziała cicho, ociągając się: 
- Trzy i pół roku temu. 
- Dlaczego tak długo... - zapytał z niedowierzaniem. Skrzyżowała 
ręce na piersiach i odpowiedziała, śmiało patrząc mu w oczy: 
- Byłam bardzo zajęta. Podczas studiów w college'u pracowałam, 
ż

eby opłacić czesne. Nie chciałam uwikłać się w jakiś związek, z którego 

mogły wyniknąć różne komplikacje. Nie miałam na to ani czasu, ani 
energii. 
- Kto to był? 
- Pewien bardzo natarczywy facet. Napastował mnie tak długo, aż 
trafił na moment mojej... - tu zawahała się. 
- Słabości - podpowiedział jej Edward. 
- Raczej ciekawości - poprawiła go szybko, tak jakby słowo 
„słabość" nie figurowało w jej słowniku. 
- Czy zaspokoił twoją ciekawość? Bella zawahała się, po czym 
przyznała: 
- Owszem, ale niewiele więcej. 
- Nie sprawdził się w łóżku? 
- Nie wiem, nie miałam go z kim porównać. 

background image

- To był twój jedyny kochanek? - zapytał Edward, z niedowierzaniem 
kręcąc głową. 
- Tak, pierwszy i ostatni, zanim poznałam ciebie. I muszę przyznać, 
ż

e z tobą było zupełnie inaczej... 

Edward miał szczerą chęć przyłożyć temu facetowi, który kochał się z 
Bellą, ale nie zadał sobie trudu, by o nią zadbać. Jednocześnie rozpierała go 
radość, że to właśnie on odsłonił przed nią uroki miłości. Podszedł do niej 
i, mimo że starała się go zniechęcić, przybierając surową minę, położył jej 
dłoń na szyi, odgarnąwszy włosy. Miał wrażenie, że chociaż chciała 
sprawiać wrażenie twardej i nieugiętej wobec mężczyzn, potrzebowała 
dużo łagodności, czyli tego, czego jej dotąd nie okazał. 
- Nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś tak mało doświadczona - 
powiedział. 
Spojrzała na niego i zapytała: 
- Nie rozumiem, dlaczego? 
- No cóż, Bella, masz figurę modelki, mogłabyś śmiało pozować do 
„Playboya". Wystarczy, że się uśmiechniesz, a każdy mężczyzna padnie 
przed tobą na kolana. 
- Naprawdę myślisz, że mogłabym pozować do „Playboya"? 
Edward wzdrygnął się na samą myśl o tym i przeczesał palcami włosy. 
- Niech ci to tylko nie przyjdzie do głowy. Radzie szkolnej z 
pewnością by się to nie spodobało, a mnie jeszcze mniej. Nie znałem cię 
dotąd, nie miałem pojęcia, jaka naprawdę jesteś. 
- To właśnie chciałam powiedzieć - odezwała się Bella i głośno 
westchnęła. - Nie znasz mnie. I ja nie znam ciebie. Nie kochasz mnie - 
dodała, wpatrując się w jego twarz. - Ale mam nadzieję, że pociągniemy 
ten układ przez przynajmniej dwa lata. Co ty na to? 
Edward skinął głową na znak zgody, zastanawiając się, czy w ciągu 
dwóch lat zdąży dowiedzieć się o niej wszystkiego, czego by pragnął. 
- Słuchaj, powiedz mi szczerze - poprosiła go Bella, spuszczając oczy 
- czy gdybyśmy widywali się niecały miesiąc i potem poszli do łóżka, 
spodziewałbyś się, że zostanę z tobą całą noc? 
- To znaczy, po tym, co przeżyliśmy ostatnio? Możesz być pewna, że 
gdybyś nie uciekła, nie wypuściłbym cię z łóżka przez trzy dni i trzy noce. 
- No tak, widzę, że nie znam się na miłosnej etykiecie... 
- Do diabła z etykietą, Bello - wyszeptał, gładząc jej szyję. - 
Chciałem ci tylko powiedzieć, że nigdy nie miałbym ciebie dosyć. 
Belli zakręciło się w głowie z wrażenia. Za każdym razem, kiedy

 

była blisko niego, ogarniała ją jakaś dziwna fala ciepła. Miała nadzieję, że 
to uczucie minie. 
Jak to się właściwie stało, że zaczęli o tym rozmawiać? Jakim cudem 
od rozmowy o kolacji w stowarzyszeniu maklerów giełdowych przeszli do 
szczegółowej dyskusji o jej nieszczęsnym życiu seksualnym? Wolałaby już 
chodzić po rozżarzonych węglach niż przyznać się, że nie przeżyła 
prawdziwego romansu, ale - skoro chciała uzyskać odpowiedzi na swoje 
pytania, a tak przecież było - sama też musiała odpowiedzieć na jego 

background image

pytania. 
- Może porozmawiamy o tej kolacji w stowarzyszeniu maklerów? - 
zagadnęła, składając dłonie. 
- Już ci powiedziałem, to nudy na pudy. 
- Nie, na pewno by tak nie było. Po wysłuchaniu twojej prelekcji 
mogłabym lepiej zrozumieć, na czym polega twoja praca. 
- W każdej chwili jestem gotów pokazać ci wykresy. 
- Gdybyśmy razem poszli na tę kolację, byłaby to nasza pierwsza 
randka. 
Edward zawahał się i spojrzał na nią zaciekawiony. 
- Chcesz się ze mną umówić na randkę? - zapytał z niedowierzaniem. 
- Tak - przyznała, tłumiąc westchnienie. 
- Zapewniam cię, że ta kolacja w niczym nie przypominałaby randki. 
- No tak - wyrwało się Belli. - Podobnie jak nasze małżeństwo. To 
tylko fikcja dla nas obojga, w niczym nie przypominająca prawdziwego 
małżeństwa. 
Edwardowi pociemniało w oczach, gdy to usłyszał. 
- I kto to mówi - powiedział z wyrzutem. - Chyba nie ja w środku 
nocy wymknąłem się ukradkiem z łóżka. Ale dobrze, niech ci będzie. 
Chcesz iść na tę kolację, proszę bardzo. 
- Dziękuję, nie mam już ochoty - burknęła pod nosem Bella, zbyt 
rozgoryczona, by zachowywać się rozsądnie, po czym wyszła przed dom, 
ż

eby pobawić się z dziećmi. 

Edward, który poczuł na twarzy podmuch od zamykanych drzwi, omal 
nie wyrwał ich z zawiasów. Jeszcze trochę, a Bella doprowadzi go do 
szału. Gdyby jego przyjaciele byli prawdziwymi przyjaciółmi, kiedy ich 
powiadomił, że zamierza się ożenić, powinni go byli zamknąć w domu i 
wyrzucić klucz, hen, daleko. 
Najpierw zadawała mu tortury," kiedy nie chciała się z nim kochać, 
potem w łóżku było mu z nią tak cudownie, wreszcie śmiertelnie go 
obraziła, uciekając od niego ukradkiem. 
Kiedy starał się zachować rozsądny dystans, ona upierała się, żeby 
wybrać się z nim na spotkanie maklerów, nudne jak flaki z olejem. 
Wyjrzawszy przez okno, zobaczył Bella bawiącą się z Embrym. 
Doprawdy, to anioł nie kobieta i jaka wspaniała kochanka. Zarazem 
miękka jak aksamit i twarda jak stal. Nie sposób było nad nią zapanować i 
najlepiej by uczynił, gdyby uciekł od niej gdzie pieprz rośnie. 
Na swoje nieszczęście, teraz, kiedy już był z nią ten jeden jedyny 
cudowny raz, znowu jej pragnął. 
W ciągu kilku następnych dni Bella zadzierała trochę nosa, ale 
zachowywała się raczej przyjaźnie. Wieczorem szła do pokoju z 
podniesioną głową, ale rano zawsze zostawiała dla niego lunch w torebce. 
Pewnego dnia, widząc, że torebka jest nietknięta, przykleiła mu na 
monitorze komputera kartkę, na której napisała, żeby nie zapomniał o 
lunchu. Zrobiło mu się ciepło na sercu na widok tej kartki. Nie pamiętał, 
ż

eby komuś kiedykolwiek zależało na tym, żeby coś jadł. 

background image

Wreszcie nadszedł dzień grilla u McCanthryów. Edward cieszył się na to 
spotkanie z przyjaciółmi. Ciekaw był, czy jego niedawno poślubiona żona 
zechce z nim rozmawiać w obecności innych. 
Nieładnie jest chować do kogoś urazę. Bella dobrze pamiętała słowa 
swojej matki. Może nieładnie, ale za to bezpiecznie, odpowiedziała jej 
Bella w duchu. No i dobrze jest zachować pewien dystans. Ale trudno jej 
było dąsać się długo na mężczyznę, z którego żarcików chichotała mała 
Emily. 
Kiedy Edward zatrzymał samochód na podjeździe domu McCanthryów, 
dzieci natychmiast chciały wysiadać. Bella rozpięła pas Embryego, a Edward 
Jacoba. Emily wygramoliła się z samochodu z wielką torbą chipsów. 
- Witajcie! - zawołała Rosalie McCanthry, podchodząc do nich z malutką 
dziewczynką na ręku. - Patrzcie, Anastazja już na was czeka. 
- Mogę ją trochę pohuśtać? - zapytała Emily. 
- Oczywiście, kochanie - odparła z uśmiechem Rosalie i pogładziła ją 
po włosach. 
Chłopcy rzucili się do huśtawki. 
- My też możemy się pohuśtać? - zapytał Embry. 
- Proszę bardzo - zachęciła ich Rosalie i wskazała ustawioną w ogrodzie 
huśtawkę. 
Spojrzała na Bellę i Edwarda i w jej oczach pojawił się figlarny ognik. 
- Edward - zwróciła się do niego - wyglądasz znakomicie, jak na ojca 
rodziny, taki jesteś wyluzowany. Spodziewałam się, że będziesz cały w 
nerwach i że mogą ci się odnowić wrzody żołądka. 
Bella pomyślała, że to raczej ona była cała w nerwach, ale robiła 
wszystko, by to ukryć. 
- Edward świetnie sobie radzi z dziećmi - wtrąciła z dumą w głosie. 
- Jak widać, cuda się zdarzają - przyznała Rosalie. Edward wydał z siebie 
długie westchnienie, po czym powiedział: 
- Pewnie nigdy mi nie wybaczysz tego, co mówiłem kiedyś w barze 
U O'Malleya... Teraz muszę ci oświadczyć, że nigdy nie widziałem 
Emmetta szczęśliwszym i że ty jesteś tego przyczyną. 
Rosalie uśmiechnęła się łagodnie i wyciągnęła do niego ręce. 
- Oczywiście, że ci wybaczę. Mam wrażenie, że ty sam masz teraz to 
i owo do przemyślenia i do zrobienia. Ale przepraszam was na chwilę, 
widzę, że idzie Alice. 
- Jasper wywinie chyba koziołka, kiedy zastanie tu Alice - mruknął 
Edward. 
Bella śledziła wzrokiem Rosalie, która witała się ze szczupłą młodą 
kobietą o długich, prostych czarnych włosach. 
- Czyżby Jasper nie lubił Alice? - zapytała, zerkając na Edwarda. 
- Oni się znają od bardzo dawna - odparł, wyciągając z samochodu 
prowiant. 
- Od jak dawna? 
- Od czasów pobytu w domu opieki dla chłopców. Jej matka była 
kierowniczką kantyny i Alice podkradała dla nas ciasteczka. Chyba zawsze 

background image

mieli się ku sobie. Teraz Jasper marzy, żeby się z nią umówić, ale ona nie 
chce mieć z nim nic wspólnego. Wiesz co - zagadnął, zerkając na nią z 
ukosa - strasznie jestem głodny. Ty pewnie też. A propos, może 
porozmawialibyśmy o tej kolacji w stowarzyszeniu maklerów? 
- Nie ma o czym mówić - odparła Bella i uniosła dumnie głowę. 
- O, znów kaprysisz. 
- Nigdy nie kapryszę. 
- Może chcesz tego dowieść? 
- W jaki sposób? 
- Pocałuj mnie tu i teraz. 
- Nie mogę - bąknęła. - Masz zajęte ręce. 
- Ale usta mam wolne. 
Bella o mały włos nie zawołała „ratunku". Nie miała zamiaru zrobić 
dziś z siebie bezwolnej idiotki. 
Na pomoc, całkiem nieświadomie, przyszła jej Rosalie. 
- Bella, chciałabym, żebyś poznała Alice Brandon. 
- No, to ci się tym razem udało... - mruknął pod nosem Edward. 
Bella z ulgą zwróciła się w stronę Rosalie i Alice. 
- Przepraszam cię, muszę się przywitać - rzuciła i szybko podeszła 
do obu kobiet. 
- Bella, pozwól, że ci przedstawię Alice Brandon, która zna Edwarda 
od czasu, kiedy miał może... - tu Rosalie urwała, czekając, aż Alice jej 
podpowie. 
- Jakieś dziesięć lat - powiedziała Alice i podała Belli rękę. - Muszę 
ci pogratulować, że udało ci się nałożyć obrączkę na palec Edwarda. Odkąd 
pamiętam, był zaprzysiężonym wrogiem małżeństwa. Z pewnością musisz 
być kimś nadzwyczajnym, skoro tak zmienił poglądy. 
Bella pomyślała, że Alice z pewnością nie zna okoliczności ich ślubu. 
- Wiesz - odezwała się Rosalie - Alice mogłaby ci wiele opowiedzieć o 
Emmecie i Edwardzie, kiedy byli jeszcze dziećmi. 
Zaciekawiona, Bella podeszła do Alice, spojrzała jej w oczy i 
zapytała: 
- Naprawdę? Co byś mi mogła opowiedzieć o Edwardzie? 
- Odkąd pamiętam, zawsze pracował, zdarzało się, że w paru 
miejscach jednocześnie. Najpierw pomagał sprzątać dom opieki, a potem 
dostał lepiej płatną pracę w niepełnym wymiarze godzin. No i żaden z 
chłopców nie umiał tak dobrze gospodarować pieniędzmi, jak Edward. Inni 
kupowali cukierki albo przepuszczali forsę w sklepie sportowym, ale nie 
Edward. On oszczędzał to, co zarobił. Wszyscy usiłowali go naciągnąć na 
pożyczkę, jednak ustanowił limit dwóch dolarów i nie pożyczał nigdy 
temu, kto jeszcze nie spłacił poprzedniego długu. 
- Może przejdziemy teraz do stołu, pewnie wszyscy umierają już z 
głodu - zaproponowała Rosalie. - Powiedz nam tylko, Alice, czy Edwarda już 
wtedy nazywano skąpiradłem? 
- Nie - odparła Alice z łagodnym uśmiechem. - Pewnego roku jakiś 
chłopiec chciał pojechać do domu na święta Bożego Narodzenia, ale 

background image

rodzina nie mogła mu przesłać pieniędzy, bo jego ojciec poważnie 
zachorował. Wtedy Edward zapłacił za bilet na autobus dla kolegi. 
Słysząc to, Rosalie przystanęła z wyrazem zdziwienia na twarzy. 
- Naprawdę? Nigdy bym nie pomyślała, że... 
Bella poczuła, jak przenika ją dreszcz na myśl o tym, że Edward, 
jeszcze jako dziecko, podzielił się z kolegą swymi w pocie czoła 
zapracowanymi pieniędzmi. Zapragnęła stanąć w jego obronie i 
powiedziała, przerywając Rosalie w pół zdania: 
- Ja w ogóle nie zauważyłam, żeby Edward był skąpy - wypaliła, 
przygryzając wargę. - On sam tak o sobie mówi, ale ja w to nie wierzę. 
Dwa dni po tym, kiedy wspomniałam mimochodem, że Emily chciałaby 
uczyć się grać na pianinie, kupił jej instrument. A na konto specjalnego 
programu dla dzieci z zerówki, który prowadzę, wpłynęła ostatnio 
anonimowa darowizna. 
Rosalie ruchem głowy wskazała swego męża. 
- Anonimowy dar wpłynął także na konto domu dla samotnych 
nastolatek w ciąży, w którym pracuję jako wolontariuszka. Kiedy 
zagadnęłam o to Emmetta, nie chciał się do niczego przyznać. Czasami 
zastanawiam się, czy oni w trójkę czegoś nie kombinują, ale kiedykolwiek 
o to pytam, Emmett po prostu zmienia temat, żeby odwrócić moją uwagę. 
- Czy nie tak powinien zachować się dobry mąż? - wtrąciła Alice. - 
W odpowiedniej chwili odwrócić uwagę swojej żony? 
- Być może - odparła Rosalie. - A propos, czy spotkałaś może ostatnio 
kogoś, kto by skutecznie odwracał twoją uwagę? 
- Niestety, nie - westchnęła z żalem Alice. 
- Rosalie! - zawołał Emmett. - Dzwoni twoja mama. 
- O, właśnie nadchodzi Jasper - powiedziała Rosalie. - Przepraszam was 
na chwilę. 
- Myślałam, że on nie przyjdzie - wyznała Alice, kiedy Rosalie oddaliła 
się w stronę domu. 
- Nie rozumiem, dlaczego? 
Alice machnęła ręką, jakby chciała odsunąć ten temat. 
- To nic ważnego. Jasper i ja bardzo się przyjaźniliśmy jako dzieci, 
ale dziś nic już nas nie łączy. 
- Edward mówił mi, że sympatyzowaliście ze sobą jeszcze w wieku 
kilkunastu lat - powiedziała Bella. - I że Jasper chciałby się z tobą umówić, 
ale ty nie chcesz mieć z nim nic wspólnego. 
- Edward zawsze miał talent do stawiania kropki nad i. Jeśli o nas 
idzie, to uważam, że historia już się raz powtórzyła i nie musi powtarzać 
się jeszcze raz. Spotkaliśmy się znów w college'u i... 
Bella dostrzegła ból w oczach Alice i chociaż w ogóle jej nie znała, 
ogarnęło ją współczucie. 
- ...i jakoś nie wyszło - dokończyła za nią. 
- Rzeczywiście - potwierdziła Alice. 
Ich spojrzenia skrzyżowały się i obie poczuły, że się dobrze 
rozumieją i że zostaną przyjaciółkami. 

background image

- Mam wrażenie, że w tobie Edward znalazł właśnie tę kobietę, której 
potrzebował. 
Bella zerknęła na Edwarda, który stał w głębi ogrodu. Czy to los ich 
połączył w jakiś przedziwny sposób? A może kryło się w tym coś więcej 
niż tylko sprawa prawnej opieki nad dziećmi i umowy, którą Edward zawarł 
z Panem Bogiem? Może się spotkali, ponieważ byli sobie przeznaczeni i 
mieli się pobrać? 
Ta myśl, zrazu lekka jak piórko, uderzyła ją po chwili z całą mocą. 
Los? Przeznaczenie? Słowa te brzmiały jak wyjęte z bajki, a przecież Bella 
nie miała jeszcze dwunastu lat, kiedy pożegnała się z bajką o Kopciuszku. 
Poza tym tak się złożyło, że nie przeżyła nigdy żadnego romansu. 
Ale co by było, gdyby na tym świecie istniał jeden jedyny 
przeznaczony jej mężczyzna, i tym mężczyzną był Edward? 
Bella przymknęła oczy, próbując zebrać myśli. Jeśli tak, to niech Bóg 
ma ich oboje w swojej opiece. 
 

ROZDZIAł 10 

 
Wszyscy spędzili miły wieczór, wypełniony szczebiotem dzieci i 
dobrym jedzeniem. Wreszcie niebo zasnuło się ciężkimi, burzowymi 
chmurami i wkrótce lunął deszcz. Co sił w nogach popędzili do domu, 
szukając schronienia. 
Embry przystanął na chwilę i obejrzał się za siebie, wskazując z 
ż

alem stół. 

- Babeczki z owocami! Nie zdążyłem spróbować! 
- Zaraz ci przyniosę! - powiedziała Bella i pospieszyła z powrotem na 
ratunek babeczkom. 
Wyprzedził ją jednak Edward i porwał plastikowy pojemnik. Drugą 
ręką złapał Bellę za ramię i wyprowadził spod ulewy pod daszek altany. 
Mokre włosy kleiły mu się do głowy, a z brody skapywały krople 
deszczu. 
- Jesteś okropnie mokry - zaśmiała się Bella. 
- A ty myślisz, że jesteś sucha? - mówiąc to, potrząsnął głową i 
opryskał ją wodą. 
Bella podniosła ręce, aby osłonić twarz. 
- Przestań! 
Gdy odgarnęła z twarzy włosy, zobaczyła, że bawełniana koszulka 
przylgnęła jej do piersi i stała się prawie przezroczysta. W tej chwili 
spostrzegła na sobie wzrok Edwarda i, zawstydzona, zasłoniła piersi rękami. 
- Ładna historia - bąknęła. 
- Bardzo ładna - powiedział, taksując ją wzrokiem. - Gdyby 
urządzano konkursy na mokre bawełniane koszulki, ty z pewnością 
dostałabyś pierwszą nagrodę. Ale wolę, żeby inni cię w tym stroju nie 
oglądali. 
Mówiąc to, zdjął przez głowę swoją koszulę i pomógł jej się ubrać. 
Bella nie wiedziała, jak zareagować na ten szarmancki, opiekuńczy 

background image

gest z jego strony. Stała pod daszkiem altanki i spoglądała w oczy Edwarda, 
a w głowie kłębiły się jej różne myśli. Ten mężczyzna z obnażonym 
torsem był tym samym człowiekiem, który mieszkał wiele lat w domu 
opieki dla chłopców i który dał pieniądze koledze, by ten mógł pojechać na 
ś

więta do rodziny. I tym samym człowiekiem, który świetnie umiał liczyć i 

który był tak wspaniałym kochankiem. Jej mężem. 
Nie mogąc się powstrzymać, wspięła się na palce i pocałowała go. 
Zarzuciła mu ręce na szyję i poprzez swój pocałunek usiłowała powiedzieć 
to wszystko, do czego nie chciała się przyznać przed samą sobą, a tym 
bardziej przed nim. Poczuła, jak bardzo jest zaskoczony i jak mocno jej 
pragnie, i pomyślała, już nie po raz pierwszy, że i ona jego pragnie. 
Edward odsunął się nieco, aby lepiej się jej przyjrzeć. 
- Za co ten pocałunek? - zapytał. 
Bella przez jakiś czas nie mogła wydobyć z siebie głosu ani uciszyć 
serca, ani pozbierać myśli. 
- Chciałam ci podziękować - odrzekła wreszcie, żeby coś 
powiedzieć. - Za to, że mi oddałeś swoją koszulę. 
Edward odsunął z jej czoła mokre włosy i po chwili milczenia odezwał 
się: 
- Może kiedyś mi się zrewanżujesz. 
Późnym wieczorem, kiedy dzieci już zasnęły, Edward odszukał Bellę, 
która w pokoju na dole wyglądała przez okno, patrząc na księżyc w pełni. 
- Zastanawiałam się właśnie, czy zejdziesz dziś na dół. Ostatnio 
siedziałeś w swoim pokoju zagrzebany po uszy w wykresach i tabelach 
giełdowych - zauważyła. 
- Sezon handlu na giełdzie zbliża się do końca - usiłował się 
wytłumaczyć Edward, ale sam dobrze wiedział, że starał się jej unikać. 
Kiedy ujrzał ją w poświacie księżyca, kiedy ogarnął wzrokiem jej 
kształtną, kobiecą sylwetkę i przypomniał sobie, jak wyglądała w 
strumieniach deszczu, prawie naga, zaczął się zastanawiać, czy powinien 
unikać jej również dzisiaj. 
- Sezon handlu? Sądziłam, że giełda jest czynna przez cały rok - 
odezwała się Bella i spojrzała na niego pytająco. 
- To prawda, ale istnieje też teoria, że najlepiej się handluje między 
październikiem a majem. Ponieważ do maja już niedaleko, skupiam uwagę 
głównie na krótkoterminowych transakcjach. 
- Co cię najbardziej pociąga w twojej pracy? Edwardowi sprawiła 
przyjemność jej kobieca ciekawość. 
- Pociąga mnie złudzenie, że panuję nad sytuacją. Oczywiście nie 
panuję nad rynkiem giełdowym, ale kiedy analizuję notowania i stosuję 
różne teorie do wykresów notowań, okazuje się, że potrafię wygrać. 
- Czy świętujesz wygraną? 
- Na ogół nie. 
Bella przez chwilę wpatrywała się w niego, po czym powiedziała: 
- Pewnie dlatego nie świętujesz, że zawsze wygrywasz. 
- No, dość często - przyznał. 

background image

Odsunęła się od ściany i z uśmiechem wskazała na niego palcem, 
mówiąc: 
- Jeśli tak świetnie sobie radzisz w pracy, że zapraszają cię maklerzy 
giełdowi, abyś do nich przemówił, to twoje „dosyć często" musi znaczyć 
„prawie zawsze". 
Edward ujął ją za rękę i przyciągnął do ust. 
- W spekulacjach giełdowych istnieje pewna subtelna różnica między 
pewnością siebie a nadmierną pewnością siebie. I przekroczenie tej granicy 
może cię kosztować majątek. Mnie powodzi się tak dobrze dlatego, że 
wyczuwam tę różnicę i skupiam się na dyscyplinie i samym procesie 
handlu papierami wartościowymi. 
Mówiąc to, Edward zastanawiał się, czego by było trzeba, żeby taka 
kobieta jak Bella zainteresowała się nim poważnie. I jak wyglądałoby jego 
ż

ycie, gdyby pokochała go taka kobieta jak ona. Niebezpieczne myśli. 

Zawsze sobie powtarzał, że takich rzeczy nie należy pragnąć. I był pewien, 
ż

e nie powinien ich pragnąć właśnie teraz. 

Bella zbliżyła się znów do niego, uniosła głowę, spojrzała mu w oczy 
i powiedziała: 
- Jesteś jak książka, której, jak sądziłam, nigdy nie będę chciała 
przeczytać, ale od której nie sposób się oderwać, gdy się ją raz otworzy. Za 
każdym razem, kiedy dowiaduję się czegoś o tobie, chciałabym wiedzieć 
jeszcze więcej. 
Patrząc na nią i słuchając jej, Edward pomyślał, że Bella przypomina 
mu kwiat, który pragnie być zerwany. Pamiętał wprawdzie, jak uciekła od 
niego w środku nocy, ale teraz pozwolił sobie na pocałunek. Delikatnie 
przechylił jej głowę i dotknął ustami jej ust, a ona natychmiast do niego 
przylgnęła. 
Poczuł, jak jej ręka otacza jego szyję i przyciąga go jeszcze bliżej, 
jak nie może się od niego oderwać. Owładnęła nim fala gorąca i 
nieprzeparta chęć przytulenia jej, tak by oboje stanowili jedność. 
Kiedy zaczął rozpinać guziki jej bluzki, usłyszał dochodzący z 
daleka cienki głosik. Tak, bez wątpienia był to płacz dziecka. Całym 
wysiłkiem woli Edward wypuścił Bellę z objęć i zaczął nasłuchiwać. 
- Ciociu Bella! - wołał z góry Embry. - Miałem zły sen. 
Edward wziął głęboki oddech, potem drugi i trzeci i wreszcie szepnął: 
- Musisz do niego pójść. 
Jeszcze w godzinę potem, i po wzięciu zimnego prysznica, Edward

 

wciąż bardzo jej pragnął. Ale nie poszedł do niej. Chodził tam i z 
powrotem po swoim pokoju jak tygrys w klatce. Tak, to pewne, że bardzo 
jej pragnął, ale jego żona była istotą niezwykle skomplikowaną. Zarazem 
odważna i nieśmiała, nieustraszona i delikatna. Edward marzył o tym, żeby 
nie powtórzyła się sytuacja, kiedy Bella zostawiła go samego w środku 
nocy. Chciał widzieć ją obok siebie rano, kiedy się obudzą. 
Był ciekaw, jak ułożyłyby się ich stosunki, gdyby nie pobrali się z 
powodu dzieci. Usiłował sobie wyobrazić randkę z Bella, ale nie bardzo 
potrafił. To by chyba było bardzo trudne, zważywszy na obecność trojga 

background image

dzieci w domu, choćby najlepiej wychowanych. A gdyby tak Bella oddała 
mu serce? Czy byłaby szczęśliwa? 
Na samą myśl o tym po plecach przeszły mu ciarki. Ze sprawami 
serca łączyły się same problemy. No tak, ale z małżeństwem wiązało się 
jeszcze więcej problemów, w każdym razie dla mężczyzny. Gdyby zdobył 
serce Belli, ona zapragnęłaby w zamian jego serca. Wszystko, tylko nie to. 
Edward wolałby już oddać swój portfel. 
- Baw się dobrze! - zawołała za nim Bella, kiedy Edward wychodził na 
kolację dla maklerów giełdowych. Zauważyła, jak świetnie prezentował się 
w smokingu. 
- Nie idę się bawić, tylko wygłosić odczyt - poprawił ją, marszcząc 
brwi. 
- No więc połam ręce i nogi - wzruszyła ramionami. 
- Do zobaczenia - rzucił, zamykając za sobą drzwi. Bella zwróciła się 
do dzieci: 
- Dziś wieczorem wychodzę, opiekunka da wam pizzę. 
- Ale fajnie! Dostaniemy pizzę! - wykrzyknął Embry. 
Emily wykazała większą rezerwę. 
- Kim będzie nasza opiekunka? - zapytała. 
- Nazywa się Jessica Stanley. Już ją kiedyś poznaliście. Mieszka 
przy tej samej ulicy, jest bardzo miła i ma duże doświadczenie. 
Emily z wahaniem kiwnęła głową. Zaniepokojona Bella pochyliła się 
i uważnie popatrzyła na swoją małą siostrzenicę. 
- O co chodzi, kochanie? Czy źle się czujesz? 
- Nie, nic mi nie jest - powiedziała Emily i po chwili wahania znów 
zapytała cichutko: 
- Nie zdarzy ci się jakiś wypadek, prawda? 
Bella ścisnęło się serce. Mocno objęła dziewczynkę i oświadczyła z 
przekonaniem w głosie: 
- Zapewniam cię, że nie. Wiem, że trudno jest się nie bać, ale 
przecież nie możemy się zamknąć w domu. I ty, i ja musimy wychodzić, 
prawda? Słuchaj, mam pomysł. 
Zamierzam być w domu najpóźniej o północy i kiedy wrócę, wpadnę 
i dam ci buziaka. 
- Zgoda - odrzekła Emily z ulgą w głosie. - Dokąd idziesz? 
- Mam zamiar sprawić Edwardowi niespodziankę. 
- Czy to jego urodziny? 
- Nie - zaśmiała się Bella. - Ale ma wygłosić odczyt, a ja go chcę 
zaskoczyć i posłuchać, co będzie mówił. Czy mogłabyś popilnować braci, 
kiedy pójdę się ubierać? 
Emily skinęła głową, Bella zaś popędziła do swego pokoju i 
otworzyła drzwi szafy. Nie miała właściwie żadnego stroju wizytowego na 
taką okazję, ponieważ prawie zawsze ubierała się jak nauczycielka szkoły 
podstawowej. Po dłuższej chwili, gdy już wszystko przejrzała, wybrała 
czarny sweterek bez rękawów i pasującą do niego czarną spódniczkę. Gdy 
doda do tego wysokie obcasy i sztuczne perełki, będzie się mogła jakoś 

background image

pokazać na tej kolacji. 
Nie chciała wprawić w zakłopotanie ani siebie, ani Edwarda. Nie 
opuszczały jej wątpliwości. A jeśli Edward będzie niezadowolony, gdy ją 
zobaczy wśród gości? A jeśli, próbując ją zniechęcić do przyjścia, miał 
jakiś inny powód niż tylko to, że może być nudno? Może spodziewał się 
tam obecności innej, bardziej od niej doświadczonej kobiety? Na samą 
myśl o tym poczuła ciarki na plecach. 
Szybko się ubrała, zrobiła makijaż i ułożyła fryzurę z niesfornych 
włosów. 
- A może byś je upięła tak samo, jak miałaś na ślubie - odezwała się 
Emily, która właśnie stanęła w drzwiach. 
- Świetny pomysł, moja najmilsza panienko - uśmiechnęła się do niej 
Bella. - Idealne rozwiązanie. Cóż ja bym bez ciebie zrobiła? 
Emily rozpromieniła się, słysząc tę pochwałę. 
- Może byś chciała, żebym zebrała trochę kwiatków w ogrodzie? 
- Tam są tylko mlecze - mruknęła pod nosem Bella. - Nie, z 
chwastami lepiej sobie dać spokój. - Spryskała włosy i uniosła, by je upiąć 
na czubku głowy. - Emily, mam kilka błyszczących spinek do włosów, 
nigdy przedtem ich nie nosiłam, nie miałam okazji. Może mi trochę 
pomożesz? 
Emily nie dała się prosić i wpięła spinki wyjątkowo zgrabnie jak na 
pięcioletnią dziewczynkę. W odróżnieniu od Bella, wcale nie trzęsły się jej 
ręce. 
Bella wydała ostatnie instrukcje opiekunce, po czym, ucałowawszy 
po dwa razy całą trójkę dzieci, wyszła z domu. 
Spotkanie odbywało się w ekskluzywnym klubie w centrum St. 
Albans. Bella zatrzymała samochód przed wejściem i podała kluczyki 
kierowcy, który miał go odprowadzić na parking. Ze zdziwieniem spojrzał 
na starego garbusa, który wydawał się zupełnie nie na miejscu pośród 
stojących tam luksusowych wozów. 
Speszona i jednocześnie zdenerwowana, Bella odezwała się do niego 
ze słodkim uśmiechem: 
- To auto to zabytek. Proszę ostrożnie się z nim obchodzić. 
Po wejściu do wystawnie urządzonego holu, udekorowanego 
rzeźbami i fontannami, Bella odnalazła salę, w której uczestnicy spotkania 
mieli jeść kolację. Prawie wszystkie miejsca przy okrągłych 
ośmioosobowych stołach, włącznie ze stołem Edwarda, były już zajęte. 
Wreszcie, po dłuższej chwili, udało jej się wypatrzyć jedno wolne miejsce 
przy stole pośrodku sali. 
Czuła się bardzo niepewnie wśród nieznanych osób. Dłubała 
widelcem w talerzu i starała się, by jej nikt nie zauważył. Rozglądając się 
ukradkiem po sali, zauważyła, że Edward siedzi przy najbardziej 
reprezentacyjnym stole, pomiędzy dwiema elegancko ubranymi kobietami, 
które z pewnością nie potrzebowały, żeby pięcioletnia dziewczynka 
pomagała im ułożyć włosy. Patrząc na nie, Bella usiłowała nie wpaść w 
kompleksy. We własnym mniemaniu pod żadnym względem nie dorastała 

background image

im do pięt. Brunetka siedząca po prawej stronie Edwarda co chwila dotykała 
jego ręki. Bella poczuła, jak przepełnia ją zazdrość. 
- Mamy dzisiaj komplet - odezwał się do niej jakiś facet w średnim 
wieku, w ohydnym, jaskrawym krawacie. - Nawet szpilki nie dałoby się 
wcisnąć. Każdy chce usłyszeć, co ma do powiedzenia supergwiazdor 
spekulantów giełdowych, a zarazem milioner, który sam od zera doszedł 
do swojej fortuny. Moim zdaniem, on ma więcej szczęścia niż rozumu. Po 
prostu udało mu się ominąć pułapki, w które wpadła większość z nas. 
Bella, oburzona, z trudem się powstrzymała od złośliwej riposty. 
Tymczasem jakiś młody człowiek, jej sąsiad przy stole, powiedział z 
niezmąconym spokojem: 
- Nie mogę się z panem zgodzić. Czyżby pan nie wiedział? Cullen 
już od wielu lat gra na giełdzie, nie zbił fortuny w jeden wieczór tylko 
dlatego, że miał farta. 
- Coś mi się wydaje, że jest pan fanem tego Cullena, młodzieńcze - 
zauważył z przekąsem Ohydny Krawat. 
- Nic podobnego - zaprzeczył młody człowiek. - Po prostu jestem 
bardzo ciekaw, co on nam powie, podobnie jak te trzysta osób, które się tu 
dzisiaj pofatygowały. Jeśli zechce nam wyjawić swój sekret, z wielką 
radością skorzystam z jego doświadczenia, żeby trochę zarobić. 
- Gdyby to było takie proste, każdy by go naśladował - mruknął z 
dezaprobatą Ohydny Krawat, po czym zwrócił się do Belli: 
- Nazywam się Aro Volturii. Pierwszy raz tu panią widzę. Z którą 
firmą jest pani związana? 
- Nie pracuję w biurze maklerskim - odparła Bella po chwili, 
zaskoczona tym pytaniem. - Uczę... 
- Z pewnością biznesu i marketingu - dokończył za nią Ohydny 
Krawat, trafiając jak kulą w płot. - To znakomicie, że przyszła pani na tę 
imprezę, ale chyba powie pani uczciwie swoim studentom, że przypadek 
Cullena należy do rzadkości i pieniądze można stracić równie szybko, 
jak się je zarobiło. 
- Ten facet powinien już dawno pójść na zieloną trawkę - szepnął 
Bella do ucha sympatyczny młodzieniec. 
- Wie pani, słyszałem, że Cullen przebiera nie tylko w akcjach, ale 
też w ładnych kobietach - dodał Ohydny Krawat, wlepiając wzrok w dekolt 
Belli. - Można sobie pozwolić na taki luksus, kiedy się jest młodym i bogatym. 
Bella, urażona jego słowami, policzyła do dziesięciu, po czym 
odezwała się spokojnym tonem: 
- Mam wrażenie, że pan dużo wie o panu Cullenie. Czyżby go pan 
znał? 
- Nie, ale ludzie gadają... Wie pani, jak to jest. 
- Czyli w gruncie rzeczy opiera pan swoją opinię na plotkach - 
podsumowała Bella. 
Aro poprawił ohydny krawat, chrząknął i powiedział: 
- No cóż, to chyba jasne, że niezły z niego podrywacz. Niech pani 
tylko spojrzy, po obu jego stronach przy stole siedzą kobiety. 

background image

- Jasne jest tylko to, że przy jego stole posadzono na przemian 
kobiety i mężczyzn - wypaliła Bella, która w głębi duszy usiłowała 
przekonać samą siebie, że tak jest w istocie, chociaż nie była tego do końca 
pewna. 
- W każdym razie ten facet nie jest żonaty, inaczej pisaliby o tym w 
gazetach. 
- Nie mogę panu powiedzieć nic ciekawego o romantycznej 
przeszłości pana Cullena, ale tego przynajmniej jestem pewna, że 
wskazówek, jak grać na giełdzie, nie czerpie ani z gazet, ani z plotek. 
Może między innymi dlatego odnosi takie sukcesy. 
- Brawo, świetnie go pani usadziła - szepnął do niej młody człowiek i 
podał jej rękę. - Jestem Ben Haynes - przedstawił się. - A pani jak się 
nazywa, jeśli mogę wiedzieć? 
- Bella Swan - odparła, zadając sobie przy tej okazji pytanie, czy 
kiedykolwiek przyjęłaby nazwisko Edwarda. 
- Nie jest pani w typie kobiet, które pojawiają się na takich 
imprezach - oświadczył Ben. W jego ustach zabrzmiało to jak 
komplement. 
- A jaki to typ? 
- Proszę sobie wyobrazić piranię - uśmiechnął się szeroko. 
Bella wzdrygnęła się. A więc jej rywalką, gdyby oczywiście Bella 
chciała z nią rywalizować o względy Edwarda, był przebiegły stwór, który 
ostrymi zębami szarpał na kawałki swoją ofiarę. Przerażająca wizja. Może 
lepiej było tu nie przychodzić... 
Edward westchnął w duchu. Mimo że ostentacyjnie pokazywał swoją 
obrączkę i kilkakrotnie podczas kolacji wspomniał o żonie, brunetka z jego 
lewej strony przypuściła na niego tak ostry atak, że tylko z trudem zdołał 
się jej oprzeć. 
Wcale nie palił się do tego, by wystąpić przed tym zgromadzeniem. 
Wiedział wprawdzie, że wiele osób szanowało go i podziwiało, ale drugie 
tyle zazdrościło mu sukcesów. Wszyscy na tej sali byli zawodowcami. On 
jeden był amatorem i dlatego mieli mu za złe, że tak świetnie sobie radzi. 
- Chciałam ci powiedzieć - ciągnęła brunetka, ale Edward odwrócił od 
niej głowę i sięgnął po szklankę z wodą. 
Tymczasem prezes stowarzyszenia wszedł po kilku stopniach na 
podium i stanął przy mównicy. 
- Panie i panowie - zaczął. - Mam zaszczyt przedstawić państwu 
naszego dzisiejszego gościa, który przemówi do nas podczas wiosennego 
spotkania maklerów giełdowych ze stanu Wirginia. Zaczynał praktycznie 
od zera, ale dziś jego majątek znacznie przekracza milion dolarów. 
Edward stłumił ziewnięcie i ukradkiem spojrzał na zegarek. Po chwili 
prezes zakończył swoje wystąpienie, mówiąc: 
- Panie i panowie, oto Edward Cullen. 
W sali rozbrzmiały głośne brawa, które zaskoczyły Edwarda. Wstał od 
stołu, wszedł na podium i stanął za mównicą. Sala była szczelnie 
wypełniona, światła właśnie przygaszono, tak że nie mógł odróżnić twarzy 

background image

osób siedzących nieco dalej. 
- Witam państwa, nazywam się Edward Cullen i jestem... - tu zrobił 
pauzę dla wywołania większego efektu - ... jestem skąpiradłem. 
Bella poczuła, jak rozpiera ją duma, bardzo niebezpiecznie bliska 
miłości. Edward był doprawdy niezwykłym mężczyzną. 
Kiedy na sali ucichły śmiechy, Edward kontynuował: 
- Wiem, że wielu z państwa musi diabelnie irytować fakt, że 
zrobiłem majątek na rynku papierów wartościowych, nie korzystając z 
pomocy maklerów giełdowych. Co ważniejsze, żaden z nich nie zarobił na 
moich zleceniach. Sam stałem się własnym maklerem. System gry na 
giełdzie opracowałem specjalnie dla siebie, biorąc pod uwagę własne cele i 
postanowienie, że będę stale i sumiennie analizował rynek, właściwą mi 
skłonność do podejmowania ryzyka, nie tak wprawdzie wielką, by mi to 
spędzało sen z powiek, a także zamiłowanie do handlu, w który angażuję 
się na chłodno, bez emocji. Taki system sami musicie opracować 
indywidualnie dla waszych klientów, którzy nie są niestety klonami. 
Wszystko, co mówił, poza uwagą o tym, że jest skąpiradłem, było 
zgodne z prawdą. Od początku Bella miała wrażenie, że Edward jest 
człowiekiem, który dobrze zna samego siebie. Musiał przejść przez wiele 
prób i one go umocniły. Bella sądziła, że ludzie podziwiają go za to, że 
zrobił duży majątek. Ona natomiast podziwiała go za to, jakim stał się 
człowiekiem. 
- Większość waszych klientów to ludzie zupełnie inni niż ja - ciągnął 
Edward - więc poszczególne elementy mego planu nie byłyby stosowne w 
ich przypadku. Ale mogę państwu podpowiedzieć, jak powinniście 
zareagować następnym razem, kiedy któryś z klientów powie coś równie 
irytującego, jak na przykład to: „Czytałem, że Edward Cullen bez niczyjej 
pomocy zamienił trzycyfrowy portfel akcji na siedmiocyfrowy. Może ja 
też powinienem spróbować". 
- Oto więc, krok po kroku, metoda Cullena: Po pierwsze, należy 
mieszkać najtaniej, jak się tylko da. Najlepiej w jednoizbowej klitce w 
parszywej dzielnicy miasta, w której zamiast kołysanki na dobranoc 
słychać przez okno krzyki, odgłosy bójek i wycie policyjnych syren. Po 
drugie, warto tanio jadać. Najlepiej puszkę fasoli i makaron z paczki. Raz 
w roku można sobie pozwolić na szaleństwo, czyli posiłek na mieście. W 
McDonaldzie. - W tym momencie Edward posłyszał chichoty na sali. Pewnie 
jego słuchacze myśleli, że sobie żartuje, ale on naprawdę tak żył. 
- Po trzecie, przez trzy lata nie należy kupować samochodu. Chodzi 
się pieszo albo jeździ autobusem. Każdego centa, którego by się wydało na 
spłatę rat, naprawy, paliwo i parkowanie, odkłada się na rachunek, aby 
móc za to kupować akcje. Po czwarte, koniec ze snem. Kiedy zaczniecie 
już nieźle zarabiać na giełdzie, poszukajcie sobie zajęcia na nocną zmianę, 
abyście przez cały dzień mogli gapić się w monitor komputera, a potem 
całą noc pracować. Po piąte, na trzy lata zapomnijcie o życiu towarzyskim. 
Piwo jest w tym czasie luksusem, dobre wino niedościgłym marzeniem. - 
Edward uśmiechnął się do siebie i pomyślał, że do tej chwili zdążył już 

background image

wyeliminować jakieś dziewięćdziesiąt procent tych, którzy pragnęli „iść w 
ś

lady Edwarda Cullena". 

- Po szóste, nie ma mowy o randkach przez te trzy lata. Randki są 
bardzo kosztowne, a jeśli chcecie naśladować Edwarda, to musicie każdy 
cent inwestować w grę na giełdzie. 
Pociągnął łyk wody i rozejrzał się po sali. Gdzieś przy stole w środku 
spostrzegł błysk światła na brązowych włosach. Zrobił przerwę w prelekcji i 
zmrużył oczy. Czyżby to była Bella? 
Serce zabiło mu mocno, poczuł, jak ogarnia go jakaś dziwna radość, 
połączona z niepewnością. Kiedy przyszła? Dlaczego nie dała mu znać, że 
tu jest? Bella odwróciła w tej chwili głowę, po czym spojrzała mu prosto w 
oczy i uśmiechnęła się, tak jakby wiedziała, że on na nią patrzy. 
Edward znów podniósł do ust szklankę wody i zauważył, że ona ma na 
sobie obcisły, uwydatniający kształty czarny strój. Spostrzegł też, że jej 
sąsiedzi spoglądają na nią łakomym wzrokiem. Nic dziwnego, bo 
wyglądała naprawdę odlotowo. 
Edward powrócił do swojej prelekcji i zmierzał do jej końca szybciej, 
niż sobie założył. Chciał usłyszeć jej odpowiedź na kilka pytań. Kiedy 
łysawy jegomość w średnim wieku zaczął zagadywać Bellę, Edward o mały 
włos nie zeskoczył z podium. Zamiast tego powiedział: 
- Drodzy państwo, chciałbym skorzystać z tej okazji i przedstawić 
państwu moją żonę. Trochę się spóźniła, ale już jest pośród nas. Bella, nie 
wstydź się, proszę. Pokaż się i pomachaj wszystkim na powitanie. 
Bella niechętnie posłuchała, ale jej twarz oblał rumieniec i Edward był 
pewien, że przyjdzie mu za to słono zapłacić. Skończył przemowę, 
skinieniem głowy podziękował za oklaski, uścisnął rękę prezesowi 
stowarzyszenia maklerów, a następnie zszedł z podium i skierował się 
prosto do stolika Belli. 
Młody człowiek, jej sąsiad, wstał, podał Edwardowi rękę i powiedział: 
- Proszę pana, od dawna jestem pańskim wielbicielem. Edward 
uścisnął mu rękę, po czym pochylił się nad Bella. 
- Starałam się, żeby mnie nikt nie zauważył - syknęła przez zęby. 
- Chyba nie w tym stroju - szepnął jej do ucha. 
- Bella - zwrócił się do niej facet w średnim wieku głosem równie 
obleśnym, jak jego uśmiech - teraz już wiem, dlaczego go tak broniłaś. 
- Broniłaś mnie? - zdziwił się Edward. 
- Później ci to wyjaśnię. 
- Słodka ta pańska żoneczka... 
Bella, oburzona jego protekcjonalnym tonem, spojrzała na Edwarda, 
który zacisnął gniewnie szczęki, po czym odezwał się ze zjadliwym 
uśmiechem: 
- Radziłbym panu, stary capie, żeby pan oderwał oczy od dekoltu 
mojej żony. Idziemy, Bella. 
Gdy kierowali się do wyjścia, Edward zagadnął: 
- Dlaczego mnie nie uprzedziłaś, że przyjdziesz? 
- Chciałam ci sprawić niespodziankę - wyjaśniła Bella, która starała 

background image

się dotrzymać mu kroku. 
- Muszę przyznać, że ci się to udało - mruknął, prowadząc ją przez 
wyłożony marmurem hol. - Dlaczego nie podeszłaś do mojego stolika? 
- Kiedy przyszłam, wszystkie miejsca były już zajęte. No i otaczał 
cię wianuszek kobiet. Darzących cię, jak zauważyłam, wyjątkową uwagą. 
Ale dokąd mnie właściwie prowadzisz? - zapytała, kiedy wcisnął guzik 
przy drzwiach windy. 
- Pozwolę sobie powiedzieć, że ciebie z kolei otaczali mężczyźni 
darzący cię nie mniejszą uwagą - odparował Edward z nutką pretensji w 
głosie, która zupełnie ją zaskoczyła. - A prowadzę cię do saloniku, który na 
ten wieczór wynajęło dla mnie stowarzyszenie. 
- Do saloniku? - zdziwiła się Bella. 
Kryte brązem drzwi windy rozsunęły się bezszelestnie i Edward 
pociągnął ją do środka. 
- Może cię to zdziwi, ale wyobraź sobie, że są na świecie ludzie, 
którzy uważają, że jestem coś wart. Niektórzy nawet są zdania, że jestem 
wiele wart. 
- Ależ ja też tak sądzę - powiedziała Bella z przekonaniem. - Może 
tylko mam do tego inne powody niż wiele osób na tej sali. 
- A jakież to powody? - zapytał Edward z błyskiem w zielonych 
oczach. 
Tymczasem winda stanęła, drzwi się otworzyły i Bella miała chwilkę 
czasu, by zebrać myśli. Jednak wszystko działo się zbyt szybko, tak że nie 
wiedziała, co mu odpowiedzieć, kiedy wziął ją pod rękę i poprowadził do 
saloniku. 
- Chyba nie dosłyszałem, co powiedziałaś - przynaglił ją. 
Bella, nie bardzo pewna, w jakim Edward jest nastroju, wciąż jeszcze 
nie mogła odzyskać równowagi. 
- Podziwiam cię za to, że koledze z domu opieki dałeś pieniądze na 
bilet, aby mógł pojechać odwiedzić rodzinę. - Widząc zaskoczenie w jego 
oczach, ciągnęła: - Podziwiam cię za to, że nie krzyczałeś, kiedy Embry 
zabrudził ci samochód. I podziwiam cię za to, że umiesz dawać sobie ze 
mną radę. 
Edward przechylił głowę na bok i zapytał: 
- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć? 
Bella w zakłopotaniu odwróciła głowę i zaczęła się rozglądać po 
saloniku umeblowanym luksusowo i ze smakiem. 
- No cóż... - odparła wreszcie - poślubiłeś mnie, a ja nie jestem 
dobrym materiałem na żonę. - Właściwie miałbyś prawo nazywać mnie 
swoją niby-żoną. 
- W życiu nie słyszałem o czymś takim, jak niby-żona. 
- W moim przypadku jest to kobieta, która nie chciała nigdy wyjść za 
mąż i która sądziła, że nie nadaje się na żonę. Mogę jeszcze dodać, że 
czuję się nieswojo, ponieważ bardzo mi się podobasz i żywię dla ciebie 
pewne uczucia. I to, że umiesz radzić sobie ze mną, jest zapewne dla ciebie 
samego prawdziwą niespodzianką. 

background image

Milczenie, jakie zapadło po jej słowach, było tak brzemienne w 
sekretne nadzieje i obawy, że Bella modliła się, by coś wybawiło ją z 
opresji. 
- Dlaczego dziś tu przyszłaś? 
- Już ci mówiłam. Chciałam ci sprawić niespodziankę i... - Urwała. 
Za bardzo się już odsłoniła. 
Poczuła, jak Edward okręca sobie wokół palca kosmyk jej włosów, 
który wysunął się z misternie upiętej fryzury. 
- Poza tym chciałam, żebyśmy spędzili ze sobą trochę czasu bez 
dzieci. Kilka minut tylko we dwoje. 
- Te kilka minut we dwoje to zupełnie dobry pomysł, ale nie 
powinnaś się była tak ubierać - powiedział Edward, głaszcząc lekko jej szyję. 
Bella zamarła. Rzeczywiście, sama czuła się w tym zgromadzeniu nie 
na miejscu, a on tylko ją w tym mniemaniu utwierdzał. 
- Nie podoba ci się? - zapytała, okręcając się. - Dlaczego? Sądziłam, 
ż

e całkiem nieźle wybrałam ten strój, zważywszy, że normalnie ubieram 

się jak nauczycielka szkoły podstawowej. 
- Ależ nie. Jesteś bardzo ładnie ubrana. I świetnie wyglądasz w tym 
kompleciku. Problem w tym, że wszyscy faceci na tej sali marzyli tylko o 
tym, by cię zobaczyć bez tych fatałaszków. 
- Ach tak... - Bella poczuła, jak cały bunt ulatuje z niej niczym z 
przekłutego balonu. Zerknęła na Edwarda i po raz któryś zauważyła, jak 
ś

wietnie prezentuje się w smokingu. Zaintrygowana, spojrzała mu prosto w 

oczy i powiedziała: 
- Mam pytanie. Czy wśród tych wszystkich facetów, którzy o tym 
marzyli, byłeś także ty? 
Edward podszedł powoli do Belli i spoglądał na nią z góry. Był tak

 

blisko, ale wciąż nie dość blisko, pomyślała. Jej serce zabiło mocno, gdy 
ujrzała wyraz jego twarzy. Wyciągnął rękę i ujął ją pod brodę. 
- Teraz moja kolej - odezwał się. 
Z wrażenia Bella zaparło dech w piersi. 
- Twoja kolej? 
- Cały czas jesteś zajęta zbawianiem świata. Pora, żebyś teraz mnie 
zbawiła. 
Bella nie mogła uwierzyć własnym uszom. W jego ustach brzmiało 
to po prostu śmiesznie. Był taki silny, bardzo zrównoważony, i dobrze 
wiedział, czego chce. Kto jak kto, ale Edward z pewnością nie należał do 
mężczyzn, których trzeba zbawiać. 
- No, może byłam tego bliska, kiedy cię wiozłam do szpitala - 
powiedziała stłumionym głosem. 
- Wolałbym, żebyś była jeszcze bliżej - powiedział i opuścił głowę, 
by pocałować ją w usta. 
Nie spieszył się, tak jakby wiedział, że Bella potrzebuje czasu oraz 
uwagi z jego strony. Kilku minut spokoju, wolnych od presji zewnętrznego 
ś

wiata. Teraz nie musiała się martwić, że w każdej chwili mogą wpaść do 

background image

pokoju dzieci albo zadzwoni telefon, albo pani Weber złoży im niespodziewaną 
wizytę. Kilka chwil tylko dla nich obojga. Usta przy ustach, 
serce przy sercu. 
Bella zdawała sobie sprawę z rosnącej siły swych uczuć dla Edwarda. 
Tak silnych uczuć do mężczyzny nigdy dotąd nie doświadczyła. 
Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, a może bała się je 
wypowiedzieć. Musiała w inny sposób go o nich przekonać. Tymczasem 
Edward całował ją coraz namiętniej, coraz bardziej niecierpliwie. 
- Za szybko - mruknął. - Zawsze pragnę cię za szybko. Muszę trochę 
zwolnić. Chcę cię całować całą... - Mówiąc to, ściągnął jej przez głowę 
czarny sweterek. 
Bella, która także pragnęła poczuć dotyk jego skóry, pomogła mu 
zdjąć koszulę. Po chwili obydwoje, mocno przytuleni i objęci ramionami, 
stali, czując bicie swoich serc i nie mogąc się od siebie oderwać. Porwała 
ich fala namiętności i uniosła daleko, wysoko, głęboko... 
Wreszcie, gdy oboje ochłonęli, Edward odezwał się: 
- To niesłychane, ale ciągle mi ciebie za mało. 
Bella westchnęła i przymknęła oczy. Pomyślała, że choć przez chwilę 
pozwoli sobie zdać się na jego siłę. Czy nie byłoby cudownie, gdyby 
zawsze mogła liczyć na jego obecność, na jego oparcie? Na myśl o tym 
ogarnęła ją wielka radość. A może rzeczywiście tak się stanie, może nie 
będzie temu końca? 
Edward, pomagając jej się ubrać, powiedział: 
- Bardzo mi z tobą dobrze. Chciałbym, żeby już tak zostało. Na jak 
długo zaangażowałaś opiekunkę do dzieci? Na tydzień? - zapytał i zerknął 
na nią, udając, że mówi poważnie. 
- Nie żartuj - roześmiała się. - Kiedy wybije północ, zamienię się w 
dynię. 
Spojrzawszy na zegar, Edward zauważył, że zrobiło się późno, i jęknął: 
- Przyjdzie czas, kiedy zatrzymam cię na całą noc - ostrzegł. 
Bella zadrżała z rozkoszy, słysząc te słowa. 
- Pod warunkiem, że nikt nie będzie chorował i że znajdziemy 
odpowiednią opiekunkę do dzieci - powiedziała z uśmiechem. - I że będzie 
sprzyjająca konfiguracja gwiazd. 
- To wszystko musi nastąpić szybko - zapewnił ją Edward. 
Zaprowadził ją do jej garbusa, pomógł wsiąść i pocałował, zanim 
odjechała, po czym poszedł do swojego samochodu. 
Ale w drodze do domu owładnęły nią mniej wesołe myśli. Pewne 
bardzo ważne sprawy w ogóle nie uległy zmianie. Zgodzili się oboje, że to 
małżeństwo będzie trwało dwa lata. Podpisali umowę, w której zostały 
wyszczególnione warunki rozwodu. Byli też zgodni co do tego, że się nie 
kochają. 
Ta ostatnia myśl była dla niej tak bolesna, jak pchnięcie nożem. 
Edward dojechał do domu pierwszy i zapłacił opiekunce, zanim Bella 
zdążyła otworzyć torebkę. 
- To nie było konieczne - powiedziała. - Mogłam to sama zrobić. 

background image

Edward spojrzał na nią uważnie i przekonał się, że znów sprawia 
wrażenie spiętej. Ciekaw był dlaczego. Zdziwiło go, że ta namiętna 
kobieta, z którą dopiero co szybował nieomal w przestworzach, w czasie 
krótkiej drogi do domu zdążyła wznieść między nimi niewidzialny mur. 
- Stałaś się bardzo milcząca - zauważył. 
- Bo jestem zmęczona. I muszę zaraz pójść do Emily, obiecałam, że 
po powrocie ją ucałuję. 
- W porządku. 
Bella przygryzła wargę i popatrzyła mu prosto w oczy. 
- Byłeś naprawdę cudowny... podczas prelekcji i potem. Tak, 
cudowny - powtórzyła. - Dobranoc. 
- Znowu obleciał cię strach? - zapytał Edward, któremu zrobiło się 
trochę przykro. Gdy na nią spojrzał, zobaczył, że walczą w niej różne 
uczucia, i powstrzymał się od komentarza. 
- Myślę, że idzie raczej o to, że dopadła mnie rzeczywistość - 
wyznała wreszcie stłumionym głosem. 
- Więc to, co się wydarzyło dziś wieczór, nie było dla ciebie dość 
rzeczywiste? 
Bella westchnęła i cicho powiedziała: 
- Nasze małżeństwo nie wydaje mi się rzeczywiste. 
- Może gdybyśmy razem sypiali... 
- Nie wydaje mi się, żeby to było dobre rozwiązanie. 
Obiecaliśmy sobie, że nasz związek potrwa dwa lata. Gdyby nasze 
małżeństwo było prawdziwe, uważalibyśmy, że wiążemy się na zawsze. - 
Mówiąc to, spuściła oczy. - Prawda jest taka, że się nie kochamy - dodała z 
nutką bólu w głosie. - A ukoronowaniem tego wszystkiego jest nasza 
intercyza. 
Edward zaniepokoił się. Adwokat ostrzegał go, że po ślubie żony 
czasami domagają się zmian w takiej umowie. Zdarza się, że kobiety 
posuwają się do szantażu uczuciowego lub seksualnego, aby wyciągnąć dla 
siebie więcej pieniędzy. Mógł tylko mieć nadzieję, że Bella nie należy do 
takich kobiet. 
- O co ci chodzi? Uważasz, że warunki tej umowy są dla ciebie 
niesprawiedliwe? 
- Nie, wcale tak nie uważam - odrzekła, potrząsając głową. - Ale 
pomyśl tylko. Taka intercyza to w gruncie rzeczy wstęp do rozwodu. 
Instrukcja, jak postępować, aby rozwiązać nasze małżeństwo. 
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że jeśli wyrzucimy umowę przez 
okno, zdecydujesz się zostać ze mną na noc? 
Słysząc to, Bella pobladła. Wyglądała tak, jakby jej wymierzył 
policzek. 
- Nie. Widzę, że nic nie rozumiesz. Idzie o coś znacznie 
ważniejszego niż idiotyczna umowa małżeńska. O coś o wiele 
ważniejszego - powiedziała i odwróciwszy się na pięcie, odeszła. 
 

ROZDZIAł 11 

background image

 
Po tym wieczorze znów nabrali do siebie dystansu. Bella była 
uprzejma i sympatyczna, ale zachowywała się wobec Edwarda z rezerwą. On 
zaś miał wrażenie, że utracił skarb, który już prawie trzymał w ręku. 
Przecież zdążyli tak bardzo się do siebie zbliżyć. Edward wysoko cenił zaufanie 
i wspaniałomyślność, jakie okazywała mu Bella. 
Niestety, wszystko to należało do przeszłości. Któż by przypuszczał, 
ż

e życie pod jednym dachem okaże się dla niego tak bolesne? Chyba nigdy 

przedtem nie doświadczył podobnego bólu. Nawet wtedy, gdy matka 
zostawiła go w domu opieki. 
Z każdą godziną ogarniała go coraz większa rozpacz i frustracja. 
Pewnego dnia, kiedy wyszedł z domu po jakąś część do komputera, zajęło 
mu to znacznie więcej czasu, niż przewidywał. Kiedy wrócił, zastał na 
podjeździe nowy samochód i dostawczą półciężarówkę. Zaciekawiony, ruszył 
ś

cieżką w stronę ogródka. 

Bella rozmawiała z dwoma mężczyznami, którzy montowali piękną 
drewnianą huśtawkę. Emily stała grzecznie obok niej, a chłopcy biegali w 
kółko. Po chwili Embry zauważył Edwarda. 
- Edward, Edward! Będziemy mieli huśtawkę! - zawołał na cały głos. - 
Zaraz będzie gotowa! I ja pierwszy będę się na niej huśtał. 
- Akurat - odezwał się Jacob. - Ja będę pierwszy. 
- Akurat! - odpowiedział mu Embry. 
- Akurat! - wtrąciła się Emily. - Najpierw pohuśtamy się my, ciocia 
Bella i ja, bo my jesteśmy grzeczne, a wy nie. 
Embry i Jacob natychmiast ucichli. 
Bella spojrzała w stronę Edwarda i uśmiechnęła się. Na ten widok 
drgnęło mu serce. W oczach miała tyle blasku, jak gdyby zapomniała o ich 
sprzeczce z zeszłego tygodnia. Nagle jednak chyba sobie przypomniała, bo 
uśmiech jej przygasł. 
- Kupiłam dzieciom huśtawkę - wyjaśniła. 
- Właśnie widzę - powiedział. - A co to za samochód stoi na 
podjeździe? 
Bella znów uśmiechnęła się lekko, z zakłopotaniem. 
- Kupiłam go trochę pod wpływem impulsu, a trochę ze względów 
praktycznych. Zapinanie pasów w tym starym garbusie to była mordęga. 
Więc zatrzymałam się u dealera po drodze do domu i oto mamy nowy 
samochód. 
Edwardowi zrobiło się trochę nieswojo. 
- Dlaczego mnie nie poprosiłaś? Mogłem ci przecież pomóc w 
kupnie huśtawki i samochodu. 
- Nie, huśtawka to prezent ode mnie, przymierzałam się do tego już 
od paru tygodni. A garbusa już dawno trzeba było wymienić na coś 
lepszego. Chyba po to jest dzień wypłaty, żeby człowiek mógł wydać 
trochę forsy - zaśmiała się Bella. 
- No, niby tak - zgodził się niechętnie Edward. 
- Poza tym, dziś wieczorem wszystko się wyrówna. 

background image

- Nie rozumiem, co masz na myśli? 
- Będzie marna kolacja - odparła. - A teraz, dzieciaki, wracamy do 
domu, trzeba zostawić tych panów w spokoju, żeby spokojnie zakończyli 
pracę. Do tego czasu pewnie się już ściemni, ale może się nam uda jeszcze 
dziś wypróbować huśtawkę. 
Poprowadziła dzieci do środka, a one pobiegły umyć ręce przed 
kolacją. Edward tymczasem próbował opanować niemiłe uczucie 
zaniepokojenia, jakie go ogarnęło z powodu zakupów Belli. Nie 
przypuszczał, że w jej naturze leży szastanie pieniędzmi pod wpływem 
nagłego impulsu. 
- No, kochani, siadamy do stołu. 
- Ja bym się wolał pohuśtać - powiedział Embry. 
- Każdy by wolał - dodał Jacob. 
- Na razie musimy zjeść kolację - oznajmiła Bella. - Przepraszam za 
te dzisiejsze frykasy, ale czasami zdarza się tak, że do wyboru mamy tylko 
fasolkę z puszki. 
Edward natychmiast poczuł, jak buntuje się jego żołądek. O mały włos 
głośno nie zaprotestował. Nawiedziły go obrazy z przeszłości, tak żywe, 
jakby to było dziś. Przypomniał sobie, jak pewnego dnia jego mama kupiła 
mu śliczny błyszczący wóz strażacki, a sobie nową sukienkę i sandałki. Na 
kolację mieli fasolkę z puszki. Innym znów razem na Boże Narodzenie 
kupiła lodówkę i telewizor, a dla Edwarda gry wideo. Ponieważ nie zapłaciła 
rachunku, odcięto im elektryczność i fasolkę mama podgrzewała w 
kominku. Edward na okrągło jadał fasolkę, kiedy odkładał, aby zapewnić 
sobie poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie doświadczył w 
dzieciństwie. 
Tego już było za wiele. Wszystko, tylko nie fasolka z puszki. 
Podszedł do Belli i odezwał się cicho, tak by nie słyszały go dzieci: 
- Jadę do domu. Dam ci znać, kiedy wrócę. - Nie czekał na jej 
odpowiedź, po prostu wyszedł. 
W kilka godzin później siedział na skórzanej kanapie we własnym 
domu. Nie zapalił światła i na początku delektował się panującą wokół 
ciszą, która działała na niego kojąco. Po jakimś czasie jednak ogarnął go 
dziwny niepokój. Cisza zaczęła mu ciążyć. Już się przyzwyczaił do 
skrzypiących schodów w domu Belli, do jej melodyjnego głosu i 
szczebiotu dzieci. Przywykł do ograniczonej samotności. 
Spojrzał na zegar i pomyślał, że właśnie w tej chwili mógłby 
pomagać Belli ułożyć chłopców do snu albo poczytać Emily na dobranoc. 
Potem, kiedy dzieci już spały, Edward zawsze był świadomy obecności 
Belli. Mogła być w innej części domu, a nawet spać, kiedy on jeszcze czuwał, 
ale wiedział, czuł, że jest gdzieś niedaleko. 
Zastanawiał się, czy ona kiedykolwiek za nim tęskniła podczas 
długich godzin nocnych. Miał takie dziwne wrażenie, jakby widział tuż 
obok siebie brakujący element układanki, jaką jest życie każdego 
człowieka, ale nie potrafił go zatrzymać i bardzo go to dręczyło. 
Wrócił do własnego domu, gdyż poszukiwał samotności i spokoju, 

background image

ale samotność go przytłaczała, a spokoju też nie mógł znaleźć. 
Po jakimś czasie z niespokojnego snu wyrwał go telefon. 
- Hej, mówi Emmett - odezwał się znajomy głos. - 
Słuchaj, właśnie dzwonił Jasper, pomyślałem, że zechcesz do niego 
pojechać. Jest w szpitalu. Edward usiadł na łóżku. 
- Czy jest ranny? 
- Nie, ale Alice Brandon miała wypadek. To poważna sprawa. Leży 
na Oddziale Intensywnej Terapii i jest nieprzytomna, a Jasper postanowił 
nie ruszyć się na krok ze szpitala, dopóki ona się nie obudzi. 
- Skąd się dowiedział, że Alice jest ranna? 
- Okazało się, że jej matka wyjechała w długą podróż za granicę, 
więc szpital nie mógł się z nią skontaktować. Znaleźli w torebce Alice 
wizytówkę Jaspera i dlatego do niego zadzwonili. Możesz sobie 
wyobrazić, jak bardzo jest zdenerwowany. Ja przyjadę trochę później, ty 
mieszkasz bliżej, więc. szybciej dotrzesz do kliniki West County. Próbowałem 
cię najpierw złapać u twojej żony... - dodał Emmett i zawiesił 
głos. 
- Jestem u siebie, musiałem przemyśleć różne sprawy... 
- Rozumiem. Ale proszę cię, pospiesz się. Do zobaczenia w szpitalu. 
Edward pospiesznie się ubrał, złapał kluczyki do samochodu i pojechał 
do szpitala. Kupił w automacie dwa kubki kawy i ruszył do poczekalni. 
Zastał w niej Jaspera, który siedział na krześle i nie widzącymi oczyma 
wpatrywał się w szklane drzwi pokoju pielęgniarek. Jasper, najbardziej 
beztroski facet, jakiego znał Edward, wyglądał tak, jakby spotkał na swej 
drodze śmierć. 
- Hej - odezwał się do niego Edward, podając mu kubek z kawą. - Co 
się stało? 
Jasper wziął od niego kawę, ale nie podniósł kubka do ust. 
- Chciała złapać psa sąsiadów, który zerwał się ze smyczy, i potrącił 
ją samochód wyjeżdżający zza rogu. Moment nieuwagi... 
- O mój Boże - westchnął Edward. Gdy przymknął oczy, zobaczył 
Alice jako małą dziewczynkę. - Była takim miłym dzieckiem i wyrosła na 
ś

liczną kobietę - powiedział z żalem w głosie. - Co za pech. Jakie są 

rokowania? Co mówią lekarze? 
- Nie chcą mi wszystkiego powiedzieć - odparł Jasper. 
- Wiem tylko, że ma poważny uraz głowy i obrażenia wewnętrzne. 
Nawet nie są pewni, czy się w ogóle obudzi 
- dodał łamiącym się głosem. 
- Czy pozwolili ci ją zobaczyć? Jasper zawahał się, po czym rzekł: 
- Tak, powiedziałem, że jestem jej narzeczonym. Edward nie mógł 
uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. 
Wiedział wprawdzie, że Jasper kocha się bez wzajemności w Alice, 
ale nie wyobrażał sobie, że aż tak bardzo mu na niej zależy. 
- Nie miałem innego wyjścia, inaczej w ogóle nie chcieliby ze mną 
rozmawiać. A jej matka wyjechała na długo do Europy, na wycieczkę 
objazdową. Wiesz, jak to jest, co parę dni nocujesz w innym mieście. 

background image

Może Alice mnie teraz nie chce - dodał z przygnębioną miną - ale 
potrzebuje... 
- Od jak dawna ją kochasz? 
Jasper zaśmiał się w odpowiedzi, ale w jego śmiechu nie było 
radości. 
- Odkąd pamiętam. Zawsze mi się podobała, jeszcze na długo 
przedtem, zanim wiedziałem, co to słowo znaczy, ale zachowywałem się 
jak kretyn, kiedy spotkaliśmy się znów w college'u. Miałem zupełnie 
przewrócone w głowie. Nie traktowałem jej tak, jak na to zasługiwała. I 
teraz przyszło mi za to zapłacić. Dobry Boże, co ja pocznę, jeśli ona 
umrze? 
- Ale przecież nie byliście razem - zdziwił się Edward. 
- Nic nie rozumiesz - odpowiedział Jasper, patrząc mu z rozpaczą w 
oczy. - Dla mnie ważna jest sama świadomość, że ona istnieje, że żyje. Bez 
niej mój świat byłby pusty. 
Edward świetnie wiedział, o czym mówi przyjaciel. Jego świat też 
byłby pusty, gdyby nie było w nim Belli. Ogarnął go lęk na myśl o tym, co 
też by począł, gdyby Belli coś się stało. Na samą myśl o tym przeszył go 
dreszcz przerażenia. 
A gdyby umarła? Gdyby już jej nie było? Gdyby nie mógł już jej 
widzieć, być z nią? Zrobiło mu się słabo, gdy usiłował to sobie wyobrazić. 
- Kiedy człowiek jest zakochany, na świecie są tylko dwa miejsca: 
tam, gdzie ona jest, i tam, gdzie jej nie ma. 
Edward solidarnie przesiedział z Jasperem całą noc, ale silny 
wewnętrzny głos nakazywał mu wrócić do Belli. I zrobił tak o świcie, 
zostawiając z Jasperem Emmetta. 
W drodze do jej domu zatelefonował do swojego adwokata i polecił 
mu zniszczyć intercyzę. Gdy adwokat usiłował mu to wyperswadować, 
Edward nie chciał go w ogóle słuchać. 
- Albo ją pan unieważni, albo zrobi to inny adwokat i jemu zapłacę - 
wypalił. 
Kiedy wczesnym rankiem zatrzymał samochód na podjeździe, 
poczuł, że dojrzało w nim nieodwołalne postanowienie. Wszedł szybko do 
domu i pobiegł prosto na górę. 
Zatrzymał go głos Belli. 
- Jak się czuje Alice? - zapytała cicho, stając w drzwiach swojej 
sypialni. 
Edward odwrócił głowę w jej stronę i nie mógł oderwać od niej oczu. 
Wyglądała bardzo ładnie, w bladozielonej nocnej koszuli, ale miała 
podkrążone oczy. 
- Niestety, nie odzyskała jeszcze przytomności. 
- To straszne - powiedziała, krzyżując ręce na piersi, tak jakby 
chciała samą siebie utulić i uspokoić. - Nie mogłam spać. Próbowałam się 
do ciebie dodzwonić, kiedy zatelefonował do mnie Emmett, ale pewnie już 
wyjechałeś do szpitala. 
- Tak, teraz jest tam Emmett. A ja musiałem się z tobą zobaczyć. 

background image

Bella skinęła głową. Nerwy miała napięte do ostateczności. 
- To dobrze. Ja też chciałam z tobą porozmawiać - powiedziała. 
Edward podniósł rękę, chcąc jej przerwać. 
- Poczekaj, mam ci coś do powiedzenia. 
Przestraszona, że on chce w ogóle wycofać się z ich małżeństwa, 
Bella potrząsnęła głową i zaczęła szybko mówić: 
- Nie, proszę cię, poczekaj. Muszę ci powiedzieć, że jest mi bardzo 
przykro. Wiem, że byłam niemożliwa. Żałuję, że w niczym nie 
przypominałam normalnej żony. Z jednej strony byłam zdecydowana na 
wszystko, z drugiej bałam się, uważałam, że nie mogę sobie pozwolić na 
to, żeby na tobie polegać - szepnęła niepewnie. To wyznanie wiele ją 
kosztowało. - Widzisz, jesteś taki silny... Jesteś najsilniejszym mężczyzną, 
jakiego spotkałam, i chcę na tobie polegać, ale jednocześnie się boję. W 
moim życiu nie było nikogo, na kim mogłabym się oprzeć. Obydwoje moi 
rodzice byli alkoholikami i bardzo wcześnie nauczyłam się polegać tylko 
na sobie. Nawet nie wiem, jak to zrobić, by dojść do jakiejś równowagi... - 
wyznała ze ściśniętym gardłem. - Ale chciałabym się przy tobie nauczyć. 
Właśnie przy tobie. 
Edward podszedł do niej, spojrzał jej w oczy i powiedział: 
- W drodze ze szpitala zatelefonowałem do mojego adwokata. 
Bella poczuła, jak robi jej się słabo. Więc podjął już kroki 
zmierzające do separacji. Spóźniła się. Przegrała. 
- Poleciłem mu unieważnić naszą umowę. Bella, chcę, żebyś 
naprawdę była moją żoną. 
Zakręciło jej się w głowie. Przez chwilę nie potrafiła pojąć w pełni 
znaczenia jego słów. Zdumiona, pokręciła głową i odezwała się: 
- Nic nie rozumiem. Sądziłam, że już masz dość naszego małżeństwa 
i że chcesz je rozwiązać. 
- Mam dość udawania, że jest to małżeństwo tymczasowe, ponieważ 
dla mnie nie jest ono tymczasowe. Nie umiem ci tego wyjaśnić, wiem, że 
to zabrzmi może dziwacznie, ale myślę, że ty i ja jesteśmy sobie 
przeznaczeni. Jesteś kobietą, której na pewno bym pragnął, gdybym tylko 
wiedział, że istnieje. Dzięki tobie świat nabrał dla mnie sensu. Ja nie... - 
przerwał na chwilę, po czym zapytał z przerażeniem: - Dlaczego płaczesz? 
Bella, wzruszona jego wyznaniem, wyszeptała: 
- A ja myślałam, że odchodzisz na dobre. Edward wziął ją w ramiona i 
mocno przytulił. 
- Nie, chociaż ta historia z fasolką to było mocne uderzenie, ale... 
- Czy ja dobrze słyszę? Historia z fasolką? 
- To długa opowieść... Widzisz, fasolka z puszki źle mi się kojarzy z 
moją przeszłością. 
- Coś podobnego! - zdziwiła się Bella. - Jacob ją uwielbia. 
- Wobec tego z radością mu oddam wszystkie moje porcje. 
W ramionach Edwarda Bella poczuła, jak ogarnia ją miłe ciepło i 
przepełnia nadzieja. 
- Nie zrozumiałam, co mówiłeś na temat naszej umowy małżeńskiej - 

background image

zagadnęła cicho. 
- Jest unieważniona - wyjaśnił. - Nie potrzebujemy jej. 
- Nie musiałeś tego robić - powiedziała, wiedząc, że potrzebował 
intercyzy ze względu na swoje poczucie bezpieczeństwa. Bardziej niż 
czegokolwiek Bella pragnęła, by Edward czuł się bezpieczny i kochany, by 
miał to, czego mu brakowało w dzieciństwie. Chciała być tą kobietą, która 
da mu to wszystko. 
- Owszem, musiałem - oświadczył. - Chcę spędzić z tobą całe życie. 
Chcę, żebyśmy byli ze sobą związani pod każdym względem. Nie mogę 
sobie wyobrazić, żebyś ode mnie odeszła. 
Oczy Belli znów wypełniły się łzami. 
- Bardzo bałam się ciebie pokochać, ale wiem, że cię kocham. 
Kocham to dziecko, którym byłeś, tego mężczyznę, którym jesteś, i chcę 
mieć szansę kochania tego człowieka, którym się staniesz. 
Edward schylił głowę i pocałował ją z tak wielką czułością i miłością, 
ż

e poczuła się oszołomiona. Jak to się stało, pytała samą siebie, że spotkało 

ją takie ogromne szczęście? 
- Przedtem sądziłem, że moją misją jest poślubić cię dla dobra dzieci. 
Dzisiaj wiem, że moją misja jest kochać ciebie dla mojego własnego 
dobra. 
Tydzień później Bella zaskoczyła Edwarda, kiedy wróciła do domu z 
kolacją z chińskiej restauracji i z szampanem, ale bez dzieci. 
- A gdzie są nasze skrzaty? - zapytał, całując ją na powitanie. 
- Zostały na noc u Rosalie i Emmetta - wyjaśniła, nie mogąc 
powstrzymać się od uśmiechu. - Mam dla ciebie dobrą wiadomość. 
Zostaliśmy uznani za odpowiednich opiekunów dla dzieci. Teraz są 
naprawdę nasze. 
- Cudownie - uradował się. - Powinniśmy to uczcić. 
- Taki właśnie jest mój plan. 
- Coś podobnego! - ucieszył się. - A jaki to plan? 
- Myślę, że powinniśmy się rozebrać i natychmiast pójść do łóżka. 
Edward porwał ją w ramiona i zaniósł do pokoju, który przez ostatni 
tydzień był ich małżeńską sypialnią. 
- Nie będę protestował - powiedział. - A co z kolacją? 
- Później - odrzekła krótko. 
Kochali się długo, namiętnie i czule. Później Bella narzuciła na siebie 
krótką nocną koszulkę i przyniosła do sypialni na tacy chińskie specjały i 
szampana. Po wyśmienitej kolacji zapytała; 
- Czy słyszałeś ostatnie nowiny o Alice? Dzwoniła Rosalie i 
powiedziała, że Alice odzyskała przytomność, ale niczego nie pamięta. 
- Tak, do mnie telefonował Jasper. Myślę, że w tej chwili po prostu 
czuje ulgę, wiedząc, że ona będzie żyć. Powiedział mi, że nie opuści Alice, 
nawet jeśli ona każe mu iść precz, kiedy odzyska pamięć. 
- Nie umiem ci powiedzieć, jaka jestem z tobą szczęśliwa. 
- A ja nawet nie chcę wspominać czasów, kiedy nie było cię w moim 
ż

yciu. 

background image

Bella czuła, jak jej serce wypełnia ogromna radość. 
- Musze ci teraz coś wyznać - zwróciła się do niego i ujęła jego 
dłonie w swoje. Patrząc prosto w oczy mężczyźnie, którego kochała nade 
wszystko, wypowiedziała słowa przysięgi, której miała dotrzymać do 
końca życia. 
- Ja, Bella, biorę sobie ciebie, Edwardzie, za męża, i chcę wytrwać w 
tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli. 
Pochyliła się i pocałowała go, a jej serce przepełniała miłość. 
- Aż do końca życia - dodała. 
- Ja, Edward, biorę sobie ciebie, Bello, za żonę. Będę cię kochał i będę 
przy tobie do końca życia - powiedział uroczyście, po czym szepnął jej na 
ucho: - Nawet jeśli czasami podasz fasolkę. 
Bella roześmiała się, a po jej policzku spłynęła łza. W ciągu 
ostatniego tygodnia Edward wiele jej o sobie opowiedział, włącznie z 
historyjką o znienawidzonej fasolce. 
- Jeśli tak, to chyba naprawdę mnie kochasz.. 
 
 
 
 

„KONIEC”